background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 
 

Dziedzictwo II 26 

 
 
 

Rodzinne więzy 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

„Chciałabym zaznaczyć, że zarówno osoby, jak i wydarzenia 

Dziedzictwa zostały wymyślone, dotyczy to również posiadłości 
Gimle i wielu innych opisanych tu miejsc" 

 
Ann-Christin Gjersoe 

background image

Galeria postaci 
Abelone Ladefoss
 - wdowa po Eriku Ladefossie   
Aksel Gimle - ojciec Abelone, właściciel Gimle   
Marie  Gimle  -  najmłodsza,  ośmioletnia  siostra  Abelone, 

Jorgen i  Isak Gimle - bliźnięta, trzyletni młodsi bracia Abe-
lone 

Mały Erik - roczny syn Abelone   
Blanche Bjerkely - kuzynka Abelone   
Alf Bjerkely - mąż Blanche 
Helene Augusta - prawie trzyletnia córka Blanche i Alfa 
Ellen Bjerregaard - siostra Abelone 
Ulrik Bjerregaard- mąż Ellen 
Bera, Sofie, Maline - służące w Gimle 
Hilmar - parobek w Gimle 
Anders - pracuje w odlewni dzwonów, brat Alfa 
Greger Langaard - zarządca Ladefoss 
Aslak Sorensen - mieszka w lesie w chatce drwala, samotnik 
Państwo Angelsten - małżeństwo opiekujące się ubogimi i 
osieroconymi dziećmi 
Wdowa Lucie Archer - matka nowego dziedzica Rosenlowe 

Pani Martens - była gospodyni ojca i dziadków Blanche   

Pan Lothe - artysta malarz 
Nora  i  profesor  Wergeland  -  małżeństwo  podróżujące 

razem z Ulrikiem i Ellen 

Lady  Juliet  -  angielska  arystokratka  podróżująca  statkiem 

Angélique 

Markiz de Cavalière - były narzeczony lady Juliet   
Zhenmei i pani Darcy - pasażerki statku Angélique 

background image

1  
 
Abelone  wyszła  ze  stajni,  za  nią  podążyli  ojciec  i  pan 

Langaard.  Zarządca  przywiózł  konia,  którego  kilka  dni 
wcześniej  ojciec  kupił  od  pastora  Munthego.  Był  to  piękny 
karogniady wałach. 

Zamieniwszy  kilka  uprzejmych  zdań  z  panem  Langaardem, 

ojciec  oznajmił:  -  Proszę  wybaczyć,  ale  obowiązki  czekają. 
Uśmiechnął  się  do  niej  i  skinął  głową  zarządcy.  -  Bardzo 
dziękuję za pomoc, panie Langaard. 

Dlaczego  tak  nagle  zaczęło  mu  się  spieszyć?  Pewnie  wcale 

nie miał nic pilnego do zrobienia. Już ona znała ten przebiegły 
uśmieszek. 

Najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, by została sama z 

panem Langaardem. 

background image

Przez chwilę stała bezradnie, odprowadzając ojca wzrokiem. 
Czy ona też ma prosić o wybaczenie? 
Cóż, tak naprawdę powinni jednak porozmawiać. 
Chyba czytał w jej myślach. 
-  Pani  Ladefoss  -  zaczął  z  wahaniem,  po  czym  rozejrzał  się 

dokoła.  Prócz  nich  nikogo  nie  było  na  dziedzińcu.  -  Mam 
nadzieję, że nie uzna pani tej prośby za zbyt zuchwałą, ale czy 
moglibyśmy porozmawiać na osobności? 

Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Miłe,  przyjacielskie  i 

bezpieczne. Serce zaczęło szybciej bić w jej piersi, wcale nie 
dlatego,  że  coś  do  niego  czuła.  Wolałaby  odwlec  to,  co 
wydawało się nieuniknione. Nie miała ochoty rozmawiać z nim 
w  cztery  oczy,  gdyż  wiedziała,  co  będzie  tematem  tej 
rozmowy.  W  jego  twarzy,  uśmiechu  widziała  nadzieję  i 
oczekiwanie. Będzie musiała go rozczarować. 

Spuściła wzrok i skinęła głową. 
- Możemy pójść do stajni. 
Gdyby  ktoś  ich  tam  razem  zobaczył,  zawsze  będzie  mogła 

powiedzieć, że rozmawiali o nowym koniu. Drzwi zamknęły 
się za nimi. Nie miała odwagi 

background image

na  niego  spojrzeć.  Starała  się  skupić  uwagę  na  znanych 

dźwiękach i zapachach stajni: parskaniu zwierząt, woni siana. 

- Z Birkiem chyba wszystko dobrze - zauważył pan Langaard. 

Koń niedawno został wykastrowany. 

Wiedziała,  że  powiedział  to  tylko  po  to,  żeby  jakoś  zacząć 

rozmowę, ale i tak była wdzięczna, że nie przeszedł od razu do 
rzeczy. 

Próbowała się uśmiechnąć, ale czuła się bardzo niezręcznie. 
- Na to wygląda. 
Pan  Langaard  zrobił  krok  w  jej  stronę.  Poszukał  dłonią  jej 

dłoni, ujął ją ostrożnie. 

- Chciałbym, żeby mówiła mi pani po imieniu. Uśmiechał się, 

widziała jednak niepewność w jego wzroku. Nie chciała dawać 
mu nadziei, przez to ta rozmowa mogła stać się tylko jeszcze 
trudniejsza. Musiała ważyć każde słowo. 

- Panie Langaard... - zaczęła z wahaniem. - Greger... Spojrzała 

na niego z udręką. Czy naprawdę musi to powiedzieć? 

Przez chwilę patrzył jej prosto w oczy, potem spuścił wzrok. 

background image

- Nie musi pani nic mówić, pani Ladefoss - powiedział cicho i 

puścił jej dłoń. - Rozumiem. 

Nagle ogarnęły ją wątpliwości. Czyżby właśnie zrobiła coś, 

czego  przyjdzie  jej  żałować?  Czy  popełniła  błąd  uznając,  że 
jego pocałunek nie obudził w niej żadnych uczuć? Bo skąd ten 
nagły przypływ żalu? 

Chwyciła jego dłonie. 
- Uważam, że jest pan wspaniałym człowiekiem - powiedziała 

z naciskiem. - Tylko że... Nie potrafiła odnaleźć odpowiednich 
słów, odwróciła wzrok. 

Zapadło milczenie. 
- Może jest dla pani za wcześnie? - spytał zduszonym głosem. 

- Próbowałem czekać cierpliwie, ale tamtego wieczoru, kiedy 
pani syn o mało... 

Uniosła  wzrok. Na  jego twarzy znów  widniał  pełen  nadziei 

uśmiech. 

- Tak bardzo zapragnąłem panią pocałować, długo trzymałem 

swe uczucia w ryzach, czekałem, aż w końcu spojrzy pani na 
mnie  przychylnym  wzrokiem.  Tamtego  wieczoru  wszystko 
wymknęło  mi  się  spod  kontroli.  Zwiesił  głowę.  -  Mam 
nadzieję,  że  nie  przestraszyłem  pani  swoim  porywczym 
zachowaniem. 

background image

Potrząsnęła głową. 
-  Nie,  panie  Langaard  -  odparła,  mile  zaskoczona  jego 

szczerością. - To nie była pana wina. 

Nie  zamierzała  tłumaczyć,  że  niedawno  została  wdową,  że 

nadal  czuje  się  zobowiązana  wobec  zmarłego  męża,  tak 
naprawdę nie miało to nic z tym wspólnego. Poza tym w ten 
sposób  mogłaby  wbrew  własnym  intencjom  zasugerować, że 
być może w przyszłości zmieni zdanie. Nie chciała dawać panu 
Langaardowi fałszywych nadziei. Musiała być szczera. 

- Bardzo pana lubię - ciągnęła - ale obawiam się, że nie w taki 

sposób, o jaki panu chodzi. 

Wypowiadając te słowa, poczuła ból. Jeszcze bardziej bolał 

widok jego twarzy. Jakby ktoś zgasił światło w jego oczach. 

Powoli puścił jej dłonie. 
-  Rozumiem,  pani  Ladefoss.  Posłał  jej  krótki,  wymuszony 

uśmiech, po czym odwrócił wzrok. -Jestem wdzięczny, że była 
pani wobec mnie szczera. 

Odwrócił  się  i  ruszył  do  wyjścia.  Znów  ogarnęły  ją 

wątpliwości. 

- Panie Langaard, proszę poczekać! 

background image

Skłonił  się  lekko.  -  Do  zobaczenia,  pani  Ladefoss.  Drzwi 

zamknęły  się  za  nim.  Przez  chwilę  stała  oszołomiona,  pełna 
sprzecznych uczuć. 

W głębi serca wiedziała jednak, co naprawdę czuje - ulgę. 

background image


 
Zmieszał błękit kobaltowy z odrobiną czerwieni, roztarł farby 

na  palecie,  po  czym  dodał  jeszcze  bieli.  To  był  jego  kolor, 
jasny, fioletowawy błękit, którego tak często używał w swoich 
obrazach. Wiedział doskonale, w jakich proporcjach zmieszać 
farby, aby uzyskać odpowiedni ton. 

Dotknął  pędzlem  płótna.  Prawie  skończył.  Był  pewien,  że 

żona  kupca  będzie  zadowolona  z  portretu.  Potraktował  ją 
łagodnie, dzięki odpowiedniej pozie podwójny podbródek nie 
rzucał się tak w oczy, a jasne, zgaszone barwy sprawiały, że 
sylwetka robiła wrażenie lżejszej. 

Zbliżył  twarz  do  płótna.  Cienkim,  ostrym  pędzelkiem 

poprawił kilka szczegółów na błękitnej kanapie. 

background image

Zirytował  się,  co  ostatnio  coraz  częściej  mu  się  zdarzało. 

Dlaczego nie udaje mu się oddać szorstkiej struktury wełnianej 
tkaniny? Wydawała się taka płaska, bez głębi, bez życia! 

Nabrał  powietrza.  Ostra  woń  terpentyny,  od  której  niemal 

stracił węch, zakręciła mu w nosie. 

Może powinien być mniej krytyczny? Jego mistrz uważał, że 

to  jego  najsłabsza  strona  jako  artysty.  Nigdy  nie  potrafił 
zdecydować,  kiedy  obraz  jest  skończony,  zawsze  musiał  coś 
jeszcze poprawić i w rezultacie psuł całość. 

Może z tym portretem jest tak samo? 
Cofnął się o kilka kroków. 
Wielu uznałoby, że jest gotowy, ale jemu nadal nie podobała 

się ta kanapa. 

Za mały kontrast między tym niebieskim wełnianym obiciem 

a jedwabną suknią kobiety. 

Podszedł do sztalugi i zaczął poprawiać jeszcze raz. 
Z rozpaczą musiał stwierdzić, że jest coraz gorzej. 
Co  zalecał  jego  mistrz  w  takich  przypadkach?  Pozwolić 

obrazowi  „odpocząć",  wrócić  do  niego  następnego  dnia  i 
popatrzyć nań świeżym okiem. 

background image

Spojrzał za okno. Północ już dawno minęła, niebo zaczynało 

jaśnieć. 

Odłożył pędzle i potarł oczy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę 

z  tego,  jaki  jest  zmęczony.  Kiedy  pracował  naprawdę 
intensywnie,  tracił  poczucie  czasu.  Wtedy  też  pracował 
najlepiej. 

Wytarł ręce w brudną, cuchnącą terpentyną szmatę. Z oddali 

dobiegło pianie koguta. Wkrótce rozlegną się kolejne dźwięki, 
świadczące  o  nadejściu  nowego  dnia:  skrzypienie  wozów  na 
drodze, krzyki dzieci, szczekanie psów. 

Za  kilka  godzin  miał  spotkać  się  z  siostrą.  W  jej  żyłach 

płynęła ta sama krew, co w jego, wydała ich na świat ta sama 
kobieta. 

Jak  to  możliwe,  by  byli  sobie  tak  bliscy  i  dalecy  zarazem? 

Spodziewał się, że poczuje z nią jakąś więź, ale tak nie było. 

Wiedział,  że  niełatwo  będzie  mu  teraz  zasnąć,  ale  wiedział 

też, jak temu zaradzić. 

Podszedł do łóżka, na którym kłębiła się rozgrzebana pościel. 

Na skrzynce stojącej obok czekało lekarstwo na bezsenność. 

Opadł ciężko na posłanie, otworzył butelkę i na- 

background image

lał  płynu  do  kieliszka.  La  fée  verte,  zielona  wróżka.  Woń 

anyżku rozeszła się po pokoju. 

To w Paryżu nauczył się pić absynt. Zdarzało mu się upijać 

wódką  do  nieprzytomności,  miewał  nawet  kilkudniowe  fazy, 
ale zawsze wracał do zielonej wróżki. Lubił pić ją na sposób 
francuski.  Próbował  metody  swego  mistrza,  który  maczał 
kostkę cukru w alkoholu, po czym ją podpalał, on jednak wolał 
rozpuszczać cukier w wodzie. 

Kiedy dolał wody, absynt zmętniał, zielony kolor zblakł. 
Położył  się  na  łóżku,  oparł  plecami  o  ścianę  i  wychylił 

zawartość kieliszka. Potem wypił jeszcze jędrną porcję. 

Był  zbyt  zmęczony,  by  rozkoszować  się  trunkiem.  Chciał 

tylko  poczuć  to  ciepłe  mrowienie  w  czubkach  palców,  falę 
gorąca  rozlewającą  się  po  całym  ciele.  Za  chwilę  przyjdzie 
odprężenie, wolność i cudowny bezwład. 

Położył  się  i  patrząc  w  sufit,  czekał  na  działanie  alkoholu, 

czekał,  aż  znikną  natrętne  myśli.  Dlaczego  czuł  się  tak 
beznadziejnie? 

Zrobił coś, czego bardzo żałował, ale przy- 

background image

najmniej  próbował  naprawić  dawne  błędy.  Teraz  wyraźnie 

zdawał sobie sprawę z ich istnienia. W przeszłości nieraz nad 
nim panowały, nieraz im ulegał. 

Angelstenowie  powiedzieliby,  że  pozwolił  Szatanowi 

zwyciężyć, zarzucił walkę, którą oni prowadzili każdego dnia - 
walkę ze złem. 

Usiadł gwałtownie na posłaniu, otworzył butelkę i ponownie 

napełnił kieliszek. Tym razem nawet nie dodał cukru i wody. 

Znów opadł na poduszki. 
Kiedyś im wierzył. Wierzył, że zło naprawdę go opętało, że 

jest Szatanem wcielonym, jak mówili. 

Czy kiedykolwiek przyszło im do głowy, jak wyglądają jego 

sny?  Nieraz  nawiedzały  go  najgorsze  koszmary  -  obraz 
Szatana, wijącego się w jego wnętrzu niby wąż. Nie wiedział 
tak  naprawdę,  co  znaczą  ich  słowa,  był  za  mały,  by  je 
zrozumieć. 

Najgorsze  nie  były  wcale  kary  cielesne.  Najgorsze  były 

ciemności. Strach, który czuł za każdym razem kiedy posyłano 
go do piwnicy. Ten strach chyba miał go już nigdy nie opuścić. 

background image

Nawet teraz, w dorosłym życiu, w ciemnościach trząsł się jak 

liść osiki. 

Przymknął oczy. Jego ciało robiło się cięższe, serce biło coraz 

wolniej. 

Może właśnie dlatego malował nocami? Wolał to, jeśli tylko 

mógł  wybrać.  Był  jak  nocne  zwierzę.  W  porze,  kiedy  inni 
kładli się spać, on rzadko bywał zmęczony. 

Próbował  odpędzić  od  siebie  myśli,  oczyścić  umysł,  ale  im 

bardziej próbował, tym bardziej natarczywy stawał się głos w 
jego głowie. Jego własny głos. 

Przewrócił się na bok. Czemu sen nie przychodzi? 
W  dniu,  kiedy  uciekł  z  Angelsten  obiecał  sobie,  że  nigdy 

więcej  nie  poświęci  im  ani  jednej  myśli.  Początkowo  nawet 
udawało się mu to. Nie mógł jednak zapomnieć. Wszystko, co 
się  tam  wydarzyło,  tkwiło  w  nim  głęboko,  było  jego 
nieodłączną częścią. 

Przez długi czas potrafił nie dopuszczać do siebie przykrych 

wspomnień.  Nie  myślał  o  Angelstenach,  przekonał  samego 
siebie, że nie może nic zrobić, ale 

background image

teraz  wspomnienia  powróciły,  wylazły  z  zakamarków, 

czarne, ohydne, niczym kłębowisko węży. 

To Blanche je wywołała. Opowieść o chłopcu była jak echo z 

przeszłości. On też miał blizny na plecach, został naznaczony 
na całe życie, tak jak wielu innych, którzy niegdyś mieszkali w 
Angelsten. 

Co  on  sobie  właściwie  wyobrażał?  Sądził,  że  wystarczy 

wyjechać, by koszmar się skończył? A co z tamtymi, których 
wtedy zostawił? Wiedział, co się dzieje, kiedy któreś dziecko 
ucieka. Pozostałe dzieci musiały ponieść karę, tak by z kolei 
żadnemu z  nich nie przyszło nic  głupiego do głowy. On też, 
zaledwie  kilka  dni  przed  ucieczką,  musiał  odpokutować  za 
chłopca, który pewnego ranka zniknął z Angelsten. 

Otworzył oczy. 
Nadal widział wszystko tak wyraźnie. 
Wiedział już, czemu czuje się tak okropnie, czemu dręczy go 

niepokój. 

Wcale  nie  dlatego,  że  za  kilka  godzin  miął  spotkać  się  z 

siostrą. Była przecież miłą, serdeczną kobietą, zdawałoby się - 
doskonałą.  Gdyby  nie  ta  jedna  rzecz.  Wiedział,  że  boi  się 
śmiertelnie, by nikt 

background image

nie poznał jej tajemnicy. I nie wiedziała, że on ją poznał. Ta 

jedna  rzecz  mogła  sprawić,  że  jej  idealne  życie  legnie  w 
gruzach. 

Wciągnął głęboko powietrze. 
Przyczyną niepokoju nie były też wspomnienia z dzieciństwa. 
Czy  kiedykolwiek  zrobił  coś  dla  innych?  Nigdy.  Był  zbyt 

zajęty samym sobą, swoimi myślami. Niezależnie od tego, jak 
bardzo starał się pozbyć wspomnień, za pomocą wina, absyntu, 
sztuki, nigdy tak naprawdę nie znikały. Mógł zagłuszyć je na 
chwilę,  ale  zawsze  powracały.  I  wraz  z  nimi  powracał  lęk, 
gwałtowny.  Czuł  się  wtedy  tak,  jakby  miał  zaraz  umrzeć. 
Budził  się  zlany  potem,  serce  tłukło  mu  się  w  piersi,  miał 
wrażenie,  że  spada  w  przerażającą  ciemną  otchłań.  Jeśli  w 
takiej  chwili  był  sam,  jeśli  nie  było  obok  nikogo,  kto  by  go 
przytulił,  to  potem  często  musiało  minąć  kilka  dni,  nim  w 
końcu odważył się wyjść z domu. 

Usiadł  na  posłaniu,  dotknął  gołymi  stopami  zimnych  desek 

podłogi. 

Schował twarz w dłoniach. 
W Angelsten nadal mieszkały dzieci, dzieci, któ- 

background image

re każdego dnia przeżywały to samo, co on niegdyś. Wtedy 

nie  znał  innej  matki  niż  pani  Angelsten,  dopiero,  kiedy  był 
starszy dowiedział się, że nie wszystkie zachowują się tak jak 
ona. 

Czasami było mu za nią wstyd. Wierzył przecież, że jest z jej 

ciała i krwi, inne dzieci były tylko jej wychowankami. Często 
traktowała go nawet znacznie bardziej surowo niż pozostałych. 

Z czasem zrozumiał dlaczego. 
Przesunął dłońmi po twarzy. Jego mistrz dużo mówił o tym, 

że w życiu trzeba dokonywać odpowiednich wyborów. Tylko 
co on wiedział o ciemnych stronach życia? 

Opadł  na  posłanie,  przewrócił  się  na  bok.  W  głowie  mu 

szumiało,  absynt  działał.  Zaczynał  odczuwać  upragnione 
otępienie. Jednakże głos w jego głowie nie chciał zamilknąć. 

A jeśli znów to się stanie? 
Może kiedyś uda mu się zapomnieć, może z czasem uwolni 

się od tej ciemności, która próbowała go pochłonąć, tylko jak 
długo zdoła ignorować to, co nadal dzieje się w Angelsten? 

Czuł, że musi coś zrobić. Dla wielu było już za 

background image

późno,  ale  co  z  tymi  dziećmi,  które  właśnie  teraz  leżą  w 

łóżkach, z lękiem myśląc o nadejściu nowego dnia, tak jak on 
sam  tyle  razy?  Co  ten  dzień  przyniesie?  Może  jakiś  mały 
chłopiec zostanie za karę zamknięty w piwnicy? Wychłostany? 

O  niego  nikt  nie  walczył,  ale  historia  o  dziewczynce,  która 

uciekła  z  Angelsten,  bardzo  go  poruszyła.  Dziewczynka 
próbowała coś zrobić, Blanche także, ale ich wysiłki na nic się 
nie zdały. 

On  za  to  wiedział,  jak  położyć  kres  temu  koszmarowi.  I 

zamierzał tego dokonać. 

Choć cena będzie wysoka. 
Osunął  się  w  sny,  wspomnienia.  Najgorszy  sen,  koszmar, 

który  prześladował  go  przez  wszystkie  te  lata,  miał  pewnie 
nigdy nie dać mu spokoju. 

Była połowa czerwca, zbliżały się sianokosy. Jak zwykle w 

gospodarstwie było dużo pracy. On i dwaj inni chłopcy dostali 
za zadanie wysmołować starą stajnię. 

Nadal pamiętał, jak pachniały rozgrzane drewniane belki. To 

był jeden z pierwszych ciepłych dni tego lata. Słońce mocno 
przypiekało. On i jego to- 

background image

warzysze  zdjęli  koszule.  Blada  skóra  na  ich  plecach 

poczerwieniała.  Kiedy  szli  spać,  tak  ich  piekło,  że  musieli 
położyć się na brzuchu. 

Dwaj  pozostali  skarżyli  się  na  ciężką  pracę.  On  był 

zadowolony. Lubił patrzeć, jak szarobrunatne belki nasączają 
się świeżą smołą, brunatnieją. 

Następnego  dnia  pogoda  się  zmieniła.  Pan  Angelsten 

powiedział,  że  mają  skończyć  przed  deszczem.  Jeden  z 
chłopców, Edvin, niechcący, zapewne w pośpiechu, przewrócił 
wiadro  ze  smołą.  Pan  Angelsten  oczywiście  wściekł  się,  nie 
miało  znaczenia,  że  chłopiec  nie  zrobił  tego  specjalnie.  Pan 
Angelsten  był  bardzo  oszczędny  i  widok  rozlanej  smoły 
niezwykle go rozdrażnił. 

Edvinowi  przyszło  posmakować  pasa  tego  wieczoru.  Pana 

Angelstena  nie  wzruszyły spieczone  na  słońcu plecy.  Potem, 
jak tyle razy wcześniej, rozmawiali we trzech o ucieczce. 

Ci  dwaj  chłopcy  byli  jego  najlepszymi  przyjaciółmi. 

Rozumieli,  że  jest  mu  chyba  jeszcze  trudniej  niż  innym 
dzieciom. 

Kilka dni później Edvin zrobił to, o czym mówili. Pewnego 

poranka okazało się, że zniknął. Wywołało 

background image

to  wielkie  poruszenie,  mimo  wszystko  w  Angelsten  rzadko 

zdarzały się ucieczki. Bo niby dokąd uciec? Większość dzieci 
doskonale znała smak biedy, niektóre wiedziały również, co to 
znaczy  żebrać.  Już  lepsze  było  Angelsten,  tam  przynajmniej 
mieli jedzenie i dach nad głową. 

Jego  zdaniem  jednak  przed  ucieczką  głównie  po-

wstrzymywała  myśl  o  tym,  że  pozostałe  dzieci  czeka  kara.  I 
dlatego czuł, że zawiódł się na Edvinie. Zniknął tak po prostu, 
o  niczym  im  nie  powiedział.  Ani  słowem  nie  wspomniał  o 
swoich planach. Owszem, często, leżąc wieczorem w łóżkach, 
rozważali, jak by to było uciec z Angelsten, ale żaden z nich nie 
brał tego na poważnie. To było marzenie, deska ratunku, której 
chwytali się, kiedy wszystko stawało się nie do zniesienia. 

Oczywiście  zostali  ukarani,  ale  tym  razem  pan  Angelsten 

potraktował ich wyjątkowo łagodnie. Tego dnia nie dostali nic 
jeść,  tylko  wodę  do  picia.  Zdziwił  się.  Angelsten  musiał  ich 
podejrzewać, że znali plany kolegi, ale o nic ich nie pytał, nie 
próbował z nich wyciągnąć dokąd mógł uciec. 

Kiedy zapadł wieczór, zaczęło porządnie ściskać 

background image

go  w  żołądku.  Nic  dziwnego,  po  całym  dniu  pracy. 

Postanowił, że zejdzie do kuchni i ukradnie trochę chleba ze 
spiżarni. 

Wiedział, że to nierozsądne, że może zostać przyłapany, ale 

głód dawał się we znaki. Potem, kiedy o tym myślał, doszedł 
do wniosku, że głównym motywem jego postępowanie wcale 
nie był głód. 

Przede wszystkim chciał zagrać na nosie panu Angelstenowi i 

swojej, jak wówczas wierzył, matce. 

Leżał  w  łóżku  i  nasłuchiwał,  ale  w  całym  domu  panowała 

całkowita cisza. Był pewien, że matka i pan Angelsten udali się 
już  na  spoczynek.  Zawsze  kładli  się  wcześnie  i  wcześnie 
wstawali. 

- Ole? - wyszeptał, ale jego towarzysz już spał. 
Może  i  on  powinien  zasnąć,  zapomnieć  o  burczeniu  w 

żołądku. 

Zagryzł  dolną  wargę.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie 

lepiej zostać w ciepłym łóżku. Był wyczerpany po całodziennej 
pracy.  Na  polecenia  pana  Angelstena  musiał  posprzątać  w 
wozowni. Bez jedzenia szybko opadł z sił. Mógł pić wodę, ale i 
tak kręciło mu się w głowie i parę razy o mało nie zemdlał. 

background image

Czy to właśnie miała na myśli matka, mówiąc, że mieszka w 

nim Szatan? Że to Szatan kieruje jego czynami? 

Może  miała  rację.  Pobożnemu,  dobremu  dziecku  nigdy  nie 

przyszłoby  do  głowy,  żeby  kraść  ze  spiżarni.  A  jemu  na 
ramieniu chyba siedział mały czerwonooki diabeł i krzyczał do 
ucha, żeby to zrobił. 

Odrzucił  kołdrę  na  bok.  Wstrząsnął  się.  W  pokoju  było 

lodowato. Pogoda się zmieniła, a noce o tej porze roku nadal 
były zimne. 

Wiedział,  że  w  spiżarni  jest  mnóstwo  smakołyków.  Pan 

Angelsten zaprosił gości, służące już od kilku dni trudziły się w 
kuchni. 

Na samą myśl o tym pociekła mu ślinka. Na pewno nikt nie 

zauważy, jeśli weźmie jedno małe ciastko. Poza tym nie zrobił 
przecież nic złego! To Edvin uciekł. Co za niesprawiedliwość, 
że on i pozostałe dzieci muszą za to cierpieć! 

Rozgrzany własnym gniewem wymknął się na korytarz. Tam 

też panowała cisza, nie zakłócał jej najdrobniejszy dźwięk. 

Już  się  cieszył  na  chwilę,  kiedy  poczuje  na  języku  smak 

ciastek śmietankowych. Dzieci rzadko mia- 

background image

ly  okazję  próbować  takich  rarytasów,  były  one  za-

rezerwowane  dla  dorosłych.  On  i  tak  miał  lepiej.  Czasami 
matka zabierała go na jakieś przyjęcie. Nawet wtedy nie mógł 
jednak najeść się smakołyków do syta, bo matka nie spuszczała 
z niego wzroku i pilnowała, by przypadkiem nie wziął za dużo. 
A jeśli ignorował jej ostrzegawcze spojrzenia, wiadomo było, 
co go czeka po powrocie do domu. Ale czasem było warto. 

Przemknął do schodów. Pamiętał, że trzeba ominąć pierwszy 

stopień, który strasznie trzeszczał. 

Przez okna wpadał blady blask księżyca. Cienie były ciemne, 

wydłużone. Niedługo miał nadejść świt, o tej porze roku noc 
nie trwa długo. 

Zszedł na sam dół. Już z daleka poczuł słodki zapach świeżo 

upieczonych ciastek. 

Żołądek wywracał mu się z głodu. 
Przemknął  pod  ścianą,  aż  dotarł  do  drzwi  kuchennych. 

Księżyc  wisiał  wielki  i  srebrny  za  podzielonym  na  małe 
kwadraty oknem, kreśląc podłogę siatką cienia. 

Nagle znów ogarnął go strach przed ciemnością. Co się kryje 

za zamkniętymi drzwiami? Może Angelsten siedzi tam i czeka 
na niego? 

background image

Wstrzymał oddech. Nasłuchiwał. Nic, cisza. 
Weź się w garść, Frederiku. Wszyscy śpię. Teraz pójdziesz do 

spiżarni, złapiesz szybko trochę jedzenia i migiem do pokoju. 
Nikt się nie dowie, a ty pójdziesz spać najedzony. 

Myśl  o  jedzeniu  dodała  mu  odwagi.  To  nie  było  takie 

straszne, nie aż tak straszne, jak siedzenie w piwnicy. Z tym nic 
nie mogło się równać. Tyle razy go tam zamykano. Nawet nie 
pamiętał, kiedy stało się to po raz pierwszy, chyba musiał być 
bardzo mały. 

Drzwi do spiżarni były na drugim końcu kuchni. Zebrał się na 

odwagę i zaczął biec. 

W połowie drogi przystanął. 
Coś za oknem zwróciło jego uwagę. 
Zesztywniał. Stał i patrzył. 
Jakiś ruch. Rozpoznał sylwetkę. To był pan Angelsten, mąż 

matki. Jego ojczym. 

Stał  znieruchomiały.  Przemknęło  mu  przez  głowę,  że 

powinien  uciekać,  biec  co  sił  w  nogach,  aż  znajdzie  się  w 
swoim pokoju, pod kołdrą, uciekać, nim tamten go zauważy, 
ale nie mógł się ruszyć. Coś trzymało go w miejscu. Coś tu się 
nie zgadzało. 

background image

Już  samo  to,  że  pan  Angelsten  spacerował  o  tej  porze  po 

ogrodzie,  było  dość  dziwne.  Jeszcze  dziwniejszy  chyba  był 
sposób, w jaki szedł - jakby dźwigał coś ciężkiego. 

Wtedy Frederik to zobaczył. 
Najpierw  nogi,  potem  blade,  bezwładnie  zwisające  stopy. 

Zarys ciała dziecka. Jedno ramię kołysało się w rytm kroków 
Angelstena. 

Stał  jak  skamieniały.  Co  właściwie  zobaczył?  Nie  widział 

teraz zbyt wyraźnie. Próbował zebrać myśli. 

Pan Angelsten niósł w ramionach nieprzytomne dziecko. W 

środku nocy. 

Frederik,  choć  w  pierwszej  chwili  miał  ochotę  uciec  do 

swojego  pokoju,  przebiegł  przez  kuchnię  i  dopadł  drzwi 
jadalni.  Nacisnął  klamkę.  Zaskrzypiała.  Na  szczęście  wielkie 
podwójne drzwi otworzyły się bezgłośnie. Przemknął do okna. 
Wyjrzał. Po chwili z cienia wielkich krzaków róży wychyliła 
sylwetka ojczyma. 

Frederik  wstrzymał  oddech.  Nie  pomylił  się.  Angelsten 

naprawdę niósł w ramionach nieprzytomne dziecko. 

Teraz widział wszystko dokładnie. Mężczyzna 

background image

zatrzymał  się  przy  krzakach  owocowych  rosnących  koło 

stajni, niedaleko okna, przy którym stał Frederik. 

Angelsten przystanął i rozejrzał się dokoła. Frederik skulił się. 

Widział go? 

Chyba nie, bo pochylił się i położył ciało na ziemi. 
Frederikowi zrobiło się słabo, nie wiedział, czy z głodu, czy z 

powodu tego, co zobaczył. 

Księżyc  oświetlił  bladą  twarzyczkę  dziecka.  Nie  ulegało 

wątpliwości, to był Edvin. 

Myśli  kłębiły  się  w  głowie  Frederika,  chaotyczne, 

przerażające. 

Edvin jednak nie uciekł? 
Wpatrywał się w nieruchome ciało, zbielałą twarz. 
Czyżby był chory? Ranny? Angelsten, który zniknął gdzieś na 

chwilę, teraz wrócił. 

Kiedy  Frederik  zobaczył,  co  trzyma  w  rękach,  wszystko 

zrozumiał. Zrobiło mu się niedobrze. Pan Angelsten przedarł 
się przez krzaki i oparł łopatę o mur stajni. 

background image

Doszły  go  stłumione  dźwięki.  Mężczyzna zagłębił łopatę  w 

ziemi,  wspierając  na  niej  stopę,  wykopał  pierwszą  porcję 
ziemi. Potem kolejną. I kolejną. 

Frederik marzł. Pocił się. Cały drżał. 
Nie  wiedział,  ile  minęło  czasu,  kiedy  ojczym  wreszcie 

odrzucił łopatę i podszedł do leżącego na ziemi chłopca. 

Co on zamierza zrobić? Przez chwilę stał w bezruchu, nagle 

pochylił  się  i  podniósł  ciało.  Potem  wrzucił  je  do  świeżo 
wykopanego grobu. 

Jak ścierwo. 
Tam  spoczął  jego  przyjaciel  -  za  krzakami  porzeczek,  pod 

ścianą stajni. 

background image


 
Bera usiadła przed toaletką i wzięła szczotkę do ręki. Powoli 

przesunęła nią po białych długich włosach, które opadały na jej 
ramiona niczym jedwabna przędza. Kiedyś były takie piękne, 
mocne, lśniące, wzbudzały zazdrość u wielu kobiet. Z czasem 
jednak  zmieniły  barwę,  już  nie  przypominały  pola  dojrzałej 
pszenicy. To działo się stopniowo, były jasne, więc siwe pasma 
nie  rzucały  się  tak  w  oczy,  ale  w  końcu  biel  zwyciężyła. 
Zrobiły się też rzadkie i cienkie, trudno było je zapleść, dlatego 
najczęściej upinała je w węzeł na karku. 

Odłożyła szczotkę i zapatrzyła się w swoje odbicie w lustrze. 
Jakby patrzyła na obcą osobę. Kiedy jej skóra zrobiła się taka? 

Uniosła dłoń, dotknęła siateczki 

background image

zmarszczek pod oczami, bruzd wokół ust i na szyi. Cienka i 

niemal przezroczysta, pamiętała, że jej babcia też taką miała. A 
brwi! Próbowała je układać, wyrywała te najdłuższe, ale i tak 
stroszyły się po swojemu. 

Wysunęła  podbródek  i  obejrzała  się  z  boku.  Na brodzie  też 

rosły długie kłaki! 

Miała  ochotę  się  rozpłakać.  Obraz  w  lustrze  w  ogóle  nie 

odpowiadał temu, jaka była naprawdę. 

Złożyła dłonie na podołku. Przesunęła wzrokiem po koszuli 

bez rękawów, po nagich ramionach. Nadal była szczupła, nie 
rozlała się, jak tyle kobiet w pewnym wieku. Pewnie miała to 
po matce i babce, one też zachowały figurę. 

Przesunęła dłońmi po ramionach. Nieczęsto pozwalała sobie 

na  takie  rozmyślania,  na  co  dzień  nie  zastanawiała  się  nad 
takimi  sprawami,  ale  czasami,  tak  jak  dzisiaj,  pytała  samą 
siebie,  kiedy  to  życie  zdążyło  minąć.  Te  wszystkie  dni,  lata. 
Była stara, wiedziała, że niedługo nadejdzie koniec. 

Trochę było jej wstyd, przecież niczego jej nie brakowało, na 

milszych  gospodarzy  na  pewno  nie  mogłaby  trafić, 
jednocześnie jednak z bólem myśla- 

background image

ła o tym, że sama nigdy nie założyła rodziny. Owszem, dla 

Abelone i dzieci była jak babcia, sama czuła się ich babcią, ale 
tak naprawdę nie łączyły ich więzy krwi i żadne z nich o tym 
nie zapominało. 

Odgarnęła  kosmyk  z  czoła.  Próbowała  sobie  przypomnieć, 

jak  wyglądała  jako  młoda  dziewczyna.  Chyba  była  bardzo 
ładna? Teraz nawet jej oczy straciły kolor, spłowiały. A kiedyś 
były ciemnoniebieskie. Jeden chłopiec powiedział nawet, że są 
tej samej barwy co fiołki! 

Odchyliła się na oparcie. Była piękna w młodości - ale któż 

nie jest piękny w tym wieku, nim skóra się pomarszczy, włosy 
posiwieją, ciało straci sprężystość. Wtedy o tym nie myślała, 
chyba była bardzo nieśmiała, nawet jej do głowy nie przyszło, 
że może się komuś podobać. 

Spojrzała za okno, na znany, kochany widok, fiord i szkiery 

otulone gęstą poranną mgłą. 

Pozwoliła myślom płynąc swobodnie, zabrać ją z powrotem 

do wiosny życia. 

Kiedy  miała  trzynaście  lat,  przyjęto  ją  na  służbę  do  Gimle. 

Tak  się  cieszyła,  a  wraz  z  nią  cała  rodzina.  Potrzebowali 
pieniędzy, poza tym wiadomo 

 

background image

było, że gospodarze z Gimle dobrze traktują pracowników. 
Tyle się przez ten czas zmieniło. Samo gospodarstwo może 

nie  aż  tak  bardzo,  największe  zmiany  dotyczyły  samych 
mieszkańców.  Z  tych,  którzy  mieszkali  w  Gimle,  kiedy 
przyszła na służbę, wszyscy już nie żyli, prócz jakichś dalekich 
krewnych.  Gospodarzem  był  wtedy  dziadek  Aksela,  potem 
gospodarstwo  przejął  jego  syn,  ojciec  Aksela,  w  końcu  sam 
Aksel. 

Kiedy myślała o tych wszystkich pokoleniach, które przyszły 

na świat i z niego odeszły, smutek ją ogarniał, że nie doczeka, 
kiedy Jorgen stanie się dorosłym mężczyzną. Zawsze uważała, 
że  będzie  z  niego  wspaniały  gospodarz,  tak  jak  jego  ojciec  i 
dziadek. Miał to w sobie, takie rzeczy widać od najmłodszych 
lat.  Na  razie  przypominał  Louise,  wyczuwało  się  w  nim  ten 
sam spokój i pogodę ducha, Isak z kolei był równie postrzelony 
jak Aksel w dzieciństwie i młodości. 

Zacisnęła  dłoń  na  szczotce  i  spojrzała  na  palce  wykręcone 

artretyzmem.  Kiedyś  nie  zastanawiała  się,  jak  to  jest  się 
starzeć, ale teraz, mając za sobą te wszystkie lata, zrozumiała, 
jakie krótkie jest życie. 

background image

W młodości człowiek o tym nie myśli, wtedy wydaje mu się, 

że  będzie  wiecznie  młody,  ale  potem  zaczyna  uświadamiać 
sobie upływ czasu i nieuchronność końca. 

Przypomniała sobie kazanie z zeszłej niedzieli. Pastor mówił 

o Hiobie. Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. 

Uśmiechnęła się, pomyślała o wszystkich dzieciach, które za 

jej życia przyszły na świat, które przy niej dorastały. Mieszkała 
w Gimle od ponad sześćdziesięciu lat! Najbardziej wdzięczna 
była właśnie za te dzieci. Pielęgnowała je jak własne, kołysała 
do snu, karmiła, pomagała we wszystkim, z czym nie dawały 
sobie  rady.  Czasami  myślała  sobie,  że  była  dla  nich  bardziej 
matkę  niż  ich  prawdziwa  matka,  szczególnie  w  przypadku 
matki Aksela, która nigdy specjalnie nie dbała o swoje dzieci i 
nie okazywała im nadmiernej czułości. 

Spojrzała na swoje odbicie, popatrzyła sobie prosto w oczy. 

Myślała o tym, jak ona zawiniła wobec dziecka, jaki straszliwy 
grzech  popełniła.  Aż  do  zeszłej  zimy  nikomu  o  tym  nie 
mówiła. 

Jak mogła nie wiedzieć, że jest w ciąży? Bab- 

background image

 
ka Aksela pytała ją nawet, czy to możliwe, ale nawet wtedy 

nie uświadomiła sobie prawdy. Dopiero tamtego wieczoru, w 
wygódce, dotarło do niej, co się dzieje. Urodziła w samotności. 
Nie to jednak było najstraszniejsze, lecz to, że dziecko urodziło 
się martwe. Kiedy przyszło na świat, było takie blade. Potem 
poczuła, jak ciałko chłopca stygnie i wtedy zrozumiała, że nie 
żyje. Zmarł, kiedy nosiła go pod sercem. Nawet nie wiedziała, 
że jest w ciąży. 

Dziecko. Mogłaby je pokochać ponad  wszystko na  świecie, 

mimo okoliczności, w jakich zostało poczęte. 

Przymknęła  oczy,  westchnęła  głęboko  i  oparła  głowę  na 

poręczy  krzesła.  Czyjej  życie  wyglądałoby  inaczej,  gdyby 
tamto  się  nie  wydarzyło?  Potem  wystrzegała  się  mężczyzn. 
Nawet teraz, jako stara kobieta, czasami zastanawiała się, czy 
ponosiła winę za to, co się stało. 

Była w nim zakochana, durzyła się w nim już od dłuższego 

czasu,  choć  wiedziała,  że  ma  nienajlepszą  opinię.  Wiele 
dziewczyn  zerkało  w  jego  stronę.  Tak  się  cieszyła,  kiedy 
tamtego wieczoru poprosił ją do tańca. Był taki miły, okazywał 
jej zainteresowanie, 

 

background image

tak  jak  zawsze  o  tym  marzyła.  Jednakże  kiedy  znaleźli  się 

sami  w  stodole,  nagle  się  zmienił.  Jego  ręce  były  wszędzie, 
twarde i brutalne. Poprosiła go, by przestał, ale on nie słuchał, 
nie dawał za wygraną, choć próbowała się bronić. 

Krzyczała, ale kiedy jego brat w końcu przybiegł, było już za 

późno.  Dziewięć  miesięcy  później  urodziła.  W  szoku, 
przerażona,  pochowała  dziecko  na  mokradle.  Dopiero  w 
zeszłym  roku  przeniesiono  je  do  poświęconej  ziemi.  Leżało 
teraz  w  nieoznaczonym  grobie  w  północno-wschodnim  rogu 
cmentarza. 

Oddychała  z  trudem,  kręciło  się  jej  w  głowie.  Przycisnęła 

dłoń do serca, próbowała uspokoić oddech. 

Okłamała Aksela i Abelone mówiąc, że ten mężczyzna nie był 

stąd, odwiedzał tylko kogoś z sąsiedniej wsi i że potem nigdy 
więcej go nie zobaczyła. 

Przez  tyle  lat  trzymano  to  w  tajemnicy,  czemu  teraz  ona 

miałaby ją wyznać? Ludzie z  Gimle wybrali milczenie. Była 
jedyną żyjącą osobą, która znała prawdę. 

Poza tym tak było prościej. Nikt o niczym nie 

background image

wiedział, nikt nigdy nie próbował z nią rozmawiać o tym, co 

się  wtedy  wydarzyło.  Nigdy.  Ani  jedna  osoba.  Może 
mieszkańcy Gimle ponieśli tak wielką ofiarę, że nie mieli siły o 
tym mówić? Tego nie wiedziała. 

Odetchnęła głęboko, zebrała włosy w węzeł i podniosła się. 
Prawda umrze razem z nią. I hańba, która spadła wówczas na 

Gimle. 

background image


 
Abelone  szła  przez  dziedziniec  uśmiechając  się  do  siebie. 

Była właśnie z wizytą u dzierżawców, urodziło im się pierwsze 
dziecko. Chłopiec był silny i zdrowy. Ojciec pękał z dumy, a 
matka nie mogła oderwać wzroku od pierworodnego. 

Abelone  poruszyła  ta  scena:  mężczyzna  siedzący  na  brzegu 

łóżka, wpatrzony w żonę i dziecko przy jej piersi. Było w tym 
jakieś  niezwykłe  ciepło.  Osobny  mały  świat,  dobry  i 
bezpieczny. 

Tak samo było, kiedy urodził się jej syn. Erik był taki dumny, 

uśmiech  nie  schodził  mu  z  twarzy,  choć  miał  wówczas  tyle 
zmartwień. 

I nagle został jej odebrany. Bez ostrzeżenia. Nie zdążyli się 

nawet pożegnać. Nie zobaczy, jak dorasta jego syn. 

background image

Wraz ze śmiercią Erika jej życie legło w gruzach. Sama nie 

wiedziała, co by zrobiła, gdyby nie synek. Tylko dzięki niemu 
przetrwała, dla niego znajdowała co rano siły, by wstać z łóżka. 
Nie  miała  wyboru.  Była  matką,  gospodynią,  siostrą  i  córką. 
Wszyscy jej potrzebowali. 

Zawołała Wilmę, zajętą kopaniem dołka w ziemi. Przybiegła, 

cały pyszczek i łapy miała czarne. 

- Ale jesteś brudna! 
Wilma  nie  wyglądała  na  szczególnie  przejętą.  Abelone 

wiedziała za to, że ojciec z pewnością nie byłby zachwycony, 
gdyby wpuściła psa w takim stanie do kuchni. Wilma będzie 
musiała  poleżeć  na  schodach,  aż  obeschnie  na  niej  świeża 
ziemia. 

Ostatnio  Abelone  często  myślała  o  Gregerze  Langaardzie. 

Cieszyła się, że była wobec niego szczera, mimo że musiała go 
zranić. 

Może  w  ogóle  nie  potrafiła  już  nic  poczuć  do  mężczyzny? 

Jeśli nawet taki Greger Langaard nie wzbudził w niej uczuć? 

Znów pomyślała o maleństwie w ramionach matki. Chłopiec 

był  taki  piękny,  miał  ciemne  włosy,  usta  jak  pączek  kwiatu, 
jasnoróżową skórę. A te 

 

background image

drobne  paluszki,  małe  stopki!  Już  prawie  zapomniała,  jak 

wygląda nowo narodzone dziecko. 

Jak to by było znowu tulić do siebie takie dzieciątko? Nosić je 

pod sercem przez dziewięć miesięcy, wydać je na świat, karmić 
własną piersią? 

Jakoś nie mogła sobie wyobrazić ponownego zamążpójścia, 

nawet  nie  miała  na  to  ochoty,  ale  dziecko?  Widok  tamtego 
chłopca coś w niej obudził, przypomniał ten piękny czas tuż po 
narodzinach Małego Erika. 

Czy jeszcze kiedyś tego doświadczy? 
Zawsze  myślała,  że  będzie  miała  dużo  dzieci.  Zresztą  w 

pewien sposób miała. Była jak matka dla swojego rodzeństwa, 
w każdym razie na pewno dla bliźniaków. W przeciwieństwie 
do  Marie  nie  pamiętali  matki.  Skręciła  w  stronę  ścieżki 
prowadzącej do drogi i rozejrzała się za Wilmą. 

-  Wilma,  do  nogi!  -  zawołała,  pies  jednak  się  nie  pokazał. 

Przeszłą  jeszcze  kilka  kroków,  zagwizdała.  Może  pies  nie 
zauważył, kiedy skręciła? 

Przystanęła i zaczęła rozglądać się dokoła. 
Jak  cicho.  Tylko  liście  szumiały,  poruszane  lekkim 

powiewem wiatru. 

background image

Uniosła wzrok. Słońce wciąż stało wysoko na niebie, nie było 

powodu do niepokoju. 

Mimo to czuła jakiś dziwny łęk. 
Serce tłukło się w jej piersi, krew mocno pulsowała. 
Rozejrzała  się  prędko  dokoła.  Miała  wrażenie,  że  zewsząd 

patrzą  na  nią  jakieś  ciemne  oczy  -  zza  głazów,  drzew, 
poskręcanych korzeni. 

Ruszyła z miejsca, tym razem szybszym krokiem. 
- Wilma?  -  krzyknęła jeszcze raz. W jej głosie słychać  było 

strach. 

Weź  się  w  garść,  Abelone,  próbowała  przywołać  się  do 

porządku. Jesteś przewrażliwiona po tym, co wydarzyło się nad 
jeziorem. 

Zaczęła biec. 
Wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Że za nią idzie. 

background image


 
Ukląkł na miękkim mchu, pochylił się i złożył w czarkę swe 

wielkie szorstkie dłonie. Zanurzył je chłodnej wodzie, po czym 
uniósł do twarzy i spryskał ją, potem jeszcze raz. 

Przez  chwilę  obserwował,  jak  krople  trafiają  powierzchnię 

wody, jak rozchodzą się po niej kręgi, a potem znowu powraca 
spokój. 

Jezioro  było  niczym  lustro.  Widział  odbijające  się  w  nim 

czyste,  błękitne niebo,  korony  drzew  tworzące  sklepienie  nad 
jego głową, dziwnie skręcony korzeń -wszystko dokładnie tak, 
jak w rzeczywistości. 

Prawie wszystko. 
Twarz,  którą  widział  w  tym  lustrze,  nie  była  taką,  jaką  on 

widział, ale taką, jaką widzieli inni. Oczy, usta, sylwetka  - to 
był on, a jednocześnie nie on. 

background image

Mężczyzna, któremu patrzył teraz prosto w oczy, był mu obcy. 
Podniósł się pospiesznie, otarł twarz rękawem. 
Nie wiedziała, że znajduje się tuż-tuż. On za to wiedział, gdzie 

jest ona. Była z wizytą u dzierżawców, śledził ją, kiedy szła do 
nich ze skopkiem, zapewne wypełnionym kaszą dla położnicy. 
W Gimle nie oszczędzali, zawsze chwalili się bogactwem. 

Zdał sobie sprawę, że oddycha coraz szybciej, tak jak zawsze, 

kiedy był podniecony albo zły. 

Nie teraz. Musi być ostrożny, zachować ciszę, stawiać stopy 

na  miękkim  mchu,  poruszać  się  jak  dzikie  zwierzę,  czujnie  i 
prędko. 

Zaczerpnął powietrza głęboko do płuc, to zawsze pomagało, 

kiedy  jego  oddech  za  bardzo  przyspieszał,  kiedy  zaczynał 
ogarniać go gniew. 

Lekkim  krokiem  przemykał  między  drzewami,  całkowicie 

bezgłośnie.  Niedługo  znowu  ją  zobaczy,  sam  pozostając  w 
ukryciu. Nie zauważy go, nie usłyszy. 

Dopiero  kiedy  on  sam  tego  zechce.  Rozglądał  się 

niespokojnie. Czemu jej nie widać? Czyżby ją zgubił? 

background image

Nie, to niemożliwe, miał przecież... 
Jego  oddech  znów  przyspieszył.  W  tej  samej  chwili  ją 

zobaczył. 

Usłyszał w głowie własny śmiech, głośny i niepohamowany. 
Niczego  nie  przeczuwała.  Szła  pogrążona  we  własnych 

myślach, wołała psa. 

Przemknął  bliżej  ścieżki.  Przystanęła,  rozglądała  się  teraz 

dokoła. W jej pięknych błękitnych oczach czaił się lęk. 

Usłyszała go, wiedziała już, że jest gdzieś w pobliżu. Śledził 

każdy jej oddech, każdy ruch. 

Czemu ten śmiech nie chce zamilknąć? Czasami doprowadzał 

go do szaleństwa! 

Cicho, cicho! 
Uderzył się pięściami w skronie, przez chwilę zastanawiał się, 

czy  przypadkiem  nie  krzyknął  naprawdę,  ale  gdyby  tak  było, 
Abelone usłyszałaby go i zaczęła uciekać, a ona stała spokojnie 
w miejscu. 

Teraz ruszyła przed siebie, szła coraz szybciej. 
Jego  mięśnie  napięły  się  jak  u  drapieżnika.  Był  gotów 

wyruszyć na łowy. 

background image


 
Blanche  ułożyła  świeżo  upieczoną  szarlotkę  na  paterze  i 

przykryła  ją  serwetką,  by  zachowała  ciepło  do  przyjścia 
Friedricha. 

- Mamo, mogę spróbować? - Helene Augusta wspięła się na 

palcach i spojrzała tęsknie na ciasto. 

Blanche  uśmiechnęła  się  do  córki,  która  z  kolei  posłała  jej 

swój najbardziej błagalny i czarujący uśmiech. 

- Mamo, proszę! 
Blanche  pogładziła  dziewczynkę  po  lśniących  czarnych 

włosach, przewiązanych białą wstążką. 

- Zjemy ciasto, kiedy przyjdzie Friedrich. Helene Augusta nie 

uznała tej odpowiedzi za 

zdecydowaną odmowę, którą zresztą rzeczywiście nie była, 

background image

- Ale mamo, mam taką straszną ochotę! 
Za  kilka  tygodni  miała  skończyć  cztery  lata,  lecz  wiedziała 

już,  co  trzeba  zrobić,  żeby  osiągnąć  zamierzony  cel.  Złożyła 
dłonie,  przekrzywiła  głowę  i  zatrzepotała  długimi  czarnymi 
rzęsami. Doskonale zdawała sobie sprawę, jaka jest słodka. 

Blanche potrząsnęła głową. 
-  Nie,  musisz  poczekać  -  odparła,  tym  razem  bardziej 

zdecydowanym tonem. 

Kiedy  tylko  Helene  Augusta  zrozumiała,  że  bitwa  jest 

przegrana,  uśmiech  znikł  z  twarzy,  a  nosek  zmarszczył  się  z 
niezadowoleniem.  Tupnęła,  czarne  loki  zakołysały  się  wokół 
twarzy. 

- To niesprawiedliwe! 
Blanche zignorowała wybuch złości. 
- Może pomożesz mi przyrządzić lemoniadę? Helene Augusta 

od razu zapomniała o szarlotce. 

Bardzo lubiła pomagać w kuchni. Prędko przyniosła zydel, na 

którym zawsze stawała, by dosięgnąć blatu. 

- Dziś rano zagotowałam wody z cukrem - wyjaśniła Blanche. 

- Możesz przynieść trzy cytryny? Leżą na tacy w spiżarni. 

background image

Helene Augusta zeskoczyła na podłogę i pobiegła do spiżarni. 

Blanche  wyjęła  dwa  dzbanki,  mniejszy  i  większy.  Do 
lemoniady  dla  dorosłych  zwykle  dodawała  białego  wina,  do 
mniejszego chciała oddać porcję dla Helene Augusty. 

Denerwowała  się.  Przy  poprzednim  spotkaniu  byli  dość 

spięci.  Friedrich  nie  pasował  do  obrazu  brata,  który  sobie 
stworzyła. Miewał takie zmienne nastroje, nigdy nie wiedziała, 
czego się po nim spodziewać. Może to się zmieni, kiedy lepiej 
go pozna. 

Poza tym od tak dawna wiedział, że są rodzeństwem i dopiero 

teraz  postanowił  jej  o  tym  powiedzieć.  Czemu  wcześniej  do 
niej nie przyszedł? Kiedy ją malował, wiedział, że są bratem i 
siostrą! 

Miała  wrażenie,  że  jakby  ją  obserwował,  oceniał,  jakby 

najpierw  chciał  się  jej  przyjrzeć,  nim  powie  lej,  że  są 
rodzeństwem. 

Helene  Augusta  przyniosła  cytryny,  Blanche  zaczęła  je 

wyciskać. 

Z drugiej strony może to nie takie dziwne, że Friedrich nie od 

razu  powiedział  jej  prawdę.  Musiał  przeżyć  wstrząs,  kiedy 
dowiedział  się  w  dorosłym  życiu,  że  kobieta,  którą  zawsze 
uważał za mat- 

background image

kę,  tak  naprawdę  nią  nie  jest.  Nie  ukrywał  też,  że  decyzję 

swojej prawdziwej matki uważa za zdradę. 

Mieszały lemoniadę, Helene Augusta paplała beztrosko, a ona 

cały czas myślała o zbliżającej się wizycie. 

Dziwne było to wszystko. Sądziła, że kiedy odnajdzie brata, 

poczuje  z  nim  więź  od  pierwszej  chwili,  tak  się  jednak  nie 
stało. 

-  Lemoniada  gotowa  -  stwierdziła,  dolawszy  wina  do 

większego  dzbanka.  -  Możemy  poczekać  na  Friedricha  w 
ogrodzie. 

Helene  Augusta  przebiegła  tanecznym  krokiem  przez  salon 

ku  otwartym  na  oścież  drzwiom  prowadzącym  do  ogrodu. 
Cieszyła się na wizytę Friedricha, choć nie wiedziała, że jest on 
jej wujem. Za jakiś czas trzeba będzie jej to powiedzieć. 

Blanche  ustawiła  wcześniej  stół  i  krzesła  w  cieniu 

rozłożystych brzóz pod kamiennym murem. Usiadła teraz przy 
stole,  a  Helene  Augusta  pobiegła  na  plażę  koło  domu. 
Ukucnęła i zaczęła grzebać patykiem w piachu. 

Blanche  miała  nadzieję,  że  nie  będzie  taka  nerwowa,  kiedy 

przyjdzie Friedrich i że ich rozmowa 

background image

będzie  miała  swobodniejszy  przebieg  niż  ostatnio.  Minęło 

kilka  dni,  oboje  mieli  trochę  czasu  na  przetrawienie  całej 
sytuacji. Chciała lepiej go poznać, w końcu byli rodzeństwem. 

Patrzyła,  jak  Friedrich  bawi  się  z  Helene  Augustą. 

Dziewczynka  jeszcze  nie  miała  dosyć,  zabawa  w  łapanego 
zdawała  się  w  ogóle  jej  nie  nudzić.  Friedrich  był  swobodny, 
śmiał się głośno i szczerze. Właśnie przewrócił się na trawę, a 
Helene Augusta go łaskotała. 

Po  chwili  Blanche  zawołała  córkę.  Wkrótce  przybiegła, 

rozgrzana  i  zarumieniona.  Jasnożółta  sukienka  ozdobiona 
kwiatkami z fioletowego jedwabiu zazieleniła się od trawy. 

-  Chcecie  teraz  coś  zjeść  i  wypić?  Helene  Augusta 

przytaknęła radośnie. 

- Ja podam Friedrichowi! 
Rozmowa  toczyła  się  gładko,  w  dużym  stopniu  dzięki 

dziewczynce,  której  wyraźnie  podobało  się,  że  Friedrich 
poświęca jej uwagę. On chyba też dobrze się bawił. 

- Friedrichu, pójdziesz ze mną na plażę? - zapy- 

background image

tała  Helene  Augusta,  kiedy  już  zjadła  ciasto  i  wypiła 

lemoniadę.  -  Można  tam  znaleźć  piękne  muszle,  a  raz 
widziałam kraba! Ogromnego! Spojrzała na Friedricha. 

-  Biegnij,  ja  muszę  najpierw  porozmawiać  z  twoją  mamą  - 

odpowiedział z uśmiechem. 

Helene  Augusta  zrobiła  nadąsaną  minę,  ale  zsunęła  się  z 

krzesła i pobiegła nad wodę. 

Patrzyli  za  nią  w  milczeniu.  Beztroski  i  niewymuszony 

nastrój w jednej chwili zniknął. 

- Czarująca - powiedział Friedrich z uśmiechem. 
- Tak uważasz? - zaśmiała się Blanche. Czuła, że powinna coś 

powiedzieć.  -  Naturalnie,  masz  całkowitą  rację  -  dodała  i 
spoważniała. 

-  Blanche,  muszę  o  czymś  z  tobą  pomówić  -  powiedział 

Friedrich i zamilkł. 

Poruszyła się niecierpliwie. Co też leży mu na sercu? 
- Chciałbym ci opowiedzieć, w jaki sposób dowiedziałem się, 

że jesteś moją siostrą - zaczął cichym głosem i zerknął na nią. 

Odpowiedziała na jego spojrzenie. Nad tym wła- 

background image

śnie się zastanawiała. Jak to się stało, że po tylu latach pani 

Angelsten postanowiła wyznać, że nie jest tak naprawdę jego 
matką? 

Friedrich pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach. 
- Uprzedzam, że to, co powiem, może tobą wstrząsnąć. 
Spojrzała  na  niego  niepewnie.  Cóż  niby  miałoby  nią 

wstrząsnąć? 

-  Może  jestem  bardziej  odporna,  niż  na  to  wyglądam  - 

stwierdziła beztrosko. 

Friedrich uśmiechnął się, ale jego oczy były poważne. 
-  W  historii,  którą  zamierzam  ci  opowiedzieć,  są  pewne 

bardzo  poruszające  fragmenty.  Historia  ta  może  w  znaczący 
sposób wpłynąć na los wielu osób. 

Była coraz bardziej zaniepokojona. 
-  W  takim  razie  -  stwierdziła  -  tym  bardziej  powinieneś  mi 

powiedzieć, co ci leży na sercu. 

Friedrich wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać. 
Mimo że Blanche wiedziała co nieco o warun- 

background image

kach panujących w Angelsten, opowieść Friedricha zrobiła na 

niej  ogromne  wrażenie,  jego  dzieciństwo  było  naznaczone 
surowym  wychowaniem  w  duchu  pietystycznym.  Wciąż 
spotykały go kary i upokorzenia, stale grożono mu piekłem i 
wiecznym 

potępieniem. 

Tak 

jak 

już 

wspominał, 

Angelstenowie nazywali go Szatanem. Bicie i kary należały do 
porządku dnia codziennego, zarówno w jego przypadku, jak i 
wobec pozostałych dzieci. 

- Kiedy miałem trzynaście lat, uciekłem z Angelsten - podjął 

Friedrich i spuścił wzrok. - Nie mogłem tam dłużej wytrzymać, 
miałem dosyć takiego traktowania. 

- Ale nie wiedziałeś, że pani Angelsten nie jest twoją matką? - 

spytała  ostrożnie.  Poszukała  wzrokiem  Heleny  Augusty, 
pochłoniętej zbieraniem muszli. 

- Nie, nigdy mi to nie przyszło do głowy, nikt nigdy czegoś 

takiego  nie  sugerował.  Wzruszył  ramionami.  -  Sądziłem,  że 
jest moją matką, wiedziałem też, że ojciec zmarł, kiedy byłem 
mały. 

- A rodzina ze strony twojego ojca - poznałeś ich? 

background image

-  Nie,  z  tego,  co  mi  wiadomo,  krótko  po  śmierci  ojca 

wyprowadzili się z Tonsbergu. 

Przełknęła  ślinę.  Ojciec  Friedricha  -  mężczyzna,  w  którym 

zakochała  się  jej  matka,  z  którym  miała  dziecko,  za  którego 
chciała wyjść za mąż. 

-  Jak  sobie  radziłeś?  Przecież  byłeś  dzieckiem!  Friedrich 

uśmiechnął się krzywo. 

-  Wiedziałem,  że  muszę  sobie  jakoś  poradzić  i  tyle.  Nie 

chciałem wracać do Angelsten, bałem się też, że znajdą mnie, 
jeśli  zostanę  w  Tonsbergu,  więc  postanowiłem  pojechać  do 
Kristianii. 

- Bo tam trudniej byłoby cię znaleźć? Przytaknął. 
-  Miałem  szczęście.  Po  jakimś  czasie  poznałem  pewnego 

malarza, który zaproponował mi, żebym mu pozował. Powiódł 
zamyślonym  wzrokiem  po  błyszczących  w  słońcu  wodach 
fiordu. - Chyba wyciągnąłem szczęśliwy los na loterii. Mogłem 
sam malować, uczyłem się. 

- A jak zarabiałeś na życie? - spytała. Friedrich ociągał się z 

odpowiedzią, zauważyła, 

że unika jej wzroku. 
- Mój mistrz się mną zajął, dał mi jedzenie i dach 

background image

nad  głową.  Po  jakimś  czasie  zrozumiałem,  że  mam  talent. 

Niczego  mi  do  szczęścia  nie  brakowało.  Spojrzał  na  nią  z 
uśmiechem. - To był dobry czas. Po raz pierwszy w życiu nie 
musiałem się bać. Coś w tej historii ją zastanowiło. 

- Miałeś szczęście, że spotkałeś tego malarza. Znów odwrócił 

wzrok. 

-  Tak.  Podróżowałem  z  nim  przez  kilka  lat.  Jest  jednym  z 

największych  malarzy  norweskich,  zna  wielu  artystów  za 
granicą.  Przez  dłuższy  czas  mieszkaliśmy  w  Dreźnie,  w 
Paryżu. Znów na nią spojrzał. - Był dla mnie jak ojciec, pomógł 
mi,  kiedy  tego  naprawdę  potrzebowałem,  wziął  mnie  pod 
swoje  skrzydła  i  dał  wszystko,  czego  nigdy  wcześniej  nie 
dostałem. Nigdy nie zdołam spłacić tego długu. 

Przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu,  obserwując  Helene 

Augustę, bawiącą się na plaży. 

-  Jak  się  dowiedziałeś,  że  pani  Angelsten  nie  jest  twoją 

matką? 

Uśmiechnął  się,  ale  widziała,  że  jego  oczy  przybrały  ostry, 

twardy wyraz. 

-  Kilka  lat  temu  wróciłem  do  Tonsbergu.  Nadal  dużo 

podróżowałem, ale mieszkałem tu przez dłuż- 

background image

sze  okresy.  Początkowo  nie  miałem  żadnego  kontaktu  z 

Angelstenami  -  zamilkł  na  chwilę  -  ale  w  zeszłym  roku 
odwiedziłem matkę. 

Blanche zauważyła, że pierwszy raz określił ją w ten sposób. 
-  Trochę  za  dużo  wypiłem  tamtego  wieczoru,  naszła  mnie 

chęć, by skonfrontować ją z przeszłością. Rozłożył ręce. - W 
ogóle  mnie  nie  poznała,  co  jeszcze  bardziej  pogorszyło  mój 
nastrój. W końcu wierzyłem, że jestem jej synem i że matka 
zawsze  rozpozna  własne  dziecko.  Przesunął  dłonią  po  ciem-
nych  puklach.  -  Sam  nie  wiem,  co  sobie  myślałem.  Może 
miałem nadzieję, że się ucieszy, widząc mnie po tylu latach, ale 
kiedy  powiedziałem,  kim  jestem,  zareagowała  z  całkowitą 
obojętnością.  Spojrzał  na  Blanche.  -  Potrafisz  to  sobie 
wyobrazić? Nawet jeśli nie była moją prawdziwą matką, chyba 
musiała coś czuć do dziecka, które wzięła na wychowanie? 

Blanche  spuściła  wzrok.  Rozumiała,  jaki  musiał  być 

rozczarowany,  ale  rozumiała  też,  jaki  to  był  szok  dla  pani 
Angelsten,  zobaczyć  go  po  tylu  latach.  W  dodatku  widok 
Friedricha zawsze przypominał jej o zdradzie męża. 

 

background image

-  Wpadłem  w  straszną  wściekłość  -  ciągnął  Friedrich  -  tak 

straszną, jak jeszcze nigdy wcześniej. Chyba ją wystraszyłem. 
W każdym razie tego wieczoru powiedziała mi prawdę - że nie 
jest moją prawdziwą matką i jak to się wszystko stało. 

Blanche próbowała sobie wyobrazić jego reakcję. 
-  To  musiało  być  dla  ciebie  straszne.  Zaśmiał  się,  cicho  i  z 

goryczą. 

-  Straszne?  Nie  wiem,  co  gorsze  -  żyć  w  przekonaniu,  że 

niezależnie  od  tego,  co  zrobisz,  twoja  matka  i  tak  cię  nie 
pokocha,  czy  dowiedzieć  się,  że  twoja  prawdziwa  matka 
oddała cię obcym. 

Poruszyli  już  ten  temat  ostatnim  razem,  Blanche  nie  miała 

ochoty  do  niego  wracać.  Friedrich  nienawidził  tych  dwóch 
kobiet,  które  powinny  być  mu  najbliższymi  osobami,  a  na 
których tak się zawiódł. 

-  Ale  dlaczego  zachowałeś  to  dla  siebie?  -  spytała  cichym 

głosem. - Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? 

Friedrich spojrzał jej prosto w oczy. 
- Dojdę do tego, Blanche. Łzy napłynęły mu do oczu, prędko 

odwrócił  wzrok  -  Nie  mogłem  ci  wtedy  powiedzieć. 
Odchrząknął. - Kilka lat temu spo- 

background image

tkałem pewną osobę, która stała mi się bardzo bliska - ciągnął 

drżącym, łamiącym się głosem. - Tutaj, w Tonsbergu. Dlatego 
tu wracałem. 

Blanche rozpromieniła się. Nie wiedziała, że Friedrich kogoś 

ma. 

-  Może  ją  znam?  Nie  mogła  opanować  ciekawości,  ale 

pożałowała, kiedy zobaczyła wyraz twarzy brata. 

- Nie wiem, jak to ująć - zaczął. - Nie jest to proste, chyba nie 

da się tak po prostu o tym powiedzieć. 

Patrzyła  na  niego  zdezorientowana.  Nie  rozumiała,  dokąd 

zmierza. 

- Nigdy nie kochałem kobiety. Nie w taki sposób. 
Wpatrywała się w niego. Nagle zrozumiała. 
Niewyraźny  uśmiech  zamajaczył  na  jego  wargach,  kiedy 

zobaczył  jej  reakcję.  Nieczęsto  zdarzało  się,  by  Blanche 
zaniemówiła. 

-  Wiem,  że  to  dla  ciebie  szok  i  doskonale  to  rozumiem.  To 

występek przeciw prawu i pewnie również przeciw naturze. 

Serce tłukło jej się w piersi, policzki palił rumieniec. O takich 

rzeczach nie rozmawiało się w ele- 

background image

ganckich  salonach,  ale  oczywiście  słyszała  o  mężczyznach, 

którzy zadają się z innymi mężczyznami. 

- Przypuszczam, że to niezależne od naszej woli, kto budzi w 

nas... takie uczucia - wyjąkała, zła na samą siebie, że nie potrafi 
odnaleźć odpowiednich słów. 

Zaśmiał się sucho. 
- Byłoby łatwiej, gdyby podobały mi się kobiety. I wierz mi, 

próbowałem. 

Poczuła,  że  ta  uwaga  wywołała  u  niej  jeszcze  mocniejszy 

rumieniec. 

Odchylił  się  na  oparcie  krzesła,  założył  ręce  za  głowę  i 

zapatrzył  się  w  czyste  błękitne  niebo,  po  którym,  wysoko  w 
górze, leciały dwie jaskółki. 

-  Pewnie  go  znałaś  -  powiedział.  -  Nazywał  się  Nicolaus 

Lange-Nielsen. Był właścicielem apteki. 

Oczywiście, że znała tego człowieka. Był jednym z przyjaciół 

ojca. Zmarł kilka miesięcy przed nim. 

Friedrich był z nim związany? Przecież ten mężczyzna miał 

żonę! 

Ale  nie  to  było  najbardziej  zastanawiające.  Opowieść 

Friedricha  przypomniała  jej  o  czymś,  co  przeczytała  w 
zapiskach ojca. 

background image

Jakieś elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, tyle 

że ona nadal nie potrafiła ich dostrzec. 

- Tak, znałam go. Widziałam też w gmachu loży jego portret, 

namalowany przez ciebie. 

Tamtego  dnia  zwróciła  uwagę  na  podpis  malarza.  Friedrich 

otworzył oczy szeroko. 

- Widziałaś portret? Tak właśnie się poznaliśmy. Loża chciała 

mieć jego portret. Nie wiem dokładnie, czym oni się zajmują - 
machnął ręką - ale Nicolaus był mistrzem czy kimś takim. 

Blanche z namysłem pokiwała głową. 
- Zapewne wielkim mistrzem. Spojrzał na nią, zdumiony. 
- To ty wiesz coś o loży? 
Zdziwiłbyś  się,  pomyślała.  Nie  zamierzała  teraz  mu  o  tym 

opowiadać. Interesowała ją historia Friedricha. 

-  Tak,  ojciec  do  niej  należał  -  powiedziała  tylko.  Friedrich 

skinął głową, a jego oczy jeszcze bardziej pociemniały. 

-  Rozumiem.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  ale  ktoś  się  o  nas 

dowiedział - dodał po chwili. - Sama możesz sobie wyobrazić, 
co się działo. 

 

background image

Doskonale pamiętała, co ojciec napisał na ten temat. Bracia 

byli  oburzeni,  twierdzili,  że  nie  można  dopuścić  do  tego,  by 
człowiek  o  takich  skłonnościach  był  ich  mistrzem.  Ojciec  z 
kolei podawał w wątpliwość prawdziwość plotek. Napisał, że 
chodzą  słuchy,  jakoby  wielki  mistrz  zagroził  wydaniem 
tajemnic  zawartych  w  zapiskach  tych  braci,  którzy  zdradzą 
jego  sekret.  Ojciec  wątpił  też  w to, że  mistrz  zmarł  śmiercią 
naturalną.  Dochodziły  go  różne  pogłoski.  Być  może  stali  za 
tym właśnie ci bracia, którym groził mistrz. 

Spuściła wzrok. 
-  Nie,  społeczeństwo  nie  akceptuje  takich  rzeczy  - 

powiedziała.  W  duchu  zastanawiała  się,  jak  to  możliwe 
zabronić  prawnie  dwóm  osobom  tej  samej  płci  się  kochać. 
Oczywiście wiedziała, że taki związek jest nie do pomyślenia. 
Dwóch  mężczyzn  nie  może  żyć  w  ten  sam  sposób  jak 
mężczyzna i kobieta. 

A może się myliła? 
Wiedziała lepiej od innych, jak trudno żyć wedle narzuconych 

reguł, do ilu nieszczęść może to doprowadzić. 

background image

-  Nie,  oczywiście,  że  nie  -  Friedrich  znów  przesunął  się  na 

sam  brzeg  krzesła.  Wydawał  się  niespokojny,  błądził 
wzrokiem dokoła, wykonywał nerwowe ruchy rękami. - To, co 
teraz powiem, będzie dla ciebie bardzo bolesne, Blanche. 

Patrzyła  na  niego,  zdezorientowana.  Usta  mu  pobladły,  był 

wyraźnie wzburzony. 

-  Kiedy  byłem  mały,  karano  mnie  wiele  razy,  zupełnie  bez 

powodu, tego grzechu jednak nie mógłbym żadną karą odkupić 
- podjął po chwili milczenia. - Nigdy. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  zapytała.  Jego  zdenerwowanie  było 

zaraźliwe. 

Przesunął dłońmi po udach i westchnął głęboko. 
- Wiedziałem, dokąd to doprowadzi - powiedział cicho - ale 

nie pozwoliłem Nicolausowi na zerwanie. 

- Przecież miał żonę i dzieci - zauważyła Blanche. 
Friedrich spojrzał na nią z ukosa. 
-  Chyba  nie  zdajesz  sobie  sprawy,  jak  częste  są  związki 

między mężczyznami. 

To prawda, tego nie wiedziała, znała za to żonę 
 

background image

Langego-Nielsena.  Była  to  piękna,  cudowna  kobieta, 

znacznie od niego młodsza. 

To okropne, być zdradzoną w taki sposób. 
-  Czy  zastanawiałaś  się  kiedykolwiek,  jaką  cenę  gotów  jest 

zapłacić człowiek za własne szczęście? Wstyd nie kosztuje tak 
znowu dużo, wierz mi. 

Po chwili zastanowienia musiała przyznać mu rację. 
-  Zdawałem  sobie  naturalnie  sprawę,  że  musimy  zachować 

nasz związek w tajemnicy - ciągnął Friedrich - ale nie miało to 
dla mnie znaczenia, liczyło się tylko to, byśmy byli razem. 

- Ale pan Lange-Nielsen miał na ten temat inne zdanie? 
- Trwało to dosyć długo, ale przestraszył się plotek. Potrafił 

żyć  w  poczuciu  winy  wobec  żony,  ale  nie  potrafił  znieść 
wstydu.  W  jego  głosie  słychać  było  gorycz.  -  Czy  to  nie 
dziwne? 

-  I  powiedział  ci,  że  między  wami  koniec?  Friedrich 

przytaknął. 

-  Tak,  ale  ja  nie  chciałem  pozwolić  mu  odejść.  Nigdy 

wcześniej nie przypuszczałem, że można być tak szczęśliwym, 
tak, mogę chyba powiedzieć, 

background image

że  wtedy  tak  naprawdę  po  raz  pierwszy  zaznałem 

prawdziwego szczęścia. Próbowałem namówić go, by zmienił 
zdanie,  ale  po  długim  wahaniu  powziął  ostateczną  decyzję. 
Stało  się  to  właśnie  tamtego  wieczoru.  Na  chwilę  zamilkł.  - 
Czułem  się  wściekły,  zrozpaczony,  odrzucony,  a  przede 
wszystkim było mi potwornie smutno. Nie chciałem go stracić, 
jego,  który  był  dla  mnie  kotwicą,  punktem  zaczepienia.  W 
desperackiej  próbie  zatrzymania  go  poszedłem  do  niego  do 
domu. Z pistoletem w dłoni. 

- Co ty opowiadasz?! Friedrich kiwnął głową. 
- Tak było. Chciałem mu pokazać, jaki jestem zdesperowany i 

wycelowałem we własną głowę. 

Blanche przycisnęła dłonie do ust. Nie chciała wierzyć w to, 

co usłyszała. 

- I naprawdę chciałem się zabić, nie miałem nic do stracenia, 

ale  Nico  rzucił się  na  mnie, zaczęliśmy  się  szarpać  i  pistolet 
wystrzelił. Odwrócił wzrok.-Kula trafiła go w pierś. 

Wciąż słyszała w głowie echo jego słów. Pistolet wystrzelił. 
- On... umarł? - wyjąkała. 

background image

Friedrich, nie patrząc na nią, otarł policzki wierzchem dłoni. 
- Tak. 
Znów powróciła myślami do zapisków ojca. Podejrzewał, że 

wielki mistrz nie zmarł śmiercią naturalną, że członkowie loży 
chronili winnych. 

A teraz dowiedziała się, że za tym wszystkim stał jej własny 

brat. 

Ta  wiadomość  obezwładniła  ją,  teraz  rozumiała,  czemu 

Friedrich ostrzegał ją na początku tej rozmowy. Na coś takiego 
nie była przygotowana. 

-  I  co  się  wydarzyło  dalej?  Ja  słyszałam,  że  wielki  mistrz 

zmarł  na  serce.  Tak  w  każdym  razie  wtedy  mówiono,  ojciec 
zmarł z tego samego powodu kilka miesięcy później. 

Friedrich był już znacznie spokojniejszy. 
- Kiedy zobaczyłem Nico leżącego na ziemi, stwierdziłem, że 

wcale nie chcę umierać. Wcześniej chyba miałem romantyczne 
wyobrażenie na temat śmierci. W tamtej chwili postanowiłem, 
że  moje  życie  nie  może  się  skończyć  w  ten  sposób.  Usiadł 
wygodniej.  -  Dlatego  pojechałem  stamtąd  prosto  do  domu 
mojego ojczyma, pana Angelstena. 

background image

Znowu nic nie rozumiała. 
- Ale on nie wiedział, że przebywasz w Tonsbergu? 
- Nie, ale tylko on mógł mi pomóc. 
- Czemu właśnie on? 
-  Ponieważ  trzynaście  lat  wcześniej  stał  się  winny  tej  samej 

zbrodni. 

- O... o czym ty mówisz? - wykrzyknęła. Friedrich spojrzał jej 

prosto w oczy. 

-  Dlatego  uciekłem  z  Angelsten.  Zamilkł  na  chwilę.  - 

Widziałem,  jak  Angelsten  grzebie  w  ziemi  ciało  jednego  z 
wychowanków. 

background image


 
Blanche nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. 
-  Co  ty  opowiadasz?  -  wydusiła.  Wstrząsnęła  się  i  to  nie  z 

powodu lekkiego wiatru wiejącego od fiordu. 

Friedrich patrzył jej prosto w oczy. 
-  W  Angelsten  miałem  dwóch  bliskich  przyjaciół.  Czasami, 

kiedy wszystko zdawało się nie do zniesienia, fantazjowaliśmy 
o  wspólnej  ucieczce.  Dlatego,  kiedy  pewnego  ranka  okazało 
się, że łóżko Edvina jest puste, poczułem się zdradzony i za-
wiedziony. Kilka dni wcześniej znów zostaliśmy ukarani, tym 
razem  za  to,  że  przewróciliśmy  wiadro  ze  smołą,  uznaliśmy 
więc, że Edvin miał dosyć i uciekł sam. Spuścił wzrok. - Za to 
też dostała nam 

background image

się  kara.  Zawsze  tak  robili,  żeby  zapobiec  kolejnym 

ucieczkom. 

Friedrich zamilkł, Blanche domyśliła się, że nie jest mu łatwo 

o tym mówić. 

- Co się stało z twoim przyjacielem? - spytała ostrożnie, bojąc 

się tego, co za chwilę usłyszy. 

Podniósł wzrok. Zielone oczy nabrały niepokojącej, ciemnej 

głębi. 

-  Tamtego  dnia  nie  dostaliśmy  za  karę  nic  jeść.  Nocą 

wymknąłem się do kuchni, chciałem znaleźć coś do jedzenia. 
Oczywiście, bardzo się bałem, że mnie zobaczą. Kiedy przez 
okno ujrzałem pana Angelstena w ogrodzie, byłem pewien, że 
to koniec. Jego twarz znieruchomiała, spojrzenie stało się da-
lekie. - W pierwsze chwili nie rozumiałem, co robi o tej porze 
w ogrodzie. A potem zobaczyłem, że niesie ciało dziecka. Po 
jego  policzkach  pociekły  łzy.  Prędko  otarł  je  rękawem.  - 
Najpierw zobaczyłem białe, gołe nogi. Nadal nie rozumiałem, 
co się stało. Pojąłem, kiedy pan Angelsten położył ciało Edvina 
na trawie, kiedy zobaczyłem tę białą twarz. Pochylił głowę. - 
Angelsten wykopał dziurę w ziemi, między stajnią i krzakami 
owocowymi. Potem wrzucił tam 

background image

ciało  Edvina  i  zasypał.  Na  chwilę  zamilkł.  -  Tak  po-

stępowaliśmy z padłymi zwierzętami. 

Blanche  nie  mogła  zebrać  myśli.  Miała  wrażenie,  że  sama 

widzi to wszystko, oczami Friedricha. Oczami dziecka. 

Czyn tak potworny, że nie istnieją słowa, by go opisać. 
Nietrudno  sobie  wyobrazić,  że  takie  przeżycie  musiało 

zostawić nieodwracalne ślady w umyśle chłopca. 

- Co wtedy zrobiłeś? 
-  No  właśnie,  co  zrobiłem?  -  powtórzył  Friedrich.  -  Nie 

zrobiłem  nic.  Wróciłem  do  łóżka,  położyłem  się,  ale  już  nie 
zasnąłem.  Wydawało  mi  się,  że  to  był  tylko  sen  albo 
przywidzenie,  ale  kiedy  następnego  dnia  zobaczyłem  świeży 
grób,  zrozumiałem,  że  to  była  prawda.  Wtedy  postanowiłem 
uciec.  Wzruszył  ramionami.  -  Ukradłem  portfel  panu 
Angelstenowi,  a  gdy  zapadła  noc,  spakowałem  naj-
potrzebniejsze rzeczy i uciekłem. Spojrzał na nią. -Nie mogłem 
tam zostać, choć zdawałem sobie sprawę, że pozostałe dzieci 
poniosą karę z mojego powodu. 

background image

W  jego  oczach  widać  było  ból.  Najwyraźniej  miał  wyrzuty 

sumienia wobec tych, którzy zostali w Angelsten. 

- Na samym początku postanowiłem nie wracać myślami do 

Angelstenów,  dzieci,  tamtej  nocy  -  ciągnął.  -  Za  każdym 
razem, kiedy takie myśli się pojawiały, odsuwałem je od siebie. 
Stopniowo czas spędzony w Angelsten zaczął mi się wydawać 
jakimś  odległym  światem,  który  już  nie  istnieje.  Zamilkł  na 
chwilę. - W każdym razie usiłowałem sobie to wmówić. 

Blanche próbowała ogarnąć myślą wszystko, co do tej pory 

usłyszała. 

-  Czy  dowiedziałeś  się,  dlaczego  pan  Angelsten  pochował 

twojego przyjaciela w ogrodzie? 

Oczy Friedricha patrzyły twardo. 
- Cóż, nie tak trudno odpowiedzieć na to pytanie. Edvin nie 

potrafił się dostosować do reguł panujących w Angelsten. Miał 
w sobie taki bunt i upór, nie mógł znieść ciągłych upokorzeń. 
Był  jednym  z  dzieci  najczęściej  karanych  za  krnąbrne 
zachowanie. Chyba nie rozumieli, że im surowsze wyznaczali 
mu kary, tym większy opór w nim się budził. 

background image

Nagle  zaczęła  docierać  do  niej  cała  groza  tej  historii. 

Początkowo nie chciała w to wierzyć, ale nietrudno było sobie 
wyobrazić,  dlaczego  pan  Angelsten  pogrzebał  chłopca  po 
kryjomu. 

- Sądzisz, że twój przyjaciel nie zniósł kolejnej ciężkiej kary? 

- zapytała. Czuła, że cała się trzęsie. 

-  Ależ  oczywiście  -  odpowiedział  Friedrich,  niemal  ze 

zdziwieniem, że Blanche jeszcze w to wątpi. - Pan Angelsten 
wezwał  Edvina  na  rozmowę  w  wieczór  poprzedzający  jego 
zniknięcie.  Potem  nikt  już  chłopca  nie  widział.  Nie  wiem, 
jakiego  czynu  dopuścił  się  Edvin,  jedno  jest  pewne  -  pan 
Angelsten posunął się za daleko. 

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 
- Ale... wierzysz, że to był wypadek? - spytała z wahaniem. 
Friedrich odpowiedział dopiero po chwili. 
- Tak. Nawet ktoś taki jak Angelsten nie mógłby zrobić tego z 

premedytacją. 

Próbowała pozbierać myśli, ale nie było to proste. Opowieść 

Friedricha budziła grozę i przerażenie. 

- Powiedziałeś, że Angelsten pomógł ci, kiedy... znalazłeś się 

w trudnej sytuacji? - nie znajdowała 

background image

odpowiednich  słów.  Friedrich,  choć  twierdził,  że  to  był 

nieszczęśliwy  wypadek,  miał  na  sumieniu  życie  człowieka. 
Skinął głową. 

-  Liczyłem  na  to,  że  pomoże  mi,  kiedy  powiem  mu,  co 

widziałem pewnej nocy przed trzynastu laty. 

- Musiał być bardzo zaskoczony, kiedy się u niego zjawiłeś? 
Friedrich prychnął. 
-  Owszem,  ale  on  potrafi  zachować  zimną  krew  i  działać 

skutecznie  w  trudnych  sytuacjach.  Czas  naglił.  Kiedy 
wtajemniczyłem go w całą sprawę, przerażony, spanikowany, 
od razu wszystkim się zajął. Zrobił, co w jego mocy, by mnie 
ochronić, oczywiście dlatego, że bał się, bym nie wydał jego 
sekretu. 

Blanche zmarszczyła czoło. 
- Ale jak wam się udało ukryć, że pan Lange-Nielsen zginął 

od kuli? 

Nie  zapytała,  jak  Friedrich  mógł  żyć  z  takim  ciężarem. 

Rozumiała, że uciekł z Angelsten, że wtedy nic nie zrobił, ale 
czemu  w  dorosłym  życiu  nie  poszedł  na  policję,  by  stała  się 
sprawiedliwość,  by  jego  przyjaciel  mógł  spocząć  w 
poświęconej ziemi? 

background image

Może  najpierw  miał  taki  zamiar,  ale  potem  zdarzył  się  ten 

potworny wypadek? 

Poza  tym  jakie  ona  miała  prawo  go  osądzać?  Ona,  która 

pozwalała ludziom wierzyć, że Oskar odebrał sobie życie? 

- Nie było to szczególnie skomplikowane, obawiam się. Jeden 

z  członków  loży,  znany  lekarz,  stwierdził,  że  pan 
Lange-Nielsen zmarł na atak serca. W zamian został wielkim 
mistrzem. 

Otworzyła usta ze zdumienia. A wiec to tak funkcjonowało? 

Bracia  osłaniali się  wzajemnie  i czerpali  z  tego korzyści?  W 
gruncie rzeczy nie była tak bardzo zaskoczona, z zapisków ojca 
wynikało,  że  na  pierwszym  miejscu  stawiał  lojalność  wobec 
loży i jej członków. 

-  Tak  więc  twój  ojczym  zgodził  się  chronić  cię  pod 

warunkiem, że nie powiesz nic o grobie w ogrodzie? 

Jej  słowa  zabrzmiały  ostrzej,  niżby  chciała,  ale  cóż,  tak 

wyglądała prawda. Friedrich skinął głową. 

- Właśnie tak. 
Trochę tego było dla niej za wiele. Dlaczego opowiedział o 

tym akurat jej? 

background image

- A pani Angelsten wie o tym? 
- Nie, nie sądzę. Wtedy nie wiedziała też, że wróciłem. Jak już 

wspominałem, odwiedziłem ją dopiero zeszłego lata. Wzruszył 
ramionami. - Kiedy dowiedziałem się, że nie jest moją matką, 
pan  Angelsten  zmusił  mnie,  bym  i  to  zachował  w  tajemnicy. 
Potem nie rozmawialiśmy. 

Myśli  kłębiły  się  w  jej  głowie.  Teraz  zrozumiała,  czemu 

Friedrich wcześniej nie powiedział jej, że są rodzeństwem. Pan 
Angelsten zmusił go do milczenia. 

Śmierć  pana  Langego-Nielsena  to  był  nieszczęśliwy 

wypadek.  Historia  tego  chłopca,  który  stracił  życie  w 
Angelsten,  budziła  przerażenie,  choć  w  gruncie  rzeczy  nie 
zaskoczyła Blanche aż tak bardzo - nic dziwnego, biorąc pod 
uwagę, jak traktowano dzieci w Angelsten. 

- Wiem, o czym myślisz. Cichy głos Friedricha wyrwał ją z 

zamyślenia. 

- To znaczy? 
-  Zastanawiasz  się,  co  zrobić  z  tą  całą  wiedzą.  Nie  zdążyła 

odpowiedzieć. 

- Nie musisz, Blanche. Podjąłem decyzję, kiedy 

background image

opowiedziałaś  mi  o  tej  dziewczynce,  która  uciekła  z 

Angelsten  i  trafiła  do  was.  Powoli  podniósł  się  z  miejsca.  - 
Kiedy ja uciekłem, próbowałem wymazać wszystko z pamięci. 
Prawie  mi  się  udało.  Kiedy  podróżowałem  po  świecie, 
Angelsten jakby przestało istnieć. Los Edvina wydawał się taki 
nierzeczywisty.  Potrząsnął  głową.  -  Próbowałem  zapomnieć, 
wmawiałem sobie, że w Angelsten wcale tak źle się nie dzieje. 
Że i tak nic nie mogę zrobić. Wziął głęboki oddech. - Myliłem 
się.  Nie  potrafię  zapomnieć,  prawie  nie  śpię.  Kiedy  maluję, 
zapominam  na  chwilę,  ale  wspomnienia  zawsze  powracają. 
Odwrócił  wzrok.  -  Widzę  oczy  Edvina,  widzę  je  we  śnie. 
Widzę w nich oskarżenie. Słuszne oskarżenie. 

Blanche również wstała. 
Friedrich schylił głowę, ciemne loki zasłoniły jego twarz. 
-  Nie  mogę  sobie  dłużej  wmawiać,  że  nic  nie  mogę  zrobić. 

Mogę. Mogę powstrzymać to, co się dzieje w Angelsten. 

Mówił coraz głośniej, policzki mu płonęły, oczy lśniły. 

background image

-  Zamierzam  powiedzieć  o  wszystkim  policji.  Blanche 

potrząsnęła głową. 

-  Nie  możesz.  Jeśli  pójdziesz  na  policję,  pan  Angelsten 

wyjawi z kolei twój sekret. 

- Zapewne tak. Zapewne, idąc na dno, chętnie pociągnie mnie 

za sobą. 

W  piersi  ją  ścisnęło.  Beznadziejna  sytuacja,  czego  by  nie 

zrobił, i tak będzie źle. 

- Aresztują cię! 
Friedrich podszedł do niej i patrząc jej prosto w oczy, położył 

dłonie na jej ramionach. 

-  Nie  mogę  dłużej  tak  żyć,  Blanche.  Ku  jej  zdziwieniu 

uśmiechał  się.  -  To  nie  jest  życie.  Dręczą  mnie  wyrzuty 
sumienia, które wcale nie chcą zniknąć wraz z upływem czasu, 
przeciwnie,  coraz  mocniej  dają  o  sobie  znać.  Nie  odnajdę 
spokoju jak długo dzieci z Angelsten będą narażone na te same 
cierpienia, co ja w dzieciństwie. 

Poczuła  ukłucie  w  żołądku.  To  ona  opowiedziała  mu  o  ich 

losie, o Frederikke i pozostałych. 

Potrząsnęła  głową.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Nie  mogła 

wydusić słowa. 

- A jeśli to się znowu stanie? A ja mógłbym temu 

background image

zapobiec!  Nie  mam  wyboru,  Blanche.  Już  i  tak  za  długo 

zwlekałem. 

Wszystko w niej się buntowało. Dopiero dowiedziała się, że 

jest jej bratem i już miała go stracić. 

- Może pan Angelsten cię nie wyda? - powiedziała z nadzieją. 

-  W  końcu  to  on  zorganizował  wszystko  po  śmierci  pana 
Langego-Nielsena, jest zamieszany w tę sprawę. 

Jego wargi wygięły się w smutnym uśmiechu. 
- Może masz rację - powiedział cicho, ale zrozumiała, że sam 

w to nie wierzy. 

Spojrzała  na  niego.  Widziała  w  jego  oczach,  że  powziął 

nieodwołalną decyzję. 

- Być może przyjdzie ci zapłacić wysoką cenę. 
Chwycił  jej  dłonie,  spojrzeniem  poszukał  Helene  Augusty, 

która właśnie biegła do nich od strony plaży. 

- Wcale tego nie chcę, ale nie mam wyjścia. Pochyliła się ku 

niemu, oparła głowę na jego 

piersi. 
Serce jej krwawiło. Jednakże mimo bólu i niezależnie od tego, 

jak by się to miało skończyć, była dumna z decyzji brata. 

background image


 
- Bero!  Marie wpadła zdyszana do pralni. Bera odwróciła się, 

nie przestając mieszać w garnku z kaszą. 

-  Co  się  stało?  -  zapytała.  Przerwała  mieszanie.  Marie 

wyglądała na poruszoną i przestraszoną. 

Marie pokazała na fiord i wysepki za oknem. 
- Pamiętasz Człowieka-Ptaka? - wydyszała z trudem. 
Bera  zmarszczyła  czoło.  Doskonale  pamiętała  ojca  pana 

Langaarda. W głowie mu się pomieszało ze starości, niedawno 
zamieszkał  w  jednym  z  gospodarstw  w  sąsiedniej  wsi,  gdyż 
jego  syn  nie  czuł  się  na  siłach  dłużej  nim  się  zajmować. 
Przezwisko wzięło się stąd, że wciąż widziano go na łąkach, 
jak 

background image

obserwuje  ptaki.  W  dawnym  domu  zostawił  spory  zbiór 

wypchanych okazów. 

Cieszyła  się,  kiedy  zniknął  ze  wsi,  napędził  im  wszystkim 

stracha,  kiedy  pewnej  nocy  wkradł  się  do  domu  i  wszedł  do 
pokoju  Abelone.  Na  szczęście  Abelone  zachowała 
przytomność umysłu. Stwierdziła potem, że biedny starzec był 
bardziej przestraszony od niej. Prócz tego nieraz widziano go, 
jak krąży w pobliżu Gimle. 

-  Widziałaś  go?  -  zapytała  Bera,  trochę  zaniepokojona.  Od 

czasu,  kiedy  się  przeprowadził,  nie  spotkała  go  ani  razu  i 
bardzo się z tego cieszyła. 

Było w nim coś, co przypominało mu o tamtym, choć łączyło 

ich tylko imię - Ole. Marie skinęła głową. 

- Siedzi koło szopy na łodzie. 
Po chwili namysłu Bera znów zaczęła mieszać w garnku. 
- Niech sobie siedzi, nikomu nic złego nie zrobi. Marie stała w 

miejscu, niezdecydowana. 

- Ale on się tak dziwnie zachowuje. Przed chwilą widziałam, 

jak stojąc z twarzą zwróconą w stronę morza, podniósł ramiona 
i ukłonił się parę razy. 

background image

Bera  spojrzała  na  dziewczynkę.  Niektórzy  twierdzili,  że 

staremu po prostu pomieszało się w głowie, jak to często bywa 
u ludzi w tym wieku, inni uważali, że jest obłąkany. 

- Trzymaj się od niego z daleka, Marie, zaraz sobie pójdzie. 
Marie z powagą potrząsnęła głową. 
-  Ale,  Bero,  on  jest  ranny.  Ręka  mu  krwawi.  Bera  wyjrzała 

przez okno. Fiord połyskiwał 

w letnim słońcu. 
Odsunęła garnek z ognia, wytarła dłonie, uśmiechnęła się do 

Marie i pogłaskała ją  po jasnych włosach. Najmłodsza córka 
Louise miała dobre serce. 

- Zaraz na to spojrzę. 
Kiedy  była  już  prawie  przy  żywopłocie  z  dzikiej  róży, 

zwolniła kroku. Pan Tunsberg stał na kamieniu, zapatrzony w 
dal,  zgarbiony,  by  utrzymać  równowagę,  wiatr  szarpał  jego 
ubraniem. 

Co on tam robi? 
Znów pomyślała o nim. Też był niewysoki, tak jak ten starzec, 

ale i tak silniejszy od niej. Próbo- 

 

background image

wała  się  bronić,  ale  nie  miała  szans,  trzymał  ją  tak  mocno, 

przycisnął do ziemi i wziął brutalnie. 

Powiew wiatru przemknął nad fiordem, wzburzył fale. Kilka 

kosmyków  wysunęło  się  z  węzła  na  karku,  załaskotało  ją  w 
twarz. 

Odsunęła  od  siebie  wspomnienia  i  ruszyła  w  stronę 

mężczyzny. Co on tu robi? Nie wiedziała, że wrócił do wsi. 

Zatrzymała się w pewnej odległości od niego. Jeszcze jej nie 

zauważył.  Nie  widziała,  czy  rzeczywiście  zranił  się  w  rękę, 
obie dłonie trzymał wsparte na lasce. 

- Panie Tunsberg - powiedziała, lecz jej głos zniknął, porwany 

wiatrem. 

Zrobił krok w przód. 
- Panie Tunsberg - krzyknęła. 
Odwrócił się powoli. Wiatr szarpał jego długą cienką brodą, 

rozwiewał siwe włosy. 

Napotkała  jego  spojrzenie.  Oczy  pewnie  kiedyś  były 

niebieskie, teraz wyblakły ze starości, tak jak jej oczy. 

Znów  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Czy  to  nie  przypadkiem  te 

same oczy, które kiedyś wydawały jej się 

background image

tak  piękne?  O  których  marzyła,  śniła,  że  wreszcie  na  nią 

spojrzą, że ujrzy w nich to samo światło, które Jaśniało w jej 
oczach, kiedy patrzyła na niego? 

Spojrzała na ręce mężczyzny. Marie miała rację. Na wierzchu 

jednej dłoni widniała rana. Krew |zastygła, ale ranę należałoby 
opatrzyć. 

- Panie Tunsberg, zranił się pan? - zapytała, pokazując na jego 

dłoń. 

Spojrzał,  zdziwiony,  jakby  dopiero  teraz  zauważył,  że 

krwawi. 

-  Aksel.  Muszę  porozmawiać  z  Akselem.  Słowa  padły 

niespodziewanie, z wielką mocą i przekonaniem. 

- Pan Gimle jest w domu - zaczęła, ale nie zdążyła nic więcej 

powiedzieć, pan Tunsberg minął ją bez słowa. 

Patrzyła, jak kuśtyka przez kamienistą plażę w stronę ścieżki 

prowadzącej do gospodarstwa. 

Aksel spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
- Ojciec pana Langaarda chce ze mną rozmawiać? 
Bera przytaknęła. 

background image

- Wpuść go, kiedy skończę z Hilmarem - westchnął. 
Bera zamknęła za sobą drzwi do gabinetu i poszła do kuchni, 

gdzie czekał pan Tunsberg. Rozsiadł się swobodnie na miejscu 
Aksela, zranioną rękę położył na stole. 

-  Pan  Gimle  rozmawia  właśnie  z  jednym  z  parobków, 

przyjmie pana, kiedy skończy - wyjaśniła. 

Pan Tunsberg nie odpowiedział, skinął tylko lekko głową. 
- Może przez ten czas obejrzę pana rękę? Teraz widziała, że 

rana jest głębsza, niż jej się początkowo wydawało. 

Stary  nie  odpowiedział.  Jego  zachowanie  wprawiało  ją  w 

zakłopotanie. Nie spuszczał z niej wzroku, ale nic nie mówił. 
Może to prawda, co mówili, że nie jest zdrowy na umyśle? A 
może to tylko wiek. Wiadomo, że różnie to bywa. Jej babcia, 
najmilsza osoba pod słońcem, na starość zrobiła się złośliwa i 
uparta. 

Przysunęła sobie stołek, usiadła i wzięła w dłonie jego rękę. 

Skórę miał szorstką i zgrubiałą. 

- Jak to się stało? - zapytała, podnosząc wzrok. 

background image

Coś  w  jego  oczach  się  zmieniło.  Zmrużył  je  z  namysłem.  I 

znowu nie odpowiedział. 

Ponownie spojrzała na zranioną rękę. 
-  Obawiam  się,  że  trzeba  to  zszyć  -  mruknęła,  po  czym 

odwróciła dłoń, by sprawdzić, czy przypadkiem nie ma innych 
ran. 

W tym samym momencie jego rękaw podciągnął się lekko do 

góry. 

Zobaczyła  coś,  co  ostatnio  widziała  wiele,  wiele  lat  temu. 

Coś, o czym właściwie zapomniała. 

Owalne  znamię  po  wewnętrznej  stronie  nadgarstka.  Duży, 

wypukły pieprzyk, pokryty długimi czarnymi włosami. 

Puściła dłoń mężczyzny, zerwała się z miejsca jak oparzona, 

stołek przewrócił się na ziemię. 

Napotkała jego wzrok. Teraz rozpoznała jego oczy. Tak samo 

twarde  i  pełne  nienawiści  jak  ostatnim  razem,  kiedy  go 
widziała. 

Odwróciła  się,  zdjęta  tym  samym  paraliżującym  strachem, 

którzy czuła tamtej nocy, kiedy miała siedemnaście lat. Kiedy 
okazała się zbyt słaba. To był on. 

background image


 
Powóz  zatrzymał  się  na  skrzyżowaniu  dróg,

 

gdzie  byli 

umówieni. 

Blanche  ścisnęła  w  dłoni  pompadurkę.  Spojrzała  w  stronę 

Angelsten.  Panowała  tam  cisza  i  spokój,  jakaś  bryczka 
podjechała  pod  główny  budynek,  służąca  przeszła  przez 
podwórze z koszykiem w ręku. Pozorna idylla, jak zwykle. 

Oparła  się  wygodnie.  Próbowała  uspokoić  nerwy.  Tej  nocy 

prawie  nie  spała.  Pracowały  do  późna,  musiały  przygotować 
wszystko  na  wypadek,  gdyby  tego  dnia  rzeczywiście  miały 
przyjąć dzieci z Angelsten. W gruncie rzeczy w sierocińcu nie 
było już miejsca, ale jakoś udało im się wstawić kilka dodat-
kowych łóżek. 

Friedrich miał tego dnia powiedzieć o wszyst- 

background image

kim  policji.  Tylko  czy  ktoś  mu  uwierzy?  A  jeśli  nawet, 

pewnie i tak nieprędko dojdzie do aresztowania. Poza tym, co z 
panią  Angelsten?  Czy  było  tak,  jak  sądził  Friedrich,  że  o 
niczym nie wiedziała? W takim przypadku nie zatrzymają jej. 
Co wtedy z dziećmi? 

Odetchnęła głęboko. Drżała na całym ciele. Przypuszczała, że 

policja  zechce  natychmiast  sprawdzić  prawdziwość  zeznań 
Friedricha. Co będzie, jeśli nie znajdą szczątków chłopca? To 
był jedyny dowód. 

Spojrzała  niecierpliwie  w  stronę  wzniesienia.  Friedrich 

powinien chyba już tu być? 

Znowu zwróciła wzrok na Angelsten. Zamyśliła się. Trudno 

jakoś było przyjąć do wiadomości, że takie piękne, wspaniałe 
miejsce  skrywa  tak  mroczną  tajemnicę. Tylko  czy  właściwie 
powinno ją to dziwić? Od dawna wiedziała, co się tam dzieje. I 
nic nie mogła z tym zrobić, próbowała, lecz na próżno. 

Nagle  drzwi  głównego  budynku  otworzyły  się.  Wyciągnęła 

szyję i zmrużyła oczy. Z domu wyszedł pan Angelsten, ruszył 
przez podwórze kierunku stajni. Jakby mu się spieszyło. 

background image

Prędko zestawiła fakty. Przed chwilą widziała, jak przed dom 

zajechała bryczka, wysiadł z niej parobek, wszedł do budynku. 

Może  dowiedział  się  o  wszystkim  i  przyjechał  zawiadomić 

Angelstena? 

Serce przyspieszyło w jej piersi, kiedy zobaczyła, że stajenny 

wyprowadza konia. 

Trzeba jakoś zatrzymać Angelstena do przyjazdu Friedricha i 

policji. 

Pochyliła się i  kazała woźnicy czym prędzej podjechać pod 

dom. Nie mogła pozwolić Angelstenowi na ucieczkę. 

Właśnie wsiadał do powozu, kiedy zajechała na podwórze. 
Czy coś wiedział? 
Prędko przebiegła wzrokiem po jego twarzy, ale trudno było z 

niej cokolwiek wyczytać. Zatrzymał się. 

- Dzień dobry, pani Bjerkely - powiedział niezbyt uprzejmym 

tonem,  nie  patrząc  na  nią.  Sprawiał  wrażenie  bardzo 
zniecierpliwionego,  widać  było,  że  chce  czym  prędzej 
wyruszyć. 

Blanche uśmiechnęła się tak wdzięcznie, jak tyl- 

background image

ko potrafiła. - Tak się cieszę, że pana zastałam - powiedziała 

miłym, pogodnym głosem. 

Wysiadła  z  powozu  i  ruszyła  w  jego  stronę  lekkim, 

pospiesznym krokiem. 

Pan Angelsten był coraz bardziej zirytowany. 
Może jednak o niczym nie wiedział? 
- Doprawdy, pani Bjerkely? - odparł ostrym tonem. 
- Tak. Oczywiście, nie chcę panu przeszkadzać, ale to bardzo 

pilna sprawa - skłamała. 

Twarz  pana  Angelstena  przybrała  jeszcze  bardziej  chmurny 

wyraz. 

- Jak pani widzi, właśnie wyjeżdżam. Mam coś do załatwienia 

w Laurvig. Moglibyśmy porozmawiać innym razem? 

- To zajmie tylko kilka minut. Zrobiła błagalną minę. - Chodzi 

o Frederikke - dodała pospiesznie. - Obawiam się, że nietrafnie 
ją oceniłam. 

Pan Angelsten utkwił w niej wzrok. 
-  Czyżby?  Jego  twarz  przybrała  lekko  pogardliwy  wygląd.- 

Może  mógłbym  poświęcić  pani  kilka  minut  -  powiedział  po 
chwili zastanowienia. -Wejdźmy do środka. 

background image

Blanche  odetchnęła z ulgą. Wszystko wskazywało  na to, że 

pan  Angelsten  jednak  o  niczym  nie  wie,  w  przeciwnym 
wypadku na pewno nie opóźniałby wyjazdu. 

Obejrzała się za siebie. Nadal nie było widać ani Friedricha, 

ani policji. Żołądek ścisnął jej się ze zdenerwowania. 

Może nie uwierzyli Friedrichowi? 
Coraz  bardziej  się  denerwowała.  Próbowała  naprędce 

wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę o Frederikke. Weszli do 
salonu.  Pan  Angelsten  wskazał  jej  miejsce  przy  ogromnym 
stole, który wypełniał niemal całe pomieszczenie. 

- Proszę usiąść, pani Bjerkely. 
Atmosfera  była  gęsta.  Blanche  modliła  się  w  duchu,  by 

Friedrich  wreszcie  się  zjawił.  Na  jak  długo  uda  jej  się 
zatrzymać Angelstena? 

- A więc mówi pani, że Frederikke jest trudna? -zaczął, kiedy 

oboje zajęli miejsca. 

Blanche poczuła wyrzuty sumienia, Frederikke była przemiłą, 

dobrze  ułożoną  dziewczynką,  ale,  jak  to  mówią,  cel  uświęca 
środki. Coś musiała wymyślić. 

background image

Pan Angelsten nie czekał na odpowiedź. Z zadowoloną miną 

odchylił się i założył nogę na nogę. 

- Nie chciałbym, by uznała pani, że stwierdzenie tego sprawia 

mi  radość,  ale  zupełnie  mnie  to  nie  dziwi.  Frederikke  jest 
uparta i krnąbrna, nie ma w sobie tej naturalnej uległości, której 
życzymy sobie u dzieci. Splótł dłonie na kolanie. - Ale proszę 
mi powiedzieć, pani Bjerkely, o co tak naprawdę chodzi. 

Cieszyła się, że siedzi, inaczej mogłoby się to źle skończyć. 

Kiedy  rozmawiali,  jej  uwagę  przyciągnął  pewien  szczegół. 
Brakowało  jej  powietrza,  myśli  pędziły  w  jej  głowie  jak 
szalone. 

Do tej chwili jakoś o tym nie myślała, ale przecież Friedrich 

wspominał, że pan Angelsten jest członkiem loży. Należeli do 
niej mężczyźni z dobrych rodzin, dysponujący sporym mająt-
kiem  bądź  zajmujący  wysokie  stanowiska.  Wszyscy  o  tym 
wiedzieli, nie widziała w tym niczego dziwnego. 

Kiedy  splótł  dłonie  na  kolanie,  zobaczyła  to.  Pierścień.  Na 

palcu wskazującym prawej dłoni 

background image

Angelstena  widniał  pierścień  z  błękitnym  oczkiem, 

ozdobionym wizerunkiem złotego skarabeusza. 

Taki  sam  jak  ten,  który  nosił  mężczyzna  w  kapturze.  Ten, 

który zamknął ją w trumnie i spalił zapiski jej ojca. 

background image

10 
 
Patrzyła, jak poruszają się wargi pana Angelstena, jak bruzda 

na jego czole robi się coraz głębsza. 

- Pani Bjerkely? 
Głos wdarł się w jej myśli, kazał wrócić do rzeczywistości. 
- Źle się pani czuje? 
Pochylił  się  lekko  i  wpatrywał  się  w  nią  pytająco.  Jej 

spojrzenie  znów  powędrowało  ku  jego  prawej  dłoni, 
pierścieniowi na palcu wskazującym. Nie myliła się. To był on. 
Uniosła wzrok, spojrzała mu prosto w oczy. 

- Dlaczego pan to  zrobił?  -  słowa same  wypłynęły z jej ust, 

nim zdążyła się zastanowić. 

Pan Angelsten wyglądał na zdezorientowanego. 

background image

- Co ma pani na myśli? Obawiam się, że nie wiem, o co pani 

pyta. 

Patrzyła na niego w milczeniu, przyglądała się bacznie jego 

twarzy. 

Kim  tak  naprawdę  był  ten  człowiek?  Pozornie  -dobrym, 

pobożnym  chrześcijaninem,  który  w  imię  miłości  bliźniego 
przyjmował pod swój dach ubogie i osierocone dzieci. Często 
zabierał  głos  w  sprawie  upadku  moralnego  społeczeństwa, 
postulował, że należy coś z tym zrobić. Dlatego właśnie wraz z 
podobnie myślącymi stworzył własne stowarzyszenie religijne. 

Może  się  pomyliła?  Chyba  nie  mógł  być  tym  mężczyzną, 

który napadł na nią w budynku loży i zamknął ją w trumnie? To 
musiał być ktoś inny. 

Poczuła na plecach krople potu. Elementy układanki powoli 

zaczynały  do  siebie  pasować,  tylko  ona  nie  widziała  jeszcze 
gotowego obrazu. 

-  To  był  pan,  prawda?  -  zapytała  i  powoli  podniosła  się  z 

miejsca. 

Pan Angelsten odchrząknął, zasłaniając usta dłonią. 
- O czym pani mówi, pani Bjerkely? - jego 

background image

głos brzmiał groźnie, w oczach pojawił się czujny błysk. 
Próbowała  uspokoić  oddech.  Teraz  wiedziała  na  pewno  - 

miała rację. To nie mógł być przypadek. Zapiski ojca, historia z 
adoptowanym dzieckiem, potworny czyn, którego świadkiem 
był Friedrich, wydarzenia w gmachu loży. 

Wszystko  pasowało,  jeszcze  tylko  nie  wiedziała,  w  jaki 

dokładnie sposób. 

Angelsten również wstał. Oparł się prawą dłonią o blat stołu. 

Złoto  na  jego  placu  zapłonęło  w  promieniach  słońca, 
wpadających przez wysokie okna. 

-  Bał  się  pan,  że  przeczytam  zapiski  ojca,  prawda?  - 

powiedziała  schrypniętym  głosem.  Słowa  trafiły  go  jak  cios 
pięścią. 

Zrobiła krok w przód. 
-  Czego  pan  się  bał,  panie  Angelsten?  -  spytała  cicho.  -  Że 

odkryję  kłamstwa  pańskiej  żony?  Dzięki  zapiskom  ojca 
dowiem  się,  że  nieślubne  dziecko  mojej  matki  wcale  nie 
urodziło się martwe, tak jak twierdziła pani Angelsten, ale że 
dorastało tutaj, w tym domu? 

Z każdym jej słowem twarz pana Angelstena 

background image

stawała się coraz bledsza. Zrobił kilka kroków w tył. 
-  Naprawdę  nie  rozumiem,  o  co  pani  chodzi!  -zaśmiał  się 

krótko i głośno. - Przecież to śmieszne! O czym pani mówi? 
Jakie zapiski? Oburzenie chyba dodało mu sił. - Nie, to jakieś 
bzdury  -  powiedział  podniesionym  głosem.  Odwrócił  się  na 
pięcie,  pomaszerował  do  drzwi  i  otworzył  je.  -  Jestem  zmu-
szony prosić, by pani wyszła. 

Blanche nie ruszyła się z miejsca. 
-  A  może  bał  się  pan,  że  odkryję  jeszcze  coś  innego?  Coś 

znacznie bardziej poważnego niż kłamstwa pańskiej żony? 

Zesztywniał. Jego twarz zastygła w grymasie niedowierzania, 

zmieszania i strachu. Powoli podeszła do niego. 

- Powiedzieć panu, co ja o tym sądzę? - ciągnęła uparcie. Na 

białym czole mężczyzny i wokół rozszerzonych nozdrzy perlił 
się pot. - Sądzę, że nie chciał pan, bym się dowiedziała, kto jest 
moim bratem. 

Zatrzymała się tuż przed nim. Jego dłoń nadal spoczywała na 

klamce. 

background image

Przekrzywiła głową i przyglądała się wyrazowi zaskoczenia 

na jego twarzy. 

-  Byłoby  to  bardzo  niefortunne,  prawda?  Gdybym  się 

dowiedziała, że to Friedrich, biorąc pod uwagę moje zdanie na 
temat porządków panujących w Angelsten, mogłoby się to źle 
dla  pana  skończyć.  Bał  się  pan,  że  Friedrich  być  może 
postanowi zerwać umowę, którą niegdyś z panem zawarł? 

Pan Angelsten zrobił niepewny krok w tył. 
-  Naprawdę  powinna  pani  już  iść  -  powiedział  cienkim 

głosem. 

Blanche  widziała,  że  jest  śmiertelnie  przerażony,  nietrudno 

było  to  zrozumieć.  Widział,  że  stoi  nad  przepaścią,  że  grunt 
usuwa mu się spod nóg. 

Powoli potrząsnęła głową. 
-  Pańska  żona  o  niczym  nie  wie,  prawda?  Nie  wie  nic  o 

straszliwej  tajemnicy,  którą  skrywał  pan  przez  te  wszystkie 
lata. 

Wyraz  jego  twarzy  stanowił  wystarczającą  odpowiedź. 

Odwrócił wzrok. Słyszała jego przyspieszony oddech. Drżącą 
ręką  wyciągnął  chusteczkę  i  otarł  pot,  spływający  mu  po 
policzkach. 

- Pewnie nie zachwyci pana informacja, że to 

background image

pańska  żona  powiedziała  mi  o  nieślubnym  dziecku  mojej 

matki. Na chwilę zawiesiła głos. - Pani Angelsten padła ofiarą 
własnej  pychy.  Kierowana  chęcią  upokorzenia  mnie, 
opowiedziała mi rzeczy, dzięki którym zrozumiałam, że moja 
matka  wcale  nie  urodziła  martwego  dziecka,  lecz  zdrowego 
chłopca. 

- Powiedz jej. 
Blanche  drgnęła  i  odwróciła  się.  Nie  słyszała,  kiedy  pani 

Angelsten  weszła  do  salonu.  Stała  teraz  w  drzwiach  do 
sąsiedniego  pokoju,  wyprostowana  jak  struna,  z  wysuniętym 
podbródkiem.  Dłonie  trzymała  złożone  przed  sobą,  ciemne 
oczy odbijały się od bladej twarzy. 

Czy słyszała ich rozmowę? 
Tego Blanche nie wiedziała. 
Pani  Angelsten  zrobiła  kilka  kroków  w  ich  stronę.  Jej  oczy 

płonęły. 

-  Wiedziałam,  że  nie  powinnam  była  tego  pani  mówić  - 

powiedziała cicho. 

- Nie sądzę... - próbował wtrącić jej mąż, ale przerwała mu. 
- Nie możemy dłużej trzymać tego w tajemnicy Wkrótce i tak 

się dowie. 

background image

Blanche  powiodła  wzrokiem  od  jednego  do  drugiego.  Pani 

Angelsten chyba nie zauważyła, czego tak naprawdę dotyczy ta 
rozmowa. 

-  Pani  Bjerkely  już  wie,  że  Friedrich  jest  jej  bratem  - 

powiedział  Angelsten.  Czuł  się  wyraźnie  niepewnie,  uciekał 
wzrokiem w bok, jego twarz była purpurowa. 

W pierwszej chwili pani Angelsten nie zareagowała, ale nagle 

jej wargi zaczęły drżeć. 

-  Jak...  -  odchrząknęła  i  wyprostowała  się.  -  Jak  pani  to 

odkryła? 

Blanche  spojrzała na Angelstena, który chwiejnym krokiem 

podszedł  do  najbliższego  krzesła  i  opadł  na  nie.  Znów  otarł 
czoło i szyję. 

Blanche odwróciła się do pani Angelsten. 
- Niczego nie odkryłam. Friedrich sam mi powiedział, zdaje 

się za namową swojej mamki, pani Matre. 

-  Anno!  -  wykrzyknął  nagle  pan  Angelsten.  Obie  aż 

podskoczyły. 

- Anno, ty nie rozumiesz! - ukrył twarz w dłoniach, po czym 

zerwał  się  z  miejsca,  rozłożył  ręce  i  powtórzył:  -  Nic  nie 
rozumiesz! 

background image

Blanche zrobiła dwa kroki w tył. Desperacki wybuch był dość 

przerażający,  pani  Angelsten  również  zdawała  się 
przestraszona reakcją męża. 

-  Nie  możemy  dłużej  tego  ukrywać,  chyba  sam  rozumiesz  - 

powiedziała. - Ona już i tak wie, że Friedrich jest jej bratem. 

Blanche  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  kobieta  nie  ma 

pojęcia, o czym tak naprawdę rozmawiają. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  wydusił  pan  Angelsten,  po  czym  z 

powrotem opadł na krzesło. Pojękiwał żałośnie. 

Pani  Angelsten  nie  zareagowała  na  słowa  męża,  może  była 

zbyt przejęta faktem, że jej tajemnica wyszła na jaw. 

Spojrzała Blanche prosto w oczy. 
- Przypuszczam, że wie pani również, co się wydarzyło, kiedy 

wzięłam do siebie Friedricha? 

Blanche skinęła głową w milczeniu. W oczach pani Angelsten 

płonął gniew. 

-  Czuję,  że  mnie  pani  potępia,  pani  Bjerkely.  Pewnie  myśli 

pani, że muszę być bardzo złym człowiekiem, skoro żyłam w 
takim zakłamaniu. 

Blanche potrząsnęła głową. 

background image

- Myli się pani - odparła krótko. - Zupełnie nie dbam o to, czy 

pani kłamała, czy nie, to nie moja sprawa. Nie rozumiem tylko, 
czemu rości sobie pani prawo, by osądzać innych, tych, którzy 
według pani nie żyją w zgodzie ze Słowem Bożym. 

Pani Angelsten prychnęła. 
-  W  przeciwieństwie  do  wielu  innych  osób  ja  przynajmniej 

próbuję żyć według Słowa Bożego. Poza tym coś pani powiem. 
Podeszła do Blanche i uniosła palec wskazujący. - To z winy 
pani  matki  musiałam  żyć  z  kłamstwem  na  sumieniu,  chyba 
zdaje sobie pani z tego sprawę? 

Jak ona mogła mieszać do tego jej matkę? 
- Jak może pani mówić coś takiego? - wybuchnęła. Dłużej nie 

potrafiła powstrzymywać gniewu. - Co za hipokryzja! Usiłuje 
pani zrzucić na innych winę za własne grzechy. 

Pani Angelsten wycelowała palcem w Blanche. 
- Jak pani śmie mówić mi o hipokryzji? Skoro pani wie, co się 

stało,  kiedy  pani  matka  zaszła  w  ciążę,  powinna  też  pani 
rozumieć, że ją chroniłam! Mogłam rozgłosić wszem i wobec, 
jak latała za moim mężem, kiedy byłam chora, jak go uwiodła, 

background image

sprowadziła na manowce. Ale nigdy, nigdy nie pisnęłam ani 

słowem! Choć, proszę mi wierzyć, miałam wielką ochotę! 

Blanche  spojrzała  na  pana  Angelstena.  Zrezygnowany, 

siedział  z  łokciami  wspartymi  na  stole  i  twarzą  ukrytą  w 
dłoniach. 

Potem  przeniosła  wzrok  na  panią  Angelsten,  która 

niezmordowanie  ciągnęła  tyradę  o  tym,  jak  wielkie  ofiary 
poniosła, biorąc Friedricha na wychowanie. 

Na moment Blanche ogarnęło współczucie. Biednej kobiecie 

pewnie się wydawało, że ten dzień nie może być już gorszy, ale 
wkrótce miała się przekonać, że to nieprawda. 

-  Rozumem,  że  nie  było  pani  łatwo  podjąć  taką  decyzję  - 

wtrąciła Blanche spokojnym głosem, kiedy kobieta zamilkła na 
chwilę. 

- Niełatwo? To było nieślubne dziecko mojego męża! 
Blanche przyglądała się jej przez chwilę. 
- Ale chciała pani  mieć dziecko, prawda? Przypuszczam, że 

nie była pani całkiem bezinteresowna udając, że Friedrich jest 
pani synem. 

background image

Pani  Angelsten  spojrzała  na  nią.  Blanche  zrozumiała,  że 

trafiła w czuły punkt. 

-  Tak  bardzo  chciała  pani  mieć  dziecko,  że  wolała  pani 

zignorować  romans  męża,  prawda?  -  ciągnęła  Blanche.  -  W 
końcu mogła pani zażądać rozwodu. 

-  Rozwodu?  -  niemal  wypluła  to  słowo.  -  Chyba  sama  pani 

wie, jak to jest! Potrząsnęła głową i swoim zwyczajem dumnie 
uniosła  głowę, wysuwając  podbródek.  -  Przysięgałam  kiedyś 
przed obliczem Boga, że będę z mężem na dobre i na złe i tej 
przysięgi dotrzymuję. 

Blanche próbowała ją zrozumieć. Na pewno musiała czuć się 

wtedy  bardzo  zraniona.  Kiedy  ona  chorowała,  mąż  miał 
romans z inną kobietą. 

-  Pani  wierność  i  wytrwałość  jest  godna  podziwu  - 

powiedziała  Blanche  cichym  głosem.  Wiedziała,  że  panią 
Angelsten  czeka  prawdziwy  wstrząs.  Wkrótce  dowie  się,  jak 
nędznego postępku jest winien jej drugi mąż. 

Coś  zmieniło  się  w  twarzy  kobiety,  wyraz  oczu  jakby 

złagodniał. Prędko odwróciła wzrok. 

- Inaczej pani to sobie wyobrażała, prawda?   

background image

ciągnęła  Blanche.  -  Myślała  pani,  miała  nadzieję,  że  zdoła 

pokochać to dziecko, stało się jednak inaczej, nie mam racji? 

Tamta rzuciła jej gniewne spojrzenie. 
-  Jak  może  pani  tak  mówić?  Oczywiście,  że  kochałam  to 

dziecko! 

Blanche zrozumiała, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi, 

pani Angelsten nie była osobą, która potrafiłaby przyznać się 
do błędu. Tak czy inaczej nic nie mogło odmienić dzieciństwa 
Friedricha. Dorastał pod opieką kobiety, która go nie kochała, a 
kiedy dowiedział się, że nie jest jego prawdziwą matką, było 
już  za  późna  Może  w  pewien  sposób  było  to  dla  niego 
pociechą, może dzięki temu zrozumiał, czemu nie potrafiła go 
kochać. 

Gospodyni zapukała ostrożnie do drzwi. 
- Nie teraz, Magdo! - wykrzyknęła gniewnie pani Angelsten. 
Gospodyni nie ruszyła się z miejsca. 
- Rozumiem, że to nieodpowiedni moment, ale chyba muszą 

państwo... 

Pani Angelsten nie czekając, aż tamta skończy, rzuciła się do 

drzwi. 

background image

Pewnie sądziła, że wie, po co gospodyni ją wzywa. Wróciła 

po  chwili.  Wyraz  jej  twarzy  świadczył  o  jednym:  wreszcie 
zrozumiała, że dzieje się coś naprawdę poważnego. 

Spojrzała na męża, który właśnie wstawał z miejsca. 
- Policja jest tutaj. Zabrzmiało to jak pytanie. 
Stał bez ruchu, wsparty o krzesło, jakby miał za chwilę upaść. 
- Tak - powiedział ledwo słyszalnym głosem i spuścił wzrok. - 

Spodziewałem się tego. 

background image

11 
 
Blanche  i  Friedrich  stali  na  podwórzu,  patrząc, jak  grabarze 

wbijają łopaty w ziemię. 

Kiedy  zaczęli  kopać,  zapadła  całkowita  cisza.  Całej 

procedury  pilnował  szef  policji  z  Tonsbergu  i  reprezentant 
komisji do spraw ubogich. Służba  zbiła się  w gromadkę pod 
stodołą.  Wszyscy  z  uwagą  przyglądali  się  pracującym 
mężczyznom. 

Blanche zerknęła na Friedricha. Dziwił ją jego spokój, oboje 

zdawali  sobie  sprawę,  jakie  skutki  może  mieć  dla  niego  ta 
decyzja.  Wiedziała,  że  to  tylko  pozory,  że  tak  naprawdę  jest 
bardzo  zdenerwowany.  Co  będzie,  jeśli  niczego  nie  znajdą? 
Ciało  chłopca  leżało  w  ziemi  od  trzynastu  lat,  poza  tym  pan 
Angelsten mógł je przenieść. 

background image

Wcześniej  przez  głowę  przemknęła  jej  myśl,  że  Friedrich 

mógł  źle  zinterpretować  to,  co  zobaczył,  w  końcu  był  tylko 
dzieckiem,  reakcja  pana  Angelstena  nie  pozostawiała  jednak 
wątpliwości. 

Uświadomił sobie, że nie potrafi zatrzymać raz wprawionego 

w  ruch  kamienia.  Początkowo,  kiedy  powiedziała,  że 
rozpoznała  w  nim  mężczyznę  w  kapturze,  wypierał  się 
wszystkiego,  ale  kiedy  zrozumiał,  że  poznała  straszliwą 
tajemnicę, którą ukrywał przez tyle lat, musiał pogodzić się z 
tym, że nie ma odwrotu. Nie był nawet specjalnie zdziwiony, 
kiedy policjanci stanęli na progu. Kiedy Friedrich pokazywał, 
gdzie został pochowany chłopiec, Angelsten siedział w salonie 
i czekał na rozwój wydarzeń. 

Mężczyźni  kopali  coraz  głębiej,  na  razie  nic  się  nie  działo. 

Blanche poczuła, że żołądek ściska jej się ze zdenerwowania. 
A  jeśli  niczego  nie  znajdą?  A  może  Friedrich  wskazał  złe 
miejsce?  Minęło  przecież  wiele  lat,  w  dodatku  widział  scenę 
pochówku w nocy, mógł się pomylić. Wydawał się jednak taki 
pewien  siebie,  bez  wahania  podszedł  do  krzaków  porzeczek, 
odsunął je na bok i oznajmił z przekonaniem, że to tutaj. 

background image

Nagle ciszę przerwał śpiew. Jedno z okien kuchennych było 

otwarte,  płynęły  przez  nie  jasne,  delikatne  głosy  dziecięce. 
Przewodził im głos pani Angelsten. 

Warownym grodem jest nasz Bóg, orężem nam i zbroją! 
On nas wybawia z wszelkich trwóg, co nas tu niepokoją. 
Blanche przełknęła łzy napływające jej do oczu. Szef policji 

zaznajomił  panią  Angelsten  ze  sprawą.  Było  jasne,  że  nie 
wiedziała o ponurej tajemnicy męża. Chyba że tak doskonale 
grała. Pan Angelsten nawet nie starał się bronić samego siebie 
czy żony. Wydawał się sparaliżowany tym, co się wokół niego 
działo,  od  chwili  przybycia  policjantów  nie  powiedział  ani 
słowa. 

Choć diabłów pełen byłby świat, co połknąć by nas chcieli, 
My nie boimy się ich zdrad, będziemy triumf mieli.   
Głos pani Angelsten nie drżał nawet odrobinę, brzmiał czysto 

i wyraźnie. Jak jej się udawało zachować taki spokój? Blanche 
była przy tym, kiedy 

background image

szef policji wyjaśnił jej pokrótce powód swojej wizyty. Nim 

zaczął  mówić,  kazał  jej  usiąść,  ale  ona  wolała  stać.  Może 
najpierw myślała, że to jakaś sprawa dotycząca Friedricha, ale 
kiedy  usłyszała,  o  co  chodzi,  o  mało  nie  zemdlała.  Friedrich 
złapał ją za ramię i pomógł dojść do krzesła. Już na siedząco 
wysłuchała policjanta do końca. 

Przez cały czas nawet się nie poruszyła, patrzyła przed siebie 

pustym wzrokiem. Kiedy szef policji zapytał, czy zrozumiała, 
co  powiedział,  potwierdziła  i  wyszła  z  salonu.  Kazała 
wszystkim dzieciom zebrać się w kuchni. Zmówili modlitwę, a 
potem zaczęli śpiewać psalmy. 

Zobaczyła,  że  w  ich  stronę  zmierza  pan  Fl0ysvig, 

przedstawiciel  komisji  do  spraw  ubogich.  Ręce  założył  na 
plecach, jego mina mówiła, że szczerze wątpi w to, by mieli 
coś znaleźć. Poprzednim razem, kiedy się do niego zwróciła, 
także wątpił, twierdził, że to jakieś wymysły. 

Wtedy musiała pogodzić się z porażką, ale miała nadzieję, że 

dzisiaj przyjaciel pana Angelstena zrozumie, jaki błąd popełnił, 
ignorując jej uwagi. - Resztki starych gratów i kupa kamieni, 
oto, co 

background image

znajdą - oznajmił i utkwił wzrok w Blanche. Znów pomyślała, 

tak jak poprzednio, że te lekko skośne, głęboko osadzone oczy 
upodobniają go do borsuka. Friedrich nawet nie zaszczycił go 
spojrzeniem. 

- Wiem, co widziałem, panie Floysvig, i wiem, co znajdą. 
Blanche zerknęła na brata. Chyba bardzo starał się zachować 

spokój, ale widziała jego narastające zdenerwowanie. 

Pan Floysvig uśmiechnął się sztywno. 
- Cóż, mogę powiedzieć tylko tyle: sądzę i mam nadzieję, że 

się pan myli. Proszę pamiętać, że był pan wtedy dzieckiem  - 
powiedział  pobłażliwym  tonem.  -  I,  z  całym  szacunkiem, 
zapewne  i  wtedy  był  pan  obdarzony  talentem  artystycznym. 
Może się to panu przyśniło? Może miał pan taką wizję? Nie by-
łoby  to  wcale  dziwne  u  człowieka  obdarzonego  taką 
wyobraźnią, prawda? 

Spojrzała  na  brata.  Zaciskał  mocno  szczęki.  Kiedy  służące 

podały  grabarzom  coś  do  picia,  a  ci  odłożyli  łopaty,  na  jego 
twarzy pojawił się wyraz desperacji. 

- Powiedzieć coś panu, panie Floysvig? - powie- 

background image

dział Friedrich z nagłym ożywieniem. - Pan mnie zapewne nie 

pamięta,  ja  za  to  pamiętam  pana  doskonale  z  czasów,  kiedy 
mieszkałem w Angelsten. 

Coś  musiało  mocno  poruszyć  Friedricha,  lecz  pan  Floysvig 

przyjął ten gwałtowny wybuch z całkowitym spokojem. 

- Myli się pan, panie Lothe. Pamiętam pana bardzo dobrze z 

moich licznych wizyt w tym domu. W końcu j est pan synem 
pani Angelsten. 

Blanche  i  Friedrich  wymienili  spojrzenia.  Nie  powiedzieli 

nikomu, że są rodzeństwem. Friedrich zrobił krok w przód. 

- Owszem, wizyty były liczne, ale, niestety, nigdy nie zadał 

pan sobie trudu sprawdzenia, w jakich warunkach żyją dzieci, 
mimo  że  to  właśnie  było  owych  wizyt  celem.  Zamiast  tego 
siedział pan w salonie i rozprawiał z panem Angelsten o stowa-
rzyszeniu, które zamierzali panowie założyć. 

Pan  Floysvig  wydawał  się  nadal  nieporuszony,  ale  Blanche 

pomyślała,  że  to  niemożliwe,  by  nie  odczuwał  niepokoju  na 
myśl o tym, co grabarze, którzy właśnie wrócili do pracy, mogą 
za chwilę znaleźć. 

background image

- Mówiłem już i powtarzam to teraz, że warunki panujące w 

Angelsten  nigdy  nie  budziły  moich  wątpliwości.  Owszem, 
wiem o tym, że dzieci są karane, lecz wiem też, że dzieje się to 
w imię Boże, w wierze i miłości, i ma na celu uczynienie z tych 
dzieci  dobrych  chrześcijan.  Tak  jak  napisano  w  Biblii:  Kto 
żałuje  swojej  rózgi,  nienawidzi  swojego  syna,  lecz  kto  go 
kocha, karci go zawczasu.  
Niektóre dzieci są bardziej oporne 
od innych, ale nie możemy się poddać, nie możemy sobie na to 
pozwolić. To nasz chrześcijański obowiązek, musimy walczyć 
ze swymi słabościami i sumiennie wypełniać obowiązki, choć, 
oczywiście,  karanie  dziecka  jest  trudne  i  sprawia  nam  ból. 
Uśmiechnął  się  ze  smutkiem.  -  Musi  pan  zrozumieć,  panie 
Lothe, że wcale nie sprawia nam to przyjemności. Zwrócił się 
do Blanche. - Ale dobry Bóg daje nam siłę, potrzebną do tego, 
by sprowadzić zbłąkane duszyczki na prostą drogę. 

Friedrich spojrzał na niego ze złością. 
- Za chwilę pożałuje pan tych słów. W jego oczach błysnęły 

łzy.  -  Za  chwilę  przekona  się  pan,  do  czego  doprowadziła 
pańska opieszałość. Przez piękne słówka o dobrym Bogu i jego 
nakazach mój 

background image

przyjaciel  stracił  życie  w  wieku  trzynastu  lat,  a  jego  ciało 

wrzucono  do  dołu  w  ziemi  jak  ścierwo  zwierzęce.  Oto,  do 
czego prowadzi pańskie świątobliwa gadanina. 

W tym momencie ktoś krzyknął. Odwrócili się. 
Grabarze przerwali pracę, jeden z nich cofnął się, drugi zaczął 

wołać szefa policji. 

Blanche poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Serce 

waliło  w  jej  piersi  jak  szalone.  Szef  policji  pochylił  się  nad 
dołem. 

Powoli  wyprostował  się  i  powiódł  wzrokiem  po  zebranych. 

Wyraz  jego  twarzy  i  schylone  głowy  tamtych  dwóch 
świadczyły o jednym - znaleźli chłopca. 

background image

12 
 
Nie  widziała  go,  ale  słyszała.  Nie  kroki,  oddech. 

Przyspieszony, urywany. Bliski. 

Biegła  tak  szybko,  jak  tylko  potrafiła.  Nie  miała  odwagi 

spojrzeć między drzewa z lewej strony ścieżki, ale wiedziała, 
że on tam jest. 

-  Wilma!  -  krzyknęła,  z  trudem  łapiąc  oddech,  ale  pies  nie 

przybiegł. Gdzie ta Wilma się podziewa? Gdyby miała ją przy 
sobie, czułaby się znacznie bezpieczniej. 

Od jak dawna za nią idzie? Czego chce? 
Zbierało jej się na płacz, czuła się ścigana niczym zwierzyna 

łowna. I dlaczego on się nie pokazuje? 

Biegła dalej, oglądając się raz po raz. Nadal go nie widziała, 

czuła jednak, że jest tuż za nią. 

Co robić? Przez chwilę rozważała, czy nie wrócić 

background image

do  zagrody,  ale  bliżej  było  do  gospodarstwa,  w  którym 

mieszkał Greger Langaard. 

A  jeśli  nie  zastanie  go  w  domu?  Było  wcześnie pewnie  nie 

wrócił jeszcze z Ladefoss. 

A  jeśli  nie  zdąży  dobiec  do  innych  ludzkich  siedzib?  Jeśli 

będzie szybszy? 

Gdzie on jest? Słyszała tylko własny oddech i chrzęst żwiru 

pod  butami,  te  dwa  dźwięki  zagłuszały  wszystkie  inne.  W 
ustach  czuła  smak  krwi  w  piersi  zimne  kłucie.  Za  chwilę 
opadnie z sił, wyczerpana zbyt szybkim biegiem i panicznym 
strachem przed tym, który ją gonił. 

Był  tylko  ciemnym  cieniem  poruszającym  sie  między 

drzewami,  nie  mogła  go  zobaczyć,  ale  widziała,  że  tam  jest. 
Chyba  wiedziała  też,  kto  to  jest.  Któż  inny,  jak  nie  Czarny 
Lucas?  Żywił  do  niej  urazę,  a  jego  zachowanie  w  stajni 
świadczyło o tym, że jest człowiekiem bez skrupułów. 

Widziała już przed sobą domostwo pana Langaarda. 
Czy jest w domu? Rozglądała się, ale nigdzie n było go widać. 
Jeszcze raz obejrzała się przez ramię. 

background image

Czy jeszcze tam jest? Miała wątpliwości. Może tu, w pobliżu 

ludzkiej siedziby, nie miał odwagi dalej za nią biec? 

Zwolniła.  Nogi  miała  sztywne  i  drżące,  brakowało  jej 

powietrza w płucach. 

Przebiegła  przez  podwórze,  rozejrzała  się  rozpaczliwie  w 

poszukiwaniu  pomocy,  nigdzie  jednak  nie  było  widać  ani 
zarządcy, ani nikogo innego. 

Podeszła do drzwi i zapukała. 
Od razu wiedziała, że nikt jej nie otworzy. Była sama, równie 

opuszczona i skazana na własne siły, jak wcześniej w lesie. 

Znów  się  obejrzała.  Nie  słyszała  i  nie  widziała  swego 

prześladowcy, ale czuła, że chowa się gdzieś niedaleko. 

Nacisnęła klamkę i weszła do środka, po czym zamknęła za 

sobą drzwi. 

Próbowała uspokoić oddech, ale serce waliło w jej piersi jak 

szalone. Pot zlewał plecy, dłonie drżały. 

Co się wydarzyło w lesie? Czy sobie to wszystko wymyśliła? 
Przeszła przez sionkę do kuchni. Wszystko 

background image

wyglądało  dokładnie  tak,  jak  tamtego  wieczoru  w  zimie, 

kiedy  znalazła  ojca  pana  Langaarda  w  przydrożnym  rowie, 
wyczerpanego i zbyt cienko ubranego. Było czysto i schludnie. 
U  sufitu  w  pokoju  wisiał  wypchany  ptak.  Ojciec  pana 
Langaarda nie mógł go ze sobą zabrać, kiedy wyprowadził się 
do sąsiedniej wsi. Klatka, w której poprzednio mieszkały dwa 
piękne żółte ptaszki, stała pusta. 

Podkradła  się  do  okna,  z  którego  było  widać  podwórze  i 

kawałek  lasu.  Wstrzymując  oddech,  szukała  wzrokiem  tego, 
który za nią biegł. Miała dobry widok z tego miejsca, na pewno 
zauważyłaby go, gdyby się pojawił. 

Stała tak przez kilka minut, ale nic się nie wydarzyło. Może 

jej się wydawało? 

W gruncie rzeczy nikogo w tym lesie nie widziała. 
Odsunęła się od okna. Dotknęła spoconych włosów. 
Może powinna zebrać się na odwagę i pójść dalej? Niedaleko 

mieszkają ludzie, może spotka kogoś po drodze. 

background image

Najpierw  jednak  postanowiła  wyjrzeć  też  przez  pozostałe 

okna. Weszła do pokoju. 

Jak smutno wyglądała ta pusta klatka. Przypomniała sobie z 

jaką  czułością  ojciec  pana  Langaarda  trzymał  ptaszki  w 
dłoniach. 

Co się z nimi stało? 
Podeszła  do  okna,  gdy  nagle  jej  wzrok  padł  na  stojącą  pod 

ścianą kanapę w kolorze burgunda. Zaszumiało jej w uszach. 
Musiała oprzeć się o najbliższy fotel. 

To nie mogło być... 
Jednym skokiem znalazła się przy kanapie i podniosła leżące 

na niej ubrania. 

Suknia, biała koszula, pończochy, bielizna. 
Stała, patrząc na ubranie. Należało do niej. 
Tylko skąd się wzięło w domu Langaarda? 
Strach powoli ogarnął czubki jej placów u rąk i nóg niczym 

fala rozpalonego do białości żaru, ściął kark gęsią skórką. 

Mogło to znaczyć tylko jedno. 
Wypuściła ubranie z ręki, jakby ją parzyło. 
Musi się stąd czym prędzej wydostać. 
Odwróciła się na pięcie, wybiegła do kuchni, ale 

background image

nagle przystanęła. Coś zasłaniało okno. Jakaś sylwetka. Ktoś 

zaglądał do środka. 

Mętne  zielone  szkło  zniekształcało  rysy,  sprawiało,  że  były 

niemal nie do rozpoznania, ale ona wiedziała, kto tam stoi. 

Greger Langaard. 

background image

13 
 
Bera nie mogła oderwać od niego wzroku. 
To był on. Przez cały ten czas, po tylu latach... Ale jak?... 
Nagle  usłyszała,  że  drzwi  gabinetu  się  otwierają.  Po  chwili 

Aksel pojawił się w kuchni. 

-  To  pan,  panie  Tunsberg?  -  uśmiechnął  się  do  starego  i 

podszedł,  wyciągając  do  niego  rękę  na  powitanie.  Na  widok 
rany  zmarszczył  czoło.  -  Zranił  się  pan?  Potem  Bera  pana 
opatrzy. Podobno chciał pan ze mną rozmawiać? 

Poszli do gabinetu, a ona stała w miejscu, oszołomiona. 
Wrócił. 
On. 

background image

Nie  mogła  zabrać  się  do  pracy.  Czekała,  aż  rozmowa 

dobiegnie  końca.  O  czym  chciał  rozmawiać  z  Akselem? 
Zrobiło  jej  się  niedobrze.  Wydarzenia  sprzed  lat  powróciły. 
Tajemnica, którą ludzie z Gimle ukrywali przez tyle lat - czy 
teraz świat ją pozna? Czy po to wrócił? Aby upomnieć się o 
swoje prawa? 

Drżała na całym ciele, drżała tak, że nie mogła utrzymać się 

na nogach. 

Nie  widziała  go  od  czasu,  gdy  wyjechał  sześćdziesiąt  lat 

wcześniej. Czy w ogóle wiedział, że zaszła wtedy w ciążę? Że 
urodziła  dziecko?  Tak  bardzo  żałowała,  że  nie  było  jej  dane 
zobaczyć, jak dorasta, choć zostało spłodzone w tak straszny 
sposób. 

Z trudem łapała oddech. Łzy napłynęły jej do oczu. 
Po co wrócił? 
Przychodziło jej do głowy tylko jedno wytłumaczenie. 
To jego potomkowie mieli rządzić Gimle, to on był niegdyś 

dziedzicem. Rodzice wyrzucili go 

background image

z  domu  po  tym,  co  jej  zrobił.  Jego  brat  widział  na  własne 

oczy,  co  się  wydarzyło,  niestety,  zjawił  się  za  późno.  Z 
początku dręczyło ją poczucie winy, również dlatego, że to z 
jej  powodu  gospodarze  wyrzekli  się  syna.  Z  czasem  jednak 
zrozumiała, że czyn, którego się wobec niej dopuścił, był tylko 
jednym  z  wielu,  które  spotykały  się  z  potępieniem  jego  ro-
dziców. Mówiono, że nie pierwszy raz wziął dziewczynę siłą. 
Rodzice  postawili  mu  ultimatum:  albo  odda  się  w  ręce 
sprawiedliwości i poniesie karę za swe czyny, albo wyjedzie do 
Ameryki.  Oczywiście  wybrał  to  drugie.  Przyczynę  wyjazdu 
najstarszego syna zachowano w tajemnicy. 

A teraz wrócił, po tylu latach. Wiedziała dlaczego. 
Chciał, by jego syn dostał Gimle. 
Greger Langaard byłby prawowitym dziedzicem, gdyby jego 

ojca nie wyrzucono wtedy z domu. 

Usłyszała,  że  drzwi  gabinetu  się  otwierają  i  pospiesznie 

podniosła  się  z  miejsca.  Po  chwili  Aksel  stanął  w  drzwiach 
kuchni. Jego twarz była biała jak kreda, ciemne oczy ciskały 
błyskawice. 

Nie mogła wydusić słowa, czekała, aż coś powie. 

background image

- Jadę do lensmanna. Spojrzała na niego ze zdumieniem. 
-  Do  lensmanna?  -  wydukała,  niepewna,  o  co  w  tym 

wszystkim chodzi. 

Aksel odwrócił się na pięcie i zniknął w sieni. 
- Nie mam teraz czasu tłumaczyć - rzucił przez ramię. 
Pan Tunsberg, czy jak się nazywał, ruszył za Akselem. 
Patrzyła za nimi. Nic z tego nie rozumiała. 

background image

14 
 
Choć pozbawią źli żony, dzieci, czci, Chytra grabież ta zysk 

lichy wrogom da; Królestwo naszym będzie. 

Śpiew  cichł  powoli.  Szef  policji  Sverdrup  ruszył  przez 

dziedziniec do głównego budynku. Dwoma krokami pokonał 
schody i zniknął w środku. 

Blanche spojrzała na Friedricha, który wolnym krokiem szedł 

w  stronę  dołu.  Parobek  podbiegł  do  niego,  próbował  go 
zatrzymać, ale Friedrich zignorował go. 

Stał przez chwilę nad grobem przyjaciela, po czym osunął się 

na  kolana.  Twarz  ukrył  w  dłoniach,  ale  nie  było  słychać,  by 
płakał. Jeden z grabarzy podszedł do niego i położył mu rękę 
na ramieniu. 

Blanche skierowała wzrok na główny budynek. 

background image

Przyjechała tu, aby pomóc dzieciom. Na razie nie wiadomo 

było, czy pani Angelsten zostanie aresztowana. Wydawało się 
to  mało  prawdopodobne.  Co  stanie  się  z  dziećmi?  Mają  tu 
zostać? 

Postanowiła  podejść  do  Friedricha.  Serce  ją  bolało,  kiedy 

patrzyła, jak siedzi samotnie nad grobem przyjaciela. 

Samotnie, tak jak był samotny przez większość swego życia. 
Podeszła niepewnie, nie chciała mu przeszkadzać, ale miała 

nadzieję,  że  pozwoli  jej  zostać.  Starała  się  nie  patrzeć  na 
świeżo  wykopany  dół.  Nie  chciała  tego  oglądać  -  szczątków 
człowieka pochowanych w niepoświęconej ziemi. 

Szczątków  dziecka.  Chłopca,  który  poniósł  śmierć,  choć 

dopiero stał na progu życia. 

- Friedrichu? - powiedziała stłumionym głosem. 
Grabarz odszedł dyskretnie na bok. Friedrich spojrzał na nią. 

Ku jej zdziwieniu nie | płakał. Twarz miał spokojną, rysy jakby 
wygładzone, zielone oczy jaśniały. 

- To koniec - powiedział cicho, nabrał garść zie- 

background image

mi i przesypał ją powoli między palcami. - Choć wcale tak się 

nie wydaje. 

Blanche zastanawiała się, czy ma na myśli siebie samego, czy 

Angelstenów. 

- Angelstena spotka zasłużona kara - odparła. Friedrich skinął 

głową i zapatrzył się przed siebie 

pustym wzrokiem. 
- Zrobiłem to ze względu na pamięć o Edvinie. Znów na nią 

spojrzał. - Żadna kara jednak nie wynagrodzi tej śmierci i nie 
wróci mu życia. 

Podniósł się prędko. Utkwił spojrzenie w jakimś punkcie za 

nią. 

Odwróciła się. Pan Angelsten właśnie schodził po schodach, 

prowadzony przez szefa policji. 

Friedrich ruszył w jego kierunku. Blanche pospieszyła za nim. 
-  Co  mu  zrobiłeś?  -  usłyszała  podniesiony  głos.  -  Co  mu 

zrobiłeś? Dlaczego umarł? 

Szef policji potrząsnął głową. 
- Nie teraz, panie Lothe. Na wyjaśnienia przyjdzie czas, kiedy 

pan Angelsten stanie przed sądem. 

Pan Angelsten uniósł głowę i utkwił spojrzenie we Friedrichu. 

Blanche zadrżała. Miejsce re- 

background image

zygnacji,  której  poddał  się  początkowo,  zajmował  teraz 

gniew, nienawiść biła z jego twarzy, płonęła w oczach. 

- Wiesz, co teraz się stanie? - jego głos był cichy i groźny. - 

Wykopałeś swój własny grób, Frederiku. 

Blanche  wstrzymała  oddech.  Wiedziała,  co  ma  na  myśli 

Angelsten. Tego się właśnie obawiała, Friedrich również. 

-  Muszę  wiedzieć,  jak  zmarł  -  powtórzył  Friedrich, 

niewzruszony. - Musisz mi powiedzieć, jak to się stało. W jego 
głosie słychać było błaganie. 

Podeszła do nich grupka służących. Friedrich żądał prawdy, 

ich twarze mówiły, że chcą tego samego. Był też między nimi 
pan  Fl0ysvig,  wstrząśnięty  tym,  co  się  wydarzyło.  Patrzył 
oskarżycielsko na swego byłego przyjaciela. 

Szef policji zmrużył oczy. 
-  No,  gadaj  pan,  panie  Angelsten.  Pana  przybrany  syn  ma 

prawo dowiedzieć się po tylu latach, co się stało z jego kolegą. 
Popatrzył  na  zgromadzonych.  -  Zresztą  nie  tylko  on.  Więcej 
osób  chciałoby  wiedzieć,  jak  mogło  dojść  do  czegoś 
podobnego, tutaj, w Angelsten. 

background image

Zapadła  cisza.  Wszyscy  czekali,  aż  aresztowany  przemówi, 

ale on tylko spuścił wzrok i zacisnął wargi- 

Sverdrup, zniecierpliwiony, potrząsnął jego ramieniem. 
-  Powinien  pan  zrozumieć,  że  nikt  z  panem  nie  będzie  się 

cackał. Ruszył w dół schodów, pociągając za sobą Angelstena. 
-  Ja  nie  mam  nic  przeciwko  temu,  z  wielką  radością  zamknę 
pana w celi, gdzie, jak zapewne się pan domyśla, spędzi pan 
resztę życia, które zresztą w oczach sędziów zapewne okaże się 
niewiele warte. Zdaje pan sobie sprawę, zakładam, że w tym 
kraju  nadal  obowiązuje  kara  śmierci.  Ani  sędziowie,  ani 
społeczeństwo raczej nie będą chronić mordercy dziecka. 

Zgromadzeni rozstąpili się, robiąc im przejście. 
- Zaczekajcie! 
Blanche odwróciła się. W drzwiach stała pani Angelsten. 
- Powiedz im - powiedziała cicho, patrząc na męża. - Jeśli nie 

ze względu na nich, to ze względu na mnie. 

Pan Angelsten uparcie nie podnosił wzroku. 

background image

Znów zapadła cisza. Szef policji trzymał go mocno za ramię. 

Wszyscy czekali, aż zatrzymany coś powie. 

- To był... 
- Musi pan mówić głośniej, panie Angelsten wtrącił Sverdrup. 

- Nic nie słychać. 

-  To  był...  -  zaczął  ponownie.  Próbował  oderwać  wzrok  od 

ziemi, ale nie mógł. - To był wypadek. 

Wszyscy  milczeli.  Rozejrzał  się  dokoła,  może  w 

poszukiwaniu  życzliwej  twarzy  czy  choćby  zrozu  mienia  w 
czyichś  oczach.  Zobaczył  tylko  gniewne  lub  przerażone 
twarze.  Twarz  pani  Angelsten  była  nieporuszona,  nie  można 
było z niej nic wyczytać. 

Blanche przyszło do głowy, że może czuje się współwinna. Z 

tego,  co  mówiły  dzieci,  to  ona  często  wyznaczała  najcięższe 
kary. Nie, pani Angelsten z pewnością nie była niewinna, choć 
akurat nie wiedziała nic o tej sprawie. 

Spojrzenie Angelstena zatrzymało się na żonie. 
- Tamtego dnia Edvin zachowywał się wyjątkowo krnąbrnie, 

pamiętasz? 

Nie  od  razu  odpowiedziała,  jakby  potrzebowała  czasu  do 

namysłu. 

background image

Nieznacznie  skinęła  głową.  -  Tak,  był  bardzo  niegrzeczny 

podczas obiadu - powiedziała z wahaniem. 

Małżonkowie patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. 
-  Żona  poprosiła  mnie,  bym  porozmawiał  z  Edvinem  w 

gabinecie,  miała  dosyć  jego  zachowania  -  podjął  pan 
Angelsten.  Spuścił  wzrok.  -  Tamtego  dnia  znów  był 
niegrzeczny. Zamiast przeprosić, zaczął się kłócić. Potrząsnął 
głową. - Nie wiedziałem już, co robić, tyle czasu poświęciłem 
na to, by stłumić jego buntowniczą naturę, ale bez rezultatu. 

Jego twarz ściągnęła się. Blanche pomyślała, że chyba nadal 

jest wściekły na tamtego biednego chłopca, który śmiał mu się 
przeciwstawiać, choć za każdym razem doskonale wiedział, że 
czeka go za to kara. 

-  Wiedziałem,  że  trzeba  coś  z  tym  zrobić,  żadne  metody 

jednak  nie  pomagały.  Przesunął  po  włosach  drżącą  ręką.  - 
Kiedy  powiedział,  że  chce  odejść  z  Angelsten,  miarka  się 
przebrała.  Znów  zaczął  wzrokiem  szukać  zrozumienia.  - 
Wyobrażacie sobie? Co za niewdzięczne dziecko. W ogóle 

background image

nie  dostrzegał,  ile  dla  niego  zrobiliśmy,  ile  mógłby  zyskać, 

gdyby  tylko  zechciał  pójść  drogą,  którą  mu  wskazywaliśmy. 
On wolał jednak odwrócić się od nas i od Boga. 

Nikt  nic  nie  powiedział,  ale  Blanche  przypuszczała,  że 

wszyscy  myślą  to  samo,  co  ona:  Edvin  był  odważnym 
chłopcem,  który  nie  chciał  zgodzić  się  na  upokarzające 
traktowanie  i  musiał  zapłacić  za  to  najwyższą  cenę.  A  teraz 
Angelsten  próbował  przerzucić  na  niego  winę  za  własne 
zbrodnie. 

Sverdrup najwyraźniej był tego samego zdania. 
- Chce pan powiedzieć, że chłopiec sam ponosi winę za swoją 

śmierć? - zapytał z oburzeniem. 

Angelsten nie od razu odpowiedział. 
-  Oczywiście,  że  nie.  Twierdzę  tylko,  że  nie  można  mnie 

obciążać  odpowiedzialnością  za  przebieg  wydarzeń  tamtego 
wieczoru. 

Szef policji uniósł brew. 
-  Tak  pan  mówi? Cóż,  uważam,  że  to  trochę  dziwne.  Skoro 

twierdzi pan, że nie ponosi winy za śmierć chłopca, to czemu 
pogrzebał go pan po kryjomu? 

Twarz pana Angelstena ściągnęła się gniewnie. 

background image

-  Najpierw  niech  pan  wysłucha,  co  mam  do  powiedzenia  i 

dopiero potem mnie osądza! 

Sverdrup spojrzał na niego uważnie. 
-  Moim  zdaniem,  sprawa  jest  oczywista,  ale,  jak  już 

wspominałem, chętnie posłuchamy pana wyjaśnień. 

Pan Angelsten dalej próbował się tłumaczyć. 
- Możliwe, że ukarałem go nieco zbyt surowo, ale zrobiłem to 

dla jego dobra. 

Blanche zacisnęła pięści ze złości. Możliwe, że ukarałem go 

nieco zbyt surowo. Chłopiec zmarł! Angelsten milczał. 

-  Proszę  mówić  dalej  -  zachęcił  go  szef  policji.  Angelsten 

wciągnął ze świstem powietrze. 

-  Kiedy  zaczęło  się  robić  ciemno,  przywiązałem  go  do 

drzewa. 

Blanche  wpatrywała  się  w  Angelstena.  Ogarnął  ją 

przejmujący smutek i ból. Łzy zapiekły pod powiekami. 

- Zamierzałem przyjść po niego po niedługim czasie - dodał 

prędko  Angelsten  na  swoją  obronę.  -Chciałem  go  tylko 
wystraszyć. 

Szef policji otworzył szeroko oczy. 

background image

- Tylko że on o tym nie wiedział, prawda? Nie odpowiedział. 
- Nie powiedział pan chłopcu, że niedługo po niego wróci? - 

głos Sverdrupa zagrzmiał na dziedzińcu. - Powiedział pan, czy 
nie? 

Angelsten potrząsnął głową i spuścił wzrok. 
-  Powiedział  pan  w  ogóle,  że  zamierza  po  niego  przyjść  i 

kiedy? 

Ociągał się z odpowiedzią. 
- Powiedziałem, że przyjdę rano. Spojrzał na szefa policji.  - 

Ale wróciłem po godzinie. 

Na  podwórzu  panowała  przytłaczająca  cisza.  Słychać  było 

tylko szlochy. Niektórzy z zebranych nie mogli powstrzymać 
łez, kiedy zrozumieli, co przeżył Edvin tamtego wieczoru. 

-  A  wtedy  chłopiec  już  nie  żył  -  dopowiedział  Sverdrup 

zdławionym głosem. 

Pan Angelsten skinął głową. Rozłożył ramiona i znów zaczął 

się bronić. 

- Nie wiedziałem, że jest taki słabowity! Gdybym wiedział, z 

pewnością nie ukarałbym go w ten sposób! 

  Friedrich jednym skokiem znalazł się przy nim, 

background image

zaczął  okładać  go  pięściami  po  twarzy,  bez  opamiętania. 

Kiedy z twarzy Angelstena buchnęła krew, dwóch mężczyzn 
odciągnęło Friedricha na bok. 

- Wiedziałeś, że ma problemy z oddychaniem! Wiedziałeś, że 

boi  się  ciemności!  -  wykrzyknął  Friedrich.  -  Wiedziałeś,  że 
jeśli  zostanie  sam  w  lesie  na  całą  noc,  ze  strachu  postrada 
zmysły! 

Blanche  nie  mogła  powstrzymać  łez.  Wyobrażała  sobie,  co 

musiał przeżywać ten biedny chłopiec. 

Przywiązany do drzewa, sam pośród zapadających ciemności. 
Odwróciła się. 
Jak można tak postąpić z dzieckiem? Jak można? 
Usiłowała uspokoić nerwy, czekało ją jeszcze ważne zadanie. 

Żadne  dziecko  nie  powinno  przebywać  w  tym  miejscu  ani 
jednego dnia dłużej. Obiecała sobie, że odjedzie stąd dopiero, 
kiedy wszystkie dzieci spakują swoje rzeczy i usadowią się w 
powozie,  który  powiezie  je  do  sierocińca  imienia  Helene 
Augusty Blickenfeldt. 

Otarła twarz i przełknęła łzy. 
- Muszę prosić pana, panie Sverdrup, by po- 

background image

zwolił  mi  pan  zabrać  wszystkie  dzieci  mieszkające  w 

Angelsten do mojego sierocińca - powiedziała. Odwróciła się. 
Spojrzała  w  stronę  okna  kuchennego.  Dziesięć  par  oczu  ze 
zdumieniem  śledziło  przebieg  wydarzeń.  Dzieci  były  w 
różnym  wieku,  najmłodsze  mogło  mieć  jakieś  dwa  lata, 
najstarsze  było  w  wieku  konfirmacyjnym.  -  Jeszcze  dzisiaj 
-dodała. 

Szef policji nie potrzebował czasu do namysłu. 
- Tutaj żadne dziecko na pewno nie będzie mieszkać - odparł 

głośno i wyraźnie. Potem spojrzał na przedstawiciela komisji 
do spraw ubogich. - A co do pana, panie Floysvig, chyba nie 
muszę panu mówić, jakie jest moje zdanie na temat pana pracy. 

Pan Floysvig był bliski płaczu. 
- Ja naprawdę nie wiedziałem, nie przypuszczałem, że... 
- Nie ma znaczenia, co pan przypuszczał, a czego nie - huknął 

Sverdrup. - Nie wypełnił pan należycie swoich obowiązków, z 
radością doniosę o tym pańskim przełożonym. Jeśli wszystko 
pójdzie po mojej myśli, od jutra może pan się pożegnać ze 

background image

swoim  stanowiskiem.  Następnie  zwrócił  się  do  pani 

Angelsten,  która  stała  w  drzwiach  jak  skamieniała.  -  Panią 
muszę prosić z nami. 

Blanche  podeszła  do  Friedricha.  Rozcierał  obolałe  knykcie. 

Ostrożnie dotknęła jego ramienia. 

- Możesz być z siebie dumny - wyszeptała. Posłał jej ponure 

spojrzenie. 

-  Wcale  nie  mam  powodów  do  dumy.  Nie  powinienem  był 

wtedy  uciekać.  Gdybym  wtedy  zrobił,  co  do  mnie  należało, 
wielu dzieciom zostałyby oszczędzone cierpienia. 

Ścisnęła jego ramię. 
- Byłeś tylko dzieckiem. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok. 
-  W  każdym  razie  dzisiaj  ich  cierpienia  się  skończyły  - 

powiedziała  patrząc,  jak  Sverdrup  prowadzi  Angelstenów  do 
powozu. Jeszcze raz spojrzała na brata. - I jest to twoja zasługa. 

Friedrich nadal unikał jej wzroku. 
-  Idź  do  dzieci  -  powiedział.  Skinęła  głową.  Nadal  stały  w 

oknie. 

Ruszyła  w  stronę  domu.  Bała  się.  Ze  ściśniętym  żołądkiem 

weszła do kuchni. Dziesięcioro dzieci, 

background image

jeszcze bardziej przerażonych niż ona, wpatrywało się w nią 

wielkimi oczami. 

Nagle dotarło do niej, jakie zadanie wzięła na swoje barki. 
Te dzieci właśnie straciły grunt pod nogami. Być może nie był 

to  najbezpieczniejszy  fundament,  ale  innego  nie  znały.  Ile 
zrozumiały  z  tego,  co  się  wydarzyło?  Zapewne  więcej,  niż 
powinny. W tym momencie jednak pewnie co innego bardziej 
je trapiło - co się z nimi teraz stanie. 

Podeszła do najbliższego krzesła, usiadła i złożyła dłonie na 

kolanach. Przesunęła wzrokiem po dziecięcych twarzyczkach i 
wpatrzonych w nią pełnych niepokoju oczach. 

-  Mam  na  imię  Blanche  —  oznajmiła  z  uśmiechem.  -  W 

nadchodzącym czasie na pewno lepiej się poznamy. 

background image

15 
 
Zniekształcona twarz Langaarda zniknęła. Abelone wiedziała, 

że lada chwila wejdzie on do kuchni. 

Zrobiła  kilka  niepewnych  kroków  w  tył.  Zatrzymała  się.  Z 

tego miejsca mogła obserwować, co się dzieje w sieni. Utkwiła 
wzrok w drzwiach. Choć spodziewała się, że mężczyzna zaraz 
wejdzie  do  środka,  aż  podskoczyła,  gdy  klamka  nagle  się 
poruszyła.  Zawiasy  zaskrzypiały  lekko,  drzwi  uchyliły  się 
powoli. 

Nie mogła uciec. Nie miała dokąd. Co robić? 
Znów cofnęła się kilka kroków. Z tego miejsca nie widziała 

sieni. Najważniejsze, że kiedy on wejdzie, nie zobaczy też od 
razu jej. Zacisnęła usta, nie 

background image

chciała, by zdradził ją głośny, przyspieszony oddech. Mięśnie 

napięły się, spojrzeniem szukała czegoś, co nadawałoby się do 
obrony. 

Pochyliła się i drżącymi rękami chwyciła pogrzebacz, leżący 

na brzegu paleniska. 

Usłyszała kroki. Żwir trzeszczący pod podeszwami butów na 

podłodze sieni. Deski skrzypnęły. Przystanął. 

Wiedziała, że jest już w kuchni. I wie, że ona tu jest. 
Pomyślała  o  ubraniu,  leżącym  w  pokoju.  Jej  ubranie, 

skradzione nad jeziorem. To był on, przez cały ten czas. Greger 
Langaard. 

Zacisnęła dłonie na pogrzebaczu. 
- Abelone? Pani Ladefoss? 
Głos był miły, melodyjny. Jakby się z nią drażnił. 
Napięła  wszystkie  mięśnie  i  ruszyła  do  ataku,  ściskając  w 

rękach pogrzebacz. Zamierzała walczyć do upadłego. 

Langaard krzyknął coś, ale nie dotarł do niej sens jego słów. 

Chciała tylko jednego - wydostać się z tego domu, wybiec na 
podwórze i zawołać o pomoc. 

background image

Nie zdążyła nawet unieść pogrzebacza, gdy złapał ją za oba 

nadgarstki. Pogrzebacz upadł na podłogę. 

-  Proszę  mnie  puścić!  Natychmiast!  -  krzyknęła,  kopnęła 

mężczyznę i próbowała się wyrwać, ale była bez szans. Jakby 
Langaard  w  ogóle  nie  zauważył  ciosów,  którymi 
bombardowała jego pierś. 

Rzucił ją na ziemię jak szmacianą lalkę, mocno, aż w uszach 

jej zadzwoniło, kiedy uderzyła głową 

0 deski. 
Dlaczego?  Dlaczego  on  mi  to  robi?  Nic  nie  rozumiała.  Nie 

miała siły się podnieść, w głowie jej się kręciło. Spojrzała tylko 
na  niego.  Co  on  robi?  Widziała  wszystko  jak  przez  mgłę. 
Podwinął rękawy, tyle tylko zdołała dojrzeć. I jeszcze wyraz 
jego twarzy, zmieniony. Twardy 

1  zaciekły,  przypominał  zaciśniętą  pięść.  Ruchy  miał 

gwałtowne. 

Chyba zauważył, że na niego patrzy, bo również skierował na 

nią spojrzenie. 

Nawet jego oczy wyglądały inaczej. 
- Nie patrz na mnie - warknął. 
Prędko odwróciła wzrok. W głowie miała mę- 

background image

tlik. Co się stało z panem Langaardem? Był jak odmieniony, 

nawet  mówił  inaczej  niż  zwykle,  grubszym  głosem,  jakby 
bardziej szorstko. 

Przytuliła  policzek  do  podłogi.  Wciąż  czuła  się  lekko 

zamroczona. 

Na chwilę przymknęła oczy. Bała się myśleć 
0 tym, co za chwilę nastąpi. 
Musi się stąd wydostać. 
Napięła całe ciało, gotując się do ucieczki. 
Trzy, dwa... 
Zerwała się, obróciła na pięcie i popędziła w stronę drzwi. 
Usłyszała jego ryk. W następnej sekundzie rzucił się na nią. 
Walczyła  z  całych  sił,  drapała,  gryzła  i  kopała.  -  Przeklęta 

dzikuska! 

Miała wrażenie, że im większy stawia mu opór, tym bardziej 

rosną jego siły. Kolejny cios powalił ją na podłogę. Upadła na 
plecy. Skoczył jak dziki zwierz, usiadł okrakiem na jej piersi, 
na chwilę puścił jej nadgarstki, po czym przyłożył ręce do jej 
szyi i mocno ścisnął. 

Próbowała go kopnąć, ale nie mogła się poru- 

background image

szyć. Drapała go po twarzy, ale zupełnie się tym nie przejął. 

Usiłowała oderwać ręce ściskające jej szyję, ale był za silny. 

Powietrza. Nie mam czym oddychać. 
Zacisnęła  dłonie  wokół  jego  nadgarstków,  próbowała  go 

odepchnąć,  ale  wszystko  na  próżno.  Zaczynała  tracić  siły,  w 
uszach jej szumiało, przed oczami migały białe punkty. 

Tak szybko. 
Spojrzała  w  sufit.  Nie  chciała,  by  jego  twarz  była  ostatnią 

rzeczą, którą zobaczy na tym świecie. 

Przymknęła  oczy  i  czekała  na  śmierć.  Myślała  o  tym,  co 

najlepsze, najmilsze, najdroższe na świecie. 

Światło jej życia. Jej serce. Mały Erik. 

background image

16 
 
Sierociniec  imienia  Helene  Blickenfeldt,  Tonsberg,  14  lipca 

1885 r. 

 
Wszystkie  dzieci  leżały  już  w  łóżkach.  Blanche  i  pozostałe 

kobiety  zebrały  się  w  kuchni.  Alf  też  się  zjawił.  Dwa 
poprzednie  dni  spędził  w  Sande,  nie  miał  pojęcia,  co  się 
wydarzyło pod jego nieobecność. 

Ledwo  zdążyli  usiąść,  a  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi.  Line 

podniosła się z miejsca. Po chwili wróciła. 

- Blanche, to pan Lothe. 
Blanche wstała i pospieszyła do holu. 
Friedrich opuścił Angelsten zaraz po odjeździe gospodarzy w 

asyście szefa policji. W zamieszaniu Blanche nie zdążyła z nim 
porozmawiać. 

background image

Uśmiechnął się blado. - Jak tam dzieci? 
-  Wszystko  w  największym  porządku  -  odparła  zgodnie  z 

prawdą. - Wytłumaczyłam im, że nie mogą dłużej mieszkać w 
Angelsten,  że  ich  dotychczasowi  opiekunowie  nie  mogą  się 
dłużej nimi zajmować i że tutaj jest ich nowy dom. Siedzimy 
właśnie w kuchni, pijemy kawę, dzieci już się położyły. 

-  A  wiec  starczyło  miejsca  dla  wszystkich?  Przytaknęła.  - 

Musieliśmy wstawić dodatkowe 

łóżka  do  pokojów,  ale  wszyscy  jakoś  się  urządzili.  Nasi 

podopieczni byli bardzo chętni do pomocy, dowiedziawszy się, 
że mieszkańcy Angelsten musieli się wyprowadzić. 

Spojrzała  na  Friedricha.  Chyba  nie  miał  ochoty  siedzieć  z 

nimi w kuchni, nie ruszał się z miejsca. 

- Blanche, muszę z tobą porozmawiać. 
Poczuła, jak  fala  zimna  ogarnia jej ciało  od środka. Zrobiła 

krok w jego stronę, nerwowo zatarła ręce. 

-  Policja  chce  z  tobą  rozmawiać?  Potrząsnął  głową.  -  Nie, 

chodzi o coś innego. Niepokoiła się, ale skoro nie chodziło o 
tamtą 

sprawę, chyba nie mogło to być nic aż tak poważnego. 

background image

-  Możemy  pójść  do  gabinetu.  Blanche  zamknęła  za  nimi 

drzwi. 

- A więc wszystkie dzieci już leżą w łóżkach? -zapytał. Raz 

po raz nerwowo przeciągał dłonią po włosach. 

-  Tak.  To  był  spokojny  wieczór  -  odparła.  Czuła,  że  brat 

próbuje zyskać na czasie. Nadal nie powiedział, co mu leży na 
sercu. - Może usiądziesz? - zaproponowała, wskazując krzesło 
przy biurku. 

Potrząsnął głową z uśmiechem. - Nie, to zajmie tylko chwilę. 
Czekała na dalszy ciąg. 
- Muszę wyjechać, Blanche. 
Zrozumiała.  -  Boisz  się,  że  Angelsten  opowie,  co  się 

wydarzyło tamtego wieczoru, kiedy zmarł pan Lange-Nielsen? 

Friedrich  zaczął  chodzić  nerwowo  w  tę  i  z  powrotem. 

Pomyślała, że ma bardzo niespokojną naturę. 

-  Ja  się  nie  boję.  Ja  wiem,  że  to  zrobi  -  odparł  i  posłał  jej 

ponure spojrzenie. - Sama słyszałaś, co powiedział. 

- Wcale nie jestem taka pewna, czy spełni groź- 

background image

bę - zaprotestowała, choć miała świadomość, że to na nic się 

nie  zda.  -  Pomyśl  tylko,  jest  współwinny.  Pomógł  ukryć 
poważne przestępstwo. Friedrich tylko prychnął. 

-  Nie  ma  nic  do  stracenia.  Znam  go,  wiem,  że  zechce 

pociągnąć mnie za sobą w przepaść. 

- Mam nadzieję, że się mylisz - powiedziała cicho. 
Uśmiechnął się z przymusem. 
-  Ale  ja  wiem,  że  się  nie  mylę.  Głos  miał  zduszony,  oczy 

błyszczące. 

Podeszła do niego i położyła mu dłonie na ramionach. 
-  Przecież  to  był  wypadek,  pistolet  sam  wypalił  -nie 

poddawała  się.  Nie  mogła  znieść  myśli,  że  znowu  ma  go 
stracić. Przecież dopiero co się poznali! 

-  Tak  samo  zginął  twój  pierwszy  mąż?  Zesztywniała. 

Odsunęła się od niego. W ustach 

jej zaschło. 
- Skąd wiesz... 
Poczuła  mdlący  strach.  Skąd  mógł  wiedzieć,  że  Oskar  tak 

naprawdę nie popełnił samobójstwa? Ojciec bał się, co może 
zrobić potężna rodzina 

background image

Oskara, von Wittenheimowie, gdyby Blanche musiała stanąć 

przed sądem. Popchnęła go przecież, to przez nią wypadł przez 
okno. Co z tego, że walczyła o życie. Oskara spotkała straszna 
śmierć.  Nadal  zdarzało  się,  że  słyszała  nocami,  jak  błaga  o 
pomoc, że widzi go, nadzianego na sztachety. 

Ojciec  zaaranżował  samobójstwo,  wsadził  Oskarowi  list  do 

kieszeni.  Nikt  nie  poddawał  w  wątpliwość,  że  Oskar  von 
Wittenheim sam odebrał sobie życie. 

Prócz  niej  i  ojca  nikt  nie  znał  prawdy.  Tak  przynajmniej 

sądziła  aż  do  jesieni,  kiedy  dostała  listy  z  pogróżkami. 
Anonimowy  nadawca,  który  podpisał  listy  rysunkiem 
koniczyny  i  pseudonimem  La  quatrième  feuille,  informował, 
że wie, jak naprawdę zmarł Oskar. 

Okazało  się,  że  ojciec  wyznał  swoje  winy  w  zapiskach 

przeznaczonych dla wielkiego mistrza, tak jak jej powiedziano 
w dniu, kiedy została zaproszona na spotkanie w siedzibie loży. 

Sieć  nieprowadzących  donikąd  nici  kurczyła  się  powoli. 

Elementy układanki zaczynały do siebie pasować. 

background image

- Twój przyjaciel, pan Lange-Nielsen, powiedział ci o tym - 

wyszeptała. 

Friedrich spojrzał jej prosto w oczy. 
- Wtedy nie wiedziałem, że jesteś moją siostrą. W ogóle nie 

wiedziałem,  kim  jesteś.  Ale  pamiętałem  dzień,  kiedy 
znaleziono  ciało  twojego  męża.  Spuścił  wzrok.  -  Tej  nocy 
spałem w domu Nicolausa, jego żona przebywała u siostry w 
Bergen.  Znów  zatopił  w  niej  nieodgadnione  spojrzenie.  - 
Pojechałem tam. Zamilkł na chwilę. - Widziałem go, zanim go 
zdjęli. 

Musiała  odwrócić  wzrok,  nie  miała  siły  tego  słuchać.  W 

tygodniach,  nawet  miesiącach  po  śmierci  Oskara  próbowała 
zapomnieć o wydarzeniach tamtej nocy. Ogarniał ją gniew na 
samą  myśl  o  tym,  że  ojciec  umieścił  w  swoich  zapiskach 
prawdziwą wersję wydarzeń. Zapewne był przekonany, że nikt 
prócz wielkiego mistrza ich nie przeczyta. Loża funkcjonowała 
jednak na zasadzie systemu, w którym zapiski były swego ro-
dzaju  pułapką  -  przy  ich  użyciu  szantażowano  członków 
zgromadzenia.  W  zapiskach  ojca  przeczytała,  że  członkowie 
loży musieli zadośćuczy- 

background image

nić za swe przewinienia, nie wiedziała jednak, co to oznaczało 

w praktyce. I pewnie miała się nigdy tego nie dowiedzieć. 

Pomyślała  też  o  kobiecie,  która  zamknęła  ją  w  buduarze  w 

Rosenlowe,  tej  samej,  która  zamieniła  walizki  na  stacji  w 
Tonsbergu i w ten sposób ukradła jej trzy tysiące koron. Potem 
oddała Blanche pieniądze - tyle, że banknoty okazały się sfał-
szowane. 

- Komu jeszcze o tym mówiłeś? - zapytała ostrym tonem. - Ile 

osób wie, że Oskar nie popełnił samobójstwa, że popchnęłam 
go, walcząc w obronie własnego życia? 

- Nikomu o tym nie mówiłem - odparł Friedrich gniewnie. - 

Nico  opowiedział  mi  o  tym  w  zaufaniu.  Nie  przekazałbym 
dalej takich informacji. 

Utkwiła w nim badawcze spojrzenie. 
- Ale wie więcej osób. Ktoś musiał o tym rozpowiedzieć. 
Brat  odwrócił  wzrok.  Na  widok  jego  ściągniętej  twarzy 

poczuła  bolesne  ukłucie.  W  końcu  to  on  był  teraz 
najważniejszy, on miał największe powody do niepokoju. Nie 
wiedział, co przyniosą kolejne dni. 

 

background image

-  Przepraszam  -  powiedziała  cicho  i  podeszła  do  niego.  - 

Czuję  się  bardzo  zawiedziona,  że  ojciec  opowiedział  o 
wszystkim  panu  Langemu-Nielsenowi.  Nigdy  bym  go  nie 
posądziła o coś takiego. 

Friedrich  otoczył  ją  ramionami  i  przycisnął lekko  do  siebie, 

po czym zaraz puścił. 

- Nico niewiele mówił mi o wewnętrznych sprawach loży, ale 

wywnioskowałem, że działa ona na zasadach, według których 
każdy  z  braci  musi  wnosić  opłaty  za  swoje  przewinienia. 
Pieniądze  te  idą  na  wspólne  cele.  Jak  zapewne  wiesz,  loża 
przeznacza spore sumy na działalność dobroczynną. 

- I oni uważają, że mogą się wypłacić z grzechów? - sądziła, 

że  coś  takiego  jak  odpusty  należy  do  przeszłości.  Po  chwili 
zastanowienia  doszła  jednak  do  wniosku,  że  może  wcale  nie 
jest  to  takie  dziwne,  w  końcu,  jak  to  określił  jej  ojciec,  loża 
czerpała z tradycji ciemnych wieków. 

Friedrich uśmiechnął się blado. 
- Chętnie bym zapłacił, żeby nie trafić do więzienia. 
Dostrzegała podobieństwa w historii swojej i brata. Skoro był 

to wypadek, to czemu ukrywać 

background image

prawdę?  Była  jednak  pewna,  że  Friedrich  nie  kłamie.  Po 

pierwsze, nie wierzyła, by potrafił zabić człowieka, po drugie, 
z  tego,  co  mówił,  widać  było  wyraźnie,  że  naprawdę  kochał 
tego Nico, jak nazywał pana Langego-Nielsena. 

-  Jednej  rzeczy  nie  rozumiem  -  powiedziała  z  namysłem.  - 

Ojciec  podejrzewał,  że  za  śmiercią  Langego-Nielsena  może 
stać  któryś  z  braci.  Skąd  taki  pomysł?  Przecież  wszyscy 
wierzyli, że twój przyjaciel zmarł na atak serca. 

Friedrich skinął głową. 
-  Chyba  wiem,  z  jakiego  powodu  mógł  tak  podejrzewać. 

Przed  śmiercią  Nico  w  loży  toczyło  się  wiele  konfliktów, 
między innymi z powodu jego związku ze mną. Wielki mistrz 
o  takich  skłonnościach,  to  nie  do  pomyślenia.  Sama  możesz 
sobie  wyobrazić,  jakie  ta  sprawa  budziła  reakcje.  Nico  za-
groził, że  poda do wiadomości publicznej zapiski  tych braci, 
którzy nie cofną oskarżeń wobec niego. Wzruszył ramionami. - 
Pewnie  znasz  jednego  z  nich,  to  pan  Aaroe,  zięć  dyrektora 
Schmidta. 

Coś zaczęło jej świtać w głowie. 
- Nie wiem, skąd się wzięły plotki o tym, 

background image

że  wielki  mistrz  został  zamordowany,  wiem  tylko,  że  pan 

Angelsten  próbował  zwrócić  podejrzenia  na  pana  Aaroe. 
Westchnął  ciężko.  -  Przypuszczam,  że  pan  Aaroe  bardzo  nie 
chciał, by inni przeczytali jego zapiski, bał się, że Nico spełni 
swoją  groźbę.  Pewnego  razu  akurat  byłem  u  Nico  w  domu, 
kiedy  przyszedł  pan  Aaroe.  Zapewniam  cię,  że  słowa,  które 
między  nimi  padły,  nie  były  szczególnie  miłe.  Nowy  wielki 
mistrz  zrobił  wszystko,  by  sprawa  przycichła.  Pewnie  sama 
rozumiesz, że było to również w jego interesie. W końcu to on 
wypisał świadectwo zgonu. 

Niezła  szajka!  Oczywiście,  cieszyła  się,  że  dzięki  pomocy 

pana  Angelstena  Friedrich  był  bezpieczny,  ale  wszystko  to 
świadczyło o jednym - bracia uważali, że stoją ponad prawem, 
dokładnie tak, jak napisał jej ojciec. 

- Teraz rozumiem, czemu pan Schmidt tak bardzo nie chciał, 

bym  przeczytała  zapiski  ojca  -stwierdziła.  -  Przypuszczał,  że 
jego zięć może być winny śmierci Langego-Nielsena. 

Friedrich przytaknął. 
- Zapewne masz rację. Jak pewnie sama rozu- 

background image

miesz, to pan Angelsten pociągał za sznurki w tej sprawie. 
Tylko czy pan Schmidt w ogóle udostępniłby jej zapiski ojca, 

gdyby bał się, że jest w nich coś na temat jego zięcia? Dyrektor 
zajmował  wysokie  stanowisko  w  loży,  może  sam  je  czytał  i 
uznał,  że  nie  stanowią  zagrożenia.  Może  ojciec  nie  zdążył 
zapisać  wszystkiego?  Zmarł  przecież  krótko  po  wielkim 
mistrzu.  A  może  takie  rzeczy,  jak  podejrzenia  wobec  innych 
braci, w ogóle nie miały prawa znaleźć się w zapiskach. Z tego, 
co  zrozumiała,  zapiski  miały  służyć  wyłącznie  wyznaniu 
własnych grzechów. 

Zapadła  cisza.  Blanche  przypomniał  się  główny  cel  wizyty 

Friedricha. 

- Dokąd zamierzasz wyjechać? 
Wcale jej się nie podobało, że jego twarz pojaśniała. 
-  Do  Paryża.  Mam  tam  wielu  przyjaciół,  chciałbym  też 

kontynuować  naukę.  Tu,  w  Tonsbergu,  nie  ma  nikogo,  kto 
mógłby  mnie  czegoś  nauczyć.  Mistrzowie  malarstwa 
mieszkają w dużych europejskich miastach. 

Nie mogła go zatrzymywać. Miał w sobie ten 

background image

niepokój, który nie pozwalał mu zostać na dłużej w jednym 

miejscu, zauważyła to od pierwszej chwili. 

- A jeśli policja będzie cię szukać? Co będzie, kiedy wrócisz? 
Zobaczyła odpowiedź w jego oczach. 
-  Nie  wrócisz,  prawda?  -  starała  się,  by  ton  jej  głosu  nie 

zdradził, jak jest rozczarowana. 

-  Ależ  oczywiście,  że  wrócę  -  wykrzyknął,  ale  zaśmiał  się 

przy tym jakoś nienaturalnie. 

Wiedziała, że kłamie. 
- Kiedy... kiedy wyjeżdżasz? 
-  Jeszcze  nie  wiem.  Jego  twarz  znowu  sposępniała. 

Spojrzeniem  krążył  gdzieś  daleko.  -  Po  to  właśnie 
przyszedłem, Blanche. Aby się pożegnać. Uśmiechnął się, ale 
jego oczy pozostały smutne. - Na jakiś czas, w każdym razie - 
dodał łamiącym się głosem. 

Potrząsnęła głową. 
- Nie możesz... - zacisnęła pięści. - Nie możesz tak po prostu 

wyjechać. 

Ujął  ją  palcem  pod  brodę,  zwrócił  jej  twarz  ku  sobie. 

Spojrzała w cętkowane zielono oczy, identyczne jak jej własne. 

background image

Friedrich  był  przystojny,  z  pewnością  podobał  się  wielu 

kobietom. On jednak wolał mężczyzn. 

Ta myśl była taka obca, niepokojąca. Prawo zabraniało takich 

związków,  dla  niej  jednak  nie  miało  to  znaczenia.  Nareszcie 
poznała swego brata i chciała, by był częścią jej życia i życia 
Helene  Augusty.  Okazał  się  inny,  niż  sobie  wyobrażała,  ale 
urodzili się z jednej matki, należeli do tej samej, tak nielicznej 
rodziny. 

-  Nie  chcę,  żebyś  wyjeżdżał.  Zdawała  sobie  sprawę,  jak 

błagalnie  brzmi  jej  głos.  Ujął  jej  dłonie  w  swoje  i  mocno 
ścisnął. 

- Nie mam wyboru, Blanche. Nie mogę siedzieć i czekać, aż 

policja zapuka do moich drzwi. Wtedy będzie za późno. 

Dlaczego  miała  wrażenie,  że  nie  jest  to  jedyny powód  jego 

wyjazdu? 

On  po  prostu  chciał  wyjechać,  widziała  to  w  jego  oczach. 

Chciał wrócić do swojej sztuki, przyjaciół, swobodnego życia. 
Mogła jedynie życzyć mu wszystkiego dobrego. 

- Napiszę do ciebie, jeśli okaże się, że Angelsten jednak nie 

powiedział  policji,  w  jaki  sposób  tak  naprawdę  zmarł  pan 
Lange-Nielsen. 

background image

-  Wrócę,  kiedy  tylko  wszystko  przycichnie  -  powiedział 

dziarskim  tonem.  -  Za  kilka  lat  i  tak  już  nikt  nie  będzie  tej 
sprawy pamiętał. 

Ucałował ją w policzek, uśmiechnął się, ale nie potrafił ukryć 

bólu przepełniającego jego spojrzenie. 

Objęli  się,  ale  Friedrich  prędko  wyswobodził  się  z  uścisku. 

Już wcześniej zauważyła, że unika kontaktu fizycznego. Może 
nie był przyzwyczajony do takich gestów. 

-  Na  razie  musimy  się  rozstać,  siostrzyczko  -powiedział 

pozornie pogodnym tonem i ruszył do wyjścia. - Ale nawet się 
nie obejrzysz, a będę z powrotem. 

Widać  było,  że  wiele  go  to  kosztuje.  Właściwie  mógł 

wyjechać  bez  słowa.  Cieszyła  się,  że  jednak  przyszedł  się 
pożegnać. 

-  Obiecaj,  że  napiszesz  -  powiedziała.  Uśmiech  zniknął  % 

jego twarzy. Miała wrażenie, 

że teraz widzi go takim, jakim jest naprawdę. 
-  Oczywiście,  Blanche.  Odwrócił  wzrok.  -  Helene  Augusta 

już śpi? - zapytał jeszcze zdławionym głosem. 

Zauważyła,  że  polubił  swoją  siostrzenicę,  ucieszyła  się,  że 

pragnie się z nią pożegnać. 

background image

- Tak, ale możesz do niej zajrzeć. Oczy zaszły mu łzami. 
- Chętnie. 
Z  ciężkim  sercem  pomachała  mu  na  pożegnanie.  Kiedy 

znowu go zobaczy? Może nigdy? 

- Czemu jesteś taka smutna? - spytał Alf i objął ją w pasie. 
Jeszcze nic nie wiedział - ani o tym, że Friedrich doprowadził 

do zatrzymania Angelstena, ani o tym, czemu zdecydował się 
wyjechać z kraju. 

Oparta plecami o jego pierś, patrzyła, jak sylwetka Friedricha 

robi się coraz mniejsza, by wreszcie zniknąć na końcu ulicy. 

Łzy  popłynęły  po  jej  twarzy.  Alf  popatrzył  na  nią 

przestraszony. 

- Blanche, co się dzieje? Otarła łzy. 
- Muszę ci o czymś opowiedzieć. 

background image

1 7  
 
A k s e l   wstrzymał  konia.  Znajdował  się  niedaleko  domku 

Gregera Langaarda. Przez chwilę nasłuchiwał. 

Czy  mu  się  wydawało,  czy  ktoś  krzyczał?  Popędził  konia  i 

ruszył przed siebie dzikim galopem. 

Nie wydawało mu się. Teraz słyszał wyraźnie, krzyczała jakaś 

kobieta. 

Podjechał pod drzwi i zeskoczył z siodła. Nie miał czasu, by 

uwiązać konia, od razu rzucił się do wejścia. 

Widok, który zastał, sprawił, że każdy mięsień w jego ciele, 

każda  żyła  eksplodowały  niepohamowaną  wściekłością. 
Abelone leżała na podłodze, a Greger Langaard zaciskał ręce 
na jej szyi. 

background image

Ze  straszliwym  rykiem  rzucił  się  na  niego.  Był  wyższy  i 

cięższy,  bez  trudu  zdołał  odciągnąć  go  od  Abelone.  Zaczął 
wściekle  okładać  go  pięściami  po  twarzy,  póki  tamten  nie 
osunął się na podłogę w kałuży krwi. 

Podbiegł do córki, ukląkł. 
-  Abelone!  -  podłożył  ramię  pod  jej  plecy,  uniósł  ją  nieco  i 

ułożył  sobie  na  kolanach.  -  Abelone!  -  zaczął  klepać  ją  po 
policzku,  gorączkowo  szukając  oznak  życia.  Przed  chwilą 
słyszał, jak krzyczy! 

Nagle gwałtownie wciągnęła powietrze i zaczęła kaszleć, aż z 

jej oczu trysnęły łzy. 

Objął ją i przytulił, kołysał jak małe dziecko. 
- Już wszystko dobrze, Abelone. Wszystko dobrze. 

background image

18 
 
Signe  weszła  do  gabinetu.  Blanche  właśnie  porządkowała 

papiery dla komisji do spraw ubogich. Pan Floysvig dostarczył 
jej dokumenty z Angelsten, wszystko było w największym po-
rządku,  nie  brakowało  niczego,  jak  to  często  bywało  w 
przypadku dzieci, które trafiały do sierocińca. 

Chętnie  poczytała  na  temat  ich  pochodzenia,  choć  niektóre 

historie były naprawdę wstrząsające. 

Czytała  kolejny  dokument,  kiedy  rozległo  się  pukanie  do 

drzwi. Line wsadziła głowę do środka. 

- Blanche, ktoś do ciebie. 
Spojrzała na nią. Line zwykle wymieniała nazwisko gościa. 
- Kto to? 
Line potrząsnęła głową. 

background image

- Nie wiem, ale... - zawahała się. - ...jest jakaś dziwna. 
Blanche podniosła się z miejsca. 
- Czeka w holu? 
- Nie, nie chciała wejść. 
Blanche  zmarszczyła  czoło.  Któż  to  mógł  być?  Nikogo  nie 

oczekiwała. 

Przeszła  przez  salon  do  westybulu.  Drzwi  wejściowe  były 

otwarte. 

Kobieta  stała  na  schodach,  odwrócona  tyłem,  Blanche  nie 

widziała jej twarzy. 

Kto to mógł być? Na pewno nikt znajomy. 
Na odgłos kroków kobieta odwróciła się. 
Była  wysoka  i  szczupła,  miała  na  sobie  granatowy  płaszcz 

spacerowy,  u  dołu  i  przy  rękawach  ozdobiony  błyszczącym 
czarnym 

ornamentem. 

Szeroki 

niebieski 

kapelusz 

podtrzymywała  zawiązana  pod  brodą  szeroka  szarfa  w  tym 
samym  kolorze  co  płaszcz.  Piękne  jasne  loki  opadały  na 
ramiona, częściowo zakryte woalką, która zasłaniała również 
twarz i szyję kobiety. 

Było  w  tej  postaci  coś  zastanawiającego,  ale  Blanche  nie 

potrafiła określić, skąd bierze się to 

background image

wrażenie.  Może  niezwykła  barwa  oczu,  a  może  makijaż. 

Młodsze kobiety raczej nie malowały się tak mocno. 

-  Dzień  dobry  -  zaczęła  Blanche  niepewnie,  nieco  zbita  z 

tropu milczeniem nieznajomej. 

Nagle na końcu ulicy ukazało się lando. Blanche zmarszczyła 

brwi. Powóz jechał z wielką prędkością, końskie kopyta mocno 
i rytmicznie uderzały o ziemię, aż żwir spod nich pryskał. 

-  A  to  co  znowu?  -  mruknęła  z  irytacją.  Co  za  bezmyślny 

woźnica, przecież w każdej chwili może wybiec na ulicę jakieś 
dziecko. 

Znów  spojrzała  na  kobietę,  która  uniosła  dłoń  i  poprawiła 

woalkę. 

Drugą  dłoń  wyciągnęła  do  Blanche.  Trzymała  w  niej  dużą 

prostokątną paczkę. 

Blanche  była  coraz  bardzie  zdumiona.  Czemu  ona  nic  nie 

mówi? Czego chce? 

- To dla mnie? - spytała i wzięła paczkę do ręki. 
Kobieta nie odpowiedziała, odwróciła się gwałtownie, uniosła 

sztywną spódnicę z tafty i ruszyła do bramy. 

Nagle Blanche przypomniała się inna kobieta. 

background image

Kobieta,  która  też  nic  nie  mówiła.  Kobieta  z  balu  w 

Rosenlowe. 

Poczuła, jak robi jej się gorąco. Zbiegła po schodach. 
-  Proszę  pani!  Niech  pani  zaczeka!  Rozpędzone  lando 

zatrzymało się przed bramą. 

Wysiedli z niego dwaj mężczyźni w policyjnych uniformach. 

Otworzyli  bramę  dokładnie  w  chwili,  kiedy  kobieta 
wychodziła. Dygnęła i pospieszyła dalej. 

Blanche przystanęła. I tak nie miała szans jej dogonić. 
-  Pani  Bjerkely  -  zaczął  jeden  z  policjantów.  Popatrzył  za 

kobietą. - Ale jej spieszno. 

Blanche  westchnęła  z  rezygnacją,  lekko  zirytowana.  Chyba 

wiedziała,  kim  jest  tajemnicza  nieznajoma.  I  znów  jej  się 
wymknęła. To  była  ta  sama  kobieta, która wysłała  jej listy z 
pogróżkami, ta sama, która ukradła jej pieniądze. To ona była 
zimą  na  balu  dziecięcym,  to  ona  wetknęła  bilecik  w  bukiet, 
który trzymała w ręku śpiąca Helene Augusta. Na bileciku było 
napisane Przepraszam oraz Bonne nuit, ma chérie, co, jak się 
później Blanche dowiedziała, znaczy Dobranoc, kochanie. Od 
tamtego wieczoru nie 

background image

 
widziała kobiety ani nie dostała od niej żadnej wiadomości. 

Aż do dziś. 

Pani Bjerkely, moglibyśmy porozmawiać? - zapytał policjant. 
Krótko skinęła głową. 
- Naturalnie, proszę mi wybaczyć, zamyśliłam się. 
Blanche  zrobiło  się  mdło,  kiedy  policjant  wyjaśnił,  z  czym 

przychodzi. 

Friedrich miał rację. Angelsten opowiedział policji, w jakich 

okolicznościach zmarł pan Lange-Nielsen. 

-  A  ponieważ  dowiedzieliśmy  się,  że  pan  Lothe  jest  pani 

bratem, chcieliśmy zapytać, czy może pani wie, gdzie on się 
znajduje. 

Niepewnie przełknęła ślinę. Nie mogła zdradzić jego planów! 
- Przypuszczam, że byli panowie u niego w domu? - zapytała, 

głównie po to, by zyskać na czasie.   

Policjant skinął głową, wyraźnie zniecierpliwiony.   
 

background image

-  Oczywiście.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  spakował 

najpotrzebniejsze  rzeczy  i  wyjechał  w  pośpiechu.  Policjanci 
wymienili  spojrzenia.  -  Przypuszczalnie  wiedział,  że  jego 
zbrodnia  wkrótce  wyjdzie  na  jaw.  Powtórzył  krótko,  co 
usłyszał od pana Angelstena. 

Odpowiedziała po namyśle, ważąc każde słowo. 
- Pan Angelsten twierdzi, że Friedrich z zimną krwią zastrzelił 

pana Langego-Nielsena? 

Przytaknęli. 
-  Podobno  wybuchła  między  nimi  kłótnia.  Ta  sprawa  jest 

chyba  bardziej  poważna  i  skomplikowana,  niż  nam  się 
początkowo wydawało. Zamieszany jest w nią również pewien 
lekarz. 

Nie mogła spojrzeć im w oczy. Wiedziała, o kogo chodzi - o 

lekarza,  który  wypisał  fałszywe  świadectwo  zgonu  i  dzięki 
temu został wielkim mistrzem.. 

Poza  tym  pan  Angelsten  skłamał.  Friedrich  nie  zabił  pana 

Langego-Nielsena  z  zimną  krwią.  Przyszedł  do  niego  z 
pistoletem wymierzonym we własną głowę, w nadziei, że w ten 
sposób  go  zatrzyma.  Pistolet  sam  wystrzelił  podczas 
szarpaniny. 

Tego jednak policjanci nigdy się nie dowiedzą. 

background image

-  Nie  -  odparła.  -  Jeśli  nie  zastali  go  panowie  w  domu,  to 

naprawdę nie wiem, gdzie może być. 

Wyglądali na rozczarowanych. 
- Zdaje się, że pan Lothe odwiedził panią wczoraj wieczorem. 

Nie mówił, że planuje podróż? 

Potrząsnęła głową. Musiała skłamać, ale wolała to, niż wydać 

własnego brata. Z czymś takim nie potrafiłaby żyć. Starała się 
opanować drżenie głosu. 

-  Nie  wiem,  czy  panowie  zdają  sobie  z  tego  sprawę,  ale 

dopiero niedawno dowiedziałam się, że pan Lothe jest moim 
bratem. 

Policjanci wymienili zrezygnowane spojrzenia. 
-  Rozumiemy,  ale  musi  pani  obiecać,  że  skontaktuje  się  z 

nami, jeśli tylko czegoś się dowie. Jak pani zapewne rozumie, 
jest poszukiwany. 

Poczuła, że blednie. 
- Naturalnie, dam znać - odparła. Ze zdziwieniem zauważyła, 

że jej głos brzmi całkiem pewnie. 

Policjanci włożyli czapki i ruszyli z powrotem do bramy. 
Blanche zamknęła za nimi drzwi, odetchnęła z ulgą, oparła się 

plecami o ścianę i zapatrzyła się w sufit. 

background image

Nie lubiła kłamać, życie nauczyło ją, że nie prowadzi to do 

niczego dobrego, ale w tej sytuacji nie miała wyjścia. 

Nie mogła zdradzić Friedricha. Już tyle razy został zdradzony. 
Podeszła  do  biurka,  na  którym  leżała  płaska  prostokątna 

paczka. Cały czas myślała o tym, co powiedzieli policjanci. 

Kiedy  Friedrich  się  wyprowadził?  Po  ich  rozmowie 

poprzedniego  wieczoru,  w  nocy,  tego  ranka?  Nie  wiedziała. 
Nie  wiedziała  też,  gdzie  może  teraz  być,  nie  okłamała  więc 
policjantów.  Chociaż  gdyby  miała  powiedzieć  prawdę, 
musiałaby poinformować ich, że Friedrich planuje wyjazd do 
Paryża. 

Drżącymi rękami rozwiązała gruby sznurek. 
Dziwny  zapach  -  może  anyżku  -  połaskotał  ją  w  nozdrza, 

kiedy  odwinęła  szary  papier.  W  paczce  znajdował  się  obraz. 
Już wiedziała, co tak pachniało - terpentyna. 

Spojrzała na obraz. Przez jej głowę przeleciało tysiące myśli. 
Niewielkich rozmiarów obraz przedstawiał małą 

background image

śpiącą  dziewczynkę.  Była  ubrana  w  sukienkę  z  białego 

jedwabiu,  z  krótkimi  bufkami,  ozdobioną  przybraniem  z 
błękitnej wstążki. Jej policzki były lekko zarumienione, włosy 
ciemne,  błyszczące  i  kręcone.  W  dłoni  trzymała  bukiecik 
różowych  i  fioletowych  kwiatków,  taki,  jakie  zwykle  mają 
dziewczynki na balu. 

Blanche przycisnęła ręce do ust. 
Znała  ten  obraz.  Podczas  balu  dziecięcego  Helene  Augusta 

wymknęła  się  z  sali,  szukali  jej  razem  z  Alfem  i  w  końcu 
znaleźli śpiącą w innym pokoju. Wyglądała dokładnie tak, jak 
na tym obrazku. 

Blanche  bardzo  się  wtedy  zaniepokoiła,  gdy  znalazła 

wetkniętą w bukiecik kartkę od tajemniczej kobiety. 

Ręce tak jej drżały, że musiała odłożyć obraz na biurko. 
Był  utrzymany w  pięknych zgaszonych  barwach.  Bez  trudu 

można było rozpoznać Helene Augustę. 

Serce  zaczęło  szybciej  bić  w  jej  piersi,  oczy  zasnuła  mgła. 

Spojrzała na podpis. 

Zaparło jej dech w piersiach, mimo że wiedziała, co zobaczy. 

background image

Obraz  nosił  tytuł  Przepraszam,  malarz  podpisał  się  jako  La 

quatrième  feuille,  pod  spodem  widniała  mała  czterolistna 
koniczynka, której trzy listki były zielone, czwarty zaś czarny, 
a prócz tego sygnatura malarza. 

F. Lothe. 
La  quatrième  feuille,  czwarty  liść,  symbol  diabła,  jak  jej 

wytłumaczył dyrektor Schmidt. 

Od  razu  przypomniała  sobie,  jak  nazywano  Friedricha  w 

Angelsten.  Pomyślała  jeszcze  o  czymś.  Fałszywe  banknoty. 
Dla  zdolnego  malarza  to  żadna  sprawa.  Poza  tym  Friedrich 
wiedział,  jak  naprawdę  zginął  Oskar,  tak  jak  kobieta,  która 
pisała listy z pogróżkami. 

Blanche  przymknęła  oczy.  Próbowała  sobie  przypomnieć 

każdy szczegół z dzisiejszej wizyty dziwnej nieznajomej. 

Wysoka sylwetka, blond peruka, woalka, która nie potrafiła 

ukryć  zielonej  barwy  spojrzenia.  Takiej  samej,  jak  kolor  jej 
oczu. 

Teraz Blanche rozumiała, czemu kobieta nie odezwała się ani 

słowem. 

Głos  by  go  zdradził,  nie  mógł  tak  ryzykować,  kiedy  lada 

chwila mieli zjawić się policjanci. 

 

background image

Ta kobieta, la quatrième feuille, nie była wcale kobietą. 
To był jej brat. 

background image

19 
 
Kiedy ojciec skończył opowiadać, przy stole zapadła cisza. W 

końcu Bera zabrała głos. 

- To dlatego pan Tunsberg chciał z tobą porozmawiać. 
Abelone spojrzała na ojca, który skinął głową. 
-  Chyba  wie,  że  jego  życie  zmierza  do  kresu,  chciał 

powiedzieć o wszystkim przed śmiercią. 

Abelone  przypomniała  sobie,  że  jesienią  miał  atak  serca, 

wydawało mu się, że to koniec. 

-  Powiedział,  jak  długo  pan  Langaard  przebywał  w  szpitalu 

dla obłąkanych? 

- Trzy lata - odparł ojciec. 
Spuściła wzrok. Nikt z nich nie miał pojęcia, że pan Langaard 

jest chory. To mogłoby tłumaczyć 

background image

przerażającą przemianę, której była świadkiem. Był naprawdę 

jak odmieniony, mówił i zachowywał się zupełnie inaczej niż 
zwykle. 

Pan Tunsberg powiedział coś jeszcze na temat swojego syna, 

coś,  co  znacznie  bardziej  poruszyło  ojca.  Właśnie  z  tego 
powodu  pojechał  spotkać  się  z  Langaardem  i  dzięki  temu  ją 
uratował. 

Wszyscy  byli  pewni,  że  to  Marinius,  parobek,  który 

zaatakował  ją  w  drewutni  w  Ladefoss,  zranił  Rimfakse. 
Znaleziono nawet jego nóż w stajni. 

Okazało się jednak, że było zupełnie inaczej. 
Wszystko to wydawało się bardzo dziwne, ale pan Tunsberg 

naprawdę  mieszkał  niegdyś  w  Gimle.  Mało  tego,  był 
dziedzicem  gospodarstwa.  Z  powodów,  o  których  nie  chciał 
mówić, musiał wyjechać do Ameryki. Zmienił nazwisko, jak 
wielu  innych  imigrantów  i  nigdy  więcej  nie  wrócił  do  domu 
rodzinnego. Aż do teraz. 

Pan  Tunsberg  był  w  takim  razie  stryjem  ojca  Abelone,  ale 

ojciec, który urodził się rok po jego wyjeździe, nigdy go nie 
spotkał. 

Dlaczego pan Tunsberg wyjechał, zastanawiała się Abelone. 

Dlaczego zrezygnował z należnego mu 

background image

dziedzictwa? I dlaczego dopiero teraz dowiedziała się o nim? 

Ojciec mówił, że czasem wspominano w domu o jakimś stryju 
z Ameryki, ale nic więcej o nim nie słyszała. 

Pan Tunsberg powiedział, że jego syn po wyjściu ze szpitala 

postanowił  wrócić  do  Norwegii,  do  Tonsbergu,  miasta,  o 
którym jego ojciec tak ciepło się wyrażał. Przypadek sprawił, 
że  dostał  pracę  zarządcy  w  Ladefoss.  Wtedy  nie  wiedział  o 
powiązaniach swego ojca z Gimle. 

Abelone potrząsnęła głową. Czy to mógł być przypadek? A 

może było tak, jak mówiła babcia, że podobny splot wydarzeń 
to nie przypadek, a przeznaczenie? Abelone nie wiedziała, co o 
tym myśleć, ale było to z pewnością zastanawiające. 

I dlaczego pan Tunsberg nie powiedział wcześniej synowi o 

swym pochodzeniu? Dopiero jesienią, kiedy był bliski śmierci, 
zdradził mu prawdę. 

Kiedy Greger dowiedział się o tym, opętała go myśl, że Gimle 

musi być jego. 

Hilmar  odchrząknął,  -  Czy  to  znaczy,  że  to  pan  Langaard 

zranił konia i zrzucił winę na Mariniusa? 

 

background image

Ojciec  skinął  nieznacznie  głową.  W  jego  oczach  zapłonął 

gniew. 

- Pan Tunsberg twierdzi, że stan jego syna bardzo się ostatnio 

pogorszył, ale czegoś takiego nie można usprawiedliwić, nawet 
chorobą. 

- Wygląda na to, że ten człowiek rzeczywiście jest niespełna 

rozumu  -  zauważył  Hilmar.  -  Może  to  również  on  podpalił 
krzyż? 

Abelone spojrzała na ojca, który przytaknął. 
- Prawdopodobnie tak, nie zdziwiłbym się. Lensmann ma go 

przesłuchać również w tej sprawie. 

Znów zapadła cisza, którą nagle przerwała Bera. 
- Muszę wam coś powiedzieć - zaczęła. 
Abelone  spojrzała  na  nią,  nerwowo  mięła  w  dłoniach 

chusteczkę. Nagle uderzyła ją pewna myśl. Czy przypadkiem 
Bera nie pracowała w Gimle w tym czasie, kiedy pan Tunsberg 
jeszcze tu  mieszkał?  W  takim  razie  musiała  wiedzieć, co  się 
dokładnie  wydarzyło.  Abelone  niecierpliwie  czekała  na  ciąg 
dalszy. 

- Okłamałam was. 
Abelone  i  ojciec  popatrzyli  na  siebie.  Bera  i  kłamstwo? 

Trudno  w  to  uwierzyć.  Musiałaby  mieć  naprawdę  poważne 
powody. 

background image

Staruszka  spuściła  głowę.  -  Pamiętacie...  pamiętacie,  że 

kiedyś  urodziłam  dziecko?  -  na  moment  podniosła  wzrok.  - 
Powiedziałam, że ojciec dziecka nie był stąd, że przyjechał w 
odwiedziny do kogoś z sąsiedniej wsi i potem nigdy więcej go 
nie widziałam. 

Abelone poczuła, jak jej palce robią się lodowato zimne. 
Wiedziała, co zaraz usłyszy. 
Bera uniosła głowę. - To nieprawda. To był Ole, twój stryj, 

Akselu.  Jej  głos  zadrżał.  Bera  siedziała  wyprostowana  jak 
struna, patrzyła przed siebie twardym wzrokiem. - Stało się to 
wbrew  mojej  woli.  Kiedy  twoi  dziadkowie  dowiedzieli  się  o 
wszystkim,  dali  mu  do  wyboru  oddać  się  w  ręce 
sprawiedliwości albo wyjechać. 

Abelone wpatrywała się w Berę. Tajemnica, którą dźwigała 

przez  tyle  lat,  okazała  się  znacznie  poważniejsza,  niż 
przypuszczała. A więc dziecko było owocem gwałtu, którego 
dopuścił się dziedzic Gimle. 

Zawstydzona  pochyliła  głowę.  Ani  ona,  ani  nikt  inny  nie 

ponosił winy za jego czyn, ale rodzina mia- 

 

background image

ła  na  pewno  jedno  na  sumieniu  -  milczenie.  Trzymali  w 

tajemnicy  ten  występek  i  przyczyny  wyjazdu  najstarszego 
syna. 

Próbowała zebrać myśli. - Ale jak mogli pozwolić, by uniknął 

kary? - zapytała. 

Bera powoli pokręciła głową. - Nie wiem. Może uważali, że 

wystarczającą karą jest utrata dziedzictwa. 

Abelone zamyśliła się. Owszem, w tym sensie został ukarany, 

ale co z Berą? Jej gwałciciel uniknął sprawiedliwości, pozostał 
wolnym człowiekiem. 

-  Co  mówili  ludzie?  -  spytał  ojciec.  -  Musieli  się  przecież 

zastanawiać, dlaczego wyjechał. 

- Owszem, ale twój stryj był... - Bera zawahała się. - Nie miał 

tego w sobie, tej miłości do ziemi, lasów i łąk, nieodzownej, 
jeśli  ma  się  zarządzać  takim  gospodarstwem  jak  Gimle.  Już 
kiedy  byłeś  małym  chłopcem,  widać  było,  że  ty  ten  dar 
posiadasz,  tak  samo  jak  twój  ojciec.  Ole  był  zupełnie  inny. 
Kiedy ludzie się dowiedzieli, że wyjechał do Ameryki, nie byli 
szczególnie  zdziwieni.  Spojrzała  na  swoje  dłonie.  -  I  wielu 
bardzo się z tego cieszyło. 

Aksel zmarszczył czoło. 

background image

- Co masz na myśli? 
Bera spojrzała mu prosto w oczy. 
- Wielu ojców i braci cieszyło się z jego wyjazdu. 
Abelone zrozumiała, co Bera chce przez to powiedzieć. Stryj 

ojca miał więcej takich czynów na sumieniu. 

Ojciec  wciągnął  głęboko  powietrze  i  przesunął  dłońmi  po 

twarzy. 

-  Teraz  rozumiem,  dlaczego  nie  chciał  powiedzieć  mi  o 

przyczynach swego wyjazdu. 

- Ale musiał chyba zdawać sobie sprawę, że to i tak się wyda - 

zauważyła Abelone. 

Ojciec spojrzał na nią z namysłem. 
- To stary człowiek. Może z perspektywy czasu uważa, że to 

nieistotne. 

Abelone  musiała  przyznać,  że  trudno  wyobrazić  sobie  teraz 

tego kulawego starca jako młodzieńca, w dodatku winnego tak 
odrażającego czynu. 

- Nie rozumiem, po co wrócił - stwierdziła. -Chyba rozumie, 

że jego syn nigdy nie odziedziczy Gimle. 

- Wydaje mi się, że wrócił, by odzyskać spokój - powiedział 

ojciec i spojrzał na Berę. - Czyn, które- 

 

background image

go  dopuścił  się  wobec  ciebie  jest  godny  potępienia,  myślę 

jednak, że mimo wszystko ten człowiek poczuwa się do jakiejś 
odpowiedzialności. Moim zdaniem wrócił, by sprawdzić, czy 
to, co miało być jego dziedzictwem, nie zostało zmarnowane. 

Abelone  zapatrzyła  się  na  widok  za  oknem.  Rozumiała,  co 

ojciec  ma  na  myśli.  Ona  sama  była  dziedziczką,  póki  nie 
narodził się Jorgen. Mimo że ten ciężar nie spoczywał już na jej 
barkach, to i tak czuła się w pewien sposób odpowiedzialna za 
Gimle. 

To samo musiał czuć stryj ojca. 
Odetchnęła  głęboko.  Próbowała  pozbierać  myśli.  Nie 

wiedziała tak naprawdę, co czuję do tego człowieka. Łączyły 
ich więzy krewi, ale był dla niej całkowicie obcy. Poza tym nie 
potrafiłaby zapomnieć mu krzywdy, którą wyrządził Berze. 

Nie jej było go osądzać. 
Mimo  wszystko  miała  nadzieję,  że  ten  człowiek  odnajdzie 

spokój duszy, nim odejdzie z tego świata. 

background image

20 
 
Rosenlowe, ostatni dzień 1885 roku 
 
Zbliżała się północ. Na dziedziniec wylegli odświętnie ubrani 

goście. Abelone ujęła pod ramię Ellen i Blanche, razem ruszyły 
w stronę fontanny ozdobionej rzeźbami trzech Gracji. 

Noc była mroźna, ich oddechy zamieniały się w parę. Trzęsły 

się z zimna mimo ciepłych płaszczy i mufek. Przystanęły koło 
fontanny i spojrzały w jaśniejące od gwiazd niebo, na którym 
wkrótce miały rozbłysnąć kolorowe fajerwerki. 

Dobrze  było  mieć  Ellen  i  Blanche  obok  siebie.  Abelone 

cieszyła  się,  że  siostra  wróciła  do  domu.  Wszyscy  się 
niepokoili, czy Ulrik i Ellen zdążą na wspólną wigi- 

 

background image

lię, na szczęście na dwa dni przed uroczystym wieczorem ich 

sanie zajechały na dziedziniec. 

Siostra była zachwycona podróżą. I chyba bardzo dumna ze 

wszystkich  tych  pięknych,  pełnych  detali  rysunków,  które 
wykonała  podczas  ekspedycji.  Abelone  zawsze  wiedziała,  że 
Ellen  potrafi  świetnie  rysować,  ale  teraz  naprawdę  rozwinęła 
talent. Ulrik był zadowolony z rezultatu wyprawy. Odkryli na 
Madagaskarze  wiele  roślin  i  zwierząt  nieznanych  wcześniej 
nauce. 

Wystrzelono  pierwszą  rakietę.  Kuzynki  przytuliły  się  do 

siebie.  Czerwona  rozeta  rozwinęła  się  na  niebie  przy  wtórze 
zachwyconych westchnień. 

Abelone zerknęła na twarze Blanche i Ellen. 
Chyba  obie  były  szczęśliwe.  Siostra  promieniała  jakimś 

niezwykłym  blaskiem.  Abelone  podejrzewała,  że  jego 
przyczyną  było  nie  tylko  południowe  słońce  i  małżeńskie 
szczęście.  Siostra  wyraźnie  nabrała  kształtów  podczas  tej 
podróży.  Nic  na  razie  nie  powiedziała,  ale  Abelone  miała 
nadzieję, że spełniło się jej wielkie marzenie i zostanie matką. 

Blanche  również  zdawała  się  zadowolona  z  życia.  Abelone 

wiedziała, że pomaganie biednym 

 

background image

i  osieroconym  dzieciom  sprawia  jej  wielką  radość.  Alf  był 

wielką  miłością  Blanche,  oboje  uwielbiali  swoją  rozkoszną 
córeczkę,  która  wyglądała  kropka  w  kropkę  jak  Blanche  w 
dzieciństwie. 

Znów  spojrzała  w  niebo.  Serenada  fajerwerków  strzeliła  w 

niebo czerwienią, fioletem i zielenią. 

Czemu  było  jej  tak  smutno  tego  wieczoru?  Powinna  się 

cieszyć, miała wszystko, co potrzebne do szczęścia - żadnych 
trosk  materialnych,  jej  synek  rósł  silny  i  zdrowy,  otaczała  ją 
oddana rodzina. 

Wiedziała, co jest tego przyczyną. Brakowało jej kogoś, z kim 

mogłaby to szczęście dzielić. Kogoś bliskiego, kogoś takiego, 
kim kiedyś był dla niej Erik. 

Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  nigdy  więcej  nie  spotka 

takiej osoby. 

Kochała go i wiedziała, że zawsze będzie go kochać. O wiele 

za krótki był czas, który spędzili razem. 

Te wspaniałe dni nigdy nie wrócą. 
I nigdy nie pokocha nikogo tak jak jego. 
Powiesiły płaszcze. Blanche mrugnęła do Abelo- 
 

background image

ne  i  ujęła  ją  pod  ramię.  Orkiestra  znów  grała,  goście  nie 

potrzebowali zachęty, tańce trwały w najlepsze. 

-  Abelone,  chciałabym  ci  kogoś  przedstawić  -  powiedziała 

Blanche z uśmiechem. 

Abelone  popatrzyła  na  kuzynkę.  Przypomniała  sobie  bal 

sprzed  czterech  lat,  kiedy  jej  siostra  użyła  dokładnie  tych 
samych słów. Tamtym mężczyzną był Oskar von Wittenheim. 
To spotkanie miało okazać się tragiczne w skutkach, zarówno 
dla Ellen, jak i Blanche. 

-  Sama  nie  wiem  -  zaczęła  protestować.  Tego  wieczoru 

tańczyła  wprawdzie  z  wieloma  mężczyznami  i  wielu  jej 
przedstawiono, ale dobrze znała kuzynkę, na pewno miała w 
zamyśle jakiś plan. 

- Jestem pewna, że ci się spodoba - wyszeptała z uśmiechem. - 

Jest przystojny, inteligentny i wykształcony. 

Abelone spojrzała na nią z rezygnacją. Nie pierwszy raz tego 

wieczoru słyszała te słowa, wiele osób koniecznie chciało jej 
przedstawić jakiegoś znajomego, syna czy powinowatego. 

- Nie wydaje mi się... 
Blanche  tylko  machnęła  ręką,  ale  po  chwili  powiedziała  z 

powagą: 

 

background image

-  To  wdowiec,  ale  wcale  nie  jest  dla  ciebie  za  stary.  Przez 

chwilę  błądziła  wzrokiem  po  sali,  po  czym  pochyliła  się  ku 
Abelone. - Bardzo przeżył śmierć żony i małego synka. Oboje 
zginęli w pożarze. 

Abelone spojrzała na nią z przerażeniem. Wcale nie chciała 

tego wiedzieć! 

- Blanche, nie mam ochoty... 
Kuzynka dała jej lekkiego kuksańca w plecy. 
- Idzie. Uśmiech! 
Było  za  późno  na  ucieczkę,  Blanche  już  ruszyła 

zdecydowanym krokiem w jego kierunku. 

Abelone  podreptała  za  nią  z  wahaniem.  Jedno  trzeba  było 

przyznać,  rzeczywiście  był  bardzo  przystojny.  Ale  coś  ją 
zastanowiło... 

Nie  wiedziała,  skąd  to  wrażenie,  ale  wydawało  jej  się,  że 

skądś go zna. 

Blanche wymieniła z mężczyzną kilka uprzejmych zdań, po 

czym odwróciła się do niej. 

Abelone  nie  mogła  od  niego  oderwać  wzroku.  Górował 

wzrostem  nad  większością  mężczyzn  na  sali,  miał  szerokie 
ramiona,  mocno  zarysowaną  szczękę,  włosy  ciemne,  niemal 
czarne. Przez mo- 

background image

ment wydawało jej się, że jego oczy również są czarne, ale 

okazały się granatowe. 

Nie  od  razu  go  rozpoznała,  bez  długich  włosów  i  obfitej 

brody. W dodatku miał na sobie mundur. 

Aslak Sorensen, dziwak z chaty w lesie. 
Co on tu robi? I ten ubiór? 
Blanche zwróciła się do niej z uśmiechem. 
- Abelone, pozwól, że ci przedstawię, to pan William Radcliff 

Archer, dziedzic Rosenlowe. 

Abelone poczuła, że usta otwierają jej się ze zdumienia, ale 

zdołała się jakoś opanować i podała mężczyźnie rękę. 

Pan Archer ujął ją z powagą i ucałował. 
-  Spotkaliśmy  się  już  wcześniej,  niestety,  w  znacznie  mniej 

przyjemnych okolicznościach. 

Blanche patrzyła na nich zdezorientowana. 
- To wy się znacie? 
Abelone napotkała jego wzrok, nadal oszołomiona. 
-  Nie  mogę  powiedzieć,  żebym  pana  znała.  Kąciki  jego  ust 

zadrżały w lekkim uśmiechu. 

- Mam nadzieję, że da się to naprawić, pani Ladefoss. 

background image

Epilog 
 
Gimle, sierpień 2010 roku 
 
Abelone  otuliła  córeczkę  i  zapaliła  różową  lampkę  z 

Kopciuszkiem. 

Z uśmiechem odgarnęła jasne kosmyki z czoła Augusty. Obie, 

i ona, i dziewczynka, były wyczerpane po uroczystym zjeździe 
rodzinnym, który miał miejsce tego dnia w ich domu. Zaprosiła 
wszystkich,  którzy  kiedykolwiek  mieszkali  w  Gimle  lub  w 
jakikolwiek  sposób  byli  związani  z  tym  miejscem.  Na 
szczęście pogoda dopisała, był to jeden z najcieplejszych dni 
tego lata, więc można było siedzieć na zewnątrz. Wielu gości 
kąpało się w morzu. 

Usiadła  na  brzegu  łóżka  i  podała  dziewczynce  ukochanego, 

mocno sfatygowanego misia. Augusta 

background image

dostała  go  w  dniu  swoich  narodzin,  dokładnie  cztery  lata 

temu. I jeden dzień. 

- Cieszysz się na jutro? - spytała Abelone. Sama cieszyła się 

chyba co najmniej tak mocno, jak Augusta, jeśli nie bardziej. 
Wiedziała,  że  dziewczynka  będzie  zachwycona  prezentem  - 
pięknym domkiem dla lalek. 

Augusta  skinęła  głową  i  z  uśmiechem  przycisnęła  misia  do 

siebie. 

- Mamo, puścisz pozytywkę? - poprosiła. 
Abelone podniosła się z miejsca i przyniosła starą zabawkę, 

która  stała  na  parapecie.  Dziewczynka  ją  uwielbiała,  chociaż 
modlący  się  ze  wzrokiem  uniesionym  do  nieba  cherubinek 
swoje  najlepsze  dni  miał  za  sobą.  Augusta  uwielbiała  też 
słuchać opowieści o kobiecie, która niegdyś była właścicielką 
pozytywki. 

Kobiecie, po której ona sama i jej babcia odziedziczyły imię, 

Abelone. 

- Mamo, opowiesz o praprababci? - dziewczynka posłała jej 

najsłodszy  ze  swoich  uśmiechów.  Dobrze  wiedziała,  że 
powinna już spać. 

Abelone zaśmiała się. 

background image

-  Chyba  już  dzisiaj  słyszałaś  tę  historię,  co?  Dzieje 

praprababki zostały spisane sześćdziesiąt 

lat  wcześniej,  dzisiaj,  podczas  obiadu,  opowiedziała  je 

gościom w skrócie. 

-  Jest  późno,  Augusto.  Opowiem  ci  tylko,  jak  twoja 

praprababcia spotkała pewnego przystojnego Anglika, którego 
wcześniej miała za mordercę i strasznego dziwaka. Wiedziała, 
że tę właśnie część Augusta lubi najbardziej. 

Dziewczynka uśmiechnęła się zachwycona. Abelone zaczęła 

opowiadać  o  balu  sylwestrowym,  na  którym  jej  praprababka 
spotkała  swego  przyszłego  męża  i  o  tym,  jak  później  wzięli 
ślub w Gimle, gdzie również zamieszkali. 

Przy  słowach  a  potem  żyli  długo  i  szczęśliwie  powieki 

dziewczynki zaczęły opadać. 

Abelone podniosła się i ucałowała ją delikatnie w czoło. 
-  Śpij  słodko,  mama  cię  kocha  -  wyszeptała.  Augusta 

otworzyła oczy. Przy drzwiach Abelone odwróciła się i zrobiła 
to,  co  miały  w  zwyczaju  każdego  wieczoru  -  ucałowała 
koniuszki  swoich  palców  i  dmuchnięciem  posłała  całusa 
córeczce, która zła- 

background image

pała go i przycisnęła do serca, a potem sama posłała jej całusa. 
Teraz z kolei Abelone chwyciła go i z uśmiechem przyłożyła 

dłoń do serca, a potem zgasiła światło i cicho zamknęła drzwi 
za sobą. 

Przeszła korytarzem do świeżo odremontowanych kręconych 

schodów.  Wymagały  odnowienia,  podobnie  jak  cały  dom. 
Przez te cztery lata, odkąd zamieszkali tu z Larsem, włożyli w 
dom  wiele  pracy:  wymienili  panele  zewnętrzne,  przewody 
elektryczne,  wyremontowali  obie  łazienki  i  kuchnię.  Jedno-
cześnie  uprawiali  ziemię.  Dobrze,  że  nie  zdecydowali  się 
jednak  na  zwierzęta,  jak  początkowo  chciał  Lars.  I  tak  mieli 
dosyć  pracy,  ona  była  architektem,  a  on  inżynierem.  Ale  kto 
wie? Może z czasem obora znów się zapełni? Na razie musiało 
im wystarczyć pięć kur, dwa koty i owczarek Shep. 

Zatrzymała  się  na  podeście,  przy  ścianie  obwieszonej 

zdjęciami. To była jedna z pierwszych rzeczy, którą zrobiła po 
przeprowadzce - wyjęła stare rodzinne zdjęcia i powiesiła je na 
ścianie. Szczególnie jedną fotografię bardzo lubiła. 

background image

Zdjęła,  ją  ze  ściany.  Była  stara,  wykonano  ją  w  lecie  1887 

roku,  wykaligrafowana  starannie  data  widniała  z  tyłu.  Papier 
pożółkł, ale z łatwością dało się odróżnić poszczególne osoby i 
rozpoznać miejsce, w którym zrobiono  zdjęcie  - w ogrodzie, 
pod  wielkim  kasztanowcem,  który  do  dzisiaj  stanowił  cen-
tralny punkt dziedzińca. 

Usiadła na schodach i przyglądała się ludziom, którzy niegdyś 

mieszkali w tym domu, spali w tych samych łóżkach, chodzili 
po  tych  schodach,  pracowali  na  tych  samych  polach,  w  tych 
samych lasach. 

Więzy. Byli ogniwami niewidzialnego łańcucha, łączyło ich 

dziedzictwo, które przechodziło z jednego pokolenia na drugie. 
Zwykle się nad tym nie zastanawiała, ale w takie dni jak ten, 
kiedy  zbierała  się  cała  rodzina,  przypominała  sobie  o  tym 
dziedzictwie. Teraz nadszedł jej czas, teraz ona odpowiadała za 
Gimle,  tak  jak  kiedyś  jej  ojciec,  a  przed  nim  jego  ojciec  i 
dziadek. 

Przesunęła palcami po szkle. Kim byli ci ludzie? Dobrze znała 

historię swojej praprababki Abelone, ale co z pozostałymi? 

 

background image

Wiedziała,  że  ten  wysoki  mężczyzna  z  tyłu,  z  ciemnymi 

włosami i surowym wyrazem twarzy, to Aksel, ojciec Abelone. 
Obok niego stała szczupła kobieta, miło uśmiechnięta. To była 
macocha Abelone, a zarazem jej teściowa, pani Lucie Archer - 
ojciec  ożenił  się  z  matką  swego  drugiego  zięcia.  Obok  stali 
Abelone i William. 

Jak  zwykle  musiała  przyjrzeć  się  twarzy  praprababki.  Była 

taka piękna, miała wielkie, łagodne oczy, ale jej twarz znaczył 
wyraz  smutku  i  powagi.  W  młodym  wieku,  w  tragicznych 
okolicznościach straciła matkę i pierwszego męża. 

Z  przodu  siedziało  w  trawie  dwóch  chłopców,  jeden  o 

włosach  jasnych,  drugi  o  ciemnych.  To  byli  bracia  Abelone, 
bliźniacy.  Jedna  ciotka,  która  wiedziała  najwięcej  na  temat 
historii  rodziny  opowiadała,  że  z  Isaka,  tego  ciemnego,  był 
niespokojny  duch.  W  młodym  wieku  przeprowadził  się  do 
Kristianii, gdzie został kupcem. Jorgen odziedziczył Gimle. 

Niestety, miał słabe płuca, zmarł młodo, nim zdążył się ożenić 

i dlatego Abelone i William przejęli gospodarstwo. 

background image

Obok  bliźniaków  siedziała  mała  dziewczynka  z  jasnymi 

loczkami i roześmianymi oczami, młodsza siostra praprababki, 
Marie.  Cioteczka  Marie,  jak  ją  nazywano,  dożyła  wieku  stu 
trzech  lat  i  do  końca  zachowała  przytomny  umysł.  Abelone 
miała dwa lata w chwili jej śmierci, ale zachowało się zdjęcie, 
na którym siedzi na łóżku starej kobiety. 

Znów  powędrowała  spojrzeniem  do  praprababki.  Obok  niej 

stał chłopiec, trzymał ją za rękę - to Mały Erik, który przejął 
gospodarstwo  po  swoich  rodzicach,  pradziadek  Abelone.  Na 
drugim ręku trzymała maleńką dziewczynkę, która otrzymała 
imię po swojej babce, Louise. 

Kiedyś ci ludzie mieszkali w Gimle. Czy myśleli o tym, co po 

nich zostanie? Czy zastanawiali się nad tymi, którzy przyjdą po 
nich? 

Tyle  ludzkich  istnień  przemijało  bez  śladu,  jak  rysunek  na 

piasku. Najbliżsi pamiętali o nich, oczywiście, ale w miarę jak 
płynął czas, pamięć o nich ginęła. Tylko niewielu zapisywało 
swe  imiona  w  podręcznikach  historii  czy  pamięci  przyszłych 
pokoleń. 

A  ci  wszyscy,  którzy  w  milczeniu  znosili  powszedni  trud, 

którzy co dzień staczali walkę o to, by na stole był 

background image

chleb, by nikt nie musiał kłaść się głodny? Ci wszyscy rodzice 

walczący o dobre życie dla swoich dzieci? 

Kiedy  myślała  o  wcześniejszych  pokoleniach,  zawsze 

nasuwało jej się to pytanie. Jak wyglądało ich życie? 

Jej dziadek ciągle powtarzał, że nie trudzi się dla siebie, lecz 

dla  tych,  którzy  mieli  przyjść  po  nim  i  dla  tych,  którzy  żyli 
przed  nim.  Czuł  odpowiedzialność  za  dziedzictwo,  które  po 
nich  otrzymał.  Mawiał,  że  nie  dostał  gospodarstwa  na 
własność, dostał tylko prawo i obowiązek, by nim zarządzać. 

Ona czuła tak samo. 
Wstała, odwiesiła fotografię na miejsce i uśmiechnęła się do 

twarzy  patrzących  na  nią  z  dalekiej,  a  jednocześnie  jakże 
bliskiej przeszłości. 

Dziedzictwo zostało przekazane dalej, kolejnym pokoleniom, 

niewidzialny łańcuch splatał ich wszystkich razem, choć żyli w 
różnych czasach. 

Rodzinne dziedzictwo. 
 

Koniec serii