background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 
 

Dziedzictwo II 24 

 
 
 

Niepewność jutra 

 
 
 
 
 
 

 

background image

„Chciałabym zaznaczyć, że zarówno osoby, jak i wydarzenia 

Dziedzictwa  zostały  wymyślone,  dotyczy  to  również 
posiadłości Gimle i wielu innych opisanych tu miejsc" 

Ann-Christin Gjersee 

background image

Galeria postaci: 
Abelone Ladefoss - 
wdowa po Eriku Ladefossie   
Aksel Gimle - 
ojciec Abelone, właściciel Gimle   
Marie  Gimle  -  
najmłodsza,  ośmioletnia  siostra  Abelone

Jorgen i Isak Gimle - bliźnięta, trzyletni młodsi bracia Abe-
lone 

Mały Erik - roczny syn Abelone   
Blanche Bjerkely - 
kuzynka Abelone   
Alf Bjerkely - 
mąż Blanche 
Helene  Augusta  -  
prawie  trzyletnia  córka  Blanche  i  Alfa 

Ellen Bjerregaard - siostra Abelone   

Ulrik Bjerregaard- mąż Ellen   
Bera - służąca w Gimle   
Hilmar 
- parobek w Gimle   
Sofie - 
służąca w Gimle   
Maline - 
służąca w Gimle   
Anders - 
pracuje w odlewni dzwonów, brat Alfa   
Greger Langaard - 
zarządca Ladefoss   
Aslak Sorensen - 
mieszka w lesie w chatce drwala, samotnik 
Signe - gospodyni sierocińca 
Line - 
siostra Signe, pracuje w sierocińcu 
Thorstein i Hogne - 
bracia mieszkający w sierocińcu 
Państwo Angelsten - 
małżeństwo opiekujące się ubogimi i 
osieroconymi dziećmi 
Wdowa Lucie Archer - matka nowego dziedzica Rosenkwe 

Pan Lothe - artysta malarz 

Fredrikke i Gustav - rodzeństwo mieszkające w Angelsten, 

Fredrikke uciekła do sierocińca 

Pan  i  pani  Aaroe  -  małżeństwo,  które  zaopiekowało  się 

osieroconymi Amalie i Mathiasem 

Dyrektor banku Schmidt i jego żona - rodzice pani Aaroe 

Nora i profesor Wergeland - małżeństwo podróżujące razem 
z Ulrikiem i Ellen 

background image

1  
 
Abelone cicho odeszła od łóżka Małego Erika i podeszła do 

okna. Ma- 

lec był tak zmęczony, że zasnął, gdy śpiewała mu kołysankę. 

Tę samą, którą jej i rodzeństwu zawsze śpiewała matka. 

Ostrożnie odczepiła haczyki i uchyliła okno. W pokoju było 

tak gorąco i parno, że Mały Erik aż się spocił. 

Był to jeden z tych ciepłych, letnich dni, kiedy prawie nie było 

wiatru,  nawet  na  plaży  nie  czuć  było  żadnego  podmuchu  i 
mimo że to już wieczór, nadal było gorąco. 

Zamknęła  oczy,  westchnęła  głęboko  i  napawała  się 

zapachami i dźwiękami letniego wie- 

 

background image

czoru. Choć było gorąco, powietrze było lżejsze niż w ciągu 

dnia. 

Dwa dni temu znalazła syna w wodzie, dwa dni temu straciła 

go i ponownie odzyskała. 

Wiedziała, że nie mógł tam długo leżeć, wiedziała też, że nie 

upłynęło dużo czasu, gdy ponownie zaczął oddychać. Niemniej 
jednak  dla  niej  wydawało  się  to  być  wiecznością  i  przez  tę 
wieczność myślała, że nie żył. W krótkich momentach paniki 
wiedziała,  że  paraliżujący,  obezwładniający  smutek,  który 
odczuła,  nigdy  jej  nie  opuści.  Czuła  się  tak,  jakby  spadała 
długo  w  niekończącą  się  otchłań.  Tak  czułaby  się  zawsze, 
każdego dnia przez resztę swojego życia. 

Ale  potem  Mały  Erik  zaczął  oddychać łapiąc  powietrze,  po 

czym zaczął płakać. 

Nigdy nie była tak szczęśliwa słysząc jego płacz. 
Westchnęła, nie zdołała powstrzymać łez. Pospiesznie otarła 

oczy, ale nie zdołała zdusić płaczu. Tak działo się za każdym 
razem,  gdy  myślała  o  tym,  co  się  stało.  Nie  potrafiła  o  tym 
myśleć bez napływających do oczu łez. 

background image

Abelone,  wszystko  już  dobrze,  próbowała  pocieszyć  sama 

siebie. Mały Erik nie umarł. 

Wytarła oczy rękawem sukni. 
Dźwięk  dochodzący  z  łóżeczka  dziecięcego  sprawił,  że 

odwróciła  się,  ale  to  tylko  Mały  Erik  przewrócił  się  na  bok. 
Położył jedną nóżkę na kołdrze. 

Nie  potrafiła  powstrzymać  uśmiechu  na  ten  widok.  Był  tak 

niewinny i ku jej zaskoczeniu nie wydawało się, że zaczął się 
bać wody. Dziś w ciągu dnia poszła z nim, Marie i bliźniakami 
na plażę i cieszył się bardzo, mogąc brodzić i bawić w wodzie. 
Na  początku  był  ostrożny,  ale  później  wyglądało  na  to,  że  o 
wszystkim zapomniał, gdy dzieci zaczęły się chlapać. 

Ponownie  wyjrzała  przez  okno  i  spoglądała  na  spokojną, 

lustrzaną toń morza, na pola o czystych i zielonych barwach i 
ku słońcu, które nadal mocno świeciło mimo wieczornej pory. 

Powinna wiedzieć lepiej od innych, jak ważne jest cieszenie 

się  każdym  dniem  z  tymi,  których  kochamy,  wiedziała,  jak 
gwałtownie  i  brutalnie  mogło  uderzyć  cierpienie.  Mimo  to 
musiała przy 

background image

znać,  że  codzienność  czasem  przesłaniała  wszystko,  za  co 

powinna być wdzięczna losowi. Tak łatwo jest zatracić się w 
nieistotnych problemach, zamiast cieszyć się tym, co się ma. 
Gdy obolała kładła się wieczorem spać, wiedząc doskonale, że 
następnego  dnia  trzeba  wstać  bardzo  wcześnie,  łatwo  było 
zapomnieć,  jak  bardzo  była  szczęśliwa  w  swoim  domu,  że 
wszyscy cieszyli się zdrowiem i że w Gimle nie musiano się 
martwić o to, że następnego dnia na stole zabraknie jedzenia. 

Dopiero  gdy  człowiek  to  straci,  wówczas  przyznaje,  jak 

ciasny miał umysł. 

Czego by ona sama nie dała za jeden dzień więcej z Erikiem? 
Ale  takie  już  było  życie,  nagle  i  nieoczekiwanie  człowiek 

zostaje  wyrwany  ze  swojego  dobrego,  bezpiecznego  życia  i 
wówczas  niczego  więcej  nie  chce,  tylko  powrotu  do 
poprzedniego stanu. 

Odsunęła się od okna i cicho podeszła do drzwi. Mały Erik 

spał już głęboko, słyszała jego spokojny oddech, nie musiała 
martwić się, że się zbudzi. Gdy już zasnął na dobre, nigdy nie 
budził się, aż do rana. 

background image

Wymknęła  się  i  cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Po  tym 

straszliwym  wydarzeniu  ciężko  jej  było  zostawić  syna  pod 
opieką innych, ale ponownie musiała to zrobić. Poza tym nie 
można  było  nikogo  winić.  Mały  Erik  mógł  równie  dobrze 
wymknąć się z domu, gdy sama się nim opiekowała. 

Zbiegła po schodach i weszła do kuchni, gdzie Sofie skubała 

kurę  -  jutro  na  obiad  miał  być  rosół.  I  ona,  i  Maline  były 
zupełnie  załamane  po  wypadku  z  Małym  Erikiem.  Abelone 
mówiła im,  że  nie  powinny  się  obwiniać,  choć  wiedziała,  że 
robi to na próżno. 

Miała nadzieję, że z czasem będą potrafiły sobie wybaczyć. 
- Sofie, muszę coś załatwić w Ladefoss, Mały Erik wprawdzie 

śpi, ale mogłabyś rzucić na niego okiem? 

Sofie skinęła głową, lecz Abelone dostrzegła niepokój na jej 

twarzy.  Wiedziała,  że  najchętniej  nie  brałaby  ponownie 
odpowiedzialności za jej syna. 

- Oczywiście. Dawno zasnął?  - odpowiedziała, ale spojrzała 

na Berę, która z pewnością 

background image

przysłuchiwała  się  rozmowie,  mimo  że  była  zajęta  czymś 

innym przy kuchennej ladzie. 

- Wiesz, że zazwyczaj twardo śpi - uśmiechnęła się Abelone. - 

Niedługo wrócę. 

Wyszła wprost w słoneczne promienie. 
Mogła  poprosić  Berę  o  opiekę  nad  synkiem,  ale  celowo 

zwróciła  się  z  tym  do  Sofie.  Służąca  musiała  wiedzieć,  że 
Abelone jej ufa. 

Spojrzała w niebieskie niebo, na parę jaskółek wirujących nad 

wierzchołkami drzew, zanim wleciały pod dach stodoły, gdzie 
zbudowały  gniazdo.  Kilka  tygodni  temu  wykluły  się  młode  i 
nie  dalej  jak  dziś  rano  słyszała  ich  pisk.  Widziała  również  z 
jaką żarłocznością rzuciły się na jedzenie, z którym przyfrunęła 
matka. Sądziła, że na dniach same będą mogły latać i niedługo 
wykluje się nowa ptasia rodzina. 

Poczuła  się  dziwnie  lekko,  gdy  wyruszyła  w  drogę  do 

Ladefoss. Wilma jak zazwyczaj podążyła za nią. Czuła lekkość 
zarówno w ciele, jak i w duszy. 

Tak dobrze było zdać sobie sprawę z tego, że żyła. 

background image

Wiedziała, że ojciec dziękował już zarządcy Ladefoss za to, 

co  zrobił,  ale  chciała  mu  podziękować  osobiście.  Ojciec 
odwiedził  go  wczoraj  z  butelką  koniaku,  ale  była  zbyt 
zmęczona, żeby się przyłączyć. Poza tym nie chciała opuścić 
Małego Erika. Bera nalegała, żeby chłopiec pozostał w łóżku i 
mimo że protestował, zgodziła się z nią. 

To,  co  przeżył,  było  dużym  wysiłkiem  dla  młodego 

organizmu. Doktor Greni powiedział, że muszą uważać, by nie 
dostał zapalenia płuc. 

Na  szczęście  nie  było  widać  oznak  choroby,  nie  był  nawet 

przeziębiony. 

Jak  zawsze,  gdy  zbliżała  się  do  Ladefoss,  wspaniałego 

dziedzictwa Erika, w którym teraz mieszkał ich pastor, miała 
mieszane uczucia. 

Gospodarstwa, które miało być dziedzictwem Małego Erika. 
Cierpiała, gdy musieli wyprowadzić się z Ladefoss i bolała ją 

myśl o tym, że gospodarstwo 

background image

nie  będzie  odziedziczone  przez  ich  syna.  Była  smutna  i 

rozżalona,  ponieważ  wiedziała,  że  Erik  czuł  się  tak,  jakby 
zdradził przodków, którzy ciężko pracowali, aby gospodarstwo 
przynosiło im chleb. 

Po  sprzedaniu  Ladefoss  Erik  już  nigdy  nie  był  taki  sam. 

Widziała,  iż  dręczyło  go  szczególnie  to,  że  gospodarstwo 
zostało  sprzedane  za  jego  życia.  Zastanawiała  się,  co  by 
powiedział, gdyby zobaczył, jak się zmieniło. Trzeba przyznać, 
że  pastor  Munthe  dbał,  aby  budynki  były  w  dobrym  stanie, 
wybudował  też  nową  stodołę.  Plebania  prezentowała  się 
świetnie. 

Poczuła  się  niepewnie,  gdy  weszła  na  dziedziniec.  Unikała 

pastora po tym, jak w zeszłym roku wyjawił swoje uczucia do 
niej. Nie był natrętny ani niegrzeczny, ale czuła się tym zakło-
potana.  Z  drugiej  strony,  było  to  dość  dawno  temu, 
prawdopodobnie już tak o niej nie myślał i cieszyło ją to. W 
każdym  razie  rzadko  bywał  w  Gimle,  a  gdy  pojawiał  się, 
rozmawiał tylko z ojcem. 

Zwolniła kroku, gdy zobaczyła młodego pa- 

background image

robka  pchającego  taczkę.  Wilma  natychmiast  podbiegła  do 

niego i z jakiejś przyczyny zaczęła szczekać na taczkę. 

- Wilmo, chodź tutaj - krzyknęła surowo. Wilma nie usłuchała 

od  razu,  ale  gdy  Abelone  krzyknęła  ponownie,  przybiegła  w 
podskokach. 

-  Czy  szuka  pani  pastora?  -  zawołał  chłopiec,  zanim  miała 

okazję zapytać o Gregera. - Jest w Laurvig i nie wróci przed 
sobotą. 

Uśmiechnęła się do niego. - Chciałabym rozmawiać z panem 

Langaardem - powiedziała. -Jest może w pobliżu? - 

Parobek kiwnął głową w kierunku ogrodu i plaży. - Wyszedł 

zarzucić sieci, widziałem go niedawno na dole przy domku na 
łodzie. 

Abelone skinęła głową i uśmiechnęła się. -Dziękuję. 
Wilma  położyła  się  w  tym  czasie  przy  jej  stopach,  ale  za 

chwilę ruszyła za nią. 

Przeszła przez dziedziniec, skręciła obok głównego budynku i 

weszła  do  okazałego  ogrodu,  który  pani  Agnes  tak  lubiła 
pielęgnować. Zasadziła wiele nowych kwiatów, byliny, krza- 

background image

ki róż i jakieś drobne, niskie rośliny o rozłożystych liściach w 

mocnych, wyrazistych kolorach. 

Zwolniła kroku, gdy ujrzała Gregera Langaarda. Było tak, jak 

powiedział parobek. Porządkował sieci przy domku na łodzie. 

Może mu przeszkadzała? 
Zatrzymała się przy dużym, pachnącym krzewie jaśminowca i 

stanęła tak, by krzew częściowo ją zakrywał. Wilma siadła tuż 
przy niej, potrząsnęła głową i spoglądała na nią wyczekująco. 

Abelone  podrapała  ją  za  uszami.  Obserwowała  mężczyznę, 

oparł o ścianę domku na łodzie drewnianą skrzynkę, po czym 
usadowił się na niej i zaczął naprawiać sieć. 

Natychmiast  poczuła  się  niepewnie  i  wiedziała  dlaczego. 

Pamiętała  doskonale,  co  kilka  dni  temu,  podczas  obchodów 
nocy świętojańskiej, powiedziała jej Sofie. Nie było tajemnicą, 
że pokojówka była żywo zainteresowana zarządcą. Sama jasno 
dała  to  wszystkim  do  zrozumienia,  gdy  tak  wyraźnie  go 
adorowała,  ale  Abelone  nie  sądziła,  żeby  Greger  Langaard 
odwza- 

background image

jemniał jej uczucia. Nie szukał towarzystwa Sofie i to raniło 

dziewczynę.  Sofie  wypiła  tamtego  wieczoru  zbyt  dużo,  była 
bardzo smutna, płakała i zapytała, czy Abelone nie rozumie, że 
ten mężczyzna ja kocha. 

Słyszała  również  rozmowę  między  Sofie a  Maline,  podczas 

której  Sofie  twierdziła  to  samo,  że  Greger  Langaard  często 
załatwiał coś w Gimle, ponieważ podobała mu się gospodyni. 

Westchnęła cicho. Czy mogłoby w tym być ziarnko prawdy? 

Sama zwróciła uwagę, jak na nią patrzył w noc świętojańską i 
kiedy  zastanowiła  się,  przypomniała  sobie,  że  zimą  i  wiosną 
często  przybywał  w  jakichś  sprawach  do  Gimle.  Z  drugiej 
strony nie zrobił ani nie powiedział niczego, co sugerowałoby, 
że się w niej zakochał. 

Szybkim  ruchem  odgarnęła  kosmyki  włosów,  które  luźno 

opadły jej na czoło. Greger Langaard był dla niej zawsze miły i 
uprzejmy,  wiedziała  wiec,  że  rozmowa  z  nim  pójdzie  jej 
gładko.  Przeszła  przez  ogród  i  ruszyła  w  dół,  na  plażę  w 
kierunku domku na łodzie. Wilma znalazła coś ciekawego pod 
krzewem róż, ale na 

background image

szczęście  zadowoliła  się  wąchaniem  trawy.  Pani  Agnes  na 

pewno  nie  byłaby  zadowolona,  gdyby  jej  różane  krzewy 
zostały wykopane. 

Zarządca  uniósł  głowę.  Wyschnięte  na  słońcu  wodorosty  i 

muszelki pękały pod jej butami. 

Opaloną słońcem twarz ozdobił uśmiech.  -Czy to pani, pani 

Ladefoss? 

Odłożył sieć, wstał i podszedł do niej. 
Odwzajemniła uśmiech.  - Nie chciałabym odrywać pana od 

pracy. 

Potrząsnął głową. - Ależ wcale pani nie przeszkadza. Skinął 

głową w kierunku miejsca, w którym siedział. - Lubię siedzieć 
tu wieczorami, jest tu tak ciepło i cicho. 

W niezręcznej ciszy szukała właściwych słów. 
- Chciałam panu podziękować za to, co pan zrobił... 
Umilkła,  jakie  słowa  mogłyby  wyrazić  wdzięczność,  którą 

czuła? - Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby pan się nie zjawił. 
Sądziłam...  byłam  pewna,  że...  Słowa  uwięzły  jej  w  gardle. 
Może powinna była z tym poczekać, aż będzie mogła patrzeć 
na wydarzenia z dystansem. 

 

background image

Podszedł  do  niej.  -  Sądzę,  że  pani  sama  przywróciłaby  mu 

oddech - powiedział cicho. 

Spojrzała  na  niego.  Myślała  o  tym  dużo.  -  Nie  wiem  - 

powiedziała.  -  Zrobiłam  tak,  jak  uczyła  mnie  matka,  gdy 
zwierzęta tuż po urodzeniu nie oddychały. Potrząsnęła głową i 
odwróciła spojrzenie. Powinna była wiedzieć, że nie będzie w 
stanie spokojnie rozmawiać o tym, co się zdarzyło. 

Położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  -  To  zupełnie  co  innego,  gdy 

chodzi o własne dziecko, prawda? 

Spojrzała  na  niego.  Tym  razem  mruganie  oczami  nie 

pomogło, musiała szybko otrzeć łzy. - Ma pan rację. Połykała 
łzy. Nigdy nie zapomni chwili, gdy przyłożyła swoje wargi do 
ust Małego Erika, jego zimnej, wilgotnej skóry, nie zapomni 
tego, że nie oddychał. 

- Nie wiem, jak się panu odwdzięczę - powtórzyła drżąc. 
Uśmiechnął się, ale spojrzenie miał poważne. - Cieszę się, że 

wszystko  dobrze  się  skończyło  -  odpowiedział.  -  Musiało  to 
być dla pani potwornym przeżyciem. 

background image

-  Tak,  ja...  -  mrugała  oczami  spoglądając  na  lustrzaną, 

spokojną  wodę,  którą  wieczorne  słońce  ubarwiło  na 
złoto-pomarańczowy  kolor.  Dobrze  było  na  coś  popatrzeć.  - 
Nie wiem, jak długo leżał w wodzie. 

Rozmawiali o tym, jak długo chłopczyk mógł się błąkać i o 

tym,  co  tak  naprawdę  się  stało.  Trudno  było  to  ustalić, 
ponieważ sam nie mógł niczego opowiedzieć. 

-  Nie  mógł  leżeć  tam  bardzo  długo  -  powiedział  Greger 

Langaard. 

Spojrzała  na  niego.  Ojciec  i  doktor  Greni  mówili  to  samo. 

Gdyby długo leżał w wodzie, nie przeżyłby. Poza tym doktor 
Greni  powiedział,  jeśli  leżałby  tam  dłużej,  mógł  doznać 
urazów,  których  nigdy  nie  można  byłoby  wyleczyć.  Na 
szczęście tak się nie stało. Mały Erik był taki, jak wcześniej. 

- Lekarz powiedział to samo - odpowiedziała. - Musiałam tam 

przybiec chwilę po tym, jak wpadł do wody. 

-  Myślę,  że  ma  pani  rację.  Mrugnął  do  niej.  -Wiadomo,  jak 

dzieci lubią bawić się w wodzie. 

 

background image

Najpewniej siedział na brzegu i bawił się i pewnie postanowił 

wejść na kamień... Później wpadł do wody i nie był w stanie się 
podnieść. 

Abelone  skinęła  głową.  -  Ma  na  kolanie  małe  otarcie. 

Przypuszczam,  że  może  próbował  wdrapać  się  na  kamień, 
który leżał w wodzie. Ostatnim razem, gdy tam byliśmy, stał na 
nim i wrzucał kamyki do stawu. 

Spojrzał na nią z powagą. - Może ześliznął się z kamienia i 

wpadł do wody? 

Myślała o tym samym. - Sądzę, że właśnie tak się stało. 
Przeczesał  włosy  koloru  piasku  i  potrząsnął  głową.  -  Aż 

trudno  pomyśleć,  jak  to  mogło  się  skończyć.  Ale  mimo 
wszystko  skończyło  się  szczęśliwie  -  powiedział  na  wpół 
uśmiechając się. 

Ona również uśmiechnęła się i przytaknęła skinięciem głowy, 

mimo że nadal czuła w sobie strach. Nigdy, nigdy nie zapomni 
tej chwili, gdy ujrzała Małego Erik leżącego w wodzie. 

- Nie wiem, jak mam panu dziękować - powtórzyła bezradnie. 
 

background image

Spojrzenie  zarządcy  stało  się  ciepłe.  -  Największym 

podziękowaniem  było  to,  że  pani  syn  zaczął  oddychać  - 
odpowiedział cicho. 

Poczuła,  jak  znów  napływają  jej  łzy.  -  Myślałam,  że  go 

straciłam, byłam tak pewna, że on umarł, ja... To było już zbyt 
wiele dla niej. Jak wiele razy przez ostatnie dwa dni, zaczęła 
się trząść i nie mogła powstrzymać łez. 

Czuła się jak mała dziewczynka, kiedy tak tam stała. 
Podszedł do niej bliżej, delikatnie objął i bez słowa trzymał w 

objęciach. 

Trzęsła się jak osika, płakała jak dziecko. 
Muszę wziąć się w garść, nie mogę tu tak stać i płakać. Nie 

mogę... Pan Langaard, pan... 

Nie  miała  wystarczająco  siły,  żeby  się  od  niego  odsunąć. 

Czuła się tak mała, dobrze było mieć ramię, na którym można 
było  się  wesprzeć.  Mogła  dużo  znieść,  ale  myśl  o  tym,  jak 
blisko była utraty Małego Erika, była dla niej zbyt ciężka. 

Trzymał ją, aż przestała dygotać i płakać. 
Zakłopotana odsunęła się, nie wiedziała, co 

background image

powinna  zrobić  czy  powiedzieć.  Łatwiej  było,  gdy  miała 

wtuloną w niego twarz. 

Uśmiechnął  się,  gdy  już  doszła  do  siebie  i  spojrzała  na 

Gregera. 

- Przepraszam bardzo - wyjąkała, czerwieniąc się. - Nie mam 

zwyczaju  tak  się  zachowywać  -  uśmiechem  próbowała 
wybrnąć z tej sytuacji. 

Na nowo spoważniał. - Nie musi pani się usprawiedliwiać - 

powiedział i spojrzał na nią zaskoczony. - Wręcz przeciwnie. 
Byłoby  dziwne,  gdyby  nie  była  pani  poruszona  tym,  co  się 
wydarzyło. Każda matka przeżyłaby to w ten sposób. 

Oczywiście miał rację, niemniej jednak poczuła się głupio. 
- Chciałabym panu podziękować, ale nigdy nie będę mogła się 

panu  odwdzięczyć.  Podziękowania  nigdy  nie  będą 
wystarczające. 

Stali  naprzeciw  siebie  bez  słów,  ale  milczenie  nie  było 

krępujące. 

Twarz  Gregera  Langaarda  wyrażała  dziwny  spokój,  gdy 

wyciągnął rękę i ostrożnie chwycił jej dłoń. 

background image

Spojrzała  na  niego  zdziwiona,  a  on  zbliżył  się  do  niej. 

Spojrzenie utkwił w jej ustach. 

Zesztywniała. Czy próbował ją pocałować? 
Chciała  przyciągnąć  swoją  dłoń  z  powrotem,  gdy  on 

przybliżył twarz do jej policzka i lekko ją pocałował. 

Stała jak skamieniała, nagle usłyszała, jak ktoś zawołał imię 

zarządcy. 

Puścił jej dłoń i uśmiechnął się. - Muszę już iść. 
Zaskoczona,  stała  tak,  gdy  idący  mocnym  krokiem  Greger 

Langaard zniknął w ogrodzie. To parobek go wołał. 

Poczuła,  jak  czerwienieje  na  całej  twarzy,  uniosła  dłoń  do 

policzka, na którym Greger Langaard złożył pocałunek. 

Sądziła, że pocałuje ją w usta, ale zamiast tego przytulił ją i 

ostrożnie pocałował w policzek. 

Myśli  sprawiły,  że  jej  serce  zaczęło  szybciej  bić.  Nie 

wiedziała, czy była smutna, czy... 

Czy co? 
Nie  wiedziała.  Wiedziała  jedynie,  że  była  zdezorientowana. 

Poczuła ból w sercu. Jak mo- 

background image

gła pozwolić mu na coś takiego? Wprawdzie nie pocałował jej 

w usta, ale postąpił dość odważnie. 

Czy zrobiła coś, co dało mu do zrozumienia, że tego pragnie? 
Ogarnął  ją  wstyd,  gdy  biegła  wzdłuż  plaży.  Nie  chciała  go 

spotkać, więc wybrała ścieżkę przez skały i las na południowy 
zachód od La-defoss. Wilma szła za nią krok w krok. 

Ciężko  dysząc  zatrzymała  się,  gdy  zbliżała  się  do  drogi  i 

kamiennego mostu nad rzeką Gimle. 

Myśli kłębiły się jej w głowie, gdy raz po raz powtarzała to 

samo. 

Wybacz mi, Eriku, wybacz. 

background image

2  
 
Ulice  drżały  w  letnim  rozgrzanym  powietrzu,  gdy  Blanche 

stanęła przed 

hotelem pani Krohn. Mały pensjonat leżał przy jednej z ulic 

nad  przystanią,  miał  opinię  przyjemnego  i  dobrze 
prowadzonego. Właścicielka, pani Krohn, prowadziła hotel od 
dwudziestu lat i mimo że była już w podeszłym wieku, nie mia-
ła najwyraźniej żadnych planów przekazania interesu młodszej 
generacji. 

Blanche  złożyła  parasolkę  i  otworzyła  drzwi.  Mosiężny 

dzwonek oznajmił jej wejście, gdy znalazła się w przytulnym 
foyer.  Nie  widziała  nikogo  w  recepcji,  ale  z  głębi 
pomieszczenia,  które  prawdopodobnie  było  restauracją, 
usłyszała dźwięki pianina. 

 

background image

Już miała tam iść, gdy w recepcji pojawił się dobrze ubrany, 

młody mężczyzna z mocno wypomadowanymi włosami. 

Ukłonił się lekko. - W czym mogę pani pomóc? 
- Szukam pani Martens. Czy to prawda, że tutaj pracuje? 
Recepcjonista skinął głową. - Tak, jest w kuchni - uśmiechnął 

się. - Zechce pani zaczekać w sali restauracyjnej? 

- Dziękuję, chętnie. 
Blanche weszła do restauracji, większość stołów była zajęta. 

Hotel pani Krohn był również znany ze swojej dobrej kuchni, 
wiele osób przychodziło tu tylko do restauracji. 

Miała szczęście, znalazła dwuosobowy stolik w głębi salonu, 

przy oknie. Usiadła lekko zdenerwowana. Może pani Martens 
będzie uważać, że przeszkadzam jej w pracy? Jeśli tak, mogę 
się umówić na spotkanie innego dnia. 

- Blanche? 
W mgnieniu oka rozpoznała głos i odwróciła się. 

background image

Pani  Martens  zaśmiała  się  do  niej.  -  Albo  może  powinnam 

powiedzieć:  pani  Bjerkely?  Stałaś  się  przecież  dorosłą 
mężatką. 

Podenerwowanie,  które  przed  chwilą  czuła,  zniknęło,  gdy 

zobaczyła pogodną, okrągłą twarz pani Martens. Minęło wiele 
Jat od czasu, kiedy pracowała u jej ojca, ale zdaniem Blanche 
nie zmieniła się zbytnio. Nie miała może tak siwych włosów, 
przybyło  jej  trochę  zmarszczek,  ale  serdeczność  była  nadał 
taka sama. 

Blanche wstała. - Przepraszam, jeśli przeszkadzam - zaczęła. 
Pani Martens zaprzeczyła. - Wcale nie, właściwie to na dzisiaj 

już skończyłam. 

Blanche  nie  wiedziała  za  bardzo,  jak  powinna  zacząć 

rozmowę. Pani Martens na pewno zastanawiała się nad celem 
jej wizyty. - Nie wiem jak zacząć, pani Martens - powiedziała z 
wahaniem. 

Kobieta ponownie zaśmiała się. - W takim razie ja zacznę, bo 

rozumiem, że leży ci coś na sercu. 

Usiadły, pani Martens nachyliła się do niej. - 
 

background image

Czy  mogę  zaproponować  kawę  i  ciasto  morelo-we  z  bitą 

śmietaną? Smakuje wręcz wyśmienicie, mogę przysiąc. 

Blanche  z  ulgą  skinęła  głową,  zadowolona,  że  rozmowa 

poszło tak łatwo. - Bardzo chętnie, pani Martens. 

Kobieta  kiwnęła  na  jedną  z  kelnerek  i  szybko  złożyła 

zamówienie. 

-  Od  jak  dawna  pani  tu  pracuje?  -  zapytała  Blanche.  -  To 

będzie chyba już z piętnaście lat? 

Pani Martens skinęła głową, w tym czasie podano im kawę. - 

Tak,  zaczęłam  tu  pracować  kilka  lat  po  tym,  gdy  moja 
przyjaciółka, pani Krohn, kupiła ten lokal. Była niezadowolona 
z  osoby,  która  pracowała  przede  mną  i  gdy  zapytała,  czy 
chciałabym podjąć tu pracę - przyjęłam propozycję. Przyjazna 
twarz przybrała poważny wyraz. - Miałam wyrzuty sumienia, 
gdy was zostawiałam. Wasz ojciec tyle podróżował, a pani tak 
często była sama ze służbą w wielkim domu. 

Blanche  nie  chciała,  aby  pani  Martens  dowiedziała  się,  jak 

było jej wtedy smutno. - Nie było powodu - powiedziała, ale 
zrozumiała, 

 

background image

że musiała powiedzieć to w ładniejszy sposób. 
-  Spędzałam  przecież  dużo  czasu  u  wuja  i  ciotki  w  Gimle, 

poza tym miałam dość miłą guwernantkę. 

Pani  Martens  sprawiała  wrażenie,  jakby  jej  ulżyło.  -  Tak,  i 

była  pani  mądrą  dziewczynką.  Pani  ojciec  miał  szczęście, 
łatwo  było  panią  wychować.  Zaśmiała  się.  -  Była  pani 
dzieckiem,  które  samo  rozróżniało  dobro  od  zła  i  ojciec 
pragnął, żeby jak najwcześniej zacząć pani edukację. Już jako 
mała dziewczynka była pani bardzo dorosła. 

Spuściła  wzrok.  Wiedziała,  że  pani  Martens  próbowała  być 

miła,  ale  w  rzeczywistości  była  samotnym  dzieckiem,  które 
robiło, co mogło, żeby ojciec mógł ją pochwalić. Nieważne, jak 
wielki wysiłek w to wkładała, nigdy nie było to wystarczające. 

- W hotelu jest na pewno dość dużo pracy? 
-  zapytała  Blanche,  gdy  dziewczyna  przyniosła  ciasto. 

Chciała zmienić temat. 

Pani Martens przytaknęła z uśmiechem. -Tak, ale lubię to. 

background image

-  Czy  jest  pani  również  odpowiedzialna  za  pokojówki?  - 

Blanche wypiła łyk gorącej czarnej kawy. 

-  Tak,  za  pokojówki,  pościel  w  pokojach,  obrusy,  sztućce  i 

nakrycia stołu w sali konferencyjnej. 

-  Jestem  po  wrażeniem!  -  przerwała  Blanche.  Pani  Martens 

mimo wszystko nie była już taka młoda. 

Blanche  pochwaliła  ciasto,  które  było  naprawdę  smaczne. 

Rozumiała jednak, że pani Martens oczekiwała na wyjaśnienie, 
co ją sprowadzało. - Pani Martens, mam nadzieję, że mogłaby 
mi coś pani powiedzieć o mojej matce. Staram się dowiedzieć o 
niej czegoś więcej. Pani wie, że matka umarła przy porodzie i 
nikt z jej krewnych nie żyje. 

Kobieta  zamyśliła  się.  -  Pamiętam  pani  matkę  dość  dobrze. 

Przyszłam  na  służbę  do  pani  dziadków,  gdy  była  małą 
dziewczynką,  około  dziesięcioletnią,  jeśli  mnie  pamięć  nie 
myli.  Mrugnęła  do  Blanche.  -  Bardzo  ucieszyłam  się,  gdy 
zechciała, żebym została gospodynią w willi Blickenfeldtów. 

background image

Siedziały  rozmawiając  o  tym,  jak  czuła  się  jej  matka  jako 

żona,  po  czym  Blanche  odstawiła  filiżankę  i  przeszła  do 
rzeczy. - Kilka dni temu dowiedziałam się, że matka za młodu 
zaszła w ciążę - powiedziała i nie spuszczała wzroku z twarzy 
pani Martens. 

Przez  moment  wyglądała  na  zdezorientowaną,  po  czym 

zmarszczyła  brwi  w  zamyśleniu.  Blanche  widziała,  że 
wiadomość  była  dla  niej  zaskoczeniem.  -  Proszę  zrozumieć, 
pani dziadkowie dość starannie trzymali rodzinne problemy w 
tajemnicy.  Pani  dziadek  był  ważną  osobą  w  mieście  i  gdyby 
okazało się, że jego córka zaszła w ciążę nie będąc mężatką... - 
potrząsnęła  głową.  -  Nie,  nie  wierzę,  żeby  Helenę  Augusta 
urodziła dziecko, zanim urodziła panią. Zmrużyła oczy. - Kto 
pani to powiedział? 

Blanche postanowiła powiedzieć prawdę. -Pani Angelsten. 
Pani  Martens  uniosła  brwi.  -  Ma  pani  na  myśli  tę  kobietę, 

która opiekuje się dziećmi? Rozmyślając, spojrzała w okno. - 
Pamiętam pierw- 

background image

szego  męża  pani  Angelsten,  pana  Mowinckela.  Był  on 

wspólnikiem pani dziadka. 

Blanche wpatrywała się w panią Martens. Nigdy wcześniej o 

tym nie słyszała. - Jego wspólnik? 

Pani Martens skinęła głową. - Zgadza się, ale nie dziwi mnie, 

że  może  pani  nie  znać  pana  Mowinckela.  Nie  wiem,  co  się 
stało, ale przestali współpracować i o ile się orientuję, od tam-
tej pory nigdy już nie mieli ze sobą nic wspólnego. Kolejny kęs 
morelowego ciasta wolno zniknął w jej ustach. - Nie wiem, co 
się  stało,  bo  gdy  pan  Mowinckel  pracował  razem  z  pani 
dziadkiem, Mowinckelowie byli stałymi gośćmi w jego domu. 

Blanche próbowała zebrać myśli. Czy to z tego powodu pani 

Angelsten tak jej nie lubiła? Czy kłótnia sprzed lat pomiędzy 
jej  dziadkiem  a  zmarłym  mężem  pani  Angelsten  mogła  być 
przyczyną jej zajadłości? 

Musiała  powstrzymać  westchnienie.  Nie  przestawało  ją 

zadziwiać, co mogła ze sobą nieść nienawiść sprzed lat, ale ten 
przypadek wyda- 

background image

wał się nie mieć sensu. To kłótnia sprzed prawie trzydziestu 

lat! 

-  Ale  nie  wie  pani,  co  spowodowało  tak  nagłe  zakończenie 

znajomości? -zapytała. 

Pani  Martens  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  jak  wszystko  inne, 

trzymano  to  w  tajemnicy  przed  służbą  -  odpowiedziała  i 
uśmiechnęła  się  ostrożnie.  -  Ale  czasem  mimowolnie 
dowiadywaliśmy się czegoś. 

Blanche  zatopiła  łyżeczkę  w  złotym,  słodkim  cieście.  -  Ale 

mówi  też  pani,  że  pani  Angelsten  była  wśród  bliskich 
znajomych moich dziadków? 

Pani Martens zaczęła opowiadać. - No tak, w gruncie rzeczy 

to  pan  Mowinckel  często  bywał  w  domu  pani  dziadków. 
Pamiętam,  że  jego  żona  w  tym  czasie  chorowała  i  pan 
Mowinckel często przychodził sam, mimo że bywały okazje, 
kiedy  małżonki  również  były  zapraszane.  Spojrzała  na  nią 
przepraszająco.  -  Przykro  mi,  że  nie  mogę  pani  pomóc,  ale 
nigdy  nie  słyszałam,  żeby  ktokolwiek  mówił  o  tym,  że 
panienka Helenę Augusta była w ciąży. 

background image

Była zawiedziona tym, że pani Martens nie wiedziała więcej, 

ale przynajmniej dowiedziała się skąd pani Angelsten znała jej 
matkę.  Znała,  więc  jej  dziadków,  mimo  że  nigdy  o  tym  nie 
wspomniała. 

Blanche  ponownie  spojrzała  na  panią  Martens,  ciasto  było 

zjedzone, a filiżanki po kawie puste. 

- O ile nie... 
Pani Martens zamilkła i Blanche z ciekawością spojrzała na 

nią. - Co pani ma na myśli? 

Kobieta potrząsnęła głową. - Nie, w istocie nie jestem pewna, 

ale  zaczęłam  myśleć  nad  tym,  co  zdarzyło  się  tej  zimy,  gdy 
pani  matka  miała  osiemnaście  lub  dziewiętnaście  lat.  Znów 
zwróciła wzrok ku oknu, zastanawiając się. - Nie, musiała mieć 
osiemnaście  lat,  ponieważ  poznała  pani  ojca,  gdy  miała 
dziewiętnaście. Uśmiechnęła się i mrugnęła do Blanche. - Pani 
ojciec był tak przystojnym, przyjemnym mężczyzną. Od razu 
zdobył serce panienki Helenę Augusty, robił dla niej wszystko 
i pani dziadkowie również byli mu bardzo przychylni. 

background image

Blanche poruszyła się na krześle. - Ale co wydarzyło się tej 

zimy, gdy matka miała osiemnaście lat? 

Pani Martens dyskretnie wytarła kąciki ust lnianą serwetką. - 

Gdy  zbliżały  się  święta  Bożego  Narodzenia,  dość  nagle 
zdecydowano, że pojedzie odwiedzić jakiś dalekich krewnych 
w Szwecji, tak mi się zdaje. Potrząsnęła głową. -Nie wiem, kto 
to  był,  ale  pani  matka,  po  spędzeniu  zimy  na  studiowaniu 
historii  sztuki,  wróciła  do  domu,  gdy  zbliżało  się  lato.  Jeśli 
dobrze  pamiętam,  pani  babcia  powiedziała,  że  pobierała 
prywatne lekcje u jakiegoś profesora. 

Blanche  poczuła,  jak  serce  zaczęło  bić  jej  szybciej.  Ojciec 

nigdy  jej  o  tym  nie  opowiadał.  -  Matka  studiowała  historię 
sztuki? 

Pani Martens spojrzała na nią tajemniczo. -Pamiętam, że pani 

matka interesowała się sztuką i pani dziadek zadecydował, że 
młodej kobiecie przyda się kształcenie w tej dziedzinie. Sądzę, 
że próbowała również sił w malarstwie, ale przede wszystkim 
interesowało ją studiowanie arcydzieł wielkich mistrzów. 

background image

Blanche poczuła, że lekko trzęsą się jej dłonie. A więc matka 

opuściła  miasto  zimą,  kiedy  miała  osiemnaście  lat  i  wróciła 
dopiero latem. 

Nie  było  rzadkością,  że  młode,  niezamężne  kobiety,  które 

zaszły w ciążę, jechały w podróż do krewnych, aby urodzić i 
gdy powiły, dziecko było porzucane. 

- Pamięta pani, czy matka miała kogoś, zanim wyjechała do 

Szwecji? - zapytała podekscytowana. 

Pani Martens potrząsnęła głową. - Nie, zdecydowanie mogę 

powiedzieć,  że  nie.  Jeśli  przedstawiłaby  kogokolwiek 
rodzicom,  wiedziałabym  o  tym.  Ale  oczywiście  mogła  być 
zakochana  w  mężczyźnie,  o  którym  wiedziała,  że  rodzice  go 
nie zaakceptują. 

Od tych informacje spociły się jej dłonie. -Czy sądzi pani, że 

matka mogła być w ciąży, gdy wyruszyła w podróż? 

Pani  Martens  spojrzała  jej  w  oczy.  -  Sądzę,  że  już  pani 

zadecydowała, co sądzić o tym, pani Bjerkely. 

Blanche nie powstrzymała uśmiechu. - Ma 

background image

pani rację, pani Martens - odpowiedziała i wstała. - Nie będę 

już pani dłużej przeszkadzać, ale musi pani wiedzieć, że bardzo 
cieszę  się,  że  podzieliła  się  pani  ze  mną  swoją  wiedzą. 
Przepełniało  ją  wzburzenie.  Tak  czy  inaczej  dowiedziała  się 
więcej, niż mogła liczyć. 

Pani Martens uśmiechnęła się. - Rozumie pani, znałam swoje 

miejsce i jeśli mam powiedzieć prawdę, to nigdy wcześniej nie 
słyszałam takich plotek o pani matce. Ścisnęła dłonie Blanche. 
- Mimo to musi pani wiedzieć, że pani matka była wspaniała i 
dobra,  zawsze  była  miła  i  pomocna,  również  w  stosunku  do 
służby. 

Blanche  zobaczyła,  że  jej  oczy  zaszkliły  się.  -  Ale  jeśli 

chciałaby  pani  dowiedzieć  się  więcej  o  niej,  proponuję 
rozmowę z jej przyjaciółką, Lucie. 

Blanche  szybko  zastanowiła  się.  Lucie?  Nigdy  nie  słyszała, 

żeby matka miała przyjaciółkę o tym imieniu. 

- Przyjaciółka pani matki przez wiele lat mieszkała w Anglii, 

ale  przed  Bożym  Narodzeniem  wróciła  do  Tonsbergu.  Pani 
Martens 

background image

uśmiechnęła  się.  -  Sądziłam,  że  może  pani  ją  znała?  Teraz 

nazywa  się  Lucie  Archer,  jest  matką  nowego  dziedzica 
Rosenlowe. 

Blanche wpatrywała się w nią. Pani Archer? Pani Archer była 

przyjaciółką jej matki? 

Pożegnała  się  z  panią  Martens,  zdezorientowana  nowymi 

wiadomościami. 

Dlaczego  pani  Archer  nie  powiedziała,  że  znała  jej  matkę? 

Nigdy o tym nie wspomniała ani słowa! 

Wyszła na ulicę, na palące słońce. 
Otworzyła  parasolkę  i  oparła  ją  na  ramieniu  śpiesząc  w 

kierunku sierocińca. 

Jak tylko znajdzie pretekst, złoży wdowie Archer wizytę. 

background image


 
Ellen  spojrzała  na  Norę.  Tego  przedpołudnia  było  ciepło  i 

cicho, więc zdecydowali się zasiąść w leżakach na pokładzie 
spacerowym. 

Małżonka profesora  Wergelanda jak zawsze była pogrążona 

w  lekturze,  nadal  czytała  książkę  Karola  Darwina.  Ulrik  i 
profesor Wergeland poszli do palarni, gdzie toczyli rozmowę z 
przyrodnikiem ze Szwajcarii. Profesor Wergeland zagadnął go, 
gdy  zobaczył  przy  relingu  mężczyznę  z  przyrządem,  który 
mógłby być używany do morskich i astronomicznych pomia-
rów.  Urządzenie  przyciągnęło  uwagę  zarówno  Ulrika, 
profesora, jak i Nory, i gdyby palarnia 

background image

nie  była  przeznaczona  tylko  dla  mężczyzn,  Ellen  i  żona 

profesora przyłączyłyby się do nich. Nora była markotna, gdy 
szwajcarski przyrodnik odszedł wraz z Ulrikiem i jej mężem. 

Ellen odchyliła głowę i zamknęła oczy. Czasem zadziwiało ją, 

jak bardzo zaangażowana w swoją pracę jest Nora. Była młodą, 
piękną  kobietą,  jedynie  o  kilka  lat  starszą  od  niej,  ale  jej 
postawa wydawała się staromodna. Gdy tylko otwierała usta, 
rozmowa  zaraz  była  kierowana  na  jakiś  naukowy  problem, 
który chciała omówić z Ulrikiem albo z mężem. 

Ellen westchnęła bezgłośnie. Nora traktowała swoje studia i 

pracę  bardzo  poważnie  i  nie  dziwiło  ją  to.  Była  jedną  z 
pierwszych  kobiet,  która  otrzymała  prawo  do  studiowania  i 
nietrudno było zrozumieć, że chciała dużo udowodnić. Wiele 
osób  ucieszyłoby,  gdyby  nie  byłaby  w  stanie  zakończyć 
studiów.  Niewielu  wierzyło,  że  kobiety  były  wystarczająco 
mądre, aby studiować. Powszechna była opinia, że rolą kobiety 
było zajmowanie się mężem, domem i dziećmi. 

Ellen pogrążyła się w myślach. A jeśli Nora 

background image

zajdzie  w  ciążę?  Z  małym  dzieckiem  studiowanie  byłoby 

prawie  niemożliwe.  A  co  z  podróżą?  Sama  o  tym  również 
myślała. A gdyby sama ponownie zaszła w ciążę? Właśnie z 
tego  powodu  byli  wstrzemięźliwi.  Dziecko  było  dla  nich 
ważniejsze  od  udziału  w  ekspedycji,  wiedziała,  że  jeśli 
zaszłaby  w  ciążę,  Ulrik  bez  wahania  podjąłby  decyzję  o 
powrocie do domu. 

Była  jednak  też  w  pełni  świadoma,  że  może  nie  urodzić 

zdrowego  dziecka  i  załamałaby  się,  gdyby  znowu  przeżyła 
poronienie.  Na  szczęście  podczas  podróży  zaczęła  myśleć  o 
innych rzeczach. 

Aż zamrugała oczami, gdy usłyszała z dala dziecięcy śmiech. 

Rozpoznała  słodki,  radosny  głos  Zhenmei.  Znalazła  sobie 
koleżankę, Ellen wielokrotnie widziała, jak bawiły się razem. 
Pomyślała, że pewnie teraz również się bawią w jakąś odmianę 
klipy.  Rzucały  drewienkami  w  kierunku  leżącego  dalej 
kawałka  drewna.  Tak  miło,  że  głuchoniema  dziewczynka 
znalazła  kogoś  do  zabawy.  Podróż  również  dla  niej  musiała 
być nużąca. 

Już miała ponowię zamknąć oczy, gdy coś w oddali przykuło 

jej wzrok. 

background image

Jakaś wysoka i smukła postać o ciemnych, prawie czarnych 

włosach przemieszczała się w oddali po pokładzie. 

Na  moment  wstrzymała  oddech  czekając,  gdyż  trudno  było 

rozpoznać jego twarz. 

Mężczyzna  zatrzymał  się,  podszedł  do  relingu,  przystanął  i 

spoglądał na morze. 

Nabrała pewności, gdy spojrzał w jej stronę. 
To  on,  mężczyzna,  którego  Ulrik  próbował  dogonić  w 

Londynie. 

Szybko  wstała.  -  Zaraz  wracam  -  usprawiedliwiła  się  przed 

Norą, która skinęła głową i uśmiechnęła się do niej, po czym z 
powrotem zagłębiła się w lekturze. 

Ponownie spojrzała na stojącego w oddali mężczyznę, który 

oparł ramiona o poręcz barierki. Na szczęście wyglądało na to, 
że miał przez jakiś czas podziwiać morski widok. 

Wcześniej  w  ciągu  dnia  Ulrik  kilka  razy  bezskutecznie 

chodził  po  pokładzie  w  nadziei,  że  go  zobaczy.  Musiała  się 
pospieszyć, zanim mężczyzna znów im się wymknie! 

Pospiesznie ruszyła w kierunku palarni. 

background image

Oczywiście  mogła  udać  się  do  kapitana,  ale  łatwiej  będzie, 

jeśli  to  Ulrik  z  nim  porozmawia.  A  ona  sama  będzie  mogła 
wrócić  na  leżak  i  pilnować,  aby  mężczyzna  znów  im  się  nie 
wymknął. 

Otworzyła drzwi do palarni. Doszedł do niej wyraźny słodki 

zapach  cygar,  natychmiast  w  pospiechu  podszedł  do  niej 
członek  załogi.  Ulrik  nie  dostrzegł  jej,  siedział  odwrócony 
plecami  i  był  pochłonięty  rozmową  z  profesorem 
Wergelandem i szwajcarskim przyrodnikiem. 

Marynarz chciał pokazać jej drogę do wyjścia mówiąc coś po 

angielsku,  musiało  to  jej  zdaniem  znaczyć,  że  miejsce 
przeznaczone było jedynie dla mężczyzn. 

- Nie, chciałabym... muszę porozmawiać z moim mężem, on 

jest...  -  wskazała  palcem  i  próbowała  wyjaśnić,  ale  nie 
wiedziała, jak to powiedzieć po angielsku. 

Małe  zamieszanie  musiało  przyciągnąć  uwagę  zebranych, 

ponieważ Ulrik przybiegł do niej. 

Ulrik  powiedział  coś  krótko  mężczyźnie,  który  ukłonił  się 

zaczerwieniony i zniknął. 

background image

- Ten człowiek, który ukradł torebkę lady Juliet - opowiadała 

pospiesznie.  -  Jest  teraz  na  pokładzie!  Stoi  przy  relingu  na 
lewej burcie, przy pierwszym kominie. 

Ulrik skinął szybko głową. - Powiem kapitanowi. Będziesz go 

obserwować? 

Ruszyła pospiesznie na pokład i ulżyło jej, gdy zobaczyła, że 

mężczyzna nadal tam był. 

Ellen usiadła na swoim leżaku wypatrując Ulrika i kapitana. 
Nora wydała z siebie ciche westchnienie i odłożyła książkę. - 

Bardzo męczy mnie to czytanie. Uśmiechnęła się  do Ellen.  - 
Może pospacerowałybyśmy trochę? 

Ellen  nie  chciała  opuszczać  miejsca  i  szukała  dobrej 

wymówki.  -  Nie  czuję  się  zbyt  dobrze  -powiedziała.  -  Może 
trochę później? 

Nora  wyglądała  na  zawiedzioną,  ale  ponownie  otworzyła 

książkę. - Oczywiście. 

Ellen  poczuła  wyrzuty  sumienia,  że  jej  odmówiła,  ale 

niedługo usłyszy wyjaśnienie, dlaczego nie mogła ruszyć się z 
miejsca. 

Ponownie badała wzrokiem pokład. Łotr, 

background image

który  próbował  ukraść  pompadurkę  lady  Juliet  nadal  stał  w 

tym  samym  miejscu.  W  tym  momencie  dostrzegła  Ulrika  i 
kapitana.  Szli  spokojnie  obok  siebie  i  nikt  z  pasażerów  nie 
domyślał się nawet, co niedługo się stanie. 

Zamarła na moment. Ku swojemu przerażeniu w niewielkiej 

odległości za nimi dostrzegła lady Juliet i jej matkę. 

Siedziała,  spoglądając  to  na  jednych,  to  na  drugich.  Ulrik  i 

kapitan zbliżali się do celu. 

Co  się  stanie,  gdy  kapitan  poprosi  mężczyznę  o  rozmowę? 

Czy  będzie  próbował  uciekać,  czy  spokojnie  przystanie  na 
warunki? 

Zobaczyła,  jak  Ulrik  pochylił  się  do  kapitana  i  szepnął  mu 

coś,  gdy  ten  skinął  do  mężczyzny.  W  tym  momencie 
zobaczyła, że mężczyzna spokojnie odwrócił się i zaczął iść w 
przeciwnym kierunku. 

Wstała z fotela. Czy Ulrik i kapitan zauważyli, że odszedł? 
Musieli, ponieważ Ulrik i kapitan Peyton zaczęli iść szybciej, 

ale ten ostatni nie był równie szybki. 

background image

Nagle mężczyzna musiał zrozumieć, co się stanie, ponieważ 

zaczął biec przez pokład. Zdumieni pasażerowie odsuwali się 
na boki. 

Ellen wstała i Nora zorientowała się, że coś się dzieje. 
- Co się stało? - zapytała i rozejrzała się. 
- To człowiek, który w Londynie ukradł torebkę lady Juliet - 

wyjaśniła Ellen. 

Nora wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. - Czy on jest 

tu, na statku? 

Ellen  skinęła  głową,  próbując  jednocześnie  obserwować 

wydarzenia na pokładzie. 

Nora  również  wstała  i  razem  przyglądały  się  temu,  co 

rozgrywało się po drugiej stronie pokładu. 

Ulrik  dogonił  mężczyznę,  który  nie  chciał  się  poddać. 

Próbował się wyrwać z uścisku Ulrika, upadli na pokład, ale 
szybko wstali. 

Nora położyła dłoń na ustach. - Mam nadzieję, że Ulrikowi 

nic się nie stało. 

Ellen  też  się  bała,  mężczyzna  był  większy  i  silniejszy  od 

Ulrika, ale jej mąż był szybszy. W jakiś sposób udało mu się 
wygiąć ramiona męż- 

background image

czyzny do tyłu i przyprzeć go do relingu, aby nie mógł dłużej 

stawiać oporu. 

Na szczęście w tym momencie nadszedł kapitan. 
Kapitan  Peyton  i  Ulrik  chwycili  mężczyznę  pod  ręce  i 

eskortowali  go  na  rufę.  Obcy  uspokoił  się,  może  zdał  sobie 
sprawę, że poza skokiem do morza nie miał żadnej możliwości 
ucieczki. 

- Cóż za okropność! - powiedziała Nora, wyraźnie poruszona. 

- I pomyśleć, że przez cały czas był na pokładzie - popatrzyła 
na Ellen. - To on musiał ukraść pierścionek z kabiny lady Juliet, 
nie sądzisz? 

Ellen  skinęła  głową,  wzrok  miała  utkwiony  w  młodej 

Angielce i jej matce. 

Wydawały się być również poruszone. Lady Juliet szlochała, 

twarz jej matki wyrażała złość i desperację. 

Nora również na nie popatrzyła. - Dla lady Juliet musiało to 

być  trudne  -  wymamrotała  i  usiadła.  -  Ponowna  kradzież 
pierścionka  musiała  być  dla  niej  okropnym  przeżyciem. 
Uśmiechnęła się i otworzyła swoją książkę. - Są- 

background image

dzę,  że  będzie  szczęśliwa,  gdy  odzyska  go  z  powrotem. 

Pewnie znajdą go w kieszeniach tego łotra. 

Ellen wolno pokręciła głową. - Nie sądzę, aby była smutna z 

tego powodu - powiedziała, bardziej do siebie niż do Nory. 

background image


 
Mocniej owinęła się płaszczem, okręt przepływał przez gęstą, 

białą  jak  mleko  mgłę.  Było  prawie  bezwietrznie,  powietrze 
było chłodne i wilgotne. Nieustający hałas maszyny parowej i 
fal, które rozbijał dziób, nasilił się. Mgła spowiła Angélique, to 
była  ich  ostatnia  noc  na  Oceanie  Atlantyckim.  Jutro  statek 
dostojnie przepłynie przez cieśninę, która oddzielała Europę od 
Afryki, a o świcie na horyzoncie zaświeci śródziemnomorskie 
słońce. 

Wpatrywała  się  w  mgłę.  Nic  nie  można  było  zobaczyć  ani 

usłyszeć, wkrótce zapadnie noc i Angélique otoczą ciemności. 

Takie same, które spowijały ją samą. 

background image

Usłyszała  za  sobą  kroki,  ktoś  wolno  szedł  po  wilgotnym 

pokładzie. Wkrótce wypowie jej imię. Jego głos przepełniony 
będzie zdziwieniem, bólem i niedowierzaniem, że  mogła coś 
zrobić  przeciw  niemu.  Wiedziała,  że  jego  zdaniem 
potrzebowała czasu na oswojenie się z myślą, że będą razem; 
dla jej rodziny było oczywistością pozwolenie na ubieganie się 
o jej względy przez francuskiego markiza. 

- Juliet? 
Zacisnęła powieki. Jego głos wyrażał bezsilność, słyszała w 

nim ból i wiedziała, jak bardzo go zraniła. 

Nie  chciała  odwrócić  się  do  niego,  nie  chciała  spojrzeć  w 

twarz pełną pytań i zawodu. 

Czy nie rozumiał, że zaręczyny były umową między nim a jej 

ojcem? Że  to jej ojciec chciał, żeby się  pobrali?  Nie  sądziła, 
żeby ojca kiedykolwiek obchodziły jej uczucia, a już na pewno 
nie  wtedy,  gdy  ocenił  bogactwo  markiza,  które  mogło 
wyciągnąć ich z kłopotów, do których on sam doprowadził. 

Zmarnotrawił dużą część majątku rodzi- 

background image

ny i teraz uważał za oczywiste, że Juliet poślubi mężczyznę, 

którego  nie  kocha,  ale  którego  przy  nadarzającej  się  okazji 
ojciec poprosi o sporą kwotę pieniędzy, aby nie skalać dobrego 
imienia rodziny. 

Wolno otworzyła oczy i nadal wpatrywała się w spowitą białą 

mgłą  wodę,  zanim  wolno  odwróciła  się  do  niego,  swojego 
narzeczonego. Człowieka ponad dwa razy starszego od niej, do 
którego  czuła  wstręt,  gdy  tylko  ją  dotykał,  mimo  że  nigdy 
nawet  jej  nie  pocałował.  Nie  był  w  żaden  sposób  natrętny, 
zawsze  zachowywał  się  w  sposób  grzeczny  i  kulturalny,  ale 
oboje wiedzieli, co oznacza małżeństwo. 

Od dnia, w którym powiedzą sobie sakramentalne tak, będzie 

musiała dzielić z nim małżeńskie łoże. Jego długie, blade palce 
będą ją dotykać, a wąskie usta całować... 

Gardziła  nim,  ale  jeszcze  bardziej  gardziła  sobą.  Głęboko 

pragnęła wzbudzić w sobie uczucie do niego. Na początku, gdy 
się  do  niej  zalecał,  była  zaślepiona  prezentami,  którymi  ją 
obsypywał. Przez ostatnie lata ojciec był dość 

background image

wstrzemięźliwy, zwłaszcza jeśli chodziło o nowe stroje, czy 

przyjęcia  i  inne  rzeczy,  które  wcześniej  przyjmowała  jako 
oczywistość. 

Z  czasem  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jaką  cenę  musiała 

zapłacić  za  wszystkie  nowe,  piękne  suknie,  biżuterię,  którą 
nosiły  również  matka  i  siostry,  a  markiz  de  Cavalière  był 
równie szczodry dla jej rodziny. 

Późną  zimą  dotarło  do  niej,  że  musi  zerwać  zaręczyny. 

Poznała Marka, któremu oddała serce - tak jak i on oddał jej 
swoje.  Zrozumiała,  że  musiała  wybrać  między  miłością  a 
bogactwem i nie był to trudny wybór. Nigdy nie poświęciłaby 
miłości dla pięknych strojów i kosztownych ozdób. 

Gdyby  miała  wówczas  siłę,  by  przeciwstawić  się  swojej 

rodzinie, można było uniknąć tego wszystkiego. 

- Tak mi przykro - zaczęła słabym, drżącym głosem, dobrze 

wiedząc, że jej słowa i usprawiedliwienia nie były nic warte, 
ponieważ  zdawała  sobie  sprawę,  że  wiedział  wszystko. 
Zrozumiała to podczas obiadu, gdy chciał zmienić stół. Po 

background image

obiedzie  ojciec  poprosił  ją  o  rozmowę  i  pojęła  wtedy,  że 

wszystko  się  wydało.  Wiedziała,  że  ojciec  najpierw  był 
wściekły z powodu podejrzeń kapitana Peytona, ale wiedziała, 
że prawda i tak wyjdzie na jaw. Bez wymówek i nie próbując 
tuszować prawdy potwierdziła prawdziwość jego domysłów 

To,  co  jacyś  pasażerowie  opowiedzieli  kapitanowi 

Peytonowi, było prawdą: znała Marka i od dłuższego czasu są 
ze sobą związani. 

Ojciec  oczywiście  szalał  z  wściekłości  i  zdumienia,  ale 

rzeczywistość była gorsza. 

- Nie pojmuję, dlaczego po prostu mi tego nie powiedziałaś - 

usłyszała wypowiedziane z wysiłkiem słowa. 

Podniosła wolno głowę i popatrzyła na markiza de Cavalière. 

Szare oczy wypełnione były gniewem i pogardą. Nie wyglądał 
ani na zranionego, ani na smutnego. 

Pałał wściekłością i nie bez przyczyny. 
Nie sposób było to wyjaśnić. Nie było usprawiedliwienia, że 

nie  zerwała  zaręczyn.  Mogła  oczywiście  opowiedzieć  o 
naciskach rodziców 

background image

i rodzeństwa, ich złości i zarzutach, że myśli jedynie o sobie, 

ale to nie zmieniało tego, czego się dopuściła. 

Markiz  podniósł  rękę.  Między  palcami  trzymał  pierścionek 

zaręczynowy, który jej podarował, pierścionek z drogocennym 
diamentem Cavalierów. 

- Wnioskuję, że wiesz, że nikt nie może oskarżyć cię o udział 

w  kradzieży  twojego  własnego  pierścionka?  -  powiedział 
chłodno. 

Nie  było  nic  do  dodania.  Nie  było  wytłumaczenia  tego,  co 

zrobiła,  ale  zaręczyny  z  markizem  spowodowały,  że  zdała 
sobie sprawę, że rodzina traktuje ją jako swego rodzaju towar 
wymienny. Jeśli markiz by ją dostał, oni dostaliby zaszczyty. 

Czy istniała większa zdrada niż to

7

A  co  z  samym  markizem?  Czy  sądził,  że  mógł  kupić  jej 

miłość?  Czy  wierzył,  że  poczuje  jej  przychylność  dzięki 
prezentom, którymi ją obsypywał? Musiała przyznać, że była 
zaślepiona,  ale  gdy  zakochała  się  w  Marku  zrozumiała,  że 
związek z markizem jest niemożliwy. 

background image

Wiedziała  dobrze,  że  diament  Cavalierów  wart  był  fortunę, 

ale gdyby zerwała zaręczyny, musiałaby mu go oddać. 

Markowi  od  pierwszych  chwil  nie  podobał  się  jej  pomysł, 

uważał, że mimo wszystko poradzą sobie. Miał małe dochody z 
kopalni  węgla,  w  której  pracował,  ale  jeśli  nie  będzie  zbyt 
wymagająca,  będą  sobie  z  czasem  mogli  pozwolić  na  mały 
domek.  Nie  będzie  jej  brakowało  jedzenia  ani  ubrań,  choć 
nigdy nie będą żyli w bogactwie. 

Gdyby  tylko  posłuchała  Marka  wcześniej!  Nie  siedziałby 

teraz w okrętowym areszcie i nie zraniłaby tylu bliskich. 

Po tym, jak w Londynie ich plan nie przyniósł powodzenia, 

Mark wydał nawet swoje ostatnie, ciężko zarobione pieniądze 
na  bilet  na  statek.  Zobaczyła  go  na  pokładzie  spacerowym 
pierwszego  wieczoru.  Z  początku  była  zła,  ponieważ  bardzo 
ryzykował, ale też nie zaprotestowała, gdy przedstawił nowy 
plan kradzieży diamentu Cavaliera. 

Była nawet zadowolona, zbliżał się koniec jej zaręczyn i gra 

mogła się skończyć. 

background image

Nic się nie udało i to była jej wina. 
-  Pierścionek  był  przeznaczony  dla  ciebie,  ponieważ  byłaś 

moją narzeczoną - kontynuował markiz i objął klejnot dłonią. - 
Uważam za zbyteczne ogłaszanie zerwanie zaręczyn. 

Nie  wiedziała, co powiedzieć, nie  sądziła też,  by markiz de 

Cavalière chciał tego. 

Odwrócił  się  do  niej  plecami,  obrzucając  ją  wcześniej 

spojrzeniem pełnym pogardy, po czym odszedł. 

Podszedł do barierki, stał wpatrując się we mgłę, zapadł już 

zmrok. 

Jak wszystko mogło się tak źle skończyć? 
Oparła  się  o  reling.  Sądziła,  że  ich  plan  nie  mógł  się  nie 

powieść. Diament Cavalièrôw wart był fortunę, ale dla markiza 
był tylko kroplą w morzu bogactwa. Jednak dla niej i Marka 
znaczyłby wszystko. Mark opowiadał, że wraz z przyjacielem 
planowali  otworzyć  fabrykę  papieru,  ale  nikt  nie  chciał 
pożyczyć  pieniędzy  dwóm  ubogim  mężczyznom.  Dzięki 
pieniądzom, które otrzymaliby za diament, ich plany mogłyby 
stać się rzeczywistością, a w każ- 

background image

dym razie byłyby dobrym początkiem. Zaręczyny z markizem 

oczywiście  zostałyby  zerwane  w  dogodnym  momencie,  po 
tym, jak zniknie pierścionek i kiedy Mark na dobre rozwinąłby 
działalność fabryki, przedstawiłaby go rodzinie. 

Zdała sobie sprawę, że dała się ponieść marzeniom. Czy nie 

powinna  była  pojąć,  że  plan  się  nie  powiedzie?  Powinna 
postąpić tak, jak większość młodych kobiet jej stanu - ugiąć się 
wobec  woli  rodziny  i  wyjść  za  mąż  za  tego,  który  rodzinie 
wydawał się odpowiednim kandydatem? 

Wiedziała,  jaka  jest  odpowiedź  na  to  pytanie.  Nigdy  nie 

mogłaby wyjść za mąż za markiza, ale tu chodziło o coś więcej. 

Na moment mgła opadła i ukazał się spokojny czarny ocean, 

po czym mgła ponownie zakryła wszystko. 

Czy  nie  działała  zbyt  samolubnie?  To  ona  naciskała,  żeby 

zrealizować plan. Gorąco pragnęła, żeby Markowi powiódł się 
projekt  fabryki  papieru,  ale  dlaczego  chciała,  żeby  mu  się 
udało?  Czy  dlatego,  żeby  mógł  spełnić  swoje  marzenia,  czy 
aby mógł osiągnąć spore dochody? 

background image

Wiedziała, jak brzmiała odpowiedź i to spowodowało, że łzy 

napłynęły jej do oczu. 

Przechyliła się i spojrzała w dół w aksamitnie czarną, zimną 

wodę. 

Co  będzie  dalej?  Co  stanie  się  z  Markiem?  Czy  rodzice 

dowiedzą się o tym? I co się stanie, gdy historia wyjdzie na jaw 
w Londynie? Czy zostaną wykluczeni z towarzystwa, a ojciec 
będzie musiał sprzedać dom? 

Dla  jej  rodziny  będzie  to  wstyd  niemożliwy  do  zniesienia. 

Widziała już, co zrobiła z ojcem. Gdy dowiedział się, że była 
współwinna  kradzieży  swojego  własnego  pierścionka, 
popatrzył na nią tak, jakby była obcą osobą. Nie był wściekły, 
nie krzyczał na nią, odwrócił się jedynie i odszedł. 

Straciła wszystko. Nie miała już żadnych nadziei. Najlepsze 

dla wszystkich byłoby... 

- Lady Juliet? 
Nie  słyszała,  jak  nadszedł  duński  przyrodnik  wraz  ze  swą 

miłą, norweską żoną. 

- Jest zimno, czy nie zechciałaby się pani przyłączyć do nas 

pod pokładem? - pan Bjerregaard uśmiechnął się do niej. 

background image

Spojrzała  w  jego  przyjazne  oczy.  To  on  wcześniej 

obezwładnił  Marka,  pewnie  zapamiętał  go  z  przystani  w 
Londynie. 

Może  kapitan  Peyton  opowiedział  im  całą  historię?  Może 

wiedzieli,  że  była  zamieszana  w  kradzież  diamentu 
Cavalierów? 

Pokręciła głową i próbowała się uśmiechnąć. - Nie, dziękuję. 

Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. 

Przyrodnik  skinął  głową  i  ukłonił  się.  -  Oczywiście,  lady 

Juliet. 

Cieszyła się, że znów została sama, ale nagle pani Bjerregaard 

zatrzymała  się  i  zaczęła  mówić  coś  cicho  do  męża  w  tym 
dziwnym norweskim języku. 

Pan  Bjerregaard  zwrócił  się  ponownie  do  niej.  -  Moja 

małżonka sądzi, że nie powinna pani stać tu sama - stwierdził. - 
Wiatr jest tak zimny, że rozchoruje się pani. 

Popatrzyła  zmieszana  na  Norweżkę,  która  błagalnie 

wyciągnęła  dłoń.  Wiatr  wcale  nie  był  zimny,  więc  nie 
rozumiała dlaczego ta obca kobieta nie chciała jej zostawić w 
spokoju. 

background image

-  Wejdźmy  do  środka  -  powiedziała  pani  Bjerregaard 

łamanym angielskim, ale nietrudno było zrozumieć, co miała 
na myśli. 

Lady Juliet drżała na całym ciele, gdy opuszczała pokład. 
Dopiero teraz poczuła jak zmarzła. 
Mimo wszystko, pani Bjerregaard chyba miała rację. 
Wiatr był zimny tego wieczoru. Taka również musiała być i 

woda. 

background image

 

 
Blanche czekała w westybulu Rosenlowe. Rozmowa z panią 

Martens  miała  miejsce  trzy  dni  temu,  ale  dowiedziała  się,  że 
pani  Archer  była  w  Kristianii,  dlatego  więc  nie  mogła 
porozmawiać z nią wcześniej. 

-  Pani  Bjerkely,  przepraszam,  że  musiała  pani  czekać  - 

wykrzyknęła wdowa, gdy pospiesznie szła do niej po ułożonej 
w  szachownicę  marmurowej  posadzce.  -  Jedna  z  dziewcząt 
była  nieuważna  i  przypaliła  apaszkę  podczas  prasowania. 
Machnęła  ręką.  -  Dosyć  o  tym!  Tak  miło,  że  pani  przyszła. 
Wprowadziła  Blanche  do  salonu,  szklane  drzwi  wychodzące 
na ogród stały otwarte na oścież. Chłodny 

background image

wiatr sprawił, że zatrzepotały zwiewne zasłony. 
-  Sądzę,  że  możemy  przespacerować  się  do  pawilonu  - 

powiedziała pani Archer. - Wewnątrz jest tak ciepło. 

Blanche    skinęła głową i razem wyszły do ogrodu. 
Próbowała skoncentrować się na tym, co mówiła pani Archer. 

Opowiadała o jakiś nowych bylinach  i krzewach ozdobnych, 
które zasadziła, ale Blanche nie mogła przestać myśleć o tym, 
że  była  przyjaciółką  matki,  a  przynajmniej tak było  zdaniem 
pani  Martens.  Dlaczego  pani  Archer  nic  o  tym  nie 
powiedziała? Dlaczego nie wspomniała jej imienia? 

Gdy usiadły w pawilonie nadal rozmawiały o kwiatach pani 

Archer.  Blanche  niecierpliwie  czekała,  by  zmienić  temat 
rozmowy, ale nie j   chciała być niegrzeczna. 

-  Jak  długo  pani  córka  będzie  przebywać  w  Szwajcarii?  - 

zapytała  i  wypiła  łyk  herbaty,  którą  im  podano.  Córka  pani 
Archer wyjechała do Szwajcarii po Nowym Roku, aby uzyskać 
pomoc w leczeniu tajemniczej choroby, która 

background image

ją dotknęła. Blanche zrozumiała, że pobyt się przedłużał. 
Pani  Archer  westchnęła  i  odstawiła  filiżankę.  -  Córka 

otrzymuje fachową pomoc, ale jej lekarz twierdzi, że jest zbyt 
chora,  żeby  mogła  wrócić  do  domu.  Oczy  kobiety 
zabłyszczały. -Może słyszała pani, że odwiedziłam ją wiosną? 

Blanche  skinęła  głową.  -  Rozumiem,  że  przez  dłuższy  czas 

przebywała pani w Szwajcarii? 

Pani  Archer  przytaknęła.  -  Tak,  byłam  tam  przez  sześć 

tygodni, ale później musiałam już wracać do domu. Obowiązki 
pani domu w miejscu takim jak to wymagają wiele wysiłku. 

Nietrudno było to sobie wyobrazić, ale Blanche zdziwiło, że 

nie  widziała  ani  nie  słyszała  niczego  o  Williamie  Radcliffie 
Archerze, synu pani Archer. - Słyszałam, że pani syn dużo po-
dróżuje? 

Pani  Archer  rzuciła  jej  spojrzenie.  -  Tak,  ma  pani  rację. 

Podniosła  talerz  pełen  ciasteczek.  -Czy  nie  chciałaby  pani 
ciastka? Są upieczone według przepisu mojej babci. Czerwone 
i białe to pofarbowane ciasteczka migdałowe - wyjaśniła. 

background image

Blanche  już wcześniej  zauważyła, że pani Archer nie miała 

szczególnej  ochoty  rozmawiać  o  swoim  synu,  zamiast  tego 
zaczęła  opowiadać  o  przepisie  na  pieczenie  ciasteczek 
znajdujących się na talerzu. 

Gdy już nie miały więcej przepisów do omawiania, Blanche 

zdecydowała  się  na  wyjawienie  przyczyny  spotkania.  -  Pani 
Archer  -  zaczęła  nabierając  powietrza  i  odstawiła  filiżankę.  - 
Jest coś, o co muszę panią zapytać. 

Pani Archer spojrzała na nią. Blanche pomyślała, że przyjazna 

twarz  pani  Archer  nagle  stała  się  czujna,  mimo  że  nadal  się 
uśmiechała. ^ Oczywiście. 

Blanche sądziła, że głos lekko jej drżał. j 
- Nie wiem jak mam pani to powiedzieć... Popatrzyła wprost 

na wdowę, która teraz unikała jej wzroku. - Powiedziano mi, że 
pani znała moją matkę - powiedziała. 

Pani Archer zmieszana szybko podniosła wzrok. 
-  Nie  wiedziałam,  że  była  pani  przyjaciółką  mojej  matki  - 

dodała Blanche. 

background image

Twarz  pani  Archer  spoważniała,  oczy  posmutniały, 

wyglądała tak, jakby się miała rozpłakać. 

-  Oh,  pani  Bjerkely...  Znalazła  chusteczkę  i  wytarła  nos. 

Blanche czekała, aż zacznie mówić dalej. 

Pani Archer machnęła rękami. - Nie wiem, dlaczego pani tego 

wcześniej  nie  powiedziałam.  Ja...  Ciężko  oddychała  i 
wpatrywała  się  w  skąpane  w  promieniach  słońca  morze.  - 
Myślę, że okryłam się hańbą - powiedziała cicho. 

Blanche poruszyła się w wiklinowym krześle. - Hańbą? Nie 

rozumiem. 

Pani Archer skierowała na nią wzrok.  - Ma pani rację, pani 

Bjerkely. Byłam przyjaciółką pani  matki. Spojrzała na swoje 
dłonie.  -  Sądzę,  że  obie  byłyśmy  dla  siebie  najlepszymi 
przyjaciółkami. W każdym razie tak było w moim przypadku - 
powiedziała cicho. 

Blanche  przełknęła  ślinę.  Zadziwiające,  że  nie  dowiedziała 

się o tym wcześniej. 

Wdowa wyprostowała się na krześle. - Tak bardzo chciałam, 

żeby można było odwrócić to, 

background image

co  wówczas  zrobiłam,  ale  stało  się  jak  się  stało  i  Helenę 

Augusta  nie  mogła  mi  wybaczyć.  Wyglądało  na  to,  że  pani 
Archer  znów  się  załamała,  zgarbiła  się.  -  Jej  nie  mogę  za  to 
winić. Nikt nie dopuszcza się takich czynów wobec najlepszej 
przyjaciółki. 

Blanche czekała na dalszy ciąg, coś poważnego musiało zajść 

między  nimi.  - Nie  musi  mi  pani  o  tym  opowiadać,  jeśli  nie 
chce - powiedziała Blanche cicho, choć niecierpliwie czekała 
na dalszy ciąg. 

Pani  Archer  spojrzała  na  nią  z  ukosa.  -  Kto  tak  w  ogóle 

opowiedział pani, że byłam przyjaciółką Helenę Augusty? 

- Pani Martens, gospodyni ojca i moich dziadków. Ostrożny 

uśmiech  pojawił  się  na  twarzy  pani  Archer.  -  Dobrze  ją 
pamiętam.  Zawsze  była  taka  przyjacielska,  poza  tym  była 
uzdolnioną kucharką. 

Blanche  postanowiła  opowiedzieć  całą  historię.  -  Jakiś czas 

temu  dowiedziałam  się,  że  matka  zaszła  w  ciążę  jako  młoda 
niezamężna dziewczyna - powiedziała powoli. 

background image

Pani  Archer  nie  wyglądała  na  zaskoczoną,  ale  siedziała  ze 

wzrokiem skierowanym w dół. 

-  Miałam  nadzieję,  że  pani  Martens  będzie  mogła  mi 

opowiedzieć, co się przydarzyło matce, ale nie wiedziała zbyt 
wiele.  Zamiast  tego  zaproponowała,  żebym  porozmawiała  z 
panią, ponieważ przyjaźniła się pani z moją matką. 

Pani  Archer  spojrzała  na  nią,  jej  oczy  były  ciemne.  - 

Rozumiem,  że  nie  wie  pani,  co  się  wówczas  wydarzyło,  ale 
obawiam się, że kiedy się pani dowie, zmieni zdanie o mnie. 

Blanche  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  -  Pani  Archer,  nie 

mogę powiedzieć więcej niż tylko to, że to są zdarzenia sprzed 
wielu  lat,  gdy  pani  była  młoda.  Chcę  poznać  prawdę  - 
odpowiedziała  szczerze.  -  Ojciec  dość  rzadko  opowiadał  o 
matce, a nikt z jej rodziny nie żyje. 

Zamilkła. Co zrobiła pani Archer? - Jest pani jedyną osobą, 

która może mi opowiedzieć, co działo się wtedy z matką. 

Pani  Archer  wolno  przygładziła  swoje  starannie  ułożone 

włosy. Twarz jej złagodniała, a ostrożny uśmiech ozdobił usta, 
mimo że na- 

background image

dal była poważna. - Sądzę, że jestem winna Helenę Auguście 

wyjawienie  prawdy.  Może  mogłabym  przez  to  chociaż 
częściowo naprawić szkodę, którą wtedy wyrządziłam. 

Znad fiordu nadszedł chłodny podmuch wiatru i mimo że było 

gorąco, Blanche zadrżała. 

Pani  Archer  głośno  odchrząknęła,  sprawiała  wrażenie 

zdenerwowanej.  -  Czy  wie  pani,  że  przebywając  z  panią,  to 
jakby patrzeć na Helenę Augustę? - zapytała ostrożnie. 

Blanche przytaknęła, już wcześniej często to słyszała. 
Pani Archer objęła ją wzrokiem. - Ale sądzę, że niezłomność 

charakteru odziedziczyła pani po ojcu, nie mówiąc już o sile. 
Zaśmiała się cicho. - Pani ojciec był władczym człowiekiem i 
czasem zauważam, że ma pani to samo spojrzenie, co on, pani 
Bjerkely, ale poza tym jest pani podobna do matki. 

Blanche  spojrzała  na  nią  zaskoczona.  -  Znała  pani  również 

mojego ojca? 

Pani Archer skinęła głową, a w jej oczach po- 

background image

jawiło  się  coś  bolesnego.  -  Tak,  znałam  pułkownika 

Blickenfeldta. 

Blanche  zastanowiła  się.  Nie  przypominała  sobie,  by  ojciec 

wspominał, że znał panią Archer. 

- Sądzę, że pani ojciec nigdy o mnie pani nie  opowiedział  - 

wyjaśniła pani Archer, jakby umiała czytać w myślach. -1 gdy 
już powiem to, co zamierzam teraz powiedzieć, myślę, że zro-
zumie pani dlaczego. 

Blanche czekała na dalszy ciąg opowieści. 
- Nasze rodziny należały do bliskiego grona znajomych, tak 

poznałyśmy się z Helenę Augustą, ale gdy miałam jedenaście 
lat,  przeprowadziliśmy  się  do  Anglii.  Matka  i  ojciec  uważali 
wówczas, że dla zdrowia i mojego rozwoju korzystne będzie 
spędzać wakacje w Norwegii, każdego więc lata mieszkałam u 
pana i pani Borchgrevink. Wdowa uśmiechnęła się do Blanche. 
- A więc u pani dziadków. Ponownie spojrzała na fiord, ostre 
słońce  sprawiło,  że  zmrużyła  oczy.  -  Sądzę,  że  i  Helenę 
Augusta,  i  ja  nie  mogłyśmy  doczekać  się  tych  wakacji 
spędzanych  razem.  Zawsze  byłam  smutna,  gdy  musiałam 
wracać do An- 

 

background image

glii,  mimo  że  tęskniłam  za  rodzicami  i  rodzeństwem. 

Westchnęła.  -  Tak  działo  się  każdego  lata,  aż  skończyłam 
osiemnaście lat, ale tego lata zrozumiałam, że coś się zmieniło. 
Helenę  Augusta,  która  zawsze  była  wesołą  i  uśmiechniętą 
dziewczyną,  stała  się  cicha  i  zamknięta  w  sobie.  Poza  tym 
zauważyłam,  że  często  coś  załatwiała  w  mieście  i  pewnego 
dnia  skłamała  rodzicom,  że  byłyśmy  we  dwie  na  herbatce  u 
wspólnego znajomego. Spojrzała na Blanche. - Wiedziałam, że 
to  nieprawda,  ale  nie  wydałam  jej  przed  rodzicami.  Zamiast 
tego zapytałam ją dlaczego skłamała. 

Pani Archer gestem ręki odprawiła zbliżającą się służącą. 
-  Helenę  Augusta  opowiedziała  mi,  że  zakochała  się  w 

pewnym mężczyźnie i to z nim była. 

Blanche  czekała,  aż  pani  Archer  zacznie  mówić  dalej, 

wyglądało jednak na to, że nie umiała znaleźć odpowiednich 
słów. 

- Ale dlaczego matka nie mogła powiedzieć swoim rodzicom, 

że  poznała  tego  mężczyznę?  -  ostrożnie  zapytała  Blanche.  - 
Czy był kimś, kogo oni by nie zaakceptowali? 

background image

Pani  Archer  posłała  jej  długie  spojrzenie.  -  Ponieważ  pani 

matka zakochała się w żonatym mężczyźnie. 

Blanche próbowała złapać oddech. Sądziła,  ze matka mogła 

zakochać się w kimś, kto nie odpowiadał rodzicom, ale żeby 
zakochać  się  w  żonatym?.  -  Czy  matka  opowiedziała  pani  o 
tym? 

Pani Archer skinęła głową. - Była taka zrozpaczona, cały czas 

płakała, ale nalegała na to, żebym nigdy nie powiedziała o tym 
jej rodzicom, :o oczywiście obiecałam. 

-  Ale  matka  musiała  przecież  wiedzieć,  że  nigdy  nie  będą 

razem? 

Pani  Archer  potrząsnęła  głową.  -  Powiedziana  mi,  że  jego 

żona była ciężko chora. Sądziła, że się pobiorą, gdy on zostanie 
wdowcem. 

Blanche próbowała coś powiedzieć. - Kim on był? 
Wdowa potrząsnęła ramionami. - Nie wiem. Nawet dzisiaj nie 

wiem kim on był, Helenę Augusta nie chciała tego wyjawić. 

Blanche  próbowała  uporządkować  historię.  -de  co  zdarzyło 

się później? 

background image

Wróciłam  do  Anglii,  gdy  lato  dobiegło  końca.  Wiele  razy 

pomagałam ukrywać Helenę Auguście prawdę o spotkaniach z 
mężczyzną, ale gdy wyjechałam, nie miała na kim polegać w 
tej sprawie. Ponownie wyciągnęła chusteczkę, zacisnęła ją w 
dłoni. - Jak zwykle pisałyśmy do siebie listy i pewnego dnia 
Helenę  Augusta  napisała,  że  mężczyzna,  z  którym 
utrzymywała  relację,  zakończył  ich  związek.  Była  załamana. 
Żona zdołała zwalczyć chorobę i nie chciał już więcej spotykać 
się z Helenę Augustą. 

Nietrudno było wyobrazić sobie, jak musiała być załamana. 

Romans  z  żonatym  mężczyzną  był  nie  do  pomyślenia,  ale 
mimo  wszystko  sądziła,  że  po  pewnym  czasie  ich  drogi  się 
zejdą. 

-  Musiało  to  być  dla  niej  potworne  -  cicho  powiedziała 

Blanche. I pomyśleć, że to przydarzyło się jej matce. Obiecała 
sobie,  że  w  dniu,  kiedy  jej  córka  stanie  się  wystarczająco 
dojrzała, dowie się, co stało się, gdy wyszła za mąż za Oskara. 
Nie  chciała  się  przyczyniać  do  tworzenia  nowych  tajemnic 
rodzinnych. 

background image

Pani  Archer  patrzyła  prosto  przed  siebie.  -  Było  jeszcze 

gorzej. Później, gdy zbliżało się Boże Narodzenie, otrzymałam 
list,  w  którym  napisała,  że  związek  z  nim  pozostawił  owoce, 
była w ciąży. 

Blanche wpatrzyła się we wdowę. - A więc to z nim zaszła w 

ciążę. 

Pani Archer przytaknęła. - Napisała, że zaoferował się pokryć 

koszty  usunięcia  ciąży,  ale  odmówiła.  Nie  widziała  innego 
rozwiązania, musiała opowiedzieć o wszystkim rodzicom. 

Blanche zamknęła oczy, nie mogła nic poradzić na to, że łzy 

same cisnęły się jej do oczu. Historia matki przypominała jej 
własną.  Sama  nigdy  nie  zapomni  dnia,  w  którym  musiała 
powiedzieć ojcu, że była w ciąży, ale istniała między nimi duża 
różnica:  miała  u  swojego  boku  mężczyznę,  który  ją  kochał  i 
chciał się z nią ożenić. Tego nie miała jej matka. Była zupełnie 
sama. 

- Czy napisała coś o tym, co powiedzieli dziadkowie? 
Wdowa  wolno  skinęła  głową.  -  Oczywiście  szaleli  z 

wściekłości, a było jeszcze gorzej, gdy 

background image

musiała powiedzieć, że ojcem dziecka był żonaty mężczyzna. 

Popatrzyła na Blanche. - Wiedzieli też, że chciała być samotną 
matką.  Pani  Archer  westchnęła.  -  To  pani  dziadek  wpadł  na 
pomysł rozwiązujący problem. 

Zamilkła, a Blanche w napięciu czekała na dalszy ciąg. 
-  Rodzice  Helenę  Augusty  żądali  informacji  o  tym,  kto 

sprawił,  że  była  w  ciąży  i  gdy  dowiedzieli  się  tego,  pani 
dziadek  przedstawił  mężczyźnie  propozycję.  On  i  jego  żona 
byli bezdzietni i mieli otrzymać dziecko Helenę Augusty, gdy 
się  urodzi.  Dziecko  miało  dorastać  w  przekonaniu,  że  żona 
mężczyzny była jego matką. 

Blanche wpatrywała się w panią Archer, która skinęła głową. 

-  Co  innego  mogła  zrobić  Helenę  Augusta,  jak  nie  zawrzeć 
umowy?  Była  młoda,  rodzice  szaleli  z  wściekłości  i  gdy 
zaproponowali jej rozwiązanie problemu, nie mogła odmówić. 
Poza tym cieszyła się, że dziecko będzie dorastało ze swoim 
ojcem. Sądziła, że gorzej byłoby, gdyby zostało oddane obcym 
ludziom. 

background image

Blanche  głęboko  nabrała  powietrza.  Może  matka  mimo 

wszystko  cieszyła  się,  że  dziecko  urodziło  się  martwe? 
Oddanie  dziecka  innej  kobiecie  i  świadomość,  że  dziecko 
nigdy nie dowie się, kto jest jego prawdziwą matką, jest bardzo 
bolesna.  Bezdzietna  żona  z  pewnością  również  szalała  z 
wściekłości.  Ale  może  nigdy  o  niczym  się  nie  dowiedziała, 
skoro dziecko urodziło się martwe? 

-  Zima  i  wiosna  były  bardzo  trudne  dla  Helene  Augusty  - 

kontynuowała pani Archer. - Została odesłana do jakiś dalekich 
krewnych  w  Szwecji,  ale  gdy  nastało  lato,  wróciła  do 
Tonsbergu. Gdy przyjechałam do niej, była chuda i zamknięta 
w  sobie.  Nie  chciała  opowiadać  o  tym,  co  się  stało,  ale 
próbowałam ją przekonać, żeby spróbowała zapomnieć o tym, 
że całe życie było przed nią. 

Myśli Blanche błądziły. - Musiało to być trudne dla matki - 

dodała, po czym wypiła łyk letniej już herbaty. 

Pani  Archer  skinęła  głową.  -  Tak  i  tego  lata  próbowałam 

wyciągnąć ją do miasta, kiedy tylko 

background image

się  dało,  ale  ona  najchętniej  zostawała  w  domu.  Wzięła 

jasnoczerwone migdałowe ciasteczko. -Poznałam pani ojca na 
jednym  z  takich  wieczorów  tanecznych  -  powiedziała.  Słowa 
zawisły w powietrzu i Blanche zwróciła uwagę, że pani Archer 
wyglądała na zakłopotaną. 

Blanche  popatrzyła  na  nią  zdezorientowana,  po  czym 

zrozumiała, co miała na myśli. - Czy to oznacza, że była pani 
związana z ojcem? 

Pani Archer przytaknęła. - Pani Bjerkely, nie wiem, czy robię 

właściwie,  że  opowiadam  to  wszystko.  Może  dzieci  nie 
powinny wiedzieć wszystkiego o swoich rodzicach. 

Blanche potrząsnęła głową. - Bardzo chętnie dowiem się, co 

pani  wie,  pani  Archer,  ale  nie  chcę,  żeby  opowiadała  pani  o 
czymś, co wolałaby zachować dla siebie. 

Wdowa  zamyśliła  się.  -  Sądzę,  że  jest  tak,  jak  mówiłam: 

jestem  winna  Helenę  Auguście wyjawienie  prawdy jej  córce. 
Spojrzała na nią ponownie i uśmiechnęła się ostrożnie. - Jak już 
powiedziałam,  pani  ojciec  był  nadzwyczaj  sympatycznym 
człowiekiem i muszę przyznać, że byłam dumna, 

background image

gdy okazał mi zainteresowanie. Zalecał się do mnie przez całe 

lato  i  żywiłam  nadzieję,  że  zostanę  panią  Blickenfeldt. 
Uśmiechnęła  się  zakłopotana,  po  czym  znów  spoważniała.  - 
Ale tak się nie stało. Stopniowo pani ojciec zaczął okazywać 
zainteresowanie  pani  matką  i  wkrótce  przekonałam  się,  że 
niedługo go stracę. Jej spojrzenie stało się nieobecne. - Sądzę, 
że  przyciągała  go  jej  cicha  natura.  Helenę  Augusta  nie  była 
osobą, która zawsze mówiła najgłośniej, nie lubiła otaczać się 
zalotnikami, mimo że była ładna i uważana za dobrą partię. 

Pani  Archer  spojrzała  na  Blanche.  -  Sądzę,  że  pani  ojcu 

podobało się, że była taka niedostępna. 

Pochyliła głowę. - Stopniowo zaczęłam zdawać sobie sprawę, 

że  pani  ojciec  nie  jest  już  mną  zainteresowany  i  w  ostatniej 
desperackiej próbie zatrzymania go przy sobie wyjawiłam mu 
tajemnicę  Helenę  Augusty.  Miałam  nadzieję,  że  porzuci  ją  i 
wróci do mnie. Ale tak się nie stało. 

Blanche  nie  mówiła  nic.  Tak  więc  wydała  najskrytszą 

tajemnicę przyjaciółki, żeby zatrzymać przy sobie mężczyznę, 
którego kochała. 

 

background image

Nietrudno było zrozumieć, jak później tego żałowała oraz to, 

że matka już nie mogła jej zaufać. 

- I po tym matka nie chciała utrzymywać z panią kontaktów? 
Pani Archer wolno skinęła głową, miała smutną twarz. - Nie i 

nie mogę  jej za to  winić. Wydałam jej  najskrytszą tajemnicę 
mężczyźnie, w którym była zakochana, ale na szczęście to nie 
zniszczyło ich miłości. Uśmiechnęła się, a w oczach miała łzy. 
-  Jak  już  wspomniałam,  pani  ojciec  był  wspaniałym 
człowiekiem, pod każdym względem. 

Blanche  odgoniła  myśli  o  ojcu.  Nie  wykazał  szczególnego 

zrozumienia,  gdy  dowiedział  się,  że  zaszła  w  ciążę. 
Przeciwnie,  prawie  wyszedł  z  siebie  z  wściekłości  i 
doprowadził do ślubu z Oskarem. 

Trudno  było  pojąć,  że  pani  Archer  mówiła  o  tym  samym 

człowieku. Ojciec musiał zmienić się po poślubieniu matki. A 
może to jej śmierć go zmieniła? 

- Czy rozmawiała pani po tym z matką? 

background image

Pani  Archer  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  nigdy.  Próbowałam, 

napisałam do niej list, ale nie odpisała. Nie mogła mi wybaczyć 
tego,  co  uczyniłam,  tak  jak  ja  nie  mogłam  wybaczyć  sobie. 
Spuściła wzrok. - Wiedziałam, że pani ojciec nie chciał, żebym 
była  na  pogrzebie,  więc  nie  brałam  udziału  w  jej  ostatnim 
pożegnaniu.  Głos  łamał  jej  się  od  płaczu,  gdy  wypowiadała 
ostatnie słowa. 

Blanche w końcu pojęła, dlaczego pani Archer tak aktywnie 

uczestniczyła w organizacji balu dziecięcego. Może był to dla 
niej  rodzaj  pokuty,  gest  dla  sierocińca,  który  nosił  imię  jej 
przyjaciółki, ostatnie pożegnanie. 

- Czy nigdy nie dowiedziała się pani, kto był ojcem dziecka? - 

zapytała zamyślona Blanche. 

Pani  Archer  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  nigdy  tego  nie 

powiedziała, ale muszę powiedzieć, że przez te wszystkie lata 
zastanawiałam  się,  jak  to  dziecko  dorasta.  Dziwna  jest  myśl, 
że... 

- Co też pani mówi? - przerwała jej Blanche. - Twierdzi pani, 

że...  Ale  ja  sądziłam...  Nie  umiała  znaleźć  słów.  -  Pani 
Angelsten powiedziała, że dziecko urodziło się martwe! 

 

background image

Pani Archer spojrzała na nią pytająco. - Nie rozumiem, co ma 

pani na myśli? 

Blanche  próbowała  się  uspokoić.  -  Sądziłam,  że...  Nabrała 

powietrza.- Sądziłam, że dziecko urodziło się martwe. 

Pani Archer zbladła. - Czy tak właśnie pani sądziła? Położyła 

dłoń na ustach. - Myślałam, że pani wie, że pani matka urodziła 
dziecko. 

Blanche raz po raz przełykała ślinę. - Wiedziałam, że matka 

zaszła  w  ciążę,  ale  sądziłam,  że  dziecko  przyszło  na  świat 
martwe. 

Pani  Archer  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  pani  Bjer-kely.  Pani 

matka urodziła dziecko i według umowy zostało ono oddane 
swojemu ojcu i jego żonie. 

Blanche była zadowolona, że siedziała na krześle: drżała na 

całym  ciele,  a  pot  spływał  jej  po  plecach  i  to  wcale  nie  z 
powodu upalnej pogody. 

Nie było tak, jak mówiła pani Angelsten. 
Gdzieś na świecie miała siostrę albo brata. 

background image


 
Gimle, 20 lipca 1885 roku 
 
Abelone oparła się o grabie i objęła wzrokiem te części łąki, 

które nie zostały jeszcze skoszone. Przyjemny, słaby podmuch 
wiatru pochylił wierzchołki drobnych kwiatów, kłosów zbóż i 
trawy.  Za  kilka  dni  łąka  zostanie  skoszona.  Miło  było 
popatrzeć  na  złocienie,  dzwonki,  świerzbnice  i  inne  polne 
kwiaty  w  pełnym  rozkwicie,  choć  już  tydzień  temu  nasiona 
szelężnika  opadły.  Ojciec  z  niecierpliwością  czekał  na 
właściwy  czas  sianokosów.  Od  kilku  tygodni  pogoda  była 
zmienna i ojciec posępnie przepowiadał, że będzie to najgorsze 
lato, ja- 

background image

kie  pamiętali  ludzie.  Ale  tak  było  każdego  roku.  Ojciec 

zawsze  martwił  się  tym,  jaka  będzie  pogoda  i  nie  bez 
przyczyny. Jeden deszczowy rok oznaczał słabe plony i mniej 
paszy dla zwierząt na długą zimę. 

Spojrzała  w  górę  na  błękitne  niebo.  Nie  było  widać  nawet 

jednej chmury. Jedynie białe smugi oznaczające dobrą pogodę. 
Nic nie wskazywało na to, żeby miał nadejść deszcz, zresztą w 
tej upalnej pogodzie trawa szybko by wyschła. Wszyscy jednak 
wiedzieli, jak zmienna potrafiła być pogoda. Wystarczy jedna 
ulewa i siano, które dłużej poleżałoby na ziemi czy w stogu, 
byłoby zmarnowane. 

Spoglądała na strome zbocze. Nie można było wjechać na nie 

kosiarką.  Mężczyźni  długimi  kosami  ścinali  źdźbła,  a  ona  i 
reszta kobiet rozgarniały świeżo skoszoną trawę. Była to cięż-
ka  praca,  przez  popołudnie  musiały  przewracać  siano,  aby 
wyschło po obydwu stronach, zanim ułożą je w stóg. 

Wsunęła  pod  chustkę  mokre  od  potu  kosmyki  włosów,  po 

czym ponownie zabrała się 

background image

do pracy. Do przerwy na posiłek było jeszcze sporo czasu, a 

jeszcze  więcej  do  zakończenia  pracy  na  dziś.  Wkrótce 
nadejdzie  Bera  z  kawą  i  czymś  do  jedzenia.  Potrzebowali 
chwili oddechu w tej upalnej pogodzie. 

Dalej rozgarniała trawę, pilnując jednocześnie Małego Erika i 

bliźniąt,  które  bawiły  się  w  cieniu  wysokich  jesionów 
rosnących przy kamiennym murze. Bawiły się razem z dziećmi 
dzierżawców,  które  były  zbyt  małe,  żeby  pomagać. 
Opiekowało się nimi kilka starszych kobiet. Wszyscy, którzy 
cieszyli się dobrym zdrowiem, musieli pracować przy żniwach. 

Po tym, co się stało, trudno jej było spuścić Małego Erika z 

oczu, ale wiedziała, że nie mogła być przy nim cały czas. Była 
zmuszona  powierzać  go  innym  pod  opiekę,  w  przeciwnym 
razie nie mogłaby niczego zrobić. 

Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła na ścieżce Berę i dwie inne 

kobiety niosące kawę. Usłyszała głosy zadowolenia kosiarzy. 
Wołali pracujących na zachodniej części łąki, tam gdzie ojciec 
obsługiwał żniwiarkę. Sama nie miała ochoty na 

background image

kawę,  było  zbyt  gorąco,  ale  wiedziała,  że  Bera  przyniosła 

również sok i wodę. 

Odwróciła się do Marie, która pracowała razem z Elisabeth. 

Była  dumna  z  młodszej  siostry,  która  bez  narzekania  ciężko 
pracowała przez cały dzień. Nie wyglądało również na to, żeby 
przejmowały się upałem. 

- Marie, Elisabeth? - zawołała. Były tak zajęte rozmową, że 

nie  zwróciły  uwagi  na  nadchodzące  kobiety.  -  Chcecie  się 
czegoś napić? 

Dwie  uśmiechnięte,  opalone  dziewczęce  buzie  spojrzały  na 

nią z wdzięcznością. - Dziękujemy, chętnie! 

Podeszły do niej z wolna i razem udały się do zagajnika, do 

którego podążali pozostali. 

Mały Erik, gdy tylko ją zobaczył, przybiegł do niej na swoich 

silnych nóżkach. Radość na jego twarzy jak zwykle ogrzała jej 
serce. 

- Mama! 
Schyliła się i podniosła go wysoko. 
Śmiech w nim aż buzował, machał nogami i pokrzykiwał, w 

końcu  przytuliła  go  do  siebie.  Odwzajemnił  uścisk,  objął  jej 
szyję i mocno się wtulił. 

background image

- Jesteś może zmęczony? - zapytała. Mały Erik spał już przed 

południem,  ale  wiedziała,  że  po  południu  będzie  bardzo 
zmęczony, jeśli teraz na chwilę nie zaśnie. 

Bera dobrodusznie skinęła głową nalewając kawę. - Mogę go 

później położyć. 

Abelone spojrzała na nią z wdzięcznością. Bera była zawsze 

taka  dobra  dla  jej  synka,  tak  jak  i  dla  wszystkich  dzieci  w 
Gimle.  Dobrze  się  nimi  opiekowała  i  nie  bez  przyczyny 
wszyscy  ją  lubili.  Zawsze  dawała  dobre  i  mądre  rady.  Poza   
tym  Abelone  nie  przypominała  sobie,  żeby  Bera  na 
kogokolwiek  podniosła  głos.  Umiała    być  zdecydowana,  ale 
nigdy nie widziała u niej złości. 

  Z synem na kolanach zasiadła na pniu. Wil ma natychmiast 

przybiegła do niej, machała ogonem, tylko jedno ucho udawało 
się  jej  trzymać  prosto.  Wyglądała  dziwnie,  ponieważ  drugie 
ucho zawsze było lekko wygięte.   Abelone zaśmiała się cicho i 
pogładziła ją po miękkich uszach. - Zbudziliśmy cię, co? Pies   
uciął sobie wcześniej drzemkę w cieniu głazu. 

 

background image

Siedziała poklepując psa i odpoczywając. Czekała, aż inni się 

posilą. 

Widziała,  że  szczególnie  mężczyźni  byli  zmęczeni,  praca  z 

kosą była ciężkim zajęciem. 

Podszedł  do  niej  Anders,  powiesił  kosę  w  bezpiecznym 

miejscu na drzewie, po czym usiadł obok z filiżanką kawy. 

-  To  Sorensen  nadal  nie  odebrał  swojego  psa?  -  zapytał  i 

skinął głową w kierunku Wilmy. 

Abelone  pokręciła  głową.  -  Powiedział,  że  wróci  za  kilka 

tygodni. 

Wilma  podniosła  na  nią  wzrok,  przekrzywiła  łeb  i  cicho 

zapiszczała. 

Abelone  zachichotała.  -  Rozumiesz,  o  czym  rozmawiamy? 

Wilma  była  mądrym  psem,  podobnie  jak  Shep.  Była  bardzo 
przyjazna. Jeśli zależałoby od niej, zostałaby u nich, ale ojciec 
jeszcze nie podjął decyzji w jej sprawie. Wiedziała dlaczego. 
Twierdził, że Sorensen nie wróci i jeśli to on napadł na panią 
Holte, mądrze zrobił nie pokazując się we wsi. Sama zaczęła 
przygotowywać  się  na  to,  że  Wilma  zostanie  u  nich,  ale  nie 
śmiała cieszyć się za wcze- 

background image

śnie.  Nie  minęły  nawet  dwa  tygodnie  odkąd  Wilma  była  z 

nimi. 

Anders parsknął. - Mam nadzieję, że nigdy już nie zobaczymy 

tu  Sorensena.  Tacy  jak  on  nie  mają  tu  nic  do  roboty, 
wprowadzają  tylko  zamęt.  Pokręcił  głową.  -  O  ile  dobrze 
zrozumiałem, stara Holte jest pewna, że to Sorensen ją napadł. 

Abelone  miała  już  odpowiedzieć,  ale  spojrzała  na  Wilmę, 

która  podniosła  się  gwałtownie.  Zrobiła  kilka  niepewnych 
kroków, po czym pobiegła w stronę świeżo skoszonej łąki. 

Abelone zaśmiała się. - Wyczuła pewnie jakiś nowy zapach. 
Siedzieli,  wodząc  wzrokiem  za psem,  dopóki  nie  zniknął  w 

trawie. 

-  Nie  ucieknie?  -  zapytał  Anders,  z  zaniepokojeniem 

marszcząc czoło. 

Abelone  pokręciła  głową.  -  W  każdym  razie  nie  na  długo, 

przybiega zawsze, gdy ją zawołam. 

Mały Erik oparł się o nią i Abelone wiedziała, że niebawem 

zaśnie. 

Anders uśmiechnął się do chłopca, pogła- 

background image

skał go po pulchnym policzku. - Ale się chłopak zmęczył. 
Mały Erik przytulił się do niej mocniej i sceptycznie spojrzał 

na Andersa ciemnoniebieskimi oczami. Abelone zauważyła, że 
ostatnio stał się podejrzliwy wobec dorosłych, których dobrze 
nie znał. 

Abelone  uśmiechnęła  się  do  Andersa  znad  głowy  syna, 

przyjemnie było widzieć, że interesował się nim. - Chyba pójdę 
go położyć, zanim zaśnie. 

Już miała wstać, gdy usłyszała pisk Wilmy, który przerodził 

się w rozpaczliwe skomlenie, jakby coś ją bolało. - Wilmo! - 
krzyknęła. 

Pies nadal piszczał. 
- Może to wąż - krzyknął Anders, chwycił grabie i pobiegł w 

kierunku miejsca, skąd dochodził skowyt. 

Abelone  wstrzymała  oddech,  patrzyła  jak  ojciec  i  kilku 

innych  mężczyzn  pobiegli  za  Andersem.  Żniwiarze  często 
napotykali na łąkach wijące się jadowite żmije. Na szczęście 
nikt nigdy nie został ukąszony, ale słyszała, że niektórym to 

background image

się przytrafiło. Jedno z dzieci w Kleivan zostało ukąszone w 

nogę  i  rękę,  które  potwornie  napuchły  i  stały  się  dwukrotnie 
większe.  Dziecko  rozchorowało  się,  ale  na  szczęście 
wyzdrowiało. 

Niektórzy jednak nie mieli szczęścia, zwierzęta również. 
Mały  Erik  zaczął  nagle  w  pochlipywać  w  jej  ramionach  i 

musiała go uspokoić kołysaniem. 

Stała  i  spoglądała  na  łąkę,  mężczyźni  przemierzali  ją  już 

spokojniejszym krokiem. 

Piski Wilmy nagle ucichły. Wezbrał w niej niepokój. 
Czy  to  naprawdę  był  wąż,  czy  może  coś  innego?  Może 

wsunęła  pysk  do  jakiegoś  gniazda  albo  nadepnęła  na  coś 
ostrego? 

- Widzę, to wąż! - usłyszała Andersa. 
Zacisnęła  usta.  Jednak  to  był  wąż.  Widziała,  jak  Anders 

uderzył  grabiami  i  przytrzymał  węża,  podczas  gdy  jeden  z 
kosiarzy zabił go. 

-  Wilma?  -  krzyknęła  ponownie  i  rozejrzała  się.  Miała 

nadzieję, że szczeniak przybiegnie do niej w podskokach, ale 
nie było po nim śladu. 

background image

Inni również zaczęli krzyczeć, ale pies nie przychodził. 
Podbiegła do Bery. - Pójdę położyć Małego Erika. Być może 

Wilma pobiegła do domu. 

Bera skinęła. - Idź, może czeka na schodach. 
Pobiegła przez łąkę z synkiem w ramionach. Miała nadzieję, 

że  Bera  miała  rację,  Wilma  lubiła  leżeć  na  schodach,  skąd 
mogła obserwować, co działo się w gospodarstwie. 

Zbliżała się do domu i nadal wołała psa, ale Wilmy nie było. 

Serce jej zamarło, gdy nie zobaczyła jej ani na podwórku, ani 
na schodach. 

Poszła w kierunku otwartych drzwi i przystanęła, rozglądając 

się  w  poszukiwaniu  szczeniaka.  Mały  Erik  tarł oczy  i  zaczął 
cicho płakać. 

-  Tak,  już  się  kładziemy  -  pocieszała  Abelone  i  zamknęła 

drzwi. 

Może Wilma później przyjdzie i położy się na schodach. 
Abelone usiadła na progu pralni, poluźniła 

background image

chustkę na głowie i otrzepała ją z trawy i słomy. 
To  był  długi,  ciepły  i  męczący  dzień  w  polu,  ale  nareszcie 

nadszedł wieczór. 

Odgarnęła włosy z czoła rozglądając się dookoła. Kosiarze z 

kosami zawieszonymi na ramionach rozchodzili się do domów, 
a  ojciec  rozmawiał  z  Andersem  i  Hilmarem.  Jutro  czekał  ich 
kolejny  dzień  w  polu  i  wiedziała,  że  ojciec  dziś  wieczorem 
naostrzy  swoją  kosę,  żeby  była  gotowa  do  jutrzejszej  pracy. 
Zawsze  był  staranny,  narzędzia  musiały  być  w  doskonałym 
stanie i oczekiwał od tego samego od innych. 

Wiedziała, że ojciec w pracy potrafił być wymagający i żądał 

od  ludzi  pracowitości.  Podczas  sianokosów  był  zły,  gdy 
kosiarze zostawiali za sobą trawę, często mówił, że w Gimle 
nie  marnuje  się  jedzenia.  Ale  ta  jego  sumienność  często 
udzielała się tym, którzy z nim pracowali. Ludzie, którzy nie 
pracowali  właściwie,  byli  zwalniani.  Ojciec  cenił 
pracowników, którzy wykazywali zdolność i chęć do ciężkiej 
pracy. Był od nich zależny, tak jak oni od niego. Bardzo 

background image

ważna była dla niego również lojalność, niewiele było rzeczy, 

których  bardziej  nie  lubił  niż  to,  gdy  źle  o  nim  mówiono  za 
jego plecami. 

Zdaniem Abelone  ojciec  był niezwykle dokładny i  staranny 

we  wszystkim,  co  robił,  nie  miało  znaczenia,  czy  było  to 
rąbanie drzewa, wiosenne prace w polu, czy odlewanie dzwo-
nu.  Wierzył,  że  to  sprawiało,  iż  był  majętnym  człowiekiem, 
choć  miał  szczęście  odziedziczyć  rozległe  i  bogate 
gospodarstwo. Nie wszyscy otrzymywali taki spadek i często 
kończyło  się  to  tak,  że  majątek  był  trwoniony  przez  kolejne 
pokolenie. 

Ojciec  zawsze  twierdził,  że  obowiązkiem  rolnika  było 

przekazanie  gospodarstwa  następnemu  pokoleniu  w  lepszym 
stanie,  niż  je  otrzymał.  Na  barkach  Jorgena  spocznie  w 
przyszłości duży ciężar. Była pewna przez wiele lat, że brzemię 
to będzie ciążyło na niej, ale tak się nie stało. 

Ojciec podszedł do niej. - Czy Wilma nadal nie wróciła? 
Podniosła na niego wzrok. Do tej pory ojciec 

background image

nie  poświęcał  szczeniakowi  uwagi,  ale  zauważyła  teraz,  że 

był zaniepokojony. 

Pokręciła  głową  i  wstała.  -  Nie,  inni  też  jej  nie  widzieli. 

Spojrzała w bok. Trudno było myśleć o psie, gdy pracowała na 
łące. Była pewna, że Wilma została ukąszona przez węża i jeśli 
nadal  nie  wróciła,  mogło  to  źle  dla  niej  się  skończyć.  Nigdy 
wcześniej  nie  uciekała.  -  Po  posiłku  pójdę  jej  poszukać  - 
powiedziała cicho. 

Ojciec przytaknął. - Pomogę ci, tylko najpierw naostrzę kosę. 
Popatrzyła  na  ojca  z  wdzięcznością.  Widziała  jaki  był 

zmęczony, a mimo to chciał jej pomóc, ale taki już był: zawsze 
pomocny. 

- To miłe z twojej strony, ojcze. 
Ojciec mrugnął do niej wesoło. Miał już iść, gdy ze schodów, 

unosząc  spódnice, zbiegła Sofie. Abelone zrozumiała, że coś 
musiało się stać. 

-  To  on  -  powiedziała  podekscytowana.  Abelone  nie 

zrozumiała. - Kogo masz na myśli? 

- To on - powtórzyła Sofie, odwróciła się i wskazała palcem 

na drogę. - Schodzi ze wzgó- 

background image

rza, widziałam go z okna w salonie. Ponownie odwróciła się 

do Abelone i Aksela. - Sorensen. Sorensen powrócił. 

background image


 
Blanche  przyniosła  tacę  z  sokiem  i  wodą  pod  drzewo 

owocowe,  Signe  i  Line  rozstawiły  tam  stolik  z  krzesłami. 
Rozłożysta korona dawała chłodzący cień, ale ciepło upalnego 
letniego  dnia  było  mimo  to  męczące.  Nawet  dzieci,  które 
zazwyczaj nie zwracały uwagi na to, czy było gorąco, czy nie, 
kryły się tego dnia w cieniu. 

Rozstawiła  szklanki,  po  czym  napełniła  je  sokiem 

malinowym.  Signe  i  Line  przyniosły  na  talerzach  zimne 
cienkie placuszki lefse, w upale każdy miał ochotę jedynie na 
lekkie potrawy. 

Usiadły i patrzyły na bawiące się dzieci. 

background image

-  Ależ  ładnie  bawią  się  razem  -  powiedziała  Line  i  podała 

Blanche dzbanek z kawą. 

- Dzisiaj jest dla mnie zbyt gorąco na picie kawy - potrząsnęła 

głową. 

Signe zaśmiała się. - Nigdy nie jest za gorąco na kawę. 
Blanche  napiła  się  soku  i  obserwowała  Fredrikke,  Gustava, 

Hognego i Thorsteina. Wyglądało na to, że dzieci trzymały się 
razem na dobre i na złe. Teraz szukały schronienia przed słoń-
cem  w  północnej  stronie  domu,  gdzie  bawiły  się  starymi 
drewnianymi skrzynkami, które dostały od męża Signe. 

-  Nie  sądzę,  żeby  chłopcy  traktowali  Fredrikke  jak 

dziewczynkę - cicho powiedziała Blanche i uśmiechnęła się. 

Signe usiadła chichocząc. - Nie sądzę, żeby sama Fredrikke o 

tym  myślała.  Myślę,  że  jest,  jak  to  mówią,  chłopczycą, 
najlepiej czuje się w towarzystwie chłopców. 

- Ale bawi się również z dziewczynkami -wtrąciła Line. 
- W każdym razie wygląda na to, że ona 

background image

i  chłopcy  dobrze  się  czują  w  swoim  towarzystwie  - 

stwierdziła Signe. 

Blanche miała takie samo zdanie. Fredrikke i Gustav szybko 

się  odnaleźli  w  nowym  środowisku.  Nie  mieli  żadnych 
problemów z dostosowaniem się do zasad obowiązujących w 
sierocińcu, z czym nowe dzieci często miewały problemy. Nie 
było to może tak zaskakujące, biorąc pod uwagę surowe zasady 
panujące w Angelsten. Poza tym zauważyła, że Gustav stał się 
bardziej rozmowny, mimo że nadal walczył z jąkaniem się. 

Gustav jąkał się, a Thorstein źle słyszał - może te problemy 

zbliżyły ich do siebie? Na szczęście pozostałe dzieci wykazały 
zrozumienie dla odmienności chłopców. Dokuczanie, którego 
Thorstein doświadczał zimą, teraz skończyło się. 

- Powiem dzieciom, że mogą przyjść i coś przekąsić - Blanche 

wstała,  choć  najchętniej  nie  ruszałaby  się  z  miejsca.  Miała 
nadzieję, że upał się skończy, planowali jutro pojechać do Lille 
Bjerkely.  Jeśli  pogoda  utrzyma  się,  dzieci  będą  mogły  się 
wykąpać. 

background image

- Czy ktoś chciałby sok i placki? - zawołała niezbyt głośno. 

Kilkoro dzieci natychmiast przybiegło, a pozostałe bawiły się 
nadal. 

Orzeźwiający  napój  szybko  zniknął.  -  Pójdę  po  wodę  - 

Blanche wzięła naczynia. 

Signe skinęła głową. - Tak, sok szybko nam się skończy, jeśli 

dzieci będą tyle piły. 

W  domu  na  szczęście  utrzymywał  się  względny  chłód, 

zapewne dzięki grubym, ceglanym ścianom. 

Jej myśli krążyły, gdy napełniała dzbanek wodą. 
Była  tak  zajęta  przez  ostatnie  dni,  że  nie  miała  czasu  na 

przeanalizowanie  tego,  co  opowiedziała  jej  pani  Archer.  To 
znaczy myślała o tym, bo cóż innego mogła począć? Nie miała 
żadnego  tropu,  którym  mogłaby  podążyć.  Pani  Archer  nie 
wiedziała, z kim matka zaszła w ciążę. Ani ona sama, ani pani 
Archer  nie  wiedziały,  czy  był  ktokolwiek,  kto  wiedziałby  o 
tym.  Próbowała dowiedzieć  się, u  których  krewnych  przeby-
wała matka, gdy była w ciąży i urodziła dziecko, ale nic z tego 
nie wyszło. 

background image

 
Podniosła pełen dzbanek i skierowała się do westybulu, gdzie 

wisiały portrety matki  i ojca.  Stanęła i przypatrywała się im. 
Obraz matki powstał, gdy była młodą kobietą, a portret ojca na 
kilka lat przed śmiercią. 

Jak zachował się ojciec, gdy dowiedział się, że kobieta, którą 

kochał,  miała  dziecko  z  innym  mężczyzną?  I  czy  dowiedział 
się kiedykolwiek kim był ojciec dziecka? 

Spojrzała  na  matkę.  Jej  oczy  były  tak  spokojne,  a  lekki 

uśmiech na ustach tak łagodny. Nie miała możliwości poznania 
jej,  ale  miała  obraz  tego,  jaka  była.  Zawsze  sądziła,  że 
przypominała ciotkę Louise, była pewna, że matka była równie 
ciepła i opiekuńcza jak ona. 

Ponownie skierowała wzrok w górę, na portret ojca. Wyglądał 

tak,  jakim  go  zapamiętała,  gwałtowny  i  uparty.  Na  zaciętej 
twarzy  nie  było  cienia  życzliwości,  domyślała  się,  że  był 
przejęty  tym,  by  wyjść  na  portrecie  jako  władczy  i  silny 
człowiek. 

Czy matka zdradziła ojcu, z kim zaszła w ciążę? 

background image

Ponownie  zerknęła  na  wizerunek  matki  i  już  znała 

odpowiedź. 

Chciałaby,  żeby  jej  przyszły  mąż  wiedział  o  niej  wszystko. 

Znając ojca, na pewno domagał się informacji o tym, kim był 
ojciec jej dziecka. 

Zrobiło jej się gorąco. Jeśli tak było, ojciec wiedział, że miała 

rodzeństwo, ale nic jej o tym nie powiedział. 

Zaczęła  szybciej  oddychać.  A  może  było  inaczej?  Może 

matka  nie  wyjawiła  kim  był  ten  człowiek?  Nie  powiedziała 
niczego nawet swojej przyjaciółce. 

Musiała odstawić dzbanek. Jakby cały czas uderzała głową w 

mur.  Matka  urodziła  dziecko  mężczyźnie,  o  którym  nic  nie 
wie, a gdzieś na świecie żyje jej siostra lub brat! 

Zaczęła  chodzić  w  tę  i  z  powrotem.  Zawsze  chciała  mieć 

rodzeństwo.  Czuła  się  taka  samotna,  i  nagle  pewnego  dnia 
dowiaduje się, że jednak nie jest sama.   

Odetchnęła głęboko, próbowała odzyskać jasność umysłu, tak 

jak próbowała w ciągu ostatnich dni. 

background image

Dziecko  matki  dorastało  ze  swoim  ojcem  i  jego  żoną.  Czy 

kiedykolwiek  dowiedziało  się  kim  była  jego  prawdziwa 
matka? Wątpiła, warunkiem jej dziadka było, by nikt nie mógł 
się  nigdy dowiedzieć, że to  jest dziecko jego  córki. A ojciec 
dziecka, niewierny mąż, również nie chciałby, aby jego czyn 
wyszedł na jaw. 

A  co  się  stało  z  kobietą,  która  została  matką?  Pani  Archer 

wspomniała, że małżeństwo  było  bezdzietne,  więc  być  może 
cieszyła się, że w końcu będą mieć potomstwo? Mogło tak się 
stać, ale prawdopodobnie nie miała wyboru. Żądanie rozwodu 
było  rzeczą  niebywałą,  musiała  więc  patrzeć  przez  palce  na 
niewierność męża i przyjąć dziecko. 

Zamknęła na moment oczy. Skoro jej ojciec wiedział, kim był 

ojciec dziecka, czy nie był na niego wściekły? 

Uśmiechnęła  się,  ponieważ  od  razu  znała  odpowiedź. 

Najprawdopodobniej głęboko go znienawidził za to, co zrobił 
kobiecie, którą kochał. 

Ponownie otworzyła oczy, w jej głowie zawitała nowa myśl. 

Może to była ostatnia szansa, ale 

background image

nie widziała innych możliwości rozwiązania zagadki. 
Ojciec  przez  lata  był  członkiem  loży,  wiedziała,  że  bracia 

spowiadali  się  wielkiemu  mistrzowi.  Sama  widziała  zwój  ze 
spowiedzią  ojca,  gdy  została  zaproszona  do  loży  jesienią 
zeszłego roku. 

Głęboko  westchnęła.  Może  to  był  chybiony  strzał?  A  może 

ojciec  zdradził  jednak  wielkiemu  mistrzowi,  kto  był  ojcem 
dziecka? 

Przetarła  twarz.  Ojciec  przecież  chciał  zachować  to  w 

tajemnicy.  Myśli  kłębiły  się  jej  w  głowie.  Nigdy  nie 
wyobrażała  sobie,  że  ojciec  mógłby  wyjawić  okoliczności 
śmierci Oskara, a jednak to zrobił. 

Cóż  mogła  uczynić?  Jeśli  ojciec  wyspowiadał  się  z  tych 

tajemnic wielkiemu mistrzowi i było to zapisane na zwoju, to 
czy  mogłaby  go  od  nich  wydobyć?  Musiał  być  dobrze 
strzeżony. 

Chwyciła dzban i wyszła na zewnątrz, ale nie zdołała odgonić 

od siebie tych myśli. 

Tak czy inaczej, musiała przynajmniej spróbować i wiedziała, 

z kim powinna porozmawiać. 

background image

Jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej będzie pewna, że 

zrobiła wszystko, co w jej mocy. 

Blanche  wysiadła  z  powozu  i  spojrzała  na  wspaniałą  willę 

dyrektora  banku,  pana  Schmidta.  Pomalowany  na  biało  dom 
leżał  na  przedmieściach,  rozpościerał  się  z  niego  widok  na 
fiord i Wzgórze Zamkowe. 

Duży ogród rozciągał się wzdłuż zbocza aż do brzegu morza. 

W  cieniu  dużych  drzew  owocowych  ujrzała  puszystą  żonę 
dyrektora banku siedzącą razem z panią Aaroe, jej córką, która 
razem  ze  swym  mężem  wzięła  do  siebie  Amalie  i  Mathiasa. 
Dzieci bawiły się na brzegu, a za stołem, przy którym siedziała 
pani Aaroe, stał dziecięcy wózek. 

Blanche  wiedziała,  że  pani  Aaroe  nie  przypuszczała,  by 

mogła zajść w ciążę, w końcu nie była już w tym wieku, żeby 
można było tego oczekiwać. Jednak krótko po tym, gdy Amalie 
i  Mathias  u  nich  zamieszkali,  odkryła,  że  jest  w  ciąży.  Z 
bezdzietnego małżeństwa państwo 

background image

Aaroe stali się rodzicami trojga dzieci. Cieszyli się bardzo z 

całej  trójki.  Blanche  zauważyła,  że  pani  Aaroe  zmieniła  się. 
Gdy po raz pierwszy przyszła do sierocińca, wydawała się być 
spięta  i  surowa,  ale  po  tym,  jak  Została  matką  Amalie, 
Mathiasa  i  po  jakimś  czasie  własnego  dziecka,  stała  się 
szczęśliwa. 

Blanche  zawahała  się.  Może  źle  zrobiła  nie  zapowiadając 

wizyty? Na wszelki wypadek miała ze sobą dokumenty, które 
tak czy inaczej musiałaby dostarczyć panu Schmidtowi. Jednak 
widząc w ogrodzie państwo Aaroe wraz z dziećmi, wydało się 
jej, że przeszkadza. 

Stała  przy  wejściu  do  ogrodu,  po  czym  zdecydowała  się 

wejść. Tak czy inaczej nie zabawi tam długo. 

Ruszyła  żwirową  dróżką,  po  czym  zeszła  na  trawnik.  Pani 

Schmidt zauważyła ją pierwsza. Uśmiechnięta serdecznie żona 
dyrektora banku z trudem wstała z krzesła. To niesamowite, że 
pani  Aaroe,  która  była  szczupłą,  pełną  gracji  kobietą,  mogła 
być córką pani Schmidt - pomyślała Blanche. 

background image

-  Pani  Bjerkely,  czy  to  pani?  -  powitała  ją  z  promiennym 

uśmiechem pani Schmidt, po czym odwróciła się w kierunku 
dzieci  bawiących  się  na  plaży.  -  Amalie,  Mathiasie?  - 
krzyknęła. - Widzicie, kto przyszedł? 

Dzieci  wstały  i  odwróciły  się  do  niej.  Amalie  Natychmiast 

pobiegła do niej, podczas gdy Mathias,  który był spokojnym 
dzieckiem, włożył ręce do kieszeni i wolnym krokiem ruszył w 
ich stronę. 

Zawsze cieszyła się na widok Amalie i Mathiasa. Dzieci nie 

miały łatwego życia, ale dobrze było widzieć, że dwoje sierot 
znalazło dom, w którym były pod dobrą opieką. W sierocińcu 
dokładali  wszelkich  starań,  by  zapewnić  dzieciom  opiekę  i 
miłość, ale wiadomo było, że przebywanie w domu, w którym 
było się częścią rodziny, to coś innego. 

- Popatrz! - powiedziała Amalie i wyciągnęła opaloną dłoń. W 

ręce  trzymała  małża,  który  według  Blanche  przypominał 
wszystkie  inne  małże,  ale  Amalie  była  wyraźnie  dumna  ze 
znaleziska. 

Blanche pochyliła się i podniosła muszelkę 

background image

do słońca. Niebieska, biała i fioletowa skorupka skrzyła się w 

słońcu. Nie dziwiło ją, że dziewczynce wydawała się piękna. - 
To  naprawdę  ładna  muszelka  -  powiedziała  z  uśmiechem.  - 
Musisz na nią uważać. 

Amalie skinęła głową, odwróciła się na pięcie i znów pobiegła 

na dół na plażę. Mathias przed chwilę stał, zastanawiając się co 
zrobić, ale pani Schmidt pomachała do niego. - Wróć na plażę, 
Mathiasie, jeśli masz na to ochotę -powiedziała pogodnie. 

Natychmiast  wyjął  ręce z  kieszeni  i  z powrotem pobiegł  na 

plażę. 

-  Bez  przerwy  tam  się  bawią  -  wyjaśniła  pani  Schmidt.  - 

Kąpali się też dzisiaj, jest przecież tak gorąco. 

Podeszły do dyrektora Schmidta i pani Aaroe, którzy wstali na 

ich  widok.  Z  wózka  dziecięcego  dobiegł  cichy  płacz  i  pani 
Aaroe od razu wzięła I dziecko na ręce. 

Blanche  wymieniła  kilka  uprzejmych  słów  z  panem 

Schmidtem i podeszła do pani Aaroe, która usiadła z córeczką 
na kolanach. 

background image

Blanche  pochyliła  się  i  uśmiechnęła  do  pulchniutkiego 

dziecka.  -  Muszę  powiedzieć,  że  urosłaś  od  mojej  ostatniej 
wizyty. Na twarzy dziewczynki pojawił się uśmiech. Blanche 
pomyślała, że czasy, kiedy Helenę Augusta była taka mała, to 
bardzo odległa przeszłość. Gdzie umknął ten czas? Prawie go 
nie  pamiętała,  a  to,  co  najbardziej  wryło  jej  się  w  pamięć, 
najchętniej wyrzuciłaby z niej. Tyrania Oskara uprzykrzyła te 
chwile. 

Wyciągnęła palec, by dziewczynka mogła go chwycić. Było 

tak, jak myślała, dziecko od razu mocno go złapało. - Ależ ona 
śliczna - uśmiechnęła się do pani Aaroe, która skinęła głową. 
Nietrudno było zauważyć, jak dumna była z córki. 

-  Tak,  jest  spokojnym  dzieckiem.  Śpi  przez  całą  noc. 

Uśmiechnęła  się  do  Blanche.  -  Chciałaby  ją  pani  może 
potrzymać? 

Blanche  poczuła  zakłopotanie.  Nigdy  nie  radziła  sobie  zbyt 

dobrze z małymi dziećmi, ale byłoby niegrzecznie, gdyby nie 
skorzystała z zachęty pani Aaroe. 

Wzięła dziecko, które utkwiło w nią swo- 

background image

je  duże  orzechowo-brązowe  oczy.  Uśmiech,  którym  przed 

chwilą bez wahania została obdarzona, teraz został zastąpiony 
małą, sceptyczną zmarszczką na czole. 

-  Jesteś  taką  śliczną  dziewczynką  ~  powiedziała  Blanche  i 

kołysała ją lekko. W rzeczy samej, minęło dużo czasu, odkąd 
trzymała w ramionach tak małe dziecko i natychmiast zapra-
gnęła  mieć  więcej  dzieci.  Nie  chciała,  żeby  Helenę  Augusta 
dorastała bez rodzeństwa, tak jak ona, ale wyglądało na to, że 
trudno  będzie  jej  ponownie  zajść  w  ciążę.  Nie  tak  jak  za 
pierwszym  razem.  Coraz  częściej  zastanawiała  się,  czy  nie 
stało się jej coś po porodzie Helenę Augusty, a może to przez 
brutalne zachowanie Oskara? Nie wiedziała. 

Dziecko  zaczęło  popłakiwać  i  Blanche  zrozumiała,  że 

najlepiej  będzie  ją  zwrócić  matce,  zanim  rozpłacze  się  na 
dobre. Może dziewczynka wyczuła, że Blanche nie czuła się z 
nią zbyt dobrze? Pani Aaroe ochoczo przejęła córkę, gdy ta nie 
wykazywała już chęci do zabawy. 

background image

Pani Aaroe wzięła małą, na której twarzy znowu pojawił się 

zadowolony uśmiech. 

-  Czy  miałaby  pani  ochotę  na  kawę  i  ciasteczka,  pani 

Bjerkely?  -  zapytała  pani  Schmidt  i  przygotowała  dla  niej 
miejsce przy stole. -Mamy również ciasto, jeśli dałaby się pani 
skusić. 

Blanche poczuła, że przerwała im spotkanie. - Pani Schmidt, 

nie  miałam  zamiaru  państwu  przeszkadzać  -  wyjaśniła  i 
podniosła  torbę  z  dokumentami,  które  miała  wręczyć  dyrek-
torowi  banku.  -  Chciałam  jedynie  przynieść  kilka 
dokumentów. 

Pani Schmidt przerwała jej. - Czy pani aż tak się śpieszy? Nie 

mogłaby pani chociaż usiąść i napić się kawy? 

Blanche  została  niemal  zmuszona,  żeby  usiąść  na  krześle, 

które zostało dla niej dostawione i wnet podano jej kawę, ciasto 
i ciasteczka. 

Musiała odłożyć przedstawienie prawdziwego celu wizyty do 

momentu, gdy zostanie z panem Schmidtem sam na sam. 

background image

Nastało  popołudnie,  gdy  wraz  z  dyrektorem  banku 

Schmidtem  weszła  do  jego  gabinetu.  Lekko  podenerwowana 
wyciągnęła  dokumenty,  które  miała  mu  przekazać.  -  To 
ostatnie rachunki z kopalni - wyjaśniła. 

Pan Schmidt wziął papiery i podszedł do biurka, gdzie szybko 

je  przejrzał.  -  Wyniki  wyglądają  dobrze  -  powiedział  i 
popatrzył  na  nią  z  uśmiechem.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  czy 
pani  i  mąż  myśleli  o  rozszerzeniu  działalności  kopalni?  Z 
takimi  wynikami  możliwe  jest  zatrudnienie  większej  liczby 
pracowników. 

Rozmawiała o tym z Alfem, ale na razie woleli niczego nie 

zmieniać. Zatrudnienie większej liczby pracowników to duża 
odpowiedzialność,  ale  wiedziała,  że  dyrektor  banku  Schmidt 
chciał  rozszerzyć  działalność,  wszak  bank  był  również 
współwłaścicielem kopalni. 

-  Wspomnę  o  tym  Alfowi  -  skwitowała  propozycję, 

przygotowując  się  do  wyjawienia  rzeczywistego  celu  jej 
wizyty.  -  Panie  Schmidt,  jest  coś,  o  czym  chciałam  z  panem 
porozmawiać -zaczęła. 

background image

Dyrektor banku spojrzał na nią pytająco, po czym wyciągnął 

rękę  w  kierunku  stojącego  naprzeciwko  biurka  krzesła.  -  W 
takim razie proponuję, abyśmy usiedli - powiedział przyjaźnie. 

Usiadła i czekała, aż pan Schmidt zrobi to samo, ale on stał w 

oddali  przy  oknie  i  wyglądał  na  ogród,  skąd  słychać  było 
śmiech Amalie i Mathiasa. 

- Powinna pani wiedzieć, że uczyniła pani moją córkę bardzo 

szczęśliwą  tego  dnia,  gdy  powiedziała,  że  Amalie  i  Mathias 
mogą  zamieszkać  z  nią  i  moim  zięciem  -  powiedział  cicho  i 
odwrócił się do Blanche. 

Uśmiechnęła się. - Amalie i Mathias sami zdecydowali, czy 

chcą opuścić sierociniec - wyjaśniła. 

Pan  Schmidt  usiadł  i  zdjął  okulary,  które  zsunęły  mu  się  z 

nosa.  -  Nie  jest  tajemnicą,  że  chciała  wtedy  wziąć 
dziewczynkę, ale mam nadzieję, iż wie pani, że Mathias jest dla 
niej  i  zięcia  jak  syn,  tak  jak  dla  nas.  Uważamy  je  za  nasze 
wnuki. 

Blanche  przytaknęła.  Nigdy  nie  zapomni  smutku  Mathiasa, 

gdy zrozumiał, że państwo 

background image

Aaroe chcieli Amalie, a nie jego. Sądzili, że chłopiec będzie 

wymagał  więcej  wysiłku  w  wychowaniu.  Na  szczęście 
zmienili  zdanie,  gdy  zrozumieli,  co  oznaczało,  gdyby  został 
rozdzielony z Amalie. 

- Nietrudno jest zauważyć, że zarówno Amalie, jak i Mathias 

są  teraz  szczęśliwi  -  odpowiedziała.  -  Poza  tym,  sądzę,  że 
cieszą się z małej Olivii. 

Pan Schmidt mruknął coś przecierając okulary. - Pewnie tak 

jest. Szczególnie Amalie uważa, że zajmowanie się dzieckiem 
to  ciekawe  zajęcie  -  odpowiedział  i  nasunął  okulary  z 
powrotem  na  nos.  Spoważniał.  -  Pani  Bjerkely,  muszę  przy-
znać, że nie miałem już nadziei na wnuki, ale nagle pojawiła 
się  trójka,  która  biega  w  tę  i  z  powrotem  po  naszym  domu. 
Złagodniał  uśmiechając  się.  -  Moja  żona  naturalnie  również 
sądzi, że to wspaniałe. Proszę pani, mamy tylko jedno dziecko, 
naszą  córkę.  Poza  tym,  czy  wiedziała  pani,  że  Mathias  jest 
bardzo bystrym dzieckiem? 

Blanche uśmiechnęła się. - Tak, pamiętam, że bardzo dobrze 

radził sobie w szkole. 

background image

Dyrektor  banku  skinął  głową.  -  Tak,  zauważyłem,  że 

szczególnie  z  matematyki.  Mrugnął  do  niej.  -  Nie  mogę  się 
doczekać,  by  za  kilka  lat  wtajemniczyć  go  w  zasady 
prowadzenia  banku.  Złożył  przed  sobą  dłonie.  -  Proszę  mi 
wybaczyć,  pani  Bjerkely,  zapominam  się.  To  przecież  pani 
chciała porozmawiać ze mną -powiedział przepraszająco. 

Poruszyła  się  lekko  na  krześle,  trudno  było  jej  znaleźć 

odpowiednie  słowa.  -  Nie  wiem,  jak  to  panu  powiedzieć  - 
rozpoczęła. 

Dyrektor banku uśmiechnął się do niej. -Najlepiej zacząć od 

początku -odpowiedział przyjaźnie. 

Jego słowa uspokoiły ją. Pan Schmidt był przyjacielem ojca i 

wiedziała, że jeśli będzie mógł, pomoże jej. 

Ze  spokojem  zaczęła  wyjaśniać,  jak  niedawno  dowiedziała 

się, że ma rodzeństwo. Informacja ta najwyraźniej zdziwiła go. 

- Miałam nadzieję, że może pan wiedziałby coś na ten temat? 

- zapytała z wahaniem. - Czy ojciec opowiadał panu coś o tym? 

background image

Pan  Schmidt  potrząsnął  głową.  -  Nie,  pani  Bjerkely,  pani 

ojciec nigdy nie mówił niczego o tym, że pani matka urodziła 
dziecko zanim się pobrali. Zamyślony spoglądał przed siebie. - 
Nie słyszałem też, żeby ktokolwiek rozpowiadał takie plotki. 
Zmarszczył czoło. - Czy jest pani pewna, że informacje, które 
pani uzyskała, są  prawdziwe? Jak pani wie, plotki  tworzą  się 
czasem nie mając w sobie nawet ziarenka prawdy. 

Sama  myślała  o  tym,  ale  była  pewna,  że  pani  Archer 

powiedziała  jej  prawdę.  -  Nie  mam  żadnego  powodu,  żeby 
sądzić, że to nieprawda - powiedziała cicho i spuściła wzrok. 
Spojrzała ponownie na pana Schmidta. - W takim razie już nie 
wiem, kogo innego mogłabym zapytać. 

Pan Schmidt spojrzał na nią przepraszająco. - Pani Bjerkely, 

obawiam się, że nie potrafię pani pomóc, mimo że bardzo bym 
chciał.  Jak  już  wspomniałem,  pani  ojciec  nigdy  mi  o  czymś 
takim nie opowiedział. 

Spojrzała mu prosto w oczy. Musiała go o to za- 

background image

pytać,  ale  możliwe  było,  że  będzie  musiała  zadowolić  się 

odmową. - Czy sądzi pan, że odpowiedź znajdę w wyznaniach 
ojca? - zapytała cicho. 

Wyraz  twarzy  pana  Schmidta  zmienił  się  natychmiast. 

Wiedziała,  że  nie  lubił  rozmawiać  o  loży.  Nie  był  również 
zadowolony z tego, że rozpoznała go wśród trzech zamaskowa-
nych braci, gdy zeszłej jesieni została zaproszona do loży. 

- Czy sądzi pan, że mógł wyznać coś na temat tego, kim był 

człowiek, którego dziecko nosiła moja matka? Może również 
wiedział, co stało się z dzieckiem? - zapytała. Jej zmieszanie 
narastało, gdy zobaczyła, że twarz pana Schmidta stawała się 
coraz bardziej posępna. - Nie wiem, gdzie indziej mogłabym 
znaleźć  odpowiedzi  na  te  pytania.  Nikt  nic  nie  wie,  nikt 
niczego nie chce mi powiedzieć. 

Nagle  pan  Schmidt  poderwał  się  bez  słowa  i  ponownie 

podszedł  do  okna,  lekko  przesunął  na  bok  zasłonę,  tak  aby 
mogła zobaczyć ogród. Blanche dostrzegła Amalie siedzącą na 
kocu na trawie razem z panią Aaroe i małą Oliwią. 

 

background image

Zapadła  kłopotliwa  cisza  i  nie  mieli  już  nic  więcej  do 

powiedzenia. 

Pan  Schmidt  wyraźnie  nie  miał  zamiaru  kontynuować 

rozmowy, więc wolno wstała. Powinna była wiedzieć, że nigdy 
nie wyjawi niczego ze spowiedzi ojca ani nie pokaże jej zapisu. 

-  Tej  rozmowy  nie  było.  Głos  pana  Schmidta  był  cichy  i 

ponury. Poczekał, aż zasłona opadnie, po czym wolno odwrócił 
się  do  niej.  Jego  twarz  była  zacięta,  wzrok  zza  okularów 
wyrażał złość. 

Poczuła ucisk w piersiach. Powinna była zrozumieć, że pan 

Schmidt nigdy nie wyjawiłby szczegółów spowiedzi jednego 
braci, mimo że chodziło o zmarłego. 

Oczy  pana  Schmidta  zwęziły  się.  -  Spotkajmy  się  dziś 

wieczorem o szóstej przed sklepem kolonialnym za budynkiem 
loży. Zamilkł na moment. - Jak pani rozumie, to ma pozostać 
między nami - powiedział krótko, pospieszył w kierunku drzwi 
i otworzył je. - Przyjdź punktualnie. 

background image


 
Zawieszone  nad  Morzem  Śródziemnym  słońce  obejmowało 

je palącymi promieniami, zanim nie zniknęło na czas nocy w 
falach morskich. 

-  Jutro  przed  południem zawiniemy  do  Marsylii  -  stwierdził 

Ulrik i spojrzał na Ellen z uśmiechem. W ciągu dziewięciu dni 
spędzonych na morzu jego twarz nabrała złocistego odcienia. 
Sama wkładała dużo wysiłku, by ochronić twarz przed ostrym 
słońcem, ale gdy zbliżyli się do Gibraltaru zdała sobie sprawę, 
że będzie to niemożliwe. Dzięki temu jej piegi nie były aż tak 
widoczne, gdy skóra nabrała brązowego koloru. 

background image

Nachyliła  się  do  Ulrika,  przyjemnie  było  poczuć,  jak 

powietrze stawało się chłodniejsze. Ostatnie dni na pokładzie 
Angélique  były  upalne,  tak  upalne,  że  w  przebywanie  na 
pokładzie  w  środku  dnia  było  nie  do  wytrzymania.  Szukali 
schronienia  w  kabinie,  gdzie  przez  większość  czasu  leżeli  i 
odpoczywali.  Ulrik  ostrzegał  ją,  że  lipiec  na  Morzu 
Śródziemnym będzie ciepły, ale nigdy nie przypuszczałaby, że 
upał  może  być  tak  męczący.  Na  szczęście,  gdy  płynęli  w 
kierunku  Francji,  natrafili  na  chłodniejszą  pogodę,  ale  wie-
działa,  że  dalszej  podróży  przez  wschodnią  część  Morza 
Śródziemnego,  Kanał  Sueski  i  Ocean  Indyjski  będą  im 
towarzyszyły upały. 

- Dobrze będzie stanąć na lądzie - musiała przyznać. Poza tym 

była  podekscytowana  perspektywą  rejsu  nowym  statkiem, 
którym  popłyną  do  Reunionu,  wyspy  leżącej  na  wschód  od 
Madagaskaru. 

Patrzyli  jak  słońce  chowało  się  za  horyzontem,  po  czym 

wrócili  do  kabiny.  Zdecydowali  się  spakować  większość 
bagaży  dziś  wieczorem,  żeby  nie  zaprzątać  sobie  tym  głowy 
rano. 

background image

Ulrik  trzymał  pudełko  z  pięknym,  purpurowym  motylem, 

którego pewnego dnia schwytał na pokładzie. - Pamiętasz, jak 
ci mówiłem, że jego suszenie zajmie kilka tygodni? - zapytał. 

Ellen skinęła głową. 
-  Musiał  więc  wyschnąć  szybciej  dzięki  upałowi.  Odłożył 

pudełko  na  stół  i  usiadł.  -  W  każdym  razie  wysuszył  się. 
Spojrzał  na  nią  z  uśmiechem.  -  Może  sama  chciałabyś  go 
poluzować, skoro samodzielnie go preparowałaś? 

Przytaknęła zadowolona, że Ulrik zachęca ją do współpracy. 

Było to ciekawe zajęcie, zwłaszcza że chodziło o tak pięknego 
motyla.  Nie  była  pewna,  czy  byłaby  równie  entuzjastyczna, 
gdyby  chodziło  o  jednego  z  jego  chrząszczy  czy  pająków. 
Kilka dni temu znalazł na pokładzie dużego czarnego żuka. Po 
uśmierceniu przymocował go do płytki, przekłuwając szpilką 
jego pokryte włosami odnóża. 

Usiadła obok Ulrika, po czym ostrożnie usunęła kalkę, którą 

wcześniej przymocowała do skrzydełek motyla. 

- Mam nadzieję, że wzór ze skrzydełek nie 

background image

zniknie - powiedziała. Było to najtrudniejsze zadanie. Gdyby 

część wzoru ze skrzydeł zniknęła, okaz będzie zniszczony. 

- Robisz to prawidłowo - powiedział Ulrik i otworzył szklaną 

kasetkę, w której miał umieścić motyla. - Nie utracił żadnego 
fragmentu  wzoru.  Z  dumą  mrugnął  do  niej.  -  Jesteś  bardzo 
zręczna. 

Ostrożnie ułożyła motyla w miejscu wskazanym przez męża. 

Ulrik  bardzo  się  starał,  żeby  wszystkie  owady  i  motyle  były 
uporządkowane  według  określonego  systemu,  gatunków,  do 
których  należały.  Poza  tym  dołączali  notatki  z  miejscem  i 
czasem znaleziska. 

Zadowolony  i  uśmiechnięty  zamknął  kasetkę  i  obserwował 

motyla z różnych stron. - To perfekcyjny okaz - powiedział z 
satysfakcją. 

Ellen rozejrzała się po kabinie, było nadal gorąco i nie miała 

ochoty na zajęcie się pakowaniem. 

Spojrzała  na  Ulrika  i  zaczęła  się  śmiać.  Nietrudno  było 

zauważyć,  że  on  również  nie  miał  ochoty  na  pakowanie 
bagażu. 

background image

Gwałtownie przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. 
- Kocham cię, Ellen, wiesz? - zapytał bez tchu. 
Zaczęła się śmiać, trochę zaskoczona jego nagłym wybuchem 

namiętności i tym, że wpadli na siebie i znaleźli się na łóżku. 

Ulrik  położył  się  na  niej,  był  już  spokojniejszy.  -  Nie 

sądziłem,  że  mogę  kochać  cię  mocniej  niż  tego  dnia,  gdy 
wzięliśmy ślub, ale myliłem się - powiedział zdecydowanie. 

Położyła  mu  dłoń  na  policzku,  delikatnie  pogłaskała  go  po 

szorstkiej skórze. 

- Wtedy nie sądziłem, że będzie nam dane razem doświadczyć 

czegoś takiego - kontynuował, całując ją po szyi. - Nie mogła 
mi się trafić lepsza żona, nie mogła... 

Nagle  przestał,  a  ona  objęła  jego  ramiona,  gdy  wtem 

gwałtowny, powtarzający się łomot wstrząsnął kabiną. 

Przywarła do niego. - Co to było? - krzyknęła, ale nie zdołała 

zagłuszyć hałasu. 

Patrzyli w sufit kabiny, zgrzyty i dudniące 

background image

odgłosy zapowiadały, że najgorsze było dopiero przed nimi. 
W  następnej  chwili  rozległ  się  donośny,  przeraźliwy  huk  i 

jakaś siła rzuciła ich na podłogę. 

background image


 
Blanche  stała  przed  sklepem  kolonialnym  i  obserwowała 

ulicę wiodącą w kierunku gmachu, w którym mieściła się loża, 
jednej z najbardziej okazałych budowli w Tonsbergu. 

Dyrektor banku podkreślił, aby zjawiła się punktualnie, więc 

przyszła wcześniej. 

Stała wpatrując się w przechodniów, a jej myśli wędrowały. 

Czy  pan  Schmidt  pokaże  jej  zapis  spowiedzi  ojca?  A  może 
miał  coś  innego  na  myśli?  Tak  czy  inaczej  cieszyła  się,  że 
chciał jej pomóc, czuła, że był jej ostatnią szansą. 

Była  pewna  tylko  tego,  że  dziecko  dorastało  zapewne  w 

Tonsbergu. Matka związała się naj- 

background image

prawdopodobniej z mężczyzną, który pochodził stąd i jeśli się 

nie przeprowadził, mogło się zdarzyć, że mieszkał tu nadal z 
rodziną. 

Mogło  się  nawet  zdarzyć,  że  znała  swojego  własnego  brata 

lub siostrę. 

W tym momencie spostrzegła idącego pana Schmidta. 
W napięciu ścisnęła pompadurkę. 
Ukłonił się grzecznie, gdy stanął przed nią, ale był w nim jakiś 

dystans. - Idę teraz do loży, pani Bjerkely. Gdy zobaczy pani, 
że otworzyłem drzwi i wszedłem, proszę od razu pójść w moje 
ślady. Może pani na mnie zaczekać w holu - powiedział szybko 
i zdecydowanie. 

Poczuła,  że  serce  jej  szybciej  zabiło.  -  Oczywiście,  panie 

Schmidt. 

Skinął lekko głową. - Tak więc do rychłego zobaczenia. 
Stała, a  dyrektor  banku  przeciął ulicę i  podążył w  kierunku 

dużego, szarego murowanego domu. 

Pomyślała, że najwyraźniej pan Schmidt nie chciał, żeby ktoś 

zobaczył ich wchodzących ra- 

background image

zem.  Z  drugiej  strony,  nie  było  to  zaskakujące,  loża  była 

zarezerwowana  wyłącznie  dla  mężczyzn.  Poza  tym  dyrektor 
banku  sprawiał  wrażenie  podenerwowanego  i  pełnego 
napięcia, jakby nie czuł się najlepiej w tej sytuacji. 

Tak jak mówił, czekała aż otworzy ciężkie drzwi i wejdzie do 

środka, po czym przeszła przez ulicę. 

Szybko rozejrzała się, gdy wchodziła przez bramę  z  kutego 

żelaza i zbliżała się do głównego wejścia, ale wydawało się, że 
nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy otworzyła je i wemknęła się 
do środka. 

W  długim  holu  o  łukowatym  sklepieniu  panował  chłód. 

Grube mury nie przepuszczały do środka letniego upału. Nie 
było tam nikogo. Gdy zamknęła za sobą drzwi, dźwięki z ulicy 
ucichły. 

Oddychała  nie  wydając  z  siebie  dźwięku,  czuła,  że  drżała. 

Było  coś  posępnego  w  tym  budynku,  a  poważne  twarze 
wpatrujące  się  w  nią  z  portretów  wiszących  na  ścianach  nie 
polepszały atmosfery. 

background image

Czekała, aż pojawi się pan Schmidt, ale gdy nie się pojawiał, 

zaczęła  wolno  iść  w  głąb  budynku,  wpatrując  się  w  obrazy. 
Pamiętała  je  z  ostatniej  swojej  wizyty  w  tym  miejscu. 
Czerwonawy,  miękki  dywan  ze  skomplikowanym  wzorem 
wygłuszał dźwięk jej kroków. 

Obrazy  wiszące  najbliżej  drzwi  wyglądały  na  najstarsze, 

łuszczyła się na nich farba, poza tym fryzury postaci zdradzały, 
że byli to ludzie żyjący wiele lat temu. Sportretowane postacie 
miały na sobie taki sam strój: niebieski płaszcz z przechodzącą 
przez  pierś  szarfą.  Każda  z  nich  miał  na  szyi  zawieszony  na 
ciemnoniebieskiej  wstędze  znany jej  dobrze  znak  - taki  sam, 
jaki  znalazła  w  gabinecie  ojca:  cyrkiel  ze  złotym  smokiem, 
niebieski krzyż i czerwona róża. 

Powróciła myślami do tego, co przeczytała w księdze, którą 

znalazła razem z ozdobą. Nasi Bracia, przed Wami, jak czyni 
Zakon od epoki mroku. 

Epoka mroku - pomyślała, że musiano odnosić się do czasów 

średniowiecznych.  Czy  loża  Złota  Wieża  istniała  od  tego 
czasu? Pamięta- 

background image

ła,  że  było  tam  coś  napisane  o  rycerzach  świątyni.  Nie 

wiedziała o nich zbyt dużo, ale sądziła, że minęło kilkaset lat 
od czasów, gdy istnieli. 

Czy wszyscy ci mężczyźni byli w loży wielkimi mistrzami? 

Zapewne  tak,  sądząc  po  ich  okazałych  strojach,  zresztą  sam 
fakt sportretowania sugerował ich wysoką pozycję. 

Stanęła przed jednym z portretów. Podczas ostatniej wizyty 

nie  zwróciła  na  niego  uwagi,  ponieważ  od  razu  została 
zaprowadzona do Sali Ceremonii. 

W mgnieniu oka rozpoznała go - to pan Länge-Nielsen. Był 

właścicielem  apteki,  poza  tym  należał  do  grona  znajomych 
ojca.  Nie  sądziła,  żeby  był  jego  przyjacielem,  ale  gdy 
odwiedzał ojca, rozmawiała z nim kilkakrotnie. 

Pamiętała,  że  pan  Lange-Nielsen  umarł  kilka  lat  temu,  na 

kilka miesięcy przed śmiercią ojca. 

Wstrzymała oddech. 
Jeśli ci mężczyźni byli wielkimi mistrzami loży, a była o tym 

przekonana,  musiało  to  znaczyć,  że  pan  Lange-Nielsen 
również był jednym z nich. W każdym razie nie zdziwiło jej to. 

background image

Był  człowiekiem,  który  cieszył  się  dużymi  wpływami  w 

mieście, był zamożny i zaangażowany w wiele przedsięwzięć. 

Poczuła, że zwilgotniały jej dłonie, gdy pomyślała o tym, co 

ojciec  napisał  w  swoim  tajemnym  notatniku,  który  znalazła  i 
który loża tak zdecydowanie chciała odzyskać. 

Ojciec  dowiedział  się,  że  wielki  mistrz  miał  na  sumieniu 

czyny wbrew naturze. 

Rzuciła  okiem  na  portret  aptekarza.  Czy  twierdzenie  ojca 

miało swoje podstawy? Czy pan Lange-Nielsen związał się z 
mężczyzną? Nie, to nie mogło być prawdą. Nie, był przecież 
żonaty, miał również dzieci. 

Ojciec napisał, że zapoznał wielkiego mistrza z pogłoskami, 

ale ten stwierdził, że to kłamstwa, próba oczernienia go. Nie 
mogła  w  to  uwierzyć.  Pan  Lange-Nielsen  nie  mógł  przecież 
dopuścić się takich rzeczy? Nie, to było nie do pomyślenia. 

Drżąc nabrała powietrza i myślami wróciła do słów ojca. Miał 

wątpliwości, nie wiedział, co powinien sądzić, ale obiło mu się 
o uszy, że wiel- 

background image

ki  mistrz  zagroził,  że  ujawni  spowiedź  braci,  którzy 

skierowali  przeciwko  niemu  oskarżenia.  Ojciec  podejrzewał, 
że to oni stali za śmiercią wielkiego mistrza, aby uchronić się 
przed wydaniem ich tajemnic. 

Sądziła,  że  również  to  było  początkiem  sporów  w  loży. 

Niektórzy członkowie sądzili, że powinni zakończyć tradycję 
spowiedzi. 

Niektórzy bracia, między innymi pan Schmidt, obawiali się, 

że  wyda  na  światło  dzienne  zawartość  notatnika  ojca,  to 
dlatego  grozili  jej,  że  ujawnią  tajemnicę  śmierci  Oskara.  Po-
wiedzieli jednak, że nie zdradzą jej sekretu, jeśli ona zachowa 
dla siebie to, czego się dowiedziała. Z tego powodu zgodziła 
się  oddać  im  księgę  ojca.  Jeśli  będzie  milczeć,  wówczas  oni 
również  będą  milczeć.  Dlatego  też  była  zaskoczona,  gdy 
zażądano  od  niej  zapłacenia  trzech  tysięcy  koron,  jeśli  nie 
chciała, żeby na nowo poruszano temat śmierci Oskara. Była 
pewna, że kryli się za tym członkowie loży, ale pan Schmidt 
temu zaprzeczył. 

Poza tym okazało się, że list z pogróżkami 

background image

wysłała kobieta, nie był to więc członek loży, ale jeden z nich 

musiał wyjawić jej tajemnicę. 

Od  czasu  balu  dla  dzieci,  kiedy  w  łóżku  śpiącej  Heleny 

Augusty znalazła małą kartkę ze słowami przeprosin, kobieta 
na  szczęście  więcej  się  z  nią  nie  kontaktowała.  Później 
dowiedziała  się  znaczenia  francuskich  słów  Bonne  nuit,  ma 
chérie. 
Po prostu dobranoc, kochanie. 

Już chciała odejść, gdy jej uwagę przykuł mały szczegół na 

dole w prawym rogu obrazu. 

Podpis malarza był rozpoznawalny i łatwy do odczytania. 
F. Lothe. 
Czy rzeczywiście był to pan Lothe, malarz, który namalował 

również jej portret? 

Nie  zdążyła  zastanowić  się  nad  tym,  ponieważ  usłyszała za 

sobą szybkie kroki pana Schmidta. 

Odwróciła  się  do  niego  lekko  zakłopotana,  widział,  jak 

przyglądała się obrazowi. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  że  to  trwało  tak  długo  -  powiedział 

szybko, nie komentując tego, że oglądała obrazy. - Proszę za 
mną. 

Położył dłoń na jej plecach i razem przeszli 

background image

przed westybul i dalej po szerokich schodach, nad którymi z 

wysokiego sufitu zwisał okazały żyrandol, a potem dalej przez 
przystrojony  piękną,  złoconą  sztukaterią  korytarz  z  wieloma 
drzwiami. 

Doszli  do  wąskich  drzwi  i  gdy  pan  Schmidt  otworzył  je, 

Blanche  zobaczyła  wijące  się  w  górę  schody.  W 
przeciwieństwie  do  wspaniałego  westybulu,  którym  przed 
momentem  podążali,  schody  były  ciasne  i  ciemne,  w  wielu 
miejscach tynk odpadał od ścian. 

- Proszę za mną - odezwał się pan Schmidt. 
Przechodziły  ją  ciarki,  gdy  podążała  za  nim  po  wąskich, 

ciemnych schodach, tak wąskich, że aż musiała się ocierać o 
ściany. 

Zatrzymali  się  przy  prostych,  drewnianych  drzwiach. 

Ponownie wyszli do korytarza z wysokim sklepieniem. 

Przez  otwarte  kolejne  drzwi  widziała  odblask  światła  na 

podłodze. 

Pan Schmidt zatrzymał się. Twarz miał spiętą, gdy wyciągnął 

rękę zapraszającym gestem. 

Weszła do dużego pokoju, który okazał się 

background image

być  biblioteką.  Masywne  półki  sięgały  po  sam  sufit, 

wypełnione były książkami, które musiały być dość stare. W 
pomieszczeniu  stały  głębokie  fotele  pokryte  czerwonawą 
skórą. W bibliotece nie było okien, tak jak nie było ich w pozo-
stałych  pomieszczeniach,  które  widziała.  Było  to  dziwne, 
ponieważ z zewnątrz widać było wiele dużych okien. 

Pomiędzy półkami ujrzała ciężkie i szerokie dębowe drzwi z 

żelaznymi  okuciami.  Przy  drzwiach  wisiał  naścienny 
świecznik, w którym tliła się świeca, jedyne źródło światła w 
bibliotece. 

- Pójdę już - powiedział pan Schmidt i stanął przed dębowymi 

drzwiami. 

Popatrzyła na niego zmieszana. - Nie rozumiem. 
Wysłał jej przenikliwe spojrzenie. - Pójdę już - powtórzył. - 

W ciągu pół godziny musi pani opuścić budynek. Proszę zejść 
tymi  kręconymi  schodami,  którymi  szliśmy,  ale  proszę  iść 
dalej, aż dojdzie pani do ostatnich drzwi, prowadzą do małego 
ogrodu. Proszę uważać, żeby nikt nie 

background image

zobaczył, jak idzie pani przez ogród i wychodzi z budynku. 
Niczego  nie  rozumiała,  ale  pan  Schmidt  już  zniknął  za 

drzwiami nie zamykając ich za sobą. 

Zdezorientowana rozejrzała się dookoła. Dlaczego miałaby tu 

zostać? 

Jej wzrok spoczął na małej drewnianej skrzynce stojącej obok 

drzwi. Nie zwróciła na nią wcześniej uwagi, ale teraz odkryła, 
że na jej wierzchu leżał kluczyk. 

Pospiesznie  podeszła  do  skrzynki  i  chwyciła  kluczyk.  Był 

mosiężny, główka klucza była wymyślnie ozdobiona czymś, co 
przypominało różę. Podniosła go bliżej świecznika, aby lepiej 
mu  się  przyjrzeć.  Była  na  nim  wygrawerowana  cyfra 
pięćdziesiąt sześć. 

Czy kluczyk pasował do skrzynki? Włożyła go do zamka, ale 

wnet pojęła, że klucz nie pasował, był za mały. 

Drzwi. Pobiegła w kierunku dębowych drzwi, ale zobaczyła, 

że  nie  potrzeba  było  klucza,  żeby  je  otworzyć.  Drzwi  były 
stare,  miały  grubą  metalową  gałkę,  za  którą  należało 
pociągnąć. 

background image

Chwyciła  gałkę,  drzwi  otworzyły  się  bezgłośnie.  Stała 

wpatrując  się  w  strome,  ale  dość  szerokie  kamienne  schody, 
oświetlone pochodniami wiszącymi na bielonych ścianach. 

Głęboko  odetchnęła  i  rozejrzała  się.  Czy  pan  Schmidt 

powiedział,  że  powinnam  tam  zejść?  A  do  czego  pasował 
kluczyk? 

Nie miała czasu na stanie tam i zastanawianie się, co powinna 

zrobić. 

Próbowała  zostawić  drzwi  otwarte,  ale  gdy  puściła  je,  aby 

wejść na schody, zatrzasnęły się za nią. Kluczyk ukryła w dłoni 
sądząc, że może go jeszcze potrzebować. 

Na próbę zrobiła kilka kroków po schodach, ale zrozumiała, 

że nie może iść tak wolno. Jeśli chciała uzyskać odpowiedź na 
swoje pytania, musiała się pospieszyć. 

Zaczęła iść szybciej, doszła do podestu, schody nadal wiodły 

w  dół.  Na  ich  końcu  dostrzegła  więcej  pochodni,  które 
oświetlały  dość  duże  pomieszczenie  o  niskim  sklepieniu, 
wyglądającym prawie jak piwnica. 

Czy tam miała iść? 

background image

Zatrzymała  się  gwałtownie.  Po  obu  stronach  podestu 

panowała nieprzenikniona ciemność. 

Zdecydowała się zdjąć ze ściany jedną z pochodni. 
Trzymała  ją  przed  sobą,  nie  mogła  dojrzeć  niczego  poza 

długim,  pustym  pomieszczeniem  z  bielonymi  ścianami  i 
owalnym sklepieniem. 

Odwróciła się, pomieszczenie za nią wyglądało dokładnie tak 

samo. 

Odstawiła pochodnię na miejsce i zbiegła po schodach w dół, 

nie miała czasu do stracenia. 

Gdy  zbliżyła  się  do  końca  schodów,  jej  oczom  ukazało  się 

następne  pomieszczenie.  Sklepienie  było  bardzo  niskie,  ale 
pochodnie  na  ścianach  pozwalały  wszystko  wyraźnie 
zobaczyć. 

Ale co to było? 
Dotarła do ostatniego stopnia i stanęła, wpatrując się w długą 

ścianę z wieloma małymi kwadratowymi szufladkami. Miały 
rozmiar ledwo wielkości jej dłoni, były zrobione z ciemnego, 
czerwono-złocistego  drewna.  Każda  szufladka  miała  okrągłą, 
połyskującą gałkę z mosiądzu 

background image

oraz  coś  w  rodzaju  małej  plakietki,  również  wykonanej  z 

mosiądzu. 

Wstrzymała  oddech  idąc  pospiesznie  w  kierunku  długiego 

szeregu szufladek, prawie tak wysokiego jak ona sama. Ile ich 
mogło  tu  być?  Chyba  ze  sto,  odkryła  w  końcu,  że  na 
plakietkach wygrawerowane były cyfry. 

Serce  łomotało  jej  w  piersiach,  gdy  czytała  numery. 

Osiemdziesiąt, osiemdziesiąt dziewięć, dziewięćdziesiąt... 

Powiodła palcem po plakietce z mosiądzu, kierowała się na 

lewo,  wówczas  liczby  malały.  Siedemdziesiąt  trzy, 
siedemdziesiąt dwa, siedemdziesiąt jeden.... 

Klucz,  który  trzymała  w  ręce  musiał  pasować  do  szufladki 

numer pięćdziesiąt sześć! 

Drżąc,  zatrzymała  się  przed  szeregiem,  w  którym  powinna 

znajdować  się  właściwa  szufladka.  W  każdym  pionowym 
rzędzie było ich dziesięć, numer pięćdziesiąt sześć musiał być 
mniej  więcej  pośrodku.  Powiodła  palcem  po  szufladkach. 
Pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt siedem. 
Pięćdziesiąt sześć. 

background image

Ostrożnie wetknęła klucz do zamka. Szufladka wysunęła się 

lekko, pociągnęła za mosiężną gałkę. 

Poczuła  gorąco  na  policzkach,  gdy  zobaczyła,  co  było 

wewnątrz  Zwój  papieru  z  zapisem  spowiedzi  ojca, 
zawierającej  tajemnice  wielkiego  mistrza.  Bez  wahania  ujęła 
drewniane uchwyty i rozciągnęła zwój. 

Czy  to  rzeczywiście  była  spowiedź  ojca?  Przysiadła  na 

kamiennej podłodze. Papier był nawinięty na dwa drążki i aby 
odczytać zapis, należało rozwijać go z jednej strony, zwijając 
jednocześnie z drugiej. Coś  sprawiło,  że  podniosła  wzrok.  W 
pomieszczeniu  było  tak  cicho,  ale  czy  właśnie  nie  usłyszała 
jakiegoś  dźwięku?  Może  to  nadchodził  pan  Schmidt?  Czy 
minęło  już  trzydzieści  minut?  Może  najlepiej  będzie,  jeśli 
weźmie  zwój  z  sobą?  Przeczytanie  go  trochę  potrwa, 
zrozumiała, że w czasie, który jej dano, nie było to możliwe. 

Już miała go zwinąć, gdy usłyszała pana Schmidta idącego po 

schodach. Może chciał ją 

background image

pospieszyć? Pozostali bracia na pewno nie byliby zadowoleni, 

gdyby ją tu znaleźli. 

Wstała,  zwinęła  zwój, zamknęła  szufladę,  włożyła  klucz  do 

torebki i pospiesznie udała się w kierunku schodów. 

Przeszedł  ją  zimny  dreszcz,  gdy  zobaczyła  pana  Schmidta 

ubranego w biały habit z kapturem, który bracia mieli na sobie 
podczas ceremonii. Nie mogła dojrzeć jego twarzy. 

Gdy zbliżył się do niej, próbowała się uśmiechnąć, ale było 

coś  przerażającego  w  jego  ruchach.  Kierował  się  w  stronę 
schodów. 

- Cieszę się... - cofnęła się o kilka kroków, gdy przyskoczył do 

niej. Co się działo? 

Nagle  znalazł  się  przy  niej,  chwycił  za  zwój  i  próbował 

wyrwać go z jej rąk. 

Instynktownie przyciągnęła zwój mocno do siebie, po czym 

próbowała przecisnąć się obok postaci w habicie z kapturem. 
Myślała,  że  to  musiał  być  pan  Schmidt,  nie  sądziła,  żeby 
ktokolwiek inny znajdował  się w budynku. Jednak to  nie  był 
on. Był za wysoki i zbyt zręczny. 

background image

Człowiek w habicie chwycił ją za ramiona, po czym mocno 

pchnął do tyłu. 

Zdołała  utrzymać  równowagę,  ale  nie  miała  już  drogi 

ucieczki. - Zostaw mnie! - krzyczała bardziej z wściekłości niż 
ze  strachu.  Kim  był  człowiek,  który  ukrywał  się  pod  tym 
strojem? 

Mocno  trzymała  zwój,  nigdy  go  nie  odda!  Poza  tym  pan 

Schmidt musiał chyba usłyszeć jej krzyk? 

Człowiek w habicie stał przed nią. Miał zakrytą twarz, ale za 

czworokątną siatką dostrzegła czarne błyszczące oczy. 

Wolno uchwycił ją za ramię. 
Zrozumiała,  że  chciał,  aby  mu  oddała  zwój,  ale  dlaczego 

milczał? 

Jej wzrok powędrował na jego dłoń, na wskazującym palcu 

dostrzegła  pokaźnych  rozmiarów  złoty  pierścień.  Nie  był  to 
zwykły  pierścień.  Był  duży,  w  błękitnym  kamieniu  coś 
błyskało. Nie widziała wyraźnie, ale sądziła, że był to rodzaj 
owada. Skarabeusz, sądziła, że to musiał być skarabeusz. 

Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. 

background image

W oczach za siatką było coś znajomego. Gdyby przemówił, 

na pewno rozpoznałaby go. 

jak go skłonić, żeby się odezwał? Nie była pewna, czy będzie 

to  rozsądne,  wyraźnie  było  widać,  że  chciał  ukryć  swą 
tożsamość. Taki nacisk mógłby być dla niej niebezpieczny. 

Stali  naprzeciw  siebie  jak  drapieżniki,  czekające  na  atak 

drugiego. Nie chciała stać się ofiarą. 

Szybko skoczyła w bok i przez chwilę sądziła, że udało jej się 

go wyminąć, ale wnet chwycił ją za ramię. 

Wściekłość dodała jej sił, była silniejsza niż sądziła. Zdołała 

mu się wyrwać. 

Skoczyła ku schodom, zdecydowana dopaść ich przed nim. 
Gdzie był pan Schmidt? 
Była  już  na  schodach  i  chciała  krzyknąć  jego  imię,  ale 

mężczyzna  w  habicie  chwycił  ją  za  stopę  i  brutalnie 
przyciągnął  do  siebie.  Noga  wygięła  się  i  upadła  na  plecy. 
Zwój wypadł z jej rąk. 

Nie  czuła  bólu,  choć  uderzała  o  stopnie  najpierw 

kręgosłupem,  potem  biodrami,  wreszcie  i  głowa  napotkała 
twarde stopnie. Próbowała 

background image

podeprzeć się ramionami, ale chwyciła jedynie powietrze. 
Na koniec uderzyła głową o kamienną podłogę. 

background image

10 
 
-  Co  ty  mówisz?  Sorensen  przyjechał?  -  zapytał  Aksel  z 

irytacją i popatrzył na Sofie. 

Sofie  z  przekonaniem  skinęła  głową.  -  Jest  tak,  jak  mówię, 

widziałam go na wzgórzu, powinien tu się zjawić lada moment. 

Abelone skurczyła się w sobie. Co powie Sorensen, gdy okaże 

się, że nie wie gdzie jest Wilma? Choć z drugiej strony miał 
inne problemy, którymi powinien się bardziej martwić. 

Ojciec  chwycił  ją  za  ramię.  -  Abelone,  wejdź  do  środka, 

poproszę Hilmara, żeby przyprowadził lensmanna. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, ojciec był już 

background image

w  drodze  do  budynku  pralni,  gdzie  znajdowały  się 

pomieszczenia dla parobków. 

- Chodź, Sofie - powiedziała Abelone i pospiesznie weszły do 

kuchni. 

Podeszła do miednicy z wodą i umyła ręce, a Sofie oparła się 

o kuchenną ladę, aby móc lepiej obserwować to, co działo się 
na podwórku. 

Abelone sądziła, że ojciec będzie chciał zatrzymać Sorensena 

tak  długo,  aż  pojawi  się  lensmann  Austad,  ale  co  stanie  się 
potem? 

W  końcu  wcale  nie  byli  pewni,  czy  to  na  pewno  Sorensen 

napadł  na  starą Holte. Nie  mieli innych  poszlak, miał  to być 
wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, który miał ze sobą psa. 
Staruszka  musiałaby  najpierw  stwierdzić,  że  to  rzeczywiście 
Aslak Sorensen był u niej, zanim będą mogli go o cokolwiek 
oskarżyć. 

Wytarła  ręce.  Dobrze  wiedziała,  że  lada  moment  stanie  w 

drzwiach i zapyta o Wilmę. Było w nim coś, co ją przerażało. 
Był  nieustannie  rozzłoszczony,  jego  przenikliwe  spojrzenie 
mogło  przestraszyć  każdego.  Poza  tym  wcześniej  między 
ojcem a Sorensenem doszło do bójki i wie- 

background image

działa,  że  Aksel  był  pewny  swego:  Sorensen  był 

kłusownikiem i to on pobił go zimą. 

Ten człowiek najwyraźniej nie przejmował się, czy napadał 

na starą, bezbronną kobietę, czy na dorosłych mężczyzn. 

- Idzie! - krzyknęła Sofie. 
Gdzie  jest  ojciec?  Miał  przecież  tylko  wysłać  Hilmara  po 

lensmanna.  Miała  nadzieję,  że  to  nie  ona  będzie  musiała  mu 
otworzyć. 

Podeszła do Sofie i razem wyglądały na dziedziniec. 
Choć  wiedziała,  że  Sorensen  tam  był,  aż  podskoczyła,  gdy 

zobaczyła go, jak kroczył przed oknem. 

Wstrzymała  oddech,  miała  nadzieję,  że  zatrzyma  go  ojciec, 

ale wkrótce rozległo się głośne pukanie do drzwi. 

Sofie  błagalnie  popatrzyła  na  Abelone.  Zrozumiała,  że 

dziewczyna nie miała ochoty na spotkanie z samotnikiem. 

Zebrała się i poszła otworzyć, ale gdy wyszła do przedsionka, 

drzwi wejściowe otworzyły się i usłyszała mocny głos ojca. 

background image

Z ulgą pojęła, że ojciec mimo wszystko uprzedził ją. 
- Czy to pan, panie Sorensen? 
Słuchała zdziwiona, poznała, że ojciec ze wszystkich sił starał 

się  być  miłym,  choć  wiedziała,  że  nie  tolerował  tego 
człowieka. Sorensen również nie darzył jej ojca sympatią. Było 
tak,  jak  sądziła,  ojciec  próbował  go  zatrzymać  do  przybycia 
lensmanna.  W  tej  sytuacji  inne  zachowanie  byłoby 
nierozważne. 

-  Przyszedłem  odebrać  mojego  psa  -  odpowiedział,  w  jego 

głosie, jak zazwyczaj, pobrzmiewały nuty gniewu. 

- Tak, moja córka opiekowała się nim - odpowiedział ojciec 

nadal bardzo grzecznie. - Czy nie chciałby pan wejść? 

Abelone  cofnęła  się  dwa  kroki  do  drzwi  prowadzących  do 

kuchni. Zrozumiała, że najlepiej będzie, jeśli nie pokaże się - 
gdy napotkała wzrok ojca, dał jej znak, żeby zniknęła. 

Cicho  zamknęła  się  w  kuchni,  ale  oparła  się  o  drzwi,  żeby 

słyszeć, o czym mówili mężczyźni. 

- Prawdę mówiąc, to chciałbym już iść, panie 

background image

Gimle - usłyszała odpowiedź Sorensena. - Chcę tylko odebrać 

mojego psa - powtórzył. 

- Tak, Abelone niedługo wróci, wydaje mi się, że poszła coś 

załatwić w chatce Myr. Do dzierżawców, którzy mieszkają po 
drugiej stronie kamiennego muru. 

-  A  to  dziwne  -  usłyszała  odpowiedź  Sorensena.  -  Właśnie 

rozmawiałem z jednym z waszych dzierżawców i powiedział, że 
jest tutaj. Mówił, że właśnie skończyliście pracę na dzisiaj. 

- Musiał się więc pomylić, ona za chwilę wróci - odpowiedział 

wesoło ojciec. - Proszę usiąść, panie Sorensen. 

- Weszli do salonu - szepnęła Abelone do Sofie siadając przy 

stole,  gdy  pokojówka  parzyła  kawę  i  wykładała  na  tacę 
ciasteczka.  Drzwi  z  kuchni  do  salonu  były  otwarte,  mogła 
słyszeć, o czym rozmawiali mężczyźni. 

-  Czy  rozumiem  dobrze,  że  był  pan  w  podróży,  panie 

Serensen?  Na  szczęście  ojciec  nie  miał  trudności  z 
nawiązywaniem kontaktu z ludźmi. Sorensen zaś nie zaliczał 
się do bardzo rozmownych osób. 

background image

-  Tak,  można  tak  powiedzieć  -  odpowiedział.  Abelone 

zwróciła uwagę, że zawahał się. 

Ojciec zaśmiał się cicho. - Daleko pan podróżował? 
Sorensen nie odpowiedział od razu. 
- Byłem w wielu miejscach - powiedział niepewnie. 
-  Ach,  doprawdy?  -  kontynuował  ojciec,  usłyszała  w  jego 

głosie  ciekawość.  Jeśli  miałaby  powiedzieć  prawdę,  sama 
zastanawiała  się,  gdzie  Sorensen  mógł  podróżować. 
Prawdopodobnie nie było mowy o długiej podróży, zakładała, 
że miał zbyt ograniczone fundusze. 

W tym momencie do salonu weszła Sofie z kawą i trudno było 

dosłyszeć,  co  mówili.  W  dodatku  do  przedsionka  weszła 
nucąca  pod  nosem  Marie.  Siostrzyczka  weszła  do  salonu, 
zanim Abelone zdołała ją zatrzymać. 

Zamknęła oczy, wiedziała już, co nastąpi. 
-  Dzień  dobry,  panie  Sorensen  -  siostra  radośnie  powitała 

gościa. Nic nie wiedziała o ciążących na nim podejrzeniach. 

- Czy to ty, Marie? 

background image

Po raz pierwszy jego głos był przyjazny, poza tym Abelone 

była zaskoczona, że pamiętał imię dziewczynki. Poznał ją tego 
dnia na plaży, gdy zapytał, czy nie zaopiekowałaby się Wilmą. 

-  To  takie  smutne,  że  nie  możemy  znaleźć  Wilmy,  panie 

Sorensen - powiedziała Maria i Abelone wiedziała, że była tak 
smutna, jak smutny miała głos. Siostrzyczka wraz z Elisabeth 
szukały i wołały, lecz bez skutku. 

- Wilma? Zginęła? 
-  Pójdę  po  Abelone,  pewnie  jest  w  kuchni  -  
odpowiedziała 

siostra. 

Abelone aż skurczyła się, chwilę później w drzwiach pojawiła 

się Marie. 

- Abelone, pan Sorensen jest tutaj - powiedziała i spojrzała na 

nią zaskoczona. - Czy nie zechciałabyś z nim porozmawiać? 

Zaczerwieniła  się,  co  ją  rozdrażniło,  nie  było  przecież 

przyczyny, dla której powinna czuć się zakłopotana. 

To nie ona napadła i okradła samotną staruszkę! 
Wstała i spokojnie poszła do salonu. - Po- 

background image

szłam na chwilkę coś załatwić w Myr - odpowiedziała, ale na 

tyle głośno, żeby Sorensen mógł to usłyszeć. 

Marie  popatrzyła  na  nią  zdezorientowana.  -Ale  ja  właśnie 

wróciłam z... - 

- Marie? - wtrąciła się Sofie. - Czy możesz być tak miła i mi 

pomóc? 

Abelone  z  wdzięcznością  spojrzała  na  pokojówkę,  po czym 

weszła do salonu. 

Sorensen  podniósł  się  spod  kaflowego  pieca.  Abelone 

pomyślała, że wypełniał swoją osobą cały salon. 

Za to ona poczuła się bardzo mała. 
- Co mówi pani siostra? - zapytał bez przywitania. - Wilma 

zginęła? 

Abelone  nie  wiedziała,  jak  zacząć,  mimo  że  sprawa  była 

prosta. 

- Nie mogę tego pojąć, panie Sorensen -zaczęła. Źle się czuła, 

gdy  na  nią  patrzył,  ale  przede  wszystkim  było  jej  przykro. 
Przykro  z  powodu  Wilmy,  którą  tak  bardzo  polubiła  i  która 
teraz  zaginęła.  -  Wilma  zawsze  przybiega,  gdy  ją  zawołam. 
Nigdy nie odbiega daleko. 

background image

Poza tym ma w zwyczaju wszędzie za mną chodzić. 
Podniosła wzrok. Wyglądał tak, jak się obawiała. Jego oczy 

przykryte  długimi,  czarnymi  włosami,  zwęziły się.  Widziała, 
jak napięły mu się mięśnie. 

- A kiedy zaginęła? - zagrzmiał. - Przecież mówiłem, żeby ją 

wyprowadzać na smyczy! 

Spuściła  wzrok.  -  Dziś  popołudniu,  panie  Sorensen. 

Pracowaliśmy na łące i zniknęła, gdy usiedliśmy, aby napić się 
kawy. Zamilkła, bojąc się opowiedzieć o żmii. 

- I? - było to jedyne słowo, które wypowiedział Sorensen. 
Spojrzała w bok w nadziei, że ojciec przyjdzie jej z pomocą, 

ale milczał. - Pobiegła na łąkę, musiała coś wyczuć. 

-1 po tym zniknęła? - zapytał nagle Sorensen. 
Abelone uniosła głowę i napotkała jego wzrok. Nie wyglądał 

już  na  tak  rozzłoszczonego,  może  ulżyło  mu,  że  mimo 
wszystko  Wilma  zniknęła  niedawno.  -  Boimy  się,  że  mogła 
ukąsić ją żmija. Piszczała i gdy sprawdzali- 

background image

śmy, co się dzieje, znaleźliśmy żmiję, którą zabiliśmy. 
Sorensen  stał  przed  nią  nieruchomo.  Trudno  było 

rozszyfrować jego twarz, ale obawiała się, że wzrastała w nim 
wściekłość. Znany był z nieokiełznanego temperamentu. 

Ojciec zrobił krok do przodu. - Czy nie chciałby pan usiąść? 

Kawa szybko stygnie. 

Sorensen posłał ojcu przeszywające spojrzenie. - Nie wiem, 

co się panu stało, panie Gimle, ale niech nie próbuje mnie pan 
przekonać,  że  chce  odbyć  ze  mną  miłą  rozmowę.  Parsknął  i 
wpatrzył  się  w Abelone.  - Pani Ladefoss, sądziłem, że  lepiej 
zaopiekuje się pani moim psem -powiedział i wyszedł z salonu. 

Ojciec  poszedł  za  nim.  -  Panie  Sorensen,  proszę  poczekać, 

musi mi pan uwierzyć. Moją szczerą chęcią jest... 

Zatrzymali się, drwal wolno się odwrócił. Spod jego bujnej, 

zaniedbanej brody przebijał drwiący uśmiech. - Wiem, że pan 
myśli,  że  mnie  zna,  panie  Gimle,  ale  ja  również  pana  znam. 
Oczy zwęziły mu się. - Nie wiem dlacze- 

background image

go,  ale  zakładam,  że  mają  państwo  swoje  przyczyny,  dla 

których zachowujecie się wobec mnie w tak miły sposób. 

Zobaczyła, że ojciec się nastroszył. 
-  Ośmielę  się  zapytać,  czy  wie  pan,  jakie  to  przyczyny?  - 

zapytał chłodno. 

Sorensen  wzruszył  ramionami.  -  Nie  wiem  i  nie  obchodzi 

mnie  to.  Spojrzał  na  Abelone.  -  Oczekuję,  że  przyprowadzi 
pani Wilmę, gdy wróci. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  odwrócił  się  i  zniknął  za 

drzwiami. 

Ojciec spojrzał na nią z rezygnacją. - Niedługo powinien być 

lensmann, Sorensen nie zdąży pewnie nawet dotrzeć do domu. 

Miał  rację.  Dziesięć  minut  później  lensmann  stał  na 

dziedzińcu, a Anders powiedział, że widział Sorensena idącego 
drogą do sąsiedniej wsi. 

Lensmann  Austad  pokiwał  ponuro  głową.  -Tak  więc 

sprowadzenie  go  nie  zajmie  mi  dużo  czasu.  Akselu,  czy 
pojedziesz  ze  mną  wozem?  Lepiej  będzie,  jeśli  będzie  nas 
więcej przeciw takiemu siłaczowi. 

background image

Wsiedli  do  wozu,  po  czym  lensmann  kiwnął  do  Andersa.  - 

Andersie, chciałbym dzisiaj załatwić tę sprawę. Czy mógłbyś 
przywieźć  panią  Holte,  aby  mogła  nam  powiedzieć,  czy  to 
Sorensen ją napadł? 

Anders skinął głową i dotknął ronda kapelusza. - Oczywiście, 

lensmannie. Już do niej jadę. 

Woźnica  cmoknął  na  konia  i  wóz  z  lensman-nem  i  ojcem 

wyjechał z podwórza. 

Bera podeszła do Abelone, oparła ręce na biodrach. - Dobrze 

będzie,  jak  go  schwytają.  Wzdrygnęła  się.  -  Takie  włóczęgi 
nigdy nie przynoszą wsi niczego dobrego. 

Abelone szukała Wilmy i na plaży, i nad rzeką. Gdy szła w 

kierunku kamiennego mostu, zobaczyła jadącego w jej stronę 
Andersa. Stara Holte siedziała obok niego na koźle. 

Lekko  zaskoczona  Abelone  zobaczyła,  że  uśmiechnął  się  i 

pomachał, żeby podeszła. 

Wolno podeszła pod strome zbocze na drogę. 

background image

- Dobry wieczór, pani Holte - pozdrowiła. -Mam nadzieję, że 

pora nie jest zbyt późna. Na szczęście przez kilka najbliższych 
tygodni wieczory będą długie i jasne. 

Holte posłała jej nadąsane spojrzenie. - Tylko Pan wie, że w 

takim upale nie można spać -odpowiedziała lekko obrażonym 
głosem. 

Abelone  pomyślała  sobie  w  duchu,  że  nie  byłoby  jej  tak 

ciepło,  gdyby  włożyła  na  siebie lżejszy i  jaśniejszy  strój,  ale 
staruszka  jak  zawsze  miała  na  sobie  grubą,  czarną  suknię  z 
wełny. Abelone podejrzewała poza tym, że to jedyna suknia, 
którą miała, ponieważ nigdy nie widziała jej ubranej inaczej, 
niezależnie od pory roku. 

-  Ach,  pani  Holte,  lato  szybko  się  skończy  -powiedziała 

pocieszająco. - Zanim się zorientujesz, przyjdą jesień i zima. 

- Tak, jesień lubię najbardziej - odpowiedziała ostrym tonem 

zielarka. 

Anders uśmiechnął się do niej. - Abelone, zajrzyj na tył wozu. 
Zaskoczona zastanawiała się, co miał na myśli. 

background image

Podeszła bliżej, tam gdzie leżała zwinięta tkanina. 
Spojrzała na Andersa, który obrócił się przez ramię i mrugnął 

do niej. - Spójrz pod spód. 

Poczuła, jak serce jej szybciej zabiło. Czy mogła to być...? 
Ponownie spojrzała na Andersa. Gdyby nie uśmiechnął się do 

niej, nigdy nie odważyłaby się podnieść materiału. Ostrożnie 
podniosła go. 

Wybuchnęła  w  niej  radość  i  czucie  ulgi,  gdy  zobaczyła 

pogrążoną we śnie Wilmę. Spała zwinięta w kłębek niczym lis. 
Miała obrzęknięty pysk, musiał to być ślad po ukąszeniu przez 
żmiję. 

-  Znalazłem  ją  u  pani  Holte  -  wyjaśnił  Anders.  -  Szczeniak 

znalazł sobie dobre miejsce w jej kuchni. 

Staruszka parsknęła cicho, ale nic nie powiedziała, spojrzała 

jedynie w bok. 

Abelone ponownie przykryła psa, wiedziała, że Wilma lubiła 

leżeć pod przykryciem, gdy spała. 

Podeszła do zielarki, która spojrzała na nią ze 

background image

złością. - Myślałam, że ten kundel to włóczęga 
- wyjaśniła. - Pomyślałam, że może był głodny, więc dałam 

mu coś do jedzenia. Wzruszyła ramionami. - Później zasnął. 

- Więc nie poznałaś go? - zapytała Abelone. 
- Miałam ją z sobą tego dnia, gdy znalazłam cię nieprzytomną. 
Holte pokręciła głową i zacisnęła usta.  -Oczywiście, że nie, 

wtedy odgoniłabym go. 

Abelone  pomyślała,  że  staruszka  nie  umiała  kłamać. 

Domyślała się, że ucieszyła się z obecności czworonoga. 

- Anders powiedział mi, że łotr, który mnie napadł, jest teraz 

w Gimle - mówiła dalej. 

Abelone spojrzała na Andersa. - Nie wiemy, czy to był on - 

poprawiła ją. - Lensmann chce, żebyś go rozpoznała. 

Zielarka  wyprostowała  się  i  krótko  skinęła  głową.  -  Nie 

będzie to zbyt trudne. Aż do śmierci będę pamiętać jego czarne 
oczy. 

Anders uśmiechnął się do Abelone. - Usiądziesz z tyłu? 
Abelone skinęła głową z uśmiechem. - Tak, 

background image

dziękuję. Usiadła na platformie, a Wilma zamrugała, gdy wóz 

ruszył. Szczeniak spojrzał na nią, jakby z usprawiedliwieniem, 
po czym podszedł, przytulił się do niej i położył głowę na ko-
lanach. 

Abelone  podrapała  go  po  sierści  na  grzbiecie  i  powieki  psa 

znów opadły. 

Wóz ruszył wyboistą drogą do Gimle, a Abelone zastanawiała 

się nad tym, co niedługo nastąpi. 

Musiała przyznać, że miała nadzieję, iż stara Holte powie, że 

to Sorensen ją napadł. Jeśli tak, Wilma zostanie u niej. 


Usłyszała  przekleństwa  i  głośne  protesty  Sorensena  jeszcze 

zanim wjechali na dziedziniec. 

Anders  odwrócił  się  do  niej.  -  W  każdym  razie  przyszedł  - 

wyszczerzył zęby. 

Abelone  poczuła  wzrastający  niepokój.  Nie  lubiła  takich 

widowisk, ale miała nadzieję, 

background image

że  wszystko  szybko  się  zakończy.  Holte  stwierdziła,  że 

rozpozna złoczyńcę bez problemu. 

Wydawało  się  jej,  że  nie  minęło  dużo  czasu  od  powrotu 

lensmanna.  Powóz  stał  w  oddali  przy  stajni,  gdzie  Hilmar  i 
ojciec trzymali Sorensena za ramiona. 

Pojęła,  że  nie  odbyło  się  to  bez  walki,  mimo  że  trzech 

mężczyzn miało zatrzymać Sorensena. 

-  Nie  pojmuję,  dlaczego  pan  tak  protestuje  -usłyszała 

wykrzykującego  ze  złością  lensmanna.  -  Jeśli  jest  pan 
niewinny,  to  nie  ma  się  czym  martwić.  Pani  Holte  powie 
wtedy, że to nie pan. 

- Ale pan nawet nie chce słuchać, co mam do powiedzenia! - 

ryknął próbujący się wyrwać Sorensen. 

Anders zatrzymał wóz. Lensmann podszedł do nich. 
- Dzień dobry, pani Holte - pozdrowił ją grzecznie. 
Podał  rękę  zielarce,  aby  mogła  oprzeć  się  na  niej,  gdy 

wysiadała  z  powozu,  po  czym  przyciągnął  ją  na  bok.  Mówił 
cicho, ale Abelone zdołała usłyszeć, co mówił. 

background image

- Cieszę się, że mogła pani przybyć, pani Holte - powiedział z 

powagą. 

Abelone zwróciła uwagę na to, że staruszka wyprostowała się. 
-  Drobiazg  -  odpowiedziała,  a  jej  wzrok  powędrował  w 

kierunku Sorensena, który zaczął zachowywać się spokojniej, 
jednak ojciec i Hilmar woleli nie ryzykować i nadał trzymali go 
mocno. 

-  Jedyne,  co  pani  ma  zrobić,  to  powiedzieć,  czy  rozpoznaje 

pani  tego  mężczyznę  -  wyjaśnił  lensmann  -  Proszę  nie 
przestraszyć  się  jego  wyglądu  albo  jeśli  groźnie  spojrzy  na 
panią. 

Położył  rękę  na  jej  ramieniu.  -  Nie  będzie  już  pani  nękał, 

mogę to pani obiecać. 

Staruszka  po  raz  pierwszy  wyglądała  na  nerwową.  -  Mam 

nadzieję, że nigdy już nie zawita do mnie taki łotr - powiedziała 
drżącym głosem. 

Lensmann Austad skinął głową i uśmiechnął się, wziął ją pod 

ramię i poprowadził w kierunku Sorensena. 

Zatrzymali się w małej odległości od Sorensena, który patrzył 

przed siebie nieru- 

background image

chomym  wzrokiem.  Nietrudno  było  stwierdzić,  że  był 

wściekły,  miał  ogniste  spojrzenie.  Abelone  pomyślała,  że 
gdyby  tylko  chciał,  wyswobodzenie  się  nie  sprawiłoby  mu 
kłopotu. 

- Czy to jest człowiek, który tak awanturniczo zachowywał się 

w  pani  domu,  nie  usłuchał  pani,  gdy  poprosiła  go  o 
opuszczenie domu i który później uderzył panią tak, że straciła 
pani przytomność oraz ukradł określone rzeczy z pani domu? - 
zapytał lensmann Austad. 

Abelone zeszła z powozu, Wilma pobiegła za nią. Szczeniak 

przez  moment  stał  spokojnie,  po  czym  pobiegł  w  kierunku 
Sorensena. 

-  Nie,  Wilmo,  wracaj  -  krzyknęła  Abelone,  ale  pies  nie 

usłuchał  jej.  Wilma  wyraźnie  była  zadowolona  z  ponownego 
spotkania ze  swym panem, skakała wokół jego nóg. Ojciec i 
Hilmar przytrzymali go, gdy próbował pochylić się do psa. 

Lensmann odwrócił się i spojrzał na nią gniewnie. 
- Wilmo - powtórzyła Abelone. - Chodź tu. Pies zawahał się 

przez moment, ale przy- 

background image

 
szedł do niej, rzucając długie spojrzenia swojemu panu. 
Abelone spotkała się z przenikliwym spojrzeniem Sorensena i 

szybko spuściła wzrok. 

Jeśli jest niewinny, niedługo wróci do domu razem w Wilmą. 
-  Pani  Holte,  proszę  uważnie  mu  się  przyjrzeć  -  powiedział 

lensmann i nachylił się do staruszki. - Czy to człowiek, który 
panią napadł? 

Upłynęła  chwila,  zanim  odpowiedziała  i  przez  moment  na 

dziedzińcu zapanowała zupełna cisza. 

Abelone  schyliła  się  i  spokojnie  pogłaskała  Wilmę  po 

grzbiecie. Może mimo wszystko nie była pewna swego? Może 
nie  zapamiętała  go  tak  dobrze,  jak  twierdziła?  Może  to  nie 
Sorensen ją napadł? 

- To on - obwieściła głośno i zdecydowanie. Twarz Sorensena 

wykrzywiła  się  w  grymas.  -  To  kłamstwo!  -  wykrzyknął, 
próbując  wyswobodzić  się  z  uścisku  mężczyzn.  -  To,  co 
twierdzi ta kobieta, to kłamstwo! Szalał, kopał i próbo- 

background image

wał walczyć, aby się wyrwać. - Nie wiem nawet, o co mnie 

oskarża! Ona kłamie! Ona... 

Lensmann szybko odciągnął staruszkę do wozu. - Odwieź ją - 

poprosił Andersa. 

Abelone  pomogła  jej  wsiąść,  zielarka  była  wyraźnie 

wstrząśnięta  napadem wściekłości Sorensena, usta jej drżały, 
wyglądała na przestraszoną. 

Anders szarpnął lejcami i wóz wyjechał z dziedzińca, a w tym 

czasie Sorensen nadal wił się i przeklinał. 

Abelone nie chciała czekać, aż lensmann go stąd zabierze. 
Odetchnęła z ulgą, gdy zamknęła za sobą drzwi i weszła do 

kuchni, skąd Bera i Sofie śledziły wydarzenia zza okna. Wilma 
szła tuż za nią. 

-  Naprawdę  dobrze,  że  wreszcie  go  schwytali  -  powiedziała 

Bera i pokręciła głową. - Nikt nie mógł czuć się bezpieczny po 
tym, co przydarzyło się pani Holte. 

Sofie zgodnie skinęła głową. - Matka też się bała, szczególnie 

w te wieczory, kiedy Andersa nie było w domu. 

background image

Bera zajęła się przygotowaniem kawy i dołożyła do pieca. - 

Dobrze wiedzieć, że nareszcie wieś jest znów bezpieczna. 

Abelone  rzuciła  okiem  na  Wilmę,  która  wyglądała  na 

zmieszaną przytulając się do jej spódnicy. Schyliła się i wzięła 
szczeniaka  na  ręce,  obserwując  przez  okno,  co  działo  się  na 
zewnątrz.  Lensmann  z  ojcem  odprowadzili  opierającego  się 
Sorensena do powozu. 

Abelone przytuliła Wilmę. 
Miała nadzieję, że Bera miała rację. 

background image

 
11 
 
- Co się dzieje? - zawyła Ellen czołgając  się  na  czworakach  i 

próbując  stanąć.  Ulrik  leżał  na  podłodze  obok  niej  próbując 
mrugać oczami. Jego twarz i ciało, podobnie jak u Ellen, były 
pokryte brudem i kurzem. 

Mocno klepnęła go po policzku. - Ulriku, musisz się obudzić, 

Ulriku! - krzyczała, próbując zebrać myśli. 

Ulrik  zdezorientowany  potrząsnął  głową.  -  Co  się  stało?  - 

zapytał  i  niezdarnie  wsparł  się  na  łokciu  rozglądając  się  po 
kabinie. 

Wyglądała  jak  krajobraz  po  bitwie.  Wszystko,  co  leżało  na 

stole - dokumenty, książki i szkla- 

background image

na kasetka z motylami - leżało porozrzucane na ziemi, także 

lampa naftowa rozbiła się. I ten dźwięk, ten okropny dźwięk. 

Nie chciała go słyszeć, chciała go wyłączyć. Nie mogła o tym 

myśleć, musieli martwić się o siebie. 

- Dobry Boże - powiedział Ulrik, próbując wstać. - Musimy 

dostać się na pokład. 

Drżała na całym ciele pomagając mu wstać. Razem doszli do 

drzwi. 

Ulrik wyrwał je i doszedł ich okropny, przeszywający dźwięk. 

Wszędzie byli krzyczący, płaczący i wołający ludzie 

Ulrik chwycił ją za ramię i prowadził za sobą przez korytarz 

był pełen ludzi, dymu i kurzu. 

- Główne schody! 
Potknęła się, choć mocno trzymała Ulrika za rękę. 
- Chodź, Ellen, musisz iść! 
Ciągnął ją za sobą pomiędzy pasażerami, którzy zdawali się 

nie wiedzieć, dokąd powinni iść. 

Skąd wiedział, że idą w dobrym kierunku? 

background image

Spojrzała  przez  ramię,  zobaczyła  ludzi  biegnących  w 

przeciwną stronę. 

- Ulriku, nie, my... 
Pociągnął ją mocno za ramię. - Zaufaj mi, musimy wejść na 

główne schody! Krzyczał głośno i Ellen spostrzegła, że w tym 
całym chaosie wiele osób poszło za jego radą. 

Bezwolnie  poszła  za  nim  i  wkrótce  zobaczyła  przed  sobą 

schody. 

Ale co właściwie się stało? Popatrzyła w górę, gdzie powinien 

być sufit i część pokładu spacerowego. 

- Co się stało? - krzyknęła. Ulrik wciągnął ją na schody. - Nie 

wiem! 

Może błąd przy rozładunku albo kolizja z innym statkiem, nie 

wiem - wykrzyczał w odpowiedzi, gdy wdarli się na pokład. 

Próbowała złapać oddech. Rozglądali się, nie mogli niczego 

dojrzeć, dym gryzł w oczy, a do- 

iokoła słychać było krzyczących mężczyzn, kobiety i dzieci. 

Poza  tym  było  zadziwiająco  cicho,  zapanowała  cisza,  której 
dawno  nie  słyszała.  Nieustający  hałas  maszyny  parowej 
umilkł. 

background image

- Para! - krzyknął Ulrik. - Musimy przedostać się na rufę. 
Przed  nimi  zobaczyła  przesuwające  się  w  ich  stronę  kłęby 

pary. 

Ulrik  krzyknął  coś  po  angielsku,  pozostali  pasażerowie 

zaczęli biec w tym samym kierunku, co oni. Płaczące dzieci, 
kobiety z dziećmi na rękach, starsi ludzie, wszyscy ruszyli na 
rufę statku. 

To była kakofonia wrzasku, pełnego bólu krzyku i płaczu. 
Zatrzymała się, bo Ulrik też stanął, mocno trzymała jego dłoń. 
Próbując  złapać  oddech  rozglądali  się,  wokół  nich  biegli 

płaczący i przekrzykujący się ludzie. 

Ulrik odwrócił się do dwóch marynarzy, którzy rozmawiali ze 

sobą  ze  wzburzeniem.  Jeden  miał  czarną  i  spoconą  twarz, 
drugiemu zaś krwawiła rana w okolicy oka. 

Zrozumiała, że słuchał ich rozmowy. 
-  Panie  mój,  Stwórco  -  wyszeptał  Ulrik,  gdy  ruszyli  w 

kierunku jakiegoś oficera, który krzy- 

background image

czał i machał, żeby podeszli. Zaczęli wciągać na pokład wąż. 
Spojrzała na Ulrika. - Co mówili? 
Ulrik  popatrzył  na  nią.  To,  co  zobaczyła  w  jego  oczach, 

wystraszyło ją bardziej niż jego słowa. - Kocioł wybuchł. 

Podmuch wiatru rozwiał nieco kłęby dymu i pary. Cierpienie i 

zniszczenia,  które  ukazały  się  ich  oczom,  były  przerażające. 
Ranni pasażerowie, dzieci krzyczące co sił w płucach, roztrza-
skane drewno i poskręcane kawałki żelaza. 

W jej głowie pojawiło się tylko jedno słowo. 
Koniec świata. 

background image

12 
 
Pierwszą  rzeczą,  którą  poczuła,  był  smak  krwi  w  ustach. 

Ciężki,  surowy  smak  żelaza  sprawił,  że  chciała  się  zerwać  z 
miejsca,  ale  nie  zdołała  się  poruszyć.  Bolały  ją  wszystkie 
kończyny,  ale  najgorszy  ból  odczuwała  w  plecach.  I  głowie. 
Nadal słyszała ten dźwięk, gdy uderzyła o kamienną podłogę. 

Mężczyzna w habicie... 
Próbowała zapomnieć o bólu, nie myśleć o tym, jak trudny do 

opisania  ból  trawił  jej  plecy.  Musiała  wstać,  nie  mogła  tak 
leżeć, musiała... 

Nim  zdołała  dobrze  pomyśleć,  poczuła,  że  coś  zaczęło  się 

dziać z jej ciałem. 

Otworzyła oczy, ale miała zawroty głowy. 

background image

Wszystko wirowało, czuła się tak źle, była tak zmęczona. 
Próbowała patrzeć w jeden punkt, ale było to jak patrzenie w 

tunel, który wirował bez końca. 

Pochodnie,  zobaczyła  na  ścianie  pochodnie,  kołysały  się  w 

górę i w dół. Złote świetlne języki pojawiały się i znikały. 

Zrozumiała,  że  jest  niesiona,  kątem  oka  zdołała  dostrzec 

schody. 

Co się z nią stanie? 
Próbowała zebrać wszystkie siły, wtedy mężczyzna, który ją 

niósł, stanął. 

Uderzył  ją  w  brzuch,  tak  mocno,  że  nie  mogła  oddychać. 

Twarzą dotknęła ziemi i drobnych kamyków, które wbijały jej 
się w skórę 

Muszę się ruszyć. Nie mogę tak leżeć. Muszę spróbować... 
Wtedy zrozumiała. Ręce miała ciasno związane na plecach. 
Ogarniająca  ją  wściekłość  sprawiła,  że  ból  głowy  i  pleców 

zniknął,  umysł  stał  się  jaśniejszy.  Uniosła  głowę  i  śledziła 
kroki napastnika. 

Zebrała wszystkie siły. 

background image

- Co robisz? - sądziła, że zawołała, ale był to ledwie słyszalny 

głos.  Mężczyzna  w  habicie  również  go  nie  usłyszał,  już 
odchodził. 

Próbowała zrozumieć, gdzie jest. 
Nie była już w skarbcu, zmusiła się do uniesienia głowy, aby 

móc  się  rozejrzeć.  W  oddali  zobaczyła  samotną  pochodnię. 
Powiodła wzrokiem dalej. 

Znajdowała się w czymś, co przypominało pieczarą czy grotę, 

ściany i sufit były z kamienia, słyszała wodę cieknącą wzdłuż 
ścian.  Tam  gdzie  leżała,  było  również  wilgotno,  poczuła 
przenikające ją zimno. 

Jej  serce  zaczęło  bić  szybciej.  Czego  chciał  mężczyzna  w 

habicie? Dlaczego przyniósł ją w takie miejsce? 

Przekręciła się, usłyszała jakiś odgłos. 
Strach ścisnął jej gardło, gdy zobaczyła co robił. 
W  napadzie  paniki  udało  jej  się  uklęknąć,  musiała  wstać, 

musiała... 

Potykając się stanęła na nogach, ale nie zdołała zrobić kroku. 

Dogonił ją i rzucił na ziemię. 

background image

Ponownie  nie  mogła  złapać  tchu,  ale  zbyt  się  bała,  żeby 

odczuwać ból. 

Jak się stąd wydostanę? Jak sobie z tym poradzę? 
Nie  była  w  stanie  zebrać  myśli,  przed  oczami  pojawił  się 

rysunek z księgi ojca. 

Pamiętała  ilustrację  z  leżącym  w  trumnie  człowiekiem  z 

czerwonym  sznurem  wokół  gardła.  Wokół  trumny  stali 
mężczyźni w habitach. 

Ogarnęły ją wściekłość i przerażenie. Co oni w ogóle robili? 

Dlaczego zajmowali się taką szarlatanerią? 

Usłyszała, że idzie do niej szybkim, zdecydowanym krokiem, 

chwycił ją i przeciągnął do czekającej obok czarnej trumny. 

Próbowała  stawiać  opór.  -  Nie,  nie  możesz  tego  zrobić,  nie 

możesz, nie... 

Nie  miała  jednak  sił,  żeby  z  nim  walczyć.  Wrzucił  ją  do 

trumny niczym zwierzęcy ze włok, upadła na bok. Wyraźnie 
nie  był  z  tego  zadowolony,  ponieważ  chwycił  ją  za  ramię  i 
przekręcił na plecy. 

Walczyła z nim, nie chciała się poddać. Ko- 

background image

pała,  rzucała  się,  krzyczała,  ale  czego  by  nie  robiła,  nie 

zdołała wydostać się z głębokiej trumny. 

Poczuła szarpnięcie i zrozumiała, że chciał związać jej nogi. 
O  Panie,  Stwórco,  nie  pozwól  na  to,  nie  pozwól,  aby  to  się 

stało! 

Nie  wiedziała,  jak  do  tego.  doszło,  ale  nagle  nie  mogła  się 

poruszyć. 

Raptownie wbił w nią wzrok, usłyszała jego charczący głos. - 

Może odtąd nie będziesz wtykać nosa w nieswoje sprawy? 

Wstrzymała oddech. Ten głos! Mówił szeptem, więc trudno 

było  go  rozpoznać,  ale  wiedziała,  że  było  w  nim  coś 
znajomego. 

Nagle zniknął, a ona leżała rozglądając się. Dokąd poszedł? 
Znów się pojawił. - Pani Bjerkely, przeszłość powinna pani 

zostawić w spokoju, rozumie pani? 

Pociągnął wieko trumny. Przez moment stał patrząc na nią, po 

czym schylił się, żeby nasunąć wieko. 

background image

Coś  musiał  sprawić,  że  zmienił  zdanie,  wydawał  się  nagle 

zmieszany, jakby spieszyło mu się. Odłożył wieko i oparł je o 
trumnę. Czyżby jednak miał ją uwolnić? 

Zniknął  na  moment,  ale  znów  pojawił  się,  tym  razem  z 

chusteczką w ręce. Drugą ręką ścisnął ją za szczękę, po czym 
wtłoczył jej chustkę do ust. 

Rozglądała się gorączkowo, próbując znaleźć jakieś wyjście. 
-  To  powinno  na  chwilę  zamknąć  pani  usta  -zacharczał.  - 

Powinna  pani  wiedzieć,  że  ludzie  zaczynają  mieć  dosyć  jej 
nierozważnego zachowania. Żadna kobieta nie będzie się tak 
zachowywać, to wzgarda wobec naszego Pana i Jego świętych 
słów. 

Zbyt  bardzo  się  bała,  żeby  trzeźwo  myśleć.  Nie  mogła  się 

ruszyć,  wiedziała,  że za  chwilę  znajdzie  się  w ciemnościach, 
gdy wieko opadnie na trumnę. 

Próbowała wypchnąć chustkę językiem, bezskutecznie. 
Nie mogła nic zrobić, tylko czekać na ciemność. 

background image

Wieko  z  hukiem  opadło  na  trumnę,  usłyszała  jeszcze  tępy 

trzask. 

Potem  były  już  tylko  cisza  i  ciemność.  Nieprzejrzana 

ciemność. 

Słyszała tylko swój własny ciężki oddech, kołatajace serce i 

myśli, które kłębiły się jej w głowie. 

W jaki sposób wydostanę się z trumny zanim będzie za późno?