background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 
 

Dziedzictwo II 22 

 
 
 

Ucieczka

background image

Galeria postaci: 
Abelone Ladefoss - 
wdowa po Eriku Ladefossie 
Aksel Gimle - 
ojciec Abelone, właściciel Gimle 
Marie Gimle - 
najmłodsza, siedmioletnia siostra Abelone 
Jorgen Gimle - 
młodszy, trzyletni brat Abelone, dziedzic 
Gimle 
Isak Gimle - brat bliźniak Jorgena   
Mały Erik - dziewięciomiesięczny syn Abelone   
Blanche Bjerkely - 
kuzynka Abelone   
Alf Bjerkely - 
mąż Blanche   
Helene Augusta - 
dwuletnia córka Blanche i Alfa   
Ellen Bjerregaard - 
siostra Abelone   
Ulrik Bjerregaard - 
mąż Ellen   
Bera - 
służąca w Gimle   
Hilmar - 
parobek w Gimle   
Sofie - 
pokojówka w Gimle   
Maline - 
służąca w Gimle   
Anders - 
pracuje w odlewni dzwonów, brat Alfa   
Signe - 
gospodyni sierocińca   
Line - 
siostra Signe, pracuje w sierocińcu   
Greger Langaard - 
zarządca Ladefoss   
Pan Tunsberg - 
ojciec Gregera   
Langaarda Marinius - 
były parobek w Ladefoss, zwolniony 

z pracy   

Aslak Sorensen - mieszka w lesie w chatce drwala 
Thorstein i Hogne - bracia przybyli niedawno do sierocińca, 

mają pięć i siedem lat 

Państwo  Angelsten  -  małżeństwo  opiekujące  się  ubogimi i 

osieroconymi dziećmi 

Wdowa Lucie Archer - matka nowego dziedzica   
Rosenlowe  Victoria  -  
najmłodsza  córka  wdowy  Lucie 

Archer Pan Lothe - artysta malarz 

background image


 
Akselowi zaczęła powracać pamięć, ale nie całkiem. Czuł się 

mocno zdezorientowany. Co się wydarzyło? 

Wciąż czuł w głowie pulsujący ból. Lęk przeszywał jego ciało 

i nie był w stanie się ruszyć. 

Czy został ranny? 
Leżał spokojnie i czekał, starając się wybadać sytuację. 
Głowa  go  bolała,  ale  nie  w  taki  sposób,  nie  był  to  ten  sam 

przeszywający, silny ból, który zdarzał mu się przed operacją. 

Leżał jeszcze przez chwilę bez ruchu, ale zaczął czuć, jaki był 

przemarznięty. Ta część twa- 

background image

rzy, która leżała w śniegu, była całkiem odrętwiała. 
W  oddali  usłyszał  ciche  parskanie  Solvbrose.  Nagle  ktoś 

sypnął mu śniegiem w twarz i jego myśli przejaśniły się. Co się 
stało? 

Chciał otworzyć oczy, kiedy poczuł na twarzy coś mokrego. 

Próbował odepchnąć to dłonią, gdy zrozumiał, co to było. Pies. 
To pies lizał go po twarzy. Tylko pies mógł mieć taki zapach. 
Próbował się wyrwać, ale bestia nie chciała przestać. 

- Shep - usłyszał męski głos. Wściekłość sprawiła, że z trudem 

zaczął się podnosić. Wiedział, do kogo należał ten głos! 

Sorensen gwizdnął na psa, który na szczęście gdzieś odbiegł. 
- Potrzebuje pan pomocy, panie Gimle? Sorensen stał nad nim 

z wyciągniętą dłonią. 

Aksel  spojrzał  na  niego  ze  złością.  -  Nawet  nie  próbuj 

udawać, ty oszuście! - syknął, starając się stanąć. 

background image

Twarz Sorensena ściągnęła się, a jego dłoń opadła. Bez słowa 

zaczął iść dalej. Na plecach miał strzelbę oraz skórzaną torbę, 
podobną do tej, którą Aksel widział wcześniej pod drzewem. 

-  Sorensen!  -  zawołał  Aksel  za  mężczyzną,  który  nie 

zamierzał  się  zatrzymywać.  -  Tak,  teraz  idziesz,  nie  jesteś 
mężczyzną  nawet  na  tyle,  żeby  powiedzieć  mi  w  twarz,  co 
takiego złego zrobiłem! 

Nie  bał się tego samotnika, który chwilę wcześniej  skrywał 

się  za  płóciennym  workiem  czy  czymś  podobnym,  co 
naciągnął na głowę, żeby ukryć twarz. 

Sorensen  zatrzymał  się.  Stał  przez  chwilę  w  miejscu,  a 

zdyszany Aksel czekał, aż się obróci. 

- Mówiłem to już pana córce, panie Gimle - Sorensen zaczął 

mówić  wysokim,  pełnym  złości  głosem,  zanim  powoli  się 
odwrócił.  -  I  powiem  to  raz  jeszcze:  jeśli  chce  pan  się 
dowiedzieć, kto zastawia sidła w pana lesie, powinien pan po 

background image

szukać  wśród  swoich  własnych  ludzi!  Głos  mężczyzny 

grzmiał w cichym, zimowym lesie. 

- Jak śmiesz? - odwarknął Aksel i zaczął iść w jego stronę, ale 

zatrzymał  się  na  widok  podbiegającego  psa.  -  Obwiniasz 
któregoś z moich ludzi o kłusownictwo? Splunął w śnieg, żeby 
pokazać, co sądzi o takich bezpodstawnych oskarżeniach. 

Sorensen wzruszył ramionami. - To nie  moja  sprawa, panie 

Gimle. Zamilkł, spojrzał na Aksela zza zmrużonych powiek i 
wskazał  dłonią  swoje  własne  czoło.  -  Jeśli  mogę  coś 
zasugerować, powinien pan pójść do domu i opatrzyć ranę. 

Aksel dotknął czoła. Dłoń natychmiast pokryła się krwią. 
Podniósł  głowę,  żeby  odpowiedzieć,  ale  Sorensen  gdzieś 

przepadł. 

Aksel rozejrzał się dookoła. Jak mógł tak po prostu zniknąć? 

Rozwiał się niczym dym! 

Opanowała go złość. Przepadł tak samo cicho, jak cicho się 

pojawił. 

Widok Sorensena skrywającego twarz prze- 

background image

raził go prawie do nieprzytomności, rozumiał, że mężczyzna 

był niebezpieczny. 

Samotnik zabił przecież kiedyś człowieka. 

Abelone  westchnęła  zniecierpliwiona.  -  Musisz  siedzieć 

spokojnie,  ojcze  -  upomniała  go.  Dziwiło  ją,  że  dorosły 
mężczyzna  mógł  być  tak  nieporadny,  gdy  przychodziło  do 
opatrywania rany. 

Ojciec spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi, ale nic nie 

powiedział. 

-  A  więc  sądzisz,  że  to  Sorensen  cię  napadł?  -  spytała 

zamyślona Abelone. Chwilę  wcześniej  ojciec  powrócił  lasu i 
przeraziła  się,  gdy  zobaczyła,  jak  zakrwawiona  była  jego 
twarz, ale teraz, gdy opatrywała ranę, widziała, że na szczęście 
była ona dość niewielka. 

Ojciec  parsknął.  -  A  któż  inny  mógłby  to  być?  Musiał 

widzieć, jak przeglądam rzeczy w jego torbie i przestraszył się, 
że  mógłbym  odkryć,  iż  to  on  jest  kłusownikiem.  Może 
obserwował mnie rów- 

background image

nież  przez  jakiś  czas,  skąd  mogę  wiedzieć.  Zadał  sobie  w 

każdym razie trud, żeby skryć twarz. 

Abelone  wzdrygnęła  się.  Rozumiała,  że  ojciec  był 

przerażony,  a  nie  było  to  takie  częste.  -  I  był  tam,  kiedy 
ponownie  doszedłeś  do  siebie?  -  spytała.  Uważała,  że  cała 
sprawa była dziwna. 

Ojciec  pokiwał  głową.  -  Najpierw  przyszedł  jego  pies,  a 

później sam Sorensen. 

Abelone zastanowiła się. - Ale dlaczego miałby czekać, aż się 

ockniesz? 

Ojciec  spojrzał  na  nią  zdenerwowany.  -  Nie  wiem!  Wiem 

jedynie, że ktoś mnie uderzył i kiedy doszedłem do siebie, był 
tam Sorensen. Poza tym miał taką torbę, którą tam widziałem. 
Nie był też szczególnie miły. 

to nie wątpiła. 
-  Sądzę,  że  powinieneś  porozmawiać  z  lensmannem  - 

powiedziała Abelone i skończyła opatrywać ranę. Przestała już 
krwawić, więc ojciec nie potrzebował bandaża. 

Ojciec wstał i parsknął. - Tak jakby on mógł w czymś pomóc. 

Nie dowiedział się nawet, gdzie 

background image

znajduje się Marinius. Gdyby się wysilił, już by go znalazł. 
Abelone wiedziała, jak bardzo ojciec był rozczarowany tym, 

że parobek do tej pory uniknął kary za napaść na nią i za to, 
czego dopuścił się w stajni, ale obawiała się, że lensmann nie 
może wiele zrobić. 

- O nie! - krzyknęła nagle Bera. Stała przy kuchennej ladzie i 

kroiła solone mięso na obiad. 

Abelone spojrzała na nią. - Co się stało? 
Bera  zasłoniła  dłońmi  usta,  musiała  zobaczyć  na  podwórzu 

coś,  co  ją  przestraszyło.  -  To  Sofie  -  powiedziała  szybko.  - 
Niosła wodę, ale poślizgnęła się na lodzie i upadła na zadek! 

Abelone pospieszyła do okna. Bera miała rację. Sofie leżała 

na plecach, a nosidło i wiadra leżały na niej. Na pewno była 
również mokra. 

Wybiegła na schody i szybko przekonała się, że nic dziwnego, 

iż  Sofie  się  przewróciła.  Czuła,  że  nawet  schody  były 
oblodzone. 

W tej samej chwili zobaczyła wjeżdżającego 

background image

na dziedziniec Gregera. Zeskoczył z końskiego grzbietu, gdy 

tylko zauważył podnoszącą się z ziemi Sofie. 

- Proszę, pozwól, że ci pomogę - uśmiechnął się i wyciągnął 

rękę do służącej. Chwyciła ją, cała zarumieniona. 

Abelone odetchnęła z ulgą. Na szczęście nie wyglądało na to, 

żeby  Sofie  mocno  się  potłukła  i  całe  szczęście. Starczyło  im 
wypadków jak na jeden dzień. 

- Potłukłaś się? - spytała niespokojnie. Sofie uśmiechnęła się i 

pokręciła głową. - Ani 

trochę - odparła i skierowała nieśmiałe spojrzenie na Gregera, 

który przyglądał się jej z niepokojem. 

- Jesteś pewna? Widziałem jak upadłaś, musiałaś sobie potłuc 

plecy? - spytał zarządca. 

Sofie pokręciła głową z uśmiechem, odgarniając nerwowo za 

ucho kilka rudych loczków. - Ani trochę, panie Langaard. 

Greger uśmiechnął się do niej i podniósł nosidło oraz wiadra. 

- Pozwól mi przynajmniej 

background image

pomóc sobie przy ponownym napełnianiu wiader. 
Skinął  głową  Abelone  i  poszedł  wraz  z  Sofie  w  kierunku 

domku  studziennego.  Służąca  zdawała  się  nie  przejmować 
tym,  że  jej  fartuch  się  zmoczył.  Abelone  przez  chwilę 
spoglądała za nimi. Sofie stała się dorosłą kobietą, latem koń-
czyła dziewiętnaście lat i nigdy nie widziała jej w towarzystwie 
chłopca. Dziwiło ją to, bo Sofie była słodką i pracowitą młodą 
dziewczyną. 

Sofie  stała  w  drzwiach  domku  studziennego,  gdy  Greger 

napełniał  wiadra.  Abelone  weszła  do  domu.  Zauważyła,  że 
Sofie rumieniła się, kiedy Greger zwracał na nią uwagę, ale nie 
była pewna, czy zarządca wkładał coś więcej niż uprzejmość i 
serdeczność w uwagę, jaką jej okazywał. Był w końcu sporo 
starszy od Sofię, sądziła, że musiał się zbliżać do trzydziestki. 
Żadnej kobiety, co prawda, nie miał, a przynajmniej nic o tym 
nie  wiedziała,  ale  nie  była  pewna,  czy  Sofie  byłaby 
odpowiednia dla mężczyzny takiego jak on. 

background image

W  zasadzie  było  osobliwe,  że  zarządca  nie  był  z  nikim 

związany.  Był  postawny,  miły,  a  także  pracowity  i 
prawdopodobnie  pastor  Munthe  dobrze  mu  płacił  za 
wykonywaną pracę. 

- Potłukła się? - spytała zaniepokojona Bera. 
-  Będzie  pewnie  miała  siniaki,  ale  nic  się  jej  nie  stało  - 

uspokoiła ją Abelone. 

Bera  wyjrzała  przez  okno.  Abelone  zauważyła  wymowny 

uśmiech,  który  pojawił  się  na  jej  twarzy,  gdy  zobaczyła 
Gregera  i  Sofie  idących  przez  dziedziniec.  -  No  popatrz  - 
mruknęła nie przestając kroić mięsa. 

Abelone spojrzała na nią. - Co masz na myśli? 
Bera uśmiechnęła się przebiegle. - Tylko tyle, że zdaje mi się, 

iż  Sofie  ucieszyła  się  z  pomocy  tego  młodego  człowieka  - 
odparła cicho i kiwnęła głową w kierunku Gregera. 

Abelone  podeszła  do  okna.  Stali  teraz  przy  schodach  i 

rozmawiali.  -  Nie  zwróciłam  na  to  uwagi  aż  do  dzisiaj  - 
powiedziała zamyślona. 

Bera uśmiechnęła się i westchnęła z rezygnacją. - Wiem, że 

sama nie myślisz o takich rze- 

background image

czach, ale serce Sofie przez całą jesień biło mocno dla tego 

chłopaka. 

Abelone wyjrzała ponownie na dziedziniec. Bera miała rację - 

że  też  nie  zwróciła  na  to  wcześniej  uwagi!  Twarz  Sofie 
promieniała, a ona sama śmiała się głośno, nieco za głośno, z 
czegoś, co powiedział Greger. 

Musi bardziej uważać na to, co się wokół niej dzieje. 
Może  była  zbyt  zajęta  Małym  Erikiem,  młodszym 

rodzeństwem i domem. 

- Chciałem tylko jeszcze raz panu podziękować, panie Gimle - 

powiedział  Greger  i  zwrócił  się do  Abelone.  -  Pani  też,  pani 
Ladefoss. 

Zarządca,  w  ramach  podziękowania  za  opiekę  nad  ojcem

przywiózł Akselowi butelkę koniaku. 

-  Zadbałem  dzisiaj  o  to,  by  ojciec  mógł  zamieszkać  w 

gospodarstwie w sąsiedniej wsi, 

background image

gdzie będzie miał taki nadzór i opiekę, na jakie zasługuje. 
Aksel  pokiwał  głową.  -  Dobrze  to  słyszeć.  Pilnowanie  ojca 

przez  całą  dobę  musi  być  dla  pana  męczące,  żeby  nie 
powiedzieć niemożliwe. 

Greger przeciągnął dłonią po włosach i pokiwał głową. - Ma 

pan rację. 

Sofie weszła w tej samej chwili do salonu, żeby podać kawę. 

Abelone  śledziła  ja  wzrokiem.  Tak,  Bera  miała  rację.  Sofie, 
która, co prawda, zwykła się często rumienić, była wyjątkowo 
czerwona  na  policzkach.  Abelone  zauważyła  jej  niespokojny 
wzrok  i  nieco  nerwowy  sposób,  w  jaki  nalewała  kawy  do 
filiżanek. 

Greger natomiast zdawał się ledwo ją dostrzegać. 
- Panie Gimle - jeśli mogę zauważyć - krwawi panu czoło - 

powiedział nagle. 

Abelone  wstała  pospiesznie.  Greger  miał  rację.  Rana 

ponownie zaczęła krwawić. 

Ojciec gestem polecił jej, by usiadła i zado- 
 

background image

wolił  się  wytarciem  czoła  chustką.  Zdawało  się,  że 

powstrzymywało to krwawienie. 

-  Rana  nie  jest  duża,  ale  za  to  głęboka  -  powiedziała  lekko 

zaniepokojona  Abelone.  Nie  podobało  jej  się,  że  zaczęła 
ponownie krwawić. - Może powinniśmy ją zaszyć. 

Ojciec parsknął cicho. - To na pewno nie jest konieczne. 
Greger zmarszczył czoło. - Zranił się pan? 
Aksel  zaprzeczył,  ale  po  chwili  zaczął  opowiadać  przebieg 

wydarzeń z lasu. 

Zarządca  pokręcił  głową.  -  Tak,  z  tym  Sorensenem  nie  ma 

żartów, to pewne. 

Aksel spojrzał na niego. Krew przestała już płynąć z rany. - 

Tak pan mówi? Wie pan coś o nim? 

Greger zwlekał z odpowiedzią. - Wie pan, on został w Szwecji 

skazany  za  zabójstwo.  Mówi  się,  co  prawda,  że  był  to  efekt 
bójki,  ale  tak  czy  inaczej,  zabił  człowieka.  Poza  tym  bywa 
nerwowy i drażliwy oraz, jak pan z pewnością sam zauważył, 
często ucieka się do rękoczynów. 

 

background image

Aksel  podniósł  filiżankę.  -  To  na  pewno.  Nigdy  go  nie 

lubiłem  i  najchętniej  bym  widział,  jak  opuszcza  wieś,  ale 
lensmann Austad mówi, że pracuje dla nowego właściciela w 
Rosenlowe i ma pełne prawo do przebywania w chacie. 

Z  kuchni  dobiegł  ich  hałas  i  Abelone  podniosła  się.  Czy 

chciała,  czy  nie,  była  zmuszona  wracać  do  pracy,  by 
przygotować  obiad.  -  Jeśli  pan  pozwoli,  panie  Langaard  - 
przeprosiła i poszła do kuchni. 

To Bera nie miała szczęścia. - Chciałam wejść na stołek, żeby 

zdjąć półmisek na ziemniaki, ale upuściłam go, kiedy chciałam 
zamknąć  drzwiczki  -  wyjaśniła  niepocieszona  i  zaczęła 
zamiatać rozbite kawałki. 

Abelone podeszła do niej. - Pozwól mi to zrobić - poprosiła, 

ale Bera nie chciała jej dopuścić. 

- Sama to zrobię, ale może przyniesiesz inny półmisek, stoi w 

szafce w kredensie. 

Abelone  weszła  do  kredensu  i  chciała  wyjąć  półmisek,  gdy 

usłyszała cichą, wypełnio- 

 

background image

ną chichotem rozmowę między Sofie a Maline. Młode służące 

stały w jadalni, ale nie zamknęły drzwi. 

-  Specjalnie  upadłaś?  -  usłyszała  głos  Maline.  Abelone 

nadstawiła uszu. 

Sofie  zdusiła  śmiech.  -  Tak,  widziałam,  że  nadjeżdża  i 

pomyślałam,  iż  muszę  go  skłonić  do  tego,  żeby  na  mnie 
spojrzał. On przecież nigdy nie zwraca na mnie uwagi! 

Maline  roześmiała  się  cicho.  -  Jedyne,  co  on  widzi,  to  pani 

Abelone, ale ona chyba sama o tym nie wie. 

Abelone zrobiło się gorąco i wstrzymała oddech. Cóż to miało 

być? 

- Nie sądzę - powiedziała Sofie obrażonym głosem. - Był taki 

miły, kiedy mi pomagał i uśmiechał się do mnie, kiedy staliśmy 
i rozmawialiśmy przy schodach. Dlaczego inaczej miałby być 
taki miły? 

Abelone  wzięła półmisek  i  wróciła  do  kuchni.  Ta  rozmowa 

sprawiła, że zrobiło jej się nieprzyjemnie i gorąco. Poza tym 
nie miały racji. 

 

background image

Greger  nie  okazywał  jej  nadzwyczajnej  uwagi  -a  może 

jednak? 

Poszła do spiżarni, żeby by być samą. 
Dlaczego tak drżały jej dłonie, kiedy zaczęła porządkować na 

półkach butelki z sokiem? 

I o co chodziło z Sofie? Czy naprawdę upadła celowo, żeby 

zwrócić na siebie uwagę Gregera? 

Westchnęła i pokręciła głową. 
Co też te młode dziewczyny potrafiły wymyślić! 
Greger spojrzał na ojca, który siedział po drugiej stronie stołu 

kuchennego. Bujał się lekko w przód i w tył. Odrobina śliny 
wyciekała  z  kącika  ust,  policzki  miał  obwisłe,  a  włosy  po-
targane. Ojciec nie potrafił nawet zadbać o siebie, a on nie był 
w  stanie  robić  tego  za  niego.  Jedyne,  do  czego  mógł  go  od 
czasu do czasu zmusić, to branie kąpieli. 

- Rozumiesz co mówię, ojcze? - spytał. 
Sądził, że ojciec nie słuchał go, kiedy mówił. 
 

background image

Często  tak  bywało.  Uważał  też,  że  ojciec  nigdy  nie 

interesował  się  nim  specjalnie.  Nie  zajmował  się  swoim 
własnym  synem,  zostawił  go  rodzinie  zmarłej  żony.  Aż  do 
teraz,  gdy  sam  był  zależny  od  opieki  i  pomocy,  ojciec  nie 
chciał go znać. Teraz było już po wszystkim. Decyzja została 
podjęta. 

-  Jedziemy  jutro  rano  do  gospodarstwa,  ojcze.  Musisz 

spakować swoje rzeczy. 

- Ojcze, rozumiesz, co mówię? - powtórzył i poczuł, jak górę 

bierze w nim zniecierpliwienie. 

Ojciec  podniósł  powoli  głowę  i  spojrzał  na  niego 

bezbarwnymi oczami. - Tak. 

Greger  zdusił  w  sobie  kąśliwą  odpowiedź.  Czy  to  było 

wszystko, co ojciec miał do powiedzenia? 

Podniósł  się  ciężko.  Ci,  którzy  znali  ojca,  myśleli,  że  był 

biednym,  bezbronnym  starym  człowiekiem,  ale  on  go  znał  i 
wiedział lepiej. Jego umysł był może powolny, ale to nie było 
wszystko. 

 

background image

Jak  ojciec  mógł  przez  te  wszystkie  lata  skrywać  tajemnicę, 

którą odkrył tego lata? 

To było niczym ostatni, bolesny cios. 
- Jak mogłeś mnie porzucić, ojcze? - spytał cicho. -1 zostawić 

mnie rodzinie matki? Musiałeś widzieć, jak mi tam było. 

Obserwował  twarz  ojca,  mając  nadzieję  na  odpowiedź,  ale 

wiedział, że jej nie uzyska. Wiele razy w ostatnim czasie pytał 
o to ojca, który przed śmiercią miał go opuścić. Doktor Greni 
powiedział, że powoli będzie coraz więcej zapominać, ale nie 
miał racji w jednej kwestii. 

Ojciec nigdy nie mówił o swoim dzieciństwie ani dorastaniu. 

Zamiast tego opowiadał o pierwszym pobycie w Ameryce, o 
pieniądzach, które zarobił i o tym, jak podziwiali go inni. 

W tych chwilach przypominał sobie ojca takiego, jakim był te 

kilka razy, gdy przyjeżdżał w odwiedziny na farmę, na której 
mieszkał. Ojciec był hojny w trakcie swoich wizyt, ale rodzinie 
matki nie podobało się, jak obnosił się ze swoim bogactwem. 
Uważali, że chci- 

background image

wość była grzechem i podejrzewali, że spotka go kara boska. 
Greger  nie  wierzył  już  w  Boga,  minęło  wiele  lat  od  czasu, 

kiedy  zwrócił  się  do  Niego  z  modlitwą.  Bóg  nigdy  go  nie 
słuchał,  dlaczego  więc  teraz  miałby  w  Niego  wierzyć?  Poza 
tym tyle razy był karany w imię Boga, że przestał wierzyć w 
boską dobroć, o której tak wiele się mówiło. 

Wuj  i  ciotka  nigdy  nie  mieli  nic  dobrego  do  powiedzenia  o 

ojcu,  nie  ukrywali,  że  jego  matka  popełniła  wielki  błąd 
wychodząc za niego. On sam podziwiał ojca, był pełen nadziei, 
prosił i błagał, by ojciec pewnego dnia zabrał go ze sobą, ale 
skończyło się tylko na obietnicach. Zawsze było coś, co stało 
na drodze i tak mijały lata. 

Nie wiedział, na co miał nadzieję, kiedy zaproponował ojcu 

pokój, gdy starzec potrzebował pomocy i opieki. 

Nie było w każdym razie tak, jak się spodziewał. 
Spojrzał  na  ojca,  który  zacisnął  palce  na  stole.  -  Ptaki?  - 

powiedział swoim słabym, łamią- 

background image

cym  się  głosem.  On,  który  niegdyś  wypełniał  samą  swoją 

obecnością cały pokój. Nie był wysokim mężczyzną, ale było 
w nim coś, co sprawiało, że ludzie milkli i słuchali, gdy mówił. 

Greger  sądził,  że  to  dlatego  tak  dobrze  radził  sobie  w 

interesach, ale to samo doprowadziło również do jego upadku. 
Ojciec nie należał do ludzi, którzy lubili słuchać innych. 

Pokręcił głową. - Nie, ojcze. Nie możesz zabrać ptaków. Oni 

nie chcą ptaków w gospodarstwie. 

To było jedyne, co potrafiło wywołać w ojcu jakąś reakcję. 

Jego ukochane ptaki. Kochał je bardziej niż własnego syna. 

O ile w ogóle kiedykolwiek go kochał. 
Ojciec  podniósł  się,  widział  jak  wściekłość  pojawia  się  na 

jego starczej twarzy. - Muszę zabrać moje ptaki! - jego głos był 
jednak słaby. 

Greger  pokręcił  głową.  -  Nie  ojcze.  Ptaki  zostaną  tutaj  - 

odpowiedział spokojnie. 

Nie  był w stanie  dłużej o tym rozmawiać, wszedł do izby i 

usiadł z gazetą, którą dostał od pastora Munthe. Jego samego 
nie było stać na gazety. 

 

background image

Ojciec ciężkim krokiem przyszedł za nim. 
Greger podniósł na niego wzrok. Miał nadzieję, że nie będzie 

dłużej marudził o ptakach, bo sprawa była postanowiona. 

Wodził  za  nim  wzrokiem.  Ojciec  podszedł  do  klatki  i 

wyciągnął z niej cytrynowożółtego ptaka, usiadł na krześle i z 
miłością gładził palcami miękkie piórka. Ptak ćwierkał cicho, 
tak jak zawsze, kiedy do niego przemawiał. 

Ojciec przynajmniej się uspokoił, zazwyczaj tak było, kiedy 

zajmował się swoimi ptakami. 

Ponownie  zabrał  się  do  czytania,  chociaż  gazeta  miała  już 

kilka  tygodni.  Lubił  czytać  czasopisma,  które  od  czasu  do 
czasu dostawał od księdza. 

- Zrobię to dla ciebie. 
Greger  podniósł  wzrok.  Głos  ojca  nagle  stał  się  wyraźny, a 

spojrzenie bystre. 

Szybki ruch, ciche chrupnięcie. Ćwierkanie ustało. 
Głowa ptaszka zawisła bezwładnie w dłoni starca. 

background image

 

 
Był  drugi  dzień Nowego  Roku  i  zimno  kąsało  w  nos,  kiedy 

woźnica  wyjechał  saniami  z  lasu  w  kierunku  przesmyku. 
Dobiegało  tam  zimno  znad  fiordu,  biała  para  unosiła  się  nad 
lodem  niczym  ramiona  trolla,  ulatywała  nad  ląd  i  kładła  się 
niczym welon nad niskimi, ośnieżonymi wzgórzami i polami. 
Zapadał powoli zmrok, kiedy zachodziło słońce, szybko robiło 
się zimniej. 

Blanche  przyciągnęła  Helene  Augustę  bliżej  do  siebie  pod 

owczą skórą. - Zimno ci? - spytała niespokojnie. 

Córka  podniosła  na  nią  wzrok.  -  Nie,  mamo.  Głębokie 

dołeczki  pojawiły  się  na  jej  zdrowych,  zaczerwienionych 
policzkach. 

background image

Blanche  odwzajemniła  uśmiech.  -  Miło  było  pojechać  w 

odwiedziny? 

Helene Augusta pokiwała żywo głową. Odwiedzili jednego z 

partnerów  handlowych  Alfa,  który  mieszkał  w  Rigshoug, 
spotkanie było przyjemne i wesołe. Mieli dwunastkę dzieci, z 
których  najmniejsze  było  rok  młodsze  od  Helene  Augusty, a 
najstarsze szło do konfirmacji. Był to dobry dom do odwiedzin. 
Myślała, że będzie w nim wiele hałasu przy tylu dzieciach, ale 
ich  rodzice  byli  spokojnymi  ludźmi,  a  ich  opanowanie 
najwyraźniej udzielało się dzieciom, które sprawiały wrażenie 
wesołych i zgodnych. 

Inaczej  było  z  dziećmi  z  Angelsten,  pomyślała,  kiedy 

zobaczyła piękny, pomalowany na biało dom na brzegu zatoki, 
nieopodal przesmyku. 

Wspólnik Alfa znał to małżeństwo, a Blanche wykorzystała 

okazję, żeby skierować rozmowę właśnie na nich. Dowiedziała 
się,  że  stworzyli  swoją  własną  grupę  wyznaniową,  ponieważ 
uznali, że Kościół państwowy był zbyt liberalny. Mówiono, że 
chcieli nawracać na prawdzi- 

 

background image

we,  chrześcijańskie  wartości.  Blanche  zrozumiała,  że 

znajomy Alfa nie przepadał za nimi, poza tym Angelstenowie 
trzymali się razem z innymi członkami grupy, jak opowiadał. 
Pozostali  chrześcijanie  nie  byli  dla  nich  najwyraźniej 
wystarczająco dobrzy, nie chcieli znajdować się pod wpływem 
ich bezbożnego trybu życia. 

- Myślisz o dzieciach z Angelsten? - spytał cicho Alf. 
Blanche  pokiwała  powoli  głową.  -  Wiem,  że  nie  jest  im 

dobrze. 

Alf  zastanowił  się  nad  tym.  -  Jest  im  lepiej  niż  przedtem, 

Blanche.  Żadnemu  dziecku  jeszcze  nie  zaszkodziło  surowe 
wychowanie. Poza tym chłopcy mogli przesadzać opowiadając 
o karach, które ich spotykały. Mrugnął do niej wesoło. - Może 
też być tak, że chłopcy nie powiedzieli nam o wszystkim, co 
zrobili,  skoro  państwo  Angelsten  czuli  się  zmuszeni  do 
wymierzenia im tak surowych kar. 

Blanche  spojrzała  na  niego  pytająco.  Wiedziała,  że  chłopcy 

powiedzieli jej prawdę i drę- 

background image

czyło  ją,  że  nie  mogła  nic  zrobić  dla  dzieci,  które  tam 

mieszkały.  Nie  mogła  zapomnieć  małej,  rudej  dziewczynki, 
Frederikke, którą zobaczyła przelotnie, gdy była tam ostatnio. 
Było coś w powadze, którą miała w oczach, co ją poruszyło. - 
To  źle,  że  im  nie  pomagam  -  powiedziała,  spoglądając  na 
zabudowania gospodarstwa. 

- Zrobiłaś, co mogłaś, Blanche - powiedział pocieszająco Alf. 

-  Tak  długo,  jak  komisja  do  spraw  ubogich  uważa,  że 
Angelsten  jest  dla  dzieci  dobrym  miejscem,  musisz  w  to 
wierzyć. 

Blanche  westchnęła,  ale  słowa  Alfa  nie  zmieniły  tego,  co 

czuła, gdy sanie mijały gospodarstwo. 

Czuła, że zawiodła dzieci, które tam mieszkały. 
Frederikke  pamiętała,  jak  płakał  Gustav,  kiedy  musiał  stać 

boso na śniegu przed Bożym Narodzeniem, ale nie rozumiała 
wtedy, dlaczego płakał później. 

Teraz już wiedziała. Bolało ją tak, że aż było 
 

background image

jej niedobrze, na szczęście ciepłe okłady nieco pomagały. 
- Ciągle cię boli? - spytała gospodyni i spojrzała na nią. 
Frederikke pokiwała głową. Bolało ją całe ciało, ale najgorzej 

było ze stopami. 

Gospodyni  ponownie  zanurzyła  ścierkę  w  misce  z  wodą, 

wykręciła  ją  i  położyła  na  czerwonych  jak  ogień  stopach 
Frederikke.  Widziała,  że  z  początku  były  białe  i  to  ją 
zaniepokoiło, ale po chwili zaczęły się robić czerwone i wtedy 
też bardziej bolały. 

Gospodyni położyła dłonie na ścierce, ogrzewając jej stopy. 
Było  coś,  czego  Frederikke  nie  rozumiała.  Gospodyni 

wiedziała, jak bardzo bolały stopy po tym, jak się stało na boso 
w  śniegu,  dlaczego  więc  nie  kazała  pani  Angelsten  z  tym 
skończyć? 

Przeciągnęła  wierzchem  dłoni  po  policzkach,  łzy  nie 

przestawały płynąć. To był pierwszy raz, kiedy musiała stać na 
zewnątrz i wiedziała, że będzie bolało, bo inne dzieci płakały 

 

background image

bez przerwy, ale nie wiedziała o tym, że będzie bolało aż tak. 
Na  początku  wydawało  się  jej,  że  to  było  jak  chodzenie  po 

igłach, było tak strasznie zimno. Ale kiedy pani Angelsten ze 
złością powiedziała, że ma stać w miejscu, z czasem zaczęło ją 
boleć jeszcze bardziej. Poruszała placami, bo nie była w stanie 
stać całkiem bez ruchu, ale po pewnym czasie już nie bolało, 
tylko było przede wszystkim zimno. Poza tym przemarzła na 
kość  na  całym  ciele,  zanim,  co  było  dziwne,  zaczęło  jej  się 
robić  ciepło  w  stopy.  Nic  z  tego  nie  rozumiała,  ale 
przynajmniej  nie  bolało  jej  już  tak  straszliwie.  Wtedy  pani 
Angelsten powiedziała, że ma iść do środka, a ona prawie nie 
mogła poruszać nogami i zajęło jej to wiele czasu. Gospodyni 
stała gotowa z ciepłą wodą i ręcznikiem w pokoju dziecięcym, 
tak jak zawsze. 

Gospodyni  powiedziała,  że  woda  w  misce  była  letnia,  ale 

miała wrażenie, że jest wrząca, gdy wsunęła do niej stopy. 

Myśl o tym sprawiła, że łzy ponownie napły- 
 

background image

nęły jej do oczu, bo tak bardzo ją bolało, że wydawało się, iż 

serce stanie jej w piersi. 

-  Czy  zapamiętasz  teraz,  że  masz  więcej  nie  drażnić  pani 

Angelsten? - spytała cicho gospodyni. 

Frederikke spojrzała na nią niepewnie. Gospodyni była miła, 

ale  nigdy  nie  przeciwstawiała  się  państwu  Angelsten,  choć 
oboje potrafili być okropni. 

Nie  odpowiedziała,  choć  wiedziała,  że  to  niegrzeczne.  Na 

szczęście gospodyni nie zwykła się skarżyć. 

-  Wiesz,  pani  Angelsten  chce  dla  was  dobrze  -  ciągnęła 

gospodyni.  -  A  to,  co  dzisiaj  zrobiłaś...  Pokręciła  głową.  Jej 
oczy nagle nabrały surowego wyrazu. - Choć było ci żal przez 
to, co stało się z Gustavem, nie powinnaś była się w to mieszać. 

Frederikke  spoglądała  na  swoje  dłonie,  a  ciepło  powoli 

powracało do jej stóp. Gospodyni miała rację, sama też o tym 
wiedziała.  Nie  powinna  była  się  przejmować  tym,  jaką  karę 
dostał 

background image

Gustav,  ale  tak  bardzo  ją  bolało,  kiedy  usłyszała  jego 

zrozpaczony płacz, gdy pan Angelsten sięgnął po skórzany pas. 

- Teraz już lepiej? - spytała po chwili gospodyni. 
Frederikke pokiwała głową. - Dziękuję. 
Siedziała  na  brzegu  łóżka,  kiedy  służąca  sprzątała.  -  Nie 

zejdziesz  oczywiście  na  kolację,  tak  jak  powiedziała  pani 
Angelsten - dodała, kiedy była już gotowa i zamierzała wyjść z 
sypialni. 

Frederikke  pokiwała  głową  nie  podnosząc  wzroku.  Nie 

pomagało,  że  głos  gospodyni  był  smutny,  zresztą  nie  miała 
ochoty najedzenie. 

- Dziękuję - powtórzyła. 
Usłyszała, jak drzwi zamykają się cicho i skuliła się na łóżku. 

Stopy  wciąż  ją  paliły,  ale  ból  był  przynajmniej  do 
wytrzymania. 

Leżała  patrząc  w  ścianę,  na  słoje  na  żółto-brązowych 

panelach,  na  dziwne  wzory,  które  wyglądały  jak  kobiety 
ukrywające swe twarze w chustach. 

Czy kiedykolwiek miało być lepiej? Czy pań- 
 

background image

stwo Angelsten staną się kiedyś mili? Jeśli nie, to czy mogli 

przynajmniej  nie  karać  dzieci, kiedy te  nie  zrobiły  naprawdę 
nic  złego?  Pamiętała,  jak  wcześniej  jesienią  kilku  starszych 
chłopców  przemyciło  do  swojego  pokoju  jedzenie.  Dostali 
straszną karę, ale przynajmniej zrobili coś, co było zabronione. 
Gustav nigdy nie robił nic złego, poza tym, że nie mówił tak jak 
inni. A kiedy się bał, co zdarzało się zazwyczaj, gdy pani An-
gelsten była w pobliżu, żadne słowo nie chciało wyjść z  jego 
ust, choć bardzo się starał. Poza tym potrafił być równocześnie 
niezdarny, bo tak bardzo się bał. Tak jak tego dnia. 

Zacisnęła powieki na myśl o tym. Nie miał szczęścia i przez 

przypadek  jego  mała  książeczka  z  psalmami  wpadła  do 
stojącego  w  kuchni  wiadra  z  wodą.  Nie  widziała,  jak  to  się 
stało, ale inni powiedzieli jej, że on i inny chłopiec wpadli na 
siebie, a wtedy Gustav potknął się i upuścił książeczkę, którą 
trzymał  w  ręce.  I,  niestety,  nie  miał  szczęścia,  bo  wiadro  z 
wodą stało tuż obok. 

Otworzyła ponownie oczy, położyła się na ple- 

background image

cach  i  patrzyła  w  sufit.  Jak  się  czuł  Gustav  tego  wieczoru? 

Wiedziała,  że  gdy  pan  Angelsten  używał  pasa,  od  czasu  do 
czasu na plecach pojawiały się rany. A jeśli krwawił? Może go 
bolało?  Wiedziała,  że  Gustav  również  nie  dostał  tego  dnia 
kolacji, tak było zazwyczaj, kiedy zrobiło się coś złego. Jeśli 
się zrobiło coś naprawdę złego, nie dostawało się niczego poza 
wodą, aż do następnego dnia. 

Usiadła  na  łóżku  i  wyjęła  spod  poduszki  swoją  małą  harfę, 

usiadła opierając się plecami o ścianę i podciągnęła nogi pod 
siebie. Ostrożnie dmuchnęła w instrument i obserwowała po-
łyskujące, piękne metalowe rurki, które obijały się o siebie. 

Wiedziała, że nie powinna była biec do pana Angelsten, kiedy 

ciągnął  za  sobą  Gustava  do  gabinetu.  To  było  głupie  z  jej 
strony, przecież nie jest wystarczająco silna. Ale była po prostu 
tak zrozpaczona. 

Harfa  w  końcu  umilkła,  a  ona  powiodła  palcami  po 

metalowych rurkach. 

Pomyślała o ojcu, swoim dobrym ojcu, któ- 

background image

ry nigdy się nie złościł, ani na Gustava, ani na nią. W każdym 

razie nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek był zły. I te 
wszystkie  historie,  które  znał!  Tęskniła  za  jego  pięknymi 
opowieściami,  które  snuł,  zanim  brat  i  ona  poszli  spać.  O 
księżniczkach  z  Persji,  o  chińskich  gołębiach,  które  były 
posłańcami  cesarza  i  o  książętach  zaklętych  w  lwy,  ale 
najbardziej  lubiła,  kiedy  opowiadał  o  jej  matce.  Nigdy  nie 
poznała  matki,  która  umarła,  gdy  ona  była  jeszcze 
niemowlęciem, ale ojciec opowiadał o niej tak wiele, że mimo 
to  miała  wrażenie,  iż  ją  zna.  Ojciec  zawsze  mówił,  że 
odziedziczyła po matce piękne, rude włosy, a Gustav miał jej 
lśniące, niebieskie oczy. 

Odgłos  przy  drzwiach  sprawił,  że  nadstawiła  uszu.  Klamka 

przekręciła się ostrożnie, a piegowaty chłopięcy nos wsunął się 
do środka. 

Poderwała się z łóżka. - Gustav! - szepnęła. - Nie możesz tutaj 

być!  Przeraziła  się  na  myśl  o  tym,  co  powiedziałby  pan 
Angelsten, gdyby go tu zobaczył. - Wracaj do swojego pokoju! 

Była tak przestraszona, że prawie zaczęła płakać. 

background image

Gustav  uciszył  ją  i  zamknął  szybko  drzwi.  -  Państwo 

Angelsten  właśnie  wyjechali  -  powiedział  i  uśmiechnął  się. 
Brat  również  teraz  się  jąkał,  ale  nie  tak  bardzo,  jak  przy 
Angelstenach. 

- A reszta je? - spytała, wciąż zlękniona. Gustav spoważniał. - 

Chciałem tylko zobaczyć, jak się czujesz. 

Spróbowała  się  uśmiechnąć,  najlepiej,  jak  potrafiła.  -  Już 

mnie nie boli. 

Gustav  spojrzał  na  nią.  -  Nie  powinnaś  była  tego  robić. 

Chwycił jej dłoń. - Obiecujesz mi to? Że nigdy więcej tego nie 
zrobisz? 

Podniosła  wzrok  na  starszego  brata.  Nie  potrafiła  przestać 

płakać,  ale  nie  płakała  ze  względu  na  siebie.  Płakała  za 
Gustava. - Oni są dla ciebie tacy niedobrzy. 

Dobrze było poczuć, że brat ją obejmował. Nikt inny tego nie 

robił, nie od czasu śmierci ojca. 

- Obiecuję ci, że pewnego dnia stąd uciekniemy, Frederikke - 

szepnął w jej włosy. - Uciek- 

background image

niemy w inne miejsce, gdzie są dobrzy dorośli, którzy mogą 

się nami zająć. 

Puścił ją i uśmiechnął się. - Będziesz o tym pamiętać? A w 

tym czasie musimy być grzeczni, żeby państwo Angelsten nie 
musieli nas karać. 

- Ale ty nigdy nie jesteś niegrzeczny - zaprotestowała. - Ale i 

tak cię karzą. 

Brat odwrócił wzrok, ale po chwili ponownie spojrzał jej w 

oczy.  -  Obiecuję  ci,  Frederikke.  Pewnego  dnia  uciekniemy. 
Muszę tylko najpierw wiedzieć jak. 

Był taki dzielny! Wiedziała, jak to było, kiedy ktoś próbował 

uciec.  Pamiętała,  co  się  stało,  kiedy  Hogne,  brat  Thorsteina, 
przyszedł, by mogli razem uciec. Inne dzieci również zostały 
ukarane, by nikomu nie przyszło więcej do głowy zdecydować 
się na podobny krok. 

- Nie możemy tego zrobić - szepnęła cicho. Dolna warga brata 

zaczęła drżeć. 

-  Bolą  cię  plecy?  -  spytała  szybko.  Zamyślił  się.  -  Nie  za 

bardzo. 

- Mogę zobaczyć? 

background image

Gustav  wahał  się  przez  chwilę,  ale  następnie  odwrócił  się  i 

podciągnął koszulę. 

Dolna  część  pleców  była  czerwona,  ale  przynajmniej  nie 

krwawił. 

- Muszę iść - powiedział i podszedł do drzwi. 
Stali spoglądając na siebie, nie musieli nic mówić. W końcu 

wyszedł, a ona znowu była sama. 

Skuliła się ponownie na łóżku i schowała harfę pod poduszką. 
Zamknęła oczy i próbowała sobie przypomnieć, jak wyglądał 

pokój dziecięcy w domu, w którym mieszkali, gdy żył ojciec, 
wtedy, kiedy wieczorem nie była zbyt zmęczona i nie zasypiała 
natychmiast. 

Nie było to trudne. Pojedyncze łóżko, mały stolik pod ścianą 

przy  oknie,  piękne,  białe  zasłony  uszyte  przez  matkę,  jak 
mówił ojciec. 

O  jakim  opowiadaniu  powinna  pomyśleć?  Zdecydowała  się 

na to o perskiej księżniczce. 

Mogła niemal usłyszeć ciepły, pewny głos ojca, prawie czuła 

przyjemny zapach jego fajki. 

 

background image

Dawno, dawno temu była sobie piękna perska księżniczka. Jej 

włosy były czarne niczym węgiel, oczy złote niczym bursztyn... 

background image


 
Gospodarstwo Angelsten, 23 czerwca 1885 roku 
 
Frederikke  otworzyła  oczy.  Tak  bardzo  cieszyła  się  na  ten 

dzień! Cieszyła się tak, że prawie nie mogła spać w nocy. 

Spojrzała  na  dziewczynkę,  z  którą  dzieliła  posłanie,  ale  ta 

wciąż spała. 

Ostrożnie  wysunęła  się  z  łóżka,  uklękła  przy  jego  brzegu  i 

złożyła dłonie do porannej modlitwy. Ojciec nauczył Gustava i 
ją,  że  powinno  się  zawsze  odmawiać  poranną  i  wieczorną 
modlitwę,  poza  modlitwą  przy  stole  oczywiście  -  pan  i  pani 
Angelsten mawiali, że jest to chwalebne, 

background image

cokolwiek  by  to  miało  znaczyć.  W  każdym  razie  nie 

wyglądali na złych, kiedy to mówili. 

Nie chcąc zbudzić śpiącej dziewczynki, odmówiła modlitwę 

w myślach. Miała nadzieję, że Jezus nie będzie z tego powodu 
się gniewał. 

Podeszła do miski z wodą i zaczęła się myć. Dziś był dzień 

letniego przesilenia, wiedziała, że wieczorem będą świętować 
najjaśniejszą  noc  w  roku.  Pamiętała  poprzednie  lato,  kiedy 
jeszcze  żył  ojciec.  Chociaż  był  chory,  poszli  na  plażę,  gdzie 
płonęło ognisko, a dorośli tańczyli. Było tak wspaniale, ojciec 
kupił  im  nawet  rożek  z  cukierkami,  którymi  podzieliła  się  z 
Gustavem. 

Opłukała  twarz  zimną  wodą  i  wytarła  się  ręcznikiem.  Pani 

Angelsten powiedziała, że tego dnia będzie kasza na mleku, a 
poza tym niektóre dzieci mówiły, że tego wieczoru dostawały 
też ciasto i sok. 

Na  samą  myśl  o  kaszy  ciekła  jej  ślinka.  Marzyła  o  kaszy  z 

cynamonem i cukrem, i tym wspaniałym, roztapiającym się w 
niej maśle też. A do tego ciasto! Tak dawno nie jadła ciasta, aż 
od Bożego Narodzenia. 

background image

Cichutko podeszła do okna i delikatnie odsunęła firankę. Była 

pewna,  że  tego  dnia  będzie  świecić  słońce.  Już  je  widziała, 
choć było jeszcze wcześnie rano. Fiord był przejrzysty niczym 
lustro  i  spokojny,  kilku  rybaków  zbierało  swoje  sieci. 
Zauważyła, że o tej porze roku właściwie wcale nie robiło się 
ciemno. Było tak trudno zasnąć wieczorem, kiedy słońce wciąż 
świeciło,  pani  Angelsten  była  jednak  nieustępliwa,  musieli 
chodzić spać o zwykłej porze. 

Rzuciła  okiem  w  kierunku  domku  na  łodzie,  obok  którego 

ułożono  wielkie  ognisko  z  gałęzi  i  drewna  wyłowionego  z 
wody. 

Ten dzień miał być taki piękny! 
Oparła brodę na dłoni i podniosła wzrok na samotną gwiazdę, 

która wciąż nie zbladła mimo porannego światła. 

Myślała  od  czasu  do  czasu  o  ojcu  siedzącym  na  górze,  w 

niebie  i  obserwującym,  jak  ona  i  Gustav  sobie  radzą.  Miała 
nadzieję,  że  jego  zdaniem  zachowują  się  grzecznie,  choć 
państwo Angelsten nie zawsze tak uważali. Być może matka 

background image

była razem z ojcem? Wierzyła w to, bo wiedziała, że matka i 

ojciec bardzo się kochali. 

Myśl o rodzicach zasmuciła ją tak bardzo, że poczuła, jak łzy 

napływają jej do oczu. Ojciec bez przerwy powtarzał, że matka 
kochała Gustava i ją, ale teraz już nie miała żadnych rodziców i 
szybko pojęła, że państwo Angelsten nigdy nie pokochają ich 
tak, jak ojciec. 

Jedyne, co jej zostało na świecie, to Gustav. 
Opuściła zasłonę, otarła łzy i próbowała sobie przypomnieć 

wszystko, na co się tego dnia cieszyła. 

Mieli przecież tego wieczoru uczcić noc świętojańską! 
Blanche  zamknęła  koszyk  z  prowiantem  i  napojami  i 

spojrzała z uśmiechem na Signe i Line. - Wszystko gotowe? 

Siostry pokiwały głowami. Zdawało się jej, że cieszą się na 

świętowanie  nocy  świętojańskiej  w  Brzozowym  Zakątku  tak 
samo jak dzie- 

background image

ci.  Zrobili  to  również  zeszłego  lata;  zapakowali  prowiant  i 

pojechali do Brzozowego Zakątka, gdzie jedli i bawili się przy 
ognisku. Gdyby miała wystarczająco dużo miejsca, wszystkie 
dzieci mogłyby u niej nocować, ale dom był za mały. 

Signe odwróciła się do Line. - Zawołasz dzieci? 
Nie  było  wątpliwości,  że  dzieci  były  dziś  bardziej 

niespokojne  niż  zwykle,  Blanche  zauważyła  to  już,  gdy 
przybyła rankiem do sierocińca. 

Signe pomogła jej wynieść koszyki z prowiantem. Przy furtce 

do ogrodu stały dzieci, gotowe już do drogi, tylko najmłodsze 
musiały siedzieć w wózku. 

Blanche  podniosła  wzrok  na  niebo.  Było  niebieskie  i 

przejrzyste, takie jakie mogło być tylko w środku lata, kiedy 
powietrze pachniało jaśminem i delikatnymi różami oraz ciepłą 
trawą.  Było  tak  ciepło!  Rzadko  bywało  tak  gorąco,  jedynie 
wczesnym latem, ale będzie lepiej, kiedy dotrą do Brzozowego 
Zakątka.  Nad  morzem  oddychało  się  inaczej  niż  w  mieście, 
gdzie w naj- 

background image

cieplejsze dni powietrze prawie stało w miejscu. Może dzieci 

będą  mogły  się  również  wykąpać,  o  ile  woda  nie  będzie  za 
zimna. 

Mąż Signe pomógł najmłodszym dzieciom wsiąść do wózka, 

ale  Helene  Augusta  zaprotestowała,  kiedy  przyszła  kolej  na 
nią. 

- Elene Gusta pójdzie sama! 
Blanche  pokręciła  głową.  -  Wiesz  jak  to  daleko,  Helene 

Augusto - powiedziała z powątpiewaniem. 

Córka zawzięcie pokręciła głową, drobne usta zacisnęły się ze 

zdecydowaniem,  a  Blanche  nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć 
widząc, jak córka krzyżuje ramiona na piersi. 

Czasami  martwiła  się  tym,  jak  trudno  jej  będzie  poradzić 

sobie z Helene Augustą, kiedy będzie starsza, skoro już teraz 
była taką zdecydowaną młodą damą. 

Blanche  pokiwała  głową.  -Niech  tak  będzie,  skoro  masz 

ochotę  iść,  to  oczywiście  możesz.  Ale  wózek  i  tak  musiała 
zabrać, bo wiedziała, że córka nie zdoła przejść całej długiej 
drogi na piechotę. 

background image

Zamknęła  za  sobą  furtkę  ogrodową  i  spojrzała  z  dumą  na 

dzieci,  które  trzymając  się  za  ręce  szły  drogą.  Łącznie 
szesnaścioro oraz siedmiu chłopców Signe i Liny. 

To będzie piękny dzień dla nich wszystkich. 
Było  tak  wiele  dni  powszednich,  że  miło  było  mieć  jeden 

nieco szczególniejszy dzień. 

Frederikke  pociągnęła  raz  jeszcze  łyżką  po  dnie  miseczki, 

choć  wybrała  z  niej  już  całą  pyszną  kaszę.  Na  łyżce  została 
tylko odrobina kaszy, którą wsunęła powoli do ust, żeby móc 
się odpowiednio nacieszyć ostatnią łyżką. 

Spojrzała na miseczkę. Wciąż zostało w niej trochę kaszy, ale 

nie dało się jej zjeść, chyba że wylizałaby miskę, ale uznała, że 
nie byłoby to zbyt mądre. 

Rzuciła  okiem  na  inne  dzieci,  które  również  kończyły  jeść. 

Gdyby tak mogli jeść kaszę na mleku każdego dnia! Tęskniła 
już do następ- 

background image

nego  razu, ale tego wieczoru  mieli jeszcze  jeść ciastka  i pić 

sok,  które  z  pewnością  będą  smakować  równie  dobrze  jak 
kasza. 

Większość dzieci skończyła już jeść, gdy pan domu wszedł do 

kuchni. 

Zadrżała, kiedy go zobaczyła, bo rzadko się tam pokazywał, a 

w  każdym  razie  nie  w  trakcie  posiłków.  Państwo  Angelsten 
nigdy nie jedli z nimi, posiłki podawano im w jadalni. 

Wszyscy  wstali,  tak  jak  ich  nauczono.  Wiedziała,  że 

niegrzecznie  było  patrzeć  dorosłym  prosto  w  oczy,  ale  nie 
mogła  nie  zauważyć,  że  pan  Angelsten  wyglądał  na 
zdenerwowanego. 

Pan domu zatrzymał się przy kredensie i widziała niemal, jak 

jego złe oczy obserwowały każdego z nich po kolei. Gospodyni 
i służąca również zatrzymały się i wyczekiwały. 

Dlaczego nic nie mówił? Poczuła, że zaczynają się jej pocić 

dłonie. Czy ktoś zrobił coś złego? Rzuciła okiem na Gustava, 
który posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. Spuściła ponow- 

background image

nie  wzrok,  wiedziała,  że  niewiele  potrzeba,  by  wzbudzić 

niezadowolenie gospodarza. 

-  Chcę,  żeby  wszyscy  przyszli  do  mojego  gabinetu, 

natychmiast!  -  głos  pana  Angelstena  grzmiał  w  całej  kuchni, 
ostatnie słowo wypowiedział z naciskiem. I wyszedł. 

Skuliła  się  ze  strachu.  O  co  mogło  chodzić?  Nie  pamiętała, 

żeby  kiedykolwiek  wcześniej  wszyscy  zostali  wezwani  do 
gabinetu. Kiedy ktoś zrobił coś źle, a pani Angelsten chciała, 
by mąż zajął się tym biedakiem, winny był z reguły wzywany 
do gabinetu, ale dlaczego wszyscy mieliby tam pójść? 

W milczeniu opuścili kuchnię i poszli w kierunku gabinetu, w 

którym  pan  Angelsten  czekał  na  nich  za  swoim  dużym 
biurkiem. 

-  Ustawcie  się  w  rzędzie  -  polecił  surowo  i  głośno.  - 

Najmłodsze na prawym końcu. 

Minęło trochę czasu, zanim zajęli swoje miejsca, najmłodsze 

dzieci  potrzebowały  pomocy,  ale  na  koniec  zdawało  się,  że 
było już dobrze. Obok Frederikke stał nieco młodszy od niej 

background image

chłopiec, a z drugiej strony chłopiec starszy prawie o rok. W 

Angelsten  nie  było  wiele  dziewcząt,  poza  nią  tylko  dwie. 
Sądziła,  że  państwo  Angelsten  woleli  chłopców,  bo  byli 
bardziej pomocni w pracy w gospodarstwie. 

Wiedziała,  że  powinna  stać  z  dłońmi  ładnie  złożonymi  na 

fartuszku i pochyloną głową. Jej stopy stały jedna koło drugiej, 
tak jak wbiła im do głowy pani Angelsten. Na szczęście rano 
udało się jej starannie zapleść włosy, jej pokręcone loki trudno 
było opanować, ale zdawało jej się, że ładnie wyglądają. Nie 
sądziła  również,  by  pan  Angelsten  mógł  zarzucić  coś  jej 
czystości, gdyby wpadł na pomysł, żeby oglądać ich dłonie lub 
uszy. Ojciec zawsze kładł nacisk na to, by dokładnie się szo-
rowali. 

Usłyszała,  jak  nogi  fotela  szurają  o  podłogę,  kiedy  pan 

Angelsten wstał. Nie zrobiła nic złego, więc nie miała powodu, 
by się bać, ale mimo to bała się tak bardzo, że serce o mało nie 
wyskoczyło jej z piersi. 

background image

Odważyła  się  podnieść  wzrok,  kiedy  gospodarz  odszedł 

powolnymi  krokami  od  biurka  i  zatrzymał  się  przy  oknie, 
plecami do nich. Założył ręce na plecach i spoglądał na morze. 

Szybko spuściła wzrok. 
-  Przejdę  od  razu  do  rzeczy,  dzieci.  Pan  Angelsten  mówił 

głośno, a jego głos był poważny i zły. Odwrócił się i podszedł 
do dzieci szybkim krokiem. - Z wielkim bólem zauważam, że 
zmagania mojej żony oraz moje własne, by wychować was na 
dobrych chrześcijan, zdały się na nic. 

Frederikke przełknęła, poczuła, jak supeł w jej brzuchu staje 

się  coraz  większy.  Państwo  Angelsten  wiele  mówili  o  byciu 
dobrym  chrześcijaninem.  Nie  była  pewna,  co  to  znaczy,  ale 
rozumiała,  że  ma  to  związek  z  Biblią  i  dziesięciorgiem 
przykazań. Znała przykazania, przynajmniej w większości, ale 
pojęła,  że  w  byciu  dobrym  chrześcijaninem  chodziło  też  o 
wiele  innych  rzeczy,  które  niełatwo  jej  było  zrozumieć. 
Dawniej sądziła, że trzeba być miłym, ale mu- 

background image

siała się mylić. Państwo Angelsten nie byli mili, a zdawało się 

jej, że muszą być dobrymi chrześcijanami. 

Próbowała  zrozumieć,  czego  chce  pan  Angelsten,  bo  nie 

powiedział  nic  więcej.  Chodził  jedynie  przed  nimi  w  tę  i  z 
powrotem, nie patrząc na nikogo, nie mówiąc nic. Dłonie miał 
wciąż założone za plecami. 

Nagle zatrzymał się. - Bóg powiedział do Zachariasza - zaczął 

potężnym głosem, takim, jakim przemawiał w niedziele. - To 
jest  przekleństwo,  które  zawisło  nad  całym  krajem.  Według 
niego  zostanie  każdy  złodziej  i  każdy  krzywoprzysięzca  stąd 
wytępiony. 

Sądziła, że pan Angelsten mówił o czymś z Biblii. Nie była 

pewna,  co  ma  na  myśli,  ale  zdawało  jej  się,  że  mówił  o 
kradzieży i kłamstwie. Czy któreś z dzieci się tego dopuściło? 

Pan  domu  zaczął  ponownie  spacerować  w  tę  i  z  powrotem. 

Cisza  przerażała  ją,  a  poza  tym  zdawało  się  jej,  że  nigdy 
przedtem nie widziała pana Angelstena tak złego. 

background image

Zaczęła  drżeć,  gdy  zatrzymał  się  przed  nią.  Gdyby  tylko 

mogła zniknąć! Spoglądała na czubki swoich butów, a głowę 
miała pochyloną tak nisko, jak to tylko możliwe. 

- Ktoś ukradł mój złoty zegarek. 
Z  
trudem  powstrzymywała  płacz.  Czy  myślał,  że  to  ona 

ukradła jego zegarek, skoro stał tuż przed nią? Czuła się prawie 
tak, jakby mówił właśnie do niej. 

Nie  była  w  stanie  odetchnąć,  póki  nie  poszedł  dalej.  Teraz 

zatrzymał się przed jednym ze starszych chłopców. 

-  Nie  wiem,  które  z  was  to  zrobiło,  ale  wierzcie  mi,  winny 

uczyni najlepiej, jeśli teraz zrobi krok naprzód i się przyzna. 

Dobry Boże, nie pozwól mi się posiusiać. Nie teraz, nie teraz. 
Nagle  bardzo  zachciało  jej  się  siusiać,  ale  nie  mogła  w  tej 

chwili poprosić o pozwolenie, by pójść do toalety. Nie teraz, 
nie zanim to się skończyło. 

Kiedy zaciskała mocno nogi, było trochę lepiej. 

background image

Pan  Angelsten  podszedł  ponownie  w  jej  stronę.  Był  teraz 

blisko nich i poczuła zapach fajki, kiedy ją minął. 

Myślała,  że  pan  domu  powie  coś  więcej,  ale  zamiast  tego 

stanął za ich plecami. Nie rozumiała z początku dlaczego, ale 
nagle pojęła. 

Sprawdzał ich kieszenie. 
Stała  sztywno,  kiedy  podszedł  bliżej.  Dlaczego  zawsze 

chciało jej się siusiać, kiedy była na to nieodpowiednia pora? 
Nie była w stanie myśleć o niczym innym, musiała poprosić o 
wyjście, bo będzie jeszcze gorzej, jeśli się posiusia. 

Równocześnie nie śmiała zapytać. 
Teraz przyszła jej kolej, ale zauważyła, że pan Angelsten nie 

przeszukał  kieszeni  fartuszka  zbyt  dokładnie.  Być  może 
rozumiał, że nie mogła ukraść zegarka. 

Zaczęła prędko myśleć. Pomagało myślenie o czymś innym 

niż o tym, że chce się jej siusiać. 

Kto mógł ukraść złoty zegarek? 
Sądziła, że musiał to być któryś z chłopców. 

background image

Uważała, że żadna z dziewczynek nie byłaby tak bezmyślna. 
Od  niektórych  chłopców  trzymała  się  z  daleka, jeśli  mogła, 

podobnie jak Gustav. Nigdy jej nie dokuczali, ale było w nich 
coś, co sprawiało, że się ich bała. 

Gustav! pomyślała nagle. To nie mógł być przecież Gustav... 
Zrobiło jej się równocześnie gorąco i zimno. Jej brat Gustav 

nie mógł chyba ukraść złotego zegarka gospodarza? W ciągu 
zimy wiele razy mówił, że razem uciekną, ale żeby kraść

7

Nie, 

on by nigdy nie zrobił czegoś takiego, nie jej grzeczny brat. 

Odważyła się na niego spojrzeć. Stał z pochyloną głową, jak 

inni, a jego policzki były płomiennie czerwone. Wyglądał na 
przestraszonego. 

Z trudem łapała oddech. 
Czy to jednak jej brat ukradł zegarek? 
Zastanowiła się prędko. Złoty zegarek musiał być wart dużo 

pieniędzy.  Pieniędzy,  których  potrzebowali,  gdyby  chcieli 
uciec. 

background image

Wstrzymała oddech, gdy pan Angelsten podszedł do Gustava. 

Gospodarz stał przy nim dłużej niż w przypadku innych dzieci. 

Dobry Boże, niech to nie będzie Gustav! 
Odetchnęła, kiedy pan Angelsten poszedł dalej. Na szczęście 

nie chciało się jej już tak bardzo siusiać. 

Zrobiło  się  jej  nieprzyjemnie  na  myśl  o  tym,  jaką  karę 

dostanie ten, kto ukradł zegarek. Bała się, że będzie to gorsze 
niż cokolwiek, co widziała w Angelsten. 

Gospodarz  przeszukał  ostatniego  chłopca.  Był  niemal 

dorosły,  niedługo  kończył  czternaście  lat,  ale  pan  Angelsten 
nie znalazł nic również u niego. 

Pan  domu  podszedł  bez  słowa  do  drzwi.  Dopiero  kiedy  je 

otworzył, zwrócił się do nich. 

- Zostaniecie tutaj. 
W  tej  samej  chwili  weszła  gospodyni,  a  on  zniknął,  nie 

mówiąc, co zamierzał. Pani Angelsten nie było nigdzie widać. 

Musiała  zapytać  gospodynię,  ona  przynajmniej nie  była  tak 

surowa, jak państwo Angelsten. 

background image

Drżała na ciele robiąc krok naprzód, bo nie chciała zwracać na 

siebie uwagi, ale sytuacja była taka, jaka była. 

W  tej  samej  chwili  usłyszała  za  sobą  szybkie  kroki  oraz 

odgłos szurającej po podłodze sukni. Pani Angelsten. 

Powinna była wiedzieć, że pani domu też się pojawi. 
- Frederikke? - usłyszała surowy głos pani Angelsten. 
Nie mogła już dłużej wytrzymać. 
- Frederikke? - powtórzyła głośniej pani domu. - Chcesz coś 

powiedzieć? 

Mogłaby  umrzeć,  ale  nie  była  w  stanie  dłużej  się 

wstrzymywać. -Frederikke! 

Wiedziała,  że  pani  Angelsten  odkryła  mokrą  plamę  na 

podłodze, jej głos był skrzekliwy. 

- Ja... Ja... - Nie była w stanie nic powiedzieć. Jedyne, czego 

chciała, to uciec, uciec od innych, uciec, by nigdy więcej jej nie 
zobaczyli. 

- Wyjdź stąd, natychmiast! Stoisz tu jak ja- 
 

background image

kies... jak zwierzę! - pani Angelsten prawie krzyczała. 
Frederikke  pobiegła  do  drzwi,  poprzez  hol  i  na  górę,  do 

swojego pokoju. 

Jak mogła się tak upokorzyć? Jak jakieś niemowlę! 
Zaczęła się rozbierać, starając się powstrzymać łzy. Było jej 

mokro i okropnie. 

Drzwi otworzyły się za nią i do środka weszła gospodyni. 
Ona  przynajmniej  nie  wyglądała  na  złą,  ale  Frederikke 

wiedziała, jak wściekła była pani Angelsten. 

Już teraz wiedziała, że kara, jaką dostanie, będzie gorsza niż 

wtedy, gdy musiała stać zimą boso na śniegu. 

Myśl o tym sprawiła, że po policzkach pociekły jej łzy. 

background image


 
Powóz  toczył  się  po  mokrych  kostkach

 

ulic Londynu. Choć 

był środek lata, powietrze było parne i wilgotne, życie kwitło 
wokół.  Nikt  zdawał  się  nie  przejmować  ostrą  wonią  z 
kanalizacji,  która  unosiła  się  ponad  okolicą  portu.  Wszyscy 
spieszyli  się  dokądś,  chłopcy  na  posyłki,  ubrani  po 
podróżnemu  mężczyźni  i  kobiety  czy  też  przyodziani  w 
wełniane  kurtki  marynarze.  Ellen  zadziwiało,  jak  wiele 
bezpańskich, zapchlonych psów było w tym mieście. Włóczyły 
się  wzdłuż  domów  i  szukały  w  rynsztokach  czegoś,  czym 
można by napełnić żołądek. 

Woźnica skierował konia w boczną ulicę, 

background image

a ich oczom ukazały się St. Katharine Docks, spowite niską, 

mlecznobiałą mgłą. Ponad dachami domów widziała maszty i 
dwa kominy parowca, który miał ich zabrać do Marsylii. Statek 
cumował  w  porcie  od  wielu  dni  i  poprzedniego dnia,  wraz z 
Norą i profesorem, udało im się przyjrzeć mu bliżej. 

Był to piękny okręt, parowiec Angélique, większy niż statki, 

którymi płynęli do Londynu. 

Do tej pory nie dostali pozwolenia, by wejść na pokład, ale 

profesor Wergeland  powiedział, że na statku jest miejsce  dla 
łącznie pięciuset czterdziestu pasażerów, stu siedemdziesięciu 
w pierwszej klasie, czterdziestu w drugiej klasie i trzystu trzy-
dziestu w trzeciej klasie. Statek miał dwa pokłady spacerowe i 
osiągał prędkość dwunastu węzłów, choć nic jej to nie mówiło. 
Kajuty pierwszej klasy, gdzie miała mieszkać wraz z Ulrikiem, 
znajdowały  się  mniej  więcej  pośrodku  statku,  co,  zdaniem 
Ulrika, na szczęście złagodzi ruch fal. 

Dziób Angélique  zanurzał  się  pionowo  w  morzu, a  czarna  i 

biała farba na kadłubie statku była 

background image

lśniąca i nowa. Mówiono, że salony i jadalnia na statku były 

modnie wyposażone, co Ellen wcale nie dziwiło. 

Ich bagaże zostały już  załadowane na statek, a pasażerowie 

mieli  zacząć  wchodzić  na  pokład  o  godzinie  czternastej. 
Spędzili przedpołudnie w British Museum. Ulrik chciał przed 
podróżą  zobaczyć  jak  najwięcej  miasta,  zwiedzali  więc  ile 
tylko mogli. Poprzedniego wieczoru Ellen napisała długi list do 
domu, by opisać, że wszystko u nich dobrze, a także o tym, co 
widzieli w angielskim mieście. Rankiem zdążyła na szczęście 
oddać list w urzędzie pocztowym. 

Przybyli  do  Londynu  trzy  dni  wcześniej  i  zdołali  zobaczyć 

jedynie  Crystal  Palące  -  ekstrawagancką  budowlę  ze  stali  i 
szkła wybudowaną na Wielką Wystawę światową w 1851 roku 
- oraz przespacerować się po rozległym Hyde Parku. Wzięli ze 
sobą  kosz  kanapek,  angielskich  herbatników  i  lemoniadę, 
uraczyli  się  tymi  wiktuałami  nad  jeziorem  w  królewskim 
parku.  Poprzedniego  dnia  pojechali  też  koleją  do  ogrodu 
zoologiczne- 

background image

go, który, jak sądziła Ellen, zarówno mężczyźni, jak i Nora, 

uznali za niezwykle interesujący. 

Ona sama nie podzielała ich entuzjazmu* choć zabawnie było 

zobaczyć  egzotyczne  zwierzęta,  które  poznawała  z  książek 
Ulrika. Ulrik opowiedział poza tym, że Charles Darwin, znany 
i  kontrowersyjny  badacz  przyrody,  który  umarł  kilka  lat 
wcześniej, spędził wiele czasu w ogrodzie zoologicznym i że 
część jego pracy była oparta na obserwacjach, których dokonał 
właśnie tutaj. 

Ulrik  i  państwo  Wergeland  wiele  mówili  o  Darwinie  i  byli 

wzburzeni tym, że jego prace były tak wyszydzane. Z tego, co 
zrozumiała,  był  nie  tylko  wyśmiewany,  wiele  osób  było  na 
niego wręcz wściekłych za pogląd o tym, że ludzie pochodzili 
od małp, a nie zostali stworzeni przez Boga. 

Sama nie myślała wiele o takich sprawach, nie miała do tego 

zresztą  właściwego  wykształcenia,  w  przeciwieństwie  do 
Nory, która nie tylko słuchała tego, co mieli do powiedzenia 

background image

mężczyźni, ale dzieliła się z nimi również swoimi opiniami. 
Wiedziała,  że  nie  wszystkim  spodobałaby  się  kobieta 

zachowująca  się  w  ten  sposób,  ale  wyglądało  na  to,  że  ani 
Ulrik, ani  pan Wergeland  nie mieli  nic  przeciwko  temu.  Ona 
również nie miała, ale nie było sprawą zwykłą, że kobieta brała 
udział  w  takich  dyskusjach.  Sama  czuła,  że  nie  ma  wiele  do 
wniesienia,  przynajmniej  jeśli  chodziło  o  rośliny,  owady  i 
życie zwierząt, więc wolała się nie odzywać. 

Ulrik  położył  rękę  na  jej  dłoni  i  uśmiechnął  się.  -  Jeśli 

żałujesz, musisz powiedzieć o tym teraz. 

Zaśmiała  się  cicho  i  pokręciła  głową.  -  Nie  żałuję.  Na 

szczęście nie rozchorowała się w trakcie podróży przez Morze 
Północne i  miała nadzieję, że nie zachoruje również podczas 
przeprawy do Marsylii. 

W porcie sztauerzy ładowali i wyładowywali skrzynie, beczki 

i walizki. Grube liny starannie mocowano na skrzyniach, które 
podciąga- 

background image

no  wysoko  w  powietrze.  Beczki  toczono  w  górę  i  w  dół 

trapów. 

Ulrik  wyjął  swój  kieszonkowy  zegarek.  -Zbliża  się  druga, 

czas wchodzić na pokład. 

Powóz  zatrzymał  się  niedaleko  kładki,  skąd  obserwowali 

pasażerów, którzy stali gotowi do wejścia na pokład. 

Nietrudno było zauważyć, którzy z nich podróżowali trzecią 

klasą, ale Ellen zaskoczyło, jak dobrze ubrana była większość z 
nich. Wcześniej tego dnia widzieli statek, który miał płynąć do 
Ameryki i stroje wielu podróżnych były brudne i niechlujne. 

Pan  Wergeland  wysiadł  pierwszy  z  powozu  i  pomógł 

wydostać  się  z  niego  swojej  młodej  żonie.  -  Wejdziemy  na 
pokład?  -  spytał  z  uśmiechem.  -  Podejrzewam,  że  kobiety 
chciałyby obejrzeć statek. 

Ulrik mrugnął do Ellen i podał jej dłoń. - Sądzę, że masz rację. 
Ellen poczuła, jak serce zabiło jej mocniej, gdy się zbliżali do 

trapu. Podniosła wzrok na 

background image

imponujący  statek,  zdawał  się  być  olbrzymi,  kiedy  stała  tuż 

obok  niego.  Pierwsi  pasażerowie,  którzy  weszli  na  pokład, 
ustawili  się  już  wzdłuż  burty,  skąd  machali  do  rodzin  i 
znajomych stojących na przystani. 

Czekali,  aż  Ulrik  zapłaci  woźnicy.  Miała  ze  sobą  jedynie 

pompadurkę i parasol, na wypadek dyby zaczęło padać. Przez 
te  kilka  dni,  które  pędzili  w  Londynie,  padało  niemal  bez 
ustanku, ale teraz było na szczęście ładnie, choć w powietrzu 
wisiała niosąca mżawkę mgła. 

Chcieli  już  dojść  do  nabrzeża,  gdy  nagle  podjechały  w  ich 

stronę  z  dużą  prędkością  dwa  powozy.  Lekko  poirytowani 
odskoczyli  na  bok,  żeby  uniknąć  ochlapania.  Uderzył  w  nich 
fetor rynsztoka. 

-  To  osobliwe  -  mruknął  podenerwowany  an  Wergeland, 

śledząc  wzrokiem  eleganckie  powozy,  oba  ciągnięte  przez 
siwe konie. 

Powożący ściągnęli lejce, kiedy zbliżali się o trapu. 
Powozy zatrzymały się, a ubrani w liberie 

background image

woźnice zeskoczyli prędko z kozłów i pospieszyli otworzyć 

drzwiczki. 

Z  pierwszego  powozu  wysiadło  dwóch  mężczyzn,  którzy 

pomogli wysiąść dwóm damom. W drugim powozie również 
było czterech pasażerów, i jak Ellen sądziła, należeli do tego 
samego towarzystwa. 

Nie mogła przestać się wpatrywać w piękne podróżne stroje 

kobiet. Wiedziała, że sama była ładnie ubrana, Ulrik zadbał o 
nową garderobę podróżną dla niej, ale oni wyróżniali się z tłu-
mu. Nietrudno było pojąć, że musieli być niezwykle zamożni. 

Ellen  rzuciła  okiem  na  Norę,  by  sprawdzić,  czy  była  pod 

równie  wielkim  wrażeniem,  ale  ona  zdawała  się  wcale  nie 
zwracać na nich uwagi- 

Podszedł do nich Ulrik. - Będą z nami płynąć na tym samym 

statku? - spytał cicho i przyjrzał się przybyłym. 

Ellen pokiwała głową. - Tak sądzę. 
Towarzystwo zaczęło iść w kierunku kład- 

background image

ki. Na przedzie szła potężna, siwa kobieta, która śmiała się i 

rozmawiała  głośno  z  damą,  która  zdawała  się  być  nieco 
bardziej  wyciszona.  Jedna  z  młodszych  kobiet,  ubrana  w 
czerwony jak wino płaszcz z czarnymi, lśniącymi ornamenta-
mi, podążała w pewnej odległości za nimi, wymachując swoją 
pompadurką.  Ellen  zobaczyła  jej  twarz,  kiedy  obejrzała  się 
przez ramię. 

Nie można było nie zapatrzyć się w nią. Skóra była blada i 

delikatna,  oczy  duże  i  niebieskie,  usta  perfekcyjnie 
uformowane, a jasne włosy ułożone były w elegancką fryzurę 
pod małym, płaskim kapelusikiem, który miał tę samą głęboką 
barwę, co płaszcz. 

Miała delikatne rysy i była niezwykle piękna. 
- Uwaga! 
Zamarła,  usłyszawszy  krzyk  Ulrika.  Spojrzała  na  niego 

zdezorientowana, przeciskał się przez tłum ludzi. Co on robił? 

Wspięła się na palce, żeby lepiej widzieć. Ulrik przyspieszył. 
 

background image

Ellen zauważyła  w  końcu  mężczyznę,  który  pędził  co  sił  w 

nogach w stronę jednej z bocznych ulic. Ulrik gonił za nim. 

- Co się stało? - spytała Nora. 
Profesor Wergeland pokręcił głową. - Nie jestem pewien, ale 

sądzę, że tej młodej damie skradziono pompadurkę. 

Ellen spojrzała na kobietę w czerwonym kapelusiku. Reszta 

jej towarzystwa zebrała się wokół niej, wyraźnie wzburzona, a 
dwaj mężczyźni rozglądali się dookoła. 

-  Może  powinniśmy  im  powiedzieć,  że  Ulrik  pobiegł  za 

złodziejem?  -  spytała  Ellen  i  ponownie  rozejrzała  się  za 
mężem, ale już go nie widziała. Przez chwilę była poirytowana 
tym, że ruszył w pościg, coś mu się mogło stać! Złodziej mógł 
go  uderzyć,  mogliby  się  wdać  w  bójkę  i...  A  mieli  przecież 
niedługo wyjechać! 

- Co się stało z Ulrikiem? - spytała czując, jak niepokój kłuje 

ją w piersi, tym bardziej że wciąż go nie widziała. 

 

background image

Profesor  położył  uspokajająco  dłoń  na  jej  ramieniu.  - 

Zaczekaj tutaj, a ja porozmawiam z tą młodą damą. 

Ellen  została  wraz  z  Norą,  a  pan  Wergeland  podszedł  do 

podróżnych.  W  ciągu  kilku  dni,  które  spędzili  w  Londynie 
zrozumiała,  że  był  uzdolnionym  językowo  człowiekiem,  ale 
jeśli  tamci  ludzie  mówili  w  języku,  którego  on  nie  znał? 
Słyszała  nieustannie  wokół  siebie  obcą  mowę,  ale  angielski 
zaczynała już rozpoznawać. Pan Wergeland zaczął rozmawiać 
z jednym ze starszych mężczyzn. 

Wkrótce  dostrzegła  Ulrika.  Szedł  spokojnie  pomiędzy 

ludźmi,  podbiegła  więc  do  niego.  Trzymał  w  dłoni  czarną, 
ozdobioną perłami wełnianą pompadurkę. 

- Ach, nie udało mi się go dopaść - powiedział poirytowany. - 

Ale przynajmniej złapałem torebkę. 

- Widziałeś, jak ją ukradł?  - spytała, gdy szli  pospiesznie w 

stronę właścicielki torebki. 

Ulrik pokiwał głową. - Tak, stała i zagląda- 

background image

ła do torebki, kiedy on nagle za nią chwycił i zaczął uciekać. 
Podeszli  do  towarzystwa  i  wszyscy  rozpromienili  się,  gdy 

zobaczyli w rękach Ulrika torebkę. 

Pan  Wergeland  wyjaśnił  coś  po  angielsku;  a  następnie 

mężczyźni zaczęli wylewnie dziękować Ulrikowi. 

Ellen  stała  nieco  z  boku,  kiedy  Ulrik  oddawał  pompadurkę 

właścicielce.  Nie  rozumiała  języka  i  czuła  się  wyłączona  z 
rozmowy,  ale  zwróciła  uwagę  na  młodą  kobietę,  która  padła 
ofiarą  kradzieży.  Wyglądała  tak,  jakby  miała  się  rozpłakać, 
jedna z pozostałych dam obejmowała ją. 

Może  ma  słabe  nerwy,  pomyślała  Ellen.  Wyglądało  w 

każdym razie na to, że to zamieszanie wiele ją kosztowało, bo 
trzeba było ją podtrzymywać po drodze w górę kładki. 

Reszta towarzystwa podążyła wkrótce za kobietami, a Ellen i 

mężczyźni  wrócili  do  Nory,  która  obserwowała  wszystko  z 
dala. 

- Ucieszyła się z odzyskania swojej pompadurki? - spytała z 

uśmiechem żona profesora. 

background image

Pan Wergeland i Ulrik pokiwali głowami. -Oczywiście. 
Ellen zauważyła wesołe spojrzenia, które wymienili. 
-  Młoda  kobieta,  lady  Juliet,  była  niezwykle  szczęśliwa,  że 

odzyskała swoją torebkę -cieszył się pan Wergeland. - Podczas 
długiej  podróży  powozem  spuchły  jej  palce,  dlatego  zdjęła 
pierścionek zaręczynowy, który dostała od swojego przyszłego 
męża, markiza de Cavalière. 

Ellen patrzyła oniemiała na pana Wergelanda. Markiza? 
- Włożyła pierścionek do pompadurki - ciągnął z uśmiechem 

Ulrik. 

Nora  pokiwała  głową.  -  A  więc  bała  się,  że  straciła  swój 

pierścionek zaręczynowy. 

Ulrik  przytaknął.  -  Zgadza  się.  Podał  Ellen  ramię.  Figlarna 

iskra błądziła w jego oczach. - Musisz dziś wieczorem włożyć 
swoją nową suknię wieczorową, Ellen. Jesteśmy zaproszeni do 
stołu markiza de. Cavalière. 

background image

Ellen  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Jedyne

była  w  stanie 

zrobić, to się uśmiechnąć. Było tak, jak powiedział Ulrik. Ta 
podróż miała być przygodą. 

background image


 
Blanche siedziała wraz z Signe i Line w ogrodzie. Alf i mąż 

Signe  szykowali  na  plaży  ognisko.  Wciąż  było  za  wcześnie, 
żeby je rozpalić, dopiero wieczorem, kiedy słońce było nisko, 
ogniska miały rozświetlić letnią noc. 

- Sądzę, że dzieci miały dziś dobry dzień - powiedziała Line i 

wzięła swojego najmłodszego synka na kolana. 

Blanche pokiwała głową. - A jeszcze się nie skończył. 
Dwóch  synów  Signe  zaczęło  się  nagle  o  coś  kłócić  i  Signe 

wstała. Line również się podniosła, jej najstarszy syn potknął 
się i uderzył kolanem o kamień. 

background image

Blanche odchyliła się na krześle. Zawsze tak było, zawsze coś 

się działo, i nie można było nawet chwili posiedzieć w spokoju. 

Z  plaży  wolnym  krokiem  nadszedł  Alf.  Był  taki  postawny, 

pomyślała i poczuła, jak robi jej się ciepło na sercu. Latem jego 
kręcone włosy stawały się jaśniejsze, a skóra opalona. Uśmiech 
nieustannie skradał się wokół ust. 

Zawsze była dumna ze swojego męża. Alf był mężczyzną, na 

którego zwracały uwagę kobiety, choć może nie nazwałaby go 
pięknym. Było w nim coś innego, coś godnego zaufania i bez-
piecznego, a na dodatek był inteligentny. 

Miała szczęście, że wyszła za takiego mężczyznę. 
- Napijesz się kawy? - spytała. 
Alf usiadł obok niej i wyciągnął swoje długie nogi. - Nie ma 

pośpiechu. 

Spojrzała  na  niego  i  uśmiechnęła  się,  bo  wiedziała,  że  jego 

odpowiedź oznacza, iż chętnie wypiłby filiżankę. 

Postanowiła posiedzieć tu jeszcze kilka mi- 

background image

nut. Było tak przyjemnie siedzieć w ciszy i patrzeć na bawiące 

się dzieci, cieszyć się spokojem i ciepłą pogodą. 

Nigdy nie podejrzewała, że życie mogło być takie dobre. 
Frederikke  trzęsła  się,  kiedy  szła  ponownie  w  dół  po 

schodach. Gospodyni pomogła jej się przebrać oraz umyć. Z jej 
ust  nie  padło  ani  jedno  krytyczne  słowo,  ale  Frederikke 
wiedziała, że pani Angelsten jej tego nie przepuści. 

Gospodyni  wepchnęła  ją  ostrożnie  przez  próg  do  gabinetu, 

gdzie inne dzieci wciąż stały w rzędzie. - Zajmij teraz swoje 
miejsce - powiedziała cicho. 

Frederikke  nie  miała  odwagi  podnieść  wzroku,  czuła 

szydercze  spojrzenia  innych  dzieci.  Że  też  posiusiała  się  na 
oczach  wszystkich!  Ona,  która  ani  razu  nie  zmoczyła  się  w 
nocy! Nie robiła tego od wielu lat, ale wie- 

 

background image

działa,  że  Gustavowi  zdarzało  się  to  czasem,  choć  był  taki 

duży. 

Wsunęła  się  na  swoje  miejsce  i  stała  tam,  czekając  z 

pochyloną głową. Odważyła się jedynie rzucić okiem na panią 
Angelsten,  która  przy  dużym  globusie  rozmawiała  cicho  z 
jedną ze służących. 

Może  rozmawiały  o  tym,  jaką  dać  jej  karę?  Zgadywała,  że 

zdaniem  pani  Angelsten  konieczna  była  surowa  kara,  żeby 
nigdy więcej się to nie powtórzyło. 

Bała  się  tak  bardzo,  że  aż  było  jej  niedobrze.  Czy  otrzyma 

swoją karę teraz? A może zaczekają, aż znajdą złodzieja? 

Skuliła  się,  gdy  usłyszała  w  holu  dudniący  głos  pana 

Angelstena. Chwilę później wszedł do gabinetu wraz z jednym 
z parobków. 

-  Przeszukaliśmy  wasze  rzeczy  -  zaczął  groźnym  głosem.  - 

Moja  żona  będzie  chciała  z  wieloma  z  was  później 
porozmawiać. Jego głos był taki, jak zawsze, zanim zaczynał 
być  zły,  bardzo  zły.  -  Zakładam,  że  sami  o  tym  wiecie,  jeśli 
ukrywaliście coś, czego nie mieliście prawa mieć. 

 

background image

Łzy paliły jej oczy, nie mogła się powstrzymać. Czy znaleźli 

jej harfę? Jeśli tak, to ją zabrali. Państwo Angelsten nie lubili 
muzyki, zdążyła się już o tym przekonać i wiele razy brzydko 
mówili  o  jej  ojcu  dlatego,  że  był  muzykiem.  Twierdzili,  że 
muzyka jest dziełem diabła, ale nie potrafiła tego zrozumieć. 
Czy nie wiedzieli, jak piękna mogła być muzyka? Jej ojciec ko-
chał  muzykę  i  wiedziała,  że  szczególnie  uwielbiał  kościelne 
organy. Wiele razy zabierał ją ze sobą, żeby mogła zobaczyć, 
jak się gra na takim instrumencie. 

- Z żalem stwierdzam, że ten, kto ukradł zegarek, nie zechciał 

się sam przyznać do swojego postępku - ciągnął pan domu. - 
Dlatego czuję się zobowiązany do wymuszenia wyznania, choć 
z ciężkim sercem posuwam się do takich środków. 

Frederikke nie rozumiała. Co miał na myśli pan Angelsten? 
Zobaczyła,  że  państwo  wymieniają  po  cichu  kilka  słów,  a 

następnie pani Angelsten po- 

background image

deszła  do  gospodyni  i  szepnęła  jej  coś  do  ucha.  Po  chwili 

gospodyni  zabrała  ze  sobą  trójkę  najmłodszych  dzieci,  które 
zaczęły się robić niespokojne. 

Frederikke  nie  mogła  nie  spojrzeć  na  pana  domu.  Co  mu 

chodziło po głowie, skoro trójka najmłodszych dzieci dostała 
pozwolenie, by opuścić gabinet? 

Pan Angelsten podszedł do swojego biurka, z którego wyjął 

linijkę, a następnie zrobił krok naprzód i stanął przyglądając się 
dzieciom.  -Chcę,  by  ten,  kto  ukradł  zegarek,  pomyślał  czego 
się dopuszcza również w stosunku do innych dzieci. 

Frederikke wpatrywała się w linijkę, którą pan domu powoli 

uderzał w otwartą dłoń. 

-  Ten,  kto  ukradł  zegarek,  może  temu  zapobiec  -  ciągnął, 

zatrzymując wzrok na każdym dziecku po kolei. 

A jeśli to Gustav ukradł zegarek. A jeśli... 
Nie  zdążyła  skończyć  myśli,  bo  gospodarz  przywołał  do 

siebie najstarszego chłopca. 

 

background image

Przerażona Frederikke podniosła wzrok. Chłopiec zrobił krok 

naprzód. 

- Podejdź tu, chłopcze - polecił pan Angelsten. 
Frederikke  musiała  ugryźć  się  w  wargę,  żeby  nie  zacząć 

płakać. Rozumiała, co zamierzał gospodarz. Nauczyciel robił 
tak czasem, jeśli któreś z dzieci nie zachowywało się dobrze. 
Wtedy uderzał je linijką po palcach, co sprawiało, że dziecko 
wyło z bólu. 

Ale teraz było inaczej. Zrozumiała, że pan Angelsten chciał 

bić linijką po palcach wszystkie dzieci, żeby zmusić złodzieja 
do przyznania się. Będą karani, wszyscy razem, choć nie zro-
bili nic złego. 

Nie była w stanie patrzeć. 
Dobry Boże, oby to nie Gustav zabrał ten zegarek. 
Zacisnęła  powieki,  kiedy  chłopiec  podszedł  do  biurka,  a 

gospodarz  nakazał  mu  położyć  palce  na  jego  brzegu.  Gdyby 
tylko mogła zamknąć również uszy! 

 

background image

-  Po  raz  ostatni  -  zagrzmiał  pan  Angelsten.  -  Niech  ten,  kto 

ukradł zegarek, zrobi krok naprzód! 

Gospodarz  mówił  głośno  i  szybko.  Złodziej  musiał  się 

przyznać teraz! 

Nikt nie odpowiedział, nikt nie wystąpił z szeregu. 
Usłyszała,  jak  linijka  przecina  powietrze,  zanim  uderzyła 

palce biednego chłopca. 

Otworzyła oczy i odważyła się na niego spojrzeć. Był z nich 

najstarszy i nie wydał z siebie żadnego głosu, ale widziała, że 
musiało  go  boleć.  Zacisnął  usta,  mięśnie  napięły  się  na  jego 
szyi, na której pojawiły się czerwone plamy. 

- Następny! 
Mdłości rosły jej w gardle. W gabinecie pozostało siedmioro 

dzieci, jedno z nich musiało być winne. 

Była przedostatnia w rzędzie. 
Nie mogła przestać się trząść, kiedy zobaczyła, jak naprzód 

wychodzi kolejny chłopiec. Spojrzał błagalnym wzrokiem za 
siebie, jakby chciał 

background image

skłonić winnego do przyznania się do uczynku, ale nikt się nie 

poruszył. 

Spojrzała pospiesznie na inne dzieci. Kto to mógł być? 
Jej  spojrzenie  ponownie  zatrzymało  się  na  Gustavie.  Miał 

czerwone policzki i zdawało się jej, że widzi, jak drżą mu usta. 
Przecież nie był taki zazwyczaj? 

Spuściła  pospiesznie  wzrok,  gdy  linijka  ponownie  przecięła 

powietrze. Chłopiec nie był w stanie zdusić w sobie krótkiego 
piśnięcia z bólu i Frederikke usłyszała, że płakał, kiedy szedł z 
powrotem na swoje miejsce. 

Pan  Angelsten  zrobił  przerwę  po  tym,  jak  ukarał  trzecie 

dziecko.  Powoli  chodził  przed  nimi  w  tę  i  z  powrotem, 
uderzając linijką w otwartą dłoń. 

- Czy nikt wciąż nie chce nic powiedzieć? Zatrzymał się przed 

Gustavem, zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. - Musi być 
ciężko  patrzeć,  jak  inni  cierpią  za  uczynki,  których  się  nie 
dopuścili? Jego głos podniósł się groźnie, zamilkł na chwilę. - 
Następny! 

 

background image

Pojęła, że niemożliwe było uniknięcie linijki, niedługo to ona 

będzie musiała położyć palce na biurku. 

Kiedy  nadeszła  kolej  Gustava,  było  jej  tak  niedobrze,  że 

musiała przełykać i przełykać, żeby nie zwymiotować. 

Skręcało  ją,  kiedy  brat  wyszedł  naprzód,  wiedziała,  jak 

bardzo się bał. 

Sama prawie poczuła przeszywający, kłujący ból, gdy linijka 

uderzyła go w place. 

Wiedziała, że brat zacznie płakać, nie był zbyt silny. 
Niedługo  miała  nadejść  jej  kolej.  Utraciła  już  nadzieję,  że 

złodziej się ujawni i pojęła, że pan Angelsten stawał się coraz 
bardziej  zły.  Bo  co  miał  zrobić,  kiedy  skończy  już  bić 
wszystkich? 

Poza tym uderzyła ją pewna myśl. A jeśli to ktoś ze służby 

ukradł złoty zegarek? Albo jeśli pan Angelsten go zapodział? 

- Frederikke! 
Wiedziała,  że  nie  pomoże  jej,  jeśli  spróbuje  uciekać  z 

gabinetu. Nie pomogłoby też, gdy- 

 

background image

by  zaczęła  płakać,  a  pani  Angelsten  musiała  ją 

przytrzymywać, tak jak zrobili z chłopcem przed nią. 

Pomagało  jedynie  myślenie  o  czymś  innym,  obiła  tak,  gdy 

Gustav płakał, kiedy musiał iść o piwnicy. 

Pomagało jej, gdy myślała o czymś pięknym, takim jak pałac 

perskiej księżniczki. Z pewnością miała śliczne włosy i ta jej 
cudowna biżuteria! Ojciec mówił, że miała na głowie diadem z 
czerwonym rubinem... 

Zacisnęła  usta.  Nie  mogła  płakać,  nie  mola  krzyczeć.  Ani 

jedno słowo skargi nie mogło opuścić jej ust, choć palce paliły 
ją z bólu. 

Odwróciła się plecami do pana Angelstena i poszła spokojnie 

na swoje miejsce. 

Nie była w stanie zacisnąć pięści, palce za bardzo ją bolały. 

Ból biegł od opuszek palców w górę ramion, bolało ją tak, że z 
trudem stała w miejscu. 

Ale nie mogła płakać, nie mogła. 
Nie zauważyła nawet, kiedy ostatnie dziecko 
 

background image

dostało linijką po palcach, nie była w stanie myśleć o niczym 

innym niż o bólu jej własnych palców A jeśli były uszkodzone? 

Nigdy nie sądziła, że może boleć aż tak. 
-  Jeśli  myślicie,  że  na  tym  zakończę,  to  się  mylicie  - 

powiedział grzmiącym głosem pan Angelsten. 

Jak  mógł  być  tak  pewny  swego?  A  jeśli  miał  nigdy  nie 

doczekać się odkrycia kto to zrobił, bo złodzieja nie było wśród 
dzieci? 

Zadecydowała, że nie będzie płakać, ale poczuła pieczenie w 

oczach, kiedy pani Angelsten podeszła męża. W dłoni trzymała 
skórzany pas. 

Nie, dobry Boże, nie pozwól im tego zrobić, nie... 
- J a   t o  zrobiłem. 
Frederikke  spojrzała  na  chłopca,  który  wystąpił  naprzód. 

Krestian  był  jednym  z  najstarszych  dzieci,  cichym  i 
pracowitym chłopcem, który zawsze robił to, co mu kazano. 

Nigdy by nie zgadła, że to on ukradł złoty ze- 
 

background image

garek,  zawsze  z  taką  dokładnością  trzymał  się  zasad 

obowiązujących w Angelsten. 

-  No  proszę  -  powiedział  powoli  pan  Angelsten.  -  Muszę 

powiedzieć, że jestem zaskoczony, Krestianie. 

Gestem polecił, by pani Angelsten wyprowadziła resztę dzieci 

z gabinetu. 

Frederikke  obejrzała  się  na  Krestiana,  kiedy  wychodziła  z 

gabinetu. Jaką karę wymierzy mu pan Angelsten? 

Ból w palcach nagle ustał. 
Frederikke  kucnęła  na  łące.  Wraz  z  drugą  dziewczynką 

zbierały  kwiaty,  którymi  miały ozdobić  dom  na  świętowanie 
nocy świętojańskiej. Tak bardzo się cieszyła na ten dzień, ale 
teraz  nie  była  w  stanie  myśleć  o  niczym  innym,  tylko  o 
Krestianie i o tym, co się z nim stanie. 

- Wiesz, co się stanie z Krestianem? - spytała Frederikke. 
 

background image

Dziewczynka pokręciła głową. - Nie, ale nikt go nie widział 

od czasu, kiedy byliśmy w gabinecie. 

Frederikke 

zerwała 

kilka 

niezapominajek. 

Małe, 

jasnoniebieskie kwiatki były takie piękne. - Może pójdzie do 
więzienia? To tam się przecież szło, kiedy się coś ukradło? Tak 
przynajmniej mówił ojciec. 

Dziewczynka wzruszyła ramionami. - Nie wiem, ale sądzę, że 

pan Angelsten sam się tym zajmie. 

W milczeniu zrywały dalej kwiaty. Frederikke podejrzewała, 

że koleżanka ma rację, ale nie była pewna, co byłoby najlepsze 
dla  Krestiana.  Bała  się,  że  kara  pana  Angelstena  może  być 
gorsza niż pobyt w więzieniu. 

Dziewczynka  wskazała  na  plażę.  -  Pójdę  pozbierać  kwiaty 

między wydmami. 

Frederikke  wkrótce  nazrywała  cały  bukiet  i  obwiązała  go 

sznurkiem.  Poprosiła  o  nożyczki,  by  móc  uciąć  sznurek,  ale 
gospodyni pokręciła głową z przerażeniem. Czy Frederikke nie 
wiedziała, że cięcie nożyczkami było grzechem? 

background image

Wielu rzeczy nie rozumiała. Co było złego w nożyczkach? 
Zrywała  dalej,  ciesząc  się  z  zadania,  które  otrzymała,  bo 

dzięki niemu mogła wyjść z domu. Dobrze było umknąć przed 
surowym spojrzeniem pani Angelsten, poza tym zdawało się, 
że zapomniała już o jej wczorajszym nieszczęściu. W każdym 
razie  nie  ukarała  jej.  A  może  uznała,  że  bicie  linijką  było 
wystarczającą  karą?  Zostali  przecież  ukarani,  choć  nic  nie 
zrobili. 

Nie  miała  okazji  pobiec  do  pokoju,  żeby  sprawdzić,  co  się 

stało  z  harfą,  ale  miała  nadzieję,  że  instrument  będzie  wciąż 
leżeć pod poduszką, gdy położy się wieczorem spać. Nie było 
nawet  pewne,  że  pan  Angelsten  był  w  ogóle  w  jej  pokoju. 
Sądziła,  że  przez  cały  czas  o  kradzież  złotego  zegarka 
podejrzewał chłopca. 

Przyklękła i zrywała dalej. Miała uzbierać trzy bukiety. Nie 

wiedziała, jak nazywały się wszystkie kwiaty, ale akurat w tym 
miejscu rosło ich wiele. Uważała, że najpiękniejsze były róże, 
szczególnie te z dużymi płatkami. 

 

background image

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  coś  porusza  się  w  trawie  tuż 

obok niej. 

Przestraszyła się, może to żmija? 
Już  miała  wstać,  ale  nagle  pojawiło  się  coś  puszystego  i 

brązowego. 

Malutki  zajączek!  Siedział  skulony  przy  kamieniu  i  nie 

zauważyłaby go, gdyby pokicał naprzód. 

Był taki słodki! Miał brązowe futerko, oczy duże i ciemne, i 

zabawnie marszczył swój mały pyszczek. 

Może mogłaby go pogłaskać, gdyby się ostrożnie zbliżyła? 
Podniosła  się  powoli,  obawiając  się,  że  zajączek  się 

przestraszy, ale on siedział spokojnie i patrzył na nią. 

Zrobiła  kilka  ostrożnych  kroków  naprzód,  lecz  zajączek 

odwrócił się nagle i zniknął w trawie i kwiatach. 

Frederikke postanowiła za nim pójść. Może jednak uda jej się 

go pogłaskać? Zajączki są takie słodkie! 

 

background image

Przeszła  przez  łąkę  w  kierunku  domu  modlitewnego,  który 

zbudował wczesną wiosną pan Angelsten. On i jego znajomi 
spotykali się tam teraz. Nie chcieli już chodzić do kościoła, co 
wydawało jej się dziwne. Tak wiele przecież mówili o tym, jak 
być dobrym chrześcijaninem. Każdej niedzieli chodzili więc na 
mszę  do  domu  modlitewnego,  zamiast  do  kościoła,  ale 
nabożeństwa były tam inne niż te, do których przywykła. Mó-
wiono tam często tak głośno i dziwnie, czasem nic z tego nie 
rozumiała.  Wolała  msze  w  kościele,  choć  bywały  nudne. 
Lepiej było się nudzić niż bać, a ona bała się, kiedy mówili tak 
osobliwie i głośno. 

Poza tym myślała o tym, co ojciec powiedziałby na to, że nie 

chodziła  do  kościoła.  Bywali  tam  każdej  niedzieli,  póki  żył. 
Nie  pracował  w  niedziele,  choć  miewał  zawsze  tak  wiele  do 
zrobienia. 

Zatrzymała się i spojrzała na dom modlitewny. Czy ktoś był 

tam  teraz?  Zdawało  jej  się,  że  do  wnętrza  wchodzi  pan 
Angelsten razem 

 

background image

z innym mężczyzną, który często przemawiał w trakcie mszy. 

Nazywali go kaznodzieją. 

Spojrzała  w  kierunku  plaży,  tam  gdzie  druga  dziewczynka 

zbierała kwiaty. Może powinna już wracać? Mogłyby zrywać 
kwiaty razem, było tak miło. 

Już miała wracać, gdy ponownie zauważyła zajączka. A więc 

nie zniknął! Zobaczyła, jak kica po trawie w kierunku tyłów 
pomalowanego na biało domu modlitewnego. 

Poszła znów za nim, może wcale nie bał się tak bardzo, jak się 

jej z początku wydawało. 

Ponownie rzuciła okiem na dom modlitewny. Nie chciała, by 

zobaczył  ją  pan  Angelsten.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  jej 
zadaniem było zrywanie kwiatów, pamiętała też, jak niegdyś 
mówił,  że  zając  jest  nieczystym  zwierzęciem.  Mówił,  że  tak 
było  napisane  w  Biblii.  Nie  rozumiała  do  końca,  o  co  mu 
chodziło, ale pojęła, że należało się trzymać z dala od zajęcy. 
Ale gdyby mogła go pogłaskać? Może nie miał matki? Może 
był głodny? 

Mogłaby mu wtedy dać jeść! 
 

background image

Poszła  w  dół  zbocza,  cały  czas  obserwując  zajączka,  który 

skakał kilka kroków przed nią. Od czasu do czasu zatrzymywał 
się  i  spoglądał  na  nią,  zanim  zaczynał  kicać  dalej.  Był  taki 
słodki! 

Spojrzała znów na dom modlitewny, teraz częściowo ukryty 

za małym laskiem. Chciała się upewnić, że nikt za nią nie idzie, 
pan  Angelsten  nie  lubił,  gdy  zaniedbywali  swoją  pracę,  ona 
zrobiła  jednak  wszystko,  co  jej  nakazano.  Tu,  pod  koronami 
drzew, było mnóstwo kwiatów. Gdyby wyszedł, mogłaby się 
po prostu nachylić i udawać, że przez cały czas zrywała kwiaty. 

Nie sądziła, by ktoś ją widział, ale nagle to ona coś zobaczyła. 
Przeraziło to ją, ale nie mogła przestać na to patrzeć. 
Biegnij,  Frederikke,  nie  powinnaś  tego  widzieć,  biegnij, 

zapomnij o tym, co zobaczyłaś. Ale nie mogła, musiała patrzeć. 
Podbiegła do najbliższego drzewa i schowała się za pniem. 

background image

Spojrzała przed siebie. Może źle widziała? Ale była pewna, że 

zobaczyła Krestiana. Wstrzymała oddech. 

Miała rację. To był Krestian, widziała go dobrze przez szybki. 
To, co ujrzała sprawiło, że chciała krzyczeć, ale wiedziała, że 

nie może wydać żadnego dźwięku. 

Przycisnęła dłonie do ust, łzy stanęły jej w oczach. Kwiaty, 

które  trzymała  w  dłoniach,  upadły  na  ziemię  i  rozsypały  się 
wokół jej stóp. 

Co oni zrobili Krestianowi? 
Ramiona miał wyciągnięte nad głową, zdawało jej się, że ma 

związane  dłonie.  Wyglądało  to  tak,  jakby  wisiał  na  czymś 
przymocowanym do sufitu. 

Był nagi, żebra odznaczały się na jego chudym ciele. A jego 

plecy...  Musieli  go  bić,  cały  był  w  czerwonych,  krwawych 
szramach. Usta przewiązano mu białą opaską. 

Słyszała  głosy  ze  środka,  okno  było  uchylone,  więc  mogła 

usłyszeć, co mówiono. 

O czym rozmawiali? Był tam pan Angel- 
 

background image

sten  wraz  z  mężczyzną,  którego  widziała  przed  chwilą. 

Kaznodzieja.  Stali  rozmawiając  o  czymś,  a  po  chwili  pan 
Angelsten podszedł ponownie do Krestiana. 

Biedny, biedny Krestian! Musiał strasznie cierpieć, widziała 

to  po  tym,  jak  zwiesił  głowę.  Dlaczego  pozwalali  mu  tak 
wisieć? 

Usłyszała swój cienki pisk, gdy kaznodzieja podniósł głos i 

zobaczyła, jak pan Angelsten uderza Krestiana w zakrwawione 
plecy czymś w rodzaju bicza. 

Błagamy cię, Panie, wypędź diabła z ciała Krestiana, wypędź 

diabła z jego umysłu i duszy! Przyjmij go, Panie Jezu! Przyjmij 
go! Przyjmij tę grzeszną duszę, która jest jeńcem, niewolnikiem 
i sługą woli diabła! 

Nie  mogła  tego  znieść,  nie  mogła  dłużej  patrzeć.  Musiała 

uciec  z  dala  od  tego  okropnego  miejsca.  Nigdy  nie  powinna 
była  tam  zaglądać.  To  nie  było  przeznaczone  dla  jej  oczu. 
Zrobiło jej się niedobrze, strasznie było myśleć, że nie jest w 
stanie nic zrobić dla Krestiana. 

background image

Odwróciła się żeby uciec, ale stanęła nagle jak wryta. 
Stała przed nią wysoka, wyprostowana kobieca postać. Szare 

oczy raziły Frederikke niczym błyskawice, po chwili kobieta 
wyciągnęła rękę i chwyciła ją za ramię. 

- Co ty tutaj robisz? 
Wysyczała  wprost  te  słowa,  a  Frederikke  nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć, tak bardzo się bała. 

Co stanie się z nią teraz, gdy dopadła ją pani Angelsten? 

background image


 
Mieszkańcy Gimle odpoczywali w cieciu dużego kasztanowca 

rosnącego 

na  dziedzińcu.  Dzień  był  akurat  taki,  jaki  powinien  być 

wczesnym latem: ciepły, ale z orzeźwiającą bryzą dochodzącą 
znad morza. Trzmiel fruwał leniwie wokół stojącego na stole 
szklanego  wazonu,  pełnego  polnych  kwiatów,  a  bliźniaki  i 
Marie  biegali  boso  po  trawie,  śmiejąc  się  i  psocąc.  Z  dołu,  z 
nad  morza,  dobiegał  szum  fal  rozbijających  się  spokojnie  o 
plażę. 

Abelone usadowiła się wygodniej na kocu, który rozłożyła na 

trawie. Mały Erik siedział obok niej i bawił się drewnianymi 
klockami, które dostał od dziadka Aksela. Lubił tak sie- 

 

background image

dzieć  i  zajmować  się  swoimi  sprawami.  Tak  bardzo  był 

podobny  do  Jorgena,  obaj  byli  spokojnymi  dziećmi.  Choć 
Torgen  był  już  dużym  chłopcem,  bawił  się  ładnie  ze  swym 
młodszym przecież siostrzeńcem. Z Isakiem było inaczej, był 
znacznie bardziej żywy i nie trzeba było wiele, by jego śmiech 
przerodził się w płacz. Był także bardziej gwałtowny w swoich 
zabawach i nie miał tej samej cierpliwości, by bawić się z Ma-
łym Erikiem. 

Erik wyciągnął ku niej klocek i posłał jej szeroki uśmiech. 
- Mam wziąć klocek? - spytała z uśmiechem. 
Mały  Erik  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  -Mama!  - 

powiedział głośno i roześmiał się wesoło. 

Wzięła od niego klocek. - Dziękuję, dziękuję. 
Chłopiec  dawał  jej  klocek  za  klockiem  i  za  każdym  razem, 

gdy mówiła dziękuję, rozchylał radośnie usta. W końcu dostała 
wszystkie klocki. 

Wyciągnęła  jeden  z  nich  z  powrotem  w  kierunku  Małego 

Erika, który najpierw spojrzał 

 

background image

na niego ze zdziwieniem, a następnie podniósł na nią wzrok. 

Jego twarz rozpromieniła się w uśmiechu. 

- Dziękuje! 
Jej  serce  kipiało  z  dumy,  kiedy  wziął  od  niej  klocek.  Mały 

Erik  powoli  zaczynał  mówić  swoje  pierwsze,  proste  słowa. 
Jego  pierwszym  słowem  było  światło  lub  raczej  atło,  innego 
dnia wskazał na jedną z macior i powiedział winia. 

Kilka  tygodni  wcześniej  postawił  swoje  pierwsze,  odważne 

kroki.  Potrafił  chodzić  już  od  wielu  miesięcy,  ale  nigdy  bez 
podtrzymywania. I nagle, pewnego dnia, odważył się puścić i 
przeszedł samodzielnie po podłodze. 

Mały Erik potarł oczy, Abelone wiedziała, że nadszedł czas 

na jego drugą tego dnia drzemkę. Był spokojnym dzieckiem, 
ale jeśli nie spał tyle, ile potrzebował, robił się marudny i nie-
cierpliwy. 

-  Chcesz  spać?  -  spytała  głaszcząc  go  po  włosach.  W  ciągu 

zimy  stały  się  mocniejsze  i  ciemniejsze  i  z  każdym  dniem 
wydawało się jej, że ma 

 

background image

w sobie coraz więcej z Erika. Miał co prawda niebieskie oczy, 

ale przypominał ojca zarówno z charakteru, jak i z wyglądu. 

Mały Erik wspiął się na swoje krótkie, silne nóżki. Nigdy nie 

trzeba  było  go  długo  prosić,  jeśli  chodziło  o  pójście  spać, 
zazwyczaj chętnie się kładł, zmęczony i zadowolony. 

Przeszli  obok  pralni,  gdzie  Maline  i  Sofie  rozkładały  na 

podłodze chodniczki i przystrajały stół obrusem oraz wazonem 
z kwiatami. Już od wielu dni przygotowywały pralnię na lato. 
Pomalowały wapnem sufit i piec, podłogi były wyszorowane, a 
zasłony  wyprane,  wyprasowane  i  rozwieszone.  Dom  służby 
również  został  wyszorowany,  a  parobkowie  dostali  nową 
pościel. 

Później tego dnia zamierzali zjeść tradycyjną kaszę na mleku, 

jak  zawsze  w  noc  świętojańską,  kiedy  przenosili  się  z 
gotowaniem do letniej kuchni. Pierwszy i ostatni posiłek dnia 
spożywali  zazwyczaj  w  domu,  ale  pozostałe  posiłki 
przygotowywano już w budynku pralni. Tak 

 

background image

było  łatwiej,  podobnie  jak  ze  wszystkim  innym  o tej  porze 

roku. 

Kiedy  wchodziła  do  domu,  podbiegła  do  niej  Marie.  - 

Abelone,  pomożesz  mi  upleść  wianek?  Nie  wychodzi  mi  - 
wykrzywiła buzię. 

Abelone  uśmiechnęła  się.  -  Oczywiście,  że  pomogę,  położę 

tylko najpierw Małego Erika. 

W  tej  samej  chwili  z  kuchni  wyszła  Bera. 

!

  Jej  twarz 

złagodniała,  kiedy  spojrzała  na  Małego  Erika.  -  Ja  go  mogę 
położyć - powiedziała i spojrzała pytająco na Abelone. 

Wiedziała,  jak  chętnie  Bera  kładła  spać  Małego  Erika  i 

kiwnęła  głową.  -  To  miło  z  twojej  strony.  Pójdę  z  Marie  na 
plażę i nazbieramy kwiatów. 

Bera skinęła głową i wzięła Małego Erika na ręce. Chłopiec 

od razu zarzucił swoje pulchne ramiona na jej szyję i przytulił 
się do niej. 

Bera była niczym babcia, zarówno dla Małego Erika, jak i dla 

jej rodzeństwa, tak jak dawniej była nią dla Abelone. 

Ta  myśl  wywołała  w  niej  bolesne  wspomnienia.  Jej  matka 

byłaby równie opiekuńczą i czu- 

 

background image

łą  babcią  jak  Bera,  uwielbiałaby  swojego  małego  wnuczka. 

Miała niegdyś nadzieję, że również Ingvarda okaże się dobrą 
babcią, ale tak się nie stało. Rozczarowało ją to, że teściowa nie 
była  szczególnie  zainteresowana  Małym  Erikiem,  ale  być 
może nie powinna się była spodziewać czegoś innego. Matka 
Erika mieszkała w Tonsbergu i prowadziła tam wraz z Olem 
spokojne życie. Poza tym poznała zimą kupca, którego zamie-
rzała poślubić później tego lata. 

Abelone  zabierała  czasem  Małego  Erika  do  Ingvardy,  żeby 

mogła zobaczyć swojego wnuka, ale kiedy już tam była, matka 
Erika  zdawała  się  być  małomówna,  choć  starała  się  być 
uprzejma.  Poza  tym  Mały  Erik  bał  się  jej,  co  mu  się  często 
zdarzało w przypadku ludzi, których nie znał. 

W końcu  pogodziła się z tym, że  Ingvarda  nigdy nie będzie 

taka babcią, jaką powinna być. To najzwyczajniej nie było dla 
niej, nie była takim typem kobiety. Miała zresztą swoje własne 
życie,  była  zajęta  przyszłym  mężem  i  przygotowaniami  do 
ślubu. 

background image

Było  tak  jak  powiedział  Sjur.  Teraz  Ingvarda  żyła  takim 

życiem,  jakiego  pragnęła,  od  kiedy  była  młodą  dziewczyną. 
Zawsze  marzyła  o  życiu  w  mieście,  a  teraz  miała  wyjść  za 
mężczyznę, który mógł dać jej to, czego pragnęła. 

Mimo  wszystko  Abelone  cieszyła  się  z  tego.  Uważała,  że 

niesprawiedliwość, której teściowa doznała za młodu, drogo ją 
kosztowała i zrobiła z niej taką osobę, jaką teraz była. 

Jednak smuciło ją, że  Mały Erik nigdy naprawdę nie pozna 

matki swojego ojca. 

Marie biegła przed nią drogą na plażę, a ona sama napawała 

się  widokiem  lśniącego  fiordu  i  leżących  w  oddali  wysepek. 
Od  czasu  do  czasu  łapała  się  na  myśli,  że  nie  doceniała  tego 
pięknego widoku. Nie wyobrażała sobie mieszkania w miejscu 
innym niż Gimle. Tu był jej dom, tu zapuściła korzenie, tu była 
jej ziemia. 

Słone morskie powietrze, zapach dzikich róż, letnie i zimowe 

krajobrazy,  to  wszystko  było  częścią  niej  samej,  była 
przywiązana  do  rodzinnych  stron  na  zawsze,  niezależnie  od 
tego, co miało się 

 

background image

wydarzyć.  Równocześnie  wiedziała,  że  pewnego  dnia,  choć 

wydawało  się  to  być  dalekie,  Jorgen  przejmie  Gimle. 
Wiedziała,  że  ojciec  cieszył  się  z  tego,  iż  mieszkała  w 
gospodarstwie, ale  co  się  stanie  w  dniu,  gdy  Jorgen znajdzie 
sobie żonę? Teraz to ona była panią domu, lecz tego dnia na 
gospodarstwo  wprowadzi  się  nowa  pani.  A  gdyby  ojciec 
znalazłby sobie nową żonę? 

- Abelone, zobacz, znalazłam mnóstwo róż -zawołała Marie. 
Pogodny,  wesoły  głos  siostry  przywołał  ją  z  powrotem  do 

rzeczywistości.  Nie  była  w  stanie  myśleć  o  przyszłości,  nie 
dzisiaj, nie jutro. 

Życie już ją nauczyło, że rzadko działo się tak, jak człowiek 

sądził, oczekiwał lub miał nadzieję. 

- Abelone, spójrz, pies! 
Zachwycona  Marie  wskazała  w  kierunku  plaży.  Abelone 

zerwała liliowy kwiat smółki i wyprostowała plecy. 

 

background image

Marie miała rację. Rozpoznała psa, który wskoczył do wody, 

przepłynął kawałek, złapał patyk w zęby i zawrócił z powrotem 
ku brzegowi. 

To  był  Shep.  Nie  widziała  psa  od  zimy,  kiedy  to  spotkała 

Sorensena  przy  kamiennym  moście.  Ojciec  twierdził,  że  od 
czasu  wycinki  drzew  nie  mieszkał  już  w  chacie  drwali  i 
wszyscy cieszyli się, że zniknął ze wsi, ale teraz najwyraźniej 
powrócił. 

Widziała Sorensena idącego po wydmach. Shep wyszedł na 

plażę  i  otrzepywał  się.  Uśmiechnęła  się  na  widok 
wychudzonego psiego ciała. Sierść Shepa była obfita i miękka, 
ale teraz, gdy był mokry, widziała, że był chudszy niż się wy-
dawało. 

Shep  pomerdał  ogonem  i  z  patykiem  w  zębach  poszedł 

dumnym krokiem w stronę swego właściciela. Wyraźnie było 
widać, że pies chciał, by Sorensen rzucił ponownie patyk, bo 
upuścił go tuż pod jego nogi. 

Sorensen  schylił  się  i  rzucił  patyk  daleko  w  morze.  Shep 

natychmiast wskoczył do wody. 

 

background image

-  Popatrz,  Abelone,  pies  potrafi  pływać  -  powiedziała 

zdziwiona Marie. 

Abelone  pokiwała  głową.  Jej  to  nie  dziwiło.  Shep  był 

niezwykłym psem. 

W  tym  samym  momencie  zauważyła  innego  psa.  Tuż  za 

Sorensenem biegł wesoło inny mały, czarnobiały piesek. 

-  Patrz,  szczeniak!  -  zawołała  siostra.  Marie  miała  rację. 

Szczeniak wyglądał prawie 

jak Shep, choć był mniejszy, miał krótszy tułów, a jego sierść 

była nieco kręcona. 

Abelone postanowiła odejść. Nie miała ochoty rozmawiać z 

Sorensenem  i  podejrzewała,  że  on  również  nie  miał  na  to 
szczególnej  ochoty.  Mówiono,  że  był  odludkiem,  najchętniej 
przebywał w samotności i że szczególnie kobiety powinny być 
ostrożne.  Nie  można  było  przewidzieć,  co  mogło  przyjść  do 
głowy takiemu człowiekowi, przecież był już karany. 

-  Chodź,  Marie,  idziemy  -  przywołała  do  siebie  siostrę.  - 

Starczy nam kwiatów na wianek. 

background image

Marie spojrzała tęsknie w stronę psów. - Ale ja chcę zobaczyć 

szczeniaka - poprosiła cienkim głosikiem. 

Abelone  zdecydowanie  pokręciła  głową.  -Nie,  chodź, 

idziemy. 

Marie  guzdrała  się  nieznośnie,  Abelone  postanowiła  więc 

ruszyć w drogę powrotną. 

W końcu odwróciła się, by sprawdzić, czy siostra idzie za nią. 

Poirytowana  zobaczyła,  że  pochylona  Marie  głaszcze 
szczeniaka. 

Nie miała wyjścia. Musiała ponownie zejść na plażę. 
-  Marie,  chodź  już  -  zawołała,  idąc  w  stronę  siostry,  żeby 

Sorensen zrozumiał, iż nie miała ochoty z nim rozmawiać. 

Zauważyła, że wygląda bardziej niechlujnie niż kiedykolwiek 

przedtem.  Miał  na  sobie  porwaną  kurtkę  i  najwyraźniej 
pozwolił włosom i brodzie rosnąć przez zimę i wiosnę. Brudne 
włosy zwisały mu do ramion, broda była bujna i nieułożona. 

- Abelone, patrz, to Shep! - powiedziała za- 
 

background image

skoczona  Marie,  starając  się  głaskać  naraz  oba  psy,  które 

skakały i tańczyły wokół niej. 

Shep zauważył ją  nagle i  przybiegł  do  niej  prędko  wielkimi 

susami. 

Jej  serce  stopiło  się.  Nie  potrafiła  go  zapomnieć,  niegdyś 

pozwalała mu nawet spać w swoim łóżku. 

Schyliła się, a Shep na swój przyjazny sposób przysunął się i 

oparł  o  nią.  Był  mokry,  w  sierści  miał  mnóstwo  piachu. 
Roześmiała się, położyła mu dłoń na karku i drapała po szyi. 

- Poznajesz mnie, prawda? - mówiła do niego, a Shep polizał 

ją po twarzy. 

Nie  podniosła  oczu,  ale  zauważyła,  że  potężna  sylwetka 

Sorensena  zasłoniła  słońce.  Nic  dziwnego,  że  udało  mu  się 
zimą powalić ojca, choć też nie był ułomkiem. O ile to był on. 
Ojciec  nigdy  nie  dowiedział  się,  kto  zaatakował  go  tamtego 
zimowego dnia. 

-  Abelone,  spójrz  na  szczeniaka,  czyż  nie  jest  słodki?  - 

trajkotała Marie i śmiała się z pieska, który skakał wokół niej. 

Sorensen podniósł patyk z piachu i rzucił go 
 

background image

ponownie  w wodę. Shep nie zwlekając pobiegł natychmiast 

prosto do morza. 

- Szczeniak nazywa się Wilma - dodała Marie. 
Abelone  podniosła  się  i  rzuciła  okiem  na  Sorensena,  który 

wciąż nie powiedział ani słowa. 

Musiała przyznać, że to słodki szczeniak. Był, podobnie jak 

Shep, czarnobiały, ale bardziej od niego biały na pysku. 

Szczeniak, który tulił się do Marie, teraz postanowił podejść 

do niej i ostrożnie, nieśmiało zmierzał w jej stronę. 

Usiadła  i  wyciągnęła  dłoń.  Wilma  parsknęła  przezornie, 

zanim się o nią otarła. Abelone pogładziła palcami miękką jak 
jedwab,  puszystą  sierść  szczeniaka.  Była  taka  śliczna!  A  jej 
oczy były jasnobrązowe, z niebieskimi plamkami. 

Roześmiała się cicho, kiedy szczeniak zaczął ją lizać swoim 

szorstkim języczkiem. - Jesteś naprawdę śliczna - powiedziała. 
Ku jej zdziwieniu 

 

background image

piesek  położył  się  i  oparł  głowę  na  przednich  łapach.  Jego 

powieki były ciężkie. 

- Czy ona będzie spać? - spytała zdziwiona Marie. 
Sorensen  odezwał  się  po  raz  pierwszy.  -  Na  pewno  jest 

zmęczona, przeszliśmy sporo. 

Abelone postanowiła nie pytać, skąd przyszli. - Czy to pana 

pies? - odezwała się, głównie z grzeczności. 

Mężczyzna pokiwał w milczeniu głową. 
Marie uklękła obok szczeniaka i zaczęła go głaskać. Wilma 

rozłożyła się na plecach i wyciągnęła się na całą swą długość. 

Siostra spojrzała na nią. - Nie moglibyśmy mieć szczeniaka, 

Abelone? 

Abelone zawahała się z odpowiedzią. Gdyby zależało to od 

niej, mieliby psa, ale zdanie ojca było ważniejsze. - Nie sądzę, 
Marie - powiedziała, ale od razu pożałowała, że nie zabrzmiało 
to bardziej stanowczo. Zawahanie mogło być uznane za zgodę, 
szczególnie przez dziecko. 

background image

Siostrzyczka  uśmiechnęła  się  do  niej  słodko.  -  Ale  zobacz, 

jaka ona jest śliczna. Spojrzała na nią błagalnym wzrokiem. 

-  Zastanowię  się  nad  tym  -  powiedziała  w  końcu.  Była  to 

zawsze najlepsza odpowiedź, gdy nie mogła się zdecydować. 
Marie  dzięki  temu  może  przestanie  marudzić,  a  ona  nie  po-
wiedziała ani tak, ani nie. 

Shep wrócił do nich i uznał, że najlepszym miejscem, by się 

otrząsnąć,  jest  to,  gdzie  stali.  Roześmiała  się,  bo  był  taki 
zadowolony  i  ożywiony.  W  ramach  cichej  zachęty  położył 
przed nią kijek, żeby mu go rzuciła. 

Nachyliła się i cisnęła patyk w morze. 
Sorensen spojrzał na nią. - Lubi pani psy? 
Spojrzała  mu  w  oczy.  Myślała  do  tej  pory,  że  są  ciemne, 

prawie czarne, ale teraz zauważyła, że były niebieskie. 

Nie mogła zaprzeczyć. - Tak - odparła, nie wiedząc, co innego 

mogłaby  powiedzieć.  W  zasadzie  nie  miała  ochoty  z  nim 
rozmawiać, poza tym był już najwyższy czas, żeby wracały. 

 

background image

- Wybieram się w podróż - zaczął Sorensen. 
Abelone odwróciła się. - Ach, tak - odparła, choć nie miała 

najmniejszej ochoty słyszeć o jego planach. 

Pokiwał głową i pogrzebał w piachu kosturem, który trzymał 

w prawej dłoni. - Jeśli pani chce, może pani na ten czas zabrać 
ze sobą szczeniaka, żeby mogła zobaczyć, jak to jest mieć psa. 

Jakie  to  było  niegrzeczne!  Stał  tam  i  pytał  ją,  czy  mogłaby 

zająć się jego psem, bo on sam nie mógł go zabrać? A skoro już 
zamierzał  podróżować,  to  dlaczego  w  ogóle  wziął  sobie 
szczeniaka? 

Już  chciała  odmówić,  ale  Marie  oczywiście  usłyszała  to 

zuchwałe pytanie. 

- O tak, Abelone, proszę - błagała, wyczuwając najwyraźniej, 

jaką zamierzała dać odpowiedź. 

Abelone  spojrzała  na  szczeniaka,  który  ułożył  się  w trawie. 

Musiała przyznać, że miała ochotę się zgodzić. Może było tak, 
jak  mówił  Sorensen,  że  dzięki  temu  będzie  wiedziała,  czy 
naprawdę chce mieć psa, czy też nie. 

 

background image

- Jak długo pana nie będzie? - spytała z wahaniem. Mogło się 

przecież tak zdarzyć, że nie powróci, by zabrać swojego psa. 

Sorensen zastanowił się. - Wracam za dwa tygodnie. 
- Za parę tygodni? To nie jest długo! - zawołała Marie. 
Spojrzała ponownie na szczeniaka. 
Nagle  postanowiła  się  zgodzić.  Co  mogła  przez  to  stracić? 

Poza tym dzieci na pewno będą się cieszyć. 

Pokiwała głową i uśmiechnęła się, choć nie była pewna, w co 

się pakuje i co powie na to ojciec. Nie musiała się teraz nad tym 
zastanawiać,  ale  gdyby  spytała  ojca,  czy  mogą  mieć 
szczeniaka, jego odpowiedź byłaby oczywista. Teraz, kiedy się 
już zdecydowała, lepiej było go nie pytać. 

-  Niech  tak  będzie  -  odparła.  -  Zaopiekuję  się  psem,  gdy 

będzie  pan  w  podróży,  a  pan  przyjdzie  tu  za  dwa  tygodnie, 
żeby go odebrać. 

background image

Wymienili  kilka  praktycznych  uwag.  Sorensen  poradził  jej, 

by prowadzała psa na smyczy i karmiła go trzy razy dziennie. 
Musiał też mieć cały czas wodę. 

- Obiecuję dobrze się nią zaopiekować. 
Po raz pierwszy na twarzy mężczyzny pojawił się niewielki 

uśmiech. - Wiem, że tak będzie. Gdybym nie był tego pewien, 
nie poprosiłbym, żeby się pani nią opiekowała. 

Sorensen odszedł  wraz z  Shepem, a  Abelone kucnęła  przed 

Wilmą, która wciąż spała. 

Biedne  maleństwo,  pomyślała  nagle.  Na  pewno  będzie 

zagubiona, kiedy się obudzi, a pana nie będzie przy niej. 

Marie  usiadła  ostrożnie  obok  niej.  -  Możemy  tu  siedzieć  i 

pleść wianek, prawda? - spytała szeptem. 

Abelone  usiadła  wygodnie  i  pokiwała  głową.  -  Masz  rację. 

Nie chciała budzić Wilmy, póki ta spała. Podejrzewała, że ze 
szczeniakiem  było  jak  z  dzieckiem,  spał  wtedy,  gdy 
potrzebował snu i nie lubił być budzony. 

 

background image

W  ciszy  splatała  kwiaty  w  wianek  o  wszystkich  kolorach 

tęczy.  Kiedy był  gotowy,  położyła  go  na  jasnych,  kręconych 
włosach  Marie.  Wyglądała  jak  księżniczka.  -  Jaka  jesteś 
śliczna -uśmiechnęła się. 

Marie wstała, uniosła spódnicę i zatańczyła zadowolona. 
Wilma  zaczęła  się  przeciągać  i  chwilę  później  była  już  na 

nogach. Abelone stwierdziła, że szczeniak zdawał się w ogóle 
nie zauważać, iż jego właściciel zniknął. 

- Chodź, pokażemy Wilmę innym - zawołała Marie i zaczęła 

biec w stronę gospodarstwa. Wilma pobiegła za nią merdając 
ogonem. 

Abelone miała nadzieję, że ojciec nie będzie bardzo zły. 
Kiedy  zbliżały  się  do  ogrodu,  Marie  zatrzymała  się  i 

odwróciła spoglądając z powagą na Abelone. 

- Musisz dzisiaj w nocy położyć siedem polnych kwiatów pod 

poduszką - powiedziała stanowczo. 

 

background image

Abelone  wiedziała,  o  co chodziło  siostrze,  ale udała, że  nie 

wie, o co chodzi. - Ale dlaczego? 

Marie wsparła dłonie na biodrach. - Wtedy przyśni ci się ten, 

za  którego  masz  wyjść.  Nie  pamiętasz?  Sama  mi  to 
powiedziałaś! 

Abelone  odwróciła  wzrok.  Kładzenie  polnych  kwiatów  pod 

poduszkę  i  śnienie  o  tym,  za  kogo  miało  się  wyjść,  było 
ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę. 

Kochała  tylko  Erika  i  jego  będzie  kochać  zawsze.  Nigdy 

więcej nie zazna podobnej miłości. 

Wolała  przeżyć  resztę  życia  jako  wdowa,  niż  dzielić  łoże  z 

kimś, do kogo nic nie czuła. 

background image


 
Drzwi  zatrzasnęły  się  za  Frederikke,  która  rzuciła  się  na 

łóżko. Co ona zrobiła? Nigdy nie powinna była zakradać się i 
podglądać, co się działo z Krestianem w domu modlitewnym. 
Gdyby robiła to, co jej kazano, czyli zbierała kwiaty, nigdy by 
się to nie wydarzyło! 

Pani  Angelsten  ciągnęła  j  ą  za  sobą  przez  dziedziniec  i  do 

wnętrza  domu,  w  górę  po  schodach,  a  następnie  bez  słowa 
wepchnęła do pokoju. Była wściekła. Frederikke zdawało się, 
że jeszcze nigdy nie widziała jej tak złej. 

Skuliła się, kiedy drzwi otworzyły się ponownie. 
 

background image

Poderwała się z łóżka, w drzwiach stała pani Angelsten. 
Jaka kara ją czekała? Taka sama jak Krestiana? 
Była przerażona. 
Pani  Angelsten  włożyła  dłoń  do  kieszeni  spódnicy,  a 

następnie wyciągnęła z niej jakiś przedmiot. 

Jej  harfa.  A  więc  znaleźli  ją,  gdy  szukali  złotego  zegarka 

skradzionego przez Krestiana. 

-  To  twoje,  prawda?  -  spytała  pani  Angelsten  i  pozwoliła 

metalowym rurkom obijać się o siebie. 

Frederikke pokiwała w milczeniu głową. 
Oczy  pani  Angelsten  zwężyły  się.  -  Dostałaś  ją  od  ojca, 

prawda? 

Frederikke  pokiwała  głową,  ale  nie  była  w  stanie  nic 

odpowiedzieć. 

Pani Angelsten zamknęła harfę w dłoni, jej usta zacisnęły się. 

-  Zakładam,  że  wiedziałaś,  iż  nie  pozwolilibyśmy  ci  jej 
zachować i dlatego ukryłaś ją pod swoją poduszką? 

Frederikke nie wiedziała co ma powiedzieć. 
 

background image

Pani Angelsten zrobiła krok w jej stronę. -Twój ojciec igrał z 

diabłem,  Frederikke  -  powiedziała  cicho,  ale  Frederikke 
wiedziała, że wciąż jest zła.  - Igrał ze złem, pozwalał diabłu 
przejmować kontrolę, kiedy grał. 

Frederikke  chciała  pokręcić  głową,  powiedzieć,  że  to 

nieprawda, ale pani Angelsten tak ją przerażała, więc milczała 
tylko z pochyloną głową. 

Nie  mogła  przestać  też  myśleć  o  tym,  co  widziała  w  domu 

modlitewnym i tym, co mówił kaznodzieja. 

Czy  kaznodzieja  i  pan  Angelsten  uważali,  że  w  Krestianie 

siedział diabeł? 

Pani  Angelsten  nachyliła  się  nad  nią.  -  Ty  też  masz  go  W 

sobie,  Frederikke,  tak  jak  twój  brat.  Jak  myślisz,  dlaczego 
słowa  nie chcą opuszczać jego ust?  To  diabeł z  nim  walczy, 
diabeł chce nad nim zapanować, diabeł próbuje używać jego 
języka, by mówić. 

Pani Angelsten uniosła ponownie maleńką harfę i rzuciła ją na 

podłogę, a następnie zmiaż- 

 

background image

dżyła obcasem. Frederikke usłyszała trzask łamanego drewna. 
Frederikke  spojrzała  na  zdeptane  resztki  harfy,  którą  ojciec 

zrobił  dla  niej  z  taką  starannością.  Dokładnie  polerował 
drewno,  żeby  było  gładkie  i  piękne,  a  małe  metalowe  rurki 
przymocował  na  maleńkich  haczykach.  Wszystko  było 
zniszczone. 

- Musisz wiedzieć, że widzimy to raz za razem - powiedziała 

głośno pani Angelsten. -Dzieci noszą w sobie grzechy swoich 
rodziców, dziedziczycie po nich grzechy, czy tego chcecie, czy 
nie. Czasem udaje nam się uwolnić wasze dusze od grzechu, a 
czasem nie, ale naszym obowiązkiem jest, by robić swoje, aby 
Bóg przyjął was do siebie w dniu ostatecznym. Sama słyszałaś, 
co zrobił Krestian, a musisz wiedzieć, że jego ojciec również 
był złodziejem. Zamiłowanie ojca do kradzieży przeszło dalej 
na  syna.  Krestian  był  łatwym  łupem  dla  diabła  i  naszym 
obowiązkiem było próbować wygonić złe moce z jego duszy i 
ciała. Tylko 

 

background image

dzięki  temu  nasz  Pan,  w  swojej  łasce,  może  się  nad  nim 

zlitować. 

Frederikke nie była w stanie słuchać tego, co mówiła do niej 

pani  Angelsten,  rozpacz  w  jej  sercu  była  zbyt  wielka.  Kiedy 
trzymała harfę w rękach, a ona grała, było tak, jakby ojciec był 
przy niej, choć przez moment. Przypominała jej o tych dobrych 
chwilach, które razem spędzili. 

A teraz była zniszczona. 
-  Zaraz  wracam  -  powiedziała  pani  Angelsten  surowo.  - 

Rozumiesz  chyba,  że  jesteśmy  zmuszeni  ukarać cię  za  twoje 
postępowanie. 

Drzwi  zamknęły  się  z  trzaskiem,  Frederikke  znowu  została 

sama. 

Tyle razy starała się wstrzymywać łzy, ale teraz nie mogła już 

wytrzymać. 

Uklękła obok zniszczonej harfy. Podniosła ją ostrożnie. Było 

tak, jak myślała, już nigdy nie zagra. 

Położyła instrument na dłoni i gładziła go palcami. 
Jaką karę miała dostać? Czy tę sama, która 
 

background image

spotkała Krestiana? A może zamierzali ją chłostać wołając, że 

ma ją opuścić diabeł? 

Zacisnęła dłoń na harfie, podniosła się i otarła łzy. Była teraz 

dużą dziewczynką, tak jak powiedział jej ojciec tego dnia, gdy 
umarł. 

Wiedziała, co musi zrobić. 

background image


 
Ellen w napięciu otworzyła drzwi kajuty. Oczekiwała małego 

pomieszczenia, w którym poza łóżkiem nie będzie miejsca na 
nic, tak jak na statku, którym płynęli z Kopenhagi do Londynu, 
ale  kabina  była duża. Łóżko, które również  było spore, stało 
pod jedną ze ścian, było też miejsce na stolik. Po przeciwnej 
stronie stała szafa z owalnym lustrem w drzwiach i toaletka z 
miską  na  wodę  do  mycia.  Przed  łóżkiem  postawiono  małą 
walizkę  z  najpotrzebniejszymi  do  podróży  rzeczami.  Reszta 
bagażu była złożona pod pokładem, jak powiedział Ulrik. 

Ulrik zamknął za nimi drzwi i objął ją. 
— Myślisz, że zdołasz wytrzymać na pokła- 
 

background image

dzie, zanim dotrzemy do Marsylii? - spytał z uśmiechem. 
Spojrzała  na  jego  znajomą,  kochaną  twarz.  Zdążyła  już 

zauważyć, że podróż zbliżyła ich, a ich wzajemne nastawienie 
zmieniło  się  od  chwili,  gdy  weszli  na  pokład  statku,  którym 
popłynęli  z  Kristianii  do  Danii.  Nie  wiedziała  dokładnie 
dlaczego,  ale  tak  właśnie  było.  Może  dlatego,  że  Ulrik  był 
jedyną  osobą,  którą  tak  naprawdę  tu  znała.  Poznała  się  co 
prawda  lepiej  z  Wergelandami,  ale  nie  sądziła,  że  byłyby  z 
Norą  przyjaciółkami,  gdyby  ich  mężowie  się  nie  znali.  Zbyt 
różniły się od siebie. 

Pocałowała  go  i  uśmiechnęła  się.  -  Nie  ma  znaczenia  gdzie 

jestem, jeśli tylko jestem z tobą. 

Spojrzeli sobie w oczy i przysunęli bliżej do siebie. Dobrze 

było tak stać, czuć ciepło Ulrika, dotyk jego dłoni na plecach. 

Był jej mężem, jej najbliższym. 
Nachyliła się, przykryła delikatnie jego wargi swoimi ustami i 

pocałowała go ponownie. 

Coś, czego nie czuła od dawna sprawiło, 
 

background image

że poczuła w sobie płomień, a jej ciało rozgrzało się. 
Coś, za czym tęskniła, ale nie sądziła, że kiedykolwiek będzie 

w stanie ponownie poczuć. 

Cieszyła  się,  że  znów  mogła  się  tak  czuć  wobec  swojego 

męża, bo mężczyzna zawsze wiedział, kiedy jego żona już go 
nie pożądała. 


Ellen  ubierała  się  tak  szybko,  jak  potrafiła.  Jak  mogła  tak 

zapomnieć o czasie? 

Zaczerwieniona  rzuciła  spojrzenie  w  kierunku  Ulrika  i 

uśmiechnęła się. Doskonale wiedziała dlaczego. On zdążył się 
już  prawie  ubrać,  ale  mężczyznom  szybciej  to  szło.  Ona  zaś 
musiała  włożyć  gorset  oraz  te  wszystkie  podkoszulki,  zanim 
mogła włożyć swoją nową, burgundowo-czerwoną, jedwabną 
suknię. Była to piękna suknia popołudniowa i miała nadzieję, 
że  będzie  pasować  do  posiłku  z  markizem  i  jego  przyszłą 
małżonką. 

Odwróciła się plecami do Ulrika i przytrzy- 
 

background image

mała dłońmi włosy. - Ulriku, pomożesz mi z gorsetem? 
Wiązał go nieco zbyt ostrożnie, ale musiało już tak zostać, nie 

mieli już czasu. 

Ulrik  stanął  przy  drzwiach  czekając,  aż  włoży  na  siebie 

suknię.  -  O  czym  się  rozmawia  z  markizem?  -  spytała  ze 
śmiechem. - Kiedy się nie umie mówić po angielsku? 

Ulrik roześmiał się cicho. - Nie martw się tym. Markiz mówi 

biegle  po  angielsku  i  po  francusku,  jest  Francuzem,  to  jego 
narzeczona jest z Anglii. Sądzę, że wyprawiają się wraz z jej 
rodziną,  by  odwiedzić  jego  krewnych  przed  ślubem.  On 
mieszka,  z  tego  co  zrozumiałem,  w  Prowansji,  na  południu 
Francji. 

- Pomożesz mi z guzikami na plecach? - spytała zdyszana. 
Ulrik na szczęście był szybki, nie należał do mężczyzn, którzy 

mieli  wielkie,  nieporadne  ręce,  które  nie  były  w  stanie 
wykonać takiej czynności. 

- Dowiedziałeś się, kim są pozostali ich to- 
 

background image

warzysze?  -  spytała.  Skoro  nie  rozumiała  języka,  mogła 

przynajmniej  być  przygotowana  na  to, z  kim  będzie  siedzieć 
przy stole. 

- To rodzice lady Juliet i jej siostra z mężem, jak sądzę. 
Ellen zastanowiła się. - Było ich chyba więcej? 
Ulrik  pokiwał  głową  w  zamyśleniu.  -  Będziesz  wszystkim 

przedstawiona,  a  ja  postaram  się  tłumaczyć  wszystko,  co 
mówią.  Uśmiechnął  się  do  niej,  kiedy  ostatni  guzik  został 
zapięty. -No, już gotowe. 

Obejrzała  się  przelotnie  w  lustrze.  Może  powinna  bardziej 

elegancko  ułożyć  włosy,  ale  nie  było  na  to  czasu.  Musiała 
jednak przyznać, że w zasadzie dobrze wyglądała w tej sukni. 
Miękki aksamit i ciepłe barwy pasowały dobrze do jej cery i 
koloru oczu. 

Wyszli  pospiesznie  z  kajuty  i  podeszli  do  czekających  na 

korytarzu  Wergelandów.  Ellen  zauważyła  niecierpliwe 
spojrzenie  Nory,  ale  postanowiła  je  zignorować.  Nie  byli 
przecież jeszcze spóźnieni. 

 

background image

-  Jesteście  zadowoleni  z  kajuty?  -  spytał  z  uśmiechem  pan 

Wergeland. 

Ellen starała się nie patrzeć na Ulrika, bała się, że będzie po 

niej  widać  przyczynę  ich  późnego  przybycia.  Wiedziała,  że 
wciąż miała zaczerwienione policzki. - O, tak - odpowiedział 
odwzajemniając  uśmiech.  -  Nie  sądziłem,  że  będzie  aż  tak 
przestronna. 

-  Tak,  Angélique  to  wspaniały  statek,  nie  można  temu 

zaprzeczyć. 

Musieli przejść przez wąski korytarz, żeby dotrzeć do jadalni, 

Ellen szła obok pana Wergelanda. 

-  Nie  bez  powodu  zostaliśmy  zaproszeni  przez  markiza  - 

zaczął wesoło. 

Ellen  spojrzała  na  niego.  -  Podejrzewam,  że  lady  Juliet 

musiała  się  niezwykle  ucieszyć  z  odzyskania  swojego 
zaręczynowego pierścionka. 

Nora,  która  szła  przed  nimi  ramię  w  ramię  z  Ulrikiem, 

obejrzała  się.  -  Okazało  się,  że  to  bardzo  kosztowny 
pierścionek - powiedziała. 

Ellen spojrzała pytająco na pana Wergelanda, który pokiwał 

głową. - Oczywiście, że tak. Po- 

 

background image

chylił  się  i  zniżył  głos.  -  Rozmawiałem  z  pewną  angielską 

parą, gdy na was czekaliśmy, okazali się być wujostwem lady 
Juliet. Powiedzieli, że markiz de Cavalière dał ich siostrzenicy 
nie byle jaki klejnot. 

Ellen spojrzała na niego zaciekawiona. 
Profesor  zdawał  się  rozkoszować  tym,  co  ma  do 

opowiedzenia.  -  Pierścionek  jest  dziedzictwem  rodziny 
Cavalière.  Jest  przekazywany  przyszłej  żonie  najstarszego 
syna, ozdobiony jest tak zwanym diamentem Cavalière. 

Ellen wbiła w niego wzrok. Nigdy nie słyszała o diamentach, 

ale podejrzewała, że musiały być kosztowne. 

Pan Wergeland mrugnął do niej. - Ma fantastyczną historię. 

W  XVI  wieku,  zanim  diament  został  podzielony  i 
wyszlifowany,  był  częścią  wielkiego  diamentu,  który  należał 
do  hinduskiego  radży.  Później,  kiedy  wybudowano  Tadź 
Mahal - zna pani to indyjskie mauzoleum? - przerwał i spojrzał 
na nią pytająco. 

 

background image

Ellen pokiwała głową. - Indyjski pałac wybudowany z białego 

marmuru.  Indyjski  władca  wzniósł  go  na  pamiątkę  swojej 
ukochanej żony. 

Profesor pokiwał głową z uznaniem, a Ellen cieszyła się, że 

tyle  przynajmniej  wiedziała.  Czegoś  się  w  końcu  nauczyła, 
pracując  jako  nauczycielka,  a  poza  tym  czytanie  licznych 
książek  Ulrika  sprawiało  jej  radość.  W  jednej  z  nich  na-
rysowany był obrazek mauzoleum. 

- Diament był umieszczony w ścianie Tadź Mahal, ale został 

skradziony - ciągnął profesor, lecz zatrzymał się, gdy mieli już 
wejść  do  jadalni.  Ulrik  również  przysłuchiwał  się  jego  opo-
wieści. - Diament dostał się w ręce Brytyjczyków, gdy podbili 
Pendżab  w  1849  roku,  a  kilka  lat  później  został  ofiarowany 
królowej  Wiktorii.  Wtedy  diament  został  podzielony  i 
oszlifowany,  by  stał  się  piękniejszy.  Pan  Wergeland  skinął 
głową  w  kierunku  stołu,  przy  którym  zasiadała  angielska 
rodzina szlachecka i francuski markiz. - Wielki diament należy 
obecnie do brytyjskiej rodziny królewskiej, a rodzina Cavalière 
otrzy- 

background image

mała  jeden  z  wyciętych  fragmentów,  który  dzisiaj  można 

zobaczyć na dłoni lady Juliet Mountbatten. 

Ellen  rzuciła  okiem  w  stronę  stojącego  pośrodku  sali 

okrągłego  stołu,  przy  którym  zasiadała  lady  Juliet.  Kobiety 
miały na sobie bogate suknie i lśniącą biżuterię, a mężczyźni 
ubrani byli w eleganckie białe stroje. Kamerdyner pilnował, by 
wszyscy znaleźli swoje miejsca. 

Ulrik podał Ellen ramię i wraz z państwem Wergeland poszli 

w  kierunku  stołu.  Ellen  poczuła  się  nagle  bardziej 
zdenerwowana,  gdy  usłyszała  angielski.  Nie  była  w  stanie 
zrozumieć ani jednego słowa! 

Myślała  z  początku,  że  ciekawie  będzie  zjeść  posiłek  z  tak 

ważnymi  ludźmi,  ale  teraz  zaczynała  żałować,  że  Ulrik 
odzyskał pompadurkę młodej lady. 

Obawiała się bardzo, że posiłek będzie dla niej męką. 
Rozpoznała wysokiego, eleganckiego mężczyznę, który, jak 

podejrzewała, był ojcem lady 

 

background image

Juliet.  Podniósł  się  i  powitał  z  uśmiechem  Ulrika,  któremu 

najwyraźniej  odpowiadanie  w  tym  samym  języku  nie 
sprawiało kłopotu. 

Ulrik uśmiechnął się do niej i powiedział coś w tym obcym 

języku. Jedyne co  zrozumiała, to jej własne imię  i pojęła, że 
została  przedstawiona  hrabiemu  Canterhill,  lordowi 
Thomasowi Cecilowi Mountbattenowi. 

Angielski  hrabia  przedstawił  im  również  resztę  siedzących 

przy stole i ulżyło jej, gdy Ulrik szeptem powiedział, kto był 
kim  w  rodzinie  lady  Juliet.  Ich  imiona  mieszały  jej  się,  ale 
miała nadzieję, że z czasem sobie je przypomni. 

Kiedy wszyscy zostali przedstawieni, usiedli przy stole. Ellen 

cieszyła się, że ma po jednej stronie Ulrika, a po drugiej pana 
Wergelanda. 

Przynajmniej nie była zmuszona komunikować się w języku, 

którego nie rozumiała! 

Ellen rzuciła okiem na Norę. W przeciwieństwie do niej, żona 

pana Wergelanda potrafiła 

background image

w  jakimś  stopniu  mówić  po  angielsku.  Angielska  rodzina 

szlachecka  wyglądała  poza  tym  na  zaskoczoną  widokiem 
kobiety,  która  zajmowała  się  nauką;  zaimponowało  im,  gdy 
powiedziała,  że  towarzyszyła  swojemu  mężowi  w  licznych 
ekspedycjach. 

W  pewnym  momencie  lord  Mountbatten,  ojciec  lady  Juliet, 

zwrócił się do Ellen, ale nie zrozumiała ani słowa z tego, co 
mówił.  Zaczerwieniona  spojrzała  na  Ulrika,  który  uratował 
sytuację  swoim  pełnym  obycia  zachowaniem.  Przetłumaczył 
jej  pytanie,  zanim  wyjaśnił  po  angielsku,  że  pracowała 
wcześniej jako nauczycielka. 

Prędko  pojęła,  że  nie  było  to  szczególnie  imponujące  dla 

angielskiej rodziny szlacheckiej, choć grzecznie pytali dalej o 
jej pracę. 

Siedziała i obserwowała angielską rodzinę i markiza, podczas 

gdy  inni  rozmawiali.  Młoda  lady  niewiele  się  odzywała  w 
trakcie posiłku. Ellen zastanawiała się, czy przez onieśmielenie 
spowodowane bliskością jej przyszłego męża, czy też cierpiała 
może na choro- 

 

background image

bę morską. Nie sądziła jednak, żeby chodziło o to drugie, bo 

morze było spokojne, trudno było nawet zauważyć, że znajdują 
się na pokładzie statku. 

Ale było coś innego, na co zwróciła uwagę. Osobną sprawą 

było  to,  że  młoda  kobieta,  która  mogła  mieć  najwyżej 
osiemnaście lat, niewiele mówiła, ale Ellen nie zauważyła, by 
choć raz zwróciła się do swojego narzeczonego. 

W  markizie  i  w  lady  było  coś  takiego,  co  pozwoliło  jej 

myśleć, że między nimi nie ma miłości, tak jak powinno być 
między  dwojgiem  zaręczonych  ludzi.  Byli  tacy  różni.  Lady 
była  pięknością,  ale  uroda  jej  narzeczonego  z  pewnością  nie 
mogła cieszyć oczu. Miał, co prawda, tytuł, ale Ellen nie mogła 
przestać  myśleć  o  tym,  jak  taka  młoda,  piękna  dama  będzie 
przez całą przyszłość dzielić łoże z markizem de Cavalière. 

Sądziła, że musiał mieć około trzydziestu lat, ale wyglądał na 

starszego,  z  powodu  niewielkiej  łysiny.  Wełniste  włosy  były 
brązowoszare  i  falowane,  skóra  na  twarzy  blada,  niemal 
poszarzała. 

 

background image

Wyglądał jakby cierpiał na jakąś chorobę, choć nie sprawiał 

wrażenia słabowitego. 

Zachowywał  się  dystyngowanie,  a  jego  spiczasty  nos 

podkreślał  arystokratyczną  postawę.  Dłonie  miał  długie  i 
smukłe, podobnie jak resztę ciała. Z początku zdawało się jej, 
że  był  chłodnym  i  wyciszonym  człowiekiem,  ale  kiedy  się 
uśmiechał, w jego oczach pojawiała się serdeczność. 

Od czasu do czasu posyłał niepewne spojrzenie w kierunku 

lady Juliet, był wobec niej niezwykle grzeczny i uważny. 

Nie  podejrzewała  ani  przez  chwilę,  żeby  byli  w  sobie 

zakochani, ale sądziła, że tak to bywało w pewnych kręgach, 
tak jak zdarzało się również w rodzinnej Norwegii. Nierzadko 
rodzice  mieli  wiele  do  powiedzenia  w  przypadku  małżeństw 
dzieci z zamożnych rodzin. 

Próbowała  rozkoszować  się  smacznym  posiłkiem,  mięsem 

podanym  ze  pysznym  sosem  burgundzkim,  warzywami 
gotowanymi na parze i prażonymi kasztanami, starając się 

 

background image

równocześnie ze wszystkich sił pojąć, o czym mówiono przy 

stole.  Ulrik  był  na  szczęście  na  tyle  uważny,  że  w 
odpowiednich momentach szeptał jej do ucha kilka słów o tym, 
czego dotyczyła rozmowa, ale musiała przyznać, że nie mogła 
się doczekać, kiedy posiłek dobiegnie końca, 

Sączyła  właśnie  czerwone  wino,  gdy  zauważyła,  że  markiz 

nachylił  się  do  lady  Juliet  i  szepnął  jej  coś  do  ucha.  Markiz 
uśmiechnął  się  lekko,  ale  młoda  lady  siedziała  bez  ruchu, 
patrząc sztywno przed siebie. Oparła sztućce o brzeg talerza, a 
następnie  podniosła  się  gwałtownie,  odłożyła  serwetkę  i 
wybiegła z jadalni. 

Ellen zauważyła, że jej oczy wypełniły się łzami. 
Wokół  stołu  zapadła  napięta  cisza,  aż  w  końcu  lord 

Mountbatten odchrząknął. Ellen nie rozumiała, co powiedział, 
ale podejrzewała, że tłumaczył zachowanie córki tym, iż źle się 
poczuła. 

Markiz  natomiast  wyglądał  na  jeszcze  bardziej  bladego.  A 

także na zmieszanego, jak jej się zdawało. 

 

background image

Kontynuowali posiłek, ale nastrój uległ zmianie. Kiedy tylko 

zjedli  deser,  lord  wstał  i  zaproponował,  by  mężczyźni 
przenieśli się do salonu na kieliszek koniaku i cygaro. 

Na szczęście Ulrik musiał zauważyć, jak niezręcznie się czuła 

podczas posiłku i przeprosił wszystkich mówiąc, że potrzebuje 
wyjść na świeże powietrze. 

Zanim poszli na górę, na przedni pokład, lord i jego małżonka 

ponownie  podziękowali  Ulrikowi  za  to,  że  odzyskał 
pierścionek zaręczynowy córki. 

Ellen odetchnęła z ulgą, kiedy wyszli na chłodne, wieczorne 

powietrze. Trzymając się pod ręce spacerowali na  pokładzie, 
podobnie jak wielu innych podróżnych. 

-  Mam  nadzieję,  że  z  czasem  nauczę  się  angielskiego  - 

powiedziała cicho. 

Ulrik  uśmiechnął  się  do  niej  i  uścisnął  jej  ramię.  -  Na 

Madagaskarze  będziemy  mieli  do  czynienia  głównie  z 
Norwegami,  miejscowi  zaś  mówią  tam  po  malgasku.  Reszta 
miesz- 

 

background image

kańców  używa  francuskiego,  więc  nie  będziesz  miała  zbyt 

wielkiej potrzeby, by mówić po angielsku. 

Westchnęła.  -  Może  i  nie.  Nie  powiedziała,  jak  głupio  się 

czuła  przez  to,  że  Nora  znała  obcy  język.  Uważała,  że  sama 
również powinna znać przynajmniej kilka słów i zwrotów. 

Ulrik  spojrzał  na  nią  spod  oka.  -  Może  Nora  mogłaby  cię 

nauczyć?  Będziecie  miały  dużo  czasu,  by  się  poznać,  gdy 
będziemy na morzu. 

Ellen starała się nie patrzeć na Ulrika. - Być może. Nie była 

pewna,  czy  ma  ochotę  prosić  Norę,  by  nauczyła  ją 
angielskiego. 

Ulrik  poprowadził  ją  ku  burcie.  -  Widzisz?  -powiedział  i 

wskazał  na  wysokie  kredowobiałe  klify,  wznoszące  się 
majestatycznie ponad morzem. - To Dover. 

Ołowianoszare niebo i zimne powietrze zapowiadały deszcz, 

ale  chmury  rozeszły  się  na  chwilę  i  słoneczne  promienie 
tańczyły na zieleniejących gdzieniegdzie urwiskach. 

- Pilot już nas zostawia - Ulrik wskazał gło- 

background image

wą  poprzedzającą  statek  łódź,  która  wyraźnie  zmniejszała 

tempo. 

Teraz, kiedy statek wpłynął na Kanał La Manche, woda stała 

się nieco bardziej niespokojna, ale wiedziała, że to jeszcze nic 
w porównaniu z prawdziwym morzem. 

- Zimno ci? - spytał Ulrik. 
Ellen  pokręciła  głową,  ale  w  tej  samej  chwili  poczuła 

pierwsze krople deszczu. 

- Zaczyna padać. 
Pospiesznie  poszli  z  powrotem  pod  pokład.  -  Pójdziemy  do 

salonu? - spytał Ulrik. - Sądzę, że Nora i pan Wergeland poszli 
tam po posiłku. 

Ellen pokiwała głową. - Pójdę tylko po mój szal. 
Ulrik poszedł w kierunku salonu, a ona skierowała się ku ich 

kajucie. 

Dopiero teraz czuła, że ich podróż zaczęła się naprawdę. Co 

czekało  na  nich,  gdy  przybiją  do  portu  w  Marsylii?  Miała 
nadzieję,  że  będą  mogli  zejść  na  ląd  i  rozejrzeć  się  po 
francuskim porcie. 

Zbliżała się do ich kabiny, kiedy usłyszała 
 

background image

zrozpaczony  głos  dochodzący  z  jednej  z  kajut.  Nie  można 

było nie usłyszeć rozmowy. - No,father, I cannot... 

Rozpoznała od razu głos lady Juliet. Brzmiał tak, jakby miała 

się  rozpłakać,  po  chwili  Ellen  usłyszała,  jak  ojciec  jej 
przerywa. 

Poszła pospiesznie naprzód, nie chciała być świadkiem kłótni 

między ojcem a córką, choć nie rozumiała, o czym mówiono. 
Mimo  to  nietrudno  było  zgadnąć,  czego  dotyczyła.  Lordowi 
nie podobało się, że córka opuściła stół w trakcie posiłku. 

Zamknęła  się  w  swojej  kajucie,  znalazła  szal  i  ponownie 

wyszła  na  pokład.  Pożałowała  tego  natychmiast,  bo  lord 
wyszedł na korytarz, ale miała nadzieję, że jej nie zauważył. 

Córka  wyszła za  nim,  płakała  teraz, a  ojciec  zdawał  się  nie 

zwracać  na  to  uwagi.  Odchodził  zdecydowanym  krokiem, 
córka została w drzwiach kajuty, z twarzą ukrytą w dłoniach. 

Ellen stała w miejscu. Czy powinna wrócić do swojej kabiny? 
 

background image

W tej samej chwili zauważyła matkę lady Juliet, która starała 

się nakłonić córkę, by powróciła do kajuty. 

Twarz kobiety pociemniała, kiedy zauważyła Ellen i niemal 

wepchnęła córkę do środka. Drzwi zamknęły się z hukiem. 

Ellen westchnęła i owinęła ramiona szalem. 
Było  wyraźnie  widać,  że  mieli  swoje  nieporozumienia,  tak 

samo jak wszystkie inne rodziny. 

background image


 
Frederikke  musiała  mocno  się  wyciągnąć,  żeby  dosięgnąć 

żelaznej klamki. 

Wysoka  furtka  otworzyła  się  wreszcie  i  weszła  na  długą 

ogrodową ścieżkę. 

Odczuwała zmęczenie w nogach, ale najgorsze było, że bolały 

ją stopy. Buty były za małe, tak jak przez całą zimę. Mówiła o 
tym pani Angelsten, która obiecała jej nowe buty, ale nie mogła 
zbyt często narzekać, by nie wprawić jej w gniew. 

Spojrzała na wielki murowany dom przed nią. 
Czy  źle  robiła  uciekając  z  Angelsten?  Próbowała  znaleźć 

Gustava, aby uciec razem, ale go 

 

background image

nie odnalazła. Poza tym nie mogła czekać zbyt długo - gdyby 

tylko pan lub pani Angelsten ją zauważyli! 

Sama myśl o tym sprawiała, że kuliła się ze strachu. 
Ale  co  będzie,  jeśli  zostanie  odesłana  z  powrotem  do 

Angelsten? Jeśli  miało  być  tylko  gorzej,  gdzie  indziej  mogła 
pójść? Nie było żadnego innego miejsca. 

Weszła  po  kamiennych  schodach.  Do  tej  pory  nie  widziała 

nikogo, dorosłych ani dzieci. 

Podniosła  wzrok  na  duże,  dębowe  drzwi.  Sznurek, za  który 

należało pociągnąć, by zadzwonić do drzwi, był dla niej zbyt 
wysoko. Musiała więc zapukać. 

Uniosła  dłoń,  zacisnęła  pięść  i  zapukała  tak  mocno,  jak 

potrafiła. Czekała, ale na próżno. 

Może nie usłyszeli? 
Zagryzła wargi, ponownie uniosła dłoń i zapukała z całych sił. 
Teraz chyba musieli ją usłyszeć? Nikt nie przyszedł. 
 

background image

Nie  mogła  płakać,  musiała  teraz  być  dużą,  dzielną 

dziewczynką, ale była taka zmęczona. 

Podniosła  obie  pięści  i  waliła  nimi  z  całej  siły  w  drzwi. 

Musieli tam być! 

Nikt nie otworzył również tym razem. 
Obejrzała  się  przez  ramię  w  kierunku  ulicy.  A jeśli  przyjdą 

państwo Angelsten? I zobaczą ją tu, na schodach? Zaciągnęliby 
ja z powrotem do Angelsten i tylko Bóg mógł wiedzieć, jaka 
wtedy spotkałaby ją kara. 

Nie mogli jej znaleźć. 
Powłócząc  nogami  zeszła  ze  schodów  i  poszła  w  stronę 

dużego krzaka z białymi kwiatami, który rósł obok domu. 

Tak  bardzo  bolały  ją  stopy!  Było  nawet  gorzej,  gdy  przez 

chwilę postała w miejscu. 

Obeszła krzak i spojrzała ponownie w kierunku ulicy. Nikt nie 

mógł jej stąd dostrzec. 

Usiadła  na  trawie  i  zaczęła  zdejmować  buty.  Stopy  miała 

ciepłe i spocone, nie mogło chyba też zaszkodzić, gdyby zdjęła 
również pończochy? 

 

background image

Skóra na stopach była zaczerwieniona, pomarszczona i biała, 

tak jak wtedy, gdy ojciec pozwalał jej długo siedzieć w wannie. 
Widziała,  że  ma  również  duże  pęcherze,  ale  pomogło  trochę, 
kiedy przewietrzyła stopy. 

Przysunęła się do ściany, oparła plecami o mur. Która mogła 

być  godzina?  Nie  wiedziała,  ale  nie  było  tak  ciepło,  jak 
wcześniej.  Może  był  już  wieczór?  Widziała  po  drodze  wiele 
ognisk w dole na plaży. 

Tak, musiał być wieczór, była tak bardzo zmęczona. 
Spojrzała  ponownie  w  kierunku  krzaka.  Może  mogłaby 

położyć się na trawie i chwilę pospać? Dobrze by jej zrobiła 
odrobina snu. 

Odsunęła  się  od  ściany  i  położyła  się  wygodnie  na  trawie. 

Wsunęła dłoń do kieszeni, do której włożyła zniszczoną harfę. 

Zamknęła oczy i zaczęła myśleć o jednej z baśni, które zwykł 

opowiadać ojciec, ale nie była w stanie nie myśleć o Gustavie. 

Ojciec prosił ich, by trzymali się razem, a te- 
 

background image

raz go opuściła. Uciekła, nie mówiąc o tym nikomu, ale nie 

mogła już dłużej zostać w Angelsten. 

Przyszła tu, bo sądziła, że może uzyskać pomoc, ale nikogo 

nie  było  w  domu.  Nikt  nie  mógł  jej  pomóc,  nikt  nie  mógł 
pomóc  Gustavowi,  Krestianowi  ani  innym  dzieciom  z 
Angelsten. 

Ojcze, wybacz mi, musisz mi wybaczyć. Nie  powinnam była 

zostawiać Gustava, ale nie wiedziałam, co innego mogę zrobić. 

Pomóż mi, ojcze, musisz mi pomóc. 

background image

10 
 
Abelone  usiadła  na  wydmie,  podciągnęła  pod  siebie  nogi  i 

nabrała w płuca zapach ogniska, zimnego powietrza i obietnicy 
długiego, ciepłego lata. 

Dochodziła północ, ale w najjaśniejszą noc w roku nigdy nie 

było  całkiem  ciemno.  Jedynie  lekki  mrok,  kilka  godzin 
prawdziwej ciemności, to było wszystko, zanim dzień zaczął 
się na nowo. 

Czuła ogarniające ją szczęście. Zima była taka ciężka, długa i 

ciemna,  ale  teraz,  kiedy  skończył  się  czas  zasiewów,  mieli 
przed  sobą  najpiękniejszy  okres  w  roku.  Pszenica  leżała 
bezpiecznie  w  ziemi,  zwierzęta  były  na  pastwiskach.  Latem 
wszystko wydawało się łatwiejsze. 

 

background image

Pomyślała o Ellen, która wyruszyła w długą podróż. Siostra 

była  taka  szczęśliwa  i  pełna  oczekiwań,  Ulrik  również.  Ileż 
wspaniałych przeżyć na nią czekało! 

Musiała przyznać, że poczuła ukłucie zazdrości, kiedy siostra 

rozłożyła  na  kuchennym  stole  dużą  mapę  świata  i  pokazała, 
którędy będzie płynąć do Anglii, Francji i na małe wyspy na 
Oceanie  Indyjskim,  aż  dotrą  w  końcu  do  celu  podróży, 
Madagaskaru. 

Równocześnie  cieszyła  się  z  tego,  jak  bardzo  była 

przywiązana do Gimle. Lubiła bezpieczeństwo i to, co znane, 
nie mówiąc o tym, że miała Małego Erika, którego nigdy nie 
zabrałaby w taką podróż. 

To  było  jej  największe  zmartwienie,  jeśli  chodzi  o  podróż 

siostry.  A  gdyby  Ellen  zaszła  w  ciążę  w  trakcie  podróży? 
Siostra  zapewniała  ją,  że  wtedy  zawróciliby  do  domu,  rejs 
trwał półtora miesiąca, więc zdążyliby wrócić na czas, przed 
narodzinami  dziecka.  Wiedziała,  że  również  ojciec  podzielał 
jej obawy, choć wszyscy 

 

background image

byli zdania, że Ellen zasługiwała na tę przygodę. Cieszyli się 

poza tym na wszystkie listy, które Ellen obiecała przysyłać ze 
wszystkich  portów.  Może  już  niedługo  otrzymają  list  z 
Londynu? 

Rzuciła  okiem  na  Wilmę,  która  położyła  się  pomiędzy  jej 

nogami i zasypiała. 

Ojciec  zezłościł  się,  kiedy  przyszła  ze  szczeniakiem,  ale 

złagodniał, gdy zobaczył, jak szczęśliwe były dzieci. W końcu 
poddał się, kiedy dowiedział się, że to tylko na parę tygodni. 
Stwierdził jednak od razu, że naiwnością z jej strony była wiara 
w  szybki  powrót  Sorensena,  w  każdym  razie  pozwolił  im 
zatrzymać psa. 

Być może ojciec będzie teraz mniej niechętny wobec psów, 

gdy mieli w domu szczeniaka? 

Przyjrzała się rozbawionym, szczęśliwym ludziom na plaży. 

Tańczyli  i  cieszyli  się  letnią  nocą.  Muzykanci  grali  tak,  że 
ludzie aż gubili buty w tańcu. Tak właśnie powinno być w noc 
świętojańską. Widziała, że ojciec tańczył z Lydią, matką Alfa i 
Andersa. Tej surowej kobiecie doprawdy dobrze mogła zrobić 
mała poprawa 

 

background image

nastroju,  zawsze  była  taka  spięta.  Sama  również  mogła  już 

tańczyć,  okres  żałoby  skończył  się  ponad  miesiąc  temu,  ale 
dopiero dziś włożyła jasną letnią suknię w zielonym, lipowym 
kolorze.  Mogła  odłożyć  suknię  żałobną  w  dzień  rocznicy 
śmierci Erika, w połowie maja, ale wydawało się jej, że byłoby 
to  złe.  Potrzebowała  najpierw  przyzwyczaić  się  do  tego,  że 
żałoba  dobiegła  końca.  Przecież  nie  nosiła  żałoby  tylko  dla-
tego, że ktoś tego od niej oczekiwał. 

Wiedziała,  że  bywały  wdowy,  które  nosiły  żałobne  ubrania 

przez  całe  życie  i  przez  chwilę  była  nawet  zdecydowana,  że 
ona również tak zrobi. Ale nie było przecież tak, że człowiek 
cierpiał bardziej dlatego, bo chodził w czarnych ubraniach. Ból 
wciąż w niej był i sądziła, że miało tak zostać na zawsze, ale 
życie musiało płynąć dalej. Poza tym, zdaniem Bery, Małemu 
Erikowi  smutno  będzie  mieć  matkę  zawsze  noszącą  żałobę. 
Bera miała rację. Erik wciąż był za mały żeby zrozumieć, że 
nie miał ojca, ale kiedy podrośnie, jej żałobne ubrania 

 

background image

przypominałyby mu każdego dnia, że jego ojciec nie żyje. 
Pogładziła dłonią rękaw sukni. Dziwnie było ją wkładać, ale, 

choć  nigdy  by  tego  nie  podejrzewała,  również  przyjemnie. 
Dręczyło ją trochę sumienie, nie chciała, by ludzie myśleli, że 
przestała myśleć po Eriku. 

Coś musiało przyciągnąć uwagę Wilmy, nagle poderwała się i 

przebiegła kilka kroków po brzegu wydmy. O mało co się nie 
zsunęła  i  nie  wpadła  do  morza,  ale  w  porę  zatrzymała  się  i 
cofnęła. 

Abelone  wstała.  -  Musisz  być  ostrożna  -  powiedziała  i 

podrapała psa w szyję. Wilma natychmiast zaczęła się do niej 
łasić, ale nagle postanowiła, że chce iść w dół na plażę. 

Abelone  poszła  za  nią.  Może  powinna  była  ją  przywiązać? 

Bała  się,  że  pies  podejdzie  za  blisko  ogniska.  -  Wilma!  - 
zawołała. Szczeniak zawrócił prędko i przybiegł z powrotem. 

Nachyliła się i pogładziła jej sierść. - Ale jesteś grzeczna! 
 

background image

- Masz psa? 
Podniosła  wzrok  na  Andersa,  który  stał  przed  nią  z 

uśmiechem na twarzy. 

Kiwnęła głową i opowiedziała, jak do tego doszło. 
Twarz Andersa pociemniała. - Nie zdziw się, jeśli Sorensen 

nie wróci. Ma reputację oszusta. 

Abelone  obserwowała  Wilmę,  która  z  wielkim  zapałem 

zaczęła kopać głęboki dół w piachu, jakby coś wywąchała. 

Anders  roześmiał  się  cicho  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  - 

Zatańczysz? 

Spojrzała na niego. 
Nie sądziła, że zatańczy tego wieczoru, ale musiała przyznać, 

że miała na to ochotę. Poza tym cieszyła się, że to Anders ją 
poprosił. Wiedziała, że za jego słowami nie kryło się nic poza 
serdecznością, ktoś jednak musiał pilnować Wilmy, nie mogła 
jej zostawić samej. 

Nie wiedziała, czy ojciec ja obserwował, ale podszedł teraz do 

nich i skinął głową Andersowi. - Ja się zajmę psem. 

 

background image

Była 

równocześnie 

zdziwiona 

zadowolona, 

że 

zaproponował pomoc. - Dziękuję, ojcze. 

Odwróciła się do Andersa, uśmiechnęła i chwyciła jego dłoń. 
Tak dawno nie tańczyła. 
Dobrze  było  kręcić  się  w  tańcu,  ale  wiedziała,  że  musi  być 

ostrożna,  by  ludzie  we  wsi  nie  zaczęli  gadać.  Zatańczyła  z 
Andersem  już  dwa  razy  i  była  pewna,  że  wielu  zastanawiało 
się,  czy  najstarsza  córka  z  Gimle  znajdzie  sobie  niedługo 
nowego  kawalera.  Oczekiwano,  że  młoda  wdowa  nie  będzie 
czekać  zbyt  długo  po  zakończeniu  żałoby,  zanim  ponownie 
zacznie się za kimś rozglądać. 

Z drugiej strony cieszyło ją, że w końcu znowu mogła tańczyć 

i że to Anders był pierwszym, z którym zatańczyła po śmierci 
Erika. 

- Chciałbym, żeby Sofie była nieco ostrożniejsza - powiedział 

Anders cicho, dosłyszała w jego głosie niepokój. 

 

background image

Podążyła za jego wzrokiem i pojęła, o co mu chodziło. Sofie 

chwiała się na nogach, przyciskając się do Gregera, który stał 
razem  z  kilkoma  parobkami  z  Ladefoss.  Maline  próbowała 
odciągnąć przyjaciółkę, ale Sofie ją odepchnęła. 

Sofie uśmiechnęła się głupio do Gregera, który rozglądał się 

niespokojnie, ale dziewczyna nie przestawała się narzucać. 

Było  tak,  jak  Sofie  chciała,  Greger  był  zmuszony  z  nią 

zatańczyć. 

- Ona się ośmiesza - syknął Anders. 
Abelone rozumiała, co miał na myśli, ale wszyscy kiedyś tacy 

byli. - Zostaw ją - poprosiła Abelone. - Jutro będzie jej głupio. 

Anders pokiwał ponuro głową. - Tak mi się właśnie wydaje. 

Matka również uważa, że to haniebne, iż tak się ośmiesza. 

Abelone  rzuciła  okiem  na  Lydię,  która  stała  przy  ognisku  i 

śledziła wzrokiem córkę. Skinęła gniewnie na Andersa, żeby 
coś zrobił. 

Anders  zatrzymał  się.  -  Przepraszam,  Abelone,  ale  muszę 

zabrać Sofie do domu. 

 

background image

Pokiwała głową. - Oczywiście. 
Anders przepchnął się do siostry i powiedział coś do Gregera, 

który usiłował wyrwać się z jej objęć. Sofie syknęła na brata i 
zaczęła nagle płakać. Anders chwycił ją za ramię i zabrał z par-
kietu, choć opierała się ze wszystkich sił. 

Abelone westchnęła. Od zimy wiedziała o uwielbieniu Sofie 

dla Gregera, ale była pewna, że pokojówka pojęła, iż zarządca 
nie odwzajemniał jej uczuć. Co ona sobie myślała? Że będzie 
łatwiej, gdy się upije? 

Już chciała pójść poszukać ojca i Wilmy, kiedy zobaczyła, że 

idzie  ku  niej  Greger.  Odwróciła  się  i  zaczęła  iść  w  kierunku 
plaży. Nie zapomniała o tym, co podsłuchała zimą, choć była 
pewna, że Greger nie żywił wobec niej takich uczuć. Zawsze 
zachowywał się otwarcie i grzecznie, nie powiedział jednak ani 
słowa, które by na to wskazywało. Mimo to musiała przyznać, 
że unikała go, kiedy tylko mogła. 

Sądziła, że zdołała mu umknąć, ale ponownie 
 

background image

zbliżył się do niej. Tym razem nie mogła się odwrócić, byłoby 

to podejrzane i niegrzeczne. 

Greger zatrzymał się przed nią, lekki uśmiech rysował się na 

jego  opalonej  twarzy,  kiedy  wyciągnął  dłoń.  -  Czy  mógłbym 
prosić panią o jeden taniec, pani Ladefoss? 

Spojrzała  mu  w  oczy,  zielone  z  miedzianymi  i  brązowymi 

plamkami.  Niepewność,  którą  w  nich  ujrzała,  przyniosła  jej 
ulgę. Nie był pewien jej odpowiedzi. 

Odwzajemniła  uśmiech,  ale  poczuła,  jak  coś  drgnęło  jej  w 

piersi. 

Tańczenie  z  Andersem,  którego  traktowała  jak  brata,  było 

czymś innym. Tańczenie z Gregerem Langaardem to całkiem 
inna sprawa. 

On był kawalerem, ona wdową. 
Greger  musiał  zrozumieć  jej  obawy,  bo  pokiwał 

przepraszająco głową. Na jego twarzy malowała się powaga. - 
Niech mi pani wybaczy, pani Ladefoss, wiem, że do niedawna 
nosiła pani żałobę. Nie chciałem wpędzać pani w zakłopotanie. 

 

background image

Pokręciła  głową,  choć  Greger  miał  rację.  Była  zmieszana. 

Jakby  zdradzała  Erika  tańcząc  z  innym.  -  Nie  musi  pan 
przepraszać, panie Langaard. Jest tak, jak pan mówi, nie noszę 
już żałoby... 

Greger  zawahał  się.  -  Widziałem,  jak  tańczyła  pani  chwilę 

temu z Andersem, więc pomyślałem... 

Zaczęli  mówić  równocześnie  i  w  tej  samej  chwili  oboje 

zamilkli. 

Abelone  spojrzała  na  tych,  którzy  tańczyli  i  bawili  się, 

muzykanci  grali  żywą  polkę,  była  noc  świętojańska,  a  ona 
wciąż była młoda - dlaczego miałaby nie tańczyć? Przecież nie 
mogło w tym być nic złego? 

Spojrzała na Gregera i uśmiechnęła się. -Chętnie zatańczę - 

powiedziała spokojnie i poczuła, że serce zabiło jej mocniej. 

Nie z powodu Gregera, poczuła, że powraca do życia. 
 

background image

Była rozgrzana i zdyszana po tańcu z Gregerem. Wydawał się 

być  dobrym  tancerzem  i  nie  zachowywał  się  niestosownie, 
czego zresztą wcale się nie obawiała. Poza tym ucieszyła się, 
że  nie  poprosił  o  kolejny  taniec.  O  ile  ludzie  mogli  nie 
zauważyć,  że  z  Andersem  tańczyła  dwa  razy,  na  pewno 
spostrzegliby  szybko,  że  zatańczyła  kilka  razy  z  zarządcą  z 
Ladefoss. 

Rozejrzała się za ojcem i Wilmą, ale nigdzie ich nie widziała. 

Może poszli już do domu? 

Obok domku na łodzie spostrzegła Sofie. Siedziała na dużym 

kamieniu leżącym przy brzegu. 

Gdzie  jest  Anders?  Czyżby  nie  zabrał  w  końcu  siostry  do 

domu? Zobaczyła go w tej samej chwili, stał razem z kilkoma 
pracownikami  odlewni  dzwonów.  A  więc  Sofie  nie  chciała 
pójść do domu. 

Dziewczyna  podniosła wzrok, jej  oczy były zaczerwienione 

od płaczu. 

- Siedzisz tu sama? - spytała Abelone i podeszła do niej. 
Sofie nie odpowiedziała, patrzyła tylko pusto przed siebie. 
 

background image

- Chcesz może, żebym odprowadziła cię do domu, do Myr? - 

dodała. 

Sofie  nie  odpowiedziała  od  razu,  po  jej  policzkach  zaczęły 

cieknąć łzy. Powoli podniosła głowę. 

-  Ty  naprawdę  tego  nie  widzisz,  Abelone?  -spytała,  nie 

odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie. 

Abelone nie zrozumiała. - Nie widzę? O co ci chodzi? 
Sofie pokręciła wściekle głową, próbując osuszyć łzy. - Czy 

naprawdę nie zwróciłaś uwagi na te wszystkie wizyty Gregera 
w Gimle zimą? Tak od jesieni? 

Nie  miała  teraz  ochoty  rozmawiać  o  tym  z  Sofie,  kiedy 

dziewczyna była w takim stanie. - Sofie, sądzę, że już czas, byś 
poszła do domu i położyła się. Jutro... 

- Nie widzisz, jak on na ciebie patrzy? - przerwała jej Sofie. - 

Spójrz, stoi tam, przy brzozie. 

Abelone  nie  chciała  widzieć,  ale  powiodła  wzrokiem  za 

dłonią Sofie. 

 

background image

Greger  stał  wraz  z  innymi  mężczyznami,  oparty  o  pień 

brzozy, ale to jej się przyglądał. 

Złowiła jego spojrzenie, ale prędko odwróciła wzrok. Poczuła 

ciepło na policzkach, nie wiedziała, czy czuje się zakłopotana, 
czy też schlebiało jej to. 

Może Sofie miała rację? 

background image

11 
 
- Signe, Signe, chodź zobaczyć! 
Signe spojrzała zdezorientowana na trójkę dzieci, które biegły 

w  jej  kierunku.  Wrócili  właśnie  z  zabawy  świętojańskiej  w 
Brzozowym Zakątku, już dawno minął czas na pójście spać. 

Jeden  z  chłopców  zatrzymał  się  przed  nią  zdyszany.  -  Za 

domem śpi dziewczynka! 

Signe spojrzała na niego z przerażeniem. -Co ty mówisz? 
Pozostała dwójka pokiwała prędko głowami. - Leży i śpi pod 

krzakiem. 

Signe odstawiła natychmiast koszyk i pobiegła za dziećmi. 
- Tam - wskazał jeden z chłopców. 
 

background image

-  Nie  może  być...  Signe  podeszła  ostrożnie  do  śpiącej 

dziewczynki.  Jej  płomiennorude  włosy  były  spięte  w  dwa 
potargane  końskie  ogonki,  twarz  zdobiło  mnóstwo  piegów. 
Obok leżały ściągnięte buty i pończochy. Buty musiały być na 
nią za małe, na stopach dziewczynki widać było pęcherze. 

Kim mogła być? Nigdy wcześniej jej nie widziała. I dlaczego 

położyła się spać pod krzakiem, schowana na tyłach domu? 

Zauważyła,  że  jej  ubranie  było  całkiem  porządne,  nie 

wyglądała na jedno z tych ubogich dzieci, którymi nikt się nie 
opiekował. Była czysta i ładnie ubrana, nie była też przesadnie 
chuda. 

Signe pokazała gestem, by dzieci się odsunęły, nie chciała, by 

dziewczynka przestraszyła się, gdy ją obudzi. 

Wyciągnęła  ostrożnie  dłoń  i  pogładziła  małą  delikatnie  po 

policzku, musiało ją to jednak przestraszyć, bo poderwała się 
nagle. Jej spojrzenie było dzikie i przerażone i Signe rozumia- 

background image

ła, że czuła się zagubiona, budząc się w obcym ogrodzie. 
-  Nie  chciałam  cię  przestraszyć  -  powiedziała  Signe  i 

uśmiechnęła  się.  Wiedziała,  że  przestraszonym  dzieciom 
pomagało  czasem,  gdy  mówiło  się  do  nich  spokojnie.  -  Ale 
pomyślałam,  że  może  zechcesz  spać  gdzieś  indziej  niż  w 
ogrodzie? 

Dziewczynka rozejrzała się szybko, jakby się bała, że ktoś ją 

zobaczy. 

Signe  wstała.  -  Wiesz  może,  że  tutaj  mieszka  dużo  innych 

dzieci? - spytała. 

Dziewczynka  podniosła  na  nią  wzrok,  jej  oczy  wciąż  były 

wielkie  i  przestraszone.  Drobna dłoń  odgarnęła z  czoła  kilka 
loczków. 

Signe  uśmiechnęła  się,  podniosła  buty  oraz  pończochy  i 

skinęła  dłonią.  -  Chodź,  wejdziemy  do  środka.  Jesteś  może 
spragniona? Dzisiaj był gorący dzień. 

Dziewczynka wciąż nic nie mówiła, ale poszła z wahaniem za 

Signe. 

Reszta dzieci zdążyła już wejść do środka. Nie 
 

background image

musieli  już  tego  wieczoru  myśleć  o  kolacji,  najedli  się 

porządnie  w  Brzozowym  Zakątku.  Teraz  trzeba  było  tylko 
położyć małe dzieci do łóżek, największe poradzą sobie same. 

Signe poprowadziła obcą dziewczynkę do kuchni i wskazała 

jej krzesło, by usiadła. 

-  Lubisz  sok  wiśniowy?  -  spytała  przyjaźnie.  Dziewczynka 

wciąż  milczała,  ale  przynajmniej  pokiwała  głową.  Signe 
zauważyła, że rozgląda się, jakby kogoś szukała. 

Zmieszała  sok  z  wodą  i  postawiła  szklankę  na  stole.  - 

Chciałabyś  może  też  coś  zjeść?  Mogła  być  głodna,  choć  nie 
wyglądała na niedożywioną. 

- Tak, dziękuję. 
Ucieszyła się, słysząc słaby głos dziewczynki, musiała mieć 

około siedmiu, ośmiu lat, dziwiło ją, że nie odezwała się do tej 
pory. 

Signe wyjęła kilka placków, które przywieźli z Brzozowego 

Zakątka  i  podała  dziewczynce.  Musiała  być  głodna,  bo 
pierwszy  placek  zniknął  szybko.  Signe  wyciągnęła  więcej 
placków, bo drugi zniknął równie szybko jak pierwszy. 

 

background image

Signe  zaczekała,  aż  dziewczynka  zaspokoi  głód,  zanim 

zapytała, jak się nazywa. 

Dziewczynka  spojrzała  na  nią  uważnie,  przełykając  ostatki 

placka. - Nazywam się Frederikke Olsen. 

Signe  uśmiechnęła  się  do  niej.  -  A  ja  nazywam  się  Signe. 

Jestem gospodynią, tu, w sierocińcu. 

Zobaczyła, że Frederikke spogląda tęsknie w kierunku talerza 

z plackami. - Weź jeszcze jeden - zachęciła ją i sama sięgnęła 
po placek. Przyjemnie było jeść razem. 

Wiedziała,  że  Lina  i  Anna  mają  dużo  roboty  z  kładzeniem 

dzieci  do  łóżek,  ale  musiały  sobie  poradzić.  Chciała 
dowiedzieć się, kim była dziewczynka i skąd wzięła się w ich 
ogrodzie. 

- Długo spałaś, zanim przyszliśmy? - spytała ostrożnie. 
Frederikke  jakby  musiała  się  zastanowić.  -Nie  wiem 

dokładnie... 

Zdawała  się  być  zrozpaczona  tym,  że  nie  potrafi  dobrze 

odpowiedzieć. 

 

background image

-  To  nie  ma  znaczenia  -  odparła  pospiesznie  Signe.  -  Ale 

muszę  zapytać,  czy  masz  może  matkę  lub  ojca,  którzy 
zastanawiają się gdzie jesteś? 

Oczy  dziewczynki  wypełniły  się  łzami.  -  Nie,  nie  mam 

rodziców, oboje nie żyją. 

Signe  wstała  i  usiadła  na  krześle  obok  niej.  -Dawno  temu 

umarli? 

Frederikke spojrzała na nią niepewnie. -Mama umarła, kiedy 

byłam mała, a ojciec zmarł zeszłego lata. 

Signe pokiwała głową i pogładziła dziewczyn-. kę ostrożnie 

po ramieniu. Zaczynała do czegoś docierać. 

W tej samej chwili kilkoro dzieci weszło do kuchni. Już miała 

ich poprosić, by wyszli, ale ku jej osłupieniu Thorstein i Hogne 
stanęli jak wryci. Bracia jak zwykle byli razem. 

-  Frederikke!  -  zawołał  Thorstein,  który  zazwyczaj  był 

zamkniętym  w  sobie  i  cichym  chłopcem.  Jego  twarz 
rozpromieniła się, kiedy zobaczył dziewczynkę. 

Po raz pierwszy na twarzy Frederikke pojawił 
 

background image

się  nieśmiały  uśmiech.  -  Ale  wyrosłeś  od  czasu,  kiedy  cię 

ostatnio widziałam - powiedziała nieśmiało. 

Signe  nie  wiedziała, czy  Thorstein  usłyszał, co  powiedziała 

Frederikke, bo mówiła tak cicho. 

-  Znacie  się?  -  spytała  i  spojrzała  badawczo  na  Frederikke, 

która pokiwała głową, nic jednak nie mówiąc. 

-  Frederikke  mieszka  w  Angelsten,  pani  Signe  -  wyjaśnił 

Hogne. 

- Nie wiedziałam, co mam robić, ale pomyślałam, że i tak nie 

da się wiele zdziałać wieczorem - powiedziała Signe. 

Blanche  widziała,  że  Signe  była  zaniepokojona  i  niepewna 

tego, czy dobrze postąpiła pozwalając Frederikke przenocować 
w  sierocińcu,  nie  uprzedzając  o  tym  ani  jej,  ani  państwa 
Angelsten. 

- Nie posłałaś więc nikogo do Angelsten, by 
 

background image

przekazać,  że  Frederikke  jest  tutaj,  w  sierocińcu?  -  spytała 

Blanche. 

Signe  pokręciła  głową.  -  Nie  wiedziałam,  co  mam  robić  - 

powtórzyła. 

Blanche  pokiwała  powoli  głową.  To,  co  opowiedziała  jej 

Signe,  było  okropne.  Frederikke,  mała  rudowłosa 
dziewczynka,  którą  widziała  ostatnim  razem  zimą  w 
Angelsten, 

opowiedziała 

Signe,  dlaczego  uciekła  z 

gospodarstwa. Nietrudno było zrozumieć, że się bała. Bo co też 
dziewczynka  opowiadała  o  diable  i  chłopcu,  który  został 
wychłostany za kradzież złotego zegarka? W takich sprawach 
nie było wątpliwości, co powinien zrobić pan Angelsten: jeśli 
dziecko  robiło  coś  karalnego,  była  to  sprawa  dla  policji  i 
sędziego, który musiał wydać odpowiedni wyrok. Tak działało 
społeczeństwo.  Ani  pan  Angelsten,  ani  nikt  inny  nie  miał 
prawa rozdzielać kar wedle swojego uznania. 

Czy pan Angelsten naprawdę uderzał wszystkie dzieci linijką 

po palcach, by skłonić winnego do przyznania się? 

 

background image

Co tam się wyprawiało? 
- Dobrze postąpiłaś, Signe - stwierdziła Blanche. - Słusznie, 

że  wstrzymałaś  się  z  posłaniem  po  państwa  Angelsten  do 
mojego przybycia. Gdyby się dowiedzieli, że tu jest, już by ją 
stąd zabrali. 

Signe  pokiwała  głową.  -  Ona  jest  taka  przestraszona, 

biedactwo,  ale  najwięcej  mówi  bracie.  Ma  takie  wyrzuty 
sumienia, że go zostawiła. Boi się, że odbije się na nim to, że 
uciekła. On nie mówi za dobrze, tak powiedziała. 

Blanche  przypomniała  sobie  chłopca,  który  był  surowo 

upominany przez panią Angelsten za to, że się jąkał czytając 
Biblię. Może to był brat Frederikke? 

Frederikke  była  dzielną  dziewczynką,  choć  nie  mogła  mieć 

więcej  jak  siedem  lat.  Zebrała  się  na  odwagę  i  uciekła  z 
Angelsten, bo bała się, że dostanie taka samą karę jak chłopiec, 
który ukradł zegarek. Ale ani siedmioletnia dziewczynka, ani 
starszy  chłopiec  nie  powinni  drżeć  ze  strachu  przed  chłostą, 
niezależnie od tego, co zrobili! 

 

background image

Dziewczynka  przeszła  tak  daleką  drogę!  Opowiedziała,  że 

wiele razy chowała się, bo bała się, że zostanie odnaleziona. 

- Jadę natychmiast do Angelsten - oświadczyła Blanche. 
Signe  spojrzała  na  nią  ze  strachem.  -  Ale  co  zamierzasz 

powiedzieć?  Niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  chcemy  pomóc 
Frederikke, nie możemy jej tutaj zatrzymać. 

Blanche  poszła  zdecydowanym  krokiem  w  kierunku 

korytarza. - Pomnij moje słowa, Signe, nie odeślę Frederikke z 
powrotem w takie miejsce. 

Poszła spiesznie przez hol, ale zwolniła kroku, by zajrzeć do 

kuchni, skąd Frederikke śledziła ją wzrokiem. Nie rozmawiała 
jeszcze  z  nią,  ale  dowiedziała  się,  że  Frederikke  przyszła  do 
nich,  bo  „pani  Bjerkely  jest  taka  miła",  jak  powiedziała  to 
Signe. 

Weszła  do  kuchni.  Wiedziała,  że  Signe  dobrze  przyjęła 

dziewczynkę, nie bez powodu była gospodynią w sierocińcu. 
Dobrze sobie radziła 

 

background image

z dziećmi, rozumiała je. Blanche wydawało się, że sama nie 

była  szczególnie  uzdolniona  w  tym  względzie,  ale  chciała 
porozmawiać z dziewczynką. 

Usiadła  przy  stole  i  uśmiechnęła  się  do  Frederikke,  która 

zawstydzona spuściła wzrok. 

- Mam nadzieję, że dobrze dzisiaj spałaś? - zaczęła ostrożnie 

Blanche.  Nie  mieli  właściwie  miejsca  na  więcej  dzieci,  ale 
Signe pozwoliła małej spać w łóżku Helene Augusty. Dobrze, 
że  mieli  kilka  dodatkowych  łóżek  na  wypadek,  gdyby 
wydarzyło się coś podobnego. 

Frederikke pokiwała głową i uśmiechnęła się ostrożnie. - Tak, 

dziękuję,  pani  Bjerkely.  Dziecięce  oczy  spojrzały  wprost  na 
nią. - Czy mogę tu zostać, pani Bjerkely? 

Blanche  skinęła  głową.  Nie  mogła  powiedzieć,  że  tego  nie 

wie, bo załamałoby to dziewczynkę, do tej pory tak odważną. - 
Oczywiście, że możesz zostać, Frederikke. Wyciągnęła rękę i 
położyła ją na dłoni dziewczynki. - Rozumiemy to, że nie było 
ci dobrze w Angelsten. 

 

background image

Myślała, że Frederikke ucieszy się, ale zamiast tego jej oczy 

zaszkliły  się.  -  Żadnemu  dziecku  nie  jest  tam  dobrze,  pani 
Bjerkely,  oni  są  tacy  niedobrzy  dla  Gustava,  mojego  brata. 
Karzą  go  za  to,  że  nie  potrafi  ładnie  mówić.  Twierdzą,  że  to 
diabeł  próbuje  zawładnąć  jego  językiem,  ale  Gustav  jest 
przecież dobry! 

Nietrudno było zauważyć, jak była zdenerwowana i to nie bez 

powodu. O co chodziło z tym mówieniem o diable? 

Blanche  podniosła się.  - Obiecuję  ci, Frederikke. Nigdy nie 

wrócisz  do  Angelsten  i  mam  nadzieję,  że  ani  twój  brat,  ani 
reszta dzieci nie będą musiały tam mieszkać. 

Twarz Frederikke pojaśniała. - Wiedziałam, że pani pomoże, 

pani Bjerkely! 

Blanche odetchnęła i uśmiechnęła się, chociaż była niezwykle 

wzburzona. 

Czy nie obiecywała zbyt wiele? Dała się ponieść marzeniom, 

by żadne dziecko nie musiało już mieszkać w Angelsten i dała 
obietnicę, której być może nie będzie w stanie dotrzymać. 

 

background image

Niezależnie od tego, nie zamierzała się poddawać bez walki o 

te dzieci. Nikt inny nie walczył o nie. 


Żwir  chrzęścił  pod  kołami,  gdy  powóz  wjeżdżał  na  wielki 

dziedziniec  w  Angelsten.  Woźnica  zatrzymał  się  pod 
pokaźnym drzewem, klonem o szerokich gałęziach, dających 
przyjemny cień.  Blanche  pomyślała,  że  dzień  zapowiadał  się 
na jeszcze gorętszy niż poprzedni i starała się zapomnieć o tym, 
jak bardzo była zgrzana. Włożyła lekką, jasną letnią suknię, ale 
pot i tak spływał jej po plecach. 

Nabrała  powietrza,  nie  dało  się  ukryć,  że  obawiała  się  tej 

rozmowy. Próbowała przygotować się do tego, co powie, ale 
pogodziła się z tym, że nie da się przewidzieć, jak potoczy się 
ta rozmowa. 

Od  razu  zauważyła,  że  było  tu  dziś  inaczej  niż  zwykle.  W 

Angelsten  zawsze  panowały  napięty  spokój  i  cisza,  teraz 
służące biegały między bu- 

background image

dynkami nawołując Frederikke. Dookoła biegało też kilkoro 

dzieci. 

Zaczęła przemierzać dziedziniec, kierując się ku domowi, gdy 

zauważyła kobietę, w której rozpoznała gospodynię. Weszła na 
schody. 

Blanche stwierdziła, że kobieta była bardzo zdenerwowana. 
-  Chciałabym  porozmawiać  z  państwem  Angelsten  - 

powiedziała Blanche. 

Gospodyni  sprawiała  wrażenie  jakby  miała  się  rozpłakać.  - 

Och, pani Bjerkely, obawiam się, że jest na to bardzo zły dzień. 
Może mogłaby pani powrócić jutro? 

Blanche  stała  spokojnie.  -  Chodzi  może  o  Frederikke?  - 

spytała. 

Gospodyni, która dreptała w miejscu, zamarła. - Frederikke? 

Wie  pani  coś  o  niej?  Popatrzyła  na  nią  szeroko  otwartymi 
oczami. 

Blanche  pokiwała  głową.  -  Chciałabym  porozmawiać  z 

państwem Angelsten - powtórzyła. 

Gospodyni uniosła spódnice i wbiegła z powrotem do środka. 
 

background image

Chwilę  później  na  schodach  pojawili  się  Angelstenowie. 

Blanche zauważyła, że byli wyraźnie zdenerwowani, wyglądali 
wręcz na przestraszonych. 

Niezależnie od tego, jak źle traktowali dzieci, wydawało się, 

że martwili się o Frederikke. 

A może raczej martwili się bardziej o swoją opinię? 
Blanche  stała  czekając,  aż  podejdą  do  niej.  Miała  teraz 

przewagę, nie było tak, jak poprzednim razem, gdy odwiedziła 
gospodarstwo. Ich ostatnie spotkanie nie było w najmniejszym 
stopniu przyjemne. 

-  Pani  Bjerkely  -  powiedział  pan  Angelsten  głosem  pełnym 

napięcia. - Rozumiem, że ma pani nam coś do powiedzenia na 
temat Frederikke? 

Blanche  pokiwała  głową,  ale  postanowiła,  że  nie  może  być 

zbyt  pochopna,  nie  po  tym,  co  powiedziała  jej  Frederikke.  - 
Może wejdziemy do środka? - odpowiedziała spokojnie. 

Zauważyła, że jej odpowiedź zdziwiła mał- 

background image

żeństwo, w oczach pana Angelsten pojawiła się irytacja. 
- Oczywiście, pani Bjerkely. 
Weszli do holu, a pani Angelsten poprowadziła ją do pokoju 

dziennego. Nagle Blanche poczuła się nieprzyjemnie. Trudno 
by było uwierzyć, że to, co powiedziała Frederikke, mogło być 
prawdą. Państwo Angelsten byli, co prawda, głęboko wierzący, 
pan Angelsten stał na czele grupy chrześcijan, którzy zerwali z 
norweskim  Kościołem i  stworzyli  swoją  własną  kongregację, 
ale trudno było uwierzyć, że chrześcijanin mógł uczynić tyle 
zła. 

-  Powiedziała  pani  gospodyni,  że  wie,  gdzie  znajduje  się 

Frederikke? Pani Angelsten przeszła od razu do rzeczy. 

- Tak, pani Angelsten. Nie chciała powiedzieć, że Frederikke 

jest w sierocińcu. Dziewczynka tak bardzo się bała, że będzie 
musiała powrócić do Angelsten. 

Zdawało się, że cierpliwość pana Angelstena wyczerpała się. - 

Więc?  -  spytał  ze  źle  skrywanym  zdenerwowaniem.  -  Gdzie 
ona jest? 

 

background image

Blanche  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Frederikke  uciekła z 

Angelsten, bo jest jej tu źle - odparła spokojnie. 

-  Co?  -  Pani  Angelsten  wyglądała  na  szczerze  przerażoną.  - 

Co pani mówi? Pokręciła gwałtownie głową. - O tym właśnie 
mówiłam, te dzieci są najzwyczajniej niewdzięczne, po tym, co 
staramy się dla nich robić. 

Blanche utkwiła w niej spojrzenie. - Frederikke opowiedziała 

o tym, co się tutaj wyprawia i muszę przyznać, że wyjątkowo 
mnie to wzburzyło. 

Z  ust  pana  Angelstena  wydobyło  się  lekkie  parsknięcie,  a 

uśmiech,  który  jej  posłał,  nie  był  ani  trochę  przyjazny.  - 
Rozmawialiśmy o tym wcześniej, pani Bjerkely, ale zna pani 
spojrzenie komisji na tę sprawę. Usiadł w najbliższym fotelu i 
założył  nogę  na  nogę.  -  Niech  pani  usiądzie,  pani  Bjerkely  - 
powiedział i Blanche pomyślała, że zabrzmiało to bardziej jak 
polecenie niż zachęta. 

Pan Angelsten rozparł się w fotelu. - Zgodzi- 
 

background image

my  się,  że  dzieci  są  wychowywane  na  różne  sposoby:  tu  w 

Angelsten i w pani sierocińcu, pani Bjerkely, ale nie podoba mi 
się,  że  w  swoim  zapale,  by  krytykować  naszą  pracę,  zwraca 
pani  uwagę  na  to,  co  mówi  nierozgarnięta  siedmioletnia 
dziewczynka.  Dzieci  często  nie  rozumieją,  że  dorośli  z  całą 
swoją  dobrą  wolą  starają  się  je  wychowywać  na  dobrych 
obywateli  i  chrześcijan.  Możliwe,  że  mała  Frederikke  nie 
rozumie  naszej  miłości  do  niej,  ale  musi  pani  wierzyć,  że 
chcemy dla wszystkich dzieci jak najlepiej. 

Blanche spojrzała mu w oczy. - Nie sądzę, by Frederikke nie 

zrozumiała  państwa  miłości  do  niej  -  odparła,  starając  się 
zachować spokój. - Czy to z miłości pozwoliliście jej stać zimą 
boso  na  śniegu?  Wiedzieliście,  że  straciła  przez  to  czucie  w 
jednym  z  palców?  Nie  mogła  dłużej  wytrzymać,  musiała 
podnieść się z fotela. Trudno jej było mówić, łzy napływały jej 
do oczu. Jak ktoś mógł robić dzieciom coś podobnego? - I czy 
to z miłości do niej i innych dzieci bił je pan po palcach, żeby 
wymusić przyzna- 

 

background image

nie do winy? Czy z miłości posyłacie Gustava do piwnicy za 

jąkanie  się?  Bo  uważacie,  że  siedzi  w  nim  diabeł?  A  co  z 
chłopcem, którego wy-chłostał pan do krwi wczoraj? Udało się 
panu wygonić z niego diabła? - słowa płynęły wartko z jej ust, 
była zła, mówiła zbyt głośno, ale to musiało się skończyć. 

Rozłożyła  ramiona.  -  Co  wy  robicie  z  dziećmi  tutaj,  w 

gospodarstwie?  Spojrzała  na  panią  Angelsten,  która  wstała 
również. -I niech pani nie  sądzi, że nie słyszałam o tym, jak 
pani  karze  tutaj  dzieci  -  ciągnęła  wściekła  Blanche.  -  Co 
pozwala  pani  karać  dziecko,  które  zwymiotowało?  Albo  nie 
miało szczęścia i nabrudziło? I które z was karało Thorsteina w 
taki sposób, że do dziś ma czerwone szramy na plecach? 

- Dosyć! - krzyknął wściekły pan Angelsten i wstał. - Co pani 

sobie  wyobraża,  pani  Bjerkely?  Za  kogo  pani  się  uważa, 
przychodząc  tu  i  mówiąc  do  nas  w  taki  sposób?  Pani,  która 
sama ma w sobie grzech, która ma dziecko 

 

background image

z innym mężczyzną niż ten, za którego później wyszła! 
Nie zaskoczyły ją te słowa. Od dawna zdawała sobie sprawę z 

tego,  że  ludzie  wiedzieli,  iż  Oskar  nie  był  ojcem  Helene 
Augusty,  ale  nikt  nie  był  na  tyle  bezwstydny,  żeby  jej  to 
wypominać. Poza tym nie była ani pierwszą, ani ostatnią, która 
zaszła w ciążę bez ślubu. 

Pani  Angelsten stanęła  przy boku swojego męża i pokiwała 

głową. - Jak pani, pani Bjerkely, która popełniła takie grzechy, 
może  wychowywać  dzieci?  Pokręciła  głową.  -  Muszę 
przyznać, że od dawna było naszym wspólnym zmartwieniem, 
że  jest  pani  odpowiedzialna  za  dzieci,  choć  prowadzi  tak 
bezbożne życie. 

Blanche mogła tylko na nich patrzeć. Przerażali ją. Słyszała, 

że  grupa  wyznaniowa,  do  której  należeli,  miała  związek  z 
pietystami,  ale  nie  podejrzewała,  że  cechowali  się  aż  taką 
pychą. 

-  Dziwi  mnie,  że  nie  znacie  lepiej  Słowa  Bożego  - 

powiedziała  spokojnie.  Wiedziała, że  ponownie ich  wzburzy, 
ale nie mogła się powstrzymać. 

 

background image

- Nie rozumiem, o co pani chodzi - powiedział pan Angelsten 

drżącym ze złości głosem. 

Blanche  była  dobrze  uczona  w  Piśmie.  Jej  guwernantka 

dopilnowała, by dobrze nauczyła się fragmentów Starego oraz 
Nowego Testamentu. 

Ten,  kto  jest  bez  winy,  niechaj  pierwszy  rzuci  kamieniem  - 

zaczęła.  Pan  Angelsten  chciał  jej  przerwać,  ale  ona  ciągnęła 
niezrażona. - A jeśli chodzi o chłopca, który ukradł pana złoty 
zegarek, panie Angelsten, zakładam, że zna pan słowa, które 
Jezus wypowiedział do jednego ze złoczyńców, wraz z którymi 
został ukrzyżowany? Z tego, co pamiętam, dał mu obietnicę, że 
pójdą razem do Raju. 

Coś  stało  się  z  twarzą  pana  Angelstena.  Widziała,  że  teraz 

dopiero  wściekł  się  naprawdę,  pani  Angelsten  jakby  nie 
wiedziała, co ma ze sobą począć. Jej już blada twarz stała się 
teraz szara jak popiół. 

-  Uważam  tę  rozmowę  za  zakończoną,  pani  Bjerkely  - 

wycedził Angelsten. - Ale jeśli zechce nam pani powiedzieć, 
gdzie jest Frederikke, będziemy bardzo wdzięczni. 

 

background image

Blanche  podeszła  spokojnie  do  drzwi,  zatrzymała  się  i 

odwróciła.  -  Nie  powiem  wam,  gdzie  jest  Frederikke  - 
powiedziała z opanowaniem. -Nigdy bym sobie nie wybaczyła, 
gdybym posłała ją z powrotem do was. 

-  Co...  co  pani  mówi?  -  Angelsten  był  tak  wściekły,  że  z 

trudem wymawiał słowa. - Co pani sobie wyobraża? Podszedł 
do niej i pogroził jej palcem. - Zresztą nietrudno jest zgadnąć, 
gdzie ona jest! Zakładam, że jest w pani sierocińcu, miejscu, do 
którego nie dotarło jeszcze Słowo Boże! 

Blanche uśmiechnęła się tak uroczo, jak tylko potrafiła, choć 

pan  Angelsten  domyślił  się,  gdzie  przebywa  Frederikke.  - 
Obawiam się, że się pan myli, panie Angelsten - skłamała, ale 
była przekonana, że Pan jest po jej stronie. Nie mogło być Jego 
zamysłem, żeby jakiekolwiek dziecko było wystawione na to, 
co przeszła Frederikke. 

Pani Angelsten zrobiła krok naprzód. Coś się w niej zmieniło. 

Jej  spojrzenie  było  twarde  i  przenikliwe,  postawa  dumna  i 
surowa. 

 

background image

- Ona kłamie - powiedziała chłodno i wolno. - Ona również 

ma to w sobie, widziałam to przez cały czas. 

Blanche zmarszczyła czoło, nie podobała jej się zmiana w jej 

głosie.  Stał  się  chłodniejszy,  a  w  oczach  pojawiło  się  coś 
złośliwego. 

-  Ma  to  pani  w  sobie,  pani  Bjerkely,  tak  samo,  jak  niegdyś 

pani matka. 

Blanche poczuła, jak robi jej się słabo. Co to miało znaczyć? 

O czym ona mówiła? Czy znała jej matkę? 

-  Nie  rozumiem...  -  zaczęła  zdenerwowana,  bo  dała  się 

wciągnąć w urągającą wypowiedź pani Angelsten. Właśnie o 
to jej chodziło, żeby wzbudzić w niej niepewność. 

Twarz  pana  Angelstena  wygładziła  się,  na  usta  wypełzł  mu 

teraz  zadowolony  uśmieszek.  -  Widzimy  to  cały  czas,  pani 
Bjerkely. Grzech jest dziedziczny. Tak jakby diabeł wiedział, 
które dusze należy dręczyć, którzy ludzie są tak słabi, że można 
się nimi bawić. Mogę pani powiedzieć, że dzieje się to również 
z dobrymi chrze- 

 

background image

ścijanami.  Walczymy  wszyscy  z  diabłem  każdego  dnia,  ale 

nie pozwalamy mu zwyciężyć, bo nie chcemy, żeby zwyciężył. 
Skrzyżował przed sobą ramiona. - Poprzez grzech pierworodny 
jest tak, że wszyscy musimy toczyć tę walkę, pani Bjerkely, ale 
niektórym jest trudniej niż innym. Niektórzy chcą wręcz dać 
złu nad sobą zwyciężyć, wyobraża pani to sobie? 

Blanche  spojrzała  ponownie  na  panią  Angelsten.  Nie 

przejmowała się całą tą mową o diable. Pani Angelsten miała 
do powiedzenia coś o jej matce. Powiedziała, że ona też ma to 
w sobie. 

Pani Angelsten przechyliła głowę, uśmiechając się teraz tak, 

jak jej mąż. Mały, triumfujący uśmiech. - Wie pani, że jest pani 
podobna do matki, pani Bjerkely? 

Blanche  przełknęła  ślinę,  nie  podobał  jej  się  kierunek,  w 

którym  zmierzała  rozmowa.  -  Tak,  mówiono  mi  o  tym  - 
odparła, ale nie była w stanie zapanować nad głosem. Traciła 
przewagę, którą miała, kiedy tu przybyła. 

 

background image

Pani  Angelsten parsknęła cicho, ale wciąż się uśmiechała.  - 

Jest pani do niej podobna, zarówno na ciele, jak i w duszy, to 
mogę pani powiedzieć. 

-  Znała  pani  moją  matkę?  -  Blanche  poczuła,  jak  serce 

podchodzi jej do gardła. 

Pani  Angelsten  westchnęła.  -  Nie  powiem,  że  znałam  ją 

dobrze,  ale  znałam  ją,  tak.  Zrobiła  krok  w  stronę  Blanche.  - 
Jaka  matka,  taka  córka,  jak  mawiają.  Słowa  zawisły  w 
powietrzu.  -  Wiele  osób  w  mieście  liczyło  na  palcach,  kiedy 
urodziła się pani córka, pani Bjerkely i wszyscy doszli do tego 
samego wniosku. 

Blanche  już  chciała  powiedzieć,  że  nudzi  ją  ta  rozmowa  o 

Helene Auguście, wszyscy wiedzieli o tym przecież, ale pani 
Angelsten nie dała jej dojść do słowa. 

- Proszę mi nie przerywać, pani Bjerkely. Wiem, że ma pani 

świadomość,  iż  wielu  zna  pani  małą  tajemnicę.  Ale  nie  wie 
pani zapewne, że pani matka również miała tajemnicę. 

Blanche szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia Bolało ją, że 

taka osoba, jak pani Angelsten, 

 

background image

mówiła  o  jej  matce.  Rzadko  ktokolwiek  o  niej mówił.  -  Co 

pani ma myśli? 

Pani Angelsten wymieniła zadowolone spojrzenia z mężem, 

który zachęcił ją wzrokiem. -Całkiem tak jak pani, pani matka 
również zaszła w ciążę, zanim wyszła za mąż. 

Blanche oniemiała ze zdumienia. 
Pani  Angelsten  pokiwała  głową  z  uśmiechem.  -  Widzę,  że 

rozumie pani, do czego zmierzam, pani Bjerkely. Pani matka, 
wspaniała panienka Borchgrevink, zaszła w ciążę jako nieza-
mężna dziewczyna. 

Blanche  wpatrywała  się  w  tę  okropną  kobietę,  która  stała 

przed  nią  i  opowiadała  coś,  o  czym  nigdy  wcześniej  nie 
słyszała. 

- Widzę, że nie znała pani tej małej tajemnicy swojej matki, 

pani  Bjerkely?  Pani  Angelsten  zacisnęła  usta,  na  jej  twarzy 
widniało zadowolenie. - Ale pani matka miała dziecko przed 
pani narodzinami, z innym mężczyzną, nie z pani ojcem. 

Blanche jakby tonęła. Czy matka miała więcej dzieci? 
 

background image

Zrobiło  się  jej  słabo,  myśli  były  niejasne,  ale  jedna  była 

wyraźna. 

Czyżby miała rodzeństwo?