background image

 

Ann-Christin Gjersoe 

 

Niebieska Godzina 

 

Dziedzictwo II 

Tom 15. 

 

Przełożyła Marta Petryk 

 

 

background image

Galeria postaci: 

Abelone Ladefoss – dwudziestodwuletnia żona Erika 

Aksel Gimle – ojciec Abelone, właściciel Gimle 

Ellen  Bjerregaard  –  młodsza  o  dwa  lata  siostra 

Abelone 

Marie  Gimle  –  najmłodsza,  siedmioletnia  siostra 

Abelone 

Jorgen  Gimle  –  dwuletni  młodszy  brat  Abelone, 

przyszły dziedzic Gimle 

Isak Gimle – brat bliźniak Jorgena 

Erik  Ladefoss  –  mąż  Abelone,  były  właściciel 

Ladefoss 

Sjur Ladefoss – dziadek Erika 

Ingvarda Ladefoss – teściowa Abelone 

Ole Ladefoss – ośmioletni brat Erika 

Blanche Bjerkely – kuzynka Abelone 

Alf Bjerkely – mąż Blanche 
Helenę Augusta – półtoraroczna córka Blanche i Alfa 
Bera – służąca w Gimle 

Hilmar – parobek w Gimle 

Sofie – pokojówka w Gimle 

Signe – gospodyni sierocińca 

Line  –  siostra  Signe,  mamka  Pernille,  pracuje  w 

background image

sierocińcu 

Pernille  –  niemowlę  znalezione  przez  Blanche  na 

schodach jej domu 

Ulrik Bjerregaard – mąż Ellen 

Pastor Munfhe – nowy pastor 

Pani Agnes – wdowa, bratowa i gospodyni pastora 
Malinę – nowa służąca w Gimle 
Greger Langaard – zarządca Ladefoss 

Amalie  i  Mathias  –  rodzeństwo  mieszkające  w 

sierocińcu 
 

 

background image

 
Abelone nigdy dotąd nie słyszała, żeby jakieś zwierzę 

tak  ryczało.  Głęboki,  rozdzierający  ryk,  który  sprawił,  że 
niedźwiedź cały się trząsł. Odsłonił ostre, spiczaste zęby. 
W świetle ogniska widziała, jak oczy bestii rozszerzają się 
z bólu i wściekłości. 

– Eriku! 
Krzyknęła, gdy łapa niedźwiedzia zabójcy przejechała 

po  żebrach  Erika.  Strzelba  wypadła  mu  z  rąk,  opadł  na 
kolana i chwycił się za pierś. 

Nie  mogła  oddychać.  Nie  mogła  myśleć.  Wszystko 

stało się ciszą. Dźwięki ucichły. Abelone obróciła głowę w 
stronę  Hilmara.  Parobek  stał  jak  zamurowany,  nie był  w 
stanie  nic  zrobić.  Znów  spojrzała  na  Erika.  Niedźwiedź 
górował  ponad  nim,  a  Erik  starał  się  znów  chwycić 
strzelbę.  Nieporadnie  pochylił  się,  gdy  niedźwiedź  znów 
uniósł się na tylnych łapach. 

Zacisnęła  powieki.  Nie  chciała  patrzeć.  Nie  chciała 

myśleć. Nie chciała słyszeć. 

Musisz  coś  zrobi,  Abelone,  Nie  możesz  tak  stać  i 

patrzeć. Musisz coś zrobić. 

Strzelba ojca. Tylko ona może uratować Erika. 
Odwróciła się na pięcie, skoczyła do sieni i pobiegła 

do  gabinetu.  Szarpnęła  drzwi  oszklonej  szafki,  w  której 

background image

ojciec  trzymał  broń  używaną  na  polowaniach.  Me  myśl, 
Abelone.  Jedyne,  co  możesz  zrobić,  to  wziąć  strzelbę  i 
amunicję,  wybiec  z  domu,  załadować  broń,  wycelować  i 
zastrzelić bestię. Wiesz, jak to zrobić, zrób tak, jak uczył cię 
ojciec.
 

Nie myśl o Eriku. Nie wolno ci o nim myśleć. 
Chwyciła  strzelbę  ojca,  otworzyła  szarpnięciem 

drewnianą skrzynkę, w której trzymał naboje, wzięła pełną 
garść i znów wybiegła na dwór. 

Wiedziała,  że  nie  może  patrzeć  na  Erika.  Nie  może 

zastanawiać  się,  czy  on  jeszcze  żyje,  gdy  tak  leży  przy 
ognisku, na brzuchu, bez oznak życia. Słyszała, ze Hilmar 
coś krzyczy, ale nie rozumiała jego słów. 

Strzelaj. Musi zabić to przeklęte zwierzę. 
Załadowała  broń,  nie  spuszczając  oczu  z 

niedźwiedzia.  Krążył  wokół  Erika,  Abelone  widziała,  że 
potwór niepewnie trzyma  się na nogach.  A  więc  jest  tak, 
jak  myślała.  Erik  musiał  go  zranić.  Ognisko  trzymało 
niedźwiedzia na dystans, wzdrygnął się, gdy wystrzeliło z 
niego kilka iskier i poszybowały w czarne niebo. 

Chwyciła  broń  i  przymknęła  jedno  oko,  żeby 

wycelować 

w  niedźwiedzia.  Wstrzymała  oddech. 

Wiedziała, że inaczej nie utrzyma strzelby nieruchomo. 

Stój spokojnie, potworze. Nie ruszaj się. 
Niedźwiedź krążył wokół Erika. Abelone sądziła, że to 

ognisko  powstrzymuje  go  teraz przed  atakiem.  Poza tym 

background image

zwierz  sprawiał  wrażenie  osłabionego,  jednak  pomimo 
rany miał dość sił, aby zaatakować. 

Niedźwiedź wyciągnął szyję w kierunku nieba i zaczął 

węszyć,  jakby  wyczuwał  coś  w  powietrzu.  Przez  chwilę 
stał nieruchomo. 

Akurat  tak  długo,  by  Abelone  zdążyła  nacisnąć  na 

spust. 

Niedźwiedź  stał  bez  ruchu.  Abelone  zrobiło  się 

gorąco.  Czyżby  nie  trafiła?  Była  absolutnie  pewna,  że 
miała go na muszce. 

Chciała  wyjąć  drugi  nabój,  wtedy  jednak  zwierzę 

zaczęło  się  chwiać.  Zrobiło  kilka  niepewnych  kroków  w 
przód, po czym przewróciło się na ziemię. 

Abelone odrzuciła broń, ruszyła pędem w stronę płotu, 

wdrapała  się  na  niego  i  zeskoczyła  po  drugiej  stronie. 
Podbiegła do Erika i padła przy nim na kolana. 

Leżał  twarzą  do  ziemi,  z  rękami  ułożonymi  wzdłuż 

boków.  Nocna  koszula  była  zakrwawiona,  Abelone 
widziała  kałużę  krwi  rozlewającą  się  po  ziemi  wokół 
miejsca, w którym leżał. Ostrożnie chwyciła go za ramię i 
odwróciła na plecy. 

Zaczęła  gwałtownie  łapać  powietrze,  czując 

obezwładniające mdłości. 

Atak niedźwiedzia pozostawił na ciele Erika głęboką, 

ziejącą ranę od żeber aż po brzuch. Na ramieniu widać było 
ślad po ugryzieniu,  zwisał  z  niego  strzęp  mięsa.  Na  szyi 

background image

pazury  niedźwiedzia  zabójcy  pozostawiły  trzy  krwawe 
bruzdy. 

Najgorsza jednak była rana na brzuchu Erika. 
Abelone widziała jego wnętrzności. 
 

background image

 
Ellen stała nieruchomo w pokoju dziecinnym. Odgłos 

zatrzaskiwanych  drzwi  odbijał  się  echem  w  jej  uszach. 
Ostry zapach wypalonej świecy kręcił w nosie. Spowiła ją 
ciemność.  Mocno  zaciskała dłonie  na lichtarzu,  jej  plecy 
ogarniało gorąco, a serce tłukło się w piersi. 

Przeciąg,  który  zatrzasnął  drzwi  musiał  być  bardzo 

silny,  skoro  zdmuchnął  świecę.  Ellen  zamknęła  oczy  i 
powtórzyła sobie samej to, co właśnie pomyślała. Przeciąg, 
to na pewno przeciąg to sprawił. 

Ale  co  z  dziecięcymi  ubrankami?  To  nie  ona  je 

porozrzucała. Leżały ładnie zapakowane w walizce. 

Chciała  otworzyć  oczy,  gdy  dotyk  jej  własnych 

chłodnych  rąk  na  twarzy  sprawił,  że  aż  uniosły  się  małe 
włoski na skórze. Przez chwilę trudno było jej oddychać, a 
zapach spalenizny przybrał na sile. 

Skoczyła do drzwi, szarpnęła je i wypadła z sypialni, 

błądząc  po  omacku  wypadła  na  korytarz  i  dotarła  do 
schodów.  Szybko  zbiegła  po  wąskich  stopniach  i  wpadła 
do  kuchni.  Wiedziała,  gdzie  położyła  zapałki;  koło 
kuchenki. Jej palce macały kuchenną ławę. One muszą tu 
być! Była pewna, że tu są! 

Palce  napotkały  pudełko,  lecz  okazała  się  tak 

niezgrabna, że pudełko spadło na podłogę. Łzy trysnęły jej 

background image

z  oczu,  gdy  opadła na  kolana, żeby  je odnaleźć.  Jak  ona 
nienawidzi ciemności! W mroku odchodzi od zmysłów ze 
strachu. I co właściwie zaszło w pokoju? 

Zapałki, Ellen. Musisz znaleźć zapałki, a nie myśleć o 

tym, co się tam stało. 

Drgnęła,  gdy  na  nie  natrafiła.  Ręce  jej  drżały,  gdy 

zapalała  świecę  w  lichtarzu.  Drżąc,  rozejrzała  się  wokół, 
omiatając ściany złotym światłem rzucanym przez świecę. 
Świeca.  Musi  zapalić  więcej  świec.  Przerażało  ją 
zaglądanie  do  ciemnego  pokoju.  Nie  mogła  wtedy 
dostrzec,  co  tam  jest,  nie  wiedziała,  co  kryje  się  w 
ciemności. 

Zmusiła  się  do  wejścia  do  pokoju,  starając  się 

opanować  drżenie.  Uniosła  lichtarz  do  góry,  aby  lepiej 
widzieć. W mroku nie było tu inaczej niż za dnia. Meble 
stały dokładnie tak jak zwykle, a piec kaflowy wciąż grzał. 

Ellen, nie możesz pozwolić, aby myśli wymknęły ci się 

spod kontroli. 

Stanęła  przy  schodach,  wpatrując  się  w  ciemność, 

która  ziała  ku  niej  z  góry.  Przełknęła  ślinę.  Zbliża  się 
północ. Ellen powinna spokojnie wejść na górę, wśliznąć 
się do swojego pokoju, rozebrać i pójść do łóżka. 

Nie była w stanie. Wzdragała się na samą myśl tym i 

czuła, jak ściska się jej serce. Przeraziło ją to, co wydarzyło 
się  na  górze.  Drzwi,  które  się  zatrzasnęły  i porozrzucane 
dziecięce ubrania.  Nie  mogła  tego  zrozumieć.  Wiedziała, 

background image

że walizka z ubraniami stała przy ścianie. Nie sądziła też, 
że to Ulrik wpadł na pomysł, aby tak porozrzucać rzeczy. 

Cofnęła  się  kilka  kroków,  sam  widok  schodów 

napawał ją strachem. 

Tak  spokojnie,  jak  tylko  była  w  stanie,  zapaliła 

wszystkie lampy naftowe i świece znajdujące się w pokoju, 
nie potrafiła siedzieć w półmroku. Czuła się lepiej, kiedy 
wokół było jasno. 

Wciąż przestraszona, siedziała wpatrując się w świecę 

stojącą  na  stole.  I  gdzie  jest  Ulrik?  Obiecał,  że nie  wróci 
późno,  ale  Ellen  wiedziała,  jak  bardzo  potrafią  się 
przeciągać jego karciane wieczory. 

Wzdrygnęła  się,  kiedy  zegar  wybił  północ.  Ciężki 

uderzenia odbijały się od ścian, wypełniając dom nagłym, 
twardym dźwiękiem. 

Zegar  wybijał  właśnie  ostatnie  uderzenie,  gdy  Ellen 

postanowiła pójść do kuchni po jeden z tortów Bery, miała 
też ochotę na odrobinę soku. 

Teraz mogła usiąść na sofie i czytać książkę, czekając 

na powrót Ulrika. 

Może uda się jej odwrócić myśli od tego, co się stało. 
Spojrzała  na  ścienny  zegar,  gdy  usłyszała,  że  Ulrik 

wchodzi  do  domu.  Prawie  pierwsza.  Zamknęła  książkę  i 
staranniej otuliła się kocem. 

Wszedł do pokoju,  nie zdjąwszy  wcześniej  płaszcza, 

background image

światło w oknie musiało go zaskoczyć. 

– Siedzisz tutaj? – zapytał wyraźnie zmieszany. 
Skinęła  głową  i podciągnęła  kolana.  Postanowiła nie 

odpowiadać. Obiecał, że nie wróci późno. 

Ulrik podszedł do niej, widziała, że jest teraz bardziej 

zatroskany, niż zmieszany. 

–  Coś  się  stało?  Usiadł  przy  niej  i  spojrzał  na  nią  z 

lękiem, gładząc ja po włosach. 

Patrzyła wprost na niego. – Obiecałeś, że nie wrócisz 

późno. 

Zdenerwowała  się  na  samą  siebie  słysząc,  jak 

marudnie to brzmi. Potrząsnął głową. 

– Przepraszam, Ellen,  ale  czas  przeleciał  tak  szybko. 

Zapomniałem o zegarku. 

Nie  odpowiedziała,  starając  się na niego  nie patrzeć. 

Strach wciąż tkwił w jej duszy. 

Ulrik odgarnął z jej policzka kosmyk włosów. – Coś 

nie w porządku? 

Mówił  miękko  i  Ellen  wiedziała,  że  ma  wyrzuty 

sumienia – i słusznie. Wiedział, że ona boi się tego domu, 
wiedział, że nie lubi być sama wieczorami. 

Westchnęła,  spoglądając  na  niego  z  ukosa.  Nie 

wiedziała,  jak  ma  wytłumaczyć,  co  się  stało.  Poza  tym 
może to naprawdę przeciąg spowodował zatrzaśnięcie się 
drzwi. Bo cóż innego mogłoby to być? 

background image

–  Hm?  Ulrik  spojrzał  na nią łagodnie  i ostrożnie  się 

uśmiechnął. – Widzę, że coś jest nie tak. 

Wzruszyła ramionami. – To nic, ja tylko... 
– Tylko co? – zapytał. 
Ellen  napotkała  jego  wzrok.  –  Kiedy  się  kąpałam, 

usłyszałam jakby stukanie i wyszłam na korytarz. 

Ulrik  spojrzał  na  nią  wyczekująco.  Postanowiła 

opowiedzieć, jak to było. 

–  Wydawało  mi  się,  że dźwięki  dobiegają  z  naszego 

pokoju,  a  kiedy  tam  weszłam,  zobaczyłam,  że  okno  jest 
otwarte na oścież. 

Zmarszczył czoło. – Zostawiłaś je otwarte? 
–  Nie  wydaje  mi  się.  Spojrzała  na  swe  dłonie  i 

pokręciła obrączką ślubną. – Drzwi do pokoju dziecinnego 
były  otwarte  –  ciągnęła,  spoglądając  na  Ulrika.  –  Czy 
wyjąłeś dziecięce ubranka z walizki? 

Uniósł brwi. – Ubranka, które dała ci ciotka Hilda? 
Potrząsnął głową. 
Ellen  zacisnęła  wargi,  czując,  jak  ściska  się  jej 

żołądek.  Jest  więc  tak,  jak  sądziła.  –  Wszystkie  ubrania 
leżały rozrzucone po podłodze – powiedziała cicho. 

Między  oczami  Ulrika  pojawiła  się  głęboka  bruzda, 

nic jednak nie powiedział. 

–  Weszłam  do  pokoju  –  ciągnęła  Ellen  –  ale  wtedy 

drzwi  się  za  mną  zatrzasnęły,  a  świeca,  która  miałam  w 

background image

ręce, zgasła. 

Uważnie się jej przyglądał. – Ja też zwróciłem uwagę 

na  to,  że  na  górze  mogą  być  przeciągi.  Znajdę  jakiegoś 
cieślę, który na to spojrzy, może wieje z dachu lub okien. 

Ellen spojrzała na Ulrika, widząc, że on nie zrozumiał. 
–  Ale  ubrania...  Nie  rozumiem,  jak  mogły  zostać 

rozrzucone w taki sposób. 

Ulrik uśmiechnął się, a Ellen uderzyło, że dostrzega w 

tym  uśmiechu  pobłażliwość.  –  Jesteś  zmęczona,  Ellen. 
Czas iść do łóżka. 

Niechętnie pomogła mu zgasić świece, nim poszli na 

górę. Cieszyła się, że Ulrik idzie pierwszy. 

Czuła ciężar w piersi, gdy wchodzili do swego pokoju. 

Ulrik  poszedł  do  pokoju  dziecinnego  i  zatrzymał  się  w 
drzwiach. Ellen podeszła i stanęła za nim. 

Uniósł świecę, mogła więc zajrzeć do wewnątrz. 
Zakryła  usta  dłonią  z  nieprzyjemnym  uczuciem  w 

żołądku. 

Wszystkie  ubrania,  które  wcześniej  widziała 

rozrzucone po podłodze, były posprzątane, a walizka stała 
zamknięta w kącie. 

Tak jak przedtem. 

 

background image

Abelone  siedziała  nieruchomo  na  krześle,  wodząc 

oczami  za  doktorem  Greni.  Nachylał  się  nad  łóżkiem,  w 
którym  leżał  Erik.  Upłynęło  już  kilka  godzin  od  czasu 
przybycia  lekarza  i  tyle  właśnie  czasu  doktor  szył  i 
opatrywał jego rany. 

Spojrzała  w okno.  Świtało  już.  Dlaczego  Hilmar  nie 

wrócił  jeszcze  z  miasta?  Prosiła  go,  żeby  przywiózł 
Ingvarde. Stan Erika nie pozwalał im zwlekać do rana z jej 
sprowadzeniem, powinna już tu być. 

Abelone  bezszelestnie  odetchnęła,  ściskając  ręce. 

Hilmar. Dlaczego poszedł do wychodka bez broni? Gdyby 
ją zabrał ze sobą, mogliby uniknąć tego wszystkiego. 

Zapiekło  ją  w  żołądku  ze  złości  na  bezużytecznego 

parobka. Kiedy to wszystko się skończy, już ona zadba o 
to, aby był to jego ostatni dzień pracy w Gimle. 

Poczuła  pieczenie  pod  powiekami.  Twoja  złość  na 

Hilmara  nic  tu  nie  pomoże.  Poza  tym  to  sam  Erik 
postanowił  iść  do  owiec.  Jedynym  winnym  nieszczęścia 
jest niedźwiedź zabójca, który leży martwy na pastwisku. 

Wyprostowała się, otarła dłonią czoło i spojrzała znów 

na doktora.  Pomagała  mu  Bera.  Abelone też  zaoferowała 
swoją pomoc, lecz Bera uważała, że to nie zrobi jej dobrze. 
Abelone  utkwiła  wzrok  w  swoich  dłoniach.  Jakby 
bezczynne siedzenie było lepsze. Sama widziała rany Erika 
i wiedziała, że tu chodzi o życie. Czy ktoś może przeżyć 
coś  takiego?  Nie  wiedziała.  Doktor  Greni  także  był 

background image

przerażony i z początku zastanawiał się, czy nie przewieźć 
Erika  do  szpitala  w  Tonsbergu,  ale  rany  były  zbyt 
poważne. Doktor bał się, że Erik nie przeżyje podróży. 

Abelone uniosła  wzrok,  gdy  Bera  szła przez  pokój z 

miednicą  na  wodę.  Stara  kobieta  posłała  jej  dodający 
otuchy  uśmiech,  lecz  Abelone  widziała,  jaka  jest  blada  i 
przestraszona. 

–  Doktor  Greni  wkrótce  skończy,  Abelone.  Bera 

mówiła cicho, niemal szeptem. 

Abelone  nie była  w  stanie  odpowiedzieć,  odczuwała 

zbyt  wielką  suchość  w  ustach  i  mdłości,  skinęła  jednak 
lekko głową, nim Bera zniknęła za drzwiami. 

Jak  długo  lekarz  może  operować?  Mogła  zajrzeć  do 

brzucha  Erika.  Widziała  całą  tę  krew.  Jednocześnie 
wiedziała,  że  Erik  jest  silny.  Jeśli  ktoś  może  coś takiego 
przeżyć, to właśnie on. 

Znów spojrzała w stronę łóżka, zobaczyła białą twarz 

Erika.  Silnie  kontrastowała  z  prawie  czarnymi  włosami, 
wyglądała tak blado na  tle  białej  poduszki.  Doktor  Greni 
stał w taki sposób, że nie widziała brzucha Erika. Sądziła, 
że to tam doktor operował na początku, teraz bandażował 
ramię. 

Erik  nie  odzyskał  jeszcze  przytomności.  Hilmar 

mówił,  że  upadł,  gdy  niedźwiedź  rozszarpał  mu  ramię. 
Wiedziała,  że  to  możliwe.  Czasami  ból  bywa  nie  do 
wytrzymania i człowiek traci przytomność. 

background image

Przełknęła ślinę i spuściła wzrok. Cieszyła się z tego. 

To byłoby straszne, gdyby Erik musiał walczyć z bólem aż 
do  przybycia  lekarza.  Uniknięcie  mąk  to  dla  niego  jak 
wyzwolenie.  Poza  tym  na  pewno  zrozumiałby,  jak 
poważna była rana brzucha. 

Znów pojawiła  się Bera  i nalała do  miednicy  czystej 

wody. Abelone widziała, jak służąca wymienia spojrzenia 
z doktorem Greni, gdy lekarz mył ręce. 

Bera podeszła do Abelone. 
– Doktor Greni już skończył – powiedziała cicho. 
Abelone znów spojrzała na łóżko. Erika przykrywała 

kołdra. Widziała jedynie zabandażowane ramię. Sądziła, że 
z  bruzdami  na  szyi  lekarz  nie  zrobił  nic  poza  ich 
oczyszczeniem. 

Wstała, czując, jak bardzo zesztywniało jej ciało. 
Doktor  Greni  wytarł  ręce  w  ręcznik.  –  Erik  jest 

poważnie ranny, Abelone – zaczął cicho. –Poza tym stracił 
wiele krwi. 

Napotkała  spojrzenie  jego  oczu.  Słowa  lekarza  nie 

niosły wielkiej pociechy. W jego twarzy też nie dostrzegła 
oznak nadziei. Wręcz przeciwnie. 

–  Pierwsze  dni  będą  miały  decydujące  znaczenie. 

Doktor skierował wzrok na Erika. Ważne jest teraz, aby nie 
dostał gorączki. 

Abelone  wolno podeszła do  łóżka.  Doktor przysunął 

background image

się  i  stanął  koło  niej,  położył  jej  dłoń  na  ramieniu  i 
delikatnie uścisnął. 

– Erik jest młody i silny, Abelone. To dobry znak, że 

przeżył pierwszych kilka godzin. 

Wiedziała,  że lekarz  mówi  tak,  aby  ją  uspokoić.  Ale 

mógł  mieć  rację.  Erik nie przegrał tej  walki.  Jeszcze nie. 
Wciąż walczy o życie. 

Bera i doktor cicho wyszli z pokoju i w końcu Abelone 

została sama z Erikiem. 

Przysunęła  krzesło  do  łóżka  i  oparła  policzek  na 

poduszce obok męża. Spojrzała na jego twarz. Twarz, którą 
kochała.  Prosty  nos,  miękkie  wargi.  Ciemne  włosy 
opadające na czoło. 

Potarła nosem jego policzek, przytuliła swoją twarz do 

jego  twarzy.  Przeczesała  palcami  gęste  włosy.  Zbliżyła 
wargi  do  jego ucha.  –  Nie  jesteś  sam, Eriku.  Siedzę przy 
tobie. 

Przełknęła ślinę, nie wiedziała, co ma powiedzieć. Czy 

on ją słyszy? Nie wiedziała. Ale jeżeli ją słyszy, to co może 
powiedzieć? Co chciałaby usłyszeć od niego, gdyby to ona 
tu leżała? 

– Kocham cię, Eriku – szepnęła do jego ucha. Urwała 

czując, jak łzy moczą jej policzki. Zamknęła oczy. Słowa 
wydawały się takie ubogie, takie puste. 

Splotła  swoje  palce  z  palcami  Erika  i  ostrożnie 

uścisnęła jego zdrową rękę. 

background image

Panie.  Nie  odbieraj  tego,  co  dałeś,  Ty,  który  nas 

kochasz. Bo to, co Twoje, jest też nasze, jeśli my należymy 
do  Ciebie.  
Zamilkła,  nie  była  w  stanie  zakończyć 
modlitwy. Zamiast tego odmówiła w myślach inną. Pozwól 
mu  spoczywać  dziś  wieczór  w  Twych  ramionach.  Niech 
jego sny będą. święte. Pozwól mu zbudzić się jutro, silnym i 
wolnym, aby mógł Ci służyć.
 

Przycisnęła wargi do policzka Erika i złożyła głowę na 

poduszce. 

Amen. 

background image

 
Blanche  wtuliła  się  w  Alfa  pozwalając,  by  objęły  ją 

jego ramiona. Leżała wpatrzona w płomyk świecy stojącej 
na nocnym stoliku. 

– Nie mam pojęcia, gdzie mogą być Mathias i Amalie. 
Mocniej  przytuliła  się  do  męża,  potrzebowała  jego 

ciepła i bezpieczeństwa. Kiedy usłyszała o chłopcu, który 
zginął  przy  dworcu,  bała  się,  że  to  Mathias,  ale  potem 
okazało się, że był to ktoś inny. Jego koledzy uciekli, gdy 
zrozumieli, że stracił życie, kiedy wpadł pod lokomotywę. 
Dlatego  też  początkowo  nikt  nie  wiedział,  kim  był  ten 
chłopiec. 

– Musisz jutro porozmawiać z policją stwierdził Alf. 
Wiedziała o tym. Niedługo upłynie doba od zaginięcia 

dzieci, nikt nie wiedział, gdzie one są. A jeśli śpią w nocy 
na dworze? Noce wciąż są zimne, chociaż jest już maj. I co 
z małą Amalie? Mathias ma mimo wszystko dziewięć lat, 
ale Amalie nie ma więcej niż dwa. Muszą też być głodni. 

Nabrała  powietrza  w  płuca,  starając  się  odsunąć  od 

siebie  myśl  o  nich.  I  tak  tej  nocy  nie  mogła  zrobić  nic 
więcej.  Przez  całe popołudnie  i  wieczór  szukali  dzieci  w 
mieście, pytając wszystkich, którzy przypuszczalnie mogli 
coś  wiedzieć.  Anna  też  brała  udział  w  poszukiwaniach. 
Jeżeli ktoś znał ciemne strony miasta, to właśnie ona. 

background image

Alf  pocałował  Blanche  na  dobranoc.  –  Postaraj  się 

trochę przespać. Może dzieci same wrócą jutro rano. 

Zdmuchnęła  świecę,  lecz  wciąż  leżała  wpatrzona  w 

ciemność.  Może  Alf  ma  rację.  Miała  nadzieję,  że  dzieci 
wrócą do sierocińca, jeśli zmarzną. 

Pokręciła  się  na  bok  słysząc,  że  Alf  już  śpi,  zawsze 

zasypiał  szybko.  Często  o  tym  ostatnio  myślała,  chciała 
mieć więcej dzieci i sądziła, że Alf także tego pragnie. Za 
pierwszym  razem  tak  szybko  zaszła  w  ciążę,  ale  teraz, 
kiedy naprawdę pragnęła dziecka, było to trudniejsze. 

Z ciężkim westchnieniem położyła ramię na kołdrze i 

ułożyła się wygodnie. 

Nie  chciała  jeszcze  nic  mówić  Alfowi,  ale  był  już 

tydzień po czasie. 

Może maleństwo jest już w drodze? 
 

 
Blanche  nałożyła  rękawiczki.  –  Nie  możemy  zrobić 

nic więcej, Signe. Muszę iść na policję. 

Signe w milczeniu skinęła głową. Twarz miała szarą i 

ściągniętą. Blanche wiedziała, że gospodyni niewiele spała 
tej nocy. 

–  Wrócę  zaraz  po  wyjściu  z  posterunku.  Starała  się 

uśmiechnąć, aby dodać Signe otuchy, lecz jej uśmiech był 

background image

sztuczny  i  sztywny.  Blanche  była  dokładnie  tak  samo 
zmartwiona jak gospodyni. 

Szybko  wyśliznęła  się  przez  drzwi  wejściowe  i 

spiesznie  ruszyła  przez ogród.  Nie  tylko dorośli  martwili 
się o Amalie i Mathiasa, Signe mówiła, że wiele dzieci nie 
spało tej nocy, bojąc się o los rodzeństwa. 

Zagłębiona we własnych myślach, otworzyła żelazną 

bramę.  Gdzie  mogły  skierować  się  dzieci?  Nie  miała 
pojęcia, gdzie mogą być. 

Pani Bjerkely? 
Wzdrygnęła  się  na  dźwięk  męskiego  głosu 

wypowiadającego  jej  nazwisko.  Odwróciła  się.  Nie 
słyszała,  jak  zatrzymał  się  za  nią  wytworny  powóz.  To 
pastor, który poprzedniego dnia towarzyszył jej w drodze 
na  0ya,  gdzie  mieszkali  Mathias  i  Amalie,  kiedy  jeszcze 
żyła ich matka. 

Pastor wysiadł z powozu i ruszył w kierunku Blanche. 

Pulchny mężczyzna otarł chusteczką pot z czoła, sprawiał 
wrażenie  przejętego.  –  Pani  Bjerkely  –  powtórzył.  –  Jak 
dobrze, że panią spotykam. 

Poszła mu na spotkanie. 
– Czy znalazła pani dzieci? Spojrzał na nią z lękiem. 
Blanche potrząsnęła głową. – Przykro mi. Idę teraz na 

policję, żeby zgłosić ich zaginięcie. 

Pastor pokiwał głową, lecz Blanche zrozumiała, że coś 

background image

mu  leży  na  sercu.  Wyglądał  na  niezwykle  czymś 
przejętego. 

– W nocy coś mi przyszło do głowy, pani Bjerkely – 

ciągnął, wycierając swoją grubą, czerwoną szyję. – Dzieci 
mają ciotecznego dziadka. 

Blanche wpatrywała się w niego. – Ale ja sądziłam, że 

nie mają nikogo, kto mógłby się nimi zająć. 

Pastor  skinął  głową  i  znów  osuszył  czoło. –Ma  pani 

rację, dziadek nie może się nimi zająć. 

Blanche zmarszczyła czoło. – Myśli pastor, że Mathias 

jednak  do  niego  poszedł?  –  zapytała  z  powątpiewaniem. 
Nie sądziła, że chłopiec udałby się do kogoś, kto nie chciał 
się nimi zaopiekować. 

Pastor zawahał się. – Nie wiem, pani Bjerkely. Wiem 

tylko, że proponował Mathiasowi pracę w swojej piekarni. 

Te  informacje  zainteresowały  Blanche.  –A  więc  jest 

piekarzem? 

Pastor  skinął  głową.  –  Tak,  ale  matka  Mathiasa  nie 

chciała,  aby  chłopiec  tam  pracował.  Uważała,  że  jest  za 
młody, poza tym pragnęła, aby skupił się na nauce. 

Blanche  zacisnęła dłoń na  swojej  pompadurce.  Tego 

nie  wiedziała.  Nie  było  nieprawdopodobne,  że  Mathias 
udał  się  do  ciotecznego  dziadka.  Mimo  wszystko 
oferowano  mu  tam pracę.  Może  Mathias  wpadł na to,  że 
mógłby utrzymać Amalie i siebie dzięki zarobionym przez 
siebie pieniądzom. 

background image

– Bardzo chciałabym złożyć wizytę temu piekarzowi – 

stwierdziła Blanche, czując narastająca nadzieję. 

Pastor  skinął  głową,  wskazując  swój  powóz.  –Na  to 

liczyłem, pani Bjerkely. 

Powóz podskakiwał na bruku, gdy Blanche dostrzegła 

pojazd państwa Aaroe. Jechał w stronę sierocińca. 

– To małżeństwo Aaree – wyjaśniła pastorowi. To oni 

chcą wziąć małą Amalie. Bardzo się martwią o dzieci. 

Pastor  natychmiast  dał  znak  woźnicy,  aby  się 

zatrzymał.  –  W  takim  razie  chciałaby  może  pani 
opowiedzieć im o dziadku dzieci? 

Blanche skinęła głową. Zakładała, że państwo Aaroe 

jadą do sierocińca, żeby z nią porozmawiać. 

– To pani, pani Bjerkely? – zapytała pani Aaroe, gdy 

oba powozy stanęły. – Czy ma pani jakieś nowe wieści o 
Amalie?  –  zapytała  szybko.  Na  jej  twarzy,  skrytej  pod 
szerokim rondem kapelusza, widniała troska. 

Blanche wymieniła szybkie spojrzenia z pastorem, po 

czym  w  krótkim  zarysie  przedstawiła  jego  opowieść. 
Wyglądało na to, że te informacje bardzo poruszyły panią 
Aaroe, która aż musiała sięgnąć po chusteczkę. 

Spojrzenie pana  Aaroe było pełne nacisku. –Chętnie 

towarzyszylibyśmy pani do tego piekarza – pokiwał głową. 
Zgadzam się, że Mathias mógł wpaść na pomysł, żeby tam 
pójść. 

background image

Blanche  najchętniej  pojechałaby  do  ciotecznego 

dziadka  dzieci  sama,  ale  wiedziała,  jaki  zdecydowany 
potrafi być pan Aaroe. 

–  Mam  nadzieję,  pani  Bjerkely,  że  nie  ma  pani  nic 

przeciwko  temu?  –  zapytała  pani  Aaroe.  –Od  czasu 
wczorajszego  zniknięcia  dzieci  nie  myśleliśmy  o  niczym 
innym. 

Blanche potrząsnęła głową. Trudno im tego odmówić, 

sądziła  jednak,  iż  wczoraj  wystarczająco  wyraźnie 
wyjaśniła  państwu  Aaroe,  że  nie  mogą  wziąć  do  siebie 
Amalie. 

Chociaż wiedziała, że bardzo ich to rozczarowało. 
 

* 

 
Mathias chwycił pręty wózka do przewożenia chleba, 

chcąc przeciągnąć go przed podwórze, lecz pojazd stał w 
miejscu jak przymurowany. 

Westchnął, puścił go i obejrzał się za siebie. Jakie to 

ciężkie!  Nie  wiedział,  jak  da  radę  pociągnąć  to  za  sobą. 
Poza  tym  spieszyło  mu  się,  bo  musiał  odwiedzić  wiele 
miejsc,  nim  wózek  zostanie  opróżniony.  Pensjonat, 
cukiernię w mieście, garbarnię... 

Opadł na kolana i zajrzał pod wózek. Nic dziwnego, że 

nie  dał  rady  go  pociągnąć.  Jedno  koło  blokował  duży 

background image

kamień.  Chłopiec  położył  się  na  brzuchu  i  wpełzł  pod 
wózek. 

Mathias! 
Wzdrygnął  się,  potem  skulił  na  głos  ciotecznego 

dziadka,  który  nawoływał  go  głośnym  rykiem.  Dziadek 
wyjaśnił  mu  już,  że  musi  wytrwale  pracować,  jeżeli  on  i 
Amalie mają mieć zapewnione mieszkanie i wyżywienie. 

Odrzucił  kamień  spod  wózka  i  znów  stanął na  nogi. 

Pod złym spojrzeniem dziadka poczuł nieprzyjemne ssanie 
w  żołądku.  Może  źle  postąpił,  uciekając  z  Amalie  z 
sierocińca?  Obrzucił  spojrzeniem  piekarnię.  Wiedział,  że 
siostrzyczka jest tam wraz z żoną piekarza, której się boi. A 
w nocy Amalie płakała przez sen mówiąc, że chce wracać 
do sierocińca, w którym są takie miłe panie. 

Siostrzyczka  wciąż  nie  rozumiała,  że  pani Bjerkely  i 

inni  znaleźli  dla  niej  nowe  miejsce,  do  którego  będzie 
musiała przenieść się sama. Jego ta para nie chce wziąć. 

–  Mathias!  –  zagrzmiał  dziadek.  Jak  sądzisz,  co 

powiedzą klienci na to, kiedy zobaczą, jak wyglądasz? 

Mathias opuścił wzrok, żeby sprawdzić, jak wygląda. 

Pobrudził się podczas wpełzania pod wózek. 

Schylił głowę. – Ja.... nie wiem – odpowiedział cicho. 
Dziadek parsknął. – Nie wiesz? W takim razie ja ci to 

powiem, chłopcze! Nikt nie będzie już chciał kupować ode 
mnie chleba! Nikt nie kupi go od kogoś, kto wygląda jakby 
tarzał się w błocie jak świnia. 

background image

Mathias  przełknął  ślinę,  starając  się  zacisnąć  zęby. 

Dziadek był dokładnie taki zły, jak mówiła mama. Nie było 
też sensu wyjaśniać, dlaczego się pobrudził. Dziadek i tak 
już narzekał, że Mathias robi wszystko tak wolno. 

–  A  więc  ruszaj,  chłopcze!  Już  wystarczająco  się 

spóźniasz! 

Mathias chciał iść, lecz dziadek chwycił jego czapkę z 

daszkiem. Z uśmieszkiem na twarzy uderzył nią chłopca w 
głowę. – Musisz wziąć się w garść, chłopcze, jeśli chcesz 
nadal  u  mnie  pracować.  Mogę  cię  zapewnić,  że  żaden 
gamoń nie zagrzeje tu miejsca! 

Mathias  połknął łzy  i  wyciągnął  rękę po czapkę,  ale 

dziadek rzucił ją na ziemię. 

Był  dorosły,  chociaż  zachowywał  się  tak  podle. 

Mathias zagryzł wargi. Wiedział, że gdy tylko znajdzie się 
na ulicy, łzy popłyną, jednak tutaj, przy dziadku, nie chciał 
płakać. Nie będzie płakał. 

Nie  patrzył  na  dziadka  wiedząc,  że  to  może  go 

rozdrażnić.  Dlatego  schylił  się,  wtedy  jednak  dziadek 
znalazł  się  obok  i  kopnął  czapkę,  która  wylądowała  w 
błocie. 

Panie Wiig!  
Ostry głos sprawił, że Mathias się odwrócił. 
To pani Bjerkely i pastor. 
I para, która chciała zabrać Amalie. 

background image

 

 
– Panie Wiig! 
Blanche  dość  już  zobaczyła.  Dziadek  Mathiasa 

ściągnął mu z głowy czapkę, rzucił ja na ziemię – i kopnął, 
gdy chłopiec schylił się po nią. 

Utkwiła wzrok w piekarzu. Był to starszy mężczyzna o 

siwych  włosach,  lecz  jego  ogromna  broda  była  czarna. 
Oczy patrzyły wściekle spod krzaczastych brwi. Teraz ujął 
się pod boki i spojrzał na nią wyzywająco. 

– A kim pani jest? 
Podeszła, 

obrzucając 

spojrzeniem 

Mathiasa. 

Wyglądał,  jakby  miał  ochotę  uciec,  jego  wzrok  kierował 
się ku państwu Aaroe. 

– Nazywam się Bjerkely i zarządzam sierocińcem im. 

Helenę Augusty Blickenfeldt. 

Mężczyzna  zrobił  kwaśną  minę.  –  A  więc  to  pani  – 

powiedział tylko. 

Blanche  skinęła  głową  i  położyła  dłoń  na  ramieniu 

Mathiasa,  spoglądając  na  pana  Aaroe,  który  podniósł  z 
ziemi jego czapkę i zaczął ją osuszać swoją chusteczką. 

Blanche  znów  spojrzała  na  piekarza.  –  Czy  jest  pan 

świadomy  tego,  że  Mathias  i  jego  siostra  mieszkają  w 
sierocińcu? 

background image

Piekarz  roześmiał  się  kwaśno.  –  Nie  jest  im  tam  za 

dobrze. Wczoraj o świcie dzieci stały w moich drzwiach. 
Skinął  w  stronę  Mathiasa. – Chłopak żebrał,  żeby  móc u 
mnie pracować. 

Blanche  stanęła przed  Mathiasem  i  nachyliła  się nad 

nim.  Pan  Aaroe  podszedł  i  wyciągnął  do  niego  rękę  z 
czapką. Chłopiec wziął czapkę, nie podnosząc wzroku. 

– Mathiasie? 
Chłopiec nie  chciał  spojrzeć  na  Blanche,  jego  wzrok 

utkwiony był w ziemi. Ręce ściskały mokrą czapkę. 

–  Rozumiem,  dlaczego  uciekliście  –  zaczęła  cicho. 

Nils  Johan  powiedział,  że  usłyszał  moją  rozmowę  z 
gospodynią. 

Mathias  spojrzał na  nią pełnymi  bólu  oczami.  Potem 

bez słowa skierował wzrok na państwa Aaroe. Pan Aaroe 
stanął koło żony. Oboje przyglądali się chłopcu z rozpaczą 
w oczach. 

– To prawda, co mówi Nils Johan – ciągnęła Blanche. 

Ale  zmieniłam  zdanie,  zanim  państwo  Aaroe  przyjechali 
do sierocińca. Amalie się nie przeprowadzi. 

Mathias wpatrywał się w nią. – Ale... myślałem, że... 
Blanche  skinęła  głową.  –  Rozumiem,  że  tak 

pomyślałeś, ale tak się nie stanie, Mathiasie. Amalie się nie 
przeprowadzi – powtórzyła. 

Piekarz wydał z siebie niezadowolone chrząknięcie. – 

background image

I tak jest za mały – burknął. Poza tym ta młodsza robi zbyt 
wiele hałasu. 

Blanche  odetchnęła  głęboko  i  znów  spojrzała  na 

Mathiasa. – Gdzie jest Amalie? 

Mathias wskazał głową otwarte drzwi. –W piekarni. 
Blanche  wzięła  go  za  rękę.  –  Teraz  pójdziemy  po 

Amalie i razem wrócimy do willi. Spojrzała na chłopca z 
uśmiechem. – Prawda? 

Mocno ścisnął jej rękę. – Tak, pani Bjerkely. 
Mała  twarzyczka  Amalie  rozjaśniła  się  na  widok 

Blanche. Dziewczynka przycupnęła na stołeczku w kącie. 
Blanche zgadywała, że kazano jej tu cicho siedzieć, aby nie 
przeszkadzała  żonie  piekarza,  która  właśnie  zamiatała 
podłogę. 

–  Tak,  tak,  to  słodka  dziewczynka  –  powiedziała 

kobieta,  gdy  Blanche  wyjaśniła,  że  zabiera  dzieci  z 
powrotem do sierocińca. – Ale ja jestem za stara, żeby mieć 
w domu dzieci – zakończyła kwaśnym tonem i wróciła do 
zamiatania. 

Blanche  uderzyło,  że  kobieta  nie  wyglądała  na 

szczególnie zmartwioną, gdy Amalie wychodziła z kuchni. 
Tak było jednak prościej. Byłoby trudniej, gdyby piekarz i 
jego żona chcieli, by dzieci zostały. To mimo wszystko ich 
rodzina. 

Pastor pomógł rodzeństwu wsiąść do powozu. Mathias 

przyniósł te trochę rzeczy, które zabrał dla siebie i siostry, 

background image

uciekając z sierocińca. 

Blanche  podeszła  w  stronę  państwa  Aaroe,  którzy 

śledzili wzrokiem dzieci, gdy pastor pomagał im wsiąść. – 
Przykro mi, że tak się stało – powiedziała cicho Blanche. 

Pani Aaroe mocni ściskała w ręce swoją chusteczkę. – 

Pomyśleć, że przyprowadził tu swoją siostrę, bo nie chciał, 
żeby ich rozdzielono. 

Blanche  spuściła  wzrok  i  nie  odpowiedziała.  Może 

Mathias  myślał,  że  dziadek  mu  pomoże,  ale  jedyną 
prawdziwą rodzinę, jaką dzieci miały, stanowiły tylko one 
dla siebie nawzajem. 

– Po tym, co dziś zobaczyliśmy, zmieniliśmy zdanie – 

rzekł pan Aaroe. 

Blanche  popatrzyła  na  niego  ze  zdziwieniem.  –  O 

czym pan mówi? 

Spojrzeli po sobie, po czym zabrał głos pan Aarae. – 

Byliśmy  przekonani,  że  chcemy  mieć  małe  dziecko, 
dziewczynkę, lecz Mathias to niezwykły chłopiec. 

Państwo  Aaroe  znów  wymienili  spojrzenia.  –Kiedy 

pani  zdaniem  nadejdzie  odpowiedni  czas,  pani  Bjerkely, 
chcielibyśmy,  żeby  zapytała  pani  Mathiasa,  czy  nie 
chciałby się do nas przeprowadzić. Bardzo byśmy chcieli, 
żeby on i Amalie zamieszkali u nas. 

 

background image

 
Abelone odsunęła Małego Erika od piersi i oparła go 

na ramieniu, żeby mu się odbiło. Wędrując po pokoju nie 
odrywała wzroku od Erika. Wciąż nie było żadnych oznak, 
żeby się budził. Doktor Greni zajrzał do niego kilka razy w 
ciągu poranka, ale nie mógł powiedzieć nic poza tym, że 
puls jest słaby. 

Abelone podeszła do łóżka  i  ostrożnie położyła dłoń 

na czole męża. Doktor bał się, że Erik dostanie gorączki. 
Mówił, że jego krew może zostać zatruta, lecz Erik nie był 
rozpalony. Przeciwnie, jego skóra wydawała się chłodna. 

Dokładniej otuliła go kołdrą i już miała iść dołożyć do 

pieca, lecz  w tej  chwili  ktoś  ostrożnie  zapukał  do drzwi. 
Stanęła  w nich Bera,  a  za nią  Hilmar.  W  końcu  wrócił z 
miasta. 

Abelone  podeszła  do  niego,  nie  widziała  jednak 

Ingvardy. 

–  Chodzi  o  panią  Ingvarde  –  wyjąkał  parobek. 

Nietrudno  było  dostrzec,  że  jest  mu  ciężko.  Ten  dorosły 
mężczyzna  wyglądał  tak,  jakby  zaraz  miał  wybuchnąć 
płaczem. Ręce nerwowo przekładały czapkę. 

–  Gdzie  ona  jest?  –  zapytała  Abelone  z 

niecierpliwością. 

– Ingvardy nie było u przyjaciółki – wybuchnęła Bera, 

podczas gdy Hilmar milczał. 

Hilmar jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię. – Ale 

background image

rozmawiałem z jej przyjaciółką. Pani Ingvarda wczoraj po 
południu  pojechała  do  Holmestrand,  jednak  jest 
oczekiwana dziś przed południem – powiedział potulnym 
głosem. 

Abelone próbowała spojrzeć mu w oczy, lecz parobek 

unikał jej wzroku. 

–  Czy  przyjaciółka  wiedziała,  którym  pociągiem 

pojechała  Ingvarda?  –  zapytała,  starając  się  zachować 
spokój. 

Hilmar w milczeniu potrząsnął głową. 
Spojrzała  na  Erika.  Wiedziała,  że  mąż  balansuje 

między  życiem  i  śmiercią.  Hilmar  musi  przywieźć 
Ingvarde do Gimle. 

Zrobiła  krok  do  przodu  i  położyła  dłoń  na  ramieniu 

parobka. – Czy możesz jechać na stację i tam poczekać na 
Ingvarde? 

Hilmar 

spojrzał 

na 

nią 

podkrążonymi 

zaczerwienionymi  oczami.  –  Oczywiście,  pani  Abelone. 
Oczywiście,  że  tak  zrobię.  Twarz  mu  się  ściągnęła. –  O, 
pani Abelone, tak bardzo mi przykro. Łzy popłynęły mu z 
oczu,  gdy  spojrzał  na  Erika.  –  Nie  powinienem  był 
zostawiać strzelby. 

Abelone  potrząsnęła  głową.  –  Nie  mogłeś  zapobiec 

temu, co się stało, Hilmarze. 

Hilmar rozłożył ręce. – Nie powinienem był... 

background image

Abelone przerwała, kładąc mu rękę na ramieniu. – Nie 

mogłeś zapobiec temu, co się stało – powtórzyła. – Gdyby 
nie  niesprawna  ręka,  Erik  sam  zastrzeliłby  niedźwiedzia, 
zanim zwierzę go zraniło. 

Twarz  Hilmara  była  ściągnięta.  Szybkim  ruchem 

nałożył  na  głowę  czapkę,  a  potem  jak  cień  zniknął  w 
korytarzu. 

Abelone  pochyliła  się  ku  drzwiom,  gdy  Hilmar  już 

odszedł.  Czuła  ciężkie  uderzenia  serca  w  piersi.  Hilmar 
miał  rację.  Gdyby  nie  zszedł  ze  stanowiska,  Erik  nie 
leżałby teraz w łóżku walcząc o życie. 

Bera  lekko  poklepała  ją  po  ręce.  –  To  było  miłe  z 

twojej strony. Hilmar całkiem wychodzi z siebie. 

Abelone  spuściła  wzrok  czując,  jak  przytłaczający 

strach znów chwyta ją za serce, miała jednak nadzieję, że 
Hilmar przestanie obwiniać się za nieszczęście. 

Erikowi nic nie pomoże, że Hilmar chodzi i cierpi. 

 

* 

 
Abelone  patrzyła  na  twarz  Erika.  Miała  nadzieję,  że 

ujrzy  na  niej  jakieś  niewielkie  poruszenie.  Czasami 
wydawało się jej, że dostrzega słabe skurcze wokół oczu, 
ale  gdy  wstała, żeby przyjrzeć  się  dokładniej  zrozumiała, 
że to pomyłka. 

background image

Przetarła  zamglone  oczy.  Była  tak  bardzo  zmęczona 

od tego siedzenia. Bera zaofiarowała się, że posiedzi przy 
łóżku Erika, żeby mogła odpocząć, ale Abelone nie chciała 
go opuszczać. 

Jej  spojrzenie  padło  na  drugą  stronę  łóżka,  gdzie 

zazwyczaj  leżała  ona  sama.  Bera  zaproponowała,  żeby 
Abelone  położyła  się  na  trochę,  ale  wydawało  się  jej 
dziwne leżeć obok Erika, który jest w takim stanie. 

Spojrzała  w  stronę  kołyski,  w  której  spał  Mały Erik. 

Jeszcze  przez  jakiś  czas  nie powinien  się obudzić. Cicho 
wstała  i  ostrożnie  odsunęła  na  bok  kołdrę  okrywającą 
Erika.  Doktor  Greni  musiał  się  napracować,  zszywając 
jego brzuch. Na bandażu nie było śladów krwi. 

Przełknęła  ślinę  i  ponownie  nakryła  Erika  kołdrą. 

Postanowiła  zrobić  tak,  jak  mówiła  Bera.  Była  bardzo 
śpiąca i bolało ją całe ciało. Przechodząc na swoją stronę 
łóżka wyjrzała przez okno. Gdzie jest Ingvarda? Zbliża się 
południe, niedługo będzie dwunasta, a Hilmar jeszcze nie 
wrócił. 

Zmęczona  zdjęła  suknię  i  wśliznęła  się  pod  kołdrę. 

Leżała  wpatrzona  w  twarz  Erika.  Lekko  przesunęła 
opuszkami  palców  po  jego  czole  w  kierunku  kości 
policzkowej i brody. 

Jej  uwagę  przyciągnęły  jego  wargi.  Jakby  zacisnął 

usta. Abelone usiadła na łóżku. Erik poruszył wargami! 

– Eriku? – szepnęła i pogładziła jego włosy. Nachyliła 

background image

się nad nim. Widziała, że jego powieki drżą lekko. 

– Eriku? – powtórzyła i uścisnęła jego dłoń. 
Jego  usta  leciutko  się  rozwarły,  powieki  zaczęły  się 

unosić. 

Ogarnęła ją nagła ulga. – Nie próbuj niczego mówić, 

Eriku  –  powiedziała  cicho,  gładząc  go  po policzku.  Jego 
spojrzenie  błądziło  po  pokoju,  jak  gdyby  nie  pojmował, 
gdzie się znajduje. 

–  Jestem  tutaj,  Eriku,  jestem  tutaj.  Uchwyciła 

spojrzenie  jego  oczu  i  uśmiechnęła  się, przestraszona,  że 
mąż nigdy nie przyjdzie znów do siebie. 

– To... to diabelskie zwierzę. Głos Erika był ochrypły, 

słowa niewyraźne. 

Uczucie ulgi spłynęło na każdą komórkę jej ciała. Erik 

mówi. 

– Niedźwiedź nie żyje, Eriku – powiedziała szybko. 
Erik  znów  zamknął  oczy.  –  Owce?  Słyszała,  że 

wypowiadanie  słów  przychodzi  mu  z  trudem,  twarz 
ściągała się z bólu. 

Położyła  mu  rękę na  piersi. –  Niedźwiedź nie  zrobił 

nic  żadnemu  ze  zwierząt.  Ale  nie  mów  już  nic, 
potrzebujesz odpoczynku. Bolesna bruzda na twarzy Erika 
wygładziła  się,  lecz  Abelone  widziała,  że  mąż  porusza 
ustami. Pochyliła się nad nim, aby usłyszeć, co mówi.   

– Żyć... Chcę żyć. 

background image

 

 
Gorączka  musiała  nadejść  nagle.  Kiedy  Abelone 

powiedziała  doktorowi  Greni,  że  Erik  odzyskał 
przytomność,  zjadła  coś,  żeby  potem  chwilę  odpocząć. 
Kiedy się obudziła, zwróciła uwagę na to, że twarz Erika 
zmieniła barwę. Z początku cieszyła się, że kolory wracają, 
ale gdy dotknęła jego czoła, było rozpalone. 

Doktor Greni ujął nadgarstek Erika, tak jak to ostatnio 

robił  coraz  częściej.  Przez  chwilę  patrzył  na  zegarek,  a 
potem  delikatnie  ułożył  rękę  z  powrotem  na  łóżku. 
Głęboka  bruzda  na  jego  czole  i  zatroskane  spojrzenie 
powiedziały  Abelone  więcej,  niż  potrzebowała  wiedzieć. 
To, czego nie chciała się dowiadywać. 

– Gdyby chociaż był przytomny, moglibyśmy dać mu 

coś do picia – cicho powiedział lekarz. 

Abelone  zauważyła,  że  doktor  unika  jej  wzroku. 

Przeraziło ją to bardziej niż wszystko inne. 

Zebrała się na odwagę i odsunęła się kilka kroków od 

łóżka.  –  Czy  sądzi  pan,  doktorze,  że  on  przeżyje?  – 
zapytała  cicho.  Nie  chciała, aby  Erik  ją  słyszał,  mimo  że 
był nieprzytomny. 

Doktor Greni patrzył teraz wprost na nią. Zobaczyła w 

jego  oczach  odpowiedź,  zanim  znów  opuścił  wzrok  na 
podłogę.  –  Nie  wiem,  Abelone.  Położył  rękę  na  jej 

background image

ramieniu.  –  Nie  wiem.  Najlepsze,  co  możemy  zrobić,  to 
pilnować, by gorączka nie wzrastała. I modlić się. 

Lekarz wrócił do Erika, a ona sama stała przy kołysce 

synka. 

Nie wiedziała, o czym myśli. Nie wiedziała, co czuje. 

Jakby to nie ona tam stała. To był ktoś inny. 

Ktoś inny w jej ciele. 
To było jak zły sen, z którego nie można się obudzić. 
Usiadła  na  skraju  łóżka.  Złożyła  ręce  na  kolanach. 

Nabrała  powietrza  w  płuca.  Wypuściła  je.  Odwróciła 
głowę w stronę Erika. Jego twarz była teraz taka spokojna. 

Jakby spał. 
Abelone  spojrzała  w  kierunku  okna.  Dzień 

przechodził  już  w  wieczór,  nadeszła ta dziwna pora,  gdy 
światło staje się niebieskie, a ląd i morze spowijają różne 
odcienie tej barwy. Gdy zmierzch otula wierzchołki drzew, 
nim  skryje  je  ciemność  nocy.  Babka  nazywała  tę  porę 
niebieską godziną. 

Abelone  wstała  i  wolno  podeszła  do  okna.  Z 

niewielkiego  szkieru  w  zatoce  poniżej  Gimle  zerwał  się 
kormoran,  zdecydowane  ruchy  skrzydeł  niosły  go  teraz 
ponad  cichym,  połyskującym  morzem,  nim  skierował  się 
na zachód i zniknął za horyzontem. 

W  tej  chwili  na  dziedziniec  zajechał  powóz.  Za 

powożącym  Hilmarem,  ze  wzrokiem  nieruchomo 

background image

utkwionymi  przed  siebie,  siedziała  wyprostowana 
Ingvarda. 

Abelone  opuściła  powieki,  starając  się  nabrać 

powietrza głęboko do płuc, nie była jednak w stanie tego 
zrobić. 

Daj mi siłę, Panie. 
Daj mi siłę. 

 

* 

 
Abelone zeszła po schodach i zatrzymała się, Hilmar 

pomagał  Ingvardzie  wysiąść.  Chciała  wyjść  teściowej  na 
spotkanie, ale nie mogła. 

Ingvarda podbiegła do niej. Twarz miała trupiobladą, z 

wielkie oczy wypełnione przerażeniem. – Jak on się czuje? 

Jej głos przepełniony był strachem. 
Abelone podeszła o krok, chciała objąć teściową, lecz 

nie była w stanie. Musiała użyć wszystkich swych sił, aby 
stać prosto, gdy wypowiadała słowa, o których wiedziała, 
że  całkowicie  zmiażdżą  matkę  Erika.  –  Przyjechałaś  za 
późno. 

background image

 
Ellen  nachyliła  się  nad  ojcem,  z  ulgą  dostrzegając 

lekki uśmiech na jego ustach, najbardziej jednak cieszyła 
się  na  widok  spojrzenia  jego  ciemnych  oczu,  w  których 
błyszczały, jak się jej zdawało, ulga i radość. 

– Lepiej się dziś czujesz, ojcze? 
Ojciec  skinął  głową  i  trochę  niezgrabnym  ruchem 

przesunął ręką po bandażu, którym miał owiniętą głowę. – 
Jestem  tylko  trochę  nieprzytomny.  Uśmiechnął  się  do 
córki,  wydawał  się  taki  zadowolony.  Może  bardziej 
martwił się o wynik operacji, niż chciał to przyznać. Taki 
właśnie  był,  nie  należał  do  tych,  którzy  dużo  mówią.  W 
każdym razie o sobie samym. 

Usłyszała za sobą kroki i odwróciła się. Nadchodził ku 

nim profesor Wald-Michaelsen. 

Lekarz  uśmiechnął  się  do  Ellen  z  dużą  pewnością 

siebie. – Jak pani widzi, pani Bjerregaard, pani ojciec jest 
w wyśmienitej formie. 

Ellen  wstała  z  uśmiechem.  Tak  bardzo  bała  się 

wczoraj  o  ojca,  gdy  odwiedziła  go  po  operacji.  Tym 
większą  ulgę  odczuła,  kiedy  weszła  dziś  do  jego  sali  i 
zobaczyła, że siedzi na swoim łóżku, obficie posilając się 
jedzeniem,  które  przyniosła  mu  jedna  z  pielęgniarek. 
Wciąż był blady, lecz córkę uspokoił jego dobry apetyt. 

background image

– Jestem panu bardzo wdzięczna za to, co pan zrobił 

dla mojego ojca, profesorze. 

Profesor zaśmiał się. – Wie pani, to mój zawód. Pani 

wydaje  się  to  zapewne przerażające,  ale taka  operacja  to 
dla  mnie  codzienność. Mrugnął do niej. –  A  za  kilka  dni 
pani ojciec będzie mógł wrócić do domu. 

Spojrzał na Aksela. – Jak rozumiem, sądzi pan, panie 

Gimle, że bóle głowy ustąpiły? 

Aksel przytaknął. – Nie mogę powiedzieć nic innego, 

profesorze. Znów pogładził ręką bandaż i Ellen zaczęła się 
zastanawiać, jak ojciec wyglądałby bez niego. Ulrik mówił 
jej, że lekarz wywierci w głowie ojca dziurkę, ale czy ona 
wciąż  tam  jest?  Nie  wiedziała  tego  i  nie  miała  ochoty 
pytać. 

– Czuję ból, lecz nie taki silny jak przedtem –ciągnął 

ojciec. 

Profesor  Wald-Michaelsen  skinął  głową. 

–To 

naturalne, że czuje pan pewien ból po trepanacji. Odwrócił 
się  do  Ellen.  –  Czy  mogę  panią  przeprosić,  pani 
Bjerregaard? Chciałbym obejrzeć ranę pooperacyjną. 

Ellen kiwnęła głową. – Oczywiście. 
Po raz ostatni uścisnęła ojca. – Przyjdę też jutro, ojcze. 
Ujął  jej  dłoń  i uścisnął.  Oczy  zaczęły  mu błyszczeć. 

Nie musiał nic mówić. Ellen wiedziała, że jest wdzięczny 
za to, iż go odwiedziła. 

background image

 

* 

 
Ellen nakryła do stołu. Było po piątej i Ulrik powinien 

wkrótce wrócić do domu. 

Podeszła  do  kuchennej  lady  i  wyciągnęła  misę,  na 

którą  miała  wyłożyć  solone  mięso.  Zawsze  cieszyła  się, 
gdy  Ulrik  miał  wrócić do domu, teraz  jednak  wyjątkowo 
wyglądała jego powrotu. Wiedziała, że mąż też martwi się 
o  jej  ojca.  Mimo  wszystko  to  Ulrik  przestawił  mu 
profesora. 

Pomyśleć,  że  operacja  poszła  tak  dobrze!  Wiedziała, 

że profesor Wald-Michaelsen to zdolny chirurg, ale jednak 
się bała. 

Wyjrzała przez kuchenne okno i dostrzegła, jak Ulrik 

otwiera  furtkę  do  ogrodu.  Mocniej  oparła  się  o  ladę,  by 
móc  się  mocniej  wychylić.  Co  on  ze  sobą  niesie?  Niósł 
niewielki koszyk z pokrywką. Wyszła mu na spotkanie do 
sieni, rzucając okiem na zegar w salonie. Ulrik przyszedł 
wcześniej niż zwykle, zazwyczaj nie pojawiał się w domu 
przed pół do szóstej. 

Otworzyła  mu  drzwi.  Gdy  ją  zobaczył,  posłał  jej 

tajemniczy uśmiech. 

Nie mówiąc nic o koszyku, pocałował ją w policzek. – 

Jak się dziś czuje Aksel? 

background image

Opowiedziała mu o udanej operacji. – Ojciec mówił, 

że bóle głowy zniknęły. 

Ulrik  odstawił  koszyk  i  objął  żonę.  –  Jak  dobrze  to 

słyszeć. 

Stali  przytuleni,  aż  w  końcu  Ulrik  skinął  głową  w 

stronę koszyka. – Mam dla ciebie niespodziankę. 

Znów rozpaliła się w niej ciekawość. 
Ulrik nachylił się i podniósł koszyk. – Chodź tu! 
Poszła  za  nim  do  salonu,  Ulrik  postawił  koszyk  na 

podłodze.  Ostrożnie  zdjął pokrywkę  i  włożył do  koszyka 
ręce. 

Ellen usłyszała, zanim zdążyła zobaczyć. Jasnoszary, 

kudłaty kociak, który pisnął, kiedy Ulrik wziął go na ręce. 

–  Spał  –  roześmiał  się  Ulrik  i  uniósł  do  góry  małą 

puchatą kuleczkę. Czy nie jest słodki? 

Ellen roześmiała się, wyciągając ręce. Lubiła koty, w 

Gimle zawsze jakiś był. – Jest śliczny! Przytuliła kotka do 
piersi. – Jakie ma miękkie futerko. 

Pogłaskała długie, wełniste futro. – Nigdy jeszcze nie 

widziałam kociaka o tak długiej sierści. 

Ulrik  pokiwał  głową.  –  Jego  matka  też  jest 

długowłosa. 

Ellen spojrzała na męża. – Skąd go masz? 
– Z muzeum – uśmiechnął się. Zwalczają tam myszy. 

background image

Ellen usiadła na sofie z kotem na kolanach. –Myślę, że 

wciąż jest senny – stwierdziła ze śmiechem. 

Kociak  przewrócił  się na  grzbiet  i  wyciągnął na  całą 

długość. Delikatnie podrapała go po brzuchu. Brzuch i łapy 
miał białe. – Widziałeś, że ma niebieskie oczy? 

Ulrik  skinął  głową.  –  To  się  z  czasem  zmieni. 

Uśmiechnął  się do  niej. –  Chcesz  go?  Jeśli nie,  mogę  go 
odnieść do muzeum. 

Potrząsnęła  głową  szczęśliwa,  że  Ulrik  jest  taki 

troskliwy po tym, co się stało w nocy. Poza tym kot będzie 
stanowił dla niej miłe towarzystwo. 

–  Cieszę  się,  że  go  przyniosłeś.  Pogłaskała  miękkie 

łapy  kota.  Pieszczoch  z  niego!  –  Musimy  dać  mu  jakieś 
imię,  prawda?  –  wymruczała.  Widziała,  że  to  kocia 
dziewczynka.  Mała  kuleczka.  –  Kuleczka  –  powiedziała, 
uśmiechając się do Ulrika. 

Skinął  głową.  –  To  ładne  imię.  Usiadł  przy  niej.  – 

Przepraszam, Ellen, że wczoraj wróciłem tak późno. 

Napotkała  jego  wzrok.  –  Nie  szkodzi.  To  nie  jego 

wina, że ona boi się tego domu. – Na pewno mam po prostu 
bujną wyobraźnię. 

Znów  spojrzała  na  kota.  Wiedziała,  że  Ulrik  też  tak 

uważa. Że wymyśliła sobie to wszystko, co się wydarzyło 
w pokoju dziecinnym, zwłaszcza tę historię z ubrankami. 
Teraz  leżały  ładnie  ułożone  w  walizce,  osobiście 
sprawdziła  to  rano.  A  drzwi  musiały  po  prostu  się 

background image

zatrzasnąć, tak jak mówił Ulrik. 

–  Zaprosiłem  kilku  kolegów  na  najbliższy  piątek  – 

powiedział Ulrik. Pomyślałem sobie, że pewnie chciałabyś 
ich bliżej poznać. Przyjdą także żony kilku z nich. 

Powiedział  to tak,  jakby  to była  najzwyklejsza  rzecz 

na  świecie  –  zaproszenie  do  domu  grona  nieznajomych 
ludzi. Mógł ją przynajmniej najpierw zapytać. Nie dlatego, 
żeby  miała  powiedzieć  nie,  chociaż  na  to  miałaby 
największą ochotę. 

Zmusiła  się  do  uśmiechu.  –  Jak  miło.  Ilu  gości 

zaprosiłeś? 

Ulrik uśmiechnął się tak samo spokojnie jak zwykle. – 

Ośmiu  pracowników  muzeum,  pięciu  z  nich  przyjdzie  z 
żonami. 

Trzynaście osób! Na samą myśl o tym ścisnął się  jej 

żołądek. Do tego czasu Betsy zacznie wprawdzie pracę, ale 
będzie  przecież  całkiem  nowa.  A  ona  sama  nie  ma 
wielkiego  doświadczenia  w  podejmowaniu  takiej  liczby 
gości.  Zawsze  obawiała  się  wielkich  przyjęć,  które 
urządzali w Gimle jej rodzice. Poza tym przygotowaniami 
zajmowały się Abelone i matka. Ellen tylko pomagała. 

I co ma podać? Nigdy nie umiała zbyt dobrze gotować. 
Ulrik wstał. – Cieszą się, że będą mogli cię poznać. 
Spojrzała  na  niego,  starając  się  odwzajemnić  jego 

uśmiech. 

background image

Nie  sądziła,  żeby  zrozumiał,  że  ona  wcale  się  nie 

cieszy. 

background image

 
Blanche zapięła pod szyją broszkę i uszczypnęła się w 

policzki. Nigdy nie czuła się dobrze w pierwszych dniach 
swego  miesięcznego  krwawienia.  Ciało  miała  wtedy 
obrzmiałe, zwłaszcza brzuch, odczuwała mdłości. Była też 
blada. 

Po raz ostatni obrzuciła spojrzeniem swoje odbicie w 

lustrze  i  ruszyła  do  drzwi.  Wcześniej  myślała,  że  jest  w 
ciąży,  tak  jednak  nie  było.  Kilka  dni  temu  powiedziała 
nawet  Alfowi,  iż podejrzewa,  że  znów nosi  dziecko,  dziś 
jednak  pojawiło  się  krwawienie.  Alf  niezmiernie  się 
ucieszył, tak jak ona sama, ale teraz musiała mu wyjaśnić, 
że jednak nie jest w ciąży. 

Położyła dłoń na klamce i nabrała powietrza w płuca. 

Nie sądziła przedtem, że będzie jej tak przykro. Wiedziała 
przecież,  że  nie  może  mieć  tak  wcześnie  całkowitej 
pewności, lecz rozpoznawała wszystkie oznaki. Piersi były 
wrażliwe, a rano miewała nawet mdłości. 

A więc wszystko to sobie wmówiła. 
Poszła w stronę schodów, słysząc na dole głosy Signe i 

Line.  Dzisiaj  dzień  pełen  napięcia.  Przez  ostatni  tydzień 
państwo Aaree codziennie odwiedzali Mathiasa i Amalie. 
Z  początku  Mathias  zachowywał  dystans,  ale  Blanche 
zauważyła,  że  szczególnie  pan  Aaroe  okazywał  chłopcu 
zainteresowanie. Z początku Mathias nie rozmawiał z nimi 

background image

dużo,  lecz  pan  Aaroe  umiał  zachęcić  go  do  rozmowy, 
zwłaszcza  gdy  mówiono  o  tym,  co  chłopiec  lubi  robić. 
Blanche nie  wiedziała przedtem,  że  Mathias chętnie łowi 
ryby. Teraz obaj planowali wyprawę na ryby w sobotę. 

Na  początku  Blanche  nie  mówiła  Mathiasowi,  że 

małżeństwo  chce,  aby  on  i  Amalie przeprowadzili  się  do 
nich. Mathias bał się najpierw, że państwo Aaroe zabiorą 
do siebie jego siostrę, lecz stopniowo zaczął się uspokajać. 
A wczoraj Blanche powiedziała panu Aaroe, że jej zdaniem 
nadszedł  już  czas,  aby  powiedzieć  Mathiasowi,  że  para 
chce wziąć oboje dzieci. 

Nikt  nie  wiedział,  jak  zareaguje  Mathias.  Blanche 

obawiała się, że chłopiec może się rozzłościć, ale widziała 
wyraz  jego  twarzy,  gdy  pan  Aaroe  powiedział  mu o  tych 
planach.  Ucieszył  się,  a  Blanche  sądziła,  że  to  zasługa 
uwagi,  którą  pan  Aaroe okazywał  chłopcu.  Wiedziała,  że 
Mathias stopniowo zaczął go lubić. 

A  dziś  Mathias  i  Amalie  mieli  jechać  obejrzeć  dom 

państwa  Aaroe.  Nic  jeszcze  nie  zostało  postanowione. 
Blanche powiedziała, że to Mathias musi podjąć decyzję, 
czy będzie się dobrze u nich czuł. Amalie jest za mała, żeby 
wyrazić  własne  zdanie,  ale  w  każdym  razie  nie  było 
wątpliwości co do tego, że dziewczynka lubi panią Aaroe, 
bo często wdrapywała się jej na kolana. 

Blanche  weszła do  salonu.  Line  siedziała  z  Amalie  i 

spoglądała  do  książki.  Blanche  spojrzała  na  wiszący  na 
ścianie zegar. Zbliżało się wpół do szóstej. Państwo Aaroe 

background image

wkrótce tu będą. – Gdzie jest Mathias? 

Line podniosła wzrok. – Pomaga Signe w kuchni. 
Wzrok Blanche spoczął na Amalie, która patrzyła na 

nią wielkimi, niebieskimi oczami. Nic dziwnego, że panią 
Aaroe całkowicie urzekła ta mała dziewczynka. Wygląda 
jak aniołek, poza tym jest taka miła i grzeczna. 

Blanche 

weszła 

do 

kuchni, 

gdzie 

Signe 

przygotowywała obiad; miała być zupa na mięsie. Mathias 
stał  przy  oknie  i  wyciągał  się  na  palcach,  żeby  móc 
wyjrzeć. 

Signe  uśmiechnęła  się do  Blanche. –  Państwo  Aaroe 

wkrótce przyjadą, Mathiasie. 

– Widzę ich powóz w dole ulicy! Mathias odwrócił się 

szybko, policzki miał zarumienione, a jego oczy błyszczały 
oczekiwaniem. 

Blanche  poczuła  ulgę,  równie  dobrze  mógł 

powiedzieć, że nie chce wprowadzać się do państwa Aaroe. 
Byłoby to całkiem zrozumiałe. W każdym razie nie musi 
podejmować decyzji, zanim nie odwiedzi ich domu. 

Mathias  wybiegł  z  kuchni,  a  Blanche  została  tam 

razem z Signe. 

– Mam nadzieję, że mu się tam spodoba –powiedziała 

Signe, odkładając chochlę na ladę. 

Blanche odwzajemniła jej uśmiech. Signe mówiła tak, 

jakby już było postanowione, że dzieci się przeprowadzą. – 

background image

Ja też na to liczę. 

Signe uśmiechnęła się krzywo. – Tak w ogóle to wiem, 

że  mu  się  spodoba.  Dla  pana  Aaroe  będzie  jak  syn.  Nie 
zauważyłaś, jak bardzo jest zajęty chłopcem? 

Blanche  wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła,  państwo 

Aaroe  idących  przez  ogród.  Szli  ramię  w  ramię, 
uśmiechając się do siebie, przejęci i pełni oczekiwania. 

Mathias i Amalie mieli szczęście. 

 

* 

 
Dom  państwa  Aaroe  wyglądał  tak,  jak  Blanche  go 

zapamiętała.  Był  to  duży,  biały,  drewniany  budynek 
położony  na  obrzeżach  miasta,  otoczony  dużym, 
wspaniałym  ogrodem.  Coś  się  jednak  zmieniło.  Dwa  z 
pokoi  znajdujących  się  na  górze  zostały  zamienione  na 
pokoje dziecinne. 

Pani  Aaroe  otworzyła  drzwi  do  pokoju,  który  miał 

należeć  do  Amalie.  Wyczekująco  spojrzała  na 
dziewczynkę,  która  natychmiast  wbiegła  do  ślicznie 
urządzonego  pomieszczenia.  Blanche  nigdy  dotąd  nie 
widziała takiego pięknego pokoju dla dziewczynki. Ściany 
oklejone były tapetą w białe i jasnoróżowe pasy, a jasne, 
lekkie zasłonki ładnie udrapowano wokół okien. 

Pani  Aaroe  podeszła  do  okna.  –  Zleciłam 

background image

zamontowanie  rolety,  żeby  wieczorem  było  tu  ciemno  – 
powiedziała,  zaciągając  roletę.  Ukazał  im  się  ładny 
widoczek  małej  dziewczynki  i  jej  matki,  stojących  nad 
potokiem.  Nietrudno  było  dostrzec,  że  pani  Aarae 
poświęciła dużo czasu i wysiłku na urządzenie pokoju dla 
Amalie.  Poza  tym  Blanche  sądziła,  że  musiało  to 
kosztować  majątek.  A  jeżeli  Mathias  postanowi,  że  on  i 
siostra nie zamieszkają tu? 

Pani Aarae znów podciągnęła roletę. Amalie zajęła się 

już  lalkami,  które  leżały na łóżku. Pani  Aarae  kupiła dla 
dziewczynki nie jedną lalkę z porcelany, kupiła trzy. Koło 
łóżka  dziewczynki  stało  niewielkie  łóżeczko  dla  lalek  z 
małą kołdrą i małą poduszką. 

Pani Aarae podeszła do pomalowanej na biało półki. – 

A tutaj mamy mały serwis do kawy dla twoich lalek. 

Pochyliła  się,  wyciągając  rękę  ze  spodeczkiem  i 

filiżanką w różyczki. 

Blanche spojrzała na Mathiasa stojącego w drzwiach. 

Wodził wielkimi oczami po pokoju. W sierocińcu pokoje 
też  były  ładnie  urządzone,  ale  Blanche  wiedziała,  że  nie 
mogą mierzyć się z tym. Poza tym każde z dzieci miało tu 
dostać własny pokój. Bardzo niewielu dzieciom było dane 
coś takiego. 

Pan Aaroe położył dłoń na ramieniu Mathiasa. – I co ty 

na  to, Mathiasie?  Chciałbyś  zobaczyć pokój,  który  może 
być twój? 

background image

Mathias spojrzał na niego i w milczeniu skinął głową. 

Blanche  podążyła  za nimi.  Amalie  była  zajęta  zabawą  w 
podawanie kawy pani Aaroe. 

Pan  Aaroe  otworzył  najdalsze  drzwi  w  korytarzu. 

Mathias przestąpił próg. 

Jego pokój był większy niż pokój Amalie. Nietrudno 

było  dostrzec,  że  pani  Aaroe  ma  talent  do  urządzania. 
Pokój  Mathiasa  wytapetowano  na  niebiesko,  pod  oknem 
stało  biurko  z  ciemnego  drewna.  Blanche  widziała,  że  z 
drewna  tego  samego  gatunku  wykonane  jest  łóżko.  Przy 
krótszej ścianie stał regał wypełniony książkami. Mathias 
uwielbiał czytać. 

Chłopiec  postawił  kilka  ostrożnych  kroków  w  głąb 

pokoju i stanął, rozglądając się dookoła. 

Blanche postanowiła trzymać się z tyłu. 
Pan  Aaroe  podszedł  do  szary  na  ubrania,  otworzył 

drzwi i wyciągnął wędkę. 

Trochę  niezgrabnie  podał  ją  Mathiasowi.  –Musisz 

mieć przecież własną wędkę, teraz, gdy mamy razem łowić 
ryby – powiedział stłumionym głosem. 

Blanche widziała, jak sztywna była jego twarz. Musiał 

się bać, że Mathias nie przyjmie prezentu. 

Tego  nie  musiał  się  obawiać.  Twarz  Mathiasa 

rozjaśniła  się  w  szerokim  uśmiechu.  –  Dziękuję,  panie 
Aaroe! 

background image

Pan  Aaroe  nachylił  się  i  uśmiechnął.  –  Chciałbym, 

żebyś nazywał mnie Bernhardem. 

Mathias skinął głową, wciąż uśmiechnięty. – Dobrze. 

Wyciągnął  dłoń,  aby  podziękować.  –Dziękuję  za  wędkę, 
Bernhardzie – powiedział na próbę. 

Przez  chwilę  stali  naprzeciwko  siebie  trochę 

zażenowani, obrzucając się spojrzeniami. Potem pan Aaroe 
nachylił się i uścisnął Mathiasa. 

Blanche  przełknęła  ślinę,  widząc,  jak  obydwu 

błyszczą oczy. 

Mathias  i  Amalie  trafią  do  dobrego  domu.  Mathias 

powie tak, nim dzień dobiegnie końca. 

Dobrze  wiedzieć,  że  los  może  obejść  się  łaskawie  z 

dwojgiem dzieci, które utraciły rodziców. 

 

background image

 

Ellen obrzuciła  spojrzeniem  udekorowany  do obiadu 

stół.  Wszystko  wyglądało  tak,  jak  sobie  zaplanowała. 
Serwis  w  kwiatki  dobrze  się  komponował  z  białym 
obrusem  z  adamaszku  i  srebrnymi  sztućcami. 
Wykrochmalone  sztywno  serwetki  ładnie  ułożyła  na 
talerzach,  a  dekoracja  z  niebieskich  kwiatów  świetnie 
pasowała do serwisu. 

Wszystko było gotowe na przyjście gości Ulrika. Ellen 

miała tylko nadzieję, że jedzenie będzie im smakowało, nie 
była pewna, co podać. Ulrik zaproponował dania, o których 
ledwo  słyszała,  a  już  na  pewno  nie  zdarzyło  się  jej  ich 
przygotowywać – jak flądra z ostrygami i boczkiem oraz 
peklowana  kaczka  w  sosie  z  reńskiego  wina.  Powiedział, 
że  Ellen  może  poprosić  o  radę  jego  matkę,  która  bardzo 
dobrze gotuje, lecz ona chciała przygotować coś, co sama 
potrafi  przyrządzić.  W  końcu  zgodzili  się,  że  na 
przystawkę  zostanie  podana  zupa  z  homara,  jako  danie 
główne  szynka  w  sosie  burgundzkim,  groszek, 
podsmażone ziemniaki i mus kasztanowy, a na deser krem 
kawowy i ciasteczka. Wprawdzie Ellen nigdy jeszcze nie 
robiła  musu  kasztanowego,  ale  dostała  przepis  od  matki 
Ulrika. 

Nerwowo  spojrzała  na  zegar,  zbliżała  się  siódma, 

godzina nadejścia gości. Ulrik przebierał się na górze, ona 

background image

sama  zrobiła  to  wcześniej,  gdy  Betsy  zajmowała  się 
ostatnimi  przygotowaniami  w  kuchni.  Na  szczęście 
dziewczyna bardzo Ellen pomagała. Była bystra, poza tym 
najwyraźniej otrzymała dobre przeszkolenie u poprzedniej 
chlebodawczyni, nieżyjącej  już  wdowy.  W  każdym  razie 
nie  wyglądała  na  specjalnie  zdenerwowaną  tym,  że  ma 
podawać  tego  wieczoru  i  to  cieszyło  Ellen.  Ona  sama 
odczuwała  takie  napięcie,  że  aż  rozbolał  ją  żołądek, 
chociaż przez ostatnią godzinę starała się nie denerwować. 

Odetchnęła  głęboko,  podeszła  do  portier  i  trochę  je 

poprawiła. Na wieść o śmierci Erika pomyślała z początku, 
że  muszą  odwołać  przyjęcie,  ale  Ulrik  chciał,  żeby  się 
jednak  odbyło.  I  tak  Ellen  nie  chciała  wyjeżdżać  z 
Christianii, póki ojciec nie mógł jechać razem z nią. Wraz z 
lekarzami postanowili, że będzie mógł pojechać do domu 
jutro,  dzień  przed  pogrzebem  Erika,  chociaż  profesor 
Wald-Michaelsen  uważał,  że  Aksel  powinien  zostać  w 
szpitalu całe dziesięć dni. Ojciec jednak wydawał się być 
prawie  taki  sam  jak  przedtem,  chociaż  wiadomość  o 
śmierci Erika odcisnęła na nim swoje piętno. 

Słyszała, że Ulrik schodzi po schodach i odwróciła się. 

Dobrze  mu  było  w  bieli  i  we  fraku.  Podszedł  do  niej  z 
uśmiechem i lekko pocałował ją w policzek. 

– Jak ładnie wyglądasz – powiedział miękko, ujął jej 

dłonie i uścisnął. 

Spojrzała  po  sobie.  Brzuch  zaczynał  się  już 

powiększać, wciąż jednak była dość szczupła w talii. Jeśli 

background image

ktoś nie wiedział, że jest w ciąży, mógłby sądzić, że tylko 
trochę przytyła. Na szczęście jej ciało nie spuchło, tak jak 
podczas poprzedniej ciąży. 

– Dziękuję – odrzekła, czując, że pod wpływem słów 

Ulrika na jej policzki występują rumieńce. Miała dobrego i 
oddanego  męża,  miał  zwyczaj  tak  po  prostu  prawić  jej 
komplementy. 

Ulrik puścił jej dłonie i spojrzał w stronę kuchni. – Czy 

wszystko już gotowe? 

Ellen  skinęła  głową  zadowolona,  że  Ulrik  jest  tak 

samo  spokojny,  jak  zawsze.  Nie okazywał  najmniejszego 
niepokoju,  chociaż ona po  raz pierwszy  przygotowywała 
przyjęcie.  Nie  rozumiała,  jak  może  być taki  rozluźniony, 
jednocześnie wiedziała, że mąż cieszy się na ten wieczór. 
Powiedział, że czeka, aż będzie ją mógł przedstawić swoim 
kolegom  i  ich  żonom,  a ona  wiedziała,  iż liczy  na  to,  że 
Ellen odnajdzie się w towarzystwie tych kobiet i też będzie 
miała  w  Christianii  znajomych.  Teraz  nie  zna  tu  wielu 
osób, tylko  kilku  sąsiadów,  matkę  Ulrika  i  swoją  własną 
ciotkę Sibylle. 

–  Czy  jest  tu  odpowiednio  ciepło?  –  zapytała.  – 

Wydaje mi się, że jest gorąco. 

Ulrik potrząsnął głową i uśmiechnął się. –Nie jest za 

gorąco, Ellen. 

A więc tylko jej jest za ciepło. Może to dlatego, że jest 

w  ciąży.  Chociaż  nie  utyła  jeszcze  bardzo,  zaczęła 

background image

zauważać, że jej ciało staje się coraz bardziej ociężałe. 

Miała  właśnie  pójść  do  kuchni,  żeby  zobaczyć,  czy 

wszystko jest w porządku, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. 

Wzdrygnęła się, czując ściskanie w żołądku. 
Wieczór mógł się zacząć. 
 

 
Powinna  była  wiedzieć,  że  nie  ma  się  czego  bać. 

Przyjaciele Ulrika okazali się bardzo mili, ich żony także. 
Ellen nie wiedziała, czego się od niej oczekuje; na weselu 
odniosła  wrażenie,  że niektórzy  znajomi  męża  mają  dość 
sztywny sposób bycia, jednak podczas obiadu wcale tak nie 
było,  wręcz  przeciwnie.  Zrozumiała,  że  koledzy  Ulrika  i 
ich  żony  dobrze  się  już  znają,  więc  tylko  ona  musiała 
zostać przedstawiona. 

Nie  musiała  się  też  obawiać  o  jedzenie.  Zupa 

smakowała dokładnie tak, jak powinna, podobnie szynka i 
mus. Sos burgundzki był może odrobinę za słony, ale to nie 
szkodzi. A krem i ciasteczka smakowały tak jak te, które 
podawała na deser matka. 

Sama  Ellen  nie  była  w  stanie  delektować  się 

jedzeniem,  była  na  to  zbyt  zajęta  konwersacją  ze  swoim 
towarzyszem przy stole, starszym profesorem zoologii. Na 
szczęście  z  czasem  zaczęła  podzielać  zainteresowanie 

background image

Ulrika  przyrodą,  więc  wydawało  się  jej,  że  zadaje  teraz 
odpowiednie  pytania.  Poza  tym  profesor  okazał  się 
sympatycznym człowiekiem i łatwo się z nim rozmawiało. 

Obrzuciła stół spojrzeniem, chyba wszyscy się najedli. 

Teraz  już  tylko  jej  towarzysz  powinien  podziękować  za 
posiłek. 

Posłała  mu  przyjazny uśmiech. –  Jeśli  goście  już  się 

nasycili, możemy przejść na pokoje. Wiedziała, że po tych 
słowach to on powinien wygłosić podziękowanie. 

Profesor  wstał  i  uśmiechnął  się  do  niej  z  sympatią. 

Uwaga pozostałych gości skierowała się na niego. 

Słuchała  jednym  uchem,  gdy  profesor  dziękował  za 

wyśmienitą zupę, za pyszną szynkę i słodki, odświeżający 
deser. 

Przed przyjściem  gości czuła się nieswojo, ponieważ 

się  bała,  lecz  w  trakcie  obiadu  było  gorzej.  Spływała 
potem, jakby miała gorączkę, poza tym czuła się otępiała. 
A miało jeszcze upłynąć kilka godzin, nim pierwsi z gości 
ruszą  do  domów.  Najpierw  zostanie  podana  kawa, potem 
mężczyźni  przejdą  do  palarni,  a  ona  będzie  musiała 
rozmawiać z ich żonami. 

Goście  unieśli  kieliszki,  gdy  profesor  zakończył  swą 

mowę. Kiedy dziękowali za posiłek, Ellen wstała, wsparła 
się  na  ramieniu  swojego  towarzysza  i  poszli  do  pokoju, 
gdzie przystanęła, aby przyjmować podziękowania. 

Spojrzała  na  Ulrika  i  zobaczyła,  jaki  jest  dumny. 

background image

Odwzajemniła  jego  uśmiech  i  dalej  pełniła  obowiązki 
gospodyni, jak tego od niej oczekiwano. 

Najchętniej poszłaby na górę i się położyła, kręciło się 

jej w głowie, gdy wstała, ale byłoby niegrzeczne odejść tak 
wcześnie. 

Może poczuje się lepiej, gdy wypije trochę kawy. 
 

* 

 
Głowę miała ciężką, gdy wreszcie mogła wśliznąć się 

do łóżka. Kociak też tam wskoczył i wygodnie ułożył się 
na kołdrze. Zaczęła głaskać miękkie futerko, a on otarł się 
wtedy o  jej  twarz  i  przytulił  do policzka. Roześmiała  się 
cicho. Kuleczka to przymilne kocię, poza tym miło jest tak 
leżeć i głaskać małe ciałko. Wydawało się jej niemal, że to 
uśmierza  ból,  który  odczuwała  w  całym  ciele,  także  w 
gardle. Sądziła, że ma też gorączkę, taka była rozpalona. 

Naciągnęła  kołdrę  aż  pod  brodę  i  zamknęła  oczy. 

Większość gości już poszła, zostali tylko dwaj mężczyźni, 
którzy grali teraz w karty z Ulrikiem. Gdyby Ellen dobrze 
się  czuła,  nie  poszłaby  do  łóżka  przed  odejściem 
wszystkich gości, ale Betsy obiecała, że zadba, aby ostatni 
goście otrzymali wszystko, czego będą potrzebowali. Poza 
tym  Ulrik,  który  zauważył,  jaka  jest blada, odwołał  ją  na 
stronę  i  zapytał,  czy  nie  jest  chora.  Nie  chciała  mu  tego 
mówić, ale on zbyt dobrze ją znał i zażądał, żeby poszła na 

background image

górę i położyła się. Powiedział, że musi dbać o dziecko. 

Myśli  zaczęły  się  rozpływać,  gdy  Ellen  zapadała  w 

sen,  poczuła  też,  że  ból  głowy  stopniowo  ustępuje.  Tak 
dobrze było nareszcie móc odpocząć. 

 

 
Nie  wiedziała,  jak  długo  spała  ani  co  ją  obudziło. 

Może to ból głowy, który powrócił i był teraz bardzo silny. 

Spojrzała  na  stronę  łóżka,  po  której  zwykle  sypiał 

Ulrik. Wciąż go jeszcze nie było, zatem siedział pewnie na 
dole i grał w karty. Kociak musiał uznać, że jest mu przy 
niej za ciepło, bo zwinął się na kołdrze Ulrika, leżał sobie 
tam i spał. 

Obróciła się na łóżku. Może powinna zejść i przynieść 

sobie coś do picia? Czuła taką suchość w ustach. 

Odsunęła  od  siebie  tę  myśl,  czuła  się  tak  marnie. 

Chciała tylko spać. 

Właśnie  zapadała  znów  w  sen,  gdy  jakiś  prawie 

niesłyszalny  głos  sprawił,  że  otworzyła  oczy.  Leżała 
nasłuchując. Czyżby usłyszała, że ktoś coś mówi? Może to 
goście Ulrika się żegnają? 

Spojrzała  na  Kuleczkę,  która  lekko  się  poruszyła, 

wyciągnęła na grzbiecie, ziewnęła i zwinęła się w kłębek. 

Mamo? 

background image

Ellen  aż  podskoczyła.  Głos.  Teraz  usłyszała  go 

wyraźnie. Cienki dziecięcy głosik. Dziewczynka. 

Leżała  wpatrzona  w  ciemność  czując,  że  serce  zaraz 

wyskoczy jej z piersi. Mamo? Wyraźnie słyszała, że ktoś 
powiedział: mamo. A może śniła? 

Wstrzymała  oddech  i  nastawiła uszu.  Coś  sprawiało, 

że źle się czuła. Bała się też, chociaż nie wiedziała czego. 

Słyszałaś mężczyzn z dołu, Ellen. Tutaj nikogo nie ma. 

A w każdym razie nikogo, kto szukałby matki. 

Starała  się  uspokoić  tą  myślą.  Poza  tym  była 

zmęczona,  bardziej  niż  przypuszczała.  Zmęczyły  ją 
przygotowania, miała za wiele do myślenia i bała się, czy 
goście będą się dobrze bawili. 

Mama! 
Usiadła na łóżku. Nie śniła, lecz głos, który słyszała, 

nie  dochodził  z  żadnego  miejsca.  Płynął przez  powietrze 
jak słaby szept. 

Kot też się teraz obudził, wyprężył swój mały grzbiet i 

wyciągnął pazury, a potem pougniatał trochę kołdrę i znów 
się ułożył. Przez chwilę leżał mrugając oczami, ale potem 
jego powieki się zamknęły. 

Ellen  rozejrzała  się  po  ciemnym  pokoju,  wciąż 

niepewna, co właściwie słyszała. 

W  końcu  postanowiła  zejść  do  Betsy.  Poza  tym 

chciało  jej  się  pić,  gardło  miała  wyschnięte  i  obolałe. 

background image

Narzuciła na ramiona szlafrok i ruszyła do drzwi, rzucając 
spojrzenia na boki. Jak zimno jest w pokoju, nie dołożyła 
do pieca, gdy się kładła, bo było jej tak gorąco. 

Wyszła  na  schody  i  zatrzymała  się  nasłuchując,  nie 

chciała, aby przyjaciele Ulrika zobaczyli ją w tym stroju, 
słyszała jednak, że wciąż siedzą w palarni. 

Chciała zejść na dół, gdy z kuchni wyszła Betsy – Ależ 

pani  Ellen,  czy  nie  powinna  pani  leżeć  w  łóżku?  Słodka 
twarzyczka Betsy spoglądała na nią z troską. 

Ellen zawahała się, po czym zeszła dwa stopnie w dół. 

– Czy na pewno dasz sobie radę sama? 

Betsy  pokiwała  głową.  –  Oczywiście,  wciąż  tam 

jestem i pilnuję, żeby mieli przez cały czas coś do picia i do 
jedzenia.  Trzymała  w  rękach  tacę  z  kanapkami.  – 
Pomyślałam, żeby podać im teraz coś jeszcze. 

Ellen  skinęła  głową,  zadowolona,  że  Betsy  jest  taka 

zaradna. – To miłe, że o to zadbałaś. 

– Czy życzy sobie pani, żebym coś przyniosła na górę? 

Może pani też chciałaby coś zjeść? 

Ellen potrząsnęła głową, czując jak ciężkie jest całe jej 

ciało.  Powinna  wracać do łóżka. –  Nie,  dziękuję,  ale  czy 
mogłabyś  przynieść  mi  trochę  wody,  kiedy  już  podasz 
jedzenie gościom? 

Betsy skinęła głową. – Oczywiście, proszę pani. 
Ellen  weszła  z  powrotem  na  górę,  czując  szum  w 

background image

uszach.  Musiała  nabawić  się  silnego  przeziębienia.  A 
przecież jutro ma jechać do Gimle! Nie wiedziała, jak sobie 
poradzi w tym stanie. 

Ociężałym  krokiem  weszła  do  pokoju,  po  omacku 

znalazła łóżko i zapaliła świecę w lichtarzu. 

Senna usiadła na skraju łóżka i rozejrzała się dookoła. 

Gdzie się podział kot? 

–  Kiciu?  –  szepnęła  do  kota,  lecz  nie  mogła  go 

dostrzec, chociaż zazwyczaj przychodził na jej wołanie. 

Może  zostawiła  otwarte  drzwi  i  wymknął  się  na 

korytarz?  Nie, była  pewna,  że  zamknęła drzwi.  Ulrik  był 
zdania,  że  powinni  trzymać  zwierzę  z  dala  od  gości,  nie 
wszyscy lubili koty. 

Wstała  i  opadła  na  kolana,  żeby  móc  zajrzeć  pod 

łóżko. Kota nie było. Znów go zawołała i teraz usłyszała 
już miauczenie. 

– Kuleczko? 
Rozejrzała  się  zdziwiona  dookoła,  a  potem  odkryła, 

skąd dochodzi dźwięk. Z zamkniętego pokoju dziecinnego. 

Stanęła, wpatrując się w drzwi. Słyszała drapiącego w 

nie kota. Była pewna, że drzwi były wcześniej zamknięte. 
Po  tej  nocy,  gdy  widziała  rozrzucone  ubrania,  wolała  je 
zamykać. 

Z  ociąganiem  podeszła do  drzwi,  kot  miauczał  teraz 

głośniej, musiał być zdesperowany. Kuleczka wyskoczyła 

background image

z pokoju dziecinnego, gdy tylko drzwi się otworzyły, otarła 
się jej o nogi. Ellen z powrotem zamknęła drzwi i wzięła 
kota na ręce. 

Coś  ją  zastanowiło.  Zagłębiła  nos  w  kocie  futro. 

Pachniało  dymem,  niemal  spalenizną.  Zaczęła  węszyć  w 
powietrzu. To muszą być cygara mężczyzn. Ulrik nie palił, 
lecz jego goście – owszem. 

Czuła  się  nieswojo,  kładąc  się  znów  do  łóżka.  Tym 

razem kot nie położył się na kołdrze Ulrika, zwinął się koło 
Ellen, wtulając się w nią jak najmocniej. 

Przez chwilę leżała, czekając na dźwięk kroków Betsy 

na schodach i wkrótce je usłyszała. – Czy życzy sobie pani 
czegoś  jeszcze?  –  Betsy  nalała  wody  do  szklanki,  którą 
postawiła na nocnym stoliku. 

Ellen najchętniej poprosiłaby ją, żeby została z nią aż 

do  przyjścia  Ulrika,  lecz  musiała  wreszcie  skończyć  z 
porywami  takich  uczuć.  –  Nie,  dziękuję,  Betsy  – 
uśmiechnęła się do niej. – To miło, że zostałaś tak długo. 

Betsy dygnęła i wyszła. 
Ellen  ułożyła  się  wygodniej  w  łóżku  i  leżała, 

wpatrując się w płomień świecy, który spowijał pokój złotą 
poświatą. 

Lepiej się czuła ze świecą w pokoju. 
Postanowiła jej nie gasić. 
I tak Ulrik na pewno niedługo przyjdzie się położyć. 

background image

Sen  nie  chciał  nadejść,  chociaż  Ellen  była  chora  i 

zmęczona. Leżała w półśnie, czekając na Ulrika. Dlaczego 
te obiady i wieczorne gry w karty muszą tak długo trwać? 
Poza tym oni wszyscy idą jutro do pracy, muszą chyba być 
zmęczeni? 

Spojrzała  na  świecę.  Wypalił  się  już  dość  duży 

kawałek, może wkrótce powinna ją zgasić. Rozejrzała się, 
nie  chciała  zdmuchiwać  świeczki.  Z  jakiegoś  powodu 
znów czuła strach. Może to dlatego nie mogła zasnąć. 

Jej dłoń odnalazła kota, leżał cicho jak myszka, odkąd 

wypuściła  go  z  dziecinnego  pokoju.  Bicie  małego 
serduszka  pod  puchatym  futrem  działało  na  nią 
uspokajająco.  Zamknęła  oczy,  czując  ogarniający  ją  sen, 
myśli przeszły w marzenia senne. 

Czy  śniła?  Wydało  jej  się,  że  usłyszała  lekkie 

stuknięcie.  Zmęczona otworzyła oczy.  Ciemność.  A  więc 
świeca musiała się wypalić. Jednocześnie usłyszała dźwięk 
zamykanych  na dole  drzwi  i  Ulrika  zamieniającego  kilka 
słów z Betsy na schodach. W końcu nadchodzi. 

Położyła  się  na  plecach  i  czekała  na  odgłos  jego 

kroków w korytarzu. Szybkie, raźne stąpanie. Ulrik nigdy 
nie  bywał  zmęczony  po  takich  wieczorach,  pomyślała, 
tylko rozradowany, chociaż nigdy nie pił zbyt dużo. 

Drzwi  otworzyły  się  bezszelestnie  i  Ellen  odwróciła 

się w stronę Ulrika, który trzymał w ręku lichtarz. 

–  Nie  śpisz?  –  zapytał.  Słyszała  zatroskanie  w  jego 

background image

głosie. 

– Nie mogłam spać – odparła cicho. 
Ulrik  podszedł  do  niej  usiadł  na  skraju  łóżka.  – 

Rozlałaś swoją wodę? 

Ellen  zdziwiona  spojrzała  na  nocny  stolik.  Szklanka 

się przewróciła, i zauważyła, że świeca również. Lichtarz 
spadł  na  podłogę.  To  właśnie  musiało  ją  przed  chwilą 
obudzić. 

Ulrik przytrzymał świecę wysoko w górze, aby Ellen 

mogła  zobaczyć leżący  na podłodze  lichtarz.  W  miejscu, 
gdzie  leżała  świeca,  na  podłodze  widniała  czarna, 
zwęglona plama. 

Ellen zakryła usta dłonią. A gdyby coś się naprawdę 

zajęło? 

Ulrik  nachylił  się  i  podniósł lichtarz,  postawił  go  na 

stoliku. – Musiałaś zrzucić lichtarz i szklankę – powiedział. 

Ellen  wpatrywała  się  w  kałużę  wilgoci  tam,  gdzie 

płomień  świecy  sięgnął  podłogi.  Me  mogła  zrzucić  obu 
przedmiotów  naraz.  Świeca  nie  zostawiłaby  wtedy 
wypalonego śladu. Szklanka musiała spaść później. 

Usiadła  na  łóżku,  czując,  że  drży.  Ulrik  objął  ją 

ramionami i przytulił. – Nie myśl o tym, Ellen. 

Uśmiechnął  się,  żeby  dodać  jej  otuchy.  –Wszystko 

dobrze  się  skończyło,  prawda?  Każdemu  może  coś  się 
przydarzyć. 

background image

Pogłaskał ją po policzku. – Wyglądasz na chorą. 
Spojrzała mu w oczy, nie mogąc nic powiedzieć. 
Kociak wśliznął się między nich i otarł o Ulrika, który 

wziął go na ręce. 

Zaczął  wąchać  jego  futerko.  –  Myślę,  że  tu  mamy 

winowajcę – powiedział, podając kota Ellen. Czujesz? Jego 
futro pachnie spalenizną. Musiał przejść koło lichtarza i go 
przewrócić. 

Ellen przytulił kota, zatopiona w myślach. 
Futro  pachniało  spalenizną,  zanim  świeca  spadła  na 

podłogę. 

background image

 
Czy  wciąż  pani  marznie,  pani  Bjerregaard?  Betsy 

podeszła do łóżka. 

Ellen skinęła głową, starając się skulić pod kołdrą, aby 

utrzymać ciepło. Czuła się marnie. Drżała z zimna, chociaż 
naciągnęła grube, wełniane pończochy, a Betsy zadbała o 
to, aby w piecu było dobrze napalone. Poza tym bolało ją 
całe ciało, wszystkie członki, każdy mięsień. Dręczył ją też 
ból głowy, jakby jej czoło uciskała opaska, schodząca ku 
ramionom. Kark miała sztywny. 

–  Czy  mogę  coś  jeszcze  dla  pani  zrobić?  Służąca 

okazała  się  nie  tylko  obowiązkowa,  była  także  mądra  i 
troskliwa. 

Ellen  odchrząknęła,  żeby  oczyścić  obolałe  gardło.  – 

Czy mogłabyś pójść do apteki? 

Betsy skinęła głową. – A co mam kupić? 
–  Krople  kamforowe,  balsam  ryski,  miód,  spirytus 

kamforowy  i  roztwór  lukrecji  –  powiedziała  stłumionym 
głosem, ledwo mogła mówić. – Pieniądze leżą w skrzynce, 
w szufladce po lewej stronie. 

Betsy dygnęła. – Pospieszę się, proszę pani. 
Służąca  wyszła  z pokoju  i Ellen  znów  została  sama. 

Ulrik jakąś godzinę wcześniej wyszedł do pracy, ale miał 
też wstąpić po drodze do szpitala, aby powiadomić jej ojca, 

background image

że nie jest w stanie jechać dziś do Gimle. Miała ogromną 
nadzieję,  że  będzie  mogła  pojechać  z  ojcem  na  pogrzeb 
Erika, ale ledwo była w stanie wstać, zaraz potem musiała 
znowu  się  kłaść.  Ustalili,  że  zamiast  tego  Ulrik  i  ojciec 
pojadą razem. Betsy obiecała zostać z Ellen aż do powrotu 
Ulrika. 

Ellen przekręciła się na bok i zamknęła oczy. Chciała 

tylko spać. 

 

* 

 
Mamo? Mamo, ratuj mnie. Musisz mi pomóc, mamo!
 
Ellen gwałtownie usiadła na łóżku i nic nie rozumiejąc 

rozejrzała  się  dookoła.  Betsy  pozostawiła  odsunięte 
zasłony, w pokoju było więc jasno. 

Maaamooo! 
Ellen zatkała uszy rękami, chciała odizolować się od 

tego cienkiego, dziecięcego głosiku, pełnego śmiertelnego 
przerażenia. 

Czy  popada  w  obłęd?  Tak  właśnie  sądziła.  Zaczyna 

słyszeć głosy w biały dzień! 

Ręce jej opadły, drżała na całym ciele. Głos umilkł – a 

może  tylko  go  sobie  wyobraziła?  Wyśniła?  Przesunęła 
dłońmi po policzkach. Czuła, jak jej ciało trawi gorączka. 
Może  to dlatego  wydaje  jej  się,  że  widzi  i  słyszy  rzeczy, 

background image

które  naprawdę  nie  istnieją.  Wiedziała,  że  czasami 
gorączka zaćmiewa umysł. 

A  co  z  dzieckiem,  które  nosi?  Czy  tej  małej  istotce 

może jakoś zaszkodzić jej choroba? 

Opadła z powrotem na poduszki i leżała tak, starając 

się  zapomnieć  o  dziecięcym  głosiku.  Może  powinna 
posłuchać Ulrika, który chciał wezwać doktora, nie znała 
jednak tego lekarza. W domu było inaczej, doktora Greni 
znała od zawsze. 

Na  dole  zaskrzypiały  otwierane  drzwi.  Na  szczęście 

Betsy się pośpieszyła. 

Potem usłyszała, że służąca wchodzi po schodach, a po 

chwili dziewczyna zastukała do drzwi i ostrożnie zajrzała 
do środka. 

– Wejdź, Betsy, nie śpię. Ellen usiadła na łóżku. 
Betsy  wyciągnęła  koszyk  z  zakupami.  –  Czy  mam 

sporządzić miksturę? 

Ellen  skinęła  głową  i  wyjaśniła,  jak należy zmieszać 

składniki. –  Wlej  wszystko  do  szklanej butelki.  Na  jedną 
szklankę wody powinnaś użyć dziesięciu kropel. 

Betsy znów poszła ku drzwiom. – Zaraz wrócę, proszę 

pani. 

Ellen  siedziała,  patrząc  na  zamknięte  drzwi. 

Właściwie  powinna  udać  się  w  ustronne  miejsce,  nie 
wiedziała  jednak,  czy  da  radę.  Wciąż  marzła  i  nie  miała 

background image

najmniejszej ochoty wstawać. Jednak powinna kazać Betsy 
zmienić  pościel,  ta  jest  już  przepocona.  Może  dlatego 
marznie. 

Leżała czekając na Betsy, postanowiła wypić najpierw 

miksturę, potem dziewczyna może znaleźć czystą pościel. 

Służąca  wróciła  i  Ellen  przyjęła  od  niej  kubek  z 

lekarstwem.  Pachniało  właśnie  tak,  jak  zapamiętała, 
Zapach  był  ostry  lecz  gdy  tylko  zaczęła  go  wdychać, 
wydało się jej, że ból głowy trochę zelżał. 

Zmusiła  się  do  przełknięcia  wszystkiego  i  odstawiła 

kubek,  kiedy  skończyła  pić.  Betsy  musi  zmienić  pościel, 
teraz to czuła. Ta jest wilgotna i zimna. 

Spojrzała  na  Betsy,  bojąc  się  wstać.  Czuła  się  taka 

otępiała. – Czy będziesz taka dobra i zmienisz pościel? 

Betsy uśmiechnęła się. – Oczywiście, proszę pani. 
Ellen  chciała  wstać,  lecz  czuła  się  tak  źle,  że 

postanowiła położyć się na stronie Ulrika i tam poczekać, 
aż Betsy skończy. 

Z  mozołem  przetoczyła  się  na  drugą  stronę  łóżka  i 

naciągnęła  kołdrę  pod  brodę.  Jak  strasznie  marzła! 
Spojrzała na Betsy. Dlaczego jest taka przerażona? Jakby 
chciała się rozpłakać. 

– Och, pani Bjerregaard... 
Ellen  spojrzała  na  nią  zdziwiona.  –  O  co  chodzi, 

Betsy? 

background image

Betsy odsunęła kołdrę. Ukazała się wielka, czerwona 

plama. 

– Pani krwawi. 
 

* 

 
Ulrik  chodził  tam  i  z  powrotem,  przystając  co  jakiś 

czas i spoglądając w sufit. Jak długo doktor już tam jest? 
Spojrzał na ścienny zegar, chociaż nie mogło minąć więcej 
niż kilka minut od czasu, gdy patrzył na niego poprzednio. 

Wkrótce  upłyną  trzy  godziny,  od  kiedy  po  niego 

posłano.  Dowiedział  się  jedynie,  że  Ellen  jest  poważnie 
chora, ale nie sądził, że coś jest nie tak z dzieckiem. 

Zakrył  twarz  rękami,  usiadł na  sofie,  ale  zaraz znów 

wstał, nie był w stanie spokojnie siedzieć. 

Niezwłocznie  wyszedł  z  muzeum,  a  gdy  dotarł  do 

domu,  lekarz  był  tam  już  od  pół  godziny.  Służąca 
odchodziła  od  zmysłów,  mówiła,  że  Ellen  może  stracić 
dziecko. Z doktorem zamienił tylko kilka słów w korytarzu 
na  górze,  potem  lekarz  wszedł  do  Ellen.  Ulrik  znał  go 
dobrze,  doktor  Hartvig  był  rodzinnym  lekarzem  u  jego 
rodziców przez te lata, kiedy mieszkali w Christianii. 

Usłyszał kroki Betsy na schodach i szybko poszedł w 

jej stronę. – Czy wiadomo coś nowego? 

Blada na twarzy służąca spojrzała na niego poważnie 

background image

swoimi  wielkimi  oczami.  –  Doktor  chce  z  panem 
porozmawiać. 

Na te słowa właśnie czekał. W trzech krokach znalazł 

się na górze i pędem ruszył do ich pokoju. Zatrzymał się na 
chwilę.  Czy  ma  zapukać?  A  może  lekarz  wyjdzie?  Jego 
zdaniem doktor Hartvig uważał, że Ulrik nie ma w pokoju 
nic do roboty. 

Uniósł dłoń i ostrożnie zapukał. Czekał. 
Usłyszał kroki doktora, drzwi się otworzyły. 
Serce  mu  zamarło,  gdy  zobaczył  poważną  twarz 

lekarza. – Chciałbym porozmawiać z panem w cztery oczy 
– powiedział doktor Hartvig. 

Ulrik  wyciągnął  szyję,  aby  zobaczyć  Ellen.  Widział, 

że  leży.  Brązowe  loki  były  rozrzucone  jak  wachlarz  na 
poduszce, oczy miała zamknięte. Ulrik chwycił doktora za 
ramię, czując, że trudno mu oddychać. 

– Czy ona... 
Doktor  potrząsnął  szybko  głową  i  zamknął  za  sobą 

drzwi. – Pańska żona jest bardzo chora, panie Bjerregaard, 
ale przeżyje. 

Ulrik cofnął się o krok i oparł plecami o ścianę. Starał 

się oddychać spokojnie. – A dziecko? 

Wzrok  doktora  napotkał  jego  oczy.  –  Przykro  mi, 

panie Bjerregaard. 

Ulrik  ukucnął  i  wplótł  palce  we  włosy.  Zacisnął 

background image

powieki.  Oparł  głowę o  ścianę. Ellen tak  się  cieszyła,  że 
dziecko przyjdzie na świat, on sam zresztą też. 

Doktor cicho chrząknął i położył dłoń na klamce. 
– Może pan do niej wejść, ale jest bardzo słaba. 
 

 
Ulrik wolno podszedł do łóżka. Czy Ellen śpi? Leżała 

teraz  na  boku,  odwrócona  do  niego  plecami.  Ostrożnie 
usiadł  na  skraju  łóżka,  wyciągając  się  tak,  aby  dostrzec 
twarz  żony.  Zamarł.  Ellen  leżała  z  uchem  przykrytym 
dłonią i zaciśniętymi powiekami. 

– Ellen? Nakrył jej rękę swoją dłonią. 
Ellen  wzdrygnęła  się, obróciła  ku  niemu  i otworzyła 

zaczerwienione oczy. Jej wzrok wyrażał zagubienie. 

–  Ellen.  Ujął  jej  dłoń  i  uścisnął.  Wydawała  się  taka 

przerażona, taka zagubiona. – Tak bardzo mi przykro. 

Ellen  leżała  nieruchomo,  jej  ręka  w  jego  dłoni  była 

zimna.  Łza  spłynęła  po  policzku  i  zmoczyła  poduszkę. 
Wargi  drżały,  a  skóra  była  biała  jak  porcelana,  niemal 
szara. 

Ulrik  położył  się  obok  żony  i  odgarnął  mokry  lok. 

Oparł czoło o czoło Ellen, zamknął oczy. On też żałował 
dziecka,  ale  wiedział,  że  kobiety  odczuwają  to  inaczej. 
Ellen czuła, jak dziecko kopie, przez wiele miesięcy nosiła 

background image

je pod sercem. Ich dziecko żyło w niej. 

A teraz już go nie było. 
– Boli cię? – zapytał cicho, otwierając oczy. 
Ellen potrząsnęła głową, oczy jej się zamgliły. 
Spojrzał na nią, pragnąc, aby powiedziała cokolwiek. 

Wiedział, że Ellen nie należy do kobiet, które dużo mówią, 
ale  akurat  teraz  chciałby,  żeby  coś  powiedziała.  Chociaż 
nie  wiedział,  co  sam  ma  powiedzieć.  Co ona  by  chciała, 
żeby powiedział. Poza tym odczuwał wyrzuty sumienia. To 
on chciał wyprawić wczoraj przyjęcie, chociaż wiedział, że 
dla  Ellen  oznacza  to  wiele  przygotowań.  Myślał  tylko  o 
tym, że miło jej będzie poznać jego przyjaciół. 

Dotknął  jej  twarzy  ręką, przytulił  do  niej policzek.  – 

Powiedz coś, Ellen. 

Zapadła  między  nimi  cisza,  słyszał  jednak,  że  Ellen 

nabiera powietrza do płuc,  jakby  chciała  coś  powiedzieć, 
jednak zatrzymała się. 

– Co chciałaś powiedzieć? – zapytał cicho Ulrik. 
Ellen  splotła  swe palce  z  jego palcami.  Jej  ręka  była 

teraz  lepka.  Mocno  ją  uścisnął.  –  Słyszałam  małą 
dziewczynkę wołającą swą matkę. 

Ulrik starał się zrozumieć, o czym mówi żona, ale nie 

pojmował,  o  co  jej  chodzi.  –  O  czym  mówisz,  Ellen?  – 
spytał,  patrząc  na  jej  bladą  twarz.  Z  brązowych  oczu 
wyzierał strach. 

background image

Ellen spuściła oczy i potrząsnęła głową. – O niczym. 
Ulrik wsunął rękę pod jej podbródek. – Powiedz mi, co 

miałaś na myśli. 

Ellen popatrzyła na niego, ale nic nie powiedziała. 
– Powiedz mi, o czym myślisz – powtórzył cicho. 
Ellen  znów  opuściła  głowę  na  poduszkę,  patrząc  w 

sufit.  –  Słyszałam  go  także  wczoraj,  po  tym,  jak  się 
położyłam. 

Ulrik spojrzał na nią zdziwiony. – Co słyszałaś? 
Twarz Ellen była mroczna, oczy rozszerzone. – Głos 

dziecka. Małej dziewczynki. Pytała o swoją matkę. A dziś 
prosiła matkę, żeby ją ratowała. 

Ulrik poczuł ciężar na sercu. Ellen mówiła o tym już 

wcześniej,  wychodziła  z  siebie  tego  dnia,  gdy  za  późno 
wrócił do domu. Utrzymywała wtedy, że część dziecięcych 
ubrań leżała rozrzucona po podłodze, ale kiedy poszedł to 
obejrzeć, walizka stała tak, jak powinna. Żadne z ubrań nie 
było ruszone. 

Pogładził  ją  po  włosach  i  delikatnie  pocałował  w 

policzek.  –  Masz  gorączkę,  moja  droga.  To  dlatego 
słyszysz głosy, które nie są rzeczywiste. 

Widział, że czuje się zraniona, nie wątpił, iż ona sama 

uważa, że to wszystko prawda. 

Uścisnął jej dłoń. – To był dla ciebie ciężki czas, Ellen. 

Operacja twojego ojca i to, co się stało z Erikiem. 

background image

Musiał  przełknąć  ślinę,  odwrócił  więc  wzrok.  Erik 

należał  do  jego  najlepszych  kolegów,  a  teraz  został 
rozszarpany  w  straszny  sposób.  Żeglowali  razem  po 
dalekich  krajach,  Erikowi  udało  się  przeżyć  w  dziczy 
wśród  Indian,  a  teraz  jego  życie  zakończył  niedźwiedź 
zabójca  w  Norwegii.  A  jutro  pogrzeb.  Plan  był  taki,  że 
Ulrik  wyjdzie  wcześniej  z  pracy,  żeby  pojechać  do 
Tonsbergu pociągiem, razem z Akselem, teraz jednak było 
to  nie  do  pomyślenia.  Nie  mógł  zostawić  Ellen  w  tym 
stanie. Była chora i słaba, poza tym miała te swoje zwidy, 
które przerażały go bardziej niż choroba. To było do niej 
niepodobne, Ellen jest kobietą mocno stąpającą po ziemi, 
lecz Ulrik wiedział wystarczająco dużo o ludzkim umyśle, 
aby zdawać sobie sprawę z tego, że coś takiego może się 
przytrafić każdemu. 

Ellen wysunęła rękę z jego dłoni i trochę się o niego 

odsunęła. Leżała wpatrując się pustym wzrokiem w sufit, 
jakby nie zauważała męża. 

Ulrik podniósł się z łóżka. – Niedługo wrócę. 
Nie  wiedział,  czy  Ellen  chce,  aby  z  nią  siedział,  ale 

musiał  porozmawiać  z  lekarzem.  Ellen  nie  musi  tak 
cierpieć,  są  lekarstwa,  które  mogą  jej  pomóc  w  tym 
trudnym czasie. 

Gdy szedł ku drzwiom, usłyszał od zewnątrz drapanie 

kociaka.  Gdy  otworzył,  zwierzę  wpadło  do  środka  jak 
szary cień, przemknęło do łóżka Ellen, wskoczyło i otarło 
się o jej twarz. Ellen zaczęła głaskać długą sierść. 

background image

–  Chcesz,  żeby  kot tu  został,  czy  mam  go  zabrać?  – 

zapytał Ulrik. 

– Może tu zostać – odpowiedziała Ellen, nie patrząc na 

niego. 

Westchnął bezgłośnie, zamknął za sobą drzwi i zszedł 

do  salonu,  gdzie  Betsy  podejmowała  doktora  Hartviga 
kawą i kanapkami. 

Lekarz natychmiast wstał, lecz Ulrik dał mu znak, aby 

znów usiadł. 

– Poronienie było silnym przeżyciem dla pana żony – 

zaczął doktor, odstawiając filiżankę. 

Ulrik spojrzał na niego. Przypuszczał, że doktor nie po 

raz  pierwszy  był  świadkiem  czegoś  takiego,  wyglądał 
jednak na naprawdę zagubionego. 

– Ma pan rację, doktorze – odparł Ulrik i upił trochę 

kawy, którą podała Betsy. Czy ma powiedzieć o głosach, 
które słyszała Ellen? Z niechęcią myślał o przedstawieniu 
Ellen jako chorej na umyśle, ale nie wiedział, jak powinien 
wyłożyć tę sprawę. 

Postanowił  po  prostu  to  powiedzieć.  –  Mówiła  mi 

doktorze,  że  słyszy  głosy  –  powiedział  niepewnie  i 
poprawił się na krześle. 

Doktor  przekrzywił  głowę,  a  między  jego  brwiami 

ukazała  się  głęboka  zmarszczka.  –  Czy  to  się  pojawiło 
niedawno? 

background image

Ulrik zawahał się. – Tak, tydzień temu. 
Postanowił  opowiedzieć  o  dziecięcych  ubrankach.  – 

Ellen  uważa,  że  głos,  który  słyszy,  należy  do  małej 
dziewczynki – dodał. 

Doktor  Hartvig  siedział  przez  chwilę  w  milczeniu. 

Ulrik  widział,  że  lekarz  zastanawia  się  nad  tym,  co 
usłyszał. – Pańska żona z radością wyczekiwała narodzin 
dziecka, prawda? – zapytał zamyślony. 

Ulrik  skinął  głową.  –  Jak  zapewne  panu  mówiła, 

straciła  kiedyś  dziecko.  Chyba  bała  się,  że  to  się  znów 
wydarzy, ale cieszyła się, że to dziecko przyjdzie na świat. 

Doktor westchnął ciężko i potrząsnął głową. – Tak to 

jest  z  kobietami,  panie  Bjerregaard.  To,  czego  chcą  od 
życia,  to  zostać  matką.  I  czymże  byłoby  nasze 
społeczeństwo bez tych ofiarnych matek? 

Doktor Hartvig wstał, podszedł do swojej walizeczki i 

otworzył ją. Na stole pojawiła się mała, niebieska butelka. 
– Proszę jej podawać chloral po południu i wieczorem albo 
wtedy,  gdy  zaczyna  być  niespokojna.  Lekarstwo  wywoła 
zmęczenie i będzie mogła odpocząć. 

Ulrik  wysłuchał,  jak  powinien dozować  lekarstwo, a 

potem  lekarz  wziął  swoją  walizkę  i  poszedł  do  drzwi.  – 
Chciałbym,  aby  powiadomił  mnie  pan,  jeśli  pańska  żona 
nie będzie zdrowiała, panie Bjerregaard. 

Ulrik kiwnął głową, zadowolony, że istnieje lekarstwo 

na dolegliwości Ellen. – Dziękuję, doktorze. 

background image

Patrzył  przez  chwilę  na  odchodzącego  lekarza,  a 

potem poszedł do Ellen. Nie było żadnych powodów, żeby 
zwlekać z udzieleniem jej pomocy. 

Wśliznął  się  do  pokoju,  zatrzymał  się  jednak  w 

drzwiach.  Ellen  zasnęła,  leżała  z  kociakiem  mocno 
wtulonym pod jej pachę. Na jej twarzy malował się spokój, 
wyglądało na to, że śpi twardo. 

Ulrik cicho zamknął drzwi. 
Nie  chciał  budzić  żony,  gdy  nareszcie  udało  jej  się 

zaznać spokoju. 

 

background image

10 

 
Abelone  usiadła  na  skraju  łóżka  i  splotła  ręce  na 

podołku. Oddech wydawał się ciężko zalegać jej w piersi, 
podobnie jak przez ostatnie osiem dni. Od ośmiu dni była 
wdową. 

Nie wiedziała, jak sobie z tym poradzi. Nie wiedziała, 

jak uda się jej zejść do pokoju, w którym wystawiono ciało, 
jak  da  radę  stać  wyprostowana  przy  trumnie  Erika,  gdy 
ksiądz  będzie  wygłaszał  kazanie,  a  ludzie  zaśpiewają 
zwyczajowe psalmy. 

W  pokoju odszedłem  daleko,  Przyjaciel mój na  mnie 

czekał, Bóg, Zbawca uratował mnie. 

Zacisnęła  dłonie,  które  trzymała  na  kolanach, 

wpatrując się w sufit. 

Jak ja przez to przejdę? 
Musiała głęboko odetchnąć, starając się powstrzymać 

łzy,  jednak  nie  udało  jej  się  to.  Zakryła  oczy  rękami  i 
opadła na łóżko. 

Jakim  cudem  będzie  w  stanie  stać  prosto,  gdy 

jedynym,  czego  chce, to położyć  się przy  trumnie Erika? 
Gdy jedynym, czego pragnie, to objąć go, wziąć w ramiona 
– krzycząc do Boga, aby go jej zwrócił? 

Zagłębiła  twarz  w  poduszce,  bijąc  pięścią  kołdrę. 

Chwyciła ją i mocno ściskała, płacząc z twarzą wtuloną w 

background image

pościel. 

Eriku.  Wróć  do  mnie.  Wróć  do  mnie.  Wiedziała,  że 

nikt jej nie słucha, nawet Pan. Tak samo, jak nie słuchał jej 
modlitw,  gdy  Erik  walczył  o  życie.  Błagała  Go,  aby  nie 
zabierał do siebie jej męża, żebrała, aby pozwolił mu żyć. 
Prosiła, żeby Mały Erik nie tracił ojca. Modliła się, aby ona 
sama nie została wdową. 

Modliła się, żeby Erik mógł żyć. 
Objęła  się  ramionami  i  skuliła.  Nie  da  rady.  Nie  da 

rady zejść do pokoju, w którym leży Erik. Nie da rady iść 
za trumną na cmentarz, gdzie jest już przygotowany grób. 

Chciała  jedynie  leżeć  tu  w  spokoju,  sama.  W  ten 

sposób mogła być najbliżej Erika. To martwe ciało leżące 
na  dole  nie  było  mężczyzną,  którego  kochała.  To  tylko 
pusta  skorupa. Erik  – on  jest  tutaj.  W  tym  pokoju,  gdzie 
wydał  swe  ostatnie  tchnienie.  To  tutaj  wyczuwa  jego 
obecność. To tutaj kochali się po raz ostatni. To tutaj snuli 
plany na przyszłość. Tutaj byli tylko oni. 

I Mały Erik. 
Abelone spojrzała na kołyskę synka. Była pusta. Przez 

ostatnie dni tak było najlepiej, po tym, jak straciła mleko. 
Mały Erik wykrzykiwał z siebie płuca, bo matka nie miała 
dla  niego  pokarmu,  chociaż  postępowała  według  rad 
akuszerki i przystawiała dziecko mimo wszystko do piersi. 
Może  mleko  wróci.  Ale  Mały  Erik  był  głodny, nie  mógł 
czekać,  aż  znów  będzie  miała  dla  niego  pokarm,  więc 

background image

zaczęli karmić go zwykłym mlekiem i odrobiną owsianki, 
chociaż był jeszcze taki mały. 

Łzy znów się pojawiły, smutek ogarnął całe jej ciało. 

Nie jest nawet w stanie podać piersi własnemu dziecku. 

Odwróciła  głowę  od  kołyski,  leżała  wpatrując  się  w 

okno.  Nie  mogła  pojąć,  jak  słońce  może  świecić  w  taki 
dzień, wydawało się jej, że Bóg z niej drwi. 

Zamknęła oczy, nie chcą patrzeć na czyste, niebieskie 

niebo i silne, wiosenne słońce. 

Wiedziała,  jaki  obraz  pojawi  się  w  jej  myślach. 

Powracał zawsze, gdy zamykała oczy. Ostatnie spojrzenie, 
które posłał jej Erik, zanim zamknął powieki po raz ostatni. 
Jego ostatnie słowa. Chcę żyć. Czy wiedział, że zbliża się 
jego  koniec?  Że  rany,  które  odniósł,  są  tak  poważne,  iż 
spowodują jego śmierć? 

Usiadła na łóżku i potarła czoło palcami. Nie da się o 

tym  myśleć.  Była taka  szczęśliwa,  gdy  Erik  wreszcie  się 
obudził, a  kiedy  zaczął  mówić  o owcach  i  niedźwiedziu, 
wydawało się jej, że przeżyje. Lecz potem zapadł w sen, z 
którego już się nie obudził. 

Oparła  czoło  o  kolana,  pozwoliła  łzom  płynąć. 

Wiedziała, że Erik chciał żyć. Miał wszelki powody, aby 
żyć dalej. Jego plany, żeby sprzedawać towary kolonialne, 
budowa domu, Mały Erik, z którego był taki dumny. Było 
mu  ciężko,  gdy  zranił  rękę,  ale  w  ostatnim  czasie  jaśniej 
spoglądał na życie. 

background image

A potem stało się to. 
Znów  ogarnął  ją  przemożny  żal,  okrutny  i 

wyniszczający.  Wydawało  się,  że  do  jej  ciała  przywarła, 
całkiem je omotując, bolesna żałoba. Nie opuszczała jej ani 
na moment, ani w dzień, ani w nocy. Nic nie pomagało, nic 
nie mogło uśmierzyć bólu. 

Abelone? 
Wzdrygnęła się, nie słyszała pukania ojca. 
Odwróciła głowę, starając się osuszyć łzy, nie chciała, 

by ojciec zobaczył, że płakała. 

Wszedł do pokoju, podszedł do niej i usiadł. Ostrożnie 

położył dłoń na ramieniu córki. 

– Nie musisz  kryć przede mną swego żalu, Abelone. 

Wiem, czym jest żałoba. 

Słowa ojca trafiły ją prosto w serce. Odwróciła się do 

niego  wiedząc,  że  on  nie  przejmuje  się  jej  obrzmiałą, 
czerwoną twarzą. To jej ojciec. 

Uśmiechnął  się do niej,  wyciągając  ramiona.  –  Moja 

mała dziewczynka. 

Zniknęła w jego objęciach, płacząc na jego piersi. Tak 

się  cieszyła,  że przyjechał  wczoraj  do  domu, była  jednak 
rozczarowana,  że  Ellen  nie  przybyła  wraz  z  nim.  Ojciec 
mówił,  iż  siostra tak  się przeziębiła,  że nie była  w  stanie 
udać  się  w  podróż,  lecz  Abelone  miała  nadzieję,  że 
przynajmniej Ulrik przyjedzie. Może Ellen jest poważniej 

background image

chora, niż chcą jej powiedzieć. Czy oni nie rozumieją, że 
wolałaby  znać  prawdę?  Ellen  na  pewno  nie 
zrezygnowałaby  z  przyjazdu  na  pogrzeb  Erika  tylko  z 
powodu  przeziębienia.  Poza  tym  Ulrik  należał  do 
najlepszych przyjaciół Erika. 

Musi kryć się za tym coś innego, ale nie była w stanie 

o tym myśleć, nie była w stanie męczyć ojca, żeby jej to 
powiedział. Nie miała siły. 

Ojciec pozwolił jej płakać, wolno gładząc jej włosy. – 

Teraz  wydaje  ci  się,  że  nigdy  już  nie  będzie  lepiej,  ale 
obiecuję  ci,  Abelone.  Pewnego  poranka  obudzisz  się 
myśląc,  że  czujesz  się  lepiej.  Że  żałoba  nie  jest  już  taka 
ciężka, taka okrutna. 

Nie mogła w to uwierzyć. Wydawało się jej, że spada, 

spada  i  nikt  nie  może  jej  zatrzymać,  a  ona  sama  też  nie 
może zrobić nic, aby przestać lecieć dalej w dół. 

Spojrzała na ojca. Wokół głowy miał owinięty bandaż, 

ale  zapewnił  ją,  że czuje  się  dobrze.  Wyglądał też  lepiej, 
nie  był  taki  wyczerpany  jak  wtedy,  gdy  jechał  do 
Christianii. Mówił, że bóle głowy zniknęły. 

–  Nie  wiem,  czy  przetrwam  pogrzeb.  Słyszała,  jak 

cichy  i  cienki  jest  jej  głos.  Nie  chciała być taka.  Chciała 
być  silna,  wziąć  ze  sobą  Małego  Erika  i  podziękować 
wszystkim, którzy – jak wiedziała – czekają na dole, za to, 
że  przyszli.  Wiedziała,  że  niemało  osób  przyszło  na 
pogrzeb  i  czekają teraz na  nią.  Nie była  jednak  w  stanie. 

background image

Chciała jedynie leżeć w łóżku. 

Ojciec pogładził jej czoło. – Tak to jest, Abelone, gdy 

tracimy  kogoś,  kto  był  nam  bliski.  Jedyne,  czego 
pragniemy,  to  odzyskać  go,  żeby  życie  było  takie,  jak 
dawniej. 

Wolno potrząsnął głową. – Nie da się zrozumieć, jakie 

plany  ma  wobec nas  Pan,  czasami  może  się  to  wydawać 
bezsensowne,  a  także  niesprawiedliwe,  lecz  takie  bywa 
życie.  Zamilkł  i  patrzał  przed  siebie.  –  Czasami  nie 
możemy zrobić nic innego, jak tylko wytrzymać. Sądzisz 
być może, że nie dasz rady przetrwać dziś pogrzebu, lecz 
wieczorem będziesz wiedziała, że dałaś radę. 

Jej  wzrok  napotkał oczy ojca.  Wiedziała,  o  czym  on 

myśli.  Czuł  się  tak,  kiedy  zmarła  jej  matka.  Nigdy  nie 
widziała ojca takim,  jak  wtedy,  ani  przedtem,  ani potem. 
Zaczął nawet pić, on,  który  potrafił  wytrzymać  wszystko. 
Wraz  z  upływem  czasu  stopniowo  zaczął  jednak 
odzyskiwać swe dawne ja. 

Może  jest  tak,  jak  ojciec  mówi.  Że  żal  z  czasem 

przestanie być taki straszny. Może to prawda, ale teraz jej 
to nie pomagało. 

Ojciec wstał i wyciągnął do niej rękę. – I co powiesz, 

Abelone? Zejdziemy na dół? 

Nie  była  w  stanie  wstać,  a  jednak  tego  dokonała. 

Ruszyła  ku  ojcu,  mimo  że  nogi  miała  jak  z  waty. 
Wyprostowała  się,  chociaż  najchętniej  skuliłaby  się  pod 

background image

kołdrą. 

Da radę. 
Dla Erika. 

 

 
Widziała,  że  Ingvarda  płacze,  ale  nie  słyszała  jej 

szlochu. Widziała, że pastor Munthe czyta Biblię, lecz nie 
słyszała jego słów. Widziała, że ludzie śpiewają, lecz nie 
słyszała ich śpiewu. 

Jej  wzrok  omiótł  innych  żałobników.  Sjura,  małego 

Olego,  który  stał  ze łzami  w  oczach,  kurczowo  ściskając 
rękę  dziadka.  Ojca,  który  mrugał  oczami,  na  próżno 
starając się odgonić łzy. Przyjaciół, znajomych, sąsiadów. 
Wszyscy  ubrani  byli  na  czarno  i  stali  ramię  w  ramię  ze 
spuszczonymi głowami. 

Nie mogła patrzeć na Erika. Nie była w stanie spojrzeć 

na  jego  twarz.  Nie  chciała  zapamiętać  jej  takiej.  Takiej 
innej, takiej zimnej i bez życia. Tej twarzy, którą tak wiele 
razy  pieściła,  warg,  które  tak  często  dotykały  jej  ust. 
Czasami  delikatnie,  czasami  miękko  i  ciepło,  a  czasami 
łapczywie, przepełnione żądzą. 

To  nie  Erik  tam  leży.  Nie  mój  Erik.  To  nie  jest 

mężczyzna, którego kocham. 

Spuściła głowę, starając się nie patrzeć na trumnę. 

background image

Marzła.  Palce  miała  zdrętwiałe,  mróz  wypełniał  całe 

ciało. 

Zamknęła  oczy,  modląc  się,  aby  ceremonia  wkrótce 

dobiegła  końca.  Nie  wiedziała,  jak długo  jeszcze da  radę 
tak stać. 

Myśleć. Muszę myśleć o czymś innym. 
W  jej  myślach  pojawiło  się  wspomnienie.  Dzień,  w 

którym  ojciec  wysadził  bobrzą  tamę.  Dzień,  w  którym 
uratowała  Olego  z  kipieli.  Twarz  Erika,  gdy  dotarła  na 
brzeg. Ulga w brązowozielonych oczach, uśmiech igrający 
na wargach. 

Marzła  wtedy  tak  jak  teraz,  lecz  Erik  narzucił  jej  na 

ramiona koc. 

I  ten  dzień,  kiedy  patrzyła,  jak  łowi  perły.  Tak 

przyjemnie  było  leżeć  na  nagrzanej  słońcem  trawie.  To 
wtedy po raz pierwszy się pocałowali. 

Ogarnęła  ją  fala  wspomnień,  ciepłych  i  dobrych.  To 

właśnie  chciała  zapamiętać.  Swojego  żywego,  dobrego  i 
przystojnego męża. Ojca Małego Erika. Chciała pamiętać, 
jak  trzymał  syna  w  ramionach,  z  jaką  dumą  patrzył  na 
małego człowieczka, który narodził się z ich miłości. 

Nie takiego, jaki leżał w trumnie. 
Otworzyła  oczy,  słysząc,  że  psalm  już  przebrzmiał. 

Czy ona sama też śpiewała? 

Tak sądziła. 

background image

Wydawało  się  jej,  że  otwarta  trumna  przyciąga  jej 

wzrok.  Nie  mogła  już  dłużej  powstrzymywać  się  od 
patrzenia na niego. 

Oddychaj, Abelone, musisz oddychać. 
Łapała powietrze, ale nie dawała rady. Poczuła czyjeś 

chwytające ją dłonie. Ojciec. Mocno ją trzymał i przyciskał 
do siebie. 

Wiedziała,  że  głośno  płacze,  wiedziała,  że  innym 

przykro  jest  słuchać  takiego  szlochu,  ale  nie  mogła 
zatrzymać tego wybuchu żalu, który ją ogarnął. 

Nie było w niej żadnych myśli, żadnych słów. 
Ktoś położył jej dłoń na ramieniu i ostrożnie uścisnął. 

Odwróciła się zdziwiona, bo nie sądziła, że ktoś za nią stoi. 

Nikogo tam nie było. 
Wpatrywała się w pustkę, ale wiedziała, że to był on. Z 

ociąganiem położyła na ramieniu własną dłoń. Wciąż czuła 
tam lekki ucisk. Nie wiedziała, co się stało, ale nagle dotarł 
do  niej  płacz  Małego  Erika.  Musiała  się  nim  zajmować 
Sofie albo Malinę, Abelone ledwo go słyszała. 

Odwróciła  się  do  ojca,  napotykając  spojrzenie  jego 

oczu. – Przyniesiesz Małego Erika? –szepnęła. 

Wydawało  się, że ojciec  ma  wątpliwości,  ale  skinęła 

lekko głową na potwierdzenie swych słów. 

Została 

przy 

trumnie. 

Pastor 

spojrzał 

na 

wychodzącego ojca, podobnie żałobnicy. 

background image

Zacisnęła pięści i wargi. Podeszła bliżej do trumny. Jej 

oddech  przyspieszył,  a  po  policzkach  spływały  łzy. 
Spuściła wzrok i spojrzała na jego twarz. 

Przysięgliśmy  sobie  wierność  póki  śmierć  nas  nie 

rozłączy, Eriku. Lecz śmierć nas nie rozdzieli. Wciąż jestem 
twoja, jak zawsze byłam i zawsze będę.
 

Delikatnie  nakryła  dłonią  rękę  Erika  i  uścisnęła. 

Nachyliła się i po raz ostatni potarła nosem jego policzek. 
Jej wargi dotknęły jego ust. 

Zobaczymy się jeszcze, Eriku. Nie dziś, ani nie jutro, 

ale pewnego dnia znów się spotkamy. 

Zamknęła oczy i oparła się policzkiem o jego policzek, 

zbliżając swe zimne wargi do jego ucha. 

Kocham cię, Eriku. 
Oparła głowę o jego czoło, nie mogła się ode^ rwać. 
Wszystkie  chwile,  które  dzielili.  Wszystkie  te  dni. 

Życie, które mieli przed sobą, którego jednak nie dane im 
było spędzić razem. Czegóż by nie dała, aby mieć Erika z 
powrotem. 

Płacz  Małego  Erika  sprawił,  że  powróciła  do 

rzeczywistości. Płakał tak rozpaczliwie. Wyprostowała się, 
odwróciła od trumny i wzięła synka na ręce. Przytuliła do 
siebie  małe,  gorące  ciałko  dziecka.  Ostrożnie  go 
zakołysała, wiedziała, że tak lubi. 

Nie miała już dla niego mleka, ale wiedziała, jak ma 

background image

pocieszyć swoje dziecko. Po chwili płacz ucichł. Mały Erik 
oparł główkę na jej ramieniu. 

Podparła mu głowę dłonią; gdy ojciec przyniósł wieko 

trumny, mocno przycisnęła dziecko do siebie. 

Ojciec spojrzał na nią pytająco. Chciał wiedzieć, czy 

ma  już  zamknąć  trumnę.  Abelone  spojrzała  na  Erika. 
Nadszedł czas. Pożegnała się z mężem, ale czuła, że to nie 
jest  ostateczne  pożegnanie.  Me  chciała,  żeby  trumna 
została  zamknięta.  Nie  chciała,  żeby  Erik  zniknął.  Tak 
bardzo bała się jego widoku w trumnie, ale teraz chciałaby 
przy niej pozostać na zawsze. 

Po raz ostatni spojrzała na jego twarz, zamknęła oczy i 

przytuliła  Małego  Erika.  Zmusiła  się,  żeby  patrzeć,  gdy 
zamykano trumnę. Chciała ujrzeć po raz ostatni przebłysk 
twarzy Erika, gdy nakładano wieko. 

Odwróciła się, kiedy wbijano gwoździe. Uderzenie za 

uderzeniem. Przycisnęła do siebie Małego Erika. Ich syna. 
Najpiękniejsze, co mogli stworzyć. 

Wciąż  żyjesz,  Eriku.  Zawsze  będziesz  żył  w  swoim 

synu. 

 

background image

11 

 

12 listopada 1884 roku 

 

Kochany Eriku, 
minęło już sześć miesięcy od Twojej śmierci. Nie mogę 

uwierzyć, że tak dawno temu po raz ostatni słyszałam Twój 
głos,  że  tak  dawno  temu  Cię  dotykałam.  Wciąż  czasami 
wydaje mi się, że żyjesz. Wydaje mi się, że w każdej chwili 
możesz stanąć w drzwiach albo że wkrótce przyjdziesz, aby 
usiąść do stołu. Wczoraj zdawało mi się, że zobaczyłam Cię 
w mieście. Byłam taka pewna, że idziesz przede mną, taka 
pewna,  że  zaczęłam  biec  za  Tobą.  Ale  okazałeś  się  kimś 
innym.
 

Abelone zakryła oczy dłonią. Pisanie dziennika dobrze 

jej  robiło,  pisała  codziennie  od  dnia  pogrzebu  Erika, 
sprawiało jej to jednak też ból. Jednocześnie mogła pisać o 
tym, co czuje, nie zwracając uwagi na to, jak się wysławia. 
Tak  trudno  było o tym  mówić.  Słowa  nie okazywały  się 
takie,  jak  myślała, poza  tym  nie  chciała  obciążać  innych 
swoją żałobą. Zatem łatwiej przychodziło jej przelewanie 
swoich uczuć na papier. Poza tym inni nie odczuwali tak 
samo, jak ona. Nie myśleli o Eriku przez cały czas, tak jak 
ona. 

Zawsze był obecny w jej myślach, cały czas. 

background image

Może  już  zawsze  będę  na  Ciebie  czekała.  Tak  czuję. 

Zawsze  czegoś  brakuje,  gdy  Ciebie  tu  nie  ma.  Jakby 
brakowało części mnie. Nie ma już nas.
 

Zanurzyła  stalówkę  w  atramencie  i  zastanawiała  się 

przez chwilę, nim zaczęła pisać dalej. 

Myśli  innych  zajmuje  tak  wiele  różnych  rzeczy. 

Odczuwają żałobę po  Tobie, ale nie  w ten sposób,  co  ja. 
Jestem  pogrążona  w  żałobie  nie  tylko  dlatego,  że  byłeś 
moim mężem, ale też dlatego, że Mały Erik nie będzie miał 
żadnych wspomnień o swoim ojcu. Żal mi też, że nigdy nie 
zobaczysz, jak dorasta Twój syn.
 

Wyjrzała  przez okno, patrząc  na uderzające  w  szybę 

krople  deszczu.  Pomyśleć,  że  to  już  listopad.  Prawie  nie 
pamiętała wiosny. Czas tuż po śmierci Erika wydawał się 
pustką.  Nie  robiła  nic  poza  trwaniem.  Poza  mozolnym 
pokonywaniem dni dla Małego Erika. 

Znów pochyliła się nad pamiętnikiem. 
Jest tak, jak mówił ojciec. W pewne dni żyję tylko po 

to,  aby  przetrzymać.  Wytrzymać  do  następnego  dnia  w 
nadziei, że nie będzie już przepełniony taką beznadzieją.
 

Spojrzała na ostatnie słowo. Beznadzieja. 
Beznadzieja to niewłaściwe słowo. Najgorsze są te dni, 

kiedy żyję nie żyjąc. Gdy ciało chce umrzeć. Nie sądziłam, 
że  można  tak się  czuć. Ale  ojciec  miał  jednak  rację, gdy 
mówił, że pewnego dnia poczuję się trochę lepiej.
 

Zapatrzyła  się  przed  siebie.  Pamiętała,  kiedy  po  raz 

background image

pierwszy poczuła, że żałoba już tak jej nie ciąży. Jedna z 
krów  się  ocieliła.  Cielenie  było  długie  i  ciężkie,  ale  gdy 
cielak  chwiejnie  stanął  na  nogi,  Abelone  poczuła  coś, 
czego nie zaznała od dawna. Radość. 

Dlaczego  nie  mówiłam  częściej,  że  Cię  kocham?  I 

dlaczego nie kochaliśmy się częściej? 

Po narodzinach Małego Erika kochali się tylko jeden 

raz. 

Wciąż  za  Tobą  tęsknię,  Eriku.  Tęsknię  za  Tobą,  gdy 

wstaję rano, gdy wychodzę do zwierząt, gdy kładę się spać 
wieczorem.  Tęsknię  za  Tobą,  kiedy  Mały  Erik  robi  coś 
nowego.  Jest  takim  ładnym,  wesołym  małym  chłopcem. 
Twoja  matka  mówi,  że  przypomina  Ciebie,  kiedy  byłeś 
mały, chociaż odziedziczył po mnie niebieskie oczy. Myślę, 
że będzie miał ciemne włosy.
 

Spojrzała w stronę kołyski, usłyszawszy, że Mały Erik 

właśnie się budzi. Szybko dmuchnęła na atrament. Synek 
nie  sypiał  już  ani  tak  dużo,  ani  długo  jak  dawniej,  ale 
przestał na szczęście budzić się w nocy. Abelone sądziła, 
że zawdzięczają to owsiance, to samo mówiła Bera. Mały 
Erik  najadał  się  do  syta  wieczorem,  zanim  kładziono  go 
spać, a potem spał aż do świtu. 

Abelone  zamknęła  książeczkę  i  podeszła do  kołyski. 

Para niebieskich oczu spojrzała na nią z wyczekiwaniem, a 
pulchne ramionka wyciągnęły się w górę. Tak się cieszyła, 
że Mały Erik jest radosnym, spokojnym dzieckiem. Dużo 

background image

płakał, gdy straciła mleko, ale potem przyzwyczaił się do 
zwykłego  mleka  i  owsianki.  Zaczęła  go  karmić  także 
innym jedzeniem, jej mały chłopiec miał dobry apetyt. 

Wyjęła  go  z  kołyski  i  przytuliła  jego  ciepły policzek 

do swojej twarzy. Mały Erik zawsze miał takie policzki po 
obudzeniu; czerwone i ciepłe. 

–  Dobrze  spałeś?  –  zapytała,  pocierając  nosem  jego 

policzek. Zawsze tak ładnie pachniał. 

Mały  Erik  zaszczebiotał  coś  w  odpowiedzi,  lecz 

Abelone  wiedziała,  że  wkrótce  synek  zaocznie okazywać 
niecierpliwość. 

–  Tylko  doprowadzę  cię  do  porządku,  a  dostaniesz 

swoje  jedzenie  –  zapewniła  go,  zaczynając  go przewijać. 
Tak jak myślała, wpadł w kwaśny nastrój, kiedy prawie już 
skończyła. Zmarszczył małe czółko i zaczął kopać nogami. 
Kilka  tygodni  wcześniej  przestała  go  owijać,  nietrudno 
było zauważyć, że Mały Erik nie lubi być zawinięty. Poza 
tym zaczynał być już duży, lubił się ruszać. 

– Patrz, jesteś gotowy – uśmiechnęła się i wzięła go na 

ramię. Objął ją za szyję, jak to miał w zwyczaju i zaczął się 
bawić  włoskami  na  jej  karku.  Przytuliła policzek do  jego 
twarzy. Jaki grzeczny chłopiec. 

Niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  załamana  się  czuła, 

zawsze robiło się jej lepiej, gdy trzymała go przy sobie albo 
gdy się do niej uśmiechał. Wcześniej sądziła, że wie, jak to 
będzie  stać  się  matką,  lecz  było  inaczej,  niż  myślała. 

background image

Wiedziała, że pokocha swoje dziecko, ale że aż tak7. Miała 
nadzieję,  że  Ellen  też  będzie  dane  to  przeżyć,  utrata 
dziecka,  które  nosiła,  musiała  być  dla  niej  strasznym 
przeżyciem. Nic nie wiedziała początkowo, co sprawiło, że 
jej siostra i Ulrik nie przyjechali na pogrzeb Erika, dopiero 
jakiś czas później jej to powiedziano. Ojciec mówił, że nie 
chcieli dokładać kolejnego kamienia do brzemienia, które 
dźwigała,  ale  gdy  tylko Ellen poczuła  się na  siłach,  żeby 
udać się w podróż, przyjechali do Gimle. 

Abelone  nigdy  nie  zapomni  żalu,  który  ujrzała  w 

oczach  siostry,  gdy  zobaczyła  Małego  Erika.  Sądziła,  że 
chłopiec  przypomniał  siostrze o dziecku,  które ona  sama 
miała urodzić. 

Mały Erik  gaworzył  zadowolony,  kiedy niosła  go do 

kuchni,  gdzie  Bera  przygotowywała  już  dla  niego 
owsiankę. 

Abelone  usiadła  na  swoim  krześle  z  synkiem  na 

kolanach.  Wiedział  już,  co  się  szykuje,  bo  natychmiast 
zaczął  radośnie  wywijać  nogami.  Twarzyczkę  miał 
rozpromienioną.  Abelone  dolała  do  owsianki  mleka  i 
zamieszała,  a  potem  spróbowała.  Akurat  odpowiednio 
ciepła. Nabrała trochę na łyżkę, a Mały Erik nie zwlekał z 
otwarciem ust. Łapczywie zjadł zawartość łyżki. 

Karmiła go dalej, a jej myśli krążyły, jak to się często 

ostatnio  zdarzało.  Wiedziała,  że  stała  się  taka  po  śmierci 
Erika.  Była  obecna  ciałem,  lecz  jej  myśli  błądziły  gdzie 
indziej.  I  nie  zawsze  myślała  o  Eriku.  Mogło  to  być 

background image

cokolwiek, chociaż starała się poświęcać Małemu Erikowi 
tyle uwagi, na ile zasługiwał. 

Abelone? 
Zmieszana spojrzała na Berę, która podniosła głos. 
Służąca uśmiechnęła się. – Mówiłam, że masz gościa. 
Abelone usłyszała teraz, że ktoś idzie przez korytarz, 

któraś ze służących musiała otworzyć. – Kto to? 

–  Pani  Agnes  –  odparła  Bera  i  przygotowała  się  do 

karmienia Małego Erika. – Idź, dam mu resztę owsianki. 

Abelone  wstała,  trochę  oszołomiona.  Nie  była  w 

nastroju  ani  na  przyjmowanie  wizyt,  ani  na  rozmowy  z 
kimkolwiek. Dość miała swoich spraw w ostatnich dniach. 
Gdy  nadchodził  wieczór,  rzucała  się  na  łóżko,  chociaż 
prawie zawsze miała problemy z zaśnięciem. 

Wyszła  na  spotkanie  gospodyni,  a  zarazem  bratowej 

pastora. Zauważyła, że pani Agnes stale ma jakieś sprawy 
w  Gimle.  Zachowywała  się  bardzo  przyjaźnie  i  Abelone 
miała wrażenie, że pani Agnes chciałaby rozmawiać z nią 
bardziej  poufnie.  Wiele  razy  mówiła,  że  Abelone  nie 
powinna zwlekać z otwarciem przed nią swego serca. 

Ale co mogłaby powiedzieć? Że tęskni za Edkiem aż 

do  bólu?  Że  dni,  które  są  przed  nią,  wydają  się  jej 
nieskończone, że nigdy nie cieszy się na wstanie z łóżka? 
Inni  nie  byli  już  pogrążeni  w  żałobie,  wydawało  się,  iż 
myślą, że ona też powinna już z tym skończyć. Dlatego nic 
nie mówiła. Mówili tylko o tym, że powinna się cieszyć z 

background image

Małego  Erika.  Oczywiście,  że  cieszyła  się,  iż  go  ma! 
Kochała swego synka ponad wszystko, ale to nie znaczyło, 
że nie opłakiwała Erika. 

Sjur odczuwał tak samo silną żałobę jak ona. Widziała 

to w jego oczach, rzadko jednak mówił o Eriku i o tym, co 
się wydarzyło, gdy zginął. Nikt z pozostałych też tego nie 
robił.  Nie  rozumiała  tego.  Zauważyła  to  w  ciągu  lata, 
ludzie  przybierali  dziwny  wyraz  twarzy,  kiedy  ktoś 
wspominał  Erika  i  niedźwiedzia  zabójcę.  Wyraźnie  było 
widać,  że nie  chcą o  tym  rozmawiać.  Stopniowo  zaczęła 
rozumieć, że najlepiej jest milczeć na ten temat. Z Ingvarda 
rozmawiała  coraz  rzadziej,  a  gdy  się  spotykały,  ich 
rozmowy  były  uprzejme,  lecz  powierzchowne.  Ingvarda 
znalazła  sobie  pracę  w  sklepie  tekstylnym  w  mieście  i 
Abelone  z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że  chyba  jej  się  to 
podoba.  Nigdy  nie  przypuszczała,  że  Ingvarda  znajdzie 
pracę  –  nie  sądziła,  że  zechce  pracować  –  ale  Ingvarda 
musiała  zrozumieć,  że  nie  może  dłużej  służyć  tylko  za 
ozdobę. Znalazła też w mieście mieszkanie. 

Abelone  bezgłośnie  westchnęła  i  zmusiła  się  do 

uśmiechu, zbierając siły na rozmowę. 

– Dzień dobry, pani Abelone – uśmiechnęła się do niej 

pani Agnes. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? 

Abelone z obowiązku potrząsnęła przecząco głową. – 

Ależ skąd, pani Agnes. To bardzo miło, że przyszłaś. 

Wydało  się  jej,  że  uśmiech  pani  Agnes  był  jeszcze 

background image

bardziej  promienny niż  zazwyczaj  i  starała  się  odgadnąć, 
jaka  mogła  być  tego  przyczyna.  Często  zapominała,  o 
czym  opowiadali  jej  ludzie.  Po  śmierci  Erika  niemal  nie 
potrafiła zebrać myśli. 

Wtedy to zauważyła. Że też nie zwróciła na to uwagi 

od  razu!  Po  raz  pierwszy  widziała  panią  Agnes  bez 
żałobnego  stroju.  Wdowa  miała  na  sobie  bawełnianą 
suknię  w  kolorze  butelkowej  zieleni,  która  ładnie 
komponowała  się  z  jej  rudymi  włosami.  Musiał  więc 
upłynąć  już  rok, od  czasu,  kiedy pani  Agnes  owdowiała. 
Abelone  sądziła,  że  jednym  z  powodów  częstych  wizyt 
była chęć podzielenia się doświadczeniami związanymi z 
utratą  męża.  Czasami  bywało  to  niemal  irytujące,  pani 
Agnes mogła być zbyt pełna zrozumienia. 

A niezależnie od tego nie mogła wiedzieć, jak to jest 

być matką pozbawionego ojca niemowlęcia. 

– Jaką ładną ma pani suknię! – wykrzyknęła Abelone. 
W  oczach  pani  Agnes  natychmiast  pojawił  się 

przepraszający wyraz. – Rozumie pani, tęskniłam za moimi 
codziennymi ubraniami. 

Właśnie to jest takie męczące, pomyślała Abelone. Jej 

nic  nie  obchodziło,  że  pani  Agnes  nie  musi  już  nosić 
czarnych strojów, chociaż ona sama ubierała się na czarno, 
lecz  pani  Agnes  zawsze  bardzo  się  bała,  żeby  jej  nie 
dotknąć. 

– Cieszę się razem z panią – odpowiedziała Abelone, 

background image

mając  nadzieję,  że  pani  Agnes  wkrótce  powie,  po  co 
naprawdę  przyszła.  Poza  tym  zauważyła,  że  przyniosła 
ciasto.  Pani  Agnes  musiało  więc  leżeć  na  sercu  coś 
wyjątkowego. 

Jej twarz znów się rozjaśniła. – O czym ja tu myślę! 
Wydała z siebie ten swój nerwowy śmieszek, a potem 

wyciągnęła  swój  prezent.  –  Przyniosłam  ciasto.  Mam 
nadzieję, że lubi pani tarte jabłkową? 

Abelone  z uśmiechem  skinęła  głową  i  wzięła  ciasto. 

Wiedziała,  że  przez  ostatnie  miesiące  schudła,  ale  nie 
mogła  dużo  jeść.  Najczęściej  zmuszała  się  do  jedzenia, 
chociaż nic jej nie smakowało, a zdawała sobie sprawę, że 
ciało potrzebuje pożywienia. Zawsze wydawało się jej, że 
w gardle ma kulę, która sprawia, że jest jej niedobrze. 

– Mam  nadzieję,  że  ma  pani  czas usiąść  na  chwilkę, 

abyśmy  mogły  spróbować  ciasta  i  napić  się  kawy?  – 
zapytała  Abelone,  tak  jak  tego  od  niej  oczekiwano.  Inna 
reakcja byłaby niegrzeczna. 

–  Na pewno nie przeszkadzam?  Pani  Agnes  zbliżyła 

się o krok. – Chciałabym z panią o czymś porozmawiać. 

Usiadły i pani Agnes opowiedziała o kiermaszu, który 

miał się odbyć za kilka dni u pastora. – Mam nadzieję, że 
będzie  pani  mogła  pomóc  –  zakończyła,  odstawiając 
filiżankę. 

Abelone  upiła  kawy,  ociągając  się  z  odpowiedzią. 

Naprawdę, miała co innego do roboty! Poza tym świetnie 

background image

wiedziała,  dlaczego  pani  Agnes  do  niej  przyszła.  Wciąż 
mówiła o tym, jak ważne jest, aby mieć o czym myśleć i co 
robić, lecz Abelone miała przecież gospodarstwo i Małego 
Erika.  Zaczęły  się  już  także  przygotowania  do  świąt, 
szybko  mijały  tygodnie  dzielące  ich  od  Bożego 
Narodzenia, kończył się już listopad. 

– Oczywiście, że pomogę przy kiermaszu powiedziała 

grzecznie. Co innego mogła zrobić? Nie odpowiada się, że 
nie jest się w stanie albo że nie ma się czasu. 

Na twarz pani Agnes wypłynął uśmiech zadowolenia. 

–  Sprawiła  mi  pani  radość.  Jest  tak  wiele  rzeczy  do 
zrobienia. Musimy mieć więcej stoisk, ale to nie powinno 
nastręczyć  trudności.  Poza  tym  nie  zdążyłam  jeszcze 
pomyśleć o loterii. Ani o nagrodach. 

Dochód  z  kiermaszu  przeznaczony  był  dla 

potrzebujących  we  wsi,  Abelone  wiedziała,  że  takie 
przedsięwzięcie  przyniesie  duże  zyski.  Poza  tym 
wieczorem miał odbyć się koncert, bilety miały kosztować 
po dziesięć ore. 

–  Chciałam  zapytać,  czy  mogłaby  pani  zająć  się 

nagrodami?  I  losowaniem?  Pani  Agnes  spojrzała  na  nią 
prosząco. 

Abelone  skinęła  głową,  chociaż  nie  miała  na  to 

najmniejszej ochoty.  – Chętnie się tym zajmę  – odparła z 
wymuszonym uśmiechem. 

Pani Agnes siedziała jeszcze przez chwilę i gawędziła 

background image

z  nią,  potem  jednak  wstała.  –  Należy  się  pani 
podziękowanie za kawę i ciasto – uśmiechnęła się. 

Abelone podniosła się z miejsca, czując ulgę, że pani 

Agnes  postanowiła  już  się  pożegnać.  –  To  ja  muszę 
podziękować pani. Tarta była pyszna. 

Pani  Agnes  stała  trochę  niespokojnie.  –  Może 

przyszłaby  pani  jutro na plebanię?  Mogłybyśmy  omówić 
szczegóły losowania, a jednocześnie możemy miło spędzić 
czas. Na takich kiermaszach zawsze tyle się dzieje. 

– Oczywiście. 
Abelone  odprowadziła  panią  Agnes  na  dwór.  Gdy 

wdowa  odjechała,  stała  przez  chwilę  w  przedsionku, 
spoglądając w stronę, gdzie zniknął powóz. 

Przemknęło jej przez myśl, że na kiermaszu może być 

miło,  zapomniała  jednak,  że  będzie  musiała  jechać  tam 
sama. Bez Erika. 

Zaraz po losowaniu przeprosi i wróci do domu. 
Nikt  nie będzie uważał tego  za dziwne.  Jako  wdowa 

może 

pomagać 

podczas 

takich 

dobroczynnych 

przedsięwzięć,  ale  większość  ludzi  sądziłaby,  że  nie 
wypada jej brać udziału w wieczornych zabawach. 

Jak gdyby mogło jej to sprawić jakąkolwiek radość. 

 

 

background image

Aksel  stanął  przy  oknie  i  popatrzył  na  Abelone 

kroczącą przez dziedziniec w stronę stajni. Nadszedł czas 
wieczornego obrządku. 

–  Mogła  kazać  dziewce  oporządzić  dziś  zwierzęta  – 

mruknął cicho do Bery, która podeszła do niego i stanęła 
obok. 

Bera potrząsnęła głową. – Wydaje mi się, że ona lubi 

być u zwierząt. 

Aksel  odgarnął  włosy  z  czoła.  –  Tak,  zawsze  lubiła 

przebywać  w  stajni.  Jak  zwykle  palce  natrafiły  na  małe 
zagłębienie  za  prawym  uchem,  które  zawsze  będzie  mu 
przypominało  o  wiosennej  operacji.  Wciąż  nie  mógł 
uwierzyć, że zabieg spowodował ustąpienie bólów głowy, 
ale  sądził,  że  profesor  Wald-Michaelsen  zrobił  kawał 
dobrej roboty. Liczyło się tylko to, że teraz Aksel czuł się 
jak dawniej. 

Ale jego córka nie. 
Tak bardzo schudła. 
Odwrócił się do Bery. 
Skinęła głową. – Staram się przygotowywać potrawy, 

które lubi, ale nie wygląda na to, żeby to wpłynęło na jej 
apetyt. 

Bera  podreptała  do  salonu,  a  Aksel  nadal  stał, 

przyglądając się Abelone, która weszła do stajni. Wiedział, 
dlaczego córka lubi tam przebywać. Dawało jej to spokój, 
wiedział, że woli być na razie sama. Tak jak on po śmierci 

background image

Louise. 

Wyszedł  z  kuchni  i  ruszył  w  stronę  gabinetu. 

Zobaczył, że jedna ze służących siedzi w pokoju z Małym 
Erikiem na kolanach. Nie wiedział, co byłoby z jego córką, 
gdyby nie. ten mały chłopiec. Po śmierci Erika pogrążyła 
się  w  tak  głębokiej  żałobie,  że  aż  zaczął  się  tego  bać. 
Wcześniej  była  radosną  dziewczyną,  ale  gdy  zginął Erik, 
zmieniła się. Może trzeba po prostu poczekać. Nie mówiła 
też  wiele,  najchętniej  w  spokoju  wypełniała  swoje 
obowiązki.  Synem  jednak  zajmowała  się dobrze,  chociaż 
załamała  się,  kiedy  nie  mogła  podawać  mu  już  piersi. 
Wykonywała także inne zadania w gospodarstwie. 

Otworzył drzwi do gabinetu. Miał nadzieję, że córka 

niedługo poczuje  się  lepiej,  że  czas przygasi  jej  żałobę  – 
wiedział,  że  tak  się  stanie.  Że  wspomnienia  o  tym,  co 
zaszło wiosną, powoli zbledną. 

W każdym razie zatroszczył się o to, żeby córka nigdy 

już  nie  zobaczyła  niedźwiedzia.  Zaraz  po  ściągnięciu  z 
niego skóry zakopał ciało, a futro sprzedał. 

Usiadł  przy  biurku, odchylając  się  na  oparciu. Sześć 

miesięcy.  Pół  roku.  Dla  innych,  którzy  nie  stracili 
małżonka, to dużo czasu. Wiedział, że to nieprawda. Poza 
tym  Abelone  jest  taka  młoda,  niedawno  pobrali  się  z 
Erikiem. Że też życie może się z dnia na dzień tak bardzo 
zmienić. 

Sądził,  że  w  młodym  wieku  utrata  małżonka  jest  na 

background image

pewno  straszniejszym  przeżyciem  niż  wtedy,  gdy  ma  się 
już swoje lata. W każdym razie teraz. Stopniowo Abelone 
zacznie czuć się lepiej, a kiedyś spojrzy może przychylnie 
na innego mężczyznę. 

Pochylił  się  nad  biurkiem  i  wydał  z  siebie  głębokie 

westchnienie. Liczył na to. 

Po  tym,  jak  Erik  musiał  sprzedać  Ladefoss,  Aksel 

widział  zięcia  jako  nowego  gospodarza  w  Gimle,  póki 
gospodarstwa nie przejmie Jorgen. Dobrze było móc liczyć 
na pomoc Erika i Aksel zaczął już nastawiać się na to, że to 
Erik 

właśnie 

stopniowo 

przejmie 

największą 

odpowiedzialność za Gimle. Był taki pracowity i uczciwy. 

Teraz 

Aksela 

czekało 

wiele 

lat 

trudnej 

odpowiedzialności. 

 

background image

12 

 
Ellen leżała w łóżku, wpatrując się w nieciekawą aurę 

za oknem  – ołowiane  niebo  i bicze deszczu uderzające o 
szybę. 

Która może być godzina? Prosiła Betsy, żeby obudziła 

ją około pół do czwartej, żeby mogła wstać i przygotować 
obiad  przed  powrotem  Ulrika  z  pracy.  Ulrik  nie  musi 
wiedzieć,  że  Ellen  dużą  część  dnia  spędza  w  łóżku. 
Zazwyczaj  wstawała  razem  z  nim  rano,  potem  wspólnie 
jedli  śniadanie,  a  następnie  Ulrik  szedł  do  pracy.  Ellen 
najczęściej  wykonywała  wtedy  trochę prac  domowych, a 
potem znów się kładła, zawsze była taka zmęczona. 

Odetchnęła głęboko i przekręciła się na bok. Poza tym 

jest  tak  mało do  zrobienia.  Nie  ma nic do zrobienia poza 
przygotowaniem obiadu. Dlatego postanowili, że Betsy nie 
musi przychodzić do nich codziennie, wystarczy co drugi 
dzień. 

Gdyby tak Ellen znów zaszła w ciążę. Tak się jednak 

nie  działo.  Każdego  miesiąca  miała  nadzieję,  że 
krwawienie  nie  nadejdzie  i  zawsze  czuła  żal  i 
rozczarowanie, gdy się pojawiało. Tak jak wczoraj. 

Naciągnęła  kołdrę  pod  brodę  i  leżała,  czując  lekkie 

skurcze  w  brzuchu.  Zawsze  tak  to  wyglądało,  gdy 
nadchodziło krwawienie. Bolało ją, czasami tak bardzo, że 
nie była w stanie stać prosto. Dziwiło ją, że odczuwa takie 

background image

same bóle, jak te, które dręczyły ją, gdy traciła dziecko. 

Przesunęła  ręką  po  twarzy,  wiedziała,  że  powinna 

wstać,  ale  ciało  miała  takie  ociężałe.  Każda  czynność 
wydawała  się  potwornym  wysiłkiem.  Jedyne,  na  co 
czekała, to podróż do Gimle, gdzie mieli spędzić święta. 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi j i do środka 

zajrzała  Betsy.  –  Pani  Bjerregaard?  Służąca  weszła  do 
pokoju.  –  Zbliża  się  wpół  do  czwartej.  I  Ellen  skinęła 
głową. – Zaraz zejdę. 

– Czy czegoś sobie pani życzy7. 
Ellen potrząsnęła głową. – Nie, dziękuję Betsy 
Dziewczyna zniknęła z pokoju, a Ellen leżała jeszcze 

kilka  minut.  Gdyby  nie  wiedziała,  że  musi  wstać, 
zasnęłaby znowu. 

Zmusiła  się,  żeby  odrzucić  kołdrę  na  bok  i  wstać. 

Szybko  doprowadziła  się  do  porządku,  ubrała  i  ułożyła 
włosy. Szybko obrzuciła wzrokiem swoje odbicie w lustrze 
toaletki.  Jak  nieporządnie  wygląda.  Skórę  ma  szarą,  a 
włosy  jakby  bez  życia.  Pod  oczami  widać  ciemne  kręgi. 
Nigdy  nie  była  specjalnie  kształtna,  lecz  teraz  suknia 
niemal na niej wisi. 

Może  pomoże  jej  trochę,  jeśli  weźmie  się  w  garść  i 

zacznie trochę więcej jeść. 

Starała  się  słuchać,  co  mówi  Ulrik.  Zawsze  miał  tak 

dużo  do  powiedzenia  o  swojej  pracy  w  muzeum,  a  ona 
sama  rzadko  mogła  dodać  coś  równie  interesującego. 

background image

Ograniczała  się  do tego,  o  czym  rozmawiała  z  sąsiadami 
albo  powtarzała,  co  ciekawego  opowiedziała  )t)  Betsy  o 
swojej rodzinie. 

– Jutro przyjeżdża profesor z Niemiec – ciągnął Ulrik i 

mówił dalej o odkryciu przez kolegę nieznanego wcześniej 
gatunku żuka. 

Ellen przytknęła do ust szklankę z wodą. Czy tak ma 

być?  Wszystkie  interesujące  sprawy,  które  jej  się 
przytrafiały, to opowieści innych o ich życiu. Ona sama nie 
robi nic oprócz chodzenia po domu, który Betsy utrzymuje 
w porządku i czystości, i czasami spacerami do miasta po 
niezbędne sprawunki. 

Wbiła widelec w przygotowaną przez Betsy baraninę. 

Myślała o powrocie do kształcenia się na nauczycielkę, ale 
nie pociągała jej ta myśl. Nie po tym, co zaszło w Danii, 
gdy  rodzice uczniów powiedzieli,  że nie  są  zadowoleni z 
jej pracy. Ulrik mówił jej wiele razy, że wdowa Abildholm 
mogła ją okłamać, ale Ellen i tak nie miała ochoty. 

Jedyne, czego chciała, to zostać matką. 
– Ellen? Ulrik spojrzał na nią z troską. 
Przełknęła  kilka  łyków  wody  i  odstawiła  szklankę. – 

Coś mi utkwiło w gardle – przeprosiła, wiedząc, że zwrócił 
uwagę na jej błyszczące oczy. 

Ulrik spojrzał na żonę z powątpiewaniem, ale pokiwał 

głową  i  posłał  jej  pełen  otuchy  uśmiech.  –  No  więc,  jak 
minął dzień mojej małej żonce? 

background image

Nienawidziła  tego  pytania,  które  zawsze  zadawał  jej 

przy  obiedzie,  każdego  dnia.  Jak  gdyby  nie  wiedział,  co 
robiła! – Sporządziłyśmy z Betsy listę rzeczy do zrobienia 
przed  świętami  –  zaczęła,  biorąc  do  rąk  nóż  i  widelec. 
Czuła  się  taka  niepotrzebna!.  Wielokrotnie  myślała,  że 
powinna  zwolnić  Betsy,  mogłaby  wtedy  przynajmniej 
sama  zająć  się  domem,  ale  ta  sympatyczna  dziewczyna 
stanowiła  dla  niej  miłe  towarzystwo.  Poza  tym  była 
zręczna i przyjazna. Co by było, gdyby Ellen nie miała do 
kogo otworzyć ust? 

– Myślałem, że moglibyśmy zaprosić kilku sąsiadów 

na  spotkanie  przedświąteczne  –  zaproponował  Ulrik  i 
spojrzał na żonę wyczekująco. – Poznałaś przecież dobrze 
siostry Skagen, prawda? 

Nie,  Ulriku,  nie  poznałam  dobrze  Caroline  i  Fanny. 

Dwie siostry były tak różne od niej. W przeciwieństwie do 
Ellen, wydawały się zadowolone ze swojego życia, chociaż 
nie  sądziła, żeby zajmowały  się  specjalnie  czymś  innym, 
niż przyjmowanie gości i składanie wizyt. 

–  Oczywiście,  że  moglibyśmy  –  odparła,  chociaż 

najchętniej by odmówiła. Ulrik uwielbiał przyjęcia, ale to 
ona musiała zajmować się wszelkimi przygotowaniami. 

Ulrik mrugnął do niej. – Może zaprosimy ich w sobotę 

albo  niedzielę  przed  świętami?  Bo  w  same  święta  nie 
będzie nas w domu. 

Starała się sprawiać wrażenie podekscytowanej, kiedy 

background image

planowali co podadzą i kogo wypada zaprosić. 

Ulrik  zrozumiał  chyba,  że  dni  jej  się  dłużą,  ale 

wyraźnie nie pojmował, jak męczące są dla niej przyjęcia. 

Chciałaby mieć jakieś zajęcie, ale nie wiedziała jakie. 
Zajęcie  na  czas,  gdy  oczekiwała,  aż  znów  zajdzie  w 

ciążę. 

 

 
Leżała  wpatrując  się  w  ciemność,  Ulrik  już  zasnął. 

Byli małżeństwem już dobre pół roku i wiedziała, że mąż 
ma  swoje  potrzeby,  ale ona  sama  już  ich nie  odczuwała. 
Nie  wiedziała  dlaczego.  Kochała  Ulrika,  ale  nigdy  nie 
miała ochoty się kochać. Jedynym powodem, dla którego 
się z nim kochała było to, że dzięki temu znów mogła zajść 
w  ciążę.  Ulrik  jednak  nie  rozumiał,  że ona  nie  czerpie  z 
miłosnych aktów tej samej radości, co on. 

Położyła  się  na  boku,  mając  nadzieję,  że  wkrótce 

ogarnie  ją  zmęczenie.  Wiedziała,  że  spałaby  lepiej  nocą, 
gdyby  nie  spała  tyle  w  dzień,  ale  wieczorami  nigdy  nie 
czuła się znużona. Tylko w dzień. 

Leżała  jeszcze  przez  chwilę,  wiedziała  jednak,  co 

powinna zrobić, żeby zasnąć. 

Zapaliła  świecę  w  lichtarzu  i  wstała  z  łóżka.  Mała 

buteleczka chloralu stała na jej nocnym stoliku. Niewiele 

background image

było  nocy,  gdy  nie brała  swego  lekarstwa,  ale  sprawiało 
przynajmniej, że zaczynała czuć senność. 

Wpuściła  kilka  kropel  do  szklanki  z  wodą  i  wypiła. 

Kiedy  znów  położyła  głowę  na  poduszce,  czuła  się  już 
zmęczona i po chwili zapadła w sen. 

 

* 

 
Czuła zapach dymu.
 
Wyskoczyła z łóżka, czując, że dym kręci ją w nosie. 
– Ulriku! – wykrzyknęła, szukając po omacku zapałek. 

Drżącymi rękami zapaliła świecę w lichtarzu. 

Spojrzała przez ramię na łóżko, na stronę należącą do 

Ulrika. Nie było go tam! Dlaczego go nie ma? 

Poczuła  ogarniający  ją  strach.  Naprawdę  pachniało 

dymem.  Ostry,  kwaśny  zapach,  jakby  ktoś  właśnie 
zdmuchnął świecę, tylko silniejszy. 

Trzymając  w  ręku  lichtarz,  omiotła  światłem  świecy 

ściany pokoju. Zatrzymała gwałtownie rękę, gdy spojrzała 
na drzwi pokoju dziecinnego. 

Ze szpary pod drzwiami sączył się dym. 
– Ulriku! Teraz już krzyczała. – Ulriku, gdzie jesteś? 
Zrobiła  dwa  kroki  w  stronę  drzwi,  położyła  dłoń  na 

klamce,  ale  natychmiast  ją  cofnęła.  Klamka  była  taka 

background image

gorąca! 

Mamo! Mamo, musisz mi pomóc. Ratuj mnie, mamo! 
Głos  dziecka.  Głos,  który  słyszała  już  wcześniej. 

Dochodził z tamtego pokoju. 

Nie dbała o to, że klamka parzy. Wiedziała, co słyszy. 

W środku jest dziecko. Dziecko, które woła o pomoc. 

Szarpnęła drzwi, ale musiała się cofnąć, gdy buchnęło 

w jej stronę morze płomieni. 

Ujrzała  małą  dziewczynkę  w  białej  koszuli  nocnej. 

Dziewczynka krzyczała, stojąc w płomieniach. Przyciskała 
do  siebie  lalkę,  która  już  prawie  się  stopiła  od  gorąca. 
Spojrzenie  dziecka  padło  na  Ellen,  mała  twarzyczka 
wykrzywiła się w histerycznym płaczu. 

Mamo, ratuj mnie! Ratuj mnie, mamo! 

 

background image

13 

 
Ulrik  pędem  wbiegł  na  górę,  słysząc  krzyk  Ellen. 

Poczuł  pragnienie  i  zszedł  na  dół,  żeby  wziąć  sobie 
szklankę  wody.  Stał  właśnie  w  kuchni,  kiedy  usłyszał po 
raz pierwszy jej wołanie. Teraz jednak krzyczała. 

Wbiegł do ich sypialni, w której Ellen leżała skulona 

przed otwartymi drzwiami do pokoju dziecinnego. Ukląkł 
przy niej i objął ją ramionami. Wtuliła się w niego, wciąż 
rozpaczliwie łkając. 

– Ellen, Ellen, co się stało? 
Nie odpowiadała, czuł jednak, jak bardzo drży. 
Pogłaskał  ją  po  włosach  i  przytulił  policzek  do  jej 

twarzy. – Miałaś zły sen Ellen, znów śniły ci się koszmary. 

Zauważył,  że  żona  potrząsa  głową  i  spojrzał  na  nią. 

Twarz  miała  wykrzywioną,  ujrzał  na  niej  śmiertelne 
przerażenie. 

– Widziałam w środku dziecko – wyjąkała. 
Czy  znów  prześladują  ją  te  jej  fantazje?  –O  czym 

mówisz? 

Ellen  ruchem  głowy  wskazała  drzwi  do  pokoju 

dziecinnego. – Mała dziewczynka – ciągnęła cicho, prawie 
niesłyszalnie. 

Ulrik wciąż  gładził jej włosy i plecy. – To był sen – 

background image

powtórzył,  ale  Ellen  wyrwała  się  mu,  zerwała  na  nogi  i 
drżącą  ręką  wskazała  na  pokój.  –To  nie  był  sen  – 
powiedziała  lekko  drżącym  głosem.  Rozpuszczone  i 
potargane  włosy  otaczały  jej  twarz.  –  Widziałam  ją. 
Odwróciła się do Ulrika. Nigdy jej takiej nie widział. Oczy 
miała wielkie, szkliste i wilgotne. Usta drżały. Twarz była 
trupio blada. 

–  Widziałam  ją  w  płomieniach  –  powtórzyła  z 

naciskiem. 

Ulrik  przełknął  ślinę,  musiał  odwrócić  wzrok.  Znów 

stała się taka. Wmawiała sobie, że słyszy rzeczy, których 
nie  widzą  ani nie  słyszą  inni.  Sądził,  że  z powodu utraty 
dziecka.  Tak  bardzo  to  przeżywała,  a  on  wiedział,  jak 
mocno  odbija  się  na  niej,  że  nie  zachodzi  ponownie  w 
ciążę.  Niczego  nie  pragnął  bardziej  niż  dobra  Ellen,  ale 
teraz stała się taka... Ona traci rozum. 

Spokojnie  podszedł  do  żony  i  delikatnie  ujął  ją  za 

ramiona. Wiedział, iż nie ma sensu tłumaczenie jej, że to, 
co  zobaczyła,  nie  jest  rzeczywiste.  Dla  niej  to  była 
rzeczywistość. 

I  nie  ulegało  najmniejszej  wątpliwości,  że  widoki, 

które uznawała za prawdziwe, śmiertelnie ja przerażały. 

–  Chodź  się  położyć, Ellen – powiedział  spokojnie  i 

poprowadził  ją  do  łóżka.  Na  szczęście  nie  protestowała, 
lecz  widział,  że  jej  wzrok  jest  wciąż  utkwiony  w  pokoju 
dziecinnym. Czy nadal widzi małą dziewczynkę otoczoną 

background image

płomieniami?  W  takim  razie  nic  dziwnego,  że  jest 
przerażona. 

Usiadł  przy  niej  na  łóżku  i  objął  ją  ramieniem.  – 

Widzisz?  –  powiedział,  wskazując  na  pokój  dziecinny. 
Nikogo tam nie ma. Nic się nie pali. 

Ellen  wciąż  siedziała  ze  wzrokiem  sztywno 

utkwionym przed siebie i nie odpowiadała. 

Ulrik  wstał,  wziął  lichtarz  i  wszedł  do  pokoju 

dziecinnego. To tutaj Ellen miała wizje, może dlatego, że 
zaplanowała, iż ten pokój będzie należał do ich dziecka? 

Uniósł świecę, żeby Ellen się uspokoiła. – Widzisz? – 

powtórzył. 

Szybko do niej podszedł, gdy łzy znów zaczęły płynąć 

po  jej  policzkach.  –  Ze  snami  tak  bywa  –  starał  się  ją 
pocieszyć,  pomagając  jej  ułożyć  się  w  łóżku.  –  Mogą 
wydawać  się  takie  prawdziwe,  że  sądzimy,  iż  to 
rzeczywistość. 

Przykrył  Ellen  kołdrą  i  domieszał  do  jej  szklanki  z 

wodą trochę chloralu. – Masz, wypij trochę, a poczujesz się 
lepiej. 

Ellen wypiła pół szklanki, a potem bez słowa opadła z 

powrotem na poduszkę. 

Ulrik  położył  się  przy  niej,  mając  nadzieję,  że  żona 

odwróci się w jego stronę, ale ona leżała plecami do niego. 
Ostrożnie  się  nachylił  i  pocałował  ją  w  policzek.  – 
Zostawię świecę zapaloną, póki nie zaśniesz. 

background image

Ellen nie odpowiedziała, tak się właśnie zachowywała, 

kiedy  coś  ją  martwiło.  On  sam  leżał  wpatrzony  w  sufit, 
rozmyślając nad tym, co się wydarzyło. Dotąd sądził, że da 
sobie  radę  sam,  ale  wyraźnie  widać,  że  Ellen  nie  jest 
zdrowa. 

Jutro  Ulrik  musi  porozmawiać  z  doktorem 

Hartvigiem. 

 

 
Ellen  postawiła  na  stole  świece  i  omiotła  pokój 

spojrzeniem. Wyglądał ładnie i porządnie, jak zawsze, dziś 
jednak wyjęła elegancki serwis i włożyła dużo wysiłku w 
obiad, który chciała podać Ulrikowi: mięso miękkopióra z 
warzywami i mocnym brązowym sosem. 

Betsy miała tego dnia wolne, więc Ellen przygotowała 

wszystko  sama.  Była  zadowolona,  że  dziewczyna  ma 
wolne, bo mogła bez przeszkód porozmawiać z Ulrikiem. 

Podeszła do okna i zaczęła wyglądać, czy nie zbliża się 

ciemną  ulicą.  Wkrótce  powinien  być  w  domu,  zbliża  się 
wpół do szóstej. 

Szybko poszła do kuchni, aby zamieszać sos, żeby nie 

pojawił  się  na  nim  kożuch.  Wciąż  nie  była  pewna,  jak 
powinna  przedstawić  to,  co  ma  do  powiedzenia,  ale 
musiała porozmawiać z mężem. W nocy nie była w stanie 
protestować, kiedy mówił, że to tylko koszmarne sny. To 

background image

nie  były  koszmarne  sny,  nie  mogła  w  to  uwierzyć. 
Wszystko wydawało się takie realne. A jeśli nie sny, to co? 

Czuła  dziwny  niepokój  w  żołądku.  Ona  naprawdę 

widziała  małą  dziewczynkę.  Widziała,  jak  krzyczy  ze 
strachu.  Widziała  małą  twarzyczkę  tak  wyraźnie  –  tak 
samo wyraźnie, jak gdyby to Ulrik tam stał. I płomienie. 

Pogładziła  swoje  ramię.  Tego  właśnie  nie  mogła 

pojąć. Gdy otwierała drzwi do dziecinnego pokoju, klamka 
była  gorąca,  lecz  kiedy buchnęły  ku niej  płomienie... nie 
czuła wtedy ich żaru. Rozpoznawała jednak zapach, ostry 
zapach pożaru. I dźwięk. Trzask płonącego drewna. To ją 
też dziwiło, bo ich dom był murowany. 

A  może  jest  tak,  jak  sądzi  Ulrik  i  ma  koszmary. 

Wiedziała przecież, że to nie jest prawdziwe. Nie było tam 
żadnej małej dziewczynki, a w ich domu nic się nie paliło. 
Odkryła to, gdy nadbiegł ku niej Ulrik, kiedy krzyknął jej 
imię.  Odwróciła  się  wtedy  ku  niemu,  ale  gdy  znów 
spojrzała  w  stronę  pokoju  dziecinnego,  było  tam  znowu 
ciemno. 

Podeszła do stołu i usiadła. Oparła czoło na dłoniach. 

Gdyby to się wydarzyło tylko raz, nie myślałaby o tym tak 
dużo, ale to nie pierwszy raz przeżyła coś takiego. 

Wiedziała, że słyszała i widziała rzeczy, które nie są 

prawdziwe. Tak jak szaleńcy. 

Wzdrygnęła  się  na  dźwięk  kroków  Ulrika  w 

przedsionku. Szybko poprawiła włosy i wygładziła suknię, 

background image

chciała,  żeby  Ulrik  uważał,  iż  bardzo  się  postarała. 
Ostatnio nie przykładała zbyt wiele uwagi do wyglądu. 

Szybkimi  krokami  wyszła  na  korytarz.  Na  twarzy 

Ulrika  pojawił  się  pełen  zaskoczenia  uśmiech,  kiedy 
całował ją na powitanie i zdejmował zimowy płaszcz, nic 
jednak nie powiedział. 

– Jak ci upłynął dzień? – zapytała wieszając płaszcz. 
Ulrik uśmiechnął się. – Myślę, że jak zwykle. 
Spojrzała na niego,  odwzajemniając  jego  uśmiech.  – 

Czy przyjechał ten niemiecki profesor? 

Ulrik  skinął  głową  i  zasiadł do  stołu, a Ellen  podała 

jedzenie. 

– Bardzo dobrze wygląda i pachnie – powiedział. 
Ellen  miała  nadzieję,  że  będzie  też  smaczne.  Nigdy 

przedtem nie przyrządzała miękkopióra, ale przygotowała 
go według przepisu od sióstr Skagen. 

Siedzieli przy stole i gawędzili podczas jedzenia. Ellen 

zauważyła,  że  Ulik lustruje  ją  spojrzeniem  i uśmiechnęła 
się do niego. Dawno już tak nie siedzieli i nie rozmawiali – 
i to z jej winy. Nie starała się słuchać opowieści Ulrika o 
muzeum ani nie odpowiadała porządnie, gdy on pytał, jak 
upłynął jej dzień. 

Sprzątnęła  po  obiedzie  i  podała  deser:  waniliową 

leguminę  z  czerwonym  sosem.  Postanowiła,  że  przy 
deserze powiedzie, co jej leży na sercu. Zaspokoili już głód 

background image

i miała nadzieję, że Ulrik ją wysłucha. 

Odłożyła  łyżkę  i  wytarła  usta  serwetką,  kiedy  zjedli 

już połowę deseru. 

– Ulriku, chcę z tobą o czymś pomówić. 
Ulrik spojrzał na nią, dokładając sobie drugą porcję. – 

Słucham – odparł i mrugnął do niej. 

Bezgłośnie nabrała powietrza w płuca i wyprostowała 

się. – Chodzi o to, co się stało w nocy. 

Twarz  Ulrika  spoważniała  i  Ellen  zauważyła,  jak 

bardzo  mąż  jest  zajęty  nabieraniem  leguminy  na  łyżkę. 
Starała się rozmawiać z nim na ten temat także wcześniej i 
wiedziała, że najchętniej pominąłby go milczeniem. 

Ulrik  oparł  łyżkę o  krawędź  miseczki  i  uchwycił  jej 

wzrok.  –  Rozumiem,  że  to  musiało  być  dla  ciebie 
wstrząsające. 

Kiwnęła głową, ale wiedziała, iż Ulrik wciąż myśli, że 

śniła. – Widziałam ją naprawdę, Ulriku – zaczęła. – To nie 
był sen. Widziałam ja tak wyraźnie, jak teraz ciebie. 

Ulrik spuścił wzrok i siedział bawiąc się serwetką.  – 

Ellen – powiedział, a potem znów na nią spojrzał. – Wiem, 
iż  wierzysz,  że  widziałaś  dziewczynkę  i  płomienie,  ale 
musisz  zrozumieć,  że  to  wyobraźnia  płata  ci  figle. 
Wmawiasz  sobie,  że  widzisz  i  słyszysz  dziewczynkę, tak 
samo jest z pożarem. Tak czasami jest ze snami. Wydają 
się rzeczywiste. 

background image

Ellen nachyliła się nad stołem i potrząsnęła głową. – A 

co z walizką z ubrankami dla dziecka? I kotem, który był 
zamknięty w pokoju dziecinnym? I lichtarzem, który spadł 
na ziemię. 

Odetchnęła  głęboko,  widząc,  jak  mroczna  jest  jego 

twarz. – Słyszę, jak ona mówi, Ulriku. Nie wiem dlaczego, 
ale jest tu mała dziewczynka, która woła swoją matkę. 

Poczuła, że głos jej drży, ale tak musiało być. – Myślę, 

że  dziewczynka  nie  żyje,  ale  nie  zaznała  spokoju  po 
śmierci. 

Widziała, jakim wzrokiem patrzy na nią Ulrik i szybko 

zaczęła  mówić  dalej.  –  Chciałabym, żebyśmy  wezwali tu 
pastora.  Może  pomóc  nam  zrozumieć,  co  się  tu  dzieje  i 
zadba,  żeby  dziewczynka  dostała  się  do  Królestwa 
Niebieskiego. 

Ulrik  wciąż  siedział  wpatrzony  w  stół  i  Ellen 

wiedziała,  że  mąż  przygotowuje  się  do  zabrania  głosu. 
Wolno  uniósł  głowę  i  złożył  ręce  przed  sobą.  –  Ellen, 
musisz mnie posłuchać –powiedział cicho. – Nie ma żadnej 
dziewczynki.  Słyszałem  już  opowieści  o ludziach,  którzy 
powracają po śmierci, ale jeśli spytasz jakiegoś naukowca, 
powie ci, że to niemożliwe. 

Ellen odchyliła się na krześle i wpatrywała się w męża. 

On nie chce zrozumieć. Nawet nie chce posłuchać. 

Wiedziała,  co  on  myśli.  –  Uważasz,  że  jestem 

obłąkana. 

background image

Ulrik szybko potrząsnął głową. – Oczywiście, że nie, 

Ellen!  Mówię  tylko,  że  wmawiasz  sobie  te  wszystkie 
rzeczy.  Duchy  nie  istnieją.  To  twoje  myśli  sprawiają,  że 
wierzysz,  iż  widzisz  i  słyszysz  dziewczynkę.  Ona  nie 
istnieje naprawdę. 

Nie  odpowiedziała  mu.  Bała  się  właśnie  tego,  co 

powiedział. 

On uważa, że ona traci rozum. 
 

 
– Nie wiem, co mam robić, doktorze. Ulrik patrzył z 

powagą  na  doktora  Hartviga.  –  Utrzymuje,  że  widzi  i 
słyszy tę małą dziewczynkę, sądzi, że dziecko nie żyje. 

Doktor cmoknął swoje cygaro i odchylił się w swoim 

fotelu z uszakami. – I to trwa już jakiś czas? 

Ulrik  skinął  głową.  –  Zaczęło  się  dość  szybko  po 

naszym ślubie. 

Doktor  w  zamyśleniu  wpatrywał  się  w  przestrzeń 

przed  sobą.  –  A  więc  to  może  być  coś,  co  ją  dręczyło, 
zanim się pobraliście? 

Ulrik  zastanawiał  się  nad  tym,  lecz  Ellen  nigdy 

wcześniej nie wspominała o czymś takim. – Nic mi o tym 
nie wiadomo, doktorze. 

Oczy  lekarza  zwęziły  się,  jakby  się  nad  czymś 

background image

zastanawiał.  –  Czy  ma  jakieś  inne  słabości?  Histerie? 
Napady złości? Nerwy? 

Ulrik  wiedział,  że  to  pytanie  w  końcu  padnie  i 

postanowił powiedzieć prawdę. Chciał jedynie, żeby Ellen 
była  zdrowa,  a  widział,  że  tak  nie  jest.  –  Jako  młoda 
dziewczyna  próbowała  odebrać  sobie  życie  –  powiedział 
cicho i utkwił wzrok w swoich dłoniach. 

Nie rozmawiali o tym nigdy, poza tym jednym razem i 

nie chciał o tym wspominać, ale doktor wiedział o ludzkim 
umyśle więcej niż on sam. 

Doktor Hartvig pochylił się w przód i odłożył cygaro. 

– Tak pan mówi? Zaczął bębnić palcami o blat stołu. – Jak 
dawno temu to było? 

Ulrik zastanowił się. – Chyba jakieś trzy lata temu. 
– A dlaczego chciała to zrobić? 
Ellen  nie  mówiła  wiele  o  powodach,  tylko  tyle,  że 

została zdradzona. – Kochała mężczyznę, który ożenił się z 
jej  kuzynką.  Gdy  Ellen  odkryła,  że  nosi  jego  dziecko, 
próbowała odebrać sobie życie. 

Doktor  wolno  pokiwał  głową.  –  Mówiła  mi  o 

dziewczynce, która zmarła zaraz po porodzie. 

Ulrik spuścił wzrok. Sądził, że to dlatego Ellen jest tak 

ciężko,  z  powodu  dwojga  dzieci,  które  straciła.  Gdyby 
tylko  znów  zaszła  w  ciążę!  Był  pewien,  że  znów  byłaby 
sobą. W każdym razie miał na to nadzieję. 

background image

– Co pan sądzi, doktorze? – zapytał z napięciem. 
Doktor w zamyśleniu zmarszczył czoło. Gwałtownym 

ruchem  wyciągnął  kartkę,  zapisał  coś  i  podał  papier 
Ulrikowi. 

–  Chciałbym,  żeby  pan  i  pańska  żona  odwiedzili 

profesora  Calmeyera  w  szpitalu psychiatrycznym.  Proszę 
wziąć ze sobą tę kartkę i powiedzieć mu to samo, co mnie. 
On zdecyduje, jakie leczenie będzie odpowiednie dla pana 
żony. 

Ulrik  wpatrywał  się  w  trzymaną  w  dłoni  kartkę. 

Szpital psychiatryczny? Zacisnął wargi. A więc jest tak, jak 
on sam myślał – i jak się bał. 

Doktor  Hartvig  także  sądzi,  że  Ellen  jest  chora  na 

umyśle.