background image

Nasza  droga

B ib lio te k a   Ja g ie llo ń s k a

W a ż n a   i  przełom ow a  w   dziejach  P olski  i  chłopów  

jest  chwila,  w   której  żyjem y.  Są  to   czasy  w yzw alania  się 

chłopskiej  duszy  zdzierającej  z  siebie  w szystek  k o slro n a ty  
ślad  w ielow iekow ego  niew olnictw a  —  pańszczyzny.  W re  

w alka  o  sam ego  siebie,  o  praw o  człowiecze  do  w olności, 

do  rozw oju,  do  życia,  o  lepszy  św iat.

C oraz  m ocniejsze  idzie  w ołanie  ode  wsi.

C hłopi  stanow ią  pew ny   i  tw a rd y   trzo n   narodu.

C hłopi  nic  ty lk o   żywią,  ale  dow iedli,  że  w   potrzebie 

potrafią  sw oim i  piersiam i  osłonić  ojczyznę.

„Z  chłopa  przede  w szystkim   m a  być  P o lsk a “.
N ie  idziem y  k u   N iej  z  p ustym i  rękam i,  ale  niesie*' 

m y  do  skarbca  k u ltu ry   narodow ej  w yrosłe  w   tw ardym  

trudzie  codziennego  życia  i  m iłości  do  ziemi,  nasze  chłop? 

skie  w artości.

Jesteśm y  bogactw em   i  krynicą  sił  odrodzeńczych  Na? 

ro d u ,  które  staną  się  o d n o w ą  Jego  D u ch a  a  życiu  zbio? 

row em u  przyw rócą  rzetelność  i  p raw d ę   i  w ypełnią  je  swo? 

ią,  świeżą  treścią.

C hcem y  w   Polsce  w spółgospodarzyć,  nie  z  chęci  pa? 

now ania  nad  bratem ,  bo  ta  zawsze  była  nam   obca,  ale 
w   imię  spraw iedliw ości  i  rów ności  społecznej.  I  o  to  słusz? 
ne  praw o  walczyć  będziem y,  aż  do   zwycięstwa.

biety  przecież  stanow ią  przew ażającą  część  społeczeństw a. 

M y   więc  m ożem y  rozstrzygnąć  o  praw d ziw ym   postępie 

życia  społecznego,  a  wiele  jest  w   tym   i  naszej  w iny,  że  ten 
po stęp  jest  do  dziś  ta k   pow olny.

M y   w ychow ujem y  m łode  pokolenia.  O d  k ieru n k u  

?aki  nad am y   naszym,  dzieciom,  zależy  ła d   społeczny,  stano?, 
w isko  chłopóW   w   Polsce.  D lateg o  m usim y  wiedzieć  iak 

w ychow yw ać  i  jakiego  człow ieka  chcemy  w ychow ać.

O   jednym   nie  w olno  nam   zapom inać.  T o   co  chcemy 

zaszczepić  w   naszym   dziecku,  m usim y  pierw ej  posiadać 

głęboko  ugruntow ane  w   sw ojej  duszy.

D ługie  w ieki  poniżenia  k o b iety   zostaw iły  w   nas  nie? 

starte  do   dziś  piętno.  N iew iara  w   siebie,  p rzykre  uczucie 

niższości,  b ra k   szerszych  zainteresow ań  i  wiele  przyw ar 

naszego  charakteru  m a  sw oje  źródło  w   ow ych  setkach 

lat  upośledzenia  k obiety.

D ziś  zdolne  jesteśm y  to  przemienić.

N a s  stać  na  w ysiłek,  ab y   w yplenić  w   sobie  w szystko 

co  jest  chwastem ,  a  w yzw olić  co  w   nas  piekne,  dobre  i  na?

kobiece.  T w órczego, 

w olnego  człowieka, 

m ającego 

głębokie  uczucie  miłości  społecznej  i  godności  człow ieczy, 

zdoła  w ychow ać  ta  m atka,  która,  te  w artości  um iłow ała 

sama.  T o   bodzie  nasze  najpiękniejsze  w iano  jakie  wniesie?

Są  w   Polsce  siły,  które  b o ją  się  chłopskiego  przebu?  m y  do  żvcia  zbiorow ego  chłopów   i  Polski.

dzenia  starając  się  na  w szelkie  sp o so b y   nasz  p o c h ó d   opóź? 

nić,  sieją  zam ieszania  w   chłopskich  szeregach.

M y   k o b iety   m usim y  mieć  św iadom ość  rozgryw ających 

się  w   naszych  oczach  zmagań  i  zdarzeń,  w obec  których 
nie  w olno  nam   być  biernym   św iadkiem   i  nie  w olno  poz? 

wolić  używ ać  siebie  jak o   ślepe  narzędzie  w   walce  przeciw 

swoim   mężom,  svnom   i  braciom .  D latego  w ażne  jest  abyś? 

m y  w iedziały  jaka  droga  wiedzie  do  w yzw olenia  chłopów , 

do  w ielkości  Polski.

A le  za  mało  jest  wiedzieć.  T rzeba  te  spraw y  dobrze 

poznać  i  rozumieć,  bo  ty lk o   w ted y   m ożem y  o  nich  m ądrze 

spraw iedliw ie  decydow ać.  N asz  głos  dużo  znaczy.  Ko?

N asz  dom .  nasza  rodzina,  nasze  radości  i  troski  nie 

^oo-a  przesłaniać  nam   spratv  innvch.  Poza  progiem   swojej 

chałupy  m usim y  doirzeć,  nie  tv lk o   sw oie  podw órze,  ale 
" ~ a r la .  człowieka,  ludzkość,  krai  i  św iat.  O d   tego  co  sie 

dzieie  w   Polsce.  czv  we  świecie,  od  +e^o  jaki  zapanuje 
e+r>ctitiP1<  człow ieka  do  człowieka,  zależy  szczęście  m oje

  n a 

T s z v c h .

T e  spraw y  będziem y  rozw ażać  i  rozjaśniać  sobie 

w spólnie  w   naszvm  piśm ie 

p o

 

to,  a b v   w yzw alać  uśpione 

cóv  w   duszv  k o b iety   w iejskiej  i  budzić  św iadom ą  w olę 

działania  społecznego,  dopom agać  kobiecie  do  stw arzania 
do bra  i  piękna  w   pow szednim   życiu  ludzkim ,  w ypracow y?

WYCHODZI  RAZ  W  MIESIĄCU

ROK  1

i

NR  1.

1002077891

background image

Str.  2

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  1

wać  sw ój  św iatopogląd,  k tó ry   będziem y  urzeczyw istniać 

w   każdym   czynie,  w   każdej  godzinie  życia.

P odnosim y  b u n t  przeciw   bierności  chłopskiej,  bu n t 

przeciw   w szystkiem u  co  krzyw dzi,  co  ham uje  ro zro st  du- 

szy  ludzkiei.  Chcem y  wraz  z  całą  św iadom a  grom adą  chłop­
ską  w yjść  z  ciasnej  izbv  na  szeroki  świat,  w yrąbać  sobie 

drogę  do  słońca,  do  sw ojej  doli.

NŁe  stw arzam y  jak iejś  now ej  organizacji  kobiecej, 

pragniem y  przyczynić  się  do   w ytw orzenia  się  pow ażnego 

w iejskiego  ruchu  kobiecego,  k tó ry b y   nie  zacieśnił  sie  ty k  

ko  do   sp raw   gospodarczych  i  nie  zagubił  na  m anow cach

obcej  wsi  Dolityki  i  duchow ego  nijactw a,  ale  szedł  pew ; 

nym   szerokim   gościńcem   ruchu  ludow ego,  biorąc  udział 

w  jego  w spółtw orzeniu,  ku  dem okratycznej  Polsce.  Ruch 

ten  pow inien  objąć  całokształt  spraw   k o biet  w iejskich  i  p o ­

w iązać  je  jaknajszerzej  ze  spraw am i  w   Polsce  i  we  świecie.

D latego  pótrzebne  jest 

sam odzielne 

pism o  kobiet 

w iejskich.  W   poczuciu  tej  odpow iedzialności  i  potrzeb", 

pism o  niniejsze  tw orzym y.

A b y   sobie  tę  niezależność  zapewnić  nie  korzystam y 

z  żadnej  pom ocy  z  zew nątrz,  ale  tw orzym y  je  w olą  i  w ysił­

kiem   najbardziej  zainteresow anych  kobiet  w iejskich.

Gdzie  szczęście?

Przyjechała  na  św ięta  Staszka  Sto 

liżanka  do  dom u.  N iedaw no  tu  była: 
v/  N o w y   R ok.  A le  —  jak   zawsze  tak 

i  teraz  zeszli  się  przyjaciele  -   ciotki, 

sąsiadki  —  z  ciekawości  co  też  now e 
go  przyw iozła  —  no  i  tak   —  żeby 
sie  Staszka  nacieszyć.

Przyw ozi  to  już  ona  zawsze  wie- 

le.  I  każdem u  z  dom o w n ik ó w   —  a  i 

dzieciom   sąsiadów   —  p o dark i,  a  ta­
kie  —  jakb y  w iedziała  —  czego  tam  
kom u  najbardziej  trzeba  ale  nie  ty l­
ko   p o d arki.  Przyw ozi  też  w iad o m oś­

ci,  now iny  —  dobre  słow'o,  rade  — 

każdem u  potrzebną  i  troskę  o  dom 

i  o  wieś  całą.

Przecież 

— 

dom   pow iększam y 

sto d o ła  now a,  m aszyna  Józki  do  szy 
<ia  —  m atczyne  ubrania,  o jcow y  k o ­
żuch  —  książki  najm łodszego  Stasz­

ka  —  to  za  jej  ciężko  zarobione  g ro­
sze.  M a,  bo  ma.  Jest  nauczycielką  w 
gim nazjum   w   W arszaw ie. 

A le  inne 

też  maja.  a  nie  d b aja  tak  o  swoich.

Staszka  o  siebie 

nie  wiele 

dba. 

C o  zarobi,  do  wsi.  do   swoich  p rzy ś­
le.  Przecież  niema  we  wsi  ta-kiei  stara 
wv,  takiego  wysiłku,  grom adzkiego 

k tó reg o b y   Stas-eńka  naistarsza  sw o ­

im  groszena  nie  pooarła.

A   ile  b ied y   tu  ratuje,,  w spiera  —

0  czem  n ik t  nie  wie,  ty lk o   ona  sama

1  ten  —  p o rato w any.

T eraz  przyjechała  w   ważnej  sp ra­

wie:  brat,  M ichaś  chce  się  uczvć  na 
m alarza.  O d   m aleńka  bazgrze  -rudaki 
na  stołach,  na  zeszytach  szkolnych— 

gdzie  sie  da.  W   gim nazjum   —  m alo­
w ał  już  obrazki,  k tó re  przem aw iały 

iuż  czemś  do  ludzi  tak ,  że  długo  sta ­

li  przyglądając  sie  ;m  i  w idać  P y ło - 

dum ali  głęboko.

M iał  p o d o b n o   talent.

Bez  pom ocy  sio stry   —  nie  rnóel 

naw et  m arzyć  o  nauce...

W ie c   właśnie  w  

iego 

spraw ie 

w czoraj  przyjechała. 

Z araz  wieczo­

rem  przyszła 

K uźniarka  do   mei  — 

z  o ro śb ą   żeby  dziś  wieczorem   pow ie 

działa  coś  na  zebraniu  K oła  K obiet. 
Tuż  tak   zawsze  było,  że  k iedy   Stasz 
ka  przyjechała,  a  k to ś  tam  

we  wsi 

miał  zebranie,  kurs  —  czy  p r   edsta- 

wienie.  to  m usiała  coś  opowiedzieć, 
poradzić,  pom óc.

N ajm ocniej  zw iązana  bvłn  z  d a v  

nemi  koleżankam i  z  K oła 

M ło d zie­

ży  któ re  teraz  gospodyniam i  i  m a1' 

kam i  sa.  O ne  to  —  w   żywe  i  dzia- 

łaiace  K oło  K obiet  związały 

się  i 

Staszke  o  pom oc  prosiły.

D łu g o   w czorai  radzili  u  S u lig ó w  

—  w   M ichasiow ei  spraw ie.  D obrze 
iuż 

p o

 

północy  było. 

k i e d y  

zgasło 

świa+ło  w   oknach  ich  ch ału p -

W ie   nie  miała  czasu  Staszka  po 

myśleć  o  tem,  coby  opow iedzieć  to ­

w arzyszkom   —  na  zebraniu.  Nie  ra ­

da  była-  z  tego.  P rygotow yw ała  się 

zawsze  rzetelnie  do  każdej 

robotv. 

A le  co  robić,  trzeba  iść.  T rzeba  bo 

dai  pom ów ić  o  czemś.  M oże  tvm   ra 
zem  —  same  ko b iety   podejm ą  iakąś 
spraw ę,  może  uradza  coś  w spólnie.

Zeszło 

się  ko b iet  wiele. 

Same 

bliskie,  tw arze  życzliwe  patrzące  o- 

czy. 

Przew ażnie, 

m łodsze  i  starsze 

m atki.  I  kied y   tak  rozejrzała  się  Ste- 
łiżanka  p o   grom adzie  kobiet  —  przy 

szła  ku  niej  now a,  d o b ra   myśl.

Z aw sze  —  ona  niosła  im  wieści 

ze  św iata.  U w ażała  to  za  sw ój  o b o ­

wiązek.  D ziś  —  czyby  nie  rzucić  w   tę 
grom adkę  pytania, 

któreb y   posia.ło 

niepokój,  sięgnęło  w   głąb  tych  roz- 
ćiekaw ionych  oczu  —  i  zbudziło  cie­
kaw ość  —  nie  now inek  i  now in  z  ze­

w nątrz  niesionych,  a  dobrej'  nowin 

w  sobie,  we  w łasnym   życiu,  we  wda- 

snei  duszy.

W ie c   zanytała:  —  C zegoby  k aż­

da  z  nich  pragnęła  —  iako  n a jb a r­

dziej  pożądanego  szczęścia.  D o   cze­

go,  do  jakiej  szczęśliwości  idą  —  gro 

m adząc  się  dla  tej  czv  innej  idei  spo 

lecznej  —  d o k ąd   te  idee  społeczne 

zm ierzają  ?  T ak  p o p ro stu .  C o  bvło- 
b y   szczęściem  nraw dziw em   w   życii. 

każdej  z  nich?.

N iespodziew ane  pytanie.  C hw ila 

milczenia.  O glądania  się  po  sobie  i... 

w estchnienia.

Staniecka 

M a ry n k a   w y sz e p ta ła : 

yŻ eby   nie  trza  było  tyle  robić  — 

to b y  

dobrze  b y lo “... 

W iele 

głóv/ 

p rzytaknęło  —  i  otw orzyły  się  usta 

P o syp ały  się  podo b ne  marzenia...

„Ż eby 

nie  trza 

było  cierpieć".

W szy stk ie   to  samo. 

Płynęły  słow a 

szczerze,  żywo.  „N ie  cierpieć  i  nie 

robw   ty le".

W ięc  szczęście,  to   życie  bez  kło* 

p o tó w   i  bez  ciężkiej  roboty.

Pierw sza 

pow iedziała 

inaczej 

Stefka  Jam row a. 

Starsza  już, 

bez­

dzietna  m ężatka.

„Tabym  jeszcze  wiecej  robić  chcia 

ła  i  k ło p o tu   sie  we  boię  i  nocebym  
nie  spała,  i  też  nie  żałow ała  —  by.e 
było  dla  k o g o   robić  i  płakać...  bv*e 

dziecko  mieć".

Praw da.  Dzieci! 

W ieczna  zgrv- 

zola  i  naw iększa  rad o ść?  Za  jam ro  

wą  —  ja k b y   nagle  obud zo na  odezwa 
ła  sie  Kazia  H o łu b k a :  „M nieby  tam 

i  lekki 

chleb  nie  sm akow ał  i  życie 

bez  k ło p o tu   obm ierzłoby  mi  —  jak- 

oym  w idziała  że  mme  dobrze,  a  lu­

dzie  inne  cierpią".  I  um ilkła  zaw stw  

dzona,  bo  była  nieśm iała  i  n ik t  nic 

słyszał,  żeby  m ówił.;  w  grom adzie...

N o   więc  jak że? 

C zy  życie  bez 

cierpienia,  czy  życie  z  celem,  dla  k tó ­
rego 

tru d y  

znosić 

trzeba  -   d a j: 

szczęście?

P o sy p ały   sie  teraz  bezładne  żale, 

opow ieści,  p rzy k ład y  

- —

 

uzgodnić 

_   jakże  tru d n o !  Z  pornosa  p rz y ' 

szła  Steiiżanka.

background image

Nr  1

Pewnie.  — 

Cierpienie  nad  s ił/, 

praca  nad   siły  —  narzucone  i  bez  ct* 
!u  ukochanego 

— 

dźw igane  —  ła* 

mią  nas.  T o   krzyw da.  A le  też  —  co 
w arte  życie  bez  koch ania? 

Bez  ko 

chania  dzieci,  ludzi,  w si  sw ojej,  zie­
mi.  B oga?.  A   jak  sie  bardzo  kocha 
to   i  cierpieć  trzeba.  T o   i  trudzić  się 
sie  trzeba.  Czasem   —  musi  się  czło* 
w iek  w yrzec  sam 

sw oiej 

w ygody, 

czasem  i  życia  — 

kied y   przyjdzie 

bronić,  ratow ać  to   kochane.

A   ta  niezgodność?  Że  M ary n k a 

pragnie  tego,  a  Stefka  czego  innego, 

a  jeszcze  inaczej  m yśli  i  m arzy  sobie 
Kazia  —  to  też  nie  dziw ne.  K ażda  z 
nas  jest  inna. 

Jedna  —  gospodyni 

dzielna,  inna  do  rad y   najlepsza,  bo 

rozum ie  wiele, 

ieszcze  inna,  gdyby 

uczyła  s'e  w   szkołach  uczyćby  umia* 
b   innvch  pieknie  —  inna  w esołością, 
albo  śpiew aniem ,  albo  czemś  jeszcze 

cieszyłaby  i  b u d ow ała  życie.

N ajw ażniejsze  sa  dwie  spraw y:

Pierw sza  to  ta,  żeby 

poszukała

—  ka?da  z  nćs  —  siebie.  D o   czego 
o d   dziecka  zam iłow anie  mi.nła, 

iak 

sobie  o  żvciu  i  świecie  m vślafa  'arna. 

bez  pom ocy  innych.  Żeby  uwierzyć 
m ogła  każda  z  nas,  że  jest  coś  w arta
—  i  to  inaczej  jak   drugie.  P o   swoje* 
mu.  Bo  i'ak  ulwierzy  —  to   i  pewniej* 
sza  bedAe  —  nawet'  wobec 

dzieci 

swoich,  które  w   matce  zobaczą  waż* 

ność  i  s;łę.

D ru g a  spraw a  —  to  poszukanie 

sobie  w   życiu  takiego  w zoru,  takie* 
go 

przykładu,  do  którego  każda  z 

nas  chciałaby  dorosnąć. 

N ie 

drugi 

człowiek  żyjący,  ale  człowiek-  -   taki, 
jakim   w edług  naszego  pojęcia  powi* 

nien  być  k ażdy   —  najlepszy,  najpięk 

niejszy  w   duszy.

Bo  zbieram y  się  —  tak  jak  nasi 

bracia  i  m ężowie  —  i  radzim y  o  lep* 
szym 

życiu  —  żeby 

ludzie  mniej 

cierpieli  i  mniej 

ciężko 

chaiow ali.

T o   jest  nasz  cel  —  oso b isty   i  sp o ­

łeczny.  A   m ówim y,  iż  to  się  stanie 

przez  dem okrację.

M,oże  —  kiedy  ta k   pom yśli  każ* 

da  z  nas  o  tem,  w   czem  w idzi  sw oje 

i  ludzkie  szczęście,  że  to  bez  kocha 

nia  szczęścia  niema,  a  kochania  nie* 

ma  bez  tru d ó w   i  łez  —  to  pow iem y 

sobie:  To  za  mało  dla  nas:  życie  bez 
kłopotu?.  Chcem y  trudzić  się,  chce* 

m v  pracow ać  —  nie  pożałujem y  też 

—  ale  dla  tego,  co  same  pokocham y, 

w   co  same  uwierzym y.

I  pew nie  —  k ro k   po  k ro k u ,  scho 

dek  po  schodku  dojdziem y  do  tego 
także,  że  nigd y  nie  może  stać  się  i 

już  trw ać  —  szczęście.  Bo  jak  osią* 

gniem y  jedno,  to   pragniem y  drugie* 
go.  K to  jest  głodny,  pragnie  chleba, 
xto  ma  chleb,  chce  bvć  czysty  i  dob* 
rze  o ddzian y   potem   chce  książki  — 
albo  zabaw y  —  różnie.

W ięc  w ażne  będzie  teraz:  jeśli  jed 

ni  ludzie  od   zaspokojenia  głodu  chle 
ba  —  dochodzą  przez  wiele  sto p n i— 

aż  do  zaspakajania  w ielkiego  głodu 
wiedzy,  czy  dobroci  —  a  inni,  kiedy 

iuż  są  syci  chleba  p ragną  —  w ó dk i 

a  potem   już  nic  nie  pragną  —

T o   jakie 

jesteśm y 

m y ? 

K ażda 

z  nas?

Bo  demokracja  to  nie  rów ność  w 

w artości,  ty lk o   rów ne  praw o  do  roz* 
w ijania  w   sobie,  do  zaspakajania  — 

najlepszych  ludzkich  uczuć  i  m yśih 

Jednego  stać  na  tyle, 

drugiego 

na 

więcej.  W e d le   m iary  na  jaką  zak ro ­

jona  jest  ka-*da  ludzka  dusza  —  mu* 

si  być  praw o  rośnięcia.

Jeden  człow iek  m a  pragnienia 

— 

piękniejsze,  dalsze,  bardziej  społecz. 
ne  głębsze.  D la   tego  szczęściem  hę* 
dzie  też  to,  co 

piękniejsze, 

dalsze, 

społeczniejsze,  głębsze.

Innego  szczęściem  —  będzie  osiąg* 

nięcie  bardzo  m ałych  —  nie  cennych 
rzeczy:  bo  takich  w łaśnie  pragnie.

K O B I E T A   W I E J SK A

S t r .  3

N ajniżej  pew nie  —  stać  będzie  ten 

k to   nie  kocha  n ikogo  i  nic  poświęcić 
dla  nikogo  i  dla  niczego  nie  umie.

N ajw yżej  —  ten,  k to   kocha;ąc  lv* 

dzi  czy  spraw y  —  um ie  pośw iecić— 
naw et  siebie.  U m ie  cierpieć 

— 

dla 

m iłości  sw ojej.

Jeden 

drugi 

osiągnie 

sw oje 

szczęście.

Jakiego  szczęścia—m y  pragniem y?

W racała  Staszka  do  dom u  z  Kasią 

IIo łu b k ą .

N ig d y   jeszcze  Kasia  nie  była  taka 

o żyw iona  —  jak  dziś.  N ie  m ów ka 
wiele  —  idąc,  ale  tw arz  jej  w yiażała 

uczucia  z  głębi  duszy  d obyte  dziś 

ta  gaw ędą  o  szczęściu.    dom u  — 

czekała  Kasię  —  bieda.  Dzieci  czwo* 
ro  —  maż  w y ro b n ik   —  półtorei  mor* 
gi  ziemi.  A   jednak  —  nie  pragnęła  o- 
na  w y g o d y   i  radości  dla  siebie  — 

g dvb v   ludzie  d o k o ła  niej  —  cierpieli.

R ozum iały  sie  ze  Staszką:
Jedna  —  oddaw ała  sWoje  w ygody 

za  radość  rodziców   starych  i  naukę 

m łodego  rodzeństw a,  druga  —  zdzie* 

rała  rece  w   robocie  dla  dzieci  —  któ* 
rvm  nie  żvczvła  sytości  —  na  oczach 
innych,  głodnych.

Jedna  z  nich  żyła  we  wsi  —  i  zaw* 

sze  w  niei  pozostanie,  druga  —  w  

'w ia t  poszła,  niosąc  ze  soba  tej  wsi 

•Teęce.  D la  jednej  i  dla  drugiej  —  jed* 

na  bvła  droga  do  szczęścia:  —  nie 

om ijała  ona  cierni,  nie  w iodła  przez 
narki  i  w ygodne  ulice  bogaczy  Była 

to  droga  ciężka,  w y b o ista  —  udep* 

+ana  tysiącam i  nóg  bosych  —  droga 

k tó ra  szły  tysiące  łudzi  głodnych  — 
chleba  —  i  Boga.

R ozstały  się  —  uściskiem   ręki. 

Staszka  długo  w   noc  radziła  jesz* 

cze  z  M ichasiem   o  jego  now ym   iy* 
ciu  —  o  jego  pracy  —  i  szczęściu.

Zofia  Solarznwa

r

background image

Str.  4 

 

K O B IE T A   W IE JSK A  

 

 

 

Nr  1

O   spraw iedliw y  podział  pracy

Praw ie  w szyscy  społeczr^cy  n r  ej? 

scy  i  t.  zw.  „dem okraci"  pragną  wt* 

dzieć  kobietę  w   ruchu  ludow ym ,  w 

spółdzielniach  i  przeróżnych  innych 

organizacjach  —  jak o   czynnego  człon 

ka  tychże  organizacji;  W o ła   się  także

0  to,  b y   k ob ieta  w iejska  w chodziła 
do  sam orządu,  jak o   rad n y   gromadź? 

ki  i  gm inny,  b y   poprzez  te  organizac? 

je  w pro w adzała  lepsze 

urządzenia 

społeczne  na  wsi,  ale  żaden  z  nas  nie 
zd o b y ł  się  na  to ,  b y   przede  w s z y s t­

kim   zastanow ić  się  nad  k obietą  w   d o ' 

m uŁpoznać  jej  w aru n lc  w   gospodars* 
tw ie  i  b y   się  przekonać  o  możliwoś? 
ciach  brania  udziału  w   życiu  społec-? 
nym  wsi  przez  nasze  kobiety.

Przy p atrzm y   się  podziałow i  pracy 

w   każdym  

poszczególnym  

gosno? 

darstw ie  na  wsi,  a  zaraz  się  przekona 

mv.  dlaczego  nasze  życzenia,  co  do 

udziału  k o b iet  w   żvciu  społecznym  

sie  nie  spełniają.  Z adan ie  to  m am y  o 

tyle  ułatw ione  że  nie  potrzeb a  b v   go 

rozw iązać  iść 

gdzieś 

na 

dziesiąta 

wieś,  lecz  m ożem y  to   uczynić  —  ra? 
w et  u  siebie  w   dom u.

Świta.  D zień  się  robi.  trza  \vs'a? 

wać  do  ro b o ty ,  b y   podołać  zadaniom
1  tru d o m   jakie  nas  dziś  w   gospodars? 

tw ie  czekają.  Zaw sze  pierw sza  ystaje 

żona  —  m atk a  bo   trza  nakarm ić  i  wv? 

doić  k ro w y,  trza  dać  św iniom   cblać, 

—  tu   znów   k u rv   i  gęsi  dopom inają 
się  o  sw oje,  a  często  i  koniom   trza 
coś  rzucić  za  drabinę,  b o   przecież  cze 
ka  ich  ro b o ta  w   polu.

Już  praw ie  zdyszana  w   p a d a   do  

kuchni,  b y   ziem niaków   nastrugać,  w o­

d y   nanosić,  drzew a  narąbać  i  zapalić 

w  piecu,  bo  przecież 

trzeba  zrobić 

śniadanie,  a  wczas,  b y   uniknąć  kłopo- 

tu  z  tym i,  k tó rz y   w   tej  chwili  jeszcze 
śpią.  P o   takim   rannym   w ysiłku,  któ» 
ry  został  d o k o n a n y   —  ty lk o   przez 
żonę  —  m atkę  m ężczyzna  („ch ło p ") 
przeb ud ził  się,  zapalił  papiero sa  i  dlu 
go  zastanaw iał  się  n a d   tym ,  czv  to 
nie  w ina  jego  żony,  że  jego  ubranie  i 
obuw ie,  któ re  przed  spaniem   nie  uło 
żył  w   jed ny m   m iejscu  —  nie  jest  m u 

„napod orędziu ".

P o  takiej  rannej  harów ce  kobieta 

idzie  w   pole  do  żniwa,  k o p an ia  ziem? 

niaków   lu b   do  innej  ro b o ty ,  której 

m usi  p o d o łać  na  rów ni  z  mężczyzną. 

W   połu d n ie  znow u  bieganina,  kobie? 

ta  p o w tarza  rann ą  „harów kę",  ale  dla 
m ałych  dzieci  nie  m a  już  zupełnie  cza 

s u v  b y   się  nim i  zająć.  P op o łu d n i!i  te? 
gój* samego,  co  i  z  rana,  trzeb a  iść  \v

pole  ,czy  do  innej  pracy  w raz  z  tym i, 
k tó rzy   mieli  czas  w   po łu d n ie  zapalić 
papierosa,  pogw arzyć  ze  sąsiadem ,  a 
naw et  chwilkę  się  zdrzem nąć.  —  "Wie 

czorem 

jeszcze 

raz 

m usi  k obieta 

przejść  całą  rzeczyw istość  w   gospo? 
darstw ie,  z  tą  ty lk o   różnicą,  że  trzeba 

r oś  zeszyć,  w yprać 

bieliznę,  ułożyć 

dzięci  do  snu  i  przygotow ać  co  nieco 

na  ju tro   d o  kuchni.  M ąż  i  starsi  sy? 
now ie  iuż  dobrze  się  przespali,  a  ko? 
bieta  kładzie  się  dopiero  do  łóżka,  by 

rntro  o  św itaniu  być  pierwsza,  na  no? 

gach.

T a k i  k o ło w ro tek   życia  kobiecego 

po>włarza  się  co  dnia.  latem   i  zimą. 

  zimie  jest  ty lk o   ta  różnica,  że  męż 

czyzna  m a  więcej  w y chod ó w   poza 
dorrg  zaś  k ob ieta  musi  być  zawsze  na 

p o steru nk u.

Przy  takiej  harów ce  kobieta nie  zaw? 

sze  jest  czysto  ubrana,  uczesana,  w 
dom u  brak   p o rząd k u ,  nigdzie  nie  wi? 
dać  kw iatów ,  a  w ychow anie 

dzieci 

jest  pow ierzone 

p rzy p ad k o w i  losu, 

a  przede  w szytkim —ulicy.  B rak  pięk* 
na  u  k obiety,  w   dom u   i  koło  dom u, 
odstręcza  dom ow ników   k tórzy  w   w ol 

nych  chwilach  w olą  spędzić  czas  na 

„schodkach",  a  tam   gryw a  się  w  karty 

i  pije  się  w ódkę,  z  czego  w yrasta ban- 
dytyzm ,  złodziejstw o.  I  cóż  z  tego,  że 

k o bieta  haruje,  jak  koń,  k ied y   w łaś­

nie  to   „harow anie"  staw ia  ja  poza  na 

wiasem   dom ow ego  n astro ju  —  szczęś­

cia  i  życia  społecznego.  D o   takiej  za­

pracow anej  i  wiecznie  dreptającej  k o  
biety   n ik t  się  n ig d y   uczciwie  nie  ode 

zwie  nie  pogada,  bo  sam  jej  w id ok  
i  w ygląd  zew nętrzny  do  tego  me  za? 
chęca,  a  w szy stk iemu  tem u  w inna  jest

Do  słońca

R ozgarnij  z a s ło n k i  na  oknie
w a zo n k i  od sta w   na  stronę  —
Zrób  d ro g ę— do  sie b ie !

O  d u szo  umęczona 

w   zapachu  m ięty  i  tra w y  
o  ła sk a w ej  sw ej  prostocie,
Spłynie  na  Ciebie  słońce
 
Jasnej,  szczerej  dobroci.

A  nie  g o ń "m a r !
N iech  cicho  są c zy   m ięta  sw ó j  czar
 

Nie  strą c a j  ro s— i  nie  p ło sz  p ta kó w

o  świcie. 

R ozg a rn ij  sw e j  d u szy   za s ło n ę   — 
K roplam i  słońce  sącz  —

—  w   krew   i  w  życie.

ta  „ b ab sk a  ro b o ta ". 

(D o   „babskiej 

ro b o ty "  zalicza  się:  w yrzucanie  gro? 

i u,  mycie  krów ,  karm ienie  i  dojenie, 

noszenie  w ody,  zam iatanie  i  mycie 
podłogi,  rąbanie  drw a  do  kuchni  i  t. 

p.).  I  to  jest  przyczyna,  że  kobiety  nie 
biorą  udziału  w   życiu 

społecznym ; 

przez  tak i  p o rząd ek   w   g ospodarstw ie 

kobieta  nie  m a  czasu  na  czytanie  ga? 

zet  i  książek,  na  branie  udziału  w   z<-b 

raniach  ludow ych, 

spółdzielczych  i 

sam orządow ych. 

Stąd  nie  dziw.  że 

'o b i e t y   w   przew ażnej  Ayiększości  po? 

za  miejscem  o d p u sto w y m   nie  znają 

wcale  życia  społecznego.

T o   też  odczuw am y  ogrom ny  brak 

-^rcywej  opinii  k o b iet  w iejskich  w   żv 

ciu  społecznym   i  ogólno?ludzkim ,  dla 

fef?o  tak   tru d n o   o  postęp  na  wsi,  b o  

-M o  iest  ko b iet  takich  k tó reb y   unii a 

K-  swoim   dzieciom   w ykształtow ać  du   i 

sze;  m ało  jest  takich  kobiet,  ?ak  Ma? 
-;a  S kłodow ska,  k tó ra   potrafiła  być  • 
wielka  m atką  i  żoną  w   dom u,  a  iesz?  j 

'ze  w ięks

2ą  —  dla  całego  świata.  — 

T ak i  stan  rzeczy  m usi  uledz  radykał? 
nej  zmianie!

C o  tu  trzeba  zrobić?

Przede  w szystkim   należy  prze? 

-row adzić  um iejętny  p odział  pracy 

w  dom u  —  yz  gospo d arstw ie.  N ie 
?stnieją  tzw .  „babskie  ro b o ty ",  ho  to 

  ty lk o  

nasz 

zw ykły 

egoizm 

'h lo p sk i"   (m ężczyzn),  każdei  robo?

-v  gospo darstw ie  i  w d o m u   musi? 

m v  się  nauczyć  i  ją  w ykonyw ać,  po* 

nieważ  tego  w ym aga  praw dziw ie  p o j­

m ow ana  dem okracja  i  nasze  szczęś? 

'■ie  dom ow e,  a  spraw a  społeczna  prze 
-łe  w szystkim ,  —  b y   nie  było  tak ,  iak 

est  dotychczas. 

—  P rzestańm y  sie 

"'•"dzić 

„babskiej 

ro b o ty "!,  —  a 

w ted y   nasze  k o b iety   pośw ięciłyby 

•'o  czytanie  d ob rych  książek  i  g azet 
wJecej  czasu  na  uśw iadom ienie  siebT, 
na  w ychow anie  dzieci  i  na  m ądre  zer? 
ganizow anie 

dom u  i  g o spodarstw a, 

oraz  życia  społecznego. 

N apew n o, 

rra w ie   w szystkie  k o b iety   rozumiały? 
b v   sie  na  polityce  ludow ej  i  państw o? 
wei.  pracow ały  czynnie  v/  spółdziel­
niach,  zakładały  dziecińce,  a  w   całej 
w si  i  Polsce  zm ieniało  b v   sie  na  lep? 
sze.  P o d  

\yplyw em  

takich  kobiet 

św iat  w iejski 

zm ieniłby  się  nie  do 

doznania.

T ak ie  rzeczy  m ożna  zanrow adzić 

przez  spraw iedliw y  podział  pracy  w 

dom u  i  w   gospodarstune.

Z acznijm y  o  tvm   mówić!

Piotr  Świetlik

background image

Nr  1 

 

 

 

 

 

K O B IE T A   W IEJSK A  

S tr.  5

Chłopskie  dzieciństwo

W   końcu  ubiegłego  ro k u   w ydane 

zostało  nakładem   P aństw ow ego  I n ­

sty tu tu   K u ltu ry   W s i  czterotom ow e 

dzieło  p.  t.  „M ŁO DE  PO K O LE N IE 
C H Ł O P Ó W “.

W   r.  1936/37  R edakcja  pism a 

p. 

t. 

„P rzysposobienie  Rolnicze"  ogłosiła 

w śró d   m łodzieży  w iejskiej  k o n k u rs 

na  „opis  sw ego  życia,  prac,  przemy* 

śleń  i  dążeń".  O dezw ę  tą  p rze d ru k o ­
w ały  w szystkie  pism a  m łodzieżowe. 
N a   to   wezwanie  nadesłano  z  całej 
P olski 

ze 

w szystkich 

organizacyj 

m łodzieży  1544  życiorysy  w   czym 

b yły 

381 

życiorysów  

napisanych 

przez  dziewczęta.  O tó ż  na  podstaw ie 

tych  życiorysów   dr.  J.  C hałasiński 
opracow ał  „M łode  Pokolenie  C h ło ­

pów ".

Z   książki  tej  m ożna  się  wicie  do* 

wiedzieć  o  życiu  m łodzieży  co  m yśli, 

co  czuje,  do  czego  dąży  i  t.  d.  N ie je- 
c e n   raz  jeszcze  do  tego  dzieła  bę­
dziem y  zaglądać,  tyle  tam   jest  poru* 

szonych  ciekaw ych  zagadnień,  ze  nie 

sposób  je  o d   razu  w   jed n ym   artykule 
om ówić.  T eraz  zatrzym am y  się  nad 

jed n y m   ty lk o   rozdziałem ,  k tó ry   nosi 

ty tu ł  „chłopskie  dzieciństw o".

W ie m y   j’ak   niezw ykle  ciekawym  

okresem   życia  je s t  dzieciństw o,  kie­
dy  to   pierw sze  w rażenia  i  doznania 
głęboko  zapadają  we  w rażliw ą  duszę 

dziecka  i  m ają  o grom ny  w pływ   na 

kształtow anie  się  charakteru  i  całej 
p o staw y   życiowej  przyszłego  czło­

wieka,  W ie m y   ja k   w ielkie  znacze­

nie  ma*  sto su n ek   otoczenia  do   dziec­
ka,  nastrój  dom^i,  całokształt  w aru n ­

k ó w   w   jak ich   żyje  i  św iadom ieje 
dziecko. 

N ad e  w szy stk o   ważnym  

jest  dla  dziecka  sto su n ek   d oń   rodzi* 

ców  i  ich  oddziaływ anie  na  dziecko.

M ięd zy  ludźm i  rozm aicie  byw a.  Są 

rodzice  otaczający  dzieci  przesadną 

p ieszczotliw ośdą, 

że  dziecko  staje 

się  albo  zabaw ką,  albo  rózkap.ryszo- 
nym   w ychuchańcem   —  a  w   przyszIIW 

ści  nieraz  w y rasta  zeń  egoista,  lub 
niedołęga  życiow y.  B yw ają  rodzice, 

k tó rzy   zagonieni  troskam i,  lub  głęP* 

szych  uczuć  pozbaw ieni  m ało  uw agi 

zw racają  na  dzieci  —  „w ychow yw a­
nie"  ich  upraszczając  sobie  zakazem, 
strachem   i  biciem.  W s k u te k   takiego 
postęp w ania  —  łatw o  w yróść  na 

człow ieka  nieufnego,  zam kniętgo  w 
sobie.  Jasnem   jest,  że  jed en   i  drugi 

iy p   b y w a   jed n o stk ą  społeczną  o  m a' 

łej  skali  i  głębokości  uczuć,  tru d n y

do  w spółżycia  i  tw orzenia  w   groma* 

dzie.  W   jakich  w arunkach  upływ a 

dzieciństw o  na  w si?  Jaki  jest  sto su ­
nek  doń  rodziców ?  Jest  o n o   otoczo 
ne 

miłością, 

doznaje  pieszczot  — 

czy  o d w ro tn ie ?

R ozejrzyjm y  się  po  swoich  sąsiadach 
i  w łasnych  rodzinach,  poszukajm y 
we  w spom nieniach  osobistych  obra* 

zów  z  dzieciństw a  —  abyśm y  m ogły 
rozw inąć  w ym ianę  m yśli  o  tym.

N iżej  podajem y  kilka  w y jątk ó w   z 

życiorysów  

m łodzieży, 

opisującej 

sw oje  na  w si  dzieciństw o.

Kam ieniem   zapadają  w   duszę  sło­

wa  oskarżenia  i  żalu.

Przeczytajcie 

napiszcie: 

Czy

wszędzie  na  w si  tak   upływ ają  lata 

dziecińskie?  C zy  takie  dzieciństw o 

nie  kaleczy  duszy  na  całe  życie?  I 
czy  nie  d ałob y  się  w   w ychow aniu 
naszych  dzieci  zmienić  nie  jed.no?

Z o b a c z m y

„Lata  dziecinne  —  pisze  syn  1-morgowe* 

go  gospodarza 

Rzeszowskiego  —  upływ a­

ły  mi  jednakow o  ibez  żadnych  ważniejszych 

zmflan,  rodzice  starali  się  0  pożywienie  i 

okrycie  i  daw ali  mi  wychowanie  takie  jak 

mogli:  matka  i  babka  wyuczyli  mię  paCe* 

rza,  t.  j.  M odlitw y  Pańskiej,  Zdrow aś,  do 

A nioła  Stróża  itp.  Jak  md  późn ej  opow iada­

no,  jeszcze  w  kolebce  byłem   bardzo  zgryź* 

Lwym,  co  ojca  bardzo  gniewało  i  kiadł  na 

mnie  cegły  na  nakrycie,  żebym  nie  fikał  no* 

gami,  a  gdy  trochę  podrosłem   dostawałem 

za  najmniejsze  przew inienie  pożądne  lanie, 

przed  którym   broniła  mnie  często  m atka  z 

babką,  ponieważ  ojciec  nie  miał  umiarkowa* 

r ła,  gdy  się  rozgniewał. 

Za 

najmniejsze 

nieposłuszeństwo,  za  pobiegnięcie  do  kole* 

gów  czy  do  sąsiada,  oczek-wała  mnie  suro. 

wa  kara:  oprócz  bicia  było  wiązanie  powro* 

zem  do  ściany,  obnoszenie  ciężkiego  kamie, 

nia  w około  dom u  i  t.  d .“

N igdy  człowiek 

— 

pisze  syn  16*morg. 

g o s p o d a rz a   —  nie  doznał  pieszczot  matki 

łub  ojca  naw et  w<^ święto,  bo  n a  to  nie  by* 

io  czasu,  a  choć  była  chwila  w olnego  czasu 

to  rodzice  nie  doceniali  tego  i  uważali,  że 

to  dla  dzieci  niepotrzebne.  Jedynem   mojem 

rozweseleniem  to  był  ten  czas  kied y   czło. 

wiek  wyszedł  na  drogę  czyli  na  ulicę,  i 

z,biegła  nas  się  grom adka  dzieci,  a  i  wten* 

czas  to   się  zabaw iało  razem,  grając  w   koni 

ka,  zająca  i  t.  d.  A   przytem   zabaw y  odby* 

w ały  się  nieprzyzw oite  i  bardzo  często,  a 

wcale  na  nas  dzieci  nie  zw racano  uwagi.

Ojciec  mój  —  czytamy  w  innym   życiory*

sie  —  b y ł  surow y  na  zuchwalstwo  dzieci, 

ja 

zaś  mając  dość  żyw y  temperam ent,  lubiał 

często  mimowoli  coś  zwojować, 

bom 

nie 

mógł  usiedzieć  spokojnie.  T o  też  paskiem 

od  sp o d n i  częstom  zerwał  na  plecy  i‘  z  tego 

bicia  takiej  nabrałem   do  ojca  niechęci,  żem 

go  nie  kochał  tak  jak  mamusi  nigdy,  a  ja 

s ę  chciał  zabawić,  a  nie  miałem  tak  jak  Fra* 

nck  Z.  co  miał  wózek  i  kółka  do  puscanio 

Mamusia  za  to  jak  mogła  tak  nagadza.ła.

Szczególnie  boleśnie  odczuw ały  to  

surow e  obchodzenie  się  z  nimi  dzie­
ci  słabow ite  lub  upośledzone. 

Ileż 

goryczy  mieści  się 

w   tvm   oto 

życiorysie.

—  G dy  miałem  lat  7  t.  j.  gdy  nadeszła  p o ­

ra  chodzenia  do   szkoły  —  zapadłem   na 

szkarlatynę,  przeleżawszy  w  łóżku 

kilka 

miesięcy  —  pozostałem   na  caeł  życie  kale* 

ką  —  straciłem  słuch.  O d  czasu  utraty  słu* 

chu  inne  życie  dla  mnie  się  rozpoczęło.  Je- 

dni  patrzyli  na  mn,:e  z  odrazą,  drudzy  z  11* 

tością,  inni  znow u  szydzili  ze  mnie,  nie  wy* 

łączając  rodzeństwa, 

ostatecznie 

postano* 

wiono,  że  przydam   się  bodaj  do  pilnowa* 

nia  krów   lub  w yrzucania  nawozu,  i  w   ten 

sposób  przyszłość  moja  została  rozstrzyg* 

nięta;  Skazano  mnie  niejako  na  zidiocenie, 

do  stania  się  bezdusznym   bydlęciem,  nie­

czułym  na  wszystko.  Moi  rówieśnicy,  u  któ* 

rych  dawniej  nie  byłem   w  sympatii,  teraz 

dopiero  z  zaiste  szatańską  złośliwością  rzu* 

ciii  się  na  mnie.  Bito  mnie  wszędzie,  gdzie 

się  ukazałem,  szydzono  w  okropny  sposób, 

nie  mogłem  przejść  ulica,  żeby  mnie  nic  za* 

czepiono,  w ołano  na  mnie  w   nieprzyzw oity 

sposób,  na  itfgi  pokazyw ano,  jak  mnie  so* 

bie  w yobrażają.  A   starsi  i  gawiedź,  patrząc 

na  to,  pokładali  się  ze  śmiechu'  i  zamiast 

garuć  głupich  urwisów,  jeszcze  ich  zachęca* 

Ii  i  chwalili  za  to,  a  byli  to  naw et  poważni 

gospodarze.

G dy  sobie  dziś  wspomnę,  ile  ja  w tedy  w y­

cierpiałem,  ile  najadłem  się  w stydu ,  wylałem 

łez, w  skrytości  pytając:  Z a  co ?  T o  wszystko 

tylko  Bogu  wtadom em ,  gdyż  ja  w   żaden spo* 

sób  tego  nie  potrafiłbym   opowiedzieć.  Po* 

gardzany  przez  otoczenie,  uznany  za  w y. 

rzutka,  zm uszany  w   dom u  do  ciężkich  ro* 

bót,  bezustannie  bity  i   m altretowany,  jeśli 

me  zrozumiałem,  co  d o   mnie  m ów iono,  jesz* 

cze  bardziej  stroniłem   od  ludzi,  a  samotność 

stała  się  w yłączną  moją  rozryw ką.  Wrodzo* 

na,  zdaje  się,  ciekawość  zm uszała  mnie  w 

chwilach  samotności  i  goryczy  do  szukania 

pociechy  w  ksćążce  i  czerpania  z  niej  roz* 

rywki.

Z   początku  interesow ały  mnie  tylko  ilu­

background image

Str.   6

K O B I E T A   W I E J S K A

stracje,  czytać  nie  umiałem  an t  też 

pisać, 

dopiero  później,  sam  nie  wiem,  jakim  cu- 

dem,  nauczyłem   się  sam,  ale  to  sam  sztuki 

pisania  i  czytania  i  w tedy  życie  moje  pc 

płynęło  innym   trybem .  F o rm a ln e  pochła* 

niałem   książki,  czytałem,  gdzie  mogłem  i 

kiedy  mogłem,  nie  sposób  było  mnte  oder­

wać  od  książki.  Ile  to  z  tego  pow odu  trz e ­

ba  było  wycierpieć,  bo   ojciec  stale  twiei- 

dził,  że  dostanę  pom ieszania  zmysłów,  jeśl' 

będę  czytał  i  zabraniał  mi  brać  książki  do 

ręki.  Czytałem   zatym  pokryjom u  lub  przy 

pasaniu  bydła.  Jednak,  ilekroć  ojciec  przy- 

dybał  mnie  na  niedozw olonym   czytaniu,

N azw jko  to  znane  jest  dziś  w   Pol 

sce  w ielu  chłopom .  U płynie  jeszcze 

trochę  czasu,  a  będzie  znane  m oże 
każdem u  człow iekow i  ze  wsi.  Każde? 

m u  gospodarzow i,  d  ile  ty lk o   spraw y 

w iejskie  i  ludzkie  napraw dę  go  oh? 
chodzą,  —  każdej  go sp o dyn i,  której 

serce  m atczyne  ściska  się  żałością, 

kied y   sobie  pom yśli,  jak a  też  to   bę? 
dzie  przyszła  dola  jej  dzieci,  —  każ­
dem u  m łodzieńcow i  i  każdej  dziew? 

czynie,  k tó rz y   wchodzą,  z  nadzieją  w 
życie  i  z  w ielką  w iarą,  że  je  zmienią 

przerobią,  uczynią  lepszym   i  piękniej 

szym.

Bo  Jan  W ik to r   to  człowiek,  któ? 

ry  tę  pracę  dla  przyszłości  podejm u? 

je,  k tó ry   kładzie  p o d   nią  tęgie  pod? 

w aliny,  k tó ry   sercem  p atrzy   w  dzi? 
siejszą  chłopską  dolę  i  w   nadchodzą? 
cą  przyszłość.  Serce,  zasm ucone  do 

„głębi  ty m   co  w idzi,  a  bijące  dla  tego, 

co  ma  przyjść,  czuje  się  na  wszyst? 

kich  kartach  jego  książek..

Jan  W ik to r   um iłow ał  to,  co  n aj­

bardziej  cierpi  w   życiu  i  co  iest  w o ­

bec  życia 

najbardziej  bezbronne  — 

p tak a  i  zwierzę  i  ubogiego  człowieka. 
Jed nak a 

nieraz 

p rzy p ad a  im  dcla. 

D olę  tę  w y p atrzy ły ,  w yśledziły  czu? 

jące  oczy  pisarza,  ogarnęło  m iłujące 
serce,  przejrzał  b y stry   um ysł,  a  w ier­

na  ręka  przeniosła  na  p apier  dla  n au­

ki  i  krzepienia  ludzi,  dla  b u d zen ia  ich 
ze  snu,  co  nieraz  gorszy  jest  od   śmier 

ci,  b o   przy no si  upodlenie.

N ie  o drazu  to,  co  w idział,  czuł  i 

chciał  pow iedzieć,  znalazło  sw ój  n a j­

lepszy  w yraz.  W ro d z o n a  

uczucio­

w ość  nie  m ogła  się  pogodzić  z  o k rut 

ną 

praw d ą 

życia  i  przesłaniała  ją 

m gła  jak iejś 

nieziem skiej 

dobroci, 

tkliw ością  rozczuleniem ,  k tó re  zama­

zyw ały  jasność  w idzianych . so ra w   i 

rzeczy.  A le  z  biegiem   lat  krzepł  w   so

sprał  co  się  zmieściło,  sprzeklinał,  książkę 

zniszczył,  ale  żądzy  czytania  nie  zdążył  we 

mnie  zniszczyć  —  robiłem   dalej  swoje.

W   atmosferze  wiecznego  strachu  —  pisze 

syn  14-morgowcgo  gosp.  z  Łańcuckiego  — 

przed  kijem  i  rzemieniem  upłynęły  pierwsze 

lata  mego  dzieciństwa  t.  j.  do 

czasu  gdy 

miałem  5  lat  i  w olno  mi  było  zbijać  bąki, 

chociaż  nie  zupełnie  gdyż  miałem  poruczo- 

ne  pilnowanie  kur,  żeby  te  w  szkodę  nie 

lazły.  Zimą  zaś  siedziałem 

przeważnie 

domu,  biegać  nie  było 

wolno,  ż e tv   nie 

drzeć  obuwia,  lub  się  nie  zaziębić.  Zresztą 

do  kolegów  nie  b a r iz o   mię  ciągnęło,  gdyż

I a  n  W  i  k t o i

bie  i  zdobyw ał  siły,  aby  patrzeć  w 

życie  już  bez  m rużenia  pow iek.

Pierw szym   z  tego  czasu  dziełem, 

chociaż  nie  zupełnie  w olnym   jeszcze 

o d   daw nych  naw yknień,  była  obszer 

na  pow ieść  p.  !t.  „W ie rz b y   nad  Sek­
w aną".  Pokazał  w   niej  pisarz  strasz­

ną  dolę 

ro b o tn ik ó w   polskich 

wc 

Francji.  C zytając,  tru d n o   wierzyć,  że 
w szy stk o   to  jest  p raw d ą  

— 

tak 

okro pn e  dzieje  roztacza  a u to r  przed 

nami.  M ało  k to   w   Polsce,  bardzo  ma 

ło,  może  n ik t  nie  zdaw ał  sobie  spra­

wy,  że  ro d ak o m   naszym ,  bliskim   n a­
szym,  aż  ta k   źle  jest  na  obczyźnie.  Z 
tej  książki  dow iadu jem y   się,  kto  to 
n apraw dę  „reprezentow ał"  nas  za  gra 
nicą.  N ie  tyle  placów ki  dyplom atycz 
ne  —  ale  w łaśnie  ro b o tn ik   i  nędzarz 
polski,  co  się  zaprzedali  w   najczar­
niejszą  niew olę  i  najcięższą  pracę  za 
to  ty lk o   b y   m ogli  żyć,  istnieć.  O   wie 

lc  b y   to   było  lepiej  dla  h o n o ru   p o l­
skiego,  g d y b y   w szyscy  nasi  m in ish o  
wie  i  w szyscy 

dyplom aci 

jadali  z 

p ro sty ch  m isek  glinianych,  a  za  to, 
żeby  polskiego 

chłopa  i  ro b o tn ik a 

wieczyście  p u ste 

d no   ich  garnków  

nie  w yganiało  na  obczyznę. 

A le  o 

tym   nie  w ieleśm y  w iedzieli  przed  u?

:aniem  się  książki  W ik to ra .  A   z 

zarobkami,  co  się  śnią  każdem u  emi» 
grantow i  —  też  lózm e  byw ało.  D al 
sobie  radę  jeden,  drugi,  ale  ogól  wy? 
chodźctw a  m arniał,  nikł,  gubił  się  do 

ostatka,  aż  ginął  wreszcie  po  więzie­

niach,  w śró d   najstraszniejszej  nędzy 

m iejskiej.  Los  ko b iet  —  em igrantek 

jest  jeszcze  cięższy,  niż  mężczyzn

O becnie 

pow ieść  ta   ukazała  się 

w  drugim   w ydaniu.  A u to r  niektóre 
rzeczy  usunął,  uprościł  —  całość  sko 
rzystała  na  tym ,  stała  się  jeszcze  d o ­

stępniejsza  i  praw dziw sza. 

Książki 

Jana  W ik to ra   m ają  tę  w ielką  zaletę.

ci  nic  omijali  żadnej  okazji  żeby  nr.  doku­

czyć,  przedrzeźnić,  lub  wyszydzić,  a  będąc 

fizycznie  od  nich  słabszy,  nie  rzadko  stawa- 

wałem  się  ofiarą  ich  wojowniczych  charak­

terów'  6  uciekałem  do  domu  z  płaczem,  lub 

sińcami  albo  z  innymi 

kontuzjam i 

ciała. 

W obec  takiego 

traktow ania 

rówieśników 

z  jednej  strony,  surowości  ojca  z  drugiej 

strony  —  stawałem  silę  nieufny,  bojaźliwy 

i  wolałem  przebyw ać  samotnie.  W arunki  te 

uczyniły  mnie  nad  wiek  poważnym  i  sku­

pionym   w'  sobie,  a  n  e  swawolnym  i  psoi 

liwym  jak  moi  rówieśnicy".

że  m ów ią  o  w szystkim   prostym i,  zro ­

zum iałym i  dla  każdego  słow am i.  M o 
że  je  czytać  każdy,  naw et  najprostszy 

człowiek.

Przejrzaw szy  życie  w ychodźców  

polskich  i  rzuciw szy  całemu  n a ro d o ­

wi  i  rządzącym   w ładzom   ostrzeżenie 

i  p raw dę  w   .oczy  —  pisarz  zakrząlnął 
się  kolo  tego,  co  dzieje  się  tu ta j,  u 
nas,  w   dom u,  w   ojczyźnie.  Z  tego 

patrzenia  w yrosła  drug a  pow ieść  p.  t. 

„O rk a  na  ugorze".  D o la   chłopska  — 
to  pgór,  w yjałow ion y  

przez  biedę, 

nędzę,  g łód  i  ciem notę.  Z  nich  rodzi 
się  złość  i  zakam ieniaiość  serc  wobec 
sw oich  najbliższych, 

starych  lodzi? 

ców,  dzieci  nieletnich  i  dorosłych,  żon 

mężów. 

Jedynym  

kwieciem,  które 

kw itnie  ja k   m aki  na  tych  ugorach, 

jest  m iłość  do   ziemi.  N ieliczni  nauczv 

ciele  —  ideow cy  chcą  przeorać  ten 

zaniedbany,  o d   w ieków   zapuszczony 

grunt.  A le  takim   nauczycielom   tru ­

dno  być  w   zgodzie  z  w ładzą.  N ie  tak 

to,  ja k   oni,  p atrzy   w ładza  na  te  same 

spraw y.  T o   też  ciężka  jest  ork a  na 

takim   ugorze.  A le  g ru n t  —  stw ierdza 

W ik to r  —  u ro d zajn y   jest  i  do b ry . 

Ci  do  któ rych   dotarła  ju ż  ośw iata 

którzy  spojrzeli  d o o k o ła  szerzej  o t­

w artym i  oczami  —  p otrafią  d o b rz : 

widzieć,  co  się  dzieje  i  um ieją  sie  nad 

tym   zastanow ić.  U m ieją  w edług  tego 

i  b y t  sw ój  polepszyć.

Pow ieść  ta  zasługuje  na  uw agę  i 

dlatego,  że,  talent  au to ra  rozrósł  się 
w  niej  i  pogłębił.  W ejrzen ie  w  dusze 

ludzkie  o dsłoniło  jednę  w ielka  praw  

dę,  o  k tó rą  rozbija  się  nieraz  życie 

człow ieka  i  niejeden  jego  najlepszy 

w ysiłek.  O to   —  każdy  człowiek  rozu 

mie  ty lk o   sam  siebie  i  nie  chce,  a  nie­

raz  naw et  nie  może  zrozum ieć  innego 
człowieka.  T ę  tragiczna  praw dę  w yra 

ża  w   pow ieści  g ospodarz  Biel  i  jego

background image

Nr  1

rodzina.  N ie  chcą  i  nie  m ogą  się  zro* 
zumieć 

kierow nik 

i  nauczycielka. 

C oś  po d o b n eg o   zachodzi  też  m iędzy 
dzieckiem   a  ludźm i  dorosłym i.—  M a 
ły  A lo jz   jedynie  u  m atki  i  m łodej 
nauczycielki  znajduje  jakie  tak ie  w y ­
rozum ienie.  N ie  rozum ieją  się  też 
wzajem nie  k obieta  i  mężczyzna,  ja k ­

b y   każde  z  nich  zw róciło  się  tw arzą 
ku  innej  stronie  tajem nicy  życia.  T o  

głębokie 

wejrzenie  w   duszę  ludzką 

jest  jedną  z  najw ażniejszych  zalet  po^ 
wieści,  bo  m ów i 

nam  o  człow ieku 

w ogóle,  bez  w zględu  na  to,  czy  jest 

on  chłopem ,  czy  też  należy  do  innej 

w arstw y  społecznej,  a  naw et  innych 

n arodow ości. 

D ru g ą  w ielką  zaletą 

jest  przedstaw ienie  życia  w  tak i  spo* 

sób,  że  staje  nam   ono  przed  oczami 
wyraziście,  jak  żywe,  tak  w   d r >1 ;iaz* 

gach  pow szednich  jak  i  w   w ielkich 

poryw ach  duszy.  Zaznaczyć  należy, 

że  w  pow ieści  w idzim y  przedew szyst 

kim  wieś  daw ną,  tak ą  iaka,  „b y ła“,  i 
jak   się  w y dała  oczom  pisarza  w  chwi 

li,  g d y  zaczyna  w   niej  świtać  nowe 

życie".

Rosnący  ciągle  talent  Jana  W ik* 

tora  w zniósł  się  najw yżej  w   o statn ie 

.ogłoszo n y m   dziele  p o d   ty t.  „ O d   D u ­

naju  po  Jad ran ".  K siążka  ta  nie  jest 
powieścią.  Z ebrał  w  niei  au to r  w raże­

nia  z  wycieczki  do  Bułgarii,  Ju g o sła­

wii,  Rum unii.  Niezwykła,  to  książka 

i  zupełnie  nie  p o d o b n a   do   innych  o* 

pisów   p o d ró ży .  Jak   w szystkie  d o ­

tychczasow e  dzieła  Jana  W ik to ra   pi* 

sana  nie  atram entem ,  ale  krw ią  ser­
deczną. 

P rzerasta  jed n a k   całą  je g i 

daw niejszą  tw órczość  dlatego,  ze  te* 

raz  dopiero  osiągnął  on  doskonałą 

lorm ę.  Rzeczy  opisyw ane,  uczucia  pi* 

sarzą  i  słow a,  które  m ają  to  wyrazić, 
stały  się  jednością.  N ie  ma  m iędzy  m 

mi  iuż  żadnego  rozdźw ięku.  Słowo 

jest  jednocześnie  najpiaw dziw szą  rze 

czywistością 

najpraw dziw szym  

ucz„uciem,  obudzonym   przez  te  rze* 

eryw istość.

A   rzeczyw istość  to  godna,  zeby 

ją  poznał  każdy,  a  nade  w szystko 

chłopi  polscy.  Bo  Bułgarzy  i  Serbc* 
w ie  to  n aro d y   chłopów .  Z  tej  m ądrej 

przenikliw ej  książki  dow iadujem y  się 

do  czego  może  dojść  naród  chłopski, 

gdy  rządzi  sam  sobą,  ma  m ożność 

rozw ijania 

się 

w edług 

w łasnych 

potrzeb  i  praw   duchow ych  i  um ys’o- 

wych.

B ułgarzy  znają  Polskę  i  kochają 

ją.  K ochają  za  to,  co  dała  z  siebie  na) 

lepszego  —  za  poezję  polska,  le n   na 

ró d   chłopów   zdołał  poznać  i  przy* 

swoić  sobie  sk arb y   polskie,  c  któ*

łych  wielka  w iększość  chłopów   u  nas 

nie  ma  żadnego  pojęcia.  Ciężko  się 
przyznać  do  tej  upokarzającej  praw* 

dy.  Za  to  —  w szystko  co  w idzim y 

przez  oczy  Jana  W ik to ra   w  Bułgarii 

Jugosław ii 

napaw a  nas  otuchą. 

D o brą  idziem y  drogą.  —  Bracia  nasi 

Bułgarzy  i  Jugosłow ianie,  zaśli  nią 

iuż  bardzo  daleko.  T a   droga,  to  wia* 

ra  we  w łasny,  chłopski  wysiłek  to 

ośw iata,  to  książka,  to   spółdziel* 

czość.

D zięki  książce  Jana  W ik to ra   pó> 

m a  je my  tych  nieznanych  nam,  a  tak 
bardzo  bliskich, 

najbliższych  braci, 

dow iadujem y  się  o  tej  bliskości  do* 

w iadujem y  się,  że  jesteśm y  przez  nich 
kochani,  czujem y,  że  sami  za cz y n a n y  

ich  kochać.  Bo  poznajem y  w   nich  !u* 
dzi,  k tórzy  w ierzą  w   duchow ą,  m orał 
r.ą  w artość  człow ieka  i  cenią  ją  ponad 

w szystkie  d o b ra  m aterialne,  tą  w ar 

tością  kierują  się  w   życiu  i  dzięki  niej 

właśnie  osiągnęli  tak  piękne  i  w iek

K O B I E T A   W I E J S K A _______

„O d y   przekroczyłem   próg,  zdzi* 

wiła  mnie  tutaj  sto su n k o w o   wielka 

ilość  kupujących.  W ś ró d   nich  zwra* 
cala  uw agę  grom ad ka  dziewcząt,  p o d 

przew odnictw em   jednej,  rej  w odzą 

cej. 

W słu ch u ję  się  w  

żywą  ro z ­

m owę,  niewiele  rozum iem ,  ale  ruch 
ich  rąk,  ale  w yraz  tw arzy  w szyst­

ko  m ówią.  Dziew częta 

przerzucają 

sterty   tom ów .  W te d y   spadła  książka. 
W szy stk ie  

w zdrygnęły  się,  jak by  

ktoś  je  zranił.  O strożnie  po dejm ują 
przew racają  karty, 

czytają  uryw ki, 

liahaha  —  w ybuchają  śmiechem.  Krzy 

czą  radośnie.  O glądają  rysunki,  wypo 
w iadają  uwagi.  W ym ien iają  nazwis* 

ka  um iłow anych  autorów ,  dzielą  się 

szczegółami  ich  życia,  często  nic  nie 

m ówią,  ty lko   błyskiem   rozradowa* 

r.ych  oczu  i  w argam i  uśm iechają  sie. 

W   ten  sp osób  w yrażają  uwielbienie.

—  A ngel  Karalijczew.

—  Znam y,  ach  jakie  śliczne  jego 

bajki.

O ne  żyją  książką,  zachwycaia  się 

nia,  przepełnione  są  jej  treścią. 

P a ­

ln ą ć   na  nie 

radow aliśm y 

się 

ich 

szczęściem.

—  M oże  mi  objaśnicie,  co  ta  gro* 

m ada  robi  +-  zwracam  się  do  Dine* 
kow a.

—  Jedna  z  tych  dziew czyn  otrzy* 

m ywała  codziennie  pew ną  kw otę  na

S t r .  7

kie  rezultaty.  G d y   czytam y,  ogarnia 
nas  chwilami  takie  w zruszenie,  że  ma 
rr.v  chęć  ucałować  karty   tej  książki 

tak,  jak   m atki  nasze  całow ały  książ* 

kę  do  nabożeństw a  po  skończonej 
m odlitw ie.

„ O d   D u n a ju   po  Jadran"  to   dzieło 

które  każd y  chłop  polsk i  pow inien 

nie  ty lk o   przeczytać,  ale 

mieć  na 

w łasność  i  o d  czasu  do  czasu  czytać 

na  now o.  A   w  końcu  nie  jeden  po* 

zazdrości  autorow i  i  sam   zapragnie 

.poznać  tę  ziemię  piękną,  tle  stare  lud o 

we  zabytki  i  ludzi  m iłych  sercu.

W te d y   zorganizujem y  wycieczkę 

chłopów   polskich  do   Bułgarii  i  Jugo* 
daw ii.

K.  W alczak ó w na

O - ta t. iio   pojaw ił a  się  n o w a   ks iążk a  J.  W ik ­

tora  p.  t.  . B ło g o s ław io n y   r h l e b   z .e m i  czarnej* 
która  z a w ie r a   g l e b   Ko  u j ę t e   z a g a d n i e n i e   wsi 
polsk iej.  O   książc e  t e j  p o m ó w i m y   sz erz ej  i n ­
n y m   r a z e m .  

Red.

drugie  śniadanie  w  szkole,  oszczędza­
ła  i  teraz  chce  nabyć  parę  książek  do 
swojej  biblioteki.

—  D laczego  im  pan  nie  porad zi *’ 

—  m ówię  z  w yrzutem   do  Czyjew a.

—  Ja?  —  żachnął  się  —  nig d y  te* 

go  nie  czynię.  Same  u/y biorą  najle* 
piej.  W ie m   jed n o :  k ażda  książka  u 
mnie  jest  dobra,  bo  plew   nie  w ydaję. 

A   ziarno  żytnie,  czy  pszenne  jest  zaw ­

sze  pożyw ne. 

Jednem u  o dp o w iad a 

bułka,  drugiem u  chleb  razow y.  Tru- 

iących  chlebów   ani  bulek  nie  wypie* 

k am .—  zaśmiał  się  księgarz.  —  Znam  
te  dziew czyny,  wiem,  że  każda 

7  nich

- i  biblioteczką  świetnie  dob ran ą.

—  T o   dzieci,  pew nie  bogaczów   — 

w arstw   u przyw ilejow anych?

—  M y   jesteśm y  narodem   chłopów  

i  nie  wiem y,  co  to  warstw y  uprzywi* 
lejow ane  —  pow iedział  tw ardo.  — 
Szanujem y  człow ieka  i  jego  w artości. 
U   nas 

dzisiaj 

m inister 

kierujący 

państw em ,  a  jutro  praco w nik  na  sw o 

im  zagonie,  przy  swoim   warsztacie, 

spełniający 

nałożony  obow iązek  z 

pożytkiem   dla  narodu.  Cenim y  pracę,

rv n y   zdziałane,  ale  nie  to,  czy  uro­

dzony  w   jedw abiach,  czy  na  barłogu, 

d e rb ó w   u  nas  nie  ma,  b o  naszym   naj 

tarszym   stanem   jest  chłop.  Jego  naj* 

piękniejszym  herbem   i  przyw ilejem  

:est  znojna  praca  i  miłość  do  ziemi,

JAN  WIKTOR

Od  Dunaju  po  Jadran

(W  bułgarskiej  księgarni)

background image

Sr.  S

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  1

w alczy  też  o  nią  pazuram i,  a  tradycją 
i ego  to   przeszłość,  k tó ra   b y ła  w ytrw a 

niem,  m ocą  w   najstraszliw szej  n i e ­

doli.  K ażd y   z  nas  d um ny  z  jednego 

m iana:  Jestem   Bułgarem !  Czyż  m oże 

być  piękniejszy  tytu ł,  herb.  prżyyh* 

lej?  W   w alkach  o  w yzw olenie  k ażdy 

jed n ak o   krew   przelew ał,  a  przecież 

śmierć  i  bo h aterstw o   zrów nało  w szyst 
kich  w obec  ojczyzny  i  n ik t  nie  zasta­

naw iał  się  na  p o b o jo w isk u ,  czy  ta 

krew   płynie  z  ran  b iednego  czy  boga* 

tego,  z  piersi  chłopa,  ro b o tn ik a   czv 
m inistra.  Z  tej  krw i  zrodziła  się  chwa* 
ta  dla  całego  n a ro d u   jak  i  z  pracy. 
W   Bułgarii  nie  m a  zasług,  każd y   speł 

’  >a 

ty lk o  

sw ój 

obow iązek  —  po 

chw ilow ym   uniesieniu  spojrzał  na nas 
njał  m nie  za  rękę  i  rzekł.  —  Przepra* 

szam,  wyście  pew nie  innych  przeko* 
nań.

—  A leż  godzę  się  z  każdym   sio* 

wem.  T o   ja   w as  przepraszam ,  że  za 

dałem   to   pytanie,  a  to  dlatego,  gdyr. 
•v  Polsce  k u p u ją   książki  dla  dzieci 

bogatszych,  w   dom ach  chłopskich  i 

robotniczych  jakże  rzadkim   jest  goś* 

ciem...

—  T a   najw yższa  dziew czyna  jest 

córką  byłego  m inistra,  ta   w   niebies* 
1  iei  sukience  ro b o tn ik a   fabrycznego, 
a  o b o k   stojąca  sklepikarza,  a  naw et 

w idzę 

córkę  zamiatacza  ulicznego,

kiego  razu  w idziałem   taki  obrazek. 

W   czasie  przerw y  obiadow ej  iei  o;* 

ciec  siedział  na  stopniach  schodów , 

m iotła  leżała  o bok,  a  ta  dziew czyna 

crv+ała  m u   książkę.  W id o czn ie  przy* 
niosła  z  dom u  jedzenie.  O b y d w o je 

jednakim   w ybuchali  śmiechem.  T łum

k k i  p ły n ął  chodnikiem   a  w rzask 

ulic  w   niczym   nie  przeszkadzał.  Kai* 
de  dziecko  —  to   w szczepia  nauczy* 
cielstw o  —  chce  mieć  w łasna  biblio* 

teezke,  z  ro k u   na  rok  pow iększaną  i 
ta  biblioteczka  jest  ja k b y   wskaźni* 
kiem  

ro zw o ju  o d   lat  najm łodszych 

do  lat  doirzałych, ja k b y   uw arstw ienia 
uczuć  w zruszeń  i  zam iłow ań.  7.  ro k u  

na  ro k   w zm aga  się  u  nas  ukochanie 
książek.  T o   pokolenie,  k tóre  obecnie 
uczęszcza  do  szkoły,  bedzie  naj* 

w dzięczniejszym   czytelnikiem .

—  Jakże  daw no  tego  nie  widzia* 

łem  w   Polsce  —  m yślę  patrząc  na  roz 

baw ion ą  gro m ad kę  p ochłoniętą  czyta 
niem.  —

U   nas  wciąż  jeszcze  książka  jest 

w y sto k ra tk ą ,  u  nas  m atki  k u p u ją   ją 

n a   im ieniny,  na  św.  M ikołaja,  na 

■'iazdkę,  jak o   niespodziankę  m iłą  i 

cenną,  ale  r z a d k ą ,.  a  tu taj  hurm a 

w dziera  się  zaborczo,  przerzuca,  wy* 

^ b ie ra ,  kłóci  się,  b o   książka  staje  się

hlebem ,  żyw iącym   duszę  codziennie.

I  tak   dla  każdego.  D la  dziecko 

;est  źródłem   najpiękniejszych  wzru* 

szeń  kluczem   otw ierającym   zaczarow a 

le  krainy,  dla  m łodzieży  zaś  w zorem

Bardzo  rozpow szechnione  jest  jesz 

cze  na  w si  w ydaw anie  zamąż  dziew* 

czat w  zbyt m łodym   w ieku.  Ledw ie  to 

o d   ziemi  o drosło,  ledw ie  co  k row y  
paść  przestało  i  z  dziecka  w   dziewozy 

nę  przedzierzgać  się  zaczyna,  a  już  ią 

zamąż  w ydają.  K om u  to  tak   pilno  ! 

N ie  córce,  k tó ra   jeszcze  o  doli  swojej 
pom yśleć  nie  zdążyła.  M atczyna  to 
pycha,  matce  sp o k o ju   nie  daje  i  córkę 
—  dziecko  z  rodzinnego  dom u  w yga 
nia.  M a tk a   cieszy  się,  że  iei  córce  — 

choć  m a  do piero  16  czy  17  lat,  już  się  = 
kaw aler  trafia,  podczas  g dy   tyle  star* 

szvch  dziew cząt może  i  bogatszych  zo 

staie  pannam i.  W y ch w ala  sie  przed 

swoim i  kurreczkam i,  iakie  to  jej  cór* 

ka  m a wzięcie,  a  te  g d y   są  trochę  roz* 

sadnieisze  i  gania  ja,  to   sie  obraża, 

nie  dając  im  przyjść  do  słowa.

K iedy  córka  prosi,  żeby  jej  iesz* 

cze  nie  w ydaw ali,  słyszy  tak ą  odpo* 

wiedź.  „A   cóż  ito  pom oże  ci  dłuższa 
m łodość,  czy  prędzej  czy  później 

~w ;ść  zamąż  trzeba.  T eraz  ci  się  tra* 

fia  szczęście,  a  k to   wie,  czy  ci  sie  trafi 

p o ty m “.  D ziew czyna,  słysząc  tak a  na* 

m ow ę  od  w łasnej  m atki,  m yśli  sobie; 

„to  przecież  m atka,  chyba  mi  źle  nie 
rad z i“,  i  idzie  zamąż  za  tego,  którego 

jej  w y b rali  rodzice.

A   potym , p o  p a ru  latach...  ano  po* 

m ów m y  z  tym i  kobietam i,  k tó re  tak  

przedw cześnie  w yszły  zamąż. 

Jakże 

one  dziś  narzekają  za  to   na  sw oich 
rodziców7,  jak i  żal  żyw ią  do  nich  w 
sercach  przez  całe  życie.  N ie je d n a  mo* 

że  w yszła  za  bogatego,  zdaje  się,  że 

lej  niczego  nie  brakuje,  niem a  powo* 

du   do  sm u tk ó w   i  jest  szczęśliwa,  A  

iednak  w   chwili  szczerości  zwierzy 

sie  nam ,  że  rw ie  się  do   tej  m łodości  i 

w olności  jak   ptaszek uw ięziony w   kia 

tce,  że  p o d aro w ałab y   cały  m ajątek, 
ab y   ino  w róciły  lata  m łode  dziew* 
czyńskie.  Lecz  przepadło,  m inęła  któ* 

tk a  m łodość  pręd k o ,  ja k   ginie  kw iat 

nierozw inięty,  ścięty  o strą  kosą.  D la 

większego  przekonania  m atek  podam  
tu  p rzy k ład   sw ego  życia.

Jako  16*letnia  dziew czyna  byłam  

jeszcze  b ard zo   dziecinna  i  nie  zdawa* 

łam   sobie  spraw y  z  życia  małżeńskie*

do  naśladow ania,  dla  ro b o tn ik a   po* 

mocą,  pokrzepieniem   p o   ciężkiej  pra* 

cy  budzicielką  nadziei,  oderw aniem  

oc!  znoju,  dla  chłopa  dźw ignią  w   roz* 

w oju,  św iętem   i  odpoczynkiem ".

go.  M a tk a   nie  uśw iadom iła  mnie, 
ho  bardzo  gorliw ie  dbała,  aby  córki 

nie  zgorszyć,  i  na  zadaw ane  przezern* 

nie 

p y tan ia  tak a   mi  daw ała  odpó* 

w iedź.  „Jesteś  jeszcze  za m łod a  na  ta* 
kie  spraw y,  jak  będziesz  starsza,  to  sa 
ma  sie  dow iesz".

W   tym   w łaśnie  okresie  m ojej  ml o 

dości,  czyli  praw dę  pow iedziaw szy 
m ojego  dzieciństw a,  starał  się  o  m nie 

26*letni,  a  więc  o  10  lat  odem nie  star* 

s z v  

kaw aler,  svn  zamożnej  rodziny, 

mój  obecny  mąż.  Z a  niego  to  rodzice 
p ostanow ili  m nie  w ydać.  Byli  wpraw* 

dzie  przyjaciele  bardziej  rozsądni  niż 
rodzice,  k tó rz y   zaczęli  im  odradzać 

to  m ałżeństw o,  m ów iąc:  „co  to,  już

W a m   się  córka  uprzykszyła,  że  ją  tak 
wcześnie  w ydajecie".

Lecz  oni  głusi  b yli  na  w szystko. 

M nie  chociaż  k to   co  m ów ił  i  ganił,  to 

ia  sobie  niewiele  z  tego  robiłam ,  tak  

mnie  m atka  p otrafiła  prz*ekonać.  Mó* 

w iła  mi  zawsze  „nie  słuchai  ludzi,  co 
ci  odm aw iaja,  bo   to   przez  zazdrość, 
że  się  ta k   m łodo  w ydajesz".

Ja,  słysząc  to,  byłam   zadow olona 

i  ucieszona,  żem  tak a  m łoda  i  już  się 

Aiydam.  Będę  mieć  wesele  zaproszę 

sobie  gości,  toż  to   będzie  radości  i  u* 
ciechy...  N o   i  ta k   się  w szystko  stało. 
W esele  pyszne  spraw ili  mi  rodzice,  z 
czego  byłam   b ardzo  rada.

r  N a  swoim...

A le 

teraz  n astąpiło  inne  życie, 

skończyła 

się 

m łodość  beztroska. 

W k ró tc e   poszłam   na  sw oje  gospodar* 

stw o.  Przez  pierw sze  dw a  dni  odwie* 
dzała  mnie  m atka  i  daw ała  mi  wska* 
zów ki,  jak   sobie  radzić  w   różnych 

kłopotach  g ospodarskich,  a  potym  
cóż  mi  pow iedziała: 

„Jeżeli  chciałaś

się  w ydać,  to  sobie  teraz  gospodarz 
sam a"  —  i zostaw iła m nie  sw ojem u  lo 
sow i.  N ie  bolała  ją  głow a  o  *

0,  czy 

jestem   do  sw ych  ob ow iązk ów   samo* 
dzielnej  go spod y ni  przygotow ana, czy 

dam   sobie  radę.  I  tak   p ręd k o   sp adł 

na  m nie  cały  ciężar  o dpow iedzialno'* 
ci.  N ieraz  m usiałam   się  dobrze  nano* 
zolić,  aby   w szy stk ą  ro b o tę  czy  to   w  
kuchni  czy  w   oborze  zrobić  jak   nale*

Matki,  nie  wydawajcie  córek

zawcześnie

background image

Nr   1

K O B I E T A   W I E J S K A

St r. 

9

żało, bo  nie m iałam   ani  dośw iadczenia 
ani  sił.

M ijały   dnie,  tygodnie  i  miesiące 

a  we  mnie zaczął się  b udzić  jakiś  smu­
tek  za  utraconą  m łodością.  Sm utek 

objaw iał  się  coraz  w yraźniej,  co  spra- 

wiało  w ielką  przykrość  m em u  m ężo­
wi,  k tó ry   w szelkim i  siłami  starał  się 
m nie  rozw eselić,  lecz  nie  podołał.

Po  dw óch  latach  zostałam   m atką. 

Jakże  sm utno  przedstaw iała  mi  się 

m oja  dola.  Ja,  będąc  jeszcze  sam a sła­

bym ,  w ątłym   dzieckiem,  w ydałam   na 
św iat  dziecko.  Po  upływ ie  drugich 

dw óch  lat,  m iałam   drugie  dziecko  — 
syna.  W tenczas  czułam  już  większe 
przyw iązanie  do   niego  jak o   m atka.

D ziś  od   chwili  m ego  zamąż  p ó j­

ścia  m ija  już  10  lat,  a  ja  stale  jeszcze 
mam  przed  oczym a  utraconą  m łodość. 

I  g d y   w idzę  p an n y   w   sw oim   w ieku, 

jakże  zazdroszczę im,  że one  ta k   długo 
żyia  w śró d   sw o b o d y ,  g d y   ia  muszę 

dźwigać  brzem ię  obw iązk ó w   już  od 

tak   daw na.  K iedy  jakaś  znajom a m ło­

da  dziew czyna  w y b iera  się  zamąż  to  

najserdeczniejszem i 

słow y  tłom ac-ę

jej,  ażeby  nie  spieszyła  się  do  m ałżeń­

stw a  ta k   m łodo.  Lecz m oje  p rzek o n y ­

w ania  nie  odnoszą  sk u tk u .  P o do bn ie 

kiedyś  ja  m łoda  i  nieśw iadom a  życia 
nie  pozw oliłam   sobie  nikom u  o d ra ­
dzić  m ego  wczesnego  m ałżeństwa. 

D ziew częta  w   tym   w ieku  nie  zdają 

sobie jeszcze  spraw y  z życia i  jego  cię­
żarów .  Z w racam   się  więc  do  w as  M at 

ki,  które  przecież  kochacie  sw oje  cór­

ki  i  pragniecie  ich  szczęścia  z  całego 
serca,  zastanów cie  się  głębiej  n ad  tą 

spraw ą  nie  rozporządzajcie  lekkom yśi 

nie  loseni  sw ego  dziecka.

N a p ra w d ę   jeszcze zawcześnie  16-le 

tnięi  dziew czynie  upatryw ać  kaw alera 

W iele  jest  p o w o d ó w   dla  k tó ry ch   nie 
p o w inn a  ona  jeszcze  w ychodzić  za 

mąż.

P rzedew szystkim   jako  kobieta  nie 

jest  w   pełni  rozw iniętą,  jeszcze rośnie; 

nie  pora,  aby  zostaw ała  m atką.  K o ­
bieta  jest  dopiero  dojrzała,  gdy  ma 21 
•—22 lat.  Z b y t  wczesne  m acierzyństw o 
jest  b ard zo   niebezpieczne  dla  dziew ­

cząt w ątłych,  słabo zbudow anych  i  za­
grożonych  gruźlicą.  W iem y,  jak a  to

h aró w k a  czeka  m łodych  na  d o ro bku . 

N ie  tak   to   łatw o  dojść  do   jakiego  ta ­

kiego  gosp od arstw a,  w ystaw ić  choć­
b y  najlichsze  p o b u d y n k i,  jeśli  się  od 

rodziców   na  zapom ożenie  otrzym ało 

b ardzo  niewiele.  W  tak ich  w arunkach 

i  1  iedy  jeszcze  trzeba  w y karm ić  jedn o  

i  drugie  dziecko,  to   ta k   się  w yczerpie 

m łody  słaby,  źle  odżyw ian y   organizm  

że  łatw o  się  go  chw yta  gruźlica,  albo 

zostaje  tak a   kobieta  cherlakiem   na  ca 

łe  życie.  A   ileż  to  m łodych  k o b iet 
f . ierocilo  z  tego  p o w o d u   sw oje  m a­
leństw a.

Poza  tym   zapasem   zdrow ia  jakie 

trzeba  wnieść  do   m ałżeństw a,  m usi­

my  córce  naszej  dopom ó d z  rozw inąć 

s i e  

um ysłow o 

i  

duchow o,  na  pełnego 

człowieka,  oraz  przygotow ać  się  do 
obow iązków   i  tru d ó w   życiowych.

I  na  to  jest  czas  m łodości,  którego 

nie  w olno  zm arnować.

Z astanaw iajm y się  nad  tym   i  dziel­

m y  się  sw oim i  m yślam i  w   naszym  
piśmie.

M arkow a. 

M ło d a  m atka.

Kto  ma  prowadzić  dzieciniec

N ied ług o  otw orzym y   dziecińce  let­

nie.  Już  czas  zacząć  przygotow ania. 
Jedną  z  pierw szych  i  najw iększych 
trosk,  k tó ra   co  ro k u   staje  przed   nami 
to  pytanie,  k to   będzie  w ychow aczy- 

nią  w   dziedzińcu?  P rzekonałyśm y  się 
już,  że  to   nie  łatw a  spraw a  znaleźć 

kogoś  odpow iedniego.

D o   tej  p o ry   k a n d y d a te k   na  kiero w ­

niczki  naszych  dziecińców  

szu kały ­

śm y  w   mieście.  Czasem   gdzieś  na  w si 
znalazła  się  córka  g o sp o d arsk a:  nau ­
czycielka bez  p o sad y ,  m atu rzy stk a  nie 
m ająca  śro d k ó w   na  dalsze  kształce­
nie.  A le  to   były  w y p a d k i  rzadkie,  p o ­

niew aż  m ało  jest  dziś  w   średnich 

szkołach  m łodzieży  ze  w si,  a  dziew ­

częta  należą  do  w yjątków .

U w ierzyłyśm y  w   m iasto.  Przecież 

tam   więcej  dziew cząt  się  kształci,  jest 

więc  w   czym  w ybierać.  M ło d e  dziew ­
czyny,  bezrobotne  absolw entki 

ró ż ­

nych 

szkół 

zaw odow ych, 

czasem 

uczennice  gim nazjum ,  m ające  w olne 

w akacje,  albo  i  takie,  co  z  różnych 
w zględów   przerw aw szy  naukę,  siedzą 
bezczynnie  w   dom u,  bez  żadnych  w i­
d o k ó w   na  przyszłość, przeszkalano  na 
kró tk ich   kursach,  a  nieraz  i  bez  żad­

nego  przygotow ania  obsadzan o  na

stanow iskach 

w ychow aw czyń 

n a­

szych  dzieci.

Jak ą  w artość  przedstaw iają  one  w 

pracy,  co  w n oszą?  Stwierdzić  trzeba, 
że  spo tkało  nas  rozczarow anie.  N a- 
ogół  (o  w yjątkach  nie  m ów im y),  nie 
w yw iązyw ały  się  należycie  z  po w ie­
rzonych  im  obow iązków .  D laczego? 

W iele  było  p o w odów .  W y ro słe   w 

mieście,  sw ój  p o b y t  na  wsi  tra k to w a ­

ły  ja k o   zło  konieczne,  w   głębi  duszy 
żywiąc  dla  chłopa  —  „cham a"  niechęć 
i  pogardę,  zaszczepioną  im  przez  m a­

jące  się  za  coś lepszego  o d   chłopa  m a­

łom iasteczkow e  kołtuństw o.

N ie  znały  wsi  i  nie  starały  się  jej 

1 poznać,  bo  nic  ich 

A v ie ś  

nie  obchodzi- 

1

  U.  Pracę  sw oją 

t r a k t o A v a ł y  

jak o   chw i­

ci-  e  zaczepienie,  tym bardziej,  że  mo- 

lyśm y  je  zatrudnić  ty lk o   na  okres

background image

St r.   10

K O B I E T A   W I E J S K A

,  1 ‘/li  —  3  mies.  Przew ażnie  nie  mając 

w rodzonego  zam iłow ania  i  umiejętno* 
ści  p o stęp ow ania  z  dzieckiem ,  nie 
p izy k ład ały   się  zbytnio  do  sw ych  o* 
bow iązków ,  robiąc  ty lk o   tyle,  co  by* 
io  konieczne.  Praca ich  polegała  głów* 

nie  na  d o zo ro w an iu  dzieci.  W   życie 
naszego  dziecka  nie  wnosiły 

głęb- 

szych  w artości  poza  tresurą  to  warzy* 
ską,  polegającą  na  tym ,  że  dziecko 

umie  sie  ładnie  ukłonić,  m ów ić:  pro 
szę,  dziękuję,  przepraszam   i  t.  p.

W   naszych  dziecińcach  głó w n y   na* 

ciisk  kładzie  się  ty lk o   na  dożyw ianie 

dzieci  i  na  zapew nianie  im  opieki.  To 

za  mało.  Dzieciniec  w  życiu  dziecka 
chłopskiego  m a  do  spełnienia  jeszcze 

jedną,  niesłychanie  dla  nas  w ażną  r o ­
ję.  M usi  stw orzyć  dziecku  jak   najlev>* 
sze  w arunki  w ychow aw cze,  pobudzić 

je  do  m yślenia,  kształcić  jego  uczucie, 

rozw ijać  zm ysły  itd.  uzupełnić  niejed ­
nokro tn ie  braki  albo  i  błędy  wycho* 
w ania  rodzinnego.

N ie  p rę d k o   jeszcze  dojdziem y  do 

tego,  ab y   w szystkie  nasze  dzieci  mo- 
giy  korzystać  z  przedszkoli,  gdzie  bę* 
dą  w ykw alifikow ane  w ychow aw czy­
nie.  Z a  to   już  dziś  jest  m ożliw e  wszy* 
stkim   dzieciom   dać  o d pow ied nią  o* 

piekę  w ychow aw czą  w   dziecińcu.

D ziś  już  d użo  jest  dziecińców ,  a 

będzie  ich  jeszcze  więcej,  przeto  palą* 

ca  staje  się  p o trzeb a  do b ry ch   wycho 
w aw czyń.  N a   m iasto  nie  m ożem y  li 
czyć.  C o   więc  rob ić?

U w ierzm y  w  siebie! 

Stać  nas  juz 

dzisiaj  na  to,  aby   tę  spraw ę  rozwiąż 

Z d C  

w łasnym i  siłami.

N ie  chcę  być  gołosłow ną,  a  powo* 

łam  się  na  skrom ne  dośw iadczenia  w 
naszej  okolicy.

Zeszłego  lata  w   M arkow ej  i  okoli 

cznych  w siach  założyliśm y  7  dziecin* 
ców   letnich,  w   oparciu  wyłącznie  o 
własne  siły  wsi.  N ie  korzystaliśm y  z 
żadnych  zasiłków , 

a  wychowawczy* 

m am i  b y ły   dziew częta  ze  wsi,  czynne 
członkinie  kół  m łodzieży,  niektóre  z 
nich  m iały  poza  tym   ukończoną  s z k o ­
łę  rolniczą  w   A lbigow ej  albo  Uniwer- 
sytet  O rk a n o w y   w  Gaci.

W iele  było  p oczątkow o  obaw   ze 

stro n y   m atek,  czy  taka  Cesia lub  Stef* 
cia,  k tó rą  przecież  znają  od   maleń- 
kości,  pam iętają  jak   k row y  pasła,  — 

potrafi  dzieciniec  pop ro w adz  i.  N ie 
będą  jej  dzieci  słuchać,  bo ją znają,  bo 
jej  m ów ią  p o   im ieniu  —  tu rb o w ały  
sic  kobiety.  A   m ożeby  kazać  dzieciom 

nazyw ać  ją  jak o ś  inaczej  np.  opiekun* 
ko   i  w ysuw ały  się  p ro jek ty .  Stanęło

na  tym,  że  ma  być  jak   b yło  d otąd. 
Jest  Stefcia  czy  H ela  i  koniec!  Przez 

tę  bezpośredniość  będzie  dzieciom 
bliższa,  będzie  m iędzy  nami  jak   star

S P Ó R

(ibójka

)

Spierali  się  ludzie  radośni 

z   lu d źm i  żałości  p e łn y m i:

„ C zy  więcej je s t   szczęścia  i  słońca 

czy  też  bólu  j e s t   więcej  na  ziem i"  ? 

Czy  można  nienaw idzieć

czy  też  kochać  można  goręcej?

Czy  więcej  je s t  zło tych  uśmiechów 

czy  zło tych   łe z  je s t  więcej ?

*

/   u radzili  na  w agę 
ogromną  i  spraw iedliw ą 

położyć  ludzką  dolę 
szczęśliw ą  i  nieszczęśliw a...

Na  praw o  w szystkie  radości,

—  ile  ich  tylko   się  zm ie śc i!  — 
na  lewo  w szystkie  sm utki, 

tęsknoty  i  boleści...
N a  p raw o  w szystkie  uśmiechy,
 

nadzieje,  m iłości  i  wiary...

Na  lewo  w szystkie  cierpienia 

bez  końca  i  bez  miary...

Na  prawo  w iosna  i  wolność 

i  bór  i  pole  i  rzeka  ..
N a  lew o :  z łe   moce  m iasta
 
i  w szy ste k   ja d   człowieka 

*

Kiedy  zebrano  j u ż   w szystkie 

ludzkie  wesela  i  żale  —
0  dziw o  —  na  jednym   poziom ie 

stan ęły  obie  szale...

porówno  było  wiosen

1  porówno  było  jesieni...
i  równie  dużo  ciemności...
 

co  najjaśniejszych  promieni...
I  tyle  było  dobroci
 

co  nikczem ności  i  grzechów  

I  tyle  było  łez  złotych, 

co  i  zło ty c h ,  radosnych  uśmiechów.  . 

*

G dy  się  zdaw ało,  że  niema 

radości  i  sm u tków   j u ż   więcej, 
na  prawej  sza li  A n io ł 

p o ło ży ł:  Uśmiech  Dziecięcy...

I  sza la  ludzkiego  szczęścia 

z n iż y ła   się  a ż   do  ziem i...

I  podniosła  się  szala  sm utków , 

ja k b y   sm u tk i  nie  były  sm utnem i...

J u ljan   Ejsm ond.

sza  siostra.  A   i  siostrę  chętnie  prze* 
cież  dzieci  słuchają,  jeśli  ją  lubią.

I  ak  zaczęliśmy.

D ziew częta  zabrały  się  z  zapałem 

do  ro b o ty ,  pragnąc  przekonać  m atki 
ze  się  na  nich  nie  zaw iodą.  Dziecince 

b y ły   p o d   opieką  lekarską  i  fachow ą 

Spółdzielni  Z drow ia.  Przy  pierwszym  

dziecińcu  odrazu  zorganizow ałyśm y 

k ró tk i  k u rs  dla  naszych  w ychow aw ­
czyń.  Po  za  w ykładam i  teoretycznym i, 
obserw ow ałyśm y  dzieci  i  p rzep ro w a­

dzałyśm y  z  nimi  praktyczne  ćwiczenia 

gry  itp.  T en  pierw szy  nasz  dzieciniec 
urządzony  był  w zorow o,  aby  m óei 
służyć  przykładem   dla pozostałych.

D u ż y   nacisk  położyłyśm y  na  sanna 

Kształcenie,  t o   pom oc 

sięgnęłyśm y 

a o   książek. 

O d   razu  

zaiozyiyśm y 

w spólnym   w ysiłkiem   K ół  rs o b iti  ze 

wsi  sąsiedzkich  rejonow ą  bibliotecz* 
kę.  G rom adzim y  w  niej  książki  z 
dziedziny  w ycnow am a  i  psycnologn 
dziecka,  oraz  książki  potrzebne  nam 

w  pracy   z  dziećmi  jak :  bajki,  o po w ia­

dania,  śpiew niki,  roczniki  pism   dzie­

cięcych, 

wreszcie 

gry 

kształcące 

zm ysły  i  m yślenie  dziecka.  G ry   te 

srużą  nam   jak o   wzorce, 

na  p o d sta ­

wie  który ch   obm yślam y  i  w y k o n u je­
m y  p o d o b n e.  Z  biblioteczki 

k o rzy ­

stają  dziewczęta  prow adzące  dziecin­

ce  w   okolicznych  wsiach.  Ciągle  ją 

pow iększam y  bo  i  p o trzeb y   rosną.

W   czasie  trw ania  dziecińców  o d ­

byw ały  się  konferencje  w ychow aw ­

czyń,  na  k tórych  om aw iano  przeczy­
tane  książki, 

dzielono  się  d o św iad ­

czeniami,  w yjaśniano  w spólnie  roz 

maite  tru dn ości  w  pracy  i  t.  p.

Stwierdzić  należy, 

że  dziewczęta 

zdały  egzamin. 

Dziecińce  w ypadły 

nadspodziew anie  dobrze, 

ale  praca 

nasza  nie  skończyła  się  z  ich 

zam­

knięciem.  P row adzim y  ją  dalej  przez 
całą  zimę,  ty lk o   w  zmienionej 

foi 

mie.  Z o stają   w ciągnięte 

do  w sp ó ł­

działania  K oła  M łodzieży  i  O ne  tu 

głównie  są  czynne.

O rganizujem y 

dzieciom 

uroczy­

stość  św.  M ikołaja,  przyczem   dziew ­

częta  p rzy go tow u ją  różne  drobne  u* 

pom inki  najbiedniejszym .  N a jm ło d ­

si  t.  zw.  Przedkole  urządzają  specjal­
ne  przedstaw ienia 

dla 

dzieci. 

N a 

przedw iosenne  zaś  wieczory-  p rzygo ­
tow uje  m łodzież 

zabaw ki  i  gry  do 

dziecińców.

A   ileż  szczerego  zapału  w kłada  w  

tę  pracę,  w idzim y  więc,  że  m łodzież 

nasza  w ykazuje 

duże 

zrozum ienie 

dla  spraw   dziecka  na  w si,  może

background image

Nr  1

K O B I E T A   W I E J S K A

Str.  11

wnieść  wiele  radości  i  uśm iechu 

w  [ 

jego  sm utne  dzieciństw o,  trzeba 

ją 

ty lk o   umieć  wciągnąć  do  współdzia* 

lania.  Pam iętam   kiedy  otw ierałyśm y 
pierw szy  dzieciniec 

w  M arkow ej 

borykałyśm y  się  z  różnym i  tru d n o  

sciami,  K oło  M łodzieży  zakupiło  nam 

pierw szą  a  ta k   niezbędną  książkę  ro* 

cznik  „M ałego  Płom yczka"  pisem ka 

dla  dzieci. 

T o   był  zaczątek 

naszej 

biblioteczki.

D ziś  m am y  już  wiele  w yrobionych 

uspołecznionych  naszych  córek,  któ* 

re  zdolne  są  poprow ad zić  dziecińce.

N ie  szukajm y  w   obcych  środowis* 

kach,  niech  nam   nie  im ponuje  ufry* 

io w a n a   głów ka,  gładka  m ow a  i  szyk 

m iejskiej  panienki, 

jeśli 

poza  tym  

k ryje  się  płycizna  duchow a.  N asze 

dziew częta 

są  zdolne 

poprow adzić 

dziecińce. 

T rzeb a  im  ty lk o  

pom óc 

przygotow ać  się  do  tej  pracy  przez 

organizow anie  odp ow ied n ich   kursów  
i  p ra k ty k   w   dziecińcach,  zakładanie 

biblioteczek  pedagogicznych  i  t.  p.

Z d oby w ając  wiedzę  o  dziecku,  u 

cząc  się  kierow ać 

jego 

rozw ojem .

W i o s n a   i d z i e

M a ł y   p i e r w i o s n e k   g ł ó w k ę   p o d ­

n o s i :  Cz y   to  już  w i o s n a ?   P o ­

w i e d ź c i e   -  prosi.  - Żabki   k o c ha ne ,  

p o w i e d z c i e   -  że  mi,  c z y   to  już 

w i o s n a   c ho dz i  po  ziemi.

—   T o   w i o s n a !   żabki  r e c h o c z ą  

w  s tawku.

—   T o   w i o s n a !   W i o s n a !   s z e ­

l e s z c z ą   trawki.  Bo c ia n 

po  ł ą c e  

b ł y s z c z ą c e j   rosą  nad  s t a w   s z u ­

m ią c y  wę dr uj e   b o s o .

O t w o r z y ł  

z ł o t e  

o c z k o  

p i e r­

w i o s n e k   :

P o w i e d z   mi,  b o ć k u ,   c z y   to  już 

w i o s n a ?

—   T a k ,   t a k ! — k l e k o c e   b oc ia n 

d o n o ś n i e .   —   R o z c h yl   już  płatki! 

P o k ł o ń   się  w i o ś n i e !

Z  . M a ł e g o   P łom yczka*

w noszą  do  pracy  zam iłow anie  i  po 
czucie  odpow iedzialności.  Ich  stosu* 
r e k   do  dziecka  o p a rty   jest  na  głębo* 

kim   p o d ło żu   uczuciow ym   i  ideow ym . 
Łatwiej 

im  w niknąć  w  duszyczkę 

dziecka,  odczuć  jego  potrzeby,  bo 
m ają  gorącą  chęć  przyjść  m u  z  po* 

mocą,  bo  je  znają,  bo  jest  im  bliskie.

W   przyszłości,  kiedy  zostaną  mat* 

kam i  będą 

inaczej  piękniej  chować 

sw oje  dzieci,  szerząc  d o b ry   przykład 
w   Otoczeniu.  T e  w artości  i  doświaa* 

czenia  jakich  nabyły,  zostają  na  wsi 
i  w zbogacają  nasze  życie  społeczne, 

p od n o szą  poziom   w ychow ania  dziec* 

ka  chłopskiego.

Idąc  po  tej  drodze  same  będziemv 

później  um iały  organizow ać 

opiekę 

r a d   dziećmi  i  nie  trza  będzie  wyglą* 

dać  ja k   dziś,  aż  ktoś  przyjedzie  i  p o ­

może  czy  pokieruje.

W y b ierając 

na  w ychow aw czynię 

sw oją  dziew czynę  unikam y  ryzyka, 

że  m ożem y  zrobić  zły  w ybór.  W yro- 
sła  w śró d   nas  przecież 

znamy  ją, 

przeto  łatwiej  m ożem y  zorientow ać

Święcone.

Cał a  w i e ś   szykuj e.   A   w  malej 

c h a ł up c e   na  ko ńc u  wsi   n  kt  się 
nie  krząta.  M ie s z k a   tam  babci a.  
B a b c i a   Jest  bar dz o  stara  i  miesz  
ka  s a m a   sa mi ut enka .

Dz i e ci   bardzo  ją  lubią.  B ab ci a 

tyle  p i ę kn yc h   bajek  z a w s z e   n a ­

o p o w i a d a   !

Dzisiaj  też  b i e g n ą   dzieci  do 

b a bc i .   Zagl ądaj ą  przez  okno .

—   Patrzcie,  jaka  b a bc i a  s m u t ­

n a — s z e p c e   Mani a.   — Ni e   w c h o ­
d z i my   do  niej  !

—   A   m o ż e   s ię   s m u c i ,   że  nie 

b ę d z i e   miał a  ś w i ę c o n e g o ?

—   D o m y ś l a ł a   s ię   Z os i a.

—   U r z ą d z i m y   b ab c i  ś w i ę c o n e   !

—   U r z ą d z i m y !   U rz ą d z i m y !

D z i e c i  

b i e g n ą  

do 

domu.

Ka żd e   z  nich  prosi  s we j   m amy  

c o   i n ne g o .   Jedno 

stara  się 

o  parę  jajek,  drugie  o  k i ę ł b a s ę ,  
trz ec ie   o  k a w a ł e k   m i ę s a   i  placka.

Uk ł ad aj ą  jadło  na  talerzu. Pr z y­

bierają  ba rwniki em.  

N i o s ą  

do 

c h a ł u p y ,   w   której  ks i ądz   bę dz i e 
ś wi ęci ł.   W s p ar ta   na  kiju  siedzi  
b a b c i a   w   d o m u .   Na ra z  s ł y s z y

się,  czy  nadaje  się  na  to   stanow isko, 

czy  też  nie.  N ato m iast  angażując  ko* 
goś  z  m iasta  m am y  tru d n o ści  w   ze* 

braniu  opinii  o  kandydatce  i  dlatego 
to  tak i  często  sp o ty k a  nas  zaw ód.

Jest  jeszcze  jeden  p ożytek .  Pdnie* 

waż  jest  to  dziew czyna  z  naszej  wsi, 
m a  więc  m ieszkanie  i  utrzym anie  w  

dom u  rodziców ,  może  się  więc  zado* 

wolić  m niejszą  opłatą,  której  wyso* 

kość  np.  u  nas  nie  przekraczała  30  zł 
mieś. 

O b tan ia  to  koszta  prowadzę* 

nia  dziecińca  co  jest  ogrom nie  waż* 
ne.  N a s  nie  może  zadaw alniać,  że  na 

powiecie  m am y  15 

czy 

naw et 

30 

dziecińców,  m usim y  w ytrw ale  dążyć 

!o  tego,  aby  wszystkie  dzieci  na  wsi 

przynajmniej  przez  lato  znalazły  się 

w  dziecińcach.  Dziecińce  ze  względu 

na  to,  że  maja  do  spełnienia  ważną 

rolę  wychowawczą  winny  być  pro* 

wadzone  jaknajdłużej  t.  j.  od  1  maja 
do  1  października.

Stanie  się  to   m ożliwe  w tedy,  kie 

d v   prow adzenie  dziecińców  obejm ą 

dziew czyny  wiejskie.

H .  Ciekotowa

tupot 

nóg. 

D o  

izby 

w c h o d z ą  

dzi eci   ze  ś w i ę c o n y m .

—   Co  t o ?   C o   t o ? — dziwi  się 

b a bc i a  —   Dzi siaj   nie  b ę d ę   w a m  
o p o w i a d a ł a   bajek.  I d ź c i e d o d o m u .

—   Babci u,   p r z y ni eś l iś my   ś w i ę ­

c o n e   dla  babci ,  m ó w i ą   dzieci. 
B a b ci a   u ś m i e c h a   się  z  radości. 

Ba b ci a   już  teraz  nie  jest  s mu tna .

Z  . m a ł e g o   płomyczka*

Kachna

(piosenka)

P rzyjdą  goście  ze  św iata 
Kachna  izbę  zamiata, 

szuru,  szuru.  szur,  szur,  szur
Jest  tych  śmieci  pełen  wór.

*

P rzyjdą  ciotki  i  wuje
K achna  kaszę  gotuje,
kipi,  kipi,  w ar,  w ar,  war,
stoi  kaszy  pełen  gar.

*

Przyjdzie  dziaduś  zdaleka 
na  o b iad ek   zaczeka, 
zaciereczki,  krusz,  krusz,  krusz,

goście  byli  poszli  już.

*

K to  Kasieńce  pom oże 
zmywać  łyżki  i  noże. 

m yju,  m yju,  chlup,  chlup,  chlup 
K achno  sama  w szystko  zrób.

background image

i± 

 

______ 

K O B IE T A   W IE JSK A _______________________________________ Nr  1

K.KOMARSKI

ip ip © 

m

 w in i

B yły  sobie  dw a  prom yki.  Jeden 

złoty,  dru g i  srebrny.  Bracia  slryjecz5 
id.

O jcow ie  ich,  Słońce  i  Księżyc,  k c  

chali  się 

jak o  

bracia 

serdecznie. 

O grom nie  miłe  były  le  P rom yki.  W e  
sołe to   było,  a  żywe,  a  zimne  a  dobre.

R o b o ty   m iały  co  nie  miara.

Z łoty , 

ledw ie 

się  z  pierw szym  

brzaskiem   obudził, 

już  na  złamanie 

k a rk u   pędzić  m usiał  do  kurnika,  że* 
by  k u ry   i  kaczki  pobu d zić,  stam tąd 

szedł  do  stajni  przyw itać  się  z  siw 5 

kiem.  w ykąp aw szy   się  po   drodze  w 

strum yku,  aż  się  isk ry   sypały 

d o

 

w o

cizie.  Potem   przez  w ąziutką  szparkę  w 

okiennicy  przeciskał  się  do  p o k o ju  

sw ego  w ielkiego  przyjaciela  Józia  i

Wyszedł  spod  pisrzynhi.

W y s z e d ł   s p o d   pierzynki 

ś n ie g o w e j  z a g o n e k  

i  w y g l ą d a   w i o s n y  
z  tej  i  ta m te j  strony. 

Leżał,  o d p o c z y w a ł ,  

p o d   ś n i e g i e m   s p a ł   d łu g o , 

z a tę s k n ił  do  w iosny, 

z a tę s k n ił  do  p ł u g a .

A  n a d   ty m   z a g o n k i e m  

ś p i e w a j ą   s k o w r o n k i  

i  niebo  błękitne  —

1  s a s a n k i  kwitną...

S p o d   g ł o g o w y c h

k r z a c z k ó w  

w y jrz a ł y   s z a ra c z k i 

N a s t a w i ły   uszy 

n o s e k   im  się  rusza 

K w itn ą   złote  bazie 
p rz y   p o l n y m   przełazie.

A  g ó r ą   w y s o k o ,  

n a   b ia ły c h   o b ł o k a c h , 

n a d   p o le m   z o r a n e m  

k o łu j ą   b o c ia n y .

Z  „M ałego  P ło m y czk a"

p o ty   m u  po   nosie  skakał,  aż  się  Jó ' 
zio  obudził.

A le  nie  same  figle  go  się  trzym ały. 

T rzeba  b yło  w isienkę 

dobrze  żaru* 

mienić,  żeby  ładnie  dojrzała,  w róbel5 

ki  małe  ogrzać, 

kied y  je  m atka  na 

chwilę  z  gniazdka  odleciała,  m gły  na 

łące  rozpędzić,  siano  suszyć  na  poko* 

sie.  T o   znow ił  dzieci  z  małej  niskiej 
izdebki  prosiły  żeby  je  choć  na  chwu 
lę  odw iedzić,  to  znów   p an u   nauczy* 

cieiowi 

trzeba  by ło   p rzy   tablicy  w 

szkole  świecić.  B yło  tej  ro b o ty   na  ca 

ly  dzień.  A   k ied y   wieczorem,  zmęczo 

ny  złoty  Płom yczek  szedł  spać  sp o 5 
ty k ał  się  ze  srebrnym   i  zawsze  choc 
na  chwilę,  czy  to   na  przyzbie  przed 

ciaatą,  czy  na  czubku  drzew a  w  lesie 

czy  p rzy   łąko w ym   stru m y k u   siedzie* 

li  razem,  opow iadając  sobie  co  wi 
dzieli  i  co  zrobili.

Bo  i  srebrny  P ło m y k   też  m iał  d u ­

żo  do  ro b o ty ,  a  więc  i  do  o p o w ia d a 5 

nia.

C zy   to   sow ie  w   oczy  spojrzeć  i 

nagłym   ją  blaskiem   oślepić,  kiedy 

biednego 

czyżyka  już,  już 

m iała 

schw ytać,  czy  zbłąkanem u  p o   noc v 

drogę  pokazać,  czy  czasem  z  figlów  

śpiącą  w iew iórkę  obudzić,  albo  w ro ­

nę  co  potem  

do  białego  d nia  zrze5 

dziłą,  że  zasnąć  nie  może.  N ajw ięcej 

jed n a k   czasu 

spędzał  srebrny  Pło* 

m y k   p rzy   dziecinnych  łóżeczkach.

Z a k rad a   się  p o   cichutku,  pizycu 

pnie  na  poduszce  p rzy   sam ym   uszku, 

długą  srebrną  nitkę  za  sobą  wycią* 

gnie  i i  dalej  że  dziw y  opow iadać  o 
g ru b ask u   Skrobig arnku,  o  malej  M a 
rysi, 

co 

d w a  serduszka  miała,  o 

szklanej  górze  i  o  żelaznym   w ilku.

L ubił  sreb rny  P łom yk  siedzieć  i 

p rzy  chorych  dzieciach  i  prószyć  im 

na  oczki  zdrow y,  rzeźki  sen,  żeby  i 

m am usia  co  wciąż  p rzy   łóżku  czuwa 

i  dziecinę  za  rękę  trzym a,  też  o d p o 5 

cząć  troebę  m ogła.

Siedzi  ta k   czasem  srebrny  Płomyk, 

aż  do  rana  i  m a  w ted y   dużo  złotem u 
d o  o p o w iadania  jak   się  z  nim  zejdą 
na  gaw ędę.

A ż  pew nego  w ieczoru  złoty  P ło ­

m yk  na  sp o tkan ie  nie  przyszedł.  C o 
sie  też  sreb rny  na  szukał,  na  mart= 
wił.  na  tęsknił...  P rzepadł  złoty  Pło* 

m yk  nie  ma  go  i  nie  ma.  C zy  się  w 
stu dn i  utopił,  czy  go  ry b k i  w   niew o­
lę  wzięły,  czy  w   leśnej  gęstw inie  za­
błądził,  czy  w   pow ojach  w   zbożu  się 
zaplątał,  czy  na  kam ieniach  g d z e   roz 

b ił?  N iem a  i  niema...

A ż  tu   kiedyś,  w ędrując  przez  ci* 

cha,  u śpioną  w ioskę,  w   chwili,  gdy 

m ijał  stojącą  na  sk raju   ubożuchną 

chatkę  kow ala,  tk nęło  go  coś,  żebv 
do  tej  chatki  zajrzeć.

...W   izbie  ciemno  było  copraw da, 

ale  P rom yk i  w szystko  w szędzie  w i­

dza,  od  tego  są  P rom ykam i;  —  wi* 

łzi  ted y   opałkę  na  sznurach  u  p u łap u 

wiszącą,  a  w   niej 

na  garści  siana 

śliczne, 

now on aro dzon e 

dzieciątko 

leżv.  M atula  siedzi  na  ławce,  kołysz 

i  piosenkę  nuci  a  m aleństw u  już  s^ę 

oczka  do  snu  kleją.

W ytrzeszczył  P łom yk  oczy  z  ca­

łej  siły  i  w idzi,  że  tam   p o d   koszulką, 
w   serdu szku  m aleństw a,  jego  najser* 

deczniejszy  przyjaciel,  złoty  P łom yk 
siedzi, 

sk u lo n y   w   dziesięcioro 

jak 

m otek  złotej  przędzy.

—  A   ty   co  tu  ro b isz?

—  A n o   w idzisz, 

przechodziłem  

tedv,  jak  się  te n   szkrab  urodził  i  tak 
mi  się  na  w id o k   tej  b ied y   serce  ścis­

nęło  żem  nijak   tej  chałupinkl  minąć 
nie  m ógł.  A   jakem   raz  w szedł  i  takie 

śliczne,  czyściutkie  m ieszkanko  zna* 

lazł,  iuż  nie  chciałem  się  więcej  ru 5 

szać  tak   tu  m iło  i  dobrze.  C h o dź  i  tv 

tutaj.

—  A   dobrze.

I  w prow adził  się  srebrny  PłomyK 

do  dzieciątkow ego  serduszka.  I  już 

o d tą d   n ;e  rozstaw ali  sie  nig dy  ze  so* 
ha  i  tak  im  tam   bvło  dobrze,  aż  hej 1! 

T  ty lk o   się  późniei  Jaś  —  b o   dziec  5 
nie  Jaś  na  imię  dali  —  ogrom nie  dzl* 

w ił  zawsze,  skąd  m u  tak   w   serduszku 

iasno.

A   to  te  P rom yk i  tak   świeciły.

Miała  Magda

indorka

M IA Ł A   M A G D A  

IN D O R K A  

W S A D Z IŁ A   G O  

D O   W O R K A .

JA K   G O   N IO S Ł A  

D O   M IA S T A  

U C IE K Ł   IN D O R  

I  B A S T A .

S P R Z E D A Ł   Z A   G R O S Z  

W O R E C Z E K  

K U P IŁ   SO B IE  

C Z E P E C Z E K .

D Z IW I L I   SIE 

L U D K O W IE  

IN D Y K   W   C Z E P K U  

N A   G Ł O W IE .

background image

N r   1

K O B I E T A   W I E J S K A

Str.   13

Jak  radzono  o naszych

A   za  naszą  M ark ow ą 

hej  jarzębinę  sadzą, 

nasze  w iciareczki 

tak  sobie  dzisiaj  radzą.

Oj  radzą,  one  radzą 

że  jest  ro b o ta  now a, 

że  dziecko  m aluśkie 

sam o  się  we  wsi  chowa.

Rozbrzm iew ała  w   pew ien  lutow y 

ranek  izba,  śpiew em   dziew czyn  i  k o ­

biet.  W zruszenie 

ogarnęło 

w szyst 

kich.  O czy  w   zam yśleniu  spoglądaj \ 

po   tych  ścianach  bielonych  A ntosinej 

chałupy, 

p rzy stro jon y ch 

dziś 

tak 

i-roczyście  i  w esoło.  Z apatrzeliśm y 

rie  na  te  w ystrzyganki  ko g u tk ów , 
ra w i.  itp.  cudak ó w   i  zdaje  nam  się, 
że  :esteśm y  w   dziecińcu,  że  ino  pa- 

Tzeć,  a  w targnie  tu  churm a  roześmia- 
Ju ch   szczęściem  dziecek.  I  śpiew ając 

m utne  słow a  piosenki... 

-

Jedno  za  m atk ą  płacze, 

a  w   p o lu   je st  robota, 

drugie  na  gościńcu 

i  m atki  nie  woła, 

bo  to  przecież  sierota...

C ieszym y  się  w   sercu,  że  przecie 

i areszcie  zaczyna  być  inaczej...

U biegłego  lata  p rzy   pom ocy  Spół 

dzielni  Z d ro w ia   w   M arkow ej  m iejs­

cowe  K oła  K obiet  założyły  kilk a  dzie 

cińców  letnich,  k tó re  prow adziły  k o ­
leżanki  z  K ół  M łodzieży  —  wiciau - 
ki  N a   początku  wiele  było  rad o ść’, 

najlepszych  chęci,  ale  i  wiele  tru d n o ś 

ci  do  p okonania.  Przezw yciężaliśm y 
w szystko   i  dziecińce  u d ały   się.  Z a ­

interesow anie  i  zrozum ienie 

d!a  tej 

spraw y  w zrosło  we  w szystkich  o k o ­

licznych  w siach.  P o stan o w io n o   wszę 

dzie,  że  nadchodzącego  lata  rów nież

dziecińce  być  muszą, 

że 

założym y 

ich  więcej  i  już  na  przedw iośniu  za­

brałyśm y  się  do  roboty. 

W   końcu 

lutego 

Spółdzielnia  Z d ro w ia  zorga­

nizow ała  w   M arkow ej  kurs  d h   tych 
dzrewcząt,  które  już  albo  p ro w adzi­

ły  albo  dopiero  będa  prow adcić  dzie 

cińce  letnie.  Z jechały  sie  na  ten  kurs 
Koleżanki  i  delegatki  Kół  K obiet  z 
10-ciu 

okolicznych 

wsi,  razem  90 

osób.

Zagajając  nasze  rozw ażania  ob.  H  

G iekotow a  m ówi  jaki  cel  b ęd z:e  nam 

przyśw iecał  w   naszej  pracy  dziecińcu 
wej.  W ie lk i  w pływ   na  rozw ój  ducho 

w y  człowieka  i  całe  jego  życie  ma 
okres  wczesnego  dzieciństwa.  Czas 
ten  niestety  w   w ychow aniu  dziecka 
na  w si  jest  niew ykorzystany.  D ziec­
ko   przychodzi  do  sz.kołv  zaham ow a­

ne  w   swoim   ro zw o ;u  m im o,  ~e  wieś 

ma  b ardzo  sprzyjające  w arunki  w y ­

chowawcze.  D latego   też  dziecińce  na­
sze  m uszą  spełniać  p o d w ó jn ą   rolę: 
zapewnić  dziecku  opiekę  gdy  m atka 

jest  zajęta  pracą  w   gospodarstw ie,  a 

rów nocześnie  m uszą  stw arzać  jaknaj 

lepsze  w arunki  dla  ro zw oju   duchow e 

go  i  um ysłow ego 

dziecka,  i  nad  tą 

ostatnią  spraw ą  będziem y  radź  ć  na 
naszym   kursie.

Pierw szy  prelegent 

prezes 

Spół. 

Z d ro w ia  oh.  I.  Solarz  zastanaw iał  się 
nad  tym   co  dob reg o  lub  co  złego 
jest  w e  w si  w   rodzinie  chłooskiej  - 

;ak  to  w pływ a  na  w ychow anie.  W  

p ro stych  i  pięknych  słow ach  przed* 
staw ił  nam   jak 

wielki 

w pływ   na 

kształtow anie  się  uczucia, 

myślenia 

ma  ten  bonafy  w spaniały  św iat  przv- 
r n j v '« '  iakim   żvie  człowiek  i  rozw ija 

s;e  dziecko  na  w si.  Jak  wiele  w  w y ­

chow aniu 

znaczy  oddziaływ anie  w

pociechach

rodzinie  i  jakie  to   ważne  jest,  aby 

ta  nasza  rodzina  w iejska  była  jaknaj- 

bardziej  w artościow a.  W   końcu  ro z ­

ważaliśm y  do  jakiego  ideału  m am y 

zdążać  w   naszym   w ychow aniu,  jakie 
go  człow ieka  pragniem y  w ychow ać.

Patrzym y  wzajem nie 

na 

siebie 

Gzv  p o d o łam y ?  W zruszenie  i  głębo­
kie  przejęcie  m alujące  sie  na  tw a ­

rzach  zasłuchanych 

K oleżanek  m ó ­

wiło, 

że 

rozum iem v  odpow ied zial­

ność  jaka  spada  na  nasze  barki.

Pierw szy  rUień 

kursu  dostarczył 

w szystkim   wiele  przeżyć.  Ze  słowami 

piosenki,

U śnij,  że  mi  uśnij
M atula  cię  uśpi,

a  tatuś  obudzi

pójdziem y  do  ludzi...

rozchodzim y  się  do   dom ów .

D rugiego 

dnia 

del. 

Z w iązku 

Naucz.  Polskiego  z  W arszaw y 

p.  dz 

W ach tel  m ów ił 

rozw oju  du ch o ­

wym  dziecka  w   w ieku  p rzed szk o l­

nym.  Szczególnie  z  w ielkim   zaintere­
sow aniem   słuchały  jego  w ykładów  

m atki,  któ re  m iały  różne  w ątpliw o ś­

ci  co  do  postępow ania 

ze 

swoimi 

dz:ećmi.  W   dy sk u sji  zasypyw ały  pre­

legenta  pytaniam i,  na  które  dr  W ach  

tel  o d pow iadał  chętnie  i  w yczerpują­

co.  Pierw sze  to  było  chyba  w  dzie­
łach  wsi  zetknięcie  się  bezpośrednie 

łudzi  pracujących  nau k ow o  nad  za­
gadnieniem   dziecka,  z  m atką  prostą 

'-obieta 

yueiską. 

D ow iedziałyśm y 

się.  że  jeżeli  chodzi  o  badanie  uuszy 

i  rozw oju  dziecka  w iejskiego,  to   nie 
w  Polsce  w   tym   k ieru n k u   jeszcze  nie 

zrobiono.  T o   jest  w ażna  spraw a,  k tó 
ra  do-rzała  aby   ja  podiąć.  Snułyśm y 

n-eśmiałe  m vśli,  że  może  i  nasza  po- 
mo<-  na  coś  b y   sie  zdać  m ogła.

N ie 

spotrzeg!vśm y  a  tu  iuż  3-ci 

dzień  korcu 

Przybyła  " o w i  prele­

gentka  też  -Ul.  Z w iązku  N aucz.  P o l­

skiego  p.  Knćzrrmrczykówna.  Z  nią 

om aw ia1'-'”'  sposo b y  

jakim i  prow a- 

r17:ć  n a k : r   prace  w   dziecińcu,  aby 

a~;0„J,0  laknajhard-nei  rozw inąć,  p o ­

b udzić  do  m yślenia  itp  Z w is k am - 

w ystaw ę 

urządzoną 

dla  k ursistek 

orz.ez  m arkow skie 

dziecińce.  T u taj 

-obaczyłyśm y  iak  po w inn o   w yglądać 

w zorow e  urządzenie  dziecińca.  o b e j­

rzałyśm y  prace  reczne  dzieci  -  vko- 

r.ane  zeszłego  lata  w   dziecińcu 

iak 

" " r ^ m k 1.  rysunki,  ulepianki  z  glinu 

:tp,  O b.  H ,  C iek o tow a  zapoznała  nas

background image

K O B IE T A   W IE JSK A  

Nr 

\

Chory  w   domu

Str.  14

-  książkam i,  które  m ogą  nam   bvć  po 
mocne  w   sam okształceniu  i  w  pracy 

t   dziećmi.  Przed  wieczorem  p rred k o - 

:e  w   M arkow ej  urządziło  p rzed sta­

wienie  dla  dzieci.  W y b ra ły śm y   sie 

zobaczyć.  U jrzałyśm y  salę  dom u  lu ­
dow ego  rozbrzm iew ającą  dziecińskim 

weselem.  Pełno  dzieci.  Są  i  te  z  dzie­

cińców  i  z  m łodszych  klas  szkolnych 
a  w szystkie  pełne  niecierpliw ości  kie 
dvż  nareszcie  będzie  to  „nasze  przed 

staw ienie".  Zaczęło  się.  Śm ieszna  his 

torią  zapustna  w   której  hulają  różne 

cudaki  jak  bałw an,  w iatr,  strach  na 

w róble  bp.  U bran a  w   fantastyczne 
stroje. 

U ciechy  w śród 

m ałych  w i­

dzów   co  niem iara.  M łodzież  zaśpie­

w ała  parę  piosenek  dziecińskich,  p o ­
ty m  rozśpiew ałv  się  i  dzieci.

N areszcie  i  dziecko  chłopskie  bę­

dzie  m iało  sw oje  szczęśliwe  dziecińs- 
tw o  m yślim y  rozradow ane.

O statn i  dzień  kursu. 

D r  C iekot 

z  m arkow skiei  Spółdzielni  Z drow ia 
w ykład ał  o  zdrow iu  fizycznym  dziec 
ł-a  i  o  higienie  ąv  dziecińcu.  Po  p o ­

łu d n iu   ob. 

Z. 

Solarzow a  z  U niw . 

G ackiego  om aw iała  spraw ę 

imprez 

dziecięcych. 

Prelegentka 

zwróciła 

nam  uwagę,  że  przy  urządzaniu  w i­

d o w isk   dziecięcych  zwłaszcza  z  dziec 
kiem   przedszkolnym   trzeba  być  b a r­
d zo  ostrożną,  aby  nie  w vpaczvć  cha­
rak teru   dziecka.  D o ro śli  m uszą  p a ­
miętać,  że  dziecko  nie  no  to   jest,  abv 
go  bawić,  bo   w   ten  sposób  w y rz ą ­

d zają  dziecku  krzyw dę.

N a   tych  rozw ażaniach  kurs  został 

zakończony. 

uczuciem 

szczerej 

w dzięczności  dlla  inicjatoró w   k u rsu  
prelegentów   i  kobie* 

m arkow skich, 

któ re  nam   tak   żvczli\vie  udzieliły  goś 

cinv 

rozjechałyśm y  sie  do  dom ów . 

T e  czterodniow e 

rozw ażania 

dałv 

nam   wiele  w iadom ości  o  dziecku  i 

pozw oliły  nam  uśw iadorw ć  sobie  iak 

w ażna  spraw ą  jest  kształcenie  duszy 

dzieciecej.

HeLa  Sw ietlikćw na

CIEŻKIE  Z A D A N IE

N auczycielka  na  lekcji  ry su n k ó w  

daje  dzeciom  takie  zadanie.

—  „K ażdy  z  was  niechaj  narysuje 

czvm  chce  być  g dy   urośnie.

Dzieci  rysują.  C hłop cy   lotników , 

m arynarzy,  kow ali,  dziewczęta,  k**aw 

cow-e  przy  m aszynie,  gospo d yn ie  przy 

kuchni  itd.

Jedna  dziew czynka  nie  rysuje  ty l­

ko  siedzi  b ardzo   zam yślona  wreszcie 
zaczyna  płakać.

—  C o  to b :c  Z o siu ?   —  pyta  n a u ­

czycielka

Bo  ja  chce być  m ężatką  i  nie  v  iem 

jak  to  narysow ać.

Ilekroć  mnie  w zyw ają  do  ciężko 

chorego,  zawsze  zastaję  przy  jego  lóż 
ku  grono 

krew nych,  kum ów ,  sąsia­

dów .  M ężczyźni  pala, 

kobiety  w y ­

grzebują  z  pamięci  różne  zdarzenia  z 

chorym i.  A ż  gw arno  w   izbie  od  tych 
o p o w iadań:  jak  to  ten  czy  ów   choro­
wał,  gdzie  go  bolało,  jak  go  p o  róż­
nych  d o k to rach   w ozili  i  nic  nie  p o ­
m ogło,  m usiał  umierać.  T akie  i  p o ­
dobne  pogw arki  nie  ty lk o   nie  p o d r o  

szą  na  duchu  chorego,  przeciw nie  na* 
su w a;ą  mu  najczarniejsze  myśli  co  do 
swego  losu.

T yle  w o k ó ł  w spółczujących,  życz­

liwych,  ale  nikt  nie  pom yśli,  że  może 

męczą  chorego  takie  rozm ow y,  że  w 
izbie  zaduch,  a  od  m achory  aż  dech 

zapiera  i  zdrow ego  głow a  rozboli,  a 

cóż  tu  m ówić  o  chorym ,  k tó ry   ma  go 
rączkę  a  jeszcze  i  słabe  serce.

Leży  sobie  taki  nieborak  i  myśli, 

ze  iuz  nie  wiele  mu  się  na  tym   świe 

cie  należy,  z  rezygnacją  oczekując  le­

karza.

K obiety!  w y  jesteście  najlepszym i 

pielęgniarkam i  chorych  w   swoim   d o ­
mu!  Pam iętajcie,  że  wyleczenie  zaleźv 
nie  tylko  od  lekarz*  ale  w   dużej  mie­
rze  od  dobrej  
i  starannej  pielęgnacji 
chorego.

Chory  wymaga  spokoju  —  to

pierw sza  zasada,  o  której  n a h ż y   p a ­
miętać.  M ęczy  go  hałas,  głośna  rozm o 
wa,  trzaskanie  drzw iam i  itd.  Chore­
go  trzeba  utrzymywać  w   pogodnym 
 

nastroju,  dodaw ać  mu  otuchy,  p o c ie ­

szać  jeśli  zbyt  sie  przejm uje  swym  
cierpieniem.  N ie  w olno  w   jego  obec­
ności  opow iadać  sm utnych  rzeczy  o 
chorobie,  śmierci,  zm artw ieniach  d o ­

m ow ych.  O dw iedzać  chorego  m ożna 

w tedy,  g dv   lekarz  pozw oli,  ale  poić* 
dyńczo  i  k ró tk o .

N ie  w olno  odwiedzać  chorych  ra= 

kaźnych.

Izba,  gdzie  chory  leży,  m a  być 

ciepła,  często  przewietrzona,  a  nie  pe! 
na  zaduchu,  że  s:ekierę  m ożnaby  p o ­
wiesić.

Łóżko  w ygodne  codzień  prześciu

lane.  C horego  trzeba  podtrzym ać,  al­

bo  przenieść  na  drugie  łóżko  w  czasie 

prześcielania. 

C iężko  chorym   trzeba 

zmieniać  kilka  razy  na  dzień  Dołoże­

nie.  gdyż  m ogą  się  porobić  o d leż y n '  . 
Całe  ciało  chorego  należy  codzień  wy 

trzeć  ręcznikiem   zmaczanym  w   letniej 
wodzie  z  octem.  O kolice  krzyża,  ło­
patki,  jako  narażone  na  naiw ięk szr 
ucisk,  rozcierać  spirytusem .  Z ęby  i  ję 
zyk  każdego  dnia  oczyścić  szczotecz­

ką  i  sodą  lub  proszkiem   d o   zębów.

Przy  łóżku  chorego  postaw ić  sto­

łek  w   takiej  odległości,  b y   m ógł  łat­
w o  ręką  dosięgnąć.  N a   nim  herbata 
z  cytryną  lub  sokiem ,  lem oniada,  albo 
w o d a  z  kom potu.

Przy  ciężko  chorych  musi  ktoś  sfa 

le  czuwać;  co  kilkanaście  m inut  zwil 
żać  usta,  podaw ać  zapisane  lekarstw a 
popraw ić  na  łóżku  itp.

W   lecie  trzeba  tępić  muchy,  które 

zatruw ają  życie  chorem u,  nie  dając 

mu  chwili  sp o koju .  P o n a d to   m uchy 
roznoszą  zarazki  chorobotw órcze.  \X* 
oknach  umieścić  siatki  m uślinow e,  we 

drzw iach  prześcieradła,  pow iesić  lepy 
lub  rozłożyć  tru tki.

O d daw anie  m oczu  i  stolca  p o w in ­

no  sie  odbyw ać  przy  lub  na łóżku  do 

nocnika  albo  specjalnego  basenu.  O d  
chodów ,  o  ile  to  jest  choroba zakaźna 
(d u r  brzuszny,  czerw onka),  nie  w yle­
wać  do  ustępu  ty lk o   do  specjalnie  w y 

k opanego  do łu   i  przysypyw ać  w ap­

nem i  ziemia.  G d y   chor'/  nie  m a  sto l­
ca  przez  kilka  dni, itrzeba  zrobić  lew a­

tyw ę  lub  dać  na  przeczyszczenie,  o  ile 
lekarz  inaczej'  nie  zarządzi.

N ie  boim y  się  w ody. 

dbajmy  o 

czystość  chorego.  N ie  ty lk o   m ożna, 
ale  należy  go  mvć  bez  obaw v  przezię­

bienia.  o  ile  w   m ieszkaniu  będzie  cie­
pło. 

Cale  ciało  vwcierać  ręcznikiem 

zmaczanym  w   w odzie  z  octem  a  n o ­

tą m  do  sucha.  T a k   sam o  należy  k a ­
pać  chore  dzieci  i  niem ow lęta.  bvlebv 
w oda  nie  była  zbv+  ciepła  a  kąpiel 

długa.  W   nrz-m adkach  wątpliwych, 

zwrócić  sie  do  lekarza.

N a  zakończenie  kilka  słów   o  s te ­

powaniu  bez  p o ra d y   lekarza  zabiegów  

leczniczych.

Przy  bólach  w  brzuchu,  zw łaszcza 

gd y  są  um iejscowione po  praw ej stro ­

nie  i  połączone  z   w ym io ta m i  i  g o ­
rączką  nie  w olno  daw a ć  na  prze­
czyszczenie. 

M oże  bowiem  być  za ­

palenie  w yrostka  robaczkow ego  (śle­

pej  k iszk i).  W  tym   w ypadku  tylko  
spieszna  operacja  w   ciągu  p ierw ­
szych  2  d ni  z d o ła   uratow a ć  od
 
śm ierci  lub  d łu giej  ciężkiej  choroby.

P rzy   bólach  w   piersiach,  kaszlu, 

gorączce,  nie  zawsze  dobrze  robią 

bańki,  tak  często  na  wsi  stosowane. 

W idziałem   b.  ciężki  krw otok  płucny 

po  postaw ieniu kilkudziesięciu  ban  ek. 

O kazało  się,  że  była w   tym  przypa d ­

ku  gruźlica  płuc.  N a to m ia st  w   wy­

padku  g dy  niema  polepszenia 

na 

g ruźlicę,  bańki  znakom icie  łagodzą 

dolegliwości  piersiowe.

W ł.  Ciekot— lekarz

background image

K O B IE T A   W IE JS K A _______________________________________ Str.  15

Kobiety ratujmy swoje zdrowie

G d y   s>ę  zastanow im y  n ad   tyn:. 

<*o  jest  głów ną  przyczyna  tak   ro z ­
pow szechnionych  na  wsi  chorób  k o ­
biecych,  to  zobaczym y,  że  są  one  wy* 
m kiem   b rak u   uśw iadom ienia  i  n ie d ­
balstw a  w śró d   sam ych  kobiet.  Z d ro - 
w ia  sw ojego  które  jest  ,iak  Potrzeb- 
ne  każdej  matce  i  g o sp od y ni  me  sza’ 
nujęm y.

G łównym   źródłem  naszych  dolcy 

iiwości  kobiecych  na  które  często  po 

tem  płaczemy  całe  życie  —  jest  przed 

wczesne  zrywanie  się  z  łóżka  po  po- 

rodzie.

W ie m y   o  tym ,  że  w ted y  

należy 

S  a  naw et  9  dni  leżeć,  aby   dać  ^woic 

mu  organizm ow i  wypocząć,  ale  w   ży 

ciu  do  tego  się  nie  stosujem y.  Już  w  

kilka  godzin,  a  najdalej  2—3  dni  p o  

urodzen iu  dziecka  położnica  wstaje  z 

łóżka  i  bierze  się  do  ro b o ty .  M ąż  i 

dzieci  p o trzeb u ją  przecież  straw y  g o ­
tow anej,  krow ę  trzeba  nakarm ić  i  na  i 
poić  w yprać  bieliznę,  pieluszki,  i  cale  I 
go  g o sp o d arstw a  doglądnąć,  wszyst- 
ko  na  jej  głowie,  bo  znikąd  pom ocy  I 
niema  i  n ik t  jej 

nie  wyręczy.  O   to  

przyszły  w  od w iedziny  kum oszki  i 

sąsiadki,  ale  nie  n o to   żeby  norato- 

wać  chwiejącą  sie  na  nogach  k o b ie­
tę,  której  ciemno  aż  w  oczach  iobi  się 
z  osłabienia.  O   nie,  to  im  do  głow y 

nie  nrzyjidzie,  przygnała  ich  tu  ino 

b ab sk a  c  ekatwość 

żeby  sie  wywie* 

dzieć  jak  ten  połóg  się  odbv ł,  czy 

b ardzo  i  długo  cierpiała,  i  czy  ja  ak- 

szerka  dobrze  w ysm arow ała.  T o   sir., 
row anie 

u w a la ją   kobiety  u  ras  za 

najlepsze  lekarstw o  po  porodzie  i  w '( 

m agają  o d   akuszerek,  ażeby  je  maso* 

w ały.  Przesad  ten  po został  z  tvch  cza 
sów   k ied y   iezcze  nie  było  akuszerek 

ty lko  babki,  one  to   tym   sm arow a­

niem  nołożnice  „leczyły",  i  choć  p o ­

tem  zaraz  po  porodzie  w stała  to  i  tak 

n ow iad aia  „nic  jej  nie  b yło".  Leżenie 
no  porodzie  uważa  sie  za  niedołęstw o 

alb r  rozpieszczenie 

do  któ reg o   nie 

w olno 

sie  nrzyznaw ać.  1  choć  n ie ­

jednej  dobrze  sie  w   głowie  kręci,  no 

gi  sie  uginaja  w staje  i  k  ząta  się  k o ­
lo  kom ina,  choć  naw et  je-t  kom u  za­
stąpić  ja  w   robocie.  A 1*-  coky  sąsiad­
ki  pow iedziały, 

toć  przecie 

jedna 

przed  drugą  przechw alają  sie  jak  to 
ona  zaraz  no  urodzeniu  w stała.  Cia- 
n o   na  chleb  zamiesiła  obiad  zgo to ­

wała  i  nic  jej  nie  było.

T a k   ale  zapytajcie  jej  czy  iest  żdro 

w a  to  okaże  się,  że  coś  jej  tam   z  daw 
na  dokucza,  niew iadom o  skad  ta  cho 
roba  się  przyplątała  itn...  Ale  pon ie­

waż  natychm iast  kiedy  zerwała  się 
po  porodzie,  choroba  jej  nie  chyciła, 
to  też  nie  da  sobie  wytłom aczyć  że 
tu,  a  nie  gdzieindziej  należy  szuka.' 
przyczyny.  Czasem  po  pierw szym   n 
rodzie,  po  drugim ,  w szystko  dobrze, 
ale  potem   za  3-cim,  4-tym   dzieckiem 

zaczynają  się  rozm aite  dolegliw ości, 

bóle  w  krzyżach,  opuszczenie  żołąd­
ka,  opadam e,  a  naw et  aż  w ypadanie 
macicy  itn.

C óż  dziw nego,  że  kobieta  taka  sta 

ie  się  coraz  słabsza,  że  siły  ia  opusz- 

czaia,  czuje  się  chora,  nieraz  zapada 
na  gruźlicę  i  inne  choroby  bo   o rga­
nizm  już  jest  w ycieńczony  i  mniej  od; 
pornv.  C ierpi 

nie 

tylko  ona  sama 

ale  dzieci 

dom  

gospo darstw o ,  bo 

w szystko  jest  zaniedbane  tam   gdzie 

m atka  i  g ospodyni  choruje.  A   często 
potem   i  mąż  zniechęcony  ia  opuszcza 

idzie  do  innych.

Same  jesteśm y  sobie  w   dużęi  mie 

rze  w inne,  gdyż  za  wczesne  w staw a­

nie  przy  porodzie,  zawczesne  pory- 

wanie  s;e  do  robótty  może  sp o w o d o ­
wać 

różne  zaburzenia  chorobow e 

głów nie  w   narządzie  rodnym .  D late­
go  lepiej  odżałow ać  te  pare  dni  i  być 

zdrow ą.  Jesteśm y 

za  biedne.  abv 

chorow ać.  „D obrze  tak  mówić,  ale  co 
mam  zro b ’ć  kiedy   n ;e  ma  mnie  ktc 

zastąpić 

w  dom u,  i  gospodarstw ie

wielcy  w ojow nicy,  sławni  w ynalazcy 
k tórych  odkrycia  m ogą  być  p rzy d a t­
ne  w  krw aw ych  zapasach  m iedzy  n a ­
rodam i.    wielkim   naprężeniem   śle­

dzą  nieustannie  wszyscy,  czy  rychło 

rozpłom ieni  sie  nad  światem  p o żo ­

ga  w ojenna  i  człow iek  rzuci  się  prze­
ciw  człow iekow i  z  niszczącym  narzę­
dziem  śmierci  w  dłoni.  M im ow oli 

narzuca  sie  pytanie,  czy  zawsze  lu ­

dzie  wysilać  będą  sw ój  mózg,  ge­
niusz  swoich  m yśli  na  to,  jak  sie  sk u ­
teczniej  niszczyć  w zajem nie?  Cze­

muż  nie  pracują  nad  wynalezieniem

i  pogłębieniem   sp osobów   w spółdzia­

łania  m iędzy  narodam i  św iata?

A ch,  w y rw ijm y   się  na  chwile  z  te ­

go  strasznego  przygniotu,  lęku  o  ju ­
tro,  zapom nijm y 

o  kłopotach  co­

dziennego  dnia'  sięgnijm y  m yślą  d a­
lej.  a  odnajdziem y  w iarę  wczowieka 

k tó ra   nas  pokrzepi.

nie  mam  już  m atki,  a  rodzina  daleko 

odpow ie  niejedna,  jest  na  to  rada  ko­

biety,  przecież  możemy  organizować 
sobie  same  pomoce  i  każdej  rodzącej 
zapewnić  wyrękę  w   gospodarstwie 

po  porodzie  przez  9  dni.  Z organizo 

wać  pom oc  uczciwa  i  rzetelną,  ażeby 
położnica  i  jej  rodzina 

mieli  przez 

ten  calv  czas 

ugotow an ą  straw ę  i 

i  oniekę,  aby  dzieci  były  zdrow e  i 

czys.te. 

'fSmF

Położnicy 

dam y  w  spok o ju 

łóżku  w ydobrzeć,  ażeby  cały  jei  orga 
nizm  wrócił  do  rów now agi.

Praw da,  że  każda  z  nas  m a  sw o ­

je  obow iązki,  ale  tyle  czasu,  a’ov  p o ­

ratow ać 

sw oja 

sas;adkę, 

zn a:dzie 

przy  dobrych  chęciach  napew no.  Je­
śli  ustanow im y  kolejkę,  to  żadna  nic 

będzie  przeciążona,  a  razem  spełni 

mv  d o b ry   uczynek.  Ileż  to  czasu  stia 

tirp y   na  sam o  gadanie  bezow ocne 

przechodząc  ty lko   odw iedzić  c h o re ­

go.  W spółczucie 

okazane 

czynem, 

p o db ije  serce  najbardziej.  W   razie 

uieszczęścia  d ru dzy   nas  rów nież  po 
ratuia.

W iecej  dbajm y  k o b iety   o  sw oje 

-drow ie.

M arkow a.

Zaw sze  byli,  sa  i  dziś  cisi  praco w ­

nicy,  k tórzy  złożyli  ludzkości  dary 

swęgo  talentu,  ofiarow ali  w szystko 
cc  mieli  w   sobie  najlepszego,  aby 
nieść  człow iekowi  d o b ro   i  szczęście. 

U m ierali  bardzo  często  zapom niani, 

w yszydzeni  w   nędzy;  dopiero  jak  .ch 

nie  stało,  oceniono  w ielkość  p raw d 

i  m yśli,  które  głosili.

Byli  m iędzy  nimi 

i  tacy,  k tórzy 

pracow ali  nad 

tym  

ja k   uchronic 

człow ieka  przed  śmiercią.  Jednym   z 

nich,  którego  imię  w szystkim   ko b ie­
tom   szczególnie  w inno  być  znane  i 
drogie,  był  zm arły  75  lat  tem u  lekarz 

w ęgierski  Semmelweis.  W y ró ż n ił  się 
tym.  że  gorąco  pragnął  przyjść  z  p o ­

mocą  m atkom   rodzącym   i  uchronić 

je  przed  śmiercią.  O n   to  pierw szy 

znalazł  p ro sty   sp osób   zwalczania  go­
rączki  połogow ej  (zakażenia  krw i).

A   była  to  w   ów czesnych  czasach 

straszna  choroba  zabierająca  tysiące 

fiar  z  pośród  młodych  kobiet.  N a u ­

Balaw ejdrow a.  A niela

O R ĘD O W N IK   MATEK

D zisiaj,  kiedy  ludzkość  żyje  w  sta­

łym  pog oto w iu  w ojennym ,  uw ielbie­

niem  o  aczani  sa  przede  w szystkim

background image

Str.  16

K O B I E T A   W I E J S K A

N r   1

ka.  nie  znała  istotnej  przyczyny  tej 

ch o ro b y   i  nie  um iała  z  nią  walczyć.

W   kw ietniu  1844  r.  a  więc  95  lat 

tem u  rozpoczął  dr.  Semmelweis  p ra ­

ce  iako  m ło d y   lekarz  na  oddziale  p o ­

łożniczym   w   jedn ym   ze  szpitali  w ie­
deńskich.  Pełen  dobrei  w iary  zaczai 

asystow ać  kobietom ,  k ied y   przecho­

dziły  p iekło 

pierw szego 

porodu... 

opuszczał  je  wycieńczone  bólem ,  ale 

-aró żow io ne  i  piękne  szczęściem  m a­

tek,  k tó re   m oga  tulić  do   piem i  i  nie­
ście  sw ói  drobiazg... 

M inełv  dwa 

dni...  tu   i  tam   na  sali  szpitalnej  ru ­

mieniec  szczęścia 

przy b iera  p onurą 

b arw ę  czerwieni,  znak  silnei  gorącz­

ki.  Po  upływ ie  trzech  dni...  —  Sem­

m elweis  w zd ryg a  się  słvszac  iak   czu­

łe  słow a,  szeptane  do   dzieci,  p rzery­

w a   iek  b ólu,  k tó ry   szarpie  wnętrze 

chore!  m atki.  „N iem a  obaw y,  w szy­
stk o   będzie  d o brze"  —  m ów ił  wte- 
d v   d o  chorych  i  co  raz  mocniei  b v ł 
r.m ekonany.  że  kłam ie,  pocierzaiac  je 

” •  ł-“n  sposób.

K obiety  patrzyły  na  nieuo  z  lekiem 

’  iezyki  ich  b yły   suche,  kiedy  błaga- 
t   r>  w ode.  zawsze  o  w ode  I  Wiko  o 
wode.  Starał  sie  uśmiechem  zbvć  ich 
nrzerażenie.  gdy  naciskał  nuls  którv 

b ;ł   szybciej,  coraz  szvbcie:  i  coraz 

"Kbiei,  aż  wreszcie  nie  dało  go  sie 
iuż  wyczuć.

C ztery   dni...  Semmelweis  ciągle  je­

szcze  łu dzi  je  i  u k ry w a   praw dę.  wv- 

ow+uiac  nieszczęsne  o  im iona  niemo- 
'" 1' +  ab v  nie  okazać  przerażenia  na 

”r’d o k   Web  S7.czególnvch  b łęk itn o — 
fioletow ych  plam . 

k tó re  w v sfenttVa 

je b  

rekach  i  nocach.  Także  ciężko 

natrzeć  na  ich  w o sk o w e  tw a rz ’  ■

'  s?n- 

szentu  b1advch  wara'-  ..Tuż  L>- 

;’ i  ból  u stał  praw ie  zupełnie.  -1ok- 

“ .  O d w racał  tw arz,  ’ b-z  ukrvć

-rpĄ  nimi  new ność,  że  ta  e m n w ?  

iuż  dobroczy nna  przepow iednia 

/•Werci.

ezasie  sw e -o   nobytu  w   szmtalu 

ne  nrzestrzeni 

7.

  lat  dr.  Semmelweis 

'""-dział,  iak  kobiety  marły  m asowo. 

Nieraz  cały  rzad  łóżek  na  se’•  nad^ł 

yfiera  yo raczki  Połogow e i 

W   ied-

nvm 

W i k o  

r  1R46  w   Wmże  szpitalu 

zm-rlo  451  oołożnic.

*f*o  samo  działo  sie  na  caly~».  świr- 

"ie  Położnice  umierab- 

w   dziesiat* 

(~y,  npwWn  o n  

v' ,a  gorączki  nołogow e'  tak  straszne

\  

• 

p rzybierała  rozm iary.  że  trzeba  b yło 
zam ykąć  szpitale  położnicze.

P o s z u k i w a n i e   r a t u n k u

Semmelweis  nie  m ógł  przyzw yczaić 

się  iak  inni  lekarze  d o   w id o k u   m ło­

dych  um ierających  m atek.  Zam ęczał 
sw oich  przełożonych,  starych  p ra k ­

ty k ó w ,  dociekaniam i  przyczyn 

tego 

strasznego  stanu.  N iestety   n auk a  ó w ­

czesna  nie  m iała 

odpow iedzi. 

N ie 

w iedziano,  że  zakażenie  krw i  w y w o ­
łują  zarazki  ropne,  k tó re   zn ajd u ją  się 
wszędzie  w   otoczeniu  a  g dy  

d o ­

staną  d o   k rw i  pow ochiją  chorobę  i 

óerć.  A le  zarazki  zostały  o d k ry te 

wiele  lat 

później. 

Semmelweis 

w spółcześni  m u  uczeni  nie  dom yśla- 

sie  ich  istnienia.

Z   pasją  o d d a ł  się  dr.  Semmelweis 

badaniom .  B adał  tru p y   zm arłych  p o ­
łożnic,  szukając  w   ich  spalonym   go- 

~zka  ciele  o d po w iedzi  na  droczące 

pytanie.  P otem   biegł  na  oddział,  d o ­
daw ał  o tuch y  cierpiącym   niew iastom  
bad ając  je,  czy  b lisk i  już  czas  roz­
wiązania.

A   k o b iety   um ierały...  dochodziło 

tego,  że  na  100  p o ro d ó w   było  ?0 

zgonów .  N ie  w idać  by ło   -wyjścia  z 

tego  błędnego  koła.

D o p ie ro   p rzy p a d e k   pom ógł  zrobić 

genialne 

odkrycie. 

O to  

pew nego 

dnia  dow iad u je  się  dr.  Semmelweis 

że  jego  kolega  lekarz  zm arł  na  zaka­

żenie  krw i,  zadrasnąw szy  sie  nożem, 

G ó rv m   k ra ja ł  tru p a .  W   tym   m om en­
cie,  k ied y   się  o  tym   dow iaduje,  b ły ­

skaw icznie  zrozum iał  w szystko.  Z ro ­
zumiał.  że  to   jad  tra p i,  k tó ry   dostał 

sie .z  noża  przez  ran k ę  do  krw i,  wv- 

-'Jał  śmierć  organizm u. 

N areszcie

K Ł O PO T

Późno  w   noc  stu k ają  do   drzw i, 

g o sp o d y n i  otw iera  w   m ro k u   stoi  czte 

rech  pijanych  mężczyzn.

—  C zego  chcecie—-zapytuje  ostro.

—  W y ...  wy... baczcie... czy  w y  nie 

jesteście  K arpielow a

Ja  —  a  czego?

—  Jeden  z  nas...  wasz...  mąż...  ale 

m v  nie  w iem y...  który...

znalazł  przyczynę  śmierci  tych  ty się­
cy  nieszczęsnych  ko b iet.  A le  jakże 

strasznie  w strząsające 

b y ło   to   o d ­

krycie.  O to   lekarz,  k tó ry   przed   chw i­

la  ukończył  krajan ie  zw łok,  b ąd ź  ja- 

'  aś  operację,  szedł  potem   do   po ło ż­

n y ,  b ad ał  jej  narząd y   rodne  i 

na 

'e k a c h   sw oich  przenosił  zarazki  g o ­
rączki  połogow ej.

Z auw ażono,  że  um ierały  głów nie  te 

kob iety ,  k tó re   rodziły   poraź  pierw - 

-  m iały  ciężkie  p o ro d y   i  m usiałv 

być  badane  w ew nętrznie  przez  leka- 

~rv.  T e,  k tó ry ch   lekarze  nie  badali, 
unikały  śmierci.  Lekarze  wiec  byli 
nieśw iadom ym i  spraw cam i  śmierci.

A le  nie  w iedziano,  iak  w spom nia- 

%m.  nic  o  istnieniu  zarazków .  Ręce 

-rz e d   badaniem   m yto  w   w odzie  z 

m ydłem ,  takie  mycie  b y ło  

ied n ak 

nie  w ystarczaiące,  gdvż  nie  zabiiało 

*vch  strasznych  zarazków .

D o p iero  

dr. 

Semmelweis  zrobił 

w n ia ln e   i  b a rd z o   pro ste  odkrycie,  że 
' 

m usi  zniszczyć  na  sw o:ch  re-

t   najm niejszy  ślad  ro p y .  T  sam 

--'-—ma  nadzw vczai  starannie  nrzed 

- -laniem  oołożnic  mvć  rece. 

M vi‘e 

■'--ero  w   w odzie  z  m ydłem ,  a  pn+ero 

'ze  zanurza  ie  w   w odzie  z  chlor- 

p  w annia.  k tó ry   iest  silnym  śro d ­

kiem   odkaź,aiacym.

W yśm iew.aia  sie  k o led zy  lekarze, 

- ‘udenci,  służba  z  nrzesadnei  czysto­

ści  Semmelweisa. 

nazyw aj a  +o 

dzi­

w actw em   i  t.  u .  Ałe  iuż  w   kró tk im  

Semmelweis  o sia-a 

n a d z iw - 

"--o  w y n ik i.  Śm iertelność  u a  iezn 

1J-'ia1e  snad a  nndaitme  N.a  100  ro* 

J-^r-^ch  um iera  -"ż  tue  "i0  i'a;-  unrze- 

dnio,  a  +'dko  iedua  kobieta.

Semmelweis 

d o w ió d ł 

-<* 

nrzez 

rw yczaine  odkażenie  r a t   środkiem . 

’ 

taare  groszy  m ożna  kim*r  w

-try^ece,  m o ż n a  

—r e - r " -  

n n C ^ n im / 

-.-tro n e   nrzed   śirne>via.  dzw sm tkuia- 

n   n g e z  

tyle  w iek ów   nieszczęsne 

'■'tM.

8em m elw eisowi1  św iat  naukounr  y 

lekarski  odrazu  m -  uw ierzył.  Z b v t 

uroste  i  straszne  b-do  +o 

odkrurie. 

Z astanow iło  to  ie d n a t  w ielu,  noku* 
dziło  d o   b a d ań   i  pow oli  w szyscy  le­

karze  na  całym  świccie  przyjęli  jego 

d ad y .

H .  Ciokotow a

Prenumerata  —  „Kobieta  W iejska"  —  wynosi:  kwartalnie  V —  zt  półrocznie  2 —  z ł  rocznie  zł  350.

CENNIK  OGŁOSZEŃ  :  cała  stron.  —  200 —  zł  ‘/a  str-  100  —  zł  —   V8  str.  —  5 0   zł.  —   Za  tr e ś ć   o g ło s z e ń   R edakcja   n i e   o d p o w i a d a .

R ed ak to r  i  W y d a w c a   : 

HANNA 

C IEK O TO W A  

Adres  Red.  i  A dra.:   „ K o b ie ta   W ie js k a " ,  M a r k o w a   k /Ł a ń c u t a ,  S p ó łd z ie ln ia   Z d r o w ia .  N u m e r   R o z r a c h u n k u   1.

Drukarnia  Literacka  K raków ,  PI.  Z gody  4 .  T elefon  185-18.