background image

O p ł a t a   p oc ztowa  "uiszczona  r y cz a łt e m.

Cena  numeru  30  gr

MARKOWA  —  MAJ  1939

kometa

NR  2

W Y C H O D Z I   R A Z   W  M I E S I Ą C U

ROK  1

Jed y na  pociecha

background image

Str.  2

K

o b i e t a

 

w i e j s k a

Nr   2

WOJCIECH  JANCZAK

W   obliczu  poważnych  wydarzeń

Jeszcze  nie  zagoiły  się  rany  po  wielkiej  w ojnie  śwk,* 

tow ej,,  jeszcze  nie  obeschły  dobrze  łzy  m ilionów   m atek, 
sierot  w d ów ,  jeszcze  tysiące  beznogich,  bezrekich,  ślepych 

tu ła   sie  p o   świecie,  gd y   na  now o  n a d   światem   zawisły 
złow rogie  chm ury.

Ż yjem y  znów   w   okresie,  gdzie  n ad  praw ością,  m b 

łością,  braterstw em   zapanow ała  b ru taln a  siła,  oparta  na 

iście  zwierzęcych  insty n ktach   i  pchająca  ludzkość  w   od* 
m ęty  krw aw ej  rzezi.

Istnieją  ludzie  i  całe  n aro dy ,  k tórzy   w m ów ili  sobie 

i  innym   w m aw iają,  że  oni  są  najlepsi,  najm ądrzejsi  i  powo* 

łani  do  tego,  aby   w szystkim   d yktow ać  sw ą  wole.  aby 

ujarzm iać  sąsiednie  lu d y   —  „dla  ich  d o b ra " — ,  sk azu ją: 
je  na  niew olę  i  p o k o rn y   psi  żyw ot.

P o d stęp em   chytrością,  obłudą,  przem ocą  i  groźbą 

użycia  przem ocy  ujarzm iają  te  n a ro d y   słabszych  od  siebie, 

zwłaszcza  zaś  nieprzyg o tow an y ch   i  tych,  k tó rz y   w ola  słn* 
żyć  p o ko rnie  cale  życie  innym   i  pracow ać  na  obcych  niż 
staw ić  m ężnie  czoło  najeźdźcy  w   obronie  w łasnych  pól, 
chat,  wsi,  języka  w iary.  C óż  to   za  człow iek  byłby,  k tó ry  

w łasnego  gniazda  rodzinnego  b ro n ićb y   nie  potrafił  lub 

nie  chciał.  T rzeb a  być  p odłym ,  żeby  bezczynnie  patrzyć, 

jak  bezkarnie  szerzy  się  gw ałt  i  b ru taln a  przem oc,  jak  zło 

w yw ala  drapieżne  in sty n k ty   i  dziką  chęć  m o rd u   M y   ta* 
kim i  wcale  być  nie  chcemy.

Przez  św iat  przelew ają  sie  groźne  chm ury.  C o  pe* 

w ien  czas  w   innej  części  E u ro p y   w ybucha  groźne  ognisko 

n iepoko ju ,  gotow e  przekształcić  się  w   szybkim   tem pie 

w   praw d ziw y   w ielki  p o żar  w ojny.

W s p ó ln y   b lo k   p ań stw   tzw .  faszystow skich,  poslu* 

gując  się  brutalną,  nie  znającą  żadnych  ham ulców   silą, 

p o d p a la   coraz  now e  ognisko  n iepokoju.  T rz y   główne 

państw a  tego  b lo k u ,  N iem cy,  W ło c h y   i  Japonia  m ają  już 
na  sw ym   sum ieniu  niejedno  takie  przew inienie.

Japończycy  z  w ielką  siłą  w kroczyli  do  C hin  i  tam  

ogniem   i  mieczem  od  w ielu  już  m iesięcy  ujarzm iają  coraz 

to   inne  prow incje  i  m iasta  chińskie,  zaprow adzając  tam 
sw oje  porząd k i.  C hoć  C hińczycy  b oh atersk o   b ronią  swej 
ziemi  i  Japończycy  coraz  gorzej  czują  sic  w   C hinach  to 

jed nak  k rew   leje  sie  codzień  i  obfite  jest  żniw o  śmierci 

Koniec  tej  w o jn y   tru d n o   przew idzieć.

W ło s i  po   barbarzyń sk ich   w alkach  z  nieuzbrojony* 

m i  A bisyńczykam i  i  po  zajęciu  A bisynii,  zdaw ało  się  że 

w ezm ą  się  do  uczciwej  spok o jnej  pracy.  G dzie  tam!

P rzed  kilk u  tygodniam i,  uzbrojeni  w   sam oloty, 

czołgi,  arm aty  napadli  znów   w   b ru taln y   sposób  na  małe 

p ań stew ko   A lbanię  i  p o   kró tk ich   w alkach  z  dzielnym i 

albańczykam i 

całą  A lb anię  zajęli,  d y k tu jąc  ludności 

albańskiej  sw oje  praw a  i  sw oją  wole.

W s z y stk o   to   niby  „dla  d o b ra   n aro d u   albańskiego"

C i  sami  W ło s i  i  N iem cy  p o d   firm ą  hiszpańskiego 

generała  Franco  wzniecili  w   H iszpanii  pow stanie  i  przez

dw a  lata  w   b arb arzyń sk i  sp osób   m ordow ali  hiszpańskich 
chłopów   i  rob o tn ik ó w ,  k tórzy   boh atersko  bronili  swych 

praw   i  dem okratycznej  w olności.  D ziś  już  praw ie  cała 

H iszpania  jest  w   rękach  faszystow skiego  generała  France

N iem cy  zaczęli  o d   A u strii.  D ro g ą  politycznych 

kom binacyj  i  intryg,  po  części  rew olw erow ych  zamachów 

na  życie  w ybitniejszych 

A u striak ó w ,  zajęli  wreszcie 

A ustrię.

O d tą d   ap ety t  hitlerow skich  N iem iec  stale  w zrastał. 

W zrastała  także  b u ta  i  pycha  niemiecka,  podsycana  jeszcze 

przez  hitlero w sk ą  propagandę.

R ozzuchw aleni  bezkarnością,  jaka  im  uszła  po  za* 

jęciu  A u strii,  wyciągnęli  drapieżne  pazury  p o   now e  zdo* 

bycze.  T ym   razem   w   jesieni  ubiegłego  ro k u   zajęli. Sudety, 
kraj  należący  do  Czechosłow acji,  a  zam ieszkały  przez  tzw . 

„niem ców  sudeckich".

O d tą d   los  Czechosłow acji  zawisł  zupełnie  o d  humo* 

ru  berlińskich  „o piekunów ".

P enetrow ana  w zdłuż  i  wszerz  przez  hitleryzm ,  prze  I 

niedaw nym   czasem  zajęta  została  przez  w o jsk a  niemieckie 

i  bez  jednego  w ystrzału  w cielona  w   granice  „wielkich 

N iem iec".

D ziś  już,  choć  nie  wiele  czasu  m inęło,  całe  praw ic 

w ew nętrzne  życie  czeskie  zniem czone  zostało  do  gruntu.

W y d z ie lo n a   z  daw nej  C zechosłow acji  —  Słowacja, 

jako  niezależne  państw o   p o d   w odzą  ks  T iso,  stała  się 

faktyczną  pro w incją  niem iecką  i  miejscem,  gdzie  N iem ce 
m ają  czynić  przygotow ania  w ojenne  do   dalszych  m arszów.

Rów nocześnie  z  Czechosłow acją  w ojska  niemieckie 

w kroczyły  do  K łajpedy,  dużego  p o rtu   handlow ego  i  zwą* 

zanego  b ard zo  ściśle  z  Litwą.  D ziś  w   K łajpedzie  Niem cy 

urządzają  silny  p o rt  w ojenny.  M ało  tego!  Niem cy  odwa* 
żyli  się  21  marca  wysunąć  żądania  pod  adresem  Polski 
w  sprawie  Gdańska!

Przez  św iat  cały  przeszedł  silny  od ru ch   najw yższego 

oburzenia.  Ludzie  stw ierdzili,  że  dość  gw ałtu  _j  barba* 

rzyństw a,  że  trzeba  kres  położyć  przem ocy  i  brutalnej  sile.

P aństw a  bezpośrednio   zagrożone  w   swej  niepod* 

ległości  porozum iały  się  z  sob ą  i  w spólnie  z  wielkimi 

m ocarstw am i  zachodnim i  tw orzą  dziś  coraz  potężniejszą 

zaporę  przeciw ko  fali  germ ańskiego  naporu.

P o lsk a  m iędzy  innym i  zaw arła  w   kw ietniu  u kład 

z  A nglią  w   spraw ie  w zajem nej  pom ocy  na  w yp ad ek  woj* 

ny.  P o do b n e  u k ład y   z  A nglią  i  Francia  zaw arły  i  inne 

państw a,  jak  R um unia,  G recja.

W ó d z   N iem ców   —  A d o lf  H itler,  iak  dotychczas 

nie  m yśli  zmienić  swej  polity k i.  Przeciwnie  w  ostatniej 

swojej  m owie  z  28  kw ietnia  b.  r.  b ard zo   atakow ał  tc 

państw a,  któ re  chcą  przeszkodzić  dalszem u  m arszow i  me* 
m ieckiem u  na  W sc h ó d .  A ta k o w a ł  także  prezyd  Stanóv/ 

Z je d n o czonych  A m eryk i  R ussw elta,  k tó ry   w ystąpił  do 

H itlera  z  żądaniem   nie  rozpoczynania  w ojny.

background image

K O B I E T A   W I E J S K A

Śt r.  3

Sytuacja  nie  jest  więc  jeszcze  w yjaśniona  i  chm ury 

grom adzą  sie  dalej.  W e   w szystkich  państw ach  trw aja  go* 

rączkowe  p rzygotow ania  w ojenne.

D o   o b ro n y   przed  najeźdźcą  sposobią  sie  wszyscy. 

Żołnierze,  mężczyźni,  kobiety,  dzieci,  cały  naród.

N a   układach  bow iem   ty lk o   polegać  nie  m ożna. 

W szystkie  siły  narodu  trza  wytężyć,  aby  nie  pozwolić  się 

shańbić  i  nie  pójść  w  niewolę.

Są  zaś  dwie  siły,  które  decy d ują  o  zwycięstwie.  Ted* 

na  to  siła  fizyczna,  w yrażająca  sie  w   liczbie  żołnierzy  i  w 

u zb rojen iu  technicznym ,  drug a  to   siła  m oralna,  stokroć 

w ażniejsza  może,  a  w yrażająca  się  w   gotow ości  pośw ięcę5 

nia  w szystkiego,  naw et  życia,  dla  w spólnej  wielkiej  spra* 

w y  —  dla  w olności.  Jak   głów nym   źródłem   sił  fizycznych 

n a ro d u   w   czasie  w o jn y   są  m ężczyźni,  tak   głów nym   źród 

łem  sił  m oralnych  są  kobiety.  O d   stanow iska  m atek,  żon, 

sió str  zależy  w   dużym   sto p n iu   naw et  w artość  bojow a 

armii. 

» 

*

Pełnej  patriotycznej  dumy  i  hartu postawy  matki  czy 

żony  wobec  syna  czy  męża  idącego  na  front,  nie  zastąpi 

żaden  rozkaz,  ni  żadna  w ojskow a  komenda.  W   postaw ie 

godnej  k o b iet  tk w ią  siły,  które  m ogą  stać  się  podstaw ą 

zw ycięstwa.  C zujność  zaś  i  sp ok ój  g o d n y   w ielkiego  na­
rodu
  i  myśl,  że  niczego  sie  nie  zaniedbało  i  w szystko  przy* 

gotoiwało  oto  p ostaw a  na  dziś.

M y   chłopi  jesteśm y  szczerymi  zw olennikam i  p o k o ju  

i  wiele  jesteśm y  gotow i  poświęcić  dla  jego  utrzym ania. 

A le  nie  chcemy  być  niew olnikam i  innych  i  na  innych 

pracow ać;  nie  chcemy  wyrzec  się  m ow y  w łasnej,  polskiej 
i  niechcemy  wyrzec  się  ziemi,  na  której  o d   w ieków   tu 
trw am y  i  k tó rą   co  rano  w  blaskach  w schodzącego  słońca 
okiem   sw ym   pieścim y,  nie  chcemy  wyrzec  się  chat  i  wsi, 
w   któ ry ch   ojcow ie  nasi  żyli  i  p om arli;  chcemy  w spólnie, 

jak  nas  m iliony,  w   zgodzie  z  innym i  narodam i,  pracować 

na  chleb  czarny,  ale  w łasny,  nie  niew olniczy.

N ie  staniemy  się  zaś  nigdy  pognojem  germańskiej 

pychy,  choćby  ona  uzbrojona  była  w   nie  wiem  jakie  bom 5 
by  i  armaty.

PIO TR  ŚWIETLIK

Rola  społeczna  kobiet wiejskich

N ie  m ożna  się  nijak  zgodzić  z  opi* 

nia.  k tó ra   m ówi,  że  k o b iety   sa  mniej  j 

zdolne  p o d   w zględem   um ysłow ym  

od  mężczyzn  i  że  wobec  tego  nie  na5 

leży  ich  dopuszczać  do  w spółudziału 

życiu 

społeczno-gospodarczym  

k ulturalnym   i  politycznym   —  na  rów  

ni  z  m ężczyzną.  O p in ia  taka  jest  zła 

i  krzyw dząca,  nie  tu lk o   kobiety, 

lecz  także  i  całe  społeczeństw o.  N ie 5 
stety,  opinia  tak a   w śró d   nas  panuje 
nadal  zwłaszcza  na  w si  i  niepozw ala 

w yjść  kobiecie  na  szerszy  św iat  — 
społeczny,  by   m ogła  oddać  na  ieg-> 

usługi  sw oje  zdolności  um ysłow e  i 

w artości  duchow e.  C o  najgorsze  to 

to,  że  takiej  w łaśnie  opinii  uległy 
n ajbardziej  same  k obiety,  które  w 5 

m ów iły  w   siebie,  że  tak,  iak   jest  No 
raz  —  być  m usi.  T o   te-  kobiety  na 
wsi  patrzą  bezradne  na  dzisiejsze 
sto su nk i  społeczne  i  w idzą,  jak  ich 

yłasne  dorastające  dzieci  pozostawić, 

ne  są  nieznanem u  losow i,  jak  pozb a5 
w ionę  są  dostatecznej  ilości  chleba. 

ubrania  i  odpow iednich  w arunków  

zdro w o tn y ch  i  kultu ralny ch   w  dom u,

5  wreszcie  później  —  b rak u   ziemi  i 

pracy.  T rag ed ia  najw iększa  jest  m o ‘ 

że  to,  że  k o b iety   w iejskie  w   swei 

j 

bierności  i  bezradności  nie  w idza,  że 

dzieci ich tak  m ało k o rzy stają ze szko' 

ly  75m io  kl.  (ty lk o   15%  dzieci  wiei 

‘ kich kończy  75m io kl szk. po w  ) a  już 

o  kształceniu  w yższym   praw ie  że  m c 

w y   nie  ma,  bo   warunk"  m aterialne  na

to   nie  pozw alają.  Bezradne  sa  k o 5 

biety  także,  kiedy  patrzą,  jak  wieś, 
w  której  żyją  jest  skłócona,  w y zys­

k iw ana  przez  różnych  p o średn ikó w  

i  zbaw iaczy  politycznych,  a  władze 

nad  nią  spraw ują  nieraz  jednostki 

pozbaw ione  zupełnie  charakteru  i 

kierujące  się  w  życiu  'ed ym e  sam o5 

lubstw em ,  starając  sie  w ykorzystać 

sw oje  w p ły w y   ty lk o   dla  osobistych 

korzyści.

K obiety  w iejskie,  w  przew ażnej 

swej  w iększości  niezauw ażyły  jesz5 

cze  dotąd,  że  m ężczyźni  sprąw ującv 
rolę  gospodarza  w   dom u,  i  role  gos* 
p o d arza  społecznego  w   grom adzie 
(bez  w spółudziału  k o b iet)  nie  zdali 
dobrze  egzam inu  z  dotychczasow e 

go  gospodarzenia  (dom em ,  wsia  i  ca* 

la  Rzeczypospolitą).

Przeciw ko 

takiem u 

porządkow i 

rzeczy  k o b iety   w iejskie  ro w in p y   p o d 

nieść  b u n t!  —  N a d sz e d ł  już  ‘czas 

najw yższy,  b y   k o biety  w spółdziała5 
ły  z  chłopem   we  w szystkich  dziedzu 
nach  życia  społecznego  poniew aż  w 

tym   jest  interes  nietylko  wsi.  ale  i 
P olski  całej.  Zacznijm y  głośno  md* 

wić,  że  k ob ieta  zdolna  iest  w spółdzia 

j  lać  społecznie  z  mężczyzną,  a  nawet 

go  w   tem   może  prześcignąć  K ob ie5 
ta  w iejska  m usi  objąć  swoim   um ys 
łem  i  sercem  życie  sąsiada^  grom ady 

siow ej.  —  Polski  i  całego  świata.

Pom yślm y  odw ażnie,  czv  m ożli5 

we  jest  czuć  się  szczęśliwą  w   takiej

wsi.  gdzie  nie  ma  dobrej  szkoły,  d o b 5 

rych  dróg,  dom u  społecznego,  m ie5 

czarni  spółdzielczej,  Spółdzielni  „Spo 
łem “,  Spółdzielni  Z drow ia,  dziecińca. 

K asy  Stefczyka,  biblioteki  i  t.  p .?   - -

N ig d y   !  W   takiej  wsi  nie  ma  mo> 

w v  o  szczęściu  osobistym   i  gro m ad5 
nym .

Praw dziw ej  kobiecie  w iejskiej  — 

ludow czyni  nie  w ystarczy, 

że 

jej 

dziecko  będzie  zdrow e  j  wesołe,  ale 

będzie  dbać  o  to,  żeby  i  u  sąsiada 

było  zdrow e  i  w szystkie  dzieci  we 

wsi.

C óż  z  tego  że  jedna  d o b ra   m atka  w v ! 
chow a  sw oje  dziecko  naw et  na  anio5 
ła,  jeśli  dziecko  sąsiada  przez  złe  w v 

chow anie  stanie  się  łotrem   i  tego 

aniołka  przebije  nożem.

K ob iety  m ogą  i  po w inn y   praco* 

wać  społecznie,  b o   od   tego  zależy 

ich  szczęście  i  ich  dzieci.  K ażda  ko* 

bieta  w iejska  niech  już  dziś  p o s ta ! 

now i  zerwać  z  dotychczasow ą  opi* 

m a  i  biernością  p o d   y/zgledem   p r a c  

społecznej  i  weźmie  się  do  czytania 

pism   ludow ych,  dobrych  książek  < 

niech  w stąpi  do  ruchu  ludow ego,  bv  
tam   zapoznać  się  z  jego  celami  i  idea* 
mi  i,  by   wreszcie  nauczyć  sie  służyć 
wsi  i  całej 

Polsce  p o d   każdym  

względem .

W szy stk ie   k o biety  w iejskie  w ola- 

my  d o   w sp ółp racy  z  chłoperm m ę5

eirr,  ojcem   czy  synem,  bratem   lub 

przyjacielem   dla  dobra  drugich.

background image

s t r .   4 

 

_______________________________ K O B IE T A * W IEJS K A ___________________ 

 

N r  2

r.jf

Z.  ŁUCZAKÓWNA

N a  

s ł u ż b i e

Z   niejednego  p o w o d u   idą  dzieci 

z  dom u  na  służbę.  Tednych  bieda  wv* 
gania,  d ru d zy   chcą  uciec  o d   niedob* 

rych  koleżanek  czy  kolegów ,  a  jesz* 

cze  inni  odch od zą  b o   nie  m oga  dojść 
do  porozum ienia  z  rodzicam i

M nie  bieda  nie  w ygnała  do  ludzi 

bo  choć  by ło   nas  k ilk o ro   w   dom u, 

lecz  m am y  z  czego  żyć,  ale  d okucz5 

liw y  sp osób   obchodzenia  sie  rodzi* 

ców   ze  m ną  zm usił  m nie  do   szuka5 
nią* ęjileba  m iędzy  obcym i.  Z a  no śred  

t,.njf:t\yęrn  koleżanki  znalazłam   służbę 

w   małym  m iasteczku  odległym   o  kil- 
kadziesiąt  km .  od  rodzinnej  w iosk:. 

Jechałam  tam   z  zadow oleniem ,  a  jaz* 
da  pociągiem   cieszyła  mnie  bo  była 

dła  m nie  now ością.  G d y   przyjecha* 

łam  na  stację  spotkałam   tam   k o le5 

żankę,  k tó ra   zaprow adziła  mnie  do 

dom u  gdzie  w łaśnie  w y szukała  mi 

tą  służbę.

P o  przyw itaniu  się  z  dom ownika* 

mi  pok azano   mi  p o k o ik   gdzie  się 

.  .umieściłam  z  m oim   bogactw em ,  któ* 

re  opisze  p ó ź n ie j.  Ludzi  w   tym   dom u 
sp otkałam   d obrych,  sym patycznych, 

religijnych  i  Wesołych.  Rozpoczy* 

nam   now ą  pracę,  lecz  jakże  jestem  

w obec  niej  bezradna.  N ie  wiem   co 

do  czego  wziąć,  nie  wiem   o d   czego

zacząć  na  czym  skończyć.  D o p ie ra  

pani  m usiała  mi  w szy stk o   pokazać, 
najm niejszą  rzecz  sama  ze  m na  zro s 
bić.  bo  najprostrzej  ro b o ty   nie  um ia' 
łam  dobrze  w ykonać.  N ie  um iałam  
do  stołu podać  p o traw   już  gotow ych, 

bo  co  do  g otow ania  to   o  tem  nie 

m iałam  pojęcia.  Później  zaczęła  mnie 
nani  uczyć  gotow ać,  na  co  trzeba  b y ­
ło  dłuższego  czasu,  aniżeli  na  naukę 
sprzątania  czy  p o d aw an ia  do  stołu. 
Pokazyw ała  mi  pani  przez  kilkanaś* 
cie  dni,  a  jednego  razu  nie  m ogąc  sic- 
oderw ać  od  pracy  nie  przysyła,  wiec 
ja  zdecydow ałam   się  na  zrobienie 
o b iad u  sama.  G d y   go  w ykończyłam  

nadeszła  pani,  pokosztow ała.  poki* 

wała  głow ą  i  zabrała  się  do  roboty- 
Z u p a  była  bez  żadnych  p rzy praw   i 
zasm ażki,  drugie  danie  też  bęz  sma* 
ku.  I  ta k   mi  ciężko  było  ze  wszyst* 
kim,  a  przecież  idąc  na  słu żb ę.n ow in 5 

nam  była  to   w szy stk o   umieć.  Cóż 

kied y  ta k   byłam   w ychow ana,  że  pc>* 
za  obrębem   stajni  z  krow am i  i  pod* 

w orkiem   nie  w idziałam   nic,  bo  r o ‘ 

dzice  nie  puścili  m nie  nigdzie,  nie 

zadbali  aby  m nie  czegoś  nauczyć.

Boli  m nie,  że  gdy  w ychodziłam   z 

dom u  rodzice  nie  zainteresow ali  się 
czy  ja  mam  z  jedną  sukienkę,  całą

koszulę,  w   czem  ja  tam   będę  chodzi5 

la.  Pościeli  też  mi  m atka nie  dała  żad* 

nei,  choć  są  w   dom u  pierzyny  i  p o 5 
duszki,  ale  ty lk o   leżą  usłane  o d   p a ra 5 
dv.  Zebrałam   więc  sw oje  ubogie  ma* 

natki  zarzuciłam   płaszcz  cieniutki  na 

siebie  i  z  takim   to   bogactw em   p rzy 5 

jechałam  do   dom u  m ojej  pierwszej 

służby.  Z  tak a  w y p raw ą  przew ażnie 
w szystkie  m atki  na  wsi  w ysyłają  w 
św iat  swoje,  córki.  W y sy ła ia   sw oie 

dzieci  z  niczem,  ale  żądaja  od   nich 

dużo.  N a   to   zaś  żeby  sie  okryć  jako 
tako  trzeba  kilka  lat  pracow ać,  a  tu  
7.  dom u  list  za  listem  piszą  —  córko 

m o -a  przyślij  mi  ta  pieniędzy  na  le5 
k arstw o "  albo  —  „pożycz  mi  potrze* 
ba  p o d a te k   zapłacić".

O dm aw ia  się  sobie  najpotrzeb* 

niejszych  rzeczy  i  posyła  m yśląc,  że 
tam   w   dom u  napraw d ę  chorzy  i  są 

w   potrzebie.  A   tu  p otym   okazuje  się, 

że  pieniądze  po szły   na  w y d a tk i  bez 
których   m ożnaby  się  obejść-

K iedy  zaś  po  dw óch  latach  wra* 

ca  córka  do   dom u  bo  się  czuje  nu,a 

dobrze  ze  zdrow iem ,  to  jeszcze  w 

p rogu  py tają  się  czy  pieniądze  wie* 
zie  N ie  liczą,  że  sie  o k ry ła  na  lato 

i  zimę  ty lk o   po w iad ają;  „pow innaś

HELA  ŚWIETLIKÓWNA

M A R

• M a ry sia   jest  m łodą  gosposią  trzy- 

m orgow ego 

„m ajątku " 

jeszcze 

m łodszą  m am usią  dw uletniej  córy. 

Ż yje  na  po zór  tak,  jak  k ażda  w siow a 

kobieta.  Ciężej  ty lk o   m oże  pracuje 

o d   innych,  b o   uboższa  i  nię  m a  jej 

k to   w   pracy  pom ódz.  C óż  robić,  nie 
m oże  być  inaczej-  M ąż  m a  dość  pra* 

cv  w   polu,  czasem  i  w e  fabryce  w 

pobliskim   m iasteczku  chce  jaki  grosz 
zarobić,  ab y  ty lk o   jako  ta k o   dawać 
sobie  rade  i  w yganiać  biedę  z  chału* 
py.  M ary sia  cały  dzień  w   dom u  go* 
tuie..  pierze,  szoruje  i  d o   k ró w   zaglą* 

da,  to   znow u  do  k u r  i  p rosiak a,  a  i 

w   pole  też  trza  iść  p om ó d z, Taśkowi. 
T em u  się  ty lk o   ludzie  nadziw ow ać 
nie  m ogą,  że  ta  M a ry śk a   ciągle  bo* 
r-ykająca  się  ze  zw yczajną  chłopską, 

biedą  zawsze  jest  taka  p o g o d n a   i 

uśm iechnięta.  D o b re   słow o  m a  zaw* 
sze  dla  każdego  i  w ielką  życzliwość 
naw et  dla  bezdom nego  kota,  co  się

Y S I A

niew iadom o  sk ąd   d o  jej  izby  spro* 
wadził.  P rzyjdzie  niedziela,  albo  ja* 

kie  św ięto  k a żd y   chętnie  odw iedza 

czystą  izdebkę  M arysi,  t o   w iadom o, 
że  ona  umie  się  cieszyć  czyjąś  radoś 
cia  i  szczerze  smucić  sm utkiem   dru* 

giego  człow ieka.

je s t  zafwsze  tak a  rozum na  tak  

umie  poradzić  w   nieszczęściu,  a  jak 

trza  to  i  pom ódz  choć  sam a  nie  ma 

bogactw a.  T o   też  „dziadk i"  z  całei 

w si  w iedzą,  że  gdzie  iak  gdzie,  ale 
u   M ary si  zawsze  m ożna  dostać  ka* 

w ałek  chleba,  że  przed  ubogim   nie 

zam knie  drzw i,  ani  go  psem   nie  w ysz 
czuje.

Po  izbie  i  po  p o d w ó rk u   drepcze 

za  m am usią  m ała  Zośka,  pociąga  ją 
o d   czasu  do  czasu,  za  perkalow a,  nie* 

bieską  sukienkę  i  p y ta   w skazując 

um orusanym   paluszkiem   na  ptaszka, 

kw iatek,  albo  co  innego:

—  Cio  to ?   —

W ięc  M ary sia  sto   razy  na  dzień 

tłum aczy  i  objaśn ia 

tak, 

żeby  t  < 

było  praw dziw e  i  zrozum iałe  dla 

dziecięcej  duszyczki.

N ajbardziej  lubi  M a ry śk a   wieczo* 

rv.  P o   skończonej  rob  ,cie  siada  przy 
łóżeczku  Z o śk i  i  uk ład a  ją  do  sn.u.

W sp o m in a   w te d y   różne  piosenki, 

słyszane  kiedyś,  śpiew ane  za  czasów 
dziew czyńskich  i  nuci  je,  do póki 
dziecko  nie  zaśnie.  K ażdego  wieczo* 
ra  przez  o tw arte  o k n o   izdebki  nie* 

sie  się  do   wsi  ukochana  M ary sina 

piosenka

„U śnij  że  mi  u śn i;

N im   słoneczko  w stanie,  . 
P ó jdziem y  do  ludzi 
Z  robo tą,  z  kochaniem ".

Ludzie  przechodzący  o b o k   uśmie* 

chają  się  życzliwie  i  dziw ują  się  pro* 
stem u  jej  życiu

A   ona  często  zam yśla  sie  nad  łó_ 

żeczkiem  dziecka.  Taka  też  bedzie  iej 

Z o śk a   jak  do ro śn ie?  C zy  będzie 

rozum na  czy  d ob rym   będzie  czło5* 

w iekiem ,  czy  też 

może  na  so bka 

nieużytego  dla  ludzi  w yrośnie.  Cza* 

sem  chce  ją  w idzieć  b ard zo   m ądrą.

background image

Nr   2

K O B I E T A   W I E J S K A

S t r.   5

se  była  iuż  chałupę  w ystaw ić,  albo 
ze  dw a  m orgi  ziemi  k u p ić"...  N a   służ­

bie  też  sie  pieniądze  z  nieba  nie  s y ­
pia,  trzeba  na  nie  ciężko  pracow ać, 

bo  iaka  praca  tak a  piaca.  G d y by  

każda  z  nas  um iała  od  początku  to 

co  p o   w ielu  trudnościach  i  upoko* 

rżeniach  nauczy  sie  u  ludzi  nie  mu« 

siałaby  sie  tyle  nacierpieć  i  zarobiła 
b v   wiecei.  N ie  wymaga* 

3  od  nas  cu< 

dów   ty lk o   pracy  rzetelnej  dokładne; 
i  czystej.  A   przecież  teraz  tyle  roz­
m aitych  k u rsó w   przeprow adza  się 
po  w ioskach,  tak   że  m ożem y  sie  do 
pracy,  do  życia  przygotow ać.  T y lk o  

trzeba,  żeby  nasze  M atusie  to   zro* 

: um iały  i  nie  broniły  nam   tej  nauki. 
O d   nas  sam ych  zależy  czy  m y  dziew* 

czyny  ze  wsi  ciągle  jeszcze  m am y 

być  w   mieście  tym   pooychadlem   we* 

sługującym   sie  za  m arny  grosz,  czy 

też  po szukiw ana  i  szanow ana  pra* 

cownica.  T a k   jak  jest  dziś,  to   m arna 

i  przy k ra  dola  chłopskich  córek.

A   g d y  już  córka  wasza  m usi  iść 

do  obcych  ludzi  na  służbę,  zainte* 
iesujcie  sie  M am usie  tak  ona  tam  

żyje,  czy  jej  nie  krzyw dzą.  N iestety  

o  to  nasi  ojcow ie  m ałą  okazuia  tros* 
kg.  N ie  m am y  żalu  jeśli  jest  to   dale* 

ko  od  dom u  d rogo  kosztuje  dojazd, 

ale  czasem  b yw a  i  blisko,  jednak 
w ted y  ty lk o   przychodzą  jak  im  pic* 

niędzy  potrzeba  N ie  w gladna  mię*

dzy  jakim i  ludźm i  znajduje  sie  ich 

córka,  na  jakie  niebezpieczeństw a 

est  w ystaw iona  z  czego  sa  później 

nieszczęścia,  jak  jest  trak to w an a  nie* 
raz  gorzej  o d   psa.  D obrze  jak  trafi 

a  ludzi  dobrych,  ale  jak  sa  nieuczcb 

wi  to  ia  w y k o r z y s ta j  do  ostatecz* 

ności,  a  na  koniec  jeszcze  nie  wypła* 

ca.  A   rodzice  ani  pom yślą  o  tem 

jeszcze  jak  napisze,  że  iei  źle,  to  jaka 
odpow iedź  dostaje:  „n :e  chce  ci  sw 

robić,  bo  ci  chałupa  pachnie,  m yślisz 
że  ci  za  darm o  będziem y  jeść  daw ać". 

D ośw iadczyłam   tego  sama.

W   czasie  drugiej  słażby  s p o tk a : 

łam  ludzi  strasznie  nerw ow ych,  a  w y ­

korzystujących,  psu  dali  sp okojnie 

zjeść,  a  mnie  nie.  K iedy  podziekow a 

łam  za  pracę  to  tak   mi  dokuczyli,  że 

padałam   ze  znużenia  bo   przez  te  1 a  j 

dni  to  najw yżej  po  godzinie  spałam ,  ' 
a  czasem  wcale  nie.

P rzykro  mi  było  strasznie,  że  nikt 

z  bliskich  nie  zatroszcz   sie  o  mmc. 
naw et  nie  zapytali  jak  mi  się  powo* 

dzi,  a  kied y   przyszłam   do  dom u  to 

tak   mnie  przyw itali: 

to  iuż  idziesz

iużeś  się  nasłużyła"...  Płacz  mi  za* 

tkał  słow a  odpow iedzi  bo  i  cóż  było 
odpow iedzieć.  Starałam   sie  ty lk o   jak* 
najprędzej  w yjść  z  dom u  i  po  niedhu 

gim  czasie  znalazłam   trzecia  służbę, 

a  w raz  z  nia  znalazłam   ludzi  lepszych 

jak  rodzice.  A   czym  więcej  okazują

w ykształcona  i  pierw sza  we  wsio** 

wej  grom adzie,  ale  w net  k a ^ i   siebie 

za 

te 

m acierzyńska 

ambicje. 

— 

N iech  będzie  jaka  chce,  b vlebv  do b ra 

była,  b v leb y   duszę  m iała  p ięk na  i 

pielenie  um iała  żyć.  —

K ied y   Z o sień ka  zaśnie  i  ucisza  się 

gw ary  i  o d gło sy  idące  ode  w si,  Ma* 

rysia  zapala  m ała  naftow a  lam pę  i 

zabiera  się  do  czytania.  Tasiek  także 
w yciaga  z  p ó łk i  książki  i  gazety 
i  ty lk o   szelest  k a rt  słychać  w   izdeb* 

ce.

M ary sia  czytuje  różne  pism a,  ale 

najchętniej  zawsze  najm ilsze  .W ici".

Za  dziew czyńskich  lat  była  w;* 

ciarka,  a  naw et  słuchaczka  uniwersy* 

tetu  gackiego  i  stam tąd   w yniosła 

szerokie  patrzenie  na  św iat  i  rados* 

ny  zapał  do  życia  tw órczego  i  dobre* 

go,  D lateg o  często  z  Taśkiem  rozma- 
w iaja  nie  ty lk o   o  swojej  g o s p o d a r  
ce,  ale  o  życiu  całej  w si  j  w szystkich 
ludzi  w   Polsce  i  cieszą  sie  każdym  

pięknym  

dorobkiem  

społecznym  

chłopów .  D latego  też  tyle  u  nich  ga* 
zet  i  książek,  któ re  sie  czyta  często 
dłuFo  w   noc.

M arysia  czuje  jak  po   przeczyta* 

ni u  każdego  ładnego  arty k u łu ,  każ* 

dej  ładnej  pow ieści  rozszerza  sie  jej 
wiedza,  jak  przychodzi  zrozum ienie 
dla  ludzkich  poczynań,  a  w   .sercu  ro ' 
dzi  sie  w ielkie  kochanie  ogarniające 
cały  d o b ry   i  p ięk n y   św iat.

N ie  rozpacza,  że  m usi  ciężko  pra* 

cować,  że  inni  m aia  więcej  m orgów  
pola  i  biały  chleb  w   kom orze.  A   jak 

ia  spo tka  strata  w   gospodarstw ie  to 

rak  nie  opuszcza  i  nie  płacze,  bo  da* 
lei  w idzi  od  innych,  b o   oprócz  swo* 

ich 

interesują  ia  szerokie 

ludzkie 

spraw y 

D la  siebie  w alczy  przede 

w szystkim   o  jed no :  o  iak   najw iększa 
w artość  duszy  w łasnej  i  d uszy  swo* 

jego  dziecka.

M arysia  wie,  że  w alka  ze  złem,  że 

wieczne  dźw iganie  sie  ku  dobrem u 

to  nraca  nie  ty lk o   dla  sw ojego,  ale 

i  dla  cudzego  szczęścia  to   całv  sens 

życia  i  cała  jego  w artość.  D latego  

tak   często  pow tarza  patrząc  na  cór* 
ke  :

—  Ż ebyś  ty lk o   do b ra  była,  żebvś 

ty lk o   pięknie  um iała  żyć.  —

C o  dzień  też  jaśniej  i  spokojniej 

w  jej  sercu.

Z ia p o m n ia ła m ,..

dla  mnie  dobroci  i  w spółczucia,  to 

mam   w iększy  żal  do  rodziców   dla* 

czego  o d  obcych  ludzi  otrzym uje  to 
czego  pow innam   doznać  o d   rodzi* 

ców.

A żeby  uniknąć  takiego  żalu  d z ie 1 

cięcego  d o  rodziców ,  potrzeb a  oka* 

zać  dziecku  więcej  zainteresow ania 

i  więcej  w spółczucia  rodzicielskiego

E F E M

Na  nową  drogę

Kobiety  wsio we 

Chodźmy,  bo  czas!

—  

—  

—  

—  

—  

J uż  ś w i t a !

Na  dolę  nową  ...

W   dole  z a s z u m ia ł  chłopski  la s !... 

Po  m iedzach  —   zielonych  żytach... 

Po  kwietnych  łąkach   —   rozłogach, 

Leci  d alam i  dziwna  w ie ś ć:  —

Ż e   nowe  drogi  r ą b ie   w i e ś !.. .  

R azem ,  pospołu  cały  g m i n !

0 !  

 

 

 

 

—  

T a m   nie  może  b ra k n ą ć   nas; 

gdzie  m ąż  i  syn  —

gdzie  ojciec  b ra t

po  tw ar d e j  skalistej  g ru d z ie...

T o r u ją   w  znoju  i  trudzie,

—  

—  

—  

—  

szlaki  na  ś w ia t!

background image

St r.  6

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  2

M O J A   M A T K A

K ażde  dziecko  m łodsze  .sczy  star* 

sze  m usi  mieć  sw oją  najbliższa  przy* 

jaciólkę  przed  k tó rą   zwierzy  sie  ze 

sw oich  tro sk ,  k tó rą  szanuje,  kocha 

i  m a  do  niej  pełne  zaufanie.  Szczęś5 
liwe  jest  dziecko,  szczęśliwa  doras* 

tająca  dziew czyna  jeśli  tak ą   przyja* 
ciółkę  znajdzie  w   sw ojej  matce

M o je  w spółżycie  z  M a tk ą   było  od 

najm łodszych  lat  bardzo  serdeczne, 

chociaż  chow ano  m nie  dosyć  surow o 

i  nig d y   nie  byłam ,  ani  chw alona,  ani 
nazby t  pieszczona.

P o  ukończeniu  7  kl.  szkoły  pow* 

szechnej  pracow ałam   razem  z  Rodzi* 

cami  w   dom u  i  gopoclarstw ie. 

Po 

,  upływ ie  trzech  lat,  ja  sobie  my* 

śle  ta k :  Tak  m nie  mloi  T atusiow ie 

kochają  to  mnie  w ysłuchają  i  proszę 

ich  żeby  mi  pozw olili  pójść  na  kurs 

do  U n iw ersy tetu   O rk an o w eg o   w 
Gaci.  Po  nam yśleniu  się  pow iedzieli: 
„iak  iuż  tak   pragniesz  tego  koniecz* 

nie  to   id ź “.  U rado w ałam   sie  bardzo 
z  tej  ich  zgody.

Rozeszła  się  więc  praw ie  no  całej 

wsi  pogłoska,  że  idę  do   G ackiego 

U n iw trsy te tu .  M ieli  ludzie  wiele  do 
gadania  z  tego  p o w o d u,  a  przew ażnie 

kobiety.  Zaczęli  w szyscy  tłom aczyć 

m ojej  M am usi:  „a  poco  ja  tam   da* 
jecie,  żeby  sie  zgorszyła,  szkoda  gro* 

sza  na  tę  naukę  i  bez  tego  uniwersy* 

te tu   przecie  żyć  m oże“.  T akie  i  po* 
do bne  opinie  słychać  by ło   w śró d  

k obiet.  M am usia  po  w ysłuchaniu 

tych  różnych  nie  zgodnych  wcale  z  ! 

p raw d ą  zarzutów ,  nie  zmieniła  z d a 5  i 

nia,  nie  stała  sie  dla  m nie  tw ard ą  i 
nie  przeszkodziła  mi  iść  na  ten  kurs.

W łaśn ie  tu  w idziałam   Tej  zrozu* 

m ienie  m ych  potrzeb  duchow ych.  Po 

znałam,  że  napraw dę  jest  dla  mnie 

d o b ra   i  m nie  kocha,  jest  uśw iadom ić 
na.  m a  sw ój  osąd  o  tem   co  złe,  a  co 
d o b re   Byłam   dum na  i  szczęśliwa,  że  J 
m am   tak ą  m atkę.

Była  w ted y   w iosna,  dużo  ro b o ty . 

Ż al  rr.i  b y ło   zostaw iać  M am usię  sa* 
mą  bo  więcej  dzieci  prócz  mnie  ro* 
dzice  nie  m aią.  Lecz  M am usia  poś* 

wieciła  się  dla  m nie  i  w ysłała  mnie  • 

na  kurs.  Poznałam   w ted y   jakie  to 

szczęście  i  radość  mieć  rozum na  mat* 
kę  praw dziw ie  kochającą  sw oje  dziec 
ko.  T o   też  kied y   w   U niw ersytecie  za­
chorow ałam   pom im o  serdecznej  opie 

ki  jakiej  doznałam   od   C hrzestnej  i 

koleżanek,  czułam  jakiś  sm utek  w 

k tó ry m   ty lk o   M atk a  m ogła  mnie  p o 5 

cieszyć  i  b ard zo   tęskniłam   do  Ma* 

m usi.

P o   ukończeniu  U n iw ersy tetu   bv* 

łam  zn ó w   w   dom u.  W   tym   czasie 
organizow ała  się  we  w si  wycieczka

po  Polsce.  Prosiłam   więc  znów   R o ­
dziców   żeby  mi  pozw olili  lechać. 
Z godzili  się  chętnie  bo   wiedzieli,  ze 

tak a  w ycieczka  dużo  daje  korzyści 

człow iekow i.

N adeszła  jesień.  Z bliża  się  czas  za* 

pisu  do  szkoły  rolniczej  w   A lbigo- 

gowei.  T a k   pragnę  ukończyć  te  szko* 

lę.  aby  pogłębić  sw oje  w iadom ości 

gospodarcze,  ale  m yślę  sobie  czy  mi 
na  to  zezw olą?

I  tu   znów   przekonałam   się  jacy  sa 

d o brzy  dla  m nie  m oi  Rodzice  Po° 

m im o  ciężkich  w a ru n k ó w   zdecydo*

wali  sie  dać  mnie  do  tej  szkoły.  Te* 
raz  będąc  w   szkole  w idzę  iak  m oja 

M atk a  pośw ięca  się  dla  mnie,  jak 

ciężko  pracuje,  i  jak  stara  sie .pom ódz 
mi  we  w szystkim .

Po  w yjściu  ze  szkoły  też  nie  mam 

zam iaru  w net  w yjść  zamąż  i  wiem, 

że  M am usia  do   tego  nam aw iać  mnie 
nie  bedzie,  a  naw et  b y   nie  zezwoliła, 
bo  v/ie  jakie  są  sk u tk i  zbyt  wczesne* 
go  zam ążpójścia.

W   M am usi  m ojej  mam  d o b rą  i 

m adra  przyjaciółkę.

Córka.

H  CIEKOTOWA

Dziecińcowa  izba

O rganizujem y  w   naszej  wsi  dzie* 

cińce.  M am y  już  W ychowawczynię, 

,  zrobiłyśm y  spis  dzieci,  teraz  czas  po* 

myśleć  o  o dpow iednim   urządzeniu 

dziecińca.

D o   tej  p o ry   spraw a  ta  m ało  jest 

przez  nas  doceniana.  N ieraz  widzia* 

łam   dziecińce,  mieszczące  się  w   kła* 

sach  szkolnych.  N ie  w idać  żadnej 
tro sk i,  ab y  tę  izbę  starano  się  przy* 

stosow ać  do  potrzeb   dziecka.  Sto* 

ją  te  same  rzędy  ław ek  jak  w   czasie 

nauki,  w   kącie  tablica,  na  ścianach 

te  sam e  obrazy  i  pom oce  szkolne  co 

.  'rzez  cały  rok.  N ic  nie  przypom ina 

dziecku  z  dziecińca,  że  tutaj  jest  jego 
św iat.  N ic  go  tu   nie  zaciekawia,  nie 

^ociaga.  O b razki  są  niezrozum iałe, 

ław ki  w ysokie  i  niew ygodne.  O bco 

w   tej  izbie  i  nieprzytulnie  .  „Prze* 
~ież  lato,  dzieci  w iększą  część  dnia 

p rzeb y w aia  na  słońcu,  na  dw orze  a 
na  te  chwilę  to  i  klasa  szkolna  w y star 

czy“  —  od p o w iad an o  mi,  kiedy   na  te 
b rak i  zwracałam   uwagę.  —  „Spizęty 

ko sztu ją,  a  poco  w ydaw ać  pieniądze, 

m ożna  się  bez  tego  obejść".  -

M yślę  sobie  w tedy,  czy  ciągle  jesz* 

cze  ch ło p sk :e  dziecko  m a  być  pozba* 

w ionę  tego,  co  jest  naturalnym   prz^* 

w ilejem   dzieci  m iasta,  korzystających 

z  now ocześnie  urządzonych  przed* 

'k o li  i  o g ró d k ó w   jo rd a n o w sk ic h ? 

C zy   m a  stać  nam  na  przeszkodzie  t<* 

•'are  zło ty ch ?  Zw łaszcza  że  jest  to 

-•-ydatek  jednorazow y,  bo  sprzęty  be* 

dą  służyć  przez  parę  lat.

N ie  chodzi  tu   o  pieniądz.  Trzeba, 

aby śm y   sobie  w yjaśniły  że  odpo* 

w iednie  urządzenie 

i z b v  

dziecińcowei 

to  jest  w ażny  czynnik  sprzyjający 

w ychow aniu. 

A  

kied y   uznam y  tę

słuszność,  p otrafim y  znałeść  i  pot* 

zebne  pieniądze.

M im o  lata  dziecko  spędza  jednak 

parę  godzin  w   izbie,  a  w   niepogodę 
p rzebyw a  tu   cały  dzień.  T o   jest  jego 
chw ilow y  dom .  I  ważne  jest,  czy  w  

tym   dom u  pięknie  i  w ygodnie,  bo 

w te d y   będzie  on  przyciągał  w   swoje 

ściany,  będzie  tu  każdem u  dobrze. 

A   w iem y,  że  miłe  otoczenie  usposa* 

bia  po god n ie,  życzliwie,  stw arza  dob 
ry   nastró j,  k tórem u 

ulega  nietylko 

człow iek  d o ro sły   ale  i  dziecko.  Tam , 
gdzie  zagościło  piękno,  niem a  m iej­
sca  na  b rzy dk ie  myśli,  brzydkie  sło* 

w a  i  złość.  Łatw iej  na  dziecko  w   ta 

kim   n astro ju  

oddziaływ ać,  łatwiej 

sie  z  nim  porozum ieć,  łatwiej  trafić 

do  jego  duszyczki.  I  to   *est  niesły* 

chanie  w ażne  w   w ychow aniu.

W c h o d zą c   do  dziecińca.  „dziecko 

p o w in n o   odczuć,  że  w szystko  tu   jest 

zrobione  z  m yśL   o  nim.  I  te  niziut* 
kie  w yg od ne  stoliki  i  krzesełka  i  ta 

śliczna  um yw alka  i  te  zachwycające 
obrazki  i  w ycinanki  na  ścianach  to 

w szy stk o  w o kó ł  jest  dla  niego.  Ca* 

łe  urządzenie  dziecińca  m usi  być  do* 
stosow ane  w ielkością  do  sił  1  wzro* 

stu  dziecka.  Ściany  izbv  trzeba  przy* 

stroić  barw ną  w ycinanką,  jeśli  k toś 

umie,  a  takich  na  wsi  zawsze  znaleść 

m ożna,  —  nam alow ać  obrazki,  ty lk o 

ich  treść  m usi  być  zrozum iała  d li 

dziecka.  D u r o   pom ysłów   znajdzie* 

m y  w   pism ach  dziecięcych.  N iejeden 

Staś  czy  M arysia  nieraz  m a  ochotę 

popłakać,  ale  kiedy   sp o jrzy   na  tego 
paw ia  z  długaśnym   ogonem ,  albo  na 

tego  boćka,  co  to  żabkę  sw oim   dzie* 
ciom  —  bocianiętom   niesie.  —  ta  tak 

się  zacuduje,  że  i  o  płaczu  zapom ni

background image

Nr   2

K O B I E T A   W I E J S K A

S t r .   7

U   nas  w   M ark ow ej  dziecińcowe 

izby  stro ją   dziew częta  —  w iciarki  z 
K ół  M łodzieży.  Ile  p o tym   przeżywa* 

ją  radości,  kied y   patrzą  na  dzieciń- 

sicie  roześm iane  buziaki.

W y b ie rają c   pom ieszczenie  na  dzie- 

ciniec,  należy  zwrócić  uw agę,  aby   w  

r o b liż u   nie  było  gnojów ki,  b ru d n y ch  

kałuż,  b ło ta  itp.  Pożądane,  aby   dzie- 

ci  m iały  k oło  dom u  kaw ałek  ogrodu 

c!o  zabaw y.

Izb a   m usi  być 

duża, 

słojieczna, 

w idna, 

ś d a n y  

najlepiej 

bielone, 

podłoga, 

drew niana,  ze  w zględów  

zd ro w o tn y ch   klepisko  jest  niedopusz 

czalne.

Sprzęty.  Stoliki  najlepsze  kwadra* 

tow e,  p rzy   któ ry ch   siedzi 

p o

 

4-o 

dzieci.  Poniew aż  zajm ują  dużo  m iej5 

sca  —  i  k o szt  jest  w iększy,  robim y 

sto ły   podłużne  na  10-ro  dzieci.  Wy* 

sokość  różna,  przeciętnie  60  cm.,  ale 

najlepiej  sadzać  w iększe  dzieci  przy 
vw ższvm ,  m niejsze  przy   niższym   sto ­

liku.  Z am iast  ław ek  w ygodniejsze  są 

do  siedzenia  małe  krzesełka,  k tó re 

k ażda 

m atk a 

przyn o si  dla  swego 

dziecka.

U m y w alk a  m usi  być  tak   pom yś- 

lana,  ab y  m iała  zb iornik   na  w o d ę 

D o   m vcia  p o w inn a  być  w o d a  bieżą­

cą.  P rak tyczn a  jest  um yw alka  bla­
szana,  składająca  się  z  2  k o ry tek .  D o  

górnego  k o ry tk a   nalew a  sie  w o dv , 
k tó ra   w ycieka  przez  kilk a  kranów . 

B ru d n a  w o d a   ścieka  do  dolnego  k o ­

s t k a ,   n ad   k tóry m   dzieci  sie  m yją. 

G dzie  jest  dużo  dzieci,  takie  urny- 

sa  najlepsze.

W ie sz ak i  na  u b ran k a  z  półeczka 

u  górv.  oddzielne  na  ręczniki.  —  k aż­

de  dziecko  m a  swój  kołeczek.  N ale­
ży  je  nisko  umieścić  ab y   dzieci  same 
m ordy  dosięgnąć.

U stę p   p rzv   dziecińcu  iest  niezbęd­

n y   ze  w zględu  na  zdrow ie  i  u trz y ­

m anie  czystości  —  w   obejściu.  N o   i 
dziecko  uczy  się  k u lturalny ch   n aw y ­

k ó w .  W id ziałam   iednego  razu  o ch ­

ronkę,  gdzie  nie  by ło   ustęp u   dla  dzie­

ci  a  z  ustęp u   dla  dorosłych  dzied  

nie  m o d v   korzystać  bo   b v ł  za  w y ­

sok i  i  n ;ebezpiecznv.  N ic  dziw nego, 
że  zanieczyszczały  całe  obejście  sw o :e 

i sąsiadów . T ak ie  rzeczv sa niedopusz 

czalne  -e  w zględu  na  schludność  o to ­

czenia  i  niebezpieczeństw o  w ybuchu 

epidem ii  tv fu su   lub  czerw onki.

U stę p   dla  dzieci  należy  wybudo*

’->ć  oddzielnie,  musi  być  w ygodny, 

niziutki  szczelny  Po  zam knięciu  dzie 

rińca  przechow ać  go.  a  będzie  służył 

długo.

D u żo   radości  daje  dzieciom  h u ś­

taw ka.  N ajlepsza  i  najbezpieczniejsze

jest  deska  przerzucona  w   poprzek  
przez  kloc  drzew a.  D eskę  i  k a n ty   na­

leży  g ład k o   oheblow ać.

D zieci  b ardzo  lu bią  baw ić  się  w  

piasku.  Przy  dziecińcu  trzeba  u rzą­

dzić  piaskow nicę.  P iasek  m usi  być 

p-sty,  dobrze  jest  ogrodzić  go   des* 

ami,  ab y  sie  nie  roznosił.

M u sim y   dążyć  do  tego,  aby   dzie­

ciniec 

m iał 

sw ój  choćby  m aleńki 

ogródek.  Dzieci  sieją  w   nim   kw iaty, 

-używa,  uczą  się  obserw ow ać  i  pie­

lęgnow ać  roślinki.  B udzi  sie  za­

m iłowanie  p rzy ro d y .  Dzieci  pozna* 

a  św iat  roślin,  uczą  się  podziw iać 

:ego  piękno.

T a k   w y po sażony  dzieciniec  wnie- 

w   życie  naszego  dziecka  dużo  r a ­

dości,  nauczy  je  p o rząd k u   i  kultura!-

Praktyka  życiow a  w ykazuje,  że  po­

m iędzy  w ładzam i  ska rco w ym i  a  płat­

nikami  często  dochodzi  do  różnych 

n ieporozu m ień  na  tle  braku  kw itów  

od  podatków   zapłaconych,  B ra k kwitu 

podatkow ego  nie  daje  płatnikow i  m oż­

liw o ści  dow ieść,  że  podatek  został 

zapłacon y  i  podatek  —   jak 

często 

tw ie rd zą   p ła tn ic y — zostaje  p o w tó rn ie  

ściągnięty.

N ajw ięcej  takich  narzekań  słychać 

na  wsi,  gdyż  n ajgorzej  kw ity  p rze ­

chow ują  właśnie  ro ln icy.  Aby  uniknąć 

n ie p o trze b n ych   nieporozu m ień  i  zbę-

« yćh   przyzw yczajeń.  O b u d zi  uczu­

cie  p ięk n a  a  więc  i  d o b ra   D ó   takiego 

ziecińca  dziecko  chętnie  biegnie  a 

całą  zimę  do  niego  tęskni.  N ie  żałuj­

my  starań  a b y   dzieciństw o  naszych 

dzieci  było  im  na  całe  życie  źródłem  
słonecznych  w spom nień,  w   których 
człow iek  d o rosły   nieraz  znajdzie  p o ­

krzepienie  w  ciężkich  chwilach.

*

C ałk o w ity   k o szt  urządzenia  i  p ro ­

w adzenia  dziecińca  p rzedstaw ia  się 

w   M arkow ej  następująco:

:P-!  1 

Z w racam y  uwagę,  że  dzieciniec  był 

.  p ro w ad zo n y   przez  5  miesiecy,  bez 

żadnych  subw encyj.

dnych  w yjaśnień  —   kw ity  podatkow e 

należy  starannie  p rze ch o w yw a ć.

P oniew aż  art.  9 9   o rd y n a c ji  podat­

kow ej  mówi,  że  praw o  do  uskutecz­

nienia  w ym ia ru   podatku  przedaw nia 

się  z  upływ em   5  lat,  licząc  od  końca 

roku  ka lenda rzo w ego,  w  któ rym   pow ­

stał  obow iązek  p o d a tko w y— stąd  w y ­

nika,  że  kw ity  podatkow e  należy  p rz e ­

ch o w yw a ć  przez  sześć  lat,  czyli  przez 

taki  okres,  w  k tó rym   następuje  p rze ­

daw nienie  w ym iaru  podatku.

K.

WPŁYWY  W  ZŁOTYCH

o p ła ty   od  dzieci

(30  dzieci X  1  zł  X  5  m ies.) 

150.— 

O p ła ty   m a te k   n a  urza.dzenie
d z i e c i ń c a ..........................................16.50
Z  fu n d u szó w   organ izacji  . 

99.11

WYDATKI  W  ZŁOTYCH.

3  s t o ł y .................................

30.—

u m y w a l k a ..........................

18.—

p ó łk i  i  w ie sz a k i  .

6.40

w iad ro   .
2  m i o t ł y ..........................

— .96

szczo tka  do  sz o ro w an ia   „

— .45

m isk a   do  naczyń  .

2.20

c z e rp a k   do  w o d y

— .60

ceb rz y k   -.

sp lu w a cz k a  

.

.

.

.

1.25

śm ietn iczka 

.

.

.

.

1  —

s k rz y n k a   na  śm iecie

1.—

u s tę p   dla  dzieci  .

19.75

m y dło  

.

m ieszk an ie 

.

.

.

.

30.—

o p ła ta   w y ch o w aw czy n i

(5  m ies.  X  30  zł.)  .

150.—

265.61

J a k   d łu g o   n a le ży   p rze ch o w y w a ć  

kw ity  p o d a tk o w e ?

background image

S t r .  8

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  2

ZOFJĄ  SZYLAROWNA

Uczmy  się  położnictwa

Spółdzielnia  Z d ro w ia  w   M a rk o 5 

wei  p o d d a ła   mi  m yśl  żebyrr)  poszła 

do  szkoły  położnych. 

Początkow o 

m ocno  zastanaw iałam   się,  czy  ja  dam  
sobie  radę,  czy  nadaje  się  do   tego  za5 

w o d u   k iedy   nie  m ogę  znieść  krwi. 

D łu g o   nam yślałam   się,  boć  to  prze? 

cież  zaw ód  b ardzo  odpow ied zialny  

w ym agający 

dużego 

zam iłow ania. 

R ozm aw iam   o  tym   sw oim   zamiarze 

7.  kobietam i  we  wsi,  każda  mi  radzi 
—  idź.  A   no  nabrałam   ochoty,  zde5 

cydow ałam   się,  złożyłam   podanie  do 

Państw ow ej  Szkoły  Położnych  we 

Lw ow ie  —  i  zostałam   p rzyjęta  O d  
jesieni  zeszłego  ro k u   jestem  na  k u r5 
sie.  Z daw ać  by   się  m ogło,  że  dw a 
lata  to  długo,  ale  na  nauce  czas  nam  
tak  leci,  że  ani  się  człek  obejrzał,  a 

tu   iuż  pierw szy  ro k   pracy  dobiega 
końca. 

f

N a u k a   w   szkole  obejm uie  wyk? 

lady  i  zajęcia  na  salach  położniczych 
przy  chorych.  Po  za  nauka  o b o w iaz’ 

kow a  założyłyśm y  sobie  K oło  K o 5 

leżańskie,  na  k tó ry m   radzim y  głów? 
nie  o  spraw ach  kobiecych,  o  naszej 

przyszłej  pracy  na  wsi,  o  opiece  nad 
m atka  i  dzieckiem.

Pięknie  wieś  nazw ała  okres  ciąży 

stanem   błogosław ionym .  T ak a  b ło 5 

gosław iona  przyszła 

m atkę 

trzeba 

otoczyć  opieka  b ardzo   troskliw a  i 
serdeczna.  N ie  wiem v  ialóm   talentem  

Pan  B óg  o bd arzył  dziecko,  k ó reeo 

oczekujem y. 

M oże  to   będzie  jaki 

geniusz,  myśliciel,  sław ny  w ynalazca 
a ity sta   śpiew ak,  m uzvk,  ie d \n a   na? 
sza  pociecha  i  radość  na  zmierzchu 

życia.  Bo  i  cóż  iest  piękniejszego 

droższego  p o n a d   dziecko.  O b o w iaz5 
kiem   naszym   jest  dbać,  aby  m atce  i 

tem u  m ałem u  człow iekowi  nic  złega 

sie  nie  stało.

A   jakże  często  słvszv  sie  o  w v n a d 5 

kach  śmierci  m atek  z  b rak u   odno? 
w iedniej  opieki  przv  porodzie  Ileż 

m łodych  k ob iet  m usi  przedw cześnie 
pożegnać  się  z  tym   światem ,  ile  sie5 

ro t  zostaje.

M am y   na  naszym   kursie  ko leżan 5 

ke.  k tó ra   nrzv  pierw szym   dziecka 

dw a  dni  wiła  s’e  w   bólach.  W ie ś  za­

bita  na  K resach  w schodnich  daleko 

od  m iasta  od  położnej,  o d   lekarza

Chcąc  pom óc  rodzącej  b abk a  k o 5 

zikiem 

ja  rozemła. 

D zięki 

Bogu 

jakoś  w szystko  skończyło  sie  szcze5 
śliwie  m im o.  że  ten  nóż  jak  i  ręce 

babki  nie  b v łv   odkażone.

K obieta  ta  w yzdrow iała,  ale  zbun? 

tow ało  s;e  coś  w   niej.  Przecież  tak  

zawsze  być  nie  m oże,  na  jednym  

dziecku  nie  koniec,  na  to   sam o  n ara5

żone  sa  w szystkie  ko b iety   we  w si  i 

okolicy.  Ileż  razy  p o ró d   k ończy  się 

śmiercią  m atki  i  dziecka  dlatego,  że 

położenie  pło d u   było  niepraw idłow e. 

G d y b y   ko b iety   by ły   uśw iadom ione 

i  m iały  w   pobliżu  położna,  jeszcze 

w   czasie  ciąży  w iedziałyby  czy  p o 5 
ró d   zapow iada  sie  norm alnie  czy  też 
o drazu  trzeba  jechać  na  klinikę.  Sa 
przecież  w ypadki,  że  do   takiego  nie? 

p raw idłow ego  p o ro d u   przyw ozi  sie 

lekarza  z  odległego  o  kilkanaście 

km   m iasteczka.  I  ten  lekarz  iest  bez 

rad n y   bo  chora  trzeba  wieść  do  szpk 
tala.  A   tu  droga  do  tego  szpitala  da5 
lęka  20  i  więcej  km,  stan  chorej  cież? 

ki.  chłopska  fura  kiedyż  ia  dow ie5 

zie  zwłaszcza  zima  czy  jesienia.  By5 

ło  takie  zdarzenie  w   naszej  okolicy, 

że  chora  w   drodze  do  szpitala  zmar? 
ła

Z astanow iw szy  się  nad  tem  w szyst 

kiem   ta  nasza  koleżanka  k tó ra   szcze5 

śliwie  uniknęła  śmierci,  zostaw iła 

roczne  dziecko,  a  sam a  przyjechała 
do  szkoły  położnych  i  uczy  sie  z  za? 

nałem,  aby  potym   nieść  pom oc  mat?

kom   rodzącym .  A   przed  w yjazdem  

zebrała  k o b iety   naradziły  sie 

ktoś 

z  mężczyzn 

im  pom ógł  i  założyły 

K oło  G o sp o d y ń   W iejsk ich . 

I  już 

sobie  pom ału  radża.

K obiety,  w  naszym   interesie  leży 

żebyśm y  m iały  zapew niona  pom oc 

położnej  w   czasie  ciąży  i  p o ro d u .  M v 

p rzedew szystkiem   m usim y  dbać  i 

starać  się  o  to,  aby   w   naszej  wsi  czy 

najbliższe]  okolicy  była  położna.  N ie 

pow ierzajm y  swego  życia  ciemnej 

nieśw iadom ej  babce.

W   każdej  praw ie  wsi  m ożna  zna5 

leść  m ężatkę  czy  dziewczynę,  której 

o d p o w iad ałab y   praca  położnej.

Sa  i  takie  co  m aja  środk i  na  ukoń 

czenie  szkoły,  biedniejszym   może 

pom óc  gm ina  czy  organizacje  spo? 

łcczne.  T y lk o   trzeba  im  Podsunąć  tę 
myśl,  a  nieraz  zachęcić  lub  pom óc..

A   jeśli  macie  akuszerki  w   swoich 

w siach  korzystajcie  z  ich  pom ocy, 

wciągajcie  je  do  pracy  w   naszych 

kobiecych  organizacjach,  uczcie  się 

o d   nich  jak  chronić  sw oje  zdrow ie.

Szkoły  położnych  w   Polsce

W arunki  przyjęcia  są  następujące:

N auka  we  wszystkich  szkołach  trw a  2 

lata,  a  rozpoczyna  się  z  dniem   1  paździer? 
nika.  Uczenice  w  ciągu  tego  czasu  korzy? 
stają  z  krótkich  urlopów   świątecznych  (na 

W ielkanoc  i  Boże  N arodzenie),  oraz  dłuż? 

szych  wakacyj  letnich.

U kończony  najm niej  18?ty,  a  nieprze? 

luoczony  35?ty  ro k   życia.

D o  podania  należy  dołączyć: 

m etrykę  urodzenia

świadectwo  szkolne  (trzeba  mieć  ukończo? 
ne  najmniej  7  oddziałów   szkoły  powszech? 

nej)

świadectwo  m oralności 

w łasnoręcznie  napisany  życiorys 
świadectwo  zdrow ia  i  szczepienia  espy 
trzy  fotografie  z  własnoręcznym  podpisem  

na  odw rocie  pośw iadczonym   przez  sołtysa 

lub  gminę.

M ężatki  muszą  przedstaw ić  ponadto  odpis 

aktu  ślubnego.

A dresy  i  opłaty  w  szkołach:

1'.  W arszaw ska  M iejska  Szkoła  położ? 

nych.  W arszawa,  ul.  K arow a  2 a.  O płata 

roczna  200  zł,  płacona  w  czterech  ratach 

kw artalnych.  Internatu 

czyli 

bursy  dl a 

uczenie  szkoła  nie  prow adzi.  Słuchaczki 

m ieszkają  i  stołują  się  na  mieście  na  koszt 

własny,  co  wyniesie  licząc  bardzo  skromnie 

około  60  zł  miesięcznic.  Jeśli  z  dom u  nad? 

syłane  są  paczki  żywnościowe  koszt  ten 

tlę  zmniejszy.

2.  Szkoła  Położnych  Poznańskiego  Sa? 

m orządu  W ojew ódzkiego.  Poznań,  ul.  Pol?

na  33.  Przy  szkole  jest  bursa  dla  uczeni;, 

v/  której  każda  słuchaczka  obow iązana  jest 

mieszkać.  O plata  za  naukę,  m ieszkanie  i 
całkowite  utrzym anie  wynosi  70  zł  mieś. 

płatnych  z  góry.

Uczenice  obow iązane  są  mieć  własną 

pościel,  bieliznę  i  naczynia  do  jedzenia.

P odania  o  przyjęcie  należy  składać  we 

właściwym  W ydziale  Powiatowym .  Przy? 

jęcie  to   uzależnione  jest  od  w yniku  egza? 

rninu  w stępnego,  którą?  odbędzie  się  dnia 

14  czerwca  o  godz.  9  rano.

P aństw ow a  Szkoła  Położnych.  Lwów, 

ul.  Pijarów   4.  N auka  bezpłatna.  Jednorazo? 
w o  za  cały  czas  p o bytu  w  szkole  płaci  się 

wpisowe  w   wysokości  50  zł.

P rzy  szkole  jest  bursa  w  której  obo? 

w iązana  jest  mieszkać 

każda 

uczónica 

M ieszkanie  i  obiady  w   tej  bursie  kosztu? 

ią  30  zł,  miesięcznie.  Śniadania  i  kolacje 

na  koszt  własny.

Jeśli  uczenica  niema  skończonych  7  od? 

działów   może  je   dopełnić  w   szkole  na  kur 

"ach  wieczorowych.

Szkoła  Położnych  K raków,  ul  Koperni? 

ka  23.

W pisow e  wynosi  jednorazow o  na  caic 

dwa  lata  205  zł.  Koszt  utrzym ania  w  inter­

nacie  65  zł.  mieś.

Szkoła  Położnych  W ilno  ul.  3?!go  Ma? 

ja  8.

background image

Nr  2

K O B I E T A   W I E J S K A

Str.  9

Przyjaciel  dzieci

M iała  M a g d a  

K o g u ta  

W s a d z i ł a   g o  

d o   buta.

D z i w y !   —   w o ł a  

L u d w i k a  

B ut  po  d r o d z e  

S a m   zm y k a.

D z iw y !  —  w o ł a  

Antoni 

I  w i e ś   cała 

b u t  goni

K o g u t  za  płot 

m y k !   z  b u t k a  

w i e ś   się  śm ieje 

calutka.

*

Promyk

W  m ojej chatce malutkiej 

tak  cudownie  i  złoto 
Słońca  prom yk  cichutki 
lśni  się,  iskrzy,  migota.

Od  okienka  do  ściany 

a  od  ściany  do  pieca 

Chodzi  prom yk

świetlany 

i  złe  mroki  rozświeca.

M ały   m otylek  leciał  p ręd k o   ma* 

chając 

zawzięcie 

zwłaszcza  lewym  

skrzydełkiem . 

Leciał  nad  zbożam i 

nad   m łodym   laskiem,  a  potem   środ* 

kiem   drogi  przez  wieś.  N a   samym  

końcu  w si  stały  naprzeciw ko  sieb  e 
dwie  chaty.  Jedna  była  duża,  druga 

m alutka.  Jedna  m iała  ganek  i  okien* 
nice,  druga  niskie  drzw i  i  okienka. 
D u ża  tonęła  w  kw iatach  i  drzewach, 
koło  małej  ro sły  ty lk o   krzew y  bzu, 

a  p o k rzy w y   bujne  gęste  podchodziły 
p o d   same  okna  i  zaglądały  do  izb.

Zm ęczony  m otylek  spadł  na  won*

ne  grządki  kw iatów .  B yłby  się  pew* 
nie  nie  ruszył  tego  p ołu d n ia  z  pięk* 

nego  og ró d k a,  ale  g dy  usiadł  na  wyż 

szej  od  płotu  malwie,  zobaczył  coś 
ciekaw ego  we  drzw iach  chaty  sto* 
jącej  naprzeciw ko  K w iat  nie  k w ia t?  

—  m yślał  sobie.

Ą   b y ła  to  dziew czynka  w   zarzu' 

conej  na  ram iona  barw nej  chustecz* 
ce.  M o ty le k   nrzeleciał  na  p ło t  i  przy* 
gladał  się  dziewczynce.

Z osieńka  m iała  osiem   lat  i  byia 

n ajstarsza  z  czw orga  dzieci.  T a tu ś  i 

m am usia  m usiel'  na  parę  dni  wywęd* 

row ać  do  sąsiedniej  w ioski.  N ie  pa* 

m iętam   już  dlaczego,  pam iętam   tyl* 
ko.  że  m usieli  i  że  bardzo  sie  kłopo* 
tali,  p o d   czyja  opieka  zostaw ia  swój 

drobiazg.  M atk a  m yślała,  m yślała  i., 

zostaw iła  Zosię  na  gospodarstw ie.

A   była  w   tej  ubogiej  chacie  robo* 

ta  nielada.  M atk a  przecież  od  rana 
do  nocy  nie  przysiadała.  Dzieci,  kacz 

ki,  kury,  św inki,  pies,  w szystko  to 

otw ierało  buzie,  dziobki  pyszczki, 

r  m atka  zawsze  m usiała  w  nie  coś 

włożyć

A   pozatem !  czyż  nie  wie  tego  każ* 

da  dziew czynka  g o sp o d ain al  T rzeba 

sprzątnąć  dom   i  p o d w ó rk o ,  pozmy* 

wać  garnuszki  i  m iski,  trzeba  uprać, 

dziecko  pobaw ić,  k u ry   na  noc  zago* 
nić,  rano  w ypuścić  —  ach!  bez  kuru­

ca  jest  ro bo ty.  T rzeba  odrazu  powie*

azieć  praw dę.  M iała  Z o s e n ita   brata 

T om usia.  T om uś  zaś  miał,  aż  siedem 

lat.  Ojciec  odchodząc  coś  m u  powie* 
dział  do  ucha.  N iew iad om o  co,  dość, 

że  T o m uś  m ów ił  do   chłopców   we 
w si:  —  N ie  mogę  się  dziś  bawić, 

mam  dużo  ro b o ty ,  tata  na  m ojej  ople 

ce  zostaw ił  dzieci  i  chałupę.  W p ra w 5 
dzie  m am   Z o s;ę  do  pom o cy  ale...

Z osia  zaś  uważała,  że  m a  T o m u 

sia  d o   pom ocy.  O n  miał  ją,  ona  jego 

ale  nie  pokłócili  się  jakoś  i  g ospc 
darstw o   szło.

K ied y  m oty lek   pierw szy  raz  zaj­

rzał  do  izby, 

naim łodsza 

m aleńka 

dziew czynka  siedziała  na  podłodze 

trzepała  rączkam i  i  śm iała  się  w   głos 
do  braciszków   W id z iał  m otylek  jak 

p o

 

obiedzie  Z osieńka  ułożyła  dziec* 

k o   w   kołysce  i  k orzystając  z  tego,  że

Na  w i o ś n i a n y m   słonku...

background image

Str.  10

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  2

WOJCIECH  SKUZA

Kscmtypa  i  Sokrates

(Do  r o z w a ż a ń   ż o n o m   s p o łec zn ik ó w )

m aleństw o  śpi  i  nie  trzeba  go  pilno* 

wać, 

przeprala  i  porozw ieszała  na 

płocie  koszulki.  T om uś  w yniósł  o* 

b iad   św inkom ,  rozszczepił  drew ka, 

pjzy dźw igał  w iaderko  z  w odą.  M ały  

Staś  z  palcem   na  ustacli  chodził  po 

izbie  i  szukał  ro b o ty   bo   chciał  być 

dum ny,  że  i  on  g o spo d aruje  za  mi* 

m usię  i  tatusia.

W id z ą c   tę  grom adkę  krzątająca 

się  i  pracującą  m otylek  ogrom nie  za­

p rag n ął  pom óc  dzieciom.  A le  cóż 

,m oże  zrobić  w  gospodarstw ie  mały, 

sk rzy d laty   m o ty lek ?   N o   pom yślcie 
ty lk o   co?  N a m b y   się  zdaiwało,  że 

nic,  a  nic,  ale  m otylek  kochał  dzieci, 
więc  n  espodzianie 

o d k iy ł  sposób, 

ab y   ułatw ić  im  pracę.

Jakże  się  to   stało?

P ó k i  m aleństw o 

spało 

smacznie 

i  głęboko  ro b o ta  szła  doskonale.

B yłob y   w szy stk o  

dobrze  gdyby 

gnała  siostrzyczka  chciała  jeszcze  oa 

rę  chwil  pospać,  ale  cóż  k ied y   nie 
chciała  otw orzyła  oczy,  przetarła  je 

piąstkam i  i  zapłakała.

W ó w czas  Zosia,  T om u ś,  Staś  w  

koszulinie  przybiegli  do   kołyski.  Z 

m ałym  

dzieckiem 

tru d n a  

spraw a. 

K rzyczy  a  nie  pow ie  czego>.  a  p rze ­

cież  ono  m alutkie,  najm niejsze.  W e  

troje,  uw ijając  się  ubrali  dziew czyn = 
ke.  dali  jej  m leka,  ale  m alutka  wycia 

gała  rączki  i  ciągle  płakała.  W te d y  

to  m o ty l  pokazał  co  umie  Tańcząc 

ślicznie  zleciał  nagle  z  firanki  i  za1 

trzep o tał  nad   głowam i  dzieci.  P o s ta ­

now ił  pom óc  dzieciom   i  zabaw ić  m a­

leństw o,  sk o ro   chłopcy  rnieli  robotę, 
a  Z osia  m usiała  ratow ać  m ajteczki.

I  rzeczywiście  dziecina  wykrzyk* 

neła  radośnie,  a  jei  okrąg ły   buzia* 

'•■mk  zaiaśniał  iak  słonico.  Chciała  za 

raz  złapać  m otylka,  ale  on  figlarz  do 

'm *,rh  palu szk ów   po d laty w ał  i  urię* 

kał,  to   znów   k o łow ał  n ad  głów ka, 

albo  siadał  na  podłodze,  rozchylając, 

barw ne  skrzydła.  T o m u ś  w rócił  na 

p o d w ó rk o   do   sw ojej  ro boty ,  Staś 

^o bieg ł  się  baw ić  już  w   całych  m aj­

teczkach,  a  m aleńsw o  v/ciaż  sie  śmia* 

ro d ry g iw a ło   i  w yciągało  drobne 

raczki.  M o ty lek   spędził  z  dziećmi 

cały  ten  dzień  i  zanoco'\vał  na  firan 

ce,

I  tak   w   cichej  izbie  sp ały  dzieci, 

m ruczał  kot,  świerszcz  grał,  a  m o t'  5 

lek  przez  sen  pop rą w-iał  się  na  swych 

łapkach.

W

i f f K

n n B

B

 H

a

n

n

Rozpowszechniajcie 

„ K o b ‘etę  W iejską"

jedyne  ludowe niezależne pismo  kobiece.

K iedy  mniej  więcej  czterysta  lat 

przed  narodzeniem   C hrystusa,  stanął 

przed   sądem   ateńskim   —  mędrzec 

grecki  —  S okrates—o sk arżony  przez 

Podłość  ludzk ą  o  to,  że  burzy  stary 

porządek,  że  nie  uznaje  b ogów   i  g o ;5 

szy  m łodzież  —  w   obronie  swojei 

pow iedział:  „N ie  macie  w   państw ie 
"ic  cenniejszego  niż  ta  m oja  służba 
Boża...  N ie  łatw o  znajdziecie  drugie5 
go  takiego,  k tó ry b y   tak,  śmiech  p o 5 
widzieć,  jak  bąk,  z  ręki  Boga  pusz* 

zony,  siadał  m iastu  na  karku .  O no

—  n ib y   koń  w ielki  i  rasow y,  ale... 

enuśnieje  i  potrzebu je  jakiegoś  żąd5 

ła,  żeby  go  b u d z iło 11-

T y m   żądłem   kłującym   m iasto  byl 

Sokrates.  Ż ył  on  w   A tenach  w   tym  

-zasie.  kied y   w   mieście  tym   p an o w a’ 

ła  rzekom a  dem okracja,  a  na  ry n k u  

ateńskim  

„m ądrości  sw o je11  głosili 

sofiści.  B yły  to   czasy  b ardzo   od   nas 

odległe.  Św iat  w ów czas  nie  tak   w y g 5 

ladał,  iak  dziś.  Inaczej’  też  w ów czas 
w y g lądała  w iedza  ludzk a  i  inni  byli 
ludzie.  Ż yli  oni  w   pięknej,  słonecz5 
nej  krainie  greckiej,  gdzie  niew olnik 
p rz y k u ty   do  jarzm a  upraw iał  ziemię 

i  gdzie  w   m iastach  takich,  iak  A teny, 

zv  Snarta  żyli  obyw atele  —  demok* 

•^ci,  k tó ry c h   jedynym   zajęciem  i  je5 

d y n ą 

pracą  było  filozofow anie  na 

•mku  i  troszczenie  się  o  całość  p a ń 5 
*wa.  O czyw iście  w ielu  z  tych  ateń* 

~zvków 

zasłużonych  dla  m iasta  w 

w ojnach,  czy  w   innych  okazjach 

u trzym yw ało  m iasto.  N a   wielu  p ra 5 
-ow ali  niew olnicy.  A   in n i?  Chodzi* 

■i  po   ry n k u ,  nauczali i  brali za  to  nau* 

-'zanie  pieniądze.  O czywiście  w   tej 
sytuacji  ow i  nauczyciele  —  sofiści, 

w ysilali  się  na  w szystkie  sposoby, 

1'**  tN k o   nauk a  ich  i  m ądrość  o d 5 

"o w i a dała  obyw atelom ,  którzy  prze5 

cież  za  to  ty lk o   płacą,  co  im  sie  p o 5 

'o b a .  W ięc  p ro sta   b yła  m ądrość  so* 

fistów :  uczyli  oni,  że  w szystko   na 

wiecie  da  się  w ytłum aczyć  form ub 

kami*  k tó re  oni  poznali.  W ięc  — 

jeśli  obyw atel  lubiat  sypiać,  a  przez 

to   zam edbyw ał  o bow iązki  obyw atela 

i  m iał  z  tego  p o w o d u   w y rzu ty   su 5 

m ienia  w ów czas  przychodził  do   nie5 

go  sofista  i  za  niew ielka  opłata  usoo* 

od  jego  sum ienie  m ądrością:  „o by 5 

w atelul  —  w iedz  o  tym ,  że  k to   śpi, 
ten  nie  czyni  zła,  a  k to   nie  czyni  zla
—  ten  czyni  dobro,  więc:  k to   śpi, 

ten  d o b ro   czyni11

T~aki  i  te m u   p o d o b n y   s p o s ó b   filo5 

z o fo w a n ia   k w itł  w   A te n a c h ,  g d y   na

ynku  tego  m iasta  po jaw ił  sie  dziw ny 

człow iek. 

P ro stak ,  bez  wykształcę* 

nia, 

o b d arty , 

b rzy d k i 

potw ornie, 

wiecznie  zam yślony  i  szukający  na 

każdym   k ro k u   okazji  d o   dysku sji, 

do  gadania  z  ludźm i  i  do  szukania 

v/raz  z  ludźm i 

p raw d  

rządzących 

św iatem   i  człowiekiem .  T y m   b rzy d a 5 

kiem   z  gębą  b u ld o g a  —  b y ł  Sokra* 

tes.  N ie  szedł  on  do  dom ó w   bo g as 

czy,  nie  szukał  zarobk u ,  ale  wciąż

ko  plątał  się  m iędzy 

ludźm i 

wciąż  brał  ich  „na  s p y tk i11,  aby   z 

nich  w y d o b y ć  jakąś  m yśl,  jakieś  sło* 

v/o,  abv   ich  zmusić  do  zastanowię* 
nia  się  nad  k ażdą  rzeczą.

.  —  C óż  m istrzu,  —  zaczepił  jakiś 

m łodzieniec 

Sokratesa  —  cóż  po* 

w iesz:  sko ro   nazyw asz  się  m ędrcem , 

a  i  inni  o  tobie  tak  sądzą  —  to  p o 5 

w iedz  mi  —  czy  ja  iestem  m ąd ry   czy 

g łup i?

Sofista,  uznany  przez  m iasto  filo5 

zof,  b y łb y   napew no  na  to   pytanie 

znalazł  jakąś  o dpow iedź,  zbudow aną 

na  sposobie  sw ojego  rozum ow ania. 

I  w   tej  o d po w iedzi  napew no  b y ło b y  

zaw arte  zdanie  m ówiące  o  tym ,  że 
ó w   py tający   obyw atel  jest  m ądrv. 

O b y w atel  więc  p rzyjąłb y  te  odpo* 
w iedź  z  uśm iechem   i  czułby  sie  m ąd 5 
rym   dlatego  tylk o,  że  filozof  go  tak 
nazw ał.  A le  Sokrates  nig d y   nie  o d 5 

pow iedział  tak,  jak  sofista,  lecz  Sok* 

rates  nie  brał  pieniędzy  za  sw oją 

m ądrość.  O n,  Sokrates,  zm uszał  o b y 5 

w atla  do  tego,  że  ten  obyw atel  sam 

m usiał  szukać  odpow iedzi.  W ięc  za5 
m iast  m łodzieńcow i  na  jego  pytanie 
pow iedzieć  jakieś  zdaw kow e  zdanie

—  Sokrates  zadum ał  się  i  zapytał 

m łodzieńca:

—  Pytasz  mnie,  człow ieku,  czv 

jesteś  m ąrdy,  czy  głupi.  A   ją  ci  na 

to   odpow iedzieć  nie  m ogę.  A le  spró* 
b u im y   szukać  na  to   pytanie  obaj  od* 

pow iedzi.  W ię c :  jak  ty   o  sobie  mv* 

ślisz  —  że  m ądry   jesteś  czy  głupi?

M łodzieniec 

pow ażniał, 

m yślał 

chwile,  aż  wreszcie  przem ów ił.

— Czasem   w ydaje  mi  się,  że  w szyst 

ko   rozum iem ,  że  w szystko  w iem   Ale 

czasem,  g d y   patrzę  na  nie  jedną  rzecz 
i  zrozum ieć  jej  nie  m ogę  —  w ydaje 

mi  się,  że  jestem  strasznie  głupi.  —

—  Czyli  —  ciągnął  dalei  Sokrates

—  m asz  takie  chtwile  w   k tó ry ch   wy* 
d aje  ci  rię,  że  nic  nie  w iesz?  A   kiedy, 
człow ieku,  sa  te  chwale?

—  G d y   ty lk o   zacznę  m yśleć  i  zas* 

tanaw iać  się  nad   czymś  —  -------

background image

Nr  2

K O B I E T A   W I E J S K A

Str.   11

m a i .  K o c e ri

2 e le c h o v p s k

'w y p o z . 

z   P .   R .

W s p

o m n ie m e

—  H m   —  kończył  rozm ow ę  Sok-  ] 

ratcs  —  skoro  masz  takie  chwile,  że 
w vdaie  ci  się,  iż  nic  nie  wiesz  —  w 

takim  razie  iesteś  na  drodze  do  mąd=  | 

rośzi.  Bo,  widzisz,  sam  m ówisz,  że 
dochodzisz  do  nrzekonania,  że  nic 

nie  wiesz  wówczas,  gdy  zaczynasz 

zas  anawiać  się  i  myśleć.  A   zastana5  i 

wianie  sie  i  myślenie  —  to  iest  poz5 

rawanie.  Mędrcem  iest  nie  ten,  kto 
powtarza  zdania  innych,  lecz  ten, 

który  wciąż  stara  sie  w szystko  po* 
znać  i  zrozumieć.  A   poznać  samego 
siebie  —  to  mądrość  naiwieksza!  Ja 

naprzyklad  widzisz  obywatelu,  wiem 

przynajmniej  tyle,  te  nic  nie  wiem  -

I  m ło dv   człowiek,  k tó ry   szukał  u 

meclrca  odpow iedzi  —  odchodził  od 

niego  p rzekonany,  że  trzeba  b ad a: 

w szystko ,  że  trzeba  wciąż  szukać 

p raw d y   i  wciąż 

poznaw ać  sam eg.’ 

siebie.  Sokrates,  zam iast  go  u sp o 5 

koić  —  p o b u d ził  co  ty lk o   do  mył.5 

leniał

W ;ec  ok oło   Sokratesa  zaczęły  gru* 

m adzie  sie  całe  zastępy  obyw ateli. 
N ajw ięcej  zaś  o b o k   niego  było  m ło = 

dzieży.  M łodzież  ta,  podniecona  p y ­

taniam i  Sokratesa  —  zaczęła  szukać 

sama  odpow iedzi  na  dręczące  p y ta 5 

m a:  co  to  iest  p ra w d a ?   C o   to  jest 

cn o ta?  Takim  pow inien  być  m ądry 

o b y w a te l?   C o  jest  dobre,  a  co  złe? 

iest  p ięk n e?  itd.  itd.

S posób 

rozum ow ania 

Sokratesa 

pob ud ził,  ożyw ił  A teńczyków .  Atm 
nv  zaczęły  myśleć  — -------

A le  to   nie  p o d o b a ło   się  sofistom  — 

t y m ,  

k tó rzv   tracili  zarobek.  I  nie  p o 5 

d obało   się  tvm   ludziom ,  k tó rzy   m og/ 
li  żyć  w y godnie  do p ó ty ,  d op ó k i  żyli 

w śró d   obyw ateli  bezm yślnych  W iec 

jak  zawsze,  tak   i  na  czterysta  lat. 

przed  C hrystusem   —  znaleźli  sie  lu 5 
dzi  .  k tó rz y   oskarżyli  Sokratesa  o  tc 

że  nie  uznaie  on  bogów ,  że  b urzy 

s ł - w   porząd ek ,  że  gorszy  m łodzie z 
itd.  itd .

R ozpoczął  się  wiec  proces  S okra5 

'psa.  N a   procesie  tym   byli  w szyscy 

obyw atele  A te n :  obroń cy  i  oskarż'..-: 

ciele.

N ie   b y ło   ty lk o   na  tym   procesu’ 

żony  Sokratesa  i  nie  było  jego  sy- 

r ó w .  A   przecież...  g d yby   oni  p rzy 5 

i  zaczęli  płakać  p rzed   sąderr 

w ów czas  —  w edług  zw yczaju  rrec 

kiego  —  Sokrates  b y łb y   uw o ln io 5 

ny.  —

Ż on a  Sokratesa,  K santypa,  napew* 

r o   w   dzień  procesu  w ierzyła,  że  m ę5 

ćowi  nic  złego  stać  się  nie  może. 

Przyzw yczaiła  się  bow iem   wierzyć  w  

m ądrość.  A   —  oprócz  tego  — 

leśli  nie  rozum iała,  przynajm niej  czu5 

ła  jego  w ew inność.  Bo,  przecież  za 
co  m ogli  ukarać  A teńczycy  jej  m ęża?

Z a  to,  że  ona,  jego  żona  w raz  z  dzie* 

Imi,  żyje  w   ostatniej  n ęd zy ?  C zy  za 

d o ,  że  on  zam iast  jej  —  o d d a ł  się 

A ten o m ?

Bo  tak  

było: 

Sokrates  był  po*

za dom em   cały dzień  i to tak  po  całych 

latach.  N a jp ie rw   —  w   w o jsk u   sta5 

w ał  dzielnie  i  bił  się  za  ojczyznę- 

Później  g d y  przyszedł  do  dom u,  po 
całych 

dniach  siedział  na  ry n k u  

w łóczył 

się  w śró d   ludzi, 

budził 

A teń czyków  

uśpienia, 

szarpał 

ich  sumieniem ,  nauczał.  T roszczył  się 

o  w szy stk o :  o  państw o,  o  obyw ateli, 

o  piękno  i  dobro ,  o  cnotę  i  sum ie5 
nie  —  o  w szystko,  tylko   nie  o  w łas5 
n y   dom .  A   w   dom u  tym   siedziała 

*wraz  z  dziećmi  Kisantypa  i  — 

B ó g  

raczy  wiedzieć  w   jaki  sposób  i  czym 

—  żyw iła  dzieci  i  starego  filozofa. 

M ło d a   jeszcze  była  i  nie  b rzy d k a 

K san ty p a  —  a  w yszła  za  starca,  bo 

m u o now ał  jej  ten  b rzy d k i  filozof, 

o  k tó ry m   naw et  w yrocznia  delficka 

w yraziła  zdanie,  iż  „jest  naim adrzei5 

szy “.  M yślała  K santypa,  że  skoro 

w yjdzie  zamaż  za  tak   m ądrego  czło5 

w ieka  —  będzie  mieć  i  do statek   w 

dom u  i  pow ażanie  u  ludzi.  A   tym 5 

czasem  —  cóż?  Stary  Sokrates  cały 

dzień  na  ry n k u .  D o   dom u  zagląda

czasem  i  to   najczęściej  m ocno  upity 

winem.  Przechodzi  przez  próg,  zaglą 

da  do  garnka  —  i  szuka:  jeść!  O czy5 

wiście  —  jeśli  w   garnku  nic  nie  było, 
to   tak,  jak  przystało  r a   filozofa—bez 

"Iowa  goryczy  Owijał  się  w   płaszcz  i 

kład ł  się  spać.  Patrzyła  na  to  Ksan- 
typ a  i  ból  sciskał  jej  serce.  Ból  i  g o ! 

rycz.  Bo  i  jakże?  Spodziew ała  się 

Pan  B óg  wie  czego  —  a  tu   m a:  nie5 

'o id ę   życiow ego,  starca  i  —  nędze 

w   dom u.  W ięc,  aby  ze  w sty d u   nie 
świecić  ludziom   w   oczy  nędzą,  łata­
ła  jak  m ogła  szm aty  Sokratesa  P ra 5 

cowała,  jak  m ogła,  b y   ty lk o   w yży5 

’ć  dzieci,  Sokratesa  i  siebie.  I  b v 5 

w ało  czasem:  usiadła  gdzieś  w   kącie, 
’  v  w   ciszy  zapłakać.  A   czasem  — 
złość  ją  porw ała:  chw ytała  w  ten  czas 
to,  co  m iała  p o d   ręką  i  —  w   łeb  tym  

'  m ędrca  Sokratesa.  A   o n —po  każdym  

<osie  skro b ał  sie  po  głowie  i  z  zadu5 

m a  filozofa  m yślał:  dziw na  iest  k o 5 
bietał  Szedł  więc  na  rynek  i  szukał 
u  ludzi  w ytłum aczenia:  czym  jest  k o 5 
b ieta ?   A   szukając  na  to  py tan   e  o d ­
pow iedzi  o pow iadał  o  sw ojej  K san5 

.  typie.  Zw olennicy  jego  i  uczniów ’.? 

słuchali  tych  opow ieści  i  w yrabiali 

sobie  zdanie  o  żonie  Sokratesa:  drań 

bab al  A   czasem  szli  do  niei,  b y   ją 
„przerobić*1,  by  jej  wytłum aczyć,  że

background image

Str.  12

K O B I E T A   W I E J S K A

Nr  2

mąż  iej  „do  w yższycli  rzeczy  jes! 

stw orzo n y ".  W   takim  w y p a d k u   Ksan 

ty p a   złość  sw ą  i  gorycz  w ylew ała  na 

orzviaciołach  męża.

— 

„P ijak i 

jesteście! 

W y c ią g a ’ 

cie 

mi 

m ęża 

dom u 

i  pod*’ 

trzym ujecie 

go 

w  

przekonaniu, 

ze  nic  nie  robić,  ty lk o   św iat  napra* 
wiać  —  to   rzecz  najśw iętsza.  Ta  nie 

chce  św iętości  —  ja  chce  żvć  a  nie 

um ierać  z  głodu!!  — “  w ołała  Ksan* 

■■na  i  skoru pian e  garnki  tłukła  na 

łbach  przyjaciół  Sokratesa.

W ię c   kiedy   rosła  sław a  Sokratesa, 

iako  m ędrca  i  filozofa  —  równocze* 

nie  rosła  sław a  K santypy ,  jako  ko*

"+v  jędzy.

I  m inęły  w ieki.  O   Sokratesie  dziś 

m ów i  się,  jak o   o  jednym   z  najwięk* 

szych  m ędrców   na  świecie  A   równo* 

cześnie  p o   dzień  dzisiejszy,  p o   ty lu  

w iekach,  jeśli  chcemy  najgorzej  no* 
w iedzieć 

kobiecie  —  m ó w im y : 

K s n t y p a !

k rzyw dzim y 

K santyp ę. 

N ic 

dziw nego,  że  znany  pisarz  H   Mor* 
stin  p o d jął  się  iej  obro n y.  W   sztu* 
cc  swej  „O b ro n a  K san ty p y "  wysta* 

w ionej  w   „T eatrze  Polskim "  w   War* 

sza  vie  i  „T eatrze  im.  Słow ackiego" 
w   K rakow ie  —  pokazuje  M orstin  
Ks  ntypę,  jako  b ogaty   duchow o  ty p 
ko  iety,  typ ,  k tó ry   cierpi  p o d w ó j'

nie.  Z   jednej  stro n y   ona  chce  narów* 

ni  z  mężem  szukać  p raw d y   w   żv* 

ciu  —  a  n ik t  na  te  jej  chęci  nie  zwra* 

ca  uw agi.  N aw et  jej  mąż  —  mędrzec 
d y sk u tu jący   z  w szystkim i,  nie  raczv 
jej  uznać  i  nie  raczy  docenić  jej  tro sk 

dom ow ych.  O na  żyje  o b o k   niego, 

jako  d od atek,  jako  coś  potrzebne  do 

m ałżeńskiego  łoża  i  do  kuchni.  W ięc 

b u n tu je   się  K santypa  i  cierni.  A   cier* 
pienie  jej  jeszcze  się  pow iększa,  gdy 

w idzi,  że  n ik t  nie  zw raca  na  nia  uwa* 

gi,  że  w szyscy  m ów ią  i  m yślą  ty lko

0  Sokratesie  —  a  o na  przecież  wie, 
że  A te n y   n :e  m iałyby  Sokratesa,  gdy 

b v   m u  ona  nie  w ylatała  p o d arteg o  

płaszcza,  g d y b y   nie  starała  się  o  gos* 

p o d arkę.  nie  płaciła  p o d a tk ó w   i  nie 
zdobyw ała  jedzenia.  I  nie  wiem,  czy 

p raw d a   jest  to,  co  pok azuje  w   swej 

sztuce  M orstin ,  k tó ry   w   pew nei  chwi 

li  każe  upaść  jej  do   nóg  Sokratesa  i 
uznać  jego  w ielkość,  ale  wiem  —  że 

K san ty p a  historyczna  najbardziej  ro* 
zum iała  m ędrca  —  A ten,  Sokratesa. 

Z łość  iej  rodziła  się  z  nędzy.  A le  — 

t  rzeciez  —  m im o  tej  nędzy  ta  nie* 

b rzy d k a   K san ty p a  nie  opuściła  brzvd 

V:Po-0  dziadałyge 

O n a  go  kochała

1  chciała,  b y   on  był  ty lko   dla  niej!!

A   d o w ó d   tej  m iłości  dała  cho ćby 

w   tym .  ze  n-e  opuściła  Sokratesa 

m ydy.  K rok   to  nie  ty lk o   d y k to w an y

m iłością  —  ale  m yślę  ja  tak,  że  i 

zrozum ieniem   Sokratesa.  Jej  złość 

w yrastała  czasem  i  z  wielkiej  miłoś* 

ci  do  sw ego  męża,  k tó ry   za  m ało 

na  nia  zwracał  uw agi.  A le  chyba 
c n a   jedna  czuciem  i  sercem  kierowa* 
na  —  w idziała  w ielkość  Sokratesa.

D lateg o   —  g dy  go  osk arżono  — 

złość  iej  skierow ała  się  przeciw   c a ­

łym   A tenom .  W ierzy ła  jednak  Ksan* 

V a ,   że  w   tych  A tenach  m a  Sokras 

tes  na  tyle  przyjaciół,  iż  om  go  obro-

*  nie  dadzą  go  zgubić.  Bo  —  jeśli 

ci  przyjaciele  jej  w ydarli  męża  —  to

A ra  go  i  sądow i.  W ię c   —  jakżeż 

b olesny  m usiał  być  dla  niei  m om ent. 

<-dv  dow iedziała  sie.  że...  Sokratesa 

skazano  na  śmierć  — -------

—  Z a  co?!  D laczego ??!

B u n t  zrodził  się 

duszy  Ksanty* 

Tw .  B unt,  ale  rów nocześnie  uwielbie* 

nie  zwłaszcza  w   chwili,  g dy   Sokra* 
tes  n :e  kazał  jei  iść  przed  sad  z  dzie 
cmi  i  płakać  i  płaczem  żebrać  dla  mę* 

ża  łaski.  T o   uw ielbienie  spotęgowa* 

ło  sie  leszcze  w   chwili,  g d y   przyda* 
ciele  Sokratesa  ułatwili  m u  ucieczkę, 
z  której  on  jed n ak  nie  sko rzy stał  — 

m ów iąc:  „nie  przystoi  m ędrcow i  bać 

sie  śmierci".

I  ^ 

k ied v  Sokrates  w ynił  kielich 

trucizny  i  skon ał  —  wiem  i  ies+em  te 
go  pewien,  że  —...  w   całych  A tenach 
jedno  ty lk o   serce  łkało  napraw dę  w 

bó lu   okro pny m . 

Było  to  serce... 

K santypy!!

A teńczycy  zabili  Sokratesa  Zdła* 

wili  w łasne  sumienie.  W   A tenach  zo 

stała  sam otna  żona  Sokratesa.  K san 

ty n a   z  dziećmi  zabitego  filozofa.

N ie  wiele  m inęło  czasu  od  śmier* 

ci  Sokratesa.  g dv   A teńczycy  zrozu­
m ieli  sw ói  błąd.  U k azały   sie  o  nim. 
książki,  pism a.  Zaczęto  m ówić,  że 

przecież  to   b vł  najw iększy  m ędrzec 

i  n ajspraw iedliw szy  człowiek,  któ* 
rego  złość  lu d zk a   zabiła.  T a k ,  jak 

C h ry stu s  —  tak 

Sokrates  —  po 

śmierci  zw vc;eżvl. 

Św iat  całv  uznał 

go  za  ojca  filozofii,  za 

f e d n e g o  

z  na:* 

w iększych  m ędrców   i  za  jednego  z 

■m i w iększych 

ludzi  na  przestrzeni 

dziejów   ludzkości  —  —  —

—  A   cóż  z  K sa n ty p a?

Z  jej  imieniem  na  w ieiu  zrosła  się 

opinia  w y tw o rzo n a  w   A tenach.  N a  

w ieki  K san ty p a 

została  sym bolem , 

uosobieniem   najw iększego  zła  u  ko* 
biety.

D o p ie ro   po   w iekach  św iat  zaczy* 

na  bronić  imienia  K san ty p y   — -------

O to   jest  najw iększa  jei  tragedia!
I  tak ą  tragedię  przeżyw ają  od  wie* 

k ó w   w szystkie  żony,  k tó ry m   za  mę* 
żów   los  dał  S o k r a te s ó w -----------

Skąd  ta  tragedia?!!

Czem  iest  spółdzielnia  zdrowia

D aw niej  jak  kto ś  zachorow ał,  a 

był  b ie d rv   to  szedł  do  lekarza  jak 
już  śmierć  bvła  blisko,  i  nie  było  dla 
niego  ratu nk u.

Ta  jak  byłam   dzieckiem   obtarłam  

sobie  butem   nogc  do  krw i.  R anka 

z  początku   m ała,  zanieczyściła  sie  i 

doszło  do   tego.  że  zaczęła  mi  kość 

+rupieszeć.  K iedy  już  z  ro k   na  nogę 

nie  chodziłam ,  dopiero  zawieźli  mnie 

rodzice  do  szpitala  do   Tarosławia 
gdzie  mi  zrobio no   operację.  Szcześ* 

liwie  nie  zostałam   kaleka.  Rodzice 

m oi  bvli  biedni.  Gidvbv  to  zdarzyło 

sie  dziś  to  o b y ło b y   sie  bez  operacji 

bo   m am y  sw oia  Spółdzielnie  Zdro* 
win  i  sw ego  lekarza  na  m iejscu  za  +a* 

nia  opłata.  Test  to  w ielka  rzecz  bo 

naw et  ten  biedniejszy  nie  m usi  cze­
kać  ostatniej  godziny,  ale  wcześniej 

może  skorzystać  z  p o rad y ,  k tó ra   iest 
niekosztow na.  T eraz  zam yślam y  bu* 

dow ać  w łasny  d uży  dom   Spółdziel* 

ni  Z drow ia,  bo   d o tą d   m ieścim y  się 

w  w ynajętej  drew nianej  chłopskiej 

chałupie,  a  iest  bardzo  ciasno  i  lekarz 

nie  m o ; e  w ygodnie  pracow ać.  W  

tym   dom u  ma  być  pom ieszczenie  dla 

lekarza,  d enty sty ,  p o k ó j  na  apteke, 

k tó rą  w   przyszłości  chcemy  założyć,

oraz  m aleńki  szpitalik  dla  cieżei  cho* 
rych,  k tó ry ch   m ożna  leczyć  na  miei* 
scu  ale  konieczny  iest  codzienny  do* 

ul ad  lekarza.  D ziś  lekarz  do  cieżei 

chorych  jedzie  nieraz  codzień  8*m  km 
tracac  wiele  czasu.  G d y   taki  chory 

bodzie  p o d   okiem   lekarza  w   szpita* 

liku.  i  dla  chorego  i  dla  lekarza  be* 
dzie  lepiej

M a  być  iedna  izba  dla  rodzących, 

k tó re  p o w in n y   rodzić  n o d   opieka 

lekarza.  T en  szpitalik  to  będzie  wiei* 
kie  udogo dn ienie  dla  nas.

D o m   b ud u jem y   za  sw oie  chłop* 

skie  grosze  w łasnym i  siłami.  W  

styczniu  była  pierw sza  zbió rk a  na 

budow o  w   całvm  rejonie  Spółdzielni. 
Furm anki  p o d   zw ózkę  m ateriału  da* 

m v  bezpłatnie,  a  jak  zbraknie  pie* 

niędzy,  to  będziem y  się  znow u  skła* 

dać.

M y   k o b iety   wraz  z  dziećmi  naibar* 

dziei 

odczuw am y 

d o b rod ziejstw o 

Spółdzielni  Z d ro w ;a.  M usim y  zatym  
troszczyć  sie  o  to  a b y   m iała  odpo* 

w iednie  pom ieszczenie.  D latego   nie 

żałujm y  grosza  na  budow ę  i  pobu* 

dzajm y  ospałych  do   ofiarności.

W igluszow a 

z

  Sieteszy

background image

N r  2 ______________________________________ K O B IE T A   W IE J S K A _________________

K.  ŚWIĄTEK-BALALOWA

Jarzyny  i  kwiaty

W p ra w d zie  

iuż  sp o ry   kaw ałek 

w iosenki  „zleciał"  ani  nie  wiedzieć 

kiedy,  ale  m yślę,  że  nie  będzie  lesz­

cze  zapóźno  pogw arzyć  m iedzy  so- 

ba  i  doradzić  jedna  drugiej,  jak  ma- 

m v  w yk o rzy stać  nasze  o g ró d k i  koło 

dom u.

K ażda  z  nas  p tz y   dobrej  w oli  m o­

że  sobie  naw et  z  nieużytków   należy* 

cie  u praw ionych,  urządzić  m niejszy 

lub  w iększy  ogród ek,  zabezpieczyć 

p rzed  kuram i,  porob ić  zgrabne  grzad 

ki  i  posadzić  na  nich  trochę  larzyri, 

a  m ianow icie: 

rzodkiew kę,  cebulę,

pietruszkę,  m archew   czerNyona,  bu* 
raki  ćw ikłow e, 

fasolę  szparagow ą, 

ogórki,  p o m idory ,  w łoska  kapustę, 

kalarepę,  a  naw et  delikatne  kalafio­
ry

Koniecznie  m usim y  się  zajać  uprą* 

w a  jarzyn,  b o   one  sa  b ardzo   zdrow e, 
a  n o w tó re  aby   odm ienić  jedzenie  w 

naszej  kuchni  chociaż  w  lecie  i  w   je* 
sieni.

Przecież 

zdarza  się  i  to   bardzo 

często,  że  nasi  mężowie  zasiadając  do 

stołu,  z  w ym ów k ą  zwracaj a  sie  do 

nas:  „A   przecież  m ogłabyś  coś  inne­

go  ugotow ać  a  nie  całv  ro k   ledno  i 

to   sam o".  Święta  p raw d a   sprzykszy 
sie  każdem u  jednostajne  jadło,  cho1 

ciażby  najlepsze,  a  takie  jednostron* 
ne  jedzenie  źle  w pływ a  na  zdrow ie 

i  ap ety t  dom ow ników .  N ieraz  patrza 

oni  krzyw ym   okiem   na  nieporadną 

gosposię,  nie  um iejącą 

nic 

innego 

obm yślić  p o n ad   nasze  chłopskie  u b o ­

gie  jedzenie:  żur,  ziem niaki,  kapuś* 

ta  i  kasza.

„A   dyć  do   licha,  nie  stać  mię  na 

mięso,  czy  inne  drogie  w ym ysły", 

burk nie  nie  jedna  niew iasta,  czytając 
te  mei^e  skrom ne  rady.  Zaraz,  zaraz, 

p o gadajm y  spokojn ie,  ałe  szczerze  i 
otw arcie  o  tych  naszych  bolączkach 

gospodarsko-kuchennych.

N ie  pow iem   niepraw dy,  jeżeli  sta­

now czo  upierać  się  będę  przy   tym , 

że  na  w siach  m y  g o sp ody n ie  m ało 

używ am y  i  nie  znam y  po  za  pewny* 

mi  w yjątk am i  w arzyw .

W a rto ś ć   odżyw czą  jarzyn  dla  na* 

szego  organizm u  znają  dobrze  ludzie 
m iastow i,  to  też  zjad ają  całe  fury  tej 
zielenizny  zwłaszcza  latem   i  jesienią.

N ajw y b itn iejsi  uczeni  i  lekarze  z a ­

lecają  dzisiaj  ludziom   używ ać  jak* 

najwięcej  jarzyn  go tow anych  i  su ro ­

w ych  a  jaknajm nief  mięsa.  Jarzyny 

bow iem   naśw ietlone  gorącym   letnim 
słońcem ,  zaw ierają  w   sobie  tak   zw a­

ne  w itam iny,  czyli,  składniki  o  b a r­
dzo  w ysokiej 

w artości 

odżywczej 

dla  naszego  zdrow ia.

W ie lk i 

uczony 

p rofesor 

Szent- 

G y o rg y i  tw ierdzi,  że  w   zimie  kied y 
nie  jem y  świeżych  jarzyn  i  ow oców  

b rak uje  nam   właśnie  tych  w itam in 

i  dlatego  jesteśm y  osłabieni,  w yczer­

pani,  łatw o  się  męczymy, 

czujemy 

niechęć  do  pracy,  chudniem y,  psu>ą 
sie  nam   zęby,  chorujem y  na  żpłądek, 

odczuw am y  duszność  i  bicie  serca 

itp.  A le  w szystkie  te  dolegliw ości  i 

cierpienia  u  człow ieka  u stępują  w   le­
cie,  g d y  spożyw a  w   św ieżych  jarzy­
nach  te  życiodajne  w itam iny.

N ieraz  karcim y  surow o  i  całkiem 

słusznie  nasze  dzieci,  że  obryjyaią  w  

dom u  i  u  sąsiadów   zielone  o w o a , 

groch,  m archew   czy  m ak,  zarzucając 

im  łakom stw o  czy  złośliw ą  psotli- 

wość,  gdyż  nie  dadzą  niczem u  doj- 
izeć  we  w łaściw ym   czasie.  Że  „cudza 
w łasność  to  rzecz  św ięta"  a  zielony 

owoc  to   trucizna,  dzieci  sobie  jeszcze 
z  tego  sp raw y  nie  zdają  zupełnie.

Parte  nakazem   i  nieodzow na  p o t­

rzebą  organizm u,  k tó ry   niejako  w o ­
ła  sam   o  tę  zieleninę,  rzucają  się  chci­

wie  na  nią,  pochłaniając  ją  ze  szk o­
da  dla  w łasnego  zd ro w ia  N ie  będą 

tego  dzieci  robiły,  g d y  będą  m iały 

we  w łasnym   o g ró d k u   jarzyny  i  o w o ­
ce 

po dan e  we  w łaściw ym  

czasie 

przez  dośw iadczoną  m atkę.

W p ra w d zie   przy 

jarzynach  jest 

dużo  ro b o ty ,  ale  tru d   opłaci  się 

zwłaszcza  tam,  gdzie  jest  większe 

m iasto  lub  letnisko,  to  m ożna  je  i 

spieniężyć.

Teśli  nie  m a  zb y tu   na  jarzyny,  to 

upraw iać  ich  trzeba  ty lk o   tyle  co  dla 

siebie,  a  ze  w zględu  na  zdrow ie  ro ­

dziny  sowicie  się  opłaci.  N a   surow o 
m ożna  spożyw ać  wiele  jarzyn  a  mi a* 

now icie:  cebulę,  sałatę,  m archew kę, 

rzodkiew kę,  ogórki  i  p o m ido ry ,  inne 
trzeba  należycie  ugotow ać  i  p rz y p ra ­
wić.

N ie  zrażajm y  się  wcale  do gad yw a 

niem  różnych  nieśw iadom ych  s p ra 1 

wy,  a  złośliw ych  żartow nisiów ,  k tó ­
rzy  nie  chcą  jeść  tej  zielenizpy.  co  to 

praw ie  dla  krów   jak  m aw iaia,  a 's  

w pro w adźm y 

koniecznie 

w arzyw a 

do  naszej  kuchni  i  używ ajm y  ich  jak 
najwięcej  i  jaknajczęściej.

K ażda  rozum na  g o sp o d y n i  i  ko* 

chająca  m atka  p o w inn a  pam iętać  o 

tym,  że  dobre  i  zdrow e  pożyw ienie 

to   zdrow ie  całej  ro d zin y   a  pozatym , 

że  stare  jak  św iat  przysłow ie  m ów i: 

„przez  żołądek  trafia  się  do   ser-a 

m ężow skiego".

*

Poniew aż  niniejszy  mój  arty k uł 

ma  ty tu ł:  „Jarzyny  i  kw iaty",  przeto 

poproszę  o  chwileczkę  cierpliw ości 

bv  i  o  tych  kw iatach  chcę  słów   parę 
pow iedzieć.

Jeżeli  siłą  naszej  w oli  założym y 

o g ró d ek   na  jarzyny,  to  już  łat  vo 

nam   bedzie  w ytyczyć  parę  m alutkich 

grządek  zwłaszcza  przed   oknam i  i 
posiać  na  nich  lub  posadzić  trochę 

bodaj  najskrom niejszych  kw iatów . 
N a o k o ło   p ło tu   czy 

sztachet  n a jle ­

piej  n ad aw ałb y   się  ró żno k olo ro w y  

po w ój,  a  na  grządkach  nasturcja,  m a­

ciejka,  m alw y,  rezeda,  groszek  ró ż ­

nok o lo ro w y   pachnący,  goździki,  n a­
gietki,  astry   i  t.  d

B ardzo  miłe  i  wdzięczne  wrażenie 

na  każdym  

człow ieku  ro b i 

dom . 

przed  którym   rosną  śliczne  pachnące 

kw iaty.  Św iadczy  to   o  dobrej  i 

światłej  gosposi  m ającej  w ysokie  p o ­

czucie  piękna.

A   jakież  dziw ne  przygnębienie  a 

naw et  obrzydzenie  spraw ia  na  nas 

dom ,  przed  k tó ry m   zam iast  og ró d ka 
i  k w iató w  rośnie  dzikie  zielsko  i  p o k ­
rzyw y.

Ja k ie   k siq żk i  w in n a  

p rze czy ta ć   d zie cin ia rk a

1)  PORADNIK  w  spraw ach  naucza­

nia  i  w ychow anie  nakład  Min.  Wyz. 

Relig.  i  Ośw.  Publicznego.  Z e s z y tz  (16). 

Rady  i  w skazów ki  dla  w ych o w a w czyń  

przedszkoli.

2)  L ibrachow a  i  „S karżyńska" - J a k 

chow ać  dziecko.

3 )  W ydaw nictw a  Instytutu 

higieny 

psychicznej  :

a)  0   n iem ow lętach  dobrze  i  źle 

w ychow anych.

b)  W ychow anie  dziecka  w  p ie rw ­

szych  latach  życia  (1-3  lat)

c)  J a k  sobię  radzić  z  dzieckiem  

od  4-7  łat.

d)  0   dziecku  w  p ierw szych  latach 

nauki  szkolnej.

e)  Kara  w  w ychow aniu  —   Irena 

C hm ieleńska

d)  D rugie  d zie cię ctw o   —   Adela 

Poznańska.

e)  P ierw sze  d zie cię ctw o   (2-4  lat) 

Adela  Poznańska.

Książki  te  są  bardzo  tanie,  a  nabyć 

je  można  w  księgarni  n a u c z y c ie ls k ie j:

Warszawa,  ul.  Ś w iętokrzyska  18 

Nasza  Księgarnia.

background image

Str.  14_______________________________________ K O B I E T A   W I E J S K A __________________________  

Nr.  2

K O B IETY w  ŚW IECIE

T r o s k a   o  m a c i e r z y ń s t w o  

w  Sz we cj i

Stale  o d   lat  40  zm niejszająca  się 

liczba  uro d zin   w   Szwecji 

w zbudza 

coraz  w iększe  zaniepokojenie  pań st 
wa.

Jak  d o tąd   w p ro w ad zo n o   już  w 

Szwecji  szereg  now ych 

u staw   o  o- 

chronię  m acierzyństw a.

W ła d z e   starają  się  przede  w szyst 

kim   o  p o p raw ę  w aru n k ó w   b y to w a ­

nia  sfer  ubogich. 

,

Jednocześnie  zarządy 

m iejskie  i 

stow arzyszenia  społeczne  b u d u ją   do 

m y  m ieszkalne  dla  niezam ożnej  lu d ­

ności. 

P ań stw o   zaś  użycza  k red y tu  

aż  do  95  proc.  w artości  b u d o y y   i  to 

za  m inim alnym   oprocentow aniem .

W p ro w a d z o n o  

także  zniżki  k o ­

m ornego  w   zależności  o d   liczby  dzic 

c'  w   rodzinie.  A   więc  za  rodzinę,  k tó  

ra  m a  3  dzieci  —  p ań stw o   oolaca  30 

pet. 

kom ornego,  40  pet.  jeżeli  ma 

czw oro,  a  połow ę,  jeżeli  m a  oięcioro. 

B u d y n k i  są  zaś  now oczesne,  w y p o ­

sażone  we  wszelkie  pom oce  g o sp o ­

darskie,  b y   k o b ieta 

m ogła  podołać 

pracy  p rzy   dużej  rodzinie,  a  b raku 

służb y  dom ow ej.  B yw ają  też  dzielni­

cowe  żłóbki  dla  dzieci  i  nlace  zabaw , 
odciążające  m atkę  od  opieki.

Pom oc  m aterialna  dla  niezam oż­

nych  m atek   daw no  już  istniała,  zos­

tała  je d n a k   w  ro k u   ubiegłym   rozsze­
rzona.  I  ta k   —  każda  m atka,  zamęż­
na  czy 

panna, 

której 

d och ó d   nie 

przekracza  225  fu n tó w   szterl.,  o trzy ­
m uje  o d   p ań stw a  na  ko szty   choroby 

połog ow ej, 

położn ą 

w  

dom u

mb 

p o b y t  w  

szpitalu 

.Jeżeli

i  te  św iadczenia 

okazałyby  się  nie­

w ystarczające, 

istnieje  jeszcze  „P o ­

m oc  m acierzyńska",  w ypłacająca  o d ­

pow iednie  zasiłki.  In sty tu cja  ta  ma 

specjalne  biura,  któ re  b ad ają  w a ru n ­

ki  m aterialne  m atek.  O statn ie  dekre­
ty  zapew niają  rów nież  pom oc  p a ń s­
tw ow ą  dla  dzieci,  k tó ry ch   ojciec  u- 
marł,  lub  jest  niezdolny  do  pracy.

D zieciom   m atek 

niezam ężnych

lub  rozw iedzionych  rząd   w ypłaca  na 
leżne  im  alim enty  (oczyw iście  w   ra ­
zie  g d y   ojciec  uchyla  się),  a  potem  

sam  już  ściąga  sobie  w ypłacane  su ­

m y  z  zaro b k ó w   ojca.  z

N o w e  praw o  z  końca  r.  1938  przy 

znaje  różne  ulgi  p o d atk o w e  żonatym  
lub  ojcom   liczniejszych  rodzin.

Istnieje  też  p ro je k t 

dożyw iania 

dzieci  i  to   nie  ty lk o  

ubogich,  ale 

w szystkich,  ab y  w   ten  sp osó b  d o b ­

roczynność  p rzybrała  charakter  nie 

jałm użny, 

lecz  ob ow iązk ów  

pańs 

tw a.

D alej  —  w chodzi  szereg  ustaw 

zabezpieczających 

kobietę, 

m ającą 

mieć  dziecko, 

przed 

w y po w iedze­

niem  pracy.  B yło  to,  ja k   stw ierdzono 

także  jed n y m   z  p o w o d ó w   unikania 
dzieci.

Cała  ta  ro b o ta  je s t  kosztow n a  wy­

m aga  dużych  wkładów-  pieniężnych, 
Szwecja  m a  nadzieję,  że  to  się  jej  o- 

płaci,  że  niedługo  liczba  urodzin  się 
zw iększy.

W płacając  na  F undusz  Obrony 

N arodow ej spełniam y sw ó j oby­
w a te lsk i  obowiązek.  P am iętaj,
 
że  silna  i  dobrze  uzbrojona 
arm ia  je s t  najlepszą  g w a ra n ­
cją  bezpieczeństw a  Polski.  —

Jeżeli  dziś  kobieta  musi  dopiero 

teraz  rozpoczynać  w alkę  o  praw o  do 

życia,  to   głów na  przyczyna  tego  le­

ży  w   tym ,  że  kobieta  w iejska  prze­
znaczona  była  „do  garn k ó w ".  C hłop 
o d  czasu  do  czasu  ogladał  szerszy- 
św iat  —  kobieta  praw ie  nigdy.  Jed y ­
ne  podróże  jakie  o db y w ały   Polki  — 

chłopki  to   —  pielgrzym ki  na  Jasna 
G órę.  N ie  chce  przez  to  pow iedzieć, 
że  w y jazd   do  C zęstochow y  iest  zby ­

teczny,  jed nak   form a  tych  pielgrzy­

m ek  nie  usam odzielniała  ludzi,  nie 

rozszerzała  ich  patrzenia  na  św iat. 
P od ró ż  paru  setek  ludzi  o  „głodzie,

i  chłodzie"  „przepędzanych"  z  m iejs­

ca  na  miejsce  po  za  uczuciem  religij­

nym   nie  daw ała  człowickow-i  nic.

K obieta  na  wsi  za  ciężka  ma  p ra ­

ce.  a  za  m ało  pieniędzy,  aby  p o d ró ­
żować  ty lk o   jednostronnie.  —  G d y  

już  w ydajem y  grosz  na  podróż,  to 

p o d ró ż  ta  m usi  być  tak   obm yślona, 
aby  daw ała  w szechstronne 

korzyś- 

ci.  —

„M ódl  się  i  pracuj"  m ów i  kościół 

św.  —  Z asada  słuszna,  przeto,  gdv

P o m n i k   „ Ni e z n a n e j "   B o h a t e r k

Ja k   donoszą  z  B udapesztu,  na  na* 

piękniejszym  

placu  stolicy  W ęg ier 

stanąć  ma  p om nik  „N ieznanej  B oha­
terki".  P om nik  w zniesiony 

ma  być 

ku   czci  tysięcy  kobiet,  któ re  podczas 

w o jn y  

św iatow ej 

ofiarnie 

znosiły 

sw ój  ciężki  los  i  niedostatek,  p o d ­
czas  g d y  ich  m ężowie,  bracia  i  sy n o­
wie  dzielnie  stali  w   obliczu  niebez­

pieczeństw a  w   okopach.

P r z e s z k o l e n i e   g o s p o d a r c z e  

kobiet  Duński ch

Z nane  są  du n k i  z  tego,  że  są  d o b ­

ram i  gospodyniam i,  m im o  to  D ania 
r.ie  ustaje  w   kształceniu  g o sp o d ar 
czym  kobiet.

D o   parlam entu  duńskiego  został 

w niesiony  p ro je k t  ustaw y,  na  m ocy 

któ rego   w szystkie  dziew częta  d u ń s­

kie  w   w ieku  o d   14  do  20  lat  będą 
m usiały  przechodzić  specjalne  kursy 

go sp o d arstw a  dom ow ego. 

K ursy  te 

będą  się  składały  ze  150  w yk ład ó w  
i  m ają  trw ać  3  lata.  N a u k a   bedzie 
bezpłatną.

jedziem y  np.  do  C zęstochow y  zaj­

rzyjm y  po   drodze  i  tam,  gdzie  m oże­

m y  podziw iać  w yniki  pracy  ludzkiej. 

Bo  czyż  naprzyklad,  gdy  zatrzym am y 

się  w   Kielcach  nie  zdobędziem y 
tam  

bodźca 

do  

pracy, 

mocnie; 

szej 

w iary  w  

rozum  

ludzki,  "  

grom adna  sile  działania.  Przecie^, 
tych  Kielcach  za  zbiorow e  pieniądze 

poszczególnych  spółdzielni  —  p o w ­
staje  cale  m iasto  fabryk  w y tw orów  

spółdzielczych  „Społem ".  Czyż  nie 

w arto  pojechać  do  Kielc,  abv  prze­

konać  się,  że  za  polskie  pieniądze 

polski  inteligent  i  polski  ro b otni i 

w ytw arza  sam  m ydło,  m usztard \  

ocet,  świece  i  drożdże  i  t.  p  A r ty k  u 
lv  te  m aja  w   g ospodarstw ie  k o b ie ­
cym  ogrom ną  wagę  —  kupując  p ro ­

d u k ty   „Społem "  popieram y  sam opo­

m oc  w łasną,  otrzym ujem y  d obry  pro 

d ukt,  dajem y  chleb  polskiem u  ro b o t­

nikow i,  a  ograniczam y  tym   samym 

k u n n o   żydow sko-niem ieckich  m ydeł 

Schichta  i  t.  p.  arty k ułó w .  W   inte­

resie  naszego  Państw a  leży,  by  P o ­

lacy 

przede 

w szystkim  

popierali

Celowo  organizujmy wycieczki

background image

K O B I E T A   W I E J S K A

St r.  15

sw ój  w łasny  przem ysł,  a  nie  w y w o j 

zili  pieniędzy  na  tandetę,  b ardzo  czy­

sto   szkodliw a  dla  nas  —  do  Niemiec, 

:zv  gdzieindziej.

C zy  nie  przyjem nie  b y ło b v   pień 

grzym ce  w   C zęstochow ie,  g d y b y   u* 

czestnicy  przy  m odłach  zobaczyli,  z>. 

w  tej  C zęstochow ie  ludzie  oracv  m i* 

i a  w ielki  d o ro b ek   spółdzielczy.  — 

je s t  tu  np.  Spółdzielnia  Spożyw ców  

liczącą  przeszło  6.000  członków   — 

k tó ra  ma  w łasną  piekarnię,  m leczar8 
nie  i  przeszło  40  sklepów .

G d y   sie  m a  małe  środki,  a  duże 

potrzeb y   —  a  wieś  m a  taka  rzeczy8 

w istość  —  trzeba  k ażda  spraw ę  łą* 

czyć,  jak  to  m ów ią  ludzie  „piekne  z 

pożytecznym ". 

N ie  k to  

inny,  jak 

ty lk o  

k o b iety  

m uszą  w  

in te 8

resie  w łasnym ,  sw oich  rodzin  i  o gói8 

no*polskim   zacząć  po dróżow ać 

po 

Polsce.  M usim y  Polskę  poznać,  aby 
następnie  wiedzieć  co  w   N iej  dobre/ 
go  i  pięknego,  a  co  złego  któ re  trze8 
ba  przem ienić.

K ob ieta  w iejska  m usi  mieć  głód 

w iedzy, 

ten 

głód  w iedzy  m usi  ia 

oderw ać  z  k ieratu   ciężkiej  codzien* 

nej  pracy- 

— 

C zęściow o  zrobi  to 

d o b ra  książką,  p o g adan k a,  kurs  — 

nic  jed nak   nam   nie  zastąpi  dobrze 

zorganizow anej  wycieczki.  —  N a   wv 

cieczce  przekonam y  się  namacalnie 

o  tym ,  jak  jeden  sam orząd  „potrafi 

b udow ać  szkoły,  drogi,  szpitale,  na 

wycieczce 

zobaczym y,  jak  M a rk o  8 

wianie  z  okolica 

potrafili  su ro w a 8 

dzić  lekarza  na  wieś  do  swoicj  spól* 
dzielni, 

na 

wycieczce  w   Liskow ie 

m ożem y  stw ierdzić,  jak  d o b ry   ksiądz 

potrafi  we  w si  w spólnie  z  nia  wiele 

zrobić,  gdy  w spółdziała  jak   rów nv 

rów nym   w   szeregach 

sDÓłdzieb

czych.  —  N a   wycieczce  w   G d y n i  n a8 

bierzem y  w iary  we  własne  siły  jako 

Polacy,  g d y  posłyszym y, 

iak  poU 

skim   rytm em   piosenki  bija  fale  m o r8 
skie  o  b e to n y   polskiego  w ybrzeża  — 

tak   drogiego  każdem u  P olakow i.

W   każdym   niem al  mieście  zoba8 

czymy  iak  w   ciągu,  dosłow nie  paru 

m inut,  każda  m atka  i  dziecko  ma  po* 

moc  lekarską,  jak  ludzie  nie  psu>ą 

oczu  przy  kagankach,  lecz  m aja  elek8 

tryczność.  W   mieście  zobaczym y,  że 

w iększość 

ludzi  pracuje  określona 

iość  godzin  i  otrzym uje  za  te  prace 

w ynagrodzenie  takie,  b y   wystarczy* 

lo  na  życie,  ubranie  i  na  naukę.  W  

księgarniach  ujrzym y  tysiące  cennych 

książek,  najlepszych  pisarzy  polskich, 

o  k tó ry ch   nigdy  nic  nie  w iedzie8 
liśmy.

N a   wycieczce  m ożem y  sic  przeko8 

nać  w   jak 

strasznych 

w arunkach 

pracuje  tysiące  ro b o tn ik ó w   w   Łodzi, 
na  Śląsku,  a  przy  tym   jednocześnie 

zobaczym y  jak  w ygodnie,  beztrosko, 

próżniaczo  żyje  fabrykant.

W id ząc  to  w szystko   i  wiele,  wie* 

le  innych  rzeczy  dopiero  w terjv  zacz8 
niem y  się  czuć  ludźm i,  k tó rzy   św ia8 

dom ie  b ęd ą  budow ać 

lepsze1  jutro 

niszczyć  co  zle  a  d o bro  ro zp ow szech ­

niać.  W ycieczkow ać  więc  trzeba.

D o   tej  p o ry   w ycieczkow anie  było 

dla  w si  b ardzo  u tru dn ion e,  organi8 

zacje 

chłopskie,  te  niezależne, 

nie 

otrzym yw ały  żadnych  zniżek  k ole8 

jow ych,  pom im o  najw iększego  zro* 

zum ienia  chłop  na  wycieczko  jechać 

n ;e  m ógł.  O statn io   wiele  sie  zmie8 

nilo.

Trzeci  rok,  jak  pow stała  Spółdzieb 

nia  T u ry sty czn o   8*  W y p o czy n k o w a 
„G rom ada" 

inicjatyw y 

C entral

spółdzielczych.  O tóż  ta  Spółdzielnia 
w  oparciu  o  P ań stw o w y   K om itet  d  > 

Spraw   K u ltu ry   W si  w yw alczyła  dla 

wycieczek 

w iejskich 

b ard zo   duze 

zniżki  np 

wycieczka  m ieszkańców 

wsi,  pochodzących  z  jednego  po w ia8 

tu,  m oże  do  stacji  kolejow ej  Prze* 
worsk  otrzym ać  zawsze  66  procent 
zniżki  kolejow ej  w   obie  stro ny.  — 
Z  każdego  więc  p o w ia tu   i  z  każdej 

stacji  kolejow ej  w   Polsce  grupa  od 
25  do  52  osób  korzystać  m oże  z  66 
proc.  zniżki  Kolejowej  v/  obie  stro 8 
ny.  —  Tadąc  do  P rzew orska  m ożem y 
zwiedzić  W ie jsk i  U niw ersytet  w   G a 8 
ci,  Spółdzielnie  K oszykarska.  Spól* 
dzielnię  Z d ro w ia   w   M ark ow ej,  Spól8 

dzielnie  Spożyw ców ,  Szkołę  P.olniczą 

A lbigow ej  i  wieś 

spółdzielcza 

H andzlów kę.  —  T e  same  z irż k i  k o 8 
leiowe  sa  do  stacji  Kielce  i  na  spec­

jalnych  9  szlakach  wycieczkowych.

Tak  wycieczki  organizow ać  i  d o k ąd  

m ożna  jechać  m ów ią  następuiace  w y 8 

daw niew a:  „9  szlaków   w ycieczko8 
w ych"  —  cena  z  przesyłka  poczt.  6 i 
gr.  za  1  egz. 

„Takim  celom  służy 

Spółdzielnia  „G ro m ad a" “ ?  —  cena 

za  egz.  35  gr.  wraz  z  przesyłka.  T e 

w ydaw nictw a 

m ożna  zamawiać  w  

Spółdzielni  T ury sty czno* W y p oczyn 8 

kow ej  „G ro m ada",  W arszaw a.  W a 8 

lecka  l l 8a.  P o d   ivm   adresem   m ożna 

też  dostać  szczegółowe  inform acje, 
po  nadesłaniu  znaczka  pocztow ego 

na  o dpo w iedź

P orozum m y  sie  wiec  z  okolicznym i 

w ioskam i  i  organizujm y  wycieczki. 
P oznajm y  Polskę,  a  będziem y  wię* 
cei  pracow ać  nad  sobą  razem  z  in n y 8 

mi.  ab v   w   Polsce  w   każdym   zakątku 

dać  ładną  treść  pracy.

K.

Maszyny  do  szycia

S M G A 9

9LFS-HUSQ9BRHfl

w yk onane z pierw szo rzęd n eg o  

s z w e d z k i e g o   m a t e r i a ł u  
dostarcza  po  niskich  cenach

TOB. A L F A - L A U A L  Sp.  z o.  o.

W arszaw a,  Tamka  3 

W arszawa,  Sklep,  Aleje  Jerozolimskie  25 

Oddział:  P o z n a ń ,   ul.  D ąb row sk iego  12

background image

NAJSTARSZY  POLSKI  ZAKŁAD 

j  

UBEZPIECZEŃ 

i

Str.   16________________________  

K O B I T A   W I E J S K A ________________________________________ N r j

z  u  w

I

SOLIDNE  I TANIE  UBEZPIECZENIA

Ogień  —  grad 
odpowiedzialność  cywilna 

nieszczęśliwe  wypadki 

kradzież  —  auto  —  casco

b

Specjalne  dogodne  warunki  jednostkowych 

i  zbiorowych  u b e z p i e c z e ń   g r a d o w y c h .

Z g ł o s z e n i a   p r z y jm u j ą   O d d z i a ł y   ( I n s p e k t o r a t y )   P o w s z e c h -  

B 

n e g o   Z a k ł a d u   U b e z p i e c z e ń   W z a j e m n y c h   w e   w s z y s t k i c h

w i ę k s z y c h   m i a s ta c h .

H B B  H B B H 9 K B H I

1

f

l

1

f

l

i

Prenumerata  —   „K o b ie ta   W i e js k a ',

w y n o s i:  k w a r ta ln ie   1*—  zł  półrocznie  2 -—   zł  —   rocznie  3-50.

C E N N IK   O G Ł O S Z E Ń   ;  cala   st rona  —   2 0 0 ' —  zł 1/ 2  stro n y   100'  zł'  —   )/8  stro n y   5 0   zł  —  Za  treść  o g ło s z eń .  R e d a k r j a   nie  o d p o w ia d a .

R e d a g u j e   K o m ite t.

R e d ak to r   i  W y d a w c a ;   H A N N A   C I E K O T O W A

A d r e s   R e d ak c ji   i  A d m i n i s t r a c j i :   „ K o b ie ta   W ie j s k a " ,   M a rk o w a   k /Łańcuta,  S p ó łd zie ln ia   Z d r o w i a .   N u m e r   R o z rac h u n k u   1.

Drukarnia  Literacka  Kraków,  PI.  Z god y  4.  —   T elefon   185-18.