background image

7

77

7    

ODDZIAŁ  POGOTOWIA  RATUNKOWEGO  imienia  T.  Wibble  Jonesa  w  St.  Francis 

Medical  Center,  dzięki  hojnej  darowiźnie  otrzymanej  od  swego  imiennika,  naleŜał  do 

najnowocześniejszych  tego  typu  obiektów.  Otwarty  półtora  roku  temu  kompleks,  zajmujący 

ponad piętnaście tysięcy metrów kwadratowych, składał się z dwóch części, po szesnaście sal 

kaŜda.  Pacjenci  powypadkowi  kierowani  byli  na  przemian  do  sekcji  A  lub  B,  i  pozostawali 

tam  pod  opieką  ekipy,  do  której  zostali  przydzieleni,  dopóki  ich  nie  wypuszczono,  nie 

przyjęto do szpitala lub nie wysłano do kostnicy. 

Przez  środek  obiektu  przebiegała  strefa  nazywana  przez  personel  medyczny  zsypem. 

Zsyp  przeznaczony  był  głównie  dla  przypadków  urazowych,  dzielących  się  na  dwie  grupy: 

tych,  których  przywieziono  karetką,  oraz  tych  przywiezionych  helikopterem  na  lądowisko, 

znajdujące  się  jedenaście  kondygnacji  wyŜej.  Ci  ostatni  byli  zazwyczaj  w  stanie  o  wiele 

cięŜszym  i  zwoŜono  ich  do  szpitala  z  okolicy  w  promieniu  około  dwustu  pięćdziesięciu 

kilometrów.  Dla  tych  pacjentów  przeznaczona  była  specjalna  winda,  prowadząca  prosto  do 

zsypu, na tyle duŜa, by pomieścić dwie pary noszy i dziesięciu pracowników szpitala naraz. 

Oddział urazowy miał sześć otwartych sal dla pacjentów, kaŜda z nich wyposaŜona była 

w  sprzęt  rentgenowski  oraz  ultradźwiękowy,  aparaty  tlenowe  i  środki  medyczne,  miała  teŜ 

sporą  wolną  przestrzeń,  umoŜliwiającą  swobodne  poruszanie  się.  Na  samym  środku 

znajdowało  się  centrum  zarządzania,  lub  jak  inni  mówili,  wieŜa  kontrolna,  wypełnione 

komputerami  i  tłumem  wiecznie  zajętego  personelu.  O  kaŜdej  porze  znajdował  się  tam 

przynajmniej jeden przyjmujący lekarz, a do tego czterech staŜystów oraz sześć pielęgniarek, 

obsługujących od dwóch do trzech pacjentów. 

Caldwell  nie  umywało  się  do  Manhattanu,  jednak  problemem  była  zorganizowana 

przestępczość, często dochodziło do strzelaniny między handlarzami narkotyków, wiele było 

teŜ  wypadków  samochodowych.  Poza  tym  mieszkały  tu  blisko  trzy  miliony  ludzi,  normalne 

więc,  Ŝe  dochodziło  do  niezliczonych  wypadków:  postrzał  w  brzuch  z  pistoletu  do  nitów  – 

gość  próbował  naprawić  sobie  w  ten  sposób  rozporek  w  dŜinsach;  strzała  wbita  w 

mózgoczaszkę  –  ktoś  chciał  udowodnić,  Ŝe  ma  dobrego  cela,  ale  niestety  się  mylił;  mąŜ 

poraŜony  prądem  –  wpadł  na  świetny  pomysł  zreperowania  kuchenki,  tylko  zapomniał 

odłączyć ją od prądu. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Zsyp  naleŜał  do  Jane.  Jako  szefowa  oddziału  urazowego  była  odpowiedzialna  za 

wszystko, co działo się w tych sześciu salach, chociaŜ jako ratownik medyczny oraz chirurg 

urazowy  takŜe  miała  ręce  pełne  roboty.  Na  co  dzień  jednak  załatwiała  przede  wszystkim 

przeniesienia  pacjentów  do  sal  operacyjnych,  często  odpowiadała  równieŜ  za  wszelkiego 

rodzaju drobne sprawy. 

Oczekując na swój przypadek postrzałowy, przeglądała akta dwóch pacjentów i zaglądała 

przez  ramię  pracującym  staŜystom  i  pielęgniarkom.  KaŜdy  członek  ekipy  urazowej  był 

osobiście  mianowany  przez  Jane,  która  w  trakcie  rekrutacji  niekoniecznie  wybierała 

absolwentów  uniwersytetów  z  Ivy  League,  mimo  iŜ  sama  wykształciła  się  na  Harvardzie. 

Poszukiwała  cech  dobrego  Ŝołnierza  lub,  jak  sama  mówiła,  twardziela.  Zestaw  typowy  dla 

Sherlocka:  rozum,  kondycja,  dystans.  Zwłaszcza  to  ostatnie.  Trzeba  było  doskonałego 

wyczucia dystansu, by poradzić sobie w kryzysowych sytuacjach podczas dyŜuru w zsypie. 

Nie oznaczało to jednak, Ŝe brakowało im współczucia. 

Generalnie rzecz biorąc, większość pacjentów urazowych nie potrzebowała trzymania za 

rękę  lub  dodawania  otuchy.  Zwykle  byli  odurzeni  lekami  albo  zszokowani,  poniewaŜ  krew 

lała się z nich jak z sikawki, albo część ich ciała znajdowała się zamroŜona w opakowaniu, 

albo  ich  skóra  była  spalona  w  siedemdziesięciu  pięciu  procentach.  Pacjenci  ci  potrzebowali 

przede  wszystkim  dobrze  wykwalifikowanych,  trzeźwo  myślących  ludzi,  świetnie 

wykonujących swoją robotę. 

Za  to  ich  rodziny  oraz  ukochani  potrzebowali  dobroci,  współczucia  i  wsparcia  zawsze, 

kiedy  to  tylko  moŜliwe.  KaŜdego  dnia  w  zsypie  ludzie  umierali  lub  byli  wskrzeszani,  i  nie 

tylko ci leŜący na noszach doświadczali zatrzymania oddechu lub jego powrotu. Poczekalnie 

wypełnione były innymi, których równieŜ to dotyczyło: męŜami, Ŝonami, rodzicami, dziećmi. 

Jane  wiedziała,  jak  to  jest  stracić  kogoś,  kto  stanowił  część  ciebie,  dlatego  pracując 

pozornie  bez  emocji,  była  świadom  ludzkiej  strony  medycyny.  Starała  się  być  zawsze  po 

stront  ludzi,  z  którymi  miała  do  czynienia.  By  pracować  w  zsypie  trzeba  było  stawić  czoło 

obu  stronom  tej  roboty.  Trzeba  było  mieć  siłę  wojownika  oraz  odpowiednie  podejście  do 

chorego. Jak mawiała swojemu personelowi, zawsze powinno się znaleźć czas, by potrzymać 

kogoś za rękę, wysłuchać jego skarg lub pozwolić wypłakać się na swoim ramieniu, poniewaŜ 

nie  wiadomo,  kiedy  sami  moŜemy  znaleźć  się  w  takiej  potrzebie.  Tragedia  moŜe  dotknąć 

wszystkich,  kaŜdy  z  nas  w  takim  samym  stopniu  podlega  zmiennym  zachciankom  losu. 

NiezaleŜnie  od  koloru  skóry,  zawartości  portfela,  tego,  czy  jesteśmy  homo  czy  hetero, 

ateistami czy teŜ wierzącymi, z jej punktu widzenia wszyscy są równi. I przez kogoś kochani. 

–  Doktor Goldberg właśnie zadzwonił, Ŝe jest chory – poinformowała ją pielęgniarka. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Grypa? 

–  Tak, ale zastąpi go doktor Harris. 

Błogosławiony niech będzie Goldberg. 

–  Czy nasz kolega potrzebuje czegoś? 

Pielęgniarka uśmiechnęła się. 

–  Jego  Ŝona  powiedziała,  Ŝe  przeraził  ją  jego  widok,  kiedy  się  przebudziła.  Sarah 

gotuje dla niego rosół. Bardzo się przejęła. 

–  Dobrze.  Potrzeba  mu  trochę  odpoczynku.  Szkoda  tylko,  Ŝe  nie  będzie  miał  z  tego 

przyjemności. 

–  No  właśnie.  Wspomniał,  Ŝe  będzie  musiał  obejrzeć  z  nią  na  DVD  wszystkie 

romantyczne filmy, które przegapili przez ostatnie sześć miesięcy. 

Jane roześmiała się. 

–  To pogorszy jeszcze jego stan. Właśnie, słuchaj, chcę zwołać konsylium w sprawie 

przypadku Robinsona. Nie mogliśmy zrobić dla niego juŜ nic więcej, ale myślę, Ŝe i tak 

powinniśmy omówić jego przypadek. 

–  Przeczuwałam,  Ŝe  będziesz  chciała  to  zrobić.  JuŜ  zaplanowałam  to  na  dzień  po 

twoim powrocie z podróŜy. 

Jane uścisnęła lekko rękę pielęgniarki. 

–  Jesteś boska. 

–  Eee tam. Po prostu znam swoją szefową, to wszystko. 

Pielęgniarka uśmiechnęła się. 

–  Nigdy  nie  pozwalasz  im  odejść,  nim  kilka  razy  nie  upewnisz  się,  czy  przypadkiem 

czegoś nie moŜna było zrobić inaczej. 

To  prawda.  Jane  pamiętała  kaŜdego  pacjenta,  który  kiedykolwiek  zmarł  w  zsypie, 

niezaleŜnie od tego, czy to ona go przyjmowała, czy inny lekarz. Wszystkich nieboszczyków 

skatalogowanych miała w swojej głowie. Nocą, kiedy nie mogła zasnąć, twarze oraz nazwiska 

przelatywały  jej  przed  oczyma  niczym  staroświeckie  mikrofisze,  dopóki  nie  czuła,  Ŝe  zaraz 

zwariuje od tego sprawdzania obecności. 

Ta lista umarłych ostatecznie popchnęła ją do działania i chyba szlag by ją trafił, gdyby 

oczekiwany teraz postrzelony teŜ na niej wylądował. 

Jane podeszła do komputera i wywołała wszelkie dostępne informacje na temat pacjenta. 

Zapowiadała się prawdziwa batalia. Mieli do czynienia zarówno z raną kłutą, jaki pociskiem 

w klatce piersiowej. Mając na względzie miejsce, gdzie gość został znaleziony, mogłaby się 

załoŜyć, Ŝe był albo dilerem narkotykowym prowadzącym interesy na niewłaściwym terenie, 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

albo  powaŜnym  kupcem  narkotyków,  któremu  wymierzono  karę.  Najprawdopodobniej  więc 

nie był ubezpieczony, chociaŜ to akurat nie było istotne. St. Francis przyjmowało wszystkich 

pacjentów, bez względu na ich wypłacalność. 

Trzy minuty później otworzyły się podwójne drzwi i z prędkością wystrzelonego z procy 

pocisku  wjechały  nosze.  Pan  Michael  Klosnick  przypięty  był  do  nich  pasami.  Ogromny 

męŜczyzna  rasy  białej,  z  duŜą  ilością  tatuaŜy,  w  skórzanym  ubraniu  i  z  hiszpańską  bródką. 

Sanitariusz podawał mu tlen, drugi trzymał sprzęt i pchał nosze. 

–  Sala czwarta – rzuciła Jane. – Na czym stoimy? 

Ten od tlenu powiedział: 

–  Podano  dwie  kroplówki  płynu  Ringera  i  mleczanów.  Ciśnienie  sześćdziesiąt  na 

czterdzieści  i  spada.  Oddech  czterdzieści.  Tętno  około  stu  czterdziestu.  Otrzymał 

elektrowstrząs  na  poziomie  dwustu  dŜuli.  Częstoskurcz  sinusoidalny  około  stu 

czterdziestu. 

W  sali  numer  cztery  sanitariusze  zatrzymali  nosze.  Personel  zsypu  był  juŜ  na  miejscu. 

Jedna  z  pielęgniarek  zajęła  miejsce  przy  niewielkim  stoliku,  by  rejestrować  przebieg  akcji. 

Dwie  kolejne  czekały  w  gotowości,  a  czwarta  przygotowała  się  do  rozcięcia  skórzanych 

spodni pacjenta. Nieopodal stali staŜyści, by obserwować i w razie potrzeby słuŜyć pomocą. 

–  Mam portfel. – Sanitariusz przekazał go pielęgniarce trzymającej noŜyczki. 

–  Michael  Klosnick,  trzydzieści  siedem  lat  –  przeczytała.  –  Zdjęcie  w  dowodzie 

niewyraźnie,  ale...  to  moŜe  być  on,  zakładając,  Ŝe  przefarbował  włosy  na  czarno  i 

zapuścił bródkę. 

Podała portfel notującej wszystko koleŜance i wzięła się za spodnie. 

–  Sprawdzę, czy figuruje w systemie – zakomunikowała pielęgniarka, wklepując dane 

do komputera. – Mam go czekaj, to jest... to musi być błąd. Nie, adres się zgadza, ale 

nie data urodzenia. 

Jane przeklęła pod nosem. 

–  Mogą występować problemy z nowym systemem rejestracji elektronicznej, więc nie 

chcę opierać się na tych danych. Sprawdźmy grupę krwi i od razu prześwietlmy klatkę 

piersiową. 

Kiedy  pobrano  krew,  Jane  przeprowadziła  szybkie  badanie  wstępne.  Rana  postrzałowa 

była  czystym,  malutkim  otworem  widocznym  nieopodal  jakiejś  blizny  na  piersi.  Cienka 

struŜka  krwi  nie  zdradzała,  co  dzieje  się  wewnątrz.  Podobnie  było  z  raną  po  noŜu.  Na 

pierwszy  rzut  oka  niezbyt  wielka  tragedia.  Miała  nadzieję,  Ŝe  wnętrzności  pozostały 

nienaruszone. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Rzuciła  okiem  na  resztę  jego  ciała  –  liczne  tatuaŜe.  Była  teŜ  dawna  rana  po  ostrych 

obraŜeniach genitaliów. 

–  PokaŜcie mi rentgen, potrzebne jeszcze USG serca... 

Nagle rozległ się krzyk. 

Jane  spojrzała  w  tamtym  kierunku.  Siostra,  która  rozbierała  pacjenta,  padła  w 

konwulsjach  na  podłogę,  rękoma  i  nogami  uderzając  o  posadzkę.  W  ręce  trzymała  czarną 

rękawicę naleŜącą do pacjenta. 

Przez ułamek sekundy wszyscy zastygli w bezruchu. 

–  Dotknęła tylko jego ręki i upadła – powiedział ktoś. 

–  Wracać  do  pracy!  –  krzyknęła  Jane.  –  Estevez,  zajmij  się  nią.  Chcę  natychmiast 

wiedzieć, co jej jest. Reszta do roboty. JuŜ! 

Jej  polecenia  zmusiły  personel  do  działania.  Wszyscy  ponownie  skupili  się  na  pracy,  a 

pielęgniarkę przeniesiono do sali obok, gdzie zaopiekował się nią Estevez. 

Prześwietlenie  klatki  piersiowej  wyszło  całkiem  dobrze,  lecz  z  jakiegoś  powodu  USG 

serca  było  marnej  jakości.  JednakŜe  obydwa  wykazały  dokładnie  to,  czego  spodziewała  się 

Jane:  krwawienie  wewnątrzosierdziowe  od  rany  postrzałowej  w  prawej  komorze.  Krew 

gromadziła  się  w  worku  osierdziowym  i  naciskała  na  serce,  utrudniając  jego  pracę  i 

sprawiając, Ŝe słabo pompowało krew. 

–  Potrzebne USG brzucha, ja spróbuję zyskać trochę czasu z jego sercem. 

W tej sytuacji Jane potrzebowała więcej informacji na temat rany po noŜu. 

–  Jak skończycie, sprawdźcie obydwie maszyny. Niektóre zdjęcia klatki piersiowej są 

kiepskiej jakości. 

Podczas  gdy  staŜysta  zabrał  się  za  brzuch,  Jane  chwyciła  grubą  igłę  i  załoŜyła  ją  na 

strzykawkę.  Pielęgniarka  przetarła  klatkę  piersiową  męŜczyzny  środkiem  odkaŜającym,  a 

Jane  przebiła  się  przez  skórę  i  odnalazła  drogę  pomiędzy  Ŝebrami,  nakłuwając  worek 

osierdziowy  i  odciągając  krew,  łagodząc  tym  samym  efekty  krwawienia.  Zleciła  równieŜ 

przy. gotowanie sali operacyjnej numer dwa i postawienie w gotowości ekipy. 

Wykorzystaną strzykawkę przekazała pielęgniarce, która miała się jej pozbyć. 

–  Spójrzmy na jamę brzuszną. 

Sprzęt bez wątpienia nawalał, poniewaŜ otrzymywane obrazy nie były tak wyraźne, jak 

tego  chciała.  Ale  i  tak  dane  były  niezłe  –  wszystkie  istotne  organy  wewnętrzne  były 

nienaruszone. 

–  OK, brzuch wydaje się w porządku. Przenieśmy go na górę, prędko. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Wychodząc  ze  zsypu,  wetknęła  głowę  do  sali,  w  której  Estevez  zajmował  się 

pielęgniarką. 

–  Co z nią? 

–  Dochodzi do siebie. 

–  Jej serce ustabilizowało się po tym, jak przyłoŜyliśmy jej „łyŜki”. 

–  Miała migotanie komór? Chryste. 

–  Tak  jak  ten  koleś  od  telefonu,  którego  mieliśmy  wczoraj.  Jakby  została  poraŜona 

ładunkiem elektrycznym. 

–  Dzwoniłeś do jej męŜa? 

–  Tak, Mike zaraz tu będzie. 

–  Dobrze. Zaopiekuj się nią. 

Estevez pokiwał głową. 

–  Oczywiście. 

Jane  dogoniła  swojego  pacjenta,  kiedy  personel  wyjeŜdŜał  z  nim  ze  zsypu  do  windy 

prowadzącej  na  blok  operacyjny.  Piętro  wyŜej  poszła  przygotować  się  do  operacji,  podczas 

gdy pielęgniarki zajmowały się pacjentem. Na jej prośbę przygotowano płuco–serce oraz by–

pass  sercowo–płucny,  a  badania  rentgenowskie  oraz  ultradźwiękowe  przeprowadzone  piętro 

niŜej wyświetliły się na ekranie komputera. 

W sali operacyjnej raz jeszcze przyjrzała się zdjęciom klatki piersiowej. Prawdę mówiąc, 

oba były marnej jakości, bardzo ziarniste i powielone, lecz wystarczały, by się rozeznać. Kula 

utkwiła  w  mięśniach  i  Jane  zamierzała  ją  tam  zostawić.  Ryzyko  związane  z  jej  usunięciem 

było większe niŜ przy pozostawieniu jej w spokoju. Ofiary strzelaniny często opuszczały zsyp 

razem ze swoim ołowianym trofeum. 

Zmarszczyła brwi i pochyliła się bliŜej ekranu. Interesujący pocisk. Okrągły, inny niŜ te, 

które  zwykła  widywać  wewnątrz  ciał  swoich  pacjentów.  Mimo  wszystko  jednak  chyba 

wykonany ze zwykłego ołowiu. 

Jane  zbliŜyła  się  do  leŜącego  na  stole  pacjenta.  Jego  pierś  została  przygotowana  juŜ  do 

operacji. 

–  śadnego by–passu. Nie chcę tracić na to czasu. Dysponujemy odpowiednią krwią? 

–  Problem w tym, Ŝe nie udało się określić grupy jego krwi. 

Jane rzuciła okiem na pacjenta. 

–  Nie udało się? 

–  Odczytana  próbka  została  zwrócona  jako  niezidentyfikowana.  Jednak  mamy  na 

stanie osiem litrów grupy 0. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Jane skrzywiła się. 

–  No dobra, bierzmy się za robotę. 

UŜywając  laserowego  skalpela,  wykonała  nacięcie  na  klatce  piersiowej  pacjenta, 

następnie  przebiła  się  przez  mostek  i  rozwarła  Ŝebra  chroniące  niczym  kraty  serce, 

odsłaniając... 

Jane zaparło dech w płucach. 

–  Jasna... 

–  ...cholera – dokończył ktoś. 

–  Ssanie. 

Spojrzała na asystującą jej pielęgniarkę. 

–  Ssanie,  Jacques.  Nie  obchodzi  mnie,  jak  to  wygląda.  Naprawię  to,  zakładając,  Ŝe 

dobrze trafię w to cholerstwo. 

Rozległ  się  syczący  dźwięk  ssaka.  Gdy  krew  została  usunięta,  oczom  Jane  ukazała  się 

anomalia fizyczna, jakiej nigdy wcześniej nie widziała: sześciokomorowe serce. Więc to było 

to „powielenie”, które widziała na zdjęciu. Dodatkowa para komór. 

–  Zdjęcia! – krzyknęła. – Ale szybko, proszę. 

Kiedy wykonano juŜ fotografie, pomyślała: „O rany, oddział kardiologii zeświruje, jak to 

zobaczy”. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego, mimo Ŝe dziura wyrwana w prawej 

komorze wyglądała całkiem znajomo. Widziała juŜ sporo takich przypadków. 

–  Szycie. 

Jacques  wcisnęła  jej  w  dłoń  parę  szczypiec.  Kiedy  juŜ  chciała  zabrać  się  za  zszywanie 

odcinka od mostka do obojczyka, nagle maszyny zaczęły pikać i odezwał się anestezjolog: 

–  Ciśnienie sześćdziesiąt na czterdzieści i spada. 

Jane pochyliła się nad pacjentem. 

–  Nawet o tym nie myśl — warknęła. — Jak mi tu teraz umrzesz, to bardzo się wkurzę. 

Nagle,  wbrew  wszelkim  przesłankom  medycznym,  męŜczyzna  otworzył  oczy.  Ich 

spojrzenia się spotkały. 

Jane odskoczyła do tyłu. Dobry BoŜe... jego tęczówki przypominały diamenty. Lśniły jak 

zimowy  księŜyc  w  bezchmurną  noc.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  osłupiała.  Miała  wraŜenie,  Ŝe 

połączyły  się  nie  tylko  ich  spojrzenia,  ale  i  ciała,  dziwnie  poskręcane  i  splecione, 

niepodzielne... 

–  Znowu migotanie komór – krzyknął anestezjolog. 

Jane natychmiast się skoncentrowała. 

–  Nie opuszczaj mnie – rozkazała pacjentowi. – Słyszysz? Nie opuszczaj mnie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

I  mogłaby  przysiąc,  Ŝe  gość,  nim  zamknęły  mu  się  powieki,  kiwnął  do  niej  głową. 

Wróciła do ratowania mu Ŝycia. 

–  Naprawdę  musisz  rzucić  trochę  światła  na  incydent  z  wyrzutnią  ziemniaków  – 

powiedział Butch. 

Furiath wzniósł oczy i rozsiadł się wygodnie na ławie. 

–  Wybiliście mi okno. 

–  AleŜ oczywiście. V i ja celowaliśmy w nie. 

–  Dwukrotnie. 

–  I udowodniliśmy, Ŝe jesteśmy wyborowymi strzelcami. 

–  Następnym razem obierzcie sobie jakiś inny... 

Furiath zmarszczył brwi i odsunął martini od ust. Bez Ŝadnego wyraźnego powodu jego 

instynkty nagle uaktywniły się, zapalając się i dzwoniąc niczym automat do gry. Rozejrzał się 

po VIP–roomie w poszukiwaniu nadchodzących kłopotów. 

–  Hej, glino, czy ty... 

–  Coś jest nie tak – powiedział Butch, pocierając sobie klatkę piersiową, potem wyjął 

wiszący pod koszulą gruby złoty krzyŜ. – Co się, do diabła, dzieje? 

–  Nie wiem. 

Furiath  raz  jeszcze  przyjrzał  się  tłumowi.  O  rany,  jakby  paskudny  smród  wdarł  się  do 

pokoju, wciąŜ jednak nic złego się nie działo. 

Furiath wyciągnął telefon i wybrał numer do brata bliźniaka. Zbihr natychmiast odebrał i 

zapytał, czy u Furiatha wszystko w porządku. 

–  Nic mi nie jest, Z, ale ty teŜ to czujesz, co? 

Siedzący po drugiej stronie stołu Butch przyłoŜył do ucha swoją komórkę. 

–  Kochanie?  Dobrze  się  czujesz?...  Wszystko  OK?...  Tak,  nie  mam  pojęcia...  Ghrom 

chce  ze  mną  mówić?  Tak,  jasne,  daj  go...  Hej,  stary.  Tak.  Furiath  i  ja...  No...  Nie. 

Rankohr jest z tobą?... W porządku. Jasne. JuŜ dzwonię do Vrhednego. 

Glina rozłączył się, przycisnął kilka klawiszy i telefon znowu znalazł się przy jego uchu. 

Brwi Butcha obniŜyły się. 

–  V? Zadzwoń do mnie. Natychmiast, jak to odsłuchasz. 

Zakończył połączenie w momencie, kiedy Furiath rozłączył się z Z. 

Obaj  rozsiedli  się  wygodnie.  Furiath  przekładał  drinka  z  ręki  do  ręki.  Butch  bawił  się 

krzyŜem. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  MoŜe  poszedł  do  swojego  apartamentu,  by  zająć  się  jakąś  samicą  –  powiedział 

wreszcie Butch. 

–  Mówił mi, Ŝe zamierza to zrobić dziś w nocy. 

–  OK, więc moŜe jest teraz w trakcie walki. 

–  No. I zaraz do nas oddzwoni. 

Mimo  iŜ  wszystkie  telefony  Bractwa  wyposaŜone  były  w  czipy,  V  nigdy  nie  pracował, 

mając  włączony  telefon,  tak  więc  zadzwonienie  do  rezydencji  i  wytropienie  go  było  raczej 

niemoŜliwe. V wielokrotnie obwiniał swoją rękę za złe funkcjonowanie urządzeń. Twierdził, 

Ŝe  cokolwiek  było  przyczyną  świecenia  jego  dłoni,  powodowało  to  zakłócenia  elektryczne 

oraz  magnetyczne.  Bez  wątpienia  wpływając  teŜ  na  gównianą  jakość  połączenia.  Ilekroć 

rozmawiało się z V przez telefon, na linii zawsze był szum, nawet jeśli było to połączenie ze 

stacjonarnego. 

Furiath  i  Butch  wytrzymali  około  półtorej  minuty,  zanim  spojrzeli  na  siebie  i 

równocześnie zaczęli mówić: 

–  Masz coś przeciwko, Ŝebyśmy po prostu wpadli... 

–  Po prostu chodźmy... 

Wstali i ruszyli w stronę bocznego wyjścia z klubu. 

W zaułku na zewnątrz Furiath spojrzał na nocne niebo. 

–  Chcesz, Ŝebym zmaterializował się u niego naprawdę szybko? 

–  Jasne. Zrób to. 

–  Potrzebny mi adres. Nigdy wcześniej tam nie byłem. 

–  Commodore. Ostatnie piętro, południowo–zachodni róg. Poczekam tutaj. 

Dla Furiatha była to kwestia chwili. Kiedy pojawił się na tarasie lśniącego apartamentu 

jakieś dziesięć przecznic w stronę rzeki, nawet nie zawracał sobie głowy podchodzeniem do 

szklanej ściany. Na odległość wyczuł, Ŝe jego brata tam nie ma i w mgnieniu oka z powrotem 

znalazł się obok Butcha. 

–  Nie ma go. 

–  A więc poluje... 

Glina  zamarł.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  dziwaczny  grymas.  Jego  głowa  obróciła  się 

błyskawicznie w prawo. 

–  Reduktorzy. 

–  Jak wielu? – zapytał Furiath, rozpinając kurtkę. 

Odkąd  Butch  doświadczył  starcia  z  Omegą,  był  w  stanie  wyczuwać  tych  sukinsynów 

niczym monety wykrywaczem metalu. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Para. Załatwmy to szybko. 

–  No pewnie. 

Reduktorzy wynurzyli się zza rogu, rzucili spojrzenie na Furiatha i Butcha, i natychmiast 

stanęli gotowi do walki. Zaułek przy wyjściu z Zero Sum nie był najlepszym miejscem, ale na 

szczęście zimna noc wypłoszyła wszystkich ludzi w okolicy. 

–  Posprzątajmy tu – powiedział Butch. 

–  Robi się. 

Rzucili się na przeciwników. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

8

88

8    

DWIE  GODZINY  PÓŹNIEJ  JANE  otworzyła  szeroko  drzwi  na  oddział  pooperacyjny. 

Była  gotowa  wracać  juŜ  do  domu.  Torbę  zawiesiła  na  ramieniu,  klucze  do  samochodu 

trzymała w dłoni, kurtkę zarzuciła na ramiona. Nie zamierzała jednak wyjść bez zajrzenia do 

postrzelonego pacjenta. 

Widząc ją, pielęgniarka rzuciła: 

–  Hej, doktor Whitcomb. Przyszła pani odwiedzić swojego podopiecznego? 

–  Tak,  Shalondo.  Znasz  mnie,  nie  umiem  wyjść  bez  poŜegnania.  W  którym  jest 

pokoju? 

–  W szóstce. Faye jest z nim teraz, stara się zapewnić mu wygodę. 

–  JuŜ  wiecie,  dlaczego  was  tak  kocham?  Najlepszy  personel  w  mieście.  Poza  tym, 

przyszedł go ktoś odwiedzić? Znaleźliśmy jego najbliŜszą rodzinę? 

–  Zadzwoniłam pod numer z jego akt medycznych. Gość, który odebrał, powiedział, Ŝe 

mieszka  tam  od  dziesięciu  lat  i  nigdy  nie  słyszał  o  kimś  takim  jak  Michael  Klosnick. 

Tak  więc  wpis  był  fałszywy.  Och,  a  widziałaś  broń,  jaką  przy  nim  znaleziono?  To 

dopiero ubezpieczenie się na kaŜdą ewentualność. 

–  I obie równocześnie powiedziały to samo: 

–  Narkobiznes. 

Jane potrząsnęła głową. 

–  Nie jestem zaskoczona. 

–  Ja  równieŜ  nie.  Z  tymi  tatuaŜami  na  twarzy  nie  sprawia  wraŜenia  doradcy 

ubezpieczeniowego. 

–  Nie, chyba Ŝe wciska swoją ofertę grupie profesjonalnych wrestlerów. 

Shalonda śmiała się jeszcze, kiedy Jane ruszyła juŜ wzdłuŜ korytarza. Sala numer sześć 

znajdowała się na samym końcu po prawej, więc po drodze zajrzała jeszcze do dwóch innych 

pacjentów.  Jeden  miał  pęknięte  jelito,  efekt  źle  przeprowadzonej  liposukcji,  drugi  zaś  nabił 

się na ogrodzenie w wyniku wypadku motocyklowego. 

Wszystkie  pokoje  na  tym  oddziale  były  takie  same  –  sześć  metrów  kwadratowych, 

szklana frontowa ściana, którą moŜna było zasłonić w celu uzyskania prywatności. Nie były 

to  pokoiki  z  oknem,  reprodukcją  obrazu  Moneta  i  telewizorem.  Jeśli  ktoś  czuje  się  na  tyle 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

dobrze, Ŝe zajmuje go to, co leci w telewizji, z pewnością nie trafi tutaj. Jedyne ekrany oraz 

obrazki naleŜały tu do sprzętu monitorującego. 

Kiedy Jane weszła do szóstki. Faye Montgomery sprawdzała właśnie kroplówkę. 

–  Dobry wieczór, doktor Whitcomb. 

–  Faye, co u ciebie? 

Jane  odłoŜyła  torbę  i  sięgnęła  po  dokumentację  medyczną,  która  znajdowała  się  w 

kieszeni na drzwiach. 

–  Wszystko  dobrze  i  zanim  zapytasz  –  jego  stan  jest  stabilny.  Swoją  drogą  to 

zdumiewające. 

Jane przejrzała zapiski. 

–  Coś takiego. 

JuŜ miała zamknąć teczkę, kiedy spojrzała na cyferki zapisane w lewym rogu i skrzywiła 

się.  Dziesięciocyfrowy  identyfikator  pacjenta  był  o  setki  tysięcy  niŜszy  od  tych 

przyznawanych  nowym  podopiecznym.  Sprawdziła  więc  datę  załoŜenia  jego  akt:  1971. 

Przerzucając  kartki,  odnalazła  dwa  przyjęcia  szpitala:  jedno  z  powodu  pchnięcia  noŜem, 

drugie zaś po przedawkowaniu narkotyków; daty '71 i '73. 

Ach,  do  diabła,  juŜ  gdzieś  to  wcześniej  widziała.  Zera  i  siódemki  mogły  wyglądać 

podobnie, jeśli pisało się je w pośpiechu. Szpital nie prowadził skomputeryzowanego rejestru 

do  końca  roku  2003,  a  wcześniej  wszystka  zapisywane  było  ręcznie.  Wpis  ten  najwyraźniej 

został przepisany przez przetwarzającego dane. który błędnie go zinterpretował: zamiast '01 i 

'03 wpisano '71 i '73. 

Tylko  Ŝe...  data  urodzenia  w  ogóle  nie  miała  sensu.  Pacjent  miał  trzydzieści  siedem  lat 

trzy dekady temu. 

Zamknęła teczkę i połoŜyła na nie) dłoń. 

–  Musimy wymagać większej precyzji od serwisu transkrypcyjnego. 

–  TeŜ to zauwaŜyłam. Słuchaj, chcesz pobyć z nim trochę sama? 

–  Jasne, byłoby wspaniale. 

Faye zatrzymała się w drzwiach. 

–  Słyszałam, Ŝe dziś w nocy byłaś niesamowita na sali operacyjnej. 

Jane uśmiechnęła się nieznacznie. 

–  Ekipa  była  niesamowita.  Ja  tylko  robiłam,  co  do  mnie  naleŜało.  Hej,  zapomniałam 

powiedzieć Shalondzie, Ŝe biorę tego NN w Spring Madness. Czy mogłabyś... 

–  Jasne.  I  zanim  zapytasz,  tak.  w  tym  roku  znowu  bierze  udział  w  programie 

pomocowym. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Dobrze, będziemy znęcać się nad sobą przez kolejne sześć tygodni. 

–  Dlatego  teŜ  wybrała  słuŜbę  publiczną,  byśmy  z  kolei  my  mogli  patrzeć,  jak  to 

robicie. Obie jesteście takie oddane. 

Faye  wyszła,  a  Jane  zaciągnęła  zasłonę  i  podeszła  do  pacjenta.  Był  zaintubowany. 

Ciśnienie  krwi  niskie,  ale  stabilne,  tętno  powolne  i  jakoś  dziwnie  wyświetlało  się  na 

monitorze, chociaŜ biło w nim aŜ sześć komór. 

Chryste, to jego serce. 

Pochyliła się, analizując rysy twarzy pacjenta. Biały, najpewniej ze wschodniej Europy. 

Przystojniak, chociaŜ uroda przyćmiona było nieco tymi tatuaŜami na skroniach. Pochyliła się 

jeszcze niŜej, chcąc przyjrzeć się rysunkom na jego skórze. Musiała przyznać, Ŝe były pięknie 

wykonane.  Wzory  skomplikowane,  coś  pośredniego  między  znakami  chińskimi  a 

hieroglifami.  Doszła  do  wniosku,  Ŝe  symbole  muszą  mieć  związek  z  gangiem,  mimo  iŜ  nie 

przypominał  jednego  z  tych  ludzi.  Wyglądał  bardziej  dziko,  jak  Ŝołnierz.  Być  moŜe  tatuaŜe 

miały związek ze sztukami walki?. 

Kiedy  rzuciła  okiem  na  rurkę  wprowadzoną  do  jego  ust,  zauwaŜyła  coś  niezwykłego. 

Kciukiem uniosła jego górną wargę. Miał bardzo wydatne kły. I zaskakująco ostre. 

Jakiś zabieg kosmetyczny, bez wątpienia. W dzisiejszych czasach ludzie robili ze swoim 

wyglądem mnóstwo szalonych rzeczy, a on miał przecieŜ wytatuowaną twarz. 

Podniosła  okrywającą  go  cienką  kołdrę.  Opatrunek  na  piersi  wyglądał  nieźle.  Badała 

dalej, zmierzając w dół jego ciała. Sprawdziła opatrunek rany po noŜu, a następnie obmacała 

obszar  jamy  brzusznej.  Delikatnie  uciskała,  przyglądając  się  jednocześnie  tatuaŜom  nad 

genitaliami. Następnie skupiła się na widocznych tam bliznach. 

Został częściowo wykastrowany. 

Biorąc  pod  uwagę  brzydkie  blizny,  nie  była  to  operacja,  a  raczej  wynik  jakiegoś 

wypadku.  A  przynajmniej  taką  miała  nadzieję,  poniewaŜ  kaŜde  inne  wytłumaczenie 

sprowadzałoby się do tortur. 

Przykryła  go  i  ponownie  przyjrzała  się  jego  twarzy.  Odruchowo  połoŜyła  dłoń  na  jego 

ramieniu. 

–  Miałeś cięŜkie Ŝycie, co? 

–  Tak, ale przysłuŜyło mi się dobrze. 

Jane obróciła się. 

–  Na litość boską, Manello. Wystraszyłeś mnie. 

–  Przepraszam, chciałem się tylko zameldować. 

Szef przeszedł na drugą stronę łóŜka, mierząc pacjenta wzrokiem. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Wiesz co, nie wydaje mi się, Ŝeby prowadził Ŝycie pod czyjeś dyktando. 

–  Widziałeś zdjęcia? 

–  Jego  serca?  Jasne.  Chcę  wysłać  je  chłopakom  z  Columbii,  by  rzucili  na  nie  okiem. 

Zapytasz ich, co o tym sądzą, kiedy juŜ tam będziesz. 

Puściła to mimo uszu. 

–  Nie moŜna oznaczyć grupy jego krwi. 

–  Doprawdy? 

–  Jeśli  zdołamy  uzyskać  jego  zgodę,  uwaŜam,  Ŝe  powinniśmy  zrobić  mu  dokładny 

przegląd, aŜ do samych chromosomów. 

–  Ach, ta twoja druga miłość. Geny. 

Zabawne, Ŝe o tym pamiętał. Najprawdopodobniej tylko raz wspomniała o tym, Ŝe prawie 

wylądowała przy badaniach genetycznych. 

Z  zapałem  nałogowca  wyobraziła  sobie  wnętrze  pacjenta,  ujrzała  jego  serce  w  swojej 

dłoni. 

–  Mógłby  okazać  się  znakomitym  przykładem  klinicznym.  BoŜe,  cudownie  byłoby 

prowadzić nad nim badania. Albo przynajmniej wziąć w nich udział. 

Delikatne  pikanie  sprzętu  monitorującego  zdawało  się  potęgować  ciszę  panującą 

pomiędzy  nimi.  Nagle  pewna  myśl  zjeŜyła  jej  włosy  na  głowie.  Podniosła  wzrok.  Manello 

wpatrywał  się  w  nią  z  grobową  miną,  jego  masywna  szczęka  była  nieruchoma,  brwi  miał 

zmarszczone. 

–  Manello? Wszystko w porządku? 

–  Nie odchodź. 

By uniknąć jego wzroku, spojrzała na łóŜko pacjenta, poprawiła prześcieradło. 

–  MoŜesz zatrudnić innego... 

–  Gdzieś mam instytut. Nie chcę, Ŝebyś odeszła, bo... 

Manello przeciągnął dłonią po grubych, ciemnych włosach. 

–  Chryste,  Jane.  Nie  chcę,  Ŝebyś  odeszła,  poniewaŜ  będzie  mi  ciebie  cholernie 

brakować  i  poniewaŜ...  do  diabła,  potrzebuję  cię,  rozumiesz?  Potrzebuję  ciebie  tutaj. 

śebyś była przy mnie. 

Jane zaczęła mrugać jak szalona. W ciągu ostatnich czterech lat nie zauwaŜyła niczego, 

co by świadczyło, Ŝe mu się podoba. Jasne, byli ze sobą blisko i takie tam. Była teŜ je dyną 

osobą,  która  potrafiła  go  uspokoić,  kiedy  tracił  panowanie.  Zawsze  rozmawiali  ze  sobą 

wyłącznie o działalności szpitala, nawet jeśli spotykali się gdzieś po pracy. I jada li wspólnie 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

kaŜdej  nocy,  kiedy  byli  na  dyŜurze  i...  mówił  jej  wtedy  o  swojej  rodzinie,  a  ona  jemu  o 

swojej... 

Kurczę. 

Tak,  tylko  Ŝe  facet  był  najgorętszym  towarem  w  całym  szpitalu.  W  niej  zaś  było  tyle 

kobiecości co... w stole operacyjnym. 

Tyle Ŝe miała tyle samo krągłości co one. 

–  No,  Jane,  jak  mogłaś  tego  nie  zauwaŜyć?  Gdybyś  pozwoliła  mi  zrobić  choć  jeden 

krok, w mgnieniu oka znalazłbym się pod twoim fartuchem. 

–  Zwariowałeś? – powiedziała półgłosem. 

–  Nie. 

Jego powieki zrobiły się ocięŜałe. 

–  Myślę bardzo, ale to bardzo przytomnie. 

Zupełnie nie wiedziała, jak powinna zareagować. 

–  To byłoby niestosowne. 

–  Bylibyśmy dyskretni. 

–  Ciągle się sprzeczamy. 

O czym, do diabła, ona mówi? 

–  Wiem o tym. – Jego pełne usta wykrzywił uśmiech. – Zresztą podoba mi się to. Nikt 

mi się nie przeciwstawia oprócz ciebie. 

Przyglądała  mu  się  w  osłupieniu.  Nadal  nie  znajdowała  odpowiednich  słów.  BoŜe, 

minęło juŜ tyle czasu, odkąd w jej Ŝyciu był jakiś męŜczyzna. W łóŜku. W głowie. Cholernie 

duŜo  czasu.  Całe  lata  samotnego  powracania  do  domu,  samotnego  brania  prysznica, 

samotnego  padania  na  łóŜko,  samotnego  wstawania  rano  i  samotnych  podróŜy  do  pracy. 

Odkąd odeszli rodzice, nie miała juŜ Ŝadnej rodziny, a zwaŜywszy na to, ile godzin spędzała 

w szpitalu, nie miała teŜ Ŝadnych przyjaciół z zewnątrz. Jedyną osobą, z która tak naprawdę 

rozmawiała, był... cóŜ, Manello. 

Kiedy  tak  na  niego  patrzyła,  przyszło  jej  nagle  do  głowy,  Ŝe  rzeczywiście  to  on  był 

powodem,  dla  którego  zamierzała  stąd  odejść.  I  to  nie  tylko  dlatego,  Ŝe  stał  na  drodze  jej 

kariery  w  instytucie.  Chyba  podświadomie  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  zbliŜa  się  czas 

szczerej rozmowy i chciała uciec, zanim do niej dojdzie. 

–  Milczenie – odezwał się znów Manello – nie jest w chwili obecnej najstosowniejsze. 

Chyba  Ŝe  próbujesz  znaleźć  odpowiednie  słowa,  by  powiedzieć  coś  w  stylu:  „Manny, 

kochałam się w tobie latami, chodźmy teraz do ciebie i spędzi my cztery następne dni w 

pozycji leŜącej”. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  PrzecieŜ jutro pracujesz – odpowiedziała odruchowo. 

–  Zadzwonię,  Ŝe  jestem  chory.  Powiem,  Ŝe  złapałem  grypę.  I  jako  twój  przełoŜony, 

kaŜę ci zrobić to samo. 

Pochylił się do przodu ponad pacjentem. 

–  Nie jedź jutro do Columbii. Nie wyjeŜdŜaj. Zobaczmy, co nam z tego wyjdzie. 

Jane zdała sobie nagle sprawę, Ŝe wpatruje się w ręce Manny'ego... silne, duŜe ręce, które 

wyleczyły tyle bioder, barków i kolan, ratowały kariery oraz szczęście tak wielu sportowców. 

Ale  nie  operował  przecieŜ  tylko  młodych  i  wysportowanych.  Pomagał  teŜ  starszym  i 

poszkodowanym w wypadkach. 

Spróbowała wyobrazić sobie, Ŝe te dłonie dotykają jej skóry. 

–  Manny... – wyszeptała – ale to przecieŜ szaleństwo. 

Po drugiej stronie miasta, w alejce za Zero Sum, Furiath podniósł się znad nieruchomego 

ciała  upiornie  białego  reduktora.  Sztyletem  wyciął  otwór  w  szyi  tamtego  i  czarna  krew 

tryskała  teraz  na  pokryty  topniejącym  śniegiem  asfalt  Odruchowo  chciał  ugodzić  to  coś  w 

serce  i  odesłać  z  powrotem  do  Omegi,  lecz  uznał,  Ŝe  to  przestarzały  sposób.  Nowy  był 

zdecydowanie lepszy. 

JednakŜe kosztowało to Butcha dość sporo. 

–  Jest juŜ twój – powiedział Furiath i odsunął się. 

Butch  podszedł  bliŜej.  Jego  buty  chrupały  na  oblodzonych  kałuŜach.  Twarz  miał 

posępną,  kły  wydłuŜyły  mu  się,  a  jego  zapach  niósł  ze  sobą  pochodzącą  od  przeciwników 

mdlącą  słodycz  zasypki  dla  niemowląt.  Wykończył  juŜ  zabójcę,  z  którym  walczył,  wykonał 

swoje zadanie specjalne, a teraz miał zrobić to ponownie. 

Kiedy  osunął  się  na  kolana,  biorąc  w  dłonie  bladą  twarz  reduktora,  sprawiał  wraŜenie 

zmotywowanego, ale i cierpiącego. Pochylił się, otworzył usta, schylił się nad ustami zabójcy 

i rozpoczął długi, powolny wdech. 

Oczy reduktora rozbłysły, a z jego ciała wydobyła się czarna mgła, która wessana została 

do płuc Butcha. Wdech wykonany został bez najmniejszego zawahania się, bez zatrzymania 

ciągu. Był to po prostu nieprzerwany strumień Zła, przelany z jednego naczynia do drugiego. 

Na  zakończenie  przeciwnik  stał  się  po  prosty  szarym  popiołem.  Jego  ciało  zapadło  się  w 

sobie, następnie rozproszyło w drobny pył, który porwał mroźny wiatr. 

Butch  ugiął  się.  Osłabły,  opadł  bokiem  na  pokrytą  śniegową  breją  jezdnię.  Furiath 

podszedł i wyciągnął rękę... 

–  Nie dotykaj mnie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Głos Butcha był zaledwie sapnięciem. 

–  Zachorujesz, jeśli mnie dotkniesz. 

–  Pozwól mi... 

–  Nie! 

Butch poderwał się do góry. 

–  Daj mi tylko chwilę. 

Furiath stał nad nim, ochraniając go i obserwując alejkę na wypadek nadejścia kolejnych 

zabójców. 

–  Chcesz iść do domu? Poszukam V. 

–  Nie, kurwa, nie. 

Piwne oczy gliny spojrzały w górę. 

–  Jest mój. Ja go odnajdę. 

–  Jesteś pewien? 

Butch stanął na nogi i mimo Ŝe jego ciało kołysało się jak flaga na wietrze, był w pełnej 

gotowości. 

–  Chodźmy. 

Ruszyli  wzdłuŜ  Trade  Street.  Furiathowi  nie  podobał  się  wyraz  twarzy  Butcha.  Glina 

miał minę luzaka, który nie podda się, dopóki nie padnie. 

Bezskutecznie  przeszukiwali  najbardziej  nieprzyjazne  zakątki  Caldwell  –  V  nigdzie  nie 

było. Pogarszało to tylko samopoczucie Butcha. 

Kiedy dotarli do samego końca Redd Avenue, Furiath zatrzymał się. 

–  Powinniśmy zawrócić. Wątpię, by zaszedł aŜ tak daleko. 

Butch takŜe przystanął. Rozejrzał się i przytłumionym głosem powiedział: 

–  Hej, zbadaj to. To stary budynek, w którym mieszkała kiedyś Beth. 

–  Musimy sprawdzić całą trasę ponownie. 

Butch potrząsnął głową i potarł klatę. 

–  Musimy iść naprzód. 

–  Nie  powiedziałem,  Ŝe  mamy  zakończyć  poszukiwania.  Ale  dlaczego  miałby  być  aŜ 

tak daleko? Jesteśmy na granicy dzielnic mieszkaniowych. Zbyt duŜo tu oczu, więc na 

pewno nie przyszedłby tu szukać okazji do walki. 

–  Furiath, stary, a co, jeśli go dorwali? Nie widzieliśmy dziś Ŝadnego innego reduktora. 

A jeśli zdarzyło się coś powaŜnego, na przykład go capnęli? 

–  JeŜeli  był  przytomny,  to  wysoce  nieprawdopodobni  biorąc  pod  uwagę  tę jego rękę. 

To niesamowita broń. Nawet gdyby go ograbili ze sztyletów. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  A jeśli go znokautowali? 

Furiath  nie  zdąŜył  odpowiedzieć,  gdy  zauwaŜyli  zbliŜającą  się  z  duŜą  prędkością 

furgonetkę Channel Six News – Leader. Dwie ulice dalej rozbłysły jej światła hamulcowe, po 

czym skręciła w lewo. 

Jedyne, co przyszło Furiathowi na myśl, to „cholera”. Busy telewizyjne nie poruszały się 

z taką prędkością, jadąc do kota, który wlazł na drzewo. ChociaŜ mógł to być jakiś ludzki syf, 

na przykład ołowiany prysznic w ramach gangsterskich porachunków. 

Problem w tym, Ŝe jakieś przeraŜające, przygniatające przeczucie mówiło Furiathowi, Ŝe 

wcale nie o to chodziło. Kiedy więc Butch ruszył w tamtą stronę, dotrzymał mu kroku. Nie 

padły  Ŝadne  słowa,  co  oznaczało,  Ŝe  glina  prawdopodobnie  myślał  dokładnie  to  samo: 

„Proszę, BoŜe, niech to będzie tragedia kogoś innego, nie nasza”. 

Kiedy doszli do miejsca, gdzie stał wóz telewizyjny, wszystko utrzymane było w typowej 

konwencji kryminalnej. Przy wjeździe do 20th Avenue stały dwa patrole policyjne, reporter w 

świetle reflektora zwracał się do kamery, męŜczyzna w mundurze chodził dokoła ze zwojem 

Ŝółtej taśmy, a kupa podnieconych tragedią gapiów paplała głośno. 

Podmuch wiatru niósł ze sobą zapach krwi V oraz mdlący zapach zasypki niemowlęcej 

reduktorów. 

–  O, BoŜe... 

Zapach cierpienia Butcha nadał tej mieszance ostry posmak. 

Glina  wychylił  się  gwałtownie  w  stronę  taśmy,  lecz  Furiath  zdąŜył  złapać  go  za  rękę. 

Złość  Butcha  była  niemal  namacalna.  Odrzucił  rękę  Furiatha  i  uderzył  go  w  brzuch, 

przewracając w nim wszystkie wnętrzności. 

Mimo wszystko nie zrezygnował. 

–  Trzymaj się, kurwa, z daleka. Zapewne pracowałeś z kilkoma z tych mundurowych. 

Butch otworzył usta, ale Furiath powstrzymał go, mówiąc: 

–  Wstrzymaj oddech, zaciśnij zęby i siedź cicho. 

Butch szarpnął czapkę i zacisnął szczęki. 

–  Jeśli on nie Ŝyje... 

–  Zamknij się i martw się tym, Ŝebyś utrzymał się na nogach. 

Co  miało  okazać  się  nie  lada  wyzwaniem,  poniewaŜ  Butch  był  okropnie  zmordowany. 

Jezu...  jeśli  V  był  martwy,  zabije  to  kaŜdego  z  braci,  ale  gliniarz  będzie  miał  wyjątkowy 

kłopot. Po tym, jak wessał reduktorów jak elektroluks, V był jedynym, który mógł wyciągnąć 

z niego to Zło. 

–  Idź, Butch. To zbyt niebezpieczne dla ciebie. Zmykaj. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Glina  odszedł  kilka  metrów  dalej  i  odparł  się  o  samochód  zaparkowany  pod  osłoną 

mroku. Furiath dołączył tymczasem do tłumu zgromadzonego przy Ŝółtej taśmie. Pierwsze co 

zobaczył, to szczątki w miejscu, gdzie pozbyto się reduktora. Szczęśliwie policja nie zwracała 

na nie uwagi. Myśleli zapewne, Ŝe ta lśniąca kałuŜa to paliwo, które wyciekło z samochodu, a 

ślady spalenizny to pozostałości po ognisku rozpalonym przez bezdomnego. Nie, oni skupili 

swą  uwagę  na  centrum  całego  widowiska,  gdzie  bez  wątpienia  wcześniej  leŜał  Vrhedny  w 

kałuŜy czerwonej krwi. 

O... BoŜe. 

Furiath zerknął na człowieka w pobliŜu. 

–  Co się stało? 

Gość wzruszył ramionami. 

–  Postrzał. Jakaś bijatyka. 

Słysząc to, odezwał się jakiś dzieciak, podekscytowany jakby była to najfajniejsza rzecz 

na świecie. 

–  Dostał  w  klatkę  piersiową.  Widziałem,  jak  to  się  stało,  i  to  ja  zadzwoniłem  pod 

dziewięćset jedenaście. 

Z dumą zamachał telefonem komórkowym. 

–  Kazali mi tu czekać, bo chcą mnie jeszcze przesłuchać. 

Furiath zlustrował go wzrokiem. 

–  A co tu się stało? 

–  BoŜe,  nie  uwierzyłbyś.  To  było  jakby  prosto  z  programu,  gdzie  pokazują  nagrane 

prawdziwe katastrofy. Oglądałeś kiedyś? 

–  Jasne. 

Furiath  obrzucił  wzrokiem  budynki  po obu stronach alejki. Brak okien. Ten dzieciak to 

był zapewne jedyny świadek. 

–  Więc co się stało? 

–  CóŜ,  szedłem  sobie  po  prostu  wzdłuŜ  Trade  Street.  Mój  koleś  podrzucił  mnie  pod 

Screamera i nie miałem juŜ Ŝadnej podwózki, czaisz? W kaŜdym razie, idę sobie i widzę 

jasny rozbłysk światła przed sobą. Było to jakby jakiś ogromny stroboskop świecił od 

strony alejki. Przyspieszyłem kroku, bo chciałem zobaczyć, co tam się dzieje, i właśnie 

wtedy  usłyszałem  strzał.  Zabrzmiało  to  jak  dźwięk  praŜonej  kukurydzy.  Właściwie  to 

nawet  nie  wiedziałem,  Ŝe  to  był  strzał,  dopóki  się  tam  nie  znalazłem.  Myślałem,  Ŝe 

strzał byłby głośniejszy... 

–  Kiedy zadzwoniłeś pod dziewięćset jedenaście? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  CóŜ, odczekałem chwilę, bo myślałem, Ŝe ktoś wypadnie z tej alejki, a nie chciałem, 

Ŝeby i do mnie strzelił. Ale nikt się nie pojawił, więc doszedłem do wniosku, Ŝe ulotnili 

się jakoś tyłem albo coś w tym stylu. Wtedy, kiedy juŜ tam wszedłem, zobaczyłem, Ŝe 

nie ma stamtąd innego wyjścia. Więc moŜe sam siebie postrzelił, czaisz? 

–  Jak wyglądał ten koleś? 

–  Ofiara? 

Dzieciak pochylił się. 

–  Tak właśnie policjanci nazywali tego poszkodowanego, słyszałem to. 

–  Dzięki za wyjaśnienie – wymamrota! Furiath. – Więc jak on wyglądał? 

–  Ciemne  włosy.  Hiszpańska  bródka.  Ubrany  w  skóry.  Stałem  nad  nim  przez  chwilę, 

kiedy dzwoniłem pod 911. Krwawił, ale był Ŝywy. 

–  Nie widziałeś nikogo innego? 

–  Nie. Tylko jego. No i będę przesłuchany przez policję. Serio. Mówiłem ci o tym? 

–  Tak, gratuluję. Musisz być podekscytowany. 

Furiath z trudem powstrzymywał się przed utarciem dzieciakowi nosa. 

–  Hej, nie złość się. To spoko akcja. 

–  Tyle  Ŝe  nie  dla  gościa,  który  został  postrzelony.  Furiath  ponownie  spojrzał  na 

miejsce zdarzenia. WaŜne, Ŝe V nie był w rękach reduktorów i nie leŜał tu martwy. Być 

moŜe  zabójca  najpierw  postrzelił  V,  lecz  brat  miał  jeszcze  na  tyle  siły,  by  unicestwić 

skurwysyna, zanim stracił przytomność. 

Ale zaraz... strzał padł po rozbłysku. Tak więc do akcji musiał wkroczyć drugi reduktor. 

Nagle gdzieś z lewej strony rozległ się modulowany głos 

–  Tutaj  Bethany  Choi  z  ekipy  Channel  Six  News–Leader  zdająca  relację  na  Ŝywo  z 

miejsca  kolejnej  strzelaniny  w  śródmieściu.  Według  policji  ofiarą  jest  Michael 

Klosnick... 

Michael  Klosnick?  Zapewne  V  zdąŜył  buchnąć  dowód  reduktora  i  znaleziono  go  przy 

nim. 

–  ...który w stanie krytycznym, z raną postrzałową piersi, zabrany został do St. Francis 

Medical Center. 

No  tak,  zapowiadała  się  długa  noc:  Vrhedny  ranny,  i  do  tego  w  rękach  człowieków.  A 

mieli zaledwie cztery godziny do wschodu słońca. 

Natychmiastowa ewakuacja. 

Furiath,  wracając  do  Butcha,  wykręcił  numer  do  rezydencji,  potem  wyjaśnił 

przyjacielowi: 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Jest Ŝywy w St. Francis, z raną postrzałową. 

Butch odetchnął i powiedział coś, co brzmiało jak „Dzięki Bogu”. 

–  A więc lecimy go stamtąd wyrwać? 

–  Zgadza się. 

Dlaczego Ghrom nie odbierał telefonu? No dalej, Ghrom... podnieś słuchawkę. 

–  Kurwa...  ci  cholerni  chirurdzy  mieli  niezłą  niespodziankę,  kiedy  go  otworzyli... 

Ghrom? Mamy problem. 

Vrhedny  przebudził  się,  odnosząc  wraŜenie,  Ŝe  przebywa  poza  swoim  ciałem.  Był  w 

pełni  świadomy,  a  mimo  to  jakby  uwięziony  w  klatce  pozbawionego  świadomości  mięsa  i 

kości.  Nie  mógł  poruszać  rękami  ani  nogami,  a  powieki  miał  tak  mocno  zaciśnięte,  jakby 

płakał  wcześniej  klejem  kauczukowym.  Wreszcie  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  poprawnie 

funkcjonował  mu  jedynie  słuch.  Gdzieś  nad  nim  rozmawiano.  Słyszał  dwa  głosy.  śeński  i 

męski, obydwa obce. 

Nie,  chwila.  Ten  jeden  juŜ  słyszał.  Wydawał  mu  kiedyś  polecenia.  Ten  Ŝeński.  Ale 

dlaczego? 

I dlaczego, u diabła, jej na to pozwalał? 

Wsłuchiwał  się,  nie  podąŜając  za  wypowiadanymi  słowami.  Rytm  jej  wymowy  był 

typowo męski. Bezpośredni. Stanowczy. Rozkazujący. 

Kim ona była? Kim... 

Uświadomienie sobie, kim była, było niczym ogłuszający cios w twarz. Chirurg. Chirurg 

człowieków.  Jezu  Chryste, znajdował się w ludzkim szpitalu. Wpadł w ręce człowieków po 

tym, jak... Kurde, co się właściwie wydarzyło? 

Panika  wywołała  przypływ  energii  i  doprowadziła  go...  dokładnie  donikąd.  Jego  ciało 

było  tylko  kawałem  mięcha,  do  tego  wyczuwał  rurę  w  gardle,  co  oznaczało,  Ŝe  maszyna 

podtrzymuje jego oddech. Bez wątpienia nafaszerowali go teŜ środkami uspokajającymi. 

O  BoŜe.  Ile  jeszcze  pozostało  do  świtu?  Musi  się  stąd  koniecznie  wydostać.  Tylko  jak 

zamierzał się stąd... 

Planowanie ucieczki zostało gwałtownie wstrzymane, kiedy jego instynkty rozpaliły się i 

przejęły nad nim kontrolę. 

Jednak to nie wojownik się w nim budził. Raczej samiec. Budziły się w nim odczucia, o 

których  czytał,  słyszał,  które  obserwował  u  innych,  których  jednak,  jak  sądził,  sam  był 

pozbawiony.  Uaktywniły  się  pod  wpływem  zapachu  obecnego  w  pokoju  samca,  który 

wyraźnie pragnął seksu... z samicą, z jego chirurgiem. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Z moim. 

Słowo  pojawiło  się  znikąd i rozbudziło pragnienie zabijania. Był tak rozwścieczony, Ŝe 

po prostu otworzył oczy. 

Ujrzał  wysoką  kobietę  o  krótkich  blond  włosach.  Na  nosie  miała  okulary  bez  oprawek, 

nie miała za to makijaŜu ani kolczyków. Na małej tabliczce przyczepionej do białego fartucha 

widniał napis: DR JANE WHITCOMB, KIEROWNIK ODDZIAŁU URAZOWEGO. 

–  Manny – powiedziała – to jest szaleństwo. 

V  przeniósł  spojrzenie  na  ciemnowłosego  ludzkiego  samca  człowieków.  Gość  równieŜ 

ubrany  był  w  biały  fartuch,  a  na  tabliczce  miał  napis:  DR  MANUEL  MANELLO 

NACZELNY, INSTYTUT CHIRURGII. 

–  Nie ma w tym nic szalonego. 

Głos faceta był niski i władczy, a jego oczy zbyt obsesyjnie skupione na kobiecie. 

–  Wiem, czego pragnę. A pragnę ciebie. 

„Ona jest moja, pomyślał V. Nie twoja. MOJA”. 

–  Muszę jutro pojechać do Columbii – powiedziała kobieta. – Nawet jeśli zaszłoby coś 

pomiędzy nami, i tak musiałabym wyjechać, jeśli chcę przewodniczyć instytutowi. 

–  Coś  pomiędzy  nami.  –  Sukinsyn  uśmiechnął  się.  –  Czy  to  oznacza,  Ŝe  zastanowisz 

się nad tym? 

–  Nad czym? 

–  Nad nami. 

Górna warga V uniosła się, odkrywając kły. Zaczął warczeć, a jedno słowo krąŜyło ciągle 

w jego umyśle, niczym granat bez zawleczki: „Moja”. 

–  Nie wiem – powiedziała. 

–  Ale to nie oznacza „nie”, prawda, Jane? Nie oznacza „nie”. 

–  Nie... nie oznacza. 

–  Dobrze. 

Samiec człowieków oderwał od niej wzrok, spojrzał na łóŜko i był wyraźnie zaskoczony. 

–  Ktoś się przebudził. 

„Lepiej, Ŝebyś w to uwierzył, pomyślał V. A jeśli ją dotkniesz, odgryzę ci twoją przeklętą 

rękę przy samym łokciu”. 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

9

99

9    

FAYE  MONTGOMERY  JAKO  KOBIETA  PRAKTYCZNA  była  świetną  pielęgniarką. 

Po prostu urodziła się jako osoba trzeźwo myśląca, tak jak urodziła się z ciemnymi włosami i 

ciemnymi oczami, i w efekcie była naprawdę niesamowita w kryzysowych sytuacjach. Miała 

męŜa w marines, dwoje dzieci i dwanaście lat staŜu na oddziałach intensywnej terapii, dlatego 

niełatwo ją było wyprowadzić z równowagi. 

A  teraz  właśnie,  kiedy  siedziała  w  dyŜurce  na  OIOM–ie,  została  wyprowadzona  z 

równowagi. 

Naprzeciwko  niej  stało  trzech  potęŜnych  męŜczyzn.  Jeden  miał  długie,  wielokolorowe 

włosy  oraz  Ŝółte  oczy,  tak  jasne,  Ŝe  wydawały  się  wręcz  nieprawdziwe.  Drugi  był 

niewiarygodnie  piękny  i  tak  seksualnie  pociągający,  Ŝe  powstrzymywała  ją  tylko  myśl  o 

szczęśliwym  związku  z  męŜczyzną,  który  ciągle  ją  jeszcze  podnieca.  Trzeci  za  to  był  jakiś 

odpychający.  Nie  widziała  w  nim  nic  poza  czapką  Red  Soxów,  okularami  oraz  powiewem 

czystego Zła, które nie pasowało jednak do jego przystojnej twarzy. 

Czy o coś ją zapytali? Chyba tak. 

Kiedy Ŝadna inna pielęgniarka nie okazała się zdolna do wypowiedzenia choćby słowa, 

Faye wyjąkała: 

–  Słucham? Eee... co pan powiedział? 

Ten  z  fantastycznymi  włosami  –  BoŜe,  czy  to  działo  się  naprawdę?  –  lekko  się 

uśmiechnął. 

–  Szukamy  Michaela  Klosnicka,  który  trafił  do  szpitala  z  wypadku.  Lekarz 

przyjmujący powiedział, Ŝe został tu przywieziony po operacji. 

BoŜe... Te tęczówki miały kolor jaskrów skąpanych w promieniach słońca. Autentyczne, 

lśniące złoto. 

–  Jesteście rodziną? 

–  Jesteśmy jego braćmi. 

–  Dobrze, lecz przykro mi, dopiero co został przywieziony z sali operacyjnej i nie... 

I  nagle,  bez  Ŝadnego  wyraźnego  powodu,  umysł  Faye  zmienił  kierunek  myślenia  i 

powiedziała: 

–  Jest w tamtym korytarzu, pokój numer sześć. Ale musicie poczekać, aŜ jego lekarz... 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

W tym momencie do biurka pielęgniarki podszedł doktor Manello. Spojrzał na męŜczyzn 

i zapytał: 

–  Czy wszystko w porządku? 

Faye skinęła głową i cicho powiedziała: 

–  Tak, OK. 

Doktor  Manello  napotkał  wzrok  jednego  z  męŜczyzn  Zaskoczony,  zmarszczył  brwi, 

potem skrzywił się i potarł skronie, jakby nagle rozbolała go głowa. 

–  Będę u siebie w biurze, jeśli będziesz mnie potrzebować, Faye. 

–  W porządku, doktorze. 

Zerknęła na męŜczyzn. O czym to mówiła? Ach, właśnie. 

–  Będziecie tylko musieli poczekać, aŜ wyjdzie stamtąd jego chirurg, dobrze? 

–  Czy on tam teraz jest? 

–  Ona tam teraz jest. 

–  OK, dziękujemy pani. 

śółte oczy spojrzały prosto w źrenice Faye... i nagle nie mogła sobie przypomnieć, czy w 

szóstce w ogóle był jakiś pacjent. Był tam? Chwileczkę... 

–  Niech  mi  pani  powie  –  powiedział  męŜczyzna  –  jaka  jest  pani  nazwa  uŜytkownika 

oraz hasło? 

–  Słu...cham? 

–  Do komputera. 

Po co mu – aleŜ oczywiście, potrzebował przecieŜ informacji. Jasne. A ona musiała mu 

jej udzielić. 

–  FMONT2 wielkimi literami to login, zaś hasło brzmi 11Eddie11. E wielką literą. 

–  Dziękuję pani. 

JuŜ miała powiedzieć „Do usług”, kiedy w jej głowie pojawiła się myśl, Ŝe nadszedł czas 

spotkania personelu. Tylko po co? JuŜ mieli jedno spotkanie, na początku tego... 

Nie, teraz bez wątpienia miało odbyć się spotkanie personelu. Pilnie trzeba było zwołać 

spotkanie. Natychmiast... 

Faye  zamrugała.  Zdumiona  stwierdziła,  Ŝe  wpatrywała  się  w  pustą  przestrzeń  nad 

biurkiem. Dziwne, mogłaby przysiąc, Ŝe właśnie z kimś rozmawiała. Z jakimś męŜczyzną i... 

Spotkanie personelu. JuŜ. 

Faye rozmasowała sobie skronie, czując się tak, jakby jej czoło ściskało imadło. Zwykle 

nie  miewała  bólów  głowy,  lecz  dziś  był  zwariowany  dzień,  a  do  tego  wypiła  kilka  kaw,  a 

niewiele jadła. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Spojrzała  przez  ramię  na  pozostałe  pielęgniarki,  wszystkie  wyglądały  na  nieco 

oszołomione. 

–  Dziewczyny, chodźmy do sali konferencyjnej. Musimy zrobić przegląd pacjentów. 

Jedna z pielęgniarek zmarszczyła czoło. 

–  Czy nie zrobiliśmy juŜ tego dzisiejszej nocy? 

–  Musimy to zrobić raz jeszcze. 

Bez  słowa  sprzeciwu  udały  się  do  sali  konferencyjnej.  Faye  zostawiła  drzwi  otwarte  i 

usiadła tak, by mogła widzieć zarówno korytarz na zewnątrz, jak i monitor, który wyświetlał 

stan kaŜdego pacjenta na piętrze... 

Nagle  zesztywniała.  Co,  do  cholery?  Przy  jej  biurku  stał  teraz  facet  o  kolorowych 

włosach, pochylając się nad klawiaturą. 

Faye zamierzała wstać, by wezwać ochronę, ale facet spojrzał na nią przez ramię. Kiedy 

spojrzała w jego Ŝółte oczy, momentalnie zapomniała, co mogło być złego w jego obecności 

przy jednym z ich komputerów. Zdała sobie teŜ sprawę, Ŝe natychmiast musi poruszyć temat 

pacjenta spod piątki. 

–  Omówmy stan pana Hausera – powiedziała głosem, który przykuł uwagę wszystkich. 

Kiedy Manello wyszedł, Jane z niedowierzaniem patrzyła na swojego pacjenta. Pomimo 

podanych środków uspokajających miał otwarte oczy, które bacznie się jej przypatrywały. 

BoŜe... te oczy. Były inne, nigdy w Ŝyciu jeszcze takich nie widziała. Nienaturalnie białe 

tęczówki z granatowymi obwódkami. 

„To  nie  w  porządku”,  pomyślała.  To,  jak  on  wyglądał,  nie  było  w  porządku. 

Sześciokomorowe serce bijące w jego piersi nie było w porządku. Te długie zęby nie były w 

porządku, 

To nie był człowiek. 

Tylko  Ŝe  to  było  niedorzeczne.  Pierwsza  zasada  medycyny?  Kiedy  słyszysz  uderzenia 

kopyt,  nie  miej  na  myśli  zebry.  Jakie  były  szanse,  Ŝe  istniały  nieodkryte  gatunki 

humanoidów? śółty labrador skrzyŜowany ze złotym retriewerem gatunku homo sapiens? 

Pomyślała o zębach pacjenta. MoŜe raczej doberman i pinczer z retriewerem. 

Pacjent odpowiedział jej spojrzeniem. Potem nieco się uniósł, mimo iŜ leŜał na plecach, 

zaintubowany i był jedynie dwie godziny po operacji. 

Dlaczego, do diabła, ten gość był przytomny? 

–  Słyszysz mnie? – zapytała. – Pokiwaj głową na tak. 

Ręką, tą wytatuowaną, podrapał się po gardle, potem chwycił za rurkę. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Nie, to musi zostać. 

Kiedy pochyliła się, sięgając do jego ręki, błyskawicznie odsunął ją, i to tak daleko, jak 

tylko się dało. 

–  W porządku. Więc nie próbuj tego wyciągać. 

W jego oczach pojawił się przeraźliwy strach, ciało zaczęło szamotać się na łóŜku, a usta 

wypychały rurkę z gardła, jakby chciał coś wykrzyczeć. Jego przeraŜenie udzieliło się i jej. W 

jego  rozpaczy  było  coś  animalistycznego,  przypominał  jej  wilka  uwięzionego  w  pułapce. 

PomóŜ mi, a być moŜe nie zabiję cię, kiedy mnie uwolnisz. 

PołoŜyła dłoń na jego ramieniu. 

–  Wszystko w porządku. Nie trzeba się tak zachowywać. A ta rurka jest potrzebna... 

Dwaj  męŜczyźni,  którzy  weszli  do  środka,  ubrani  byli  w  czarne  skóry,  a  sprawiali 

wraŜenie  typków  skrywających  pod  ubraniem  broń.  Jeden  z  nich  był  prawdopodobnie 

największym  i  najprzystojniejszym  blondynem,  jakiego  kiedykolwiek  widziała.  Drugi  za  to 

przeraził  ją.  Miał  naciągniętą  na  głowę  czapkę  Red  Soxów  i  czuć  od  niego  było  okropny 

powiew  wrogości.  Nie  widziała  go  zbyt  dobrze,  ale  musiał  być  chory,  sądząc  po  szarej 

bladości jego twarzy. 

Pierwszą  myślą  Jane  było,  Ŝe  przyszli  po  pacjenta,  a  nie  ze  zwykłymi  przyjacielskimi 

odwiedzinami. 

Drugą myślą było, Ŝe potrzebna będzie ochrona. 

–  Proszę stąd wyjść – powiedziała. – Natychmiast. 

Gość w czapce całkowicie ją zignorował i podszedł do łóŜka. Po nawiązaniu z pacjentem 

kontaktu wzrokowego, wyciągnął dłoń i złapali się za ręce. 

Zachrypniętym głosem Red Sox powiedział: 

–  Myślałem, Ŝe cię straciłem, ty sukinsynu. 

Oczy  pacjenta  wytęŜyły  się,  jakby  próbował  coś  powiedzieć.  Potem  jednak  zaczął  po 

prostu kręcić głową na poduszce w obie strony. 

–  Zabierzemy cię do domu, OK? 

Kiedy  pacjent  pokiwał  głową,  Jane  zrezygnowała  z  pogaduszek  w  stylu  „proszę–stąd– 

wyjść”,  tylko  skoczyła  w  stronę  przycisku  wzywającego  pielęgniarki.  Tego,  który 

sygnalizował ustanie akcji serca i zwołałby do niej połowę personelu. 

Nie udało się. 

Koleś Red Soxa, ten piękny blondyn, poruszał się tak szybko, Ŝe nie mogła nadąŜyć za 

nim  wzrokiem.  W  jednej  chwili  stał  w  drzwiach,  w  drugiej  chwycił  ją  od  tyłu  i  oderwał  jej 

stopy  od  ziemi.  Kiedy  zaczęła  wrzeszczeć,  przyłoŜył  dłoń  do  jej  twarzy  i  uciszył  ją  z  taką 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

łatwością,  jakby  była  dzieckiem,  które  dostało  napadu  wściekłości.  Red  Sox  tymczasem 

uwalniał  pacjenta  kolejno  od  wszystkiego:  intubacji,  kroplówek,  cewnika  i  aparatury 

tlenowej. 

Jane  wpadła  w  szał.  Kiedy  włączyły  się  systemy  alarmowe,  szarpnęła  się  i  kopnęła 

porywacza  piętą  w  goleń.  Blond  potwór  chrząknął,  a  następnie  tak  mocno  ścisnął  jej  klatkę 

piersiową, Ŝe zajęta była usiłowaniem złapania oddechu i nie mogła go juŜ więcej kopać. 

Przynajmniej alarmy mogłyby... 

Natarczywe pikanie ustało, mimo iŜ nikt nie dotknął ma szyn. Czuła, Ŝe nikt nie zjawi się 

z pomocą. 

Jane walczyła tak zawzięcie, Ŝe zaczęły jej łzawić oczy 

–  Spokojnie – powiedział wprost do jej ucha blondyn – Za chwilę juŜ nas tu nie będzie. 

Zrelaksuj się. 

Jasne, z pewnością to zrobi. Zamierzali zabić jej pacjenta... 

W tej chwili pacjent wykonał samodzielnie głęboki wdech. I następny. Diamentowe oczy 

spojrzały na nią i uspokoiła się, tak jakby to on ją o to poprosił. 

Zapadła  cisza.  Następnie  męŜczyzna,  któremu  uratowała  Ŝycie,  szorstkim  głosem 

wypowiedział  cztery  słowa,  które  zmieniły  wszystko...  Zmieniły  jej  Ŝycie.  Zmieniły  jej 

przeznaczenie. 

–  Ona. Idzie. Ze. Mną. 

Furiath szybko włamał się do systemów komputerowych szpitala. Nie był tak dobry w te 

klocki  jak  V,  lecz  wystarczająco  dobry,  by  zlokalizować  wpisy  pod  nazwiskiem  Michael 

Klosnick  i  pozamieniać  wyniki  badań  i  notatki  dotyczące  leczenia  Vrhednego  na  inne, 

przypadkowo ściągnięte. Tak więc wszystko stało się nieczytelne. 

Wymazał równieŜ pamięć większości, jeśli nie całości, personelu z sali operacyjnej. Idąc 

tu, wpadł z wizytą na blok operacyjny i odbył małą rozmowę sam na sam z pielęgniarkami na 

dyŜurze.  Miał  farta.  Była  to  wciąŜ  ta  sama  zmiana,  czyli  ludzie,  którzy  mieli  kontakt  z  V, 

dlatego  wypucował  ich  do  czysta.  śadna  z  pielęgniarek  nie  będzie  miała  odmiennych 

wspomnień tego, co widziały w trakcie operacji brata. 

Oczywiście nie była to perfekcyjna robota czyszcząca. MoŜe do kogoś nie dotarł, moŜe 

zachowały  się  jeszcze  jakieś  notatki,  ale  to  juŜ  nie  był  jego  problem.  Zniknięcie  V  z 

pewnością  utonie  gdzieś  w  gorączkowych  działaniach  niesamowicie  zabieganego  personelu 

szpitala  miejskiego,  jasne,  moŜe  odnajdą  się  jakieś  pojedyncze  dokumenty  potwierdzające 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

leczenie  takiego  pacjenta,  tyle  Ŝe  wtedy  nie  będą  juŜ  w  stanie  odnaleźć  V.  A  tylko  to  się 

liczyło. 

Skończywszy  z  komputerem,  Furiath  pobiegł  na  oddział.  Po  drodze  unieszkodliwił 

wszystkie wbudowane w sufit kamery ochrony. 

Kiedy dotarł do pokoju numer sześć, otworzyły się drzwi. Vrhedny wyglądał jak własna 

śmierć.  Był  blady  i  rozdygotany  z  bólu,  jego  głowa  osunęła  się  bezwładnie  na  ramię 

niosącego go Butcha. Oddychał jednak i miał otwarte oczy. 

–  Daj, wezmę go – powiedział Furiath. Butch przecieŜ wyglądał prawie tak samo źle. 

–  Trzymam go. Ty zajmij się kwestią organizacyjną i zaopiekuj się kamerami ochrony. 

–  Jaką kwestią organizacyjną? 

–  Poczekaj  na  nią  –  wymamrotał  Butch,  kierując  się  w  stronę  drzwi  poŜarowych  na 

samym końcu korytarza. 

Ułamek  sekundy  później  Furiath  miał  na  głowie  nie  lada  kłopot:  na  korytarz  wypadł 

Rankohr  z  ostro  wkurwioną  ludzką  samicą,  wyraźnie  próbującą  go  udusić.  Walczyła  z  nim 

zaciekle,  a  stłumione  wrzaski  dowodziły,  Ŝe  dysponowała  słownictwem  godnym  kierowcy 

tira. 

–  Trzeba ją jakoś unieszkodliwić, bracie – wysapał Rankohr. 

–  Nie chcę jej zrobić krzywdy, a V powiedział, Ŝe ona musi pójść z nami. 

–  Ale to nie miało być porwanie. 

–  Za późno, kurwa. Teraz trzeba ją chyba znokautować, zrobisz to? 

Rankohr  zmienił  chwyt.  Dłonią  dotychczas  zakrywającą  jej  usta  usiłował  chwycić  jej 

wymachującą rękę. 

Jej głos zabrzmiał głośno i wyraźnie: 

–  Więc pomóŜ mi, BoŜe. Zamierzam... 

Furiath uniósł jej podbródek. 

–  Spokojnie – powiedział łagodnym głosem, patrząc jej prosto w oczy. – Wyluzuj. 

Skupił wzrok i zaczął wymuszać na niej spokój... wymuszać na niej spokój... wymuszać 

na niej... 

–  Pierdol się! – Splunęła. – Nie pozwolę wam zabić mojego pacjenta! 

OK,  nie  zadziałało.  Za  tymi  okularami  bez  oprawek  i  ciemnozielonymi  oczami  krył  się 

budzący respekt umysł. Przeklinając więc pod nosem, sięgnął po większy kaliber – uciszył ją 

na dobre siłą umysłu. Po chwili zwisała bezwładnie jak mop. 

Zdjął jej okulary i umieścił w kieszeni na piersi swego płaszcza. 

–  Spadajmy stąd, zanim dojdzie do siebie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Rankohr przerzucił kobietę przez ramię jak szal. 

–  Weź jeszcze jej torbę. 

Furiath  wpadł  do  pokoju,  chwycił  skórzaną  torbę  oraz  teczkę  z  napisem  KLOSNICK  i 

wybiegł  na  korytarz.  Butch  miał  właśnie  starcie  z  pielęgniarką,  która  wyszła  z  pokoju 

jakiegoś pacjenta. 

–  Co wy robicie?! – krzyknęła. 

Furiath  odurzył  ją  spojrzeniem,  zakorzeniając  w  jej  płacie  czołowym  pilną  potrzebę 

stawienia  się  na  spotkaniu  personelu.  Kiedy  dogonił  ekipę  ewakuacyjną,  kobieta  w  rękach 

Rankohra zaczynała juŜ się wymykać kontroli umysłu. 

–  Zatrzymaj się, Rankohr. 

Zacisnął dłoń na szyi kobiety, odbierając jej przytomność uciskającym chwytem. 

–  Odpłynęła, więc wszystko w porzo. 

Spieprzali  tylnymi  schodami.  Zgrzytliwy  oddech  Vrhednego  zdradzał,  jak  bardzo 

wykańczała go ta ekspresowa akcja. Jak zawsze jednak był twardzielem i trzymał się, chociaŜ 

zmienił juŜ kolor na przypominający zupę grochową. 

Ilekroć docierali na półpiętro, Furiath unicestwiał kamery ochrony. Miał nadzieję, Ŝe uda 

im się dotrzeć do samochodu bez wdawania się w bójkę z ochroniarzami. Człowieki nigdy nie 

były  celem  Bractwa,  ale  jeśli  istniało  ryzyko  naraŜenia  rasy  wampirów,  nie  było  niczego, 

czego  nie  moŜna  by  zrobić.  A  poniewaŜ  hipnotyzowanie  wielkich  grup  wzburzonych  i 

agresywnych  ludzi  nie  przynosiło  zbyt  dobrych  efektów,  pozostawała  walka.  Co  oznaczało 

dla nich śmierć. 

Jakieś  osiem  kondygnacji  niŜej  Butch  zatrzymał  się  przed  metalowymi  drzwiami 

wyjściowymi. Chwiał się na nogach, pot spływał mu po twarzy, lecz w jego oczach była siła 

wojownika.  Zamierzał  wydostać  stąd  swojego  kumpla  i  nic  nie  było  w  stanie  mu  w  tym 

przeszkodzić, nawet jego własna słabość fizyczna. 

–  Zajmę się drzwiami – powiedział Furiath, wysuwając się na czoło ekipy. 

Przede  wszystkim  unieszkodliwił  alarm,  dopiero  potem  otworzył  drzwi.  Po  drugiej 

stronie rozciągał się labirynt korytarzy. 

–  O, kurwa – wymamrotał. — Gdzie my jesteśmy? 

–  Piwnica. 

Glina wyszedł na prowadzenie. 

–  Dobrze ją znam. Na tym poziomie znajduje się kostnica. Spędziłem tu sporo czasu w 

mojej byłej robocie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Jakieś  sto  metrów  dalej  Butch  poprowadził  ich  wąskim  korytarzem,  przypominającym 

szyb pełen instalacji. 

Wreszcie dotarli do wyjścia ewakuacyjnego. 

–  Bryka jest tam, na zewnątrz – powiedział gliniarz do V. – Grzecznie na nas czeka. 

–  Dzięki... Bogu. 

Usta V zaciskały się mocno, tak jakby starał się nie zwymiotować. 

Furiath  skoczył  do  przodu  i  zaklął.  Ten  alarm  był  inny,  działał  w  oparciu  o  bardziej 

skomplikowany  zespół  obwodów.  Powinien  się  tego  spodziewać.  Problem  w  tym,  Ŝe  jego 

drobne  sztuczki  nie  miały  tutaj  zastosowania  i  nie  wystarczy  chwila,  by  rozbroić  to  coś.  V 

wyglądał jak rozjechane zwierzę. 

–  Przygotujcie  się  na  niezły  hałas  –  powiedział  Furiath  przed  wymierzeniem  ciosu  w 

klamkę. 

Alarm zaczął zawodzić niczym syrena straŜacka. 

Kiedy wybiegli na skrywaną w mroku nocy przestrzeń, Furiath obrócił się i spojrzał na 

budynek szpitalny. Zlokalizował kamerę ochrony nad drzwiami, skierował ją w inną stronę i 

przytrzymał  w  tej  pozycji,  dopóki  V  oraz  ludzka  samica  nie  zostali  umieszczeni  wewnątrz 

samochodu. Rankohr siadł za kierownicą. 

Furiath wskoczył do wozu. Spojrzał na zegarek. Całkowi– ty czas, jaki upłynął, odkąd tu 

zaparkowali, aŜ do iście filmowego wciśnięcia gazu do dechy, wyniósł dwadzieścia dziewięć 

minut.  Operacja  poszła  całkiem  sprawnie.  Jedyne,  co  teraz  pozostało,  to  dostarczenie 

wszystkich w całości do siedziby Bractwa i zniszczenie tablic rejestracyjnych dŜipa. 

Był tylko jeden szkopuł. 

Furiath spojrzał na samicę człowieków. 

Jeden wielki, ogromny szkopuł. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

10

10

10

10    

JOHN  NIECIERPLIWIŁ  SIĘ,  czekając  we  wspaniale  urządzonym  holu  rezydencji. 

Zawsze godzinę przed świtem wychodził ze Zbihrem na dwór, i z tego, co wiedział, nie było 

Ŝadnej zmiany planów. Mimo to brat spóźniał się juŜ prawie półtorej godziny. 

By zabić czas, John po raz kolejny wybrał się na wycieczkę po ozdobionym mozaikami 

piętrze.  Jak  zawsze  uwaŜał,  Ŝe  nie  pasuje  do  wszystkich  tych  wspaniałości,  lecz  kochał  je  i 

doceniał. Hol był tak luksusowy, Ŝe czuł się w nim jakby w szkatułce z biŜuterią. Kolumny z 

czerwonego  marmuru  oraz  ściany  wykładane  były  jakimiś  niezwykłymi,  zielono–czarnymi 

kamieniami,  a  ozdobione  złotymi  zawijasami  oraz  drobnymi  kryształowymi  elementami. 

Schody na górę wyłoŜone były czerwonym dywanem i przypominały te, po których schodzą 

gwiazdy  filmowe,  zatrzymujące  się  dramatycznie  na  górze,  by  następnie  dać  nura  na  dół, 

wprost na eleganckie przyjęcie. Wzorki na podłodze przedstawiały kwitnące jabłonie, oddając 

urok oraz promienistość wiosny dzięki milionom połyskujących kawałków kolorowego szkła. 

Najbardziej  jednak  zachwycał  go  sufit.  Zawieszony  na  wysokości  trzeciego  piętra, 

pokryty  był  zdumiewającymi  malowidłami  –  scenami  przedstawiającymi  wojowników 

wyruszających  ze  swoimi  czarnymi  sztyletami  po  pewną  śmierć  na  polu  bitwy.  Wyglądali 

niezwykle  realistycznie.  Miało  się  wraŜenie,  iŜ  wystarczy  tylko  wyciągnąć  rękę,  by  ich 

dotknąć. 

Tak realistycznie, Ŝe moŜna było postawić się na ich miejscu. 

Powrócił w myślach do dnia, kiedy po raz pierwszy ujrzał to wszystko. Tohr prowadził 

go wtedy na spotkanie z Ghromem. 

John  przełknął  ślinę.  Miał  przy  sobie  Tohrtura  przez  tak  krótki  czas.  Zaledwie  kilka 

miesięcy. Po całym Ŝyciu bez własnego miejsca na ziemi, po błąkaniu się przez dwie dekady 

bez  rodziny,  u  której  mógłby  się  schronić,  na  moment  dostał  to,  czego  zawsze  pragnął.  I 

wystarczył tylko jeden pocisk, by zniknęli oboje jego rodzice adopcyjni. 

Chciałby  mieć  siłę,  pozwalającą  mu  przyznać,  Ŝe  jest  wdzięczny  choćby  za  to,  Ŝe  było 

mu  dane  poznać  Tohra  i  Wellsie,  nawet  na  tak  krótki  czas.  Lecz  byłoby  to  kłamstwem. 

śałował,  Ŝe  kiedykolwiek  ich  spotkał.  Strata  była  o  wiele  trudniejsza  do  przyjęcia  niŜ  ten 

nieokreślony ból, który przeŜywał, będąc sam. 

Nie był zbyt wartościowym samcem, prawda? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Niespodziewanie,  przez  drzwi  ukryte  pod  okazałymi  schodami,  pojawił  się  Z.  John 

zesztywniał. Nie mógł nic na to poradzić. NiezaleŜnie od tego, ile razy widział juŜ tego brata, 

wygląd Zbihra zawsze zmuszał go do głębszych przemyśleń. Nie chodziło tylko o bliznę na 

twarzy  czy  wygoloną  na  zero  czaszkę.  Sprawiała  to  śmiertelna  aura,  która  wciąŜ  biła  od 

niego, mimo iŜ był teraz w związku i miał zostać ojcem. 

Dzisiejszej nocy twarz Z była niesamowicie spięta, podobnie jak jego ciało. 

–  Gotowy do wyjścia? 

John przymruŜył oczy i zapytał w języku migowym: 

Co się dzieje? 

–  Nic, czym powinieneś się martwić. Jesteś gotów. 

To nie było pytanie, lecz rozkaz. 

John skinął głową, zapiął kurtkę z kapturem i wyszli. Noc miała popielaty kolor, gwiazdy 

przesłonięte były cienką warstwą chmur, oświetlanych od spodu światłem księŜyca. Zgodnie 

z  kalendarzem  nadchodziła  wiosna,  lecz  była  to  tylko  teoria.  Wystarczyło  się  rozejrzeć. 

Fontanna naprzeciw rezydencji wciąŜ czekała na wodę, drzewa przypominały czarne szkielety 

wyciągające  dłonie  ku  niebu  i  błagające,  by  słońce  urosło  w  siłę.  Śnieg  utrzymywał  się  na 

trawnikach, ziemia wciąŜ była skuta lodem. 

Wiatr  siekł  twarze  chłodem.  John  i  Zbihr  ruszyli  w  prawą  stronę,  a  kamyki,  jakimi 

wysypany  był  dziedziniec,  przesuwały  się  z  chrzęstem  pod  ich  butami.  Płot  ochraniający 

rezydencję znajdował się dość daleko od nich. Był to wysoki na sześć metrów, gruby na metr 

wał obronny, który ogradzał posiadłość Bractwa. Nafaszerowany kamerami i wykrywaczami 

ruchu,  skutecznością  przypominał  dobrego  Ŝołnierza  wystrzeliwującego  w  sekundzie  całą 

masę amunicji. Lecz wszystko to tak naprawdę drobiazg. Właściwym odstraszaczem był prąd 

o napięciu 120 V, płynący przez kolczaste druty na szczycie. 

Bezpieczeństwo przede wszystkim. Zawsze. 

John podąŜył za Z po pokrytym śniegiem trawniku, mijając po drodze zasypane kwietniki 

oraz pusty basen. Po łagodnym stoku dotarli do granicy lasu. W tym miejscu gigantyczny mur 

wykonywał ostry zakręt w lewo i prowadził dalej, wzdłuŜ zbocza góry. Nie podąŜyli za nim, 

lecz przekroczyli linię drzew. 

Pod  grubymi  sosnami  oraz  gęsto  rozgałęzionymi  klonami  leŜały  grubą  warstwą  igły  i 

liście. Powietrze pachniało ziemią i chłodnym wiatrem, szczypiąc go w nos. 

Jak zwykle prowadził Zbihr. KaŜdej nocy inną ścieŜką, zawsze jednak docierali do tego 

samego  miejsca  –  niewielkiego  wodospadu. Strumyk, który spływał po zboczu góry, zlewał 

się z malutkiej półki skalnej, tworząc następnie płytki stawik, szeroki na niecałe trzy metry. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

John podszedł bliŜej i włoŜył rękę w wartki strumień. W jednej chwili palce zdrętwiały 

mu z zimna. 

W ciszy Zbihr przekroczył potok, przeskakując z kamienia na kamień. Ruchy tego brata 

przypominały  ruch  wody  toczącej  się  pod  nimi.  Były  płynne  i  silne,  zaś  jego  stąpanie  tak 

pewne,  Ŝe  bez  wątpienia  znał  precyzyjnie  reakcję  swojego  ciała  na  poruszenie  kaŜdego 

mięśnia. 

Kiedy był juŜ po drugiej stronie, podszedł do wodospadu, stając naprzeciwko Johna. 

Ich spojrzenia spotkały się. O rany, Z miał mu chyba coś do powiedzenia? 

Spacery  te  zaczęły  się,  kiedy  John  zaatakował  innego  kolegę  z  klasy  i  pobił  go  do 

nieprzytomności pod prysznicem przy szatni sportowej. Ghrom postawił taki właśnie warunek 

–  tylko  wtedy  John  będzie  mógł  pozostać  w  programie  treningowym.  Na  początku  John 

obawiał się ich, myślał, Ŝe Z będzie próbował prawić mu kazania. Jednak do tej pory zawsze 

podczas tych spacerów milczeli. 

Dzisiejszej nocy miało to wyglądać inaczej. 

John wyjął rękę z wody, przeszedł się wzdłuŜ strumienia, a potem przekroczył go, jednak 

bez pewności siebie oraz zręczności Zbihra. 

Kiedy podszedł do brata, Z powiedział: 

–  Lahser wraca. 

John  skrzyŜował  ręce  na  klatce  piersiowej.  O,  super,  to  ten  dupek,  którego  wysłał  na 

nosze. NiewaŜne, Ŝe Lahser wyraźnie się o to prosił, śledził go, przeszkadzał i dokuczał mu, 

naskakiwał na Blastha. Ale jednak. 

–  I przeszedł juŜ przemianę. 

Świetnie. Nawet jeszcze lepiej. Teraz drań będzie groził mu mięśniami. 

Kiedy? – zamigał John. 

Jutro. Przedstawiłem sprawę jasno. Jeśli coś przeskrobie, wyleci na dobre. Jeśli będziesz 

miał z nim jakiś problem, przyjdziesz z tym do mnie, jasne? 

Kurde.  John  pragnął  sam  o  siebie  zadbać.  Nie  chciał,  Ŝeby  uwaŜano  na  niego  jak  na 

dzieciaka. 

–  John? Przyjdziesz z tym do mnie. Pokiwaj tą cholerną głową. 

Tak teŜ powoli zrobił. 

–  Nie będziesz w stosunku do niego agresywny. NiezaleŜnie od tego, co będzie mówił 

lub robił. Gdy będzie cię obraŜał, masz na to nie reagować. 

John pokiwał głową, czując, Ŝe jeśli tego nie zrobi, Z znowu go o to poprosi. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Jeśli  przyłapię  cię  na  zgrywaniu  Brudnego  Harry'ego,  nie  spodoba  ci  się  to,  co  się 

potem wydarzy. 

John  wpatrywał  się  w  rwącą  wodę.  BoŜe...  Blasth,  Khill,  teraz  Lahser.  Wszyscy 

przemienieni. 

Spojrzał na Z. 

A jeśli przemiana mnie ominie? 

–  Nie ominie. 

Skąd ta pewność? 

–  Biologia.  –  Z  wskazał  wielki  dąb.  –  To  coś  wypuści  liście,  kiedy  tylko  dostanie 

trochę  słońca.  Tak  samo  mają  się  sprawy  z  tobą.  Twoje  hormony  zaczną  mocno 

buzować i wtedy to się stanie. JuŜ to czujesz, prawda? 

John wzruszył ramionami. 

–  Jasne, Ŝe czujesz. Twoje schematy jedzenia oraz spania zmieniają się. Tak samo jak 

twoje  zachowanie.  Czy  myślisz,  Ŝe  rok  temu  byłbyś  w  stanie  powalić  Lahsera  na 

posadzkę i tłuc go, dopóki nie zaczął pluć krwią? 

Zdecydowanie nie. 

–  Jesteś głodny, lecz nie lubisz jeść, prawda? Niecierpliwy i wyczerpany. Porywczy. 

Jezu, skąd ten wojownik to wszystko wiedział? 

–  TeŜ przez to przechodziłem, pamiętaj. 

Jak długo jeszcze? 

–  Dopóki  nie  nadejdzie  czas.  Jako  samiec  przejmujesz  to  po  swoim  ojcu.  Hardhy 

przeszedł  swoją  przemianę  dosyć  wcześnie.  Ale  nigdy  nie  ma  pewności.  Niektórzy 

mogą znajdować się w twoim stadium przez lata. 

Lata? 

Kurde. Jak się czułeś, kiedy było juŜ po wszystkim? Kiedy się przebudziłeś? 

W ciszy, która nastąpiła, brat uległ najupiorniejszej zmianie. Jakby pojawiła się mgła, w 

której się rozpłynął – a przecieŜ John wciąŜ wyraźnie widział kaŜdy szczegół jego przeraŜonej 

twarzy oraz wielkiego ciała. 

–  Gadaj o tym z Khillem i Blasthem. 

Przepraszam. John się zaczerwienił. Nie chciałem być wścibski. 

–  NiewaŜne. Zrozum, nie chcę, byś się tym martwił. Ustawiliśmy juŜ dla ciebie Laylę, 

Ŝebyś mógł się z niej dokrwić. Będziesz teŜ w bezpiecznym otoczeniu. Nie pozwolę, by 

coś poszło nie tak. 

John spojrzał w górę na twarz wojownika i pomyślał o koledze z klasy, którego stracili. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Hharat mimo wszystko zmarł. 

–  Tak, to się zdarza, jednak krew Layli jest bardzo czysta. Ona jest Wybranką. To ci 

pomoŜe. 

John  pomyślał  o  pięknej  blondynce.  Oraz  o  tym,  jak  zrzuciła  przed  nim  szaty, by mógł 

zatwierdzić jej ciało. Rany, wciąŜ nie mógł uwierzyć, Ŝe to zrobiła. 

Skąd będę wiedział, co robić? 

Z spojrzał w niebo. 

–  O  to  nie  musisz  się  martwić.  Twoje  ciało  się  tym  zajmie.  Będzie  wiedziało,  czego 

chce i czego potrzebuje. 

OstrzyŜona na łyso głowa znów obróciła się w jego kierunku. Z spojrzał na niego Ŝółtymi 

oczami,  przenikającymi  przez  mrok  tak  silnie,  jak  promienie  słońca  przez  szczeliny  w 

chmurach. 

–  Twoje ciało chwilowo zyska nad tobą kontrolę. 

Mimo Ŝe zawstydzało go to, powiedział: 

Chyba się boję. 

–  Co oznacza, Ŝe jesteś bystry. To cięŜki syf. Lecz, jak juŜ mówiłem... nie pozwolę, by 

stało ci się coś złego. 

Z odwrócił się, jakby czuł się niezręcznie, a John uwaŜnie przyglądał się rysującej się na 

tle drzew sylwetce samca. 

Kiedy jednak chciał podziękować, Z uciął rozmowę. 

–  Chodźmy juŜ lepiej do domu. 

Kiedy przekraczali rzeczkę, Johnowi na myśl przyszedł jego biologiczny ojciec, którego 

nigdy  nie  poznał.  Unikał  dopytywania  o  Hardhego,  poniewaŜ  był  on  niegdyś  najlepszym 

przyjacielem  Tohra,  a  wszystko,  co  miało  związek  z  Tohrturem,  było  dla  braci  trudnym 

tematem. 

Ale chciałby mieć kogoś, z kim mógłby porozmawiać o ojcu.