background image

41

41

41

41    

JANE WYCOFAŁA SAMOCHÓD DO GARAśU, zaparkowała i siedziała z włączonym 

silnikiem. Na siedzeniu pasaŜera leŜały wyniki tomografii komputerowej, które ona i Manello 

zwędzili. Wielkie nic. śadnego guza, Ŝadnego tętniaka czy czegokolwiek nie w porządku. 

Powinna  czuć  ulgę,  ale  brak  wytłumaczenia  tylko  bardziej  ją  niepokoił,  poniewaŜ  jej 

procesy  myślowe  nadal  były  powolne  i  nieporadne.  Prawie  jakby  ścieŜki  neuronowe  w  jej 

głowie musiały omijać jakieś przeszkody. A klatka piersiowa nadal bolała jak cholera... 

Nagle  w  światłach  jej  samochodu  stanął  męŜczyzna  –  ogromny  facet  o  ciemnych 

włosach,  koziej  bródce  i  odziany  w  skórzane  spodnie.  Poza  nim  krajobraz  rozmazywał  się, 

jakby wyszedł z mgły. Jane momentalnie zalała się łzami. 

Ten  męŜczyzna...  Ta  zjawa...  Był  jej  cieniem,  wytworem  jej  wyobraźni.  WciąŜ 

powracająca postać, którą znała, której jednak nie mogła rozpoznać. Którą opłakiwała, ale nie 

mogła jej umiejscowić. To wszystko miało sens... 

Z następnym oddechem ból uderzył w jej skronie miaŜdŜącym cięŜarem. 

Ale  zamiast  przeciąć  ją  na  wskroś,  rozproszył  się,  zanikł,  nie  zostawiając  nawet  śladu. 

Zaraz  po  nim  pojawiły  się  obrazy  –  ona  operująca  tego  człowieka,  potem  porwanie  i 

przetrzymywanie  w  pokoju  z  nim...  wreszcie  oni  razem...  ona...  zakochująca  się  w  nim...  i 

porzucona. 

V. 

Wspomnienia  wiły  się  w  pamięci,  kiedy  próbowała  znaleźć  punkt  zaczepienia  w 

niepewnej rzeczywistości. To nie mogło się dziać naprawdę. On nie mógł wrócić. On nie miał 

wrócić. 

Musi śnić. 

–  Jane. – Zjawa jej ukochanego przemówiła. – O, BoŜe... 

Jego  głos  brzmiał  tak  samo  jak  kiedyś,  głęboki  i  piękny,  muskał  jej  ucho  niczym 

czerwony jak wino jedwab. 

–  Jane... 

Grzebiąc przy stacyjce, wyłączyła światła i wysiadła z samochodu. 

Czuła zimne powietrze na mokrych policzkach, a serce jej waliło. 

–  Jesteś prawdziwy? 

–  Tak. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Skąd mam to wiedzieć? – Głos jej się załamał i dotknęła skroni. – Nic juŜ nie wiem. 

Nie mogę juŜ... normalnie myśleć. 

–  Jane... – wydyszał. – Tak mi przykro... 

–  Nie jestem zdrowa na umyśle. 

–  To moja wina. To wszystko moja wina. – Napięcie i smutek odbite na jego dumnej 

twarzy rozwiały jej niepewność, dając jakiś grunt pod nogami. 

Wzięła  głęboki  oddech  i  pomyślała  o  Russellu  Crowpod  koniec  Pięknego  umysłu. 

Wziąwszy się w garść, podeszła do postaci, która zdawała się być V, połoŜyła dwa palce na 

jego ramieniu i pchnęła. 

Stał tam niczym skała. I pachniał tak samo... egzotycznymi przyprawami. A jego oczy – 

te wspaniałe diamentowe oczy – błyszczały jak zawsze. 

–  Myślałam, Ŝe odszedłeś na dobre – wyszeptała. – Dlaczego... 

W tym momencie miała tylko nadzieję, Ŝe zrozumie, co się dzieje i dlaczego wrócił. 

–  JuŜ mnie nie swatają. 

Jej oddech zamarł. 

–  Nie? 

Pokręcił głową. 

–  Nie mogłem tego zrobić. Nie mogę być z nikim innym, tylko z tobą. Nie wiem, czy 

mnie zechcesz... 

Zanim jakakolwiek świadoma myśl pojawiła się w jej głowie, skoczyła i uczepiła się go, 

mając gdzieś barierę gatunków czy okoliczności. Po prostu go potrzebowała. Reszta to czcza 

gadanina. 

–  Oczywiście, Ŝe cię chcę – powiedziała mu prosto w ucho. – Kocham cię. 

Wydobył  z  siebie  jakieś  zachrypłe  słowo,  wgniatając  ją  w  siebie.  Kiedy  stwierdziła,  Ŝe 

nie moŜe juŜ oddychać, tak mocno ją ściskał, pomyślała: „Tak, to naprawdę on”. I tym razem 

nie zamierzał jej wypuścić. 

Dzięki Bogu. 

Vrhedny piał z radości, kiedy unosił Jane nad ziemią. Z okrzykiem triumfu wniósł ją do 

mieszkania, przystając tylko po to, aby zamknąć garaŜowe drzwi. 

–  Myślałam,  Ŝe  wariuję  –  powiedziała,  kiedy  posadził  ją  na  kuchennym  blacie.  – 

Naprawdę. 

Nie  mógł  się  juŜ  doczekać,  kiedy  znów  z  nią  będzie  się  kochał,  ale  pohamował 

prymitywne pragnienia. Na litość boską, powinien dać jej trochę czasu na rozmowę. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Naprawdę. 

Cholera, ale jej pragnął. 

–  Przepraszam...  cholera,  Jane,  przepraszam,  Ŝe  musiałem  wymazać  to  wszystko, 

naprawdę. WyobraŜam sobie, Ŝe byłaś strasznie zdezorientowana. I przeraŜona. 

Jej dłonie powędrowały do jego twarzy, jakby nadal nie mogła uwierzyć, Ŝe on naprawdę 

tu jest. 

–  Jak udało ci się uniknąć małŜeństwa? 

–  Jeden z moich braci zajął moje miejsce. – V zamknął oczy, kiedy jej dłonie gładziły 

jego policzki i nos, podbródek i skronie. 

–  Naprawdę? 

–  To Furiath, ten, którym się wtedy zajęłaś. Nie wiem, jak mu się odwdzięczę. 

Nagle jego męskość zesztywniała, ignorując dobre maniery i rozsądek. 

–  Słuchaj, Jane, chcę, Ŝebyś ze mną zamieszkała. Chcę cię mieć przy sobie. 

Przez jej głos przebijał śmiech: 

–  Doprowadzę cię do szału. 

NiemoŜliwe. 

–  CóŜ, moŜemy spróbować. 

Popatrzył na nią. 

–  Chodzi  o  to,  Ŝe  jeśli  zechcesz  ze  mną  zostać,  będziesz  musiała  porzucić  ten  świat. 

Będziesz musiała porzucić swoją pracę. Będziesz musiała... tak, to transakcja z rodzaju: 

wszystko albo nic. 

–  Och... – Zmarszczyła brwi. – Ja, hm, nie jestem pewna... 

–  Wiem.  Wiem,  Ŝe  nie  powinienem  cię  o  to  prosić,  i  prawda  jest  taka,  Ŝe  nie  chcę, 

Ŝebyś  kończyła  z  tym  Ŝyciem.  –  To  była  święta  prawda.  –  Dlatego  coś  wymyślimy. 

Będę  do  ciebie  przychodził  albo  znajdziemy  jakieś  mieszkanie,  gdzieś  daleko,  gdzie 

będziemy mogli spędzać wolne dni. – Rozejrzał się po kuchni. – Ale i tak okabluję to 

mieszkanie. śeby było bezpieczne. Będę je monitorować. 

–  Dobrze. – Strząsnęła płaszcz z ramion. – Rób, co musisz. 

Hm... Skoro mówimy o robieniu. Jego oczy wędrowały po jej ciele. I jedyne, co widział, 

to jej nagość. 

–  V – powiedziała cicho. – Na co patrzysz? 

–  Na moją kobietę. 

Zaśmiała się miękko. 

–  Masz coś na myśli? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  MoŜe. 

–  Co to moŜe być...? – Zaczął wyczuwać wilgotny zapach jej podniecenia. 

Wziął jej rękę i połoŜył sobie na kroczu. 

–  Zgadnij. 

–  Ach... to... znowu... 

–  Zawsze. 

Płynnym ruchem obnaŜył kły i z sykiem przebił kołnierz kitla, rozdzierając materiał. Pod 

spodem  miała  biały  bawełniany  stanik,  na  całe  szczęście  zapinany  z  przodu.  JuŜ  po  chwili 

przyssał się do jednego z sutków. 

PodróŜ  do  sypialni  była  ciekawa,  z  częstymi  postojami,  w  efekcie  była  naga,  zanim 

jeszcze połoŜył ją na łóŜku. Kwestią chwili było zrzucenie skórzanych spodni i koszuli; kiedy 

wspinał się na nią, miał otwarte usta i kły w pełni wysunięte. 

Uśmiechnęła się. 

–  Spragniony? 

–  Tak. 

Eleganckim ruchem przechyliła podbródek, dając mu dostęp do szyi, a on spenetrował ją 

podwójnie, pomiędzy udami i na szyi. Kiedy brał ją, wbiła paznokcie w jego plecy i oplotła 

jego biodra nogami. 

Skończyli  się  kochać  po  dobrych  dwóch  godzinach;  kiedy  tak  leŜał  w  ciemności  obok 

niej, zaspokojony, liczył błogosławieństwa, jakimi go obdarzono. Zaśmiał się cicho. 

–  Co? – zapytała. 

–  Nawet  z  moimi  zdolnościami  patrzenia  w  przyszłość,  nigdy  bym  tego  nie 

przewidział. 

–  Nie? 

–  To... To zbyt wiele, na co mógłbym liczyć. – Pocałował ją w skroń, zamknął oczy i 

pozwolił sobie powoli osuwać się w drzemkę. 

Ale nagle jakiś czarny cień zawisł nad nim, wyzwalając lęk i budząc panikę. Tłumaczył 

sobie,  Ŝe  to  reakcja  na  wcześniejsze  przeŜycia,  na  przekonanie,  iŜ  stracił  szansę  bycia  z 

ukochaną i jakiś czas musi minąć, zanim się uspokoi. 

Wyjaśnienie nie było jednak przekonujące. Wiedział, Ŝe chodzi o coś innego... coś zbyt 

przeraŜającego, aby się nad tym zastanawiać, jakaś ukryta bomba. 

Obawiał się, Ŝe przeznaczenie jeszcze z nimi nie skończyło. 

–  Dobrze się czujesz? – zapytała Jane. – DrŜysz. 

–  Nic mi nie jest. Jak długo jesteś przy mnie, nic mi nie będzie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

42

42

42

42    

PO DRUGIEJ STRONIE FURIATH SCHODZIŁ ZE ZBOCZA W kierunku amfiteatru, a 

towarzyszyli  mu  Z  i  Ghrom.  Pani  Kronik  i  przełoŜona  czekały  na  scenie,  obie  odziane  w 

czerń.  PrzełoŜona  nie  wydawała  się  zadowolona.  Patrzyła  zmruŜonymi  oczami,  wargi  miała 

zaciśnięte,  a  rękami  kurczowo  obejmowała  medalion  zwisający  z  szyi.  Trudno  za  to  było 

odczytać wyraz twarzy Pani Kronik, bo ją skrywała. Zresztą Furiath i tak był pewien, Ŝe nie 

zdołałby rozszyfrować jej myśli. 

Zatrzymał  się  przed  złotym  tronem,  jednak  nie  usiadł.  ChociaŜ  moŜe  to  byłby  dobry 

pomysł. Miał wraŜenie, Ŝe się unosi. Jego ciało płynęło, nie szło, głowa oderwana od ramion. 

„To pewnie przez te ilości czerwonych dymków, których się nawdychałem”, pomyślał. Albo 

fakt, Ŝe Ŝenił się z ponad trzema tuzinami kobiet. 

Dobry BoŜe. 

–  Ghromie, synu Ghroma – odezwała się Pani Kronik, – ZbliŜ się i pozdrów mnie. 

Ghrom podszedł do krawędzi sceny i ukląkł. 

–  Wasza miłość. 

–  Chcesz mnie o coś zapytać. Zrób to teraz, ale bacz na słowa. 

–  Jeśli mi wolno, chcę prosić, aby Furiatha dotyczył ten sam układ odnośnie do walki, 

co Vrhednego. Potrzebujemy wojowników. 

–  Jestem skłonna przychylić się do tej prośby na razie. Zamieszka tam... 

Furiath przerwał jej twardo: 

–  Nie. 

Kiedy wszyscy zwrócili głowy w jego stronę, powiedział: 

–  Zostanę  tutaj.  Będę  walczył,  lecz  zostanę  tu.  –  Schylił  się  lekko  w  ukłonie,  Ŝeby 

złagodzić swą arogancję. – Jeśli to nie uczyni afrontu. 

Zdumiony Zbihr otworzył usta, a na pokrytej bliznami twarzy malowało się pytanie: „Co 

ty, do diabła, sobie myślisz?” Ale Pani Kronik zaśmiała się krótko, co go powstrzymało. 

–  Niech  tak  będzie.  Wybranka  tak  by  wolała,  ja  równieŜ.  Teraz  powstań,  Ghromie, 

synu Ghroma, i zacznijmy. 

Kiedy Ghrom wyprostował się, Pani Kronik opuściła kaptur. 

–  Furiacie,  synu  Aghona,  proszę,  byś  przyjął  na  siebie  rolę  Najsamca.  Czy  wyraŜasz 

zgodę? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Tak, wyraŜam zgodę. 

–  Wejdź na podium i uklęknij przede mną. 

Nie  czuł  nóg,  kiedy  pokonywał  krótką  drogę  i  kilka  stopni,  nie  czuł  marmuru 

dotykającego kolan, kiedy ukląkł przed Panią Kronik. Gdy połoŜyła rękę na jego głowie, nie 

drŜał,  nie  myślał,  nawet  nie  zamrugał.  Czuł,  jakby  siedział  na  miejscu  pasaŜera,  obok 

nieprzewidywalnego kierowcy. Poddanie się było po prostu wskazane. 

Dziwne, bo przecieŜ podjął decyzję. Sam się zgłosił. 

Tak, ale Bóg jeden wie, dokąd ta decyzja go zaprowadzi. 

Pani Kronik wypowiadała nad nim niezrozumiałe często słowa w Starym Języku. 

–  Powstań  i  podnieś  oczy  –  rzekła  w  końcu  Pani  Kronik.  –  Przedstawiam  ci  twoje 

partnerki, nad którymi masz władzę. Ich ciała będą ci słuŜyć. 

Wstał  i  zobaczył,  Ŝe  kurtyna  została  uniesiona.  W  rzędzie  stały  Wybranki,  wszystkie  w 

krwistoczerwonych  szatach,  błyszczące  niczym  rubiny  pośród  bieli.  Wszystkie  jak  jedna 

zgięły się w pokłonie. 

W mordę... Naprawdę to zrobił. 

Nagle  na  scenę  wskoczył  Z  i  złapał  go  za  ramię.  „Co,  do..”.  A  taaak,  jakoś  dziwnie 

przechylał  się  na  jedną  stronę.  Gdyby  nie  Z,  prawdopodobnie  by  się  przewrócił,  a  to  raczej 

nie wyglądałoby dobrze. 

Głos Pani Kronik unosił się, odbijając się echem od wzgórz. 

–  A zatem spełniło się. – Podniosła widmową rękę i wskazała świątynię na wzgórzu. 

Udaj się do komnaty i weź pierwszą z nich, jak ma w zwyczaju męŜczyzna. 

Ręka Zbihra wbiła się w jego ramię. 

–  Chryste... Bracie... 

–  Przestań – syknął Furiath. – Wszystko będzie dobrze. 

Oderwał  się  od  brata  bliźniaka  ukłonił  Pani  Kronik  i  Ghromowi,  następnie  chwiejnym 

krokiem zszedł ze schodów i skierował na wzgórze. Trawa pod jego stopami była miękka, a 

ze wszystkich stron otaczało go dziwne, wszechobecne światło charakterystyczne dla Drugiej 

Strony.  śadnego  pocieszenia.  Czuł  na  karku  spojrzenia  Wybranek,  a  ich  głód  sprawiał,  Ŝe 

cały zesztywniał. I to pomimo otępiających oparów z czerwonego dymka. 

Świątynia  na  szczycie  wzgórza  postawiona  była  w  stylu  rzymskim.  Na  ogromnych, 

dwuskrzydłowych drzwiach umieszczone były dwa złote węzły zamiast gałek. Obrócił prawy, 

pchnął drzwi i wszedł do środka. 

Jego  ciało  instynktownie  zesztywniało  od  unoszącego  się  w  powietrzu  zapachu  – 

odurzająca mikstura jaśminu i słodkiego kadzidła, wabiąca, podniecająca. Efekt zamierzony. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Dalej przed nim wisiała wielka biała kurtyna, a pomiędzy fałdami prześwitywało złowieszcze 

światło, migotliwe błyszczenie setki świec. 

Odsłonił kurtynę i cofnął się, a jego podniecenie nieco osłabło. 

Wybranka, która miała z nim jako pierwsza współŜyć, leŜała rozpostarta na marmurowej 

platformie,  na  poduszce,  a  z  sufitu  spływała  zasłona  prosto  na  jej  twarz.  Jej  rozwarte  nogi 

zostały  związane  białymi,  satynowymi  wstęgami,  podobnie  jak  ręce.  Płachta  cienka  jak 

mgiełka przykrywała jej nagie ciało. 

Fundament  rytuału  był  oczywisty.  Dziewczyna  była  naczyniem  ofiarnym,  anonimową 

reprezentantką reszty. On był trzymającym wino, tym, który miał napełnić jej ciało. I chociaŜ 

było to nie do przyjęcia, przez ułamek sekundy myślał, Ŝe chce ją posiąść. 

„Moja”,  pomyślał.  Zgodnie  z  prawem,  zwyczajem  i  wszelkim  objawieniem  naleŜała  do 

niego tak samo jak jego sztylety, jak włosy na jego głowie. A on chciał w nią wejść. Chciał w 

niej dojść. 

Jednak  tak  się  nie  stanie.  Jego  przyzwoita  strona  pokonała  instynkty.  Dziewczyna  była 

przeraŜona.  Płakała  cichutko  i  chyba  przygryzała  wargę,  usiłując  to  ukryć,  a  drŜała  tak 

mocno, Ŝe jej członki były niczym taktomierze strachu. 

–  Spokojnie – powiedział miękko. 

Drgnęła. Potem drŜenie powróciło ze zdwojoną siłą. 

Nagle  wkurzył  się.  To  oburzające,  Ŝe  ta  biedna  kobieta  została  wystawiona  jak  jakieś 

zwierzę. I chociaŜ sam był podobnie wykorzystywany, przyszedł tu przecieŜ z własnej woli. 

Miał  jednak  duŜe  wątpliwości,  czy  w  jej  przypadku  teŜ  tak  było,  biorąc  pod  uwagę  fakt,  Ŝe 

została podwójnie skrępowana. 

Furiath sięgnął w górę, złapał zasłonę zakrywającą jej twarz i zerwał ją jednym ruchem. 

Do diabla. Szlochanie kobiety nie było powstrzymywane przygryzaniem wargi – została 

po  prostu  zakneblowana,  a  głowę  przywiązano  jej  do  łóŜka.  Po  poczerwieniałej  twarzy 

płynęły  łzy,  a  mięśnie  szyi  napinały  się  desperacko  –  krzyczała,  choć  nie  mogła  wydobyć 

Ŝadnego dźwięku. A oczy miała wytrzeszczone z przeraŜenia. 

Wyrwał knebel. 

–  Spokojnie... 

Dyszała,  a  on,  uznając  za  słuszną  teorię,  Ŝe  czyny  mówią  głośniej  niŜ  słowa,  rozwiązał 

pęta na jej czole i wyplątał je z jej długich blond włosów. 

Kiedy uwolnił jej wiotkie ramiona, natychmiast zakryła piersi i łono. Bez wahania, zanim 

rozplątał węzły krępujące nogi, zakrył ją zasłoną, którą wcześniej zerwał. Potem odstąpił od 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

niej,  przeszedł  całą  długość  świątyni  i  oparł  się  o  ścianę.  Stwierdził,  Ŝe  dzięki  temu 

dziewczyna poczuje się bezpieczniej. 

Spuszczając wzrok, widział tylko ją: Wybranka była blada i miała blond włosy, a do tego 

jaskrawozielone  oczy.  Miała  piękne  rysy.  Gdy  na  nią  patrzył,  na  myśl  przychodziły  mu 

porcelanowe lalki. No i pachniała jaśminem. BoŜe, była zbyt delikatna na takie tortury. Zbyt 

wartościowa, by znieść parzenie się z nieznajomym. 

Chryste. Ale bagno. 

Furiath pozwolił przedłuŜać się ciszy, mając nadzieję, Ŝe dziewczyna przyzwyczai się do 

jego obecności. On tymczasem zastanowi się, co robić dalej. 

Na pewno nie będzie uprawiać seksu. 

Jane  nie  była  miłośniczką  musicalu  Sound  of  Music,  ale  wymiatała  jak  Julie  Andrews, 

leŜąc  w  łóŜku  i  obserwując,  jak  V  usiłuje  znaleźć  swoje  ubranie.  Kurczę,  stan  zakochania 

naprawdę  sprawia,  Ŝe  chcesz  wyrzucić  ręce  w  górę  i  wirować  w  słońcu  z  głupkowatym, 

radosnym uśmiechem na twarzy. Poza tym miała jeszcze krótkie jasne włosy, więc wszystko 

by pasowało. Ale skórzane spodnie to juŜ za duŜo. 

Był tylko jeden mały problem. 

–  Powiedz,  zamierzasz  zrobić  mu  krzywdę?  –  zapytała,  kiedy  V  naciągał  spodnie.  – 

Powiedz, Ŝe mój szef nie skończy z połamanymi nogami. 

–  AleŜ skąd. – V załoŜył czarną koszulę, która napięła się na jego piersi. – Tylko się 

upewnię, Ŝe jest czysty i Ŝe sprawa ze zdjęciem mojej pikawy jest załatwiona. 

–  Dasz znać, jak poszło? 

Popatrzył na nią z diabelskim uśmieszkiem. 

–  Nie ufasz mi w sprawie kochasia? 

–  Za grosz ci nie ufam. 

–  Mądra  kobieta.  –  V  podszedł  i  usiadł  na  krawędzi  łóŜka,  a  jego  diamentowe  oczy 

nadal  jaśniały  po  seksie.  –  Kiedy  chodzi  o  ciebie,  ten  chirurg  musi  się  mieć  na 

baczności. 

Wzięła  jego  obnaŜoną  dłoń,  wiedząc,  Ŝe  nie  pozwalał  zbliŜać  się  do  tej  zakrytej 

rękawiczką. 

–  Manny wie, na ile sobie moŜe ze mną pozwolić. 

–  Doprawdy? 

–  Powiedziałam  mu.  Zaraz  po  weekendzie.  Mimo  Ŝe  nie  pamiętałam  ciebie,  to  po 

prostu byłoby... nie w porządku. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

V pochylił się i pocałował ją. 

–  Przyjdę  prosto  od  niego,  dobrze?  Wtedy  będziesz  mogła  spojrzeć  mi  w  oczy  i 

będziesz wiedziała, Ŝe facet wciąŜ oddycha. A teraz juŜ na powaŜnie. Chcę przysłać po 

południu  Fritza  ze  sprzętem,  Ŝeby  okablował  mieszkanie.  Masz  dodatkowy  klucz  do 

garaŜu? 

–  Tak, w kuchni, w szufladzie pod telefonem. 

–  Świetnie.  Wezmę  go.  –  Przejechał  palcem  po  jej  szyi,  okrąŜając  najnowszy  ślad 

swoich  zębów.  –  KaŜdego  wieczoru  kiedy  wrócisz  do  domu,  będę  czekał.  KaŜdego 

ranka,  zanim  będę  musiał  wrócić  do  posiadłości,  będę  tu.  KaŜdego  wolnego  wieczoru 

będę tu. Ukradniemy czas zawsze, kiedy tylko będziemy mogli i gdzie będziemy mogli. 

A kiedy nie będziemy razem, porozmawiamy przez telefon. 

,,Jak kaŜdy normalny związek”, pomyślała, a sama myśl o jego prozaicznej stronie była 

niezwykle  miła.  Byli  dwojgiem  ludzi,  którzy  po  prostu  chcieli  poświęcić  się  związkowi.  I 

tego przecieŜ chce się od osoby, w której się jest zakochanym. 

–  Jakie jest twoje pełne imię? – zamruczała. – Właśnie uświadomiłam sobie, Ŝe znam 

cię tylko jako V. 

–  Vrhedny. 

Jane ścisnęła jego dłoń. 

–  Słucham? 

–  Vrhedny. Wiem, Ŝe dla ciebie brzmi to dziwnie... 

–  Moment, moment... Jak to się pisze? 

–  V–r–h–e–d–n–y. 

–  Dobry... BoŜe. 

–  Co? 

Odchrząknęła. 

–  Dawno, całe wieki temu, siedziałam z siostrą w sypialni. Między nami leŜała tablica 

ouija, zadawałyśmy jej pytania. – Spojrzała na niego. – Ty byłeś moją odpowiedzią. 

–  Na jakie pytanie? 

–  Kogo... kogo poślubię. 

V uśmiechnął się powoli, tak jak to robi cholernie zadowolony z siebie męŜczyzna. 

–  Znaczy, Ŝe chcesz za mnie wyjść? 

Zaśmiała się. 

–  Tak, pewnie. Wskoczę w białą kieckę i jazda przed ołtarz... 

Z jego twarzy zniknął złośliwy uśmieszek. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Pytam powaŜnie. 

–  O, BoŜe... 

–  To znaczy „nie”? 

Jane wyprostowała się. 

–  Ja... Ja nie sądziłam, Ŝe kiedyś wyjdę za mąŜ. 

Skrzywił się. 

–  Dobra, nie do końca takiej odpowiedzi oczekiwałem... 

–  Nie... To znaczy, dziwi mnie, Ŝe to takie... proste. 

–  Proste? 

–  Wyobrazić sobie siebie jako twoją Ŝonę. 

Zaczął się uśmiechać, ale po chwili uśmiech zniknął. 

–  MoŜemy przejść ceremonię według mojej tradycji, ale nie będzie ona oficjalna. 

–  Bo nie jestem jedną z was? 

–  Bo Pani Kronik mnie nienawidzi, więc prezentacja nie wchodzi w grę. Ale reszta jak 

najbardziej. – Uśmiechnął się zawadiacko. – Szczególnie wycinanie. 

–  Wycinanie? 

–  Twoje imię na moich plecach. Kurde, juŜ nie mogę się doczekać. 

Jane gwizdnęła pod nosem. 

–  Ja to będę robić? 

Zaśmiał się krótko. 

–  Nie! 

–  No co ty, jestem chirurgiem, dobrze sobie radzę z noŜami. 

–  Moi bracia to zrobią, chociaŜ pewnie dadzą ci wyryć jedną literkę. Mmm, staje mi na 

samą myśl. – Pocałował ją. – Kurczę, jesteś w moim typie. 

–  Czy mnie teŜ będą cięli? 

–  Skąd! Tylko męŜczyźni są temu poddawani, Ŝeby było wiadomo, do kogo naleŜą. 

–  NaleŜą? 

–  Taak.  Będę  wtedy  na  kaŜdy  twój  rozkaz.  Będziesz  mną  władać.  Robić  ze  mną,  co 

zechcesz. Dasz sobie radę? 

–  JuŜ raz dałam, pamiętasz? 

V opuścił powieki i wydał z siebie pomruk. 

–  Tak kaŜdą pieprzoną minutę. Kiedy moŜemy to powtórzyć? 

–  Wyznacz  datę  i  juŜ  tam  jestem.  –  I  nawet  mogę  załoŜyć  coś  skórzanego.  –  Hej,  a 

dostanę pierścionek? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Jeśli chcesz, kupię ci brylant wielkości twojej głowy. 

–  Rzeczywiście, jakbym się stroiła. Ale skąd ludzie będą wiedzieć, Ŝe jestem zamęŜna? 

Pochylił się do przodu i wtulił w jej szyję. 

–  Czujesz mój zapach? 

–  BoŜe... pewnie. Uwielbiam go. Musnął ustami jej brodę. 

–  Jesteś teraz w niego spowita. Jest w środku, w tobie. W ten sposób moi pobratymcy 

będą wiedzieć, kto jest twoim partnerem. To teŜ forma ostrzeŜenia. 

–  OstrzeŜenia? – westchnęła, a rozmarzenie zawładnęło jej ciałem. 

–  Dla innych samców. Mówi, kto ich dopadnie ze sztyletem, jeśli cię dotkną. 

Dobra, to nie powinno napawać erotyzmem, a jednak wręcz obezwładniało. 

–  Partnerstwo bierzesz na powaŜnie, co? 

–  Związani  samcy  są  niebezpieczni.  –  Jego  głos  brzmiał  w  jej  uchu  jak  mruczenie.  – 

Zabijamy,  Ŝeby  chronić  nasze  samice.  Tak  juŜ  jest.  –  Ściągnął  z  niej  kołdrę,  rozpiął 

rozporek i rozsunął dłońmi jej uda. – TakŜe oznaczamy, co nasze. A skoro nie będę cię 

widział przez następne dwanaście godzin, myślę, Ŝe zostawię jeszcze trochę zapachu na 

tobie. 

Rzucił się do przodu biodrami, a Jane jęknęła. Przyjmowała go juŜ tyle razy, ale zawsze 

jego rozmiar ją szokował. Odchylił jej głowę do tyłu, chwytając za włosy, a jego język wbił 

się pomiędzy jej wargi. Ale zaraz przestał. 

–  Dzisiaj  zostaniemy  połączeni.  Ghrom  będzie  przewodniczył.  Butch  i  Marissa  będą 

świadkami. Chcesz teŜ ślubu w kościele? 

Musiała się roześmiać. Oboje uwielbiali się rządzić, jak nic. Na szczęście nie zamierzała 

się z nim kłócić w tej sprawie. 

–  Nie musi być naboŜeństwa. Właściwie nie jestem wierząca. 

–  A powinnaś. 

Wbiła paznokcie w jego biodra i wygięła się. 

–  To nie najlepszy moment na debaty teologiczne. 

–  Powinnaś wierzyć, Jane. 

–  Świat nie potrzebuje następnego świra religijnego. 

Odsunął jej włosy do tyłu. Kiedy jego penis pulsował w niej, powiedział: 

–  Nie musisz być religijna, Ŝeby wierzyć. 

–  Ale moŜna teŜ wieść całkiem przyjemne Ŝycie jako ateista. Wierz mi. – Wsunęła ręce 

pod jego koszulę, czując kaŜdy muskuł jego silnych pleców. – Myślisz, Ŝe moja siostra 

jest teraz w niebie i zajada się ulubionymi lodami? Nie. jej ciało pogrzebano lata temu, 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

teraz  niewiele  juŜ  z  niej  zostało.  Wiele  razy  widziałam  śmierć.  Wiem,  co  się  dzieje, 

kiedy odejdziemy, i nie ma Boga, który by nas wybawił, Vrhedny. Nie wiem, kim lub 

czym jest ta twoja Pani Kronik, ale jestem cholernie pewna, Ŝe nie Bogiem. 

Cień uśmiechu przemknął po jego twarzy. 

–  Udowodnienie, Ŝe się mylisz, będzie czystą przyjemnością. 

–  I niby jak to zrobisz? Przedstawisz mnie Stwórcy? 

–  Będę cię kochał tak mocno i tak długo, aŜ przekonam cię, Ŝe nie połączyło nas Ŝadne 

ziemskie stworzenie. 

Dotknęła jego twarzy, usiłując wyobrazić sobie przyszłość, po czym przeklęła. 

–  Ale ja będę się starzeć. 

–  Ja równieŜ. 

–  Ale nie tak szybko jak ja. O, Jezu, V, będę... 

Pocałował ją. 

–  Nie  będziesz  o  tym  myśleć.  Poza  tym...  Jest  sposób,  by  spowolnić  ten  proces. 

ChociaŜ nie wiem, czy będziesz nim zainteresowana. 

–  Hmm, zastanówmy się. Hmm... owszem, będę. 

–  Nie wiesz, co to jest. 

–  Nie  obchodzi  mnie  to  jeśli  to  miałoby  przedłuŜyć  Ŝycie  z  tobą,  zjadłabym  padlinę 

leŜącą przy drodze. 

Jego biodra pchnęły ją i cofnęły się. 

–  To wbrew mojemu prawu. 

–  Czy to jest zboczone? 

–  Dla twojej rasy? Tak. 

Jane  zrozumiała,  zanim  jeszcze  podniósł  swój  nadgarstek  do  ust.  Kiedy  zatrzymał  się, 

powiedziała: 

–  Zrób to. 

Wgryzł się, a potem nakłuł jej wargi. Jane zamknęła oczy i otworzyła usta i... 

Jasny gwint. 

Smakował jak porto. A uderzył ją ten smak jak dziesięć butelek trunku równocześnie, w 

głowie zakręciło się juŜ po jednym łyku. Nie przerwała. Piła, jakby jego krew miała utrzymać 

ich razem, mgliście zdając sobie sprawę, Ŝe V pompował w nią, dziko warcząc. 

Teraz V był w niej na wszystkie moŜliwe sposoby: jego słowa dźwięczały w jej głowie, 

jego członek pulsował w jej ciele, w ustach czuła jego krew, w nozdrzach zapach. 

I miał rację. To było boskie uczucie. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

43

43

43

43    

Zakrywając  piersi  białą  zasłoną,  Cormia  patrzyła  zdumiona  na  drugi  koniec  świątyni. 

Kimkolwiek był ten męŜczyzna, to nie był Vrhedny, syn Krhviopija. 

Jednak  to  zdecydowanie  wojownik.  Był  wielki,  a  jego  ramiona  szerokie  jak  łoŜe,  na 

którym leŜała. Jego rozmiar ją przeraŜał... dopóki nie spojrzała na jego dłonie. Eleganckie, o 

długich  palcach  i  szerokim  śródręczu.  Silne,  ale  zgrabne.  Tymi  właśnie  dłońmi  ją  uwolnił  i 

nie zrobił jej nic więcej. 

Mimo to czekała, aŜ na nią nakrzyczy. Potem czekała, aŜ coś powie. W końcu czekała, aŜ 

na nią spojrzy. 

„Ma  piękne  włosy”,  myślała  w  ciszy.  Długie  do  ramion  i  o  tak  wielu  kolorach.  Fale  w 

odcieniach  od  jasnego  blondu,  przez  głęboką  czerwień,  aŜ  po  ciemny  brąz.  Jakiego  koloru 

były jego oczy? 

Cisza. 

Nie  była  pewna,  jak  szybko  płynie  czas.  Wiedziała,  Ŝe  płynie,  płynął  nawet  po  Drugiej 

Stronie. Jednak jak długo juŜ tak trwali? Pragnęła, Ŝeby się odezwał, chyba Ŝe o to chodziło. 

MoŜe on czekał na nią. 

–  Nie  jesteś  tym...  –  odezwała  się,  kiedy  podniósł  wzrok.  Jego  oczy  były  Ŝółte. 

Olśniewający, ciepły kolor, który przypominał jej ulubiony owoc, cytrynę. Kiedy na nią 

spojrzał, poczuła falę ciepła płynącą przez ciało. 

–  Nie  jestem  tym,  kogo  się  spodziewałaś?  –  Jego  głos,  gładki  i  niski  i...  uprzejmy.  – 

Nie powiedzieli ci? 

Pokręciła głową, nagle nie znajdując słów. I nie dlatego, Ŝe była przeraŜona. 

–  Okoliczności  się  zmieniły  i  ja  zająłem  miejsce  brata.  –  PołoŜył  dłoń  na  szerokim 

torsie. – Jestem Furiath. 

–  Furiath. To imię wojownika. 

–  Tak. 

–  Wyglądasz na wojownika. 

–  Wyciągnął ku niej obie dłonie. 

–  Ale nie zrobię ci krzywdy. Nigdy cię nie skrzywdzę. 

Przechyliła  głowę  na  bok.  Nie,  nie  skrzywdziłby.  Był  dla  niej  zupełnie  obcy,  trzy  razy 

większy, a jednak wiedziała, Ŝe nic jej nie zrobi. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Musiał  się  z  nią  jednak  połączyć  w  akcie  seksualnym.  Taki  był  cel  tego  czasu,  który 

spędzali razem, a przecieŜ na początku, kiedy się zjawił, wyczuła jego podniecenie. ChociaŜ 

teraz... juŜ nie było po nim śladu 

Sięgnęła swojej twarzy. MoŜe kiedy zobaczył, jak wygląda nie chciał dokończyć rytuału? 

Czy jego zdaniem była nieurodziwa? 

Czym się tak niepokoiła? PrzecieŜ nie chciała z nim współŜyć. Z nikim. To będzie bolało, 

tak powiedziała przełoŜona. I niewaŜne, jak piękny był ten brat, był jej zupełnie nieznany. 

–  Nie martw się – rzekł szybko, jakby odczytał jej myśli. – Nie będziemy... 

Podciągnęła wyŜej zasłonę. 

–  Nie? 

–  Nie. 

Cormia schowała podbródek. 

–  Ale wtedy wszyscy będą wiedzieli, Ŝe cię zawiodłam. 

–  Ty  zawiodłaś...?  Jezu,  nikogo  nie  zawiodłaś.  – Przeczesał ręką włosy, a w grubych 

kosmykach mieniły się refleksy świetlne. – Ja po prostu nie... Taa, to nie w porządku. 

–  Ale  po  to  tu  jestem.  śeby  z  tobą  współŜyć  i  połączyć  z  tobą  Wybranki.  –  Szybko 

zamrugała. – Jeśli tego nie zrobimy, ceremonia będzie niedokończona. 

–  I co z tego? 

–  Ja... Nie rozumiem. 

–  Co  z  tego,  jeśli  dziś  nie  zakończymy  ceremonii?  Mamy  czas.  –  Zmarszczył  brwi  i 

rozejrzał się. – Hej... Chcesz się stąd wyrwać? 

Jej brwi wystrzeliły w górę. 

–  I dokąd pójść? 

–  Nie wiem. Na spacer albo coś takiego.. 

–  Powiedziano mi, Ŝe nie mogę stąd wyjść, dopóki... 

–  Dobra,  sprawa  wygląda  tak:  jestem  Najsamcem  i  ma  być,  jak  powiem.  –  Z 

opanowaniem zmierzył ją wzrokiem. – Znaczy. Ty wiesz lepiej ode mnie. Czy nie mam 

racji? 

–  Tak, jesteś tu panem. Tylko Pani Kronik stoi nad tobą. 

Odepchnął się od ściany 

–  A  więc  chodźmy  na  spacer.  Przynajmniej  się  poznamy  biorąc  pod  uwagę  naszą 

sytuację. 

–  Ja... nic mam nic do ubrania. 

–  Owiń się zasłoną. Odwrócę się, Ŝebyś mogła ją zawiązać. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Odwrócił się plecami, a po chwili dziewczyna stała juŜ owinięta tkaniną. Nigdy by tego 

nie przewidziała – ani zastępstwa ani jego uprzejmości, ani urody. PoniewaŜ naprawdę jej się 

podobał. 

–  Jestem... gotowa. 

Podszedł  do  drzwi,  a  ona  podąŜyła  za  nim.  Z  bliska  był  jeszcze  większy...  a  do  tego 

uroczo pachniał Egzotycznymi przyprawami, łaskoczącymi w nozdrza. 

Otworzył wrota i zobaczyła przed sobą biały horyzont. Zawahała się. 

–  Co się stało? 

Nie  potrafiła  opisać  słowami  wstydu  Czuła,  Ŝe  jest  samolubna,  odczuwając  ulgę.  I  bała 

się, Ŝe jej niedoskonałości zostaną przeniesione na wszystkie Wybranki. 

Poczuła ucisk w Ŝołądku. 

–  Nie wypełniłam swojej powinności. 

–  Nikogo nie zawiodłaś, po prostu opóźniliśmy s..., ee. współŜycie. W końcu do tego 

dojdzie. 

Mimo to nie mogła zagłuszyć rozbrzmiewających w głowie głosów ani lęków. 

–  MoŜe powinniśmy po prostu to odbębnić? Zmarszczył brwi. 

–  Jezu... Ty naprawdę tak bardzo boisz się je rozczarować? 

–  CóŜ, są wszystkim, co mam. Wszystkim, co znam. – Poza tym przełoŜona zagroziła, 

Ŝe wykluczy ją, jeśli nie podtrzyma tradycji. – Bez nich jestem sama. 

Obserwował ją przez dłuŜszą chwilę. 

–  Jak ci na imię? 

–  Cormia. 

–  CóŜ... Cormio, juŜ nie będziesz sama. Teraz masz mnie. I wiesz co? Darujmy sobie 

spacer, mam lepszy pomysł. 

Włamania  były  specjalnością  V.  Nie  miał  problemu  z  sejfami,  zamkami,  domami 

biurami. NiewaŜne, czy był to lokal mieszkalny, czy komercyjny, wszystko łatwizna. 

Tak  więc  rozpracowanie  drzwi  do  wspaniałego  gabinetu  na  Oddziale  Chirurgii  St. 

Francis Medical Center takŜe było łatwizną. 

Wślizgując  się,  nie  zapomniał  wyemitować  zvidhu,  aby  zasłonić  kamery  ochrony  i 

upewnić się, Ŝe nie zobaczą go ludzie przebywający w sektorze administracyjnym kompleksu. 

Kurczę...  to  były  naprawdę  niezłe  kwatery.  Ogromna  recepcja.  okazała  i  w  ogóle, 

drewniane panele na ścianach i orientalne kwiaty. Dwa pomocnicze biura oznaczone... 

Właśnie tam było biuro Jane. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

V  podszedł  do  drzwi  i  połoŜył  palec  na  miedzianej  plakietce  z  nazwiskiem.  Na 

wypolerowanej  powierzchni  wyryto:  DR  JANE  WHITCOMB,  DYREKTOR  ODDZIAŁU 

URAZOWEGO. 

Zajrzał  do  środka.  W  powietrzu  unosił  się  jej  zapach,  na  stole  konferencyjnym  leŜał 

złoŜony  jeden  z  jej  fartuchów.  Biurko  zawalone  było  papierami  i  aktami  oraz  karteczkami 

samoprzylepnymi,  fotel  odepchnięty,  jakby  wychodziła  w  pośpiechu,  moŜe  do  jakiegoś 

nagłego  wypadku.  Na  ścianie  wisiały  dyplomy  i  certyfikaty,  dowody  jej  poświęcenia  dla 

doskonałości. 

Pomasował swój mostek. 

Do  diabła,  jak  miało  się  między  nimi  ułoŜyć?  Ona  pracowała  do  późna.  On  miał 

ograniczony czas nocnych odwiedzin. A jeśli to będzie za mało? 

Ale  musiało  wystarczyć.  Nie  zamierzał  prosić,  aby  rzuciła  dla  niego  dorobek  swojego 

Ŝycia. To tak, jakby ona chciała, Ŝeby wyrzekł się Bractwa. 

Kiedy usłyszał jakiś szept, spojrzał na drugą stronę recepcji. 

Czas załatwić sprawę z doktorem Manello. 

„Nie zabijaj go”, powiedział sobie, idąc w stronę uchylonych drzwi. Popsułby wszystko, 

gdyby musiał zadzwonić do Jane i powiedzieć, Ŝe jej szef robi za nawóz. 

V zatrzymał się i zajrzał do ogromnego biura. MęŜczyzna siedział za iście prezydenckim 

biurkiem, przeglądając papiery, chociaŜ była druga nad ranem. 

Nagłe facet podniósł głowę i zmarszczył brwi. 

–  Kto tam? 

„Nie zabijaj go. Jane byłaby załamana”. 

Och,  ale  miał  na  to  ogromną  ochotę.  Bez  przerwy  widział  tego  gościa  na  kolanach, 

wyciągającego ręce do twarzy Jane, a obraz ten nie poprawił mu humoru. 

Vrhedny pchnął drzwi i zajrzał do umysłu doktorka, zamraŜając go niczym sztukę mięsa. 

–  Masz  zdjęcia  mojego  serca,  doktorku,  chcę  je  dostać  z  powrotem.  Gdzie  one  są?  – 

przesłał myśl. 

Facet zamrugał. 

–  Tu... na moim biurku. Kim... jesteś? 

Pytanie zaskoczyło go. Zazwyczaj ludzie pozostający pod jego wpływem nie rozumowali 

samodzielnie. 

V podszedł i spojrzał na stertę papierów. 

–  Gdzie na biurku? 

–  Akta, tam. Kim... jesteś? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Chciał  powiedzieć:  „Cholernym  partnerem  Jane,  człowieku”.  Kurde,  chciał  to 

wytatuować na pieprzonym czole tego gościa, Ŝeby nie zapomniał do końca Ŝycia, Ŝe Jane jest 

zajęta. 

Znalazł teczkę, potem podszedł do komputera. 

–  Gdzie są pliki? 

–  Nie ma. Kim... je... 

–  NiewaŜne,  kim  jestem.  –  Cholera,  ten  gnojek  był  wyjątkowy.  Nie  zostałby 

naczelnym  oddziału  chirurgii,  będąc  wygodnisiem  i  mięczakiem.  –  Kto  jeszcze  wie  o 

tym zdjęciu? 

–  Jane. 

Dźwięk tego imienia wydobywający się z gęby sukinsyna nie spodobał się V, ale puścił 

to mimo uszu. 

–  Kto jeszcze? 

–  Nikt, o kim wiem. Próbowałem wysłać je do Columbii, ale nie... poszło. Kim jesteś? 

–  Lichem. – V przeszukał na wszelki wypadek umysł chirurga. Właściwie nic tam nie 

było. Czas wracać. 

Musiał jednak wiedzieć jeszcze jedną rzecz. 

–  Powiedz mi coś, doktorku. Gdyby kobieta była zamęŜna, podrywałbyś ją? 

Szef Jane zmarszczył brwi, potem pokręcił wolno głową. 

–  Nie. 

–  Kto by pomyślał. To prawidłowa odpowiedź. 

Nim skierował się do drzwi, pomyślał, Ŝe mógłby rozmieścić w jego głowie wyzwalacze, 

wydrąŜyć  ścieŜki  neuronowe,  Ŝeby  sukinsyn  zawsze,  kiedy  pomyśli  o  Jane  w  kategoriach 

seksu,  czuł  strach  albo  mdłości,  albo  wybuchał  płaczem  jak  kompletny  mięczak.  Mimo 

wszystko  trening  szkodliwych  odruchów  był  zbawieniem,  jeśli  chodzi  o  deprogramowanie. 

Ale V nie był symphatą, więc cięŜko by to było zrobić, nie angaŜując się czasowo. Poza tym 

coś takiego mogło doprowadzić kogoś do szaleństwa. Szczególnie kogoś o tak silnym umyśle 

jak Manello. 

V ostatni raz zmierzył rywala wzrokiem. Chirurg patrzył na niego zdezorientowany, ale 

bez lęku, w spojrzeniu widać było raczej agresję. V nie chciał tego przyznać, ale istotnie facet 

mógłby być dobrą partią dla Jane. 

Drań. 

Vrhedny juŜ miał odchodzić, kiedy przed oczami stanęła mu wizja tak rzeczywista jak te, 

które miewał, zanim całkowicie zniknęły. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Właściwie to nie była wizja. To było jedno słowo. I nie miało ono jakiegokolwiek sensu. 

Bracie. 

Dziwne. 

V wypucował doktora z jakichkolwiek wspomnień i zdematerializował się. 

Manny  Manello  oparł  łokcie  na  blacie  biurka,  pomasował  skronie  i  jęknął.  Ból  głowy 

wypracował sobie własne tętno, a czaszka przeobraziła się w kabinę pogłosową. Na dodatek 

kręciło  mu  się  w  głowie,  przypadkowe  myśli  odbijały  się,  tworząc  miszmasz  nic 

nieznaczących  informacji:  musiał  oddać  samochód  do  przeglądu,  musiał  przejrzeć  te 

zgłoszenia  mieszkaniowe,  nie  miał  juŜ  Sama  Adamsa,  jego  poniedziałkowy  mecz  bejsbola 

musiał zostać przełoŜony na środę. 

Dziwne, miał wraŜenie, Ŝe to całe kłębowisko niczego specjalnego miało na celu ukrycie 

czegoś istotnego. 

Bez  konkretnego  powodu  miał  przed  oczami  obraz  szydełkowanej  fiołkowej  narzuty, 

która  leŜała  na  fiołkowej  kanapie  matki  w  jej  fiołkowym  pokoju  gościnnym.  Tej  cholernej 

narzuty  nigdy  nie  wolno  było  wziąć  do  ogrzania  się,  Bóg  musiał  cię  mieć  w  swojej  opiece, 

jeśli próbowałeś ją ściągnąć. Jedynym celem narzuty było zakrycie plamy, którą kiedyś zrobił 

ojciec, zrzuciwszy z talerza spaghetti. Bądź co bądź nie za wiele moŜna było zdziałać butelką 

spryskiwacza, a ten szajs z puszki zawierał czerwony barwnik. A to nie wyglądało dobrze na 

fiołkowym obiciu. 

Rozproszone  myśli,  zupełnie  jak  ta  narzuta,  zasłaniały  jakąś  plamę  w  jego  umyśle,  ale 

kompletnie nie wiedział jaką. 

Przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Druga nad ranem. 

Czas iść do domu. 

Kiedy pakował swoje rzeczy, znów miał wraŜenie, Ŝe umyka mu coś waŜnego i cały czas 

przeszukiwał lewą część biurka. Była tam jakaś wyrwa w papierach. 

Puste miejsce po teczce. 

Coś  zostało  stąd  zabrane.  Wiedział  to.  Tylko  nie  mógł  dojść,  co  to  było,  a  im  bardziej 

starał się sobie przypomnieć, tym bardziej bolała go głowa. 

Podszedł do drzwi. 

Naprawdę potrzebował urlopu. 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

44

44

44

44    

BYĆ  MOśE  NIE  BYŁ  TO  NAJLEPSZY  POMYSŁ,  uznał  Furiath,  przystając  w 

przejściu  obok  swej  sypialni  w  rezydencji  Bractwa.  W  końcu  gospodarze  i  tak  byli  zajęci, 

więc nie mógł się jeszcze do nikogo zwrócić. Ale sprawy nie przedstawiały się dobrze. 

Bzdura. 

Na  krawędzi  łóŜka  siedziała  Cormia  z  zasłoniętymi  piersiami,  a  oczy  jej  wyglądały  jak 

dwie  kulki.  Była  w  takim  szoku,  Ŝe  chciał  ją  zabrać  z  powrotem  na  Drugą  Stronę,  ale  nic 

lepszego  jej  tam  nie  czekało.  Nie  chciał,  aby  spotkała  się  z  plutonem  egzekucyjnym 

przełoŜonej. Trzeba było jakoś temu zaradzić. 

–  Gdybyś czegoś potrzebowała, to jestem w pokoju obok. – Wychylił się i wskazał na 

lewo.  –  Liczę  na  to,  Ŝe  moŜesz  tu  zostać  jeden  dzień  lub  coś  około  tego  i  trochę 

odpocząć. Miej chwilę czasu dla siebie. Dobrze? 

Skinęła,  jasne  włosy  opadały  jej  na  ramiona.  Podobał  mu  się  ten  kolor,  zwłaszcza  w 

przyćmionym świetle lampki nocnej. Przypominał wypolerowane drewno sosnowe, lśniące i 

Ŝółte. 

–  Chciałabyś  coś  zjeść?  –  Gdy  potrząsnęła  głową,  podszedł  do  telefonu  i  połoŜył  na 

nim rękę. 

–  Jeśli  zgłodniejesz,  po  prostu  wybierz  gwiazdkę  i  cztery,  a  ja  zaprowadzę  cię  do 

kuchni. Cokolwiek będziesz chciała, przyniosą ci. 

Powędrowała wzrokiem dookoła, potem zatrzymała się na nim. 

–  Jesteś tu bezpieczna, Cormio. Nic złego ci się nic stanie. 

–  Furiath?  Wróciłeś?  –  W  dobiegającym  zza  drzwi  głosie  Belli  słychać  było 

zaskoczenie i ulgę jednocześnie. 

Serce  mu  zamarło.  Był  skończony.  I  to  przez  kogoś,  komu  najbardziej  obawiał  się 

wyjaśnić całą sprawę. Ona była gorsza niŜ Ghrom. 

Zebrał się w sobie, zanim zdołał na nią spojrzeć. 

–  Tak, wróciłem, ale tylko na chwilę. 

–  Myślałam, Ŝe wróciłeś... Och, witaj. – Bella spostrzegła Cormię i uśmiechnęła się do 

niej. – Mam na imię Bella. A ty jesteś...? 

Gdy nie doczekała się odpowiedzi, Furiath powiedział: 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  To  jest  Cormia.  Ona  jest  Wybranką,  z  którą...  zaprzyjaźniłem  się.  Cormia,  to  jest 

Bella. 

–  Cormia wstała i pokłoniła się tak nisko, Ŝe włosami prawie zamiotła podłogę: 

–  Wasza Wysokość. 

Bella oswobodziła swą dłoń z uścisku: 

–  Miło  mi  cię  poznać,  Cormio.  Ale  proszę,  w  tym  domu  nie  zachowujemy  się  tak 

ceremonialnie. 

Cormia wyprostowała się i przytaknęła. 

Potem zapanowała niezmiernie długa cisza. 

Furiath przełknął ślinę. Nie wyszło chyba aŜ tak niezręcznie. 

Cormia wpatrywała się w tamtą kobietę i bez słów potrafiła poznać całą jej historię. Więc 

dlatego Najsamiec nie chciał się parzyć. To była kobieta, której naprawdę pragnął. Widać to 

było po jego błądzącym za nią wzroku, obniŜającym się głosie i tym, jak jego ciało rozpalało 

się na jej widok. 

Poza tym spodziewała się dziecka. 

Cormia przeniosła wzrok na Najsamca. Spodziewała się dziecka, ale to nie on był ojcem. 

Patrzył na nią z tęsknotą, a nie jak na swą własność. 

Ach  tak,  więc  dlatego  wkroczył  do  akcji,  kiedy  syn  Krhviopija  zmienił  swe  zamiary. 

Najsamiec  chciał  zapomnieć  o  tej  kobiecie,  poniewaŜ  tak  bardzo  jej  pragnął,  a  nie  była  mu 

ona pisana. 

Przestępował z nogi na nogę, spoglądając przez pokój. Potem uśmiechnął się lekko: 

–  Ile minut straciłaś? 

Kobieta... Bella... odwzajemniła uśmiech: 

–  Jedenaście. 

–  Nie lada wycieczka na dół do holu. Pewnie chciałabyś juŜ tam iść. 

–  Nie zajmie mi to aŜ tak wiele czasu. 

Dwie pary wpatrzonych w siebie oczu. Uczucie i smutek promieniowały blaskiem wokół 

niej. A lekkie rumieńce na jego policzkach mówiły, Ŝe nie była to zwykła miłość. 

Cormia podciągnęła kawałek szaty aŜ do policzka, zasłaniając szyję. 

–  Co będzie, jeśli odprowadzę cię do twojego pokoju? – zapytał Furiath, zbliŜając się 

do Belli i oferując jej swe ramię. – Tak czy owak, chciałbym zobaczyć się z Z. 

Bella przewróciła oczami. 

–  To tylko wymówka, naprawdę chcesz iść ze mną do łóŜka. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Cormia drgnęła, a Najsamiec zaśmiał się, mrucząc: 

–  Tak, właściwie tak. Więc wszystko w porządku? 

Dziewczyna zachichotała i chwyciła go pod łokieć. Powiedziała cicho miękkim głosem: 

–  Wszystko  w  porządku.  Szczególnie  z  tobą...  naprawdę  dobrze  się  składa.  Tak  się 

cieszę, Ŝe tu jesteś, odkąd... odkąd po prostu jesteś. 

Rumieniec na jego policzkach pojaśniał. Spojrzał na Cormię. 

–  Pójdę  ją  ułoŜyć  do  snu,  a  potem  znów  będę  w  swoim  pokoju,  gdybyś  czegoś 

potrzebowała, dobrze? 

Cormia przytaknęła i obserwowała zamykające się za nimi drzwi. 

Pozostawiona samej sobie, znów usiadła na łóŜku. 

Droga  Pani  Kronik...  Poczuła  się  maleńka.  Maleńka  na  wielkim  materacu.  Maleńka  w 

przestronnym pokoju. Maleńka wobec otaczających ją kolorów i struktur. 

Ale  sama  tego  chciała,  czyŜ  nie?  Przyglądając  się  ceremonii,  myślała,  Ŝe  właśnie  tego 

chce. 

Nie udało jej się tylko stać niewidzialną. 

Rozglądając  się  po  pokoju,  nie  była  w  stanie  pojąć,  gdzie  się  znajduje  i  juŜ  tęskniła  za 

swoją małą, jasną przestrzenią po Drugiej Stronie. 

Kiedy przyszli z zaświatów, zabrali coś z sąsiedniej komnaty, coś, co według niego było 

jego własnością. Pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy, było uświadomienie sobie, jak 

bardzo podobał jej się ten zapach. Trochę jak zapach dymu, dość ostry... od razu zaczął jej się 

z nim kojarzyć. Kolejną myślą było to, Ŝe przesyt kolorów, struktur i form był przytłaczający. 

Ale  to  było  wtedy,  zanim  wyprowadził  ją  na  korytarz,  a  ona  była  zupełnie  przybita. 

Prawdę mówiąc, mieszkał w pałacu, gdzie hol był wielkości największej świątyni po Drugiej 

Stronie.  Nie  mogła  oderwać  oczu  od  wysokich  sklepień  z  malowidłami  przedstawiającymi 

wojowników,  tak  kunsztownymi  jak  drogocenne  klejnoty.  Kiedy  wychylała  się  przez 

balustradę, widok mozaikowej posadzki poniŜej przyprawiał ją o zawrót głowy. 

Była zdumiona, gdy zaprowadził ją do pokoju, w którym obecnie przebywała. 

Nie czuła juŜ trwogi. Teraz była w szoku pod wpływem przesytu otaczających bogactw. 

Po tej stronie powietrze było rzadkie, pełne obcych zapachów, co draŜniło jej nos. Poza tym 

przemieszczało się jednostajnie. Na twarzy i na włosach odczuwała prądy powietrza, równieŜ 

na szacie, którą się osłaniała. 

Rzuciła  spojrzenie  w  kierunku  drzwi.  Dochodziły  stamtąd  dziwne  dźwięki.  Cała 

rezydencja skrzypiała, co i raz słyszała jakieś odgłosy. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Skulona, podwinęła pod siebie stopy i spojrzała na zdobiony stolik stojący na prawo od 

łóŜka. Nie była głodna, ale nie wiedziała, jak poprosić o jedzenie w razie potrzeby. I nie miała 

teŜ pojęcia, jak uŜyć tego czegoś, co on nazywał telefonem. 

Za  oknami  rozległ  się  niepokojący  ryk,  więc  nadstawiła  uszu.  Czy  po  tej  stronie  Ŝyły 

smoki?  Czytała  o  nich  i  mimo  zapewnień  Furiatha,  Ŝe  jest  całkowicie  bezpieczna, 

zaniepokoiła  się.  MoŜe  czyhają  tu  jednak  niebezpieczeństwa,  z  których  nie  zdaje  sobie 

sprawy. 

A moŜe to tylko wiatr? Właściwie sama nie była pewna, mogła się przecieŜ pomylić. 

Chwyciła  satynową  poduszkę  z  frędzlami.  Przyciskając  ją  do  swej  piersi,  głaskała 

jedwab, próbując w ten sposób się uspokoić. 

„To była kara”, pomyślała. Czuła się coraz bardziej przybita. To dlatego, Ŝe dobrowolnie 

opuściła Drugą Stronę. 

Jej modlitwy zostały wysłuchane. Chciała przecieŜ znaleźć się w tym miejscu. 

A teraz jedyne, czego pragnęła, to wrócić do domu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

45

45

45

45    

JANE  SIEDZIAŁA  W  KUCHNI,  trzymając  przed  sobą  kubek.  Słońce  właśnie 

wschodziło, słabe promienie przedzierały się juŜ przez gałęzie drzew. Vrhedny wyszedł jakieś 

dwadzieścia minut temu, ale wcześniej zrobi! jej kakao, które właśnie kończyła pić. 

Bardzo za nim tęskniła, pomimo Ŝe tej nocy spędzili ze sobą tak wiele czasu. V wrócił do 

niej po rozmowie z Mannym i dodał jej otuchy wiadomością, Ŝe szef nadal Ŝyje i jest cały i 

zdrowy. Potem otoczył ją ramionami, przeniósł na łóŜko i zaczęli się kochać. Zrobili to dwa 

razy. 

Wyszedł  dosłownie  przed  chwilą,  ale  Ŝeby  czas  tak  bardzo  jej  się  nie  dłuŜył,  słońce 

musiałoby tylko wschodzić i zachodzić. Tymczasem będzie na niego czekała godzinami. 

Oczywiście  mogła  zadzwonić  albo  napisać  maila,  mogli  teŜ  wpaść  na  siebie  nocą.  To 

jednak nie było to samo. Chciała zasypiać przy nim i spędzać z nim więcej czasu, a nie tylko 

kilka godzin, które dla niej znajdzie przed walką albo powrotem do swego domu. 

A  ze  względów  logistycznych...  czy  powinna  wykorzystać  moŜliwość  przeniesienia  się 

do  Columbii?  Byłaby  znacznie  dalej  od  niego,  ale  czy  to  miało  znaczenie?  Mógł  przybyć 

wszędzie, w kaŜdej chwili. WciąŜ jednak tak daleka przeprowadzka nie wydawała się dobrym 

pomysłem.  Poza  tym  raz  juŜ  został  postrzelony,  więc  jeŜeli  będzie  jej  potrzebował?  Nie 

mogłaby mu wtedy pomóc. 

Do  tego  wszystkiego  dochodził  jeszcze  pomysł  prowadzenia  własnej  pracowni.  Jak  w 

takim razie miałaby go zrealizować? Zdolności przywódcze były jej główną cechą charakteru, 

a podróŜ do Columbii kojarzyła jej się z wyzwaniem, nawet jeśli miałoby minąć pięć lat albo 

coś około tego, zanim zostałaby szefem. 

Pod warunkiem, Ŝe wciąŜ byliby nią zainteresowani i Ŝe w ogóle dostałaby tę pracę. 

Jane spojrzała na kubek z chłodnym juŜ kakao. 

Pomysł,  który  wpadł  jej  do  głowy,  był  niedorzeczny.  Absolutnie niedorzeczny. Dlatego 

zaraz przestała o tym myśleć. 

Wstając  od  stołu,  włoŜyła  kubek  do  zmywarki,  a  następnie  poszła  pod  prysznic.  Pół 

godziny później wyjeŜdŜała juŜ z garaŜu, lecz zaraz natknęła się na minivana, który skręcał na 

sąsiedni podjazd. 

Rodzina. Wspaniale. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Na szczęście szybko dostała się do centrum. Na Trade Street ruch był niewielki, trafiała 

na  same  zielone  światła,  zatrzymała  się  dopiero  na  czerwonym  naprzeciwko  biur  „Caldwell 

Courier Journal”. 

Kiedy  stanęła,  rozległ  się  dźwięk  jej  komórki.  Z  pewnością  dzwonili  z  biura  obsługi 

abonenta. 

–  Whitcomb – przedstawiła się. 

–  Witam, pani doktor. Mówi pani facet. 

Uśmiechnęła się zmieszana: 

–  Hej. 

–  Hej.  –  W  słuchawce  dało  się  słyszeć  stłumiony  szelest,  zupełnie  taki  sam,  jaki 

rozlegał się, gdy V przewracał się w łóŜku. – Gdzie jesteś? 

–  W drodze do pracy. A ty? 

–  Właśnie leŜę na plecach. 

Och, BoŜe, wyobraziła sobie, jak cudownie wyglądał w swych czarnych szatach. 

–  Więc... Jane? 

–  Tak? 

Jego głos się obniŜył. 

–  Co masz na sobie? 

–  Fartuch lekarski. 

–  Mmmm. Seksownie. 

Zaśmiała się. 

–  Wyglądam prawie tak, jakbym miała na sobie worek. 

–  Nieprawda. Wcale nie. Pasuje ci ten strój. 

–  A co ty masz na sobie? 

–  Nic... I niech pani zgadnie, gdzie trzymam rękę. 

Światło  się  zmieniło  i  Jane  musiała  przypomnieć  sobie,  Ŝe  prowadzi  samochód. 

Wstrzymując oddech, zapytała: 

–  Gdzie? 

–  Pomiędzy nogami. Zgadnij na czym? 

Och... najdroŜszy... BoŜe. Naciskając pedał gazu, zapytała: 

–  Na czym? 

Odpowiedział, a ona o mały włos nie wjechała w zaparkowany na poboczu samochód. 

–  Vrhedny... 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Niech  mi  pani  powie,  co  mam  zrobić,  pani  doktor.  Niech  mi  pani  powie,  co  mam 

zrobić z moją ręką. 

Jane przełknęła ślinę, zjechała na pobocze... i udzieliła mu szczegółowych wskazówek. 

Furiath  nasypał  tytoniu,  polizał  papier  i  skręcił  papierosa.  Kiedy  go  zapalił,  oparł  się  o 

poduszki. Ubrany w swój ulubiony jedwabny szlafrok w królewskich kolorach – niebieskim i 

purpurowym odstawił protezę i oparł ją o stolik nocny. 

Wreszcie się uspokoił po powrocie do domu. pogodził się teŜ z Bellą, a teraz relaksował 

się przy skręcie. 

Spotkanie z przełoŜoną bardzo wytrąciło go z równowagi. 

Kobieta pojawiła się w rezydencji około pół godziny po tym. jak przybył wraz z Cormią 

z  Drugiej  Strony.  Furiath  zabrał  ją  do  biblioteki  i  przed  obliczem  Ghroma  wytłumaczył,  Ŝe 

wszystko  poszło  tak  jak  powinno  teraz  jednak  zmienił  zdanie  i  chciał  wrócić  na  trochę  do 

siebie. 

PrzełoŜona  nie  była  tym  zachwycona  Wyniosłym  tonem  oznajmiła,  Ŝe  jako 

reprezentująca Wybranki, pomimo wszelkich zapewnień ze strony Najsamca. Ŝąda spotkania 

z Cormia w celu wyjaśnienia, co naprawdę wydarzyło się w świątyni – czy ceremonia została 

zakończona, czy teŜ nie. 

Furiathowi  od  razu  się  nie  spodobała,  jej  przenikliwe  spojrzenie  zdradzało  nieczyste 

zamiary wobec Cormii. 

Nie  mógł  do  tego  dopuścić.  Z  uśmiechem  na  twarzy  przypomniał  tej  dziwce,  Ŝe  jako 

Najsamiec  nie  jest  jej  poddanym  i  dlatego  razem  z  Cormią  wróci  na  Drugą  Stronę.  Kiedy 

przyjdzie na to czas. Ani chwili wcześniej. 

Wiedziała, Ŝe ma ją w garści, jej oczy zapałały nienawiścią. 

Niech idzie, gdzie chce, najchętniej wysłałby ją do piekła. Nie był pewien, jak to zrobić, 

ale absolutnie nie chciał tu kogoś takiego. Była zbyt podła. 

Furiath zaciągał się dymem. Nie wiedział, jak długo Cormia moŜe z nim zostać. Chryste, 

był w stu procentach pewien. Ŝe dziewczyna bardzo pragnie wrócić. A wiedział, Ŝe nie moŜe 

jej do niczego zmuszać, sama musi zadecydować, kiedy ta chwila nastąpi 

A  co  z  nim?  No  tak...  część  jego  chciała  wydostać  się  z  tej  rezydencji,  ale  Cormia 

powinna  na  razie  tu  przebywać.  Albo  wspólnie  udadzą  się  na  Drugą  Stronę  i  zostaną  tam 

razem. 

Wypuścił dym i niedbale potarł prawą nogę poniŜej kolana. tam gdzie pozostał kikut, jak 

zwykle nad ranem odczuwał w niej ból. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Nagle ktoś zastukał do drzwi. 

–  Proszę. 

Drzwi uchyliły się powoli, więc juŜ wiedział, kto za nimi stoi. 

–  Cormia? To ty? – Usiadł, podciągając kołdrę na nogi, 

Zza drzwi wychyliła się tylko jej jasna głowa. 

–  Wszystko w porządku? 

Potrząsnęła głową i zapytała w Starym języku: 

–  JeŜeli  to  nie  urazi  Jaśnie  Pana.  czy  wolno  mi  wstąpić  do  komnaty  Waszej 

Wysokości? 

–  Oczywiście, Ŝe moŜesz wejść i nie musisz zwracać się do mnie w ten sposób. 

Wsunęła się do środka, zamykając za sobą drzwi. Opatulona białymi szatami wydawała 

się tak krucha, przypominała raczej dziecko niŜ kobietę, którą w rzeczywistości była. 

–  Co się stało? 

Zamiast odpowiedzieć, stała milcząc, ze wzrokiem wbitym w podłogę. 

–  Cormio,  odezwij  się.  Powiedz,  o  co  chodzi.  Pochyliła  się  nisko  i  przemówiła  z  tej 

pozycji: 

–  Jaśnie Panie, jestem... 

–  Bez  tych  ceregieli,  proszę.  –  Chciał  zejść  z  łóŜka,  ale  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  nie 

załoŜył  protezy.  Cofnął  się  na  poprzednie  miejsce,  nie  będąc  pewnym,  jak  by  się 

poczuła, gdyby zauwaŜyła, Ŝe jest kaleką. – Po prostu powiedz, czego potrzebujesz? 

Odchrząknęła. 

–  Jestem ci bliska, prawda? 

–  O, tak. 

–  Więc nie sądzisz, Ŝe powinnam przebywać w twej komnacie? 

Zdziwiony uniósł brwi. 

–  Myślałem, Ŝe będzie dla ciebie lepiej, jak dostaniesz oddzielny pokój. 

–  Och. 

Zmarszczył czoło. Wcale nie chciała z nim zostać. 

Po dłuŜszej chwili pomyślał, Ŝe jednak tak. Czuł się cholernie niezręcznie, mówiąc: 

–  Jeśli chcesz... moŜesz tu zostać. MoŜemy przynieść dodatkowe łóŜko. 

–  A co jest nie tak z tym? 

Chciała dzielić z nim łóŜko? Dlaczego? Ale niech tak będzie. 

–  Cormio,  nie  musisz  przejmować  się  przełoŜoną  ani  innymi,  którzy  myślą,  Ŝe  nie 

spełniasz swego obowiązku. Nikt nie ma zamiaru dowiadywać się, co tutaj robisz. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  To nie o to chodzi. Ten wiatr... Przynajmniej mam nadzieję, Ŝe to wiatr... Słychać go 

w domu, prawda? 

–  Tak, zanosi się na burzę. Ale ściany są solidne, kamienne. 

Myślał, Ŝe jeszcze coś powie, o coś go zapyta, a kiedy tak się nie stało, zrozumiał nagle, 

jak wygląda ta cala sytuacja. Był idiotą. Zabrał ją z jedynego świata, jaki znała, i sprowadził 

w zupełnie obcy. Tutaj otaczały ją rzeczy, które dla niego były oczywiste. Ale jak ona mogła 

się czuć bezpiecznie, skoro nie rozróŜniała, co moŜe być groźne, a co nie? 

–  Słuchaj, chcesz tu zostać? Ze mną nic ci nie grozi. – Rozejrzał się, szukając miejsca, 

gdzie by rozstawić łóŜko polowe. – Wystarczająco duŜo tu miejsca na drugie łóŜko. 

–  To łóŜko mi odpowiada. 

–  Dobrze, więc ja prześpię się na polowym. 

–  Dlaczego? 

–  PoniewaŜ wolałbym nie spać na podłodze. 

Od okien nieźle ciągnęło, mógłby się przeziębić. 

–  Ale  to  łóŜko  jest  wystarczająco  duŜe  dla  nas  obojga.  Furiath  spojrzał  na  nią  z 

niedowierzaniem. –Ach... tak. 

–  Powinniśmy  je  dzielić.  –  WciąŜ  miała  spuszczone  oczy,  ale  w  jej  głosie  było  coś 

niezwykle przekonującego. – I powinnam im w końcu o tym powiedzieć. 

A więc o to chodziło. 

–  W porządku. 

PołoŜyła się przy nim. Opatuliła się pościelą i ułoŜyła się twarzą do niego. Tego się nie 

spodziewał, zwłaszcza Ŝe udawała sen. 

Furiath wypalił cygaro i pomyślał, Ŝe musi jakoś wybrnąć z tej sytuacji. 

Absurd. 

Prędzej czy później będzie musiała poznać prawdę o jego nodze. 

Odsunął  kołdrę,  zamocował  protezę  i  wstał.  Słysząc  jej  oddech  przechodzący  w  lekki 

świst  i  czując  na  sobie  jej  spojrzenie,  pomyślał,  jak  bardzo  musiała  być  przeraŜona.  Jako 

Wybranka przyzwyczajona była przecieŜ do doskonałości. 

–  Nie mam nogi, ale to Ŝaden problem. 

Miał na myśli fakt, Ŝe jego proteza była idealnie dopasowana i doskonale spełniała swoją 

funkcję. 

–  Zaraz wracam. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Poczuł  ulgę,  zamykając  za  sobą  drzwi  od  łazienki.  Spędził  tam  więcej  czasu  niŜ 

zazwyczaj,  czyszcząc  zęby  i  zajmując  się  osobistą  toaletą.  Kiedy  zaczął  przestawiać  waciki 

do czyszczenia uszu i lekarstwa w szafce, pomyślał, Ŝe czas wrócić do sypialni. 

Kiedy  otworzył  drzwi,  leŜała  dokładnie  tak  samo  jak  przedtem,  na  brzegu  łóŜka, 

wlepiając w niego wzrok. 

Gdy  przechodził  przez  pokój,  pragnął,  aby  wreszcie  przestała  tak  na  niego  patrzeć, 

szczególnie w chwili, gdy zdejmował protezę. Nakrywając się kołdrą, próbował się uspokoić. 

Jednak tak się nie dało. Marzł przykryty tylko do połowy. 

Rzucał  przelotne  spojrzenia  na  rozciągnięty  między  nimi  materac  wielkości  boiska  do 

piłki noŜnej. To taka przestrzeń, jakby Cormia znajdowała się w innym pokoju. 

–  Zaraz zgaszę światło. 

Uniosła  głowę  znad  poduszek,  a  następnie  znowu  ją  opuściła.  Zgasił  lampkę... i głębiej 

wślizgnął się pod kołdrę. 

LeŜał  sztywno  obok  niej  w  ciemnościach.  BoŜe...  Nigdy  wcześniej  z  nikim  nie  spał. 

Właściwie tylko raz, na prośbę Belli, z V i Butchem, ale to dlatego, Ŝe oni byli nieprzytomni. 

Poza tym byli męŜczyznami, podczas gdy... no tak, Cormia nie była męŜczyzną. 

Wziął  głęboki  oddech.  Pachniała  jaśminem.  Kiedy  zamknął  oczy,  myślał  o  tym,  Ŝe 

chciałby,  aby  była  zwykłym  śmiertelnikiem  jak  on.  Zapowiadał  się  długi  dzień.  Powinien 

jednak uprzeć się przy łóŜku polowym.