background image

46

46

46

46    

–  VRHEDNY,  CZY  MÓGŁBYŚ  PRZESTAĆ  SIĘ  TAK  UŚMIECHAĆ?  Zaczynasz  działać 

mi na nerwy. 

V  pokazał  Butchowi  środkowy  palec  i  wrócił  do  swojej  kawy.  ZbliŜała  się  noc,  a  to 

znaczyło, Ŝe... za dwadzieścia osiem minut... będzie wolny. 

Poza  tym  jego  myśli  krąŜyły  juŜ  gdzie  indziej.  Zamierzał  udać  się  do  domu  Jane  i 

sprawić  jej  jakąś  romantyczną  niespodziankę.  Nie  był  pewien,  co  by  to  mogło  być,  moŜe 

jakieś  kwiaty  albo  coś  w  tym  stylu.  Przyniesie  kwiaty  i  zainstaluje  system  bezpieczeństwa. 

Najlepszy dowód miłości to podarowanie czujników ruchu. 

BoŜe, naprawdę był zbity z tropu. 

Powiedziała, Ŝe wróci do domu około dziewiątej, więc wymyślił, Ŝe przystroi trochę jej 

sypialnię i zostanie z nią do północy. 

Z wyjątkiem tych pięciu godzin, które miały mu zająć poszukiwania. 

Butch  przeglądał  dział  sportowy  w  gazecie,  naraz  przechylił  się  w  kierunku  Marissy, 

pocałował ją w ramię, i znów wrócił do czytania. Zerknęła na niego znad papierkowej roboty, 

jaką wykonywała dla Azylu, pogładziła go po ramieniu i takŜe wróciła do pracy. Na jej szyi 

widać  było  świeŜy  ślad  po  pieszczotliwym  ugryzieniu,  a  wyraz  twarzy  zdradzał,  Ŝe  jest 

bardzo zadowolona. 

V  drgnął  i  spojrzał  na  stojący  przed  nim  kubek  kawy.  Pomyślał,  Ŝe  między  nim  a  Jane 

nigdy tak nie będzie, gdyŜ nigdy razem nie zamieszkają. Nawet gdyby opuścił Bractwo, nie 

będzie mógł z nią przebywać za dnia ze względu na światło dzienne, a ona nie mogła się tu 

przenieść.  Nie  chciał  jej naraŜać: To, Ŝe wiedziała o istnieniu jego rasy, było wystarczająco 

ryzykowne. Wszystko, co dotyczyło Bractwa, mogło spowodować jakieś niebezpieczeństwo. 

Obejmując dłońmi kubek i huśtając się na krześle, V cały czas martwił się o przyszłość. 

Było im razem dobrze, ale te przymusowe rozłąki źle na nich wpływały. JuŜ czuł się spięty na 

myśl, Ŝe w nocy będzie musiał ją zostawić. 

Chciał  jej  bliskości  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  przez  siedem  dni  w  tygodniu. 

Sam jej głos w telefonie mu nie wystarczał, chociaŜ taki kontakt był lepszy niŜ Ŝaden. Ale czy 

mieli jakieś inne wyjście? 

Znowu rozległ się szelest papieru przypominający, Ŝe Butch właśnie teraz koncentrował 

się na gazecie. Chryste, w jaki on okropny sposób obchodził się z gazetami, zawsze je gniótł. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

To samo było z magazynami. Butch wcale ich nie czytał, a jednak zawsze były podarte, jak 

tylko dostały się w jego ręce. 

Butch  ponownie  zerknął  na  Marissę,  a  V  juŜ  wiedział,  Ŝe  tych  dwoje  zaraz  opuści 

kuchnię i wcale nie dlatego, Ŝe skończyli juŜ pić kawę. 

Zabawne,  potrafił  przewidzieć,  co  się  za  chwilę  wydarzy,  i  nie  dlatego,  Ŝe  usłyszał 

kolejne  westchnienie,  ani  dlatego,  Ŝe  czytał  w  ich  myślach.  Feromony  Butcha  wyraźnie 

działały  na  Marissę.  To  było  tak,  jakby  V  juŜ  ich  widział  zamykających  się  w  spiŜarni  czy 

tylnej sypialni w Bunkrze. Potrafił jedynie odczytywać myśli Jane, ale nie zawsze. Podrapał 

się  po  piersi  i  pomyślał  o  tym,  co  powiedziała  Pani  Kronik...  Ŝe  jego  wizje  i  prorocza 

zdolność nie były zbyt jasne z powodu tego, czego zaznał w swym Ŝyciu. No i Ŝe mogły w 

kaŜdej chwili powrócić. Rzecz w tym, Ŝe teraz miał Jane, więc czy to nie była juŜ przeszłość? 

Znalazł swoją kobietę. Był z nią. Koniec tej historii. 

Napił się kawy. Podrapał się po piersi. 

Nocny koszmar powrócił tego ranka. 

Po  tamtym  zdarzeniu, kiedy nie mógł oddać juŜ więcej strzałów, zdecydował, Ŝe coś w 

tym musi być. Podświadomie wyczuwał, Ŝe jego Ŝycie wciąŜ pozostaje pod jakąś kontrolą. I 

Ŝe zakochał się wcale nieprzypadkowo. 

To musiało się wydarzyć. Z jakiegoś powodu musiało. 

–  Dziesięć minut – wyszeptał Butch do ucha Marissy. – Dasz mi choć dziesięć minut, 

zanim pójdziesz? Proszę, kochanie... 

V  przewrócił  oczami  zirytowany  z  powodu  tych  głupawych  zalotów.  To  był  znak,  Ŝe 

jeszcze nie pozbył się testosteronu. 

–  Kochanie... mogę? 

V chwycił kubek. 

–  Marissa, moŜesz rzucić czymś w tego gnojka? To mizdrzenie się działa mi na nerwy. 

–  MoŜe  znajdzie  się  trochę  czasu.  –  Marissa  chowała  papiery  ze  śmiechem,  potem 

rzuciła Butchowi znaczące spojrzenie. – Dziesięć minut i lepiej zacznij juŜ je odliczać. 

Butch zerwał się z krzesła, jakby ktoś je podpalił. 

–  Muszę zawsze? 

–  Mmmm... Tak, musisz. 

Kiedy ich usta zetknęły się w pocałunku, V prychnął: 

–  Bawcie się dzieciaki gdzie indziej. 

Właśnie wyszli, gdy nagle wparował Zbihr. 

–  Cholera... cholera... cholera... – sapał. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Co się dzieje, mój bracie? 

–  Mam  prowadzić  zajęcia,  a  jestem  juŜ  spóźniony.–  Zbihr  chwycił  kawałek  rogala, 

wyjął udko indyka z lodówki i ćwiartkę lodów z zamraŜarki. – Cholera. 

–  To jest twoje śniadanie? 

–  Zamknij się. To prawie jak kanapka z indykiem. 

–  Nie licząc majonezu. 

–  Cokolwiek.  –  Skierował  się  do  wyjścia.  –  A  przy  okazji,  Furiath  znów  tu  jest  i 

przyprowadził  ze  sobą  tę  Wybrankę.  Lepiej,  Ŝebyś  wiedział,  Ŝebyś  się  nie  zdziwił, 

widząc tu szwendającą się dziewczynę. 

CóŜ za niespodzianka. 

–  Jak on się miewa? 

Zbihr milczał przez chwilę. 

–  Nie mam pojęcia. Trudno się z sukinsynem dogadać. 

–  Coś podobnego. A ty jesteś kandydatem do The View? 

–  Zaraz po tobie. 

–  Niesamowite. – V pokręcił głową. – Człowieku, jestem jego dłuŜnikiem. 

–  Tak, jesteś. Wszyscy jesteśmy. 

–  Zaczekaj, Z. – V rzucił mu łyŜeczkę. – Z pewnością będziesz jej potrzebował. 

Z chwycił ją w locie. 

–  O, dzięki. Bella wciąŜ chodzi mi po głowie, czujesz to? 

Zamknął za sobą drzwi. 

Rozkoszując  się  ciszą,  jaka  nastała,  V  ze  spokojem  szykował  sobie  coś  do  picia.  Kawa 

zdąŜyła juŜ wystygnąć, jeszcze parę minut i zrobiłaby się lodowata. Zupełnie nie do wypicia. 

Tak... Doskonale wiedział, co znaczy myśleć w kółko o kobiecie. 

Wiedział to z własnego doświadczenia. 

Cormia czuła, jak Furiath bez przerwy wierci się w łóŜku. 

Trwało  to  godzinami.  Przez  cały  dzień  nie  zmruŜyła  oka  i  była  pewna,  Ŝe  on  teŜ. 

Wreszcie przestał się przewracać z boku na bok. 

Mamrotał  coś  o  chłoście.  Wyglądało  to  tak,  jakby  wciąŜ  było  mu  niewygodnie,  więc 

martwiła  się,  Ŝe  to  wszystko  przez  nią...  ChociaŜ  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób  miałaby  mu 

przeszkadzać. ŁoŜe było obszerne. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

To  było  dziwne  uczucie.  Dawał  jej  szczęście  samą  swą  obecnością.  Fakt,  Ŝe  leŜał  po 

drugiej  stronie  łoŜa,  sprawiał  jej  prawdziwą  przyjemność.  Czuła  się  przy  nim  bezpiecznie, 

chociaŜ prawie go nie znała. 

Najsamiec znów się poruszył, jęknął i... 

Cormia podskoczyła, kiedy jego ręka znalazła się na jej ramieniu. 

On równieŜ. Z jego gardła wydobył się niski pomruk, a następnie uniósł dłoń i ponownie 

ją opuścił, jakby chciał sprawdzić, co takiego leŜy przy nim w łóŜku. 

Spodziewała się, Ŝe się wycofa. 

Jednak się myliła. 

Zastygła w bezruchu, gdy znowu jęknął dość donośnie i wydobywając rękę spod kołdry, 

dotknął jej ramienia, a następnie talii. Miała wraŜenie, Ŝe przechodzi jakiś test Przysunął do 

niej  swe  potęŜne  udo,  poczuła,  jak  coś  cięŜkiego  przygniotło  jej  biodro.  Przesuwał  rękę 

wzdłuŜ jej ciała i zanim się zorientowała, zsunął okrywającą ją szatę. 

Mruczał  coraz  głośniej,  przyciągając  ją  do  siebie.  Zaparło  jej  dech  w  piersiach,  ale  nie 

było czasu na jakąkolwiek reakcję. PrzyłoŜył swe usta do jej szyi, całował delikatnie jej skórę, 

aŜ robiło jej się gorąco. Naraz jego biodra zaczęły się poruszać. Płynne ruchy w przód i w tył 

sprawiały, Ŝe poczuła mrowienie między nogami. Coś się w nią wciskało. 

Bez ostrzeŜenia otoczył ją ramionami, odwrócił na plecy, a jego wspaniałe włosy opadły 

na jej twarz. Wsunął swe grube udo między jej uda, wciskał się w nią i wysuwał, głaskał jej 

ciało, a ona wiedziała, Ŝe właśnie uprawia z nią seks. Był wielki w porównaniu z nią, lecz nie 

czuła się wzięta przemocą i wcale jej to nie przeraŜało. Cokolwiek działo się między nimi, to 

było to, czego sama pragnęła. Coś... czego poŜądała. 

OstroŜnie połoŜyła swe dłonie na jego plecach. Miał potęŜne mięśnie, które napinały się 

przy  kaŜdym  ruchu.  Gdy  zaczęła  go  dotykać,  mruknął,  jakby  mu  się  to  podobało,  więc 

zastanawiała się, co moŜe odczuwać, gdy ona tak gładzi jego nagą skórę. 

Pochylił się w jedną stronę, ujął jej dłoń i połoŜył między ich ciałami. 

Oboje  cięŜko  oddychali,  łącząc  się  w  jedność.  Rozkoszowała  się  bijącym  od  niego 

ciepłem,  jego  wielkim,  jędrnym  ciałem...  a  takŜe  gładkością  jego  skóry...  i  siłą,  jaka  w  nim 

drzemała. Chwyciła go gwałtownie, czując jakby ogień rozpalający ją od środka. 

A  wtedy  on  krzyknął,  wykonał  ruch  biodrami  do  przodu  i  wierzgnął  nogami.  Chwilę 

później coś ciepłego i gęstego wytrysnęło na jej brzuch. 

Och, święta Panienko, czyŜby go zraniła? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Furiath  obudził  się,  siedząc  okrakiem  na  Cormii,  która  trzymała  w  ręku  jego  członek. 

PrzeŜywał  właśnie  wspaniały  orgazm.  Próbował  powstrzymać  swe  ciało  przed  miotającymi 

nim  spazmami,  ale  nie  udawało  mu  się  to  nawet  wtedy,  kiedy  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe 

wytryskuje wprost na nią. 

Gdy doznania minęły, stoczył się gwałtownie na łóŜko. A potem było juŜ tylko gorzej. 

–  Bardzo przepraszam – powiedziała, gapiąc się na niego przeraŜona. 

–  Za co? – Cholera, jego głos zabrzmiał ostro. A to przecieŜ on powinien ją przeprosić. 

–  Zraniłam cię... zacząłeś krwawić. 

O słodki Jezu. 

–  AleŜ... to nie była krew. 

Odrzucił na bok kołdrę, chcąc wstać, ale zaraz zdał sobie sprawę z tego, Ŝe jest zupełnie 

nagi  i  musi  przeszukać  łóŜko,  aby  znaleźć  swój  szlafrok.  Zarzucił  go  szybko  na  siebie  i 

pognał do łazienki po ręcznik. 

Kiedy  wrócił,  mógł  sobie  tylko  wyobrazić,  jak  bardzo  chciała  to  z  siebie  powycierać. 

Nieźle namieszał i nabałaganił. 

–  Pozwól mi... – Chwycił szatę leŜącą na podłodze. O nie, ona teŜ była naga. Świetnie. 

– MoŜe powinnaś się wytrzeć. 

Rozejrzał się dookoła, w końcu podał jej ręcznik. 

–  Weź. 

Kątem  oka  obserwował,  jak  niezdarnie  wyciera  się  pod  pościelą  i  ogarnęło  go 

obrzydzenie  do  samego  siebie.  Jezu...  Jaki  z  niego  rozpustnik.  Zbałamucił  nieszczęsną 

samicę. 

Kiedy oddawała mu ręcznik, powiedział: 

–  Nie moŜesz ze mną zostać. To nie w porządku. Musisz mieć oddzielny pokój. 

Nastała chwila ciszy, zanim się odezwała: 

–  Tak, panie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

47

47

47

47    

GDY  ZAPADŁA  NOC,  John  przebywał  w  podziemnej  sali  gimnastycznej  na  treningu. 

Trzymając  sztylet  w  prawej  dłoni,  przybrał  pozę  pełnej  gotowości.  Kiedy  Zbihr  zagwizdał, 

John i cała reszta wykonali ćwiczenie: cios w kierunku klatki piersiowej przeciwnika, cięcie 

pod kątem, krok naprzód 1 dźgnięcie poniŜej mostka. 

–  John, pozostań czujny! 

Cholera,  znowu  wszystko  spieprzył.  Czując  się  kompletnym,  bezuŜytecznym 

nieudacznikiem, próbował znaleźć rytm w tej sytuacji, ale nie potrafił wywaŜyć cięŜaru ciała i 

nic mu nie wychodziło. 

–  John,  przestań!  –  Zbihr  stanął  za  nim,  chwycił  go  za  ramiona  i  pokazał,  w  jaki 

sposób ma wykonywać ruchy. Ciągle powtarzała się ta sytuacja. – Przyjmijcie pozycję 

gotowości! 

John rozluźnił się, zaczekał na gwizdek... i znów mu nie wyszło. 

W chwili, kiedy Zbihr przechadzał się w pobliŜu, John nie był w stanie spojrzeć bratu w 

oczy. 

–  Nie poddawaj się, próbuj dalej. – Z chwycił ostrze i włoŜył je w lewą dłoń Johna. 

John pokręcił głową. Był praworęczny. 

–  ChociaŜ spróbuj. Ćwiczymy dalej! 

Kolejna pozycja gotowości. Kolejny gwizdek. I kolejny pieprzony zawód. 

Ale  tym  razem  nie  było  zawodu.  Naraz  ciało  Johna,  jakby  za  dotykiem  czarodziejskiej 

róŜdŜki,  zachowało  się  jak  naciągnięta  struna.  Wszystkie  jego  członki  współgrały  ze  sobą, 

ułoŜyły się tak, jak powinny. Wykonał idealne ruchy sztyletem. 

Po zakończeniu treningu na jego twarzy pojawił się uśmiech. Do czasu, póki nie natknął 

się  na  spojrzenie  Z.  Brat  dziwnie  się  w  niego  wpatrywał,  jednak  po  chwili  jakby  się 

opamiętał. 

–  Lepiej, John. Znacznie lepiej. 

John spojrzał na ostrze trzymane w dłoni. Przyszło mu do głowy bolesne wspomnienie, 

gdy odprowadzał Sarelle do samochodu, kilka dni przed tym, jak została zabita. Będąc u jej 

boku,  Ŝałował,  Ŝe  nie  ma  sztyletu,  brakowało  mu  poczucia  jego  cięŜaru  w  dłoni.  Wtedy  to 

była jego prawa dłoń. Dlaczego więc zmiana dała efekt? 

–  Zaczynamy znowu! – zawołał Z. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Powtórzyli cały zestaw ćwiczeń dwadzieścia trzy razy, potem pracowali nad następnym, 

który  obejmował  klęknięcie  i  gwałtowny  wyskok.  Z  pilnował,  aby  trzymali  linię,  zachowali 

odpowiednią postawę itd. 

Nie musiał juŜ poświęcać specjalnej uwagi Johnowi, który wreszcie załapał, o co w tym 

wszystkim chodzi. 

Po zajęciach John ruszył do szatni, ale Z go zawołał i zaprowadził do magazynu sprzętu, 

gdzie między innymi trzymane teŜ były sztylety. 

–  Odtąd  tego  będziesz  uŜywał.  –  Z  wręczył  Johnowi  sztylet  z  niebieską  rękojeścią.  – 

Przeznaczony do lewej dłoni. 

John  wypróbował  go  i  poczuł  się  nawet  silniejszy.  JuŜ  miał  zamiar  podziękować  bratu, 

gdy  zauwaŜył  coś  dziwnego.  Z  przyglądał  mu  się  ze  zmarszczonym  czołem,  zupełnie  tak 

samo jak tam, na sali. 

John wetknął ostrze za pasek od kimona i zapytał: 

O co chodzi? Nie trzymam właściwej pozycji? 

Z podrapał się w rękę w miejscu, gdzie miał wytatuowaną czaszkę. 

–  Lepiej mnie zapytaj, ilu jest leworęcznych wojowników. 

John wstrzymał oddech, ogarnęło go jakieś dziwne uczcie. 

Ilu? 

–  Znany był tylko jeden. Zapytaj mnie, kto to był. 

No więc kto? 

–  Hardhy. H był leworęczny. 

John wpatrywał się w swoją lewą rękę. Jego ojciec. 

–  A  ty  poruszasz  się  jak  on  –  wymamrotał  Z.  –  Mówiąc  szczerze,  to  niesamowite. 

Zupełnie jakbym patrzył na niego. 

Naprawdę? 

–  Tak, miał płynne ruchy jak ty. I w ogóle we wszystkim go przypominasz. – Z klepnął 

go w ramię. – Lewy. Bądź tu mądry. 

John patrzył, jak brat się oddala, potem znów spojrzał na swoją dłoń. 

Nie pierwszy raz zastanawiał się, jaki był jego ojciec. Jaki miał głos. Jak się zachowywał. 

BoŜe, jak bardzo chciał mieć o nim jakieś informacje. 

MoŜe  któregoś  dnia  będzie  mógł  zapytać  Zbihra,  chociaŜ  obawiał  się,  Ŝe  nie  wytrzyma 

tego emocjonalnie. 

MęŜczyzna zawsze powinien być twardy. Szczególnie przed obliczem swojego brata. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Jane  wjechała  do  garaŜu,  sypiąc  przekleństwami.  Jedenasta  trzydzieści  cztery.  Była 

spóźniona na spotkanie z V o dwie i pół godziny. 

Od  samego  początku  wszystko  wskazywało  na  to,  Ŝe  się  spóźni.  JuŜ  miała  na  sobie 

płaszcz  i  spakowała  torbę,  ale  zanim  wyszła,  co  rusz  pojawiał  się  ktoś  z  jakimiś  pytaniami. 

Potem pogorszył się stan jednej pacjentki, więc musiała ją zbadać, a potem porozmawiać z jej 

rodziną. 

Napisała  Vrhednemu  wiadomość,  Ŝe  będzie  trochę  później  Potem  wysłała  kolejną,  gdy 

okazało  się,  Ŝe  jeszcze  musi  zostać  w  szpitalu.  Odpisał  jej,  Ŝe  nie  ma  sprawy.  Na  końcu 

zadzwoniła, Ŝe podróŜ do domu zajmie jej duŜo więcej czasu ze względu na objazd. 

Wysiadła  z  samochodu  podekscytowana  myślą,  Ŝe  zaraz  zobaczy  Vrhednego,  ale  mimo 

wszystko  czuła  się  wyczerpana.  Dzień  był  długi  i  męczący,  a  poprzedniej  nocy  przecieŜ  w 

ogóle nie spała. 

Jak tylko weszła do kuchni, od razu zawołała: 

–  Przepraszam za spóźnienie! 

–  W porządku. – jego głos dobiegał z salonu. 

Przeszła kawałek dalej... i stanęła jak wryta. W mroku zauwaŜyła Vrhednego siedzącego 

na kanapie z nogą załoŜoną na nogę. Obok leŜała jego skórzana kurtka, spod której wystawał 

bukiet kalii. V był nieruchomy jak posąg. 

O cholera. 

–  Hej – przywitała go, rzucając torbę i płaszcz na stół w jadalni. 

–  Hej.  –  Wyprostował  nogi  i  oparł  łokcie  na  kolanach.  –  Wszystko  w  porządku  w 

szpitalu? 

–  Tak. Po prostu miałam pełne ręce roboty.– Usiadła przy kwiatach. – Są wspaniale. 

–  Przyniosłem je dla ciebie. 

–  Naprawdę przepraszam. Zasłonił jej usta dłonią. 

–  Nie musisz. Mogę sobie wyobrazić, jak to jest. 

Zmierzyła  go  wzrokiem  i  od  razu  wiedziała,  Ŝe  nawet  nie  próbował  jej  o  nic  obwiniać; 

był tylko rozczarowany. A to sprawiało, Ŝe czuła się jeszcze gorzej. 

–  Wyglądasz  na  zmęczoną  –  powiedział.  –  Myślę,  Ŝe  najlepsze,  co  mogę  zrobić,  to 

połoŜyć cię do łóŜka. 

Pochyliła się i pogładziła palcem wskazującym jeden z kwiatów. Podobało jej się to, Ŝe 

nie  przyniósł  róŜ,  które  były  takie  przeciętne.  Kalie  miały  rzadko  spotykany  odcień 

brzoskwiniowy. Piękny. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Naprawdę?  –  Pomimo  Ŝe  na  niego  nie  patrzyła,  wiedziała.  Ŝe  się  uśmiechnął.  –  O 

czym myślałaś? 

–  O wszystkim i niczym, lak bardzo chciałabym zasypiać przy tobie kaŜdej nocy. 

Nie powiedziała, Ŝe odrzuciła moŜliwość wyjazdu do Columbii i Ŝe mogłaby spróbować 

zdobyć  posadę  w  Nowym  Jorku,  związaną  nawet  z  jeszcze  większą  odpowiedzialnością. 

Zgodziłaby  się  na  wszystko,  gdyby  tylko  mogła  spędzać  więcej  czasu  z  V.  WciąŜ  chciała 

dowodzić.  ale  trzeba  włoŜyć  trochę  wysiłku,  zanim  się  osiągnie  to.  czego  się  pragnie.  I  A 

jeŜeli wydaje się. Ŝe wszystko tak od razu się uda. to jest to na pewno nieprawda. 

Naraz ogarnęło ją ziewanie. Cholera, naprawię była zmęczona. 

V wstał i podsunął jej ramię. 

–  Czas na ciebie MoŜesz trochę pospać przy mnie. 

Pozwoliła,  aby  ją  zaniósł  na  górę.  rozebrał  i  wsadził  pod  prysznic.  Czekała,  aŜ  do  niej 

dołączy, ale pokręcił przecząco głową. 

–  Gdybym  to  zrobił,  nie  wypuściłbym  cię  przez  następne  dwie  godziny.  –  Popatrzył 

lubieŜnie na jej piersi. – Och... Chryste... Ja tylko... Kurwa, miałem zaczekać na ciebie 

na zewnątrz. 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  zamknął  szklane  drzwi  kabiny  prysznicowej,  a  jego  ciemna 

sylwetka  zaczęła  przesuwać  się  w  kierunku  sypialni.  Dziesięć  minut  później  wykąpana  z 

wyszorowanymi zębami, załoŜyła koszulkę nocną. 

Vrhedny przygotował juŜ łóŜko do spania. 

–  Wskakuj – rozkazał. 

–  Nienawidzę wykonywania rozkazów – wymamrotała. 

–  Ale robisz to dla mnie. Wyjątkowo. UłóŜ się wygodnie. 

Po chwili leŜeli juŜ razem w łóŜku. PodłoŜył ramię pod jej głowę i przytulił się do niej, a 

ona rozkoszowała się jego zapachem. Czuła ukojenie, gdy gładził ją po plecach. 

Po chwili powiedziała w ciemności: 

–  Straciliśmy dziś pacjentkę. 

–  Cholera, tak mi przykro. 

–  Tak...  nie  było  dla  niej  ratunku.  Czasami  po  prostu  o  tym  wiesz  od  początku.  Ja 

wiedziałam.  Cały  czas  bardzo  się  staraliśmy,  zrobiliśmy  wszystko,  co  w  naszej  mocy, 

ale tak naprawdę... Tak naprawdę wiedziałam, Ŝe to na próŜno. 

–  To musi być straszne przeŜycie. 

–  Okropne. To właśnie ja musiałam porozmawiać z jej rodziną, ale chociaŜ dobrze się 

stało, Ŝe byli w szpitalu, gdy odeszła. A w przypadku mojej siostry? Hannah umarła w 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

samotności. Nie mogę tego znieść. – Jane wyobraziła sobie młodą kobietę, której serce 

oddano  do  transplantacji.  –  Śmierć  jest  niesamowita.  Wielu  ludzi  myśli,  Ŝe  to  jedna 

chwila i po wszystkim, ale bardzo często jest to cały proces. Coś takiego jak zamykanie 

sklepu na koniec dnia. PrzewaŜnie moŜesz się zorientować, Ŝe coś jest nie tak, dopóki 

nie pogasisz świateł i nie zamkniesz drzwi na kłódkę. Jako lekarz mogę ratować ludzi, 

opatrując  im  rany,  przetaczając  więcej  krwi,  czy  podając  leki.  Ale  czasami...  czasami 

właściciel sklepu po prostu wychodzi i nie zatrzymasz go, choćbyś nie wiadomo jak się 

starał.  –  Zaśmiała  się  z  zakłopotaniem  –  Przepraszam,  chyba  nie  myślisz,  Ŝe  mam 

obsesję? 

Pogładził ją po twarzy. 

–  Nie, z pewnością nie masz. Jesteś wspaniała. 

–  Tylko tak mówisz. – Ziewnęła szeroko. 

–  Nieprawda,  tak  myślę.  –  Ucałował  jej  czoło  –  A  teraz  śpij.  Musiała  zasnąć,  gdyŜ 

jakiś czas później poczuła, jak wstaje. 

–  Nie odchodź. 

–  Muszę. Patroluję miasto. 

Wstał.  Był  taki  potęŜny.  Ciemne  włosy  rozświetlało  mu  wpadające  przez  okno 

przyćmione światło latarni ulicznych. 

Uderzyła ją fala smutku, zamknęła więc oczy. 

–  Hej – pocieszał ją, siadając obok. – Nic z tych rzeczy, Nie smucimy się. Ani ty, ani 

ja. Nie smucimy się. 

Zaśmiała się cicho. 

–  Skąd wiedziałeś, co czuję? MoŜe było po mnie widać? 

Dotknął koniuszka nosa. 

–  Wyczułem to w powietrzu. To coś takiego jak wiosenny deszcz. 

–  Nienawidzę tego zasranego „do widzenia”. 

–  Ja teŜ. – Musnął wargami jej czoło. – Masz to. – Ściągnął z siebie koszulę z długimi 

rękawami, zwinął ją i podłoŜył jej pod policzek. – Udawaj, Ŝe to ja. 

Wzięła  głęboki  oddech,  poczuła  jego  zapach  i  trochę  się  uspokoiła.  Kiedy  stał  tak  nad 

nią, wydawał się silny i potęŜny jak jakiś superbohater. 

–  Proszę... Bądź ostroŜny. 

–  Zawsze jestem. – Nachylił się nad nią i znów ją pocałował. – Kocham cię. 

Kiedy  chciał  odejść,  uniosła  się  i  chwyciła  go  za  ramię.  Nie  potrafiła  wydusić  z  siebie 

słowa, ale cisza wszystko wyjaśniała. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  TeŜ nienawidzę rozstań – odparł szorstko. – Ale wrócę. Obiecuję. 

Uraczył  ją  kolejnym  pocałunkiem,  a  następnie  skierował  się  do  drzwi.  Kiedy  usłyszała, 

jak  schodzi  po  schodach,  potem  zakłada  płaszcz,  przycisnęła  do  twarzy  jego  koszulę  i 

zamknęła oczy. 

W  tym  samym  momencie  rozległ  się  trzask  dochodzący  z  garaŜu  znajdującego  się 

naprzeciwko jej domu. Ktoś otworzył drzwi i odpalił silnik samochodu, robiąc przy tym tyle 

hałasu, Ŝe nie mogła tego znieść. 

Nakryła głowę poduszką i omal nie zaczęła krzyczeć. 

Vrhedny  wcale  nie  czuł  się  szczęśliwy,  biorąc  pochwę  ze  sztyletem.  Był  roztargniony, 

zły,  obolały  jak  cholera  i  desperacko  potrzebował  papierosa  oraz  swojej  gry  w  kulki  przed 

wyjściem  w  miasto.  Czuł  się  kompletnie  wyczerpany,  jakby  cięŜki  worek  wisiał  mu  na 

ramieniu. 

–  Vrhedny!  Zaczekaj!  –  Głos  Jane  dobiegł  z  góry  akurat  w  chwili,  kiedy  miał  się 

zdematerializować. – Zaczekaj! 

Tupot  jej  stóp  na  schodach  rozlegał  się  coraz  donośniej,  aŜ  wybiegła  zza  naroŜnika,  a 

jego koszula powiewała, sięgając jej prawie do kolan. 

–  Co? 

–  Mam  pomysł.  Co  prawda  jest  szalony,  ale  zarazem bardzo sprytny. – Z wypiekami 

na policzkach i iskrzącymi oczami wydawała się niezwykle piękna. Jak nikt inny. – Co 

by było, gdybym się przeniosła razem z tobą? 

Pokręcił głową. 

–  Bardzo bym chciał, ale... 

–  Mogłabym zostać prywatnym chirurgiem w Bractwie. 

O, cholera... 

–  Co? 

–  Naprawdę  powinniście  mieć  chirurga.  Mówiłeś,  Ŝe  są  jakieś  komplikacje  z 

Agrhesem.  Mogłabym  je  rozwiązać.  Mogłabym  zatrudnić  pielęgniarki  do  pomocy, 

zadbać o odpowiedni sprzęt i wszystkim kierować. Mówiłeś, Ŝe w Bractwie tygodniowo 

jest przynajmniej trzech, czterech rannych, prawda? Do tego dochodzi ciąŜa Belli, a w 

przyszłości prawdopodobnie pojawi się więcej dzieci. 

–  Jezu... Chciałabyś załoŜyć tam szpital? 

–  Tak, ale chciałabym dostać coś w zamian. 

–  Mnie? – zapytał uszczęśliwiony. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Zaśmiała się. 

–  Oczywiście, Ŝe tak. Ale coś jeszcze. 

–  Co takiego? 

–  Szansę, aby dogłębnie poznać twoją rasę. Moją drugą miłością jest genetyka. JeŜeli 

mogłabym spędzić kolejne dwie dekady na uzupełnianiu wiedzy o was i analizowaniu 

róŜnic  pomiędzy  ludźmi  a  wampirami,  mogłabym  wtedy  powiedzieć,  Ŝe  czuję  się 

spełniona.  Pragnę  dowiedzieć  się,  skąd  się  wzięliście,  jak  funkcjonują  wasze  ciała  i 

dlaczego  nie  chorujecie  na  raka.  Muszę  nauczyć  się  tylu  rzeczy  o  was,  Vrhedny. 

Rzeczy,  które  mogą  przynieść  korzyść  obydwu  rasom.  Ja  nie  traktuję  was  ja 

doświadczalne  świnki  morskie...  No  dobrze,  moŜe  trochę  tak.  Ale  nie  w  tak  okrutny 

sposób.  Nie  myślę  o  was  obiektywnie,  jak  to  miało  miejsce,  zanim  cię  poznałam. 

Kocham cię i chcę się od ciebie uczyć. 

Gapił się na nią z zapartym tchem. 

–  Proszę, powiedz tak... 

Przycisnął ją do piersi. 

–  Tak.  Tak...  jeŜeli  Ghrom  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu  i  jeśli  się  z  nim 

dogadasz... To wtedy tak. 

Poczuł, jak mocno obejmuje go ramionami. 

Do  jasnej  cholery,  poczuł  się  nagle,  jakby  dostał  skrzydeł.  Był  cały  i  zdrowy,  solidnej 

budowy, miał sprawny umysł i serce i idealną kondycję. 

A  jednak  niemal  dostał  zawału,  gdy  rozległ  się  dźwięk  jego  komórki.  Z  wahaniem 

wyciągnął ją ze schowka przy pasku: 

–  Co?...  Jestem  z  Jane...  Chcesz  się  ze  mną  spotkać  tutaj?...  Właśnie  w  tej  chwili?... 

Tak... Kurwa... Dobrze, do zobaczenia, Hollywood. 

–  To był Rankohr. 

–  Sądzisz, Ŝe będziemy mogli się przenieść? 

–  Tak.  Ghrom  byłby  bardziej  zadowolony,  gdybyś  była  w  naszym  świecie.  – 

Przejechał rękojeścią sztyletu po jej policzku. –I ja takŜe. Tylko nigdy nie sądziłem, Ŝe 

poświęcisz swoje Ŝycie. 

–  PrzecieŜ  go  nie  poświęcam.  Będę  Ŝyła  trochę  inaczej,  ale  to  nie  znaczy,  Ŝe  je 

poświęcam.  Chodzi  mi  o  to,  Ŝe...  tak  naprawdę  raczej  nie  mam  przyjaciół.  –  Z 

wyjątkiem Manello. – I nic mnie tu nie trzyma... Byłam nastawiona na to, aby zamienić 

Caldwell na Manhattan. Poza tym... będę znacznie szczęśliwsza, przebywając z tobą. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Spojrzał  jej  w  twarz.  Kochał  te  mocne  rysy,  krótko  przystrzyŜone  włosy  i  przenikliwe 

oczy w kolorze lasu. 

–  Nigdy nie poprosiłbym cię o to, wiesz... Ŝebyś dla mnie rzuciła wszystko, co tu masz. 

–  Jednym z powodów jest to, Ŝe cię kocham. 

–  Zdradzisz mi później pozostałe? 

–  MoŜe. – Wsunęła dłoń między jego nogi i zaczęła robić mu masaŜ, co znowu zaparło 

mu dech w piersiach. – MoŜe równieŜ będę mogła ci pokazać. 

Przyległ wargami do jej warg, wsunął język między jej zęby i przycisnął ją do ściany. Nie 

dbał o to, czy Rankohr juŜ czeka na niego w umówionym miejscu. 

Znowu rozległ się dźwięk komórki. 

V odwrócił głowę i wyjrzał przez okno. Rankohr spacerował wzdłuŜ trawnika, trzymając 

komórkę przy uchu. Co chwila oglądał się za siebie. Spojrzał na zegarek, po czym wystawił 

środkowy palec w kierunku V. 

V w odpowiedzi pokazał mu pięść. 

–  Wrócę przed świtem – powiedział do Jane. – Czekaj na mnie nago. 

–  Nie wolałbyś sam mnie rozebrać? 

–  Nie,  poniewaŜ  podarowałem  ci  tę  koszulę  i  chciałbym,  Ŝebyś  przesypiała  w  niej 

kaŜdą noc, dopóki nie znajdziesz się ze mną w moim łóŜku. Bądź naga, kiedy wrócę. 

–  Zobaczymy. 

Czuł, jak krew pulsuje mu w całym ciele. Z trudem się powstrzymywał, aby się na nią nie 

rzucić. Ona o tym wiedziała, zdradzało ją to pełne erotyzmu spojrzenie. 

–  BoŜe, jak ja cię kocham – powiedział. 

–  Wiem o tym. A teraz wracaj do swoich spraw. Będę na ciebie czekała. 

Uśmiechnął się do niej. 

–  Kochałabyś mnie nadal, gdybym zabił dla ciebie? 

–  Kochałabym cię tak samo. 

Pocałował ją i wyszedł, rozpływając się w powietrzu. chciał się upewnić, czy zvidh jest 

na miejscu. A niech to, zaczęło padać. No cóŜ, wolałby spędzić o wiele więcej czasu z Jane 

niŜ ze swoim bratem... rzucił więc przelotne spojrzenie w jego stronę. 

–  Pięć  minut  dłuŜej  i  juŜ  byś  nie  Ŝył?  –  rzucił  w  stronę  V.  –  Jesteś  tu  przez  swoją 

kobietę, a ja będę tutaj tkwił, dopóki nie przyjdzie lato. 

–  Jesteś... 

V  zmarszczył  się  i  spojrzał  na  sąsiedni  dom.  Oślepił go blask światła dobiegający spod 

podniesionych  do  połowy  drzwi  garaŜowych.  Rozległo  się  trzaśnięcie  drzwi  samochodu,  a 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

chwilę później wszędzie dookoła rozprzestrzenił się słodki, omdlewający zapach. To było coś 

takiego, jakby ktoś rozsypał na wietrze pełno cukru pudru. 

–  O... BoŜe, nie... 

I  właśnie  w  tym  momencie  Jane  otworzyła drzwi swego domu i wybiegła, trzymając w 

rękach jego skórzaną kurtkę. Wiatr rozdymał jego koszulę, którą miała na sobie. 

–  Zapomniałeś! – wołała. 

To  było  najgorsze,  co  mogło  się  zdarzyć.  Kojarzył  fragmenty  tego  zdarzenia,  to  było 

objawienie: nawiedzający go sen zmienił się w rzeczywistość. 

–  Nie! – krzyknął. 

Wszystko,  co  wydarzyło  się  w  przeciągu  kilku  następnych  sekund,  dla  niego  trwało 

wieki.  Rankohr  patrzył  na  niego,  jakby  zwariował.  Jane  przebiegła  przez  trawnik.  Przybrał 

swą postać, gdyŜ ogarnął go strach. 

Od strony tamtego otwartego garaŜu usłyszał, Ŝe ktoś pociągnął za spust. 

Wszędzie panowała cisza, a mimo to nie było słychać strzału. V wykonał nagły ruch w 

kierunku Jane, chcąc ją sobą zasłonić. Jednak zawiódł. Dostała w plecy, kula przeszła przez 

jej  mostek,  przeszywając  ją  na  wylot,  potem  trafiła  go  w  ramię.  Chwycił  ją,  nim  padła  na 

ziemię, okropny ból szarpnął jego piersią. 

Gdy  oboje  upadli,  Rankohr  rzucił  się  w  pogoń  za  mordercą,  ale  V  nawet  tego  nie 

zauwaŜył. Zdawał sobie sprawę jedynie z tego, Ŝe senny koszmar się spełnił: widział krew na 

swojej koszuli. Jego serce rwało się w agonii. Czuł zbliŜającą się śmierć... ale nie do niego. 

Do Jane. 

–  Dwie minuty – wyszeptała, zanim jej ręka opadła na jego pierś. – Zostało mi mniej 

niŜ dwie... minuty. 

Zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe dostała w aortę. 

–  Umieram... 

Odwróciła głowę i chwyciła go za ramię. 

–  Zostań. Cholera... Nie odchodź... 

Jakby jeszcze chciała coś powiedzieć. 

–  Pieprzyć to! 

–  Vrhedny... – Jej oczy przesłaniała juŜ mgła. – Weź mnie za rękę. Nie zostawiaj mnie. 

Nie moŜesz... Nie pozwól mi odejść samej. 

–  Wszystko  będzie  dobrze.  –  Próbował  ją  podnieść  na  duchu.  –  Zabieram  cię  do 

Agrhesa. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Vrhedny.  To  ci  się  nie  uda.  Weź  mnie  za  rękę.  Odchodzę...  O,  kurwa...  –  szeptała, 

szlochając. – Kocham cię. 

–  Nie! 

–  Kocham... 

–  Nie! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

48

48

48

48    

PANI  KRONIK  WPATRYWAŁA  SIĘ  W  siedzącego  na  jej  dłoni  ptaszka,  ogarnięta 

nagłym lękiem. 

Och... cóŜ za nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Och, co za okropny los. 

To  się  stało.  Zdarzenie,  które  przeczuwała  i  którego  od  dawna  się  obawiała.  Nastąpił 

wielki przełom w jej Ŝyciu. Została ukarana. 

Tamta  kobieta...  tamta  kobieta  ze  świata  człowieków,  którą  pokochał  jej  syn,  umarła  w 

tak waŜnym momencie. Zmarła w jego ramionach. 

DrŜącą dłonią posadziła ptaszka na gałęzi obsypanego białymi kwiatami drzewa, a sama 

podeszła  do  fontanny.  Siadając  na  marmurowym  brzegu,  poczuła  się  tak,  jakby  zamiast 

lekkich szat miała na sobie cięŜkie łańcuchy. 

Strata  jej  syna  była  dla  niej  jak  własna.  To  ona  sprowadziła  na  niego  nieszczęście: 

złamała zasady. Trzysta lat temu. 

Na początku pozwolono jej dać tylko jedno Ŝycie i kiedy tylko osiągnęła swą dojrzałość, 

zrodziła  je.  Ale  potem  zrobiła  to  znowu.  Dała  kolejne  Ŝycie,  co  nie  powinno  nastąpić,  i 

dlatego owoc, który wydała na świat, został przeklęty. Los jej syna, Vrhednego – wszystko, 

co  go  spotkało,  od  stosunków  z  ojcem,  przez  brak  wszelkich  uczuć  w  dojrzałym  Ŝyciu,  po 

skazanie  na  śmiertelną  agonię  –  był  dla  niej  karą  za  nieposłuszeństwo.  Z  tego  powodu 

odczuwała straszny ból, cierpiała tysiąckrotnie. 

Chciała  się  wypłakać  przed  swym  Ojcem,  ale  wiedziała,  Ŝe  to  niemoŜliwe.  Wybory, 

jakich dokonała, nie były Mu miłe i sama musiała ponieść konsekwencje. 

Kiedy ich wymiar jej dosięgnął i widziała, przez co przechodzi jej syn, odczuwała jego 

agonię  jak  własną,  czuła  taki  sam  wstrząs  jak  on,  przeŜywała  ten  sam  horror.  PrzeŜywała 

takŜe śmierć jego kochanki, tak jakby to ona sama przy tym była zamiast niego. Stopniowy 

chłód ciała kobiety, krew spływającą na jego pierś i zanik bicia serca. A potem, tak, potem teŜ 

słyszała  cicho  wypływające  z  ust  jej  syna  słowa  miłości  czuła  zapach  śmierci,  ogarniał  ją 

dokładnie taki sam strach, jaki ogarnął jego. 

Ona, mająca nieograniczoną moc, była w tej sytuacji zupełnie bezsilna, poniewaŜ losem i 

konsekwencjami  zarządzał  jej  Ojciec.  Tylko  On  znał  mapę  wieczności,  znał  wszystkie 

wybory  podjęte  i  niepodjęte,  wszystkie  ścieŜki  przebyte  i  nieprzebyte.  Był  Księgą,  Stroną  i 

nieścieralnym Atramentem w jednym. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

A ona, niestety, nie. 

I  dlatego  nie  mógł  do  niej  przybyć.  To  było  jej  przeznaczenie:  cierpieć  z  powodu 

niewinnego  Ŝycia,  które  sama  ofiarowała,  czego  nie  powinna  była  robić.  Jej  syn  juŜ  od 

początku był martwy, dlatego Ŝe kiedyś dokonała takich, a nie innych wyborów. 

Pani Kronik, dając upust swoim emocjom, zrzuciła szaty na marmurową posadzkę. 

Czując się znacznie lŜejsza, zanurzyła się w wodzie fontanny i od razu zaznała ukojenia. 

Krople  wody  na  jej  ciele  łączyły  się  ze  sobą,  aŜ  w  końcu  przybrały  postać  chmury,  która 

uniosła się nad dziedzińcem, a następnie zamieniła w deszcz łez. 

Ptaszki siedzące pośród gałęzi drzewa obsypanego białymi kwiatami wystawiły dziobki, 

usiłując  chwytać  spadające  krople.  Nagle  wszystkie  jednocześnie  poderwały  się  z  gałęzi  i 

sfrunęły do fontanny. Rozsiadając się dookoła, skierowały się dziobkami na zewnątrz. 

Towarzyszyły jej w tym smutku i Ŝalu, towarzyszyły jej tak, jakby kaŜdy z osobna mógł 

jakoś jej pomóc. 

Jak zawsze okazywały swe oddanie i dozgonną przyjaźń. 

Jane była świadoma tego, Ŝe nie Ŝyje. 

Wiedziała o tym, poniewaŜ wszędzie otaczała ją mgła, a przed nią stał ktoś, kto wyglądał 

jak jej zmarła siostra. 

Była  więc  niemal  pewna,  Ŝe  znalazła  się  w  piekle.  Ale...  Czy  nie  powinna  czuć  się 

zdenerwowana albo coś w tym rodzaju? CzyŜ nie powinna martwić się o Vrhednego? 

CzyŜ nie powinna być przeraŜona spotkaniem z młodszą siostrą? 

–  Hannah? – zapytała, poniewaŜ chciała się upewnić, czy to, co widzi, jest prawdziwe. 

– Czy to ty? 

–  Coś w tym rodzaju. – Widmo jej siostry wzruszyło ramionami, sprawiając, Ŝe śliczne 

rude włosy teŜ się poruszymy. – Tak naprawdę jestem tylko posłańcem. 

–  Ale wyglądasz zupełnie jak ona. 

–  Oczywiście, Ŝe tak. To, co teraz widzisz, to twoje wyobraŜenie, kiedy o niej myślisz. 

–  Dobrze...  To  jest  jakby  Strefa  Mroku.  Albo  zaczekaj,  moŜe  ja  po  prostu  śnię?  – 

Czułaby  się  cholernie  zaskoczona,  gdyby  to,  o  czym  teraz  pomyślała,  zdarzyło  się 

naprawdę. 

–  Nie, ty przeniknęłaś. Teraz jesteś pośrodku. 

–  Pośrodku czego? 

–  Jesteś pomiędzy. Ani tutaj, ani tam. 

–  MoŜesz mi to trochę dokładniej wyjaśnić? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Właściwie  nie.  –  Widmo  Hannah  uśmiechnęło  się  anielsko.  –  Ale  tu  jest  moja 

wiadomość. Musisz pozwolić mu odejść, Jane. Jeśli chcesz zaznać pokoju, musisz mu 

na to pozwolić. 

Jeśli tym kimś był Vrhedny, to nie mogło się zdarzyć. 

–  Nie mogę tego zrobić. 

–  Musisz.  Inaczej  się  tu  zgubisz.  Właściwie  masz  tak  wiele  czasu,  Ŝe  moŜesz  nie 

znajdować się ani tu, ani tam. 

–  A wtedy co się stanie? 

–  Zagubisz  się  na  zawsze.  –  Widmo  Hannah  przybrało  powaŜny  ton.  –  Musisz 

pozwolić mu odejść, Jane. 

–  Ale jak? 

–  Wiesz  jak.  I  jeśli  to  zrobisz,  będziesz  mogła  zobaczyć  prawdziwą  mnie  po  tamtej 

stronie. Pozwól. Mu. Iść. 

Posłaniec, czy cokolwiek to było, zniknął. 

Jane  rozejrzała  się  dookoła,  pozostawiona  samej  sobie.  Wszędzie  była  mgła.  Tak  gęsta 

jak chmura deszczu i tak bezgraniczna jak horyzont. 

Ogarnął ją strach. To nie było w porządku. Naprawdę nie chciała się tutaj znaleźć. 

Nagle  poczuła,  Ŝe  musi  się  spieszyć,  jakby  zostawało  jej  niewiele  czasu  i  nawet  nie 

wiedziała,  skąd  o  tym  wie.  Poza  tym  myślała  o  Vrhednym.  JeŜeli  to,  Ŝe  ma  pozwolić  mu 

odejść, znaczyło to samo, co przestać go kochać, nie była w stanie tego zrobić. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

49

49

49

49    

VRHEDNY  JECHAŁ  AUDI  NALEśĄCYM  DO  JANE  przez  deszcz,  gdy  nagle  w 

połowie drogi do kliniki Aghresa zdał sobie sprawę, Ŝe nie było jej z nim w samochodzie. 

Za to były tam jej zwłoki. 

Uczucie  paniki  było  jedyną  energią  w  tej  zamkniętej  przestrzeni,  jego  serce  jedynym, 

które w tym momencie biło, oczy jedyne, które mrugały. 

Wiedział, Ŝe ona nie Ŝyje, a przecieŜ jego mózg temu ciągle zaprzeczał. 

V zdjął nogę z gazu, a audi zaczęło zwalniać. W końcu zatrzymało się na środku ulicy. 

Droga numer 22 była pusta, prawdopodobnie z powodu wiosennej, burzowej pogody, ale i tak 

stanąłby na samym środku drogi, nawet jeśli w tym momencie na ulicy byłby taki ruch, jaki 

jest w godzinach szczytu. 

Jane  była  na  siedzeniu  pasaŜera.  Pasy  bezpieczeństwa  przylegały  do  jej  ran  w  klatce 

piersiowej i trzymały ją mocno w pozycji pionowej niczym jakiś pakunek. 

Nie odwrócił głowy. 

Nie mógł na nią patrzeć. 

Skierował wzrok prosto przed siebie, wzdłuŜ podwójnej Ŝółtej linii na drodze. 

Wycieraczki  samochodu  poruszały  się  tam  i  z  powrotem,  a  ich  rytmiczne  bicie 

przypominało dźwięk staromodnego zegara: Tik... Tak... Tik... Tak... 

Upływ czasu nie był juŜ aŜ tak istotny. Jak teŜ jakikolwiek pośpiech. 

Tik... Tak... Tik... Tak... 

Czuł,  Ŝe  teŜ  powinien  być  martwy,  biorąc  pod  uwagę  ból,  jaki  odczuwał  w  klatce 

piersiowej. Zastanawiał się, jak mógł być jeszcze przytomny, odczuwając aŜ taki ból. 

Tik... Tak... 

Przed nim pojawił się zakręt, z lasu wyłaniała się powoli asfaltowa droga. Przypadkowo 

zauwaŜył,  Ŝe  drzewa  były  mocno  stłoczone,  a  bezlistne  gałęzie  przeplatały  się,  sprawiając 

wraŜenie czarnej koronki. 

Tak... 

To  nadeszło  nagle.  Zobaczył  ścianę,  bardzo  delikatnie  zdobioną...  oświetloną  jasnym, 

jaskrawym światłem. Podczas gdy zastanawiał się nad źródłem światła... 

Zdał sobie sprawę, Ŝe to reflektory jego samochodu. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Dźwięk  klaksonu  przywrócił  go  do  rzeczywistości.  Przekręcając  kierownicę  w  prawo, 

nacisnął  pedał  gazu.  Inny  samochód  przemknął  obok  niego  po  śliskim  chodniku,  po  czym 

przywrócił swój dawny kierunek jazdy, niknąc w oddali. V ponownie zwrócił uwagę na las i 

ponownie  w  krótkich  odstępach  czasu  otrzymał  resztę  wizji  niczym  film.  W  otępiałym 

zniesmaczeniu  przyglądał  się,  jak  podejmuje  działania,  które  były  niewątpliwie  oparte  na 

wyzysku.  Doświadczał  przyszłych  zdarzeń,  w  miarę  ich  objawiania  się,  bacznie  je 

zapamiętując.  Gdy  nic  więcej  juŜ  nie  zostało  ujawniane,  zaczął  oddalać  się  od  Caldwell  ze 

zdwojoną prędkością i desperacką determinacją. 

Słysząc dźwięk komórki, sięgnął po nią na tylne siedzenie. Następnie zjechał na pobocze, 

wyjął z komórki czip, połoŜył na tablicy rozdzielczej i rozgniótł go pięścią. 

–  Gdzie on, u licha, jest? 

Furiath  odsunął  się  na  bok.  Ghrom  chodził  nerwowo  po  gabinecie.  Wszyscy  bracia 

wiedzieli, Ŝe gdy król zaczyna chodzić w ten sposób, naleŜy jak najszybciej się usunąć, jeśli 

nie chce się być wdeptanym w dywan. 

Tyle tylko, Ŝe on czekał na odpowiedź na swoje pytanie. 

–  Czy ja mówię tu do siebie? Gdzie, do licha, jest V? 

Furiath odchrząknął. 

–  Do końca tak naprawdę nie wiemy. GPS przestał działać jakieś dziesięć minut temu. 

–  Przestał działać? 

–  Po prostu zamilkł. Zazwyczaj gdy on ma przy sobie telefon, to GPS miga, ale... no. 

aktualnie nie mamy nawet tego. 

–  Świetnie. Po prostu wspaniale. 

Ghrom  zmierzył  wzrokiem  swoje  otoczenie  i  z  grymasem  wytarł oczy. Ostatnimi czasy 

miewał bóle głowy, prawdopodobnie zbyt wiele czytał. 

Rankohr zaklął i odłoŜył słuchawkę. 

–  Nadal  nie  pojawił  się  u  Aghresa.  Słuchajcie,  moŜe  on  pojechał,  by  ją  gdzieś 

pochować? Ziemia jest zmarznięta, ale z jego siłą to nie powinien być problem. 

–  Naprawdę uwaŜasz, Ŝe ona nie Ŝyje? – wymamrotał Ghrom. 

–  Z tego, co widziałem, dostała prosto w klatkę piersiową. Zanim zdąŜyłem wrócić po 

zabiciu  tamtego  reduktora,  ich  juŜ  nic  było.  Samochodu  równieŜ.  Ale...  no  tak,  nic 

wydaje mi się, by ona przeŜyła. 

Ghrom spojrzał na Butcha, który siedział cicho. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Czy  wiesz,  juk  moŜemy  znaleźć  którąkolwiek  z  samic,  których  uŜywał  do 

dokrwiania się i seksu? 

Gliniarz pokręcił głową. 

–  Nie  jestem  w  stanie  znaleźć  nawet  jednej.  Tę  część  swego  Ŝycia  trzymał  w  ścisłej 

tajemnicy. 

–  Więc  nie  jesteśmy  w  stanie  go  w  ten  sposób  wytropić.  Coraz  więcej  dobrych 

informacji.  Czy  jest  jakiś  powód,  by  myśleć,  Ŝe  mógł  się  udać  do  tego  swojego 

apartamentu? 

–  Wstąpiłem tam w drodze powrotnej – powiedział Butch. – Nie było go tam i szczerze 

wątpię, by tam się udał. Biorąc pod uwagę to, w jakich celach on tego miejsca uŜywał. 

–  I zostały nam jedynie dwie godziny pory nocnej. 

Ghrom usiadł przy biurku. 

Nagle zadzwonił telefon Butcha. 

–  V?... O, witaj kochanie. Nie... jeszcze nic... tak. Zrobię to, obiecuję. Kocham cię. 

Ghrom  odwrócił  się  w  stronę  kominka  i  przez  chwilę  milczał.  Bez  wątpienia  rozmyślał 

tak jak wszyscy nad moŜliwymi rozwiązaniami. Które były... właściwie Ŝadne. Vrhedny mógł 

być  teraz  wszędzie.  Nawet  gdyby  bracia  rozjechali  się  we  wszystkie  strony  świata,  to 

przypominałoby to szukanie igły w stogu siana. Poza tym stało się oczywiste, Ŝe V pozbył się 

czipa. Nie chciał, by go odnaleziono. 

–  Panowie, granat został odbezpieczony. Teraz pozostało jedynie pytanie, co zostanie 

wysadzone – w końcu powiedział Ghrom. 

V wybrał miejsce na wypadek samochodowy z duŜą ostroŜnością. Chciał, by znajdowało 

się  ono  w  miarę  blisko  ich  miejsca  przeznaczenia.  jednak  na  tyle  daleko,  by  móc  zachować 

dyskrecję,  i  gdy  tylko  dotarł  na  odpowiednią  odległość.  Napotkany  zakręt  na  drodze  wydał 

mu się dość uŜyteczny. Idealnie. Odpiął pas bezpieczeństwa i nacisnął na gaz... Silnik ryczał, 

koła wirowały coraz szybciej i szybciej na śliskiej drodze. Samochód zamienił się w potęŜny 

ładunek energii kinetycznej. 

Zamiast  podąŜać  ostrym  skrętem.  V  kierował  się  na  linię  drzew.  Jak  posłuszne  dziecko 

samochód zjechał ze wzniesienia i na ułamek sekundy zatrzymał się w powietrzu. Lądowanie 

wyrzuciło  V  z  siedzenia  kierowcy,  sprawiając,  Ŝe  uderzył  głową  w  dach.  a  potem  poleciał 

naprzód. Poduszki powietrzne wystrzeliły, samochód przedzierał się przez drzewa, krzaki i... 

Dąb był ogromny. DuŜy i mocny jak dom. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

To  co  uratowało  V  od  zagłady,  to  była  zmiaŜdŜona  klatka  która  powstała  ze 

zmiaŜdŜonego  audi.  Siła  uderzenia  sprawiła,  Ŝe  V  ponownie  uderzył  głową  w  poduszkę 

powietrzną. Przez okno przebiła się gałąź. 

W  uszach  V  dzwoniło  tak,  jakby  działał  w  nich  alarm  przeciwpoŜarowy,  a  jego  ciało 

przeprowadzało samoistnie badania, czy są w nim jakieś odłamki. Oszołomiony, krwawiąc z 

ran zadanych mu przez gałąź, otworzył siłą drzwi i wypadł z samochodu. ZdąŜył wziąć parę 

oddechów,  gdy  usłyszał  szum  silnika  i  syk  schodzącego  powietrza  z  poduszek 

bezpieczeństwa. Deszcz, spadając dostojnie na ziemię, tworzył płytkie kałuŜe. 

Tak szybko, jak tylko mógł, okrąŜył samochód, by dotrzeć do Jane. Siła uderzenia rzuciła 

ją do przodu. Jej krew znaczyła teraz szybę, tablicę rozdzielczą i siedzenie. To było dokładnie 

to,  czego  chciał.  Pochylił  się  ku  niej,  odpiął  jej  pas  i  podniósł  ją  tak  delikatnie,  jakby  była 

Ŝywa. Zanim zaczął wchodzić w las, wziął z samochodu swoją skórzaną kurtkę i owinął nią 

Jane, by chronić ją przed zimnem. 

Przedzierał  się  przez  las,  moknąc  coraz  bardziej,  aŜ  wreszcie  był  tak  samo  mokry  jak 

drzewa  i  stał  się  tylko  jeszcze  jednym  obiektem,  z  którego  spływała  woda.  OkręŜną  drogą 

szedł do ich miejsca przeznaczenia. 

Wreszcie dotarł do wejścia jaskini. Nie przejmował się sprawdzeniem, czy ktokolwiek za 

nim podąŜa. Wiedział, Ŝe jest sam. 

Wszedł  do  dziury  w  ziemi,  a  dźwięk  deszczu  cichł,  w  miarę  jak  on  posuwał  się  do 

przodu. Zlokalizował w swojej pamięci haczyk w skale, który naleŜało pociągnąć. Dziewięć 

stóp  granitowej  płyty  przesunęło  się  i  wszedł  do  korytarza,  zbliŜając się do Ŝelaznych wrót. 

Wykorzystując siłę swego umysłu, otworzył zamki. Bariera zniknęła bezdźwięcznie, a skała 

zasunęła się za nim. 

Pomieszczenie spowijała czerń, a powietrze było bardzo gęste. Zapalił kilka pochodni, a 

potem udał się w stronę Krypty. Po obu stronach kulistego pomieszczenia, na półkach, które 

sięgały  jakieś  dwadzieścia  stóp  wzwyŜ,  znajdowały  się  tysiące  ceramicznych  słojów 

zawierających  serca  reduktorów  zabitych  przez  Bractwo.  Nie  patrzył  na  nie.  Wzrok  zwrócił 

przed  siebie.  Niósł  swoją  ukochaną,  a  jego  mokre  buty  pozostawiały  ślady  na  błyszczącej, 

czarnej, marmurowej posadzce. 

Niedługo potem wszedł do środka Krypty, ogromnej, podziemnej jaskini. Pod wpływem 

jego  woli  czarne  świece  na  świecznikach  zapaliły  się,  oświecając  stalaktyty  w  kształcie 

sztyletów i masywne marmurowe płyty, które tworzyły ścianę za ołtarzem. 

Płyty  były  takie  same  jak  te,  które  widział  w  swojej  wizji.  Gdy  patrzył  w  dal  ulicy  22, 

zobaczył  obraz  tej  pamiętnej  ściany.  Nazwiska  osób  przez  pokolenia  słuŜących  w  Bractwie 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

tworzyły  subtelny,  delikatny  wzór  wyglądający  z  daleka  jak  koronka.  Tak  jak  tamte  gałęzie 

drzew. 

Ołtarz był prymitywny, ale potęŜny: wielki kamienny blok postawiony na dwóch grubych 

belkach.  W  środku  czaszka  pierwszego  członka  Bractwa  Czarnego  Sztyletu,  najświętsza  z 

relikwii, jaką posiadali bracia. Pchnął ją na bok i połoŜył Jane. Całkowicie zbladła, a jej biała 

dłoń, która bezwładnie opadła, wstrząsnęła nim. Delikatnie połoŜył ją na jej piersi. 

Odsuwał  się,  aŜ  jego  plecy  dotknęły  ściany.  W  świetle  świec,  okryta  jego  kurtką, 

wyglądała tak, jakby spała. 

Prawie. 

Myślał o jaskini obozu wojowników. Potem zobaczył siebie uŜywającego swojej ręki do 

walki z pre–transem i z ojcem. 

Odpiął rękawicę i zdjął ją ze swojej świecącej dłoni. 

To, nad czym teraz rozmyślał, było wbrew prawu natury i jego gatunku. 

Przywrócenie  zmarłego  do  Ŝycia  nie  było  ani  odpowiednim,  ani  teŜ  dopuszczalnym 

sposobem działania. I nie tylko z tego względu, Ŝe było to królestwo Omegi. Kroniki Rasy, te 

wielkie tomy historii, dawały tego tylko dwa przykłady i Ŝaden z nich nie kończył się dobrze. 

A wręcz przeciwnie – tragicznie. 

Ale on był inny. To było co innego. Jane była inna. On chciał to zrobić z miłości, podczas 

gdy przykłady, o których czytał, bazowały na nienawiści. Jeden dotyczył mordercy, którego 

wskrzeszono,  by  wykorzystać  go  jako  broń,  a  drugi  kobiety,  którą  przywrócono  do  Ŝycia  z 

nienawiści. 

Na  jego  korzyść  przemawiało  więcej  faktów.  Uleczył  Butcha,  wypędzając  z  gliniarza 

Zło,  po  tym  jak  rozprawił  się  z  reduktorami.  Mógłby  zrobić  to  samo  dla  Jane.  Był  tego 

pewien. 

Usunął z pamięci te nieudane próby uŜycia czarnej magii w królestwie Omegi i skupił się 

na swojej miłości do tej samicy. 

Człowieczeństwo  Jane  nie  było  problemem.  Reanimacja  to  akt  przywracania  Ŝycia,  a 

linia  podziału  była  taka  sama,  niezaleŜnie  od  gatunku.  A  on  miał  to,  czego  potrzebował. 

Rytuał  wymagał  trzech  rzeczy:  czegoś  od  Omegi,  trochę  świeŜej  krwi  i  źródła  elektrycznej 

energii, na przykład błyskawicy. 

Bądź, tak jak w tym przypadku, jego pieprzonej klątwy. 

V  wrócił  do  korytarza  pełnego  słojów  i  nie  marnował  czasu  na  wybieranie.  Chwycił 

pierwszy z brzegu, z małymi pęknięciami, w mrocznym brązowym kolorze, co znaczyło, Ŝe 

jest stosunkowo nowy. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Powrócił do ołtarza, uderzył słojem o skałę, rozbijając go i odsłaniając to, co kryło się w 

środku. Serce pokryte było czarną, tłustą substancją zakonserwowaną przez to, co płynęło w 

Ŝyłach  Omegi.  Mimo  Ŝe  dokładna  natura  wywoływania  tego  zjawiska  w  społeczności 

reduktorów  była  nieznana,  wiedziano,  Ŝe  „krew  Omegi”  wpływała  pierwsza,  zanim  serce 

zostało usunięte. 

Zatem Vrhedny miał to, czego potrzebował od ich wroga. 

Spojrzał  na  czaszkę  pierwszego  brata  i  nie  zastanawiał  się  dwa  razy,  czy  moŜe  uŜyć 

świętej relikwii do celów niezgodnych z prawem. Wyjął jeden ze swoich sztyletów, skaleczył 

się w rękę i wiat trochę krwi do srebrnego kielicha w górnej części czaszki. Potem wziął w 

rękę serce reduktora i ścisnął je z całych sił. 

Czarne krople wysublimowanego Zła wezbrały i wpadły do kielicha, mieszając się z jego 

krwią. Grzeszność tej cieczy miała w sobie magię sprzeczną z zasadami sprawiedliwych. To 

był  ten  rodzaj  magii,  która  zamieniała  torturę  w  sport  i  czerpała  przyjemność  z  zadawania 

cierpienia nie– winnym... ale teŜ miała w sobie wieczność. 

I tego właśnie potrzebował dla Jane. 

–  Nie! 

Odwrócił się. 

Pani  Kronik  pojawiła  się  tuŜ  za  nim.  Kaptur  opadał  na  jej  twarz,  przezroczystą, 

przeraŜoną. 

–  Nie wolno ci tego zrobić. 

Odwrócił się i zbliŜył czaszkę do głowy Jane.. 

Przez głowę przemknęła mu dziwna myśl, Ŝe ona wie, jak I wygląda jego wnętrze, a on 

niedługo pozna jej. 

–  W tym nie ma Ŝadnej równowagi! śadnej pewności! 

V zdjął swoją kurtkę z Jane. Powstała na niej plama krwi była jak strzał w dziesiątkę, w 

sam środek jej klatki piersiowej. 

–  Ona  powróci  nie  taka,  jaką  znasz  –  syczała  matka.  –  Wróci  pod  postacią  Zła.  To 

właśnie osiągniesz. 

–  Kocham ją. Mogę się nią zająć tak jak Butchem. 

–  Twoja miłość nie zmieni rezultatów. To jest zabronione! 

Spojrzał na matkę. JakŜe ją nienawidził. 

–  Chcesz  równowagi?  Handlu?  Chcesz  mi  to  wbić  do  głowy,  zanim  zdąŜę  to  zrobić? 

Dobrze! Co chcesz zrobić? Usidliłaś Rankohra z jego klątwą do końca jego pieprzonego 

Ŝycia, co więc mnie zrobisz? 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Równość nie jest prawem ustanowionym przeze mnie! 

–  Więc przez kogo?! I ile, do diabła, jestem dłuŜny? 

Wyglądało na to, Ŝe Pani Kronik potrzebowała chwili by się skoncentrować. 

–  To jest ponad tym, co jestem w stanie ofiarować, bądź teŜ nie. Jej juŜ nie ma. Gdy 

czyjeś ciało jest w takim stanie jak jej, nie ma juŜ odwrotu. 

–  Kłamiesz! 

Pochylił się nad Jane i przygotował do otwarcia jej klatki piersiowej. 

–  Po  tym  wszystkim  będziesz  musiał  po  wsze  czasy  ją  potępić.  Będzie  musiała  udać 

się  prosto  do  Omegi,  a  ty  będziesz  musiał  ją  tam  wysłać.  Stanie  się  zła,  a  ty  będziesz 

zmuszony ją unicestwić. 

Spojrzał  na  nieruchomą  twarz  Jane.  Przypomniał  sobie  jej  uśmiech.  Próbował  odnaleźć 

go na jej martwej twarzy. Nie udało mu się. 

–  Równowaga... – wyszeptała. 

Dotknął  niezranioną  dłonią  jej  zimnego  policzka  i  zastanawiał  się  nad  tymi  wszystkimi 

rzeczami, jakie był w stanie dać bądź ofiarować. 

–  Tu nie chodzi tylko o równowagę – powiedziała Pani Kronik. – Niektóre rzeczy są 

po prostu zakazane. 

Gdy  rozwiązanie  stało  się  dla  niego  jasne,  nie  słyszał  juŜ  nic  z  tego,  co  mówiła  jego 

matka. 

Podniósł swoją drogocenną, sprawną rękę, tę, którą mógł dotykać ludzi i rzeczy, tę, która 

była taka, jaka być powinna, bo nie była obarczona Ŝadnym przeklętym cięŜarem zniszczenia. 

Swoją dobrą rękę. 

PołoŜył  ją  na  ołtarzu,  rozpościerając  palce  i  wyginając  ją  w  pionie.  Następnie  wyjął 

sztylet i przyłoŜył jego ostrze do skóry. Gdy pochylił się, ostra broń przebiła się przez nią aŜ 

do kości. 

–  Nie! – krzyknęła Pani Kronik. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

50

50

50

50    

JANE  MIAŁA  CORAZ  MNIEJ  CZASU.  I  wiedziała  to  niczym  pacjent,  którego  stan 

zdrowia  się  pogarsza.  Jej  wewnętrzny  zegar  włączył  się,  a  alarm  zaczął  wysyłać  róŜne 

sygnały. 

–  Nie chcę od niego odejść – rzekła do pustki. 

Jej  głos  nie  uciekł  zbyt  daleko  i  zauwaŜyła,  Ŝe  mgła  wydawała  się  bardziej  gęsta...  tak 

gęsta, Ŝe zaczęła przesłaniać jej nogi. I wtedy ją olśniło. Jej stopy nie były juŜ okryte zimną 

grozą. Jeśli czegoś nie zrobi, to rozpłynie się w otaczającej ją nicości. 

Pozostanie  na  zawsze  samotna,  tęskniąc  za  miłością,  którą  zawsze  czuła.  Smutny, 

odsunięty duch. 

Emocje  brały  juŜ  górę  i  właśnie  one  sprawiły,  Ŝe  łzy  zaczęły  napływać  jej  do  oczu. 

Jedynym sposobem na ocalenie siebie było pozwolenie, by tęsknota za Vrhednym odeszła; to 

był  klucz  do  tych  drzwi.  Jeśli  jednak  by  to  zrobiła,  czułaby  się  tak,  jakby  go  opuściła  i 

zostawiła, by samotnie przeciwstawił się gorzkiej i zimnej przyszłości. 

Przede wszystkim potrafiła sobie wyobrazić, jak ona by się czuła, gdyby to on umarł. 

Mgła stawała się coraz gęściejsza, a temperatura ciągle spadała. Spojrzała w dół. Jej nogi 

znikały... najpierw kostki u nóg, teraz łydki. Wtapiała się w nicość i powoli jej ciało ulegało 

rozproszeniu. 

Jane zaczęła płakać, gdy zdała sobie sprawę z tego, co musiała zrobić i jak bardzo było to 

egoistyczne. 

Jak jednak miałaby to zrobić? 

Mgła skradała się juŜ do jej ud. Wpadła w panikę. Mimo wszystko nie wiedziała, jak ma 

zrobić to, co zrobić musi... 

Odpowiedź, która nagle nadeszła, była bardzo prosta. 

O...  BoŜe...  by  to  zrobić,  musiała  zaakceptować  to,  co  nie  mogło  juŜ  ulec  zmianie. 

Nadzieja  na  wymuszenie  zmiany  losu...  bądź  podejmowanie  walki  z  wyŜszymi  siłami  i 

staranie się, by one poddały się twojej woli... bądź błaganie o ocalenie z takiego powodu, iŜ 

wie  się  lepiej,  było  bezcelowe.  Odpuszczenie  dawało  to,  Ŝe  patrzyłeś  przed  siebie  jasnymi 

oczami, zdając sobie sprawę, Ŝe nieskrępowany wybór był wyjątkiem, a los – zasadą. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

Targowanie  się  tu  nie  występuje.  Czy  teŜ  podjęcie  próby  jakiejkolwiek  kontroli. 

Poddawałeś  się  i  zdawałeś  sobie  sprawę,  Ŝe  osoba,  która  kochasz,  nie  jest  juŜ  twoją 

przyszłością i Ŝe nie jesteś w stanie nic z tym zrobić. 

Zaczęła płakać i łzy padały w mglistą otchłań. Zaprzestawała usilnej walki o to, by nadal 

być  w  jakiś  sposób  związaną  z  Ŝyjącym  Vrhednym.  W  trakcie  tego procesu nie było w niej 

Ŝadnej  wiary  czy  optymizmu,  była  tak  pusta  jak  mgła  wokół  niej.  Będąc  ateistką  za  Ŝycia, 

zdała sobie sprawę, Ŝe po śmierci nic nie uległo zmianie. W nic nie wierzyła, a teraz stawała 

się niczym. 

I wtedy stał się cud. 

Nad  jej  głową  rozpostarło  się  światło,  osłaniając  i  wypełniając  ją  czymś,  co  było  jak 

miłość, którą czuła do Vrhednego – było to niczym błogosławieństwo. 

Podczas gdy była ciągnięta w górę jak stokrotka wyrwana z ziemi przez delikatną dłoń, 

zdała sobie sprawę, Ŝe nadal mogła kochać tego, kogo kochała, mimo Ŝe juŜ z nim nie była. 

Ich  róŜne  drogi  nie  bezcześciły  i  nie  odcinały  tego,  co  czuła.  Sprawiło  to,  Ŝe  jej  uczucie 

zostało  okryte  jakby  wielowarstwowym  płaszczem  gorzkiej  tęsknoty,  nie  zmieniając  się. 

Mogła go kochać i czekać na niego po drugiej stronie Ŝycia. 

Przede  wszystkim  dlatego,  Ŝe  miłość  była  długowieczna  i  nie  podlegała  kaprysom 

śmierci. 

Jane była wolna... unosiła się w górę. 

Cierpliwość Furiatha była juŜ na wyczerpaniu. 

Musiał  jednak  poczekać  w  kolejce,  jeśli  chciał  wpaść  w  szał,  poniewaŜ  wszyscy  bracia 

byli  juŜ  na  krawędzi.  W  szczególności  Butch,  który  krąŜył  wokół  pokoju  jak  więzień  w 

pojedynczej celi. 

Brak  jakichkolwiek  wieści  od  Vrhednego.  śadnych  telefonów.  Nic.  A  świt  zbliŜał  się 

niczym towarowy pociąg. 

Butch zatrzymał się. 

–  Gdzie urządzilibyście pogrzeb dla krwiczki? 

Ghrom zmarszczył brwi. 

–  W Krypcie. 

–  Myślisz, Ŝe on ją tam zabrał? 

–  Nigdy  nie  był  za  bardzo  za  tymi  wszystkimi  rytuałami,  a  co  do  matki,  która  go 

porzuciła...?  –  Ghrom  pokręcił  głową.  –  On  by  tam  nie  poszedł.  Poza  tym  zdawałby 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  to  jedno  z  miejsc,  gdzie  byśmy  go  szukali.  A  jemu  cholernie 

teraz zaleŜy na samotności. Wątpię, by chciał widowni w czasie jej pogrzebu. 

–  Racja. 

Butch ponownie zaczął krąŜyć. Stary zegar wskazywał czwartą trzydzieści rano. 

–  Wiesz co? Pojadę to jednak sprawdzić. Nie wytrzymam tu ani sekundy dłuŜej. 

Ghrom wzruszył ramionami. 

–  Ja w zasadzie teŜ mogę. I tak nie mam tu nic lepszego do roboty. 

Furiath takŜe wstał. Nie był w stanie czekać ani chwili dłuŜej. 

–  Jadę z wami. Ktoś musi wam pokazać, gdzie jest wejście. 

PoniewaŜ  Butch nie był w stanie się teleportować, ruszyli do cadillaca, Furiath włączył 

silnik  i  ruszyli  przez  las.  Kierował  się  prosto  w  stronę  Krypty,  nie  zawracając  sobie  głowy 

drogą okręŜną. Niedługo miało wzejść słońce. 

Byli cicho, dopóki Furiath nie zatrzymał się u wejścia do jaskini. 

–  Czuję krew – powiedział Butch – chyba go mamy! 

Tak, w powietrzu czuć było ludzką krew. Bez wątpienia V wniósł Jane do środka. 

Cholera.  Wślizgnęli  się  przez  ukryte  drzwi  i  skierowali  do  Ŝelaznej  bramy.  Jedna  jej 

część była otwarta i widać było ślady mokrych stóp biegnących do pokoju ze słojami. 

–  On tu jest! – powiedział Butch z ulgą. 

No  tak,  tylko  dlaczego  V,  który  nienawidził  swojej  matki.  miałby  pochować  ukochaną 

kobietę zgodnie z tradycjami Pani Kronik? 

Nie zrobiłby tego. 

Kiedy tylko ruszyli w dół korytarza, Furiath zaczął mieć złe przeczucia... zwłaszcza gdy 

dotarli  juŜ  do  jego  końca  i  zobaczył  puste  miejsce  na  półce.  Brakowało  słoja  jednego  z 

reduktorów. O nie... O... BoŜe, nie. Powinni przynieść ze sobą więcej broni. 

Jeśli V zrobił to, czego obawiał się Furiath, broń im będzie potrzebna. 

–  Poczekajcie! 

Zatrzymał się, wziął pochodnię ze ściany i podał ją Butchowi. Potem wziął następną dla 

siebie. Złapał Butcha za ramię. 

–  Bądź gotów do walki. 

–  Dlaczego? V moŜe się wściec, Ŝe przyszliśmy, ale na pewno nie zrobi się agresywny. 

–  To Jane będzie przyczyną zmartwienia. 

–  O czym, u licha, mówisz... 

–  Wydaje  mi  się,  Ŝe  mógł  podjąć  próbę  sprowadzenia  jej  z  powrotem.  Gdzieś 

niedaleko nastąpił wybuch, wypełniając pomieszczenie bardzo jasnym światłem. 

background image

Slonko259

Slonko259

Slonko259

Slonko259

 

–  Cholera! – krzyknął Butch. – Nawet mi nie mów, Ŝe byłby w stanie to zrobić? 

–  Jeśli  umarłaby  Marissa,  czy  mając  szansę  ściągnięcia  jej  z  powrotem,  nie 

skorzystałbyś z niej? 

Wpadli z impetem do jaskini i zamarli zszokowani. 

–  Co to jest? – dyszał Butch. 

–  Ja... ja nie mam pojęcia. 

Powoli  podeszli  do  ołtarza.  Byli  dosłownie  sparaliŜowani  tym,  co  widzieli.  Ujrzeli 

rzeźbę,  popiersie  Jane  –  jej  głowę  i  ramiona.  Wykonano  ją  w  szarym  kamieniu,  a 

podobieństwo  było  tak  duŜe,  Ŝe  przypominało  fotografię.  Albo  hologram.  Światło  ze  świec 

rzucało cienie na jej rysy i zdawało się, Ŝe ją oŜywia. 

Na  dalekim  końcu  płyty  dostrzegli  ceramiczny  słój,  świętą  czaszkę  oraz  coś,  co 

wyglądało na zniekształcone, pokryte olejem serce. 

Po  drugiej  stronie  ołtarza  stał  V,  opierający  się  o  ścianę  z  nazwiskami.  Miał  zamknięte 

oczy i trzymał ręce na kolanach. 

Jeden z jego nadgarstków był owinięty czarnym materiałem i brakowało jednego z jego 

sztyletów. W powietrzu czuć było dym. 

–  V? 

Butch podszedł i ukląkł przy swoim współtowarzyszu. 

Furiath odszedł w stronę ołtarza. Rzeźba była odbiciem Jane, tak prawdziwym, Ŝe moŜna 

by  pomyśleć,  iŜ  ona  Ŝyje  i  oddycha.  Wyciągnął  rękę,  czując  nieodpartą  chęć  dotknięcia  jej 

twarzy. Kiedy jednak jego palec dotknął rzeźby, popiersie rozpadło się. 

Cholera.  To  nie  było  zrobione  z  kamienia,  tylko  z  popiołu.  A  teraz  pozostał  tylko 

niepozorny kopczyk. 

Furiath zwrócił się do Butcha. 

–  Powiedz mi, Ŝe V Ŝyje? 

–  No cóŜ, przynajmniej oddycha. 

–  Zabierzmy go do domu. – Furiath spojrzał na prochy. – Zabierzmy ich obydwoje do 

domu. 

Potrzebował  czegoś,  w  co  mógłby  wsypać  prochy  Jane,  i  jedno  było  pewne  –  nie 

zamierzał uŜyć do tego słoja na serce reduktora. Rozejrzał się wokoło. Niczego nie znalazł. 

Zdjął więc swoją jedwabną koszulę i rozłoŜył ją na ołtarzu. Nic lepszego nie mógł zrobić, 

a kończył się im czas. 

Nadchodził świt i tego nie moŜna było odwrócić.