background image

 

 

 

Lilian Jackson Braun 

 

Kot, który znał kardynała 

 

 

 

background image

 

 

tom 12. 

Kot który, znał kardynała 

Przełożył Tomasz Rosiński 

background image

 

 

 

Tytuł oryginalny serii: The Cat Who... series! 

Tytuł oryginału: The Cat Who Knew A Cardinal 

Tłumaczenie z oryginału: Tomasz Rosiński 

Projekt okładki: Aleksandra Mikulska 

Korekta: Maciej Korbasiński 

Skład: Elipsa Sp. z o.o. 

 

Copyright © 1966 by Lilian Jackson Braun 

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. 

 

ISBN 978-83-61226-52-9 

Elipsa Sp. z o.o. 

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37 

tel./fax +48 (22) 833 38 22 

 

Printed in EU 

INFORMACJE (O 22) 624 16 07

 

(od pn. do pt. w godz. 9.00-17.00) 

background image

 

 

 

Dedykuję tę książkę Earlowi Bettingerowi, 

mężowi, który... 

background image

 

 

 

Spis treści

 

Rozdział pierwszy ...............................................................................................................................6 

Rozdział drugi .................................................................................................................................. 24 

Rozdział trzeci .................................................................................................................................. 44 

Rozdział czwarty .............................................................................................................................. 54 

Rozdział piąty ................................................................................................................................... 67 

Rozdział szósty ................................................................................................................................. 79 

Rozdział siódmy ............................................................................................................................... 90 

Rozdział ósmy .................................................................................................................................. 97 

Rozdział dziewiąty .......................................................................................................................... 111 

Rozdział dziesiąty ........................................................................................................................... 126 

Rozdział jedenasty .......................................................................................................................... 136 

Rozdział dwunasty .......................................................................................................................... 149 

Rozdział trzynasty .......................................................................................................................... 159 

Rozdział czternasty ......................................................................................................................... 174 

 

background image

 

 

 

Rozdział pierwszy 

 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  wrzesień  upłynie  spokojnie  w  Moose  County,  tym  raju  dla 

letników  położonym  o  czterysta  mil  na  północ  od  wszystkiego.  Po  Święcie  Pracy  turyści 

powrócili  do  miejskiego  zgiełku  Nizin;  zakończył  się  sezon  meszek,  dzieci  ku  swemu 

ubolewaniu zaczęły chodzić do szkoły i życie codzienne znów przybrało swe normalne, senne 

tempo.  Jednak  tego  roku  sjesta  trwała  krótko.  Nie  minął  tydzień,  a  prowincjonalną 

społecznością  wstrząsnęła  wieść  o  „zbrodni  w  sadzie”,  jak  nazwała  to  wydarzenie  lokalna 

gazeta. 

Nim  do  niej  doszło,  w  stolicy  okręgu,  Pickax  (trzy  tysiące  mieszkańców),  plotkarze 

mówili tylko o jednym:  Jim Qwilleran,  dziennikarz  do pewnego stopnia  na emeryturze oraz 

pełną  gębą  dziedzic  ogromnej  fortuny  Klingenschoenów,  zamieszkał  w  szopie!  W  dawnym 

składzie jabłek! Oczywiście - mieszkańcy miasteczka wzruszali ramionami i kręcili głowami - 

jasne,  że  pan  Q  może  sobie  pozwolić  na  różne  wyskoki,  w  końcu  jest  najbogatszym 

człowiekiem w tej okolicy i słynie z działalności filantropijnej. 

-  Lepiej  w  szopie  niż  w  chlewie  -  podśmiewali  się  z  niego,  gawędząc  nad  kubkami 

kawy w miejscowych knajpach. W ciągu czterech lat zdążyli się już przyzwyczaić do widoku 

ogromniastych wąsów pana Q, zwisających nieco melancholijnie,  i przestali zastanawiać się, 

dlaczego  u  licha  nazwisko  Qwilleran  pisze  się  przez  „w”.  Większość  pogodziła  też  się  z 

faktem,  że  ten  rozwodnik  „w  kwiecie  wieku”  nie  zamierza  powtórnie  się  ożenić,  a 

towarzyszami jego życia są dwa koty. 

Sprawa  przedstawiała  się  następująco:  po  dwudziestu  pięciu  latach  uganiania  się  za 

prasowymi sensacjami w stolicach Stanów Zjednoczonych i Europy, Qwilleran uległ pokusie 

życia  na wsi.  Do różnego rodzaju szop zawsze  miał słabość,  szczególnie zaś zainteresowała 

go pewna zaliczająca się do tej kategorii  budowla powstała  na planie ośmiokąta  mieszcząca 

się  na  włościach  Klingenschoenów.  Stuletnie  fundamenty  z  kamienia  polnego  były  wciąż 

nietknięte,  natomiast  pod  wpływem  deszczu  i  wiatru  pokrywający  budynek  gont  przybrał 

kolor  srebrzystoszary. Majestatyczna  budowla wysokości trzypiętrowego domu wznosiła się 

nad  polem  groteskowych  szkieletów  -  żałosnej  pozostałości  wydającego  ongiś  obfite  plony 

sadu jabłkowego. Teraz interesowały się nią jedynie ptaki, wśród których jeden wyróżniał się 

wydawanymi przez siebie odgłosami, a mianowicie ciekawskim: „kto to? kto to? kto to?” 

background image

 

 

Qwilleran natknął się na ową szopę, snując się po posiadłości Klingenschoenów, a był 

to teren niemały, rozciągał się bowiem od głównej ulicy Pickax aż po Trevelyan Road, a obie 

te  ulice  dzieliła  odległość  wynosząca  niemal  pół  mili.  Ruiny  rodowej  siedziby  sławetnych 

Klingenschoenów  znajdującej  się  przy  Main  Street  zostały  przekształcone  w  teatr,  a ogrody 

znajdujące się  na  jej tyłach poświęcono,  by  stworzyć tam parking dla widzów.  Za wysokim 

ozdobnym  płotem  z  kutego  żelaza  rozpoczynał  się  las,  w  którym  właśnie  skrywała  się 

wspomniana  szopa  i  sad.  Dalej  do  Trevelyan  Road  prowadziła  tylko  bita  droga  wijąca  się 

pośród  pastwisk  i  fundamentów  domów  zamieszkiwanych  dawno  temu  przez  pracowników 

najemnych.  Jeśli  ktokolwiek  w  ogóle  pamiętał  o  istnieniu  tej  drogi,  posługiwał  się  nazwą 

Trevelyan Trail. Na jej końcu ustawiono skrzynkę na listy, taką jaką widuje się często na wsi, 

tylko dużo większą. Aby wiadomo było, do kogo należy, zdobiła ją wielka litera „Q”. 

W  swej  przeszłości  szopa  pełniła  rolę  magazynu  jabłek,  ponadto  produkowano  tam 

cydr  i  masło  jabłkowe.  Jednak  gdy  Qwilleran  wszedł  w  jej  posiadanie,  w  dawnym  składzie 

pozostało  już  tylko  mnóstwo  wolnego  miejsca,  wznoszącego  się  jak  w  katedrze  aż  po 

oktagonalny  dach.  Aby  dało  się  w  nim  zamieszkać,  trzeba  było  przeprowadzić  intensywną 

renowację  budynku,  jednak  kiedy  pan  Q  wprowadził  się  wreszcie  do  nowego  domostwa, 

stwierdził  z  przyjemnością,  że  w  ciepłe  i  wilgotne  dni  jego  ściany  wciąż  emanowały 

aromatem jonatanów oraz koszteli. 

Takiego  właśnie  wilgotnego  i  ciepłego  jesiennego  dnia  -  ściśle  rzecz  biorąc,  był  to 

dziesiąty  września  -  podopieczni  Qwillerana  węszyli  z  ożywieniem,  wciągając  w  nozdrza 

nowy, interesujący zapach. Była to para kotów syjamskich; wnętrze szopy w znacznej mierze 

zostało  zaprojektowane  z  myślą  o  ich  potrzebach.  Były  tam  więc  pnące  się  wzdłuż  ścian 

rampy  i  przejścia  oraz  antresole  umiejscowione  na  trzech  poziomach,  co  wraz  z  systemem 

potężnych  belek  podtrzymujących  konstrukcję  dachu  stwarzało  idealne  warunki  do  dzikich 

gonitw,  szalonych  susów  i  niebezpiecznych  zapasów  na  skraju  dziesiecio-  czy 

dwunastometrowej  przepaści.  Gdy  znajdowały  się  w  nastroju  bardziej  sprzyjającym 

kontemplacji,  mogły korzystać z wielkich okien  umożliwiających obserwację przelatujących 

ptaków, spadających liści czy źdźbeł trawy tańczących na wietrze w sadzie. 

Qwilleran,  który  mieszkał  dwa  lata  w  ciasnym  apartamencie  nad  garażem 

Klingenschoenów,  był  zachwycony  obfitością  przestrzeni,  jaką  zapewniała  mu  ta  nowa 

rezydencja.  Był  mężczyzną  dość  potężnej  postury,  a  gdy  przekroczył  pięćdziesiątkę,  zaczął 

bardziej niż przedtem doceniać komfortowe życie, przy czym szerokie bary i długie nogi nie 

predestynowały  go  do  zasiedlania  ciasnych  wnętrz.  Tego  ciepłego  i  wilgotnego  sobotniego 

wieczoru  przechadzał  się  z  upodobaniem  po  swym  nowym  domostwie,  ciesząc  się 

background image

 

 

przestrzenią  tudzież  widokiem  galeryjek  pnących  się  ku  górze.  Co  jakiś  czas  z  satysfakcją 

gładził  szpakowate,  sumiaste  wąsy.  Przez  okna  do  wnętrza  wpadały  ostatnie  promienie 

słońca;  okna  zaś  były  wysokie  i  trójkątne,  co  wynikało  z  chęci  zachowania  oryginalnej 

konstrukcji nośnej budynku. 

-  Tym  razem  osiądziemy  na  dobre  -  oznajmił  kotom,  które  podążały  za  nim, 

bezgłośnie stawiając długie,  szczupłe nogi. -  Tutaj  jest nasze  miejsce  na ziemi!  -  cała trójka 

zaliczyła już niejeden adres. Pod niektórymi było im bardzo dobrze, pod niektórymi... wręcz 

przeciwnie. - To była nasza ostatnia przeprowadzka, pewnie się cieszycie? 

- Miau! - odpowiedział Koko; niezbyt głośno, ale i tak w jego wypowiedzi można było 

dosłyszeć niedowierzanie. 

Qwilleran przyjął za zasadę, żeby rozmawiać ze swoimi kotami, i przynajmniej Koko 

reagował na to tak, jakby rozumiał każde słowo. 

- Wszystko to zawdzięczamy Dennisowi -  mówił dalej Qwilleran. - Chciałbym tylko, 

żeby pani  Cobb  mogła zobaczyć  nasz dom -  zaśmiał się  na wspomnienie  byłej gospodyni. - 

Byłaby różowiutka ze szczęścia, nie uważacie? 

-  Yow!  -  w  głosie  Koko  pobrzmiewał  odcień  żalu,  najwyraźniej  pamiętał  doskonałe 

klopsiki pani Cobb. 

Podczas  renowacji  siedziby  Qwillerana  funkcję  projektanta  i  inżyniera  pełnił  syn 

dawnej  gospodyni.  Nazywał  się  Dennis  Hough  (co  wymawiało  się  jak  „Huff”),  a  jego 

przybycie  z  St.  Louis  do  Pickax  wywołało  sensację,  po  czemu  były  aż  trzy  przyczyny: 

niezwykła  koncepcja  i  wykonanie  przebudowy  oktagonalnej  szopy;  fantazyjna  nazwa,  jaką 

budowniczy nadał swojej firmie, która zachwyciła miejscowych, oraz niezwykły wpływ, jaki 

osoba Dennisa wywierała na zamieszkujące Moose County niewiasty. To Qwilleran namówił 

Dennisa  Hougha,  by  się  tu  przeniósł,  zapewniając  mu  pierwsze  zlecenie  w  postaci 

przebudowy szopy i kredyt z fundacji Klingenschoenów - na rozpoczęcie działalności. 

W  ten  spokojny  sobotni  wieczór  trójka  mieszkańców  szopy  wspięła  się  na  podest 

biegnący  wysoko  pod  dachem  i  Qwilleran  rozkoszował  się  widokiem  z  lotu  ptaka  na  swój 

wygodnie urządzony parter, kiedy przenikliwy głos Yum Yum, czyli kotki, oznajmił  mu, że 

są rzeczy ważniejsze od architektury, a mianowicie jedzenie. 

-  O,  przepraszam  -  rzucił  okiem  na  zegarek.  -  Rzeczywiście,  robi  się  już  późno. 

Chodźmy na dół, zobaczymy, co jest w lodówce. 

Syjamczyki wykonały w tył zwrot i zbiegły po rampie, ramię w ramię - aż do dolnej 

antresoli. Stamtąd dały susa,  sfruwając na parter niczym dwie latające wiewiórki,  lądując na 

poduszkach  fotela,  które  wydały przy tym  miękki  odgłos.  Skrót ten odkryły  niemal od razu. 

background image

 

 

Qwilleran  obrał  jednak  bardziej  konwencjonalną  drogę  i  zszedł  do  kuchni  po  krętych 

metalowych schodkach. 

Choć  już  od  wielu  lat  wiódł  życie  starego  kawalera,  nigdy  nie  nauczył  się  gotować 

nawet  najprostszych  potraw.  Jego  umiejętności  kulinarne  ograniczały  się  do  odgrzewania 

mrożonek  oraz  parzenia  kawy.  Wrzucił  więc  i  teraz  do  gotującej  się  wody  dwa  mrożone 

odnóża  alaskiego  kraba  królewskiego,  następnie  oddzielił  starannie  mięso  od  skorupek, 

posiekał je i estetycznie ułożył. Koty nieufnie obeszły dookoła talerzyk stojący na podłodze - 

najpierw  zgodnie  z  kierunkiem  ruchu  wskazówek  zegara,  potem  w  kierunku  przeciwnym  - 

nim zdecydowały się skosztować potrawy. 

- O ile dobrze zrozumiałem, miałyście dziś ochotę raczej na pierś kurczaka lub bażanta 

- stwierdził Qwilleran. 

Traktował je w ten sposób, bo stanowiły bardzo istotne dwie trzecie jego życia. Poza 

nimi  nie  miał  rodziny.  Yum  Yum  była  przeuroczą  kotką,  która  lubiła  sadowić  mu  się  na 

kolanach  i  wyciągać  łapkę  do  jego  wąsów;  Koko  był  zwierzęciem  obdarzonym  niezwykłą 

inteligencją,  a  jego  naturalne  kocie  instynkty  osiągnęły  poziom  zdolności  paranormalnych. 

Yum  Yum  wiedziała  doskonale,  kiedy  Qwilleran  włożył  na  siebie  coś  nowego  albo  podał 

jedzenie na innym talerzyku niż zwykle, jednak ruchliwy nosek i najeżone wąsy Koko były w 

stanie wyczuć grożące niebezpieczeństwo i odkrywać skrzętnie skrywane tajemnice. 

Yum  Yum  miała  też  skłonność  do  kradzieży,  co  w  szczególności  dotyczyło  małych, 

lecz  znaczących  przedmiotów;  Qwilleran  jednak  był  przekonany,  że  czyniła  to  za  sprawą  i 

poduszczeniem Koko. Tak czy inaczej, razem stanowili zgraną parę kocich łobuzów. 

„Małe  szatany!  -  tak  określił  je  niedawno  podczas  rozmowy  ze  swoją  przyjaciółką, 

Polly.  -  Chyba  na  użytek  Moose  County  postanowiły  wcielić  się  w  rolę  Mungojerriego  i 

Pumpernikla z Kotów”. 

Gdy  koty  bez  entuzjazmu  posilały  się  krabem,  Qwilleran  obserwował  pełną 

dezaprobaty posturę  ich  beżowopłowych postaci,  krytycznie przekrzywione brązowe uszka  i 

wyrzut  wyrażający  się  stosownym  ułożeniem  ogonów.  Od  dawna  uważnie  studiował  kocią 

mowę  ciała,  ostatnio  zwracając  szczególną  uwagę  właśnie  na  „ogonomowę”.  Z  zamyślenia 

wyrwał  go  dzwonek  telefonu,  jednak  po  drugiej  stronie  nikt  się  nie  odezwał.  Wzruszył 

ramionami i zabrał się do odmrażania potrawki z wołowiny na swój własny użytek. 

Najczęściej  w  sobotnie  wieczory  spożywał  kolację  w  „Old  Stone  Mill”,  a 

towarzyszyła mu Polly Duncan, kierowniczka biblioteki w Pickax i najważniejsza kobieta w 

jego życiu. Tego dnia jednak nie było jej w mieście. Przełknął kolację,  nie zwracając uwagi 

na  smak,  a  następnie  udał  się  do  gabinetu,  by  napisać  kolejny  tekst  do  redagowanej  przez 

background image

 

 

siebie  w  lokalnej  gazecie  rubryki  „Piórkiem  Qwilla”.  Tematem  artykułu  był  zdumiewający 

sukces  pewnego  artystycznego  eksperymentu.  Właśnie  tego  wieczoru  Klub  Teatralny  dawał 

ostatnie  przedstawienie  dramatu  Sławna  historia  żywota  króla  Henryka  VIII.  Dobór  sztuki 

uznano za nader kontrowersyjny. Nawet najzagorzalsi miłośnicy Szekspira przepowiadali, że 

więcej  będzie  osób  na  scenie  niż  na  widowni.  A  jednak  przedstawienie  utrzymało  się  na 

afiszu  najdłużej  w  historii  tutejszego  teatru:  pokazano  je  dwunastokrotnie  w  ciągu  czterech 

weekendów, przy czym za każdym razem prawie wszystkie miejsca na widowni były zajęte. 

Qwilleran  był obecny  na premierze w towarzystwie Polly Duncan,  siedział w piątym 

rzędzie  przy  przejściu,  następnie  z  czystym  sumieniem  napisał  bardzo  pochlebną  recenzję. 

Teraz,  kiedy  wiadomo  już  było,  ile  biletów  się  sprzedało,  stworzył  tekst  podsumowujący 

wydarzenie,  w  którym  wychwalał  publiczność  za  to,  że  potrafiła  docenić  poważny  dramat 

oraz  wykonawców  z  małego  miasteczka,  którzy  z  powodzeniem  wcielili  się  w 

szesnastowiecznych angielskich arystokratów. Nie przypadkiem postać reżysera pojawiła się 

dopiero na szarym końcu,  w ostatnim akapicie.  Hilary  VanBrook uraził dziennikarską dumę 

Qwillerana,  odmawiając  mu  zgody  na  zamieszczenie  swojego  naszkicowanego  „piórkiem 

Qwilla”  portretu  w  gazecie.  Tymczasem  każdy  inny  mieszkaniec  Pickax  uważałby  taką 

możliwość  za  coś  w  rodzaju  wygranej  na  loterii.  Teraz  dziennikarz  miał  ostatnie  słowo, 

umieszczając nazwisko VanBrooka w ostatnich zdaniach swojego artykułu. 

Zadowolony  z  rezultatu  Qwilleran  przyrządził  sobie  filiżankę  kawy  za  pomocą 

skomputeryzowanego  ekspresu  i  odmroził  pączka,  zamierzając  poświęcić  się  relaksowi  z 

okazyjnie kupioną książką. Qwilleran z natury nie należał do osób rozrzutnych i również gdy 

jego  status  finansowy  radykalnie  się  zmienił,  zachował  wiele  ze  swych  dawnych, 

oszczędnych nawyków. Jeździł używanym samochodem, tankował na samoobsługowej stacji 

benzynowej,  krzywił  się  na  widok  wygórowanych  cen  i  starał  się  kupować  książki  w 

antykwariatach oraz na wyprzedażach. 

Przebrał się w piżamę, na którą narzucił stary, wygodny szlafrok, przyłożył zapałkę do 

suchych  gałązek  i  polan  na  kominku...  i  już  miał  się  usadowić  wygodnie  w  wielkim  fotelu, 

kiedy  telefon  znów  zadzwonił.  Również  tym  razem  usłyszał  trzask  pospiesznie  odkładanej 

słuchawki,  a  potem  sygnał.  Jednak  teraz  zaczął  już  się  zastanawiać:  w  wielkich  miastach, 

które  poznał,  mieszkając  i  pracując  na  Nizinach,  należałoby  obawiać  się  włamywacza 

sprawdzającego z budki na rogu, czy ktoś jest w domu. W Moose County włamania zdarzały 

się niezwykle rzadko, toteż przypuszczał, że głuche telefony są  jedynie przejawem czyjegoś 

wścibstwa.  Jabłkowa  szopa  Qwillerana  wywołała  prawdziwą  sensację  w  okolicy;  do  tego 

stopnia,  że  po  jego  włościach  wciąż  ktoś  się  kręcił  i  próbował  zaglądać  przez  okna. 

background image

 

 

Dodatkowego posmaku całej sprawie nadawał fakt, że w latach dwudziestych na belkach pod 

sufitem powiesił się w niej pewien sadownik. 

Zapominając  o  telefonie,  zasiadł  wygodnie  w  fotelu,  kładąc  nogi  na  otomanie. 

Syjamczyki stawiły się również, gotowe na sesję lektury. Często czytał im na głos. Wyraźnie 

lubiły go słuchać  i  nie sprawiało  im  większej różnicy, czy  są  to wiersze  Walta  Whitmana z 

wyświechtanego  tomiku,  czy  też  wyniki  rozgrywek  pierwszoligowych  z  nizinnych  gazet. 

Qwilleran  dysponował  mocnym  głosem,  zyskał  też  niemało  podczas  lekcji  emisji  podczas 

studiów, a do tego dochodziła jeszcze znakomita akustyka szopy. 

Gdy  otworzył  Ptaki  Ameryki  Audubona  -  tanią  edycję  dziewiętnastowiecznego 

bestsellera  -  jego  dwuosobowa  publiczność  ułożyła  się  wygodnie,  tworząc  dwa  uważnie 

wsłuchane  kłębki.  Yum  Yum  znajdowała  się  na  kolanach  Qwillerana,  a  Koko  na  bocznym 

oparciu  fotela.  Ornitologia  nigdy  szczególnie  Qwillerana  nie  interesowała,  ostatnio  jednak 

Polly  podarowała  mu  na  urodziny  lornetkę,  wyraźnie  pragnąc  go  zachęcić  do  wspólnych 

obserwacji ptaków.  Co więcej, książka  z ponad dwustu kolorowymi  ilustracjami  za dolara - 

takiej okazji nie sposób było się oprzeć. 

-  Głównie są tu obrazki -  oznajmił wsłuchanym zwierzakom, przerzucając stronice.  - 

Kto  wymyśla  takie  dziwaczne  nazwy  ptaków?  Bak  amerykański...  głuptak...  zausznik... 

lodówka... wilgowron żaglosterny! Przecież to brzmi absurdalnie, prawda? 

- Yow - zgodził się z nim Koko. 

-  Popatrzcie  na  tego  przystojniaka!  To  wasz  przyjaciel,  kardynał.  Z  książki 

dowiadujemy  się,  że  zamieszkuje  zarośla  i  krzewy  oraz  ogrody,  i  spotykany  jest  daleko  na 

północy, nawet w Kanadzie. 

Koko,  który  już  na  Nizinach  był  wytrawnym  obserwatorem  gołębi,  spędzał  teraz 

każdego  dnia  całe  godziny  przy  oknach  wszystkich  poziomów  szopy-rezydencji,  śledząc 

ptaszki, których całe mnóstwo kręciło się po opuszczonym sadzie. Ostatnio zawarł znajomość 

z gościem wyróżniającym się czerwonym upierzeniem, królewską koroną i patrycjuszowskim 

dziobem, który wciąż pogwizdywał pytająco: „kto to?” 

Gdy Qwilleran przewrócił stronę i oczom jego ukazał się wizerunek łuszczą strojnego, 

oba koty ożywiły się nagle, odwracając głowy w stronę drzwi wejściowych. Qwilleran także 

zaczął  nasłuchiwać.  Z  oddali  dobiegał  groźny  pomruk,  jakby  przez  sad  nadciągała  kolumna 

czołgów,  po  chwili  dostrzegł  światła  zbliżające  się  do  szopy.  Zerwał  się  z  fotela  i  włączył 

lampy  na  dziedzińcu.  Ujrzał  samochody  jadące  jeden  za  drugim  Trevelyan  Trail  -  pojazdy 

kołysały  się  na  wybojach  gruntowej  drogi  i  manewrowały,  starając  się  ominąć  co  większe 

wyrwy, ale zbliżały się nieuchronnie. 

background image

 

 

- Cóż to takiego, u licha? - zdziwił się, przygładzając wąsy. - Jakaś inwazja? 

Zaniepokojony  ton  jego  głosu  sprawił,  że  oba  koty  znikły  bezszelestnie  -  nie  miały 

przecież zamiaru znaleźć się na linii ognia. 

Jeden  po  drugim  pojazdy  pojawiały  się  u  wylotu  drogi,  by  następnie  zaparkować 

pośród wysokich traw rosnących między starymi jabłoniami. Gasły światła, ciemne sylwetki 

wysiadały  z  samochodów  i  półciężarówek,  kierując  się  gromadnie  w  stronę  szopy.  Dopiero 

gdy  pierwsze  sylwetki  znalazły  się  w  kręgu  światła  latarni,  Qwilleran  rozpoznał  je  jako 

aktorów  i  inne  osoby  związane  z  przedstawieniem  Henryk  VIII.  Nieśli  sześciopaki  piwa, 

turystyczne lodówki, brązowe torby z papieru i pudełka z pizzami. 

W  pierwszej  chwili  pomyślał:  A  niech  to!  Przyłapali  mnie  w  piżamie  i  starym 

szlafroku!  Zaraz  potem  uprzytomnił  sobie,  że  i  oni  wyglądają  jak  jacyś  włóczędzy.  I 

rzeczywiście,  wszyscy  ubrani  byli  w  stroje  co  najmniej  robocze:  wytarte  dżinsy,  spłowiałe 

bluzy,  sprane  spódnice,  wyciągnięte  swetry  i  znoszone  buty  -  jakby  dla  kontrastu  wobec 

dworskich strojów, w których paradowali jeszcze godzinę temu. 

- Postanowiliśmy urządzić ci parapetówę! - zawołali na widok Qwillerana stojącego w 

drzwiach.  Sięgnął  za  framugę  do  głównego  włącznika  uruchamiającego  iluminację  całego 

wnętrza.  Skierowane  w  dół  i  w  górę  reflektory  ukryte  były  za  belkami  i  pod  podestami. 

Odsunął się, by wpuścić gości do środka. Zmieścili się wszyscy bez trudu - cała czterdziestka! 

Otworzyli  szeroko  oczy  ze  zdumienia  i  pootwierali  usta,  a  mieli  po  temu  wszelkie 

powody.  Ściany  parteru  zbudowane  były  z  kamieni  połączonych  zaprawą,  której  jednak  nie 

było widać, toteż oryginalna podstawa budynku tworzyła wewnątrz atmosferę groty. Nad ich 

głowami  przebiegały  potężne  sosnowe  belki,  niektóre  z  nich  szerokości  trzydziestu 

centymetrów.  Odświeżono  je,  przywracając  im  ich  dawny  miodowy  kolor;  kontrastowały 

teraz łagodnie ze świeżo otynkowanymi ścianami pomalowanymi na biało. Pośrodku wznosił 

się  nowoczesny  kominek,  wielki  biały  kubik  z  trzema  grubymi,  pomalowanymi  na  biało 

rurami ciągnącymi się aż do środka dachu. 

Po  raz  pierwszy  od  niepamiętnych  czasów  członkowie  Klubu  Teatralnego  z  Pickax 

oniemieli. Przechadzali się po parterze jak w transie, spoglądając ku górze na belki i podpory, 

a  potem  w  dół  na  ceramiczną  posadzkę,  i  rozglądali  się  dookoła,  podziwiając  meble 

ustawione  na  marokańskich  dywanach.  Aż  wreszcie  wszyscy  przyszli  do  siebie  i  zaczęli 

mówić wszyscy naraz. 

- Qwill, ty naprawdę tutaj mieszkasz? 

- Nie do wiary! 

- Nieźle, naprawdę nieźle! Musiało kosztować majątek! 

background image

 

 

- To wszystko zaprojektował Dennis? Prawdziwy geniusz! 

- Człowieku, przecież tu starczy miejsca na trzy fortepiany i dwa stoły bilardowe. 

- Patrzcie na te belki! Teraz już nie robią takich drzew. 

- W sam raz, żeby się powiesić. 

- Qwill, mój drogi, to powalające! Nie potrzebujesz sublokatorki? 

Qwilleran  przy  różnych  okazjach  poznał  ich  wszystkich,  a  niektórzy  byli  jego 

ulubionymi znajomymi z Pickax: 

Na  przykład  Larry  Lanspeak,  właściciel  tutejszego  domu  towarowego.  Chciał  grać 

kardynała Wolseya,  w końcu jednak otrzymał rolę króla Henryka, a że był drobnej budowy, 

jego kostium trzeba było wypchać, aby aktor nabrał majestatycznego wyglądu - jak przystało 

na dobrze odżywionego monarchę. 

Fran  Brodie,  projektantka  wnętrz,  a  także  córka  komendanta  policji.  Ubiegała  się  o 

rolę królowej Katarzyny, obsadzono ją jednak jako piękną Annę Boleyn. Zdaniem Qwillerana 

był to strzał w dziesiątkę. Podczas sceny koronacji nie mógł od niej oderwać oczu i obawiał 

się, że Polly zauważy jego przyspieszony oddech. 

Carol  Lanspeak,  przewodnicząca  klubu,  zaprzyjaźniona  ze  wszystkimi.  Także  ona 

pragnęła  zostać  królową  Katarzyną  i  była  głęboko  rozczarowana,  kiedy  reżyser,  VanBrook, 

obrał ją za swoją asystentkę i jedynie dublerkę królowej. 

Susan  Exbridge,  ostatnio  rozwiedziona,  zajmująca  się  handlem  antykami.  Nie 

wyglądała  na  swoje  czterdzieści  lat  i  wprost  marzyła  o  roli  Anny  Boleyn.  Była  wściekła, 

kiedy reżyser  obsadził  ją  jako Starą Damę,  jednak  jej gniew szybko  minął,  zorientowała się 

bowiem, że postać owa wygłasza kilka kwestii, które mogą zrobić prawdziwą furorę. 

Derek  Cuttlebrink,  pomocnik  kelnera  w  „Old  Stone  Mill”.  Grał  w  przedstawieniu  aż 

pięć ogonów  i robił  spore  wrażenie -  nie ze względu na zdolności aktorskie,  lecz  z powodu 

tykowatej postury.  Miał  już  metr  dziewięćdziesiąt dziewięć  i  nadal rósł.  Gdy tylko pojawiał 

się na scenie w stroju kolejnych postaci, po widowni przechodził szept: „O, to znowu on”. 

Dennis  Hough,  budowniczy,  niedawno  przybyły  do  miasta.  On  także  pragnął  zagrać 

kardynała Wolseya,  musiał  jednak zadowolić się pomniejszą rolą. Tym niemniej jako książę 

Buckingham  niesłusznie  skazany  na  śmierć  wygłaszał  mowę  pożegnalną,  która  co  wieczór 

doprowadzała widzów do łez. 

Eddington Smith, bukinista. Ten nieśmiały staruszek grał kardynała Campeiusa, choć 

nikt  nie  był  w  stanie  dosłyszeć  jego  kwestii.  Nie  miało  to  jednak  znaczenia,  jako  że 

najważniejsze padały z ust kardynała Wolseya. 

background image

 

 

Hixie  Rice,  kierowniczka  działu  reklamy  tutejszej  gazety.  Ze  względu  na  swoje 

kwalifikacje i kontakty podjęła się sprzedaży reklam w programie przedstawienia. Zyskała w 

ten sposób dość pieniędzy, by pokryć koszty wspaniałych dworskich kostiumów. 

Wally  Toddwhistle,  utalentowany  młody  taksidermista.  Tworzył  dla  Klubu 

Teatralnego scenografie, a przy Henryku VIII dokonał cudów za pomocą starych desek, farby 

w spreju i prześcieradeł. 

Obecny  był  również  reżyser,  Hilary  VanBrook,  który  przechadzał  się  samotnie  i 

odzywał  się  niewiele  lub  zgoła  wcale.  Cała  reszta  była  podekscytowana  doświadczeniami 

ostatniego  przedstawienia:  owacją  na  stojąco,  kwiatami  i  powszechną  ulgą,  że  wreszcie  już 

jest  po  wszystkim.  Teraz  trzeba  było  odreagować  stres,  co  wiązało  się  ze  sporym  hałasem. 

Koty  spoglądały  na  tłumek  z  wysokiego  podestu i  poruszały  noskami,  rozpoznając  zapachy 

sera,  pepperoni  i  anchois  unoszące  się  ku  górze.  Wszyscy  aktorzy  byli  głodni  jak  wilki. 

Pochłonęli pizzę, popijając ją zimnymi napojami i mocnym naparem ze skomputeryzowanego 

ekspresu Qwillerana, cały czas nie przestając gadać: 

-  Coś się komuś pomyliło  i  musiałam wypowiedzieć  swoją kwestię w ciemnościach! 

Mogłabym zabić tego palanta od reflektorów! 

-  Dziś  podczas  wizji  Katarzyny  anioły  upuściły  jej  girlandę  na  głowę.  Myślałam,  że 

nie wytrzymam i wybuchnę śmiechem. 

-  Podczas  ostatniego  przedstawienia  wszystko  się  sypie,  ale  widownia  i  tak  tego  nie 

zauważa. 

-  Pamiętacie,  podczas procesji zawsze  nieśliśmy  złote berło,  a dzisiaj za  cholerę  nikt 

nie był w stanie go znaleźć! 

- Przynajmniej akurat dziś nikt nie nadepnął na mój welon. Dzięki Bogu: mała rzecz, a 

cieszy. 

-  W  połowie  procesu  o  zdradę  zaczął  gonić  do  przodu  jak  szalony,  musiałem 

improwizować. To nie takie łatwe, jeżeli usiłuje się przemawiać angielskim z epoki królowej 

Elżbiety. 

- Dzisiaj publiczność naprawdę była świetna,  nie uważacie? Na kwestię Starej Damy 

rozległ się ryk śmiechu nawet z balkonu. 

- Nic dziwnego, zagrała koncertowo! 

Pełniąc  obowiązki  gospodarza,  Qwilleran  przechadzał  się  od  grupki  do  grupki, 

pobrzękując  lodem  w  szklance  wody  mineralnej  squunk.  Jego  drink  wyglądał  jak  wódka  z 

lodem, ale wszyscy obecni wiedzieli, że to napój ze zdroju bijącego w Squunk Corners. Nie 

zdziwił się, widząc Dennisa Hougha otoczonego wianuszkiem kobiet. Pośród nich była Susan 

background image

 

 

Exbridge,  wciąż  z  przylizanymi  włosami,  jako  Stara  Dama  musiała  bowiem  nosić  na  nich 

perukę...  i  Hixie  Rice,  potrząsająca  asymetryczną  fryzurą  na  pazia,  w  tym  tygodniu  koloru 

kasztanowego...  oraz  Fran  Brodie,  której  miękkie,  jasne  loki  zaskakująco  kontrastowały  ze 

stalowym spojrzeniem szarych oczu. 

Carol Lanspeak trąciła dyskretnie Qwillerana w łokieć. 

- Popatrz na Dennisa i jego groupies. Szkoda, że jestem szczęśliwą mężatką, bo sama 

bym do nich dołączyła. 

- Dennis to przystojny facet - przyznał Qwilleran. 

-  Najbardziej  interesujące  jest w  nim to -  zauważyła Carol -  że  jest zarazem  męski  i 

wrażliwy.  Wygląda  na  spokojnego,  a  w  środku  aż  się  gotuje,  o  krok  od  wybuchu.  Zresztą 

podczas prób było kilka ostrych starć. 

-  Jest  impulsywny,  ale  podczas  prac  nad  renowacją  szopy  nie  zwracałem  uwagi  na 

jego przypływy złego humoru, bo robił świetną robotę. Nie wiem,  czy wiesz, ale o mało nie 

uzyskał  uprawnień  architekta,  tylko  w  ostatniej  chwili  zdecydował  się  jednak  zostać 

budowniczym.  Zwróć  uwagę,  jak  włączył  stare  drabiny  do  swojego  projektu  -  na  jednej  z 

nich, mniej więcej w połowie wysokości, znajdował się właśnie tykowaty pomocnik kelnera, 

machając ręką  i nogą do gości zgromadzonych w dole.  -  Tamte podesty służą do tego, żeby 

móc umyć położone wyżej okna. Na barierkach wkrótce zawisną gobeliny. 

-  Może  takie  pikowane  patchworki...  -  zaproponowała  Carol,  która  miała  słabość  do 

wnętrz swojskich i przytulnych. 

-  Nic  z  tych  rzeczy!  -  oświadczył  stanowczo  Qwilleran.  -  Fran  zamówiła  specjalne 

gobeliny u pewnej artystki. Mają je dostarczyć lada dzień. 

- Wszyscy w mieście wprost marzą, żeby zobaczyć to miejsce. 

- Dlatego też będziemy je im pokazywać. Opłata za wstęp pójdzie na rzecz biblioteki. 

To pomysł Polly. 

- Jeżeli będziecie podawać przekąski, biblioteka nieźle się obłowi. Mieszkańcy Pickax 

są wiecznie głodni - a potem od niechcenia spytała, dając tym samym dowód wścibstwa jakże 

charakterystycznego dla rdzennej mieszkanki tych okolic: - A gdzie jest Polly? 

Wszyscy  wiedzieli,  że  spadkobierca  Klingenschoenów  i  bibliotekarka  spędzają 

weekendy  razem.  Podczas  pogaduszek  w  barze  zwanym  „Pod  Psem”  prawie  zawsze  padało 

pytanie:  „Myślicie,  że  on  się  kiedyś  z  nią  ożeni?”  Podczas  wytwornych  rozmów  kobiet 

popijających kawkę w „Lois's Luncheonette” temat pojawiał się nie mniej często: „Nie wiem, 

dlaczego ona za niego nie wyjdzie?” 

Odpowiadając na pytanie Carol, Qwilleran wyjaśnił: 

background image

 

 

- Polly jest w Lockmaster na ślubie. Syn tamtejszej bibliotekarki porzuca właśnie stan 

kawalerski. 

- Kto się opiekuje Bootsiem? - powszechnie znanym w Pickax faktem było również to, 

że bibliotekarka ma kota na punkcie swojego pupilka. 

- Byłem u niej dzisiaj, żeby go nakarmić, jutro znów tam się zjawię, aby napełnić jego 

brzuszek, czyli studnię bez dna - i posprzątać w kuwetce. Nigdy nie widziałem, żeby kot jadł 

aż tak dużo! 

- Wciąż jeszcze rośnie - zauważyła Carol. 

-  Polly  ma  wrócić  późnym  popołudniem  i  opowiedzieć  mi,  jak  była  ubrana  panna 

młoda, kto złapał jej bukiecik podczas oczepin i tak dalej. Nie mogę pojąć, co tak fascynuje 

kobiety w obrzędach ślubnych. 

- Oho, zrzędzenie zgryźliwego starego kawalera. 

- Ja tam wolałbym pójść na mecz. Zdajesz sobie sprawę, że od czterech lat nie byłem 

na ani jednym pierwszoligowym meczu? A od urodzenia jestem fanem drużyny z Chicago. 

- Sam sobie jesteś winien, Qwill. Wiesz doskonale, że Larry z przyjemnością zabrałby 

cię do Chicago albo Minneapolis. Niedawno kupił nową awionetkę i są w niej cztery miejsca. 

Polly  i  ja  mogłybyśmy  przy  okazji  wybrać  się  na  zakupy.  Chyba,  że  też  chciałaby  obejrzeć 

mecz. 

-  Polly  nie  lubi  bejsbolu! -  rzekł z  naciskiem Qwilleran. Zresztą za zakupami też  nie 

przepada - dodał w myśli, mając w pamięci zawartość jej skromnej garderoby skompletowaną 

dość chaotycznie podczas różnych wyprzedaży w domu towarowym Lanspeaków. 

Mąż Carol podszedł do nich. 

- Słyszę, że ktoś, oferuje moje skromne usługi? 

Na pierwszy rzut oka mogłoby  się wydawać, że Lanspeakowie są zwykłą,  przeciętną 

parą  w  średnim  wieku,  oboje  jednak  tryskali  młodzieńczą  energią,  dzięki  której  stali  się 

prominentnymi postaciami miejscowej społeczności, a która przy okazji czyniła z ich obojga 

wyśmienitych  aktorów.  Qwilleran  często  zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  nie  jest  to 

wynikiem jakiejś - hm - szczególnej diety. 

-  Larry,  w  tej  roli  byłeś  wprost  znakomity.  Nigdy  nie  widziałem  tak  królewskiego 

króla Henryka! 

- Dzięki,  bracie. Jedno ci powiem, miło jest znów schudnąć. Mało tego, że musiałem 

manewrować  brzuszyskiem  Henryka  po  scenie,  to  jeszcze  musiałem  myśleć  jak  grubas! 

Przyznam  się,  że  przychodziło  mi  to  z  dużym  trudem.  No  i  jeszcze  ta  przeklęta  swędząca 

broda! Zgoliłem ją natychmiast, jak tylko kurtyna opadła. 

background image

 

 

- Co Polly mówiła o naszym przedstawieniu? - spytała Carol. 

-  Była  zachwycona.  Poza  tym  oboje  byliśmy  zdania,  że  sceny  zbiorowe  wypadły 

wyjątkowo dobrze. Jak sobie radziliście z tymi wszystkimi dzieciakami? 

- Łatwe to nie było. Trzeba było wcisnąć je w kostiumy, zmusić do zachowania ciszy 

za kulisami, a potem wypychać na scenę we właściwym momencie. Jak wiesz, przebierali się 

jeszcze  w  szkole  i  dowoziliśmy  je  szkolnymi  autobusami.  Trauma,  mówię  ci.  Na  szczęście 

Hilary reżyserował już tę sztukę i miał wszystkie triki w małym palcu.  Jako jego asystentka 

wiele się nauczyłam, nie przeczę - odwróciła się plecami do pozostałych gości i zniżyła głos: 

- Jednak jako przewodnicząca klubu i żona prezesa rady szkolnej pragnę stwierdzić wyraźnie, 

że nie znoszę tego człowieka! 

Znaczna  część  populacji  Pickax  żywiła  szczerą  nienawiść  do  Hilary'ego  VanBrooka, 

dyrektora  liceum.  Przyczyną  była konfliktowa osobowość pedagoga i  fakt,  że był  niezwykle 

zarozumiały.  Nawet  noszone  przez  niego  w  szkole  golfy  działały  niejednemu  na  nerwy.  W 

Moose  County  ktoś,  kto  piastował  oficjalne  stanowisko  i  nosił  czarny  golf  zamiast  białej 

koszuli  oraz  stonowanego  krawata,  uważany  był  za  coś  w  rodzaju  elementu  wywrotowego. 

Jednak  szczególnie  irytujące  było  to,  że  wszelkie  jego  przedsięwzięcia  wieńczył  sukces  - 

choćby  nawet  z  początku  wydawały  się  pozbawione  sensu  czynnikom  takim  jak  rodzice, 

nauczyciele, kuratorzy i rada szkolna. 

Tak  więc  utyskiwanie  na  dyrektora  było  jednym  z  ulubionych  zajęć  mieszkańców 

Pickax.  Nie  grzeszył  urodą,  toteż  za  plecami  przezywano  go  „Końska  Szczęka”.  A  jednak 

jego  uzdolnienia  i  pewność  siebie  napawały  wszystkich  podziwem.  Znakomite  osiągnięcia 

Hilary'ego  jako  administratora  szkolnego  i  jego  reputacja  intelektualisty  sprawiły,  że  Klub 

Teatralny dał mu się nakłonić do wystawienia sztuki uważanej za zbyt nudną,  na zbyt małej 

scenie,  wymagającej  zbyt  wielu  aktorów.  A  oto  teraz  Henryk  VIII  zapisał  się  na  trwałe  w 

annałach jako kolejny triumf Końskiej Szczęki. 

-  Owszem  -  mruknął  Larry,  również  półgłosem.  -  Temu  padalcowi  znów  się  udało! 

Sprzedaliśmy tyle biletów, że nawet mamy zyski. To dzięki tym wszystkim dzieciakom, bo za 

każdym razem sala była pełna ich krewnych, przyjaciół i kolegów ze szkoły - rzucił okiem na 

prawo,  by  sprawdzić,  gdzie  znajduje  się  dyrektor,  i  ciągnął  scenicznym  szeptem:  -  Popełnił 

jednak  dwa  błędy.  Z  całą  pewnością  nie  powinien  był  przyznawać  sobie  samemu  roli 

kardynała  Wolseya  i  zdecydowanie  nie  należało  sprowadzać  osoby  z  zewnątrz  do  roli 

królowej Katarzyny. Tutaj w Moose County mamy wystarczająco wiele talentów. 

Qwilleran przesunął wzrokiem po grupkach gości. 

- A co się stało z królową? Tutaj jej nie widzę. 

background image

 

 

-  Odjechała,  gdy  tylko  kurtyna  opadła.  W  pośpiechu  zmyła  makijaż  i  nawet  nie 

powiedziała nam do widzenia. 

-  No  cóż,  my  także  nie  byliśmy  wobec  niej  szczególnie  serdeczni  -  przyznał  Larry  - 

chociaż oczywiście powiedzieliśmy  jej o  imprezie  i wyjaśniliśmy,  jak tu dojechać.  Zapisała, 

więc myślałem, że się pojawi. Co prawda mieszka w Lockmaster, całe sześćdziesiąt mil stąd, 

więc chyba można jej wybaczyć. 

Carol ścisnęła męża za ramię. 

- Jak ci się podoba szopa, kochanie? 

- Jest fantastyczna! W jakim była stanie, Qwill, zanim zaczęliście przebudowę? 

- Konstrukcja okazała się bardzo solidna, tylko wewnątrz było strasznie brudno! Przez 

całe lata rezydowały tu ptaki, koty, nietoperze i nawet skunksy. Fran zawiesiła te niemieckie 

grafiki w charakterze przeprosin dla wysiedlonych nietoperzy - pokazał im cztery oprawione 

w ramki obrazki przedstawiające latające ssaki, datowane na rok 1824. 

- Powinno się zrobić zdjęcia tego wnętrza i opublikować je w jakimś czasopiśmie. 

-  Owszem,  przydałaby  się taka publikacja -  ze względu  na Dennisa.  Zresztą Fran też 

świetnie  się  spisała,  jeśli  chodzi  o  wyposażenie  wnętrza.  Zwłaszcza  że  nie  należę  do 

najłatwiejszych klientów. Niedługo przyjedzie tu z Lockmaster John Bushland, żeby porobić 

zdjęcia. Ciekaw jestem, jak to wszystko będzie wyglądało na odbitkach. 

- A tutaj nie mamy dobrego fotografa? - oburzył się Larry. 

Zawistna rywalizacja między Pickax a Lockmaster ciągnęła się już od ponad stulecia. 

-  Nie  mamy  takiego,  który  dorównywałby  Bushy'emu  pod  względem  talentu  i 

doświadczenia, nie mówiąc już o tym, żeby dysponował równie dobrym sprzętem. 

- Racja. Fakt, że jest niezły - przyznał Larry. 

- Pizza się kończy! - zawołał ktoś i tłumek zgromadził się wokół barku w kuchni - to 

znaczy  udali  się  tam  wszyscy  oprócz  Hilary'ego  VanBrooka.  Kiedy  inni  skupiali  się  w 

gromadki, mieszające się ze sobą i przemieszczające po obszernym wnętrzu, reżyser trzymał 

się  z  dala.  W  butelkowozielonej  sportowej  marynarce  ze  sztruksu  i  czerwonym  golfie  był 

zdecydowanie  najlepiej  ubranym  osobnikiem  pośród  tej  byle  jak  odzianej  hałastry.  Z 

pochylonymi  ramionami,  rękami  w  kieszeniach  i  posępnym  wyrazem  kościstej,  brzydkiej 

twarzy  przyglądał  się  uważnie  -  i  krytycznie  -  ręcznie  ciosanym  belkom  drewnianej 

konstrukcji  budynku,  wymyślnemu  kominkowi,  grafikom  na  ścianach  i  kaszcie  drukarskiej 

wypełnionej do połowy metalowymi czcionkami na drewnianych klockach. 

Stał  właśnie  przed  sosnową  szafą  wysoką  na  ponad  dwa  metry,  kiedy  podszedł  do 

niego Qwilleran. 

background image

 

 

-  To wyprodukowana w Pensylwanii  niemiecka szafa typu Schrank datowana  na rok 

1850 lub wcześniej. 

-  Raczej  austriacka  -  poprawił  go  dyrektor.  -  Widać,  że  oryginalnie  pokryta  była 

malunkami,  które  potem  ktoś  zdarł  i  dał  nowe  wykończenie,  co,  jak  przypuszczalnie  zdaje 

pan sobie sprawę, obniża jej wartość. 

Qwilleran  szczerze  żałował,  że  nie  było  nigdzie  w  okolicy  matki  Dennisa,  która 

mogłaby temu zaprzeczyć. VanBrook wypowiedział swe słowa, nie spoglądając na słuchacza. 

W ogóle  miał  irytujący  zwyczaj  wodzenia oczami po pokoju podczas rozmowy.  Wykazując 

godny podziwu takt i opanowanie, Qwilleran odparł: 

- Tak czy inaczej, pragnę pogratulować panu sukcesu, jaki odniosła sztuka. 

Reżyser zerknął na wystrzępione poły szlafroka, który Qwilleran miał na sobie. 

- Ów sukces nie jest dla mnie zaskoczeniem. Kiedy zaproponowałem wystawienie tej 

sztuki,  spotkałem  się  ze  sprzeciwem  ze  strony  osób  mających  niewiele  doświadczenia 

teatralnego i słabe pojęcie o Szekspirze. Ktoś powiedział, że jest nudna. Otóż nie ma nudnych 

sztuk,  jeśli  reżyser  jest  kompetentny.  Co  więcej,  Henryk  VIII  porusza  problemy  istotne  dla 

współczesnego społeczeństwa. Dbam o to, by uczniowie starszych klas przerabiali tę sztukę. 

-  Podobno  zanim  objął  pan  dyrekcję  szkoły  w  Pickax,  wcale  nie  przerabiano  tam 

Szekspira. 

-  Niestety,  to  prawda.  Teraz  najpierw  zapoznają  się  z  Romeo  i  Julią,  następnie  z 

Makbetem  i  Juliuszem  Cezarem.  Nie  tylko  czytają  te  sztuki,  ale  i  recytują  ich  fragmenty. 

Szekspira powinno się deklamować na głos. 

Słuchając teatralnego głosu VanBrooka i spoglądając  nad  jego ramieniem, Qwilleran 

dostrzegł  Koko  schodzącego  po  rampie  wiodącej  z  antresoli.  Kota  wyraźnie  coś 

zainteresowało, wpatrywał się uważnie w dyrektora szkoły. Bez trudu i bezgłośnie znalazł się 

na  szczycie  szafy,  zajmując  pozycję  nad  głową  VanBrooka.  Przyglądał  się  jej  z  bardzo 

szczególnym  wyrazem  pyszczka.  Mogąc  tylko  mieć  nadzieję,  że  Koko  nie  żywi  jakichś 

niecnych  intencji,  rzucił  mu  surowe  spojrzenie  i  odkaszlnął  znacząco,  nim  zadał  kolejne 

pytanie: 

- Co pan sądzi o przeróbkach, jakich Dennis dokonał w tym wielkim gmaszysku? 

-  Koncepcja  jest  oczywiście  wtórna  -  rzekł  VanBrook  z  wyrazem  twarzy  godnym 

wielkiego znawcy architektury wnętrz. 

-  Według  słów  Dennisa  rampy  służą  temu,  żeby  zachować  regionalny  charakter 

budynku.  Jakiekolwiek  podobieństwo  do  Muzeum  Guggenheima  jest  całkowicie 

background image

 

 

przypadkowe.  Te  drabiny  -  ciągnął  Qwilleran  -  są  oryginalne,  prowadziły  ongiś  na  górny 

poziom, ich szczeble umocowane są za pomocą skórzanych rzemieni. 

Najwyraźniej reżyser poczuł natarczywe spojrzenie Koko wbite w czubek jego głowy 

i  dotknął  dłonią  swego  tupeciku.  Ten  tupecik  był  zresztą  przedmiotem  niejednej  wymiany 

zdań mieszkańców Pickax, żywiących przekonanie, iż prawdziwy mężczyzna powinien mieć 

prawdziwe włosy - albo nie mieć ich wcale. 

VanBrook odwrócił się nagle i spojrzał na szczyt szafy. 

Qwilleran pospiesznie przedstawił swojego ulubieńca: 

-  To  mój  kot  syjamski,  ma  na  imię  Kao  K'o-Kung,  na  cześć  pewnego 

trzynastowiecznego chińskiego artysty. 

- Yow! - potwierdził Koko, który doskonale wiedział, że to o nim mowa. 

-  Owszem,  żył  za  czasów  panowania  dynastii  Yuan  -  dyrektor  szkoły  przytaknął 

niedbałym  ruchem  głowy.  -  Był  też  znanym  poetą,  choć  na  Zachodzie  mało  kto o tym  wie. 

Jego  imię  oznacza  „godzien  szacunku”,  w  każdym  razie  taki  jest  sens,  bo  dokładne 

tłumaczenie byłoby dość trudne. 

Odwrócił  się  plecami  do  niemieckiej  szafy  Schrank,  która  niespodziewanie  stała  się 

szafą austriacką. Qwilleran cieszył się, że kotem wpatrującym się w tupecik jest Koko, a nie 

jego  wspólniczka.  Yum  Yum  zwana  Łapką  pochwyciłaby  ów  intrygujący  przedmiot  w 

mgnieniu  oka  i  z  szybkością  błyskawicy  uciekłaby  z  nim  po  rampie  do  sypialni,  gdzie 

ukryłaby tupecik pod łóżkiem lub gorzej jeszcze, utopiłaby go w toalecie. 

VanBrook perorował: 

-  Kultura  ogólna,  jeśli chodzi o wszystkie dziedziny sztuki:  oto co wprowadziłem do 

programu nauczania tutejszej szkoły, podobnie zresztą uczyniłem przedtem w Lockmaster. W 

moim  przekonaniu  absolwenci,  którzy  kiepsko  grają  na  jakichś  instrumentach  lub  malują 

mierne  martwe  natury,  w  żaden  sposób  nie  przyczyniają  się  do  rozwoju  kulturalnego 

społeczności. Esencją prawdziwej edukacji  jest wyrobienie w dziedzinie sztuk plastycznych, 

muzyki, literatury i architektury, przygotowanie do ich odbioru - rozejrzał się po byłej szopie 

z  namysłem.  -  Chciałbym  przyprowadzić  tu  uczniów  klas  od  dziewiątej  do  dwunastej, 

wycieczki po jednej klasie naraz. 

Qwillerana  aż  zatkało  na  taką  bezczelność,  nim  jednak  zdążył  cokolwiek 

odpowiedzieć, na szczycie Schranka coś się zakotłowało, zgrzytnęły pazury i futrzany kłębek 

mignął  nad  głową  dyrektora  szkoły,  by  wylądować  trzy  metry  dalej  na  dywanie.  Po  tym 

wyczynie Koko wydał z siebie donośny i rozkazujący miaukot. 

Larry Lanspeak dosłyszał go i właściwie zinterpretował tę wypowiedź. 

background image

 

 

- Dziewczyny, chłopaki - zawołał. - Pora się zwijać! Koty Qwilla chcą iść spać. 

Goście  z  ociąganiem  zaczęli  zbierać  papierowe  talerzyki  i  obrusy,  gromadzić  puste 

butelki,  poprawiać  krzesła.  Kolejne  osoby  znikały  w  ciemnościach,  pozdrawiając  się 

wzajemnie wojennymi okrzykami Indian i wygłupiając się na wszystkie możliwe sposoby. 

Gdy Fran pożegnała się z Qwilleranem teatralnym pocałunkiem na dobranoc, spytał ją 

jeszcze: 

-  Ta  impreza  to  twój  pomysł?  I  czy  to  właśnie  tobie  zawdzięczam  dwa  głuche 

telefony? 

-  Musieliśmy  sprawdzić,  czy  jesteś  w  domu,  Qwill.  Myśleliśmy,  że  może  wyszedłeś 

dokądś razem z Polly. A właśnie, gdzie ona jest? 

- W Lockmaster. Pojechała na jakiś ślub. 

- Poważnie? A dlaczego ty się tam nie wybrałeś? - zapytała ze złośliwym uśmiechem. 

- Bałeś się, że złapiesz bukiet? 

-  Nie  bądź  bezczelna,  młoda  damo  -  ostrzegł  ją.  -  Jeszcze  nie  zapłaciłem  twojego 

honorarium. 

Przez  chwilę  spoglądał  w  ślad  za  nią  -  znakomita  projektantka,  przesympatyczna,  o 

połowę od niego młodsza, przeuroczo zuchwała, no i prezentowała się świetnie nawet w tych 

szmatach,  na  które  zamieniła  swój  teatralny  kostium.  Dennis  wyszedł  razem  z  Susan,  oboje 

pogrążeni  byli  w  rozmowie  na  jakiś  sobie  tylko  znany  temat.  Eddington  Smith  towarzyszył 

Lanspeakom, którzy mieli odwieźć go do domu. 

VanBrook zatrzymał się jeszcze na chwilę, by oznajmić: 

- Moja asystentka skontaktuje się z panem w sprawie tych wycieczek uczniowskich. 

Tym razem Qwilleran miał już gotową odpowiedź: 

-  Doskonały  pomysł  -  rzekł  -  ale  muszę  postawić  jeden  warunek.  Nalegam,  by 

wycieczki oprowadzał Dennis, ponieważ on najlepiej będzie potrafił wyjaśnić istotę projektu i 

zastosowane  metody  konstrukcyjne.  Będę  wdzięczny,  jeśli  umówi  się  pan  z  nim  w  tej 

sprawie. 

Wiedział  doskonale,  że  dyrektor  szkoły  i  budowniczy  nie  raz  i  nie  dwa  starli  się  ze 

sobą podczas prób. 

VanBrook  raz  jeszcze  omiótł  wzrokiem  wnętrze,  pożegnał  się  oschle  i  ruszył  za 

pozostałymi gośćmi, którzy zmierzali do zaparkowanych samochodów, pokrzykując wesoło i 

śmiejąc się, powtarzając kwestie ze sztuki, dyskutując, kto kogo odwiezie, i umawiając się na 

spotkania.  Zabłysły  reflektory  samochodów  i  rozległ  się  odgłos,  włączanych  silników; 

niektóre z nich mruczały cicho, inne krztusiły się lub ryczały jak odrzutowce. 

background image

 

 

Qwilleran przyglądał się przez chwilę tylnym światłom podskakującym i kołyszącym 

się na wybojach drogi prowadzącej do głównej ulicy. 

Zamknął  drzwi,  zgasił  latarnie  na  dziedzińcu  i  pogasił  większość  świateł  w  domu,  a 

następnie napełnił talerz syjamczyków przysmakiem na dobranoc. 

-  Byłyście  bardzo  grzeczne,  zwierzaki.  Swoją  drogą  cieszę  się,  że  ich  wyprosiłeś, 

Koko. Macie pojęcie, która jest godzina? 

Choć  dodatkowa  kolacja  była  raczej  skromna,  koty  były  nią  zachwycone,  całkiem 

jakby  składała  się  z  pięciu  dań.  Qwilleran  przyglądał  im  się,  rozmyślając  o  gościach,  który 

odwiedzili  go  tego  wieczoru.  Trochę  zazdrościł  im  tych  wszystkich  prób,  przedstawień, 

oklasków i ukłonów, rywalizacji o role, narzekań na osobę reżysera, tych wszystkich sypnięć 

i  zagubionych  rekwizytów...  Przez  krótki  czas  uczestniczył  w  działaniach  klubu,  ale  Polly 

przekonała  go,  że  uczenie  się  ról  i  ciągłe  próby  zajmą  mu  mnóstwo  czasu,  który  mógłby 

przecież  poświęcić  na  pisanie  czegoś  poważnego.  Podejrzewał  jednak,  że  w  gruncie  rzeczy 

bibliotekarką,  która  była  już  w  średnim  wieku  i  nosiła  rozmiar  szesnaście,  powodowała 

zazdrość o smukłe i tryskające energią młode aktorki z klubu. Polly była kobietą inteligentną i 

znakomitym  kompanem,  świetnie  się  z  nią  rozmawiało  o  literaturze  -  miała  jednak  jedną 

wadę. Pod wpływem zazdrości stawała się dość zaborcza. 

Syjamczyki,  które  przez  kilka  minut  wylizywały  pusty  talerzyk,  poświęciły  się  teraz 

czyszczeniu  łapką  brązowych  pyszczków  i  białych  wąsów  oraz  wylizywaniu  długimi 

różowymi  języczkami  niemal  białego  futerka  na  piersi.  Nagle  w  połowie  ruchu  oba  koty 

zamarły, z językami na wierzchu. W następnej chwili Koko pobiegł truchtem w stronę drzwi i 

znalazł  się  przy  bocznym  oknie,  przez  które  zaczął  wpatrywać  się  w  ciemność.  Qwilleran 

dołączył  do  niego,  Yum  Yum  także  podążyła  ich  śladem.  Gdy  spoglądali  w  mroczny  sad, 

Qwilleran dostrzegł jeszcze tylne światła ostatniego samochodu, który oddalał się i skręcał w 

prawo, w Trevelyan Road. 

Kątem  oka  dostrzegł  też  metaliczny  odblask,  którego  nie  powinno  być  w  sadzie.  W 

nikłym blasku światła padającego przez okno ujrzał, że pośród drzewek parkuje jeszcze jeden 

samochód ze zgaszonymi reflektorami. 

Sapnął przez wąsy. 

- No proszę - rzekł na głos. - Założę się, że to Dennis i Susan... nie mogliby pojechać 

do niego... albo do niej? 

- Yow - zgodził się Koko. 

background image

 

 

Żona  i  dziecko  Dennisa  zostały  w  St.  Louis,  nie  widział  się  z  nimi  przez  kilka 

miesięcy  -  najpierw  nie  mógł  oderwać  się  od  pracy  przy  przebudowie  składu  jabłek,  potem 

miał jeszcze próby teatralne. 

- Ech, żyjmy i dajmy żyć innym - wygłosił maksymę Qwilleran, wspominając wybryki 

własnej młodości. - Jeszcze zasłonię kominek i idziemy spać. 

Odszedł od drzwi i zamierzał udać się za Yum Yum, która wspinała już się po rampie, 

ale Koko uparcie trwał na swoim stanowisku ze wzrokiem wbitym w noc, spięty, ze sztywno 

naprężonym ogonem. Qwilleran usłyszał niski pomruk. Koko warczał. 

-  Daj sobie  spokój -  zawołał do niego. -  To nie  nasza  sprawa.  My  idziemy spać,  już 

jest po trzeciej. 

Kot  jednak  wydał  z  siebie  gardłowy  pomruk,  który  stopniowo  przeszedł  w 

dyszkantowy  wrzask.  Takiego  alarmu  Koko  nigdy  nie  czynił  bez  istotnego  powodu. 

Qwilleran narzucił więc na ramiona kurtkę, wziął latarkę i podszedł do drzwi, odsuwając kota 

na bok. 

- Nie! - nie zamierzał mu pozwolić na nocne spacery. 

- Halo! - zawołał głośno,  idąc przez dziedziniec i wymachując latarką. - Wszystko w 

porządku? 

Odpowiedziała  mu  cisza.  O  tej  porze  nie  było  nawet  ruchu  na  Main  Street.  W 

martwych  gałęziach  jabłoni  nie  szumiał  wiatr.  Wewnątrz  samochodu  nikt  się  nie  poruszał. 

Wóz był stary,  ten  model wyszedł  już z produkcji,  ale zarazem  bardzo starannie utrzymany. 

Silnik milczał, światła były zgaszone. 

Qwilleran poświecił najpierw dookoła i pomiędzy drzewami, potem do wnętrza samochodu - 

ukośnie,  żeby  światło  nie  odbijało  się  od  szyby.  W  środku  dostrzegł  tylko  kierowcę;  głowa 

mężczyzny oparta była o kierownicę. 

Zawał! - pomyślał natychmiast Qwilleran. 

Dopiero gdy otworzył drzwiczki samochodu, dostrzegł krew i ranę postrzałową w tyle 

głowy. 

background image

 

 

 

Rozdział drugi 

 

Ręka  Qwillerana  zawisła  przez  chwilę  nad  telefonem,  nim  podniósł  słuchawkę  i  złożył 

zawiadomienie  o  zabójstwie.  W  dawnym  wcieleniu,  jako  rasowy  dziennikarz,  przede 

wszystkim  powiadomiłby  swoją  gazetę,  a  dopiero  potem  policję.  Jednak  to  było  małe 

miasteczko, w którym wszystko o sobie wiedzieli, a poza tym jego życie zupełnie się przecież 

odmieniło...  Co  do  kwestii  lojalności  -  hm,  tu  akurat  komendant  policji  był  jego  bliskim 

przyjacielem. Nie wahając się już ani chwili, zadzwonił do domu komendanta Brodiego. 

-  Słucham?  -  rzucił  policjant,  przyzwyczajony  do  budzenia  o  najniezwyklejszych 

porach. 

- Andy, tutaj mówi Qwill. Zgłaszam zabójstwo. 

- Gdzie? 

- W moim sadzie. 

- Ofiara? 

- Hilary VanBrook. Krótka chwila milczenia. 

- Skąd się wziął w twoim sadzie? 

- Mieliśmy tutaj przyjęcie Klubu Teatralnego, wyszedł jako ostatni. Ktoś go zastrzelił, 

nim facet zdążył uruchomić samochód. 

Brodie z rzeczowego obrońcy prawa przeistoczył się w troskliwego rodzica: 

- Fran też była? 

- Tak, razem z całym klubem. 

- Zaraz tam będę. 

-  Chwileczkę,  Andy.  Na  podjeździe  prawdopodobnie  pełno  jest  śladów  opon  i  stóp. 

Lepiej  podjedź  z  drugiej  strony,  przez  parking  teatru.  Będę  tam  na  ciebie  czekał  i  otworzę 

bramę, pan O'Dell na pewno dawno już ją zamknął. 

- Yhm - mruknął Brodie i odłożył słuchawkę. 

Qwilleran  naciągnął  spodnie  oraz  sweter  na  piżamę,  a  potem  pobiegł  z  latarką  w 

stronę  Main  Street.  Droga  prowadząca  przez  las  nie  była  aż  tak  bardzo  wyboista,  niedawno 

wyrównano  ją  i  wysypano  żwirem,  a  od  ulicy  dzieliło  go  tylko  kilkaset  metrów,  ale  nawet 

mimo tego, kiedy znalazł się przy bramie, policjanci już na niego czekali. W małym Pickax z 

każdego miejsca do każdego innego było nie więcej niż pięć minut drogi. 

background image

 

 

Wsiadł do samochodu komendanta Brodiego, by  wskazać  mu drogę; pozostałe  wozy 

policyjne jechały za nimi, błyskając czerwonymi i niebieskimi Światłami. 

- Ostatnio kręcili się tu różni - wyjaśnił - więc zamykamy bramę na noc. 

- W jaki sposób natrafiłeś na zwłoki? - spytał sucho Brodie. 

-  Kiedy  wszyscy  się  już  rozjechali,  zorientowałem  się,  że  pośród  drzew  został  jeden 

samochód.  No  a  potem  ten  mój  kot  zaczął  wydawać  dziwne  dźwięki.  Wyszedłem,  żeby 

sprawdzić, co się dzieje, i znalazłem VanBrooka z głową opartą o kierownicę. 

-  Nie  był  człowiekiem  szczęśliwym.  Nie  miał  żony  ani  rodziny.  Może  to 

samobójstwo? 

- Rana postrzałowa jest w tyle głowy - wyjaśnił  Qwilleran. - Spadł mu tupecik, więc 

widać było dokładnie. 

Znaleźli się na tyłach szopy. 

- Zaparkuj tutaj. Wszystko działo się po drugiej stronie domu. 

Obok ustawił się wóz patrolowy i radiowóz policji stanowej, zostawiając miejsce dla 

karetki i kolejnych samochodów, które pojawiły się po chwili. 

- Mogę w czymś pomóc? - spytał Qwilleran. 

-  Nie  wychodź  z  domu,  dopóki  się  do  ciebie  nie  odezwiemy  -  polecił  mu  Brodie.  - 

Przydałoby  się  też  trochę  więcej  światła.  Mamy  co  prawda  nasze  lampy,  ale  to  może  nie 

wystarczyć. 

Qwilleran znów sięgnął do głównego przełącznika i cały skład jabłek rozjarzył się jak 

latarnia morska. 

Syjamczyki  były  niespokojne.  Wiedziały,  że  stało  się  coś  niedobrego.  W  dodatku 

wokół domu kręcili  się obcy  ludzie,  a w  świetle  policyjnych reflektorów uschnięte drzewka 

przybierały  formy  groźnych gigantów.  Qwilleran  wziął  koty  na ręce  i  wspiął  się po rampie. 

Na  antresoli  u  szczytu  budowli  urządził  dla  nich  mieszkanie,  w  którym  umieścił  wygodne 

dywany i poduszki, koszyki do chowania się i pnące się pod sufit półki do rozsiadania się na 

nich  -  oraz  telewizor  i  wideo.  Włączył  kasetę  z  filmem  o  ptakach,  żeby  je  czymś  zająć,  i 

wrócił na parter. Miał niejakie poczucie winy, bo wciąż jeszcze nie zadzwonił do gazety. 

Powiadomił  więc  redaktora  dyżurnego  i  spytał  go,  czy  mają  jakiegoś  wolnego 

dziennikarza. Okazało się, że tak, dyspozycyjny był Roger, który zastępował Dave'a. 

-  Proszę  mu  powiedzieć,  żeby  wjechał  od  Main  Street  -  dodał  na  zakończenie 

Qwilleran. 

Potem próbował połączyć się z Larrym Lanspeakiem, którego wypadało niezwłocznie 

powiadomić,  ponieważ  pełnił  on  funkcję  przewodniczącego  rady  szkolnej.  Jednak 

background image

 

 

Lanspeakowie nie dojechali jeszcze do domu. Mieszkali dość daleko, a Larry był ostrożnym 

kierowcą, poza tym przecież najpierw miał odwieźć do domu Eddiego Smitha. Qwilleran dał 

im  więc  kolejne  piętnaście  minut,  by  zdążyli  dotrzeć  do  zamożnego  przedmieścia  zwanego 

West  Middle  Hummock,  gdzie  znajdowała  się  ich  siedziba  -  nim  znów  wystukał  ten  sam 

numer. 

Larry odpowiedział po dziesiątym dzwonku. 

- Właśnie wchodziliśmy do domu, Qwill. Co się stało? 

-  Mam dla ciebie złą wiadomość,  Larry. Będziesz  musiał rozejrzeć się za  następnym 

dyrektorem liceum. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- VanBrook nie żyje. 

- Jak to? Miał wypadek? 

-  Nie  uwierzysz,  Larry,  ale  ktoś  wpakował  mu  kulkę  w  głowę.  W  tej  chwili  policja 

przeczesuje okolicę w poszukiwaniu śladów. 

- Jak się o tym dowiedziałeś? Słyszałeś strzał? 

-  Raczej  nie.  A  może  i  słyszałem,  ale  wydawało  mi  się,  że  to  strzela  komuś  w 

gaźniku?  W  każdym  razie  gdy  wszyscy  odjechali,  jeden  samochód  został.  Poszedłem 

sprawdzić, co się stało. 

- Paskudna historia, Qwill. Policja będzie przekonana, że to któreś z nas. 

-  Nie  wiem,  o  czym  będą  przekonani,  ale  z  pewnością  jutro  będą  nas  wszystkich 

przesłuchiwać. 

Larry zaofiarował się, że zadzwoni do kuratora, żeby go powiadomić. 

-  W  przeciwnym  razie  dowie  się  tego  z  radia  albo od  gliniarzy.  Nie  do  wiary,  co  za 

historia! 

Do uszu Qwillerana doszedł odgłos silnika na dziedzińcu. 

- Przepraszam, Larry. Chyba przyjechał reporter z gazety. Pogadamy jutro. 

Wóz zaparkował obok pojazdów policyjnych; Qwilleran rozpoznał dziesięcioletniego 

gruchota,  własność  Rogera  MacGillivraya.  Wyszedł  na  spotkanie  młodego  brodacza,  który 

zrezygnował  z  nauczania  historii  w  szkole,  by  zająć  się  historią  tworzącą  się  na  żywo  i 

relacjonować ją dla lokalnej gazety. 

- Co się stało? - spytał dziennikarz, zarzucając dwa aparaty fotograficzne na ramię. 

-  Po  ostatnim  przedstawieniu  mieliśmy  tutaj  imprezę  Klubu  Teatralnego.  O  trzeciej 

nad ranem wszyscy już wyszli i odjechali, tylko reżyser został jeszcze na chwilę. Nic więcej 

background image

 

 

nie  wiem.  Jeśli  chcesz  poznać  szczegóły,  musisz  porozmawiać  z  Brodiem.  Jest  tam,  na 

miejscu zbrodni. 

Qwilleran przyglądał się przez okno, jak Roger podchodzi do komendanta. Zamienili 

kilka słów. Brodie rzucił gniewne spojrzenie w stronę szopy, potem zwięźle odpowiedział na 

kilka  pytań,  a  następnie  pokazał  kciukiem  przez  ramię,  że  reporter  ma  się  wynosić.  Roger 

zrobił szybko kilka zdjęć i powrócił do składu jabłek. 

- Jak to się stało, że masz dzisiaj dyżur? - spytał Qwilleran, otwierając mu drzwi. 

- Dave musiał jechać do Lockmaster na jakiś ślub, więc zamieniłem się z nim na noce 

- wyjaśnił Roger. - O rany, to miejsce jest fantastyczne! Sharon na pewno bardzo chciałaby je 

zobaczyć! 

- Przyprowadź ją koniecznie któregoś wieczoru na drinka. Oczywiście Mildred także. 

- Jedno z nas będzie musiało zostać przy dziecku, więc panie odwiedzą cię same. Nie 

pozwól,  żeby  moja  teściowa  wypiła  za  dużo.  Od  śmierci  męża  coś  za  bardzo  ciągnie  ją  do 

kieliszka.  Moim  zdaniem  bez  Stana  żyje  się  jej  o  wiele  lepiej,  ale...  no  sam  wiesz,  jakie  są 

kobiety! 

-  Jak  myślisz,  co  powiedzą  Sharon  i  Mildred,  gdy  usłyszą  o  nagłej  śmierci  swojego 

przełożonego? 

-  Będą  w  szoku,  ale  płakać  po  nim  na  pewno  nie  będą.  VanBrook  zasłużył  się,  jeśli 

chodzi o program i poziom nauczania szkoły, toteż darzyły go czymś w rodzaju niechętnego 

szacunku, ale tego faceta nie lubił nikt z nauczycieli, włączając w to również mnie. Traktował 

nas jak dzieci. No i te nasiadówki organizowane przez niego! Większość nauczycieli nie lubi 

zebrań,  bo  niczemu  nie  służą,  a  te  wielogodzinne  posiedzenia  organizowane  przez  Końską 

Szczękę  dotyczyły  niemal  wyłącznie  jego  własnej  osoby,  można  było  umrzeć  z  nudów. 

Głównie dlatego odszedłem i zatrudniłem się w gazecie. Kiedykolwiek potem zdarzyło mi się 

pojawić  w  szkole,  żeby  przygotować  jakiś  materiał,  VanBrook  traktował  mnie  niczym 

hydraulika, który przyszedł naprawić kibel... Domyślasz się, kto go ustrzelił? Chyba musiał to 

być jeden z twoich gości. Zgadza się? 

-  Nie  będę  w  tej  chwili  ryzykował  żadnych  domysłów,  a  już  zwłaszcza  w  obecności 

przedstawiciela czyhającej na sensacje prasy. Napijesz się piwa? 

- Czemu nie. Mogę obejrzeć sobie dom? 

- Proszę bardzo. Na pierwszej antresoli jest moja sypialnia i gabinet. Możesz otworzyć 

drzwi i zajrzeć, tylko nie spodziewaj się, że zastaniesz tam porządek. Na drugiej antresoli jest 

pokój gościnny. Trzeci poziom należy do kotów. Nie budź ich, miały wyczerpującą noc. 

background image

 

 

-  Nie  ma  obawy.  Wiesz,  że  do  kotów  odnoszę  się  nieufnie.  Sharon  mówi,  że  to  się 

nazywa ailurofobia. 

Zadzwonił telefon, w słuchawce odezwał się stary przyjaciel Qwillerana, Arch Riker. 

Kiedyś razem pracowali w różnych redakcjach na Nizinach, teraz zaś Arch został wydawcą i 

redaktorem naczelnym lokalnej gazety. 

-  Co  tam  się  dzieje?  -  spytał.  -  Dzwonił  do  mnie  dyżurny  z  redakcji.  Dlaczego  nie 

dałeś mi znać? 

-  A  po  co?  Lepiej  wracaj  do  łóżka.  Sprawą  zajął  się  Roger,  więc  wszystkiego  się 

dowiesz z pierwszej strony poniedziałkowego wydania. 

- Są jacyś podejrzani? 

- Spytaj Rogera. 

- Dawaj go. 

Jednak  rozmowa  dziennikarza  z  redaktorem  wykazała,  że  Rogerowi  nie  udało  się 

dowiedzieć  od  komendanta  niczego  istotnego.  Reporter  odłożył  słuchawkę  i  spytał 

Qwillerana: 

- Może byś mi powiedział, kto był na tej imprezie? 

- Ta informacja może mieć kluczowe znaczenie dla śledztwa. Nie mogę w tej chwili ci 

powiedzieć - odparł Qwilleran. 

- Ejże, po czyjej ty jesteś stronie? 

Nim  Qwilleran  zdążył  się  odezwać,  ktoś  władczo  zapukał  do  drzwi:  Brodie 

stanowczym  tonem  zażądał,  żeby  Roger  wracał  do  redakcji.  Dla  porządku  reporter 

zaprotestował, ale po chwili zawiesił aparaty na ramieniu, wyszedł i odjechał. 

- Napijesz się kawy? - spytał Qwilleran komendanta. 

-  Co  ty,  nie  zamierzam  ryzykować  życia,  pijąc  tego  twojego  szatana!  -  wszedł  do 

domu sprężystym krokiem. 

Poza służbą był sympatycznym Szkotem, który nosił kilt i grał na dudach. Jednak tej 

nocy  przeistoczył  się  w  szorstkiego,  oschłego  stróża  prawa  dokonującego  rutynowych 

czynności na miejscu zbrodni. 

- Znalazłeś coś? - spytał go Qwilleran. - Jakieś ślady, dowody? 

-  Jestem  tu,  żeby  zadawać  pytania,  stary,  a  nie  żeby  na  nie  odpowiadać  -  Brodie 

rozejrzał  się  i  uniósł  brwi  na  widok  nowoczesnych  mebli  pokrytych  jasnym  tweedem  oraz 

skórą. - Masz tu coś, na czym można by usiąść? Na przykład krzesło? 

Qwilleran zaprowadził go do bufetu. 

- Pachnie pizzą - stwierdził komendant. 

background image

 

 

-  Aktorzy  są wiecznie głodni. Powinieneś wiedzieć,  Andy, przecież w końcu  jedna z 

naszych artystek dramatycznych przez dłuższy czas była na twoim garnuszku. 

-  Ale  już  nie  jest -  rzekł  Brodie,  marszcząc  brwi. -  Nie rozumiem,  dlaczego Fran  się 

wyprowadziła. Źle jej było w domu? 

W  jego  głosie  słychać  było  dezaprobatę  ojca,  którego  zdaniem  córki  powinny  albo 

wychodzić za mąż, albo mieszkać w domu z rodziną. 

-  To  normalne  -  zauważył  Qwilleran  -  że  młoda,  pracująca  kobieta  dąży  do 

samodzielności, Andy. 

Wychodząc z roli taty i powracając do spraw służbowych, Brodie zapytał: 

- Kto tu był dziś wieczorem? 

-  Tak  się  składa,  że  mam  wydrukowaną  listę  gości  -  podał  komendantowi  jeden  z 

programów  teatralnych,  na  których  wymieniono  wszystkich  aktorów  w  porządku,  w  jakim 

pojawiali się na scenie. 

Brodie przesunął palcem wzdłuż prawej strony kartki. 

- Wszyscy tu byli? 

-  Wszyscy  oprócz  tej  kobiety  z  Lockmaster,  która  grała  królową.  No  i  oczywiście 

statyści  od  noszenia  włóczni  odjechali  szkolnym  autobusem  zaraz  po  scenie  koronacji. 

Widziałeś przedstawienie, prawda? 

- Yhm - Brodie skinął głową. - Co robili poza tym, że obżerali się pizzą? 

- Pili piwo,  i inne rzeczy,  i kawę... dzielili się wrażeniami z przedstawienia... cieszyli 

się odniesionym sukcesem... no i robili mnóstwo hałasu. 

- Palili coś, czego nie powinni? 

- Nie. Carol trzyma ich żelazną ręką, nie pozwala na takie rzeczy. Zresztą spytaj Fran. 

- Ktoś się z kimś kłócił, pobił? 

- Nic podobnego. Wszyscy byli w świetnych humorach. 

- Zauważyłeś w sadzie kogoś podejrzanego? 

- Dziś akurat nie, ale odkąd się wprowadziliśmy, kręcą się tu różni ciekawscy. 

- Jakim cudem VanBrook zaszczycił przyjęcie swoją obecnością? Nigdy nie był zbyt 

towarzyski. 

- Miał do mnie interes - stwierdził Qwilleran. - Postanowił przyprowadzać tu szkolne 

wycieczki. Nawet nie pytał mnie o zgodę, po prostu oznajmił swoją wolę! 

- To akurat zupełnie w jego stylu. Czy był lubiany w klubie? 

- Domyśl się, albo lepiej spytaj Fran. Ja bywam tylko gościem... lub gospodarzem, nie 

uczestniczę w pracach klubu. 

background image

 

 

- Słyszałeś strzał? 

-  Ja  nie,  ale  koty  coś  dosłyszały,  a  kiedy  wyjrzałem  przez  okno,  zobaczyłem  tylne 

światła odjeżdżającego samochodu. 

- W którą stronę odjechał? 

- Skręcił w prawo. 

- Możesz powiedzieć coś więcej o tych tylnych światłach? 

- Wiesz co, Andy, teraz, kiedy się nad tym zastanawiam... to nie były światła poziome, 

jakie  ma  większość  samochodów  osobowych.  Raczej  pionowe  i  dość  szeroko  rozstawione, 

jakby półciężarówki albo furgonetki. 

- Od jak dawna twoja skrzynka pocztowa jest uszkodzona? 

- Kiedy odbierałem sobotnią pocztę, była nienaruszona. 

- Ktoś musiał o nią zawadzić, teraz jest przekrzywiona. 

- To powinno ci ułatwić pracę - zauważył Qwilleran. 

Gdzieś  w  okolicy  jest  samochód  ze  świeżym  zadrapaniem  po  prawej  stronie  - 

pomyślał Qwilleran. Brodie wstał. 

- Nie ma potrzeby, żebym zawracał ci głowę po nocy. Odezwę się rano. 

- Tylko bardzo cię proszę, nie za wcześnie! 

Komendant  podszedł  do  drzwi  i  odwrócił  się,  żeby  raz  jeszcze  spojrzeć  krytycznym 

okiem na wnętrze. 

- W młodości wspiąłem się na niejedną taką drabinę. Co to są te trzy białe rury, które 

wyglądają jak przewody kominowe? 

-  To  są  przewody  kominowe.  Odprowadzają  dym  z  kominka.  Wpadnij  tu  kiedyś  z 

żoną. Na pewno chciałaby zobaczyć dzieło Fran. 

- Czy to moja córka wybrała te wszystkie meble? - zainteresował się Brodie, okazując 

raczej zdumienie niż podziw. 

- Owszem, to jej dzieło. Ma niezłe oko i dobry gust. 

Brodie mruknął coś niezrozumiałego i już miał wyjść, ale zatrzymał się jeszcze z ręką 

na klamce. 

- Ten gość, który przebudował twoją szopę... Dennis, jakże on ma na nazwisko...? 

- Hough, wymawia się jak „Huff”. To syn Iris Cobb. 

- Podobno Fran się z nim przyjaźni - zerknął na Qwillerana, szukając potwierdzenia w 

jego twarzy. - A jak wiesz, facet jest żonaty. 

background image

 

 

- Nie przejmuj się - pocieszył go Qwilleran. - Wszystkie kobiety w mieście szaleją za 

Dennisem,  ale  on  ma  bzika  na  punkcie  swojej  rodziny.  Niedługo  ją  tu  sprowadzi,  a  wtedy 

wszystko się uspokoi. O ile wiem, Fran i Dennis nie łączy nic poza pracą nad tym projektem. 

-  Obyś  się  nie  mylił...  Nieważne,  dobranoc.  Ustawiliśmy  blokadę  na  drugim  końcu 

podjazdu  i  zostawiam  tam  dyżurnego  policjanta.  Za  jakiś  czas  z  Nizin  przyjedzie  ekipa 

specjalistów, która zbada dokładnie miejsce zbrodni - Brodie odszedł kilka kroków i dodał: - 

Coś mi mówi, że ta sprawa będzie łatwa do rozwiązania. 

Qwilleran  pogasił  światła  i  wspiął  się  po  rampie  do  sypialni,  ale  nie  chciało  mu  się 

spać.  Spoglądając  na program przedstawienia,  próbował sobie  wyobrazić kolejno każdego z 

aktorów  dzierżącego  w  dłoni  dymiący  pistolet.  I  żadna  z  tych  osób  wydawała  mu  się  nie 

pasować do takiej roli. Ciekaw był, jak wcześnie Brodie zacznie dobijać się do drzwi, budząc 

kolejnych  imprezowiczów  na  przesłuchanie.  Prawdopodobnie  komendant  zacznie  od  swojej 

córki  mieszkającej  w  Indian  Village,  gdzie  mieściło  się  osiedle  mieszkaniowe  popularne 

wśród  jego  znajomych  singli  -  Susan,  Dennis  i  Hixie  także  mieli  tam  swoje  mieszkania. 

Lanspeakowie  osiedlili  się  dalej,  w  zrujnowanej  rezydencji  wiejskiej.  Eddington  Smith 

gnieździł  się  w  centrum,  w  zakładzie  introligatorskim  znajdującym  się  na  tyłach  jego 

księgarni.  Pozostali  członkowie  klubu  dojeżdżali  z  pobliskich  miasteczek:  z  tętniącego 

życiem  Kennebeck,  uroczego  Sawdust  City,  zapuszczonego  Wildcat,  a  niektórzy  mieszkali 

jeszcze  dalej,  bo  w  miejscowości  letniskowej  Mooseville.  Tylko  Wildcat  znajdowało  się  na 

południe od Pickax, ktoś udający się w tamtą stronę skręciłby właśnie w prawo na Trevelyan 

Road, wyjeżdżając z Trevelyan Trail. 

Leżąc  tak  i  nie  mogąc  usnąć,  przypomniał  sobie  przepowiednię  swojego  dozorcy, 

kiedy  tamten  pierwszy  raz  ujrzał  odnowiony  skład  jabłek.  Siwowłosy  i  cieszący  się 

powszechnym  szacunkiem  Pat  O'Dell  do  emerytury  pracował  jako  dozorca  w  tutejszym 

liceum,  potem zaś zaczął  stróżować u niego. Zerknął wtedy w górę, na belki pod stropem,  i 

odezwał się zalęknionym półgłosem: 

- Chce pan tu zamieszkać? 

-  Owszem,  lubię  obszerne  wnętrzna,  panie  O'Dell,  i  liczę,  że  wraz  z  panią  Fulgrove 

dalej będziecie się państwo zajmować moim domem. Tak jak dotąd. 

- Sam diabeł nie dałby rady umyć tych okien na górze czy powymiatać pajęczyn. 

-  Po  to  właśnie  zrobiliśmy  tam  galeryjki.  Mam  nadzieję,  że  nie  ma  pan  lęku 

wysokości. 

Pan O'Dell pokręcił głową, najwidoczniej pełen złych przeczuć. 

background image

 

 

-  Mówią,  że  pewien  stary  farmer  zarzucił  sznur  na  jedną  z  tych  belek  i  powiesił  się 

tutaj.  To  było  siedemdziesiąt  lat temu.  Pewnie wtedy,  gdy przyszła zaraza  na  jabłonie.  Ja to 

bym się bał, panie Q. Nie chciałbym tu mieszkać. 

-  Ale  życie  toczy  się  dalej,  panie  O'Dell.  Pokażę  panu,  gdzie  chowam  klucz,  na 

wypadek gdyby chciał pan pracować,  kiedy  nie  będzie  mnie w domu.  Pani  Fulgrove  będzie 

sprzątać w środy. 

- Niech wszyscy święci mają nas w opiece! - brzmiały słowa wygłoszone przez stróża 

na pożegnanie, gdy rzucił jeszcze jedno lękliwe spojrzenie ku górze. Było to nie dalej jak dwa 

tygodnie temu, a teraz pan O'Dell z pewnością powie: „Ano, proszę pana. Nie mówiłem?” 

Był  już  z  całą  pewnością  niedzielny  ranek,  gdy  Qwilleranowi  udało  się  wreszcie 

zdrzemnąć  na  jakiś  kwadrans;  jednak  niemal  natychmiast  poderwał  go  dzwonek  telefonu, 

który brzmiał jakoś bardziej alarmująco niż zazwyczaj. 

-  Właśnie dzwonił tato i opowiedział  mi o wszystkim!  -  zawołała ze słuchawki  Fran 

Brodie. - To straszne. Co teraz będzie? 

- Teraz będą przesłuchiwać nas wszystkich - wyjaśnił Qwilleran zaspanym głosem. 

- Chyba nikt z naszego klubu nie mógłby zrobić czegoś takiego, jak myślisz? Tato nie 

chciał  mi  powiedzieć,  czy  mają  jakiegoś  podejrzanego  i  czy  natrafili  na  jakieś  ślady.  Jest 

wprost  nieznośny,  kiedy  wciela  się  w  rolę  policjanta.  Zeszłej  nocy  w  twoim  sadzie  musiało 

panować niezłe zamieszanie. 

- A i owszem, udało mi się usnąć dopiero jakieś piętnaście minut temu. 

- W takim razie przepraszam, że cię obudziłam. Śpij dalej. Zadzwonię teraz do innych. 

Qwilleran  spojrzał  na  zegar  przy  łóżku.  Za  pięć  minut  PKX  FM  będzie  nadawać 

poranne wiadomości  i  bez wątpienia  na pierwszym  miejscu pojawi  się  „zbrodnia w sadzie”. 

Przygotował się  na kolejny stek bzdur  w stylu PKX  FM,  wraz z przesadnie akcentowanymi 

przyimkami i wyrażeniami przyimkowymi. Na dobitkę spiker czynił irytujące pauzy, które w 

założeniu miały wzmagać napięcie, a brzmiały po prostu pretensjonalnie: „Hilary VanBrook, 

dyrektor  liceum  w  Pickax,  został  dziś  rano  znaleziony  martwy  W...  zaparkowanym 

samochodzie.  Policja  informuje,  że  VanBrook  został  zabity  strzałem  w  głowę  PO... 

całonocnym  przyjęciu,  jakie  miało  miejsce  W...  szopie...  zamieszkanej  PRZEZ...  Jamesa 

Qwillerana. Samobójstwo zostało wykluczone, podobnie jak motywy rabunkowe zabójstwa - 

jak  powiadomił  nas...  komendant...  Andrew...  Brodie.  Dalsze  szczegóły  są  nieznane, 

przynajmniej W... tej... chwili”. 

- Chętnie dałbym temu prezenterowi W... zęby! - mruknął pod nosem Qwilleran. 

background image

 

 

Wzmianka  o  „zaparkowanym  samochodzie”  oraz  „całonocnym  przyjęciu”  z 

pewnością wprawi w wielkie podniecenie wszystkich plotkarzy całego okręgu. Zwłaszcza, że 

była to niedziela; już sobie wyobrażał te pogaduszki pod kościołem. Linie telefoniczne będą 

przeciążone,  w  restauracjach  zaroi  się  od  ludzi,  którzy  zazwyczaj  nigdy  nie  jadają  poza 

domem;  sąsiedzi,  którzy  zazwyczaj  zaniedbują  swój  ogród,  będą  dziś  grabić  liście  i 

wymieniać się plotkami nad płotem. Telefon Qwillerana znów zadzwonił. 

- Dowiedziałeś się czegoś więcej, Qwill? - spytał go Larry Lanspeak. 

- Zupełnie niczego. 

- Mógłbym do ciebie wpaść na kilka minut po drodze do kościoła? 

- Jasne. Zapraszam. 

-  Carol  należy  do  rady  parafialnej,  więc  będę  musiał  tam  podrzucić  o  dziesiątej  ją  i 

jeszcze kilka pań. 

- Podjedź od strony teatru - poradził mu Qwilleran. - Podjazd jest zablokowany. 

Zaraz  potem  odezwał  się  Eddington  Smith,  który  przemawiał  tym  samym  drżącym 

głosem, który sprawiał, że kwestie kardynała Campeiusa tak trudno było dosłyszeć. 

-  Myślisz,  że  będą  mnie  podejrzewać?  -  niepokoił  się.  -  Mam  w  warsztacie  pistolet. 

Może powinienem się go pozbyć? 

-  A  kiedy  ostatnio  ktoś  z  niego  strzelał?  -  zainteresował  się  Qwilleran,  wiedząc 

skądinąd, że Edd nie posiada w domu ani jednej sztuki amunicji do swej broni. 

- Nie, nigdy, ale są na nim moje odciski palców. Może trzeba je wytrzeć? 

-  Nie  rób  tego, Edd,  i  nie  przejmuj  się.  Policja  nie  będzie  cię  podejrzewać  nawet  za 

milion lat. 

Po  chwili  zadzwoniła  Susan  Exbridge,  odzywając  się  kpiąco  zalotnym  tonem,  jaki 

przybrała po rozwodzie. 

-  Qwill,  kochanie,  lepiej  od  razu  się  przyznaj!  Masz  takie  seksowne,  smutne  oczy  i 

złowrogie wąsiska, są po prostu zabójcze! 

Następnej  jego  rozmówczyni  bynajmniej  nie  było  do  śmiechu.  Przeciwnie,  matka 

Wally'ego Toddwhistle'a była mocno zaniepokojona. 

-  Och,  panie  Q,  zamartwiam  się  na  śmierć  -  zawodziła  przez  telefon.  -  Przypuszcza 

pan, że będą podejrzewali Wally'ego? 

- A są jakieś powody, żeby go podejrzewać? 

-  No  cóż,  w  ostatniej  klasie  liceum  wpakował  się  w  tarapaty  i  Końska  Szczęka 

paskudnie go potraktował. Nie słyszał pan o tym? 

- Nie, a co się stało? 

background image

 

 

- To był tylko taki głupi dowcip, w tym wieku to normalne. To nawet nie był pomysł 

Wally'ego,  chociaż  wszyscy  myśleli,  że  to  on.  Ten  przeklęty  dyrektor  zwalił  całą  winę  na 

niego  i  wywalił  ze  szkoły  na  kilka  tygodni  przed  końcem  roku.  Poszłam  tam  i  zrobiłam 

straszną  awanturę,  ale  nic  nie  wskórałam.  Wally  nie  dostał  dyplomu.  Akurat  w  tym  czasie 

jego ojciec się rozchorował i myślę, że właśnie to go dobiło. 

- Czy pani albo Wally wygłaszaliście wtedy jakieś pogróżki pod adresem dyrektora? 

-  Wally  nie  byłby  zdolny  do  żadnych  pogróżek!  Co  innego  ja,  zdaje  mi  się,  że 

wymknęło mi się o parę słów za dużo. Mam niewyparzony język, jak się wścieknę, ale Wally 

to chodząca łagodność. Ma to po swoim ojcu. 

- A kiedy to się stało? 

- W maju minęły dwa lata. 

- Moim zdaniem gdyby miała pani zastrzelić VanBrooka, pani Toddwhisde, dawno już 

by to pani zrobiła. Może pani spać spokojnie. 

Chciała porozmawiać dłużej, ale właśnie pojawił się Larry Lanspeak, więc Qwilleran 

przeprosił ją i odłożył słuchawkę. 

W  niedzielny  poranek  Larry  miał  na  sobie  nieskazitelny  garnitur  szyty  u  krawca  i 

lśniące garniturowe buty. 

-  Nie  mogę  zostać  dłużej  niż  dwadzieścia  minut.  Odprowadzam  dziś  wiernych  do 

ławek  -  Lanspeakowie  chodzili  do  kościoła  Old  Stone  znajdującego  się  po  drugiej  stronie 

parku otaczającego Teatr Klingenschoenów. Była to największa, najstarsza i najzamożniejsza 

kongregacja  w  mieście.  Opadł  na  krzesło;  sprawiał  wrażenie  przygnębionego.  -  Niepokoi 

mnie cała ta sytuacja. 

- Czy Hilary chodził do twojego kościoła? - spytał Qwilleran, nalewając kawę. 

- Nie sądzę, żeby należał do jakiegokolwiek kościoła. Za to nieźle znał się na religiach 

Wschodu. 

- Z tego, co zauważyłem, to znał się mniej więcej na wszystkim. 

-  Trafne  spostrzeżenie!  Pamiętam  życiorys,  jaki  przedstawił,  kiedy  przyjmowaliśmy 

go do pracy. Spędził sporo czasu w Azji i twierdził, że zna biegle język japoński, a po chińsku 

potrafi  czytać  i  pisać.  Jego  gospodyni  powiedziała  naszej,  że  miał  w  domu  pokaźne  zbiory 

sztuki orientalnej. To jednak nie wszystko! Z życiorysu wynikało, że studiował architekturę i 

architekturę krajobrazu; był zawodowym aktorem w Nowym Jorku oraz oczywiście posiadał 

odpowiednie wykształcenie pedagogiczne. Pewnie można dokonać tego wszystkiego, jeśli nie 

jest się obciążonym rodziną i nie poświęca się w ogóle czasu na życie towarzyskie. Nigdy nie 

uczestniczył w wydarzeniach sportowych ani innych szkolnych imprezach tego rodzaju, co w 

background image

 

 

tak  małej  społeczności  jest  sporym  nietaktem.  Prawdę  mówiąc,  w  soboty  i  niedziele  gdzieś 

znikał. Kilka razy w piątkowe wieczory widziano jego samochód kierujący się na południe - 

wiesz, w stronę Lockmaster. 

- Gdzie zapewne spędzał weekendy, paląc opium i czytając chińską poezję - uzupełnił 

Qwilleran. 

-  W  radiu  mówili,  że  został  zabity  strzałem  w  tył  głowy  -  ciągnął  Larry.  -  Czy  to 

wygląda na egzekucję w chińskim stylu? 

- Raczej ktoś ukrył się na tylnym siedzeniu i czekał, aż Hilary siądzie za kierownicą. 

Na filmach zawsze tak robią. 

- Nie żartuj sobie, Qwill. Wszystko wskazuje na to, że zabójcą był jeden z nas. 

- Albo raczej ktoś, kto chciał stworzyć pozory, że to jeden z nas. 

-  Powiem  ci  jedno:  nie  będę  ukrywał,  że  tylu  kłótni  podczas  prób  jeszcze  nigdy  nie 

było... Z drugiej strony może rzeczywiście chodzi o jakieś narkotyki czy coś w tym rodzaju? 

-  Sądziłem,  że Moose County wolne  jest od zgubnych wpływów z Nizin - zauważył 

Qwilleran. - Nie mamy tu sieci fastfoodów ani nawet garażowych wyprzedaży. 

-  To  kwestia  czasu  -  przepowiedział  Larry.  -  Prędzej  czy  później  pojawią  się, 

zwłaszcza, że ostatnio stawiamy ponoć na turystykę. 

Qwilleran powtórnie napełnił kubki kawą. 

- Skontaktowałeś się z kuratorem? 

- Owszem, obudziłem Lyle'a koło czwartej nad ranem. 

- Jak zareagował? 

- No cóż, wiesz, jaki jest Lyle Compton! Nie przebiera w słowach. Powiedział, że sam 

nieraz miał ochotę rozwalić Hilary’emu łeb. Możesz mi wierzyć, że to samo powie niejeden z 

mieszkańców miasta! W Pickax zgromadziło się dość nienawiści, by zatopić krążownik. 

-  Słyszałem  przed  chwilą  -  stwierdził  Qwilleran  -  że  VanBrook  wywalił  Wally'ego 

Toddwhistle'a na kilka tygodni przed końcem roku z powodu jakichś dziecinnych figli. 

-  To  prawda.  Ze  strony  Hilary'ego  to  była  zbrodnia.  Wally  zawsze  był  spokojnym, 

grzecznym dzieciakiem i całkiem niezłym uczniem. Jeśli chodzi o ten psikus, to całe miasto 

miało z niego niezły ubaw. 

- A co to było takiego? 

- No więc,  jak wiesz, ojciec Wally'ego był taksidermistą i Wally przyniósł do szkoły 

wypchanego  skunksa.  I  tak  jakoś  się  złożyło,  że  skunks  wylądował  na  dyrektorskim  fotelu. 

Oczywiście  wszystko wskazywało  na winę  Wally'ego,  chociaż chłopak przysięgał, że to nie 

on. Cała rada szkolna wstawiła się za nim, ale VanBrook i tak go wywalił. Powiedział radzie, 

background image

 

 

że będzie zarządzał szkołą po swojemu, a jeśli nam się to nie podoba, to zerwie umowę. Lyle 

bał się go urazić. 

- Mimo wszystko jak na taki wyskok kara była niezwykle surowa. 

- Tym niemniej Wally’emu nie stała się wielka krzywda. Od dziecka pracował z ojcem 

w jego warsztacie, więc po prostu przejął firmę i świetnie sobie radzi bez dyplomu. Chłopak 

ma talent. Myśliwi z całego Środkowego Zachodu przysyłają mu skóry do wypchania. 

- Jeszcze kawy, Larry? 

-  Nie,  dzięki.  Mocne  to  jak  diabli.  Aż  kręci  mi  się  w  głowie.  Po  następnej  będę  się 

zataczał  w  kościele,  a  to  trochę  nie  wypada  -  zerknął  na  zegarek.  -  Słychać  już  dzwony. 

Porozmawiamy  później  -  wychodząc,  dodał  jeszcze:  -  Zaczekaj,  aż  dowiedzą  się  o  tym  w 

Lockmaster! Zawsze uważali nas za barbarzyńców, a teraz mają niezły argument na poparcie 

tej opinii. 

Gdy  Larry  odjeżdżał,  odpowiadając  na  wezwanie  dobiegające  z  dzwonnicy  kościoła 

Old  Stone,  również  z  wyżyn,  bo  z  trzeciej  antresoli,  dobiegło  innego  rodzaju  wezwanie. 

Syjamczyki  odespały  już  wydarzenia  minionej  nocy.  Qwilleran  wypuścił  je  więc  z  ich 

apartamentu  i  właśnie  częstował  je  śniadaniem,  gdy  zadzwoniła  Polly  Duncan.  Spodziewał 

się, że słyszała już ponurą wiadomość, ale powitała go dziwnie beztroskim tonem. 

-  Mój  drogi  -  oznajmiła  -  jestem  jeszcze  w  Lockmaster.  Ślub  był  bardzo  udany  i 

świętowaliśmy do późna w nocy. Czy Bootsie dostał dziś rano śniadanie? 

- Ehm... tak - powiedział, wiedząc z doświadczenia, że czasami zdrowiej jest się lekko 

minąć  z  prawdą.  Prawdę  mówiąc,  przez  to  wszystko,  co  się  zdarzyło,  zupełnie  zapomniał  o 

Bootsiem. 

- Jak się miewa moje małe kochanie? Ma dobry apetyt? Mówiłeś do niego? 

-  Ależ  oczywiście.  Odbyliśmy  bardzo  interesującą  dyskusję  na  temat  amerykańskiej 

polityki zagranicznej i kursu dolara. Kiedy wrócisz? Nie zapomnij, że mamy zarezerwowany 

stolik w „Tipsy”. 

-  Właśnie  dlatego  dzwonię,  mój  drogi.  Zostałam  zaproszona  na  lunch  do  „Palomino 

Paddock”  i  wydaje  mi  się,  że  powinnam  przyjąć  to  zaproszenie.  Restauracja  jest 

czterogwiazdkowa,  a  ja  nigdy  w  niej  nie  byłam.  Raczej  nie  zdążę  na  kolację.  Nie  masz  nic 

przeciwko  temu?  Do  „Tipsy”  możemy  pójść  w  przyszłą  sobotę  -  w  jej  głosie  słychać  było 

dziwne ożywienie, niemal euforię. 

- Ależ skąd. Nie mam nic przeciwko temu - odparł grzecznie Qwilleran. 

- Będę w domu na czas, żeby dać Bootsiemu kolację, wtedy do ciebie zadzwonię. 

background image

 

 

- Tak przy okazji - wtrącił - najwyraźniej nie słuchałaś radia.  Mieliśmy tutaj przykry 

incydent. 

- Nie, o niczym nie wiem. Co się stało? 

- Hilary VanBrook został zamordowany. 

- Zamordowany?! Niewiarygodne. Kto to zrobił? Gdzie to się stało? 

- Opowiem ci, jak wrócisz - obiecał Qwilleran. - Miłego lunchu. 

On  sam  zawsze  stawiał  sobie  za  punkt  honoru,  by  nie  odwoływać  umówionych 

spotkań,  toteż  ta  niewinna  w  gruncie  rzeczy  „zdrada”  ze  strony  Polly  mocno  go  dotknęła. 

Przecież bawiła się przez całą noc ze znajomymi z Lockmaster, czy musiała jeszcze zostać na 

jakiś  tam  lunch?  Jeśli  miała  ochotę  na  kolację  w  czterogwiazdkowej  restauracji,  mógł  ją 

przecież tam zabrać. 

- Co o tym sądzisz? - spytał Koko. 

Kot  mruknął  coś  wymijająco;  wpatrywał  się  w  krzewy  jagód  za  oknem,  gdzie 

zazwyczaj rankami pojawiał się kardynał. 

- Muszę iść nakarmić potwora - oznajmił Qwilleran. 

Szybkim  krokiem  udał  się  w  stronę  Goodwinter  Boulevard  do  mieszkania  Polly 

znajdującego  się  na  piętrze  dawnej  powozowni  wznoszącej  się  za  kamienną  rezydencją  o 

surowym  wyglądzie.  Zresztą  wszystkie  domy  przy  tej  ulicy  zbudowane  były  z  kamienia  - 

imponujące  siedziby  dziewiętnastowiecznych  kopalnianych  magnatów  oraz  zamki  baronów 

przemysłu drzewnego. VanBrook wynajmował  jeden z  nich  i Qwilleran nie  miał pojęcia,  na 

co temu człowiekowi  była tak wystawna siedziba,  w której  było piętnaście czy  dwadzieścia 

pokojów. Przechodząc obok niej, zauważył, że wszystkie okna były zasłonięte udrapowanymi 

storami. 

Doszedłszy do powozowni Polly, otworzył drzwi na dole i wspiął się po schodkach do 

jej  mieszkania,  gdzie  młodociany  syjamczyk skarżył  się głośno na zwłokę,  jaka  nastąpiła  w 

sprawie jego śniadania. 

-  Mea  culpa!  Mea  culpa!  -  kajał  się  Qwilleran.  -  Zaszły  nieoczekiwane  wydarzenia. 

Tutaj  masz  jeszcze  łyżeczkę  -  zmienił  Bootsiemu  wodę,  szczotkował  go  przez  chwilę,  a 

potem wrócił szybko do swej szopy - w samą porę, by odebrać kolejny telefon. 

Usłyszał podekscytowany głos Hixie Rice: 

-  Qwill,  czyż  to  nie  fantastyczne?  Będą  przesłuchiwać  nas  wszystkich!  Zamierzam 

dodać kilka drastycznych  szczegółów - oczywiście  nic strasznego - tylko tyle,  żeby ubarwić 

nieco dochodzenie i zainteresować media z Nizin. 

background image

 

 

Hixie  -  jeszcze  jeden  przeszczep  z  Nizin,  gdzie  pracowała  w  reklamie  -  z  rozkoszą 

manipulowała środkami masowego przekazu, zarówno tradycyjnymi, jak i elektronicznymi. 

-  Sugeruję,  żebyś  akurat  w  tym  wypadku  powstrzymała  swoje  zapędy  kreatywne, 

Hixie - powiedział poważnie Qwilleran. - W tej sytuacji radziłbym ci trzymać się faktów i nie 

rozpowszechniać  fałszywych  pogłosek,  które  mogłyby  utrudnić  śledztwo  lub  wywołać 

niepożądane reakcje tubylców. 

- Uwielbiam, kiedy stajesz się taki zasadniczy - zachichotała. 

Roześmiał się również. 

- Może masz ochotę porozmawiać o tym przy kolacji? Mam stolik zarezerwowany w 

„Tipsy”. 

Oczywiście spytała: 

- A gdzie jest Polly? 

- Wyjechała z miasta. 

- Świetnie! Będę cię miała tylko dla siebie. Spotkamy się w restauracji? 

Lokal zwany „U Tipsy” mieścił się w miasteczku Kennebeck położonym na północny 

wschód  od  Pickax.  Jadąc  tam  na  spotkanie  swojego  gościa,  Qwilleran  przemierzał  okolicę, 

która  cztery  lata  wcześniej,  gdy  świeżo  przybył  tu  z  miasta,  wydawała  mu  się  dzika  i 

tajemnicza. Teraz polubił już na dobre scenerię Moose County: usiane kamieniami pastwiska, 

gdzieniegdzie  rozrzucone  gospodarstwa  rolne  zajmujące  się  uprawą  ziemniaków  i  hodowlą 

owiec...  ciemne  plamy  lasów,  w  których  mieszkały  tysiące  jeleni...  suche  rżyska,  z  których 

unosiły się spłoszone dźwiękiem silnika jego samochodu kosy, krążąc gęsto zbitymi stadkami 

nad  polem...  rozsypujące  się  budynki  opuszczonych  kopalni,  ogrodzone  i  opatrzone 

tabliczkami ostrzegającymi przed niebezpieczeństwem. 

Pierwszym znakiem, że  zbliżał się do Kennebeck, był  widok górującego nad okolicą 

elewatora zbożowego, tutejszego drapacza chmur. Potem pojawiła się także wieża ciśnień, na 

której  niedawno  umieszczono  coś  na  kształt  herbu  miasta.  Jakiś  przedsiębiorczy  artysta 

pozbawiony  lęku  wysokości  przemierzał  cały  okręg  i  dekorował  kolejne  wieże.  Wszystkie 

rady  miejskie  chciały  pochwalić  się  emblematem  symbolizującym  małą  ojczyznę,  takim  jak 

kilof,  ryba,  żaglówka,  rogaty  jeleń,  uśmiechnięta  twarz  czy  sosna.  Wieża  ciśnień  w 

Kennebeck witała podróżnego przybywającego do granic miasta wymalowaną sylwetką kota. 

Miasteczko  tętniło  życiem,  główna  ulica  była  szeroka  i  mało  tego,  po  obu  jej  stronach 

ciągnęły się chodniki; nie brak też tam było znaków czasu takich jak dom spokojnej starości, 

wyrastające  jak grzyby po deszczu osiedla  mieszkaniowe  i tym podobne.  A  jednak w  latach 

trzydziestych Kennebeck o mało nie stało się miastem-widmem. 

background image

 

 

Wtedy  jednak  pojawił  się  tu  z  Nizin  pewien  były  właściciel  nielegalnej  knajpy. 

Zniesienie  prohibicji  wprawiło  go  w  tak  zły  humor,  że  postanowił  powrócić  do  swego 

rodzinnego  Kennebeck  i  otworzyć  tam  całkiem  legalną  restaurację  oraz  bar.  Przywiózł  ze 

sobą białą kotkę, która miała zdeformowaną łapkę, przez co kulała. Co więcej, na łebku miała 

czarną  łatę,  która  do  złudzenia  przypominała  przekrzywioną  czapkę  zsuwającą  się  na  jedno 

oko.  Nosiła  też  odpowiednie  imię  -  Tipsy  (wstawiona).  Jej  chwiejny  krok  i  przymilne 

usposobienie oraz smaczne steki ściągały klientów z całej okolicy i to dzięki temu Kennebeck 

powróciło do życia. 

Z  biegiem  lat  oryginalna  restauracja  mieszcząca  się  w  drewnianej  chacie  była 

wielokrotnie rozbudowywana, utrzymano jednak jej rustykalny wystrój. Qwilleran najbardziej 

lubił  siadywać  przy  stoliku  w  głównej  sali,  której  patronował  sporego  formatu  obraz  olejny 

przedstawiający  w  niejakim  powiększeniu  kotkę-założycielkę.  Znalazł  się  na  miejscu  przed 

Hixie, więc zasiadł przy barze, sącząc wodę squunk z plasterkiem cytryny Był już po trzecim 

drinku, kiedy jego gość wreszcie się pojawił; Hixie była zdenerwowana i nerwowo potrząsała 

ostrzyżoną na pazia głową. 

-  Szybko,  poproszę  martini.  Albo  lepiej  od  razu  podwójne  -  poleciła  barmanowi.  - 

Zaraz przeproszę za spóźnienie. Barman spojrzał pytająco na Qwillerana, a potem na Hixie, a 

następnie znów na Qwillerana, jakby zaraz miał zapytać „No, a gdzie jest pani Duncan?”. 

- Nie uwierzysz, Qwill - oznajmiła Hixie swym zwykłym tragikomicznym tonem - ale 

jechałam  Ittibittiwassee  Road  i  było  całkiem  pusto,  aż  tu  nagle  zderzyłam  się  z  drugim 

samochodem! To niełatwa sztuka. - Zaraz ci powiem, jak do tego doszło. Kiedy znalazłam się 

przy Mayfus  Road,  zupełnie znikąd pojawił  się  jakiś wóz  i  nie zatrzymał  się przed znakiem 

„stop”! Na przestrzeni dziesięciu mil kwadratowych znajdowały się tylko nasze dwa auta, no i 

musieliśmy się zderzyć! Dlaczego zawsze mi się przytrafiają takie zwariowane historie? 

- Przyciągasz ku sobie katastrofy, Hixie - uśmiechnął się do niej Qwilleran. W rzeczy 

samej  zdarzało  jej  się  już ugrzęznąć w toalecie,  podpalić sobie włosy,  a przede wszystkim - 

wiązać się z niewłaściwymi mężczyznami. - Dobrze, że nic ci się nie stało. 

- Miałam zapięte pasy, ale od strony pasażera jest spore wgniecenie i nie dało się dalej 

jechać. Musiałam czekać na wóz od Gippela, który odholował mnie do Pickax. 

- Jak tu dotarłaś? 

-  Szeryf  mnie  podwiózł.  Był  bardzo  miły  i  strasznie  mi  się  podobają  te  kapelusze  z 

szerokim  rondem!  Po  kolacji  będziesz  musiał  odwieźć  mnie  do  Gippela,  mają  dać  mi  jakiś 

samochód na czas naprawy. 

background image

 

 

Usiedli przy zamówionym stoliku, gdzie towarzyszyło im przyjazne spojrzenie Tipsy, 

i  dokonali  wyboru  z  nader  rzeczowo  sformułowanego  menu  wypisanego  kredą  na  czarnej 

tablicy:  można  było zamówić albo stek,  albo rybę -  i koniec.  Była też zupa dnia,  czyli zupa 

roku:  fasolowa.  Zestaw  warzyw  również  zawsze  był  ten  sam,  ale  składał  się  z  domowych 

karotek, młodziutkich i słodkich, oraz smakowitych małych ziemniaczków z Moose County o 

niepowtarzalnym smaku. Stek zawsze tu smakował mięsem i niczym innym. 

- Czy policja zapukała już do twych drzwi? - spytał Qwilleran. 

- Jeszcze nie. Rozmawiałeś z kimś? 

- Z Larrym. Obawia się, że sprawcą jest ktoś z klubu, ale moim zdaniem nie ma racji. 

Qwilleran musnął dłonią wąsy. 

- Czy wiesz o czymś, o czym wszyscy pozostali nie wiedzą? 

- To tylko przeczucie, nic więcej. 

Przejawom  intuicji  Qwillerana  zawsze  towarzyszyło  szczególne  swędzenie  pod 

wąsami i ani nie potrafił tego wytłumaczyć, ani nie zamierzał nikomu o tym opowiadać. Na 

Nizinach  przez  całe  lata  pracował  jako  dziennikarz  zajmujący  się  sprawami  kryminalnymi  i 

przy tym  z  natury  był ciekawski, więc wrodzone skłonności detektywistyczne stały  się  jego 

drugą  naturą,  a  kiedy  znajdował  się  na  właściwym  tropie,  wąsy  zawsze  dawały  mu  o  tym 

znać. 

Kelnerkami  w  „Tipsy”  nieodmiennie  były  pulchne  i  pogodne  siwowłose  niewiasty, 

które zachęcały klientów, żeby zjedli wszystko z talerza. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  w  jaki  sposób  dobierają  tu  personel  -  stwierdził.  -  Kelnerki 

zawsze  wyglądają  tu  tak  samo,  jakby  je  klonowali.  Mogę  sobie  wyobrazić  treść  ogłoszenia 

rekrutacyjnego:  „Jesteś  przy  kości,  zawsze  w  dobrym  humorze,  z  siwizną  na  skroni?  Jeśli 

lubisz się krzątać, czekamy właśnie na Ciebie. Babcie mile widziane”. 

Zamówili po steku wraz ze zwykłym zestawem dodatków. Przy zupie fasolowej Hixie 

powiadomiła go: 

- Mam świetny pomysł! Muszę ci o nim opowiedzieć. 

- Dawaj. Chętnie posłucham. 

Jeszcze  częściej  niż  katastrofy  Hixie  przytrafiały  się  nietypowe  pomysły,  w  dodatku 

prawie  zawsze  dobre.  Właściwie  jedynym  niewypałem  okazała  się  jej  koncepcja  stworzenia 

telewizyjnych  reklamówek  mrożonych  przysmaków  dla  kotów  z  udziałem  Koko  -  jednak 

wyłącznie dlatego,  że gwiazdor  odmówił  współpracy. Poza tym to właśnie ona była autorką 

tytułu  gazety  „Moose  County  coś  tam”,  która  to  nazwa  wbrew  wszelkim  oczekiwaniom 

background image

 

 

zrobiła  furorę  wśród  lokalnych  czytelników.  I  to  właśnie  ona  wpadła  na  myśl,  by  firmę 

budowlaną Dennisa Hougha nazwać „Chuchać i Dmuchać”. 

- Przede wszystkim czy widziałeś już ogłoszenie o moim nowym konkursie? - spytała. 

- Owszem. Skąd ten pomysł? 

- No cóż, jeżdżę po całym okręgu i sprzedaję reklamy. Widziałam już tysiące czarno-

białych  kotów!  Wieść  gminna  głosi,  że  to  zasługa  genów  legendarnej  Tipsy.  Toteż 

pomyślałam  sobie:  a  może  by  urządzić  konkurs  na  sobowtóra  Tipsy?  Izba  handlowa 

Kennebeck nie posiada się z zachwytu, o mało nie wyleźli ze skóry! Drukują już plakaty i T-

shirty. 

- A nasza gazetka zwiększa sprzedaż przestrzeni reklamowej - dodał Qwilleran. 

-  No  jasne!  Mamy  już  świetny  slogan.  Jak  wiadomo,  prawdziwa  Tipsy  była  bardzo 

miłą i wesołą kotką. Nasze hasło brzmi więc „Milej i weselej”. W dodatku trochę brzmi to jak 

tryb rozkazujący, co zawsze dobrze się sprzedaje. Nie uważasz? 

- „Milej i weselej”? Tak właśnie powinno tu być. Są już jakieś zgłoszenia? 

- Są ich setki! 

Podano  steki,  więc  naturalną  koleją  rzeczy  zaczęli  rozmawiać  o  jedzeniu,  a  potem 

przeszli do redakcyjnych plotek i kwestii powszechnego zainteresowania nowym domostwem 

Qwillerana. 

Kiedy kelnerka podała pudding chlebowy, Qwilleran odezwał się: 

-  Jedno  mnie  zastanawia.  W  jaki  sposób  wyłonisz  zwycięzcę  w  konkursie  na 

sobowtóra Tipsy? 

-  Cieszę  się,  że  o  to  pytasz,  Qwill.  Ludzie  wysyłają  nam  zdjęcia  swoich  kotów  i  na 

podstawie  tych  fotek  wybierzemy  pięćdziesiąt  zwierzaków  najbardziej  podobnych  do 

oryginału.  Potem  właściciele  stawią  się  z  nimi  w  Kennebeck  i  tu  zostanie  wyłoniony 

zwycięzca. A mój pomysł polega na tym: chcę, żebyś znalazł się w składzie sędziowskim. 

- Zaraz, zaraz, Hixie! - zaniepokoił się. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, ale 

niby jakim cudem mam dokonać wyboru spośród pięćdziesięciu rozmiauczanych kotów?! 

- Twoje nazwisko na plakatach i ogłoszeniach doda konkursowi prestiżu - stwierdziła. 

- Lyle Compton już się zgodził. 

-  Nasz  kurator  zrobi  wszystko,  byle  było  o  nim  głośno.  Pewnie  prędzej  czy  później 

zechce kandydować na gubernatora. Kto jeszcze będzie sędziował? 

- Mildred Hanstable. 

Qwilleran  przygładził  wąsy.  Akurat  wyjątkowo  lubił  niedawno  owdowiałą  teściową 

Rogera MacGillivraya, która w dodatku znakomicie gotowała. 

background image

 

 

- No dobrze. To chory pomysł - dodał - ale mogę wziąć w tym udział. 

Przy kawie Hixie powróciła do tematu morderstwa. 

-  Hilary  był  wyjątkowo  niechętny  do  współpracy,  kiedy  ja  robiłam  wszystko,  co 

mogłam,  żeby  zrobić  publicity  Henrykowi  VIII.  Właściwie  każdy,  z  kim  rozmawiałam,  ma 

mu coś za złe. 

- Cóż, ktoś pogniewał się na niego bardziej niż inni - zauważył Qwilleran. - Widocznie 

skrywał jakąś mroczną tajemnicę, o której nic nie wiemy. 

- Myślisz, że mogło chodzić o narkotyki? 

-  Szczerze  wątpię,  choć  z  pewnością,  gdyby  dyrektor  szkoły  okazał  się  dilerem, 

byłoby  to  coś  w  twoim  guście.  Jednak  pod  tym  względem  w  Moose  County  raczej  nie  ma 

problemów,  co  stanowi  jedną  z  zalet  prowincji.  Jeśli  chodzi  o  pijaństwo,  sprawy  mają  się 

nieco inaczej, ale to wszystko - przynajmniej na razie. 

- A przecież helikopter szeryfa ciągle krąży nad tymi pustkowiami między Chipmunk 

a Purple Point... 

-  Wypatrują  kłusowników,  a  nie  plantacji  marihuany.  A  co  o  tym  sądzi  Gary  Pratt? 

Często się z nim widujesz? 

- Ostatnio nie - wyznała Hixie. - Jest włochaty, jak małpa. Odkąd poznałam Dennisa, 

pociągają mnie raczej schludni faceci. 

Qwilleran uznał, że czas znów przybrać zasadniczy ton. 

- Chyba wiesz, Hixie, że Dennis jest żonaty i szczęśliwy w małżeństwie. Nie pakuj się 

w  to,  bo  czeka  cię  kolejne  rozczarowanie.  Jego  dziecko  ma  dwa  lata,  wykapany  ojciec.  A 

żona stara się sprzedać dom w St. Louis, a kiedy jej się uda, rodzina się połączy. 

- Jakoś słabo się stara - odparowała Hixie. - Dennis twierdzi, że ona po prostu nie chce 

mieszkać  czterysta  mil  na  północ  od  cywilizowanego  świata  -  i  natychmiast  spoważniała:  - 

Nie  wiem,  czy  to  ma  jakieś  znaczenie,  Qwill,  ale...  kiedy  usłyszałam  dziś  wiadomości 

nadawane przez radio, próbowałam się do niego dodzwonić. Nie odbierał. Za każdym razem 

odpowiadała automatyczna sekretarka. 

-  Pewnie  po  prostu  spał  i  wyłączył  dzwonek,  żeby  nikt  go  nie  budził  -  wyraził 

przypuszczenie Qwilleran. - Wczoraj wszyscy położyliśmy się późno. 

- Ale ja wyjrzałam przez okno na parking i jego samochodu nie było. 

-  Może  był  po  kielichu  i  nie  wrócił  swoją  furgonetką,  tylko  ktoś  go  odwiózł.  Nie 

przyszło ci to do głowy? 

-  Wątpię.  Dziś po południu sprawdziłam znowu  i tej  jego  furgonetki ciągle  nie  było. 

Spytałam dozorczynię, a ona mi powiedziała, co usłyszała od stróża nocnego. Dennis wrócił 

background image

 

 

swoim  wozem  i  zaraz  potem  wyjechał,  jeszcze  przed  świtem.  Nic  nie  mówił,  ale  wyglądał 

jakoś dziwnie. Jechał bardzo szybko i skręcił na szosę z piskiem opon. 

background image

 

 

 

Rozdział trzeci 

 

Kiedy  Qwilleran  wracał  do  domu  z  restauracji  „U  Tipsy”  w  niedzielę  wieczorem,  w  foyer 

nastąpił na mały przedmiot. Następny potrącił nogą przy Schranku. Na trzeci natknął się pod 

dywanem. Były to stare czcionki drukarskie - drewniane klocki, na które nabito grawerowane 

metalowe  blaszki.  Qwilleran  zaczął  je  niedawno  kolekcjonować,  dostarczając  tym  samym 

nowej  rozrywki  kotom,  które  czerpały  przyjemność  z  wykradania  czcionek  z  półeczki  z 

przegródkami, gdzie je eksponował. Tym razem zwędziły trzy, przedstawiające rybę, królika i 

koguta. Qwilleran nie wiedział jeszcze, czy chodziło im o obrazki, czy też o rozmiar klocków, 

które dawały się łatwo chwycić kocim łapkom. 

Kiedy  wszedł  do  składu,  światełko  na  automatycznej  sekretarce  sygnalizowało 

wiadomość.  Nacisnął  guzik  i  odsłuchał  krótką  wiadomość  od  Polly:  „Qwill,  wróciłam  z 

Lockmaster  później,  niż  zamierzałam,  jestem  bardzo  zmęczona  i  kładę  się  spać.  Proszę  nie 

oddzwaniaj dzisiaj”. 

Wiadomości  nie  towarzyszył  najmniejszy  wyraz  uczucia.  Uznał,  że  Polly  musiała  być 

rzeczywiście bardzo zmęczona. Ciekawe, co robiła po obiedzie w „Palomino Paddock”? 

On osobiście był pełen wigoru, mimo że poprzedniej nocy spał tylko piętnaście minut. 

Intrygowała  go  zagadka,  którą  miał  rozwiązać  komendant  Brodie,  chociaż  nie  miał  zamiaru 

mieszać  się  do  tej  sprawy,  wiedząc,  że  przyjaciel  nie  przyjmie  rady  od  detektywa  amatora. 

Pracując  w  działach  kryminalnych  dla  gazet  na  Nizinach,  Qwilleran  napisał  książkę  o 

miejskich zbrodniach, której nakład był obecnie wyczerpany. Nie uprawniało go to jednak do 

udzielania porad takiemu profesjonaliście jak Brodie. 

Przygotował sobie filiżankę kawy i zaniósł ją do wygodnego fotela, usiadł i oparł stopy 

na  otomanie.  Yum  Yum,  nie  zwlekając,  zajęła  miejsce  na  jego  kolanach,  a  Koko  przyjął 

oczekującą pozę na jego stopach. Oba syjamskie koty były gotowe na intelektualną rozrywkę. 

-  Cóż  -  zaczął  -  mamy  tu  zagadkę  kryminalną,  która  znajdzie  rozwiązanie  teraz  albo 

nigdy. Na co stawiacie? 

Koko zamrugał oczami, co Qwilleran zrozumiał  jako brak  sprecyzowanej opinii.  O  ile 

zdołał zauważyć, koty nie interesowały się ogólnymi stwierdzeniami. 

background image

 

 

-  Ja  nie  kupuję  pomysłu,  że  to  była  robota  kogoś  stąd  -  kontynuował,  gładząc  wąsy  - 

chociaż  nie  potrafię  wyjaśnić,  dlaczego  tak  uważam.  Brodie  traci  czas,  rozpracowując 

członków klubu. 

- Yow - powiedział Koko. 

-  Cieszę  się,  że  się  ze  mną  zgadzasz.  Powinien  raczej  zająć  się  samą  ofiarą.  Bo  tak 

naprawdę to kim on był? Skąd wytrzasnął to imię: Hilary VanBrook? Wiemy, że przyjechał tu 

z  Lockmaster,  ale  gdzie  mieszkał  i  co  robił  wcześniej?  Zdecydowanie  nie  urodził  się  na 

północy. Dlaczego tak genialny kosmopolita o niewiarygodnych referencjach zdecydował się 

mieszkać  na  prowincji?  Gdzie  znikał  w  czasie  weekendów?  Po  co  mu  był  duży  dom  na 

Goodwinter Boulevard? 

Qwilleran zapomniał, że sam był częściowo odpowiedzialny za sprowadzenie dyrektora 

do  Pickax.  Cztery  lata  wcześniej,  a  były  to  długie  i  obfite  w  wydarzenia  lata,  Qwilleran 

przybył  do  Moose  County  jako  niechętny  dziedzic  fortuny  Klingenschoenów.  Nie  był 

zadowolony z losu, jaki go spotkał, bo nie pragnął bogactw. Był dziennikarzem z powołania, 

który  zjadł  zęby  na  komisariatach.  Nie  tęsknił  za  samochodem,  wystarczało  mu 

jednopokojowe  mieszkanie  i  garderoba,  która  mieściła  się  w  jednej  walizce,  jeśli  gazeta 

zlecała  mu  robotę  za  miastem.  Kiedy  nagle  przytłoczył  go  ciężar  milionów,  nie  potrafił 

wykrzesać  z  siebie  zainteresowania  finansami  i  rozwiązał  problem,  zakładając  Fundację 

Klingenschoenów,  której  przekazał  zarządzanie  fortuną.  Rada  powiernicza  niezwłocznie 

zdjęła z  niego ciężar  wydzielania grantów, stypendiów  i pożyczek wspierających  miejscową 

wspólnotę. 

Najpilniejsze potrzeby,  jak się okazało,  miało okręgowe szkolnictwo,  znane z tego,  że 

wydatki na ucznia były tu najniższe w całym stanie. Środki z fundacji przeznaczono na zakup 

pomocy  szkolnych  i  podniesienie  pensji  nauczycieli.  Róg  obfitości,  który  w  tak 

błogosławiony sposób znalazł się w zasięgu liceum w Pickax, natchnął kuratora okręgowego, 

Lyle'a  Comptona,  do  podjęcia  próby  sprowadzenia  do  miasta  słynnego  Hilary'ego 

VanBrooka,  dyrektora  szkoły w  Lockmaster. Chodziły  słuchy, że w ciągu kilku  lat pracy w 

tamtejszym  liceum  osiągnął  cudowne  rezultaty.  Mimo  że  mieszkańcy  Lockmaster  uważali 

Pickax  za  kompletną  dzicz,  a  jego  mieszkańców  za  nieokrzesanych  gburów,  którzy  nie 

potrafią  nawet  wygrać  meczu  piłki  nożnej,  to  Vanbrook  przyjął  wyzwanie  i  podpisał 

lukratywny  kontrakt.  Dzięki  niemu  szkoła  zyskała  akredytację  i  więcej  uczniów  trafiało  do 

college'u.  Pod  jego  rządami  drużyny  sportowe  nie  radziły  sobie  znacząco  lepiej,  ale  grono 

nauczycielskie i rodzice widzieli w nim dar od losu, przeklinając jednocześnie jego arogancką 

osobowość i bezlitosne zasady. 

background image

 

 

Kilka  miesięcy  przed  śmiercią  VanBrook  napisał  krótki  i  oschły  list  do  Klubu 

Teatralnego,  w  którym  proponował  wystawienie  Szekspira,  co  miało  być  ambitnym 

wyzwaniem dla zespołu i odskocznią od lekkich komedii, musicali i kryminałów. Proponował 

również,  że  sam  wyreżyseruje  przedstawienie.  Jego  wybór  padł  na  Sławną  historię  żywota 

króla Henryka VIII, co spotkało się z głębokim niezadowoleniem członków klubu. 

Carol Lanspeak zadzwoniła do Qwillerana, żeby zasięgnąć jego opinii. 

- Konsultuję tę decyzję z tobą, ponieważ obawiamy się, że Fundacja K może nas odciąć 

od  grantów,  jeśli  przedstawienie  okaże  się  klapą.  Nikomu  nie  podoba  się  ten  pomysł,  ale 

Końska Szczęka ma reputację geniusza, którego nie ima się niepowodzenie. Poprosiliśmy go 

o  spotkanie  z  radą  klubu  i  chcieliśmy,  żebyś  ty  też  był  obecny.  Jeśli  masz  ochotę,  możesz 

zabrać  dyktafon.  Może  przyda  ci  się  do  twojej  rubryki,  oczywiście  jeśli  zdecydujemy  się 

oddać głowy pod topór. 

Spotkanie odbyło się w prywatnym salonie nowego hotelu „Pickax”, który zbudowano 

w 1935 roku, na rok po tym,  jak stary hotel doszczętnie spłonął. Po kolacji, na którą podano 

pulpety i ziemniaki w talarkach (hotel był znany z niewybrednej kuchni), rada klubu czekała 

na  przybycie  gościa  honorowego.  VanBrook odmówił  uczestnictwa  w  posiłku.  Gest  ten  był 

tyleż  niezrozumiały,  co  nieprzyjazny.  W  dodatku  pryncypał  spóźnił  się,  z  czego  nie  raczył 

nawet  się  wytłumaczyć.  Carol  przywołała  wszystkich  uczestników  zebrania  i  poprosiła 

Hilary'ego  o  rozwinięcie  propozycji.  VanBrook  przeczytał  z  wyraźną  pogardą  ten  sam  list, 

który  wcześniej  skierował  do  klubu,  traktując  najwyraźniej  zebranych  jak  bandę 

niepiśmiennych kretynów. 

Qwilleran usłyszał czyjś szept: 

- Co to za beznadziejny nudziarz! 

Dyrektor skończył czytać i zatoczył wzrokiem po ścianach i suficie. Miał głęboki głos o 

dobrej modulacji i słuchając go, łatwo było uwierzyć, że był profesjonalnym aktorem. 

Członkowie  klubu  wymienili  między  sobą  przygnębione  spojrzenia.  Pierwszy,  który 

znalazł w  sobie wystarczająco dużo odwagi,  żeby przemówić,  był Scott Gippel, sprzedawca 

samochodów  i  skarbnik  klubu.  Jego  siedzenie  było  tak  szerokie,  że  potrzebował  aż  dwóch 

krzeseł. 

- Publiczność nie lubi ciężkiego repertuaru. 

Teraz odezwała się Carol Lanspeak: 

-  Od  czasu  otrzymania  listu  od  pana  VanBrooka  dwukrotnie  przeczytałam  sztukę  i  z 

przykrością  muszę przyznać,  że  nie znalazłam  w  niej żadnej godnej  zapamiętania kwestii, z 

wyjątkiem pierwszej: „Nie przynoszę wam dzisiaj śmiechu ni zabawy”. 

background image

 

 

- W tym momencie połowa sali wstaje i wychodzi - poparł ją łagodny z natury Gippel, 

którego ciało trzęsło się przy każdym słowie jak galareta. 

Emerytowany  nauczyciel  angielskiego,  nadzorujący  czytanie  sztuk,  także  wygłosił 

swoje zdanie: 

- Pan VanBrook ma rację, najwyższy czas, żebyśmy zmierzyli się z Szekspirem, ale czy 

Henryk VIII jest odpowiednią sztuką na początek? Autorstwo sztuki jest zresztą podawane w 

wątpliwość.  Wybaczcie,  ale  dam  wyraz  wyłącznie  osobistym  odczuciom:  ta  sztuka  robi 

wrażenie, jakby napisał ją zespół autorów. 

Qwilleran rzucił okiem na VanBrooka, który wysłuchiwał zażaleń, wpatrując się w sufit 

w wyniosłym milczeniu. Można by podejrzewać, że szuka pęknięć w tynku. 

- Chciałabym też zwrócić uwagę na inną kwestię - odezwała się Fran Brodie - Henryk 

VIII wymaga licznej obsady, a my dysponujemy ograniczoną przestrzenią za kulisami i tylko 

kilkoma garderobami. Teatr nie był projektowany z myślą o dużych produkcjach. 

- Koszty kostiumów będą horrendalne! - dodał Gippel. 

- Jest mało ról kobiecych! - zaprotestowała Carol. 

- Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to Henryk VIII jest za długi i za nudny - powiedział 

Junior  Goodwinter,  młody  redaktor  „Moose  County  coś  tam”.  -  A  ostatnia  scena 

rozczarowuje jak końcowe piętnaście minut meczu czternaście do zera. 

VanBrook wstał. 

- Czy mogę zabrać głos? 

- Oczywiście, proszę - zachęcała ze sztucznym uśmiechem Carol, zagniewana na męża, 

który nie otworzył ust przez całe spotkanie. 

Jako  przewodniczący  rady  do  spraw  edukacji  pomógł  przekonać  VanBrooka  do 

opuszczenia  Lockmaster.  Razem  z  Lyle'em  Comptonem  dogadzał  na  wszelkie  sposoby 

dyrektorowi, który był znany z tego, że łatwo wpadał w złość. Zbliżał się moment odnowienia 

kontraktu  Hilary'ego  i  jeśli  dyrektor  nie  zdecydowałby  się  go  przedłużyć,  to  z  pewnością 

wróciłby do Lockmaster, osierocając tym samym szkołę w Pickax. 

VanBrook zaczął mówić, demonstrując wyższość, jaką czuł nad resztą zgromadzonych: 

-  Henryk  VIII  nie  jest  dłuższy  od  Romeo  i  Julii  i  jest  daleko  krótszy  od  Hamleta  i 

Ryszarda III. Tyle jeśli chodzi o „za długi” - rzucił piorunujące spojrzenie na redaktora. - Jeśli 

chodzi o to,  że jest „za  nudny”,  to od trzystu  lat sztuka zjednuje sobie uznanie publiczności 

dzięki kolorytowi i dworskim obyczajom. Co więcej traktuje o aktualnych problemach, takich 

jak korupcja,  chciwość,  władza  i wykorzystywanie kobiet.  Jest też dziełem  moralnym,  które 

potępia  „chwałę  tego  świata”.  Czy  wszyscy  nadążają?  -  Słuchacze  zaczęli  wiercić  się  na 

background image

 

 

krzesłach,  a  on  kontynuował:  -  Mówicie,  że  jest  tam  zbyt  mało  ról  kobiecych,  tymczasem 

najbardziej  wyrazista,  najmocniejsza  rola,  jaką  Szekspir  kiedykolwiek  przeznaczył  dla 

kobiety,  to rola  Katarzyny  Aragońskiej,  królowej Anglii.  Anna Boleyn to kolejna wspaniała 

rola,  nawet  Stara  Dama  to  majstersztyk.  Dla  tych,  którzy  lubią  paradować  w  kostiumach  z 

epoki,  jest  wiele  pomniejszych  ról.  I  jeśli  wydaje  wam  się,  że  w  Henryku  VIII  brakuje 

wielkich  scen,  to  pozwolę  sobie  przypomnieć  wam  o  aresztowaniu  Buckinghama,  o  scenie 

niesłusznego  oskarżenia  o  zdradę,  o  procesie  królowej  i  jej  konfrontacji  z  kardynałem 

Wolseyem, o koronacji królowej Anny i wzruszającej scenie śmierci Katarzyny. 

Omiótł salę triumfującym spojrzeniem i mówił dalej: 

- Tak się składa, że wystawiałem już wcześniej tę sztukę i wiem, jakich zabiegów użyć, 

aby  obniżyć  koszty.  Po  pierwsze  wykorzystać  studentów  jako  statystów  do  ról  grupowych. 

Sami mogą przygotować stroje. Jeśli przebiorą się w szkołach, to do teatru mogą przyjeżdżać 

szkolnymi  autobusami.  Garaż  na  zapleczu  rezydencji  Klingenschoenów  mógłby  posłużyć 

jako  garderoba  dla  aktorów  grających  drugoplanowe  role,  którzy  rzadko  pojawiają  się  na 

scenie. 

W tym momencie Qwilleran pomyślał: Chwileczkę, kolego! Ja tam wciąż mieszkam! 

-  Co  się  zaś  tyczy  ostatniej  sceny,  to  napisano  ją,  aby  przypochlebić  się  monarchii,  i 

mogę was zapewnić, że zostanie pominięta. Henryk VIII skończy się sceną śmierci Katarzyny, 

nazywaną chwałą sztuki. 

Zapanowało milczenie, aż w końcu Carol powiedziała: 

- Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienia, panie VanBrook... Czy chcemy podjąć decyzję 

teraz, czy potrzebujemy czasu na jej przemyślenie? - zwróciła się do rady klubu. 

- Proponuję, żebyśmy wystawili Henryka VIII jako pierwszą sztukę sezonu jesiennego - 

Larry odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru. 

- Zaryzykujmy! - poparła go Fran Brodie. 

Qwilleran widział już, jak w jej szarych oczach tańczą wizje Katarzyny na scenie. 

-  No dobra, zgadzam się -  powiedział Gippel.  -  Tylko  módlmy się,  żebyśmy  sprzedali 

jakieś bilety. Będzie więcej osób na scenie niż na widowni. 

- Jeśli wykorzystamy pomysł z dzieciakami, to sztuka ma wielkie możliwości reklamy - 

dodała Hixie Rice. 

-  W  porządku,  poddaję  się.  Możecie  mnie  dopisać,  ale  pod  warunkiem,  że  nie  będzie 

ostatniej sceny - dołączył Junior. 

I  tak  zapadła  decyzja  o  wystawieniu  Sławnej  historii  żywota  króla  Henryka  VIII

Qwilleran  nie  był  już  więcej  zaangażowany  w  przygotowania,  chociaż  wiedział,  że  Carol  i 

background image

 

 

Fran  starają  się  o  rolę  Katarzyny,  a  Dennis  i  Larry  chcą  zagrać  kardynała.  Wszyscy 

podejrzewali, że dostanie się ona Larry'emu. 

W  wieczór  poprzedzający  ostatnie  przesłuchania  Qwilleran  spotkał  Lanspeaków  na 

parkingu przed „Old Stone Mill”. 

- Rozumiem, że oczekujesz, abym pocałował twój pierścień? 

- Do diabła z tym wszystkim. Nie dostałem tej roli. Hilary chce, żebym zagrał Henryka. 

Czy  to  nie  jest  frustrujące?  Znowu  będę  musiał  zapuścić  brodę,  żeby  nie  używać  gumy 

arabskiej. Powinien go zagrać Scott, nie potrzebowałby żadnej charakteryzacji. 

- Scott nigdy nie pamięta kwestii. Jedyny wers, jakiego jest się w stanie nauczyć, to ten 

na dole strony - zadrwiła Carol. 

- Rozumiem, że Dennis gra Wolseya? - spytał Qwilleran. 

-  Nie!  -  zagrzmiał  oburzony  Larry.  -  To  Hilary  gra  tę  rolę.  Zresztą  robił  to  już 

wcześniej.  Sprowadza  też  jakąś  kobietę  z  Lockmaster,  która  ma  być  Katarzyną.  Kiedyś  już 

grała u niego tę rolę. 

- Kiedy ruszają próby? Mogę wpaść popatrzeć? 

-  Rozpoczynamy w  następny poniedziałek -  powiedziała  Carol.  -  Pięć dni w tygodniu, 

od szóstej trzydzieści. Zwykle zaczynaliśmy o siódmej, aby ludzie mieli czas wpaść do domu 

coś przekąsić, ale ten tyran zadecydował inaczej. Chce, żebym była jego asystentką i żebym 

nauczyła się roli Katarzyny. Ta kobieta z Lockmaster będzie i mogła przyjeżdżać tylko dwa 

razy  na  tydzień,  a  przez  resztę  prób  mam  ją  zastępować.  Nie  podoba  mi  się  to  -  dodała, 

wzdychając ciężko - ale może przy okazji czegoś się nauczę. 

- Chciałem napisać tekst o VanBrooku do mojej kolumny - powiedział Qwilleran - ale 

mi odmówił. Jak sądzicie, dlaczego? 

- To u niego normalne - wzruszył ramionami Larry. - A gdzie jest Polly? 

- Jest na obiedzie z członkami rady bibliotecznej. Co tu jedliście? 

-  Lutjanusa.  To  genialna  ryba!  I  koniecznie  spróbuj  ciasta  ze  śliwkami...  jeśli  jeszcze 

został im jakiś kawałek. 

Lanspeakowie poczłapali do samochodu, a Qwilleran wszedł do restauracji urządzonej 

w starym młynie. Hostessa zaprowadziła go do jego ulubionego stolika, a Derek Cuttlebrink 

postawił przed  nim  szklankę z wodą  i koszyczek  z pieczywem. Chociaż  był tutaj  młodszym 

kelnerem, jego potężna sylwetka, metr dziewięćdziesiąt dziewięć wzrostu, sprawiała, że brano 

go za właściciela lokalu. 

background image

 

 

- W przedstawieniu gram pięć ról - pochwalił się. - W programie moje nazwisko będzie 

wydrukowane  aż  pięć  razy,  jako  sługa  Wolseya,  herold  sądowy,  kat,  burmistrz  Londynu  i 

posłaniec. Najbardziej lubię rolę kata; noszę wtedy siekierę i kaptur... 

-  Musisz  się  bardzo  męczyć  tym  ciągłym  zmienianiem  kostiumów  -  zauważył 

Qwilleran. 

- Mogę nosić te same spodnie, a zmieniać płaszcze i kapelusze. 

- U Szekspira nie ma spodni, tylko bryczesy. 

-  Poza  tym  przemyślałem  to  wszystko  i...  -  tu  Derek  zniżył  głos  -  zostanę  aktorem. 

Kiedyś  chciałem  pójść  do  policji,  ale  aktor  ma  fajniejszą  pracę.  Wstajesz  w  południe, 

kładziesz się nad ranem, byczo! 

W tym momencie do stolika podeszła kelnerka i Derek wrócił do zmywania stolików. A 

Qwilleran zamówił lutjanusa. 

- Na deser poproszę placek ze śliwkami, jeśli wam jakiś kawałek został. 

W  następnym tygodniu  liczba  samochodów na teatralnym parkingu świadczyła o tym, 

że  próby  do  spektaklu  idą  pełną  parą.  Któregoś  wieczora  Qwilleran  wślizgnął  się  na 

widownię,  licząc,  że  trafi  mu  się  materiał  na  kolejny  felieton.  Punktualnie  o  szóstej 

trzydzieści  zajął  miejsce  z  tyłu  przy  wyjściu.  Na  scenie  stała  już  cała  obsada  z  wyjątkiem 

Katarzyny  z  Lockmaster,  która  tego  dnia  nie  mogła  przybyć  na  próbę.  Reżysera  wciąż  nie 

było. 

Za kwadrans siódma Carol odezwała się rozdrażniona: 

- Chyba nie będziemy stać tu bezczynnie? Zaczynamy od momentu, w którym wczoraj 

przerwał  Hilary.  Omijamy  prolog  i  lecimy  od  sceny  pierwszej  do  spięcia  Wolseya  z 

Katarzyną.  Książęta  Norfolk  i  Buckingham  oraz  lord  Abergavenny  na  scenę!  Norfolk 

wchodzi pierwszy, staje po lewej stronie, reszta, chwilę po nim, staje po prawej. 

Trzej aktorzy, z tekstem roli w dłoniach, udali się, powłócząc nogami,  na wyznaczone 

miejsca. 

Carol krzyczała do nich z trzeciego rzędu: 

-  Norfolk,  jesteś  księciem!  Stawiasz  długie,  dostojne  kroki...  Tak  lepiej!  A  ty, 

Abergavenny, okaż trochę szacunku dla teścia... ale nie chowaj się za nim! Zróbmy to jeszcze 

raz. Jeszcze raz wchodzicie i zaczynamy od „Szczęsne spotkanie! Jakże wasze zdrowie?” 

Mozolnie  posuwali  się  naprzód,  a  niezmordowana  Carol  instruowała  aktorów  i  pilnie 

robiła notatki. 

background image

 

 

- Norfolk, nie gap się w niego jak ciele w malowane wrota! Masz słuchać, co on mówi. 

To  musi  wyrażać  twoja  mina,  ciało...  A  ty,  Abergavenny,  nie  rozdziawiaj  tak  buzi... 

Buckingham, jak mówisz „To już za wiele”, idziesz parę kroków w głąb sceny... 

Kiedy  Dennis  wygłosił  sławny  passus  Buckinghama:  „Nie  ma  placka,  na  który  by  się 

nie połakomił, wiedziony zgubną ambicją!”, roześmiał się na głos: 

- To mój ulubiony fragment! 

Zapanowała  ogólna  wesołość  i  wszyscy  wymieniali  ze  sobą  porozumiewawcze 

spojrzenia. 

-  Dobra,  jeszcze  raz!  Jak  mówisz,  Norfolk,  wyciągnij  przed  siebie  dłoń.  Przynajmniej 

nie będziesz zakrywał twarzy. 

Dotarli  już do epizodu z  Katarzyną  i  biskupem Yorku,  a VanBrooka  jeszcze  nie  było. 

Carol odczytała partię Wolseya i przeszła wzdłuż sceny wraz z pozostałymi aktorami.  Wtem 

drzwi od strony audytorium otwarły się z wielkim hałasem. 

- Co tu się u diabła dzieje?! - zabrzmiał złowieszczo głos dyrektora. Krocząc władczo w 

kierunku sceny, napotkał spojrzenie Qwillerana. 

- A pan co tu robi? - zapytał nieprzyjaźnie, poprawiając zielony golf. 

-  Czekam  na próbę o szóstej trzydzieści -  odpowiedział  wąsacz,  spoglądając znacząco 

na zegarek. 

- Wynocha! Ale już! - wrzasnął VanBrook, wskazując dłonią drzwi. 

-  Ale,  na  Boga,  czemu  nie  może  zostać?!  -  interweniował  ze  sceny  Dennis  Hough.  - 

Przecież to właściciel teatru! 

- Wy-no-cha! 

Qwilleran posłusznie opuścił widownię i wszedł na górę, by podejrzeć próbę z balkonu. 

Van Brook rozpoczął, nie marnując czasu na tłumaczenia czy przeprosiny. 

- Kobieto, nie wystawiamy wujaszka Wiggleya, ale samego Szekspira! Trzymasz ręce, 

jakbyś grała królika!...  Kto tam się śmieje?! Zamknijcie się albo do domu!... Suffolk,  wyraz 

„koronacja”  ma  cztery  sylaby.  To  ceremonia  nałożenia  królowi  korony,  a  nie  jakaś 

egzotyczna roślina. 

Ani śladu ciepłej ironii, tylko pogarda i zjadliwość. 

- Campeius, czy możesz, do diabła, zachowywać się choć trochę jak kardynał, a nie jak 

przygłupawy wieśniak?! 

Aktorzy,  którzy  czekali  na  swoją  kolej,  z  przerażeniem  patrzyli  po  sobie.  Eddington 

Smith grający kardynała Campeiusa  był  cichym  staruszkiem  cieszącym  się wśród członków 

klubu sporym poważaniem mimo miernych talentów aktorskich. 

background image

 

 

Kiedy VanBrook powiedział Annie Boleyn,  „żeby wreszcie przestała szczerzyć się jak 

idiotka”,  oczy  Fran  rozświetlił  groźny  błysk.  Także  Dennis  co  rusz  bladł  i  zaciskał  zęby  z 

wyrazem  wściekłości  na  twarzy.  W  pewnym  momencie  Dave  Landrum,  grający  Suffolka, 

rzucił swoją rolą w reżysera i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Qwilleran wątpił, czy w takiej 

atmosferze dalsze spotkanie ma jakikolwiek sens. Wątpił też, czy wystawienie Henryka VIII 

w ogóle dojdzie do skutku. 

Ale  wkrótce  znaleziono  nowego  Suffolka  i  Larry,  z  którym  Qwilleran  dwa  razy  w 

tygodniu  chodził  na  kawę  do  „Dimsdale  Diner”,  meldował,  że  całe  przedsięwzięcie  posuwa 

się  do  przodu.  Broda  bujnie  zarastała  jego  podbródek,  upodabniając  Larry'ego  do  króla 

Henryka z portretu Holbeina. 

- Hilary zawsze wyżywa się na biednym Eddiem Smith. Eddie nie występowałby u nas, 

gdyby nie doktor Halifax, który zalecił mu aktorstwo jako terapię. Carol próbowała nad nim 

pracować, ale wciąż odstaje od całej reszty. Wyrzuca z siebie dwa pierwsze słowa, a później 

tylko porusza ustami. Mimo to Dennis często bierze go w obronę. Dennis i Hilary drą ze sobą 

koty. 

- A co na to Carol? 

-  Carol  jest  świętą  osobą!  Współpracuje  z  Hilarym,  bo  chce  się  od  niego  czegoś 

nauczyć.  Ale  Hilary  to  przykład  negatywny;  dzięki  uczestnictwu  w  jego  próbach  można  się 

dowiedzieć,  czego  na  pewno  nie  można  robić,  prowadząc  amatorski  teatr.  Z  niektórymi 

pracuje  ciężko,  innych  kompletnie  ma  w  nosie.  Uśmiecha  się  słodko  do  tej  baby  z 

Lockmaster, a innych tylko obraża. 

- A ona jest dobra? 

- Naturalnie, że tak! Ale Carol i Fran mogłyby zagrać tę rolę równie dobrze. 

- A kto to w ogóle jest? - zapytał Qwilleran. 

- Nazywa się Fiona Stucker. Nic o niej nie wiem z wyjątkiem tego, że grała Katarzynę 

w adaptacji wystawianej przed pięcioma laty w Lockmaster. 

- A jak sprawdzają się studenci? 

-  Carol ciężko z nimi pracuje.  Ćwiczą chodzenie. Ciężko  jest  ich zmusić,  żeby ruszali 

się  jak  szesnastowieczni  szlachcice,  a  niej  jak  ameby  bez  kręgosłupa.  Derek,  przy  jego 

wzroście i pięciu rolach, powinien jak zwykle dostarczyć nam trochę komediowego oddechu. 

To oczywiste, że publiczność rozpozna go w roli kata, nawet z czarnym kapturem na głowie. 

Obawiam się tylko, że wybuchnie śmiechem w scenie śmierci Katarzyny. Kiedy wchodzi pod 

koniec jako posłaniec, pamiętaj, że to jego piąta rola, Katarzyna mówi: „tego człowieka niech 

background image

 

 

moje  więcej  nie  ujrzą  źrenice”.  Będziemy  musieli  zacisnąć  zęby,  ale  publiczność  będzie  się 

tarzała po podłodze. 

- Widzowie potrzebują ulgi w napięciu - zauważył Qwilleran. 

- Z pewnością, ale nie w scenie śmierci. 

W  noc  premiery  publiczność  zrobiła,  co  do  niej  należało:  płakała  nad  pożegnaniem 

Buckinghama,  wstrzymała  oddech  wobec  przepychu  koronacji  i  powstrzymywała  chichot 

wobec  licznych  wcieleń  Dereka.  Były  szmery  podniecenia  podczas  scen  grupowych,  kiedy 

synowie  i  wnuczki  paradowali  środkowym  przejściem  w  roli  strażników  z  halabardami, 

heroldów  z  chorągwiami,  giermków  z  insygniami,  szlachciców  ze  szpadami  u  boku, 

księżniczek z diademami wpiętymi we włosy. 

Aktorom przydarzyły się dwa przejęzyczenia i kilka pomyłek, co w dniu premiery było 

całkowicie  wybaczalne.  Qwilleran  siedział  w  piątym  rzędzie  przy  przejściu  w  towarzystwie 

Polly  Duncan.  Słuchając  płomiennej  mowy  Dennisa,  uśmiechał  się  w  duchu;  syknął,  kiedy 

Eddington niesłyszalnym szeptem wymamrotał swoją kwestię; czuł, jak skacze mu ciśnienie, 

kiedy Fran pojawiła się na scenie jako piękna Anna, i z napięciem oczekiwał momentu, kiedy 

Derek zrujnuje scenę śmierci Katarzyny. Na szczęście reżyser wykreślił linijki, które mogłyby 

spowodować niezręczną gafę. 

Następnym razem, kiedy Qwilleran spotkał się z Larrym na kawę, aktor powiedział: 

-  Muszę  przyznać,  że  Hilary  jest  dobry  w  roli  kardynała.  Pomijając  jego  arogancką 

osobowość,  był  w  stanie  przekonać  publiczność  do  Wolseya.  Obawiam  się  jednak,  że 

zazdrości  Buckinghamowi  uwielbienia  publiczności.  Kiedy  Dennis  pojawia  się  na  scenie  i 

wypowiada słowa powitania: „Szczęsne spotkanie”, aż słychać, jak serca walą na widowni. 

-  Twój  Henryk,  Larry,  jest  wspaniały,  jak  zdjęty  z  portretu  Holbeina  -  powiedział 

Qwilleran. 

- Tego właśnie chciał Hilary - potarł brodę. - Powiem ci jedną rzecz: będę szczęśliwy, 

kiedy będę mógł w końcu zgolić tę brodę! 

Trzy tygodnie później zgolił brodę, VanBrook zginął, a Dennis zniknął bez śladu. 

background image

 

 

 

Rozdział czwarty 

 

Nazajutrz  po „zbrodni w  sadzie” -  tak niedzielne  morderstwo ochrzciło  „Moose County coś 

tam” - pogoda była pod psem.  Krzątający się przed domem Qwillerana policjanci doskonale 

współgrali  z  ponurą  poniedziałkową  aurą.  Procesje  śledczych,  miejskich  urzędników  i 

prokuratorów  nie  w  smak  były  Koko,  który  w  tym  właśnie  czasie  zwykł  obserwować  ptaki 

wypełniające zaciszny sad świergotem i śpiewem. Czerwone, żółte, szare, błękitne i brązowe 

uwijały się, przeskakując z gałęzi na gałąź i nurkując w krzewach borówki, niegdyś starannie 

przyciętych, a dziś niemożliwie zapuszczonych. 

Koko  szczególnie  upodobał  sobie  pewnego  kardynała,  który  od  samego  świtu 

dokazywał  w  otoczeniu  zazdrosnych  konkurentów  i  oddanych  wielbicielek.  Ze  swoim 

czerwonym  upierzeniem,  koroną  na  główce  i  dostojnym  dziobem  wyglądał  jak  prawdziwy 

król ptaków. Syjamczyk - sam arystokrata wśród kotów - od razu poczuł w nim błękitną krew. 

Na jego widok Koko zastygał w zachwycie, a koniuszek jego ogona poruszał się mimowolnie, 

naśladując ruch ogona kardynała. 

Jakby  tego  poranka  mało  było  zamieszania,  wkrótce  przed  dom  zajechała 

półciężarówka. Mężczyzna, który dziarsko wyskoczył z kabiny i jął rozpakowywać pudła na 

obiektywy  i  aparaty,  reflektory  oraz  statywy,  z  miejsca  został  otoczony  przez  nieufnych 

śledczych. Ale Qwilleran wyjaśnił, że to fotograf z Lockmaster, John Bushland, z którym był 

na dzisiaj umówiony. John miał strzelić parę fotek we wnętrzach jego nowego lokum. 

Bushy,  jak  go  wszyscy  nazywali,  był  kipiącym  energią  młodzieńcem,  z  miejsca 

zjednującym  sobie  ludzi  sympatycznym  obyciem  i  niebanalnym  poczuciem  humoru. 

Przedwcześnie łysiejący, nosił koszulkę z napisem „Wczoraj czupryna, dzisiaj łysina”. 

- Cała okolica huczy od plotek - powiedział poważnym tonem. - Coś już wiadomo? 

- Na razie policja szuka śladów. A co tam gadają w Lockmaster? 

-  Jeśli  mam  być  szczery, wszyscy odetchnęli.  Nikt się za nim specjalnie  nie stęsknił, 

więc może to dobrze, że już nigdy nie wróci. Masz jakiś pomysł, kto to zrobił? 

-  Podejrzewam,  że  to  ktoś  od  was  stara  się  nam  zrobić  czarną  legendę.  Poznałeś 

VanBroka za czasów, kiedy u was mieszkał? 

- Osobiście nie. Wiem tylko, że nie miał dzieci. Vicki i ja nie interesujemy się teatrem. 

Bushy z podziwem oglądał ośmioboczną bryłę budynku i jego srebrne gonty. 

background image

 

 

-  Trójkątne  okna  u  góry  to  strzał  w  dziesiątkę.  Szkoda,  że  ci  gliniarze  się  tu  kręcą. 

Zrobiłbym parę fotek. 

- I pogoda taka sobie... 

-  Cóż,  wnętrzom  to  nie  przeszkadza.  Możemy  je  oświetlić,  jak  nam  się  podoba,  a 

słońce nie wchodzi nam w paradę. 

- W takim razie zapraszam do środka. Napijesz się kawy? 

- Nie teraz. Najpierw robota, później przyjemności. 

Kiedy wnosili sprzęt, Bushy z uznaniem rozglądał się po pomieszczeniu. 

-  Spodziewałem  się  ponurej  nory.  A  tu  proszę,  białe  ściany,  jasne  drzewo...  Rzadko 

pracuje się w tak komfortowych warunkach. 

-  Fajnie,  że  ci  się  podoba.  To  był  mój  pomysł;  chciałem  jak  najmniej  ciemnych 

zakamarków.  Wszystko ze względu  na koty.  One uwielbiają kryjówki,  a  ja  lubię  je  mieć  na 

oku. Inaczej jestem niespokojny. 

Podał Bushy'emu lornetkę. 

-  Spójrz  tam  w  górę.  Na  stropie,  na  jednej  z  desek,  jest  sygnatura  budowniczego:  J. 

Mayfus & Syn, 1881. Chciałbym, żebyś ją sfotografował. Czy mam zamknąć koty na górze? 

- Nie przeszkadzają mi. Kto projektował wnętrza? 

-  Fran  Brodie.  Powiedziałem  jej:  tylko żadnych rustykalnych gratów! Zgodziła się,  a 

nawet powiedziała, że nowoczesne meble uwidocznią zabytkową bryłę budynku. 

W hallu stały dwie sofy i wielki fotel z tweedową tapicerką w kubistyczne wzory, do 

których pasowały geometryczne intarsje na stoliku obok. 

-  Przyznam,  że  w  Lockmaster  nie  widziałem  niczego  podobnego  -  mruknął  z 

uznaniem Bushy. 

Qwilleran pokazał mu parę sprzętów, które - jego zdaniem - szczególnie nadają się do 

sfotografowania.  Sosnową  szafę  na  ubrania,  litografie  z  nietoperzami,  szafkę  z  malutkimi 

półeczkami,  służącą  niegdyś  drukarzom  do  przechowywania  czcionek,  oraz  herb  rodowy 

Mackintoshów. 

- Moja matka była z tego rodu - powiedział z dumą. 

-  Nie  ma  sprawy,  sfotografuję,  co  zechcesz  -  potakiwał  Bushy,  chodząc  po  pokoju  i 

rozmyślając  nad  oświetleniem.  -  Wszędzie,  gdzie  spojrzysz,  tam  da  się  zrobić  zdjęcie!  W 

razie czego zawiesimy reflektory pod stropem i antresolą, aby rozświetlić nieco kąty. 

- W czymś ci pomóc? 

-  Dzięki,  dam  sobie  radę.  Mam  ze  sobą  wszystko,  czego  mi  trzeba.  Rozumiem,  że 

jakby co, mogę trochę przesunąć mebel w tę czy w tamtą? 

background image

 

 

- Jasne. Skoro nie jestem ci do niczego potrzebny, to pozwól, że wyskoczę na miasto 

załatwić parę spraw. Jak będziesz chciał kawę, po prostu naciśnij ten guzik. Do zobaczenia! 

Aha, jak ktoś będzie dzwonił, nie przejmuj się. Może się nagrać na sekretarkę. I pilnuj, żeby 

koty nie uciekły na dwór! 

W drzwiach zaczepił go komendant policji: 

- Może ty wiesz, co się stało z Dennisem Houghem? 

Brodie wymówił jego nazwisko „hau”. 

- Nie wiem - rozłożył ręce Qwilleran. - Prawdę mówiąc, nie widziałem go od soboty. 

Od kiedy skończył robotę, nie zjawił się u mnie ani razu. 

- W czasie przyjęcia nie było go w domu. 

- Pewnie pojechał do St. Louis spotkać się z rodziną. Pytałeś Fran? Może ona wie coś 

więcej. 

-  Coś  mi tu śmierdzi -  mruknął  Brodie.  -  Jego firma,  „Dmuchać  & Chuchać”,  nawet 

nie ma biura. 

-  Dopiero  się  rozkręca  -  uspokajał  przyjaciela  Qwilleran.  -  Byłem  jego  pierwszym 

klientem. Zresztą, po co mu biuro? Potrzebuje tylko telefonu, żeby dogadać się z robotnikami 

i dostawcami materiałów. 

- Wiesz, jak go dorwać w tym cholernym St. Louis? 

-  Nie,  ale  jestem  pewien,  że  w  informacji  na  pewno  będą  wiedzieli.  A  tak  na 

przyszłość, jego nazwisko czyta się „huff”. I nie poganiaj go. To szmat drogi. 

Qwilleran poczłapał do centrum.  Pickax  było  niewielką  mieściną  i wszędzie dało się 

dojść  na  piechotę.  Poza  tym  wąsacz  nawykł  do  spacerów,  mimo  że  tutejsi  mieszkańcy  nie 

ruszali się na krok bez samochodu. 

W drodze na  lunch do „Lois's  Luncheonette” wstąpił do antykwariatu.  Zawsze kiedy 

tędy  przechodził,  nie  mógł  się  oprzeć  pokusie,  aby  wpaść  choćby  na  moment  i  wciągnąć  w 

nozdrza  zapach  butwiejącego  papieru,  introligatorskiego  kleju  i  kurzu.  Ale  tym  razem 

chodziło o coś więcej niż tylko próżną przyjemność. Eddington Smith kupił ostatnio pokaźny 

księgozbiór  po  jakimś  zmarłym  nieszczęśniku.  Qwilleran  miał  nadzieję,  że  znajdzie  wśród 

nich bestseller sprzed osiemnastu lat, którego - tak się złożyło - był autorem. Burzliwe koleje 

życia sprawiły, że nie pozostał mu ani jeden z egzemplarzy autorskich Miasta bratniej zbrodni 

Jamesa  M.  Qwillerana  (wówczas  jeszcze  używał  inicjału  swego  drugiego  imienia).  A  teraz, 

gdy  dotarł  do  gościnnej  przystani,  żaden  z  profesjonalnych  antykwariuszy  nie  mógł  znaleźć 

jego książki. Nawet biblioteki nie miały jej już w swoich katalogach. Mimo to nie ustawał w 

poszukiwaniach, jak ojciec tropiący zaginioną córkę. 

background image

 

 

Antykwariat Smitha, który nosił dumną nazwę „Edds Editions”, w rzeczywistości był 

ponurą  piwnicą  zawaloną  wiekowymi  woluminami  zarosłymi  brudem  i  pleśnią  oraz  tanimi 

broszurami  za  dwa  dolce,  z  podartą  okładką  i  poplamionym  papierem.  Z  dantejskich 

ciemności wyłoniła się postać samego gospodarza. 

- Jak moja książka? Znaleziona? - zagadnął Qwilleran. 

-  Jak  dotąd  nie,  ale  jeszcze  nie  wszystko  rozpakowałem.  Czy  policja  znalazła  jakieś 

ślady? 

- Nawet jakby znalazła, to i tak nic by mi nie powiedzieli. 

-  Dzisiejszej  nocy  nie  mogłem  zmrużyć  oka.  „Inne  grzechy  jeno  mówią,  zbrodnie 

krzyczą”. 

Cytat na każdą okazję - to była specjalność Eddingtona. 

- Czyje to? 

- Chyba Webstera. 

- Którego Webstera? 

- A skąd mam wiedzieć! Było z milion Websterów. 

W  tym  momencie  przypalany  perski  kocur,  którego  imponujący  ogon  omiatał 

zakurzone  tomy,  wyłonił  się  z  ciemności  i  siadł  obok  Qwillerana  na  biografii  sir  Edmunda 

Backhouse'a. 

-  Czy  to  znaczy,  że  mi  ją  poleca?  -  zapytał  wąsacz.  -  A  może  Winston  uznał,  że  to 

najwygodniejsza książka w tej dziurze? 

-  Nie  wiem,  ale  to  interesująca  pozycja  -  zachrypiał  antykwariusz.  -  Backhouse  był 

orientalistą. Zagadkowy człowiek. 

-  W  takim  razie  biorę  ją  -  zadecydował  Qwilleran,  który  zawsze  wychodził  z 

antykwariatu z jakąś zdobyczą. 

W „Loiss Luncheonette” siadł za barem i zamówił sadzone jaja z tostem i frytkami, a 

jeszcze przed posiłkiem kawę bez śmietanki. 

- No i co sądzić o tym morderstwie? - zagadnęła go kelnerka. 

-  „Inne  grzechy  jeno  mówią,  zbrodnie  krzyczą”  -  wyrecytował  Qwilleran  z 

uduchowioną miną. 

- To Szekspir? - spytała. 

Dzięki  Henrykowi  VIII  Szekspir  był  wśród  młodzieży  z  Pickax  na  topie,  choć 

Qwilleran mógł się założyć, że za miesiąc palmę pierwszeństwa odbierze mu jakiś komik lub 

szarpidrut. 

- W każdym razie brzmi jak Szekspir - powiedziała tonem znawcy Alvola. 

background image

 

 

- Czasem pozory mylą - mruknął Qwilleran i pochylił się nad książką. 

Ale  zamiast  czytać,  jął  przysłuchiwać  się  rozmowie  prowadzonej  przy  sąsiednim 

stoliku. Uderzyło go, że nikt nie rozpaczał nad ofiarą i jej strasznym losem. Niepokojono się 

za  to  rezultatem  śledztwa.  Czy  aby  zabójcą  nie  okaże  się  któryś  z  szanowanych  obywateli, 

zdesperowany  uczeń,  przyjaciel  lub  sąsiad?  Strach  mieszał  się  z  podnieceniem,  a  nawet 

swego rodzaju radością. Qwilleran zamyślił się. Ta sprawa nigdy nie znajdzie swojego finału, 

bo w całym Pickax nie ma ani jednej osoby, która by sobie tego życzyła. 

Po wyjściu z baru udał się do „Studia Dekoracji  Wnętrz  Amandy”, gdzie spodziewał 

się  zastać  Fran  Brodie.  Do  pracy  wkładała  buty  na  siedmiocentymetrowym  obcasie,  a  jej 

prowokacyjnie krótka spódniczka odsłaniała nogi dłuższe od sekwoi w Yellow Stone. 

- Gdzie szefowa? - zapytał Qwilleran, myśląc o klientach mdlejących na widok Fran z 

wrażenia. 

- Amanda wyjechała w interesach. Coś już wiadomo? 

- Na razie po mojej posesji kręcą się różni ważniacy i węszą. Ale jak wywęszą, to i tak 

nie powiedzą. Zresztą co mnie to obchodzi. 

-  Tata  mówił  mamie,  że  w  samochodzie  znaleźli  kawałki  gumy  piankowej,  co  by 

wskazywało na użycie tłumika. 

- Koty i tak słyszały. One słyszą spadający liść z drzewa. 

- Ale to nic! Powiem ci coś lepszego - szepnęła dziewczyna. - Hilary obstalował u nas 

papierowe ekrany na dwadzieścia okien, czyli cały parter. I dziś rano przywiózł je kurier. Dziś 

rano, rozumiesz? Dzwoniłam do Amandy, która wpadła w szał. 

- Jak wygląda jego dom? 

-  To  jedna  z  rezydencji  przy  Goodwinter  Boulevard.  Parter  urządzony  w  stylu 

japońskim jest jego dziełem. Do tego ekrany shoji pasują jak ulał. Na górze nigdy nie byłam, 

ale chwalił mi się, że ma tam kupę książek. 

-  Chętnie  bym  obejrzał  ten  dom  -  ożywił  się  Qwilleran,  myśląc  o  Mieście  bratniej 

zbrodni. 

- Nie ma problemu. Mam przy sobie klucze, a Amanda mimo wszystko zadecydowała, 

że zamówienie zrealizujemy, a później upomnimy się o zapłatę u likwidatora. Czy pomożesz 

mi je zawieźć? 

- Jasne! - wykrzyknął uradowany wąsacz. - Kiedy? 

- Dam ci jeszcze znać. Ale to kwestia góra dwóch dni. 

Qwilleran skierował się ku wyjściu, ale zatrzymał się w drzwiach i uśmiechnął się do 

Fran. 

background image

 

 

-  Ależ  ze  mnie  sklerotyk!  Właściwie  wpadłem  do  ciebie,  bo  mam  problem.  Po  tym 

wczorajszym  incydencie czuję się  jak w akwarium,  nie wiem, czy  mnie rozumiesz...  Ludzie 

są wścibscy. Zaraz rozpocznie się zerkanie ukradkiem, zaglądanie, podglądanie... 

Qwilleran  martwił  się  nie  bez  powodu.  Tam,  gdzie  kiedyś  znajdowały  się  szerokie 

wrota składu jabłek, obecnie zamontowana była ściana ze szkła. 

-  Myślę,  że  rolety  rozwiążą  ten  problem  -  pocieszyła  go  Fran.  -  Wpadnę  do  ciebie  i 

wezmę wymiary okien. Wciąż jeszcze mam twoje klucze. 

Qwilleran  mógł  teraz  udać  się  do  biblioteki  miejskiej.  Jej  gmach  do  złudzenia 

przypominał  grecką  świątynię  i  tylko  bramki  do  parkowania  rowerów tudzież  stojące  przed 

samym  wejściem  pudła  do  zwrotu  książek  przypominały  o  jego  przeznaczeniu.  Idąc  przez 

westybul,  wąsacz  automatycznie  zerknął  w  lewo,  gdzie  wypisane  kredą  na  szkolnej  tablicy 

widniało hasło dnia - cytat z Szekspira. To inicjatywa Polly; ona też każdego dnia wybierała 

stosowny, jej zdaniem, fragment z klasyka. Tego dnia Qwilleran spodziewał się ujrzeć coś w 

stylu: „Nader nieszczęśliwe morderstwo”. Ale najwyraźniej wesele w Lockmaster usposobiło 

Polly  romantycznie,  bo  swym  starannym  pismem  wykaligrafowała:  „Miłość  to  opar,  co  z 

westchnień uchodzi”. 

Pracownicy biblioteki pozdrawiali Qwillerana z szacunkiem należnym najbogatszemu 

człowiekowi  w  mieście,  a  ponadto  narzeczonemu  ich  szefowej.  Aby  nie  dać  im  powodu  do 

zbyt  łatwej  satysfakcji,  wąsacz  zajął  się  buszowaniem  po  półkach  z  nowościami 

wydawniczymi  i  sprawdził  jakieś  hasło  w  katalogu  komputerowym.  Ale  w  końcu  dał  za 

wygraną i ruszył w stronę szklanego kantorku, gdzie urzędowała Polly. Zastał ją siedzącą za 

biurkiem, ubraną -  jak zwykle -  w popielaty kostium  i  białą  bluzkę,  ale promieniującą  jakąś 

dziwną energią. Jej szare włosy nosiły jeszcze ślady weselnych porządków. 

- No, muszę przyznać, że wyglądasz po prostu... kwitnąco! -  skomplementował ją na 

przywitanie. - Nie ma co, posłużył ci ten wyjazd! 

I wąsacz rozsiadł się w twardym dębowym fotelu z przełomu wieków. 

- Dzięki, Qwill - zaczerwieniła się Polly. - Masz rację, to był absolutnie fenomenalny 

weekend.  Ale  i  męczący.  Parodniowe  imprezowanie  to  nie  dla  mnie.  Dlatego  zostawiłam 

wiadomość,  żeby  do  mnie  nie  dzwoniono,  bo  dosłownie  pękała  mi  już  głowa!  Ceremonia 

ślubna  -  absolutnie  cudowna!  Panna  młoda  miała  na  sobie  suknię  ślubną  swojej  babki  z 

trenem  długim  na  dwa  metry.  Wszystko  to  strasznie  emocjonujące!  Przyjęcie  odbyło  się  w 

Klubie Łowieckim. Tańczyłam z panem młodym, później z ojcem pana młodego i... słowem 

ze wszystkimi! 

background image

 

 

Qwilleran nigdy nie tańczył z Polly. Rzadko była okazja, a poza tym nie był pewien, 

czy bibliotekarki lubią tańczyć. 

- Ilu było gości? - spytał. 

-  Ze trzystu, tak przynajmniej twierdziła Shirley.  Jej  syn znalazł sobie  bardzo piękną 

żonę. Właśnie skończył prawo i z marszu dostał pracę w najbardziej prestiżowej kancelarii w 

Lockmaster. Nigdy nie poznałeś Shirley, prawda? To ta, która miała tyle małych kotków; od 

niej  mam  Bootsiego.  Przyjaźnimy  się  już  dwadzieścia  lat.  Jej  mąż  handluje 

nieruchomościami. Nazywa się Alan, A-l-a-n... 

Polly trajkotała jak najęta, a Qwilleran obserwował ją z coraz większym zdziwieniem. 

Co  się  jej,  do  diabła,  mogło  stać?  -  myślał.  Polly  zazwyczaj  była  chłodna,  rzeczowa, 

lakoniczna.  Wypowiadała  zdanie  i  czekała  na  reakcję  słuchacza.  A  dzisiaj  paplała  jak 

trzynastoletnia  siksa,  która  wróciła  z  pierwszego  w  życiu  wieczorku  tanecznego.  Pogładził 

wąsy dłonią i zapytał: 

- Więc jadłaś w „Puddock”... Czy rzeczywiście kuchnia jest tam taka wyśmienita, jak 

to ludzie opowiadają? 

-  Absolutne  szaleństwo!  -  wykrzyknęła  Polly.  -  Fantastyczna  restauracja!  Nie 

spodziewałam się, że tak mi się tam spodoba. 

Qwillerana  zaniepokoił przymiotnik  „absolutny”.  To nie  było określenie ze słownika 

Polly,  a  tymczasem  teraz,  w  ciągu  paru  minut,  użyła  go  już  trzy  razy.  Zwykle  w  takich 

sytuacjach wyrażała się bardziej powściągliwie. 

-  Ale  powiedz  mi  lepiej  o  Hilarym  VanBrooku  -  zagadnęła  Qwilla.  -  Wszyscy  są  w 

szoku. Obawiają się wyniku śledztwa. 

- Mogę zamknąć drzwi? - spytał. 

W pokoju obok kręciło się parę osób, a wiedział, jak wścibscy są ludzie w Pickax. 

-  Słyszałam  w  radiu  -  kontynuowała  Polly,  patrząc  na  Qwillerana  z  wyrzutem  -  że 

urządziłeś całonocną balangę. 

-  Znasz  PKX  FM,  nawet  ze  świętego  Franciszka  zrobiliby  birbanta  i  utracjusza.  A 

prawda  jest  taka,  że  po  ostatnim  przedstawieniu  cała  obsada  Henryka  VIII  nieproszona 

zwaliła mi się na głowę i ucztowała aż do trzeciej w nocy. Jak już sobie poszli, Koko zaczął 

się  dziwnie  zachowywać,  co  wzbudziło  moje  podejrzenia.  Wyszedłem  na  dwór  i  znalazłem 

trupa. Zabójca musiał użyć tłumika, ale kot usłyszy nawet stłumiony dźwięk. Poza tym Koko 

ma  niezawodny  instynkt,  jeśli  chodzi  o  te  rzeczy.  Podczas  przyjęcia  cały  czas  siedział  na 

szafie  i  gapił  się  na  głowę  VanBrooka.  Z  początku  myślałem,  że  chodzi  mu  ó  tupecik,  bo 

background image

 

 

Koko zawsze odróżni, co prawdziwe, a co fałszywe. Ale teraz jestem pewien, że on wiedział, 

co się stanie i że ten człowiek dostanie kulkę w głowę! 

- Ach ty i ten twój Koko! Wiem, że koty mają szósty zmysł, ale nie są prorokami. 

- Koko to nie jest zwykły kot. 

-  A  nie  zaskoczyło  cię,  że  VanBrook  przyszedł  na  to  przyjęcie?  Ma  opinię 

nietowarzyskiego. 

-  Ależ  on  miał  w  tym  interes!  Czuł  się  szefem  całej  trupy  i  chciał  nimi  dyrygować 

nawet w moim składzie. Trochę się, biedak, zawiódł. 

- To był straszny arogant. Nikt go nie lubił, ale przyznasz, że to nie jest wystarczający 

powód, aby człowieka zabijać. 

- Skąd ta pewność? W zeszłym miesiącu facet ukatrupił sąsiada, bo się pokłócili o psa. 

- Tak, ale to się stało na Nizinach, a nie w takim miasteczku jak nasze. Nie sądzę, by u 

nas... Wybacz, muszę odebrać. 

Chwyciła za słuchawkę. 

- Tak, Duncan przy telefonie... A, dzień dobry! 

Jej głos stał się miękki, niemal czuły. Twarz rozpromieniło szczęście. 

-  Czuję  się  świetnie,  dziękuję...  Absolutnie!...  Nie,  teraz  nie  mogę,  mam  ważną 

rozmowę, tak... Tak, oczywiście, wiesz, że będzie mi bardzo, bardzo miło. 

Położyła słuchawkę, uśmiechając się do siebie. 

Kto to, do licha, mógł być?! Qwilleran miał to pytanie na końcu języka, ale pomyślał, 

że zadając je, zgrzeszyłby nietaktem. Jeśli Polly będzie chciała mu powiedzieć, z pewnością 

to zrobi. 

-  Czas  na  mnie -  powiedział, wstając z  fotela.  -  Zostawiłem  w domu  Bushy'ego.  Ma 

zrobić tam parę fotek. 

- Świetny pomysł - pochwaliła Polly, porządkując papiery na biurku. - Bushy był jako 

fotograf na ślubie i weselu. 

Robiła  wrażenie  zajętej,  więc  Qwilleran  bez  ceregieli  i  czułych  pożegnań  opuścił 

bibliotekę. W drodze powrotnej zahaczył o redakcję „Moose County coś tam”. Miał nadzieję, 

że prowadzący kronikę kryminalną zna już jakieś szczegóły dotyczące śledztwa. Dziennikarze 

zazwyczaj są najlepiej poinformowani. 

Junior Goodwinter wychylił się z gabinetu naczelnego. 

- Hej, Qwill! Jeszcze cię nie zapuszkowali? 

-  Jeśli  mnie  oskarżą,  Junior,  to  obiecuję  ci,  że  zrobię  z  ciebie  wspólnika.  Kto  wie, 

może nawet do końca życia będziemy siedzieć w tej samej celi? 

background image

 

 

-  Nie  pękaj,  jeszcze  nikogo  nie  oskarżyli.  Policja  nabrała  wody  w  usta,  ale 

przycisnęliśmy  chłopaków  z  Dingleberry  i  wiemy,  że  skremowane  szczątki  VanBrooka 

pojadą do Lockmaster. 

- A więc nie będzie pogrzebu? Tego już mu naprawdę nikt nie wybaczy! 

Mieszkańcy  Pickax  uwielbiali  uroczyste  pogrzeby  z  orkiestrą  kobziarzy  i  procesją 

sunącą  przez  całe  miasto.  Ta  pompa  była  uważana  za  specjalność  miasteczka  już  w 

dziewiętnastym wieku! 

-  Ano  szkoda  -  westchnął  naczelny.  -  Dzwoniliśmy  do  Lyle  Compton  w  sprawie 

nabożeństwa  żałobnego,  ale  powiedział,  że  to  nie  ma  sensu,  bo  i  tak  nikt  nie  przyjdzie.  Na 

stanowisko  VanBrooka  ma  wskoczyć  jego  asystent,  głosowanie  w  radzie  to  czysta 

formalność.  Ale  facet  jest  kompetentny,  więc  to  nie  jest  żaden  trop...  Tyle  na  razie  wiemy. 

Aha, Arch chce się z tobą widzieć. 

Arch  Riker  i  Qwilleran  znali  się  jeszcze  z  czasów,  gdy  obaj  pracowali  na  Nizinach, 

współredagując „Daily Fluxion”. Podczas dwudziestopięcioletniej pracy w zawodzie Archowi 

zawsze wystarczało skromne biureczko gdzieś w kącie plus telefon i komputer. Teraz, kiedy 

przeniósł się na prowincję, miał własny pokój z olbrzymim biurkiem wielkości stołu do ping-

ponga. Co więcej - we „Fluxion” nikt nie dałby wiary tym wieściom - miał w oknach zasłony 

zainstalowane przez „Studio Dekoracji Wnętrz Amandy”. 

-  Siadaj,  stary  -  zwrócił  się  do  wchodzącego  Qwillerana.  -  Nalej  sobie  kawy,  jest  w 

dzbanku. 

- Dzięki, właśnie wlałem w siebie trzy filiżanki w „Loiss Luncheonette”. 

- Co ludzie mówią na mieście? 

-  Wszyscy  są  przerażeni.  Boją  się,  że  mordercą  może  okazać  się  któryś  z  naszych 

powszechnie  szanowanych  i  lubianych  obywateli.  A  że  jeden  z  nielubianych,  ale  wielce 

zasłużonych  dla  miasta  obywateli  wącha  kwiatki  od  spodu,  to  już  nikogo  nie  wzrusza. 

Prawda, był outsiderem, nikt za nim nie przepadał, ale zbrodnia to zbrodnia, nawet jeśli ofiara 

jest pariasem, a morderca, dajmy na to, publikuje w „Coś tam”. 

- To temat dla ciebie. Nie chciałbyś poprowadzić dziennikarskiego śledztwa, Qwill? 

- Nie, dzięki. Nie zapominaj, że to wydarzyło się na moim podwórku. Ale mógłbyś o 

tym napisać we wstępniaku. 

Qwilleran  mimowolnie  pogładził  dłonią  wąsy.  Riker  znał  doskonale  ten  gest  i 

wiedział, co on oznacza. 

- Kogoś podejrzewasz? Czy to mogły być prywatne porachunki? 

background image

 

 

- Uwierz mi, staram się trzymać od tego z daleka. Zresztą ufam Brodiemu. Całe życie 

tu  spędził,  zna  wszystkich  mieszkańców  i  jest  chodzącym  policyjnym  archiwum.  Nie 

zdziwiłbym się, gdyby wpadł już na trop zabójcy. Może właśnie zastawia na niego sidła. 

Qwilleran zbierał się powoli do wyjścia. 

- Koko nie udzielił ci żadnych wskazówek? - spytał z nutą ironii w głosie Arch. 

- Jak na razie zajmuje się kradzieżą moich czcionek, a jedyny sygnał, który mi daje, to 

JEŚĆ! Do miłego, stary! 

Po  drodze  wetknął  głowę  przez  uchylone  drzwi  pokoju  Hixie  Rice  z  działu 

marketingu, która właśnie czarowała właściciela supermarketu, mówiąc mu o porażającej sile 

reklam zajmujących całą stronę. 

- Jakieś wieści od Dennisa? - spytał, kiedy Hixie triumfalnie odłożyła słuchawkę. 

-  Jego  miejsce  na  parkingu  wciąż  stoi  puste.  Dlaczego  nikomu  nic  nie  powiedział? 

Mnie albo Susan, albo Fran, albo tobie? To mnie zastanawia. 

-  Jeśli  sugerujesz,  że  ukrywa  się  przed  policją,  to  się  grubo  mylisz.  Wszyscy  go 

znamy, to porządny chłopak. Pewnie jest teraz ze swoją żoną i dzieckiem. Może coś się tam 

wydarzyło.  Przecież  pamiętasz,  że  zamierzają  sprzedać  dom,  więc  może  znalazł  się  kupiec. 

Prawdopodobnie  żona  zadzwoniła  do  niego  podczas  przedstawienia  i  nagrała  się  na 

sekretarkę. 

- Obyś miał rację, Qwill! 

Wąsacz  wymówił  się  od  wspólnego  lunchu  i  poszedł  w  dalszą  drogę.  Na  poczcie 

odebrał  korespondencję  i  oświadczył,  że  z  powodu  zdewastowanej  skrzynki  przez  pewien 

czas będzie sam zgłaszał się po paczki i listy. 

-  Pewnie  urwisy  wracające  ze  szkoły  ją  popsuły  -  mruknął  urzędnik  obsługujący 

wąsacza. 

- Zapewne tak - przytaknął mu Qwilleran. 

Większość  klientów  na  poczcie  umilała  sobie  stanie  w  kolejce,  dywagując  o 

popełnionym  zeszłej  nocy  morderstwie.  Ale  kiedy  napotykali  wzrok  wąsacza,  zniżali  głos 

bądź zmieniali temat. 

Gdy wrócił do domu, policyjne samochody już znikły z podjazdu. Ale półciężarówka 

fotografa wciąż tam stała. 

- Jak leci? - spytał Bushy'ego, który właśnie pakował swój sprzęt. 

-  Nie  uwierzysz!  Pamiętasz,  jak  się  zachowywały  koty,  kiedy  w  zeszłym  roku 

przywiozłeś je do mojego studia? 

background image

 

 

-  Pamiętam.  Nie  chciały  wyjść  z  pudełka,  nawet  na  widok  puszki  z  krabami. 

Przejechałem cholerne sto dwadzieścia mil na marne. 

-  Więc  dzisiaj  było  zupełnie  inaczej.  Chciały  być  koniecznie  na  każdym  zdjęciu! 

Kiedy  tylko  ustawiałem  się  do  fotografii,  one  już  tam  były.  Idę  do  kuchni,  siedzą  na  tych 

okrągłych taboretach. Nie było miejsca, żeby nie wcisnęły się przed obiektyw. 

- Powinienem był je zamknąć - mruknął Qwilleran. - Koty są przekorne. Robią zawsze 

to, czego akurat sobie nie życzysz. 

-  Daj  spokój!  Po  co  ci  te  zdjęcia?  Zgaduję,  że  ze  względu  na  ubezpieczenie.  Inna 

sprawa, że wygląda, jakbyś w domu trzymał dwadzieścia kotów, ale komu to przeszkadza? 

Qwilleran  oglądał  skrzynkę  fotografa,  zachodząc  w  głowę,  jak  może  się  w  niej 

zmieścić taka masa sprzętu. 

- No, teraz mogę napić się kawy - powiedział Bushy. 

- A może najpierw szklaneczka szkockiej i talerz chili eon carne? 

- Wolałbym wino, jeśli mogę pogrymasić. 

-  Jasne.  Mówisz  i  masz, to dewiza  naszego zakładu. Nawet tawerna „Pod  Wrakiem” 

nas nie przebije. Zgodnie z ewangeliczną dewizą spragnionych zawsze napoimy. 

- Ale sam nie bierzesz do ust ani kropelki - z podziwem zauważył Bushy. - Strasznie 

cierpisz? 

- Powiedzmy, że płacę cenę za błędy młodości. Zawiesili mi członkostwo w klubie. 

Mężczyźni rozsiedli się w miękkich skórzanych fotelach, stojących obok biblioteczki i 

drukarskiej szafeczki z przegródkami na czcionki. 

- Naprawdę miło tu u ciebie - zauważył Bushy. - A jak tu dużo miejsca! My też mamy 

sporą  powierzchnię,  ale  wszystko  rozdzielone  na  dziesiątki  pokoików  i  pakamer.  Widzę,  że 

kolekcjonujesz  stare  druki.  Mój  przyjaciel,  wydawca  „Lockmaster  Logger”,  też  ma  takie 

hobby. Szczególnie interesują go reklamy i plakaty. Ma  na przykład afisz Teatru Forda z 14 

marca 1865 roku. Tego dnia został zabity prezydent Lincoln. 

Syjamczyki,  czując  zapach  podgrzewanego  mięsa,  usadowiły  się  na  otomanie  obok 

mężczyzn. 

-  Chciałbym  jeszcze raz spróbować z nimi w studiu -  powiedział Bushy.  -  Jest spory 

popyt na zdjęcia kotów. Może teraz, kiedy się do mnie przekonały, będzie łatwiej. Zabierzesz 

jej jeszcze kiedyś do Lockmaster? 

- Z przyjemnością - powiedział Qwilleran. - W końcu, poza dzisiejszą sesją, nie mają 

żadnych zdjęć. 

- A byłeś kiedyś na naszej gonitwie? 

background image

 

 

-  Nie,  zresztą  wyścigi  konne  nigdy  mnie  nie  pasjonowały.  Nie  jestem  hazardzistą. 

Wkładam dolara, wyjmuję dolara: to prawdziwie szkocki sposób robienia interesów. 

-  Ale  to  nie  jest  zwykła  gonitwa.  Raczej  wielki  piknik.  Oczywiście  główną  atrakcją 

jest bieg z przeszkodami, ale są także wyścigi ogarów i parada powozów. Zobaczysz, będzie 

naprawdę  fajnie!  Mam  pomysł,  przyjedźcie  do  nas  w  ten  weekend.  Zatrzymacie  się  u  nas, 

mamy w domu kupę miejsca. A dla kotów nowe miejsce to też atrakcja. 

-  Pomyślę  nad  tym  -  po  chwili  milczenia  mruknął  Qwilleran.  -  Ale  tak  czy  inaczej 

jestem ci wdzięczny za zaproszenie. 

-  W  sobotę  po  wyścigach  pójdziemy  się  zabawić,  a  rano  zabiorę  cię  na  wyśmienite 

śniadanie do „Palomino Paddock”. 

- Słyszałem o tej knajpie od mojej przyjaciółki, Polly. 

-  Ach, Polly!  Tak, widziałem  ją tam wczoraj.  Rzeczywiście,  dobrze  się  bawiła.  Była 

też na przyjęciu weselnym. Ależ było tam żarcie, Qwill! Żałuj, że cię nie było. 

Szklaneczka burgunda wzmocniła jego wrodzoną gadatliwość. Mówił o swojej nowej 

łodzi, o wędkowaniu w Purple Point, o niezadowoleniu żony, która chciałaby mieć dziecko, i 

problemach  ze  stuletnim  domem,  w  którym  mieszkał.  Qwilleran  był  idealnym  rozmówcą. 

Będąc dziennikarzem, nauczył się uważnie słuchać ludzi. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy 

jakaś, nawet z pozoru błaha informacja, może się przydać. 

Kiedy Bushy zaczął mówić o babce swojej żony,  która żyła wraz z nimi, syjamczyki 

wpadły  w  amok.  Jak  na  komendę  zerwały  się  na  równe  nogi,  zeskoczyły  z  otomany,  w 

zawrotnym  tempie  zrobiły  rundkę  dookoła  kominka,  wskoczyły  na  antresolę  i  biegnąc  po 

rampie,  zeskoczyły  na  dół.  Po  niespełna  minucie  znów  -  jak  gdyby  nigdy  nic  -  siedziały  na 

swoim miejscu, zajęte południową toaletą. 

- A co to było? - spytał zdumiony fotograf. 

- Myślę, że chcą koniecznie pojechać na wyścigi  konne.  W takim razie nie pozostaje 

mi nic innego jak przyjąć twoje zaproszenie. 

Po obiedzie  i  filiżance  mocnej kawy Qwilleran pomógł załadować na samochód cały 

fotograficzny ekwipunek. 

- A co zamierzasz zrobić z sadem? - spytał Bushy. - Jest bardzo fotogeniczny. 

- Wytnę martwe drzewa, a w ich miejsce posadzę inne. 

-  Wspaniałe  miejsce  do  obserwacji  ptaszków.  Tylko  nie  wycinaj  tych  borówek  i 

dzikich  wiśni.  Możesz  posadzić  drzewka  cedrowe  i  klony,  będą  ładnie  komponowały  się  z 

otoczeniem. U nas także jest zatrzęsienie ptaków. Babka Vicki gapi się na nie godzinami. 

background image

 

 

Gdy  Qwilleran  pożegnał  fotografa  i  wrócił  do  domu,  spytał  kotów,  co  sądzą  o 

pomyśle, aby sad przemienić w ptasi rezerwat. W odpowiedzi Koko przybrał impertynencką 

pozę: rozstawił łapy, zadarł pyszczek do góry i zawinął ogon. 

-  Wy  dranie!  -  wykrzyknął  Qwilleran,  podnosząc  porozrzucane  po  podłodze 

drewniane  czcionki.  Wiewiórkę,  królika,  orła  i  konika  morskiego  znalazł  pod  dywanem,  co 

świadczyło o udziale Yum Yum w tym przestępczym procederze. To znak, że koty umierały z 

nudów. - Mały spacerek? - zaproponował. 

Kiedy  przygotowywał  smycz  i  obróżkę,  Yum  Yum  dyplomatycznie  się  ulotniła.  Ale 

Koko  nie  miał  nic  przeciwko  małej  przechadzce,  a  właściwie  przejażdżce.  Usadowił  się 

wygodnie  na  ramieniu  wąsacza  i  obaj  podążyli  w  stronę  zdewastowanej  skrzynki  na  listy. 

Tym  razem  Qwilleran  postanowił  nie  iść  udeptaną  ścieżką.  Przedzierali  się  przez  wysokie 

trawy  i  wąsacz  czuł,  jak  na  widok  uwijających  się  w  zaroślach  ptaszków  ciałem  Koko 

wstrząsają rozkoszne dreszcze. 

Kiedy  dochodzili  do  drogi,  kot  nie  wytrzymał  i  zeskoczył  na  ziemię.  Czy  to  tutaj 

zabójca  zaparkował  samochód?  Zapewne  tak,  pomyślał  Qwilleran.  W  każdym  razie  ktoś  tu 

był, o czym świadczyło  leżące  na ziemi ptasie gniazdo. Z drugiej strony przypomniał sobie, 

że Polly mówiła mu kiedyś o ptaszkach, które nie budują gniazd na drzewach, ale chowają je 

w trawie. 

Koko  powędrował  w  kierunku  drogi,  gdzie  starannie  zbadał  ślady  opon  i  żwir  na 

poboczu. Jak się okazało, skrzynkę na listy zabrała do swego laboratorium policja, ale Koko 

znalazł  kawałek  szkła  najwyraźniej  niezauważony  przez  śledczych.  Czyżby  pochodził  ze 

zbitego  reflektora?  A  może  to  butelka  po  whisky,  potłuczona  na  drodze  przez  pijanego 

chuligana? 

background image

 

 

 

Rozdział piąty 

 

Następnego  dnia  świeciło  piękne  słońce,  a  prognoza  pogody  na  najbliższe  dni  była  równie 

optymistyczna. Kotom, które są meteopatami, od razu poprawił się humor. Ale Qwilleran do 

samego  rana  cierpiał  na  lekką  chandrę.  Trójkątne  okna  rzucały  na  przeciwległą  ścianę 

kolorowe  refleksy,  które  wraz  ze  słońcem  zmieniały  swoje  położenie.  Dla  kotów  było  to 

źródło  niegasnącej  fascynacji,  a  i  Qwilleran  lubił  przyglądać  się  temu  symbolowi 

kosmicznego ładu, oznaczającemu zmianę i stałość zarazem. Ale dzisiaj nawet to nie potrafiło 

go pocieszyć. Z ponurej zadumy wyrwał wąsacza telefon z Lockmaster. 

- Qwill? Mam nadzieję, że nie dzwonię za wcześnie. Tu Vicki Bushland. Słyszałam o 

twoim przyjeździe. Nie możemy się was doczekać! 

- Wielkie dzięki za zaproszenie! - zachrypiał Qwilleran. - To dla nas wielki zaszczyt. 

- Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Dziś jest cudowna, przynajmniej u nas. 

-  U  nas  też  ładnie  -  powiedział,  wpatrując  się  w  złote  trójkąty  leniwie  pełznące  po 

ścianie i szafie. - Coś mam ze sobą zabrać? 

-  Poza  kotami  nic.  No  może  lornetkę,  jeśli  lubisz  oglądać  wyścigi.  Na  sobotnią 

potańcówkę  w  Klubie  Łowieckim  ludzie  przychodzą  ubrani  wieczorowo.  W  każdym  razie 

kobiety, bo mężczyźni różnie, jak kto chce. Poza tym w sobotę jedziemy na piknik. 

- Świetny pomysł - powiedział raczej bez przekonania. 

Na  piknikach  Qwilleran  męczył  się  cholernie,  a  zimne  jedzenie  wyraźnie  mu  nie 

służyło.  Na  samą  myśl  o  papierowych  talerzykach  i  plastikowych  sztućcach,  jajkach  na 

twardo  z  fragmentami  skorup  ki,  kanapkach  z  tuńczykiem  i  ziarenkami  piasku  oraz 

czekoladowym cieście z mrówkami robiło mu się niedobrze. Z drugiej jednak strony mógłby 

to traumatyczne doświadczenie opisać w „Piórkiem Qwilla”, a także na parę dni uciec przed 

ludzką ciekawością, która po morderstwie przybrała zatrważające rozmiary. W sobotę połowa 

Moose  County  za  sumę  pięciu  dolców  będzie  zwiedzać  jego  skład,  wybrzydzając  na 

nowoczesny  kominek  i  meble.  Poza  tym  gdzieś  na  dnie  duszy  czaił  się  jeszcze  jeden,  być 

może  najważniejszy,  motyw.  Interesował  go  ów  tajemniczy  nieznajomy,  którego  Polly 

poznała  w  „Palomino  Paddock”.  Mężczyzna,  który  jadł  z  nią  drugie  śniadanie  i  sprawił,  że 

wróciła  do  domu  tak  późno,  wymęczona,  ale  promieniująca  radością.  Qwilleran  nie  miał 

background image

 

 

wątpliwości, że to z nim rozmawiała, kiedy siedział u niej w gabinecie. Ten poufny i intymny 

ton jej głosu, kiedy mówiła, że jest zajęta, nie dawał mu spokoju. 

- Jeśli nie macie nic przeciwko, zostałbym u was do poniedziałku - oznajmił Vicki. 

- To wspaniale! Mógłbyś przyjechać już w piątek na kolację. Przystawki podajemy o 

szóstej. To będzie dla nas prawdziwe święto. Moja matka jest twoją wielbicielką. Dla ciebie 

kupowała „Daily Fluxion”, a teraz „Moose County coś tam”. Szczególnie we wtorki i piątki, 

kiedy  zamieszczają  „Piórkiem  Qwilla”.  Ale  ponieważ  czasem  jest  w  inne  dni,  więc  kupuje 

wszystkie numery. 

- W takim razie tym przyjemniej będzie mi poznać twoją mamę - rzekł Qwilleran. 

- Przyjdzie też paru naszych przyjaciół, którzy koniecznie chcą cię zobaczyć. Wszyscy 

słyszeli o tobie, choćby przy okazji przygody, jaką przeżyliście z Bushym na wyspie podczas 

sztormu. Więc czekamy z niecierpliwością! 

- Tym bardziej ja będę zaszczycony - powiedział tonem wytrawnego dyplomaty. 

- Aha, jeszcze jedno. Lubisz spaghetti? Chciałam przygotować coś, co przełknie moja 

mama, a spaghetti... 

- Oczywiście, jem absolutnie wszystko. No może z wyjątkiem rzepy i pasternaku. 

- A koty? Co one jedzą? 

- O koty się nie martw. Przywiozę ze sobą trochę puszek. 

Syjamczyki uznawały tylko jedzenie z puszki, a szczególnie białego tuńczyka, kraby, 

chude mięso z kurczaka czy łososia. 

O  ile  jednak problem, czym  nakarmić koty,  nie  spędzał snu  z powiek  Qwillerana,  to 

kolacja  w  Klubie  Łowieckim  nastręczała  wielu  problemów.  Błękitny  garnitur,  który 

Qwilleran  wkładał  na  pogrzeby,  spłonął  w  pożarze.  Tymczasem  na  kolacji  musiał 

zaprezentować się z jak najlepszej strony, choćby dlatego, by zadać kłam przekonaniu,  jakie 

powszechnie  żywili  mieszkańcy  Lockmaster,  że  Pickax  zamieszkują  same  dzikusy.  Na 

szczęście przypomniał sobie, że dwadzieścia lat temu, na ślub Archa Rikera, wziął garnitur z 

wypożyczalni.  Uprawiający  ziemniaki  farmerzy,  których  ślubne  zdjęcia  publikowała 

miejscowa gazeta, nie kupowaliby fraku na jeden wieczór. A więc Scottie, prowadzący sklep 

z garniturami, musiał też je wypożyczać. 

Czasu  było  niewiele.  Co  sił  w  nogach  pognał  do  centrum,  mijając  jaskrawożółte 

plakaty obwieszczające: 

background image

 

 

WYCIECZKA PO STARYM SKŁADZIE JABŁEK SOB., 17 WRZEŚNIA, OD 10 DO 17 

CENA BILETU-5$ 

Scottie przywitał go w drzwiach sklepu. 

-  No  proszę,  słyszałem,  że  znowu  nabroiłeś!  -  powiedział  ze  szkockim  akcentem,  za 

którym  jego szkoccy  i półszkoccy klienci tak przepadali. (Podobnie  jak reszta  mieszkańców 

Moose County wiedział, że Qwilleran jest potomkiem Mackintoshów). 

- Co przez to rozumiesz? - spytał wąsacz. 

- Słyszałem o następnym trupie. Zanim się tu sprowadziłeś, nikogo nie mordowano. 

W odpowiedzi Qwilleran lekceważąco machnął ręką. 

-  Nie  przyszedłem  tu  na  ploty,  ale  chciałem  u  ciebie  wypożyczyć  strój  wieczorowy. 

Marynarkę, spodnie, buty i resztę. 

-  Wypożyczyć?  Dobre  nieba!  Czyżby  Klingenschoen  nie  zostawiła  swemu 

spadkobiercy wystarczającej sumy, by starczyło na zakup garnituru? 

- Zrozum, Scottie, mieszkam tu od czterech lat i ani razu nie nadarzyła się okazja, aby 

włożyć garnitur. I być może do śmierci się nie nadarzy. Potrzebuję go na jeden jedyny raz. 

- Mówisz jak prawdziwy Mackintosh. A może twoja mama była Mackenzie? 

- Mackintosh - mruknął wąsacz. 

-  Ale  będzie  śmiechu,  jak  się  ludzie  dowiedzą,  że  najbogatszy  człowiek  w  mieście 

żałuje paru dolców na garnitur! Zapamiętaj sobie, mój drogi, że dziedzic takiej fortuny musi 

mieć własny garnitur. 

Z bólem serca Qwilleran musiał uznać się za pokonanego. Scottie postanowił pójść za 

ciosem i wrócił do sprawy morderstwa. 

-  Niech  sobie  wygadują,  co  chcą,  na  temat  tego  VanBrooka,  ale  zabijać  człowieka, 

nawet takiego człowieka, to już za dużo. 

-  Spodziewam  się,  że  był  twoim  dobrym  klientem  -  zagadnął  Qwilleran,  będąc 

przekonanym, że Scottie lubi tylko tych, z których najwięcej może zedrzeć. 

-  Może  nie  dobrym,  ale  częstym.  Przychodził  tu  oglądać  golfy.  Musiał  mieć  golf  w 

każdym kolorze... Słyszałem, że policja ma już podejrzanego. 

-  To  plotki,  Scottie.  Kto  miałby  nim  być?  -  spytał  niedbale  Qwilleran,  nastawiając 

pilnie uszu. 

-  Mówi się,  że Dennis Hough zniknął  i  że się ukrywa...  Wymówił  nazwisko Dennisa 

„hoe”. 

background image

 

 

-  Żona burmistrza -  kontynuował -  była w  Mooseville  na  jakimś  sabacie czarownic  i 

tam  natknęła  się  na  niego.  Stał  przed  tawerną  „Pod  Wrakiem”,  nieogolony,  z  obłędem  w 

oczach... 

-  Ciekawe,  ile  na  tym  spotkaniu  wypiła.  Dennis  po  raz  pierwszy  od  paru  miesięcy 

pojechał  odwiedzić  rodzinę  w  St.  Louis!  Plotkujecie  o  nim,  ponieważ  pochodzi  z  Nizin,  bo 

nie wychował się tutaj. Powiem ci, co myślę, Scottie. Ludzie stąd są bandą ksenofobów. 

-  Nie znam tych  mądrych  słów,  których używasz. Ale  jeśli chodziło  ci o to, że  mają 

kłopoty z płaceniem w terminie, to trafiłeś w sedno, mój chłopcze. 

Wychodząc ze sklepu Scottiego, wąsacz natknął się na Carol Lanspeak zmierzającą w 

stronę centrum handlowego. 

- Słyszałeś już najnowsze wieści? - spytała rozgorączkowana. 

- Od najnowszych wieści bardziej interesuje mnie, co u ciebie. 

-  Poczekaj,  zaraz  usiądziesz  z  wrażenia!  Właśnie  otrzymaliśmy  list  od  Hilary'ego 

pisany  w  piątek,  w  dzień  przed  jego  śmiercią,  a  w  nim  koszty  za  dojazd  tej  kobiety  z 

Lockmaster. Osiem prób plus dwanaście przedstawień razy sto czterdzieści mil wte i wewte. 

Przejechanie  mili  kosztuje  dwadzieścia  pięć  centów,  co  daje  razem  siedemset  dolarów!  Ja 

wiem, że benzyna kosztuje. Ale my jej wcale nie potrzebowaliśmy! 

- Czy klub dysponuje taką kwotą? 

-  No  cóż,  czy  mamy  jakieś  wyjście?  Ale  to  jeszcze  jeden  dowód  na  arogancję 

Hilary'ego.  Ani  przez  moment  nie  wspomniał  o tym,  że  będziemy  musieli  pokrywać  koszty 

przejazdu. Scott Gippel twierdzi nawet, że powinniśmy to żądanie zignorować. Zwłaszcza, że 

nie znamy nawet jej adresu. 

- A co sądzi o tym wszystkim Larry? 

- Nie widział jeszcze listu. Ale pewnie padłby z wrażenia. 

Spojrzała na jaskrawożółty plakat wiszący w witrynie sklepowej. 

- Wycieczka po twoim domu jest całkiem nieźle rozreklamowana. Ale pięć dolców to 

chyba trochę za dużo jak na kieszeń przeciętnego śmiertelnika z Pickax? 

- Zapłaciliby więcej, byleby tylko zobaczyć miejsce zbrodni - mruknął. 

- To straszne... 

- Ale prawdziwe. Zresztą sama zobaczysz. 

Carol  weszła  do  sklepu,  a  Qwilleran  poczłapał  do  domu,  rozmyślając  o  pośmiertnej 

korespondencji  VanBrooka.  Kto  jest  egzekutorem  jego  testamentu?  Co  po  sobie  zostawił 

prócz ogromnego domu  na Goodwinter  Boulevard?  W całym Pickax  jest tylko  jedna osoba, 

która cokolwiek więcej  mogła o nim wiedzieć.  Komisarz  do spraw szkolnictwa  ma przecież 

background image

 

 

jego teczkę personalną. Qwilleran czuł, że musi umówić się z Lyle'em Comptonem na lunch. 

Wiedział też,  że ten  mu  nie odmówi.  Dla Comptonà każdy pretekst do tego,  by się urwać z 

pracy, był dobry. 

Zaszedł  więc  do  „Studia  Dekoracji  Wnętrz  Amandy”,  aby  skorzystać  z  telefonu. 

Stamtąd zadzwonił do wydziału edukacji  i umówił  się z Lyle'em  na popołudnie,  a następnie 

zarezerwował stolik w „Old Stone Mill”. 

-  Wiadomo coś nowego? -  zapytała  Fran, kiedy odłożył  słuchawkę.  -  Bo od ojca  nie 

byłam w stanie niczego wyciągnąć. Nawet mamie nie pisnął ani słowem, ale po mieście krążą 

plotki, że w morderstwie maczał palce Dennis. 

- Ciekaw jestem, kto te bzdury rozpowszechnia! - zirytował się Qwilleran. 

- No wiesz, tak nagle wyjechał z miasta... 

- Wiadomo, że miał jechać do St. Louis w sprawach rodzinnych. 

-  Wierzę,  że tak właśnie  jest. Problem w tym, że nikomu  nic  nie powiedział...  A  jak 

wczorajsza sesja zdjęciowa? Udała się? 

- Wygląda na to, że tak. Bushy zrobił masę fotek. Ma mi wszystkie wydrukować, tobie 

też.  Jadę  do  niego  w  ten  weekend  obejrzeć  gonitwę.  Byłaś  kiedyś  na  wyścigach  w 

Lockmaster? 

- Nie, ale słyszałam, że to pyszna zabawa. Qwilleran zerknął na zegarek. 

- No, na mnie już czas. Jestem umówiony z Lynn. Do zobaczenia! 

- Zaczekaj, Qwill! Pomożesz mi jutro dostarczyć przesyłkę do domu Hilary'ego? 

- O której? 

- O dziewiątej będzie za wcześnie? Wiem, że lubisz się wyspać... 

-  Ale  nie  w  środę.  Pani  Fulgrove  przychodzi  sprzątać,  więc  wykorzystam  tę  okazję, 

aby się ulotnić z domu. 

-  A  więc  jesteśmy  umówieni  w  parku  przed  studiem.  Pomożesz  mi  załadować  do 

samochodu  ekrany  na  okna.  Są  zapakowane  w  kartonowe  pudła,  duże,  ale  niezbyt  ciężkie. 

Dzięki  temu  -  dodała  Fran,  puszczając  do  wąsacza  oko  -  za  te  dwie  rozmowy  zapłacisz  w 

naturze. 

Zadowolony  z  siebie  Qwilleran  tanecznym  krokiem  udał  się  na  lunch.  Spieszno  mu 

było dowiedzieć się o tajemnicach domu przy Goodwinter Boulevard. 

„Old  Stone  Mill”  był  uroczą  restauracyjką,  przerobioną  ze  starego,  dwustuletniego 

młyna.  Jej  główną  atrakcją  był  mierzący  metr  dziewięćdziesiąt  dziewięć  kelner  i  stare 

młyńskie  koło,  wciąż  kręcące  się  i  skrzypiące.  Dwaj  mężczyźni  stojący  przy  wejściu 

poprowadzili  Qwillerana  do  stolika,  usytuowanego  na  uboczu,  ale  z  widokiem  na  całą  salę. 

background image

 

 

Niebanalną  zaletą  wybranego  przezeń  miejsca  była  spora  odległość  od  nieszczęsnego  koła, 

które swoimi jękami mogło wyprowadzić z równowagi nawet największego stoika. 

Kiedy  Derek  Cuttlebrink  przemknął  z  dzbankiem  wody  i  koszykiem  z  pieczywem, 

komisarz nachylił się nad stolikiem i szepnął: 

- To jeden z naszych najbardziej malowniczych wychowanków. 

- Dzień dobry, panie Compton - przywitał go Derek. - Jak się podobała panu sztuka? 

-  Świetna  robota!  Zwłaszcza  ty  wypadłeś  imponująco.  O  głowę  przerastałeś  całą 

resztę. 

- Naprawdę? 

-  A  kiedy,  mój  chłopcze,  zamierzasz  pójść  do  college'u?  Jeśli  tak  dalej  pójdzie, 

będziesz najstarszym młodszym kelnerem w całej cholernej Ameryce! 

-  Nie  wiem.  Teraz  mam  nową  dziewczynę  i  ona  nie  chce,  żebym  szedł  na  studia  - 

wyjaśnił Derek. - Widujemy się trzy razy w tygodniu. A ostatnio byliśmy razem na wrotkach 

i... 

Rozmowę przerwała kelnerka, która nadbiegła z kartą dań. 

- Nakryj stolik sześć i dziewięć, ale migiem! - rzuciła ostro w stronę chłopaka. - Przy 

stoliku czwartym chcą więcej wody. 

Kiedy Derek popędził tam z dzbankiem, Compton kontynuował przerwany wątek. 

- Cuttlebrinkowie byli w tej okolicy absolutnymi pionierami, ale wszystko schodzi na 

psy.  Kolejne  pokolenia  rodzą  się  coraz  dorodniejsze  i  coraz  głupsze...  Co  byś  mi  polecił  z 

menu? Tylko, proszę, nic „pełnowartościowego”! Wystarczy mi to, co serwuje żona. 

Komisarz  był  przeraźliwie  chudym  mężczyzną,  palącym  papierosa  za  papierosem  i 

konsekwentnie unikającym gotowanych warzyw i sałatek. 

- No cóż, mamy tu krem z brokułów tak gęsty, że można by go rozbijać w moździerzu. 

Pita z awokado nie jest zbyt wygodna w jedzeniu, ale za to bardzo smaczna. Godna polecenia 

jest też sałatka z krabami. 

-  Wezmę  chili  i  hotdoga  -  rzucił  Compton  kelnerce.  -  Więc  ostatecznie  pozbyli  się 

VanBrooka - zwrócił się po chwili do Qwillerana. - Miałem przeczucie, że kiedyś go sprzątną. 

Szkoda tylko, że na naszym terytorium. To nie przysporzy Moose County dobrej sławy. 

- Jeśli tak go nie lubiłeś, to czemu, u licha, przedłużałeś z nim kontrakt? 

- Był tak cholernie dobry, że nie mieliśmy innego wyjścia! Trzeba było zacisnąć zęby 

i znosić jego impertynencje. 

- A co się stanie z jego majątkiem? Czy miał gdzieś rodzinę? 

background image

 

 

- Jedyna osoba widniejąca w jego aktach to adwokat z Lockmaster. Kiedy otrzymałem 

informację  o  jego  zgonie,  skontaktowałem  się  z  gościem.  Spytałem,  co  mam  robić. 

Poinformował  mnie,  że Hilary życzył sobie kremacji, a następnie przewiezienia prochów do 

Lockmaster.  Później  spytał  mnie  o  namiary  na  likwidatora  spadku,  więc  odesłałem  go  do 

Susan Exbridge. 

-  Hilary  był  dziwakiem,  prawda?  Czytam  teraz  biografię  sir  Edmunda  Backhouse'a, 

brytyjskiego sinologa, i zauważam tu uderzające podobieństwa. Bystry facet, omnibus, czego 

się  nie  dotknie,  zamienia  w  złoto,  ale  także  skrajny  ekscentryk,  wyłamujący  się  ze 

społecznych norm. 

- Masz rację, taki był właśnie Hilary - potwierdził Compton. 

- A jego imię i nazwisko? Dziwaczne, wzbudzające podejrzenia... 

-  Hilary  VanBrook  to  jego  profesjonalny  pseudonim,  który  przybrał  za  młodu,  gdy 

jako aktor grał na nowojorskich scenach. W dokumentach widnieje inne imię i inne nazwisko, 

nie tak poetyczne. W rzeczywistości nazywał się William Smurple, nie najszczęśliwsze miano 

dla gwiazdy Broadwayu. 

-  Ani  dla  dyrektora  szkoły  -  dodał  wąsacz.  -  Słyszałem,  że  biegle  władał  japońskim. 

To prawda? 

-  Nie  umiem  ocenić,  ale  wedle  wszelkiego  prawdopodobieństwa  tak.  Jednego  roku 

mieliśmy tu wymianę uczniów, przyjechali Japończycy i Hilary konwersował z nimi gładko. 

Zawsze  miałem  do  niego  pełne  zaufanie,  choć  często  się  z  nim  nie  zgadzałem.  Przez  niego 

straciliśmy  fantastycznego  dozorcę,  a  w  dzisiejszych  czasach  łatwiej  znaleźć  na  ulicy 

pierścionek z brylantem niż dobrego dozorcę. Pat O'Dell pracował tu przez czterdzieści lat  i 

trudno  było  sobie  wyobrazić  rozsądniejszego  i  bardziej  sumiennego  pracownika.  Doradzał 

uczniom,  będąc  jak  gdyby  ich  nieoficjalnym  psychologiem;  dzieciaki  ufały  mu  i  lgnęły  do 

niego  jak  do  własnego  dziadka.  Ale  co  tam,  Hilary  gwizdał  na  to!  Wydaje  mi  się,  że 

zwyczajnie był o dzieci zazdrosny. I tak uprzykrzał mu życie, że tamten w końcu odszedł. 

- A co mi możesz powiedzieć o incydencie z Toddwhistle'em? 

-  Jak  świat  światem  dzieciaki  wrzucały  do  nauczycielskich  skrzynek  na  listy  różne 

śmieci. Albo kładły pineski na krzesła. Ale Hilary nie zamierzał tego tolerować. Teraz, kiedy 

już  nie  żyje,  prawdopodobnie  pozwolimy  Wally'emu  ukończyć  szkołę.  Zresztą  na 

wypychaniu zwierząt zarabia teraz o wiele więcej forsy niż u nas dyplomowany pedagog. 

Gdy zamówili szarlotkę, Qwilleran spytał: 

-  Jedno  mnie  zastanawia.  Skoro  VanBrook  posiadał  tyle  talentów  i  rzadkich 

umiejętności, dlaczego wybrał życie w takich dziurach jak Pickax czy Lockmaster? 

background image

 

 

-  Wspominał  o  tym  podczas  naszej  pierwszej  rozmowy,  a  była  to rozmowa  o  pracę. 

Powiedział, że sporo w wielkim świecie doświadczył, zarówno złego, jak i dobrego. I że teraz 

poszukuje cichej przystani, gdzie będzie mógł oddać się studiom i rozmyślaniu. 

Facet musiał przed czymś uciekać, pomyślał Qwilleran. Może coś przeskrobał i chciał 

uniknąć  konsekwencji.  Ale  przyszła  kryska  na  Matyska.  Zabójca  przybył  z  Nizin,  aby 

wyrównać rachunki. 

- Twierdził, że w swojej bibliotece ma dziewięćdziesiąt tysięcy książek - kontynuował 

Compton.  -  W  rubryczce  „zainteresowania”  wpisywał  architekturę,  ogrodnictwo,  twórczość 

Szekspira, muzykę barokową. Posiadał trzy stopnie naukowe. 

- Weryfikowałeś te informacje, zanim go zatrudniłeś? 

- Do diabła, nie! Ale widzieliśmy, jaką fantastyczną robotę wykonał w Lockmaster, i 

ufaliśmy mu. A kiedy zobaczyliśmy, jak wspaniałe efekty przynosi jego praca w Pickax, nie 

śmieliśmy wejść mu w drogę. Baliśmy się go urazić, żeby nie odszedł. 

- Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy - melancholijnie skomentował Qwilleran. 

- Słyszałem, że policja ugania się za twoim specem od remontów. Ponoć facet prysnął 

z miasta. 

-  Wiesz,  Lyle,  tak  myślę,  że  gdybym  miał  robić  doktorat  z  socjologii,  napisałbym  o 

tym całym maglu, którym jest Moose County, gdzie ludzie żyją najbzdurniejszymi plotkami. 

To było zabójstwo z premedytacją, więc zabójca musiał mieć powód, aby sprzątnąć Hilarego. 

A  Dennis,  podobnie  jak  ja  czy  ty,  takiego  powodu  nie  miał.  Poza  tym  wiadomo,  że  miał 

jechać do swojej rodziny w St. Louis. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - powiedział Compton. 

Zapalił papierosa i Qwilleran uznał, że jest to świetna okazja, aby pożegnać komisarza 

pod pretekstem, że jest umówiony na inne spotkanie. Od kiedy rzucił palenie, drażnił go dym 

tytoniowy,  choć  jeszcze  niedawno  lubił  przesiadywać  w  miejscach  publicznych  z  fajką  w 

ustach,  napełniając  pomieszczenie  zapachem  szkockiego  tytoniu  Groat  and  Boddle  Number 

Five i sądząc, że czyni tym wielką przysługę otoczeniu. 

Ale  Qwilleran  rzeczywiście  był  umówiony  z  Susan  Exbridge,  która  była 

współorganizatorką  wycieczki  po  składzie.  Kiedy  szedł  na  spotkanie,  po  głowie  kłębiły  mu 

się  różne  nieprzyjemne  myśli.  Przypuśćmy,  że  Dennis  nie  udał  się  do  St.  Louis.  Tak  czy 

inaczej  mógłby  wyjechać  poza  granice  okręgu,  bo  -  na  przykład  -  zna  tam  warsztat,  gdzie 

lepiej i taniej będzie mógł naprawić samochód. A jeśli żona burmistrza rzeczywiście widziała 

go przed tawerną „Pod Wrakiem”? Odrzucił tę myśl jako zbyt straszną. 

background image

 

 

Sklep  z  antykami  „Exbridge  &  Cobb”  wyglądał  naprawdę  stylowo.  W  witrynie 

ozdobionej złotymi literami stały mahoniowe meble i mosiężne dzbanki lśniące w jesiennym 

słońcu.  W  przeciwieństwie  do  wielu  antykwariatów  zarośniętych  brudem  i  kurzem  ten 

utrzymany był w nienagannej czystości. 

Kiedy  Qwilleran  pociągnął  za  klamkę,  Susan  odwróciła  się  z  oficjalnym  uśmiechem 

na  ustach  przeznaczonym  wyłącznie  dla  klientów.  Ale  na  widok  wąsacza  na  jej  twarzy 

pojawił się wyraz troski. 

-  Dobrze,  że  jesteś,  Qwill  -  szepnęła  boleśnie.  -  Słyszałeś  najnowsze  wieści?  Policja 

szuka Dennisa, który po zabójstwie uciekł z miasta. 

-  Spokojnie  -  powiedział,  siląc  się  na  łagodność.  -  Pewnie  jedzie  do  swojej  rodziny. 

Widziałem, że razem opuściliście imprezę. Co stało się później? Mam nadzieję, że wybaczysz 

mi tę dociekliwość. 

-  Odprowadził  mnie  do  samochodu,  który  stał  dosyć  daleko,  a  następnie  wrócił  do 

swojej półciężarówki. Nie zająknął się słowem o St. Louis. 

- Czy mogę zadać jeszcze jedno niedyskretne pytanie? 

- Cóż - zawahała się. - Jeśli musisz. 

- Pamiętam, że kiedy opuszczaliście imprezę, chichotaliście oboje. Z czego? 

- Chichotaliśmy? 

- Najwyraźniej któreś z was rzuciło jakiś żartobliwy tekst. Nie chciałbym być natrętny, 

ale to może być cenna wskazówka, dlatego pytam. 

-  Och,  to  nic  wielkiego!  U  Szekspira  Anna  Boleyn  słyszy  od  Starej  Damy:  „A  ty, 

młoda,  zanim  jeszcześ  ust  nie  rozwarła,  już  na  haczyku!”  Podczas  ostatniego  spektaklu 

wypowiedziałam te słowa ze specjalnym naciskiem. Ktoś na widowni zaniósł się śmiechem, a 

Fran spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. Ciekawe, kim był ów rozbawiony widz. 

- No cóż - otrząsnął się z zamyślenia Qwilleran. - Właściwie nie przyszedłem tu, aby 

cię  przesłuchiwać.  Chciałem  spytać  o  sobotnie  zwiedzanie  mojego  domu.  Wszystko  pod 

kontrolą? 

- Jest jeden problem, Qwill. Dennis miał mi opowiedzieć o tym,  jak przerabiał skład. 

Ludzie są tego ciekawi, a ja się na tym kompletnie nie znam. 

- Spróbuję ci pomóc. Kto będzie oprowadzał? 

- Członkowie rady bibliotecznej oraz paru ochotników. 

- Ilu zwiedzających się spodziewasz? 

- Wydrukowaliśmy pięćset biletów i jak na razie sprzedają się nieźle. Jutro ruszamy z 

kampanią reklamową. Będziemy mieli parę reklam w lokalnym radiu. 

background image

 

 

-  Chciałem  cię  uprzedzić,  że  na  weekend  wyjeżdżam  z  miasta.  Czy  moglibyśmy  się 

umówić,  że  w  czwartek  rano,  przed  otwarciem  sklepu,  wpadłabyś  do  mnie  po  klucze? 

Pokazałbym ci, co i jak, odpowiedziałbym na twoje pytania, jeśli takowe będziesz miała. A o 

Dennisa się nie martw. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. 

Qwilleran  wierzył  w  to,  co  mówił,  przynajmniej  do  czasu,  gdy  spotkał  Hixie  Rice 

wychodzącą z banku. 

-  Starałam  się  ciebie  złapać,  Qwill!  -  powiedziała  wzburzona.  -  Dziś  rano  byłam  u 

klienta w Mooseville i widziałam samochód Dennisa. Jechałam na wschód, wzdłuż wybrzeża. 

On jechał przede mną, a później skręcił w stronę twojej posiadłości. Tam, gdzie przy wjeździe 

jest duża litera K. 

Qwilleran nadstawił uszu. 

-  Kiedy  skręcał,  widziałam  go  dokładnie,  nachylonego  nad  kierownicą.  Wyglądał 

upiornie! Czy ma jeszcze klucze do twojego domku letniskowego? 

-  Nie,  już  je  zwrócił.  W  zeszłym  miesiącu  pozwoliłem  mu  tam  przemieszkiwać. 

Potrzebował spokoju, aby nauczyć się swojej roli. 

- I co robimy? 

- Muszę tam jak najszybciej pojechać sprawdzić, co się stało. 

- Bądź ostrożny, Qwill - ostrzegła go Hixie. - Może mu odbiło... i ma broń... i jeśli to 

on jest zabójcą... 

-  Dennis  nie  ma  broni,  Hixie.  Zawsze  krytycznie  wypowiadał  się  o  tych,  którzy 

trzymają  w  domu  spluwy.  Ale  jeśli  to  rzeczywiście  jego  widziałaś  tam,  na  drodze,  coś 

musiało się stać. Idę po samochód i pojadę do Mooseville. 

- Podwiozę cię.  Mój samochód stoi zaparkowany tuż obok. To kupa złomu, ale mam 

nadzieję, że ci to nie przeszkadza. 

Droga  do  Mooseville  oddalonego  od  Pickax  o  jakieś  trzydzieści  mil  była  zupełnie 

prosta, toteż pędzili z nieprzepisową prędkością, byle szybciej dotrzeć na miejsce. O tej porze 

roku ruch był niewielki. Skończył się już sezon turystyczny, a myśliwi przybywali tu dopiero 

zimą.  Droga  prowadziła  przez  pustynny  krajobraz,  pozostałość  po  dawnej  kopalni.  Więc 

chociaż  słońce  przygrzewało  wesoło,  okolica  wyglądała  nadzwyczaj  ponuro  i  takaż  była 

rozmowa w samochodzie. 

-  Jeśli  wpadł  w  tarapaty,  dlaczego  nie  zwrócił  się  do  mnie?  -  pytał  sam  siebie 

Qwilleran. - Myślałem, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. 

-  Myślę  dokładnie  o  tym  samym!  Zastanawiałam  się  nawet,  czy  nie  namówić  go  do 

założenia wspólnego biznesu. Wiesz, marketing, reklama, te sprawy. 

background image

 

 

Kiedy  dotarli  na  brzeg  jeziora,  ich  oczom  ukazał  się  melancholijny  widok 

opuszczonych domków letniskowych. 

- To już za następnym zakrętem - poinformował Qwilleran. - Zwolnij, proszę. 

- Zaczynam się denerwować - wyjąkała Hixie. 

Litera  K  na  słupie  oznajmiała  podróżnym,  że  wkraczają  na  teren  należący  do 

Klingenschoenów. Droga prowadziła wśród zagajników rozsianych na wydmach. 

- Nikogo tu nie ma - orzekł wąsacz. - Jeśliby gdzieś zaparkował, to właśnie tutaj. 

Wkrótce odkryli ślady półciężarówki odciśnięte na miękkiej ziemi, a także ślady stóp 

na  wydmie.  Ani  wiatr,  ani  fale  nie  zdążyły  ich  jeszcze  zatrzeć.  Domek  stał  zamknięty  na 

cztery spusty. 

-  Jeśli  się  ukrywa,  to  pewnie  śpi  w  samochodzie  -  myślał  na  głos  Qwilleran.  -  Jak 

dobrze znasz zarządczynię Indian Village? 

- Mam z nią dobre układy. Zawsze na Gwiazdkę dajemy sobie jakieś upominki. 

- Czy możesz od niej wydębić klucz do mieszkania Dennisa? 

-  Mogę  spróbować...  Na  przykład  powiem,  że  dzwonił  z  St.  Louis  i  prosił,  bym 

wysłała mu jakieś papiery, które leżą u niego na biurku. 

- Brzmi wiarygodnie. 

W  każdym  z  jednopiętrowych  budynków  Indian  Village  znajdowało  się  osiem 

mieszkań,  których  drzwi  wychodziły  na  wspólny  hall.  Hixie  zaprosiła  Qwillerana  do  swego 

apartamentu, a sama udała się do portierni. Po chwili wróciła z pękiem kluczy w ręku. 

- To ja wymyśliłem tę historię z nagraniem na sekretarkę i pilną wizytą w St. Louis - 

przyznał się Qwilleran. - Ale on rzeczywiście przed kimś lub przed czymś ucieka. Dennis nie 

jest panikarzem. Widocznie musiał wpaść w niezłe tarapaty. 

Ostrożnie  weszli  do  mieszkania  Dennisa  i  udali  się  prosto  do  gabinetu,  gdzie  stało 

biurko  zawalone  papierami  i  projektami  przebudowy  starego  składu.  Były  tam  szczegółowe 

wyliczenia uwzględniające każdą puszkę farby i  każdą paczkę gwoździ zużytych na remont. 

Jeśli chodzi o niedawną korespondencję, to znaleźli jedynie nieotwarty rachunek telefoniczny. 

Wreszcie Qwilleran nacisnął guzik automatycznej sekretarki. 

Kiedy  tylko  odsłuchał  pierwszą  wiadomość,  sięgnął  do  kieszeni  płaszcza  i  wyjął 

dyktafon, z którym nigdy się nie rozstawał. 

-  Koniecznie  muszę  to  nagrać  -  powiedział.  -  Puszczę  to  Brodiemu.  Tylko  pamiętaj, 

Hixie, ani słowa, nikomu! A teraz wracajmy do miasta. 

background image

 

 

Hixie  wysadziła  Qwillerana  na  parkingu  przed  teatrem.  Stamtąd  udał  się  w  stronę 

domu,  minął  żelazną  bramę,  park  i  dotarł  do  składu.  Już  z  oddali  zauważył  półciężarówkę 

Dennisa zaparkowaną na podjeździe. Przyspieszył kroku, czując zarazem ulgę i obawę. 

Drzwi kuchenne były otwarte. Dennis wiedział, gdzie znajduje się skrytka na klucze. 

Wchodząc do środka, Qwilleran zawołał przyjaźnie: 

- Dzień dobry! Jest tam kto?! 

Jedyną odpowiedzią był dziki wrzask i wycie, które rozległo się z antresoli. Qwilleran 

przed  wyjściem  zamknął  koty  na  górze,  jak  gdyby  przeczuwał,  że  tego  dnia  może  się  coś 

wydarzyć. Kakofonia dochodząca z góry sprawiła, że oblał go zimny pot. W powietrzu czuło 

się  duszną  atmosferę  śmierci.  Powoli  posuwał  się  z  kuchni  ku  salonowi,  rozglądając  się 

czujnie dookoła. 

Popołudniowe  słońce  przedzierało  się  przez  okna,  malując  trójkątne  kształty  na 

dywanie, ścianach i kominku. W środku jednego z trójkątów majaczył podłużny cień wisielca. 

background image

 

 

 

Rozdział szósty 

 

Dennis Hough - autor projektu renowacji starego składu jabłek i gwiazda miejscowego teatru 

-  we wtorek  po południu wyjął klucz z kryjówki, wślizgnął się do domu Qwillerana,  wspiął 

się na antresolę i zaczepiwszy linę o belkę stropu, powiesił się. 

Chwilę później wąsacz zadzwonił na policję, aby donieść o makabrycznym odkryciu. 

Na miejsce wypadku przybył sam Brodie. 

- A nie mówiłem? A nie mówiłem? - triumfował policjant. - Była zbrodnia, jest i kara! 

Nie mógł z tym dłużej żyć! 

-  Mylisz  się -  odparł spokojnie Qwilleran.  -  Pozwól, że odtworzę ci pewne  nagranie. 

W niedzielę Dennis wrócił do domu bladym świtem, naturalnie prosto z przyjęcia, i odsłuchał 

wiadomość nagraną na sekretarkę. Oto ona. 

Z  magnetofonu  dobył  się  głos  kobiety,  pełen  mściwej  goryczy:  „Nie  wracaj, 

rozumiesz?  Nie  potrzebujemy  cię  już!  Sprawę  podziału  majątku  załatwimy  w  sądzie. 

Znalazłam kogoś, z kim chcę spędzić resztę życia, z nim i z Dennym. Denny jeszcze cię nie 

zna, więc nie próbuj niczego spieprzyć! Nie dzwoń, to nie ma sensu”. 

- Puścić jeszcze raz? - spytał Qwilleran. 

- Nie trzeba - mruknął Brodie. - Skąd to masz? 

- Miałem klucze do jego domu, tak jak on do mojego. Odsłuchałem sekretarkę, mając 

nadzieję,  że  znajdę  dowód  przeczący  twojej  teorii.  No  i  się  nie  pomyliłem.  Dennis  nie 

wiedział,  że  jest  podejrzanym  w  sprawie  morderstwa  VanBrooka.  On  pewnie  nawet  nie 

wiedział, że VanBrook został zabity. Był zajęty własną, osobistą tragedią. 

Brodie potarł dłonią policzek. 

- Mimo wszystko będziemy musieli zawiadomić jego żonę - powiedział powoli. 

- Jeśli pozwolisz, sam to zrobię - zaoferował swe usługi Qwilleran, który uważał się za 

wcielenie dyplomatycznego wyczucia i psychologicznej przenikliwości, słowem za kogoś, kto 

idealnie  nadaje  się  do  powiadamiania  żon  o  śmierci  ich  mężów.  Wziąwszy  numer  z 

informacji telefonicznej, zadzwonił do St. Louis. W słuchawce rozległ się kobiecy głos. 

- Czy mam przyjemność z panią Hough? - spytał zatroskanym tonem, mając nadzieję, 

że wymawiając poprawnie nazwisko, już na wstępie zyska parę punktów. 

- Tak, a z kim rozmawiam? 

background image

 

 

- Jestem Jim Qwilleran, przyjaciel pani męża z Pickax. Chciałbym... 

- Gówno mnie obchodzi, czego chcesz! Powiedz temu sukinsynowi, aby się ode mnie 

odchrzanił! 

Kobieta rzuciła słuchawkę. 

- Słyszałeś to, Andy? - zwrócił się do Brodiego Qwilleran. 

- Daj mi telefon - westchnął Brodie, a kiedy w słuchawce rozległ się ten sam kobiecy 

głos, powiedział oficjalnym tonem: - Tu policja. Dzwonię z informacją, że pani mąż nie żyje. 

To było samobójstwo. Jeśli ma pani jakieś dyspozycje względem nieboszczyka... Tak?... Aha, 

dziękuję. 

Odwrócił się w stronę Qwillerana. 

- Oszczędzę ci cytatów. Istota jej wypowiedzi jest mniej więcej taka: róbcie z nim, co 

tylko chcecie. Nie potrzebny jest jej mąż, ani żywy, ani martwy. 

- Cóż na to poradzić! Jego przyjaciele z teatru zajmą się wszystkimi formalnościami. 

Zadzwonię do Larry'ego Lanspeaka. 

- A ja jadę po oryginał nagrania - powiedział Brodie. - Jeśli możesz, nikomu o tym nie 

mów.  Nigdy oficjalnie  nie  był podejrzany, więc  nie  ma co dementować plotek.  Ludzie  i tak 

wiedzą swoje. Nie trzeba się tym przejmować, tylko dalej prowadzić śledztwo. 

Wkrótce  na  miejsce  zdarzenia  przybyli  biegli  i  rozpoczęli  spisywanie  protokołu,  a 

Qwilleran zadzwonił do Hixie, aby powiadomić ją o samobójstwie Dennisa. 

-  O  szóstej  prawdopodobnie  ogłoszą  to  w  radiu,  ale  tobie  chciałbym  powiedzieć 

wcześniej. Dennis powiesił się u mnie w domu. 

Poczekał, aż Hixie ochłonie, i dodał: 

-  Nie  wspominaj  nikomu  o  nagraniu  na  sekretarce.  To  polecenie  Brodiego.  Kiedy 

znajdziemy  mordercę,  Dennis  i  tak  zostanie  oczyszczony.  A  jemu  i  tak  jest  już  wszystko 

jedno. 

Równo  o  szóstej  na  falach  PKX  FM  nadano  lakoniczny  komunikat:  „Budowlaniec 

Dennis  Hough,  lat  trzydzieści,  zameldowany  w  Missouri,  poniósł  nagłą  śmierć  w...  starym 

składzie  jabłek,  który  przed  paroma  dniami  skończył...  wykańczać.  Żadnych  szczegółów  na 

razie... nie znamy”. 

Qwilleran odpędzał od siebie natrętne myśli. Jak wyglądały ostatnie chwile życia jego 

przyjaciela,  co  czuł,  co  myślał?  Czy  mógł  zapobiec  tej  tragedii?  Qwilleran  wiedział 

doskonale, jak to jest, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, całe życie się wali. Wiedział, co znaczy 

rozpad  małżeństwa,  poczucie  odrzucenia,  beznadziei  i  potępienia.  Darował  sobie  obiad;  na 

samą  myśl  o  jedzeniu  robiło  mu  się  niedobrze.  Nakarmił  tylko  zamknięte  na  strychu  koty. 

background image

 

 

Koko,  który  doskonale  wiedział,  co  się  stało,  i  planował  rekonesans  po  domu,  w  ostatniej 

chwili został złapany i ponownie uwięziony na górze. 

Zszedłszy  na  dół,  Qwilleran  włączył  automatyczną  sekretarkę.  Miał  dosyć  tych 

idiotycznych  rozmów  o  morderstwie,  ksenofobicznych  insynuacji  i  plotek.  Zamknął  się  w 

gabinecie,  by nie musieć oglądać feralnej belki stropowej, a także kominka czy słonecznych 

trójkątów wędrujących po ścianie, które przypominały mu Dennisa. Próbował zagłębić się w 

lekturę biografii Blackhouse'a, byleby na moment odgonić mroczne myśli. Niewykluczone, że 

życie  VanBrooka  było  równie,  jeśli  nie  bardziej  interesujące.  No  i  to  morderstwo,  które 

postawiło  kropkę  nad  i  w  jego  tajemniczej  biografii.  Qwilleran  czuł,  że  ta  sprawa  powoli 

zaczyna go wciągać. 

Tej nocy szalała burza. Huraganowy wiatr znad Kanady wzburzył wody jeziora i wraz 

z  ulewą  zaatakował  sad  z  taką  furią,  iż  zdawało  się,  że  wyrwie  wszystkie  drzewa  z 

korzeniami. Nad ranem okolica składu przedstawiała sobą żałosny widok: połamane jabłonie, 

droga  cała  w  błocie.  Qwilleran  zadzwonił  po  firmę  zajmującą  się  porządkowaniem  miejsc 

zdewastowanych  przez  katastrofy  żywiołowe  i  zamówił  ciężarówkę  ze  żwirem,  który  miał 

być wysypany na drogę. 

Później wziął prysznic, ogolił się i z ominięciem zwyczajowego ceremoniału nakarmił 

koty. Była środa i lada chwila miała się zjawić pani Fulgrove, aby zetrzeć kurze, pozamiatać i 

wygłosić wykład.  W tym tygodniu, poza tradycyjną tyradą na temat kociej sierści, głównym 

tematem  będzie  morderstwo  VanBrooka,  co  do  tego  wąsacz  nie  miał  najmniejszych 

wątpliwości. Tym większą czuł satysfakcję, że w porę udało mu się prysnąć z domu. Zanim 

dotarł na miejsce, zdążył jeszcze wpaść do „Lois's Luncheonette” na francuskiego rogalika z 

kawą. 

Fran była wstrząśnięta wczorajszym zajściem. 

-  Tata  mi  o  wszystkim  powiedział  -  wypaliła  na  powitanie.  -  Wszyscy  mówią,  że  to 

przez zabójstwo VanBrooka... 

-  Co tam wszyscy  mówią  czy  sądzą  w Pickax,  w ogóle  mnie  nie obchodzi -  burknął 

zirytowany Qwilleran. 

-  Wiem,  że  jesteś  wstrząśnięty.  Czuję  dokładnie  to  samo.  Pracowałam  z  Dennisem. 

Brakuje mi go, jego serdeczności, ciepła... 

- Larry zorganizuje ceremonię: skromne nabożeństwo w Dingleberry dla najbliższych 

przyjaciółka później pogrzeb. 

- A jak na tę wieść zareagowała Polly? 

- Nie rozmawialiśmy o tym - odrzekł sucho. 

background image

 

 

- Między wami wszystko dobrze się układa? - spytała z troską w głosie. 

- A czemu pytasz? 

-  No  wiesz...  Nie  było  jej  na  sobotniej  imprezie...  A  później  ktoś  widział  cię  z  inną 

kobietą... 

Twarz Qwillerana wykrzywił grymas wściekłości. 

- No to gdzie te kartony? - zapytał nieuprzejmym tonem. - Sporo tego. Zabierajmy się 

do roboty! 

Kiedy jechali w stronę Goodwinter Boulevard, Fran ostrzegła Qwillerana. 

-  Musimy  być  dyskretni!  Zapewne  wszyscy  sąsiedzi  mają  lornetki  wycelowane  w 

okna VanBrooka. Jak nic oskarżą nas o plądrowanie jego domu. 

- Dochodzę do wniosku, że puszczanie w obieg idiotycznych plotek to główne zajęcie 

mieszkańców Pickax. 

- I tak wiesz o nich niewiele. Są tu ludzie, którzy zajmują się wyłącznie podglądaniem 

sąsiadów  i  opowiadaniem  o  nich  najpodlejszych  kłamstw.  Ale  gdy  spotykasz  takiego  na 

poczcie, jest słodki jak miód! 

- Kto na przykład? 

- Nie chcę mówić nazwiskami - speszyła się Fran. - Jedna z tych osób nosi pelerynkę 

niezależnie od tego, czy pada, czy świeci słońce, i do wszystkich zwraca się „serce ty moje”. 

-  Dzięki  za  ostrzeżenie  -  mruknął  Qwilleran.  -  Czy  Hilary  był  waszym  dobrym 

klientem? 

-  Nie  kupował  dużo.  Ale  często  wpadał  do  studia  oglądać  rzeczy  i  się  wymądrzać. 

Chyba  sądził,  że  zna  się  na  wszystkim.  Raz  kupił  u  nas  lampę,  a  w  zeszłym  roku  zamówił 

tapicerkę  do  fotela.  Ale  pierwszym  jego  poważnym  zamówieniem  były  ekrany  na  okna.  I 

teraz, kiedy są gotowe do zamontowania, stało się to wszystko. 

- Jak przypuszczam, twój ojciec postarał się już o pozwolenie i był w jego domu. 

- Nie wiem - powiedziała chłodno. 

- A wie, że dziś tam będziesz? 

-  Nie,  ale  jestem  pewna,  że  Serce  Ty  Moje  już  się  postara,  aby  się  dowiedział.  Od 

czasu, kiedy się wyprowadziłam z domu, nasze relacje się pogorszyły. 

- Tak to już bywa. 

Fran zaparkowała na tyłach domu i zabrali się do rozładunku samochodu. Rezydencja 

VanBrooka  zaprojektowana  była  w  typowy  dla  budynków  przy  Goodwinter  Boulevard 

sposób:  kwadratowe  pokoje  z  wysokim  sufitem,  wąskie  okna,  drzwi  z  łukowatym 

zwieńczeniem  i  pociągnięta  ciemnym  lakierem  boazeria,  a  do  tego  ciężkie,  kręte  schody. 

background image

 

 

Jednak wystrój wnętrza był dosyć zaskakujący. Zamiast zwykłych mebli i ozdób nagie, białe 

ściany;  podłoga  pokryta  tatami,  a  na  niej  poduszki  do  siedzenia  i  niski  japoński  stolik. 

Jedynym urozmaiceniem  były dwie orientalne wazy,  jakieś  japońskie ryciny oraz parawan  z 

galopującymi  końmi.  Wszystko  to  pozostawałoby  ze  sobą  w  idealnej  harmonii,  gdyby  nie 

grube zasłony wiszące w oknach. 

-  Hilary  chciał  zastąpić  te  zasłony  ekranami  shoji  z  japońskiego  papieru,  żeby  mieć 

zarówno  światło,  jak  i  spokój  od  wścibskich  sąsiadów  -  wyjaśniła  Fran.  -  Cenił  sobie 

prywatność. 

-  Jak  można  żyć  w  takim  domu!  -  wykrzyknął  zdegustowany  Qwilleran,  który  nie 

wyobrażał sobie pokoju bez wygodnego fotela i stołu, na który można by położyć nogi. 

-  Spał  pewnie  tu,  na  futonie.  A  gabinet,  jak  mówił,  mieści  się  na  górze.  Tam  miał 

bibliotekę i uprawiał swoje hobby. 

- Hobby - powtórzył Qwilleran i zamyślił się. - Mogę rzucić okiem, co jest na piętrze? 

-  Jasne!  -  powiedziała  Fran.  -  A  ja  zajmę  się  rozpakowywaniem  ekranów  i 

dopasowywaniem  ich  do  okien.  Wszystkie  robione  były  na  zamówienie  i  każdy  pasuje  do 

jednego  okna.  Ta  przyjemność  kosztuje  dziesięć  tysięcy  dolarów.  Ciekawe,  czy  kiedyś 

odzyskamy te pieniądze. 

Qwilleran  wdrapał  się  powoli  po  starych,  skrzypiących  schodach,  myśląc  o 

dziewięćdziesięciu tysiącach tomów, o których wspomniał mu Compton. Zastanawiał się, czy 

w tej imponującej bibliotece znajdzie Miasto bratniej zbrodni. Jeśli książki są skatalogowane, 

to jeszcze pół biedy, ale co, jeśli są w kompletnym nieładzie? Ale kiedy uchylił drzwi, spotkał 

go  srogi  zawód.  Całe  pomieszczenie  zawalone  było  nierozpakowanymi  książkami,  a  raczej 

szczelnie zaklejonymi kartonami z logo wydawnictw. 

Tylko  w  jednym  pokoju,  na  wszystkich  czterech  ścianach,  znajdowały  się  półki  na 

książki. To tu właśnie VanBrooke musiał mieć swój gabinet. Było tu biurko, fotel,  lampa do 

czytania, gramofon i radio. Tytuły na grzbietach odzwierciedlały eklektyczne zainteresowania 

właściciela.  Dominowała  klasyka  filozofii  Dalekiego  Wschodu,  dramatu  elżbietańskiego, 

książki  o  architekturze,  sztuce  orientalnej,  osiemnastowiecznej  modzie,  słodyczach  z 

Kantonu, botanice... ale nic o przestępczości w wielkich miastach. 

Ułożenie  przedmiotów  na  biurku  przywodziło  na  myśl  schludną  i  minimalistyczną 

estetykę  parteru.  Mosiężny  nóż  do  papieru  w  kształcie  chińskiego  smoka  spoczywał 

równolegle  do  onyksowego  korytka  na  pióra  i  ołówki.  Przeciwwagą  do  telefonu  po  lewej 

stronie  była  szkatułka  z  mosiężnymi  okuciami  po  prawej  (zamknięta).  W  samym  centrum 

background image

 

 

leżał  czysty  blotter,  a  na  nim  schludnie  ułożona  kupka  listów.  Najwyraźniej  wszystkie  one 

przyszły w sobotę, zostały otwarte, przeczytane i włożone ponownie do koperty. 

W  gabinecie  panowała  uroczysta  cisza.  Słychać  było  tylko  krzątaninę  Fran  i  dźwięk 

rozrywanego  kartonu.  Nasłuchując  uważnie,  czy  nikt  nie  idzie  po  schodach,  Qwilleran  jął 

przeglądać  korespondencję.  Były  to  rachunki  od  przedsiębiorstw  komunalnych  i  firmy 

ubezpieczeniowej,  słowem  nic,  co  naprowadzałoby  na  ślad  mordercy.  Uwagę  Qwillerana 

zwrócił  adres  nadawcy  na  jednej  z  kopert:  F.  Stucker,  231  Fourth  Street,  Lockmaster.  Po 

upewnieniu się, że Fran nadal zajęta jest zakładaniem ekranów, wąsacz wyjął list z koperty i 

przeczytał: 

Mój drogi VanBrooke, 

chcę  Ci  jeszcze  raz  podziękować  za  dwieście  dolarów,  które  mi  przesłałeś.  Nie 

oczekiwałam, że zwrócisz mi za paliwo. Gotowa byłam sama ponieść wszystkie koszty, byleby 

tylko móc zagrać  w  reżyserowanej przez Ciebie  sztuce.  Ale rzecz jasna pieniądze bardzo mi 

się przydadzą. Będę mogła kupić nowe buty Robbiemu. 

Dozgonnie Ci wdzięczna Fiona 

- Dwieście dolców! - mruknął Qwilleran. - A resztę drań schował do kieszeni. 

Czy mówiąc o „hobby”, miał na myśli drobne kradzieże i oszustwa? Wąsacz próbował 

otworzyć szufladę biurka, ale zamknięta była na klucz. 

Kiedy ostrożnie wkładał list z powrotem do koperty, dziwne buczenie przerwało ciszę. 

Nigdy  wcześniej  nie  słyszał  tego  dźwięku.  Dochodził  on  gdzieś  z  tyłu  domu  i  Qwilleran, 

niewiele się zastanawiając, podążył na poszukiwanie jego źródła. W pomieszczeniu na końcu 

korytarza majaczyło czerwone światło. Zajrzał tam ostrożnie i odkrył, że buczenie dochodzi z 

transformatora.  Tuż  przy  suficie  paliła  się  bateria  lamp,  prawdopodobnie  włączonych  przez 

mechanizm zegarowy. 

Pod lampami,  na długich stołach, stały donice podobne do tych, które spotkać można 

w szklarniach. Rośliny, które w nich rosły, były już nieco przywiędłe. Najwyraźniej od soboty 

nikt  ich  nie  podlewał.  Co  to  za  zielsko?  -  zastanawiał  się  Qwilleran.  Nie  znał  się  na 

ogrodnictwie, ale na pewno nie był to Cannabis sativa. Między zielonymi liśćmi czerwieniły 

background image

 

 

się drobne,  czerwone kwiaty. Roztarł  jeden z  liści w palcach  i powąchał,  ale ten  zapach  nic 

mu nie mówił. Ostatecznie uszczknął jedną gałązkę dla Koko i schował do kieszonki koszuli. 

- Skończyłam, Qwill! - krzyknęła Fran, stojąc na dole przy schodach. - Możemy iść! 

Kiedy załadowali puste kartony na pakę i wsiedli do samochodu, Fran spytała: 

- No i co sądzisz o tym miejscu? 

-  Dosyć ekscentryczne,  by  nie użyć  mocniejszego określenia.  Jak  będą wyprzedawać 

jego książki, koniecznie daj mi znać. Co to za rośliny rosną tam na górze? 

-  Nigdy  nie  widziałam  w  tym  domu  żadnych  roślin.  Nigdy  też  nie  byłam  na  górze. 

Kiedy przyszłam wymierzyć okna, poczęstował mnie herbatą, ale piliśmy ją na dole, siedząc 

po turecku na zafu. Mam nadzieję, że Amanda odzyska pieniądze włożone w te ekrany. 

- Nie bój się, Amandy nikt nie oszuka, ani żywy, ani martwy. 

- Mam dla ciebie dobrą wiadomość - powiedziała, zmieniając temat. - Przyjechały już 

twoje gobeliny, więc jutro możemy je zainstalować. 

- Ładne? 

-  Jeszcze  ich  nie  rozwijałam,  choć  sama  umieram  z  ciekawości.  Cóż,  jakoś 

wytrzymam do jutra. 

- Będę ci w czymś pomocny? 

-  Nie,  wezmę  do  pomocy  Shawna.  Choć  niezbyt  błyskotliwy,  ma  krzepę  i  co 

najważniejsze jest solidny. 

- Jak się zaczepia gobeliny? 

-  Za  pomocą  wielkiego  takera.  Czy  mogę  wpaść  gdzieś  koło  piątej?  Fran  z  reguły 

przychodziła do Qwillerana po południu, wypijała drinka, a potem wyciągała go na kolację do 

restauracji,  co  niezbyt  podobało  się  zazdrosnej  Polly...  VanBrook,  częstując  Fran  herbatą, 

udowodnił,  że  akurat  na  kobietach  się  nie  zna,  pomyślał  wąsacz.  Cóż,  każdy  omnibus  ma 

swoje słabe strony. 

Fran  podrzuciła  Qwillerana  do  Scottiego,  gdzie  miał  przymierzyć  swoją  wieczorową 

kreację. Pluł sobie w brodę, że nie obstalował ciemnoniebieskiego garnituru, który przydałby 

mu  się  na  pogrzeb  Dennisa.  Martwił  się,  że  jest  już  za  późno  na  zmianę  decyzji,  a  dwa 

wieczorowe komplety to podwójny wydatek. Ostatecznie jeszcze przed bitwą dał za wygraną. 

Podczas przymierzania Scottie starał  się go pociągnąć za  język w sprawie samobójstwa,  ale 

zniecierpliwienie klienta ostudziło w krawcu plotkarski zapał. 

Następnym  przystankiem  na  drodze  Qwillerana  była  redakcja  „Moose  County  coś 

tam”.  Kiedy  tylko  wszedł  do  budynku,  z  gabinetu  na  jego  powitanie  wybiegł  zaaferowany 

Arch Riker. 

background image

 

 

-  Qwill,  gdzie  się,  do  diabła,  podziewałeś?!  Od  wczoraj  staram  się  ciebie  dorwać. 

Dzwonię, zostawiam wiadomości na sekretarce... Dlaczego nie oddzwoniłeś? Dzisiaj musimy 

przygotować materiał o śmierci Dennisa, ale na policji nikt nie chce nam udzielić informacji. 

Wiesz, co się dzieje? 

- A skąd niby mam wiedzieć? - wzruszył ramionami Qwilleran. 

- Czy to znaczy, że sprawa zabójstwa VanBrooka została zamknięta? 

- Nie. Ale nic więcej nie wiem. 

- A skąd wiesz, że nie? Koko ci o tym powiedział? 

Riker uderzył w czułą strunę, licząc, że jego przyjaciel zdradzi teraz coś więcej. 

-  Posłuchaj,  Arch.  Policja  ma  dowody,  że  zabójcą  nie  był  Dennis.  Tyle  mogę  ci 

powiedzieć i nie pytaj mnie, skąd to wiem. Ale mam do ciebie prośbę, Arch. 

- Wal śmiało. 

- Sądzę, że przysłużysz się sprawie,  jeśli we wstępniaku dasz ogłoszenie następującej 

treści: na tego, kto wskaże sprawcę zabójstwa, czeka nagroda. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów w 

gotówce. Ludzie będą oskarżać Dennisa, a to może pomóc Brodiemu w ujęciu rzeczywistego 

sprawcy. Nie martw się, Fundacja K pokryje ewentualne koszty. 

- Czy ma się tam pojawić nazwa fundatora? 

-  Niekoniecznie.  Fundator  niech  będzie  anonimowy.  Kiedy  możesz  to  opublikować 

najwcześniej? 

- W piątek. 

- W porządku. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nie będzie mnie w ten weekend. Wyjeżdżam 

do Lockmaster, na piknik i gonitwę. 

- Ty szczęściarzu! Baw się dobrze! 

Qwilleran  uznał,  że  jest  za  wcześnie  na  powrót  do  domu.  Pani  Fulgrove  pewnie 

jeszcze  tam  urzęduje,  szalejąc  z  mopem  i  ścierką  do  kurzu.  Postanowił  więc  wstąpić  do 

biblioteki  i  poinformować  Polly  o  swoich  planach  na  weekend.  Nie  widział  się  ani  nie 

rozmawiał z nią od dwóch dni, a więc od czasu, gdy tajemniczy telefon rozniecił błysk w jej 

oczach. 

Umieszczony w westybulu cytat na dziś brzmiał: „Złe czyny ludzi żyją po ich śmierci; 

dobre  bywają  częstokroć  grzebane  z  ich  popiołami”.  Pozdrowienia  pracowników  biblioteki 

znów były pełne szacunku. 

-  Pani  dyrektor  wyszła  -  poinformował  go  jeden  z  bibliotekarzy,  kiedy  Qwilleran 

skierował swe kroki ku gabinetowi Polly. 

- Poszła do fryzjera - wyjaśnił drugi. 

background image

 

 

- Nieważne - speszył się wąsacz. - Idę na górę, do czytelni czasopism. 

Na  stole  w  czytelni  leżał  egzemplarz  „Lockmaster  Logger”,  gazety  założonej  w 

czasach wielkiej wycinki lasów, z górą sto lat temu. Nakład: 11 500 egzemplarzy. Wydawca: 

Kipling MacDiarmid. 

Już  z  pierwszej  strony  krzyczały  nagłówki  informujące  o  gonitwie.  Pięć  gonitw  z 

łączną  sumą  nagród  siedemdziesiąt  pięć  tysięcy  dolarów  plus  wyścigi  psów,  parada  starych 

powozów  i  koncert  szkolnej  kapeli  z  Lockmaster.  Do  nabycia  było  jeszcze  parę  miejsc 

parkingowych, sto dolców każde, ale na gonitwę wpuszczeni będą wszyscy, którzy przyjadą. 

Na rozkładówce można było znaleźć informacje o startujących koniach i ich właścicielach, a 

także dżokejach i trenerach. Instruowano też czytelników, jak najlepiej ubrać się na wyścigi i 

jak spakować koszyk na piknik. 

Kiedy Qwilleran wyłowił uchem ciche stąpanie Polly po schodach biblioteki, odłożył 

gazetę  i  podniósł  głowę.  Ich  oczy  spotkały  się.  Wyglądała  świetnie,  choć  radość,  którą 

promieniała po imprezie w „Palomino Paddock”, nieco już przygasła. 

Szybkim krokiem podeszła do stołu, przy którym siedział. 

- Qwill, tak mi przykro z powodu Dennisa - zaczęła. - Musisz być w szoku. 

- Wiele osób jest w szoku, Polly. 

-  Ale to znaczy,  że się wyjaśniło...  że Dennis... i  sprawa  morderstwa VanBrooka jest 

zamknięta, prawda? 

Ciężko opadła na fotel naprzeciwko wąsacza. 

-  Wiadomo  na  pewno  -  odparł  sucho  -  że  Moose  County  straciło  świetnego  aktora  i 

równie świetnego budowlańca. 

-  Tu  niektórzy  tak  nie  lubili  VanBrooka,  że  Dennis  wyrasta  dla  nich  na  kogoś  w 

rodzaju  współczesnego  Robin  Hooda...  Czytasz  „Lockmaster  Logger”?  Co  sądzisz  o  tym 

pisemku? 

Kiedy wymawiała nazwę Lockmaster, jej twarz oblał rumieniec. 

- Nie jest składane tak nowocześnie jak „Coś tam”, ale to jeszcze nie wada. Słyszałem 

o Lockmaster, że to bardzo przyjazne miejsce. Czy też uważasz, że jest przyjazne? 

Powtarzając  to  określenie,  przyglądał  się  jej  uważnie.  W  odpowiedzi  Polly 

zatrzepotała rzęsami. 

-  No  cóż,  wszyscy,  których  tam  spotkałam,  byli  bardzo  serdeczni  i  gościnni... 

Chciałbyś wyjechać gdzieś  na weekend? Moglibyśmy na przykład... poobserwować ptaki na 

mokradłach przy Purple Point. Co ty na to? 

background image

 

 

-  Problem  w  tym,  że  na  weekend  wybieram  się  do  Lockmaster  obejrzeć  gonitwę. 

Przyszedłem tu, aby cię o tym poinformować. Bushlandowie zaprosili mnie do siebie; będę u 

nich przez trzy dni. 

- Nigdy nie mówiłeś, że interesują cię konie - powiedziała Polly z lekkim wyrzutem w 

głosie. 

-  Przede  wszystkim  na  gonitwach  interesują  mnie  ludzie.  Szukam  materiału  na 

felieton. 

- Rozumiem, że mam się zaopiekować Yum Yum i Koko. 

-  Koty  też  są  zaproszone.  Nie  wiem,  czy  wiesz,  ale  królewska  para  będzie  miała  w 

Lockmaster sesję fotograficzną. 

- Fantastycznie! Kiedy wyjeżdżacie? 

- W piątek, po pogrzebie. 

- A nie wpadłbyś do mnie jutro na kolację? Przygotuję kurczaka w brokułach. 

- Bardzo bym chciał, ale jutro po południu Fran instaluje u mnie gobeliny i nie wiem, 

ile czasu cała ta operacja może jej zająć. 

Polly  schowała głowę w ramiona  i wzięła głęboki oddech,  jak to zwykła czynić,  gdy 

przychodziło jej zmagać się z własnymi demonami. 

- Więc zobaczymy się dopiero po twoim powrocie - powiedziała zrezygnowana. 

Qwilleran spacerkiem wracał do domu. Wydarzenia dzisiejszego poranka utwierdziły 

go  tylko  w  przekonaniu,  że  ktoś,  w  domyśle  on,  powinien  napisać  biografię  „samotnika  z 

Moose  County”.  Oczywiście  to  wymagało  prawdziwego  dziennikarskiego  śledztwa.  Po 

pierwsze, musi poznać zawartość teczki personalnej, nad którą pieczę ma Compton. Rodzice i 

nauczyciele  z  Moose  County  zapewne  dostarczą  mu  dalszych  informacji.  Trzeba  będzie 

przeprowadzić wywiad z pełnomocnikiem prawnym  i -  rzecz  jasna -  z Fioną Stucker,  której 

relacja  z  VanBrookiem  może  odsłonić  nieznany  mieszkańcom  Pickax  wymiar  jego 

egzystencji. Po dalsze  informacje  będzie  musiał  udać się do Nowego Jorku.  Qwilleran  lubił 

takie  wyzwania.  Lubił  szperać  po  archiwach,  ale  nade  wszystko  spotykać  się  z  ludźmi  i 

wyłudzać od nich cenne informacje, które zazwyczaj chcieli przed nim zataić. 

Przypomniał  sobie  list  od  Fiony  Stucker.  Jeśli  VanBrook  usiłował  wyłudzić  kilkaset 

dolarów  od  Klubu  Teatralnego,  może  nie  jest  to  jego  pierwszy  przekręt.  Może  ma  już  na 

swoim  koncie  jakieś  defraudacje  na  mniejszą  lub  większą  skalę,  a  może  nawet  bawił  się  w 

oszukiwanie  fiskusa.  Facet  bez  dwóch  zdań  był  łebski  i  opanowany.  Mógł  na  przykład 

przemycać  z  Azji  jakieś  bezcenne  dzieła  sztuki,  co  odpowiadałoby  jego  zainteresowaniom 

background image

 

 

intelektualnym  i  estetycznym.  Ciekawe,  co  znajduje  się  w  tych  setkach  nierozpakowanych 

kartonów ustawionych na podłodze! 

Kiedy  Qwilleran  dotarł  wreszcie  na  miejsce,  przywitało  go  miauczenie  stęsknionych 

kotów. To nasunęło  mu  na  myśl  następne pytanie.  Czy tamtej nocy  Koko wpatrywał się tak 

intensywnie  w  głowę  VanBrooka,  bo  wyczuł  w  nim  oszusta?  Laik  uznałby  tę  hipotezę  za 

nieprawdopodobną. Ale któż zgłębił do końca możliwości kociej intuicji? 

Z  drugiej  strony  hipoteza,  że  Koko  przede  wszystkim  zainteresował  tupecik  ofiary, 

wydawała mu się równie prawdopodobna. 

background image

 

 

 

Rozdział siódmy 

 

W czwartkowy poranek Qwilleran wyszedł zaspany z sypialni na antresolę i przysłuchiwał się 

znajomemu świergotaniu: „kto to? kto to? kto to?” 

-  Dobre  pytanie  -  mruknął  pod  nosem  i  zszedł  na  dół  po  krętych  schodach,  aby 

włączyć ekspres do kawy. 

Kiedy  nacisnął guzik  i usłyszał znajomy  dźwięk  młynka,  uśmiechnął  się pod  nosem. 

Czasem  dręczyła  go  taka  koszmarna  myśl,  że  pewnego  ranka  zejdzie  na  dół  do  kuchni  i 

zastanie tam zepsuty ekspres. 

Wkrótce z góry dobiegło go niecierpliwe miauczenie. Musiał więc ponownie wdrapać 

się  na  górę,  aby  wypuścić  koty  z  ich  pokoju.  Pierwsza  wyszła  Yum  Yum  dystyngowanym 

krokiem  księżniczki,  która  wie,  że  wytwornej  damie  nie  przystoi  się  spieszyć.  Koko, 

odwrotnie,  zeskoczył  najpierw  na  antresolę,  a  stamtąd  długim  susem  wprost  na  miękkie 

siedzisko  stojącego  w  salonie  fotela.  Stamtąd  ruszył  do  okna,  aby  przywitać  się  ze  swoim 

nowym przyjacielem.  Przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu  jak zahipnotyzowany,  kiedy 

jego wzrok spotkał się ze wzrokiem kardynała.  Ale niedługo trwała ta idylla.  Wkrótce przed 

dom zajechała ciężarówka ze żwirem i kardynał postanowił odfrunąć w jakieś przytulniejsze 

miejsce. 

Qwilleran zjadł na śniadanie duńskie ciastko, a koty uraczył ich ulubioną wołowiną z 

dodatkiem  roqueforta.  Następnie  wrzucił  ubrania  i  ręczniki  do  pralki,  wziął  prysznic,  ogolił 

się  i  oczekiwał  na  przybycie  Susan  Exbridge,  która  wkrótce  zajechała  na  podjazd  swoim 

eleganckim plymouthem. 

- Och, Qwill, ostatnie wydarzenia były dla mnie takim ciosem! - rozpoczęła, siadając 

na  pierwszym  z  brzegu  krześle.  -  Dennis  był  taki  kochany!  Jak  mógł  zrobić  coś  tak 

strasznego? Czy miał jakiś powód? 

-  Czasem  prawda  jest  bardziej  skomplikowana,  niż  nam  się  wydaje  -  odpowiedział 

wymijająco Qwilleran. - Filiżankę kawy? 

- Poproszę. Z odrobinką czegoś relaksującego. 

- Czyli... rumu? Przytaknęła ruchem głowy. 

- Powiedz mi teraz, Susan, jak zamierzasz okiełznać ten dziki tłum, który tu się zjawi 

w sobotę? 

background image

 

 

Po paru łykach sięgnęła po walizeczkę i wyjęła z niej swoje papiery. 

-  Na  biletach  instruuje  się  zwiedzających,  żeby  zatrzymywali  się  na  parkingu  przy 

Main Street należącym do teatru, kościoła i sądu.  Właściciele parkingu oczywiście wyrażają 

na to zgodę. 

- A jak ktoś wybierze Travelyan Trail, aby uniknąć korka? 

-  Na  czas  imprezy  Travelyan  Trail  zostanie  zamknięta.  Specjalne  drogowskazy  będą 

kierowały  ludzi  przez  sad  aż  do  drzwi  twojego  składu.  Wewnątrz  położymy  plastikowe 

chodniki,  aby  zwiedzający  nie  poniszczyli  podłogi.  Będziemy  ich  trzymali  z  daleka  od 

dywanów.  Aby  uniknąć  tłoku  i  związanych  z  nim  niebezpieczeństw,  będziemy  wpuszczać 

zwiedzających małymi grupkami. 

-  Będą  też  wchodzić  na  górę?  Przyznam,  że  nie  chciałbym,  aby  ktoś  myszkował  w 

mojej sypialni. 

-  Nie  musisz  się  tym  martwić.  Zwiedzanie  ograniczy  się  do  salonu,  a  trasa  będzie 

wiodła  od  wejścia  głównego  do  drzwi  kuchennych.  Zwiedzający  będą  szli  gęsiego, 

fotografowanie wnętrz będzie surowo zabronione. 

- I za to wszystko płacą aż pięć dolarów? - dziwił się wąsacz. 

- Bilety są już dawno wyprzedane, a wciąż zjawiają się następni chętni. Zwłaszcza po 

tym... po wtorkowym wypadku. Wpływy biblioteki sięgną dwóch i pół tysiąca dolarów. Polly 

skacze z radości. 

Qwilleran  doskonale  wiedział,  że  Polly  nigdy  w  życiu  nie  podskoczyła  z  radości. 

Mogła  być  usatysfakcjonowana,  a  nawet  się  ucieszyć,  ale  bez  żadnych  spektakularnych 

gestów.  Określenie  Susan  wskazywało  na  to,  że  obie  panie,  mimo  że  pracują  w  jednej 

instytucji, nie utrzymują zbyt bliskich stosunków. 

-  Świetna  robota,  Susan  -  pochwalił  bibliotekarkę  Qwilleran.  -  Tu  są  klucze  do 

frontowych drzwi. Odbiorę je od ciebie, jak wrócę z weekendu. 

Piękna i interesująca kobieta, pomyślał, kiedy odjeżdżała. Ubierała się lepiej niż Polly, 

ale była zbyt agresywna i hałaśliwa, co nie licowało z ideałem kobiety kultywowanym przez 

wąsacza. No i jakoś nie mógł jej sobie wyobrazić ślęczącej nad książką. 

Następny gość - również kobieta - odwiedził go po południu. 

Właśnie czytał na głos swoim pupilom biografię sir Edmunda Backhouse'a. Ukołysane 

rytmiczną  intonacją  przebywały  gdzieś  między  snem  a  jawą,  gdy  jakiś  niesłyszalny  dla 

człowieka dźwięk wyrwał je z drzemki. Postawiły uszka, wyciągnęły główki i przyczaiły się 

w gotowości do ucieczki, a następnie puściły się biegiem w stronę drzwi, jak gdyby za chwilę 

background image

 

 

miał tam się zjawić rybak ze świeżym połowem homarów. Wkrótce Qwilleran usłyszał to co 

jego koty. Pod dom zajechał samochód, którego silnik najwyraźniej wymagał regulacji. 

Był  to  wiekowy  wehikuł  Lori  Bamby.  Lori,  sekretarka  Qwillerana,  była  też  jego 

doradczynią w sprawie kotów. Miała długie, złote włosy, które splatała w warkoczyki, i była 

ulubieńcem kotów, które zawsze witały ją entuzjastycznie, łasząc się i ocierając o kostki. 

- Co za niespodzianka! - wykrzyknął Qwilleran i zaprosił ją do środka. 

Jej mąż często wpadał do niego, podrzucając mu opracowaną przez Lori dokumentację 

i korespondencję. 

-  Nick  opowiadał  mi  o  tym,  jak  przerobiłeś  tę  ruinę.  Więc  przyszłam  zobaczyć  na 

własne oczy. Założę się, że koty uwielbiają zeskakiwać z tej antresoli. 

-  Chcesz,  to  cię  oprowadzę.  Zwykle  taka  przyjemność  kosztuje  pięć  dolarów,  a  nie 

obejmuje zwiedzania góry. Ale przyjaciele Koko i Yum Yum cieszą się u nas szczególnymi 

względami. 

-  Przedtem  dam  ci  korespondencję.  Tu  masz  czterdzieści  listów  do  podpisania.  Na 

mniej ważnych podpisałam się za ciebie. Korespondencja od szaleńców i idiotów wylądowała 

w koszu. 

Qwilleran i Lori weszli na górę i z powrotem, eskortowani przez koty, które kroczyły 

z  ogonami  podniesionymi  do  góry.  A  gdy  tylko  dziewczyna  siadła  na  fotelu,  natychmiast 

usadowiły się na jej kolanach. 

-  Czy  mogę  poradzić  się  ciebie  w  jednej  kwestii?  -  zaczął  wąsacz.  -  Chciałbym 

wychodzić z Yum Yum na spacer, ale nijak nie mogę jej skłonić, aby pozwoliła założyć sobie 

obróżkę. Z Koko nie mam problemu, ale z nią tak. 

-  Najpierw  załóż  jej w domu,  aby  się przyzwyczaiła,  a później pójdzie  jak z płatka - 

poradziła Lori. - Masz tu fantastyczne warunki do puszczania baniek. 

- Baniek? - zdziwił się Qwilleran. 

-  Tak, baniek  mydlanych. Stajesz  na antresoli  i puszczasz  bańki, a koty  mają pyszną 

zabawę, starając się je złapać. 

- Ach tak - mruknął Qwilleran bez entuzjazmu w głosie. 

Oczyma wyobraźni widział już całe Pickax przekazujące sobie sensacyjną wiadomość: 

„Stary Q. kompletnie zwariował i puszcza bańki mydlane”. 

- Do puszczania baniek -  instruowała go dalej Lori - najlepsze są stare, gliniane fifki. 

Można je jeszcze kupić w sklepie gospodarstwa domowego w Wildcat. 

W tym momencie Koko zeskoczył z jej kolan i dał susa w stronę okna, skąd dobiegało 

śpiewne: „kto to? kto to? kto to?” 

background image

 

 

- To chyba kardynał - powiedziała Lori. 

- Są z Koko kumplami - wyjaśnił wąsacz. 

- Para arystokratów! 

- Rzeczywiście, zachowują się jak dwaj mistrzowie w swojej klasie. W sadzie mieszka 

wiele gatunków ptaków, ale Koko wybrał sobie właśnie kardynała. Nie wiem, co sobie w nim 

upodobał, królewską dostojność czy może czerwone upierzenie. 

- Różne są opinie na temat zdolności rozróżniania barw przez koty. Ja przychylam się 

do opinii, że koty nie tyle widzą,  ile odczuwają kolory. Każdy odcień wywołuje w nich inne 

wrażenie. 

- Kupuję to - rzekł Qwilleran. - Uważam też, że Koko wyposażony jest w więcej niż 

standardowy zestaw pięciu zmysłów. To niesamowite zwierzę. 

- Coś ci jeszcze powiem - kontynuowała Lori. - Mam starą ciotkę, która parę lat temu 

straciła  wzrok.  Mimo  to  nadal  rozpoznaje  czerwony  kolor.  Mówi,  że  go  czuje.  I  że  wtedy 

wraca jej chęć do życia. 

-  Chciałbym  ją kiedyś poznać.  To fantastyczny temat na artykuł... Może szklaneczkę 

cydru? 

-  Nie,  dziękuję,  Qwill.  Właściwie wpadłam tu na  moment dostarczyć ci  listy.  Muszę 

pędzić do domu, by zwolnić opiekunkę do dziecka. 

Później,  kiedy  podpisywał  wszystkie  czterdzieści  listów,  na  podjeździe  zaparkowała 

czarna  półciężarówka  ze  złotymi  literami  po  bokach,  z  której  wyskoczył  potężny  blondyn. 

Podbiegł  do  paki  i  wyjął  z  niej  -  bez  najmniejszego  wysiłku  -  ogromne  pudło  w  kształcie 

walca,  o  wysokości  dwóch  i  pół  metra  i  średnicy  około  metra.  Fran  Brodie,  która  wysiadła 

zaraz za nim, pokierowała olbrzyma w stronę drzwi kuchennych. 

-  To  Shawn,  światowej  sławy  instalator  -  przedstawiła  go,  puszczając  do  Qwillerana 

oko. 

- Cześć - pozdrowił wąsacza Shawn, a jego twarz rozpromienił przyjazny uśmiech. 

Fran  poprowadziła  go  przez  kuchnię  do  wielkiego  hallu,  wysokiego  na  jakieś  cztery 

kondygnacje,  i  poleciła  mu  położyć  pudło  tuż  przy  schodach.  Kucając  powoli,  Shawn 

wyglądał  jak  Atlas  dźwigający  na  swoich  barkach  Ziemię.  Potężny  walec  zetknął  się  z 

podłogą,  wydając  głuchy  dźwięk.  Uwolniony  od ciężaru  Shawn  mógł  teraz  rozejrzeć  się  po 

domu, podziwiać trójkątne okna i nowoczesny kominek. 

-  Pewnie  sporo  forsy  w  tym  utopiłeś  -  dywagował  Shawn.  -  No  ale  szpanerska 

chałupa, warto było... A tamten koleś to gdzie się powiesił? 

background image

 

 

- Shawn! - upomniała go ostro Fran. - Nie gadaj, tylko bierz skrzynkę z narzędziami, 

listwy i linę. 

Następnie zwróciła się do Qwillerana. 

- Najpierw chcę rozwinąć materiał i obejrzeć, jak wygląda. Nadchodzi chwila prawdy! 

Potężne pudło zostało rozpakowane. Długi na dwa i pół metra materiał został starannie 

rozłożony na podłodze. 

- Piękne! - wykrzyknął Qwilleran. 

- Boskie! - zawtórowała Fran. 

- Ale jazda! - skomplementował po swojemu Shawn. 

Wzór  na  tkaninie  przedstawiał  drzewa,  na  których  wisiały  dorodne,  czerwone  jabłka 

wielkości piłek do kosza. 

- Popatrz, Qwill, te jabłka wyglądają jak prawdziwe. Jakież one soczyste, aż chciałoby 

się je schrupać. 

- Macie nie po kolei w głowie - skomentował Shawn. - Wiem jedno, ważyło to chyba 

z tonę! 

Syjamczyki,  które  siedziały  na  szczycie  kominka,  zachowywały  wobec  gobelinu 

milczącą powściągliwość. 

-  Ta  tkanina  -  objaśniała  Fran  -  będzie  zwisała  z  barierki  na  najwyższym  piętrze, 

przykuwając wzrok wszystkich gości i w ten sposób eksponując promieniste belkowanie i grę 

trójkątnych  refleksów.  No  i  nieco  ociepli  całe  wnętrze,  stanowiąc  równowagę  dla  tej  masy 

drewna i masy wolnej przestrzeni. Co o tym sądzicie? 

- Yow! - zgodził się Koko. 

- W takim razie, Shawn, zwiń to z powrotem i wędrujemy na samą górę! 

- Nie ma windy? - jęknął olbrzym. 

- Na pewno dasz sobie radę. 

Najpierw Shawn zainstalował na barierce listwy, do których Fran przyczepiła gobelin, 

a następnie oboje, za pomocą linek, powoli rozwinęli materiał. 

- Mam nadzieję, że to nie zabije twoich kotów - zwrócił się do wąsacza Shawn. 

- W razie czego zgłoszę się do ciebie ze spluwą - odgryzł się Qwilleran. 

-  Teraz  już  z  górki  -  powiedziała  Fran.  -  Następny  gobelin  jest  znacznie  lżejszy. 

Powiesimy go na tej ścianie przy kominku, żeby był dobrze widoczny z foyer. 

- Skoro lżejszy, to dlaczego nie poszedł na górę? - jęknął olbrzym. 

Ponownie  rozpoczęło  się  rozpakowywanie  i  rozwijanie  materiału.  Oczom  zebranych 

ukazały się miriady małych ptaszków wśród zielonego listowia. 

background image

 

 

-  Yow!  -  ze  szczytu  kominka  rozległ  się  okrzyk  zachwytu.  Ptaszki  na  tkaninie, 

dokładnie te same, które mieszkają w Moose 

County,  uwijały  się  wśród  wysokich  traw,  rozgrzebywały  pazurkami  ziemię,  huśtały 

się na gałązkach. Koko zeskoczył na dół i ostrożnie przespacerował się po gobelinie, kierując 

swe kroki ku czerwonemu ptaszkowi z czarną główką i purpurowym grzebieniem. 

- Niesamowite! - wykrzyknął Qwilleran. 

Wkrótce  gobelin  został  zawieszony,  a  okrzyki  zachwytu  dobywały  się  z  ust 

wszystkich zgromadzonych. 

-  No,  muszę  lecieć  -  powiedziała  Fran,  spoglądając  na  zegarek.  -  Dziś  są  urodziny 

mamy.  Wspólnie  z  tatą  zabieramy  ją  do  restauracji  na  kolację.  Kiedy  wyjeżdżasz  do 

Lockmaster? 

- Zaraz po pogrzebie. 

- Więc zobaczymy się dopiero w następnym tygodniu. Baw się dobrze na wyścigach! I 

nie roztrwoń wszystkich pieniędzy! 

Qwilleran  był  zadowolony  z  takiego  obrotu  sprawy.  Dziś  wieczór  chciał  jeszcze 

zaplanować  pobyt  w  Lockmaster  i  spakować  swój  nowy  bagaż.  Był  to ostatni  krzyk  mody: 

błękitny  nylon  ze  skórzanymi  wykończeniami  i  całą  masą  bezużytecznych  kieszeni.  Całość 

zajmowała  dwie  walizki,  które  uratowały  się  z  pożaru.  Mimo  że  imitacja  skóry,  którą  były 

obite, tu i ówdzie się przetarła,  miał do nich wielki sentyment. W końcu w ciężkich czasach 

towarzyszyły  mu  w  tułaczce  od  miasta  do  miasta.  Za  to  Polly  nie  cierpiała  ich  szczerze, 

mówiąc, że nie licują one z jego społecznym i materialnym statusem. 

-  Ale  za to są bardzo wygodne -  odpowiadał  jej  na to. -  Po prostu wrzucasz do nich 

wszystko jak leci. 

Po  kolacji  rozłożył  nowy  garnitur  na  łóżku,  aby  mu  się  dokładnie  przyjrzeć. 

Tymczasem  Koko  ułożył  się  na  walizce,  a  Yum  Yum  poszła  w  jego  ślady.  Zostawiając  je 

pogrążone  we  śnie,  wąsacz  rozsiadł  się  w  fotelu  i  wziął  do  rąk  ostatni  numer  „Lockmaster 

Logger”. 

Przeczytał, że trasa gonitwy liczy sobie niespełna dwie mile i prowadzi przez wzgórza, 

których  naturalne  piękno  może  rozproszyć  uwagę  najbardziej  zapalonego  koniarza.  Po  raz 

pierwszy w historii wśród publiki rozdawany będzie program zawodów, w którym znajdą się 

imiona koni, informacje o ich maści, wadze, płci i wieku,  jak również nazwiska posiadaczy, 

trenerów  i  dżokejów  oraz  kolor  strojów,  w  jakie  ubrani  będą  zawodnicy.  Słowem  znacznie 

więcej, niż Qwilleran chciałby wiedzieć. 

background image

 

 

W rubryce dotyczącej wyścigu przykuła jego uwagę jedna informacja. W gonitwie dla 

amatorów  udział  weźmie  Robin  Strucker.  Czy  nie  to  właśnie  nazwisko  nosiła  aktorka  z 

Lockmaster grająca królową Katarzynę? Czy nie napisała ona do VanBrooka, że przesłane jej 

pieniądze przeznaczy na buty dla Robbiego? Jego koń, wedle podanych tu informacji, należał 

do  W.  Chase  Amberton.  Trenerem  był  S.  W.  O'Hare.  Imię  konia  brzmiało  -  tu  Qwilleran 

poczuł dziwne mrowienie u nasady wąsów - Syn Kardynała. 

background image

 

 

 

Rozdział ósmy 

 

Pogrzeb  Dennisa  Hougha,  na  który  przede  wszystkim  przybyli  członkowie  Klubu 

Teatralnego,  nie  przypominał  zwykłej  ceremonii.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  mało  kto 

myślał o zmarłym, a jeśli już, to w kontekście zabójstwa VanBrooka. Nikt się nie odezwał, ale 

gdy  pastor  kościoła,  do  którego  chodził  Larry  Lanspeak,  wygłaszał  stosowne  słowa,  wierni 

spoglądali  po  sobie.  Prócz  Fran  Brodie  był  jedyną  osobą  w  całym  mieście,  która  „wbrew 

oczywistym  poszlakom”  nadal  wierzyła  w  niewinność  Dennisa.  O  tłumaczącym  jego 

samobójstwo  nagraniu  na  sekretarce  wiedzieli  komendant  policji,  Qwilleran  i  Hixie,  ale  na 

razie milczeli.  Brodie też był na pogrzebie i zgodnie z sugestią Qwillerana włożył kilt i grał 

żałobnego marsza na kobzie. 

-  To  da  tym  plotkarzom  trochę  do  myślenia  mimo  braku  formalnego  dementi  - 

przekonywał go wąsacz. 

Mimo to Hixie odciągnęła Qwillerana na bok i dała upust swoim emocjom. 

-  To straszne,  nie uważasz?  Dlaczego policja  nic  im  nie powie?!  Dlaczego ty  nic  im 

nie powiesz, Qwill?! 

-  Mija  niespełna  tydzień  od  wszystkich  tych  wydarzeń  -  uspokajał  ją.  -  Policja  nie 

zdaje mi raportu ze śledztwa, więc cóż ja mogę wiedzieć? Poza tym oni mają komputery. 

-  Ale  to  ty  rozwiązałeś  zagadkę  zabójstwa  Fitcha!  I  zidentyfikowałeś  w  muzeum 

sprawcę, zanim ktokolwiek zaczął go podejrzewać. 

Qwilleran pogładził swoje sumiaste wąsy. Nie chciał Hixie tłumaczyć, że mało w tym 

było  jego  zasługi  i  że  wszystkie  śledcze  sukcesy  zawdzięcza  Koko.  Prawdę  tę  wyjawił 

zaledwie  paru  zaufanym  osobom:  przyjaciołom  i  starym  kolegom  po  fachu  z  Nizin.  Reszta 

ludzi wydawała mu się mentalnie zbyt ograniczona, aby przyjąć to do wiadomości. 

- Pomyślę o tym - mruknął. 

Teraz  głowę  miał  zajętą  problemami  związanymi  z  wyjazdem.  Czy  aby  zapakował 

lornetkę?  Czy  wziął wiatrówkę,  bez której  na pikniku  zmarznie  na kość? Tak  czy owak ten 

wyjazd  dobrze  mu  zrobi.  Przewietrzy  się,  zyska  dystans  do  niektórych  spraw.  Dla  kotów 

zabrał  ze  sobą  trochę  puszek  z  ich  przysmakami,  krople  witaminowe,  ich  ulubioną  miskę, 

brytfannę,  no  i oczywiście dużą torbę żwirku. Pierwszy raz wyjeżdżał z  nimi w gości,  więc 

background image

 

 

nieco się denerwował.  Ale  załadunek do samochodu przebiegł  lepiej,  niż  się spodziewał,  co 

uznał za dobry znak. 

Wyruszyli  na  południe,  w  stronę  kartoflisk  i  owczych  farm.  Jak  zwykle  na  drodze 

leżał  zdechły  skunks,  którego  nagłą  śmierć  opłakiwały  żałosne  kocie  zawodzenia  na  tylnim 

siedzeniu. Kiedy tylko minęli granice okręgu, na skrzynkach pocztowych pojawiła się nazwa 

Cuttlebrink, a wkrótce oczom Qwillerana ukazała się tablica z informacją: 

WITAMY W WILDCAT 95 MIESZK. 

Mniej  więcej  sto  metrów  dalej  napotkał  następną  tablicę  świadczącą  o  poczuciu 

humoru mieszkańców Cattlebrink: 

WŁAŚNIE MINĄŁEŚ WILDCAT 

Qwilleran  delikatnie  nacisnął  hamulec  i  zrobił  szerokie  U  na  drodze.  Wiedział,  że 

nagłe hamowanie tudzież zakręt o kącie większym niż dwanaście stopni przyprawiały koty o 

mdłości,  co  mogło  się  skończyć  fatalnie.  Wrócił  zatem  do  skrzyżowania,  które  okazało  się 

być  centrum  Wildcat,  składającym  się  z  czterech  elementów:  podłej  speluny,  zapomnianej 

stacji benzynowej, resztek stodoły i zrujnowanego drewnianego budynku z szyldem: 

HDWE & GENL. MDSE. W CUTTLEBRINK ZAŁ. W 1862 R. 

Okna  sklepu  wyglądały  tak,  jakby  ostatnio  były  myte  z  okazji  setnej  rocznicy  jego 

założenia.  Sam  budynek  pomalowany  był  gdzieś  na  przełomie  wieków.  Z  tego,  co  można 

było dostrzec przez zakurzone okna,  w środku znajdował  się kawał  historii amerykańskiego 

farmerstwa: wiekowe uprzęże, pasy transmisyjne i zardzewiałe puszki z uszczelniaczem. 

Wszystko to oświetlała słabiutka żarówka zwisająca z obitego blachą sufitu. Deski na 

podłodze  były  wytarte  i  sczerniałe  od  wieku;  setki  tysięcy  stóp,  które  ją  deptały,  utworzyły 

nieckę  w  okolicy  sklepowej  kasy  i  skrzynki  z  tytoniem.  W  głębi,  na  starej  beczce,  siedział 

sprzedawca  z  obfitymi  żółtobiałymi  bokobrodami  i  kosmykami  siwych  włosów 

wymykającymi się spod czapki. 

background image

 

 

- Ładny dzionek - zachrypiał na powitanie. 

-  Rzeczywiście -  przytaknął Qwilleran. -  Mamy  naprawdę piękny  wrzesień,  mimo że 

w radiu ciągle straszą, że lada dzień przyjdą do nas deszcze. 

Wąsacz  doskonale  wiedział,  że  rozmowy  o  pogodzie  są  najważniejszym  elementem 

życia towarzyskiego w Moose County. 

- Nie będzie padać - rzekł z całym przekonaniem właściciel. 

Kiedy  to  mówił,  Qwilleran  rozglądał  się  po  zakurzonych  półkach,  ladzie  i  podłodze. 

Znaleźć  tam  można  było  dosłownie  wszystko:  karbidówki,  wiadra,  haczyki,  wędki,  latarki, 

szpule drutu, żarówki, kukurydziane fifki... ale ani śladu fifek glinianych. 

- Co tam trza? - spytał mężczyzna, siedząc nieruchomo. 

- Nic, po prostu się rozglądam. 

- Niby prawo tego nie zabrania... 

- Macie tu osobliwy asortyment. 

- Ta. 

Qwilleran  szperał  między  gwoździami  sprzedawanymi  na  funty,  łańcuchami  -  na 

stopy,  pułapkami  na  szczury,  pudełkami  zapałek,  drucianymi  wieszakami,  które  niektórzy 

nazywają  „gorącymi  pierścieniami”,  spinkami  od  mankietów,  rękawicami  roboczymi  i 

budzikami. 

-  Widziałem  już  w  życiu  tysiące  sklepów  -  odezwał  się  Qwilleran,  siląc  się  na 

komplement - ale pański bije wszystkie na głowę. Jak dawno on tu jest? 

- Dłużej niż ja. 

- Jest pan z Cuttlebrink? 

- Wszyscy tu są z Cuttlebrink. 

Qwilleran  wrócił  do  przerwanych  poszukiwań,  starając  się  robić  wrażenie  łowcy 

okazji.  Odkrył  wiekowe  kalosze,  stalowe  sprężyny,  przepychacze,  plandeki,  jeszcze  więcej 

pasów  transmisyjnych,  pięciofuntowe  bloki  soli,  gryzaki  dla  królików,  słoje  ogórków 

konserwowych, amunicję... ale ani śladu glinianych fifek. Przyglądając się celulozowej gąbce, 

która  -  jak  głosiła  instrukcja  -  idealnie  usuwa  gnój  i  inne  zanieczyszczenia  organiczne, 

zagadnął sprzedawcę: 

- To dobra gąbka? 

-  Masz  pan  krowę?  -  pytaniem  na  pytanie  odpowiedział  mężczyzna.  -  To  jej  pan 

wymię tym wyszorujesz. 

-  Byłaby  dobra  do  mycia  samochodów  -  zauważył  Qwilleran,  choć  tak  naprawdę 

zamierzał nią wyczyścić brytfannę. 

background image

 

 

W odpowiedzi na to śmiałe przypuszczenie sprzedawca wzruszył ramionami i pokiwał 

głową. 

- Pewnie z Pickax? 

- Mieszkam tam od pewnego czasu. 

- Wiedziałem. 

Rozcieńczalnik. Pasza dla kóz. Bezpieczniki. Smar. Żyletki. Czerwona opaska. Widły. 

Rękawice robocze. 

- Czy jest jakaś rzecz, której pan tu nie ma? 

- Sprzedaję wszystko, czego ludziom naprawdę trzeba. 

- A może ma pan gliniane fifki do puszczania baniek? Chciałem kupić dzieciom. 

Sprzedawca  podniósł  się  z  beczki  i  poczłapał  na  zaplecze.  Tam  wspiął  się  na 

spróchniałą  drabinę  i  sięgnął  po  stojące  na  samej  górze  kartonowe  pudełko,  pogięte  i 

zapleśniałe, a następnie, stąpając niepewnie, zszedł z nim na ziemię. 

- Pan mnie zadziwia - z zachwytem rzekł Qwilleran. - Na pierwszy rzut oka panuje tu 

kompletny  bałagan,  ale  pan  ma  wszystko  pod  kontrolą.  Czy  też  może  szukając  tych  fifek, 

kierował się pan intuicją? 

- Nie szukałem ich, bo się nie zgubiły - mruknął stary. 

W pudełku znajdowało się pół tuzina fifek, kiedyś białych, a obecnie szarych od brudu 

i starości. 

- Dobre nieba! Chyba wezmę wszystkie! 

- A jak ktoś inny też będzie potrzebował? - skrzywił się sprzedawca. 

- Racja. Niech będzie pięć. 

- Ostatnie słowo, cztery. 

Qwilleran dał za wygraną.  Zapłacił za cztery  fifki, gąbkę oraz konserwowe ogórki,  a 

jego  pieniądze  znikły  w  czeluściach  muzealnej  mosiężnej  kasy,  na  której  skoczem 

przytwierdzona  była  kartka:  KUPIĘ  BROWNINGA.  Sprzedawca  ponownie  spoczął  na 

beczce, a trzej podróżni ruszyli w dalszą drogę. 

Krajobraz  za  oknami  samochodu  nie  przypominał  okolic  Moose  County.  Skalista 

kraina  pasterzy  ustąpiła  zielonym,  żyznym  pagórkom.  Tu  właśnie  znajdowały  się  tereny 

łowieckie,  z  których  słynęło  Lockmaster.  Rozległe  pola  przedzielone  były  żywopłotami; 

gdzieniegdzie,  na  szczytach  wzgórz,  dostrzec  można  było  zasobne  budynki  gospodarskie. 

Wreszcie dotarli do „Palomino Paddock”, gdzie na restauracyjnym parkingu stały luksusowe 

samochody. Tam szosa przechodziła w miejską arterię. 

background image

 

 

W  dziewiętnastym  wieku  zamożni  szkutnicy  i  baronowie  przemysłu  drzewnego 

wybudowali 

przy 

niej 

niezwykle 

okazałe 

rezydencje, 

mające 

wzbudzić 

we 

współmieszkańcach  zarazem  uwielbienie  i  nienawiść.  Wielkie  rodziny  rujnowały  się, 

stawiając gigantyczne pałace ozdobione wieżyczkami, balkonikami, werandami, wymyślnymi 

witrażami i dachami. 

Z  czasem  jednak  wielkie  fortuny  podupadły,  a  wraz  z  nimi  duch  konkurencji.  W 

olbrzymich gmachach mieściły się teraz mieszkania czynszowe, zajazdy, kancelarie, biura czy 

agencje. Jedną z najbardziej imponujących budowli przerobiono na dom pogrzebowy, inną na 

muzeum, a w jeszcze innej, na parterze, mieściło się studio fotograficzne Bushlanda. Dom ów 

- w kształcie masywnej dwukondygnacyjnej fortecy - należał niegdyś do rodziny Vicki; teraz, 

prócz studia i ciemni, znajdowały się tu liczne pokoje do wynajęcia. 

Kiedy  Qwilleran  wjechał  przez  bramę  na  podwórze,  zgasił  silnik  i  zwrócił  się  do 

swych pasażerów: 

- Jesteśmy na miejscu. Spodziewam się, że przez następne czterdzieści godzin zrobicie 

co w waszej mocy, aby pozostawić po sobie dobre wrażenie. Jeśli pójdziecie na współpracę, 

może wasze zdjęcie znajdzie się na okładce poczytnego kolorowego magazynu. 

Ta kusząca propozycja nie wywołała u kotów żadnej reakcji. Czyżby były zmęczone? 

Kiedy się odwrócił, dwie pary błękitnych oczu patrzyły na niego z taką intensywnością, jakby 

wiedziały o czymś, o czym on nie miał jeszcze zielonego pojęcia. 

Tymczasem Qwilleran postanowił zostawić je w samochodzie, a sam z torbą podróżną 

w ręku zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu Vicki przepasana fartuszkiem. 

- Przepraszam, że tak wcześnie - zaczął Qwilleran - ale pomyślałem, że przed kolacją 

wyskoczyłbym jeszcze na miasto. 

- Dobry pomysł - powiedziała gospodyni. - Wejdź, proszę. Bushy jest teraz w ciemni i 

nie  można  mu  przeszkadzać.  A  ja,  jak  widzisz,  zmagam  się  z  ciastem.  Twój  pokój  jest  już 

gotowy,  więc  możesz  się  rozgościć.  Jest  tam  naprawdę  sporo  miejsca  plus  pakamera  dla 

kotów. Słyszałam, że w domu też mają swój pokoik. 

- Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby spały ze mną. To dla nich zupełnie nowe otoczenie. 

Wolałbym je mieć na oku. 

- Rób, jak uważasz, Qwill. W każdym razie czuj się tu jak w domu. 

Qwilleran przeszedł powoli przez imponujące foyer i szerokimi schodami wdrapał się 

na  górę,  podziwiając  starą  snycerkę,  instalacje  gazowe  przerobione  na  prąd,  ściany  obite 

aksamitem, na których wisiały portrety w owalnych ramach,  i okna z misternymi witrażami. 

Przydzielono  mu  wielki,  kwadratowy  pokój  z  jedną  ścianą  zaokrągloną,  której  okna 

background image

 

 

wychodziły  na  ulicę.  Znajdowała  się  tam  kanapa,  biurko,  leżanka,  fotel,  garderoba,  wysoka 

komoda,  skrzynia,  a  na  podłodze  leżały  czerwone  orientalne  chodniki.  Qwilleran  od  razu 

polubił  ten  pokój.  Mimo  że  nic  tu  do  niczego  nie  pasowało,  wszystko  razem  tworzyło 

przytulną atmosferę. Przy zaokrąglonej ścianie stał mały stolik, a na nim waza z czerwonymi, 

błyszczącymi  jabłkami oraz spodeczek z żelkami, a także magazyny poświęcone  fotografii  i 

sztukom  pokrewnym.  Wśród  nich  Qwilleran  zauważył  czterostronicową  broszurkę 

zatytułowaną  „Plotki  ze  Stajni”,  w  całości  poświęconą  gonitwie,  wydaną  przez  S.  W. 

O'Hare'a, a redagowaną przez Lisę Amberton. 

Qwilleran włożył do ust czerwoną żelkę (kolory innych nie wzbudzały jego zaufania) i 

zszedł na dół po koty. Kiedy wreszcie przetransportował je do pokoju, z miejsca rozłożyły się 

wygodnie na jego łóżku, najwyraźniej anektując je dla własnych potrzeb. 

- Tak na przyszłość - rzucił Qwilleran w ich stronę - wasze legowisko jest na tamtym 

krześle; co się zaś tyczy miski z wodą i pojemnika ze żwirkiem, to znajdziecie je w łazience. 

A teraz idę się przejść. 

Zszedł  do  kuchni  w  poszukiwaniu  Vicki,  która  właśnie  na  dwóch  plackach  robiła 

nacięcie w kształcie litery Z. 

- Co oznacza to Z? - spytał się gospodyni. - A może to nie Z, ale N? 

-  Szczerze  powiedziawszy,  sama  nie  wiem.  Moja  matka  zawsze  tak  robiła,  więc  po 

niej powtarzam. Jakieś kłopoty tam na górze? 

-  Skądże! Wszystko w najlepszym porządku,  pokój  bardzo wygodny.  Macie tu sporą 

kolekcję antyków. 

- Wszystko to zostało nam po rodzicach. Takie rupiecie przekazywane z pokolenia na 

pokolenie. Ten dom wybudował mój pradziadek Inglehart. Jego córka, a moja babka, nadal w 

nim mieszka, na drugim piętrze. Nazywamy ją „babunią”. Jedziesz teraz do miasta? 

- Wolałbym się przejść. Jak dojść do centrum? 

- Na twoim miejscu zeszłabym na dół i na wysokości sądu skręciła w Czwartą Ulicę. 

Tam  mieszkańcy  naszego  miasta  robią  zakupy.  Dojdziesz  nią  aż  do  rzeki,  wzdłuż  której 

kiedyś  ciągnęły  się  papiernie  i  stocznie.  Teraz  jest  tam  park  imienia  Ingleharta  po  jednej 

stronie, a osiedla mieszkaniowe po drugiej. 

- A jest tu księgarnia? 

-  Dwa  domy  za  ratuszem.  Kiedyś,  jeszcze  przed  pierwszą  wojną  światową,  dziadek 

Bushy'ego miał tam studio fotograficzne. 

Qwilleran  lubił spacerować i rozglądać się dookoła.  Schodząc ze wzgórza, podziwiał 

olbrzymie  rezydencje,  arcydzieła  wczesnowiktoriańskiej  architektury,  których  zdobne 

background image

 

 

elewacje pomalowane  były  na dwa,  a  nawet trzy  kolory.  Nawet najokazalszym gmachom w 

Pickax  daleko  było  do  tutejszego  przepychu.  Wąsacz  znalazł  księgarnię,  o  której  mówiła 

Vicki, i kupił tam książkę o hodowli koni. W piwnicy znajdował się antykwariat, ale nadzieja, 

że znajdzie tam Miasto bratniej zbrodni, okazała się płonna. Obejrzał stoisko z pamiątkami  i 

nabył małą litografię przedstawiającą wieloryba. 

Motyw  wyścigów  konnych  był  w  Lockmaster  wszechobecny,  co  dało  się  zauważyć 

choćby na szyldach sklepów. Butik z męską odzieżą nazywał się „Equus”, a w „Kliko-klak” 

można  było  kupić  eleganckie  koszule,  T-shirty  i  plakaty  z  końmi.  W  „Foxtrottery” 

sprzedawano  papierowe  serwetki  do  czyszczenia  kraty  kominka  ozdobione  motywem 

biegnącego rumaka, ale Qwilleran uznał je za tandetne. 

Na ostatek wylądował w gmachu biblioteki publicznej, który wyglądał kubek w kubek 

jak  jego  odpowiednik  w  Pickax:  ta  sama  grecka  kolumnada,  te  same  siedem  stopni, 

identyczna  ornamentyka  przywodząca  na  myśl  starożytne  świątynie.  Wchodząc  do  środka, 

Qwilleran był pewien, że w westybulu znajdzie cytat na dzień dzisiejszy z Szekspira, ale tym 

razem się zawiódł. Na tablicy widniały informacje o nowych kasetach wideo zakupionych do 

wypożyczalni. Spytał napotkanego pracownika o gabinet dyrektora, w którym - jak wiedział - 

urzędowała Shirley, przyjaciółka Polly. 

- Biuro pani Corcoran znajduje się na półpiętrze - brzmiała odpowiedź. 

Schody,  po  których  wspinał  się  Qwilleran,  wyglądały  jak  te  w  Pickax;  oszklony 

gabinet  dyrektora  do  złudzenia  przypominał  biuro  Polly,  a  kobieta  siedząca  za  biurkiem 

mogłaby  śmiało uchodzić za  jej  bliźniaczkę.  Miała szare  włosy  i  miłą twarz; ubrana  była  w 

konserwatywnie skrojony kostium rozmiar szesnaście. 

- Dzień dobry, pani Corcoran, jestem ojcem chrzestnym Bootsie’go. 

-  Och,  czy  mam  przyjemność  z  samym  Jamesem  Qwilleranem?  -  wykrzyknęła 

uradowana Shirley. - Polly mówiła mi dużo o panu. Jak tam się miewa pański chrześniak? 

Qwilleran  spoczął  na  dębowym  krześle,  zapewne  wykonanym  przez  tego  samego 

rzemieślnika i z tego samego dębu co krzesło w gabinecie Polly. 

-  Piękny  kociak  z  wilczym  apetytem.  Jak  nie  przestanie  rosnąć,  za  rok  będzie 

wielkości kucyka. 

- Jego matka i siostry miały podobny apetyt, a mimo to nie są spasione. Też bym tak 

chciała! Wybiera się pan na jutrzejsze wyścigi? 

-  Tak,  właśnie  po  to  tu  przyjechałem,  choć  konie  to  moja  całkiem  nowa  miłość. 

Zatrzymałem się u Bushlandów. 

background image

 

 

- Dobrze pan trafił. Bushy był fotografem na weselu mojego syna. Powinien pan tam 

przyjechać  z  Polly.  Była  świetna  zabawa.  Właśnie  dostałam  album  ze  zdjęciami,  chce  pan 

obejrzeć? 

-  Tak,  z  wielką  chęcią!  -  przytaknął  żywo  Qwilleran.  Zazwyczaj  sądził,  że  od 

oglądania zdjęć z wesela gorsze może być tylko samo wesele, ale tym razem się nie opierał. 

Pani  Corcoran  otworzyła  album  na  portrecie  szczęśliwych  młodożeńców  stojących 

przy ołtarzu. 

-  Donald  i  Heidi,  świeżo  upieczeni  małżonkowie  -  objaśniła  z  dumą.  -  Czyż  nie 

wyglądają cudownie? Donald skończył właśnie prawo i pracuje w kancelarii „Summers, Bent 

& Frickle”. Heidi, urocze dziecko, jest dietetyczką. Jej ojciec to makler giełdowy, a matka ma 

u nas gabinet psychiatryczny. Tu idą do kościoła... A tu w otoczeniu szczęśliwych rodziców... 

A tu ze świadkami. Drużba przyjmuje od gości kwiaty. 

Qwilleran  wygłosił  jakiś  konwencjonalny  banał,  wpatrując  się  w  tłum  weselników, 

kłębiący się na fotografiach. 

-  A  tego  faceta  znam  -  powiedział,  wskazując  na  szpakowatego  jegomościa.  -  To 

reporter „Moose County coś tam”. 

-  Zgadza się,  to Dave Landrum.  Razem z Donaldem grywają w golfa.  Na  jednym ze 

zdjęć Qwilleran dostrzegł Polly Ubrana była w ekstrawagancką niebieską sukienkę, w której 

nigdy przedtem  jej  nie widział,  i z wyrazem  błogiego szczęścia  na twarzy tańczyła z  jakimi 

rudym  brodaczem.  Jak  przypuszczał,  musiała  wcześniej  wypić  parę  kieliszków  szampana 

zamiast  zwyczajowego  sherry.  Przeglądając  następne  stronice  albumu,  mógł  śledzić  losy 

znajomości  Polly  i  tajemniczego  mężczyzny,  który  najwyraźniej  nie  odstępował  jej  ani  na 

krok. Ich rozmowa przy stole wyglądała na bardzo ożywioną. Brodacz miał na sobie zieloną 

sportową kurtkę, ubiór co najmniej dziwny na weselnym przyjęciu. 

- Kim jest ten facet z brodą? - zapytał z udaną obojętnością. - Jego j twarz wydaje mi 

się znajoma. 

To ostatnie nie było zgodne z prawdą, ale Qwilleran sądził, że zdejmie z niego odium 

zazdrosnego kochanka. 

- Och, to przyjaciel Donalda, koniarz - wyjaśniła bibliotekarka. - Zapomniałam, jak się 

nazywa;  tak  trudno  ich  wszystkich  spamiętać!  Jak  jechałeś  tutaj,  na  pewno  mijałeś  jego 

stadninę.  

-  Czy w  niedzielne południe robiliście poprawiny w „Palomino Paddock”? -  spytał  z 

niewinną miną. 

background image

 

 

-  Chyba  żartujesz!  Byliśmy  tacy  wyczerpani!  Zresztą  dzieci  wyjechały  na  miesiąc 

miodowy  już  o  dziewiątej  wieczorem,  a  ci,  którzy  przesiedzieli  przy  barze  do  rana,  przez 

resztę dnia leczyli kaca. Prawdę mówiąc, cieszę się, że nie mam już więcej dzieci na wydaniu. 

-  Może  w  ramach  odpoczynku  przejechałabyś  się  z  mężem  do  Pickax.  O  tej  porze 

okoliczne  lasy,  całe  w  żółciach  i  czerwieniach,  wyglądają  wprost  przepięknie!  Ja  i  Polly 

bylibyśmy z tych odwiedzin bardzo radzi. 

-  Wspaniale!  Polly  mówiła  mi  o  składzie  jabłek,  w  którym  pan  zamieszkał.  Chętnie 

zobaczyłabym to cudo. No i stęskniłam się już za Bootsiem. Myślisz, że mnie pamięta?. 

Qwilleran  wracał  do  Bushlandów  zatopiony  w  myślach.  Nie  interesowały  go  już 

rezydencje  w  Lockmaster;  całą  jego  uwagę  pochłaniał  tajemniczy  brodacz  w  sportowej 

kurtce. Czy to on zaprosił Polly na drugie śniadanie do „Paddock”? Czy to on dzwonił do niej 

tamtego ranka, kiedy tak zapłonęła na twarzy, ze wstydu czy wzruszenia? Nie żeby Qwilleran 

czuł się zazdrosny; po prostu zżerała go ciekawość. 

Polly  miała  konserwatywny  gust,  więc  niewykluczone,  że  przypadł  jej  do  gustu  taki 

męski, brodaty, źle ubrany... ogier. 

Po drodze Qwilleran spotkał Bushy'ego wychodzącego z ciemni. 

- No i co sądzisz o naszym mieście? - zapytał fotograf. 

- Wygląda na to, że nieźle wam się powodzi. 

- Dziś jest tu większy tłok niż zazwyczaj. To przez gonitwę. 

-  Będę  miał  jeszcze  chwilę  czasu  na  prysznic?  Wpadłem  na  moment  do  sklepu  w 

Cuttlebrink i czuję się, jakby osiadł na mnie kurz dwóch stuleci. 

- Wiem, co masz na myśli. Bez pośpiechu. Goście nie zjawią się przed szóstą, a poza 

tym  nie  obowiązują  stroje  wieczorowe.  Zaprosiliśmy  Kipa  i  Moirę  MacDiarmid  z 

„Lockmaster  Logger”,  a  na  prośbę  Vicki  Fionę  Stucker,  tę  samą,  która  grała  w  waszym 

przedstawieniu. 

Qwilleran znów poczuł mrowienie u nasady wąsów. 

-  Była  fantastyczna!  -  wykrzyknął  z  emfazą.  -  Cieszę  się,  że  będę  mógł  osobiście 

pogratulować występu! 

Wchodząc  na  górę,  zastanawiał  się,  jaką  niespodziankę  przygotowały  mu  koty.  Był 

pewien, że ulubioną niebieską poduszkę znalazły bez trudu i zapewne odpoczywają teraz po 

podróży i popołudniowych psotach. 

Prawda wyglądała nieco inaczej. Rzeczywiście, wydawało się, że okres aklimatyzacji 

mają już za sobą, ale jako własne legowisko uznały jego, to jest Qwillerana, kanapę. Wąsacz 

zawsze podziwiał ich umiejętność oceny, które krzesło jest najwygodniejsze, która poduszka 

background image

 

 

najmiększa,  które  kolana  najcieplejsze  i  gdzie  znajduje  się  centrum  łóżka.  Lori  Bamba 

twierdzi,  że  każda  rzecz  i  osoba  emituje  własną  aurę  albo  energię,  niektórzy  większą,  inni 

mniejszą. Koty wyczuwają jej charakter  i natężenie,  i wykorzystują ją dla własnych potrzeb. 

Qwilleran wiedział, że Lori zna wytłumaczenie wszystkich zagadek wszechświata. 

Kiedy  Qwilleran  podszedł  do  szafki,  nadepnął  na  jakiś  mały  i  twardy  przedmiot. 

Właściwie nie do końca twardy, a raczej o konsystencji gumowej piłki. Pełen złych przeczuć 

nachylił  się,  aby  obejrzeć  podeszwę  buta.  Znalazł  na  niej  rozdeptaną  czerwoną  żelkę,  na 

której widniały ślady kocich kłów. Mógł przypuścić, że kiedy zostawi żelki na wierzchu, taki 

będzie  tego  finał,  gdyż  Koko  uwielbiał  gryźć  wszystkie  gumowate  przedmioty.  Następnie, 

zaglądając do miseczki, zauważył, że kocura zainteresowały tylko żelki czerwone. Wszystkie 

one znalazły się na podłodze, zakamuflowane przez kolorowy orientalny chodnik. 

Qwilleran przypuszczał, że był w tym jakiś zamysł, ale co chodziło po głowie Koko, 

tego  wąsacz  nie  wiedział.  Syjamczyki  z  zadowoleniem  przyglądały  mu  się,  jak  chodzi  po 

pokoju na czworaka, zbierając rozrzucone czerwone kuleczki. Najwyraźniej uważały, że robi 

z siebie wariata. 

- Jeśli ktoś w tym domu jest wariatem, to na pewno nie ja - mruknął. - Powinienem był 

zostawić was w domu. 

Schował  słodycze  w szufladzie komody, wziął prysznic,  przebrał się  i  jął  przeglądać 

zakupioną właśnie książkę o koniach. Zawsze głodny wiedzy na każdy temat, po raz pierwszy 

dowiedział  się  szczegółów  o  lokalizacji  końskiej  słabizny.  Odkrył,  że  nie  mają  one 

obojczyków,  a  ogier  to  koń  przeznaczony  do  reprodukcji.  Obejrzał  fotografię  arabów, 

morganów, andaluzyjczyków, pintów i - jego ulubionych - cladesdale'ów. O szóstej przerwał 

lekturę, otworzył puszkę z krabami i zostawiwszy na górze pałaszujące koty, zszedł na dół do 

mieniącego się kolorami  i witraży  foyer. Następnie wkroczył do salonu urządzonego z  iście 

wiktoriańskim  patosem,  którego  kwintesencją  był  masywny,  marmurowy  kominek. 

Zazwyczaj  w  tej  właśnie  scenerii  Bushy  fotografował  młode  pary.  Teraz  jednak,  w  pokoju 

obok, mieszał drinki dla gości, Vicki zaś kończyła nakrywać do stołu w jadalni. 

-  Zastanawiam  się  -  odezwał  się  Qwilleran  -  po  cholerę  ludziom  były  takie  wielkie 

domy? 

-  To  proste  -  odparł  Bushy.  -  Drewno  było  na  wyciągnięcie  ręki,  a  praca  nie 

kosztowała nic. 

- No i mieli dużo dzieci - dodała Vicki. - Zwykle w każdej rodzinie były jakieś stare 

panny,  które  opiekowały  się  potomstwem  swoich  sióstr  i  braci.  A  gdy  ktoś  przybywał  w 

background image

 

 

gości, zostawał tam przynajmniej miesiąc. Bo i miesiąc musiał tu jechać bądź żeglować. No i 

nie zapominaj o służbie. 

- A jak się mają koty? 

- Okupują moje łóżko, więc niewykluczone, że spędzę noc na podłodze. 

-  Babunia  nie  może  się  doczekać,  kiedy  cię  pozna.  To  milutka  staruszeczka,  ma 

osiemdziesiąt  osiem  lat.  Kiedy  z  powodów  zdrowotnych  moi  rodzice  przeprowadzili  się  do 

Arizony, babunia zaprosiła nas do siebie i odtąd żyjemy z nią w pełnej harmonii. 

- Jak dajecie sobie radę, gospodarząc w tym pałacu? 

-  Czasem  zmuszeni  jesteśmy  brać  kogoś  do  pomocy.  W  dawnych  czasach  jego 

właściciele trzymali guwernantki, kucharzy, pokojówki, kamerdynera, ogrodnika i woźnicę, a 

do kościoła jeździli powozem. 

- Ale nie mieli kosiarek, zmywarek i odkurzaczy - wtrącił Bushy. 

-  A  także  mikrofalówek  i  mikserów  -  dodała.  -  Może  weźmiesz  teraz  koty  na  dół, 

Qwill? 

-  Myślę,  że  odłożymy  ich  publiczny  debiut  na  jutrzejszy  ranek  -  uśmiechnął  się 

wąsacz.  -  Wtedy  nie  będzie  tylu  obcych  ludzi.  Pamiętasz,  Bushy,  jak  się  skończyła  nasza 

ostatnia wizyta w tym domu? Nie chcę się znowu najeść za nie wstydu. 

- Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej... A propos, babunia powiedziała, że przyjdzie do 

nas  dopiero  po  aperitifie,  czyli  na  samą  kolację.  Przeprasza  też,  że  nie  będzie  mogła  zostać 

zbyt  długo,  ale  łatwo  się  męczy.  Specjalnie  dla  niej  zamontowaliśmy  w  domu  windę  z 

ławeczką... 

-  Przepraszam, że ci przerywam, Vicki,  ale zupełnie wyleciało  mi  z głowy! -  wtrącił 

się Bushy. - Przed momentem dzwoniła Fiona. 

-  Ciekawe,  co  się  wydarzyło  tym  razem  -  powiedziała  Vicki  z  wyraźnym 

rozdrażnieniem. 

- Ona i Steve trochę się spóźnią. Coś tam zatrzymało go w stadninie. 

-  Nic  mnie  to  nie  obchodzi!  Kolacja  będzie  punktualnie  o  siódmej.  Babcia  nie  może 

czekać w nieskończoność. Mam wrażenie, że ten jej Steve jest niepoważny... 

- Wiesz, przed wyścigiem naraz wychodzą wszystkie mankamenty. W tym momencie 

rozległ  się  dzwonek  do  drzwi.  Do  salonu  wkroczyli  redaktor  i  jego  żona,  Kip  i  Moira 

MacDiarmid. 

- Piszę się M-a-c i z dużej D-i-a-r-m-i-d - wyjaśniła Moira. 

-  Wiem,  jak  pisze  się  szkockie  nazwiska.  Moja  matka  była  z  rodu  Mackintoshów. 

Ciekawe, czy wiecie, jak pisze się moje nazwisko? 

background image

 

 

- Z „Qw” na początku! - chórem odpowiedzieli nowo przybyli goście. 

-  Zawsze  czytamy  twoje  artykuły  -  powiedział  redaktor.  -  Nie  mów  tego  swemu 

naczelnemu,  ale  uważam,  że  to  jedyna  porządna  kolumna  w  tej  gazecie.  Może  tak 

przeniósłbyś się do „Lockmaster Loggera”? 

- Czekam na ofertę. 

- Obawiam się, że jesteś dla nas za drogi. 

-  Słyszałem,  Kip,  że  kolekcjonujesz  stare  druki  i  czcionki.  Ja  nabyłem  parę  na 

wiosennym kiermaszu w Pickax. 

-  Ja  też  się  tam  obłowiłem.  Interesujesz  się  typografią  książkową;  czy  drukami 

ulotnymi? 

-  Szczerze  mówiąc,  zbieram  czcionki  ze  zwierzętami  pasujące  do  szafeczek 

drukarskich.  Mam  też  skromną  kolekcję  czcionek  biurowych  jak  Ultra  Bodoni.  A  co  jest 

twoją specjalnością? 

-  Przede wszystkim czcionki książkowe.  Mam Erasmusa z 1923 roku,  najpiękniejszy 

krój, jaki kiedykolwiek zaprojektowano. Chciałbym kiedyś pokazać ci swoje zbiory. 

- Koniecznie! 

- Bushy opowiadał nam, że przerobiłeś na dom stary skład jabłek. 

-  Pomyślałem,  czemu  taki  wielki,  solidny  ośmiokątny  budynek  ma  się  marnować. 

Zresztą  to  zabytek,  liczy  sobie  ponad  sto  lat.  Nie  tylko  składowano tam  jabłka,  ale  również 

tłoczono cydr. Inaczej rzecz się ma z sadem dookoła budynku. Nadaje się tylko do wycinki. 

- Pisaliśmy o zabójstwie VanBrooka, a później o tym samobójcy - przeszedł do rzeczy 

Kip.  -  Czy  wiesz,  na  jakim  etapie  jest  dochodzenie?  Rzecz  jasna,  tutaj  ludzi  głównie 

interesuje  sprawa  dyrektora  szkoły.  U  nas  też  pełnił  ten  urząd,  wzbudzając  liczne 

kontrowersje. 

- Kontrowersje? To za mało powiedziane - wtrąciła Moira. 

- Moja żona - wyjaśnił Kip -  była prezesem PTA, kiedy VanBrook sprawował swoje 

tyrańskie  rządy.  Oczywiście  za  jego  dyrektorowania  poziom  nauczania  i  organizacji  bardzo 

się podniósł. Na tym polu okazał się niezastąpiony, ale poza tym to strasznie upierdliwy gość. 

Qwilleran pokiwał głową. 

-  Noszę się z zamiarem  napisania  jego biografii - wyjawił  zebranym -  bo  mam takie 

wrażenie, że jego życie skrywa wiele tajemnic. Zatytułuję ją Dziwak z Moose County. 

-  W  takim  razie  zapraszamy  do  nas.  Ludzie  z  Lockmaster  opowiedzą  ci  wiele 

pikantnych historyjek o tym „dziwaku”. 

background image

 

 

W tym momencie rozległ się kolejny dzwonek do drzwi. Na widok pary, która weszła 

do salonu, Qwilleran nieomal nie zadławił się sokiem. Pierwsza wkroczyła Fiona Stucker. W 

spektaklu  była  idealną  królową  Katarzyną:  pewną  siebie,  władczą,  wybuchową.  Ale  teraz 

wydawała się malutka, wręcz mysia, ze swoją filigranową rączką wyciągniętą na powitanie i 

nieśmiałym  uśmiechem  na  twarzy.  W  jej  wielkich  oczach  czaił  się  lęk,  choć  w  czasie 

spektaklu te same oczy tak sugestywnie wyrażały odwagę i determinację. 

Mężczyzna,  który  wszedł  za  nią,  został  Qwilleranowi  przedstawiony  jako  Steve 

O'Hare.  Qwilleranowi wystarczył rzut oka, by wiedzieć,  że ma przyjemność z Rudobrodym. 

O'Hare  miał  zresztą  na  sobie  zieloną  kurtkę,  tę  samą  co  na  weselu.  Więc  to  jest  ów  ogier, 

którego starała się ujeździć Polly, pomyślał. 

- Miło poznać! - rzucił mężczyzna, miażdżąc dłoń Qwillerana w serdecznym uścisku. 

Przyjemniaczek  z  ciebie,  pomyślał  wąsacz.  I  z  miejsca  zapałał  do  niego  niechęcią. 

Mimo to jednak zagadnął grzecznie: 

- Słyszałem, że jutro będzie pan brał udział w gonitwie. W jakim charakterze? 

- W charakterze stajennego - zaśmiał się szeroko brodacz. 

- Nie wierz mu - wtrącił się Bushy. - Steve jest bardzo znanym trenerem. 

-  Trenuje  konia  Robbiego  -  zaszczebiotała  Fiona.  -  Robbie  startuje  jutro  w  wyścigu. 

To mój syn. 

-  Ach,  już  sobie przypominam!  I  dosiada Syna  Kardynała! -  Qwilleran  błysnął  nowo 

nabytą wiedzą. - Czy ma szanse zwyciężyć? 

- Absolutnie! - powiedział trener i odwrócił się, aby kichnąć. 

-  Jak kicha,  to znaczy,  że  mówi prawdę.  Zwracając się w kierunku  Fiony, Qwilleran 

powiedział: 

- Chciałem pani pogratulować olśniewającej roli. Była pani znakomita! 

- Nie wiedziałam... Dziękuję - powiedziała spłoszona. - Był pan na przedstawieniu? 

- I to dwa razy! Jak pani wspaniale moderuje głos, a co za temperament! Szczególnie 

w scenie z kardynałem Wolseyem... Widziałeś przedstawienie, Steve? 

- Nie. Nie kręcą mnie takie imprezy. 

- A twój syn widział? - Qwilleran spytał Fiony. 

- Nie... On pracuje, więc... No, pracuje ze Steve'em i... W stajni Amberton. 

- Mamy dwadzieścia koni - pochwalił się trener. - Wstajemy o piątej rano: karmienie, 

pojenie, wywozimy gnój, podścielamy siano, czyścimy, a później ćwiczymy. I tak siedem dni 

w  tygodniu.  Plus  treningi.  W  tej  pracy  nie  masz  weekendów  ani  urlopów.  Ale  nie 

zamieniłbym się z nikim na życie. Nie mógłbym robić niczego innego. 

background image

 

 

I dla podkreślenia szczerości własnych słów kichnął, a Fiona podała mu chusteczkę. 

- No to jeszcze po szybkim i dzwonimy po babunię! 

- Może sprowadzę ją z góry - zadeklarowała Moira. 

-  Lepiej  nie.  Ona bardzo lubi  czuć się  niezależna, a poza tym  jest królową wielkiego 

wejścia. 

-  To  prawda  -  potwierdził  redaktor.  -  Wjeżdża  tu  na  swym  elektrycznym  wózku  jak 

bogini z Olimpu. 

-  Racja!  -  potwierdziła  Vicki  i  ruszyła  w  stronę  interkomu.  -  Starzy  ludzie  boją  się 

nowoczesnych technologii, ale nie babunia!... Fiona, pomożesz mi w kuchni? 

A do pudełka wiszącego na ścianie krzyknęła: 

- Babuniu, najdroższa, kolacja na stole! 

Przełknęli  drinki  i  pospieszyli  w  kierunku  windy.  Światełko  obok  przycisku 

sygnalizowało,  że  dźwig  właśnie  zjeżdża  na  dół.  Wkrótce  kabina  osiadła  cicho  i  drzwi 

rozsunęły się bezszelestnie. Wszyscy - łącznie z Qwilleranem - wstrzymali oddech. 

background image

 

 

 

Rozdział dziewiąty 

 

Qwilleran  stał  w  foyer  siedziby  rodu  Inglehart  i  razem  z  pozostałymi  gośćmi  czekał,  aż 

otworzą  się  drzwi  windy.  Nie  poznawszy  swoich  dziadków,  czuł  słabość  do  każdego,  kto 

przekroczył  wiek  siedemdziesięciu  pięciu  lat.  W  tej  północnej  krainie,  gdzie  liczni 

mieszkańcy dożywali setki, poznał wielu niezapomnianych staruszków. 

Drzwi  windy  otworzyły  się  powoli  i  z  kabiny  wyszła  dystyngowana  białowłosa 

kobieta w długiej czerwonej sukni z aksamitu. Wspierała się na pożółkłych ze starości laskach 

z kości słoniowej. Poruszała się pomału, ale była wyprostowana. Widząc oczekujących gości, 

skinęła każdemu wdzięcznie głową, aż jej wzrok napotkał stojącego z tyłu Qwillerana. 

- Ależ to pan Qwilleran! - wykrzyknęła wytwornym głosem, który z wiekiem stał się 

drżący.  Miała  przystojną,  porcelanową  twarz  kobiety  pod  dziewięćdziesiątkę,  łagodne 

błękitne  oczy  i  wąskie  usta,  przywykłe  do  uśmiechu.  Jak  zauważył  Qwilleran,  nie  nosiła 

okularów.  Można  było  się  spodziewać,  że  babcia  nosiła  najnowsze  szkła  kontaktowe. 

Podeszła  kilka  kroków  i  przełożyła  jedną  laskę  pod  przeciwne  ramię,  żeby  podać  rękę  na 

powitanie. 

- To przyjemność poznać panią, pani Inglehart - powiedział, schylając się szarmancko 

do jej drżącej ręki. Ten dworski gest rezerwował dla kobiet w dojrzałym wieku. 

-  Jestem  zaszczycona,  że  w  końcu  pana  spotykam  -  odwzajemniła  powitanie.  - 

Czytałam pana teksty,  jeszcze kiedy pisał pan dla gazet na Nizinach.  Ale teraz  mieszka pan 

wśród  nas!  To  doprawdy  wielkie  szczęście!  Podziwiam  pana  styl  i  to,  co  ma  pan  o 

powiedzenia, ale - dodała ze wstydliwym uśmiechem - także uwielbiam pana wąsy! 

Przeszło  mu  przez  głowę,  że  biblioteka  Inglehartów  może  zawierać  Miasto  bratniej 

zbrodni. 

-  Pójdziemy  na  kolację,  babciu?  -  spytał  Bushy,  podając  jej  ramię.  Reszta  gości 

ruszyła  za  nimi  do  jadalni.  Wszyscy  czekali,  dopóki  babcia  nie  zajmie  swojego  miejsca  po 

lewej stronie wnuczki. Qwilleranowi wskazano miejsce naprzeciwko, koło Moiry. Kiedy pani 

Inglehart  uniosła  łyżkę,  potraktowano  to  jako  znak,  że  kolacja  się  rozpoczęła.  Zatoczyła 

jasnym wzrokiem po zebranych i powiedziała: 

- Dziękujemy ci za twe dary. 

Rudobrody, który siedział na drugim końcu stołu, obok gospodarzy, kichnął głośno. 

background image

 

 

- Jest uczulony - powiedziała przepraszająco Fiona. 

- Na wszystko - tłumaczył się mężczyzna, wycierając głośno nos. 

- Czy to prawda? - spytał Kip. 

- Jak najbardziej. 

- Powinieneś zrezygnować z koni i poświęcić się dziennikarstwu. „Plotki ze Stajni” to 

dobra robota. 

- Nie moja. Mam chmarę dzieciaków, które wykopują tematy, a pani Amberton składa 

to wszystko do kupy. 

- Jaki macie teraz nakład? 

- Prawie tysiąc. 

-  Jeszcze  dziesięć  tysięcy  i  zaczniemy  się  martwić  -  wtrącił  wydawca  „Lockmaster 

Logger”. 

Babcia nachyliła się do Qwillerana. 

- Victoria mówi, że zabrał pan ze sobą koty. Mam nadzieję, że nie zabijają ptaków. 

- Proszę się nie obawiać - odparł. - Moje koty żyją w mieszkaniu i ich zainteresowanie 

ptakami jest czysto akademickie.  Koko zaprzyjaźnił się z kardynałem.  Wpatrują się w siebie 

przez kuchenne okno i porozumiewają się telepatycznie. 

- Zabierz szybę, to będzie inna historia. Koty to koty, i już - wtrącił się Steve. 

Vicki powiedziała szybko: 

-  Babcia  ma  karmnik  za  oknem  w  wieży  i  obserwuje  migracje  ptaków,  zapisuje 

wszystko w notesie... Babciu kochana, pamiętaj o zupie. 

Z  łyżką  zawieszoną  w  powietrzu  nad  talerzem  babcia  Inglehart  wpatrywała  się  w 

Qwillerana jak w obraz. 

-  Pewnej  zimy  postanowiłam  dokarmiać  ptaki,  ale  jedyne,  jakie  odwiedzały  mój 

karmnik,  to  wróble.  Ściągały  z  trzech  stanów  na  moje  podwórko.  Miliony  hałaśliwych, 

brudzących najeźdźców. Tak skończyła się moja przygoda z ptakami - zwierzała się Moira. 

-  Ja mam problem  z kosami.  Za  każdym razem, kiedy  jadę  na rowerze,  podnoszą się 

całą chmarą z polnych dróżek i bombardują mnie i mój rower, krzycząc „czuk, czuk, czuk” - 

powiedział Qwilleran. 

- Tylko w okresie lęgowym - wyjaśniła mu babcia. - Bronią swoich młodych. 

- Jakakolwiek jest przyczyna ich zachowania, nie są zbyt przyjazne. I kiedy próbuję do 

nich przemawiać, ich wrogość narasta. 

- I co mówisz do wrogo nastawionego ptaka? - spytała Moira. 

background image

 

 

- „Czuk, czuk, czuk”. Jednak największą zagadkę stanowi dla mnie zachowanie mew, 

kiedy farmerzy orają pole. Po pięciu minutach setki mew nadlatują znad jeziora oddalonego o 

trzydzieści mil i krążą nad polem jak sępy. 

- Mewy mają system informacji, który zawstydziłby CIA. 

Vicki  sprzątnęła  talerze  po  zupie,  a  Fiona  pomogła  jej  podać  główne  danie: 

makaronowe  muszelki  (z  którymi  babcia  mogła  sobie  łatwo  poradzić  mimo  trzęsących  się 

dłoni) w sosie warzywno-mięsnym i pulpety dla gości, którzy przekazywali sobie miseczkę z 

tartym parmezanem. Babcia wróciła do ulubionego tematu: 

- Kiedy zamieszkałam w tym domu jako młoda mężatka, poinstruowałam ogrodnika, 

żeby sadził wszystkie te rośliny, które przyciągnęły ptaki. Od siedemdziesięciu lat prowadzę 

ptasi dziennik. Także Teddy Roosevelt prowadził podobny dziennik. Zapisywał w nim ptaki, 

które widywał na trawniku Białego Domu. 

Co  jakiś  czas  rozlegało  się  kichnięcie.  Bushy  zapytał,  czy  ktoś  życzy  sobie  wina. 

Fiona  spoglądała  ukradkiem  na  Qwillerana.  Kip  wspominał  o  podatku  katastralnym,  ale 

babcia zawsze sprowadzała rozmowę na temat ptaków. 

- W jednym z tekstów, które ostatnio drukowaliśmy, przeczytałem, że koliber ma puls 

sześćset piętnaście uderzeń na minutę. Mam nadzieję, że to nie był błąd w druku - powiedział 

wydawca. 

- Ależ nie - powiedziała starsza pani. - Koliber jest jednym z maleńkich cudów natury. 

-  Nie potrafię odróżniać ptaków -  przyznał się Qwilleran. -  Są zbyt ruchliwe,  żebym 

mógł się im przyjrzeć i sprawdzić w atlasie. 

-  Kiedy  miałam  ptasi  ogród  -  powiedziała  babcia  -  potrafiłam  nakłonić  dzikie  ptaki, 

żeby  jadły  mi z ręki. Pewnego razu wychowałam  rodzinę drozdów,  kiedy  ich  matka została 

zastrzelona. 

Steve znów kichnął. 

-  Babciu  kochana,  nie  zapominaj,  że  masz  na  talerzu  makaron  -  Vicki  zwróciła 

delikatnie uwagę babci Inglehart. 

Pani  Inglehart  bawiła  się  wyśmienicie,  ale  kiedy  podano  sałatkę,  widać  było,  że  jest 

już zmęczona. Przeprosiła gości i Bushy odprowadził ją do windy. 

Po  szarlotce  i  kawie  Steve  powiedział,  że  musi  już  wracać,  żeby  następnego  dnia 

wstać o piątej, a Fiona zabrała się z nim, chcąc dopilnować, żeby Robbie znalazł się wcześnie 

w łóżku w wigilię jego pierwszego wyścigu. Wychodząc, zwróciła się jeszcze do Qwillerana: 

- Chciałam pomówić z panem... o... panu VanBrooku, ale, hmm... nie miałam okazji. 

- Dobrze go pani znała? Pokiwała głową. 

background image

 

 

- Może... jutro? Vicki zaprosiła mnie na wyścig. 

- W takim razie porozmawiamy jutro - obiecał Qwilleran. - Miło było cię poznać. 

Wyszła,  rzucając  mu  przez  ramię  pożegnalne  spojrzenie.  Patrzył,  jak  wychodzi.  Nie 

przykuwała uwagi, ale było w niej coś fascynującego - może jej wielkie, pełne smutku oczy, 

idealne do roli królowej Katarzyny. 

Następni pożegnali się MacDiarmidowie, którzy zatrudnili na ten wieczór opiekunkę, 

ale tylko do dziesiątej. 

-  Do  zobaczenia  na  wyścigu  -  powiedzieli,  wyjaśniając,  że  ich  miejsce  sąsiaduje  z 

miejscem Bushlandów i że mają w zwyczaju urządzać przyjacielskie zakłady. 

Gospodarze  kopnęli  buty  w  kąt  i  nalali  sobie  jeszcze  jednego  drinka.  Qwilleran 

przystał na trzecią filiżankę kawy. 

-  Przyjemny  wieczór  -  powiedział.  -  Wasza  babcia  to  prawdziwy  skarb.  Polubiłem 

Kipa i Moire. Za to Fiona mnie zaskoczyła. Na scenie zachowywała się kompletnie inaczej. A 

ten facet, Steve... co jest między nimi? 

Bushlandowie spojrzeli po sobie i Vicki zaczęła pierwsza: 

-  Cóż,  jest  mentorem Robbiego w  jeździe konnej. Fionie  bardzo zależy, żeby  jej syn 

odniósł sukces na jakimś polu. Rzucił liceum i interesują go tylko konie. 

- Rozumiem, że nie tylko jego. Jaki mamy jutro rozkład dnia? 

- Po śniadaniu masz czas, żeby zabrać koty do babci. Będzie wniebowzięta. 

Jej mąż powiedział: 

-  Wyjedziemy  o  jedenastej  i  zabierzemy  po  drodze  Fionę.  To  nam  pozwolić  ominąć 

jeszcze korek i dostać się na miejsce w sam raz na czas, żeby rozbić piknik. Biegi zaczynają 

się o drugiej. 

- Kip mówił coś o zakładach. Jak to działa? 

-  Jeśli  masz  kilka  dolarów,  to  jest  niezła  zabawa.  Zazwyczaj  stawiamy  po  pięć 

dolarów razem z MacDiarmidami. 

- Śniadanie jemy o ósmej trzydzieści - powiedziała Vicki. - Na co masz ochotę? 

-  Na  kawę  i  cokolwiek.  Teraz  pójdę  na  górę  i  sprawdzę,  jak  koty  znalazły  się  w 

nowym miejscu. 

- Chcesz im wziąć pulpeta? Zostało kilka. 

Qwilleran poszedł za nią do kuchni. 

- Od jak dawna znasz Fionę? - spytał. 

background image

 

 

-  Od  gimnazjum.  Moi  rodzice  zabierali  ją  na  pikniki  i  wakacje,  bo  nie  miała 

porządnego  domu.  Stara  śpiewka:  nieobecny  ojciec,  matka  alkoholiczka.  Lubię  ją.  Była 

zawsze taka chętna i energiczna i te jej oczy, które skruszą lód! 

- To właśnie najlepiej zapamiętałem z postaci Katarzyny. A jak potoczyły się jej losy 

po ukończeniu szkoły? 

-  Nie  miała  łatwego  życia  -  powiedziała  Vicki.  -  Jej  jedynym  marzeniem  było  mieć 

dom i własną rodzinę, więc wyszła za mąż zaraz po szkole. Jak na ironię jej mąż zostawił ją, 

jak tylko urodził się Robin. 

- Jak daje sobie radę finansowo? 

- Dorabia sprzątaniem. Pomaga mi dwa razy w tygodniu. Przy odpowiednim szkoleniu 

mogłaby  robić  więcej,  ale  brak  jej  pewności  siebie.  Jeśli  wszystko  dobrze  pójdzie,  to 

chciałabym  otworzyć  firmę  cateringową.  Zatrudnię  Fionę  jako  moją  asystentkę. 

Specjalizujemy się w śniadaniach myśliwskich. W Lockmaster wszyscy je urządzają. 

- A jaki był jej związek z VanBrookiem? Vicki wzruszyła tajemniczo ramionami. 

- Lepiej sam ją o to zapytaj. 

Qwilleran  życzył  im  dobrej  nocy  i  ruszył  na  pierwsze  piętro.  Już  w  połowie  drogi 

słyszał  wyrazy  uniesienia  dochodzące  z  najlepszego  pokoju  gościnnego.  Syjamczyki 

wiedziały,  że  zbliża  się  z  porcją  domowych  pulpetów.  Przywitały  go  we  drzwiach.  Koko 

maszerował  dumnie  wyprostowany,  a  Yum  Yum  owijała  mu  się  dookoła  nóg.  Postawił 

talerzyk  na  podłodze  łazienki,  a  potem  dokonał  szybkiej  inspekcji  pokoju  w  poszukiwaniu 

śladów kocich psot. Wszystko zdawało się być w najlepszym porządku, z wyjątkiem podartej 

na strzępy gazety, ale że były to tylko „Plotki ze Stajni”, więc Qwilleran nie przejął się tym 

zbytnio.  Zaspokojone  ucztą  zwierzęta  odnalazły  swoją  niebieską  poduszkę  na  szezlongu, 

gdzie  się  umyły  i  usadowiły.  Qwilleran  poczytał  przez  kilka  minut,  a  potem  ułożył  się  na 

łóżku  i  zaczął  przypominać  sobie  przeżycia  minionego  dnia.  Pochował  Dennisa  Hougha, 

kupił bańki mydlane dla kotów, odkrył dziwny związek Polly z Lockmaster i spotkał uroczą 

osiemdziesięciolatkę.  I  Być  może  jutro  dowie  się  czegoś  o  VanBrooku  od  kobiety,  która 

chciała o nim mówić. Wyłączył nocną lampkę. Nie minęło kilka minut, a już dwa ciepłe ciała 

wślizgnęły się do  jego  łóżka,  węsząc  pod kocem. Yum  Yum usadowiła się po  jego  lewej,  a 

Koko po prawej stronie. Podsuwały się coraz bliżej i bliżej, aż w końcu obłożyły go jak ściśle 

przylegający pancerz. 

-  To  jakiś  absurd!  -  powiedział  głośno.  Wyskoczył  z  łóżka  i  przeniósł  ich  niebieską 

poduszkę  na  podłogę  w  łazience.  Położył  na  niej  zdecydowanym  ruchem  koty  i  zamknął 

drzwi.  Z  łazienki  rozległa  się  natychmiast  kocia  muzyka.  Obawiał  się,  że  pobudzą 

background image

 

 

Bushlandów i babcię, więc otworzył drzwi, wskoczył do łóżka i czekał, co się wydarzy. Przez 

chwilę  nie  wydarzyło  się  nic.  Jednak  zaraz  potem  pierwsze  ciało  wylądowało  miękko  na 

łóżku,  a  zaraz  za  nim  drugie.  Odwrócił  się  do  nich  plecami,  a  one  rozłożyły  się  wygodnie. 

Zostały tam przez całą noc, śpiąc spokojnie. Przesuwały się tylko coraz bliżej, a on zmuszony 

był ciągle się cofać. Nad ranem on spał na brzeżku materaca, którego całość zajmowały dwa 

wyciągnięte syjamskie koty. 

-  Jak  wam  się  spało,  chłopaki?  -  spytał  Bushy  następnego  ranka,  kiedy  zapach 

smażonego boczku zwabił całą trójkę do kuchni. 

-  Dobrze.  Nie  zostawiły  mi  za  wiele  miejsca  w  łóżku,  ale  to,  co  wywalczyłem,  było 

bardzo wygodne. 

- Jak mam ci przyrządzić jajka? - spytała Vicki. 

- Średnio miękkie - rozejrzał się po kuchni. - Czy czuję kawę? 

- Obsłuż się, Qwill. 

Z  filiżanką  kawy  w  rękach  podążył  za  syjamczykami,  które  zwiedzały  dom,  idąc 

śladem  słonecznych  plam,  rzucanych  na  dywany  przez  kolorowe  witraże.  Qwilleran  wszedł 

do biblioteki, ale nie znalazł tam Miasta bratniej zbrodni. 

Do śniadania koty ścigały się radośnie po szerokich schodach. 

-  Szybko  się  zadomowiły  -  powiedział  do  fotografa.  -  Nie  powinieneś  mieć 

problemów ze zrobieniem zdjęć. 

-  Mam  w  głowie  kilka  ujęć  -  odpowiedział  Bushy  -  ale  pozwolę  im  zadecydować. 

Kiedy  zanosiłem  babci  tacę  z  jedzeniem,  prosiła,  żeby  ci  przypomnieć,  że  oczekuję  was  po 

śniadaniu. 

Kiedy  nadeszła  pora  wizyty,  Vicki  zadzwoniła  na  górę  przez  interkom,  a  Qwilleran 

wziął  koty,  każdego  pod  jedną  pachę,  i  wdrapał  się  po  schodach  na  drugie  piętro.  Babcia 

powitała go z wdziękiem. Miała na sobie długą podomkę w kwiaty i wspierała się na swoich 

eleganckich laskach. 

-  Witam  w  moim  królestwie  -  powiedziała  drżącym  głosem.  -  To  muszą  być  dwaj 

arystokraci, o których tak wiele słyszałam. 

Koty  obdarzyły  ją  pustym  spojrzeniem.  Wiły  się,  próbując  wyswobodzić  się  z 

uścisków. Ku rozczarowaniu Qwillerana ich zachowanie było w stu procentach kocie. 

- Zaparzyłam herbatę z liści borówki - zwróciła się do niego. - Jeśli weźmie pan tacę, 

to usiądziemy w alkowie na wieży. 

Mieszkanie przepełnione było rodzinnymi pamiątkami. Wszędzie stały stare meble, a 

na  każdej  płaskiej  powierzchni  stały  oprawione  fotografie.  Wśród  nich  Qwilleran  wypatrzył 

background image

 

 

podpisane  zdjęcie  Theodore'a  Roosevelta.  Przeszklone  gablotki  zawierały  bogatą  kolekcję 

cennych porcelanowych ptaszków, które prowokowały Koko do siadania na tylnych nogach i 

boksowania w powietrzu przednimi. Była tam też figurka kardynała. Nawet Qwilleran potrafił 

odróżnić tego eleganckiego ptaka. 

Pani  Inglehart,  weteranka  tysiąca  popołudniowych  herbatek,  nalewając  z  gracją 

aromatyczny napar, powiedziała: 

-  Tak  więc  to  pana  pierwszy  „bieg  do  dzwonnicy”,  panie  Qwilleran!  Zna  pan 

pochodzenie tej nazwy? 

- Obawiam się, że nie. 

Posługiwała się precyzyjnym, starannie dobranym stylem osoby, która przewodniczyła 

tysiącu klubowych spotkań. 

-  W  dawnych  czasach  konie  i  ich  jeźdźcy  ścigali  się  na  otwartych  przestrzeniach. 

Musieli pokonywać płoty, strumienie i żywopłoty. Zwyciężał ten, który pierwszy dojechał do 

kościelnej  dzwonnicy  w  następnej  wsi.  W  Lockmaster  nie  jeżdżono  sportowo  na  koniach. 

Dopiero mój teść wprowadził ten zwyczaj. Do tego czasu koni używano wyłącznie do pracy. 

Zaprzęgano  je  do  wozów  i  przemieszczania  się.  Jazda  wkrótce  stała  się  modna.  Wszyscy 

braliśmy  lekcje.  Uwielbiam  polowania  i  dźwięk  rogów.  Miałam  oczywiście  własnego  psa 

myśliwskiego. Miał na imię Timothy. 

-  Ma  pani  dobrą  postawę,  pani  Inglehart.  Wyobrażam  sobie,  że  wyglądała  pani  w 

siodle wspaniale. 

Yum Yum siedziała teraz na kolanach babci, poddając się czułemu głaskaniu. 

- To prawda. Wszyscy powtarzali, że świetnie trzymam się w siodle. Podziwiano moją 

równowagę  i  kontrolę  nad  koniem.  Panowanie  nad  pięciuset  kilogramami  zwierzęcia,  za 

pomocą  jednej  głowy,  nóg,  głosu  i  własnego  ciężaru,  to  nie  lada  wyzwanie...  Proszę  mi 

wybaczyć, nie daję panu dojść do słowa. 

-  Słuchać  kogoś  tak  wymownego  to  rozkosz  dla  uszu.  Co  zwróciło  pani  uwagę  na 

ptaki? 

-  Cóż,  niech  pomyślę...  Kiedy  poślubiłam  pana  Inglehart,  unikałam  kółek  robót 

ręcznych  i  klubów  nudnych  książek,  do  których  przystępowały  młode  matrony.  Zaczęłam 

natomiast  uczęszczać  na  popołudniowe  spotkania  Wtorkowego  Kobiecego  Klubu  Ptasiego. 

Ludzie  z  miasteczka  wyśmiewali  nas,  że  studiujemy  zachowania  ptaków,  zamiast  do  nich 

strzelać. Pisali listy do gazety, ganiąc nasze bezczynne ręce i umysły. 

- Chce pani powiedzieć, że panował tu zwyczaj strzelania do śpiewających ptaków? 

background image

 

 

-  Dokładnie  tak!  Młodzi  chłopcy  wracali  do  domu  z  naręczem  maleńkich  ptaszków 

przewieszonym  przez  ramię  i  sprzedawali  je  rzeźnikowi.  Cieszyły  się  popularnością  na 

niedzielnych  przyjęciach.  Z  przykrością  muszę  stwierdzić,  że  nadal  spotkać  tu  można 

bezwzględnych  myśliwych,  dla  których  śpiewający  ptaszek  jest  tylko  strzelniczym  celem. 

Wszystko zaczęło się od tego, że rząd wyznaczył nagrody za odstrzał ptaków, które podobno 

niszczyły  plony.  Później  naukowcy  odkryli,  że  ptaki  chronią  pola  przed  gryzoniami, 

szkodnikami,  a  nawet  chwastami...  W  dzisiejszych  czasach  rolnicy  polegają  wyłącznie  na 

opryskiwaczach i chemikaliach. 

Koko  gawędził  z  ptakami  w  karmniku  za  oknem,  wychodzącym  na  wschód.  Stał  na 

tylnych  łapach,  a  przednie  oparł  na  parapecie.  Yum  Yum  mruczała  rozkosznie  na  kolanach 

pani Inglehart, zaczepiając pazurkami o jej sukienkę. 

- Zdaje się, że mnie lubi - powiedziała stara kobieta. 

- Jakie ptaki przylatują do pani karmnika? - spytał Qwilleran. 

- Przeróżne! Moje ulubione to sikorki. Są takie zabawne i towarzyskie. Nie odlatują na 

zimę. Także Koko nie będzie samotny, kardynały nie migrują. Czy nie wyglądają przepięknie 

na tle śniegu? 

- Można by się zastanawiać, jak ptaki są w stanie przetrwać w tym klimacie. 

-  Pod  piórami  noszą  zimowe  wdzianko,  porządną  warstwę  tłuszczyku  -  wyjaśniła.  - 

Och,  mogłabym  godzinami  mówić  o  moich  ptasich  przyjaciołach,  ale  niedługo  musi  pan 

wychodzić na wyścig. 

-  Nie  spieszę  się  -  powiedział.  -  Musi  pani  mieć  bogaty  bagaż  wspomnień,  pani 

Inglehart. Nie tylko związanych z końmi i ptakami. 

- Mogę zawierzyć panu tajemnicę? -  spytała z konspiracyjnym uśmiechem. - Ma pan 

szczery wyraz twarzy i wiem, że pan na mnie nie doniesie. Proszę obiecać, że nie powie pan 

Victorii. 

- Obiecuję. 

Dzięki  szczerości  w  czasie  swojej  dziennikarskiej  kariery  Qwilleran  stał  się 

powiernikiem niezliczonych tajemnic i adresatem wielogodzinnych zwierzeń. 

-  A  więc  -  zaczęła  z  wielkim  entuzjazmem  -  kiedy  wszyscy  wychodzą,  zjeżdżam  na 

dół  moją  windą,  nazywam  ją  magiczną  kapsułą  czasu,  i  chodzę  od  pokoju  do  pokoju, 

przeżywając  na  nowo  moje  życie!  Siadam  na  szczycie  stołu  w  jadalni,  gdzie  nalewałam 

herbatę na spotkaniach klubu. Wyobrażam sobie wtedy, że nakryty jest lnianym obrusem, że 

w  kryształowym  wazonie  stoją  kwiaty,  a  tace  pełne  są  delikatnych  specjałów.  Wszystkie 

panie mają na głowach kapelusze!... Czy to brzmi, jakbym postradała zmysły? 

background image

 

 

- Ani trochę, to brzmi czarująco! 

-  Potem  idę do salonu od  frontu  i siadam  przy  fortepianie  z różanego drewna.  Gram 

kilka akordów. Wtedy wydaje mi się, że słyszę dźwięczny tenor mojego męża: „Kiedy zbliża 

się  koniec  cudownego  dnia”.  Widzę  okładkę  płyty,  całą  w  róże.  Jacy  byliśmy  szczęśliwi!... 

Chodzę po pokojach i wydaję gosposi polecenia na kolejny dzień. Odbieram kosz z kwiatami 

od ogrodnika... Czasami, ale nie zawsze, idę do hallu i czytam telegram o moim synu, z Korei 

- odwróciła się, żeby wyjrzeć przez okno. - Kiedy to się stało, nic już nie było takie samo. 

- Gdzie się podziewacie? - zawołał głos od strony schodów. - A, tu jesteście! - Vicki 

weszła do alkowy z nakrytą tacą. 

- Ani słowa Victorii - ostrzegła go szeptem babcia. 

-  Babciu,  już  czas,  żebyśmy  poszli  na  wyścig.  Wkładam  twój  lunch  do  lodówki. 

Wystarczy podgrzać zupę. Jest też babeczka i słodki suflet. 

- Dziękuję, Victorio, bawcie się dobrze! Będę z wami duchem. 

Vicki objęła babcię ramieniem. 

- Zobaczymy się po piątym wyścigu. 

- Dziękuję za gościnność, pani Inglehart - pożegnał się Qwilleran, pochylając się nad 

jej trzęsącą się ręką i odwzajemniając jej porozumiewawcze mrugnięcie. 

- Proszę, niech pan zostawi maleństwa ze mną. Ich obecność sprawia mi przyjemność. 

Kiedy schodzili po schodach, Vicki powiedziała do Qwillerana: 

- Nie chce się zgodzić na obecność opiekunki, kiedy my wychodzimy, ale ma gorącą 

linię ze szpitalem. Wystarczy, że naciśnie czerwony guzik. 

Bushy  opróżnił  samochód  ze  sprzętu  fotograficznego.  Na  jego  miejsce  załadowali 

piknikowe kosze i lodówki, składane krzesła i stoliki. Vicki miała na sobie krzykliwą kreację 

z „Tacky Tack Shop”. 

- Jak ci się podoba moja koszulka? - spytała. - Fiona podarowała mi ją na urodziny. 

Fionę odebrali  z  jej  mieszkania  nad drogerią.  Ona także włożyła podkoszulek godny 

cheerleaderki,  tak  odmienny  od  stonowanego  stroju,  jaki  nosiła  wczoraj.  W  samochodzie  w 

milczeniu ogryzała paznokcie. 

- Widziałaś już zapewne wiele takich wyścigów - zauważył Qwilleran. 

- Hmm... tak... ale trochę się denerwuję. To pierwsza gonitwa Robbiego. 

Ciągły strumień pojazdów, po dach zapakowanych pasażerami, kierował się w stronę 

toru.  Młodsi  pokrzykiwali  i  hałasowali,  dając  upust  emocjom.  Na  południe  od  miasta  trasa 

prowadziła przez tereny łowieckie. W końcu wjechali na żwirową drogę, na której obsługa w 

swetrach  Klubu  Łowieckiego  sprawdzała  bilety  i  sprzedawała  okolicznościowe  programy 

background image

 

 

Siedemdziesiątego Piątego Corocznego Wyścigu do Dzwonnicy w Lockmaster. Jeszcze jedno 

małe wzgórze, niewysoki mostek, kępa drzew i ich oczom ukazał się widok parcoursu. Była 

to  porośnięta  trawą,  przestronna  naturalna  niecka,  której  zbocza  schodziły  regularnie  w 

kierunku toru, ogrodzonego przenośnym płotem. 

Bushy zatrzymał  się  na wąskim  miejscu parkingowym, oznaczonym  numerem G-12. 

Stoliki i krzesła zostały rozstawione i Bushy zabrał się do przygotowywania drinków. 

- Krwawa Mary dla wszystkich? 

- Wiesz, jak przyrządzić moją, prawda? - upewnił się Qwilleran. 

- Pewnie: podwójnie pikantna, dwa liście selera i bez wódki. 

Zbocza  zasłane  były  zaparkowanymi  samochodami  i  roiły  się  od  fanów.  Ubrana  na 

różowo obsługa, na koniach pełnej krwi, patrolowała teren, a zwłaszcza trasę do namiotów z 

napojami. Nieopodal ich miejsca znajdowała się wieża sędziowska, z której jury obserwowało 

linię mety. Po drugiej stronie stadionu, za żywopłotem z bukszpanu, stały w pełnej gotowości 

trzy karetki i wóz weterynarza. 

Z  głośników  na  wieży  sędziowskiej  rozległ  się  głos  zapowiadający  pokaz  psów 

myśliwskich i zza wzgórza dało się słyszeć szczekanie i dźwięki rogu. 

- Jeśli polujesz na lisy, ten dźwięk jest dla twoich uszu jak muzyka. 

A jeśli jesteś lisem, mrozi ci krew w żyłach, pomyślał Qwilleran. 

Wtedy  na  miejsce  numer  G-1  podjechał  samochód  kempingowy  MacDiarmidów. 

Otworzyły  się  drzwi  i  ze  środka  wylał  się  strumień  młodych  ludzi.  Qwilleran  zaczął  liczyć: 

trzy,  sześć,  osiem,  jedenaście  -  było  ich  za  dużo,  wszyscy  pędzili  w  stronę  namiotów  z 

napojami. Kip, Moira i czworo innych dorosłych wysiadło na końcu. 

Qwilleran spytał wydawcy: 

- Ile z tych dzieci jest waszych? 

-  Dzięki  Bogu tylko czwórka. Spóźniliśmy  się  na psy?  Zgubiliśmy się.  Poprowadzili 

nas do złej bramy. 

Kip przedstawił swoich gości. Wszyscy byli związani z gazetą. Kobiety zabrały się do 

przygotowywania  jedzenia.  Dołączyli  do  Bushlandów,  wyjmując  z  bagażnika  tony  szynki, 

sałatki  ziemniaczanej,  piklowanych  ogórków,  pieczonej  fasoli,  surówki  z  kapusty,  oliwek, 

tarty  dyniowej  i  czekoladowego  ciasta.  Znów  głos  z  wieży  odbił  się  echem  po  zboczach 

hipodromu,  tym  razem  oznajmiając  paradę  powozów.  Dwanaście  grup  objechało  dookoła 

parcoursu.  Były  wśród  nich  powozy  proste  i  wymyślne,  wszystkie  zaprzęgnięte  w  konie 

paradne. Woźnice i pasażerowie ubrani byli w stroje z epoki. 

background image

 

 

Pozostało  jeszcze  trzydzieści  minut  do  godziny  rozpoczęcia  pierwszego  biegu. 

Licealna  orkiestra  dęła  w  puzony,  ale  krzyki  tłumu  zagłuszyły  nawet  dudnienie  bębnów. 

Podniecenie  na  widowni  sięgało  zenitu.  Ludzie  nie  mogli  ustać  w  miejscu,  krążyli  po 

parkingach,  pozdrawiali  przyjaciół,  pokazywali  sobie  okolicznościowe  koszulki,  wymieniali 

się  drinkami  i  jedzeniem.  Krzyczeli,  śmiali  się  i  wrzeszczeli.  Qwilleran  obserwował  ich  z 

osłupieniem.  Byli  pijani  emocjami  i  krańcowo  podekscytowani  wydarzeniem,  które  nie 

poruszało go w żaden sposób. 

- Masz ochotę się przejść? - spytał spokojnej i skupionej Fiony. 

Zareagowała z ochotą i kiedy okrążali brzeg niecki, Fiona powiedziała: 

- Co za widok! - na długich składanych stołach, przykrytych obrusami wykończonymi 

frędzlami, stały bukiety kwiatów, wiadra na szampana i całe indyki na srebrnych półmiskach. 

-  Przykro  mi,  że  nie  spotkaliśmy  się  w  czasie  przygotowań  do  przedstawienia  - 

powiedział - ale zawsze znikałaś za kurtyną. 

- Miałam przed sobą długą drogę do domu - wyjaśniła. - Poza tym, hmm... muszę mieć 

oko na Robbiego. 

-  Biorąc pod uwagę próby  i przedstawienia,  to trochę się  najeździłaś. Mam  nadzieję, 

że VanBrook to docenił. 

- Och, tak. Przysyłał mi pieniądze z własnej kieszeni, żebym opłaciła benzynę. 

Qwilleran dmuchnął cicho w wąsy. 

- To bardzo troskliwe z jego strony. Jak się poznaliście. W teatrze? 

-  Och,  nie!  Pracowałam,  hmm...  w  restauracji...  a  on  przychodził  tam  zawsze  jeść. 

Nie... nie był przystojny, inne kelnerki śmiały się z niego. A ja go polubiłam. Był, no wie pan, 

dziwny.  Pewnego  dnia  zapytał  mnie,  ale  tak  bez  uprzedzenia,  czy  nie  potrzebuję  pracy. 

Szukał  gospodyni  na  stałe.  Robbie  miał  wtedy  osiem  lat  i  oboje  przeprowadziliśmy  się  do 

niego. Cóż... to był podarunek od nieba - stopniowo przezwyciężała nieśmiałość. 

- Trudno się z nim żyło? - spytał. - Ludzie w Pickax mówili, że jest dziwakiem. 

-  No  cóż,  był  w  pewien  sposób  dziwny,  ale  przyzwyczaiłam  się  do  tego.  Zawsze 

powtarzał,  że  powinnam  się  kształcić,  i  dawał  mi  książki  do  czytania.  Nie  były...  bardzo 

interesujące. 

- W jaki sposób dostałaś rolę w Henryku VIII? 

-  Miał wystawiać sztukę, tu, w Lockmaster. Powiedział, że powinnam w  niej zagrać. 

Prawie zemdlałam! Nigdy nie grałam w sztuce. Powiedział, że powie mi jak, że mnie nauczy. 

Mam dobrą pamięć i robiłam wszystko dokładnie tak, jak o to prosił. 

- Chciałabyś jeszcze zagrać? 

background image

 

 

- Hmm, to by było miłe, ale nie bez niego! 

- A jak układały się stosunki między nim a Robbiem? 

- Traktował Robbiego jak syna. Zawsze go nakłaniał do nauki i wstawiał się za nim w 

szkole. Kiedy przeprowadził się do Pickax, przyjeżdżał do nas raz w miesiącu. Powiedział, że 

pomoże  Robbiemu  w  college'u,  jeśli  zacznie  się  uczyć  japońskiego!  Mawiał,  że  przyszłość 

należy do ludzi, którzy znają japoński - Fionie wyrwał się cichy śmiech. - Według Robbiego 

był szalony, ja też tak myślę. 

Szkolna orkiestra przestała grać. Zegarek Qwillerana wskazywał godzinę rozpoczęcia 

wyścigu. 

- Porozmawiamy jeszcze na przyjęciu - obiecał. 

Pospieszyli w kierunku G-12, dokładnie na czas, żeby zdążyć na zakłady. Kip puścił w 

obieg swój kapelusz. 

- Pięć dolarów, jeśli chcecie zostać w grze. 

Qwilleran postawił  na  numer  pięć,  czteroletniego kasztana o  imieniu Quantum  Leap. 

Po  komunikacie  z  wieży  orkiestra  zagrała  hymn  państwowy.  Zagrały  trąbki  i  fanfary  i 

jeździec  z  chorągwią  związku,  w  towarzystwie  członków  Klubu  Łowieckiego,  okrążył 

stadion. Konie biorące udział w wyścigu stały w boksach, widać było ubranych w kolorowe 

stroje  dżokejów.  Numer  pięć  startował  w  biało-niebieskich  barwach.  Obsługa  poprowadziła 

konie  na  linię  startu  i  zanim  Qwilleran  zdążył  ustawić  szkła  lornetki,  konie  wystartowały  i 

pokonały pierwszy płotek. 

Jeźdźcy zniknęli za zakrętem, a potem zasłoniły ich drzewa. Po chwili wyłonili się na 

prostej. Tłum szalał. Qwilleran nie zdołał wyśledzić Quantuma Leapa. Konie i jeźdźcy znikali 

i pojawiali się znowu na końcu toru. Po kilku minutach było po wszystkim. Numer pięć był 

szósty,  a  jeden  z  gości  Kipa  zgarnął  pięćdziesiąt  dolarów  za  wytypowanie  zwycięzcy. 

Qwilleran  czuł  się  oszukany.  Nie  dlatego,  że  przegrał  pięć  dolarów,  ale  że  wszystko 

wydarzyło się tak szybko. 

-  Powinieneś  dopingować  swojego  konia,  Qwill.  Nic  dziwnego,  że  dobiegł  szósty!  - 

poradziła mu Vicki. 

Qwilleran był z natury wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji i nie mógł wykrzesać z 

siebie żywszego entuzjazmu, kiedy jego koń migał mu na chwilę przed oczami. Już bardziej 

ekscytowała go piłka, ale nawet na boisku nie krzyczał. 

W  następnym  biegu  wygrała  Fiona  i  wszyscy  byli  zadowoleni.  W  trzecim  koń 

Qwillerana przewrócił się na czwartym płotku, jak ogłoszono z wieży, i natychmiast do akcji 

background image

 

 

wkroczyła karetka i weterynarz. Wkrótce potem przybiegł jeden z dzieciaków Kipa i oznajmił 

zdyszany: 

- Hej, tato! Musieli zastrzelić konia! 

- A jak jeździec? 

-  Nie  wiem.  Zabrali  go  do  karetki.  Czy  mógłbym  dostać  pięć  dolarów  poza  moim 

kieszonkowym? 

- Musisz to uzgodnić z matką. 

W piątym biegu, do którego dopuszczano amatorów, tylko pięć osób wzięło udział w 

zakładach i Kip, oficjalny bukmacher grupy, zaproponował, żeby zakładać się parami. 

- Nie mogę stawiać, trzymam kciuki za Robbiego - powiedziała Fiona. 

- Ja też - dołączył się Qwilleran. 

- My także - powiedzieli Bushlandowie. 

Zakłady  zostały  odwołane  i  grupa  MacDiarmidów  zeszła  w  dół  wzgórza,  żeby 

dopingować  Syna  Kardynała  przy  zewnętrznym  płocie,  skąd  był  lepszy  widok.  Konie 

wyprowadzono ze stajni. Drobna, szczuplutka postać Robina Stuckera, ubranego w czerwono-

złoty strój, wzbudzała współczucie. 

- O Boże! O Boże! Pozwól mu wygrać! - szeptała miękko Fiona. 

Wystartowali.  Po  raz  pierwszy  Qwilleran  poczuł  ochotę,  żeby  wspierać  jeźdźca. 

Wzięli  już  pierwszy  płotek  i  pędzili  w  górę,  na  moment  zniknęli  za  odległą  kępą  drzew  i 

zanim znów można ich było zobaczyć z drugiej strony hipodromu, rozległ się krzyk. 

- Och nie! - zaszlochała Fiona. - Och nie! Ktoś spadł! 

Zza zaplecza ruszyła karetka i wóz weterynaryjny. Z wieży rozległ się skrzeczący głos 

sędziego: 

-  Numer  cztery  nie  przeszedł  trzeciego  płotka!  Grupa  Qwillerana  wzniosła  okrzyk 

radości,  Robin  jechał  z  numerem  trzy.  Kiedy  czterej  jeźdźcy  skończyli  pierwsze  okrążenie, 

widzowie  kibicujący  Robbiemu  nie  hamowali  już  owacji.  Wspierali  go  z  całych  sił  przy 

następnej  przeszkodzie  i  kiedy  galopował  w  górę  zbocza,  dopóki  nie  zniknął  za  drzewami. 

Kiedy konie wynurzyły się zza drzew, Robbie był tuż za prowadzącym jeźdźcem. Widownia 

skandowała:  „Biegnij,  Spunky!  Biegnij,  Midnight!”  Ale  wszyscy  z  G-12  i  G-11  wprost 

wrzeszczeli: 

- Dawaj, Robbie! Do przodu! Pokonasz ich! Wygrasz! 

Syn  Kardynała  gładko  pokonał  przeszkodę  i  pomknął  jak  strzała  w  górę  wzgórza. 

Wszyscy wstrzymali oddech, kiedy konie zniknęły. Ale zaraz krzyczano jeszcze głośniej: 

- Są! Jest pierwszy! Dawaj! Jest, jest! Udało się! Wygrał! 

background image

 

 

Fiona  wybuchnęła  płaczem.  Vicki  obejmowała  ją  ramieniem,  a  inni  tłoczyli  się  z 

gratulacjami. 

- Musimy to uczcić! - oznajmił Bushy. - I tak musimy poczekać, aż się trochę rozluźni. 

-  Jeśli  nie  macie  nic przeciwko temu -  powiedziała  Fiona -  pójdę do stajni zobaczyć 

się z Robbiem. Steve odwiezie mnie do miasta. 

-  Dobrze,  ale  bądźcie  wszyscy  gotowi  na  siódmą  trzydzieści  -  powiedziała  Vicki.  - 

Odbierzemy was. 

MacDiarmidowie zagnali do samochodu swoją młodocianą trzódkę i pożegnali się. 

-  Kiedy  nas  znów  odwiedzisz,  Qwill?  -  spytał  Kip.  -  Chciałbym  pokazać  ci  moją 

kolekcję. 

W drodze powrotnej Qwilleran zapytał: 

- Czy zwycięstwo Robina ma jakieś znaczenie poza czekiem na pięć tysięcy? 

-  Powinno  podnieść  wartość  konia  i  dać  Robbiemu  lepsze  miejsce  w  klasyfikacji  - 

odpowiedział  Bushy.  -  Powinno  też  osłodzić  Ambertonom  transakcję,  kiedy  sprzedadzą 

stadninę. 

- A mają zamiar ją sprzedać? Dlaczego? 

-  Z  tego,  co  słyszałem,  Amberton  chce  się  przenieść  w  cieplejszy  klimat.  Dobija  do 

sześćdziesiątki i z jego reumatyzmem nie jest najlepiej. Jego żona jest przeciwna sprzedaży. 

To ona wydaje gazetkę „Plotki ze Stajni”. 

-  Lisa  jest  dużo  młodsza  od  swojego  męża  -  wtrąciła  Vicki.  -  Jej  zainteresowania 

skupiają się zarówno na gazecie, jak i na Stevie O'Hare. 

- To niepotwierdzona plotka - zganił ją mąż. 

-  Steve  jest kobieciarzem -  wyjaśniła  Qwilleranowi.  -  Nie cierpię tego słowa,  ale tak 

właśnie jest. 

Kiedy dojechali do rezydencji na Main Street, Qwilleran usłyszał wycie Koko. 

- Słyszę, że komitet powitalny już czeka - zażartował Bushy. 

Qwilleran potarł wąsy pięścią. 

- To nie jest zwykły głos Koko! Coś się musiało stać! 

Cała trójka wyskoczyła z samochodu. Bushy  i Qwilleran rzucili się w górę  do foyer, 

za nimi biegła Vicki. Koko siedział na podłodze i wył cienkim, piskliwym głosem. Yum Yum 

nie było widać. 

Bushy popędził na górę, biorąc po trzy stopnie naraz. Vicki podbiegła do interkomu. 

- Babciu! Nic ci nie jest? Już idziemy! 

Teraz i ona wbiegła na górę. 

background image

 

 

Koko  ciągnął  do  windy,  która  znajdowała  się  na  tyłach  foyer.  Qwilleran  poszedł  za 

nim. Wezwał windę. Usłyszał dźwięk mechanicznie zamykanych drzwi. Klatka zjeżdżała na 

dół. Koko siedział cicho, wpatrując się w drzwi windy. 

Bushlandowie dotarli właśnie na drugie piętro. Ich głosy odbijały się echem po klatce 

schodowej. 

- Nie ma jej tu! - wrzeszczała spanikowana Vicki. 

Winda  zjechała  wolno  na  parter.  Drzwi  zaczęły  się  powoli  otwierać.  Były  tam  obie: 

babcia  oparta  o  haftowaną  ławeczkę  i  Yum  Yum  skulona  w  jej  stopach.  Wyglądała  na 

smutną. 

background image

 

 

 

Rozdział dziesiąty 

 

Vicki zachowywała  się  jak  histeryczka.  Bushy wrzeszczał przez telefon.  Qwilleran podniósł 

po  cichu  oba  koty  i  zaniósł  je  na  górę.  Przez  okno  widział,  jak  podjechali  sanitariusze,  a 

potem  lekarz.  W  końcu  przyjechał  czarny  karawan  z  domu  pogrzebowego.  Kiedy  wszystko 

ucichło, zszedł na dół. 

- Mogę się do czegoś przydać? - spytał. 

Vicki chodziła tam i z powrotem i biadoliła. 

- Biedna babcia, nie wytrzymała tych emocji. 

-  Miała  długie  życie  i  cieszyła  się  każdą  chwilą  -  powiedział  Qwilleran.  -  Odeszła 

szybko, to błogosławieństwo. 

-  Czemu  była  w  windzie?  Na  górze  mogłaby  przynajmniej  wezwać  pomoc.  Miała 

dzwonek, mogliśmy ją uratować. Nie musiała schodzić na dół. 

Qwilleran  znał  odpowiedź  na  to  pytanie,  ale  zachował  tajemnicę  dla  siebie. 

Przypuszczał, że babcia była już na dole i właśnie wracała na piętro. Wspomnienie telegramu 

z Departamentu Wojny mogło przyspieszyć atak. 

- Będziesz musiał sam pójść do klubu, odbierz bilety i zabierz Ronę. 

- Nie, nie ma o czym mówić! - zaprotestował Qwilleran. - Nie w tych okolicznościach. 

Lepiej spakuję się i wrócę do Pickax. Będziecie zajęci przez następnych kilka dni. 

- Pogrzeb będzie prawdopodobnie we wtorek. Vicki zwróciła się do męża: 

- Mógłbyś w takim razie zadzwonić do Fiony i przekazać jej, co się stało? Ja nie mogę 

o tym mówić, jeszcze nie. Spytaj, czy chce wykorzystać bilety. 

Qwilleran  poszedł  na  górę  i  spakował  wieczorową  marynarkę,  której  nie  miał  okazji 

włożyć,  i  niebieską  poduszkę  dla  kotów,  której  te  nigdy  nie  użyły.  Potem  pożegnał  smutno 

swoich przybitych gospodarzy. 

- Porozmawiamy o tym kiedy indziej, kiedy ból okrzepnie. Babcia była wspaniała. 

- Przywieź kiedyś koty, spróbujemy jeszcze raz - powiedział zniechęcony Bushy. 

Jechał  w  dół  aleją,  przy  której  stały  olbrzymie  piernikowe  domy,  i  rozmyślał  nad 

minionym  dniem.  Koty,  które  czuły,  że  jadą  do  domu,  drzemały  spokojnie  w  swoim  koszu, 

tak że mógł swobodnie oddać się rozmyślaniom. Poznał nowe miasto, miał za sobą pierwszy 

bieg z przeszkodami, spotkał kolegę dziennikarza, był świadkiem łabędziego śpiewu starszej 

background image

 

 

damy i wpadł na trop brodacza, który z całą pewnością podrywał Polly. Qwilleran skubał w 

zamyśleniu wąsy. Nigdy  nie  lubił  brodaczy  i unikał kontaktu ze światem sportu.  Rozbawiła 

go myśl, że Polly zdołała kupić bez jego wiedzy tę niebieską sukienkę. Zazwyczaj radziła się 

przy tych rzadkich okazjach, kiedy szła kupić sobie coś nowego. 

Największym odkryciem weekendu pozostawała jednak nieufna drobna kobieta, która 

przedzierzgnęła  się na scenie w królową Katarzynę.  VanBrook obdarzył  ją całkowicie  nową 

sceniczną osobowością.  Poruszała się  jak królowa,  jej ton  był władczy,  wyglądała  nawet na 

wyższą.  Kiedy  schodziła  ze  sceny,  wracała  do  manieryzmu  typowego  dla  znerwicowanych 

kobiet, spoglądała na boki przestraszonym wzrokiem, a w rozmowach pozostawała nieśmiała. 

Jednak przez te kilka godzin była dziełem VanBrooka. To, że nie zdołał ukształtować wedle 

swojej wizji osoby Robina, musiało dotkliwie go zaboleć. 

Było  kilka  pytań,  które  Qwilleran  chciał  zadać  Fionie.  Czy  Vanbrook  wspominał 

kiedykolwiek o swojej przeszłości na Nizinach bądź w Azji? Czy jego dom w Lockmaster był 

urządzony w japońskim stylu? Czy uprawiał w domu ogródek, a jeśli tak, to jakie rosły w nim 

rośliny?  Dlaczego  nosił  wyłącznie  golfy?  Czy  coś  ukrywał?  Czy  była  to  blizna?  Czy 

kiedykolwiek rozpakował wszystkie swoje książki? Po czterech latach spędzonych w Pickax 

większość nadal spoczywała w kartonach.  Było też wiele  innych,  bardziej osobistych pytań, 

które mógłby zadać. 

Kiedy Qwilleran przekraczał granicę Moose County, jego zegarek wskazywał godzinę 

siódmą. Zwiedzanie składu powinno się już skończyć. Miał nadzieję, że jego mieszkanie nie 

wygląda  jak  zaśmiecony  dworzec  w  sobotę  rano.  Jego  sekretarka  jest  zapewne  zapchana 

wiadomościami,  na  które  odpowie  dopiero  w  poniedziałek  rano.  Nie  widział  powodu,  żeby 

ujawniać  przed  światem  wcześniejszy  powrót  do  domu.  Zadzwoni  tylko  do  Polly. 

Poinformuje  ją  o  śmierci  w  rodzinie,  a  potem  powie:  „Zatrzymałem  się  w  bibliotece,  gdzie 

spotkałem  twoją  przyjaciółkę  Shirley.  Dopytywała  się  o  Bootsiego  i  pokazała  mi  zdjęcia 

ślubne. Był tam jeden słodki cukiereczek w niebieskiej sukience, której nigdy nie widziałem”. 

Potem  doda:  „Spotkałem  tam  kilka  ciekawych  indywiduów.  Jeden  z  nich  był  ujeżdżaczem 

koni,  uroczy  człowiek  z  rudą  brodą.  Nazywa  się  Steve  czy  jakoś  podobnie”.  Ona  po  chwili 

milczenia zareaguje nonszalancko: „Doprawdy”? 

Ten zabawny scenariusz zaprzątał jego wyobraźnię przez całą drogę, aż do Trevelyan 

Trail.  Pan  O'Dell  zamontował  nową  skrzynkę  na  listy.  Podjazd  był  uporządkowany  i 

wysypany  żwirem.  Z  ogrodu  usunięto  już  zniszczenia  po  burzy.  Wewnątrz  budynku  nie 

dostrzegł  żadnego  śladu  tego,  że  pół  Pickax  przemaszerowało  przez  pokoje,  ale  syjamczyki 

background image

 

 

wyczuły  niedawną  obecność  pięciuset  nieznajomych.  Ich  czułe  nosy  badały  każdy  milimetr 

kwadratowy powierzchni parteru. 

W tym  samym  czasie Qwilleran  zadzwonił do Polly, ale  nie odebrała.  Może  była  na 

kolacji  ze  swoją  owdowiałą  szwagierką.  Spróbował  jeszcze  raz  o  dziewiątej,  a  potem  o 

jedenastej.  Nikt  nie  odebrał.  Było  to  raczej  niezwykłe.  Polly  nigdy  nie  wracała  późno,  jeśli 

prowadziła  sama.  Zmęczony  po  obfitym  w  wydarzenia  pobycie  w  Lockmaster,  położył  się 

wcześniej, ale nie mógł zasnąć. Martwiła go nieobecność Polly. 

W niedzielę rano ponownie wykręcił jej numer. O tej porze karmiła prawdopodobnie 

Bootsiego  i  przygotowywała  sobie  sadzone  jajka.  Po  dwunastu  dzwonkach  odłożył 

słuchawkę. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zaczął się niepokoić, że umówiła się na randkę z 

Rudobrodym.  Trener  mógł  wyjechać  z  Lockmaster  po  piątym  wyścigu  i  w  ciągu  godziny 

dostać  się  do  Pickax.  Qwilleran  włożył  marynarkę  i  wyszedł  pod  pretekstem  odebrania 

niedzielnych gazet. Idąc w dół Goodwinter Boulevard, nie zauważył samochodu Polly. Mogła 

wybrać się na rendez-vous za miasto. 

Polly  i  Qwilleran  byli  bliskimi  przyjaciółmi  od  dwóch  lat.  Dzielili  sekrety,  mogli  na 

sobie  polegać,  konsultowali  się  we  wszystkich  ważnych  kwestiach.  I  nagle  ona  kupuje 

sukienkę  w  zupełnie  innym  kolorze  i  stylu  i  nawet  o  tym  nie  wspomina.  Istniała  też  i  taka 

możliwość,  że  jej  przyjaciółka  Shirley  zaaranżowała  spotkanie  Polly  i  Rudobrodego  na 

przyjęciu weselnym. Kto wie, o czym te dwie kobiety rozmawiają, kiedy są ze sobą same. Dla 

Qwillerana  znaczący  był  fakt,  że  Shirley  zapytana  o  imię  mężczyzny,  sfotografowanego  z 

Polly, nie mogła go sobie przypomnieć. 

Krok  po  kroku  Qwilleran  kompletował  dowody  przeciwko  Polly  najpierw  odwołała 

kolację w „Tipsy” w dzień po weselu, wymawiając się zmęczeniem. Nie chciała zdradzić, kto 

dzwonił  do  jej  biura.  Dwa  razy  w  przeciągu  tygodnia  była  u  fryzjera,  po  całych  latach 

samodzielnego układania włosów. Wszystko wskazywało na to, że na ich intymnym związku 

rysowała  się rysa.  To prawda, że przez ostatnie dwa  lata! doświadczyli upadków  i wzlotów, 

spięć  i  nieporozumień,  ale  wszystko  to  dlatego,  że  Polly  była  zazdrosna  o  kobiety,  które 

spotykał na swojej drodze. 

Sfrustrowany  i  samotny,  postanowił  zadzwonić  do  Susan  Exbridge,  aby  zapytać  o 

zwiedzanie składu. 

- Kochanie, to było wspaniałe! - zawołała. - Wszyscy byli dosłownie zachwyceni. 

-  Dzwonię,  żeby  cię  pochwalić  za  uporządkowanie  mieszkania,  nie  ma  ani  śladu  po 

najeździe. Ciekaw jestem, skąd ten zapach szarlotki? 

background image

 

 

-  Podobał  ci  się?  Przez  cały  dzień  blanszowałyśmy  jabłka  z  cynamonem.  W  sadzie 

Mayfusów zebraliśmy kilka ton jabłek. Każdy zwiedzający mógł wziąć sobie jedno. A jak ty 

spędziłeś weekend? 

- Całkiem nieźle. Wydarzyło się coś godnego uwagi podczas mojej nieobecności? 

-  Tylko  wstępniak  w  „Coś  tam”,  oferujący  olbrzymią  nagrodę  za  wskazanie  zabójcy 

VanBrooka. Mam nadzieję, że wydarzy się coś, co oczyści z zarzutów Dennisa. Wiesz, Qwill, 

poświęciłam  wiele  czasu  i  zachodu,  żeby  wprowadzić  tego  chłopaka  na  salony  najlepszych 

rodzin w Pickax w nadziei na znalezienie mu dobrej pracy. Jeśli okaże się, że jest mordercą, 

to odbije się na mnie. 

Następny telefon Qwilleran wykonał do mieszkania Archa Rikera w Indian Village. 

- Słyszałem, że napisałeś artykuł i wyznaczyłeś nagrodę. Był jakiś odzew? 

- Dwa telefony. Dział miejski odebrał wiadomość od wariatki, którą poznają po głosie, 

zawsze  dzwoni.  Nazywają  ją  Kochaneczką.  Najpierw  oskarżyła  Lyle'a  Comptona.  Drugie 

oskarżenie  rzuciła  na  Larry'ego  Lanspeaka.  Sam  wybieraj...  Potem  był  telefon,  który 

wskazywał na jednego z członków naszego zespołu. 

- Na kogo? - Qwilleran przelatywał myślą przez listę pracowników. 

- Na Dave'a Landruma. 

-  Dave  był  w  Lockmaster  na  ślubie  w  sobotę  wieczorem.  Tak  się  składa,  że  o  tym 

wiem. Dlatego Roger brał nocną zmianę. Jak wiążą Dave'a z tą sprawą? 

-  Cóż,  wyjaśnienie  nie  jest  bezpośrednie.  Jesteś  gotowy?  Rok  temu  był  wypadek  na 

tym łukowatym moście, pamiętasz? 

Most  w  kształcie  łuku  na  Black  Creek  był  znany  z  wypadków.  Młodzi  kierowcy 

szukali na nim wrażeń, a jeśli jechali wystarczająco szybko, mogli na kilka sekund unieść się 

w powietrze. 

-  Zginęła  wtedy  para  dzieciaków.  Okazało  się  później,  że  to  było  podwójne 

samobójstwo, mam rację? 

-  Pamiętam,  zmowa  kochanków.  Dziesiątego  września...  dokładnie  na  rok  przed 

śmiercią VanBrooka. Według osoby, która do nas telefonowała, ten fakt zasługuje na uwagę. 

- Wiesz, kto dzwonił? 

- Nie chciał ujawnić swojej tożsamości, ale nadaliśmy mu kod, więc jeśli wskazówka 

okaże się prawdziwa, będzie mógł odebrać swoją nagrodę. 

- W jaki sposób Dave miał być w to zamieszany? 

- Jest ojcem jednego z dzieciaków. 

- Nie kapuję - powiedział Qwilleran. 

background image

 

 

-  Ja  też  nie  rozumiałem,  dopóki  nie  sprawdziliśmy  w  archiwum.  Córka  Dave'a 

skończyła  z  wyróżnieniem  liceum  w  lipcu.  Jej  chłopak  był  piłkarzem.  Kiedy  zdarzył  się 

wypadek,  umieściliśmy  nekrolog w dziale  „Zmarli tragicznie”.  W odpowiedzi otrzymaliśmy 

listy  od  czytelników,  żądających  wyrównania  mostu.  Oczywiście  nigdy  nic  nie  zrobiono  z 

mostem,  ale  Roger,  który  ciągle  kręci  się  po  barach,  przyniósł  do  redakcji  trochę  plotek. 

Podobno para wybierała się do college'u, gdzie mieli mieszkać w koedukacyjnym internacie. 

Niestety stopnie chłopca były kiepskie i VanBrook nie przepuścił go. 

- Nie ma w tym jeszcze niczego złego, co nie? 

-  Z  wyjątkiem  tego,  że  uznano  to  za  akt  zemsty.  Od  kilku  lat  z  reżimem,  jaki 

wprowadzał,  nie  godzili  się  rodzice,  którzy  zorganizowali  się  w  Komitet  Zatroskanych 

Rodziców.  Najbardziej wygadany  z całej paczki  był ojciec piłkarza.  Po samobójstwie dzieci 

poszedł do gabinetu VanBrooka i zrobił burdę przy świadkach. Mógł mu grozić. 

- Jak się nazywa? Znam go? 

- Możliwe. Ma hurtownię napojów, nazywa się Marv Spencer. 

- Rozumiem, że mamy przyjąć, ze obaj ojcowie uknuli zemstę w rocznicę śmierci ich 

dzieci. 

- Generalnie tak to chyba miało wyglądać. Przekazaliśmy informację policji. 

- Wysłuchają i zapomną - powiedział Qwilleran. 

Później  przypomniał  sobie,  że  Dave  Landrum  miał  zagrać  rolę  księcia  Suffolk  w 

Henryku VIII, ale opryskliwie potraktowany przez reżysera rozstał się w gniewie z zespołem. 

- Jak wypadł bieg? - spytał Riker. 

- Piszę o tym artykuł na wtorek. Jutro w południe dostaniesz tekst. Szczerze mówiąc, 

byłaby to lepsza zabawa, gdyby dali więcej koni i mniej ludzi. 

O  szóstej  po  południu  Qwilleran  spróbował  jeszcze  raz  skontaktować  się  z  Polly.  I 

jeszcze raz o ósmej wieczorem. Zaniepokojony zatelefonował do jej szwagierki. 

- Wyjechała na weekend - poinformowała go kobieta. - Nie powiedziała, gdzie jedzie, 

panie  Q,  ale  zdaje  się,  że  nie  spodziewała  się  zaproszenia.  Poprosiła,  żebym  karmiła 

Bootsiego. Ma wrócić dzisiaj wieczorem. 

- Dziękuję, teraz nie będę się martwił. 

Prawdę powiedziawszy, wiadomości tylko zwiększyły jego niepokój. 

Napisał  artykuł,  przedstawiając  Lockmaster  i  wyścigi  z  punktu  widzenia  Moose 

County.  Tekst  był  informacyjny,  grzeczny,  nie  przesadnie  entuzjastyczny.  Dostarczył  go 

osobiście w poniedziałek rano, a potem udał się do biblioteki. Po drodze wstąpił do „Toodle 

Market”  (Toodle  była  starą  i  szanowaną  rodziną).  Kupił  płatki  mydlane  do  kąpieli,  które 

background image

 

 

polecała Lori Bamba, i pierś z kurczaka dla kotów. Wtedy właśnie zauważył tablicę w oknie 

wystawowym rzeźnika głoszącą „Tak, mamy króliki”. 

- W jakiej postaci sprzedajecie króliki? 

- Zamrożone - odpowiedział rzeźnik o pozbawionej wyrazu twarzy kogoś, kto spędził 

zbyt dużo czasu w temperaturze minus dziesięć stopni Celsjusza. 

-  Wezmę  jednego  -  zdecydował  Qwilleran.  Pomyślał,  że  może  go  przetrzymać  w 

zamrażarce do czasu, kiedy znajdzie kogoś, kto przyrządzi mięso kotom. 

Rzeźnik  zniknął  w  chłodni,  a  po  chwili  powrócił,  trzymając  w  ręku  coś,  co  miało 

wielkość kija do bejsbolu, ale było czerwone i surowe. 

- Czy to aby na pewno jest królik? - spytał, niedowierzając, Qwilleran. 

- O to pan przynajmniej prosił. 

- Nie rozmrozi mi się w drodze do domu? 

- O ile nie mieszka pan na południe od równika. - Na potwierdzenie swych słów rzucił 

królikiem  o  rzeźnicki  stół.  Ani  jeden,  ani  drugi  nie  ucierpiał  od  tego  mało  delikatnego 

potraktowania. 

-  Niech  go  pan  dobrze  zapakuje,  idę  piechotą  -  poprosił  Qwilleran.  Pakunek,  który 

otrzymał, przypominał zaplombowaną strzelbę. 

Wziął go pod pachę i szybszym niż zazwyczaj krokiem pokonał odległość dzielącą go 

od biblioteki.  Cytat z Szekspira  na tablicy w  foyer  głosił:  „Cisza  jest najlepszym posłańcem 

radości”. Co to u licha miało znaczyć? - Qwilleran dmuchnął w wąsy. Unikając przyjaznych 

mu pracowników, ruszył ku schodom na półpiętro. 

Była  tam,  w  swoim  szklanym  boksie.  Jak  kapitan  statku  na  mostku.  Miała  na  sobie 

zwykły szary kostium, ale spod spodu wystawała jaśniejsza niż zwykle i bardziej jedwabista 

bluzka. 

- Ładna koszula - powiedział, opadając na krzesło z głośnym pacnięciem. Zapomniał, 

że ma twarde dębowe siedzisko. 

- Dziękuję - odpowiedziała. Czekał, aż powie mu, gdzie ją kupiła i na jaką okazję, ale 

tylko uśmiechnęła się wdzięcznie i jakoś tajemniczo. Czyżby to był prezent od Rudobrodego? 

- Próbowałem się z tobą skontaktować przez cały weekend - powiedział. 

-  Muszę  wytrenować  Bootsiego,  żeby  odbierał  telefon.  A  może  powinnam 

zainwestować w automatyczną sekretarkę? 

Polly  zawsze  była  przeciwna  temu  pomysłowi.  Nagła  zmiana  zdania  wydawała  się 

nader podejrzana. 

- Dobrze się bawiłaś? - spytał. 

background image

 

 

-  Nawet  bardzo  dobrze.  Irma  Hasselrich  zaprosiła  mnie  do  rodzinnego  domku 

letniskowego  w  Purple  Point.  Obserwowałyśmy  ptaki  na  mokradłach.  Widziałyśmy  setki 

kanadyjskich gęsi, szykujących się do odlotu. 

Qwilleran odetchnął z ulgą. 

- Nie wiedziałem, że Irma też obserwuje ptaki. 

-  I  to profesjonalnie. Jej  lista  jest  imponująca.  W zeszłym roku,  podczas podróży do 

Michigan, podejrzała lasówkę. A jak ci się podobał wyścig? 

-  Zjadłem  za  dużo  i  przegrałem  dwadzieścia  dolców.  Widok  dziesięciu  tysięcy  ludzi 

podskakujących  i  wrzeszczących  jak  pacynki  nie  podnosi  mi  ciśnienia.  Ale  zwiedziłem 

Lockmaster i tamtejszą bibliotekę. Spotkałem tam twoją przyjaciółkę.  

- Jak ci przypadła do gustu Shirley? 

-  Brat  łata.  Zaproponowałem,  żebyśmy  zjedli  razem  kolację.  We  czwórkę.  Pokazała 

mi zdjęcia ze ślubu, w tym kilka twoich. Wyglądasz na nich na bardzo zadowoloną, z trudem 

rozpoznałem cię w tej jasno-niebieskiej sukience. 

- Pasuje mi? Teraz, kiedy siwieją mi włosy, chyba powinnam nosić jaśniejsze kolory. 

Jedliście obiad w „Palomino Paddock”? 

- Nie, ale Bushlandowie wydali przyjęcie. Poznałem wydawcę „Lockmaster Logger” i 

faceta, który trenuje konie i wydaje gazetę „Plotki ze Stajni”. Mówił, że poznał cię na ślubie - 

Qwilleran przyglądał się uważnie Polly. - Może pamiętasz potężnego mężczyznę z rudą brodą 

i wysokim czołem? 

-  Nie  przypominam  sobie  -  odpowiedziała  Polly,  ale  jej  policzki,  jak  się  zdawało 

Qwilleranowi,  zaczęły  się  błyszczeć.  -  Było  tylu  gości,  na  samym  weselu  ponad  trzystu. 

Napijesz się herbaty? 

- Nie, dziękuję. 

- Kawy? 

- Nie, dzięki. Na zdjęciach widać, jak tańczysz z tym facetem. Ma na imię Steve, o ile 

pamiętam. 

- Myślę, że sobie przypominam - przyznała niepewnie. 

-  Poznałem  też  kobietę,  która  grała  Katarzynę  w  Henryku  VIII.  Może  powinniśmy 

zaprosić  ją  i  Steve'a  na  którąś  sobotę?  Napilibyśmy  się  w  moim  składzie,  a  potem 

poszlibyśmy na kolację do „Old Stone Mill”. 

Polly  poszarzała  na  twarzy,  więc  Qwilleran  wyhamował.  Wystarczająco  długo  ją 

dręczył.  Bolało  go,  że  wije  się  jak  piskorz.  Wspaniałomyślnie  spytał,  czy  jest  wolna 

wieczorem. 

background image

 

 

-  W  porze  obiadu  mam  spotkanie  z  radą  biblioteczną  -  odpowiedziała  z  widocznym 

żalem. - Może... jutro wieczorem? 

-  Jutro  w  Lockmaster  jest  pogrzeb,  więc  lepiej  nie  będę  umawiał  się  na  kolację. 

Wydawca tamtejszej gazety ma kolekcję maszyn do pisania. Chce, żebym je obejrzał. 

- Co powiesz na środę? 

- W środę jest rozstrzygnięcie konkursu w sprawie Tipsy. Ale spotkamy się wkrótce - 

Wstał. - Muszę odstawić to do domu, zanim zacznie cieknąć. 

- Co to jest? 

- Mrożony królik od Toodle'a. Dla syjamczyków. 

- Naprawdę? Jedzą teraz dziczyznę? 

-  Cóż,  lubią  sarninę  i  bażanty,  ale  jeśli  zaczną  wystukiwać  słowo  „królik”  na  mojej 

maszynie, to raczej dojdę do wniosku, że starają mi się coś powiedzieć. 

- Może chcą, żebyś poczytał im Wzgórze królików - powiedziała i nie było jasne, czy 

drażni się z nim, czy też stara się być pomocna. 

Po dwóch latach bliskiej zażyłości, kiedy zwierzał się jej z nietypowych sposobów, w 

jakie  Koko próbował  się z nim porozumieć,  nadal  nie był pewny, czy  mu wierzyła.  Czasem 

podejrzewał,  że  chce  mu  sprawić  przyjemność  i  mówi  tak,  żeby  tylko  mówić.  Mimo  to 

poszedł  za  jej  radą  i  wypożyczył  Wzgórze  królików  z  działu  literatury  pięknej.  Czytał  ją 

wcześniej i wiedział, że warta jest czytania na głos. 

W  składzie  został  głośno  powitany  przez  kocich  współlokatorów,  którzy  nie  okazali 

najmniejszego  zainteresowania  paczką  od  rzeźnika,  ale  za  to  zaciekawiła  ich  niezmiernie 

książka  z  biblioteki.  Albo  wiedziały,  że  poświęcona  jest  królikom,  albo  też  wyczuwały,  że 

wypożyczali  ją  ludzie,  którzy  mają  zwierzęta.  Upchnął  królika  w  zamrażarce  i  zaprosił 

syjamczyki  do  wspólnej  lektury  w  kąciku  bibliotecznym.  Stały  tam  głębokie,  wyłożone 

poduszkami  fotele,  obite  szarobrązową  skórą.  Ustawiono  je  wokół  jednej  ściany  kominka. 

Białe  lakierowane  półki  pełne  były  starych  książek.  Nad  białym  lakierowanym  biurkiem 

wisiała  drukarska  szafeczka.  Jej  osiemdziesiąt  dziewięć  przegródek  wypełnionych  było  w 

większości czcionkami. 

- Wygodnie? - spytał Qwilleran, otwierając książkę. 

Oparł  stopy  na  otomanie.  Yum  Yum  usadowiła  się  jak  zwykle  na  jego  kolanach,  a 

Koko  zwinął  się  w  kłębek  pod  jego  łokciem.  Zdołał  przeczytać  pierwsze  zdanie,  składające 

się z czterech wyrazów, kiedy zadzwonił telefon. Narzekając pod nosem, przeprosił słuchaczy 

i podszedł do biurka, na którym stał telefon. 

- Halo... Czy to... hmmm... pan Qwilleran? - spytał niepewny głos. 

background image

 

 

- Tak, słucham. 

- Tu mówi Fiona z Lockmaster. Fiona Stucker. 

-  Oczywiście,  poznaję  pani  głos.  Przykro  mi  z  powodu  sobotniego  wieczoru,  ale 

wszyscy byliśmy poruszeni śmiercią pani Inglehart, ciężko byłoby w takiej chwili świętować. 

- Hmmm... tak, to przykre. Była miłą staruszką. 

- Wybiera się pani na pogrzeb? 

- Raczej nie. Muszę być w pracy. 

Zapanowała  niezręczna  cisza,  w  czasie  której  Qwilleran  słyszał  w  tle  przytłumione 

głosy. 

- Jak Robin znajduje się w roli zwycięzcy? 

- Jest niezwykle podekscytowany. Ma zaledwie siedemnaście lat, wiedział pan o tym? 

Znów zapadła cisza i Qwilleran wypełnił ją konwencjonalnym pytaniem: 

- Macie dobrą pogodę? W Pickax był piękny dzień. 

- Tu też jest ładnie. 

Uciekł się do zawodowej wymówki. 

- Przykro mi, ale będę musiał kończyć, mam tekst do napisania. 

-  Och,  przepraszam  -  powiedziała.  -  Steve  chciał,  żebym  zadzwoniła  do  pana  w 

pewnej sprawie. 

- Związanej z czym? 

- Hmmm... Czy nie chciałby pan kupić stadniny? 

- Stadniny? 

- Jest jedna na sprzedaż, on mówi, że to dobry interes. 

- Obawiam się, że to nie moja działka, Fiono. 

- To stadnina Ambertonów. Steve jest szefem stajni, a Robbie tam pracuje. 

- Wiem, ale... 

- Dał mi listę rzeczy, które mam panu przeczytać. Czy mogę to zrobić teraz? 

- Proszę się nie krępować. 

Koko  stał  na  biurku,  na  tylnych  nogach,  a  przednimi  starał  się  dosięgnąć  do 

drukarskich  przegródek.  Qwilleran  odepchnął  go,  słuchając  jednocześnie  tego,  co  czytała 

Fiona: 

-  Sześćdziesiąt  osiem  akrów,  jedna  trzecia  zalesiona.  Pastwiska  ogrodzone.  Osiem 

koni,  w tym Syn  Kardynała.  Stajnie dla dwudziestu koni. Dwanaście koni  na przechowaniu. 

Odnowiony, siedemdziesięcioletni dom z wszelkimi wygodami, wart czterysta tysięcy. Basen. 

Historyczna stodoła w obejściu. 

background image

 

 

Ujęty  tym  recytatywem,  Qwilleran  nie  zauważył,  że  Koko  wrócił  na  biurko  i  strącił 

półeczkę z gwoździka. Odbiła się od książki telefonicznej i wylądowała na podłodze. Uwaga 

o historycznej stodole skłoniła go do zadania pytania: 

- Czy stadnina to dobrze prosperujący interes, czy tylko hobby właścicieli? 

- Steve mówi, że gospodarstwo zarabia na siebie. Hodują i trenują konie. Biorą konie 

na przechowanie i organizują lekcje jazdy. 

Przez głowę Qwillerana galopowały dzikie myśli. 

- Czy jest już na rynku? Czy wszystko jest spisane przez brokera? 

- Jeszcze nie, pan Amberton chce sprzedać stadninę bezpośrednio. Steve mówi, że ma 

kilku chętnych. 

- Chciałbym pomówić o tym z panem Ambertonem. 

-  Nie  ma  go,  wyjechał  do  Arizony.  Steve  odwiózł  go  wczoraj  na  lotnisko,  ale  ma 

wszystkie potrzebne informacje, to znaczy Steve je ma, może pan z nim porozmawiać. 

- Jest tam? Daj mi go. 

- Jest... nie, jest w stajni, ale chętnie się z panem spotka. W środę ma wolne. 

- Dobrze, w środę po południu. Przekaż mu, żeby miał konkretne dane: fakty i liczby. 

-  Hmmm...  czy  mogłabym  przyjść  z  nim  i  zabrać  ze  sobą  Robbiego?  Chciałabym, 

żeby pan go poznał. 

- W porządku. Umówmy się na wpół do drugiej. 

Qwilleran odkładał słuchawkę w zamyśleniu. Powtarzał sobie, że to jest niedorzeczne! 

A  może  jednak...  od  prawie  czterech  lat  mieszkał  w  Pickax  i  powoli  zrastał  się  z  tym 

miejscem.  Kiedy  mieszkał  na  Nizinach,  wiódł  cygańskie  życie.  Zmieniał  gazety, 

przeprowadzał  się  z  miasta  do  miasta,  szukał  wyzwań,  przyjmował  nowe  zlecenia.  Obecnie 

okoliczności  zmusiły  go  do  osiadłego  życia  w  Moose  County.  Gdyby  przeniósł  się  przed 

upływem  pięciu  lat,  utraciłby  dziedzictwo  Klingenschoenów.  Musiał  odsiedzieć  tu  jeszcze 

jeden rok. 

- No i co ty na to, Koko? - spytał kota, który siedział nieopodal z położonymi uszami i 

płasko ułożonym ogonem. 

- Yow! - odpowiedział Koko. 

Qwilleran  bezmyślnie  podniósł  rozrzucone  czcionki.  Na  podłodze  leżały  trzy  z  nich: 

królik, skunks i końska głowa. 

background image

 

 

 

Rozdział jedenasty 

 

Jadąc  na  południe  do  Lockmaster  na  pogrzeb  babci  we  wtorkowy  poranek,  Qwilleran 

przekroczył  granicę  okręgu  i  znalazł  się  w  pięknej  krainie  koni,  pełnej  pastwisk,  dobrze 

utrzymanych  stajni  i  malowniczych  płotów.  Duży  rekreacyjny  samochód  ruszał  właśnie 

sprzed snobistycznej farmy, ciągnąc za sobą przyczepę na konia. Można by się przyzwyczaić 

do takiego życia: pokazy koni, wyścigi, wystawy, pokazy skoków, powożenie. 

Uroczystości  żałobne  odbywały  się  w  imponującym  ceglanym  kościele,  który  stał 

przodem  do  parku  Inglehartów,  nad  brzegiem  rzeki.  Po  ceremonii  Qwilleran  pojechał  na 

cmentarz z rodziną MacDiarmidów. 

-  Babcia  była  ostatnią  Inglehart,  która  mieszkała  w  okolicy  -  powiedział  Kip.  -  Inni 

rozsiani  są  po  całym  kraju.  Wygląda  na  to,  że  mamy  duże  migracje.  Stare  rodziny  się 

wyprowadzają, a osiedlają się nowe. Konie przyciągają do nas nowych przybyszów. 

- Czy według ciebie Lockmaster to dobre miejsce do życia? - spytał Qwilleran. 

- A co, myślisz o przeprowadzce? - odwzajemnił się pytaniem wydawca. - Jeśli tak, to 

mamy dla ciebie miejsce w gazecie, damy twoją kolumnę na pierwszą stronę. 

Stary  cmentarz  mieścił  się  na  zalesionym  wzgórzu.  Babcia  Inglehart  została 

pochowana  w  dużym  rodzinnym  grobowcu,  którego  zwieńczeniem  był  potężny  pomnik 

upamiętniający  założyciela  miasta.  Kiedy  trumnę  spuszczano  do  grobu,  zaprzyjaźnieni 

członkowie  Towarzystwa  Przyjaciół  Ptaków  uwolnili  z  klatek  gołębie.  Żałobnicy  unieśli 

głowy, śledząc lot ptaków wysoko na niebie. 

- Szkoda, że tak krótko ją znałem - powiedział Qwilleran. - Tylko ona mogłaby mnie 

przekonać do podpatrywania ptaków. 

W drodze powrotnej z  cmentarza Kip pokazywał  Qwilleranowi znane  hodowle koni: 

Klub  Jeździecko-Strzelecki,  budy  Hodowli  Psów  w  Lockmaster,  Klub  Polujących  na  Lisy  i 

inne  atrakcje  związane  z  lokalnymi  zamiłowaniami.  Pogrążona  w  myślach  Moira  siedziała, 

milcząc, obok niego. 

- Czy hodowla koni to dobry interes? - zapytał Qwilleran z tylnego siedzenia. 

-  Wątpię.  Po  mojemu  tutejsze  farmy  to  tylko  wyznaczniki  społecznego  statusu  albo 

obsesje koniarzy - powiedział Kip. - Lubisz konie? Jeździsz konno? 

background image

 

 

- Koń jest stworzeniem, które szczerze podziwiam, ale nigdy nie żywiłem szczególnej 

potrzeby, aby któregoś dosiąść. 

-  Ambertonowie  sprzedają  swoją  stadninę.  Mają  dobre  sztuki  i  najlepiej  urządzone 

gospodarstwo. 

-  Hodowla  koni  to  ryzykowne  przedsięwzięcie,  musisz  o  tym  pamiętać  -  dodała 

spokojnie Moira. 

- Co wiecie o szefie ich stajni? 

-  O  Stevie?  Jest  tu  od  niedawna  -  odpowiedział  Kip  -  ale  ludzie  mówią,  że  jest 

wyśmienitym  trenerem.  Sam  widziałeś,  jak  Syn  Kardynała  pobiegł  w  sobotnim  wyścigu.  Z 

tego, co wiem, Steve zna ten biznes od podszewki. 

- Skąd pochodzi? 

- Z różnych miejsc: Nowego Jorku, Kentucky, Tennessee, tak mi się zdaje. 

- Dlaczego pracuje w Lockmaster? - spytał Qwilleran. 

Kierowca nie odpowiedział od razu. Poprawił najpierw dłonie na kierownicy i spojrzał 

w boczne lusterko. 

-  Wydaje  mi  się,  że  podoba  mu  się  otoczenie...  i  możliwość  podróżowania. 

Ambertonowie jeżdżą na imprezy po całym kraju. 

Moira wyprostowała się na siedzeniu i odezwała ostrym głosem: 

- Dlaczego nie powiesz mu prawdy, Kip? Odwróciła się twarzą do Qwillerana. 

- Wpadł na Nizinach w tarapaty. Był oskarżany o nielegalny doping. 

- Jestem pewny, że teraz jest czysty - usprawiedliwiał się Kip. 

Samochód zwalniał i Moira zaczęła odpinać pas. 

- Być może - kontynuowała - ale większość hodowców się go boi. 

Wyskoczyła  z  samochodu  przed  siedzibą  agencji  ubezpieczeniowej,  w  której 

pracowała. 

-  Mam  nadzieję,  że  następnym  razem  zobaczymy  się  w  przyjemniejszych 

okolicznościach. - Na pożegnanie pomachała mu dłonią. 

- Dlaczego nie zostaniesz w mieście, moglibyśmy zjeść razem kolację - zaproponował 

Kip. 

Nagle Qwilleran zapragnął wrócić do Pickax. 

- Dzięki za wszystko, ale na piątą muszę być w domu. 

- W porządku. A przy okazji. Pickax oferuje wysoką nagrodę w sprawie VanBrooka. 

Umieściliśmy wczoraj krótką notkę w naszej gazecie. 

background image

 

 

-  Mam  nadzieję,  że  to  przyniesie  jakieś  rezultaty  -  odpowiedział  nieobecny  myślami 

Qwilleran. 

Zastanawiał się nad tym, co powiedziała Moira. 

- Gdzie cię podrzucić? 

- Zaparkowałem przed kościołem... Czy Moira jest uprzedzona do Steve'a? 

- Cóż, to nie jest zły facet... ale wiesz, wszyscy byliśmy na przyjęciu sylwestrowym w 

Klubie  Łowieckim  -  była  afera  i  bijatyki.  Steve  dał  się  tam  poznać  od,  nazwijmy  to, 

porywczej  strony.  Delikatnie  mówiąc,  Moira  się  wściekła.  Nadal  się  dąsa.  To  w  sumie  nic 

poważnego, był pijany. Lubi alkohol i lubi kobiety. 

Qwilleran zabrał z parkingu samochód i podjechał do budki telefonicznej. Zadzwonił 

do Polly do biblioteki. 

- Mała poprawka. Zdążę do domu na kolację. Jeśli jesteś wolna, to możemy coś zjeść 

w „Old Stone Mill”. 

Polly  przyjęła  propozycję  i  Qwilleran  wracał  do  Pickax,  łamiąc  niejeden  przepis 

drogowy. 

Koko  powitał  go  skocznym  tańcem,  co  oznaczało,  że  na  sekretarce  czeka  na  niego 

wiadomość.  Odsłuchał  ją  i  natychmiast oddzwonił do Susan Exbridge,  podejrzewając,  że  są 

jakieś nowe informacje w sprawie Dennisa Hougha. 

- Kochanie, mam wspaniałe wieści! - wykrzyknęła. - Prawnik Hilary'ego z Lockmaster 

dzwonił do mnie w sprawie likwidacji jego majątku. Był u mnie dzisiaj, żeby to omówić. To 

Torry Bent z „Summers, Bent & Frickle”, osobiście reprezentuje firmę. 

- Czy mogłaś zobaczyć dom Hilary'ego? 

-  Tak,  miał klucz.  Przekazał  mi go po tym,  jak uznał,  że wzbudzam zaufanie  i  mam 

uczciwą  twarz.  To  przedziwne  miejsce,  mówię  serio.  Pokoje  na  górze  są  pełne  pudeł  z 

książkami, ale po sam sufit, a jeden pokój jest pełen martwych roślin! 

- Co zrobisz z książkami? 

-  Bóg  jeden  wie!  Jest  tyle  używanych  książek,  że  ceny  lecą  na  łeb  na  szyję,  ale 

sprawdzimy wszystkie pudła - to dopiero robota - mam nadzieję, że znajdziemy jakieś cenne 

egzemplarze. Edd Smith z pewnością nam doradzi. 

- Z przyjemnością pomogę wam otwierać pudła - zaofiarował się ochoczo Qwilleran. - 

Jestem dobry w sortowaniu książek, a od jutra nie mam nic w planach. 

- Qwill,  jesteś kochany! Co powiesz na wtorek rano? Zabiorę cię na lunch. Zabrałam 

Torry'ego na lunch do „Old Stone Mill”, był pod ważeniem. 

- Restauracji czy towarzystwa? 

background image

 

 

- I tego, i tego. Jeśli dobrze go wyczuwam, to jest z niego niezły uwodziciel. A do tego 

rozwodnik! 

Na tej wesołej uwadze skończyli rozmowę. Qwilleran zapisał w kalendarzu spotkanie 

na wtorek rano. Była to jedna z tych rzeczy, o której nie wspomniałby szefowej biblioteki. 

Kiedy odbierał Polly z  jej przebudowanej wozowni,  miała  na  sobie  jaskrawą różową 

bluzkę i szary kostium przeznaczony na wyjścia. 

- Ten kolor pasuje do ciebie - zauważył. - Jak się nazywa? 

- To kolor fuksji. Nie uważasz, że jest zbyt intensywny? 

- Ani trochę. 

Droga do „Old Stone Mill” nie była długa i spędzili ją, wymieniając się uwagami na 

temat  pogody:  spadków  i  wzrostu  ciśnienia,  wilgotności  powietrza  i  widoczności,  tego,  co 

było  wczoraj,  i  tego,  co  dzisiaj.  W  restauracji  zaprowadzono  ich  do  ulubionego  stolika 

Qwillerana.  Zamówili  jak zwykle wytrawną sherry dla niej  i wodę squunk dla  niego.  Kiedy 

podano im szklanki, unieśli je na zdrowie. 

Nie mówili nic, aż w końcu Polly odezwała się: 

- Na czyim pogrzebie byłeś w Lockmaster? 

-  Babci  Vicki  Bushland.  Osiemdziesiąt  osiem  lat,  zapalona  obserwatorka  ptaków. 

Polubiłabyś ją. 

- Widzę, że ostatnio ciągnie cię do Lockmaster. 

- To przyjemna okolica. Jest tam na sprzedaż stadnina, która mogłaby być inwestycją 

dla Fundacji K. Myślę, że nie musiałbym się specjalnie przekonywać do koni. 

- Ale nie zamieszkałbyś tam, prawda? 

- Nie od razu, ale to piękna posiadłość. 

Qwilleran uraczył Polly bogatym opisem stadniny Ambertonów. 

- Jutro czekam na delegację ze stadniny w sprawie omówienia szczegółów. 

- Widzę, że podchodzisz do tego bardzo poważnie. 

-  To  kusząca  perspektywa,  ale  mam  jedno  zastrzeżenie.  Szef  stadniny  to  bardzo 

kompetentny  człowiek,  ale  ma  ciemną  przeszłość.  Mai  nie  tylko  reputację  pijaka  i 

kobieciarza, ale też musiał zrezygnować z pracy na Nizinach z powodu oskarżeń o nielegalny 

doping  koni  wyścigowych.  Szkoda.  Wspominałem  już  chyba  o  nim.  Nazywa  się  Steve 

O'Hare. 

Polly odstawiła nagle szklankę i pobladła. 

- Dobrze się czujesz? - spytał. 

background image

 

 

- Trochę kręci mi się w głowie, to nic. Nie zjadłam lunchu, próbuję trochę schudnąć - 

uśmiechnęła się. - To przez sherry. 

- Zaraz poprosimy o zupę - dał znak kelnerce. - Zjedz rogalika, posmaruję go masłem. 

I nie przejmuj się odchudzaniem, podobasz mi się taka, jaka jesteś teraz. 

Kiedy podano kurczaka i Polly odżyła, mówił dalej: 

-  Czy zdajesz sobie  sprawę, że to nasza pierwsza wspólna kolacja od dziesięciu dni? 

Straciliśmy dwa weekendy! To się nam jeszcze nie zdarzyło. 

-  Tak,  wiem  -  odpowiedziała  przepraszająco.  -  Jesteśmy  dla  siebie  stworzeni,  dwa 

ostatnie lata były najpiękniejszymi w moim życiu, najdroższy. 

- Mógłbym powiedzieć to samo... Co będzie dalej? 

Podano  steki  z  halibuta  w  brokułach  i  suflet  z  cukinii  i  żadne  z  nich  nie  udzieliło 

odpowiedzi. 

Walcząc z małą rybią ością, Polly spytała: 

- Coś... nowego... w składzie jabłek? 

-  Nie  poznałabyś  sadu.  Ostatnia  burza  przyniosła  wiele  zniszczeń,  ale  połamane 

gałęzie już usunięto. Od kiedy zaczęło się zwiedzanie, wokół domu kręci się więcej osób. Ci, 

którzy żałują pięciu dolarów na wstęp, próbują dostać się na gapę. Zamówiłem rolety, ale to 

potrwa trzy tygodnie. 

- Tkaniny już dotarły? 

-  Tak, i są  już powieszone.  Spodobają ci  się.  Najdłuższa zwisa z poręczy  najwyższej 

antresoli,  mam  nadzieję,  że  jest  bezpieczna. Zaczepiliśmy  ją  na paskach, a w  naszym domu 

stosujemy się do prawa Yum Yum: Jeśli coś da się odczepić, rozwiązać, rozpiąć albo zrzucić, 

zrób to! Zaczynała od rozwiązywania sznurowadeł, a teraz zabiera się do szuflad kuchennych. 

Zasłony  mogą  być  następne  na  liście.  Na  razie  przyglądam  się  uważnie,  jak  na  nie  reaguje. 

Zmienia się jej nawet głos. Ma już pięć lat, to mimo wszystko dojrzała kocica. Dosyć często 

wydobywa z siebie bardzo stanowczy kontralt, które brzmi jak „nie!” 

- A co Koko o tym wszystkim sądzi? - spytała. 

-  Ma  własne  przyzwyczajenia.  Ostatnio  zaprzyjaźnił  się  z  kardynałem  w  sadzie,  nie 

ma to jak znajomość zawarta przez kuchenne okno. Zdarzyła się jedna zastanawiająca rzecz: 

koń  o  imieniu  Syn  Kardynała  wygrał  piąty  wyścig  w  sobotnich  zawodach.  Ciekawe,  czy  to 

przypadek.  Być  może  Koko  potrafi  obstawiać  zwycięzców!  Byłby  wtedy  bardzo  cennym 

zwierzęciem... Mówiłem ci, że spotkałem kobietę, która grała w Henryku VIII? To nieśmiała, 

drobna kobieta na emeryturze, którą VanBrook wykreował na królową Katarzynę, akt godny 

Pigmaliona, który musiał znacznie podbudować jego ego. 

background image

 

 

Qwilleran  był  nadzwyczaj  gadatliwy,  co  świadczyło  tylko  o  tym,  że  brakowało  mu 

towarzystwa  Polly  bardziej,  niż  sobie  z  tego  zdawał  sprawę.  Ona  z  kolei  była  wyjątkowo 

cicha i ograniczała się do zadawania pytań. 

W pewnym momencie zapytała: 

-  Czytałeś  list,  który  jedenastoletnia  dziewczynka  napisała  do  wydawcy  „Moose 

County coś tam” w zeszłym tygodniu? 

-  Z  zasady  nie  czytam  niczego,  co  napisały  jedenastoletnie  dziewczynki  -  oznajmił 

Qwilleran, przyjmując ton zrzędliwego starca. 

-  W  piątkowej  gazecie  ukazało  się  wiele  odpowiedzi.  Wiedziałam,  że  nie  ma  cię  w 

mieście, więc zrobiłam dla ciebie kopie. Dotyczą problemu Tipsy. 

- Problemu? Jakiego problemu? 

- Przeczytaj oryginalny list, to będziesz wiedział, o co chodzi. 

List  Debbie  Watts  z  Kennebeck  został  wydrukowany  ze  wszystkimi  młodzieńczymi 

błędami, od widoku, których Qwillerana skręcało w dołku. 

Mam  jedenaście  lat  i  jezdem  w  piontej  klasie.  Babcia  kazała  mi  napisać.  Mamy 

rodziny  album.  Jest  tam  zdjencie  mojej  babci  kiedy  była  dziefczynkom.  Pracowała  w 

restałracj „U Tipsy”. Zrobili jej zdjencie z Tipsy przed wejźciem. Ona muwi, że Tipsy miała 

białe łabki. Jej łabki som białe na zdjenciu. 

- Hmmm... - powiedział Qwilleran, rozważając w myśli konsekwencje tego odkrycia. - 

Na portrecie w restauracji ma czarne stopy. 

- No właśnie! Jeśli nagroda ma pójść do kota najbardziej przypominającego Tipsy, to 

czy oznacza to, że ma on mieć białe czy czarne łapki? A teraz przeczytaj odpowiedzi. 

Pierwsza  była  podpisana  przez  panią  G.  Wilson  Goodwinter  z  West  Middle 

Hummock.  Nazwisko  należało  do  starej  rodziny  z  tradycjami,  a  osiedle  należało  do 

wpływowych. 

Mała  Debbie  ma  rację.  Córka  mojej  gospodyni  pracuje  w  domu  opieki  na  Nizinach. 

Jednym z jej podopiecznych jest stary żeglarz, który poznał Tipsy w czasach, kiedy mieszkała 

u Gusa Timberlanda.  Gus pochodził  z Moose County.  Podczas Wielkiego Kryzysu  wrócił  do 

background image

 

 

okręgu i założył restaurację. Wziął wtedy do siebie Tipsy i nazwał lokal jej imieniem. Żeglarz 

opisuje Tipsy jako kotkę z białymi łapkami. Nie ma co do tego wątpliwości. 

- To źle wróży Hixie i jej pomysłowi. 

- Czytaj dalej - poinstruowała go Polly. 

Następny list był od Margaret DeRoche z Sawdust City. 

Kuzyn mojego męża był artystą. To on w latach trzydziestych namalował portret Tipsy. 

Był  człowiekiem  prawym  i  nigdy  nie  namalowałby  czarnych  stóp  kotu,  który  takowych  nie 

posiadał.  Piszę,  ponieważ  od  trzech  lat  nie  ma  go  już  wśród  żywych  i  nie  może  się  dzisiaj 

bronić. Nazywał się Boyd Smithers i podpisywał płótna swoimi inicjałami. 

-  Akcja  się  zagęszcza  -  powiedział  Qwilleran.  -  Tu  jest  jeden  z  izby  handlowej 

Kennebeck. Idę o zakład, że są za czarnymi łapkami. 

Od  pięćdziesięciu  lat  Tipsy  z  czarnymi  stopami  jest  symbolem  miasta  Kennebeck  i 

znanej  wszystkim  restauracji.  Dwa  pokolenia  mieszkańców  Kennebeck  wychowywało  koty  z 

czarnymi łapkami i nazywało je Tipsy. Dlaczego nagle odwracać kota ogonem? 

- Przeczytaj ten od Samanty Campbell. Jest sekretarką Towarzystwa Historycznego. 

W  nawiązaniu  do  dyskusji  prowadzonej  na  łamach  gazety  pragnę  zauważyć,  że  w 

archiwach  Towarzystwa  Historycznego  znajdują  się  wycinki  dotyczące  Tipsy,  z 

nieodżałowanej  „Pickax  Picayune”.  Krótki  artykuł  z  1939  roku  opisuje  Tipsy  jako  „całą 

białą z czarną łatką na głowie”. Tekst z tej samej gazety z 1948 roku odnosi się do „czarnych 

skarpetek  Tipsy”.  Wspominam  o  tym,  aby  podkreślić  konieczność  akuratności  w  publicznej 

prasie, jako że wycinki trafiają do historycznych archiwów. Dziękuję. 

-  I  my  dziękujemy  pani,  pani  Campbell  -  skomentował  Qwilleran.  -  Powinienem 

zabrać do restauracji Koko i poddać ją testowi syjamskiego nosa. On umie odróżnić prawdę 

od fałszu. 

background image

 

 

-  Nie  bierzesz  tego  na  poważnie,  Qwill.  Przeczytaj  ostatni.  Napisała  go  Betty  Bee 

Warr z Purple Point. 

Moja babcia, która jest w domu starców i ma poważny artretyzm  w rękach, pamięta, 

że człowiek o imieniu Gus przywiózł Tipsy do Kennebeck w czasach kryzysu. Ów Gus zamówił 

u  malarza  portret  kotki.  Kiedy  później  sprzedał  swój  lokal  w  latach  czterdziestych,  nowi 

właściciele  zapłacili  mojej  babci,  która  malowała  trochę  dla  przyjemności,  żeby 

przemalowała  łapki  na  czarno.  Twierdzili,  że  w  ten  sposób  obraz  zyska  na  wyrazistości. 

Babcia  zdaje  sobie  sprawę,  że  postąpiła  niesłusznie,  godząc  się  na  taką  propozycję,  ale  w 

tamtych czasach potrzebowała pieniędzy. 

-  To  najbardziej  lepka  sprawa  od  czasów  papierowego  samolotu,  który  latał  na 

posiedzeniu rady miejskiej, ale Hixie i izba handlowa będą musieli sobie poradzić. Ja jestem 

tylko sędzią i mam inne sprawy na głowie. 

-  Czy to tajemnicze  morderstwo VanBrooka tak cię  niepokoi? -  spytała Polly, zdając 

sobie sprawę, że pytania bez odpowiedzi mogą zamęczać go miesiącami. 

-  Nie,  raczej  tajemnica  jego  tożsamości.  Czy  był  rzeczywiście  tym,  za  kogo  się 

podawał? A może był oszustem? Podejrzewam to drugie. Koko od samego początku wiedział, 

że  jest  w  nim  coś  fałszywego.  Kot  potrafi  wyczuć,  jeśli  coś  nie  jest  prawdziwe.  Czy  to  są 

wąsy, czy podróbka indyka. 

Polly westchnęła. 

- Czy myślisz, że Bootsie będzie kiedykolwiek równie sprytny jak Koko? 

-  Na pewno nie z takim  imieniem.  Brakuje  mu godności.  Pamiętaj,  imię  Koko brzmi 

Kao K'o-Kung... Zjesz deser? 

- Nie, dziękuję. Lepiej nie. 

- Kawy? 

Polly zawahała się, a potem odezwała słodkim głosem: 

- Może na kawę pójdziemy do mnie? 

Później tego wieczoru, kiedy żegnali się w jej wozowni, Polly powiedziała niewinnie: 

-  W  ten  weekend  może  być  ostatnia  okazja  na  podglądanie  ptaków  na  zalewiskach. 

Może pojedziemy? 

-  Pewnie  -  powiedział  Qwilleran,  przełykając  ślinę.  -  Moglibyśmy  też  polecieć  z 

Lanspeakami do Chicago na mecz. 

background image

 

 

- Byłoby fajnie - powiedziała. 

Qwilleran  przyjechał  do  domu  podniesiony  na  duchu  i  pełen  energii,  ale  była  już 

północ  i  jego  towarzysze  chcieli  tylko  otrzymać  swoją  wieczorną  przekąskę  i  iść  spać. 

Qwilleran  zamknął  się  w  gabinecie,  aby  kontynuować  lekturę  biografii  sir  Edmunda 

Backhouse'a. Jaka ogromna jest różnica między brytyjskim sinologiem, który miał osobowość 

zjednującą  rzesze  przyjaciół  i  eleganckie  maniery,  a  VanBrookiem,  który  miał  tylko  ego  i 

lekceważenie wobec świata. 

Następnego  dnia  wstał  rano,  żeby  nie  spotkać  się  z  krytykancką  i  plotkarską  panią 

Fulgrove.  Unikał  jej,  pisząc  tekst  do  piątkowego  wydania  w  redakcji  gazety  bądź  idąc  w 

odwiedziny  do  Eddingtona  Smitha.  Kupował  Polly  kaszmirowe  rękawiczki  w  domu 

towarowym Lanspeaków, szare, żeby pasowały do szarego zimowego płaszcza. 

Kiedy realizował czek, spotkał w banku Hixie Rice. 

- Przejmujesz się zamieszaniem wokół autentycznego wyglądu Tipsy? - spytał. 

Odrzuciła do tyłu włosy. 

- To nie jest problem, Qwill. Zyskujemy tylko na rozgłosie. Przyznamy po prostu dwie 

nagrody.  Jedną  za  popularny  wizerunek  Tipsy  z  czarnymi  łapkami,  a  drugą  za  autentyczne 

podobieństwo.  Nie  zapomnij,  że  czekamy  na  ciebie  jako  gościa  na  obiedzie  przed 

konkursem... Masz ochotę na lunch? 

- Nie mogę. Spodziewam się w składzie gości. 

Punktualnie o godzinie pierwszej trzydzieści na drodze od strony 

Trevelyan  Trail  pojawiła  się  półciężarówka  z  delegacją  ze  stadniny  Ambertonów. 

Fiona  niosła  pudełko  chusteczek,  ubrana  w  niesprecyzowany  strój,  który  otulał  jej  drobną 

sylwetkę.  Za  nią,  kołysząc  szerokimi  ramionami,  szedł  rudobrody  koniarz,  a  na  końcu 

wolnym  krokiem  posuwał  się  chłopak,  niski  i  drobny  jak  jego  matka,  z  kciukami 

zaczepionymi  o  tylne  kieszenie  spodni.  Obaj  mężczyźni  mieli  na  sobie  ciemne  dżinsy  i 

granatowe  nylonowe  marynarki  z  insygniami  Ambertonów:  czerwonym  kardynałem 

wyszytym na kieszonce na piersi. 

Qwilleran powitał  ich przy drzwiach  i  zaprosił do foyer. Wchodzili powoli, kołysząc 

ze zdziwienia głowami na boki i z góry na dół. 

- Och, nigdy nie widziałam niczego podobnego! - wykrzyknęła Fiona. 

- Hej, dzieciaku, co ty na to? - Steve kiwnął na Robbiego. 

Robbie  pokiwał  głową  i  wymienił  z  trenerem  półuśmiech,  który  Qwilleran  odczytał: 

„Mamy cię, ptaszku, masz kasy po pas. Ta chałupa kosztowała kilka baniek”. Kilka lat temu 

background image

 

 

podobna  myśl  napełniłaby go niesmakiem, ale teraz zdołał się  już przyzwyczaić do tego, że 

patrzono na niego, jakby miał wytatuowane na czole miliony Klingenschoenów. 

Fiona odezwała się pierwsza: 

- Panie Qwilleran, to jest mój syn Robbie. 

- Gratulacje, młody człowieku, widziałem twój bieg w sobotę. Świetny pokaz! 

Chłopiec  pokiwał  głową,  wyraźnie  zadowolony.  Qwilleran  poprowadził  ich  do 

miejsca, w którym stały luksusowe fotele w kolorze owsianki. 

- Usiądziecie? 

Chłopak spojrzał najpierw na jasną tapicerkę, a potem na swoją matkę. 

- W porządku, masz czyste spodnie, dopiero co je uprałam. 

Jej syn jest niemy, pomyślał Qwilleran. Nikt mi o tym nie wspominał. 

- Czy ktoś ma ochotę na szklankę jabłecznika? - spytał. 

- A ma pan może piwo? - zapytał Steve. 

-  Ja  i  Robbie  napijemy  się  jabłecznika  -  powiedziała  Fiona.  Matka  i  syn  siedzieli 

blisko siebie na kanapie. Steve rozparł się wygodnie na drugiej i rzucił marynarkę na dywan. 

Syjamczyki obserwowały przybyszów z poręczy pierwszej galerii. Steve zauważył je. 

- Czy to są koty? 

- Syjamskie. 

- Dlaczego mi się przyglądają? 

- Nie przyglądają się, tylko z daleka nie widzą wyraźnie. 

Trener wskazał kciukiem na pozostałość sadu. 

- Co się stało z pana drzewami? 

-  Kilka  lat  temu  zaatakowały  je  szkodniki  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  Zeszłotygodniowa 

burza  też  zrobiła  swoje.  Doszedłem  do  wniosku,  że  nadszedł  czas,  żeby  pozbyć  się  starych 

spróchniałych drzewek. 

- Byłoby tu niezłe pastwisko, gdyby zechciał pan przyjąć kilka koni. 

- Niestety obowiązują mnie miejskie zakazy: żadnych koni,  bydła, świń, kurczaków i 

gęsi w granicach miasta. 

Popijając  drinki,  goście  przyglądali  się  kominkowi,  antresolom,  drabinom  i 

masywnym krokwiom. 

- Czytałem w „Lockmaster Logger”, że jeden facet się tu powiesił. 

- Do czego służy drabina? - spytał Robbie. 

On mówi! - pomyślał Qwilleran. 

background image

 

 

-  To  rodzaj  wyjścia  ewakuacyjnego.  Przyniosłeś  dla  mnie  informacje  o  stadninie, 

Steve? 

- Oczywiście! 

Wyjął kopertę z kieszeni marynarki i podał ją Qwilleranowi. 

-  Mam  te  dane  od  Ambertona.  Chce  się  z  tobą  spotkać  i  pokazać  ci  stadninę  po 

powrocie z Arizony. 

- Skąd stadnina czerpie dochody? 

-  Z  hodowli  koni,  ich  sprzedaży,  nagród  za  wyścigi,  przechowywania  i  trenowania 

koni, lekcji jazdy. W Lockmaster jest wiele bogatych rodzin, które chcą, żeby ich dzieci brały 

lekcję jazdy i wygrywały nagrody. 

- Czy poprowadziłbyś stajnię? 

- Oczywiście, tym właśnie się zajmuję. 

- Czy masz referencje? 

Kiedy trener zawahał się, Qwilleran dodał: 

-  Muszę  podkreślić,  że  nie  mam  własnych  pieniędzy.  Wszystkie  przedsięwzięcia 

finansowe  są  realizowane  przez  Fundację  Klingenschoenów  i  muszę  przedyskutować  każdą 

decyzję  z  powiernikami.  Będą  chcieli  znać  twoje  kompetencje  i  przebieg  dotychczasowej 

pracy.  Także  dlaczego  odchodziłeś  z  poprzednich  miejsc  pracy  i  tak  dalej.  Steve  kichnął  i 

Fiona podała mu pudełko chusteczek, mówiąc: 

- Mogę to dla ciebie napisać, Steve. 

Steve potarł palcem brew. 

- Uff, gorąco tu. 

-  To  przez  uczulenie  -  wyjaśniła  Fiona.  -  Ma  gorące  i  zimne  dreszcze.  Qwilleran 

zwrócił się do Robbiego. 

- A na czym polega twoja praca w stadninie? 

- Pomagam Steve'owi - odpowiedział chłopak, rzucając szybkie spojrzenie na matkę. 

-  Jest w tym  bardzo dobry -  powiedziała Fiona z  matczyną dumą.  -  Będzie  jeździł w 

wielkich wyścigach, kiedy dorośnie, prawda, Steve? 

Trener znowu kichnął. 

- Powinieneś wziąć zastrzyki na to uczulenie - zasugerował Qwilleran. 

- To samo mu mówiłam. 

W  tym  momencie  na  balkonie  zapanowało  poruszenie.  Rozległo  się  sapanie  i 

drapanie,  a  potem  oba  koty  wystrzeliły  jak  kule  armatnie:  w  górę  po  rampie,  przez  kładki, 

wokół  dachu  i  znowu  w  dół  aż  na  pierwszy  balkon,  skąd  zanurkowały  w  dół  jak  pociski  z 

background image

 

 

bombowca. Koko wylądował na oparciu kanapy dokładnie za Steve'em, a Yum Yum na jego 

kolanach. Trener cofnął się zaskoczony, a Fiona piszczała. 

- Jezu! Co tu się dzieje! 

-  Przepraszam,  właśnie  wzięliśmy  udział  w  siedemnastym  wyścigu  Pickax  - 

powiedział Qwilleran. 

Koko nie ruszał się z oparcia kanapy: na sztywnych nogach, z wyprężonym grzbietem 

i ogonem zagiętym w końską podkowę. I wtedy kichnął: szfff. Brzmiało to tylko jak szept, ale 

w  słonecznym  świetle,  które  wpadało  do  wnętrza  przez  trójkątne  okna,  widać  było  obfitą 

mgiełkę śliny opadającą na szyję Steve'a. 

Trener przetarł kark chusteczką. 

- Chyba czas już na nas. 

-  Dziękuję  za  informacje  -  powiedział  Qwilleran,  machając  kartką.  -  Jeśli  prześlesz 

nam swoje CV, przejrzymy je. Mam nadzieję, że powiernicy będą zainteresowani. 

- Chodź, Robbie - powiedział Fiona. - Powiedz panu dziękuję za jabłecznik. 

Goście podnieśli się. Podnosząc z ziemi marynarkę, Steve zauważył coś na podłodze. 

Podniósł mały metalowy przedmiot z głową konia wytłoczoną na jednej ze ścianek. 

- Co to jest? 

- To stara czcionka drukarska. Koty porozrzucały je ostatnio. 

- Mógłbym użyć jej na pierwszej stronie „Plotek ze Stajni”. 

- Weź ją, będzie mi miło. 

- Och, to bardzo uprzejme z pana strony! - wykrzyknęła Fiona. 

- Proszę nie zapomnieć chusteczek. 

- To ostatni numer - powiedział Steve, kładąc gazetę na stolik. - Są w nim wszystkie 

wyniki z wyścigu. 

Qwilleran  odprowadził  delegację  do  samochodu,  czyniąc  uwagi  na  temat  pogody  i 

możliwości deszczu. Kiedy wrócił do składu, Yum Yum próbowała wyjść spod sofy, a Koko 

zabawiał  się  darciem  na  strzępy  ostatniego  wydania  „Plotek”.  Przytrzymywał  papier 

przednimi  łapkami  i  zaciskając  strony  w  zębach,  potrząsał  energicznie  głową.  Qwilleran 

śledził proces systematycznej destrukcji, podziwiając jej skuteczność. Czy to papier, a może 

farba  drukarska  pobudzały  tak  Koko?  Już  po  raz  drugi  Koko  postąpił  podobnie  z  końską 

gazetką. 

Raptem Koko porzucił swoje niszczycielskie dzieło. Podniósł głowę i wyciągnął szyję 

w kierunku wejścia. Trwało to moment i kot rzucił się do okna przy drzwiach. W tym samym 

background image

 

 

momencie dał się słyszeć strzał, a za chwilę triumfalny śmiech. Qwilleran skoczył do drzwi. 

W dół alei pędził samochód, a na ziemi, w pobliżu krzaków, leżało małe czerwone ciałko. 

- Mój Boże! - wysapał. - Ten głupi dzieciak zastrzelił kardynała! 

background image

 

 

 

Rozdział dwunasty 

 

Qwilleran wykopał dołek w  ziemi,  w pobliżu krzewów,  i pochował dostojnego kardynała w 

puszce  po  kawie,  żeby  uchronić  jego  małe  ciałko  przed  dzikimi  zwierzętami  i  bezpańskimi 

psami, które wbrew miejskim rozporządzeniom pojawiały się znikąd i rozkopywały ziemię w 

poszukiwaniu resztek. Koko przyglądał się tym zabiegom z kuchennego okna ze zmrużonymi 

oczami. Kiedy Qwilleran wrócił do środka, kot miauczał i chodził pod drzwiami. 

-  Dobrze,  wyjdziemy  i  oddamy  cześć  poległym  -  powiedział  spokojnie  Qwilleran, 

mimo że zaciskał z gniewu zęby. 

Podniósł  oba  koty.  Yum  Yum  zaczęła  się  wyrywać  i  wić,  ale  Koko  miał  widoczną 

ochotę  wyjść.  Jak  tylko  znalazł  się  na  zewnątrz,  poszedł  wprost  do  miejsca,  gdzie  ptaszek 

spadł  na  ziemię,  później  powąchał  miejsce,  gdzie  został  pochowany.  W  końcu  udało  się  go 

zachęcić do spaceru wokół składu i po dziesięciu minutach, kiedy dzwonek telefonu wezwał 

ich do środka, był gotów wrócić. Przewrócił się na bok i zaczął czyścić łapki. 

Dzwoniła Mildred Hanstable, jedna z sędziów w konkursie na temat Tipsy. 

- Jesteś zły - stwierdziła po tym, jak Qwilleran warknął, podnosząc słuchawkę. 

-  Nie  jestem  zły  -  jestem  wściekły  jak  cholera!  Ktoś  zastrzelił  kardynała  na  moim 

podwórku. 

- Wiesz, kto to zrobił? 

- Tak, i obedrę go ze skóry. Popamięta mnie do końca życia. Co jest? Czyżby odwołali 

konkurs? 

-  Nie,  ale  nie  ucieszy  cię  ta  wiadomość.  Mamy  być  w  „Tipsy”  na  kolacji  o  szóstej. 

Dzisiaj po południu jestem umówiona do fryzjera, a potem mam wolne,  na wypadek gdybyś 

chciał mnie zaprosić. Chętnie wzmocnię się drinkiem przed kolacją z szefem. Lyle jest takim 

sztywniakiem! 

-  To  tylko  pozory  -  zapewnił  ją  Qwilleran.  -  Lyle  Compton  to  kociak  udający 

angielskiego byka. 

-  Tak  czy  inaczej  mam  olbrzymią  ochotę  zobaczyć  skład  bez  towarzystwa  pięciuset 

płatnych gości, którzy tłoczyliby się za mną i przede mną. Wiesz, byłam na dniu otwartym. 

- Będziesz mile widziana - odpowiedział szorstko. 

background image

 

 

Koko  nadal  wylizywał  łapy,  a  Yum  Yum  wciąż  symulowała  śpiączkę,  mimo  że 

odżyła,  jak  tylko  minęła  groźba  wyjścia  na  dwór.  Qwilleran  spojrzał  na  zegarek.  Delegacja 

zdążyła już zapewne dotrzeć do Lockmaster, chyba, że Steve zatrzymał się na drinka. 

Zadzwonił do domu Bushlandów. 

- Cześć, tu Qwill. Jak mogę skontaktować się z Fioną? 

-  Coś  cię  martwi,  Qwill?  Masz  smutny  głos  -  zapytała  zaniepokojona  Vicki.  -  Miała 

być u ciebie ze Steve'em i Robbiem kilka godzin temu. 

-  O  tak,  byli  tu  i  ten  łobuz  zastrzelił  na  moim  podwórku  ptaka,  kardynała!  Chcę 

zamienić kilka słów z jego matką, zanim powiem mu do słuchu. 

-  Tak  mi  przykro,  Qwill.  Poproszę,  żeby  do  ciebie  zadzwoniła.  Ma  mi  pomóc  w 

przygotowaniu jutrzejszego myśliwskiego śniadania. 

- Zrób to. Ale nie później niż o piątej. 

Przyjazd  Mildred  Hanstable  podziałał  kojąco  na  Qwillerana.  Zdrowa,  szczęśliwa, 

towarzyska  i  krągła  kobieta  w  jego  wieku  roztaczała  wokół  siebie  aurę  dobroci,  która 

przyciągała  ludzi  i  zwierzęta.  Syjamczyki  przywitały  ją  wylewnie,  wyczuwając  w  jej 

przepastnej torbie paczkę domowych przekąsek. 

Mildred usiadła na sofie i ułożyła fałdy  luźnego ubrania, które  miało kamuflować  jej 

obfite kształty. Zaprzestała walki z tuszą i koncentrowała się na ukrywaniu nadmiaru ciała. 

-  Jestem szczęśliwsza -  wyznała Qwilleranowi -  odkąd uznałam, że  natura  stworzyła 

mnie  do  puszystych  kształtów.  Jestem  prototypem  matki  ziemi.  Po  co  z  tym  walczyć?... 

Odpowiedź  na  pytanie,  którego  nie  zadałeś,  brzmi:  tak,  napiję  się  szkockiej.  Powiedz  mi, 

Qwill,  jak to jest pławić się w takiej przestrzeni? -  zatoczyła ramieniem koło,  wskazując  na 

przestronne wnętrze składu. 

- Duże otwarte przestrzenie są w porządku, ale przywykłem do czterech ścian i drzwi. 

Zamiast pokojów mam tu części: część przedpokojową, część biblioteczną, część jadalnianą. 

Będę  czynił  honory  domu  w  części  barowej,  która  znajduje  się  obok  części  stołowej. 

Wszystko to jest nijakie. 

Podał drinki i miseczkę orzechów na metalowej tacy, prezencie od dekoratorki wnętrz. 

- Część kuchenna jest bardzo gustowna. Masz zamiar nauczyć się gotować? Myślisz o 

małżeństwie?  -  zapytała  figlarnie.  Mildred  uczyła  zajęć  praktycznych  w  liceum  w  Pickax  i 

proponowała Qwilleranowi, że nauczy go gotować jajka. 

- To ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy - powiedział, podnosząc z ziemi kilka 

czarnych klocków porozrzucanych na marokańskim dywanie. 

- Co to jest, Qwill? 

background image

 

 

-  Zacząłem  kolekcjonować  stare  czcionki  drukarskie.  Koty  ciągle  wykradają  je  z 

przegródek, które wiszą w części bibliotecznej. 

- Dlaczego nie umieścisz ich gdzie indziej? 

- Nie ma takiego miejsca, do którego syjamczyki się nie dostaną. Jeśli trzeba będzie, 

rozbujają żyrandol, żeby się gdzieś dostać. - Pokazał jej małą metalową blaszkę zamontowaną 

na drewnianym klocku. - To ich ulubiony znaczek. Odczytuję to jako zamówienie na królika 

w potrawce. Czy wiesz, jak przyrządzić królika? 

-  Oczywiście! Tak  samo  jak kurczaka.  Kiedy wyszłam po raz pierwszy za  mąż,  Stan 

często przynosił z polowania króliki. Co niedzielę robiłam potrawkę belgijską. 

-  Czy  byłabyś  tak  miła,  żeby  zrobić  większą  ilość  dla  kotów?  Kupiłem  mrożonego 

królika u Toodle'a. 

-  Wiesz  przecież,  że  zrobię  to  z  radością.  Czy  mogłabym  cię  prosie  o  przysługę? 

Teraz,  kiedy  wyprowadziłeś  się  już  ze  swojej  wozowni,  czy  nie  zgodziłbyś  się,  żeby 

wolontariat  przyszpitalny  urządził  w  niej  sklep  z  pamiątkami?  Potrzebujemy  centralnej 

lokalizacji. 

-  Wciągnę  was  na  listę  -  powiedział  -  ale  Rada  do  spraw  Sztuki  chciała  w  niej 

otworzyć galerię, a Towarzystwo Historyczne sklep z antykami. Właściwie to waham się, czy 

ją oddać, boję się zimy w składzie. Koszty ogrzewania i odśnieżania mogą być horrendalne. 

- Jeśli stać cię na karmienie kotów homarem, to stać cię i na ogrzewanie. 

Jak gdyby słowo „homar”  było zrozumiałe w  języku syjamczyków,  oba koty zjawiły 

się przy kanapie, a Mildred ciągnęła dalej: 

-  Ojciec  jednego z  moich uczniów prowadzi schronisko dla  zwierząt.  Powiedział  mi, 

że para kotów może mieć rocznie dwanaście kociąt, a po dwóch latach sześćdziesiąt trzy.  W 

ciągu dziesięciu lat rozmnożą się do osiemdziesięciu milionów bezpośrednich potomków. 

- Tipsy żyła pięćdziesiąt lat temu. Nic dziwnego, że w okolicy jest tyle biało-czarnych 

kotów. 

-  Schronisko  jest pełne  niechcianych kotów i kociaków.  Poza tym setki  bezdomnych 

kotów włóczą się po okolicy: zagłodzone, przemarznięte, giną pod kołami samochodów. 

- Mildred, co ty chcesz mi powiedzieć? - wiedział, że jest fanatycznym orędownikiem 

beznadziejnych spraw. 

-  Moim  zdaniem  Fundacja  Klingenschoenów  powinna  rozpisać  kampanię  na  rzecz 

darmowego  kastrowania.  Hixie  Rice  mogłaby  ją  zorganizować.  Potrzebujemy  reklamy, 

programów w szkołach, wolontariuszy - przeszkodził jej telefon. 

- Przepraszam - powiedział Qwilleran. 

background image

 

 

Odebrał telefon w strefie bibliotecznej. 

-  Och, panie Qwilleran! -  wykrzyknął roztrzęsiony głos w  słuchawce.  -  Okropnie  mi 

przykro z powodu ptaka! Robbie tego nie zrobił!  Chciał wypróbować broń Steve'a,  ale  bym 

mu nie pozwoliła. Steve lubi, hmmm, strzelać do celu, wie pan... 

-  Doceniam  to,  że  pani  zadzwoniła  -  odpowiedział  sztywno.  -  Przepraszam,  że 

oskarżyłem pani syna. Będę miał dużo do powiedzenia Steve'owi na temat tego bezmyślnego 

czynu! 

Kiedy wrócił do salonu, Mildred próbowała się właśnie wydobyć z głębokiej sofy. 

- Myślę, że już czas, żebyśmy ruszyli w drogę - oświadczyła. 

- Zanim wyjdziemy, chciałbym zasięgnąć twojej rady względem prania. - Zaprowadził 

ją do suszarni, w której na wieszakach wisiały żółte ręczniki, żółte koszule i żółte bokserki. 

- Mój ulubiony kolor! 

- Ale nie mój - skwitował Qwilleran. 

- Zostawiłeś coś w kieszeni, kiedy nastawiałeś pranie? Co to było? Wiesz? 

- Gałązka z zielonymi listkami i purpurowym kwiatem. 

- Skąd ją wziąłeś? Dlaczego tam była? Może jestem niedyskretna? 

- To długa historia - odpowiedział wymijająco. Zanurzyła twarz w ręczniku. 

-  To  może  być  szafran.  Kiedyś  dodawałam  go  do  gotującego  się  ryżu,  nadawał  mu 

piękny  kolor.  Wiesz,  ile  dzisiaj  kosztuje  szafran?  Dwanaście  dolarów  za  szczyptę!  Sklepy 

przestały go nawet sprowadzać. 

- Dlaczego jest taki drogi? 

-  Cóż,  uzyskuje  się  go  z  wnętrza  maleńkiego  kwiatka,  tyle  wiem.  Próbowałeś 

wybielacza? 

Do  Kennebeck  pojechali  samochodem  Qwillerana.  Mildred  narzekała  na  śmieci 

wzdłuż  drogi  i  rosnące  ceny  akcesoriów  plastycznych,  a  Qwilleran  rozmyślał  nad 

wewnętrznym  ogrodem  VanBrooka.  Jeśli  ten  człowiek  hodował  szafran,  to  w  jego  małym 

pokoju  złożony  był  zbiór  wart  około  dwudziestu  tysięcy  dolarów.  Musiałby  go  oczywiście 

rozprowadzić  po  sklepach  w  całym  kraju.  Jeśli  oświetlał  ogród,  to  mógł  zbierać  plon  do 

pięciu razy w roku. Lukratywne zajęcie jak na dyrektora wiejskiej szkoły... A może, pomyślał 

Qwilleran,  VanBrook  znał  jeszcze  inne  zastosowanie  szafranu?  Czyżby  dało  się  go  palić? 

Nauczył  się  czegoś  na  Wschodzie?  Jeśli  tak,  to  zapasy  warte  były  o  wiele  więcej.  Jakie 

jeszcze sekrety kryły się w jego pudłach? 

Zanim  przyszło  mu  do  głowy  jakieś  satysfakcjonujące  go  wyjaśnienie,  dojechali  do 

restauracji  „U  Tipsy”.  Przywitała  ich  Hixie  Rice.  Odprowadziła  ich  do  stolika  pod 

background image

 

 

sfałszowanym  portretem  czarnonogiej  Tipsy.  Lyle  Compton  był  już  na  miejscu  i  popijał 

martini. 

- Poinstruuję was krótko, a potem pójdę do uczestników konkursu w budynku loży, po 

drugiej stronie ulicy. 

Wyciągnęła dwa pliki zdjęć. 

-  Tu  są  finaliści  w  obydwu  kategoriach,  jest  ich  pięćdziesięciu.  Przejrzyjcie  je  przy 

drinkach  i  wybierzcie  najbardziej  podobnych  kandydatów,  opierając  się  na  wskazówkach. 

Kiedy zobaczycie je na żywo, zdecydujecie, który jest najzabawniejszy i najsłodszy... To by 

było na tyle. Na chodnikach zbierają się już ludzie, ale otworzymy dopiero za godzinę. 

Hixie wyskoczyła z jadalni z ogromną pewnością siebie, po której ją rozpoznawano. 

- Zamawiam jeszcze jednego drinka - oznajmił Compton, obdarzając dwójkę jurorów 

grymasem pełnym poirytowania. 

- Nie jestem przekonana do podwójnej nagrody, która opiera się na fałszerstwie. Jakie 

wartości przekazujemy młodym ludziom? - wyraziła swoją wątpliwość Mildred. 

- Nikt mi nigdy nie powiedział, jaka jest nagroda - dodał Qwilleran. 

- Nie czytasz swojej własnej gazety? - skarciła go. - To skrzynka jedzenia dla kotów, 

dwadzieścia dwa kilogramy kociego żwirku i weekend dla dwojga w Minneapolis. 

-  Zacznijmy  od  fałszerzy  -  zadecydował  kurator,  podnosząc  plik  zdjęć  czarnonogich 

kotów. Był przyzwyczajony do przewodniczenia wszelkim zebraniom. - Jak wszyscy wiemy, 

cechą charakterystyczną jest tak zwany kapelusz, czarna łatka na oku i uchu. To wyeliminuje 

większość z nich. 

-  Widzę  czarne  kołnierzyki,  mufki,  wąsy,  okulary,  epolety  i  opaski,  ale  ani  jednego 

kapelusza. 

Mildred wyłowiła jedno zdjęcie kota z kapeluszem z troczkami. 

- Odłóż je, to może być nasz zwycięzca. 

- Czy wszyscy finaliści stawią się tu osobiście? - spytał Qwilleran. 

-  To  dobre  pytanie.  Z  pięćdziesięcioma  kotami  w  jednym  pokoju  możemy  się 

pożegnać z słodkimi minkami. 

Kandydatów z białymi  stopami  było znacznie  mniej, a wśród nich znalazły  się tylko 

trzy w kapeluszach, przy siedmiu finalistach w konkurencyjnej kategorii. 

- Udało się? - spytał Hixie, pojawiając się niespodziewanie w sali jadalnej. 

- To najlepsze, jakie udało się wybrać. Mildred rozłożyła na stole dziesięć zdjęć. 

-  W porządku.  Teraz odwróćcie  je  na drugą  stronę,  znajdziecie tam kody:  W-2, B-6, 

B-12,  i  tak  dalej.  Dobrze?  Kiedy  koty  będą  przechodzić  przed  wami,  każdy  będzie  w 

background image

 

 

towarzystwie  osoby  z  wypisanym  kodem.  Jeśli  wyśledzicie  któryś  z  wybranych  numerów, 

poproście go na scenę. Potem przysuńcie się do siebie i podejmijcie ostateczną decyzję. Nie 

spieszcie  się,  zwłoka  podgrzeje  tylko  emocje...  Czy  wszystko  jasne?  Przyjdę  po  was  za 

godzinę.  Smacznego!...  Czekajcie  tylko,  aż  zobaczycie  te  rozentuzjazmowane  tłumy!  To 

największe wydarzenie,  jakie miało kiedykolwiek miejsce w Kennebeck! Przy okazji, mamy 

dla was koszulki „słodszy i zabawny”, jeśli macie ochotę je włożyć. 

- Żartujesz, prawda? - spytała Mildred. 

Jurorzy patrzyli, jak Hixie opuszcza restaurację. Za każdym razem, kiedy ktoś otwierał 

drzwi z ulicy, dobiegały ich okrzyki. 

- To mi wygląda na zamieszki! - zauważył Lyle. Zamówili steki i Compton zwrócił się 

do Qwillerana: 

-  Moja  żona  mówi,  że  zwiedzanie  twojego  składu  zakończyło  się  olbrzymim 

sukcesem. 

- Słyszałem, cieszę się jednak, że nie było mnie wtedy w mieście. 

- To prawda, zwiedzający byli wręcz porażeni pomysłem tkanin dekoracyjnych, które 

zwisają  z  poręczy  balkonów,  ale  litografie  ze  zwierzętami  wzbudziły  wiele  kontrowersji. 

Dlaczego  ludzie  tak  nie  lubią  nietoperzy?  To  takie  milutkie  małe  zwierzątka  i  zjadają  tony 

komarów! 

- Są odrażające - powiedział Compton. 

-  Skądże!  -  Mildred  była  zawsze  gotowa  bronić  słabszego.  -  Kiedy  byłam  w  drugiej 

klasie  podstawówki,  nasz  nauczyciel  miał  nietoperza  w  klatce.  Podawaliśmy  mu  okruszki 

kanapek na wierzchołkach ołówków. 

- Są obślizgłymi małymi potworami. 

Mildred z oburzeniem odpierała zarzuty szefa. 

-  Nazywaliśmy  go  Boppo.  Był  bardzo  czysty  -  zawsze  mył  się  jak  kot.  Miał  jasne 

oczy, miękkie uszka i mały różowy pyszczek z ostrymi ząbkami. 

- Które przenoszą wściekliznę. Mildred zignorowała tę uwagę. 

-  Zwisał  do  góry  nogami  na  haczykach,  a  potem  chodził,  podpierając  się  łokciami. 

Taki  był  z  niego  klaun.  Zapewne  obaj  panowie  wiecie,  że  skrzydła  nietoperza  są  cudowną 

lekcją aerodynamiki dla projektantów. 

-  Wiem  tylko  -  powiedział  z  niesmakiem  Compton  -  że  przy  obiedzie  wolałbym 

rozmawiać o czym innym. 

background image

 

 

Rozmawiali więc o wyścigach, wątpliwych zaletach turystyki, sukcesie Henryka VIII i 

sprawie VanBrooka. Po kawie, kiedy Mildred zostawiła ich na chwilę, kurator skulił ramiona 

i nachylił się do Qwillerana. 

-  Póki  nas  nie  słyszy  -  powiedział  -  mam  ci  do  przekazania  coś  poufnego.  Pytałeś  o 

referencje  Hilary'ego,  więc  sprawdziłem  trzy  college'e,  które  rzekomo  przyznały  mu  tytuły. 

Jedna instytucja w ogóle nie istnieje, w dwóch pozostałych nigdy o nim nie słyszeli. 

Qwilleran ściszył głos: 

- Nie dziwi mnie to, mam dowody, że drobne kłamstwa ma we krwi. 

- Mówię ci to oczywiście nieoficjalnie. Nie widzę powodu, żeby to rozgłaszać, teraz, 

kiedy nie żyje. Zrobił dla nas dużo dobrego, nawet mimo tyrańskich skłonności. 

- Zadziwiające, że miał taką erudycję, albo przynajmniej stwarzał takie pozory. 

- Sprawdziłeś Stowarzyszenie Aktorów? 

- Tak, i tu kolejna biała plama. Nie ma żadnego śladu, że był profesjonalnym aktorem. 

Ale  grał  nieźle  -  Compton  rozejrzał  się.  -  Nadchodzi.  To  jeszcze  nie  wszystko. 

Porozmawiamy później. 

- Tłum próbuje siłą wedrzeć się do budynku loży. Mam nadzieję, że będą w stanie nad 

nim zapanować w czasie konkursu. 

W tej chwili wpadła zdyszana Hixie z wypiekami na policzkach. 

-  Jest  więcej  ludzi,  niż  się  spodziewaliśmy.  Przyszła  cała  drużyna  skautów.  Trzy 

pierwsze rzędy są zajęte przez seniorów z domu starców. Każdego kota wspiera od dziesięciu 

do  dwunastu  zwolenników.  Nie  liczyliśmy  na  taki  sukces.  Straż  pożarna  zablokuje  zaraz 

wejścia do budynku.  Wszystkie miejsca siedzące są już od dawna zajęte, a większość z tych 

ludzi,  którzy  są  na  zewnątrz,  to  uczestnicy  konkursu.  Nie  możemy  zacząć,  aż  wszyscy  nie 

będą w hallu, nie możemy też wyrzucić tych, którzy przyszli pierwsi. 

- Włączcie alarm przeciwpożarowy. 

- Możemy w czymś pomóc? - spytała Mildred. 

-  Przypnijcie  tylko  znaczki  sędziowskie  i  zajmijcie  swoje  miejsca  na  scenie. 

Zaprowadzę was tylnimi drzwiami. 

-  Czy  muszę  koniecznie  przypinać  ten  znaczek?  -  spytał  Qwilleran.  -  Wolałbym 

pozostać anonimowy, kiedy zacznie się strzelanina. 

Hixie przeprowadziła ich do budynku loży. Ich pojawieniu się na scenie towarzyszyły 

gwizdy  i  oklaski.  Usiedli  przy  długim  prezydialnym  stole,  przykrytym  czarnym  filcem,  na 

którym stał olbrzymi kosz pełen kocich zabawek wypełnionych walerianą, wspaniałomyślny 

prezent od organizatorów dla każdego z uczestników konkursu. 

background image

 

 

Rzędy składanych krzeseł były już wypełnione, a napływający wciąż tłum ustawiał się 

w  przejściach.  Z  tyłu  sali  członkowie  izby  handlowej  ubrani  w  okolicznościowe  koszulki 

próbowali  opanować  wzburzone  masy.  Ci,  którzy  mieli  ze  sobą  kocich  finalistów,  dawali 

głośny wyraz swojemu niezadowoleniu. Zdominowani przez służby porządkowe stłoczyli się 

w hallu.  Wkrótce pomieszczenie pełne  było wykłócających się rodzin  i  miauczących kotów. 

Niektóre ze zwierzaków były na rękach, inne czekały w koszykach, ale wszystkie były biało-

czarne i wszystkie bez wyjątku były nieszczęśliwe. 

- Coś mi mówi, że to się nie uda - powiedział sucho Compton. 

Na scenie pojawił  się przewodniczący  izby  handlowej,  którego autorytet miał pomóc 

w  przywróceniu  spokoju  i  wyjaśnieniu  niespodziewanej  sytuacji.  Jak  można  się  było 

spodziewać, został wygwizdany. Podniósł rękę i zaczął krzyczeć do mikrofonu, ale nie udało 

mu  się  zwrócić  uwagi  publiczności.  Nie  było  słychać  nic  z  wyjątkiem  hałasu.  Właściciele 

kotów  wygrażali  pięściami  w  kierunku  sceny.  Matki  krzyczały,  że  ludzie  tratują  im  dzieci. 

Dwa  trzymane  na  rękach  koty  rzuciły  się  na  siebie  i  splotły  w  krwawej  walce.  Emocje 

sięgnęły zenitu, kiedy ogromny kocur wyrwał się swojemu opiekunowi i wskoczył do kosza z 

maskotkami.  Nagle  każdy  kot,  który  był  w  stanie  wyrwać  się  z  objęć  albo  zerwać  się  ze 

smyczy,  podążył  za  przykładem  kocura.  Koty  skakały  po  siwych  głowach  seniorów, 

zajmujących pierwsze rzędy. Stół prezydialny zapełnił się walczącymi kotami, a w powietrzu 

unosiły się kocie kłaki. Jurorzy zanurkowali pod stół dokładnie w momencie, kiedy na scenę 

wkroczyła policja. Raptem włączyły się przeciwpożarowe spryskiwacze. 

- Na miłość boską, wynośmy się stąd! - krzyczał spod stołu Lyle Compton. 

Cała  trójka  wyczołgała  się  za  scenę  i  uciekła  tylnymi  drzwiami.  Przez  moment  stali 

zszokowani, próbując złapać oddech. Pierwsza odezwała się Mildred. 

- Jestem za tym, żeby pójść do „Tipsy” na drinka. 

- Ja też jestem za - zgodził się jej szef. 

-  Szkoda,  że  Moose  County  nie  ma  telewizji  -  podsumował  Qwilleran.  -  Ekipy 

miałyby  materiał  na ogólnokrajowe wiadomości.  Było wszystko:  zwierzęta,  dzieci, starcy,  a 

nawet krew! 

Main  Street  była  zablokowana  przez  policyjne  samochody  i  służby  pomocnicze. 

Migotały czerwone i niebieskie światła, a ludzie szeryfa próbowali opanować chaos. Karetki 

czekały w pobliżu. Pierwszeństwo dawano jednostkom straży pożarnej.  Jedynym rozsądnym 

sposobem,  żeby  dostać  się  do  restauracji,  było  okrążenie  ulicy  i  wejście  kuchennymi 

drzwiami. 

background image

 

 

W  barze  panowała  względna  cisza.  Skołowani  jurorzy  opadli  na  krzesła.  Tego 

wieczoru nie zobaczyli już Hixie i jak tylko na zewnątrz zapanował spokój, z przyjemnością 

wrócili do domu. 

Qwilleran odciągnął Lyle'a na stronę. 

-  Co  jeszcze  miałeś  mi  powiedzieć  o  VanBrooku?  Wspominałeś,  że  to  nie  koniec 

historii. 

-  To  nie  jest  jeszcze  oficjalna  wiadomość  -  zaczął  poufnym  tonem  kurator  -  i  nie 

rozmawiałem o tym na razie z radą szkoły, ale jego adwokat powiadomił mnie, że VanBrook 

zapisał  cały  swój  majątek  systemowi  oświaty  w  Pickax.  Szczerze  mówiąc,  uważam,  że 

zasłużyliśmy na to. 

Qwilleran był sceptyczny wobec nowych faktów. 

- No i gdzie jest haczyk? Musicie nazwać szkołę jego imieniem? 

-  Nic  podobnego,  chociaż  moglibyśmy  nazwać  po  nim  bibliotekę.  Jego  zbiór 

biblioteczny liczy podobno dziewięćdziesiąt tysięcy tomów. 

Później tego wieczoru Qwilleran zadzwonił do Susan Exbridge. 

- O której zaczynamy rozpakowywanie książek? 

-  Co  powiesz  na  dziewiątą?  To  kupa  roboty,  prawdopodobnie  brudnej  roboty.  Włóż 

stare ciuchy - poradziła. 

- Nie miałabyś nic przeciwko temu, gdybym zabrał Koko? Ma nos jak pies myśliwski, 

jeśli chodzi o rzadkie książki. 

- Kochanie, rób tak, żebyś był zadowolony. 

Qwilleran  był  podekscytowany,  rewelacje  o  VanBrooku  odsunęły  na  bok  fiasko 

konkursu. 

-  Co  powiedziałybyście  na  odrobinę  sportu,  dzieciaki?  -  złożył  syjamczykom 

propozycję. - Spróbujcie czegoś nowego! 

Wyciągnął  urządzenie  do  puszczania  baniek  i  rozrobił  w  misce  wodę  z  płynem  do 

zmywania. Zanurzył urządzenie w mydlinach i dmuchnął w nie, bańka pękła mu na nosie. Za 

drugim razem było już trochę lepiej. Tym razem na kółku powstała duża tęczowa bańka, która 

w świetle reflektorków migotała jak szlachetny kamień. Stopniowo wypracowywał technikę. 

- No dobra. Idźcie na dół! - rozkazał kotom, uderzając dla wzmocnienia efektu ręką w 

balustradę. - Na dół, mówię! - ale koty chciały iść na górę, było już późno, zazwyczaj spały o 

tej  porze.  Zostały  na  balkonie.  Żeby  zachęcić  je  do  zejścia  na  dół,  puszczał  w  powietrze 

kolejne bańki, patrzył, jak leniwie dają się unosić przez ruch powietrza, aż pękały wysoko pod 

dachem.  Na  syjamczykach  zabawa  nie  robiła  najmniejszego  wrażenia.  Spoglądały  na 

background image

 

 

zachowującego się irracjonalnie przedstawiciela gatunku Homo sapiens, który przechylał się 

przez balustradę, dmuchając w rurkę i machając do tego ręką. W końcu znudzone wyminęły 

go na rampie i spokojnym krokiem pomaszerowały do swojego pokoju. 

- Ach, te koty! - westchnął Qwilleran. 

background image

 

 

 

Rozdział trzynasty 

 

Czwartek  dwudziesty  drugi  października  był  jednym  z  najbardziej  pamiętnych  dni  w  czasie 

czteroletniego  pobytu  Qwillerana  w  Pickax.  Zaczął  się  dość  normalnie.  Qwilleran  wstał, 

nakarmił koty, odmroził  sobie  na  śniadanie rogalik  i  nałożył  Koko szelki.  Schylił się też po 

Yum  Yum,  mając  nadzieję,  że  spodoba  jej  się  pomysł  spaceru,  ale  tym  razem  stanęła 

okoniem,  skręcona  w  literę  S.  Koko,  przeciwnie,  wyprostował  się  na  swoich  umięśnionych 

brązowych nogach i naprężył smycz, gotowy do wymarszu na Goodwinter Boulevard. Przez 

dwie  minuty  i  siedem  sekund,  według  zegarka  Qwillerana,  Yum  Yum  pozostawała  w 

niewdzięcznej pozycji, zastygła jak kamień. Z męczeńską miną czekała, aż Qwilleran zdejmie 

jej obróżkę. Potem odeszła zwinnym krokiem syjamskiej kotki, która osiągnęła swój cel. 

Kilka  chwil  później  Susan  Exbridge  podjechała  swoim  dostawczym  samochodem. 

Qwilleran postawił koszyk z  Koko na tylnym siedzeniu.  Kiedy wyruszyli w drogę do domu 

VanBrooka, zapytał: 

- Czy miałaś okazję spędzić trochę czasu w domu Hilary'ego? 

-  Kilka  poranków  -  powiedziała.  -  Popołudniami  muszę  otwierać  sklep,  ale  powoli 

zyskuję  obraz  jego  kolekcji.  Wieczorem  sprawdzam  w  książkach  o  sztuce.  To  doprawdy 

fascynujące! 

- Znalazłaś coś cennego? 

-  Zdecydowanie!  Jest  tam  japoński  parawan  z  kolorowymi  końmi  ze  złotymi 

akcentami,  za  który  końskie  towarzystwo  z  Lockmaster  da  się  pokroić.  Znalazłam  też 

cudowną  wazę  Cloisonne,  wysoką  na  sześćdziesiąt  centymetrów,  którą  sama  chętnie  bym 

zatrzymała.  W  lakowych  szafkach  były  pochowane  różne  drobiazgi:  inro,  netsuke  i 

wachlarze. To naprawdę bardzo podniecające! Hilary miał zabójczą kolekcję wachlarzy. 

- Wachlarzy? - powtórzył Qwilleran, wątpiąc, czy dobrze usłyszał. 

-  Rozkładanych  wachlarzy  z  patyczkami  z  kości  słoniowej  i  ręcznie  malowanym 

jedwabiem.  Większość  z  nich  była  sygnowana.  Żeby  poznać  ich  właściwą  wartość,  muszę 

polecieć do Chicago. Masz ochotę się wybrać? - dodała figlarnie. 

- A co z pokojami na piętrze? 

-  Ach,  to  śmieci.  Wyrzuciłam  wory  suchych  roślin.  Ale  jest  tam  sporo  lamp,  które 

można sprzedać. 

background image

 

 

Qwilleran pomyślał, że mogła wyrzucić zbiór szafranu albo czegokolwiek innego, co 

VanBrook uprawiał w tym pokoju, wart dwadzieścia tysięcy dolarów. 

-  Nie  zabrałam  się  do  książek.  Większość  kartonów  jest  zaplombowana,  więc 

przyniosłam nóż i notes, na wypadek gdybyś chciał robić notatki. Nie wiem, jak powinno się 

je sortować, zrobisz, jak będziesz uważał. 

- Zastanawiam się, czy Hilary katalogował swoje książki. Powinien mieć katalog. 

- Jeśli istnieje jakiś katalog, to znajdziesz go w jego gabinecie na piętrze. To naprawdę 

uprzejmie z twojej strony, że mi pomagasz. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - wymamrotał Qwilleran. 

- Yow! - dołączył się głos z koszyka. 

Koko  przekroczył  próg  wysokiego  hallu  w  dostojnej  pozie  palatyna  noszonego  w 

lektyce.  Po  parterze  został  oprowadzony  na  smyczy,  żeby  uniknąć  przypadkowej  kolizji  z 

cennym  wazonem.  Kot  ciągnął  w  kierunku  schodów,  co  Qwilleran  uznał  za  znaczące.  Kot 

lubił  książki,  nie  było  wątpliwości.  Uwielbiał  obwąchiwać  grzbiety  skórzanych  okładek, 

najprawdopodobniej wyczuwał zapach zwierzęcego kleju. Zawsze znalazł okazję do strącenia 

ulubionych  tytułów  z  półki.  Żeby  zniechęcić  koty  do  tej  barbarzyńskiej  praktyki,  Qwilleran 

zamontował  w  ich  pokoju  półkę,  którą  zastawił  tanimi  wydawnictwami,  ale  co  typowe  dla 

perwersyjnej kociej natury, koty całkowicie ją ignorowały. 

-  Gdzie  zaczynamy?  -  spytał  Qwilleran,  przytrzymując  Koko,  który  wyrywał  się  na 

górę. 

W  odpowiedzi  Koko  pognał  w  kierunku  gabinetu  VanBrooka,  którego  cztery  ściany 

zastawione  były  od  podłogi  po  sufit  półkami  na  książki.  Tam  węszył  i  badał,  skacząc  bez 

wysiłku  po  ośmiu  kondygnacjach  półek,  podczas  gdy  Qwilleran  szukał  katalogu 

dziewięćdziesięciu tysięcy książek. Dziewięćdziesiąt tysięcy? Trudno było uwierzyć. Niestety 

szuflady  były  zamknięte,  a  orientalna  szkatułka  zniknęła  z  blatu  biurka.  Prawdopodobnie 

usunął ją prawnik. Obydwa miejsca były idealne do przechowywania podobnego spisu. 

- Nie mamy szczęścia - zwrócił się do asystenta. - Lepiej chodźmy do pokoju obok i 

zacznijmy rozpakowywać. 

Na  piętrze  znajdowało  się  wiele  dużych  pokojów,  które  początkowo  służyły  jako 

sypialnie,  a teraz złożono w nich kartony z książkami.  Qwilleran  zaczął od pokoju  najbliżej 

schodów.  Był  pełen  zniszczonych  kartonowych  pudeł  po  zupie  w  puszkach,  sosie  chili, 

whisky  i  innych  artykułach  spożywczych.  Zgodnie  z  naklejkami  zawierały  Toynbe'ego, 

Emmersona,  Goethego,  Gide'a  i  innych  autorów  oraz  tematyczne  zestawy  jak  na  przykład 

background image

 

 

rosyjskie dramaty, cypryjską historię, komedie z okresu restauracji. Na każdej naklejce był też 

umieszczony numer. 

- Musi być jakiś katalog - mruczał pod nosem Qwilleran. 

Koko  nie  odpowiadał.  Był  zajęty  osobistym  badaniem  nieregularnych  stosów  pudeł, 

po których skakał zwinnie  jak górska kozica  na górze Rushmore. Wkrótce,  przemieszczając 

się z pudła  na pudło,  znalazł się  na  szczycie,  gdzie  na pudle podpisanym  „myśl zachodnia”, 

przybrawszy  arogancką  pozę,  obserwował  pomieszczenie.  W  tym  samym  czasie  Qwilleran 

zamknął drzwi i zabrał się do rozcinania pudła podpisanego „Dickens A-74”. 

Nie  był  to  wybór  przypadkowy,  Dickens  był  pisarzem,  którego  Qwilleran  szczerze 

podziwiał,  ale  w  pudełku  nie  było  żadnych  skarbów,  tylko  tanie  wydania.  Qwilleran 

zatrzymał się jednak przy nich i zajrzał do ulubionych fragmentów. Pierwszy akapit z Tale of 

two  cities,  opis  płaszcza  z  Klubu  Pickwicka  i  scenę  z  Opowieści  wigilijnych  opisującą 

skromną  kolację  w  domu  Cratchitów  znał  na  pamięć.  Pamiętał,  jak  w  każde  święta  matka 

czytała  na głos właśnie ten  fragment.  Dreszcz  nostalgii przeszedł  mu po plecach.  W pokoju 

panowała cisza, czasem tylko Koko mruknął albo miauknął. Qwilleran czytał zachłannie Klub 

Pickwicka, aż usłyszał dźwięk, którego nie da się pomylić z żadnym innym, dźwięk pazurów 

drapiących po nadszarpniętym już papierze. Kot zamyślonego człowieka pilnie skrobał karton 

na  piątej  kondygnacji,  opatrzony  naklejką  „Macaulay  A-106”.  Ściągnął  go  natychmiast, 

rozchylił brzegi i na samym wierzchu zobaczył słynną Historię Anglii, potem eseje, biografie 

i nietrafnie zatytułowany zbiór wierszy Ballady o starożytnym Rzymie. Qwilleran dmuchnął w 

wąsy,  kiedy  zorientował  się,  że  oryginalnie  w  pudle  transportowano  puszkowanego  łososia. 

Koko nie był głupi. 

Niemniej  jednak  Qwilleran  zawsze  chciał  sprawdzić  teorię  maszynistki,  która 

twierdziła, że Macaulay używał więcej spółgłosek, podczas gdy Dickens więcej samogłosek. 

Siedząc  na  podłodze  ze  skrzyżowanymi  nogami,  zaczął  podliczać  na  kartce  papieru 

samogłoski  i  spółgłoski  z  wybranych  losowo  fragmentów  z  każdego  autora.  Było  to  zajęcie 

otumaniające  umysł  i  nadwyrężające  wzrok,  a  przede  wszystkim  niosące  rozczarowanie.  W 

passusie z Dickensa doliczył się trzystu dziewięćdziesięciu spółgłosek i dwustu pięćdziesięciu 

samogłosek,  podczas  gdy  przy  tej  samej  liczbie  spółgłosek  Macaulay  użył  o  osiem  więcej 

samogłosek.  Maszynistka  była  albo  źle  poinformowana,  albo  zwyczajnie  żartowała,  ale 

Qwilleran nie mógł przedyskutować z nią tego odkrycia, gdyż od dwóch lat już nie żyła. Ktoś 

uderzył ręką w drzwi i Susan krzyknęła: 

- Kawa gotowa! Zejdź na dół! 

Qwilleran polecił Koko opiece Dickensa i Macaulaya i zszedł do kuchni. 

background image

 

 

- Jakieś postępy? - dopytywała się Susan. 

- Nie znalazłem jeszcze niczego wartościowego - odpowiedział zgodnie z prawdą. 

- A ja znalazłam naczynie z zielonym smokiem datowane na czternasty wiek! 

O ile dokumenty nie są podrobione, powątpiewał w myślach Qwilleran. 

-  Mam przeczucie -  powiedziała -  że wiele z tych rzeczy powinno pójść  do Nowego 

Jorku pod młotek. Na Wschodnim Wybrzeżu mogą być warte fortunę. 

O ile są oryginalne, pomyślał Qwilleran. 

Po  kawie  Qwilleran  wrócił  na  górę,  ale  jak  tylko  otworzył  drzwi,  Koko  wystrzelił  z 

pokoju jak z procy, zrobił manewr w kształcie litery U i zawrócił do gabinetu, gdzie książki 

spoczywały na półkach, a nie w kartonach. Qwilleran rzucił się za nim, ale kiedy wszedł do 

pomieszczenia,  Koko  był  już  na  najwyższej  półce  i  śmiało  spoglądał  w  dół  na  swojego 

prześladowcę. 

- Złaź stamtąd! - zażądał stanowczo Qwilleran. 

Koko potarł szczęką o gruby tom. Drażnił się, wiedząc, że jest poza zasięgiem. 

Qwilleran wspiął się na krzesło i sięgnął po niego. Z niesłychaną zwinnością i uporem 

Koko  wślizgnął  się  za  rząd  książek.  Tylko  brązowy  koniuszek  ogona  wskazywał  miejsce 

kryjówki. 

- Dostanę cię, młody człowieku, nawet jeśli będę musiał wyciągnąć wszystkie książki 

z tej półki! 

Postawił krzesło wyżej  i zaczął wyciągać tom po tomie,  kładąc  je sobie na ramieniu. 

W końcu skulony zbieg został odsłonięty. 

-  Ty  diable!  -  Qwilleran  pochwycił  go  w  wolną  rękę,  zszedł  z  krzesła,  rzucił  stos 

książek  na  biurko  i  zamknął  kota  w  drugim  pokoju,  trzaskając  demonstracyjnie  drzwiami. 

Następnie wrócił do gabinetu, żeby poukładać z powrotem książki, które okazały się zbiorem 

osiemnastowiecznej erotyki. Wtedy właśnie zauważył jedną ustawioną z tyłu, za innymi. Były 

to  Wspomnienia  wesołej  mleczareczki,  oprawione  w  skórę  i  opatrzone  złotymi  napisami. 

Qwilleran  przytrzymał  książkę  pod  pachą  i  zszedł  z  krzesła.  Książka  zagrzechotała  głucho. 

Potrząsnął  nią  i  znów  wydobył  się  z  niej  ten  dziwny  dźwięk.  Ucieszony  tym  nietypowym 

odkryciem, wrócił do pokoju Dickensa i Macaulaya, zamknął drzwi i otworzył książkę. Była 

pusta w środku! Tylko sama okładka! 

W  skrytce  znajdował  się  mały  alfabetyczny  notes,  spojrzał  pod  literę  „D”  i  znalazł 

zapis  „Dickens  A-74”,  pod  „M”,  obok  Miltona,  melodramatu,  Menckena,  myśli  moralnej, 

znajdował  się  „Macaulay  A-74”.  To  był  katalog,  którego  istnienie  słusznie  podejrzewał 

Qwilleran.  Nieprzydatny  w  znajdowaniu  tytułów,  musiał  służyć  jakimś  innym  celom, 

background image

 

 

jakiekolwiek by one nie były. Jeśli VanBrook miał coś do ukrycia, to na pewno nie był to zły 

system.  W  pustej  książce  znajdowały  się  też  skrawki  papieru  i  dokumenty,  ale  w  tym 

momencie  liczył  się  tylko  katalog.  Wpisy  były  pogrupowane  od  litery  A  do  F,  co  miało 

ewidentne  odniesienie  do  sześciu  pokojów,  w  których  przechowywano  pudła.  Przeglądając 

katalog, Qwilleran zauważył, że niektóre numery były opatrzone czerwoną kropką. Tak było z 

kartonem „Łacińskie A-92”. Koko w pozie sfinksa siedział spokojnie na A-106. 

-  Musimy  znaleźć  A-92  -  powiedział  niecierpliwie  Qwilleran,  rozstawiając 

chaotycznie pudła. 

Nie  były  uporządkowane.  Dźwięk  ciężkich  pudeł  uderzających  o  podłogę  wkrótce 

ściągnął na górę Susan. Zapukała do drzwi. 

- Wejdź! - krzyknął, nie przestając szukać. 

- Wpadłeś na coś? - spytała Susan. 

-  Tak  myślę...  Znalazłem  katalog...  Pudełek,  nie  książek...  -  poinformował  ją, 

oddychając ciężko. - Niektóre są zaznaczone czerwoną kropką, szukam A-92. 

Znalazł je na dnie stosu, za dwoma rzędami pudeł. Karton po wódce wypełniony był 

gramatykami,  zbiorami  tekstów  i  tłumaczeń,  słownikami  angielsko-łacińskimi  i  dziełami 

Cycerona i Wergiliusza. 

- To łacina, zgadza się - powiedział z rozczarowaniem - nic poza tym. 

-  Dobrze,  popracujmy  jeszcze  przez  pół  godziny,  a  potem  pójdziemy  na  lunch  - 

zaproponowała Susan. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, przełóżmy to na kiedy indziej. Nie mam co zrobić 

z Koko, a i nie jestem odpowiednio ubrany na lunch w „Old Stone Mill”. Jeśli tylko odnowisz 

zaproszenie, to jesteśmy do twojej dyspozycji każdego dnia. 

Zapakował  A-92,  odpychając  Koko,  który  próbował  wejść  do  pudła.  Potem 

pospiesznie  zajrzał  do  kolejnych  kartonów,  opatrzonych  szczególnym  czerwonym  znakiem. 

Znalazł tylko przypadkową zbieraninę książek o różnej tematyce: mitologia nordycka, autorzy 

indyjscy, Chaucer, japońska architektura. Jedno pudło zawierało historie słynnych fałszerstw, 

oszustów  i  defraudantów.  W  ustawieniu  pudeł  Qwilleran  odnalazł  pewien  klucz.  Te  z 

czerwonymi  kropkami  znajdowały  się  zawsze  na  lewo  od  drzwi,  za  dwoma  rzędami  pudeł. 

Policzył oznakowane kartony, było ich pięćdziesiąt dwa, po równo w każdym pokoju. 

Kiedy odjeżdżali spod domu VanBrooka, Qwilleran trzymał pod pachą trzy książki. 

- Mam nadzieję, że nikt nie będzie się temu sprzeciwiał - powiedział - że pożyczę coś 

do czytania. Znalazłem kilka dobrych tytułów. 

- Zatrzymaj je - powiedziała. - Nikt się nigdy nie dowie ani nie będzie miał ci za złe. 

background image

 

 

Między  powieściami  sir  Waltera  Scotta  wciśnięte  były  Wspomnienia  wesołej 

mleczareczki. 

Kiedy  Susan  wysadziła  ich  przed  składem,  Yum  Yum  powitała  swojego  towarzysza 

jak  przybysza  z  innej  planety,  skażonego  radioaktywnymi  gazami.  Z  brzuchem  przy  ziemi 

podkradła się do niego ostrożnie, złapała powiew czegoś złowrogiego i uciekła z opuszczoną 

głową  i  nastroszonym  ogonem.  Koko,  nieporuszony  tym  przyjęciem,  pomaszerował  do 

kuchni  i  patrzył  znacząco  w  pusty  talerzyk  na  podłodze,  aż  w  końcu  w  cudowny  sposób 

pojawił się na nim kawałek indyka. 

Qwilleran  rzucił  książki  na  stół  w  części  foyer.  Po  wytężonej  pracy  w  domu 

VanBrooka  doskwierał  mu  głód.  Odmroził  pudełko  chili,  małą  pizzę  i  dwie  kukurydziane 

babeczki.  Jedząc  w  części  kuchennej,  usłyszał  głośne  „pac”,  a  za  nim  następne  „pac”. 

Qwilleran  nieomylnie rozpoznał w tym odgłos książki  uderzającej o gołą podłogę.  Zostawił 

jedzenie i poszedł rozejrzeć się po parterze. Na terakotowych kafelkach w foyer znalazł dwa 

tomy  Waltera  Scotta.  Koko  popychał  nosem  Ivanhoe.  Nie  wąchał  jednak  grzbietu,  jak  to 

zwykle czynił, ale przednie rogi. Qwilleran odebrał mu książkę. Było to wydanie z 1909 roku, 

w  skórzanej  miękkiej  oprawie,  ze  złoceniami  i  okuciami  na  rogach.  Strona  tytułowa  i 

końcowa  została  wykonana  w  dekoracyjnym  secesyjnym  stylu.  Wydanie  Scotta  było  lepsze 

od  Dickensa,  ale  zniszczone  i  popękane.  Przerzucił  kilka  stron  i  wstrzymał  oddech.  Cała 

książka była poprzekładana pieniędzmi! Dziesięciodolarowymi banknotami! W Narzeczonej z 

Lammermoor  znalazł  same  dwudziestki.  Obie  książki  pochodziły  z  oznaczonych  pudeł. 

Spróbował przeliczyć: pięćdziesiąt dwa pudła... średnio po dwadzieścia książek w  jednym... 

dwadzieścia  do  trzydziestu  banknotów  w  każdej...  A  do  tego  biorąc  pod  uwagę  inflację  i 

możliwości inwestycji, kto by trzymał taką gotówkę w domu? Chyba że... 

Pobiegł do telefonu i zadzwonił do sklepu z antykami „Exbridge & Cobb”. 

-  Susan  -  powiedział  -  odkryłem  coś  niezwykłego  w  oznaczonych  kartonach.  Zanim 

otworzymy kolejne, musisz jak najszybciej ściągnąć tu prawnika... Nie, nie mogę powiedzieć 

przez telefon... Tak, mogę się z nim spotkać kiedykolwiek. 

Qwilleran  zapomniał  o  chili,  wiedział,  że  pizza  będzie  zimna,  ale  w  końcu  mógł  ją 

podgrzać jeszcze raz. Ser i pepperoni zniknęły, a w chili zostały tylko strąki. Za to koty były 

najedzone  i  myły  się  właśnie  leniwie.  To  bez  znaczenia,  pomyślał,  ostatnia  rzecz,  na  którą 

miał  teraz  ochotę,  to  odgrzewane  jedzenie.  Zabrał  książki  do  swojego  gabinetu,  a  za  nim 

podążyły podpasione koty. 

Oprócz  katalogu  w  pustej  książce  były  też  inne  papiery:  niezidentyfikowane  numery 

telefonów  zapisane  na  skrawkach  papieru,  dokumenty  w  kopertach  kancelarii  „Summers, 

background image

 

 

Bent  &  Frickle”,  kolumny  pięciorzędowych  albo  i  więcej  liczb,  tajemnicze  notatki,  które 

sporządzał  dla  siebie  dyrektor,  kalkowane  kopie  starych  umów  podpisanych  „William 

Brookes”.  Qwilleran  mało  z  nich  rozumiał.  Koko,  który  obserwował  wszystko  uważnie, 

wyciągał czasem łapę, żeby dotknąć któregoś z dokumentów. Yum Yum, wsparta na tylnych 

łapach,  przetrząsała  kosz  w  poszukiwaniu  zgniecionego  papieru.  Nie  potrafiła  się  oprzeć 

papierowej kulce. Szukała jednak na próżno. Qwilleran nauczył się nigdy nie miąć zużytych 

kartek, jeśli nie był pewien, że nie polezą w koszu dłużej niż pięć minut. 

Wśród  papierów,  które  przyciągnęły  uwagę  Koko,  była  koperta  podpisana  „kopie”. 

Oryginały,  zgodnie  z  zapisem,  powinny  się  znajdować  w  kancelarii  „Summers,  Bent  & 

Frickle”.  Jedna  z  nich  zatytułowana  była  „Ostatnia  wola  i  testament  Williama  Smurple'a”, 

datowana  była  niedawno,  bo  ósmego  września,  i  przekazywała  cały  majątek  dyrektora 

systemowi  szkolnictwa  w  Pickax,  dokładnie  tak,  jak  to  przekazał  Qwilleranowi  Lyle 

Compton. Na widok kolejnego dokumentu Qwilleran poczuł mrowienie w górnej wardze, co 

skłoniło go do sięgnięcia po telefon. Poprosił o połączenie z numerem w Lockmaster i kiedy 

uzyskał połączenie, melodyjny głos w słuchawce odezwał się: 

- Stadnina Ambertonów. 

-  Tu  mówi  Jim  Qwilleran  z  Pickax  -  zaczął  łagodniej,  niż  zamierzał,  pod  wpływem 

przyjemnego brzmienia jej głosu. - Czy to numer do Steve'a O'Hare? 

-  Nie,  panie  Qwilleran,  to  numer  do  stadniny.  Jego  biuro  przy  stajniach  ma  własny 

telefon. 

- To przepraszam. 

-  Nic  się  nie  stało.  Jestem  Lisa  Amberton.  Rozumiem,  że  jest  pan  zainteresowany 

stadniną. Chętnie pana oprowadzę, jeśli zechciałby pan do nas przyjechać. 

- Skontaktuję się z panią w tej sprawie później, ale teraz muszę porozmawiać z panem 

O'Hare. 

Podała mu numer, zadzwonił do trenera. 

-  Dobra,  Steve.  Jestem  gotowy  do  rozmowy  -  oznajmił.  -  Jak  szybko  możesz  być  w 

Pickax? 

-  Kurcze,  to  szybciej,  niż  się  spodziewałem,  ale  mogę  przyjechać  w  każdej  chwili. 

Chciałbym zabrać panią Amberton, dobrze? Mówi, że chce cię poznać. 

- Nie tym razem. Chcę porozmawiać z tobą na osobności, tylko ty i ja. 

-  Pewnie,  rozumiem  -  powiedział  ciepło  Steve.  -  Co  powiesz  na  piątą?  Kończę  o 

trzeciej  i  muszę  się  jeszcze  odświeżyć.  Nie  przygotowałem  jeszcze  tych  informacji,  o  które 

prosiłeś. - Kichnął głośno. 

background image

 

 

- Życiorysu? Zapomnij o tym na razie. Widzimy się o piątej. 

Qwilleran  poklepał  się  z  satysfakcją  po  wąsach  i  zbiegł  pewnym  krokiem  po 

spiralnych  schodach  do  kuchni,  gdzie  włączył  ekspres  do  kawy.  Kiedy  czekał,  aż  kawa  się 

zaparzy,  zadzwonił  telefon.  Qwilleran  odebrał  w  części  bibliotecznej.  Dzwoniła 

zdenerwowana Vicki Bushland. 

-  Qwill,  mieliśmy  tu  wypadek.  Syn  Fiony  jest  w  szpitalu.  Bardzo  się  martwimy. 

Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć. 

- Jaki wypadek? 

-  Ćwiczył  skoki  i  koń  się  potknął.  Robbie  jest  ciężko  ranny.  Nie  miał  na  głowie 

toczka. Fiona szaleje z rozpaczy. 

- Kiedy to się wydarzyło? 

- Kilka godzin temu. To tragedia! I to tak szybko po pierwszym wygranym wyścigu! 

Fiona boi się, że nigdy nie będzie chodził, o jeździe nie ma w ogóle mowy. Ma uszkodzony 

kręgosłup. 

-  Okropne  wieści  -  mruknął  Qwilleran.  -  Rozmawiałem  przed  chwilą  ze  Stevem,  z 

panią Amberton też. Słowem nie wspomnieli o wypadku. 

- Są twardzi, cała ekipa Ambertonów - powiedziała Vicki z kroplą goryczy. - Według 

nich  takich  chłopców  jak  Robbie  jest  na  pęczki.  Na  jego  miejsce  mają  już  dwudziestu!  Co 

innego, gdyby koniem był Syn Kardynała. Konia trzeba było uśpić. 

Qwilleran milczał. 

- Fiona mówi, że jesteś zainteresowany kupnem stadniny. 

-  Powiedzmy  to  tak:  oni  są  zainteresowani  sprzedażą...  Jaki  jest  numer  do  Fiony? 

Zadzwonię do niej. 

-  Spróbuj  dodać  jej  otuchy.  Jest  załamana.  Jeśli  nie  będzie  jej  w  domu,  spróbuj  w 

szpitalu. - Vicki podała mu dwa numery. 

W  szpitalu  powiedziano  mu,  że  pacjent  jest  na  operacji,  i  nie  wydano  żadnego 

oświadczenia o stanie jego zdrowia. 

- Czy mogłaby pani zlokalizować jego matkę, Fionę Stucker? 

-  Połączę  pana  z  oddziałem  intensywnej  terapii.  Wolontariusz,  który  nadzorował 

oddziałową poczekalnię, poinformował go, że pani Stucker właśnie wyszła. 

- Czy chce pan zostawić wiadomość? 

- Nie, dziękuję, zdzwonię później. 

Kiedy  odłożył  słuchawkę,  usłyszał,  że  Yum  Yum  pomrukuje  do  siebie  w  sąsiedniej 

części  bibliotecznej,  skupiona  na  indywidualnym  przedsięwzięciu.  Działo  się  coś,  czego 

background image

 

 

przebieg  Qwilleran  chciał  zawsze  prześledzić.  Kotka  miała  złodziejskie  hobby.  Kradła 

zegarki,  długopisy  i  wszystko,  co  się  świeciło.  Łupy  składowała  pod  meblami.  Tak  jak 

podejrzewał, leżała na boku przy kanapie i próbowała wyłowić spod niej ukryty skarb. Tym 

razem  była  to  kulka  zmiętego  papieru.  Ku  jej  niezadowoleniu  Qwilleran  skonfiskował  ją, 

wiedząc, że w odruchu podyktowanym naturą drapieżnika będzie chciała ją połknąć. 

- Now! - zapiszczała. 

- Nie! - nalegał Qwilleran. 

To był żółty świstek, którego Qwilleran nigdy przedtem nie widział. Po wygładzeniu 

okazał  się  to  być  rachunek  ze  sklepu  „Tacky  Tack”  w  Lockmaster  za  zakup  dwóch 

podkoszulków.  Transakcji  dokonano  dziewiątego  września.  Nie  było  nazwiska  klienta,  ale 

wyglądało  na  to,  że  Fiona  upuściła  go  poprzedniego  dnia.  Z  tyłu,  nagryzmolone  ołówkiem, 

widniały wskazówki,  jak dojechać do składu Qwillerana. Yum Yum znalazła papier  i ukryła 

go na potrzeby przyszłej zabawy. 

Koty  poruszyły  się  nagle  czymś  zaniepokojone  i  Qwilleran  zauważył,  że  ktoś  idzie 

przez sad od strony Main Street. To było niezwykłe wydarzenie. Mimo że furtka była otwarta, 

kiedy było jasno, to większość gości przyjeżdżała do składu samochodem. Tylko kilka osób w 

Pickax  lubiło  spacerować.  Człowiek  szedł  nieśmiałym  krokiem  i  w  ręku  trzymał  książkę. 

Qwilleran odłożył rachunek do kieszeni i wyszedł na spotkanie Eddingtonowi Smithowi. 

- Znalazłem coś dla pana - powitał go stary antykwariusz. 

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Mogłem ją odebrać. 

- Doktor Hal zalecił mi spacery, a nie mam tu daleko, tylko kilka przecznic - oddychał 

ciężko. - Mamy ładny dzień, to chyba ostatni ciepły weekend w tym roku. 

Qwilleran sięgnął po książkę. Jak większość tomów z antykwariatu Smitha także ten 

został odkurzony, ale stan okładki wskazywał na lata przechowywania w wilgotnej piwnicy. 

Spojrzał na grzbiet. 

Miasto bratniej zbrodnii To moja książka! - zakrzyknął. - Jest dla mnie wiele warta, 

Edd. 

-  Nie  jest  mi  pan  nic  winien,  panie  Q.  Chcę,  żeby  pan  ją  miał.  Jest  pan  dobrym 

klientem. 

Qwilleran poklepał drobnego człowieczka po plecach. 

-  Wejdź  i  napij  się  jabłecznika.  Pozwól,  że  cię  oprowadzę.  Możesz  przywitać  się  z 

kotami. 

- Byłem tutaj w noc, kiedy zastrzelono pana VanBrooka, ale nie obejrzałem wnętrza, 

było za dużo ludzi. 

background image

 

 

Qwilleran podał jabłecznik z wielkopańskim gestem i wyjaśniał księgarzowi strukturę 

budynku: kominek, trójkątne okna, rampy i kładki oraz użycie dekoracyjnych tkanin. 

-  Ta  wygląda  jak  jabłoń  -  powiedział  Eddington,  spoglądając  na  tkaninę  zawieszoną 

nad jego głową. Był pod wrażeniem ilości książek na każdym piętrze. Nawet koty w pokoju 

na  poddaszu  miały  swoją  własną  biblioteczkę:  Algebra  dla  początkujących,  Anabaza 

Ksenofonta  i  inne tytuły ze stolika po dziesięć centów w  jego sklepie.  Wchodzili powoli ze 

względu na Edda i kiedy wspięli się już na sam szczyt, mogli podziwiać widok parteru. 

-  Nigdy  nie  byłem  równie  wysoko, tak  żebym  mógł  spojrzeć  w  dół  -  myślał  na  głos 

Edd. 

Yum  Yum,  która  towarzyszyła  im  w  zwiedzaniu,  wskoczyła  na  balustradę  kładki 

owiniętą zaczepami tkaniny i wygięła się na kształt skrzypiec: ciało wydłużone, przednie nogi 

wysunięte do przodu jak szyjka skrzypiec. 

- Syjamczyki lubią wysokość - wyjaśnił Qwilleran. - To ich starożytne dziedzictwo. W 

świątyniach i pałacach wystawiano je na straż. 

- To ciekawe - powiedział Eddington. - Nie słyszałem o tym. 

-  Tak,  przynajmniej  tak  mówią.  Niestety  Yum  Yum  ma  zły  zwyczaj  rozrywania 

wszystkiego łapką... Nie! - skarcił ją, poprawiając zaczep tkaniny. 

Spojrzała  w  przestrzeń,  dotknięta  nagłym  atakiem  głuchoty,  częstą  chorobą  u 

syjamczyków. 

-  Ktoś  idzie  -  zauważył  księgarz.  -  Lepiej  wrócę  do  mojego  sklepu.  W  wysokich 

trójkątnych oknach widać było półciężarówkę zbliżającą się od strony Trevelyan Trail. 

-  Mam  spotkanie  o  piątej  -  wymamrotał  Qwilleran.  Przeczesał  wąsy  opuszkami 

palców. - Byłbym ci wdzięczny, Edd, jeśli zostałbyś chwilę dłużej. 

- Robi się późno. 

- Odwiozę cię do domu. 

- Nie chciałbym sprawiać kłopotów, panie Q. 

- To żaden kłopot. 

- Nie będę zawalidrogą? 

- Zrobisz mi przysługę, Edd. Zostań tylko tutaj i słuchaj. 

Qwilleran ruszył w dół rampy. 

- I nie pokazuj się! - krzyknął przez ramię. 

Księgarz  otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  nie  powiedział  nic,  bo  cóż  miał 

powiedzieć?  To  była  niezwykła  prośba  dobrego  klienta.  Na  podwórzu  przed  składem 

Qwilleran przywitał Rudobrodego. 

background image

 

 

- Ładny dzień. 

- Tak, ostatni ładny weekend. Ale będzie padać. Wiem to po zachowaniu koni. 

- Zazdroszczę ludziom takim jak ty, którzy znają się na koniach. - Qwilleran uciekł się 

do grubego pochlebstwa. On sam był ekspertem w kwestii nieprawdziwych komplementów. 

-  Spędziłem  z  łajdakami  całe  życie  -  powiedział  Steve.  -  Powinienem  się  już  czegoś 

nauczyć. 

- Wejdź, napij się drinka... Ile czasu zajmuje ci dojazd tutaj? - spytał Qwilleran, kiedy 

wchodzili do składu. 

- Około pięćdziesięciu minut. Czasem mniej. Lubię szybko jeździć. 

- Jedno, o co nie trzeba się martwić, to czerwone światła. 

- O tak. Jedyny problem to stare pryki na traktorach albo w ciężarówkach, którzy jadą 

środkiem jezdni, jakby to była ich własność. 

Steve przyglądał się niepewnie jasnym tweedowym sofom. 

- Usiądźmy tam - zaproponował Qwilleran, wskazując w stronę części bibliotecznej - 

będzie bliżej do baru. 

- Człowieku, jestem za tym. To był ciężki dzień. Chętnie zatankuję. Rzucił marynarkę 

na podłogę i opadł ciężko na skórzany fotel z westchnieniem, które brzmiało prawie jak jęk. 

- Lufę i piwo, jeśli masz. 

Koko zajął strategiczną pozycję na kominku, skąd mógł obserwować gościa. Pośladki 

mu drgały, a ogon leżał płasko zwinięty w podkowę. 

Bez zbędnych ceregieli Qwilleran postawił puszkę piwa  i drinka  na stole koło  łokcia 

Steve'a. Swoją wodę squunk nalał do szklanki na martini. 

- Słyszałem, że mieliście wypadek w stadninie - powiedział mimochodem. 

Trener odstawił whisky. 

- Gdzie to słyszałeś? 

- W radiu - skłamał Qwilleran. 

- Tak, szkoda. To był dobry koń, obiecujący - trzeba go było uśpić. 

- A jeździec? Wstał i poszedł w swoją stronę? 

-  Do  diabła  z  nim!  Robbie  jest  sam  sobie  winien.  Naciskał  za  mocno,  ryzykował. 

Wiesz,  jakie są dzisiaj dzieciaki, żadnej dyscypliny! Dobrze mu to zrobi, jeśli będzie musiał 

zrezygnować z jeździectwa. Będą inni jeźdźcy i inne konie. Zawsze to powtarzam. Nie można 

się przygnębiać podobnymi sprawami. 

- Jesteś zadziwiająco refleksyjny. 

background image

 

 

-  Trza  być  twardym  w  tym  biznesie.  Mam  też  dobre  wieści.  Chcesz  usłyszeć  dobre 

wieści? 

- Za wszelką cenę. 

-  Pani  Amberton  zostanie  w  stadninie  po  jej  sprzedaży.  Jest  cholernie  dobrym 

instruktorem,  to  byłaby  paskudna  strata,  gdyby  odeszła.  Ma  też  pomysł  na  sklep  z 

akcesoriami do jazdy konnej. Chce go założyć na terenie stadniny. Sprzęt najwyższej jakości, 

od butów i siodeł do toczków i apaszek. To będzie duża inwestycja, ale się zwróci. Tutejsze 

dzieciaki  mają kupę  forsy do wydania,  a Lisa,  to  znaczy pani  Amberton, nalega,  żeby  mieli 

najlepszy sprzęt, jeśli jeżdżą w jej barwach. Dobry sklep to żyła złota! 

- Co to za dzieciaki, o których mówisz? 

-  Miejscowe,  zwariowane  na  punkcie  jazdy  na  koniach.  Niektóre  utalentowane,  inne 

nie, ale dadzą się pokroić za wstążkę i wszystkie chcą się znaleźć w Madison Square Garden. 

Na  niektórych  zajęciach  Lisy,  to  jest  pani  Amberton,  jest  ich  nawet  pięćdziesięcioro.  Jeśli 

gustujesz w nieletnich panienkach, to mamy je we wszystkich rozmiarach i kształtach. 

- Jak często odbywają się zawody? 

- Kilka razy w miesiącu. Lekcje są trzy razy w tygodniu. Kosztują fortunę, ale stać ich 

na to. Wszyscy w Lockmaster śpią na forsie. 

Qwilleran wstał i zwrócił się w stronę baru. 

- Powtórka? 

- Brzmi nieźle. 

- Jeszcze raz to samo? 

Trener pokiwał na zgodę. 

Koko przyglądał się bacznie instruktorowi. Qwilleran pozwalał mu mówić i pić, aż ten 

w końcu zaczął kiwać się na fotelu. 

- Dobra, to co myślisz o stadninie, wiesz, o cenie i w ogóle? 

- Brzmi kusząco - powiedział Qwilleran - ale najpierw muszę ci zadać pytanie. 

- Strzelaj. 

- Dlaczego wylądowałeś w Lockmaster? 

- Próbowałem w wielu miejscach. Tu jest przyjemnie. Dobre warunki. Zdrowy klimat. 

Każdy ci to powie. 

-  Czy  to  prawda,  że  na  Nizinach  wpakowałeś  się  w  kłopoty?  -Qwilleran  zadał  to 

pytanie, jakby pytał o pogodę. 

- Co masz na myśli? 

- Słyszałem pogłoski o... nielegalnym dopingu podczas wyścigów. 

background image

 

 

Steve wzruszył ramionami. 

- Wszyscy to robili, ale mnie złapali. 

- Mamy sprawę do załatwienia - kontynuował Qwilleran spokojnym głosem. 

- Tak? A jaką? 

- Kiedy byłeś tu wczoraj, zastrzeliłeś ptaka. 

- I? Coś w tym złego? 

- Tu nie strzela się do ptaków. 

-  Do  diabła!  Masz  ich  milion!  Nikt  nie  zatęskni  za  tym  jednym.  Czerwonym  nie 

odmawiam! 

- Jesteś obyty z bronią. 

- Tak, dobrze strzelam, na trzeźwo i po pijaku. Spojrzał w górę na Koko. 

- Siedząc tutaj, trafiłbym tego kota między oczy - wycelował w Koko z dłoni. 

Kot zeskoczył z sykiem na podłogę i najeżony wszedł na górę po pionowej drabince, 

prosto na najwyższą kładkę, gdzie usiadł na balustradzie dokładnie nad głową Steve'a. 

- Co z nim? - spytał trener. 

Qwilleran  przewidział  atak  z  powietrza  i  sam  zaplanował  atak.  Odpowiedział 

spokojnie: 

- Byłeś trzeźwy czy pijany, kiedy zamordowałeś VanBrooka? 

- Co? Odbiło ci? 

-  Tylko  żartowałem.  Policja  nie  może  znaleźć  podejrzanego,  więc  pomyślałem,  że 

byłeś tutaj tej nocy. 

- Do diabła, nie! Byłem na ślubie w Lockmaster. 

-  Przyjęcie  skończyło  się  przed  północą.  Ty  dojeżdżasz  tu  w  pięćdziesiąt  minut. 

VanBrook zginął o trzeciej. 

- Nie wiem, o czym ty do diabła mówisz! 

-  Jeszcze drinka? -  spytał przymilnie Qwilleran.  Wstał  i  skierował się w  stronę baru. 

Mówił dalej, hałasując butelkami i szklankami. - Wiedziałeś, że VanBrook tu będzie, prawda? 

Jakoś się dowiedziałeś. 

- Ja? Nigdy nie poznałem gościa! - Steve wstał i szedł w kierunku baru. 

- Wiedziałeś, że będzie tu dużo ludzi. Qwilleran wyciągnął z kieszeni żółty papierek. 

- Czy to wygląda znajomo? Wypadło z twojej kieszeni, są tu wskazówki, jak dojechać 

do składu. 

- Kłamiesz! Nigdy tu nie byłem! Nie znałem faceta, o którym mówisz! 

background image

 

 

- Niepotrzebna ci oficjalna prezentacja,  jeśli masz dobry motyw do morderstwa. A ja 

przypadkiem  znam  twój  motyw.  Mam  też  martwego  ptaka  w  puszce  po  kawie,  czeka  na 

badanie w policyjnym laboratorium. 

Słysząc to, Steve wyciągnął pistolet, a Qwilleran zanurkował pod barem. 

- Nie strzelaj! Mam na górze trzech świadków. 

Przez  chwilę  wszystko  zamarło.  Zamroczony  umysł  zmagał  się  z  możliwościami. 

Potem dał się słyszeć przytłumiony dźwięk osuwającej się materii. Człowiek spojrzał w górę, 

ale  było  już  za  późno.  Jabłoń  spadała  prosto  na  niego.  Steve  pociągnął  za  spust,  ale  kula 

zbłądziła pod naporem tkaniny. 

Spod kurtyny o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych dochodziły krzyki 

i  skrępowane  ciało  próbowało  się  spod  niej  wydostać.  Qwilleran  rzucił  się  do  zamrażarki, 

chwycił  długi,  tępy  przedmiot.  Zamachnął  się  nim  szeroko  i  zadał  cios  wijącej  się  ludzkiej 

masie. Przestała się ruszać. 

-  Wezwij  policję!  -  krzyknął  do  Eddingtona,  który  stał  na  kładce.  -  Wezwij  policję! 

Dzwoń z telefonu w moim gabinecie! 

Qwilleran pilnował bezkształtnej skłębionej masy, a księgarz potruchtał anemicznie w 

dół na drugi balkon. Przechylił się jeszcze przez balustradę, żeby zapytać ledwie słyszalnym 

głosem: 

- I co mam im powiedzieć? 

Qwilleran cieszył się w Pickax wyjątkową ochroną policji. Jeśli cokolwiek stałoby się 

spadkobiercy  Klingenschoenów,  jego  fortuna  przeszłaby  w  ręce  dalszych  spadkobierców 

rozsianych po Wschodnim Wybrzeżu i na zawsze przepadłaby dla Moose County. Po trzech 

minutach  dwa  samochody  policji  pojawiły  się  pod  domem.  Pierwszy  przyjechał  komendant 

Brodie. 

- Ciekawe, zaledwie pół godziny temu zadzwonił do nas informator, który wskazał na 

tego człowieka. Nie spodziewaliśmy się, że go dostaniemy, a przynajmniej nie tak szybko. 

- Kto go wam wystawił? 

- Anonimowy rozmówca. Daliśmy mu kod, więc będzie mógł odebrać nagrodę. A tak 

w ogóle, to co on tu robił? 

- Próbował sprzedać mi stadninę. Mogłem go zabić moim kijem, gdyby jedno z jabłek 

nie wytłumiło uderzenia. 

- Kijem? A gdzie on jest? 

- Włożyłem go z powrotem do zamrażarki. 

background image

 

 

Brodie  mruczał  pod  nosem,  obdarzając  Qwillerana  tym  samym  niedowierzającym 

spojrzeniem, z jakim patrzył na dwa duże białe kominy. 

- Przepraszam - wtrącił się Eddington Smith - ale czy mogę już sobie pójść? 

-  Pokręć  się  tu  jeszcze  przez  chwilę,  Edd  -  powiedział  Qwilleran  -  i  jeśli  Andy  nie 

będzie cię mógł odwieźć, to ja to zrobię. Co cię skłoniło do odpięcia kurtyny? 

- Koty szarpały rogi i ściągały je z zawieszek, więc postanowiłem im odrobinę pomóc. 

Czy dobrze zrobiłem? 

- Powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze. Wykonałeś udany akt dywersji. 

Koko  siedział  z  powrotem  na  szczycie  kominka,  w  pozie,  która  wyrażała  głód. 

Spoglądał  w  dół  z  dezaprobatą  na  obcych  ludzi  w  mundurach  i  zastanawiał  się,  gdzie  jest 

łosoś. Yum Yum nie pokazywała się, mimo że oba koty były zazwyczaj nierozłączne w porze 

posiłku.  Właściwie  to  kotka,  z  nowo  nabytą  umiejętnością  asertywnej  artykulacji,  przejęła 

rolę przywódcy stada. Zarządzała kolację głośnym: „n-n-NOW!” 

Kiedy  policja  szukała  w  składzie  zbłąkanej  kuli,  zimny  dreszcz  przeszył  Qwillerana. 

Gdzie jest Yum Yum? 

- Nie ma mojego drugiego kota! - wrzasnął. - Chłopaki, próbujcie na dole, ja sprawdzę 

galerie! 

background image

 

 

 

Rozdział czternasty 

 

Po  przeszukaniu  składu  i  nawoływaniach  Yum  Yum  po  imieniu  nadal  nie  było 

odzewu.  Qwilleran  wypatrzył  ją  w  końcu  na  jednej  z  promieniście  ułożonych  krokwi  pod 

dachem.  Strzał  przeraził  ją  i  chowała  się  w  jednym  z  rogów,  gdzie  spotykało  się  wszystkie 

osiem krokwi. Jej uszy oklapły. Żadne pieszczotliwe nawoływania i przekupstwa nie zdołały 

przekonać jej do zejścia. 

-  Co  mam  zrobić?  -  Qwilleran  spytał  Koko,  który  chodził  tam  i  z  powrotem  między 

kotką a człowiekiem. 

Musieli  zostawić  ją  skuloną  w  odległym  kącie.  Po  niedługim  czasie  pocisk 

odnaleziono  w  przegródce  na  czcionki.  Utkwił  między  myszą  a  sową.  Dopiero  kiedy 

Qwilleran  zagotował  mrożonego  homara,  primadonna  raczyła  się  pojawić.  Zeszła  w  dół 

rampy zrelaksowanym krokiem, jakby spędziła właśnie tydzień w spa. 

- Koty! - zamruczał Qwilleran. 

Przyglądał  się  właśnie,  jak  pożerają  homara,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Rozległ  się 

triumfalny głos: 

- Qwill, operacja Robbiego się udała! Po rehabilitacji będzie mógł chodzić! 

- To bardzo pomyślne wieści, Vicki. Fionie musiało ulżyć. Nie udało mi się złapać jej 

w szpitalu. 

- Jest tutaj i chce z tobą rozmawiać. 

- Dobrze, daj mi ją. 

- Panie Qwilleran - mówiła drżącym głosem - nie wie pan, przez co przeszłam. Nadal 

nie mogę uwierzyć, że lekarze zdołali go uratować. 

- Wszyscy trzymaliśmy kciuki, Fiono. 

- Nie dbam o to, czy... będzie kiedykolwiek jeździł, ale obiecał, że wróci do szkoły. 

- Mógłby porzucić zainteresowanie końmi i zająć się japońskim. 

-  Panie  Qwilleran  -  powiedziała  z  wahaniem.  Było  jasne,  że  nie  zrozumiała  żartu.  - 

Mam panu do powiedzenia coś strasznego i hmm... nie wiem, jak zacząć. 

- Zacznij od początku. 

background image

 

 

-  Robbie  mi  to  powiedział,  zanim  poszedł  na  operację.  Biedny  chłopiec  myślał,  że 

umrze... -  przerwała,  żeby  się  nie rozpłakać.  -  Powiedział  mi, że  wie,  kto zamordował pana 

VanBrooka... - skończyła prawie szeptem. 

- Mów dalej, Fiono, myślę, że wiem, co chcesz powiedzieć. 

- Nie mogę... Nie mogę... 

-  W  takim  razie  pozwól,  że  powiem  to  za  ciebie.  VanBrook  sporządził  testament,  w 

którym uczynił Robbiego swoim spadkobiercą. Czy tak? 

- Tak. 

- A kiedy Robbie rzucił szkołę, zagroził, że go wydziedziczy. 

- Skąd pan o tym wie? 

Qwilleran  przemilczał  jej  pytanie.  Do  tej  części  scenariusza  miał  zaledwie 

podejrzenia, ale okazało się, że miał rację. Kontynuował: 

- Robbiemu przyszedł do głowy pomysł, żeby zabić VanBrooka, zanim zdąży zmienić 

testament. 

-  Nie! To nie  był pomysł  Robbiego! -  zawołała.  -  Ale rozmawiali o tym,  on  i Steve. 

Myśleli,  że  za  pieniądze  VanBrooka  będą  mogli  kupić  stadninę...  Och!  -  załkała.  -  Nie 

powiedzieli mi! Mogłam go powstrzymać! 

- Kiedy się dowiedziałaś? 

-  Dopiero  kiedy  Robbie  był...  Dopiero  kiedy  wieźli  go  na  salę.  „Mamusiu,  czy  ja 

umrę?” - ciągle to powtarzał. 

- Czy to Steve strzelał? 

- Tak. 

- Czy Robin był z nim w samochodzie? 

- Och, nie! Był w łóżku, kiedy wróciłam z teatru. Powiedziałam mu, że nie wybieram 

się na przyjęcie. Byłam w domu o pierwszej. 

- Jesteś pewna, że Robin nie wyślizgnął się z domu po twoim powrocie? 

Westchnęła i zamilkła. 

- Nie martw się, Fiono, policja aresztowała Steve'a. 

-  To  ja  go  wsypałam.  Robbie  mnie  o  to  błagał.  Powiedział,  że  jest  duża  nagroda. 

Myślał, że umrze... - jej głos załamał się i ryknęła płaczem. 

Słuchawkę przejęła Vicki. 

- Co się teraz stanie? 

-  Robbie  jest wspólnikiem,  ale  może  współpracować z policją,  co zmniejszy  wymiar 

kary - powiedział jej Qwilleran. 

background image

 

 

Wkrótce potem zadzwonił uradowany Arch Riker. 

-  Poskutkowało!  -  wykrzyknął.  -  Nagroda  skusiła  kogoś,  kto  wskazał  mordercę! 

Policja  aresztowała  podejrzanego!  Będzie  oskarżony  o  morderstwo.  Uwolnili  Dennisa  od 

zarzutów. Powiedz Koko, że może już porzucić tę sprawę! 

- Dobrze - Qwilleran powiedział tylko tyle. 

-  To  był  ktoś  z  Lockmaster, tak  jak  mówiłeś  od  początku!  Wszystko  będzie  jutro  w 

gazecie. Przynajmniej raz coś wielkiego wydarzyło się przed terminem zsyłania gazety... Co 

jesteś taki cichy? O co chodzi? 

- Wiem, co się wydarzyło naprawdę, ale to nie jest przeznaczone do publikacji. 

- Ty szczurze! 

Następna zadzwoniła Fran Brodie. 

- Dennis został oczyszczony z zarzutów! - Wykrzyknęła. - Czy to nie cudowne?... Ale, 

ale, słyszałam, że jabłoń sfrunęła! Shaw przyjdzie jutro ją zawiesić. 

Sprawa  VanBrooka  została  zamknięta,  ale  Człowiek  Tajemnica  miał  już  na  zawsze 

pozostać zagadką Moose County. Qwilleran spędził cały piątek z Susan i prawnikiem w domu 

przy Goodwinter Boulevard. Wyciągnęli wszystkie oznakowane pudła i wytrząsnęli banknoty 

z ponad tysiąca książek. 

W  sobotę  Qwilleran  planował  wyciągnąć  Polly  na  mecz  do  Chicago,  ale  ona  wolała 

obserwować  ptaki  na  rozlewiskach.  Zawarli  kompromis  i  zdecydowali  się  na  piknik  z 

lornetkami  na  brzegu  Ittibittiwassee.  Kiedy  przyjechał  po  nią  do  wozowni,  na  chwilę  przed 

południem,  był,  delikatnie  mówiąc,  w  podłym  nastroju.  Miał  za  sobą  nieudaną  sesję 

puszczania baniek dla niewdzięcznych, ignoranckich syjamczyków i szaleńczą pogoń za Yum 

Yum  i  jej  smyczka.  Na  powitanie  wręczył  Polly  cztery  gliniane  fajeczki  do  baniek  i 

gigantyczne pudełko płatków mydlanych. 

-  Teraz  możesz  puszczać  bańki  Bootsiemu  -  powiedział  opryskliwie.  -  Lori  Bamba 

mówi, że koty lubią uganiać się za bańkami. 

- Cóż... Dziękuję - Polly nie wyglądała na przekonaną do tego pomysłu. - A twoje, czy 

też to lubią? 

- Nie, ale one nie uznają siebie za koty... Co trzeba zapakować do samochodu? 

- Ty weź składany stolik i krzesła, a ja wezmę kosz. Pamiętałeś o lornetce? 

Potem  nastąpiła  przesadnie  czuła  scena  pożegnania  z  Bootsiem,  której  Qwilleran 

przyglądał  się  z  niesmakiem,  mrucząc  coś  pod  nosem.  W  końcu  ruszyli  w  stronę 

Ittibittiwassee.  Minęli  miejsce,  gdzie  trzy  lata  wcześniej  spadł  z  roweru,  i  rów,  gdzie  jego 

samochód dachował w zeszłym roku. 

background image

 

 

Na  piknik  wybrali  płaską,  porośniętą  trawą  łączkę  na  malowniczym  zakręcie  rzeki. 

Rozstawili stolik i krzesła. 

- Spójrz! Tam jest jemiołuszka cedrowa! 

- Gdzie? - spytał, podnosząc lornetkę. 

- Po drugiej stronie rzeki. 

- Nie widzę, nic nie widzę. 

- Zdejmij osłony, kochanie. Jest w tym dużym krzaku. 

- Tam jest mnóstwo dużych krzaków. 

- Za późno. Odleciała. 

Polly rozpakowywała papierowy obrus i serwetki. 

- Wiatr jest silniejszy, niż się spodziewałam. Będą kłopoty z przygwożdżeniem nakryć 

do stołu. Lubisz faszerowane jajka? 

- Z mielonymi skorupkami czy bez? 

-  Przestań,  Qwill!  Jesteś  dzisiaj  niemożliwy!  A  przy  okazji  -  dodała  z  uniesionymi 

brwiami - słyszałam, że spędziłeś cały dzień w domu VanBrooka z Susan Exbridge. 

- Czy Kochaneczka szpiegowała mnie teleskopem? 

- Szybko! Tam jest samiec szczygła! 

- Gdzie? - znów sięgnął po lornetkę. 

- Na gałęzi dzikiej wiśni. Ma piękny głos, śpiewa prawie jak kanarek. 

- Nie słyszę go. 

- Przestał śpiewać. 

Polly nalała sok pomidorowy do papierowych kubeczków. 

- Co robiłeś w domu VanBrooka? - nalegała. - A może nie powinnam pytać? 

- Pomagałem Susan i prawnikowi z Lockmaster otwierać zaplombowane pudła, które 

miały zawierać książki. Susan przydzielono do likwidacji majątku pryncypała. 

- I co znaleźliście w pudłach? 

- Książki... ale jest tam trochę cennych orientalnych dzieł sztuki. 

-  Wszystkich  uradowała  wiadomość  w  gazecie,  że  przepisał  cały  majątek  na  rzecz 

szkoły. Poczęstuj się kanapkami, Qwill. 

Nałożył  sobie  na  wiotki  papierowy  talerzyk  kanapki  z  pastą  z  tuńczyka  i  jajkami  na 

twardo z kleistym nadzieniem. Obie potrawy osadzały się na sumiastych wąsach Qwillerana. 

-  VanBrook  miał  złożony  charakter.  Chciałbym  pogrzebać  w  jego  przeszłości,  może 

napisać książkę. 

- Słyszałam, że jego dyplomy były sfałszowane. 

background image

 

 

- Gdzie słyszałaś? 

Polly wzruszyła ramionami. 

- Krążą takie plotki. 

-  Podejrzewam,  że  był  genialnym  samoukiem  -  mówił  dalej  Qwilleran.  -  Miał  kilka 

wcieleń,  dlatego  unikał  osobistego  rozgłosu  w  mojej  kolumnie.  Miał  kłopoty  albo  się 

ukrywał... hej! - nagły powiew wiatru porwał papierowy talerzyk z jego dłoni i uniósł go nad 

rzekę, jak latający dywan, pozbawiając Qwillerana połówki faszerowanego jajka. - VanBrook 

znał japoński i był obyty z Azją. Mógł nakłaniać Amerykanów, żeby inwestowali w fikcyjne 

japońskie firmy. 

- Czy nie jest to przedziwne zajęcie dla dyrektora szkoły? 

- Nie dla VanBrooka. 

Qwilleran  przypomniał  sobie  wątpliwe  umowy  z  wnętrza  Wspomnień  wesołej 

mleczareczki.  Zastanawiał  się  nad  tajemnicą  czerwonych  kropek.  Nie  zamierzał  jednak 

powiedzieć Polly, że książki z pięćdziesięciu dwóch kartonów były wyładowane banknotami, 

i to fałszywymi banknotami. 

- Posłuchaj tej modrosójki błękitnej! 

-  No,  nareszcie  jakiś  ptak  o  przyzwoitej  wielkości  i  mocnym  głosie.  Jestem  za 

modrosójkami  błękitnymi  i  kardynałami.  Polly,  pogódź  się  z  tym:  potrafię  odróżnić 

bezokolicznik i imiesłów, a nawet neologizm z łącznikiem, ale nie jestem w stanie wyśledzić 

sikory dwubarwnej albo oskomika czerwonogardłego. 

-  Jesteś  gotowy  na  kawę?  -  spytała,  odkręcając  termos.  -  Zrobiłam  też  czekoladowe 

babeczki. 

Po  kilku ciastkach Qwilleran  był  bardziej  skory do pojednania.  Udzielił  mu się błogi 

nastrój. 

- To ma być nasz ostatni ciepły weekend - wymamrotał. 

- Podobał mi się nasz piknik - powiedziała. - Każda minuta. 

- Mnie także. Jesteśmy dla siebie stworzeni, Polly. 

- Jestem najszczęśliwsza, kiedy jestem z tobą, Qwill. 

- Powiedz coś z Szekspira. 

-  „Jest  moja  szczodrość  jak  morze  szeroka,  a  miłość  moja  głęboka  jak  morze.  Im 

więcej dam ci, tym więcej zostanie, gdyż nieskończone obie są”. 

Qwilleran  sięgnął  przez  stół  i  ujął  ją  za  rękę.  Tę,  na  której  nosiła  pierścionek  z 

kamieniem zodiakalnym, prezent od niego. Z zamyślonymi, poważnymi oczami spojrzał jej w 

twarz. 

background image

 

 

- Chcę ci zadać pytanie, Polly. 

Nie  odpowiedziała  nic,  tylko  uśmiechnęła  się  i  wstrzymując  oddech,  czekała,  co 

powie. 

- O czym ty i Steve rozmawialiście na weselu? 

Do tej chwili nie wracali do jej przelotnej znajomości z trenerem. Nie mówili nawet o 

jego aresztowaniu. 

Potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli i zmienić wyraz twarzy. W końcu zaczęła: 

- Rozmawialiśmy o koniach, moim zainteresowaniu książkami, o „Plotkach ze Stajni”, 

o  jego  uczuleniu,  ale  przede  wszystkim  o  koniach.  Shirley  opowiedziała  mu  o  tobie,  a  ja 

opisywałam wszystkie dobroczynne rzeczy, które ty i Fundacja Klingenschoenów zrobiliście 

dla Moose County. Kiedy usłyszałam o jego aresztowaniu, zaczęłam się zastanawiać, czy nie 

wykorzystał mnie do zapewnienia sobie alibi na noc morderstwa. 

-  Nie,  to  nie  było  potrzebne.  Raczej  starał  się  nawiązać  kontakt  z  kimś  majętnym. 

Stadnina Ambertonów potrzebuje zastrzyku gotówki. 

- Kiedy zacząłeś go podejrzewać? 

- Kiedy przyjechał w zeszłą środę porozmawiać o sprzedaży stadniny. Zapytał, co się 

stało z drzewami w moim sadzie. Gdyby ich wcześniej nie widział, to skąd mógł wiedzieć, że 

martwe drzewa zostały wycięte? Poza tym jego samochód nosił ślady lakierowania po prawej 

stronie,  mniej więcej na wysokości mojej skrzynki pocztowej, ale nie miałem pewności. Nie 

mogłem  tego  złożyć  w  całość,  dopóki  Koko  nie  znalazł  teczki  z  prywatnymi  papierami 

VanBrooka.  Były  tam  dwa  testamenty:  jeden  z  niedawną  datą,  zapisujący  jego  majątek  na 

szkołę  w  Pickax,  i  wcześniejszy,  według  którego  jedynym  beneficjentem  miał  być  chłopak 

stajenny Steve'a. 

- Chłopak stajenny? - Polly zmarszczyła twarz. 

Qwilleran poczęstował  się  jeszcze  jednym ciastkiem  i opisał  jej  szczególny  związek, 

jaki łączył VanBrooka z jego gosposią i jej synem. 

- Steve wymyślił, żeby pozbyć się VanBrooka, zanim zmieni testament, ale i tak było 

za  późno.  Kiedy  zobaczyłem  dwa  testamenty,  od  razu  miałem  przeczucie,  że  broń,  która 

zabiła mojego kardynała, zabiła też kardynała Wolseya - Qwilleran poklepywał palcami wąsy. 

- Zobacz! To chyba samiczka wodniczki. 

- Jeśli tak twierdzisz, wierzę ci... Chciałabyś wpaść i zobaczyć tkaniny? - spytał, kiedy 

zaczęli pakować sprzęty. 

Polly odpowiedziała, że byłaby zachwycona. 

- Tylko nie siadaj pod jabłonią - ostrzegł. 

background image

 

 

W drodze do składu przeprosił, że przed południem był w takim kiepskim nastroju. 

- Miałem okropne przejścia z Yum Yum - wyjaśnił. -  Włosy stanęły mi dzisiaj dęba. 

Nie  chce  chodzić  w  obroży,  nie  tak  jak  Koko.  Za  pierwszym  razem,  kiedy  założyłem  jej 

szelki,  udawała  martwą.  Za  drugim  zamarła  w  bezruchu.  Dzisiaj  rano  wbiegła  na  rampę  i 

zniknęła.  Znaleźliśmy  ją  na  jednej  z  promieniście  ułożonych  krokwi,  które  spotykają  się 

centralnie pod dachem. Była tam już wcześniej, ale tym razem szelki się zaczepiły o sęk. Nie 

mogła się uwolnić. Musiałem po nią wejść. 

- Wielkie nieba, Qwill! To dwanaście metrów nad ziemią! 

-  Tak,  Polly,  mi  też  to  przyszło  do  głowy.  A  w  dodatku  belka  miała  trzydzieści 

centymetrów szerokości.  Musiałem  się tam wczołgać,  uwolnić  ją  i odstawić z powrotem do 

kładki.  Trzymałem  ją  w  jednej  ręce,  zdawało  mi  się,  że  ta  droga  trwa  całą  wieczność! 

Podobało jej się, cały czas mruczała, odchylając do tyłu głowę. 

- A co w tym czasie robił Koko? 

- Próbował pomóc - wskoczył mi na plecy. Pewnie mu się wydawało, że to wyścig z 

przeszkodami!... Czemu ja się dałem wrobić w koty? 

Mieli stolik zarezerwowany na siódmą w „Old Stone Mill” i Qwilleran odwiózł Polly 

do domu, żeby nakarmiła Bootsiego, zdrzemnęła się chwilę i przebrała do kolacji. W składzie 

zastał Koko siedzącego na Wzgórzu królików. 

-  W porządku,  zdążymy przeczytać  jeden rozdział -  powiedział Qwilleran, zatapiając 

się  w  ulubionym  skórzanym  fotelu.  Yum  Yum  wylądowała  na  jego  kolanach,  miękko  i 

delikatnie,  jak  balonik,  z  którego  wolno  ucieka  powietrze.  Kiedy  się  w  końcu  usadowiła, 

zdawała  się  kłębuszkiem  nic  nieważącego  pustego  futerka.  Koko  czuwał  na  poręczy  fotela. 

Obserwował  i  nasłuchiwał.  Jego  oczy  iskrzyły  inteligentnym  spojrzeniem,  a  wąsy  drgały  z 

przejęcia. Qwilleran pokiwał w zamyśleniu głową. 

-  Nigdy  nie  wiem,  co  dzieje  się  w  tych  waszych  tranzystorowych  mózgach.  Czy 

wiedziałyście,  że VanBrook dostanie kulkę  w głowę? Czy  wiedziałyście,  że  Rudobrody  jest 

mordercą? I że coś ważnego skrywa się za książkami w gabinecie VanBrooka? 

Koko  podnosił  niecierpliwie  łapki,  czekając,  aż  zacznie  się  czytanie.  Ale  Qwilleran 

musiał  wpierw  odpowiedzieć  sobie  na  pytania.  Nie...  pomyślał,  to tylko  przypadek.  On  jest 

przecież tylko kotem...  Ale dlaczego układał wciąż ogon w podkowę? Dlaczego dwukrotnie 

podarł „Plotki ze Stajni”? Dlaczego zatopił zęby w czerwonym żelku? 

-  Tylko  siedzisz!  Powiedz  coś  wreszcie!  -  zwrócił  się  do  Koko.  -  Czytaj  w  mojej 

głowie! 

- Yow! - odpowiedział na to wyzwanie Koko. 

background image

 

 

Było to puste miauknięcie zakończone ziewnięciem. 

Qwilleran otworzył książkę na stronie ósmej. 

- Rozdział drugi. To o szefie królików... 

Znów zamknął książkę. 

-  Jeszcze  jedno  pytanie:  Czy  twoje  nagłe  zainteresowanie  królikami  miało  na  celu 

wskazanie pana O'Hare? 

Koko  zesztywniał,  odwrócił  głowę,  nastawił  uszu,  zeskoczył  gwałtownie  z  poręczy 

fotela  i  pędem  rzucił  się  do  kuchennego  okna.  Z  krzaka  jagody  rozległ  się  gwizd,  głośny  i 

czysty: „kto to? kto to? kto to?”