background image

 

background image

Lilian Jackson Braun 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł oryginału: The cat who knew Shakespeare 
Tytuł oryginalny serii: The cat who... series! 
Tłumaczenie: Anna Barcz 
Grafika: Aleksandra Mikulska 
Wydawnictwo: Elipsa, 2008 
 
Copyright © 1988 by Lilian Jackson Braun

 

 

background image

Kot, który znał Szekspira 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

E

E

R

R

W

W

S

S

Z

Z

Y

Y

 

 

 
W Moose County, czterysta mil na północ od wszystkiego, zawsze 

w listopadzie zaczyna padać śnieg, a potem pada, pada i pada. 

Najpierw  wszystkie  frontowe  schody  giną  pod  półmetrową 

warstwą  śniegu.  Następnie  przestają  być  widoczne  płoty  i  krzewy. 
Maszty  flagowe  stają  się  coraz  krótsze,  aż  stają  się  tak  niskie,  że 
można wokół nich zatańczyć taniec na rurze. 

Słuchanie  w  radiu  cogodzinnych  prognoz  pogody  jest  zimową 

rozrywką każdego z mieszkańców Moose County, a odśnieżanie staje 
się  ich  głównym  zajęciem.  Odśnieżarki  i  dmuchawy  wyrzucają  z 
siebie  góry  bieli,  która  przykrywa  całe  budynki  i  przez  którą 
nieszczęśni  mieszkańcy  muszą  przekopywać  się,  by  wydostać  się  na 
ulicę.  W  stolicy  okręgu,  Pickax,  nie  jest  niczym  nadzwyczajnym 
zobaczyć  narty  biegówki  w  centrum  handlowym  miasta.  Jeśli 
lotnisko jest zamykane – a bywa tak często – Moose County staje się 
wyspą  śniegu  i  lodu.  Wszystko  zaczyna  się  w  listopadzie  od 
nawałnicy, którą mieszkańcy nazywają „wielką”. 

Wieczorem piątego listopada Jim Qwilleran odpoczywał w swojej 

wygodnie  urządzonej  bibliotece  w  towarzystwie  przyjaciół.  Panował 
błogi  nastrój,  bo  wszyscy  zjedli  dobry  obiad,  na  który  gospodyni 
przygotowała zupę z małży i eskalopki cielęce a la Casimir. Pan domu 
włożył  do  kominka  pachnące  kłody  jabłoni,  a  płomień  rzucał 
tańczące  esy–floresy  na  oprawne  w  skórę  książki,  które  zapełniały 
cztery  ściany  półek  biblioteki.  Spod  zacienionych  lamp  padał  złoty 
blask oświetlający skórzane meble i dywany z Buchary. 

Qwilleran,  mężczyzna  w  średnim  wieku,  słusznej  postury  i  z 

krzaczastym  wąsem,  usiadł  przy  swoim  starym  angielskim  biurku  i 
na 

jednym 

wielu 

małych 

przenośnych 

odbiorników 

rozmieszczonych  w  domu  nastawił  prognozę  pogody,  nadawaną  w 
radiu o godzinie dwudziestej pierwszej. 

–  Chłodniej  wieczorem,  ze  spadkami  temperatury  o  blisko 

piętnaście stopni – przewidywał meteorolog stacji PKX FM. – Silne 
wiatry zapowiadające śnieg wieczorem i jutro podczas dnia. 

Qwilleran zgasił radio. 
–  Jeżeli  nie  macie  nic  przeciwko  temu  –  rzekł  do  pozostałych 

dwóch przyjaciół – chciałbym wyjechać z miasta na kilka dni. To już 
sześć  miesięcy,  odkąd  ostatnim  razem  wyjechałem  na  Niziny,  i  moi 

background image

Lilian Jackson Braun 

kumple  w  wydawnictwie  myślą,  że  nie  żyję.  Pani  Cobb  będzie 
podawała  wam  posiłki,  a  ja  mam  nadzieję  wrócić  przed  opadami 
śniegu. Po prostu trzymajcie za mnie łapy. 

Dwie  pary  brązowych  uszu  obróciły  się  nagle  na  to 

zawiadomienie.  Dwie  brązowe  maski  z  długimi  białymi  wąsami  i 
niesamowicie  niebieskie  oczy  odwróciły  się  od  płonącego  drewna  i 
skierowały w stronę mężczyzny siedzącego przy biurku. 

Im  więcej  mówisz  do  kotów,  powiedziano  kiedyś  Qwilleranowi, 

tym mądrzejsze się one stają. Okazjonalne powiedzenie „miły kotek” 
nie  daje  wymiernego  efektu.  Wymagana  jest  inteligentna 
konwersacja. 

Ta  teoria  wyraźnie  się  sprawdzała.  Para  syjamskich  kotów  na 

dywanie  przed  kominkiem  zareagowała,  jak  gdyby  dokładnie 
rozumiała,  co  do  nich  mówił.  Yum  Yum,  przymilna  mała  kotka, 
wpatrzyła  się  w  niego  z  wyrzutem.  Koko,  przystojny  i  umięśniony 
kocur,  podniósł  się  z  miejsca,  na  którym  wylegiwał  się  w  dostojnej 
lwiej pozie, podszedł sztywno do biurka i zamiauczał przeraźliwie: – 
Miau–au–AU! 

–  Spodziewałem  się  trochę  więcej  zrozumienia  i  rozwagi  – 

stwierdził ich opiekun. 

Qwilleran, który był w wieku około pięćdziesięciu lat, zmagał się z 

wyjątkowym kryzysem wieku średniego. Dotychczasowe życie spędził 
w wielkich metropoliach, a teraz został mieszkańcem trzytysięcznego 
miasta Pickax. Po karierze zapracowanego dziennikarza, kiedy radził 
sobie  mimo  skromnej  pensji,  teraz  był  milionerem  albo  i  nawet 
miliarderem.  Nie  bardzo  był  pewien,  kim.  W  każdym  razie  został 
jedynym spadkobiercą fortuny Klingenschoenów, powstałej w Moose 
County w dziewiętnastym wieku. Spadek składał się między innymi z 
rezydencji przy Main Street, służby w liczbie trzech osób, garażu na 
cztery  samochody  i  limuzyny.  Czuł  się  jednak  nieswojo  w  nowym 
życiu,  choć  minął  już  ponad  rok.  Gdy  był  reporterem,  martwił  się 
głównie o to, by odtworzyć zdarzenie, sprawdzić fakty, zdążyć na czas 
i zabezpieczyć źródła. Teraz jego głównym zmartwieniem, podobnie 
jak i innych w Moose County, zdawała się być pogoda, szczególnie w 
listopadzie. 

Qwilleran  szarpał  wąsy  w  zamyśleniu,  trochę  zmartwiony 

negatywną reakcją kotów na jego oświadczenie. 

–  Trudno  –  rzekł.  –  Nie  ma  wyboru,  muszę  jechać.  Arch  Riker 

background image

Kot, który znał Szekspira 

odchodzi na emeryturę z „Daily Fluxion”, a ja w piątek wieczór mam 
być gospodarzem na jego pożegnalnym przyjęciu. 

W  czasach,  kiedy  prowadził  oszczędny,  kawalerski  styl  życia  w 

jednopokojowym  mieszkaniu,  nigdy  nie  pragnął  pieniędzy  czy 
innych  dóbr,  choć  trzeba  przyznać,  że  pośród  swoich  kolegów  nie 
uchodził  za  zbyt  hojnego.  Kiedy  w  końcu  przebrnął  z  trudem  przez 
postępowanie  spadkowe,  dzięki  któremu  otrzymał  majątek 
Klingenschoenów,  sprawił  im  niemałą  niespodziankę,  ponieważ 
zaprosił całą załogę „Daily Fluxion” na obiad w klubie prasowym. 

Zaplanował,  że  weźmie  ze  sobą  gościa:  Juniora  Goodwintera, 

młodego  redaktora  naczelnego  „Pickax  Picayune”,  jedynej  gazety  w 
Moose County. Wybrał numer redakcji. 

– Cześć, Junior! Czy nie chciałbyś powygłupiać się przez parę dni i 

polecieć  na  Niziny  na  przyjęcie?  Ja  zapraszam.  Koktajle  i  obiad  w 
klubie prasowym. 

–  Och,  super!  Nigdy  nie  widziałem  klubu  prasowego,  tylko  na 

filmach  –  odparł  dziennikarz.  –  Czy  moglibyśmy  także  odwiedzić 
redakcję „Daily Fluxion”? 

Junior  wyglądał  i  ubierał  się  jak  licealista,  okazując  przy  tym 

dziecinny entuzjazm, który był czymś niezwykłym u dziennikarza ze 
stopniem i wyróżnieniem państwowego uniwersytetu. 

–  Możemy  skoczyć  na  mecz  hokeja,  a  także  na  kilka  innych 

pokazów  –  powiedział  Qwilleran  –  ale  będziemy  musieli  pilnować 
prognozy pogody i wrócić, zanim spadnie śnieg. 

– Jest tam front niżowy przesuwający się w dół od strony Kanady, 

ale myślę, że jesteśmy na razie bezpieczni – odparł Junior. – Z jakiej 
okazji jest przyjęcie? 

–  To  zabawa  z  okazji  odejścia  Archa  Rikera  na  emeryturę,  i 

powiem  ci  od  razu,  co  chcę,  żebyś  zrobił:  weź  torbę  sprzedawcy 
gazety „Picayune” i sto egzemplarzy ostatniego numeru. Po obiedzie 
powiem kilka słów o Moose County i o „Picayune”, to będzie sygnał 
dla ciebie, żeby zacząć rozdawać gazety. 

–  Włożę  bejsbolówkę  na  bakier  i  będę  krzyczał:  „Wydanie 

nadzwyczajne!  Wydanie  nadzwyczajne!”  Czy  tego  ode  mnie 
oczekujesz? 

–  Tak,  właśnie  –  rzekł  Qwilleran  –  ale  prawdziwa  wymowa 

powinna  być:  „Wwyddanieee  naaadzwyczajne!”  Bądź  gotowy  w 
piątek o dziewiątej rano. Zabiorę cię z twojego biura. 

background image

Lilian Jackson Braun 

Prognoza  pogody  w  piątek  wcześnie  rano  nie  była  zachęcająca: 

„Front  niżowy  wiszący  nad  Kanadą  zwiększa  prawdopodobieństwo 
obfitego  śniegu  dziś  wieczorem  i  jutro,  z  wiatrami  zmieniającymi 
kierunek na północno–wschodni”. 

Gospodyni Qwillerana wyraziła swoje obawy. 
–  Co  pan  zrobi,  panie  Q,  jeżeli  nie  będzie  mógł  pan  wrócić,  nim 

spadnie  śnieg?  Jeżeli  to  jest  wielka  nawałnica,  to  lotnisko  zostanie 
zamknięte na Bóg raczy wiedzieć jak długo. 

– Powiem pani, pani Cobb, co zrobię. Wynajmę sanie i stado psów 

husky, i w ten sposób przybędę do Pickax. 

–  Och,  panie  Q!  –  zaśmiała  się.  –  Nigdy  nie  wiem,  czy  panu 

wierzyć, czy nie. 

Przygotowywała  smakowity  talerz  kurzych  wątróbek  sauti, 

przybranych  żółtkami  jajek  ugotowanych  na  twardo  i  pokruszonych 
bekonem.  Gdy  postawiła  go  na  podłodze,  wygłodniała  Yum  Yum 
łapczywie  pochłonęła  swoją  część,  ale  Koko  odmówił  jedzenia. 
Wyraźnie coś go trapiło. 

Oba  koty  miały  płowe  futra  i  brązowe  odznaki  rodowodowego 

syjamczyka 

umaszczeniu 

sealpoint: 

brązowe 

pyszczki 

podkreślające  niebieską  barwę  ich  oczu;  czujne  brązowe  uszy 
noszone  jak  królewskie  korony;  dystyngowanie  długie  i  szczupłe 
brązowe nogi; brązowe ogony, które uderzały, zakręcały się i falowały 
w celu wyrażenia emocji oraz własnego zdania. Koko miał jednak coś 
jeszcze:  niepokojąco  wysoki  stopień  inteligencji  i  niesamowitą 
zdolność rozpoznawania, gdy coś było... nie tak! 

Tego ranka strącił książkę z półki w bibliotece. 
– Tak się nie robi! – powiedział do niego Qwilleran, odwołując się 

do  jego  inteligencji.  –  To  są  stare,  rzadkie  i  wartościowe  książki, 
mają  być  traktowane  z  szacunkiem,  jeśli  nie  z  czcią.  –  Obejrzał 
książkę.  Był  to  cienki,  oprawny  w  skórę  egzemplarz  Burzy,  jeden  z 
trzydziestosiedmiotomowego wydania sztuk Szekspira należącego do 
zbiorów bibliotecznych odziedziczonych po pannie Klingenschoen. 

Qwilleran  odłożył  książkę  na  półkę  z  niejasnym  poczuciem  winy. 

Ten  tytuł  nie  wróżył  najlepiej.  Mimo  tego  był  zdecydowany,  by 
polecieć  na  Niziny  i  wziąć  udział  w  przyjęciu  –  wbrew  Koko,  pani 
Cobb i meteorologowi ze stacji PKX FM. 

Na  godzinę  przed  czasem  wylotu  prowadził  swój  małolitrażowy, 

energooszczędny  samochodzik  do  biura  „Picayune”,  by  zabrać 

background image

Kot, który znał Szekspira 

Juniora i torbę gazet. Wszystkie budynki na Main Street miały ponad 
sto  lat.  Zbudowane  były  z  szarego  kamienia  w  różnych, 
niepasujących  do  siebie  stylach  architektury.  Siedziba  „Picayune”, 
przypominająca  stary  hiszpański  klasztor,  wciśnięta  była  pomiędzy 
siedzibę  loży  masońskiej  w  stylu  wiedeńskim  i  budynek  pocztowy 
nawiązujący  wyglądem  do  rzymskiego  imperium.  Wewnątrz  czuć 
było przyjemny zapach farby drukarskiej, pomieszczenia redakcyjne 
zaś  zachowały  wygląd  muzeum.  Przy  zniszczonym  frontowym 
okienku  nie  było  kolejki  ogłoszeniodawców.  Żadnej  czujnej  i 
uśmiechniętej recepcjonistki, tylko dzwonek do wezwania obsługi. 

Qwilleran  przez  chwilę  w  milczeniu  kontemplował  tę  niezwykłą 

scenerię, jakby nie z tej epoki: drewniane szafki i sfatygowane biurka 
ze  złocistego  dębu...  niebezpiecznie  wyglądające  szpikulce  do 
nabijania  zamówień reklamodawców  i  prenumeratorów...  pożółkłe  i 
kruche  stare  egzemplarze  „Picayune”  poprzyklejane  na  ścianach, 
których  nie  malowano  od  czasów  Wielkiego  Kryzysu.  Po  drugiej 
stronie  niskiej  dębowej  ścianki,  za  nieumytą  szybą,  znajdowała  się 
zecernia.  Przed  drukarskimi  kasztami  stał  tylko  jeden  mężczyzna, 
niezważający  na  nic  oprócz  rzędu  czcionek,  które  układał 
błyskawicznymi ruchami dłoni. 

Nakład  miejskiego  wydania  „Daily  Fluxion”  sięgał  miliona; 

przestarzała  drukarnia  „Picayune”  drukowała  trzysta  dwadzieścia 
egzemplarzy  każdego  numeru.  Podczas  gdy  „Fluxion”  przyswajała 
sobie  każdą  technologiczną  nowinkę  i  każdą  dziennikarską  modę, 
„Picayune”  wciąż  przypominała  gazetę  założoną  przez  pradziadka 
Juniora.  Cztery  strony,  ręczny  skład,  ogłoszenia  drobne  i  lokalne 
plotki  na  stronie  tytułowej.  Wewnątrz  znajdowały  się  notatki  ze 
spotkań  towarzyskich  i  pogrzebów,  krótkie  relacje  o  tutejszej 
polityce,  kroniki  policyjne  i  wypadki  zostały  zaś  przeniesione  na 
ostatnią stronę albo w ogóle je pomijano. 

Qwilleran uderzył pięścią w dzwonek i Junior Goodwinter zbiegł z 

redaktorskiego  biura  po  drewnianych  schodach  w  towarzystwie 
dużego białego kota. 

– Kim jest twój dobrze odżywiony przyjaciel? – zapytał Qwilleran. 
– To jest Wilhelm Allen, nasz redakcyjny łowca – wyjaśnił Junior 

zwyczajnie, jakby w zespole każdej gazety był łowny kot. 

Pisał  większość  tekstów  do  każdego  numeru  i  sprzedawał 

większość  ogłoszeń,  jako  że  pełnił  funkcję  redaktora  naczelnego. 

background image

Lilian Jackson Braun 

Senior Goodwinter, właściciel i wydawca, ubrany w skórzany fartuch 
i  w  papierową  czapkę  ze  złożonej  gazety,  spędzał  czas  w  zecerni, 
gdzie  składał  gotowe,  odlane  czcionki  w  wierszowniku  z  miną 
oznaczającą  skupienie  i  pośpiech.  Pracę  tę  wykonywał  od  ósmego 
roku życia. 

Junior zawołał do niego: 
– Do zobaczenia później, tato. Wracam za parę dni. 
Zajęty w zecerni mężczyzna odwrócił się i życzliwie odpowiedział: 
– Baw się dobrze, Junior, i uważaj na siebie. 
– Jeżeli chcesz pojeździć moim jaguarem, kiedy mnie nie będzie, 

to kluczyki są na moim biurku. 

–  Dzięki,  synu,  ale  chyba  nie  będzie  mi  potrzebny.  W  warsztacie 

powiedzieli,  że  moje  auto  powinno  być  gotowe  przed  siedemnastą. 
Trzymaj się, na razie. 

– Dobra, tato, i ty się trzymaj! 
Wymienili  spojrzenia  pełne  ciepła  i  wzajemnego  zrozumienia,  a 

Qwilleran przez moment pożałował, że nie ma syna. Pewnie chciałby 
takiego  samego,  dokładnie  jak  Junior.  Może  trochę  wyższego  i 
silniejszego. 

Junior złapał torbę z gazetami i swój worek marynarski, po czym 

we  dwóch  pojechali  na  lotnisko.  Razem  tworzyli  coś  w  rodzaju 
studium  obrazującego  różnice  między  pokoleniami:  Qwilleran, 
mężczyzna  o  poważnym  wyrazie  twarzy  i  siwiejących  włosach, 
bujnych  wąsach  i  pełnych  smutku  oczach;  Junior  w  adidasach,  z 
raźną  miną  podekscytowanego  dziecka.  Junior  rozpoczął  rozmowę 
nagłym pytaniem: 

– Qwill, czy myślisz, że wyglądam za młodo? 
– Za młodo na co? 
–  Mam  na  myśli Jody,  która uważa,  że  nikt  nigdy  nie  potraktuje 

mnie na poważnie. 

– Z twoją sylwetką i młodzieńczą twarzą wciąż wyglądasz, jakbyś 

miał czternaście lat, podczas gdy masz dwadzieścia pięć – powiedział 
mu  Qwilleran.  –  To  nie  tak  źle.  Kiedyś  zmienisz  się  jednej  nocy  i 
nagle zaczniesz wyglądać, jakbyś miał sto dwa lata. 

– Jody uważa, że jak zapuszczę brodę, to to pomoże. 
– Niezły pomysł! Twoja dziewczyna miewa doskonałe pomysły. 
–  Moja  babcia  mówi,  że  nadaję  się  na  jednego  z  siedmiu 

krasnoludków. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

– Twoja babcia, jak słyszę, jest uroczą osobą, Junior. 
– Babka Gage to jest charakterek! Mama mojej mamy,  no wiesz. 

Pewnie  ją  widziałeś  gdzieś  na  mieście.  Jeździ  mercedesem  i  trąbi 
klaksonem na każdym skrzyżowaniu. 

Qwilleran  nie  okazał  zdziwienia.  Wiedział,  że  mieszkańcy  Moose 

County lubią chodzić własnymi drogami. 

– Czy miałeś wieści od Melindy, odkąd opuściła Pickax? – zapytał 

Junior. 

–  Kilkakrotnie.  Jest  ciągle  zajęta  w  szpitalu,  ale  tam  w  Bostonie 

będzie jej się lepiej powodzić. Ma szansę zrobić tam specjalizację. 

–  Tak  naprawdę  Melinda  nigdy  nie  chciała  być  prowincjonalną 

lekarką,  ale  za  to  bardzo  chciała  wyjść  za  ciebie  za  mąż,  Qwill,  i 
wprowadzić się do twojej rezydencji. 

–  Niestety  nie  jestem  dobrym  materiałem  na  męża.  Już  raz  to 

odkryłem  i  nie  byłbym  w  porządku  wobec  Melindy,  gdybym  znów 
popełnił  ten  sam  błąd.  Mam  nadzieję,  że  w  Bostonie  spotka  kogoś 
odpowiedniego w jej wieku. 

– Słyszę, że masz teraz coś wspólnego z dyrektorką biblioteki. 
Qwilleran nastroszył swoje szpakowate wąsy. 
– Nie wiem, co sugeruje twoje finezyjne wyrażenie, ale pozwól mi 

stwierdzić, że towarzystwo pani Duncan sprawia mi przyjemność. W 
naszych  czasach,  zdominowanych  przez  wideo,  miło  jest  spotkać 
kogoś,  kto  podziela  zainteresowanie  literaturą.  Spotykamy  się  i 
czytamy na głos. 

–  Och,  z  pewnością  –  odrzekł  młodszy  mężczyzna,  szeroko  się 

uśmiechając. 

– Kiedy ty i Jody zamierzacie się pobrać? 
–  Z  pensji,  którą  tata  mi  płaci,  nie  stać  mnie  nawet  na  własne 

mieszkanie.  Wiesz,  że  mieszkam  wciąż  z  rodzicami  na  wsi.  Jody 
zarabia dwa razy więcej ode mnie, a jest tylko asystentką dentysty. 

– Przecież masz jaguara. 
– To był prezent od babki Gage z okazji ukończenia studiów. Ona 

jest jedyną osobą w rodzinie, która jest jeszcze przy forsie. Otrzymam 
ją  w  spadku,  kiedy  odejdzie,  ale  to  nie  nastąpi  prędko.  W  wieku 
osiemdziesięciu  dwóch  lat  wciąż  staje  codziennie  na  głowie  i  może 
mnie pobić w robieniu pompek. Ludzie w Moose County żyją długo, 
o  ile  nic  nieprzewidzianego  nie  stanie  im  na  przeszkodzie.  Jeden  z 
moich  przodków  zginął,  kiedy  jego  koń  wystraszył  się  ogromnego 

background image

Lilian Jackson Braun 

10 

stada  kosów.  W  babkę  Gage  trafił  piorun.  Miałem  ciotkę  i  wuja, 
którzy  zginęli,  gdy  ich  samochód  uderzył  w  jelenia.  To  było  w 
listopadzie,  w  okresie  rui.  Ósmak  –  wiesz,  byk  z  ośmioma 
odgałęzieniami  poroża  –  wpadł  prosto  na  przednią  szybę  wozu. 
Szeryf  stwierdził,  że  wyglądało  to  na  amatorski  mord  siekierą. 
Zgodnie  z  oficjalnymi  szacunkami  w  tym  okręgu  obecnie  żyje 
dziesięć tysięcy jeleni. 

Qwilleran zwolnił i zaczął wypatrywać śladów dzikiej zwierzyny. 
– Teraz w sezonie myśliwi powodują, że zwierzęta są nerwowe – 

kontynuował  Junior.  –  Jelenie  przechodzą  przez  szosę  wczesnym 
rankiem lub o świcie. 

–  Wszystkie  dziesięć  tysięcy  naraz?  –  Qwilleran  zredukował 

prędkość do siedemdziesięciu kilometrów. 

–  Ponury  dziś  dzień  –  skonstatował  Junior.  –  Niebo  wygląda  na 

zachmurzone. 

– A tak w ogóle, to kiedy najwcześniej spadł śnieg? 
–  Najwcześniej  notowana  nawałnica  nadciągnęła  drugiego 

listopada  1919,  ale  ta  „wielka”  zazwyczaj  pojawia  się  dopiero  w 
połowie  miesiąca.  Najgorszą  z  dotychczasowych  odnotowano 
trzynastego  listopada  1931.  Trzy  fronty  niżowe  z  Alaski,  Gór 
Skalistych i znad Zatoki starły się ze sobą nad Moose County. Wielu 
ludzi  wówczas  zgubiło  się  w  śniegu  i  zamarzło  na  śmierć.  Kiedy 
nadciąga  wielka  nawałnica,  lepiej  jest  siedzieć  w  domu.  Jeśli  złapie 
cię podczas prowadzenia auta, nie wysiadaj z niego. 

Mimo  niebezpieczeństw,  które  czyhały  w  północnej  części  kraju, 

Qwilleran  zaczynał  zazdrościć  tutejszym  mieszkańcom.  Oni  to  mieli 
korzenie! Korzenie rodzin takich jak Goodwinterowie sięgały czasów, 
kiedy  dorabiano  się  fortun  w  górnictwie  i  na  tartakach.  Do 
najbardziej  aktywnych  organizacji  w  Pickax  należały  Towarzystwo 
Historyczne  i  Klub  Genealogiczny.  Piętno,  które  odcisnęła  historia, 
widać było w drodze na lotnisko: opuszczone budynki i hałdy starych 
kopalni...  wymarłe  miasta,  dające  się  zidentyfikować  tylko  dzięki 
kilku pojedynczym kominom... opuszczona stacja kolejowa pośrodku 
pustkowia... kikuty drzew pozostałe po pożarach lasu. 

Po  kilkuminutowej  ciszy  Qwilleran  ośmielił  się  zadać  Juniorowi 

osobiste pytanie: 

–  Jak  się  odnajdujesz  w  „Picayune”  jako  posiadacz  dyplomu 

dziennikarskiego z wyróżnieniem? Czy rozwijasz się? Uważasz, że to 

background image

Kot, który znał Szekspira 

11 

słuszne zatrzymywać się w dziewiętnastym wieku? 

–  Żartujesz  sobie?  Moją  ambicją  jest  uczynić  z  „Picayune” 

prawdziwą gazetę – powiedział Junior – ale tata chce ją prowadzić, 
tak  jak  robiono  to  sto  lat  temu.  Liczył,  że  jako  dzieci  podtrzymamy 
tradycję,  ale  mój  brat  wyjechał  do  Kalifornii  i  zajął  się  reklamą,  a 
siostra  wyszła  za  ranczera  w  Montanie,  więc  tylko  ja  pozostałem 
wierny naszemu posłannictwu. 

–  Okręg  mógłby  wspierać  prawdziwą  gazetę.  Czemu  nie  założyć 

nowej?  Twój  tata  mógłby  przecież  dalej  prowadzić  „Picayune”  w 
charakterze  hobby.  Nie  byłoby  konkurencji,  bo  „Picayune”  jest 
jedyna  w  swoim  rodzaju.  Czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się  nad 
czymś takim? 

Junior rzucił mu paniczne spojrzenie. 
– Nie stać by mnie było na założenie budki z lemoniadą! Jesteśmy 

spłukani! Dlatego pracuję za marne grosze... Z każdym rokiem coraz 
bardziej chylimy się ku upadkowi. Tata sprzedał naszą ziemię na wsi, 
a  teraz  ustanowił  hipotekę  na  domu...  Nie  powinienem  ci  tego 
mówić... Matka od dawna namawia go, żeby pozbył się gazety... Jest 
bardzo przygnębiona! Ale tata nie chce słuchać. Gdy składa czcionki, 
jest  szczęśliwy...  i  pogrąża  się  coraz  głębiej  w  deficycie.  Mówi,  że  to 
sens  jego  życia...  Czy  kiedyś  widziałeś  go,  jak  robi  skład?  Może 
składać  ponad  trzydzieści  pięć  liter  na  minutę  bez  patrzenia  na 
kasztę. – Na twarzy Juniora malował się podziw. 

–  Tak,  obserwowałem  go  i  jestem  pod  wrażeniem  –  powiedział 

Qwilleran. – Widziałem także w piwnicy wasze maszyny drukarskie. 
Niektóre z nich wyglądają jak wytłaczarki do wina. 

–  Tata  kolekcjonuje  stare  prasy.  Ma ich pełno w stajni. Pierwsza 

prasa  mojego  pradziadka  była  napędzana  pedałem,  takim  jak  w 
starej maszynie do szycia. 

– Czy twoja babcia nie odżałowałaby ci trochę forsy, gdybyś chciał 

założyć gazetę? 

–  Babka  Gage  nie  da  już  ani  jednego  centa.  Już  kilka  razy 

wyciągnęła nas z kłopotów i wpłaciła za nas składki ubezpieczeniowe 
oraz  opłaciła  naszej  trójce  college...  Hej,  Qwill,  dlaczego  ty  nie 
założysz gazety? Masz forsy jak lodu! 

–  Nie  jestem  tym  w  ogóle  zainteresowany  i  nie  mam 

predyspozycji  do  prowadzenia  interesu,  Junior.  Dlatego  założyłem 
Fundację  Klingenschoenów.  Oni  wszystko  załatwiają  za  mnie  i  dają 

background image

Lilian Jackson Braun 

12 

mi trochę kieszonkowego. Poświęciłem dwadzieścia pięć lat gazetom 
i wszystko, czego teraz chcę, to czas i spokój, żeby móc pisać. 

– A jak ci idzie twoja książka? 
–  W  porządku  –  odparł  Qwilleran,  myśląc  o  swojej  bezczynnej 

maszynie  do  pisania,  zaśmieconym  biurku  i  nieuporządkowanych 
notatkach. 

Na  lotnisku  zaparkowali  na  otwartym  placu,  który  służył  jako 

parking  na  długi  postój.  Terminal  nie  był  wiele  większy  od  zwykłej 
budki,  a  zarządca  lotniska,  który  pełnił  zarazem  funkcję  biletera, 
mechanika i pilota w niepełnym wymiarze godzin, zamiatał podłogę. 
– Czy trafimy na wielką nawałnicę? – zastanawiał się niefrasobliwie. 

Kiedy  obaj  dziennikarze  weszli  na  pokład  dwusilnikowego 

samolotu,  mieli  dość  rozsądku,  by  unikać  osobistych  rozmów 
podczas  pierwszego  etapu  podróży.  Poza  nimi  na  pokładzie 
znajdowało  się  piętnastu  innych  pasażerów  i  trzydzieści  uszu 
miałoby co nasłuchiwać. Moose County słynęło z poczty pantoflowej, 
która przynosiła więcej wiadomości niż „Picayune” i przekazywała je 
szybciej  niż  stacja  PKX  FM.  Qwilleran  i  Junior  rozmawiali  więc 
roztropnie  o  sporcie,  dopóki  ich  mały  samolot  nie  wylądował  w 
Minneapolis i nie przesiedli się do odrzutowca. 

–  Mam  nadzieję,  że  podają  lunch  na  pokładzie  –  westchnął 

Junior. – A co mamy na obiad w klubie prasowym? 

–  Zamówiłem  francuską  zupę  cebulową,  żeberka  jako  danie 

główne i jabłecznik. 

– Och, świetnie! 
W  Chicago  zatrzymali  się  przed  ostatnim  etapem  podróży,  po 

czym wylecieli. Wylądowali, pojechali autokarem do hotelu „Stilton” 
i  włączyli  prognozę  pogody,  ale  nastał  już  czas,  żeby  udać  się  do 
klubu prasowego. 

– Czy będą tam dziennikarze sportowi? – zapytał Junior. 
–  Będą  wszyscy,  od  najwyższej  kadry  zarządzającej  aż  po 

najmłodszego  chłopaka  na  posyłki.  Sądzę,  że  teraz  nazywa  się  ich 
asystentami biurowymi. 

–  Czy  nie  pomyślą,  że  to  staromodne,  kiedy  poproszę  ich  o 

autografy? 

– Przypochlebisz się im – odrzekł Qwilleran. 
W  klubie  Qwilleran  traktowany  był  jak  powracający  bohater,  co 

on  sam  interpretował  w  ten  sposób,  że  każdy  zyskałby  miano 

background image

Kot, który znał Szekspira 

13 

bohatera,  gdyby  postawił  obiad  i  drinki  całej  załodze.  Fotograf  dał 
mu  kumplowskiego  kuksańca  w  bok  i  spytał,  jak  to  jest  być 
milionerem. 

–  Powiem  ci  w  przyszłym  roku  piętnastego  kwietnia  – 

odpowiedział Qwilleran. 

Redaktor  z  działu  podróżniczego  chciał  wiedzieć,  jak  mu  się 

mieszka na odludziu. 

– Czy Moose County nie leży w strefie śniegu? 
– Jak najbardziej! Zbiera cały śnieg. 
–  W  każdym  razie,  ty  szczęściarzu,  zdołałeś  uciec  przed 

wielkomiejską przemocą. 

– Mamy tam mnóstwo przemocy – poinformował go Qwilleran. – 

Tornada,  pioruny,  huragany,  pożary  lasów,  dzika  zwierzyna, 
przewracające  się  drzewa,  wiosenne  powodzie!  Jednak  łatwiej  jest 
pogodzić  się  z  gwałtownością  przyrody  niż  z  przemocą  stosowaną 
przez  człowieka.  Nigdy  nie  mieliśmy  tam  szalonych  snajperów, 
którzy  zabijają  dzieci  w  szkolnym  autobusie,  jak  tutaj  w  zeszłym 
tygodniu. 

– Czy wciąż masz kota, który jest bystrzejszy od ciebie? 
W  klubie  prasowym  Qwilleran  cieszył  się  opinią  amatorskiego 

detektywa.  Wiadomo  było  również,  że  Koko  jest  po  trosze 
odpowiedzialny za jego sukcesy. 

Qwilleran wyjaśnił Juniorowi: 
–  Może  nie  zauważyłeś,  ale  zdjęcie  Koko  wisi  w  hallu  razem  z 

laureatami  Nagrody  Pulitzera.  Pewnego  dnia  opowiem  ci  o  jego 
wyczynach. Nie uwierzysz w nie, ale i tak ci opowiem. 

Podczas  tej  szczęśliwej  godziny  Junior  poznał  felietonistów  i 

reporterów, których artykuły czytał w wydaniu stanowym „Fluxion”, 
i  trudno  mu  było  opanować  podekscytowanie.  Inaczej  sprawa  się 
miała z gościem honorowym, który był wyraźnie przygnębiony. Arch 
Riker  był  zadowolony,  że  uwolnił  się  od  „Fluxion”,  ale  ponieważ 
niedawno  rozpadło się  jego  małżeństwo,  nie  mógł  się  tak  naprawdę 
dobrze bawić. 

– Jakie masz plany? – zapytał Qwilleran. 
– No więc Święto Dziękczynienia spędzę z moim synem w Denver, 

a Boże Narodzenie z córką w Oregonie. Potem nie wiem. 

Po żeberkach i jabłeczniku redaktor naczelny przekazał Rikerowi 

w  prezencie  złoty  zegarek,  a  Qwilleran  złożył  hołd  swojemu 

background image

Lilian Jackson Braun 

14 

wieloletniemu  przyjacielowi.  Zakończył  kilkoma  słowami  o  Moose 
County. 

–  Panie  i  panowie,  większość  z  was  nigdy  nie  słyszała  o  Moose 

County. To jedyny w całym stanie okręg, który zszedł do podziemia: 
kartografowie  czasami  zapominają  umieścić  go  na  mapie,  a  wielu  z 
naszych ustawodawców myśli, że należy on do Kanady. Jednakże sto 
lat  temu,  dzięki  górnictwu  i  tartakom,  Moose  County  było 
najbogatszym okręgiem w stanie. Dzisiaj jest wakacyjnym rajem dla 
każdego  zainteresowanego  wędkowaniem,  polowaniami,  pływaniem 
na  łódkach  czy  biwakowaniem.  Mamy  dwie  wyjątkowe  cechy,  które 
chciałbym podkreślić: idealne temperatury od maja do października i 
gazetę,  która  nie  zmieniła  się  od  czasu  jej  założenia,  czyli  od  ponad 
wieku. Junior Goodwinter, najmłodszy redaktor naczelny na świecie, 
sam  pisze  wszystkie  artykuły.  W  czasach  łączności  satelitarnej  nie 
jest  łatwo  pisać  gęsim  piórem  i  atramentem  z  mątwy...  Chciałbym 
przedstawić Juniora i „Pickax Picayune”! 

Junior  chwycił  swoją  bejsbolówkę,  torbę  z  gazetami  i  ganiał  w 

kółko  po  sali  jadalnej,  krzycząc:  –  Wwyddanieee  naaadzwyczajne! 
Wwyddanieee naaadzwyczajne! – jednocześnie wyrzucając po garści 
gazet na każdy stół. Goście chwytali je i zaczynali czytać, najpierw z 
chichotem,  potem  już  otwarcie  rechocząc.  Na  pierwszej  stronie,  w 
pierwszej szpalcie, znaleźli ogłoszenia drobne: 

NA  SPRZEDAŻ:  Używana  kantówka  w  dobrym  stanie.  Także 

suknia ślubna, rozmiar 42, nigdy nienoszona. 

POSPIESZ  SIĘ!  Jeśli  twój  stary  gruchot  nie  pociągnie  kolejnej 

zimy,  może  znajdziesz  lepszego  gruchota  na  giełdzie  używanych 
samochodów u Hackpole'a albo i nie. Nie powiem ci, dopóki ich nie 
zobaczysz. 

ZA  DARMO:  Trzy  szare  kociaki,  jeden  z  białymi  skarpetkami. 

Prawie nauczone czystości. 

WŁAŚNIE  NADESZŁY:  Nowa  dostawa  długich  kalesonów  w 

„Rodzinnym  Sklepie  Billa”.  Jakość  może  nie  taka,  jaka  powinna 
być, i ceny poszły do góry od ostatniego roku, ale co z tego?! Lepiej 
kup przed opadami śniegu. 

Goście  dzielili  się  ze  sobą  przykładami  szczerej  prawdy  w 

reklamach  ze  strony  tytułowej,  a  następnie  wiadomościami,  które 
miały nagłówki wysokie na trzy milimetry. 

REKORD  PRAWIE  POBITY:  W  kondukcie  pogrzebowym 

background image

Kot, który znał Szekspira 

15 

kapitana Fugtree w zeszłym tygodniu zebrało się 75 samochodów, 
tym samym był on najdłuższy od 1904 roku, kiedy 52 powozy i 37 
karet odprowadziło na cmentarz Ephraima Goodwintera. 

PRZYJĘCIE  Z  OKAZJI  ŚLUBU:  Panna  Doreen  Mayfus  czyniła 

honory  domu  na  przyjęciu  w  zeszły  czwartek.  Rozegrano  gry  i 
rozdano  nagrody.  Przyszła  żona  otworzyła  24  prezenty. 
Poczęstunek  składał  się  z  bułek  z  kiełbasą,  kanapek  z  papryką  i 
pierożków z owocami morza… 

ROCZNICA  UCZCZONA:  Pan  i  pani  Toodle  obchodzili 

siedemdziesiątą  rocznicę  swojego ślubu  podczas  obiadu  wydanego 
przez  siedmioro  spośród  ich  jedenaściorga  dzieci:  Richarda 
Toodle'a,  Emila  Toodle'a,  Josepha  Toodle'a,  Conrada  Toodle'a, 
Donnę  Toodle,  Dorothy  (Toodle)  Fugtree  i  Estellę  (Toodle) 
Campbell.  Obecnych  było  także  30  wnuków,  82  prawnuków  i  13 
praprawnuków. Obiad odbył się w rodzinnej restauracji Toodle'ów. 
Tort został udekorowany przez Betsy Ann Toodle. 

Podczas  tej  wrzawy  (każdy  czytał  na  głos)  menedżer  klubu 

prasowego  podszedł  do  głównego  stolika  i  wyszeptał  do  ucha 
gospodarza: 

– Qwill, telefon do ciebie, z daleka. W moim biurze. 
Spiesząc się do telefonu, Qwilleran zdążył krzyknąć: 
–  Dzięki  wam  wszystkim  za  przyjście!  Bar  jest  do  waszej 

dyspozycji! 

Nie  było  go  w  sali  jadalnej  na  tyle  długo,  że  mógłby  wykonać 

nawet  kilka  telefonów,  a  kiedy  wrócił,  odciągnął  Juniora  od  grupy 
redaktorów i reporterów. 

–  Junior,  musimy  się  stąd  wydostać.  Jedziemy  do  domu. 

Zmieniłem  nasze  rezerwacje...  Arch,  pożegnaj  wszystkich  od  nas, 
dobrze? To coś nagłego... Chodź, Junior. 

– Co?... Co? – wyjąkał Junior. 
– Później ci powiem. 
– Moja torba... 
– Zapomnij o torbie. 
Qwilleran 

popędzał 

młodego 

mężczyznę 

na 

schodach 

prowadzących w dół klubu i wepchnął go do taksówki, która czekała 
z włączonym silnikiem przy krawężniku. 

–  Hotel  „Stilton”,  szybko!  –  krzyknął  do  kierowcy,  jak  tylko 

taksówka ruszyła. – I przejeżdżaj na czerwonych światłach! 

background image

Lilian Jackson Braun 

16 

– O cholera – odezwał się Junior. 
– Dzieciaku, jak szybko możesz wrzucić rzeczy do swojego worka? 

Mamy  siedem  minut  na  spakowanie,  wymeldowanie  z  hotelu  i 
wejście do helikoptera, który czeka na dachu. 

Dopóki  nie  władowali  się  do  policyjnego  helikoptera,  Qwilleran 

wstrzymywał się od wyjaśnień. 

–  Nagła  rozmowa  telefoniczna  z  Pickax!  –  krzyczał.  –  Zbliża  się 

wielka  nawałnica.  Musimy  się  pospieszyć,  to  superpilna  sprawa. 
Przygotuj się na bieg. Samolot czeka tylko na nas. 

Kiedy w końcu zapięli pasy w odrzutowcu, Junior rzekł: 
– Hej, jak to załatwiłeś? Nigdy dotąd nie leciałem helikopterem. 
–  Czasem  doświadczenie  nabyte  podczas  pracy  dla  „Fluxion” 

okazuje  się  pomocne  –  wyjaśnił  Qwilleran  –  a  także  to,  że  się 
współpracowało  z  wydziałem  zabójstw  oraz  dokładało  do  Funduszu 
dla  Wdów  po  Policjantach.  Wybacz,  że  zepsułem  resztę  naszych 
planów. 

– W porządku. Przeżyję to jakoś. 
–  Możemy  zdążyć  na  przesiadkę  w  Chicago  i  złapać  samolot  do 

Pickax z Minneapolis. Mamy szczęście, że wszystko się tak ułożyło. 

Przez resztę lotu Qwilleran nie był skory do rozmowy, za to Junior 

nie mógł przestać mówić: 

–  Wszyscy  byli  świetni!  Dziennikarze  sportowi  powiedzieli,  że 

wpuszczą mnie do loży prasowej, kiedy tylko będę w mieście... Facet, 
który prowadzi kolumnę „Newsroom Mouse”, zamierza zrecenzować 
„Picayune” we wtorek, a publikują to w całym kraju, sam wiesz. Co ty 
na  to?...  Pan  Bates  powiedział,  że  mógłbym  dostać  pracę,  gdybym 
kiedyś zechciał wyjechać z Pickax. 

Qwilleran  wstrzymał  się  z  komentarzem.  Dobrze  wiedział,  ile  są 

warte  obietnice  redaktora  naczelnego.  Facet  miał  poniekąd  krótką 
pamięć... 

Junior trajkotał dalej. 
–  We  „Fluxion”  zatrudniają  wiele  kobiet,  nie?  W  recepcji,  do 

zadań  ogólnych,  szefowe  działów,  do  robienia  zdjęć.  Czy  znasz  tę 
rudą fotograf, tę w zielonych pończochach? 

Qwilleran pokręcił przecząco głową. 
– Jest nowa, pojawiła się, gdy już odszedłem z gazety. 
–  Jest  fotoreporterką  i  pracuje  jako  wolny  strzelec  w  krajowych 

magazynach.  Możliwe,  że  przyjedzie  do  Moose  County  przyszłej 

background image

Kot, który znał Szekspira 

17 

wiosny i sfotografuje historię opuszczonych kopalń. Nieźle, co?! 

– Nieźle – powtórzył cicho Qwilleran. 
Był wciąż podejrzanie milczący, gdy weszli po północy na pokład 

małego  samolotu  pasażerskiego.  Zajął  miejsce  przy  oknie,  a  kiedy 
odwrócił  się,  by  posłuchać  Juniora,  zobaczył  siedzącego  po 
przeciwnej  stronie  korytarza  mężczyznę,  który  trzymał  otwarty 
magazyn.  Pasażer  wpatrywał  się  w  tę  samą  jego  stronę  przez  cały 
czas lotu. 

Nie  czyta,  pomyślał  Qwilleran.  Słucha.  I  nie  pasuje  tutaj.  Nikt  w 

Moose County nie nosi się z taką wystudiowaną elegancją. 

W  terminalu  lotniczym  nieznajomy  poszedł  do  okienka,  by 

wynająć samochód. 

–  Junior  –  rzekł  półgłosem  Qwilleran  –  kim  jest  ten  gość  w 

czarnym płaszczu przeciwdeszczowym? 

–  Nigdy wcześniej  go  nie  widziałem  –  odparł  Junior.  – Wygląda 

jak wędrowny sprzedawca. 

Ten  facet  nie  jest  sprzedawcą,  powiedział  do  siebie  Qwilleran. 

Było  coś  wyjątkowego  w  jego  stylu  chodzenia,  zachowaniu,  w 
sposobie, w jaki taksował otoczenie... 

We  wczesnych  godzinach  porannych,  kiedy  wracali  do  Pickax, 

Junior w końcu przestał gadać i zauważył, że Qwilleran od dłuższego 
czasu milczy i najwyraźniej jest czymś zaabsorbowany. 

– Qwill, czy coś się złego wydarzyło w twoim domu? Mówiłeś, że 

to pilna sprawa. 

– To jest nagły wypadek, ale nie u mnie. Twoja matka zadzwoniła 

do  mojej  gospodyni,  a  pani  Cobb  zadzwoniła  do  klubu  prasowego. 
Jesteś  jak  najprędzej  potrzebny  w  domu.  Nie  ma  żadnej  zbliżającej 
się nawałnicy. Skłamałem. – Qwilleran skręcił w prawo na światłach. 

– Hej! Gdzie ty jedziesz? Nie podrzucisz mnie na farmę? 
–  Jedziemy  do  szpitala.  Zdarzył  się  wypadek.  Wypadek 

samochodowy. 

– Mój tata?! – krzyknął Junior. – Jak poważny był ten wypadek? 
–  Bardzo  poważny.  Twoja  matka  czeka  na  ciebie  w  szpitalu. 

Junior,  nie  wiem,  jak  ci  to  powiedzieć,  ale  muszę  ci  to  przekazać. 
Twój  tata  zginął  natychmiast.  Stało  się  to  na  moście,  na  starym 
drewnianym moście. 

Zatrzymali  się  przy  bocznych  drzwiach  do  szpitala.  Junior  bez 

słowa wyskoczył z samochodu i wbiegł do budynku. 

background image

Lilian Jackson Braun 

18 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

R

R

U

U

G

G

I

I

 

 

 
Poniedziałek,  jedenasty  listopada.  „Ciężka  chmura  zakrywa  cały 

okręg, zapowiadając śnieg przed zmrokiem. Obecnie temperatura w 
Pickax wynosi minus sześć stopni, czynnik chłodzenia wiatrem może 
spowodować subiektywne odczucie temperatury jako o osiem stopni 
niższej” – tak mówił meteorolog stacji PKX FM. 

W  poniedziałek  rano  szkoły,  sklepy,  biura  i  restauracje  w  Pickax 

były  zamknięte  do  południa  z  powodu  pogrzebu.  Dzień  był  zimny, 
szary,  wilgotny  i  przygnębiający.  Mimo  to  tłumy  kłębiły  się  wokół 
kościoła  Old  Stone  przy Park  Circle.  Inni obserwatorzy stali  zbici  w 
grupkę w małym kolistym parku, trzęsąc się z zimna, przestępując z 
nogi  na  nogę,  wymachując  rękoma,  klaszcząc  dłońmi  w 
rękawiczkach,  robiąc  cokolwiek,  by  utrzymać  ciepło,  a  to  znaczyło 
także – w wyjątkowych wypadkach – ukradkowy łyk z ćwierćlitrowej 
butelki.  Oczekiwali,  że  zobaczą  pobity  rekord:  najdłuższy  kondukt 
pogrzebowy od 1904 roku. 

Wozy policyjne zablokowały śródmiejski odcinek Main Street, by 

ułatwić  utworzenie  konduktu.  Samochody  mające  fioletowe  flagi  na 
błotniku  zostały  ustawione  po  cztery  w  rzędach  od  krawężnika  do 
krawężnika. 

Qwilleran  przeciskał  się  przez  tłum  w  parku,  przyglądał  się 

twarzom i  wsłuchiwał w niski, pełen  szacunku szmer.  Mali  chłopcy, 
którzy  wdrapali  się  na  fontannę,  żeby  lepiej  widzieć,  zostali 
przegonieni przez oficera policji i pouczeni, że mają nie wrzeszczeć i 
nie ganiać się w tłumie. 

W  środku  kościoła  zgromadzili  się  reprezentanci  licznych 

odgałęzień klanu Goodwinterów, jak i przedstawiciele władz miasta, 
członkowie izby handlowej oraz Country Clubu. Poza kościołem stali 
czytelnicy 

„Picayune”: 

przedsiębiorcy, 

gospodynie 

domowe, 

farmerzy,  emeryci,  kelnerki,  robotnicy  i  myśliwi.  Byli  świadkami 
wydarzenia,  które  będą  pamiętać  przez  całe  życie  i  opowiadać 
przyszłym  pokoleniom,  tak  jak  ich  dziadkowie  opowiadali  o 
pogrzebie Ephraima Goodwintera. 

Pośród nich był jeden człowiek, który z pewnością nie pasował do 

tej  sceny.  Przechadzał  się  w  tłumie,  zerkając  uważnie  na  wszystkie 
strony  i  badając  twarze.  Miał  na  sobie  czarny  płaszcz 
przeciwdeszczowy.  Qwilleran  miał  nadzieję,  że  ma  ciepłą  podpinkę, 

background image

Kot, który znał Szekspira 

19 

bo zimno było przejmujące aż do szpiku kości. 

Jakiś  myśliwy  w  pomarańczowo–czarnym  kamuflażowym  stroju 

zapewniał  ściszonym  głosem  mężczyznę  w  farmerskiej  czapce  i  z 
tabaką na policzku: 

–  Kondukt  będzie  długi.  Dłuższy  niż  kapitana  Fugtree,  tak 

wygląda. 

Farmer strząsnął tabakę. 
–  Naliczyłem  blisko  setkę  wozów.  Kapitan  miał  siedemdziesiąt 

pięć, tak podali w gazecie. 

–  Szczęściarz,  pochowają  go,  nim  zacznie  sypać  śnieg.  W  radiu 

mówili, że w tę stronę kieruje się wielka nawałnica. 

–  Nie  można  wierzyć  niczemu,  co  mówią  w  radiu.  Tamta 

nawałnica z Kanady ucichła, zanim dotarła bliżej granicy. 

– Gdzie to się stało? – zapytał myśliwy. – Mam na myśli wypadek. 
– Stary drewniany most. To cholerstwo! Chodziliśmy po ludziach 

z  okręgu,  żeby  ruszyli  tyłki  z  foteli  i  zabrali  się  za  jego  poszerzenie. 
Podobno jego wóz staranował kamienną balustradę, przekoziołkował 
do góry nogami i wylądował na skałach w rzece. Samochód się zapalił 
i trumna zamknięta, tak słyszałem. 

– Powinni wyjaśnić to w sądzie. 
– Prawdopodobnie jechał za szybko. Może uderzył w jelenia. 
– Albo był na piątkowej bibie – powiedział myśliwy, przebiegle się 

uśmiechając. 

–  Nie  on!  To  ona  jest  ćmą  barową,  a  on  nic,  tylko  praca,  praca, 

praca.  Założę  się,  że  zasnął  za  kółkiem.  Cała  rodzina  ma  pecha. 
Wiesz, co przytrafiło się ich staremu. 

– Tak, ale prawdopodobnie na to zasłużył, z tego, co słyszałem. 
– A później był ich wujek. Coś tu śmierdzi w tej historii. 
– I ich dziadek. Nigdy nie dowiedzieli się, co mu się stało. Co teraz 

zrobią z gazetą? 

–  Dzieciak  przejmie  obowiązki  –  powiedział  farmer.  –  Czwarte 

pokolenie. Nie wiadomo, co mu strzeli do głowy. Młokos wyjeżdżał, 
by się uczyć, i nabrał dziwacznych pomysłów. 

Głosy ucichły, gdy dzwon zaczął bić na jedną, uroczystą nutę, a z 

kościoła  wyniesiono  trumnę,  za  którą  podążyła  rodzina  zmarłego. 
Okrytej  ciężkim  woalem  wdowie  towarzyszył  starszy  syn.  Junior 
szedł  ze  swoją  siostrą  z  Montany.  Miastowi  mijali  się  nawzajem  na 
chodniku  i  w  parku.  Mężczyźni  zdejmowali  nakrycia  głowy.  Długo 

background image

Lilian Jackson Braun 

20 

trwało  oczekiwanie,  aż  krewni  zmarłego  cicho  wsiądą  do 
samochodów,  kierowani  przez  młodych  mężczyzn  w  czarnych 
surdutach i czarnych futrzanych czapkach. Na dany znak mężczyźni 
w  mundurach  ustawili  się  w  szeregu,  dźwigając  instrumenty  dęte. 
Następnie  długi  kondukt  samochodów  zaczął  się  posuwać  przy 
dźwiękach  żałobnego  marsza,  wygrywanego  przez  orkiestrę 
pogrzebową z Pickax. 

Qwilleran  naciągnął  nauszniki  swojej  zimowej  czapki,  postawił 

kołnierz płaszcza i udał się przez park w miejsca, które teraz nazywał 
swoim domem. 

Rezydencja  Klingenschoenów,  którą  Qwilleran  odziedziczył,  była 

jednym  z  pięciu  najważniejszych  budynków  przy  Park  Circle,  gdzie 
odnoga  Main  Street  okrążała  niewielki  trawiasty  skwer  z 
kamiennymi  ławkami  i  kamienną  fontanną.  Po  jednej  stronie 
okrągłego  parku  stały  kościoły  Old  Stone,  Little  Stone  i  sędziwy 
budynek sądu okręgowego. Po przeciwnej stronie parku znajdowała 
się  biblioteka  publiczna  i  rezydencja  K,  jak  ją  nazywali  mieszkańcy. 
Była  to  masywna  bryła  z  kamienia  polnego,  wysoki  na  dwa  piętra 
budynek,  który  królował  na  przynależnych  do  niego  rozległych 
terenach w przekonaniu,  że  to on  góruje  nad wszystkimi gmachami 
w mieście, robi największe wrażenie i jest najdroższy. 

Dla człowieka, który zamierzał spędzić dorosłe życie w wynajętych 

mieszkaniach  i  hotelach,  żyjąc  po  cygańsku,  pałacowa  rezydencja 
była niewygodna i kłopotliwa. Kiedyś Qwilleran będzie mógł zapisać 
ją na własność miastu w charakterze muzeum, lecz póki co przez pięć 
lat skazany był na życie w stylu Klingenschoenów, obnoszących się ze 
swoim bogactwem: w przestrzennych pokojach  z  sufitami wysokimi 
na  cztery  metry,  bogato  zdobionymi  drewnem;  wśród  ton 
kryształowych  żyrandoli  i  na  kilometrach  orientalnych  dywanów; 
wśród bezcennych antyków z Francji i Anglii oraz innych dzieł sztuki 
wartych miliony. 

Qwilleran rozwiązał ten problem, przeprowadzając się do dawnej 

służbówki,  znajdującej  się  nad  garażem,  podczas  gdy  gospodyni 
zajmowała urządzony z przepychem apartament francuski w głównej 
części domu. 

Iris Cobb nie była taką zwykłą gospodynią. Dawniej sprzedawała i 

wyceniała  antyki  na  Nizinach,  teraz  pełniła  funkcję  zarządczyni 
domu  i  kuratora  przechowywanej  w  nim  kolekcji  zabytków  oraz 

background image

Kot, który znał Szekspira 

21 

owego  arcydzieła  architektury,  które  zostało  przeznaczone  na 
muzeum. Miała także obsesję na punkcie kuchni i lubiła na ten temat 
trajkotać  –  w  wyblakłym,  różowym  fartuchu,  który  opinał  jej 
przysadzistą  figurę.  Pomimo  kwalifikacji  zawodowych  owdowiała 
pani  Cobb  wypiekała  bez  końca  ciastka  i  babki,  którymi  dogadzała 
mężczyznom, a poprzez swoje grube oprawki okularów spoglądała na 
nich z uwielbieniem. 

Pani  Cobb  czekała  na  wracającego  po  pogrzebie  Qwillerana  z 

krzepiącą potrawką z ostrygami. 

–  Wyjrzałam  przez  okno  i  zobaczyłam  tyle  samochodów  – 

powiedziała. – Kondukt musiał mieć chyba z pół mili! 

–  Najdłuższy  w  historii  Pickax  –  odparł  Qwilleran.  –  To  był  nie 

tylko  pogrzeb  człowieka,  ale  być  może  również  koniec  stuletniej 
gazety. 

– Czy widział pan wdowę? Ona musi to bardzo ciężko przeżywać – 

pani Cobb odniosła się emocjonalnie do kobiety, która straciła męża, 
ponieważ sama przeszła dwa razy przez taką samą tragedię. 

–  Pani  Goodwinter  towarzyszyło  troje  dorosłych  dzieci,  a  także 

pewna  starsza  pani,  prawdopodobnie  pani  Gage,  babcia  Juniora. 
Była  malutka,  ale  tak  wyprostowana  jak  niejeden  generał...  Jakieś 
telefony w czasie mojej nieobecności, pani Cobb? 

–  Nie,  tylko  pomocnik  kelnera  z  „Old  Stone  Mill”  przyniósł 

ciasteczka  z  wątróbki  wieprzowej.  To  nowy  pomysł  i  szef  kuchni 
chciałby poznać pana opinię. Włożyłam je do zamrażarki. 

Qwilleran chrząknął z niesmakiem. 
–  Już  ja  wystawię  temu  błaznowi  opinię,  i  to  szybko!  Nie 

wziąłbym  do  ust  ciasteczka  z  wątróbki  wieprzowej,  nawet  gdyby  mi 
za to zapłacił! 

– Och, panie Q, to nie jest jedzenie dla ludzi. To  dla kotów. Szef 

kuchni  wymyślił  linię  mrożonych  obiadów  dla  wybrednych  zwierząt 
domowych. 

–  No  dobrze,  w  takim  razie  niech  pani  wyjmie  kilka  z 

zamrażalnika i proszę je dać naszym rozpieszczonym zwierzakom na 
kolację.  Przy  okazji,  czy  nie  zauważyła  pani  jakichś  książek  na 
podłodze  w  bibliotece?  Koko  strąca  je  z  półki,  a  ja  nie  pochwalam 
jego nowego hobby. 

– Dziś rano sprzątałam i nic nie zauważyłam. 
– Szczególnie podobają mu się te małe tomy Szekspira, oprawione 

background image

Lilian Jackson Braun 

22 

w świńską skórę. Wczoraj na podłodze znalazłem Hamleta

Za  grubymi  szkłami  okularów  oczy  pani  Cobb  błysnęły 

szelmowsko: 

– Planuję omlet na kolację. Myśli pan, że on o tym wie? 
– Pani Cobb, czasem dziwne rzeczy mu chodzą po głowie, ale do 

tego by się chyba nie zniżył – powiedział Qwilleran. – Co dziś mamy? 
Poniedziałek?  Domyślam  się,  że  pani  wychodzi  dziś  wieczór.  Jeżeli 
tak, to nakarmię koty. 

Twarz gospodyni rozpromieniła się. 
– Herb Hackpole zabiera mnie na kolację, mówił, że w wyjątkowe 

miejsce.  Mam  nadzieję,  że  to  „Old  Stone  Mill”.  Ludzie  mówią,  że 
odkąd mają nowego kucharza, jedzenie jest tam wyśmienite. 

Qwilleran nastroszył wąsy na znak dezaprobaty. 
–  Był  już  najwyższy  czas,  żeby  ten  dusigrosz  zabrał  panią  na 

kolację! Zdaje mi się, że zawsze przychodzi pani do niego i gotuje mu 
na miejscu. 

– Ale ja to lubię! – odparła pani Cobb z błyszczącymi oczami. 
Hackpole był sprzedawcą używanych samochodów. Miał okropną 

reputację, ale jej wydawał się atrakcyjny. Mężczyzna miał na rękach 
wytatuowane  czerwone  diabły,  przerzedzone  włosy,  które  nosił 
obcięte  krótko,  po  żołniersku,  często  się  nie  golił,  ale  ona  lubiła 
mężczyzn  z  zarostem.  Qwilleran  przypomniał  sobie  jej  ostatniego 
męża,  który  był  wyjątkowym  gburem,  tymczasem  ona  bardzo  go 
kochała.  Teraz,  odkąd  zaczęła  się  spotykać  z  Hackpole'em,  jej 
okrągła, radosna twarz promieniała jeszcze bardziej. 

–  Jeżeli  chce  pan  kogoś  zaprosić  na  kolację  –  powiedziała  pani 

Cobb  –  to  można  podać  pieczoną  szynkę,  do  której  dorobię  sałatkę 
imbirowo–gruszkową,  jeśli  pan  chce,  i  włożę  słodkie  ziemniaki  w 
naczyniu  żaroodpornym  do  piekarnika.  Wszystko,  co  pan  będzie 
musiał  zrobić,  to  wyjąć  je,  kiedy  zadzwoni  dzwonek.  –  Wiedziała 
doskonale, że w kuchni Qwilleran jest zupełnie bezradny. 

–  To  bardzo  miłe  z  pani  strony,  dziękuję  –  odparł.  –  Może 

zaproszę panią Duncan. 

–  Och,  to świetna  myśl! –  stwierdziła  gospodyni z  konspiracyjną 

miną,  jakby  wyczuwała  romans.  –  Nakryję  intarsjowany  stół  w 
bibliotece, położę obrus z haftem madera, ustawię świece i tak dalej. 
Będzie  miło  i  przytulnie  dla  dwojga.  Pan  O'Dell  może  przygotować 
drewno jabłoni do rozpalenia w kominku. Pachnie przecudownie! 

background image

Kot, który znał Szekspira 

23 

–  Niech  pani  nie  tworzy  zbyt  uwodzicielskiej  atmosfery  – 

zaniepokoił się Qwilleran. – To bardzo dystyngowana dama. 

–  To  jest  przemiła  osoba,  panie  Q,  i  w  odpowiednim  dla  pana 

wieku, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Nigdy bym nie powiedziała, że 
jest bibliotekarką, to naprawdę osoba z charakterem! 

–  Taka  teraz  moda  –  zauważył.  –  Mniej  książek,  a  więcej  kaset 

wideo... i przyjęć z szampanem... no i więcej charakteru. 

Po  lunchu  Qwilleran  przespacerował  się  wzdłuż  Park  Circle  do 

biblioteki  publicznej,  która  przypominała  grecką  świątynię.  Została 
ona  zbudowana  na  przełomie  wieków  przez  założyciela  „Picayune”, 
Ephraima  Goodwintera,  którego  portret  wisiał  w  hallu.  Mimo  tego 
był on częściowo zakryty przez ekspozycję nowych materiałów wideo, 
w  dodatku  płótno  było  rozcięte,  a  uszkodzenie  naprawiono  bardzo 
nieudolnie. 

Tłum  dzieciaków  wracających  ze  szkoły  nie  zdążył  jeszcze 

wtargnąć  do  biblioteki  w  celu  odrabiania  prac  domowych,  więc 
wszystkie  cztery  młode  i  sympatyczne  bibliotekarki  pospieszyły 
Qwilleranowi  na  spotkanie.  Krzaczasty  wąs  i  pełne  smutku  oczy 
zawsze  podobały  się  młodym  kobietom.  Co  więcej,  Qwilleran 
zasiadał  w  komisji  zarządzającej  biblioteką,  a  poza  tym  był 
najbogatszym człowiekiem w mieście. 

Zadał  bibliotekarkom  proste  pytanie,  a  one  rzuciły  się  naraz  w 

różnych kierunkach – jedna do katalogu, jedna do półki z pozycjami 
dotyczącymi  miejscowej  historii,  a  dwie  do  komputera.  Odpowiedź 
ze  wszystkich  źródeł  była  negatywna.  Podziękował  im  i  udał  się  do 
biura pani dyrektor biblioteki, które mieściło się na antresoli. 

Pogrążony  w  przyjemnych  myślach  Qwilleran  pokonywał  po  trzy 

schody  naraz,  w  ręku  trzymając  swoją  grubą  kurtkę  z  koca  i 
myśliwski  kapelusz  z  piórkiem.  Polly  Duncan  była  czarującą,  choć 
tajemniczą  kobietą.  Jej  głos  działał  na  niego  zarówno  kojąco,  jak  i 
inspirująco. 

Wyjrzała  zza  biurka  i  uśmiechnęła  się  do  niego  serdecznie,  ale  i 

rzeczowo. 

–  Qwill!  Co  za  miła  niespodzianka!  Jakież  to  pilne  zadanie 

sprowadza cię do mnie na górę w takim pośpiechu? 

– Przychodzę głównie po to, żeby posłuchać twojego melodyjnego 

głosu  –  rzekł,  pozwalając  sobie  na  trochę  więcej  czaru.  I  zacytował 
jeden ze swoich ulubionych wersów z Szekspira: – Zawsze tak cicho 

background image

Lilian Jackson Braun 

24 

mówiłaś,  miękko,  łagodnie.  Taki  głos  to  skarb  nieoceniony  w 
kobiecie. 

–  To  z  Króla  Leara,  akt  piąty,  scena  trzecia  –  odpowiedziała 

natychmiast. 

–  Polly,  twoja  pamięć  jest  oszałamiająca  –  westchnął.  –  Czy  to 

wciąż jawa, czy sny jakieś roję?... 

–  To  wers  Hermii  z  aktu  trzeciego,  sceny  drugiej  ze  Snu  nocy 

letniej...  Nie  bądź  taki  zdziwiony,  Qwill.  Mówiłam  ci,  że  mój  ojciec 
zajmował się naukowo Szekspirem. Jako dzieci znaliśmy jego sztuki 
tak  dobrze  jak  nasi  rówieśnicy  wyniki  rozgrywek  ligowych...  Czy 
poszedłeś dziś rano na pogrzeb? 

–  Obserwowałem  go  z  parku  i  wpadłem  na  pewien  pomysł. 

Według  zastępu  twoich  ochoczych  asystentek  nikt  do  tej  pory  nie 
napisał  historii  „Picayune”.  Chciałbym  spróbować.  Jak  wiele  byłoby 
przy tym pracy? 

–  Niech  no  pomyślę...  Mógłbyś  zacząć  od  naszych  zbiorów 

genealogicznych o Goodwinterach. 

– Czy posiadasz stare numery gazety? 
–  Tylko  z  ostatnich  dwudziestu  lat.  Przedtem  wszystko  zostało 

zniszczone  przez  myszy,  pęknięte  rury  lub  z  powodu  złego 
gospodarowania zbiorami. Jestem pewna, że redakcja „Picayune” ma 
komplet. 

–  Czy  jest  ktoś,  z  kim  mógłbym  porozmawiać?  Ktoś,  kto  sięga 

pamięcią sześćdziesiąt, siedemdziesiąt pięć lat wstecz? 

– Mógłbyś spróbować w Klubie Złotej Jesieni. Wszyscy są tam po 

osiemdziesiątce. Przewodniczącą klubu jest Euphonia Gage. 

– To ta pani, która jeździ mercedesem i często trąbi klaksonem? 
–  Bardzo  zwięzła  charakterystyka!  Senior  Goodwinter  był  jej 

zięciem. Euphonia Gage słynie z brutalnej szczerości, toteż mogłaby 
dostarczyć bardzo ciekawych informacji. 

–  Polly,  jesteś  skarbem!  Przy  okazji,  czy  masz  dziś  wieczorem 

czas,  żeby  zjeść  razem  kolację?  Pani  Cobb  przygotowuje  posiłek, 
który jest za dobry dla jednego samotnego kawalera. Pomyślałem, że 
mogłabyś się zgodzić, byśmy zjedli go razem. 

–  Wybornie!  Nie  mogę  zostać  za  długo,  ale  mam  nadzieję,  że 

starczy  nam  czasu  na  czytanie  na  głos  po  kolacji.  Masz  wspaniały 
głos, Qwill. 

–  Dziękuję  –  pogładził  swoje  wąsy  z  ochotą.  –  Pójdę  do  domu  i 

background image

Kot, który znał Szekspira 

25 

przepłuczę sobie gardło. 

Gdy odwracał się do wyjścia, zerknął przez balustradę do czytelni. 
– Kim jest tamten mężczyzna ze stosem książek na stole? 
–  Historyk  z  Nizin,  badający  wczesny  okres  eksploatacji  kopalń. 

Zapytał,  czy  mogę  mu  polecić  jakieś  dobre  restauracje,  a  ja 
zasugerowałam  „Stefanię”  i  „Old  Stone  Mill”.  Czy  masz  jakieś  inne 
pomysły? 

– Myślę, że mam – powiedział Qwilleran. 
Nałożył  szybko  kapelusz  na  głowę  i  zawadiacko  go  przekrzywił. 

Obszedł  dookoła  balkon  w  swoich  żółtych  gumiakach,  zatrzymując 
się przy stole, przy którym siedział nieznajomy. 

Parodiując przyjaznego mieszkańca Północy, rzekł: 
–  Dzień  doberek!  Tamta  pani  mówi,  że  szukasz  pan  dobrej 

miejscówki z żarciem. Jak ma być coś naprawdę dobrego, to polecam 
„Otto's  Tasty  Eats”.  Wszystko  można  tam  dostać  za  jedyne  pięć 
dolców. Pan tu u nas długo zabawi? 

– Dopóki nie skończę pracy – odpowiedział lakonicznie historyk, 

pochylając się nad swoją książką. 

–  Jeżeli  chciałbyś  pan  sobie  strzelić  piwko,  warto  zajrzeć  do 

„Hotel Booze”. Mają także dobre hamburgery. 

– Dziękuję – odpowiedział mężczyzna z lekceważeniem w głosie. 
– Widzę, że czytasz pan o starych kopalniach. Mój dziadzio zginął 

podczas tąpnięcia w jednej z nich w 1913 roku. Jeszcze nie było mnie 
wtedy na świecie. Widziałeś pan już jakieś stare kopalnie? 

–  Nie  –  powiedział  mężczyzna,  zatrzaskując  książkę  i  odchylając 

swoje krzesło do tyłu. 

–  Niedaleko  stąd  jest  Dimsdale.  Mają  tam  tanią  restauracyjkę. 

Dobre miejsce, by zjeść talerz fasoli i parówki. 

Nieznajomy  poszedł  szybko  w  stronę  schodów,  ściskając  czarny 

płaszcz przeciwdeszczowy. 

Qwilleran wyprostował kapelusz, zabrał kurtkę i poszedł w swoją 

stronę,  zadowolony,  że  rozzłościł  mężczyznę  i  dał  taki  występ. 
Wiedział,  że  facet  nie  był  tym,  za  kogo  się podawał,  bo  w oczywisty 
sposób wykazał brak zainteresowania tematem kopalń. 

O  siedemnastej  trzydzieści  Herb  Hackpole  przyjechał,  by  zabrać 

swoją  partnerkę  na  kolację,  parkując  na  podjeździe  i  trąbiąc  w 
klakson.  Pani  Cobb  czmychnęła  tylnymi  drzwiami  podekscytowana 
jak młoda dziewczyna przed pierwszą randką. 

background image

Lilian Jackson Braun 

26 

O  siedemnastej  czterdzieści  pięć  Qwilleran  nakarmił  koty. 

Ciasteczka  z  wątróbki  wieprzowej  po  rozmrożeniu  przypominały 
odrażającą  szarą  papkę,  ale  syjamczyki  przycupnęły  nad  talerzami  i 
pochłonęły wynalazek szefa kuchni z ogonami nisko nad podłogą, co 
zwiastowało całkowite usatysfakcjonowanie. 

O  osiemnastej  przybyła  Polly  Duncan,  pieszo,  zostawiając  swój 

mały,  sześcioletni  samochód  w  kolorze  rdzawoczerwonym  z  tyłu 
biblioteki.  Jeżeli  zauważono  by  go  na  okrężnym  podjeździe 
rezydencji  K,  plotkom  w  Pickax  nie  byłoby  końca.  Wiadomo  było, 
czym kto jeździ: marka, model, rok produkcji i kolor. 

Polly  nie  była  ani  młoda,  ani  szczupła  jak  te  kobiety  robiące 

karierę,  z  którymi  umawiał  się  na  Nizinach,  ale  była  interesującą 
kobietą  o  głosie,  od  którego  czasem  kręciło  mu  się  w  głowie. 
Wyglądała  przy  tym,  jakby  dało  się  ją  z  łatwością  objąć  i  unieść, 
chociaż  jeszcze  tego  nie  sprawdził.  Bibliotekarka  utrzymywała 
pewien  dystans,  mimo  wyrazów  przyjaźni,  i  zawsze  stanowczo 
zapewniała, że musi wcześnie wracać do domu. 

Przywitał  ją  w  drzwiach  wejściowych,  które  były  arcydziełem 

sztuki stolarskiej i lśniły od polerowanych okuć z mosiądzu. 

– Gdzie ten śnieg, który obiecywano? – spytał. 
–  W  listopadzie  stacja  PKX  FM  codziennie  zapowiada  śnieg  dla 

zasady  –  odparła  –  i  wcześniej  czy  później  okazuje  się,  że  mieli 
rację... Ten dom nigdy nie przestanie mnie zachwycać! 

Wpatrywała się ze zdumieniem w skórzane ściany hallu o barwie 

bursztynowej  i  w  ogromne  schody,  ekstrawagancko  szerokie,  z 
misternie wykonaną balustradą. Olśniewający żyrandol zrobiony był 
z kryształu Baccarat. Dywany były antykami z tureckiej Anatolii. 

– Ten dom nie powinien znajdować się w Pickax, tylko w Paryżu. 

Zadziwiające,  że  Klingenschoenowie  posiadali  tyle  skarbów  i  nikt  o 
tym nie wiedział. 

– To był rodzaj zemsty za brak społecznej akceptacji – Qwilleran 

prowadził  ją  na  tyły  domu.  –  Kolację  zjemy  w  bibliotece,  ale  pani 
Cobb  chciała,  żebym  pokazał  ci  jej  przenośny  ogród  ziołowy  w 
oranżerii. 

Pokój  z  kamienną  podłogą  był  w  znacznej  części  przeszklony  i 

chlubił się plantacją wiekowych kauczukowców. Przez cały rok stały 
tam  wiklinowe  krzesła  do  letniego  wypoczynku,  a  dodatkiem 
zimowym był kuty żelazny wózek z ośmioma glinianymi doniczkami, 

background image

Kot, który znał Szekspira 

27 

na  których  widniały  etykietki:  mięta,  koper,  tymianek,  bazylia  i 
lubczyk. 

–  W ciągu  dnia wózek  przesuwamy  dookoła pomieszczenia, żeby 

padało  na  niego  jak  najwięcej  słońca  –  wyjaśnił.  –  To  znaczy,  o  ile 
meteorolodzy PKX FM zapewnią nam jakiekolwiek słońce. 

Polly skinęła głową. 
–  Zioła  lubią  słońce,  ale  nie  za  wiele  gorąca.  Gdzie  pani  Cobb 

znalazła to sprytne urządzenie? 

–  Sama  je  zaprojektowała,  a  jej  przyjaciel  wykonał  to  w  swojej 

spawalni.  Możliwe,  że  znasz  pana  Hackpole'a,  sprzedawcę 
używanych aut. 

–  Tak,  jego  warsztat  właśnie  zabezpieczył  mój  samochód  przed 

mrozem.  Jak  ci  się  jeździ  tym  nowym  samochodem  z  napędem  na 
przednią oś, Qwill? 

– Będę lepiej zorientowany, jak spadnie śnieg. 
W bibliotece światła były zapalone, polana płonęły  w kominku, a 

na  stole  pysznił  się  olśniewający  serwis  z  porcelany,  kryształu  i 
srebra.  Cztery  ściany  książek  były  ozdobione  wspaniałymi 
popiersiami Homera, Dantego i Szekspira. 

– Czy Klingenschoenowie czytali te książki? – spytała Polly. 
– Myślę, że były raczej na pokaz, jeśli pominąć zbiorek pikantnych 

powieści  z  lat  dwudziestych.  Znalazłem  na  strychu  pudełka  z 
kryminałami i romansami w miękkiej oprawie. 

–  Przynajmniej  coś  czytali.  Jest  jeszcze  jakaś  nadzieja  dla  słowa 

drukowanego. – Wręczyła mu książkę z przetartą i wyblakłą okładką. 
–  Mam  tu  coś,  co  mogłoby  cię  zainteresować,  Malownicze  miasto 
Pickax
,  to  książka  wydana  przez  Klub  Entuzjastów  przed  pierwszą 
wojną  światową.  Na  stronie  z  zakładką  jest  zdjęcie  budynku 
„Picayune” z pracownikami na chodniku. 

Qwilleran  znalazł  zdjęcie  przedstawiające  zatroskane  twarze 

mężczyzn z sumiastymi wąsami, w wysokich kołnierzach, skórzanych 
fartuchach, o podkrążonych oczach, z opaskami na rękach i włosami 
wysmarowanymi brylantyną, z przedziałkiem pośrodku. 

–  Wyglądają,  jakby  stali  przed  plutonem  egzekucyjnym  – 

powiedział. – Dzięki. Przyda się. 

Nalał  dla  gościa  aperitif.  Wybrała  wytrawne  sherry,  jeden 

kieliszek, i to wszystko. Dla siebie nalał sok z białych winogron. 

– Votre santé! – wzniósł toast, patrząc jej w oczy. 

background image

Lilian Jackson Braun 

28 

– Santé! – odpowiedziała powściągliwym spojrzeniem. 
Miała  na  sobie  szary,  ponury  garnitur,  białą  bluzkę  i 

rdzawoczerwone  mokasyny,  co  było  prawdopodobnie  jej  ubraniem 
roboczym, które ożywiła jedynie apaszką w tureckie wzory. Moda nie 
należała  do  jej  pasji,  także  jej  prosta  fryzura  nie  odpowiadała 
ostatnim trendom, ale jej głos... ! Był jak zawsze  miękki, delikatny i 
niski, a poza tym znała Szekspira na wylot. 

Po chwili milczenia, kiedy Qwilleran zastanawiał się, o czym Polly 

myśli, rzekł: 

–  Czy  pamiętasz  tego  tak  zwanego  historyka  z  twojej  czytelni? 

Miał  stos  książek  o  eksploatacji  starych  kopalń.  Wątpię,  żeby 
powiedział nam prawdę. 

– Dlaczego tak uważasz? 
–  Jego  zrelaksowana  poza.  Sposób,  w  jaki  trzymał  książkę.  Nie 

okazywał  namiętnego  głodu  wiedzy  i  nie  robił  notatek.  Czytał 
bezmyślnie dla zabicia czasu. 

– To kim on jest? Dlaczego miałby ukrywać swoją tożsamość? 
–  Myślę,  że  pracuje  dla  wydziału  śledczego,  narkotyki,  FBI,  coś 

takiego. 

Polly spojrzała sceptycznie. 
– W Pickax? 
–  Jestem  przekonany,  że  jest  co  najmniej  kilka  trupów  w 

tutejszych  szafach,  o  których  zresztą  większość  mieszkańców  wie 
wszystko. Macie tu plotkarstwo rozwinięte na światowym poziomie. 

– Nie nazwałabym tego plotkarstwem – powiedziała obronnie. – 

W  małych  miastach  ludzie  dzielą  się  informacjami.  To  przejaw 
zainteresowania życiem społeczności, do której należą. 

Qwilleran podniósł cynicznie brew. 
– A zatem najlepiej, żeby tajemniczy nieznajomy zakończył swoje 

zadanie przed opadem śniegu, bo będzie zaśmiecał twoją czytelnię aż 
do  wiosennej  odwilży...  Inne  pytanie.  Co  się  stanie  z  „Picayune”  po 
odejściu Seniora Goodwintera? Jakieś przypuszczenia? 

–  Prawdopodobnie  umrze  cichą  śmiercią  jako  idea,  która  już 

przeżyła swój czas. 

– Jak dobrze znałaś rodziców Juniora? 
– Tylko okazjonalnie. Senior Goodwinter był pracoholikiem. Miły 

człowiek,  ale  nieco  aspołeczny.  Gritty  lubi  życie  wyższych  sfer  poza 
miastem:  golf,  karty, przyjęcia  połączone  z tańcami.  Chciałam,  żeby 

background image

Kot, który znał Szekspira 

29 

zasiadała w komisji zarządzającej biblioteką, ale  nie było to dla niej 
zbyt interesujące. 

– Gritty? Czy to imię pani Goodwinter? 
–  W  zasadzie  Gertrude,  ale  jest  tu  grupa  osób,  która  trzyma  się 

dziecinnych  przezwisk:  Muffy,  Buffy,  Bunky  czy  Dodo.  Muszę 
przyznać,  że  pani  Goodwinter  ma  dużo  odwagi,  na  dobre  i  na  złe. 
Jest jak jej matka. Euphonia Gage to kobieta z ikrą. 

Oddalony  dzwonek  zadzwonił  i  Qwilleran  zapalił  świece,  wrzucił 

do odtwarzacza kasetę z muzyką Faurego i podał kolację. 

– Najwyraźniej znasz wszystkich w Pickax – zauważył. 
– Jak na nowo przybyłą jakoś sobie radzę. Mieszkam tu dopiero... 

od dwudziestu pięciu lat. 

– Miałem przeczucie, że pochodzisz ze wschodu. Z Nowej Anglii? 
Skinęła głową. 
–  W  czasie  studiów  wyszłam  za  mieszkańca  Pickax  i 

przyjechaliśmy  tutaj,  by  pokierować  jego  rodzinną  księgarnią. 
Niestety, została zamknięta zaraz po tym, jak mój mąż zginął, ale ja 
już nie chciałam wracać na wschód. 

– Musiał być bardzo młody. 
– Bardzo. Był w ochotniczej straży pożarnej. Pamiętam ten suchy i 

wietrzny  dzień  w  sierpniu.  Nasza  księgarnia  mieściła  się  obok 
budynku  straży  i  kiedy  zawyły  syreny,  mój  mąż  wybiegł  ze  sklepu. 
Ulica  natychmiast  się  zablokowała,  a  mężczyźni  zbiegali  się  ze 
wszystkich stron, biegli, co sił w nogach, tupiąc i machając rękoma. 
Mechanik ze stacji benzynowej, jeden z młodych pastorów, barman, 
mężczyzna  ze  sklepu  żelaznego  –  wszyscy  biegli,  jak  gdyby  od  tego 
zależało  ich  życie.  Samochody  i  ciężarówki  zatrzymywały  się  i 
parkowały  gdziekolwiek,  a  kierowcy  wyskakiwali  i  biegli  do  straży. 
Do  tego  czasu  ogromne  drzwi  już  otwarto,  a  wóz  strażacki  i 
beczkowóz były wyprowadzane z mężczyznami zwisającymi u boku. 

– Doskonale to opisujesz, Polly. 
Łzy naszły jej do oczu. 
–  To  był  pożar  stodoły,  a  on  zginął  przygnieciony  spadającą 

drewnianą belką. 

Nastała długa cisza. 
– To bardzo przykra historia – powiedział Qwilleran. 
– Strażacy byli tacy sumienni. Kiedy syreny wyły, rzucali wszystko 

i  biegli.  W  środku  nocy  budzili  się  z  mocnego  snu,  wciągali  jakieś 

background image

Lilian Jackson Braun 

30 

ubrania  i  biegli.  Mimo  to  byli  krytykowani:  przyjechali  za  późno... 
niewystarczająco  licznie...  nie  napompowali  wystarczającej  ilości 
wody... sprzęt się zepsuł – westchnęła. – Bardzo się starali. I dalej to 
robią. Wszyscy są ochotnikami, sam wiesz. 

–  Junior  Goodwinter  jest  ochotnikiem  –  Qwilleran  rzekł  –  i 

dźwięk jego pagera cały czas mu coś przerywa... Co  zrobiłaś po tym 
wietrznym dniu w sierpniu? 

– Poszłam do pracy w bibliotece i teraz jestem zadowolona. 
–  Pickax  ma  ludzką  twarz,  która  –  cóż  można  rzec  –  jest 

pocieszająca  i  działa  uspokajająco.  Czemu  jednak  wszyscy  mamy 
obsesję na punkcie prognoz pogody? 

–  Żyjemy  bliżej  żywiołów  –  odpowiedziała  Polly.  –  Pogoda  ma 

wpływ  na  wszystko:  na  rolnictwo,  wyrąb  lasów,  połowy  ryb  czy  na 
sporty  na  wolnym  powietrzu.  Wszyscy  też  przemierzamy  duże 
odległości po stanowych drogach. W czasie kiepskiej pogody nie ma 
możliwości wezwania taksówki. 

Pani  Cobb  zostawiła  nastawiony  ekspres  do  kawy  i  mus 

czekoladowy w lodówce, więc posiłek mile się zakończył. 

– Gdzie koty? – spytała Polly. 
–  Siedzą  zamknięte  w  kuchni.  Koko  zrzuca  ostatnio  książki  z 

półek.  Myśli,  że  jest  bibliotekarzem.  Yum  Yum  z  kolei  jest  kotką, 
która  próbuje  upolować  swój  ogon  i  kradnie  spinacze  do  papieru 
albo  chowa  różne  rzeczy  pod  dywan.  Za  każdym  razem,  kiedy 
wchodzę na taki guz na dywanie, wzdrygam się. Czy to mój zegarek 
na  rękę?  Czy  mysz?  Czy  moje  okulary  do  czytania?  Czy  zgnieciona 
koperta z pojemnika na śmieci? 

– Jakie tytuły poleca Koko? 
–  Dostał  bzika  na  punkcie  Szekspira  –  odparł  Qwilleran  –  co 

może mieć związek z oprawami ze świńskiej skóry. Zaraz przed tym, 
jak przyszłaś, zrzucił z półki Sen nocy letniej

– A to ci zbieg okoliczności – powiedziała. – Noszę imię po jednej 

z bohaterek. – Zatrzymała się, czekając, aż zgadnie. 

– Hipolita? 
– Zgadza się! Mój ojciec wszystkim nam nadał imiona bohaterów 

sztuk  Szekspira.  Moi  bracia  to  Marek  Antoniusz  i  Brutus,  a  moja 
biedna  siostra  Ofelia  musiała  znosić  sprośne  uwagi  aż  do  piątej 
klasy... Dlaczego nie wypuścisz kotów? Chciałabym zobaczyć Koko w 
akcji. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

31 

Kiedy koty już zostały wypuszczone, Yum Yum weszła z gracją do 

biblioteki, stawiając łapy jedna naprzeciw drugiej i szukając wolnych 
kolan, Koko zaś, obnosząc się ze swoją niezależnością, nie pokazał się 
od  razu.  W  końcu  Qwilleran  oraz  jego  gość  usłyszeli  stuk  i 
zorientowali się, że Koko jest już w pokoju. Na podłodze leżał cienki 
tom Sławnej historii żywota króla Henryka VIII

– Musisz przyznać, że on wie, co robi – westchnął Qwilleran. – W 

tej sztuce jest porywająca rola dla kobiety – w scenie, kiedy dochodzi 
do konfrontacji pomiędzy królową a dwoma kardynałami. 

–  To  niesamowite!  –  odrzekła.  –  Katarzyna  zarzeka  się,  że  jest 

biedną,  słabą  kobietą,  a  tymczasem  rozprawia  się  ostro  z  dwoma 
wykształconymi  mężczyznami.  „Macie  twarze  anielskie,  ale  serca 
wasze  zna  tylko  Niebo”.  Qwill,  czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się 
nad prawdziwą tożsamością Szekspira? 

–  Czytałem,  że  sztuki  mogły  zostać  napisane  przez  Jonsona  albo 

Oxforda. 

–  Ja  uważam,  że  Szekspir  był  kobietą.  Tyle  jest  tam  wyrazistych 

kobiecych ról i wspaniałych wystąpień kobiet. 

– Są też wyraziste męskie role i wspaniałe wystąpienia mężczyzn 

– odpowiedział. 

– Tak, ale twierdzę, że to kobieta może stworzyć wyraziste role dla 

mężczyzn  z  większym  powodzeniem,  niż  mężczyzna  może  napisać 
dobre role dla kobiet. 

– Hmmm – mruknął grzecznie Qwilleran. 
Koko  siedział  teraz  wysoko  na  biurku,  czekając  pewnie  na  coś, 

więc  Qwilleran  zrozumiał,  że  musi  przeczytać  prolog  z  tej  sztuki. 
Potem  Polly  odczytała  scenę  konfrontacji  królowej  w  poruszający 
sposób. 

– Miau! – odezwał się Koko. 
–  A  teraz  muszę  iść  –  powiedziała  Polly  –  zanim  mój  gospodarz 

domu zacznie się denerwować. 

– Twój gospodarz? 
–  Pan  MacGregor,  który  jest  miłym  starszym  wdowcem  – 

wyjaśniła.  –  Wynajmuję  domek  na  jego  farmie,  a  on  uważa,  że 
kobiety nie powinny same w nocy wychodzić z domu. Siedzi, czekając 
na mnie, kiedy dojadę. 

–  Czy  próbowałaś  kiedyś  zastosować  na  nim  swoją  teorię  o 

Szekspirze? – zapytał Qwilleran. 

background image

Lilian Jackson Braun 

32 

Po tym, jak Polly uprzejmie podziękowała i szybko się pożegnała, 

Qwilleran powątpiewał w jej wymówkę, żeby wyjść wcześnie. Dobrze, 
że chociaż Koko nie wyprosił jej z domu, jak to zwykł dawniej robić w 
stosunku do kobiecych gości. To był dobry znak. 

Qwilleran  sprzątał  naczynia  po  kolacji  i  kuchnię,  kiedy  ze  swojej 

randki wróciła pani Cobb, zarumieniona i szczęśliwa. 

– Och, nie musi pan tego robić, panie Q – powiedziała. 
–  Żaden  kłopot.  Dziękuję  za  wyśmienite  danie.  Jak  się  udał 

wieczór? 

– Poszliśmy do „Old Stone Mill”. Jedzenie jest tam teraz znacznie 

lepsze. Zjadłam wspaniałego pstrąga z nadzieniem w  winnym sosie. 
Herb zamówił stek Diany, ale nie smakował mu sos. 

Ten  facet,  pomyślał  Qwilleran,  wolałby  pewnie  keczup.  Do  pani 

Cobb zaś powiedział: 

–  Pani  Duncan  opowiadała  mi  o  jednostce  ochotniczej  straży 

pożarnej. Czy Hackpole nie jest także strażakiem? 

–  Tak,  i  ma  za  sobą  kilka  emocjonujących  doświadczeń,  jak 

wynoszenie  dzieci  z  płonącego  budynku,  reanimacja  za  pomocą 
sztucznego  oddychania  i  masażu  serca  czy  wyganianie  krów  z 
płonącej stodoły! 

Interesujące, o ile prawdziwe, pomyślał. 
– Następnym razem, kiedy panią odprowadzi, proszę go zaprosić 

na  kielicha  –  zasugerował.  –  Chciałbym  się  dowiedzieć,  jak  działa 
taki oddział straży w małym mieście. 

– Och, dziękuję, panie Q! Będzie zachwycony. Myśli, że go pan nie 

lubi, bo podał go pan do sądu. 

– Nic takiego się nie stało. Po prostu zaprotestowałem przeciwko 

byciu atakowanym przez psa, który zgodnie z prawem powinien być 
uwiązany. Jeżeli pani go lubi, pani Cobb, jestem pewny, że to dobry 
człowiek. 

Kiedy  Qwilleran  zamykał  dom  na  noc,  zadzwonił  telefon.  Był  to 

głos Juniora Goodwintera, terkoczącego w podnieceniu: 

– Przyjeżdża! Przylatuje tu jutro! 
– Kto przyjeżdża? 
–  Fotoreporterka,  którą  poznałem  w  klubie  prasowym.  Mówi,  że 

„Fluxion”  jutro  puszcza  tę  rubrykę,  która  będzie  w  tym  tygodniu  w 
całym  kraju.  Chce  więc  dać  reportaż  ze  zdjęciami  do  jakiegoś 
tygodnika – póki temat jest na czasie. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

33 

– Czy powiedziałeś jej... o swoim ojcu? 
– Mówi, że tym bardziej trzeba to zrobić, że temat będzie jeszcze 

bardziej  na  czasie.  Muszę  odebrać  ją  z  lotniska  jutro  rano.  Mamy 
zamiar  znaleźć  jakichś  weteranów,  którzy  dawniej  pracowali  dla 
„Picayune”,  i  namówić  ich,  by  pozowali  do  zdjęć.  Czy  zdajesz  sobie 
sprawę, ile to może zmienić? Wszyscy usłyszą o Pickax, a „Picayune” 
być może znów zacznie przynosić zyski, jeśli stąd i z owąd zaczniemy 
otrzymywać nowe subskrypcje na prenumeratę. 

Dziwne rzeczy się dzieją, pomyślał Qwilleran. 
–  Zadzwoń  do  mnie  jutro  wieczorem  po  zdjęciach.  Daj  mi  znać, 

jak poszło, i powodzenia! 

Kiedy odkładał słuchawkę na miejsce, usłyszał miękki stuk, jakby 

następna  książka  wylądowała  na  dywanie  z  Buchary.  Koko  siedział 
na półce z Szekspirem i wyglądał na dumnego z siebie. 

Qwilleran podniósł książkę i rozprostował pogniecione kartki. To 

był  znowu  Hamlet.  Jego  uwagę  przykuła  linijka  z  pierwszej  sceny: 
„Biła dwunasta; do łoża”. 

Zwrócił się do kota, mówiąc: 
–  Możesz  sobie  myśleć,  że  jesteś  inteligentny,  ale  to  musi  się 

skończyć!  Te  książki  są  wydrukowane  na  delikatnym,  biblijnym 
papierze. Nie znoszą takiego traktowania. 

– Ik ik ik – zauważył Koko, a następnie ziewnął. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

E

E

C

C

I

I

 

 

 
Wtorek,  dwunasty  listopada.  „Tumany  śniegu  w  ciągu  dnia, 

potem spadek temperatury i wiatry przemieszczające się w kierunku 
północno–wschodnim” – podawała stacja PKX FM, więc pan O'Dell, 
konserwator  domu,  nawoskował  łopaty  do  odgarniania  śniegu  i 
sprawdził świece zapłonowe w swojej dmuchawie. 

Było  to  dzień  po  udanym  debiucie  ciasteczek  z  wątróbki 

wieprzowej;  Qwilleran  planował  zjeść  lunch  w  „Old  Stone  Mill”,  by 
donieść  szefowi  kuchni  o  sukcesie  i  przy  okazji  rozwiązać  zagadkę, 
która nie dawała mu spokoju. 

Kim był ten szef kuchni? 

background image

Lilian Jackson Braun 

34 

Jak się nazywał? 
Skąd pochodził? 
Jakie miał kwalifikacje? 
I dlaczego nikt go dotąd nie widział? 
Restauracja  mieściła  się  w  starym  młynie  z  gigantycznym  kołem 

wodnym. Odnowiono ją ostatnio w dobrym guście. Kamienne ściany 
i ogromne drewniane belki zostały wyeksponowane; podłoga z klonu 
została  wygładzona  i  pomalowana  na  miodowy  kolor.  Każdy  stolik 
miał  widok  na  koło  młyńskie,  które  skrzypiało  i  obracało  się  bez 
ustanku,  mimo  że  woda  w  młynie  wyschła  siedemdziesiąt  lat 
wcześniej. Wcześniej mówiono, że jedzenie jest tutaj obrzydliwe. 

Potem restauracja została nabyta przez przedsiębiorstwo XYZ SA 

z  Pickax,  czyli  deweloperów  od  apartamentów  w  dzielnicy  Indian 
Village  i  mieszkań  nad  rzeką  Ittibittiwassee.  Firma  w  granicach 
okręgu  posiadała  również  sieć  sklepów  z  artykułami  na  przyjęcia  i 
zabawy oraz nowy motel w Mooseville. 

Pewnego  dnia  na  spotkaniu  w  izbie  handlowej  pan  X,  czyli  Don 

Exbridge  z  przedsiębiorstwa  XYZ,  podszedł  do  Qwillerana.  Był  to 
wyprostowany jak świeca, wysoki na metr dziewięćdziesiąt człowiek 
o uśmiechu, który budził sympatię i pomagał odnosić sukcesy. 

–  Qwill,  masz  znajomości  w  restauracjach  na  Nizinach  – 

powiedział Exbridge. – Gdzie możemy znaleźć dobrego szefa kuchni 
do  „Old  Stone  Mill”?  Najlepiej  kogoś,  kto  lubi  otwartą  przestrzeń  i 
nie będzie mu przeszkadzać mieszkanie na zadupiu. 

– Pomyślę nad tym i zawiadomię cię – obiecał Qwilleran. 
Następnie  w  jego  głowie  zaczęły  kołatać  myśli:  Hixie  Rice, 

poprzednia sąsiadka na Nizinach... należąca do jednego z elitarnych 
klubów  smakoszy...  Uwielbiała  jeść,  co  potwierdzała  jej  figura... 
inteligentna  młoda  kobieta,  nieszczęśliwa  w  miłości...  pracowała  w 
reklamie i marketingu... a do Koko miała w zwyczaju zwracać się po 
francusku.  Dlaczego,  zastanawiał  się  Qwilleran,  wszyscy  spryciarze 
pracują w reklamie, podczas gdy ciężko tyrający, poważni myśliciele 
zostają dziennikarzami, zarabiając mniej pieniędzy? 

Ostatni raz, kiedy miał kontakt z Hixie, spotykała się z kucharzem 

i  chodziła  na  kursy  zarządzania  restauracjami. Okazało  się,  że  teraz 
to  właśnie  Hixie  Rice  i  jej  facet  wylądowali  w  Pickax  i  objęli  pieczę 
nad „Old Stone Mill”. Natychmiast zmienili nudne menu na bardziej 
wyszukane,  ze  świeżymi  dodatkami.  Nowy  szef  przeszkolił  obecną 

background image

Kot, który znał Szekspira 

35 

załogę kuchni, schował głębokie patelnie i ograniczył użycie soli. 

Kiedy Qwilleran udał się we wtorek na lunch do restauracji „Old 

Stone  Mill”,  ledwo  poznał  poprzednią  członkinię  Grupy  Wsparcia 
Grubasów. 

– Hixie, wyglądasz prawie jak anorektyczka! – powiedział. – Czy 

przestałaś  nakładać  masło  na  bekon  i  wkładać  cukier  do  polewy 
karmelowej na lody? 

–  Qwill,  nie  uwierzysz,  ale  prowadzenie  restauracji  wyleczyło 

mnie  z  obsesji  jedzenia  –  zaczęła  wyjaśniać.  –  Całkiem  straciłam 
apetyt.  Osiem  kilo  masła...  półmetrowy  krążek  sera...  dwieście 
kurczaków... trzydzieści tuzinów jaj! 

Czy  kiedykolwiek  widziałeś  dwieście  gołych  kurczaków  naraz, 

Qwill? 

Utrata wagi pozbawiła Hixie również jej astmatycznego, cienkiego 

głosu, a jej włosy wyglądały teraz zdrowo i naturalnie. 

–  Wyglądasz  świetnie!  –  skomplementował  jej  wygląd 

dziennikarz. 

– I ty, Qwill, wyglądasz super. Twój głos brzmi jednak inaczej. 
– Przestałem palić. Rosemary przekonała mnie do rzucenia fajki. 
– Czy wciąż widujesz Rosemary? 
– Nie, mieszka teraz w Toronto. 
– Cały nasz stary gang smakoszy rozpadł się, ale myślałam, że wy 

dwoje będziecie się trzymać na wieki. 

–  Pomiędzy  Rosemary  i  Koko  zachodziła  zbyt  duża  rozbieżność 

charakterów – wyjaśnił. 

Hixie posadziła go w pobliżu obracającego się młyńskiego koła. 
–  Ten  stolik  uważany  jest  za  najlepszy  –  powiedziała  –  chociaż 

ruch koła sprawia, że niektórzy nasi klienci uskarżają się na chorobę 
morską. To skrzypienie, które doprowadza mnie do szału, i nagranie 
odtwarzające szum rwącego strumienia ma psychologiczny wpływ na 
gości  restauracji.  To  oni  w  końcu  zdzierają  dywan  w  drodze  do  sali 
wypoczynkowej. Polecam dzisiaj gicz jagnięcą z ratatouille

– A co w sprawie świeżego łososia? 
– Już go skreśliliśmy z jadłospisu. Trochę się spóźniłeś. 
–  Ha,  węszę  spisek...  –  powiedział  Qwilleran.  –  Ale  chciałbym  z 

tobą porozmawiać. Czy możesz się do mnie przysiąść? 

Zamówił  jagnięcinę,  a  Hixie  usiadła  przy  nim  z  kieliszkiem 

campari i papierosem. 

background image

Lilian Jackson Braun 

36 

– Co powiedziały Koko i Yum Yum na ciasteczka? – spytała. 
–  Jak  tylko  je  zjadły,  ganiały  się  nawzajem  w  górę  i  na  dół  po 

schodach przez dwie godziny, a oboje są bezpłodni! Czy odkryłaś koci 
afrodyzjak? 

– To dopiero pierwsze z kilku mrożonek dla kotów, które chcemy 

wprowadzić  na  rynek.  Ludzie  z  XYZ  kryją  nas  finansowo.  Wyborne 
mrożonki dla kapryśnych kotów! Jak to brzmi? 

–  Kiedy  ty  i  twój  partner  zamierzacie  wpaść,  by  porozmawiać  z 

Koko  po  francusku?  Nie  widziałaś  jeszcze  mojej  wspaniałej 
noclegowni, w której teraz mieszkam. 

–  Trudno  to  wszystko  pogodzić  –  powiedziała  w  tonie 

przepraszającym. – Pracujemy w takich paskudnych godzinach. Nic 
mi  o  tym  nie  wspominali  na  kursach.  Nie  narzekam,  tak  naprawdę 
nie  posiadam  się  ze  szczęścia!  Kiedyś  byłam  na  przegranej  pozycji, 
sam  wiesz,  ale  wszystko  zmieniło  się,  kiedy  znalazłam  cudownego 
mężczyznę. Nie jest pijakiem, nie ma nic wspólnego z narkotykami i 
nie jest mężem innej kobiety. 

–  Cieszę  się  razem  z  tobą  –  zapewnił  Qwilleran  –  to  kiedy 

mógłbym faceta poznać? 

– Teraz go tu nie ma. 
– Jak się nazywa? Jak wygląda? 
– Tony Peters, wysoki, blondyn, i bardzo przystojny. 
– Gdzie się nauczył gotować? 
– W Montrealu, w Paryżu... i w innych znanych miejscach. 
–  Chciałbym poznać  faceta  i  uścisnąć  mu  dłoń. Ostatecznie  to  ja 

jestem odpowiedzialny za wasz przyjazd do tego północnego raju. 

–  Obecnie  –  powiedziała  Hixie  – jest poza  miastem.  Jego  matka 

miała udar i musiał lecieć do Filadelfii. 

–  Niech  lepiej  wróci  przed  opadem  śniegu  albo  będzie  musiał 

pokonywać  trasę  za  pomocą  rakiet  śnieżnych.  Po  wielkiej  śnieżycy 
zamykają lotnisko. A gdzie mieszkacie? 

–  Mamy  wyjątkowy  apartament  w  dzielnicy  Indian  Village.  Pan 

Exbridge  pociągał  za  sznurki,  żebyśmy  mogli  w  nim  zamieszkać. 
Wiesz, tam jest cała lista oczekujących. 

– A co porabiacie, kiedy macie dzień wolny? 
–  Tony  pisze  książkę  kucharską.  Ja  sprawdzam,  co  słychać  u 

konkurencji. 

– I co, poczyniłaś jakieś interesujące odkrycia? 

background image

Kot, który znał Szekspira 

37 

–  Obok  „Old  Stone  Mill”  najlepsze  jedzenie  jest  w  „Stefanii”  – 

powiedziała  Hixie  –  ale  ich  szef  kuchni  przeżywa  jakąś  blokadę 
psychiczną.  Zamówiłam  nadziewanego  karczocha,  a  dostałam 
awokado.  Kiedy  kelner  upierał  się,  że  to  karczoch,  złapałam  talerz  i 
pognałam  jak  burza  do  kuchni,  by  skonfrontować  się  z  szefem 
kuchni,  a  ten  arogancki  gbur  miał  czelność  powiedzieć  mi,  że  nie 
odróżniłabym nadziewanego karczocha od nadziewanego krokodyla! 
Byłam wściekła! Poinformowałam go, że karczoch należy do rodziny 
astrowatych,  awokado  zaś  jest  owocem  w  kształcie  gruszki,  który 
zawdzięcza  swoją  nazwę  słowu  w  języku  nahuatl  i  oznacza  jądro, 
choć i tak uważam, że nic na ten temat nie wiedział! 

– Jak zareagował? 
– Chwycił za topór i zaczął rąbać piersi z kurczaka, więc uciekłam, 

bo nie chciałam wzbogacić statystyk zabójstw. 

Później  tego  samego  popołudnia  Qwilleran  usiadł  przy  biurku  w 

bibliotece  i  myślał  o  Hixie  i  jej  tajemniczym  towarzyszu.  Koko 
wskoczył na blat biurka, usiadł wysoko i nagle podniósł głowę. 

–  Czy  pamiętasz  Hixie?  –  zapytał  go  Qwilleran.  –  Brała  lekcje 

francuskiego  i  mówiła  do  ciebie:  Bonjour,  Monsieur  Koko.  Zawsze 
angażowała  się  w  związki  z  facetami  z  marginesu,  a  teraz  ma  tego 
niewidzialnego  szefa  kuchni.  Jest  coś  dziwnego  w  tej  opowieści  o 
nim,  a  w  dodatku  jego  kuchnia  serwuje  świetne  jedzenie. 
Przyniosłem ci gicz jagnięcą w eleganckiej torbie. Hixie ucieszyła się, 
że smakowały ci ciasteczka. 

Koko  poruszył  się  na  siedzeniu,  zmrużył  oczy  i  zamruczał 

falsetem: 

– Ik ik. 
W tym momencie pani Cobb zajrzała pytająco do pokoju. 
–  Usłyszałam,  że  pan  rozmawia,  i  myślałam,  że  ma  pan 

towarzystwo,  panie  Q.  Zamierzałam  zaproponować  herbatę  i 
ciasteczka. Właśnie upiekłam bezy kajmakowe z orzeszkami. 

– Prowadzę tylko inteligentną rozmowę z Koko, tak jak doradzała 

Lori Bamba – wyjaśnił. – Czuję się jak idiota, ale on chyba to lubi. A 
jeśli idzie o bezy, chętnie skosztuję, tylko zamiast herbaty poproszę o 
kawę. 

Pani Cobb pośpieszyła do kuchni, a Qwilleran kontynuował. 
–  Tak  więc,  Koko,  dzisiaj  była  wielka  sesja  zdjęciowa  w  redakcji 

„Picayune”.  Mam  nadzieję,  że  wyniknie  z  tego  coś  dobrego  dla 

background image

Lilian Jackson Braun 

38 

Juniora.  Ciekawe,  czy  weterani  wystarczająco  długo  wytrzymali, 
pozując  do  zdjęć.  Prawdopodobnie  musiano  ich  umocować  drutem 
do jakichś podpórek. 

Dzień  minął  bez  śnieżycy  zapowiadanej  w  radiu,  za  to 

temperatura  gwałtownie  spadła.  Późnym  wieczorem  Qwilleran 
słuchał  prognozy  pogody,  kiedy  w  końcu  zadzwonił  Junior.  W  jego 
głosie  nie  było  już  słychać  takiego  entuzjazmu  jak  dzień  wcześniej. 
Przeciwnie,  przybrał  raczej  ton  minorowy.  Qwilleran  pomyślał,  że 
coś poszło nie tak: ruda wcale się nie pojawiła, zdecydowała, że to nie 
ma sensu, zapomniała aparatu fotograficznego, rozbił się jej samolot 
albo któryś z weteranów dostał ataku serca. 

– Czy słyszałeś jakieś plotki? – pytał Junior. 
– Na jaki temat? 
– Na jakikolwiek. 
– Nie wiem, o czym, dzieciaku, mówisz. Czy aby na pewno jesteś 

trzeźwy? 

–  Wolałbym  nie  być  –  odezwał  się  Junior  posępnie.  –  Czy  nie 

obraziłbyś  się,  jeżeli  wpadłbym  zobaczyć  się  z  tobą?  Wiem,  że  jest 
późno... 

– Pewnie, wpadaj. 
– Jestem u Jody. Czy ją również mogę zabrać? 
– Oczywiście. Czego chcielibyście się napić? 
–  Wystarczy  kawa  –  odezwał  się  Junior  po  chwili  wahania.  – 

Kiedy  wpadam  w  zły  nastrój  i  napiję  się  alkoholu,  jestem  w  stanie 
podciąć sobie żyły. 

Qwilleran napełnił termos kawą rozpuszczalną. W bibliotece miał 

już gotową tacę, kiedy czerwony jaguar zatrzymał się na podjeździe. 

Drobna  Jody,  z  prostymi  długimi  włosami  i  dużymi  niebieskimi 

oczami, wyglądała jak porcelanowa lalka. Junior za to jakby nagle się 
postarzał. 

– Dobry Boże! Co ci się stało? – wykrzyknął Qwilleran. – Junior, 

wyglądasz okropnie. – Poprowadził młodą parę do biblioteki. 

Junior opadł na skórzaną kanapę. 
– Złe wieści! 
– Czy sesja zdjęciowa się powiodła? 
–  Jasne,  tylko  co  z  tego?  Czuję  się  jak  głupek,  sprowadzając  ją 

tutaj na próżno. 

– Junior, mówisz zagadkami. Wykrztuś to wreszcie z siebie! Jody 

background image

Kot, który znał Szekspira 

39 

odezwała się dziewczęcym głosem: 

– Powiedz panu Qwilleranowi o swojej matce, Juney. 
Młody  dziennikarz  utkwił  milcząco  wzrok  w  Qwilleranie,  zanim 

zdradził się z wiadomościami. 

– Zdecydowała się sprzedać. 
– Co sprzedać? 
– Sprzedać „Picayune”. 
Qwilleran zmarszczył brwi. 
–  A  co  tam  zostało  do  sprzedania?  Nic  nie  zostało  oprócz... 

wspaniałej... niezwykłej idei. 

– Najgorsze w tym wszystkim – westchnął Junior – że idea i lata 

tradycji pójdą na śmietnik. Sprzedaje nazwę gazety. 

Qwilleran nie mógł uwierzyć ani zrozumieć. 
– Gdzie zamierza znaleźć kupca? 
Jody pisnęła: 
– Ona już ma kupca. Przedsiębiorstwo XYZ. 
–  Chcą  zrobić  z  gazety  ulotkę  reklamową  –  jęknął  Junior. 

Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. – Jeden z tych darmowych 
brukowców,  zaśmieconych  ogłoszeniami  i  wydrukowanych  tak,  że 
farba zostaje ci na rękach. Żadnej treści. Mówię ci, Qwill, to jest cios 
poniżej pasa. 

– Czy ma prawo sprzedać gazetę? Co z testamentem twojego ojca? 
– Wszystko zostawił jej. Wszystkie aktywa, cały majątek. 
–  Juney  –  odezwał  się  głos  małej  dziewczynki  –  powiedz  panu 

Qwilleranowi o swoim śnie. 

– Tak, każdej nocy śni mi się mój ojciec. Stoi w swoim skórzanym 

fartuchu i papierowej czapce, wszystko ma zakrwawione i mówi coś 
do mnie, ale nie mogę usłyszeć, co. 

Qwilleran próbował poukładać swoje myśli. 
– Junior, to wszystko dzieje się za szybko. Twój ojciec dopiero co 

wczoraj  został  pochowany.  To  zbyt  krótki  czas  na  podejmowanie 
decyzji  przez  pogrążoną  w  smutku  małżonkę.  Czy  zasugerowałeś  to 
swojej matce? 

– Jakie to ma teraz znaczenie? Kiedy uprze się, że chce coś zrobić, 

zrobi to. 

– Jak zareagowali twój brat z siostrą? 
– Mój brat wrócił do Kalifornii i nie obchodzi go to. Moja siostra 

co  prawda  uważa,  że  to  zbrodnia,  ale  nie  ma  żadnego  wpływu  na 

background image

Lilian Jackson Braun 

40 

naszą matkę. 

– Czy to był jej pomysł? Czy XYZ złożyli najpierw ofertę? 
Junior zwlekał z odpowiedzią. 
– Ech... nie wiem. 
– Dlaczego tak się spieszy ze sprzedażą? 
–  No  wiadomo,  pieniądze.  Potrzebuje  pieniędzy.  Tata  miał  wiele 

długów, sam wiesz. 

– Czy miał jakąś przyzwoitą polisę na życie? 
– Jest polisa, ale to nic specjalnego. Babka Gage od lat zachowuje 

odsetki  z  ubezpieczenia,  żeby  zabezpieczyć  matkę  i  nas...  Dom  też 
jest wystawiony na sprzedaż. 

– Farma? 
– Czy to nie smutne? – wtrąciła Jody. – Sto lat była w posiadaniu 

rodziny Goodwinterów. 

Qwilleran rzekł: 
– Wdowa nie powinna podejmować tak pochopnie decyzji, która 

zmieni całe jej dotychczasowe życie. 

–  No  wiesz,  na  domu  ciąży  hipoteka  –  odpowiedział  Junior  –  a 

poza  tym  nigdy  nie  chciała  dużego  domu.  Lubi  mieszkania.  Chce 
pozbyć się domu przed opadem śniegu, żeby nie utknąć tam na wsi 
na zimę. 

– To zrozumiałe. 
– Przenosi się do apartamentu w dzielnicy Indian Village. 
– Myślałem, że nie ma tam wolnych mieszkań. 
Jody wtrąciła: 
– Przeprowadza się tam z przyjacielem. 
Junior rzucił jej gniewne spojrzenie. 
–  Czy  to  możliwe,  by  znaleźć  nabywcę  domu  tak  szybko, 

sprzedając go bez straty? – zapytał Qwilleran. 

– Ma także nabywcę. 
– Kogo? Wiesz, kto to jest? 
– Herb Hackpole. 
– Hackpole! Co ten samotny mężczyzna zrobi z taką dużą farmą? 
– No wiesz, chciał znaleźć miejsce na wsi, żeby jego psy miały się 

gdzie  wybiegać,  tym  bardziej,  że  ma  psy  myśliwskie.  Nie  ma  tam 
wcale  dużej  powierzchni,  ale  będzie  miał  rozległe  podwórze  i  dwie 
stodoły. 

– A co z meblami? Mówiłeś, że twoi rodzice mieli sporo pamiątek 

background image

Kot, który znał Szekspira 

41 

rodzinnych. 

– Zostaną zlicytowane na aukcji. 
Jody dodała: 
–  Juney  miał  obiecane  biurko  po  pradziadku,  ale  i  ono  będzie 

sprzedane. 

Junior odezwał się zrezygnowanym głosem: 
– Jeżeli zdążą z aukcją przed opadem śniegu, zainteresują kupców 

z Ohio i Illinois i nawet mogą uzyskać niezłe ceny. 

– A co z kolekcją zabytkowych pras drukarskich? 
Junior wzruszył ramionami. 
– Zostaną sprzedane na złom. Na wagę! 
Troje  z  nich  zapadło  w  odmienne  stany  milczenia:  Junior  w 

przygnębienie,  Jody  we  współczucie,  a  Qwilleran  w  oszołomienie. 
Starszy  Goodwinter  zginał  w  piątek  wieczór,  w  poniedziałek  został 
pochowany, a dzisiaj był wtorek. 

– Junior, kiedy usłyszałeś o tych drastycznych decyzjach? 
– Matka zadzwoniła do mnie dziś w południe do biura, w środku 

sesji  zdjęciowej.  Pani  fotograf  nic  nie  powiedziałem.  Myślisz,  że 
powinienem jej powiedzieć? To by mogło zniszczyć całą historię albo 
przynajmniej ją przyćmić. Wyjechała godzinę temu. Odwiozłem ją na 
lotnisko. 

Nagle odezwał się biper Juniora. 
–  O  nie!  –  zakrzyknął  młody  Goodwinter.  –  Tego  mi  jeszcze 

trzeba!  Głupiego  pożaru  stodoły!  Odwieź  Jody  do  domu,  dobrze, 
Qwill?!  –  zawołał  przez  ramię,  wybiegając  z  domu.  Miejska  syrena 
straży już wyła. Wyły także policyjne koguty. 

Qwilleran zorientował się, że zapomniał nalać kawy. 
– Może filiżankę, Jody? Jeżeli nie jest za zimna. 
Drobna  młoda  kobieta  usiadła  wygodniej  na  kanapie,  kołysząc 

duży kubek w drobnych dłoniach. 

–  Tak  mi  przykro  z  powodu  Juneya.  Powiedziałam  mu,  żeby 

wyjechał na Niziny i starał się o pracę w „Daily Fluxion” i zapomniał 
o tym, co było tutaj. 

–  Nikt  nie  powinien  teraz  działać  pod  wpływem  impulsu  – 

poradził Qwilleran. 

–  Może  mógłby  dostać  nakaz  sądowy  i  odwieść  ją  od  sprzedaży 

albo  przekonać,  by  odłożyła  decyzję  do  czasu,  kiedy  będzie  jasno 
myślała. 

background image

Lilian Jackson Braun 

42 

–  To  się  nie  powiedzie.  Trzeba  by  było  udowodnić,  że  jest 

niepoczytalna psychicznie. Teraz to jej własność i może zrobić z nią, 
co zechce. 

W  tym  momencie  w  drzwiach  pojawiła  się  nagle  pani  Cobb  w 

nocnej koszuli i domowych pantoflach. 

–  Wyjrzyjcie  przez  okno!  –  zawołała.  –  Pożar  na  Main  Street! 

Wygląda, jakby palił się budynek loży masońskiej! 

Qwilleran  i  Jody  podskoczyli  i  wszyscy  troje  pospieszyli  do 

frontowych okien. 

– Nie, to domek Herba – powiedziała pani Cobb. – Tam odbywa 

się  spotkanie.  W  budynku  może  być  trzydzieści  albo  czterdzieści 
osób! 

– Pojadę sprawdzić – rzekł Qwilleran. – Chodź, Judy, zawiozę cię 

do  domu.  Wyjdziemy  tędy...  tylnymi  drzwiami...  samochód  jest  w 
garażu. 

Śródmiejski  odcinek  Main  Street  wypełniony  był  migającymi  na 

niebiesko  i  czerwono  światłami.  Ruch  przekierowano,  a  wozy 
strażackie celowały reflektorami w centralną część budynku. Pompy 
strażackie  pracowały  pełną  parą,  a  strażacy  polewali  wodą  dach 
dwupiętrowego 

budynku, 

nad 

którym 

jarzyła 

się 

pomarańczowoczerwona  łuna  ognia  z  buchającymi  do  góry 
płomieniami.  Potem  słychać  było  syk  pary,  a  na  końcu  pojawiła  się 
chmura dymu. 

Qwilleran zaparkował i razem z Jody podeszli bliżej. 
– To „Picayune”! – krzyknął. – Cały budynek w płomieniach! 
Jody zaczęła płakać. 
– Biedny Juney! – powtarzała. – Biedny Juney! 
–  Polewają  wodą  lożę,  próbując  zapobiec  rozprzestrzenieniu  się 

ognia  –  powiedział  Qwilleran.  –  I  biuro  pocztowe  także.  Obawiam 
się, że redakcja i drukarnia zostaną całkowicie zniszczone. 

– Pewnie właśnie o tym ojciec próbował mu powiedzieć w śnie – 

jęknęła. – Czy widzisz Juneya? 

–  Nie  mogę  rozpoznać  nikogo  w  tych  kaskach  i  gumowych 

płaszczach.  Nawet  twarze  mają  czarne.  Brudna  robota!  Biały  kask 
należy do komendanta straży, to wszystko, co mogę zobaczyć. 

–  Mam  nadzieję,  że  Juney  nie  zrobi  niczego  szalonego,  nie 

pobiegnie do budynku, żeby coś uratować. 

– Są specjalnie szkoleni, żeby nie ryzykować bez sensu – zapewnił 

background image

Kot, który znał Szekspira 

43 

ją Qwilleran. 

–  Ale  on  jest  taki  impulsywny  i  sentymentalny.  Dlatego  znosi  to 

tak ciężko, mam na myśli to, że jego matka sprzedaje „Picayune”. – 
Nagle na jej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. – O nie! Tam jest 
William Allen! Zawsze zamykają go w środku na noc. Chyba robi mi 
się niedobrze... 

– Spokojnie, Jody. Mógł uciec. Koty są inteligentne... No, chodź. 

Nie możemy tu zostać. Jest mroźno, a ty cała się trzęsiesz. Mężczyźni 
będą  na  służbie  kilka  godzin,  będą  sprzątać  i  szukać  tlących  się 
miejsc. Odwiozę cię do domu. Czy tak będzie w porządku? 

– Tak, poczekam na Juneya, dopóki nie wróci do domu. Wiesz, że 

mieszka u mnie od śmierci swego ojca. 

W  rezydencji  K  Qwilleran  zastał  panią  Cobb  przy  kuchennym 

stole, wciąż w różowej nocnej koszuli, popijającą kakao i wyglądającą 
na zmartwioną. 

–  Nie  ma  żadnych  wiadomości  w  radiu  –  odezwała  się 

zaniepokojona. 

–  To  nie  była  loża  –  westchnął  Qwilleran.  –  To  był  budynek 

„Picayune”.  Jest  zniszczony.  Działalność  wydawnicza  o  ponad 
stuletniej tradycji przestała istnieć w pół godziny. 

– Czy widziałeś Herba? – nalała Qwilleranowi filiżankę kakao. Nie 

był to jego ulubiony napój. 

– Nie, ale jestem pewny, że tam był i wymachiwał raźno siekierą. 
– Nie powinien wykonywać tak męczącej pracy. Wiesz, on jest po 

pięćdziesiątce, a większość mężczyzn jest tam młodszych od niego. 

–  Pani  Cobb,  coś  za  bardzo  się  pani  nim  przejmuje  –  rzucił  jej 

badawcze spojrzenie. 

Gospodyni spuściła wzrok i uśmiechnęła się z zakłopotaniem: 
– Tak, przyznaję, lubię go. Zawsze spędzaliśmy razem miło czas, a 

teraz zaczyna rzucać różne aluzje. 

–  Na  temat  małżeństwa?  –  szorstko  zadane  pytanie  odsłoniło 

przerażenie Qwillerana. Pani Cobb jako gospodyni była złotą kobietą, 
zbyt  wartościową,  by  ją  stracić.  Rozpieściła  jego  i  syjamczyki  swoją 
kuchnią. 

–  Mimo  to  nie  przestałabym  pracować  –  dodała  spiesznie.  – 

Zawsze  pracowałam,  a  to  jest  najlepsza  praca,  jaką  kiedykolwiek 
miałam. Jest spełnieniem moich marzeń. Naprawdę! 

–  I  jest  pani  doskonałą  osobą  na  to  stanowisko.  Proszę  się  z 

background image

Lilian Jackson Braun 

44 

niczym nie spieszyć, pani Cobb. 

–  Nie  będę  –  obiecała.  –  Nie  wyjawił  jeszcze  swoich  zamiarów  i 

nie poprosił mnie o rękę, więc nie ma o czym mówić. 

Napełniła  ponownie  swoją  filiżankę  kakao  i  zabrała  ją  na  górę, 

mówiąc zmęczonym głosem „dobranoc”. 

Qwilleran  obszedł  dom  przed  zamknięciem  go  na  noc  i 

włączeniem  systemu  alarmowego.  Potem  wrócił  do  swojej  osobistej 
kwatery  nad  garażem,  niosąc  wiklinowy  kosz  z  przykrywką.  Z 
wnętrza  kosza,  który  bujał  się  energicznie  wte  i  wewte,  dobiegały 
niewyraźne odgłosy. 

Garaż  na  cztery  samochody  był  wcześniej  powozownią, 

zbudowaną  z  takiego  samego  kamienia  co reprezentacyjny  budynek 
frontowy. Było tam czworo drzwi z łukami i przegrodami, kopuła ze 
wskazującą  kierunek  wiatru  chorągiewką  na  dachu  i  uchwyty  ze 
zdobionymi latarniami powozowymi na każdym rogu budynku. 

Wnętrza  na  górze  zostały  odnowione  zgodnie  z  gustem 

Qwillerana: nowocześnie i wygodnie w spokojnych odcieniach beżu, 
rdzy  i  brązu.  Były  spokojne  i  proste,  dzięki  czemu  można  było 
odetchnąć od pompy i przepychu rezydencji K. 

W  salonie  były  głębokie  fotele,  wygodne  do  czytania  lampy, 

system  muzyczny  i  mały  bar,  gdzie  Qwilleran  przygotowywał  drinki 
dla  gości.  On  sam  nie  tykał  alkoholu  od  czasu,  kiedy  po  pijanemu 
spadł z peronu metra w Nowym Jorku. Było to doświadczenie, które 
otrzeźwiło go na zawsze. Nie jeździł także już więcej metrem. 

Na  pozostałe  pokoje  składały  się  gabinet  do  pisania,  sypialnia  i 

salonik  dla  kotów,  który  pokryty  był  wykładziną  i  wyłożony 
poduszkami, zastawiony koszykami, słupkami do ostrzenia pazurów, 
drzewami  do  wspinania,  a  za  toaletę  służyła  im  brytfanka  do 
pieczenia  indyka.  Była  tam  również  półka  z  używanymi  książkami 
kupionymi  za  grosze  na  przyszpitalnym  jarmarku  dobroczynnym. 
Wśród  nich był  podręcznik  algebry  do pierwszej  klasy,  uproszczona 
gramatyka  angielskiego,  kolekcja  słynnych  kazań  i  inne  tytuły,  jak 
Pożar RzymuElsie Dinsmore oraz Eneida Wergiliusza. Koko mógł 
je strącać z półki do woli. 

Qwilleran otworzył wiklinowy koszyk w saloniku kotów i poprosił 

dwa  niechętne  syjamczyki,  żeby  z  niego  wyskoczyły.  Dlaczego  – 
zadawał  sobie  pytanie  –  nie  chcą  nigdy  wejść  do  koszyka?  I  czemu 
kiedy już są w środku, nigdy nie chcą z niego wyjść? W końcu Koko i 

background image

Kot, który znał Szekspira 

45 

Yum  Yum  ostrożnie  wyszły,  obwąchując  teren  i  meble,  jakby 
podejrzewały,  że  w  pokoju  jest  podsłuch  albo  podłożona  bomba. 
Powtarzały to samo od roku, co wieczór. 

– Koty – powiedział Qwilleran na głos. – Kto je zrozumie? 
Pozostawił  syjamczyki  ich  własnym  zajęciom:  myciu  się 

nawzajem,  wzajemnym  zapasom,  pościgom,  gryzieniu  sobie  uszu  i 
obwąchiwaniu.  On  zaś  włączył  w  salonie  wiadomości  nadawane  o 
północy. „Redakcja i drukarnia „Pickax Picayune” została zniszczona 
dziś  wieczorem  w  wyniku  pożaru.  Według  komendanta  straży 
pożarnej  Bruce'a  Scotta  budynek  uległ  całkowitemu  zniszczeniu. 
Dwudziestu  pięciu  strażaków,  trzy  cysterny  i  dwa  wozy  strażackie  z 
Pickax  oraz  okoliczni  mieszkańcy  odpowiedzieli  na  alarm  i  wciąż 
jeszcze  są  na  miejscu.  Nie  stwierdzono  żadnych  ofiar.  Władze 
samorządowe Mooseville Village zdecydowały w drodze głosowania, 
by na dekoracje bożonarodzeniowe wydać pięćset dolarów”. 

Wyłączył  radio  zirytowany.  Teraz  ta  sama  piętnastosekundowa 

wiadomość  będzie  powtarzana  co  godzinę  bez  szczegółowych 
informacji.  Słuchacze  nie  dowiedzą  się,  jak  zaczął  się  pożar,  kto  go 
zgłosił,  jaki  sprzęt  uległ  zniszczeniu,  ile  lat  miał  budynek,  jaka  była 
jego  konstrukcja,  jakie  problemy  napotkali  strażacy  w  trakcie  akcji 
ratunkowej,  jakie  zastosowano  środki  ostrożności,  jaka  jest 
szacunkowa wartość strat i ile z tego pokryje ubezpieczenie. 

Bez  wątpienia  Pickax  potrzebowało  gazety.  Los  „Picayune”  był 

godny  pożałowania,  ale  trzeba  było  patrzeć  realnie.  „Picayune” 
stanowiła  relikt  z  epoki  koni  i  powozów.  Sentymentalizm  i 
krótkowzroczność  Seniora  Goodwintera  spowodowały  bankructwo 
jego  gazety.  Cóż,  kiedy  sensem  jego  życia,  jego  obsesją  –  jak 
powiadał Junior – było składanie czcionek... 

Sensem  życia?  Qwilleran  ożywił  się  nagle  i  przeczesał  wąsy 

palcami.  Jeżeli  gazeta  rzeczywiście  była  na  skraju  upadku,  to  czy 
wypadek  Seniora  Goodwintera  mógł  być  samobójstwem?  Stary 
drewniany most był idealnym miejscem na nieszczęśliwy „wypadek”. 
Wszyscy  wiedzieli,  że  jest  niebezpieczny.  Starszy  Goodwinter  był 
ostrożnym, niepijącym człowiekiem, a nie jednym z tych piątkowych 
pijaków czy gazujących młodzieniaszków, którzy zwykle padali ofiarą 
wypadków na moście. 

Qwilleran  poczuł  swędzenie  na  górnej  wardze  i  już  wiedział,  że 

jego  podejrzenie  w  jakiś  sposób  jest  uzasadnione.  Swędzenie, 

background image

Lilian Jackson Braun 

46 

mrowienie  lub  po  prostu  nieokreślony  niepokój  w  okolicach  wąsów 
podpowiadał  mu,  kiedy  znajduje  się  na  właściwym  tropie.  I  teraz 
właśnie wąsy dawały mu znak. 

Jeżeli  Senior  Goodwinter  miałby  targnąć  się  na  swoje  życie, 

zainscenizowany  wypadek  pozwoliłby  wykluczyć  samobójstwo  i 
zapewnić 

rezultacie 

możliwość 

zrealizowania 

polisy 

ubezpieczeniowej. Czyż Junior nie wspominał, że babka Gage od lat 
płaciła składki? 

„Wypadek”  umożliwiłby  wypłatę  podwójnego  albo  nawet 

potrójnego  odszkodowania  dla  wdowy,  chociaż  było  to  raczej 
ryzykowne  i  wiązałoby  się  ze  szczegółowym  dochodzeniem.  Firmy 
ubezpieczeniowe nie dają się tak łatwo oszukać. 

Możliwe,  że  Senior  Goodwinter  obawiał  się  czegoś  gorszego  niż 

utrata  gazety.  Przedsięwziął  ostateczne  środki,  żeby  utrzymać 
„Picayune”,  sprzedając  ziemię  i  obciążając  hipoteką  dom  oraz 
żebrząc  u  swojej  teściowej.  Czy  desperacja  doprowadziła  go  do 
czegoś  niezgodnego  z  prawem?  Czy  obawiał  się  zdemaskowania?  A 
co  z  mężczyzną  w  czarnym  płaszczu?  Co  ten  gość  robił  w  Pickax? 
Śmierć  Goodwintera  nastąpiła  zaledwie  parę  godzin  przed  tym,  jak 
nieznajomy  wysiadł  z  samolotu.  Czy  Senior  wiedział  o  jego 
przyjeździe? I dlaczego ten gość wciąż się tu kręcił? Czy ktoś jeszcze 
był w to zamieszany? 

A  teraz  biura  „Picayune”  zostały  zniszczone.  Podejrzany  termin 

wybrała sobie ta katastrofa. Czy w piwnicy budynku było jeszcze coś 
oprócz starych pras i archiwalnych egzemplarzy gazety? Może jakieś 
obciążające  kogoś  dowody,  które  należało  usunąć?  Kto  wiedział,  co 
tam było? I kto rzucił zapaloną zapałkę? 

Qwilleran  ocknął  się  z  zamyślenia  i  zgiął  nogę,  szykując  się  do 

spania. Dziwne myśli cisnęły mu się do głowy. Co pani Cobb wrzuciła 
do tego kakao? 

Z  dołu,  od  strony  saloniku  kotów,  dobiegł  stłumiony,  ale 

rozpoznawalny dźwięk: stuk! Za nim następny stuk i następne stuk, 
stuk, stuk, szybką serią. Był to odgłos książek spadających na pokrytą 
wykładziną podłogę. Koko zrzucał swoją prywatną kolekcję. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

47 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

W

W

A

A

R

R

T

T

Y

Y

 

 

 
Środa,  trzynasty  listopada.  „Nadal  zimno,  niebo  zachmurzone  i 

opady śniegu, tworzące warstwę grubości dziesięciu centymetrów”. 

– Zachmurzenie! – Qwilleran ryknął w stronę radia stojącego na 

biurku.  –  Czemu  nie  wyjrzysz  przez  okno?  Słońce  świeci,  jakby  był 
środek lata! 

Skierował  swoją  uwagę  z  powrotem  na  wtorkowy  egzemplarz 

„Daily  Fluxion”,  w  którym  materiał  o  „Pickax  Picayune” 
zamieszczono w dobrym miejscu. Nie napisano go całkowicie ściśle, 
ale  małe  miasta,  takie  jak  Pickax,  i  tak  były  zadowolone  z  powodu 
jakiejkolwiek uwagi poświęconej im ze strony wielkomiejskiej prasy. 
Później próbował czytać o katastrofach, terroryzmie, przestępstwach 
i  łapówkarstwie  na  Nizinach,  ale  jego  myśli  wciąż  dryfowały  wokół 
Moose County. 

Śnieg  albo  brak  śniegu.  Chciał  pojechać  na  wieś,  popatrzeć  na 

stary  drewniany  most,  odwiedzić  dom  Goodwinterów,  poznać 
wdowę.  Mógłby  wziąć  kwiaty,  złożyć  kondolencje  i  zadać  grzecznie 
kilka  pytań.  Kiedy  jeszcze  pracował,  takie  rozmowy  wychodziły  mu 
naprawdę  nieźle.  Smutne  oczy  i  zwisające  wąsy  nadawały  mu 
żałobny wygląd mogący uchodzić za wyraz najgłębszego współczucia. 

W książce telefonicznej okręgu znalazł adres Seniora Goodwintera 

przy Black Creek Lane w North Middle Hummock, nie znalazł jednak 
tego  miejsca  na  mapie  okręgu.  Sprawdził,  gdzie  jest  Middle 
Hummock  i  West  Middle  Hummock.  Znalazł  Mooseville,  Smiths 
Folly,  Squunk  Corners,  Chipmunk  i  Brrr,  które  nie  było  błędem 
drukarskim,  ale  najzimniejszym  miejscem  w  okręgu.  North  Middle 
Hummock jednak jakby wcale nie było. Udał się z tym pytaniem do 
pana O'Della, który znał wszystkie odpowiedzi. 

Pani  Fulgrove  i  pan  O'Dell  pomagali  w  rezydencji  K.  Kobieta  z 

wielkim  zaangażowaniem  szorowała  i  polerowała  przez  sześć  dni  w 
tygodniu; mężczyzna zajmował się cięższymi pracami. Pan O'Dell był 
przez czterdzieści lat szkolnym woźnym i tysiące uczniów przeszło u 
niego  okres  dojrzewania,  ponieważ  odpowiadał  na  ich  pytania, 
rozwiązywał ich problemy i pożyczał pieniądze na lunch. Woźny był 
w  Pickax  osobistością  powszechnie  szanowaną  i  jeżeli  tylko  pan 
O'Dell  zdecydowałby  się  kiedyś  kandydować  na  jakiś  urząd,  na 
przykład  burmistrza,  z  pewnością  zostałby  wybrany  przytłaczającą 

background image

Lilian Jackson Braun 

48 

większością głosów. Teraz, ze swoimi siwymi włosami, rumianą cerą 

łagodnym 

wyrazem 

twarzy, 

nadzorował 

posiadłość 

Klingenschoenów  tak  samo  wprawnie,  jak  uprzednio  sprawował 
nadzór nad edukacją młodzieży w Pickax. 

Qwilleran  znalazł  nadzorcę  zajętego  oliwieniem  zawiasów 

drzwiczek od szafki na narzędzia. 

–  Panie  O'Dell,  czy  wie  pan,  gdzie  dokładnie  znajduje  się  dom 

Seniora Goodwintera? Nie mogę znaleźć North Middle Hummock na 
mapie. 

Nadzorca odpowiedział melodyjnym głosem: 
– Myślę, że sam diabeł nie mógłby znaleźć tego na mapie, bo to od 

pięćdziesięciu  lat  jakby  wymarłe  miasto,  ale  pan  to  je  znajdzie,  bo 
powiem  panu,  jak  tam  dotrzeć.  Jedzie  się  na  wschód,  trzeba  minąć 
kopalnię  Buckshot,  gdzie  wiatr gwiżdże  w  górniczym  szybie,  jak  nie 
ma wiatru, i gdzie spod powierzchni będą dobiegać jęki. Kiedy dotrze 
pan do starego drewnianego mostu, trzeba się mieć na baczności, bo 
deski tam są chwiejne, jakby to były zęby samego diabła. Niech pan 
zwróci  uwagę  na  wysokie  wzgórze,  rośnie  tam  samotne  drzewo. 
Nazywają  je  drzewem  wisielców.  Dotrze  pan  potem  do  kościoła,  w 
którym czterdzieści pięć lat temu mnie i mojej młodej Irlandce ojciec 
Ryan udzielił ślubu. Niech Bóg czuwa nad jego duszą. A kiedy dotrze 
pan do kupy drewna, to właśnie będzie to, co zostało z North Middle 
Hummock. 

– Czuję, że to już blisko – powiedział Qwilleran. 
–  Blisko?  E  tam.  Jeszcze  kawałek  drogi,  dwie  mile,  nim  zobaczy 

pan farmę kapitana Fugtree, taką z białym ogrodzeniem. Po drugiej 
stronie łąki, na której pasą się owce, nie zwracaj pan uwagi na znak z 
napisem  „Fugtree  Sideroad”,  bo  tak  naprawdę  to  jest  właśnie  Black 
Creek Lane, a dom Goodwinterów stoi na jej końcu. Szary z żółtymi 
drzwiami. 

Kiedy  Qwilleran  wybierał  się  w  drogę  do  nieistniejącego  North 

Middle  Hummock  oraz  na  trasę  do  Black  Creek  Lane,  która  nosiła 
całkiem  inną  nazwę,  zastanawiał  się,  jakim  cudem  te  wszystkie 
informacje  mieszczą  się  w  głowach  tutejszych  mieszkańców  i  mogą 
być  błyskawicznie  odszukane.  Jeżeli  pan  O'Dell  potrafił  z  takimi 
szczegółami wyrecytować przebieg trasy, to Senior Goodwinter, który 
codziennie  jeździł  tą  krętą  drogą,  z  pewnością  znał  każdy  zakręt, 
każdy  wybój,  każde  miejsce,  w  którym  należało  uważać  na  żwir.  To 

background image

Kot, który znał Szekspira 

49 

nieprawdopodobne, żeby Senior rozbił samochód w wypadku. 

Qwilleran  nie  usłyszał  żadnego  gwizdu  ani  jęków  z  kopalni 

Buckshot,  natomiast  deski  starego  drewnianego  mostu  rzeczywiście 
były niebezpiecznie poluzowane. Choć balustrada zbudowana została 
z kamienia, jechało się po nieumocowanych deskach. Nazwa „drzewo 
wisielców”  pasowała  znakomicie  do  starego,  rosochatego  dębu 
odcinającego  się  groteskową  sylwetką  na  tle  nieba.  Reszta  też  się 
zgadzała: kościół, sterta drewna, biały płot i łąka z owcami. 

Wiejski dom, który znajdował się na końcu Black Creek Lane, był 

stary,  mocno  zrujnowany  i pokryty szarym  gontem.  Stał  w  ogrodzie 
pośród opadłych złotych i czerwonych liści klonu. Koło progu drzwi 
kwitły chryzantemy. 

Qwilleran  podniósł  miedzianą  kołatkę  w  kształcie  greckiej  litery 

„pi” i stuknął w żółte drzwi. Zaryzykował, wpadając bez zaproszenia, 
jak to na wsi bywa, a kiedy drzwi się otworzyły, został bez zdziwienia 
powitany przez młodą, miłą kobietę w westernowej koszuli. 

–  Jestem  Jim  Qwilleran  –  przedstawił  się.  –  Nie  mogłem 

uczestniczyć  w  pogrzebie,  ale  przyniosłem  kwiaty  dla  pani 
Goodwinter. 

– Ależ ja pana znam! – wykrzyknęła. – Widywałam pana zdjęcie 

w  „Daily  Fluxion”  przed  wyjazdem  do  Montany.  Proszę  wejść!  – 
Odwróciła się i krzyknęła w stronę schodów: – Mamo! Masz gościa! 

Kobieta, która zeszła po schodach, nie przypominała zrozpaczonej 

wdowy, nie miała oczu czerwonych od płaczu i nieprzespanych nocy. 
W  czerwonym  dresie  wyglądała  krzepko,  jej  oczy  lśniły,  a  policzki 
były różowe, jakby właśnie wracała z joggingu. 

– Pan Qwilleran! – wydała okrzyk z wyciągniętą ręką. – Jak miło, 

że pan wpadł! Wszyscy tu czytaliśmy pańskie artykuły we „Fluxion” i 
jesteśmy bardzo zadowoleni, że pan u nas zamieszkał. 

Przekazał jej kwiaty. 
– Wyrazy współczucia, pani Goodwinter. 
– Proszę mówić do mnie Gritty, tak jak wszyscy – powiedziała. – I 

dziękuję za okazaną życzliwość. Róże! Uwielbiam róże! Chodźmy do 
salonu. Reszta pokoi zamieniła się w magazyn... Pug, słonko, włóż te 
piękne kwiaty do wazonu, dobrze? Dziękuję, kochanie. 

Stuletni dom miał wiele małych pokoi, szerokie deski w podłodze i 

okna  sześć  na  sześć,  z  zachowanym  oryginalnym  falistym  szkłem  w 
co  poniektórych.  Niedobrane  meble  stanowiły  oczywiście  pamiątki 

background image

Lilian Jackson Braun 

50 

rodzinne,  ale  całe  wnętrze  było  urządzone  w  przemyślany  sposób: 
biało–niebieskie kafelki, biało–niebieskie cętki na zasłonach i biało–
niebieska  porcelana  na  ozdobnym  talerzu.  Wokół  ogromnego  pieca 
rozwieszono zabytkowy sprzęt kuchenny. 

Gritty oznajmiła: 
–  Mieliśmy  nadzieję,  że  wstąpi  pan  do  Country  Clubu,  panie 

Qwilleran. 

–  Nie  myślałem  ostatnio  o  wstępowaniu  do  czegokolwiek  – 

usprawiedliwił się – ponieważ koncentruję się na pisaniu książki. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  o  Pickax  –  powiedziała  wdowa  ze 

śmiechem.  –  Byłaby  zakazana  w  Bostonie...  Pug,  skarbie,  przynieś 
nam drinka, dobrze?... Czego się pan napije, panie Qwilleran? 

–  Ginger  ale  lub  wody  sodowej,  czegoś  takiego.  I  wszyscy 

nazywają mnie Qwill. 

– A co powiesz na colę z odrobiną rumu? – zerknęła ku niemu z 

ukosa. – Używaj życia, Qwill! 

– Dzięki, ale alkohol odstawiłem już kilka lat temu. 
–  Pięknie,  to  się  chwali!  Wyglądasz  bardzo  zdrowo.  –  Zmierzyła 

go  wzrokiem  od  stóp  do  głów.  –  Czy  jesteś  szczęśliwy  w  Moose 
County? 

–  Przyzwyczajam się;  świeże  powietrze, spokojny  tryb życia,  mili 

ludzie  –  odparł.  –  No  właśnie,  w  tym  smutnym  czasie  przyjaciele  i 
krewni z pewnością są dla ciebie pociechą... 

– E tam, krewni! – machnęła ręką. – Ale tak, to szczęście, że mam 

dobrych przyjaciół. 

Jej  córka  przyniosła  tacę  z  napojami  i  Qwilleran  podniósł  swoją 

szklankę: 

– Z nadzieją na przyszłość! 
– Dobrze powiedziane...! – stwierdziła pani domu, unosząc swoją 

szklaneczkę z podwójnym burbonem. – Zostaniesz na lunch, Qwill? 
Przygotowałam  szynkowo–szpinakową  tartę  z  resztek  z  pogrzebu. 
Pug,  skarbie,  sprawdź,  czy  już  jest  gotowa,  żeby  wyciągnąć  z 
piekarnika. Wsuń nóż do środka. 

Wizyta  nie  przebiegała  zgodnie  z  oczekiwaniem  Qwillerana. 

Musiał  szybko  zmienić  ton  z  kondolencyjnego  na  towarzyskie 
pogaduszki. 

– Masz piękny dom – zauważył. 
– Może i wygląda dobrze – powiedziała Gritty – ale  to wrzód na 

background image

Kot, który znał Szekspira 

51 

wiesz czym. Mam już dość opadających podłóg, skrzypiących drzwi, 
szamba,  które  wylewa,  i  schodów  o  zbyt  wąskich  stopniach.  Boże! 
Dawniej  ludzie  musieli  mieć  strasznie  małe  stopy.  I  małe  tyłki! 
Spójrz  na  te  windsorskie  krzesła!  Sprzedaję  dom  i  przenoszę  się  do 
apartamentu w dzielnicy Indian Village, wiesz, koło pola golfowego. 

Pug wtrąciła: 
– Mama jest mistrzem golfowym. Wygrywa wszystkie turnieje. 
–  A  co  zrobisz  ze  swoimi  zabytkowymi  meblami,  kiedy  się 

przeprowadzisz? – zapytał niewinnie Qwilleran. 

–  Sprzedaję  je  na  aukcji.  Lubisz  aukcje?  To  główna  rozrywka  w 

Moose  County,  jeśli  nie liczyć  wspólnego gotowania  i  mordobicia  w 
knajpach. 

–  Och,  mamo!  –  zaprotestowała  Pug  i  odwróciła  się  do 

Qwillerana. – Ten sekretarzyk należał do mojego pradziadka. To on 
założył „Picayune”. 

–  Wygląda  jak  trumna, a  nie  sekretarzyk  –  wtrąciła  jej  matka.  – 

Byłam  skazana  na  mieszkanie  ze  starociami  przez  całe  moje  życie. 
Nigdy ich nie lubiłam. Dziwne, co? 

Lunch  został  podany  przy  sosnowym  stole  w  kuchni,  a  tarta  na 

biało–niebieskich talerzach. Gritty odezwała się: 

–  Mam  nadzieję,  że  to  mój  ostatni  posiłek,  jaki  kiedykolwiek 

jadłam na niebieskiej porcelanie. Jedzenie wygląda na niej ohydnie, 
ale  cały  ten  serwis  przekazywany  był  w  rodzinie  mojego  męża  z 
pokolenia na pokolenie, setki części, które nie chciały się tłuc. 

–  Byłem  przerażony  –  powiedział  Qwilleran  –  kiedy  spaliły  się 

biura „Picayune”. Miałem nadzieję, że gazeta będzie nadal wychodzić 
pod kierownictwem Juniora. 

– Phi, „Picayune” – żachnęła się Gritty. – Już trzydzieści lat temu 

powinni zamknąć „Picayune”. 

– Ale to jest unikat, który wszedł do historii prasy. Junior mógłby 

opiekować  się  tym  zabytkiem,  nawet  jeżeli  gazetę  drukowano  by  na 
papierze przy wykorzystaniu nowoczesnych metod. 

– Nie – powiedziała. – Ten chłopak poślubi swoją karlicę i razem 

wyjadą  z  Pickax  na  Niziny  do  pracy.  Prawdopodobnie  w  trakcie 
wesela  –  dodała  ze  śmiechem.  –  Junior  jest  najsłabszy  z  całego 
rodzeństwa. 

–  Och,  mamo,  nie  mów  takich  rzeczy  –  zaoponowała  Pug  i 

zwróciła się do Qwillerana: – Mamy zawsze trzymają się takie żarty. 

background image

Lilian Jackson Braun 

52 

– To by ukryć, jak cierpi moje złamane serce – stwierdziła wdowa, 

beztrosko wzruszając ramionami. 

–  Co  się  teraz  stanie  z  budynkiem  „Picayune”?  Czy  cokolwiek 

udało się ocalić? 

–  Wszystko  przepadło  –  odpowiedziała  bez  widocznego  żalu.  – 

Budynek jest wypalony, ale kamienne ściany ocalały. Są dość grube. 
Mogłoby  być  z  tego  małe  centrum  handlowe  z  sześcioma  albo 
ośmioma  sklepami,  ale  musimy  zaczekać  i  zorientować  się,  ile 
dostaniemy z ubezpieczenia. 

Podczas  tej  wizyty  Qwilleranowi  po  głowie  chodziły  różne 

niepokojące myśli. Wszystko to działo się zbyt szybko; jakby zostało 
zaplanowane. Co do wdowy, to albo w ten nietypowy sposób stawia 
czoło żałobie... albo jest całkiem bez serca. Gritty... coś zgrzytało mu 
w tym imieniu, niczym piasek w tarcie ze szpinakiem. 

Po  powrocie  do  domu  zatelefonował  do  kliniki  dentystycznej 

doktora Zollera. Odebrała młoda recepcjonistka; Qwilleran pamiętał, 
że jej zęby wprost lśniły od lakieru. 

– Pamela? Tu Jim Qwilleran. Czy mogę zamówić wizytę dzisiaj po 

południu? Chodzi o czyszczenie zębów. 

– Chwileczkę. Znajdę pana kartę... Był pan u nas w lipcu, panie Q. 

Następna wizyta nie wcześniej niż w styczniu. 

– To pilne. Piłem ostatnio sporo herbaty. 
– Aha... No to w takim wypadku ma pan szczęście. U Jody właśnie 

ktoś zrezygnował. Czy może pan przyjść zaraz? 

– W trzy minuty i dwadzieścia sekund. – W Pickax nic od niczego 

nie było oddalone o więcej niż pięć minut drogi. 

Klinika  zajmowała  odnowioną  z  przepychem  kamienną  stajnię, 

która  w  czasach  zaprzęgów  konnych  służyła  gościom  starego  hotelu 
„Pickax”.  Jody  przywitała  Qwillerana  radośnie;  w  długim  białym 
fartuchu sprawiała wrażenie jeszcze drobniejszej. 

–  Próbowałam  się  do  ciebie  dodzwonić  –  oznajmiła.  –  Juney 

prosił  o  przekazanie  wiadomości:  leci  na  Niziny,  żeby  spotkać  się  z 
redaktorem, który obiecał mu pracę. Wyjechał w południe. 

– No, to koniec starej „Picayune” – westchnął Qwilleran. 
–  Zapnij  pasy,  czeka  cię  przejażdżka.  –  Ustawiła  fotel 

dentystyczny na najniższym poziomie. – Czy głowa leży wygodnie? 

– Jak długo Junior został na miejscu akcji ratowniczej? 
–  Wrócił  rano  o  wpół  do  szóstej  i  był  skonany!  Musieli  zostać, 

background image

Kot, który znał Szekspira 

53 

żeby szukać żaru, wiadomo... Teraz otwórz szeroko buzię. 

–  Czy  coś  ocalało?  –  spytał  szybko,  nim  zastosował  się  do  jej 

polecenia. 

–  Nie  sądzę.  Gazety,  które  się  nie  spaliły,  są  kompletnie 

przemoknięte.  Jak  tylko  ugasili  pożar,  pozwolili  Juneyowi  wejść  do 
środka  z  butlą  tlenu,  żeby  sprawdził,  czy  nie  ma  tam  gdzieś 
ognioodpornej  kasetki,  która  należała  do  jego  ojca.  Ale  dym  był 
bardzo gęsty. Nic nie było widać. Ojej! Czy cię ukłułam? 

–  Mmmmmm!  –  poinformował  ją  Qwilleran  z  ustami  pełnymi 

dentystycznych narzędzi. 

Drobne  palce  Jody  były  delikatne,  ale  po  nieprzespanej  nocy 

jednak trzęsły jej się ręce. 

–  Juney  mówi,  że  nie  wiedzą,  co  spowodowało  ogień.  Podczas 

zdjęć  nie  pozwalał  nikomu  palić...  Zresztą  czy  żar  od  papierosa 
mógłby wywołać taki pożar? 

– Mnnnmmmmgh – zauważył Qwilleran. 
– Biedny Juney! Był zdruzgotany, absolutnie zdruzgotany! Nie ma 

dość siły, żeby być sikawkowym, a jednak komendant dał mu wąż do 
trzymania.  Pomagało mu  trzech  mężczyzn zamiast  dwóch.  Chodziło 
o to, żeby Juney nie czuł się taki bezradny... Teraz można przepłukać. 

– Budynek był dobrze ubezpieczony? 
–  Odrobinę  szerzej,  poproszę.  Tak  jest!...  Jest  jakaś  polisa,  ale 

większość  z  tych  rzeczy  była  bezcenna,  stara  i  nie  do  zastąpienia... 
Teraz przepłukać. 

–  Szkoda,  że  te  stare  materiały  nie  były  zachowane  na 

mikrofilmach  albo  w  jakikolwiek  inny  sposób.  Tak  na  wszelki 
wypadek. 

– Juney powiedział, że to by kosztowało za dużo pieniędzy. 
– Kto zgłosił pożar? – spytał, korzystając z chwili między dwoma 

płukaniami. 

– Jakieś dzieciaki włóczące się po Main Street. Zobaczyły dym, a 

kiedy  wozy  strażackie  dotarły  na  miejsce,  cały  budynek  był  już  w 
płomieniach... Boli? 

– Mmmgh, mmmhhh! – brzmiała odpowiedź. Jody westchnęła. 
–  Domyślam  się,  że  Juney  weźmie  tę  pracę  we  „Fluxion”,  a  jego 

matka  wszystko  sprzeda.  –  Zdecydowanym  ruchem  zdjęła  mu 
śliniaczek. – Proszę bardzo! Czy czyścisz szpary między zębami nicią 
dentystyczną po każdym posiłku, jak zalecał doktor Zoller? 

background image

Lilian Jackson Braun 

54 

– Przekaż doktorowi Zollerowi – poprosił Qwilleran – że nie tylko 

czyszczę  po  posiłkach,  ale  nawet  między  daniami.  W  restauracjach 
znany jestem jako „ten świr z nitką”. 

Z kliniki dentystycznej udał się do sklepu „Scottie's Men's Shop”. 

Matka Qwillerana wywodziła się z klanu Mackintoshów, więc zawsze 
miał  niejaką  słabość  do  Szkotów,  a  w  dodatku  właściciel  sklepu, 
Scottie, miewał szkocki akcent, o ile trafił na klienta, który potrafił to 
docenić. 

Przez  całe  swoje  zawodowe  życie  Qwilleran  nie  przywiązywał 

zbytnio  wagi  do  ubrań.  Wystarczył  mu  bury  uniform  złożony  z 
płaszcza, spodni oraz koszuli i krawata. Mimo wszystko w stylu życia 
na północy kraju było coś takiego, co wywołało jego zainteresowanie 
koszulami  w  szkocką  kratę,  irlandzkimi  swetrami,  skórzanymi 
płaszczami, policyjnymi kapeluszami, wielkimi butami i spodniami z 
koźlej  skóry.  I  im  więcej  Scottie  podkreślał  swoje  „r”,  tym  więcej 
Qwilleran kupował. 

Wchodząc do sklepu, Qwilleran spytał: 
– Co się stało z tą masą śniegu, która miała dzisiaj spaść? 
– Wszystko to bzdurry – odparł Scottie, potrząsając swoją kudłatą 

głową  z  siwymi  włosami.  –  Nie  wierzę  w  ani  jedno  słowo,  którre 
mówią  w  rradiu.  Prrawdziwsze  informacje  przekazuje  włochata 
dżdżownica, zwijając się w kłębek przed deszczem. 

– Wyglądasz, jakbyś nie spał zeszłej nocy. 
– Ach tak, to była zła noc, barrdzo zła – odpowiedział komendant 

ochotniczej straży pożarnej. – Nie wrróciłem do domu przed szóstą. 
Chipmunk i Kennebeck wysłały załogi do pomocy. Nie dałoby rrady 
bez nich i bez naszych kobiet, Boże, pobłogosław je. Rrobiły kanapki 
i kawę przez całą noc. 

– Jak zniósł to Junior? 
– Ciężko było chłopakowi. Wiele rrazy byłem w redakcji gazety, by 

spędzić  trrochę  czasu  z  jego  starruszkiem.  To  była  prawdziwa 
pułapka! Tony papierru! I starre drrewniane przepierzenia, suche jak 
wiórr,  i  starra  drrewniana  podłoga!  –  Scottie  znowu  potrząsnął 
głową. 

– Czy masz jakiś pomysł, jak pożar mógł się zacząć? 
–  Nie  za  bardzo.  Rrobili  tam  wcześniej  zdjęcia,  może  ktoś 

nieostrożnie  wyrzucił  tlącego  się  jeszcze  papierrosa.  Do  czyszczenia 
starrych  prras  używali  łatwopalnego  rrozpuszczalnika,  a  kiedy  już 

background image

Kot, który znał Szekspira 

55 

padnie na niego iskra, pali się jak szalony. 

– Podejrzewasz, że to było podpalenie? 
–  Nic  na  to  nie  wskazuje.  Według  mnie  nie  ma  powodu 

sprrowadzać tu szerryfa. 

–  W  każdym  razie,  Scottie,  przynajmniej  ocaliłeś  budynek  loży  i 

pocztę. 

– Tak, w rzeczy samej, niewiele brakowało. 
W  drodze  powrotnej  do  domu  Qwilleran  zatrzymał  się  przy 

bibliotece publicznej, by zajrzeć do czytelni. Nie było tam mężczyzny, 
który  podawał  się  za  historyka,  a  bibliotekarki  nie  widziały  go  od 
wtorku rano. Nie było też Polly Duncan. Powiedziano mu, że wyszła 
na cały dzień. 

Wieczorem  na  kolację  pani  Cobb  podała  boeuf  Strogonow  i 

kluseczki  z  makiem,  a  po  dokładce  i  kawałku  dyniowego  ciasta 
Qwilleran wziął kilka zamiejscowych gazet i dwa nowe magazyny do 
biblioteki. Opuścił zasłony i włożył zapaloną zapałkę do perfekcyjnie 
ułożonej przez pana O'Della kompozycji ze stosu drewna, podpałki i 
zwojów  papieru.  Następnie  rozłożył  się  na  swoim  ulubionym, 
wygodnym fotelu z nogami na pufie. 

Natychmiast  pojawiły  się  syjamczyki.  Wiedziały,  że  zapalono 

ogień  w  kominku,  zanim  zapach drewna  rozszedł  się  wokół  i  zanim 
usłyszały  trzask  podpałki.  Po  chwilach  rozkoszowania  się  ciepłem 
płomienia  Koko  zaczął  węszyć  w  książkach,  a  Yum  Yum  wskoczyła 
Qwilleranowi na kolana, obracając się trzy razy, nim się ułożyła. 

Kotka  darzyła  go  wielkim  uczuciem,  była  zaborcza  i  zazdrosna  o 

jego  kolana.  Wpatrywała  się  w  niego  pełnym  zachwytu  wzrokiem, 
mruczała, kiedy spojrzał w jej stronę, i nic nie sprawiało jej większej 
rozkoszy niż dotykanie jego wąsów aksamitną łapką. On też nazywał 
ją  swoją  małą  ukochaną,  ale  jej  uporczywe  dążenie  do  kontaktu 
trochę  go  niepokoiło.  Wspomniał  o  tym  Lori  Bambie,  młodej 
kobiecie, która o kotach wiedziała wszystko. 

–  Koty  lubią  przeciwną  płeć  –  wyjaśniła  Lori  –  i  wiedzą,  która 

jest, która. Trudno to wytłumaczyć. 

Yum  Yum  drzemała  na  jego  kolanach,  sprawiając  wrażenie 

spełnionej,  kiedy  Qwilleran  usłyszał  pierwszy  stuk.  Nie  było  sensu 
gniewać  się  na  Koko.  Wpadało  mu  to  jednym  uchem,  a  wypadało 
drugim.  Kiedy  wcześniej  otrzymał  burę,  to  tylko  go  rozjątrzyło; 
znalazł swoją własną, pomysłową metodę wzięcia odwetu. Qwilleran 

background image

Lilian Jackson Braun 

56 

nauczył  się,  że  przy  każdym  nieporozumieniu  syjamczyki  zawsze 
mają ostatnie słowo. 

Westchnął  tylko,  przenosząc  śpiące  futerko  z  kolan  na  puf,  i 

poszedł  sprawdzić,  jaka  szkoda  została  uczyniona.  Zgodnie  z  jego 
oczekiwaniami  był  to  znowu  Szekspir.  Pani  Fulgrove  właśnie 
oczyściła oprawy ze świńskiej skóry, w celu ich konserwacji, miksturą 
z  lanoliny  i  oleju  zwierzęcego,  a  oba  te  produkty  były  pochodzenia 
zwierzęcego.  Jakkolwiek  by  wyjaśniać  wyjątkowe  zainteresowanie  u 
Koko  książkami,  dwie  z  nich  były  na  podłodze  i  były  to  ulubione 
dramaty Qwillerana: Makbet i Juliusz Cezar

Przekartkował drugi utwór, znajdując fragment, który szczególnie 

mu  się  podobał:  scenę  spotkania  w  ciemności,  kiedy  to  spiskowcy 
knują,  by  zamordować  Cezara,  ukrywając  twarze  w  pelerynach. 
„Zanurzmy  ręce  aż  po  łokcie  w  krwi  Cezara,  ostrza  mieczy  w  niej 
umoczmy”. 

Spisek  –  zastanawiał  się  Qwilleran  –  był  ulubionym  środkiem 

wyrazu Szekspira, służącym mu do zawiązania konfliktu, dodającym 
napięcia  i  zawłaszczającym  uczucia  widowni.  W  Makbecie  spisek 
dotyczył  morderstwa  starego  króla.  „Lecz  któż  by  pomyślał,  że  tyle 
krwi jest w tym starcu?” 

Mrowienie  na  górnej  wardze  zaalarmowało  Qwillerana.  Czy 

podwójna  tragedia  „Picayune”  była  wynikiem  spisku?  Nie  miał 
żadnych wskazówek, tylko to wrażenie pod wąsami. Nie miał tropu i 
żadnego pomysłu na logiczne dochodzenie. 

Lata  temu  jako  utytułowany  dziennikarz  kryminalny  zbudował 

sieć anonimowych informatorów. W Moose County nie miał żadnych 
źródeł.  Mimo  że  mieszkańcy  notorycznie  plotkowali,  unikali 
plotkowania  z  przyjezdnymi,  a  Qwilleran,  nawet  po  osiemnastu 
miesiącach życia wśród nich, wciąż był przyjezdnym. 

Spojrzał  na  kalendarz.  Była  środa,  trzynasty  listopada.  Jutro 

wieczorem  pod  swoim  dachem  będzie  miał  siedemdziesięciu  pięciu 
wykwalifikowanych  plotkarzy  –  samą  śmietankę  towarzyską 
popijających herbatkę i udzielających się podczas przyjęć bywalców. 

–  Dobra,  stary  detektywie  –  powiedział  do  Koko.  –  Jutro 

wieczorem poszukamy naszych informatorów. 

 
 
 

background image

Kot, który znał Szekspira 

57 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Czwartek, 

czternasty 

listopada. 

Pogoda 

sprzyjała 

najważniejszemu  wydarzeniu  towarzyskiemu  w  tym  sezonie:  nie  za 
zimno,  niezbyt  wietrznie,  niezbyt  mokro.  Tego  dnia  wieczorem 
siedemdziesięciu  pięciu  członków  Towarzystwa  Historycznego  i 
Klubu  Złotej  Jesieni  miało  po  raz  pierwszy  obejrzeć  rezydencję 
Klingenschoenów,  po  czym  miała  nastąpić  oficjalna  zmiana  nazwy 
rezydencji na Muzeum Klingenschoenów. 

Odkąd  Qwilleran  odziedziczył  pretensjonalny  gmach,  od  razu 

stwierdził, że to absurd, by taką rezydencję zajmował jeden kawaler i 
dwójka  kotów.  Zaproponował,  w  porozumieniu  z  Towarzystwem 
Historycznym, otwarcie rezydencji dla zwiedzających, w charakterze 
muzeum,  przez  dwa  albo  trzy  popołudnia  w  tygodniu.  Kiedy 
burmistrz ogłosił tę wiadomość na spotkaniu w urzędzie, mieszkańcy 
Pickax  bardzo  się  ucieszyli,  a  zaproszeni  na  wernisaż  goście  poczuli 
się szczególnie wyróżnieni. 

Qwilleran rozpoczął dzień jak zwykle w mieszkaniu nad garażem. 

Nastawił  prognozę  pogody,  wypił  filiżankę  rozpuszczalnej  kawy, 
ubrał się i udał do saloniku kotów w korytarzu. 

– Pociąg linii specjalnych odjeżdża z peronu czwartego – ogłosił, 

otwierając wiklinowy koszyk. 

Syjamczyki siedziały na parapecie z nosami w oknie, rozkoszując 

się migotaniem listopadowego słońca, ignorując zaproszenie. 

– Śniadanie zostanie teraz podane w wagonie restauracyjnym. 
Nie  zareagowały,  nawet  nie  drgnęły  im  wąsy.  Zniecierpliwiony 

Qwilleran  wziął  po  jednym  kocie  w  każdą  rękę  i  umieścił  je 
bezceremonialnie w koszyku. 

– Jeżeli zachowujesz się jak koty, będziesz traktowany po kociemu 

–  wyjaśnił,  próbując  przemówić  im  do  rozsądku.  –  Zachowujcie  się 
jak  uprzejme,  przyjacielskie,  inteligentne  stworzenia,  a  będziecie 
traktowane tak samo. 

Odgłosy  szamotania  i  przepychania  dobiegały  z  wnętrza  kosza, 

kiedy niósł go przez podwórze do głównego budynku domu. 

To  był  pomysł  pani  Cobb,  żeby  syjamczyki  spędzały  dni  pośród 

orientalnych  dywanów,  francuskich  gobelinów  i  rzadkich  starych 
książek w rezydencji. 

–  Kiedy  ktoś  ma  wartościowe  antyki  –  wyjaśniała  –  należy 

background image

Lilian Jackson Braun 

58 

obawiać  się  czterech  rzeczy:  złodziei,  pożaru,  suchych  upałów  i 
myszy. 

By  rozproszyć  jej obawy,  Qwilleran  zainstalował czujniki  wilgoci, 

alarm  antywłamaniowy,  wykrywacze  dymu  oraz  bezpośrednie 
połączenie  z  policją  i  ze  strażą  pożarną.  Z  pozostałymi 
niebezpieczeństwami miały poradzić sobie Koko i Yum Yum. 

Kiedy  Qwilleran  wszedł  przez  tylne  drzwi  z  wiklinowym 

koszykiem, gospodyni zawołała z kuchni: 

– Czy zjadłby pan omlet z grzybami, panie Q? 
– Brzmi nieźle. Nakarmię koty. Co jest w lodówce? 
–  Wątróbki  drobiowe  saute.  Koko  pewnie  wolałby,  żeby  je 

podgrzać  z  wczorajszym  boeuf  Strogonow.  Yum  Yum  nie  będzie 
wybrzydzać. 

Kiedy  skończył  swoje  śniadanie  –  omlet  z  trzech  jajek  oraz  dwie 

angielskie bułeczki z masłem i dżemem z dzikich jagód – powiedział: 

–  Przepyszne!  Najlepszy  grzybowy  omlet,  jaki  kiedykolwiek 

jadłem. 

– Mój drogi! – gospodyni zakryła twarz rękoma z zawstydzeniem. 

– Czy zapomniałam o nadzieniu? Taka jestem podekscytowana przed 
dzisiejszym wieczorem, że nie wiem, co robię. A pan, panie Q? 

– Odczuwam drobne zniecierpliwienie – odparł. 
–  Och,  panie  Q,  chyba  pan  żartuje!  Pracował  pan  nad  tym  od 

roku! 

Miała  rację.  W  celu  przygotowania  rezydencji  do  publicznego 

użytku na strychu położono panele podłogowe, tworząc w ten sposób 
miejsce  zebrań.  Za  powozownią  urządzono  wybrukowany  parking. 
Inżynierowie 

Nizin 

zainstalowali 

windę. 

Dobudowano 

przeciwpożarowe  schody  ewakuacyjne  na  tyłach  domu.  Pomyślano 
też  o  udogodnieniach  dla  osób  niepełnosprawnych:  przy  tylnym 
wejściu powstała rampa, a przyciski w windzie umieszczono tak, żeby 
mogły  z  nich  korzystać  osoby  poruszające  się  na  wózku; 
zainstalowano  też  specjalnie  przystosowaną  dodatkową  łazienkę  na 
parterze. 

–  Jaka  jest  kolejność  wydarzeń  dziś  wieczorem?  –  Qwilleran 

spytał pani Cobb. Zasiadała w komitecie Towarzystwa Historycznego 
w trakcie ustaleń. 

–  Członkowie  zaczną  przybywać  o  dziewiętnastej,  by  najpierw 

obejść  muzeum  z  przewodnikiem.  Pani  Exbridge  przeszkoliła  na  tę 

background image

Kot, który znał Szekspira 

59 

okazję osiemnastu przewodników. 

–  A  kto  przeszkolił  panią  Exbridge?  Niech  pani  nie  będzie  taka 

skromna,  pani  Cobb.  Ja  wiem  i  pani  wie,  że  bez  pani  całe  to 
przedsięwzięcie nie byłoby możliwe. 

– Och, dziękuję, panie Q – powiedziała, rumieniąc się wstydliwie 

– ale nie można mi zbyt wiele przypisywać. Pani Exbridge wie bardzo 
dużo o antykach. Zamierza otworzyć własny sklep z antykami, teraz, 
kiedy jej rozwód jest już na ukończeniu. 

–  Żona  Dona  Exbridge'a?  Nie  wiedziałem,  że  mieli  problemy. 

Przykro  to  słyszeć.  –  Qwilleran  zawsze  współczuł  rozwodzącym  się 
parom, bo sam przeszedł przez to bolesne doświadczenie. 

–  Tak,  jaka  szkoda  –  westchnęła  pani  Cobb.  –  Nie  wiem,  o  co 

poszło.  Susan  Exbridge  nie  rozmawia  o  tym.  Jest  przemiłą  kobietą. 
Jego nigdy nie poznałam. 

–  Za  to  ja  wpadłem  na  niego  kilka  razy.  Przyjemny  gość,  z 

uśmiechem i przyjacielskim uściskiem dłoni dla każdego. 

–  No  cóż,  jest  deweloperem,  a  ja  nie  mam  o  nich  najlepszego 

zdania.  Na  Nizinach  wciąż  użeraliśmy  się  z  deweloperami  i 
biurokracją.  Chcieli  zburzyć  dwadzieścia  sklepów  z  antykami  i 
zabytkowe domy. 

– To co będzie po zwiedzaniu muzeum? 
–  Pójdziemy  na  górę  do  sali  spotkań  i  wtedy  pan  wygłosi  swoją 

przemowę. 

– Tylko nie przemowę, proszę. Powiem zaledwie kilka słów. 
–  Później  nastąpi  krótkie  spotkanie  organizacyjne  i  drobny 

poczęstunek. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  upiekła  pani  siedemdziesięciu  pięciu 

tuzinów  ciastek  dla  tych  bezwstydnych  wygłodnialców  –  powiedział 
Qwilleran.  –  Podejrzewam,  że  większość  z  nich  uczestniczy  w 
spotkaniach  z  powodu  pani  cytrynowo––kokosowych  batonów.  Czy 
pani towarzysz również nas zaszczyci? 

–  Herb?  Nie,  musi  jutro  wstać  bardzo  wcześnie  rano.  Wie  pan, 

właśnie  zaczął  się  sezon  łowiecki  na  jelenie.  A  co  z  kotami?  Czy  też 
będą uczestniczyć w wernisażu? 

– Dlaczego nie? Yum Yum spędzi cały wieczór na górze lodówki, 

ale Koko lubi paradować i pokazywać się. 

Zadzwonił telefon i Koko skoczył na stół w kuchni, jakby wiedział, 

że to telefon od Lori Bamby z Mooseville. 

background image

Lilian Jackson Braun 

60 

Lori pracowała u Qwillerana jako sekretarka na niepełnym etacie. 

Była  to  młoda  kobieta  z  długimi,  złotymi  warkoczami,  które 
zawiązywała niebieskimi wstążkami, przyciągającymi syjamczyki jak 
magnes. 

–  Cześć,  Qwill!  –  powiedziała.  –  Mam  nadzieję,  że  nie 

przeszkadzam w niczym ważnym. Czy to dziś ten wielki dzień? 

– Tak. Dzisiaj wielkie otwarcie. Jakie wieści z Mooseville? 
–  Nick  właśnie  telefonował  z  pracy  i poradził,  żebym  zadzwoniła 

do ciebie. Ktoś urządził sobie kemping na terenie twojej posiadłości 
nad  jeziorem.  W  drodze  do  pracy  zauważył  zaparkowany  tam 
pomiędzy  drzewami  samochód  z  przyczepą.  Zastanawiał  się,  czy  za 
twoim pozwoleniem? 

– Nic mi o tym nie wiadomo. Z drugiej strony, nie ma w tym nic 

złego.  Tam  jest  mnóstwo  miejsca,  z  którego  nikt  nie  korzysta.  – 
Qwilleran odziedziczył posiadłość nad jeziorem razem z rezydencją w 
Pickax: osiemdziesiąt akrów lasu nad samą wodą i chatę z bali. 

– To nie jest najlepszy pomysł – zaoponowała Lori. – Tacy turyści 

na dziko mogą zostawić mnóstwo śmieci, zniszczyć drzewa, wzniecić 
pożar lasu... 

– Już dobrze. Przekonałaś mnie. 
– Nick twierdzi, że powinieneś wezwać szeryfa. 
–  Zrobię  to.  Dziękuję  za  wiadomość.  Jak  tam  w  Mooseville?  Jak 

dziecko? 

– W końcu wypowiedział swoje pierwsze słowo. Powiedział moose 

bardzo  wyraźnie,  więc  myślimy,  że  wyrośnie  na  prezesa  izby 
handlowej... Czyżbym słyszała w tle Koko? 

– Chce zamienić z tobą kilka słów. 
Qwilleran  trzymał  słuchawkę  przy  uchu  Koko,  które  trzepotało  i 

obracało  się  w  podekscytowaniu.  Potem  nastąpiła  seria  miauknięć, 
prychnięć i mruków w różnych odmianach i z różną intensywnością. 

Kiedy  rozmowa  się  skończyła,  Qwilleran  odezwał  się  do 

gospodyni: 

–  Język  angielski  ma  sześćset  tysięcy  słów.  Koko  używa  tylko 

dwóch,  ale  z  jego  „miau”  i  „ik”  wychodzi  tyle  muzyki  i  znaczenia, 
więcej,  niż  niejeden  nasz  uczony  przyjaciel  wyciągnąłby  z  całego 
słownika. 

–  Tak,  Lori  rzeczywiście  zna  się  na  kotach  –  powiedziała  pani 

Cobb z odrobiną zazdrości. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

61 

–  Jeżeli  Lori  żyłaby  trzysta  lat  temu  w  Salem,  spalono  by  ją  na 

stosie. 

Gospodyni posmutniała. 
– Myślę, że Koko mnie nie lubi. 
– Dlaczego tak pani uważa, pani Cobb? 
– Nigdy do mnie nie mówi, ani nie mruczy, ani się nie łasi. 
–  Syjamczyki  –  zaczął  Qwilleran,  odchrząkując  i  dobierając 

dokładnie  słowa  –  są  mniej  otwarte  niż  inne  rasy,  a  Koko  w 
szczególności nie jest kotem, który lubi siedzieć na kolanach, mimo 
tego jestem pewien, że panią lubi. 

–  Yum  Yum  ociera  się  o  moje  kostki,  kiedy  gotuję,  i  czasem 

wskakuje mi na kolana. Jest bardzo słodkim kotkiem. 

–  Koko  jest  mniej  emocjonalny,  a  bardziej  intelektualny  – 

wyjaśnił Qwilleran. – Ma swoje cechy i osobowość, a my musimy go 
rozumieć i akceptować takiego, jaki jest. Nie będzie się kręcił wokół 
pani, ale szanuje panią i na pewno docenia pani wspaniałą kuchnię. 

Wyplątał  się  z  tej  niezręcznej  rozmowy  z  poczuciem  ulgi.  Koko 

zdołał zniechęcić do siebie i Qwillerana już niejedną kobietę, tak więc 
impas  w  kontaktach  pomiędzy  kotem  obdarzonym  nadmiarem 
charakteru  i  znakomitą  gospodynią  powinien  zostać  zażegnany  jak 
najprędzej. 

Z biblioteki zatelefonował do biura szeryfa i w ciągu pół godziny w 

tylnych drzwiach zjawił się brązowy mundur. 

–  Wydział  szeryfa,  proszę  pana  –  powiedział  zastępca  szeryfa.  – 

Otrzymałem  zgłoszenie  przez  radio  w  sprawie  pana  posiadłości  na 
wschód od Mooseville. Nie ma żadnych samochodów turystycznych, 
ale  znaleziono  świeże  ślady  ciężarówki  i  kilka  pustych  paczek  po 
papierosach.  Zakopał  pety,  więc  miał jakieś pojęcie  o  kempingu. To 
były  kanadyjskie  papierosy.  Mamy  tu  wielu  turystów  z  Kanady. 
Żadnych śladów kłusownictwa w lesie, włamania czy wandalizmu w 
pana chacie. Jutro zaczyna się sezon łowiecki, proszę pana, więc jeśli 
nie życzy pan sobie intruzów z bronią w ręku, powinien pan postawić 
słupki. 

Dzień dłużył się. Pogoda się utrzymywała. Podniecenie narastało. 

Pani  Cobb  posłodziła  zupę  i  posoliła  sos  jabłkowy.  Dwa  razy 
nadepnięto na ogon Koko. 

O godzinie dziewiętnastej zapalono wszystkie lampy w rezydencji. 

Osiemdziesiąt  wysokich,  wąskich  okien  błyszczało  światłem  w 

background image

Lilian Jackson Braun 

62 

zimową  noc,  tworząc  widok,  którego  Pickax  jeszcze  nigdy  nie 
widziało, a na Park Circle zaczął zbierać się tłum gapiów. 

Przybyli  goście  zostali  powitani  przez  Qwillerana  i  kierownictwo 

Towarzystwa Historycznego. Potem przechodzili z pokoju do pokoju, 
zachwycając  się  bogactwem  i  pałacowymi  rozmiarami  wnętrz.  W 
salonie  pyszniącym  się  dwoma  bliźniaczymi  kominkami  i  dwoma 
żyrandolami  na  szkarłatnych,  adamaszkowych  ścianach  wisiały 
niezwykle  cenne  obrazy  olejne.  Jadalnia,  zaprojektowana  dla 
szesnastu osób, została wyłożona panelami wyrzeźbionymi z orzecha 
włoskiego,  które  zostały  sprowadzone  z  Anglii  w  dziewiętnastym 
stuleciu. Zwiedzający byli tak zachwyceni muzeum, że Koko pozostał 
niezauważony,  mimo  to  kroczył  dumnie  pośród  nich  i  przybierał 
posągowe pozy na rzeźbionym słupku od poręczy czy na zabytkowym 
palisandrowym fortepianie. 

O  godzinie  dwudziestej  zwołano  spotkanie  na  drugim  piętrze  w 

sali  zgromadzeń,  Nigel  Fitch,  który  był  zarządcą  majątku  w  banku, 
stuknął  młotkiem  aukcyjnym  i  poprosił  wszystkich  o  powstanie  i 
chwilę  ciszy  dla  uczczenia  pamięci  zmarłego  Seniora  Goodwintera. 
Potem  zaczęły  się  podziękowania.  Najpierw  prezes  Towarzystwa 
podziękował 

meteorologom 

za 

opóźnienie 

opadu 

śniegu. 

Podziękował  też  Qwilleranowi  za  użyczenie  rezydencji  na  cele 
muzeum. 

Qwilleran  powstał  i  podziękował  członkom  Towarzystwa  za  ich 

zachętę  i  wsparcie.  Podziękował  przedsiębiorstwu  XYZ  za 
dofinansowanie  pracy  przy  projektach  architektonicznych,  firmie 
CPA  za  skomputeryzowanie  katalogu  muzeum.  Oddzielnie 
podziękował  pani  Cobb  za  założenie  muzeum  na  profesjonalnym 
poziomie.  Później  ona  podziękowała  czterem  komitetom,  które 
pracowały nad otwarciem. Prezes cały czas spoglądał wyczekująco w 
stronę windy. 

Podczas  omawiania  spraw  starych  i  nowych  Polly  Duncan, 

reprezentująca  bibliotekę  publiczną,  zaproponowała  nowy  projekt, 
polegający na stworzeniu historii mówionej Pickax, innymi słowy, by 
zachować na wideo wspomnienia wiekowych mieszkańców okręgu. 

–  Osobą  odpowiedzialną  za  projekt  powinien  być  ktoś  z 

umiejętnością prowadzenia wywiadów – wyszczególniła, spoglądając 
na Qwillerana. 

Odpowiedział, że mógłby spróbować. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

63 

Nigel  Fitch,  który  zwykle  energicznie  prowadził  spotkania,  tego 

dnia najwyraźniej zwlekał. 

–  Oczekujemy  burmistrza  –  wyjaśnił  –  którego  coś  musiało 

zatrzymać w ratuszu. 

Kiedy  tylko  Fitch  zerkał  w  stronę  windy,  wszystkie  głowy  po 

stronie  publiczności  odwracały  się  z  nadzieją  w  tę  samą  stronę.  W 
pewnym  momencie  dobiegły  odgłosy  ruszającej  windy  i  w 
wypełnionej sali zapadła cisza. Drzwi się otworzyły i wyszedł jeden z 
członków  Klubu  Złotej  Jesieni,  wysoki  i  chudy,  elegancko  ubrany. 
Pozdrowił  serdecznie  prezesa  Towarzystwa  i  poszedł  w  stronę 
wolnego miejsca krokiem jakby robota. 

–  To  pan  Tibbitt  –  wyszeptała  kobieta  obok  Qwillerana.  – 

Dyrektor  szkoły  na  emeryturze.  Ma  dziewięćdziesiąt  trzy  lata. 
Poczciwy staruszek. 

–  Panie  prezesie  –  odezwała  się  Susan  Exbridge.  –  Chciałabym 

przedstawić 

propozycję. 

Dwudziestego 

czwartego 

listopada 

Towarzystwo  Śpiewacze  zaprezentuje  utwór  Mesjasz  Haendla  w 
kościele  Old  Stone,  tak  jak  był  on  wykonywany  w  osiemnastym 
wieku, ze śpiewakami w strojach z epoki. Planowaliśmy po koncercie 
wydać  przyjęcie  dla  wykonawców,  a  muzeum  byłoby  wymarzonym 
miejscem  na  tę  okazję,  jeżeli  pan  Qwilleran  nie  będzie  miał  nic 
przeciwko. 

–  Z  mojej  strony  nie  widzę  przeszkód  –  powiedział  Qwilleran  – 

jeśli  ktoś  zagwarantuje,  że  nie  będę  musiał  włożyć  atłasowych 
spodenek do kolan. 

Burmistrz  wciąż  nie  nadjeżdżał.  Fitch,  spoglądając  często  na 

zegarek,  rozpoczął  dyskusję  na  temat  podwyżki  składek,  rekrutacji 
nowych członków i rozpoczęcia wysyłki biuletynu Towarzystwa. 

W  końcu  odezwała  się  charakterystycznym  szumem  winda  i 

rozległ  się  odgłos  towarzyszący  jej  zatrzymywaniu  się  na  drugim 
piętrze.  Wszystkie  głowy  odwróciły  się  w  oczekiwaniu.  Drzwi  windy 
otworzyły się i wyszedł z niej Koko z podniesionym dumnie ogonem i 
uszami, w zębach zaś ściskał martwą mysz. 

Qwilleran zerwał się na równe nogi. 
– 

Chciałbym 

jeszcze 

podziękować 

wiceprezesowi 

odpowiedzialnemu  za  tępienie  szkodników,  w  uznaniu  jego  zasług, 
jeśli chodzi o eliminowanie czynników grożących kolekcji muzeum. 

– Zamykam posiedzenie! – oznajmił Fitch. 

background image

Lilian Jackson Braun 

64 

W części nieoficjalnej bankier zagadnął Qwillerana: 
– Masz niesamowitego kota. Jak on to zrobił? 
Qwilleran  wyjaśnił,  że  pewnie  to  pan  O'Dell,  który  był  na  dole, 

wpuścił  Koko  do  windy,  a  potem  nacisnął  przycisk,  wysyłając  kota 
dla śmiechu na górę. 

W  rzeczywistości  Qwilleran  miał  całkiem  inne  podejrzenia.  Koko 

był zdolny, by samemu wejść do windy i rozciągając się najdłużej, jak 
potrafił,  nacisnąć  przycisk  łapą.  Robił  to  już  wcześniej.  Ten  kot 
zafascynowany  był  przyciskaniem  guzików,  klawiszy,  dźwigni  czy 
gałek. Lecz jak to wytłumaczyć bankierowi? 

Kiedy burmistrz w końcu przyjechał, wziął na bok Qwillerana: 
– Powiedz, Qwill, kiedy to miasto wyjdzie ze średniowiecza? 
– Co przez to rozumiesz? 
–  Czy  słyszałeś  kiedyś  o  całym  okręgu,  który  funkcjonuje  bez 

gazety?  Wszyscy  zdajemy  sobie  sprawę,  że  Senior  był  zwariowany, 
ale  myśleliśmy,  że  Junior  przejmie  gazetę  i  ją  rozkręci.  To  bystry 
chłopak;  chodził  do  mnie  na  zajęcia  z  politologii,  kiedy  jeszcze 
uczyłem. Podejrzewam, że już słyszałeś: Gritty sprzedaje „Picayune”, 
wiesz  komu.  Zbiją  na  tym  fortunę,  kiedy  zrobią  z  niej  gazetkę 
reklamową,  a  my  wciąż  nie  będziemy  mieli  żadnego  tytułu  z 
wiadomościami. Dlaczego ty, Qwill, nie założysz gazety? 

–  To  proste. Kiedyś  myślałem,  że  chciałbym mieć  własną  gazetę, 

własną  ekskluzywną  restaurację  i  własny,  pierwszoligowy  klub 
piłkarski,  ale  musiałem  spojrzeć  prawdzie  w  oczy,  że  nie  jestem 
finansistą ani menedżerem od zarządzania. 

– Dobra, a jak twoje kontakty na Nizinach? Wiem, że zwabiłeś tę 

młodą parę do restauracji „Old Stone Mill”. 

– Pomyślę nad tym – obiecał Qwilleran. 
– Myśl szybko. 
Po filiżankach łagodnej herbaty i delikatnie alkoholowym ponczu 

nie zabrakło atmosfery do rozmowy. 

– Niewiarygodna kolekcja antyków! 
– Jak czujesz się w tutejszym klimacie? 
–  Niezapomniany  wieczór!  Jesteśmy  pana  dłużnikami,  panie 

Qwilleran. 

– Śnieg nigdy się tak nie opóźniał. 
– Co pan porabia w Święto Dziękczynienia? 
– Qwill, czy chciałbyś czterometrową choinkę do muzeum na Boże 

background image

Kot, który znał Szekspira 

65 

Narodzenie? Mam na farmie cudne drzewko. 

– Urocze miejsce na ślub. Mój syn niedługo się żeni. 
Nikt  nie  wygłaszał  teorii  na  temat  wypadku  Seniora  czy  pożaru 

„Picayune”  mimo  pytań,  które  stawiał  Qwilleran.  Wciąż  był 
traktowany  jako  ktoś  z  zewnątrz.  I  chociaż  był  zawodowym 
podsłuchiwaczem, nie usłyszał niczego, co by sugerowało nielegalną 
działalność lub spisek. 

Pogodziwszy się z niepowodzeniem w tym względzie, zauważył, że 

pani  Cobb  jest  nietypowo  rozentuzjazmowana.  Rozmawiała  bardzo 
żywiołowo,  dużo  się  śmiała  i  bez  zawstydzenia  przyjmowała 
komplementy.  Musiało  jej  się  przydarzyć  coś  niezwykłego.  Wygrała 
na  loterii  –  zgadywał  –  została  babcią  po  raz  pierwszy,  może 
burmistrz  zaprosił  ją  na  obrady  Komisji  Konserwacji  Zabytków? 
Jakikolwiek był powód, pani Cobb aż promieniała szczęściem. 

Potem  Qwilleran  zaobserwował  parę  starszych  państwa 

siedzących  w  rogu  z  głowami  zwróconymi  ku  sobie.  Słabowita 
staruszka  w  chodziku  słuchała  staruszka  o  lasce,  który  opowiadał  o 
pożarze  „Picayune”.  Qwilleran  podszedł  do  nich  dowiedzieć  się,  czy 
podoba im się przyjęcie. 

–  Smaczne  ciastka  –  odpowiedział  staruszek  –  ale  poncz 

przydałoby się ciut wzmocnić. Dobrze, że nie spadł jeszcze śnieg. 

– Nie wychodzimy za często, gdy jest już śnieg – powiedziała jego 

towarzyszka. – Nigdy nie widziałam takiego wspaniałego domu! 

– Owszem, ale podczas zebrania nie usłyszałem ani słowa. 
Starsza pani obruszyła się. 
–  Amos,  ty  zawsze  siadasz  w  tylnym  rzędzie  i  zawsze  potem 

narzekasz, że nic nie możesz usłyszeć. 

Qwilleran spytał ich, jak się nazywają. 
–  Jestem  Amos  Cook,  lat  osiemdziesiąt  osiem  –  odpowiedział 

staruszek.  –  Mam  tyle  lat  i  wciąż  gotuję,  he,  he  –  pokiwał  wesoło 
kciukiem. – A ta młoda cizia ma lat osiemdziesiąt pięć. He, he. 

–  Jestem  Hettie  Spence  i  za  miesiąc  będę  miała  osiemdziesiąt 

sześć lat – powiedziała. Staruszkowie obnosili się ze swoim wiekiem 
jak  z  medalami.  –  Byłam  Fugtree,  zanim  poślubiłam  pana  Spence. 
Miał  sklep  z  narzędziami.  Sami  wychowaliśmy  pięcioro  naszych 
dzieci  –  w  tym  czterech  naszych  chłopców  –  i  trzy  adoptowane 
dziewczynki.  Wszyscy  poszli  na  studia.  Mój  najstarszy  syn  jest 
okulistą  na  Nizinach.  –  Opowiadała  z  podnieceniem,  trzepocząc 

background image

Lilian Jackson Braun 

66 

powiekami, machając rękoma i unosząc ramiona. 

– Moja siostrzenica poślubiła jednego z nich – wtrącił Amos. 
–  Pisałam  nekrologi  dla  „Picayune”,  dopóki  nie  odezwał  się  mój 

artretyzm – powiedziała Hettie. – Napisałam nekrolog dla ostatniej 
pani Klingenschoen. 

–  Czytałem  go  –  powiedział  Qwilleran  –  napisany  w  sposób 

niezapomniany. 

–  Ojciec  nie  pozwolił  mi  iść  na  studia,  ale  zrobiłam  kursy 

korespondencyjne i... 

Amos przerwał: 
– Ona i ja braliśmy udział w zdjęciach przed pożarem. 
–  I  jak  wam  się  podobało?  –  zapytał  Qwilleran.  –  Czy  pani 

fotograf była dobra? Ile zdjęć wam zrobiła? 

– Za wiele – poskarżył się. – Strasznie się zmęczyłem. Niedawno 

miałem  operację  woreczka  żółciowego.  A  ona  tylko  pstryk,  pstryk, 
pstryk.  Nie  tak  jak  dawniej.  Kiedyś  trzeba  było  patrzeć,  jak  leci 
ptaszek,  dopóki  twarz  nie  zrobiła  się  nieruchoma,  a  fotograf  miał 
głowę ukrytą w czarnej narzucie. 

–  W  tamtych  czasach  przed  zdjęciem  trzeba  było  powiedzieć 

„plam” – dodała Hettie. – I nie mieliśmy fotografek, to było męskie 
zajęcie. 

– Nie pozwoliła mi palić fajki. Powiedziała, że mogłoby to zadymić 

zdjęcia. Nigdy nie słyszałem niczego głupszego. 

Qwilleran spytał, o której opuścili redakcję gazety. 
– Mój wnuk odebrał nas o osiemnastej – powiedział Amos. 
– O siedemnastej – poprawiła go Hettie. 
– O osiemnastej, Hettie. Junior odwiózł dziewczynę na lotnisko o 

siedemnastej trzydzieści. 

–  Cóż,  mój  zegarek  wskazywał  siedemnastą,  wcześniej  wzięłam 

lekarstwo. 

–  Zapomniałaś  go  nakręcić  i  wzięłaś  za  późno  tabletkę.  Dlatego 

masz zawroty głowy. 

Qwilleran przerwał im. 
–  A  pożar  zaczął  się  cztery  godziny  później.  Czy  macie  jakiś 

pomysł, co mogło być jego przyczyną? 

Starsza para spojrzała na siebie i potrząsnęła głowami. 
– Jak długo pracował pan dla „Picayune”? 
– Zostałem praktykantem w wieku dziesięciu lat i zostałem w tej 

background image

Kot, który znał Szekspira 

67 

robocie,  dopóki  nie  musiałem  przestać.  –  Poklepał  się  po  klatce 
piersiowej.  –  Słabe  serduszko.  Ale  był  czas,  kiedy  zarządzałem 
drukarnią,  jeszcze  za  życia  Titusa.  Pracowało  nas  wtedy  trzech, 
dwóch mężczyzn i chłopak do obsługi ręcznych pras. Zajmowało nam 
cały dzień, żeby wydrukować parę tysięcy egzemplarzy. Wtedy gazeta 
kosztowała centa. Za dolara można było kupić cały rocznik. 

Qwilleran przypomniał sobie o książce, którą otrzymał od Polly. 
–  Czy  bylibyście  tak  mili  i  zeszli  ze  mną  na  dół,  żeby  zobaczyć 

stare zdjęcie pracowników „Picayune”? Może ich rozpoznacie. 

– Moje oczy nie widzą najlepiej – stwierdziła Hettie. – Katarakta. 

I nie poruszam się zbyt szybko, odkąd złamałam biodro. 

Mimo  wszystko  Qwilleran  podprowadził  ich  do  biblioteki  i 

pokazał  swój  egzemplarz  Malowniczego  miasta  Pickax.  Włączył 
nagrywanie  na  magnetofonie,  a  wywiad  został  później  przepisany 
przez Lori Bambę. 

Pytanie:  Oto  zdjęcie  pracowników  „Picayune”,  zrobione  około 

1921 roku. Czy kogoś rozpoznajecie? 

Amos:  Nie ma  mnie  na tym  zdjęciu. Nawet  nie wiem,  kiedy  było 

zrobione. Ale tu jest Titus Goodwinter, ten w środku w meloniku i z 
podkręconymi wąsami. 

Hettie: On zawsze nosił melonik. A kto to jest obok Titusa? Amos: 

Ten  z  opaskami  na  rękach?  Nie  znam  go.  Hettie:  Czy  on  nie  był 
księgowym?  Amos:  Nie,  księgowy  miał  czarne  zarękawki.  Nazywał 
się Bill Watkins. 

Hettie:  Bill  był  szeryfem.  Jego  kuzyn,  Barnaby,  prowadził  księgi. 

Chodziłam z nim do szkoły. Został zabity przez spłoszonego konia z 
furmanką. 

Amos:  Nie,  to  szeryf  próbował  zatrzymać  konia,  Hettie.  Barnaby 

umarł od postrzału w głowę. 

Hettie:  Założę  się,  że  nie.  Barnaby  nie  używał  broni  palnej. 

Znałam całą jego rodzinę. 

Amos  (głośno):  Nie  powiedziałem,  że  to  on  miał  broń!  Jakiś 

myśliwy go postrzelił! 

Hettie: Myślałam, że szeryf nosił zawsze broń. 
Amos (głośniej): Mówimy o księgowym! Barnaby! Ten z czarnymi 

rękawami! 

Hettie: Nie krzycz! 
Amos: Nieważne, ten w meloniku to Titus Goodwinter. 

background image

Lilian Jackson Braun 

68 

Pytanie: Czy Titus założył gazetę? 
Amos: Nie. Wcześniej zaczął wydawać gazetę Ephraim. Nie wiem, 

kiedy. Miał wielki pogrzeb po śmierci. Powiesił się. 

Hettie: Ephraim powiesił się, albo tak tylko mówią. 
Amos: Na wielkim dębie niedaleko starego drewnianego mostu. 
Pytanie: Czy to wtedy Titus zaczął zarządzać gazetą? 
Amos:  Nie,  najpierw  gazetę  przejął  najstarszy  syn,  ale  zrzucił  go 

koń. 

Hettie: Miliony kosów podniosło się nagle z pola kukurydzy i jego 

koń się spłoszył. 

Amos: Kosów wtedy było tyle, co teraz komarów. 
Hettie:  Potem  gazetę  przejął  Titus.  Z  niego  to  był  dziwak!  Raz, 

kiedy  jego  koń  nie  chciał  przeskoczyć  strumyka,  zeskoczył  z  niego  i 
go zastrzelił. 

Amos:  Swojego  własnego  konia!  Zastrzelił  go!  Ten  Titus  w 

meloniku. Zawsze nosił melonik. 

Pytanie: Kim jest ten wściekle wyglądający mężczyzna na końcu 

szeregu? 

Amos: To facet, który powoził furmanką, tak, Hettie? 
Hettie: Tak, to Zack. Nigdy go nie lubiłam. Pił. 
Amos: Zabił Titusa w bójce i poszedł do więzienia. Mimo to dobry 

był  z  niego  wozak.  Miał  śliczną  córkę.  Nazywała  się  Ellie.  Przez 
pewien czas pracowała w gazecie. 

Hettie:  Ellie  składała  egzemplarze  gazety,  robiła  herbatę  i 

sprzątała. 

Amos:  Jednej  ciemnej  nocy  rzuciła  się  do  rzeki.  Hettie:  Biedna 

dziewczyna nie miała matki, ojciec pił, a jej brat był łobuzem. 

Amos: Titus od razu ją polubił. 
Hettie: Był zawsze babiarzem, w tym meloniku i z podkręconymi 

wąsami. 

Nigel  Fitch  przerwał  rozmowę,  mówiąc,  że  jest  już  gotowy,  by 

odwieźć  dwoje  starszych  państwa  do  domu.  Goście  niechętnie 
wychodzili. Qwilleran wyrwał z wychodzącego tłumu Polly i poprosił, 
żeby została jeszcze na pogawędkę o wrażeniach z wernisażu. 

–  Jeden  mały  kieliszek  sherry  i  muszę  iść  –  powiedziała,  kiedy 

weszli do biblioteki. – Czy masz coś przeciwko zaangażowaniu cię w 
projekt historii mówionej? 

–  Ani  trochę.  Może  okazać  się  interesujący.  Czy  wiedziałaś,  że 

background image

Kot, który znał Szekspira 

69 

ojciec Seniora został zamordowany, a jego dziadek się powiesił? 

–  Ta  rodzina  ma  burzliwą  historię,  ale  pamiętaj,  że  to  był 

pionierski  rejon,  jak  dawny  Dziki  Zachód,  choć  działo  się  to  nieco 
później. Teraz jesteśmy bardziej cywilizowani. 

– Komputery i magnetowidy nie są wyznacznikami cywilizacji. 
– To nie jest Szekspir, Qwill. 
–  Wczoraj  odwiedziłem  panią  Goodwinter  –  powiedział.  –  Nie 

wyglądała  jak  typowa  wdowa,  pogrążona  w  żałobie  i  biorąca  środki 
na uspokojenie. 

– Jest dzielną kobietą. 
– Raczej zastanawia mnie fakt, że podjęła kilka nagłych decyzji o 

sprzedaży domu, zlicytowaniu mebli i oddaniu starych pras na złom. 
Nie minął tydzień od śmierci Seniora, a plakaty informujące o aukcji 
wiszą w całym mieście. To za szybko. 

– Ludzie, którzy nigdy nie owdowieli, zawsze wiedzą najlepiej, jak 

mają  zachowywać  się  wdowy  –  powiedziała  Polly.  –  Gritty  to  silna 
kobieta, jak jej matka. Euphonia Gage powinna znaleźć się na twojej 
liście wywiadów historii mówionej. 

– Co wiesz na temat przedsiębiorstwa XYZ? 
– Tylko tyle, że łatwo odnoszą sukcesy we wszystkim, do czego by 

się nie zabrali. 

– Czy znasz kogoś z kadry zarządzającej? 
–  Słabo.  Don  Exbridge  jest  czarującym  mężczyzną.  Jest 

założycielem  i  pomysłodawcą  spółki.  Jego  wspólnikiem  jest  Caspar 
Young, a doktor Zoller – sponsorem. 

– Taka osobistość. Spodziewałem się, że udało mu się zbić fortunę 

na  niciach  dentystycznych  –  odparł  Qwilleran.  –  Czy  wszyscy 
panowie X, Y i Z należą do Country Clubu? 

Swego czasu zbadał system powstawania klik w Pickax. Wszystko 

zależało od tego, kto do jakiego należał klubu, do jakiego uczęszczał 
kościoła  i  jak  długo  jego  rodzina  mieszkała  w  Moose  County. 
Goodwinterowie liczyli sobie pięć pokoleń, Fitchowie – cztery. 

–  Muszę  już  iść  –  powiedziała  Polly  –  zanim  mój  gospodarz 

wezwie szeryfa i wyślą za mną oddział pościgowy. Pan MacGregor to 
bardzo miły staruszek i nie chciałabym go martwić. 

Po jej wyjściu Qwilleran zastanawiał się, czy jakaś pomocna dłoń 

przedsiębiorstwa  XYZ  nie  wpłynęła  na  decyzje  pani  Goodwinter. 
Wszyscy oni należeli do Country Clubu. Grali w golfa. Grali w karty. 

background image

Lilian Jackson Braun 

70 

Właśnie w ten sposób to wszystko działało. 

Zastanawiał  się  także,  czy  Polly  rzeczywiście  miała  starszego 

gospodarza  o  nazwisku  MacGregor,  pilnującego  jej  zajęć.  A  może 
była  to  wymyślona  wymówka,  żeby  wyjść  wcześnie?  I  czemu  nie 
chciała  zostać  dłużej?  Czegoś  się  obawiała.  Prawdopodobnie  plotek. 
Pickax  narzuciło  samodzielnym  kobietom  wiktoriański  wzorzec 
przyzwoitości,  a  one  starały  się  usilnie  mu  sprostać,  mimo  że 
prywatnie  żyły  już  dawno  w  drugiej  połowie  XX  wieku.  Gospodarz 
Polly  –  przypuszczał  Qwilleran  –  mógł  być  kimś  więcej  niż  tylko 
gospodarzem. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

Ó

Ó

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Piątek, 

piętnasty 

listopada. 

To 

był 

pierwszy 

dzień 

rozpoczynającego  się  właśnie  sezonu  łowieckiego  na  jelenie.  W 
Muzeum  Klingenschoenów  nastał  poranek  po  wernisażu,  a  pani 
Cobb wciąż była w euforii i nieco roztrzepana. 

Qwilleran pochwalił ją za sukces poprzedniego wieczoru. 
–  Wszyscy  chwalili  muzeum  i  poczęstunek,  niekoniecznie  w  tej 

kolejności  –  zapewnił.  –  Ofiarowano  nam  do  hallu  czterometrową 
choinkę  na  Boże  Narodzenie,  a  Fitchowie  chcieliby  wykorzystać 
muzeum na ślub swojego syna. 

–  To  byłoby  piękne  miejsce  na  ślub  –  rozmarzyła  się  pani  Cobb, 

dodając zabawnie: – Koko mógłby nieść obrączki na ogonie. 

–  Od  rana  opowiada  pani  dowcipy  –  zaśmiał  się  Qwilleran.  – 

Musi się pani świetnie czuć. 

Spojrzała na niego z fałszywą skromnością. 
– Co by pan powiedział na zorganizowanie tutaj dwóch ślubów? 
– Pani ślubu? 
Jej oczy płonęły zza grubych oprawek okularów. 
– Herb kupuje stuletni dom na wsi. Zadzwonił do mnie tuż przed 

wernisażem i powiedział, że uważa, iż powinniśmy się pobrać. 

–  Hmm  –  odezwał  się  Qwilleran,  zastanawiając  się  nad  jakimś 

ciepłym  słowem.  –  To  dom  Goodwinterów.  Widziałem  go. 
Prawdziwa perła. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

71 

–  Dobrze  kupił,  ponieważ  właścicielka  spieszyła  się  ze  sprzedażą 

ze względu na śniegi. 

–  Jest  nieodnowiony,  ale  pani  będzie  wiedziała,  jak  go 

wyremontować. 

– To będzie frajda odrestaurować go i urządzić prostymi meblami. 
–  Czy  Hackpole  lubi  antyki?  –  Qwilleran  spytał  z 

powątpiewaniem. 

– Nie za bardzo, ale mówi, że mogę zrobić, co chcę. Jego główne 

zainteresowania  to  polowanie  i  łowienie  ryb.  Ma  szafy  pełne  broni, 
myśliwskich noży i wędek. Chce mi dać strzelbę kaliber dwadzieścia 
dwa,  cokolwiek  to  znaczy,  na  wiewiórki  i  króliki.  –  Jej  zaciśnięte 
wargi wyrażały dezaprobatę. 

–  Trudno  mi  sobie  wyobrazić  panią  skradającą  się  pomiędzy 

drzewami i strzelającą do małych zwierząt, pani Cobb. 

Wzdrygnęła się. 
–  Herb  opowiadał  mi,  jak  się  oporządza  jelenia,  i  zrobiło  mi  się 

niedobrze.  Przy  okazji  pyta,  czy  lubi  pan  sarninę.  Zawsze  udaje  mu 
się ustrzelić piękny okaz i mówi, że mięso jest przepyszne, tylko jeleń 
musi 

się 

wykrwawiać 

powoli. 

Serce 

powinno 

wówczas 

wypompowywać krew na zewnątrz – cytowała bez entuzjazmu. 

– Hmm – odezwał się ponownie Qwilleran, a jego zwisające w dół 

wąsy  opuściły  się  jeszcze  bardziej.  Nie  był  zadowolony  z  przebiegu 
wydarzeń.  Gospodyni,  która  pracuje  na  ośmiogodzinnej  zmianie, 
będzie  różniła  się  od  tej,  która  mieszka  z  nim,  rozpieszczając  jego  i 
koty  swoją  kuchnią  przez  ostatnie  osiemnaście  miesięcy.  Wiedział 
jednak,  że  Iris  Cobb,  która  dwa  razy  owdowiała,  pragnęła  męża. 
Szkoda, że nie znalazła jakiegoś lepszego od Hackpole'a. 

Prawdą  było,  że  żył  na  przyzwoitym  poziomie  z  używanych 

samochodów,  napraw,  spawania  i  złomu.  Był  także  ochotnikiem 
straży pożarnej i to był jego atut. Wykonał w swojej spawalni wózek 
na  ziołowy  ogród  dla  pani  Cobb;  zebrał  jagody  potrzebne  jej  do 
dżemu;  był  doświadczonym  myśliwym.  Jednak  w  całym  mieście 
uważany  był  za  okropnego  typa.  Zdawał  się  nie  mieć  przyjaciół 
oprócz  pani  Cobb.  W  dodatku  ten  niezręczny  Romeo  chciał  jej 
podarować strzelbę! Biedna kobieta! Marzyła o pewnej drogiej bluzce 
z jedwabiu na urodziny, a Hackpole podarował jej drogi szwajcarski 
scyzoryk wojskowy. Ten facet ciekawił Qwillerana coraz bardziej. 

Jak  mu  się  udało  tak  szybko  zorganizować  zakup  domu 

background image

Lilian Jackson Braun 

72 

Goodwinterów?  Nie  należał  do  kliki  Country  Clubu,  ale  mógł  mieć 
znajomości  w  przedsiębiorstwie  XYZ.  Jego  zakład  spawalniczy 
prawdopodobnie  wykonywał  balustrady  balkonowe  w  motelu 
„Mooseville” i w budynkach osiedla Indian Village. 

Zadzwonił telefon i Qwilleran odebrał go w bibliotece. Głos małej 

dziewczynki powiedział: 

– Panie Qwilleran, tu Jody. Juney wrócił z Nizin zeszłej nocy. Nie 

dostał pracy. 

– Czy widział się z redaktorem naczelnym? 
–  Tak,  z  tym,  który  obiecał  mu  tę  robotę.  Facet  oznajmił,  że 

właśnie  zatrudnili  trzy  nowe  reporterki  i  skończyli  już  nabór,  ale 
będą o nim pamiętać. 

– Typowe! – wymamrotał Qwilleran. – Typowe dla tego gościa. 
–  Juney  próbował  także  w  „Morning  Rampage”,  ale  tam  z  kolei 

redukują zatrudnienie. Jest strasznie załamany. Wrócił późno w nocy 
i w ogóle nie spał. 

–  Z  jego  wynikami  na  studiach  nie  będzie  miał  problemu,  żeby 

gdzieś się zahaczyć, Jody. Gazety co roku na wiosnę wysyłają łowców 
talentów na uniwersyteckie kampusy w celach rekrutacji najlepszych 
studentów.  Próbował  tylko  w  jednym  mieście.  Powinien  zacząć 
wysyłać oferty po wszystkich stanach. 

–  To  samo  mu  powiedziałam,  ale  nie  chciał  słuchać.  Wyszedł 

wcześnie  rano,  mówiąc,  że  idzie  na  polowanie.  Powiedział,  że 
najpierw  pojedzie  na  farmę  zabrać  strzelbę  brata,  jeżeli  jego  matka 
jeszcze jej nie sprzedała. Dlatego tak się martwię. Juney nie przepada 
tak bardzo za lasem ani za polowaniem. 

–  Pomyśl  o  tym  inaczej.  Może  zaszycie  się  w  lesie  będzie  dobrą 

terapią, Judy. Wyostrzy jego widzenie różnych spraw. A pogoda jest 
niezła. Nie martw się o niego. 

– No, nie wiem. 
– Kiedy wróci Junior, spotkamy się porozmawiać. 
Qwilleran  zarezerwował  sobie  popołudnie  na  spotkanie  z  babką 

Juniora,  panią  Gage,  na  wywiad  historii  mówionej,  ale  została  mu 
jeszcze godzina i poczuł się wyczerpany. Zmartwiło go oświadczenie 
pani Cobb i rozczarowanie Juniora, więc skorzystał z własnej rady i 
wyjechał z miasta na wieś. 

Dzień  był  szary,  nie  napawał  optymizmem,  a  bez  śniegu  ziemia 

wyglądała  przygnębiająco.  Jechał  na  północ  Mooseville,  przez 

background image

Kot, który znał Szekspira 

73 

popularne  tereny  łowieckie,  rozglądając  się  po  bokach,  czy  nie 
zobaczy samochodu Juniora. Tu i tam stały zaparkowane samochody 
myśliwych,  pikapy  na  opustoszałych  leśnych  terenach,  ale  nie  było 
śladu czerwonego jaguara. 

Wpadały  mu  w  oko  refleksy  odblaskowych  pomarańczowych 

sylwetek czających się w polu albo wchodzących do lasu, usłyszał też 
strzały. Cieszył się, że sam włożył odblaskową pomarańczową czapkę. 

Dojechał  do  swojej  posiadłości  nad  jeziorem  i  podążył  krętą, 

błotnistą drogą do chaty. Przyjrzał się śladom opon, pozostawionym 
przez parkującego turystę. Potem udał się do chaty, by popatrzeć na 
jezioro.  Z  zamkniętymi  oknami,  bez  prądu  i  wody,  w  środku  było 
zimniej  niż  na  zewnątrz.  Rozstawione  na  plaży  zabezpieczenia 
przeciwśniegowe  trzymały  się  właściwej  pozycji.  Ponure  jezioro 
wyglądało  na  gotowe,  by  zamarznąć.  Wszystko  to  razem  tworzyło 
smętny,  opustoszały  widok.  Usłyszał  strzały  dobiegające  z  lasu  i 
pospieszył do samochodu. 

W  drodze  na  spotkanie  z  Euphonią  Gage  wybrał  objazd  w  dół 

przez  MacGregor Road, szukając domu, w  którym  mieszkała  Polly  i 
rzekomo jej czujny gospodarz. Na tej wiejskiej drodze nie było więcej 
zamieszkanych  miejsc,  tylko  otwarte  pola  i  lasy.  Nie  było  tu  ruchu 
poza  jednym  samochodem  z  jeleniem  przywiązanym  do  dachu. 
Kierowca  uśmiechnął  się  do  Qwillerana  i  pozdrowił  go  palcami 
ułożonymi w znak „v”. 

Droga zakręcała nagle, a chodnik przechodził w żwir. Trochę dalej 

dwie  skrzynki  pocztowe  na  drewnianych  słupach  wskazywały 
podjazd  ogrodzony  krzewami.  Prowadził  on  do  kilku  położonych 
obok  siebie  budynków:  głównego  domu  z  kamienia,  małego 
drewnianego domku z tyłu, jakichś szop i wiekowej stodoły chylącej 
się  ku  upadkowi.  Na  skrzynkach  pocztowych  widniały  nazwiska 
„MacGregor” i „Duncan”. 

Nie  było  żadnego  samochodu,  żadnych  rolniczych  urządzeń  ani 

ujadającego  psa.  Jednak  zza  rogu  głównego  budynku  z  głośnym  i 
groźnym  gęganiem  wyłoniła  się  gęś.  Qwilleran  ostrożnie  wysiadł  z 
samochodu, bacznie obserwując ptaka, i poszedł w stronę bocznych 
drzwi domu. Nie musiał pukać, gęś już go zaanonsowała. 

– Czego pan chce?! – krzyknął gderliwy głos. 
W  drzwiach  pojawił  się  przygarbiony  starszy  mężczyzna. 

Wyglądał,  jakby  miał  za  chwilę  się  rozsypać,  ubrany  był  w  trzy 

background image

Lilian Jackson Braun 

74 

swetry, a na spodnie naciągnął dziergane getry. 

–  Pan  MacGregor?  Jestem  Jim  Qwilleran.  Chciałbym  o  coś 

zapytać, proszę pana. 

– Co pan sprzedaje? Nie chcę niczego kupować. 
–  Nie  jestem  sprzedawcą.  Poszukuję  myśliwego,  który  jeździ 

czerwonym jaguarem. 

– Czym czerwonym? 
– Czerwonym samochodem. Jaskrawoczerwonym. 
– Nie wiem – odpowiedział staruszek. – Jestem daltonistą. 
– Mimo wszystko dziękuję, panie MacGregor. Miłego dnia. 
Obserwując  gęsi,  Qwilleran  wycofał  się.  Ustalił,  że  Polly 

rzeczywiście  mieszkała  w  domku  należącym  do  farmy  starego 
gospodarza  o  nazwisku  MacGregor.  Wracał  usatysfakcjonowany  do 
miasta. Zauważył przy tym, że jej domek jest niezwykle mały. 

O wpół do trzeciej zadzwonił dzwonkiem do drzwi dużego domu z 

kamienia  na  Goodwinter  Boulevard,  by  przeprowadzić  wywiad  z 
osiemdziesięciodwuletnią panią prezes Klubu Złotej Jesieni. Kobieta, 
która  otworzyła  mu  drzwi,  była  w  odpowiednim  wieku,  ale  nie 
sprawiała wrażenia, jakby mogła stawać na głowie i robić pompki. 

–  Pani  Gage  jest  w  swoim  atelier  –  poinformowała  kobieta.  – 

Proszę na prawo przez frontowy salon. 

Ponure  pomieszczenie  w  ciemnych  aksamitach,  z  topornie 

rzeźbionymi  meblami  i  tapicerką  wyplataną  z  czarnego  końskiego 
włosia,  prowadziło  do  jasnego  atelier,  bez  wyposażenia,  tylko  z 
dwoma  lustrami  i  matą  do  ćwiczeń.  Małej  postury  kobieta  w 
trykotowym kostiumie gimnastycznym, rajstopach i pomarszczonych 
getrach  siedziała  w  pozycji  kwiatu  lotosu  na  macie.  Podniosła  się  z 
łatwością i podeszła do niego. 

– Pan Qwilleran! Tyle o panu słyszałam od Juniora! I oczywiście 

czytałam też pana artykuły we „Fluxion” – jej głos był spokojny, ale 
dźwięczny. Zarzuciła rozciągnięty do kolan sweter i poprowadziła go 
z powrotem do dusznego salonu. 

Była filigranowa, ale silna, o siwych włosach i gładkiej skórze. 
–  Rozumiem,  że  to  pani  jest  prezesem  Klubu  Złotej  Jesieni  – 

powiedział. 

–  Tak,  mam  osiemdziesiąt  dwa  lata,  a  najmłodszy  członek  klubu 

automatycznie zostaje wybrany na prezesa. 

– Podejrzewam, że kłamie pani co do wieku. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

75 

Jej  uradowany  wyraz  twarzy  świadczył  o  tym,  że  rozpoznała 

komplement. 

– Zamierzam dożyć stu trzech lat. Myślę, że sto cztery to już zbyt 

wygórowane  oczekiwanie,  jak  pan  sądzi?  Tajemnicą  są  ćwiczenia,  a 
prawidłowe  oddychanie  stanowi  najważniejszy  czynnik.  Czy  pan, 
panie Qwilleran, wie, jak należy oddychać? 

– Przez ostatnie pięćdziesiąt lat starałem się jak mogłem. 
–  Proszę  wstać  i  pozwolić  mi  położyć  dłonie  na  pana  klatce 

piersiowej...  Teraz  wciągnąć  powietrze...  wypuścić...  wdech... 
wydech.  Dobrze  pan  sobie  radzi,  ale  mógłby  pan  jeszcze  nad  tym 
popracować. Co mogę teraz dla pana zrobić? 

–  Chciałbym  włączyć  magnetofon  i  zadać  pani  kilka  pytań 

dotyczących dawnego Moose County. 

– Z przyjemnością. 
Następujący wywiad został później przepisany przez Lori Bambę: 
Pytanie: Kiedy pani przodkowie przybyli do Moose County, pani 

Gage? 

–  Mój  dziadek  przybył  tutaj  w  połowie  dziewiętnastego  wieku, 

zaraz po szkole medycznej. Został pierwszym lekarzem i traktowany 
był  jak  błogosławieństwo  niebios.  Nie  było  wówczas  szpitali  czy 
klinik.  Wszystko  było  dość  prymitywne.  Jeździł  do  pacjentów  na 
koniu, czasem uciekając przed sforą wyjących wilków. Pewnego razu, 
po  pożarze  lasu,  kiedy  wszystkie  szlaki  były  nieprzejezdne,  musiał 
przedzierać  się  z  siekierą  przez  leśne  chaszcze,  piętnaście  mil,  żeby 
opatrzyć tych, co ocaleli. Byli poparzeni, okaleczeni i oślepieni. Miał 
przy sobie tylko tyle lekarstw, ile uniósł we własnym plecaku. 

Jakich lekarstw używał? 
–  Dziadek  przygotowywał  własne  mikstury  i  sam  robił  tabletki, 

używając  ziół  i  roślin  takich  jak  proszek  z  rabarbaru,  arniki  i 
kulczyby  wronie  oko.  Niektórzy  jego  pacjenci  woleli  jednak 
staroświeckie  metody,  jak  herbata  z  kocimiętki  czy  porządny  łyk 
whiskey. Za jego usługi nigdy nie płacili mu pieniędzmi. Dawali mu 
na przykład dwa kurczaki za nastawienie złamanej kości albo koszyk 
jabłek za odebranie porodu. 

Z jakimi dolegliwościami miał do czynienia? 
– Ze wszystkimi. Gorączka, ospa wietrzna, chore płuca, chirurgia, 

stomatologia.  Wyrywał  zęby  specjalnym  pokrętłem.  Poza  tym 
mnóstwo  było  nagłych  przypadków  wywołanych  przez  wiosenne 

background image

Lilian Jackson Braun 

76 

powodzie, jadowite węże, wypadki w tartaku, kopnięcia zwierząt czy 
knajpiane  awantury.  Bardzo  częste  były  amputacje.  Zachowałam 
nawet jego kolekcję piłek, noży i skalpeli. 

Dlaczego tak często stosowano amputację? 
–  Nie  było  antybiotyków.  Zainfekowana  kończyna  musiała  być 

odcinana,  zanim  pacjent  by  umarł  od  zakażonej  krwi.  Dziadek 
opowiadał mi, jak przeprowadzał operację przy zapalonych świecach 
w  drewnianej  chacie,  podczas  gdy  członkowie  rodziny  odganiali 
muchy  od  otwartej  rany.  To  było  ponad  sto  lat  temu,  rozumiesz. 
Kiedy praktykę zaczął mój ojciec, warunki już były inne. Miał gabinet 
w  naszym  salonie  od  frontu,  a  na  wezwania  pacjentów  jeździł 
powozem albo saniami. Zatrudniał woźnicę, który mieszkał w stajni i 
opiekował  się  końmi.  Kierowca,  który  nazywał  się  Zack,  poszedł 
potem  pracować  do  „Picayune”  i  źle  skończył,  zabijając  Titusa 
Goodwintera. 

Czy znane są pani okoliczności tego zdarzenia? 
–  Musimy  się  troszkę  cofnąć.  Ojciec  Zacka  był  górnikiem,  który 

zginął  w  wyniku  eksplozji  w  kopalni.  Zack  stał  się  zgorzkniałym  i 
niebezpiecznym mężczyzną, który regularnie bił swoją żonę i dwójkę 
dzieci.  Mój  ojciec  próbował  ich  godzić  i  zgłaszać  kłótnie  do 
posterunkowego, ale nic w tej sprawie nie zostało zrobione. Młodsza 
córka  Zacka  także  pracowała  w  „Picayune”,  Titus  zaś,  który  był 
strasznym  rozpustnikiem,  uwiódł  biedną  dziewczynę.  Ona  utopiła 
się,  a  Zack  zaatakował  Titusa  myśliwskim  nożem.  Nie  za  ładna 
historia. 

Czy w tamtych czasach „Picayune” było dobrą gazetą? 
– No... powiem panu... jeżeli wyłączy pan to urządzenie! 
Koniec wywiadu. 
Kiedy Qwilleran zatrzymał magnetofon, pani Gage powiedziała: 
– Mogę mówić z panem otwarcie, ponieważ jest pan przyjacielem 

mojego  ulubionego  wnuka.  Junior  bardzo  pozytywnie  się  o  panu 
wypowiadał. Otóż prawdą jest, że nigdy nie byłam dobrego zdania o 
tej  gałęzi  Goodwinterów  ani  o  gazecie,  którą  publikowali.  Ephraim, 
który  założył  „Picayune”,  nie  był  dziennikarzem.  Był  bogatym 
właścicielem  kopalni  i  większości  tartaków,  człowiekiem,  który  dla 
pieniędzy zrobiłby wszystko. Z powodu jego chciwości i niedbalstwa 
w kopalni doszło do potwornej eksplozji, w której zginęło trzydziestu 
dziewięciu mężczyzn. W końcu odebrał sobie życie. Jego synowie nie 

background image

Kot, który znał Szekspira 

77 

byli  lepsi.  Jego  wnuk,  Senior,  był  dziwnym  typem.  Interesowało  go 
tylko składanie czcionek! – zaśmiała się urągliwie. 

–  Dlaczego  pani  córka  za  niego  wyszła?  –  Qwilleran  zapytał 

otwarcie, skoro Euphonia znana była ze szczerości. 

– Gritty chciała poślubić któregoś z Goodwinterów, a zawsze robi 

to, na co ma ochotę. To był dziwny wybór. Jest pełną werwy kobietą, 
która lubi dobrze się bawić. Senior nie miał ani krzty ikry i zupełnie 
nie  przypominał  kogoś,  z  kim  można  by  było  zaszaleć.  Trudno  mi 
wyjaśnić,  jakim  cudem  powstał  Junior.  Jest  zbyt  mały,  żeby  być 
potomkiem  Gritty,  takiej  amazonki!  I  zbyt  inteligentny,  by  być 
synem Seniora. 

–  Recesywne  geny  –  powiedział  Qwilleran.  –  Przypomina  swoją 

babcię. 

–  Jest  pan  czarującym  mężczyzną,  panie  Qwilleran.  Szkoda,  że 

Junior nie ma pana za ojca. 

– A pani jest czarującą kobietą, pani Gage. 
Zamilkli na chwilę we wzajemnej sympatii. Zaczął się zastanawiać 

nad tym, co by było, gdyby była trzydzieści lat młodsza. Miała... no, 
miała  w  sobie  prawdziwą  rogatą  duszę!  Czy  to  wynik  ćwiczeń 
oddechowych? 

– Czy Junior dobrze się zapowiada? – spytała. 
–  Świetnie,  pani  Gage.  Może  być  pani  z  niego  dumna.  Czy 

wiedziała pani, że „Picayune” upada? 

–  Oczywiście,  że  wiedziałam.  Próbowałam  pomóc.  Nie  wiem,  co 

ten mężczyzna zrobił z pieniędzmi, dopóki... 

– Dopóki co, pani Gage? 
–  Będę  naprawdę  szczera.  Wyluzujmy  się,  jak  mówi  Junior.  No 

wie  pan,  dowiedziałam  się  w  okrężny  sposób,  że  Senior  dość  często 
wyjeżdżał  na  jeden  dzień  na  Niziny.  Dokładnie  do  Minneapolis. 
Gdyby  mój  zięć  miał  choć  odrobinę  charakteru,  przypuszczałabym, 
że  chodzi  o  jakąś  kobietę.  Jednak  w  tych  okolicznościach  mogłam 
tylko przypuszczać, że kłopoty finansowe niefortunnie pchnęły go do 
hazardu – grał i oczywiście wszystko przegrywał. 

–  Czy  nie  wydaje  się  pani,  że  jego  śmierć  mogła  być 

samobójstwem? 

Spojrzała z zaskoczeniem. 
– Senior nie miałby odwagi, żeby się zabić, panie Qwilleran. 
Przed wyjściem powiedział jeszcze: 

background image

Lilian Jackson Braun 

78 

– Jest pani wspaniałym rozmówcą, pani Gage. Mam nadzieję, że 

moglibyśmy  spotkać  się  raz  jeszcze,  może  na  kolację  pewnego 
wieczoru. 

–  Z  przyjemnością  przyjmę  zaproszenie,  jeżeli  podtrzyma  je  pan 

do  wiosny.  Jutro  wyjeżdżam  na  Florydę  –  odrzekła.  –  Było  mi 
niezmiernie  miło,  panie  Qwilleran.  Proszę  nie  zapominać  o 
oddychaniu! 

Qwilleran  tego  wieczoru  był  w  dobrym  humorze.  Rozparł  się 

wygodnie w skórzanym fotelu w bibliotece, głaszcząc kotkę siedzącą 
mu  na  kolanach  i  czekając,  kiedy  z  półki  spadnie  kolejna  książka. 
Przestał  już  protestować.  Zabawa  z  książkami  nabrała  charakteru 
gry, w którą on i Koko grali razem. Kot proponował tytuł, Qwilleran 
zaś czytał na głos przy akompaniamencie mruków, ików i miauków. 

Tym  razem  Koko  wybrał  Króla  Henryka  V.  Dobry  tekst  – 

pomyślał Qwilleran. Przekartkował strony i odszukał ulubione wersy: 
przemowę króla do swoich żołnierzy. 

– Raz jeszcze w wyłom, kochani, raz jeszcze! 
Koko przyjął pozycję do słuchania, siadając wysoko  na biurku, w 

skupieniu,  z  ogonem  zawiniętym  aż  do  przednich  łap,  a  jego 
niebieskie oczy błyszczały w świetle lampy. 

To była przejmująca mowa, obrazowa i pełna detali. 
–  Ale  gdy  uszy  napełni  ryk  wojny,  niech  wzorem  dla  was  będzie 

raczej tygrys! 

– Yow! – odezwał się Koko. 
Mając  taką  pełną  zachwytu  publiczność,  Qwilleran  odważył  się 

udramatyzować tekst. Ze strasznym wyrazem oczu zmarszczył brew, 
napiął mięśnie, odsłonił zęby, wydął nozdrza i ciężko oddychał. Koko 
mruczał chrapliwie. 

Na cały głos wykrzyczał ostatnią linijkę: 
– Cry Godfor harry! I grzmij: „Bóg, Anglia, Król i święty Jerzy!” 
–  YOW–OW!  –  zaskowyczał  Koko.  Wystraszona  Yum  Yum 

uciekła z pokoju, a w następnej chwili wbiegła pani Cobb. 

– Och! Myślałam, że ktoś pana morduje, panie Q. 
– Ja tylko czytałem dla Koko – wyjaśnił. – Chyba podoba mu się 

ludzki głos. 

–  On  lubi  pana  głos.  Zeszłego  wieczoru  wszyscy  mówili,  że 

powinien pan wstąpić do teatru – oznajmiła pani Cobb. 

Kiedy  w  domu  wszystko  wróciło  na  swoje  miejsce,  Qwilleranowi 

background image

Kot, który znał Szekspira 

79 

przypomniało  się  imię:  Harry.  Harry  Noyton.  Miał  z  nim  do 
czynienia 

jeszcze 

na 

Nizinach. 

Mężczyzna 

był 

szalonym 

przedsiębiorcą, który niestrudzenie poszukiwał nowych wyzwań albo 
ryzykownych  przedsięwzięć.  Choć  jego  przedsięwzięcia  często 
zdawały  się  absurdalne,  Harry  zawsze  potrafił  wyciągnąć  z  nich 
zyski.  Mieszkał  aktualnie  sam  w  Chicago  w  luksusowym 
apartamencie na ostatnim piętrze wieżowca, który sam wybudował. 

Pod  wpływem  impulsu  Qwilleran  wybrał  numer  apartamentu 

Noytona.  Głos  sekretarki  poinformował  go,  że  można  go  złapać  w 
jego hotelu w Londynie. 

–  Czyżby  zbieg  okoliczności?  –  Qwilleran  zapytał  Koko.  –  Harry 

jest w Anglii! – Spojrzał na zegarek. Trzecia trzydzieści. W Londynie 
to  środek  nocy.  Nawet  lepiej!  Noyton  często  budził  go  ze  snu  o 
nieludzkich porach i bez przeprosin. 

Wybrał numer hotelu w Londynie, spodziewając się, że będzie to 

„Saint George”. Mylił się, Harry zamieszkał w „Claridge's”. Kiedy głos 
Noytona  zabrzmiał  w  słuchawce,  dźwięczał  tak  rześko  jak  w 
południe. Jego energia była fenomenalna. 

–  Qwill!  Jak  się  masz?  Słyszałem,  że  odkąd  rzuciłeś  „Fluxion”, 

masz  forsy  jak  lodu.  Co  tam  słychać?  Wiem,  że  coś  pilnego,  inaczej 
byś nie wydał na telefon nawet ćwierć dolara. 

– Harry, czy nie chciałbyś zostać potentatem prasowym? 
– Czy „Fluxion” jest na sprzedaż? 
Qwilleran opisał sytuację w Pickax, dodając: 
– To byłaby hańba sprostytuować stuletnią gazetę i  zmienić ją w 

reklamowy śmieć. Okręg potrzebuje gazety, a nazwa „Picayune” jest 
wprost  wpisana  w  tutejszy  krajobraz. W  tym  tygodniu był o  gazecie 
artykuł  w  prasie  stanowej  i  będzie  o  „Picayune”  słychać  jeszcze 
więcej. Jeżeli ktoś przedstawi wdowie lepszą ofertę, może pójdzie po 
rozum do głowy. 

– Do diabła, porozmawiam z wdową. Jestem dobry w rozmowach 

z wdowami. 

Qwilleran  wierzył  mu.  Noyton  był  człowiekiem,  który  wszystko 

zawdzięczał sobie. Miał talent do zdobywania kobiet, podobnie jak i 
pieniędzy, chociaż nigdy nie nabrał nawyku, by wyglądać elegancko. 
Nawet  w  trzyczęściowym  garniturze  szytym  na  miarę  wyglądał  jak 
strach na wróble. Miał kilka byłych żon i zawsze szukał następnej. 

– Jutro lecę do domu – powiedział. – Jak się dostanę do Pickax? 

background image

Lilian Jackson Braun 

80 

Nigdy nie słyszałem o takim miejscu. 

–  Polecisz  do  Minneapolis,  a  potem  złapiesz  samolot  do  Moose 

County.  Przykro  mi,  ale  nie  znam  rozkładu.  Prawdopodobnie  nigdy 
go nie było. 

–  Jakoś  przylecę  i  dotrę.  Nikt  nie  może  mnie  utrzymać  na  ziemi 

zbyt długo. 

– Lepiej przyleć tu przed opadami śniegu. 
– Zadzwonię do ciebie z Minneapolis. 
– Dobra! Odbiorę cię z lotniska, Harry. 
Z  miłym  uczuciem  spełnionego  obowiązku  Qwilleran  zaczął  swój 

nocny obchód domu i natrafił na jeszcze jedną książkę w oprawie ze 
świńskiej skóry na podłodze. Tym razem było to Wszystko dobre, co 
się dobrze kończy. 

–  Jeszcze  się  nie  skończyło,  stary  –  powiedział  do  Koko  i  złapał 

dwa protestujące koty do wiklinowego koszyka. 

Miał rację. O drugiej nad ranem wyrwał go ze snu telefon od Jody. 
– Qwill, tak się martwię. Juney jeszcze nie wrócił do domu. 
– Może został w domu u matki. Czy dzwoniłaś tam? 
–  Nikt  się  nie  zgłaszał.  Pug  wróciła  do  Montany,  a  pani 

Goodwinter  prawdopodobnie  nocuje...  w  dzielnicy  Indian  Village. 
Dzwoniłam wcześniej do babci Gage, ale ona myślała, że Juney wciąż 
jest  na  Nizinach.  Dzwoniłam  nawet  do  Rogera,  jego  przyjaciela  w 
Mooseville. 

– A więc lepiej powiadommy policję. Zadzwonię do szeryfa. Ale ty 

nie ruszaj się z domu! 

– Chyba oszaleję, Qwill. Czuję, że chyba zaraz wyjdę i sama zacznę 

go szukać. 

–  Nie  możesz  tego  zrobić,  Jody.  Powinnaś  zadzwonić  do  jakiejś 

koleżanki, żeby została z tobą. Może do Franceski? 

– Nie cierpię dzwonić do niej tak późno. 
–  Ja  zadzwonię.  Córka  szefa  policji  jest  przyzwyczajona  do 

nagłych  wypadków.  Teraz  się  rozłącz,  to  zadzwonię  do  szeryfa.  I 
napij się ciepłego mleka, Jody. 

 
 
 
 
 

background image

Kot, który znał Szekspira 

81 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

I

I

Ó

Ó

D

D

M

M

Y

Y

 

 

 
Sobota,  szesnasty  listopada.  „Prawdopodobieństwo  śnieżnych 

nawałnic  wraz  ze  spadkiem  temperatur.  Obecnie  jest  siedem  stopni 
na minusie. W nocy temperatura spadła do dziewięciu poniżej zera... 
A  teraz  wiadomości:  Myśliwy,  zgłoszony  jako  zaginiony  wcześnie 
rano,  został  znaleziony  przez  pomocników  szeryfa  przy  wsparciu 
policji  stanowej.  Junior  Goodwinter,  który  obecnie  przebywa  w 
szpitalu  w  Pickax,  jest  w  ciężkim  stanie  z  powodu  wyziębienia  i 
złamanej nogi”. 

Qwilleran dowiedział się później od szefa policji Brodiego, że tego 

dnia, kiedy rozpoczął się sezon łowiecki, jeden z policjantów w czasie 
rutynowego patrolu zauważył zaparkowanego blisko lasu na poboczu 
czerwonego  jaguara.  Kiedy  zgłoszono  zaginięcie  Juniora,  mogli 
zacząć  poszukiwania  od  tego  miejsca,  z  użyciem  psów  tropiących  i 
konnego oddziału wolontariuszy, czyli wyśmienicie jeżdżących konno 
okolicznych farmerów. 

– Zdaje się – Qwilleran powiedział do pani Cobb przy śniadaniu – 

że  nikt  nie  powinien  polować  sam.  Zbyt  wiele  czai  się 
niebezpieczeństw. 

– Herb zawsze wyrusza sam – westchnęła. 
Ten  facet  nie  może  znaleźć  nikogo  do  towarzystwa  –  pomyślał. 

Kiedy  tylko  ktoś  wspominał  o  Hackpole'u,  od  razu  przychodziły  mu 
do głowy nieżyczliwe myśli. Na głos jednak powiedział: 

– Jeżeli zabiera panią dziś wieczorem na kolację, to może zaprosić 

by go na drinka przed waszym wyjściem? 

– To by było miłe – zgodziła się pani Cobb. – Zaprosimy go tutaj 

do kuchni. Będzie się czuł bardziej komfortowo. 

– Czy chciałby, żeby go oprowadzić po muzeum? 
– Wie pan, mówiąc szczerze, panie Q, on uważa, że dzieła sztuki 

to tylko coś, co zbiera kurz, ale chciałabym pokazać mu piwnicę. 

– A nie mówiła mi pani nigdy nic o jego przeszłości – nagabnął ją 

Qwilleran, choć coś niecoś już słyszał od Juniora. 

– Tutaj się wychował. Po odsłużeniu swojego w wojsku pracował 

na Wschodnim Wybrzeżu. Tam się ożenił i miał kilkoro dzieci. Są już 
dorosłe, ale on nawet nie wie, gdzie się teraz znajdują. 

Pasuje do niego – pomyślał znowu. 
– Wrócił do Moose County z powodu alergii swojej żony, ale wieś 

background image

Lilian Jackson Braun 

82 

jej się nie spodobała i odeszła od niego. 

Uciekła z kierowcą, dostawcą piwa – tak słyszał Qwilleran. 
– To bardzo samotny mężczyzna i żal mi go. 
– Czy pokazywał już pani dom na wsi? 
–  Jeszcze  nie,  ale  wiem,  co  chcę  zrobić  –  zerwać  tapety, 

pomalować ściany na biało i je ozdobić za pomocą szablonów. 

–  Czy  chciałaby  pani  mieć  dużą  sosnową  szafę?  Jeżeli  tak,  to 

będzie to pani prezent ślubny. 

Wydała stłumiony okrzyk zdziwienia. 
–  Ma  pan  na  myśli  niemiecką  szafę  pensylwańską?  Och, 

uwielbiam ją! Ale czy jest pan pewien, że chce się z nią rozstać? 

– Moje życie bez niej już nie będzie takie samo – odpowiedział. – 

Podejrzewam  ataki  lęku  i  okresy  głębokiej  depresji,  ale  chcę,  żeby 
pani zatrzymała szafę. 

–  Och,  panie  Q,  znowu  pan  sobie  ze  mnie  żartuje.  –  Czy 

ustaliliście już datę ślubu? 

–  W  przyszłą  sobotę,  jeżeli  panu  to  odpowiada.  Herb  chciał, 

żebyśmy tylko poszli do urzędu miasta, ale powiedziałam mu, że chcę 
wziąć  ślub  tutaj.  Susan  Exbridge  będzie  moją  druhną.  Czy  chciałby 
pan zostać drużbą? 

O mało się nie zakrztusił. 
– Z przyjemnością, pani Cobb. Czy ma pani listę gości? Urządzimy 

przyjęcie z szampanem. 

–  To  bardzo  uprzejme  z  pana  strony,  ale  Herb  chyba  nie  chce 

żadnego przyjęcia, panie Q. 

–  Proszę  dać  mi  znać,  jeżeli  zmienicie  zdanie.  Chciałbym,  żeby 

miała  pani  ślub  godny  zapamiętania.  Jest  pani  tutaj  wartościowym 
nabytkiem. 

–  Chciałabym  poprosić  o  jedną  przysługę,  jeśli  pan  pozwoli  – 

powiedziała. – Czy porozmawiałby pan z Koko o ziołowym ogrodzie? 
Ciągle go przesuwa. 

–  Czy  próbowała  pani  porozmawiać  o  czymkolwiek  z  kotem?  – 

zapytał  Qwilleran.  –  Mruży  oczy,  drapie  się  w  ucho  i  robi  dalej  to 
samo. 

–  Nie  wspominałabym  o  tym,  ale...  jak  przesunęłam  ogródek  w 

słoneczne  miejsce,  przepchnął  go  w  ciemny  kąt.  Widziałam,  jak  to 
robi. Staje na tylnich nogach, kładzie łapy na niższej półce i pcha. 

Qwilleranowi  drgnęły  kąciki  ust,  kiedy  wyobraził  sobie,  jak Koko 

background image

Kot, który znał Szekspira 

83 

pcha  zioła  na  kamiennej  posadzce  oranżerii,  jakby  to  był  dziecięcy 
wózek.  Słońce  nie  rozpieszczało  w  listopadzie,  a  ten  kot  chciał  po 
prostu uzyskać najlepsze skrawki światła dla siebie. 

–  Dlaczego  nie poprosi pani  Hackpole'a,  żeby  zamontował  jakieś 

hamulce na koła? – zaproponował. 

Dzwonek do drzwi zadzwonił. 
–  O  mój  Boże!  Zapomniałam  panu  powiedzieć  –  rzuciła  pani 

Cobb. – Ale jestem roztrzepana. Hixie Rice miała tu wpaść po drodze 
do pracy. To prawdopodobnie ona. – Podskoczyła do drzwi. – Niech 
pan siedzi. Ja otworzę. 

Hixie zaparkowała swój mały samochód na okrężnym podjeździe i 

przypatrywała  się  z  rozkoszą  wypolerowanym  na  błysk  przez  pana 
O'Della mosiężnym drzwiom wejściowym. 

–  Wszystko  jest  takie  wielkie,  Qwill!  Powinieneś  wynająć 

kamerdynera  –  powiedziała,  wchodząc  i  stukając  obcasami  na 
białym  marmurze  w  hallu.  –  Proszę,  przywiozłam  najnowszy 
smakołyk z naszej serii mrożonek dla kotów: nuggety z raka w sosie 
nantua przybrane anchois. 

Koko  pojawił  się  nagle  w  hallu  i  stał,  gapiąc  się  na  Hixie  bez 

wyrazu, oprócz ogona zwiniętego na końcu w mały hak. 

– Myślę, że mnie pamięta – powiedziała Hixie. – Comment ça va, 

Monsieur Koko

–  Eeke,  eeke  –  odpowiedział.  Kiedy  Qwilleran  oprowadzał  Hixie 

po  domu,  Koko  nie  odstępował  ich  ani  na  krok,  niczym  nadgorliwy 
ochroniarz. 

– Wspaniałe dywany! – wykrzyknęła, wchodząc do salonu. 
Dwa  duże  i  stare  dywany  Aubusson  miały  kremowy  odcień, 

obramowania  i  medaliony  ze  spłowiałymi,  różowymi  różami  w 
środku. 

–  Popatrz  na  Koko  –  powiedział  Qwilleran.  –  Zawsze  unika 

wchodzenia na wzór z różami. 

– Czy te stare barwniki nie były robione z jakichś owadów? Może 

je wyczuwa. 

– Po stu latach? Nie próbuj tego wyjaśniać, Hixie. Co powiesz na 

filiżankę kawy? 

Kiedy  usadowili  się  wygodnie  w  bibliotece,  Hixie  przyglądała  się 

czterem tysiącom woluminów oprawnych w skórę. 

– Qwill, czy jest to dla ciebie szokiem, że odziedziczyłeś mnóstwo 

background image

Lilian Jackson Braun 

84 

pieniędzy? Czy nie czujesz się bezradny, wyobcowany albo winny? 

– Nieszczególnie. 
– Nie uważasz, że ludzie są zazdrośni, pełni urazy i wrodzy? 
–  Hixie,  mówisz  jak  z  jakiejś  książki.  Tak  naprawdę  to  dość 

uciążliwe  posiadać  dużo  pieniędzy,  więc  przeznaczam  je  na  cele 
filantropijne i wszyscy po cichu zapominają. 

Zaczęła zapalać papierosa, więc zaraz ją powstrzymał: 
–  Przepisy  miejscowe.  Zakaz  palenia  w  muzeach...  Jak  się  czuje 

matka twojego przyjaciela? 

– Kto? 
–  Mówiłaś,  że  matka  Toniego  miała  udar  i  musiał  lecieć  do 

Filadelfii. 

– Ach, ma się lepiej, wrócił i pracuje nad książką – odpowiedziała 

Hixie nonszalancko. – Sama zamierzam napisać książkę poświęconą 
toaletom w wiejskich gospodach. Trudno uwierzyć, że jest aż tak źle! 

–  Nie  narzekaj.  Masz  szczęście,  że  są  wewnątrz,  a  nie  na 

podwórku za stodołą. Co im zarzucasz? 

– A zatem pozwól, że ci opowiem o kawiarni „Biegun Północny” w 

Brrr. Mają tylko jedną toaletę, a żeby do niej dotrzeć, trzeba wyminąć 
bardzo zajętego kucharza i tłustą kobietę, która pracuje na zmywaku. 
Kiedy  już  ją  znalazłam,  usytuowaną  pomiędzy  koszem  na  odpadki  i 
zwilgotniałym  mopem,  okazało  się,  że  w  środku  jest  ciemno,  i  nie 
mogłam  znaleźć  włącznika  światła.  Przyszedł  więc  kucharz  i 
pociągnął  za  zatłuszczony  sznurek,  który  zwisał  z  sufitu,  i  voila! 
Toaleta  została  oświetlona  przez  piętnastowatową  żarówkę.  Kolejny 
problem:  jak  zamknąć  drzwi.  Były  otwarte  na  oścież  i  faktycznie 
zablokowane.  Próbowałam  na  siłę,  ale  szczotka  do  WC  i  butelka  ze 
środkiem  dezynfekującym  wylądowały  mi  na  głowie.  Widzisz,  oni 
trzymają  drzwi  otwarte,  zahaczone  do  wyższej  półki,  gdzie  znajdują 
się rzeczy do sprzątania. Udało mi się je w końcu zamknąć i zaczęłam 
po  omacku  szukać  kibla.  Słyszałam  pod  stopami  bulgotanie  jakiejś 
rury  kanalizacyjnej  w  podłodze.  Co  chwilę  słychać  było  dławienie, 
bulgotanie  i  kipienie.  Brzmiało  to  bardzo  niepokojąco.  Deska  na 
kiblu  było  przytwierdzona  jedną  śrubą  i  latała  jak  damskie  siodło. 
Rura  nie  przestawała  bulgotać.  Umywalka  zaczęła  także  syczeć  i 
wybijać  wodę,  więc  szybko  stamtąd  uciekłam  i  zatrzymałam  się  po 
drodze do domu w krzakach. 

–  Hixie,  zawsze  przesadzasz  –  powiedział  Qwilleran.  –  A  jakie 

background image

Kot, który znał Szekspira 

85 

mieli jedzenie? 

– Wyborne! Naprawdę! Chciałabym teraz coś z tobą omówić. Czy 

Koko  mógłby  lansować  naszą  serię  mrożonek  dla  kotów? 
Zaprojektowalibyśmy  naklejkę  z  napisem  „Wybór  Koko”  i 
mielibyśmy  takie  gadżety  jak  koszulki  z  Koko  i  inne.  Może  także 
darmowe  naklejki  na  zderzak  z  napisem:  „Mój  kot  uwielbia  Koko”. 
Jak by to było przyjęte? 

– Nie sądzę, żeby dał się tak łatwo wykorzystać. Nie pakuje się w 

nic, dopóki to nie jest jego pomysł. 

–  Mógłby  wystąpić  w  reklamach  telewizyjnych  –  napierała.  –  W 

następnym tygodniu przywiozę kamerę wideo i zrobię mu test. 

–  Muszę  to  zobaczyć  –  odpowiedział  Qwilleran.  –  Co  słychać  w 

restauracji „Old Stone Mill”? 

– Wczoraj wieczorem na kolację przyszedł mój szef i oznajmił, że 

odnowił nasz kontrakt na lepszych warunkach. 

– Gratulacje! 
–  Był  w  dobrym  nastroju.  Był  z  jakąś  kobietą,  nie  żoną,  i  wypili 

dwie butelki naszego najlepszego szampana. 

– Słyszałem, że jego rozwód już się zakończył. 
–  Nie  traci  czasu.  Oboje  planowali  odbyć  rejs  po  morzach 

południowych  i  mieli  nadzieję,  że  uda  im  się  uciec  przed  opadem 
śniegu. 

– Jak ona wyglądała? – zapytał Qwilleran. 
–  Zdrowy,  wysportowany  typ.  Głośno  się  śmiała  w  sposób, 

którego  nie  znoszę!  Pan  X  ma  apartament  w  naszym  kompleksie  i 
sądzę,  że  ona  się  tam  wprowadziła.  Dlaczego  wszyscy  dookoła  tak 
bardzo obawiają się opadu śniegu? 

Śnieg  nie  spadł  w  sobotę,  mimo  że  ciągle  był  zapowiadany  przez 

cogodzinne  prognozy  pogody.  Qwilleran  przysłuchiwał  się  w 
bibliotece  wiadomościom  o  osiemnastej,  kiedy  do  pokoju  zajrzała 
pani Cobb. 

– On już jest – powiedziała nerwowo. 
Qwilleran  poszedł  za  nią  do  kuchni,  żeby  przywitać  mężczyznę, 

który  kradł  mu  gospodynię.  Uścisnął  dłoń  Hackpole'a  serdecznie  i 
szczerze, w zamian za co jego palce zostały zmiażdżone w żelaznym 
uścisku. 

–  Mówią,  że  dziś  wieczorem  można  się  spodziewać  śniegu  – 

powiedział  Qwilleran,  wykorzystując  standardowy  temat  w  Moose 

background image

Lilian Jackson Braun 

86 

County do otwarcia rozmowy. 

–  Jeszcze  przez  kilka  dni  nie  będzie  padało  –  odpowiedział 

Hackpole.  –  Byłem  przez  cały  dzień  w  lesie  i  mogę  to  orzec  na 
podstawie zachowania jeleni. 

– Słyszę, że jest pan doświadczonym myśliwym, i chciałbym o tym 

więcej  posłuchać,  ale  najpierw...  co  pan  powie  na  drinka?  A  pani, 
pani Cobb, na co ma ochotę? 

– Czy mogłabym dostać czystej whiskey? – spytała kokieteryjnie. 
–  Dla  mnie  kielicha  i  piwo  –  powiedział  jej  facet.  Ubrany  był  w 

swój strój wieczorowo–randkowy: sztruksową marynarkę i flanelową 
koszulę.  Koko  krążył  wokół  niego  i  w  końcu  ośmielił  się  obwąchać 
mu buty. 

– A sio! – krzyknął Hackpole, tupiąc nogą. 
Koko nawet nie mrugnął. 
–  Co  jest  z  tym  kotem?  Głuchy  czy  co?  –  zapytał.  –  Potrafię 

sprawić, że większość kotów odskakuje na metr nad podłogę. 

–  Koko  uważa,  że  obwąchiwanie  butów  to  jego  święte  prawo  – 

powiedział Qwilleran. – Wie, że ma pan w domu psy. 

Wszyscy  troje  zasiedli  do  zabytkowego  kuchennego  stołu,  który 

wywodził się z refektarza jakiegoś hiszpańskiego klasztoru. 

–  Wygląda,  jakbyście  potrzebowali  nowego  stołu  –  odezwał  się 

gość,  oglądając  trzystuletnie,  dobrze  zachowane  ślady  starości. 
Wychylił kieliszek i wetknął trzy palce do górnej kieszeni marynarki. 

Pani Cobb uderzyła go żartobliwie po ręce: 
–  Zakaz  palenia,  mój  drogi.  Szkodzi  antykom,  poza  tym  w 

muzeach to zakazane przez prawo. 

Zostawił papierosy w kieszeni i spojrzał nieufnie na Koko. 
– Dlaczego tam siedzi i gapi się na mnie? – odezwał się z irytacją 

w głosie kogoś, komu zabroniono zapalić. 

–  Koko  pana  ocenia  –  wyjaśnił  Qwilleran.  –  Dane  zostaną 

zapisane w minikomputerze w jego mózgu. 

– U nas w stodole zawsze było pełno kotów – powiedział gość. – 

Przywiązywaliśmy  puszki  do  ich  ogonów  i  mieliśmy  świetny 
poruszający się cel dla kalibru dwadzieścia dwa. – Roześmiał się, lecz 
nikt nie podzielał jego rozbawienia. 

Qwilleran powiedział: 
–  Jeżeli  przywiąże  pan  puszkę  do  ogona  Koko,  usiądzie  i  będzie 

patrzył  panu  w  oczy,  dopóki  nie  zacznie  pan  odczuwać  zawrotów 

background image

Kot, który znał Szekspira 

87 

głowy.  Wkrótce  poczuje  pan  tępy  ból  pod  lewą  łopatką,  potem 
przeszywający ból w brzuchu. Stopy będą jak sparaliżowane i będzie 
panu  ciężko  oddychać.  Na  końcu  krew  zacznie  pana  swędzić.  Wie 
pan, jak to jest, gdy ma się swędzącą krew? 

Pani Cobb poklepała przyjaciela po ręku: 
–  Pan  Qwilleran  tylko  żartuje,  kochanie.  On  zawsze  żartuje.  – 

Zobaczyła, jak znowu sięga po papierosy. – Oj! Nie wolno! 

Hackpole rzucił paczkę na stół. 
–  Słyszałem,  że  jesteś  całkiem  niezłym  strzelcem  –  zauważył 

uprzejmie Qwilleran. 

– Tak, całkiem dobrym. Polowałem już na łosie, grizzly, wszystko. 

Chociaż  jelenie  lubię  najbardziej.  Mam  na  koncie  ósmaki,  ale 
najlepsze  mięso  dają  koziołki.  Takiego  na  przykład  upolowałem 
wczoraj. Pierwszego dnia zawsze mi się udaje. 

Założę się, że przez resztę roku uprawia kłusownictwo – pomyślał 

Qwilleran. 

–  To  był  czysty  strzał.  Upewniłem  się  tylko,  że  porządnie  się 

wykrwawił.  Później  go  wybebeszyłem,  przerzuciłem  przez  plecy  i 
zaniosłem do pikapa. Byłem w domu przed południem. Zważyłem go. 
Miał osiemnaście kilo. 

Qwilleran w myślach odjął pięć. 
Pani Cobb powiedziała z dumą w głosie: 
– Herb jest myśliwym z podchodu. 
– Tak. Założę się, że pan nie wie, co to jest polowanie z podchodu. 
Qwilleran musiał przyznać, że nie ma pojęcia. 
–  My,  myśliwi  z  podchodu,  nie  siedzimy  w  krzakach  i  nie 

czekamy,  aż  coś  nam  przybiegnie.  Trzeba  się  poruszać,  szukając 
przeciwnika,  bardzo  powoli,  bardzo  ostrożnie  i  cicho.  Kiedy  się 
dostrzeże byka, śledzi się go i czeka na najlepszy moment do oddania 
strzału. Trzeba się poruszać jak jeleń i nie wydawać odgłosów takich 
jak  dźwięk  suwaka  czy  zapalenie  zapalniczki.  Trzeba  mieć  dobry 
wzrok  i  określoną  sprawność  fizyczną.  Polowanie  z  podchodu  daje 
wiele satysfakcji. 

–  Jestem  pod  wrażeniem  –  oświadczył  z  uznaniem  Qwilleran, 

nalewając  gościowi  następny  kieliszek.  –  Wiem,  że  jest  pan  także 
ochotnikiem w straży pożarnej. 

–  Rzucam  to  –  powiedział  Hackpole,  krzywiąc  się  z 

niezadowoleniem.  –  Wiele  kobiet  się  przyłącza.  Nie  mam  nic 

background image

Lilian Jackson Braun 

88 

przeciwko, kiedy w czasie całonocnego pożaru prowadzą knajpę, ale 
jaki  mają  interes  prowadzić  wóz  strażacki  i  kręcić  się  wszędzie  w 
straży? 

Przyszła panna młoda dodała: 
– Cieszę się, że to rzucasz. To strasznie niebezpieczne zajęcie. 
–  Tak,  na  przykład  wdychanie  dymu.  Albo  kiedy  wypuszcza  się 

ogień  i  nagle  wali  się  dach.  Kiedyś  widziałem,  jak  wąż  wyrwał  się 
polewającemu i bił na wszystkie strony, roztrzaskując głowy i łamiąc 
kości.  Nie  wie  pan,  jaką  siłę  ma  woda  lecąca  przez  taki  wąż!  To  są 
sprawy, o których większość ludzi nie ma pojęcia. 

–  Zawsze  się  zastanawiałem,  do  czego  strażakom  służą  topory  – 

powiedział Qwilleran. 

–  Żeby  wyrąbać  otwór  i  wypuścić  nim  ogień;  dym  i  gorąco 

wydostają się na zewnątrz, po czym wchodzimy do budynku i gasimy 
ogień. 

–  Ma  pan  jakieś  przypuszczenia,  co  spowodowało  pożar  w 

„Picayune”? 

–  Wybuchł  w  piwnicy.  To  wiedzą  wszyscy,  ale  nic  więcej.  Moja 

firma  naprawiała  te  stare  prasy.  Pod  każdą  z  nich  stała  kuweta,  do 
której  spływały  resztki  rozpuszczalnika  używanego  do  ich 
czyszczenia  z  farby.  Poza  tym  było  tam  mnóstwo  szmat  i  papieru. 
Kiepska sprawa!  Schody  zapaliły  się  i ogień poszedł  aż  na  dach, był 
cug jak w kominie. 

–  No  cóż,  kochanie  –  powiedziała  pani  Cobb  –  powinniśmy  już 

iść, ale najpierw chciałabym, żebyś zobaczył pub w piwnicy. 

Ci, którzy wznosili rezydencję, przenieśli z Londynu angielski pub 

i urządzili bar, z knajpianymi stolikami i taboretami, nawet boazeria 
na ścianach była autentyczna. 

To było coś, co Hackpole mógł docenić. 
–  Hej,  moglibyście  zdobyć  pozwolenie  na  sprzedaż  alkoholu  i 

otworzyć na dole tawernę – powiedział. 

Kiedy  wracali windą  na  parter,  Qwilleran  spytał,  gdzie  wybierają 

się na kolację. 

–  Do  „Otto's  Tasty  Eats”.  Płacisz  i możesz  jeść do  woli.–  Sięgnął 

do kieszeni w klapie. – Gdzie są moje papierosy? 

– Zostawiłeś je na kuchennym stole, mój drogi – powiedziała pani 

Cobb. 

– Nie widzę, cholera! – zawołał z kuchni. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

89 

– Czy sprawdziłeś we wszystkich kieszeniach? 
– Nieważne. Mam jeszcze jedną paczkę w schowku w aucie. 
Qwilleran wyciągnął dłoń: 
–  Cieszę  się,  że  się  w  końcu  mogliśmy  poznać,  i  pozwól  mi 

pogratulować  sobie  wspaniałej...  –  Przerwał  mu  głośny  hałas. 
Doszedł  z  tylnej  części  budynku.  On  i  gospodyni  pospieszyli  do 
oranżerii,  za  nimi  podążył  wolniej  ich  gość.  Miejsce  było  spowite 
ciemnością,  ale  blady  kształt  zjawy  niepostrzeżenie  wymknął  się  z 
pomieszczenia, kiedy do niego weszli. 

Kiedy zapalili światło, ujrzeli istną katastrofę. Na środku podłogi 

stał  ruchomy  ogród  ziołowy,  a  w  pobliżu  leżała  stłuczona  gliniana 
doniczka, z porozrzucaną we wszystkich kierunkach ziemią i liśćmi. 
Inne rośliny zostały wyrwane z korzeniami. Cała podłoga była usiana 
pozostałościami ogródka. 

–  O  rany!  O  rany!  –  powtarzała  pani  Cobb  w  szoku  i  z 

przerażeniem. 

– To nasz tutejszy duch – wyjaśnił Hackpole'owi Qwilleran. – Czy 

pani Cobb mówiła, że mamy tutaj ducha? 

Gospodyni dodała dumnie: 
– Każdy stary dom powinien mieć ducha – drżał jej przy tym głos; 

ukradkiem rozglądała się wokoło w poszukiwaniu winnego kota. 

–  Wszystko  od  nowa  wymienimy  –  zapewnił  ją  Qwilleran.  – 

Proszę  się  nie  martwić.  Wy  dwoje  idźcie  spokojnie  na  kolację,  a  ja 
posprzątam ten bałagan. Miłego wieczoru! 

Jak tylko para opuściła dom, poszedł poszukać syjamczyków. Tak 

jak  oczekiwał,  były  w  bibliotece  i  wyglądały  na  niewinne  i 
zadowolone.  Nadepnął  na  niewielkie  wybrzuszenie  i  znalazł 
papierosa  pod  dywanem  z  Buchary.  To  był  wkład  Yum  Yum  do 
całego  przedsięwzięcia.  Koko  trzymał  podbródek  na  swojej  łapie,  a 
łapę na okładce książki ze świńskiej skóry. Podniósł głowę i odwrócił 
błyszczące, pełne wyczekiwania oczy w stronę mężczyzny. 

–  Nie  będę  wam  czytał,  bo  na  to  nie  zasłużyliście  –  powiedział 

cicho, ale stanowczo. – To było podłe. Wiecie, jak bardzo pani Cobb 
kocha swój ziołowy ogród, a nasze potrawy lepiej smakują z powodu 
roślin,  które  tam  rosną.  Więc  nie  oczekujcie  ode  mnie  żadnego 
zmiłowania! Leżcie sobie i kontemplujcie swoje grzechy, i postarajcie 
się być lepszymi kotami w przyszłości... Wychodzę na kolację. 

Zabrał  Koko  książkę.  Był  to  znowu  Hamlet.  Powąchał  go  przed 

background image

Lilian Jackson Braun 

90 

odłożeniem z powrotem na półkę. Qwilleran miał wyostrzony zmysł 
węchu,  ale  wyczuwał  jedynie  zapach  starej  książki.  Powąchał 
Makbeta  i  pozostałe  tytuły,  którymi  zainteresował  się  Koko. 
Wszystkie miały zapach starej książki. Porównał zapach z książkami, 
których nie ruszał, z OtellemJak wam się podoba i Antoniuszem i 
Kleopatrą
. Musiał stwierdzić, że wszystkie miały dokładnie taki sam 
zapach, zapach starej książki. Wyszedł na kolację. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

Ó

Ó

S

S

M

M

Y

Y

 

 

 
Niedziela,  siedemnasty  listopada.  „Drobny  śnieg  zmieni  się  w 

zamarzający deszcz” – taka była prognoza. W rzeczywistości świeciło 
słońce i Qwilleran postanowił wybrać się na długi spacer. 

Gęsto się tłumaczył pani Cobb przy porannych naleśnikach: 
– Bardzo mi przykro z powodu pani ziołowego ogrodu. Doniczka, 

którą  strącił,  zawierała  miętę,  która  przypomina  kocimiętkę,  jak 
przypuszczam.  Dlaczego  zniszczył  pozostałe,  tego  nie  wiem. 
Zasadzimy je ponownie. 

–  To  nie  będzie  takie  proste  –  westchnęła  pani  Cobb.  –  Cztery  z 

nich zostały wyhodowane od nasion w inspekcie u Herba. Pozostałe 
to były sadzonki, których nie można kupić o tej porze roku. 

–  Nie  było  sensu  dawać  mu  bury.  Chyba  że  złapie  się  kota  na 

gorącym  uczynku  i  da  prztyczka  w  nos,  tylko  wówczas  skojarzy 
reprymendę  ze  swoim  występkiem.  Tak  mówiła  Lori  Bamba,  a  ona 
wie  wszystko  o  kotach.  Bez  wątpienia  papierosy  zwinęła  Yum  Yum. 
Znalazłem jednego pod dywanem i drugiego pod poduszką. 

–  A  ja  znalazłam  pustą  paczkę  pod  dywanem  na  schodach  – 

powiedziała pani Cobb. 

–  Obawiałem  się,  że  pani  kolacja  źle  się  zaczęła.  Czy  mimo  to 

dobrze się pani bawiła? 

Ścisnęła usta, potem przyznała: 
–  No  więc  mieliśmy  małą  sprzeczkę.  Dowiedział  się,  że  dym 

papierosowy  szkodzi  antykom,  i  zakomunikował,  że  nie  mogę  ich 
mieć w domu na wsi. Praktycznie pali jednego za drugim. 

– Czy może pani użyć reprodukcji? 

background image

Kot, który znał Szekspira 

91 

–  Nie  cierpię  kopii,  panie  Q.  Zbyt  długo  obcowałam  z  rzeczami 

prawdziwymi. 

– Musi być jakieś rozwiązanie. 
–  Mam  na  myśli  jedno,  ale  dobre  –  odparła  rzeczowo.  –  Może 

rzuci  swój  cuchnący  nałóg.  Nie  słyszał  pan  chyba,  żeby  lekarze 
ostrzegali przed trującymi skutkami antyków! 

Qwilleran  wydał  z  siebie  odgłosy  pełnego  zrozumienia  i 

przeprosił,  mówiąc,  że  chce  wyjść  i  kupić  niedzielne  wydanie 
„Fluxion”. 

Wyszedł  lekkim  krokiem,  a  to  z  dwóch  powodów.  Poczuł  rozłam 

pomiędzy  panią  Cobb  i  Hackpole'em,  który  mógł  oddalić  wizję 
małżeństwa... I... otrzymał zaproszenie od Polly Duncan. 

– W czwartek mam wolne – mówiła. – Może wpadłbyś do mojego 

domku,  a  ja  przyrządziłabym  pieczeń  z  puddingiem  Yorkshire? 
Przyjedź w dzień, łatwiej ci będzie znaleźć mój dom. 

Szedł  raźnym  krokiem.  Od  przedmieść  Pickax  dzieliły  go  cztery 

mile. Podczas drogi spotkał komendanta straży pożarnej, który także 
szedł do kiosku po niedzielne wydanie „Fluxion”. 

Qwilleran zagadnął: 
– Gdzie ten śnieg, z którego słynie Moose County? 
–  Nie  umiem  odpowiedzieć,  ale  taka  pogoda  utrzyma  się  aż  do 

opadów. 

–  Wytłumacz  mi  coś,  Scottie.  Pickax  ma  dziwnie  rozmieszczone 

ulice. Nic tu nie trzyma się kupy. 

– Podobno wytyczało je dwóch górrrników i jeden drrwal w dniu 

wypłaty – wyjaśnił Scottie. – Tak mówi legenda. 

–  Jak  wozy  strażackie  znajdują  właściwy  adres?  Do  miasta 

wjeżdża się od południa ulicą Południową – i ta jest w porządku – ale 
od północy jest ulica Wschodnia, od zachodu – ulica Północna, a od 
wschodu  –  ulica  Zachodnia.  Boisko  jest  na  rogu ulicy  Południowo–
Północnej i Zachodnio–Południowej. To może doprowadzić logicznie 
myślącego człowieka do szaleństwa. 

–  Nie  szukaj  tu  logiki,  chłopie  –  powiedział  Scottie,  potrząsając 

siwą kudłatą grzywą. 

–  Czy  komendant  okręgowej  straży  pożarnej  przyleciał,  by 

przeprowadzić analizę pożaru w „Picayune”? 

–  Nie  wołamy  go  do  każdego  pożaru,  chyba,  że  podejrzewamy 

podpalenie  albo  ktoś  zginie.  To  był  przypadkowy  pożar,  wywołany 

background image

Lilian Jackson Braun 

92 

przez  zatłuszczone  szmaty  i  rrozpuszczalniki  znajdujące  się  w  hali 
maszynowej. 

– Jak można ustalić, że przyczyną pożaru było podpalenie? 
– Czy ty coś planujesz, chłopie? 
– Nie w najbliższej przyszłości, Scottie. 
–  No, bo  jeślibyś  kombinował  coś  w  tym  guście,  to  staraj się  nie 

zostawić po sobie dwugalonowej puszki, pomalowanej na czerrwono 
i śmierrdzącej benzyną. I nie powinieneś rzucać za wcześnie zapałki, 
bo możesz wylecieć przez okno podczas eksplozji. 

– Można jakoś stwierdzić, że pożar zaczął się od wybuchu? 
– Aye. Po pierwsze wywala drzwi z zawiasów, a po drugie drobinki 

sadzy są mocno wbite w ściany. 

Qwilleran  dokończył  spacer,  zatrzymując  się  na  filiżankę  kawy  w 

taniej  restauracji  przy  ulicy  Północnej,  a  niedzielną  gazetę  kupił  w 
kiosku przy ulicy Zachodnio–Południowej. 

Po  południu,  kiedy  czytał  „Fluxion”  i  liczył  błędy  typograficzne, 

zadzwonił dzwonek. W drzwiach frontowych ujrzał oblicze starszego 
pana spoglądające bystro spod kaptura. 

–  Dzień  dobry  –  powiedział  gość  wesołym,  piskliwym  głosem.  – 

Czy ma pan jakieś dziury po myszach do załatania? 

– Przepraszam, nie zrozumiałem. 
– Dziury po myszach. Jestem dobry w ich łataniu. – Qwilleran był 

zdziwiony.  Domokrążcy  przychodzili  zwykle  do  kuchennych  drzwi  i 
nigdy w niedzielę. Przeważnie byli także młodsi. 

– Właśnie odbywałem przechadzkę – wyjaśnił staruszek. – Ładny 

dzień na spacery. Jestem Homer Tibbitt z Klubu Złotej Jesieni. 

– Oczywiście! Nie poznałem pana w parce. Proszę wejść! 
–  Widziałem  pana  kota  paradującego  z  myszą  na  przyjęciu  i 

pomyślałem, że ma pan jakieś mysie dziury, które można by załatać. 
Zrobię to za darmo. 

–  Proszę  zdjąć  płaszcz,  usiądziemy  i  porozmawiamy  o  tym.  Czy 

napiłby się pan filiżanki kawy? 

–  Tak,  o  ile  ma  pan  bezkofeinową,  i  prosiłbym,  jeżeli  można, 

odrobinę brandy do niej, tak dla rozpalenia w starym piecu. 

Poszli  do  biblioteki.  Pan  Tibbitt  szedł  energicznie,  wymachując 

niezdarnie rękoma i nogami. Ogień palił się w kominku, pan Tibbitt 
stanął tyłem do ciepła. – Jestem przyzwyczajony do starych domów 
takich jak ten – powiedział. – Pełniłem ochotniczo funkcję kustosza 

background image

Kot, który znał Szekspira 

93 

w muzeum Lockmaster w pobliskim okręgu. Słyszałeś o tym? 

– Niestety nie. Niedawno tu przybyłem. 
–  To  była  rezydencja  właściciela  stoczni,  cała  w  drewnie,  i 

załatałem  tam  pięćdziesiąt  siedem  dziur  po  myszach.  W  domu  z 
kamienia,  takim  jak  ten,  myszy  muszą  być  sprytniejsze,  ale  tu  w 
Pickax mamy bardzo bystre myszy. 

– Co pana tutaj sprowadziło w tę krainę śniegów, panie Tibbitt? 
– Urodziłem się tutaj, a nasze stare gospodarstwo stało puste. Był 

także  inny  powód.  Tam  w  Lockmaster  zabiegał  o  mnie  pewien 
emerytowany  nauczyciel  angielskiego.  Chcieli  emerytowanych 
dyrektorów.  Wcześniej  byłem  dyrektorem  gimnazjum  w  Pickax. 
Teraz  mam  dziewięćdziesiąt  trzy  lata.  Zacząłem  uczyć  w  szkole 
siedemdziesiąt lat temu. 

–  Trzeba  było  przywieźć  tego  nauczyciela  od  angielskiego  do 

Pickax  –  powiedział  Qwilleran.  –  Nigdy  nie  słyszałem  tylu 
zmasakrowanych czasowników i zaimków. 

Były dyrektor skrzywił się w geście rezygnacji. 
–  Zawsze  robiliśmy,  co  w  naszej  mocy,  ale  jest  tutaj  takie 

powiedzenie: Ludzie ze wsi są inni, a ludzie z Moose County jeszcze 
bardziej. 

Mimo 

dokuczających 

stawów 

staruszek 

był 

nadzwyczaj 

energiczny. Qwilleran zauważył: 

– Wiek emerytalny chyba panu służy, panie Tibbitt. 
–  Mam  ciągle  zajęcie,  i  to  jest  sposób!  Teraz,  jeżeli  pan  chce, 

żebym poszukał mysich dziur... 

Qwilleran zawahał się. 
– Wie pan, mamy dozorcę... 
–  Znam  Pata  O'Della  od  pierwszej  klasy.  To  dobry  chłop,  ale  nie 

zna się na mysich dziurach. 

– Przed kampanią antymyszową, panie Tibbitt, chciałbym z okazji 

projektu  historii  mówionej  utrwalić  na  kasecie  pana  wspomnienia, 
jeżeli oczywiście pan się zgadza. 

– Włącz pan tę maszynę. Proszę o pytania, ale najpierw o jeszcze 

jedną  filiżankę  kawy  z  kapką  brandy,  może  być  z  dwiema  kapkami, 
byle bez kofeiny. 

Nagrano następujący wywiad z Homerem Tibbittem: 
Pytanie: Co może nam  pan powiedzieć o wczesnych szkołach w 

Moose County? 

background image

Lilian Jackson Braun 

94 

–  Począwszy  od  czasów,  gdy  jeszcze  moja  mama  była  belferką, 

szkoły  były  zbudowane  z  drewnianych  bali.  Było  to  jedno 
pomieszczenie  z  deskami  wokół  ściany,  zastawione  ciosanymi 
ławkami  bez  oparcia,  z  pękatym  piecem  w  środku.  I  były  tam 
straszne  przeciągi!  Mama  uczyła  w  jednej  szkole,  gdzie  śnieg 
wlatywał  przez  szczeliny,  a  rano  na  zaśnieżonej  podłodze  czasem 
widać było ślady zająca. 

Czego wymagano od nauczyciela w tamtych czasach? 
–  Moja  mama  szła  trzy  mile  do  szkoły  i  musiała  tam  być  na  tyle 

wcześniej,  żeby  zdążyć  pozamiatać  podłogę  i  rozpalić  drewno  w 
piecu.  Uczyła  osiem  klas  w  jednym  pomieszczeniu,  bez 
podręczników! Płacono jej dolara za dzień plus darmowe wyżywienie 
i zakwaterowanie w rodzinie wiejskiej. Nauczyciele płci męskiej mieli 
płacone dwa dolary. 

Ilu uczniów miała w tym jednym pomieszczeniu? 
–  Zapisanych  było  trzydziestu,  czterdziestu,  ale  chodziła  tylko 

połowa. 

Jakich uczyła przedmiotów? 
–  Wymagano  od  niej  uczenia  czytania,  pisania,  arytmetyki, 

historii,  geografii,  gramatyki,  kaligrafii  i  ortografii.  Organizowała 
także  gry  i  specjalne  zajęcia.  Musiała  dawać  wykłady  na  temat 
szkodliwości picia i palenia oraz noszenia zbyt obcisłych gorsetów. 

A  co  z  drużynami  sportowymi?  Czy  były  organizowane  jakieś 

zawody atletyczne? 

–  Uprawiali  sporty  podczas  wakacji.  Istniała  wprawdzie 

rywalizacja między szkołami, ale związana z konkursami poprawnej 
wymowy, a nie meczami piłki nożnej. 

Czy kiedy pan zaczął uczyć, warunki się polepszyły? 
– Wciąż mieliśmy jednoklasowe szkoły, ale były lepiej zbudowane. 

Mieliśmy  też  podręczniki.  Nie  mieliśmy  jeszcze  wewnątrz  instalacji 
wodno–kanalizacyjnej... Czy mogę poprosić o jeszcze jedną filiżankę 
kawy? Zasycha mi w gardle. 

Czy znał pan jakichś Goodwinterów związanych z gazetą? 
–  Przeszedłem  na  emeryturę  przed  urodzeniem  się  Juniora,  ale 

jego ojciec był w mojej klasie. Senior był spokojnym chłopcem, nie za 
bardzo  rozgarniętym.  Dorastałem  razem  z  Titusem  i  Samsonem,  i 
znałem  najstarszego  Goodwintera.  Kiedy  miałem  jedenaście  lat, 
pomagałem  po  szkole  w  drukarni.  Ephraim  Goodwinter  zarobił 

background image

Kot, który znał Szekspira 

95 

mnóstwo pieniędzy na kopalniach, ale był skąpy. Słyszał pan kiedyś o 
eksplozji,  która  zabiła  trzydziestu  dwóch  ludzi?  Inżynierowie 
ostrzegali  Ephraima,  ale  nie  chciał  wydać  ani  grosza  na 
zabezpieczenia.  Po  wypadku  chciał  to  jakoś  wynagrodzić  miastu, 
dofinansowując publiczną bibliotekę. 

Czy to prawda, że się powiesił? 
–  Ha!  To  jeden  z  brudniejszych  sekretów  w  Moose  County. 

Rodzina twierdziła, że to samobójstwo, i tak samo orzekł koroner, ale 
wszyscy  wiedzieli,  że  to  był  lincz,  i  wiedzieli,  kto  go  dokonał.  Całe 
miasto  zjawiło  się  na  jego  pogrzebie.  Mówiło  się,  że  chcieli  się 
upewnić, że już nigdy nie wróci. 

Co się stało z Titusem i Samsonem? 
–  Opowiadano  bajeczkę  o  tym,  jak  koń  Samsona  wystraszył  się 

stada  kosów  i  w  ten  sposób  zginął  Samson.  Potem  Titus  został 
zamordowany  przez  woźnicę  „Picayune”.  Zginał  z  melonikiem  na 
głowie. 

Kim był kierowca „Picayune”? 
–  To  był  Zack  Whittlestaff.  Ten  okręg  pełen  jest  dziwnych 

nazwisk: 

Cuttlebrink, 

Dingleberry, 

Fitzbottom, 

niemalże 

elżbietańskich.  Miałem  nawet  Falstaffa  w  jednej  z  moich  klas  i 
Scroopa, wyjętego z Szekspira, he! 

Skłaniałby się pan ku twierdzeniu, że to była wendeta przeciwko 

Goodwinterom? 

–  Rzeczywiście,  krewni  ofiar  eksplozji  nienawidzili  Ephraima, 

tego  może  pan  być  pewien.  Zack  był  jednym  z  nich.  Był  zbirem.  W 
szkole się nie uczył. Poślubił dziewczynę ze Scroopów. Miałem dwoje 
ich dzieci w klasie. Dziewczyna narobiła sobie kłopotów i utopiła się. 
Zostawiła  list  pożegnalny  do  kota,  prawdopodobnie  jedynego 
stworzenia, które kochało tę biedną dziewczynę. 

Koniec wywiadu. 
Wywiad został przerwany telefonem z Minneapolis. Harry Noyton 

był  już  w  drodze.  Jego  czarterowy  samolot  miał  wylądować  na 
lotnisku w Pickax o siedemnastej trzydzieści. 

– Jak tam pogoda? – spytał Noyton. 
– Nie ma śniegu, ale jest zimno. Mam nadzieję, że zabrałeś ciepłe 

ubrania. 

–  Do  diabła,  nie  posiadam  żadnych  ciepłych  swetrów.  Łapię 

ogrzewaną taksówkę, kiedy tylko chcę gdzieś dotrzeć. 

background image

Lilian Jackson Braun 

96 

–  W  Moose  County  nie  ma  taksówek  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Będziemy  musieli  ci  kupić  jakieś  kalesony  i  czapkę  z  nausznikami. 
Do zobaczenia o siedemnastej trzydzieści. 

Pozwolił  sobie  przeznaczyć  dużo  czasu  na  jazdę  samochodem. 

Droga  na  lotnisko  biegła  przez  tereny  rogaczy.  O  zmierzchu  będą 
karmione  i  będą  się  przemieszczać.  Myśliwi  byli  w  lasach  od  trzech 
dni, denerwując i płosząc zwierzęta. Qwilleran jechał ostrożnie. 

Podczas oczekiwania na samolot zamienił kilka słów z Charliem. 
– Czy uważasz, że tej zimy spadnie śnieg? 
– Trochę się spóźnia, ale jak już nadejdzie, będziemy mieli wielką 

śnieżycę. 

– Słyszałem, że straciłeś dobrego klienta. 
– Kogo? 
– Seniora Goodwintera. 
– Tak, wielka szkoda. To był miły gość. Zmarł z przepracowania. 

Większość ludzi leci na Florydę albo do Las Vegas, a on tylko latał do 
Minneapolis w interesach i zawsze tego samego dnia wracał. Dlatego 
mówię,  że  wykończyła  go  praca.  Prawdopodobnie  zasnął  za 
kierownicą. 

Kiedy  Noyton  wyszedł  z  samolotu,  miał  lekki  płaszcz 

przeciwdeszczowy,  wiszący  na  jego  tyczkowatej  sylwetce.  W  rękach 
trzymał  torbę  podróżną  w  sam  raz  na  maszynkę  do  golenia  i 
dodatkową koszulę. To było w jego stylu. Przechwalał się, że mógłby 
polecieć dookoła świata ze szczoteczką do zębów i z kartą kredytową. 

– Qwill, jak się masz, stary? Wyglądasz jak farmer w tych wielkich 

butach i w kapeluszu! 

–  A  ty  wyglądasz  jak  przybysz  z  obcej  planety  –  powiedział 

Qwilleran. 

– 

Przestraszysz 

tubylców 

tym 

trzyczęściowym 

garniturem. Jutro z rana zabierzemy cię do „Scottie's Men's Shop” i 
kupimy ci jakiś strój dla kamuflażu... Zapnij pasy, Harry – dodał, jak 
tylko włączył stacyjkę w swoim małym aucie. 

–  Do  diabła,  nigdy  w  życiu  nie  zapinałem  pasów,  z  wyjątkiem 

samolotów. 

Qwilleran wyłączył silnik i rozłożył ręce: 
–  Harry,  w  Moose  County  jest  dziesięć  tysięcy  jeleni.  Teraz  jest 

sezon  rui  oraz  polowań.  O  tej  porze  wszystkie  byki  gonią  wszystkie 
łanie,  przecinając  szosę  tam  i  z  powrotem.  Jeśli  walniemy  w  byka, 
wylecisz przez szybę, więc się lepiej zapnij. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

97 

– Jezu! Bezpieczniej jest na lotnisku w Bejrucie! 
–  Zeszłej  zimy  byk  gonił  łanię  po  Main  Street  w  Pickax  i  oba 

zwierzaki  przeleciały  przez  szklaną  szybę  sklepu  meblarskiego. 
Wylądowały na wodnym łóżku. 

Noyton  zapiął  pas  i  przez  następne  dziesięć  mil  zerkał 

niespokojnie  na  drogę,  Qwilleran  zaś  rozglądał  się  po  polach  i 
zaroślach w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. 

– Jeżeli natkniemy się na byka, Harry, to mam się z nim zderzyć 

czołowo, ryzykując, że jego kopyta przebiją szybę, czy mam próbować 
go wyminąć, ryzykując, że wylądujemy do góry nogami w rowie? 

–  Jezu!  Czy  muszę  wybierać?  –  odpowiedział  Noyton,  ściskając 

kurczowo deskę rozdzielczą obydwoma rękami. 

Kiedy  znaleźli  się  na  przedmieściach  Pickax,  Qwilleran 

powiedział: 

–  Oto  nasz  program.  Jutro  przekażę  cię  burmistrzowi  i  ludziom 

od  ekonomicznego  rozwoju  regionalnego.  Oni  skontaktują  cię  z 
wdową.  Dodam,  że  wdowa  jest  bardzo  pogodna.  Dziś  wieczorem 
zabiorę  cię  na  kolację  do  „Old  Stone  Mill”.  Czeka  na  ciebie  także 
apartament w pałacu, który odziedziczyłem. Możesz dokonać wyboru 
pomiędzy  stylami:  staroangielski  z  baldachimowym  łóżkiem, 
biedermeier z kwiatami namalowanymi na wszystkim albo empire z 
wystarczającą liczbą sfinksów i gryfów, żebyś miał w nocy koszmary. 

– Mówiąc szczerze, Qwill, wolałbym nocować w hotelu. To mi daje 

większą  swobodę.  Zjadłem  posiłek  w  Minneapolis  i  chciałbym  teraz 
położyć się do łóżka. Jakiś sprzeciw? 

–  Żadnego.  Hotel  „New  Pickax”  mieści  się  w  samym  centrum, 

obok ratusza. 

– „New”? Czyli budują tu nowe hotele? – ucieszył się Noyton. 
–  Hotel  „New  Pickax”  został  zbudowany  w  1935  roku  w  miejsce 

starego, który spłonął. Jest tam boy hotelowy na pół etatu, kolorowy 
telewizor w korytarzu, kanalizacja i zamki w drzwiach. 

Wysadził Noytona przy wejściu do hotelu. 
–  Zadzwoń  do  mnie  jutro,  kiedy  będziesz  już  gotowy,  to  zabiorę 

cię  na  śniadanie.  Chciałbym  z  tobą  prywatnie  porozmawiać  przed 
twoim spotkaniem z burmistrzem. 

Pod  koniec  dnia  Qwilleran  i  jego  dwaj przyjaciele  odpoczywali w 

bibliotece  przed  zgaszeniem  świateł.  Yum  Yum  usiadła  na  jego 
kolanach  z  plecami  w  odpowiedniej  pozycji  do  głaskania,  Koko  zaś 

background image

Lilian Jackson Braun 

98 

siedział wyprostowany i czujny w oczekiwaniu na rozmowę. 

Qwilleran zaczął spokojnym, pojednawczym tonem: 
–  Nie  wiem,  co  mam  ci  powiedzieć,  Koko.  Zazwyczaj  nie 

przejawiasz  niszczycielskiej  natury, chyba  że  masz  powód.  Dlaczego 
zniszczyłeś ogród ziołowy? 

Kot zmrużył oczy i wydał cichy dźwięk bez otwierania pyszczka. 
–  Twoja  skrucha  już  nic  tu  nie  pomoże.  Szkoda  została 

wyrządzona.  Jeżeli  chcesz  zrazić  naszą  wspaniałą  gospodynię,  to 
jakbyś  jej  na  złość  odgryzł  sobie  wąsy.  Kiedy  wyjdzie  za  mąż  i 
zamieszka  gdzie  indziej,  nie  będziesz  się  tak  dobrze  odżywiać  jak 
teraz. 

Koko  przeskoczył  z  biurka  na  półkę  z  książkami  i  zaczął  dotykać 

łapami grzbietów książek z wydania zbiorowego dramatów. 

–  Żadnego  czytania  dziś  wieczorem.  Miałem  ciężki  dzień.  Ale 

puścimy sobie nagranie pana Tibbitta i zobaczymy, jak brzmi. 

Mały  przenośny  magnetofon  sprawił,  że  cienki  głos  staruszka 

brzmiał jeszcze bardziej nosowo i skrzecząco. Koko potrząsnął głową 
i nakrył uszy łapami. 

Z magnetofonu rozległ się dzwonek telefonu i nagranie raptownie 

się zakończyło. Qwilleran gładził wąsy w zamyśleniu. 

– Ephraim został zlinczowany – powiedział na głos. – Titus zabity 

nożem.  Drugi  brat,  Samson,  prawdopodobnie  wpadł  w  zasadzkę.  A 
Senior...  co?  Czy  jego  śmierć  była  wypadkiem?  Czy  to  było 
samobójstwo? Albo morderstwo? 

–  Yow!  –  powiadomił  go  Koko,  a  Qwilleran  poczuł  znaczące 

swędzenie pod wąsami. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

W

W

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Poniedziałek,  osiemnasty  listopada.  „Nieoczekiwana  fala  zimna 

przyniosła  niskie  temperatury:  minus  szesnaście  stopni  w  Pickax 
zeszłej  nocy,  cztery  stopnie  zimniej  w  Brrr,  ale  po  południu  nastąpi 
lekkie ocieplenie i pojawi się kilka płatków śniegu”. 

Qwilleran  niecierpliwym  gestem  wyłączył  samochodowe  radio. 

Mimo  prognoz  w  Moose  County  tego  roku  nie  widziano  jeszcze 

background image

Kot, który znał Szekspira 

99 

nawet drobinki śniegu. Do hotelu „New Pickax” wybrał się limuzyną 
odziedziczoną po Klingenschoenach, żeby zrobić lepsze wrażenie na 
gościu z Nizin. 

Kiedy Noyton zobaczył długi czarny pojazd, zakrzyknął: 
– Jezu! Qwill, naprawdę ci się udało! Jak to się stało? Czy ożeniłeś 

się  z  dziedziczką  naftowej  fortuny?  Nikt  nigdy  mi  nie  powiedział, 
dlaczego odszedłeś z „Fluxion”. Sądziłem, że odszedłeś na emeryturę, 
żeby napisać książkę. 

–  To  długa  historia  –  odparł  Qwilleran.  –  Najpierw  chcę  ci 

pokazać,  gdzie  mieszkam,  i  ugościć  cię  jednym  z  niezapomnianych 
śniadań mojej gospodyni. 

–  Ty  z  gospodynią  i  limuzyną?  Pamiętam,  jak  mieszkałeś  w 

kawalerce i jeździłeś autobusem. 

–  W  zasadzie  mieszkam  nad  garażem,  a  dom  zmieniam  w 

muzeum. 

Noyton z podziwem rozejrzał się po rezydencji K i oznajmił: 
– Znam królów w Europie, którzy nie mieszkają tak dobrze. Jedna 

rzecz  mnie  nurtuje:  Dlaczego  tutaj  jestem?  Dlaczego  sam  nie 
sfinansujesz gazety? 

To  pytanie  zadawano  już  Qwilleranowi  do  znudzenia.  Wyjaśnił 

swoją sytuację: 

–  Jestem  pisarzem,  a  nie  przedsiębiorcą.  –  Opowiedział  mu 

historię  „Picayune”  i  powtórzył  jeszcze  raz,  że  okręg  potrzebuje 
gazety. 

– Kto nią pokieruje? – brzmiało pierwsze pytanie Noytona. 
–  Arch  Riker  właśnie  odszedł  z  „Fluxion”.  Jest  świetnym 

redaktorem  i  zna  robotę  na  wylot.  Junior  Goodwinter  zaś  jest 
ostatnim  z  długiej  linii  prasowych  Goodwinterów.  Wykształcony 
dziennikarz.  Jego  akademickie  wyniki  są  bardzo  wysokie  i  ma 
niewyczerpaną energię i entuzjazm. 

– W moim typie. A kim jest wdowa? 
– Gritty Goodwinter... 
– Już mi się podoba! 
–  Chce  sprzedać  gazetę  bliskiemu  przyjacielowi,  który  zamierza 

tylko  wykorzystać  nazwę  stuletniej  instytucji.  Oczywiście  możesz 
zapomnieć  o  „Picayune”  i  zacząć  pod  nową  nazwą,  jak  „Backwoods 
Gazette” czy „Moose Call”, ale „Picayune” w zeszłym tygodniu miała 
artykuł wart milion dolarów i będzie miała drugi w tygodniku. 

background image

Lilian Jackson Braun 

100 

–  Łapię,  łapię  –  powiedział  Noyton.  –  Odbierzemy  gazetę  tym 

łajdakom. 

–  Pani  Goodwinter  ma  także  stodołę  pełną  zabytkowych  maszyn 

drukarskich. Mógłbyś otworzyć muzeum drukarskie. 

– Podoba mi się! – wykrzyknął Noyton. – A tak przy okazji, co cię 

skłoniło, żeby zadzwonić właśnie do mnie? 

Qwilleran  zawahał  się.  Jedli  śniadanie,  a  Koko  był  pod  stołem, 

mając nadzieję, że ktoś rzuci mu plaster bekonu. 

– Więc to było tak: twoje imię po prostu pojawiło mi się w głowie. 

– Jak mógł inaczej wytłumaczyć człowiekowi takiemu jak Noyton, że 
to kot zwrócił na niego uwagę przez pewną książkę? Nie, to było zbyt 
naciągane. 

Po  śniadaniu  dwaj  mężczyźni  złożyli  wizytę  w  „Scottie's  Men's 

Shop”. Właściciel podkreślał swoje „r” i sprzedał Noytonowi płaszcz 
do  kolan  z  szopów,  australijski  kapelusz  i  skórzane  buty  z 
wytłoczonymi  wzorami.  Przez  resztę  dnia  wysoki,  niezgrabny 
mężczyzna  z  pobrużdżoną  twarzą  był  widziany  w  najrozmaitszych 
miejscach Pickax. 

Widziano  go,  jak  opuszcza  hotel,  wchodzi  do  ratusza,  jeździ  z 

burmistrzem,  zjada  lunch  z  wpływowymi  ludźmi  z  Country  Clubu, 
wychodzi  z biura  prawnika,  idzie  do banku,  spotyka  się  na  kolacji  z 
wdową  Goodwinter  i  zjada  dwustugramowy  stek  z  dwoma 
pieczonymi ziemniakami. 

Chodziły plotki, że jest teksaskim nafciarzem i że uczyni farmerów 

z  Moose  County  bogatymi.  Oraz  że  jest  spekulantem  promującym 
podmorskie 

odwierty, 

które 

mogłyby 

zrujnować 

przemysł 

turystyczny.  Albo,  że  planuje  wybudowanie  elektrowni  jądrowej, 
która  może  wytworzyć  promieniowanie,  skazić  wodę  pitną  i  zatruć 
ryby. Lub że jest zwiadowcą z Hollywood, który poszukuje w Moose 
County scenerii do filmu. Plotki przekazała Qwilleranowi pani Cobb, 
ponieważ  usłyszała  je  od  pani  Fulgrove,  a  ta  z  kolei  została 
poinformowana przez pana O'Della. 

Qwilleran  w  tym  czasie  złożył  poranną  wizytę  w  szpitalu,  by 

zobaczyć  się  z  młodym  redaktorem  gazety,  który  znany  był  z 
niesłabnącej energii i entuzjazmu. Całkiem oklapły Junior siedział w 
fotelu z nogą w gipsie. Miał nieogoloną twarz i niezadowoloną minę. 
Jody  kręciła  się  wokół  niego,  starając  się  być  radosna  i  pożyteczna, 
ale Junior pozostawał ponury. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

101 

– Ty idioto! – Qwilleran przywitał pacjenta. – Jeżeli musisz łamać 

nogę, to wybierz sobie wygodniejsze miejsce. 

Jody wtrąciła: 
–  Złapał  w  lesie  straszne  przeziębienie,  ale  na  szczęście  nie 

przeszło w zapalenie płuc. Chce zostać w szpitalu, dopóki nie urośnie 
mu broda. 

–  Nie  mam  gdzie  pójść  –  odezwał  się  Junior  zrezygnowanym 

tonem.  –  Dom  na  wsi  jest  sprzedany,  Meble  zostaną  zlicytowane  w 
środę.  Nie  mogę  zatrzymać  się  u  Jody.  Mieszka  w  malutkiej 
kawalerce. 

–  Mamy  kilka  wolnych  łóżek,  proszę  bardzo,  możesz  ich  użyć  – 

zaproponował Qwilleran. 

– Po prostu nie wiem. Po prostu nie wiem, co zrobić. 
–  Więc  zmyj  ten  smętny  wyraz  twarzy.  Przynoszę  dobre  wieści. 

Mój  znajomy  z  Nizin  chce  kupić  gazetę.  Chce  zaproponować  twojej 
matce  trzy  razy  wyższą  ofertę  od  oferty  XYZ  i  chce  wyłożyć  kupę 
forsy na nowe zakłady drukarskie. 

Junior spojrzał nieufnie. 
– Czy on jest szalony? 
–  Szalony  i  nadziany.  Ma  w  swoim  posiadaniu  biurowce,  hotele, 

kluby piłkarskie, sieci restauracji i kilka browarów w Stanach oraz za 
granicą. Spodobał mu się pomysł posiadania gazety. Z czasem może 
zainwestować także w tygodniki. 

– Nie wierzę w to. Chyba mam halucynacje. Albo ty je masz. 
Judy zakrzyknęła: 
– Och, Juney! Czy to nie wspaniałe? 
Qwilleran kontynuował: 
–  Noyton  jest  teraz  w  Pickax.  Miejscowi  są  napaleni.  Plan  jest 

następujący: Arch Riker zostanie wydawcą, a ty będziesz redaktorem 
naczelnym prawdziwej gazety. Znam kilku młodych dziennikarzy na 
Nizinach,  którzy  są  niezadowoleni  z  życia  w  dużym  mieście  i 
prawdopodobnie  chętnie  by  się  tutaj  osiedlili.  Nie  zarabialiby  tak 
dużo jak tam, ale z kolei tu życie jest tańsze. Kto wie? Może Noyton 
sfinansuje  porządne  lotnisko  i  kupi  linię  lotniczą.  Musimy  jednak 
trzymać  jego  zapał  na  wodzy,  bo  może  mu  strzelić  do  głowy,  żeby 
wybudować pięćdziesięciopiętrowy hotel w samym środku pola. 

Junior nic nie mówił. 
– Och, Juney – prosiła jego mała przyjaciółka – powiedz coś. 

background image

Lilian Jackson Braun 

102 

– Czy jesteś pewien, że coś z tego będzie? 
– Noyton nigdy się nie cofa. 
– Ale moja matka jest... bardzo blisko związana z Exbridge'em. 
– Blisko?! Ona zwyczajnie ma z nim romans, i dobrze o tym wiesz. 

Ale  jeśli  jest  tak  zachłanna,  jak  mi  się  zdaje,  zapomni  o  XYZ  i 
zapoluje  na  grubszą  rybę.  Noyton  nie  tylko  skusi  ją  szelestem 
banknotów, ale także swoim urokiem osobistym. Kobiety go lubią. 

– Czy jest żonaty? – spytała Jody. 
– Obecnie nie, ale dla ciebie jest za stary, Jody. 
Zachichotała. 
– Interesuje go również zakup starych pras ze stodoły na potrzeby 

muzeum drukarskiego. Twój ojciec by się ucieszył, Junior. 

– No cóż... 
–  Jody  –  zwrócił  się  Qwilleran  –  czy  byłabyś  tak  uprzejma  i 

przyniosła  nam  kawę  z  kawiarenki?  I  kilka  takich  owsianych 
ciasteczek  zrobionych  z  tektury  i  trocin?  –  Wręczył  jej  banknot  i 
zaczekał,  aż  wyjdzie.  –  Zanim  wróci,  odpowiedz  mi  na  kilka  pytań, 
dobrze?  Czy  uważasz,  że  wypadek  twojego  ojca  mógł  być 
samobójstwem? 

Junior otworzył szerzej oczy. 
– Nie sądzę, by był skłonny do czegoś takiego. 
–  Zrujnował  rodzinę.  Twoja  matka  miała  romans.  I  może  być 

jeszcze jeden powód. 

– Co masz na myśli? 
– 

Pamiętasz 

tego 

nieznajomego 

czarnym 

płaszczu 

przeciwdeszczowym,  który  przyleciał  tym  samym  samolotem? 
Wziąłeś  go  za  podróżującego  sprzedawcę.  Sądzę,  że  był  jakimś 
śledczym.  Jeżeli  twój  ojciec  zamieszany  był  w  coś  podejrzanego, 
mógł wiedzieć o jego przyjeździe... 

–  Mój  ojciec  nie  zrobiłby  niczego  nielegalnego  –  zaprotestował 

Junior. – Nie miał do tego głowy. 

– Następne pytanie: Czy to mogło być morderstwo? 
–  Co???  –  Junior  o  mało  nie  wyskoczył  z  gipsu.  –  Dlaczego 

mogło... kto mógł...? 

–  Pomińmy  to  pytanie.  Co  było  w  metalowej  kasetce,  którą 

próbowałeś odszukać po pożarze? 

–  Nie  wiem.  Tata  utrzymywał  jej  zawartość  w  tajemnicy,  ale 

wiedziałem, że jest ważna. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

103 

– Jakiej była wielkości? 
Junior kichnął i sięgnął po chusteczkę. 
– Podobnej wielkości co pudełko chusteczek. 
–  Słyszę,  że  idzie  Jody. Powiedz  mi  jeszcze  jedno:  Dlaczego  twój 

tata tak często odbywał jednodniowe podróże do Minneapolis? 

– Nigdy mi tego nie wyjawił – twarz Juniora zrobiła się czerwona. 

– Wiem jednak, że nie układało mu się z moją matką. 

Jody wróciła z kawą. 
– Nie było ciasteczek owsianych, więc wzięłam z melasą. 
–  Smakują  jak  spalone  opony  –  westchnął  Junior  po  kilku 

skubnięciach. – Czy goście na wernisażu dopisali, Qwill? 

–  Dom  był  pełen!  Zacząłem  wywiady  z  weteranami  i  nagrywam 

ich  opowieści  na  taśmę.  Czy  masz  jakieś  sugestie,  z  kim  jeszcze 
mógłbym porozmawiać? Mam już twoją babcię i Homera Tibbitta. 

–  Pani  Woolsmith  –  zaszczebiotała  Jody  cienkim  głosem.  –  Ona 

by się nadawała. 

Junior podrapał się po pojawiającej się brodzie. 
–  Powinieneś  znaleźć  tych,  co  pamiętają  kopalnie  i  pierwsze 

farmy  oraz  rybaków,  którzy  tu  łowili,  nim  pojawiły  się  łodzie 
motorowe. 

– Pani Woolsmith mieszkała na farmie – wtrąciła delikatnie Jody. 
–  Potrzebuję  kogoś  o  niezawodnej  pamięci  –  powiedział 

Qwilleran. 

– I tak będziesz musiał z nich wyciągać – ostrzegł Junior. – Starsi 

ludzie lubią pogawędzić o ciśnieniu krwi, protezach dentystycznych i 
o swoich prawnukach. 

–  Pani  Woolsmith  ma  prawie  wszystkie  swoje  zęby  –  zapewniła 

Jody. 

– No, poddaj jakąś myśl – poprosił Juniora Qwilleran. – Nie ma 

pośpiechu. 

–  Zaczekaj  chwilę!  Mam!  Jest  taka  kobieta  w  domu  starców  – 

przypomniał sobie nagle Junior. – Ma ponad dziewięćdziesiąt lat, ale 
jest  bardzo  bystra  i  całe  swoje  życie  spędziła  na  farmie.  Nazywa  się 
Woolsmith. Sarah Woolsmith. 

Jody  zabrała  płaszcz  i  torbę  na  ramię,  a  następnie  bez  słowa 

wyszła z pokoju. 

– Hej, dokąd ona idzie?! – krzyknął Junior. 
Po dokończeniu spotkania w szpitalu Qwilleran poszedł na lunch 

background image

Lilian Jackson Braun 

104 

do  restauracji  „Stefania”,  zastanawiając  się  nad  metalową  kasetką 
Seniora  i  jego  częstymi  podróżami  do  Minneapolis.  Czerwona, 
zakłopotana  twarz  Juniora  świadczyła  o  tym,  że  coś  wiedział  albo 
podejrzewał  przyczynę.  To  dziwne,  ale  młodzi  ludzie,  wyzwoleni  w 
swoich  własnych  związkach,  mogą  być  zawstydzeni  seksualnymi 
przygodami  swoich  rodziców.  Kiedy  zamyślił  się  nad  tą 
zastanawiającą reakcją, przy stoliku obok usłyszał znajomy głos. 

Mężczyzna  zamawiał  kanapkę  z  wołową  pieczenią,  musztardą  i 

chrzanem. 

–  Proszę  wykroić  tłuszcz  i  przynieść  sałatę  wymieszaną  z  sosem 

roquefort, bez ogórka i zielonej papryki. 

Jego  głos  brzmiał  jak  urywane  pobrzękiwanie,  a  Qwilleran  już 

gdzieś go słyszał. Podniósł się i poszedł w stronę męskiej toalety, a po 
drodze zerknął na sąsiada. Był to tak zwany historyk, którego spotkał 
w bibliotece. Mężczyzna zmienił strój ze sztywnego na bardziej luźny, 
mniej rzucający się w oczy w Moose County, ale nie było wątpliwości 
co do jego tożsamości. Był nieznajomym, którego wizyta kojarzyła się 
z  fatalnym  wypadkiem  Seniora,  albo  z  jego  samobójstwem,  albo 
morderstwem. 

Qwilleran  spędził  resztę  lunchu  na  rozważaniu  różnych 

możliwości.  Układał  scenariusze  z  uwzględnieniem  metalowej 
kasetki...  cudzołóstwa...  hazardu...  związku  z  narkotykami... 
szpiegostwa.  Jednak  coś  mu  mówiło,  że  poczciwy  drukarz  nie 
pasował do żadnej z tych ról. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

S

S

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Wtorek,  dziewiętnasty  listopada.  „Dzisiaj  cieplej,  ze  wzrostem 

temperatury  prawie  do  zera.  Istnieje  niejakie  prawdopodobieństwo, 
że  po  południu  spadnie  śnieg.  W  środę  może  nadejść  śnieżyca. 
Obecnie temperatura wynosi minus osiem stopni”. 

– To okropne! – jęknęła pani Cobb. – Jutro jest aukcja, a trzeba 

tam  dojechać  wiejską  drogą.  Mówią,  że  hotel  już  jest  pełen 
przyjezdnych 

handlarzy. 

Przybyli 

dziś 

po 

południu 

na 

przedpremierowy pokaz. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

105 

– Niech się pani nie martwi. Jeżeli przewidują śnieżycę, to znaczy, 

że  będzie  ładny  dzień  –  powiedział  Qwilleran  z  cynizmem  godnym 
wytrawnego  znawcy  pogody  w  Moose  County.  –  Jak  przeprowadzą 
aukcję w tym domu? Tam są same małe pokoje. 

– Główna aukcja będzie prawdopodobnie odbywać się w stodole. 

Na  plakatach  i  w  ogłoszeniach  radiowych  ostrzegali,  żeby  ciepło  się 
ubrać.  Organizatorem  jest  Foxy  Fred,  więc  wszystko  powinno 
przebiegać  bez  zakłóceń.  Wybieram  się  na  pokaz  przedaukcyjny 
dzisiejszego  popołudnia,  wezmę  przy  okazji  katalog.  O  której 
godzinie przyjeżdża panna Rice? Koty są głodne. 

Zgodnie z sugestią Hixie syjamczyki dostały na śniadanie zaledwie 

łyżeczkę  jedzenia,  tylko  tyle,  żeby  powstrzymać  je  od  przeżuwania 
własnych ogonów. Zgodnie z jej koncepcją przed testem kamerowym 
Koko  miał  być  głodny  jak  wilk,  a  Yum  Yum  cierpieć  razem  z  nim. 
Miauczały bez ustanku, gdy Qwilleran zajadał się sadzonymi jajkami 
na  grzance  z  szynką.  Chodziły  tam  i  z  powrotem  po  podłodze, 
pakowały  się  pod  nogi  i  podnosiły  larum,  kiedy  ktoś  nadepnął 
przypadkowo na jeden z ogonów. 

Koko  oczywiście  doskonale  wiedział,  że  to  Hixie  jest 

odpowiedzialna  za  ów  skandal.  Kiedy  przyjechała,  przywitał  ją 
gniewnymi, rozszerzonymi źrenicami i wymachiwał ogonem niczym 
szablą. 

– Bonjour, Monsieur Koko – powiedziała. Odwrócił się i poszedł 

na  sztywnych  nogach  do  pralni,  gdzie  zajął  się  ostentacyjnym 
rozgrzebywaniem żwirku w swojej kuwecie. 

– Oto mój scenariusz – wyjaśniała Qwilleranowi. – Zaczniemy od 

ujęcia  frontowych  drzwi,  które  symbolizują  elegancję  i  dobrobyt. 
Potem wejdziemy do hallu, a kamera zrobi panoramę od francuskich 
mebli po wielkie schody i kryształowy żyrandol. 

– Wygląda mi to na scenę z brazylijskiego serialu. 
–  Potem  zrobimy  zbliżenie  na  sam  szczyt  schodów,  gdzie  będzie 

siedział Koko, wyglądający na znudzonego. 

– Jak mu to wytłumaczysz? – chciał się dowiedzieć Qwilleran. 
Hixie zignorowała pytanie. 
– Następnie kamerdyner zawiadomi oficjalnym tonem, że podano 

ciasteczka  z  wieprzowej  wątróbki.  To  będzie  głos  zza  kadru.  Ty 
możesz podłożyć głos, Qwill. Koko natychmiast zbiegnie po schodach 
w  swój  charakterystyczny,  płynny  sposób,  a  kamera  będzie  mu 

background image

Lilian Jackson Braun 

106 

towarzyszyć do jadalni. 

– Do jadalni? – Qwilleran wymamrotał z powątpiewaniem. 
Syjamczyki  były  przyzwyczajone  do  spożywania  posiłków  w 

kuchni i niechętnie jadły w innych pomieszczeniach. 

Hixie kontynuowała z typową dla siebie swadą: 
–  Krótkie  ujęcie  długiego  stołu  jadalnego  z  ogromnym  srebrnym 

świecznikiem  i  pojedynczym  eleganckim  porcelanowym  talerzem. 
Możemy  posłużyć  się  talerzem  z  serwisu  Klingenschoenów,  z 
niebieskim  obramowaniem,  ze  złotym  herbem  i  monogramem  K... 
Potem  ujęcie  Koko,  jak  z  zapałem  pożera  ciasteczka  z  wieprzowej 
wątróbki.  Możliwe,  że  trzeba  będzie  kilka  razy  kręcić,  by  uchwycić 
ten moment, Qwill. Sztuką jest, by uniknąć nagrywania go od tyłu. 

– To nie będzie proste. Koty akurat lubią odwracać się ogonem. 
– W porządku, teraz posadź go na najwyższym stopniu schodów. 
Koko  przysłuchiwał  się  ze  skwaszoną  miną.  Kiedy  Qwilleran 

zatrzymał  się,  by  go  podnieść,  wyślizgnął  się  z  uścisku  jak  mokra 
kostka  mydła,  pomknął  wzdłuż  hallu  i  wskoczył  na  sam  szczyt 
pensylwańskiej szafy. Z tej ponad dwumetrowej grzędy przyglądał się 
zwycięsko  swoim  prześladowcom.  Siedział  niebezpiecznie  blisko 
dużej, unikatowej wazy z majoliki. 

–  Nie  odważę  się  po  niego  wspiąć  –  ostrzegł  Qwilleran.  –  Wziął 

sobie  zakładnika.  Prawdopodobnie  wie,  że  waza  warta  jest  dziesięć 
tysięcy dolarów. 

– Nie wiedziałam, że jest taki drażliwy – odparła Hixie. 
–  Napijmy  się  w  kuchni  po  filiżance  kawy  i  zobaczymy,  co  się 

stanie,  kiedy  nie  będziemy  zwracać  na  niego  uwagi.  Syjamczyki  nie 
cierpią, gdy się je ignoruje. 

Za  parę  minut  Koko  dołączył  do  nich,  wchodząc  z  wyrazem 

nonszalancji  powolnym,  dumnym  krokiem.  Usiadł  jak  kangur  i 
zabrał  się  do  lizania  futerka  na  brzuszku.  Kiedy  uporał  się  z  tym, 
pozwolił zanieść się na szczyt schodów. 

Hixie reżyserowała z dołu: 
– Ułóż go w siedzącą kulkę, Qwill, przodem do kamery. 
Posadził  go  delikatnie  na  stopniu  z  wykładziną,  ale  Koko 

zesztywniał.  Zgiął  grzbiet,  podkręcił  ogon  jak  korkociąg  i  wykręcił 
nogi. 

– Spróbuj jeszcze raz – odezwała się do nich Hixie. – Podwiń mu 

nogi pod tułów. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

107 

– Sama chodź na górę i podwiń mu nogi – poradził Qwilleran – a 

ja zejdę na dół i będę kręcił film. Twój scenariusz jest dobry, Hixie, 
ale Koko chyba w nim nie zagra. 

–  Dobra,  znieś  go  na  dół,  zrobimy  zbliżenie  z  jedzeniem,  żeby 

zobaczyć, jak wygląda w kamerze. 

Qwilleran przytaszczył Koko do jadalni. W tej chwili kot zamienił 

się  w  rzucającą  się,  protestującą,  prychającą  kupkę  fruwającego 
futra. 

– Gotowe, pani Cobb! – Hixie krzyknęła w stronę kuchni. 
Gospodyni,  która  brała  udział  w  przedsięwzięciu  jako  pomocnik, 

wybiegła truchtem z kuchni, niosąc talerz zawalony szarą wieprzową 
pastą. 

– Czy to będzie w kolorze? – spytała. 
Qwilleran  posadził  ostrożnie  Koko  naprzeciwko  talerza,  profilem 

do kamery, podczas gdy Hixie przysunęła się z teleobiektywem. Koko 
spojrzał  w  dół  na  szarą  maź,  pogardliwie  kładąc  po  sobie  uszy  i 
odchylając  wąsy  do  tyłu.  Z  obrzydzeniem  sięgnął  łapką  po  jeden 
kawałek i zaraz wypluł go z niesmakiem. Otrząsnął łapę i dostojnym 
krokiem wyszedł z pokoju, machając powoli ogonem. 

Qwilleran powiedział: 
–  Jeżeli  kiedykolwiek  będziesz  potrzebowała  zrobić  ujęcie  kota, 

który powoli się oddala, Koko może być twoim modelem. 

–  Wszystko  to  było  dla  niego  nowe  i  dziwne  –  skwitowała  Hixie 

niezrażona niepowodzeniem. – Spróbujemy innego dnia. 

– Obawiam się, że Koko zawsze będzie chodził własnymi drogami. 

Nic go nie obchodzi sława, ani fortuna, ani publiczny występ. Słowo 
„współpraca”  nigdy  nie  zagościło  w  jego  słowniku.  Kiedykolwiek 
próbuję  zrobić  mu  zdjęcie,  przewraca  się  na  tyłek,  wystawia  jedną 
nogę wysoko w pornograficznej figurze i liże swoje intymne części... 
Chodź, pójdziemy dokończyć naszą kawę. 

Pani  Cobb  miała  dla  nich  przygotowany  dzbanek  ze  świeżo 

zaparzoną  kawą,  który  podała  im  w  bibliotece  z  kilkoma 
brzoskwiniowo–migdałowymi rogalikami swojej roboty. 

–  Co  nowego  w  biznesie  restauracyjnym?  –  zagadnął  Qwilleran 

Hixie. 

–  Niewiele.  Właśnie  zatrudniliśmy  pomocnika  kelnera  o  imieniu 

Derek  Cuttlebrink. Uwielbiam  zabawne  nazwiska.  W  szkole  miałam 
Betty Schipps (coś jak ships, statki), która wyszła za mąż za faceta o 

background image

Lilian Jackson Braun 

108 

nazwisku  Fisch  –  niczym  fish,  ryba  –  i  razem  otworzyli  restaurację 
specjalizującą  się  w  daniach  z  owoców  morza.  Czy  kiedykolwiek 
zajrzałeś do książki telefonicznej Moose County? Coś niesamowitego! 
Fugtree, Mayfus, Inchppt, Hackpole... 

–  Hackpole'a  znam  –  powiedział  Qwilleran.  –  Działa  w  branży 

związanej z używanymi samochodami i naprawami mechanicznymi. 

–  To  pozwól,  że  ci  opowiem  coś  zabawnego.  Kiedy  przyszłam  do 

pracy, 

początkowo 

starałam 

się 

zachowywać 

czarująco, 

zapamiętywać  twarze  i  pozdrawiać  gości  po  imieniu.  Wcześniej 
chodziłam 

na 

specjalne 

kursy 

poprawiające 

zdolność 

zapamiętywania  i  używałam  metody  skojarzeniowej.  Pewnego  dnia 
przyszedł pan Hackpole z jakąś wyfiokowaną babką, której starał się 
zaimponować,  i  powiedziałam  mu  wówczas,  że  to  nazwisko  kojarzy 
mi się z hakiem. Nie spodobało mu się to ani odrobinę. 

–  Brakuje  mu  poczucia  humoru  –  powiedział  Qwilleran,  a 

ściszając głos, dodał: – A ta „wyfiokowana babka” to była pani Cobb, 
moja wyborna gospodyni, której brzoskwiniowo–migdałowe rogaliki 
właśnie wcinasz. 

–  No  cóż,  musisz  przyznać,  że  mogła  być  wyfiokowana  – 

wyszeptała Hixie. 

–  Nie  bardziej  niż  pewna  kobieta  pracująca  w  reklamie,  którą 

kiedyś znałem na Nizinach. 

–  No  dobra,  trafiony,  zatopiony!  –  przyznała.  –  Wpadnij  dzisiaj 

na lunch do „Old Stone Mill”. 

– Jakie jest dzisiaj danie dnia? 
– Potrawy z chili. Weź własną gaśnicę. 
Niedługo przed południem Qwilleran miał jeszcze jednego gościa. 

Nick  Bamba,  mąż  jego  sekretarki  z  Mooseville,  podrzucił  mu  do 
podpisania  torbę  przepisanych  przez  nią  na  maszynie  listów.  Nick 
został  powitany  wylewnie  przez  dwa  obwąchujące  go  syjamczyki, 
które zdawały się wyczuwać, że dzieli on mieszkanie z trzema kotami 
i  z  osobą,  która  zawiązuje  swe  długie  warkocze  jakże  kuszącymi 
wstążkami. Obaj panowie udali się do biblioteki, a za nimi podążyły 
dwa sterczące brązowe ogony, pełne poczucia własnej godności. 

–  Może  drinka?  –  spytał  Qwilleran.  Lubił  wizyty  tego  młodego, 

bystrego inżyniera, który pracował w stanowym więzieniu i podzielał 
jego zainteresowanie kryminalistyką. – Co tam słychać w więzieniu? 

–  Wystarczająco  spokojnie,  żebym  był  zaniepokojony  – 

background image

Kot, który znał Szekspira 

109 

odpowiedział  Nick.  –  Nalej  mi  burbona.  Jak  ci  się  podoba  taka 
pogoda? 

– Zeszłej nocy w Brrr było minus dwadzieścia. 
– Obliczono, że temperatura odczuwana podczas wiatru wynosiła 

minus trzydzieści osiem stopni. 

–  Jak  tam  dziecko?  –  Qwilleran  jakoś  nie  mógł  zapamiętać  ani 

imienia, ani płci potomka Bamby. 

– Ma się dobrze. To dobry chłopak, zdrowy, dzięki Bogu! 
– Miło słyszeć. Czy zabrałeś Snuffles do weterynarza? 
–  Powiedział,  że  to  jakieś  zapalenie  skóry,  które  łapią  dachowce. 

Bierze teraz hormony. 

– Dziękuję, że zgłosiłeś tego intruza, Nick. Powiadomiłem szeryfa, 

zgodnie z twoją sugestią. 

– Widziałem, że masz teraz na swojej posesji słupy informacyjne. 
–  Pan  O'Dell  uwinął  się  i  od  razu  postawił  słupy:  zakaz  wstępu, 

zakaz polowania i zakaz biwakowania. 

– To niesamowity gość – przyznał Nick. – Kiedy byłem w szkole 

średniej, pomógł mi wydostać się z niezłych tarapatów. 

– Coś nowego w Mooseville? 
–  W  Mooseville  zazwyczaj  nie  dzieje  się  nic  nowego.  Ale...  jeśli 

chodzi  o  ten  wóz,  który  nakryłem  na  twojej  posesji.  …  W  tych 
okolicach takich nie ma, musi należeć do jakiegoś mieszczucha. Trzy 
odcienie brązu.  Wykonany  na  indywidualne  zamówienie.  Od  tamtej 
pory widziałem go wiele razy na parkingu przy restauracji „Old Stone 
Mill”, z tyłu, przy drzwiach kuchennych. Sprawdziłem nawet tablicę 
rejestracyjną. Wóz zarejestrowany jest na niejaką Hixie Rice. 

Po  wyjściu  Nicka  Qwilleranowi  przyszło  do  głowy,  że  Hixie  jak 

dotąd  jakoś  nie  przejawiała  zainteresowania  turystyką.  Nigdy  nie 
widział jej w butach bez obcasów. 

Poszedł wcześniej na lunch i zamówił miskę chili. 
– Czy Koko otrząsnął się ze swojej irytacji? – spytała Hixie. 
–  Chyba  tak.  Jak  tylko  wyszłaś  z  domu,  pożarł  łapczywie 

ciasteczko...  Nawiasem  mówiąc,  kto  jest  właścicielem  tego  ładnego 
samochodu kempingowego, który stoi na parkingu? 

Hixie wyglądała na nieobecną myślami. 
– Tego brązowego? Należy do jednej z naszych kucharek. Jej mąż 

pracuje w Mooseville i musi codziennie dojeżdżać, a to sześćdziesiąt 
mil, więc on jeździ ich małym samochodem, a ona dociera do pracy 

background image

Lilian Jackson Braun 

110 

tym pożeraczem paliwa. 

Co ukrywała? Qwilleran przypomniał sobie, że Hixie  zawsze była 

wygadanym,  choć  niekoniecznie  zręcznym  kłamczuchem,  i  że  wciąż 
pakowała się w historie miłosne z udziałem facetów z marginesu. Co 
kombinowała  tym  razem?  Czy  chodziło  o  tego  niewidzialnego  szefa 
kuchni? Jego książkę kucharską? Jego chorą matkę w Filadelfii? 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

J

J

E

E

D

D

E

E

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Środa,  dwudziesty  listopada.  Kiedy  telefon  zadzwonił  o  szóstej 

rano,  Qwilleran  wiedział,  że  to  może  być  tylko  Harry  Noyton.  Kto 
inny byłby na tyle bezczelny i pozbawiony wrażliwości, żeby dzwonić 
o  tej  porze?  Wydukał  zaspane  powitanie  i  usłyszał  irytująco  wesoły 
głos: 

–  Pobudka!  Wstawaj!  Chyba  nie  masz  zamiaru  przespać  całego 

dnia? Co powiesz na to, by zaprosić mnie na męskie śniadanko? 

– Czy oczekujesz ode mnie, że wyciągnę moją gospodynię z łóżka 

w środku nocy? – mruknął Qwilleran. 

–  Tak  czy  inaczej  przyjeżdżam.  Chcę  z  tobą  pogadać.  Złapię 

taksówkę i będę za pięć minut. 

–  Tu  nie  ma  taksówek,  Harry.  Możesz  się  przejść.  To  tylko  trzy 

przecznice. 

– Nie przeszedłem pieszo nawet trzech przecznic, odkąd wypuścili 

mnie z piechoty. 

–  Spróbuj!  Dobrze  ci  zrobi.  Nie  idź  do  głównego  budynku,  tylko 

do mojego mieszkania nad garażem. 

Qwilleran wciągnął na siebie jakieś ubranie i otworzył drzwi szafy 

wnękowej,  która  skrywała  minikuchnię.  Z  minizbiornika  zaczerpnął 
ekspresowo 

zagotowanej 

wody 

do 

kawy 

rozpuszczalnej. 

Minimikrofalówka  rozmrażała  śniadaniowe  bułki,  wyciągnięte  z 
zamrażalnika. 

Chwilę później Noyton wchodził już po schodach. 
–  Czy  to  tutaj  mieszkasz?  Wolę  to  nowoczesne  wnętrze  od  tej 

starzyzny  w  dużym  domu.  Hej,  jaka  seksowna  kanapa!  Czy 
przyprowadzasz tutaj panienki? 

background image

Kot, który znał Szekspira 

111 

Qwilleran był zawsze niezwykle gburowaty przed poranną kawą. 
– Harry, ja tutaj pracuję. Piszę książkę. 
– Nie żartuj! O czym? 
–  Musisz  poczekać  i  kupić  własny  egzemplarz,  kiedy  zostanie 

opublikowana. 

–  Lubię  was  dziennikarzy  –  powiedział  Noyton  na  poły 

żartobliwie.  –  Jesteście  niezależni!  Dlatego  spodobał  mi  się  pomysł 
posiadania  gazety.  Tutaj  jest  sporo  pieniędzy!  Ludzie  mają  własne 
samoloty,  po  trzy  albo  cztery  auta,  ogromne  łodzie,  futra  z  soboli. 
Powinieneś zobaczyć, jakie klejnoty noszą kobiety z Country Clubu! 

–  Bierzesz  pod  uwagę  odziedziczone  bogactwa  –  westchnął 

Qwilleran. – Jest tu także bieda i bezrobocie, zbyt wiele dzieciaków 
nie  idzie  na  studia.  Odważna  gazeta  mogłaby  pobudzić  świadomość 
obywatelską,  promować  szkolenia  zawodowe  i  rozwój  kariery, 
oferować  stypendia.  Fundacja  Klingenschoenów  nie  może  i  nie 
powinna robić tego sama! 

–  O  cholera!  Wszystko  już  obmyśliłeś.  To  lubię  w  was 

dziennikarzach. 

Qwilleran  postawił  kubki  z  kawą  i  talerz  z  cynamonowymi 

bułeczkami pani Cobb na wizytowym stole. 

– Harry, przysuń sobie krzesło. Jak ci się podoba hotel? Czy jest ci 

w nim wygodnie? 

–  Do  diabła,  dali  mi  apartament  dla  nowożeńców  z  okrągłym 

łóżkiem i różową satynową pościelą. 

– Jak poszły wczorajsze spotkania? 
–  Bez  problemu!  Wszystko  jest  już  zapięte  na  ostatni  guzik!  Dla 

tej  Goodwinter  to  było  jak  grom  z  jasnego  nieba!  Wypisałem 
sześciocyfrowe  czeki  do  trzech  różnych  banków  za  prawa  do  nazwy 
„Picayune” i za stary sprzęt drukarski. 

– Jak ci się udało to załatwić? 
–  Burmistrz  zabrał  nas  wszystkich,  czyli  ją  i  tych  facetów  od 

rozwoju  ekonomicznego,  na  lunch  do  klubu,  do  prywatnej  sali 
konferencyjnej.  To  był  tylko  wstęp.  Kiedy  było  po  spotkaniu,  już 
byliśmy  ze  sobą  po  imieniu.  Moi  prawnicy  zadzwonili  do  jej 
prawnika, jej bankier zadzwonił do moich bankierów, i tak dobiliśmy 
targu.  Miasto  poparło  mnie  w  stu  procentach.  To  stworzy  miejsca 
pracy. Zwolnią nas z opodatkowania budynku na dziesięć lat. Zanim 
Wybudujemy drukarnię, będziemy zlecać druk na zewnątrz. 

background image

Lilian Jackson Braun 

112 

– Co się stanie ze starym, spalonym budynkiem? 
–  Miasto  przeznacza  go  do  rozbiórki  i  będzie  spłacać  wdowę. 

Potem sprzeda plac po cenie minimalnej. Okręgowi działacze też się 
włączyli.  Okręg  będzie  w  połowie  współfinansował  muzeum 
drukarstwa.  To  będzie  atrakcja  turystyczna,  niedaleko  Mooseville... 
Hej, jakie cholernie dobre bułki! 

– Jak zareagowali przedsiębiorcy z XYZ, kiedy ich przelicytowałeś 

i podlizywałeś się wdowie? 

–  XYZ  nie  ma  niczego  na  papierze. Wszystko  było  załatwiane  na 

gębę. Nie była zobowiązana do robienia interesów z tymi złodziejami. 
Jeżeli  biedna  wdowa  wybiera  trzy  czwarte  miliona  zamiast  marnej 
pięciocyfrowej sumy, czy można ją za to winić? 

Qwilleran  pomyślał,  że  ta  wiadomość  nie  spodoba  się 

Exbridge'owi.  Wdowa  będzie  musiała  szybko  wyprowadzić  się  z 
osiedla Indian Village. Pewnie w mieście już huczy od plotek. 

Noyton nakręcił się i nie przestawał mówić. 
–  Kilku  radnych  pokazało  mi  okolice  i  ukształtowanie  terenu  i 

wiesz co, kłamczuchu?! Nic nie mówili o bykach pędzących prosto na 
przednią  szybę!  Podoba  mi  się  w  Mooseville.  Wszystko  zbudowane 
jest z drewna. Chciałbym wybudować tam hotel. To jest odpowiedni 
moment,  żeby  przyspieszyć  rozwój  tego  miasta.  Moglibyśmy  go 
zbudować  z  betonowych  odlewanych  bali.  Jak  ci  się  podoba  ten 
pomysł? 

– Harry, nie masz gustu. Zostaw projekt architektom. 
–  Do  diabła,  to  moje  pieniądze!  Ja  mówię  architektom,  co  mają 

zaprojektować. 

–  Więc  kiedy  gazeta  ruszy,  nie  mów  redaktorom,  jak  mają  ją 

redagować. 

Na twarzy Noytona zagościł konfidencjonalny uśmieszek. 
–  Gritty  pojechała  z  nami  do  Mooseville,  usiedliśmy  na  tylnim 

siedzeniu  i  trochę  rozmawialiśmy,  podczas  czego  doszło  do 
niejakiego... hm, jak to określić? 

– Ocieplenia stosunków? 
– Potem zabrała mnie na kolację do miejsca, gdzie jest skrzypiące 

i  stukające  koło.  Powiedziałem,  żeby  dali  mi  puszkę  oliwy  i 
śrubokręt,  to  naprawię  im  to  ustrojstwo.  Poza  tym  nieźle  się 
bawiliśmy,  Qwill,  naprawdę  nieźle.  Wylądowaliśmy  w  moim 
hotelowym  apartamencie  z  butelką  gorzały.  Nie  chciała  wrócić  do 

background image

Kot, który znał Szekspira 

113 

domu,  więc  przeorganizowałem  nieco  pobyt  w  hotelu.  Nie  mogłem 
pozwolić,  żeby  zmarnowały  się  te  różowe  prześcieradła.  Qwill,  ona 
jest  w  moim  typie,  z  jajami  i  drobnej  budowy.  Pamiętasz  Natalie? 
Moje  życie  już  nigdy  nie  było  takie  samo po stracie  Natalie.  I  wiesz 
co?  Gritty  bardzo  mnie  kręci!  Zabieram  ją  na  Hawaje,  na  małe 
wakacje. Mam tam mały interes do zrobienia. Nic wielkiego, osiedle 
mieszkaniowe. 

–  Lepiej  zabierz  ją  stąd  przed  opadami  śniegu  –  powiedział 

Qwilleran  –  i  zanim  pojawi  się  Exbridge  ze  strzelbą.  Właśnie  się 
rozwiódł z powodu Gritty. 

–  Nie  boję  się  Exbridge'a  –  odparł  Noyton.  –  Radziłem  sobie  z 

bystrzejszymi frajerami od niego... Przy okazji, rozmawiałem z twoim 
kumplem  redaktorem.  Znalazłem  go  w  Teksasie  i  zapalił  się  do 
pomysłu.  Potem  Gritty  zabrała  mnie  do  szpitala,  żebym  poznał 
Juniora, a ten skoczyłby pod sufit z radości, gdyby mógł! 

– Dowiedz się, czy Gritty wie coś na temat małej, ognioodpornej 

kasetki, która zaginęła w pożarze „Picayune” – poprosił Qwilleran. – 
Nikt nie wie, co zawiera, ale Junior uważa, że jest ważna. Może leży 
zagrzebana w gruzach. 

– Żaden problem! Zdobędziemy załogę i przeczeszemy teren. Nie 

mówiłem  ci,  że  złożyłem  ofertę  hotelowi  „Pickax”?  Sprowadzimy 
dobrego  architekta  wnętrz  z  Nizin  i  zmienimy  nazwę  na  hotel 
„Noyton”. 

– Nie załatwiaj tego w ten sposób. Wynajmij tutejszego architekta 

i  zachowaj  starą  nazwę.  Nie  chcesz  chyba,  żeby  ci  poczciwi  ludzie 
poczuli  się  zdominowani  przez  kogoś  z  zewnątrz?  Sztuką  jest  się 
dopasować, a nie rządzić. 

– Dobra, generale. Tak jest, panie generale. Naprawdę nie chcesz 

przyłączyć się do tego przedsięwzięcia? 

– Nie, dzięki. 
– Teraz muszę się stąd wydostać. Dzięki za kawę. Piłem już lepszą, 

ale ta na pewno była mocna! Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia 
przed  odjazdem  na  lotnisko.  Wynająłem  samolot  czarterowy  do 
Minneapolis. 

– Podwieźć cię na lotnisko? 
Noyton pokręcił głową, wyglądając na zadowolonego z siebie. 
–  Gritty  mnie  odwozi,  ale  potrzebuję,  żebyś  jeszcze  coś dla  mnie 

zrobił,  dobra?  Zostawi  kluczyki  od  samochodu  u  Charliego  na 

background image

Lilian Jackson Braun 

114 

recepcji  lotniska.  Ktoś  powinien  go  odebrać  przed  opadami  śniegu. 
Nie będzie go potrzebować, nie wróci do wiosny. 

Noyton, tupiąc nowymi butami, właśnie zszedł po schodach, kiedy 

zadzwonił Junior. 

– Chcesz usłyszeć najświeższe wiadomości? 
– Dobre czy złe? 
–  I  takie,  i  takie.  Umowa  co  do  „Picayune”  jest  sfinalizowana. 

Pieniądze  są  w  banku.  Arch  Riker  jest  w  drodze  do  nas.  Dzisiaj 
wychodzę  ze  szpitala.  Zgoliłem  brodę.  Babka  Gage  wyjeżdża  na 
Florydę, więc będę pilnować domu aż do jej powrotu. 

– Jakie są złe wiadomości? 
– Jody jest na mnie zła. Nie wiem, co się z nią dzieje. Powiedziała 

tylko tyle, że jej nie słucham i ignoruję ją, kiedy inni ludzie są wokół. 

– Musisz zacząć dostrzegać jej punkt widzenia na równi ze swoim, 

jeżeli macie się pobrać – powiedział Qwilleran. – Mówię tak z uwagi 
na  własne  złe  doświadczenia.  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  ona 
martwi  się  o  ciebie.  Martwiła  się,  kiedy  zmarł  twój  ojciec,  kiedy 
walczyłeś  z  pożarem  „Picayune”,  kiedy  nie  powiodło  ci  się  we 
„Fluxion” i kiedy zniknąłeś w lesie. 

Na chwilę zapadła cisza. 
– Może masz rację, Qwill. 
O  godzinie  ósmej  Qwilleran  nastawił  poranną  prognozę  pogody. 

„Ostrzeżenie  o  nadchodzącej  śnieżycy  obowiązuje  dla  całego  Moose 
County... Powtarzam: Ostrzeżenie o śnieżycy obowiązuje...” 

Pani Cobb zadzwoniła do niego przez interkom. 
– Panie Q, czy chce pan śniadanie? 
–  Nie,  tym  razem  dziękuję,  ale  chcę  porozmawiać  z  panią,  nim 

pani wyjdzie na aukcję. 

Włożył  syjamczyki  do  wiklinowego  kosza  i  wszyscy  troje  przeszli 

przez dziedziniec do głównego budynku. 

–  Czy  słyszał  pan  prognozę  pogody?  –  zapytała  pani  Cobb.  – 

Zdaje  się,  że  tym  razem  to  ta  doroczna  wielka  śnieżyca.  Mam 
nadzieję,  że zaczeka  do końca  aukcji. Susan  Exbridge przyjeżdża  po 
mnie o dziesiątej. Herb mi powiedział, żebym nic nie kupowała, ale 
wie pan, że na aukcjach nie panuję nad sobą! 

– Jakie wrażenia z wystawy przed aukcją? 
–  Mieli  różne  piękne  rzeczy  i  po  raz  pierwszy  zobaczyłam  dom. 

Nie mogę się doczekać, kiedy się do niego zabiorę.  Rozwiązaliśmy z 

background image

Kot, który znał Szekspira 

115 

Herbem nasz problem. Będzie miał jedno skrzydło domu do palenia, 
na broń, wypchane trofea i takie tam. Czy wybiera się pan na aukcję? 

–  Może  wpadnę  na  trochę,  żeby  popatrzeć.  Kiedy  najlepiej 

przyjść? 

–  Nie  za  wcześnie.  Rano  robią  loterię,  a  najlepsze  pozycje 

trzymają  na  później.  Około  południa  jest  lunch.  Niech  pan  nie 
zapomni ciepło się ubrać, panie Q. 

Kiedy  pani  Cobb  krzątała  się,  podekscytowana,  Qwilleran  też 

kręcił  się  po  domu,  nie  mogąc  znaleźć  sobie  miejsca.  Jemu  także 
udzielił  się  nastrój  wyczekiwania:  kto  przyjdzie  na  aukcję?  Co  będą 
kupować?  Jak  wysokie  będą  ceny?  O  czym  ludzie  będą  rozmawiać? 
Co podadzą na lunch? Czy ma włożyć grubą, kraciastą kurtkę z koca, 
myśliwski kapelusz i kalosze? 

Szosa była wyjątkowo zatłoczona. Samochody, furgonetki i pikapy 

kierowały się na północ, a niektóre już wracały załadowane. Niecałą 
milę od farmy zaczął spotykać pojazdy zaparkowane po obu stronach 
drogi. Zaparkował akurat na miejscu wyjeżdżającego pikapa i resztę 
drogi  przeszedł  pieszo.  Aukcyjni  maniacy  wlekli  się  do  wozów, 
taszcząc stojące lampy i bujane krzesła. Jedna kobieta niosła stojak z 
paprocią o przywiędłych gałęziach. 

–  Nic  mnie  to  nie obchodzi,  kochanie  –  oznajmiła  skwaszonemu 

małżonkowi.  –  Chciałam  po  prostu  mieć  coś,  co  należało  do 
Goodwinterów, nawet jeśli byłaby to stara szczoteczka do zębów. 

Na podwórzu od frontu stała zaparkowana ciężarówka z napisem 

„Aukcje  Foxy  Freda”.  Klienci  sunęli  wśród  szeleszczących  liści, 
oglądając  artykuły  gospodarstwa  domowego:  koce,  rowery,  sprzęt 
gospodarczy,  wyroby  ze  szkła,  przyrządy  do  prania,  narzędzia 
ogrodnicze. Duże meble wciąż były wewnątrz domu, reszta rzeczy zaś 
została stłoczona w ogromnej stodole, gdzie licytacja szła pełną parą. 

Foxy  Fred,  ubrany  w  kapelusz  jak  z  westernu  oraz  czerwoną 

kurtkę  puchową,  stał  na  platformie  i  przemawiał  do  setki  albo  i 
więcej chętnych, którzy stali zgromadzeni ramię przy ramieniu. 

– Oto oryginalna latarnia ze starej stodoły, z knotem w komplecie. 

Kto  da pięć?...  Pięć?...  Kto  da  cztery?...  Widzę  jednego  dolara...  Kto 
da  dwa?  Dajcie  dwa...  Dwa  już  mam.  Kto  da  trzy?  Gdzie  jest  trzy? 
Trzy dolce! Żadne pieniądze! Chcę cztery, chcę cztery, chcę cztery. 

Aby  wziąć  udział  w  aukcji,  trzeba  było  pobrać  kartę  opatrzoną 

numerem  od  tej  samej  kobiety  odzianej  w  czerwoną  kurtkę,  która 

background image

Lilian Jackson Braun 

116 

rejestrowała  zakupy  w  księdze  i  odbierała  pieniądze.  Qwilleran  nie 
miał zamiaru nic licytować, ale mimo to wziął kartę z numerem 124. 

– Uwaga! Uwaga! – krzyczał pracownik firmy aukcyjnej. Faceci w 

czerwonych  firmowych  wiatrówkach  podnieśli  wysoko  obite 
tapicerką krzesło, by zademonstrować je zgromadzonej publiczności. 

Mimo całego zamieszania licytacja przebiegała powoli. Klienci byli 

albo  znudzeni,  albo  ospali  od  ciepła  bijącego  z  przenośnych 
piecyków.  Nagle  Foxy  Fred  skupił  ich  uwagę.  Zaraz  po  dwóch 
ofertach zezwolił na sprzedaż fotelu na biegunach po bardzo niskiej 
cenie. Publiczność protestowała. 

– Jeżeli wam się nie podoba, obudźcie się i licytujcie! – skrzyczał 

ich. 

Qwilleran powolnym krokiem wyszedł ze stodoły i zobaczył panią 

Cobb z Susan Exbridge na lunchu. 

– Jak wam smakuje? – spytał. 
– Nie to samo co w „Old Stone Mill” – westchnęła pani Exbridge 

–  ale  w  porządku.  Niech  pan  spróbuje  kiełbaski.  Jest  domowej 
roboty. 

– Nowy szef kuchni w „Old Stone Mill” odmienił tę restaurację – 

powiedział Qwilleran. – Czy ktokolwiek go poznał osobiście? 

–  Widziałam  go  na  parkingu  Indian  Village  –  odparła  Susan.  – 

Jest  wysoki,  ma  blond  włosy  i  jest  bardzo  przystojny,  ale  raczej 
nieśmiały. 

–  Nie  zgadnie  pan,  co  kupiłam!  –  wtrąciła  się  pani  Cobb.  – 

Ręcznie  robioną  kołyskę  z  drzewa  wiśniowego!  Niedługo  urodzi  mi 
się pierwszy wnuk. 

– Czy przyjezdni handlarze też licytują? – zapytał Qwilleran. 
–  Ociągają  się,  czekając na  lepsze  okazje,  ale  jest  ich  tutaj wielu. 

Zawsze  potrafię  rozpoznać  handlarza.  Przeważnie  wyglądają 
inteligentnie,  ale  trzymają  się  z  tyłu.  Widzi  pan  tego  niskiego 
mężczyznę  z  rękoma  w  kieszeniach?  Albo  tę  kobietę  w  puszystym, 
brązowym  kapeluszu?  Oni  są  handlarzami.  Mężczyzna  w  kożuchu, 
jak  sądzę,  jest  z  ochrony.  Nie  licytuje.  Nawet  nie  słucha.  Tylko 
obserwuje ludzi. 

Zanim Qwilleran obejrzał się, by go zobaczyć, miał przeczucie, że 

to  mógłby  być  nieznajomy  podający  się  za  historyka.  Mężczyzna 
przechadzał się bez celu w tłumie. 

W tym momencie zrobiło się ogólne poruszenie i jak na dany znak 

background image

Kot, który znał Szekspira 

117 

wszyscy  ruszyli  w  stronę  stodoły.  W  środku  budynku  zaczęto 
rozmawiać  o  wiele  głośniej,  podniecenie  sięgnęło  szczytu,  gdy 
tragarze zaczęli przynosić rzeczy większego kalibru. 

– Uwaga! Popatrzcie! – głos licytatora unosił się ponad gwarem. – 

Rokokowe  krzesło  z  epoki  wiktoriańskiej,  wspaniały  belter,  chyba 
część  salonowego  apartamentu,  dwa  krzesła  i  kanapa.  Tapicerka  z 
czarnego  włosia  końskiego.  Kto  da  dwa  tysiące  za  komplet?  Dwa 
tysiące na start. Ktoś daje dwa tysiące? 

Ktoś podniósł kartę. 
–  Jest!  –  krzyknął  jeden  z  tragarzy,  którego  dodatkowym 

obowiązkiem było obserwować tłum. 

–  Dwa  tysiące  już  jest. Kto da  dwa  i  pół,  dwa  i  pół.  Dajcie  dwa  i 

pół. 

– Jest! 
– Dwa i pół! Kto da trzy? 
– Jest! 
– Trzy! Ktoddawięcej, ktoddawięcej...! Kto da cztery? 
– Jest! 
Nastrój  był  coraz  gorętszy.  Przypomina  to  ostatnią  połowę 

dziewiątej rundy w meczu bejsbolowym, kiedy wynik jest remisowy, 
pomyślał Qwilleran. 

Kiedy  w  końcu  meble  zostały  zlicytowane  za  sumę,  która 

wydawała  mu  się  astronomiczna,  publiczność  rozluźniła  się  i 
odetchnęła. 

Ktoś dotknął jego rękawa i zaraz usłyszał kobiecy głos: 
– Jak to się stało, Qwill, że tego nie licytowałeś? 
– Hixie! Nie wiedziałem, że lubisz aukcje! 
–  Bo  nie  lubię,  ale  klienci  mówili  o  tej  aukcji,  więc  się 

wymknęłam, kiedy przerzedził się lunchowy tłum. 

–  Cicho  tam  z  tyłu!  –  krzyczał  Foxy  Fred,  więc  Qwilleran  wziął 

pod  rękę  Hixie  i  zaprowadził  ją  na  zewnątrz,  przez  podwórze  do 
domu. 

– Najcenniejsze przedmioty są tutaj – powiedział, biorąc katalog. 

Pomiędzy  dużymi  meblami  wciąż  były  w  domu  dwa  łóżka  w  stylu 
generała  Granta,  organy  z  salonu,  wielki  sosnowy  kredens,  czarny 
kredens  orzechowy  ze  stolikiem  karcianym  i  potężne  biurko  z 
nadstawką. – To biurko jest jedyną rzeczą, którą skuszę się licytować 
– zdradził Qwilleran. 

background image

Lilian Jackson Braun 

118 

Nie była zbytnio zainteresowana antykami. 
– Słyszałeś ostatnie plotki? – spytała. 
– Które? W tym tygodniu miasto aż kipi od plotek. 
–  To  nie  jest  zwykła  pogłoska.  Przyjaciółka  i  współlokatorka 

mojego szefa uciekła z innym mężczyzną. Byli wczoraj wieczorem na 
kolacji  –  para  zakochanych  ptaszków  w  średnim  wieku,  która 
zachowywała się jak dzieci. Posadziłam ich przy atrakcyjnym stoliku 
obok koła młyńskiego, a facet wściekał się na skrzypienie i poprosił o 
oliwiarkę. 

– Czy Exbridge już wie? 
–  Na  pewno,  bo  jest  dosłownie  wściekły!  Kiedy  przyszedł  dzisiaj 

na  lunch,  był  w  morderczym  nastroju.  Krwawa  Mary  okazała  się  za 
ciepła,  zupa  za  zimna,  a  cielęcina  za  twarda.  Zagroził,  że  wywali 
Antoine'a. 

– Kogo? 
–  Lubi,  jak  się  na  niego  mówi  Tony,  ale  naprawdę  ma  na  imię 

Antoine. 

Qwilleran obracał palcami w kieszeni, bawiąc się swoją kartą. 
–  Muszę  wracać  do  stodoły  sprawdzić,  co  tam  się  dzieje  – 

powiedział. – Do zobaczenia później. 

Atmosfera  w  stodole  udzielała  się  i  jemu,  ogarnęła  go  gorączka 

licytacji,  czyli  nerwowe  podniecenie  i  niebezpieczna  pokusa,  by 
zaznać przygody... 

– Ludzie, dopiero teraz robi się gorąco! – krzyczał Foxy Fred i pod 

aukcyjny  młotek  błyskawicznie  trafiły  kolejno:  dębowa  lodówka, 
osiemnastowieczny  kandelabr  i  stół  z  czasów  królowej  Anny. 
Następnie zlicytowane zostały organy z salonu i sosnowy kredens. 

– Dalej mamy biurko z okrągłą nadstawką z drewna wiśniowego – 

zachęcał  licytator.  –  Stan  idealny.  Datowane  na  1881  rok.  Świetnej 
proweniencji.  Należało  do  Ephraima  Goodwintera,  właściciela 
kopalni oraz tartaków, który założył „Pickax Picayune” i sfinansował 
bibliotekę publiczną w Pickax. Powinniśmy zacząć od pięciu tysięcy... 
Pięć tysięcy?... Cztery tysiące? 

–  Tysiąc  –  powiedziała  kobieta  blisko  platformy.  To  była  ta 

handlarka w puszystej, futrzanej czapce. 

–  Tysiąc  już  jest.  Za  mało!  Piękne  biurko,  z  siedmioma 

szufladami,  mnóstwo  przegródek,  może  z  sekretną  skrytką.  Kto  da 
dwa tysiące? 

background image

Kot, który znał Szekspira 

119 

Qwilleran podniósł swoją kartę. 
– Jest! – krzyknął pomocnik. 
–  Dwa  tysiące  od  teraz.  Zróbmy  trzy.  Czy  słyszę  trzy?  Czysta 

wiśnia. Historyczne biurko. 

– Jest! 
– Mamy trzy tysiące. Kto da trzy i pół? Proszę, proszę, nie słyszę... 
Śpiewne  zawodzenie  licytatora  miała  hipnotyzujący  wpływ  na 

Qwillerana. Podniósł swoją kartę. 

– Trzy i pół za to biurko warte pięć tysięcy, ludzie! Bezcen. Dajcie 

cztery, cztery, och... 

– Jest! 
Dżersejowy golf uwierał Qwillerana w szyję. Zdjął kurtkę. 
– Cztery tysiące. Kto da cztery i pół, cztery i pół, cztery i pół. To 

prawie darmo. Czysta wiśnia. Okucia z mosiądzu. 

– Jest! 
– Cztery tysiące pięćset. Czy słyszę pięć tysiaków? Ludzie, ucieka 

wam. Pozwolicie je sobie sprzątnąć sprzed nosa? 

– Cztery sześćset! – zawołał Qwilleran. 
– Cztery tysiące sześćset! Kto da siedemset? Proszę, proszę... 
– Jest! 
Kobieta w brązowej czapce naprawdę chciała kupić to biurko. 
– Cztery siedemset. Czy słyszę cztery osiemset? Proszę, proszę... 
Qwilleran podniósł swoją kartę. 
– Jest! 
– Cztery tysiące i osiemset. Ucieka, ludzie, ucieka. 
– Cztery dziewięćset! – rzuciła handlarka. 
– Pięć! – krzyknął Qwilleran. 
– To mi się podoba! Czy słyszę pięć sto? 
Wszystkie  głowy  odwróciły  się  w  stronę  handlarki.  Czapka 

zatrzęsła się przecząco. 

–  Czy  słyszę  pięć  sto?  Pięć  sto?  Sprzedaję  za  pięć  tysięcy. 

Sprzedaję,  sprzedaję,  sprzedaję...  SPRZEDANE  numerowi  sto 
dwadzieścia cztery. 

Publiczność  klaskała.  Pani  Cobb  pomachała  katalogiem, 

wyrażając entuzjastyczne poparcie. Qwilleran otarł spocone czoło. 

Po ustaleniu kwestii związanych z dostarczeniem biurka pojechał 

do  domu  zdezorientowany,  właściwie  w  szoku.  Pięć  tysięcy  za 
kawałek  mebla  wciąż  wydawało  się  olbrzymią  sumą  dla  byłego 

background image

Lilian Jackson Braun 

120 

felietonisty  z  „Daily  Fluxion”.  W  restauracji  w  Middle  Hummock 
próbował dodzwonić się do Juniora, ale w domu babki Gage nikt nie 
odbierał. 

Po  przyjeździe  do  domu  odkrył  dlaczego.  Na  sekretarce  była 

wiadomość: „Cześć! Lecimy na Niziny, żeby się pobrać. Rodzice Jody 
mieszkają  niedaleko  Cleveland.  Mam  nadzieję,  że  wrócimy  przed 
opadami śniegu. A, i znaleźli kasetkę taty!” 

Pani  Cobb  wyszła  na  kolację  z  Susan  Exbridge,  więc  Qwilleran 

przeszukał  lodówkę  i  znalazł  trochę  zupy  z  soczewicy  tudzież 
zimnego  kurczaka.  Podgrzał  sobie  zupę,  a  kurczaka  pokroił 
syjamczykom. 

– Żadnego czytania dziś wieczorem – zwrócił się do Koko. – Mam 

już  dość  wrażeń  jak  na  jeden  dzień.  Reszta  jest  milczeniem.  To  z 
Hamleta, jakbyś nie wiedział. 

Wysoki  skrzynkowy  zegar  w  hallu  wybił  siedem  razy,  więc 

Qwilleran  włączył  prognozę  pogody.  Ostrzeżenie  o  śnieżycy 
obowiązywało cały dzień, ale pogoda wciąż jeszcze się nie zepsuła. Z 
powątpiewaniem  słuchał  aktualnej  prognozy:  „Ostrzeżenie  o 
nawałnicy  zostało  odwołane  dziś  późnym  popołudniem,  ale  stan 
pogotowia  nadal  obowiązuje.  Wiatr  wieje  z  prędkością  czterdziestu 
kilometrów  na  godzinę  i  wciąż  przyspiesza.  Obecna  temperatura 
wynosi  minus  osiem  w  Pickax  i  minus  czternaście  w  Brrr.  A  teraz 
skrót  najważniejszych  wydarzeń...  Dwie  osoby  zginęły  w  wypadku 
samochodowym  na  drodze  prowadzącej  do  lotniska  o  godzinie 
szesnastej  czterdzieści  pięć.  Nazwisk  nie  ujawniamy  do  czasu 
zidentyfikowania  ich  przez  krewnych.  Samochód  jechał  na  zachód  i 
zderzył się z potężnym jeleniem, następnie wpadł do rowu. 

–  Junior!  –  jęknął  Qwilleran.  –  Nie,  tylko  nie  to!  Nad  tym 

„Picayune” chyba ciąży jakaś klątwa! Piąta osoba nie żyje! I ta biedna 
mała Jody... 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

W

W

U

U

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Czwartek,  dwudziesty  pierwszy  listopada.  „Ostrzeżenie  o 

nadchodzącej śnieżycy nadal obowiązuje w Moose County – oznajmił 

background image

Kot, który znał Szekspira 

121 

prezenter  stacji  PKX  FM  –  z  nasilającymi  się  wiatrami  z  kierunku 
północno–wschodniego,  temperatura  ta  sama...  I  wydarzenia...  oto 
najświeższe  wiadomości  dotyczące  nieszczęśliwego  wypadku,  który 
wydarzył  się  wczoraj  na  szosie  prowadzącej  na  lotnisko.  Ofiarami 
wypadku,  do  którego  doszło  o  godzinie  szesnastej  czterdzieści  pięć, 
są Gertruda Goodwinter, lat czterdzieści osiem, pochodząca z North 
Middle  Hummock,  i  Harry  Noyton,  lat  pięćdziesiąt  dwa,  z  Chicago. 
Zgodnie z oświadczeniem biura szeryfa ich samochód potrącił i zabił 
dużych rozmiarów jelenia, potem wpadł do rowu i przekoziołkował”. 

Qwilleran  poszedł  wcześnie  rano  do  komisariatu  policji,  by 

zobaczyć  się  z  Andrew  Brodiem.  Mimo  że  pracownicy  biura  szeryfa 
byli  bardzo  uprzejmi  i  chętni  do  udzielenia  informacji,  tylko  z 
komendantem policji w Pickax mógł po przyjacielsku porozmawiać i 
prywatnie uzyskać jakieś informacje. 

Brodie  siedział  przy  swoim  biurku,  które  było  zawalone 

papierami, i narzekał jak zwykle. 

–  Co  cię  sprowadza?  –  zapytał,  wygłosiwszy  uprzednio  litanię 

skarg na system komputerowy. 

–  Czy  wiesz  cokolwiek  na  temat  wczorajszego  nieszczęśliwego 

wypadku na drodze na lotnisko? 

–  Zajmuje  się  nim  szeryf  i  policja  stanowa  –  odparł  –  my 

pomagamy  w  odnalezieniu  najbliższych  krewnych.  Nie  będzie  to 
łatwe, niedawno zmarł jej mąż, a jej matka jest na Florydzie, Junior 
zaś gdzieś w samolocie, dwoje pozostałych dzieci poza stanem. Facet, 
który  był  z  nią...  trzeba  było  powyciągać  z  łóżek  prawników  i 
bankierów, żeby się o nim co nieco dowiedzieć. 

– Na początku myślałem, że to Junior i Jody zginęli. Wiedziałem, 

że  Jody  przyjaźni  się  z  twoją  córką,  więc  próbowałem  dzwonić  do 
twojego domu wczoraj wieczorem, ale bez skutku. 

– Razem z żoną odwiedzaliśmy znajomych – odpowiedział Brodie 

–  a  Francesca  była  na  próbie  z  powodu  tego  koncertu  w  kościele, 
podczas  którego  będą  przebierać  się  w  stroje  z  epoki.  To  będzie 
niezłe widowisko. Sami przygotowują dla siebie kostiumy. 

– Z przyjemnością to zobaczę – zapewnił uprzejmie Qwilleran, po 

czym wygłosił komentarz na temat pogody, rzucił parę słów o sezonie 
łowieckim i aukcji u Goodwinterów, zanim znowu wrócił w rozmowie 
do wypadku. – Czy wiesz, kto prowadził samochód? 

– Nie mam pojęcia. Oboje wypadli z samochodu, jak rozumiem. 

background image

Lilian Jackson Braun 

122 

– Podejrzewam, że nie mieli zapiętych pasów. 
– Na to wygląda. 
– Czy szeryf uważa, że jechali za szybko? 
–  Biorąc  pod  uwagę  ślady  hamowania,  raczej  tak.  Według 

śledczego  byli  także  po  kilku  kieliszkach.  Byk  był  spory,  bo  ważył 
ponad  dwieście  kilo.  Pewnie  nic  nie  wiesz  o  tym  facecie,  z  którym 
była? Nazywał się Noyton. 

– Trochę wiem – powiedział Qwilleran. – Na przykład, że istnieje 

co  najmniej  kilka  jego  byłych  i  bardzo  chciwych  żon  oraz  kłótliwe 
dzieci, które przez następne dziesięć lat będą włóczyć się wzajemnie 
po sądach. 

Kiedy  wyszedł  z  biura  Brodiego,  zaczął  zastanawiać  się,  jak 

Exbridge  zareaguje  na  śmierć  Gritty  i  jak  była  pani  Exbridge 
zareaguje  na  to,  że  jej  były  mąż  stracił  swą  byłą  kochankę.  Jego 
ciekawość  sprawiła,  że  postanowił  znowu  zjeść  lunch  w  „Old  Stone 
Mill”.  Poza  tym  liczył,  że  Hixie  podzieli  się  z  nim  swoimi 
niedyskretnymi obserwacjami. 

Dzisiaj  jednak  zdawała  się  zdenerwowana  i  bardzo  zajęta. 

Rozsadzała  gości,  unikała  rozmowy.  Qwilleran  jadł  bardzo  powoli 
zupę z zielonego groszku i dziobał kanapkę z wołowiną, przeciągając 
posiłek tak długo, aż większość klientów wyszła. 

Potem  zaproponował  Hixie,  że  postawi  jej  drinka,  więc  usiadła 

przy jego stole, choć nadal była w kiepskim nastroju. 

–  Okropny  wypadek  na  drodze  prowadzącej  na  lotnisko  – 

zauważył. – Czy ta kobieta nie była kochanką twojego szefa? 

–  Nie  mogę  zajmować  się  dzisiaj  jego  problemami  –  odparła.  – 

Mam własne. 

– Co się stało? 
–  Tony  wyszedł  nagle  dziś  rano,  tuż  przed  nasilonym  ruchem  w 

porze lunchu! Żadnego wyjaśnienia. Po prostu wyszedł przez okno. 

– Przez okno? 
–  I  wziął  mój  samochód.  Mój  samochód  zamiast  tego  głupiego 

wozu kempingowego! 

– Myślałem, że samochód kempingowy należy do jednej z twoich 

kucharek. 

Hixie pominęła pytanie machnięciem ręki. 
–  Był  zarejestrowany  na  mnie.  To  znaczy  kupiłam  mu  go  na 

urodziny.  Dlaczego  nie  wziął  wozu  kempingowego?  Dlaczego  zabrał 

background image

Kot, który znał Szekspira 

123 

moje auto? 

– Prawdopodobnie miał do załatwienia jakąś pilną sprawę. 
–  Ale  dlaczego  wyszedł  przez okno  łazienki?  I  dlaczego  zabrał  ze 

sobą  swoje  noże?  Wiesz,  Qwill,  chyba  wiem,  o  co  tu  chodzi  –  to 
zimny  drań.  Gdyby  zamierzał  wrócić,  nie  zabierałby  ze  sobą  swoich 
noży.  Wiesz,  jacy  kucharze  są  wrażliwi  na  punkcie  swoich  noży. 
Niemalże śpią z nimi. 

–  Czy  wydarzyło  się  coś  niezwyczajnego,  co  mogło  spowodować 

jego wyjście? 

Hixie 

krzywo 

spojrzała 

na 

kieliszek 

campari, 

zanim 

odpowiedziała: 

–  No  więc  około  jedenastej  nakrywaliśmy  do  lunchu  i  jakiś 

mężczyzna  zastukał  do  drzwi.  Były  zamknięte  i  jedna  z  kelnerek 
poszła  zobaczyć,  o  co  mu  chodzi.  Spytał  o  Antoine'a  Delapierre. 
Powiedziała,  że  nie  pracuje  u  nas  nikt  o  tym  imieniu,  ale  on wszedł 
do  środka.  Składałam  serwetki  i  od  razu  się  zorientowałam,  że  nie 
jest to kolejny sprzedawca ziemniaczanych chrupek. Patrzył zimnym 
wzrokiem i wyglądał na zdeterminowanego. 

– Czy miał na sobie kożuch i czapkę z zajęczego futra? 
– Coś w tym rodzaju. A więc spytałam, czego chce, a on na to, że 

jest przyjacielem Antoine'a Delapierre. Tony go usłyszał, złapał noże 
i uciekł przez okno łazienki dla personelu. Więcej go nie widzieliśmy. 
Zostawił otwarte okno i zwiał moim samochodem! Dlaczego w ogóle 
dałam temu idiocie zapasowy komplet kluczyków? 

„Dlatego,  że  był  wysokim,  bardzo  przystojnym  blondynem”  – 

pomyślał  Qwilleran  i  zaraz  zrobiło  mu  się  jej  żal.  Hixie,  urodzony 
pechowiec, znowu przegrała. Tym razem jednak nie płakała, ale była 
wściekła. 

– Więc tak naprawdę nie nazywał się Tony Peters? – spytał. 
–  Wielu  ludzi  zmienia  swoje  imiona  z  powodu  kariery  – 

powiedziała zwyczajnie, ale nerwowo latały jej oczy. 

– Masz jakieś przypuszczenia, o co w tym wszystkim chodziło? 
–  Nie  mam  nawet  mglistego  pojęcia.  Kiedy  ten  mężczyzna  wlazł 

do kuchni, nabzdyczyłam się i wyprosiłam go na zewnątrz. 

Qwilleran nie wypytywał jej dalej. I tak prędzej czy później Hixie 

wyrzuci  z  siebie  prawdę.  Do  pewnego  stopnia  był  z  siebie 
zadowolony,  bo  jego  podejrzenie  sprawdziło  się:  nieznajomy  w 
rzeczywistości był szpiclem. 

background image

Lilian Jackson Braun 

124 

Musiał  jednak  wrócić  do  domu  i  przebrać  się  do  kolacji.  Był 

umówiony  z  Polly  Duncan  w  jej  domu  na  MacGregor  Road,  gdzie 
czekała go pieczeń wołowa i pudding Yorkshire! 

Pani Cobb zajęta była pieczeniem herbatników z orzechami. 
– Czy musi pan wyjeżdżać poza miasto, panie Q? – spytała. – W 

radiu ostrzegali przed śnieżycą. 

–  Już  wczoraj  ostrzegali,  a  nic  się  nie  wydarzyło.  Sądzę,  że  mają 

popsuty  komputer.  Cały  miesiąc  powtarzają  prognozę  pogody  z 
zeszłego roku. Więc nie ma powodu do niepokoju. 

Wziął  garść  herbatników  i  poszedł  szukać  kotów.  Zawsze  się  z 

nimi żegnał, kiedy wychodził z domu na parę godzin. To była jedna z 
rad otrzymanych od Lori Bamby. 

Kotów  nie  było  w  bibliotece,  ale  pod  popiersiem  Szekspira  na 

podłodze leżał egzemplarz Burzy. Qwilleran zatrzymał się na chwilę. 
Koko  już  raz  wypchnął  ten  groźny  tytuł,  ale  pogoda  nie  przeszła  w 
nawałnicę. Owszem, to wtedy Senior Goodwinter rozbił się na starym 
drewnianym moście, ale pogoda była w porządku. 

Qwilleran  jechał  na  północ.  Było  zimno  i  wiał  silny  wiatr,  ale  on 

miał  na  sobie  zamszową  kurtkę  samochodową  z  kołnierzem  z  futra 
bobrowego, taką samą czapkę futrzaną i wełnianą koszulę w szkocką 
kratę,  buty  myśliwskie  podbite  futrem,  a  pod  spodem  oczywiście 
długie, 

czerwone 

kalesony, 

które 

stanowiły 

standardowe 

wyposażenie każdego mieszkańca Moose County. 

Niebo  było  zachmurzone,  wiatr  gwizdał,  ale  Qwill  w  duszy  czuł 

jasność,  a  przy  tym  na  nowo  odżyła  w  nim  ambicja.  Po  tym 
wieczornym  spotkaniu  znowu  zabierze  się  do  pisania  książki.  To 
ucieszy Polly. 

Jej  zaproszenie  na  kolację  bardzo  go  ucieszyło.  Miał  nadzieję,  że 

oznacza  to  początek  końca  jej  dziwacznego  zachowania  i  trzymania 
go  na  dystans.  Sądził  zresztą,  że  wie,  w  czym  rzecz.  Na  ostatnim 
spotkaniu  zarządu  biblioteki  Fundacja  Klingenschoenów  przyznała 
środki na zakup książek, sprzętu wideo i na nowy piec, ale ani dolara 
dla  personelu.  Później  dowiedział  się,  jak  niewiele  zarabia 
dyrektorka  biblioteki.  Malutki  domek  Polly,  stary  samochód  i 
skromny  strój,  wszystko  to  wskazywało  na  jej  trudną  sytuację 
finansową. Qwilleran wiedział, że jest przy tym dumną kobietą. Czy 
krępował  ją  ich  nierówny  status  finansowy?  Wiedział  i  ona  bez 
wątpienia także wiedziała, że miejscowi plotkarze z rozkoszą wytkną 

background image

Kot, który znał Szekspira 

125 

jej interesowność. 

Kiedy  jechał  pogrążony  w  rozmyślaniach,  prawie  nie  zauważył 

białych kropek, które pojawiły się na przedniej szybie. Nieco później 
ogromne płatki śniegu tworzące krystaliczne wzory przypomniały mu 
emocjonującą  scenę  z  dzieciństwa  –  łapanie  śnieżynek  na  język.  Za 
chwilę jezdnię pokryła cienka warstwa bieli i Qwilleran zwolnił, żeby 
nie wpaść w poślizg. 

Kiedy  skręcił  z  głównej  szosy  w  MacGregor  Road,  pola  i  drzewa 

iglaste  pokryte  już  były  białym  śnieżnym  welonem  –  piękny  widok, 
chociaż  wirujący  śnieg  osłabiał  widoczność.  Zmrok  zapadał  dziwnie 
wcześnie. Jechał teraz na wschód, a śnieg znowu padał mu na szybę 
na  tyle  obficie,  że  trzeba  było  włączyć  wycieraczki.  „Trochę  pada  – 
powiedział  do  siebie  w  myśli.  –  Nie  potrwa  to  zbyt  długo”.  Jechał 
teraz bardzo powoli i ostrożnie. 

Dom  Polly,  jak  zapamiętał  z  poprzedniej,  potajemnej  wizyty, 

mieścił się trzy mile od drogi głównej – dwie mile asfaltówką, potem 
zakręt  i  mila  żwiru.  Nie  widział  żadnych  samochodów.  Jechał  teraz 
przez  tunel  intensywnej  bieli.  Miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  nie 
zjechać  z  asfaltówki,  ale  nie  było  żadnych  śladów  opon,  których 
mógłby  się  trzymać.  Nikt  nie  przejeżdżał  tą  drogą,  odkąd  zaczął 
padać śnieg. Nie było już widać, gdzie jest droga, a gdzie pole. 

Nagle  coś  zamajaczyło  mu  z  przodu  samochodu  i  ledwo  zdążył 

zahamować.  Mało  brakowało,  a  wjechałby  w  krzaki.  Dojechał  do 
zakrętu  drogi.  Teraz  należało  skręcić  w  lewo,  przejechać  kawałek  i 
skręcić  w  prawo  na  ostatni,  nieutwardzony  kawałek  MacGregor 
Road. Próbował kilkakrotnie, zanim wreszcie odnalazł zakręt. Potem 
powinno  być  łatwiej,  tylko  mila  do  dwóch  wiejskich  skrzynek, 
MacGregor i Duncan. Sprawdził licznik. 

Najtrudniejszą  rzeczą  było  utrzymać  się  na  drodze,  po  obu  jej 

stronach  biegł  bowiem  rów  odprowadzający  wodę.  Wycieraczki, 
które  pracowały  jak  szalone,  były  bezsilne  wobec  zmasowanego 
ataku  płatków  śniegu.  Jechał  jak  przez  białą  pierzynę.  Maska 
samochodu  była  niewidoczna.  Pocieszał  się,  że  nie  musi 
przynajmniej  martwić  się  o  jelenie.  Uciekły,  pochowały  się  przed 
śniegiem.  Tyle  przynajmniej  nauczył  się  od  Hackpole'a.  Nie  miał 
jednak czasu myśleć ani o nim, ani nawet o Polly. Problem polegał na 
tym,  że  trzeba  było  jechać  w  linii  prostej,  choć  śnieg  oślepiał  go 
całkowicie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

126 

Znowu  z przodu  zamajaczyły  mu  jakieś  zarośla. Jednak  zjechał  z 

drogi!  Kręcąc  kierownicą,  wpadł  w  poślizg.  Opanował  go,  ale 
samochód  zaczął  zsuwać  się  na  bok,  w  dół  po  zboczu,  i  w  końcu 
zatrzymał  się,  nachylony  pod  kątem  sześćdziesięciu  stopni.  Rów 
kanalizacyjny! Jeszcze trochę i byłoby dachowanie. Wyłączył stacyjkę 
i siedział, otoczony przez ściany bieli. 

Wiedział, że w tych warunkach nie wydostanie samochodu, nawet 

gdyby  miał  napęd  na  cztery  koła.  Im  dłużej  się  wahał,  tym  bardziej 
śnieg  walił  w  przednie  i  tylne  szyby  nieprzejrzystą  substancją,  dość 
grubą  i  szarobiałą  w  zmroku.  Otwierając  drzwi,  sprawdził  teren 
butem. Chlup! Tak, wylądował w rowie. Jeżeli wdrapałby się po jego 
zboczu  na  górę,  dotarłby  do  drogi  i  mógłby  resztę  przejść  na 
piechotę. Wiedział, że zostało mu mniej niż pół mili. 

Naciągnął  głębiej  czapkę,  opuścił  nauszniki,  postawił  kołnierz 

kurtki  i  wciągnął  rękawice,  przygotowując  się  w  ten  sposób  na 
spotkanie  z  żywiołem.  Jeżeli  wdrapie  się  na  górę  i  skręci  w  prawo, 
stanie  przodem  do  farmy.  Dalej  trzeba  będzie  iść  po  omacku.  W 
śnieżycy  nie  było  żadnej  możliwości  określenia  kierunku.  Wiatr 
ciskał śniegiem ze wszystkich stron. 

Pod butami poczuł coś twardego – może nawierzchnię drogi – ale 

przysypaną 

już 

dziesięcioma, 

piętnastoma, 

dwudziestoma 

centymetrami śniegu, w zależności od wysokości zaspy. Posuwał się 
do  przodu,  oślepiony  przez  śnieg,  zastanawiając  się  nad  każdym 
krokiem. Działał według prostego planu: jeżeli zacznie się zsuwać ku 
dołowi  na  prawo,  będzie  musiał  kierować  się  bardziej  w  lewo,  bo 
będzie  to  znaczyć,  że  schodzi  do  prawego  rowu;  jeżeli  zsunie  się  na 
lewo – odwrotnie. 

Szedł tak do przodu zygzakiem, nie śmiejąc nawet mieć nadziei, że 

nadjedzie  jakiś  samochód.  Zresztą  czy  zobaczyłby  w  porę  jego 
światła? Czy odgłos silnika zdołałby przebić się przez wycie wichru? 
Bo teraz wiatr już wrzeszczał i darł się, krzycząc wniebogłosy pośród 
drzew, których Qwilleran nie był w stanie zobaczyć. 

Chociaż  miał  ciepłą  czapkę  i  kurtkę  z  futrzanym  kołnierzem,  a 

spodnie  miał  wciągnięte  w  buty,  natrętna  wilgoć  wciskała  się 
szczelinami. Strzepnął śnieg z rękawiczek i przetarł twarz, ale nic to 
nie dało, za parę sekund znów pokryła ją maska marznącej wilgoci. 

Miał wrażenie, że idzie tak już od godziny. Czy kręcił się w kółko? 

Jeżeli  na  początku  pomylił  kierunki  i  skręcił  w  przeciwną  stronę, 

background image

Kot, który znał Szekspira 

127 

szedł  teraz  w  stronę  głównej  drogi  i  czekały  go  jeszcze  trzy  mile 
marszu... 

Poszukiwanie  drogi  na  oślep  było  frustrujące  i  napawało  lękiem. 

Był całkowicie zdezorientowany. Ręce w rękawiczkach trzymał przed 
sobą  jak  lunatyk,  ale  nie  napotykały  niczego.  Z trudem zmuszał  się, 
by  nie  zamykać  oczu.  Przemarznięte  powieki  bolały  go,  czy  już  je 
sobie odmroził? Jego policzki i czoło skostniały od szalejącego wiatru 
i wilgoci. Krzyczał: – Hop, hop! – Krzyczał: – Pomocy! – Krzyczał w 
pustkę, przełykając śnieg. 

Co  ja  teraz  zrobię?  –  pytał  sam  siebie,  już  nie  pod  wpływem 

paniki.  Czuł  się  pokonany.  Czuł  obezwładniające  pragnienie,  by 
upaść  na  kolana,  zwinąć  się  w  kłębek  i  nie  męczyć  się  już,  dać  za 
wygraną. – Cały czas idź – powiedział do siebie. – Nie przestawaj iść! 

Pamiętał skrzynki pocztowe. Musi na nie wpaść albo nigdy ich nie 

znajdzie. Brnął przed siebie, centymetr za centymetrem, nie widząc, 
nie  czując  i  nie  wiedząc,  gdzie  się  znajduje.  Śnieg  pod  butami  robił 
się  coraz  głębszy,  także  warstwa  śniegu  na  jego  ubraniu  rosła. 
Zatrzymywał  się  na  chwilę,  próbując  normalnie  pooddychać,  ale 
dławił go wiatr, a śnieg dusił. 

Nagle,  bez  ostrzeżenia,  coś  przed  nim  wyrosło  i  wpadł  na  dwie 

skrzynki stojące obok siebie, przykryte półmetrową  warstwą śniegu. 
Oplótł  je  rękoma  jak  tonący  marynarz  trzymający  się  pływających 
szczątków  wraku.  Oparł  się  na  nich,  zgięty  wpół,  próbując  złapać 
oddech. 

Jeszcze metr czy dwa do podjazdu. Ale ile dokładnie? Trzeba było 

to  stwierdzić  metodą  prób  i  błędów.  Kiedy  potknął  się  i  uderzył 
kolanem  o  betonowy  okrąglak,  pod  którym  biegł  płytki  wykop,  już 
wiedział, gdzie się znajduje. Przypomniał sobie, że wzdłuż podjazdu 
rośnie żywopłot. Mógł teraz podążać wzdłuż niego, by nie zgubić już 
drogi. Tak też czynił, ale żywopłot w pewnej chwili nagle się skończył. 
Ceglany dom farmera powinien być na lewo. Domek Polly powinien 
być prosto z przodu. 

Znowu  zataczał  się  jak  ślepy  w  stronę,  która  wydawała  mu  się 

właściwa.  Było  już  ciemno  i  zdał  sobie  sprawę,  że  przecież  śnieg  w 
ciemności  nie  jest  biały,  a  jednak  chyba  widział  przed  sobą  jakiś 
blask.  Podążył  za  nim,  zbliżając  się coraz bardziej,  aż przewrócił  się 
na  schodach  i  upadł  w  zaspę.  Ręce  plątały  mu  się  z  nogami.  Przed 
sobą  zobaczył  jakieś  drzwi.  Oparł  się  o  nie  i  uderzył  obiema 

background image

Lilian Jackson Braun 

128 

pięściami. Drzwi otworzyły się i wpadł do kuchni. 

– O mój Boże! Qwill! Co się stało? Czy jesteś ranny? 
Klęczał na kolanach i rękach w lawinie śniegu, który posypał się z 

jego ubrania, kiedy upadł. Polly ciągnęła go za ręce. Podpełzał dalej 
do  pokoju  i  usłyszał,  jak  drzwi  za  nim  się  zatrzasnęły,  odcinając 
odgłos nawałnicy. Wewnątrz było jasno i cicho. 

– Czy wszystko w porządku? Czy możesz wstać? Nie myślałam, że 

się zjawisz. Co się stało z twoim samochodem? 

Chciał  zostać  na  podłodze,  ale  pozwolił,  żeby  pomogła  mu  się 

podnieść. 

– Pozwól, że cię otrzepię. Stój spokojnie. 
Stał w milczeniu, nieruchomo, kiedy ściągała mu czapkę, rękawice 

i  rzuciła  je  na  kuchenny  stół.  Za  pomocą  ręczników  usunęła  śnieg  i 
lód z jego wąsów oraz brwi. Strzepnęła stos śniegu z kurtki, spodni i 
butów.  Stał  spokojnie,  osłupiały  i  otępiały  pośród  topniejącego 
śniegu i lodu. 

Zabrała się do jego kurtki. 
–  Musisz  zdjąć  te  przemoknięte  rzeczy,  zaraz  przyniosę  ci  coś 

gorącego do picia. Usiądź. Pozwól, że zdejmę ci buty. 

Podprowadziła go do krzesła, na którym usiadł posłusznie. 
–  Skarpety  masz  suche.  Jak  się  czują  twoje  stopy?  Nie  są 

zdrętwiałe, prawda? Koszulę masz mokrą wokół kołnierza. Wezmę ją 
do  suszarni.  Twoje  spodnie  również.  Są  całkiem  przemoczone.  Całe 
szczęście, że włożyłeś długie kalesony. Przyniosę jakieś koce. 

Wciąż nie mógł nic powiedzieć. Zawinęła go w koce i zaprowadziła 

na  kanapę,  namawiając,  żeby  się  położył.  Wsunęła  mu  do  ust 
termometr. 

– Idę zaparzyć gorącej herbaty i zadzwonię do lekarza. Muszę się 

upewnić, czy prawidłowo z tobą postępuję. 

Qwilleran  zamknął  oczy  i  o  niczym  innym  nie  myślał,  tylko  o 

cieple,  suchym  wnętrzu  i  bezpieczeństwie.  Usłyszał  gwizd  czajnika, 
szczęknięcie słuchawki telefonu, wyciskanie gąbki z wodą do kubła. 

Polly wróciła z kubkiem gorącej herbaty na tacy i powiedziała: 
–  Telefon  nie  działa.  Linia  wysiadła.  Zastanawiam  się,  czy  ci  nie 

przynieść gorącej miski z wodą. Jak się czujesz? Czy chcesz usiąść i 
napić się trochę herbaty? – wzięła termometr z jego ust i zerknęła na 
jego skalę. 

Qwilleran zaczynał przychodzić do siebie. Podniósł się do pozycji 

background image

Kot, który znał Szekspira 

129 

siedzącej  bez  jej  pomocy.  Wziął  kubek  herbaty,  posyłając  Polly 
wdzięczne spojrzenie. Upił łyk gorącego naparu i westchnął głęboko, 
z ulgą. Potem wypowiedział swoje pierwsze słowa: 

– „Wdzięczny ci jestem, zmarzłem okrutnie”. 
–  Dzięki  Bogu!  –  śmiała  się  i  płakała.  –  Żyjesz!  Ale  mnie 

przestraszyłeś!  Teraz  już  wszystko  w  porządku.  Skoro  cytujesz 
Szekspira, wiem, że nic ci nie będzie. 

Zarzuciła ręce na jego omotane kocami ramiona i przytuliła głowę 

do jego piersi. W tym momencie wysiadł prąd. Połowa Moose County 
utonęła w czerni razem z małym domkiem. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

Y

Y

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Piątek,  dwudziesty  drugi  listopada.  Qwilleran  otworzył  oczy  w 

małej sypialni zalanej oślepiającym światłem. 

– Qwill, obudź się, obudź się! Chodź i zobacz, co się stało! – ktoś 

w niebieskim szlafroku stał przy oknie, przyglądając się z zachwytem 
widokowi na zewnątrz. – Mieliśmy burzę lodową! 

Nie  spieszył  się  z  pobudką,  jak  przez  mgłę  przypominał  sobie 

ostatnią noc: Polly... jej domek... śnieżycę. 

– Nie leż tak, Qwill. Chodź zobaczyć. Jest pięknie! 
– Ty jesteś piękna – powiedział. – Życie jest piękne! 
W  sypialni  było  chłodno,  ale  ciche  dudnienie  i  pogłos  gdzieś  w 

domu znaczyły, że ogrzewanie pracowało. Zwlókł się z łóżka i zawinął 
kocem, dołączając do Polly przy oknie. 

Ujrzał  zaczarowany  krajobraz,  lśniący  jasno  w  zimnym,  ostrym 

listopadowym  słońcu.  Wiatr  ustał.  Zapanowała  cisza.  Wszystko 
pokrywała  gruba  warstwa  srebrzyście  mieniącego  się  lodu.  Każda 
gałąź  na  drzewie,  każda  witka  lśniła  kryształowym  blaskiem.  Linie 
wysokiego  napięcia  i  druciane  płoty  zmieniły  się  w  diamentowe 
struny. 

– Trudno uwierzyć, że zeszłej nocy mieliśmy ogromną śnieżycę – 

westchnął. – Nie mogę uwierzyć, że wczoraj błądziłem w śniegu. 

– Czy dobrze spałeś? – spytała. 
–  Bardzo  dobrze.  I  nie  z  powodu  wczorajszej  wędrówki  przez 

background image

Lilian Jackson Braun 

130 

śnieg  ani  tego,  że  za  dużo  zjadłem  pieczeni  wołowej...  Czuję  coś 
smacznego. 

– Kawa – oznajmiła zachęcająco – i babeczki w piekarniku. 
Babeczki  były  z  czarnymi  porzeczkami,  a  Polly  podała  je  ze 

śmietankowym serem i dżemem agrestowym. 

–  Żywopłot,  wzdłuż  którego  dotarłeś  tu  przez  śnieżycę  – 

powiedziała  Polly  –  to  rząd  porzeczkowych  krzaków,  posadzonych 
przez  MacGregora  lata  temu.  Pozwala  ludziom  z  sąsiedniej  farmy 
zbierać  z  nich  owoce,  a  oni  dostarczają  nam  w  zamian  przetwory... 
Qwill, czy coś cię trapi? 

– Pani Cobb będzie się martwić. Czy telefon działa? 
– Jeszcze nie. Prąd włączyli pół godziny temu. 
– Czy przejeżdżają tędy pługi śnieżne? 
–  W  końcu  tak,  ale  nie  jesteśmy  na  ich  priorytetowej  liście. 

Najpierw odśnieżają ulice w mieście i główne drogi. 

– Czy słyszałaś cokolwiek w radiu? 
–  Wszystko  jest  pozamykane.  Szkoły,  sklepy,  biura.  Biblioteka 

będzie  zamknięta  do  poniedziałku.  Wszystkie  zebrania  odwołane. 
Dziś  rano  odśnieżyli  helikopter,  żeby  ewakuować  pacjenta  ze 
szpitala.  Ludzie  porzucili  w  zaspach  wiele  samochodów.  W 
samochodzie,  który  wypadł  z  drogi,  znaleziono  ciało  mężczyzny. 
Udusił się spalinami. Qwill, a czy ty wozisz łopatę w bagażniku? 

Pokręcił głową z poczuciem winy. 
–  Jeżeli  utkniesz  w  śnieżycy,  musisz  wygarniać  śnieg  z  rury 

wydechowej, żeby ogrzewanie mogło pracować. 

–  Jeśli  zasypie  nas  śnieg  –  powiedział  Qwilleran  –  to  wolę  być 

zasypany tutaj z tobą niż gdziekolwiek indziej. Tak tu spokojnie. Jak 
znalazłaś to miejsce? 

–  Mój  mąż  zginął  na  tej  farmie  podczas  gaszenia  pożaru  w 

stodole,  a  państwo  MacGregor  byli  dla  mnie  bardzo  uprzejmi. 
Zaproponowali  mi,  żebym  zamieszkała  w  tym  domku  za  darmo. 
Wcześniej służył mężczyźnie wynajętemu do pracy na farmie. 

– I co się z nim stało? 
–  To  gatunek  na  wymarciu.  Farmerzy  mają  teraz  pracowników, 

którzy mieszkają w domach w mieście. 

– Nie martwisz się o swojego gospodarza w taką pogodę jak ta? 
– Jest na Florydzie. Jego syn we wtorek odwiózł go na lotnisko. Ja 

muszę  tylko  karmić  jego  ulubioną  gęś.  Czy  słyszałeś  kiedykolwiek  o 

background image

Kot, który znał Szekspira 

131 

opiekunce do gęsi? 

W  kuchni  zrobiło  się  nagle  cicho.  Piecyk  wykonał  swoją  robotę  i 

wyłączył się. Agregat lodówki także umilkł. Pompa napełniła zbiornik 
z wodą i zgasła. Cisza panująca wewnątrz i na zewnątrz została nagle 
zakłócona przez oddalone dudnienie. 

– Pług śnieżny! – krzyknęła Polly. – Jakie to dziwne! 
Przez  okno  wychodzące  na  zachód  ujrzeli  chmurę  śniegu 

wzbijającą  się  na  wysokość  szczytów  drzew.  Potem  ujrzeli  maszynę, 
za którą jechał mniejszy pług i samochód szeryfa. Konwój zatrzymał 
się naprzeciw domu na farmie i mały pług zaczął odśnieżać podjazd. 
W końcu samochód szeryfa podjechał pod same drzwi. 

– Czy jest tu pan Qwilleran? – zapytał oficer. 
Qwilleran pokazał się. 
– Mój samochód jest w rowie, gdzieś przy drodze. 
–  Widzieliśmy  go  –  powiedział  oficer.  –  Mogę  zabrać  pana  do 

miasta...  jeżeli  chce  pan  jechać  –  dodał,  spoglądając  na  kobietę  w 
niebieskim szlafroku. 

Nieco zawiedziony Qwilleran odwrócił się w stronę Polly. 
– Chyba powinienem jechać. Czy poradzisz sobie? 
Przytaknęła głową. 
– Zadzwonię do ciebie, jak tylko zreperują linie. Oficer grzecznie 

się  odwrócił,  żeby  mogli  się  pożegnać.  Podczas  drogi  powrotnej  do 
Pickax, spędzonej w towarzystwie oficera, Qwilleran stwierdził: 

– Domyślam się, że to była ta „wielka śnieżyca”. 
– Owszem. 
– Czy wiele szkód uczyniła? 
– Jak zwykle. 
– Jak mnie znaleźliście? 
–  Po  prostu  szukaliśmy.  Dostaliśmy  telefon  od  komendanta 

policji w Pickax, burmistrza i od komendanta drogówki. – Podniósł 
słuchawkę. – Tu wóz dziewięćdziesiąt cztery do centrali: mamy go! 

Pickax,  miasto  z  szarego  kamienia,  było  teraz  pokryte  bielą  i 

błyszczało  od  lodu.  Ulica  Park  Circle  wyglądała  jak  tort  weselny.  W 
rezydencji  K  każde  okno,  drzwi  i  poręcz  zwieńczone  były  grubą 
warstwą  śniegu,  a  pan  O'Dell  jeździł  na  elektrycznym  pługu  i 
odśnieżał  chodniki  oraz  podjazd.  Pani  Cobb  powitała  Qwillerana  z 
widoczną ulgą. 

–  Strasznie  się  martwiłam,  ponieważ  koty  bardzo  dziwnie  się 

background image

Lilian Jackson Braun 

132 

zachowywały  –  powiedziała.  –  Wiedziały,  że  coś  jest  nie  tak.  Koko 
miauczał przez całą noc. 

– Gdzie są teraz? 
–  Odsypiają  na  lodówce!  Ja  nie  zmrużyłam  oka.  Zaczęło  padać 

zaraz po tym, jak pan wyszedł, i zaczęłam się obawiać, że zgubi pan 
drogę albo zakopie się w śniegu. Telefony nie działały, ale jak tylko je 
naprawiono,  zadzwoniłam  do  każdego,  kogo  znałam,  nawet  do 
burmistrza. 

–  Pani  Cobb,  pani  jest  cała  roztrzęsiona!  Proszę  usiąść,  napijmy 

się herbaty, to opowiem pani o tym, co mi się przydarzyło. 

Kiedy skończył, pani Cobb wykrzyknęła: 
– Koty miały rację! Wiedziały, że ma pan kłopoty. 
– Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Zadzwonię do warsztatu 

Hackpole'a,  żeby  wyciągnęli  samochód  z  rowu.  A  jak  tam 
przygotowania do ślubu? Czy wszystko przebiega zgodnie z planem? 

– No więc... – zaczęła niepewnie, spuszczając wzrok. 
– Czy coś nie tak? 
–  Więc  Herb  zaczął  mi  mówić,  że  nie  chce,  żebym  pracowała  po 

ślubie,  przynajmniej  nie  tutaj  w  muzeum.  Uważa,  że  powinnam 
zostać w domu i... i... 

– I co? Zwilżyła usta. 
– I mam prowadzić jego księgi rachunkowe. 
–  CO?!  –  krzyknął  Qwilleran.  –  I  chce  zmarnować  lata  pani 

doświadczenia i wiedzy? Ten facet jest stuknięty! 

– Powiedziałam mu, że nie będzie żadnego ślubu, jeżeli nie będę 

mogła pracować w muzeum – odparła wyzywająco. 

– Dobrze pani zrobiła! To wymagało odwagi. Cieszę się, że broniła 

pani swojego zdania. – Wiedział, jak bardzo pragnęła swojego domu 
i męża. Nie tylko mężczyzny, ale i męża. 

– W każdym razie ustąpił, więc chyba wszystko jest  w porządku. 

Przywieźli  moją  ślubną  garsonkę  z  różowego  zamszu  i  wygląda 
bosko! Mój syn wysłał ją z Saint Louis i nawet nie wymaga ani jednej 
poprawki. Syn przyjechałby na ślub, gdyby nie ta niepewna pogoda. 
Poza tym już na dniach spodziewają się dziecka. Mam nadzieję, że to 
będzie chłopczyk. 

Qwilleran  wolał  uniknąć  szczegółowych  ustaleń,  ale  gospodyni 

chciała z nim porozmawiać o przebiegu ślubu. 

–  Susan  Exbridge  będzie  ubrana  na  szaro.  Zamówiłam  dla  nas 

background image

Kot, który znał Szekspira 

133 

bukieciki  z  różowych  róż  i  różowych  pąków  dla  pana  oraz 
Hackpole'a. 

–  Wiem,  że  nie  chce  pani  przyjęcia  –  zaczął  Qwilleran  –  ale 

moglibyśmy  otworzyć  jedną  butelkę  szampana  i  wznieść  toast  za 
nowożeńców. 

–  To  samo  powiedziała  Susan.  Chce  przynieść  trochę  kawioru  i 

tatara. 

Na  te  słowa  dwie  zaspane,  brązowe  głowy  podniosły  się  znad 

lodówki. 

Qwilleran  stłumił  śmiech,  kiedy  wyobraził  sobie  Hackpole'a  z 

bukiecikiem pąków róż, a potem jego reakcję na rybią ikrę i surowe 
mięso. 

–  A  może  muzyka  w  tle?  –  zasugerował.  –  Wystarczy  włożyć 

kasetę do odtwarzacza. 

– Och, byłoby miło! Wybierze pan coś, panie Q? 
Sprzedaną narzeczoną, pomyślał. 
– A gdzie pani chce, żeby odbyła się ceremonia? 
– W salonie, naprzeciw kominka. Proszę za mną. Pokażę panu, co 

mam na myśli. 

Wyszli  z  kuchni,  a  za  nimi  podążyły  syjamczyki,  które  lubiły 

uczestniczyć w domowych naradach. 

–  Moglibyśmy  stanąć  twarzą  do  urzędnika  za  małym  stołem  – 

powiedziała  pani  Cobb.  –  Ogień  w  kominku  sprawi,  że  będzie 
przytulnie.  Postawimy  wazon  z  różowymi  różami  na  stole,  żeby 
komponował się z różami na dywanie. 

W tym momencie usłyszeli za sobą gwałtowne prychnięcie. Koko 

nastroszył  ogon,  wygiął  grzbiet  w  łuk  i  pokazał  pazury.  Uszy  i  wąsy 
położył po sobie, a jego oczy przybrały diabelski wyraz. 

– Wielkie nieba! Co się stało? – zakrzyknęła pani Cobb. 
–  Stanął  na  różach!  –  zauważył  Qwilleran.  –  Zawsze  unika 

chodzenia po różach! 

– Przestraszył mnie. 
– Wygląda, jakby zobaczył ducha – powiedział Qwilleran, ale i on 

sam poczuł lekkie drżenie górnej wargi, więc energicznie potarł wąsy. 

Kiedy wrócili do kuchni, pani Cobb powiedziała: 
– Jestem taka wdzięczna, że zabrał mnie pan do Pickax, panie Q. 

To  było  wspaniałe  doświadczenie,  poznałam  Herba  i  wychodzę  za 
mąż  pośród  tych  wszystkich  przedmiotów,  które  kocham.  Jestem 

background image

Lilian Jackson Braun 

134 

bardzo wdzięczna. 

–  Niech  mi  pani  nie  przypisuje  tylu  zasług.  To  pani  zrobiła 

świetną  robotę  i  zasługuje  pani  na  to,  co  najlepsze.  Na  pewno  nie 
chce pani wziąć wolnego tygodnia? 

–  Nie,  zjemy  tylko  kolację  w  hotelu  „Pickax”  i  spędzimy  noc  w 

apartamencie  dla  nowożeńców  –  powiedziała.  –  Podróż  poślubną 
odbędziemy na wiosnę. Herb chce mnie zabrać na ryby do północnej 
Kanady. 

Qwilleran nie mógł sobie wyobrazić pani Cobb zarzucającej wędkę 

na  pstrąga,  i  tym  bardziej  nie  wyobrażał  sobie  Hackpole'a  na 
różowych, satynowych poduszkach. 

– Ale mogłaby pani wziąć tydzień wolnego, choćby od zaraz, żeby 

sobie odpocząć – zaproponował. 

–  No  cóż  –  odparła  tonem  niemal  przepraszającym  –  w 

poniedziałek jest spotkanie komitetu w sprawie przybrania choinki, a 
w  niedzielę  jest  koncert,  na  którym  zostanie  wykonany  Mesjasz,  i 
przyjęcie w kostiumach z epoki. Za nic nie mogę tego stracić! 

– A co z Herbem? 
–  Nie  obrazi  się.  W  telewizji  jest  program,  który  ogląda  w  każdy 

niedzielny wieczór. 

Qwilleran  miał  wątpliwości  co  do  tego  małżeństwa,  w  dodatku 

coraz  większe.  Będzie  się  czuł  jak  hipokrytą,  stojąc  w  charakterze 
drużby  obok  mężczyzny,  którego  szczerze  nie  lubił.  Zrobi  to  jednak 
dla pani Cobb. Ona nigdy nie szczędziła mu swojego  czasu, starań i 
dobrego słowa... Była tak spragniona pochwał i tak zawstydzona, gdy 
je otrzymała... Tak kompetentna w swojej dziedzinie i taka naiwna w 
dziedzinie  uczuć...  Zawsze  gotowa  do  pomocy  i  spełniająca 
zachcianki innych – zwłaszcza umięśnionych mężczyzn z tatuażami. 

–  Wciąż  się  pani  trzęsie,  pani  Cobb  –  powiedział.  –  To 

podniecenie i brak snu. Proszę iść na górę i odetchnąć. Ja nakarmię 
koty  i  pójdę  gdzieś  na  kolację.  I proszę  nie  przygotowywać  żadnych 
posiłków na jutro, to jest dzień pani ślubu. 

Podziękowała mu wylewnie i poszła do swojego apartamentu. 
Qwilleran zaś skierował się do biblioteki, żeby wybrać muzykę na 

ślub:  Bach  na  czas  trwania  ceremonii,  a  Schubert  do  szampana  i 
kawioru.  Koko  podążył  za  nim  i  przyglądał  się  każdej  kasecie, 
obwąchując niektóre i niepewnie sięgając po inne łapką. 

–  Koci  bibliotekarz  jest  wystarczająco  trudny  do  zniesienia  – 

background image

Kot, który znał Szekspira 

135 

powiedział  Qwilleran.  –  Proszę!  Nie  chcemy  jeszcze  kociego 
dyskdżokeja. 

– Nyik, nyik, nyik – odezwał się Koko z irytacją, nachylając jedno 

ucho do przodu, a drugie do tyłu. 

Zadzwonił telefon. 
–  Uprzejma  firma  telekomunikacyjna  wznowiła  usługi  dla 

wieśniaków na MacGregor Road. 

Melodyjny głos sprawił, że Qwilleran poczuł mrowienie na karku. 
– Myślałem o tobie, Polly. Myślałem o tym wszystkim. 
– Wszystko dobrze się skończyło, Qwill, ale drżę na myśl o tobie w 

tej zamieci. 

– Ja też trochę jeszcze drżę na tę myśl. Kiedy znowu będę mógł cię 

zobaczyć? 

– Chciałabym przyjechać na koncert w niedzielę wieczór. 
– Może weźmiesz rzeczy na noc? Jeżeli po koncercie pojedziesz do 

domu, w poniedziałek rano znów będziesz musiała jechać do Pickax. 
Masz  do  dyspozycji  następujące  apartamenty:  angielski,  empire  i 
biedermeier. 

–  Chyba  spodobałby  mi  się  apartament  w  stylu  angielskim  – 

odpowiedziała  Polly.  –  Zawsze  chciałam  przenocować  w  łóżku  z 
baldachimem i z romantycznymi zasłonami. 

– MIAU! – odezwał się Koko. 
Qwilleran delikatnie odłożył słuchawkę i powiedział do niego: 
– A ty pilnuj własnego nosa, młody kocie! 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

T

T

E

E

R

R

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Sobota,  dwudziesty  trzeci  listopada.  „Niebo  zachmurzone,  dalsze 

opady śniegu” – zapowiadał meteorolog. Mimo tego świeciło słońce, 
a  Pickax  lśniło  pod  białą  pierzyną,  która  opadła  na  miasto  w 
czwartek. W Pickax śnieg nie szarzał z czasem, pozostawał biały. 

Kiedy  Qwilleran  poszedł  do  głównego  budynku,  by  przygotować 

śniadanie  dla  kotów,  spotkał  panią  Fulgrove  i  pana  O'Della 
oddających się swoim codziennym zajęciom. 

– Ładny dzień na ślub – zauważył. 

background image

Lilian Jackson Braun 

136 

–  Pogoda  w  dzień  ślubu  o  niczym  nie  świadczy  –  stwierdził 

zarządca.  –  Kiedy  ja  się  żeniłem  z  moją,  z  nieba  biły  pioruny,  psy 
wyły,  a  na  drodze  leżały  martwe  ptaki,  a  jednak  przeżyliśmy  razem 
czterdzieści  pięć  lat  bez  jednego  złego  słowa  między  nami.  A  kiedy 
odeszła,  Boże,  daj  odpoczynek  jej  duszy,  to  bez  słowa  skargi  i  bez 
jednej łzy. 

Pani  Cobb  była  zdenerwowana.  Nie  mając  żadnych  potraw  do 

przyrządzenia,  ciasta  do  upieczenia,  dla  zabicia  czasu  gadała  ó 
urządzeniu  domu  i  czekała,  aż  nadejdzie  pora  jej  wizyty  u  fryzjera. 
Koty  też  były  niespokojne,  wyczuwały,  że  coś  będzie  się  działo. 
Krążyły nieustannie, a Koko mówił coś sam do siebie, pomiaukując i 
prychając, a co jakiś czas strącał książkę z półki. Qwilleran cieszył się, 
że  udało  mu  się  wymknąć.  O  godzinie  czternastej  umówiony  był  na 
wywiad z panią Sarą Woolsmith. 

Dziewięćdziesięciopięcioletnia staruszka z farmy była długoletnią 

mieszkanką ośrodka opiekuńczego dla osób starszych przy szpitalu w 
Pickax.  Były  to  dwa  nowoczesne  budynki,  które  nie  pasowały  do 
charakteru  miasta  zabudowanego  w  większości  kopiami  zamków  i 
twierdz. 

Przełożona pielęgniarek oczekiwała Qwillerana w recepcji. 
– Pani Woolsmith czeka na pana w czytelni – oznajmiła. – Macie 

państwo dla  siebie  całe pomieszczenie,  ale  proszę  ograniczyć  wizytę 
do kwadransa. Pani Woolsmith bardzo szybko się męczy. Cieszy się z 
tego  wywiadu.  Niewielu  ludzi  chce  słuchać  staruszków,  którzy 
opowiadają o dawnych czasach. 

W  czytelni  spostrzegł  słabą,  małą  starowinkę  o  nerwowych 

dłoniach,  siedzącą  na  wózku  inwalidzkim  i  ściskającą  swój  szal. 
Towarzyszyła  jej  wolontariuszka,  która  przywiozła  ją  na  wózku  z 
pokoju. 

–  Saro,  to  jest  pan  Qwilleran  –  powiedziała  powoli  i  wyraźnie 

wolontariuszka.  –  Odbędzie  z  panią  miłą  rozmowę.  –  Na  boku 
wyszeptała  do  Qwillerana:  –  Ma  dziewięćdziesiąt  pięć  lat  i  prawie 
wszystkie  swoje  zęby,  ale  słabo  widzi.  To  poczciwa  staruszka  i 
wszyscy ją bardzo kochamy. Usiądę blisko drzwi i poinformuję pana, 
kiedy czas dobiegnie końca. 

– Gdzie są moje zęby? – zaskrzeczała ostro pani Woolsmith. 
– Proteza jest w pani buzi i ślicznie pani wygląda w nowym szalu 

– mocno uścisnęła rękę starszej pani. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

137 

Qwilleran  nie  chciał  tracić  czasu  na  zbędne  wstępy  i  od  razu 

przeszedł do rzeczy: 

–  Czy  opowie  mi  pani,  jak  wyglądało  życie  na  farmie  w  czasach 

pani młodości, pani Woolsmith? Włączę teraz nagrywanie. 

Podniósł  magnetofon,  żeby  go  jej  pokazać,  ale  ona  rozejrzała  się 

tylko, patrząc we wszystkich kierunkach prócz właściwego. 

Później spisano następujący wywiad: 
Pytanie: Czy urodziła się pani w Moose County? 
– Nie wiem, dlaczego chcesz ze mną rozmawiać. Nic szczególnego 

nie  zrobiłam  w  życiu.  Mieszkałam  na  farmie  i  wychowałam  dzieci. 
Raz,  kiedy  mieliśmy  włamanie,  moje  nazwisko  pojawiło  się  w 
gazecie. 

Jakie to było gospodarstwo i co pani w nim robiła? 
–  Było  w  gazecie  o  tym  włamaniu,  więc  oderwałam  ten  kawałek. 

Jest  w  mojej  torebce.  Gdzie  moja  torebka?  Wyciągnij  i  przeczytaj. 
Możesz mi przeczytać. Lubię tego słuchać. 

Sarah  Woolsmith,  lat  65,  ze  Squunk  Corners  siedziała  sama  i 

robiła  na  drutach  sweter  w  swoim  salonie  w  ostatni  czwartek  o 
godzinie  jedenastej,  kiedy  jakiś  mężczyzna  w  chustce  na  twarzy 
włamał  się  do  niej  i  powiedział:  „Oddawaj  wszystkie  pieniądze”. 
Wyciągnęła  z  torebki  i  dała  mu  osiemnaście  dolarów  oraz 
siedemdziesiąt trzy centy. Mężczyzna zbiegł, nie robiąc jej krzywdy, 
choć mocno ją przestraszył. 

–  W  tamtych  czasach  często  robiłam  na  drutach.  Z  Johnem 

mieliśmy  siedmioro  dzieci.  Pięciu  chłopaków.  Dwóch  zginęło  w 
czasie  wojny.  John  zginął  podczas  wielkiej  śnieżycy  w  trzydziestym 
siódmym.  Poszedł  przyprowadzić  krowy  i  zamarzł.  Piętnaście  krów 
wtedy zamarzło i wszystkie kurczaki też. Zimy były srogie w tamtych 
czasach. Teraz mam koc elektryczny. A ty też masz koc elektryczny? 
Kiedy  byłam  młodą  dziewczyną,  ja  i  moje  siostry  spałyśmy  pod 
stosem  kołder.  Rano  patrzyłyśmy,  czy  jest  szron  na  suficie. 
Wyglądało  to  ładnie,  wszystko  błyszczało.  W  dzbanie,  z  którego 
brałyśmy wodę do mycia, był lód. Czasem się przeziębiałyśmy. Mama 
smarowała  nam  klatki  piersiowe  olejem  ze  skunksa  i  gęsim 
tłuszczem. Nie lubiłyśmy tego. (Śmiech) Mój brat strzelał do dzikich 
królików,  ale  ja  potrafiłam  dogonić  je  i  złapać.  Tata  był  ze  mnie 
dumny.  Tata  nie  miał  konia.  Zaprzęgał  mamę  do  pługa  i  tak 
uprawiali  ziemię.  Nie  chodziłam  do  szkoły.  Pomagałam  mamie  w 

background image

Lilian Jackson Braun 

138 

kuchni. Raz zachorowała i musiałam nakarmić szesnastu mężczyzn. 
Byłam  wtedy  jeszcze  taaka  mała.  To  był  czas  żniw.  Wszyscy  byli 
sąsiadami. W tamtych czasach sąsiedzi pomagali sobie nawzajem. 

Czy kiedykolwiek miała pani czas na... 
– My, kobiety, prałyśmy ubrania w balii i robiłyśmy nasze własne 

mydło.  Wyrabiałam  też  ocet  i  masło.  Wypychałyśmy  poduszki 
piórami  z  kurczaków.  Mieliśmy  ich  dużo.  (Śmiech)  Raz  na  tydzień 
jechaliśmy  wozem  do  miasta,  odbieraliśmy  pocztę  i  za  centa 
kupowaliśmy  laski  lukrecji.  Poślubiłam  Johna  i  zamieszkałam  na 
dużej  farmie.  Krowy,  konie,  świnie,  kurczaki.  Zatrudnialiśmy 
chłopaków z sąsiedztwa do pomocy. Pięć centów za godzinę. Jelenie 
przyszły i zjadły naszą kukurydzę. Raz przyszły koniki polne i zjadły 
wszystko.  Zjadły  nawet  pranie  wiszące  na  sznurku.  (Śmiech) 
Chłopaki  z  sąsiedztwa  pracowali  w  polu  po  dwanaście  godzin  na 
dzień. Co pani pamięta z... 

– Nigdy nie zamykaliśmy drzwi. Sąsiedzi mogli wejść do środka i 

pożyczyć  sobie  garnuszek  cukru.  To  chłopak  z  sąsiedztwa  zabrał  mi 
pieniądze.  Wiedziałam,  kto  to  jest,  ale  nie  powiedziałam 
posterunkowemu.  Poznałam  go  po  głosie.  Czasem  pracował  na 
naszej farmie. 

Dlaczego nie powiedziała pani posterunkowemu? 
–  Miał  na  imię  Basil.  Żal  mi  go  było.  Jego  ojciec  siedział  w 

więzieniu. Zabił mężczyznę. 

Czy to była rodzina Whittlestaffów? 
–  Wychyliłam  się  przez  okno,  kiedy  zabrał  mi  pieniądze.  Widać 

było  księżyc.  Zobaczyłam  go,  jak  biegł  przez  nasze  ziemniaczane 
pole. Wiem, gdzie się kierował. Pociąg towarowy zatrzymywał się w 
Watertown, aby nabrać wody. Jego gwizd było słychać na dwie mile. 
Chłopcy  wskakiwali  na  pociągi  towarowe,  żeby  stąd  uciec.  Jeden 
spadł na tory i zginął. Ja nigdy nie jechałam pociągiem. 

Koniec wywiadu. 
Wolontariuszka przerwała monolog pani Woolsmith: 
– Czas minął, droga pani. Teraz proszę się pożegnać i pójdziemy 

na górę, żeby się zdrzemnąć. 

Staruszka wyciągnęła chudą, trzęsącą się rękę, a Qwilleran ujął ją 

obiema dłońmi, zachwycając się tym, że te kruche rączki kiedyś tarły 
na tarze ubrania, doiły krowy i kopały ziemniaki. 

Wolontariuszka odprowadziła go do korytarza. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

139 

–  Pani  Sarah  pamięta  wszystko,  co  wydarzyło  się  siedemdziesiąt 

pięć  lat  temu  –  powiedziała  –  ale  nie  pamięta  ostatnich  wydarzeń. 
Przy okazji, jestem Irma Hasselrich. 

–  Czy  jest  pani  spokrewniona  z  pełnomocnikiem  Fundacji 

Klingenschoenów? 

–  To  mój  ojciec.  Był  oskarżycielem  w  procesie,  kiedy  Zack 

Whittlestaff  został  skazany  za  zabicie  Titusa  Goodwintera.  Syn 
Zacka, który okradł panią Sarę i uciekł, wrócił po latach i zwrócił te 
osiemnaście  dolarów  i  siedemdziesiąt  pięć  centów,  ale  ona  tego  nie 
pamięta.  Przysyła  jej  także  czekoladki  na  każde  Boże  Narodzenie. 
Całkiem  nieźle  mu  się  powodzi.  Oczywiście  zmienił  nazwisko. 
Gdybym  ja  się  nazywała  Basil  Whittlestaff,  to  też  bym  zmieniła  – 
zaśmiała  się.  –  Sprzedaje  używane  samochody  i  prowadzi  warsztat. 
Wredny typ, ale podobno porządnie wykonuje swoją pracę. 

Qwilleran  poszedł  do  domu,  żeby  przebrać  się  na  ślub.  Nie 

odczuwał  żadnej  przyjemności  w  związku  ze  zbliżającą  się 
uroczystością. Był już świadkiem na ślubie Archa Rikera dwadzieścia 
pięć lat temu; był wtedy młody, szalony i nie zawsze trzeźwy. Podczas 
ceremonii  podał  panu  młodemu  obrączkę  tak  niezręcznie,  że  ten 
upuścił ją, a dwustu gości miało niezły ubaw. 

A teraz miał być świadkiem Basila Whittlestaffa. 
O  godzinie  siedemnastej  listopadowy  zmierzch  przemalował 

śnieżną  biel  Pickax  na  kolor  bladoniebieski.  W  rezydencji  K  kotary 
były  zasłonięte,  kryształowe  żyrandole  zapalone,  pan  O'Dell  zaś 
rozpalił świąteczny ogień w salonowym kominku. 

Gdy wybrzmiało piąte uderzenie skrzynkowego zegara stojącego w 

hallu,  pan  O'Dell  wrzucił  kasetę  do  magnetofonu  i  w  całym  domu 
rozbrzmiały  poważne  akordy  preludium  organowego  Bacha.  W 
salonie naprzeciw kominka czekał urzędnik magistratu. Pan młody i 
jego  drużba  czekali  w  hallu.  Po  chwili  wyczekiwania  na  podeście 
powyżej  pojawiły  się  druhna  z  panną  młodą  i  zaczęły  schodzić 
dostojnym krokiem. 

Pani  Cobb,  na  co  dzień  ubrana  w  fartuch,  luźny  kostium  ze 

spodniami lub dres, w różowej garsonce z zamszu wyglądała niemal 
oszałamiająco. Susan Exbridge zawsze wyglądała olśniewająco, także 
teraz. 

Zanim  zdążyli  się  ustawić  do  ślubnej  ceremonii  przed 

urzędnikiem, ten miał już czerwoną twarz od bijącego za nim ciepła. 

background image

Lilian Jackson Braun 

140 

Z dwóch stron sykały na niego oburzone syjamczyki,  ich terytorium 
przed 

paleniskiem 

zostało 

bowiem 

zawłaszczone 

przez 

nieznajomego. 

Qwilleran nie czuł się zbyt pewnie; Hackpole wiercił się nerwowo, 

urzędnik zaś otarł czoło, nim wygłosił zwyczajową formułę: 

– Zebraliśmy się tutaj, żeby połączyć tego oto mężczyznę i tę oto 

kobietę... 

Mimo pięknego, kojącego wystroju atmosfera była napięta. 
–  Jeżeli  ktokolwiek  ze  zgromadzonych  może  podać  powód,  dla 

którego  tych  dwoje  nie  może  zgodnie  z  prawem  zawrzeć  związku, 
niech teraz przemówi albo zamilknie na zawsze. 

– Miau! – odezwał się Koko. 
Hackpole zmarszczył brwi. Obie kobiety zachichotały. Qwillerana 

ogarnęło mieszane uczucie rozbawienia i niepokoju. 

Herbert  wziął  sobie  za  żonę  Iris,  a  Iris  wzięła  sobie  za  męża 

Herberta. A potem nadszedł czas na obrączki. 

Przyszła kolej na Qwillerana. Obrączka była w jego kieszeni, więc 

zaczął  jej  szukać.  Nie  ta  kieszeń.  Ach!  Znalazł  ją.  I  znowu  się 
skompromitował!  Ślubna  obrączka  wyślizgnęła  się  z  jego  ręki  i 
potoczyła po dywanie. 

Zachwycona  Yum  Yum  natychmiast  pobiegła  za  nią.  Domowy 

złodziejaszek  zamieszkujący  rezydencję  Klingenschoenów,  łasy  na 
wszystko, co błyszczy, skoczył, uderzył łapką i skarb potoczył się pod 
chińskie  biurko.  Rozjuszony  Qwilleran  ruszył  w  pościg.  Kiedy 
zdobycz  była  już  w  jego  zasięgu,  kotka  dopadła  obrączki  pierwsza, 
podbijając  ją  jedną  łapą,  i  pobiegła  za  nią  do  hallu,  gdzie  uderzyła 
drugą łapką. Wsuwała właśnie obrączkę pod anatolijski dywan, kiedy 
drużba w końcu ją złapał. 

Spocony urzędnik zakończył ceremonię w rekordowym tempie: 
– Ogłaszam was mężem i żoną. 
Zażenowany  Hackpole  pocałował  pannę  młodą,  potem  były 

uściski w ramionach i uściski dłoni, gratulacje i serdeczne życzenia. 

Lekka  muzyka  fortepianowa  Schuberta  okazała  się  w  sam  raz  na 

tę okazję. Pani Fulgrove i pan O'Dell pojawili się z tacami szampana i 
przystawek.  Qwilleran  ze  skrzyżowanymi  palcami  i  z  kieliszkiem 
soku  z  białych  winogron  zaproponował  toast  za  przyszłe  szczęście 
nowożeńców. 

Uroczysty  moment  nie  trwał  długo. Urzędnik  magistratu połknął 

background image

Kot, który znał Szekspira 

141 

szampana  i  wyszedł  w  pośpiechu.  Nowa  pani  Hackpole  zwabiła 
małżonka do jadalni, żeby zobaczył przedstawiające dziką zwierzynę 
płaskorzeźby na masywnym, niemieckim kredensie. 

–  Mam  nadzieję,  że  będzie  szczęśliwa  –  powiedział  Qwilleran  do 

Susan  Exbridge.  –  Niestety,  chyba  już  na  dobre  przylgnie  do  mnie 
miano najgorszego drużby w historii ślubów. 

–  Ale  Koko  wspaniale  prezentował  się  jako  kot–świadek  – 

zaśmiała  się  Susan.  –  Jego  miauknięcie  w  odpowiednim  momencie 
rozładowało atmosferę. 

Hackpole'owie  wrócili  z krótkiego zwiedzania  i  stwierdzili,  że  już 

sobie  pójdą.  Pan  młody  dzwonił  samochodowymi  kluczykami  i 
popychał pannę młodą w stronę tylnich drzwi. 

–  Poczekaj  chwilę  –  powiedział  Qwilleran.  –  Daj  mi  kluczyki,  to 

przyprowadzę  twój  samochód  przed  frontowe  drzwi.  Nie  będziemy 
rzucać ryżem, ale powinniście odjechać w godnym stylu. 

– Ale mamy dwa samochody – zaoponował Hackpole. – Jej jest w 

garażu. 

– Odbierzecie go jutro. Nikt nigdy nie słyszał, żeby panna młoda i 

pan młody odjeżdżali w oddzielnych wozach. 

Qwilleran  i  Susan  obserwowali,  jak  nowożeńcy  odjeżdżają  do 

apartamentu dla nowożeńców w nowym hotelu „Pickax”. 

– A więc pojechali – westchnął Qwilleran – na dobre i na złe. 
Susan  przyjęła  jego  zaproszenie  na  kolację  do  restauracji 

„Stefania”,  gdzie  na  stolikach  okrytych  obrusami  sięgającymi  aż  do 
ziemi  lśniły  nastrojowo  świece,  a  ciepłe  kolory  i  delikatna  muzyka 
tworzyły  romantyczny  nastrój.  Był  to  wieczór  przed  oratorium 
Mesjasz, więc rozmawiali o przyjęciu mającym odbyć się w muzeum 
po przedstawieniu. 

– Bliźniacy Fitch będą filmować na wideo – powiedziała Susan. 
Qwilleran wyraził swoje poparcie. 
–  Moi  przyjaciele  z  Nizin  zwykle  nie  wierzą  w  kulturalną 

działalność tego oddalonego okręgu. 

–  Uważam,  że  jesteśmy  północno–wschodnim  Luksemburgiem 

środkowych 

Stanów 

– 

powiedziała 

Susan, 

dramatycznie 

gestykulując.  –  Pozwól,  że  ci  opowiem  o  niespodziance,  którą 
planujemy  dla  publiczności  słuchającej  oratorium.  Czy  wiesz, 
dlaczego jest taka tradycja, żeby wstać, gdy chór śpiewa Alleluja

–  Słyszałem,  że  król  Anglii  był  pod  takim  wrażeniem,  kiedy 

background image

Lilian Jackson Braun 

142 

usłyszał to po raz pierwszy, że zerwał się, a kiedy król wstaje, wszyscy 
wstają. Czy to nie ta historia? 

–  Tak  właśnie!  Około  1742  roku.  Jutro  wieczorem  w 

przedstawieniu  weźmie  udział  król  Jerzy  II  z  całym  królewskim 
dworem,  w  uroczystych  strojach  z  osiemnastego  wieku.  Zagra  ich 
nasza  grupa  teatralna...  Powinieneś  przyłączyć  się  do  niej,  Qwill. 
Masz  dobry  głos  i  dobrą  prezencję.  Moglibyśmy  wystawić  Czarną 
magię na Manhattanie, a Koko mógłby zagrać Pyewacketa. 

–  Wątpię,  czy  w  ogóle  chciałby  zagrać  rolę  kota  –  powiedział 

Qwilleran.  –  Jest  nieznośnym  snobem.  Obawiam  się,  że  wolałby 
raczej tytułową rolę z Ryszarda Trzeciego. 

Kolacja  z  Susan  była  przyjemnym  następstwem  ślubnej 

uroczystości,  która  okazała  się  tak  stresująca.  Wręczył  jej  naręcze 
różowych  róż,  żeby  zabrała  je  do  domu,  a  ona  obdarzyła  go 
teatralnym  pocałunkiem.  Na  chwilę  zapomniał  o  rozżaleniu  z 
powodu  utraty  gospodyni  i  o  niechęci,  jaką  żywił  do  jej  wybranka. 
Wróciło  jednak,  gdy  podjął  conocny  obchód  domu  przed  powrotem 
do swojej siedziby nad garażem. 

Na  dywanie  w  bibliotece  leżał  cienki  tom.  Był  to  egzemplarz 

Otella, a Qwilleranowi od razu na myśl przyszedł jeden z najbardziej 
znanych  cytatów:  „Musisz  też  rzec  im  o  kimś,  kto  pokochał;  nie 
nazbyt mądrze, lecz nazbyt gorąco”. 

Kiedy  niósł  syjamczyki  w  wiklinowym  koszu  przez  dziedziniec, 

przypomniał sobie jeszcze jeden fragment, od którego aż wąsy mu się 
zjeżyły: „Zabij mnie jutro, oszczędź mnie dziś tylko”. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ę

Ę

T

T

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Niedziela, dwudziesty czwarty listopada. Przez noc spadło jeszcze 

pięć  centymetrów  śniegu.  Kiedy  w  niedzielę  rano  Qwilleran  niósł 
wiklinowy  koszyk  do  głównego  budynku,  dzwony  z  brązu  na  wieży 
kościoła  Old  Stone  i  odtwarzane  z  taśmy  bicie  dzwonów  z  kościoła 
Little  Stone  ogłaszały  poranne  nabożeństwa.  Pan  O'Dell,  który 
uczestniczył już w porannej mszy, zajęty był odśnieżaniem. 

–  No,  odśnieżyłem  podjazd  i  parking  na  wieczorne  przyjęcie  – 

background image

Kot, który znał Szekspira 

143 

powiedział. – Myślę, że nie będzie już dzisiaj padało. 

Qwilleran podkręcił w domu termostat i przygotowywał śniadanie 

dla  kotów,  kiedy  usłyszał,  że  drzwi  kuchenne  otworzyły  się,  a 
następnie  zatrzasnęły.  To  pewnie  pan  O'Dell  –  pomyślał.  Chce  się 
napić  czegoś  ciepłego  w  ten  zimny  poranek.  Jednak  nikt  się  nie 
zjawił, a zamiast tego na tyłach domu rozległ się rozpaczliwy szloch. 
Wstał i poszedł sprawdzić, co się dzieje. 

– Pani Cobb! – wykrzyknął. – Co pani tu robi? Co się stało? 
Twarz  miała  wymizerowaną  i  bladą  jak  ściana,  włosy  potargane. 

Stała  oparta  o  tylnie  drzwi.  Na  widok  Qwillerana  zalała  się  łzami, 
zakrywając twarz dłońmi. 

Zaprowadził ją do kuchni i posadził na krześle. 
– Jak pani tu dotarła? Szła pani przez śnieg w tych kapciach? 
– Nie wiem – jęknęła – po prostu... uciekłam. Musiałam uciec. 
–  Co  takiego  się  wydarzyło?  Czy  może  mi  pand  powiedzieć?  – 

zdjął z niej przemoczone pantofle i owinął jej stopy ręcznikami. 

Pokręciła głową. Jej łkanie przeszło w bolesny jęk. 
– Popełniłam... popełniłam straszliwy... błąd. 
– Nie rozumiem, pani Cobb. Czy może mi pani powiedzieć, co się 

stało? 

– To potwór! Poślubiłam potwora! Och, co ja mam zrobić? 
– Czy odniosła pani jakieś obrażenia? 
Pokręciła przecząco głową, wylewając z siebie strugi łez. Qwilleran 

podał jej pudełko chusteczek. 

– Czy znęcał się nad panią fizycznie? 
– Och, och, och! Nie mogę o tym mówić! – położyła głowę na stole 

i potrząsała nią w konwulsjach. 

– Czy nadużył alkoholu? Odpowiedziała drżącym głosem, że tak. 
– Zaparzę filiżankę herbaty. 
– To na nic... zwymiotuję – jęknęła. – Wymiotowałam całą noc. 
–  Lepiej  niech  się  pani  napije  chociaż  wody.  Jest  pani  pewnie 

odwodniona. 

– Też zwymiotuję. 
– A zatem dzwonię po lekarza. – Wybrał numer domowy doktora 

Halifaksa, 

ale 

pielęgniarka, 

która 

opiekowała 

się 

jego 

niepełnosprawną żoną, powiedziała, że lekarz jest w kościele. 

Qwilleran wybiegł na zewnątrz i zawołał zarządcę: 
–  Panie  O'Dell,  szybko!  Niech  pan  pędzi  do  kościoła  Old  Stone  i 

background image

Lilian Jackson Braun 

144 

złapie  doktora  Hala.  Proszę  szukać  siwej  głowy,  potem  niech  pan 
przejdzie nawą i skinie na niego. 

–  Pojadę  skuterem  śnieżnym!  –  zapewnił  pan  O'Dell,  marszcząc 

brwi ze zdziwienia. 

Zawył silnikiem i odjechał na dwumiejscowej maszynie. Qwilleran 

wrócił  do  kuchni,  gdzie  Koko  ocierał  się  o  nogi  pani  Cobb.  Schyliła 
się i chciała go dotknąć, ale on sam wskoczył na jej kolana. Przytuliła 
go, a on na to pozwolił, strzygąc uszami z powodu kapiących na niego 
łez. 

Gdy tylko Qwilleran usłyszał ryk silnika, pobiegł do tylnich drzwi. 
–  Niezłe  wyczucie  czasu  –  powiedział  stary  doktor.  – 

Wyciągnęliście  mnie  z  kościoła  tuż  przed  zbiórką  na  tacę.  Co  się 
stało? 

Qwilleran  przedstawił  w  skrócie  przebieg  wydarzeń  i  pokierował 

go do kuchni. Doktor Hal jednak zaraz wrócił. 

–  Lepiej  zabierzmy  ją  od  razu  do  szpitala.  Gdzie  jest  u  pana 

telefon? Zamówię prywatny pokój. 

– Nie wiem, o co poszło – Qwilleran zniżył głos – ale mąż może jej 

szukać. Powinien pan zastrzec, że nie wolno jej odwiedzać. 

Pomógł  doktorowi  Halowi  odprowadzić  pacjentkę  do  tylnich 

drzwi. 

– Będę potrzebować jakichś rzeczy – powiedziała słabym głosem. 
–  Spakujemy  pani  torbę  i  przyślemy  do  szpitala.  Proszę  się  o  to 

nie  martwić,  pani  Cobb.  –  Qwilleran  chyba  nigdy  nie  zdołałby 
nazywać ją panią Hackpole. 

Zarządca  przyprowadził  samochód  i  Qwilleran  zwrócił  się  do 

niego: 

–  Kiedy  mnie  nie  będzie,  niech  pan  pójdzie  do  kościoła  Little 

Stone  i  złapie  panią  Fulgrove.  Niech  przyjdzie  i  spakuje  osobiste 
rzeczy pani Cobb na krótki pobyt w szpitalu. 

Droga do szpitala minęła w ciszy, przerywanej tylko co jakiś czas 

szlochem. 

– Tak się o pana martwię. 
– Nie ma po co. To mądre z pani strony, że wróciła pani do domu. 
Po  odwiezieniu  pacjentki  do  szpitala  wrócił  i  zastał  bardzo 

przejętą panią Fulgrove. 

– Spakowałam wszystko, co mi przyszło do głowy – powiedziała – 

co nie było łatwe, ponieważ sama nigdy nie byłam w szpitalu, dzięki 

background image

Kot, który znał Szekspira 

145 

Bogu, ale włożyłam do torby to, co wydało mi się potrzebne, a także 
małe  radio,  żeby  postawić  je  koło  łóżka.  Szukałam  Biblii,  ale  nie 
mogłam znaleźć, więc spakowałam jej swoją. To jej przyniesie ulgę. 

–  Czy  pani  Cobb  prosiła,  żeby  dziś  wieczorem  przyszła  pani  do 

pracy podczas przyjęcia? 

– Tak, ale dziś jest niedziela, a ja w dzień święty nie pracuję, więc 

nie  mogę  przyjąć  zapłaty.  Chętnie  jednak  pomogę,  zwłaszcza,  że  ta 
biedna duszyczka jest w szpitalu, a ja czuję się mocno na siłach. 

Qwilleran  poprosił  zarządcę,  by  dostarczył  rzeczy  pani  Cobb  do 

szpitala. 

– Czy uważa pan, panie O'Dell, że sobie poradzimy z urządzeniem 

przyjęcia bez pani Cobb? 

–  Cóż,  zrobimy,  co  w  naszej  mocy.  Kobiety  ze  stowarzyszenia 

pomogą  przygotować  wazę  ponczu.  One  to  lubią.  Czy  mam  zabrać 
maleństwa na drugą stronę dziedzińca, kiedy zacznie się przyjęcie? 

– Nie sądzę. Koty lubią przyjęcia. Niech zostaną w rezydencji. 
– Kiedy kobiety ze stowarzyszenia wyjdą na koncert, pozamykam 

wszystko  i  pójdę  na  trochę  do  kościoła,  ale  wrócę  przed  końcem 
koncertu.  Pani  Cobb  mówiła,  że  trzeba  włączyć  wszystkie  światła  i 
rozpalić wszystkie kominki. Szkoda, że nie będzie mogła wziąć w tym 
udziału. A co jej dolega? 

– Dokuczliwy wirus – wyjaśnił Qwilleran. 
Około  południa  zadzwonił  telefon  i  w  słuchawce  rozległ  się 

ochrypły głos: 

– Gdzie ona jest? Gdzie jest moja żona? 
– Czy to pan Hackpole? – spytał Qwilleran. – Nie wie pan? Ona 

jest w szpitalu. Mówią, że doznała szoku. 

Rozmówca rozłączył się, klnąc głośno. 
Qwilleran zadzwonił po południu do szpitala. Powiedziano mu, że 

pacjentka spokojnie odpoczywa i przebywa sama, ponieważ zgodnie 
z nakazem doktora Halifaksa nikomu nie wolno jej odwiedzać. 

W  południe  przyjechała  Susan  Exbridge  z  komitetem  pań,  by 

przygotować  poncz  i  udekorować  stół.  W  tym  samym  momencie 
przyjechała  Polly  Duncan  z  rzeczami  na  noc.  Panie  przywitały  się 
grzecznie,  ale  chłodno.  Komitet  pań  zdawał  się  zaskoczony,  widząc 
Polly na terenie rezydencji. 

W  drodze  na  kolację  do  restauracji  „Old  Stone  Mill”  Qwilleran 

powiedział do Polly: 

background image

Lilian Jackson Braun 

146 

– Widzę, że znasz Susan Exbridge. 
–  Wszyscy  znają  Susan  Exbridge.  Ona  jest  w  każdej  organizacji, 

stowarzyszeniu i w każdym komitecie. 

– Uważa, że powinienem wstąpić do grupy teatralnej. 
– Spostrzegłbyś, jak wiele czasu to pochłania – ostrzegła go Polly 

cierpko.  –  Jeżeli  na  poważnie  zamierzasz  pisać  książkę,  to  by  na 
pewno ze sobą kolidowało. 

Rzekła  to  szorstkim  tonem,  który  był  u  niej  niespotykany,  więc 

Qwilleran zrezygnował z dalszej rozmowy o pani Exbridge. 

W restauracji klienci ustawili się w kolejkę, Hixie zaś gorączkowo 

próbowała usadzić gdzieś wszystkich. Nie miała czasu na pogawędki, 
a Qwilleran i jego gość musieli poczekać na stolik oraz menu. Sądząc 
po dobiegających z sali strzępkach rozmów, wszyscy wybierali się na 
koncert i byli mocno podekscytowani. 

Qwilleran powiedział do Polly: 
–  Moja  mama  śpiewała  kiedyś  w  chórze,  wykonywali  oratorium 

Mesjasz w każde Boże Narodzenie. Mój ulubiony fragment to partia 
Alleluja,  zwłaszcza  jeśli  wykonawcy  potrafią  rozegrać  wszystkie 
pauzy. Zwłaszcza tuż przed końcem; dwie sekundy grobowej ciszy, a 
potem nagle BUCH! 

Hixie  wręczyła  im  karty  menu,  przepraszając  za  opóźnienie.  Do 

karty  przypięta  była  mała  kartka  ze  słowami  „Specjalnie  z  okazji 
koncertu”,  zachęcająca  do  gotowych  dań,  na  które  nie  trzeba  było 
długo czekać. Do karty menu Qwillerana przypięta była jeszcze jedna 
mała  kartka,  odręcznie  napisana  przez  Hixie:  „Muszę  z  Tobą 
porozmawiać na osobności. Zadzwonię jutro”. 

Zaraz  po  osiemnastej  trzydzieści  restauracja  opustoszała  i  goście 

przenieśli  się  do  kościoła  Old  Stone.  Wyniosłe  sanktuarium  było 
wypełnione  po  brzegi,  zarówno  ławki  kościelne  z  miękkim  obiciem, 
jak  i  rozkładane  krzesła  w  obu  nawach  zostały  zajęte.  Pierwsze  trzy 
rzędy  były  odgrodzone  liną,  a  publiczność  nie  miała  pojęcia, 
dlaczego.  Krążyły  różne  plotki  i  domysły.  Czuć  było  nastrój  pełen 
napięcia i oczekiwania. 

–  Czy  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żebyśmy  usiedli  w  tylnim 

rzędzie  bocznej  nawy?  –  Qwilleran  spytał  Polly.  –  Chciałbym  wyjść 
tuż  przed  dźwiękami  ostatnich  nut,  żeby  być  w  muzeum,  nim 
przyjadą goście. 

O  godzinie  dziewiętnastej  pan  O'Dell  wślizgnął  się  na  składane 

background image

Kot, który znał Szekspira 

147 

krzesło  blisko  nich  i  obaj  mężczyźni  wymienili  porozumiewawcze 
skinienia. 

Potem  pojawili  się  wykonawcy:  najpierw  orkiestra  w  szarych 

szatach.  Następnie  scenę  zapełnił  upudrowany  chór  w  perukach, 
ubrany  w  pastelowe  kostiumy:  kobiety  w  koronkowych  gorsetach  i 
obszernych,  udrapowanych  spódnicach;  mężczyźni  w  spodniach  po 
kolana,  krótkich  marynarkach  do  pasa  i  pończochach.  Potem 
nastąpiło  widowiskowe  wejście  solistów  w  aksamitach  obsypanych 
klejnotami, co wywołało wśród publiczności niezwykłe poruszenie. 

Dyrygent odwrócił się w stronę oczekującej widowni: 
–  Panie  i  panowie,  powstańmy  wszyscy,  by  powitać  Jego 

Wysokość króla Jerzego! 

Drzwi  z  tyłu  otwarły  się  na  oścież,  orkiestra  zagrała  muzykę 

koronacyjną, a dwór królewski kroczył dostojnie przez nawę główną, 
olśniewając przepychem czerwonych aksamitów, gronostajów, białej 
satyny  i  fioletowego  adamaszku.  Publiczność  zaniemówiła, 
przypatrywała się temu orszakowi w niemym zachwycie i dopiero po 
chwili rozległ się ogłuszający aplauz. 

Qwilleran wyszeptał do Polly: 
–  Chciałbym,  żeby  moja  mama  mogła  to  zobaczyć.  Oszalałaby  z 

wrażenia. 

Kościół  znany  był  z  doskonałej  akustyki,  chór  miał  za  sobą  wiele 

godzin  prób,  a  soliści  i  muzycy  byli  profesjonalistami.  Organy 
cechowały 

się 

wyśmienitym 

brzmieniem. 

Rozpoczęło 

się 

przedstawienie,  którego  Qwilleran  miał  nigdy  nie  zapomnieć,  i  to  z 
niejednego powodu. 

Pod  koniec  oratorium  pan  O'Dell  wymknął  się,  dając 

Qwilleranowi  porozumiewawczy  znak.  Orkiestra  grała  początkowe 
takty zmierzające ku pierwszemu podniosłemu „alleluja”, od którego 
ciarki  przechodziły  po  plecach.  Król  i  jego  dwór  powstali, 
publiczność  też,  a  Qwilleran  zatopił  się  w  królestwie  muzyki  i  w 
swojej własnej, osobistej nostalgii. 

Wyśpiewywane  „alleluja”  wznosiło  się  coraz  wyżej  w  radosnym 

uniesieniu  i  opadało  do  dramatycznego  momentu  zapierającej  dech 
pauzy – dwóch sekund absolutnej ciszy! 

W  tym  ułamku  czasu  Qwilleran  usłyszał  fałszywą  nutę  –  wycie 

syreny. Bruce Scott, który siedział kilka rzędów przed nim, zerwał się 
z ławki i popędził przez nawę. Dwóch innych mężczyzn także szybko 

background image

Lilian Jackson Braun 

148 

wyszło.  Qwilleran  zmarszczył  brwi.  Syreny  pożarowe  odezwały  się 
wyjątkowo nie w porę. 

Chór dokończył Alleluja i zaczęła się aria. Otworzyły się drzwi za 

Qwilleranem; ktoś dotknął jego ramienia i szepnął mu coś do ucha. 

Qwilleran  natychmiast  poderwał  się  z  miejsca  i  wybiegł  przez 

narteks, a potem po schodach na zewnątrz. Po drugiej stronie parku 
muzeum jarzyło się, ale nie od świateł w oknach, lecz od szalejących 
płomieni. 

– Och, mój Boże! Koty! – krzyknął. 
Pobiegł  przez  ulicę,  wymijając  samochody.  Przeciął  park, 

przedzierając  się  gorączkowo  przez  głęboki  śnieg.  Budynek  otaczały 
mrugające  czerwone  i  niebieskie  światła.  Słychać  było  dźwięk 
zbliżających się kolejnych wozów na sygnale. 

– Koty! – krzyczał. 
Ubrane  w  czarne  skafandry  sylwetki  rozwijały  węże  i  podnosiły 

drabiny. 

– Zostań tam! – rozkazała któraś z nich. 
Qwilleran minął je i biegł dalej. 
– Koty! – wrzeszczał. 
Czerwony  płomień  rozprzestrzenił  się  na  okna  na  pierwszym 

piętrze. Eksplodowały szyby i pokazały się języki ognia. 

– Zatrzymać go! 
Kierował się do tylnich drzwi, stamtąd było najbliżej do kuchni. 
– Trzymajcie go! 
Pochwyciły go silne ramiona. Spojrzał w górę i zobaczył, że ogień 

doszedł  już  do  drugiego  piętra.  Drabiny  podniosły  się  wyżej.  Okna 
prysnęły, a na zewnątrz wzbił się czarny dym. 

Qwilleran jęknął rozpaczliwie. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

E

E

S

S

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Poniedziałek, dwudziesty piąty listopada. Qwilleran włączył radio 

w  sypialni  swojego  mieszkania  nad  garażem.  „Podajemy 
najważniejsze  wiadomości  w  skrócie:  w  niedzielę  wieczorem 
Muzeum  Klingenschoenów  przy  Park  Circle  zostało  całkowicie 

background image

Kot, który znał Szekspira 

149 

zniszczone  przez  pożar,  powstały  wskutek  podpalenia,  jak  oznajmił 
komendant  straży  pożarnej  Bruce  Scott.  W  budynku  znaleziono 
zwęglone  ciało,  prawdopodobnie  podpalacza,  którego  jeszcze  nie 
zidentyfikowano.  W  akcji  gaszenia  pożaru  brało  udział  trzydziestu 
strażaków,  cztery  cysterny  i  trzy  wozy  strażackie,  przy  wsparciu 
okolicznych  mieszkańców  i  wolontariuszy  z  Pickax.  Żaden  ze 
strażaków  nie  doznał  obrażeń...  Dzisiaj  będzie  cieplej  i  pokaże  się 
słońce...” 

–  Słońce!  –  mruknął  Qwilleran,  wyłączając  radio.  Popatrzył 

smutnymi  oczami  na  szary  widok  za  oknem:  zimne,  zachmurzone, 
ołowiane  niebo...  czarna  ziemia  z  zamarzniętym  błotem  i  sadzą... 
szkielet  pozostały  po  dwupiętrowym,  kamiennym  budynku,  który 
onegdaj był atrakcją turystyczną. Okna, drzwi i dach były zniszczone. 
Osmalone  kamienne  ściany  zasłaniały  górę  zwęglonego  gruzu. 
Cierpki  zapach  spalenizny,  który  utrzymywał  się  w  ruinach,  był 
wyczuwalny także w jego mieszkaniu. 

Polly podeszła do niego z boku i trzymała go za rękę w milczącym 

współczuciu. 

–  Dziękuję  ci,  że  mi  pomogłaś  przetrwać  tę  okropną  noc  – 

powiedział. – Czy jest ci wystarczająco ciepło? – Miała na sobie jego 
piżamę.  –  Ogrzewanie  uruchomili  dopiero  godzinę  temu.  Prąd 
włączyli  około  piątej  rano,  ale  telefon  wciąż  nie  działa.  Ostatni  wóz 
strażacki odjechał dopiero o brzasku. 

–  Nie  rozumiem  tego  –  oznajmiła  Polly,  spoglądając  na 

przygnębiającą scenerię pogorzeliska. 

– Tego się nie da zrozumieć. Czy napiłabyś się kawy? Nie mam na 

śniadanie  nic  oprócz  zamrożonych  bułek.  O  której  powinnaś  być  w 
bibliotece? 

–  MIAU–AU–AU!  –  z  sąsiedniego  pokoju  dochodziło  głośne  i 

domagające się uwagi miauczenie. 

– Koko usłyszał słowo „śniadanie” – zauważył Qwilleran i poszedł 

otworzyć drzwi od saloniku kotów. 

Wyszły,  węsząc  na  wszystkie  strony,  z  podniesionymi 

optymistycznie ogonami. 

– Przykro mi – powiedział. – Jedynym zapachem tego ranka jest 

stęchły  dym.  Nie  będzie  jedzenia,  dopóki  nie  pójdę  do  sklepu. 
Cieszcie się, że żyjecie. 

– Idzie tutaj pan O'Dell – zauważyła Polly. 

background image

Lilian Jackson Braun 

150 

– Lepiej idź i się ubierz. 
Złapała  swoje  ubrania  i  zniknęła  w  łazience.  Zarządca  wchodził 

już po schodach. 

Qwilleran powitał go niewesołym głosem: 
– To smutny dzień, panie O'Dell, ale jesteśmy wdzięczni, że ocalił 

pan koty. 

–  Ja?  Gdzie  tam.  Ten  zuch  sam  się  ocalił  i  tę  małą  też.  Wył  jak 

upiór i drapał w drzwi schowka z narzędziami, które wywoskowałem 
nie dalej jak tydzień temu. Otworzyłem te drzwi i patrzę, a tam stoi 
ten  ich  koszyk,  a  on  koniecznie  chciał  do  niego  wejść.  Fuknął  na 
kotkę  i  w  końcu  ona  też  wskoczyła  za  nim.  Chciał  pan,  żebym 
zostawił  je  w  domu,  ale  on  narobił  takiego  wrzasku,  że  w  końcu 
przyniosłem  je  tutaj,  dopiero  potem  poszedłem  posłuchać  sobie 
trochę muzyki. To chyba cud! 

– Koko wiedział, że wydarzy się coś złego – wyjaśnił Qwilleran. – 

Wyczuł niebezpieczeństwo. Czy słyszał pan cokolwiek o podpalaczu? 
W radiu powiedzieli, że wciąż go nie zidentyfikowano. 

– Tak, słyszałem – powiedział O'Dell. – Mój stary kumpel Brodie 

przyjechał  zobaczyć się  ze  mną  rano.  Próbował  także  dodzwonić  się 
do pana. 

–  Linia  była  nieczynna  przez  całą  noc.  Co  Brodie  miał  do 

powiedzenia? 

Zarządca niewesoło pokręcił głową. 
– No, co tu gadać. Naprawdę współczuję biednej kobiecie, ona w 

szpitalu, a jej nowy mąż spalony na śmierć, i w dodatku przestępca. 

Qwilleran  milczał.  Tak,  to  było  w  stylu  Hackpole'a:  spalić 

muzeum, żeby jego żona nie mogła już w nim pracować. Musiał być 
obłąkany! Myślał, że się wywinie z czegoś takiego? 

– Byłem tam, kiedy wkładali go do worka – powiedział gospodarz. 

– Był czarny jak spalony hot–dog, pęknięty i różowy w środku. 

– Proszę oszczędzić nam szczegółów, panie O'Dell. Teraz musimy 

martwić się o panią Cobb. Wszyscy wiemy, jak wiele znaczyło dla niej 
to muzeum. 

– Czy jest coś, co mógłbym zrobić dla tej biedaczki? 
–  Może  pan  wziąć  te  pieniądze,  kupić  kwiaty  i  zawieźć  je  do 

szpitala.  Tylko  nie  różowe  róże!  Chwileczkę:  napiszę  do  niej  krótki 
liścik. 

O'Dell  wyszedł;  Polly  wyłoniła  się  z  łazienki  ubrana  w 

background image

Kot, który znał Szekspira 

151 

śnieżnobiałą sukienkę, którą miała na sobie podczas koncertu. 

– To niezupełnie strój, jaki zazwyczaj noszę podczas ciężkiej pracy 

pomiędzy regałami – powiedziała. – Jak mam wyjaśnić, że mój bagaż 
spłonął w pożarze muzeum? 

– Przykro mi z powodu twoich rzeczy, Polly. 
–  A  mnie  najbardziej  przykro  z  powodu  tych  czterech  tysięcy 

woluminów. 

–  Tak,  mnie  też  najbardziej  szkoda  biblioteki  –  zgodził  się  z  nią 

Qwilleran.  –  Ocaliłem  tylko  jedną  rzecz.  Kiedy  pracownicy  firmy 
aukcyjnej  dostarczyli  biurko,  poprosiłem  ich,  żeby  wynieśli  z  domu 
prezent  ślubny  dla  pani  Cobb,  czyli  pensylwańską  szafę  typu 
Schrank,  która  stoi  teraz  w  garażu  obok  starego  biurka  Ephraima 
Goodwintera. 

Wreszcie,  po  godzinach  milczenia,  odezwał  się  z  dawna 

wyczekiwany dzwonek telefonu. Qwilleran podniósł słuchawkę. 

–  Tak?...  Telefon  nie  działał,  doktorze.  Jaki  jest  jej  stan?...  To 

niedobrze,  ale  jest  coś  jeszcze  gorszego.  Zidentyfikowali  ciało 
podpalacza... Może lepiej będzie, jeżeli przyjdę do szpitala i sam z nią 
porozmawiam?... Dobrze, dam panu znać. 

Odłożył słuchawkę i przez chwilę spoglądał na nią w zamyśleniu. 
– Co się stało, Qwill? 
– Stan pani Cobb już się poprawiał, ale w pewnej chwili włączyła 

radio i usłyszała wiadomość o pożarze. Od tej pory wciąż histeryzuje. 

Polly  wyszła  do  pracy,  a  telefon  nie  przestawał  dzwonić. 

Przyjaciele,  członkowie  stowarzyszeń,  nieznajomi  dzwonili,  by 
wyrazić, jak bardzo są wstrząśnięci tym, co się stało, i by złożyć mu 
wyrazy współczucia. Wścibscy chcieli wiedzieć, kto był podpalaczem i 
dlaczego  to  uczynił.  Po  Main  Street  jeździły  tam  i  z  powrotem 
samochody, których właściciele chcieli przyjrzeć się ruinom. 

Niespodziewanie z Nizin zadzwonił Junior Goodwinter. 
–  Qwill!  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Judy  miała  telefon  od 

Franceski. Powiedziała, że jeszcze nie wiadomo, kto podłożył ogień. 

– To był Hackpole! Jeden z twoich strażaków. 
– Już nie! Wyrzucili go zeszłej wiosny za naruszenie regulaminu. 

Jeżeli w ogóle pojawiał się na szkoleniach, zawsze był na bani. 

–  Jest  mi  niezmiernie  przykro  z  powodu  wypadku  twojej  matki, 

Junior. To straszne – westchnął Qwilleran. 

– Tak, wiem, cóż mogę powiedzieć. 

background image

Lilian Jackson Braun 

152 

– Nie było ogłoszenia o pogrzebie. 
–  Nie  będzie  pogrzebu.  Rozmawiałem  z  bratem  i  siostrą,  i 

zdecydowaliśmy, że pożegnalną uroczystość urządzimy później. 

– Jak to wszystko wpłynie na dalsze losy „Picayune”? 
–  Tego  jeszcze  nikt  nie  wie,  ale  mam  dobre  wiadomości. 

Pamiętasz  ognioodporną  kasetkę  mojego  ojca?  Zawierała  klucz  do 
sejfu w Minneapolis. Tato odkładał tam sto lat historii „Picayune” na 
mikrofilmach,  bo  nie  chciał,  żeby  ktokolwiek  się  dowiedział,  na  co 
wydaje pieniądze. 

– Ja też mam dla ciebie dobrą wiadomość – stwierdził 
Qwilleran.  –  Biurko  twojego  pradziadka  jest  w  moim  garażu. 

Będzie twoje, jak weźmiecie ślub z Jody. 

– Och, super! – krzyknął Junior. 
Telefon  nie  przestawał  dzwonić.  Hixie  Rice  zadzwoniła,  by 

sprawdzić,  czy  syjamczyki  są  bezpieczne  i  czy  nie  potrzebują 
jedzenia.  Krótko po  tym  jej  wysokie  obcasy  stukały  po  schodach  na 
górę, ponieważ przywiozła im torbę kotletów cordon bleu z kurczaka. 

– To było coś strasznego, kiedy dowiedziałam się o tym pożarze – 

mówiła,  rozglądając  się  jednocześnie  za  popielniczką.  –  Czy  mogę 
zapalić, Qwill? 

– Mnie nie przeszkadza – powiedział – ale nie dmuchaj dymem w 

stronę kotów. Zmieniłby im się kolor futra na niebieski. 

Schowała do kieszeni papierosy. 
–  Powinnam  rzucić  palenie.  Mówią,  że  ten  cholerny  nałóg 

powoduje zmarszczki. 

– Filiżankę kawy? – zaproponował Qwilleran. 
– Jeżeli to twoja słynna rozpuszczalna trucizna, to nie, dziękuję. 
– Jakieś wieści o twoim szefie kuchni i jego nożach? 
– 

Uważaj 

teraz 

– 

odpowiedziała. 

– 

Słyszałeś 

niezidentyfikowanym  mężczyźnie,  znalezionym  w  samochodzie, 
który utknął w zaspie? Więc to był Tony, uciekający do Kanady moim 
samochodem! 

– Doprawdy nie wiem, Hixie, gdzie ty ich znajdujesz. 
–  Kiedy  mówiłam,  że  uciekł  przez  okno  w  łazience,  nie 

opowiedziałam  ci  całej  historii.  Tony  był  Kanadyjczykiem 
francuskiego  pochodzenia,  mieszkającym  tu  nielegalnie.  Zmienił 
nazwisko i rozjaśnił włosy. To mi tak bardzo nie przeszkadzało, ale... 
próbował oszukać firmę ubezpieczeniową. 

background image

Kot, który znał Szekspira 

153 

– To niedobrze. 
–  Sprzedał swój wóz  w  szemranym  warsztacie  i zgłosił policji,  że 

mu go ukradziono. Tamten facet był śledczym z ubezpieczalni. Kiedy 
po  raz  pierwszy  przyjechał  tu  węszyć,  Tony  wziął  samochód 
kempingowy i spędził kilka dni w lesie... 

–  Na  mojej  posesji!  Powiedziałaś  mi,  że  wyjechał  zobaczyć  się  z 

chorą matką w Filadelfii. I co teraz? Czy strata partnera odbije się na 
twojej pracy? 

–  O  tym  właśnie  chciałam  z  tobą  porozmawiać,  Qwill.  Mój  szef 

planował  rejs  na  Karaiby  z  Goodwinterową,  dopóki  nie  uciekła  z 
innym facetem i nie zabiła się w wypadku. 

– Więc teraz koleś chce, żebyś ty ją zastąpiła – zgadł Qwilleran. 
– No wiesz, ma rezerwację i bilety... 
– Hixie, jesteś jak bohaterka artykułu z magazynu o prawdziwych 

historiach. Jeżeli szukasz rady, to nie mam nic do dodania. 

–  W  porządku.  Chciałam  tylko  cię  zobaczyć.  Jesteś  taki 

wyrozumiały. 

Kiedy  Hixie,  stukając  szpilkami,  zeszła  po  schodach,  Qwilleran 

przygotował  się  do  wizyty  w  szpitalu.  Rozmyślał  o  nocy  poślubnej 
pani  Cobb:  czy  Hackpole  groził,  że  spali  muzeum?  Dlaczego  ich  nie 
ostrzegła? 

Zastał  ją  w  fotelu;  miała  na  sobie  różowy  szlafrok.  Patrzyła  za 

okno,  ale  bez  okularów.  Różowe  goździki  i  lwie  paszcze  stały  na 
stoliku obok łóżka, ale nie było już na nim radia. Oparty o wazon stał 
bilecik z napisem: „Tęsknimy za tobą – Koko i Yum i Yum”. 

– Pani Cobb – powiedział po cichu. 
Sięgnęła po okulary leżące na okiennym parapecie. 
–  Och,  panie  Q!  Czuję  się  tak  podle  z  powodu  tego  wszystkiego. 

Bałam się, że koty zginęły w pożarze, i o mało nie umarłam! Ale teraz 
przynajmniej  wiem,  że  są  bezpieczne.  Kwiaty  są  takie  ładne. 
Mogłabym płakać, ale nie mam już łez. Kiedy usłyszałam o muzeum, 
chciałam się zabić! Byłam pewna, że to zrobił Herb. Czy to on? 

Qwilleran skinął powoli głową. 
–  Ciało  zostało  zidentyfikowane.  Jest  wiele  zeznań  i  dowodów. 

Przykro mi, że przynoszę pani tak smutne wiadomości. 

–  To  nieważne.  Najgorsze  już  się  wydarzyło.  I  czuję  się  bardzo 

winna.  To  wszystko  moja  wina.  Dlaczego  związałam  się  z  tym 
człowiekiem? Zrobił mi to na złość, żeby pokazać, że jest górą. 

background image

Lilian Jackson Braun 

154 

Qwilleran przysunął sobie krzesło i usiadł. Mówił łagodnie: 
– Wiem, że to dla pani bolesne, pani Cobb. Ale proszę pamiętać, 

że nikt pani nie obwinia. 

–  Wyjadę,  kiedy  tylko  wypuszczą  mnie  ze  szpitala.  Mogę 

zamieszkać w Saint Louis. Dzwoniłam już do syna. 

–  Proszę  nie  uciekać.  Wszyscy  tu  panią  lubią.  Cenią  panią  jako 

wartościową  osobę,  członkinię  Towarzystwa  Historycznego  i 
obywatelkę  Pickax.  Mogłaby  pani  otworzyć  antykwariat,  robić 
wyceny  staroci  –  albo  zacząć  działalność  w  branży  spożywczej,  na 
przykład zająć się kateringiem albo otworzyć fabrykę ciasteczek. Pani 
miejsce jest tutaj. 

– Nie mam dokąd pójść i gdzie mieszkać. To był mój dom. 
– Zapewne dom Goodwinterów będzie należał do pani... 
– Och, nigdy nie mogłabym tam zamieszkać... nie po  tym, co się 

stało. 

–  To  jest  gniazdo  rodzinne  Juniora.  Chciałby,  żeby  zajmował  je 

ktoś taki jak pani, z pani miłością i oddaniem dla starych domów. 

– Nie rozumie pan... 
Opadające  wąsy  i  smutne  oczy  Qwillerana  wyrażały  najczystsze 

współczucie. 

–  Może  poczuje  się  pani  lepiej,  jeżeli  o  tym  porozmawiamy? 

Wczoraj  rano  ledwo  pani  doszła  do  domu,  brnąc  przez  śnieg  po 
nieprzespanej  nocy.  Musiał  zrobić  coś  naprawdę  złego,  żeby 
doprowadzić panią do tego stanu. 

– Opowiedział mi... o... 
Qwilleran wiedział, kiedy się nie odzywać. 
–  Zaczął  pić.  Po  kilku  głębszych  zawsze  robił  się  gadatliwy  i 

przechwalał się, ale mi to wcale nie przeszkadzało. 

Qwilleran skinął głową ze zrozumieniem. 
–  Opowiadał  mi  na  przykład  o  swoich  wyczynach  w  wojsku.  Nie 

wierzyłam  mu  nawet  w  połowie.  Ale  lubił  tak  sobie  pogadać  i  nie 
widziałam  w  tym  nic  złego.  Kiedyś  oznajmił  mi,  że  jego  ojciec  zabił 
ojca Seniora w bójce, a jego wujek brał udział w linczu na Ephraimie 
Goodwinterze.  Był  z  tego  dumny!  Ależ  ze  mnie  była  idiotka!  Nie 
zwracałam  na  to  uwagi  i  jeszcze  prawiłam  mu  komplementy. 
Westchnęła i wyjrzała za okno. 

– A wtedy... w sobotnią noc w hotelu... zaczął od przechwałek na 

temat  zabijania  jeleni  poza  sezonem  łowieckim...  o  oszukiwaniu 

background image

Kot, który znał Szekspira 

155 

klientów... o nadużyciach w zeznaniach podatkowych. Uważał, że jest 
strasznym spryciarzem. No a potem powiedział, że wykonał „brudną 
robotę”  dla  przedsiębiorstwa  XYZ.  Nie  wiedziałam,  co  powiedzieć. 
Czy mu wierzyć, czy nie – spojrzała na Qwillerana, szukając poparcia 
albo dezaprobaty. 

Przytaknął, nic nie mówiąc, i zachęcił ją spojrzeniem do dalszych 

zwierzeń. 

– To była moja noc poślubna! – jęknęła głucho. 
– Rozumiem, rozumiem. 
–  Potem  opowiedział  mi,  że  jego  warsztat  wykonywał  dla 

Goodwinterów  naprawy  samochodów  i  że  znał  się  z  Gritty  bardzo 
dobrze.  Trzymał  butelkę  w  swoim  biurze  i  pili  razem.  On  z  tą 
Goodwinter!  Uważał  to  za  jakiś  zaszczyt!  Sądzę,  że  mogę  panu  to 
wszystko zdradzić, skoro jej już nie ma. Obojga nie ma... 

Nastała  długa  pauza.  Qwilleran  czekał  cierpliwie.  Pani  Cobb 

wzięła głęboki oddech i powiedziała: 

– Gritty chciała pozbyć się męża i poślubić Exbridge'a, ale Senior 

był  spłukany,  więc  po  rozwodzie  zostałaby  bez  grosza.  Za  to  gdyby 
zginął w wypadku, mogła dostać pieniądze z ubezpieczenia – oprócz 
dochodu ze sprzedaży gazety oraz antyków. 

Na  początku  pani  Cobb  mówiła  spokojnie,  ale  teraz  nerwowo 

zaciskała i rozkładała dłonie. Qwilleran powiedział: 

– Niech się pani uspokoi i weźmie kilka głębokich oddechów, pani 

Cobb...  Przyjemny  jest  ten  pokój.  Leżałem  tu,  kiedy  spadłem  z 
roweru.  Nawet  zmienili  ten  szkaradny  kolor,  który  był  wtedy  na 
ścianach. 

– Tak, teraz jest ładny róż – odparła – jak w salonie piękności. 
– Czy smakuje pani jedzenie? 
– Nie miałam apetytu, ale na tacy wygląda nieźle. 
–  Ciasteczka  mają  okropne,  proszę  mi  wierzyć.  Powinni 

zastosować kilka pani przepisów. 

Uśmiechnęła się blado. Po chwili Qwilleran spytał: 
–  Czy  Herb  powiedział  w  końcu,  jak  to  było  z  Seniorem 

Goodwinterem? 

Pani Cobb wyjrzała przez okno, potem spojrzała na swoje dłonie. 
–  Senior  oddał  samochód  do  warsztatu  Herba,  żeby  zrobili 

przegląd przed zimą – jej głos drżał. – Herb coś w nim zmajstrował, 
nie  pamiętam  co,  ale  chodziło  o  to,  żeby  Senior  stracił  nad  nim 

background image

Lilian Jackson Braun 

156 

panowanie, a wóz stanął w płomieniach... 

– ...na nierównej nawierzchni, jak na przykład na deskach starego 

mostu? 

Przytaknęła. 
–  ...i  w  zamian  za  tę  przysługę  tak  tanio  kupił  tamten  dom, 

prawda? 

Przełknęła ślinę i ponownie przytaknęła. 
– A spalenie budynku „Picayune” było częścią umowy? 
–  Och,  panie  Q!  To  było  straszne!  Powiedziałam  mu,  że  jest 

mordercą,  a  on  na  to,  że  teraz  jestem  żoną  mordercy  i  żebym 
trzymała  buzię  na  kłódkę,  bo  inaczej  będzie  ze  mną  marnie. 
Wyglądał  przerażająco!  Chciał  mnie  uderzyć!  Uciekłam  do  łazienki, 
zamknęłam  drzwi  i  zrobiło  mi  się  niedobrze.  Poszedł  potem  spać  i 
chrapał  przez  całą  noc.  Musiałam  stamtąd  uciec!  Ubrałam  się  i 
siedziałam  do  rana,  nie  zmrużywszy  oka.  Kiedy  zaczął  się  budzić, 
wybiegłam z pokoju, zostawiając ślubną garsonkę, torebkę, wszystko. 

– To stąd miał klucze do muzeum. 
Jęknęła,  a  jej  twarz,  zawsze  tak  radosna,  była  zbolała  i 

wymizerowana. 

Kiedy Qwilleran powrócił do swojego mieszkania, otworzył puszkę 

z tuńczykiem, rozdrobnił jej zawartość i ułożył kawałki na zwykłym, 
porcelanowym talerzu. 

–  Koniec  z  domowym  jedzeniem  –  poinformował  syjamczyki.  – 

Koniec  z  wykwintnymi  potrawami.  Koniec  z  jedzeniem  na 
zabytkowej porcelanie. 

Pochłonęły  tuńczyka  z  pochylonymi  głowami,  podniesionymi 

ogonami, jak najzwyczajniejsze koty. A jednak zachowanie Koko było 
nadzwyczajne.  Dwie  godziny  przed  pożarem  muzeum  chciał  się  za 
wszelką  cenę  wydostać  z  budynku.  Wiedział,  co  się  miało  stać.  Czy 
wiedział coś jeszcze? 

Czy wyczuł, że małżeństwo pani Cobb skończy się tragicznie? Jak 

inaczej wytłumaczyć jego dziwaczne zachowanie na różowych różach 
dywanu  w  salonie?  A  kiedy  zdewastował  ogródek  ziołowy  –  czy 
wiedział,  że  ma  on  jakiś  związek  z  Herbem  Hackpole'em?  Nie,  to 
absurd,  nie  do  zaakceptowania  nawet  przez  bujną  wyobraźnię 
Qwillerana.  Najprawdopodobniej  Koko  skusił  się  na  liście  mięty, 
będącej, jak wiadomo, rośliną z tej samej rodziny co kocimiętka, i jak 
to się mówi, „dostał kota”. Wciąż były to pytania, na które Qwilleran 

background image

Kot, który znał Szekspira 

157 

nie potrafił znaleźć odpowiedzi. 

Jeszcze 

trudniej 

było 

wytłumaczyć 

szekspirowskie 

zainteresowanie  Koko.  Czy  po  prostu  fascynowała  go  świńska skóra 
oprawy  albo  zwierzęcy  olej  służący  do  konserwacji  skóry,  a  może 
jakiś 

szczególny 

rodzaj 

kleju 

stosowany 

przez 

dziewiętnastowiecznego  introligatora?  Jeżeli  tak,  to  dlaczego 
skoncentrował się akurat na Hamlecie? 

Koko  podniósł  głowę  znad  talerza  z  tuńczykiem  i  spojrzał  na 

Qwillerana  tak  znacząco,  że  jego  pan  poczuł  nieomylne  swędzenie 
pod  wąsami.  No  bo  w  sumie  o  czym  opowiadała  ta  sztuka?  Ojciec 
Hamleta umiera nagle; jego matka czym prędzej wychodzi ponownie 
za  mąż;  duch  ojca  objawia,  że  został  on  zamordowany.  Ba,  imię 
matki brzmiało Gertruda. 

Po  kręgosłupie  Qwillerana  przeszedł  dreszcz.  NIE!  –  powiedział 

do  siebie.  Podobieństwo  do  tragedii  Goodwinterów  było  zbyt...  nie, 
to zupełnie nieprawdopodobne... brać pod uwagę taką możliwość to 
czyste  szaleństwo.  Skłonność  Koko  do  Hamleta  to  tylko  zbieg 
okoliczności. Tak przynajmniej Qwilleran usiłował sobie to wszystko 
wytłumaczyć. 

Syjamczyki skończyły kolację i zaczęły obrządek mycia. 
W pokoju czuć było teraz rybą, już nie tylko wstrętną spalenizną. 

Gdy  uchylił  na  kilka  centymetrów  okno,  żeby  przewietrzyć 
pomieszczenie,  znów  poczuł,  że  serce  mu  się  ściska  na  widok 
tragicznych  szczątków  szlachetnej  budowli.  Koko  próbował  mu  coś 
powiedzieć, a gdyby Qwilleran potrafił go w porę zrozumieć, można 
było zapobiec tej bezsensownej katastrofie. 

Co  będzie  dalej?  –  zastanawiał  się.  Nie  można  tak  zostawić  tych 

ruin, czy więc należy je rozebrać? Wypalony szkielet miał dwa piętra 
wysokości, ściany z porządnego kamienia, ponad pół metra grubości 
u  podstawy.  Do  tego  atrakcyjne  położenie  przy  Main  Street  i  Circle 
Park,  w  sąsiedztwie  siedziba  sądu,  biblioteka  publiczna  i  dwa 
kościoły... 

Koko wskoczył na parapet i odezwał się: 
– Ik ik ik – spoglądając na Qwillerana radośnie i wyczekująco. 
–  Wybacz,  mało  ostatnio  ze  sobą  rozmawialiśmy  –  przeprosił  go 

Qwilleran.  –  Zbyt  wiele  się  działo.  Prawdopodobnie  nie  rozumiesz, 
co to jest pożar i jakie są jego konsekwencje. Czy będziesz tęsknił za 
grą w Szekspira? Trzydzieści siedem bezcennych tomików przepadło 

background image

Lilian Jackson Braun 

158 

na  zawsze  w  płomieniach.  Ale  co  powinniśmy  uczynić  z 
pozostałościami muzeum? 

Kiedy  mówił,  zaczął  padać  śnieg;  po  cichu  i  powoli,  wypełniając 

czarne  koleiny  i  zasypując  lód  ciemny  od  sadzy,  litościwie 
opuszczając białą kurtynę na ohydną scenę zniszczenia. 

Qwilleran klepnął się w czoło; nagle zrozumiał! 
– Mam. Teatr! – wykrzyknął. 
– YOW! – zgodził się Koko. 
– W Pickax potrzebny jest teatr. „Chcąc niepewności przekroczyć 

granicę,  sumienie  króla  w  teatrze  pochwycę”  –  jak  powiedział 
Hamlet. Będziemy mieli miejsce na sztukę, a ty, Koko, będziesz mógł 
zagrać Ryszarda Trzeciego. .. Zaraz, gdzie ty jesteś? 

Kot zniknął. 
– Gdzie do diabła poszedł ten kot? – mruknął gniewnie Qwilleran, 

marszcząc brwi. 

Koko  tymczasem  udał  się  do  swojej  jadalni;  próbował  zlizać 

ceramiczny połysk z porcelanowego talerza.