background image

 

Lilian Jackson Braun 

 

Kot, który znał Szekspira 

 

 

GTW 

background image

tom 7. 

Kot, który znał Szekspira 

Przełożyła 

Anna Barcz 

background image

 

Tytuł oryginalny serii: The cat who... Series! 

Tytuł oryginału: The Cat who Knew Shakespeare 

Tłumaczenie z oryginału: Anna Barcz 

Projekt okładki: Aleksandra Mikulska 

Korekta: Maciej Korbasiński 

Skład: Elipsa Sp. z o.o. 

 

Copyright © 1966 by Lilian Jackson Braun 

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. 

 

ISBN 978-83-61226-47-5 

Elipsa Sp. z o.o. 

01 -673 Warszawa, ul. Podleśna 37 

tel./fax +48 (22) 833 38 22 

 

Printed in EU 

INFORMACJE (O 22) 624 16 07

 

(od pn. do pt. w godz. 9.00-17.00)

 

background image

Rozdział pierwszy 

W  Moose  County,  czterysta  mil  na  północ  od  wszystkiego,  zawsze  w  listopadzie  zaczyna 

padać śnieg, a potem pada, pada i pada. 

Najpierw wszystkie frontowe schody giną pod półmetrową warstwą śniegu. Następnie 

przestają być widoczne płoty i krzewy. Maszty flagowe stają się coraz krótsze, aż stają się tak 

niskie, że można wokół nich zatańczyć taniec na rurze. 

Słuchanie  w  radiu  cogodzinnych  prognoz  pogody  jest  zimową  rozrywką  każdego  z 

mieszkańców  Moose  County,  a  odśnieżanie  staje  się  ich  głównym  zajęciem.  Odśnieżarki  i 

dmuchawy  wyrzucają  z  siebie  góry  bieli,  która  przykrywa  całe  budynki  i  przez  którą 

nieszczęśni mieszkańcy muszą przekopywać się, by wydostać się na ulicę. W stolicy okręgu, 

Pickax,  nie  jest  niczym  nadzwyczajnym  zobaczyć  narty  biegówki  w  centrum  handlowym 

miasta.  Jeśli  lotnisko  jest  zamykane  -  a  bywa  tak  często  -  Moose  County  staje  się  wyspą 

śniegu i lodu. Wszystko zaczyna się w listopadzie od nawałnicy, którą mieszkańcy nazywają 

„wielką”. 

Wieczorem  piątego  listopada  Jim  Qwilleran  odpoczywał  w  swojej  wygodnie 

urządzonej  bibliotece  w  towarzystwie  przyjaciół.  Panował  błogi  nastrój,  bo  wszyscy  zjedli 

dobry obiad, na który gospodyni przygotowała zupę z małży i eskalopki cielęce a la Casimir. 

Pan domu włożył do kominka pachnące kłody jabłoni, a płomień rzucał tańczące esy-floresy 

na  oprawne  w  skórę  książki,  które  zapełniały  cztery  ściany  półek  biblioteki.  Spod 

zacienionych lamp padał złoty blask oświetlający skórzane meble i dywany z Buchary. 

Qwilleran,  mężczyzna  w  średnim  wieku,  słusznej  postury  i  z  krzaczastym  wąsem, 

usiadł  przy  swoim  starym  angielskim  biurku  i  na  jednym  z  wielu  małych  przenośnych 

odbiorników  rozmieszczonych  w  domu  nastawił  prognozę  pogody,  nadawaną  w  radiu  o 

godzinie dwudziestej pierwszej. 

-  Chłodniej  wieczorem,  ze  spadkami  temperatury  o  blisko  piętnaście  stopni  - 

przewidywał  meteorolog  stacji  PKX  FM.  -  Silne  wiatry  zapowiadające  śnieg  wieczorem  i 

jutro podczas dnia. 

Qwilleran zgasił radio. 

-  Jeżeli  nie  macie  nic  przeciwko  temu  -  rzekł  do  pozostałych  dwóch  przyjaciół  - 

chciałbym  wyjechać  z  miasta  na  kilka  dni.  To  już  sześć  miesięcy,  odkąd  ostatnim  razem 

wyjechałem na Niziny,  i moi kumple w wydawnictwie myślą, że nie żyję. Pani Cobb będzie 

podawała wam posiłki, a ja mam nadzieję wrócić przed opadami śniegu. Po prostu trzymajcie 

za mnie łapy. 

background image

Dwie  pary  brązowych  uszu  obróciły  się  nagle  na  to  zawiadomienie.  Dwie  brązowe 

maski z długimi białymi wąsami i niesamowicie niebieskie oczy odwróciły się od płonącego 

drewna i skierowały w stronę mężczyzny siedzącego przy biurku. 

Im  więcej  mówisz  do  kotów,  powiedziano  kiedyś  Qwilleranowi,  tym  mądrzejsze  się 

one  stają.  Okazjonalne  powiedzenie  „miły  kotek”  nie  daje  wymiernego  efektu.  Wymagana 

jest inteligentna konwersacja. 

Ta  teoria  wyraźnie  się  sprawdzała.  Para  syjamskich  kotów  na  dywanie  przed 

kominkiem  zareagowała,  jak  gdyby  dokładnie  rozumiała,  co  do  nich  mówił.  Yum  Yum, 

przymilna  mała  kotka,  wpatrzyła  się  w  niego  z  wyrzutem.  Koko,  przystojny  i  umięśniony 

kocur,  podniósł  się  z  miejsca,  na  którym  wylegiwał  się  w  dostojnej  lwiej  pozie,  podszedł 

sztywno do biurka i zamiauczał przeraźliwie: - Miau-au-AU! 

- Spodziewałem się trochę więcej zrozumienia i rozwagi - stwierdził ich opiekun. 

Qwilleran,  który  był  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat,  zmagał  się  z  wyjątkowym 

kryzysem  wieku  średniego.  Dotychczasowe  życie  spędził  w  wielkich  metropoliach,  a  teraz 

został mieszkańcem trzytysięcznego miasta Pickax. Po karierze zapracowanego dziennikarza, 

kiedy radził sobie mimo skromnej pensji, teraz był milionerem albo i nawet miliarderem. Nie 

bardzo  był  pewien,  kim.  W  każdym  razie  został  jedynym  spadkobiercą  fortuny 

Klingenschoenów,  powstałej  w  Moose  County  w  dziewiętnastym  wieku.  Spadek  składał  się 

między innymi z rezydencji przy Main Street, służby w liczbie trzech osób, garażu na cztery 

samochody i limuzyny. Czuł się jednak nieswojo w nowym życiu, choć minął już ponad rok. 

Gdy  był  reporterem,  martwił  się  głównie  o  to,  by  odtworzyć  zdarzenie,  sprawdzić  fakty, 

zdążyć  na  czas  i  zabezpieczyć  źródła.  Teraz  jego  głównym  zmartwieniem,  podobnie  jak  i 

innych w Moose County, zdawała się być pogoda, szczególnie w listopadzie. 

Qwilleran  szarpał  wąsy  w  zamyśleniu,  trochę  zmartwiony  negatywną  reakcją  kotów 

na jego oświadczenie. 

- Trudno - rzekł. - Nie ma wyboru, muszę jechać. Arch Riker odchodzi na emeryturę z 

„Daily  Fluxion”,  a  ja  w  piątek  wieczór  mam  być  gospodarzem  na  jego  pożegnalnym 

przyjęciu. 

W  czasach,  kiedy  prowadził  oszczędny,  kawalerski  styl  życia  w  jednopokojowym 

mieszkaniu,  nigdy  nie  pragnął  pieniędzy  czy  innych  dóbr,  choć  trzeba  przyznać,  że  pośród 

swoich  kolegów  nie  uchodził  za  zbyt  hojnego.  Kiedy  w  końcu  przebrnął  z  trudem  przez 

postępowanie  spadkowe,  dzięki  któremu  otrzymał  majątek  Klingenschoenów,  sprawił  im 

niemałą  niespodziankę,  ponieważ  zaprosił  całą  załogę  „Daily  Fluxion”  na  obiad  w  klubie 

prasowym. 

background image

Zaplanował,  że  weźmie  ze  sobą  gościa:  Juniora  Goodwintera,  młodego  redaktora 

naczelnego „Pickax Picayune”, jedynej gazety w Moose County. Wybrał numer redakcji. 

- Cześć, Junior! Czy nie chciałbyś powygłupiać się przez parę dni i polecieć na Niziny 

na przyjęcie? Ja zapraszam. Koktajle i obiad w klubie prasowym. 

-  Och,  super!  Nigdy  nie  widziałem  klubu  prasowego,  tylko  na  filmach  -  odparł 

dziennikarz. - Czy moglibyśmy także odwiedzić redakcję „Daily Fluxion”? 

Junior  wyglądał  i  ubierał  się  jak  licealista,  okazując  przy  tym  dziecinny  entuzjazm, 

który  był  czymś  niezwykłym  u  dziennikarza  ze  stopniem  i  wyróżnieniem  państwowego 

uniwersytetu. 

-  Możemy  skoczyć  na  mecz  hokeja,  a  także  na  kilka  innych  pokazów  -  powiedział 

Qwilleran - ale będziemy musieli pilnować prognozy pogody i wrócić, zanim spadnie śnieg. 

-  Jest  tam  front  niżowy  przesuwający  się  w  dół  od  strony  Kanady,  ale  myślę,  że 

jesteśmy na razie bezpieczni - odparł Junior. - Z jakiej okazji jest przyjęcie? 

-  To  zabawa  z  okazji  odejścia  Archa  Rikera  na  emeryturę,  i  powiem  ci  od  razu,  co 

chcę,  żebyś  zrobił:  weź  torbę  sprzedawcy  gazety  „Picayune”  i  sto  egzemplarzy  ostatniego 

numeru. Po obiedzie powiem kilka słów o Moose County i o „Picayune”, to będzie sygnał dla 

ciebie, żeby zacząć rozdawać gazety. 

-  Włożę  bejsbolówkę  na  bakier  i  będę  krzyczał:  „Wydanie  nadzwyczajne!  Wydanie 

nadzwyczajne!” Czy tego ode mnie oczekujesz? 

-  Tak,  właśnie  -  rzekł  Qwilleran  -  ale  prawdziwa  wymowa  powinna  być: 

„Wwyddanieee  naaadzwyczajne!”  Bądź  gotowy  w  piątek  o  dziewiątej  rano.  Zabiorę  cię  z 

twojego biura. 

Prognoza  pogody  w  piątek  wcześnie  rano  nie  była  zachęcająca:  „Front  niżowy 

wiszący nad Kanadą zwiększa prawdopodobieństwo obfitego śniegu dziś wieczorem i jutro, z 

wiatrami zmieniającymi kierunek na północno-wschodni”. 

Gospodyni Qwillerana wyraziła swoje obawy. 

- Co pan zrobi, panie Q, jeżeli nie będzie mógł pan wrócić, nim spadnie śnieg? Jeżeli 

to jest wielka nawałnica, to lotnisko zostanie zamknięte na Bóg raczy wiedzieć jak długo. 

-  Powiem  pani,  pani  Cobb,  co  zrobię.  Wynajmę  sanie  i  stado  psów  husky,  i  w  ten 

sposób przybędę do Pickax. 

- Och, panie Q! - zaśmiała się. - Nigdy nie wiem, czy panu wierzyć, czy nie. 

Przygotowywała  smakowity  talerz  kurzych  wątróbek  sauti,  przybranych  żółtkami 

jajek  ugotowanych  na  twardo  i  pokruszonych  bekonem.  Gdy  postawiła  go  na  podłodze, 

background image

wygłodniała  Yum  Yum  łapczywie  pochłonęła  swoją  część,  ale  Koko  odmówił  jedzenia. 

Wyraźnie coś go trapiło. 

Oba  koty  miały  płowe  futra  i  brązowe  odznaki  rodowodowego  syjamczyka  o 

umaszczeniu  sealpoint:  brązowe  pyszczki  podkreślające  niebieską  barwę  ich  oczu;  czujne 

brązowe uszy noszone jak królewskie korony; dystyngowanie długie i szczupłe brązowe nogi; 

brązowe  ogony,  które  uderzały,  zakręcały  się  i  falowały  w  celu  wyrażenia  emocji  oraz 

własnego  zdania.  Koko  miał  jednak  coś  jeszcze:  niepokojąco  wysoki  stopień  inteligencji  i 

niesamowitą zdolność rozpoznawania, gdy coś było... nie tak! 

Tego ranka strącił książkę z półki w bibliotece. 

- Tak się nie robi! - powiedział do niego Qwilleran, odwołując się do jego inteligencji. 

-  To  są  stare,  rzadkie  i  wartościowe  książki,  mają  być  traktowane  z  szacunkiem,  jeśli  nie  z 

czcią.  -  Obejrzał  książkę.  Był  to  cienki,  oprawny  w  skórę  egzemplarz  Burzy,  jeden  z 

trzydziestosiedmiotomowego wydania sztuk Szekspira należącego do zbiorów bibliotecznych 

odziedziczonych po pannie Klingenschoen. 

Qwilleran odłożył książkę na półkę z niejasnym poczuciem winy. Ten tytuł nie wróżył 

najlepiej.  Mimo  tego  był  zdecydowany,  by  polecieć  na  Niziny  i  wziąć  udział  w  przyjęciu  - 

wbrew Koko, pani Cobb i meteorologowi ze stacji PKX FM. 

Na  godzinę  przed  czasem  wylotu  prowadził  swój  małolitrażowy,  energooszczędny 

samochodzik  do  biura  „Picayune”,  by  zabrać  Juniora  i  torbę  gazet.  Wszystkie  budynki  na 

Main  Street  miały  ponad  sto  lat.  Zbudowane  były  z  szarego  kamienia  w  różnych, 

niepasujących  do  siebie  stylach  architektury.  Siedziba  „Picayune”,  przypominająca  stary 

hiszpański klasztor, wciśnięta była pomiędzy siedzibę loży masońskiej w stylu wiedeńskim i 

budynek  pocztowy  nawiązujący  wyglądem  do  rzymskiego  imperium.  Wewnątrz  czuć  było 

przyjemny  zapach  farby  drukarskiej,  pomieszczenia  redakcyjne  zaś  zachowały  wygląd 

muzeum. Przy zniszczonym frontowym okienku nie było kolejki ogłoszeniodawców. Żadnej 

czujnej i uśmiechniętej recepcjonistki, tylko dzwonek do wezwania obsługi. 

Qwilleran przez chwilę w milczeniu kontemplował tę niezwykłą scenerię, jakby nie z 

tej  epoki:  drewniane  szafki  i  sfatygowane  biurka  ze  złocistego  dębu...  niebezpiecznie 

wyglądające szpikulce do nabijania zamówień reklamodawców i prenumeratorów... pożółkłe i 

kruche  stare  egzemplarze  „Picayune”  poprzyklejane  na  ścianach,  których  nie  malowano  od 

czasów  Wielkiego  Kryzysu.  Po  drugiej  stronie  niskiej  dębowej  ścianki,  za  nieumytą  szybą, 

znajdowała  się  zecernia.  Przed  drukarskimi  kasztami  stał  tylko  jeden  mężczyzna, 

niezważający na nic oprócz rzędu czcionek, które układał błyskawicznymi ruchami dłoni. 

background image

Nakład  miejskiego  wydania  „Daily  Fluxion”  sięgał  miliona;  przestarzała  drukarnia 

„Picayune”  drukowała  trzysta  dwadzieścia  egzemplarzy  każdego  numeru.  Podczas  gdy 

„Fluxion”  przyswajała  sobie  każdą  technologiczną  nowinkę  i  każdą  dziennikarską  modę, 

„Picayune”  wciąż  przypominała  gazetę  założoną  przez  pradziadka  Juniora.  Cztery  strony, 

ręczny  skład,  ogłoszenia drobne  i  lokalne plotki  na  stronie tytułowej.  Wewnątrz  znajdowały 

się notatki ze spotkań towarzyskich i pogrzebów, krótkie relacje o tutejszej polityce, kroniki 

policyjne i wypadki zostały zaś przeniesione na ostatnią stronę albo w ogóle je pomijano. 

Qwilleran  uderzył  pięścią  w  dzwonek  i  Junior  Goodwinter  zbiegł  z  redaktorskiego 

biura po drewnianych schodach w towarzystwie dużego białego kota. 

- Kim jest twój dobrze odżywiony przyjaciel? - zapytał Qwilleran. 

- To jest Wilhelm Allen, nasz redakcyjny łowca - wyjaśnił Junior zwyczajnie, jakby w 

zespole każdej gazety był łowny kot. 

Pisał większość tekstów do każdego numeru i sprzedawał większość ogłoszeń, jako że 

pełnił  funkcję  redaktora  naczelnego.  Senior  Goodwinter,  właściciel  i  wydawca,  ubrany  w 

skórzany  fartuch  i  w  papierową  czapkę  ze  złożonej  gazety,  spędzał  czas  w  zecerni,  gdzie 

składał  gotowe,  odlane  czcionki  w  wierszowniku  z  miną  oznaczającą  skupienie  i  pośpiech. 

Pracę tę wykonywał od ósmego roku życia. 

Junior zawołał do niego: 

- Do zobaczenia później, tato. Wracam za parę dni. 

Zajęty w zecerni mężczyzna odwrócił się i życzliwie odpowiedział: 

- Baw się dobrze, Junior, i uważaj na siebie. 

-  Jeżeli  chcesz  pojeździć  moim  jaguarem,  kiedy  mnie  nie  będzie,  to  kluczyki  są  na 

moim biurku. 

- Dzięki, synu, ale chyba nie będzie mi potrzebny. W warsztacie powiedzieli, że moje 

auto powinno być gotowe przed siedemnastą. Trzymaj się, na razie. 

- Dobra, tato, i ty się trzymaj! 

Wymienili  spojrzenia  pełne  ciepła  i  wzajemnego  zrozumienia,  a  Qwilleran  przez 

moment  pożałował,  że  nie  ma  syna.  Pewnie  chciałby  takiego  samego,  dokładnie  jak  Junior. 

Może trochę wyższego i silniejszego. 

Junior złapał torbę z gazetami i swój worek marynarski, po czym we dwóch pojechali 

na  lotnisko.  Razem  tworzyli  coś  w  rodzaju  studium  obrazującego  różnice  między 

pokoleniami:  Qwilleran,  mężczyzna  o  poważnym  wyrazie  twarzy  i  siwiejących  włosach, 

bujnych  wąsach  i  pełnych  smutku  oczach;  Junior  w  adidasach,  z  raźną  miną 

podekscytowanego dziecka. Junior rozpoczął rozmowę nagłym pytaniem: 

background image

- Qwill, czy myślisz, że wyglądam za młodo? 

- Za młodo na co? 

- Mam na myśli Jody, która uważa, że nikt nigdy nie potraktuje mnie na poważnie. 

- Z twoją sylwetką i młodzieńczą twarzą wciąż wyglądasz, jakbyś miał czternaście lat, 

podczas  gdy  masz  dwadzieścia  pięć  -  powiedział  mu  Qwilleran.  -  To  nie  tak  źle.  Kiedyś 

zmienisz się jednej nocy i nagle zaczniesz wyglądać, jakbyś miał sto dwa lata. 

- Jody uważa, że jak zapuszczę brodę, to to pomoże. 

- Niezły pomysł! Twoja dziewczyna miewa doskonałe pomysły. 

- Moja babcia mówi, że nadaję się na jednego z siedmiu krasnoludków. 

- Twoja babcia, jak słyszę, jest uroczą osobą, Junior. 

- Babka Gage to jest charakterek! Mama mojej mamy, no wiesz. Pewnie ją widziałeś 

gdzieś na mieście. Jeździ mercedesem i trąbi klaksonem na każdym skrzyżowaniu. 

Qwilleran  nie  okazał  zdziwienia.  Wiedział,  że  mieszkańcy  Moose  County  lubią 

chodzić własnymi drogami. 

- Czy miałeś wieści od Melindy, odkąd opuściła Pickax? - zapytał Junior. 

-  Kilkakrotnie.  Jest  ciągle  zajęta  w  szpitalu,  ale  tam  w  Bostonie  będzie  jej  się  lepiej 

powodzić. Ma szansę zrobić tam specjalizację. 

-  Tak  naprawdę  Melinda  nigdy  nie  chciała  być  prowincjonalną  lekarką,  ale  za  to 

bardzo chciała wyjść za ciebie za mąż, Qwill, i wprowadzić się do twojej rezydencji. 

- Niestety nie jestem dobrym materiałem na męża. Już raz to odkryłem i nie byłbym w 

porządku wobec Melindy, gdybym znów popełnił ten sam błąd. Mam nadzieję, że w Bostonie 

spotka kogoś odpowiedniego w jej wieku. 

- Słyszę, że masz teraz coś wspólnego z dyrektorką biblioteki. 

Qwilleran nastroszył swoje szpakowate wąsy. 

-  Nie  wiem,  co  sugeruje  twoje  finezyjne  wyrażenie,  ale  pozwól  mi  stwierdzić,  że 

towarzystwo  pani  Duncan  sprawia  mi  przyjemność.  W  naszych  czasach,  zdominowanych 

przez wideo, miło jest spotkać kogoś, kto podziela zainteresowanie literaturą. Spotykamy się i 

czytamy na głos. 

- Och, z pewnością - odrzekł młodszy mężczyzna, szeroko się uśmiechając. 

- Kiedy ty i Jody zamierzacie się pobrać? 

-  Z pensji, którą  tata mi  płaci,  nie  stać  mnie  nawet na własne  mieszkanie.  Wiesz,  że 

mieszkam  wciąż  z  rodzicami  na  wsi.  Jody  zarabia  dwa  razy  więcej  ode  mnie,  a  jest  tylko 

asystentką dentysty. 

- Przecież masz jaguara. 

background image

- To był prezent od babki Gage z okazji ukończenia studiów. Ona jest jedyną osobą w 

rodzinie,  która  jest  jeszcze  przy  forsie.  Otrzymam  ją  w  spadku,  kiedy  odejdzie,  ale  to  nie 

nastąpi prędko. W wieku osiemdziesięciu dwóch lat wciąż staje codziennie na głowie i może 

mnie  pobić  w  robieniu  pompek.  Ludzie  w  Moose  County  żyją  długo,  o  ile  nic 

nieprzewidzianego nie stanie im na przeszkodzie. Jeden z moich przodków zginął, kiedy jego 

koń  wystraszył  się  ogromnego  stada  kosów.  W  babkę  Gage  trafił  piorun.  Miałem  ciotkę  i 

wuja,  którzy zginęli,  gdy  ich samochód uderzył  w  jelenia.  To było w  listopadzie,  w okresie 

rui. Ósmak - wiesz, byk z ośmioma odgałęzieniami poroża - wpadł prosto na przednią szybę 

wozu. Szeryf stwierdził,  że wyglądało to na amatorski  mord  siekierą.  Zgodnie z oficjalnymi 

szacunkami w tym okręgu obecnie żyje dziesięć tysięcy jeleni. 

Qwilleran zwolnił i zaczął wypatrywać śladów dzikiej zwierzyny. 

- Teraz w sezonie myśliwi powodują, że zwierzęta są nerwowe - kontynuował Junior. 

- Jelenie przechodzą przez szosę wczesnym rankiem lub o świcie. 

-  Wszystkie  dziesięć  tysięcy  naraz?  -  Qwilleran  zredukował  prędkość  do 

siedemdziesięciu kilometrów. 

- Ponury dziś dzień - skonstatował Junior. - Niebo wygląda na zachmurzone. 

- A tak w ogóle, to kiedy najwcześniej spadł śnieg? 

-  Najwcześniej  notowana  nawałnica  nadciągnęła  drugiego  listopada  1919,  ale  ta 

„wielka” zazwyczaj pojawia się dopiero w połowie  miesiąca.  Najgorszą z dotychczasowych 

odnotowano trzynastego listopada 1931. Trzy  fronty niżowe z Alaski, Gór  Skalistych  i znad 

Zatoki  starły  się  ze  sobą  nad  Moose  County.  Wielu  ludzi  wówczas  zgubiło  się  w  śniegu  i 

zamarzło  na  śmierć.  Kiedy  nadciąga  wielka  nawałnica,  lepiej  jest  siedzieć  w  domu.  Jeśli 

złapie cię podczas prowadzenia auta, nie wysiadaj z niego. 

Mimo  niebezpieczeństw,  które  czyhały w północnej części kraju,  Qwilleran zaczynał 

zazdrościć  tutejszym  mieszkańcom.  Oni  to  mieli  korzenie!  Korzenie  rodzin  takich  jak 

Goodwinterowie sięgały czasów, kiedy dorabiano się fortun w górnictwie i na tartakach. Do 

najbardziej  aktywnych  organizacji  w  Pickax  należały  Towarzystwo  Historyczne  i  Klub 

Genealogiczny. Piętno, które odcisnęła historia, widać było w drodze na lotnisko: opuszczone 

budynki  i  hałdy  starych  kopalni...  wymarłe  miasta,  dające  się  zidentyfikować  tylko  dzięki 

kilku  pojedynczym  kominom...  opuszczona  stacja  kolejowa  pośrodku  pustkowia...  kikuty 

drzew pozostałe po pożarach lasu. 

Po kilkuminutowej ciszy Qwilleran ośmielił się zadać Juniorowi osobiste pytanie: 

background image

-  Jak  się  odnajdujesz  w  „Picayune”  jako  posiadacz  dyplomu  dziennikarskiego  z 

wyróżnieniem?  Czy  rozwijasz  się?  Uważasz,  że  to  słuszne  zatrzymywać  się  w 

dziewiętnastym wieku? 

-  Żartujesz  sobie?  Moją  ambicją  jest  uczynić  z  „Picayune”  prawdziwą  gazetę  - 

powiedział Junior - ale tata chce ją prowadzić, tak jak robiono to sto lat temu. Liczył, że jako 

dzieci podtrzymamy tradycję, ale mój brat wyjechał do Kalifornii i zajął się reklamą, a siostra 

wyszła za ranczera w Montanie, więc tylko ja pozostałem wierny naszemu posłannictwu. 

-  Okręg  mógłby  wspierać  prawdziwą  gazetę.  Czemu  nie  założyć  nowej?  Twój  tata 

mógłby przecież dalej prowadzić  „Picayune” w charakterze hobby. Nie  byłoby konkurencji, 

bo „Picayune” jest jedyna w swoim rodzaju. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad czymś 

takim? 

Junior rzucił mu paniczne spojrzenie. 

-  Nie stać by  mnie  było  na założenie  budki z  lemoniadą! Jesteśmy  spłukani! Dlatego 

pracuję  za  marne  grosze...  Z  każdym  rokiem  coraz  bardziej  chylimy  się  ku  upadkowi.  Tata 

sprzedał naszą ziemię na wsi, a teraz ustanowił hipotekę na domu... Nie powinienem ci tego 

mówić...  Matka od  dawna  namawia  go,  żeby  pozbył  się  gazety...  Jest  bardzo  przygnębiona! 

Ale tata nie chce słuchać. Gdy składa czcionki, jest szczęśliwy... i pogrąża się coraz głębiej w 

deficycie.  Mówi,  że  to  sens  jego  życia...  Czy  kiedyś  widziałeś  go,  jak  robi  skład?  Może 

składać  ponad  trzydzieści  pięć  liter  na  minutę  bez  patrzenia  na  kasztę.  -  Na  twarzy  Juniora 

malował się podziw. 

- Tak, obserwowałem go i jestem pod wrażeniem - powiedział Qwilleran. - Widziałem 

także  w  piwnicy  wasze  maszyny  drukarskie.  Niektóre  z  nich  wyglądają  jak  wytłaczarki  do 

wina. 

-  Tata  kolekcjonuje  stare  prasy.  Ma  ich  pełno  w  stajni.  Pierwsza  prasa  mojego 

pradziadka była napędzana pedałem, takim jak w starej maszynie do szycia. 

- Czy twoja babcia nie odżałowałaby ci trochę forsy, gdybyś chciał założyć gazetę? 

- Babka Gage nie da już ani jednego centa. Już kilka razy wyciągnęła nas z kłopotów i 

wpłaciła  za  nas  składki  ubezpieczeniowe  oraz  opłaciła  naszej  trójce  college...  Hej,  Qwill, 

dlaczego ty nie założysz gazety? Masz forsy jak lodu! 

-  Nie  jestem  tym  w  ogóle  zainteresowany  i  nie  mam  predyspozycji  do  prowadzenia 

interesu,  Junior. Dlatego założyłem  Fundację  Klingenschoenów.  Oni wszystko załatwiają za 

mnie i dają mi trochę kieszonkowego. Poświęciłem dwadzieścia pięć lat gazetom i wszystko, 

czego teraz chcę, to czas i spokój, żeby móc pisać. 

- A jak ci idzie twoja książka? 

background image

-  W  porządku  -  odparł  Qwilleran,  myśląc  o  swojej  bezczynnej  maszynie  do  pisania, 

zaśmieconym biurku i nieuporządkowanych notatkach. 

Na lotnisku zaparkowali na otwartym placu, który służył jako parking na długi postój. 

Terminal  nie  był wiele większy od zwykłej  budki,  a zarządca  lotniska,  który pełnił zarazem 

funkcję  biletera,  mechanika  i pilota w niepełnym  wymiarze godzin,  zamiatał podłogę.  -  Czy 

trafimy na wielką nawałnicę? - zastanawiał się niefrasobliwie. 

Kiedy  obaj  dziennikarze  weszli  na  pokład  dwusilnikowego  samolotu,  mieli  dość 

rozsądku,  by  unikać  osobistych  rozmów  podczas  pierwszego  etapu  podróży.  Poza  nimi  na 

pokładzie  znajdowało  się  piętnastu  innych  pasażerów  i  trzydzieści  uszu  miałoby  co 

nasłuchiwać.  Moose  County  słynęło  z  poczty  pantoflowej,  która  przynosiła  więcej 

wiadomości niż „Picayune” i przekazywała je szybciej niż stacja PKX FM. Qwilleran i Junior 

rozmawiali więc roztropnie o sporcie, dopóki ich mały samolot nie wylądował w Minneapolis 

i nie przesiedli się do odrzutowca. 

-  Mam  nadzieję,  że  podają  lunch  na  pokładzie  -  westchnął  Junior.  -  A  co  mamy  na 

obiad w klubie prasowym? 

- Zamówiłem francuską zupę cebulową, żeberka jako danie główne i jabłecznik. 

- Och, świetnie! 

W  Chicago  zatrzymali  się  przed  ostatnim  etapem  podróży,  po  czym  wylecieli. 

Wylądowali, pojechali autokarem do hotelu „Stilton” i włączyli prognozę pogody, ale nastał 

już czas, żeby udać się do klubu prasowego. 

- Czy będą tam dziennikarze sportowi? - zapytał Junior. 

-  Będą wszyscy, od najwyższej kadry zarządzającej aż po najmłodszego chłopaka  na 

posyłki. Sądzę, że teraz nazywa się ich asystentami biurowymi. 

- Czy nie pomyślą, że to staromodne, kiedy poproszę ich o autografy? 

- Przypochlebisz się im - odrzekł Qwilleran. 

W klubie Qwilleran traktowany był jak powracający bohater, co on sam interpretował 

w ten sposób, że każdy zyskałby miano bohatera, gdyby postawił obiad i drinki całej załodze. 

Fotograf dał mu kumplowskiego kuksańca w bok i spytał, jak to jest być milionerem. 

- Powiem ci w przyszłym roku piętnastego kwietnia - odpowiedział Qwilleran. 

Redaktor z działu podróżniczego chciał wiedzieć, jak mu się mieszka na odludziu. 

- Czy Moose County nie leży w strefie śniegu? 

- Jak najbardziej! Zbiera cały śnieg. 

- W każdym razie, ty szczęściarzu, zdołałeś uciec przed wielkomiejską przemocą. 

background image

-  Mamy  tam  mnóstwo  przemocy  -  poinformował  go  Qwilleran.  -  Tornada,  pioruny, 

huragany,  pożary  lasów,  dzika  zwierzyna,  przewracające  się  drzewa,  wiosenne  powodzie! 

Jednak  łatwiej  jest  pogodzić  się  z  gwałtownością  przyrody  niż  z  przemocą  stosowaną  przez 

człowieka. Nigdy nie mieliśmy tam szalonych snajperów, którzy zabijają dzieci w szkolnym 

autobusie, jak tutaj w zeszłym tygodniu. 

- Czy wciąż masz kota, który jest bystrzejszy od ciebie? 

W  klubie  prasowym  Qwilleran  cieszył  się  opinią  amatorskiego  detektywa.  Wiadomo 

było również, że Koko jest po trosze odpowiedzialny za jego sukcesy. 

Qwilleran wyjaśnił Juniorowi: 

-  Może  nie  zauważyłeś,  ale  zdjęcie  Koko  wisi  w  hallu  razem  z  laureatami  Nagrody 

Pulitzera.  Pewnego  dnia  opowiem  ci  o  jego  wyczynach.  Nie  uwierzysz  w  nie,  ale  i  tak  ci 

opowiem. 

Podczas  tej  szczęśliwej  godziny  Junior  poznał  felietonistów  i  reporterów,  których 

artykuły  czytał  w  wydaniu  stanowym  „Fluxion”,  i  trudno  mu  było  opanować 

podekscytowanie.  Inaczej  sprawa  się  miała  z  gościem  honorowym,  który  był  wyraźnie 

przygnębiony.  Arch  Riker  był  zadowolony,  że  uwolnił  się  od  „Fluxion”,  ale  ponieważ 

niedawno rozpadło się jego małżeństwo, nie mógł się tak naprawdę dobrze bawić. 

- Jakie masz plany? - zapytał Qwilleran. 

- No więc Święto Dziękczynienia spędzę z moim synem w Denver, a Boże Narodzenie 

z córką w Oregonie. Potem nie wiem. 

Po  żeberkach  i  jabłeczniku  redaktor  naczelny  przekazał  Rikerowi  w  prezencie  złoty 

zegarek,  a  Qwilleran  złożył  hołd  swojemu  wieloletniemu  przyjacielowi.  Zakończył  kilkoma 

słowami o Moose County. 

- Panie i panowie, większość z was nigdy nie słyszała o Moose County. To jedyny w 

całym  stanie okręg, który zszedł do podziemia: kartografowie czasami zapominają umieścić 

go na mapie, a wielu z naszych ustawodawców myśli, że należy on do Kanady. Jednakże sto 

lat temu, dzięki górnictwu i tartakom, Moose County było najbogatszym okręgiem w stanie. 

Dzisiaj  jest  wakacyjnym  rajem  dla  każdego  zainteresowanego  wędkowaniem,  polowaniami, 

pływaniem  na  łódkach  czy  biwakowaniem.  Mamy  dwie  wyjątkowe  cechy,  które  chciałbym 

podkreślić:  idealne  temperatury  od  maja  do  października  i  gazetę,  która  nie  zmieniła  się  od 

czasu jej założenia, czyli od ponad wieku. Junior  Goodwinter, najmłodszy redaktor naczelny 

na świecie, sam pisze wszystkie artykuły. W czasach łączności satelitarnej nie jest łatwo pisać 

gęsim piórem i atramentem z mątwy... Chciałbym przedstawić Juniora i „Pickax Picayune”! 

background image

Junior chwycił swoją bejsbolówkę, torbę z gazetami i ganiał w kółko po sali jadalnej, 

krzycząc:  -  Wwyddanieee  naaadzwyczajne!  Wwyddanieee  naaadzwyczajne!  -  jednocześnie 

wyrzucając  po  garści  gazet  na  każdy  stół.  Goście  chwytali  je  i  zaczynali  czytać,  najpierw  z 

chichotem, potem już otwarcie rechocząc. Na pierwszej stronie, w pierwszej szpalcie, znaleźli 

ogłoszenia drobne: 

NA  SPRZEDAŻ:  Używana  kantówka  w  dobrym  stanie.  Także  suknia  ślubna,  rozmiar  42, 

nigdy nienoszona. 

POSPIESZ  SIĘ!  Jeśli  twój  stary  gruchot  nie  pociągnie  kolejnej  zimy,  może  znajdziesz 

lepszego gruchota na giełdzie używanych samochodów u Hackpole'a albo i nie. Nie powiem 

ci, dopóki ich nie zobaczysz. 

ZA DARMO: Trzy szare kociaki, jeden z białymi skarpetkami. Prawie nauczone czystości. 

WŁAŚNIE  NADESZŁY:  Nowa  dostawa  długich  kalesonów  w  „Rodzinnym  Sklepie  Billa”. 

Jakość może nie taka,  jaka powinna  być,  i  ceny poszły do góry od ostatniego roku,  ale co z 

tego?! Lepiej kup przed opadami śniegu. 

Goście  dzielili  się  ze  sobą  przykładami  szczerej  prawdy  w  reklamach  ze  strony 

tytułowej, a następnie wiadomościami, które miały nagłówki wysokie na trzy milimetry. 

REKORD  PRAWIE  POBITY:  W  kondukcie  pogrzebowym  kapitana  Fugtree  w  zeszłym 

tygodniu  zebrało  się  75  samochodów,  tym  samym  był  on  najdłuższy  od  1904  roku,  kiedy  52 

powozy i 37 karet odprowadziło na cmentarz Ephraima Goodwintera. 

PRZYJĘCIE Z OKAZJI ŚLUBU: Panna Doreen Mayfus czyniła honory domu na przyjęciu w 

zeszły  czwartek.  Rozegrano  gry  i  rozdano  nagrody.  Przyszła  żona  otworzyła  24  prezenty. 

Poczęstunek składał się z bułek z kiełbasą, kanapek z papryką i pierożków z owocami morza… 

background image

ROCZNICA  UCZCZONA:  Pan  i  pani  Toodle  obchodzili  siedemdziesiątą  rocznicę  swojego 

ślubu podczas obiadu wydanego przez siedmioro spośród ich jedenaściorga dzieci: Richarda 

Toodle'a,  Emila  Toodle'a,  Josepha  Toodle'a,  Conrada  Toodle'a,  Donnę  Toodle,  Dorothy 

(Toodle)  Fugtree  i  Estellę  (Toodle)  Campbell.  Obecnych  było  także  30  wnuków,  82 

prawnuków  i  13  praprawnuków.  Obiad  odbył  się  w  rodzinnej  restauracji  Toodle'ów.  Tort 

został udekorowany przez Betsy Ann Toodle. 

Podczas  tej  wrzawy  (każdy  czytał  na  głos)  menedżer  klubu  prasowego  podszedł  do 

głównego stolika i wyszeptał do ucha gospodarza: 

- Qwill, telefon do ciebie, z daleka. W moim biurze. 

Spiesząc się do telefonu, Qwilleran zdążył krzyknąć: 

- Dzięki wam wszystkim za przyjście! Bar jest do waszej dyspozycji! 

Nie było go w sali jadalnej na tyle długo, że mógłby wykonać nawet kilka telefonów, 

a kiedy wrócił, odciągnął Juniora od grupy redaktorów i reporterów. 

- Junior, musimy się stąd wydostać. Jedziemy do domu. Zmieniłem nasze rezerwacje... 

Arch, pożegnaj wszystkich od nas, dobrze? To coś nagłego... Chodź, Junior. 

- Co?... Co? - wyjąkał Junior. 

- Później ci powiem. 

- Moja torba... 

- Zapomnij o torbie. 

Qwilleran  popędzał  młodego  mężczyznę  na  schodach  prowadzących  w  dół  klubu  i 

wepchnął go do taksówki, która czekała z włączonym silnikiem przy krawężniku. 

-  Hotel  „Stilton”,  szybko!  -  krzyknął  do  kierowcy,  jak  tylko  taksówka  ruszyła.  -  I 

przejeżdżaj na czerwonych światłach! 

- O cholera - odezwał się Junior. 

-  Dzieciaku,  jak  szybko  możesz  wrzucić  rzeczy  do  swojego  worka?  Mamy  siedem 

minut na spakowanie, wymeldowanie z hotelu i wejście do helikoptera, który czeka na dachu. 

Dopóki  nie władowali się do policyjnego helikoptera, Qwilleran wstrzymywał  się od 

wyjaśnień. 

-  Nagła  rozmowa  telefoniczna  z  Pickax!  -  krzyczał.  -  Zbliża  się  wielka  nawałnica. 

Musimy się pospieszyć, to superpilna sprawa. Przygotuj się na bieg. Samolot czeka tylko na 

nas. 

Kiedy w końcu zapięli pasy w odrzutowcu, Junior rzekł: 

background image

- Hej, jak to załatwiłeś? Nigdy dotąd nie leciałem helikopterem. 

-  Czasem  doświadczenie  nabyte  podczas  pracy  dla  „Fluxion”  okazuje  się  pomocne  - 

wyjaśnił Qwilleran - a także to, że się współpracowało z wydziałem zabójstw oraz dokładało 

do Funduszu dla Wdów po Policjantach. Wybacz, że zepsułem resztę naszych planów. 

- W porządku. Przeżyję to jakoś. 

- Możemy zdążyć na przesiadkę w Chicago i złapać samolot do Pickax z Minneapolis. 

Mamy szczęście, że wszystko się tak ułożyło. 

Przez resztę lotu Qwilleran nie był skory do rozmowy, za to Junior nie mógł przestać 

mówić: 

- Wszyscy byli świetni! Dziennikarze sportowi powiedzieli, że wpuszczą mnie do loży 

prasowej, kiedy tylko będę w mieście... Facet, który prowadzi kolumnę „Newsroom Mouse”, 

zamierza zrecenzować „Picayune” we wtorek, a publikują to w całym kraju, sam wiesz. Co ty 

na to?... Pan Bates powiedział, że mógłbym dostać pracę, gdybym kiedyś zechciał wyjechać z 

Pickax. 

Qwilleran  wstrzymał  się  z  komentarzem.  Dobrze  wiedział,  ile  są  warte  obietnice 

redaktora naczelnego. Facet miał poniekąd krótką pamięć... 

Junior trajkotał dalej. 

- We „Fluxion” zatrudniają wiele kobiet, nie? W recepcji, do zadań ogólnych, szefowe 

działów, do robienia zdjęć. Czy znasz tę rudą fotograf, tę w zielonych pończochach? 

Qwilleran pokręcił przecząco głową. 

- Jest nowa, pojawiła się, gdy już odszedłem z gazety. 

- Jest fotoreporterką i pracuje jako wolny strzelec w krajowych magazynach. Możliwe, 

że przyjedzie do Moose County przyszłej wiosny i sfotografuje historię opuszczonych kopalń. 

Nieźle, co?! 

- Nieźle - powtórzył cicho Qwilleran. 

Był  wciąż  podejrzanie  milczący,  gdy  weszli  po  północy  na  pokład  małego  samolotu 

pasażerskiego. Zajął miejsce przy oknie, a kiedy odwrócił się, by posłuchać Juniora, zobaczył 

siedzącego  po  przeciwnej  stronie  korytarza  mężczyznę,  który  trzymał  otwarty  magazyn. 

Pasażer wpatrywał się w tę samą jego stronę przez cały czas lotu. 

Nie  czyta,  pomyślał  Qwilleran.  Słucha.  I  nie  pasuje  tutaj.  Nikt  w  Moose  County  nie 

nosi się z taką wystudiowaną elegancją. 

W terminalu lotniczym nieznajomy poszedł do okienka, by wynająć samochód. 

-  Junior  -  rzekł  półgłosem  Qwilleran  -  kim  jest  ten  gość  w  czarnym  płaszczu 

przeciwdeszczowym? 

background image

-  Nigdy  wcześniej  go  nie  widziałem  -  odparł  Junior.  -  Wygląda  jak  wędrowny 

sprzedawca. 

Ten facet nie jest sprzedawcą, powiedział do siebie Qwilleran. Było coś wyjątkowego 

w jego stylu chodzenia, zachowaniu, w sposobie, w jaki taksował otoczenie... 

We  wczesnych  godzinach  porannych,  kiedy  wracali  do  Pickax,  Junior  w  końcu 

przestał gadać i zauważył, że Qwilleran od dłuższego czasu milczy i najwyraźniej jest czymś 

zaabsorbowany. 

- Qwill, czy coś się złego wydarzyło w twoim domu? Mówiłeś, że to pilna sprawa. 

- To jest nagły wypadek, ale nie u mnie. Twoja matka zadzwoniła do mojej gospodyni, 

a  pani  Cobb  zadzwoniła  do  klubu  prasowego.  Jesteś  jak  najprędzej  potrzebny  w  domu.  Nie 

ma żadnej zbliżającej się nawałnicy. Skłamałem. - Qwilleran skręcił w prawo na światłach. 

- Hej! Gdzie ty jedziesz? Nie podrzucisz mnie na farmę? 

- Jedziemy do szpitala. Zdarzył się wypadek. Wypadek samochodowy. 

- Mój tata?! - krzyknął Junior. - Jak poważny był ten wypadek? 

- Bardzo poważny. Twoja matka czeka na ciebie w szpitalu. Junior, nie wiem, jak ci to 

powiedzieć, ale muszę ci to przekazać. Twój tata zginął natychmiast. Stało się to na moście, 

na starym drewnianym moście. 

Zatrzymali  się  przy  bocznych  drzwiach  do  szpitala.  Junior  bez  słowa  wyskoczył  z 

samochodu i wbiegł do budynku. 

background image

 

Rozdział drugi 

Poniedziałek,  jedenasty  listopada.  „Ciężka  chmura  zakrywa  cały  okręg,  zapowiadając  śnieg 

przed  zmrokiem.  Obecnie  temperatura  w  Pickax  wynosi  minus  sześć  stopni,  czynnik 

chłodzenia  wiatrem  może  spowodować  subiektywne  odczucie  temperatury  jako  o  osiem 

stopni niższej” - tak mówił meteorolog stacji PKX FM. 

W  poniedziałek  rano  szkoły,  sklepy,  biura  i  restauracje  w  Pickax  były  zamknięte  do 

południa  z  powodu  pogrzebu.  Dzień  był  zimny,  szary,  wilgotny  i  przygnębiający.  Mimo  to 

tłumy kłębiły się wokół kościoła Old Stone przy Park Circle. Inni obserwatorzy stali zbici w 

grupkę  w  małym  kolistym  parku,  trzęsąc  się  z  zimna,  przestępując  z  nogi  na  nogę, 

wymachując  rękoma,  klaszcząc  dłońmi  w  rękawiczkach,  robiąc  cokolwiek,  by  utrzymać 

ciepło,  a  to  znaczyło  także  -  w  wyjątkowych  wypadkach  -  ukradkowy  łyk  z  ćwierćlitrowej 

butelki. Oczekiwali, że zobaczą pobity rekord: najdłuższy kondukt pogrzebowy od 1904 roku. 

Wozy policyjne zablokowały śródmiejski odcinek Main Street, by ułatwić utworzenie 

konduktu.  Samochody  mające  fioletowe  flagi  na  błotniku  zostały  ustawione  po  cztery  w 

rzędach od krawężnika do krawężnika. 

Qwilleran przeciskał  się przez tłum w parku, przyglądał się twarzom  i wsłuchiwał w 

niski,  pełen  szacunku  szmer.  Mali  chłopcy,  którzy  wdrapali  się  na  fontannę,  żeby  lepiej 

widzieć,  zostali  przegonieni  przez  oficera  policji  i  pouczeni,  że  mają  nie  wrzeszczeć  i  nie 

ganiać się w tłumie. 

W  środku  kościoła  zgromadzili  się  reprezentanci  licznych  odgałęzień  klanu 

Goodwinterów, jak i przedstawiciele władz miasta, członkowie izby handlowej oraz Country 

Clubu.  Poza  kościołem  stali  czytelnicy  „Picayune”:  przedsiębiorcy,  gospodynie  domowe, 

farmerzy,  emeryci,  kelnerki,  robotnicy  i  myśliwi.  Byli  świadkami  wydarzenia,  które  będą 

pamiętać  przez  całe  życie  i  opowiadać  przyszłym  pokoleniom,  tak  jak  ich  dziadkowie 

opowiadali o pogrzebie Ephraima Goodwintera. 

Pośród  nich  był  jeden  człowiek,  który  z  pewnością  nie  pasował  do  tej  sceny. 

Przechadzał  się  w  tłumie,  zerkając  uważnie  na  wszystkie  strony  i  badając  twarze.  Miał  na 

sobie czarny płaszcz przeciwdeszczowy. Qwilleran miał nadzieję, że ma ciepłą podpinkę, bo 

zimno było przejmujące aż do szpiku kości. 

Jakiś myśliwy w pomarańczowo-czarnym kamuflażowym stroju zapewniał ściszonym 

głosem mężczyznę w farmerskiej czapce i z tabaką na policzku: 

- Kondukt będzie długi. Dłuższy niż kapitana Fugtree, tak wygląda. 

background image

Farmer strząsnął tabakę. 

-  Naliczyłem  blisko  setkę  wozów.  Kapitan  miał  siedemdziesiąt  pięć,  tak  podali  w 

gazecie. 

- Szczęściarz, pochowają go, nim zacznie sypać śnieg. W radiu mówili, że w tę stronę 

kieruje się wielka nawałnica. 

- Nie można wierzyć niczemu, co mówią w radiu. Tamta nawałnica z Kanady ucichła, 

zanim dotarła bliżej granicy. 

- Gdzie to się stało? - zapytał myśliwy. - Mam na myśli wypadek. 

-  Stary  drewniany  most.  To  cholerstwo!  Chodziliśmy  po  ludziach  z  okręgu,  żeby 

ruszyli tyłki z foteli i zabrali się za jego poszerzenie. Podobno jego wóz staranował kamienną 

balustradę, przekoziołkował do góry nogami i wylądował na skałach w rzece. Samochód się 

zapalił i trumna zamknięta, tak słyszałem. 

- Powinni wyjaśnić to w sądzie. 

- Prawdopodobnie jechał za szybko. Może uderzył w jelenia. 

- Albo był na piątkowej bibie - powiedział myśliwy, przebiegle się uśmiechając. 

-  Nie on! To ona  jest ćmą  barową,  a on nic,  tylko praca,  praca,  praca.  Założę się,  że 

zasnął za kółkiem. Cała rodzina ma pecha. Wiesz, co przytrafiło się ich staremu. 

- Tak, ale prawdopodobnie na to zasłużył, z tego, co słyszałem. 

- A później był ich wujek. Coś tu śmierdzi w tej historii. 

- I ich dziadek. Nigdy nie dowiedzieli się, co mu się stało. Co teraz zrobią z gazetą? 

-  Dzieciak  przejmie  obowiązki  -  powiedział  farmer.  -  Czwarte  pokolenie.  Nie 

wiadomo,  co  mu  strzeli  do  głowy.  Młokos  wyjeżdżał,  by  się  uczyć,  i  nabrał  dziwacznych 

pomysłów. 

Głosy ucichły, gdy dzwon zaczął bić na jedną, uroczystą nutę, a z kościoła wyniesiono 

trumnę,  za  którą  podążyła  rodzina  zmarłego.  Okrytej  ciężkim  woalem  wdowie  towarzyszył 

starszy  syn.  Junior  szedł  ze  swoją  siostrą  z  Montany.  Miastowi  mijali  się  nawzajem  na 

chodniku  i  w  parku.  Mężczyźni  zdejmowali  nakrycia  głowy.  Długo  trwało  oczekiwanie,  aż 

krewni  zmarłego  cicho  wsiądą  do  samochodów,  kierowani  przez  młodych  mężczyzn  w 

czarnych  surdutach  i czarnych  futrzanych czapkach.  Na dany  znak  mężczyźni w  mundurach 

ustawili  się  w  szeregu,  dźwigając  instrumenty  dęte.  Następnie  długi  kondukt  samochodów 

zaczął  się  posuwać  przy  dźwiękach  żałobnego  marsza,  wygrywanego  przez  orkiestrę 

pogrzebową z Pickax. 

Qwilleran  naciągnął  nauszniki  swojej  zimowej  czapki,  postawił  kołnierz  płaszcza  i 

udał się przez park w miejsca, które teraz nazywał swoim domem. 

background image

Rezydencja  Klingenschoenów,  którą  Qwilleran  odziedziczył,  była  jednym  z  pięciu 

najważniejszych  budynków  przy  Park  Circle,  gdzie  odnoga  Main  Street  okrążała  niewielki 

trawiasty  skwer  z  kamiennymi  ławkami  i  kamienną  fontanną.  Po  jednej  stronie  okrągłego 

parku  stały  kościoły  Old  Stone,  Little  Stone  i  sędziwy  budynek  sądu  okręgowego.  Po 

przeciwnej stronie parku znajdowała się biblioteka publiczna i rezydencja K,  jak ją nazywali 

mieszkańcy.  Była  to  masywna  bryła  z  kamienia  polnego,  wysoki  na  dwa  piętra  budynek, 

który królował na przynależnych do niego rozległych terenach w przekonaniu, że to on góruje 

nad wszystkimi gmachami w mieście, robi największe wrażenie i jest najdroższy. 

Dla  człowieka,  który  zamierzał  spędzić  dorosłe  życie  w  wynajętych  mieszkaniach  i 

hotelach,  żyjąc  po  cygańsku,  pałacowa  rezydencja  była  niewygodna  i  kłopotliwa.  Kiedyś 

Qwilleran  będzie  mógł  zapisać  ją  na  własność  miastu  w  charakterze  muzeum,  lecz  póki  co 

przez  pięć  lat  skazany  był  na  życie  w  stylu  Klingenschoenów,  obnoszących  się  ze  swoim 

bogactwem:  w  przestrzennych  pokojach  z  sufitami  wysokimi  na  cztery  metry,  bogato 

zdobionymi  drewnem;  wśród  ton  kryształowych  żyrandoli  i  na  kilometrach  orientalnych 

dywanów;  wśród  bezcennych  antyków  z  Francji  i  Anglii  oraz  innych  dzieł  sztuki  wartych 

miliony. 

Qwilleran  rozwiązał  ten  problem,  przeprowadzając  się  do  dawnej  służbówki, 

znajdującej  się  nad  garażem,  podczas  gdy  gospodyni  zajmowała  urządzony  z  przepychem 

apartament francuski w głównej części domu. 

Iris Cobb  nie  była taką zwykłą gospodynią.  Dawniej  sprzedawała  i wyceniała antyki 

na  Nizinach,  teraz  pełniła  funkcję  zarządczyni  domu  i  kuratora  przechowywanej  w  nim 

kolekcji  zabytków  oraz  owego  arcydzieła  architektury,  które  zostało  przeznaczone  na 

muzeum.  Miała  także  obsesję  na  punkcie  kuchni  i  lubiła  na  ten  temat  trajkotać  -  w 

wyblakłym,  różowym  fartuchu,  który  opinał  jej  przysadzistą  figurę.  Pomimo  kwalifikacji 

zawodowych owdowiała pani Cobb wypiekała bez końca ciastka i babki, którymi dogadzała 

mężczyznom, a poprzez swoje grube oprawki okularów spoglądała na nich z uwielbieniem. 

Pani  Cobb  czekała  na  wracającego  po  pogrzebie  Qwillerana  z  krzepiącą  potrawką  z 

ostrygami. 

-  Wyjrzałam  przez  okno  i  zobaczyłam  tyle  samochodów  -  powiedziała.  -  Kondukt 

musiał mieć chyba z pół mili! 

-  Najdłuższy  w  historii  Pickax  -  odparł  Qwilleran.  -  To  był  nie  tylko  pogrzeb 

człowieka, ale być może również koniec stuletniej gazety. 

background image

- Czy widział pan wdowę? Ona musi to bardzo ciężko przeżywać - pani Cobb odniosła 

się emocjonalnie do kobiety, która straciła męża, ponieważ sama przeszła dwa razy przez taką 

samą tragedię. 

-  Pani  Goodwinter  towarzyszyło  troje  dorosłych  dzieci,  a  także  pewna  starsza  pani, 

prawdopodobnie pani Gage, babcia Juniora. Była malutka, ale tak wyprostowana jak niejeden 

generał... Jakieś telefony w czasie mojej nieobecności, pani Cobb? 

-  Nie,  tylko  pomocnik  kelnera  z  „Old  Stone  Mill”  przyniósł  ciasteczka  z  wątróbki 

wieprzowej.  To  nowy  pomysł  i  szef  kuchni  chciałby  poznać  pana  opinię.  Włożyłam  je  do 

zamrażarki. 

Qwilleran chrząknął z niesmakiem. 

- Już ja wystawię temu błaznowi opinię, i to szybko! Nie wziąłbym do ust ciasteczka z 

wątróbki wieprzowej, nawet gdyby mi za to zapłacił! 

- Och, panie Q, to nie jest jedzenie dla ludzi. To dla kotów. Szef kuchni wymyślił linię 

mrożonych obiadów dla wybrednych zwierząt domowych. 

-  No  dobrze,  w  takim  razie  niech  pani  wyjmie  kilka  z  zamrażalnika  i  proszę  je  dać 

naszym rozpieszczonym zwierzakom na kolację. Przy okazji, czy nie zauważyła pani jakichś 

książek  na podłodze w  bibliotece?  Koko strąca  je z półki, a  ja  nie pochwalam  jego nowego 

hobby. 

- Dziś rano sprzątałam i nic nie zauważyłam. 

-  Szczególnie podobają  mu  się te  małe tomy Szekspira, oprawione w  świńską skórę. 

Wczoraj na podłodze znalazłem Hamleta

Za grubymi szkłami okularów oczy pani Cobb błysnęły szelmowsko: 

- Planuję omlet na kolację. Myśli pan, że on o tym wie? 

- Pani Cobb, czasem dziwne rzeczy mu chodzą po głowie, ale do tego by się chyba nie 

zniżył  -  powiedział  Qwilleran.  -  Co  dziś  mamy?  Poniedziałek?  Domyślam  się,  że  pani 

wychodzi dziś wieczór. Jeżeli tak, to nakarmię koty. 

Twarz gospodyni rozpromieniła się. 

-  Herb  Hackpole  zabiera  mnie  na  kolację,  mówił,  że  w  wyjątkowe  miejsce.  Mam 

nadzieję,  że to „Old Stone Mill”.  Ludzie  mówią,  że odkąd  mają  nowego kucharza,  jedzenie 

jest tam wyśmienite. 

Qwilleran nastroszył wąsy na znak dezaprobaty. 

- Był już najwyższy czas, żeby ten dusigrosz zabrał panią na kolację! Zdaje mi się, że 

zawsze przychodzi pani do niego i gotuje mu na miejscu. 

- Ale ja to lubię! - odparła pani Cobb z błyszczącymi oczami. 

background image

Hackpole  był  sprzedawcą  używanych  samochodów.  Miał  okropną  reputację,  ale  jej 

wydawał  się  atrakcyjny.  Mężczyzna  miał  na  rękach  wytatuowane  czerwone  diabły, 

przerzedzone  włosy,  które  nosił  obcięte  krótko,  po  żołniersku,  często  się  nie  golił,  ale  ona 

lubiła  mężczyzn  z  zarostem.  Qwilleran  przypomniał  sobie  jej  ostatniego  męża,  który  był 

wyjątkowym gburem, tymczasem ona bardzo go kochała. Teraz, odkąd zaczęła się spotykać z 

Hackpole'em, jej okrągła, radosna twarz promieniała jeszcze bardziej. 

- Jeżeli chce pan kogoś zaprosić na kolację - powiedziała pani Cobb - to można podać 

pieczoną  szynkę,  do  której  dorobię  sałatkę  imbirowo-gruszkową,  jeśli  pan  chce,  i  włożę 

słodkie ziemniaki w naczyniu żaroodpornym do piekarnika. Wszystko, co pan będzie musiał 

zrobić, to wyjąć je, kiedy zadzwoni dzwonek. - Wiedziała doskonale, że w kuchni Qwilleran 

jest zupełnie bezradny. 

- To bardzo miłe z pani strony, dziękuję - odparł. - Może zaproszę panią Duncan. 

-  Och,  to  świetna  myśl!  -  stwierdziła  gospodyni  z  konspiracyjną  miną,  jakby 

wyczuwała romans. - Nakryję intarsjowany stół w bibliotece, położę obrus z haftem madera, 

ustawię świece i tak dalej. Będzie miło i przytulnie dla dwojga. Pan O'Dell może przygotować 

drewno jabłoni do rozpalenia w kominku. Pachnie przecudownie! 

- Niech pani nie tworzy zbyt uwodzicielskiej atmosfery - zaniepokoił się Qwilleran. - 

To bardzo dystyngowana dama. 

- To jest przemiła osoba, panie Q, i w odpowiednim dla pana wieku, jeśli wolno mi tak 

powiedzieć.  Nigdy  bym  nie  powiedziała,  że  jest  bibliotekarką,  to  naprawdę  osoba  z 

charakterem! 

-  Taka  teraz  moda  -  zauważył.  -  Mniej  książek,  a  więcej  kaset  wideo...  i  przyjęć  z 

szampanem... no i więcej charakteru. 

Po  lunchu Qwilleran przespacerował się wzdłuż Park  Circle do biblioteki publicznej, 

która  przypominała  grecką  świątynię.  Została  ona  zbudowana  na  przełomie  wieków  przez 

założyciela  „Picayune”,  Ephraima  Goodwintera,  którego  portret  wisiał  w  hallu.  Mimo  tego 

był on częściowo zakryty przez ekspozycję nowych materiałów wideo, w dodatku płótno było 

rozcięte, a uszkodzenie naprawiono bardzo nieudolnie. 

Tłum dzieciaków wracających ze  szkoły  nie zdążył  jeszcze wtargnąć do biblioteki w 

celu  odrabiania  prac  domowych,  więc  wszystkie  cztery  młode  i  sympatyczne  bibliotekarki 

pospieszyły  Qwilleranowi  na  spotkanie.  Krzaczasty  wąs  i  pełne  smutku  oczy  zawsze 

podobały  się  młodym  kobietom.  Co  więcej,  Qwilleran  zasiadał  w  komisji  zarządzającej 

biblioteką, a poza tym był najbogatszym człowiekiem w mieście. 

background image

Zadał  bibliotekarkom proste pytanie,  a one rzuciły  się  naraz w różnych kierunkach - 

jedna  do  katalogu,  jedna  do  półki  z  pozycjami  dotyczącymi  miejscowej  historii,  a  dwie  do 

komputera.  Odpowiedź ze wszystkich źródeł  była negatywna.  Podziękował  im  i udał się do 

biura pani dyrektor biblioteki, które mieściło się na antresoli. 

Pogrążony  w  przyjemnych  myślach  Qwilleran  pokonywał  po  trzy  schody  naraz,  w 

ręku  trzymając  swoją  grubą  kurtkę  z  koca  i  myśliwski  kapelusz  z  piórkiem.  Polly  Duncan 

była  czarującą,  choć  tajemniczą  kobietą.  Jej  głos  działał  na  niego  zarówno  kojąco,  jak  i 

inspirująco. 

Wyjrzała zza biurka i uśmiechnęła się do niego serdecznie, ale i rzeczowo. 

- Qwill! Co za miła niespodzianka! Jakież to pilne zadanie sprowadza cię do mnie na 

górę w takim pośpiechu? 

-  Przychodzę  głównie  po  to,  żeby  posłuchać  twojego  melodyjnego  głosu  -  rzekł, 

pozwalając sobie  na trochę więcej  czaru. I  zacytował  jeden ze swoich ulubionych wersów z 

Szekspira: -  Zawsze tak cicho mówiłaś,  miękko,  łagodnie. Taki głos to skarb nieoceniony w 

kobiecie. 

- To z Króla Leara, akt piąty, scena trzecia - odpowiedziała natychmiast. 

-  Polly,  twoja  pamięć  jest  oszałamiająca  -  westchnął.  -  Czy  to  wciąż  jawa,  czy  sny 

jakieś roję?... 

-  To wers Hermii z aktu trzeciego,  sceny drugiej  ze Snu nocy letniej... Nie  bądź taki 

zdziwiony, Qwill. Mówiłam ci, że mój ojciec zajmował się naukowo Szekspirem. Jako dzieci 

znaliśmy  jego  sztuki  tak  dobrze  jak  nasi  rówieśnicy  wyniki  rozgrywek  ligowych...  Czy 

poszedłeś dziś rano na pogrzeb? 

-  Obserwowałem  go  z  parku  i  wpadłem  na  pewien  pomysł.  Według  zastępu  twoich 

ochoczych asystentek nikt do tej pory nie napisał historii „Picayune”. Chciałbym spróbować. 

Jak wiele byłoby przy tym pracy? 

-  Niech  no  pomyślę...  Mógłbyś  zacząć  od  naszych  zbiorów  genealogicznych  o 

Goodwinterach. 

- Czy posiadasz stare numery gazety? 

-  Tylko  z  ostatnich  dwudziestu  lat.  Przedtem  wszystko  zostało  zniszczone  przez 

myszy,  pęknięte  rury  lub  z  powodu  złego  gospodarowania  zbiorami.  Jestem  pewna,  że 

redakcja „Picayune” ma komplet. 

- Czy jest ktoś, z kim mógłbym porozmawiać? Ktoś, kto sięga pamięcią sześćdziesiąt, 

siedemdziesiąt pięć lat wstecz? 

background image

-  Mógłbyś  spróbować  w  Klubie  Złotej  Jesieni.  Wszyscy  są  tam  po  osiemdziesiątce. 

Przewodniczącą klubu jest Euphonia Gage. 

- To ta pani, która jeździ mercedesem i często trąbi klaksonem? 

- Bardzo zwięzła charakterystyka! Senior Goodwinter był jej zięciem. Euphonia Gage 

słynie z brutalnej szczerości, toteż mogłaby dostarczyć bardzo ciekawych informacji. 

- Polly, jesteś skarbem! Przy okazji, czy masz dziś wieczorem czas, żeby zjeść razem 

kolację?  Pani  Cobb  przygotowuje  posiłek,  który  jest  za  dobry  dla  jednego  samotnego 

kawalera. Pomyślałem, że mogłabyś się zgodzić, byśmy zjedli go razem. 

-  Wybornie!  Nie  mogę  zostać  za  długo,  ale  mam  nadzieję,  że  starczy  nam  czasu  na 

czytanie na głos po kolacji. Masz wspaniały głos, Qwill. 

-  Dziękuję  -  pogładził  swoje  wąsy  z  ochotą.  -  Pójdę  do  domu  i  przepłuczę  sobie 

gardło. 

Gdy odwracał się do wyjścia, zerknął przez balustradę do czytelni. 

- Kim jest tamten mężczyzna ze stosem książek na stole? 

-  Historyk  z  Nizin,  badający  wczesny  okres  eksploatacji  kopalń.  Zapytał,  czy  mogę 

mu polecić  jakieś dobre  restauracje,  a  ja zasugerowałam  „Stefanię”  i  „Old Stone Mill”.  Czy 

masz jakieś inne pomysły? 

- Myślę, że mam - powiedział Qwilleran. 

Nałożył  szybko  kapelusz  na  głowę  i  zawadiacko  go  przekrzywił.  Obszedł  dookoła 

balkon  w  swoich  żółtych  gumiakach,  zatrzymując  się  przy  stole,  przy  którym  siedział 

nieznajomy. 

Parodiując przyjaznego mieszkańca Północy, rzekł: 

- Dzień doberek! Tamta pani mówi, że szukasz pan dobrej miejscówki z żarciem. Jak 

ma być coś naprawdę dobrego, to polecam „Otto's Tasty Eats”. Wszystko można tam dostać 

za jedyne pięć dolców. Pan tu u nas długo zabawi? 

-  Dopóki  nie  skończę  pracy  -  odpowiedział  lakonicznie  historyk,  pochylając  się  nad 

swoją książką. 

-  Jeżeli  chciałbyś  pan  sobie  strzelić  piwko,  warto  zajrzeć  do  „Hotel  Booze”.  Mają 

także dobre hamburgery. 

- Dziękuję - odpowiedział mężczyzna z lekceważeniem w głosie. 

- Widzę, że czytasz pan o starych kopalniach. Mój dziadzio zginął podczas tąpnięcia w 

jednej z nich w 1913 roku. Jeszcze nie było mnie wtedy na świecie. Widziałeś pan już jakieś 

stare kopalnie? 

- Nie - powiedział mężczyzna, zatrzaskując książkę i odchylając swoje krzesło do tyłu. 

background image

- Niedaleko stąd jest Dimsdale. Mają tam tanią restauracyjkę. Dobre miejsce, by zjeść 

talerz fasoli i parówki. 

Nieznajomy  poszedł  szybko  w  stronę  schodów,  ściskając  czarny  płaszcz 

przeciwdeszczowy. 

Qwilleran wyprostował kapelusz, zabrał kurtkę i poszedł w swoją stronę, zadowolony, 

że  rozzłościł  mężczyznę  i  dał  taki  występ.  Wiedział,  że  facet  nie  był  tym,  za  kogo  się 

podawał, bo w oczywisty sposób wykazał brak zainteresowania tematem kopalń. 

O  siedemnastej  trzydzieści  Herb  Hackpole  przyjechał,  by  zabrać  swoją  partnerkę  na 

kolację, parkując na podjeździe i trąbiąc w klakson. Pani Cobb czmychnęła tylnymi drzwiami 

podekscytowana jak młoda dziewczyna przed pierwszą randką. 

O  siedemnastej  czterdzieści  pięć  Qwilleran  nakarmił  koty.  Ciasteczka  z  wątróbki 

wieprzowej  po  rozmrożeniu  przypominały  odrażającą  szarą  papkę,  ale  syjamczyki 

przycupnęły  nad  talerzami  i  pochłonęły  wynalazek  szefa  kuchni  z  ogonami  nisko  nad 

podłogą, co zwiastowało całkowite usatysfakcjonowanie. 

O  osiemnastej  przybyła  Polly  Duncan,  pieszo,  zostawiając  swój  mały,  sześcioletni 

samochód  w  kolorze  rdzawoczerwonym  z  tyłu  biblioteki.  Jeżeli  zauważono  by  go  na 

okrężnym  podjeździe  rezydencji  K,  plotkom  w  Pickax  nie  byłoby  końca.  Wiadomo  było, 

czym kto jeździ: marka, model, rok produkcji i kolor. 

Polly  nie  była  ani  młoda,  ani  szczupła  jak  te  kobiety  robiące  karierę,  z  którymi 

umawiał się na Nizinach, ale była interesującą kobietą o głosie, od którego czasem kręciło mu 

się  w  głowie.  Wyglądała  przy  tym,  jakby  dało  się  ją  z  łatwością  objąć  i  unieść,  chociaż 

jeszcze  tego  nie  sprawdził.  Bibliotekarka  utrzymywała  pewien  dystans,  mimo  wyrazów 

przyjaźni, i zawsze stanowczo zapewniała, że musi wcześnie wracać do domu. 

Przywitał  ją  w  drzwiach  wejściowych,  które  były  arcydziełem  sztuki  stolarskiej  i 

lśniły od polerowanych okuć z mosiądzu. 

- Gdzie ten śnieg, który obiecywano? - spytał. 

-  W  listopadzie  stacja  PKX  FM  codziennie  zapowiada  śnieg  dla  zasady  -  odparła  -  i 

wcześniej  czy  później  okazuje  się,  że  mieli  rację...  Ten  dom  nigdy  nie  przestanie  mnie 

zachwycać! 

Wpatrywała  się  ze  zdumieniem  w  skórzane  ściany  hallu  o  barwie  bursztynowej  i  w 

ogromne  schody,  ekstrawagancko  szerokie,  z  misternie  wykonaną  balustradą.  Olśniewający 

żyrandol zrobiony był z kryształu Baccarat. Dywany były antykami z tureckiej Anatolii. 

-  Ten  dom  nie  powinien  znajdować  się  w  Pickax,  tylko  w  Paryżu.  Zadziwiające,  że 

Klingenschoenowie posiadali tyle skarbów i nikt o tym nie wiedział. 

background image

- To był rodzaj zemsty za brak społecznej akceptacji - Qwilleran prowadził ją na tyły 

domu.  -  Kolację zjemy w  bibliotece, ale pani Cobb chciała,  żebym pokazał ci  jej przenośny 

ogród ziołowy w oranżerii. 

Pokój  z  kamienną  podłogą  był  w  znacznej  części  przeszklony  i  chlubił  się  plantacją 

wiekowych  kauczukowców.  Przez  cały  rok  stały  tam  wiklinowe  krzesła  do  letniego 

wypoczynku,  a  dodatkiem  zimowym  był  kuty  żelazny  wózek  z  ośmioma  glinianymi 

doniczkami, na których widniały etykietki: mięta, koper, tymianek, bazylia i lubczyk. 

- W ciągu dnia wózek przesuwamy dookoła pomieszczenia, żeby padało na niego jak 

najwięcej  słońca  -  wyjaśnił.  -  To  znaczy,  o  ile  meteorolodzy  PKX  FM  zapewnią  nam 

jakiekolwiek słońce. 

Polly skinęła głową. 

-  Zioła  lubią  słońce,  ale  nie  za  wiele  gorąca.  Gdzie  pani  Cobb  znalazła  to  sprytne 

urządzenie? 

- Sama je zaprojektowała, a jej przyjaciel wykonał to w swojej spawalni. Możliwe, że 

znasz pana Hackpole'a, sprzedawcę używanych aut. 

-  Tak,  jego  warsztat  właśnie  zabezpieczył  mój  samochód  przed  mrozem.  Jak  ci  się 

jeździ tym nowym samochodem z napędem na przednią oś, Qwill? 

- Będę lepiej zorientowany, jak spadnie śnieg. 

W bibliotece światła były zapalone, polana płonęły w kominku, a na stole pysznił się 

olśniewający  serwis  z  porcelany,  kryształu  i  srebra.  Cztery  ściany  książek  były  ozdobione 

wspaniałymi popiersiami Homera, Dantego i Szekspira. 

- Czy Klingenschoenowie czytali te książki? - spytała Polly. 

-  Myślę,  że  były  raczej  na  pokaz,  jeśli  pominąć  zbiorek  pikantnych  powieści  z  lat 

dwudziestych. Znalazłem na strychu pudełka z kryminałami i romansami w miękkiej oprawie. 

-  Przynajmniej  coś  czytali.  Jest  jeszcze  jakaś  nadzieja  dla  słowa  drukowanego.  - 

Wręczyła  mu  książkę  z  przetartą  i  wyblakłą  okładką.  -  Mam  tu  coś,  co  mogłoby  cię 

zainteresować, Malownicze miasto Pickax, to książka wydana przez Klub Entuzjastów przed 

pierwszą  wojną  światową.  Na  stronie  z  zakładką  jest  zdjęcie  budynku  „Picayune”  z 

pracownikami na chodniku. 

Qwilleran  znalazł  zdjęcie  przedstawiające  zatroskane  twarze  mężczyzn  z  sumiastymi 

wąsami, w wysokich kołnierzach, skórzanych fartuchach, o podkrążonych oczach, z opaskami 

na rękach i włosami wysmarowanymi brylantyną, z przedziałkiem pośrodku. 

- Wyglądają, jakby stali przed plutonem egzekucyjnym - powiedział. - Dzięki. Przyda 

się. 

background image

Nalał dla gościa aperitif. Wybrała wytrawne sherry, jeden kieliszek, i to wszystko. Dla 

siebie nalał sok z białych winogron. 

Votre santé! - wzniósł toast, patrząc jej w oczy. 

Santé! - odpowiedziała powściągliwym spojrzeniem. 

Miała  na  sobie  szary,  ponury  garnitur,  białą  bluzkę  i  rdzawoczerwone  mokasyny,  co 

było  prawdopodobnie  jej  ubraniem  roboczym,  które  ożywiła  jedynie  apaszką  w  tureckie 

wzory.  Moda  nie  należała  do  jej  pasji,  także  jej  prosta  fryzura  nie  odpowiadała  ostatnim 

trendom, ale jej głos... ! Był jak zawsze miękki, delikatny i niski, a poza tym znała Szekspira 

na wylot. 

Po chwili milczenia, kiedy Qwilleran zastanawiał się, o czym Polly myśli, rzekł: 

-  Czy  pamiętasz  tego  tak  zwanego  historyka  z  twojej  czytelni?  Miał  stos  książek  o 

eksploatacji starych kopalń. Wątpię, żeby powiedział nam prawdę. 

- Dlaczego tak uważasz? 

- Jego zrelaksowana poza. Sposób, w jaki trzymał książkę. Nie okazywał namiętnego 

głodu wiedzy i nie robił notatek. Czytał bezmyślnie dla zabicia czasu. 

- To kim on jest? Dlaczego miałby ukrywać swoją tożsamość? 

- Myślę, że pracuje dla wydziału śledczego, narkotyki, FBI, coś takiego. 

Polly spojrzała sceptycznie. 

- W Pickax? 

- Jestem przekonany, że jest co najmniej kilka trupów w tutejszych szafach, o których 

zresztą  większość  mieszkańców  wie  wszystko.  Macie  tu  plotkarstwo  rozwinięte  na 

światowym poziomie. 

-  Nie  nazwałabym  tego  plotkarstwem  -  powiedziała  obronnie.  -  W  małych  miastach 

ludzie  dzielą  się  informacjami.  To  przejaw  zainteresowania  życiem  społeczności,  do  której 

należą. 

Qwilleran podniósł cynicznie brew. 

-  A  zatem  najlepiej,  żeby  tajemniczy  nieznajomy  zakończył  swoje  zadanie  przed 

opadem śniegu, bo będzie zaśmiecał twoją czytelnię aż do wiosennej odwilży... Inne pytanie. 

Co się stanie z „Picayune” po odejściu Seniora Goodwintera? Jakieś przypuszczenia? 

- Prawdopodobnie umrze cichą śmiercią jako idea, która już przeżyła swój czas. 

- Jak dobrze znałaś rodziców Juniora? 

- Tylko okazjonalnie. Senior Goodwinter był pracoholikiem. Miły człowiek, ale nieco 

aspołeczny. Gritty lubi życie wyższych sfer poza miastem: golf, karty, przyjęcia połączone z 

background image

tańcami. Chciałam, żeby zasiadała w komisji zarządzającej biblioteką, ale nie było to dla niej 

zbyt interesujące. 

- Gritty? Czy to imię pani Goodwinter? 

- W zasadzie Gertrude, ale jest tu grupa osób, która trzyma się dziecinnych przezwisk: 

Muffy,  Buffy,  Bunky  czy  Dodo.  Muszę  przyznać,  że  pani  Goodwinter  ma  dużo  odwagi,  na 

dobre i na złe. Jest jak jej matka. Euphonia Gage to kobieta z ikrą. 

Oddalony  dzwonek  zadzwonił  i  Qwilleran  zapalił  świece,  wrzucił  do  odtwarzacza 

kasetę z muzyką Faurego i podał kolację. 

- Najwyraźniej znasz wszystkich w Pickax - zauważył. 

-  Jak  na  nowo  przybyłą  jakoś  sobie  radzę.  Mieszkam  tu  dopiero...  od  dwudziestu 

pięciu lat. 

- Miałem przeczucie, że pochodzisz ze wschodu. Z Nowej Anglii? 

Skinęła głową. 

-  W  czasie  studiów  wyszłam  za  mieszkańca  Pickax  i  przyjechaliśmy  tutaj,  by 

pokierować jego rodzinną księgarnią. Niestety, została zamknięta zaraz po tym, jak mój mąż 

zginął, ale ja już nie chciałam wracać na wschód. 

- Musiał być bardzo młody. 

-  Bardzo. Był w ochotniczej straży pożarnej.  Pamiętam ten suchy  i wietrzny dzień w 

sierpniu. Nasza księgarnia mieściła się obok budynku straży i kiedy zawyły syreny, mój mąż 

wybiegł ze sklepu. Ulica natychmiast się zablokowała, a mężczyźni zbiegali się ze wszystkich 

stron,  biegli,  co  sił  w  nogach,  tupiąc  i  machając  rękoma.  Mechanik  ze  stacji  benzynowej, 

jeden  z  młodych  pastorów,  barman,  mężczyzna  ze  sklepu  żelaznego  -  wszyscy  biegli,  jak 

gdyby  od  tego  zależało  ich  życie.  Samochody  i  ciężarówki  zatrzymywały  się  i  parkowały 

gdziekolwiek,  a kierowcy wyskakiwali  i  biegli do straży. Do tego czasu ogromne drzwi  już 

otwarto,  a  wóz  strażacki  i  beczkowóz  były  wyprowadzane  z  mężczyznami  zwisającymi  u 

boku. 

- Doskonale to opisujesz, Polly. 

Łzy naszły jej do oczu. 

- To był pożar stodoły, a on zginął przygnieciony spadającą drewnianą belką. 

Nastała długa cisza. 

- To bardzo przykra historia - powiedział Qwilleran. 

- Strażacy byli tacy sumienni. Kiedy syreny wyły, rzucali wszystko i biegli. W środku 

nocy budzili się z mocnego snu, wciągali jakieś ubrania i biegli. Mimo to byli krytykowani: 

przyjechali  za  późno...  niewystarczająco  licznie...  nie  napompowali  wystarczającej  ilości 

background image

wody...  sprzęt  się  zepsuł  -  westchnęła.  -  Bardzo  się  starali.  I  dalej  to  robią.  Wszyscy  są 

ochotnikami, sam wiesz. 

-  Junior  Goodwinter  jest  ochotnikiem  -  Qwilleran  rzekł  -  i  dźwięk  jego  pagera  cały 

czas mu coś przerywa... Co zrobiłaś po tym wietrznym dniu w sierpniu? 

- Poszłam do pracy w bibliotece i teraz jestem zadowolona. 

-  Pickax  ma  ludzką  twarz,  która  -  cóż  można  rzec  -  jest  pocieszająca  i  działa 

uspokajająco. Czemu jednak wszyscy mamy obsesję na punkcie prognoz pogody? 

- Żyjemy bliżej żywiołów - odpowiedziała Polly. - Pogoda ma wpływ na wszystko: na 

rolnictwo,  wyrąb  lasów,  połowy  ryb  czy  na  sporty  na  wolnym  powietrzu.  Wszyscy  też 

przemierzamy  duże  odległości  po  stanowych  drogach.  W  czasie  kiepskiej  pogody  nie  ma 

możliwości wezwania taksówki. 

Pani  Cobb  zostawiła  nastawiony  ekspres  do  kawy  i  mus  czekoladowy  w  lodówce, 

więc posiłek mile się zakończył. 

- Gdzie koty? - spytała Polly. 

-  Siedzą  zamknięte  w  kuchni.  Koko  zrzuca  ostatnio  książki  z  półek.  Myśli,  że  jest 

bibliotekarzem.  Yum  Yum  z  kolei  jest  kotką,  która  próbuje  upolować  swój  ogon  i  kradnie 

spinacze do papieru albo chowa różne rzeczy pod dywan. Za każdym razem, kiedy wchodzę 

na  taki  guz  na  dywanie,  wzdrygam  się.  Czy  to mój  zegarek  na  rękę?  Czy  mysz?  Czy  moje 

okulary do czytania? Czy zgnieciona koperta z pojemnika na śmieci? 

- Jakie tytuły poleca Koko? 

-  Dostał  bzika  na  punkcie  Szekspira  -  odparł  Qwilleran  -  co  może  mieć  związek  z 

oprawami ze świńskiej skóry. Zaraz przed tym, jak przyszłaś, zrzucił z półki Sen nocy letniej

-  A  to  ci  zbieg  okoliczności  -  powiedziała.  -  Noszę  imię  po  jednej  z  bohaterek.  - 

Zatrzymała się, czekając, aż zgadnie. 

- Hipolita? 

-  Zgadza  się!  Mój  ojciec  wszystkim  nam  nadał  imiona  bohaterów  sztuk  Szekspira. 

Moi bracia to Marek Antoniusz i Brutus, a moja biedna siostra Ofelia musiała znosić sprośne 

uwagi  aż  do  piątej  klasy...  Dlaczego  nie  wypuścisz  kotów?  Chciałabym  zobaczyć  Koko  w 

akcji. 

Kiedy  koty  już  zostały  wypuszczone,  Yum  Yum  weszła  z  gracją  do  biblioteki, 

stawiając łapy jedna naprzeciw drugiej i szukając wolnych kolan,  Koko zaś, obnosząc się ze 

swoją  niezależnością,  nie  pokazał  się  od  razu.  W  końcu  Qwilleran  oraz  jego  gość  usłyszeli 

stuk  i  zorientowali  się,  że  Koko  jest  już  w  pokoju.  Na  podłodze  leżał  cienki  tom  Sławnej 

historii żywota króla Henryka VIII

background image

-  Musisz  przyznać,  że  on  wie,  co  robi  -  westchnął  Qwilleran.  -  W  tej  sztuce  jest 

porywająca rola dla kobiety - w scenie, kiedy dochodzi do konfrontacji pomiędzy królową a 

dwoma kardynałami. 

- To niesamowite! - odrzekła. - Katarzyna zarzeka się, że jest biedną, słabą kobietą, a 

tymczasem  rozprawia  się  ostro  z  dwoma  wykształconymi  mężczyznami.  „Macie  twarze 

anielskie,  ale  serca  wasze  zna  tylko  Niebo”.  Qwill,  czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się  nad 

prawdziwą tożsamością Szekspira? 

- Czytałem, że sztuki mogły zostać napisane przez Jonsona albo Oxforda. 

-  Ja  uważam,  że  Szekspir  był  kobietą.  Tyle  jest  tam  wyrazistych  kobiecych  ról  i 

wspaniałych wystąpień kobiet. 

- Są też wyraziste męskie role i wspaniałe wystąpienia mężczyzn - odpowiedział. 

-  Tak,  ale  twierdzę,  że  to  kobieta  może  stworzyć  wyraziste  role  dla  mężczyzn  z 

większym powodzeniem, niż mężczyzna może napisać dobre role dla kobiet. 

- Hmmm - mruknął grzecznie Qwilleran. 

Koko  siedział  teraz  wysoko  na  biurku,  czekając  pewnie  na  coś,  więc  Qwilleran 

zrozumiał, że  musi przeczytać prolog z tej  sztuki. Potem Polly odczytała scenę konfrontacji 

królowej w poruszający sposób. 

- Miau! - odezwał się Koko. 

-  A  teraz  muszę  iść  -  powiedziała  Polly  -  zanim  mój  gospodarz  domu  zacznie  się 

denerwować. 

- Twój gospodarz? 

-  Pan  MacGregor,  który  jest  miłym  starszym  wdowcem  -  wyjaśniła.  -  Wynajmuję 

domek na jego farmie, a on uważa, że kobiety nie powinny same w nocy wychodzić z domu. 

Siedzi, czekając na mnie, kiedy dojadę. 

-  Czy  próbowałaś  kiedyś  zastosować  na  nim  swoją  teorię  o  Szekspirze?  -  zapytał 

Qwilleran. 

Po  tym,  jak  Polly  uprzejmie  podziękowała  i  szybko  się  pożegnała,  Qwilleran 

powątpiewał w jej wymówkę, żeby wyjść wcześnie. Dobrze, że chociaż Koko nie wyprosił jej 

z domu, jak to zwykł dawniej robić w stosunku do kobiecych gości. To był dobry znak. 

Qwilleran sprzątał naczynia po kolacji i kuchnię,  kiedy ze swojej randki wróciła pani 

Cobb, zarumieniona i szczęśliwa. 

- Och, nie musi pan tego robić, panie Q - powiedziała. 

- Żaden kłopot. Dziękuję za wyśmienite danie. Jak się udał wieczór? 

background image

-  Poszliśmy  do  „Old  Stone  Mill”.  Jedzenie  jest  tam  teraz  znacznie  lepsze.  Zjadłam 

wspaniałego  pstrąga  z  nadzieniem  w  winnym  sosie.  Herb  zamówił  stek  Diany,  ale  nie 

smakował mu sos. 

Ten facet, pomyślał Qwilleran, wolałby pewnie keczup. Do pani Cobb zaś powiedział: 

- Pani Duncan opowiadała mi o jednostce ochotniczej straży pożarnej. Czy Hackpole 

nie jest także strażakiem? 

-  Tak,  i  ma  za  sobą  kilka  emocjonujących  doświadczeń,  jak  wynoszenie  dzieci  z 

płonącego  budynku,  reanimacja  za  pomocą  sztucznego  oddychania  i  masażu  serca  czy 

wyganianie krów z płonącej stodoły! 

Interesujące, o ile prawdziwe, pomyślał. 

-  Następnym  razem,  kiedy  panią  odprowadzi,  proszę  go  zaprosić  na  kielicha  - 

zasugerował. - Chciałbym się dowiedzieć, jak działa taki oddział straży w małym mieście. 

- Och, dziękuję, panie Q! Będzie zachwycony. Myśli, że go pan nie lubi, bo podał go 

pan do sądu. 

-  Nic takiego się  nie stało.  Po prostu zaprotestowałem  przeciwko byciu atakowanym 

przez  psa,  który  zgodnie  z  prawem  powinien  być  uwiązany.  Jeżeli  pani  go  lubi,  pani  Cobb, 

jestem pewny, że to dobry człowiek. 

Kiedy  Qwilleran  zamykał  dom  na  noc,  zadzwonił  telefon.  Był  to  głos  Juniora 

Goodwintera, terkoczącego w podnieceniu: 

- Przyjeżdża! Przylatuje tu jutro! 

- Kto przyjeżdża? 

-  Fotoreporterka,  którą  poznałem  w  klubie  prasowym.  Mówi,  że  „Fluxion”  jutro 

puszcza tę rubrykę,  która  będzie w tym tygodniu  w całym kraju. Chce więc dać reportaż ze 

zdjęciami do jakiegoś tygodnika - póki temat jest na czasie. 

- Czy powiedziałeś jej... o swoim ojcu? 

-  Mówi, że tym  bardziej trzeba to zrobić,  że temat będzie  jeszcze  bardziej  na  czasie. 

Muszę  odebrać  ją  z  lotniska  jutro  rano.  Mamy  zamiar  znaleźć  jakichś  weteranów,  którzy 

dawniej  pracowali  dla  „Picayune”,  i  namówić  ich,  by  pozowali  do  zdjęć.  Czy  zdajesz  sobie 

sprawę,  ile  to  może  zmienić?  Wszyscy  usłyszą  o  Pickax,  a  „Picayune”  być  może  znów 

zacznie  przynosić  zyski,  jeśli  stąd  i  z  owąd  zaczniemy  otrzymywać  nowe  subskrypcje  na 

prenumeratę. 

Dziwne rzeczy się dzieją, pomyślał Qwilleran. 

-  Zadzwoń  do  mnie  jutro  wieczorem  po  zdjęciach.  Daj  mi  znać,  jak  poszło,  i 

powodzenia! 

background image

Kiedy  odkładał  słuchawkę  na  miejsce,  usłyszał  miękki  stuk,  jakby  następna  książka 

wylądowała  na  dywanie  z  Buchary.  Koko  siedział  na  półce  z  Szekspirem  i  wyglądał  na 

dumnego z siebie. 

Qwilleran podniósł książkę i rozprostował pogniecione kartki. To był znowu Hamlet

Jego uwagę przykuła linijka z pierwszej sceny: „Biła dwunasta; do łoża”. 

Zwrócił się do kota, mówiąc: 

- Możesz sobie myśleć, że jesteś inteligentny, ale to musi się skończyć! Te książki są 

wydrukowane na delikatnym, biblijnym papierze. Nie znoszą takiego traktowania. 

- Ik ik ik - zauważył Koko, a następnie ziewnął. 

background image

 

Rozdział trzeci 

Wtorek,  dwunasty  listopada.  „Tumany  śniegu  w  ciągu  dnia,  potem  spadek  temperatury  i 

wiatry  przemieszczające  się  w  kierunku  północno-wschodnim”  -  podawała  stacja  PKX  FM, 

więc  pan  O'Dell,  konserwator  domu,  nawoskował  łopaty  do  odgarniania  śniegu  i  sprawdził 

świece zapłonowe w swojej dmuchawie. 

Było  to  dzień  po  udanym  debiucie  ciasteczek  z  wątróbki  wieprzowej;  Qwilleran 

planował zjeść lunch w „Old Stone Mill”, by donieść szefowi kuchni o sukcesie i przy okazji 

rozwiązać zagadkę, która nie dawała mu spokoju. 

Kim był ten szef kuchni? 

Jak się nazywał? 

Skąd pochodził? 

Jakie miał kwalifikacje? 

I dlaczego nikt go dotąd nie widział? 

Restauracja  mieściła  się  w  starym  młynie  z  gigantycznym  kołem  wodnym. 

Odnowiono ją ostatnio w dobrym guście. Kamienne ściany i ogromne drewniane belki zostały 

wyeksponowane;  podłoga  z  klonu  została  wygładzona  i  pomalowana  na  miodowy  kolor. 

Każdy stolik miał widok na koło młyńskie, które skrzypiało i obracało się bez ustanku, mimo 

że woda w młynie wyschła siedemdziesiąt lat wcześniej. Wcześniej mówiono, że jedzenie jest 

tutaj obrzydliwe. 

Potem  restauracja  została  nabyta  przez  przedsiębiorstwo  XYZ  SA  z  Pickax,  czyli 

deweloperów  od  apartamentów  w  dzielnicy  Indian  Village  i  mieszkań  nad  rzeką 

Ittibittiwassee.  Firma  w  granicach  okręgu  posiadała  również  sieć  sklepów  z  artykułami  na 

przyjęcia i zabawy oraz nowy motel w Mooseville. 

Pewnego  dnia  na  spotkaniu  w  izbie  handlowej  pan  X,  czyli  Don  Exbridge  z 

przedsiębiorstwa XYZ, podszedł do Qwillerana. Był to wyprostowany jak świeca, wysoki na 

metr  dziewięćdziesiąt  człowiek  o  uśmiechu,  który  budził  sympatię  i  pomagał  odnosić 

sukcesy. 

- Qwill, masz znajomości w restauracjach na Nizinach - powiedział Exbridge. - Gdzie 

możemy znaleźć dobrego szefa kuchni do „Old Stone Mill”? Najlepiej kogoś, kto lubi otwartą 

przestrzeń i nie będzie mu przeszkadzać mieszkanie na zadupiu. 

- Pomyślę nad tym i zawiadomię cię - obiecał Qwilleran. 

background image

Następnie  w  jego  głowie  zaczęły  kołatać  myśli:  Hixie  Rice,  poprzednia  sąsiadka  na 

Nizinach...  należąca  do  jednego  z  elitarnych  klubów  smakoszy...  Uwielbiała  jeść,  co 

potwierdzała  jej  figura... inteligentna  młoda kobieta, nieszczęśliwa w  miłości... pracowała w 

reklamie  i  marketingu...  a  do  Koko  miała  w  zwyczaju  zwracać  się  po  francusku.  Dlaczego, 

zastanawiał  się  Qwilleran,  wszyscy  spryciarze  pracują  w  reklamie,  podczas  gdy  ciężko 

tyrający, poważni myśliciele zostają dziennikarzami, zarabiając mniej pieniędzy? 

Ostatni raz, kiedy miał kontakt z Hixie, spotykała się z kucharzem i chodziła na kursy 

zarządzania restauracjami. Okazało się, że teraz to właśnie Hixie Rice i jej facet wylądowali 

w Pickax i objęli pieczę nad „Old Stone Mill”. Natychmiast zmienili nudne menu na bardziej 

wyszukane,  ze  świeżymi  dodatkami.  Nowy  szef  przeszkolił  obecną  załogę  kuchni,  schował 

głębokie patelnie i ograniczył użycie soli. 

Kiedy Qwilleran udał się we wtorek na lunch do restauracji „Old Stone Mill”,  ledwo 

poznał poprzednią członkinię Grupy Wsparcia Grubasów. 

-  Hixie,  wyglądasz prawie  jak anorektyczka! -  powiedział. -  Czy przestałaś  nakładać 

masło na bekon i wkładać cukier do polewy karmelowej na lody? 

- Qwill, nie uwierzysz, ale prowadzenie restauracji wyleczyło mnie z obsesji jedzenia - 

zaczęła wyjaśniać. - Całkiem straciłam apetyt. Osiem kilo masła... półmetrowy krążek sera... 

dwieście kurczaków... trzydzieści tuzinów jaj! 

Czy kiedykolwiek widziałeś dwieście gołych kurczaków naraz, Qwill? 

Utrata wagi pozbawiła Hixie również jej astmatycznego, cienkiego głosu, a jej włosy 

wyglądały teraz zdrowo i naturalnie. 

- Wyglądasz świetnie! - skomplementował jej wygląd dziennikarz. 

- I ty, Qwill, wyglądasz super. Twój głos brzmi jednak inaczej. 

- Przestałem palić. Rosemary przekonała mnie do rzucenia fajki. 

- Czy wciąż widujesz Rosemary? 

- Nie, mieszka teraz w Toronto. 

- Cały nasz stary gang smakoszy rozpadł się, ale myślałam, że wy dwoje będziecie się 

trzymać na wieki. 

-  Pomiędzy  Rosemary  i  Koko  zachodziła  zbyt  duża  rozbieżność  charakterów  - 

wyjaśnił. 

Hixie posadziła go w pobliżu obracającego się młyńskiego koła. 

-  Ten stolik uważany  jest za najlepszy -  powiedziała -  chociaż ruch koła sprawia,  że 

niektórzy  nasi  klienci  uskarżają  się  na  chorobę  morską.  To  skrzypienie,  które  doprowadza 

mnie do szału,  i nagranie odtwarzające szum rwącego strumienia ma psychologiczny wpływ 

background image

na  gości  restauracji.  To  oni  w  końcu  zdzierają  dywan  w  drodze  do  sali  wypoczynkowej. 

Polecam dzisiaj gicz jagnięcą z ratatouille

- A co w sprawie świeżego łososia? 

- Już go skreśliliśmy z jadłospisu. Trochę się spóźniłeś. 

-  Ha,  węszę  spisek...  -  powiedział  Qwilleran.  -  Ale  chciałbym  z  tobą  porozmawiać. 

Czy możesz się do mnie przysiąść? 

Zamówił jagnięcinę, a Hixie usiadła przy nim z kieliszkiem campari i papierosem. 

- Co powiedziały Koko i Yum Yum na ciasteczka? - spytała. 

-  Jak  tylko  je  zjadły,  ganiały  się  nawzajem  w  górę  i  na  dół  po  schodach  przez  dwie 

godziny, a oboje są bezpłodni! Czy odkryłaś koci afrodyzjak? 

-  To  dopiero  pierwsze  z  kilku  mrożonek  dla  kotów,  które  chcemy  wprowadzić  na 

rynek. Ludzie z XYZ kryją nas finansowo. Wyborne mrożonki dla kapryśnych kotów! Jak to 

brzmi? 

-  Kiedy ty  i twój partner  zamierzacie wpaść,  by  porozmawiać  z  Koko po francusku? 

Nie widziałaś jeszcze mojej wspaniałej noclegowni, w której teraz mieszkam. 

- Trudno to wszystko pogodzić - powiedziała w tonie przepraszającym. - Pracujemy w 

takich  paskudnych  godzinach.  Nic  mi  o  tym  nie  wspominali  na  kursach.  Nie  narzekam,  tak 

naprawdę nie posiadam się ze szczęścia! Kiedyś byłam na przegranej pozycji, sam wiesz, ale 

wszystko zmieniło się, kiedy znalazłam cudownego mężczyznę. Nie jest pijakiem, nie ma nic 

wspólnego z narkotykami i nie jest mężem innej kobiety. 

- Cieszę się razem z tobą - zapewnił Qwilleran - to kiedy mógłbym faceta poznać? 

- Teraz go tu nie ma. 

- Jak się nazywa? Jak wygląda? 

- Tony Peters, wysoki, blondyn, i bardzo przystojny. 

- Gdzie się nauczył gotować? 

- W Montrealu, w Paryżu... i w innych znanych miejscach. 

-  Chciałbym  poznać  faceta  i  uścisnąć  mu  dłoń.  Ostatecznie  to  ja  jestem 

odpowiedzialny za wasz przyjazd do tego północnego raju. 

-  Obecnie  -  powiedziała  Hixie  -  jest  poza  miastem.  Jego  matka  miała  udar  i  musiał 

lecieć do Filadelfii. 

-  Niech  lepiej  wróci  przed  opadem  śniegu  albo  będzie  musiał  pokonywać  trasę  za 

pomocą rakiet śnieżnych. Po wielkiej śnieżycy zamykają lotnisko. A gdzie mieszkacie? 

- Mamy wyjątkowy apartament w dzielnicy Indian Village. Pan Exbridge pociągał za 

sznurki, żebyśmy mogli w nim zamieszkać. Wiesz, tam jest cała lista oczekujących. 

background image

- A co porabiacie, kiedy macie dzień wolny? 

- Tony pisze książkę kucharską. Ja sprawdzam, co słychać u konkurencji. 

- I co, poczyniłaś jakieś interesujące odkrycia? 

- Obok „Old Stone Mill” najlepsze jedzenie jest w „Stefanii” - powiedziała Hixie - ale 

ich szef kuchni przeżywa jakąś blokadę psychiczną. Zamówiłam nadziewanego karczocha, a 

dostałam awokado. Kiedy kelner  upierał się,  że to karczoch, złapałam talerz  i pognałam  jak 

burza do kuchni, by skonfrontować się z szefem  kuchni,  a ten arogancki gbur  miał czelność 

powiedzieć  mi,  że  nie  odróżniłabym  nadziewanego  karczocha  od  nadziewanego  krokodyla! 

Byłam wściekła! Poinformowałam go, że karczoch należy do rodziny astrowatych, awokado 

zaś jest owocem w kształcie gruszki, który zawdzięcza swoją nazwę słowu w języku nahuatl i 

oznacza jądro, choć i tak uważam, że nic na ten temat nie wiedział! 

- Jak zareagował? 

-  Chwycił  za  topór  i  zaczął  rąbać  piersi  z  kurczaka,  więc  uciekłam,  bo  nie  chciałam 

wzbogacić statystyk zabójstw. 

Później tego samego popołudnia Qwilleran usiadł przy biurku w bibliotece i myślał o Hixie i 

jej tajemniczym towarzyszu.  Koko wskoczył  na  blat biurka, usiadł wysoko  i  nagle podniósł 

głowę. 

-  Czy pamiętasz Hixie? -  zapytał go Qwilleran. -  Brała  lekcje  francuskiego  i  mówiła 

do  ciebie:  Bonjour,  Monsieur  Koko.  Zawsze  angażowała  się  w  związki  z  facetami  z 

marginesu, a teraz ma tego niewidzialnego szefa kuchni. Jest coś dziwnego w tej opowieści o 

nim,  a  w  dodatku  jego  kuchnia  serwuje  świetne  jedzenie.  Przyniosłem  ci  gicz  jagnięcą  w 

eleganckiej torbie. Hixie ucieszyła się, że smakowały ci ciasteczka. 

Koko poruszył się na siedzeniu, zmrużył oczy i zamruczał falsetem: 

- Ik ik. 

W tym momencie pani Cobb zajrzała pytająco do pokoju. 

-  Usłyszałam,  że  pan  rozmawia,  i  myślałam,  że  ma  pan  towarzystwo,  panie  Q. 

Zamierzałam  zaproponować  herbatę  i  ciasteczka.  Właśnie  upiekłam  bezy  kajmakowe  z 

orzeszkami. 

-  Prowadzę  tylko  inteligentną  rozmowę  z  Koko,  tak  jak  doradzała  Lori  Bamba  - 

wyjaśnił. -  Czuję się  jak  idiota,  ale on chyba to lubi.  A  jeśli  idzie o bezy,  chętnie skosztuję, 

tylko zamiast herbaty poproszę o kawę. 

Pani Cobb pośpieszyła do kuchni, a Qwilleran kontynuował. 

background image

-  Tak  więc,  Koko,  dzisiaj  była  wielka  sesja  zdjęciowa  w  redakcji  „Picayune”.  Mam 

nadzieję,  że wyniknie z tego coś dobrego dla  Juniora. Ciekawe, czy weterani  wystarczająco 

długo  wytrzymali,  pozując  do  zdjęć.  Prawdopodobnie  musiano  ich  umocować  drutem  do 

jakichś podpórek. 

Dzień minął bez śnieżycy zapowiadanej w radiu, za to temperatura gwałtownie spadła. 

Późnym wieczorem Qwilleran słuchał prognozy pogody, kiedy w końcu zadzwonił Junior. W 

jego głosie nie było już słychać takiego entuzjazmu jak dzień wcześniej. Przeciwnie, przybrał 

raczej ton minorowy. Qwilleran pomyślał, że coś poszło nie tak: ruda wcale się nie pojawiła, 

zdecydowała,  że to nie  ma sensu,  zapomniała aparatu fotograficznego, rozbił  się  jej  samolot 

albo któryś z weteranów dostał ataku serca. 

- Czy słyszałeś jakieś plotki? - pytał Junior. 

- Na jaki temat? 

- Na jakikolwiek. 

- Nie wiem, o czym, dzieciaku, mówisz. Czy aby na pewno jesteś trzeźwy? 

-  Wolałbym  nie  być  -  odezwał  się  Junior  posępnie.  -  Czy  nie  obraziłbyś  się,  jeżeli 

wpadłbym zobaczyć się z tobą? Wiem, że jest późno... 

- Pewnie, wpadaj. 

- Jestem u Jody. Czy ją również mogę zabrać? 

- Oczywiście. Czego chcielibyście się napić? 

-  Wystarczy  kawa  -  odezwał  się  Junior  po  chwili  wahania.  -  Kiedy  wpadam  w  zły 

nastrój i napiję się alkoholu, jestem w stanie podciąć sobie żyły. 

Qwilleran  napełnił  termos  kawą  rozpuszczalną.  W  bibliotece  miał  już  gotową  tacę, 

kiedy czerwony jaguar zatrzymał się na podjeździe. 

Drobna Jody, z prostymi długimi włosami i dużymi niebieskimi oczami, wyglądała jak 

porcelanowa lalka. Junior za to jakby nagle się postarzał. 

- Dobry Boże! Co ci się stało? - wykrzyknął Qwilleran. - Junior, wyglądasz okropnie. 

- Poprowadził młodą parę do biblioteki. 

Junior opadł na skórzaną kanapę. 

- Złe wieści! 

- Czy sesja zdjęciowa się powiodła? 

- Jasne, tylko co z tego? Czuję się jak głupek, sprowadzając ją tutaj na próżno. 

-  Junior,  mówisz  zagadkami.  Wykrztuś  to  wreszcie  z  siebie!  Jody  odezwała  się 

dziewczęcym głosem: 

- Powiedz panu Qwilleranowi o swojej matce, Juney. 

background image

Młody  dziennikarz  utkwił  milcząco  wzrok  w  Qwilleranie,  zanim  zdradził  się  z 

wiadomościami. 

- Zdecydowała się sprzedać. 

- Co sprzedać? 

- Sprzedać „Picayune”. 

Qwilleran zmarszczył brwi. 

-  A  co  tam  zostało  do  sprzedania?  Nic  nie  zostało oprócz...  wspaniałej...  niezwykłej 

idei. 

-  Najgorsze  w  tym  wszystkim  -  westchnął  Junior  -  że  idea  i  lata  tradycji  pójdą  na 

śmietnik. Sprzedaje nazwę gazety. 

Qwilleran nie mógł uwierzyć ani zrozumieć. 

- Gdzie zamierza znaleźć kupca? 

Jody pisnęła: 

- Ona już ma kupca. Przedsiębiorstwo XYZ. 

- Chcą zrobić z gazety ulotkę reklamową -  jęknął Junior. Wyglądał,  jakby zaraz miał 

się  rozpłakać.  -  Jeden  z  tych  darmowych  brukowców,  zaśmieconych  ogłoszeniami  i 

wydrukowanych tak, że farba zostaje ci na rękach. Żadnej treści. Mówię ci, Qwill, to jest cios 

poniżej pasa. 

- Czy ma prawo sprzedać gazetę? Co z testamentem twojego ojca? 

- Wszystko zostawił jej. Wszystkie aktywa, cały majątek. 

- Juney - odezwał się głos małej dziewczynki - powiedz panu Qwilleranowi o swoim 

śnie. 

-  Tak,  każdej  nocy  śni  mi  się  mój  ojciec.  Stoi  w  swoim  skórzanym  fartuchu  i 

papierowej czapce, wszystko ma zakrwawione i mówi coś do mnie, ale nie mogę usłyszeć, co. 

Qwilleran próbował poukładać swoje myśli. 

-  Junior,  to  wszystko  dzieje  się  za  szybko.  Twój  ojciec  dopiero  co  wczoraj  został 

pochowany.  To  zbyt  krótki  czas  na  podejmowanie  decyzji  przez  pogrążoną  w  smutku 

małżonkę. Czy zasugerowałeś to swojej matce? 

- Jakie to ma teraz znaczenie? Kiedy uprze się, że chce coś zrobić, zrobi to. 

- Jak zareagowali twój brat z siostrą? 

- Mój brat wrócił do Kalifornii i nie obchodzi go to. Moja siostra co prawda uważa, że 

to zbrodnia, ale nie ma żadnego wpływu na naszą matkę. 

- Czy to był jej pomysł? Czy XYZ złożyli najpierw ofertę? 

Junior zwlekał z odpowiedzią. 

background image

- Ech... nie wiem. 

- Dlaczego tak się spieszy ze sprzedażą? 

- No wiadomo, pieniądze. Potrzebuje pieniędzy. Tata miał wiele długów, sam wiesz. 

- Czy miał jakąś przyzwoitą polisę na życie? 

-  Jest  polisa,  ale  to  nic  specjalnego.  Babka  Gage  od  lat  zachowuje  odsetki  z 

ubezpieczenia, żeby zabezpieczyć matkę i nas... Dom też jest wystawiony na sprzedaż. 

- Farma? 

-  Czy  to  nie  smutne?  -  wtrąciła  Jody.  -  Sto  lat  była  w  posiadaniu  rodziny 

Goodwinterów. 

Qwilleran rzekł: 

-  Wdowa  nie  powinna  podejmować  tak  pochopnie  decyzji,  która  zmieni  całe  jej 

dotychczasowe życie. 

-  No  wiesz,  na  domu  ciąży  hipoteka  -  odpowiedział  Junior  -  a  poza  tym  nigdy  nie 

chciała  dużego  domu.  Lubi  mieszkania.  Chce  pozbyć  się  domu  przed  opadem  śniegu,  żeby 

nie utknąć tam na wsi na zimę. 

- To zrozumiałe. 

- Przenosi się do apartamentu w dzielnicy Indian Village. 

- Myślałem, że nie ma tam wolnych mieszkań. 

Jody wtrąciła: 

- Przeprowadza się tam z przyjacielem. 

Junior rzucił jej gniewne spojrzenie. 

-  Czy to możliwe,  by  znaleźć  nabywcę domu tak szybko,  sprzedając go bez straty? - 

zapytał Qwilleran. 

- Ma także nabywcę. 

- Kogo? Wiesz, kto to jest? 

- Herb Hackpole. 

- Hackpole! Co ten samotny mężczyzna zrobi z taką dużą farmą? 

-  No  wiesz,  chciał  znaleźć  miejsce  na  wsi,  żeby  jego  psy  miały  się  gdzie  wybiegać, 

tym  bardziej,  że  ma  psy  myśliwskie.  Nie  ma  tam  wcale  dużej  powierzchni,  ale  będzie  miał 

rozległe podwórze i dwie stodoły. 

- A co z meblami? Mówiłeś, że twoi rodzice mieli sporo pamiątek rodzinnych. 

- Zostaną zlicytowane na aukcji. 

Jody dodała: 

- Juney miał obiecane biurko po pradziadku, ale i ono będzie sprzedane. 

background image

Junior odezwał się zrezygnowanym głosem: 

-  Jeżeli  zdążą z aukcją przed opadem  śniegu,  zainteresują kupców z Ohio  i Illinois  i 

nawet mogą uzyskać niezłe ceny. 

- A co z kolekcją zabytkowych pras drukarskich? 

Junior wzruszył ramionami. 

- Zostaną sprzedane na złom. Na wagę! 

Troje  z  nich  zapadło  w  odmienne  stany  milczenia:  Junior  w  przygnębienie,  Jody  we 

współczucie,  a  Qwilleran  w  oszołomienie.  Starszy  Goodwinter  zginał  w  piątek  wieczór,  w 

poniedziałek został pochowany, a dzisiaj był wtorek. 

- Junior, kiedy usłyszałeś o tych drastycznych decyzjach? 

- Matka zadzwoniła do mnie dziś w południe do biura, w środku sesji zdjęciowej. Pani 

fotograf  nic  nie  powiedziałem.  Myślisz,  że  powinienem  jej  powiedzieć?  To  by  mogło 

zniszczyć całą historię albo przynajmniej ją przyćmić.  Wyjechała godzinę temu. Odwiozłem 

ją na lotnisko. 

Nagle odezwał się biper Juniora. 

-  O nie! -  zakrzyknął  młody Goodwinter. -  Tego mi  jeszcze trzeba! Głupiego pożaru 

stodoły!  Odwieź Jody do domu,  dobrze,  Qwill?!  -  zawołał przez ramię,  wybiegając z domu. 

Miejska syrena straży już wyła. Wyły także policyjne koguty. 

Qwilleran zorientował się, że zapomniał nalać kawy. 

- Może filiżankę, Jody? Jeżeli nie jest za zimna. 

Drobna  młoda  kobieta  usiadła  wygodniej  na  kanapie,  kołysząc  duży  kubek  w 

drobnych dłoniach. 

-  Tak  mi  przykro  z  powodu  Juneya.  Powiedziałam  mu,  żeby  wyjechał  na  Niziny  i 

starał się o pracę w „Daily Fluxion” i zapomniał o tym, co było tutaj. 

- Nikt nie powinien teraz działać pod wpływem impulsu - poradził Qwilleran. 

-  Może  mógłby  dostać  nakaz  sądowy  i  odwieść  ją  od  sprzedaży  albo  przekonać,  by 

odłożyła decyzję do czasu, kiedy będzie jasno myślała. 

- To się nie powiedzie. Trzeba by było udowodnić, że jest niepoczytalna psychicznie. 

Teraz to jej własność i może zrobić z nią, co zechce. 

W  tym  momencie  w  drzwiach  pojawiła  się  nagle  pani  Cobb  w  nocnej  koszuli  i 

domowych pantoflach. 

- Wyjrzyjcie przez okno! - zawołała. - Pożar na Main Street! Wygląda, jakby palił się 

budynek loży masońskiej! 

Qwilleran i Jody podskoczyli i wszyscy troje pospieszyli do frontowych okien. 

background image

-  Nie,  to  domek  Herba  -  powiedziała  pani  Cobb.  -  Tam  odbywa  się  spotkanie.  W 

budynku może być trzydzieści albo czterdzieści osób! 

-  Pojadę  sprawdzić  -  rzekł  Qwilleran.  -  Chodź,  Judy,  zawiozę  cię  do  domu. 

Wyjdziemy tędy... tylnymi drzwiami... samochód jest w garażu. 

Śródmiejski odcinek Main Street wypełniony był migającymi na niebiesko i czerwono 

światłami.  Ruch  przekierowano,  a  wozy  strażackie  celowały  reflektorami  w  centralną  część 

budynku.  Pompy  strażackie  pracowały  pełną  parą,  a  strażacy  polewali  wodą  dach 

dwupiętrowego  budynku,  nad  którym  jarzyła  się  pomarańczowoczerwona  łuna  ognia  z 

buchającymi  do  góry  płomieniami.  Potem  słychać  było  syk  pary,  a  na  końcu  pojawiła  się 

chmura dymu. 

Qwilleran zaparkował i razem z Jody podeszli bliżej. 

- To „Picayune”! - krzyknął. - Cały budynek w płomieniach! 

Jody zaczęła płakać. 

- Biedny Juney! - powtarzała. - Biedny Juney! 

-  Polewają  wodą  lożę,  próbując  zapobiec  rozprzestrzenieniu  się  ognia  -  powiedział 

Qwilleran. - I biuro pocztowe także. Obawiam się, że redakcja i drukarnia zostaną całkowicie 

zniszczone. 

-  Pewnie  właśnie  o  tym  ojciec  próbował  mu  powiedzieć  w  śnie  -  jęknęła.  -  Czy 

widzisz Juneya? 

- Nie mogę rozpoznać nikogo w tych kaskach i gumowych płaszczach. Nawet twarze 

mają czarne. Brudna robota! Biały kask należy do komendanta straży, to wszystko, co mogę 

zobaczyć. 

-  Mam  nadzieję,  że  Juney  nie  zrobi  niczego  szalonego,  nie  pobiegnie  do  budynku, 

żeby coś uratować. 

- Są specjalnie szkoleni, żeby nie ryzykować bez sensu - zapewnił ją Qwilleran. 

-  Ale on  jest taki  impulsywny  i  sentymentalny.  Dlatego znosi to tak ciężko,  mam  na 

myśli  to,  że  jego  matka  sprzedaje  „Picayune”.  -  Nagle  na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz 

przerażenia. - O nie! Tam jest William Allen! Zawsze zamykają go w środku na noc. Chyba 

robi mi się niedobrze... 

-  Spokojnie,  Jody.  Mógł  uciec.  Koty  są  inteligentne...  No,  chodź.  Nie  możemy  tu 

zostać.  Jest  mroźno,  a  ty  cała  się  trzęsiesz.  Mężczyźni  będą  na  służbie  kilka  godzin,  będą 

sprzątać i szukać tlących się miejsc. Odwiozę cię do domu. Czy tak będzie w porządku? 

- Tak, poczekam na Juneya, dopóki nie wróci do domu. Wiesz, że mieszka u mnie od 

śmierci swego ojca. 

background image

W rezydencji K Qwilleran zastał panią Cobb przy kuchennym stole, wciąż w różowej nocnej 

koszuli, popijającą kakao i wyglądającą na zmartwioną. 

- Nie ma żadnych wiadomości w radiu - odezwała się zaniepokojona. 

-  To  nie  była  loża  -  westchnął  Qwilleran.  -  To  był  budynek  „Picayune”.  Jest 

zniszczony.  Działalność  wydawnicza  o  ponad  stuletniej  tradycji  przestała  istnieć  w  pół 

godziny. 

-  Czy  widziałeś  Herba?  -  nalała  Qwilleranowi  filiżankę  kakao.  Nie  był  to  jego 

ulubiony napój. 

- Nie, ale jestem pewny, że tam był i wymachiwał raźno siekierą. 

-  Nie  powinien  wykonywać  tak  męczącej  pracy.  Wiesz,  on  jest  po  pięćdziesiątce,  a 

większość mężczyzn jest tam młodszych od niego. 

- Pani Cobb, coś za bardzo się pani nim przejmuje - rzucił jej badawcze spojrzenie. 

Gospodyni spuściła wzrok i uśmiechnęła się z zakłopotaniem: 

-  Tak,  przyznaję,  lubię  go.  Zawsze  spędzaliśmy  razem  miło  czas,  a  teraz  zaczyna 

rzucać różne aluzje. 

-  Na temat  małżeństwa?  -  szorstko  zadane  pytanie  odsłoniło  przerażenie  Qwillerana. 

Pani  Cobb  jako  gospodyni  była  złotą  kobietą,  zbyt  wartościową,  by  ją  stracić.  Rozpieściła 

jego i syjamczyki swoją kuchnią. 

- Mimo to nie przestałabym pracować - dodała spiesznie. - Zawsze pracowałam, a to 

jest najlepsza praca, jaką kiedykolwiek miałam. Jest spełnieniem moich marzeń. Naprawdę! 

- I jest pani doskonałą osobą na to stanowisko. Proszę się z niczym nie spieszyć, pani 

Cobb. 

-  Nie  będę  -  obiecała.  -  Nie  wyjawił  jeszcze  swoich  zamiarów  i  nie  poprosił  mnie  o 

rękę, więc nie ma o czym mówić. 

Napełniła  ponownie  swoją  filiżankę  kakao  i  zabrała  ją  na  górę,  mówiąc  zmęczonym 

głosem „dobranoc”. 

Qwilleran  obszedł  dom  przed  zamknięciem  go  na  noc  i  włączeniem  systemu 

alarmowego. Potem wrócił do swojej osobistej kwatery nad garażem, niosąc wiklinowy kosz 

z  przykrywką.  Z  wnętrza  kosza,  który  bujał  się  energicznie  wte  i  wewte,  dobiegały 

niewyraźne odgłosy. 

Garaż na cztery samochody był wcześniej powozownią, zbudowaną z takiego samego 

kamienia  co  reprezentacyjny  budynek  frontowy.  Było  tam  czworo  drzwi  z  łukami  i 

przegrodami,  kopuła  ze  wskazującą  kierunek  wiatru  chorągiewką  na  dachu  i  uchwyty  ze 

zdobionymi latarniami powozowymi na każdym rogu budynku. 

background image

Wnętrza  na  górze  zostały  odnowione  zgodnie  z  gustem  Qwillerana:  nowocześnie  i 

wygodnie w spokojnych odcieniach beżu, rdzy i brązu. Były spokojne i proste, dzięki czemu 

można było odetchnąć od pompy i przepychu rezydencji K. 

W salonie były głębokie fotele, wygodne do czytania lampy, system muzyczny i mały 

bar,  gdzie  Qwilleran  przygotowywał  drinki  dla  gości.  On  sam  nie  tykał  alkoholu  od  czasu, 

kiedy  po  pijanemu  spadł  z  peronu  metra  w  Nowym  Jorku.  Było  to  doświadczenie,  które 

otrzeźwiło go na zawsze. Nie jeździł także już więcej metrem. 

Na  pozostałe  pokoje  składały  się  gabinet  do  pisania,  sypialnia  i  salonik  dla  kotów, 

który  pokryty  był  wykładziną  i  wyłożony  poduszkami,  zastawiony  koszykami,  słupkami  do 

ostrzenia  pazurów,  drzewami  do  wspinania,  a  za  toaletę  służyła  im  brytfanka  do  pieczenia 

indyka.  Była  tam  również  półka  z  używanymi  książkami  kupionymi  za  grosze  na 

przyszpitalnym  jarmarku  dobroczynnym.  Wśród  nich  był  podręcznik  algebry  do  pierwszej 

klasy, uproszczona gramatyka angielskiego, kolekcja słynnych kazań i inne tytuły, jak Pożar 

RzymuElsie Dinsmore oraz Eneida Wergiliusza. Koko mógł je strącać z półki do woli. 

Qwilleran  otworzył  wiklinowy  koszyk  w  saloniku  kotów  i  poprosił  dwa  niechętne 

syjamczyki,  żeby  z  niego  wyskoczyły.  Dlaczego  -  zadawał  sobie  pytanie  -  nie  chcą  nigdy 

wejść do koszyka? I  czemu kiedy  już są w środku, nigdy  nie chcą z niego wyjść?  W końcu 

Koko  i  Yum  Yum  ostrożnie  wyszły,  obwąchując  teren  i  meble,  jakby  podejrzewały,  że  w 

pokoju jest podsłuch albo podłożona bomba. Powtarzały to samo od roku, co wieczór. 

- Koty - powiedział Qwilleran na głos. - Kto je zrozumie? 

Pozostawił  syjamczyki  ich  własnym  zajęciom:  myciu  się  nawzajem,  wzajemnym 

zapasom,  pościgom,  gryzieniu  sobie  uszu  i  obwąchiwaniu.  On  zaś  włączył  w  salonie 

wiadomości  nadawane  o  północy.  „Redakcja  i  drukarnia  „Pickax  Picayune”  została 

zniszczona  dziś  wieczorem  w  wyniku  pożaru.  Według  komendanta  straży  pożarnej  Bruce'a 

Scotta budynek uległ całkowitemu zniszczeniu. Dwudziestu pięciu strażaków, trzy cysterny i 

dwa  wozy  strażackie  z  Pickax  oraz  okoliczni  mieszkańcy  odpowiedzieli  na  alarm  i  wciąż 

jeszcze  są  na  miejscu.  Nie  stwierdzono  żadnych  ofiar.  Władze  samorządowe  Mooseville 

Village zdecydowały w drodze głosowania, by na dekoracje bożonarodzeniowe wydać pięćset 

dolarów”. 

Wyłączył  radio  zirytowany.  Teraz  ta  sama  piętnastosekundowa  wiadomość  będzie 

powtarzana co godzinę bez szczegółowych informacji. Słuchacze nie dowiedzą się, jak zaczął 

się  pożar,  kto  go  zgłosił,  jaki  sprzęt  uległ  zniszczeniu,  ile  lat  miał  budynek,  jaka  była  jego 

konstrukcja, jakie problemy napotkali strażacy w trakcie akcji ratunkowej, jakie zastosowano 

środki ostrożności, jaka jest szacunkowa wartość strat i ile z tego pokryje ubezpieczenie. 

background image

Bez  wątpienia  Pickax  potrzebowało  gazety.  Los  „Picayune”  był  godny  pożałowania, 

ale  trzeba  było  patrzeć  realnie.  „Picayune”  stanowiła  relikt  z  epoki  koni  i  powozów. 

Sentymentalizm  i  krótkowzroczność  Seniora  Goodwintera  spowodowały  bankructwo  jego 

gazety.  Cóż,  kiedy  sensem  jego  życia,  jego  obsesją  -  jak  powiadał  Junior  -  było  składanie 

czcionek... 

Sensem  życia?  Qwilleran  ożywił  się  nagle  i  przeczesał  wąsy  palcami.  Jeżeli  gazeta 

rzeczywiście  była  na  skraju  upadku,  to  czy  wypadek  Seniora  Goodwintera  mógł  być 

samobójstwem? Stary drewniany  most był  idealnym  miejscem  na  nieszczęśliwy  „wypadek”. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  jest  niebezpieczny.  Starszy  Goodwinter  był  ostrożnym,  niepijącym 

człowiekiem,  a  nie  jednym  z  tych  piątkowych  pijaków  czy  gazujących  młodzieniaszków, 

którzy zwykle padali ofiarą wypadków na moście. 

Qwilleran  poczuł  swędzenie  na  górnej  wardze  i  już  wiedział,  że  jego  podejrzenie  w 

jakiś sposób jest uzasadnione. Swędzenie,  mrowienie lub po prostu nieokreślony niepokój w 

okolicach  wąsów  podpowiadał  mu,  kiedy  znajduje  się  na  właściwym  tropie.  I  teraz  właśnie 

wąsy dawały mu znak. 

Jeżeli  Senior  Goodwinter  miałby  targnąć  się  na  swoje  życie,  zainscenizowany 

wypadek  pozwoliłby  wykluczyć  samobójstwo  i  zapewnić  w  rezultacie  możliwość 

zrealizowania  polisy  ubezpieczeniowej.  Czyż  Junior  nie  wspominał,  że  babka  Gage  od  lat 

płaciła składki? 

„Wypadek” umożliwiłby wypłatę podwójnego albo nawet potrójnego odszkodowania 

dla  wdowy,  chociaż  było  to  raczej  ryzykowne  i  wiązałoby  się  ze  szczegółowym 

dochodzeniem. Firmy ubezpieczeniowe nie dają się tak łatwo oszukać. 

Możliwe,  że  Senior  Goodwinter  obawiał  się  czegoś  gorszego  niż  utrata  gazety. 

Przedsięwziął  ostateczne  środki,  żeby  utrzymać  „Picayune”,  sprzedając  ziemię  i  obciążając 

hipoteką  dom  oraz  żebrząc  u  swojej  teściowej.  Czy  desperacja  doprowadziła  go  do  czegoś 

niezgodnego  z  prawem?  Czy  obawiał  się  zdemaskowania?  A  co  z  mężczyzną  w  czarnym 

płaszczu?  Co ten  gość  robił  w  Pickax?  Śmierć  Goodwintera  nastąpiła  zaledwie  parę  godzin 

przed  tym,  jak  nieznajomy  wysiadł  z  samolotu.  Czy  Senior  wiedział  o  jego  przyjeździe?  I 

dlaczego ten gość wciąż się tu kręcił? Czy ktoś jeszcze był w to zamieszany? 

A  teraz  biura  „Picayune”  zostały  zniszczone.  Podejrzany  termin  wybrała  sobie  ta 

katastrofa.  Czy  w  piwnicy  budynku  było  jeszcze  coś  oprócz  starych  pras  i  archiwalnych 

egzemplarzy  gazety?  Może  jakieś  obciążające  kogoś  dowody,  które  należało  usunąć?  Kto 

wiedział, co tam było? I kto rzucił zapaloną zapałkę? 

background image

Qwilleran ocknął się z zamyślenia i zgiął nogę, szykując się do spania. Dziwne myśli 

cisnęły mu się do głowy. Co pani Cobb wrzuciła do tego kakao? 

Z dołu, od strony saloniku kotów, dobiegł stłumiony, ale rozpoznawalny dźwięk: stuk! 

Za  nim  następny  stuk  i  następne  stuk,  stuk,  stuk,  szybką  serią.  Był  to  odgłos  książek 

spadających na pokrytą wykładziną podłogę. Koko zrzucał swoją prywatną kolekcję. 

background image

 

Rozdział czwarty 

Środa,  trzynasty  listopada.  „Nadal  zimno,  niebo  zachmurzone  i  opady  śniegu,  tworzące 

warstwę grubości dziesięciu centymetrów”. 

-  Zachmurzenie! -  Qwilleran ryknął w stronę radia stojącego na  biurku. -  Czemu  nie 

wyjrzysz przez okno? Słońce świeci, jakby był środek lata! 

Skierował  swoją  uwagę  z  powrotem  na  wtorkowy  egzemplarz  „Daily  Fluxion”,  w 

którym  materiał  o  „Pickax  Picayune”  zamieszczono  w  dobrym  miejscu.  Nie  napisano  go 

całkowicie  ściśle,  ale  małe  miasta,  takie  jak  Pickax,  i  tak  były  zadowolone  z  powodu 

jakiejkolwiek  uwagi  poświęconej  im  ze  strony  wielkomiejskiej  prasy.  Później  próbował 

czytać  o  katastrofach,  terroryzmie,  przestępstwach  i  łapówkarstwie  na  Nizinach,  ale  jego 

myśli wciąż dryfowały wokół Moose County. 

Śnieg albo brak śniegu. Chciał pojechać na wieś, popatrzeć na stary drewniany most, 

odwiedzić dom Goodwinterów,  poznać wdowę.  Mógłby  wziąć kwiaty, złożyć kondolencje  i 

zadać  grzecznie  kilka  pytań.  Kiedy  jeszcze  pracował,  takie  rozmowy  wychodziły  mu 

naprawdę  nieźle.  Smutne  oczy  i  zwisające  wąsy  nadawały  mu  żałobny  wygląd  mogący 

uchodzić za wyraz najgłębszego współczucia. 

W książce telefonicznej okręgu  znalazł  adres Seniora  Goodwintera przy Black Creek 

Lane  w  North  Middle  Hummock,  nie  znalazł  jednak  tego  miejsca  na  mapie  okręgu. 

Sprawdził,  gdzie  jest  Middle  Hummock  i  West  Middle  Hummock.  Znalazł  Mooseville, 

Smiths  Folly,  Squunk  Corners,  Chipmunk  i  Brrr,  które  nie  było  błędem  drukarskim,  ale 

najzimniejszym  miejscem  w  okręgu.  North  Middle  Hummock  jednak  jakby  wcale  nie  było. 

Udał się z tym pytaniem do pana O'Della, który znał wszystkie odpowiedzi. 

Pani  Fulgrove  i  pan  O'Dell  pomagali  w  rezydencji  K.  Kobieta  z  wielkim 

zaangażowaniem  szorowała  i  polerowała  przez  sześć  dni  w  tygodniu;  mężczyzna  zajmował 

się  cięższymi  pracami.  Pan  O'Dell  był  przez  czterdzieści  lat  szkolnym  woźnym  i  tysiące 

uczniów  przeszło  u  niego  okres  dojrzewania,  ponieważ  odpowiadał  na  ich  pytania, 

rozwiązywał  ich problemy  i pożyczał pieniądze  na  lunch.  Woźny  był w Pickax osobistością 

powszechnie  szanowaną  i  jeżeli  tylko  pan  O'Dell  zdecydowałby  się  kiedyś  kandydować  na 

jakiś  urząd,  na  przykład  burmistrza,  z  pewnością  zostałby  wybrany  przytłaczającą 

większością  głosów.  Teraz,  ze  swoimi  siwymi  włosami,  rumianą  cerą  i  łagodnym  wyrazem 

twarzy,  nadzorował  posiadłość  Klingenschoenów  tak  samo  wprawnie,  jak  uprzednio 

sprawował nadzór nad edukacją młodzieży w Pickax. 

background image

Qwilleran  znalazł  nadzorcę  zajętego  oliwieniem  zawiasów  drzwiczek  od  szafki  na 

narzędzia. 

- Panie O'Dell, czy wie pan, gdzie dokładnie znajduje się dom Seniora Goodwintera? 

Nie mogę znaleźć North Middle Hummock na mapie. 

Nadzorca odpowiedział melodyjnym głosem: 

- Myślę, że sam diabeł nie mógłby znaleźć tego na mapie, bo to od pięćdziesięciu lat 

jakby wymarłe miasto, ale pan to je znajdzie, bo powiem panu, jak tam dotrzeć. Jedzie się na 

wschód,  trzeba  minąć  kopalnię  Buckshot,  gdzie  wiatr  gwiżdże  w  górniczym  szybie,  jak  nie 

ma  wiatru,  i  gdzie  spod  powierzchni  będą  dobiegać  jęki.  Kiedy  dotrze  pan  do  starego 

drewnianego  mostu,  trzeba  się  mieć  na  baczności,  bo  deski  tam  są  chwiejne,  jakby  to  były 

zęby  samego  diabła.  Niech  pan  zwróci  uwagę  na  wysokie  wzgórze,  rośnie  tam  samotne 

drzewo.  Nazywają  je  drzewem  wisielców.  Dotrze  pan  potem  do  kościoła,  w  którym 

czterdzieści pięć lat temu mnie i mojej młodej Irlandce ojciec Ryan udzielił ślubu. Niech Bóg 

czuwa nad jego duszą. A kiedy dotrze pan do kupy drewna, to właśnie będzie to, co zostało z 

North Middle Hummock. 

- Czuję, że to już blisko - powiedział Qwilleran. 

-  Blisko? E  tam.  Jeszcze  kawałek drogi, dwie  mile, nim zobaczy pan  farmę kapitana 

Fugtree,  taką  z  białym  ogrodzeniem.  Po  drugiej  stronie  łąki,  na  której  pasą  się  owce,  nie 

zwracaj  pan  uwagi  na  znak  z  napisem  „Fugtree  Sideroad”,  bo  tak  naprawdę  to  jest  właśnie 

Black Creek Lane, a dom Goodwinterów stoi na jej końcu. Szary z żółtymi drzwiami. 

Kiedy  Qwilleran  wybierał  się  w  drogę  do  nieistniejącego  North  Middle  Hummock 

oraz na trasę do Black Creek  Lane,  która  nosiła  całkiem  inną  nazwę, zastanawiał się,  jakim 

cudem te wszystkie informacje mieszczą się w głowach tutejszych mieszkańców i mogą być 

błyskawicznie  odszukane.  Jeżeli  pan  O'Dell  potrafił  z  takimi  szczegółami  wyrecytować 

przebieg  trasy,  to  Senior  Goodwinter,  który  codziennie  jeździł  tą  krętą  drogą,  z  pewnością 

znał  każdy  zakręt,  każdy  wybój,  każde  miejsce,  w  którym  należało  uważać  na  żwir.  To 

nieprawdopodobne, żeby Senior rozbił samochód w wypadku. 

Qwilleran nie usłyszał żadnego gwizdu ani jęków z kopalni Buckshot, natomiast deski 

starego  drewnianego  mostu  rzeczywiście  były  niebezpiecznie  poluzowane.  Choć  balustrada 

zbudowana  została  z  kamienia,  jechało  się  po  nieumocowanych  deskach.  Nazwa  „drzewo 

wisielców” pasowała znakomicie do starego,  rosochatego dębu odcinającego się groteskową 

sylwetką  na  tle  nieba.  Reszta  też  się  zgadzała:  kościół,  sterta  drewna,  biały  płot  i  łąka  z 

owcami. 

background image

Wiejski  dom,  który  znajdował  się  na  końcu  Black  Creek  Lane,  był  stary,  mocno 

zrujnowany i pokryty szarym gontem. Stał w ogrodzie pośród opadłych złotych i czerwonych 

liści klonu. Koło progu drzwi kwitły chryzantemy. 

Qwilleran podniósł miedzianą kołatkę w kształcie greckiej litery „pi” i stuknął w żółte 

drzwi.  Zaryzykował,  wpadając  bez  zaproszenia,  jak  to  na  wsi  bywa,  a  kiedy  drzwi  się 

otworzyły, został bez zdziwienia powitany przez młodą, miłą kobietę w westernowej koszuli. 

- Jestem Jim Qwilleran - przedstawił się. - Nie mogłem uczestniczyć w pogrzebie, ale 

przyniosłem kwiaty dla pani Goodwinter. 

-  Ależ  ja  pana  znam!  -  wykrzyknęła.  -  Widywałam  pana  zdjęcie  w  „Daily  Fluxion” 

przed wyjazdem do Montany. Proszę wejść! - Odwróciła się i krzyknęła w stronę schodów: - 

Mamo! Masz gościa! 

Kobieta,  która  zeszła po schodach,  nie przypominała zrozpaczonej wdowy,  nie  miała 

oczu czerwonych od płaczu i nieprzespanych nocy. W czerwonym dresie wyglądała krzepko, 

jej oczy lśniły, a policzki były różowe, jakby właśnie wracała z joggingu. 

-  Pan  Qwilleran!  -  wydała  okrzyk  z  wyciągniętą  ręką.  -  Jak  miło,  że  pan  wpadł! 

Wszyscy tu czytaliśmy pańskie artykuły we „Fluxion” i jesteśmy bardzo zadowoleni, że pan u 

nas zamieszkał. 

Przekazał jej kwiaty. 

- Wyrazy współczucia, pani Goodwinter. 

- Proszę mówić do mnie Gritty, tak jak wszyscy - powiedziała. - I dziękuję za okazaną 

życzliwość.  Róże!  Uwielbiam  róże!  Chodźmy  do  salonu.  Reszta  pokoi  zamieniła  się  w 

magazyn... Pug, słonko, włóż te piękne kwiaty do wazonu, dobrze? Dziękuję, kochanie. 

Stuletni  dom  miał  wiele  małych  pokoi,  szerokie  deski  w  podłodze  i  okna  sześć  na 

sześć,  z  zachowanym  oryginalnym  falistym  szkłem  w  co  poniektórych.  Niedobrane  meble 

stanowiły  oczywiście  pamiątki  rodzinne,  ale  całe  wnętrze  było  urządzone  w  przemyślany 

sposób:  biało-niebieskie  kafelki,  biało-niebieskie  cętki  na  zasłonach  i  biało-niebieska 

porcelana  na  ozdobnym  talerzu.  Wokół  ogromnego  pieca  rozwieszono  zabytkowy  sprzęt 

kuchenny. 

Gritty oznajmiła: 

- Mieliśmy nadzieję, że wstąpi pan do Country Clubu, panie Qwilleran. 

-  Nie  myślałem  ostatnio  o  wstępowaniu  do  czegokolwiek  -  usprawiedliwił  się  - 

ponieważ koncentruję się na pisaniu książki. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  o  Pickax  -  powiedziała  wdowa  ze  śmiechem.  -  Byłaby 

zakazana  w  Bostonie...  Pug,  skarbie,  przynieś  nam  drinka,  dobrze?...  Czego  się  pan  napije, 

panie Qwilleran? 

- Ginger ale lub wody sodowej, czegoś takiego. I wszyscy nazywają mnie Qwill. 

- A co powiesz na colę z odrobiną rumu? - zerknęła ku niemu z ukosa. - Używaj życia, 

Qwill! 

- Dzięki, ale alkohol odstawiłem już kilka lat temu. 

- Pięknie, to się chwali! Wyglądasz bardzo zdrowo. - Zmierzyła go wzrokiem od stóp 

do głów. - Czy jesteś szczęśliwy w Moose County? 

- Przyzwyczajam się; świeże powietrze, spokojny tryb życia, mili ludzie - odparł. - No 

właśnie, w tym smutnym czasie przyjaciele i krewni z pewnością są dla ciebie pociechą... 

- E tam, krewni! - machnęła ręką. - Ale tak, to szczęście, że mam dobrych przyjaciół. 

Jej córka przyniosła tacę z napojami i Qwilleran podniósł swoją szklankę: 

- Z nadzieją na przyszłość! 

-  Dobrze  powiedziane...!  -  stwierdziła  pani  domu,  unosząc  swoją  szklaneczkę  z 

podwójnym burbonem. -  Zostaniesz na lunch, Qwill? Przygotowałam szynkowo-szpinakową 

tartę  z  resztek  z  pogrzebu.  Pug,  skarbie,  sprawdź,  czy  już  jest  gotowa,  żeby  wyciągnąć  z 

piekarnika. Wsuń nóż do środka. 

Wizyta  nie  przebiegała  zgodnie  z  oczekiwaniem  Qwillerana.  Musiał  szybko  zmienić 

ton z kondolencyjnego na towarzyskie pogaduszki. 

- Masz piękny dom - zauważył. 

- Może i wygląda dobrze - powiedziała Gritty - ale to wrzód na wiesz czym. Mam już 

dość  opadających  podłóg,  skrzypiących  drzwi,  szamba,  które  wylewa,  i  schodów  o  zbyt 

wąskich  stopniach.  Boże!  Dawniej  ludzie  musieli  mieć  strasznie  małe  stopy.  I  małe  tyłki! 

Spójrz na te windsorskie krzesła! Sprzedaję dom i przenoszę się do apartamentu w dzielnicy 

Indian Village, wiesz, koło pola golfowego. 

Pug wtrąciła: 

- Mama jest mistrzem golfowym. Wygrywa wszystkie turnieje. 

- A co zrobisz ze swoimi zabytkowymi meblami, kiedy się przeprowadzisz? - zapytał 

niewinnie Qwilleran. 

-  Sprzedaję  je na aukcji.  Lubisz aukcje? To główna rozrywka w Moose County,  jeśli 

nie liczyć wspólnego gotowania i mordobicia w knajpach. 

-  Och, mamo! -  zaprotestowała Pug  i odwróciła się do Qwillerana.  -  Ten sekretarzyk 

należał do mojego pradziadka. To on założył „Picayune”. 

background image

-  Wygląda  jak  trumna,  a  nie  sekretarzyk  -  wtrąciła  jej  matka.  -  Byłam  skazana  na 

mieszkanie ze starociami przez całe moje życie. Nigdy ich nie lubiłam. Dziwne, co? 

Lunch  został  podany  przy  sosnowym  stole  w  kuchni,  a  tarta  na  biało-niebieskich 

talerzach. Gritty odezwała się: 

-  Mam  nadzieję,  że  to  mój  ostatni  posiłek,  jaki  kiedykolwiek  jadłam  na  niebieskiej 

porcelanie.  Jedzenie  wygląda  na  niej  ohydnie,  ale  cały  ten  serwis  przekazywany  był  w 

rodzinie mojego męża z pokolenia na pokolenie, setki części, które nie chciały się tłuc. 

-  Byłem  przerażony  -  powiedział  Qwilleran  -  kiedy  spaliły  się  biura  „Picayune”. 

Miałem nadzieję, że gazeta będzie nadal wychodzić pod kierownictwem Juniora. 

-  Phi,  „Picayune”  -  żachnęła  się  Gritty.  -  Już  trzydzieści  lat  temu  powinni  zamknąć 

„Picayune”. 

- Ale to jest unikat, który wszedł do historii prasy. Junior  mógłby opiekować się tym 

zabytkiem, nawet jeżeli gazetę drukowano by na papierze przy wykorzystaniu nowoczesnych 

metod. 

- Nie - powiedziała. - Ten chłopak poślubi swoją karlicę i razem wyjadą z Pickax na 

Niziny  do  pracy.  Prawdopodobnie  w  trakcie  wesela  -  dodała  ze  śmiechem.  -  Junior  jest 

najsłabszy z całego rodzeństwa. 

- Och, mamo, nie mów takich rzeczy - zaoponowała Pug i zwróciła się do Qwillerana: 

- Mamy zawsze trzymają się takie żarty. 

-  To  by  ukryć,  jak  cierpi  moje  złamane  serce  -  stwierdziła  wdowa,  beztrosko 

wzruszając ramionami. 

- Co się teraz stanie z budynkiem „Picayune”? Czy cokolwiek udało się ocalić? 

- Wszystko przepadło - odpowiedziała bez widocznego żalu. - Budynek jest wypalony, 

ale kamienne  ściany ocalały. Są dość grube.  Mogłoby  być z tego  małe  centrum  handlowe  z 

sześcioma albo ośmioma sklepami, ale musimy zaczekać i zorientować się,  ile dostaniemy z 

ubezpieczenia. 

Podczas  tej  wizyty  Qwilleranowi  po  głowie  chodziły  różne  niepokojące  myśli. 

Wszystko to działo się zbyt szybko; jakby zostało zaplanowane. Co do wdowy, to albo w ten 

nietypowy  sposób  stawia  czoło  żałobie...  albo  jest  całkiem  bez  serca.  Gritty...  coś  zgrzytało 

mu w tym imieniu, niczym piasek w tarcie ze szpinakiem. 

Po  powrocie  do  domu  zatelefonował  do  kliniki  dentystycznej  doktora  Zollera. 

Odebrała młoda recepcjonistka; Qwilleran pamiętał, że jej zęby wprost lśniły od lakieru. 

- Pamela? Tu Jim Qwilleran. Czy mogę zamówić wizytę dzisiaj po południu? Chodzi 

o czyszczenie zębów. 

background image

-  Chwileczkę.  Znajdę  pana  kartę...  Był  pan  u  nas  w  lipcu,  panie  Q.  Następna  wizyta 

nie wcześniej niż w styczniu. 

- To pilne. Piłem ostatnio sporo herbaty. 

- Aha... No to w takim wypadku ma pan szczęście. U Jody właśnie ktoś zrezygnował. 

Czy może pan przyjść zaraz? 

- W trzy minuty i dwadzieścia sekund. - W Pickax nic od niczego nie było oddalone o 

więcej niż pięć minut drogi. 

Klinika  zajmowała  odnowioną  z  przepychem  kamienną  stajnię,  która  w  czasach 

zaprzęgów  konnych  służyła  gościom  starego  hotelu  „Pickax”.  Jody  przywitała  Qwillerana 

radośnie; w długim białym fartuchu sprawiała wrażenie jeszcze drobniejszej. 

-  Próbowałam  się  do  ciebie  dodzwonić  -  oznajmiła.  -  Juney  prosił  o  przekazanie 

wiadomości: leci na Niziny, żeby spotkać się z redaktorem, który obiecał mu pracę. Wyjechał 

w południe. 

- No, to koniec starej „Picayune” - westchnął Qwilleran. 

-  Zapnij  pasy,  czeka  cię  przejażdżka.  -  Ustawiła  fotel  dentystyczny  na  najniższym 

poziomie. - Czy głowa leży wygodnie? 

- Jak długo Junior został na miejscu akcji ratowniczej? 

-  Wrócił  rano  o  wpół  do  szóstej  i  był  skonany!  Musieli  zostać,  żeby  szukać  żaru, 

wiadomo... Teraz otwórz szeroko buzię. 

- Czy coś ocalało? - spytał szybko, nim zastosował się do jej polecenia. 

-  Nie  sądzę.  Gazety,  które  się  nie  spaliły,  są  kompletnie  przemoknięte.  Jak  tylko 

ugasili pożar, pozwolili Juneyowi wejść do środka z butlą tlenu, żeby sprawdził, czy nie ma 

tam gdzieś ognioodpornej kasetki, która należała do jego ojca. Ale dym był bardzo gęsty. Nic 

nie było widać. Ojej! Czy cię ukłułam? 

-  Mmmmmm!  -  poinformował  ją  Qwilleran  z  ustami  pełnymi  dentystycznych 

narzędzi. 

Drobne  palce  Jody  były  delikatne,  ale  po  nieprzespanej  nocy  jednak  trzęsły  jej  się 

ręce. 

-  Juney  mówi,  że  nie  wiedzą,  co  spowodowało  ogień.  Podczas  zdjęć  nie  pozwalał 

nikomu palić... Zresztą czy żar od papierosa mógłby wywołać taki pożar? 

- Mnnnmmmmgh - zauważył Qwilleran. 

- Biedny Juney! Był zdruzgotany, absolutnie zdruzgotany! Nie ma dość siły, żeby być 

sikawkowym, a jednak komendant dał mu wąż do trzymania. Pomagało mu trzech mężczyzn 

background image

zamiast  dwóch.  Chodziło  o  to,  żeby  Juney  nie  czuł  się  taki  bezradny...  Teraz  można 

przepłukać. 

- Budynek był dobrze ubezpieczony? 

- Odrobinę szerzej, poproszę. Tak jest!... Jest jakaś polisa, ale większość z tych rzeczy 

była bezcenna, stara i nie do zastąpienia... Teraz przepłukać. 

-  Szkoda,  że  te  stare  materiały  nie  były  zachowane  na  mikrofilmach  albo  w 

jakikolwiek inny sposób. Tak na wszelki wypadek. 

- Juney powiedział, że to by kosztowało za dużo pieniędzy. 

- Kto zgłosił pożar? - spytał, korzystając z chwili między dwoma płukaniami. 

-  Jakieś  dzieciaki  włóczące  się  po  Main  Street.  Zobaczyły  dym,  a  kiedy  wozy 

strażackie dotarły na miejsce, cały budynek był już w płomieniach... Boli? 

- Mmmgh, mmmhhh! - brzmiała odpowiedź. Jody westchnęła. 

-  Domyślam  się,  że  Juney  weźmie  tę  pracę  we  „Fluxion”,  a  jego  matka  wszystko 

sprzeda. - Zdecydowanym ruchem zdjęła mu śliniaczek. - Proszę bardzo! Czy czyścisz szpary 

między zębami nicią dentystyczną po każdym posiłku, jak zalecał doktor Zoller? 

-  Przekaż  doktorowi  Zollerowi  -  poprosił  Qwilleran  -  że  nie  tylko  czyszczę  po 

posiłkach, ale nawet między daniami. W restauracjach znany jestem jako „ten świr z nitką”. 

Z kliniki dentystycznej udał  się do sklepu  „Scottie's Men's Shop”.  Matka Qwillerana 

wywodziła  się  z  klanu  Mackintoshów,  więc  zawsze  miał  niejaką  słabość  do  Szkotów,  a  w 

dodatku właściciel sklepu, Scottie, miewał szkocki akcent, o ile trafił na klienta, który potrafił 

to docenić. 

Przez całe swoje zawodowe życie Qwilleran nie przywiązywał zbytnio wagi do ubrań. 

Wystarczył  mu  bury  uniform  złożony  z  płaszcza,  spodni  oraz  koszuli  i  krawata.  Mimo 

wszystko w stylu życia na północy kraju było coś takiego, co wywołało jego zainteresowanie 

koszulami  w  szkocką  kratę,  irlandzkimi  swetrami,  skórzanymi  płaszczami,  policyjnymi 

kapeluszami,  wielkimi  butami  i  spodniami  z  koźlej  skóry.  I  im  więcej  Scottie  podkreślał 

swoje „r”, tym więcej Qwilleran kupował. 

Wchodząc do sklepu, Qwilleran spytał: 

- Co się stało z tą masą śniegu, która miała dzisiaj spaść? 

-  Wszystko  to  bzdurry  -  odparł  Scottie,  potrząsając  swoją  kudłatą  głową  z  siwymi 

włosami. -  Nie wierzę w ani  jedno słowo, którre mówią w rradiu.  Prrawdziwsze  informacje 

przekazuje włochata dżdżownica, zwijając się w kłębek przed deszczem. 

- Wyglądasz, jakbyś nie spał zeszłej nocy. 

background image

-  Ach  tak,  to  była  zła  noc,  barrdzo  zła  -  odpowiedział  komendant  ochotniczej  straży 

pożarnej.  -  Nie wrróciłem do domu przed  szóstą. Chipmunk  i  Kennebeck wysłały  załogi do 

pomocy.  Nie  dałoby  rrady  bez  nich  i  bez  naszych  kobiet,  Boże,  pobłogosław  je.  Rrobiły 

kanapki i kawę przez całą noc. 

- Jak zniósł to Junior? 

-  Ciężko  było  chłopakowi.  Wiele  rrazy  byłem  w  redakcji  gazety,  by  spędzić  trrochę 

czasu  z  jego  starruszkiem.  To  była  prawdziwa  pułapka!  Tony  papierru!  I  starre  drrewniane 

przepierzenia, suche jak wiórr, i starra drrewniana podłoga! - Scottie znowu potrząsnął głową. 

- Czy masz jakiś pomysł, jak pożar mógł się zacząć? 

-  Nie  za  bardzo.  Rrobili  tam  wcześniej  zdjęcia,  może  ktoś  nieostrożnie  wyrzucił 

tlącego  się  jeszcze  papierrosa.  Do  czyszczenia  starrych  prras  używali  łatwopalnego 

rrozpuszczalnika, a kiedy już padnie na niego iskra, pali się jak szalony. 

- Podejrzewasz, że to było podpalenie? 

- Nic na to nie wskazuje. Według mnie nie ma powodu sprrowadzać tu szerryfa. 

- W każdym razie, Scottie, przynajmniej ocaliłeś budynek loży i pocztę. 

- Tak, w rzeczy samej, niewiele brakowało. 

W drodze powrotnej do domu Qwilleran zatrzymał się przy  bibliotece publicznej, by 

zajrzeć do czytelni. Nie było tam mężczyzny, który podawał się za historyka, a bibliotekarki 

nie widziały go od wtorku  rano.  Nie  było też Polly Duncan. Powiedziano  mu,  że wyszła  na 

cały dzień. 

Wieczorem na kolację pani Cobb podała boeuf Strogonow i kluseczki z makiem, a po 

dokładce i kawałku dyniowego ciasta Qwilleran wziął kilka zamiejscowych gazet i dwa nowe 

magazyny do biblioteki. Opuścił zasłony i włożył zapaloną zapałkę do perfekcyjnie ułożonej 

przez  pana  O'Della  kompozycji  ze  stosu  drewna,  podpałki  i  zwojów  papieru.  Następnie 

rozłożył się na swoim ulubionym, wygodnym fotelu z nogami na pufie. 

Natychmiast  pojawiły  się  syjamczyki.  Wiedziały,  że  zapalono  ogień  w  kominku, 

zanim  zapach  drewna  rozszedł  się  wokół  i  zanim  usłyszały  trzask  podpałki.  Po  chwilach 

rozkoszowania  się  ciepłem  płomienia  Koko  zaczął  węszyć  w  książkach,  a  Yum  Yum 

wskoczyła Qwilleranowi na kolana, obracając się trzy razy, nim się ułożyła. 

Kotka  darzyła  go  wielkim  uczuciem,  była  zaborcza  i  zazdrosna  o  jego  kolana. 

Wpatrywała się w niego pełnym zachwytu wzrokiem, mruczała, kiedy spojrzał w jej stronę, i 

nic  nie  sprawiało  jej  większej  rozkoszy  niż  dotykanie  jego  wąsów  aksamitną  łapką.  On  też 

nazywał ją swoją małą ukochaną, ale jej uporczywe dążenie do kontaktu trochę go niepokoiło. 

Wspomniał o tym Lori Bambie, młodej kobiecie, która o kotach wiedziała wszystko. 

background image

-  Koty  lubią  przeciwną  płeć  -  wyjaśniła  Lori  -  i  wiedzą,  która  jest,  która.  Trudno to 

wytłumaczyć. 

Yum  Yum  drzemała  na  jego  kolanach,  sprawiając  wrażenie  spełnionej,  kiedy  Qwilleran 

usłyszał pierwszy stuk. Nie było sensu gniewać się na Koko. Wpadało mu to jednym uchem, 

a  wypadało  drugim.  Kiedy  wcześniej  otrzymał  burę,  to  tylko  go  rozjątrzyło;  znalazł  swoją 

własną,  pomysłową  metodę  wzięcia  odwetu.  Qwilleran  nauczył  się,  że  przy  każdym 

nieporozumieniu syjamczyki zawsze mają ostatnie słowo. 

Westchnął tylko,  przenosząc śpiące  futerko z kolan  na puf,  i poszedł  sprawdzić,  jaka 

szkoda  została  uczyniona.  Zgodnie  z  jego  oczekiwaniami  był  to  znowu  Szekspir.  Pani 

Fulgrove  właśnie  oczyściła  oprawy  ze  świńskiej  skóry,  w  celu  ich  konserwacji,  miksturą  z 

lanoliny i oleju zwierzęcego, a oba te produkty były pochodzenia zwierzęcego. Jakkolwiek by 

wyjaśniać wyjątkowe zainteresowanie u Koko książkami, dwie z nich były na podłodze i były 

to ulubione dramaty Qwillerana: Makbet i Juliusz Cezar

Przekartkował  drugi  utwór,  znajdując  fragment,  który  szczególnie  mu  się  podobał: 

scenę spotkania w ciemności, kiedy to spiskowcy knują,  by  zamordować Cezara,  ukrywając 

twarze  w  pelerynach.  „Zanurzmy  ręce  aż  po  łokcie  w  krwi  Cezara,  ostrza  mieczy  w  niej 

umoczmy”. 

Spisek  -  zastanawiał  się  Qwilleran  -  był  ulubionym  środkiem  wyrazu  Szekspira, 

służącym  mu  do  zawiązania  konfliktu,  dodającym  napięcia  i  zawłaszczającym  uczucia 

widowni. W Makbecie spisek dotyczył morderstwa starego króla. „Lecz któż by pomyślał, że 

tyle krwi jest w tym starcu?” 

Mrowienie  na  górnej  wardze  zaalarmowało  Qwillerana.  Czy  podwójna  tragedia 

„Picayune”  była  wynikiem  spisku?  Nie  miał  żadnych  wskazówek,  tylko  to  wrażenie  pod 

wąsami. Nie miał tropu i żadnego pomysłu na logiczne dochodzenie. 

Lata  temu  jako  utytułowany  dziennikarz  kryminalny  zbudował  sieć  anonimowych 

informatorów. W Moose County nie miał żadnych źródeł. Mimo że mieszkańcy notorycznie 

plotkowali,  unikali  plotkowania  z  przyjezdnymi,  a  Qwilleran,  nawet  po  osiemnastu 

miesiącach życia wśród nich, wciąż był przyjezdnym. 

Spojrzał  na  kalendarz.  Była  środa,  trzynasty  listopada.  Jutro  wieczorem  pod  swoim 

dachem będzie miał siedemdziesięciu pięciu wykwalifikowanych plotkarzy - samą śmietankę 

towarzyską popijających herbatkę i udzielających się podczas przyjęć bywalców. 

background image

-  Dobra,  stary  detektywie  -  powiedział  do  Koko.  -  Jutro  wieczorem  poszukamy 

naszych informatorów. 

background image

 

Rozdział piąty 

Czwartek, 

czternasty 

listopada. 

Pogoda 

sprzyjała 

najważniejszemu 

wydarzeniu 

towarzyskiemu  w  tym  sezonie:  nie  za  zimno,  niezbyt  wietrznie,  niezbyt  mokro.  Tego  dnia 

wieczorem  siedemdziesięciu  pięciu  członków  Towarzystwa  Historycznego  i  Klubu  Złotej 

Jesieni miało po raz pierwszy obejrzeć rezydencję Klingenschoenów, po czym miała nastąpić 

oficjalna zmiana nazwy rezydencji na Muzeum Klingenschoenów. 

Odkąd Qwilleran odziedziczył pretensjonalny gmach, od razu stwierdził, że to absurd, 

by taką rezydencję zajmował jeden kawaler i dwójka kotów. Zaproponował, w porozumieniu 

z  Towarzystwem  Historycznym,  otwarcie  rezydencji  dla  zwiedzających,  w  charakterze 

muzeum, przez dwa albo trzy popołudnia w tygodniu. Kiedy burmistrz ogłosił tę wiadomość 

na  spotkaniu  w  urzędzie,  mieszkańcy  Pickax  bardzo  się  ucieszyli,  a  zaproszeni  na  wernisaż 

goście poczuli się szczególnie wyróżnieni. 

Qwilleran rozpoczął dzień jak zwykle w mieszkaniu nad garażem. Nastawił prognozę 

pogody, wypił filiżankę rozpuszczalnej kawy, ubrał się i udał do saloniku kotów w korytarzu. 

- Pociąg linii specjalnych odjeżdża z peronu czwartego - ogłosił, otwierając wiklinowy 

koszyk. 

Syjamczyki  siedziały  na  parapecie  z  nosami  w  oknie,  rozkoszując  się  migotaniem 

listopadowego słońca, ignorując zaproszenie. 

- Śniadanie zostanie teraz podane w wagonie restauracyjnym. 

Nie  zareagowały,  nawet  nie  drgnęły  im  wąsy.  Zniecierpliwiony  Qwilleran  wziął  po 

jednym kocie w każdą rękę i umieścił je bezceremonialnie w koszyku. 

-  Jeżeli  zachowujesz  się  jak  koty,  będziesz  traktowany  po  kociemu  -  wyjaśnił, 

próbując  przemówić  im  do  rozsądku.  -  Zachowujcie  się  jak  uprzejme,  przyjacielskie, 

inteligentne stworzenia, a będziecie traktowane tak samo. 

Odgłosy  szamotania  i  przepychania  dobiegały  z  wnętrza  kosza,  kiedy  niósł  go  przez 

podwórze do głównego budynku domu. 

To  był  pomysł  pani  Cobb,  żeby  syjamczyki  spędzały  dni  pośród  orientalnych 

dywanów, francuskich gobelinów i rzadkich starych książek w rezydencji. 

- Kiedy ktoś ma wartościowe antyki - wyjaśniała - należy obawiać się czterech rzeczy: 

złodziei, pożaru, suchych upałów i myszy. 

background image

By  rozproszyć  jej  obawy,  Qwilleran  zainstalował  czujniki  wilgoci,  alarm 

antywłamaniowy,  wykrywacze  dymu  oraz  bezpośrednie  połączenie  z  policją  i  ze  strażą 

pożarną. Z pozostałymi niebezpieczeństwami miały poradzić sobie Koko i Yum Yum. 

Kiedy  Qwilleran  wszedł  przez  tylne  drzwi  z  wiklinowym  koszykiem,  gospodyni 

zawołała z kuchni: 

- Czy zjadłby pan omlet z grzybami, panie Q? 

- Brzmi nieźle. Nakarmię koty. Co jest w lodówce? 

-  Wątróbki  drobiowe  saute.  Koko  pewnie  wolałby,  żeby  je  podgrzać  z  wczorajszym 

boeuf Strogonow. Yum Yum nie będzie wybrzydzać. 

Kiedy skończył swoje śniadanie - omlet z trzech jajek oraz dwie angielskie bułeczki z 

masłem i dżemem z dzikich jagód - powiedział: 

- Przepyszne! Najlepszy grzybowy omlet, jaki kiedykolwiek jadłem. 

- Mój drogi! - gospodyni zakryła twarz rękoma z zawstydzeniem. - Czy zapomniałam 

o  nadzieniu?  Taka  jestem  podekscytowana  przed  dzisiejszym  wieczorem,  że  nie  wiem,  co 

robię. A pan, panie Q? 

- Odczuwam drobne zniecierpliwienie - odparł. 

- Och, panie Q, chyba pan żartuje! Pracował pan nad tym od roku! 

Miała  rację.  W  celu  przygotowania  rezydencji  do  publicznego  użytku  na  strychu 

położono  panele  podłogowe,  tworząc  w  ten  sposób  miejsce  zebrań.  Za  powozownią 

urządzono  wybrukowany  parking.  Inżynierowie  z  Nizin  zainstalowali  windę.  Dobudowano 

przeciwpożarowe schody ewakuacyjne na tyłach domu. Pomyślano też o udogodnieniach dla 

osób  niepełnosprawnych:  przy  tylnym  wejściu  powstała  rampa,  a  przyciski  w  windzie 

umieszczono  tak,  żeby  mogły  z  nich  korzystać  osoby  poruszające  się  na  wózku; 

zainstalowano też specjalnie przystosowaną dodatkową łazienkę na parterze. 

-  Jaka  jest  kolejność  wydarzeń  dziś  wieczorem?  -  Qwilleran  spytał  pani  Cobb. 

Zasiadała w komitecie Towarzystwa Historycznego w trakcie ustaleń. 

-  Członkowie  zaczną  przybywać  o  dziewiętnastej,  by  najpierw  obejść  muzeum  z 

przewodnikiem. Pani Exbridge przeszkoliła na tę okazję osiemnastu przewodników. 

- A kto przeszkolił panią Exbridge? Niech pani nie będzie taka skromna, pani Cobb. Ja 

wiem i pani wie, że bez pani całe to przedsięwzięcie nie byłoby możliwe. 

-  Och, dziękuję,  panie Q -  powiedziała,  rumieniąc się wstydliwie -  ale  nie  można  mi 

zbyt  wiele  przypisywać.  Pani  Exbridge  wie  bardzo  dużo  o  antykach.  Zamierza  otworzyć 

własny sklep z antykami, teraz, kiedy jej rozwód jest już na ukończeniu. 

background image

-  Żona  Dona  Exbridge'a?  Nie  wiedziałem,  że  mieli  problemy.  Przykro  to  słyszeć.  - 

Qwilleran  zawsze  współczuł  rozwodzącym  się  parom,  bo  sam  przeszedł  przez  to  bolesne 

doświadczenie. 

- Tak, jaka szkoda - westchnęła pani Cobb. - Nie wiem, o co poszło. Susan Exbridge 

nie rozmawia o tym. Jest przemiłą kobietą. Jego nigdy nie poznałam. 

- Za to ja wpadłem na niego kilka razy. Przyjemny gość, z uśmiechem i przyjacielskim 

uściskiem dłoni dla każdego. 

-  No  cóż,  jest  deweloperem,  a  ja  nie  mam  o  nich  najlepszego  zdania.  Na  Nizinach 

wciąż  użeraliśmy  się  z  deweloperami  i  biurokracją.  Chcieli  zburzyć  dwadzieścia  sklepów  z 

antykami i zabytkowe domy. 

- To co będzie po zwiedzaniu muzeum? 

- Pójdziemy na górę do sali spotkań i wtedy pan wygłosi swoją przemowę. 

- Tylko nie przemowę, proszę. Powiem zaledwie kilka słów. 

- Później nastąpi krótkie spotkanie organizacyjne i drobny poczęstunek. 

- Mam nadzieję, że nie upiekła pani siedemdziesięciu pięciu tuzinów ciastek dla tych 

bezwstydnych  wygłodnialców  -  powiedział  Qwilleran.  -  Podejrzewam,  że  większość  z  nich 

uczestniczy  w  spotkaniach  z  powodu  pani  cytrynowo--kokosowych  batonów.  Czy  pani 

towarzysz również nas zaszczyci? 

- Herb? Nie, musi jutro wstać bardzo wcześnie rano. Wie pan, właśnie zaczął się sezon 

łowiecki na jelenie. A co z kotami? Czy też będą uczestniczyć w wernisażu? 

-  Dlaczego  nie?  Yum  Yum  spędzi  cały  wieczór  na  górze  lodówki,  ale  Koko  lubi 

paradować i pokazywać się. 

Zadzwonił telefon  i  Koko skoczył  na  stół w kuchni,  jakby wiedział, że to telefon od 

Lori Bamby z Mooseville. 

Lori  pracowała  u  Qwillerana  jako  sekretarka  na  niepełnym  etacie.  Była  to  młoda 

kobieta  z  długimi,  złotymi  warkoczami,  które  zawiązywała  niebieskimi  wstążkami, 

przyciągającymi syjamczyki jak magnes. 

-  Cześć,  Qwill!  -  powiedziała.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadzam  w  niczym 

ważnym. Czy to dziś ten wielki dzień? 

- Tak. Dzisiaj wielkie otwarcie. Jakie wieści z Mooseville? 

-  Nick  właśnie  telefonował  z  pracy  i  poradził,  żebym  zadzwoniła  do  ciebie.  Ktoś 

urządził  sobie  kemping  na  terenie  twojej  posiadłości  nad  jeziorem.  W  drodze  do  pracy 

zauważył zaparkowany tam pomiędzy drzewami samochód z przyczepą. Zastanawiał się, czy 

za twoim pozwoleniem? 

background image

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Z  drugiej  strony,  nie  ma  w  tym  nic  złego.  Tam  jest 

mnóstwo  miejsca,  z  którego  nikt  nie  korzysta.  -  Qwilleran  odziedziczył  posiadłość  nad 

jeziorem  razem  z  rezydencją  w  Pickax:  osiemdziesiąt  akrów  lasu  nad  samą  wodą  i  chatę  z 

bali. 

-  To  nie  jest  najlepszy  pomysł  -  zaoponowała  Lori.  -  Tacy  turyści  na  dziko  mogą 

zostawić mnóstwo śmieci, zniszczyć drzewa, wzniecić pożar lasu... 

- Już dobrze. Przekonałaś mnie. 

- Nick twierdzi, że powinieneś wezwać szeryfa. 

- Zrobię to. Dziękuję za wiadomość. Jak tam w Mooseville? Jak dziecko? 

-  W końcu wypowiedział swoje pierwsze  słowo. Powiedział moose bardzo wyraźnie, 

więc myślimy, że wyrośnie na prezesa izby handlowej... Czyżbym słyszała w tle Koko? 

- Chce zamienić z tobą kilka słów. 

Qwilleran  trzymał  słuchawkę  przy  uchu  Koko,  które  trzepotało  i  obracało  się  w 

podekscytowaniu.  Potem  nastąpiła  seria  miauknięć,  prychnięć  i  mruków  w  różnych 

odmianach i z różną intensywnością. 

Kiedy rozmowa się skończyła, Qwilleran odezwał się do gospodyni: 

-  Język  angielski  ma  sześćset  tysięcy  słów.  Koko  używa  tylko  dwóch,  ale  z  jego 

„miau” i „ik” wychodzi tyle muzyki i znaczenia, więcej, niż niejeden nasz uczony przyjaciel 

wyciągnąłby z całego słownika. 

-  Tak,  Lori  rzeczywiście  zna  się  na  kotach  -  powiedziała  pani  Cobb  z  odrobiną 

zazdrości. 

- Jeżeli Lori żyłaby trzysta lat temu w Salem, spalono by ją na stosie. 

Gospodyni posmutniała. 

- Myślę, że Koko mnie nie lubi. 

- Dlaczego tak pani uważa, pani Cobb? 

- Nigdy do mnie nie mówi, ani nie mruczy, ani się nie łasi. 

- Syjamczyki - zaczął Qwilleran, odchrząkując i dobierając dokładnie słowa - są mniej 

otwarte niż inne rasy, a Koko w szczególności nie jest kotem, który lubi siedzieć na kolanach, 

mimo tego jestem pewien, że panią lubi. 

- Yum Yum ociera się o moje kostki, kiedy gotuję,  i czasem wskakuje mi na kolana. 

Jest bardzo słodkim kotkiem. 

-  Koko  jest  mniej  emocjonalny,  a  bardziej  intelektualny  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  Ma 

swoje  cechy  i  osobowość,  a  my  musimy  go  rozumieć  i  akceptować  takiego,  jaki  jest.  Nie 

będzie się kręcił wokół pani, ale szanuje panią i na pewno docenia pani wspaniałą kuchnię. 

background image

Wyplątał się z tej niezręcznej rozmowy z poczuciem ulgi.  Koko zdołał zniechęcić do 

siebie  i  Qwillerana  już  niejedną  kobietę,  tak  więc  impas  w  kontaktach  pomiędzy  kotem 

obdarzonym  nadmiarem  charakteru  i  znakomitą  gospodynią  powinien  zostać  zażegnany  jak 

najprędzej. 

Z biblioteki zatelefonował do biura szeryfa i w ciągu pół godziny w tylnych drzwiach 

zjawił się brązowy mundur. 

-  Wydział  szeryfa,  proszę  pana  -  powiedział  zastępca  szeryfa.  -  Otrzymałem 

zgłoszenie przez radio w sprawie pana posiadłości na wschód od Mooseville. Nie ma żadnych 

samochodów turystycznych, ale znaleziono świeże ślady ciężarówki i kilka pustych paczek po 

papierosach.  Zakopał  pety,  więc  miał  jakieś  pojęcie  o  kempingu.  To  były  kanadyjskie 

papierosy.  Mamy  tu  wielu  turystów  z  Kanady.  Żadnych  śladów  kłusownictwa  w  lesie, 

włamania czy wandalizmu w pana chacie. Jutro zaczyna się sezon łowiecki, proszę pana, więc 

jeśli nie życzy pan sobie intruzów z bronią w ręku, powinien pan postawić słupki. 

Dzień  dłużył  się.  Pogoda  się  utrzymywała.  Podniecenie  narastało.  Pani  Cobb 

posłodziła zupę i posoliła sos jabłkowy. Dwa razy nadepnięto na ogon Koko. 

O  godzinie  dziewiętnastej  zapalono  wszystkie  lampy  w  rezydencji.  Osiemdziesiąt 

wysokich, wąskich okien błyszczało światłem w zimową noc, tworząc widok, którego Pickax 

jeszcze nigdy nie widziało, a na Park Circle zaczął zbierać się tłum gapiów. 

Przybyli  goście  zostali  powitani  przez  Qwillerana  i  kierownictwo  Towarzystwa 

Historycznego.  Potem  przechodzili  z  pokoju  do  pokoju,  zachwycając  się  bogactwem  i 

pałacowymi rozmiarami wnętrz. W salonie pyszniącym się dwoma bliźniaczymi kominkami i 

dwoma  żyrandolami  na  szkarłatnych,  adamaszkowych  ścianach  wisiały  niezwykle  cenne 

obrazy  olejne.  Jadalnia,  zaprojektowana  dla  szesnastu  osób,  została  wyłożona  panelami 

wyrzeźbionymi  z  orzecha  włoskiego,  które  zostały  sprowadzone  z  Anglii  w  dziewiętnastym 

stuleciu.  Zwiedzający  byli tak zachwyceni  muzeum,  że  Koko pozostał  niezauważony,  mimo 

to kroczył dumnie pośród nich i przybierał posągowe pozy na rzeźbionym słupku od poręczy 

czy na zabytkowym palisandrowym fortepianie. 

O  godzinie  dwudziestej  zwołano  spotkanie  na  drugim  piętrze  w  sali  zgromadzeń, 

Nigel  Fitch,  który  był  zarządcą  majątku  w  banku,  stuknął  młotkiem  aukcyjnym  i  poprosił 

wszystkich o powstanie i chwilę ciszy dla uczczenia pamięci zmarłego Seniora Goodwintera. 

Potem zaczęły się podziękowania. Najpierw prezes Towarzystwa podziękował meteorologom 

za opóźnienie opadu śniegu.  Podziękował też Qwilleranowi za użyczenie rezydencji  na  cele 

muzeum. 

background image

Qwilleran  powstał  i  podziękował  członkom  Towarzystwa  za  ich  zachętę  i  wsparcie. 

Podziękował 

przedsiębiorstwu 

XYZ 

za 

dofinansowanie 

pracy 

przy 

projektach 

architektonicznych,  firmie  CPA  za  skomputeryzowanie  katalogu  muzeum.  Oddzielnie 

podziękował  pani  Cobb  za  założenie  muzeum  na  profesjonalnym  poziomie.  Później  ona 

podziękowała czterem komitetom, które pracowały nad otwarciem. Prezes cały czas spoglądał 

wyczekująco w stronę windy. 

Podczas omawiania  spraw  starych  i  nowych  Polly  Duncan,  reprezentująca  bibliotekę 

publiczną, zaproponowała nowy projekt, polegający na stworzeniu historii mówionej Pickax, 

innymi słowy, by zachować na wideo wspomnienia wiekowych mieszkańców okręgu. 

-  Osobą  odpowiedzialną  za  projekt  powinien  być  ktoś  z  umiejętnością  prowadzenia 

wywiadów - wyszczególniła, spoglądając na Qwillerana. 

Odpowiedział, że mógłby spróbować. 

Nigel  Fitch,  który  zwykle  energicznie  prowadził  spotkania,  tego  dnia  najwyraźniej 

zwlekał. 

- Oczekujemy burmistrza - wyjaśnił - którego coś musiało zatrzymać w ratuszu. 

Kiedy  tylko  Fitch  zerkał  w  stronę  windy,  wszystkie  głowy  po  stronie  publiczności 

odwracały się z nadzieją w tę samą stronę. W pewnym momencie dobiegły odgłosy ruszającej 

windy  i  w  wypełnionej  sali  zapadła  cisza.  Drzwi  się  otworzyły  i  wyszedł  jeden  z  członków 

Klubu  Złotej  Jesieni,  wysoki  i  chudy,  elegancko  ubrany.  Pozdrowił  serdecznie  prezesa 

Towarzystwa i poszedł w stronę wolnego miejsca krokiem jakby robota. 

-  To  pan  Tibbitt  -  wyszeptała  kobieta  obok  Qwillerana.  -  Dyrektor  szkoły  na 

emeryturze. Ma dziewięćdziesiąt trzy lata. Poczciwy staruszek. 

- Panie prezesie - odezwała się Susan Exbridge. - Chciałabym przedstawić propozycję. 

Dwudziestego  czwartego  listopada  Towarzystwo  Śpiewacze  zaprezentuje  utwór  Mesjasz 

Haendla  w  kościele  Old  Stone,  tak  jak  był  on  wykonywany  w  osiemnastym  wieku,  ze 

śpiewakami  w  strojach  z  epoki.  Planowaliśmy  po  koncercie  wydać  przyjęcie  dla 

wykonawców,  a  muzeum  byłoby  wymarzonym  miejscem  na  tę  okazję,  jeżeli  pan  Qwilleran 

nie będzie miał nic przeciwko. 

- Z mojej strony nie widzę przeszkód - powiedział Qwilleran - jeśli ktoś zagwarantuje, 

że nie będę musiał włożyć atłasowych spodenek do kolan. 

Burmistrz  wciąż  nie  nadjeżdżał.  Fitch,  spoglądając  często  na  zegarek,  rozpoczął 

dyskusję  na  temat  podwyżki  składek,  rekrutacji  nowych  członków  i  rozpoczęcia  wysyłki 

biuletynu Towarzystwa. 

background image

W  końcu  odezwała  się  charakterystycznym  szumem  winda  i  rozległ  się  odgłos 

towarzyszący  jej  zatrzymywaniu  się  na  drugim  piętrze.  Wszystkie  głowy  odwróciły  się  w 

oczekiwaniu.  Drzwi  windy  otworzyły  się  i  wyszedł  z  niej  Koko  z  podniesionym  dumnie 

ogonem i uszami, w zębach zaś ściskał martwą mysz. 

Qwilleran zerwał się na równe nogi. 

-  Chciałbym  jeszcze  podziękować  wiceprezesowi  odpowiedzialnemu  za  tępienie 

szkodników,  w  uznaniu  jego  zasług,  jeśli  chodzi  o  eliminowanie  czynników  grożących 

kolekcji muzeum. 

- Zamykam posiedzenie! - oznajmił Fitch. 

W części nieoficjalnej bankier zagadnął Qwillerana: 

- Masz niesamowitego kota. Jak on to zrobił? 

Qwilleran  wyjaśnił,  że  pewnie  to  pan  O'Dell,  który  był  na  dole,  wpuścił  Koko  do 

windy, a potem nacisnął przycisk, wysyłając kota dla śmiechu na górę. 

W  rzeczywistości  Qwilleran  miał  całkiem  inne  podejrzenia.  Koko  był  zdolny,  by 

samemu wejść do windy i rozciągając się najdłużej, jak potrafił, nacisnąć przycisk łapą. Robił 

to już wcześniej. Ten kot zafascynowany był przyciskaniem guzików, klawiszy, dźwigni czy 

gałek. Lecz jak to wytłumaczyć bankierowi? 

Kiedy burmistrz w końcu przyjechał, wziął na bok Qwillerana: 

- Powiedz, Qwill, kiedy to miasto wyjdzie ze średniowiecza? 

- Co przez to rozumiesz? 

-  Czy  słyszałeś  kiedyś  o  całym  okręgu,  który  funkcjonuje  bez  gazety?  Wszyscy 

zdajemy sobie sprawę, że Senior był zwariowany, ale myśleliśmy, że Junior przejmie gazetę i 

ją  rozkręci.  To  bystry  chłopak;  chodził  do  mnie  na  zajęcia  z  politologii,  kiedy  jeszcze 

uczyłem. Podejrzewam, że  już  słyszałeś: Gritty sprzedaje  „Picayune”,  wiesz komu. Zbiją  na 

tym fortunę, kiedy zrobią z niej gazetkę reklamową, a my wciąż nie będziemy mieli żadnego 

tytułu z wiadomościami. Dlaczego ty, Qwill, nie założysz gazety? 

- To proste. Kiedyś myślałem, że chciałbym mieć własną gazetę, własną ekskluzywną 

restaurację i własny, pierwszoligowy klub piłkarski, ale musiałem spojrzeć prawdzie w oczy, 

że nie jestem finansistą ani menedżerem od zarządzania. 

-  Dobra,  a  jak  twoje  kontakty  na  Nizinach?  Wiem,  że  zwabiłeś  tę  młodą  parę  do 

restauracji „Old Stone Mill”. 

- Pomyślę nad tym - obiecał Qwilleran. 

- Myśl szybko. 

background image

Po  filiżankach  łagodnej  herbaty  i  delikatnie  alkoholowym  ponczu  nie  zabrakło 

atmosfery do rozmowy. 

- Niewiarygodna kolekcja antyków! 

- Jak czujesz się w tutejszym klimacie? 

- Niezapomniany wieczór! Jesteśmy pana dłużnikami, panie Qwilleran. 

- Śnieg nigdy się tak nie opóźniał. 

- Co pan porabia w Święto Dziękczynienia? 

- Qwill, czy chciałbyś czterometrową choinkę do muzeum na Boże Narodzenie? Mam 

na farmie cudne drzewko. 

- Urocze miejsce na ślub. Mój syn niedługo się żeni. 

Nikt  nie  wygłaszał  teorii  na  temat  wypadku  Seniora  czy  pożaru  „Picayune”  mimo 

pytań,  które  stawiał  Qwilleran.  Wciąż  był  traktowany  jako  ktoś  z  zewnątrz.  I  chociaż  był 

zawodowym podsłuchiwaczem, nie usłyszał niczego, co by sugerowało nielegalną działalność 

lub spisek. 

Pogodziwszy  się  z  niepowodzeniem  w  tym  względzie,  zauważył,  że  pani  Cobb  jest 

nietypowo  rozentuzjazmowana.  Rozmawiała  bardzo  żywiołowo,  dużo  się  śmiała  i  bez 

zawstydzenia  przyjmowała  komplementy.  Musiało  jej  się  przydarzyć  coś  niezwykłego. 

Wygrała na loterii - zgadywał - została babcią po raz pierwszy, może burmistrz zaprosił ją na 

obrady  Komisji  Konserwacji  Zabytków?  Jakikolwiek  był  powód,  pani  Cobb  aż  promieniała 

szczęściem. 

Potem Qwilleran zaobserwował parę starszych państwa siedzących w rogu z głowami 

zwróconymi  ku  sobie.  Słabowita  staruszka  w  chodziku  słuchała  staruszka  o  lasce,  który 

opowiadał o pożarze „Picayune”. Qwilleran podszedł do nich dowiedzieć się, czy podoba im 

się przyjęcie. 

- Smaczne ciastka - odpowiedział staruszek - ale poncz przydałoby się ciut wzmocnić. 

Dobrze, że nie spadł jeszcze śnieg. 

-  Nie  wychodzimy  za  często,  gdy  jest  już  śnieg  -  powiedziała  jego  towarzyszka.  - 

Nigdy nie widziałam takiego wspaniałego domu! 

- Owszem, ale podczas zebrania nie usłyszałem ani słowa. 

Starsza pani obruszyła się. 

-  Amos,  ty  zawsze  siadasz  w  tylnym  rzędzie  i  zawsze  potem  narzekasz,  że  nic  nie 

możesz usłyszeć. 

Qwilleran spytał ich, jak się nazywają. 

background image

- Jestem Amos Cook, lat osiemdziesiąt osiem - odpowiedział staruszek. - Mam tyle lat 

i  wciąż  gotuję,  he,  he  -  pokiwał  wesoło  kciukiem.  -  A  ta  młoda  cizia  ma  lat  osiemdziesiąt 

pięć. He, he. 

- Jestem Hettie Spence i za miesiąc będę miała osiemdziesiąt sześć  lat - powiedziała. 

Staruszkowie  obnosili  się  ze  swoim  wiekiem  jak  z  medalami.  -  Byłam  Fugtree,  zanim 

poślubiłam  pana  Spence.  Miał  sklep  z  narzędziami.  Sami  wychowaliśmy  pięcioro  naszych 

dzieci - w tym czterech naszych chłopców - i trzy adoptowane dziewczynki.  Wszyscy poszli 

na  studia.  Mój  najstarszy  syn  jest  okulistą  na  Nizinach.  -  Opowiadała  z  podnieceniem, 

trzepocząc powiekami, machając rękoma i unosząc ramiona. 

- Moja siostrzenica poślubiła jednego z nich - wtrącił Amos. 

-  Pisałam  nekrologi  dla  „Picayune”,  dopóki  nie  odezwał  się  mój  artretyzm  - 

powiedziała Hettie. - Napisałam nekrolog dla ostatniej pani Klingenschoen. 

- Czytałem go - powiedział Qwilleran - napisany w sposób niezapomniany. 

- Ojciec nie pozwolił mi iść na studia, ale zrobiłam kursy korespondencyjne i... 

Amos przerwał: 

- Ona i ja braliśmy udział w zdjęciach przed pożarem. 

-  I  jak  wam  się  podobało?  -  zapytał  Qwilleran.  -  Czy  pani  fotograf  była  dobra?  Ile 

zdjęć wam zrobiła? 

-  Za  wiele  -  poskarżył  się.  -  Strasznie  się  zmęczyłem.  Niedawno  miałem  operację 

woreczka żółciowego. A ona tylko pstryk, pstryk, pstryk. Nie tak jak dawniej. Kiedyś trzeba 

było patrzeć, jak leci ptaszek, dopóki twarz nie zrobiła się nieruchoma, a fotograf miał głowę 

ukrytą w czarnej narzucie. 

- W tamtych czasach przed zdjęciem trzeba było powiedzieć „plam” - dodała Hettie. - 

I nie mieliśmy fotografek, to było męskie zajęcie. 

- Nie pozwoliła mi palić fajki. Powiedziała, że mogłoby to zadymić zdjęcia. Nigdy nie 

słyszałem niczego głupszego. 

Qwilleran spytał, o której opuścili redakcję gazety. 

- Mój wnuk odebrał nas o osiemnastej - powiedział Amos. 

- O siedemnastej - poprawiła go Hettie. 

-  O  osiemnastej,  Hettie.  Junior  odwiózł  dziewczynę  na  lotnisko  o  siedemnastej 

trzydzieści. 

- Cóż, mój zegarek wskazywał siedemnastą, wcześniej wzięłam lekarstwo. 

- Zapomniałaś go nakręcić i wzięłaś za późno tabletkę. Dlatego masz zawroty głowy. 

Qwilleran przerwał im. 

background image

-  A  pożar  zaczął  się  cztery  godziny  później.  Czy  macie  jakiś  pomysł,  co  mogło  być 

jego przyczyną? 

Starsza para spojrzała na siebie i potrząsnęła głowami. 

- Jak długo pracował pan dla „Picayune”? 

-  Zostałem praktykantem w wieku dziesięciu  lat i zostałem w tej robocie,  dopóki  nie 

musiałem przestać. - Poklepał się po klatce piersiowej. - Słabe serduszko. Ale był czas, kiedy 

zarządzałem  drukarnią,  jeszcze  za  życia  Titusa.  Pracowało  nas  wtedy  trzech,  dwóch 

mężczyzn i chłopak do obsługi ręcznych pras. Zajmowało nam cały dzień, żeby wydrukować 

parę tysięcy egzemplarzy. Wtedy gazeta kosztowała centa. Za dolara można było kupić cały 

rocznik. 

Qwilleran przypomniał sobie o książce, którą otrzymał od Polly. 

-  Czy  bylibyście  tak  mili  i  zeszli  ze  mną  na  dół,  żeby  zobaczyć  stare  zdjęcie 

pracowników „Picayune”? Może ich rozpoznacie. 

-  Moje  oczy  nie  widzą  najlepiej  -  stwierdziła  Hettie.  -  Katarakta.  I  nie  poruszam  się 

zbyt szybko, odkąd złamałam biodro. 

Mimo wszystko Qwilleran podprowadził ich do biblioteki i pokazał swój egzemplarz 

Malowniczego miasta Pickax. Włączył nagrywanie na magnetofonie, a wywiad został później 

przepisany przez Lori Bambę. 

Pytanie: Oto zdjęcie pracowników „Picayune”, zrobione około 1921 roku. Czy kogoś 

rozpoznajecie? 

Amos: Nie ma mnie na tym zdjęciu. Nawet nie wiem, kiedy było zrobione. Ale tu jest 

Titus Goodwinter, ten w środku w meloniku i z podkręconymi wąsami. 

Hettie: On zawsze nosił melonik. A kto to jest obok Titusa? Amos: Ten z opaskami na 

rękach? Nie znam go. Hettie: Czy on nie był księgowym? Amos: Nie, księgowy miał czarne 

zarękawki. Nazywał się Bill Watkins. 

Hettie: Bill był szeryfem. Jego kuzyn, Barnaby, prowadził księgi. Chodziłam z nim do 

szkoły. Został zabity przez spłoszonego konia z furmanką. 

Amos: Nie, to szeryf próbował zatrzymać konia, Hettie. Barnaby umarł od postrzału w 

głowę. 

Hettie: Założę się, że nie. Barnaby nie używał broni palnej. Znałam całą jego rodzinę. 

Amos (głośno): Nie powiedziałem, że to on miał broń! Jakiś myśliwy go postrzelił! 

Hettie: Myślałam, że szeryf nosił zawsze broń. 

background image

Amos (głośniej): Mówimy o księgowym! Barnaby! Ten z czarnymi rękawami! 

Hettie: Nie krzycz! 

Amos: Nieważne, ten w meloniku to Titus Goodwinter. 

Pytanie: Czy Titus założył gazetę? 

Amos: Nie. Wcześniej zaczął wydawać gazetę Ephraim. Nie wiem, kiedy. Miał wielki 

pogrzeb po śmierci. Powiesił się. 

Hettie: Ephraim powiesił się, albo tak tylko mówią. 

Amos: Na wielkim dębie niedaleko starego drewnianego mostu. 

Pytanie: Czy to wtedy Titus zaczął zarządzać gazetą? 

Amos: Nie, najpierw gazetę przejął najstarszy syn, ale zrzucił go koń. 

Hettie: Miliony kosów podniosło się nagle z pola kukurydzy i jego koń się spłoszył. 

Amos: Kosów wtedy było tyle, co teraz komarów. 

Hettie:  Potem  gazetę  przejął  Titus.  Z  niego  to  był  dziwak!  Raz,  kiedy  jego  koń  nie 

chciał przeskoczyć strumyka, zeskoczył z niego i go zastrzelił. 

Amos:  Swojego  własnego  konia!  Zastrzelił  go!  Ten  Titus  w  meloniku.  Zawsze  nosił 

melonik. 

Pytanie: Kim jest ten wściekle wyglądający mężczyzna na końcu szeregu? 

Amos: To facet, który powoził furmanką, tak, Hettie? 

Hettie: Tak, to Zack. Nigdy go nie lubiłam. Pił. 

Amos: Zabił Titusa w bójce i poszedł do więzienia. Mimo to dobry był z niego wozak. 

Miał śliczną córkę. Nazywała się Ellie. Przez pewien czas pracowała w gazecie. 

Hettie: Ellie składała egzemplarze gazety, robiła herbatę i sprzątała. 

Amos: Jednej ciemnej nocy rzuciła się do rzeki. Hettie: Biedna dziewczyna nie miała 

matki, ojciec pił, a jej brat był łobuzem. 

Amos: Titus od razu ją polubił. 

Hettie: Był zawsze babiarzem, w tym meloniku i z podkręconymi wąsami. 

Nigel  Fitch  przerwał  rozmowę,  mówiąc,  że  jest  już  gotowy,  by  odwieźć  dwoje 

starszych  państwa  do  domu.  Goście  niechętnie  wychodzili.  Qwilleran  wyrwał  z 

wychodzącego  tłumu  Polly  i  poprosił,  żeby  została  jeszcze  na  pogawędkę  o  wrażeniach  z 

wernisażu. 

-  Jeden  mały kieliszek sherry  i  muszę  iść -  powiedziała,  kiedy weszli do biblioteki.  - 

Czy masz coś przeciwko zaangażowaniu cię w projekt historii mówionej? 

background image

-  Ani  trochę.  Może okazać  się  interesujący.  Czy  wiedziałaś,  że  ojciec  Seniora  został 

zamordowany, a jego dziadek się powiesił? 

- Ta rodzina ma burzliwą historię, ale pamiętaj, że to był pionierski rejon,  jak dawny 

Dziki Zachód, choć działo się to nieco później. Teraz jesteśmy bardziej cywilizowani. 

- Komputery i magnetowidy nie są wyznacznikami cywilizacji. 

- To nie jest Szekspir, Qwill. 

-  Wczoraj  odwiedziłem  panią  Goodwinter  -  powiedział.  -  Nie  wyglądała  jak  typowa 

wdowa, pogrążona w żałobie i biorąca środki na uspokojenie. 

- Jest dzielną kobietą. 

-  Raczej  zastanawia  mnie  fakt,  że  podjęła  kilka  nagłych  decyzji  o  sprzedaży  domu, 

zlicytowaniu  mebli  i oddaniu starych pras  na złom. Nie  minął tydzień od śmierci Seniora, a 

plakaty informujące o aukcji wiszą w całym mieście. To za szybko. 

- Ludzie, którzy nigdy nie owdowieli, zawsze wiedzą najlepiej, jak mają zachowywać 

się  wdowy  -  powiedziała  Polly.  -  Gritty  to  silna  kobieta,  jak  jej  matka.  Euphonia  Gage 

powinna znaleźć się na twojej liście wywiadów historii mówionej. 

- Co wiesz na temat przedsiębiorstwa XYZ? 

- Tylko tyle, że łatwo odnoszą sukcesy we wszystkim, do czego by się nie zabrali. 

- Czy znasz kogoś z kadry zarządzającej? 

- Słabo. Don Exbridge jest czarującym mężczyzną. Jest założycielem i pomysłodawcą 

spółki. Jego wspólnikiem jest Caspar Young, a doktor Zoller - sponsorem. 

-  Taka  osobistość.  Spodziewałem  się,  że  udało  mu  się  zbić  fortunę  na  niciach 

dentystycznych  -  odparł  Qwilleran.  -  Czy  wszyscy  panowie  X,  Y  i  Z  należą  do  Country 

Clubu? 

Swego  czasu  zbadał  system  powstawania  klik  w  Pickax.  Wszystko  zależało  od tego, 

kto  do  jakiego  należał  klubu,  do  jakiego  uczęszczał  kościoła  i  jak  długo  jego  rodzina 

mieszkała w Moose County. Goodwinterowie liczyli sobie pięć pokoleń, Fitchowie - cztery. 

- Muszę już iść - powiedziała Polly - zanim mój gospodarz wezwie szeryfa i wyślą za 

mną  oddział  pościgowy.  Pan  MacGregor  to  bardzo  miły  staruszek  i  nie  chciałabym  go 

martwić. 

Po  jej  wyjściu  Qwilleran  zastanawiał  się,  czy  jakaś  pomocna  dłoń  przedsiębiorstwa 

XYZ  nie  wpłynęła  na  decyzje  pani  Goodwinter.  Wszyscy  oni  należeli  do  Country  Clubu. 

Grali w golfa. Grali w karty. Właśnie w ten sposób to wszystko działało. 

Zastanawiał się także, czy Polly rzeczywiście miała starszego gospodarza o nazwisku 

MacGregor,  pilnującego  jej  zajęć.  A  może  była  to  wymyślona  wymówka,  żeby  wyjść 

background image

wcześnie?  I  czemu  nie  chciała  zostać  dłużej?  Czegoś  się  obawiała.  Prawdopodobnie  plotek. 

Pickax  narzuciło samodzielnym kobietom wiktoriański wzorzec przyzwoitości,  a one starały 

się  usilnie  mu  sprostać,  mimo  że  prywatnie  żyły  już  dawno  w  drugiej  połowie  XX  wieku. 

Gospodarz Polly - przypuszczał Qwilleran - mógł być kimś więcej niż tylko gospodarzem. 

background image

 

Rozdział szósty 

Piątek,  piętnasty  listopada.  To  był  pierwszy  dzień  rozpoczynającego  się  właśnie  sezonu 

łowieckiego  na  jelenie.  W  Muzeum  Klingenschoenów  nastał  poranek  po  wernisażu,  a  pani 

Cobb wciąż była w euforii i nieco roztrzepana. 

Qwilleran pochwalił ją za sukces poprzedniego wieczoru. 

- Wszyscy chwalili muzeum i poczęstunek, niekoniecznie w tej kolejności - zapewnił. 

-  Ofiarowano  nam  do  hallu  czterometrową  choinkę  na  Boże  Narodzenie,  a  Fitchowie 

chcieliby wykorzystać muzeum na ślub swojego syna. 

-  To byłoby piękne  miejsce  na  ślub -  rozmarzyła  się pani  Cobb,  dodając zabawnie: - 

Koko mógłby nieść obrączki na ogonie. 

-  Od  rana  opowiada  pani  dowcipy  -  zaśmiał  się  Qwilleran.  -  Musi  się  pani  świetnie 

czuć. 

Spojrzała na niego z fałszywą skromnością. 

- Co by pan powiedział na zorganizowanie tutaj dwóch ślubów? 

- Pani ślubu? 

Jej oczy płonęły zza grubych oprawek okularów. 

-  Herb  kupuje  stuletni  dom  na  wsi.  Zadzwonił  do  mnie  tuż  przed  wernisażem  i 

powiedział, że uważa, iż powinniśmy się pobrać. 

-  Hmm -  odezwał się Qwilleran,  zastanawiając się nad  jakimś ciepłym słowem.  -  To 

dom Goodwinterów. Widziałem go. Prawdziwa perła. 

- Dobrze kupił, ponieważ właścicielka spieszyła się ze sprzedażą ze względu na śniegi. 

- Jest nieodnowiony, ale pani będzie wiedziała, jak go wyremontować. 

- To będzie frajda odrestaurować go i urządzić prostymi meblami. 

- Czy Hackpole lubi antyki? - Qwilleran spytał z powątpiewaniem. 

-  Nie za  bardzo,  ale  mówi, że  mogę zrobić,  co chcę.  Jego główne zainteresowania to 

polowanie  i  łowienie  ryb.  Ma  szafy  pełne  broni,  myśliwskich  noży  i  wędek.  Chce  mi  dać 

strzelbę kaliber dwadzieścia dwa, cokolwiek to znaczy, na wiewiórki i króliki. - Jej zaciśnięte 

wargi wyrażały dezaprobatę. 

- Trudno mi sobie wyobrazić panią skradającą się pomiędzy drzewami i strzelającą do 

małych zwierząt, pani Cobb. 

Wzdrygnęła się. 

background image

- Herb opowiadał mi, jak się oporządza jelenia, i zrobiło mi się niedobrze. Przy okazji 

pyta, czy lubi pan sarninę. Zawsze udaje mu się ustrzelić piękny okaz i mówi, że mięso jest 

przepyszne,  tylko  jeleń  musi  się  wykrwawiać  powoli.  Serce  powinno  wówczas 

wypompowywać krew na zewnątrz - cytowała bez entuzjazmu. 

-  Hmm -  odezwał się ponownie Qwilleran,  a  jego zwisające w dół wąsy opuściły  się 

jeszcze  bardziej.  Nie  był  zadowolony  z  przebiegu  wydarzeń.  Gospodyni,  która  pracuje  na 

ośmiogodzinnej zmianie, będzie różniła się od tej, która mieszka z nim, rozpieszczając jego i 

koty swoją kuchnią przez ostatnie osiemnaście miesięcy. Wiedział jednak, że Iris Cobb, która 

dwa  razy  owdowiała,  pragnęła  męża.  Szkoda,  że  nie  znalazła  jakiegoś  lepszego  od 

Hackpole'a. 

Prawdą  było,  że  żył  na  przyzwoitym  poziomie  z  używanych  samochodów,  napraw, 

spawania i złomu. Był także ochotnikiem straży pożarnej i to był jego atut. Wykonał w swojej 

spawalni wózek na ziołowy ogród dla pani Cobb; zebrał jagody potrzebne jej do dżemu; był 

doświadczonym myśliwym. Jednak w całym mieście uważany był za okropnego typa. Zdawał 

się  nie  mieć  przyjaciół  oprócz  pani  Cobb.  W  dodatku  ten  niezręczny  Romeo  chciał  jej 

podarować  strzelbę!  Biedna  kobieta!  Marzyła  o  pewnej  drogiej  bluzce  z  jedwabiu  na 

urodziny, a Hackpole podarował jej drogi szwajcarski scyzoryk wojskowy. Ten facet ciekawił 

Qwillerana coraz bardziej. 

Jak  mu  się  udało  tak  szybko  zorganizować  zakup  domu  Goodwinterów?  Nie  należał 

do  kliki  Country  Clubu,  ale  mógł  mieć  znajomości  w  przedsiębiorstwie  XYZ.  Jego  zakład 

spawalniczy prawdopodobnie wykonywał  balustrady  balkonowe w  motelu  „Mooseville”  i w 

budynkach osiedla Indian Village. 

Zadzwonił  telefon  i  Qwilleran  odebrał  go  w  bibliotece.  Głos  małej  dziewczynki 

powiedział: 

- Panie Qwilleran, tu Jody. Juney wrócił z Nizin zeszłej nocy. Nie dostał pracy. 

- Czy widział się z redaktorem naczelnym? 

-  Tak,  z  tym,  który  obiecał  mu  tę  robotę.  Facet  oznajmił,  że  właśnie  zatrudnili  trzy 

nowe reporterki i skończyli już nabór, ale będą o nim pamiętać. 

- Typowe! - wymamrotał Qwilleran. - Typowe dla tego gościa. 

- Juney próbował także w „Morning Rampage”, ale tam z kolei redukują zatrudnienie. 

Jest strasznie załamany. Wrócił późno w nocy i w ogóle nie spał. 

-  Z  jego  wynikami  na  studiach  nie  będzie  miał  problemu,  żeby  gdzieś  się  zahaczyć, 

Jody.  Gazety  co  roku  na  wiosnę  wysyłają  łowców  talentów  na  uniwersyteckie  kampusy  w 

background image

celach rekrutacji najlepszych studentów. Próbował tylko w jednym mieście. Powinien zacząć 

wysyłać oferty po wszystkich stanach. 

- To samo mu powiedziałam, ale nie chciał słuchać. Wyszedł wcześnie rano, mówiąc, 

że idzie na polowanie. Powiedział, że najpierw pojedzie na farmę zabrać strzelbę brata, jeżeli 

jego matka jeszcze jej nie sprzedała. Dlatego tak się martwię. Juney nie przepada tak bardzo 

za lasem ani za polowaniem. 

-  Pomyśl  o  tym  inaczej.  Może  zaszycie  się  w  lesie  będzie  dobrą  terapią,  Judy. 

Wyostrzy jego widzenie różnych spraw. A pogoda jest niezła. Nie martw się o niego. 

- No, nie wiem. 

- Kiedy wróci Junior, spotkamy się porozmawiać. 

Qwilleran zarezerwował sobie popołudnie  na spotkanie z  babką  Juniora, panią Gage, 

na  wywiad  historii  mówionej,  ale  została  mu  jeszcze  godzina  i  poczuł  się  wyczerpany. 

Zmartwiło  go  oświadczenie  pani  Cobb  i  rozczarowanie  Juniora,  więc  skorzystał  z  własnej 

rady i wyjechał z miasta na wieś. 

Dzień  był  szary,  nie  napawał  optymizmem,  a  bez  śniegu  ziemia  wyglądała 

przygnębiająco.  Jechał  na północ Mooseville,  przez popularne tereny  łowieckie,  rozglądając 

się po bokach, czy nie zobaczy  samochodu Juniora. Tu  i tam  stały zaparkowane samochody 

myśliwych, pikapy na opustoszałych leśnych terenach, ale nie było śladu czerwonego jaguara. 

Wpadały  mu w oko refleksy odblaskowych pomarańczowych sylwetek czających się 

w polu albo wchodzących do lasu, usłyszał też strzały. Cieszył się, że sam włożył odblaskową 

pomarańczową czapkę. 

Dojechał do swojej posiadłości nad jeziorem i podążył krętą, błotnistą drogą do chaty. 

Przyjrzał  się  śladom  opon,  pozostawionym  przez  parkującego  turystę.  Potem  udał  się  do 

chaty,  by  popatrzeć  na  jezioro.  Z  zamkniętymi  oknami,  bez  prądu  i  wody,  w  środku  było 

zimniej niż na zewnątrz. Rozstawione na plaży zabezpieczenia przeciwśniegowe trzymały się 

właściwej  pozycji.  Ponure  jezioro  wyglądało  na  gotowe,  by  zamarznąć.  Wszystko  to  razem 

tworzyło  smętny,  opustoszały  widok.  Usłyszał  strzały  dobiegające  z  lasu  i  pospieszył  do 

samochodu. 

W drodze na spotkanie z Euphonią Gage wybrał objazd w dół przez MacGregor Road, 

szukając domu,  w którym  mieszkała Polly  i rzekomo  jej  czujny gospodarz.  Na tej wiejskiej 

drodze  nie  było  więcej  zamieszkanych  miejsc,  tylko  otwarte  pola  i  lasy.  Nie  było  tu  ruchu 

poza jednym samochodem z  jeleniem przywiązanym do dachu. Kierowca uśmiechnął  się do 

Qwillerana i pozdrowił go palcami ułożonymi w znak „v”. 

background image

Droga  zakręcała  nagle,  a  chodnik  przechodził  w  żwir.  Trochę  dalej  dwie  skrzynki 

pocztowe  na  drewnianych  słupach  wskazywały  podjazd  ogrodzony  krzewami.  Prowadził  on 

do  kilku  położonych  obok  siebie  budynków:  głównego  domu  z  kamienia,  małego 

drewnianego  domku  z  tyłu,  jakichś  szop  i  wiekowej  stodoły  chylącej  się  ku  upadkowi.  Na 

skrzynkach pocztowych widniały nazwiska „MacGregor” i „Duncan”. 

Nie  było  żadnego  samochodu,  żadnych  rolniczych  urządzeń  ani  ujadającego  psa. 

Jednak  zza  rogu  głównego  budynku  z  głośnym  i  groźnym  gęganiem  wyłoniła  się  gęś. 

Qwilleran  ostrożnie  wysiadł  z  samochodu,  bacznie  obserwując  ptaka,  i  poszedł  w  stronę 

bocznych drzwi domu. Nie musiał pukać, gęś już go zaanonsowała. 

- Czego pan chce?! - krzyknął gderliwy głos. 

W  drzwiach  pojawił  się  przygarbiony  starszy  mężczyzna.  Wyglądał,  jakby  miał  za 

chwilę się rozsypać, ubrany był w trzy swetry, a na spodnie naciągnął dziergane getry. 

- Pan MacGregor? Jestem Jim Qwilleran. Chciałbym o coś zapytać, proszę pana. 

- Co pan sprzedaje? Nie chcę niczego kupować. 

- Nie jestem sprzedawcą. Poszukuję myśliwego, który jeździ czerwonym jaguarem. 

- Czym czerwonym? 

- Czerwonym samochodem. Jaskrawoczerwonym. 

- Nie wiem - odpowiedział staruszek. - Jestem daltonistą. 

- Mimo wszystko dziękuję, panie MacGregor. Miłego dnia. 

Obserwując  gęsi,  Qwilleran  wycofał  się.  Ustalił,  że  Polly  rzeczywiście  mieszkała  w 

domku  należącym  do  farmy  starego  gospodarza  o  nazwisku  MacGregor.  Wracał 

usatysfakcjonowany do miasta. Zauważył przy tym, że jej domek jest niezwykle mały. 

O  wpół  do  trzeciej  zadzwonił  dzwonkiem  do  drzwi  dużego  domu  z  kamienia  na 

Goodwinter  Boulevard,  by  przeprowadzić  wywiad  z  osiemdziesięciodwuletnią  panią  prezes 

Klubu Złotej Jesieni. Kobieta, która otworzyła mu drzwi, była w odpowiednim wieku, ale nie 

sprawiała wrażenia, jakby mogła stawać na głowie i robić pompki. 

-  Pani  Gage  jest  w  swoim  atelier  -  poinformowała  kobieta.  -  Proszę  na  prawo  przez 

frontowy salon. 

Ponure  pomieszczenie  w  ciemnych  aksamitach,  z  topornie  rzeźbionymi  meblami  i 

tapicerką  wyplataną  z  czarnego  końskiego  włosia,  prowadziło  do  jasnego  atelier,  bez 

wyposażenia,  tylko  z  dwoma  lustrami  i  matą  do  ćwiczeń.  Małej  postury  kobieta  w 

trykotowym  kostiumie  gimnastycznym,  rajstopach  i  pomarszczonych  getrach  siedziała  w 

pozycji kwiatu lotosu na macie. Podniosła się z łatwością i podeszła do niego. 

background image

-  Pan  Qwilleran!  Tyle  o  panu  słyszałam  od  Juniora!  I  oczywiście  czytałam  też  pana 

artykuły we „Fluxion” - jej głos był spokojny, ale dźwięczny. Zarzuciła rozciągnięty do kolan 

sweter i poprowadziła go z powrotem do dusznego salonu. 

Była filigranowa, ale silna, o siwych włosach i gładkiej skórze. 

- Rozumiem, że to pani jest prezesem Klubu Złotej Jesieni - powiedział. 

- Tak, mam osiemdziesiąt dwa lata, a najmłodszy członek klubu automatycznie zostaje 

wybrany na prezesa. 

- Podejrzewam, że kłamie pani co do wieku. 

Jej uradowany wyraz twarzy świadczył o tym, że rozpoznała komplement. 

-  Zamierzam  dożyć  stu  trzech  lat.  Myślę,  że  sto  cztery  to  już  zbyt  wygórowane 

oczekiwanie,  jak  pan  sądzi?  Tajemnicą  są  ćwiczenia,  a  prawidłowe  oddychanie  stanowi 

najważniejszy czynnik. Czy pan, panie Qwilleran, wie, jak należy oddychać? 

- Przez ostatnie pięćdziesiąt lat starałem się jak mogłem. 

-  Proszę  wstać  i  pozwolić  mi  położyć  dłonie  na  pana  klatce  piersiowej...  Teraz 

wciągnąć powietrze...  wypuścić... wdech... wydech. Dobrze pan sobie radzi,  ale  mógłby pan 

jeszcze nad tym popracować. Co mogę teraz dla pana zrobić? 

-  Chciałbym  włączyć  magnetofon  i  zadać  pani  kilka  pytań  dotyczących  dawnego 

Moose County. 

- Z przyjemnością. 

Następujący wywiad został później przepisany przez Lori Bambę: 

Pytanie: Kiedy pani przodkowie przybyli do Moose County, pani Gage? 

-  Mój  dziadek  przybył  tutaj  w  połowie  dziewiętnastego  wieku,  zaraz  po  szkole 

medycznej.  Został  pierwszym  lekarzem  i  traktowany  był  jak  błogosławieństwo  niebios.  Nie 

było wówczas szpitali czy klinik. Wszystko było  dość prymitywne.  Jeździł do pacjentów na 

koniu, czasem uciekając przed sforą wyjących wilków. Pewnego razu, po pożarze lasu, kiedy 

wszystkie  szlaki  były  nieprzejezdne,  musiał  przedzierać  się  z  siekierą  przez  leśne  chaszcze, 

piętnaście  mil,  żeby  opatrzyć  tych,  co  ocaleli.  Byli  poparzeni,  okaleczeni  i  oślepieni.  Miał 

przy sobie tylko tyle lekarstw, ile uniósł we własnym plecaku. 

Jakich lekarstw używał? 

- Dziadek przygotowywał własne mikstury i sam robił tabletki, używając ziół i roślin 

takich jak proszek z rabarbaru, arniki i kulczyby wronie oko. Niektórzy jego pacjenci woleli 

jednak  staroświeckie  metody,  jak  herbata  z  kocimiętki  czy  porządny  łyk  whiskey.  Za  jego 

background image

usługi nigdy nie płacili mu pieniędzmi. Dawali mu na przykład dwa kurczaki za nastawienie 

złamanej kości albo koszyk jabłek za odebranie porodu. 

Z jakimi dolegliwościami miał do czynienia? 

-  Ze  wszystkimi.  Gorączka,  ospa  wietrzna,  chore  płuca,  chirurgia,  stomatologia. 

Wyrywał  zęby  specjalnym  pokrętłem.  Poza  tym  mnóstwo  było  nagłych  przypadków 

wywołanych  przez  wiosenne  powodzie,  jadowite  węże,  wypadki  w  tartaku,  kopnięcia 

zwierząt  czy  knajpiane  awantury.  Bardzo  częste  były  amputacje.  Zachowałam  nawet  jego 

kolekcję piłek, noży i skalpeli. 

Dlaczego tak często stosowano amputację? 

-  Nie  było  antybiotyków.  Zainfekowana  kończyna  musiała  być  odcinana,  zanim 

pacjent by umarł od zakażonej krwi. Dziadek opowiadał mi, jak przeprowadzał operację przy 

zapalonych świecach w drewnianej chacie, podczas gdy członkowie rodziny odganiali muchy 

od otwartej rany.  To było ponad sto lat temu,  rozumiesz. Kiedy praktykę zaczął  mój ojciec, 

warunki  już  były  inne.  Miał  gabinet  w  naszym  salonie  od  frontu,  a  na  wezwania  pacjentów 

jeździł  powozem  albo  saniami.  Zatrudniał  woźnicę,  który  mieszkał  w  stajni  i  opiekował  się 

końmi.  Kierowca,  który  nazywał  się  Zack,  poszedł  potem  pracować  do  „Picayune”  i  źle 

skończył, zabijając Titusa Goodwintera. 

Czy znane są pani okoliczności tego zdarzenia? 

-  Musimy  się  troszkę  cofnąć.  Ojciec  Zacka  był  górnikiem,  który  zginął  w  wyniku 

eksplozji  w  kopalni.  Zack  stał  się  zgorzkniałym  i  niebezpiecznym  mężczyzną,  który 

regularnie bił swoją żonę i dwójkę dzieci. Mój ojciec próbował ich godzić i zgłaszać kłótnie 

do  posterunkowego,  ale  nic  w  tej  sprawie  nie  zostało  zrobione.  Młodsza  córka  Zacka  także 

pracowała  w  „Picayune”,  Titus  zaś,  który  był  strasznym  rozpustnikiem,  uwiódł  biedną 

dziewczynę.  Ona  utopiła  się,  a  Zack  zaatakował  Titusa  myśliwskim  nożem.  Nie  za  ładna 

historia. 

Czy w tamtych czasach „Picayune” było dobrą gazetą? 

- No... powiem panu... jeżeli wyłączy pan to urządzenie! 

Koniec wywiadu. 

Kiedy Qwilleran zatrzymał magnetofon, pani Gage powiedziała: 

- Mogę mówić z panem otwarcie, ponieważ jest pan przyjacielem mojego ulubionego 

wnuka.  Junior  bardzo  pozytywnie  się  o  panu  wypowiadał.  Otóż  prawdą  jest,  że  nigdy  nie 

byłam dobrego zdania o tej gałęzi Goodwinterów ani o gazecie, którą publikowali. Ephraim, 

background image

który  założył  „Picayune”,  nie  był  dziennikarzem.  Był  bogatym  właścicielem  kopalni  i 

większości  tartaków,  człowiekiem,  który  dla  pieniędzy  zrobiłby  wszystko.  Z  powodu  jego 

chciwości i niedbalstwa w kopalni doszło do potwornej eksplozji, w której zginęło trzydziestu 

dziewięciu mężczyzn. W końcu odebrał sobie życie. Jego synowie nie byli lepsi. Jego wnuk, 

Senior,  był  dziwnym  typem.  Interesowało  go  tylko  składanie  czcionek!  -  zaśmiała  się 

urągliwie. 

- Dlaczego pani córka za niego wyszła? - Qwilleran zapytał otwarcie, skoro Euphonia 

znana była ze szczerości. 

- Gritty chciała poślubić któregoś z Goodwinterów, a zawsze robi to, na co ma ochotę. 

To był dziwny wybór. Jest pełną werwy kobietą, która lubi dobrze się bawić. Senior nie miał 

ani  krzty  ikry  i  zupełnie  nie  przypominał  kogoś,  z  kim  można  by  było  zaszaleć.  Trudno  mi 

wyjaśnić,  jakim  cudem  powstał  Junior.  Jest  zbyt  mały,  żeby  być  potomkiem  Gritty,  takiej 

amazonki! I zbyt inteligentny, by być synem Seniora. 

- Recesywne geny - powiedział Qwilleran. - Przypomina swoją babcię. 

- Jest pan czarującym mężczyzną, panie Qwilleran. Szkoda, że Junior nie ma pana za 

ojca. 

- A pani jest czarującą kobietą, pani Gage. 

Zamilkli  na  chwilę  we  wzajemnej  sympatii.  Zaczął  się  zastanawiać  nad  tym,  co  by 

było, gdyby była trzydzieści lat młodsza. Miała... no, miała w sobie prawdziwą rogatą duszę! 

Czy to wynik ćwiczeń oddechowych? 

- Czy Junior dobrze się zapowiada? - spytała. 

-  Świetnie,  pani  Gage.  Może  być  pani  z  niego  dumna.  Czy  wiedziała  pani,  że 

„Picayune” upada? 

- Oczywiście, że wiedziałam. Próbowałam pomóc. Nie wiem, co ten mężczyzna zrobił 

z pieniędzmi, dopóki... 

- Dopóki co, pani Gage? 

- Będę naprawdę szczera. Wyluzujmy się, jak mówi Junior. No wie pan, dowiedziałam 

się w okrężny sposób, że Senior dość często wyjeżdżał na jeden dzień na Niziny. Dokładnie 

do  Minneapolis.  Gdyby  mój  zięć  miał  choć  odrobinę  charakteru,  przypuszczałabym,  że 

chodzi  o  jakąś  kobietę.  Jednak  w  tych  okolicznościach  mogłam  tylko  przypuszczać,  że 

kłopoty  finansowe  niefortunnie  pchnęły  go  do  hazardu  -  grał  i  oczywiście  wszystko 

przegrywał. 

- Czy nie wydaje się pani, że jego śmierć mogła być samobójstwem? 

Spojrzała z zaskoczeniem. 

background image

- Senior nie miałby odwagi, żeby się zabić, panie Qwilleran. 

Przed wyjściem powiedział jeszcze: 

- Jest pani wspaniałym rozmówcą, pani Gage. Mam nadzieję, że moglibyśmy spotkać 

się raz jeszcze, może na kolację pewnego wieczoru. 

-  Z  przyjemnością  przyjmę  zaproszenie,  jeżeli  podtrzyma  je  pan  do  wiosny.  Jutro 

wyjeżdżam  na  Florydę  -  odrzekła.  -  Było  mi  niezmiernie  miło,  panie  Qwilleran.  Proszę  nie 

zapominać o oddychaniu! 

Qwilleran tego wieczoru był w dobrym humorze. Rozparł się wygodnie w skórzanym fotelu 

w  bibliotece,  głaszcząc  kotkę  siedzącą  mu  na  kolanach  i  czekając,  kiedy  z  półki  spadnie 

kolejna  książka.  Przestał  już  protestować.  Zabawa  z  książkami  nabrała  charakteru  gry,  w 

którą  on  i  Koko  grali  razem.  Kot  proponował  tytuł,  Qwilleran  zaś  czytał  na  głos  przy 

akompaniamencie mruków, ików i miauków. 

Tym  razem  Koko  wybrał  Króla  Henryka  V.  Dobry  tekst  -  pomyślał  Qwilleran. 

Przekartkował strony i odszukał ulubione wersy: przemowę króla do swoich żołnierzy. 

- Raz jeszcze w wyłom, kochani, raz jeszcze! 

Koko przyjął pozycję do słuchania, siadając wysoko na biurku, w skupieniu, z ogonem 

zawiniętym aż do przednich łap, a jego niebieskie oczy błyszczały w świetle lampy. 

To była przejmująca mowa, obrazowa i pełna detali. 

- Ale gdy uszy napełni ryk wojny, niech wzorem dla was będzie raczej tygrys! 

- Yow! - odezwał się Koko. 

Mając taką pełną zachwytu publiczność, Qwilleran odważył się udramatyzować tekst. 

Ze strasznym wyrazem oczu zmarszczył brew, napiął mięśnie, odsłonił zęby, wydął nozdrza i 

ciężko oddychał. Koko mruczał chrapliwie. 

Na cały głos wykrzyczał ostatnią linijkę: 

Cry Godfor harry! I grzmij: „Bóg, Anglia, Król i święty Jerzy!” 

-  YOW-OW!  -  zaskowyczał  Koko.  Wystraszona  Yum  Yum  uciekła  z  pokoju,  a  w 

następnej chwili wbiegła pani Cobb. 

- Och! Myślałam, że ktoś pana morduje, panie Q. 

- Ja tylko czytałem dla Koko - wyjaśnił. - Chyba podoba mu się ludzki głos. 

- On lubi pana głos. Zeszłego wieczoru wszyscy mówili, że powinien pan wstąpić do 

teatru - oznajmiła pani Cobb. 

background image

Kiedy  w  domu  wszystko  wróciło  na  swoje  miejsce,  Qwilleranowi  przypomniało  się 

imię:  Harry.  Harry  Noyton.  Miał  z  nim  do  czynienia  jeszcze  na  Nizinach.  Mężczyzna  był 

szalonym przedsiębiorcą, który niestrudzenie poszukiwał nowych wyzwań albo ryzykownych 

przedsięwzięć.  Choć  jego  przedsięwzięcia  często  zdawały  się  absurdalne,  Harry  zawsze 

potrafił  wyciągnąć  z  nich  zyski.  Mieszkał  aktualnie  sam  w  Chicago  w  luksusowym 

apartamencie na ostatnim piętrze wieżowca, który sam wybudował. 

Pod wpływem impulsu Qwilleran wybrał numer apartamentu Noytona. Głos sekretarki 

poinformował go, że można go złapać w jego hotelu w Londynie. 

-  Czyżby  zbieg  okoliczności?  -  Qwilleran  zapytał  Koko.  -  Harry  jest  w  Anglii!  - 

Spojrzał  na zegarek.  Trzecia trzydzieści.  W Londynie to środek nocy.  Nawet lepiej! Noyton 

często budził go ze snu o nieludzkich porach i bez przeprosin. 

Wybrał  numer  hotelu  w  Londynie,  spodziewając  się,  że  będzie  to  „Saint  George”. 

Mylił  się,  Harry  zamieszkał  w  „Claridge's”.  Kiedy  głos  Noytona  zabrzmiał  w  słuchawce, 

dźwięczał tak rześko jak w południe. Jego energia była fenomenalna. 

-  Qwill!  Jak  się  masz?  Słyszałem, że odkąd rzuciłeś  „Fluxion”,  masz  forsy  jak  lodu. 

Co tam słychać? Wiem, że coś pilnego, inaczej byś nie wydał na telefon nawet ćwierć dolara. 

- Harry, czy nie chciałbyś zostać potentatem prasowym? 

- Czy „Fluxion” jest na sprzedaż? 

Qwilleran opisał sytuację w Pickax, dodając: 

-  To  byłaby  hańba  sprostytuować  stuletnią  gazetę  i  zmienić  ją  w  reklamowy  śmieć. 

Okręg  potrzebuje  gazety,  a  nazwa  „Picayune”  jest  wprost  wpisana  w  tutejszy  krajobraz.  W 

tym tygodniu był o gazecie artykuł w prasie stanowej i będzie o „Picayune” słychać jeszcze 

więcej. Jeżeli ktoś przedstawi wdowie lepszą ofertę, może pójdzie po rozum do głowy. 

- Do diabła, porozmawiam z wdową. Jestem dobry w rozmowach z wdowami. 

Qwilleran  wierzył  mu.  Noyton  był  człowiekiem,  który  wszystko  zawdzięczał  sobie. 

Miał talent do zdobywania kobiet, podobnie jak i pieniędzy, chociaż nigdy nie nabrał nawyku, 

by wyglądać elegancko. Nawet w trzyczęściowym garniturze szytym  na  miarę wyglądał  jak 

strach na wróble. Miał kilka byłych żon i zawsze szukał następnej. 

- Jutro lecę do domu - powiedział. - Jak się dostanę do Pickax? Nigdy nie słyszałem o 

takim miejscu. 

-  Polecisz  do  Minneapolis,  a  potem  złapiesz  samolot  do  Moose  County.  Przykro  mi, 

ale nie znam rozkładu. Prawdopodobnie nigdy go nie było. 

- Jakoś przylecę i dotrę. Nikt nie może mnie utrzymać na ziemi zbyt długo. 

- Lepiej przyleć tu przed opadami śniegu. 

background image

- Zadzwonię do ciebie z Minneapolis. 

- Dobra! Odbiorę cię z lotniska, Harry. 

Z miłym uczuciem spełnionego obowiązku Qwilleran zaczął swój nocny obchód domu 

i natrafił na jeszcze jedną książkę w oprawie ze świńskiej skóry na podłodze. Tym razem było 

to Wszystko dobre, co się dobrze kończy. 

- Jeszcze się nie skończyło, stary - powiedział do Koko i złapał dwa protestujące koty 

do wiklinowego koszyka. 

Miał rację. O drugiej nad ranem wyrwał go ze snu telefon od Jody. 

- Qwill, tak się martwię. Juney jeszcze nie wrócił do domu. 

- Może został w domu u matki. Czy dzwoniłaś tam? 

- Nikt się nie zgłaszał. Pug wróciła do Montany,  a pani Goodwinter prawdopodobnie 

nocuje... w dzielnicy Indian Village. Dzwoniłam wcześniej do babci Gage, ale ona myślała, że 

Juney wciąż jest na Nizinach. Dzwoniłam nawet do Rogera, jego przyjaciela w Mooseville. 

-  A  więc  lepiej  powiadommy  policję.  Zadzwonię  do  szeryfa.  Ale  ty  nie  ruszaj  się  z 

domu! 

- Chyba oszaleję, Qwill. Czuję, że chyba zaraz wyjdę i sama zacznę go szukać. 

-  Nie  możesz  tego  zrobić,  Jody.  Powinnaś  zadzwonić  do  jakiejś  koleżanki,  żeby 

została z tobą. Może do Franceski? 

- Nie cierpię dzwonić do niej tak późno. 

- Ja zadzwonię. Córka szefa policji jest przyzwyczajona do nagłych wypadków. Teraz 

się rozłącz, to zadzwonię do szeryfa. I napij się ciepłego mleka, Jody. 

background image

 

Rozdział siódmy 

Sobota,  szesnasty  listopada.  „Prawdopodobieństwo  śnieżnych  nawałnic  wraz  ze  spadkiem 

temperatur. Obecnie jest siedem stopni na minusie. W nocy temperatura spadła do dziewięciu 

poniżej zera... A teraz wiadomości: Myśliwy, zgłoszony jako zaginiony wcześnie rano, został 

znaleziony  przez  pomocników  szeryfa  przy  wsparciu  policji  stanowej.  Junior  Goodwinter, 

który obecnie przebywa w szpitalu w Pickax,  jest w ciężkim  stanie z powodu wyziębienia  i 

złamanej nogi”. 

Qwilleran  dowiedział  się  później  od  szefa  policji  Brodiego,  że  tego  dnia,  kiedy 

rozpoczął  się  sezon  łowiecki,  jeden  z  policjantów  w  czasie  rutynowego  patrolu  zauważył 

zaparkowanego  blisko  lasu  na  poboczu  czerwonego  jaguara.  Kiedy  zgłoszono  zaginięcie 

Juniora,  mogli  zacząć  poszukiwania  od tego  miejsca,  z  użyciem  psów tropiących  i  konnego 

oddziału wolontariuszy, czyli wyśmienicie jeżdżących konno okolicznych farmerów. 

- Zdaje się - Qwilleran powiedział do pani Cobb przy śniadaniu - że nikt nie powinien 

polować sam. Zbyt wiele czai się niebezpieczeństw. 

- Herb zawsze wyrusza sam - westchnęła. 

Ten  facet  nie  może  znaleźć  nikogo  do  towarzystwa  -  pomyślał.  Kiedy  tylko  ktoś 

wspominał  o  Hackpole'u,  od  razu  przychodziły  mu  do  głowy  nieżyczliwe  myśli.  Na  głos 

jednak powiedział: 

-  Jeżeli  zabiera  panią  dziś  wieczorem  na  kolację,  to  może  zaprosić  by  go  na  drinka 

przed waszym wyjściem? 

- To by było miłe - zgodziła się pani Cobb. - Zaprosimy go tutaj do kuchni. Będzie się 

czuł bardziej komfortowo. 

- Czy chciałby, żeby go oprowadzić po muzeum? 

-  Wie  pan,  mówiąc  szczerze,  panie  Q,  on  uważa,  że  dzieła  sztuki  to  tylko  coś,  co 

zbiera kurz, ale chciałabym pokazać mu piwnicę. 

- A nie mówiła mi pani nigdy nic o jego przeszłości - nagabnął ją Qwilleran, choć coś 

niecoś już słyszał od Juniora. 

-  Tutaj  się  wychował.  Po  odsłużeniu  swojego  w  wojsku  pracował  na  Wschodnim 

Wybrzeżu. Tam się ożenił i miał kilkoro dzieci. Są już dorosłe, ale on nawet nie wie, gdzie się 

teraz znajdują. 

Pasuje do niego - pomyślał znowu. 

background image

-  Wrócił  do  Moose  County  z  powodu  alergii  swojej  żony,  ale  wieś  jej  się  nie 

spodobała i odeszła od niego. 

Uciekła z kierowcą, dostawcą piwa - tak słyszał Qwilleran. 

- To bardzo samotny mężczyzna i żal mi go. 

- Czy pokazywał już pani dom na wsi? 

- Jeszcze nie, ale wiem, co chcę zrobić - zerwać tapety, pomalować ściany na biało i je 

ozdobić za pomocą szablonów. 

-  Czy  chciałaby  pani  mieć  dużą  sosnową  szafę?  Jeżeli  tak,  to  będzie  to  pani  prezent 

ślubny. 

Wydała stłumiony okrzyk zdziwienia. 

-  Ma  pan  na  myśli  niemiecką  szafę  pensylwańską?  Och,  uwielbiam  ją!  Ale  czy  jest 

pan pewien, że chce się z nią rozstać? 

- Moje życie bez niej już nie będzie takie samo - odpowiedział. - Podejrzewam ataki 

lęku i okresy głębokiej depresji, ale chcę, żeby pani zatrzymała szafę. 

- Och, panie Q, znowu pan sobie ze mnie żartuje. - Czy ustaliliście już datę ślubu? 

- W przyszłą sobotę, jeżeli panu to odpowiada. Herb chciał, żebyśmy tylko poszli do 

urzędu  miasta,  ale powiedziałam  mu, że  chcę wziąć ślub tutaj.  Susan Exbridge  będzie  moją 

druhną. Czy chciałby pan zostać drużbą? 

O mało się nie zakrztusił. 

-  Z  przyjemnością,  pani  Cobb.  Czy  ma  pani  listę  gości?  Urządzimy  przyjęcie  z 

szampanem. 

- To bardzo uprzejme z pana strony, ale Herb chyba nie chce żadnego przyjęcia, panie 

Q. 

- Proszę dać mi znać, jeżeli zmienicie zdanie. Chciałbym, żeby miała pani ślub godny 

zapamiętania. Jest pani tutaj wartościowym nabytkiem. 

-  Chciałabym  poprosić  o  jedną  przysługę,  jeśli  pan  pozwoli  -  powiedziała.  -  Czy 

porozmawiałby pan z Koko o ziołowym ogrodzie? Ciągle go przesuwa. 

-  Czy  próbowała  pani  porozmawiać  o  czymkolwiek  z  kotem?  -  zapytał  Qwilleran.  - 

Mruży oczy, drapie się w ucho i robi dalej to samo. 

-  Nie  wspominałabym  o  tym,  ale...  jak  przesunęłam  ogródek  w  słoneczne  miejsce, 

przepchnął go w ciemny kąt. Widziałam, jak to robi. Staje na tylnich nogach, kładzie łapy na 

niższej półce i pcha. 

background image

Qwilleranowi  drgnęły  kąciki  ust,  kiedy  wyobraził  sobie,  jak  Koko  pcha  zioła  na 

kamiennej  posadzce  oranżerii,  jakby  to  był  dziecięcy  wózek.  Słońce  nie  rozpieszczało  w 

listopadzie, a ten kot chciał po prostu uzyskać najlepsze skrawki światła dla siebie. 

-  Dlaczego nie poprosi pani Hackpole'a,  żeby zamontował  jakieś  hamulce  na koła? - 

zaproponował. 

Dzwonek do drzwi zadzwonił. 

-  O  mój  Boże!  Zapomniałam  panu  powiedzieć  -  rzuciła  pani  Cobb.  -  Ale  jestem 

roztrzepana.  Hixie  Rice  miała  tu  wpaść  po  drodze  do  pracy.  To  prawdopodobnie  ona.  - 

Podskoczyła do drzwi. - Niech pan siedzi. Ja otworzę. 

Hixie zaparkowała swój mały samochód na okrężnym podjeździe i przypatrywała się z 

rozkoszą wypolerowanym na błysk przez pana O'Della mosiężnym drzwiom wejściowym. 

- Wszystko jest takie wielkie, Qwill! Powinieneś wynająć kamerdynera - powiedziała, 

wchodząc  i  stukając  obcasami  na  białym  marmurze  w  hallu.  -  Proszę,  przywiozłam 

najnowszy  smakołyk  z  naszej  serii  mrożonek  dla  kotów:  nuggety  z  raka  w  sosie  nantua 

przybrane anchois. 

Koko pojawił się  nagle w  hallu  i  stał, gapiąc się  na Hixie  bez  wyrazu,  oprócz ogona 

zwiniętego na końcu w mały hak. 

- Myślę, że mnie pamięta - powiedziała Hixie. - Comment ça va, Monsieur Koko

-  Eeke, eeke -  odpowiedział.  Kiedy Qwilleran oprowadzał Hixie po domu,  Koko nie 

odstępował ich ani na krok, niczym nadgorliwy ochroniarz. 

- Wspaniałe dywany! - wykrzyknęła, wchodząc do salonu. 

Dwa duże i stare dywany Aubusson miały kremowy odcień, obramowania i medaliony 

ze spłowiałymi, różowymi różami w środku. 

-  Popatrz  na  Koko  -  powiedział  Qwilleran.  -  Zawsze  unika  wchodzenia  na  wzór  z 

różami. 

- Czy te stare barwniki nie były robione z jakichś owadów? Może je wyczuwa. 

- Po stu latach? Nie próbuj tego wyjaśniać, Hixie. Co powiesz na filiżankę kawy? 

Kiedy  usadowili  się  wygodnie  w  bibliotece,  Hixie  przyglądała  się  czterem  tysiącom 

woluminów oprawnych w skórę. 

- Qwill, czy jest to dla ciebie szokiem, że odziedziczyłeś mnóstwo pieniędzy? Czy nie 

czujesz się bezradny, wyobcowany albo winny? 

- Nieszczególnie. 

- Nie uważasz, że ludzie są zazdrośni, pełni urazy i wrodzy? 

background image

- Hixie,  mówisz  jak z jakiejś książki. Tak  naprawdę to dość uciążliwe posiadać dużo 

pieniędzy, więc przeznaczam je na cele filantropijne i wszyscy po cichu zapominają. 

Zaczęła zapalać papierosa, więc zaraz ją powstrzymał: 

-  Przepisy  miejscowe.  Zakaz  palenia  w  muzeach...  Jak  się  czuje  matka  twojego 

przyjaciela? 

- Kto? 

- Mówiłaś, że matka Toniego miała udar i musiał lecieć do Filadelfii. 

- Ach, ma się lepiej, wrócił i pracuje nad książką - odpowiedziała Hixie nonszalancko. 

-  Sama  zamierzam  napisać  książkę  poświęconą  toaletom  w  wiejskich  gospodach.  Trudno 

uwierzyć, że jest aż tak źle! 

- Nie narzekaj. Masz szczęście, że są wewnątrz, a nie na podwórku za stodołą. Co im 

zarzucasz? 

- A zatem pozwól, że ci opowiem o kawiarni „Biegun Północny” w Brrr. Mają tylko 

jedną  toaletę,  a  żeby  do  niej  dotrzeć,  trzeba  wyminąć  bardzo  zajętego  kucharza  i  tłustą 

kobietę, która pracuje na zmywaku. Kiedy już ją znalazłam, usytuowaną pomiędzy koszem na 

odpadki i zwilgotniałym mopem, okazało się, że w środku jest ciemno, i nie mogłam znaleźć 

włącznika światła. Przyszedł więc kucharz i pociągnął za zatłuszczony sznurek, który zwisał z 

sufitu,  i voila! Toaleta została oświetlona przez piętnastowatową żarówkę. Kolejny problem: 

jak zamknąć drzwi. Były otwarte na oścież i faktycznie zablokowane. Próbowałam na siłę, ale 

szczotka do WC i butelka ze środkiem dezynfekującym wylądowały mi na głowie.  Widzisz, 

oni  trzymają  drzwi  otwarte,  zahaczone  do  wyższej  półki,  gdzie  znajdują  się  rzeczy  do 

sprzątania. Udało mi się je w końcu zamknąć i zaczęłam po omacku szukać kibla. Słyszałam 

pod  stopami  bulgotanie  jakiejś  rury  kanalizacyjnej  w  podłodze.  Co  chwilę  słychać  było 

dławienie,  bulgotanie  i  kipienie.  Brzmiało  to  bardzo  niepokojąco.  Deska  na  kiblu  było 

przytwierdzona  jedną  śrubą  i  latała  jak  damskie  siodło.  Rura  nie  przestawała  bulgotać. 

Umywalka  zaczęła  także  syczeć  i  wybijać  wodę,  więc  szybko  stamtąd  uciekłam  i 

zatrzymałam się po drodze do domu w krzakach. 

- Hixie, zawsze przesadzasz - powiedział Qwilleran. - A jakie mieli jedzenie? 

-  Wyborne!  Naprawdę!  Chciałabym  teraz  coś  z  tobą  omówić.  Czy  Koko  mógłby 

lansować naszą serię mrożonek dla kotów? Zaprojektowalibyśmy naklejkę z napisem „Wybór 

Koko” i mielibyśmy takie gadżety jak koszulki z Koko i inne. Może także darmowe naklejki 

na zderzak z napisem: „Mój kot uwielbia Koko”. Jak by to było przyjęte? 

-  Nie sądzę,  żeby dał się tak  łatwo wykorzystać.  Nie pakuje  się w  nic,  dopóki to nie 

jest jego pomysł. 

background image

-  Mógłby  wystąpić  w  reklamach  telewizyjnych  -  napierała.  -  W  następnym  tygodniu 

przywiozę kamerę wideo i zrobię mu test. 

- Muszę to zobaczyć - odpowiedział Qwilleran. - Co słychać w restauracji „Old Stone 

Mill”? 

-  Wczoraj  wieczorem  na  kolację  przyszedł  mój  szef  i  oznajmił,  że  odnowił  nasz 

kontrakt na lepszych warunkach. 

- Gratulacje! 

- Był w dobrym nastroju. Był z jakąś kobietą, nie żoną, i wypili dwie butelki naszego 

najlepszego szampana. 

- Słyszałem, że jego rozwód już się zakończył. 

-  Nie  traci  czasu.  Oboje  planowali  odbyć  rejs  po  morzach  południowych  i  mieli 

nadzieję, że uda im się uciec przed opadem śniegu. 

- Jak ona wyglądała? - zapytał Qwilleran. 

- Zdrowy, wysportowany typ. Głośno się śmiała w sposób, którego nie znoszę! Pan X 

ma apartament w naszym kompleksie i sądzę, że ona się tam wprowadziła. Dlaczego wszyscy 

dookoła tak bardzo obawiają się opadu śniegu? 

Śnieg  nie  spadł  w  sobotę,  mimo  że  ciągle  był  zapowiadany  przez  cogodzinne  prognozy 

pogody.  Qwilleran  przysłuchiwał  się  w  bibliotece  wiadomościom  o  osiemnastej,  kiedy  do 

pokoju zajrzała pani Cobb. 

- On już jest - powiedziała nerwowo. 

Qwilleran  poszedł  za  nią  do  kuchni,  żeby  przywitać  mężczyznę,  który  kradł  mu 

gospodynię.  Uścisnął  dłoń  Hackpole'a  serdecznie  i  szczerze,  w  zamian  za  co  jego  palce 

zostały zmiażdżone w żelaznym uścisku. 

-  Mówią,  że  dziś  wieczorem  można  się  spodziewać  śniegu  -  powiedział  Qwilleran, 

wykorzystując standardowy temat w Moose County do otwarcia rozmowy. 

-  Jeszcze  przez  kilka  dni  nie  będzie  padało  -  odpowiedział  Hackpole.  -  Byłem  przez 

cały dzień w lesie i mogę to orzec na podstawie zachowania jeleni. 

- Słyszę, że jest pan doświadczonym myśliwym, i chciałbym o tym więcej posłuchać, 

ale najpierw... co pan powie na drinka? A pani, pani Cobb, na co ma ochotę? 

- Czy mogłabym dostać czystej whiskey? - spytała kokieteryjnie. 

background image

- Dla mnie kielicha i piwo - powiedział jej facet. Ubrany był w swój strój wieczorowo-

randkowy:  sztruksową  marynarkę  i  flanelową  koszulę.  Koko  krążył  wokół  niego  i  w  końcu 

ośmielił się obwąchać mu buty. 

- A sio! - krzyknął Hackpole, tupiąc nogą. 

Koko nawet nie mrugnął. 

-  Co  jest  z  tym  kotem?  Głuchy  czy  co?  -  zapytał.  -  Potrafię  sprawić,  że  większość 

kotów odskakuje na metr nad podłogę. 

- Koko uważa, że obwąchiwanie butów to jego święte prawo - powiedział Qwilleran. - 

Wie, że ma pan w domu psy. 

Wszyscy  troje  zasiedli  do  zabytkowego  kuchennego  stołu,  który  wywodził  się  z 

refektarza jakiegoś hiszpańskiego klasztoru. 

-  Wygląda,  jakbyście  potrzebowali  nowego  stołu  -  odezwał  się  gość,  oglądając 

trzystuletnie,  dobrze  zachowane  ślady  starości.  Wychylił  kieliszek  i  wetknął  trzy  palce  do 

górnej kieszeni marynarki. 

Pani Cobb uderzyła go żartobliwie po ręce: 

- Zakaz palenia, mój drogi. Szkodzi antykom, poza tym w muzeach to zakazane przez 

prawo. 

Zostawił papierosy w kieszeni i spojrzał nieufnie na Koko. 

-  Dlaczego  tam  siedzi  i  gapi  się  na  mnie?  -  odezwał  się  z  irytacją  w  głosie  kogoś, 

komu zabroniono zapalić. 

- Koko pana ocenia - wyjaśnił Qwilleran. - Dane zostaną zapisane w minikomputerze 

w jego mózgu. 

-  U  nas  w  stodole  zawsze  było  pełno  kotów  -  powiedział  gość.  -  Przywiązywaliśmy 

puszki do ich ogonów i mieliśmy świetny poruszający się cel dla kalibru dwadzieścia dwa. - 

Roześmiał się, lecz nikt nie podzielał jego rozbawienia. 

Qwilleran powiedział: 

- Jeżeli przywiąże pan puszkę do ogona Koko, usiądzie i będzie patrzył panu w oczy, 

dopóki nie zacznie pan odczuwać zawrotów głowy. Wkrótce poczuje pan tępy ból pod lewą 

łopatką,  potem  przeszywający  ból  w  brzuchu.  Stopy  będą  jak  sparaliżowane  i  będzie  panu 

ciężko  oddychać.  Na  końcu  krew  zacznie  pana  swędzić.  Wie  pan,  jak  to  jest,  gdy  ma  się 

swędzącą krew? 

Pani Cobb poklepała przyjaciela po ręku: 

-  Pan  Qwilleran  tylko  żartuje,  kochanie.  On  zawsze  żartuje.  -  Zobaczyła,  jak  znowu 

sięga po papierosy. - Oj! Nie wolno! 

background image

Hackpole rzucił paczkę na stół. 

- Słyszałem, że jesteś całkiem niezłym strzelcem - zauważył uprzejmie Qwilleran. 

-  Tak,  całkiem  dobrym.  Polowałem  już  na  łosie,  grizzly,  wszystko.  Chociaż  jelenie 

lubię  najbardziej.  Mam  na  koncie  ósmaki,  ale  najlepsze  mięso  dają  koziołki.  Takiego  na 

przykład upolowałem wczoraj. Pierwszego dnia zawsze mi się udaje. 

Założę się, że przez resztę roku uprawia kłusownictwo - pomyślał Qwilleran. 

-  To był czysty  strzał. Upewniłem się tylko, że porządnie się wykrwawił.  Później go 

wybebeszyłem,  przerzuciłem  przez  plecy  i  zaniosłem  do  pikapa.  Byłem  w  domu  przed 

południem. Zważyłem go. Miał osiemnaście kilo. 

Qwilleran w myślach odjął pięć. 

Pani Cobb powiedziała z dumą w głosie: 

- Herb jest myśliwym z podchodu. 

- Tak. Założę się, że pan nie wie, co to jest polowanie z podchodu. 

Qwilleran musiał przyznać, że nie ma pojęcia. 

-  My,  myśliwi  z  podchodu,  nie  siedzimy  w  krzakach  i  nie  czekamy,  aż  coś  nam 

przybiegnie.  Trzeba  się  poruszać,  szukając  przeciwnika,  bardzo  powoli,  bardzo  ostrożnie  i 

cicho. Kiedy się dostrzeże byka, śledzi się go i czeka na najlepszy moment do oddania strzału. 

Trzeba  się  poruszać  jak  jeleń  i  nie  wydawać  odgłosów  takich  jak  dźwięk  suwaka  czy 

zapalenie zapalniczki. Trzeba mieć dobry wzrok i określoną sprawność fizyczną. Polowanie z 

podchodu daje wiele satysfakcji. 

-  Jestem  pod  wrażeniem  -  oświadczył  z  uznaniem  Qwilleran,  nalewając  gościowi 

następny kieliszek. - Wiem, że jest pan także ochotnikiem w straży pożarnej. 

- Rzucam to - powiedział Hackpole, krzywiąc się z niezadowoleniem. -  Wiele kobiet 

się przyłącza. Nie mam nic przeciwko, kiedy w czasie całonocnego pożaru prowadzą knajpę, 

ale jaki mają interes prowadzić wóz strażacki i kręcić się wszędzie w straży? 

Przyszła panna młoda dodała: 

- Cieszę się, że to rzucasz. To strasznie niebezpieczne zajęcie. 

- Tak, na przykład wdychanie dymu. Albo kiedy wypuszcza się ogień i nagle wali się 

dach.  Kiedyś  widziałem,  jak  wąż  wyrwał  się  polewającemu  i  bił  na  wszystkie  strony, 

roztrzaskując głowy i łamiąc kości. Nie wie pan, jaką siłę ma woda lecąca przez taki wąż! To 

są sprawy, o których większość ludzi nie ma pojęcia. 

- Zawsze się zastanawiałem, do czego strażakom służą topory - powiedział Qwilleran. 

- Żeby wyrąbać otwór i wypuścić nim ogień; dym i gorąco wydostają się na zewnątrz, 

po czym wchodzimy do budynku i gasimy ogień. 

background image

- Ma pan jakieś przypuszczenia, co spowodowało pożar w „Picayune”? 

-  Wybuchł w piwnicy. To wiedzą wszyscy,  ale  nic więcej.  Moja  firma  naprawiała te 

stare  prasy.  Pod  każdą  z  nich  stała  kuweta,  do  której  spływały  resztki  rozpuszczalnika 

używanego do ich czyszczenia z farby. Poza tym było tam mnóstwo szmat i papieru. Kiepska 

sprawa! Schody zapaliły się i ogień poszedł aż na dach, był cug jak w kominie. 

-  No  cóż,  kochanie  -  powiedziała  pani  Cobb  -  powinniśmy  już  iść,  ale  najpierw 

chciałabym, żebyś zobaczył pub w piwnicy. 

Ci,  którzy  wznosili  rezydencję,  przenieśli  z  Londynu  angielski  pub  i  urządzili  bar,  z 

knajpianymi stolikami i taboretami, nawet boazeria na ścianach była autentyczna. 

To było coś, co Hackpole mógł docenić. 

-  Hej,  moglibyście  zdobyć  pozwolenie  na  sprzedaż  alkoholu  i  otworzyć  na  dole 

tawernę - powiedział. 

Kiedy wracali windą na parter, Qwilleran spytał, gdzie wybierają się na kolację. 

- Do „Otto's Tasty Eats”. Płacisz i możesz jeść do woli.- Sięgnął do kieszeni w klapie. 

- Gdzie są moje papierosy? 

- Zostawiłeś je na kuchennym stole, mój drogi - powiedziała pani Cobb. 

- Nie widzę, cholera! - zawołał z kuchni. 

- Czy sprawdziłeś we wszystkich kieszeniach? 

- Nieważne. Mam jeszcze jedną paczkę w schowku w aucie. 

Qwilleran wyciągnął dłoń: 

-  Cieszę  się,  że  się  w  końcu  mogliśmy  poznać,  i  pozwól  mi  pogratulować  sobie 

wspaniałej...  -  Przerwał  mu  głośny  hałas.  Doszedł  z  tylnej  części  budynku.  On  i  gospodyni 

pospieszyli do oranżerii, za nimi podążył wolniej ich gość. Miejsce było spowite ciemnością, 

ale blady kształt zjawy niepostrzeżenie wymknął się z pomieszczenia, kiedy do niego weszli. 

Kiedy zapalili światło, ujrzeli istną katastrofę. Na środku podłogi stał ruchomy ogród 

ziołowy,  a  w  pobliżu  leżała  stłuczona  gliniana  doniczka,  z  porozrzucaną  we  wszystkich 

kierunkach  ziemią  i  liśćmi.  Inne  rośliny  zostały  wyrwane  z  korzeniami.  Cała  podłoga  była 

usiana pozostałościami ogródka. 

- O rany! O rany! - powtarzała pani Cobb w szoku i z przerażeniem. 

- To nasz tutejszy duch - wyjaśnił Hackpole'owi Qwilleran. - Czy pani Cobb mówiła, 

że mamy tutaj ducha? 

Gospodyni dodała dumnie: 

-  Każdy  stary  dom  powinien  mieć  ducha  -  drżał  jej  przy  tym  głos;  ukradkiem 

rozglądała się wokoło w poszukiwaniu winnego kota. 

background image

-  Wszystko  od  nowa  wymienimy  -  zapewnił  ją  Qwilleran.  -  Proszę  się  nie  martwić. 

Wy dwoje idźcie spokojnie na kolację, a ja posprzątam ten bałagan. Miłego wieczoru! 

Jak tylko para opuściła dom, poszedł poszukać syjamczyków. Tak jak oczekiwał, były 

w bibliotece  i wyglądały  na  niewinne  i zadowolone.  Nadepnął  na niewielkie wybrzuszenie  i 

znalazł  papierosa  pod  dywanem  z  Buchary.  To  był  wkład  Yum  Yum  do  całego 

przedsięwzięcia.  Koko  trzymał  podbródek  na  swojej  łapie,  a  łapę  na  okładce  książki  ze 

świńskiej  skóry.  Podniósł  głowę  i  odwrócił  błyszczące,  pełne  wyczekiwania  oczy  w  stronę 

mężczyzny. 

- Nie będę wam czytał, bo na to nie zasłużyliście - powiedział cicho, ale stanowczo. - 

To  było  podłe.  Wiecie,  jak  bardzo  pani  Cobb  kocha  swój  ziołowy  ogród,  a  nasze  potrawy 

lepiej  smakują  z  powodu  roślin,  które  tam  rosną.  Więc  nie  oczekujcie  ode  mnie  żadnego 

zmiłowania!  Leżcie  sobie  i  kontemplujcie  swoje  grzechy,  i  postarajcie  się  być  lepszymi 

kotami w przyszłości... Wychodzę na kolację. 

Zabrał  Koko  książkę.  Był  to  znowu  Hamlet.  Powąchał  go  przed  odłożeniem  z 

powrotem  na półkę.  Qwilleran  miał wyostrzony zmysł węchu, ale wyczuwał  jedynie  zapach 

starej  książki.  Powąchał  Makbeta  i  pozostałe  tytuły,  którymi  zainteresował  się  Koko. 

Wszystkie  miały  zapach  starej  książki.  Porównał  zapach  z  książkami,  których  nie  ruszał,  z 

Otellem,  Jak  wam  się  podoba  i  Antoniuszem  i  Kleopatrą.  Musiał  stwierdzić,  że  wszystkie 

miały dokładnie taki sam zapach, zapach starej książki. Wyszedł na kolację. 

background image

 

Rozdział ósmy 

Niedziela,  siedemnasty  listopada.  „Drobny  śnieg  zmieni  się  w  zamarzający  deszcz”  -  taka 

była prognoza. W rzeczywistości świeciło słońce i Qwilleran postanowił wybrać się na długi 

spacer. 

Gęsto się tłumaczył pani Cobb przy porannych naleśnikach: 

-  Bardzo  mi  przykro  z  powodu  pani  ziołowego  ogrodu.  Doniczka,  którą  strącił, 

zawierała  miętę,  która  przypomina  kocimiętkę,  jak  przypuszczam.  Dlaczego  zniszczył 

pozostałe, tego nie wiem. Zasadzimy je ponownie. 

-  To  nie  będzie  takie  proste  -  westchnęła  pani  Cobb.  -  Cztery  z  nich  zostały 

wyhodowane od nasion w inspekcie u Herba. Pozostałe to były sadzonki, których nie można 

kupić o tej porze roku. 

-  Nie było  sensu dawać  mu  bury.  Chyba że złapie się kota na gorącym uczynku  i da 

prztyczka  w  nos,  tylko  wówczas  skojarzy  reprymendę  ze  swoim  występkiem.  Tak  mówiła 

Lori  Bamba,  a  ona  wie  wszystko  o  kotach.  Bez  wątpienia  papierosy  zwinęła  Yum  Yum. 

Znalazłem jednego pod dywanem i drugiego pod poduszką. 

- A ja znalazłam pustą paczkę pod dywanem na schodach - powiedziała pani Cobb. 

- Obawiałem się, że pani kolacja źle się zaczęła. Czy mimo to dobrze się pani bawiła? 

Ścisnęła usta, potem przyznała: 

-  No  więc  mieliśmy  małą  sprzeczkę.  Dowiedział  się,  że  dym  papierosowy  szkodzi 

antykom, i zakomunikował, że nie mogę ich mieć w domu na wsi. Praktycznie pali jednego za 

drugim. 

- Czy może pani użyć reprodukcji? 

- Nie cierpię kopii, panie Q. Zbyt długo obcowałam z rzeczami prawdziwymi. 

- Musi być jakieś rozwiązanie. 

-  Mam  na  myśli  jedno,  ale  dobre  -  odparła  rzeczowo.  -  Może  rzuci  swój  cuchnący 

nałóg. Nie słyszał pan chyba, żeby lekarze ostrzegali przed trującymi skutkami antyków! 

Qwilleran wydał z siebie odgłosy pełnego zrozumienia  i przeprosił,  mówiąc,  że chce 

wyjść i kupić niedzielne wydanie „Fluxion”. 

Wyszedł  lekkim  krokiem,  a  to  z  dwóch  powodów.  Poczuł  rozłam  pomiędzy  panią 

Cobb  i  Hackpole'em,  który  mógł  oddalić  wizję  małżeństwa...  I...  otrzymał  zaproszenie  od 

Polly Duncan. 

background image

-  W  czwartek  mam  wolne  -  mówiła.  -  Może  wpadłbyś  do  mojego  domku,  a  ja 

przyrządziłabym  pieczeń  z  puddingiem  Yorkshire?  Przyjedź  w  dzień,  łatwiej  ci  będzie 

znaleźć mój dom. 

Szedł raźnym krokiem. Od przedmieść Pickax dzieliły go cztery  mile.  Podczas drogi 

spotkał  komendanta  straży  pożarnej,  który  także  szedł  do  kiosku  po  niedzielne  wydanie 

„Fluxion”. 

Qwilleran zagadnął: 

- Gdzie ten śnieg, z którego słynie Moose County? 

- Nie umiem odpowiedzieć, ale taka pogoda utrzyma się aż do opadów. 

-  Wytłumacz  mi  coś,  Scottie.  Pickax  ma  dziwnie  rozmieszczone  ulice.  Nic  tu  nie 

trzyma się kupy. 

-  Podobno wytyczało  je dwóch górrrników  i  jeden drrwal w dniu wypłaty -  wyjaśnił 

Scottie. - Tak mówi legenda. 

-  Jak  wozy  strażackie  znajdują  właściwy  adres?  Do  miasta  wjeżdża  się  od  południa 

ulicą Południową -  i ta jest w porządku - ale od północy jest ulica Wschodnia, od zachodu - 

ulica  Północna,  a  od  wschodu  -  ulica  Zachodnia.  Boisko  jest  na  rogu  ulicy  Południowo-

Północnej  i  Zachodnio-Południowej.  To  może  doprowadzić  logicznie  myślącego  człowieka 

do szaleństwa. 

- Nie szukaj tu logiki, chłopie - powiedział Scottie, potrząsając siwą kudłatą grzywą. 

-  Czy  komendant  okręgowej  straży  pożarnej  przyleciał,  by  przeprowadzić  analizę 

pożaru w „Picayune”? 

-  Nie  wołamy  go  do  każdego  pożaru,  chyba,  że  podejrzewamy  podpalenie  albo  ktoś 

zginie.  To  był  przypadkowy  pożar,  wywołany  przez  zatłuszczone  szmaty  i  rrozpuszczalniki 

znajdujące się w hali maszynowej. 

- Jak można ustalić, że przyczyną pożaru było podpalenie? 

- Czy ty coś planujesz, chłopie? 

- Nie w najbliższej przyszłości, Scottie. 

-  No,  bo  jeślibyś  kombinował  coś  w  tym  guście,  to  staraj  się  nie  zostawić  po  sobie 

dwugalonowej puszki, pomalowanej  na  czerrwono i  śmierrdzącej  benzyną.  I  nie powinieneś 

rzucać za wcześnie zapałki, bo możesz wylecieć przez okno podczas eksplozji. 

- Można jakoś stwierdzić, że pożar zaczął się od wybuchu? 

-  Aye.  Po pierwsze wywala drzwi z zawiasów,  a po drugie drobinki sadzy są  mocno 

wbite w ściany. 

background image

Qwilleran  dokończył  spacer,  zatrzymując  się  na  filiżankę  kawy  w  taniej  restauracji 

przy ulicy Północnej, a niedzielną gazetę kupił w kiosku przy ulicy Zachodnio-Południowej. 

Po południu, kiedy czytał „Fluxion” i liczył błędy typograficzne, zadzwonił dzwonek. 

W drzwiach frontowych ujrzał oblicze starszego pana spoglądające bystro spod kaptura. 

-  Dzień  dobry  -  powiedział  gość  wesołym,  piskliwym  głosem.  -  Czy  ma  pan  jakieś 

dziury po myszach do załatania? 

- Przepraszam, nie zrozumiałem. 

-  Dziury  po  myszach.  Jestem  dobry  w  ich  łataniu.  -  Qwilleran  był  zdziwiony. 

Domokrążcy przychodzili zwykle do kuchennych drzwi i nigdy w niedzielę. Przeważnie byli 

także młodsi. 

-  Właśnie  odbywałem  przechadzkę  -  wyjaśnił  staruszek.  -  Ładny  dzień  na  spacery. 

Jestem Homer Tibbitt z Klubu Złotej Jesieni. 

- Oczywiście! Nie poznałem pana w parce. Proszę wejść! 

-  Widziałem  pana  kota  paradującego  z  myszą  na  przyjęciu  i  pomyślałem,  że  ma  pan 

jakieś mysie dziury, które można by załatać. Zrobię to za darmo. 

-  Proszę  zdjąć  płaszcz,  usiądziemy  i  porozmawiamy  o  tym.  Czy  napiłby  się  pan 

filiżanki kawy? 

- Tak, o ile ma pan bezkofeinową, i prosiłbym, jeżeli można, odrobinę brandy do niej, 

tak dla rozpalenia w starym piecu. 

Poszli  do  biblioteki.  Pan  Tibbitt  szedł  energicznie,  wymachując  niezdarnie  rękoma  i 

nogami.  Ogień  palił  się  w  kominku,  pan  Tibbitt  stanął  tyłem  do  ciepła.  -  Jestem 

przyzwyczajony do starych domów takich jak ten - powiedział. - Pełniłem ochotniczo funkcję 

kustosza w muzeum Lockmaster w pobliskim okręgu. Słyszałeś o tym? 

- Niestety nie. Niedawno tu przybyłem. 

- To była rezydencja właściciela stoczni, cała w drewnie, i załatałem tam pięćdziesiąt 

siedem dziur po myszach. W domu z kamienia, takim jak ten, myszy muszą być sprytniejsze, 

ale tu w Pickax mamy bardzo bystre myszy. 

- Co pana tutaj sprowadziło w tę krainę śniegów, panie Tibbitt? 

-  Urodziłem się tutaj,  a  nasze stare gospodarstwo stało puste.  Był także  inny powód. 

Tam  w  Lockmaster  zabiegał  o  mnie  pewien  emerytowany  nauczyciel  angielskiego.  Chcieli 

emerytowanych dyrektorów. Wcześniej byłem dyrektorem gimnazjum w Pickax. Teraz mam 

dziewięćdziesiąt trzy lata. Zacząłem uczyć w szkole siedemdziesiąt lat temu. 

-  Trzeba  było  przywieźć  tego  nauczyciela  od  angielskiego  do  Pickax  -  powiedział 

Qwilleran. - Nigdy nie słyszałem tylu zmasakrowanych czasowników i zaimków. 

background image

Były dyrektor skrzywił się w geście rezygnacji. 

- Zawsze robiliśmy, co w naszej mocy, ale jest tutaj takie powiedzenie: Ludzie ze wsi 

są inni, a ludzie z Moose County jeszcze bardziej. 

Mimo  dokuczających  stawów  staruszek  był  nadzwyczaj  energiczny.  Qwilleran 

zauważył: 

- Wiek emerytalny chyba panu służy, panie Tibbitt. 

- Mam ciągle zajęcie, i to jest sposób! Teraz, jeżeli pan chce, żebym poszukał mysich 

dziur... 

Qwilleran zawahał się. 

- Wie pan, mamy dozorcę... 

-  Znam  Pata  O'Della  od  pierwszej  klasy.  To  dobry  chłop,  ale  nie  zna  się  na  mysich 

dziurach. 

-  Przed  kampanią  antymyszową,  panie  Tibbitt,  chciałbym  z  okazji  projektu  historii 

mówionej utrwalić na kasecie pana wspomnienia, jeżeli oczywiście pan się zgadza. 

- Włącz pan tę maszynę. Proszę o pytania, ale najpierw o jeszcze jedną filiżankę kawy 

z kapką brandy, może być z dwiema kapkami, byle bez kofeiny. 

Nagrano następujący wywiad z Homerem Tibbittem: 

Pytanie: Co może nam pan powiedzieć o wczesnych szkołach w Moose County? 

-  Począwszy  od  czasów,  gdy  jeszcze  moja  mama  była  belferką,  szkoły  były 

zbudowane  z  drewnianych  bali.  Było  to  jedno  pomieszczenie  z  deskami  wokół  ściany, 

zastawione ciosanymi ławkami bez oparcia, z pękatym piecem w środku. I były tam straszne 

przeciągi!  Mama  uczyła  w  jednej  szkole,  gdzie  śnieg  wlatywał  przez  szczeliny,  a  rano  na 

zaśnieżonej podłodze czasem widać było ślady zająca. 

Czego wymagano od nauczyciela w tamtych czasach? 

-  Moja  mama  szła  trzy  mile  do  szkoły  i  musiała  tam  być  na  tyle  wcześniej,  żeby 

zdążyć  pozamiatać  podłogę  i  rozpalić  drewno  w  piecu.  Uczyła  osiem  klas  w  jednym 

pomieszczeniu,  bez  podręczników!  Płacono  jej  dolara  za  dzień  plus  darmowe  wyżywienie  i 

zakwaterowanie w rodzinie wiejskiej. Nauczyciele płci męskiej mieli płacone dwa dolary. 

Ilu uczniów miała w tym jednym pomieszczeniu? 

- Zapisanych było trzydziestu, czterdziestu, ale chodziła tylko połowa. 

Jakich uczyła przedmiotów? 

background image

-  Wymagano  od  niej  uczenia  czytania,  pisania,  arytmetyki,  historii,  geografii, 

gramatyki,  kaligrafii  i ortografii. Organizowała także gry  i specjalne zajęcia.  Musiała dawać 

wykłady na temat szkodliwości picia i palenia oraz noszenia zbyt obcisłych gorsetów. 

A co z drużynami sportowymi? Czy były organizowane jakieś zawody atletyczne? 

- Uprawiali sporty podczas wakacji. Istniała wprawdzie rywalizacja między szkołami, 

ale związana z konkursami poprawnej wymowy, a nie meczami piłki nożnej. 

Czy kiedy pan zaczął uczyć, warunki się polepszyły? 

-  Wciąż  mieliśmy  jednoklasowe  szkoły,  ale  były  lepiej  zbudowane.  Mieliśmy  też 

podręczniki.  Nie  mieliśmy  jeszcze  wewnątrz  instalacji  wodno-kanalizacyjnej...  Czy  mogę 

poprosić o jeszcze jedną filiżankę kawy? Zasycha mi w gardle. 

Czy znał pan jakichś Goodwinterów związanych z gazetą? 

- Przeszedłem na emeryturę przed urodzeniem się Juniora, ale jego ojciec był w mojej 

klasie.  Senior  był  spokojnym  chłopcem,  nie  za  bardzo  rozgarniętym.  Dorastałem  razem  z 

Titusem  i  Samsonem,  i  znałem  najstarszego  Goodwintera.  Kiedy  miałem  jedenaście  lat, 

pomagałem  po  szkole  w  drukarni.  Ephraim  Goodwinter  zarobił  mnóstwo  pieniędzy  na 

kopalniach,  ale  był  skąpy.  Słyszał  pan  kiedyś  o  eksplozji,  która  zabiła  trzydziestu  dwóch 

ludzi? Inżynierowie ostrzegali Ephraima,  ale nie chciał wydać ani grosza na zabezpieczenia. 

Po wypadku chciał to jakoś wynagrodzić miastu, dofinansowując publiczną bibliotekę. 

Czy to prawda, że się powiesił? 

- Ha! To jeden z brudniejszych sekretów w Moose County. Rodzina twierdziła, że to 

samobójstwo,  i  tak  samo  orzekł  koroner,  ale  wszyscy  wiedzieli,  że  to  był  lincz,  i  wiedzieli, 

kto go dokonał. Całe miasto zjawiło się na jego pogrzebie. Mówiło się, że chcieli się upewnić, 

że już nigdy nie wróci. 

Co się stało z Titusem i Samsonem? 

-  Opowiadano  bajeczkę  o tym,  jak  koń  Samsona  wystraszył  się  stada  kosów  i  w  ten 

sposób zginął Samson. Potem Titus został zamordowany przez woźnicę „Picayune”. Zginał z 

melonikiem na głowie. 

Kim był kierowca „Picayune”? 

-  To  był  Zack  Whittlestaff.  Ten  okręg  pełen  jest  dziwnych  nazwisk:  Cuttlebrink, 

Dingleberry,  Fitzbottom,  niemalże elżbietańskich. Miałem  nawet Falstaffa w  jednej z  moich 

klas i Scroopa, wyjętego z Szekspira, he! 

Skłaniałby się pan ku twierdzeniu, że to była wendeta przeciwko Goodwinterom? 

-  Rzeczywiście,  krewni  ofiar  eksplozji  nienawidzili  Ephraima,  tego  może  pan  być 

pewien. Zack był jednym z nich. Był zbirem. W szkole się nie uczył. Poślubił dziewczynę ze 

background image

Scroopów. Miałem dwoje ich dzieci w klasie. Dziewczyna narobiła sobie kłopotów i utopiła 

się. Zostawiła list pożegnalny do kota, prawdopodobnie jedynego stworzenia, które kochało tę 

biedną dziewczynę. 

Koniec wywiadu. 

Wywiad został przerwany telefonem z Minneapolis.  Harry Noyton był  już w drodze. 

Jego czarterowy samolot miał wylądować na lotnisku w Pickax o siedemnastej trzydzieści. 

- Jak tam pogoda? - spytał Noyton. 

- Nie ma śniegu, ale jest zimno. Mam nadzieję, że zabrałeś ciepłe ubrania. 

-  Do  diabła,  nie  posiadam  żadnych  ciepłych  swetrów.  Łapię  ogrzewaną  taksówkę, 

kiedy tylko chcę gdzieś dotrzeć. 

-  W  Moose  County  nie  ma  taksówek  -  powiedział  Qwilleran.  -  Będziemy  musieli  ci 

kupić jakieś kalesony i czapkę z nausznikami. Do zobaczenia o siedemnastej trzydzieści. 

Pozwolił  sobie  przeznaczyć  dużo  czasu  na  jazdę  samochodem.  Droga  na  lotnisko 

biegła przez tereny rogaczy. O zmierzchu  będą karmione  i  będą się przemieszczać. Myśliwi 

byli w lasach od trzech dni, denerwując i płosząc zwierzęta. Qwilleran jechał ostrożnie. 

Podczas oczekiwania na samolot zamienił kilka słów z Charliem. 

- Czy uważasz, że tej zimy spadnie śnieg? 

- Trochę się spóźnia, ale jak już nadejdzie, będziemy mieli wielką śnieżycę. 

- Słyszałem, że straciłeś dobrego klienta. 

- Kogo? 

- Seniora Goodwintera. 

- Tak, wielka szkoda. To był miły gość. Zmarł z przepracowania. Większość ludzi leci 

na  Florydę  albo  do  Las  Vegas,  a  on  tylko  latał  do  Minneapolis  w  interesach  i  zawsze  tego 

samego  dnia  wracał.  Dlatego  mówię,  że  wykończyła  go  praca.  Prawdopodobnie  zasnął  za 

kierownicą. 

Kiedy Noyton wyszedł z samolotu, miał lekki płaszcz przeciwdeszczowy, wiszący na 

jego  tyczkowatej  sylwetce.  W  rękach  trzymał  torbę  podróżną  w  sam  raz  na  maszynkę  do 

golenia  i  dodatkową  koszulę.  To  było  w  jego  stylu.  Przechwalał  się,  że  mógłby  polecieć 

dookoła świata ze szczoteczką do zębów i z kartą kredytową. 

-  Qwill,  jak  się  masz,  stary?  Wyglądasz  jak  farmer  w  tych  wielkich  butach  i  w 

kapeluszu! 

background image

- A ty wyglądasz jak przybysz z obcej planety - powiedział Qwilleran. - Przestraszysz 

tubylców  tym  trzyczęściowym  garniturem.  Jutro  z  rana  zabierzemy  cię  do  „Scottie's  Men's 

Shop”  i kupimy  ci  jakiś  strój dla kamuflażu...  Zapnij pasy,  Harry -  dodał,  jak tylko włączył 

stacyjkę w swoim małym aucie. 

- Do diabła, nigdy w życiu nie zapinałem pasów, z wyjątkiem samolotów. 

Qwilleran wyłączył silnik i rozłożył ręce: 

-  Harry,  w  Moose  County  jest  dziesięć  tysięcy  jeleni.  Teraz  jest  sezon  rui  oraz 

polowań.  O  tej  porze  wszystkie  byki  gonią  wszystkie  łanie,  przecinając  szosę  tam  i  z 

powrotem. Jeśli walniemy w byka, wylecisz przez szybę, więc się lepiej zapnij. 

- Jezu! Bezpieczniej jest na lotnisku w Bejrucie! 

-  Zeszłej  zimy  byk  gonił  łanię  po  Main  Street  w  Pickax  i  oba  zwierzaki  przeleciały 

przez szklaną szybę sklepu meblarskiego. Wylądowały na wodnym łóżku. 

Noyton  zapiął  pas  i  przez  następne  dziesięć  mil  zerkał  niespokojnie  na  drogę, 

Qwilleran zaś rozglądał się po polach i zaroślach w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. 

- Jeżeli natkniemy się na byka, Harry, to mam się z nim zderzyć czołowo, ryzykując, 

że jego kopyta przebiją szybę, czy mam próbować go wyminąć, ryzykując, że wylądujemy do 

góry nogami w rowie? 

-  Jezu!  Czy  muszę  wybierać?  -  odpowiedział  Noyton,  ściskając  kurczowo  deskę 

rozdzielczą obydwoma rękami. 

Kiedy znaleźli się na przedmieściach Pickax, Qwilleran powiedział: 

-  Oto  nasz  program.  Jutro  przekażę  cię  burmistrzowi  i  ludziom  od  ekonomicznego 

rozwoju regionalnego. Oni skontaktują cię z wdową. Dodam, że wdowa jest bardzo pogodna. 

Dziś wieczorem zabiorę cię na kolację do „Old Stone Mill”. Czeka na ciebie także apartament 

w pałacu, który odziedziczyłem. Możesz dokonać wyboru pomiędzy stylami: staroangielski z 

baldachimowym łóżkiem, biedermeier z kwiatami namalowanymi na wszystkim albo empire 

z wystarczającą liczbą sfinksów i gryfów, żebyś miał w nocy koszmary. 

- Mówiąc szczerze, Qwill, wolałbym nocować w hotelu. To mi daje większą swobodę. 

Zjadłem posiłek w Minneapolis i chciałbym teraz położyć się do łóżka. Jakiś sprzeciw? 

- Żadnego. Hotel „New Pickax” mieści się w samym centrum, obok ratusza. 

- „New”? Czyli budują tu nowe hotele? - ucieszył się Noyton. 

-  Hotel  „New  Pickax”  został  zbudowany  w  1935  roku  w  miejsce  starego,  który 

spłonął.  Jest  tam  boy  hotelowy  na  pół  etatu,  kolorowy  telewizor  w  korytarzu,  kanalizacja  i 

zamki w drzwiach. 

Wysadził Noytona przy wejściu do hotelu. 

background image

-  Zadzwoń  do  mnie  jutro,  kiedy  będziesz  już  gotowy,  to  zabiorę  cię  na  śniadanie. 

Chciałbym z tobą prywatnie porozmawiać przed twoim spotkaniem z burmistrzem. 

Pod  koniec  dnia  Qwilleran  i  jego  dwaj  przyjaciele  odpoczywali  w  bibliotece  przed 

zgaszeniem  świateł.  Yum  Yum  usiadła  na  jego  kolanach  z  plecami  w  odpowiedniej  pozycji 

do głaskania, Koko zaś siedział wyprostowany i czujny w oczekiwaniu na rozmowę. 

Qwilleran zaczął spokojnym, pojednawczym tonem: 

- Nie wiem, co mam ci powiedzieć, Koko. Zazwyczaj nie przejawiasz niszczycielskiej 

natury, chyba że masz powód. Dlaczego zniszczyłeś ogród ziołowy? 

Kot zmrużył oczy i wydał cichy dźwięk bez otwierania pyszczka. 

-  Twoja  skrucha  już  nic  tu  nie  pomoże.  Szkoda  została  wyrządzona.  Jeżeli  chcesz 

zrazić naszą wspaniałą gospodynię, to jakbyś jej na złość odgryzł sobie wąsy. Kiedy wyjdzie 

za mąż i zamieszka gdzie indziej, nie będziesz się tak dobrze odżywiać jak teraz. 

Koko  przeskoczył  z  biurka  na  półkę  z  książkami  i  zaczął  dotykać  łapami  grzbietów 

książek z wydania zbiorowego dramatów. 

- Żadnego czytania dziś wieczorem. Miałem ciężki dzień. Ale puścimy sobie nagranie 

pana Tibbitta i zobaczymy, jak brzmi. 

Mały przenośny magnetofon sprawił, że cienki głos staruszka brzmiał jeszcze bardziej 

nosowo i skrzecząco. Koko potrząsnął głową i nakrył uszy łapami. 

Z  magnetofonu  rozległ  się  dzwonek  telefonu  i  nagranie  raptownie  się  zakończyło. 

Qwilleran gładził wąsy w zamyśleniu. 

- Ephraim został zlinczowany - powiedział na głos. - Titus zabity nożem. Drugi brat, 

Samson,  prawdopodobnie  wpadł  w  zasadzkę.  A  Senior...  co?  Czy  jego  śmierć  była 

wypadkiem? Czy to było samobójstwo? Albo morderstwo? 

- Yow! - powiadomił go Koko, a Qwilleran poczuł znaczące swędzenie pod wąsami. 

background image

 

Rozdział dziewiąty 

Poniedziałek,  osiemnasty  listopada.  „Nieoczekiwana  fala  zimna  przyniosła  niskie 

temperatury:  minus  szesnaście  stopni  w  Pickax  zeszłej  nocy,  cztery  stopnie  zimniej  w  Brrr, 

ale po południu nastąpi lekkie ocieplenie i pojawi się kilka płatków śniegu”. 

Qwilleran  niecierpliwym  gestem  wyłączył  samochodowe  radio.  Mimo  prognoz  w 

Moose  County  tego  roku  nie  widziano  jeszcze  nawet  drobinki  śniegu.  Do  hotelu  „New 

Pickax”  wybrał  się  limuzyną  odziedziczoną  po  Klingenschoenach,  żeby  zrobić  lepsze 

wrażenie na gościu z Nizin. 

Kiedy Noyton zobaczył długi czarny pojazd, zakrzyknął: 

- Jezu! Qwill,  naprawdę ci się udało! Jak to się stało? Czy ożeniłeś się z dziedziczką 

naftowej  fortuny? Nikt nigdy  mi  nie powiedział,  dlaczego odszedłeś  z  „Fluxion”.  Sądziłem, 

że odszedłeś na emeryturę, żeby napisać książkę. 

- To długa historia - odparł Qwilleran. - Najpierw chcę ci pokazać, gdzie mieszkam, i 

ugościć cię jednym z niezapomnianych śniadań mojej gospodyni. 

-  Ty  z  gospodynią  i  limuzyną?  Pamiętam,  jak  mieszkałeś  w  kawalerce  i  jeździłeś 

autobusem. 

- W zasadzie mieszkam nad garażem, a dom zmieniam w muzeum. 

Noyton z podziwem rozejrzał się po rezydencji K i oznajmił: 

- Znam królów w Europie, którzy nie mieszkają tak dobrze. Jedna rzecz mnie nurtuje: 

Dlaczego tutaj jestem? Dlaczego sam nie sfinansujesz gazety? 

To pytanie zadawano już Qwilleranowi do znudzenia. Wyjaśnił swoją sytuację: 

-  Jestem  pisarzem,  a  nie  przedsiębiorcą.  -  Opowiedział  mu  historię  „Picayune”  i 

powtórzył jeszcze raz, że okręg potrzebuje gazety. 

- Kto nią pokieruje? - brzmiało pierwsze pytanie Noytona. 

-  Arch  Riker  właśnie odszedł  z  „Fluxion”.  Jest świetnym redaktorem  i zna robotę na 

wylot.  Junior  Goodwinter  zaś  jest  ostatnim  z  długiej  linii  prasowych  Goodwinterów. 

Wykształcony dziennikarz. Jego akademickie wyniki są bardzo wysokie i ma niewyczerpaną 

energię i entuzjazm. 

- W moim typie. A kim jest wdowa? 

- Gritty Goodwinter... 

- Już mi się podoba! 

background image

-  Chce  sprzedać  gazetę  bliskiemu  przyjacielowi,  który  zamierza  tylko  wykorzystać 

nazwę  stuletniej  instytucji.  Oczywiście  możesz  zapomnieć  o  „Picayune”  i  zacząć  pod  nową 

nazwą,  jak  „Backwoods  Gazette”  czy  „Moose  Call”,  ale  „Picayune”  w  zeszłym  tygodniu 

miała artykuł wart milion dolarów i będzie miała drugi w tygodniku. 

- Łapię, łapię - powiedział Noyton. - Odbierzemy gazetę tym łajdakom. 

- Pani Goodwinter ma także stodołę pełną zabytkowych maszyn drukarskich. Mógłbyś 

otworzyć muzeum drukarskie. 

-  Podoba  mi  się!  -  wykrzyknął  Noyton.  -  A  tak  przy  okazji,  co  cię  skłoniło,  żeby 

zadzwonić właśnie do mnie? 

Qwilleran zawahał się. Jedli śniadanie, a Koko był pod stołem, mając nadzieję, że ktoś 

rzuci mu plaster bekonu. 

- Więc to było tak: twoje imię po prostu pojawiło mi się w głowie. - Jak mógł inaczej 

wytłumaczyć  człowiekowi  takiemu  jak  Noyton,  że  to  kot  zwrócił  na  niego  uwagę  przez 

pewną książkę? Nie, to było zbyt naciągane. 

Po  śniadaniu  dwaj  mężczyźni  złożyli  wizytę  w  „Scottie's  Men's  Shop”.  Właściciel 

podkreślał swoje „r” i sprzedał Noytonowi płaszcz do kolan z szopów, australijski kapelusz i 

skórzane  buty z wytłoczonymi wzorami. Przez resztę dnia  wysoki,  niezgrabny  mężczyzna z 

pobrużdżoną twarzą był widziany w najrozmaitszych miejscach Pickax. 

Widziano  go,  jak  opuszcza  hotel,  wchodzi  do  ratusza,  jeździ  z  burmistrzem,  zjada 

lunch z  wpływowymi  ludźmi  z Country Clubu,  wychodzi  z  biura  prawnika,  idzie do  banku, 

spotyka  się  na  kolacji  z  wdową  Goodwinter  i  zjada  dwustugramowy  stek  z  dwoma 

pieczonymi ziemniakami. 

Chodziły plotki, że  jest teksaskim  nafciarzem  i że uczyni  farmerów z Moose County 

bogatymi.  Oraz  że  jest  spekulantem  promującym  podmorskie  odwierty,  które  mogłyby 

zrujnować  przemysł  turystyczny.  Albo,  że  planuje  wybudowanie  elektrowni  jądrowej,  która 

może wytworzyć promieniowanie, skazić wodę pitną i zatruć ryby. Lub że jest zwiadowcą z 

Hollywood,  który  poszukuje  w  Moose  County  scenerii  do  filmu.  Plotki  przekazała 

Qwilleranowi  pani  Cobb,  ponieważ  usłyszała  je  od  pani  Fulgrove,  a  ta  z  kolei  została 

poinformowana przez pana O'Della. 

Qwilleran w tym czasie złożył poranną wizytę w szpitalu, by zobaczyć się z młodym 

redaktorem  gazety,  który  znany  był  z  niesłabnącej  energii  i  entuzjazmu.  Całkiem  oklapły 

Junior siedział w fotelu z nogą w gipsie. Miał nieogoloną twarz i niezadowoloną minę. Jody 

kręciła się wokół niego, starając się być radosna i pożyteczna, ale Junior pozostawał ponury. 

background image

-  Ty  idioto!  -  Qwilleran  przywitał  pacjenta.  -  Jeżeli  musisz  łamać  nogę,  to  wybierz 

sobie wygodniejsze miejsce. 

Jody wtrąciła: 

- Złapał w lesie straszne przeziębienie, ale na szczęście nie przeszło w zapalenie płuc. 

Chce zostać w szpitalu, dopóki nie urośnie mu broda. 

- Nie mam gdzie pójść - odezwał się Junior zrezygnowanym tonem. - Dom na wsi jest 

sprzedany,  Meble zostaną zlicytowane w środę. Nie  mogę zatrzymać się u Jody.  Mieszka w 

malutkiej kawalerce. 

-  Mamy  kilka  wolnych  łóżek,  proszę  bardzo,  możesz  ich  użyć  -  zaproponował 

Qwilleran. 

- Po prostu nie wiem. Po prostu nie wiem, co zrobić. 

- Więc zmyj ten smętny wyraz twarzy. Przynoszę dobre wieści. Mój znajomy z Nizin 

chce kupić gazetę. Chce zaproponować twojej matce trzy razy wyższą ofertę od oferty XYZ i 

chce wyłożyć kupę forsy na nowe zakłady drukarskie. 

Junior spojrzał nieufnie. 

- Czy on jest szalony? 

- Szalony i nadziany. Ma w swoim posiadaniu biurowce, hotele, kluby piłkarskie, sieci 

restauracji i kilka browarów w Stanach oraz za granicą. Spodobał mu się pomysł posiadania 

gazety. Z czasem może zainwestować także w tygodniki. 

- Nie wierzę w to. Chyba mam halucynacje. Albo ty je masz. 

Judy zakrzyknęła: 

- Och, Juney! Czy to nie wspaniałe? 

Qwilleran kontynuował: 

- Noyton jest teraz w Pickax. Miejscowi są napaleni. Plan jest następujący: Arch Riker 

zostanie  wydawcą,  a  ty  będziesz  redaktorem  naczelnym  prawdziwej  gazety.  Znam  kilku 

młodych  dziennikarzy  na  Nizinach,  którzy  są  niezadowoleni  z  życia  w  dużym  mieście  i 

prawdopodobnie chętnie by się tutaj osiedlili. Nie zarabialiby tak dużo jak tam, ale z kolei tu 

życie  jest  tańsze.  Kto  wie?  Może  Noyton  sfinansuje  porządne  lotnisko  i  kupi  linię  lotniczą. 

Musimy  jednak  trzymać  jego  zapał  na  wodzy,  bo  może  mu  strzelić  do  głowy,  żeby 

wybudować pięćdziesięciopiętrowy hotel w samym środku pola. 

Junior nic nie mówił. 

- Och, Juney - prosiła jego mała przyjaciółka - powiedz coś. 

- Czy jesteś pewien, że coś z tego będzie? 

- Noyton nigdy się nie cofa. 

background image

- Ale moja matka jest... bardzo blisko związana z Exbridge'em. 

- Blisko?! Ona zwyczajnie ma z nim romans,  i dobrze o tym wiesz.  Ale jeśli jest tak 

zachłanna,  jak  mi  się  zdaje,  zapomni  o  XYZ  i  zapoluje  na  grubszą  rybę.  Noyton  nie  tylko 

skusi ją szelestem banknotów, ale także swoim urokiem osobistym. Kobiety go lubią. 

- Czy jest żonaty? - spytała Jody. 

- Obecnie nie, ale dla ciebie jest za stary, Jody. 

Zachichotała. 

-  Interesuje  go  również  zakup  starych  pras  ze  stodoły  na  potrzeby  muzeum 

drukarskiego. Twój ojciec by się ucieszył, Junior. 

- No cóż... 

-  Jody  -  zwrócił  się  Qwilleran  -  czy  byłabyś  tak  uprzejma  i  przyniosła  nam  kawę  z 

kawiarenki? I kilka takich owsianych ciasteczek zrobionych z tektury i trocin? -  Wręczył jej 

banknot  i  zaczekał,  aż  wyjdzie.  -  Zanim  wróci,  odpowiedz  mi  na  kilka  pytań,  dobrze?  Czy 

uważasz, że wypadek twojego ojca mógł być samobójstwem? 

Junior otworzył szerzej oczy. 

- Nie sądzę, by był skłonny do czegoś takiego. 

- Zrujnował rodzinę. Twoja matka miała romans. I może być jeszcze jeden powód. 

- Co masz na myśli? 

-  Pamiętasz  tego  nieznajomego  w  czarnym  płaszczu  przeciwdeszczowym,  który 

przyleciał  tym  samym  samolotem?  Wziąłeś  go  za  podróżującego  sprzedawcę.  Sądzę,  że  był 

jakimś  śledczym.  Jeżeli  twój  ojciec  zamieszany  był  w  coś  podejrzanego,  mógł  wiedzieć  o 

jego przyjeździe... 

-  Mój ojciec  nie zrobiłby  niczego nielegalnego -  zaprotestował Junior. -  Nie  miał do 

tego głowy. 

- Następne pytanie: Czy to mogło być morderstwo? 

- Co??? - Junior o mało nie wyskoczył z gipsu. - Dlaczego mogło... kto mógł...? 

-  Pomińmy  to  pytanie.  Co  było  w  metalowej  kasetce,  którą  próbowałeś  odszukać  po 

pożarze? 

-  Nie  wiem.  Tata  utrzymywał  jej  zawartość  w  tajemnicy,  ale  wiedziałem,  że  jest 

ważna. 

- Jakiej była wielkości? 

Junior kichnął i sięgnął po chusteczkę. 

- Podobnej wielkości co pudełko chusteczek. 

background image

-  Słyszę,  że  idzie  Jody.  Powiedz  mi  jeszcze  jedno:  Dlaczego  twój  tata  tak  często 

odbywał jednodniowe podróże do Minneapolis? 

- Nigdy mi tego nie wyjawił - twarz Juniora zrobiła się czerwona. - Wiem jednak, że 

nie układało mu się z moją matką. 

Jody wróciła z kawą. 

- Nie było ciasteczek owsianych, więc wzięłam z melasą. 

-  Smakują  jak  spalone opony -  westchnął Junior  po kilku skubnięciach. -  Czy goście 

na wernisażu dopisali, Qwill? 

-  Dom  był  pełen!  Zacząłem  wywiady  z  weteranami  i  nagrywam  ich  opowieści  na 

taśmę.  Czy  masz  jakieś  sugestie,  z  kim  jeszcze  mógłbym  porozmawiać?  Mam  już  twoją 

babcię i Homera Tibbitta. 

- Pani Woolsmith - zaszczebiotała Jody cienkim głosem. - Ona by się nadawała. 

Junior podrapał się po pojawiającej się brodzie. 

-  Powinieneś  znaleźć  tych,  co  pamiętają  kopalnie  i  pierwsze  farmy  oraz  rybaków, 

którzy tu łowili, nim pojawiły się łodzie motorowe. 

- Pani Woolsmith mieszkała na farmie - wtrąciła delikatnie Jody. 

- Potrzebuję kogoś o niezawodnej pamięci - powiedział Qwilleran. 

-  I  tak  będziesz  musiał  z  nich  wyciągać  -  ostrzegł  Junior.  -  Starsi  ludzie  lubią 

pogawędzić o ciśnieniu krwi, protezach dentystycznych i o swoich prawnukach. 

- Pani Woolsmith ma prawie wszystkie swoje zęby - zapewniła Jody. 

- No, poddaj jakąś myśl - poprosił Juniora Qwilleran. - Nie ma pośpiechu. 

- Zaczekaj chwilę! Mam! Jest taka kobieta w domu starców - przypomniał sobie nagle 

Junior. - Ma ponad dziewięćdziesiąt lat, ale jest bardzo bystra i całe swoje życie spędziła na 

farmie. Nazywa się Woolsmith. Sarah Woolsmith. 

Jody zabrała płaszcz i torbę na ramię, a następnie bez słowa wyszła z pokoju. 

- Hej, dokąd ona idzie?! - krzyknął Junior. 

Po  dokończeniu  spotkania  w  szpitalu  Qwilleran  poszedł  na  lunch  do  restauracji 

„Stefania”,  zastanawiając  się  nad  metalową  kasetką  Seniora  i  jego  częstymi  podróżami  do 

Minneapolis.  Czerwona,  zakłopotana  twarz  Juniora  świadczyła  o  tym,  że  coś  wiedział  albo 

podejrzewał  przyczynę.  To  dziwne,  ale  młodzi  ludzie,  wyzwoleni  w  swoich  własnych 

związkach, mogą być zawstydzeni seksualnymi przygodami swoich rodziców. Kiedy zamyślił 

się nad tą zastanawiającą reakcją, przy stoliku obok usłyszał znajomy głos. 

Mężczyzna zamawiał kanapkę z wołową pieczenią, musztardą i chrzanem. 

background image

- Proszę wykroić tłuszcz i przynieść sałatę wymieszaną z sosem roquefort, bez ogórka 

i zielonej papryki. 

Jego  głos  brzmiał  jak  urywane  pobrzękiwanie,  a  Qwilleran  już  gdzieś  go  słyszał. 

Podniósł  się  i  poszedł  w  stronę  męskiej  toalety,  a  po  drodze  zerknął  na  sąsiada.  Był  to  tak 

zwany  historyk,  którego  spotkał  w  bibliotece.  Mężczyzna  zmienił  strój  ze  sztywnego  na 

bardziej luźny, mniej rzucający się w oczy w Moose County, ale nie było wątpliwości co do 

jego  tożsamości.  Był  nieznajomym,  którego  wizyta  kojarzyła  się  z  fatalnym  wypadkiem 

Seniora, albo z jego samobójstwem, albo morderstwem. 

Qwilleran  spędził  resztę  lunchu  na  rozważaniu  różnych  możliwości.  Układał 

scenariusze  z  uwzględnieniem  metalowej  kasetki...  cudzołóstwa...  hazardu...  związku  z 

narkotykami...  szpiegostwa.  Jednak  coś  mu  mówiło,  że  poczciwy  drukarz  nie  pasował  do 

żadnej z tych ról. 

background image

 

Rozdział dziesiąty 

Wtorek,  dziewiętnasty  listopada.  „Dzisiaj  cieplej,  ze  wzrostem  temperatury  prawie  do  zera. 

Istnieje  niejakie prawdopodobieństwo,  że po południu spadnie  śnieg.  W środę  może nadejść 

śnieżyca. Obecnie temperatura wynosi minus osiem stopni”. 

- To okropne! -  jęknęła pani Cobb. - Jutro jest aukcja, a trzeba tam dojechać wiejską 

drogą. Mówią,  że  hotel  już  jest pełen przyjezdnych  handlarzy. Przybyli  dziś po południu  na 

przedpremierowy pokaz. 

-  Niech  się  pani  nie  martwi.  Jeżeli  przewidują  śnieżycę,  to  znaczy,  że  będzie  ładny 

dzień  -  powiedział  Qwilleran  z  cynizmem  godnym  wytrawnego  znawcy  pogody  w  Moose 

County. - Jak przeprowadzą aukcję w tym domu? Tam są same małe pokoje. 

-  Główna  aukcja  będzie  prawdopodobnie  odbywać  się  w  stodole.  Na  plakatach  i  w 

ogłoszeniach radiowych ostrzegali, żeby ciepło się ubrać. Organizatorem jest Foxy Fred, więc 

wszystko  powinno  przebiegać  bez  zakłóceń.  Wybieram  się  na  pokaz  przedaukcyjny 

dzisiejszego  popołudnia,  wezmę  przy  okazji  katalog.  O  której  godzinie  przyjeżdża  panna 

Rice? Koty są głodne. 

Zgodnie z sugestią Hixie syjamczyki dostały na śniadanie zaledwie łyżeczkę jedzenia, 

tylko tyle, żeby powstrzymać je od przeżuwania własnych ogonów. Zgodnie z jej koncepcją 

przed testem kamerowym Koko miał być głodny jak wilk, a Yum Yum cierpieć razem z nim. 

Miauczały  bez  ustanku,  gdy  Qwilleran  zajadał  się  sadzonymi  jajkami  na  grzance  z  szynką. 

Chodziły tam i z powrotem po podłodze, pakowały się pod nogi i podnosiły larum, kiedy ktoś 

nadepnął przypadkowo na jeden z ogonów. 

Koko oczywiście doskonale wiedział, że to Hixie jest odpowiedzialna za ów skandal. 

Kiedy przyjechała, przywitał ją gniewnymi, rozszerzonymi źrenicami i wymachiwał ogonem 

niczym szablą. 

Bonjour, Monsieur Koko - powiedziała. Odwrócił się i poszedł na sztywnych nogach 

do pralni, gdzie zajął się ostentacyjnym rozgrzebywaniem żwirku w swojej kuwecie. 

-  Oto  mój  scenariusz  -  wyjaśniała  Qwilleranowi.  -  Zaczniemy  od  ujęcia  frontowych 

drzwi,  które  symbolizują  elegancję  i  dobrobyt.  Potem  wejdziemy  do  hallu,  a  kamera  zrobi 

panoramę od francuskich mebli po wielkie schody i kryształowy żyrandol. 

- Wygląda mi to na scenę z brazylijskiego serialu. 

-  Potem  zrobimy  zbliżenie  na  sam  szczyt  schodów,  gdzie  będzie  siedział  Koko, 

wyglądający na znudzonego. 

background image

- Jak mu to wytłumaczysz? - chciał się dowiedzieć Qwilleran. 

Hixie zignorowała pytanie. 

-  Następnie  kamerdyner  zawiadomi  oficjalnym  tonem,  że  podano  ciasteczka  z 

wieprzowej  wątróbki.  To  będzie  głos  zza  kadru.  Ty  możesz  podłożyć  głos,  Qwill.  Koko 

natychmiast zbiegnie po schodach w swój charakterystyczny, płynny sposób, a kamera będzie 

mu towarzyszyć do jadalni. 

- Do jadalni? - Qwilleran wymamrotał z powątpiewaniem. 

Syjamczyki były przyzwyczajone do spożywania posiłków w kuchni i niechętnie jadły 

w innych pomieszczeniach. 

Hixie kontynuowała z typową dla siebie swadą: 

-  Krótkie  ujęcie  długiego  stołu  jadalnego  z  ogromnym  srebrnym  świecznikiem  i 

pojedynczym eleganckim porcelanowym talerzem. Możemy posłużyć się talerzem z serwisu 

Klingenschoenów, z niebieskim obramowaniem, ze złotym herbem i monogramem K... Potem 

ujęcie  Koko,  jak  z  zapałem  pożera  ciasteczka  z  wieprzowej  wątróbki.  Możliwe,  że  trzeba 

będzie kilka razy kręcić, by uchwycić ten moment, Qwill. Sztuką jest, by uniknąć nagrywania 

go od tyłu. 

- To nie będzie proste. Koty akurat lubią odwracać się ogonem. 

- W porządku, teraz posadź go na najwyższym stopniu schodów. 

Koko  przysłuchiwał  się  ze  skwaszoną  miną.  Kiedy  Qwilleran  zatrzymał  się,  by  go 

podnieść, wyślizgnął się z uścisku jak mokra kostka mydła, pomknął wzdłuż hallu i wskoczył 

na  sam  szczyt  pensylwańskiej  szafy.  Z  tej  ponad  dwumetrowej  grzędy  przyglądał  się 

zwycięsko  swoim  prześladowcom.  Siedział  niebezpiecznie  blisko  dużej,  unikatowej  wazy  z 

majoliki. 

-  Nie  odważę  się  po  niego  wspiąć  -  ostrzegł  Qwilleran.  -  Wziął  sobie  zakładnika. 

Prawdopodobnie wie, że waza warta jest dziesięć tysięcy dolarów. 

- Nie wiedziałam, że jest taki drażliwy - odparła Hixie. 

-  Napijmy  się  w  kuchni  po  filiżance  kawy  i  zobaczymy,  co  się  stanie,  kiedy  nie 

będziemy zwracać na niego uwagi. Syjamczyki nie cierpią, gdy się je ignoruje. 

Za parę minut Koko dołączył do nich, wchodząc z wyrazem nonszalancji powolnym, 

dumnym krokiem. Usiadł jak kangur i zabrał się do lizania futerka na brzuszku. Kiedy uporał 

się z tym, pozwolił zanieść się na szczyt schodów. 

Hixie reżyserowała z dołu: 

- Ułóż go w siedzącą kulkę, Qwill, przodem do kamery. 

background image

Posadził go delikatnie  na  stopniu z  wykładziną,  ale  Koko zesztywniał. Zgiął  grzbiet, 

podkręcił ogon jak korkociąg i wykręcił nogi. 

- Spróbuj jeszcze raz - odezwała się do nich Hixie. - Podwiń mu nogi pod tułów. 

- Sama chodź na górę i podwiń mu nogi - poradził Qwilleran - a ja zejdę na dół i będę 

kręcił film. Twój scenariusz jest dobry, Hixie, ale Koko chyba w nim nie zagra. 

- Dobra, znieś go na dół, zrobimy zbliżenie z jedzeniem, żeby zobaczyć, jak wygląda 

w kamerze. 

Qwilleran przytaszczył Koko do jadalni. W tej chwili kot zamienił się w rzucającą się, 

protestującą, prychającą kupkę fruwającego futra. 

- Gotowe, pani Cobb! - Hixie krzyknęła w stronę kuchni. 

Gospodyni, która brała udział w przedsięwzięciu jako pomocnik, wybiegła truchtem z 

kuchni, niosąc talerz zawalony szarą wieprzową pastą. 

- Czy to będzie w kolorze? - spytała. 

Qwilleran posadził ostrożnie Koko naprzeciwko talerza, profilem do kamery, podczas 

gdy Hixie przysunęła  się z teleobiektywem.  Koko spojrzał w dół  na szarą  maź,  pogardliwie 

kładąc  po  sobie  uszy  i  odchylając  wąsy  do  tyłu.  Z  obrzydzeniem  sięgnął  łapką  po  jeden 

kawałek  i  zaraz  wypluł  go  z  niesmakiem.  Otrząsnął  łapę  i  dostojnym  krokiem  wyszedł  z 

pokoju, machając powoli ogonem. 

Qwilleran powiedział: 

-  Jeżeli  kiedykolwiek  będziesz  potrzebowała  zrobić  ujęcie  kota,  który  powoli  się 

oddala, Koko może być twoim modelem. 

-  Wszystko  to  było  dla  niego  nowe  i  dziwne  -  skwitowała  Hixie  niezrażona 

niepowodzeniem. - Spróbujemy innego dnia. 

-  Obawiam  się,  że  Koko  zawsze  będzie  chodził  własnymi  drogami.  Nic  go  nie 

obchodzi sława, ani fortuna, ani publiczny występ. Słowo „współpraca” nigdy nie zagościło w 

jego  słowniku.  Kiedykolwiek  próbuję  zrobić  mu  zdjęcie,  przewraca  się  na  tyłek,  wystawia 

jedną nogę wysoko w pornograficznej figurze i liże swoje intymne części... Chodź, pójdziemy 

dokończyć naszą kawę. 

Pani  Cobb  miała  dla  nich  przygotowany  dzbanek  ze  świeżo  zaparzoną  kawą,  który 

podała im w bibliotece z kilkoma brzoskwiniowo-migdałowymi rogalikami swojej roboty. 

- Co nowego w biznesie restauracyjnym? - zagadnął Qwilleran Hixie. 

-  Niewiele.  Właśnie  zatrudniliśmy  pomocnika  kelnera  o  imieniu  Derek  Cuttlebrink. 

Uwielbiam zabawne  nazwiska.  W  szkole  miałam  Betty Schipps (coś  jak ships,  statki), która 

wyszła za mąż za faceta o nazwisku Fisch - niczym fish, ryba - i razem otworzyli restaurację 

background image

specjalizującą  się  w  daniach  z  owoców  morza.  Czy  kiedykolwiek  zajrzałeś  do  książki 

telefonicznej Moose County? Coś niesamowitego! Fugtree, Mayfus, Inchppt, Hackpole... 

- Hackpole'a znam - powiedział Qwilleran. - Działa w branży związanej z używanymi 

samochodami i naprawami mechanicznymi. 

- To pozwól, że ci opowiem coś zabawnego. Kiedy przyszłam do pracy, początkowo 

starałam  się  zachowywać  czarująco,  zapamiętywać  twarze  i  pozdrawiać  gości  po  imieniu. 

Wcześniej chodziłam na specjalne kursy poprawiające zdolność zapamiętywania i używałam 

metody  skojarzeniowej.  Pewnego dnia przyszedł  pan Hackpole z  jakąś wyfiokowaną  babką, 

której starał się zaimponować, i powiedziałam mu wówczas, że to nazwisko kojarzy mi się z 

hakiem. Nie spodobało mu się to ani odrobinę. 

- Brakuje mu poczucia humoru - powiedział Qwilleran, a ściszając głos, dodał: - A ta 

„wyfiokowana  babka”  to  była  pani  Cobb,  moja  wyborna  gospodyni,  której  brzoskwiniowo-

migdałowe rogaliki właśnie wcinasz. 

- No cóż, musisz przyznać, że mogła być wyfiokowana - wyszeptała Hixie. 

-  Nie  bardziej  niż  pewna  kobieta  pracująca  w  reklamie,  którą  kiedyś  znałem  na 

Nizinach. 

- No dobra, trafiony, zatopiony! - przyznała. - Wpadnij dzisiaj na lunch do „Old Stone 

Mill”. 

- Jakie jest dzisiaj danie dnia? 

- Potrawy z chili. Weź własną gaśnicę. 

Niedługo przed południem  Qwilleran  miał  jeszcze  jednego gościa.  Nick Bamba,  mąż 

jego  sekretarki  z  Mooseville,  podrzucił  mu  do  podpisania  torbę  przepisanych  przez  nią  na 

maszynie  listów.  Nick  został  powitany  wylewnie  przez  dwa  obwąchujące  go  syjamczyki, 

które  zdawały  się  wyczuwać,  że  dzieli  on  mieszkanie  z  trzema  kotami  i  z  osobą,  która 

zawiązuje  swe  długie  warkocze  jakże  kuszącymi  wstążkami.  Obaj  panowie  udali  się  do 

biblioteki,  a  za  nimi  podążyły  dwa  sterczące  brązowe  ogony,  pełne  poczucia  własnej 

godności. 

-  Może  drinka?  -  spytał  Qwilleran.  Lubił  wizyty  tego  młodego,  bystrego  inżyniera, 

który pracował w stanowym więzieniu i podzielał  jego zainteresowanie kryminalistyką. - Co 

tam słychać w więzieniu? 

- Wystarczająco spokojnie, żebym był zaniepokojony - odpowiedział Nick. - Nalej mi 

burbona. Jak ci się podoba taka pogoda? 

- Zeszłej nocy w Brrr było minus dwadzieścia. 

background image

-  Obliczono,  że  temperatura  odczuwana  podczas  wiatru  wynosiła  minus  trzydzieści 

osiem stopni. 

-  Jak  tam  dziecko?  -  Qwilleran  jakoś  nie  mógł  zapamiętać  ani  imienia,  ani  płci 

potomka Bamby. 

- Ma się dobrze. To dobry chłopak, zdrowy, dzięki Bogu! 

- Miło słyszeć. Czy zabrałeś Snuffles do weterynarza? 

-  Powiedział,  że  to  jakieś  zapalenie  skóry,  które  łapią  dachowce.  Bierze  teraz 

hormony. 

-  Dziękuję,  że  zgłosiłeś  tego  intruza,  Nick.  Powiadomiłem  szeryfa,  zgodnie  z  twoją 

sugestią. 

- Widziałem, że masz teraz na swojej posesji słupy informacyjne. 

-  Pan  O'Dell  uwinął  się  i  od  razu  postawił  słupy:  zakaz  wstępu,  zakaz  polowania  i 

zakaz biwakowania. 

- To niesamowity gość - przyznał Nick. - Kiedy byłem w szkole średniej, pomógł mi 

wydostać się z niezłych tarapatów. 

- Coś nowego w Mooseville? 

-  W  Mooseville  zazwyczaj  nie  dzieje  się  nic  nowego.  Ale...  jeśli  chodzi  o  ten  wóz, 

który  nakryłem  na  twojej  posesji.  …  W  tych  okolicach  takich  nie  ma,  musi  należeć  do 

jakiegoś  mieszczucha.  Trzy  odcienie  brązu.  Wykonany  na  indywidualne  zamówienie.  Od 

tamtej  pory  widziałem  go  wiele  razy  na  parkingu  przy  restauracji  „Old  Stone  Mill”,  z  tyłu, 

przy drzwiach kuchennych. Sprawdziłem nawet tablicę rejestracyjną. Wóz zarejestrowany jest 

na niejaką Hixie Rice. 

Po  wyjściu  Nicka  Qwilleranowi  przyszło  do  głowy,  że  Hixie  jak  dotąd  jakoś  nie 

przejawiała zainteresowania turystyką. Nigdy nie widział jej w butach bez obcasów. 

Poszedł wcześniej na lunch i zamówił miskę chili. 

- Czy Koko otrząsnął się ze swojej irytacji? - spytała Hixie. 

-  Chyba  tak.  Jak  tylko  wyszłaś  z  domu,  pożarł  łapczywie  ciasteczko...  Nawiasem 

mówiąc,  kto  jest  właścicielem  tego  ładnego  samochodu  kempingowego,  który  stoi  na 

parkingu? 

Hixie wyglądała na nieobecną myślami. 

-  Tego  brązowego?  Należy  do  jednej  z  naszych  kucharek.  Jej  mąż  pracuje  w 

Mooseville  i  musi  codziennie  dojeżdżać,  a  to  sześćdziesiąt  mil,  więc  on  jeździ  ich  małym 

samochodem, a ona dociera do pracy tym pożeraczem paliwa. 

background image

Co ukrywała? Qwilleran przypomniał  sobie,  że Hixie zawsze  była wygadanym, choć 

niekoniecznie zręcznym kłamczuchem, i że wciąż pakowała się w historie miłosne z udziałem 

facetów z marginesu. Co kombinowała tym razem? Czy chodziło o tego niewidzialnego szefa 

kuchni? Jego książkę kucharską? Jego chorą matkę w Filadelfii? 

background image

 

Rozdział jedenasty 

Środa,  dwudziesty  listopada.  Kiedy telefon zadzwonił o szóstej rano, Qwilleran wiedział, że 

to może być tylko Harry Noyton. Kto inny byłby na tyle bezczelny i pozbawiony wrażliwości, 

żeby dzwonić o tej porze? Wydukał zaspane powitanie i usłyszał irytująco wesoły głos: 

-  Pobudka!  Wstawaj! Chyba  nie  masz zamiaru  przespać całego dnia? Co powiesz  na 

to, by zaprosić mnie na męskie śniadanko? 

-  Czy oczekujesz ode  mnie,  że wyciągnę  moją gospodynię  z  łóżka w środku nocy? - 

mruknął Qwilleran. 

- Tak czy inaczej przyjeżdżam. Chcę z tobą pogadać. Złapię taksówkę i będę za pięć 

minut. 

- Tu nie ma taksówek, Harry. Możesz się przejść. To tylko trzy przecznice. 

- Nie przeszedłem pieszo nawet trzech przecznic, odkąd wypuścili mnie z piechoty. 

-  Spróbuj!  Dobrze  ci  zrobi.  Nie  idź  do  głównego  budynku,  tylko  do  mojego 

mieszkania nad garażem. 

Qwilleran  wciągnął  na  siebie  jakieś  ubranie  i  otworzył  drzwi  szafy  wnękowej,  która 

skrywała  minikuchnię.  Z  minizbiornika  zaczerpnął  ekspresowo  zagotowanej  wody  do  kawy 

rozpuszczalnej. 

Minimikrofalówka 

rozmrażała 

śniadaniowe 

bułki, 

wyciągnięte 

zamrażalnika. 

Chwilę później Noyton wchodził już po schodach. 

-  Czy  to  tutaj  mieszkasz?  Wolę  to  nowoczesne  wnętrze  od  tej  starzyzny  w  dużym 

domu. Hej, jaka seksowna kanapa! Czy przyprowadzasz tutaj panienki? 

Qwilleran był zawsze niezwykle gburowaty przed poranną kawą. 

- Harry, ja tutaj pracuję. Piszę książkę. 

- Nie żartuj! O czym? 

- Musisz poczekać i kupić własny egzemplarz, kiedy zostanie opublikowana. 

-  Lubię  was  dziennikarzy  -  powiedział  Noyton  na  poły  żartobliwie.  -  Jesteście 

niezależni!  Dlatego  spodobał  mi  się  pomysł  posiadania  gazety.  Tutaj  jest  sporo  pieniędzy! 

Ludzie  mają  własne  samoloty,  po  trzy  albo  cztery  auta,  ogromne  łodzie,  futra  z  soboli. 

Powinieneś zobaczyć, jakie klejnoty noszą kobiety z Country Clubu! 

-  Bierzesz pod uwagę odziedziczone  bogactwa - westchnął Qwilleran.  -  Jest tu także 

bieda  i  bezrobocie,  zbyt  wiele  dzieciaków  nie  idzie  na  studia.  Odważna  gazeta  mogłaby 

background image

pobudzić  świadomość  obywatelską,  promować  szkolenia  zawodowe  i  rozwój  kariery, 

oferować stypendia. Fundacja Klingenschoenów nie może i nie powinna robić tego sama! 

- O cholera! Wszystko już obmyśliłeś. To lubię w was dziennikarzach. 

Qwilleran postawił kubki z kawą i talerz z cynamonowymi bułeczkami pani Cobb na 

wizytowym stole. 

- Harry, przysuń sobie krzesło. Jak ci się podoba hotel? Czy jest ci w nim wygodnie? 

-  Do  diabła,  dali  mi  apartament  dla  nowożeńców  z  okrągłym  łóżkiem  i  różową 

satynową pościelą. 

- Jak poszły wczorajsze spotkania? 

-  Bez  problemu!  Wszystko  jest  już  zapięte  na  ostatni  guzik!  Dla  tej  Goodwinter  to 

było  jak grom z  jasnego nieba!  Wypisałem sześciocyfrowe czeki do trzech różnych banków 

za prawa do nazwy „Picayune” i za stary sprzęt drukarski. 

- Jak ci się udało to załatwić? 

- Burmistrz zabrał nas wszystkich, czyli ją i tych facetów od rozwoju ekonomicznego, 

na  lunch  do  klubu,  do  prywatnej  sali  konferencyjnej.  To  był  tylko  wstęp.  Kiedy  było  po 

spotkaniu,  już  byliśmy  ze  sobą  po  imieniu.  Moi  prawnicy  zadzwonili  do  jej  prawnika,  jej 

bankier  zadzwonił  do  moich  bankierów,  i  tak  dobiliśmy  targu.  Miasto  poparło  mnie  w  stu 

procentach. To stworzy miejsca pracy. Zwolnią nas z opodatkowania budynku na dziesięć lat. 

Zanim Wybudujemy drukarnię, będziemy zlecać druk na zewnątrz. 

- Co się stanie ze starym, spalonym budynkiem? 

-  Miasto przeznacza go do rozbiórki  i  będzie spłacać wdowę.  Potem sprzeda plac po 

cenie  minimalnej.  Okręgowi  działacze  też  się  włączyli.  Okręg  będzie  w  połowie 

współfinansował muzeum drukarstwa. To będzie atrakcja turystyczna, niedaleko Mooseville... 

Hej, jakie cholernie dobre bułki! 

- Jak zareagowali przedsiębiorcy z XYZ, kiedy ich przelicytowałeś i podlizywałeś się 

wdowie? 

-  XYZ  nie  ma  niczego  na  papierze.  Wszystko  było  załatwiane  na  gębę.  Nie  była 

zobowiązana  do  robienia  interesów  z  tymi  złodziejami.  Jeżeli  biedna  wdowa  wybiera  trzy 

czwarte miliona zamiast marnej pięciocyfrowej sumy, czy można ją za to winić? 

Qwilleran  pomyślał,  że  ta  wiadomość  nie  spodoba  się  Exbridge'owi.  Wdowa  będzie 

musiała  szybko  wyprowadzić  się  z  osiedla  Indian  Village.  Pewnie  w  mieście  już  huczy  od 

plotek. 

Noyton nakręcił się i nie przestawał mówić. 

background image

- Kilku radnych pokazało mi okolice i ukształtowanie terenu i wiesz co, kłamczuchu?! 

Nic nie mówili o bykach pędzących prosto na przednią szybę! Podoba mi się w Mooseville. 

Wszystko  zbudowane  jest  z  drewna.  Chciałbym  wybudować  tam  hotel.  To  jest  odpowiedni 

moment,  żeby  przyspieszyć  rozwój  tego  miasta.  Moglibyśmy  go  zbudować  z  betonowych 

odlewanych bali. Jak ci się podoba ten pomysł? 

- Harry, nie masz gustu. Zostaw projekt architektom. 

- Do diabła, to moje pieniądze! Ja mówię architektom, co mają zaprojektować. 

- Więc kiedy gazeta ruszy, nie mów redaktorom, jak mają ją redagować. 

Na twarzy Noytona zagościł konfidencjonalny uśmieszek. 

-  Gritty  pojechała  z  nami  do  Mooseville,  usiedliśmy  na  tylnim  siedzeniu  i  trochę 

rozmawialiśmy, podczas czego doszło do niejakiego... hm, jak to określić? 

- Ocieplenia stosunków? 

-  Potem  zabrała  mnie  na  kolację  do  miejsca,  gdzie  jest  skrzypiące  i  stukające  koło. 

Powiedziałem, żeby dali mi puszkę oliwy i śrubokręt, to naprawię im to ustrojstwo. Poza tym 

nieźle  się  bawiliśmy,  Qwill,  naprawdę  nieźle.  Wylądowaliśmy  w  moim  hotelowym 

apartamencie z butelką gorzały. Nie chciała wrócić do domu, więc przeorganizowałem nieco 

pobyt w hotelu. Nie mogłem pozwolić, żeby zmarnowały się te różowe prześcieradła. Qwill, 

ona jest w moim typie, z jajami i drobnej budowy. Pamiętasz Natalie? Moje życie już nigdy 

nie było takie samo po stracie Natalie. I wiesz co? Gritty bardzo mnie kręci! Zabieram ją na 

Hawaje,  na  małe  wakacje.  Mam  tam  mały  interes  do  zrobienia.  Nic  wielkiego,  osiedle 

mieszkaniowe. 

- Lepiej zabierz ją stąd przed opadami śniegu - powiedział Qwilleran - i zanim pojawi 

się Exbridge ze strzelbą. Właśnie się rozwiódł z powodu Gritty. 

- Nie boję się Exbridge'a - odparł Noyton. - Radziłem sobie z bystrzejszymi frajerami 

od  niego...  Przy  okazji,  rozmawiałem  z  twoim  kumplem  redaktorem.  Znalazłem  go  w 

Teksasie  i  zapalił  się  do  pomysłu.  Potem  Gritty  zabrała  mnie  do  szpitala,  żebym  poznał 

Juniora, a ten skoczyłby pod sufit z radości, gdyby mógł! 

-  Dowiedz  się,  czy  Gritty  wie  coś  na  temat  małej,  ognioodpornej  kasetki,  która 

zaginęła  w  pożarze  „Picayune”  -  poprosił  Qwilleran.  -  Nikt  nie  wie,  co  zawiera,  ale  Junior 

uważa, że jest ważna. Może leży zagrzebana w gruzach. 

-  Żaden  problem!  Zdobędziemy  załogę  i  przeczeszemy  teren.  Nie  mówiłem  ci,  że 

złożyłem  ofertę  hotelowi  „Pickax”?  Sprowadzimy  dobrego  architekta  wnętrz  z  Nizin  i 

zmienimy nazwę na hotel „Noyton”. 

background image

-  Nie  załatwiaj  tego  w  ten  sposób.  Wynajmij  tutejszego  architekta  i  zachowaj  starą 

nazwę.  Nie  chcesz  chyba,  żeby  ci  poczciwi  ludzie  poczuli  się  zdominowani  przez  kogoś  z 

zewnątrz? Sztuką jest się dopasować, a nie rządzić. 

-  Dobra,  generale.  Tak  jest,  panie  generale.  Naprawdę  nie  chcesz  przyłączyć  się  do 

tego przedsięwzięcia? 

- Nie, dzięki. 

-  Teraz  muszę  się  stąd wydostać.  Dzięki  za kawę.  Piłem  już  lepszą,  ale ta na pewno 

była mocna! Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia przed odjazdem na lotnisko. Wynająłem 

samolot czarterowy do Minneapolis. 

- Podwieźć cię na lotnisko? 

Noyton pokręcił głową, wyglądając na zadowolonego z siebie. 

-  Gritty  mnie  odwozi,  ale  potrzebuję,  żebyś  jeszcze  coś  dla  mnie  zrobił,  dobra? 

Zostawi kluczyki od samochodu u Charliego na recepcji lotniska. Ktoś powinien go odebrać 

przed opadami śniegu. Nie będzie go potrzebować, nie wróci do wiosny. 

Noyton, tupiąc nowymi butami, właśnie zszedł po schodach, kiedy zadzwonił Junior. 

- Chcesz usłyszeć najświeższe wiadomości? 

- Dobre czy złe? 

- I takie,  i takie. Umowa co do „Picayune” jest sfinalizowana. Pieniądze są w banku. 

Arch Riker jest w drodze do nas. Dzisiaj wychodzę ze szpitala. Zgoliłem brodę. Babka Gage 

wyjeżdża na Florydę, więc będę pilnować domu aż do jej powrotu. 

- Jakie są złe wiadomości? 

- Jody jest na mnie zła. Nie wiem, co się z nią dzieje. Powiedziała tylko tyle, że jej nie 

słucham i ignoruję ją, kiedy inni ludzie są wokół. 

-  Musisz  zacząć  dostrzegać  jej  punkt  widzenia  na  równi  ze  swoim,  jeżeli  macie  się 

pobrać - powiedział Qwilleran. - Mówię tak z uwagi na własne złe doświadczenia. Nawet nie 

wiesz,  jak  bardzo  ona  martwi  się  o  ciebie.  Martwiła  się,  kiedy  zmarł  twój  ojciec,  kiedy 

walczyłeś z pożarem „Picayune”, kiedy nie powiodło ci się we „Fluxion” i kiedy zniknąłeś w 

lesie. 

Na chwilę zapadła cisza. 

- Może masz rację, Qwill. 

O  godzinie  ósmej  Qwilleran  nastawił  poranną  prognozę  pogody.  „Ostrzeżenie  o 

nadchodzącej  śnieżycy  obowiązuje  dla  całego  Moose  County...  Powtarzam:  Ostrzeżenie  o 

śnieżycy obowiązuje...” 

Pani Cobb zadzwoniła do niego przez interkom. 

background image

- Panie Q, czy chce pan śniadanie? 

- Nie, tym razem dziękuję, ale chcę porozmawiać z panią, nim pani wyjdzie na aukcję. 

Włożył  syjamczyki  do  wiklinowego  kosza  i  wszyscy  troje  przeszli  przez  dziedziniec 

do głównego budynku. 

- Czy słyszał pan prognozę pogody? - zapytała pani Cobb. - Zdaje się, że tym razem to 

ta  doroczna  wielka  śnieżyca.  Mam  nadzieję,  że  zaczeka  do  końca  aukcji.  Susan  Exbridge 

przyjeżdża po mnie o dziesiątej. Herb mi powiedział, żebym nic nie kupowała, ale wie pan, że 

na aukcjach nie panuję nad sobą! 

- Jakie wrażenia z wystawy przed aukcją? 

-  Mieli  różne  piękne  rzeczy  i  po  raz  pierwszy  zobaczyłam  dom.  Nie  mogę  się 

doczekać,  kiedy  się  do  niego  zabiorę.  Rozwiązaliśmy  z  Herbem  nasz  problem.  Będzie  miał 

jedno skrzydło domu do palenia, na broń, wypchane trofea i takie tam. Czy wybiera się pan na 

aukcję? 

- Może wpadnę na trochę, żeby popatrzeć. Kiedy najlepiej przyjść? 

- Nie za wcześnie. Rano robią loterię, a najlepsze pozycje trzymają na później. Około 

południa jest lunch. Niech pan nie zapomni ciepło się ubrać, panie Q. 

Kiedy pani Cobb krzątała się, podekscytowana, Qwilleran też kręcił się po domu, nie 

mogąc znaleźć sobie miejsca. Jemu także udzielił się nastrój wyczekiwania: kto przyjdzie na 

aukcję?  Co  będą  kupować?  Jak  wysokie  będą  ceny?  O  czym  ludzie  będą  rozmawiać?  Co 

podadzą  na  lunch?  Czy  ma  włożyć  grubą,  kraciastą  kurtkę  z  koca,  myśliwski  kapelusz  i 

kalosze? 

Szosa  była  wyjątkowo  zatłoczona.  Samochody,  furgonetki  i  pikapy  kierowały  się  na 

północ,  a  niektóre  już  wracały  załadowane.  Niecałą  milę  od  farmy  zaczął  spotykać  pojazdy 

zaparkowane po obu stronach drogi. Zaparkował akurat na miejscu wyjeżdżającego pikapa i 

resztę drogi przeszedł pieszo. Aukcyjni maniacy wlekli się do wozów, taszcząc stojące lampy 

i bujane krzesła. Jedna kobieta niosła stojak z paprocią o przywiędłych gałęziach. 

-  Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  kochanie  -  oznajmiła  skwaszonemu  małżonkowi.  - 

Chciałam  po  prostu  mieć  coś,  co  należało  do  Goodwinterów,  nawet  jeśli  byłaby  to  stara 

szczoteczka do zębów. 

Na  podwórzu  od  frontu  stała  zaparkowana  ciężarówka  z  napisem  „Aukcje  Foxy 

Freda”.  Klienci  sunęli  wśród  szeleszczących  liści,  oglądając  artykuły  gospodarstwa 

domowego:  koce,  rowery,  sprzęt  gospodarczy,  wyroby  ze  szkła,  przyrządy  do  prania, 

narzędzia  ogrodnicze.  Duże  meble  wciąż  były  wewnątrz  domu,  reszta  rzeczy  zaś  została 

stłoczona w ogromnej stodole, gdzie licytacja szła pełną parą. 

background image

Foxy Fred, ubrany w kapelusz jak z westernu oraz czerwoną kurtkę puchową, stał na 

platformie i przemawiał do setki albo i więcej chętnych, którzy stali zgromadzeni ramię przy 

ramieniu. 

-  Oto  oryginalna  latarnia  ze  starej  stodoły,  z  knotem  w  komplecie.  Kto  da  pięć?... 

Pięć?... Kto da cztery?... Widzę  jednego dolara... Kto da dwa? Dajcie dwa... Dwa  już  mam. 

Kto  da  trzy?  Gdzie  jest  trzy?  Trzy  dolce!  Żadne  pieniądze!  Chcę  cztery,  chcę  cztery,  chcę 

cztery. 

Aby wziąć udział w aukcji, trzeba było pobrać kartę opatrzoną numerem od tej samej 

kobiety  odzianej  w  czerwoną  kurtkę,  która  rejestrowała  zakupy  w  księdze  i  odbierała 

pieniądze. Qwilleran nie miał zamiaru nic licytować, ale mimo to wziął kartę z numerem 124. 

-  Uwaga!  Uwaga!  -  krzyczał  pracownik  firmy  aukcyjnej.  Faceci  w  czerwonych 

firmowych  wiatrówkach  podnieśli  wysoko  obite  tapicerką  krzesło,  by  zademonstrować  je 

zgromadzonej publiczności. 

Mimo  całego  zamieszania  licytacja  przebiegała  powoli.  Klienci  byli  albo  znudzeni, 

albo ospali od ciepła  bijącego z przenośnych piecyków.  Nagle  Foxy  Fred  skupił  ich uwagę. 

Zaraz  po  dwóch  ofertach  zezwolił  na  sprzedaż  fotelu  na  biegunach  po  bardzo  niskiej  cenie. 

Publiczność protestowała. 

- Jeżeli wam się nie podoba, obudźcie się i licytujcie! - skrzyczał ich. 

Qwilleran  powolnym  krokiem  wyszedł  ze  stodoły  i  zobaczył  panią  Cobb  z  Susan 

Exbridge na lunchu. 

- Jak wam smakuje? - spytał. 

-  Nie  to  samo  co  w  „Old  Stone  Mill”  -  westchnęła  pani  Exbridge  -  ale  w  porządku. 

Niech pan spróbuje kiełbaski. Jest domowej roboty. 

-  Nowy  szef  kuchni  w  „Old  Stone  Mill”  odmienił  tę  restaurację  -  powiedział 

Qwilleran. - Czy ktokolwiek go poznał osobiście? 

-  Widziałam go na parkingu Indian Village -  odparła Susan.  -  Jest wysoki,  ma  blond 

włosy i jest bardzo przystojny, ale raczej nieśmiały. 

- Nie zgadnie pan, co kupiłam! - wtrąciła się pani Cobb. - Ręcznie robioną kołyskę z 

drzewa wiśniowego! Niedługo urodzi mi się pierwszy wnuk. 

- Czy przyjezdni handlarze też licytują? - zapytał Qwilleran. 

-  Ociągają  się,  czekając  na  lepsze  okazje,  ale  jest  ich  tutaj  wielu.  Zawsze  potrafię 

rozpoznać handlarza.  Przeważnie wyglądają  inteligentnie,  ale trzymają się z tyłu.  Widzi pan 

tego niskiego mężczyznę z rękoma w kieszeniach? Albo tę kobietę w puszystym,  brązowym 

background image

kapeluszu?  Oni  są  handlarzami.  Mężczyzna  w  kożuchu,  jak  sądzę,  jest  z  ochrony.  Nie 

licytuje. Nawet nie słucha. Tylko obserwuje ludzi. 

Zanim  Qwilleran  obejrzał  się,  by  go  zobaczyć,  miał  przeczucie,  że  to  mógłby  być 

nieznajomy podający się za historyka. Mężczyzna przechadzał się bez celu w tłumie. 

W tym momencie zrobiło się ogólne poruszenie i jak na dany znak wszyscy ruszyli w 

stronę stodoły. W środku budynku zaczęto rozmawiać o wiele głośniej, podniecenie sięgnęło 

szczytu, gdy tragarze zaczęli przynosić rzeczy większego kalibru. 

- Uwaga! Popatrzcie! - głos licytatora unosił się ponad gwarem. - Rokokowe krzesło z 

epoki  wiktoriańskiej,  wspaniały  belter,  chyba  część  salonowego  apartamentu,  dwa  krzesła  i 

kanapa. Tapicerka z czarnego włosia końskiego. Kto da dwa tysiące za komplet? Dwa tysiące 

na start. Ktoś daje dwa tysiące? 

Ktoś podniósł kartę. 

-  Jest!  -  krzyknął  jeden  z  tragarzy,  którego  dodatkowym  obowiązkiem  było 

obserwować tłum. 

- Dwa tysiące już jest. Kto da dwa i pół, dwa i pół. Dajcie dwa i pół. 

- Jest! 

- Dwa i pół! Kto da trzy? 

- Jest! 

- Trzy! Ktoddawięcej, ktoddawięcej...! Kto da cztery? 

- Jest! 

Nastrój był coraz gorętszy. Przypomina to ostatnią połowę dziewiątej rundy w meczu 

bejsbolowym, kiedy wynik jest remisowy, pomyślał Qwilleran. 

Kiedy  w  końcu  meble  zostały  zlicytowane  za  sumę,  która  wydawała  mu  się 

astronomiczna, publiczność rozluźniła się i odetchnęła. 

Ktoś dotknął jego rękawa i zaraz usłyszał kobiecy głos: 

- Jak to się stało, Qwill, że tego nie licytowałeś? 

- Hixie! Nie wiedziałem, że lubisz aukcje! 

- Bo nie lubię, ale klienci mówili o tej aukcji, więc się wymknęłam, kiedy przerzedził 

się lunchowy tłum. 

-  Cicho  tam  z  tyłu!  -  krzyczał  Foxy  Fred,  więc  Qwilleran  wziął  pod  rękę  Hixie  i 

zaprowadził ją na zewnątrz, przez podwórze do domu. 

-  Najcenniejsze  przedmioty  są  tutaj  -  powiedział,  biorąc  katalog.  Pomiędzy  dużymi 

meblami  wciąż  były  w  domu  dwa  łóżka  w  stylu  generała  Granta,  organy  z  salonu,  wielki 

background image

sosnowy  kredens,  czarny  kredens  orzechowy  ze  stolikiem  karcianym  i  potężne  biurko  z 

nadstawką. - To biurko jest jedyną rzeczą, którą skuszę się licytować - zdradził Qwilleran. 

Nie była zbytnio zainteresowana antykami. 

- Słyszałeś ostatnie plotki? - spytała. 

- Które? W tym tygodniu miasto aż kipi od plotek. 

-  To  nie  jest  zwykła  pogłoska.  Przyjaciółka  i  współlokatorka  mojego  szefa  uciekła  z 

innym  mężczyzną.  Byli  wczoraj  wieczorem  na  kolacji  -  para  zakochanych  ptaszków  w 

średnim  wieku,  która  zachowywała  się  jak  dzieci.  Posadziłam  ich  przy  atrakcyjnym  stoliku 

obok koła młyńskiego, a facet wściekał się na skrzypienie i poprosił o oliwiarkę. 

- Czy Exbridge już wie? 

-  Na  pewno,  bo  jest  dosłownie  wściekły!  Kiedy  przyszedł  dzisiaj  na  lunch,  był  w 

morderczym  nastroju.  Krwawa  Mary  okazała  się  za  ciepła,  zupa  za  zimna,  a  cielęcina  za 

twarda. Zagroził, że wywali Antoine'a. 

- Kogo? 

- Lubi, jak się na niego mówi Tony, ale naprawdę ma na imię Antoine. 

Qwilleran obracał palcami w kieszeni, bawiąc się swoją kartą. 

- Muszę wracać do stodoły sprawdzić, co tam się dzieje - powiedział. - Do zobaczenia 

później. 

Atmosfera  w  stodole  udzielała  się  i  jemu,  ogarnęła  go  gorączka  licytacji,  czyli 

nerwowe podniecenie i niebezpieczna pokusa, by zaznać przygody... 

-  Ludzie,  dopiero teraz robi się gorąco! -  krzyczał  Foxy  Fred  i pod aukcyjny  młotek 

błyskawicznie trafiły kolejno: dębowa lodówka, osiemnastowieczny kandelabr i stół z czasów 

królowej Anny. Następnie zlicytowane zostały organy z salonu i sosnowy kredens. 

- Dalej mamy biurko z okrągłą nadstawką z drewna wiśniowego - zachęcał licytator. - 

Stan  idealny.  Datowane  na  1881  rok.  Świetnej  proweniencji.  Należało  do  Ephraima 

Goodwintera,  właściciela  kopalni  oraz  tartaków,  który  założył  „Pickax  Picayune”  i 

sfinansował  bibliotekę  publiczną  w  Pickax.  Powinniśmy  zacząć  od  pięciu  tysięcy...  Pięć 

tysięcy?... Cztery tysiące? 

-  Tysiąc  -  powiedziała  kobieta  blisko  platformy.  To  była  ta  handlarka  w  puszystej, 

futrzanej czapce. 

-  Tysiąc  już  jest.  Za  mało!  Piękne  biurko,  z  siedmioma  szufladami,  mnóstwo 

przegródek, może z sekretną skrytką. Kto da dwa tysiące? 

Qwilleran podniósł swoją kartę. 

- Jest! - krzyknął pomocnik. 

background image

-  Dwa  tysiące  od  teraz.  Zróbmy  trzy.  Czy  słyszę  trzy?  Czysta  wiśnia.  Historyczne 

biurko. 

- Jest! 

- Mamy trzy tysiące. Kto da trzy i pół? Proszę, proszę, nie słyszę... 

Śpiewne  zawodzenie  licytatora  miała  hipnotyzujący  wpływ  na  Qwillerana.  Podniósł 

swoją kartę. 

-  Trzy  i  pół  za  to  biurko  warte  pięć  tysięcy,  ludzie!  Bezcen.  Dajcie  cztery,  cztery, 

och... 

- Jest! 

Dżersejowy golf uwierał Qwillerana w szyję. Zdjął kurtkę. 

- Cztery tysiące. Kto da cztery i pół, cztery i pół, cztery i pół. To prawie darmo. Czysta 

wiśnia. Okucia z mosiądzu. 

- Jest! 

- Cztery tysiące pięćset. Czy słyszę pięć tysiaków? Ludzie, ucieka wam. Pozwolicie je 

sobie sprzątnąć sprzed nosa? 

- Cztery sześćset! - zawołał Qwilleran. 

- Cztery tysiące sześćset! Kto da siedemset? Proszę, proszę... 

- Jest! 

Kobieta w brązowej czapce naprawdę chciała kupić to biurko. 

- Cztery siedemset. Czy słyszę cztery osiemset? Proszę, proszę... 

Qwilleran podniósł swoją kartę. 

- Jest! 

- Cztery tysiące i osiemset. Ucieka, ludzie, ucieka. 

- Cztery dziewięćset! - rzuciła handlarka. 

- Pięć! - krzyknął Qwilleran. 

- To mi się podoba! Czy słyszę pięć sto? 

Wszystkie głowy odwróciły się w stronę handlarki. Czapka zatrzęsła się przecząco. 

-  Czy  słyszę  pięć  sto?  Pięć  sto?  Sprzedaję  za  pięć  tysięcy.  Sprzedaję,  sprzedaję, 

sprzedaję... SPRZEDANE numerowi sto dwadzieścia cztery. 

Publiczność  klaskała.  Pani  Cobb  pomachała  katalogiem,  wyrażając  entuzjastyczne 

poparcie. Qwilleran otarł spocone czoło. 

Po  ustaleniu  kwestii  związanych  z  dostarczeniem  biurka  pojechał  do  domu 

zdezorientowany,  właściwie  w  szoku.  Pięć  tysięcy  za  kawałek  mebla  wciąż  wydawało  się 

background image

olbrzymią sumą dla byłego felietonisty z „Daily Fluxion”. W restauracji w Middle Hummock 

próbował dodzwonić się do Juniora, ale w domu babki Gage nikt nie odbierał. 

Po  przyjeździe  do  domu  odkrył  dlaczego.  Na  sekretarce  była  wiadomość:  „Cześć! 

Lecimy  na  Niziny,  żeby  się  pobrać.  Rodzice  Jody  mieszkają  niedaleko  Cleveland.  Mam 

nadzieję, że wrócimy przed opadami śniegu. A, i znaleźli kasetkę taty!” 

Pani Cobb wyszła na kolację z Susan Exbridge, więc Qwilleran przeszukał lodówkę i 

znalazł trochę zupy z soczewicy tudzież zimnego kurczaka. Podgrzał sobie zupę, a kurczaka 

pokroił syjamczykom. 

- Żadnego czytania dziś wieczorem - zwrócił się do Koko. - Mam już dość wrażeń jak 

na jeden dzień. Reszta jest milczeniem. To z Hamleta, jakbyś nie wiedział. 

Wysoki  skrzynkowy  zegar  w  hallu  wybił  siedem  razy,  więc  Qwilleran  włączył 

prognozę pogody. Ostrzeżenie o śnieżycy obowiązywało cały dzień, ale pogoda wciąż jeszcze 

się  nie  zepsuła.  Z  powątpiewaniem  słuchał  aktualnej  prognozy:  „Ostrzeżenie  o  nawałnicy 

zostało  odwołane  dziś  późnym  popołudniem,  ale  stan  pogotowia  nadal  obowiązuje.  Wiatr 

wieje  z  prędkością  czterdziestu  kilometrów  na  godzinę  i  wciąż  przyspiesza.  Obecna 

temperatura  wynosi  minus  osiem  w  Pickax  i  minus  czternaście  w  Brrr.  A  teraz  skrót 

najważniejszych  wydarzeń...  Dwie  osoby  zginęły  w  wypadku  samochodowym  na  drodze 

prowadzącej do  lotniska o godzinie  szesnastej czterdzieści pięć.  Nazwisk  nie ujawniamy  do 

czasu  zidentyfikowania  ich  przez  krewnych.  Samochód  jechał  na  zachód  i  zderzył  się  z 

potężnym jeleniem, następnie wpadł do rowu. 

- Junior! - jęknął Qwilleran. - Nie, tylko nie to! Nad tym „Picayune” chyba ciąży jakaś 

klątwa! Piąta osoba nie żyje! I ta biedna mała Jody... 

background image

 

Rozdział dwunasty 

Czwartek,  dwudziesty  pierwszy  listopada.  „Ostrzeżenie  o  nadchodzącej  śnieżycy  nadal 

obowiązuje  w  Moose  County  -  oznajmił  prezenter  stacji  PKX  FM  -  z  nasilającymi  się 

wiatrami  z  kierunku  północno-wschodniego,  temperatura  ta  sama...  I  wydarzenia...  oto 

najświeższe wiadomości dotyczące nieszczęśliwego wypadku, który wydarzył się wczoraj na 

szosie prowadzącej  na  lotnisko. Ofiarami wypadku,  do którego doszło o godzinie  szesnastej 

czterdzieści pięć, są Gertruda Goodwinter, lat czterdzieści osiem, pochodząca z North Middle 

Hummock,  i Harry Noyton, lat pięćdziesiąt dwa, z Chicago. Zgodnie z oświadczeniem biura 

szeryfa  ich  samochód  potrącił  i  zabił  dużych  rozmiarów  jelenia,  potem  wpadł  do  rowu  i 

przekoziołkował”. 

Qwilleran  poszedł  wcześnie  rano  do  komisariatu  policji,  by  zobaczyć  się  z  Andrew 

Brodiem.  Mimo  że  pracownicy  biura  szeryfa  byli  bardzo  uprzejmi  i  chętni  do  udzielenia 

informacji,  tylko  z  komendantem  policji  w  Pickax  mógł  po  przyjacielsku  porozmawiać  i 

prywatnie uzyskać jakieś informacje. 

Brodie  siedział  przy  swoim  biurku,  które  było  zawalone  papierami,  i  narzekał  jak 

zwykle. 

-  Co  cię  sprowadza?  -  zapytał,  wygłosiwszy  uprzednio  litanię  skarg  na  system 

komputerowy. 

- Czy wiesz cokolwiek na temat wczorajszego nieszczęśliwego wypadku na drodze na 

lotnisko? 

-  Zajmuje  się  nim  szeryf  i  policja  stanowa  -  odparł  -  my  pomagamy  w  odnalezieniu 

najbliższych  krewnych.  Nie  będzie  to  łatwe,  niedawno  zmarł  jej  mąż,  a  jej  matka  jest  na 

Florydzie, Junior zaś gdzieś w samolocie, dwoje pozostałych dzieci poza stanem. Facet, który 

był z nią... trzeba było powyciągać z łóżek prawników i bankierów, żeby się o nim co nieco 

dowiedzieć. 

- Na początku myślałem, że to Junior i Jody zginęli. Wiedziałem, że Jody przyjaźni się 

z  twoją  córką,  więc  próbowałem  dzwonić  do  twojego  domu  wczoraj  wieczorem,  ale  bez 

skutku. 

-  Razem z żoną odwiedzaliśmy znajomych -  odpowiedział Brodie -  a Francesca  była 

na próbie z powodu tego koncertu w kościele, podczas którego będą przebierać się w stroje z 

epoki. To będzie niezłe widowisko. Sami przygotowują dla siebie kostiumy. 

background image

-  Z  przyjemnością  to  zobaczę  -  zapewnił  uprzejmie  Qwilleran,  po  czym  wygłosił 

komentarz na temat pogody, rzucił parę słów o sezonie łowieckim i aukcji u Goodwinterów, 

zanim znowu wrócił w rozmowie do wypadku. - Czy wiesz, kto prowadził samochód? 

- Nie mam pojęcia. Oboje wypadli z samochodu, jak rozumiem. 

- Podejrzewam, że nie mieli zapiętych pasów. 

- Na to wygląda. 

- Czy szeryf uważa, że jechali za szybko? 

-  Biorąc  pod  uwagę  ślady  hamowania,  raczej  tak.  Według  śledczego  byli  także  po 

kilku kieliszkach. Byk był spory, bo ważył ponad dwieście kilo. Pewnie nic nie wiesz o tym 

facecie, z którym była? Nazywał się Noyton. 

-  Trochę  wiem  -  powiedział  Qwilleran.  -  Na  przykład,  że  istnieje  co  najmniej  kilka 

jego byłych i bardzo chciwych żon oraz kłótliwe dzieci, które przez następne dziesięć lat będą 

włóczyć się wzajemnie po sądach. 

Kiedy  wyszedł  z  biura  Brodiego,  zaczął  zastanawiać  się,  jak  Exbridge  zareaguje  na 

śmierć  Gritty  i  jak  była  pani  Exbridge  zareaguje  na  to,  że  jej  były  mąż  stracił  swą  byłą 

kochankę.  Jego  ciekawość  sprawiła,  że  postanowił  znowu  zjeść  lunch  w  „Old  Stone  Mill”. 

Poza tym liczył, że Hixie podzieli się z nim swoimi niedyskretnymi obserwacjami. 

Dzisiaj  jednak  zdawała  się  zdenerwowana  i  bardzo  zajęta.  Rozsadzała  gości,  unikała 

rozmowy.  Qwilleran  jadł  bardzo  powoli  zupę  z  zielonego  groszku  i  dziobał  kanapkę  z 

wołowiną, przeciągając posiłek tak długo, aż większość klientów wyszła. 

Potem zaproponował Hixie,  że postawi  jej drinka, więc usiadła przy  jego stole,  choć 

nadal była w kiepskim nastroju. 

-  Okropny wypadek  na drodze prowadzącej  na  lotnisko -  zauważył.  -  Czy ta kobieta 

nie była kochanką twojego szefa? 

- Nie mogę zajmować się dzisiaj jego problemami - odparła. - Mam własne. 

- Co się stało? 

-  Tony  wyszedł  nagle  dziś  rano,  tuż  przed  nasilonym  ruchem  w  porze  lunchu! 

Żadnego wyjaśnienia. Po prostu wyszedł przez okno. 

- Przez okno? 

- I wziął mój samochód. Mój samochód zamiast tego głupiego wozu kempingowego! 

- Myślałem, że samochód kempingowy należy do jednej z twoich kucharek. 

Hixie pominęła pytanie machnięciem ręki. 

-  Był  zarejestrowany  na  mnie.  To  znaczy  kupiłam  mu  go  na  urodziny.  Dlaczego  nie 

wziął wozu kempingowego? Dlaczego zabrał moje auto? 

background image

- Prawdopodobnie miał do załatwienia jakąś pilną sprawę. 

-  Ale  dlaczego  wyszedł  przez  okno  łazienki?  I  dlaczego  zabrał  ze  sobą  swoje  noże? 

Wiesz,  Qwill,  chyba  wiem,  o  co  tu  chodzi  -  to  zimny  drań.  Gdyby  zamierzał  wrócić,  nie 

zabierałby ze  sobą swoich noży.  Wiesz,  jacy kucharze  są wrażliwi  na punkcie swoich  noży. 

Niemalże śpią z nimi. 

- Czy wydarzyło się coś niezwyczajnego, co mogło spowodować jego wyjście? 

Hixie krzywo spojrzała na kieliszek campari, zanim odpowiedziała: 

-  No  więc  około  jedenastej  nakrywaliśmy  do  lunchu  i  jakiś  mężczyzna  zastukał  do 

drzwi. Były zamknięte i jedna z kelnerek poszła zobaczyć, o co mu chodzi. Spytał o Antoine'a 

Delapierre.  Powiedziała,  że  nie  pracuje  u  nas  nikt o  tym  imieniu,  ale  on  wszedł  do  środka. 

Składałam  serwetki  i  od  razu  się  zorientowałam,  że  nie  jest  to  kolejny  sprzedawca 

ziemniaczanych chrupek. Patrzył zimnym wzrokiem i wyglądał na zdeterminowanego. 

- Czy miał na sobie kożuch i czapkę z zajęczego futra? 

-  Coś  w tym  rodzaju.  A  więc  spytałam,  czego  chce,  a  on  na  to,  że  jest  przyjacielem 

Antoine'a  Delapierre.  Tony  go  usłyszał,  złapał  noże  i  uciekł  przez  okno  łazienki  dla 

personelu.  Więcej  go  nie  widzieliśmy.  Zostawił  otwarte  okno  i  zwiał  moim  samochodem! 

Dlaczego w ogóle dałam temu idiocie zapasowy komplet kluczyków? 

„Dlatego,  że  był  wysokim,  bardzo  przystojnym  blondynem”  -  pomyślał  Qwilleran  i 

zaraz zrobiło mu się jej żal. Hixie, urodzony pechowiec, znowu przegrała. Tym razem jednak 

nie płakała, ale była wściekła. 

- Więc tak naprawdę nie nazywał się Tony Peters? - spytał. 

-  Wielu  ludzi  zmienia  swoje  imiona  z  powodu  kariery  -  powiedziała  zwyczajnie,  ale 

nerwowo latały jej oczy. 

- Masz jakieś przypuszczenia, o co w tym wszystkim chodziło? 

-  Nie  mam  nawet  mglistego  pojęcia.  Kiedy  ten  mężczyzna  wlazł  do  kuchni, 

nabzdyczyłam się i wyprosiłam go na zewnątrz. 

Qwilleran  nie  wypytywał  jej  dalej.  I  tak  prędzej  czy  później  Hixie  wyrzuci  z  siebie 

prawdę.  Do  pewnego  stopnia  był  z  siebie  zadowolony,  bo  jego  podejrzenie  sprawdziło  się: 

nieznajomy w rzeczywistości był szpiclem. 

Musiał  jednak  wrócić  do  domu  i  przebrać  się  do  kolacji.  Był  umówiony  z  Polly 

Duncan  w  jej  domu  na  MacGregor  Road,  gdzie  czekała  go  pieczeń  wołowa  i  pudding 

Yorkshire! 

Pani Cobb zajęta była pieczeniem herbatników z orzechami. 

background image

- Czy musi pan wyjeżdżać poza miasto, panie Q? - spytała. - W radiu ostrzegali przed 

śnieżycą. 

-  Już  wczoraj  ostrzegali,  a  nic  się  nie  wydarzyło.  Sądzę,  że  mają  popsuty  komputer. 

Cały  miesiąc  powtarzają  prognozę  pogody  z  zeszłego  roku.  Więc  nie  ma  powodu  do 

niepokoju. 

Wziął  garść  herbatników  i  poszedł  szukać  kotów.  Zawsze  się  z  nimi  żegnał,  kiedy 

wychodził z domu na parę godzin. To była jedna z rad otrzymanych od Lori Bamby. 

Kotów  nie  było  w  bibliotece,  ale  pod  popiersiem  Szekspira  na  podłodze  leżał 

egzemplarz  Burzy.  Qwilleran  zatrzymał  się  na  chwilę.  Koko  już  raz  wypchnął  ten  groźny 

tytuł, ale pogoda nie przeszła w nawałnicę. Owszem, to wtedy Senior Goodwinter rozbił się 

na starym drewnianym moście, ale pogoda była w porządku. 

Qwilleran  jechał  na  północ.  Było  zimno  i  wiał  silny  wiatr,  ale  on  miał  na  sobie 

zamszową kurtkę samochodową z kołnierzem z futra bobrowego, taką samą czapkę futrzaną i 

wełnianą koszulę w szkocką kratę, buty myśliwskie podbite futrem, a pod spodem oczywiście 

długie,  czerwone  kalesony,  które  stanowiły  standardowe  wyposażenie  każdego  mieszkańca 

Moose County. 

Niebo było zachmurzone,  wiatr  gwizdał, ale Qwill w duszy czuł  jasność,  a przy tym 

na nowo odżyła w nim ambicja. Po tym wieczornym spotkaniu znowu zabierze się do pisania 

książki. To ucieszy Polly. 

Jej zaproszenie na kolację bardzo go ucieszyło. Miał nadzieję, że oznacza to początek 

końca jej dziwacznego zachowania i trzymania go na dystans. Sądził zresztą, że wie, w czym 

rzecz. Na ostatnim spotkaniu zarządu biblioteki Fundacja Klingenschoenów przyznała środki 

na  zakup  książek,  sprzętu  wideo  i  na  nowy  piec,  ale  ani  dolara  dla  personelu.  Później 

dowiedział  się,  jak  niewiele  zarabia  dyrektorka  biblioteki.  Malutki  domek  Polly,  stary 

samochód  i  skromny  strój,  wszystko  to  wskazywało  na  jej  trudną  sytuację  finansową. 

Qwilleran  wiedział,  że  jest  przy  tym  dumną  kobietą.  Czy  krępował  ją  ich  nierówny  status 

finansowy? Wiedział i ona bez wątpienia także wiedziała, że miejscowi plotkarze z rozkoszą 

wytkną jej interesowność. 

Kiedy jechał pogrążony w rozmyślaniach, prawie nie zauważył białych kropek, które 

pojawiły się na przedniej szybie. Nieco później ogromne płatki śniegu tworzące krystaliczne 

wzory przypomniały mu emocjonującą scenę z dzieciństwa -  łapanie śnieżynek na język. Za 

chwilę jezdnię pokryła cienka warstwa bieli i Qwilleran zwolnił, żeby nie wpaść w poślizg. 

Kiedy skręcił z głównej  szosy w MacGregor  Road, pola  i drzewa  iglaste pokryte  już 

były białym śnieżnym welonem - piękny widok, chociaż wirujący śnieg osłabiał widoczność. 

background image

Zmrok zapadał dziwnie wcześnie. Jechał teraz na wschód, a śnieg znowu padał mu na szybę 

na  tyle  obficie,  że  trzeba  było  włączyć  wycieraczki.  „Trochę  pada  -  powiedział  do  siebie  w 

myśli. - Nie potrwa to zbyt długo”. Jechał teraz bardzo powoli i ostrożnie. 

Dom Polly,  jak zapamiętał z poprzedniej, potajemnej wizyty,  mieścił się trzy mile od 

drogi  głównej  -  dwie  mile  asfaltówką,  potem  zakręt  i  mila  żwiru.  Nie  widział  żadnych 

samochodów.  Jechał  teraz  przez  tunel  intensywnej  bieli.  Miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  nie 

zjechać z asfaltówki, ale nie było żadnych śladów opon, których mógłby się trzymać. Nikt nie 

przejeżdżał tą drogą, odkąd zaczął padać śnieg. Nie było już widać, gdzie jest droga, a gdzie 

pole. 

Nagle  coś  zamajaczyło  mu  z  przodu  samochodu  i  ledwo  zdążył  zahamować.  Mało 

brakowało, a wjechałby w krzaki. Dojechał do zakrętu drogi. Teraz należało skręcić w lewo, 

przejechać kawałek  i  skręcić w prawo na ostatni,  nieutwardzony kawałek MacGregor  Road. 

Próbował  kilkakrotnie,  zanim  wreszcie  odnalazł  zakręt.  Potem  powinno  być  łatwiej,  tylko 

mila do dwóch wiejskich skrzynek, MacGregor i Duncan. Sprawdził licznik. 

Najtrudniejszą rzeczą było utrzymać się na drodze, po obu jej stronach biegł bowiem 

rów odprowadzający  wodę.  Wycieraczki,  które  pracowały  jak  szalone,  były  bezsilne  wobec 

zmasowanego ataku płatków śniegu. Jechał jak przez białą pierzynę. Maska samochodu była 

niewidoczna.  Pocieszał  się,  że  nie  musi  przynajmniej  martwić  się  o  jelenie.  Uciekły, 

pochowały się przed śniegiem. Tyle przynajmniej nauczył się od Hackpole'a. Nie miał jednak 

czasu myśleć ani o nim, ani nawet o Polly. Problem polegał na tym, że trzeba było jechać w 

linii prostej, choć śnieg oślepiał go całkowicie. 

Znowu  z  przodu  zamajaczyły  mu  jakieś  zarośla.  Jednak  zjechał  z  drogi!  Kręcąc 

kierownicą, wpadł w poślizg. Opanował go, ale samochód zaczął zsuwać się na bok, w dół po 

zboczu,  i  w  końcu  zatrzymał  się,  nachylony  pod  kątem  sześćdziesięciu  stopni.  Rów 

kanalizacyjny!  Jeszcze  trochę  i  byłoby  dachowanie.  Wyłączył  stacyjkę  i  siedział,  otoczony 

przez ściany bieli. 

Wiedział,  że w tych warunkach nie wydostanie samochodu, nawet gdyby  miał  napęd 

na  cztery  koła.  Im  dłużej  się  wahał,  tym  bardziej  śnieg  walił  w  przednie  i  tylne  szyby 

nieprzejrzystą  substancją,  dość  grubą  i  szarobiałą  w  zmroku.  Otwierając  drzwi,  sprawdził 

teren butem.  Chlup! Tak, wylądował w rowie.  Jeżeli wdrapałby się po  jego zboczu na górę, 

dotarłby do drogi i mógłby resztę przejść na piechotę. Wiedział, że zostało mu mniej niż pół 

mili. 

Naciągnął  głębiej  czapkę,  opuścił  nauszniki,  postawił  kołnierz  kurtki  i  wciągnął 

rękawice,  przygotowując  się  w  ten  sposób  na  spotkanie  z  żywiołem.  Jeżeli  wdrapie  się  na 

background image

górę  i  skręci  w  prawo,  stanie  przodem  do  farmy.  Dalej  trzeba  będzie  iść  po  omacku.  W 

śnieżycy  nie  było  żadnej  możliwości  określenia  kierunku.  Wiatr  ciskał  śniegiem  ze 

wszystkich stron. 

Pod  butami  poczuł  coś  twardego  -  może  nawierzchnię  drogi  -  ale  przysypaną  już 

dziesięcioma,  piętnastoma,  dwudziestoma  centymetrami  śniegu,  w  zależności  od  wysokości 

zaspy. Posuwał się do przodu, oślepiony przez śnieg, zastanawiając się nad każdym krokiem. 

Działał według prostego planu:  jeżeli zacznie się zsuwać ku dołowi na prawo, będzie musiał 

kierować  się  bardziej  w  lewo,  bo  będzie  to  znaczyć,  że  schodzi  do  prawego  rowu;  jeżeli 

zsunie się na lewo - odwrotnie. 

Szedł  tak  do  przodu  zygzakiem,  nie  śmiejąc  nawet  mieć  nadziei,  że  nadjedzie  jakiś 

samochód. Zresztą czy zobaczyłby w porę  jego światła? Czy odgłos silnika zdołałby przebić 

się przez wycie wichru? Bo teraz wiatr już wrzeszczał i darł się, krzycząc wniebogłosy pośród 

drzew, których Qwilleran nie był w stanie zobaczyć. 

Chociaż  miał  ciepłą  czapkę  i  kurtkę  z  futrzanym  kołnierzem,  a  spodnie  miał 

wciągnięte w buty,  natrętna wilgoć wciskała się  szczelinami. Strzepnął  śnieg z rękawiczek  i 

przetarł twarz, ale nic to nie dało, za parę sekund znów pokryła ją maska marznącej wilgoci. 

Miał wrażenie, że idzie tak już od godziny. Czy kręcił się w kółko? Jeżeli na początku 

pomylił kierunki i skręcił w przeciwną stronę, szedł teraz w stronę głównej drogi i czekały go 

jeszcze trzy mile marszu... 

Poszukiwanie  drogi  na  oślep  było  frustrujące  i  napawało  lękiem.  Był  całkowicie 

zdezorientowany.  Ręce  w  rękawiczkach  trzymał  przed  sobą  jak  lunatyk,  ale  nie  napotykały 

niczego.  Z trudem zmuszał  się,  by  nie zamykać oczu.  Przemarznięte powieki  bolały go,  czy 

już  je  sobie  odmroził?  Jego  policzki  i  czoło  skostniały  od  szalejącego  wiatru  i  wilgoci. 

Krzyczał: - Hop, hop! - Krzyczał: - Pomocy! - Krzyczał w pustkę, przełykając śnieg. 

Co  ja  teraz  zrobię?  -  pytał  sam  siebie,  już  nie  pod  wpływem  paniki.  Czuł  się 

pokonany.  Czuł  obezwładniające  pragnienie,  by  upaść  na  kolana,  zwinąć  się  w  kłębek  i  nie 

męczyć się już, dać za wygraną. - Cały czas idź - powiedział do siebie. - Nie przestawaj iść! 

Pamiętał  skrzynki  pocztowe.  Musi  na  nie  wpaść  albo  nigdy  ich  nie  znajdzie.  Brnął 

przed  siebie,  centymetr  za  centymetrem,  nie  widząc,  nie  czując  i  nie  wiedząc,  gdzie  się 

znajduje.  Śnieg  pod  butami  robił  się  coraz  głębszy,  także  warstwa  śniegu  na  jego  ubraniu 

rosła.  Zatrzymywał  się  na  chwilę,  próbując  normalnie  pooddychać,  ale  dławił  go  wiatr,  a 

śnieg dusił. 

Nagle, bez ostrzeżenia, coś przed nim wyrosło i wpadł na dwie skrzynki stojące obok 

siebie,  przykryte  półmetrową  warstwą  śniegu.  Oplótł  je  rękoma  jak  tonący  marynarz 

background image

trzymający się pływających szczątków wraku. Oparł się na nich, zgięty wpół, próbując złapać 

oddech. 

Jeszcze  metr  czy  dwa  do  podjazdu.  Ale  ile  dokładnie?  Trzeba  było  to  stwierdzić 

metodą prób i błędów. Kiedy potknął się i uderzył kolanem o betonowy okrąglak, pod którym 

biegł płytki wykop,  już wiedział, gdzie się znajduje. Przypomniał sobie, że wzdłuż podjazdu 

rośnie żywopłot.  Mógł teraz podążać wzdłuż  niego,  by  nie zgubić  już drogi.  Tak  też czynił, 

ale  żywopłot  w  pewnej  chwili  nagle  się  skończył.  Ceglany  dom  farmera  powinien  być  na 

lewo. Domek Polly powinien być prosto z przodu. 

Znowu  zataczał  się  jak  ślepy  w  stronę,  która  wydawała  mu  się  właściwa.  Było  już 

ciemno  i  zdał  sobie  sprawę,  że  przecież  śnieg  w  ciemności  nie  jest  biały,  a  jednak  chyba 

widział przed sobą jakiś blask. Podążył za nim, zbliżając się coraz bardziej, aż przewrócił się 

na schodach i upadł w zaspę. Ręce plątały mu się z nogami. Przed sobą zobaczył jakieś drzwi. 

Oparł się o nie i uderzył obiema pięściami. Drzwi otworzyły się i wpadł do kuchni. 

- O mój Boże! Qwill! Co się stało? Czy jesteś ranny? 

Klęczał na kolanach i rękach w lawinie śniegu, który posypał się z jego ubrania, kiedy 

upadł.  Polly  ciągnęła  go  za ręce.  Podpełzał  dalej  do  pokoju  i  usłyszał,  jak  drzwi  za  nim  się 

zatrzasnęły, odcinając odgłos nawałnicy. Wewnątrz było jasno i cicho. 

- Czy wszystko w porządku? Czy możesz wstać? Nie myślałam, że się zjawisz. Co się 

stało z twoim samochodem? 

Chciał zostać na podłodze, ale pozwolił, żeby pomogła mu się podnieść. 

- Pozwól, że cię otrzepię. Stój spokojnie. 

Stał  w  milczeniu,  nieruchomo,  kiedy  ściągała  mu  czapkę,  rękawice  i  rzuciła  je  na 

kuchenny stół. Za pomocą ręczników usunęła śnieg i lód z jego wąsów oraz brwi. Strzepnęła 

stos śniegu z kurtki, spodni i butów. Stał spokojnie, osłupiały i otępiały pośród topniejącego 

śniegu i lodu. 

Zabrała się do jego kurtki. 

-  Musisz  zdjąć  te  przemoknięte  rzeczy,  zaraz  przyniosę  ci  coś  gorącego  do  picia. 

Usiądź. Pozwól, że zdejmę ci buty. 

Podprowadziła go do krzesła, na którym usiadł posłusznie. 

- Skarpety masz suche. Jak się czują twoje stopy? Nie są zdrętwiałe, prawda? Koszulę 

masz  mokrą  wokół  kołnierza.  Wezmę  ją  do  suszarni.  Twoje  spodnie  również.  Są  całkiem 

przemoczone. Całe szczęście, że włożyłeś długie kalesony. Przyniosę jakieś koce. 

Wciąż  nie  mógł  nic  powiedzieć.  Zawinęła  go  w  koce  i  zaprowadziła  na  kanapę, 

namawiając, żeby się położył. Wsunęła mu do ust termometr. 

background image

-  Idę  zaparzyć  gorącej  herbaty  i  zadzwonię  do  lekarza.  Muszę  się  upewnić,  czy 

prawidłowo z tobą postępuję. 

Qwilleran zamknął oczy i o niczym innym nie myślał, tylko o cieple, suchym wnętrzu 

i  bezpieczeństwie.  Usłyszał  gwizd  czajnika,  szczęknięcie  słuchawki  telefonu,  wyciskanie 

gąbki z wodą do kubła. 

Polly wróciła z kubkiem gorącej herbaty na tacy i powiedziała: 

-  Telefon  nie  działa.  Linia  wysiadła.  Zastanawiam  się,  czy  ci  nie  przynieść  gorącej 

miski  z  wodą.  Jak  się  czujesz?  Czy  chcesz  usiąść  i  napić  się  trochę  herbaty?  -  wzięła 

termometr z jego ust i zerknęła na jego skalę. 

Qwilleran  zaczynał  przychodzić  do  siebie.  Podniósł  się  do  pozycji  siedzącej  bez  jej 

pomocy.  Wziął  kubek  herbaty,  posyłając  Polly  wdzięczne  spojrzenie.  Upił  łyk  gorącego 

naparu i westchnął głęboko, z ulgą. Potem wypowiedział swoje pierwsze słowa: 

- „Wdzięczny ci jestem, zmarzłem okrutnie”. 

-  Dzięki  Bogu!  -  śmiała  się  i  płakała.  -  Żyjesz!  Ale  mnie  przestraszyłeś!  Teraz  już 

wszystko w porządku. Skoro cytujesz Szekspira, wiem, że nic ci nie będzie. 

Zarzuciła ręce  na  jego omotane kocami ramiona  i  przytuliła głowę do  jego piersi.  W 

tym  momencie  wysiadł  prąd.  Połowa  Moose  County  utonęła  w  czerni  razem  z  małym 

domkiem. 

background image

 

Rozdział trzynasty 

Piątek,  dwudziesty  drugi  listopada.  Qwilleran  otworzył  oczy  w  małej  sypialni  zalanej 

oślepiającym światłem. 

-  Qwill,  obudź  się,  obudź  się!  Chodź  i  zobacz,  co  się  stało!  -  ktoś  w  niebieskim 

szlafroku  stał  przy  oknie,  przyglądając  się  z  zachwytem  widokowi  na  zewnątrz.  -  Mieliśmy 

burzę lodową! 

Nie spieszył się z pobudką, jak przez mgłę przypominał sobie ostatnią noc: Polly... jej 

domek... śnieżycę. 

- Nie leż tak, Qwill. Chodź zobaczyć. Jest pięknie! 

- Ty jesteś piękna - powiedział. - Życie jest piękne! 

W  sypialni  było  chłodno,  ale  ciche  dudnienie  i  pogłos  gdzieś  w  domu  znaczyły,  że 

ogrzewanie pracowało. Zwlókł się z łóżka i zawinął kocem, dołączając do Polly przy oknie. 

Ujrzał zaczarowany krajobraz, lśniący jasno w zimnym, ostrym listopadowym słońcu. 

Wiatr  ustał.  Zapanowała  cisza.  Wszystko  pokrywała  gruba  warstwa  srebrzyście  mieniącego 

się  lodu.  Każda  gałąź  na  drzewie,  każda  witka  lśniła  kryształowym  blaskiem.  Linie 

wysokiego napięcia i druciane płoty zmieniły się w diamentowe struny. 

-  Trudno  uwierzyć,  że  zeszłej  nocy  mieliśmy  ogromną  śnieżycę  -  westchnął.  -  Nie 

mogę uwierzyć, że wczoraj błądziłem w śniegu. 

- Czy dobrze spałeś? - spytała. 

-  Bardzo  dobrze.  I  nie  z  powodu  wczorajszej  wędrówki  przez  śnieg  ani  tego,  że  za 

dużo zjadłem pieczeni wołowej... Czuję coś smacznego. 

- Kawa - oznajmiła zachęcająco - i babeczki w piekarniku. 

Babeczki  były  z  czarnymi  porzeczkami,  a  Polly  podała  je  ze  śmietankowym  serem  i 

dżemem agrestowym. 

-  Żywopłot,  wzdłuż  którego  dotarłeś  tu  przez  śnieżycę  -  powiedziała  Polly  -  to  rząd 

porzeczkowych  krzaków,  posadzonych  przez  MacGregora  lata  temu.  Pozwala  ludziom  z 

sąsiedniej  farmy  zbierać  z  nich  owoce,  a oni  dostarczają  nam  w  zamian  przetwory...  Qwill, 

czy coś cię trapi? 

- Pani Cobb będzie się martwić. Czy telefon działa? 

- Jeszcze nie. Prąd włączyli pół godziny temu. 

- Czy przejeżdżają tędy pługi śnieżne? 

background image

- W końcu tak, ale nie jesteśmy na ich priorytetowej liście. Najpierw odśnieżają ulice 

w mieście i główne drogi. 

- Czy słyszałaś cokolwiek w radiu? 

-  Wszystko  jest  pozamykane.  Szkoły,  sklepy,  biura.  Biblioteka  będzie  zamknięta  do 

poniedziałku.  Wszystkie  zebrania  odwołane.  Dziś  rano  odśnieżyli  helikopter,  żeby 

ewakuować  pacjenta  ze  szpitala.  Ludzie  porzucili  w  zaspach  wiele  samochodów.  W 

samochodzie, który wypadł z drogi, znaleziono ciało mężczyzny. Udusił się spalinami. Qwill, 

a czy ty wozisz łopatę w bagażniku? 

Pokręcił głową z poczuciem winy. 

-  Jeżeli  utkniesz  w  śnieżycy,  musisz  wygarniać  śnieg  z  rury  wydechowej,  żeby 

ogrzewanie mogło pracować. 

- Jeśli zasypie nas śnieg - powiedział Qwilleran - to wolę być zasypany tutaj z tobą niż 

gdziekolwiek indziej. Tak tu spokojnie. Jak znalazłaś to miejsce? 

-  Mój  mąż  zginął  na  tej  farmie  podczas  gaszenia  pożaru  w  stodole,  a  państwo 

MacGregor  byli  dla  mnie  bardzo  uprzejmi.  Zaproponowali  mi,  żebym  zamieszkała  w  tym 

domku za darmo. Wcześniej służył mężczyźnie wynajętemu do pracy na farmie. 

- I co się z nim stało? 

-  To  gatunek  na  wymarciu.  Farmerzy  mają  teraz  pracowników,  którzy  mieszkają  w 

domach w mieście. 

- Nie martwisz się o swojego gospodarza w taką pogodę jak ta? 

- Jest na Florydzie. Jego syn we wtorek odwiózł go na lotnisko. Ja muszę tylko karmić 

jego ulubioną gęś. Czy słyszałeś kiedykolwiek o opiekunce do gęsi? 

W  kuchni  zrobiło  się  nagle  cicho.  Piecyk  wykonał  swoją  robotę  i  wyłączył  się. 

Agregat  lodówki  także  umilkł.  Pompa  napełniła  zbiornik  z  wodą  i  zgasła.  Cisza  panująca 

wewnątrz i na zewnątrz została nagle zakłócona przez oddalone dudnienie. 

- Pług śnieżny! - krzyknęła Polly. - Jakie to dziwne! 

Przez okno wychodzące na zachód ujrzeli chmurę śniegu wzbijającą się na wysokość 

szczytów  drzew.  Potem  ujrzeli  maszynę,  za  którą  jechał  mniejszy  pług  i  samochód  szeryfa. 

Konwój  zatrzymał  się  naprzeciw  domu  na  farmie  i  mały  pług  zaczął  odśnieżać  podjazd.  W 

końcu samochód szeryfa podjechał pod same drzwi. 

- Czy jest tu pan Qwilleran? - zapytał oficer. 

Qwilleran pokazał się. 

- Mój samochód jest w rowie, gdzieś przy drodze. 

background image

- Widzieliśmy go - powiedział oficer. - Mogę zabrać pana do miasta... jeżeli chce pan 

jechać - dodał, spoglądając na kobietę w niebieskim szlafroku. 

Nieco zawiedziony Qwilleran odwrócił się w stronę Polly. 

- Chyba powinienem jechać. Czy poradzisz sobie? 

Przytaknęła głową. 

-  Zadzwonię  do  ciebie,  jak  tylko  zreperują  linie.  Oficer  grzecznie  się  odwrócił,  żeby 

mogli  się pożegnać.  Podczas drogi powrotnej do  Pickax, spędzonej w towarzystwie oficera, 

Qwilleran stwierdził: 

- Domyślam się, że to była ta „wielka śnieżyca”. 

- Owszem. 

- Czy wiele szkód uczyniła? 

- Jak zwykle. 

- Jak mnie znaleźliście? 

-  Po  prostu  szukaliśmy.  Dostaliśmy  telefon  od  komendanta  policji  w  Pickax, 

burmistrza  i  od  komendanta  drogówki.  -  Podniósł  słuchawkę.  -  Tu  wóz  dziewięćdziesiąt 

cztery do centrali: mamy go! 

Pickax, miasto z szarego kamienia, było teraz pokryte bielą i błyszczało od lodu. Ulica 

Park  Circle  wyglądała  jak  tort  weselny.  W  rezydencji  K  każde  okno,  drzwi  i  poręcz 

zwieńczone  były  grubą  warstwą  śniegu,  a  pan  O'Dell  jeździł  na  elektrycznym  pługu  i 

odśnieżał chodniki oraz podjazd. Pani Cobb powitała Qwillerana z widoczną ulgą. 

-  Strasznie  się  martwiłam,  ponieważ  koty  bardzo  dziwnie  się  zachowywały  - 

powiedziała. - Wiedziały, że coś jest nie tak. Koko miauczał przez całą noc. 

- Gdzie są teraz? 

- Odsypiają na lodówce! Ja nie zmrużyłam oka. Zaczęło padać zaraz po tym, jak pan 

wyszedł, i zaczęłam się obawiać, że zgubi pan drogę albo zakopie się w śniegu. Telefony nie 

działały,  ale  jak  tylko  je  naprawiono,  zadzwoniłam  do  każdego,  kogo  znałam,  nawet  do 

burmistrza. 

-  Pani  Cobb,  pani  jest  cała  roztrzęsiona!  Proszę  usiąść,  napijmy  się  herbaty,  to 

opowiem pani o tym, co mi się przydarzyło. 

Kiedy skończył, pani Cobb wykrzyknęła: 

- Koty miały rację! Wiedziały, że ma pan kłopoty. 

-  Wszystko  dobre,  co  się  dobrze  kończy.  Zadzwonię  do  warsztatu  Hackpole'a,  żeby 

wyciągnęli  samochód  z  rowu.  A  jak  tam  przygotowania  do  ślubu?  Czy  wszystko  przebiega 

zgodnie z planem? 

background image

- No więc... - zaczęła niepewnie, spuszczając wzrok. 

- Czy coś nie tak? 

- Więc Herb zaczął mi mówić, że nie chce, żebym pracowała po ślubie, przynajmniej 

nie tutaj w muzeum. Uważa, że powinnam zostać w domu i... i... 

- I co? Zwilżyła usta. 

- I mam prowadzić jego księgi rachunkowe. 

-  CO?!  -  krzyknął Qwilleran. -  I  chce zmarnować  lata pani doświadczenia  i wiedzy? 

Ten facet jest stuknięty! 

-  Powiedziałam  mu,  że  nie  będzie żadnego ślubu,  jeżeli  nie  będę  mogła pracować w 

muzeum - odparła wyzywająco. 

-  Dobrze  pani  zrobiła!  To  wymagało  odwagi.  Cieszę  się,  że  broniła  pani  swojego 

zdania.  -  Wiedział,  jak  bardzo  pragnęła  swojego  domu  i  męża.  Nie  tylko  mężczyzny,  ale  i 

męża. 

-  W  każdym  razie  ustąpił,  więc  chyba  wszystko  jest  w  porządku.  Przywieźli  moją 

ślubną  garsonkę  z  różowego  zamszu  i  wygląda  bosko!  Mój  syn  wysłał  ją  z  Saint  Louis  i 

nawet  nie  wymaga  ani  jednej  poprawki.  Syn  przyjechałby  na  ślub,  gdyby  nie  ta  niepewna 

pogoda.  Poza  tym  już  na  dniach  spodziewają  się  dziecka.  Mam  nadzieję,  że  to  będzie 

chłopczyk. 

Qwilleran  wolał  uniknąć  szczegółowych  ustaleń,  ale  gospodyni  chciała  z  nim 

porozmawiać o przebiegu ślubu. 

-  Susan  Exbridge  będzie  ubrana  na  szaro.  Zamówiłam  dla  nas  bukieciki  z  różowych 

róż i różowych pąków dla pana oraz Hackpole'a. 

-  Wiem,  że  nie  chce  pani  przyjęcia  -  zaczął  Qwilleran  -  ale  moglibyśmy  otworzyć 

jedną butelkę szampana i wznieść toast za nowożeńców. 

- To samo powiedziała Susan. Chce przynieść trochę kawioru i tatara. 

Na te słowa dwie zaspane, brązowe głowy podniosły się znad lodówki. 

Qwilleran stłumił śmiech, kiedy wyobraził sobie Hackpole'a z bukiecikiem pąków róż, 

a potem jego reakcję na rybią ikrę i surowe mięso. 

- A może muzyka w tle? - zasugerował. - Wystarczy włożyć kasetę do odtwarzacza. 

- Och, byłoby miło! Wybierze pan coś, panie Q? 

Sprzedaną narzeczoną, pomyślał. 

- A gdzie pani chce, żeby odbyła się ceremonia? 

- W salonie, naprzeciw kominka. Proszę za mną. Pokażę panu, co mam na myśli. 

background image

Wyszli  z  kuchni,  a  za  nimi  podążyły  syjamczyki,  które  lubiły  uczestniczyć  w 

domowych naradach. 

- Moglibyśmy stanąć twarzą do urzędnika za małym stołem - powiedziała pani Cobb. - 

Ogień  w  kominku  sprawi,  że  będzie  przytulnie.  Postawimy  wazon  z  różowymi  różami  na 

stole, żeby komponował się z różami na dywanie. 

W  tym  momencie  usłyszeli  za  sobą  gwałtowne  prychnięcie.  Koko  nastroszył  ogon, 

wygiął grzbiet w  łuk  i pokazał pazury. Uszy  i wąsy położył po sobie,  a jego oczy przybrały 

diabelski wyraz. 

- Wielkie nieba! Co się stało? - zakrzyknęła pani Cobb. 

- Stanął na różach! - zauważył Qwilleran. - Zawsze unika chodzenia po różach! 

- Przestraszył mnie. 

-  Wygląda,  jakby zobaczył ducha -  powiedział Qwilleran,  ale  i on sam poczuł  lekkie 

drżenie górnej wargi, więc energicznie potarł wąsy. 

Kiedy wrócili do kuchni, pani Cobb powiedziała: 

-  Jestem taka wdzięczna,  że zabrał  mnie pan do Pickax, panie Q.  To było wspaniałe 

doświadczenie,  poznałam  Herba  i  wychodzę  za  mąż  pośród  tych  wszystkich  przedmiotów, 

które kocham. Jestem bardzo wdzięczna. 

- Niech mi pani nie przypisuje tylu zasług. To pani zrobiła świetną robotę i zasługuje 

pani na to, co najlepsze. Na pewno nie chce pani wziąć wolnego tygodnia? 

-  Nie,  zjemy  tylko  kolację  w  hotelu  „Pickax”  i  spędzimy  noc  w  apartamencie  dla 

nowożeńców  -  powiedziała.  -  Podróż  poślubną  odbędziemy  na  wiosnę.  Herb  chce  mnie 

zabrać na ryby do północnej Kanady. 

Qwilleran nie mógł sobie wyobrazić pani Cobb zarzucającej wędkę na pstrąga,  i tym 

bardziej nie wyobrażał sobie Hackpole'a na różowych, satynowych poduszkach. 

-  Ale  mogłaby pani  wziąć tydzień wolnego,  choćby od zaraz,  żeby  sobie odpocząć - 

zaproponował. 

-  No  cóż  -  odparła  tonem  niemal  przepraszającym  -  w  poniedziałek  jest  spotkanie 

komitetu  w  sprawie  przybrania  choinki,  a  w  niedzielę  jest  koncert,  na  którym  zostanie 

wykonany Mesjasz, i przyjęcie w kostiumach z epoki. Za nic nie mogę tego stracić! 

- A co z Herbem? 

- Nie obrazi się. W telewizji jest program, który ogląda w każdy niedzielny wieczór. 

Qwilleran miał wątpliwości co do tego małżeństwa, w dodatku coraz większe. Będzie 

się  czuł  jak  hipokrytą,  stojąc  w  charakterze  drużby  obok  mężczyzny,  którego  szczerze  nie 

lubił.  Zrobi  to  jednak  dla  pani  Cobb.  Ona  nigdy  nie  szczędziła  mu  swojego  czasu,  starań  i 

background image

dobrego  słowa...  Była  tak  spragniona  pochwał  i  tak  zawstydzona,  gdy  je  otrzymała...  Tak 

kompetentna  w  swojej  dziedzinie  i  taka  naiwna  w  dziedzinie  uczuć...  Zawsze  gotowa  do 

pomocy i spełniająca zachcianki innych - zwłaszcza umięśnionych mężczyzn z tatuażami. 

- Wciąż się pani trzęsie, pani Cobb - powiedział. - To podniecenie i brak snu. Proszę 

iść  na  górę  i  odetchnąć.  Ja  nakarmię  koty  i  pójdę  gdzieś  na  kolację.  I  proszę  nie 

przygotowywać żadnych posiłków na jutro, to jest dzień pani ślubu. 

Podziękowała mu wylewnie i poszła do swojego apartamentu. 

Qwilleran zaś skierował się do biblioteki, żeby wybrać muzykę na ślub: Bach na czas 

trwania ceremonii, a Schubert do szampana i kawioru. Koko podążył za nim i przyglądał się 

każdej kasecie, obwąchując niektóre i niepewnie sięgając po inne łapką. 

-  Koci  bibliotekarz  jest wystarczająco trudny do zniesienia -  powiedział Qwilleran. - 

Proszę! Nie chcemy jeszcze kociego dyskdżokeja. 

- Nyik, nyik, nyik - odezwał się Koko z irytacją,  nachylając jedno ucho do przodu, a 

drugie do tyłu. 

Zadzwonił telefon. 

- Uprzejma firma telekomunikacyjna wznowiła usługi dla wieśniaków na MacGregor 

Road. 

Melodyjny głos sprawił, że Qwilleran poczuł mrowienie na karku. 

- Myślałem o tobie, Polly. Myślałem o tym wszystkim. 

- Wszystko dobrze się skończyło, Qwill, ale drżę na myśl o tobie w tej zamieci. 

- Ja też trochę jeszcze drżę na tę myśl. Kiedy znowu będę mógł cię zobaczyć? 

- Chciałabym przyjechać na koncert w niedzielę wieczór. 

-  Może  weźmiesz  rzeczy  na  noc?  Jeżeli  po  koncercie  pojedziesz  do  domu,  w 

poniedziałek rano znów będziesz musiała jechać do Pickax. Masz do dyspozycji następujące 

apartamenty: angielski, empire i biedermeier. 

-  Chyba  spodobałby  mi  się  apartament  w  stylu  angielskim  -  odpowiedziała  Polly.  - 

Zawsze chciałam przenocować w łóżku z baldachimem i z romantycznymi zasłonami. 

- MIAU! - odezwał się Koko. 

Qwilleran delikatnie odłożył słuchawkę i powiedział do niego: 

- A ty pilnuj własnego nosa, młody kocie! 

background image

 

Rozdział czternasty 

Sobota, dwudziesty trzeci listopada. „Niebo zachmurzone, dalsze opady śniegu” - zapowiadał 

meteorolog.  Mimo tego świeciło  słońce,  a Pickax  lśniło pod białą pierzyną,  która opadła  na 

miasto w czwartek. W Pickax śnieg nie szarzał z czasem, pozostawał biały. 

Kiedy Qwilleran poszedł do głównego budynku, by przygotować śniadanie dla kotów, 

spotkał panią Fulgrove i pana O'Della oddających się swoim codziennym zajęciom. 

- Ładny dzień na ślub - zauważył. 

-  Pogoda  w  dzień  ślubu  o  niczym  nie  świadczy  -  stwierdził  zarządca.  -  Kiedy  ja  się 

żeniłem  z  moją,  z  nieba  biły  pioruny,  psy  wyły,  a  na  drodze  leżały  martwe  ptaki,  a  jednak 

przeżyliśmy  razem  czterdzieści  pięć  lat  bez  jednego  złego  słowa  między  nami.  A  kiedy 

odeszła, Boże, daj odpoczynek jej duszy, to bez słowa skargi i bez jednej łzy. 

Pani Cobb była zdenerwowana. Nie mając żadnych potraw do przyrządzenia, ciasta do 

upieczenia,  dla  zabicia  czasu  gadała  ó  urządzeniu  domu  i  czekała,  aż  nadejdzie  pora  jej 

wizyty u  fryzjera.  Koty też były  niespokojne,  wyczuwały,  że coś  będzie  się działo.  Krążyły 

nieustannie, a Koko mówił coś sam do siebie, pomiaukując i prychając, a co jakiś czas strącał 

książkę  z  półki.  Qwilleran  cieszył  się,  że  udało  mu  się  wymknąć.  O  godzinie  czternastej 

umówiony był na wywiad z panią Sarą Woolsmith. 

Dziewięćdziesięciopięcioletnia  staruszka  z  farmy  była  długoletnią  mieszkanką 

ośrodka  opiekuńczego  dla  osób  starszych  przy  szpitalu  w  Pickax.  Były  to  dwa  nowoczesne 

budynki,  które  nie  pasowały  do  charakteru  miasta  zabudowanego  w  większości  kopiami 

zamków i twierdz. 

Przełożona pielęgniarek oczekiwała Qwillerana w recepcji. 

-  Pani  Woolsmith  czeka  na  pana  w  czytelni  -  oznajmiła.  -  Macie  państwo  dla  siebie 

całe  pomieszczenie,  ale  proszę  ograniczyć  wizytę  do  kwadransa.  Pani  Woolsmith  bardzo 

szybko się męczy. Cieszy się z tego wywiadu. Niewielu ludzi chce słuchać staruszków, którzy 

opowiadają o dawnych czasach. 

W  czytelni  spostrzegł  słabą,  małą  starowinkę  o  nerwowych  dłoniach,  siedzącą  na 

wózku inwalidzkim i ściskającą swój szal. Towarzyszyła jej wolontariuszka, która przywiozła 

ją na wózku z pokoju. 

-  Saro,  to  jest  pan  Qwilleran  -  powiedziała  powoli  i  wyraźnie  wolontariuszka.  - 

Odbędzie z panią miłą rozmowę. - Na boku wyszeptała do Qwillerana: - Ma dziewięćdziesiąt 

background image

pięć  lat i prawie wszystkie swoje zęby, ale słabo widzi.  To  poczciwa staruszka  i wszyscy  ją 

bardzo kochamy. Usiądę blisko drzwi i poinformuję pana, kiedy czas dobiegnie końca. 

- Gdzie są moje zęby? - zaskrzeczała ostro pani Woolsmith. 

-  Proteza jest w pani  buzi  i  ślicznie pani  wygląda w nowym  szalu -  mocno uścisnęła 

rękę starszej pani. 

Qwilleran nie chciał tracić czasu na zbędne wstępy i od razu przeszedł do rzeczy: 

-  Czy opowie  mi pani,  jak wyglądało życie na  farmie w czasach pani  młodości,  pani 

Woolsmith? Włączę teraz nagrywanie. 

Podniósł  magnetofon,  żeby  go  jej  pokazać,  ale  ona  rozejrzała  się  tylko,  patrząc  we 

wszystkich kierunkach prócz właściwego. 

Później spisano następujący wywiad: 

Pytanie: Czy urodziła się pani w Moose County? 

-  Nie  wiem,  dlaczego  chcesz  ze  mną  rozmawiać.  Nic  szczególnego  nie  zrobiłam  w 

życiu.  Mieszkałam  na  farmie  i  wychowałam  dzieci.  Raz,  kiedy  mieliśmy  włamanie,  moje 

nazwisko pojawiło się w gazecie. 

Jakie to było gospodarstwo i co pani w nim robiła? 

- Było w gazecie o tym włamaniu, więc oderwałam ten kawałek. Jest w mojej torebce. 

Gdzie moja torebka? Wyciągnij i przeczytaj. Możesz mi przeczytać. Lubię tego słuchać. 

Sarah Woolsmith, lat 65, ze Squunk Corners siedziała sama i robiła na drutach sweter 

w swoim salonie w ostatni czwartek o godzinie jedenastej, kiedy jakiś mężczyzna w chustce na 

twarzy włamał się do niej i powiedział: „Oddawaj wszystkie pieniądze”. Wyciągnęła z torebki 

i  dała  mu osiemnaście dolarów oraz siedemdziesiąt  trzy centy. Mężczyzna zbiegł, nie robiąc 

jej krzywdy, choć mocno ją przestraszył. 

- W tamtych czasach często robiłam na drutach. Z Johnem mieliśmy siedmioro dzieci. 

Pięciu chłopaków. Dwóch zginęło w czasie wojny. John zginął podczas wielkiej śnieżycy w 

trzydziestym  siódmym.  Poszedł  przyprowadzić  krowy  i  zamarzł.  Piętnaście  krów  wtedy 

zamarzło  i  wszystkie  kurczaki  też.  Zimy  były  srogie  w  tamtych  czasach.  Teraz  mam  koc 

elektryczny. A ty też masz koc elektryczny? Kiedy byłam młodą dziewczyną, ja i moje siostry 

spałyśmy  pod  stosem  kołder.  Rano  patrzyłyśmy,  czy  jest  szron  na  suficie.  Wyglądało  to 

ładnie, wszystko błyszczało. W dzbanie, z którego brałyśmy wodę do mycia, był lód. Czasem 

się  przeziębiałyśmy.  Mama  smarowała  nam  klatki  piersiowe  olejem  ze  skunksa  i  gęsim 

tłuszczem.  Nie  lubiłyśmy  tego.  (Śmiech)  Mój  brat  strzelał  do  dzikich  królików,  ale  ja 

background image

potrafiłam dogonić je i złapać. Tata był ze mnie dumny. Tata nie miał konia. Zaprzęgał mamę 

do pługa i tak uprawiali ziemię. Nie chodziłam do szkoły. Pomagałam mamie w kuchni. Raz 

zachorowała i musiałam nakarmić szesnastu mężczyzn. Byłam wtedy jeszcze taaka mała. To 

był  czas  żniw.  Wszyscy  byli  sąsiadami.  W  tamtych  czasach  sąsiedzi  pomagali  sobie 

nawzajem. 

Czy kiedykolwiek miała pani czas na... 

- My, kobiety, prałyśmy ubrania w balii i robiłyśmy nasze własne mydło. Wyrabiałam 

też ocet i masło. Wypychałyśmy poduszki piórami z kurczaków. Mieliśmy ich dużo. (Śmiech) 

Raz  na  tydzień  jechaliśmy  wozem  do  miasta,  odbieraliśmy  pocztę  i  za  centa  kupowaliśmy 

laski  lukrecji.  Poślubiłam  Johna  i  zamieszkałam  na  dużej  farmie.  Krowy,  konie,  świnie, 

kurczaki.  Zatrudnialiśmy  chłopaków  z  sąsiedztwa  do  pomocy.  Pięć  centów  za  godzinę. 

Jelenie  przyszły  i  zjadły  naszą  kukurydzę.  Raz  przyszły  koniki  polne  i  zjadły  wszystko. 

Zjadły  nawet  pranie  wiszące  na  sznurku.  (Śmiech)  Chłopaki  z  sąsiedztwa  pracowali  w  polu 

po dwanaście godzin na dzień. Co pani pamięta z... 

-  Nigdy  nie  zamykaliśmy  drzwi.  Sąsiedzi  mogli  wejść  do  środka  i  pożyczyć  sobie 

garnuszek  cukru.  To  chłopak  z  sąsiedztwa  zabrał  mi  pieniądze.  Wiedziałam,  kto to  jest,  ale 

nie  powiedziałam  posterunkowemu.  Poznałam  go  po  głosie.  Czasem  pracował  na  naszej 

farmie. 

Dlaczego nie powiedziała pani posterunkowemu? 

-  Miał  na  imię  Basil.  Żal  mi  go  było.  Jego  ojciec  siedział  w  więzieniu.  Zabił 

mężczyznę. 

Czy to była rodzina Whittlestaffów? 

-  Wychyliłam  się  przez  okno,  kiedy  zabrał  mi  pieniądze.  Widać  było  księżyc. 

Zobaczyłam go,  jak  biegł przez  nasze ziemniaczane pole.  Wiem,  gdzie się kierował.  Pociąg 

towarowy zatrzymywał się w Watertown, aby nabrać wody. Jego gwizd było słychać na dwie 

mile. Chłopcy wskakiwali na pociągi towarowe, żeby stąd uciec. Jeden spadł na tory i zginął. 

Ja nigdy nie jechałam pociągiem. 

Koniec wywiadu. 

Wolontariuszka przerwała monolog pani Woolsmith: 

-  Czas  minął,  droga  pani.  Teraz  proszę  się  pożegnać  i  pójdziemy  na  górę,  żeby  się 

zdrzemnąć. 

background image

Staruszka  wyciągnęła  chudą,  trzęsącą  się  rękę,  a  Qwilleran  ujął  ją  obiema  dłońmi, 

zachwycając się tym, że te kruche rączki kiedyś tarły na tarze ubrania, doiły krowy i kopały 

ziemniaki. 

Wolontariuszka odprowadziła go do korytarza. 

-  Pani  Sarah  pamięta  wszystko,  co  wydarzyło  się  siedemdziesiąt  pięć  lat  temu  - 

powiedziała - ale nie pamięta ostatnich wydarzeń. Przy okazji, jestem Irma Hasselrich. 

- Czy jest pani spokrewniona z pełnomocnikiem Fundacji Klingenschoenów? 

- To mój ojciec. Był oskarżycielem w procesie, kiedy Zack Whittlestaff został skazany 

za zabicie Titusa Goodwintera. Syn Zacka, który okradł panią Sarę i uciekł, wrócił po latach i 

zwrócił  te  osiemnaście  dolarów  i  siedemdziesiąt  pięć  centów,  ale  ona  tego  nie  pamięta. 

Przysyła  jej  także  czekoladki  na  każde  Boże  Narodzenie.  Całkiem  nieźle  mu  się  powodzi. 

Oczywiście  zmienił  nazwisko.  Gdybym  ja  się  nazywała  Basil  Whittlestaff,  to  też  bym 

zmieniła - zaśmiała się. - Sprzedaje używane samochody i prowadzi warsztat. Wredny typ, ale 

podobno porządnie wykonuje swoją pracę. 

Qwilleran  poszedł  do  domu,  żeby  przebrać  się  na  ślub.  Nie  odczuwał  żadnej 

przyjemności w związku ze zbliżającą się uroczystością. Był już świadkiem na ślubie Archa 

Rikera  dwadzieścia  pięć  lat  temu;  był  wtedy  młody,  szalony  i  nie  zawsze  trzeźwy.  Podczas 

ceremonii  podał  panu  młodemu  obrączkę  tak  niezręcznie,  że  ten  upuścił  ją,  a  dwustu  gości 

miało niezły ubaw. 

A teraz miał być świadkiem Basila Whittlestaffa. 

O  godzinie  siedemnastej  listopadowy  zmierzch  przemalował  śnieżną  biel  Pickax  na 

kolor bladoniebieski. W rezydencji K kotary były zasłonięte, kryształowe żyrandole zapalone, 

pan O'Dell zaś rozpalił świąteczny ogień w salonowym kominku. 

Gdy wybrzmiało piąte uderzenie skrzynkowego zegara stojącego w hallu, pan O'Dell 

wrzucił  kasetę  do  magnetofonu  i  w  całym  domu  rozbrzmiały  poważne  akordy  preludium 

organowego  Bacha.  W  salonie  naprzeciw  kominka  czekał  urzędnik  magistratu. Pan  młody  i 

jego  drużba  czekali  w  hallu.  Po  chwili  wyczekiwania  na  podeście  powyżej  pojawiły  się 

druhna z panną młodą i zaczęły schodzić dostojnym krokiem. 

Pani  Cobb,  na  co  dzień  ubrana  w  fartuch,  luźny  kostium  ze  spodniami  lub  dres,  w 

różowej  garsonce  z  zamszu  wyglądała  niemal  oszałamiająco.  Susan  Exbridge  zawsze 

wyglądała olśniewająco, także teraz. 

Zanim  zdążyli  się  ustawić  do  ślubnej  ceremonii  przed  urzędnikiem,  ten  miał  już 

czerwoną  twarz  od  bijącego  za  nim  ciepła.  Z  dwóch  stron  sykały  na  niego  oburzone 

background image

syjamczyki,  ich  terytorium  przed  paleniskiem  zostało  bowiem  zawłaszczone  przez 

nieznajomego. 

Qwilleran nie czuł się zbyt pewnie; Hackpole wiercił się nerwowo, urzędnik zaś otarł 

czoło, nim wygłosił zwyczajową formułę: 

- Zebraliśmy się tutaj, żeby połączyć tego oto mężczyznę i tę oto kobietę... 

Mimo pięknego, kojącego wystroju atmosfera była napięta. 

- Jeżeli ktokolwiek ze zgromadzonych może podać powód, dla którego tych dwoje nie 

może zgodnie z prawem zawrzeć związku, niech teraz przemówi albo zamilknie na zawsze. 

- Miau! - odezwał się Koko. 

Hackpole zmarszczył brwi. Obie kobiety zachichotały. Qwillerana ogarnęło mieszane 

uczucie rozbawienia i niepokoju. 

Herbert  wziął  sobie  za  żonę  Iris,  a  Iris  wzięła  sobie  za  męża  Herberta.  A  potem 

nadszedł czas na obrączki. 

Przyszła kolej na Qwillerana. Obrączka była w jego kieszeni, więc zaczął jej szukać. 

Nie ta kieszeń.  Ach! Znalazł  ją.  I  znowu się skompromitował! Ślubna obrączka wyślizgnęła 

się z jego ręki i potoczyła po dywanie. 

Zachwycona  Yum  Yum  natychmiast  pobiegła  za  nią.  Domowy  złodziejaszek 

zamieszkujący rezydencję Klingenschoenów, łasy na wszystko, co błyszczy, skoczył, uderzył 

łapką i skarb potoczył się pod chińskie biurko. Rozjuszony Qwilleran ruszył w pościg. Kiedy 

zdobycz była już w jego zasięgu, kotka dopadła obrączki pierwsza, podbijając ją jedną łapą, i 

pobiegła  za  nią  do  hallu,  gdzie  uderzyła  drugą  łapką.  Wsuwała  właśnie  obrączkę  pod 

anatolijski dywan, kiedy drużba w końcu ją złapał. 

Spocony urzędnik zakończył ceremonię w rekordowym tempie: 

- Ogłaszam was mężem i żoną. 

Zażenowany  Hackpole  pocałował  pannę  młodą,  potem  były  uściski  w  ramionach  i 

uściski dłoni, gratulacje i serdeczne życzenia. 

Lekka  muzyka  fortepianowa  Schuberta  okazała  się  w  sam  raz  na  tę  okazję.  Pani 

Fulgrove  i  pan  O'Dell  pojawili  się  z  tacami  szampana  i  przystawek.  Qwilleran  ze 

skrzyżowanymi  palcami  i  z  kieliszkiem  soku  z  białych  winogron  zaproponował  toast  za 

przyszłe szczęście nowożeńców. 

Uroczysty moment nie trwał długo. Urzędnik magistratu połknął szampana i wyszedł 

w  pośpiechu.  Nowa  pani  Hackpole  zwabiła  małżonka  do  jadalni,  żeby  zobaczył 

przedstawiające dziką zwierzynę płaskorzeźby na masywnym, niemieckim kredensie. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  będzie  szczęśliwa  -  powiedział  Qwilleran  do  Susan  Exbridge.  - 

Niestety, chyba już na dobre przylgnie do mnie miano najgorszego drużby w historii ślubów. 

-  Ale  Koko wspaniale prezentował się  jako kot-świadek -  zaśmiała się Susan. -  Jego 

miauknięcie w odpowiednim momencie rozładowało atmosferę. 

Hackpole'owie  wrócili  z  krótkiego  zwiedzania  i  stwierdzili,  że  już  sobie  pójdą.  Pan 

młody dzwonił samochodowymi kluczykami i popychał pannę młodą w stronę tylnich drzwi. 

-  Poczekaj  chwilę  -  powiedział  Qwilleran.  -  Daj  mi  kluczyki,  to  przyprowadzę  twój 

samochód  przed  frontowe  drzwi.  Nie  będziemy  rzucać  ryżem,  ale  powinniście  odjechać  w 

godnym stylu. 

- Ale mamy dwa samochody - zaoponował Hackpole. - Jej jest w garażu. 

-  Odbierzecie  go  jutro.  Nikt  nigdy  nie  słyszał,  żeby  panna  młoda  i  pan  młody 

odjeżdżali w oddzielnych wozach. 

Qwilleran  i  Susan  obserwowali,  jak  nowożeńcy  odjeżdżają  do  apartamentu  dla 

nowożeńców w nowym hotelu „Pickax”. 

- A więc pojechali - westchnął Qwilleran - na dobre i na złe. 

Susan  przyjęła  jego  zaproszenie  na  kolację  do  restauracji  „Stefania”,  gdzie  na 

stolikach  okrytych  obrusami  sięgającymi  aż  do  ziemi  lśniły  nastrojowo  świece,  a  ciepłe 

kolory  i  delikatna  muzyka  tworzyły  romantyczny  nastrój.  Był  to  wieczór  przed  oratorium 

Mesjasz, więc rozmawiali o przyjęciu mającym odbyć się w muzeum po przedstawieniu. 

- Bliźniacy Fitch będą filmować na wideo - powiedziała Susan. 

Qwilleran wyraził swoje poparcie. 

- Moi przyjaciele z Nizin zwykle nie wierzą w kulturalną działalność tego oddalonego 

okręgu. 

-  Uważam,  że  jesteśmy  północno-wschodnim  Luksemburgiem  środkowych  Stanów  - 

powiedziała  Susan,  dramatycznie  gestykulując.  -  Pozwól,  że  ci  opowiem  o  niespodziance, 

którą  planujemy  dla  publiczności  słuchającej  oratorium.  Czy  wiesz,  dlaczego  jest  taka 

tradycja, żeby wstać, gdy chór śpiewa Alleluja

-  Słyszałem,  że  król  Anglii  był  pod  takim  wrażeniem,  kiedy  usłyszał  to  po  raz 

pierwszy, że zerwał się, a kiedy król wstaje, wszyscy wstają. Czy to nie ta historia? 

-  Tak  właśnie!  Około  1742  roku.  Jutro  wieczorem  w  przedstawieniu  weźmie  udział 

król  Jerzy  II  z  całym  królewskim  dworem,  w  uroczystych  strojach  z  osiemnastego  wieku. 

Zagra ich nasza grupa teatralna... Powinieneś przyłączyć się do niej, Qwill. Masz dobry głos i 

dobrą prezencję. Moglibyśmy wystawić Czarną magię na Manhattanie, a Koko mógłby zagrać 

Pyewacketa. 

background image

-  Wątpię,  czy  w  ogóle  chciałby  zagrać  rolę  kota  -  powiedział  Qwilleran.  -  Jest 

nieznośnym snobem. Obawiam się, że wolałby raczej tytułową rolę z Ryszarda Trzeciego. 

Kolacja z Susan była przyjemnym następstwem ślubnej uroczystości, która okazała się 

tak stresująca.  Wręczył  jej  naręcze różowych róż, żeby  zabrała  je do domu, a ona obdarzyła 

go teatralnym pocałunkiem. Na chwilę zapomniał o rozżaleniu z powodu utraty gospodyni i o 

niechęci,  jaką  żywił  do  jej  wybranka.  Wróciło  jednak,  gdy  podjął  conocny  obchód  domu 

przed powrotem do swojej siedziby nad garażem. 

Na dywanie w  bibliotece  leżał cienki tom. Był to egzemplarz Otella,  a Qwilleranowi 

od razu na myśl przyszedł jeden z najbardziej znanych cytatów: „Musisz też rzec im o kimś, 

kto pokochał; nie nazbyt mądrze, lecz nazbyt gorąco”. 

Kiedy  niósł  syjamczyki  w  wiklinowym  koszu  przez  dziedziniec,  przypomniał  sobie 

jeszcze jeden fragment, od którego aż wąsy mu się zjeżyły: „Zabij mnie jutro, oszczędź mnie 

dziś tylko”. 

background image

 

Rozdział piętnasty 

Niedziela, dwudziesty czwarty listopada. Przez noc spadło jeszcze pięć centymetrów śniegu. 

Kiedy w niedzielę rano Qwilleran niósł wiklinowy koszyk do głównego budynku, dzwony z 

brązu  na  wieży  kościoła  Old  Stone  i  odtwarzane  z  taśmy  bicie  dzwonów  z  kościoła  Little 

Stone  ogłaszały  poranne  nabożeństwa.  Pan  O'Dell,  który  uczestniczył  już  w  porannej  mszy, 

zajęty był odśnieżaniem. 

- No, odśnieżyłem podjazd i parking na wieczorne przyjęcie - powiedział. - Myślę, że 

nie będzie już dzisiaj padało. 

Qwilleran  podkręcił  w  domu  termostat  i  przygotowywał  śniadanie  dla  kotów,  kiedy 

usłyszał,  że drzwi kuchenne otworzyły  się,  a  następnie zatrzasnęły. To pewnie pan O'Dell  - 

pomyślał. Chce się napić czegoś ciepłego w ten zimny poranek. Jednak nikt się nie zjawił, a 

zamiast tego na tyłach domu rozległ się rozpaczliwy szloch. Wstał i poszedł sprawdzić, co się 

dzieje. 

- Pani Cobb! - wykrzyknął. - Co pani tu robi? Co się stało? 

Twarz miała wymizerowaną i bladą jak ściana, włosy potargane. Stała oparta o tylnie 

drzwi. Na widok Qwillerana zalała się łzami, zakrywając twarz dłońmi. 

Zaprowadził ją do kuchni i posadził na krześle. 

- Jak pani tu dotarła? Szła pani przez śnieg w tych kapciach? 

- Nie wiem - jęknęła - po prostu... uciekłam. Musiałam uciec. 

-  Co  takiego  się  wydarzyło?  Czy  może  mi  pand  powiedzieć?  -  zdjął  z  niej 

przemoczone pantofle i owinął jej stopy ręcznikami. 

Pokręciła głową. Jej łkanie przeszło w bolesny jęk. 

- Popełniłam... popełniłam straszliwy... błąd. 

- Nie rozumiem, pani Cobb. Czy może mi pani powiedzieć, co się stało? 

- To potwór! Poślubiłam potwora! Och, co ja mam zrobić? 

- Czy odniosła pani jakieś obrażenia? 

Pokręciła przecząco głową, wylewając z siebie strugi łez. Qwilleran podał jej pudełko 

chusteczek. 

- Czy znęcał się nad panią fizycznie? 

- Och, och, och! Nie mogę o tym mówić! - położyła głowę na stole i potrząsała nią w 

konwulsjach. 

- Czy nadużył alkoholu? Odpowiedziała drżącym głosem, że tak. 

background image

- Zaparzę filiżankę herbaty. 

- To na nic... zwymiotuję - jęknęła. - Wymiotowałam całą noc. 

- Lepiej niech się pani napije chociaż wody. Jest pani pewnie odwodniona. 

- Też zwymiotuję. 

-  A  zatem  dzwonię  po  lekarza.  -  Wybrał  numer  domowy  doktora  Halifaksa,  ale 

pielęgniarka,  która opiekowała się  jego niepełnosprawną żoną,  powiedziała,  że  lekarz  jest w 

kościele. 

Qwilleran wybiegł na zewnątrz i zawołał zarządcę: 

- Panie O'Dell, szybko! Niech pan pędzi do kościoła Old Stone i złapie doktora Hala. 

Proszę szukać siwej głowy, potem niech pan przejdzie nawą i skinie na niego. 

- Pojadę skuterem śnieżnym! - zapewnił pan O'Dell, marszcząc brwi ze zdziwienia. 

Zawył silnikiem i odjechał na dwumiejscowej maszynie. Qwilleran wrócił do kuchni, 

gdzie  Koko  ocierał  się  o  nogi  pani  Cobb.  Schyliła  się  i  chciała  go  dotknąć,  ale  on  sam 

wskoczył  na  jej  kolana.  Przytuliła  go,  a  on  na  to  pozwolił,  strzygąc  uszami  z  powodu 

kapiących na niego łez. 

Gdy tylko Qwilleran usłyszał ryk silnika, pobiegł do tylnich drzwi. 

-  Niezłe wyczucie czasu -  powiedział  stary doktor. -  Wyciągnęliście  mnie  z kościoła 

tuż przed zbiórką na tacę. Co się stało? 

Qwilleran  przedstawił  w  skrócie  przebieg  wydarzeń  i  pokierował  go  do  kuchni. 

Doktor Hal jednak zaraz wrócił. 

-  Lepiej  zabierzmy  ją  od  razu  do  szpitala.  Gdzie  jest  u  pana  telefon?  Zamówię 

prywatny pokój. 

- Nie wiem, o co poszło - Qwilleran zniżył głos - ale mąż może jej szukać. Powinien 

pan zastrzec, że nie wolno jej odwiedzać. 

Pomógł doktorowi Halowi odprowadzić pacjentkę do tylnich drzwi. 

- Będę potrzebować jakichś rzeczy - powiedziała słabym głosem. 

-  Spakujemy  pani  torbę  i  przyślemy  do  szpitala.  Proszę  się  o  to  nie  martwić,  pani 

Cobb. - Qwilleran chyba nigdy nie zdołałby nazywać ją panią Hackpole. 

Zarządca przyprowadził samochód i Qwilleran zwrócił się do niego: 

-  Kiedy  mnie  nie  będzie,  niech  pan  pójdzie  do  kościoła  Little  Stone  i  złapie  panią 

Fulgrove. Niech przyjdzie i spakuje osobiste rzeczy pani Cobb na krótki pobyt w szpitalu. 

Droga do szpitala minęła w ciszy, przerywanej tylko co jakiś czas szlochem. 

- Tak się o pana martwię. 

- Nie ma po co. To mądre z pani strony, że wróciła pani do domu. 

background image

Po odwiezieniu pacjentki do szpitala wrócił i zastał bardzo przejętą panią Fulgrove. 

-  Spakowałam wszystko, co mi przyszło do głowy -  powiedziała -  co nie było  łatwe, 

ponieważ sama nigdy nie byłam w szpitalu, dzięki Bogu, ale włożyłam do torby to, co wydało 

mi  się  potrzebne,  a  także  małe  radio,  żeby  postawić  je  koło  łóżka.  Szukałam  Biblii,  ale  nie 

mogłam znaleźć, więc spakowałam jej swoją. To jej przyniesie ulgę. 

-  Czy  pani  Cobb  prosiła,  żeby  dziś  wieczorem  przyszła  pani  do  pracy  podczas 

przyjęcia? 

-  Tak, ale dziś  jest niedziela,  a  ja w dzień święty nie pracuję,  więc  nie  mogę przyjąć 

zapłaty. Chętnie jednak pomogę, zwłaszcza, że ta biedna duszyczka jest w szpitalu, a ja czuję 

się mocno na siłach. 

Qwilleran poprosił zarządcę, by dostarczył rzeczy pani Cobb do szpitala. 

- Czy uważa pan, panie O'Dell, że sobie poradzimy z urządzeniem przyjęcia bez pani 

Cobb? 

-  Cóż,  zrobimy, co w  naszej  mocy.  Kobiety ze stowarzyszenia pomogą przygotować 

wazę  ponczu.  One  to  lubią.  Czy  mam  zabrać  maleństwa  na  drugą  stronę  dziedzińca,  kiedy 

zacznie się przyjęcie? 

- Nie sądzę. Koty lubią przyjęcia. Niech zostaną w rezydencji. 

- Kiedy kobiety ze stowarzyszenia wyjdą na koncert, pozamykam wszystko i pójdę na 

trochę do kościoła, ale wrócę przed końcem koncertu. Pani Cobb mówiła, że trzeba włączyć 

wszystkie  światła  i  rozpalić  wszystkie  kominki.  Szkoda,  że  nie  będzie  mogła  wziąć  w  tym 

udziału. A co jej dolega? 

- Dokuczliwy wirus - wyjaśnił Qwilleran. 

Około południa zadzwonił telefon i w słuchawce rozległ się ochrypły głos: 

- Gdzie ona jest? Gdzie jest moja żona? 

- Czy to pan Hackpole? - spytał Qwilleran. - Nie wie pan? Ona jest w szpitalu. Mówią, 

że doznała szoku. 

Rozmówca rozłączył się, klnąc głośno. 

Qwilleran zadzwonił po południu do szpitala. Powiedziano mu, że pacjentka spokojnie 

odpoczywa  i  przebywa  sama,  ponieważ  zgodnie  z  nakazem  doktora  Halifaksa  nikomu  nie 

wolno jej odwiedzać. 

W  południe  przyjechała  Susan  Exbridge  z  komitetem  pań,  by  przygotować  poncz  i 

udekorować  stół.  W  tym  samym  momencie  przyjechała  Polly  Duncan  z  rzeczami  na  noc. 

Panie  przywitały  się  grzecznie,  ale  chłodno.  Komitet  pań  zdawał  się  zaskoczony,  widząc 

Polly na terenie rezydencji. 

background image

W drodze na kolację do restauracji „Old Stone Mill” Qwilleran powiedział do Polly: 

- Widzę, że znasz Susan Exbridge. 

-  Wszyscy  znają  Susan  Exbridge.  Ona  jest  w  każdej  organizacji,  stowarzyszeniu  i  w 

każdym komitecie. 

- Uważa, że powinienem wstąpić do grupy teatralnej. 

- Spostrzegłbyś,  jak wiele czasu to pochłania - ostrzegła go Polly cierpko. - Jeżeli na 

poważnie zamierzasz pisać książkę, to by na pewno ze sobą kolidowało. 

Rzekła  to  szorstkim  tonem,  który  był  u  niej  niespotykany,  więc  Qwilleran 

zrezygnował z dalszej rozmowy o pani Exbridge. 

W restauracji klienci ustawili się w kolejkę, Hixie zaś gorączkowo próbowała usadzić 

gdzieś wszystkich. Nie miała czasu na pogawędki, a Qwilleran i jego gość musieli poczekać 

na stolik oraz  menu.  Sądząc po dobiegających z  sali  strzępkach rozmów,  wszyscy wybierali 

się na koncert i byli mocno podekscytowani. 

Qwilleran powiedział do Polly: 

-  Moja  mama  śpiewała  kiedyś  w  chórze,  wykonywali  oratorium  Mesjasz  w  każde 

Boże  Narodzenie.  Mój  ulubiony  fragment  to  partia  Alleluja,  zwłaszcza  jeśli  wykonawcy 

potrafią  rozegrać  wszystkie  pauzy.  Zwłaszcza  tuż  przed  końcem;  dwie  sekundy  grobowej 

ciszy, a potem nagle BUCH! 

Hixie wręczyła  im karty  menu,  przepraszając za  opóźnienie.  Do karty przypięta była 

mała  kartka  ze  słowami  „Specjalnie  z  okazji  koncertu”,  zachęcająca  do  gotowych  dań,  na 

które  nie  trzeba  było  długo  czekać.  Do  karty  menu  Qwillerana  przypięta  była  jeszcze  jedna 

mała  kartka,  odręcznie  napisana  przez  Hixie:  „Muszę  z  Tobą  porozmawiać  na  osobności. 

Zadzwonię jutro”. 

Zaraz  po  osiemnastej  trzydzieści  restauracja  opustoszała  i  goście  przenieśli  się  do 

kościoła  Old  Stone.  Wyniosłe  sanktuarium  było  wypełnione  po  brzegi,  zarówno  ławki 

kościelne z miękkim obiciem, jak i rozkładane krzesła w obu nawach zostały zajęte. Pierwsze 

trzy  rzędy  były  odgrodzone  liną,  a  publiczność  nie  miała  pojęcia,  dlaczego.  Krążyły  różne 

plotki i domysły. Czuć było nastrój pełen napięcia i oczekiwania. 

- Czy nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy usiedli w tylnim rzędzie bocznej nawy? 

-  Qwilleran spytał Polly.  -  Chciałbym wyjść tuż przed dźwiękami ostatnich  nut,  żeby być  w 

muzeum, nim przyjadą goście. 

O godzinie dziewiętnastej pan O'Dell  wślizgnął  się  na  składane krzesło  blisko  nich  i 

obaj mężczyźni wymienili porozumiewawcze skinienia. 

background image

Potem pojawili się wykonawcy: najpierw orkiestra w szarych szatach. Następnie scenę 

zapełnił  upudrowany  chór  w  perukach,  ubrany  w  pastelowe  kostiumy:  kobiety  w 

koronkowych gorsetach i obszernych, udrapowanych spódnicach; mężczyźni w spodniach po 

kolana, krótkich marynarkach do pasa i pończochach. Potem nastąpiło widowiskowe wejście 

solistów  w  aksamitach  obsypanych  klejnotami,  co  wywołało  wśród  publiczności  niezwykłe 

poruszenie. 

Dyrygent odwrócił się w stronę oczekującej widowni: 

- Panie i panowie, powstańmy wszyscy, by powitać Jego Wysokość króla Jerzego! 

Drzwi  z  tyłu  otwarły  się  na  oścież,  orkiestra  zagrała  muzykę  koronacyjną,  a  dwór 

królewski  kroczył  dostojnie  przez  nawę  główną,  olśniewając  przepychem  czerwonych 

aksamitów,  gronostajów,  białej  satyny  i  fioletowego  adamaszku.  Publiczność  zaniemówiła, 

przypatrywała  się  temu  orszakowi  w  niemym  zachwycie  i  dopiero  po  chwili  rozległ  się 

ogłuszający aplauz. 

Qwilleran wyszeptał do Polly: 

- Chciałbym, żeby moja mama mogła to zobaczyć. Oszalałaby z wrażenia. 

Kościół  znany  był  z  doskonałej  akustyki,  chór  miał  za  sobą  wiele  godzin  prób,  a 

soliści  i  muzycy  byli  profesjonalistami.  Organy  cechowały  się  wyśmienitym  brzmieniem. 

Rozpoczęło  się  przedstawienie,  którego  Qwilleran  miał  nigdy  nie  zapomnieć,  i  to  z 

niejednego powodu. 

Pod koniec oratorium pan O'Dell wymknął się, dając Qwilleranowi porozumiewawczy 

znak.  Orkiestra  grała  początkowe  takty  zmierzające  ku  pierwszemu  podniosłemu  „alleluja”, 

od  którego  ciarki  przechodziły  po  plecach.  Król  i  jego  dwór  powstali,  publiczność  też,  a 

Qwilleran zatopił się w królestwie muzyki i w swojej własnej, osobistej nostalgii. 

Wyśpiewywane „alleluja” wznosiło się coraz wyżej w radosnym uniesieniu i opadało 

do dramatycznego momentu zapierającej dech pauzy - dwóch sekund absolutnej ciszy! 

W  tym  ułamku  czasu  Qwilleran  usłyszał  fałszywą  nutę  -  wycie  syreny.  Bruce  Scott, 

który  siedział  kilka  rzędów  przed  nim,  zerwał  się  z  ławki  i  popędził  przez  nawę.  Dwóch 

innych  mężczyzn  także  szybko  wyszło.  Qwilleran  zmarszczył  brwi.  Syreny  pożarowe 

odezwały się wyjątkowo nie w porę. 

Chór dokończył Alleluja i zaczęła się aria. Otworzyły się drzwi za Qwilleranem; ktoś 

dotknął jego ramienia i szepnął mu coś do ucha. 

Qwilleran  natychmiast  poderwał  się  z  miejsca  i  wybiegł  przez  narteks,  a  potem  po 

schodach  na  zewnątrz.  Po  drugiej  stronie  parku  muzeum  jarzyło  się,  ale  nie  od  świateł  w 

oknach, lecz od szalejących płomieni. 

background image

- Och, mój Boże! Koty! - krzyknął. 

Pobiegł  przez  ulicę,  wymijając  samochody.  Przeciął  park,  przedzierając  się 

gorączkowo przez głęboki śnieg. Budynek otaczały mrugające czerwone i niebieskie światła. 

Słychać było dźwięk zbliżających się kolejnych wozów na sygnale. 

- Koty! - krzyczał. 

Ubrane w czarne skafandry sylwetki rozwijały węże i podnosiły drabiny. 

- Zostań tam! - rozkazała któraś z nich. 

Qwilleran minął je i biegł dalej. 

- Koty! - wrzeszczał. 

Czerwony  płomień  rozprzestrzenił  się  na  okna  na  pierwszym  piętrze.  Eksplodowały 

szyby i pokazały się języki ognia. 

- Zatrzymać go! 

Kierował się do tylnich drzwi, stamtąd było najbliżej do kuchni. 

- Trzymajcie go! 

Pochwyciły  go  silne  ramiona.  Spojrzał  w  górę  i  zobaczył,  że  ogień  doszedł  już  do 

drugiego piętra. Drabiny podniosły się wyżej. Okna prysnęły, a na zewnątrz wzbił się czarny 

dym. 

Qwilleran jęknął rozpaczliwie. 

background image

 

Rozdział szesnasty 

Poniedziałek,  dwudziesty  piąty  listopada.  Qwilleran  włączył  radio  w  sypialni  swojego 

mieszkania  nad  garażem.  „Podajemy  najważniejsze  wiadomości  w  skrócie:  w  niedzielę 

wieczorem Muzeum Klingenschoenów przy Park Circle zostało całkowicie zniszczone przez 

pożar, powstały wskutek podpalenia, jak oznajmił komendant straży pożarnej Bruce Scott. W 

budynku  znaleziono  zwęglone  ciało,  prawdopodobnie  podpalacza,  którego  jeszcze  nie 

zidentyfikowano. W akcji gaszenia pożaru brało udział trzydziestu strażaków, cztery cysterny 

i  trzy  wozy  strażackie,  przy  wsparciu  okolicznych  mieszkańców  i  wolontariuszy  z  Pickax. 

Żaden ze strażaków nie doznał obrażeń... Dzisiaj będzie cieplej i pokaże się słońce...” 

- Słońce! - mruknął Qwilleran, wyłączając radio. Popatrzył smutnymi oczami na szary 

widok  za  oknem:  zimne,  zachmurzone,  ołowiane  niebo...  czarna  ziemia  z  zamarzniętym 

błotem  i  sadzą...  szkielet  pozostały  po  dwupiętrowym,  kamiennym  budynku,  który  onegdaj 

był  atrakcją  turystyczną.  Okna,  drzwi  i  dach  były  zniszczone.  Osmalone  kamienne  ściany 

zasłaniały  górę  zwęglonego  gruzu.  Cierpki  zapach  spalenizny,  który  utrzymywał  się  w 

ruinach, był wyczuwalny także w jego mieszkaniu. 

Polly podeszła do niego z boku i trzymała go za rękę w milczącym współczuciu. 

-  Dziękuję  ci,  że  mi  pomogłaś  przetrwać  tę  okropną  noc  -  powiedział.  -  Czy  jest  ci 

wystarczająco  ciepło?  -  Miała  na  sobie  jego  piżamę.  -  Ogrzewanie  uruchomili  dopiero 

godzinę  temu.  Prąd  włączyli  około  piątej  rano,  ale  telefon  wciąż  nie  działa.  Ostatni  wóz 

strażacki odjechał dopiero o brzasku. 

-  Nie  rozumiem  tego  -  oznajmiła  Polly,  spoglądając  na  przygnębiającą  scenerię 

pogorzeliska. 

-  Tego  się  nie  da  zrozumieć.  Czy  napiłabyś  się  kawy?  Nie  mam  na  śniadanie  nic 

oprócz zamrożonych bułek. O której powinnaś być w bibliotece? 

-  MIAU-AU-AU!  -  z  sąsiedniego  pokoju  dochodziło  głośne  i  domagające  się  uwagi 

miauczenie. 

- Koko usłyszał słowo „śniadanie” - zauważył Qwilleran i poszedł otworzyć drzwi od 

saloniku kotów. 

Wyszły, węsząc na wszystkie strony, z podniesionymi optymistycznie ogonami. 

-  Przykro  mi  -  powiedział.  -  Jedynym  zapachem  tego  ranka  jest  stęchły  dym.  Nie 

będzie jedzenia, dopóki nie pójdę do sklepu. Cieszcie się, że żyjecie. 

- Idzie tutaj pan O'Dell - zauważyła Polly. 

background image

- Lepiej idź i się ubierz. 

Złapała swoje ubrania i zniknęła w łazience. Zarządca wchodził już po schodach. 

Qwilleran powitał go niewesołym głosem: 

- To smutny dzień, panie O'Dell, ale jesteśmy wdzięczni, że ocalił pan koty. 

- Ja? Gdzie tam. Ten zuch sam się ocalił i tę małą też. Wył jak upiór i drapał w drzwi 

schowka  z  narzędziami,  które  wywoskowałem  nie  dalej  jak  tydzień  temu.  Otworzyłem  te 

drzwi  i  patrzę,  a tam  stoi  ten  ich  koszyk,  a  on  koniecznie  chciał  do  niego  wejść.  Fuknął  na 

kotkę  i  w  końcu  ona  też  wskoczyła  za  nim.  Chciał  pan,  żebym  zostawił  je  w  domu,  ale  on 

narobił  takiego  wrzasku,  że  w  końcu  przyniosłem  je  tutaj,  dopiero  potem  poszedłem 

posłuchać sobie trochę muzyki. To chyba cud! 

-  Koko  wiedział,  że  wydarzy  się  coś  złego  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  Wyczuł 

niebezpieczeństwo. Czy słyszał pan cokolwiek o podpalaczu? W radiu powiedzieli, że wciąż 

go nie zidentyfikowano. 

- Tak, słyszałem - powiedział O'Dell. - Mój stary kumpel Brodie przyjechał zobaczyć 

się ze mną rano. Próbował także dodzwonić się do pana. 

- Linia była nieczynna przez całą noc. Co Brodie miał do powiedzenia? 

Zarządca niewesoło pokręcił głową. 

- No, co tu gadać. Naprawdę współczuję biednej kobiecie, ona w szpitalu, a jej nowy 

mąż spalony na śmierć, i w dodatku przestępca. 

Qwilleran  milczał.  Tak,  to  było  w  stylu  Hackpole'a:  spalić  muzeum,  żeby  jego  żona 

nie  mogła  już  w  nim  pracować.  Musiał  być  obłąkany!  Myślał,  że  się  wywinie  z  czegoś 

takiego? 

-  Byłem  tam,  kiedy  wkładali  go  do  worka  -  powiedział  gospodarz.  -  Był  czarny  jak 

spalony hot-dog, pęknięty i różowy w środku. 

- Proszę oszczędzić nam szczegółów, panie O'Dell. Teraz musimy martwić się o panią 

Cobb. Wszyscy wiemy, jak wiele znaczyło dla niej to muzeum. 

- Czy jest coś, co mógłbym zrobić dla tej biedaczki? 

-  Może  pan  wziąć  te  pieniądze,  kupić  kwiaty  i  zawieźć  je  do  szpitala.  Tylko  nie 

różowe róże! Chwileczkę: napiszę do niej krótki liścik. 

O'Dell  wyszedł;  Polly  wyłoniła  się  z  łazienki  ubrana  w  śnieżnobiałą  sukienkę,  którą 

miała na sobie podczas koncertu. 

- To niezupełnie strój, jaki zazwyczaj noszę podczas ciężkiej pracy pomiędzy regałami 

- powiedziała. - Jak mam wyjaśnić, że mój bagaż spłonął w pożarze muzeum? 

- Przykro mi z powodu twoich rzeczy, Polly. 

background image

- A mnie najbardziej przykro z powodu tych czterech tysięcy woluminów. 

- Tak, mnie też najbardziej szkoda biblioteki - zgodził się z nią Qwilleran. - Ocaliłem 

tylko jedną rzecz. Kiedy pracownicy firmy aukcyjnej dostarczyli biurko, poprosiłem ich, żeby 

wynieśli z domu prezent ślubny dla pani Cobb, czyli pensylwańską szafę typu Schrank, która 

stoi teraz w garażu obok starego biurka Ephraima Goodwintera. 

Wreszcie,  po  godzinach  milczenia,  odezwał  się  z  dawna  wyczekiwany  dzwonek 

telefonu. Qwilleran podniósł słuchawkę. 

-  Tak?...  Telefon  nie działał, doktorze.  Jaki  jest  jej  stan?... To niedobrze,  ale  jest coś 

jeszcze  gorszego.  Zidentyfikowali  ciało  podpalacza...  Może  lepiej  będzie,  jeżeli  przyjdę  do 

szpitala i sam z nią porozmawiam?... Dobrze, dam panu znać. 

Odłożył słuchawkę i przez chwilę spoglądał na nią w zamyśleniu. 

- Co się stało, Qwill? 

-  Stan  pani  Cobb  już  się  poprawiał,  ale  w  pewnej  chwili  włączyła  radio  i  usłyszała 

wiadomość o pożarze. Od tej pory wciąż histeryzuje. 

Polly  wyszła  do  pracy,  a  telefon  nie  przestawał  dzwonić.  Przyjaciele,  członkowie 

stowarzyszeń, nieznajomi dzwonili, by wyrazić, jak bardzo są wstrząśnięci tym, co się stało, i 

by  złożyć  mu  wyrazy  współczucia.  Wścibscy  chcieli  wiedzieć,  kto  był  podpalaczem  i 

dlaczego  to  uczynił.  Po  Main  Street  jeździły  tam  i  z  powrotem  samochody,  których 

właściciele chcieli przyjrzeć się ruinom. 

Niespodziewanie z Nizin zadzwonił Junior Goodwinter. 

-  Qwill!  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Judy  miała  telefon  od  Franceski.  Powiedziała,  że 

jeszcze nie wiadomo, kto podłożył ogień. 

- To był Hackpole! Jeden z twoich strażaków. 

-  Już  nie!  Wyrzucili  go  zeszłej  wiosny  za  naruszenie  regulaminu.  Jeżeli  w  ogóle 

pojawiał się na szkoleniach, zawsze był na bani. 

-  Jest mi  niezmiernie przykro z powodu wypadku twojej  matki,  Junior. To straszne - 

westchnął Qwilleran. 

- Tak, wiem, cóż mogę powiedzieć. 

- Nie było ogłoszenia o pogrzebie. 

-  Nie  będzie  pogrzebu.  Rozmawiałem  z  bratem  i  siostrą,  i  zdecydowaliśmy,  że 

pożegnalną uroczystość urządzimy później. 

- Jak to wszystko wpłynie na dalsze losy „Picayune”? 

-  Tego  jeszcze  nikt  nie  wie,  ale  mam  dobre  wiadomości.  Pamiętasz  ognioodporną 

kasetkę  mojego  ojca?  Zawierała  klucz  do  sejfu  w  Minneapolis.  Tato  odkładał  tam  sto  lat 

background image

historii  „Picayune”  na  mikrofilmach,  bo  nie  chciał,  żeby  ktokolwiek  się  dowiedział,  na  co 

wydaje pieniądze. 

- Ja też mam dla ciebie dobrą wiadomość - stwierdził 

Qwilleran.  -  Biurko  twojego  pradziadka  jest  w  moim  garażu.  Będzie  twoje,  jak 

weźmiecie ślub z Jody. 

- Och, super! - krzyknął Junior. 

Telefon  nie  przestawał  dzwonić.  Hixie  Rice  zadzwoniła,  by  sprawdzić,  czy 

syjamczyki  są  bezpieczne  i  czy  nie  potrzebują  jedzenia.  Krótko  po  tym  jej  wysokie  obcasy 

stukały po schodach na górę, ponieważ przywiozła im torbę kotletów cordon bleu z kurczaka. 

- To było coś strasznego, kiedy dowiedziałam się o tym pożarze - mówiła, rozglądając 

się jednocześnie za popielniczką. - Czy mogę zapalić, Qwill? 

-  Mnie  nie  przeszkadza  -  powiedział  -  ale  nie  dmuchaj  dymem  w  stronę  kotów. 

Zmieniłby im się kolor futra na niebieski. 

Schowała do kieszeni papierosy. 

- Powinnam rzucić palenie. Mówią, że ten cholerny nałóg powoduje zmarszczki. 

- Filiżankę kawy? - zaproponował Qwilleran. 

- Jeżeli to twoja słynna rozpuszczalna trucizna, to nie, dziękuję. 

- Jakieś wieści o twoim szefie kuchni i jego nożach? 

-  Uważaj  teraz  -  odpowiedziała.  -  Słyszałeś  o  niezidentyfikowanym  mężczyźnie, 

znalezionym w samochodzie, który utknął w zaspie? Więc to był Tony, uciekający do Kanady 

moim samochodem! 

- Doprawdy nie wiem, Hixie, gdzie ty ich znajdujesz. 

- Kiedy mówiłam, że uciekł przez okno w łazience, nie opowiedziałam ci całej historii. 

Tony  był  Kanadyjczykiem  francuskiego  pochodzenia,  mieszkającym  tu  nielegalnie.  Zmienił 

nazwisko i rozjaśnił włosy. To mi tak bardzo nie przeszkadzało, ale... próbował oszukać firmę 

ubezpieczeniową. 

- To niedobrze. 

- Sprzedał swój wóz w szemranym warsztacie i zgłosił policji, że mu go ukradziono. 

Tamten  facet  był  śledczym  z  ubezpieczalni.  Kiedy  po  raz  pierwszy  przyjechał  tu  węszyć, 

Tony wziął samochód kempingowy i spędził kilka dni w lesie... 

-  Na  mojej  posesji!  Powiedziałaś  mi,  że  wyjechał  zobaczyć  się  z  chorą  matką  w 

Filadelfii. I co teraz? Czy strata partnera odbije się na twojej pracy? 

-  O  tym  właśnie  chciałam  z  tobą  porozmawiać,  Qwill.  Mój  szef  planował  rejs  na 

Karaiby z Goodwinterową, dopóki nie uciekła z innym facetem i nie zabiła się w wypadku. 

background image

- Więc teraz koleś chce, żebyś ty ją zastąpiła - zgadł Qwilleran. 

- No wiesz, ma rezerwację i bilety... 

-  Hixie,  jesteś  jak  bohaterka  artykułu  z  magazynu  o  prawdziwych  historiach.  Jeżeli 

szukasz rady, to nie mam nic do dodania. 

- W porządku. Chciałam tylko cię zobaczyć. Jesteś taki wyrozumiały. 

Kiedy  Hixie,  stukając  szpilkami,  zeszła  po  schodach,  Qwilleran  przygotował  się  do 

wizyty  w  szpitalu.  Rozmyślał  o  nocy  poślubnej  pani  Cobb:  czy  Hackpole  groził,  że  spali 

muzeum? Dlaczego ich nie ostrzegła? 

Zastał ją w fotelu; miała na sobie różowy szlafrok. Patrzyła za okno, ale bez okularów. 

Różowe  goździki  i  lwie  paszcze  stały  na  stoliku  obok  łóżka,  ale  nie  było  już  na  nim  radia. 

Oparty o wazon stał bilecik z napisem: „Tęsknimy za tobą - Koko i Yum i Yum”. 

- Pani Cobb - powiedział po cichu. 

Sięgnęła po okulary leżące na okiennym parapecie. 

-  Och,  panie  Q!  Czuję  się  tak  podle  z  powodu tego  wszystkiego.  Bałam  się,  że  koty 

zginęły  w  pożarze,  i  o  mało  nie  umarłam!  Ale  teraz  przynajmniej  wiem,  że  są  bezpieczne. 

Kwiaty są takie ładne. Mogłabym płakać, ale nie mam już łez. Kiedy usłyszałam o muzeum, 

chciałam się zabić! Byłam pewna, że to zrobił Herb. Czy to on? 

Qwilleran skinął powoli głową. 

-  Ciało  zostało  zidentyfikowane.  Jest  wiele  zeznań  i  dowodów.  Przykro  mi,  że 

przynoszę pani tak smutne wiadomości. 

-  To  nieważne.  Najgorsze  już  się  wydarzyło.  I  czuję  się  bardzo  winna.  To  wszystko 

moja wina. Dlaczego związałam się z tym człowiekiem? Zrobił mi to na złość, żeby pokazać, 

że jest górą. 

Qwilleran przysunął sobie krzesło i usiadł. Mówił łagodnie: 

-  Wiem,  że  to  dla  pani  bolesne,  pani  Cobb.  Ale  proszę  pamiętać,  że  nikt  pani  nie 

obwinia. 

-  Wyjadę,  kiedy tylko wypuszczą  mnie ze  szpitala.  Mogę zamieszkać w Saint Louis. 

Dzwoniłam już do syna. 

-  Proszę  nie  uciekać.  Wszyscy  tu  panią  lubią.  Cenią  panią  jako  wartościową  osobę, 

członkinię  Towarzystwa  Historycznego  i  obywatelkę  Pickax.  Mogłaby  pani  otworzyć 

antykwariat,  robić  wyceny  staroci  -  albo  zacząć  działalność  w  branży  spożywczej,  na 

przykład zająć się kateringiem albo otworzyć fabrykę ciasteczek. Pani miejsce jest tutaj. 

- Nie mam dokąd pójść i gdzie mieszkać. To był mój dom. 

- Zapewne dom Goodwinterów będzie należał do pani... 

background image

- Och, nigdy nie mogłabym tam zamieszkać... nie po tym, co się stało. 

-  To  jest  gniazdo  rodzinne  Juniora.  Chciałby,  żeby  zajmował  je  ktoś taki  jak  pani,  z 

pani miłością i oddaniem dla starych domów. 

- Nie rozumie pan... 

Opadające wąsy i smutne oczy Qwillerana wyrażały najczystsze współczucie. 

- Może poczuje się pani lepiej, jeżeli o tym porozmawiamy? Wczoraj rano ledwo pani 

doszła do domu, brnąc przez śnieg po nieprzespanej nocy. Musiał zrobić coś naprawdę złego, 

żeby doprowadzić panią do tego stanu. 

- Opowiedział mi... o... 

Qwilleran wiedział, kiedy się nie odzywać. 

- Zaczął pić. Po kilku głębszych zawsze robił się gadatliwy i przechwalał się, ale mi to 

wcale nie przeszkadzało. 

Qwilleran skinął głową ze zrozumieniem. 

- Opowiadał mi na przykład o swoich wyczynach w wojsku. Nie wierzyłam mu nawet 

w połowie. Ale lubił tak sobie pogadać i nie widziałam w tym nic złego. Kiedyś oznajmił mi, 

że  jego  ojciec  zabił  ojca  Seniora  w  bójce,  a  jego  wujek  brał  udział  w  linczu  na  Ephraimie 

Goodwinterze.  Był  z  tego  dumny!  Ależ  ze  mnie  była  idiotka!  Nie  zwracałam  na  to  uwagi  i 

jeszcze prawiłam mu komplementy. Westchnęła i wyjrzała za okno. 

- A wtedy... w sobotnią noc w hotelu... zaczął od przechwałek na temat zabijania jeleni 

poza  sezonem  łowieckim...  o  oszukiwaniu  klientów...  o  nadużyciach  w  zeznaniach 

podatkowych.  Uważał,  że  jest  strasznym  spryciarzem.  No  a  potem  powiedział,  że  wykonał 

„brudną robotę” dla przedsiębiorstwa XYZ. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czy mu wierzyć, 

czy nie - spojrzała na Qwillerana, szukając poparcia albo dezaprobaty. 

Przytaknął, nic nie mówiąc, i zachęcił ją spojrzeniem do dalszych zwierzeń. 

- To była moja noc poślubna! - jęknęła głucho. 

- Rozumiem, rozumiem. 

-  Potem  opowiedział  mi,  że  jego  warsztat  wykonywał  dla  Goodwinterów  naprawy 

samochodów  i  że  znał  się  z  Gritty  bardzo  dobrze.  Trzymał  butelkę  w  swoim  biurze  i  pili 

razem.  On z tą Goodwinter! Uważał to za jakiś zaszczyt! Sądzę,  że  mogę panu to wszystko 

zdradzić, skoro jej już nie ma. Obojga nie ma... 

Nastała długa pauza. Qwilleran czekał cierpliwie. Pani Cobb wzięła głęboki oddech  i 

powiedziała: 

background image

- Gritty chciała pozbyć się męża i poślubić Exbridge'a, ale Senior  był spłukany, więc 

po rozwodzie zostałaby bez grosza. Za to gdyby zginął w wypadku, mogła dostać pieniądze z 

ubezpieczenia - oprócz dochodu ze sprzedaży gazety oraz antyków. 

Na  początku  pani  Cobb  mówiła  spokojnie,  ale  teraz  nerwowo  zaciskała  i  rozkładała 

dłonie. Qwilleran powiedział: 

- Niech się pani uspokoi i weźmie kilka głębokich oddechów, pani Cobb... Przyjemny 

jest  ten  pokój.  Leżałem  tu,  kiedy  spadłem  z  roweru.  Nawet  zmienili  ten  szkaradny  kolor, 

który był wtedy na ścianach. 

- Tak, teraz jest ładny róż - odparła - jak w salonie piękności. 

- Czy smakuje pani jedzenie? 

- Nie miałam apetytu, ale na tacy wygląda nieźle. 

-  Ciasteczka  mają  okropne,  proszę  mi  wierzyć.  Powinni  zastosować  kilka  pani 

przepisów. 

Uśmiechnęła się blado. Po chwili Qwilleran spytał: 

- Czy Herb powiedział w końcu, jak to było z Seniorem Goodwinterem? 

Pani Cobb wyjrzała przez okno, potem spojrzała na swoje dłonie. 

-  Senior  oddał  samochód  do  warsztatu  Herba,  żeby  zrobili  przegląd  przed  zimą  -  jej 

głos  drżał.  -  Herb  coś  w  nim  zmajstrował,  nie  pamiętam  co,  ale  chodziło  o  to,  żeby  Senior 

stracił nad nim panowanie, a wóz stanął w płomieniach... 

- ...na nierównej nawierzchni, jak na przykład na deskach starego mostu? 

Przytaknęła. 

- ...i w zamian za tę przysługę tak tanio kupił tamten dom, prawda? 

Przełknęła ślinę i ponownie przytaknęła. 

- A spalenie budynku „Picayune” było częścią umowy? 

- Och, panie Q! To było straszne! Powiedziałam mu, że jest mordercą, a on na to, że 

teraz  jestem  żoną  mordercy  i  żebym  trzymała  buzię  na  kłódkę,  bo  inaczej  będzie  ze  mną 

marnie.  Wyglądał  przerażająco!  Chciał  mnie  uderzyć!  Uciekłam  do  łazienki,  zamknęłam 

drzwi  i  zrobiło  mi  się  niedobrze.  Poszedł  potem  spać  i  chrapał  przez  całą  noc.  Musiałam 

stamtąd  uciec!  Ubrałam  się  i  siedziałam  do  rana,  nie  zmrużywszy  oka.  Kiedy  zaczął  się 

budzić, wybiegłam z pokoju, zostawiając ślubną garsonkę, torebkę, wszystko. 

- To stąd miał klucze do muzeum. 

Jęknęła, a jej twarz, zawsze tak radosna, była zbolała i wymizerowana. 

background image

Kiedy Qwilleran powrócił do swojego mieszkania, otworzył puszkę z tuńczykiem, rozdrobnił 

jej zawartość i ułożył kawałki na zwykłym, porcelanowym talerzu. 

- Koniec z domowym jedzeniem - poinformował syjamczyki. - Koniec z wykwintnymi 

potrawami. Koniec z jedzeniem na zabytkowej porcelanie. 

Pochłonęły  tuńczyka  z  pochylonymi  głowami,  podniesionymi  ogonami,  jak 

najzwyczajniejsze koty. A jednak zachowanie Koko było nadzwyczajne. Dwie godziny przed 

pożarem muzeum chciał się za wszelką cenę wydostać z budynku. Wiedział, co się miało stać. 

Czy wiedział coś jeszcze? 

Czy  wyczuł,  że  małżeństwo  pani  Cobb  skończy  się  tragicznie?  Jak  inaczej 

wytłumaczyć  jego  dziwaczne  zachowanie  na  różowych  różach  dywanu  w  salonie?  A  kiedy 

zdewastował  ogródek  ziołowy  -  czy  wiedział,  że  ma  on  jakiś  związek  z  Herbem 

Hackpole'em?  Nie,  to  absurd,  nie  do  zaakceptowania  nawet  przez  bujną  wyobraźnię 

Qwillerana.  Najprawdopodobniej  Koko  skusił  się  na  liście  mięty,  będącej,  jak  wiadomo, 

rośliną  z  tej  samej  rodziny  co  kocimiętka,  i  jak  to  się  mówi,  „dostał  kota”.  Wciąż  były  to 

pytania, na które Qwilleran nie potrafił znaleźć odpowiedzi. 

Jeszcze  trudniej  było  wytłumaczyć  szekspirowskie  zainteresowanie  Koko.  Czy  po 

prostu  fascynowała  go  świńska  skóra  oprawy  albo  zwierzęcy  olej  służący  do  konserwacji 

skóry,  a  może  jakiś  szczególny  rodzaj  kleju  stosowany  przez  dziewiętnastowiecznego 

introligatora? Jeżeli tak, to dlaczego skoncentrował się akurat na Hamlecie? 

Koko podniósł głowę znad talerza z tuńczykiem i spojrzał na Qwillerana tak znacząco, 

że jego pan poczuł nieomylne swędzenie pod wąsami. No bo w sumie o czym opowiadała ta 

sztuka? Ojciec Hamleta umiera nagle; jego matka czym prędzej wychodzi ponownie za mąż; 

duch ojca objawia, że został on zamordowany. Ba, imię matki brzmiało Gertruda. 

Po  kręgosłupie  Qwillerana  przeszedł  dreszcz.  NIE!  -  powiedział  do  siebie. 

Podobieństwo  do  tragedii  Goodwinterów  było  zbyt...  nie,  to  zupełnie  nieprawdopodobne... 

brać pod uwagę taką możliwość to czyste szaleństwo.  Skłonność  Koko do Hamleta to tylko 

zbieg okoliczności. Tak przynajmniej Qwilleran usiłował sobie to wszystko wytłumaczyć. 

Syjamczyki skończyły kolację i zaczęły obrządek mycia. 

W pokoju czuć było teraz rybą, już nie tylko wstrętną spalenizną. Gdy uchylił na kilka 

centymetrów okno, żeby przewietrzyć pomieszczenie, znów poczuł, że serce mu się ściska na 

widok  tragicznych  szczątków  szlachetnej  budowli.  Koko  próbował  mu  coś  powiedzieć,  a 

gdyby  Qwilleran  potrafił  go  w  porę  zrozumieć,  można  było  zapobiec  tej  bezsensownej 

katastrofie. 

background image

Co będzie dalej? - zastanawiał się. Nie można tak zostawić tych ruin, czy więc należy 

je  rozebrać?  Wypalony  szkielet  miał  dwa  piętra  wysokości,  ściany  z  porządnego  kamienia, 

ponad pół metra grubości u podstawy. Do tego atrakcyjne położenie przy Main Street i Circle 

Park, w sąsiedztwie siedziba sądu, biblioteka publiczna i dwa kościoły... 

Koko wskoczył na parapet i odezwał się: 

- Ik ik ik - spoglądając na Qwillerana radośnie i wyczekująco. 

-  Wybacz,  mało  ostatnio  ze  sobą  rozmawialiśmy  -  przeprosił  go  Qwilleran.  -  Zbyt 

wiele  się  działo.  Prawdopodobnie  nie  rozumiesz,  co  to  jest  pożar  i  jakie  są  jego 

konsekwencje.  Czy  będziesz  tęsknił  za  grą  w  Szekspira?  Trzydzieści  siedem  bezcennych 

tomików przepadło na zawsze w płomieniach. Ale co powinniśmy uczynić z pozostałościami 

muzeum? 

Kiedy  mówił,  zaczął  padać  śnieg;  po  cichu  i  powoli,  wypełniając  czarne  koleiny  i 

zasypując  lód  ciemny  od  sadzy,  litościwie  opuszczając  białą  kurtynę  na  ohydną  scenę 

zniszczenia. 

Qwilleran klepnął się w czoło; nagle zrozumiał! 

- Mam. Teatr! - wykrzyknął. 

- YOW! - zgodził się Koko. 

-  W  Pickax  potrzebny  jest  teatr.  „Chcąc  niepewności  przekroczyć  granicę,  sumienie 

króla w teatrze pochwycę” -  jak powiedział Hamlet. Będziemy mieli miejsce na sztukę, a ty, 

Koko, będziesz mógł zagrać Ryszarda Trzeciego. .. Zaraz, gdzie ty jesteś? 

Kot zniknął. 

- Gdzie do diabła poszedł ten kot? - mruknął gniewnie Qwilleran, marszcząc brwi. 

Koko  tymczasem  udał  się  do  swojej  jadalni;  próbował  zlizać  ceramiczny  połysk  z 

porcelanowego talerza.