background image

 

 

 

 

 

 

                    

 

 
 
   

 

 
 
 
 
 
 
 
                

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 

 

                                                 KRYMINAŁ 

 
 

             Lilian Jackson Braun 

 
 
 

              Kot, który wąchał klej Tom 08 

background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
PROLOG 
Tak,  naprawdę  istnieje  miejsce  o  nazwie  Moose  County, 

czterysta  mil  na  północ  od  wszystkiego.  Siedzibą  okręgu  jest 
Pickax City, liczące trzy tysiące mieszkańców. 

Naprawdę  jest  tam  pomocnik  kelnera  o  imieniu  Derek 

Cuttlebrink.  Jest  tam  teŜ  właściciel  baru,  przypominający  z 
wyglądu  niedźwiedzia,  który  kaŜe  sobie  płacić  pięć  centów  za 
papierową  serwetkę.  I  jest  tam  sprytniejszy  od  ludzi  kot  o 
imieniu Kao K'o-Kung. 

Jeśli wydaje się wam, Ŝe to postaci z jakiejś sztuki, to dlatego 

Ŝ

e...  „Cały  świat  jest  sceną,  a  wszyscy  męŜczyźni  i  kobiety  są 

tylko aktorami". Zgaśmy więc światła! Kurtyna w górę! 

 
 

 
AKT PIERWSZY 

 
SCENA PIERWSZA 
 
Miejsce:       Kawalerski pokój w Pickax City  
Czas:           Wcześnie rano, koniec maja 
Osoby:         Jim Qwilleran, były dziennikarz, obecnie spad- 
kobierca  fortuny  Klingenschoenów  -  wielki  człowiek,  koło 

pięćdziesiątki,  siwiejące  włosy,  bujne  wąsy,  smutny  wyraz 
twarzy Kao JCo-Kung,  dla przyjaciół Koko, kot syjamski Yum 

background image

 

 

Yum, kotka syjamska - nieodłączna towarzyszka Koko Andrew 
Brodie, szef policji iv Pickax 

Było  bardzo  wcześnie,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Qwilleran 

sięgnął  po  omacku  do  nocnego  stolika.  Na  wpół  przytomny, 
zachrypniętym  głosem  wymamrotał  „halo"  i  w  odpowiedzi 
usłyszał czyjś autorytatywny głos: 

- Chcę z tobą mówić! 
Głos był znajomy, ale ton alarmujący. To był Andrew Brodie, 

szef  policji  w  Pickax,  a  jego  głos  brzmiał  ponuro  i  wyczuwało 
się w nim oskarŜenie. 

Przed pierwszą kawą Qwilleran niewiele kojarzył i na próŜno 

starał  się  zorientować  w  sytuacji.  CzyŜby  włoŜył  kanadyjską 
pięciocentówkę  do  parkometru?  A  moŜe  wyrzucił  przez  okno 
samochodu  ogryzek  od  jabłka?  Albo,  nie  daj  BoŜe,  zatrąbił  w 
odległości stu metrów od szpitala? 

-  Słyszałeś,  co  mówiłem?  Chcę  z  tobą  porozmawiać!  -  Głos 

nie brzmiał juŜ tak rozkazująco jak przedtem. 

Qwilleran  zaczynał  powoli  kapować  i  rozpoznał  ten  drwiący 

ton, który wśród dorosłych męŜczyzn z Moose County uchodził 
za przyjacielski. 

-  W porządku, Brodie - odparł. - Mam przyjść na komisariat i 

poddać się? Czy przyślesz wóz i kajdanki? 

-  Zostań  tam,  gdzie  jesteś.  Zaraz  u  ciebie  będę.  Chodzi  o 

twojego  kota  -  powiedział  szef  i  odwiesił  gwałtownie 
słuchawkę. 

W  głowie  Qwilłerana  znów  zakłębiły  się  róŜne  myśli.  Czy 

jego  syjamskie  koty  zakłóciły  publiczny  spokój?  Nie 
wychodziły na dwór, ale samiec miauczał głośno, a skrzeczenie 
samiczki  mogło  być  porównywalne  tylko  z  dźwiękami 
syntezatora.  W  spokojny  dzień,  kiedy  okna  w  domach  były 
pootwierane,  kaŜdego  z  nich  słychać  było  na  kilometr.  Był 
koniec maja i praktycznie większość okien było pootwieranych. 
Ludzie delektowali się odświeŜającą bryzą, z której słynne było 

background image

 

 

Moose  County.  Bryzy  świeŜej  i  słodkiej,  chyba  Ŝe  wiała  od 
strony farmy Kilcally. 

Qwilleran  ubrał  się  pospiesznie,  przeczesał  włosy  mokrym 

grzebieniem,  zebrał  gazety  zaścielające  podłogę  salonu 
zatrzasnął  drzwi  sypialni,  w  której  kryło  się  jego  niepościelone 
łóŜko,  i  wyjrzał  przez  okno  dokładnie  w  momencie,  kiedy 
policyjny wóz Brodiego wjeŜdŜał na podjazd. 

Qwilleran 

mieszkał 

apartamencie 

nad 

garaŜem 

przeznaczonym  dla  czterech  samochodów,  dawnej  wozowni 
przy  rezydencji  Klingenschoenów.  Wozownia  mieściła  się  na 
tyłach  posesji,  dom  zaś  stał  frontem  do  głównej  ulicy, 
naprzeciwko  parku.  Był  to  ogromny  kamienny  budynek,  który 
obecnie  przebudowywano  na  teatr.  Na  miejscu  szerokich 
trawników 

porozjeŜdŜanych 

teraz 

przez 

cięŜarówki, 

poustawiano stosy bali i prowizoryczną szopę. Kiedy  policyjny 
wóz 

manewrował 

między 

tymi 

przeszkodami, 

licznie 

zgromadzeni  na  placu  budowy  stolarze  i  elektrycy  salutowali 
przyjaźnie w stronę szefa policji. Brodie, stróŜ prawa, cieszył się 
w  mieście  popularnością.  Kochano  w  nim  Szkota  o  postawnej 
figurze,  szerokiej  klacie  i  mocnych  nogach,  który  był  wręcz 
stworzony  do  kiltu,  szkockiej  czapki  z  pomponem  i  kobzy  - 
rekwizytów które wyciągał na parady i śluby. 

Kiedy  Brodie  wspinał  się  do  apartamentu,  Qwilleran 

pozdrowił  go  ze  szczytu  schodów.  Szef  mamrotał  pod  nosem. 
Zawsze na coś narzekał. 

- Gdy budowali ten budynek, nie pomyśleli o schodach! Są za 

strome  i  za  wąskie!  Jak  normalny  człowiek  ma  tu  postawić 
stopę! 

- Spróbuj stawiać stopy bokiem - zasugerował Qwilleran. 
-  A  to,  co  to  jest?  -  Brodie  wskazał  na  oparty  o  ścianę  kuty 

Ŝ

elazny ornament w kształcie koła, o średnicy metra, znajdujący 

się  na  szczycie  schodów.  Centralnym  punktem  ornamentu  były 
trzy walczące koty uniesione na tylnych łapach, szykujące się do 
ataku. 

background image

 

 

-  To  fragment  bramy  z  trzystuletniego  szkockiego  zamku  - 

powiedział z dumą Qwilleran. - Adaptacja herbu Mackintoshów. 
Moja matka pochodziła z Mackintoshów. 

- Skąd go masz? - w głosie Brodiego pobrzmiewała zazdrość, 

pewnie oddałby wszystko za podobny emblemat upamiętniający 
jego  własny  klan.  Lub  prawie  wszystko,  był  bowiem  znany  ze 
skąpstwa. 

- Ze sklepu z antykami w Chicago. Zostawiłem go w mieście, 

kiedy  przeprowadzałem  się  do  Pickax.  Przywieźli  mi  go  w 
zeszłym tygodniu. 

-  Zdaje  się,  Ŝe  jest  cięŜki.  Transport  musiał  cię  sporo 

kosztować. 

- WaŜy pięćdziesiąt kilogramów. Chcę go umieścić w salonie, 

ale jeszcze nie wiem jak. 

- Zapytaj moją córkę. Ma niekonwencjonalne pomysły. 
-  Czy  próbujesz  mi  ją  zareklamować?  -  zapytał  Qwilleran. 

Francesca Brodie była dekoratorem wnętrz. 

Brodie  wszedł  do  salonu  pewnym  krokiem  kobziarza.  Zanim 

rozsiadł  się  wygodnie  na  ogromnym  fotelu,  obrzucił  pokój 
badawczym spojrzeniem policjanta. 

- Masz tu wygodne gniazdko. 
-  Francesca  pomagała  mi  je  urządzić.  Kiedy  mieszkałem  w 

rezydencji  od  ulicy,  to  miejsce  było  miłą  odskocznią  od  tego 
całego  przepychu,  ale  kiedy  zamieszkałem  tu  na  stałe,  nagle 
wydało mi się za skromne. Jak ci się podobają ściany? 

Francesca  pokryła  je  wełnianym  szkockim  tweedem,  ręcznie 

tkanym. 

Szeryf  odwrócił  się,  Ŝeby  podziwiać  nietypową  tapetę  w 

kolorze owsianki i o zbliŜonej fakturze. 

-  Musiałeś  sporo  wybulić  na  to  wszystko.  No,  ale  domyślam 

się, Ŝe stać cię na to. 

Brodie spojrzał na przeciwległy koniec pokoju. 
- Masz sporo półek. 

background image

 

 

-  Francesca  zaprojektowała  te  regały,  a  jej  stolarz  mi  je 

wykonał. Zaczynam zbierać stare ksiąŜki. 

- Z twoim kapitałem stać cię chyba na nowe. 
-  Lubię  stare  ksiąŜki.  Kupiłem  dzieła  zebrane  Dickensa  za 

dziesięć  dolców.  Jesteś  skąpym  Szkotem,  powinieneś  to 
docenić. 

- Co to za obraz? - Brodie wskazał palcem na oprawiony druk, 

który wisiał nad sofą. 

-  To  łódź  patrolowa  z  1805  roku.  Pływała  po  Wielkich 

Jeziorach... Co powiesz na darmową kawę? 

Qwilleran  wsypał  czubatą  łyŜeczkę  rozpuszczalnej  kawy  do 

wrzątku i podał Brodiemu kubek. 

- No dobra, szefie. Jakie są te złe wieści? Co jest na tyle pilne, 

Ŝ

e musiałeś wyciągnąć mnie z łóŜka? 

- Właśnie wróciłem z konferencji poświęconej egzekwowaniu 

prawa na Nizinach - powiedział Brodie. - Cieszę się, Ŝe jestem 
znów  w  jakimś  cywilizowanym  miejscu.  Te  miasta  to  dŜungla, 
mówię ci. Pierwszego dnia konferencji burmistrzowi ukradziono 
samochód! - wziął łyk kawy, którą od razu się zakrztusił. - Och! 
Co to za smoła! 

- Czemu dokładnie poświęcona była konferencja? 
- Przemocy związanej z narkotykami. Jeden z prelegentów był 

twoim  przyjacielem.  Porucznik  Hames.  Rozmawiałem  z  nim 
podczas lunchu. 

-  Hames  jest  wspaniałym  detektywem,  chociaŜ  lubi  zgrywać 

nudziarza. 

- Powiedział mi kilka rzeczy takŜe o tobie. Twierdził, Ŝe kiedy 

pisałeś  dla  „Daily  Fluxion",  podałeś  mu  na  talerzu  kilka 
rozwiązań. 

Qwilleran wygładził skromnie wąsy. 
- Wiesz, jak to jest. Takie rzeczy po prostu się zdarzają, kiedy 

się pracuje w gazecie. Miałem oczy i uszy otwarte, to wszystko. 

background image

 

 

-  Hames  powiedział  mi  coś  jeszcze.  Myślałem,  Ŝe  mnie 

nabiera,  ale  przysiągł,  Ŝe  to  prawda.  Mówi,  Ŝe  masz 
niezwykłego kota, Ŝe sprytne z niego zwierzę. 

- Co do tego ma rację. Syjamczyki są wyjątkowo inteligentne. 
Brodie wpatrywał się pilnie w swojego gospodarza. 
- On mówi, Ŝe twój kot jest, jak to powiadają... psychiczny! 
- Chwila, chwila! Nie posuwaj się za daleko, Brodie. 
- Powiedział, Ŝe twój kot doprowadził policję do rozwiązania 

kilku kryminalnych zagadek. 

Qwilleran  odchrząknął,  jak  gdyby  miał  wygłosić  jakieś 

oficjalne oświadczenie. 

- Wy tam w policji macie do czynienia tylko z psami, Brodie, 

więc  moŜe  nie  wiesz,  Ŝe  koty  są  najlepszymi  detektywami 
wśród  zwierząt.  Są  w  naturalny  sposób  dociekliwe.  Zawsze 
węszą, drapią, wygrzebują coś z dziur. Jeśli mój kot wyciągnął 
jakieś sprawy na światło dzienne, to tylko przez przypadek. 

- Jak się nazywa to zwierzę? Chciałbym rzucić okiem na tego 

kota. 

- Koko jest wykastrowanym samcem o długim rodowodzie. I 

nie nazywaj go „tym zwierzęciem", bo rzuci na ciebie urok. 

Gdzieś z hallu dobiegło ich władcze Ŝądanie. 
-  To  Koko.  Usłyszał,  Ŝe  wymieniamy  jego  imię,  a  nie  jadł 

jeszcze śniadania. Wypuszczę go. Koty mają swój własny pokój. 

- Co mają? Własny pokój? Niech mnie szlag! 
- Z osobną łazienką i telewizorem. 
- Tele co? Chyba Ŝartujesz? 
-  To  tylko  mały  czarno-biały  telewizor.  Koty  nie  odróŜniają 

kolorów. 

Qwillerana  bawiło  niedowierzanie  Brodiego.  Przeprosił  go  i 

zszedł  na  dół  do  kotów.  W  dawnych  pomieszczeniach  dla 
słuŜby,  które  znajdowały  się  nad  garaŜem,  Qwilleran  urządził 
sobie  gabinet,  salon  i  sypialnię.  Czwarty,  najbardziej 
nasłoneczniony  pokój,  został  przeznaczony  dla  syjamczyków. 
Znajdował się w nim miękki dywan, poduszki, drapaki, kosze, a 

background image

 

 

przede wszystkim szerokie parapety pod oknami wychodzącymi 
na zachód i południe. W łazience ustawił dwie kuwety, jedną dla 
niego,  a drugą dla niej.  Początkowo koty dzieliły  jedną toaletę, 
ale  kilka  tygodni  temu  kotka  zaczęła  stroić  fochy  i  zaŜądała 
osobistych udogodnień. 

Qwilleran wrócił do salonu w towarzystwie swoich wyraźnie 

głodnych  współlokatorów.  Ich  smukłe,  jasno  umaszczone  ciała 
były rozciągnięte na całą długość. Brązowe noski, wysunięte do 
przodu  i  lekko  zadarte  w  oczekiwaniu,  poprzedzały  brązowe 
uszy  i  brązowe  ogony  wypręŜone  w  horyzontalnej  pozycji  i 
lekko  zawinięte  na  końcach  do  góry.  Miały  podobne  długie 
zwinne  nogi,  ale  Koko  szedł  zdecydowanym  krokiem,  podczas 
gdy  Yum  Yum  stąpała  delikatnie,  kilka  kroków  za  nim.  Przed 
wejściem  do  salonu,  pod  wpływem  nagłego  impulsu,  koty 
zatrzymały 

się, 

przyglądając 

się 

badawczo 

obcemu 

przybyszowi. 

- Mają niebieskie oczy - powiedział Brodie. - Nie wiedziałem, 

Ŝ

e masz dwa. Są z tego samego miotu? 

-  Nie,  przygarnąłem  je  z  róŜnych  źródeł  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Obydwa  zostały  bezdomne  w  wyniku  pewnych 
okoliczności, które porucznik Hames powinien pamiętać. 

Większy  wkroczył  w  końcu  do  pokoju,  przyjmując  obecność 

gościa  za  fakt  dokonany,  jednak  pilnie  obserwował  go  z 
bezpiecznej odległości. 

Qwilleran dokonał prezentacji. 
-  Szefie,  to  jest  Koko,  generalny  inspektor.  Nalega  na 

obwąchanie  kaŜdego  obcego.  Koko,  to  jest  Brodie,  szef  policji 
w Pickax. 

Szef policji i kot przypatrywali się sobie, przy czym policjant 

zmarszczył  z  rozbawieniem  twarz.  Po  chwili  Koko  wskoczył 
lekko  na  półkę  z  ksiąŜkami,  prawie  dwa  metry  nad  ziemią, 
wcisnął się między Autobiografię  Benjamina  Franklina a  Zycie 
Johnsona  Boswella  i  z  tej  uprzywilejowanej  pozycji 
monitorował przybysza. 

background image

 

 

- Wygląda jak normalny kot! - zdziwił się Brodie. - To znaczy 

miałem  na  myśli  to,  Ŝe  oczywiście  widać,  Ŝe  jest  rasowy  i  tak 
dalej, ale... 

-  A  co,  spodziewałeś  się,  Ŝe  będzie  miał  zielone  futerko, 

elektroniczne  oczy  i  antenkę?  Mówiłem  ci,  Brodie,  to  domowy 
kot, który jest z natury dociekliwy i wyjątkowo inteligentny. 

Brodie  rozluźnił  się  i  skierował  uwagę  na  mniejszą  kotkę, 

która,  stąpając  z  gracją,  zbliŜała  się  do  niego  powoli,  cała 
skoncentrowana na jego butach. 

- Poznaj Yum Yum Łapkę - powiedział Qwilleran. - Wygląda 

na  kruche  stworzenie,  ale  jej  łapa  jest  szybka  jak  błyskawica  i 
ostra jak stalowy hak. Otwiera drzwi, rozwiązuje sznurowadła i 
kradnie wszystkie małe  świecące przedmioty. Radzę ci, uwaŜaj 
na swoją odznakę. 

- Mieliśmy koty na farmie - westchnął Brodie - ale nigdy nie 

wchodziły do domu. 

- Te nigdy z niego nie wychodzą. 
-  No  to  jak  znajdują  poŜywienie?  Nie  chcesz  chyba 

powiedzieć, Ŝe kupujesz to drogie Ŝarcie w małych puszkach? 

-  Powiem  ci  prawdę,  Brodie,  Koko  nie  zje  nic, co  będzie  się 

nazywało jedzeniem dla kotów. Akceptuje tylko świeŜe posiłki. 

Szef  policji  pokiwał  głową  z  niedowierzaniem  albo  moŜe  ze 

zgorszeniem. 

-  Hames  powiedział  mi,  Ŝe  rozpuściłeś  koty  jak  dziadowski 

bicz, i coś mi się zdaje, Ŝe to nie była czcza gadanina. 

-  Dowiedziałeś  się  na  tej  konferencji  czegoś  ciekawego  o 

przemocy związanej z narkotykami? 

- Mówiłem juŜ Hamesowi, Ŝe narkotyki i przemoc to nie nasz 

problem, ale mi nie uwierzył. 

- Ja teŜ w to nie wierzę, chociaŜ ciągle to powtarzasz. 
-  Pewnie,  wyrwaliśmy  trochę  krzaków  z  przydomowych 

ogródków, a kilka lat temu przyłapaliśmy dzieciaki na wąchaniu 
kleju  modelarskiego,  ale  nie  mamy  tu  karteli  ani  dealerów.  W 
kaŜdym razie jeszcze nie mamy. 

background image

 

 

- Masz na to jakieś' wytłumaczenie? 
-  Jesteśmy  odizolowani.  Czterysta  mil  na  północ  od 

wszystkiego,  jak  głoszą  graniczne  tablice.  Nowinki  wolno  do 
nas  docierają.  Do  diabła,  nawet  sieci  fast  foodów  jeszcze  nie 
pomyślały  o  Moose  County  -  Brodie  ze  smętnym  wyrazem 
twarzy wziął kolejny łyk kawy. - Inna rzecz, Ŝe mamy tu udane 
Ŝ

ycie  rodzinne.  Organizacje  kościelne  są  bardzo  aktywne. 

Mieszkańcy  lubią  uprawiać  sport  i  hobby  na  świeŜym 
powietrzu.  Nigdzie  nie  ma  tylu  zwolenników  wędkowania, 
polowania  i  biwakowania,  co  tutaj.  To  dobre  miejsce,  Ŝeby 
wychowywać dzieci. 

-  Skoro  narkotyki  i  przemoc  to  nie  wasz  problem,  to  czemu 

jesteś  ciągle  taki  zajęty?  Wypisujesz  mandaty  za  złe 
parkowanie? 

Szef skrzywił się. 
-  Pijani  kierowcy,  pijani  nieletni,  wandalizm  -  to  nasz 

problem!  Kiedy  moje  dziewczyny  były  w  liceum,  one,  moja 
Ŝ

ona  i  ja  chodziliśmy  ciągle  na  pogrzeby,  no  wiesz,  pogrzeby 

kolegów 

klasy. 

Dzieciaki 

giną 

tu 

wypadkach 

samochodowych.  Nadmierna  prędkość,  przewalanie  się  w 
jadącym  samochodzie,  picie  piwa  podczas  jazdy,  trochę  Ŝwiru 
na  drodze,  to  wystarczy,  Ŝeby  stracić  kontrolę  nad  autem. 
Jednak  teraz  co  innego  nie  daje  mi  spać.  Mamy  coraz  częstsze 
przypadki wandalizmu. 

-  ZauwaŜyłem,  Ŝe  ktoś  wypróbowywał  opony  na  trawniku 

przed sądem w zeszłym tygodniu. 

-  I o to  właśnie  chodzi. Jest taki element, kilku wariatów,  co 

to  nie  mają  czym  się  zająć.  Zestrzelili  mi  wczoraj  w  nocy  dwa 
ś

wiatła  na  Goodwinter  Boulevard.  Kiedy  ja  byłem  dzieckiem, 

zdarzało  nam  się  na  Halloween  rozgniatać  dynie  i  obwiązywać 
drzewa  papierem  toaletowym,  ale  to  nowe  pokolenie  zabawia 
się  tak  przez  cały  rok.  Wyrywają  kwiaty  sprzed  ratusza. 
Zgniatają skrzynki pocztowe kijami do bejsbolu. Nic z tego nie 
rozumiem! 

background image

 

 

- Nie widziałem Ŝadnego graffiti. 
-  Jeszcze  nie,  ałe  wlali  puszkę  farby  do  fontanny  w  parku. 

Wiemy, co to za typki, lecz nigdy nie złapaliśmy ich na gorącym 
uczynku. 

Brodie  przerwał  i  wpatrywał  się  błagalnym  wzrokiem  w 

Qwillerana. 

- Masz jakiś plan? 
- No, po rozmowie z Hamesem miałem nadzieję, Ŝe twój kot 

będzie mógł wskazać nam następne miejsce, na które uderzą, tak 
Ŝ

ebyśmy mogli tam być pierwsi. 

Qwilleran spojrzał na niego podejrzliwie. 
- Co wyście tam chłopaki palili na tej konferencji? 
- Wszystko, co wiem, powiedział mi Hamas. Mówił, Ŝe twój 

kot ma nadprzyrodzone zdolności. 

-  Słuchaj,  Brodie,  załóŜmy  nawet,  Ŝe  to  małe  zwierzątko, 

które  siedzi  teraz  na  szafie  i  liŜe  swój  ogon,  wie,  Ŝe  wandale 
rzucą cegłą w okno szkoły drugiego lipca o drugiej czterdzieści 
pięć  w  nocy.  ZałóŜmy,  Ŝe  tak  istotnie  jest.  Ale  jak  ma  nam 
przekazać tę informację? Odbiło ci, Brodie? Przyznaję, Ŝe Koko 
wyczuwa  czasem  niebezpieczeństwo,  ale  to,  co  sugerujesz,  jest 
kompletnie niedorzeczne! 

-  W  Kalifornii  uŜywają  kotów  do  przewidywania  trzęsienia 

ziemi. 

- To zupełnie inna para  kaloszy... Jeszcze kawy? Masz pusty 

kubek. 

-  Jeśli  wypiję  jeszcze  jeden  kubek  tego  płynu  hamulcowego, 

dostanę paraliŜu od szyi w dół. 

-  Po  tym,  co  przed  chwilą  zaproponowałeś,  myślę,  Ŝe  jesteś 

sparaliŜowany  od  szyi  w  górę.  Kto  dowodzi  tym  gangiem 
chuliganów? Bo jest tam jakiś przywódca, prawda? Ile ma lat? 

- Dziewiętnaście, i właśnie kończy szkołę. Pochodzi z dobrej 

rodziny, ale prowadza się z paczką z Chipmunk. To największe 
slumsy  w  całym  okręgu,  zresztą  sam  wiesz.  Wystarczy  kilka 
puszek piwa i juŜ balują w tych swoich gruchotach. 

background image

 

 

- Jak się nazywa? 
Zdawało się, Ŝe Brodie niechętnie wyjawia nazwisko. 
- No cóŜ, przykro mi to mówić... To Chad Lanspeak. 
- Tylko nie on! Nie syn Carol i Larryego. 
Szef pokiwał z Ŝalem głową. 
-  Odkąd  poszedł  do  gimnazjum,  zawsze  pakował  się  w 

kłopoty. 

-  To  naprawdę  złe  wieści!  Jego  rodzice  to  chyba  najlepsi 

obywatele  tego  miasta!  Przywódcy  wspólnoty!  Właściciele 
domu towarowego! Ich starszy syn uczy się na pastora, a córka 
jest w szkole medycznej! 

- Nie mówisz mi niczego, czego bym nie wiedział. Lanspeak 

to dobre nazwisko. Trudno powiedzieć, dlaczego Chad zszedł na 
złą  drogę.  Ludzie  mówią,  Ŝe  trzecie  dziecko  to  zawsze 
odmieniec,  moŜe  to  prawda.  Weźmy  na  przykład  moje 
dziewczyny.  Dwie  starsze  zaraz  po  szkole  wyszły  za  mąŜ  i 
załoŜyły  rodziny.  Mam  czterech  wnuków,  a  nie  stuknęła  mi 
jeszcze  pięćdziesiątka.  Ale  Francesca...  Jest  naszym  trzecim 
dzieckiem. Uparła się, Ŝeby iść do college'u i robić karierę. 

- Ale wróciła do Pickax, Ŝeby tu pracować. Nie straciłeś jej. 
-  Tak,  to  dobra  dziewczyna  i  nadal  mieszka  w  domu.  Za  to 

jesteśmy  wdzięczni  Bogu.  Rodzina  jest  ciągle  razem.  Tyle  Ŝe 
obchodzi ją tylko dekorowanie wnętrz i teatr. 

-  Ma  talent,  Brodie.  ReŜyseruje  juŜ  drugą  sztukę  w  Klubie 

Teatralnym. Powinieneś być z niej dumny. 

- Tak samo mówi moja Ŝona. 
- Francesca ma dwadzieścia cztery lata i sama musi wybierać, 

co dla niej najlepsze. 

Szef policji nie był co do tego przekonany. 
-  Mogła  wyjść  za  mąŜ  za  Davida  Fitcha.  Chodzili  ze  sobą  w 

szkole  średniej.  To  kolejna  dobra  rodzina.  Pradziadek  Da-vida 
dorobił  się  na  kopalniach  czy  wycince  drzew,  dokładnie  nie 
pamiętam, na czym. David i Harley poszli do Yale, a teraz obaj 
są wiceprezesami banku. Ich ojciec jest prezesem. Nigel Fitch to 

background image

 

 

porządny  człowiek.  Byłem  pewien,  Ŝe  jeden  z  tych  chłopców 
zostanie moim zięciem. 

Brodie  zapatrzył  się  smutno  przed  siebie.  Smutek  i 

rozczarowanie, jakie z niego emanowały, były przykre dla oka. 

-  Jedna  z  moich  córek  poślubiła  farmera  -  ciągnął  -  druga 

wyszła  za  elektryka,  który  prowadzi  swój  własny  interes.  To 
uczciwi  chłopcy.  Ambitni.  Utrzymują  swoje  rodziny.  Ale 
Francesca mogła wyjść za Davida Fitcha. Przyprowadzała jego i 
Harleya  do  naszego  domu  po  szkole.  Słuchali  tych  wrzasków, 
które młodzi nazywają muzyką. To byli prawdziwi dŜentelmeni. 
„Dzień dobry, panie Brodie" i „Jak się pan ma, panie Brodie?". 
Podobało im się, kiedy grałem na kobzie. Mili chłopcy. śadnego 
snobizmu, nie, wcale. DuŜo zabawy. 

-  To  przyzwoici  młodzi  ludzie  -  zgodził  się  Qwilleran.  - 

Spotkałem ich w Klubie Teatralnym. 

-  Nie  wspomnę  o  talencie!  Grają  we  wszystkich  sztukach. 

Zagrali  bliźniaków  w  musicalu  Chłopcy  z  Poughkeepsie  albo 
coś  takiego.  Nigel  ma  szczęście,  Ŝe  ma  takich  dwóch  synów. 
Francesca przepuściła naprawdę dobrą okazję. 

- Yow! - skomentował nagle poirytowanym tonem Koko, jak 

gdyby cała ta rozmowa zaczynała juŜ go nuŜyć. 

-  No  dobrze,  a  wracając  do  mojej  propozycji  -  powiedział 

Brodie.  -  Poświęć  jej  chwilkę  albo  dwie.  Chciałbym  rozbić  ten 
gang,  zanim  te  dzieciaki  wpakują  się  w  coś  powaŜniejszego. 
Zanim podpalą stodołę albo włamią się do domku letniskowego, 
albo  zanim  zaczną  kraść  samochody.  To  moŜe  się  przecieŜ 
zdarzyć, wiesz. 

- Czy kiedykolwiek rozmawiałeś z Carol i Larrym o ich synu? 
Szef wyrzucił w górę ręce. 
-  Wiele  razy.  Trzymają  jego  stronę,  ale  są  załamani.  Jacy 

rodzice by nie byli? Chłopaka nie ma w ogóle w domu. Włóczy 
się po okolicy, imprezuje całymi nocami. Nigdy nie chciał pójść 
do college'u. 

- Z czego Ŝyje? 

background image

 

 

-  Jak  zrozumiałem,  jego  babka  zostawiła  mu  fundusz 

powierniczy, ale nie dostaje miesięcznego czeku, jeśli nie jest w 
szkole  albo  nie  pracuje  w  rodzinnym  sklepie.  Larry  przydzielił 
go do działu sportowego, ale większość czasu się obija. Chodzi 
na polowania albo się szwenda, najczęściej kłusuje. 

- Przykro mi to słyszeć. Rodzina Lanspeaków nie zasłuŜyła na 

podobne kłopoty. 

-  Wiesz,  Qwill,  wy  kawalerowie  macie  szczęście.  Nie  macie 

Ŝ

adnych kłopotów. 

- Nie byłbym taki pewny. 
- A jaki jest twój problem? 
- Kobiety... 
- A nie mówiłem ci? - powiedział triumfalnie Brodie.  
-  Mówiłem,  Ŝe  będą  się  za  tobą  uganiać.  Człowiek  nie  moŜe 

odziedziczyć  fortuny  i  oczekiwać,  Ŝe  będzie  wiódł  normalne 
Ŝ

ycie. Nie miej mi za złe, Ŝe ci cos' doradzę. OŜeń się i wykreśl 

się z listy „do wzięcia". 

- Miałem juŜ Ŝonę - rzekł Qwilleran - nie zadziałało. 
- To spróbuj jeszcze raz! OŜeń się z młodą kobietą i pomyśl o 

dziedzicach. Nie jesteś na to za stary! 

-  Kiedy  umrę,  wszystko  przejdzie  na  własność  Fundacji 

Klingenschoenów.  Oni  rozdzielą  spadek  tu,  w  Moose  County. 
Stąd te pieniądze pochodzą i naleŜą do tego miejsca. 

- WyobraŜam sobie, Ŝe wszyscy błagają cię o datki. 
- Fundacja zajmuje się takŜe i tym. Przekazałem im wszystkie 

sprawy  związane  z  zarządzaniem  majątkiem.  Przekazują  datki 
na  akcje  charytatywne  i  inne  słuszne  cele,  a  mi  wydzielają 
drobne kwoty na Ŝycie. 

- Jesteś świrem, mówił ci to juŜ ktoś? 
- Nigdy nie chciałem mieć na własność duŜo pieniędzy. 
-  ZauwaŜyłem  to  -  powiedział  Brodie,  rozglądając  się  po 

pokoju.  -  Ilu  milionerów  mieszka  nad  garaŜem?  Widziałeś 
kiedyś,  jak  mieszkają  Fitchowie?  Nigel  i  jego  Ŝona  mają 
podwójny  apartament  w  Indian  Village  i  Francesca  mówi,  Ŝe 

background image

 

 

jest  naprawdę  wyszykowany.  Harley  i  jego  wybranka  dostali 
starą posiadłość Nigela, która wygląda jak zamek. Dwadzieścia 
dwa  pokoje!  David  i  Jill  mają  nowy  dom,  który  ma  być  na 
okładce jakiegoś magazynu... Mówię  ci, Qwill,  Frań spieprzyła 
sprawę, kiedy nie wyszła za Davida Fitcha, ale teraz jest juŜ za 
późno. 

Kiedy  Brodie  w  końcu  wyszedł,  próbując  się  zmieścić  na 

wąskich  schodach,  Qwilleran,  we  wnęce  o  wymiarach  półtora 
metra  na  półtora,  która  słuŜyła  mu  za  kuchnię,  przygotował 
sobie  kolejną  filiŜankę  rozpuszczalnej  kawy.  OdświeŜył  w 
miniaturowej mikrofalówce dwudniowe pączki. 

Koko  zeskoczył  z  półki  z  biografiami  i  zaczął  krąŜyć  jak 

tygrys  w  klatce,  prychając  i  miaucząc  z  oburzenia,  Ŝe  jego 
ś

niadanie  tak  się  opóźnia.  Z  tego  samego  powodu  Yum  Yum 

zwinęła się w kłębek i uŜalała się nad sobą cichutko. 

-  Cierpliwości  -  zwrócił  się  Qwilleran  do  Koko,  spoglądając 

na zegarek. - Furgonetka powinna tu być niedługo. 

Kiedy on i koty mieszkali we frontowej rezydencji, zatrudniał 

gosposię,  która  rozpuszczała  ich  domowymi  specjałami.  Teraz 
Qwilleran  jadał  w  restauracjach,  a  posiłki  kotów  dostarczano  z 
gospody  „Old  Stone  Mili".  Pomocnik  kelnera,  Derek 
Cuttlebrink,  przywoził  codziennie  drób,  mięso  i  owoce  morza, 
które wystarczyło tylko lekko podgrzać w sosie i były gotowe. 

Derek  zjawił  się  w  końcu,  trzymając  w  rękach  krewetkowe 

timabale i krabowe puree i przepraszając za spóźnienie. 

-  Szef  chce  wiedzieć,  jak  smakowała  im  wczorajsza  cielęca 

potrawka. 

-  Była  w  porządku,  z  wyjątkiem  tych  japońskich  grzybów. 

One  nie  lubią  japońskich  grzybów,  Derek.  I  przekaŜ,  Ŝeby  nie 
przysyłali  marynowanych  karczochów,  tylko  świeŜe.  Ich 
ulubioną  potrawą  jest  indyk,  ale  nie  ta  przemielona  rola-da, 
tylko obrane mięso. 

Dał  chłopcu  napiwek  i  usiadł,  Ŝeby  skończyć  kawę. 

Obserwował,  jak  syjamczyki  pochłaniają  swoje  jedzenie.  Oba 

background image

 

 

były  doskonałym  wcieleniem  koncentracji.  Ogon  płasko 
ułoŜony  na  podłodze,  wąsy  zawinięte  do  tyłu  tak,  aby  nie 
przeszkadzały  w  jedzeniu.  Potem  starannie  się  wymyły  i  Yum 
Yum  wskoczyła  Qwilleranowi  na  kolana,  lądując  lekko  jak 
chmurka. Obróciła się dookoła trzy razy, zanim w końcu ułoŜyła 
się  wygodnie.  Koko  usadowił  się  na  półce  z  biografiami  i 
czekał, aŜ zacznie się dialog. 

Qwilleran przyjął taktykę rozmowy z kotami. Rozsądniej było 

mówić do kotów niŜ do siebie samego, co weszło mu w krew w 
czasie  długiego  Ŝycia  w  samotności.  Szczególnie  Koko  zdawał 
się  lubić  dźwięk  ludzkiego  głosu.  Odpowiadał  tak,  jak  gdyby 
rozumiał kaŜde słowo. 

- Koko, no i co myślisz o tej śmiesznej sugestii Brodiego? 
- Yow - powiedział kot z intonacją, która mogłaby wskazywać 

na dezaprobatę. 

-  Biedny  facet,  naprawdę  Ŝałuje,  Ŝe  Francesca  nie  weszła  do 

rodziny  Fitchów.  Zastanawiam  się,  czy  on  wie,  Ŝe  jego  córka 
przygotowuje dla mnie sztukę. 

- Nyik, nyik - powiedział Koko, unosząc się nerwowo. Nigdy 

nie wyraŜał entuzjazmu w stosunku do Ŝadnej z kobiet w Ŝyciu 
Qwillerana. 

Qwilleran  po  raz  pierwszy  spotkał  Frań,  kiedy  zaczął 

kupować meble w „Studiu Dekoracji Wnętrz Amandy". Amanda 
była pozbawioną taktu, zaniedbaną kobietą w średnim wieku, o 
siwych włosach. Łatwo wpadała w gniew, ale Qwilleran ją lubił. 
Jej  asystentka  była  młoda,  atrakcyjna,  przyjazna  i  ją  takŜe 
Qwilleran  lubił.  Obie  kobiety  ubierały  się  w  neutralne  kolory, 
które nie konkurowały z tkaninami i tapetami, jakie pokazywały 
klientom,  ale  na  Amandzie  szarości,  beŜe  i  brązy  wyglądały 
mdło,  a  na  smukłej  sylwetce  Franceski  prezentowały  się 
szykownie.  Z  upływem  czasu  Amanda  wycofała  się  ze  sklepu, 
prowadząc  interesy  zza  biurka,  podczas  gdy  jej  energiczna 
asystentka przejęła całkowicie kontakty z klientami. 

background image

 

 

Francesca  była  wysoka  po  ojcu,  miała  teŜ  jego  szare  oczy  i 

blond  włosy  o  rudawym  odcieniu,  ale  w  jej  stalowych  oczach 
Ŝ

arzyła się ambicja i determinacja. 

-  Wie,  Ŝe  jestem  związany  z  Polly  Duncan  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Ale  to  jej  zupełnie  nie  odstrasza.  Polly  ostrzegła 
mnie,  kiedy  zamierzałem  dołączyć  do  Klubu  Teatralnego  i 
chciałem zatrudnić Frań, ale myślałem, Ŝe to tylko mała kobieca 
niegodziwość... 

- Yow - odpowiedział surowo Koko. 
-  Przepraszam,  nie  to  miałem  na  myśli.  Powiedzmy,  Ŝe 

wyglądało to na zazdrość starszej kobiety o młodszą rywalkę. A 
Francesca  rzeczywiście  mierzy  wysoko!  Nie  wiem,  czy  chodzi 
jej o pieniądze Klingenschoenów, czy o mnie. 

- Nyik, nyik. 
-  Trudno  mi  zaakceptować  agresywność  młodego  pokolenia. 

MoŜe jestem staroświecki, ale lubię grę wstępną. 

Strategia  Franceski  była  aŜ  nadto  przejrzysta.  Poprosiła  o 

klucze  do  jego  sypialni  pod  pretekstem  nadzorowania 
robotników  i  dostawy  materiałów.  Przyniosła  próbki  tapet  i 
katalogi  mebli,  Ŝeby  mógł  je  uwaŜnie  przestudiować. 
ZaaranŜowała  teŜ  bliskie  konsultacje  na  kanapie,  podczas 
których  zdjęcia  i  próbki  rozłoŜone  były  na  ich  kolanach,  które 
przypadkowo raz za razem się stykały. Wyznaczała te tete-a-tete 
na  późne  popołudnia  i  Qwilleran  czuł  się  zobligowany  nalać 
kilka  drinków,  po  których  zaproszenie  na  kolację  było  juŜ 
nieuniknione.  Zaproponowała,  Ŝeby  pojechali  na  kilka  dni  na 
Niziny,  Ŝeby  wybrać  meble  i  kilka  dzieł  sztuki  w  tamtejszych 
galeriach i centrum wzornictwa. Chciała wytapetować ściany w 
jego  sypialni,  gdzie  zamierzała  teŜ  zrobić  lustrzany  sufit  i 
futrzane nakrycie łóŜka. 

Bez  wątpienia  Francesca  była  atrakcyjna.  Mówiła  duŜo,  z 

młodzieńczą werwą, uŜywała zmysłowych zapachów, a jej nogi 
wyglądały  prowokacyjnie  w  sandałach  na  wysokich  obcasach. 
JednakŜe  Qwilleran  miał  juŜ  prawie  pięćdziesiątkę  i  zaczynał 

background image

 

 

czuć  się  bardziej  komfortowo  w  towarzystwie  kobiet  w  swoim 
wieku, które nosiły rozmiar czterdzieści dwa. Polly Duncan była 
szefową  biblioteki  publicznej  w  Pickax  i  podzielała  jego 
zainteresowanie literaturą jak dotąd Ŝadna inna kobieta. Jej mąŜ 
zmarł  tragicznie  wiele  lat  temu  i  Polly  odkrywała  teraz  miłość 
na  nowo.  Jej  odpowiedzi  były  ciepłe  i  pełne  troski,  na  przekór 
rezerwie,  którą  pokazywała  na  zewnątrz.  Nie  afiszowali  się  ze 
swoim  związkiem,  ale  w  Pickax  było  niewiele  tajemnic  i 
wszyscy  wiedzieli  o  szefowej  biblioteki,  dziedzicu  fortuny 
Klingenschoenów i dekoratorce wnętrz. 

- Polly zaczyna się boczyć - powiedział Qwilleran do swojego 

uwaŜnego słuchacza. - Nie podoba mi się to, co zazdrość robi z 
kobietami.  Jest  inteligentna  i  ze  wszech  miar  godna  podziwu, 
ale...  nawet  największe  intelektualistki  tracą  czasem  panowanie 
nad sobą. Prędzej czy później będzie z tego afera! Czy myślisz, 
Ŝ

e bibliotekarki popełniają czasem zbrodnie w afekcie? 

- Yow - odparł Koko, drapiąc się po uchu tylną łapką. 
 
SCENA DRUGA 
 
Miejsce:        Śródmieście Pickax 
Czas:           Następny ranek 
Osoby:         Hdcie Rice, dziewczyna z Nizin 
Eddington  Smith,  handlarz  starymi  ksiąŜkami  Chad,  czarna 

owca  rodziny  Lanspeaków  Robotnicy  budowlani,  przechodnie, 
urzędnicy 

Qwilleran  zdecydował  się  na  codzienny  poranny  spacer  do 

ś

ródmieścia  po  wysłuchaniu  wiadomości  o  dziewiątej 

nadawanych przez radio PKX FM. „W nocy wandale otworzyli 
hydranty  przeciwpoŜarowe,  znacznie  uszczuplając  miejskie 
rezerwy  wody  i  uniemoŜliwiając  jednostce  straŜy  poŜarnej 
wyjechanie do poŜaru w zachodniej części miasta". 

Qwilleran,  weteran  dziennikarstwa,  który  pisał  dla  wielu 

waŜnych  gazet  w  całym  kraju,  nie  cierpiał  wiadomości 

background image

 

 

podawanych  przez  radio.  Tych  dwudziestoczterowyrazowych 
przynęt,  wepchniętych  między  setki  reklam.  Podsycały  tylko 
zaŜartą walkę między mediami drukowanymi i elektronicznymi. 
Qwilleran  rzucał  się  po  pokoju,  głośno  wykrzykując,  co 
postawiło koty w stan gotowości. 

-  Ile  hydrantów  odkręcono?  Gdzie  się  znajdowały?  Jaki  jest 

rozmiar  strat?  Jakie  koszty  poniesie  miasto?  Czyj  dom  spłonął 
wskutek  tych  wydarzeń?  Kiedy  odkryto  dewastację?  Dlaczego 
nikt nie zauwaŜył wypływu wody? 

Koty  skakały  po  pokoju  jak  zwykle,  kiedy  Qwilleran  wpadał 

w furię. 

-  Zresztą  niewaŜne,  wybaczcie  mi  ten  wybuch  -  powiedział 

juŜ spokojniejszym tonem, poklepując się po wąsach. - Za kilka 
dni dowiemy się tego z pierwszych stron gazet. 

JuŜ  od  wielu  lat  w  Moose  County  nie  było  dobrej  gazety. 

Obecnie  sytuacja  miała  się  poprawić.  Dzięki  Fundacji 
Klingenschoenów  i  zachętom  Qwillerana  w  następną  środę 
miało się ukazać pierwsze wydanie profesjonalnej gazety. 

Do  tego  czasu  były  tylko  dwa  wiarygodne  źródła  informacji. 

MoŜna było dołączyć do łańcuszka plotek, które krąŜyły między 
barami  kawowymi,  progami  domów  i  ponad  tylnymi 
podwórkami.  MoŜna  teŜ  było  udać  się  na  komisariat  policji, 
gdzie słuŜbę pełnił gadatliwy Brodie. 

-  Idę  do  miasta,  trochę  się  rozejrzę  -  poinformował  swoich 

współlokatorów  Qwilleran.  -  Pan  0'Dell  przyjdzie  posprzątać. 
Ma przykazane, Ŝeby nie dawać wam Ŝadnych kąsków, więc nie 
próbujcie  na  nim  swoich  sztuczek  a  la  „umieram  z  głodu".  Do 
zobaczenia. 

Koko  i  Yum  Yum  słuchały  nieporuszone,  a  potem 

towarzyszyły mu do schodów, gdzie oba ocierały szczęki o herb 
Mackintoshów,  aŜ  słychać  było  dźwięk  kłów  uderzających  o 
kute  Ŝelazo.  Qwilleran  często  rozmyślał  o  ich  cichych 
poŜegnaniach.  Było  im  przykro,  Ŝe  wychodził,  czy  wręcz 

background image

 

 

przeciwnie, cieszyły się? Martwiły się czy czuły ulgę? Kto mógł 
zgadnąć, co kryje się za tymi tajemniczymi błękitnymi oczami? 

Do  śródmieścia  chodził  zawsze  na  piechotę.  W  Pickax 

wszędzie 

było 

blisko, 

chociaŜ 

niewielu 

miejscowych 

przemieszczało  się  pieszo.  Kiedy  schodził  w  dół  podjazdem, 
robotnicy  pracujący  przy  renowacji  rezydencji  pozdrawiali  go 
serdecznie,  a  nadzorujący  ich  kierownik  uchylił  kapelusza  i 
zaprosił go do wnętrza budynku, Ŝeby ocenił postęp w pracach. 

Wnętrze 

dwupiętrowej 

rezydencji 

Klingenschoenów, 

zbudowanej  z  kamieni  o  grubości  pół  metra,  było  zupełnie 
wyburzone.  Budynek  przygotowywano  do  przebudowy  na  teatr 
z  profesjonalną  sceną,  widownią,  systemem  oświetlenia  oraz 
garderobami.  Widownia,  zaprojektowana  na  wzór  amfiteatru, 
mogła  pomieścić  trzystu  widzów.  Budynek  miał  się  stać  nową 
siedzibą Klubu Teatralnego. 

- Skończycie zgodnie z planem? - zapytał Qwilleran. 
-  Chyba  tak,  pod  warunkiem,  Ŝe  architekci  nie  kaŜą  nam 

czegoś zmieniać - powiedział nadzorca. - W przyszłym tygodniu 
ma  przylecieć  ktoś  z  Nizin  na  inspekcję.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie 
przyślą tej architektki, to cholernie twarda baba. 

Qwilleran  zaśmiał  się  na  tę  uwagę.  Biuro  architektoniczne  z 

Cincinnati, 

które 

zatrudniali, 

specjalizowało 

się 

projektowaniu  teatrów,  a  „twarda  baba",  której  tak  obawiał  się 
kierownik  budowy,  nazywała  się  Alacoque  Wright.  Qwilleran 
umawiał  się  z  nią  jeszcze  na  Nizinach,  zanim  nie  uciekła  z 
inŜynierem. 

Qwilleran  rozpoczął  swój  spacer,  zastanawiając  się  nad 

dziwnymi zrządzeniami losu i ponownym spotkaniem z Cokey. 

Trzy  budynki  na  Main  Street,  które  składały  się  na 

ś

ródmieście  Pickax,  były  wyjątkowe.  W  czasach  świetności 

miasto było głównym ośrodkiem górniczym i kamieniarskim w 
całym okręgu i wszystkie budynki handlowe zbudowane były z 
kamienia.  To,  co  stanowiło  o  niepowtarzalności  miejskiego 
krajobrazu Pickax, to charakter sklepów i budynków biurowych. 

background image

 

 

Wszystkie  one  były  miniaturowymi  kopiami  zamków,  świątyń, 
fortec  i  klasztorów,  i  odzwierciedlały  przesadnie  dekoracyjny 
gust dziewiętnastowiecznych potentatów górniczych. 

Przechodząc  koło  publicznej  biblioteki  (mieszczącej  się  w 

greckiej świątyni), Qwilleran automatycznie poszukał wzrokiem 
na parkingu Ŝurawinowo-czerwonego samochodu Polly Duncan. 
Przed  budynkiem  loŜy  masońskiej  (w  kształcie  małej  Bastylii) 
ochotnik  z  puszką,  zbierający  na  fundację  „Ratujmy  Nasze 
WęŜe", błysnął w kierunku Qwillerana przymilnym uśmiechem, 
pod  wpływem  którego  Qwilleran  wrzucił  do  puszki  jednego 
dolara.  Kiedy  mijał  sklep  z  galanterią  męską  „Scotties  Mens 
Shop"  (w  stylu  wiejskiego  domku  Cotswolda),  ze  środka 
wybiegła młoda kobieta. Miała rozwiane włosy, rozdętą szeroką 
spódnicę, a za nią furkotała targana przez wiatr damska torebka. 
Była  to  Hixie  Rice,  wylewna  szefowa  działu  reklamy  w  nowej 
gazecie Moose County.  Na Nizinach była jego sąsiadką i to on 
sprowadził ją do Pickax. 

- Cześć, Qwill! - zaszczebiotała. 
- Dzień dobry, Hixie. Jak się masz? 
-  Wspaniale,  nie  uwierzyłbyś.  Sprzedałam  Scottiemu 

podwójną rozkładówkę w pierwszym numerze i podpisał z nami 
kontrakt  na  dwadzieścia  sześć  tygodni.  Nawet  ta  nawiedzona 
księgarnia  wzięła  jedną  czwartą  strony.  A  dzisiaj  jem  w  klubie 
lunch  z  trzema  bankierami!  Nigel  Fitch  jest  czarujący,  a  jego 
synowie są uroczy, szczególnie ten z wąsami. Szkoda, Ŝe są obaj 
Ŝ

onaci. 

- Nie wiedziałem, Ŝe sprawia ci to jakąś róŜnicę. 
- Zapomnij o mojej skandalicznej przeszłości z czasów Nizin 

-  powiedziała  Hixie  ze  spektakularnym  gestem.  -  W  Pickax 
jestem  przyzwoita  do  szpiku  kości.  Odpuściłam  Ŝonatym 
męŜczyznom, nie palę i wyrzuciłam wszystkie szpilki. Kupiłam 
siedem  par  czółenek  u  Lanspeaków  i  wszędzie  w  nich  chodzę. 
Gdzie jesz dzisiaj kolację? Ja płacę. 

- Wybacz, Hixie, ale mam randkę. 

background image

 

 

- Dobra, złapię cię później. 
Hixie  wskoczyła  na  ulicę,  zwinnie  wymijając  samochody, 

półcięŜarówki i pikapy. Przesłała kierowcom kilka pocałunków, 
niektórzy gwizdali na nią z podziwem, inni trąbili z irytacją. 

Qwilleran  skierował  się  do  księgarni,  którą  Hixie  określiła 

jako  nawiedzoną.  Przynajmniej  raz  nie  przesadziła.  Księgarnia 
rozkraczyła  się  na  bocznej  ulicy,  na  tyłach  domu  towarowego 
Lanspeaków. Surowe kamienie ułoŜono tak, Ŝeby przypominały 
grotę. Głównym materiałem uŜytym do konstrukcji budowli był 
skaleń,  w  słoneczny  dzień  skrzył  się  jak  fasada  teatru 
rewiowego.  Obok  wejścia  wisiał  zniszczony,  prawie  juŜ 
nieczytelny  szyld  EDD'S  EDITIONS.  Za  zakurzoną  szybą 
wystawową  znajdowały  się  stare  ksiąŜki  o  wyblakłych 
okładkach i jedna wynędzniała roślina w doniczce. 

Zatopione  w  półmroku  wnętrze  księgarni  kontrastowało  z 

migoczącą  fasadą  budynku.  Qwilleran,  który  wszedł  do  środka 
wprost ze słonecznego światła, początkowo nie  widział nic, ale 
mrugał  tak  długo,  aŜ  zaczął  odróŜniać  kształty:  stoły 
obładowane  chaotycznymi  stosami  brudnych  ksiąŜek,  półki  od 
podłogi 

do 

sufitu 

zapchane 

szarawymi 

okładkami 

nieczytelnymi tytułami, chwiejną drewnianą drabinę. Szary pers 
spacerujący przez stół pełen starych magazynów, wachlujący się 
swoim puszystym ogonem jak miotełką do kurzu, dopełniał tego 
przedziwnego  obrazu.  Miejsce  to  było  przepełnione  zapachem 
kurzu i sardynek. 

Przybycie  Qwillerana  obwieszczone  zostało  brzęczeniem 

dzwoneczka  zawieszonego  nad  drzwiami  i  wkrótce  z  mroków 
wyłonił się właściciel. Eddington Smith był niewielkim, chudym 
człowieczkiem o szarych włosach, szarej cerze i nieokreślonym 
szarym ubraniu. Przypominał Qwilleranowi kogoś, kogo kiedyś 
znał, moŜe z wyjątkiem tego bladego uśmiechu - niezmiennego 
uśmiechu wyraŜającego pełne zadowolenie. 

-  Pozdrawiam  pana  -  powiedział  męŜczyzna  miękko  i 

przyjemnie. 

background image

 

 

-  Dzień  dobry,  Edd.  Ładny  dzień,  nieprawdaŜ?  Jak  się  ma 

Winston? - Qwilleran pogładził kota, który przyjął te pieszczoty 
z  wyniosłością  godną  premiera.  -  Jak  stary  jest  ten  budynek, 
Edd? Jest taki tajemniczy i taki fascynujący. 

-  Ma  ponad  sto  lat.  Początkowo  był  tu  sklep  kowala. 

Powiadają,  Ŝe  mason,  który  go  zbudował,  miał  nierówno  pod 
sufitem - mówił uprzejmie i delikatnie. 

- Mogę w to uwierzyć. 
- „Kształtujemy nasze budynki, aby one kształtowały nas", Ŝe 

zacytuję  pana  Churchilla.  To  spostrzeŜenie  wydaje  mi  się 
słuszne.  Mój  dziadek  mówił,  Ŝe  ten  kowal  był  normalnym 
jaskiniowcem. 

-  Jednak  budynek  nie  miał  podobnego  wpływu  na  ciebie  - 

zauwaŜył serdecznie Qwilleran. 

- A to prawda - powiedział Edd, nadal się uśmiechając. - Ale 

czuję  się  jak  coś,  co  mieszka  pod  kamieniem.  Doktor  Halifax 
mówi,  Ŝe  spędzam  w  sklepie  za  duŜo  czasu.  Mówi,  Ŝe 
powinienem  częściej  wychodzić,  dołączyć  do  klubu  i  mieć  w 
Ŝ

yciu  jakieś  przyjemności.  Nie  jestem  pewien,  czy  akurat  to 

sprawiłoby mi przyjemność. 

- Doktor Hal jest mądrym człowiekiem. 
-  „Praca  jest  większą  przyjemnością  niŜ  sama  przyjemność", 

tak  powiedział  Noel  Howard...  Co  mogę  dla  ciebie  dzisiaj 
zrobić? Czy chcesz tylko poszperać? 

- Szukam Britanniki z 1910 roku. 
- Jedenaste wydanie! - Księgarz pokiwał z uznaniem głową. - 

Zobaczę, co da się zrobić. Nadal szukam dla ciebie Szekspira. 

-  Pamiętaj,  chcę  kaŜdą  sztukę  w  oddzielnym  tomie.  Łatwiej 

się je czyta. 

Eddington uśmiechnął się szelmowsko. 
-  Jeden  brytyjski  uczony  nazwał  Szekspira  najseksow-

niejszym pisarzem angielskiej literatury. 

background image

 

 

-  Dlatego  teŜ  jest  tak  popularny,  i  to  juŜ  od  czterystu  lat  - 

Qwilleran  pogładził  jeszcze  Winstona  i  zaczął  zbierać  się  do 
wyjścia. 

- NaleŜysz do Klubu Teatralnego, prawda? 
- Tak, dołączyłem do nich niedawno. Zapoznaję się właśnie z 

rolą do następnej sztuki. 

-  Harley  Fitch  namawia  mnie,  Ŝebym  i  ja  spróbował.  Znasz 

Harleya? To miły młody człowiek. Bardzo przyjacielski. 

Qwilleran przysunął się bliŜej drzwi. 
-  Nie  sprawdziłbym  się  w  grze,  ale  mógłbym  podnosić  i 

opuszczać kurtynę. Tak, myślę, Ŝe to mógłbym robić. 

- Kiedy raz wejdziesz na scenę, Edd, moŜesz odkryć w sobie 

ukryte talenty - teraz Qwilleran trzymał juŜ rękę na klamce. 

-  Nie  przypuszczam.  Wszyscy  inni  w  klubie  są  bystrzy  i 

dobrze  wykształceni.  Harley  Fitch  i  jego  brat  byli  w  Yale.  Ja 
nigdy nie poszedłem do college'u. 

-  MoŜe  nie  masz  dyplomu,  Edd,  ale  jesteś  bardzo  oczytany  - 

zapewnił go Qwilleran. 

Eddington  spuścił  głowę,  uśmiechając  się  skromnie,  i 

Qwilleran  skorzystał  z  okazji,  Ŝeby  wyślizgnąć  się  na  światło 
słoneczne.  Myślał  o  tym  enigmatycznym  drobnym  człowieku. 
Jak zdołał utrzymać swoją księgarnię? Skąd brał pieniądze, Ŝeby 
kupować Winstonowi sardynki? W sklepie nigdy nie było wielu 
klientów.  Nie  sprzedawał  dodatkowo  ani  pocztówek,  ani 
papierowych  serwetek,  ani  teŜ  zapachowych  świeczek.  Tylko 
stare, wyblakłe, zakurzone i zatęchłe ksiąŜki. 

Qwilleran  poświęcił  teŜ  kilka  swoich  myśli  sławnej  rodzinie 

Fitchów, o której wszyscy mówili tylko z respektem, jeśli nie z 
adoracją.  W  ustach  tutejszych  mieszkańców  Fitchowie  byli 
„przyjaźni...  czarujący...  wypielęgnowani...  mądrzy...",  był  to 
„szlachetny  stary  ród...  prawdziwi  dŜentelmeni...".  Darzono  ich 
przecukrzonym uwielbieniem. 

Zatrzymał  się  w  barze  na  kawę,  a  potem  skierował  się  na 

komisariat, gdzie za biurkiem sierŜanta siedział Brodie. 

background image

 

 

-  Dzieciaki  znów  ruszyły  wczoraj  w  rejs  po  mieście  - 

powiedział do szefa policji. 

- Nie ma się z czego śmiać - odparł Brodie. - Ta nocna afera 

kosztowała  miasto  kilka  setek  za  wodę,  a  rodziny  z  zachodniej 
dzielnicy  patrzyły,  jak  ich  domy  płoną  z  powodu  niskiego 
ciśnienia wody w wodociągu. 

- Ile hydrantów zdołali odkręcić? 
- Osiem. UŜyli Ŝabek hydraulicznych, więc same hydranty nie 

są  uszkodzone.  W  pewnym  sensie  powinniśmy  być  wdzięczni 
przestępcom za ich roztropność. 

- Gdzie znajdują się te hydranty? 
- East Township Linę, strefa przemysłowa, w nocy nie ma tam 

Ŝ

ywej  duszy.  To  stało  się  między  trzecią  a  czwartą  nad  ranem, 

szacując  po  ilości  wody,  która  wyciekła.  To  jest  bez  sensu, 
kompletnie bez sensu! 

- Kiedy się zorientowaliście? 
-  Około  szóstej  rano.  Niskie  ciśnienie  uruchomiło  alarm  w 

fabryce plastiku, a ten z kolei zaalarmował straŜ poŜarną. Zaraz 
po tym zadzwonili z zachodniej dzielnicy. 

- Czyj dom się spalił? 
-  Młodego  małŜeństwa  z  trójką  dzieci,  nie  mieli 

ubezpieczenia.  W  cysternie  nie  było  wystarczająco  duŜo  wody, 
Ŝ

eby ugasić poŜar. Pomyśl tylko - dwieście pięćdziesiąt galonów 

wody  wsiąkło  w  ziemię!  Wkurza  mnie  to,  bo  mamy  dość 
powodzi,  poŜarów  i  tornad,  i  przecieŜ  nie  potrzebujemy  więcej 
katastrof, szczególnie tych powodowanych przez człowieka. 

-  Jak  to  się  stało,  Ŝe  nocny  patrol  nie  zauwaŜył  strumieni 

wody? 

Brodie rozłoŜył się ze znuŜeniem na oparciu fotela. 
-  Słuchaj,  mamy  tu  w  sumie  sześciu  ludzi,  wliczając  w  to 

mnie  i  sierŜanta.  Tydzień  ma  siedem  dni,  a  dzień  dwadzieścia 
cztery  godziny,  a  do  tego  mamy  całą  tę  cholerną  papierkową 
robotę!  Nie  moŜemy  się  rozdwoić!  W  piątek  w  nocy  mamy  w 
mieście  dwa  patrole.  To  dzień  wypłaty,  wiesz,  pijacy  oblewają 

background image

 

 

to jak święto, a potem odsypiają całą sobotę. Koncentrujemy się 
na  barach,  klubach  i  szkolnych  parkingach.  W  szkole  była 
wczoraj  duŜa  dyskoteka,  po  której  dzieciaki  poszły  hulać  po 
okolicy.  Jak  zwykle  hałas  i  awantury.  Spisaliśmy  kupę 
bezdomnych.  Były  dwie  bijatyki  w  tawernach,  trzy  wypadki 
samochodowe  i  wszystko  to  w  granicach  miasta.  Kierowcy  i 
pasaŜerowie zalani w trupa. Potem był mały poŜar w przytułku 
dla  starców.  Jakiś  staruch  palił  w  łóŜku  papierosa.  Nie  było 
szkód,  ale  zrobiła  się  taka  panika  jak  przy  trzęsieniu  ziemi. 
Mówię ci, Qwill, piątkowa noc to w Pickax piekło, zwłaszcza na 
wiosnę.  Tak  samo  było  sto  lat  temu,  kiedy  drwale  ściągali  do 
miasta i mieszali się z górnikami. 

- Widzę, Ŝe miałeś ręce pełne roboty. A co robili w tym czasie 

straŜnicy stanowi? 

-  Ach,  towarzyszyli  nam,  jeśli  nie  ścigali  właśnie  po  całym 

okręgu  jakichś  pijanych  kierowców.  Jeden  pościg  skończył  się 
kąpielą w rzece Ittibittiwassee. 

-  Wygląda  na  to,  Ŝe  wandalizm  się  nasila,  tak  jak  to 

przewidziałeś. 

-  Kiedy  znudziło  ich  wyrywanie  kwiatów,  zabrali  się  do 

grubszej  roboty.  Jest  sobota,  dzisiaj  w  nocy  znów  ruszą  na 
miasto  -  Brodie  spojrzał  pytająco  na  Qwillerana.  -  Musi  być 
jakiś sposób, Ŝeby przewidzieć, gdzie uderzą. 

-  Zapomnij  o  nadprzyrodzonych  zdolnościach  mojego  kota, 

Brodie. To nie zadziała. 

Qwilleran zasalutował szefowi policji i ruszył w swoją stronę. 

Przed lunchem zamierzał pójść jeszcze w jedno miejsce. Chciał 
się spotkać z czarną owcą rodziny Lanspeaków. 

Dom towarowy był największym budynkiem na Main Street. 

Przypominał  bizantyjski  zamek,  oflagowany  na  murach.  Ten 
teatralny akcent pasował do Larryego Lanspeaka. On i jego Ŝona 
Carol  byli  sercem  Klubu  Teatralnego.  Ich  energia  i  entuzjazm 
stały  się  w  Pickax  legendarne,  to  samo  tyczyło  się  ich  domu 
towarowego.  W  latach  osiemdziesiątych  dziewiętnastego 

background image

 

 

stulecia  mieszkańcy  Moose  County  zaopatrywali  się  w  małym 
jeszcze wówczas sklepie wielobranŜowym Lanspeaków w naftę, 
proch,  uprzęŜe  dla  koni,  suchary,  ser  i  perkal  sprzedawany  na 
metry.  Obecnie  asortyment  poszerzył  się  o  dział  perfumeryjny, 
bieliznę,  kuchenki  mikrofalowe,  telewizory,  wędki  i  koszulki 
gimnastyczne. 

Koszulki gimnastyczne - to był haczyk Qwillerana. Skierował 

się prosto do działu z męską odzieŜą, znajdującego się na tyłach 
sklepu.  Oznaczało  to  przejście  slalomem  przez  dział  kobiecy  z 
jego  zmysłowymi  zapachami  i  pełnymi  jedwabi  ekspozycjami. 
Sprzedawcy, którzy doradzali mu w wyborze swetrów, płaszczy 
i  bluzek  w  rozmiarze  Polly  Duncan,  rozpromieniali  się  na  jego 
widok. 

- Dzień dobry, panie Qwilleran. 
- W czym mogę słuŜyć, panie Qwilleran? Właśnie dostaliśmy 

piękne jedwabne szaliki. Z prawdziwego jedwabiu! 

W dziale sportowym młody człowiek pokładał się na szklanej 

ladzie, przeglądając katalog z bronią. Jego mysi kucyk i wąsy w 
stylu  FuManchu  wyglądały  dość  ekstrawagancko  jak  na 
konserwatywne miasteczko, jakim było Pickax. 

- Macie jakieś koszulki gimnastyczne? - zapytał go Qwilleran. 
- Na wieszaku - sprzedawca ze znudzeniem wskazał głową w 

kierunku regału z ubraniami. 

-  Macie jakieś zielone? 
- Mamy tylko takie, jakie są na wieszaku. 
- Ile kosztują? 
- To zaleŜy. Cena jest na metce. 
- Przepraszam, ale nie wziąłem ze sobą okularów - powiedział 

Qwilleran.  -  Będzie  pan  tak  miły  i  pomoŜe  mi?  -  to  było 
kłamstwo,  ale  Qwilleran  lubił  irytować  sprzedawców,  którzy 
irytowali jego. 

Młody  sprzedawca  z  niechęcią  porzucił  swój  katalog  broni  i 

znalazł ogromną koszulkę w rozmiarze L za umiarkowaną cenę. 
Kiedy  młody  człowiek  wypisywał  pokwitowanie,  Qwilleran 

background image

 

 

przyglądał się wędkom i kołowrotkom, łukom i strzałom, noŜom 
myśliwskim,  kołom  ratunkowym,  plecakom  i  całemu  temu 
sprzętowi,  który  nie  miał  nic  wspólnego  z  jego  stylem  Ŝycia. 
Wypatrzył  jednak  jeden  przedmiot,  którego  wyciągnięcie 
sprawiłoby  sprzedawcy  duŜą  trudność.  Była  to  para  rakiet 
ś

nieŜnych, wisząca wysoko na ścianie. 

- Czy to jedyne rakiety, jakie macie? - dopytywał się. 
- Nie zamawiamy zimowego sprzętu na wiosnę. 
- Z czego są wykonane? 
- Z aluminium. 
- Chciałbym je wypróbować. 
- Muszę przynieść drabinę. 
-  To  dobry  pomysł  -  powiedział  Qwilleran  zadowolony  ze 

swojego tekstu i tego, jak odegrał tę scenę. 

Z  pewnym  trudem,  mrucząc  pod  nosem  z  niezadowolenia, 

sprzedawca  ściągnął  rakiety,  a  Qwilleran  bez  pośpiechu  zaczął 
się im przyglądać. 

- Jak przymocowuje się je do nogi? 
- Paskami. 
- Gdzie jest przód, a gdzie tył? 
- Ogon jest z tyłu. 
- To ma sens. To jedyny typ, jaki się nosi? 
-  Zimą  miewamy  takie  z  drewnianą  ramą  i  skórzanymi 

rzemieniami. 

- A ty uŜywasz rakiet? 
- Tak, kiedy sprawdzam sidła. 
- UŜywasz aluminiowych czy drewnianych? 
- Drewnianych, ale sam je robię. 
-  Sam  sobie  przygotowujesz  rakiety?  Jak  to  się  robi?  -w 

pytaniu Qwillerana wyczuwało się szczery podziw. Sprzedawca 
jakby się nagle oŜywił. 

-  Ścinasz  jesion  na  ramę.  Zabijasz  łanię  i  z  jej  skóry  robisz 

rzemienie. 

- Niesamowite! Skąd się tego nauczyłeś? 

background image

 

 

Chłopak 

wzruszył 

ramionami, 

wyglądał 

na 

prawie 

zadowolonego. 

- Po prostu jakoś wyszło. 
- A jak udaje ci się zrobić okrągłą ramę? 
- Przycinam odpowiedni kawałek, podgrzewam i naginam, to 

wszystko. 

-  Zadziwiające!  Jestem  na  Północy  od  niedawna,  ale 

chciałbym  spróbować  chodzenia  z  rakietami  następnej  zimy. 
Czy to trudne? 

- Wystarczy stawiać jedną stopę za drugą i nie spieszyć się. 
- Jak szybko się poruszasz? 
-  To  zaleŜy  od  śniegu.  Od  tego,  czy  jest  zbity,  czy  miękki. 

DuŜo  zaleŜy  od  tego,  czy  idziesz  pod  wiatr.  Sześć  kilometrów 
na godzinę to niezły wynik. 

- Są w róŜnych rozmiarach? 
- W róŜnych rozmiarach i w róŜnym typie. Ja wypróbowałem 

wszystkie. Zrobiłem takie w stylu Michigan, niedźwiedzią łapę, 
arktyczne - wszystkie. 

- Robisz je na sprzedaŜ? 
- Nigdy tego nie robiłem, ale... 
-  Kupiłbym  parę  ręcznie  robionych,  gdybym  mógł  zobaczyć 

kilka ich rodzajów. 

-  Mam  kilka  w  moim  wiejskim  domku.  Myślę,  Ŝe  mógłbym 

przywieźć je tutaj w przyszłym tygodniu. 

- Przyniósłbyś próbki do mojego mieszkania? 
- Gdzie pan mieszka? 
-  Za  rezydencją  Klingenschoenów,  nad  garaŜem.  Nazywam 

się  Qwilleran.  -  W  oczach  sprzedawcy  pojawił  się  błysk, 
zapewne skojarzył swojego klienta. - A ty jak się nazywasz? 

- Chad. 
- To kiedy mógłbyś przyjść do mnie z próbkami? 
- MoŜe we wtorek. Po pracy. 
- O której kończysz? 
- O wpół do szóstej. 

background image

 

 

- O siódmej mam próbę w Klubie Teatralnym. MoŜesz być u 

mnie nie później niŜ o szóstej? 

- Tak myślę. 
Qwilleran  opuszczał  sklep  w  dobrym  nastroju.  Nie 

potrzebował  wcale  rakiet  śnieŜnych  ani  nawet  zielonego 
podkoszulka.  Chciał  tylko  zaspokoić  swoją  ciekawość  co  do 
Chada Lanspeaka. 

Była sobota rano. 
W nocy z soboty na niedzielę wandale włamali się do szkoły 

ś

redniej w Pickax i zniszczyli komputer. 

 
SCENA TRZECIA 
 
Miejsce:  Sala prób, centrum wspólnoty Pickax  
Czas:  Poniedziałek późnym wieczorem  
Osoby:  Członkowie Klubu Teatralnego podczas próby sztuki 

arszeniki stare koronki 

- To na razie, dzieciaki! Widzimy się jutro wieczorem. 
-  Do zobaczenia wszystkim. Podrzucić kogoś? 
-  Dobranoc,  Harley,  nie  zapomnij  przynieść  na  jutro  trąbki 

twojego dziadka. 

-  Mam nadzieję, Ŝe uda mi się ją znaleźć. 
-  Czy ktoś pisze się na piwo u Bada? 
-  Kochanie, z przyjemnością, jeśli stawiasz. 
-    Słuchajcie  wszyscy,  zanim  pójdziecie!  Bądźcie  jutro 

punktualni.  śadnych  wymówek.  Od  jutra  zaczynamy  pracować 
nad dyscypliną. 

-  Dobrej nocy, Francesca. Jesteś naszym etatowym kierowcą, 

ale kochamy cię za to. 

-  Dobranoc, David... Dobranoc, Edd. Nie martwcie się o nic. 

Będziecie świetni. Dobrze jest mieć was w kompanii. 

-    Dobranoc,  Frań  -  powiedział  Qwilleran.  -  Podjęłaś  się 

poŜytecznej  roboty,  decydując  się  utrzymać  w  karbach  tych 
klaunów. 

background image

 

 

-  Nie  idź  jeszcze,  Qwill,  chciałabym  z  tobą  porozmawiać. 

Patrzyła, jak reszta wychodzi. Jedni młodzi, inni nie za 

bardzo.  Utalentowani  albo  po  prostu  zakochani  w  teatrze, 

bogaci i biedni,  ale wszyscy  wyglądający jednakowo w swoich 
nijakich  roboczych  strojach.  Niedobrane  spodnie  i  góry, 
zniszczone  i  po  prostu  brzydkie.  W  swojej  nowej  zielonej 
koszulce  Qwilleran  czuł  się  zbyt  dobrze  ubrany.  Nawet  Frań, 
która  w  pracy  była  przesadnie  elegancka,  dzisiaj  wyglądała 
niechlujnie  w  spranych  legginsach,  trampkach  i  starej  koszuli 
swojego  ojca.  Tylko  Eddington  Smith  stawił  się  na  próbę  w 
garniturze, krawacie i białej koszuli. 

Frań usiadła naprzeciwko Qwillerana i powiedziała: 
-  Qwill,  będziesz  gwiazdą  tego  przedstawienia,  kiedy 

krzykniesz  swoim  grzmiącym  głosem  „Bijcie!"  i  „Do  ataku!". 
Chciałabym  jednak  zobaczyć  wybuch  energii,  kiedy  galopujesz 
po  schodach  z  wyimaginowanym  mieczem.  Pamiętaj,  myślisz, 
Ŝ

e  jesteś  Teddym  Rooseveltem,  który  szturmuje  wzgórze  San 

Juan. 

-  Nie  wiesz,  o  co  prosisz,  Frań.  Jestem  flegmatyczny  z 

wyboru i z temperamentu, a z wiekiem się to pogłębia. 

-  No  to  się  przestaw  -  powiedziała  ze  słodkim  uśmiechem, 

którym  posługiwała  się  zawsze,  Ŝeby  uzyskać  to,  na  czym  jej 
zaleŜało. -Jutro wieczorem będziesz mógł popróbować z trąbką, 
jeśli Harley nie zapomni jej przynieść. 

-  Show  będzie  naleŜał  do  bliźniaków.  Harley  w  przebraniu 

Borisa  Karloffa  i  David  grający  obślizgłego  doktora  -  idealny 
lizus. 

- Obaj są utalentowani. I tacy dobrzy sportowcy. Marnują się 

w banku - Spojrzała na zegarek, ale nie spieszyła się jeszcze do 
wyjścia. 

-  Cieszę  się,  Ŝe  dałaś  Eddingtonowi  rolę.  Wiem,  Ŝe  jest 

przeraŜony, ale... 

-  Będzie  idealnym  panem  Gibbsem,  prawda?  Mam  tylko 

nadzieję, Ŝe będzie ćwiczył emisję głosu. On mówi szeptem. 

background image

 

 

-  Nikt  nie  krzyczy  w  księgarni,  a  tam  właśnie  spędził  całe 

swoje Ŝycie. 

- Tak czy inaczej jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam 

porozmawiać.  W  lecie  chcemy  wystawić  sztukę  Dzwonek, 
ksiąŜka  i  rączka  i  potrzebujemy  kota  do  roli  Pyewacke-ta.  Czy 
myślisz, Ŝe... ? 

-  Nie,  nie  wydaje  mi  się,  Ŝeby  Koko  się  nadawał  do  tej  roli. 

Jest  skrajnie  niezaleŜny.  Nie  daje  sobą  kierować.  Woli  teŜ 
własne scenariusze. 

-  MoŜe  powinniśmy  ogłosić  nabór  i  zaprosić  ludzi,  Ŝeby 

przynosili swoje koty. 

-  Wznieciłabyś  zamieszki.  Miałabyś  na  karku  trzystu 

miłośników  kotów  i  ich  trzysta  pupilków  piszczących, 
plujących, walczących i wspinających się po kurtynie. A ludzie 
zachowywaliby  się  jeszcze  gorzej.  Przepychanki,  chamstwo, 
brak  jakichkolwiek  względów.  Jeden  zespół  z  Nizin  tak  się 
urządził. Musieli wzywać policję. 

-  Ale  to  by  przysporzyło  nam  rozgłosu.  Kiedy  zacznie 

wychodzić  gazeta,  będziemy  mieli  reklamę.  Obiecali,  Ŝe 
zrcenzują nasze przedstawienie. 

- Chyba śnią! śe niby kto to zrobi? Znasz jakiegoś krytyka w 

Moose County? 

-  Ciebie  -  powiedziała  ze  swoim  słodkim  uśmiechem. 

Qwilleran wypuścił powietrze przez wąsy. 

-  A  jak  mam  siedzieć  w  piątym  rzędzie  na  środku  widowni, 

robić  notatki  i  jednocześnie  być  na  scenie,  dąć  w  trąbkę  i 
szturmować wzgórze San Juan? 

-  Jakoś  to  wymyślisz  -  potrafiła  być  w  jednej  chwili  skrajnie 

nielogiczna,  a  zaraz  potem  przeraŜająco  wyrachowana.  -  Czy 
teatr będzie gotowy na czas? 

-  Obiecali,  Ŝe  tak.  Ale  z  budowlańcami  nigdy  nie  wiadomo. 

Elektryka  moŜe  porazić  prąd,  hydraulik  moŜe  zatonąć,  malarze 
nawdychają się toksycznych wyziewów, stolarze wykrwawią się 
na śmierć. 

background image

 

 

-  Co  myślisz  o  tym,  Ŝeby  rozpocząć  sezon  rewią,  a  nie 

broadwayowską sztuką? 

- Co masz na myśli? 
-  Humorystyczne  epizody...  dowcipne  parodie...  chórki... 

komiczne  akty.  Harley  i  David  mają  w  repertuarze  zabawny 
numer  dla  bliźniaków.  Susan  tańczyła  w  college'u,  mogłaby 
zrobić choreografię. 

- Masz w głowie jakiś temat? 
-  To  powinna  być  parodia  codzienności,  nie  myślisz?  To 

znaczy  telewizji,  mody,  muzyki  pop,  Departamentu  Skarbu  - 
cokolwiek  w  tym  stylu.  I  najlepiej,  Ŝeby  akcja  toczyła  się  w 
Moose County. 

-  A  kto  napisze  te  dowcipne  epizody  i  humorystyczne 

parodie? - Qwilleran domagał się odpowiedzi. 

-  Ty  -  znów  ten  kuszący  uśmiech.  Qwilleran  wykrztusił  z 

siebie protest. 

-    To  zajmie  duŜo  czasu  i  uwagi,  a  wiesz,  Frań,  Ŝe  piszę 

powieść. 

Spojrzała na zegarek. 
- No, pomyśl o tym. Teraz muszę iść do domu. Spodziewam 

się  zamiejscowej  rozmowy.  Ma  dzwonić  moja  matka.  Jest  w 
odwiedzinach  u  ciotki  na  Nizinach.  Dziękuję  za  twój  wkład, 
Qwilł. Widzimy się jutro dokładnie o siódmej. 

Qwilleran  wracał  do  domu  wolnym  krokiem,  ciesząc  się 

odświeŜającą  wiosenną  bryzą.  W  poniedziałkową  noc 
ś

ródmieście  było  zawsze  wyludnione  i  nad  Main  Street  zaległa 

tajemnicza  cisza.  Jego  kroki  dudniły  echem  w  kanionie,  który 
tworzyły kamienne budynki. 

Powoli  zaczynał  przekonywać  się  do  pomysłu  oryginalnej 

rewii. W college'u pisywał studenckie przedstawienia. Zabawne 
byłoby pisanie parodii znanych piosenek, po jednej o kaŜdym z 
miasteczek  Moose  County.  Pierwsi  osadnicy  nadali  im 
dziwaczne  obce  nazwy  Sawdust  City,  Chipmunk,  Squunk 
Corners,  Middle  Hummock,  West  Middle  Hummock,  Wildcat, 

background image

 

 

Smiths Folly, Mooseville, było tam nawet miasteczko o nazwie 
Brrr (był to biegun zimna w Moose County). 

Parodie  byłyby  łatwe  do  napisania,  pomyślał.  Spróbował  w 

myślach  ułoŜyć  kilka  początków  i  swoim  potęŜnym  barytonem 
zanucił, a echo wtórowało mu w ulicznym kanionie. 

Wszystko  jest  niemodne  w  Sawdust  City...  W  dół  drogą 

Ittibittiwassee...  Middle  Hummock,  oto  nadchodzę...  Kwiecień 
w Chipmunk; kwitnę chwasty... Kiedy w Mooseville nadchodzi 
plaga komarów... Szaleję za Wildcat... 

Tak śpiewając, szybko dotarł do parku. W tym miejscu Main 

Street rozwidlała się i okrąŜała mały park, na którego obwodzie 
stały dwa kościoły, sąd, biblioteka publiczna i przyszły teatr. W 
szopie paliło się nocne światełko, ale długi podjazd do wozowni 
tonął  w  ciemnościach.  KsięŜyc  skrył  się  za  chmurą,  a  do  tego 
Qwilleran  zapomniał  włączyć  naroŜne  światła  na  zewnątrz 
domu. 

Otworzył drzwi, wszedł do środka po omacku i namacał ręką 

włącznik, ale światło nie zapaliło się. Nie włączyła się teŜ lampa 
na  schodach.  Wysiadły  korki,  pomyślał.  Miejscowy  „Ŝart" 
polegał na tym, Ŝe odłączano prąd na wszelki wypadek, jeśli w 
prognozie  pogody  przewidywano  burzę.  Zaczął  wspinać  się  po 
schodach  po  ciemku.  Brodie  miał  rację,  były  strome,  a  stopnie 
za wąskie. W całkowitej ciemności zdawały się jeszcze węŜsze i 
jeszcze  bardziej  strome.  Wspinał  się  powoli  i  ostroŜnie, 
chwytając się za poręcz. 

W  połowie  drogi  na  górę  Qwilleran  zatrzymał  się.  Na  klatce 

panowała ostra woń - prawie jakby to była kawa, a moŜe to była 
spalenizna?  Przepaliły  się  kable?  Kiedy  koty  były  same  w 
domu, obawiał się zawsze poŜaru. 

W  tej  chwili  usłyszał  dźwięk,  którego  nie  mógł  rozpoznać. 

Wsłuchiwał  się.  Koty  były  zamknięte  w  swoim  pokoju  na 
odległym krańcu budynku, a to nie był odgłos zwierzęcia, tylko 
metaliczne  skrobanie  o  drewno.  Przypomniał  sobie  o  Ŝelaznym 
herbie  opartym  o  ścianę  na  wyŜszej  kondygnacji.  Jeśli  spadnie 

background image

 

 

na  niego  z  góry,  zmiecie  go  wprost  na  parter.  Przywarł  płasko 
do ściany i posuwał się wzdłuŜ niej, wolno, po jednym schodku. 

Na  korytarzu  przystanął  i  znowu  nasłuchiwał.  Wyczuwał 

czyjąś obecność. Nie było Ŝadnych dźwięków, ale ktoś tam był i 
oddychał.  Drzwi  do  salonu  były  otwarte,  a  pamiętał,  Ŝe  je 
zamykał przed wyjściem. Całkowita ciemność, w jakiej spowity 
był dom, wskazywała na to, Ŝe okiennice były zamknięte, a był 
pewien,  Ŝe  zostawił  je  otwarte.  Teraz  nie  wątpił,  Ŝe  słyszy 
oddechy,  i  zobaczył  parę  czerwonych  oczu  świecących  się  w 
zaciemnionym pokoju. 

OstroŜnie  poszukał  włącznika,  mając  nadzieję,  Ŝe  będzie 

działał. Jego ręka dotknęła czegoś włochatego. 

Z gardła Qwillerana wydobył się horrendalny ryk. Było w nim 

coś  z  ryku  uwięzionego  lwa,  zranionego  słonia  i  chorego 
wielbłąda. Tego wrzasku nauczył się w Afryce Północnej. 

Prawie natychmiast zapaliło się światło i chór stremowanych 

głosów cienko zaśpiewał Sto lat! W pokoju było ze dwa tuziny 
ludzi.  Wszyscy  nieśmiali  i  przestraszeni,  z  poczuciem  winy 
malującym się na twarzach. 

- Niech was cholera jasna, co za głąby! - zawył Qwilleran.  
- Mogliście mnie przyprawić o zawał serca! Co to jest? 
Przed  nim  piętrzył  się  czarny  niedźwiedź  ze  szklanymi 

oczami  i  rozwartą  paszczą,  stojący  na  tylnych  łapach.  Jedna  z 
przednich łap spoczywała na wyłączniku. 

Dwie  jarzące  się  czerwone  plamki  to  były  światełka  małej 

maszynki,  która  stała  na  karczmianym  stoliku  do  gry  w  karty  i 
bulgotała. 

- Przepraszam, to moja wina - powiedziała Francesca.  
- To moja wina. Wykorzystaliśmy klucz, który mi dałeś. 
- Mojemu klonowi naleŜą się pochwały za przekonującą grę - 

wtrącił Harley Fitch. 

- Mój klon powykręcał Ŝarówki - dodał jego brat David, ten z 

wąsami.  -  Stał  na  moich  ramionach  i  tym  wierceniem  się 
doszczętnie zrujnował mi golf. 

background image

 

 

Qwilleran zwrócił się do Franceski: 
-  To  dlatego  tak  mnie  przetrzymałaś.  Zastanawiałem  się, 

czemu co pięć minut spoglądasz na zegarek. 

- Potrzebowaliśmy pół godziny, Ŝeby się tu dostać i wszystko 

urządzić. Musieliśmy zaparkować samochody tak, Ŝeby nikt ich 
nie  widział,  trzeba  było  się  tu  wdrapać,  wciągnąć  niedźwiedzia 
po tych cholernych schodach i ukryć półcięŜarówkę Wally'ego. 

-  Tak  się  złoŜyło,  Ŝe  miałem  w  samochodzie  tego 

niedźwiedzia, mam go dostarczyć do klienta - powiedział Wally 
Toddwhistle, młody wypychacz zwierząt. 

- A skąd wiedzieliście, Ŝe dzisiaj są moje urodziny? 
-  Tata  sprawdził  na  twoim  prawie  jazdy  -  wyjaśniła  Fran-

cesca. 

-  A  to  tam,  co  to  jest?  -  Qwilleran  wskazał  na  maszynkę  z 

dwoma czerwonymi światełkami. 

- To jest prezent od nas wszystkich - odrzekła Ŝona Da-vida.  
-  Protest  przeciwko  zabójczej  kawie,  którą  nam  serwujesz. 

Ustawiasz  go  na  tyle  filiŜanek  i  na  taką  moc,  na  jaką  chcesz. 
Zegar go włącza i wyłącza. 

Potem ktoś' rozłoŜył papierowe talerze i filiŜanki, a ktoś' inny 

odkrył  prostokątne  ciasto  ozdobione  rysunkiem  trąbki  i 
teatralnym napisem „Połamania kości!". 

Kiedy Qwilleran ochłonął, aktorzy i ekipa Arszeniku i starych 

koronek odetchnęła. Byli tam wszyscy: Carol Lanspeak i Susan 
Exbridge,  które  grały  przygłupie  stare  siostry;  Larry  Lanspeak, 
aktor  charakterystyczny  o  wielu  twarzach;  Harley  i  David 
Fitchowie,  którzy  lubili  grać  pijaków,  dziwaków  i  potwory; 
mądra  Ŝona  Davida,  Jill,  która  projektowała  kostiumy  i 
scenografię; Wally Toddwhistle, mistrz w budowaniu planów ze 
skrzynek  po  pomarańczach,  kleju  i  szpul  po  kablach;  Derek 
Cuttlebrink,  który  przygotowywał  się  do  swojej  pierwszej  roli; 
Eddington Smith, któremu z trudnością przychodziły swobodne 
kontakty  z  innymi  ludźmi,  i  inni  członkowie  zespołu,  których 
Qwilleran znał tylko z widzenia. Wszyscy mówili naraz: 

background image

 

 

Susan:  Kochanie,  twoje  wejście  w  drugim  akcie  było 

rewelacyjne! 

Frań:  Aktor,  który  czuje,  Ŝe  jest jednością,  przemawia  całym 

swoim ciałem, Derek. 

Carol: Jak się ma twoja Ŝona, Harley? 
Harley:  W  porządku,  ale  trochę  draŜliwa.  Lekarz  kazał  jej 

przestać palić, dopóki dziecko się nie urodzi. 

Wally: Co to jest to duŜe Ŝelazne coś na schodach? 
Qwilleran:  To  część  bramy,  jak  mi  się  zdaje.  Przyjechała  ze 

Szkocji. 

Larry:  Na  samym  początku  przedstawienia  podniosła  się  i 

musiałem improwizować całą scenę. Myślałem, Ŝe ją zabiję! 

David:  Zapuściłem  wąsy  do  roli  w  Pijaczynie,  bo  jestem 

uczulony na klej, a potem postanowiłem ich nie golić, podobają 
się Jill. 

Derek: A gdzie są koty? 
Qwilleran:  W  swoim  pokoju,  oglądają  telewizję.  Mam  je 

wypuścić? 

Koko  i  Yum  Yum  weszły  ramię  w  ramię,  jak  para  koni 

zaprzęŜona do karety. W progu zatrzymały się  gwałtownie.  Ich 
nosy,  uszy  i  wąsy  badały  sytuację:  hałaśliwi  nieznajomi  jedzą 
kruszące  się  ciasto.  Chwilę  później  wyczuły  niedźwiedzia, 
wiszącego  nad  nimi  złowrogo.  Yum  Yum  zaczęła  uderzać  na 
obie  strony  ogonem,  zjeŜyła  grzbiet,  połoŜyła  po  sobie  uszy  i 
wąsy, zmruŜyła oczy i pokazała kły. Koko skradał się do bestii 
wolno, z brzuchem przy podłodze, zanim nie upewnił się, Ŝe jest 
nieszkodliwa.  Wtedy  odwaŜnie  powąchał  jej  tylne  nogi  i 
podniósł się, Ŝeby zaatakować sztywne futro. Następnie zwrócił 
uwagę  na  wypychacza,  który  nerwowo  przyglądał  się  dziełu 
Koko. Koko obwąchał gruntownie Wally'ego Toddwhistle'a. 

-  Wie,  Ŝe  masz  do  czynienia  ze  zwierzętami  -  powiedział 

Qwilleran, Ŝeby wytłumaczyć niedyskretne węszenie Koko. 

-  Moja  matka  mawiała,  Ŝe  jeśli  kot  cię  polubi,  to  znaczy,  Ŝe 

masz ksiąŜęcy charakter - starał się przypochlebić Wally. 

background image

 

 

Harley Fitch podniósł prawą rękę na znak zgody. 
-  Jeśli  matka  Wally'ego  tak  mówiła,  to  znaczy,  Ŝe  to  święta 

prawda. MoŜecie mi wierzyć. 

- Amen! - powiedział David. 
-  Kto  kupuje  niedźwiedzia?  -  zapytał  Qwilleran  młodego 

wypychacza. 

-  Gary  Pratt,  do  swojego  baru  w  „Hotel  Booze".  Muszę 

zawieźć  go  jeszcze  dzisiaj,  kiedy  stąd  wyjdę.  Znasz  Gary'ego? 
Moja  matka  mówi,  Ŝe  bardziej  przypomina  niedźwiedzia  niŜ 
człowieka. 

- Słuchajcie, słuchajcie! - nawoływał Harley. 
Tymczasem  Koko  odkrył,  Ŝe  niektórzy  z  hałaśliwych 

nieznajomych  siedzą  na  podłodze,  do  czego  miał  boskie  prawo 
tylko on sam. Podkradał się do nich i skrzeczał: 

- Nyik, nyik, nyik! 
Yum  Yum  uspokoiła  się  i  chodziła  między  gośćmi, 

sprawdzając  ich  sandały,  kowbojki  i  trampki,  ale  Ŝadne  jej  nie 
zainteresowały. Potem odkryła sznurowane półbuty Eddingtona 
Smitha.  Onieśmielony  księgarz  stał  na  uboczu  i  Qwilleran 
podszedł do niego. 

-  Znalazłem  dla  ciebie  kilka  komedii  Szekspira.  Starsza  pani 

w  Squunk  Corners  miała  je  u  siebie  na  strychu.  Są  w  dobrym 
stanie  -  powiedział  Edd  miękkim  głosem,  uśmiechając  się 
nieznacznie. 

- Nie wiedziałem... u Barda są następne... w Squunk Corners - 

powiedział  nieobecnym  głosem  Qwilleran,  który  śledził 
zachowanie  kotów.  Yum  Yum  rozwiązywała  radośnie 
sznurowadła  Edda,  a  Koko  badał  jego  skarpetki  i  nogawki 
spodni. Robił to uwaŜnie i dokładnie, jego wąsy były ustawione 
do przodu, a oczy rzucały dzikie błyski. 

- Ludzie tutaj - wyjaśniał Eddington - zbierali kiedyś rzadkie 

ksiąŜki,  ciekawe  druki,  pierwsze  wydania.  Mam  na  myśli 
bogatych ludzi. Przynajmniej to moŜna było robić w Pickax. 

background image

 

 

- Kiedy zacznie działać gazeta, powinni przysłać reportera do 

twojego sklepu. Mógłbyś udzielić wywiadu. 

- Nie jestem pewien, czy jestem właściwą osobą - zamyślił się 

księgarz. - Kupiłem reklamę, tylko jedną czwartą strony. Nigdy 
przedtem się nie ogłaszałem, ale przyszła do mnie jedna młoda 
dama i powiedziała, Ŝe powinienem. „Reklama jest... kampanią 
wywrotową  skierowaną  przeciwko  intelektualnej  szczerości  i 
integralności moralnej". Ktoś tak powiedział. Wydaje mi się, Ŝe 
Toynbee - dodał Edd z poczuciem winy. 

-  Reklama  na  jedną  czwartą  strony  cię  nie  skompromituje  - 

zapewnił go Qwilleran. 

W  tym  momencie  wszedł  Harley  Fitch  z  ciastem  na  tacy  i 

Koko skupił uwagę na  wiceprezesie banku, który  pocierał lewą 
stopą prawą kostkę, międlił dłońmi dŜinsy i odkrztuszał ślinę. 

- Zjedz kawałek ciasta, Edd - powiedział najczulszym głosem, 

jakby księgarz był głuchy. 

-  Zjadłem  juŜ  dwa  kawałki.  „Rozum  powinien  kierować 

apetytem". 

- Kto to powiedział, Edd? 
- Cyceron. 
-  Cyceron  chciałby,  Ŝebyś  zjadł  jeszcze  kawałek.  Jak  często 

chodzisz na przyjęcia urodzinowe? 

-  Nigdy  przedtem  nie  byłem  na  przyjęciu  -  przyznał  ze 

smutkiem Edd. 

- Nawet na swoim własnym? 
Mały człowieczek zaprzeczył ruchem głowy i uśmiechnął się 

tym swoim uśmiechem na wszystkie okazje. 

-  W  porządku!  Na  twoje  urodziny  urządzimy  przyjęcie  na 

scenie  nowego  teatru,  z  trzymetrowym  tortem.  Będziesz  mógł 
zdmuchnąć świece przed trzystuosobowa widownią. 

Na twarzy księgarza radość walczyła z niedowierzaniem. 
-  Proklamujemy  w  Pickax  dzień  Eddingtona  Smitha.  David, 

słysząc poruszenie, dołączył do scenki. 

background image

 

 

-  Urządzimy  paradę  z  przemarszem  szkolnych  orkiestr,  a 

wieczorem fajerwerki. 

Jill Fitch odciągnęła Qwillerana na bok. 
-  Czy  nie  są  szaleni?  Ale  oni  to  zrobią!  Paradę,  fajerwerki, 

proklamację  i  całą  resztę!  Ściągną  burmistrza  albo  nawet 
gubernatora, tacy właśnie są. 

Jill zniŜyła głos: 
- Chcesz przyjść na przyjęcie powitalne dla Harleya i Belle w 

sobotę  wieczorem?  Przeprowadzili  się  do  starej  rezydencji 
Fitchów. Przynieś butelkę. 

- A co z prezentem? 
-  śadnych  prezentów.  Bóg  mi  świadkiem,  Ŝe  niczego  im  nie 

brakuje.  Widziałeś  dom  dziadka  Fitcha?  Jest  zastawiony 
wszelkim  dobrem.  Nie  wiem,  jak  Harley  moŜe  mieszkać  ze 
stadami wypchanych zwierząt i haremem marmurowych nimf. 

- Nigdy nie poznałem Belle - powiedział Qwilleran. - Czy ona 

nigdy nie przychodzi na próby? 

Jill wzruszyła ramionami. 
-  Nie  czuje  się  komfortowo  w  takim  tłumie.  Jesteśmy  trochę 

ekspansywni. Poza tym teraz jest w ciąŜy. Harley mówi, Ŝe ona 
jest zadufana w sobie. 

To  było  hałaśliwe  przyjęcie  dla  dwudziestu  czterech  gości, 

stłoczonych w pokoju zaprojektowanym dla jednego człowieka i 
dwóch  kotów.  Carol  Lanspeak  duŜo  się  śmiała.  Larry 
naśladował swoich najbardziej ekscentrycznych klientów. Susan 
Exbridge,  czterdziestoletnia  rozwódka,  zaprosiła  Qwillerana  na 
wieczór taneczny do ośrodka wypoczynkowego za miastem, ale 
odmówił  pod  pretekstem  wcześniejszych  zobowiązań.  Susan 
była  członkiem  rady  bibliotecznej  i  Qwilleran  bał  się,  Ŝe  Polly 
moŜe  się  o  tym  dowiedzieć.  Eddington  Smith  powiedział,  Ŝe 
nigdy  dotąd  tak  dobrze  się  nie  bawił.  Harley  Fitch  był  pod 
wraŜeniem  zalotów  Koko  i  zapytał,  czy  mógłby  zabrać  go  ze 
sobą do domu. 

background image

 

 

Po  wyjściu  gości  Qwilleran  przygotował  w  ekspresie  jeszcze 

jedną filiŜankę kawy i dokończył ciasto. Yum Yum zwinęła się 
w  kłębek  na  jego  kolanach,  a  Koko  zabrał  się  do  okruszków 
pozostawionych  na  dywanie.  Rozległo  się  wycie  syren  wozów 
straŜy  poŜarnej  pędzących  Main  Street  na  północ  i  Qwilleran 
bezwiednie spojrzał na zegarek. Była pierwsza trzydzieści pięć. 

Następnego ranka, kiedy włączył wiadomości nadawane przez 

PKX  FM,  przypomniał  sobie  o  dźwięku  syren.  „Wszystkie 
wizyty  w  klinice  dentystycznej  doktora  Zollera  zostają 
odwołane z powodu nagłego poŜaru, który wybuchł dziś w nocy 
po godzinie pierwszej. Policja podejrzewa podpalenie. Pacjenci 
mogą zapisywać się na inne terminy telefonicznie". 

 
SCENA CZWARTA 
 
Miejsce: Mieszkanie Owillerana, później pokój prób        
Czas:   Wtorek wieczór 
Osoby:   Chad Lanspeak 
Dom  towarowy  Lanspeaków  zamykano  o  piątej  trzydzieści  i 

Qwilleran  zastanawiał  się,  czy  Chad  zjawi  się  u  niego,  jak 
obiecywał.  Jeśli  jest  tak  nieodpowiedzialny,  jak  mówił  Brodie, 
zapomni o spotkaniu i pójdzie na ryby. O piątej czterdzieści nie 
było  jeszcze  śladu  po  czarnej  owcy.  Qwilleran  wyjrzał  przez 
okno  w  kierunku  Main  Street  i  zobaczył  tylko  robotników 
odjeŜdŜających  po  pracy  swoimi  cięŜarówkami.  W  końcu  o 
szóstej  piętnaście  na  podjeździe  pojawił  się  poobijany  pikap. 
Dławiąc  się  i  podskakując,  zajechał  przed  dom,  gdzie 
zaparkował, czemu towarzyszyły wystrzały z rury wydechowej. 
Młody  człowiek  wyskoczył  z  samochodu,  chwycił  w  rękę  całe 
naręcze  rakiet  śnieŜnych.  Qwilleran  nacisnął  guzik,  który 
otworzył  drzwi.  Chad  Lanspeak  wdrapał  się  na  górę  ze  swoim 
cięŜarem.  Rakiety  miały  kształtne  miodowe  ramy,  a  drewno 
pociągnięte  było  werniksem.  Rzemienie  z  naturalnej  skóry 
splecione były w misterny wzór. 

background image

 

 

- Przyniosłem wszystkie. Nawet nie wiedziałem,  Ŝe mam ich 

aŜ  tyle  -  powiedział.  -  Hej,  co  to  za  Ŝelastwo?  -  przyglądał  się 
insygniom  rodu  Mackintoshów  z  ciekawym  motto,  okalającym 
postacie dwóch walczących kotów. „Podnieś rękawicę, nie tknij 
kota". 

- Przyjechała ze szkockiego zamku - wyjaśnił Qwilleran. - Ma 

trzysta lat. 

- Musi być cenna. 
-  Ma  raczej  wartość  sentymentalną.  Moi  pradziadowie 

pochodzili ze Szkocji. 

W chłopcu trudno było rozpoznać znudzonego sprzedawcę ze 

sklepu  jego  ojca.  Nadal  demonstrował  swoją  grzywę,  po  której 
rozpoznawano  go  w  Pickax,  ale  teraz  był  tak  przyjaźny  jak 
wielu  innych  nastolatków,  których  Qwilleran  widział  w 
wiejskim środowisku. Młodzi wychowani na  wsi, jak zauwaŜył 
Qwilleran,  mieli  tę  bezpośredniość  i  łatwość  nawiązywania 
kontaktów, która znosiła róŜnice pokoleniowe. 

- UłóŜ rakiety na podłodze w salonie - zasugerował Qwilleran. 

- Tak będę mógł porównać rodzaje i rozmiary. 

- Nigdy nie widziałem podobnego miejsca - powiedział Chad, 

podziwiając  pokrytą  zamszem  sofę,  kwadratowe  fotele, 
chromowane lampy i stoliki ze szklanymi blatami. 

- Lubię współczesne wzornictwo - rzekł Qwilleran - mimo Ŝe 

nie jest chyba w Pickax popularne. 

- To interesujący obraz. Co przedstawia? 
-  To  druk  ukazujący  łódź  patrolową  z  1805  roku,  która 

pływała po Wielkich Jeziorach. 

- Ma Ŝagle, armatę i wiosła! Śmieszne! Skąd pan go ma? 
- Z antykwariatu. 
- Czy jest cenny? 
-  Antyki  są  warte  tyle,  ile  ktoś'  chce  za  nie  zapłacić.  Potem 

Chad podziwiał zestaw stereo, prawdziwe dzieło 

sztuki,  ustawiony  na  otwartym  regale  i  Qwilleran  zaczynał 

Ŝ

ałować, Ŝe zaprosił chłopaka do swojego mieszkania. Cholera, 

background image

 

 

zbiera  informacje!  W  pokoju  były  koty.  Myły  się  spokojnie  po 
wieczornym  posiłku.  Qwilleran  niepostrzeŜenie  wyniósł  je  do 
ich  własnego  pomieszczenia.  Obcy  ludzie  często  podziwiali  w 
kotach  bardziej  ich  wartość  pienięŜną  niŜ  piękno,  dlatego 
Qwilleran ciągle obawiał się, Ŝe ktoś' je ukradnie. 

- No, to do interesów - powiedział. - O siódmej mam próbę. 
Chad nadal podziwiał druk przedstawiający łódź patrolową. 
- W okolicy jest facet, który robi modele statków podobnych 

do  tego.  Jest  naprawdę  dobry.  Mógłby  je  sprzedawać  za 
porządne pieniądze, gdyby tylko chciał. 

-  Bez  wątpienia  -  przytaknął  Qwilleran.  -  Jaki  model 

polecałbyś' na początek? 

- Pomyślmy... najłatwiej zaczynać z „niedźwiedzią łapą". Nie 

ma  Ŝadnych  ostróg,  one  są  pomocne  przy  dłuŜszych 
wędrówkach.  Przyniosłem  teŜ  mocowania,  Ŝeby  pan  mógł 
zobaczyć, jak to działa. Jakie ma pan buty? 

Qwilleran  wyciągnął  parę  wysokich  butów,  jakie  noszą 

drwale,  do  których  Chad  przymocował  parę  „niedźwiedzich 
łap". W cudaczny sposób próbował przemieszczać się w nich po 
hallu. 

-  Nie  musi  pan  podnosić  tak  wysoko  nóg!  -  wykrzyknął  za 

nim Chad. - Niech pan się pochyli do przodu, proszę swobodnie 
kołysać ramionami... Stopy za szeroko... 

- Chciałbym spróbować teŜ innych, te za bardzo przypominają 

mi koszyki na owoce. 

-  Dobrze,  mam  jeszcze  te  w  stylu  Michigan.  Są  większe  i 

mają cięŜsze ogony do wędrówek. Arktyczne są najszybsze, bo 
długie  i  wąskie.  Wszystko  zaleŜy  od  tego,  ile  jest  śniegu  i  czy 
jest 

ś

wieŜy 

puch. 

MoŜe 

powinien 

pan 

wypróbować 

dziewięćdziesięciocentymetrowe „ogony bobra". 

Przypięty rzemieniami do „ogonów bobra", Qwilleran człapał 

niepewnie wzdłuŜ korytarza. 

-  Niech  pan  nie  podnosi  „ogonów"!  -  krzyknął  Chad.  -Pana 

stopy są za daleko od siebie. Będą pana bolały nogi. 

background image

 

 

- To jak chodzenie na rakietach tenisowych. 
- Przywyknie pan do tego, jak tylko wyjdzie pan na śnieg. 
- Ile chcesz za „ogony bobra"? - zapytał Qwilleran. - Wypiszę 

ci czek. 

- Trudno tu zrealizować czek. Nie ma pan... uch... 
- Nie trzymam w domu gotówki, ale jeśli podrzucisz mnie do 

drogerii  po  wschodniej  stronie,  zrealizują  dla  mnie  czek. 
MoŜesz mnie potem wysadzić pod teatrem. 

Pomógł  Chadowi  znieść  po  wąskich  schodach  wszystkie 

rakiety  do  zdezelowanego  pikapa.  Był  to  terenowy  wóz  o 
wysokim podwoziu i duŜych oponach. 

Kiedy ruszyli, Qwilleran zauwaŜył: 
-  Nie  ma  w  tym  aucie  nic  złego,  czego  nie  dałoby  się 

poprawić  za  pomocą  tłumika,  kilku  spręŜyn,  farby  i  nowego 
silnika. 

-  Jest  w  porządku  -  wyjaśnił  Chad.  -  Tego  właśnie  mi 

potrzeba, kiedy jadę sprawdzać moje sidła. Zakładał pan kiedyś 
sidła? 

-  Jestem  chłopakiem  z  miasta  -  powiedział  Qwilleran.  -Nie 

poluję, nie zastawiam sideł, nie chodzę na ryby, ale wiem, Ŝe to 
popularne sporty w Moose County. 

-  MoŜna  całkiem  sporo  zarobić  na  sidłach.  MoŜe  pan  iść  ze 

mną, kiedy śnieg zacznie padać, jeśli pan chce, pokaŜę panu, jak 
uŜywać  „ogonów  bobra".  MoŜe  będzie  pan  chciał  zobaczyć 
moje sidła. 

Pomysł,  Ŝeby  zastawiać  pułapki  na  dzikie  zwierzęta,  był  dla 

Qwillerana  odpychający.  Słyszał,  Ŝe  bóbr  złapany  w  sidła 
potrafi odgryźć własną nogę, Ŝeby się uwolnić. Odkąd mieszkał 
z  kotami,  stał  się  wyjątkowo  wraŜliwy  na  punkcie  przemocy 
wobec zwierząt. Nawet myśl o rybie nadzianej na haczyk wędki 
była  dla  niego  przykra,  mimo  Ŝe  lubił  smak  pstrąga  w  „Old 
Stone Mili". 

background image

 

 

-  Byłbym  wdzięczny  za  propozycję  lekcji  chodzenia  w 

rakietach po śniegu - powiedział, starając się mówić Ŝargonem. - 
Ale wątpię, czy skuszę się na sidła. Gdzie je rozstawiasz? 

-  Na  króliki  i  wiewiórki  w  Hummock,  na  lisy  przy  drodze 

Ittibittiwassee.  Łapię  w  sidła  Ŝywe  zwierzęta,  w  ten  sposób  nie 
uszkadzam futra. 

Qwilleran patrzył przed siebie przez brudne szyby samochodu 

i  nie  odezwał  się.  Nie  chciał  wiedzieć,  co  dzieje  się  ze 
zwierzętami po tym, jak zostaną złapane Ŝywcem. 

- Kilka tygodni temu złapałem skunksa. Te są najsprytniejsze. 

Najlepiej jest je utopić. 

Qwilleran  odetchnął,  kiedy  w  końcu  dojechali  do  drogerii. 

Kiedy  czek  został  zrealizowany,  ruszyli  w  kierunku  centrum 
wspólnoty,  gdzie  odbywały  się  próby.  Samochód  odpalił, 
rzęŜąc,  strzelając  i  dławiąc  się  benzyną.  Qwilleran  zapytał  jak 
gdyby nigdy nic: 

- Co myślisz o wandalizmie w Pickax, Chad? Z dnia na dzień 

jest coraz gorzej. 

Dojechali  do  głównego  skrzyŜowania  i  zatrzymali  się  na 

ś

wiatłach. To były jedyne światła w mieście. Chad wychylił się 

przez  okno  i  krzyknął  „Heja!"  do  pasaŜerów  zardzewiałego 
pojazdu. Nie odpowiedział na pytanie Qwillerana. 

- Kiedy byłem młody - kontynuował Qwilleran - wywalaliśmy 

ś

mietniki  na  ulicach  Chicago.  Z  jakichś  dziwnych  powodów, 

których  nie  pamiętam,  wydawało  nam  się,  Ŝe  to  jest  zabawne. 
Co  jest  zabawnego  we  włamywaniu  się  do  szkoły  i 
demolowaniu szkolnego komputera? 

-  Myślę,  Ŝe  nie  lubią  szkoły  i  chcą  się  zemścić  -  powiedział 

Chad. 

- I nie lubią, kiedy boruje się im zęby, więc podpalają klinikę 

dentystyczną.  O  to  chodzi?  -  zapytał  go  Qwilleran.  -  Nie 
rozumiem tego. Jesteś młody, moŜe ty mi to wyjaśnisz? 

-  Nie  byłem  nawet  w  pobliŜu  miejsca,  gdzie  to  się  zdarzyło. 

Byłem  na  imprezie  w  Chipmunk  -  powiedział,  broniąc  się. 

background image

 

 

Wyhamował  przed  siedzibą  wspólnoty,  mocno  dając  po 
hamulcach. 

-  Dzięki  za  podrzucenie,  bracie.  Skontaktuję  się  z  tobą,  jak 

spadnie śnieg. 

Chad pokiwał w grobowej ciszy. 
Qwilleran  rzucił  okiem  na  zegarek,  był  juŜ  spóźniony  pół 

godziny.  Transakcja  zabrała  mu  więcej  czasu,  niŜ  się 
spodziewał,  przez  jazdę  do  drogerii  stracił  kolejne  dwadzieścia 
minut.  Francesca  miała  bzika  na  punkcie  punktualności, 
wiedział, Ŝe nie będzie szczęśliwa. 

Kiedy wszedł do sali, gdzie odbywała się próba,  okazało się, 

Ŝ

e sytuacja była gorsza, niŜ myślał. Wielu członków trupy było 

nieobecnych,  i  to  bez  wcześniejszego  uprzedzenia.  Wielu 
innych,  oprócz  Qwillerana,  spóźniło  się.  Frań  była  wściekła,  a 
ogólny  nastrój  podły.  Pod  wpływem  jej  poirytowania  aktorzy 
dekoncentrowali się, mylili kwestie albo wręcz je opuszczali. W 
kluczowej  scenie  Qwilleran  ledwo  wdrapał  się  po  schodach, 
zamiast  ruszyć  po  nich  jak  zdobywca.  Eddington  wypowiadał 
swoje  kwestie  koszmarnym  scenicznym  szeptem.  Rekwizytor 
zapomniał przynieść miecz, a Harley Fitch w ogóle nie pojawił 
się  z  trąbką  swojego  dziadka,  która  pamiętała  czasy  pierwszej 
wojny światowej. 

W  pewnym  momencie  zdesperowana  reŜyser  odesłała  ich 

wszystkich  ze  sceny  i  próbowała  dać  Eddowi  lekcję  wymowy. 
Lanspeakowie  skorzystali  z  okazji,  Ŝeby  zamienić  kilka  słów  z 
Qwilleranem. Larry powiedział: 

-  Nasz  syn  marnotrawny  zadziwił  nas  w  ostatni  weekend. 

Swoją  cięŜarówką,  która  trzyma  się  dzięki  plastrom,  przywiózł 
wszystkie  swoje  rakiety  śnieŜne.  Powiedział,  Ŝe  chcesz  kupić 
jedną parę. Pokazał wreszcie ludzką twarz zamiast tych obcych 
genów. 

-  I  w  sklepie  zachowywał  się  w  cywilizowany  sposób  w 

stosunku  do  klientów.  Wszyscy  myśleliśmy,  Ŝe  jest  chory  - 
powiedziała Carol. 

background image

 

 

To  był  pierwszy  raz,  kiedy  Lanspeakowie  wspomnieli  o 

swoim  najmłodszym  synu,  chociaŜ  często  chwalili  się  dwójką 
pozostałych:  tym,  Ŝe  zdobyli  nagrody  matematyczne,  tym,  Ŝe 
grali  na  saksofonie,  przewodniczyli  druŜynie  tenisowej,  wydali 
rocznik szkolny. 

- Chad przywiózł do mojego mieszkania całą kolekcję i dał mi 

ostrą  lekcję  chodzenia  po  śniegu  na  sucho.  Kupiłem  parę 
„ogonów bobra" - powiedział Qwilleran. 

-  Cicho  tam  z  tyłu!  -  krzyknęła  Frań.  -  Staramy  się  zrobić 

próbę. 

Później,  kiedy  Carol  dostała  czkawki,  a  Susan  zaczęła 

chichotać, Frań wykrzyknęła: 

-  Przerwa,  to  wszystko  na  dzisiaj.  Zaczniemy  jutro  od 

początku. Jeśli dokładnie o siódmej wszyscy nie będą tu obecni, 
jeśli nie będziecie znali swoich ról i jeśli nie potraktujecie prób 
powaŜnie, to przedstawienia nie będzie! 

Qwilleran  nigdy  jeszcze  nie  widział  jej  tak  wkurzonej  i  nie 

omieszkał  wspomnieć  o  tym  Wallyemu,  kiedy  wychodzili  do 
domu. 

-  Moja  matka  powiedziałaby,  Ŝe  to  przez  pełnię  księŜyca  - 

powiedział wypychacz zwierząt. 

 

SCENA PIĄTA 
 
Miejsce:  Redakcja nowej gazety Moose County 
Czas:  Późny wieczór tego samego dnia 
Osoby:  Arch Riker, wydawca i redaktor w jednej osobie 
Junior Goodwinter, redaktor naczelny 
Hdcie Rice, szefowa działu reklamy 
Roger MacGillivray, reporter 
Kamienne  budynki  w  śródmieściu  Pickax  w  poświacie 

księŜyca  lśniły  niebieskobiałym  światłem.  Po  katastrofalnej 
próbie  Qwilleran  ruszył  pieszo  w  stronę  domu,  ale  zawrócił  z 
drogi  i  udał  się  do  siedziby  nowej  gazety.  To  była  wigilia 

background image

 

 

ukazania  się  pierwszego  numeru  i  jako  duchowy  ojciec  tego 
prasowego  dziecka  był  bardzo  podenerwowany.  To  dzięki  jego 
sugestii  Fundacja  Klingenschoenów  umoŜliwiła  realizację 
przedsięwzięcia.  Na  jego  wezwanie  z  Nizin  przybył  stary 
przyjaciel  Arch  Riker,  który  miał  nadzorować  całą  akcję.  Za 
jakiś  czas  miała  zostać  zbudowana  drukarnia  i  kompleks 
biurowy, ale na razie druk gazety był zlecany obcej firmie. Cała 
redakcja  i  dział  handlowy  mieściły  się  w  wynajętych 
pomieszczeniach. 

Qwilleran wiedział, Ŝe zespół pracował po dwanaście, a nawet 

więcej godzin na dobę, i schodził im z drogi, ale teraz przyszła 
juŜ  pora  na  końcowe  odliczanie.  Nowe  pismo  trafi  do  rąk 
czytelników w środę po południu. Qwilleran czuł się zazdrosny. 
To był moment podniecenia i napięcia, a on był poza tym. 

Tak  jak  przypuszczał,  światła  w  budynku  nadal  się  paliły. 

Była  to  dawna  pakowalnia  mięsa.  Znalazł  Archa  Rikera  i 
Juniora  Goodwintera  w  biurze,  które  dzielili  na  spółkę.  W 
rękach  trzymali  puszki  z  piwem,  a  stopy  mieli  oparte  na 
biurkach.  Wnętrze  w  niczym  nie  przypominało  wymuskanego, 
stonowanego  kolorystycznie,  akustycznie  zaplanowanego, 
wyposaŜonego  w  nowoczesny  sprzęt  otoczenia,  jakie  Riker  i 
Qwilleran  znali  z  „Daily  Fluxion".  Tutaj  szefowie  działów 
siedzieli  pospołu  ze  świeŜo  upieczonymi  reporterami.  Wszyscy 
stukali  teksty  na  starych  maszynach  do  pisania,  w 
pomieszczeniu  przypominającym  stajnię,  które  nadal  było  czuć 
bekonem.  Junior  korzystał  jednak  z  przywileju  posiadania 
własnego biurka o zaokrąglonym blacie, które naleŜało do jego 
pradziadka. 

- Kawa jest jeszcze  gorąca. Łap kubek, Qwill, i  znajdź sobie 

krzesło. Nogi na stół. 

- Denerwujecie się? - zapytał Qwilleran. 
-  Wszystko  jest  zamknięte  z  wyjątkiem  pierwszej  strony. 

Nadal  czekamy  na  jakiś  news,  który  nadawałby  się  na 
wystrzałowy  nagłówek.  Dzięki  spotom  radiowym  mamy 

background image

 

 

osiemnaście  tysięcy  prenumerat,  a  drukujemy  nakład  trzy-
dziestotysięczny.  Hbtie  i  jej  ludzie  sprzedali  tyle  reklam,  Ŝe 
dobiliśmy  do  czterdziestu  ośmiu  stron,  to  dwa  razy  więcej,  niŜ 
się spodziewaliśmy. 

Qwilleran  nigdy  nie  widział  Rikera  tak  oŜywionego.  Za 

czasów  „Fluxion"  Riker  był  wcieleniem  znuŜonego  redaktora, 
brzuchatego  i  znudzonego.  W  Pickax  z  jego  rumianej  twarzy 
biła satysfakcja i podniecenie. 

Młody  redaktor  naczelny,  nowa  twarz  w  dziennikarstwie, 

powiedział: 

-  Wiele  artykułów  mamy  juŜ  napisanych.  Wiele  historii 

napłynęło  od  korespondentów,  ale  potrzebujemy  jeszcze 
jakiegoś  hitu,  Ŝeby  spiąć  całość.  Roger  MacGillivray 
zrezygnował  z  nauczania  i  obsadza  policję,  ratusz  i 
komorników.  Jego  teściowa  poprowadzi  dział  kulinarny,  uczy 
zajęć praktycznych i tak dalej, sam wiesz. 

-  Z  rozrzewnieniem  wspominam  jej  placek  z  jagodami  - 

powiedział Qwilleran. 

- Kevin Doone będzie dla nas pisał do kolumny  ogrodniczej. 

Znasz Kevina? Ma firmę projektującą ogrody. 

-  Znam  go  dobrze.  Mógłbym  Ŝyć  przez  rok  za  to,  co  mu 

zapłaciłem za przycięcie kilku jabłoni na mojej posesji. „Sad ci 
kwitnie?  Doone  go  przytnie!"  Robicie  coś  w  sprawie 
wandalizmu? 

-  Mamy  ostry  wstępniak  -  powiedział  Riker.  -  Z  duŜym 

naciskiem  na  konieczność  zaangaŜowania  się  wspólnoty, 
większy  nadzór  rodzicielski  i  konieczność  zwiększenia  liczby 
nocnych  patroli,  nawet  jeśli  musieliby  zatrudnić  kogoś  na  pół 
etatu.  Szeryf  powinien  mieć  na  oku  te  dzieciaki  z  Chipmunk. 
Myślą,  Ŝe  Pickax  to  strzelnica.  NajwyŜszy  czas  skończyć  z 
pobłaŜaniem  i  sentymentalnym  podejściem,  Ŝe  chłopcy  muszą 
się wyszaleć. 

-  Co  właściwie  wydarzyło  się  w  klinice  dentystycznej  dziś 

rano? 

background image

 

 

- Najwyraźniej szukali narkotyków i gotówki. A kiedy nic nie 

znaleźli, zdemolowali biuro i podłoŜyli ogień. 

- Zazdroszczę wam, chłopki, cięŜko jest być poza nawiasem i 

tylko z daleka się przyglądać. 

-  Mówiłem  ci,  Qwill,  Ŝe  moŜna  by  wykorzystać  twoje 

zdolności  -  wtrącił  Riker  -  ale  jesteś  zajęty  pisaniem  tej  swojej 
cholernej powieści. 

Qwilleran z Ŝalem pogładził wąsy. 
-  Zaczynam  myśleć,  Ŝe  pisarstwo  nie  jest  moim 

przeznaczeniem. 

Jestem 

dziennikarzem, 

nade 

wszystko 

dziennikarzem. 

- Sam mogłem ci to powiedzieć, ośle! 
-  Nie  potrafię  być  wolnym  strzelcem.  To  nie  na  mój 

temperament. Potrzebuję dyscypliny, zleceń, terminów. 

- To co, wchodzisz? 
- A mam wyjście? 
-  Felietony,  będziesz  pisał  felietony.  Takie  same  gęste, 

treściwe informacyjne teksty, jakie pisałeś dla „Fluxion". Mamy 
duŜo miejsca, które trzeba zapełnić, i duŜo Ŝółtodziobów, którzy 
to  robią.  Potrzebny  nam  cały  profesjonalizm,  jaki  da  się  z  nas 
wszystkich wykrzesać. 

Trzasnęły  wejściowe  drzwi  i  w  wejściu  stanęła  nagle  Hixie 

Rice. 

-  Szybko,  chłopaki,  potrzebuję  piwa,  kawy,  czegokolwiek! 

Jestem  u  kresu  sił!  Obskoczyłam  wszystkie  restauracje  w  tym 
okręgu! Wszystkie chcą wykupić reklamę w dziale kulinarnym! 
Te płaskie podeszwy mnie wykańczają! 

Zsunęła z nóg czółenka i rzuciła je w kąt. 
- A ty, co tu robisz? Nie powinieneś siedzieć na próbie, pisać 

powieści albo niańczyć kotów? - zwróciła się do Qwillerana. 

-  JeŜeli  jeszcze  to  potrafię  -  powiedział  -  zamierzam  napisać 

artykuł o ciekawych ludziach, którzy robią ciekawe rzeczy. 

-  Trzeba  przyznać,  Ŝe  takie  indywidua  mieszkają  tylko  na 

obrzeŜach cywilizacji - zauwaŜył Riker. 

background image

 

 

- Nie ma nudnych tematów - przypomniał mu Qwilleran - są 

tylko nudni dziennikarze, którzy zadają nudne pytania. 

-  W  porządku,  to  wszystko  jasne.  Teraz  jedyne,  czego  nam 

potrzeba,  to  jakiś  gorący  news  na  pierwszą  stronę.  Pierwsze 
wydanie  będzie  przedmiotem  kolekcjonerskim  i  chcę,  Ŝeby 
wyglądało jak prawdziwa gazeta. 

-  Roger  jest  w  ratuszu  na  spotkaniu  zarządu  okręgu  i  jeśli 

będziemy  mieli  szczęście,  to  zebranie  przerodzi  się  w  bijatykę 
albo coś podobnego - powiedział Junior. 

-  Nie  próbowaliście  nigdy  dziennikarstwa  kreatywnego, 

chłopcy? - zakpiła Hixie. - Porwijcie burmistrza! Zbombardujcie 
ratusz! Spuśćcie wodę z tamy na Ittibittiwassee i zatopcie Main 
Street! 

Trzej  powaŜni  dziennikarze  spojrzeli  na  nią  groźnie. 

Qwilleran spytał Rikera: 

- Jaki tytuł będzie miała gazeta? 
-  Ta  sprawa  nie  daje  mi  spać,  mocno  mnie  przyblokowała. 

Chciałem  wybrać  coś  w  stylu  „Kroniki  Moose  County"  albo 
„Sygnały",  albo  „Weryfikator",  albo  „Zebranie".  Musimy 
szybko podjąć decyzję. 

- Wy gazeciarze macie ograniczoną wyobraźnię - sprzeciwiła 

się  Hixie.  -  Dlaczego  nie  „Kula  Armatnia  Moose  County"  albo 
„Łom", albo „Korkociąg"? 

Trzej powaŜni dziennikarze jęknęli. Qwilleran zasugerował: 
-  Pozwólmy  zadecydować  czytelnikom.  Na  pierwszej  stronie 

moŜna by wydrukować formularz. 

-  Ale  na  pierwsze  wydanie  musimy  mieć  jakiś  tytuł  albo 

hasło. Musimy ją jakoś nazwać. 

-  Nazwijmy  ją  „Moose  County  coś  tam",  daję  słowo,  Ŝe  to 

ś

wietny pomysł - powiedziała Hixie. 

Znowu trzasnęły frontowe drzwi. 
- To Roger - zgadywał Junior. 
Młody  człowiek  z  aparatem  przewieszonym  przez  ramię 

wparował  do  biura.  Roger  miał  sztywną  czarną  brodę  i  bladą 

background image

 

 

karnację.  Dzisiaj  był  bledszy  niŜ  zazwyczaj.  Kiedy  wpadł  do 
pokoju,  był  tak  zdyszany,  Ŝe  ledwo  oddychał,  gapiąc  się  bez 
słowa na czterech czekających na jakiś znak pracowników. 

- Co się stało, Roger? - zapytał Riker. 
- Morderstwo! - wykrztusił z siebie, głos ugrzązł mu w gardle. 
- Morderstwo? - Riker zdjął nogi z biurka. 
-  Kto?  -  Junior,  który  skoczył  na  równe  nogi,  domagał  się 

dalszych informacji. 

- Gdzie? - Hixie szybko wkładała buty. 
- W ratuszu? - zapytał Qwilleran, dotykając nerwowo swoich 

wąsów. 

Roger znów się zakrztusił. 
-  W  West  Middle  Hummock!  Dwoje  ludzi  zastrzelonych! 

Harley Fitch i jego Ŝona! 

 
SCENA SZÓSTA 
 
Miejsce:        Redakcja gazety 
Czas:           Popołudnie po zabójstwie Fitchów 
Osoby:         Pracownicy gazety 
Pierwsze  egzemplarze  „Moose  County  coś  tam"  schodziły 

właśnie  z  drukarni  i  powinien  być  to  czas  świętowania,  a  w 
ratuszu  powinny  właśnie  strzelać  korki  od  szampana,  ale 
wiadomości 

pierwszej 

strony 

przybiły 

wszystkich 

mieszkańców  okręgu.  W  małym  mieście,  jakim  było  Pickax, 
morderstwo  nie  jest  nigdy  bezosobową  tragedią.  Wszyscy  są 
bądź  krewnymi,  bądź  przyjaciółmi,  bądź  teŜ  sąsiadami  czy  teŜ 
klientami  ofiary.  Nawet  Arch  Riker,  osoba  nowa  w  mieście, 
weteran  tysiąca  historii  o  wielkomiejskich  morderstwach,  był 
przygnębiony. 

-  Chciałem  mieć  sensacyjny  tytuł  na  pierwszą  stronę,  ale  nie 

chciałem, Ŝeby był aŜ tak tragiczny. 

Z  drukarni  przywieziono  kilka  egzemplarzy  pierwszego 

wydania  i  pracownicy  rozchwycili  gazetę.  Na  środku  strony 

background image

 

 

widniało  obwieszczenie:  „Harley  Fitch  i  jego  Ŝona  nie  Ŝyją". 
Qwilleran  zauwaŜył,  Ŝe  w  wielkich  miastach  na  Nizinach  taka 
zbrodnia  nasunęłaby  od  razu  skojarzenia  z  porachunkami  mafii 
narkotykowej.  W  Pickax,  czterysta  mil  na  północ  od 
wszystkiego, takie skojarzenia nie przyszłyby nikomu do głowy. 
Czas na podejrzenia przychodził później, nad płotami, w barach 
kawowych,  ale  teraz  jedyną  reakcją  był  szok,  smutek  i 
niedowierzanie,  Ŝe  coś  takiego  mogło  wydarzyć  się  w  Moose 
County. 

Rano zadzwoniła Francesca. 
-  Och,  Qwill,  czy  to  nie  bestie!  Całą  noc  wymiotowałam. 

Usłyszałam  o  tym  w  wiadomościach  o  północy.  Ojciec  nic  mi 
nie  powiedział!  Spodziewam  się,  Ŝe  w  popołudniowej  gazecie 
będzie  więcej  szczegółów.  Chciałabym  zadzwonić  do  Davida  i 
Jill, ale nie mam odwagi. Muszą być przeraŜeni. 

-  Informacja  będzie  na  pierwszej  stronie  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Wszystko  wytłuszczonym  drukiem,  ze  zdjęciem 
Harleya. Nikt nie mógł znaleźć zdjęcia jego Ŝony, przynajmniej 
w tak krótkim czasie. 

-  W  śródmieściu  jest  kupa  ludzi.  Wszyscy  stoją  na  placu  i 

mówią  tylko  o  tym.  Nikt  nie  moŜe  w  to  uwierzyć!  Oni,  którzy 
oczekiwali na dziecko! Nikt nie moŜe się zabrać do pracy! 

- Trudno się z tym pogodzić. Kto mógł to zrobić? 
-  To  musi  być  gang  z  Chipmunk.  Sezon  turystyczny  jeszcze 

się nie zaczął, nie ma tych wariatów, którzy włóczą się po kraju, 
patrząc,  kogo  by  tu  zastrzelić.  Tak,  to  na  pewno  te  punki  z 
Chipmunk. 

Qwilleran dotknął kłykciami wąsów. 
-  Kiedy  wczoraj  na  próbie  wszystko  szło  źle,  miałem 

przeczucie, Ŝe coś wisi  w powietrzu. Wally powiedział, Ŝe to z 
powodu pełni księŜyca. 

-  A  ja  wściekałam  się  na  Harleya  i  Davida,  i  Jill,  Ŝe  nie 

pojawili  się  bez  uprzedzenia.  Teraz,  kiedy  wiem  dlaczego, 
wolałabym  obciąć  sobie  język.  Oczywiście  odwołamy 

background image

 

 

przedstawienie.  Nikt  nie  miałby  serca  kontynuować  po  tym,  co 
się stało. BoŜe! Nie mogę pracować, nie mogę nic robić. Myślę, 
Ŝ

e  pójdę  do  domu  i  wypiję  ojcu  cały  zapas  scotcha.  Idziesz  ze 

mną? 

Historia  na  pierwszej  stronie  miała  podtytuł  Oczywisty 

motyw rabunkowy, wprowadzenie napisał Roger MacGillivray: 

Potomek  rodziny  Fitchów,  wpływowy  obywatel  Moose 

County,  i  jego  młoda  Ŝona  zostali  zastrzeleni  we  wtorek 
wieczorem  w  swoim  domu  w  West  Middle  Hummock.  Jak 
donosi  biuro  szeryfa,  Harley  Fitch,  lat  24,  i  jego 
dwudziestojednoletnia Ŝona, Belle, padli ofiarę mordercy, który 
strzelał  z  powodów  rabunkowych.  Para  przygotowywała  się  do 
wyjścia  z  domu  na  próbę  przedstawienia  w  Pickax.  Według 
koronera śmierć nastąpiła między szóstą a siódmą wieczorem. 

David i jill Fitch, brat i  bratowa zamordowanej  pary, odkryli 

ciała  o  siódmej  piętnaście,  kiedy  przyjechali  zabrać  ich  do 
Pickax.  MałŜeństwo  mieszka  pół  kilometra  od  rezydencji 
Fitchów,  ostatnio  zajmowanej  przez  nowoŜeńców,  którzy,  jak 
się dowiedzieliśmy, spodziewali się dziecka. 

Jill  Fitch  powiedziała  policji:  „Mamy  próby  pięć  dni  w 

tygodniu.  Do  miasta  jeździmy  razem,  zazwyczaj  o  szóstej 
trzydzieści.  Dzwoniłam,  Ŝeby  uprzedzić  Harleya,  Ŝe  się 
spóźnimy  z  powodu  problemów  z  hydrauliką,  ale  nikt  nie 
podnosił  słuchawki.  Pomyślałam,  Ŝe  są  na  dworze  i  nie  słyszą 
dzwonka,  więc  pojechaliśmy  tam  najszybciej,  jak  to  było 
moŜliwe.  Kiedy  dojechaliśmy  do  ich  domu,  zatrąbiliśmy,  ale 
nikt  nie  wyszedł,  więc  David  wszedł  do  środka  i  tak  ich 
znaleźliśmy". 

Rzecznik biura szeryfa zauwaŜył, Ŝe ciało Harleya leŜało przy 

tylnym wyjściu. Ciało jego Ŝony znaleziono w sypialni. Nie było 
Ŝ

adnych  śladów  walki  ani  szamotaniny.  Oboje  mieli  na  sobie 

dŜinsy  i  podkoszulki,  określone  przez  członków  rodziny  jako 
stroje noszone podczas prób. 

background image

 

 

Według  rzecznika  było  jasne,  Ŝe  morderca  lub  mordercy 

zaczęli  grabić  dom  i  albo  znaleźli  to,  czego  szukali,  albo 
rabunek przerwał im przyjazd drugiej pary. 

Jill  Fitch  powiedziała  policji:  „Pamiętam,  Ŝe  widziałam 

samochód odjeŜdŜający gruntową drogą, kiedy podjeŜdŜaliśmy. 
Jechał  szybko  i  wzbijał  tumany  kurzu".  Przy  drodze,  o  której 
mowa, nie ma innych mieszkańców. 

Dwudziestodwupokojowy  dom  jest  siedzibą  rodu  Fitchów, 

zbudowaną  w  latach  dwudziestych  XX  wieku  przez  dziadka 
Harleya,  Cyrusa  Fitcha.  Rezydencja  słynie  z  bogatej  kolekcji 
dzieł sztuki, ksiąŜek i rzadkich przedmiotów. 

Harley  był  synem  Nigela  i  Carol  (z  domu  Doone)  Fitchów  z 

Indian  Village.  Po  ukończeniu  uniwersytetu  w  Yale  i  po  roku 
podróŜy  dołączył  do  banku  Pickax,  którego  prezesem  jest  jego 
ojciec.  Od  niedawna  Harley  i  jego  brat  David  sprawowali 
funkcje wiceprezesów banku. 

Przed  pójściem  na  uniwersytet  Harley  uczęszczał  do  szkoły 

ś

redniej  w  Pickax,  gdzie  uzyskał  świadectwo  z  wyróŜnieniem. 

Był  członkiem  druŜyny  tenisowej,  samorządu  szkolnego  i 
szkolnego teatru. W collegeu zajął się administracją handlową i 
kontynuował zainteresowania artystyczne. 

Po powrocie do Pickax był czynnym członkiem Klubu Kibica 

i  Klubu  Teatralnego,  gdzie  mogliśmy  go  zobaczyć  w  roli 
Dromia  w  „Chłopcach  z  Syrakuz".  Był  zapalonym  Ŝeglarzem, 
który  poprowadził  ośmiometrową  łódź  „Fitch  Witch"  do  wielu 
Ŝ

eglarskich  zwycięstw.  Od  dziesiątego  roku  Ŝycia  budował 

modele statków, za które zbierał liczne nagrody. 

W  październiku  zeszłego  roku  poślubił  w  Las  Vegas  Belle 

Urkle. 

W  ramkach  na  marginesie  strony  umieszczono  komentarze 

ludzi, którzy znali Harleya osobiście: dyrektora szkoły średniej, 
trenera  druŜyny  tenisowej,  przyjaciół  ze  szkoły,  prezesa  Klubu 
Kibica, 

personelu 

banku 

Larryego 

Lanspeaka, 

reprezentującego  Klub  Teatralny.  „Wzorowy  student...  zawsze 

background image

 

 

pełen  entuzjazmu  i  chętny  do  współpracy...  miło  było  z  nim 
przebywać...  utalentowany  aktor...  gracz  zespołowy  w  stu 
procentach...  cudownie  się  z  nim  pracowało...  taki  wraŜliwy... 
zawsze uśmiechnięty". 

Qwilleran  przeczytał  artykuł  trzy  razy,  masując  przy  tym 

wąsy. Były tam szczegóły, które wzbudziły jego ciekawość. Na 
Nizinach,  za  czasów,  kiedy  pracował  we  „Fluxion",  takie 
wydarzenie  wymagałoby  posiedzenia  w  klubie  prasowym. 
Dziennikarze analizowaliby historię, układali fakty, zadawaliby 
sobie  pytania,  zbierali  plotki,  snuli  podejrzenia,  wypytywali 
policję,  wymieniali  się  informacjami.  Niestety  w  Pickax  nie 
było klubu prasowego, ale Qwilleran zapytał Archa Rikera, czy 
nie zechciałby zjeść z nim obiadu w „Old Stone Mili". 

Zamiast  odpowiedzi  Riker  otworzył  kluczykiem  szufladę 

biurka i wyjął z niej małe pudełko. Wyglądał na zadowolonego 
z siebie. W pudełku znajdował się pierścionek z diamentem. 

-  Zamierzam  go  dzisiaj  dać  Amandzie  -  jego  rumiana  twarz 

tryskała radością. 

Qwilleran  był  zakłopotany.  To  odkrycie  tłumaczyło 

niezwyczajne  u  Rikera  zadowolenie,  jakie  ostatnio  mu 
towarzyszyło.  Rozwiedziony  po  dwudziestu  czterech  latach 
małŜeństwa,  przed  przyjazdem  do  Pickax  był  raczej  posępny  i 
zamyślony. Qwilleran cieszył się, Ŝe Arch znalazł kobietę, która 
mu się podoba. Ale Amanda! To był szok. 

-  Gratulacje!  -  tylko  to  mógł  z  siebie  wykrztusić.  -  To  dla 

mnie niespodzianka. 

-  Amanda  teŜ  się  zdziwi.  Nigdy  nie  była  zamęŜna,  wszyscy 

wiemy, Ŝe jest gderliwa i zawzięta, ale niech tam! Jesteśmy dla 
siebie stworzeni. 

- Tylko to się liczy - powiedział Qwilleran. 
Potem zapytał Juniora, czy nie zechciałby zostać w mieście na 

lunch. 

-  Nie  jestem  juŜ  kawalerem  -  powiedział  naczelny  ze 

szczęśliwym  uśmiechem.  -  Rodzice  Jody  przyjechali  z  Cleve-

background image

 

 

land,  Ŝeby  świętować  start  gazety.  Jody  przygotowała  udziec 
jagnięcy i niemieckie ciasto czekoladowe. 

Qwilleran  przyszedł  więc  z  zaproszeniem  do  Rogera  Mac-

Gillivraya i zaoferował, Ŝe stawia. 

-  Kurczę,  chciałbym  -  powiedział  -  nieczęsto  trafia  mi  się 

darmowe  wyjście.  Ale  Sharon  idzie  na  wieczór  panieński  do 
swojej kuzynki i obiecałem, Ŝe zostanę z dzieckiem. Moje Ŝycie 
bardzo się zmieniło od kilku miesięcy. 

Kolejny  raz  Qwilleran  był  jedynym  kawalerem  wśród 

szczęśliwych  par.  Pomyślał  z  Ŝalem  o  swoim  nieudanym 
związku  z  Polly  Duncan.  Mógł  zaprosić  inne  kobiety,  choćby 
Hixie,  Francescę,  Susan,  a  nawet  Iris  Cobb,  ale  Ŝadna  nie 
potrafiła  tak  jak  Polly  poprowadzić  rozmowy  nad  kaczką  a 
lorange. Teraz, odkąd dołączył do Klubu Teatralnego i zatrudnił 
projektantkę, wyraźnie trzymała go na dystans. Nagle skończyły 
się idylliczne niedziele  w jej domku na wsi.  śadnego zbierania 
jagód, smardzów, orzechów, obserwowania ptaków, czytania na 
głos  czy  innych  przyjemności.  Jej  chłodny  dystans  był  tym 
bardziej  kłopotliwy,  Ŝe  ona  była  szefową  biblioteki,  a  on 
nadzorował radę biblioteczną. 

W chwili desperacji zadzwonił do jej biura. 
- Słyszałaś wieści? 
- Czy to nie okropne? Wiedzą, kto to zrobił? 
-  O  ile  wiem,  nie.  Policja  pewnie  ma  jakieś  podejrzenia,  ale 

władze nie ujawniają Ŝadnych szczegółów śledztwa. Nie moŜna 
ich winić. Co u ciebie słychać, Polly? 

- W porządku. 
- Czy nie zjadłabyś ze mną kolacji dziś wieczorem? Zawahała  
- Przypuszczam, Ŝe twoja próba została odwołana z powodu... 
-  Przedstawienie  jest  odwołane.  Nie  zamierzam  się  więcej 

angaŜować  w  Ŝadne  sztuki.  Miałaś  rację,  Polly,  to  pochłania 
zbyt duŜo czasu. Bardzo chciałbym się z tobą zobaczyć. 

Zapadła chwila znaczącej ciszy, a potem Polly odezwała się: 
- Tak, pójdę z tobą na kolację. Brakowało mi ciebie, Qwill. 

background image

 

 

Qwilleran wydał z siebie wyraźne westchnienie ulgi. 
- Przyjdę po ciebie po zamknięciu biblioteki. 
Wracał do domu lekkim krokiem. Po drodze zatrzymał się w 

sklepie  Lanspeaków  i  kupił  jedwabną  apaszkę  w  ulubionym 
przez Polly odcieniu niebieskiego. Poprosił, Ŝeby zapakowali to 
na prezent. 

Wracał do domu szczęśliwy, miał się odświeŜyć i przebrać do 

kolacji,  wbiegł  na  górę,  biorąc  po  trzy  schodki  za  jednym 
zamachem.  Stracił  jednak  całą  pewność  siebie,  kiedy  koty  nie 
wyszły mu na powitanie. Gdzie się podziały? Był pewien, Ŝe nie 
zamknął ich w kocim pokoju. Pan 0'Dell nie miał sprzątać tego 
dnia.  Zajrzał  do  salonu,  ale  Koko  nie  czuwał  na  półce  z 
biografiami,  a  Yum  Yum  nie  siedziała  zwinięta  na  swoim 
ulubionym fotelu. 

CzyŜby  ktoś  się  włamał  i  ukradł  koty?  Qwilleran  pobiegł  do 

pokoju  syjamczyków.  Nie  było  ich  tam!  Sprawdził  w  łazience. 
TeŜ  nie!  Zawołał  je  po  imieniu.  śadnej  odpowiedzi!  W  panice 
przeszukiwał sypialnię. Nie było ich nigdzie w zasięgu wzroku. 
A  moŜe  były  gdzieś  zamknięte?  Otwierał  kolejne  szuflady  w 
komodzie. Na czworaka przeszukał kaŜdy kąt szafy. Zawołał raz 
jeszcze,  ale  w  mieszkaniu  panowała  głucha  cisza.  Pełen  obaw 
skierował  się  do  swojego  gabinetu.  Nigdy  nie  panował  tam 
porządek,  ale  tym  razem  wszędzie  widoczne  były  ślady 
wandalizmu:  otwarte  szuflady  biurka,  papiery  porozrzucane  po 
podłodze,  opróŜniony  blat  stolika,  wszędzie  na  podłodze 
poniewierały się spinacze. 

Właśnie  wtedy  spostrzegł  dwie  nieruchome  figury,  jedną  na 

szczycie  wbudowanej  we  wnękę  gabloty,  a  drugą  na  półce  z 
tezaurusem  Rogeta  i  butelką  kleju.  Yum  Yum  przycupnęła  na 
półce w pozycji wyraŜającej poczucie winy. Wyglądała jak zbity 
tobołek  z  uniesionymi  ramionami  i  pośladkami.  Koko  siedział 
na  gablocie,  wyprostowany,  ale  bez  zwykłej  u  niego  pewności 
siebie. 

background image

 

 

Qwilleran przyglądał się papierom zaścielającym podłogę. Ze 

zdziwieniem spostrzegł, Ŝe były to koperty. Tylko nowe, czyste 
koperty.  Szuflada  biurka,  w  której  trzymał  papeterię,  była 
otwarta.  Kiedy  zbierał  papiery  z  podłogi,  zauwaŜył  w 
naroŜnikach  ślady  zębów.  Wszystkie  klejące  brzegi  były 
wylizane. 

Usiadł  przy  biurku  i  obrócił  krzesło,  Ŝeby  spojrzeć 

winowajcom  w  twarz.  Domyślał  się,  Ŝe  Yum  Yum  otworzyła 
szufladę swoją słynną łapką, a Koko, który nie przepuścił Ŝadnej 
klejącej  substancji,  jaka  znalazła  się  w  jego  zasięgu,  urządził 
sobie  klejową  libację.  Kiedyś  zdarzyło  mu  się  wylizać  cały 
arkusz  znaczków.  Paradował  wtedy  hardo  po  pokoju  ze 
znaczkiem przyklejonym do nosa. 

-  CóŜ,  przyjaciele  -  zaczął  spokojnie  Qwilleran.  -  Czy  mam 

zamykać  szuflady?  Co  się  z  wami  dzieje?  Nudzicie  się? 
Jesteście  nieszczęśliwe?  Czegoś  brakuje  w  waszym  Ŝyciu? 
Macie nieodpowiednią dietę? 

Koko, zwyczajowy rzecznik kociej pary, milczał. 
-  Macie  królewską  dietę  i  zalecane  dzienne  dawki  witamin. 

Czy  zdajecie  sobie  sprawę,  Ŝe  są  koty,  które  muszą  grzebać  w 
ś

mieciach, Ŝeby znaleźć coś do jedzenia? 

Nie było Ŝadnej odpowiedzi. 
- Czy koty nie mają języka? 
Nadal  brak  odpowiedzi.  Qwilleran  wątpił,  czy  Koko  go  w 

ogóle słucha. 

-  Nie  wiecie  nawet,  jacy  z  was  szczęściarze.  Niektóre  koty 

Ŝ

yją  na  dworze  cały  rok.  W  mrozie,  deszczu  i  skwarze.  Macie 

ogrzewany  pokój  z  własną  łazienką,  telewizją  i  dywanami  od 
ś

ciany do ściany, i... 

Qwilleran  dmuchnął  w  wąsy,  bo  stało  się  dla  niego  jasne,  Ŝe 

Koko  ze  szklanym  wzrokiem,  kołyszący  się  lekko,  jakby  nie 
mógł utrzymać równowagi, jest po prostu na haju! 

background image

 

 

-  Szatan,  nie  kot!  -  wymamrotał.  A  potem  przyszła  mu  do 

głowy  inna  myśl.  Koko  nigdy  nie  zachowywał  się  dziwnie  bez 
powodu. Ale co tym razem chciał mu przekazać? 

 
SCENA SIÓDMA 
 
Miejsce:        Restauracja „ U Tipsy", North Kennebeck 
Czas:           Później, tego wieczoru 
Osoby:         Polly Duncan 
pan  0'Dell,  dozorca  Owillerana  Chad,  czarna  owca  rodziny 

Lanspeaków Lori Bamba, koleŜanka Koko i Yum Yum 

Kiedy Qwilleran przyszedł po Polly, zapytał: 
- Cieszę się, Ŝe moŜesz zjeść dzisiaj ze mną kolację. Czy nie 

miałabyś  nic  przeciwko  temu,  Ŝebyśmy  pojechali  za  miasto? 
Przez  te  złe  wieści  nie  mogłem  spać,  jestem  podenerwowany. 
Muszę o tym porozmawiać. 

Jej głos, delikatny i miękki, przynosił ukojenie i jednocześnie 

stymulował. 

- Rozumiem, Qwill. Taka tragedia sprawia, Ŝe ludzie chcą być 

bliŜej  siebie  -  obdarzyła  go  ciepłym  spojrzeniem,  którego  tak 
potrzebował, a które jednak trwało zbyt krótko. 

- Pomyślałem, Ŝe moglibyśmy pójść do restauracji „U Tipsy". 

Wiesz coś o tym miejscu? 

-  Mają  dobre  jedzenie,  a  miejsce  jest  bardzo  popularne  - 

powiedziała  pogodnie  Polly,  jakby  postanowiła,  Ŝe  ten  wieczór 
będzie  wesoły.  -  Czy  wiesz,  Ŝe  restauracja  zawdzięcza  swoją 
nazwę  kotu?  ZałoŜyciel  tej  knajpy  był  kucharzem  w  obozie 
drwali,  a  potem  właścicielem  salonu.  W  czasach  prohibicji 
pojechał na Niziny i zarabiał na czarnym rynku. 

Po  zniesieniu  zakazów  wrócił  tutaj  z  czarno-białym  kotem  o 

imieniu Tipsy i załoŜył steakhouse w drewnianej chałupie.    

- Jak się nazywał?                                                             
- Gus. Tylko tyle wiem, ale w okolicy jest legendą, tak samo 

jak jego kot. To było pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt lat temu. Od 

background image

 

 

tego czasu lokal przechodził z rąk do rąk wiele razy, ale kolejni 
właściciele zachowali nazwę. 

Jechali  przez  typowy  dla  Moose  County  krajobraz: 

pofałdowane  pastwiska  nakrapiane  głazami  narzutowymi  i 
stadami owiec, kurze fermy z białymi stodołami, ciemne połacie 
lasów,  opuszczone  kopalnie  z  ruinami  wyciągów.  Tablica  na 
rozwidleniu  drogi  informowała,  Ŝe  do  West  Middle  Hummock 
pozostają  trzy  mile.  Inna  droga  prowadziła  stąd  do  Chipmunk 
(dwie mile) i North Kennebeck (dziesięć mil). 

-  West  Middle  Hummock  nie  jest  daleko  od  Chipmunk, 

prawda? - zauwaŜył Qwilleran. 

- Nie, ale to dobre studium kontrastów - powiedziała Polly. 
Szosa  prowadziła  przez  skupiska  zniszczonych  budynków 

mieszkalnych, wiejskich domków z rozsypującymi się gankami, 
blaszanych  baraków,  przyczep  niewiele  większych  od 
cygańskich wozów i duŜych domów z tabliczką „do wynajęcia". 

-  Zaraz  po  załoŜeniu  miasta  w  tych  duŜych  domach  były 

burdele - poinformowała Polly. 

Młodzi  ludzie  gromadzili  się  wokół  klubu  i  baru  z 

hamburgerami,  pili  piwo  z  puszek  i  ogłuszali  się  rykiem 
przenośnego stereo. Czy to ci gangsterzy włamali się do szkoły, 
zdemolowali klinikę dentystyczną i otworzyli hydranty? Czy to 
tu przesiaduje Chad Lanspeak? Czy mordercy Fitchów rabowali 
w tym mieście? 

Z drugiej strony North Kennebeck było kwitnącą wspólnotą z 

elewatorem  na  zboŜe,  osiedlami,  starą  stacją  kolejową 
zamienioną  na  muzeum  i  restauracją  „U  Tipsy",  do  której 
ś

ciągali goście z całego okręgu. 

Między  zewnętrznymi  pociemniałymi  balami,  z  których 

postawiono  budynek  restauracji,  były  szpary,  ale  wnętrze  było 
czyste  i  przytulne,  umeblowane  rustykalnymi  sprzętami.  Przy 
stolikach  siedziało  wielu  gości.  Pod  lampą  w  głównej  jadalni 
wisiał portret białej kotki w czarne plamki i z czarną łatą, która 

background image

 

 

zdawała  się  spływać  jej  na  jedno  oko,  co  nadawało  kocicy 
wygląd podchmielonej matrony. 

-  Miała  zdeformowaną  stopę,  utykała,  co  dodawało 

wiarygodności  jej  nietrzeźwemu  wyglądowi.  A  jak  się  mają 
twoje koty, Qwill? 

-  Koko  cieszy  się,  Ŝe  zacząłem  kolekcjonować  stare  ksiąŜki. 

Najbardziej  lubi  biografie.  Nie  rozumiem,  jak  on  odróŜnia 
ś

ywoty równoległe Plutarcha od poezji Wordswortha. 

- A jak się ma nasza kochana Yum Yum? 
-  Nasza  kochana  Yum  Yum  odkryła  upodobanie  do 

nieprzyjemnego  zwyczaju,  którego  nie  będę  komentował  przy 
stole. 

Zamówił  sherry  dla  Polly,  a  dla  siebie  miejscową  wodę 

mineralną  z  odrobiną  ziołowego  likieru  i  plasterkiem  cytryny. 
Miasteczko  Squunk  Corners  znane  było  z  bijących  źródeł,  a 
woda miała ponoć właściwości lecznicze. Podnosząc szklankę w 
toaście, powiedział: 

- Za pamięć obiecującej młodej pary! 
-    Harley  był  takim  wspaniałym  młodym  człowiekiem!  -

powiedziała smutno Polly. 

-  Koko bardzo go polubił. Zdaje się, Ŝe niewiele wiadomo o 

jego  Ŝonie.  Zgodnie  z  papierami  pobrali  się  w  Las  Vegas, 
dziwne,  prawda?  Tutejsze  bogate  rodziny  wolą  chyba  wielkie 
ś

luby w kościele Old Stone. Z orszakiem druhen, setkami gości i 

przyjęciem w klubie. 

- Kiedy David i Jill się pobierali, ich ślub kosztował fortunę. 
-  śona  Harleya  nigdy  nie  przychodziła  na  próby  Klubu 

Teatralnego,  a  w  gazecie  przeczytałem,  Ŝe  obie  pary  wybierały 
się właśnie na próbę i miały na sobie odpowiednie ubrania. 

Polly uniosła brwi. 
-  Czytałeś  kiedyś  w  gazecie  historię,  która  we  wszystkim 

odpowiadałaby rzeczywistości? 

Przejrzeli  menu.  Nie  było  dodatków,  ale  kucharz  znał  się  na 

rzeczy.  Polly  była  zadowolona,  Ŝe  jej  szczupak  smakował  jak 

background image

 

 

ryba,  a  nie  jak  sezonowane  kromki  chleba.  Qwilleran  cie  szył 
się, Ŝe jego stek wymaga przeŜuwania. 

-  Zawsze  mam  podejrzenia  wobec  steku,  który  rozpływa  mi 

się w ustach - powiedział. 

Rozmowa  nie  schodziła  z  tematu  morderstwa  Fitchów.  Polly 

martwiła  się  o  matkę  Harleya,  która  była,  podobnie  jak 
Qwilleran, w radzie nadzorującej pracę biblioteki. 

- Margaret ma bardzo wysokie ciśnienie, nie wiem, jak 
zareaguje  na  taki  szok.  To  wspaniała  osoba,  taka  hojna, 

zawsze chętna, Ŝeby przewodniczyć komitetowi, wziąć udział w 
kampanii  dobroczynnej,  w  otwarciu  fundacji.  Udziela  się  nie 
tylko  w  bibliotece,  ale  takŜe  w  szpitalu  i  szkole.  Tak  samo 
Nigel, to cudowni ludzie! 

-  Hmm...  -  zamruczał  Qwilleran,  niepewny,  jak  ma 

zareagować  na  ten  wylew  sentymentalnego  uwielbienia, 
niezwykłego w ustach Polly. 

-  To  musi  być  cios  dla  Davida  -  zaryzykował.  -  Obaj  bracia 

byli ze sobą tak blisko. 

- Tak, a David jest bardziej wraŜliwy. Ale Jill go wesprze. Jest 

bardzo  opanowana.  ZauwaŜyłeś,  Ŝe  to  ją  cytowały  gazety?  Na 
ich  ślubie  była  jedyną  osobą,  która  się  nie  denerwowała,  umie 
trzymać emocje na wodzy. 

-  Nie  dziwi  cię  to,  Ŝe  w  Moose  County  doszło  do  napaści  z 

bronią? - zapytał. 

-  To  musiało  się  w  końcu  stać.  Okoliczni  ludzie  mają  w 

domach  kupę  broni.  Większość  męŜczyzn  poluje.  Pełno  tu 
gwintówek, 

dubeltówek, 

rewolwerów. 

PrzewaŜnie 

to 

odpowiedzialni 

ludzie, 

przestrzegający 

prawo, 

ale 

dzisiejszych  czasach  wszystko  się  moŜe  zdarzyć  -  obrzuciła  go 
szybkim, badawczym spojrzeniem. - Nie poluję, ale trzymam w 
domu pistolet, tak na wszelki wypadek. 

Wąsy Qwillerana poruszyły się. Jej uprzejme maniery, sposób 

bycia  pełen  rezerwy,  jej  postać  matrony,  konserwatywne 

background image

 

 

ubranie,  nic  nie  wskazywało  na  to,  Ŝe  w  jej  posiadaniu  moŜe 
znajdować się śmiertelna broń. 

- Jeśli się Ŝyje samotnie przy wiejskiej drodze... CóŜ, uwaŜam, 

Ŝ

e  to  przezorność  -  wyjaśniła.  -  To,  co  dzieje  się  na  Nizinach, 

zaczyna się teŜ dziać tutaj. Wiedziałam, Ŝe tak się stanie, i wcale 
mi się to nie podoba. 

- Dlaczego nie przeprowadzisz się do miasta? - zasugerował. 
- Mieszkam w tym małym domku, odkąd umarł Bob. Kocham 

mój  mały  ogród.  Lubię  otwarte  przestrzenie.  Sprawia  mi 
przyjemność  mieszkanie  przy  polnej  drodze,  widok  krów  na 
pastwiskach, kiedy jadę rano do pracy. 

- Czasem, Polly, trzeba iść na kompromis. 
-  Kompromisy  to  nie  moja  specjalność,  nie  przychodzą  mi 

łatwo. 

- ZauwaŜyłem to - powiedział Qwilleran. 
Polly  zrezygnowała  z  deseru,  ale  nie  mogła  oprzeć  się 

cytrynowemu ciastu z bezami. 

- Byłaś kiedyś w rezydencji Fitchów? - zapytał. 
-  Wiele  razy.  Kiedy  Nigel  i  Margaret  mieszkali  w  duŜym 

domu, Margaret zapraszała radę biblioteczną na herbatę w kaŜde 
ś

więta  BoŜego  Narodzenia.  Mają  setki  akrów.  Pagórki,  lasy, 

łąki, strumyki, a z najwyŜszego wzgórza widać Wielkie Jeziora. 
Rezydencja, którą w latach dwudziestych zbudował Cyrus Fitch, 
jest  bardzo  rozległa.  Podobno  sam  ją  zaprojektował.  Był 
zaŜartym  indywidualistą  i  zapalonym  kolekcjonerem.  Harley  i 
David wyrośli tam. Wśród trofeów, rzadkich ksiąŜek, chińskich 
rzeźb,  średniowiecznej  zbroi  i  wszystkich  tych  egzotycznych 
przedmiotów, 

które 

kolekcjonowali 

ludzie 

latach 

dwudziestych,  jeśli  mieli  pieniądze.  Kiedy  David  poślubił  Jill, 
jego  rodzice  zbudowali  im  dom  na  terenie  posesji.  Gdy  Harley 
się  oŜenił,  on  i  jego  Ŝona  wprowadzili  się  do  rezydencji,  a 
rodzice zamieszkali w apartamencie. 

- Czy moŜna dojechać do rezydencji? 
- To prywatna droga, ale nic jej nie zagradza. 

background image

 

 

- Co mogło przyciągnąć włamywaczy? Nie wyobraŜam sobie, 

Ŝ

e  złodzieje  chcieli  ukraść  rzadkie  ksiąŜki  albo  głowę 

nosoroŜca. 

-  Była  tam  rodzinna  biŜuteria,  przekazywana  z  pokolenia  na 

pokolenie.  Spodziewam  się,  Ŝe  Ŝona  Harleya  dostała  część  po 
ś

lubie. 

Qwilleran w zamyśleniu gładził wąsy. 
-  Mam  przeczucie,  Ŝe  morderca,  albo  mordercy,  był  tam  juŜ 

przedtem. 

Kiedy  wyszli  z  restauracji  i  w  świetle  zachodzącego  słońca 

ruszyli w drogę powrotną, zapytał: 

- Jak ci się podoba „Moose County coś tam"? 
- Cieszę się, Ŝe znów mamy gazetę, ale ten tytuł jest okropny. 
- Jest tymczasowy, zmienimy go, jak tylko czytelnicy wybiorą 

swój własny. 

- Byłam zdziwiona objętością gazety. 
-  Z  czasem  na  pewno  zejdzie  do  dwudziestu  czterech  stron. 

Do  czasu  wykończenia  nowych  budynków  i  drukarni,  planują 
wydawać  ją  w  środy  i  weekendy.  Potem  pismo  będzie 
wychodzić  pięć  dni  w  tygodniu.  Mam  zamiar  pisywać  tam 
felietony. 

- A co z twoją powieścią? - zapytała ostro Polly. 
- CóŜ, Polly... osiągnąłem ten bolesny punkt, kiedy musiałem 

spojrzeć prawdzie w oczy. Nie jestem stworzony do wymyślania 
fikcji.  Przez  dwadzieścia  cztery  lata  mojej  kariery  zawodowej 
skupiałem  się  na  wygrzebywaniu  faktów,  weryfikowaniu 
faktów,  porządkowaniu  faktów  i  na  ich  skrupulatnym 
relacjonowaniu. Moja wyobraźnia jest przytłumiona. 

- Pisaniu tej powieści poświęciłeś przecieŜ dwa lata! 
- Mówiłem o niej dwa lata - poprawił ją. - Nigdzie mnie to nie 

doprowadziło. MoŜe jestem po prostu leniwy. 

- Rozczarowujesz mnie, Qwill. 
-  Przeceniasz  mnie.  Spodziewałaś  się,  Ŝe  będę  Faulknerem 

północnych lasów albo Melville'em prerii. 

background image

 

 

-  Spodziewałam  się,  Ŝe  napiszesz  coś  o  nieprzemijającej 

wartości.  Teraz  będziesz  po  prostu  produkował  jednorazową 
prozę  na  potrzeby  gazety.  Twoje  kolumny  w  „Daily  Fluxion" 
były  zawsze  dobrze  napisane,  informacyjne,  zabawne,  ale  czy 
wykorzystujesz swój cały potencjał? 

-  Jestem  świadom  moich  ograniczeń,  Polly.  Wyznaczasz  mi 

cel, który jest nierealny - zaczynało go to draŜnić. 

- Pisanie powieści to był twój pomysł. 
-  KaŜdy  pisarz,  wcześniej  czy  później,  zaczyna  zastanawiać 

się  nad  napisaniem  powieści,  ale  nie  kaŜdy  się  do  tego  nadaje. 
Na moim biurku przewalają się stosy notatek i na wpół zapisane 
strony  -  Qwilleran  niespodziewanie  podniósł  głos.  -  Potrzebuję 
dyscypliny,  jaką  daje  praca  w  gazecie.  Dlatego  będę  pisał  do 
„Moose  County  coś  tam"  -  ton  Qwillerana  wskazywał,  Ŝe 
chciałby jeszcze dodać: „Czy ci się to podoba, czy nie!" 

Polly spojrzała na zegarek. ZbliŜali się do centrum Pickax. 
- Miło było zjeść z tobą kolację. 
- Nie wstąpisz na górę na wieczorną kawę? 
-  Nie  dzisiaj.  Mam  jeszcze  sporo  do  zrobienia  -  powiedziała 

oschle. 

Ostatnie  metry  pokonali  w  milczeniu.  Po  szorstkim 

„dobranoc"  przesiadła  się  do  własnego  samochodu,  który  stał 
zaparkowany  przed  biblioteką.  Był  to  dwudrzwiowy  wóz  w 
kolorze Ŝurawinowo-czerwonym, który Qwilleran podarował jej 
na  Gwiazdkę  w  nagłym  przypływie  świątecznego  nastroju, 
sentymentalnych  uczuć  i  emocjonalnego  delirium.  Kiedy 
odjechała,  niebieski  jedwabny  szalik,  który  dla  niej  kupił  tego 
popołudnia,  nadal  leŜał  zapomniany,  nawet  nieodpakowany,  na 
tylnym siedzeniu jego samochodu. 

To  było  za  dobre,  Ŝeby  miało  trwać  wiecznie,  pomyślał, 

okrąŜając  rondo  wokół  parku.  Jego  związek  z  Polly  zbliŜał  się 
ku  końcowi.  Kiedyś  taka  kochająca  i  zgodna,  nagle  zaczęła 
krytykować  wszystkie  jego  decyzje.  Zdawało  się  jej,  Ŝe 
wzajemna bliskość upowaŜnia ją do kierowania jego Ŝyciem, ale 

background image

 

 

on  nie  był  niczyją  własnością.  Z  tego  samego  powodu  jakieś 
dwanaście lat temu rozpadło się jego małŜeństwo. 

Kiedy otwierał drzwi do wozowni, usłyszał dzwonek telefonu. 

Pobiegł  na  górę.  Miał  nadzieję...  Miał  nadzieję,  Ŝe  Polly 
zmieniła  zdanie...  Miał  nadzieję,  Ŝe  minęła  kilka  przecznic  i 
zatrzymała się przy budce telefonicznej... 

Głos w słuchawce naleŜał jednak do pana O'Della, który przez 

czterdzieści lat pracował w szkole jako woźny i teraz prowadził 
własną jednoosobową firmę sprzątającą. 

-  Pewnikiem,  Ŝe  smutne  wieści  -  powiedział  pan  0'Dell.  - 

Młody panicz Harley był dobrym  człowiekiem, ale oŜenił się z 
niewłaściwą  Irlandką.  Tak  właśnie  myślę.  Będzie  mnie 
potrzebował jutro? Wnuk mi się urodził w Kennebeck, spieszno 
mi go zobaczyć. 

- Koniecznie, panie 0'Dell, niech pan weźmie wolne i jedzie. 

Czy wszystko było w porządku, kiedy pan tu był? 

-  Wszystko,  z  wyjątkiem  jednego.  Ona  znowu  nabrudzi-ła 

poza pudełkiem. Coś jej przeszkadza, oj tak. 

Qwilleran  zadzwonił  natychmiast  do  Lori  Bamby  z  Moose-

ville,  młodej  damy,  która  wiedziała  wszystko  o  kotach.  Opisał 
jej całą sytuację. 

- Yum Yum nigdy dotąd nie sprawiała kłopotów. Kupiłem jej 

osobną  kuwetę,  myślałem,  Ŝe  o  to  jej  chodzi,  a  ona  znowu 
zostawia mi prezenty na podłodze łazienki. 

-  MoŜe  to  stres  -  zasugerowała  Lori.  -  Czy  ona  Ŝyje  teraz  w 

stresie? 

-  STRES?!  -  wykrzyknął  do  telefonu.  -  To  ja  Ŝyję  w  stresie! 

Ona  wiedzie  beztroskie  Ŝycie!  Ma  komfortowy  apartament  ze 
wszystkimi  wygodami  -  dwa  gotowane  posiłki  dziennie, 
czesanie  trzy  razy  w  tygodniu.  Ma  zarezerwowane  miejsce  na 
moich  kolanach  za  kaŜdym  razem,  kiedy  siadam.  Dodatkowo 
prowadzę z nimi inteligentne rozmowy, tak jak mi to doradzałaś. 

- Czy w jej otoczeniu zaszły ostatnio jakieś zmiany? 

background image

 

 

-  Tylko  nowe  tapety  w  salonie,  ale  nie  wiem,  w  jaki  sposób 

miałoby to jej dotyczyć. 

-  CóŜ,  obserwuj  ją  i  jeśli  zauwaŜysz  coś  jeszcze 

niepokojącego w jej zachowaniu, zabierz ją do weterynarza. 

Tej nocy Qwilleran spał niespokojnie. Kiedy coś było nie tak 

z  kotami,  był  zawsze  wytrącony  z  równowagi.  Było  mu  teŜ 
przykro  z  powodu  Polly.  Nie  mógł  spokojnie  myśleć  o 
morderstwie,  którego  dokonano  z  zimną  krwią  i  które 
przepełniło  Ŝalem  i  smutkiem  całą  wspólnotę.  Kiedy  tak  leŜał, 
usłyszał Ŝałobny  gwizd towarowego pociągu, który o pierwszej 
trzydzieści  mijał  niestrzeŜony  przejazd  w  pobliŜu  granicy 
miasta.  Pogoda  była  dobra,  a  powietrze  przejrzyste.  Mimo  Ŝe 
leŜał z głową wtuloną w poduszkę, a przejazd był oddalony od 
jego domu o dobre pół mili, słyszał zgrzyt kół na torach. Kiedy 
następny  pociąg  o  drugiej  dwadzieścia  przetoczył  się  przez 
miasto, Qwilleran nadal nie spał. 

 
SCENA ÓSMA 
 
Miejsce:        Śródmieście Pickax 
Czas:           Dzień przed pogrzebem Fitchów 
Qwilleran słuchał wiadomości nadawanych przez PKX FM co 

pół godziny, spodziewając się usłyszeć, Ŝe podejrzani w sprawie 
morderstwa Harleya i Belle Fitchów są właśnie przesłuchiwani, 
albo Ŝe podejrzanych aresztowano i przedstawiono zarzuty, albo 
Ŝ

e morderca się załamał lub popełnił samobójstwo, zostawiwszy 

notatkę  czy  teŜ  list  poŜegnalny.  Nie  wydarzyło  się  nic,  co 
potwierdziłoby  scenariusze  wymyślane  przez  Qwillerana.  Z 
wiadomości  moŜna  się  było  dowiedzieć,  Ŝe  policja  prowadzi 
dochodzenie. 

Ogłoszono,  Ŝe  pogrzeb  odbędzie  się  w  piątek  i  Ŝe  jest 

Ŝ

yczeniem  rodziny,  by  ceremonia  odbyła  się  w  najbliŜszym 

gronie.  Qwilleran  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  decyzja  rozczaruje 
wielu  mieszkańców  okręgu.  Chodzeniu  na  pogrzeby  i 

background image

 

 

przyglądaniu  się  Ŝałobnym  ceremoniom  poświęcano  w  Pickax 
wiele czasu. 

Co 

więcej, 

ogłoszono, 

Ŝ

Margaret 

Fitch, 

matka 

zamordowanego męŜczyzny, przeszła cięŜki zawał i przebywa w 
stanie  krytycznym  w  szpitalu.  Wszystko  to  podsyciło 
zniecierpliwienie  Qwillerana.  Wiedziony  ciekawością  i  chęcią 
uzyskania jakichś pewnych informacji wybrał się na posterunek 
policji,  Ŝeby  porozmawiać  z  Brodiem.  Jego  krok  był  mniej 
energiczny  niŜ  zazwyczaj,  po  bezsennej  nocy  brakowało  mu 
animuszu.  Od  incydentu  w  West  Middle  Hummock  nie 
rozmawiali ze sobą, ale Brodie wiedział z pewnością wszystko i 
będzie chciał odsłonić kilka faktów. 

-  Kiepska  sprawa,  Brodie  -  powiedział  Qwilleran,  wchodząc 

do biura. 

-  Kiepska  sprawa  -  powtórzył  Brodie,  nie  podnosząc  oczu 

znad papierów. 

- Jacyś podejrzani? 
- Nie mogę mówić, to nie ja prowadzę to dochodzenie. 
-  Przypuszczam,  Ŝe  sprawa  z  West  Middle  Hummock  jest  w 

gestii szeryfa. 

Brodie pokiwał głową. 
- Policja stanowa tylko asystuje. 
-  A  tak  nieoficjalnie,  Brodie,  podejrzewacie  punków  z 

Chipmunk? 

Szef  spojrzał  Qwilleranowi  prosto  w  oczy  i  powiedział 

chłodno: 

- Bez komentarza. 
Qwilleran  nie  spodziewał  się  takiej  reakcji  u  gadatliwego 

zazwyczaj stróŜa prawa, ale wiedział teŜ, kiedy naleŜy przestać 
zadawać pytania. 

- Nie martw się! - rzucił na odchodne. 
Następny  przystanek  zrobił  w  redakcji  „Moose  County  coś 

tam".  W  redakcji  zawsze  moŜna  było  liczyć  na  nieformalne 
informacje,  prawdziwe  czy  teŜ  fałszywe.  Niestety  Junior 

background image

 

 

Goodwinter  wziął  pierwszy  raz  wolne  po  wielu  tygodniach, 
jakie  minęły,  odkąd  zaczęli  pracować  nad  projektem,  a  Roger 
MacGillivray  był  w  terenie,  zbierał  materiał  do  artykułu  o 
dzikich indykach. 

Arch Riker był pod ręką, skulony nad biurkiem, ale nie słyszał 

Ŝ

adnych plotek i nie potrafił odpowiedzieć na Ŝadne pytanie. 

- Ciekawy jestem - zastanowił się Qwilleran - skąd pochodziła 

Belle  Fitch.  Mój  sprzątacz  mówi,  Ŝe  Harley  poślubił 
niewłaściwą kobietę. 

- Jesteś zwykłym psem, Qwill! - wybuchnął niespodziewanie 

Arch,  odpychając  niecierpliwie  swoje  krzesło  od  biurka.  -  Nie 
dasz  za  wygraną,  dopóki  nie  wywęszysz  czegoś,  co  nie  jest 
twoją sprawą! 

Zaskoczony  wybuchem  przyjaciela  Qwilleran,  drocząc  się 

niewinnie, zapytał: 

-  Co  cię  gryzie,  Arch?  CzyŜby  Amanda  nie  przyjęła 

pierścionka? 

-  To  teŜ  nie  twoja  sprawa  -  wypalił  redaktor.  -  Kiedy 

dostaniemy od ciebie następny artykuł? 

- Ą kiedy chcecie? 
- Jutro w południe, pójdzie w niedzielnym  wydaniu. To było 

to! Krótkie terminy podnosiły Qwilleranowi ciśnienie, lepiej się 
koncentrował, miał więcej pomysłów. 

-  Co  powiesz  na  tekst  o  ekscentrycznym  księgarzu,  który 

prowadzi antykwariat w dawnej kuźni? 

- A co ze zdjęciami, masz aparat? 
- Za słaby, Ŝeby pstryknąć ciemne ksiąŜki i ciemnego kota w 

ciemnym pomieszczeniu. 

- W porządku, zorganizuj wszystko, a ja podeślę tam naszego 

dyŜurnego  fotografa,  jeśli  uda  mi  się  go  znaleźć  i  jeśli  on 
znajdzie aparat. 

Qwilleran  wyszedł  z  redakcji  podniesiony  na  duchu.  Do 

niewczesnych  romansów  Rikera  miał  ambiwalentny  stosunek. 
Dorastali  razem  w  Chicago  i  byłoby  mu  przykro,  gdyby 

background image

 

 

przyjaciel 

doznał 

rozczarowania. 

drugiej 

strony 

niepowodzenie  miłosne  Archa  oznaczało,  Ŝe  znów  będą  mogli 
umawiać  się  na  kawalerskie  kolacje  do  „Old  Stone  Mili"  i 
pogawędki w tawernie „Pod Wrakiem" w Mooseville. 

Odebrał z działu miejskiego dyktafon i notes i  ruszył Ŝwawo 

w  kierunku  księgarni  „Edds  Editions".  Zadźwięczał  dzwonek 
przy  drzwiach  i  Eddington  Smith  wyłonił  się  z  mroku  swojego 
antykwariatu. 

- Straszna sprawa - powiedział drobny człowieczek Ŝałobnym 

tonem.  -  Wiadomo  coś  więcej  o  morderstwie?  -  w  tym 
momencie  Qwilleran  po  raz  pierwszy  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe 
trwały  uśmiech  na  twarzy  księgarza  był  tylko  zamaskowanym 
grymasem. 

- Policja prowadzi śledztwo - powiedział. - Tylko tyle wiem. 

MoŜe  słyszałeś,  Ŝe  pani  Fitch  miała  zawał.  Jest  w  stanie 
krytycznym. 

Księgarz pokiwał z ubolewaniem głową. 
-  Znałem  całą  rodzinę.  Zdaje  mi  się,  Ŝe  to  nie  dzieje  się 

naprawdę. „Cały świat to scena, a wszyscy męŜczyźni i kobiety 
są tylko aktorami" - jak ktoś powiedział. 

Z ciemnego kąta pomieszczenia doszło ich cichutkie „miau" i 

pokazał się Winston, który wachlując się cętkowanym ogonem, 
skakał  z  jednego  stołu  na  drugi:  z  ksiąŜek  medycznych  na 
biografie  i  dalej  na  ksiąŜki  kulinarne  i  fikcję.  Qwilleran 
pogłaskał puszysty przydymiony grzbiet. 

- Chciałbym napisać artykuł do nowej gazety o twojej firmie, 

Edd. W reklamie antykwariatu wspomniałeś o naprawie ksiąŜek. 
Czy w takim mieście jak to jest duŜo pracy? 

-  Niewiele.  Dostaję  trochę  zleceń  z  biblioteki.  Pani  Duncan 

jest  bardzo  miła.  Dzisiaj  rano  jedna  pani  z  Sawdust  City 
przyniosła  mi  rodzinną  Biblię  do  naprawy.  Przeczytała  moje 
ogłoszenie. 

- Gdzie wykonujesz te prace? 

background image

 

 

- Moje maszyny introligatorskie są z tyłu, na zapleczu. Chcesz 

je zobaczyć? 

-  Tak,  i  chciałbym  włączyć  dyktafon.  Chcę  ci  zadać  kilka 

pytań. 

Eddington  poprowadził  Qwillerana  do  pomieszczenia  na 

tyłach  budynku.  Winston  zeskoczył  z  ksiąŜek  kucharskich  i 
poszedł za nim. 

- Widziałeś iuŜ kiedyś ręczną bindownicę? - zapytał księgarz 

z  nutą  dumy.  Pociągnął  za  sznurki  zwisające  z  sufitu  i 
fluorescencyjne tuby podświetliły pokój pełen pras księgarskich, 
gilotyn,  ostrzałek,  blatów,  stołków  róŜnej  wysokości,  małą 
kuchenkę gazową i róŜne nietypowe narzędzia. 

Qwilleran zaczął robić notatki, spisując to, co znajdowało się 

w  warsztacie.  Edd  zauwaŜył,  Ŝe  Qwilleran  przypatruje  się 
kuchence. 

- To do podgrzewania kleju - wyjaśnił - no i mojej zupy. Dwaj 

męŜczyźni  rozsiedli  się  na  stołkach.  Eddington  podał 
Qwilleranowi otwartą ksiąŜkę. 

-  Popatrz  na  stronę  siedemdziesiątą  drugą.  Potrafię  tak 

zreperować rozdarcie za pomocą japońskiej bezbarwnej taśmy i 
kleju z mączki kukurydzianej, Ŝe nie ma śladu po uszkodzeniu. 

To była prawda. Strona siedemdziesiąta druga była bez skazy. 
Kiedy  Winston  wskoczył  na  ławę,  przy  której  siedzieli, 

księgarz powiedział: 

-  Zawsze  przychodzi  do  introligatorni,  kiedy  pracuję.  Lubi 

zapach kleju i pasty. 

- Koko teŜ lubi wąchać klej. Jakiego rodzaju kleju uŜywasz? 
- Nic syntetycznego. Sam robię pastę z pszennej mąki albo z 

mączki  kukurydzianej.  Klej  robię  ze  zwierzęcej  Ŝelatyny. 
Kupuję  ją  w  listkach  i  rozpuszczam.  Wiedziałeś,  Ŝe  to  właśnie 
klej introligatorski przyciąga mole ksiąŜkowe? 

Kiedy  Eddington  opowiadał  o  swoim  rzemiośle,  nie  był  juŜ 

tym nieśmiałym męŜczyzną, który prowadzi małą księgarenkę i 
szeptem  wypowiada  swoje  kwestie  na  próbach  Klubu 

background image

 

 

Teatralnego.  Mówił  miękkim  głosem,  ale  z  mocą,  a  czynności 
introligatorskie wykonywał sprawnie i pewnie. 

- Jak zainteresowałeś się ksiąŜkami? - zapytał Qwilleran. 
- Mój pradziadek kolekcjonował ksiąŜki. Znasz miasteczko o 

nazwie  Smiriis  Folly?  To  on  je  załoŜył,  w  1856  roku.  Jego 
kopalnia zawaliła się dwa razy, ale za trzecim uczyniła z niego 
bogatego człowieka. 

-  Co  się  stało  z  fortuną  twojego  pradziadka?  -  zapytał 

Qwilleran,  rozglądając  się  po  pokoju.  W  odległym  rogu 
pomieszczenia  stało  niewygodne  zapewne  polowe  łóŜko, 
rozkładany stolik i turystyczne krzesełko, mały zlew z wiszącym 
ponad nim lustrem, półka z naczyniami i jedzeniem w puszkach. 

-  Z  przykrością  muszę  powiedzieć,  Ŝe  następne  pokolenie 

wydało  wszystko  na  urocze  panie  -  westchnął  Eddington, 
oblewając się niezdrowym rumieńcem. - Mój ojciec sprzedawał 
ksiąŜki  jako  komiwojaŜer,  chodził  od  drzwi  do  drzwi  i  tak 
zarabiał na Ŝycie. 

- Jakiego rodzaju ksiąŜki? 
- Klasykę, słowniki, encyklopedie, klasery z etykietami i inne 

podobne. Ludzie bez wykształcenia chcieli zyskać jakąś wiedzę 
i mój ojciec był jak misjonarz, niosący kaganek oświaty. Mówił 
im,  Ŝe  mają  czytać  i  wieść  lepsze  Ŝycie.  Nigdy  się  nie  dorobił, 
ale był uczciwy i szanowano go w okolicy. Jak ktoś powiedział: 
„Cnota i bogactwo rzadko idą w parze". 

- A ty jak zająłeś się uŜywanymi ksiąŜkami? 
-  Kiedy  stary  człowiek  umarł,  wyrzucili  jego  ksiąŜki  na 

ś

mietnik.  Zebrałem  je  na  wózek.  Miałem  czternaście  lat.  Teraz 

kupuję  po  domach.  Czasami  na  strychu  znajdzie  się  jakaś 
nietypowa  ksiąŜka,  która  jest  coś  warta.  Znalazłem  pierwsze 
wydanie  Marka  Twaina  w  pudle  z  podręcznikami  i  klasera-mi. 
Raz  znalazłem  ksiąŜkę,  którą  Longfellow  zadedykował 
Hawthorne'owi. 

background image

 

 

-  W  swoim  ogłoszeniu  wspomniałeś  takŜe  o  opiece 

bibliotekarskiej,  co  dokładnie  miałeś  na  myśli?  -  zapytał 
Qwilleran. 

-  Jeśli  ktoś  ma  dobrą  prywatną  bibliotekę,  idę  i  czyszczę 

ksiąŜki,  zajmuję  się  skórzanymi  okładkami.  Patrzę,  czy  nie  ma 
na  nich  pleśni  i  robaków.  Większość  ludzi  nie  wie  nawet,  jak 
układać  ksiąŜki  na  półce.  Jeśli  są  za  daleko  od  siebie,  uchylają 
się, jeśli za blisko, nie mogą oddychać. 

- Czy w okolicy jest wiele dobrych prywatnych zbiorów? 
-  Nie  tak  wiele,  jak  to  bywało  kiedyś.  Ludzie  dziedziczą 

kolekcje  i  sprzedają  je,  Ŝeby  kupić  sobie  jachty  albo  zapłacić 
dzieciom czesne w college'u. 

- MoŜesz wymienić kilku swoich klientów? 
-  Och,  nie,  to  nie  byłoby  etyczne,  ale  mogę  zdradzić,  Ŝe 

zajmowałem się biblioteką Klingenschoenów, kiedy starsza pani 
jeszcze Ŝyła. 

-  A  biblioteką  Fitchów?  Tak  nieoficjalnie.  -  Qwilleran 

wyłączył  dyktafon.  -  Słyszałem,  Ŝe  mają  trochę  rzadkich 
ksiąŜek. 

Księgarz wyszeptał: 
-  Kolekcja  Cyrusa  jest  teraz  warta  miliony.  Jeśli  zechcą 

sprzedać  ją  na  aukcji,  to  będzie  to  wydarzenie  na  skalę 
ś

wiatową. 

-  Czy  myślisz,  Ŝe  włamywacze,  którzy  zamordowali  młodą 

parę, mogli szukać starych ksiąŜek? 

- Nie wydaje mi się. Nie tutaj. Chyba Ŝe... 
- Chyba Ŝe co? 
-  Nie,  nic,  to  tylko  głupie  myśli  -  Eddington  wyglądał  na 

zakłopotanego. 

-  Czy  istnieją  profesjonalni  złodzieje  ksiąŜek,  tacy  jak  ci, 

którzy  kradną  dzieła  sztuki,  starych  mistrzów?  Tacy,  którzy 
mogliby przyjechać tu z Nizin? 

- Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Powinienem pomyśleć o 

inwentaryzacji. Albo najpierw porozmawiam z prawnikiem. 

background image

 

 

Qwilleran zapytał: 
- Od jak dawna chodziłeś do rezydencji Fitchów? 
-  Od  prawie  dwudziestu  pięciu  lat.  Kiedy  pan  i  pani  Fitch 

wyprowadzali się, prosili, abym nadal opiekował się biblioteką. 

-  Poznałeś  więc  Ŝonę  Harleya.  Jaka  ona  była?  Eddington 

zawahał się. 

- Miała ładną twarz - bardzo ładną. Twarz małej dziewczynki. 

Nie chciałbym mówić niczego złego, świeć panie nad jej duszą, 
ale... uŜywała takich słów, Ŝe nie powtórzyłbym ich nawet przed 
Winstonem. 

- Skąd pochodziła? 
-  Miała  na  nazwisko  Urkle.  Pochodziła  z  Chipmunk. 

Oczywiście  znałem  ją,  zanim  jeszcze  Harley  się  z  nią  oŜenił. 
Była pokojówką pani Fitch. 

Qwilleran 

pamiętał 

uwagę 

pana 

0'Della: 

„Poślubił 

niewłaściwą Irlandkę". Zwrócił się do Eddingtona: 

-  Ktoś  mógłby  się  zastanawiać,  dlaczego  Harley  wybrał 

dziewczynę z niŜszej klasy. 

-  „Miłość  czyni  nas  wszystkich  głupcami",  jak  mawiał 

Thackeray. Myślę, Ŝe to był Thackeray - powiedział księgarz. 

Qwilleran wstał. 
-  To  była  niezwykle  miła  rozmowa,  Edd.  Fotograf  przyjdzie 

jutro po południu. 

- MoŜe dobrze by było wymyć szybę wystawową. 
- Tylko nie przesadzaj. 
W drodze do wyjścia Qwilleran zatrzymał się i zapytał. 
-  Kiedy  w  normalnych  okolicznościach  odwiedziłbyś 

bibliotekę Fitchów? 

-  W  następny  wtorek,  ale  nie  wiem,  co  mam  teraz  zrobić. 

Muszę  porozmawiać  z  adwokatem.  Nie  chcę  niepokoić  pani 
Fitch, ale o ksiąŜki trzeba dbać. 

- Byłbym niezwykle wdzięczny, gdybyś zabrał mnie ze sobą - 

powiedział Qwilleran. - MoŜe się czegoś nauczę. 

- Powinienem zapytać prawnika, czy to będzie w porządku. 

background image

 

 

-  Nie  trzeba.  Po  prostu  zabierz  mnie  jako  swojego  asystenta. 

Jestem dobry w odkurzaniu. 

Idąc  do  domu,  Qwilleran  zastanawiał  się  nad  niezwykłą 

wiedzą skromnego samouka, nad radością, z jaką pracował przy 
ksiąŜkach,  i  nad  jego  zaniedbanym  mieszkaniem.  Przypomniał 
sobie  wąskie  polowe  łóŜko,  smutny  stolik  i  krzesło,  półkę  nad 
zlewem.  Były  na  niej  tylko  kubek,  talerz,  nadgryziony  rondel, 
zupa  w  puszce,  sardynki,  maszynka  do  golenia,  grzebień  i 
pistolet! 

Kiedy  przyjechał  do  domu,  wiedział,  Ŝe  ma  wiadomości  na 

sekretarce, zanim jeszcze wszedł na górę. Szalony taniec Koko, 
który biegał tam i z powrotem, był znakiem, Ŝe telefon dzwonił 
podczas nieobecności Qwillerana. 

Dzwoniła 

Francesca. 

Wpadnie 

piątej. 

Przyniesie 

olśniewające  próbki  tapet  do  jego  sypialni.  Ma  teŜ  dla  niego 
wieści. 

 
SCENA DZIEWIĄTA 
 
Miejsce: 

Mieszkanie 

Qwillerana, 

później 

restauracja 

„Stefania"  

Czas:           Ten sam dzień 
Qwilleran  poszedł  do  gabinetu,  Ŝeby  uporządkować  myśli  i 

ułoŜyć  chwytliwe  wprowadzenie  do  sylwetki  Eddingtona.  Miał 
teŜ  zamiar  zagnać  koty  do  ich  pokoju.  Zazwyczaj  asystowały 
przy  procesie  twórczym,  siedząc  na  jego  notatkach,  gryząc 
długopis  i  stąpając  po  klawiszu  trzymacza  w  maszynie  do 
pisania,  którą  posługiwał  się  Qwilleran,  ale  tym  razem 
Qwilleran  miał  sztywny  i  bardzo  bliski  termin.  Koty  zostały 
skazane na banicję. 

Praca  wymagała  koncentracji.  W  warsztacie  Eddington 

uŜywał  dziwnego  słownictwa.  Wspominał  o  bindowaniu,  bi-
gowaniu, kaszerowaniu, falcowaniu, klejeniu białkiem kurzym i 
zszywaniu. 

background image

 

 

Eddington  powiedział,  Ŝe  Winston  lubi  proces  klejenia.  Czy 

Koko  czuł  zapach  kleju,  kiedy  wąchał  grzbiety  ksiąŜek,  co 
wyglądało  tak,  jakby  czytał  tytuły?  Czy  kot  moŜe  wyczuć  klej 
na  siedemdziesięcioletnim  tomie  dzieł  Dickensa  albo  na 
stuletnim  Szekspirze?  To  było  mało  prawdopodobne.  Ale  jeśli 
nie klej, to dlaczego Koko tak chętnie wąchał ksiąŜki? Dlaczego 
wąchał tylko niektóre z nich, a inne nie? Czy w grzbietach były 
robaki?  Czy  był  w  stanie  wyczuć  Ŝyjące  stworzenia?  Kiedy 
spędzali  letnie  miesiące  na  wsi,  koty  były  zafascynowane 
pająkami, mrówkami i biedronkami, które widywały na szybach 
werandy. Dlaczego nie mole ksiąŜkowe? Qwilleran postanowił, 
Ŝ

e poprosi Eddingtona o sprawdzenie ulubionych tytułów Koko. 

Syjamczyk zainteresował się nagle Moby Dickiem i Kapitanami 
Zuchami. 

Snując te rozwaŜania, nie zbliŜał się do ukończenia artykułu i 

kiedy przyjechała Francesca ze swoimi tapetami, powiedział: 

-  Przepraszam,  jeśli  będę  trochę  roztargniony,  ale  pisałem 

artykuł 

Eddingtonie 

Smith 

jestem 

oparach 

antykwarycznych ksiąŜek. To jakie są te twoje wieści, Frań? 

-  Najpierw  poproszę  o  drinka  -  powiedziała,  padając  na 

kanapę. 

-  Najpierw  poproszę  o  wieści  -  nalegał  Qwilleran  -  potem 

dostaniesz drinka. 

-  Podejrzewają  Chada  Lanspeaka.  Carol  i  Larry  wpadli  w 

panikę! 

-  Hmmm...  -  zasępił  się,  uderzając  palcami  po  wąsach.  -  O 

której  według  policji  zabito  Harleya?  Twój  ojciec  nie  chce  mi 
nic powiedzieć. Nie wiem dlaczego. Nagle nabrał wody w usta. 

-  Ja  wiem  dlaczego  -  westchnęła  Frań.  -  W  zeszłym  roku 

udzielono  mu  reprymendy  za  rozmowy  o  sprawie,  w  której 
toczyło  się  dochodzenie.  Biedny  ojczulek!  Uwielbia  mówić. 
Mogę się tego dowiedzieć. Dlaczego chcesz wiedzieć? 

- O szóstej piętnaście Chad przyszedł do mojego mieszkania, 

Ŝ

eby  sprzedać  mi  robione  ręcznie  przez  siebie  rakiety  śnieŜne. 

background image

 

 

Transakcja zajęła nam więcej czasu, niŜ się spodziewałem, więc 
musiało  być  koło  siódmej  trzydzieści,  kiedy  podrzucił  mnie  do 
centrum. Wiem to dokładnie, bo spojrzałem na zegarek i zdałem 
sobie  sprawę,  Ŝe  zrobisz  mi  piekło  za  te  pół  godziny.  Jeśli 
wierzyć  temu,  co  napisała  nasza  gazeta,  Jill  i  David  znaleźli 
ciała  o  siódmej  piętnaście.  Zakładając,  Ŝe  Chad  spędził  cały 
dzień w sklepie, to jego udział jest wykluczony. 

- Powinieneś zadzwonić do Carol i Larry'ego i powiedzieć im 

to. ZaangaŜowali prawnika. Znasz Hasselricha? 

- Tak, to takŜe prawnik Fundacji Klingenschoenów. 
- Zadzwoń do nich od razu, to ich uspokoi. 
Qwilleran wystukał numer rezydencji Lanspeaków. Czekając, 

aŜ odbiorą telefon, wyobraŜał sobie ich atrakcyjny wiejski dom: 
drewniane płoty, cedrowy gont, malowniczą stodołę. 

- Halo, Larry? Tu mówi Qwill. Mam dla ciebie bardzo waŜną 

wiadomość...  Tak,  wiem,  Frań  mi  powiedziała,  ale  zakładając, 
Ŝ

e Chad był cały dzień w sklepie, to jest poza podejrzeniem. Był 

ze mną od szóstej piętnaście do siódmej trzydzieści, zdaje się, Ŝe 
przyjechał prosto po pracy. O której się wymeldował?... No, to 
chyba ma alibi. Pamiętasz, mówiłem ci, Ŝe sprzedaje mi rakiety 
ś

nieŜne. Dlatego spóźniłem się na próbę... No właśnie. Podrzucił 

mnie  do  centrum  swoim  rozgruchotanym  pikapem.  Wysiadłem 
pod  centrum  wspólnoty  o  siódmej  trzydzieści...  Tak, 
pomyślałem,  Ŝe  to  moŜe  pomóc.  Na  dowód  mogę  przedstawić 
parę  „ogonów  bobra".  Powiedz  to  Hasselrichowi  i  niech  je  ode 
mnie  odbierze.  Jestem  do  waszej  dyspozycji,  jeśli  mogę  się 
przydać... Do zobaczenia, Larry. Głowa do góry! 

Podczas  gdy  on  nalewał  jej  drinka,  ona  przechadzała  się  po 

salonie, rozglądając się wokół okiem profesjonalisty. Przesunęła 
stolik  o  kilka  centymetrów  w  lewo,  poprawiła  Ŝaluzje, 
wyprostowała druk z 1805 roku ukazujący łódź patrolową. 

-  Jak  to  się  dzieje,  Ŝe  twój  druk  jest  ciągle  przekrzywiony?  - 

zapytała.  -  Nie  mieliśmy  tu  ani  trzęsienia  ziemi,  ani  wybuchu 
bomby. 

background image

 

 

- To wina Koko - powiedział Qwilleran. - Lubi pocierać brodą 

o  naroŜniki  ramek,  a  do  tej  łatwo  dosięgnąć  z  oparcia  kanapy. 
Gdybyś wiedziała cokolwiek o kotach, nie pytałabyś. 

Usiadła wygodnie. 
- Nadal nie mogę uwierzyć, Ŝe straciliśmy Harleya. 
- Nikt nie mówi o jego Ŝonie. Dobrze ją znałaś? 
- Widziałam ją kilka razy - Frań podniosła na niego wzrok. 
- Pochodziła z Chipmunk? 
- Gdzieś stamtąd. 
- Co ludzie powiedzieli na ich małŜeństwo? Dlaczego pobrali 

się w Las Vegas? 

-  Szczerze  mówiąc,  Qwill,  nie  mam  ochoty  o  tym  mówić. 

Jeszcze  go  nie  pochowaliśmy.  To  zbyt  bolesne.  Nie  masz  nic 
przeciwko, jeśli zapalę? 

Z  wystudiowanym  wdziękiem  wytrząsnęła  papierosa  z 

pudełka, przypaliła  go srebrną zapalniczką, którą podarował jej 
na Gwiazdkę, i zaciągnęła się głęboko. 

Qwilleran pozwolił jej delektować się przez chwilę dymem, a 

potem powiedział: 

- Ty i David byliście bardzo zŜyci, prawda? 
- Skąd wiesz? To dawne dzieje, to było w szkole średniej. 
- Myślałaś kiedyś o tym, Ŝeby wyjść za niego? 
- Myślałeś kiedyś o tym, Ŝe moŜesz być wścibskim draniem... 

kochanie? 

Odpowiedział łobuzerskim tonem: 
-  Przepełnia  mnie  współczująca  ciekawość  wobec  losów 

bliźnich. To jedna z moich szlachetnych cech. 

Postawił przed nią miseczkę orzechów nerkowca i patrzył, jak 

zachłannie je połyka. 

-  A  tak  na  powaŜnie,  Frań,  czy  uwaŜasz,  Ŝe  tutejsi  śledczy 

mają wystarczające kompetencje, Ŝeby rozwiązać tę sprawę? 

-  Policja  stanowa  przysłała  tu  detektywa,  tak  mówi  tata. 

Eksperta  od  morderstw.  Ale  nie  doceniasz  chyba  naszych 
policjantów.  Wyrośli  tutaj,  znają  kaŜdego.  Zdziwiłbyś  się,  ile 

background image

 

 

wiedzą  o  tobie,  o  mnie,  o  Chadzie,  o  wszystkich.  Nie  mają 
naszych akt, po prostu wiedzą. 

Qwilleran nalał jej następnego drinka, jej szklanka szybko się 

opróŜniała. 

- Jaka jest rezydencja Fitchów? - zapytał. 
-  Sentymentalna  kiczowata  architektura  w  ekskluzywnym 

wydaniu.  Mieszanina  wiktoriańskiego  gotyku,  art  deco  i 
włoskiego  klasycyzmu.  Jest  w  niej  jednak  jakiś  wiejski  urok. 
Wszystkie te kominy, te kamienne mury wokół posiadłości. 

- Zastanawiam się, czy mordercy mieli czas, Ŝeby znaleźć to, 

czego szukali, zanim im przeszkodzono. Na pewno mieli kogoś 
na  czatach  w  samochodzie,  kogoś,  kto  ostrzegł  ich,  Ŝe  Jill  i 
David nadjeŜdŜają. Jak myślisz, czego mogli szukać? 

- Pieniędzy i biŜuterii, tak myślę. Zaczęli przeszukiwać biurko 

w  bibliotece  i  szuflady  w  garderobie  na  górze.  Babka  Harleya 
zostawiła  Harleyowi  i  Davidowi  biŜuterię,  Ŝeby  przekazali  ją 
swoim Ŝonom. Belle miała kilka naprawdę ładnych rzeczy. 

- A ksiąŜki? Mogli szukać rzadkich ksiąŜek? 
-  śartujesz?  To  były  prawdopodobnie  jakieś  łotry  z  Chip-

munk,  które  nie  potrafiłyby  odróŜnić  rzadkiej  ksiąŜki  od  spisu 
telefonów. 

- Jakiej broni uŜyli? 
- Ręcznej. To pistolet, bardzo popularny w okolicy... Hej, nie 

mów  tacie,  Ŝe  wiesz  to  wszystko.  Nie  powinien  o  tym  z  nikim 
rozmawiać, ale on i mama mają ostre dyskusje przy kuchennym 
stole po kaŜdej zmianie, a ja mam duŜe uszy. 

- Jeśli mogę pozwolić sobie na dygresję, masz urocze uszka. 
-  CóŜ,  dziękuję  -  odparła  ciepło,  mile  zaskoczona.  -  Jeśli 

podtrzymałbyś  swoje  zaproszenie,  mogłabym  pójść  z  tobą  na 
kolację. 

-  Najpierw  muszę  nakarmić  koty  -  powiedział  Qwilleran. 

Wypuścił  je  i  ustawił  im  dwie  miseczki  ze  specialite  dujour, 
rodzajem  zupy  rybnej.  -  Ciekaw  jestem  -  zamyślił  się  -  czy 
Harley  znał  mordercę.  Przypuszczam,  Ŝe  to  był  ktoś,  kto  był 

background image

 

 

wcześniej  w  tym  domu  i  wiedział,  co  mieli.  Ktoś,  kto  znał 
rozkład  prób  i  wiedział,  Ŝe  wyjdą  przed  szóstą  trzydzieści.  To 
znaczy,  jeśli  zostali  zabici  między  szóstą  trzydzieści  a  siódmą 
piętnaście.  Z  drugiej  strony,  jeśli  zostali  zamordowani  przed 
szóstą trzydzieści, to zabójca miał od groma czasu na kradzieŜ. 

-  Qwill,  od  tego  wszystkiego  boli  mnie  głowa.  Czy  nie 

moŜemy omówić sprawy tapet, a potem pójść na kolację? Choć 
tutaj i spójrz na próbki. 

Usiedli razem na kanapie, trzymając na połączonych kolanach 

cięŜki  próbnik  tapet.  Tymczasem  koty  zeszły  na  podłogę  i 
zaczęły jeść. To samo jedzenie dostały na śniadanie, a mikstury 
o  konsystencji  zupy  nie  naleŜały  do  ich  ulubionych  dań. 
Syjamczyki usiadły naprzeciwko sofy i patrzyły w przestrzeń. 

-  Naprawdę  chciałabym,  Ŝebyś  zdecydował  się  urządzić 

sypialnię  w  kolorze  bakłaŜana,  awokado  i  róŜowego  tulipana  - 
powiedziała Frań. 

-  Podoba  mi  się  taka,  jaka  jest  teraz:  brązowo-rdzawo--

miodowa - poinformował ją Qwilleran. 

-  No  dobrze,  jeśli  nalegasz.  Jak  ci  się  podoba  ta?  Wspaniała 

faktura, w rudym kolorze. 

- Nie, kolor jest zbyt przytłumiony - sprzeciwił się. 
- Ten jest Ŝywszy, ale nie ma tak ładnej powierzchni. 
- Za jaskrawy. 
- A co powiesz na ten? 
- Za ciemny. 
- Tapetujemy tylko wyŜszą połowę ściany - przypomniała mu. 

(Dolna  była  pokryta  drewnianymi  panelami,  typowymi  dla 
dziewiętnastowiecznych  dworców  kolejowych).  -  Inaczej  rzecz 
ujmując,  to  tylko  tło  dla  druków  i  akwareli,  które  będą 
oprawione  w  chromowane  ramki,  Ŝeby  nawiązać  do 
chromowanych  urządzeń  gimnastycznych.  To  znaczy,  o  ile 
nadal  chcesz  zatrzymać  rower  i  tę  maszynę  do  wiosłowania  w 
sypialni. Nie mógłbyś ich przestawić do pokoju kotów? 

Qwilleran spojrzał na nią spode łba. 

background image

 

 

-  No  dobra,  nie  mogą  stać  w  pokoju  kotów.  Mimo  to  - 

kontynuowała  -  zdecydowanie  powinniśmy  się  pozbyć  tych 
okropnych staromodnych kaloryferów. Jesteś sobie winien nowe 
ogrzewanie. 

-  Te  brzydkie,  staromodne  kaloryfery  dają  bardzo  przyjemne 

ciepło  -  westchnął  Qwilleran  -  i  idealnie  pasują  do  brzydkich, 
staromodnych  paneli.  Hydraulik  mówi,  Ŝe  mają  juŜ  ponad 
siedemdziesiąt  pięć  lat  i  są  nadal  w  doskonałym  stanie.  PokaŜ 
mi  jakiś  nowy  wynalazek,  który  będzie  sprawny  po  takim 
czasie. 

-  Zaczynasz  mówić  jak  mój  ojciec  -  powiedziała  Frań.  -

Pozwól  mi  przynajmniej  zaprojektować  dla  nich  obudowę. 
Tylko mała półka od góry i krata z przodu. Mój stolarz moŜe to 
zrobić. 

- Czy to nie zmniejszy ich wydajności? 
- Ani trochę. Myślę teŜ, Ŝe powinniśmy zamówić nowe meble 

do  sypialni,  kiedy  pojedziemy  do  Chicago.  Wychodzą  nowe 
linie i mam cudowne źródła... Au!... kot złapał mnie za kostkę. 

-  Przykro  mi,  Frań.  Czy  podarł  ci  rajstopy?  Pogładziła  na 

próbę nogę. 

- Chyba nie, ale te pazurki są jak igły. Który z nich to zrobił? 
Qwilleran  zobaczył,  jak  Yum  Yum  Łapka  wymyka  się 

ukradkiem z pokoju. 

- Chodźmy na kolację. 
Zebrał  próbniki  Frań,  a  ona  wrzuciła  do  torebki  paczkę 

papierosów. 

- Gdzie jest moja zapalniczka? 
- A gdzie ją połoŜyłaś'? 
-  Wydawało  mi  się,  Ŝe  zostawiłam  ją  na  stoliku  kawowym. 

Przeszukała torebkę, a Qwilleran sprawdził na podłodze 

i pod poduszkami na sofie. 
-  Powinna  gdzieś'  tu  być  -  powiedział.  -  Jak  tylko  się 

odnajdzie,  zwrócę  ci  ją.  A  na  razie  to  będzie  dobry  pretekst, 
Ŝ

eby rzucić palenie. 

background image

 

 

-  Znowu  gadasz  jak  mój  ojciec  -  odparowała,  marszcząc  z 

niezadowoleniem brwi. 

Pojechali  do  „Stefanii",  jednej  z  najlepszych  restauracji  w 

okręgu.  Restauracja  mieściła  się  w  starej  kamieniczce  w 
dzielnicy  rezydencji.  Z  zewnątrz  budynek  nie  był  zachęcający, 
ale  wewnątrz  panowała  gościnna  atmosfera,  stworzona  dzięki 
ciepłym  kolorom,  gustownym  tkaninom  i  przez  łagodne 
oświetlenie.  Qwilleran  zawsze  lubił  chodzić  z  Francescą  do 
restauracji. Tym razem ludzie odwracali głowy, Ŝeby podziwiać 
młodą  kobietę  o  szarych  oczach,  w  szarym  garniturze,  szarej 
wełnianej bluzce, szarym płaszczu i w szarych szpilkach. 

Po  przejrzeniu  menu  Qwilleran  zaproponował,  Ŝeby  zjedli 

ziołowego pstrąga w winnym sosie. 

- Chyba wezmę chude Ŝeberka - powiedziała Frań. 
- Pstrąg będzie dla ciebie lepszy. 
- Czy moŜesz nie zachowywać się jak mój ojciec, Qwill? 
Rozmawiali  o  wirtuozerii  jej  ojca  w  grze  na  kobzie,  o 

zamiłowaniu  Qwillerana  do  szkockich  rzeczy,  ezoterycznym 
interesie  Edda  Smitha  i  przyszłości  Klubu  Teatralnego  bez 
Harleya. 

-  Czy  wiesz,  jak  zareagował  na  tę  tragedię  David?  -  zapytał 

Qwilleran. 

-  Rozmawiałam  przez  telefon  z  Jill.  Powiedziała  mi,  Ŝe  jest 

załamany,  Nigel  teŜ.  Zastanawiam  się,  czy  są  na  tyle  mocni, 
Ŝ

eby  to  przetrwać.  Będą  potrzebowali  wsparcia,  to  na  pewno. 

JuŜ  strata  bliskiej  osoby  z  powodu  choroby  albo  wypadku  jest 
traumatycznym przeŜyciem, ale morderstwo jest takie okrutne! 

-  Jesteś  dobrą  przyjaciółką  Jill?  -  ZauwaŜył  bliskie 

podobieństwo między dwiema kobietami. Miały podobną figurę, 
sposób mówienia, chodzenia, podobne teatralne gesty i poglądy. 

-  Trzymałyśmy  się  razem  w  szkole  średniej  -  odparła.  - 

Razem  umawiałyśmy  się  na  randki,  grałyśmy  w  kosza, 
interesowałyśmy  się  sztuką.  Jest  bardzo  inteligentna.  Ja  jestem 
inteligentna, tak myślę, ale Jill jest sprytna. 

background image

 

 

- Czy jej rodzina jest zamoŜna? 
-  JuŜ  nie.  Stracili  wszystko  w  1929  roku.  Jej  prapradziadek 

był  właścicielem  sieci  szwalni.  Pradziadek  był  bohaterem 
pierwszej  wojny  światowej.  Dziadek  był  burmistrzem  Pickax 
przez dwanaście lat. Jej babcia ze strony matki... 

Kiedy  Francesca  snuła  przed  nim  historię  rodziny  Jill, 

scenariusz  w  głowie  Qwillerana  nabierał  kształtów.  Czekał  na 
stosowną przerwę, zanim powiedział: 

-  Okropna  ta  historia  z  matką  Harleya.  Słyszałaś  jakieś 

szczegóły? 

-  Nie  -  zwięzłość  odpowiedzi  utwierdziła  go  w  tym,  co 

myślał. 

-  Jeśli  pani  Fitch  nie  przeŜyje,  to  będzie  ogromna  strata  dla 

wspólnoty.  Tyle  zrobiła  dla  biblioteki,  szpitala,  dla  szkoły  i  w 
tylu innych słusznych sprawach. 

Nagle uwaga Franceski skupiła się na talerzu. 
-  Poznałem  panią  Fitch  na  zebraniach  rady  bibliotecznej. 

Zrobiła na mnie imponujące wraŜenie, to kobieta pełna wdzięku. 
Nie szczędzi czasu ani pracy. 

Francesca  podniosła  rękę  i  uderzyła  palcem  w  szybkę 

zegarka. 

- Czy wiesz, jak jest późno? Muszę wracać do biura i wydać 

dyspozycje na jutro. 

-  A  ja  muszę  przysiąść  nad  tekstem  o  Eddingtonie  Smith. 

Później, przy poŜegnaniu, kiedy pocałowała go teatralnie, 

podarował jej jedwabną apaszkę, którą kupił dla Polly. 
-  Wiem,  Ŝe  jestem  trudnym  klientem  -  przeprosił.  -  To  dla 

ciebie,  w  ramach  podziękowania  za  twoją  cierpliwość. 
Oczywiście poszukam zapalniczki. 

Na  górze, w mieszkaniu, resztka orzeszków, które zostały na 

dnie miseczki, została porozrzucana po podłodze. 

-  To  twoja  robota,  moja  pani?  -  zapytał  Yum  Yum,  która 

wylizywała swoją prawą łapkę. - A wiesz coś moŜe o zaginionej 
zapalniczce? 

background image

 

 

Teraz zwrócił się do Koko. 
-  Frań  nie  chciała  się  wypowiadać  na  temat  Margaret  Fitch. 

Nie chce teŜ rozmawiać o swoim związku z Davidem. Jak dwa 
plus  dwa  jest  cztery,  tak  mamy  tu  interesowną  matkę,  która 
powstrzymała syna przed małŜeństwem z córką policjanta. 

- Yow! - odpowiedział Koko. 
 
SCENA DZIESIĄTA 
 
Miejsce:  Mieszkanie  Qwillerana,  później  redakcja  gazety   

Czas:  Dzień pogrzebu Fitchów 

Zgodnie  z  Ŝyczeniem  rodziny  pogrzeb  odbył  się  w  wąskim 

gronie.  NaboŜeństwo  odprawiono  w  kościele  Old  Stone,  który 
stał  po  przeciwnej  stronie  parku  niŜ  dom  Qwillerana.  Policja 
kierowała  ruchem  i  powstrzymywała  chcących  podejść  jak 
najbliŜej gapiów. W pobliŜu nie było fotografów tłoczących się 
na  chodnikach  i  siedzących  na  drzewach,  jak  to  się  dzieje  w 
duŜych miastach. 

Riker chciał puścić w gazecie materiał o pogrzebie, twierdził, 

Ŝ

e  Fitchowie  to  wpływowa  rodzina,  Ŝe  śmierć  jest  szokująca,  a 

pogrzeb jest informacją prasową. 

Junior nie zgodził się z nim. 
-  W  miasteczku  takim  jak  to  jest  inaczej.  Szanujemy  ich 

uczucia. 

Riker  nalegał  i  spór  podgrzał  atmosferę  w  redakcji,  aŜ 

Qwilleran był zmuszony mediować. Zgodził się z Juniorem. 

-  Prawo  mieszkańców  do  wścibskiej  ciekawości  nie  zostanie 

pogwałcone,  nie  martwcie  się.  JuŜ  godzinę  po  pogrzebie 
wszystkie  szczegóły  ceremonii  będą  powszechnie  znane. 
Wszystkie  linie  będą  zajęte,  w  barach  zawrze.  System 
sąsiedzkiej  informacji  w  Pickax  jest  lepiej  zorganizowany  niŜ 
jakakolwiek  gazeta,  która  wychodzi  dwa  razy  w  tygodniu.  Tak 
Ŝ

e odpuść sobie, Arch. 

background image

 

 

Rano  w  dniu  pogrzebu  Qwilleran  pisał  właśnie  końcówkę 

artykułu o Eddingtonie Smith, a koty siedziały na biurku, kiedy 
nagle  zadzwonił  telefon.  Yum  Yum  odskoczyła  jak  oparzona, 
natomiast Koko skoczył do aparatu i skarcił go łapą. 

- Qwilł, tu mówi Cockey - usłyszał w słuchawce. 
Głos Alacoąue Wright, młodej pani architekt, brzmiał bardziej 

dojrzale niŜ podczas ich przelotnego związku na Nizinach. 

- Dzwonię z baraku na twoim frontowym trawniku. 
- Miło cię słyszeć, Cockey. Kiedy przyjechałaś? 
Koko stał teraz na tylnych łapach na stole, opierając przednie 

łapki  na  ramieniu  Qwillerana,  i  krzyczał  do  słuchawki. 
Qwilleran go odepchnął. 

-  Robota  wygląda  całkiem  nieźle.  Tym  razem  trzymali  się 

planów. Jest tylko jeden problem. Kolor ścian w garderobie jest 
inny  niŜ  na  próbkach.  Miała  być  róŜana  ochra  o  małym 
nasyceniu,  Ŝeby  podbudować  aktorów  i  podnieść  ich  nastrój,  a 
tymczasem...  lepiej  nie  mówić.  Trzeba  będzie  przemalować  na 
koszt konstruktora. 

-  Jak  długo  zostaniesz,  Cockey?  -  Koko  gryzł  kabel 

telefoniczny i Qwilleran dał mu szturchańca. 

-  Do  jutra  w  południe.  Zatrzymałam  się  w  hotelu  „Pi-ckax". 

Nie  jest  to  moŜe  „PlaŜa",  ale  ma  swoje  łóŜko  i  łazienkę  w 
pokoju, za co jestem wdzięczna. 

-  Chodźmy  dzisiaj  na  kolację.  Przychodź  do  mnie,  jak  tylko 

znuŜy  cię  robota.  Napijemy  się  drinka,  no  i  przywitasz  się  z 
Koko, który z nieznanych powodów robi tu właśnie nieziemskie 
zamieszanie. 

- Do zobaczenia później - powiedziała. 
Qwilleran  odwrócił  się  w  kierunku  kota,  który  siedział  na 

stoliku obok telefonu, tuŜ poza zasięgiem jego ramienia. 

-  No  i  o  co  chodziło,  młody  człowieku?  Jeśli  koniecznie 

musisz  monitorować  moje  rozmowy,  rób  to  w  jakiś 
cywilizowany sposób. 

Koko podrapał się po uchu z irytującą nonszalancją. 

background image

 

 

Qwilleran wrócił do pisania na maszynie tylko po to, Ŝeby po 

chwili  odebrać  telefon  od  Polly  Duncan.  Jej  słodki  głos 
wskazywał  na  to,  Ŝe  przezwycięŜyła  juŜ  zły  nastrój,  i  jego 
nadzieje wzrosły. 

- Jestem zakłopotana, Qwill - wyznała. - W poniedziałek były 

twoje  urodziny,  a  ja  nawet  o  tym  nie  wspomniałam,  kiedy  w 
ś

rodę  jedliśmy  kolację.  Jeśli  jeszcze  nie  jest  za  późno,  Ŝeby 

ś

więtować, czy zechciałbyś być moim gościem w „Stefanii" dziś 

wieczorem? 

-  Bardzo...  -  powiedział  ciepło.  -  Bardzo  bym  chciał,  ale 

niestety architekt kierujący projektem teatru przyjechał tu dzisiaj 
z Cincinnati i muszę czynić honory domu. 

- Na jak długo przyjechał? 
-  Hmm...  wyjeŜdŜa  jutro  w  południe  -  zdecydował  się  nie 

prostować róŜnicy płci. 

- To moŜe jutro wieczorem? 
- W sobotę? W sobotę szefowie gazety zapraszają cały zespół 

na  oblewanie  zwycięskiego  wejścia  na  rynek.  Impreza  nie  jest 
bardzo 

oficjalna, 

domowe 

ś

więtowanie 

drinkami, 

przystawkami  i  przemowami,  ale  muszę  tam  być,  reprezentuję 
Fundację Klingenschoenów. 

-  Jesteś  nadzwyczaj  zajęty,  prawda?  -  powiedziała  szorstko. 

Czekał z nadzieją, Ŝe zaprosi go na niedzielny rostbef 

i  pudding  Yorkshire  w  jej  przytulnym  wiejskim  domku,  ale 

tylko poŜegnała się grzecznie i odłoŜyła słuchawkę. 

I tak Qwilleran szedł do miasta w kwaśnym nastroju. W ręce 

trzymał  kopię  artykułu  i  zamówienie  na  zdjęcie.  Kiedy 
podchodził  do  budynku,  zobaczył  furgonetkę  pocztową 
parkującą  przed  siedzibą  redakcji.  Kierowca  wciągał  do 
budynku  wory  listów.  Listy  zaścielały  całą  podłogę  redakcji  i 
wszyscy,  wliczając  naczelnego,  rozdzierali  koperty  i  liczyli 
kupony z propozycjami nazwy dla nowej gazety. 

-  Chodź  tu,  Qwill!  -  zawołał  Junior.  -  Kop  i  zacznij  liczyć. 

Poczęstuj się kawą i pączkami. 

background image

 

 

- Najlepsze są dopiski. Tutaj jest jedna propozycja: „Frazesy z 

Moose County". 

Do  południa  było  kilka  pojedynczych  głosów  na  „Kroniki", 

„Sygnały",  „Spotkania",  ale  osiemdziesiąt  procent  czytelników 
głosowało  za  pozostawieniem  tytułu  z  pierwszego  wydania 
„Moose County coś tam". 

- Przynajmniej jest oryginalny - przyznał niechętnie Riker. 
-  Tutejsi  ludzie  lubią  się  wyróŜniać  -  wyjaśnił  Junior.  -  Mój 

sąsiad  z  naprzeciwka  wiesza  choinkę  do  góry  nogami  pod 
sufitem,  a  w  Brrr  jest  restauracja,  w  której  kaŜą  płacić  pięć 
centów za papierową serwetkę. 

-  Znam  farmera  z  Wildcat,  który  nie  wierzy  w  letnią  zmianę 

czasu. Mówi, Ŝe nie przynosi Ŝadnych oszczędności, i odmawia 
przestawienia  zegara.  Jest  spóźniony  całe  lato  -  powiedział 
Roger. 

-  Czekajcie,  to  wam  się  spodoba  -  przerwała  im  Hixie.  -

Sprzedałam  reklamę  jednej  staruszce  ze  Smiths  Folly,  która 
handluje słodyczami, papierosami i pismami pornograficznymi, 
i ona wspomniała o pogrzebie Fitchów. Przyznała, Ŝe nigdy nie 
była  na  pogrzebie  i  Ŝe  cała  jej  rodzina  jest  pochowana  na 
podwórku za domem, bez zbędnych ceregieli. 

-  Nie  wierzę  w  ani  jedno  słowo  z  tych  bzdur  -  westchnął 

Riker. 

-  W  Moose  County  uwierzę  we  wszystko  -  powiedział 

Qwilleran  -  ale  Hixie  przesadza  co  do  magazynów.  Byłem  w 
tym sklepie. 

- To prawda - nalegała Hbtie - gorący towar jest pod ladą. 
-  W  porządku,  darmozjady,  do  roboty!  -  rozkazał  Riker.  - 

Nadchodzi listonosz z następnym worem. 

Qwilleran  miał  zamiar  wyjść,  dopóki  nie  usłyszał,  Ŝe 

zamawiają kanapki. 

- Jakie wieści na policyjnej działce? - zapytał Rogera. 
- Śledztwo trwa. To wszystko, co mówią. 

background image

 

 

-  Zawsze  mówią  tylko  tyle.  Masz  jakieś  wskazówki,  Ŝe 

zbliŜają się do rozwiązania? 

-  Wszyscy  mówią,  Ŝe  koło  podejrzeń  zawęŜa  się  do  Chip-

munk.  Ludzie  mówili  tak  od  samego  początku.  Widzisz,  nie 
podoba  mi  się,  Ŝe  miasto  zyskuje  taką  reputację.  Kiedy  byłem 
nauczycielem,  miałem  kilku  dobrych  studentów,  którzy 
pochodzili  z  Chipmunk.  Mieszkają  tam  przyzwoite  robotnicze 
rodziny  w  tych  tanich  budynkach  komunalnych,  a  teraz 
wystarczy kilku chuliganów i juŜ skreślają całe miasto. 

Qwilleran  gładził  wąsy  gestem,  który  Riker  od  razu 

rozpoznał. 

-  Jeśli  policja  nie  moŜe  rozwiązać  jakiejś  sprawy,  Qwill  to 

zrobi - rzekł z odrobiną sarkazmu. 

-  Zastanawiałem  się  nad  jedną  rzeczą  -  myślał  na  głos 

Qwilleran.  -  Zona  Harleya  nigdy  nie  brała  udziału  w  próbach 
Klubu  Teatralnego.  Sądzę,  Ŝe  nie  podobali  jej  się  ludzie.  Więc 
dlaczego miała zamiar przyjść na próbę tego wieczoru? - czekał 
na opinie, ale nikt się nie wyrywał ze swoimi sugestiami. 

- Czy chciała wyjść z domu? Czy wiedziała, co się szykuje? 
-  Wow!  -  powiedział  Junior.  -  To  raczej  skrajne 

przypuszczenie. 

-  Nie  wiemy,  jakie  związki  łączyły  ją  z  Chipmunk.  Mogła 

brać udział w akcji obrabowania rezydencji. 

-  Jej  panieńskie  nazwisko  brzmi  Urkle,  a  to  nie  jest  zła 

rodzina.  Belle  nie  była  dobrą  uczennicą,  rzeczywiście  odsta-
wała. Ale nie była teŜ złą dziewczyną. 

- No dalej, Qwill, jaka jest twoja teoria? 
-  Powiedzmy,  Ŝe  dostarczyła  włamywaczom  klucz  i 

powiedziała,  gdzie  mają  szukać  łupu.  Ale  czasu  było  coraz 
mniej,  bo  David  i  Jill  się  spóźniali.  Kiedy  przyjechali  jej 
wspólnicy, spotkali się z Harleyem. MoŜe ich rozpoznał, a moŜe 
bali  się,  Ŝe  ich  rozpozna,  udało  im  się  trafić  i  go  zabili.  Potem 
trzeba  było  uciszyć  Belle,  bo  wiedziała,  kto  zamordował  jej 
męŜa, i bali się, Ŝe ich sypnie podczas przesłuchania. 

background image

 

 

- Wow! - powiedział młody naczelny. 
- Ilu ludzi było według ciebie zaangaŜowanych we włamanie? 

-  zapytał  Roger.  -  Wszyscy  mówią  o  sprawcach  w  liczbie 
mnogiej. 

-  Jak  w  kaŜdej  konspiracji  -  im  mniej,  tym  lepiej.  Moim 

zdaniem jeden stał na czatach, a drugi odwalił robotę w środku. 
PoniewaŜ  był  sam,  więc  musiał  mieć  broń,  inaczej  Harley 
mógłby go pokonać... mam przed oczami smutny obraz biednej 
małej  Belle  Urkle  w  jej  tak  zwanym  stroju  do  przesłuchań, 
czekającej  na  górze,  jak  zdaje  sobie  sprawę,  Ŝe  plan  się  nie 
powiódł, i jak odgrywa scenę, której przedtem nie próbowała. 

-  Czy  w  tle  powinna  lecieć  delikatna  muzyczka?  - 

zasugerowała Hixie. 

- Słyszy na dole strzały. Jest przeraŜona, nie wie, co stanie się 

dalej. Słyszy, jak zabójca wchodzi po schodach... 

-  Lepiej  wróć  do  pisania  tej  swojej  powieści,  Qwill  - 

skwitował jego przypuszczenia Riker. 

Potem odezwał się Roger. 
-  Jeden  glina  powiedział  mi  dzisiaj  coś  interesującego, 

nieoficjalnie  oczywiście.  Kiedy  ustalali  czas  śmierci,  badania 
wykazały, Ŝe Belle zginęła pierwsza. 

 
SCENA JEDENASTA 
 
Miejsce:       Restauracja „ Old Stone Mili"  
Czas:           Wieczór tego samego dnia 
Osoby          Alacoque Wright, kobieta architekt z Cincinnati 
Czekając  na  przybycie  Alacoque  Wright,  Qwilleran  napisał 

dwa  listy  z  kondolencjami.  Jeden  do  Nigela,  z  powodu  straty 
syna, a drugi do Davida i Jill, z powodu straty brata. Musiał się 
spieszyć,  Ŝeby  zamknąć  koperty  i  przykleić  znaczki,  zanim  ten 
maniak  Koko  wepchnie  się  ze  swoim  mokrym  językiem.  W 
momencie,  kiedy  Qwilleran  wyjmował  znaczek  albo  kopertę  z 

background image

 

 

szuflady biurka, Koko śledził je z drŜącym nosem i z szalonym 
błyskiem w oczach. 

Później  Qwiileran  przygotował  się  na  przyjście  gościa. 

Poprawił druk nad sofą, pozbierał brudne kubki po kawie, złoŜył 
porozrzucane  gazety,  włoŜył  najlepszy  garnitur  i  napełnił 
wiaderko świeŜymi kostkami lodu. 

-  Przychodzi  Cockey  -  poinformował  syjamczyki.  - 

Postarajcie się pokazać, Ŝe stać was na dobre maniery. 

Koko wydał z siebie okropny dźwięk, coś między syknięciem 

a warknięciem, i Qwilleran zorientował się, Ŝe dokładnie w tym 
samym momencie zadzwonił domofon. Otworzył Cockey drzwi. 

Były  pocałunki  i  uściski  stosowne  do  okoliczności,  a  potem 

Qwilleran powiedział: 

-  Nie  mogę  nazywać  cię  dłuŜej  C-o-c-k-e-y.  Inaczej  Koko 

wpadnie  w  furię.  Myśli,  Ŝe  to  do  niego  się  zwracam,  a  koty  są 
zazdrosne  o  swoje  imiona.  Koko  nie  lubi,  Ŝeby  dotykać  jego 
ogona,  otwierać  mu  siłą  pyszczek  ani  Ŝeby  nazywać  jego 
imieniem  jakikolwiek  inny  byt,  zwierzę,  roślinę,  minerał. 
Dlatego  mamy  w  domu  tylko  piwo  imbirowe,  a  nie  ten  drugi 
popularny napój. 

-  W  porządku  -  powiedziała  Alacoque.  -  Nazywaj  mnie  Al. 

Tak  nazywał  mnie  zawsze  mój  mąŜ.  Jak  się  masz,  Qwill?  Tak 
dobrze  wyglądasz,  to  nieprzyzwoite.  Za  pierwszym  razem, 
kiedy byłam w mieście, brakowało mi ciebie. 

-  Byłem  na  Nizinach,  zabawiałem  się  w  klubie  prasowym, 

wdychałem  spaliny  i  starałem  się  prowadzić  niezdrowy  tryb 
Ŝ

ycia, Ŝeby przyjaciele mnie poznali. 

- Muszę przyznać, Ŝe jest coś w wiejskim Ŝyciu, co do ciebie 

pasuje. 

- Ty teŜ się zmieniłaś. Wyglądasz doroślej i mądrzej, nie bierz 

mi za złe tych wątpliwych komplementów. 

Dawniej  była  przywiązana  do  noszenia  ubrań  robionych 

własnoręcznie  z  resztek  tkanin.  Teraz  była  szczupłą,  dobrze 
ubraną, pewną siebie kobietą biznesu, typową kobietą z miasta. 

background image

 

 

Miała  na  sobie  wygodne  spodnie,  odpowiednie  do  wspinaczki 
po rusztowaniach. 

-  Tylko  dobra  praca  i  nieudane  małŜeństwo  mogą  uczynić 

kobietę ładniejszą i mądrzejszą - przyznała z Ŝalem. 

-  Nie  wiedziałem  nic  o  twoim  małŜeństwie,  jesteś 

rozwiedziona? 

-  Nie,  ale  pracuję  w  Cincinnati,  a  on  w  San  Francisco,  gdzie 

jest jego dom. 

Nie  paliła  się,  Ŝeby  kontynuować  ten  temat,  więc  Qwilleran 

nie  zadawał  więcej  pytań.  Sięgając  do  małego  barku, 
wbudowanego między półki z ksiąŜkami, Qwilleran zapytał: 

- Przypuszczam, Ŝe nadal pijesz jogurt i sok ze śliwek. 
-  O  BoŜe,  nie!  Napiję  się  szkockiej,  jeśli  masz...  Czy  to  jest 

Koko? On teŜ wygląda starzej i mądrzej. 

- Ta mniejsza to Yum Yum, nie miałaś okazji jej poznać. 
- Jest prześliczna. Jak twoje miłosne sprawy, Qwill? 
-  Szczerze  mówiąc,  nie  wiem.  Byłem  w  raczej  udanym 

związku  z  kobietą  w  moim  wieku  -  bibliotekarką  -  ale  zaczęła 
być  zazdrosna  o  młodą  kobietę,  dekoratorkę  wnętrz,  która 
aranŜuje moje mieszkanie. 

-  Trzymaj  z  bibliotekarką,  Qwill.  Wiesz,  co  myślę  o 

dekoratorkach  wnętrz.  Pamiętasz,  kiedy  byłam  asystentką  w 
studiu pani Middy z tymi wszystkimi perkalowymi abaŜurami i 
babcinymi fotelami na biegunach? 

Alacoaue rozejrzała się po salonie z uznaniem. 
- Cieszę się, Ŝe urządziłeś mieszkanie nowocześnie. 
-  Czuję  się  tu  komfortowo,  szczególnie  z  moimi  starymi 

ksiąŜkami i starymi drukami tu i tam. 

- Podoba ci się Ŝycie tutaj? 
-  Ze  zdziwieniem  odkryłem,  Ŝe  tak.  Zawsze  mieszkałem  w 

duŜych  miastach  i  miałem  wielkomiejski  sposób  widzenia 
ś

wiata,  ale  ludzie  tutaj  Ŝyją  i  myślą  inaczej,  a  ja  się  chyba 

zaczynam  dostosowywać.  W  mieście  tej  wielkości  Ŝyje  się  na 

background image

 

 

ludzką  miarę  i  w  wolniejszym  tempie.  Taka  sytuacja  jest  dla 
mnie komfortowa. 

-  Po  raz  drugi  w  ciągu  ostatniej  minuty  wspomniałeś  o 

komforcie, czy to jest symptom starzenia się? 

-  Starzenia  się  i  stawania  się  mądrzejszym.  W  Pickax  duŜo 

chodzę  pieszo,  schudłem,  łatwiej  oddycham.  Mamy  tu  świeŜe 
powietrze,  bezpieczne  ulice,  niewielki  ruch,  przyjaznych  ludzi. 
W lecie pływanie łodzią, a zimą narty... 

-  Czy  w  Pickax  nie  potrzebują  czasem  architekta?  Młoda, 

utalentowana, przyjazna zgłasza swoją kandydaturę. 

-  Ja  mogę  wkrótce  potrzebować  architekta.  Na  mojej  posesji 

jest stara przechowalnia owoców, którą chciałbym przerobić na 
dom mieszkalny. 

-  Zawsze chciałam opracować plan przebudowy stodoły  albo 

przechowalni. 

-  Będziemy  dzisiaj  jedli  kolację  w  starym  młynie 

przerobionym  na  restaurację.  Myślę,  Ŝe  ci  się  spodoba  -  i 
jedzenie,  i  architektura.  Ale  najpierw  chcę  ci  trochę  pokazać 
Moose County. Wyjedziemy, jak tylko będziesz gotowa. 

- No to chodźmy - powiedziała, dopijając drinka. 
Kiedy  mijali  farmy,  lasy,  jeziora  i  stare  kopalnie,  Alacoaue 

rozpływała  się  nad  groteskowymi  kształtami  zniszczonych 
wyciągów, 

surowych 

ruin 

opuszczonych 

miasteczek, 

malowniczych  wiejskich  farm  zbudowanych  z  kamienia  i  nad 
drewnianą zabudową osad nad brzegami jeziora. 

- A teraz zbliŜamy się do Hummock - powiedział Qwilleran - 

gdzie swoje rezydencje budują bogate rodziny. 

Droga  unosiła  się  i  opadała  między  arystokratycznymi 

wzgórzami,  które  poprzecinane  były  kilometrami  niskich 
kamiennych płotów. Potem skręcili w Ŝwirową drogę oznaczoną 
tabliczką „własność prywatna". 

- To posiadłość Fitchów - setki hektarów. Jest w rodzinie od 

pokoleń. Nigdy tu przedtem nie byłem, ale mówiono mi, Ŝe są tu 
dwa  ciekawe  domy.  Jeden  to  dwudziestodwupokojowa 

background image

 

 

rezydencja wybudowana w latach dwudziestych, a drugi jest we 
współczesnym  stylu,  jego  zdjęcie  ma  się  ukazać  w  duŜym 
magazynie. 

Droga  oplatała  wzgórza,  wznosiła  się  na  szczyty  i  znów 

opadała w dół. Jechali na przemian przez lasy i łąki. 

-  Cudowna  okolica!  -  powiedziała  Alacoque.  -  To  zasługa 

lodowców czy buldoŜerów? 

Droga  wspięła  się  na  wzgórze  i  nagle  ich  oczom  ukazał  się 

dom  zbudowany  na  dnie  doliny.  Miał  wiele  kominów,  a  przed 
wejściem stały dwa policyjne radiowozy. 

- We wtorek było tu morderstwo - wyjaśnił Qwilleran. 
- Czy chodzi o tego młodego bankiera i jego Ŝonę? - zapytała 

Alacoque.  -  Słyszałam,  jak  rozmawiali  o  tym  robotnicy  na 
budowie. 

Z bocznej drogi wyjechał samochód szeryfa i zablokował im 

przejazd.  Policjant  w  brązowym  mundurze  wysiadł  z 
samochodu. 

-  Ta  droga  jest  zamknięta,  proszę  pana.  Czy  mogę  zobaczyć 

pańskie prawo jazdy? - rzucił okiem na portfel, który podał mu 
Qwilleran, i rozluźnił się. Zapewne rozpoznał nazwisko i zdjęcie 
najbogatszego człowieka w okręgu. 

-  Szukał  pan  kogoś?  Nikogo  tu  nie  ma,  i  w  drugim  domu 

takŜe. 

-  Jest  ze  mną  architekt  z  Cincinnati  -  odparł  Qwilleran.  -

Chciałaby  tylko  zobaczyć  z  zewnątrz  dom  Davida  Fitcha,  jest 
słynny na cały kraj. 

-  Rozumiem  -  powiedział  wolno  policjant,  zastanawiając  się 

nad  tym,  co  ma  zrobić.  Kiwał  głową,  aŜ  chwosty  u  jego 
kapelusza  z  szerokim  rondem  zaczęły  podskakiwać.  -  MoŜecie 
tam  pojechać,  jeśli  chcecie.  Poprowadzę  was.  Na  drodze  są 
zdradliwe  rozwidlenia  i  grząskie  kałuŜe.  Dwa  samochody 
ruszyły wolno krętą drogą. 

-  Grząskie  kałuŜe!  -  powiedział  Qwilleran.  -  Nie  padało  od 

tygodnia! - Na drodze nie było teŜ Ŝadnych rozwidleń. 

background image

 

 

Jechali w górę i w dół, aŜ zobaczyli niesamowity dom. 
-  Fantastyczny!  -  zawołała  Alacoąue.  -  Architekt  musiał  się 

inspirować budynkami starych kopalni, które mijaliśmy! 

Nowoczesny  dom  zbudowano  z  surowego  cedru.  Pięć  brył  o 

róŜnej  wielkości,  ustawionych  jedna  na  drugiej,  tworzyło 
nieregularną  pięciopiętrową  piramidę.  Najmniejsza  bryła, 
wieńcząca  budynek,  była  zarazem  tarasem,  z  którego  roztaczał 
się  widok  na  dolinę.  Szeryf  przechadzał  się  leniwie  wokół 
domu. 

-  MoŜecie  wejść  na  taras,  jeśli  chcecie.  Jest  z  niego  ładny 

widok. Widać stamtąd wielkie jezioro. 

- Czy wie pan, kto zbudował ten dom? - zapytała Alacoąue. 
- Caspar Young, proszę pani. 
- A wie pan, kto go zaprojektował? 
- Nie, proszę pani. 
Oglądając  dom  ze  wszystkich  stron,  Alacoąue  komentowała 

uŜycie  masywnych  bali,  podpartych  krokwiami  platform,  styl 
harmonizujący  z  terenem,  okna,  masę  bryły,  lokalizację, 
ustawienie,  plany  i  kąty.  Policjant,  który  wszędzie  im 
towarzyszył, zdawał się być pod wraŜeniem wiedzy Alacoąue. 

Qwilleran  podziękował  mu  i  jadąc  za  samochodem  szeryfa, 

wrócił na główną drogę. Spojrzał na zegarek. 

-  Chcę  sprawdzić,  jak  długo  jedzie  się  stąd  do  kamienne  go 

domu - zwrócił się do Alacoąue - i kiedy dokładnie i od której 
strony zaczyna być  widoczny.  Zastanawiam się, ile czasu mieli 
włamywacze na zabranie łupu i ucieczkę. David  i Jill spóźniali 
się po Harleya i Belle. Powiedzieli, Ŝe mieli awarię wodociągu. 
Gdyby  przyjechali  na  czas,  moŜe  to  wszystko  by  się  nie 
wydarzyło. Czy ktoś chciał, Ŝeby się spóźnili? Czy awaria była 
ukartowana? 

-  Ja  podejrzewałabym  hydraulika,  dla  mnie  wszyscy 

hydraulicy są podejrzani. 

Jechali dalej przez Sąuunk Corners, przez miasteczko Brrr od 

strony jeziora i wreszcie przez Smith's Folly. Kiedy dojechali do 

background image

 

 

„Old  Stone  Mili",  Alacoque  była  urzeczona  architekturą 
połoŜonego  wśród  drzew  dawnego  kamiennego  młyna.  Stare 
koło  młyńskie  nadal  obracało  się  z  trzaskiem  i  turkotem,  jak 
gdyby  jego  moc  wciąŜ  słuŜyła  mieleniu  mąki  z  pszenicy  i 
kukurydzy.  Podłogi  i  krokwie  wewnątrz  budynku  były  tak 
misternie wyczyszczone, Ŝe miały kolor miodu, a dębowe stoły i 
krzesła tchnęły w to miejsce beztroską atmosferę dobrobytu. 

-  Witaj,  Derek  -  powiedział  Qwilleran  do  wysokiego 

pomocnika  kelnera,  który  napełniał  szklanki  wodą  swobodnym 
ruchem  kogoś,  kto  czuje  się  jak  u  siebie  w  domu.  -  Widzę,  Ŝe 
dziś wieczorem masz co robić. 

-  Jest  piątek,  wiesz  -  wyjaśnił  Derek.  -  Jak  twoim  kotom 

smakował duszony łosoś? 

- To był prawdziwy hit, zjadły nawet kapary. Odwracając się 

w stronę Al, Qwilleran przedstawił chłopca. 

-  To  jest  Derek  Cuttlebrink,  dostawca  ekskluzywnego 

jedzenia  ich  wysokościom  syjamczykom  i  członkowi  Klubu 
Teatralnego. 

- Cześć - przywitał się pomocnik kelnera. 
-  Mój  gość  przyjechał  tu  aŜ  z  Cincinnati,  Ŝeby  spróbować 

twojego sławnego duszonego łososia. 

- Mam kuzyna w Cincinnati - powiedział Derek. 
-  Cincinnati  jest  pełne  kuzynów  -  odparła  Alacoque  z 

rozbrajającym uśmiechem. 

-  Gdzie  jest  dzisiaj  moja  ulubiona  kelnerka?  -  zapytał 

Qwilleran. 

-  Odeszła.  Mamy  nową  dziewczynę.  To  jej  pierwszy  dzień. 

Jest  trochę  zdenerwowana  i  niezbyt  szybka,  więc  bądźcie 
cierpliwi. 

Rzeczywiście  do  ich  stolika  podeszła  chuda  przestraszona 

dziewczyna. 

- Jestem S-s-sally, będę wass obsługiwać. Dzis-s-siaj 
polecamy  chowder  z  małŜy,  ostrygi  Rockefeller  i  duszonego 

łos-s-sosia. Podać wam coś-ś-ś z baru? 

background image

 

 

- Tak, Sally. Pani pije irlandzką whiskey, a ja wodę ze Squunk 

z odrobiną ziołowego likieru i plasterkiem cytryny. 

- Wodę ze S-s-quunk z... czym? 
-  Z  odrobiną  ziołowego  likieru  i  plasterkiem  cytryny. 

Alacoąue  chciała  porozmawiać  o  teatrze  -  o  dwóch  skrzydłach 
schodów w lobby, sklepieniu amfiteatru, o zaletach sceny. 

- Czy twój zespół jest dobry? - zapytała. 
-  Jak  na  amatorską  trupę  to  ciut  powyŜej  średniej  - 

odpowiedział. - Grupa powstała ponad sto łat temu jako Pickax 
Thespians,  ale  obecne  pokolenie  aktorów  zmieniło  nazwę  na 
Klub  Teatralny.  Młody  człowiek,  który  zginął  we  wtorek 
wieczorem, był jednym z naszych najlepszych aktorów. 

- W jakich okolicznościach został zamordowany? 
-  On  i  jego  Ŝona  zostali  zastrzeleni  w  ich  domu,  tym 

kamiennym, przy którym spotkaliśmy policję. 

-  Byli  zamieszani  w  handel  narkotykami?  Qwilleran  zmroził 

ją spojrzeniem. 

- Nikt tutaj nie jest zamieszany w narkotyki, Alacoque. 
- To ty tak myślisz. Czy policja wie, kto go zabił? 
-  Przesłuchiwano  podejrzanych.  Oczywistym  motywem 

napadu  była  kradzieŜ.  Podobno  ten  dom  jest  zawalony 
bezcennymi dziełami sztuki i kolekcjami zbieranymi przez wiele 
pokoleń.  Fitchowie  to  nie  nuworysze,  ale  powszechnie 
szanowana  rodzina.  Harley  i  jego  brat  byli  zawsze  znani  jako 
otwarci, chętni do współpracy chłopcy z duŜą klasą. 

- A Ŝona Harleya? 
- Byli małŜeństwem od niedawna, nie zdąŜyłem jej poznać. 
-  Nie  wiem,  czy  powinnam  to  powtarzać,  ale...  ludzie  na 

budowie mówili, Ŝe to dziwka. 

- A jakieś szczegóły? 
-  Nie,  ale  wszyscy  robili  takie  gesty,  Ŝe  nie  miałam 

wątpliwości.  Dlaczego  taki  facet  jak  Harley  miałby  poślubić 
kogoś o takiej reputacji? 

background image

 

 

-  Wieczne  pytanie,  sam  je  sobie  zadaję.  Uwagę  Alacoąue 

przykuło coś lub ktoś na sali. 

- Jakaś kobieta ciągle się na nas gapi. Jest z drugą kobietą. 
- MoŜesz ją opisać? 
- W średnim wieku, wygląda na inteligentną, ładnie uczesana, 

miła  twarz.  Włosy  siwiejące.  Gładki  szary  kostium,  biała 
bluzka. 

-  Rozmiar  czterdzieści  dwa?  Mokasyny?  To  moja 

bibliotekarka - oświadczył. - Powiedziałem jej, Ŝe jem kolację z 
przyjezdnym  architektem,  a  ona  doszła  do  wniosku,  Ŝe  masz 
brodę  i  palisz  fajkę.  Nie  wyprowadziłem  jej  z  błędu.  No  to 
wpadłem po uszy. 

-  Jeśli  potrzebujesz  pocieszycielki  od  serca  -  powiedziała 

Alacoąue  -  młoda,  utalentowana  i  przyjazna  kobieta  architekt 
przedstawia swoją kandydaturę. 

Nagle  nastrój  w  restauracji  zmienił  się  gwałtownie.  Miry 

szmer  rozmów  wokół  stołów  przerwała  wrzawa  podnieconych 
głosów  na  tyłach  sali.  Drzwi  do  kuchni  gwałtownie  się 
rozhuśtały. Kelnerki przekazywały klientom jakieś wiadomości, 
a  ci  reagowali  płaczem  lub  okrzykami.  Jedna  z  kelnerek 
upuściła tacę na drewnianą podłogę. To była Sally, która rzuciła 
się teraz na kolana i trzęsąc się, zaczęła zgarniać rękami sernik. 

Qwilleran przywołał Dereka machnięciem ręki. 
- Co się tutaj dzieje? 
- Myślę, Ŝe Sally doznała szoku na wieść o tym, co się stało. 

Miała szczęście, Ŝe to był sernik, a nie zupa albo jakiś wrzątek. 

- Ale co się stało? - Qwilleran Ŝądał informacji. 
- Czy wie pan, Ŝe matka Harleya trafiła do szpitala? 
-  Oczywiście,  Ŝe  wiem  -  wypalił  niecierpliwie  Qwilleran. 

Derek spojrzał w stronę kuchni. 

-  Matka  dziewczyny,  która  przyrządza  u  nas  sałatki,  jest 

pielęgniarką  w  szpitalu.  Właśnie  zadzwoniła  i  powiedziała,  Ŝe 
pani Fitch nie Ŝyje. 

background image

 

 

- O mój BoŜe! - jęknął Qwilleran. - Pani Fitch miała rozległy 

wylew po śmierci syna - wyjaśnił Alacoąue. 

- No tak - powiedział Derek - a jej mąŜ był w szpitalu, kiedy 

umarła.  Wyszedł  na  parking,  usiadł  w  swoim  samochodzie  i 
zastrzelił się. 

 
SCENA DWUNASTA 
 
Miejsce:       Redakcja „Moose County coś tam"  
Czas:           Sobota wieczorem 
Podliczono ostatnie głosy. Sobotnie wydanie nowej gazety juŜ 

oficjalnie  zatytułowano  „Moose  County  cos'  tam",  mimo  Ŝe  ta 
decyzja  zraniła  dumę  Archa  Rikera  i  wywołała  w  nim  spore 
zaŜenowanie. 

-  Zawsze  chciałem  być  redaktorem  prowadzącym,  ale  nigdy 

nie myślałem, Ŝe będę redaktorem prowadzącym czegoś, co się 
nazywa „Moose County coś tam"! Zbieram cięgi od chłopaków 
z Nizin: pocztą, przez telefon, pocztą pantoflową, i obawiam się, 
Ŝ

e to dopiero początek. 

NiezaleŜnie  od  swojego  rozczarowania  Arch  Riker  był 

wspaniałym  gospodarzem  sobotniego  przyjęcia,  na  którym 
oblewano  zwycięski  start  gazety.  Biurka  w  dziale  miejskim 
zostały  zsunięte  na  środek  i  słuŜyły  za  bufet  i  bar,  który 
serwował  wszystko  -  od  piwa  po  szampan.  Wokół  darmowego 
baru 

krąŜyli 

redaktorzy, 

reporterzy, 

autorzy 

kolumn, 

tymczasowy  fotograf  zatrudniany  na  godziny,  który  pił  za 
trzech, korespondenci z innych miast, personel biurowy i reszta 
ekipy. 

Ekipa,  wykończona  składaniem  pierwszego,  czterdziesto-

ośmiostronicowego  wydania,  zdołała  przygotować  wydanie 
weekendowe,  tym  razem  o  mniejszej,  bo  trzydziestosześcio-
stronicowej objętości. Niestety nie znalazła się tam informacja o 
ś

mierci  Margaret  i  Nigela  Fitchów,  bo  kiedy  wydarzenia  te 

rozgrywały  się  w  szpitalu  w  Pickax,  gazeta  była  juŜ  w  druku. 

background image

 

 

Nagłówek na pierwszej stronie głosił: „Dzikie indyki wracają do 
Moose County". 

Kelvin  Doone,  który  niósł  trumnę  na  pogrzebie  Harleya  i 

Belle, dzielnie uszczuplał zapasy baru. 

-  Potrzebuję  tego!  -  powiedział  Qwilleranowi,  podnosząc 

szklankę  po  martini.  -  Niesienie  tej  trumny  było  najgorszą 
rzeczą, jaką przyszło mi robić w moim całym Ŝyciu. 

Wiesz,  Harley  był  moim  kuzynem  i  do  tego  superfacetem. 

Kiedy  Brodie  zaczął  grać  na  kobzie,  gdy  my  schodziliśmy  po 
schodach  kościoła,  naprawdę  się  roztkliwiłem.  David  chciał, 
Ŝ

eby w kościele i na cmentarzu był kobziarz, bo Harley zawsze 

lubił  taką  muzykę.  BoŜe!  Jak  ona  Ŝałobnie  brzmiała!  A  teraz 
ciocia  Margaret  odeszła.  I  Nigel!...  Muszę  się  napić.  Kelvin 
oddalił  się  w  stronę  baru  i  wzrok  Qwillerana  złapała  Susan 
Exbridge, autorka artykułów o treści społecznej. 

-  Kochanie,  co  my  tu  robimy?!  -  wykrzyknęła,  wymachując 

rękami,  co  skończyło  się  tym,  Ŝe  wylała  drinka.  Odkąd  się 
rozwiodła i zaczęła występować w Klubie Teatralnym, stała się 
przesadnie  dramatyczna.  -  Powinniśmy  być  w  domu,  w  ciszy 
domowego  ogniska  opłakiwać  Nigela  -  był  takim  pięknym 
człowiekiem! 

Qwilleran  przyznał,  Ŝe  prezes  banku  w  Pickax  wyróŜniał  się 

wyglądem:  wysoki,  wyprostowany,  o  ogorzałej  cerze.  Miał 
nienaganne maniery i ciepłą osobowość. 

-  Jak  on  mógł  to  zrobić?  -  spytała  Susan.  -  Nie  mógł  znieść 

myśli o Ŝyciu bez Margaret - dodała. - Byli sobie tacy oddani! I 
oczywiście wszyscy wiedzieli, Ŝe to dzięki niej osiągnął sukces. 
Był słodkim człowiekiem, ale do niczego by nie doszedł, gdyby 
nie  Margaret,  to  ona  go  popychała,  inspirowała,  to  ona 
reŜyserowała to przedstawienie. 

Qwilleran,  ze  swoim  piwem  imbirowym  z  lodem  w  ręce, 

przechadzał  się  między  radośnie  świętującymi  gośćmi,  którzy 
kordialnie gratulowali sobie wkładu w powstanie nowej gazety. 
Jednym  z  nich  była  Mildred  Hanstable,  kobieta  o  bujnych 

background image

 

 

kształtach,  nauczycielka  z  liceum  w  Pickax,  gdzie  uczyła  prac 
domowych,  prowadziła  zajęcia  dla  seniorów  i  była  trenerem 
dziewczęcej  druŜyny  siatkówki.  Teraz  prowadziła  dział 
kulinarny nowej gazety. 

-  Mildred,  przeczytałem  kaŜde  słowo  z  twoich  tekstów  o 

jedzeniu,  mimo  Ŝe  krojenie  w  kostki,  mielenie,  szatkowanie  to 
dla  mnie  greka.  Wszystko  brzmi  tak  smacznie,  szczególnie  ten 
przepis na chińską zupę z chryzantemami. 

- Kiedy nauczysz się gotować, Qwill? 
- Przykro mi, ale nigdy nie miałem zdolności w tym kierunku, 

nawet ugotowanie jajka nie specjalnie mi wychodziło. Podobny 
brak zdolności wykazuję przy czytaniu polis ubezpieczeniowych 
i przy wypełnianiu zeznań podatkowych. 

- Qwill, mogę cię nauczyć, jak gotuje się jajko - powiedziała z 

serdecznym śmiechem. - Daję prywatne lekcje! 

Wyraz twarzy Qwillerana zmienił się nagle z serdecznego na 

ponury. 

-  Dzisiaj  wieczorem  miało  się  odbyć  przyjęcie  powitalne  dla 

Harleya  i  Belle.  Powiedz  mi  coś,  Mildred.  W  małym  mieście, 
takim jak to, nauczyciele i gliny wiedzą wszystko o wszystkich. 
Co wiesz o Belle Urkle? 

-  CóŜ,  przykro  mi  mówić,  Ŝe  rzuciła  szkołę.  Powiedziała,  Ŝe 

chce pracować dla bogatych ludzi i mieszkać w wielkim domu. 
Trudno  ją  za  to  winić,  jeśli  się  wie,  w  jakich  warunkach 
mieszkają  ludzie  w  Chipmunk.  Była  pokojówką  w  domu 
Fitchów, nie rozumiem, co skłoniło Harleya do poślubienia jej. 

- Miłość? PoŜądanie? Biologia? 
-  Ale  nie  musiał  się  z  nią  od  razu  Ŝenić  i  zawstydzać  całej 

rodziny,  prawda?  Jak  tylko  usłyszałam  o  morderstwie,  kilka 
razy  postawiłam  tarota.  Jakaś  niegodziwa  kobieta  maczała  w 
tym palce! 

-  Hmmm...  -  mruknął  grzecznie  Qwilleran.  Do  kart  miał 

sceptyczne podejście. - Mogę nalać ci drinka, Mildred? 

background image

 

 

Kiedy  wrócił  ze  szkocką  i  piwem  imbirowym,  zapytał  przy 

okazji o szkolne wyniki Harleya. 

-  Obaj  chłopcy  byli  dobrymi  uczniami  i  obaj  byli 

utalentowani!  -  powiedziała.  -  David  robił  doskonałe  szkice 
piórem,  a  Harley  budował  modele  statków,  niezwykle 
drobiazgowe. Obaj grali w szkolnych przedstawieniach. Wydaje 
mi  się,  Ŝe  w  college'u  zaczęli  traktować  teatr  wyjątkowo 
powaŜnie.  MoŜesz  tego  nie  wiedzieć,  Qwill  -  powiedziała, 
przysuwając się bliŜej - ale Harley na rok zniknął! 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 
-  Kiedy  chłopcy  skończyli  uniwersytet,  wszyscy  spodziewali 

się, Ŝe wrócą do domu, Ŝeby pracować w banku, ale Harley się 
nie pojawił. 

W tym momencie przeszkodził im Junior Goodwinter. 
-  Czy  nikt  tu  nie  jest  głodny?  Mamy  indyka  i  kanapki  z 

wołowiną. 

-  Zaraz  idziemy  -  zapewnił  go  Qwilleran.  -  Mildred  zdradza 

mi właśnie swoje kulinarne sekrety. 

-  Zawsze  dodaję  odrobinę  likieru  ziołowego  do  mojego 

cytrynowego  ciasta  -  Mildred  podchwyciła  pomysł  i  kiedy 
Junior  się  oddalił,  zwróciła  się  znów  do  Qwillerana:  -  Nikt 
naprawdę nie wie, co się działo z Harleyem. Rodzina mówiła, Ŝe 
podróŜował, ale oczywiście krąŜyły róŜne plotki. 

Znów im przerwano, to wtrącił się zięć Mildred. 
- Co wy tam dywersanci tak plotkujecie? 

Pomagamy 

policji 

rozwiązać 

sprawę 

Fitchów 

poinformował go Qwilleran. 

-  Przepraszam,  idę  po  jeszcze  jednego  drinka  -  powiedziała 

Mildred. 

-  Słyszałem  dzisiaj  po  południu  coś  bardzo  interesującego, 

Qwill.  Na  kilka  godzin  przed  śmiercią  Nigel  podyktował  listy 
rezygnacyjne  ze  stanowisk  w  banku,  dla  siebie  i  Davida.  Jego 
samobójstwo było ewidentnie zaplanowane. 

- Ale dlaczego David miałby rezygnować? 

background image

 

 

Zanim  Roger  mógł  zastanowić  się  nad  odpowiedzią,  do 

pokoju  wparowała  Hixie,  jak  zwykle  zziajana  i  jak  zwykle 
rozsiewając wokół siebie niepoprawny entuzjazm. 

-  Nigdy  nie  uwierzycie,  co  się  stało  dzisiaj  po  południu! 

Czesałam  się  właśnie  u  Delphine,  a  tu  nagle  olbrzymi  jeleń 
wbiegł do środka przez szybę wystawową. Przebiegł przez sklep 
i  wyskoczył,  tym  razem  tłukąc  okno  na  tyłach  zakładu. 
Wszędzie potłuczone szkło, kompletna panika! 

Qwilleran patrzył na nią z powątpiewaniem. 
- Czy masz prawa autorskie do tej historii, Hixie? 
-  To  prawda!  Zapytaj  Delphine!  Właśnie  wstawiają  nowe 

szyby,  a  na  wywieszce  jest  napisane:  „Jeleń  tu  był".  Nie 
rozumiem, jak to się stało, Ŝe nie stratował Ŝadnego klienta. 

-  Dlaczego  takie  rzeczy  nie  zdarzają  się  przed  wysłaniem 

gazety  do  drukarni!  Wszystko,  co  mamy,  to  stado  dzikich 
indyków! - westchnął Roger. 

Arch Riker krąŜył po sali i grał wylewnego gospodarza. Była 

tam teŜ Amanda. Piła burbona, narzekała i zrzędziła jak zwykle. 
Na lewej ręce miała pierścionek ze sporym diamentem. 

Arch  Riker  promieniował  szczęściem.  Odciągnął  Qwillerana 

na bok. 

-  Robimy  skok  na  głęboką  wodę,  stary  draniu.  MoŜe  jest 

uparta jak dziki osioł, ale ją podziwiam. Przez dwadzieścia pięć 
lat  prowadziła  z  sukcesem  firmę,  a  przez  ostatnie  dziesięć 
pracowała  w  radzie  miejskiej  i  nigdy  od  nikogo  nie  wzięła 
łapówki! 

-  To  zadziwiająca  kobieta  -  zgodził  się  Qwilleran.  Amanda 

wystąpiła naprzód ze zmarszczonym czołem. 

-  Kto  nazwał  mnie  zadziwiającą  kobietą?  -  wrogim  tonem 

zaŜądała  wyjaśnień.  -  Nigdy  nie  słyszy  się  o  zadziwiającym 
męŜczyźnie!  MoŜe  być  inteligentny,  dowcipny  i  odnosić 
sukcesy,  ale  jeśli  kobieta  ma  podobne  cechy,  to  jest  tylko 
zadziwiająca, jak jakiś Ŝeński okaz. 

background image

 

 

-  Wybacz  -  powiedział  Qwilleran  -  masz  absolutną  rację, 

Amando.  To  głupia  klisza  i  ja  jestem  winny.  Nie  jesteś 
niesamowitą  kobietą.  Jesteś  inteligentna,  dowcipna  i  odnosisz 
sukcesy. 

- A ty jesteś kłamcą - wymamrotała. 
Riker  wyszczerzył  w  uśmiechu  zęby  i  odciągnął  Amandę  w 

głąb sali, konfiskując jej po drodze szklankę burbona. 

Qwilleran poszukał wzrokiem Mildred. Chciał usłyszeć resztę 

historii  o  zniknięciu  Harleya,  ale  Mildred  była  pogrąŜona  w 
dyskusji  z  korespondentem  z  Mooseville,  więc  wybrał  się  do 
bufetu. Kiedy jadł drugą kanapkę, zobaczył, jak Homer Tibbitt, 
etatowy historyk „Coś tam", wychodzi z pokoju. 

- Homer, gdzie idziesz? Przyjęcie dopiero się zaczyna! 
-  Idę  do  domu.  Jest  ósma  trzydzieści,  czas  kłaść  się  spać  - 

powiedział dziewięćdziesięcioczteroletni emerytowany dyrektor 
gimnazjum  swoim  piskliwym  głosem.  -  Moje  dni  są  coraz 
krótsze.  Kiedy  będę  miał  sto  lat,  będę  się  kładł,  zanim  jeszcze 
zdąŜę wstać. 

- Chciałem tylko zapytać, jak dobrze znałeś rodzinę Fitchów? 
- Chłopcy poszli do szkoły, kiedy ja byłem juŜ na emeryturze, 

ale uczyłem Nigela matematyki i historii. Znałem teŜ jego ojca, 
Cyrusa. Ten miał dopiero charakter! 

- To on wybudował ten dom w Middle Hummock? 
-  Cyrus?  Tak  było  w  istocie.  Umiał  duŜo  wydawać,  umiał 

polować, kolekcjonować, przemycać, umiał wszystko. 

- Powiedziałeś, Ŝe był przemytnikiem? 
-  Tym  właśnie  zajmował  się  na  boku  -  potwierdził  Homer 

otwarcie.  -  Pieniądze  rodziny  pochodziły  z  górnictwa.  Cyrus 
zbudował  dom  w  East  Middle  Hummock,  tak  Ŝe  widział  brzeg 
Wielkiego Jeziora z jednego ze wzgórz. Szmuglerzy przywozili 
alkohol z Kanady i lądowali na jego plaŜy. 

- Jak się z tego wygrzebał? 
-  Jak  się  wygrzebał?  Jednej  nocy  się  nie  wygrzebał.  Szeryf 

skonfiskował  cały  ładunek  i  wylał  wszystko  na  wysypisko  w 

background image

 

 

Squunk Corners, dlatego woda ze Squunk tak ci słuŜy. No cóŜ, 
juŜ czas na mnie, powinienem być juŜ w łóŜku. Dobranoc! 

Qwilleran przyglądał się, jak stary człowiek wychodzi, torując 

sobie drogę kwadratowymi ruchami ramion i nóg. Potem złapał 
Mildred, która stała sama przy barze. 

-  Opowiadałaś  mi  coś  ciekawego  o  Harleyu,  kiedy  nam 

przeszkodzono. 

-  Serio?  -  zawiesiła  głos.  -  Wypiłam  kilka  drinków,  czy 

chodziło o tarota? 

- Nie, Mildred, to było coś o zniknięciu Harleya po studiach. 
- Ach!... Tak!... PodróŜował, tak mówiła rodzina... Nikt w to 

nie uwierzył. 

- Dlaczego? 
- No wiesz... ludzie stąd... to plotkarze. 
- No to gdzie był według nich? 
- Kto? 
- Harley 
-  Och!...  Ach  tak...  Pomyślmy...  Zapytaj  Rogera...  Ja  muszę 

usiąść. 

Qwilleran  podprowadził  ją  do  krzesła  i  zaoferował,  Ŝe 

przyniesie jej coś do jedzenia i kawę. 

- Co o tym myślisz? 
- Co? 
- O kawie? 
- Och!... Czarną proszę. 
Kiedy  wrócił  z  kawą  i  kanapką,  ktoś  mu  powiedział,  Ŝe 

Mildred  poszła  połoŜyć  się  w  hallu,  więc  zjadł  kanapkę  i 
wyłowił z tłumu jej zięcia. 

- Lepiej zajmij się Mildred, chłopie. Za duŜo wypiła. 
- Gdzie ona jest? 
-  PołoŜyła  się  na  chwilę.  Wspominała  o  tajemniczym 

zniknięciu Harleya kilka lat temu. Wiesz coś o tym? 

- Och, pewnie. Rodzina mówiła, Ŝe podróŜował, ale znasz nas. 

Znudziła  nam  się  prawda  i  musimy  coś  wymyślać.  Niektórzy 

background image

 

 

mówili,  Ŝe  robił  jakąś  tajną  robotę  dla  rządu.  Według  mnie 
zaciągnął  się  na  jakiś  parowiec.  Lubił  łodzie.  Stać  go  było  na 
takie ekscentryczne zachowanie. Zapuścił brodę, załoŜył opaskę 
na jedno oko i podróŜował jak Rysio Snajper. 

- Poślubił Belle w Las Vegas, był hazardzistą? 
-  Niczego  na  ten  temat  nie  słyszałem.  Jeśli  miał  jakąś  pasję, 

która  go  pochłaniała,  to  było  Ŝeglarstwo.  „Fitch  Witch"  to 
piękna łódka, osiem metrów. Razem z Garym Prattem startowali 
w zawodach i zdobywali nagrody. 

- Hmm... - powiedział Qwilleran. Podejrzenia podraŜniły jego 

górną  wargę,  tuŜ  u  nasady  wąsów.  W  ostatnich  dniach,  a 
dokładnie  od  śmierci  Harleya,  Ŝeby  być  dokładnym,  Koko 
nabrał nagłego zainteresowania  wszystkim, co miało związek z 
wodą.  Wielokrotnie  potrącał  druk  ukazujący  łódź  patrolową, 
który  wisiał  nad  sofą.  Zdarzało  się,  Ŝe  robił  to  gwałtownie.  I 
tytuły,  które  zaczął  obwąchiwać  na  półkach,  to  były  historie 
morskie.  Najpierw  poczuł  sympatię  do  Mobby  Dicka,  potem 
Dwóch  lat  przed  masztem.  A  ostatnio  do  Buntu  na  Bounty. 
Qwilleran  tłumaczył  to  innym  i  sobie,  Ŝe  koty  przekrzywiają 
obrazki i węszą, Ŝe lubią pocierać szczęką o ramki i lubią zapach 
kleju introligatorskiego. 

Mimo  to  nautyczne  związki  były  ciekawym  zbiegiem 

okoliczności.  Był  jeszcze  inny  tajemniczy  szczegół:  na  jego 
przyjęciu  urodzinowym  Koko  obdarzył  Harleya  szczególnym 
zainteresowaniem.  ..  Było  to  mniej  niŜ  dwadzieścia  cztery 
godziny  przed  jego  śmiercią  -  tak  jakby  wiedział,  Ŝe  coś  się 
wydarzy. 

 
SCENA TRZYNASTA 
 
Miejsce: Mieszkanie Chuillerana 
Czas:  Poniedziałek  wcześnie  rano...  i  wtorek  zbyt  wcześnie 

rano 

Osoby: Pete Parrott, tapeciarz z Brr 

background image

 

 

Telefon zadzwonił wcześnie rano. To była Francesca. 
- Czy Pete juŜ jest? - dopytywała się. 
- Kto? 
- Pete, tapeciarz. Zleciłam mu tapetowanie twojego gabinetu. 

Miał  dostarczyć  tapety  dzisiaj  rano.  Jeśli  chcesz,  na-klei  je 
dzisiaj, albo moŜesz odłoŜyć to na kilka dni. 

-  Im  szybciej,  tym  lepiej  -  zdecydował  Qwilleran.  -  Przez 

resztę tygodnia będę potrzebował miejsca do pracy. Jak Pete ma 
na nazwisko? 

-  Parrott.  Pete  Parrott.  To  ten,  który  tapetował  twój  salon, 

kiedy nie było cię w mieście. Jest najlepszy w całym okręgu. 

- I, jak przypuszczam, najdroŜszy. 
-  Stać  cię  na  niego  -  powiedziała  z  niedbałością,  która  go 

zirytowała.  Nigdy  nie  lubił,  jak  ktoś  mówił  mu,  co  ma  robić  z 
pieniędzmi, niezaleŜnie od tego, czy miał ich duŜo, czy mało. 

Zaczął pospiesznie sprzątać swój gabinet. Upychał papiery do 

szuflad,  zacierał  ślady  kawalerskiego  Ŝycia:  dwa  brudne  kubki 
po  kawie,  krawat,  zgniecioną  papierową  kartkę,  którą  nie  trafił 
do  kosza,  parę  butów,  stare  gazety,  klejący  się  talerz  i  stary 
sweter. Zamknął koty w ich pokoju, mimo Ŝe nie dostały jeszcze 
ś

niadania.  Uwięzienie  spotkało  się  z  ich  strony  z  głośno 

wyraŜonym sprzeciwem. 

Potem  Qwilleran  usiadł  i  czekał  na  dzwonek.  Kiedy  o 

dziewiątej w końcu zadzwonił, okazało się, Ŝe to Derek Cuttle-
brink  przywiózł  pasztet  z  kurzych  wątróbek  i  dwa  Ŝabie  udka 
dla wyjących syjamczyków. 

Pomocnik  kelnera  nie  spieszył  się  z  powrotem  do  swojego 

miejsca pracy, chciał porozmawiać o Klubie Teatralnym. 

-  Szkoda,  Ŝe  odwołali  przedstawienie  tylko  dlatego,  Ŝe  nie 

zagra juŜ w nim Harley - powiedział. - Dostałem fajną rolę, no 
wiesz,  miałem  grać  policjanta.  Nawet  kostium  był  juŜ 
dopasowany. Trzeba było przedłuŜyć nogawki i rękawy. 

-  Jesienią  będzie  kolejne  przedstawienie  i  zawsze  moŜesz 

przyjść na przesłuchania -poinformował go Qwilleran. 

background image

 

 

- Myślę, Ŝe jesienią wrócę do szkoły. Pójdę na kurs policyjny. 

To  duŜo  lepsze  niŜ  mycie  brudnych  talerzy.  JeŜdŜenie 
policyjnym wozem, w mundurze, to coś dla mnie! 

-  Praca  w  policji  nie  polega  tylko  na  noszeniu  munduru  i 

jeŜdŜeniu  radiowozem,  Derek.  Ale  to  dobry  pomysł,  Ŝebyś 
uzupełnił  swoją  edukację.  A  przy  okazji,  jak  sie  miewa  nasza 
nerwowa kelnerka, która upuściła tacę we wtorek wieczorem? 

- Sally? W porządku. ZdąŜyła się juŜ wprawić w robocie, ale i 

tak wraca do szkoły na jesieni - do szkoły plastycznej, gdzieś na 
Nizinach.  Chciałbym  być  na  jej  miejscu.  Ma  opłacone  całe 
studia, i to przez pana Fitcha. 

-  Harleya  Fitcha?  -  zapytał  Qwilleran  z  nagłym 

zainteresowaniem. 

- Nie, przez jego ojca. To dlatego tak się cała trzęsła, kiedy się 

zastrzelił, mimo Ŝe dostała juŜ pieniądze. 

W  wyobraźni  Qwilleran  swatał  czarującego,  przystojnego  i 

wykształconego  bankiera  z  nieśmiałą,  smukłą,  sepleniącą 
kelnerką i wyobraŜał sobie róŜne niezgodne z prawem koneksje. 

- Ojciec Sally jest woźnym w banku - wyjaśnił chłopak, jakby 

czytał w myślach Qwillerana. 

-  To  jedyna  korzyść  z  tej  pracy  -  powiedział  Qwilleran.  - 

MoŜe powinieneś zostać woźnym, a nie gliną. 

O  jedenastej  tapeciarza  jeszcze  nie  było.  O  dwunastej  i 

pierwszej  teŜ  nie.  Dopiero  o  drugiej  trzydzieści  biała  firmowa 
półcięŜarówka  wtoczyła  się  przed  wozownię.  Kierowca  był 
młodym  muskularnym  męŜczyzną  w  białym  kombinezonie  i 
białej czapce z daszkiem, spod której wymykały się bujne blond 
włosy.  W  tej  północnej  krainie  nie  brakowało  zdrowych, 
młodych ludzi o blond włosach. 

-  Przepraszam  za  spóźnienie!  -  krzyknął  z  dołu.  -  Coś  mi 

wyskoczyło i musiałem się tym zająć. 

- Szkoda, Ŝe nie zadzwoniłeś. 
-  Prawdę  mówiąc,  nie  pomyślałem  o  tym.  To  była  nagła 

sprawa i musiałem ją niezwłocznie załatwić. 

background image

 

 

Przynajmniej  jest  szczery  i  ma  szczerą  twarz,  pomyślał 

Qwilleran. 

-  No  dobra,  lepiej  przyniosę  mój  sprzęt  -  powiedział. 

Syjamczyki, uwolnione ze swojego pokoju całe godziny 

temu,  patrzyły  z  zaciekawieniem,  jak  w  gabinecie  ustawiano 

drabinę, stół do rozwijania tapety, wiadra i pudła z narzędziami. 

-  Nie  było  mnie  w  mieście,  kiedy  tapetowałeś  salon. 

"Wykonałeś pierwszorzędną robotę. 

- Tak, pracuję porządnie. 
- Ile ci zejdzie z moim gabinetem? 
Pete obrzucił pokój profesjonalnym spojrzeniem. 
-  Niedługo.  Tylko  wąskie  paski  nad  boazerią,  a  gładź  jest  w 

dobrym stanie. Trochę kitu, mały retusz. I nie ma sztukowania. 
Jakiś czas temu robiłem jeden pokój cały w paski, i to na ukos. 
A  najgorsze  było  to,  Ŝe  cały  ten  pokój  był  krzywy.  W  ani 
jednym  miejscu  nie  trzymał  pionu.  Kiedy  skończyłem,  miałem 
zeza i zataczałem się jak pijany. 

- Czy to był pomysł Frań? 
-  No,  miała  kilka  niepowtarzalnych  projektów,  ale  tu  sprawa 

jest prosta. 

Ś

ciany  miały  być  pokryte  cienką  okładziną  z  naturalnego 

korka na rdzawym podkładzie. 

- No to lepiej juŜ zacznę. 
-  Uprzątnę  ci  z  drogi  koty.  -  Koko  wszystko  obwąchiwał,  a 

Yum Yum namierzyła juŜ buty tapeciarza. 

- Nie przeszkadzają mi. Były ze mną poprzednim razem. Ten 

duŜy wtykał nos we wszystko, czego się dotknąłem. 

- Koko ma wrodzoną ciekawość. Nie masz nic przeciwko, Ŝe i 

ja popatrzę? 

Pete  posługiwał  się  noŜycami,  miarką,  noŜem,  pędzlami  i 

rolkami pewnie i zwinnie. 

-  Jestem  pod  wraŜeniem!  Rzeczywiście  znasz  się  na  swojej 

robocie  -  powiedział  z  podziwem  Qwilleran.  -  Ja  jestem 
zatwardziałym zwolennikiem filozofii „nie rób tego sam". 

background image

 

 

-  Wieszam  tapety,  odkąd  skończyłem  czternaście  lat  - 

powiedział  Pete.  -  Wytapetowałem  najlepsze  domy  w  tym 
okręgu. Nigdy nie miałem reklamacji. 

-  To  dobre  referencje.  A  dom  Fitchów  w  Hummock  teŜ 

tapetowałeś? 

Pete  przerwał  gwałtownie  pracę  i  odłoŜył  noŜyce.  Trudno 

było odgadnąć, co wyraŜała jego twarz. 

- Tak, byłem tam trzy albo cztery razy. 
- Szokujące wydarzenia, prawda? 
- Ehe - Qwilleran zauwaŜył, Ŝe Pete przełknął ślinę. 
-  Policja  nikogo  nie  aresztowała,  ale  chyba  przesłuchują 

jakichś podejrzanych. 

- Tak, wykonują swoją robotę - Pete wrócił do pracy, ale juŜ 

nie tak energicznie jak poprzednio. 

- Ja nigdy nie widziałem domu Fitchów. Jaką tapetę lubili? 
-  Surowy  jedwab  -  bardzo  prosty.  Kiedy  pani  i  pan  Fitch 

mieszkali  w  rezydencji,  połoŜyłem  u  nich  duŜo  surowego 
jedwabiu. Potem przeprowadzili się do Indian Village i tak samo 
chcieli urządzić swój apartament. Ci to mieli przestrzeń! 

-  A  dla  Harleya  i  jego  Ŝony  teŜ  coś  robiłeś  po  ich 

przeprowadzce? 

-  Tak,  pokój  śniadaniowy.  Ona  chciała  tam  mieć  taki 

zwariowany  wzór  w  róŜowe  słonie.  Lubiła  wszystkie  odlotowe 
rzeczy. Zrobiłem im teŜ sypialnię, całą w czerwonym aksamicie. 

- Chcesz się czegoś napić? Kawa, coś zimnego, a moŜe piwo? 
- Chętnie się napiję, chyba poproszę kawę. W tej pracy trzeba 

być trzeźwym, nawet kiedy nie klei się pasków. 

Qwilleran  odmroził  kawałek  tortu  kawowego,  ustawił 

program  w  automatycznym  ekspresie  do  kawy  i  podał  deser  w 
gabinecie, między drabinami i wiadrami z klejem. Pete usiadł na 
podłodze  z  talerzem  na  kolanach.  Koko  obserwował  go  z 
wąsami nastroszonymi do przodu i nagle wsadził nos w buty, a 
potem  do  nogawek  Pete'a  z  koncentracją,  jaka  towarzyszy  psu 
myśliwskiemu, który złapał wyraźny trop. 

background image

 

 

-  Odepchnij  go  -  powiedział  Qwilleran,  który  teŜ  usiadł  ze 

swoją kawą na podłodze. 

- W porządku. Lubię zwierzęta. Bardzo smaczne ciasto. 
-  Zrobiła  je  moja  znajoma,  Iris  Cobb.  Prowadzi  Wiejskie 

Muzeum Goodwinterów. 

-  Tak,  znam  ją.  Robiłem  coś  dla  muzeum.  Jest  dobrą 

kucharką.  Jak  u  nich  pracowałem,  przybyło  mi  ze  cztery 
kilogramy. 

-  Ciekawe,  czy  przerobią  teraz  rezydencję  na  muzeum  - 

powiedział  Qwilleran,  zahaczając  znów  o  temat,  który  go 
interesował. - Wątpię, Ŝeby David chciał tam teraz mieszkać. 

- Tak, on ma ten zwariowany dom na wzgórzu. Zupełnie nie 

wiem dlaczego, ale chyba go lubią. Nie tapetują tam pokojów. 

-  Będzie  nam  brakować  Harleya  w  Klubie  Teatralnym.  Był 

dobrym  aktorem  i  miał  zawsze  taki  optymistyczny  nastrój. 
Nigdy nie poznałem jego Ŝony. Jaka ona była? 

Pete z respektem pokiwał głową. 
-  Miała  wszystko!  -  Kiedy  Qwilleran  wyraził  zdziwienie, 

dodał, przełykając ślinę: - Była moją dziewczyną. 

Qwilleran  czekał  na  jakieś  szczegóły,  a  kiedy  Pete  nie 

odezwał się, powiedział: 

- Długo ją znałeś? 
-  Odkąd  poszła  pracować  dla  Fitchów  -  do  słuŜby,  wiesz. 

Mieszkała  u  nich  w  domu.  To  było  wtedy,  kiedy  kładłem  ten 
surowy jedwab. 

- No to masz osobisty powód, Ŝeby przeŜywać tę tragedię. 
- Tak - przyznał pochmurnie. 
- Dlaczego pozwoliłeś jej odejść? 
-  Nie  chciała  tapeciarza,  chociaŜ  nieźle  zarabiam.  Chciała 

bogatego  faceta.  Kogoś,  kto  by  ją  zabrał  do  Las  Vegas,  na 
Hawaje  i  w  inne  podobne  miejsca.  No  i  dostała  go,  choć  nie 
wyszło jej to na dobre. 

- Cholerna szkoda, Pete. 

background image

 

 

-  Tak,  naprawdę  zaleŜało  mi  na  tej  dziewczynie  -  odwrócił 

zawstydzoną twarz w stronę Qwiłlerana. - Spóźniłem się dzisiaj, 
bo policja chciała zadać mi kilka pytań. 

- Jestem pewien, Ŝe przesłuchują kaŜdego, kto znał Belle, tak 

to działa. 

-  Tak,  ale  wydaje  mi  się,  Ŝe  oni  podejrzewają,  Ŝe  ja  miałem 

powód, Ŝeby... zabić ich dwoje. 

Kiedy Pete skończył i uprzątnął swoje drabiny i wiadra, było 

juŜ późno. Qwiłleran nie miał ochoty wychodzić do restauracji, 
więc  podgrzał  dla  siebie  jakieś  mroŜone  danie,  a  kotom  podał 
resztki  pasztetu  z  wątróbki.  Yum  Yum  wylizała  skrupulatnie 
swój  talerzyk,  ale  Koko  stracił  apetyt.  Przemierzał  salon 
nerwowym  krokiem,  tak  jakby  zbliŜała  się  burza,  chociaŜ 
prognoza pogody była pomyślna. 

-  Polubiłeś  tapeciarza,  co?  I  ty  przypadłeś  mu  do  gustu. 

Wygląda na porządnego chłopaka. Mam nadzieję, Ŝe policja nic 
na niego nie znajdzie. 

Nie  tylko  kot  nie  mógł  znaleźć  sobie  miejsca.  Qwilleran 

nastawiał po kolei cztery krajowe stacje radiowe i rezygnował z 
ich słuchania, aŜ w końcu nastawił wiadomości nadawane przez 
PKX  FM:  „Motocyklista  jadący  na  zachód  drogą  North 
Ittibittiwassee  ledwo  uniknął  powaŜnego  wypadku,  kiedy 
pędzący  za  nim  zygzakiem  samochód  wyprzedził  go 
nieprzepisowo i zmusił do wjechania na chodnik. W związku z 
tym  i  innymi  podobnymi  incydentami  biuro  szeryfa 
zapowiedziało  zdecydowaną  walkę  z  pijanymi  kierowcami.  A 
teraz  pozostałe  wiadomości:  W  tym  roku  Pickax  będzie 
ukwiecone.  Pięćdziesiąt  skrzynek  wzdłuŜ  Main  Street  zostało 
obsadzonych  petuniami...  Wiadomości  sportowe:  Górnicy  z 
Pickax pokonali dzisiaj Eskimosów z Brrr osiem do trzech". 

Qwilleran  próbował  czytać  zamiejscowe  gazety,  ale  nawet 

„Daily Fluxion" ani „Morning Rampage" nie przykuły jego 

background image

 

 

uwagi  na  dłuŜej.  Zrobił  sobie  kawę  i  nie  wypił  jej.  Chciał 

zadzwonić  do  Polly,  ale  ociągał  się  z  tym,  bo  musiałby 
tłumaczyć się z pani architekt. 

Zrezygnowany  wyciągnął  z  półki  Moby  Dicka,  ksiąŜkę,  do 

której  nie  zaglądał  od  czasów  szkolnych.  Pierwsze  trzy  słowa 
przykuły  jego  uwagę:  „Imię  moje  Ismael".  W  połowie 
pierwszego  akapitu  usiadł  wygodnie,  odczuwając  słodką 
przyjemność  lektury.  To  był  ten  rodzaj  literatury,  który  on  i 
Polly  czytali  na  głos  podczas  wspólnych  leniwych  weekendów 
na  wsi.  Kiedy  o  drugiej  trzydzieści  w  nocy  pociąg  towarowy 
oznajmił  swój  przejazd  przez  północną  część  miasta  Ŝałobnym 
gwizdem,  Qwilleran  nadal  czytał.  Koty  spały  juŜ  od  dawna. 
Czytał  jeszcze,  kiedy  na  Main  Street  zawyły  kolejno  syreny 
policyjnych wozów i ambulansów. Pomyślał, Ŝe musiał zdarzyć 
się jakiś większy  wypadek. Kolejny pijany kierowca  wyszedł z 
baru i usiadł za kierownicą. Niechętnie odłoŜył ksiąŜkę i pogasił 
ś

wiatła. 

Tej  nocy  QwQleran  spał  spokojnie  i  duŜo  śnił.  Wyruszał  na 

połów  wielorybów,  Ŝeby...  „zobaczyć  wodną  stronę  świata", 
jako „Ŝeglarz siedział na bocianim gnieździe, skakał z masztu na 
maszt jak konik polny". Nie dośnił jeszcze swojego snu, kiedy z 
błogich marzeń wyrwał go dzwonek telefonu. 

-  Qwill,  słuchałeś  porannych  wiadomości?  -  To  była 

Francesca.  Ona  i  jej  ojciec  mieli  koszmarny  zwyczaj 
telefonowania o nieprzyzwoitych porach. 

- Nie - wymamrotał. - Która godzina? 
-  Siódma  trzydzieści.  W  nocy  był  wypadek.  Samochód 

zderzył się z pociągiem. 

- Czy zbudziłaś mnie, Ŝeby mi to powiedzieć? 
-  Obudź  się,  Qwill,  i  posłuchaj  mnie.  Trzech  chłopaków 

zginęło  w  samochodzie,  który  władował  się  w  jadący  pociąg 
towarowy. 

Qwilleran odchrząknął. 

background image

 

 

- Ktoś powinien pójść siedzieć za te nieoświetlone przejazdy: 

Ŝ

adnych  świateł  na  przejściach  dla  pieszych,  Ŝadnych  świateł 

ostrzegawczych,  Ŝadnych  szlabanów!  -  teraz  był  juŜ  zupełnie 
wybudzony.  -  Dzieciaki  wypiją  kilka  piw,  jadą  sto  kilometrów 
na godzinę tam, gdzie moŜna jechać pięćdziesiąt, muzyka wyje 
tak, Ŝe nie słyszą gwizdu pociągu. Czego się spodziewać? 

-  Proszę,  przerwij  na  chwilę  ten  monolog,  Qwill.  Dzwonię, 

Ŝ

eby  ci  powiedzieć,  Ŝe  ofiarami  są  trzej  nastolatkowie  z 

Chipmunk, a jeden z nich to Chad Lanspeak! 

Qwilleran  zamilkł.  Nie  wiedział,  co  powiedzieć,  był 

zszokowany. 

-  Wiem,  Ŝe  Carol  i  Larry  cięŜko  to  zniosą  -  kontynuowała 

Frań - ale wypadek ma duŜe znaczenie dla sprawy Fitchów. Tata 
mówi,  Ŝe  to  kończy  dochodzenie!  Pozostali  chłopcy  byli 
głównymi podejrzanymi. 

Qwilleran nadal milczał. 
- Qwill, czy znowu śpisz? 
-  Przepraszam,  Frań,  nie  piłem  jeszcze  kawy.  Muszę  przez 

chwilę o tym pomyśleć. Porozmawiamy o tym później. 

OdłoŜył  delikatnie  słuchawkę  i  prawie  bezwiednie  dotknął 

swoich  wąsów.  Mrowienie  w  górnej  wardze  zdarzało  mu  się, 
kiedy  nawiedzało  go  przeczucie.  Tym  razem  to  przeczucie 
podpowiadało  mu,  Ŝe  wypadek  na  przejeździe  kolejowym, 
niezaleŜnie od tego, co mówili inni, nie ma Ŝadnego wpływu na 
rozwiązanie sprawy morderstwa Fitchów. 

 
KONIEC AKTU PIERWSZEGO 

 
ANTRAKT  
 
Po  śmierci  głównych  podejrzanych  w  sprawie  morderstwa 

mieszkańcy  Moose  County  odetchnęli  z  ulgą.  Było  po 
wszystkim!  Wszyscy  wiedzieli,  Ŝe  detektyw  z  wydziału 
zabójstw wrócił do głównego biura w stolicy stanu. 

background image

 

 

Co  więcej  był  czerwiec,  czas  ślubów,  zakończenie  roku 

szkolnego,  były  parady  i  sztuczne  ognie.  Trzeba  było  myśleć  o 
piknikach,  rodzinnych  spotkaniach  i  biwakach.  Rozmowy  w 
barach wróciły na dawny tor. Mówiono o pogodzie, warunkach 
do wędkowania na Purple Point i wyborach królowej piękności 
na Fishhook Festival w Mooseville. 

Qwilleran  nie  odczuwał  podobnej  ulgi.  Po  wyjeździe 

detektywa prawdziwi mordercy zostali na wolności i nikt juŜ ich 
nie  szukał.  MoŜe  trochę  to  potrwa,  ale  w  końcu  kogoś  gdzieś 
zawiedzie  poczucie  fałszywego  bezpieczeństwa.  Ktoś  wróci  na 
miejsce  zbrodni.  Ktoś  zbyt  otwarcie  powie  coś  w  barze.  Ktoś 
poinformuje policję. 

Niepokój  w  górnej  wardze  utwierdzał  Qwillerana  w 

przekonaniu, Ŝe los nie opuścił kurtyny nad sprawą morderstwa 
Fitchów. 

 

AKT DRUGI 

 
SCENA PIERWSZA 
 
Miejsce: Mieszkanie Qwillerana, później restauracj„Stefania" 

Czas:  Późne  popołudnie,  dzień  po  wypadku  na  przejeździe 
kolejowym 

Qwilleran  usiadł  przy  biurku  w  swoim  gabinecie.  Pisał  list 

kondolencyjny do Carol i Larryego Lanspeaków. Koty siedziały 
na  biurku  w  podobnych  wyczekujących  pozach.  Yum  Yum 
czekała na okazję, Ŝeby chwycić spinacz, a Koko liczył na to, Ŝe 
uda mu się polizać znaczek. Wyglądało na to, Ŝe w myślach juŜ 
delektował  się  smakiem  kleju,  bo  wystawiał  róŜowy  język  i 
oblizywał się. 

Yum  Yum  pierwsza  wskoczyła  na  biurko.  Stanęła  w  pozie 

przypominającej 

zwartą 

wysoką 

kolumnę. 

Usiadła 

na 

pośladkach  i  elegancko  wyprostowała  przednie  nogi.  Przednie 
łapki  ustawiła  równolegle,  ściśle  jedna  obok  drugiej.  Palce 

background image

 

 

przykryła  ogonem,  którym  owinęła  się  zgodnie  z  ruchem 
wskazówek  zegara.  Koko  powtórzył  dokładnie  te  same  ruchy  i 
zastygł w identycznej co samiczka pozie, nawet ogon zawinął w 
tym  samym  kierunku.  Gdyby  nie  szlachetny  kształt  głowy 
Koko,  gdyby  nie  jego  inteligentne  spojrzenie,  władczy  gest  i 
mocne  ciało,  pomyślał  Qwilleran,  moŜna  by  wziąć  je  za 
bliźniaki. Jednak te właśnie cechy sprawiały, Ŝe wokół tego kota 
wyczuwało się królewską aurę, której nie moŜna było z niczym 
pomylić. 

-  Przykro  mi  z  powodu  Lanspeaków  -  powiedział  do  sy-

jamczyków. Dzięki korkowej okładzinie jego głos był głęboki i 
aksamitny  i  kotom  podobał  się  taki  właśnie  głęboki,  aksamitny 
męski  głos.  -  Mogę  dać  mu  alibi  na  wtorkowy  wieczór,  ale 
związek  z  Chipmunk  naznaczy  go  jak  fatalny  stygmat  i  w 
zbiorowej pamięci zawsze będzie sojusznikiem morderców. Jak 
mówi  przysłowie:  „PołóŜ  się  spać  z  psami,  a  wstaniesz  z 
pchłami". 

Koko zgodził się z Qwilleranem, drapiąc się współczująco za 

uchem. 

-  Nie  jestem  przekonany,  Ŝe  chuligani  z  Chipmunk  zabili 

Harleya.  Jest  za  duŜo  innych  wątków.  MoŜe  nie  znajdę 
sprzymierzeńców,  ale  pójdę  za  intuicją  -  przygładził  wąsy 
czubkami  palców.  -  Po  ukończeniu  szkoły  Harley  zniknął  na 
cały  rok  i  nikt  nie  wiedział,  co  się  z  nim  dzieje  i  gdzie  się 
podziewa. Mógł być zamieszany dosłownie we wszystko. Tylko 
dlatego,  Ŝe  tutejsi  ludzie  tak  podziwiają  jego  rodzinę,  nikt  mu 
tego  nie  wyrzuca  i  mógł  grać  przed  miastem  swoją  rolę 
nieskazitelnego dŜentelmena. To zdolny aktor. Lubił role, które 
kontrastowały z jego typem. Ten kawałek z Borisem KarlofFem, 
który  ostatnio  ćwiczył,  świetnie  pasowałby  do  takiego 
scenariusza. 

Koko  zamrugał,  co  było  oczywiście  znakiem  zgody  i 

akceptacji, Yum Yum trzymała błękitne oczy szeroko otwarte i 
było w nich rozbawienie, pomyślał Qwilleran. 

background image

 

 

-  Ten  rok  wolnej  miłości,  jeśli  taki  sobie  zafundował,  mógł 

zaowocować  szantaŜem.  Mógł  narobić  sobie  wrogów.  Mógł 
eksperymentować  z  narkotykami  i  wpaść  w  towarzystwo 
handlarzy.  Nie  wspomnę  o  seksualnych  eskapadach  z 
podejrzanymi  osobami,  męŜczyznami  czy  kobietami,  to 
wszystko mieści się w granicach prawdopodobieństwa. 

Oba koty przymruŜyły oczy, jakby to, co mówił, miało ręce i 

nogi. 

-  Nie  trzeba  powtarzać,  na  co  stać  młodego  człowieka,  który 

wyrwie się spod nadopiekuńczych ramion matki i straci kontakt 
z  rodzinnym  otoczeniem.  Mógł  narobić  karcianych  długów, 
których nie był w stanie spłacić. To dziwne, Ŝe poślubił Belle w 
Las Vegas, zamiast tutaj, w kościele Old Stone. 

Qwilleran,  mówiąc,  przeczesywał  palcami  włosy  to  do 

przodu, to znów do tyłu. Nagle przestał i pogładził swoje wąsy 

-  Jest  teŜ  inna  moŜliwość.  David  mógł  być  cichym 

wspólnikiem  Harleya.  Ich  dziadek  był  przemytnikiem. 
Szmuglerzy  z  Kanady  wyładowywali  towar  na  plaŜy  w  ich 
posiadłości.  MoŜe  coś  jeszcze  lądowało  na  tej  plaŜy.  Dom 
Davida byłby świetnym punktem obserwacyjnym. 

Oba koty kołysały się teraz na boki, jak w transie, a ich oczy 

były całkiem zamknięte. 

- Mam nadzieję, Ŝe was nie znudziłem - powiedział. - Snułem 

tylko kilka moŜliwych scenariuszy. 

Skończył 

pisanie 

listu 

do 

Lanspeaków.  Jego 

listy 

kondolencyjne były zawsze pięknie sformułowane. Umiejętność 
szczerego wyraŜania współczucia i bratnich uczuć przychodziła 
mu  zawsze  z  łatwością,  co  nieraz  przysłuŜyło  mu  się  w  pracy 
dziennikarza. 

Kiedy zaklejał kopertę, zadzwonił telefon. Odwrócił się, Ŝeby 

podnieść  słuchawkę.  Dzwoniła  Iris  Cobb,  która  prowadziła 
Wiejskie  Muzeum  Goodwinterów.  Swoim  zwykłym  radosnym 
głosem zapytała: 

background image

 

 

-  Czy  nie  miałby  pan  ochoty  wpaść  do  muzeum,  zanim 

udostępnimy je publiczności? Mógłby pan przy okazji zostać na 
kolacji.  Zrobiłabym  duszone  mięso  z  ziemniakami  i  to 
kokosowe ciasto, które tak pan lubi. 

-  Zaproszenie  przyjęte,  pani  Cobb  -  odpowiedział  bez  chwili 

wahania  -  pod  warunkiem,  Ŝe  ciasto  będzie  miało  morelowe 
nadzienie. 

Kiedy  Qwilleran  mieszkał  we  frontowej  rezydencji,  Iris  była 

jego  gosposią.  Teraz  jeszcze  w  sposobie,  w  jaki  się  do  siebie 
zwracali, pobrzmiewała dawna formalność. 

-  Mógłby  pan  zabrać  ze  sobą  Koko  i  Yum  Yum,  tęsknię  za 

maleństwami.  Poza  tym  im  takŜe  sprawiłoby  przyjemność, 
gdyby  się  mogły  wybiegać  po  takiej  duŜej  przestrzeni,  po  tym 
jak trzyma je pan w zamknięciu. 

- Jest pani pewna, Ŝe nikomu by nie przeszkadzały? 
- Oczywiście, nigdy nie robią Ŝadnych szkód. 
- Z wyjątkiem tego jednego razu, kiedy przypadkowo stłukły 

wazon  wart  dziesięć  tysięcy  dolarów  -  przypomniał  jej 
Qwilleran. - Jaki dzień miała pani na myśli? 

- Co powie pan na niedzielę, o szóstej? 
- Będę na pewno. 
Zanotował  w  pamięci,  Ŝeby  kupić  u  Lanspeaków  róŜową 

jedwabną apaszkę. RóŜowy był ulubionym kolorem pani Cobb. 
Brakowało  mu  potraw  przyrządzanych  przez  jego  dawną 
gosposię.  Teraz,  odkąd  opiekowała  się  na  stałe  muzeum, 
otrzymała jedno skrzydło domu na prywatny apartament z duŜą 
kuchnią, jak mówiła. Zaproszenie brzmiało obiecująco. 

Qwilleran odwrócił się do biurka, którego blat zarzucony był 

spinaczami.  Koperta,  którą  adresował,  gdy  zadzwoniła  Iris, 
zniknęła,  podobnie  jak  obydwa  koty.  Zdradliwe  mlaśnięcia 
doprowadziły  go  pod  biurko  do  Koko  i  pogniecionej,  klejącej 
się koperty. 

background image

 

 

-  No  dobra,  niegodziwcy  -  westchnął,  wczołgując  się  pod 

biurko. - W mojej opinii jest to wysoce aspołeczne zachowanie. 
Poprawcie się albo nici z niedzielnego mięsa. 

Kiedy  telefon  zadzwonił  po  raz  drugi,  schował  kopertę  do 

szuflady.  Była  piąta  i  domyślał  się,  czyj  głos  usłyszy  w 
słuchawce. 

-  Właśnie  wychodzę  z  biura,  Qwill.  Czy  mogłabym  wpaść, 

chcę zobaczyć robotę Petea. 

-  Pewnie,  wpadaj,  Frań.  To  był  udany  pomysł.  Korek  ma 

ś

wietne walory akustyczne. 

-  Wiedziałam,  Ŝe  tak  będzie.  Twój  głos  brzmi  idealnie!  -

powiedziała.  -  Do  zobaczenia  za  pięć  minut.  -  Była  w 
weselszym nastroju niŜ zazwyczaj. 

Francesca musiała być na lunchu z klientem, pomyślał. 
- Francesca przychodzi na drinka i nie Ŝyczę sobie, Ŝeby ktoś 

łapał ją za kostkę i kradł jej prywatną własność - zwrócił się do 
kotów. 

Chwilę  później  dekoratorka  otworzyła  własnym  kluczem 

zamek w drzwiach na dole i w jak najlepszym humorze pojawiła 
się w mieszkaniu Qwillerana. 

- Szkockiej? - zapytał. 
-  Tak,  ale  słabą.  Byłam  na  dłuuuugim  lunchu  z  nowym 

klientem. 

Donem 

Exbridge'em. 

Projektuję 

jego 

nowy 

apartament w Indian Yillage. 

Qwilleran  dmuchnął  cicho  w  wąsy. 

Od  niedawna 

rozwiedziony Exbridge był deweloperem i jednym z najbardziej 
łakomych kąsków w mieście, kobiety mdlały na jego widok. 

Zabrali  swoje  drinki  do  gabinetu.  Qwilleran  usiadł  przy 

biurku,  a  Francesca  podkuliła  nogi  na  fotelu,  na  którym  on 
zwykł  ucinać  sobie  drzemkę  i  prowadził  swoje  rozmyślania. 
Skuliła  się  jakoś'  swobodniej  niŜ  zwykle,  bez  wystudiowanych 
póz i dbania o to, jak wygląda. 

- Miałaś' świetny pomysł z tym korkiem, to był dobry wybór. 
- Dzięki! Pete zrobił dobrą robotę, jak zwykle zresztą. 

background image

 

 

- Nawet przy okazji ukośnych pasków? 
- Ach! Plotkarze z Brrr lubią opowiadać bajki - powiedziała z 

grymasem.  -  Ten  pomysł  to  była  pomyłka  początkującej 
dekoratorki.  Kiedy  Don  poprosił  dzisiaj,  Ŝebym  zrobiła  mu 
ś

ciany  w  kratkę  w  jego  samotni,  natychmiast  zgłosiłam  weto. 

Powiedziałam mu, Ŝe w całym budynku nie ma ani jednego kąta 
prostego. 

Uśmiechnął 

się 

tym 

swoim 

zniewalającym 

uśmiechem.  Bardzo  łatwo  dojść  z  nim  do  porozumienia. 
Jedziemy  do  Chicago,  Ŝeby  wybrać  trochę  sprzętów  do  jego 
domu. 

Qwilleran zmarszczył brwi. 
- A kiedy my jedziemy po moje meble do sypialni? Frań była 

zdziwiona, ale pytanie sprawiło jej przyjemność. 

- Co powiesz na następny tydzień? Znalazłam nowe podwójne 

łóŜko z baldachimem, które musisz koniecznie zobaczyć. 

- Nie chcę niczego, co by wyglądało, jakby spał na tym Jerzy 

Waszyngton - sprzeciwił się. 

-  To  współczesne  łóŜko.  Konstrukcja  z  nierdzewnej  stali  i 

mosięŜne wykończenia. Jest teŜ nowa komoda z Niemiec, która 
ci  się  spodoba,  bardzo  w  stylu  neoBauhaus.  Mogę  zrobić 
rezerwację  w  hotelu?  Znam  jedno  przytulne  miejsce  niedaleko 
od  dzielnicy  handlowej.  Jest  drogie,  ale  ja  jadę  na  twój 
rachunek,  a  ciebie  to  nie  uderzy  po  kieszeni.  Co  powiesz  na 
ś

rodę?  Jeśli  złapiemy  poranne  połączenie  do  Minneapolis, 

będziemy w Chicago na lunch. 

Qwilleran pomyślał, Ŝe jeśli Polly dowie się o tym, to będzie 

ś

miertelny cios dla ich związku. 

- Co jeszcze powiedział ci pan Kłapiąca Gęba? - spytała Frań. 
- O róŜowych słoniach i czerwonym aksamicie, które kładł dla 

Harleya i Belle. Czy to była jedna z twoich pomyłek? 

-  NIE!  -  zagrzmiała  teatralnym  tonem.  -  To  transakcja  mojej 

szefowej.  Amanda  sprzeda  klientom  wszystko,  czego  sobie 
zaŜyczą, bez znaczenia, czy to kompletny kicz, czy coś skrajnie 

background image

 

 

niepraktycznego  i  nielegalnego.  Jest  skorumpowana,  ale  lubię 
ją. 

- Arch Riker chce się z nią Ŝenić. 
-  Mam  nadzieję,  Ŝe  ma  duŜe  poczucie  humoru.  Będzie  go 

potrzebował. 

-  Słyszałaś  moŜe,  kto  zajmie  miejsce  Nigela  i  chłopców  w 

banku? 

-  Nic  oficjalnego,  ale  mówi  się,  Ŝe  dwie  kobiety  z  zarządu 

dostaną  awans  na  wiceprezesów,  a  nowy  prezes  przyjedzie  z 
centrali. Mam nadzieję, Ŝe będzie potrzebował dekoratora. 

- Gdzie byłaś, kiedy dowiedziałaś się o samobójstwie? 
-  U  fryzjera.  Wszyscy  płakali.  Ludzie  naprawdę  kochali 

Nigela. Miał takie dobre maniery, był przystojny i czarujący! 

-  Ja  jadłem  kolację  w  „Old  Stone  Mili"  -  powiedział 

Qwilleran  -  i  jedna  z  kelnerek  upuściła  tacę  na  wieść  o  jego 
ś

mierci.  Domyślam  się,  Ŝe  Nigel  był  nie  tylko  czarujący, 

przystojny i dobrze wychowany, ale teŜ dawał niezłe napiwki. 

-  Teraz  zgrywasz  się  na  cynicznego  dziennikarza.  Brawo!  -

powiedziała.  -  Czy  słyszałeś,  Ŝe  miejsce  Margaret  w  radzie 
bibliotecznej zajmie Don Exbridge? 

Qwilleran  mruknął  z  niezadowoleniem.  Exbridge  był  tym 

deweloperem, który chciał wyburzyć historyczny budynek sądu. 

-  Exbridge  przekona  teraz  radę  miejską  do  zburzenia 

biblioteki. Pewnie zaproponuje im, Ŝe postawi nową za dziewięć 
koma dziewięć miliona dolarów. 

-  Teraz  to  jesteś  równie  cyniczny  co  zawistny!  -  w  jej 

stalowych  oczach  pojawił  się  błysk  rozbawienia.  Lubiła  go 
prowokować.  -  Don  chciałby  teŜ  zastąpić  Nigela  w  radzie 
nadzorczej Fundacji Klingenschoenów. 

-  Wspaniale!  -  powiedział  Qwilleran.  -  śeby  manipulować 

grantami  fundacji  i  kupować  za  nie  usługi  polityków,  ulgi 
podatkowe, pozbywać się odpadów i pozyskać inne korzyści dla 
swoich  prywatnych  przedsięwzięć...  Mogę  ci  dolać?  Potem 
pójdziemy na kolację do „Stefanii". 

background image

 

 

Zaraz jednak dodał zaczepnie: 
- Usłyszałem ostatnio ciekawą rzecz. Podobno Harley zniknął 

na cały rok po studiach. - Wiedział, Ŝe poczuje się dotknięta. 

-  Nie  zniknął.  PodróŜował.  Od  wieków  młodzi  męŜczyźni 

wyruszali w świat, zanim załoŜyli rodzinę i się ustatkowali. Nie 
ma w tym niczego niezwykłego! - teraz była w defensywie. 

-  Pójdźmy  na  kompromis.  Robił  niezwykłe  rzeczy  podczas 

roku wolności od zobowiązań. 

- Głupie płotki! - powiedziała zirytowana. 
- PodróŜował samolotem, motorem czy na wielbłądzie? 
- Szczerze mówiąc, nigdy nie spytałam, nie byłam ciekawa. 
- Mówił coś o trasie swoich pielgrzymek? 
-  Fitchowie  nie  zanudzają  ludzi  swoimi  podróŜami.  Nie 

przywiózł  do  domu  Ŝadnych  kolorowych  slajdów,  francuskich 
pocztówek ani plastikowych replik TadŜ Mahal... Jak mi idzie? 
Przejdę do następnego etapu? 

- Przepraszam... Jak się ma David? Widziałaś go? 
-  Rozmawiam  codziennie  przez  telefon  z  Jill  -  powiedziała 

Frań odpręŜona po krótkim pokazie złości. - Według niej David 
jest  na  skraju  załamania.  WyjeŜdŜają  na  kilka  tygodni  w 
spokojne  miejsce  w  Ameryce  Południowej,  gdzie  spędzali 
miesiąc miodowy. 

- Spodziewam się, Ŝe David odziedziczy teraz całą fortunę. 
-  Naprawdę  nie  wiem  -  spojrzała  na  zegarek.  -  W  „Stefanii" 

kończą wydawać posiłki o dziewiątej. 

- Dobrze, chodźmy. Muszę tylko nakarmić koty. 
- Czy udało ci się znaleźć moją zapalniczkę? 
-  Nie,  ale  uprzedziłem  pana  0'DelI,  Ŝeby  się  rozejrzał,  kiedy 

przyjdzie sprzątać. 

Syjamczyki  wycofały  się  do  swojego  pokoju,  gdzie  uwaŜnie 

przyglądały się ptakom za oknem. Qwilleran połoŜył talerzyk z 
kawałkami  polędwicy  na  macie  w  ich  łazience,  włączył 
telewizor bez głosu i cicho zamknął drzwi do pokoju. 

background image

 

 

W  drodze  do  „Stefanii"  spytał:  -  Czy  to  prawda,  Ŝe  dziadek 

Harleya  był  przemytnikiem?  -  spodziewał  się  kolejnego 
niezasłuŜonego wybuchu. 

- Tak! - odparła z satysfakcją. - UwaŜał, Ŝe ludzie będą i tak 

pili  i  Ŝe  jeśli  sprowadzi  z  Kanady  jakiś  przyzwoity  towar,  to 
przynajmniej  nie  oślepną  od  picia  bimbru.  Nie  wierzył  w 
prohibicję, podatek dochodowy i kobiece gorsety. 

Nakryte  do  posiłku  stoły  w  „Stefanii"  ustawione  były  w 

oryginalnych  pomieszczeniach  starego  domu  i  Qwilleran  ze 
swoim 

gościem 

został 

usadzony 

drugim 

salonie. 

Popołudniowe słońce nadal wpadało przez witraŜowe okna i na 
szkłach  tworzyła  się  tęcza.  Przy  kolacji  omawiali  sprawy 
związane z nowym teatrem. 

-  W  tym  tygodniu  instalują  siedzenia.  W  sierpniu  będzie  juŜ 

moŜna robić próby. Nadal chcesz zacząć sezon rewią? 

-  No...  -  zaczęła  niezdecydowanym  tonem  Frań.  -W  tych 

okolicznościach  myśleliśmy  raczej  o  wystawieniu  jakiejś 
powaŜnej  sztuki.  Chcieliśmy,  Ŝeby  David  w  niej  zagrał.  Coś 
ambitnego, jakieś warte wysiłku wyzwanie mogłoby obudzić w 
nim chęć do Ŝycia. Jest tak załamany, Ŝe Jill obawia się, by nie 
poszedł w ślady ojca. 

Qwilleran  pomyślał,  Ŝe  jeśli  David  był  zamieszany  w 

sytuację,  która  doprowadziła  do  śmierci  Harleya,  ma  dobre 
powody, Ŝeby się zadręczać. Sam moŜe być następną ofiarą. 

- Masz na myśli jakąś konkretną sztukę? Mam nadzieję, Ŝe to 

nie  będzie  nic  rosyjskiego,  to  by  go  dopiero  przybiło  -  spytał 
Frań. 

- I nic krwawego - dodała. 
- I nic o dwóch braciach. 
Z  pierwszego  salonu,  gdzie  stało  cztery  albo  pięć  stolików, 

dobiegał  miodopłynny  głos.  To  był  męski  szczery  głos,  który 
ś

miał się serdecznie. 

-  Znam  ten  głos  -  powiedział  Qwilleran  -  ale  nie  mogę  go 

skojarzyć. 

background image

 

 

Frań  rzuciła  ukradkowe  spojrzenie  ponad  ramieniem 

Qwillerana. 

- To Don Exbridge! - wykrzyknęła radośnie. - Jest z kobietą. 

To  chyba  Polly  Duncan!  Cos'  mi  się  zdaje,  Ŝe  dooobrze  się 
bawią. - Wyglądała na wyjątkowo ukontentowaną tym faktem. 

- Nie zamierzasz posłać im drinków do stolika? 
Kiedy  z  pierwszego  salonu  płynęły  kolejne  salwy  śmiechu, 

twarz Qwillerana nabierała coraz bardziej skwaszonego wyrazu. 
Teraz  to  był  delikatny  śmiech  Polly.  AŜ  do  końca  kolacji 
Qwilleran  był  zniecierpliwiony  i  draŜliwy:  sałata  była 
zwiędnięta,  tort  orzechowy  nieświeŜy,  kawa  za  słaba.  DraŜniła 
go rozmowa z Frań. Chciał jak najszybciej odwieźć ją do domu. 
Niecierpliwił  się,  pragnął  szybko  znaleźć  się  w  towarzystwie 
współczujących syjamczyków. Ani razu, przypomniał sobie, nie 
wspomniała przy kolacji o Koko i Yum Yum. Wątpił, czy znała 
ich  imiona.  Ani  razu,  przypomniał  sobie,  nie  spytała  o  nową 
gazetę,  nie  zainteresowała  się  kolumną,  którą  redagował.  W 
sumie był zły na siebie, Ŝe zgodził się polecieć na Niziny, Ŝeby 
obejrzeć  stalowe  łóŜko  i  jakieś  neobauhasowskie  komody. 
Meble,  które  teraz  miał  w  sypialni,  były  całkiem  w  porządku. 
Czuł  się  z  nimi  komfortowo.  Z  Polly  teŜ  się  zawsze  czuł 
komfortowo.  Z  Francescą  ani  razu  nie  czuł  się  w  pełni 
swobodnie. 

Po  przyjeździe  do  domu  poszedł  od  razu  do  pokoju  kotów, 

Ŝ

eby  sprawdzić,  czy  nie  ma  przeciągów,  i  Ŝeby  wyłączyć 

telewizor.  Oba  spały  w  jednym  z  koszyków  zwinięte  w  kłębki 
jak  jin  i  Jang.  Potem  zapalił  światło  w  łazience,  bo  chciał 
zobaczyć,  czy  zjadły  kolację,  i  trzeba  było  nalać  im  świeŜej 
wody.  Obraz,  który  ukazał  się  jego  oczom,  przedstawiał  scenę 
kompletnego  chaosu.  Kuweta  Yum  Yum  była  wywrócona  do 
góry nogami, a zawartość pojemnika rozsiana po całym pokoju. 
Mały  lśniący  przedmiot  leŜał  na  wpół  zakopany  w  mokrym 
kocim  Ŝwirku.  Qwilleran  rozpoznał  w  nim  zapalniczkę 
Franceski. 

background image

 

 

Coś  jest  ewidentnie  nie  tak  z  tą  kotką,  pomyślał  Qwilleran. 

Była  zawsze  taka  porządna,  taka  czysta!  Jutro  idziemy  do 
weterynarza. 

 
SCENA DRUGA 
 
Miejsce:        Mieszkanie Owillerana  
Czas:           Ranek, po pokazie Yum Yum 
Osoby:         Amanda Goodwinter 
Kiedy zadzwonił do kliniki dla zwierząt, Ŝeby umówić wizytę 

dla Yum Yum, przyszło mu na myśl, Ŝe głupio postąpił, kupując 
jej  plastikową  kuwetę.  Kotka  chciała  równych  praw!  Chciała 
owalną brytfankę, taką, jaką miał Koko. 

Wyjaśniał  właśnie  sytuację  recepcjonistce,  kiedy  zadzwonił 

dzwonek  u  drzwi.  Trzy  niecierpliwe  dzwonki.  Tylko  jedna 
osoba w Pickax dzwoniła do drzwi w ten sposób. 

Amanda Goodwinter wdrapała się po schodach, narzekając na 

pogodę, kierowców cięŜarówek na budowie, na projekt schodów 
(Ŝe  za  strome  i  za  wąskie).  Miłość  dobrego  dziennikarza  nie 
polepszyła  ani  jej  zachowania,  ani  wyglądu.  Kosmyki  szarych 
włosów na karku tworzyły najeŜoną grzywkę na brzegu szarego, 
znoszonego  golfu.  Jej  sprany  oliwkowy  kostium  był 
niewyprasowany i nie pasował do figury. 

-  Przyszłam  sprawdzić,  czy  moja  samodzielna  asystentka 

poczyniła tu jakieś postępy - powiedziała - czy teŜ chodzi tylko 
na długie lunche z klientami. 

-  Myślę,  Ŝe  będziesz  zadowolona  z  tego,  co  zrobiła  -

oświadczył Qwilleran. 

-  Nigdy  z  niczego  nie  jestem  zadowolona,  i  dobrze  o  tym 

wiesz! 

CięŜkim  krokiem  przemierzała  apartament,  przyglądając  się 

pokryciom  ścian,  meblom  robionym  na  zamówienie  i 
akcesoriom. Mamrotała i gdakała coś przy tym do siebie. 

- Francesca planuje zabudowanie kaloryferów - powiedział. 

background image

 

 

-  Planowanie  to  jedno,  a  robienie  to  drugie.  -  Wyprostowała 

druk  przedstawiający  łódź  patrolową,  który  Koko  znowu 
przekrzywił. - Skąd masz ten druk? 

-  Ze  sklepu  z  antykami  w  Mooseville,  który  prowadzi  jeden 

stary kapitan. 

- Prowadzi go kiepski aktorzyna. Nigdy nie wyjechał dalej niŜ 

za molo w Mooseville. Jakieś dziesięć kopii tego druku krąŜy po 
naszym  okręgu.  Wszystko  to  tanie  reprodukcje.  To  nie  jest 
oryginalny druk. Jedyny oryginalny jest w rezydencji Fitchów, a 
jest  tam  dlatego,  Ŝe  ja  sprzedałam  go  Nigelowi  w  prezencie 
urodzinowym  dla  Harleya.  Nigdy  mi  zresztą  za  niego  nie 
zapłacił! 

- Rozumiem, Ŝe pomagałaś rodzinie przy dekorowaniu domu - 

domyślił się Qwilleran. 

- Z tym miejscem nic się nie da zrobić, moŜna je tylko spalić. 

Widziałeś  kiedyś  te  śmiecie,  które  kolekcjonował  Cyrus? 
Wszyscy  myślą,  Ŝe  to  skarby  nad  skarbami.  Połowa  z  nich  jest 
podrabiana! 

- Tapeciarz powiedział mi, Ŝe mają oryginalne tapety. 
-  Ach!  Ta  dziwka,  z  którą  oŜenił  się  Harley!  Dałam  jej,  co 

chciała,  ale  upewniłam  się  najpierw,  Ŝe  tapety  są  ściągalne. 
Mam  nadzieję,  Ŝe  ktoś  się  zlituje  i  ściągnie  je  teraz!  Powinni 
tam  wjechać  z  buldoŜerem  i  wymieść  cały  ten  złom!  Te  zŜarte 
przez  mole,  wypchane  zwierzęta,  ptaki,  fałszywe  antyki!  Nie 
wiem,  co  teraz  zrobią  z  tym  starym  mauzoleum!  Mogą  równie 
dobrze  zmieść  je  z  powierzchni  ziemi  i  wybudować  w  tym 
miejscu osiedle. Strata będzie znikoma. 

- Usiądź, Amando, moŜe filiŜankę kawy? 
- Nie mam czasu na kawę! Nie mam czasu usiąść! - kręciła się 

nerwowo  w  kółko  jak  lwica  w  klatce.  -  Poza  tym  to,  co 
nazywasz kawą, smakuje jak zmywacz do lakieru. 

-  Po  tym  jak  rodzina  Fitchów  praktycznie  zniknęła  z  tego 

miasta  -  powiedział  Qwilleran  -  wspólnota  doznała  wielkiej 
straty. 

background image

 

 

-  Nie  rozlewaj  łez  nad  tą  zgrają!  Nie  byli  tacy  święci,  jak  ci 

miejscowi prostacy chcieliby ich widzieć. 

-  Ale  byli  wielkimi  społecznikami,  działali  w  klubach, 

inicjatywach  społecznych,  pomagali  zakładać  fundacje.  SłuŜyli 
wspólnocie bezinteresownie! - zdawał sobie sprawę, Ŝe tylko ją 
prowokuje. 

- Powiem ci, mój panie, o co im chodzi! Dopieszczali własne 

ego! Zakładanie fundacji - teŜ mi coś! Spróbuj wyciągnąć jakieś 
pieniądze  z  ich  kieszeni,  to  juŜ  inna  historia.  Zawsze  ostatni  w 
płaceniu  rachunków.  Powinnam  doliczać  im  taki  sam  procent 
jak ich bank. 

Qwilleran nalegał. 
- Córka woźnego z banku idzie do szkoły plastycznej i Nigel 

Fitch osobiście zapłacił jej czesne. 

-  Dziewczyna  Stebbinsów?  Ha!  Dlaczego  nie?  Nigel  jest  jej 

biologicznym ojcem!... No cóŜ, nie mogę tu spędzić całego dnia, 
uzupełniając  braki  w  twojej  edukacji  -  ruszyła  w  dół  schodów. 
W  połowie  drogi  zatrzymała  się  i  odwróciła:  -  Słyszałam,  Ŝe 
jedziesz do Chicago z moją asystentką. 

-  Musimy  wybrać  meble  do  mojej  sypialni  -  wyjaśnił 

Qwilleran. - A przy okazji, kiedy ślub? 

- Jaki ślub?! - wykrzyknęła i zatrzasnęła frontowe drzwi. 
 
SCENA TRZECIA 
 
Miejsce: Restauracja „Pod Czarnym Niedźwiedziem"  
Czas:  Wieczorem tego samego dnia 
Osoby:  Gary Pratt, właściciel baru, Ŝeglarz, 
przyjaciel Harleya Fitcha 
We  wtorek  wieczorem  Qwilleran  miał  dwa  powody,  Ŝeby 

wybrać  się  do  „Hotel  Booze"  w  Brrr.  Po  pierwsze  naszła  go 
ochota na jeden z ich ogromnych hamburgerów. Poza tym chciał 
spojrzeć  na  czarnego  niedźwiedzia,  którym  dowcipnisie  tak  go 
przestraszyli  na  przyjęciu  urodzinowym.  Ale  przede  wszystkim 

background image

 

 

chciał porozmawiać z Garym Prattem, właścicielem baru, który 
Ŝ

eglował z Harleyem na „Fitch Witch". 

Zadzwonił  do  Mildred  Hanstable,  która  mieszkała  kilka  mil 

na  zachód  od  Brrr,  z  pytaniem,  czy  nie  miałaby  ochoty  zjeść  z 
nim  „booseburgera".  Chciałaby,  oczywiście!  Kobiety  nigdy  nie 
odrzucały zaproszeń od Qwillerana. 

-  Chciałabym  zobaczyć,  co  Gary  zrobił  z  hotelem,  odkąd 

przejął go po ojcu. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie posprzątał go za bardzo i Ŝe Thel-ma 

„Odciski Palców" nie odeszła. Ciekawe, czy rozstawiają pułapki 
na myszy pod stołami. 

„Hotel  Booze"  zbudowano  na  wydmie  wznoszącej  się  nad 

miastem Brrr od strony jeziora. Była to stara kamienna gospoda, 
która  pamiętała  czasy  pionierów,  kiedy  to  nie  było  obrusów, 
obsługi,  łazienek,  a  na  drugim  piętrze  nawet  łóŜek.  W  ogólnej 
sali górnicy, drwale i Ŝeglarze zbierali się w sobotnie wieczory, 
Ŝ

eby pić krwawą Mary, przegrywać w karty wypłatę, jeść gulasz 

i  zabijać  się  nawzajem.  Od  tamtych  burzliwych  czasów  aŜ  po 
dzień  dzisiejszy  znakiem  rozpoznawczym  hotelu  był  napis  na 
dachu.  Dwumetrowe  litery  układały  się  w  napis:  „Chlanie, 
pokoje, jedzenie". 

Dla  mieszkańców  Moose  County  „Hotel  Booze"  był  zwykłą 

mordownią.  Mimo  to  wszyscy  tam  chodzili  na  najlepsze  pod 
słońcem  hamburgery  i  domowe  ciasto.  Qwilleran  i  jego  gość 
spotkali się na parkingu i razem weszli do baru nazwanego teraz 
restauracją „Pod Czarnym Niedźwiedziem". Przed wejściem stał 
na  tylnych  nogach  niedźwiedź  we  własnej  osobie.  Witał 
klientów rozłoŜonymi łapami i obnaŜonymi kłami. 

-  Wnętrze  jest  jakieś  jaśniejsze  niŜ  poprzednio  -  zauwaŜyła 

Mildred. 

Qwilleran  pomyślał,  Ŝe  to  dlatego,  Ŝe  po  raz  pierwszy  od 

ponad pięćdziesięciu lat umyto ściany. 

background image

 

 

-  I  naprawili  podarte  linoleum  -  powiedział,  przyglądając  się 

srebrnym pasom taśmy naklejonym na podłodze. - Ciekawe, czy 
pokleili meble. 

On i Mildred usiedli ostroŜnie na drewnianych krzesłach przy 

zniszczonym  stole.  Napis  na  pustym  serwetniku  brzmiał: 
„Papierowe serwetki na Ŝyczenie, pięć centów". 

Za  barem  stał  atletyczny  męŜczyzna  o  ogorzałej  twarzy 

Ŝ

eglarza,  niesfornych  czarnych  włosach  i  kędzierzawej  czarnej 

brodzie.  Poruszał  się  ocięŜale  do  przodu  i  do  tyłu  z  pewnym 
leniwym  wdziękiem,  huśtając  owłosionymi  ramionami,  kiedy 
spokojnie i pewnie nalewał zamówione drinki. 

- Gary wygląda znakomicie. Cieszy mnie, Ŝe zainteresował się 

biznesem.  Nie  obiecywano  sobie  po  nim  zbyt  wiele,  kiedy 
chodził do szkoły, ale przebrnął dwa lata college'u i trzymał się 
z dala od kłopotów. Od  kiedy zachorował jego ojciec, pokazał, 
Ŝ

e potrafi podejmować inicjatywę. 

Piętrowe  „boozeburgery"  podała  im  młoda  kelnerka  w 

minispódniczce. 

-  Gdzie  jest  Thelma?  -  zapytał  Qwilleran,  przypominając 

sobie  poprzednią  kelnerkę,  która  zjawiała  się  w  barze  w 
podomce i spodniach od piŜamy. 

- Przeszła na emeryturę. 
Thelma 

zawsze 

podawała 

rozpadające 

się 

burgery, 

przytrzymując  wierzch  kanapki  kciukiem,  stąd  nazywano  ją 
Thelma  „Odciski  Palców".  Hamburgery,  które  dostali  dzisiaj, 
były nadziane na patyczki do mieszania koktajli. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  skompromitowałam  się  na  sobotnim 

przyjęciu w biurze - powiedziała Mildred. 

-  Nalewali  za  mocne  drinki.  Ja  zjadłem  trzy  kanapki  z 

peklowaną  wołowiną  i  dwa  korniszony  i  długo  potem 
Ŝ

ałowałem. 

-  Podobał  mi  się  twój  tekst  o  Eddingtonie  Smith,  Qwill. 

NajwyŜszy czas, Ŝeby ktoś go docenił. 

background image

 

 

- Jest zadziwiająco dobrze oczytany. Cytuje Cycerona, Noela 

Howarda i Churchilla z  taką łatwością, jak inni  cytują  gwiazdy 
filmowe  z  telewizyjnych  seriali.  Tylko  jak  on  moŜe  wyŜyć  z 
tego  skromnego  interesu?  Ma  coś  na  boku?  NaduŜycia? 
Fałszerstwa? 

-  Mam  nadzieje,  Ŝe  to  tylko  mało  zabawne  Ŝarty.  Edd  jest 

uczciwym,  słodkim,  wzbudzającym  współczucie  małym 
człowieczkiem... 

- .. .który trzyma zabójczą broń obok szczoteczki do zębów. 
-  CóŜ,  ja  teŜ  mam  broń.  W  końcu  mieszkam  sama,  a  latem 

zjeŜdŜają tu ci wszyscy porąbani turyści. 

- Skoro jesteśmy przy broni - powiedział. - Jadłem kolację w 

„Old  Stone  Mili",  kiedy  dotarła  tam  wieść  o  samobójstwie 
Nigela.  Jedna  z  kelnerek  zareagowała  bardzo  emocjonalnie. 
Mówiono  mi,  Ŝe  to  studentka  szkoły  plastycznej.  Ma  na  imię 
Sally. 

-  Sally  Stebbins.  Dostała  stypendium  od  rodziny  Fitchów. 

Zapewne głęboko dotknęła ją ta strata. 

- Jak uzyskała stypendium? Jest dobrą artystką? 
-  Obiecującą  -  powiedziała  Mildred.  -  Tak  się  szczęśliwie 

złoŜyło,  Ŝe  jej  ojciec  pracuje  w  banku,  a  Nigel  zawsze  po 
ojcowsku dbał o pracowników i ich rodziny - spojrzała na niego 
ostro. - Mam nadzieję, Ŝe nie pijesz do tej starej plotki. 

- A jest warta odkurzenia? 
-  CóŜ,  mogę  ci  chyba  powiedzieć,  bo  i  tak  będziesz  kopał, 

póki nie wykopiesz. KrąŜyły plotki, Ŝe Nigel jest biologicznym 
ojcem  Sally,  ale  to  odraŜające  kłamstwo.  Prawość  Nigela  była 
zawsze  poza  dyskusją  i  nie  splamiły  jej  plotki.  On  i  Margaret 
byli po prostu wspaniałymi ludźmi. 

Qwilletan  wpatrywał  się  w  nią  intensywnie  i  skubał  wąsy. 

Czy  wierzyła  w  to,  co  mówiła?  Czy  to  była  prawda?  W  co 
moŜna  było  wierzyć  w  północnych  lasach,  gdzie  plotkarstwo 
było najpotęŜniejszym przemysłem informacyjnym? 

background image

 

 

- Jak zareagowałaś na wypadek na przejeździe kolejowym? - 

zapytał. 

Mildred pokiwała ze smutkiem głową. 
-  śal  mi  kaŜdego  ludzkiego  Ŝycia,  ale  jeśli  to  oni  zabili 

Harleya  i  Belle,  to  byłaby  to  poetycka  sprawiedliwość.  Roger 
mówi,  Ŝe  policja  nie  znalazła  biŜuterii.  Wiedziałeś  o  tym,  Ŝe 
zginęły  cenne  przedmioty?  Wyciszają  sprawę,  ale  Roger  ma 
znajomego w biurze szeryfa. 

Kelnerka w minispódniczce oznajmiła, Ŝe „ciasto dnia" jest z 

truskawkami.  Zrobiono  je  z  całych  owoców  z  dodatkiem 
prawdziwej  bitej  śmietany  i  Qwilleran  z  Mildred  pochłaniali 
swoje  porcje  w  ciszy.  Potem  Mildred  zaczęła  dopytywać  się  o 
syjamczyki. 

- U Koko wszystko  w porządku - powiedział Qwilleran - ale 

muszę zabrać Yum Yum do weterynarza. Dzwoniłem do niego i 
kazał mi z nią przyjść i przynieść próbkę moczu. 

- Interesujące! I jak sobie z tym poradziłeś? 
- No przecieŜ nie biegałem za nią z papierowym kubeczkiem. 

Kupiłem  specjalny  zestaw  -  miniaturową  gąbeczkę  i  maleńką 
pęsetę.  Potem  siedziałem  w  pokoju  kotów  przez  pięć  godzin  i 
czekałem,  aŜ  Yum  Yum  postanowi  współpracować.  Kiedy  w 
końcu  udało  nam  się  dojść  do  porozumienia,  zabrałem  Yum 
Yum  do  kliniki,  z  gąbeczką  w  plastikowej  torebce  wielkości 
herbatnika. Czułem się jak idiota! 

- A jak czuła się Yum Yum? 
-  W  piekle  nie  znajdziesz  większej  furii  niŜ  ta,  jaka  ogarnia 

syjamską  kocicę,  która  nie  cierpi  weterynarza.  Jak  tylko 
zobaczyła  zimny  stalowy  stół,  zaczął  się  cyrk.  Latała  jak 
opętana,  wszędzie  fruwała  kocia  sierść!  Jaka  zamieć  śnieŜna! 
Potem  włoŜyli  jej  sondę,  oglądali  język,  uciskali  brzuch  i 
mierzyli temperaturę, to jak miała się czuć? Weterynarz mruczał 
jej uspokajające słowa, a ona zawodziła, wyrywała się i kłapała 
pyszczkiem jak krokodyl. 

- Ale znaleźli coś? 

background image

 

 

-  Lekarz  mówi,  Ŝe  to  kwestia  psychologiczna.  W  ten  sposób 

wyraŜa  swój  sprzeciw  wobec  czegoś  w  jej  otoczeniu  i  nie 
wydaje  mi  się,  Ŝeby  to  była  nowa  tapeta.  Moim  zdaniem  jest 
zazdrosna o dekoratorkę wnętrz. 

- Serio? - powiedziała Mildred. - A jak Koko na nią reaguje? 
-  Ignoruje  ją,  jest  zbyt  zajęty  wąchaniem  kleju.  Przy  kawie 

Mildred zwróciła się do Qwillerana: 

- A tak między nami, jak Roger daje sobie radę w gazecie? 
-  Świetnie  mu  idzie.  Jest  historykiem  i  ma  nosa  do 

właściwych faktów. Dobrze pisze. 

-  Martwiłam  się,  Ŝe  rezygnuje  z  nauczania.  Sharon  nie 

pracuje,  mają  małe  dziecko.  Sam  wiesz,  jak  to  jest.  Ale  zdaje 
się, Ŝe nowe pokolenie jest odwaŜniejsze od naszego. 

-  Mów  za  siebie,  Mildred.  Ja  osobiście  lubię  podejmować 

odwaŜne decyzje. 

- Zdecydowałeś się ponownie oŜenić? - zapytała z nadzieją. 
- Nie aŜ tak odwaŜne! 
Mildred poŜegnała się, dodając, Ŝe nie chce wracać do domu 

po  zmroku,  a  Qwilleran  przesiadł  się  na  stołek  przy  barze.  Był 
juŜ  tu  kiedyś  i  Gary  Pratt  pamiętał,  co  pije  -  woda  Squunk  z 
odrobiną likieru ziołowego i plasterkiem cytryny. 

- Jak tłumaczysz swoją serwetkową politykę, Gary? - zapytał 

go Qwilleran. 

-  Wszystko  kosztuje  -  odparł  Gary  piskliwym,  wysokim 

głosem,  który  kontrastował  z  jego  wyglądem.  -  Bank  przestał 
dawać  mi  darmowe  czeki,  stacja  benzynowa  nie  daje  mi 
darmowej  benzyny.  Dlaczego  mam  im  dawać  darmowe 
serwetki? 

- Podziwiam twoją logikę, Gary. 
-  Rzecz  polega  na  tym,  Ŝe  kiedy  serwetniki  były  pełne, 

serwetki  zawsze  znikały.  Moi  klienci  uŜywali  ich  do 
wydmuchiwania  nosa,  przecierania  szyb  w  samochodzie  i  Bóg 
tylko wie do czego jeszcze. 

background image

 

 

- Przekonałeś mnie! Masz piątkę! Biorę serwetkę - powiedział 

Qwilłeran. - Widzę, Ŝe zatrudniłeś nowego wykidajłę - pokiwał 
głową  w  stronę  wejścia,  gdzie  na  tylnych  łapach  stał 
niedźwiedź. 

-  To  robota  Walłyego  Toddwhistle'a.  Jest  najlepszy  w  tej 

branŜy. 

- Robię z nim jutro wywiad do gazety. 
-  Wspomnisz  o  restauracji  „Pod  Czarnym  Niedźwiedziem", 

dobrze? Zareklamuj nas. Powiedz, Ŝe hotel ma ponad sto lat i Ŝe 
ma  oryginalny  bar  -  przetarł  z  uczuciem  zniszczony,  pocięty 
blat.  -  Mój  staruszek  zapuścił  to  miejsce,  ale  zaczynam  je 
remontować. Nie jest zbyt atrakcyjne. Przychodzą tu Ŝeglarze, a 
oni lubią poobijane wnętrza. 

Qwilleran  rozejrzał  się  po  barze  i  dostrzegł  kilku  Ŝeglarzy  w 

dzianinowych pasiastych koszulkach, naciągniętych na ogorzałe 
od  słońca  i  wiatru  ciała;  byli  tam  farmerzy  w  ubraniach 
roboczych,  kobiety  i  męŜczyźni  w  oficjalnych  strojach,  starzy 
wieśniacy o siwych włosach, z aparatami słuchowymi w uszach. 
Wszyscy  jedli  „boozeburgery"  i  truskawkowe  ciasto  i  byli 
szczęśliwi,  z  jednym  wyjątkiem.  MęŜczyzna  o  złotawych 
włosach  siedział  samotnie  przy  barze,  kilka  stołków  od 
Qwillerana,  i  pił,  zwiesiwszy  smętnie  głowę  w  geście 
rezygnacji.  Qwilleran  zauwaŜył,  Ŝe  był  ubrany  w  drogie 
codzienne  ubranie,  a  na  małym  palcu  miał  pierścionek  z 
szafirem w kształcie gwiazdy. 

-  Od  jak  dawna  na  dachu  jest  ten  duŜy  napis?  -  Qwilleran 

spytał Gary'ego. 

-  Od  początku  dwudziestego  wieku,  tyle  wiem.  Widać  go  z 

jeziora. Jeśli Ŝeglarz ustawi w jednej linii wieŜę kościoła w Brrr 
z literą „n" w słowie „chlanie", to wskaŜe mu ona drogę prosto 
przez kanał na zachód od falochronu. 

Przyjął zamówienie od kelnerki i wrócił do Qwillerana. 
-  Niektórym  ludziom  w  mieście  nie  podoba  się,  Ŝe  „chlanie" 

pisane  jest  takimi  duŜymi  literami,  ale  ja  mam  z  tym  słowem 

background image

 

 

przyjemne  skojarzenia.  Chlanie  to  siedzenie  razem  z 
przyjaciółmi,  to  rozmowy  i  bezstresowe  picie.  To  słowo  ma 
ś

redniowieczny  rodowód,  tylko  wymowa  była  wtedy  bardziej 

gardłowa, sprawdziłem to. 

Gary  miał  profesjonalną  pewność  siebie.  Jego  czarne  oczy 

przebiegały nieustannie po wnętrzu restauracji, a w tym samym 
czasie  rozmawiał  i  obsługiwał  bar.  Potrafił  jednocześnie 
nalewać whiskey, pozdrowić wchodzącego klienta, wydrukować 
rachunek, wytrzeć bar, przygotować tacę z martini dla kelnerki, 
nalać kwartę piwa, mieć oko na awanturującego  się gościa i na 
koniec znów wytrzeć bar. 

-  Chodzi  o  to,  Ŝe  Brrr  jest  schronieniem  dla  wielu  łodzi,  to 

jedyny port po tej stronie jeziora. Chcę, Ŝeby ta restauracja była 
miejscem,  gdzie  kaŜdy  moŜe  przyjść  i  czuć  się  tak  swobodnie 
jak w domu. 

- Rozumiem, Ŝe sam jesteś Ŝeglarzem. 
-  Mam  katamaran.  Startował  w  kilku  zawodach.  Kiedyś 

pływałem  z  Harleyem  Fitchem,  ale  te  dni  dawno  minęły. 
Szkoda!  David  i  Harley  często  tu  przychodzili,  gadaliśmy  o 
łodziach.  To  znaczy  David  nie  za  bardzo,  on  ma  bzika  na 
punkcie golfa. Mieści się w siedemdziesięciu kilku uderzeniach. 
Widziałeś kiedyś modele statków Harleya? 

- Nie, ale słyszałem o nich. Podobno są niezłe? 
-  Próbowałem  kupić  do  restauracji  jeden  z  modeli  łodzi 

biorących udział w wyścigu o Pucharu Ameryki, ale nie chciał o 
tym  słyszeć.  Chodzi  o  to,  Ŝe  pod  koniec  zachowywał  się 
ś

miesznie. 

- Co znaczy „śmiesznie"? 
- Po pierwsze jego małŜeństwo. Wszystko poszło nie tak. Ale 

były  teŜ  inne  rzeczy.  Kiedy  zaczął  pracować  w  banku, 
próbowałem  wziąć  kredyt  na  przebudowę  hotelu.  Chcę 
wynajmować  pokoje,  zamontować  windę,  wszystko  zgodnie  z 
przepisami.  Tyle  Ŝe  na  wszystko  potrzebne  są  pieniądze,  duŜo 
pieniędzy.  Jego  ojciec  jest  prezesem  banku,  no  i  my  się 

background image

 

 

przyjaźniliśmy,  wiesz,  myślałem,  Ŝe  jakoś  dojdziemy  do 
porozumienia. 

Właściciel  baru  odwrócił  się,  Ŝeby  napełnić  szklanki.  Kiedy 

wrócił, Qwilleran powiedział: 

- Dostałeś tę poŜyczkę? 
Gary potrząsnął kudłatymi włosami. 
-  Ani  centa.  To  mnie  naprawdę  wkurzyło  i  wygarnąłem  mu 

prosto  w  twarz.  Pokłóciliśmy  się  i  więcej  nie  pokazał  się  w 
moim  barze...  Zresztą  miałem  to  gdzieś.  Chodzi  o  to,  Ŝe  po 
powrocie do domu nigdy nie był juŜ taki jak dawniej. 

- Po powrocie skąd? - zapytał całkiem niewinnie Qwilleran. - 

Z college'u? 

-  Nie,  on,  hm...  David  wrócił  po  studiach  do  domu,  zaczął 

pracować  w  banku,  z  ojcem,  ale  Harley  spędził  rok  na 
wschodzie, zanim znów przyjechał do Moose County. 

Qwilleran  zamówił  jeszcze  jedną  wodę  Squunk  i  potem 

powoli,  spokojnie  zaczął  dopytywać  się,  co  Harley  robił  przez 
ten rok spędzony na wschodzie. 

Czarne oczy Gary'ego rozejrzały się po pomieszczeniu. 
-  Rodzina  nie  chciała,  Ŝeby  ktokolwiek  się  dowiedział,  i 

ludzie  zgadywali  w  ciemno,  ale  Harley  powiedział  mi  prawdę. 
Kiedy  spędza  się  noc  na  jeziorze,  wokół  tylko  białe  Ŝagle  i 
błękitne niebo, cichy szept bryzy, łatwo jest mówić. To jak pójść 
do  psychiatry.  To  było,  zanim  nasze  stosunki  się  popsuły. 
Obiecałem, Ŝe będę trzymał mordę na kłódkę. 

Qwilleran  sączył  drinka  i  wpatrywał  się  bezmyślnie  w  bar 

ozdobiony  dziewiętnastowiecznymi  rzeźbieniami,  zawijasami  i 
ukośnymi lustrami. 

- Nic nie powiedziałem, kiedy była tu policja - wyznał Gary. - 

Po morderstwie rozmawiali z kaŜdym, kto go znał. 

-  Czy  myślisz,  Ŝe  tajemnicza  misja  Harleya  miała  jakiś 

związek z morderstwem? - spytał Qwilleran. 

Gary wzruszył ramionami. 
- Kto wie? Nie jestem detektywem. 

background image

 

 

-  Osobiście  -  Qwilleran  przybrał  najbardziej  poufały  ton,  na 

jaki go było stać  - nie wierzę, Ŝeby dzieciaki z Chipmunk były 
odpowiedzialne za tę zbrodnię, i uwaŜam, Ŝe powinniśmy zrobić 
co  w  naszej  mocy,  Ŝeby  prawdziwi  mordercy  trafili  za  kratki. 
Teraz  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  Harley  przez  ten  rok  mógł 
narobić  sobie  wrogów  poza  domem.  MoŜe  był  zamieszany  w 
hazard albo narkotyki? 

-  Nic  podobnego  -  zaprzeczył  właściciel  baru.  -  Chyba 

mógłbym ci powiedzieć. To nie ma juŜ znaczenia. Nie Ŝyje ani 
on, ani jego rodzice. 

PogrąŜone  w  Ŝałobie,  współczujące  oczy  Qwillerana 

wpatrzone były w czarne rozbiegane oczy Gary'ego. 

-  Chyba  zwariowałem,  Ŝe  chcę  o  tym  rozmawiać  z 

reporterem.  Wiem,  Ŝe  piszesz  dla  gazety.  Chcesz  wygrzebać 
brudy o Fitchach? 

-  Nic  z  tych  rzeczy!  Przejmuję  się,  bo  Carol  i  Larry  Lan-

speakowie  to  porządni  ludzie  i  nie  chcę,  Ŝeby  ich  chłopaka 
niesłusznie oskarŜano o to morderstwo. 

Gary  po  raz  dwudziesty  przecierał  w  zamyśleniu  i  ciszy  blat 

baru. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zniŜył konfidencjonalnie 
głos. 

-  Starzy  Harleya  mówili,  Ŝe  on  podróŜuje  gdzieś  po  świecie. 

Chodzi o to, Ŝe... siedział za kratami. 

- Był w więzieniu? 
- W pudle, gdzieś na wschodzie. 
- Pod jakim zarzutem? 
-  Kwestia  kryminalna.  Wypadek  samochodowy.  Zabił 

dziewczynę. 

- Czy Harley ci to powiedział? - spytał Qwilleran. 
-  Byliśmy  wtedy  przyjaciółmi,  chciał  zrzucić  z  siebie  ten 

cięŜar.  CięŜko  Ŝyć  z  taką  tajemnicą  w  tak  małym,  ciasnym 
miejscu jak Moose County. 

-  I  istnieje  ryzyko,  Ŝe  ktoś  spoza  miasta  przyjedzie  i  odkryje 

tajemnicę. 

background image

 

 

-  Albo  jakiś  skunks  z  gazety  wykopie  sprawę  i  narobi 

kłopotów. 

- Proszę cię! - zaprotestował Qwilleran. 
- MoŜe niepotrzebnie ci to powiedziałem. 
- Po pierwsze, nie uwaŜam się za skunksa, Gary, a po drugie, 

moim jedynym celem jest dowiedzieć się, kim byli mordercy. 

-  Czy  teraz,  kiedy  wiesz  to,  co  ci  powiedziałem,  moŜesz  coś 

zrobić, tak na dzisiaj? 

- Przychodzi mi od razu do głowy jedna rzecz. Rodzina ofiary 

mogła  uwaŜać,  Ŝe  Harley  zapłacił  za  niską  cenę  za  swoje 
wykroczenie.  Prawdopodobnie  wiedzieli,  Ŝe  jest  bogaty.  Więc 
przyszli  go  zastrzelić.  Oko  za  oko...  a  przy  okazji  na  boku 
moŜna  było  się  wzbogacić  o  ładną  biŜuterię.  Rozumiem,  Ŝe 
zginęła biŜuteria Fitchów? 

- Jeśli będziesz o tym z kimś rozmawiał, nie mieszaj mnie do 

tego.  Nie  mogę  się  wychylać.  Jak  człowiek  ma  licencję  na 
prowadzenie baru, to musi być ostroŜny. 

-  Nie  martw  się  -  zapewnił  go  Qwilleran.  -  Chronię  moje 

ź

ródła.  Spodziewam  się,  Ŝe  policja  wie  o  pobycie  Harleya  w 

więzieniu,  ale  cieszę  się,  Ŝe  mi  powiedziałeś.  Zęby 
sparafrazować  mojego  ulubionego  autora:  „To,  co  teraz  robisz, 
jest duŜo, duŜo lepsze niŜ cokolwiek, co zrobiłeś przedtem". 

- To ze starego filmu - powiedział Gary. 
- Ronald Coleman to powiedział. Dickens to napisał. 
- śeglujesz? - zapytał serdecznie Gary. 
- Patrzysz na stuprocentowego szczura lądowego. 
- Jeśli kiedykolwiek chciałbyś wypłynąć, daj mi znać. 
- Dziękuję za zaproszenie. Ile płacę? Muszę się zbierać. 
- Na koszt firmy. 
-  Jeszcze  raz  dziękuję.  -  Qwilleran  zsunął  się  ze  stołka  i 

odwrócił  tyłem  do  baru.  -  Czy  ktoś  ci  kiedyś  mówił,  Gary,  Ŝe 
wyglądasz jak pirat? 

Właściciel baru roześmiał się. 

background image

 

 

- Chodzi o to, Ŝe jestem potomkiem pirata. Słyszałeś kiedyś o 

Pratcie 

Piracie? 

Grasował 

na 

Wielkich 

Jeziorach 

dziewiętnastym wieku. Powiesili go. 

Wychodząc  z  baru,  Qwilleran  zasalutował  niedźwiedziowi. 

Opuszczał  hotel  zadowolony  z  informacji,  jakie  zebrał. 
Spacerowym  krokiem  udał  się  na  parking.  Nie  zdawał  sobie 
sprawy,  Ŝe  ktoś  za  nim  idzie.  Kiedy  otwierał  drzwi  do 
samochodu,  dostrzegł  w  szybie  cień  czegoś,  co  znajdowało  się 
za nim. Odwrócił się szybko. 

Za  nim,  pogrąŜony  w  melancholijnym  nastroju,  stał 

wstawiony blondyn z baru z szafirową gwiazdą na palcu. 

- Pamiętasz mnie? - zapytał ponuro. 
- Pete, czy to ty? Przeraziłeś mnie! 
- Chciałem z tobą porozmawiać - powiedział tapeciarz. 
- Pewnie. 
Kiedy Pete zbierał się do wyłoŜenia sprawy, Qwilleran spytał: 
- Twój samochód czy mój? 
- Przyszedłem na piechotę, mieszkam niedaleko. 
-  Dobra,  wskakuj  -  usiedli  na  przednich  siedzeniach.  Pete  w 

pozie krańcowej desperacji. - Co cię gryzie, chłopie? 

- Nie mogę przestać o niej myśleć. 
- Belle? Pokiwał głową. 
-  Upłynie  trochę  czasu,  zanim  pogodzisz  się  z  tą  tragedią  - 

powiedział  Qwilleran,  wcielając  się  w  swoją  rutynową  rolę 
współczującego bliźniego. - Rozumiem twój ból, ale dobrze jest 
opłakiwać zmarłych. Trzeba przez to przejść,  raz na jakiś czas, 
Ŝ

eby  móc  dalej  Ŝyć  -  pomyślał,  Ŝe  jest  w  dobrej  formie,  poza 

tym  było  mu  szczerze  Ŝal  tego  olbrzyma,  po  którego  twarzy 
zaczynały teraz płynąć łzy. 

- Straciłem ją dwa razy - powiedział Pete. - Raz, kiedy mi ją 

ukradł...  Drugi,  kiedy  ją  zamordował.  Zawsze  wierzyłem,  Ŝe 
pewnego dnia do mnie wróci, ale teraz... 

-  Harley  nie  był  winny  tej  strzelaninie  -  przypomniał  mu 

Qwilleran. - Oboje stracili Ŝycie. 

background image

 

 

- Troje z nich straciło Ŝycie - powiedział Pete. 
- Troje? 
- Dziecko. 
- Masz rację, prawie zapomniałem, Ŝe Belle była w ciąŜy. 
- To było moje dziecko. 
Qwilleran nie był pewny, czy dobrze usłyszał. 
-  To  było  moje  dziecko!  -  powtórzył  głośniej  Pete 

zezłoszczonym tonem. 

- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe spałeś z Belle po jej ślubie? 
- Przyszła do mnie - przyznał z dumą. - Powiedziała, Ŝe on nie 

robi jej dobrze. Powiedziała, Ŝe on nie moŜe nic zrobić. 

Qwilleran  milczał.  Nie  był  przygotowany  na  taką  sytuację. 

Nie miał w zanadrzu Ŝadnych odpowiednich słów. 

-  Zrobię  wszystko,  Ŝeby  złapać  mordercę!  -  wykrzyknął, 

budząc się z przygnębienia. - Słyszałem, co mówiłeś przy barze. 
Zrobię wszystko, Ŝeby go dorwać! 

- W takim razie powiedz mi wszystko, co wiesz, kogokolwiek 

podejrzewasz! Przy okazji to moŜe ocalić ci skórę. 

Jesteś w kiepskiej sytuacji. Wykonywałeś dla Harleya i Belle 

jakąś robotę przed morderstwem? 

- Tapetowałem sypialnię dla dziecka. 
- Pracowałeś tego dnia? 
- Wykańczałem. 
- O której wyszedłeś? 
- Koło piątej. 
- Harley był w domu? 
-  Powiedziała,  Ŝe  poszedł  Ŝeglować.  DuŜo  Ŝeglował.  Miał 

łódź zacumowaną w porcie Brrr. Ośmiometrową. 

- Kto z nim był? Wiesz? Pete potrząsnął głową. 
- Kiedyś pływał z Garym z „Hotel Booze". Potem Gary kupił 

własną  łódź  i  Harley  przestał  przychodzić  do  baru.  Kilka  razy 
widziałem go w tawernie „Pod Wrakiem", ale był z kobietą. 

Qwilleran  przypomniał  sobie  tarota  Mildred.  „W  sprawę 

zamieszana jest niegodziwa kobieta"! 

background image

 

 

- Wiesz, co to była za kobieta? Pete wzruszył ramionami. 
- Nie przyglądałem się aŜ tak dokładnie. 
-  W  porządku,  Pete,  chcę,  Ŝebyś  o  tym  pomyślał.  Myśl 

intensywnie.  Myśl  jak  glina!  I  jeśli  przypomnisz  sobie  coś,  co 
mogłoby rzucać podejrzenia na jakąkolwiek osobę, wiesz, gdzie 
mnie szukać. Teraz odwiozę cię do domu. 

Qwilleran 

wysadził 

tapeciarza 

przed 

jednopiętrowym 

domkiem  w  połowie  drogi  w  dół  ze  wzgórza  i  zaczekał,  aŜ 
męŜczyzna  wejdzie  do  środka.  Potem  pojechał  do  domu, 
zastanawiając się, ile w tej historii było prawdy. 

Temu,  Ŝe  Pete  nienawidził  Harleya  za  to,  Ŝe  ukradł  mu 

dziewczynę, nie moŜna było zaprzeczyć. To, Ŝe Pete nienawidził 
Belle  za  to,  Ŝe  go  opuściła,  było  tylko  prawdopodobne.  To,  Ŝe 
Harley  okazał  się  impotentem  i  Ŝe  Belle  przyszła  do  Pete  a  po 
pocieszenie,  mogło  być  tylko  owocem  chorej  wyobraźni 
porzuconego kochanka. Jeśli tak... to na zdrowy rozum Pete był 
podejrzany.  Miał  motyw  i  sposobność,  jak  zresztą  wszyscy  w 
Moose County.  Belle zginęła pierwsza, przynajmniej zgodnie z 
wynikami sekcji. Ona i Pete mogli posprzeczać się w sypialni i 
on  mógł  ją  zastrzelić  w  ataku  szału.  Ale  musiał  być  na  tyle 
opanowany,  Ŝeby  upozorować  włamanie  i  kradzieŜ.  MoŜna 
sobie  wyobrazić,  Ŝe  właśnie  miał  opuścić  miejsce  zbrodni,  z 
dymiącym  pistoletem  i  garstką  biŜuterii  w  kieszeni  białego 
kombinezonu,  kiedy  niespodziewanie  z  rejsu  wraca  Harley. 
Spotkali się w hallu przy  wejściu. MoŜe zamienili kilka słów o 
pogodzie dobrej na Ŝagle i trudnościach z wieszaniem tapety w 
starym  domu,  w  którym  Ŝadna  ściana  nie  spotyka  się  z  drugą 
pod  kątem  prostym.  Potem  Pete  przedstawił  swój  rachunek,  a 
Harley  wypisał  czek.  MoŜe  Harley  zaproponował  mu  drinka,  a 
moŜe usiedli w kuchni i napili się piwa, po czym poŜegnali się, 
mówiąc  „do  następnego  razu!",  i  wtedy  Pete  wyciągnął  swój 
pistolet i pozbył się Harleya? 

Qwilleran  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  ten  scenariusz  ma  słabe 

punkty.  Jeśli  miał  być  prawdziwy,  Harley  powinien  mieć  na 

background image

 

 

sobie  strój  Ŝeglarski,  a  tymczasem,  jak  podkreślały  doniesienia 
prasowe,  obie  ofiary  miały  na  sobie  stroje  do  prób.  Poza  tym 
była  siódma  trzydzieści,  kiedy  Jill  i  David  dojechali  do 
rezydencji  i  zobaczyli  samochód  odjeŜdŜający  sprzed  domu  w 
tumanach kurzu. 

Bardziej  prawdopodobne  było  to,  Ŝe  Pete  był  niewinny. 

Wyszedł od Fitchów o piątej trzydzieści ze swoimi drabinami i 
wiadrami kleju. Harley wrócił do domu i przebrał się w strój do 
prób,  a  Belle,  która  z  jakichś  niewyjaśnionych  powodów  takŜe 
była  w  stroju  wyjściowym,  włoŜyła  mroŜoną  pizzę  do 
mikrofalówki. Wtedy dopiero przyjechał morderca. 

Qwilleran był nazbyt zmęczony, Ŝeby zastanawiać się, jak to 

się  stało,  Ŝe  mordercy  zabili  najpierw  Belle  na  górze,  a  potem 
Harleya  na  dole.  Do  tego  istniała  moŜliwość,  Ŝe  informacje 
Rogera  dotarły  do  niego  zniekształcone  w  łańcuszku  plotek. 
Qwilleran  wdrapywał  się  po  schodach  powoli  i  w  zamyśleniu. 
Na  szczycie  schodów  czekały  na  niego  koty.  Siedziały  w 
identycznych królewskich pozach, wysokie i dumne, z ogonami 
owiniętymi  wokół  tylnich  łapek,  tym  razem  w  kierunku 
przeciwnym  do  ruchu  wskazówek  zegara.  Zastanawiał  się,  czy 
kierunek ułoŜenia ogona ma jakieś znaczenie. 

 
SCENA CZWARTA 
 
Miejsce:  Pracownia  wypychania  zwierząt  Toddwhistlea, 

North Kennebeck  

Czas:  Następny ranek 
Osoby:  Pani Toddwhistle 
Umawiając  się  na  spotkanie  z  Wallym  Toddwhistle'em, 

Qwilleran poprosił o wskazówki, jak dojechać do studia. 

- Wiesz, jak się jedzie do North Kennebeck? - zapytał Wally. 

-  Dobra,  jesteśmy  na  wschód  od  Main  Street...  To  znaczy, 
chciałem  powiedzieć,  na  zachód.  Wiesz,  gdzie  jest  restauracja 
„U Tipsy"? Mijasz ją i jedziesz aŜ do Tupper Road. Wydaje mi 

background image

 

 

się,  Ŝe  tam  jest  znak  drogowy,  ale  nie  jestem  pewny.  Jeśli 
dojedziesz  do  szkoły,  to  znaczy,  Ŝe  przejechałeś  i  musisz 
zawrócić  i  skręcić  w  prawo  w  Tupper,  albo  w  lewo,  jeśli 
jedziesz z Pickax. Jedziesz Tupper spory kawałek. Jest teŜ droga 
na  skróty,  ale  nieasfaltowana.  Tylko  to  nie  jest  pierwsza 
nieasfaltowana, pierwsza jest ślepa, kończy się nie wiem gdzie. 
Ta następna... 

Ciąg  chaotycznych  wskazówek  został  przerwany  przez 

gardłowy kobiecy głos, za którym czaiła się olbrzymia energia. 

- Halo, jestem matką Wally'ego. Gdyby Wally wypychał sowy 

tak samo, jak udziela panu wskazówek, miałyby pióra w środku. 
Ma pan ołówek? Proszę zapisać: Dwie przecznice za restauracją 
„U Tipsy" skręca pan w lewo za motelem. Potem prosto, niecałą 
milę.  Skręca  pan  jeszcze  raz  w  lewo  przy  Klubie  Strzeleckim. 
Trzecia  farma  po  prawej.  Jest  znak.  Proszę  zaparkować  na 
podjeździe, studio jest od tyłu. 

W  drodze  do  North  Kenneback  Qwilłeran  wyobraŜał  sobie 

panią  Toddwhistle  jako  potęŜną  kobietę  o  szerokich  barach, 
noszącą  wojskowe  buty.  Sam  Wally  miał  zawsze  zapadnięte 
oczy  i  wyglądał  na  niedoŜywionego,  ale  był  miłym  i 
utalentowanym chłopakiem. 

Pozwolił  sobie  na  godzinny  lunch  w  restauracji  „U  Tipsy"  i 

nawet starczyło mu  czasu, Ŝeby zatrzymać się w sklepie Klubu 
Strzeleckiego. Sklep, otwarty dla wszystkich, oferował strzelby, 
pistolety,  kabury,  lornetki  i  stroje  maskujące.  Tu  i  ówdzie 
poustawiane były wypchane baŜanty, dzikie kaczki i inne dzikie 
ptactwo. 

-  W  czym  mogę  słuŜyć?  -  spytał  energiczny  męŜczyzna  ze 

ladą. 

-  Przechodziłem  i  wpadłem  się  tylko  rozejrzeć  -  powiedział 

Qwilleran. - Czy te ptaki to robota Wally ego Toddwhistle'a? 

- Tak, proszę pana. Oczywiście, Ŝe tak! 
-  Przeczytałem  na  drzwiach,  Ŝe  uczycie  tu  posługiwać  się 

bronią. 

background image

 

 

-  Tak  jest.  Nie  sprzedajemy  nikomu  niczego,  czym  nie 

umiałby  się  posługiwać.  Mamy  zajęcia  dla  dzieci  i  dorosłych, 
dla  pań  oczywiście  teŜ.  Kładziemy  nacisk  na  bezpieczeństwo  i 
dbałość o broń. 

- Sprzedajecie duŜo rewolwerów? 
- Tak jest, proszę pana. Wielu myśliwych ich uŜywa. 
- A czy ludzie kupują je do celów obronnych? 
- Nasi klienci to sportowcy, proszę pana. 
Qwilleran  porównał  ceny  rewolwerów,  a  potem  wrócił  do 

samochodu  i  pojechał  do  studia  Toddwhistle'ów.  Był  tam 
porządnie  utrzymany  biały  wiejski  domek  z  koronkowymi 
firankami  w  oknach  i  nieodłącznym  bzem  przy  wejściu,  z  tyłu 
podwórka  stała  współczesna  szopa  z  okrągłych  bali.  Tam 
mieściła się pracownia. 

Przywitała go pani Toddwhistle, dwa kroki za nią stał Wally. 

Wyglądała  inaczej,  niŜ  się  spodziewał.  Była  niska,  krępa, 
przesadnie uprzejma i nadskakiwała swoim gościom. 

-  Miałeś  jakieś  trudności  ze  znalezieniem  nas,  złotko?  -

zapytała. - MoŜe kawę? 

-  Później,  dziękuję  -  odpowiedział.  -  Najpierw  chciałbym 

porozmawiać  z  Wallym  o  jego  pracy.  Wczoraj  wieczorem 
widziałem wypchanego niedźwiedzia w „Hotel Booze". 

- Wyprawionego niedźwiedzia, słonko - kobieta poprawiła go 

grzecznie.  -  Nie  wypychamy  juŜ  więcej  zwierząt,  z  wyjątkiem 
ptaków i małych ssaków. Wally buduje albo kupuje lekką formę 
i  naciąga  na  nią  skórę,  jak  pończochę.  To  bardziej  właściwe  i 
zwierzęta  nie  są  tak  pioruńsko  cięŜkie...  prawda,  Wally? 
Dawniej, kiedy wypychano zwierzęta wełną drzewną, do środka 
wchodziły  myszy  i  robiły  sobie  w  nich  gniazda.  Mój  mąŜ  był 
wypychaczem. 

- Przyznaję się do pomyłki - powiedział Qwilleran. - Tak czy 

inaczej niedźwiedź wygląda cudownie! Podświetlili go. 

-  To  bardzo  niedobrze  podświetlać  z  bliska  wyprawione 

zwierzę  albo  stawiać  je  w  pobliŜu  ciepła  -  oznajmiła.  -  To  je 

background image

 

 

wysusza, prawda, Wally? A cały ten dym papierosowy w barze 
Gary'ego zrujnuje mu futro. To piękna praca, szkoda ją zepsuć! 
Wally wziął za nią połowę tego, co była warta. 

Byli  w  przedpokoju,  w  którym  urządzono  wystawę 

przykładowych  prac.  Był  tam  ryś  wspinający  się  na  martwe 
drzewo,  lecący  baŜant,  wyjący  kojot  z  uniesioną  głową. 
Qwilleran skierował pytanie do milczącego wypychacza. 

-  Od  jak  dawna  zajmujesz  się  wypychaniem  zwierząt?  Jego 

matka nie dawała za wygraną. 

-  Prawdopodobnie  nawet  tego  nie  pamięta...  prawda,  Wally? 

Miał kilka lat, kiedy zaczął pomagać tacie w wyprawianiu skór. 
Wally  zawsze  kochał  zwierzęta  -  nie  chciał  ich  skrzywdzić  - 
tylko  je  zachować  i  sprawić,  Ŝeby  wyglądały  jak  Ŝywe.  Ja 
pomagałam  mu  oddzielać  mięso  od  skóry,  wyjmować 
wnętrzności, czyścić futra i podobne rzeczy. 

-  Czy  mogę  panią  prosić  o  drobną  przysługę,  pani  Todd-

whistle?  -  Qwilleran  zaczął  uprzejmie,  ale  stanowczo.  -  Mam 
problem.  Nigdy  nie  byłem  w  stanie  przeprowadzać  wywiadu  z 
dwiema  osobami  naraz,  mimo  Ŝe  jestem  dziennikarzem  od 
dwudziestu  pięciu  lat.  Nieszczęśliwie  tak  się  składa,  Ŝe  mam 
jakąś  blokadę,  której  nie  potrafię  przezwycięŜyć.  Nie  będzie 
pani  miała  nic  przeciwko,  Ŝe  najpierw  przeprowadzę  wywiad  z 
pani  synem?  Potem  usiądziemy  razem  i  opowie  mi  pani  swoją 
historię, no i napiję się wtedy kawy. 

-  Pewnie,  słonko.  Rozumiem.  Wracam  do  domu.  Jak 

skończycie,  dajcie  mi  znać  dzwonkiem  -  pani  Toddwhistle 
wycofała się z pracowni. 

Kiedy wyszła, Wally powiedział: 
- Nie miałem wieści od Frań. Co klub zadecydował w sprawie 

letniego przedstawienia? 

- Nie będzie letniego przedstawienia, ale we wrześniu planują 

wystawić  jakąś  powaŜną  sztukę.  Próby  mają  się  zacząć  w 
sierpniu.  Nie  mam  wątpliwości,  Ŝe  zostaniesz  poproszony  o 
budowę  scenografii,  chociaŜ  nie  wiem,  kto  ją  zaprojektuje.  Jill 

background image

 

 

zabiera  Davida  na  kilka  tygodni  do  Ameryki  Południowej.  Nie 
moŜe sobie poradzić z nową sytuacją i chce go od tego oderwać. 

- Mnie równieŜ trudno to zaakceptować - powiedział Wally. - 

Kiedy  usłyszałem  o  morderstwie,  nie  mogłem  pracować  przez 
wiele  dni.  Byłem  taki  zdenerwowany.  Cieszę  się,  Ŝe  wszystko 
się juŜ skończyło. 

- Nie byłbym taki pewny. Mogą się pojawić nowe dowody. 
-  Tak  właśnie  mówi  moja  matka.  Pracowała  dla  państwa 

Fitchów, kiedy mieszkali w starym domu. 

- Naprawdę? - Qwilleran poklepał swoje swędzące wąsy. 
-  Po  śmierci  mojego  taty  gotowała  dla  nich.  Dlatego 

morderstwo  tak  mnie  dotknęło.  A  potem  pani  Fitch  dostała 
wylewu, a pan Fitch popełnił samobójstwo. To było okropne! 

To  była  rewelacyjna  wiadomość  i  Qwilleran  nie  mógł  się 

dłuŜej skupić na wywiadzie. Wally zaprowadził go do czegoś w 
rodzaju  stajni  lub  stodoły,  która  była  zadziwiającą  mieszanką 
zoo,  pracowni  kuśnierskiej,  kliniki  weterynaryjnej,  rzeźni, 
katakumb i teatralnej rekwizytorni. Były tam lodówki, puszki z 
olejem,  maszyna  do  szycia,  ściana  pełna  wybielonych 
zwierzęcych czaszek, szkielet długonogiego ptaka. Workowaty, 
nieukończony  wilk,  nieopatrzony  jeszcze  szklanymi  oczami, 
leŜał  sztywno  na  boku,  jego  nogi  owinięte  były  bandaŜami. 
Skóra  brązowego  niedźwiedzia  leŜała  rozciągnięta  na  blacie, 
czekając,  aŜ  Wally  przerobi  ją  na  dywan.  Lis,  skunks,  sowa  i 
paw były na róŜnych etapach rozbierania i ubierania. 

Niektóre  zwierzęta  były  Ŝywe.  Były  tam  psy  machające 

przyjaźnie  ogonami,  klatka  z  ptaszkami,  które  nieustannie 
trzepotały  skrzydłami,  groźna  ara,  przypięta  łańcuchem  do 
drąŜka, na poduszce leŜał zwinięty w kłębek pomarańczowy kot, 
spał. 

Wally  mówił  i  pokazywał  z  zapałem:  pudełko  ze  szklanymi 

oczami z jedenastoma rodzajami oczu dla sowy i dwudziestoma 
trzema dla kaczek. - Musimy zachować autentyzm - powiedział. 
Plastikowe  zęby,  języki,  podniebienia  przeznaczone  dla 

background image

 

 

zwierząt,  które  mają  otwarte  paszcze.  Prawdziwe  zęby, 
wyjaśniał Wally, pękają i kruszą się... LeŜały tam usztywniacze 
na  uszy  sarny.  Pokazał,  jak  wywija  uszy  na  lewą  stronę  i 
przyklejając  wkładki,  usztywnia  je...  Na  wierzchu  stały  teŜ 
modele  zwierząt  wykonane  w  Ŝółtej  plastikowej  piance.  -  To 
manekiny  -  wyjaśnił  Wally.  -  Są  przydatne,  bo  mogę  je 
dowolnie  rzeźbić,  Ŝeby  dopasować  skórę.  Potem  pokrywam 
manekin klejem, naciągam skórę, układam ją i dopasowuję. 

- Widzę, Ŝe duŜo pracujesz z klejami - powiedział Qwilleran. 
-  Tak,  uŜywam  wszystkich  spoideł:  kleju,  pasty  z  mąki  i 

Ŝ

ywicy  epoksydowej  do  drutowania  kości  nóg.  Naprawiłem 

pękniętą  powiekę  przez  podklejenie  jej  kawałkiem  struny. 
Pomalowałem ją i nigdy nie powiedziałbyś, Ŝe coś jest z nią nie 
tak. 

Młody  człowiek  był  artystą  w  rekonstrukcji  uszkodzonych 

zwierząt,  dzięki  jego  wirtuozerii  do  złudzenia  przypominały 
Ŝ

ywe  stworzenia.  Umiał  wydobyć  z  nich  naturalne  piękno,  ale 

Qwilleran  chciał  jak  najszybciej  zobaczyć  się  z  jego  matką. 
Dzwonek  ściągnął  ją  natychmiast  na  dół.  Przybiegła  z  kawą  i 
ś

wieŜymi  pączkami.  Qwilleran  dyplomatycznie  zbliŜał  się  do 

tematu rodziny Fitchów. 

- Byłam ich kucharką przez siedem lat - powiedziała z dumą 

pani Toddwhistle. - Właściwie członkiem rodziny. 

- Słyszałem, Ŝe ich dom jest praktycznie muzeum. Wywróciła 

oczami z dezaprobatą. 

-  Dziadek  Fitch  był  kolekcjonerem.  Mają  tony  rzeczy 

poustawianych po całym domu i trzeba je wszystkie wycierać i 
odkurzać.  Mają  nawet  człowieka,  który  przychodzi  wycierać  z 
kurzu ksiąŜki. 

- Dlaczego opuściła pani swoich pracodawców? 
-  CóŜ!  -  westchnęła  z  emfazą,  która  zapowiadała  znaczącą 

historię. - Pan i pani przeprowadzili się do apartamentu i chcieli, 
Ŝ

ebym została i gotowała dla Harleya i jego narzeczonej, ale ja 

powiedziałam:  Nie  ma  mowy!  Belle  była  dziewczyną  od 

background image

 

 

wycierania  kurzu  i  nie  zamierzałam  przyjmować  poleceń  od 
niej! Jedyne, co jej smakowało, to pizza! Miała blisko osadzone 
oczy. Dla niektórych męŜczyzn to jest sexy, ale ja ci powtarzam, 
nie  moŜna  ufać  nikomu,  kto  ma  blisko  osadzone  oczy.  Harley 
oŜenił  się  z  nią  tylko  po  to,  Ŝeby  zrobić  na  złość  swoim 
rodzicom. Wiedział, Ŝe to wprawi ich w zakłopotanie. 

- Mamo, uwaŜasz, Ŝe powinnaś o tym mówić? - spytał Wally. 
-  Dlaczego  nie?  Teraz  wszyscy  nie  Ŝyją.  Poza  tym  kaŜdy  o 

tym wie. 

-  Dlaczego  Harley  był  tak  wrogo  nastawiony  do  swojej 

rodziny?  -  wtrącił  szybko  Qwilleran.  -  Wyglądał  na  takiego 
zgodnego człowieka. 

-  No  wiesz,  nie  było  go  przez  jakiś  czas  w  mieście,  a  kiedy 

wrócił,  okazało  się,  Ŝe  David  poślubił  jego  dziewczynę!  W 
szkole średniej było zawsze tak: Harley i Jill, David i Frań. Czy 
to był mecz piłki noŜnej, bal na zakończenie roku, Ŝeglowanie, 
wszystko. To był dla wszystkich szok, kiedy David oŜenił się z 
Jill. 

- A co na to powiedzieli pan i pani Fitch? 
- Dla nich wszystko było w porządku. Zapłacili za wystawny 

ś

lub. Rodzice Jill nie mogli sobie pozwolić na taką fetę, chociaŜ 

kiedyś mieli fortunę. Jill pochodzi z dobrego rodu. 

- Zastanawiam się, jak Frań zareagowała na tę zamianę. 
- Nie wiem. Po tym wszystkim nie pokazywała się juŜ więcej. 

To  miła  dziewczyna,  ma  głowę  na  karku,  ale  zdaje  mi  się,  Ŝe 
pani uwaŜała, Ŝe Frań nie była wystarczająco dobra dla jej syna. 

Qwilleran przeczesał opuszkami palców swoje wąsy. 
-  Nie  wiedziałem,  Ŝe  w  dzisiejszych  czasach  rodzice  dyktują 

swoim dzieciom, z kim się mają wiązać. To brzmi archaicznie. 

-  Pieniądze,  słonko.  Pieniądze!  -  powiedziała  pani  Tod-

dwhistle,  pocierając  palcami  w  jednoznacznym  geście.  –  Pani  i 
pan  przyzwyczaili  chłopców  do  Ŝycia  na  wysokim  poziomie: 
łodzie, samochody i wszystko, a potem wydzielali im tylko tyle 
pieniędzy, Ŝeby ci siedzieli cicho. 

background image

 

 

Jeden z psów przyczłapał do stołu, licząc na okruchy. 
- Tak, dali Harleyowi duŜą łódź - kontynuowała - ale nie była 

na  jego  nazwisko.  Ten  ekstrawagancki  dom,  w  którym 
mieszkają David i Jill, nie jest ich, ani jedna cegła. 

- Wally wspominał mi, Ŝe nie zgadza się pani z hipotezą, Ŝe za 

morderstwem stoi gang z Chipmunk. 

-  Pewnie,  Ŝe  nie.  Policja  powinna  sprawdzić  dawnego 

chłopaka Belle. Prawie zwariował, kiedy go zostawiła. 

- Tapeciarza? Pokiwała głową. 
-  To  spokojny  typ,  ale  cicha  woda  brzegi  rwie...  Jeszcze 

jednego pączka, kotku? 

Po  trzecim  pączku  Qwilleran  podziękował  za  przyjęcie  i 

wywiad. Wychodząc, powiedział: 

- Macie pięknego kota. Ja mam w domu parę syjamczyków. 
-  Och,  ten  pomarańczowy?  -  spytała  pani  Toddwhistle.  -

Zakończył Ŝycie na szosie. Wally go znalazł i wziął go do domu. 
Nie chciał, Ŝeby takie piękne zwierzę się zmarnowało... prawda, 
Wally? 

Później tego samego popołudnia Qwilleran usiadł przy biurku 

w swoim gabinecie, Ŝeby zebrać wszystko, czego dowiedział się 
o wypychaniu zwierząt.  Było tam  coś o soleniu  świeŜych skór, 
Ŝ

eby pozbyć się z nich wilgoci i Ŝeby futro nie liniało. Było coś 

o usuwaniu smrodu wydzieliny z gruczołów skunksa za pomocą 
soku pomidorowego i ziaren kawy. O zamraŜaniu skór po to, by 
móc  zeskrobać  z  nich  resztki  mięsa  i  prawidłowo  je  wyprawić. 
Qwilleran  nie  mógł  jednak  zebrać  myśli  i  ciągle  powracał  do 
plotek pani Toddwhistle. Rzucały pewne światło  na stosunki w 
rodzinie Fitchów i wyjaśniały historię nieszczęśliwego romansu 
Franceski,  ale  w  Ŝaden  sposób  nie  posuwały  naprzód 
prywatnego śledztwa Qwillerana. 

Ze wszystkich stron napływały do niego sprzeczne opowieści 

i nigdy nie wiedział, czy jego informatorzy kłamią, zgadują czy 
teŜ  plotą  piąte  przez  dziesiąte.  Koko,  jego  milczący  kompan  w 

background image

 

 

tylu  minionych  przygodach,  tym  razem  zdawał  się  być 
bezuŜyteczny w dochodzeniu do prawdy. 

Yum  Yum  wyczuła  jego  przygnębienie.  Przysiadła, 

pochylając  się  nad  Qwilleranem,  i  wpatrywała  się  w  niego 
zmartwionym 

wzrokiem. 

Koko 

zaszył 

się 

gdzieś, 

prawdopodobnie na półce z ksiąŜkami. 

-  Koty  potrafią  tylko  wąchać  okładki  ksiąŜek  i  czekać,  aŜ 

wpadnie  im  w  łapy  jakaś  koperta  do  wylizania.  Myślę,  Ŝe  twój 
przyjaciel jest uzaleŜniony od kleju i to przytępia mu zmysły! - 
powiedział do niej Qwilleran. 

-  YOW!  -  z  salonu  doszedł  ich  głośny  komentarz  Koko  i 

Qwilleran poszedł sprawdzić, co robi kot. Koko opierał się o tył 
kanapy  i  po  raz  kolejny  przekrzywiał  druk  ukazujący  łódź 
patrolową. 

Qwilleran  poklepał  się  po  wąsach,  odkrywając  nagle 

znaczenie  zachowania  Koko.  Odwiedzi  zapchlony  antykwariat 
w  Mooseville,  gdzie  fałszywy  kapitan  sprzedał  mu  rzekomo 
oryginalny druk, który okazał się tylko kopią. 

 
SCENA PIĄTA 
 
Miejsce: Sklep z antykami w Mooseville „Śmietnik Kapitana" 

Czas:  Sobota po południu 

Osoby:  Kapitan Phlogg 
W sobotę rano Qwilleran zdjął ze ściany druk przedstawiający 

łódź  patrolową  i  pojechał  do  kurortu  Mooseville,  Ŝeby 
sprawdzić oczywistą wskazówkę Koko. 

Wieczorem  poprzedniego  dnia  zadzwonił  do  pani  Cobb  do 

muzeum. 

- Co pani wie o sklepie „Śmietnik Kapitana"? Co pani wie o 

kapitanie Phloggu? 

-  O  kurczę,  mam  nadzieję,  Ŝe  nic  od  niego  pan  nie  kupił?  - 

spytała. 

background image

 

 

Qwilleran  wymamrotał  coś  o  tym,  Ŝe  niby  chce  napisać 

artykuł o antykwariacie. 

-  Wie  pani,  w  jakich  godzinach  jest  otwarty?  Nie  ma  go  w 

ksiąŜce telefonicznej. 

-  Jest  otwarty,  kiedy  właściciel  ma  na  to  ochotę.  Sobota  po 

południu to najpewniejszy termin. 

-  Do  zobaczenia  w  niedzielę  -  powiedział.  -  Mam  tu  dwójkę 

przyjaciół, którzy nie mogą doczekać się pani pieczeni. 

W drodze nad jezioro przypomniał sobie, jak kupował druk od 

fałszywego  kapitana  Phlogga.  Potrzebował  duŜego  obrazu  do 
powieszenia nad kanapą w salonie i wizerunek łodzi, trzydzieści 
na  sześćdziesiąt  centymetrów,  był  najlepszym,  co  mógł  dostać 
za  te  pieniądze.  Cena  wywoławcza  podana  przez  kapitana  była 
wysoka,  dwadzieścia  pięć  dolarów,  ale  Qwilleran  zbił  ją  do 
pięciu dolarów, wliczając w to ramę. 

Sklep  mieścił  się  w  starym  budynku,  który  wyglądał,  jakby 

miał  się  za  chwilę  zawalić.  Zarówno  straŜ  poŜarna,  jak  i 
Departament  Zdrowia  chciały  go  wyburzyć,  ale  miłośnicy 
lokalnej  historii  orzekli,  Ŝe  to  miejsce  historyczne,  a  izba 
handlowa  uznała  je  za  atrakcję  turystyczną.  Tak  czy  owak 
„najgorszy  sklep  z  antykami  w  całym  stanie"  był  miejscową 
ciekawostką.  Kolekcjonerzy  przyjeŜdŜali  z  daleka,  Ŝeby 
odwiedzić  sklep  z  tandetą  i  nieuczciwego  sprzedawcę  - 
fałszywego  kapitana  Ŝeglugi  wielkiej.  Tylko  takie  miasto  jak 
Mooseville  mogło  czerpać  dumę  z  goszczenia  u  siebie  biznesu 
słynnego ze swojej niesławy. 

Qwilleran przyjechał o dwunastej w sobotnie południe, robiąc 

sobie  nadzieję  na  rozmowę  z  kapitanem  Phloggiem,  zanim 
zaczną  wpadać  klienci,  ale  dopiero  o  pierwszej  trzydzieści 
sunący  niepewnym  krokiem  właściciel  stanął  w  progu  i 
otworzył  drzwi  drŜącą  ręką.  Wnętrze  cuchnęło  pleśnią,  starym 
tytoniem  i  whiskey.  śarówka  dyndająca  na  gołym  kablu 
oświetlała  kolekcję  zakurzonych,  połamanych,  poplamionych  i 
zabłoconych 

marynistycznych 

artefaktów 

nieznanej 

background image

 

 

proweniencji. 

Kapitan 

Phlogg, 

znoszonej 

czapce 

marynarskiej, ze starą fajką w ustach i kilkudniowym zarostem, 
stanowił element wszechpanującego bałaganu. 

Qwilleran pokazał mu łódź. 
- Pamięta to pan? 
- Nie, nigdy przedtem tego nie widziałem. 
- Sprzedał mi to pan zeszłego lata. 
- Nie, nigdy tego u mnie nie było. 
Kapitan  prowadził  politykę  „Ŝadnych  zwrotów"  i  „Ŝadnej 

wymiany", która zmuszała go do zaprzeczania kaŜdej transakcji, 
jakiej kiedykolwiek dokonał. 

-  Sprzedał  mi  to  pan  za  pięć  dolarów,  a  właśnie  się 

dowiedziałem, Ŝe jest wart setki. Pomyślałem, Ŝe chciałby pan o 
tym wiedzieć - Qwilleran lubił zwalczać oszustwo oszustwem. 

Kapitan wyjął z ust cuchnącą fajkę. 
- Se spojrzę. Dam panu za to dziesiątaka. 
- Nie ma mowy. Według historyków sztuki to jeden z dwóch 

bardzo  rzadkich  druków.  Drugi  jest  w  kolekcji  Cyrusa  Fitcha. 
Coś panu to mówi? 

- Nigdy nie słyszał. 
- Jego łódź nazywa się „Fitch Witch". 
- Nigdy nie słyszał. 
- Cumuje ją tutaj i wysiadywał w tawernie „Pod Wrakiem". 
- Nigdy tam nie był. 
- Buduje te modele statków. 
- Nigdy o nich nie słyszał. 
- Zan pan Ŝeglarza z Brrr o nazwisku Gary Pratt? 
- Nie. 
- Czy jeśli modele statków pojawiłyby się na rynku, to byłby 

pan zainteresowany kupnem? 

- Ile chce? 
- Nie wiem, nie Ŝyje, ale moŜe będą wystawiać je na sprzedaŜ. 
- Dam dziesiątaka za jeden. 
- To pewna propozycja? 

background image

 

 

- Wóz albo przewóz. 
Kapitan nalał złotawy płyn z flaszki do kubka i pociągnął łyk. 
Qwilleran  odjechał  ze  swoim  drukiem,  wyrzekając  na  Koko 

za ten fałszywy trop. Nigdy nie przyszło mu do głowy, Ŝe mógł 
ź

le zinterpretować wskazówkę Koko. 

 
SCENA SZÓSTA 
 
Miejsce:        Wiejskie Muzeum Goodwinterów 
Czas:           Niedziela wieczorem 
Osoby:         Iris Cobb, zarządca muzeum 
Qwilleran  przyniósł  do  pokoju  kotów  wiklinowy  pojemnik 

podróŜny. 

-  Rejs  do  Muzeum  Goodwinterów,  wszyscy  na  pokład!  -

oznajmił. 

Koty,  które  sennie  wylegiwały  się  w  słońcu  na  parapecie, 

podniosły głowy, Koko z wyczekiwaniem, Yum Yum z obawą. 
Podczas  gdy  samiec  chętnie  wskoczył  do  koszyka,  samiczka, 
podejrzewając  kolejną  wizytę  w  klinice,  uciekała  jak  szalona 
dookoła  pokoju.  Qwilleran  pochwycił  ją  w  powietrzu,  wsadził 
do koszyka i zamknął pokrywkę. 

Koko  zbeształ  ją  jak  prawdziwy  macho,  ale  ona,  odwaŜna 

feministka, nie pozostała mu dłuŜna. Qwilleran zniósł koszyk do 
dwudrzwiowego  małolitraŜowego  pojazdu,  który  słuŜył  im  do 
przemieszczania  się  z  miejsca  na  miejsce.  Zapakował  teŜ  do 
bagaŜnika  dwie  identyczne  owalne  brytfanki,  które  spełniały 
funkcję  kocich  toalet,  z  uchwytami  przypiłowanymi  tak,  Ŝeby 
pasowały do podłogi tylnego siedzenia. 

Droga  do  muzeum  w  East  Middle  Hummock  zajmowała 

około  trzydziestu  minut.  Najpierw  drogą  Ittibittiwas-see,  przez 
Old  Plank  Bridge,  następnie  koło  drzewa  wisielców,  gdzie 
pewnego  razu  jeden  bogaty  męŜczyzna  powiesił  się  na  linie. 
Dalej  były  dobrze  prosperujące  farmy  i  bogate  wiejskie 
posiadłości. Na końcu alei wysadzanej klonami stał wiejski dom 

background image

 

 

w  kształcie  litery  „u".  Dom  obłoŜono  cedrowymi  panelami, 
które  ze  starości  i  pod  wpływem  wiatru  i  deszczu  przybrały 
srebrzystoszary  kolor.  Qwilleran  odwiedzał  ten  dom  juŜ 
wcześniej,  kiedy  zamieszkiwała  go,  wiodąca  prym  w 
towarzystwie,  pani  Goodwinter.  Od  niedawna  dom  był 
własnością  Towarzystwa  Historycznego,  które  odnowiło  go  i 
nadało  mu  wygląd,  jaki  miał  sto  lat  wcześniej.  Qwilleran 
podjechał do prawego skrzydła i wyładował brytfanki. 

-  Gdzie  mam  je  połoŜyć?  -  zapytał  bezceremonialnie,  kiedy 

jego była gosposia przywitała go w drzwiach domu. 

-  Och,  ma  pan  teraz  dwie  kuwety!  -  wykrzyknęła  ze 

zdziwieniem. 

-  Nowe  zwyczaje  na  Ŝyczenie  syjamskiej  księŜniczki  - 

wyjaśnił Qwilleran. 

- Proszę wstawić je do łazienki - powiedziała. - Postawię tam 

miseczkę  z  wodą  i  zrobię  miejsce  na  kolację.  Zawsze 
smakowało im moje duszone mięso. 

-  A  komu  nie  smakuje?  -  rzucił  Qwilleran  nad  ramieniem  i 

wrócił  do  samochodu  po  koszyk.  Kiedy  otworzył  pokrywkę, 
dwie szyje wyciągnęły się w górę i dwie głowy zaczęły obracać 
się,  badając  sytuację.  Potem  powoli  z  koszyka  wynurzyły  się 
całe  koty,  które  natychmiast  rozpoczęły  systematyczne 
obwąchiwanie mieszkania.. 

Po  dopełnieniu  wszystkich  kocich  obowiązków  Qwilleran 

mógł poświęcić się przyjemnościom. 

- Wygląda pani naprawdę dobrze - zwrócił się do gospodyni. - 

SłuŜy pani nowe otoczenie. 

Jej  pogodna  twarz,  otulona  marszczoną  róŜową  bluzką, 

promieniowała  pozytywną  energią,  kiedy  tak  patrzyła  przez 
grube szkła okularów w róŜowych oprawach. 

- Och, dziękuję, panie Qwilleran! 
- Jak pani wzrok, pani Cobb? 
- Nie pogarsza się, dzięki Bogu. 

background image

 

 

Była  pulchną  i  przyjemną  osobą,  przesadnie  dobrotliwą, 

skłaniającą  się  ku  sentymentalizmowi,  ale  odwaŜną  w  obliczu 
tragedii, które naznaczyły jej Ŝycie. 

- Jak się pani Ŝyje tutaj na pustkowiu? Macie tu dobry system 

zabezpieczeń? 

-  Och  tak,  czuję  się  bezpiecznie.  Naszym  jedynym 

problemem, panie Qwilleran, są myszy. Cały dom był dokładnie 
sprawdzony przez stolarza, hydraulika, elektryka, kamieniarza i 
nikt  nie  jest  w  stanie  zorientować  się,  jak  one  dostają  się  do 
ś

rodka.  Mamy  tu  urządzenie  ultradźwiękowe,  które  powinno  je 

odstraszać,  ale  one  nic  sobie  z  niego  nie  robią.  Ustawiłam 
pułapki z masłem orzechowym i złapałam trzy. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie narobiły Ŝadnych szkód w muzeum. 
- Nie, ale jest jedna rzecz, która nas martwi... Proszę rozejrzeć 

się po mieszkaniu, a ja umyję warzywa na sałatkę, dobrze? 

Centrum  domostwa  pani  Cobb  stanowiła  wiejska  kuchnia  ze 

starym  okrągłym  dębowym  stołem  i  krzesła  z  odchylonym 
oparciem.  Stół  był  nakryty  do  kolacji  na  trzy  osoby,  jak 
zauwaŜył  Qwilleran,  choć  nie  było  mowy  o  trzecim  gościu.  W 
małej  sypialni  stało  olbrzymie  łoŜe,  którego  nie  powstydziłby 
się nawet Lincoln. W salonie naprzeciwko kominka stały fotele 
z  wysokimi  oparciami,  a  pod  słonecznym  oknem  bujany  fotel. 
Była  tam  jeszcze  duŜa  pensylwańska  szafa  typu  Schrank,  którą 
Qwilleran  przypominał  sobie  z  rezydencji  Klingenschoenów. 
Koko szybko odkrył zalany słońcem parapet, a nawet rozpoznał 
szafę. Yum Yum została w kuchni, gdzie duszone mięso kusiło 
smakowitym zapachem. 

-  Zaprosiłam  Polly  Duncan,  poniewaŜ  pomagała  w 

poszukiwaniach eksponatów dla muzeum - wyjaśniła pani Cobb 
- ale miała juŜ jakieś zobowiązania, więc zadzwoniłam do Hixie 
Rice.  Wiesz,  doradzała  nam  w  sprawie  reklamy.  Umówiła  się 
dzisiaj na Ŝagle, ale wpadnie trochę później. 

background image

 

 

-  Hixie  jest  zawsze  dobrym  towarzystwem  -  westchnął 

Qwilleran,  zastanawiając  się,  czy  Polly  rzeczywiście  miała 
wcześniejsze zobowiązania, czy teŜ unikała spotkania z nim. 

-  Nigdy  nie  pozna  pan  głównej  części  domu,  jak  ją  pan 

zobaczy - powiedziała pani Cobb, osuszając sałatę w koszyczku. 
-  Pamięta  pan  te  dekoracyjne  tapety?  Kiedy  je  usunęliśmy, 
okazało  się,  Ŝe  oryginalnie  ściany  były  malowane  wałkiem  we 
wzory, 

więc 

zrobiliśmy 

historyczne 

poszukiwania 

poprosiliśmy  tapeciarza,  Ŝeby  wykonał  rekonstrukcję.  Był 
bardzo otwarty na współpracę. To bardzo miły młody człowiek, 
ale  kompletnie  przybity,  bo  dziewczyna  rzuciła  go  i  wyszła  za 
kogoś innego, bogatszego. Powiedziałam mu, Ŝeby zapomniał o 
tamtej  i  znalazł  sobie  kogoś,  kto  go  doceni.  Ma  juŜ  prawie 
trzydzieści lat, powinien się oŜenić... A teraz niespodzianka! 

Poprowadziła  go  do  najstarszej  części  domu,  zbudowanej  w 

połowie  dziewiętnastego  stulecia,  której  ostatnio  przywrócono 
prostotę  i  surowość  z  pionierskich  czasów.  Niektóre  meble, 
takie  jak  łóŜko  z  lin  i  stolik  na  kobyłkach  czy  teŜ  stojak  na 
talerze, pochodziły ze strychów domów Moose County. 

- Chcieliśmy, Ŝeby to wyglądało, jakby nasi prapradziadowie 

nadal tu mieszkali. Czy moŜe pan sobie wyobrazić, jak gotują na 
kominku,  czytają  wieczorne  modlitwy  przy  świetle  świec  i  jak 
zaŜywają swoich sobotnich kąpieli w kuchni? 

Szerokie  deski  krzywej  podłogi  skrzypiały.  DuŜe  okna,  metr 

osiemdziesiąt na metr osiemdziesiąt, miały oryginalne nierówne 
szkło.  Pani  Cobb  z  godnym  uznania  profesjonalizmem 
prowadziła ich przez muzeum, a oni posłusznie podąŜali za nią. 
Koko wąchał niewidzialne plamy na szmacianych chodnikach i 
pocierał grzbietem o nogi krzeseł. Yum Yum została w kuchni, 
pilnując duszonego mięsa. 

-  A  teraz  przechodzimy  do  wschodniego  skrzydła, 

dobudowanego  w  latach  dziewięćdziesiątych  dziewiętnastego 
stulecia.  W  tym  skrzydle  prezentujemy  kolekcje.  Jest  tu  pokój 
Halifaksa  Goodwintera,  z  kolekcją  urządzeń  oświetleniowych. 

background image

 

 

Od  wczesnej  lampy  naftowej  po  elegancką  Lampe  Tif-fany  z 
motywem winogronowych liści. Jest bardzo cenna. 

Po tej uwadze Qwilleran baczniej przyglądał się  Koko, który 

jednak  w  ogóle  nie  interesował  się  szkłem.  Pocierał  tylko 
pyszczkiem o naroŜnik gabloty. 

- W pokoju Mary MacGregor są wyłącznie tkaniny. Stary pan 

MacGregor  podarował  nam  kołdry,  szydełkowane  dywaniki, 
Ŝ

akardowe  narzuty  i  wiele  innych  przedmiotów,  które  były 

przekazywane w tej rodzinie od pokoleń. 

Koko 

natychmiast 

przeturlał 

się 

przez 

dywanik 

szydełkowym wzorem w stylizowane ptaki. 

Pokój  Hasselricha  prezentował  dokumenty  z  Moose  County, 

które  Qwilleran  chciałby,  jak  zadeklarował,  kiedyś  gruntownie 
przejrzeć. Były tam akty własności ziemi, dawne akty urodzenia 
i  śmierci,  magazyny  z  dziewiętnastowiecznymi  procedurami 
sądowymi,  księgi  rachunkowe  ze  starych  sklepów,  w  których 
spisywano  ilości  sprzedanej  nafty  (pięć  centów  za  galon)  i 
perkalu (cztery centy za metr). 

-  Ze  ściśniętym  sercem  pokazuję  ci  następny  pokój,  biorąc 

pod uwagę to, co się stało... - powiedziała pani Cobb. - Nigel był 
prezesem Towarzystwa Historycznego i nie doŜył nawet chwili, 
kiedy zadedykowaliśmy mu tę wystawę. Sekretarzyk naleŜał do 
Cyrusa  Fitcha  i  w  jednej  z  szuflad  znaleźliśmy  listę  klientów, 
którzy  kupowali  u  niego  alkohol.  Wyobraź  sobie!  Szmuglował 
whiskey  w  czasie  prohibicji.  Wszyscy  juŜ  teraz  nie  Ŝyją  z 
wyjątkiem  Homera  Tibbitta.  To  rŜnięte  szkło  podarowała  nam 
Margaret Fitch. 

Waza do ponczu, karafki i inne dekoracyjne szklane naczynia 

migotały  w  mistrzowsko  zaaranŜowanym  świetle,  ale  ich  blask 
nie był aŜ tak oszałamiający, Ŝeby pochłonąć całkowicie uwagę 
Qwillerana, który był coraz bardziej głodny. 

- Nigel włączył się do wystawy, darowując muzeum kolekcję 

memorabiliów 

górniczych: 

kilofów, 

oskardów, 

kasków 

background image

 

 

górniczych,  latarek,  i  tak  dalej,  a  David  wykonał  szkice 
piórkiem starych kopalni. 

Qwilleran próbował jakoś opanować burczenie w Ŝołądku, ale 

naraz  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  krępujący  odgłos  nie  dobywa  się  z 
jego  własnych  wnętrzności,  ale  z  piersi  Koko,  który  mruczał 
oparty  o  jedną  z  gablot.  Na  starym  postumencie  prezentowano 
trzy  modele  statków.  Koko  stał  na  tylnych  łapach,  a  przednimi 
boksował  powietrze,  machając  głową  z  jednej  strony  na  drugą, 
tak  Ŝe  wyglądał  dokładnie  jak  jeden  z  walczących  kotów  w 
herbie Mackintoshów. 

-  Och,  niech  pan  tylko  spojrzy  na  niego!  -  powiedziała  pani 

Cobb. - Czy to nie wzruszające? Te modele zrobił Harley Fitch! 
Trzymasztowy  szkuner  to  replika  tego,  który  zatonął  na  Purple 
Point około 1880 roku. 

- Wydaje mi się, Ŝe Koko czuje klej - stwierdził Qwilleran. -

Jest  uzaleŜniony  od  kleju!  Lepiej  zabierzmy  go  stąd,  zanim 
przypuści na te modele szturm admiralski. 

Na  podwórko  wjechał  samochód.  Qwilleran  złapał  Koko,  a 

pani Cobb poszła przywitać się z Hixie Rice. 

Opalona,  ubrana  w  marynarskie  paski,  szorty  i  tenisówki,  z 

fryzurą  wymodelowaną  przez  wiatr,  Hixie  wparowała  do 
kuchni. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie macie  mi  za  złe  tego,  jak  wyglądam. 

ś

eglowałam z jednym z moich klientów. Ma katamaran. Nigdy 

nie myślałam, Ŝe pływanie moŜe być takie boskie! 

-  Powinnaś  nałoŜyć  coś  na  tę  opaleniznę!  -  poradziła  Hixie 

pani Cobb, nalewając jej campari. 

-  Zastanawiałem  się,  dlaczego  restauracja  „Pod  Czarnym 

Niedźwiedziem"  wykupiła  taką  duŜą  reklamę  w  „Coś  tam". 
Dopieszczasz  właściciela,  jak  widzę.  Mam  nadzieję,  Ŝe  zdajesz 
sobie sprawę, Ŝe pochodzi z pirackiej rodziny. 

-  Nie  obchodziłoby  mnie  nawet,  gdyby  pochodził  od 

dinozaura!  Ma  piękną  łódź.  W  następną  niedzielę  znowu 
wypływamy! 

background image

 

 

- Pływał kiedyś z Harleyem Fitchem. Wspominał coś o „Fitch 

Witch" 

-  Nie,  mówił  głównie  o  sobie...  i  o  tym,  jak  błękit  nieba  i 

szepcząca bryza dotyka duszy człowieka. 

Duszone  mięso  było  soczyste,  ubijane  kartofle  wyborne, 

domowy  chleb był odpowiednio wyrobiony,  a  ciasto kokosowe 
smakowało  jak  ambrozja.  Tak  powiedzieli  goście,  a  pani  Cobb 
pozwoliła się komplementować. 

Hixie podsumowała kolację: 
-  Zapomnij  o  muzeum,  Iris,  otwórz  restaurację.  W  połowie 

lokali,  które  reklamują  się  w  naszej  gazecie,  serwuje  się 
jedzenie,  od  którego  moŜna  dostać  mdłości.  Restauracje 
etniczne  to  najlepsza  inwestycja.  W  Brrr  jest  jedna  superjadło-
dajnia,  która  nazywa  się  „Biegun  Północny",  gdzie  serwują 
najlepszą  polską  zupę  grzybową  i  nerki  duszone,  jakie 
kiedykolwiek jadłam! Północnym! Rozumiecie? 

- A włoskie jedzenie? - zapytał Qwilleran. 
-  W  Mooseviłle  jest  cudowne  miejsce,  prawdziwy  małŜeński 

interes.  Ona  gotuje,  on  podaje  do  stołu.  Kiedy  poszłam  tam 
odebrać  ich  zamówienie,  zatrzasnęłam  się  przypadkiem  w 
toalecie.  Waliłam  w  drzwi,  aŜ  w  końcu  usłyszałam,  jak  pani 
Linguini  wrzeszczy:  „Papa,  pani  zatrzasnęła  się  w  toalecie! 
Przynieś  wykałaczkę!"  Po  chwili  usłyszałam  chrzęst  zamka  i 
pan Linguini otworzył drzwi, był zły. „Źle to pani robi, pokaŜę 
pani".  Oczywiście  mechanizm  nie  zadziałał  i  utknęłam 
zamknięta w damskiej toalecie z panem Linguini. 

- Jak się wydostaliście? - spytała pani Cobb, szczerze przejęta. 

Uderzał 

drzwi, 

krzycząc: 

„Mamma, 

przynieś 

wykałaczkę!"  Och,  mam  taki  ubaw  przy  okazji  sprzedawania 
reklam w „Moose County coś tam". 

-  Hixie,  powinnaś  napisać  przewodnik  po  restauracjach  i 

toaletach Moose County - powiedział Qwilleran. 

background image

 

 

-  Nie  myśl,  Ŝe  się  nad  tym  nie  zastanawiałam,  jedyne,  czego 

potrzebuję,  to  chwytliwy  tytuł,  który  pasowałby  do  takiej 
pozycji. 

Po kawie wymówiła się późną porą i tym, Ŝe wolałaby być w 

domu  przed  zmrokiem,  i  wyszła.  Qwilleran  domyślał  się,  Ŝe 
wraca 

do 

restauracji 

„Pod 

Czarnym 

Niedźwiedziem". 

Odprowadził ją do samochodu. 

-  Skoro  jesteś  taką  fanką  kreatywnego  dziennikarstwa  -

powiedział  -  moŜe  zapytałabyś  swojego  Ŝeglującego  partnera, 
czy  przypadkiem  nie  zabił  Harleya  i  Belle,  Ŝeby  sfinansować 
remont  swojego  hotelu?  Błękit  nieba  nad  Ŝaglami,  delikatna 
bryza i ty moŜecie wspólnie rozwiązać mu język. 

-  Chcesz,  Ŝebym  oskarŜyła  go  o  morderstwo  pięć  mil  od 

stałego  lądu?  śebym  zanurkowała  z  wielkim  pluskiem?  Nie, 
dziękuję! - odpaliła silnik i odjechała. 

Qwilleran zachichotał. Hixie zawsze umawiała się z facetami 

o  wątpliwej  reputacji.  Wrócił  do  domu,  gdzie  pani  Cobb 
przykładała właśnie zapałkę do podpałki w kominku. 

-  Wypijemy  drugą  filiŜankę  tutaj  -  zaproponowała.  -  Będzie 

przytulnie.  Z  tej  Hixie  to  mądra  dziewczyna,  prawda?  I  ładna. 
Zastanawiam się, czemu nie wyjdzie za mąŜ. 

Usiedli  wygodnie  w  fotelach.  Koko,  najedzony  do  syta 

duszonym mięsem, zasnął na dywaniku przed kominkiem. Yum 
Yum nadal tkwiła w kuchni. 

-  Cudowne  małe  zwierzątka  -  roztkliwiła  się  pani  Cobb.  -

Tęskniłam za nimi. 

- A one tęskniły za pani kuchnią... ja zresztą teŜ - powiedział z 

większym  uczuciem  niŜ  zazwyczaj  w  kontaktach  z  byłą 
gospodynią. 

Westchnęła 

na 

wspomnienie 

wszystkich 

przygód 

niepowodzeń, 

jakie 

wspólnie 

przeŜyli 

rezydencji 

Klingenschoenów. Tego dnia wyglądała ładniej niŜ zazwyczaj w 
swojej  róŜowej  marszczonej  bluzce,  w  świetle  tańczących 
płomieni. Przypomniał sobie o róŜowej apaszce i wyskoczył do 

background image

 

 

samochodu  po  małe  prezentowe  pudełko  z  domu  towarowego 
Lanspeaków, przewiązane róŜową wstąŜką. 

-  Och,  prawdziwy  jedwab!  -  wykrzyknęła.  -  W  moim 

ulubionym kolorze! Pamiętał pan! 

Jej  oczy  napełniły  się  łzami.  Grube  soczewki  szkieł 

powiększały  jej  źrenice  i  Qwilleran  poczuł  nagły  przypływ 
współczucia. Lubiła męskie towarzystwo, a jej trzy małŜeństwa 
zakończyły  się  niepowodzeniem.  Mimo  Ŝe  twierdziła,  iŜ  jest 
szczęśliwa,  wiedział,  Ŝe  czuje  się  samotna.  Czasami  teŜ 
zastanawiał  się  nad  swoją  sytuacją.  Od  dziesięciu  lat  był  po 
rozwodzie  i  wciąŜ  powtarzał,  Ŝe  to  dla  niego  najlepszy  sposób 
na Ŝycie. Los się do niego uśmiechał, kiedy pani Cobb była jego 
gospodynią,  a  posiłki  robiła,  Ŝe  palce  lizać.  Teraz  jadał  w 
restauracjach  i  nieustannie  musiał  troszczyć  się  o  jakieś 
towarzystwo  do  kolacji.  Jego  najlepszy  przyjaciel,  Arch  Riker, 
wkrótce się oŜeni i wieczory będzie spędzał w domu. Większość 
kobiet,  które  znał,  była  zbyt  agresywna  albo  zbyt  frywolna  jak 
na  jego  gust.  Wyjątek  stanowiła  główna  bibliotekarka,  ale  on  i 
Polly  odegrali  juŜ  ostatnią  scenę  w  swoim  związku,  Qwilleran 
wiedział, kiedy spuścić kurtynę. 

Był  wyciszony,  ukołysany  dobrym  jedzeniem,  miłym 

otoczeniem, domowym spokojem i nastrojem chwili. Pani Cobb, 
zdawało  się,  wyczuwała  ten  nastrój  i  w  jej  oczach  pojawił  się 
pełen  nadziei  uśmiech.  Ciszę  przerywało  tylko  strzelanie  polan 
w  kominku  i  cięŜki  oddech  Koko.  Qwilleran  chciał  coś 
powiedzieć, ale niespodziewanie zabrakło mu słów. Była uległą 
kobietą,  zgodnym  towarzyszem.  Wystarczyło,  Ŝeby  powiedział 
„Iris!",  a  ona  powiedziałaby  „Och,  Qwill!"  i  łzy  popłynęłyby 
spod grubych szkieł jej okularów. 

Nagle  z  sąsiedniego  pomieszczenia  dobiegł  ich  przeraźliwy 

hałas. Coś stukało, waliło się, szamotało, wyrywało i brzdąkało. 
MęŜczyzna  i  kobieta  pobiegli  do  kuchni.  Yum  Yum  leŜała  na 
boku pod kuchenką, a jej słynna wyciągnięta łapka spoczywała 
pod urządzeniem, podczas gdy ogon bił o podłogę. 

background image

 

 

- Złapała mysz! - powiedział Qwilleran. Sięgnął po nią, ale w 

odpowiedzi Yum Yum syknęła. 

- Zostaw ją samą  - rzekła pani Cobb. - Ona myśli, Ŝe chcesz 

jej zabrać zdobycz. 

- To tędy myszy dostają się do środka, w miejscu wylotu rur 

gazowych  -  wyjaśnił.  -  Nic  dziwnego,  Ŝe  obserwowała  piecyk 
przez cały wieczór. Słyszała je. 

- Och, dobra kotka, naprawdę dobra kotka! 
- Jest sprytniejsza od pani hydraulika, pani Cobb. 
Ogon uderzał teraz wolniej, aŜ w końcu  Yum Yum przestała 

nim  machać  i  przeturlała  się  przez  podłogę,  wyciągając  przed 
siebie  słynną  prawą  łapkę  ze  zdobyczą  uwięzioną  między 
pazurkami. Koko wszedł do kuchni i ziewnął. 

Pani Cobb spojrzała na niego z konsternacją. 
- Jak kaŜdy męŜczyzna! 
Jej  komentarz  zaskoczył  Qwillerana.  Nie  leŜało  to  w 

charakterze  pani  Cobb:  posłusznej,  czczącej  męŜczyzn  wdowy, 
jaką znał. 

- Czas do domu - powiedział, otwierając kosz piknikowy. - To 

była  wspaniała  kolacja,  pani  Cobb.  NaleŜą  się  pani 
komplementy  za  muzeum.  Proszę  mi  dać  znać,  jeśli  mógłbym 
być w czymś pomocny. 

Z  koszykiem  na  tylnym  siedzeniu  i  kuwetami  na  podłodze 

samochodu, Qwilleran poŜegnał się ostatecznie z gospodynią w 
drzwiach jej domu i poprowadził samochód w kierunku Pickax. 
Był wdzięczny, Ŝe Yum  Yum złapała mysz, dokładnie na  czas, 
Ŝ

eby  ocalić  go,  zanim  wyrwało  mu  się  jakieś  romantyczne 

wyznanie.  Nie  potrzebował  więcej  kobiet  na  swojej  drodze,  a 
najmniej  swojej  byłej  gosposi,  która  za  wszelką  cenę  chciała 
mieć  męŜa  i  przynosiła  swoim  partnerom  pecha.  Jej  trzej 
męŜowie zakończyli Ŝycie w tragicznych okolicznościach. 

Minął drzewo wisielców, przejechał przez Old Plank  Bridge, 

a  potem  ruszył  dalej  drogą  Ittibittiwassee.  Nie  było  duŜego 
ruchu.  Okręg  wybudował  tu  kosztowną  drogę  dla  wygody 

background image

 

 

mieszkańców osiedli w Exbridge. Większość kierowców wolała 
krótszą,  ale  bardziej  uczęszczaną  trasę  i  miejscowi  dowcipnisie 
nazywali nową autostradę „łapówką z Ittibitti". 

Zapadał  zmierzch  i  Qwilleran  mijał  właśnie  starą  kopalnię 

Backshot.  Dokładnie  w  tym  miejscu,  przypomniał  sobie,  rok 
temu  miał  miejsce  wypadek  samochodowy  -  bardzo  dziwny 
wypadek. 

A teraz... wszystko się powtórzyło. 
 
SCENA SIÓDMA 
 
Miejsce: Pusta przestrzeń wokół drogi Ittibittiwassee  
Czas: Później, tego samego wieczoru 
Był późny niedzielny wieczór. Na Ittibittiwassee nie było juŜ 

ruchu. Z naprzeciwka, na zachód, nie jechały Ŝadne samochody, 
więc  Qwilleran  miał  włączone  długie  światła,  które  oświetlały 
Ŝ

ółte  linie  na  asfalcie.  Po  obu  stronach  drogi  ciemność  zawisła 

nad  kępami  drzew,  starymi  kopalniami  i  pastwiskami,  które 
usłane  były  kamieniami.  Tak  jak  poprzednim  razem  księŜyc  w 
nowiu,  który  wkrótce  znikł  za  chmurami,  podkreślał 
tajemniczość krajobrazu. 

Po pewnym czasie w tylnim lusterku Qwillerana pojawiły się 

ś

wiatła  -  długie,  zbyt  jasne,  oślepiające.  Odchylił  lusterko  tak, 

Ŝ

eby  blask  nie  bił  go  po  oczach.  Pojazd  zbliŜał  się.  Jechał 

zygzakiem.  ZjeŜdŜał  na  lewy  pas,  jakby  chciał  go  wyminąć, 
wracał  na  środkowy,  podjeŜdŜał  pod  sam  zderzak  Qwillerana, 
znów  zjeŜdŜał  na  lewy.  PółcięŜarówka  zrównała  się  z 
samochodem  Qwillerana.  Tego  było  za  duŜo,  Ŝaden  roztropny 
kierowca  nie  wytrzymałby  takiego  napięcia.  Qwilleran  jechał 
coraz bliŜej prawej bandy, ale i półcięŜarówka była coraz bliŜej. 

Jest  pijany,  pomyślał  Qwil!eran,  skręcając  na  pobocze. 

PółcięŜarówka śmignęła tuŜ obok Qwillerana, jeszcze centymetr 
i  wypchnęłaby  go  z  drogi.  Jeszcze  jechał  poboczem...  Tylko 
spokojnie!  świr!...  Osuwam  się!  Spokojnie!  Tylko  nie  spadać! 

background image

 

 

Hamulce!...  A  potem  mały  samochód  Qwillerana  uderzył  w 
barierę  i  przeleciał  ponad  nią,  sunął  wzdłuŜ  brzegu  zbocza, 
jeszcze  jedno  uderzenie,  obrót,  dachowanie,  obrót  i  twarde 
lądowanie na suchym dnie rowu. 

Na  początku  był  szok  i  dezorientacja.  Pedały  i  tablica 

rozdzielcza  znalazły  się  nad  głową.  Jeszcze  przetaczające  się 
poduszki, spadające kuwety i deszcz Ŝwirku dla kotów. 

Dlaczego koty nie piszczą? 
Qwilleran odpiął pasy i wygramolił się przez drzwi, które pod 

wpływem uderzenia otworzyły się na ościeŜ. Potem wdrapał się 
z  powrotem  do  środka  i  wydobył  z  wnętrza  samochodu 
podróŜny  koszyk.  LeŜał  na  znajdującym  się  teraz  na  spodzie 
suficie, przywalony poduszką z tylnego siedzenia. Pokrywa była 
otwarta, a koty zniknęły! 

- Koko! - wrzasnął. - Koko! Yum Yum! 
Nie było Ŝadnego odzewu. Pomyślał, Ŝe ten lot musiał być dla 

nich  piekłem!  MoŜe  uderzenie  wyrzuciło  je  z  samochodu?  W 
panice  przeszukiwał  kanał  w  pobliŜu  samochodu,  szukając  w 
ciemności  jasno  umaszczonych  ciał.  Zawołał  jeszcze  raz.  Nic, 
tylko cisza. 

Wtedy ciemność rozproszyły światła auta nadjeŜdŜającego ze 

wschodu.  Samochód  zatrzymał  się  na  poboczu.  Wyskoczył  z 
niego męŜczyzna, który podbiegł pospiesznie do barierki. 

- Nic panu nie jest? Nie jest pan ranny? 
-  Wszystko  w  porządku,  ale  zgubiłem  koty.  Dwa.  Mogły 

zostać wypchnięte na zewnątrz! 

Kierowca  odwrócił  się  i  zawołał  w  kierunku  swojego 

samochodu. 

-  Wezwij  przez  radio  szeryfa!  I  przynieś  latarkę!  Do 

Qwillerana powiedział: 

-  Próbował  je  pan  wołać?  Wokoło  jest  gęsty  las.  MoŜe  się 

gdzieś ukryły? 

- To koty domowe. Nigdy nie wychodzą. Nie wiem, jak mogą 

zareagować na wypadek i na obce otoczenie. 

background image

 

 

- Pański samochód pójdzie chyba na złom! 
- Nie obchodzi mnie samochód. Martwię się o koty. 
-  Facet  był  pijany.  Widziałem  go,  jechał  slalomem,  zanim 

zepchnął  pana  z  drogi.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  to  była  jasna 
półcięŜarówka. 

ś

ona  kierowcy  nadeszła  z  mocną  latarką  i  Qwilleran  zaczął 

oświetlać rów w obu kierunkach i pas przydroŜnych zarośli. 

- Miał w samochodzie dwa koty. Uciekły albo wyleciały przy 

uderzeniu - powiedział jej męŜczyzna. 

-  Nic  im  nie  będzie  -  pocieszała.  -  Mieliśmy  kota,  który 

wypadł z okna na drugim piętrze. 

-  Cicho!  -  zawołał  Qwilleran.  -  Wydaje  mi  się,  Ŝe  słyszałem 

krzyk! 

Zawodzenie powtórzyło się. 
- To jakiś nocny ptak - powiedziała kobieta. 
- Cisza!... Nic nie mówicie, zawołam je i będę nasłuchiwał. 
W  oddali  rozbłysły  przednie  światła  i  czerwone  pulsujące 

ś

wiatło na dachu samochodu szeryfa, który podjechał do miejsca 

wypadku. Policjant w brązowym mundurze poprosił Qwillerana 
o  prawo  jazdy.  Pokiwał  głową,  kiedy  Qwilleran  podał  mu 
dokumenty. 

- Jak to się stało, panie Qwilleran? 
Drugi kierowca zaczął relacjonować przebieg wydarzeń. 
- Wszystko widziałem. Pijany kierowca. Zepchnął go z drogi, 

a potem uciekł. 

-  W  samochodzie  miałem  dwa  koty,  nie  mogę  ich  znaleźć  - 

powiedział Qwilleran. 

Policjant omiótł światłem latarki wrak samochodu. 
- Mogą być pod spodem. Kobieta zwróciła się do męŜa: 
-  Lepiej  juŜ  chodźmy,  opiekunka  jest  tylko  do  wpół  do 

dwunastej. 

- Dzięki - powiedział Qwilleran. - Tu jest państwa latarka. 

background image

 

 

-  Proszę  ją  zatrzymać  -  odpowiedział  męŜczyzna.  -  MoŜe  mi 

pan ją odwieźć do pracy. Pracuję w „Smittys Refrigera-tion" na 
South Main. 

Policjant  napisał  raport  i  zaoferował  Qwilleranowi,  Ŝe 

podwiezie go do Pickax. 

- Nie odjadę, dopóki ich nie znajdę. 
- To moŜe potrwać do rana. 
-  Nie  dbam  o  to.  Jak  pan  odjedzie,  moŜe  wyjdą  z  krzaków. 

Muszę tu być, muszę na nie czekać. 

-  Zajrzę  do  pana,  jak  będę  robił  następny  obchód. 

Monitorujemy  tę  drogę.  Wczoraj  w  nocy  aresztowałem  tu 
czterech pijanych kierowców. 

Kiedy  policjant  odjechał,  Qwilleran  podjął  na  nowo 

poszukiwania. Wołał i nasłuchiwał na zmianę, ale nie słyszał nic 

oprócz  nocnych  dźwięków  lasu.  Czasem  jakieś  małe 

zwierzątko  przedarło  się  przez  krzaki,  czasem  zahuczała  sowa 
albo zaklekotał nur. 

Wydobył 

wraku 

podróŜny 

koszyk. 

Był 

trochę 

zdeformowany,  ałe  nie  zgnieciony  Znalazł  teŜ  dwie  kuwety. 
Brytfanki  miały  się  znacznie  lepiej  niŜ  karoseria  jego 
samochodu. Był wdzięczny za latarkę. 

Zatrzymał się kolejny samochód. 
-  Są  ranni?  -  spytał  kierowca,  podchodząc  do  barierki,  Ŝeby 

spojrzeć  na  leŜący  w  rowie  samochód.  -  Czy  ktoś  wzywał 
policję? 

Qwilleran wyrecytował znany tekst. 
-  Nie  ma  rannych...  Szeryf  tu  był...  Nie,  dziękuję,  nie  trzeba 

mnie podwieźć. Zgubiłem dwa koty i muszę czekać... 

- Miał pan cholernie duŜo szczęścia - powiedział męŜczyzna. - 

Nocą podchodzą tu kojoty i lisy. Sowa teŜ moŜe unieść kota. 

-  Proszę  jechać  w  swoją  drogę,  proszę  pana  -  poprosił 

stanowczo Qwilleran. - Jak będzie cicho, to wrócą. 

background image

 

 

Samochód się oddalił, ałe koty nie wróciły. Wyłączył latarkę. 

Zapadła  kompletna  ciemność,  księŜyc  skrył  się  za  chmurami. 
Zdesperowany zawołał raz jeszcze: 

-  Koko!  Yum  Yum!  Mam  tu  indyka,  chodźcie!...  -  na  szosie 

panowała jednak absolutna cisza. 

Raz  jeszcze  przeczesał  rów,  oświetlając  sobie  drogę  latarką  i 

posuwając  się  po  kilka  kroków  dalej  od  wraku.  Po  półgodzinie 
bezowocnych  poszukiwań  i  nawoływań  na  drodze  pojawił  się 
kolejny samochód i Qwilleran zaklął ze złości. 

-  Qwill,  Qwill,  co  ty  tutaj  robisz?  -  zawołał  kobiecy  głos. 

Wyszła  z  samochodu  i  podbiegła  do  niego.  -  Czy  to  twój 
samochód?  Co  się  stało?  Czy  ktoś  zawiadomił  szeryfa?  Mam 
CB - to była Polly Duncan. 

-  To  nie  jest  najgorsze  -  odparł  Qwilleran,  oświetlając  wrak 

samochodu. - Koty gdzieś się zgubiły. MoŜe chowają się gdzieś 
w  lesie.  Nie  ruszę  się  stąd,  dopóki  ich  nie  znajdę,  Ŝywych  czy 
martwych. 

- Och, Qwill, tak mi przykro. Wiem, ile dla ciebie znaczą - to 

był kojący ciepły głos, który znał z ich szczęśliwych czasów. 

Qwilleran powtórzył Polly, co się stało. 
- Ale nie moŜesz stać tu tak całą noc. 
- Nie ruszam się stąd - powtórzył uparcie. 
-  W  takim  razie  zostaję  z  tobą.  Przynajmniej  będziesz  miał 

jakieś  schronienie  i  miejsce  do  siedzenia.  Wyłączę  światła. 
MoŜe wyczują twoją obecność i wyjdą. 

-  Jeśli  nadal  Ŝyją...  -  przerwał  jej.  -  Szeryf  zasugerował,  Ŝe 

mogły  zostać  zgniecione  pod  spodem.  Nie  odpowiadają,  kiedy 
wołam ich imiona. Jeden facet powiedział, Ŝe są tu drapieŜniki. 

-  Nie  słuchaj  tych  pesymistów.  Zaparkuję  samochód  na 

poboczu,  usiądziemy  i  zaczekamy...  Nie  chcę  słyszeć  Ŝadnych 
protestów! W bagaŜniku mam koc. Po północy robi się chłodno 
o tej porze roku. PołóŜ rzeczy na siedzeniach z tyłu, Qwill. 

background image

 

 

PołoŜył  kosz  i  kuwety  na  tylnym  siedzeniu,  a  sam  usiadł  z 

Polly  z  przodu  samochodu,  który  podarował  jej  na  Gwiazdkę. 
Jego przygnębienie było widoczne. 

-  Nie  muszę  ci  mówić,  Polly,  ile  znaczyły  dla  mnie  te  małe 

zwierzaki.  Były  moją  rodziną!  Yum  Yum  z  kaŜdym  rokiem 
stawała się mi droŜsza, a i ona coraz bardziej przywiązywała się 
do mnie. Inteligencja Koko była niezwykła. Mogłem rozmawiać 
z nim jak z człowiekiem i wydawało mi się, Ŝe rozumiał kaŜde 
słowo,  które  mówiłem.  Na  swój  własny  sposób  nawet  mi 
odpowiadał. 

- Mówisz w czasie przeszłym - zrugała go Polly. - One nadal 

Ŝ

yją i nic im nie jest. Wierzę w Koko, wiem, Ŝe potrafi zadbać i 

o  siebie,  i  o  Yum  Yum.  Koty  są  zbyt  zwinne,  Ŝeby  dać  się 
uwięzić  pod  samochodem.  Właśnie  zwinność  jest  ich 
największą siłą i obroną. 

- Ale moje koty Ŝyją w zamknięciu. Ich świat ogranicza się do 

dywanów, poduszek, parapetów i moich kolan. 

- Daj im szansę, mają naturalny instynkt. MoŜe  wrócą nawet 

same do Pickax. Czytałam o kocie, którego rodzina wzięła zimą 
do Oklahomy, a on poszedł na piechotę do domu, do Michigan, 
ponad siedemset mil. 

-  Ale  był  przyzwyczajony  do  Ŝycia  na  dworze  -  powiedział 

Qwilleran. 

Zastępca  szeryfa  zatrzymał  się  w  drodze  powrotnej  z 

obchodu, a kiedy zobaczył towarzyszkę Qwillerana, zapytał: 

-  Nie  potrzebuje  pani  ziemniaków,  pani  Duncan?  -  oboje  się 

zaśmiali. - Cieszę się, Ŝe ma pan towarzystwo. Będę miał na was 
oko. 

Kiedy odjechał, Polly powiedziała: 
-  Znam  Kevina  od  czasów,  kiedy  był  w  gimnazjum. 

Przychodził do biblioteki z zadaniami domowymi. Jego rodzina 
uprawiała ziemniaki. 

Stopniowo  Polly  odrywała  go  od  pesymistycznych  myśli  i 

zajmowała  innymi  tematami.  NiezaleŜnie  od  tego  co  jakieś 

background image

 

 

dziesięć minut Qwilleran wychodził z samochodu, szedł w górę 
i z powrotem w dół pobocza i wołał... wołał... 

Po powrocie z kolejnej bezowocnej wyprawy powiedział: 
- Późno dzisiaj wracałaś. 
-  Byłam  na  przyjęciu  w  Indian  Village  -  wyjaśniła.  - 

Zazwyczaj  kiedy  jadę  sama,  wracam  wcześniej,  ale  tak  dobrze 
się bawiłam, Ŝe Ŝal mi było wychodzić. 

Qwilleran  rozwaŜał  to  zdanie  w  ciszy.  Don  Exbridge  miał 

apartament w Indian Village. 

-  Przyjęcie  wydawali  państwo  Hasselrich,  na  cześć  rady 

bibliotecznej. To czarujący gospodarze. 

- Słyszałem, Ŝe miejsce Margaret Fitch w radzie bibliotecznej 

zajmie Don Exbridge - powiedział nadąsany Owilleran. 

-  Och  nie!  Susan  Exbridge  jest  w  radzie  nadzorczej  i  byłoby 

stanowczo niewłaściwe, Ŝeby jej mąŜ był w zarządzie. Gdzie to 
słyszałeś? 

- Nie przypominam sobie - skłamał - ale widziałem, Ŝe jadłaś 

z  nim  kolację  w  „Stefanii",  i  myślałem,  Ŝe  wprowadzasz  go  w 
nowe obowiązki. 

Polly zaśmiała się. 
-  Pomyliłeś  się!  Biblioteka  potrzebuje  nowego  dachu  i 

próbowałam  naciągnąć  go  na  to,  Ŝeby  zafundował  nam  usługi 
swojej firmy budowlanej. Ale skoro jesteśmy przy tym temacie, 
widziałam  cię  z  obcą  kobietą,  zaraz  po  tym,  jak  powiedziałeś 
mi, Ŝe jesz kolację z architektem z Cincinnati. 

- Tak się składa, Ŝe ta obca kobieta - powiedział Qwilleran  - 

jest architektem z Cincinnati. Dostajesz dwa minusy za fałszywe 
załoŜenie, Ŝe architekt to zawód ograniczający się do męŜczyzn. 

- Winna! - zaśmiała się. 
Samochód szeryfa znów jechał w dół szosy i zatrzymał się na 

przeciwległym poboczu. Kiedy policjant wysiadł, miał w rękach 
coś małego w jasnym kolorze. Niósł to coś z uwagą. 

-  O  mój  boŜe!  -  jęknął  Qwilleran  i  wyskoczył  z  samochodu. 

Przebiegł przez ulicę. 

background image

 

 

-  Przyniosłem  wam  kawę  -  powiedział  policjant,  podając  im 

brązową  papierową  torebkę.  -  To  z  „Dimsdale  Diner".  Nie  jest 
najlepsza  na  świecie,  ale  gorąca.  Temperatura  ma  spaść  do 
pięciu  stopni  dziś  wieczorem.  Mam  teŜ  kilka  pączków,  ale 
wyglądają na czerstwe. 

-  Wielkie  dzięki,  doceniamy,  Ŝe  się  pan  tak  o  nas  troszczy  - 

podziękował  z  ulgą  Qwilleran,  kiedy  wyciągał  z  torebki 
paragon. 

- Niech pan go odłoŜy - poprosił oficer. - Kucharz z baru wam 

to przesyła. 

Dobroć  Polly,  oficera,  kucharza  z  baru  i  kierowcy  z  latarką 

ulŜyły  Qwilleranowi  w  bólu,  chociaŜ  nadal  czuł  ścisk  w 
Ŝ

ołądku. Chciał rozmawiać o kotach. Powiedział do Polly: 

-  Zawsze  wymyślają  jakieś  zabawy.  Teraz  ich  hobby  to 

pozowanie w roli podpórek do ksiąŜek. 

- Czy Koko nadal doradza ci lektury do czytania? 
-  Preferował  biografie,  ale  kilka  dni  temu  zainteresował  się 

historiami o morzu. 

- Stracił zainteresowanie Szekspirem? 
- Nie całkiem. Widziałem, jak ociera się o Komedię pomyłek i 

Dwóch panów z Werony. 

- Obydwie historie dotyczą morskich podróŜy - przypomniała 

mu Polly. 

- Jestem przekonany, Ŝe chodzi mu o klej. Temat ksiąŜki jest 

przypadkowy. Ale musisz przyznać, Ŝe to jest niezwykłe. 

- W głowie Koko jest więcej rzeczy, niŜ śniło się filozofom - 

powiedziała  Polly,  parafrazując  jeden  z  ulubionych  cytatów 
Qwillerana. 

Tak przegadali całą noc. 
-  Teraz,  kiedy  odchodzę  z  Klubu  Teatralnego,  Polly,  mam 

zamiar recenzować sztuki teatralne dla gazety. 

- Będziesz cudownym krytykiem teatralnym. 
-  To  oznacza  dwa  bilety  na  kaŜdą  premierę.  Piąty  rząd  w 

ś

rodku. Mam nadzieję, Ŝe będziesz moim stałym gościem. 

background image

 

 

-  Z  przyjemnością  przyjmę  zaproszenie.  Wiesz,  Qwill,  twoje 

artykuły są naprawdę dobre. Przykro mi, Ŝe tak naskoczyłam na 
ciebie  za  twoje  dziennikarstwo.  Podobała  mi  się  zwłaszcza 
sylwetka Eddingtona Smitha. 

-  Przy  okazji  naszej  rozmowy  o  morderstwie  Fitchów 

zeszliśmy  na  temat  kradzieŜy  rzadkich  ksiąŜek.  Edd  mruczał  i 
sapał, nigdy nie wiadomo, co siedzi w tej jego siwej głowie. 

-  CóŜ, istnieje  taka  ewentualność  -  powiedziała.  -  Słyszałam, 

Ŝ

e  Cyrus  Fitch  posiadał  jakieś  ksiąŜki  pornograficzne,  dla 

których  niektórzy  kolekcjonerzy  gotowi  byliby  popełnić  kaŜdą 
zbrodnię. Podobno są zamknięte w specjalnym klimatyzowanym 
pomieszczeniu,  razem  z  przemówieniem  poŜegnalnym  Jerzego 
Waszyngtona i Ptakami Wielkiej Brytanii Goulda. 

-  Jeśli  Edd  zabierze  mnie  ze  sobą  na  czyszczenie  ksiąŜek  w 

rezydencji  Fitcha,  to  sprawdzę  dla  ciebie  te  ostre  kawałki  - 
obiecał Qwilleran. 

A potem powiedziała mu coś, co trafiło go w samo serce. 
-  WyjeŜdŜam  w  środę  do  Chicago  na  konferencję 

bibliotekarską.  Muszę  złapać  poranne  połączenie  -  spojrzała  na 
niego  pytająco.  Stało  się  juŜ  zwyczajem,  Ŝe  odwoził  ją  na 
lotnisko,  ale...  tym  razem  on  i  Frań  takŜe  lecieli  porannym 
kursem. Myślał szybko. 

-  Czekaj!  Chyba  coś  słyszałem!  -  wyskoczył  z  samochodu  i 

podszedł  kilka  kroków  do  przodu,  próbował  zyskać  na  czasie. 
To była delikatna sprawa. On i Polly zaczęli na nowo odkrywać 
dawne  braterstwo,  dzielili  koc  w  czasie  długich  chłodnych 
godzin,  które  spędzili  do  świtu  przy  szosie,  miał  więc  nadzieję 
na przywrócenie dobrych stosunków. Jak ona zareaguje na jego 
wypad do Chicago z jej rywalką? Jeśli chodziło o jego stosunek 
do  wyjazdu,  to  była  to  tylko  podróŜ  słuŜbowa,  mieli  wybrać 
meble  do  sypialni.  Czy  Polly  przyjmie  ze  spokojem  to 
wyjaśnienie?  Czy  Frań,  ze  swoim  „przytulnym  hotelem",  teŜ 
potraktuje  wyjazd  wyłącznie  w  słuŜbowych  kategoriach? 
Zrobiła rezerwacje hotelowe i lotnicze. Przypuszczał, Ŝe koszty 

background image

 

 

doda  do  rachunku,  plus  wynagrodzenie  za  kaŜdą  godzinę  jej 
profesjonalnych porad. 

W  najlepszym  wypadku  sytuacja  była  dziwna.  Jedna  część 

jego  mózgu  nalegała,  Ŝeby  zaryzykować  odwołanie  wyjazdu. 
Druga połowa kurczowo trzymała się prawa do odbycia podróŜy 
w interesach z kimkolwiek i dokądkolwiek bądź. 

Niebo  na  wschodzie  zaczynało  się  rozjaśniać,  wrócił  do 

samochodu. 

- Zostań tutaj, a ja rozejrzę się po okolicy - powiedział. - Jeśli 

przetrzymały gdzieś noc, to teraz o świcie poczują głód i wyjdą 
z kryjówki. Rozglądaj się za nimi, a ja idę ich szukać. 

- Czy przyda ci się lornetka? - sięgnęła pod siedzenie i podała 

mu lornetkę, której uŜywała do obserwowania ptaków. 

Las,  który  w  nocnej  ciemności  był  jednolitą  czarną  masą, 

zaczynał nabierać kształtów. MoŜna juŜ było odróŜnić wiecznie 
zielone  drzewa  iglaste,  gigantyczne  dęby  i  zarośla.  Poszedł 
wzdłuŜ szosy do miejsca, w którym pięć wysokich wiązów rosło 
w  rzędzie,  prostopadle  do  drogi.  Widać  było,  Ŝe  posadzono  je 
dawno  temu,  prawdopodobnie  Ŝeby  zaznaczyć  ścieŜkę  albo 
boczną  drogę  prowadzącą  do  starej  farmy,  teraz  od  dawna  juŜ 
opuszczonej.  Miał  rację,  nieuŜywana,  porośnięta  chwastami 
polna droga prowadziła wzdłuŜ linii drzew. Jeśli koty odkryły ją 
wczorajszej  nocy,  to  mogły  pójść  nią  aŜ  do  ruin  starego  domu, 
gdzie schroniły się na noc. 

Lekka  bryza  kołysała  strzelistymi  gałęziami  wiązów  i 

porywała pajęcze nici, które osiadały na twarzy Qwillerana. 

Wszystko pokryte było rosą. Blade róŜowe światło zapłonęło 

nad  wschodnim  horyzontem.  Qwilleran  znalazł  siedlisko,  ale 
teraz  były  tu  tylko  pozostałości  kamiennych  fundamentów, 
tworzące prostokątny ślad w trawie. 

Zatrzymał  się  i  nawoływał  koty  po  imieniu,  ale  nie  było 

Ŝ

adnej odpowiedzi. Szedł wolno dalej, do końca drogi. Dalej był 

tylko  stary  sad  ze  zwichrowanymi  drzewami  o  przedziwnych 
kształtach,  wynurzającymi  się  z  morza  chwastów.  Obejrzał  sad 

background image

 

 

przez  lornetkę  i  nagle  serce  skoczyło  mu  do  gardła,  kiedy  na 
jednej  ze  starych  jabłoni  zobaczył  kłębek  czegoś  jasnego. 
Podszedł bliŜej. Niebo rozjaśniało się. Tak! Niezidentyfikowany 
kłębek na gałęzi był parą syjamskich kotów, które wyglądały jak 
podpórki do ksiąŜek. 

Utkwiły  wzrok  w  ziemi  i  ustawiały  łapy,  jakby  szykując  się 

do skoku. 

Spojrzał przez lornetkę niŜej, na ziemię, i jego wzrok wyłapał 

tam coś jeszcze, coś na wpół ukrytego w trawie. Okropna myśl 
przemknęła  mu  przez  głowę.  Czy  to  mogły  być  sidła?  Takie, 
jakie  Chad  Lanspeak  zastawiał  na  lisy?  Pełen  przeraŜenia 
skradał  się  bliŜej  jabłoni.  Nie!  To  nie  była  pułapka!  To  coś  się 
ruszało.  To  było  jakieś  zwierzę.  Patrzyło  w  górę,  na  drzewo! 
Koty kręciły się na gałęzi, gotowe do skoku. 

- Koko! - wrzasnął Qwilleran. - Nie! Zostań na  górze!!! Oba 

koty  skoczyły  i  Qwilleran  zaczął  szybko  uciekać  w  stronę 
samochodu, krzycząc do Polly: 

- Potrzebny mi twój samochód, dam znać szeryfowi, Ŝeby cię 

stąd zabrał! Znalazłem koty! Zabieram je do weterynarza. 

- Są ranne? - zapytała ze strachem. 
-  Nie,  miały  spięcie  ze  skunksem.  Nie  martw  się...  kupię  ci 

nowy samochód. 

 
SCENA ÓSMA 
 
Miejsce:       Mieszkanie Qwillerana 
Czas:           Dzień po wypadku na drodze Ittibittiwassee 
Samochód  Qwillerana  został  odholowany  na  złomowisko, 

czerwony  samochód  Polly  był  dezynfekowany  u  mechanika. 
Koty  spędziły  kilka  godzin  w  klinice  dla  zwierząt,  gdzie 
próbowano  zneutralizować  smród  skunksa,  którym  doszczętnie 
przesiąkły. 

W  swoim  mieszkaniu  Qwilleran  niespokojnie  przemierzał 

pokój, zmroŜony świadomością, Ŝe mógł na zawsze stracić koty 

background image

 

 

w  tym  dzikim  lesie.  Mogła  je  spotkać  okrutna  śmierć,  mogły 
nigdy  nie  poznać  swojego  przeznaczenia.  Helikopter  szeryfa, 
oddziały  policji  i  druŜyny  skautów  na  próŜno  mogłyby  szukać 
tych drobniutkich ciałek. Qwilleran zadrŜał z przeraŜenia. 

To  moja  wina,  powtarzał  sobie.  Był  przekonany,  Ŝe  to  nie 

pijany  kierowca  próbował  zepchnąć  go  z  drogi,  ale  ktoś,  kto 
chciał  go dopaść, bo zadawał pytania o śmierć Harleya i Belle. 
Dlaczego  tak  go  ciągnęło  do  rozwiązywania  kryminalnych 
zagadek? Był dziennikarzem, a nie śledczym. Tak, zdawał sobie 
sprawę,  Ŝe  tylko  niewielu  dziennikarzy  akceptowało  swoje 
ograniczenia.  Przedstawiciele  jego  zawodu  flirtowali  z 
doradcami 

politycznymi, 

ekonomistami, 

krytykami 

koneserami. 

Nigdy  więcej  amatorskich  śledztw,  obiecał  sobie.  Od  dzisiaj 

zostawia  kryminalne  dochodzenia  policji.  Bez  względu  na  to, 
jak silna będzie pokusa, bez względu na to, jak nieznośne będzie 
mrowienie w górnej wardze u nasady wąsów, będzie się trzymał 
z dala od niebezpieczeństwa. Będzie przeprowadzał wywiady z 
hobbystami  i  hodowcami  owiec  i  starymi  ludźmi  w  domach 
starców,  będzie  redagował  kolumnę  towarzyską  w  „Moose 
County coś tam", przeczyta kotom na głos Mobby Dicka, będzie 
chodził  na  długie  spacery,  będzie  prawidłowo  się  odŜywiał  i 
wreszcie będzie wiódł bezpieczne Ŝycie. 

I wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił Eddington Smith. 
-  Rozmawiałem  z  prawnikiem.  Powiedział,  Ŝe  powinienem 

zinwentaryzować  ksiąŜki.  Powiedziałeś,  Ŝe  miałbyś  ochotę 
pomóc mi w odkurzaniu. Chcesz ze mną jutro pojechać? 

Qwilleran wahał się tylko przez ułamek sekundy. Czy wizyta 

w  bibliotece  Fitchów  moŜe  mu  przynieść  jakąś  szkodę? 
Wszyscy  mówią,  Ŝe  to  interesujące  miejsce,  praktycznie 
muzeum. 

-  Będziesz  musiał  mnie  zabrać  -  powiedział  sprzedawcy 

ksiąŜek. - Rozbiłem samochód. 

background image

 

 

Kiedy  odwrócił  się  od  telefonu,  przeczesywał  wąsy, 

oczekując z niecierpliwością na wizytę w bibliotece. 

Po  lunchu  pan  0'Dell  pojechał  swoim  pikapem  do  kliniki  dla 

zwierząt  i  odebrał  stamtąd  dwa  wykąpane,  wyperfumowane, 
spryskane dezodorantem i kompletnie milczące koty. Wsadził je 
do  kartonowego  pudła.  W  domu,  kiedy  otworzono  karton, 
wyszły na zewnątrz i nie rozglądając się na boki, czmychnęły do 
swojego pokoju, gdzie poszły spać. 

- Jaka szkoda - westchnął pan 0'Dell. - Dobre dusze w klinice 

robiły,  co  mogły,  ale  ten  zapach  powróci,  oj  powróci,  kiedy 
pogoda się zmieni i będzie deszcz. Musi się zmyć, znosić, tak ja 
myślę... Mogę jakoś pomóc panu albo maleństwom, dopóki nie 
ma pan samochodu? 

-  Byłbym  wdzięczny,  jeśli  mógłby  pan  pojechać  do  sklepu  z 

narzędziami  i  kupić  koszyk  piknikowy,  taki  sam  jak  ten,  który 
się zniszczył podczas wypadku. 

Koty  spały  cięŜkim  snem,  który  przychodzi  po  okropnych 

przeŜyciach.  Co  pół  godziny  Qwilleran  chodził  sprawdzać,  czy 
ich  futrzane  boki  nadal  unoszą  się  przy  oddychaniu.  Czasem 
przebierały  gwałtownie  łapkami,  jakby  miały  koszmary. 
Staczały bitwy? Były torturowane w klinice dla zwierząt? 

Wcześniej tego dnia zadzwoniła Frań Brodie. 
- Słyszałam, Ŝe dachowałeś wczoraj w nocy, Qwill? 
- Skąd o tym wiesz? 
- Z radia. Powiedzieli, Ŝe nie jesteś ranny. Jak się czujesz? 
- W porządku, no moŜe tylko trochę kłuje mnie w boku, kiedy 

oddycham. 

-  Teraz  będziesz  musiał  jeździć  tą  limuzyną,  którą 

odziedziczyłeś  -  lubiła  się  z  nim  droczyć  o  pretensjonalny 
pojazd, który stał nieuŜywany w garaŜu. 

- Pozbyłem się jej. Pochłaniała hektolitry benzyny i wyglądała 

jak karawan. Stała tylko w garaŜu, traciła na wartości i parciały 
jej opony, a ja płaciłem ubezpieczenie. Sprzedałem ją do domu 
pogrzebowego. 

background image

 

 

-  W  takim  razie  -  powiedziała  Frań  -  moŜemy  pojechać  na 

lotnisko  moim  samochodem.  Powinniśmy  wyjechać  około 
ósmej,  Ŝeby  złapać  połączenie  do  Chicago.  Zarezerwowałam 
hotel  na  cztery  noce.  Spodoba  ci  się  to  miejsce!  Ciche,  dobra 
restauracja - i to nie wszystko! 

Qwilleran  odkładał  słuchawkę  pełen  obaw.  Pochłonięty 

innymi  problemami  nie  poświęcał  więcej  uwagi  temu 
szczególnemu dylematowi. 

Wkrótce potem zadzwoniła Polly, Ŝeby zapytać o koty. 
-  To  był  dla  nich  wielki  dyshonor.  Zazwyczaj  dumnie  noszą 

swoje ogony, ale dzisiaj spuściły je do połowy masztu. Grippel 
pracuje  nad  twoim  samochodem,  Polly,  ale  chcę,  Ŝebyś  miała 
nowy, ja mogę jeździć czerwonym. 

-  Nie,  Qwill  -  zaprotestowała.  -  To  niezwykle  miło  z  twojej 

strony, ale to sobie powinieneś kupić nowy samochód. 

-  Nalegam,  Polly.  Pójdź  do  salonu  Grippela  i  zobacz  nowe 

modele. Wybierz taki kolor, jaki ci się spodoba. 

-  Dobrze,  posprzeczamy  się  o  to,  kiedy  wrócę  z  Chicago. 

MoŜesz jeździć czerwonym, kiedy ja będę za miastem. O której 
mnie  odbierzesz  w  środę  rano?  Będą  nocować  w  mieście  u 
mojej szwagierki. 

Czując się jak tchórz, odpowiedział: 
- O ósmej. - Nie tylko nie rozwiązał problemu, ale jeszcze jak 

zwykle go skomplikował. 

 
SCENA DZIEWIĄTA 
 
Miejsce:  Rezydencja  Fitchów  w  West  Middle  Hummock 

Czas: Wtorek, którego Qwilleran nigdy nie zapomni 

Kiedy  kombi  Eddingtona  Smitha  podjechało  pod  wozownię 

Qwillerana  we  wtorek  rano,  Qwilleran  zszedł  na  dół  z  nowym 
koszem piknikowym w ręku. 

-  Nie  trzeba  było  zabierać  ze  sobą  jedzenia  -  powiedział 

księgarz. - Wziąłem coś na lunch. 

background image

 

 

-  To  nie  jest  jedzenie  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  W  koszu  jest 

Koko.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  masz  nic  przeciwko.  Pomyślałem, 
Ŝ

e moglibyśmy przeprowadzić eksperyment, Ŝeby zobaczyć, czy 

koty  wyczuwają  mole  ksiąŜkowe.  Jeśli  tak,  to  dla  jakiegoś 
magazynu naukowego mogłoby to być przełomowe wydarzenie. 

-  Rozumiem  -  powiedział  Eddington  z  nikłym  zrozumieniem 

problemu.  To  były  jego  ostatnie  słowa  na  ponad  pół  godziny. 
Był jednym z tych kierowców, którzy są tak skupieni na trasie, 
Ŝ

e  w  ogóle  się  nie  odzywają,  kiedy  prowadzą.  Trzymał  się 

kurczowo  kierownicy,  aŜ  pobielały  mu  kłykcie  u  palców. 
Pochylił  się  do  przodu  i  wpatrywał  się  w  drogę  jak  w  transie, 
rozciągając jednocześnie usta w pozbawionym radości grymasie 
naśladującym uśmiech. 

-  Mój  samochód  przeleciał  przez  barierkę  i  wpadł  do  rowu 

przy drodze Ittibittiwassee w niedzielę w nocy i jest kompletnie 
zdezelowany  -  powiedział  Qwilleran,  czekając  na  jakiś 
współczujący  komentarz.  Zahipnotyzowany  kierowca  nie 
odpowiedział  ani  słowem,  więc  Qwilleran  kontynuował.  -  Na 
szczęście  miałem  zapięte  pasy  i  nie  jestem  ranny,  tylko  na 
łokciu mam guza wielkości piłki golfowej i siniaka na boku, ale 
koty  wyleciały  na  zewnątrz.  Zniknęły  w  lesie.  Zanim  je 
znalazłem, miały starcie ze skunksem i musiałem je odwieźć do 
kliniki  dla  zwierząt.  Spędziłeś  kiedyś  piętnaście  minut  w 
samochodzie  z  kotami  obryzganymi  przez  skunksa,  i  to  przy 
zamkniętych oknach? 

Nie było odpowiedzi. 
-  Nie  śmiałem  otworzyć  okien  na  więcej  niŜ  pięć 

centymetrów, bo koty siedziały z tyłu luzem, a nie wiedziałem, 
co moŜe im strzelić do głowy po tych przeŜyciach. Nie mogłem 
oddychać, Edd! Myślałem o tym, Ŝeby wskoczyć do szpitala po 
zastrzyk  tlenowy,  ale  po  prostu  wcisnąłem  gaz  i  miałem 
nadzieję, Ŝe nie zzielenieję. 

Nawet  to  dramatyczne  wyznanie  nie  rozproszyło  uwagi 

Eddingtona, całkowicie skupionego na drodze. 

background image

 

 

-  Kiedy  przyjechałem  do  domu,  wykąpałem  się  w  soku 

pomidorowym.  Pan  0'Dell  obskoczył  trzy  sklepy  spoŜywcze  i 
wykupił  wszystkie  puszki,  jakie  mieli  na  półce.  Musiał  spalić 
moje  ubrania  i  klatkę  kotów.  Ich  kuwety  były  w  samochodzie 
podczas wypadku i skakały po całym wnętrzu jak kostki lodu w 
shakerze, jedna z nich przyłoŜyła mi w głowę. Nadal wyczesuję 
Ŝ

wirek z włosów i wąsów. 

Qwilleran  zajrzał  w  twarz  Eddingtona.  MoŜna  było 

powiedzieć, Ŝe jest przytomny, ale nic więcej. 

- Koty były odwonnione w klinice, ale nie ma gwarancji, Ŝe to 

przyniesie  stałe  efekty.  MoŜe  będę  musiał  kupić  galon  wody 
kolońskiej. Staram się nie chodzić z nimi pod wiatr. 

Po chwili Qwilleran zmęczył się słuchaniem swojego  głosu  i 

jechali  tak  w  grobowej  ciszy  aŜ  do  rezydencji  Fitchów. 
Eddington  zaparkował  samochód  na  tyłach  domu,  za  wysokim 
murem  oddzielającym  podwórko  przeznaczone  dla  słuŜby  i 
obsługi. 

Jeśli mordercy zaparkowali tam właśnie, zauwaŜył Qwilleran, 

to  ich  samochodu  nie  moŜna  było  zobaczyć  z  Ŝadnej 
prowadzącej  do  posiadłości  drogi.  Z  drugiej  strony,  jeśli 
zostawili kogoś na czatach w samochodzie, to on takŜe nie mógł 
zobaczyć  nadjeŜdŜających  Davida  i  Jill.  Być  moŜe  patrolowali 
posiadłość przez walkietalkie. 

Eddington miał klucze do tylnych drzwi, które prowadziły do 

duŜego  hallu  dla  słuŜby,  gdzie  znaleziono  ciało  Harleya.  Z 
korytarza prowadziły drzwi do pralni, kuchni, spiŜarni i jadalni 
dla  słuŜby.  Qwilleran  trzymał  w  ręce  wiklinowy  kosz,  a 
Eddington  miał  plastikową  siatkę  na  zakupy.  Zanurzył  w  niej 
rękę  i  wyjął  dwa  jabłka  i  puszkę  zupy,  które  postawił  na 
kuchennym  stole.  Potem  zaprowadził  Qwillerana  do  głównego 
hallu. 

ChociaŜ  blade  dzienne  światło  dostawało  się  do  hallu  przez 

rząd  wysokich  okien,  znajdujących  się  dziewięć  metrów  nad 
podłogą,  to  hall  był  ponurą  zbieraniną  prymitywnych  włóczni, 

background image

 

 

tarczy  i  masek,  bębnów,  czółen  wystruganych  w  jednym 
kawałku  drewna,  zmniejszonych  głów,  strojów  ceremonialnych 
pokrytych zakurzonymi piórami. Qwilleran kichnął. 

- Gdzie jest biblioteka? - zapytał. 
-  Najpierw  pokaŜę  ci  jadalnię  i  pokój  do  rysowania  - 

powiedział  Eddington,  otwierając  duŜe  podwójne  drzwi.  Te 
pokoje  wypełnione  były  bronią  i  totemami,  kamiennymi 
smokami,  średniowiecznymi  brązami,  wypchanymi  małpami 
utrwalonymi w zabawnych pozach. 

- Gdzie są ksiąŜki? - powtórzył Qwilleran. 
-  A  to  jest  palarnia.  Harley  uprzątnął  stąd  starocie  i  wniósł 

trochę swoich rzeczy. 

Qwilleran  zauwaŜył  siedmiometrową  rzeźbioną  figurę 

dziobową,  ogromny  ster,  mahoniowe  i  mosięŜne  lornety  i 
oryginalny  druk  z  1805  roku,  ukazujący  łódź  patrolową, 
sygnowany  i  oczywiście  lepszej  jakości  niŜ  ten  Qwillerana. 
Stało  tam  wiele Ŝeglarskich  trofeów  i  wszędzie, na  półkach,  na 
stole i na gzymsach, umieszczono modele statków w szklanych 
gablotach.  Kosz,  który  Qwilleran  nadal  trzymał  w  ręce,  zaczął 
kołysać się i podskakiwać. 

-  Koko  jest  fanem  Ŝeglarstwa,  czy  mógłbym  go  wypuścić? 

Eddington pokiwał głową, dając wyraz ukontentowaniu 

i przyzwoleniu zarazem. 
-  „Entuzjazm  jest  gorączką  rozumu",  jak  powiedział  Wiktor 

Hugo. 

Koko  po  raz  pierwszy  był  tak  oŜywiony  od  czasu  wypadku. 

Wyskoczył  z  kosza  i  pędem  rzucił  się  do  HMS  „Bounty", 
trzymasztowca  z  plecionym  olinowaniem  i  mosięŜną  figurą 
dziobową. Następnie potruchtał do floty trzech małych statków. 
Były  to:  „Nina",  „Pinta"  i  „Santa  Maria".  Wszystkie  z  pełnym 
omasztowaniem,  flagami  i  proporcami.  Kiedy  zauwaŜyli 
dziewiętnastowieczną  łódź  patrolową  z  mosięŜnym  działem, 
Koko  podniósł  przednie  nogi,  odgiął  szyję  i  zaczął  uderzać 
łapami w powietrze. 

background image

 

 

- A teraz gdzie jest biblioteka? - zapytał Qwilleran, upychając 

protestującego kota do koszyka. 

Był  to  dwupoziomowy  pokój  z  galerią.  KsiąŜki  były 

wszędzie.  Nie  było  tam  Ŝadnych  okien  ani  dziennego  światła, 
Ŝ

eby nie uszkodzić cennych opraw. Światło rzucały artystyczne 

szklane  kandelabry,  w  których  świetle  tłoczone  litery  na 
grzbietach skórzanych ksiąŜek migotały jak złota koronka. 

- Ile z nich musimy wyczyścić? - chciał wiedzieć Qwilleran. 
-  Za  kaŜdym  razem  odkurzam  kilkaset.  Nie  spieszę  się, 

czerpię radość z trzymania ich. KsiąŜki lubią, Ŝeby je trzymać w 
rękach. 

- Edd, jesteś prawdziwym bibliofilem. 
-  Jak  powiedział  Emmerson:  „W  największych  cywilizacjach 

ksiąŜka jest największą przyjemnością". 

-  Emmerson  miałby  trudność  z  przekonaniem  do  tej  tezy 

pokolenia wideo. Pozwól, Ŝe zamknę drzwi i wypuszczę Koko z 
jego  więzienia.  On  wywróci  kozła,  jak  zobaczy  taką  ilość 
starych ksiąŜek, jest równieŜ prawdziwym bibliofilem. 

Koko  wyskoczył  jednym  susem  z  koszyka  i  zaczął  badać 

otoczenie.  Na  trzech  ścianach  umieszczono  rzędy  półek  na 
przemian  z  eleganckimi  drewnianymi  panelami,  przy  których 
stały  gabloty  z  rzadkimi  bibelotami.  Kolekcjonerskie  drobiazgi 
ustawiono  w  sposób  przypadkowy,  bez  Ŝadnego  widocznego 
klucza.  Były  tam  groty  indiańskich  strzał,  rzeźbiona  kość 
słoniowa,  kielichy  ze  srebra  i  muszle,  kryształy  kwarcu  i 
ametystu  zmieszane  ze  złotymi  figurkami,  które  mogły  zostać 
przemycone z egipskich grobowców. (Amanda mówiła, Ŝe wiele 
z  nich  było  podrabianych).  Nad  kaŜdą  gablotą  wisiała  głowa 
wypchanego  zwierzęcia,  albo  złocony  zegar,  albo  misterna 
klatka  dla  ptaków  czy  teŜ  w  końcu  kolekcja  ogromnych  kości, 
pochodzących  być  moŜe  z  jakiejś  prehistorycznej  epoki.  Koko 
zrobił  obchód,  a  potem  zauwaŜył  spiralne  schody  na  galerię  i 
wspiął się po nich ostroŜnie. Były zupełnie inne od pozostałych, 
które znał. 

background image

 

 

W tym samym czasie Eddington wyciągnął z torby zwinięte w 

rulon szmatki do czyszczenia. 

-  MoŜesz  zacząć  od  tego  rogu,  od  litery  „s".  Ja  skończyłem 

ostatnio na „r". Chwyć delikatnie za okładkę z przodu i z tyłu i 
przetrzyj  grzbiet  oraz  boki  szmatką.  Odkurz  półkę,  zanim 
odłoŜysz ksiąŜkę z powrotem. 

Koko  tymczasem  turlał  się  po  schodach  w  dół  i  w  górę, 

uŜywając balkonu jako przejścia. 

Eddington  otworzył  płytką  szufladę  bibliotecznego  stolika, 

którego  masywny  dębowy  blat  wsparty  był  na  czterech 
rzeźbionych  gryfach.  Wyjął  szufladę  całkowicie  z  mocowań, 
zanurzył rękę pod blat i wyciągnął stamtąd klucz. 

-  Rzadkie  ksiąŜki  są  zamknięte  w  pomieszczeniu  z 

odpowiednią  temperaturą  i  wilgocią  -  poinformował.  - 
„Niezmierzone  bogactwa  w  małym  pokoju",  jak  powiedział 
Marlow. 

Z  torbą  na  zakupy  w  ręku  otworzył  drzwi  w  wyłoŜonej 

boazerią  ścianie  i  wszedł  do  środka.  Qwilleran  usłyszał 
kliknięcie zamka. 

Kiedy zaczął odkurzać, zastanawiał się, ile czasu spędzonego 

w  zamkniętym  pokoju  Eddington  poświęca  na  trzymanie  w 
rękach gorącej literatury Cyrusa Fitcha. On osobiście musiał się 
bardzo  dyscyplinować,  Ŝeby  nie  czytać  wszystkiego,  co 
odkurzał: Shawa, Shelleya, Sheridana. 

Koko był nieustannie zajęty, wąchał to tu, to tam. Aktywność 

i podniecenie sprawiły, Ŝe jego dezodorant przestawał działać. 

-  Idź  i  pobaw  się  na  drugim  końcu  pokoju  -  poprosił  go 

Qwilleran. - Twój smród staje się nie do zniesienia. 

W południe zjawił się Eddington. 
-  Czas  na  lunch  -  powiedział  bez  wyrazu.  Wyglądał  na 

zmartwionego. 

- Coś nie tak, Edd? 
- Brakuje ksiąŜki. 
- Cennej? 

background image

 

 

Księgarz pokiwał głową. 
-  MoŜe  brakować  i  więcej.  Nie  dowiem  się  ile,  dopóki  nie 

skończę inwentaryzacji. 

- MoŜe mógłbym ci pomóc? Mógłbym odczytywać spisy albo 

coś podobnego. - Qwilleran bardzo chciał zobaczyć ten pokój. 

-  Nie,  najlepiej  będzie,  jeśli  zrobię  to  sam.  Chcesz  krem  z 

kurczaka? 

Koko  badał  teraz  daleki  koniec  pokoju,  jedyną  ścianę  bez 

półek.  Była  cała  pokryta  boazerią  i  zamykała  jeden  koniec 
biblioteki,  znajdujący  się  pod  balkonem.  Uwagę  Koko  zawsze 
przyciągało to, co inne, a ta ściana wyglądała, jakby ktoś dorobił 
ją później, psuła całą symetrię biblioteki. 

-  Zacznij  podgrzewać  zupę  -  powiedział  Qwilleran.  -  Chcę 

skończyć odkurzanie tej dolnej półki. 

Kiedy  Eddington  wyszedł,  Qwilleran  zaczął  badać  ścianę, 

naciskając  ją  pięściami.  To  dom  przemytników,  a  przemytnicy 
są  znani  z  upodobania  do  sekretnych  pokojów  i  podziemnych 
przejść.  Szukał  nieregularności  i  ukrytych  klamek.  Naciskał 
poszczególne  panele,  mając  nadzieję,  Ŝe  znajdzie  jakąś 
niestabilną  deseczkę.  Kiedy  obstukiwał  ścianę,  drzwi  do 
biblioteki otworzyły się. 

- Zupa gotowa! 
-  Piękne  panele!  -  powiedział  Qwilleran.  -  JuŜ  samo 

dotknięcie  wystarcza,  Ŝeby  zorientować  się,  Ŝe  materiał,  z 
którego  są  wykonane,  jest  szlachetniejszy  od  tego,  którego 
uŜywają współcześnie. 

Wepchnął  Koko  do  koszyka,  przepraszając  za  jego  zapach, 

chociaŜ  Eddington  powtarzał,  Ŝe  nic  nie  czuje,  i  cała  trójka 
poszła do kuchni na lunch. 

-  To  niewiele,  ale  „musimy  jeść,  Ŝeby  Ŝyć,  i  Ŝyjemy,  Ŝeby 

jeść". To Fielding. 

- Jesteś wyjątkowo dobrze oczytany - powiedział Qwilleran. - 

Podejrzewam, Ŝe więcej czytasz, niŜ odkurzasz, kiedy znikasz w 

background image

 

 

tym  małym  pokoiku.  Jakiego  rodzaju  ksiąŜki  są  tam 
przechowywane? 

Twarz księgarza rozbłysła. 
- Kronika Norymberska z 1493 roku, Księga Psalmów Baya w 

doskonałym  stanie,  to  pierwsza  ksiąŜka  wydrukowana  w 
angielskich koloniach w Ameryce. Jest w języku Indian. 

- Ile są warte? 
- Niektóre osiągają ceny pięcio - albo sześciorzędowe! 
- Gdyby jedna z nich została skradziona, czy trudno byłoby ją 

sprzedać? Są paserzy, którzy handlują skradzionymi ksiąŜkami? 

- Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. 
- Jakiej ksiąŜki brakuje? 
- Wczesnej pracy z anatomii, bardzo rzadko spotykanej. 
- MoŜe ktoś z rodziny poŜyczył ją do czytania - zasugerował 

Qwilleran. 

- Nie wydaje mi się. Jest po łacinie. 
-  Zadziwia  mnie  twoja  wiedza  o  ksiąŜkach,  Edd.  Chciałbym 

pamiętać  wszystko,  co  przeczytałem,  i  mieć  trafny  cytat  na 
kaŜdą okazję. 

Eddington się speszył. 
-  Nie  czytałem  za  wiele  -  wyznał.  -  Poszedłem  za  radą 

Winstona  Churchilla.  Premier  powiedział:  „Niewykształcony 
człowiek powinien czytać zbiory cytatów". 

Po  skromnym  lunchu  (Koko  dostał  kilka  kęsów  kurczaka  z 

zupy) towarzystwo wróciło do biblioteki. Eddington zamknął się 
w  małym  pokoiku,  Qwilleran  wrócił  do  odkurzania  (Tennyson, 
Thackerey, Twain), a Koko podjął na nowo poszukiwania. 

Cisza  w  bibliotece  budziła  jakiś  nieokreślony  niepokój. 

Qwilleran  słyszał  swój  oddech.  Słyszał,  jak  Koko  stąpa  po 
drewnianym  parkiecie.  Słyszał...  nagłe  skrzypnięcie  deski 
dochodzące  z  drugiego  końca  pokoju.  Koko  stał  na  tylnych 
nogach,  opierając  przednie  na  panelach  wyróŜniającej  się 
ś

ciany.  Fragment  boazerii  poruszył  się,  zakołysał  i  otworzył. 

Koko wskoczył do środka przez szparę. 

background image

 

 

Qwilleran rzucił się za kotem. 
-  Koko,  wyłaź  stamtąd!  -  skarcił  go,  ale  generalny  inspektor 

znalazł  sobie  nowy  cel  i  nie  zamierzał  rezygnować  z  tak 
interesującej  moŜliwości.  Sprawiał  wraŜenie  kompletnie 
głuchego. Sekretne drzwi otworzyły się na mały składzik. 

Pomieszczenie nie miało okien, było duszne, ciemne, stęchłe. 

Qwilleran szukał na ścianie włącznika, ale nie znalazł Ŝadnego. 
W bladym świetle kandelabrów wpełzającym do pomieszczenia 
widział  w  półmroku  niewyraźne  kształty  naturalnej  wielkości 
postaci  z  marmuru  i  rzeźbionego  drewna,  wielkiego  Buddę, 
surową  ceramikę  pokrytą  groteskowymi  rysunkami,  stalową 
kasę pancerną i... mosięŜną trąbkę. Tę samą, której uŜywałby w 
przedstawieniu  Klubu  Teatralnego,  gdyby  nie  odwołano 
przedstawienia.  Powstrzymał  się,  Ŝeby  nie  przerwać  ciszy  i  nie 
zadąć  w  instrument.  W  ciasnym  pokoju  niefortunny  zapach 
Koko  stał  się  bardzo  wyraźny.  Skradał  się  to  tu,  to  tam,  aŜ  w 
końcu  jeden  przedmiot  przykuł  jego  uwagę.  Była  to  teczka 
dyplomatka.  Qwilleran  nauczył  się  nie  traktować  przypadkowo 
odkryć Koko, więc odebrał teczkę mruczącemu kotu. Klęknął na 
podłodze  w  plamie  słabego  światła,  odblokował  zamki, 
ostroŜnie podniósł klapę i wstrzymał oddech na widok tego, co 
zobaczył  w  środku.  Dokładnie  w  tym  momencie  na  otwartą 
walizkę padł cień, Qwilleran podniósł głowę i spostrzegł ciemną 
sylwetkę  męŜczyzny  stojącego  w  progu.  MęŜczyzna  trzymał  w 
ręku kij. 

Qwilleran chwycił trąbkę i przyłoŜył ją do ust. Z instrumentu 

wydobył  się  ogłuszający  huk.  MęŜczyzna  przekroczył  próg  i 
zamachnął  się  kijem.  Qwilleran  uchylił  się  i  uderzył  go  trąbką. 
W  mroku  oba  ciosy  chybiły  celu,  ale  kij  spadł  kolejny  raz  i 
Qwilleran  dał  nura.  Machnął  trąbką,  tym  razem  trzymając  ją 
oburącz jak kij do krykieta, ale nie napotkał Ŝadnej przeszkody. 
Broń  na  ślepo  młóciła  powietrze,  a  dwaj  męŜczyźni  walczyli 
zapamiętale.  Qwilleran  oddychał  cięŜko,  w  boku  czuł  ostre 
kłucie, jakby od cięcia noŜem. 

background image

 

 

Kryjąc  się  za  kasetą  do  przechowywania  cygar  w  kształcie 

Indianina,  zaczekał  na  właściwy  moment  i  zaatakował  z  całą 
siłą.  Nie  trafił  w  męŜczyznę,  ale  uderzył  w  kij.  Ku  zdziwieniu 
Qwillerana  kij  rozprysł  się  na  drobne  kawałki.  Bez  wahania 
uderzył  trąbką  w  głowę  napastnika  i  męŜczyzna  osunął  się 
oszołomiony na podłogę. 

Dopiero  wtedy  Qwilleran  mógł  zobaczyć  jego  twarz  w 

pełnym świetle. 

- David! - krzyknął. 
Zza drzwi donośny, ale pusty głos zaryczał: 
- Przestańcie albo będę strzelał! 
Qwilleran zamarł na chwilę, ale zaraz podniósł do góry  ręce. 

Kątem  oka  widział  broń,  wycelowaną  w  skuloną  postać  leŜącą 
na podłodze. 

- Edd! Skąd to wytrzasnąłeś? - wypalił. 
-  Był  w  mojej  torbie  na  zakupy  -  powiedział  drobny 

człowieczek, przyjmując na powrót swój zwykły nieśmiały ton. 
Po raz pierwszy w Ŝyciu wymówił coś pełnym głosem. 

-  Miej  go  na  muszce,  dopóki  nie  wezwę  policji,  Edd.  MoŜe 

odzyskać przytomność i znów zacznie rozrabiać. 

Kiedy  to  mówił,  z  cienia  wyłonił  się  Koko.  Podkradł  się  do 

leŜącej na wznak postaci. Mruczał na potęgę, zbliŜył się do niej i 
zaczął  pocierać  grzbietem  o  rozłoŜone  szeroko  nogi.  Wdrapał 
się  na  piersi  męŜczyzny  i  przytknął  nos  do  jego  nosa. 
MęŜczyzna  drgnął  i  otworzył  oczy.  Dojrzał  parę  niebieskich 
oczu  wpatrującą  się  w  niego,  potem  doleciała  go  woń  Koko  i 
znowu zemdlał. 

 
SCENA DZIESIĄTA 
 
Miejsce:  Z powrotem w  mieszkaniu Qwillerana nad  garaŜem 

Czas: Później tego samego dnia 

Nikt  nie  odzywał  się  w  drodze  powrotnej  do  Pickax.  Ed-

dington  przywarł  do  kierownicy,  Qwilleran  był  nadal 

background image

 

 

sparaliŜowany  odkryciem,  którego  dokonał  w  rezydencji,  a 
Koko  spał  w  wiklinowym  koszu,  na  samym  końcu  kombi, 
którego wszystkie okna były całkiem otwarte. 

- Dziękuję za przejaŜdŜkę, Edd. Dziękuję za smaczny lunch - 

powiedział  Qwilleran,  kiedy  przyjechali.  -  Nie  zapomnij 
poinformować adwokata o tej ksiąŜce, której brakuje. 

- Och, znalazłem ją. Była na złej półce! 
- CóŜ, to było podniecające popołudnie, delikatnie mówiąc. 
- „Podniecenie jest pijaństwem duszy", jak ktoś powiedział. 
- Hm... tak. Cieszę się, Ŝe nie musiałeś uŜywać broni. 
- Ja takŜe - powiedział Eddington. - Nie była nabita. 
Właśnie  wtedy  Qwilleran  zauwaŜył  na  podjeździe  samochód 

Franceski,  co  mu  uzmysłowiło,  Ŝe  to  nie  koniec  kłopotów. 
Zaniósł koszyk do garaŜu. 

-  Przykro  mi,  Koko,  muszę  cię  tu  przetrzymać  do  wyjścia 

Franceski. Śmierdzisz padliną. 

Kiedy  wspinał  się  po  schodach  do  swojego  mieszkania,  nos 

podpowiedział 

mu, 

Ŝ

Yum 

Yum 

takŜe 

potrzebuje 

odświeŜającego  dezodorantu,  a  kiedy  wszedł  na  górę,  miał 
uczucie,  Ŝe  w  krajobrazie  brakuje  mu  jakiegoś  waŜnego 
elementu. Tak, w korytarzu brakowało herbu Mackintoshów. W 
miejscu, gdzie stał dotąd oparty o balustradę, było pusto. 

- Hej, hej! - zawołał. - Francesca, jesteś tam? 
Kiedy  nie  było  odpowiedzi,  zaczął  się  rozglądać  po 

mieszkaniu.  W  salonie  na  środku  podłogi  leŜał  cięŜki  Ŝelazny 
herb. 

W  pokoju  kotów  skulona  w  kącie  siedziała  niepocieszona 

Yum Yum. W gabinecie mrugało czerwone światełko sekretarki. 
Nacisnął  guzik,  odsłuchał  wiadomość  i  błyskawicznie 
oddzwonił do Franceski. 

- Qwill, nigdy nie uwierzysz, co się stało! - powiedziała.  
- Chciałam zamontować herb Mackintoshów na jednej z osłon 

na  kaloryfery,  więc  wzięłam  go,  Ŝeby  zobaczyć,  czy  będzie 
pasował. Byłam w połowie drogi przez salon, kiedy... 

background image

 

 

- Podniosłaś ten kawał Ŝelastwa? 
- Nie, przetaczałam je jak hula-hoop. Przypadkiem nastąpiłam 

na  kota,  a  on  zaczął  wrzeszczeć  jak  siedem  diabłów!  Tak  się 
przeraziłam, Ŝe przetoczyłam to cholerstwo przez moją stopę! 

- Wrzask Yum Yum moŜe zbudzić umarłego - przyznał.  
- Mam nadzieję, Ŝe nic sobie nie zrobiłaś, Frań. 
-  śe  nic  sobie  nie  zrobiłam!  Miałam  na  nogach  sandały  i 

złamałam  trzy  palce!  Policyjny  samochód  zabrał  mnie  do 
szpitala.  Tata  odbierze  później  mój  samochód.  Ale,  Qwill  - 
zapłakała - nie będę w stanie pojechać z tobą do Chicago jutro 
rano! 

Qwilleran  wydał  z  siebie  głębokie  westchnienie  ulgi,  które 

wywołało  ostry  ból  w  boku,  ale  złoŜył  Francesce  wyrazy 
współczucia i powiedział wszystkie te rzeczy, które mówi się w 
podobnych  okolicznościach.  Potem  poszedł  do  pokoju  kotów, 
podniósł Yum Yum i pogładził jej śmierdzące futerko. 

- Kochana - powiedział. - Weszłaś jej pod nogi przypadkiem 

czy wiedziałaś, co robisz? 

Natychmiast teŜ zadzwonił do Polly, Ŝeby przypomnieć jej, Ŝe 

odwozi ją jutro na lotnisko. 

-  Mógłbym  wsiąść  z  tobą  -  dodał.  -  Znam  kilka  fajnych 

restauracji w Chicago. 

Spryskał koty dezodorantem i podał im koktajl krewetkowy i 

Straganowa.  Wtedy  wyjrzał  przez  okno  i  zobaczył,  Ŝe  na 
podjeździe  stoi  samochód  policyjny,  z  którego,  drzwiami  od 
strony  pasaŜera,  wysiada  masywna  postać.  Szef,  bo  był  to 
Brodie, podszedł do samochodu Franceski z pękiem kluczy. 

Qwilleran otworzył okno. 
- Brodie, wejdź na górę na kawę! 
Tym  razem  szef  był  bardziej  przyjazny,  niŜ  kiedy  Qwilleran 

dopytywał  się  o  morderstwo  Fitchów.  Wdrapał  się  na  górę  po 
schodach, mówiąc: 

- Mam nadzieję, Ŝe to nie ten sam napar z piekła rodem, który 

mi ostatnio zaserwowałeś. 

background image

 

 

Qwilleran zamknął koty w ich pokoju, nastawił automatyczny 

ekspres  do  kawy  na  pozycję  „ekstra  mocna"  i  podał  szefowi 
kubek. 

- Jesteś w lepszym psychicznym stanie, niŜ kiedy cię ostatnio 

widziałem. 

- Arrgh! - zabulgotał Brodie. 
- To komentarz do kawy czy do śledztwa stanowego? 
-  Sprawa  ma  juŜ  konkretne  zaczepienie,  jak  się  zdaje.  Więc 

chyba  mogę  z  tobą  o  tym  rozmawiać  bez  pakowania  się  w 
kłopoty.  Dowody,  które  znalazłeś  w  schowku,  stanowią 
olbrzymi przełom, właśnie na takie dowody liczyli. 

-  Nie  musisz  mi  tego  powtarzać.  Ale...  to  Koko  pierwszy  je 

znalazł.  Najpierw  odkrył,  jak  się  dostać  do  schowka,  a  potem 
znalazł teczkę. 

-  A  co,  nie  mówiłem  ci?  Mówiłem,  Ŝe  moglibyśmy 

wykorzystać jego zdolności w policji. 

- Nigdy nie wierzyłem  w tę historię o gangu z Chip-munk, a 

kiedy  otworzyłem  dyplomatkę,  wiedziałem  juŜ,  Ŝe  to  rodzinna 
robota.  Wykoncypowałem  sobie,  Ŝe  David  zabił  Harleya, 
zgarnął  kasę  pancerną,  ukrył  pieniądze,  biŜuterię  i  broń  w 
schowku  z  zamiarem  odebrania  ich  później.  To  spora  gotówka 
jak na bankiera. Wiceprezes banku nie trzyma takich pieniędzy 
w domu. 

Brodie pokiwał głową. 
-  Do  miasta  przyjechali  ludzie  z  nadzoru  bankowego.  Idę  o 

zakład, Ŝe znajdą kilka wycieków. 

- Nie wiedziałem, kto mnie zaatakował w ciemnym schowku, 

ale wiedziałem, Ŝe to walka na śmierć i Ŝycie. Zabił dwa razy, a 
ja miałem na to dowody. Po tym, jak ogłuszyłem go trąbką jego 
dziadka,  zacząłem  zbierać  wszystko  do  kupy  i  pomyślałem: 
Dlaczego  David  miałby  zabijać  swojego  brata? Jaki  mógł  mieć 
motyw?  W  tym  momencie  Koko  wszedł  na  niego  i  zaczął 
mruczeć  jak  helikopter.  Kiedy  obwąchiwał  wąsy  faceta, 
powiedziałem sobie - to nie David leŜy na podłodze, to Harley. 

background image

 

 

Qwilleran zawiesił głos i pogładził z ukontentowaniem swoje 

wąsy. 

-  Koko  wyczuwa  klej.  Wąsy  były  sztuczne,  przyklejone  na 

górną wargę. 

-  YOW!  -  z  końca  korytarza  doszedł  ich  głośny  dźwięk, 

wyraŜający kocią satysfakcję. 

- Wie, Ŝe o nim mówimy - powiedział Qwilleran. 
- Więc myślisz, Ŝe znasz juŜ motyw? - zapytał Brodie. 
-  Jestem  prawie  pewien.  Z  tego,  co  usłyszałem  z  łańcucha 

plotek  w  Pickax,  zrekonstruowałem  scenariusz.  Zobaczmy,  czy 
twoim zdaniem to się trzyma kupy. 

Scena 1: Margaret Fitch, matka manipulująca Ŝyciem swoich 

synów,  zachęca  Davida,  Ŝeby  poślubił  dziewczynę  Harleya, 
podczas  gdy  on  sam  odsiaduje  karę  za  nieumyślne 
spowodowanie śmierci. 

Scena  2:  Harley  wraca  do  domu  i  Ŝeni  się  z  dziewczyna  o 

wątpliwej reputacji, w dodatku słuŜącą, Ŝeby zranić Davida, Jill 
i matkę intrygantkę. 

Scena 3: Harley nadal Ŝywi gorące uczucia do Jill i odkrywa, 

Ŝ

e  równieŜ  ona  nadal  go  kocha.  Nie  mogą  sobie  pozwolić  na 

rozwody, bo Margaret trzyma całą rodzinę Ŝelazną ręką. Daje im 
zasmakować luksusu, ale odcina od gotówki. 

Scena 4: Jill obmyśla plan zdefraudowania pieniędzy z banku, 

morderstw, zamianę toŜsamości Harleya na Davida. 

Scena  5:  W  noc  morderstwa  David  i  Jill  przyjeŜdŜają  do 

domu Harleya jak zwykle o szóstej trzydzieści. Harley zastrzelił 
juŜ  Belle  i  kieruje  teraz  broń  przeciwko  swojemu  bratu.  Potem 
zamienia się z nim portfelami i biŜuterią. Goli wąsy Davida. W 
tym  czasie  Jill  inscenizuje  kradzieŜ  w  bibliotece  i  w  sypialni. 
Pakuje do teczki pieniądze, biŜuterię i broń. 

Scena 6: Fałszywe wąsy i talent aktorski Harleya nie chronią 

go przed rozpoznaniem. Jego rodzice wiedzą, Ŝe nie jest bratem. 
Matka  dostaje  śmiertelnego  wylewu.  Ojciec  nie  potrafi 
udźwignąć  cięŜaru  wyboru,  jaki  przed  nim  stoi:  poinformować 

background image

 

 

policję  o  tym,  Ŝe  jego  syn  zamordował  brata,  czy  teŜ  stać  się 
wspólnikiem po fakcie i Ŝyć dalej ze zbrodniarskim sekretem. 

Scena  7:  Jill  i  David  planują  zniknąć  w  Ameryce 

Południowej, ale ich droga ewakuacyjna jest zablokowana. 

Szef uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową. 
-  Nawet  porucznik  Hames  nie  uwierzyłby  w  ten  kawałek  o 

kocie i o przyklejonych wąsach. 

Kiedy  wieści  o  konfrontacji  w  rezydencji  Fitchów  wyciekły 

poza  krąg  zaangaŜowanych  osób,  poczta  pantoflowa  Pickax 
pracowała  na  pełnych  obrotach,  a  telefon  Qwillerana  dzwonił 
bez przerwy. 

-  Przerabiamy  okładkę  jutrzejszej  gazety,  ale  jest  jedna 

sprawa,  która  nam  nie  pasuje.  Według  Eddingtona  Smitha 
dostałeś  w  głowę  kijem  bejsbolowym,  a  on  się  rozpadł. 
Wiedzieliśmy,  Ŝe  jesteś  twardy,  Qwill,  ale  nawet  twoja  głowa 
nie jest na tyle twarda, Ŝeby rozbić kij bejsbolowy. 

-  To  nie  był  kij,  Arch.  Zdaje  się,  Ŝe  to  była  kość  udowa 

wielbłąda. Na wystawce z historycznymi reliktami w bibliotece 
widziałem  taką  jedną.  Byliśmy  tam  we  dwóch,  on  i  ja,  w 
ciemnym  schowku,  rzucaliśmy  się  na  siebie  jak  Hamlet  i 
Laertes,  tyle  Ŝe  oni  mieli  rapiery,  a  my  dysponowaliśmy  tylko 
kością  i  mosięŜną  trąbką.  Musieliśmy  wyglądać  jak  para 
klownów. Kiedy grzmotnąłem trąbką w tę kość i ona rozsypała 
się na kawałki, to zdałem sobie sprawę, Ŝe była z gipsu. Amanda 
mówi, Ŝe ten dom jest pełen kopii i podróbek. 

Następna zadzwoniła właśnie Amanda. 
- Cały ten syf nie zdarzyłby się, gdyby ta rodzina nie była tak 

cholernie  skąpa  i  tak  fałszywa,  pod  kaŜdym  względem!  Pani  i 
pan  Doskonali,  tak  im  się  zdawało!  Cały  okręg  dał  się  na  to 
nabrać - zawarczała jak zwykle. 

Zadzwonił teŜ Gary Pratt. 
-  Jezu!  Cieszę  się,  Ŝe  juŜ  po  wszystkim.  Prawdopodobnie 

wiedziałem  o  Harleyu  więcej  niŜ  ktokolwiek  inny,  tyle  czasu 
razem  Ŝeglowaliśmy.  Po  powrocie  z  pudła  był  przepełniony 

background image

 

 

nienawiścią,  nie  mógł  wybaczyć  Davidowi,  Ŝe  ukradł  mu  jego 
kobietę. 

Wiadomość od Pete'a Parrotta była zwięzła: 
- Mam nadzieję, Ŝe ten s...syn dostanie to, na co zasługuje! 
Roger  MacGillivray,  autor  wyczerpującego  artykułu  o 

morderstwach, powiedział: 

-  Wiesz,  Qwill,  jeśli  to  prawda,  Ŝe  Jill  to  wszystko 

zaplanowała, to jej scenariusz był idealny, aŜ za idealny. Cała ta 
historia 

awarią, 

hydraulikiem... 

samochodem 

odjeŜdŜającym  szybko  polną  drogą,  który  wzbijał  tumany 
kurzu... To bardzo przekonujące szczegóły. 

Ostatnia zadzwoniła Polly Duncan. 
- Twój telefon był zajęty przez cały wieczór, Qwill. Czy to, co 

mówią,  to  wszystko  prawda?  Skąd  wiedziałeś,  Ŝe  to  Harley,  a 
nie David? 

-  To  się  zaczęło  na  moim  przyjęciu  urodzinowym.  Koko 

okazywał ciągłe zainteresowanie Harleyem, zdawało nam się, Ŝe 
bardzo go polubił. Potem tak samo zachowywał się w stosunku 
do Eddingtona Smitha i Wallyego Toddwhistlea, a na koniec do 
mojego  tapeciarza.  Ta  teoria  moŜe  brzmieć  niewiarygodnie, 
ale...  wszyscy  ci  męŜczyźni  pracują  regularnie  z  substancjami 
klejącymi.  A  koko  jest  fanatykiem  kleju.  Kiedy  zobaczył 
modele  statków  Harleya,  wspiął  się  na  tylne  nogi  jak  kot 
Mackintoshów.  Więc  kiedy  w  bibliotece  Fitchów  okazał  takie 
zainteresowanie  męŜczyzną  leŜącym  na  podłodze,  wiedziałem, 
Ŝ

e to nie jest David. 

Później  tego  wieczoru,  kiedy  pociąg  towarowy  zagwizdał, 

przejeŜdŜając  przez  północną  część  miasta,  Qwilleran  rozsiadł 
się  na  sofie  i  rozmyślał  nad  wydarzeniami  z  ostatnich  dwóch 
tygodni. Yum Yum spała na jego piersiach, a Koko balansował 
na oparciu kanapy. 

-  Dlaczego  tak  cię  interesowały  historie  morskie?  Dlaczego 

przekręcałeś  ciągle  obraz  łodzi  patrolowej?  Czy  wyczułeś 

background image

 

 

toŜsamość  mordercy?  Chciałeś  skierować  moją  uwagę  na 
Ŝ

eglarza i budowniczego modeli statków? 

Koko  otworzył  szeroko  pyszczek  i  ziewnął,  pokazując 

wszystkie zęby i róŜowe podniebienie. Była druga trzydzieści w 
nocy, a on miał za sobą intensywny dzień. 

-  Czy  to  przypadek,  Ŝe  oboje  z  Yum  Yum  udawaliście 

podpórki do ksiąŜek? Czy  chcieliście wskazać w  ten sposób na 
bliźniaki? 

Koko  przymruŜył  śpiąco  oczy.  Przysiadł  na  tylnych  łapach, 

ale kołysał się na boki. Prawie nie spadł z sofy do tyłu. 

-  Ty  łobuzie!  Udajesz,  Ŝe  nie  masz  najmniejszego  pojęcia,  o 

czym mówię - powiedział Qwilleran. - Spróbujemy jeszcze raz... 
Chcesz indyka? 

Jak  za  dotknięciem  róŜdŜki  Koko  otworzył  szeroko  oczy,  a 

Yum  Yum  podniosła  gwałtownie  głowę.  Jak  na  rozkaz 
zeskoczyły  na  podłogę,  skrzecząc  i  miaucząc,  pobiegły  do 
lodówki,  gdzie  czekały  na  Qwillerana  w  identycznych  pozach, 
jak bliźniaki, wpatrując się w rączkę na drzwiach chłodziarki. 

 
EPILOG 
 
OskarŜyciel  stara  się  o  przeniesienie  śledztwa  w  sprawie 

Harleya  i  Jill  do  innej  prokuratury,  obawiając  się,  Ŝe  w  Moose 
County nie będzie moŜliwości znalezienia obiektywnego składu 
ławy  przysięgłych.  Mieszkańcy  okręgu  pozostają  bowiem  pod 
niesłabnącym wpływem uroku rodziny Fitchów. 

Jill  postanowiła  współpracować  z  policją,  Ŝeby  ratować 

własną  skórę.  Zeznała,  Ŝe  włamali  się  do  kliniki  dentystycznej, 
Ŝ

eby zniszczyć karty i zdjęcia bliźniaków. 

Qwilleran  nie  zatrudnia  juŜ  Franceski  Brodie,  aYum  Yum 

wróciła do schludnych toaletowych zwyczajów. 

Syjamczyki za pomocą swoich róŜowych języczków zlizały z 

siebie  wspomnienie  spotkania  z  biało-czarną  kicią  z  drogi 
Ittibittiwassee. 

background image

 

 

Qwilleran  czyta  kotom  na  głos  Moby  Dicka,  a  weekendy 

spędza z Polly Duncan w jej przytulnym wiejskim domku. 

Teatr  Klingenschoenów  rozpocznie  sezon  oryginalną  rewią 

napisaną przez Qwillerana i Hixie Rice. 

Pewnym  przebojem  przedstawienia  będzie  z  pewnością 

piosenka Zostawiłem swe serce w Pickax City. 

Koko uczy się, jak wyłączać telewizor. 
KURTYNA