KRYMINAŁ
Lilian Jackson Braun
Kot, który wąchał klej Tom 08
PROLOG
Tak, naprawdę istnieje miejsce o nazwie Moose County,
czterysta mil na północ od wszystkiego. Siedzibą okręgu jest
Pickax City, liczące trzy tysiące mieszkańców.
Naprawdę jest tam pomocnik kelnera o imieniu Derek
Cuttlebrink. Jest tam teŜ właściciel baru, przypominający z
wyglądu niedźwiedzia, który kaŜe sobie płacić pięć centów za
papierową serwetkę. I jest tam sprytniejszy od ludzi kot o
imieniu Kao K'o-Kung.
Jeśli wydaje się wam, Ŝe to postaci z jakiejś sztuki, to dlatego
Ŝ
e... „Cały świat jest sceną, a wszyscy męŜczyźni i kobiety są
tylko aktorami". Zgaśmy więc światła! Kurtyna w górę!
AKT PIERWSZY
SCENA PIERWSZA
Miejsce: Kawalerski pokój w Pickax City
Czas: Wcześnie rano, koniec maja
Osoby: Jim Qwilleran, były dziennikarz, obecnie spad-
kobierca fortuny Klingenschoenów - wielki człowiek, koło
pięćdziesiątki, siwiejące włosy, bujne wąsy, smutny wyraz
twarzy Kao JCo-Kung, dla przyjaciół Koko, kot syjamski Yum
Yum, kotka syjamska - nieodłączna towarzyszka Koko Andrew
Brodie, szef policji iv Pickax
Było bardzo wcześnie, kiedy zadzwonił telefon. Qwilleran
sięgnął po omacku do nocnego stolika. Na wpół przytomny,
zachrypniętym głosem wymamrotał „halo" i w odpowiedzi
usłyszał czyjś autorytatywny głos:
- Chcę z tobą mówić!
Głos był znajomy, ale ton alarmujący. To był Andrew Brodie,
szef policji w Pickax, a jego głos brzmiał ponuro i wyczuwało
się w nim oskarŜenie.
Przed pierwszą kawą Qwilleran niewiele kojarzył i na próŜno
starał się zorientować w sytuacji. CzyŜby włoŜył kanadyjską
pięciocentówkę do parkometru? A moŜe wyrzucił przez okno
samochodu ogryzek od jabłka? Albo, nie daj BoŜe, zatrąbił w
odległości stu metrów od szpitala?
- Słyszałeś, co mówiłem? Chcę z tobą porozmawiać! - Głos
nie brzmiał juŜ tak rozkazująco jak przedtem.
Qwilleran zaczynał powoli kapować i rozpoznał ten drwiący
ton, który wśród dorosłych męŜczyzn z Moose County uchodził
za przyjacielski.
- W porządku, Brodie - odparł. - Mam przyjść na komisariat i
poddać się? Czy przyślesz wóz i kajdanki?
- Zostań tam, gdzie jesteś. Zaraz u ciebie będę. Chodzi o
twojego kota - powiedział szef i odwiesił gwałtownie
słuchawkę.
W głowie Qwilłerana znów zakłębiły się róŜne myśli. Czy
jego syjamskie koty zakłóciły publiczny spokój? Nie
wychodziły na dwór, ale samiec miauczał głośno, a skrzeczenie
samiczki mogło być porównywalne tylko z dźwiękami
syntezatora. W spokojny dzień, kiedy okna w domach były
pootwierane, kaŜdego z nich słychać było na kilometr. Był
koniec maja i praktycznie większość okien było pootwieranych.
Ludzie delektowali się odświeŜającą bryzą, z której słynne było
Moose County. Bryzy świeŜej i słodkiej, chyba Ŝe wiała od
strony farmy Kilcally.
Qwilleran ubrał się pospiesznie, przeczesał włosy mokrym
grzebieniem, zebrał gazety zaścielające podłogę salonu
zatrzasnął drzwi sypialni, w której kryło się jego niepościelone
łóŜko, i wyjrzał przez okno dokładnie w momencie, kiedy
policyjny wóz Brodiego wjeŜdŜał na podjazd.
Qwilleran
mieszkał
w
apartamencie
nad
garaŜem
przeznaczonym dla czterech samochodów, dawnej wozowni
przy rezydencji Klingenschoenów. Wozownia mieściła się na
tyłach posesji, dom zaś stał frontem do głównej ulicy,
naprzeciwko parku. Był to ogromny kamienny budynek, który
obecnie przebudowywano na teatr. Na miejscu szerokich
trawników
porozjeŜdŜanych
teraz
przez
cięŜarówki,
poustawiano stosy bali i prowizoryczną szopę. Kiedy policyjny
wóz
manewrował
między
tymi
przeszkodami,
licznie
zgromadzeni na placu budowy stolarze i elektrycy salutowali
przyjaźnie w stronę szefa policji. Brodie, stróŜ prawa, cieszył się
w mieście popularnością. Kochano w nim Szkota o postawnej
figurze, szerokiej klacie i mocnych nogach, który był wręcz
stworzony do kiltu, szkockiej czapki z pomponem i kobzy -
rekwizytów które wyciągał na parady i śluby.
Kiedy Brodie wspinał się do apartamentu, Qwilleran
pozdrowił go ze szczytu schodów. Szef mamrotał pod nosem.
Zawsze na coś narzekał.
- Gdy budowali ten budynek, nie pomyśleli o schodach! Są za
strome i za wąskie! Jak normalny człowiek ma tu postawić
stopę!
- Spróbuj stawiać stopy bokiem - zasugerował Qwilleran.
- A to, co to jest? - Brodie wskazał na oparty o ścianę kuty
Ŝ
elazny ornament w kształcie koła, o średnicy metra, znajdujący
się na szczycie schodów. Centralnym punktem ornamentu były
trzy walczące koty uniesione na tylnych łapach, szykujące się do
ataku.
- To fragment bramy z trzystuletniego szkockiego zamku -
powiedział z dumą Qwilleran. - Adaptacja herbu Mackintoshów.
Moja matka pochodziła z Mackintoshów.
- Skąd go masz? - w głosie Brodiego pobrzmiewała zazdrość,
pewnie oddałby wszystko za podobny emblemat upamiętniający
jego własny klan. Lub prawie wszystko, był bowiem znany ze
skąpstwa.
- Ze sklepu z antykami w Chicago. Zostawiłem go w mieście,
kiedy przeprowadzałem się do Pickax. Przywieźli mi go w
zeszłym tygodniu.
- Zdaje się, Ŝe jest cięŜki. Transport musiał cię sporo
kosztować.
- WaŜy pięćdziesiąt kilogramów. Chcę go umieścić w salonie,
ale jeszcze nie wiem jak.
- Zapytaj moją córkę. Ma niekonwencjonalne pomysły.
- Czy próbujesz mi ją zareklamować? - zapytał Qwilleran.
Francesca Brodie była dekoratorem wnętrz.
Brodie wszedł do salonu pewnym krokiem kobziarza. Zanim
rozsiadł się wygodnie na ogromnym fotelu, obrzucił pokój
badawczym spojrzeniem policjanta.
- Masz tu wygodne gniazdko.
- Francesca pomagała mi je urządzić. Kiedy mieszkałem w
rezydencji od ulicy, to miejsce było miłą odskocznią od tego
całego przepychu, ale kiedy zamieszkałem tu na stałe, nagle
wydało mi się za skromne. Jak ci się podobają ściany?
Francesca pokryła je wełnianym szkockim tweedem, ręcznie
tkanym.
Szeryf odwrócił się, Ŝeby podziwiać nietypową tapetę w
kolorze owsianki i o zbliŜonej fakturze.
- Musiałeś sporo wybulić na to wszystko. No, ale domyślam
się, Ŝe stać cię na to.
Brodie spojrzał na przeciwległy koniec pokoju.
- Masz sporo półek.
- Francesca zaprojektowała te regały, a jej stolarz mi je
wykonał. Zaczynam zbierać stare ksiąŜki.
- Z twoim kapitałem stać cię chyba na nowe.
- Lubię stare ksiąŜki. Kupiłem dzieła zebrane Dickensa za
dziesięć dolców. Jesteś skąpym Szkotem, powinieneś to
docenić.
- Co to za obraz? - Brodie wskazał palcem na oprawiony druk,
który wisiał nad sofą.
- To łódź patrolowa z 1805 roku. Pływała po Wielkich
Jeziorach... Co powiesz na darmową kawę?
Qwilleran wsypał czubatą łyŜeczkę rozpuszczalnej kawy do
wrzątku i podał Brodiemu kubek.
- No dobra, szefie. Jakie są te złe wieści? Co jest na tyle pilne,
Ŝ
e musiałeś wyciągnąć mnie z łóŜka?
- Właśnie wróciłem z konferencji poświęconej egzekwowaniu
prawa na Nizinach - powiedział Brodie. - Cieszę się, Ŝe jestem
znów w jakimś cywilizowanym miejscu. Te miasta to dŜungla,
mówię ci. Pierwszego dnia konferencji burmistrzowi ukradziono
samochód! - wziął łyk kawy, którą od razu się zakrztusił. - Och!
Co to za smoła!
- Czemu dokładnie poświęcona była konferencja?
- Przemocy związanej z narkotykami. Jeden z prelegentów był
twoim przyjacielem. Porucznik Hames. Rozmawiałem z nim
podczas lunchu.
- Hames jest wspaniałym detektywem, chociaŜ lubi zgrywać
nudziarza.
- Powiedział mi kilka rzeczy takŜe o tobie. Twierdził, Ŝe kiedy
pisałeś dla „Daily Fluxion", podałeś mu na talerzu kilka
rozwiązań.
Qwilleran wygładził skromnie wąsy.
- Wiesz, jak to jest. Takie rzeczy po prostu się zdarzają, kiedy
się pracuje w gazecie. Miałem oczy i uszy otwarte, to wszystko.
- Hames powiedział mi coś jeszcze. Myślałem, Ŝe mnie
nabiera, ale przysiągł, Ŝe to prawda. Mówi, Ŝe masz
niezwykłego kota, Ŝe sprytne z niego zwierzę.
- Co do tego ma rację. Syjamczyki są wyjątkowo inteligentne.
Brodie wpatrywał się pilnie w swojego gospodarza.
- On mówi, Ŝe twój kot jest, jak to powiadają... psychiczny!
- Chwila, chwila! Nie posuwaj się za daleko, Brodie.
- Powiedział, Ŝe twój kot doprowadził policję do rozwiązania
kilku kryminalnych zagadek.
Qwilleran odchrząknął, jak gdyby miał wygłosić jakieś
oficjalne oświadczenie.
- Wy tam w policji macie do czynienia tylko z psami, Brodie,
więc moŜe nie wiesz, Ŝe koty są najlepszymi detektywami
wśród zwierząt. Są w naturalny sposób dociekliwe. Zawsze
węszą, drapią, wygrzebują coś z dziur. Jeśli mój kot wyciągnął
jakieś sprawy na światło dzienne, to tylko przez przypadek.
- Jak się nazywa to zwierzę? Chciałbym rzucić okiem na tego
kota.
- Koko jest wykastrowanym samcem o długim rodowodzie. I
nie nazywaj go „tym zwierzęciem", bo rzuci na ciebie urok.
Gdzieś z hallu dobiegło ich władcze Ŝądanie.
- To Koko. Usłyszał, Ŝe wymieniamy jego imię, a nie jadł
jeszcze śniadania. Wypuszczę go. Koty mają swój własny pokój.
- Co mają? Własny pokój? Niech mnie szlag!
- Z osobną łazienką i telewizorem.
- Tele co? Chyba Ŝartujesz?
- To tylko mały czarno-biały telewizor. Koty nie odróŜniają
kolorów.
Qwillerana bawiło niedowierzanie Brodiego. Przeprosił go i
zszedł na dół do kotów. W dawnych pomieszczeniach dla
słuŜby, które znajdowały się nad garaŜem, Qwilleran urządził
sobie gabinet, salon i sypialnię. Czwarty, najbardziej
nasłoneczniony pokój, został przeznaczony dla syjamczyków.
Znajdował się w nim miękki dywan, poduszki, drapaki, kosze, a
przede wszystkim szerokie parapety pod oknami wychodzącymi
na zachód i południe. W łazience ustawił dwie kuwety, jedną dla
niego, a drugą dla niej. Początkowo koty dzieliły jedną toaletę,
ale kilka tygodni temu kotka zaczęła stroić fochy i zaŜądała
osobistych udogodnień.
Qwilleran wrócił do salonu w towarzystwie swoich wyraźnie
głodnych współlokatorów. Ich smukłe, jasno umaszczone ciała
były rozciągnięte na całą długość. Brązowe noski, wysunięte do
przodu i lekko zadarte w oczekiwaniu, poprzedzały brązowe
uszy i brązowe ogony wypręŜone w horyzontalnej pozycji i
lekko zawinięte na końcach do góry. Miały podobne długie
zwinne nogi, ale Koko szedł zdecydowanym krokiem, podczas
gdy Yum Yum stąpała delikatnie, kilka kroków za nim. Przed
wejściem do salonu, pod wpływem nagłego impulsu, koty
zatrzymały
się,
przyglądając
się
badawczo
obcemu
przybyszowi.
- Mają niebieskie oczy - powiedział Brodie. - Nie wiedziałem,
Ŝ
e masz dwa. Są z tego samego miotu?
- Nie, przygarnąłem je z róŜnych źródeł - powiedział
Qwilleran. - Obydwa zostały bezdomne w wyniku pewnych
okoliczności, które porucznik Hames powinien pamiętać.
Większy wkroczył w końcu do pokoju, przyjmując obecność
gościa za fakt dokonany, jednak pilnie obserwował go z
bezpiecznej odległości.
Qwilleran dokonał prezentacji.
- Szefie, to jest Koko, generalny inspektor. Nalega na
obwąchanie kaŜdego obcego. Koko, to jest Brodie, szef policji
w Pickax.
Szef policji i kot przypatrywali się sobie, przy czym policjant
zmarszczył z rozbawieniem twarz. Po chwili Koko wskoczył
lekko na półkę z ksiąŜkami, prawie dwa metry nad ziemią,
wcisnął się między Autobiografię Benjamina Franklina a Zycie
Johnsona Boswella i z tej uprzywilejowanej pozycji
monitorował przybysza.
- Wygląda jak normalny kot! - zdziwił się Brodie. - To znaczy
miałem na myśli to, Ŝe oczywiście widać, Ŝe jest rasowy i tak
dalej, ale...
- A co, spodziewałeś się, Ŝe będzie miał zielone futerko,
elektroniczne oczy i antenkę? Mówiłem ci, Brodie, to domowy
kot, który jest z natury dociekliwy i wyjątkowo inteligentny.
Brodie rozluźnił się i skierował uwagę na mniejszą kotkę,
która, stąpając z gracją, zbliŜała się do niego powoli, cała
skoncentrowana na jego butach.
- Poznaj Yum Yum Łapkę - powiedział Qwilleran. - Wygląda
na kruche stworzenie, ale jej łapa jest szybka jak błyskawica i
ostra jak stalowy hak. Otwiera drzwi, rozwiązuje sznurowadła i
kradnie wszystkie małe świecące przedmioty. Radzę ci, uwaŜaj
na swoją odznakę.
- Mieliśmy koty na farmie - westchnął Brodie - ale nigdy nie
wchodziły do domu.
- Te nigdy z niego nie wychodzą.
- No to jak znajdują poŜywienie? Nie chcesz chyba
powiedzieć, Ŝe kupujesz to drogie Ŝarcie w małych puszkach?
- Powiem ci prawdę, Brodie, Koko nie zje nic, co będzie się
nazywało jedzeniem dla kotów. Akceptuje tylko świeŜe posiłki.
Szef policji pokiwał głową z niedowierzaniem albo moŜe ze
zgorszeniem.
- Hames powiedział mi, Ŝe rozpuściłeś koty jak dziadowski
bicz, i coś mi się zdaje, Ŝe to nie była czcza gadanina.
- Dowiedziałeś się na tej konferencji czegoś ciekawego o
przemocy związanej z narkotykami?
- Mówiłem juŜ Hamesowi, Ŝe narkotyki i przemoc to nie nasz
problem, ale mi nie uwierzył.
- Ja teŜ w to nie wierzę, chociaŜ ciągle to powtarzasz.
- Pewnie, wyrwaliśmy trochę krzaków z przydomowych
ogródków, a kilka lat temu przyłapaliśmy dzieciaki na wąchaniu
kleju modelarskiego, ale nie mamy tu karteli ani dealerów. W
kaŜdym razie jeszcze nie mamy.
- Masz na to jakieś' wytłumaczenie?
- Jesteśmy odizolowani. Czterysta mil na północ od
wszystkiego, jak głoszą graniczne tablice. Nowinki wolno do
nas docierają. Do diabła, nawet sieci fast foodów jeszcze nie
pomyślały o Moose County - Brodie ze smętnym wyrazem
twarzy wziął kolejny łyk kawy. - Inna rzecz, Ŝe mamy tu udane
Ŝ
ycie rodzinne. Organizacje kościelne są bardzo aktywne.
Mieszkańcy lubią uprawiać sport i hobby na świeŜym
powietrzu. Nigdzie nie ma tylu zwolenników wędkowania,
polowania i biwakowania, co tutaj. To dobre miejsce, Ŝeby
wychowywać dzieci.
- Skoro narkotyki i przemoc to nie wasz problem, to czemu
jesteś ciągle taki zajęty? Wypisujesz mandaty za złe
parkowanie?
Szef skrzywił się.
- Pijani kierowcy, pijani nieletni, wandalizm - to nasz
problem! Kiedy moje dziewczyny były w liceum, one, moja
Ŝ
ona i ja chodziliśmy ciągle na pogrzeby, no wiesz, pogrzeby
kolegów
z
klasy.
Dzieciaki
giną
tu
w
wypadkach
samochodowych. Nadmierna prędkość, przewalanie się w
jadącym samochodzie, picie piwa podczas jazdy, trochę Ŝwiru
na drodze, to wystarczy, Ŝeby stracić kontrolę nad autem.
Jednak teraz co innego nie daje mi spać. Mamy coraz częstsze
przypadki wandalizmu.
- ZauwaŜyłem, Ŝe ktoś wypróbowywał opony na trawniku
przed sądem w zeszłym tygodniu.
- I o to właśnie chodzi. Jest taki element, kilku wariatów, co
to nie mają czym się zająć. Zestrzelili mi wczoraj w nocy dwa
ś
wiatła na Goodwinter Boulevard. Kiedy ja byłem dzieckiem,
zdarzało nam się na Halloween rozgniatać dynie i obwiązywać
drzewa papierem toaletowym, ale to nowe pokolenie zabawia
się tak przez cały rok. Wyrywają kwiaty sprzed ratusza.
Zgniatają skrzynki pocztowe kijami do bejsbolu. Nic z tego nie
rozumiem!
- Nie widziałem Ŝadnego graffiti.
- Jeszcze nie, ałe wlali puszkę farby do fontanny w parku.
Wiemy, co to za typki, lecz nigdy nie złapaliśmy ich na gorącym
uczynku.
Brodie przerwał i wpatrywał się błagalnym wzrokiem w
Qwillerana.
- Masz jakiś plan?
- No, po rozmowie z Hamesem miałem nadzieję, Ŝe twój kot
będzie mógł wskazać nam następne miejsce, na które uderzą, tak
Ŝ
ebyśmy mogli tam być pierwsi.
Qwilleran spojrzał na niego podejrzliwie.
- Co wyście tam chłopaki palili na tej konferencji?
- Wszystko, co wiem, powiedział mi Hamas. Mówił, Ŝe twój
kot ma nadprzyrodzone zdolności.
- Słuchaj, Brodie, załóŜmy nawet, Ŝe to małe zwierzątko,
które siedzi teraz na szafie i liŜe swój ogon, wie, Ŝe wandale
rzucą cegłą w okno szkoły drugiego lipca o drugiej czterdzieści
pięć w nocy. ZałóŜmy, Ŝe tak istotnie jest. Ale jak ma nam
przekazać tę informację? Odbiło ci, Brodie? Przyznaję, Ŝe Koko
wyczuwa czasem niebezpieczeństwo, ale to, co sugerujesz, jest
kompletnie niedorzeczne!
- W Kalifornii uŜywają kotów do przewidywania trzęsienia
ziemi.
- To zupełnie inna para kaloszy... Jeszcze kawy? Masz pusty
kubek.
- Jeśli wypiję jeszcze jeden kubek tego płynu hamulcowego,
dostanę paraliŜu od szyi w dół.
- Po tym, co przed chwilą zaproponowałeś, myślę, Ŝe jesteś
sparaliŜowany od szyi w górę. Kto dowodzi tym gangiem
chuliganów? Bo jest tam jakiś przywódca, prawda? Ile ma lat?
- Dziewiętnaście, i właśnie kończy szkołę. Pochodzi z dobrej
rodziny, ale prowadza się z paczką z Chipmunk. To największe
slumsy w całym okręgu, zresztą sam wiesz. Wystarczy kilka
puszek piwa i juŜ balują w tych swoich gruchotach.
- Jak się nazywa?
Zdawało się, Ŝe Brodie niechętnie wyjawia nazwisko.
- No cóŜ, przykro mi to mówić... To Chad Lanspeak.
- Tylko nie on! Nie syn Carol i Larryego.
Szef pokiwał z Ŝalem głową.
- Odkąd poszedł do gimnazjum, zawsze pakował się w
kłopoty.
- To naprawdę złe wieści! Jego rodzice to chyba najlepsi
obywatele tego miasta! Przywódcy wspólnoty! Właściciele
domu towarowego! Ich starszy syn uczy się na pastora, a córka
jest w szkole medycznej!
- Nie mówisz mi niczego, czego bym nie wiedział. Lanspeak
to dobre nazwisko. Trudno powiedzieć, dlaczego Chad zszedł na
złą drogę. Ludzie mówią, Ŝe trzecie dziecko to zawsze
odmieniec, moŜe to prawda. Weźmy na przykład moje
dziewczyny. Dwie starsze zaraz po szkole wyszły za mąŜ i
załoŜyły rodziny. Mam czterech wnuków, a nie stuknęła mi
jeszcze pięćdziesiątka. Ale Francesca... Jest naszym trzecim
dzieckiem. Uparła się, Ŝeby iść do college'u i robić karierę.
- Ale wróciła do Pickax, Ŝeby tu pracować. Nie straciłeś jej.
- Tak, to dobra dziewczyna i nadal mieszka w domu. Za to
jesteśmy wdzięczni Bogu. Rodzina jest ciągle razem. Tyle Ŝe
obchodzi ją tylko dekorowanie wnętrz i teatr.
- Ma talent, Brodie. ReŜyseruje juŜ drugą sztukę w Klubie
Teatralnym. Powinieneś być z niej dumny.
- Tak samo mówi moja Ŝona.
- Francesca ma dwadzieścia cztery lata i sama musi wybierać,
co dla niej najlepsze.
Szef policji nie był co do tego przekonany.
- Mogła wyjść za mąŜ za Davida Fitcha. Chodzili ze sobą w
szkole średniej. To kolejna dobra rodzina. Pradziadek Da-vida
dorobił się na kopalniach czy wycince drzew, dokładnie nie
pamiętam, na czym. David i Harley poszli do Yale, a teraz obaj
są wiceprezesami banku. Ich ojciec jest prezesem. Nigel Fitch to
porządny człowiek. Byłem pewien, Ŝe jeden z tych chłopców
zostanie moim zięciem.
Brodie zapatrzył się smutno przed siebie. Smutek i
rozczarowanie, jakie z niego emanowały, były przykre dla oka.
- Jedna z moich córek poślubiła farmera - ciągnął - druga
wyszła za elektryka, który prowadzi swój własny interes. To
uczciwi chłopcy. Ambitni. Utrzymują swoje rodziny. Ale
Francesca mogła wyjść za Davida Fitcha. Przyprowadzała jego i
Harleya do naszego domu po szkole. Słuchali tych wrzasków,
które młodzi nazywają muzyką. To byli prawdziwi dŜentelmeni.
„Dzień dobry, panie Brodie" i „Jak się pan ma, panie Brodie?".
Podobało im się, kiedy grałem na kobzie. Mili chłopcy. śadnego
snobizmu, nie, wcale. DuŜo zabawy.
- To przyzwoici młodzi ludzie - zgodził się Qwilleran. -
Spotkałem ich w Klubie Teatralnym.
- Nie wspomnę o talencie! Grają we wszystkich sztukach.
Zagrali bliźniaków w musicalu Chłopcy z Poughkeepsie albo
coś takiego. Nigel ma szczęście, Ŝe ma takich dwóch synów.
Francesca przepuściła naprawdę dobrą okazję.
- Yow! - skomentował nagle poirytowanym tonem Koko, jak
gdyby cała ta rozmowa zaczynała juŜ go nuŜyć.
- No dobrze, a wracając do mojej propozycji - powiedział
Brodie. - Poświęć jej chwilkę albo dwie. Chciałbym rozbić ten
gang, zanim te dzieciaki wpakują się w coś powaŜniejszego.
Zanim podpalą stodołę albo włamią się do domku letniskowego,
albo zanim zaczną kraść samochody. To moŜe się przecieŜ
zdarzyć, wiesz.
- Czy kiedykolwiek rozmawiałeś z Carol i Larrym o ich synu?
Szef wyrzucił w górę ręce.
- Wiele razy. Trzymają jego stronę, ale są załamani. Jacy
rodzice by nie byli? Chłopaka nie ma w ogóle w domu. Włóczy
się po okolicy, imprezuje całymi nocami. Nigdy nie chciał pójść
do college'u.
- Z czego Ŝyje?
- Jak zrozumiałem, jego babka zostawiła mu fundusz
powierniczy, ale nie dostaje miesięcznego czeku, jeśli nie jest w
szkole albo nie pracuje w rodzinnym sklepie. Larry przydzielił
go do działu sportowego, ale większość czasu się obija. Chodzi
na polowania albo się szwenda, najczęściej kłusuje.
- Przykro mi to słyszeć. Rodzina Lanspeaków nie zasłuŜyła na
podobne kłopoty.
- Wiesz, Qwill, wy kawalerowie macie szczęście. Nie macie
Ŝ
adnych kłopotów.
- Nie byłbym taki pewny.
- A jaki jest twój problem?
- Kobiety...
- A nie mówiłem ci? - powiedział triumfalnie Brodie.
- Mówiłem, Ŝe będą się za tobą uganiać. Człowiek nie moŜe
odziedziczyć fortuny i oczekiwać, Ŝe będzie wiódł normalne
Ŝ
ycie. Nie miej mi za złe, Ŝe ci cos' doradzę. OŜeń się i wykreśl
się z listy „do wzięcia".
- Miałem juŜ Ŝonę - rzekł Qwilleran - nie zadziałało.
- To spróbuj jeszcze raz! OŜeń się z młodą kobietą i pomyśl o
dziedzicach. Nie jesteś na to za stary!
- Kiedy umrę, wszystko przejdzie na własność Fundacji
Klingenschoenów. Oni rozdzielą spadek tu, w Moose County.
Stąd te pieniądze pochodzą i naleŜą do tego miejsca.
- WyobraŜam sobie, Ŝe wszyscy błagają cię o datki.
- Fundacja zajmuje się takŜe i tym. Przekazałem im wszystkie
sprawy związane z zarządzaniem majątkiem. Przekazują datki
na akcje charytatywne i inne słuszne cele, a mi wydzielają
drobne kwoty na Ŝycie.
- Jesteś świrem, mówił ci to juŜ ktoś?
- Nigdy nie chciałem mieć na własność duŜo pieniędzy.
- ZauwaŜyłem to - powiedział Brodie, rozglądając się po
pokoju. - Ilu milionerów mieszka nad garaŜem? Widziałeś
kiedyś, jak mieszkają Fitchowie? Nigel i jego Ŝona mają
podwójny apartament w Indian Village i Francesca mówi, Ŝe
jest naprawdę wyszykowany. Harley i jego wybranka dostali
starą posiadłość Nigela, która wygląda jak zamek. Dwadzieścia
dwa pokoje! David i Jill mają nowy dom, który ma być na
okładce jakiegoś magazynu... Mówię ci, Qwill, Frań spieprzyła
sprawę, kiedy nie wyszła za Davida Fitcha, ale teraz jest juŜ za
późno.
Kiedy Brodie w końcu wyszedł, próbując się zmieścić na
wąskich schodach, Qwilleran, we wnęce o wymiarach półtora
metra na półtora, która słuŜyła mu za kuchnię, przygotował
sobie kolejną filiŜankę rozpuszczalnej kawy. OdświeŜył w
miniaturowej mikrofalówce dwudniowe pączki.
Koko zeskoczył z półki z biografiami i zaczął krąŜyć jak
tygrys w klatce, prychając i miaucząc z oburzenia, Ŝe jego
ś
niadanie tak się opóźnia. Z tego samego powodu Yum Yum
zwinęła się w kłębek i uŜalała się nad sobą cichutko.
- Cierpliwości - zwrócił się Qwilleran do Koko, spoglądając
na zegarek. - Furgonetka powinna tu być niedługo.
Kiedy on i koty mieszkali we frontowej rezydencji, zatrudniał
gosposię, która rozpuszczała ich domowymi specjałami. Teraz
Qwilleran jadał w restauracjach, a posiłki kotów dostarczano z
gospody „Old Stone Mili". Pomocnik kelnera, Derek
Cuttlebrink, przywoził codziennie drób, mięso i owoce morza,
które wystarczyło tylko lekko podgrzać w sosie i były gotowe.
Derek zjawił się w końcu, trzymając w rękach krewetkowe
timabale i krabowe puree i przepraszając za spóźnienie.
- Szef chce wiedzieć, jak smakowała im wczorajsza cielęca
potrawka.
- Była w porządku, z wyjątkiem tych japońskich grzybów.
One nie lubią japońskich grzybów, Derek. I przekaŜ, Ŝeby nie
przysyłali marynowanych karczochów, tylko świeŜe. Ich
ulubioną potrawą jest indyk, ale nie ta przemielona rola-da,
tylko obrane mięso.
Dał chłopcu napiwek i usiadł, Ŝeby skończyć kawę.
Obserwował, jak syjamczyki pochłaniają swoje jedzenie. Oba
były doskonałym wcieleniem koncentracji. Ogon płasko
ułoŜony na podłodze, wąsy zawinięte do tyłu tak, aby nie
przeszkadzały w jedzeniu. Potem starannie się wymyły i Yum
Yum wskoczyła Qwilleranowi na kolana, lądując lekko jak
chmurka. Obróciła się dookoła trzy razy, zanim w końcu ułoŜyła
się wygodnie. Koko usadowił się na półce z biografiami i
czekał, aŜ zacznie się dialog.
Qwilleran przyjął taktykę rozmowy z kotami. Rozsądniej było
mówić do kotów niŜ do siebie samego, co weszło mu w krew w
czasie długiego Ŝycia w samotności. Szczególnie Koko zdawał
się lubić dźwięk ludzkiego głosu. Odpowiadał tak, jak gdyby
rozumiał kaŜde słowo.
- Koko, no i co myślisz o tej śmiesznej sugestii Brodiego?
- Yow - powiedział kot z intonacją, która mogłaby wskazywać
na dezaprobatę.
- Biedny facet, naprawdę Ŝałuje, Ŝe Francesca nie weszła do
rodziny Fitchów. Zastanawiam się, czy on wie, Ŝe jego córka
przygotowuje dla mnie sztukę.
- Nyik, nyik - powiedział Koko, unosząc się nerwowo. Nigdy
nie wyraŜał entuzjazmu w stosunku do Ŝadnej z kobiet w Ŝyciu
Qwillerana.
Qwilleran po raz pierwszy spotkał Frań, kiedy zaczął
kupować meble w „Studiu Dekoracji Wnętrz Amandy". Amanda
była pozbawioną taktu, zaniedbaną kobietą w średnim wieku, o
siwych włosach. Łatwo wpadała w gniew, ale Qwilleran ją lubił.
Jej asystentka była młoda, atrakcyjna, przyjazna i ją takŜe
Qwilleran lubił. Obie kobiety ubierały się w neutralne kolory,
które nie konkurowały z tkaninami i tapetami, jakie pokazywały
klientom, ale na Amandzie szarości, beŜe i brązy wyglądały
mdło, a na smukłej sylwetce Franceski prezentowały się
szykownie. Z upływem czasu Amanda wycofała się ze sklepu,
prowadząc interesy zza biurka, podczas gdy jej energiczna
asystentka przejęła całkowicie kontakty z klientami.
Francesca była wysoka po ojcu, miała teŜ jego szare oczy i
blond włosy o rudawym odcieniu, ale w jej stalowych oczach
Ŝ
arzyła się ambicja i determinacja.
- Wie, Ŝe jestem związany z Polly Duncan - powiedział
Qwilleran. - Ale to jej zupełnie nie odstrasza. Polly ostrzegła
mnie, kiedy zamierzałem dołączyć do Klubu Teatralnego i
chciałem zatrudnić Frań, ale myślałem, Ŝe to tylko mała kobieca
niegodziwość...
- Yow - odpowiedział surowo Koko.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli. Powiedzmy, Ŝe
wyglądało to na zazdrość starszej kobiety o młodszą rywalkę. A
Francesca rzeczywiście mierzy wysoko! Nie wiem, czy chodzi
jej o pieniądze Klingenschoenów, czy o mnie.
- Nyik, nyik.
- Trudno mi zaakceptować agresywność młodego pokolenia.
MoŜe jestem staroświecki, ale lubię grę wstępną.
Strategia Franceski była aŜ nadto przejrzysta. Poprosiła o
klucze do jego sypialni pod pretekstem nadzorowania
robotników i dostawy materiałów. Przyniosła próbki tapet i
katalogi mebli, Ŝeby mógł je uwaŜnie przestudiować.
ZaaranŜowała teŜ bliskie konsultacje na kanapie, podczas
których zdjęcia i próbki rozłoŜone były na ich kolanach, które
przypadkowo raz za razem się stykały. Wyznaczała te tete-a-tete
na późne popołudnia i Qwilleran czuł się zobligowany nalać
kilka drinków, po których zaproszenie na kolację było juŜ
nieuniknione. Zaproponowała, Ŝeby pojechali na kilka dni na
Niziny, Ŝeby wybrać meble i kilka dzieł sztuki w tamtejszych
galeriach i centrum wzornictwa. Chciała wytapetować ściany w
jego sypialni, gdzie zamierzała teŜ zrobić lustrzany sufit i
futrzane nakrycie łóŜka.
Bez wątpienia Francesca była atrakcyjna. Mówiła duŜo, z
młodzieńczą werwą, uŜywała zmysłowych zapachów, a jej nogi
wyglądały prowokacyjnie w sandałach na wysokich obcasach.
JednakŜe Qwilleran miał juŜ prawie pięćdziesiątkę i zaczynał
czuć się bardziej komfortowo w towarzystwie kobiet w swoim
wieku, które nosiły rozmiar czterdzieści dwa. Polly Duncan była
szefową biblioteki publicznej w Pickax i podzielała jego
zainteresowanie literaturą jak dotąd Ŝadna inna kobieta. Jej mąŜ
zmarł tragicznie wiele lat temu i Polly odkrywała teraz miłość
na nowo. Jej odpowiedzi były ciepłe i pełne troski, na przekór
rezerwie, którą pokazywała na zewnątrz. Nie afiszowali się ze
swoim związkiem, ale w Pickax było niewiele tajemnic i
wszyscy wiedzieli o szefowej biblioteki, dziedzicu fortuny
Klingenschoenów i dekoratorce wnętrz.
- Polly zaczyna się boczyć - powiedział Qwilleran do swojego
uwaŜnego słuchacza. - Nie podoba mi się to, co zazdrość robi z
kobietami. Jest inteligentna i ze wszech miar godna podziwu,
ale... nawet największe intelektualistki tracą czasem panowanie
nad sobą. Prędzej czy później będzie z tego afera! Czy myślisz,
Ŝ
e bibliotekarki popełniają czasem zbrodnie w afekcie?
- Yow - odparł Koko, drapiąc się po uchu tylną łapką.
SCENA DRUGA
Miejsce: Śródmieście Pickax
Czas: Następny ranek
Osoby: Hdcie Rice, dziewczyna z Nizin
Eddington Smith, handlarz starymi ksiąŜkami Chad, czarna
owca rodziny Lanspeaków Robotnicy budowlani, przechodnie,
urzędnicy
Qwilleran zdecydował się na codzienny poranny spacer do
ś
ródmieścia po wysłuchaniu wiadomości o dziewiątej
nadawanych przez radio PKX FM. „W nocy wandale otworzyli
hydranty przeciwpoŜarowe, znacznie uszczuplając miejskie
rezerwy wody i uniemoŜliwiając jednostce straŜy poŜarnej
wyjechanie do poŜaru w zachodniej części miasta".
Qwilleran, weteran dziennikarstwa, który pisał dla wielu
waŜnych gazet w całym kraju, nie cierpiał wiadomości
podawanych przez radio. Tych dwudziestoczterowyrazowych
przynęt, wepchniętych między setki reklam. Podsycały tylko
zaŜartą walkę między mediami drukowanymi i elektronicznymi.
Qwilleran rzucał się po pokoju, głośno wykrzykując, co
postawiło koty w stan gotowości.
- Ile hydrantów odkręcono? Gdzie się znajdowały? Jaki jest
rozmiar strat? Jakie koszty poniesie miasto? Czyj dom spłonął
wskutek tych wydarzeń? Kiedy odkryto dewastację? Dlaczego
nikt nie zauwaŜył wypływu wody?
Koty skakały po pokoju jak zwykle, kiedy Qwilleran wpadał
w furię.
- Zresztą niewaŜne, wybaczcie mi ten wybuch - powiedział
juŜ spokojniejszym tonem, poklepując się po wąsach. - Za kilka
dni dowiemy się tego z pierwszych stron gazet.
JuŜ od wielu lat w Moose County nie było dobrej gazety.
Obecnie sytuacja miała się poprawić. Dzięki Fundacji
Klingenschoenów i zachętom Qwillerana w następną środę
miało się ukazać pierwsze wydanie profesjonalnej gazety.
Do tego czasu były tylko dwa wiarygodne źródła informacji.
MoŜna było dołączyć do łańcuszka plotek, które krąŜyły między
barami kawowymi, progami domów i ponad tylnymi
podwórkami. MoŜna teŜ było udać się na komisariat policji,
gdzie słuŜbę pełnił gadatliwy Brodie.
- Idę do miasta, trochę się rozejrzę - poinformował swoich
współlokatorów Qwilleran. - Pan 0'Dell przyjdzie posprzątać.
Ma przykazane, Ŝeby nie dawać wam Ŝadnych kąsków, więc nie
próbujcie na nim swoich sztuczek a la „umieram z głodu". Do
zobaczenia.
Koko i Yum Yum słuchały nieporuszone, a potem
towarzyszyły mu do schodów, gdzie oba ocierały szczęki o herb
Mackintoshów, aŜ słychać było dźwięk kłów uderzających o
kute Ŝelazo. Qwilleran często rozmyślał o ich cichych
poŜegnaniach. Było im przykro, Ŝe wychodził, czy wręcz
przeciwnie, cieszyły się? Martwiły się czy czuły ulgę? Kto mógł
zgadnąć, co kryje się za tymi tajemniczymi błękitnymi oczami?
Do śródmieścia chodził zawsze na piechotę. W Pickax
wszędzie
było
blisko,
chociaŜ
niewielu
miejscowych
przemieszczało się pieszo. Kiedy schodził w dół podjazdem,
robotnicy pracujący przy renowacji rezydencji pozdrawiali go
serdecznie, a nadzorujący ich kierownik uchylił kapelusza i
zaprosił go do wnętrza budynku, Ŝeby ocenił postęp w pracach.
Wnętrze
dwupiętrowej
rezydencji
Klingenschoenów,
zbudowanej z kamieni o grubości pół metra, było zupełnie
wyburzone. Budynek przygotowywano do przebudowy na teatr
z profesjonalną sceną, widownią, systemem oświetlenia oraz
garderobami. Widownia, zaprojektowana na wzór amfiteatru,
mogła pomieścić trzystu widzów. Budynek miał się stać nową
siedzibą Klubu Teatralnego.
- Skończycie zgodnie z planem? - zapytał Qwilleran.
- Chyba tak, pod warunkiem, Ŝe architekci nie kaŜą nam
czegoś zmieniać - powiedział nadzorca. - W przyszłym tygodniu
ma przylecieć ktoś z Nizin na inspekcję. Mam nadzieję, Ŝe nie
przyślą tej architektki, to cholernie twarda baba.
Qwilleran zaśmiał się na tę uwagę. Biuro architektoniczne z
Cincinnati,
które
zatrudniali,
specjalizowało
się
w
projektowaniu teatrów, a „twarda baba", której tak obawiał się
kierownik budowy, nazywała się Alacoque Wright. Qwilleran
umawiał się z nią jeszcze na Nizinach, zanim nie uciekła z
inŜynierem.
Qwilleran rozpoczął swój spacer, zastanawiając się nad
dziwnymi zrządzeniami losu i ponownym spotkaniem z Cokey.
Trzy budynki na Main Street, które składały się na
ś
ródmieście Pickax, były wyjątkowe. W czasach świetności
miasto było głównym ośrodkiem górniczym i kamieniarskim w
całym okręgu i wszystkie budynki handlowe zbudowane były z
kamienia. To, co stanowiło o niepowtarzalności miejskiego
krajobrazu Pickax, to charakter sklepów i budynków biurowych.
Wszystkie one były miniaturowymi kopiami zamków, świątyń,
fortec i klasztorów, i odzwierciedlały przesadnie dekoracyjny
gust dziewiętnastowiecznych potentatów górniczych.
Przechodząc koło publicznej biblioteki (mieszczącej się w
greckiej świątyni), Qwilleran automatycznie poszukał wzrokiem
na parkingu Ŝurawinowo-czerwonego samochodu Polly Duncan.
Przed budynkiem loŜy masońskiej (w kształcie małej Bastylii)
ochotnik z puszką, zbierający na fundację „Ratujmy Nasze
WęŜe", błysnął w kierunku Qwillerana przymilnym uśmiechem,
pod wpływem którego Qwilleran wrzucił do puszki jednego
dolara. Kiedy mijał sklep z galanterią męską „Scotties Mens
Shop" (w stylu wiejskiego domku Cotswolda), ze środka
wybiegła młoda kobieta. Miała rozwiane włosy, rozdętą szeroką
spódnicę, a za nią furkotała targana przez wiatr damska torebka.
Była to Hixie Rice, wylewna szefowa działu reklamy w nowej
gazecie Moose County. Na Nizinach była jego sąsiadką i to on
sprowadził ją do Pickax.
- Cześć, Qwill! - zaszczebiotała.
- Dzień dobry, Hixie. Jak się masz?
- Wspaniale, nie uwierzyłbyś. Sprzedałam Scottiemu
podwójną rozkładówkę w pierwszym numerze i podpisał z nami
kontrakt na dwadzieścia sześć tygodni. Nawet ta nawiedzona
księgarnia wzięła jedną czwartą strony. A dzisiaj jem w klubie
lunch z trzema bankierami! Nigel Fitch jest czarujący, a jego
synowie są uroczy, szczególnie ten z wąsami. Szkoda, Ŝe są obaj
Ŝ
onaci.
- Nie wiedziałem, Ŝe sprawia ci to jakąś róŜnicę.
- Zapomnij o mojej skandalicznej przeszłości z czasów Nizin
- powiedziała Hixie ze spektakularnym gestem. - W Pickax
jestem przyzwoita do szpiku kości. Odpuściłam Ŝonatym
męŜczyznom, nie palę i wyrzuciłam wszystkie szpilki. Kupiłam
siedem par czółenek u Lanspeaków i wszędzie w nich chodzę.
Gdzie jesz dzisiaj kolację? Ja płacę.
- Wybacz, Hixie, ale mam randkę.
- Dobra, złapię cię później.
Hixie wskoczyła na ulicę, zwinnie wymijając samochody,
półcięŜarówki i pikapy. Przesłała kierowcom kilka pocałunków,
niektórzy gwizdali na nią z podziwem, inni trąbili z irytacją.
Qwilleran skierował się do księgarni, którą Hixie określiła
jako nawiedzoną. Przynajmniej raz nie przesadziła. Księgarnia
rozkraczyła się na bocznej ulicy, na tyłach domu towarowego
Lanspeaków. Surowe kamienie ułoŜono tak, Ŝeby przypominały
grotę. Głównym materiałem uŜytym do konstrukcji budowli był
skaleń, w słoneczny dzień skrzył się jak fasada teatru
rewiowego. Obok wejścia wisiał zniszczony, prawie juŜ
nieczytelny szyld EDD'S EDITIONS. Za zakurzoną szybą
wystawową znajdowały się stare ksiąŜki o wyblakłych
okładkach i jedna wynędzniała roślina w doniczce.
Zatopione w półmroku wnętrze księgarni kontrastowało z
migoczącą fasadą budynku. Qwilleran, który wszedł do środka
wprost ze słonecznego światła, początkowo nie widział nic, ale
mrugał tak długo, aŜ zaczął odróŜniać kształty: stoły
obładowane chaotycznymi stosami brudnych ksiąŜek, półki od
podłogi
do
sufitu
zapchane
szarawymi
okładkami
i
nieczytelnymi tytułami, chwiejną drewnianą drabinę. Szary pers
spacerujący przez stół pełen starych magazynów, wachlujący się
swoim puszystym ogonem jak miotełką do kurzu, dopełniał tego
przedziwnego obrazu. Miejsce to było przepełnione zapachem
kurzu i sardynek.
Przybycie Qwillerana obwieszczone zostało brzęczeniem
dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami i wkrótce z mroków
wyłonił się właściciel. Eddington Smith był niewielkim, chudym
człowieczkiem o szarych włosach, szarej cerze i nieokreślonym
szarym ubraniu. Przypominał Qwilleranowi kogoś, kogo kiedyś
znał, moŜe z wyjątkiem tego bladego uśmiechu - niezmiennego
uśmiechu wyraŜającego pełne zadowolenie.
- Pozdrawiam pana - powiedział męŜczyzna miękko i
przyjemnie.
- Dzień dobry, Edd. Ładny dzień, nieprawdaŜ? Jak się ma
Winston? - Qwilleran pogładził kota, który przyjął te pieszczoty
z wyniosłością godną premiera. - Jak stary jest ten budynek,
Edd? Jest taki tajemniczy i taki fascynujący.
- Ma ponad sto lat. Początkowo był tu sklep kowala.
Powiadają, Ŝe mason, który go zbudował, miał nierówno pod
sufitem - mówił uprzejmie i delikatnie.
- Mogę w to uwierzyć.
- „Kształtujemy nasze budynki, aby one kształtowały nas", Ŝe
zacytuję pana Churchilla. To spostrzeŜenie wydaje mi się
słuszne. Mój dziadek mówił, Ŝe ten kowal był normalnym
jaskiniowcem.
- Jednak budynek nie miał podobnego wpływu na ciebie -
zauwaŜył serdecznie Qwilleran.
- A to prawda - powiedział Edd, nadal się uśmiechając. - Ale
czuję się jak coś, co mieszka pod kamieniem. Doktor Halifax
mówi, Ŝe spędzam w sklepie za duŜo czasu. Mówi, Ŝe
powinienem częściej wychodzić, dołączyć do klubu i mieć w
Ŝ
yciu jakieś przyjemności. Nie jestem pewien, czy akurat to
sprawiłoby mi przyjemność.
- Doktor Hal jest mądrym człowiekiem.
- „Praca jest większą przyjemnością niŜ sama przyjemność",
tak powiedział Noel Howard... Co mogę dla ciebie dzisiaj
zrobić? Czy chcesz tylko poszperać?
- Szukam Britanniki z 1910 roku.
- Jedenaste wydanie! - Księgarz pokiwał z uznaniem głową. -
Zobaczę, co da się zrobić. Nadal szukam dla ciebie Szekspira.
- Pamiętaj, chcę kaŜdą sztukę w oddzielnym tomie. Łatwiej
się je czyta.
Eddington uśmiechnął się szelmowsko.
- Jeden brytyjski uczony nazwał Szekspira najseksow-
niejszym pisarzem angielskiej literatury.
- Dlatego teŜ jest tak popularny, i to juŜ od czterystu lat -
Qwilleran pogładził jeszcze Winstona i zaczął zbierać się do
wyjścia.
- NaleŜysz do Klubu Teatralnego, prawda?
- Tak, dołączyłem do nich niedawno. Zapoznaję się właśnie z
rolą do następnej sztuki.
- Harley Fitch namawia mnie, Ŝebym i ja spróbował. Znasz
Harleya? To miły młody człowiek. Bardzo przyjacielski.
Qwilleran przysunął się bliŜej drzwi.
- Nie sprawdziłbym się w grze, ale mógłbym podnosić i
opuszczać kurtynę. Tak, myślę, Ŝe to mógłbym robić.
- Kiedy raz wejdziesz na scenę, Edd, moŜesz odkryć w sobie
ukryte talenty - teraz Qwilleran trzymał juŜ rękę na klamce.
- Nie przypuszczam. Wszyscy inni w klubie są bystrzy i
dobrze wykształceni. Harley Fitch i jego brat byli w Yale. Ja
nigdy nie poszedłem do college'u.
- MoŜe nie masz dyplomu, Edd, ale jesteś bardzo oczytany -
zapewnił go Qwilleran.
Eddington spuścił głowę, uśmiechając się skromnie, i
Qwilleran skorzystał z okazji, Ŝeby wyślizgnąć się na światło
słoneczne. Myślał o tym enigmatycznym drobnym człowieku.
Jak zdołał utrzymać swoją księgarnię? Skąd brał pieniądze, Ŝeby
kupować Winstonowi sardynki? W sklepie nigdy nie było wielu
klientów. Nie sprzedawał dodatkowo ani pocztówek, ani
papierowych serwetek, ani teŜ zapachowych świeczek. Tylko
stare, wyblakłe, zakurzone i zatęchłe ksiąŜki.
Qwilleran poświęcił teŜ kilka swoich myśli sławnej rodzinie
Fitchów, o której wszyscy mówili tylko z respektem, jeśli nie z
adoracją. W ustach tutejszych mieszkańców Fitchowie byli
„przyjaźni... czarujący... wypielęgnowani... mądrzy...", był to
„szlachetny stary ród... prawdziwi dŜentelmeni...". Darzono ich
przecukrzonym uwielbieniem.
Zatrzymał się w barze na kawę, a potem skierował się na
komisariat, gdzie za biurkiem sierŜanta siedział Brodie.
- Dzieciaki znów ruszyły wczoraj w rejs po mieście -
powiedział do szefa policji.
- Nie ma się z czego śmiać - odparł Brodie. - Ta nocna afera
kosztowała miasto kilka setek za wodę, a rodziny z zachodniej
dzielnicy patrzyły, jak ich domy płoną z powodu niskiego
ciśnienia wody w wodociągu.
- Ile hydrantów zdołali odkręcić?
- Osiem. UŜyli Ŝabek hydraulicznych, więc same hydranty nie
są uszkodzone. W pewnym sensie powinniśmy być wdzięczni
przestępcom za ich roztropność.
- Gdzie znajdują się te hydranty?
- East Township Linę, strefa przemysłowa, w nocy nie ma tam
Ŝ
ywej duszy. To stało się między trzecią a czwartą nad ranem,
szacując po ilości wody, która wyciekła. To jest bez sensu,
kompletnie bez sensu!
- Kiedy się zorientowaliście?
- Około szóstej rano. Niskie ciśnienie uruchomiło alarm w
fabryce plastiku, a ten z kolei zaalarmował straŜ poŜarną. Zaraz
po tym zadzwonili z zachodniej dzielnicy.
- Czyj dom się spalił?
- Młodego małŜeństwa z trójką dzieci, nie mieli
ubezpieczenia. W cysternie nie było wystarczająco duŜo wody,
Ŝ
eby ugasić poŜar. Pomyśl tylko - dwieście pięćdziesiąt galonów
wody wsiąkło w ziemię! Wkurza mnie to, bo mamy dość
powodzi, poŜarów i tornad, i przecieŜ nie potrzebujemy więcej
katastrof, szczególnie tych powodowanych przez człowieka.
- Jak to się stało, Ŝe nocny patrol nie zauwaŜył strumieni
wody?
Brodie rozłoŜył się ze znuŜeniem na oparciu fotela.
- Słuchaj, mamy tu w sumie sześciu ludzi, wliczając w to
mnie i sierŜanta. Tydzień ma siedem dni, a dzień dwadzieścia
cztery godziny, a do tego mamy całą tę cholerną papierkową
robotę! Nie moŜemy się rozdwoić! W piątek w nocy mamy w
mieście dwa patrole. To dzień wypłaty, wiesz, pijacy oblewają
to jak święto, a potem odsypiają całą sobotę. Koncentrujemy się
na barach, klubach i szkolnych parkingach. W szkole była
wczoraj duŜa dyskoteka, po której dzieciaki poszły hulać po
okolicy. Jak zwykle hałas i awantury. Spisaliśmy kupę
bezdomnych. Były dwie bijatyki w tawernach, trzy wypadki
samochodowe i wszystko to w granicach miasta. Kierowcy i
pasaŜerowie zalani w trupa. Potem był mały poŜar w przytułku
dla starców. Jakiś staruch palił w łóŜku papierosa. Nie było
szkód, ale zrobiła się taka panika jak przy trzęsieniu ziemi.
Mówię ci, Qwill, piątkowa noc to w Pickax piekło, zwłaszcza na
wiosnę. Tak samo było sto lat temu, kiedy drwale ściągali do
miasta i mieszali się z górnikami.
- Widzę, Ŝe miałeś ręce pełne roboty. A co robili w tym czasie
straŜnicy stanowi?
- Ach, towarzyszyli nam, jeśli nie ścigali właśnie po całym
okręgu jakichś pijanych kierowców. Jeden pościg skończył się
kąpielą w rzece Ittibittiwassee.
- Wygląda na to, Ŝe wandalizm się nasila, tak jak to
przewidziałeś.
- Kiedy znudziło ich wyrywanie kwiatów, zabrali się do
grubszej roboty. Jest sobota, dzisiaj w nocy znów ruszą na
miasto - Brodie spojrzał pytająco na Qwillerana. - Musi być
jakiś sposób, Ŝeby przewidzieć, gdzie uderzą.
- Zapomnij o nadprzyrodzonych zdolnościach mojego kota,
Brodie. To nie zadziała.
Qwilleran zasalutował szefowi policji i ruszył w swoją stronę.
Przed lunchem zamierzał pójść jeszcze w jedno miejsce. Chciał
się spotkać z czarną owcą rodziny Lanspeaków.
Dom towarowy był największym budynkiem na Main Street.
Przypominał bizantyjski zamek, oflagowany na murach. Ten
teatralny akcent pasował do Larryego Lanspeaka. On i jego Ŝona
Carol byli sercem Klubu Teatralnego. Ich energia i entuzjazm
stały się w Pickax legendarne, to samo tyczyło się ich domu
towarowego. W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego
stulecia mieszkańcy Moose County zaopatrywali się w małym
jeszcze wówczas sklepie wielobranŜowym Lanspeaków w naftę,
proch, uprzęŜe dla koni, suchary, ser i perkal sprzedawany na
metry. Obecnie asortyment poszerzył się o dział perfumeryjny,
bieliznę, kuchenki mikrofalowe, telewizory, wędki i koszulki
gimnastyczne.
Koszulki gimnastyczne - to był haczyk Qwillerana. Skierował
się prosto do działu z męską odzieŜą, znajdującego się na tyłach
sklepu. Oznaczało to przejście slalomem przez dział kobiecy z
jego zmysłowymi zapachami i pełnymi jedwabi ekspozycjami.
Sprzedawcy, którzy doradzali mu w wyborze swetrów, płaszczy
i bluzek w rozmiarze Polly Duncan, rozpromieniali się na jego
widok.
- Dzień dobry, panie Qwilleran.
- W czym mogę słuŜyć, panie Qwilleran? Właśnie dostaliśmy
piękne jedwabne szaliki. Z prawdziwego jedwabiu!
W dziale sportowym młody człowiek pokładał się na szklanej
ladzie, przeglądając katalog z bronią. Jego mysi kucyk i wąsy w
stylu FuManchu wyglądały dość ekstrawagancko jak na
konserwatywne miasteczko, jakim było Pickax.
- Macie jakieś koszulki gimnastyczne? - zapytał go Qwilleran.
- Na wieszaku - sprzedawca ze znudzeniem wskazał głową w
kierunku regału z ubraniami.
- Macie jakieś zielone?
- Mamy tylko takie, jakie są na wieszaku.
- Ile kosztują?
- To zaleŜy. Cena jest na metce.
- Przepraszam, ale nie wziąłem ze sobą okularów - powiedział
Qwilleran. - Będzie pan tak miły i pomoŜe mi? - to było
kłamstwo, ale Qwilleran lubił irytować sprzedawców, którzy
irytowali jego.
Młody sprzedawca z niechęcią porzucił swój katalog broni i
znalazł ogromną koszulkę w rozmiarze L za umiarkowaną cenę.
Kiedy młody człowiek wypisywał pokwitowanie, Qwilleran
przyglądał się wędkom i kołowrotkom, łukom i strzałom, noŜom
myśliwskim, kołom ratunkowym, plecakom i całemu temu
sprzętowi, który nie miał nic wspólnego z jego stylem Ŝycia.
Wypatrzył jednak jeden przedmiot, którego wyciągnięcie
sprawiłoby sprzedawcy duŜą trudność. Była to para rakiet
ś
nieŜnych, wisząca wysoko na ścianie.
- Czy to jedyne rakiety, jakie macie? - dopytywał się.
- Nie zamawiamy zimowego sprzętu na wiosnę.
- Z czego są wykonane?
- Z aluminium.
- Chciałbym je wypróbować.
- Muszę przynieść drabinę.
- To dobry pomysł - powiedział Qwilleran zadowolony ze
swojego tekstu i tego, jak odegrał tę scenę.
Z pewnym trudem, mrucząc pod nosem z niezadowolenia,
sprzedawca ściągnął rakiety, a Qwilleran bez pośpiechu zaczął
się im przyglądać.
- Jak przymocowuje się je do nogi?
- Paskami.
- Gdzie jest przód, a gdzie tył?
- Ogon jest z tyłu.
- To ma sens. To jedyny typ, jaki się nosi?
- Zimą miewamy takie z drewnianą ramą i skórzanymi
rzemieniami.
- A ty uŜywasz rakiet?
- Tak, kiedy sprawdzam sidła.
- UŜywasz aluminiowych czy drewnianych?
- Drewnianych, ale sam je robię.
- Sam sobie przygotowujesz rakiety? Jak to się robi? -w
pytaniu Qwillerana wyczuwało się szczery podziw. Sprzedawca
jakby się nagle oŜywił.
- Ścinasz jesion na ramę. Zabijasz łanię i z jej skóry robisz
rzemienie.
- Niesamowite! Skąd się tego nauczyłeś?
Chłopak
wzruszył
ramionami,
wyglądał
na
prawie
zadowolonego.
- Po prostu jakoś wyszło.
- A jak udaje ci się zrobić okrągłą ramę?
- Przycinam odpowiedni kawałek, podgrzewam i naginam, to
wszystko.
- Zadziwiające! Jestem na Północy od niedawna, ale
chciałbym spróbować chodzenia z rakietami następnej zimy.
Czy to trudne?
- Wystarczy stawiać jedną stopę za drugą i nie spieszyć się.
- Jak szybko się poruszasz?
- To zaleŜy od śniegu. Od tego, czy jest zbity, czy miękki.
DuŜo zaleŜy od tego, czy idziesz pod wiatr. Sześć kilometrów
na godzinę to niezły wynik.
- Są w róŜnych rozmiarach?
- W róŜnych rozmiarach i w róŜnym typie. Ja wypróbowałem
wszystkie. Zrobiłem takie w stylu Michigan, niedźwiedzią łapę,
arktyczne - wszystkie.
- Robisz je na sprzedaŜ?
- Nigdy tego nie robiłem, ale...
- Kupiłbym parę ręcznie robionych, gdybym mógł zobaczyć
kilka ich rodzajów.
- Mam kilka w moim wiejskim domku. Myślę, Ŝe mógłbym
przywieźć je tutaj w przyszłym tygodniu.
- Przyniósłbyś próbki do mojego mieszkania?
- Gdzie pan mieszka?
- Za rezydencją Klingenschoenów, nad garaŜem. Nazywam
się Qwilleran. - W oczach sprzedawcy pojawił się błysk,
zapewne skojarzył swojego klienta. - A ty jak się nazywasz?
- Chad.
- To kiedy mógłbyś przyjść do mnie z próbkami?
- MoŜe we wtorek. Po pracy.
- O której kończysz?
- O wpół do szóstej.
- O siódmej mam próbę w Klubie Teatralnym. MoŜesz być u
mnie nie później niŜ o szóstej?
- Tak myślę.
Qwilleran opuszczał sklep w dobrym nastroju. Nie
potrzebował wcale rakiet śnieŜnych ani nawet zielonego
podkoszulka. Chciał tylko zaspokoić swoją ciekawość co do
Chada Lanspeaka.
Była sobota rano.
W nocy z soboty na niedzielę wandale włamali się do szkoły
ś
redniej w Pickax i zniszczyli komputer.
SCENA TRZECIA
Miejsce: Sala prób, centrum wspólnoty Pickax
Czas: Poniedziałek późnym wieczorem
Osoby: Członkowie Klubu Teatralnego podczas próby sztuki
arszeniki stare koronki
- To na razie, dzieciaki! Widzimy się jutro wieczorem.
- Do zobaczenia wszystkim. Podrzucić kogoś?
- Dobranoc, Harley, nie zapomnij przynieść na jutro trąbki
twojego dziadka.
- Mam nadzieję, Ŝe uda mi się ją znaleźć.
- Czy ktoś pisze się na piwo u Bada?
- Kochanie, z przyjemnością, jeśli stawiasz.
- Słuchajcie wszyscy, zanim pójdziecie! Bądźcie jutro
punktualni. śadnych wymówek. Od jutra zaczynamy pracować
nad dyscypliną.
- Dobrej nocy, Francesca. Jesteś naszym etatowym kierowcą,
ale kochamy cię za to.
- Dobranoc, David... Dobranoc, Edd. Nie martwcie się o nic.
Będziecie świetni. Dobrze jest mieć was w kompanii.
- Dobranoc, Frań - powiedział Qwilleran. - Podjęłaś się
poŜytecznej roboty, decydując się utrzymać w karbach tych
klaunów.
- Nie idź jeszcze, Qwill, chciałabym z tobą porozmawiać.
Patrzyła, jak reszta wychodzi. Jedni młodzi, inni nie za
bardzo. Utalentowani albo po prostu zakochani w teatrze,
bogaci i biedni, ale wszyscy wyglądający jednakowo w swoich
nijakich roboczych strojach. Niedobrane spodnie i góry,
zniszczone i po prostu brzydkie. W swojej nowej zielonej
koszulce Qwilleran czuł się zbyt dobrze ubrany. Nawet Frań,
która w pracy była przesadnie elegancka, dzisiaj wyglądała
niechlujnie w spranych legginsach, trampkach i starej koszuli
swojego ojca. Tylko Eddington Smith stawił się na próbę w
garniturze, krawacie i białej koszuli.
Frań usiadła naprzeciwko Qwillerana i powiedziała:
- Qwill, będziesz gwiazdą tego przedstawienia, kiedy
krzykniesz swoim grzmiącym głosem „Bijcie!" i „Do ataku!".
Chciałabym jednak zobaczyć wybuch energii, kiedy galopujesz
po schodach z wyimaginowanym mieczem. Pamiętaj, myślisz,
Ŝ
e jesteś Teddym Rooseveltem, który szturmuje wzgórze San
Juan.
- Nie wiesz, o co prosisz, Frań. Jestem flegmatyczny z
wyboru i z temperamentu, a z wiekiem się to pogłębia.
- No to się przestaw - powiedziała ze słodkim uśmiechem,
którym posługiwała się zawsze, Ŝeby uzyskać to, na czym jej
zaleŜało. -Jutro wieczorem będziesz mógł popróbować z trąbką,
jeśli Harley nie zapomni jej przynieść.
- Show będzie naleŜał do bliźniaków. Harley w przebraniu
Borisa Karloffa i David grający obślizgłego doktora - idealny
lizus.
- Obaj są utalentowani. I tacy dobrzy sportowcy. Marnują się
w banku - Spojrzała na zegarek, ale nie spieszyła się jeszcze do
wyjścia.
- Cieszę się, Ŝe dałaś Eddingtonowi rolę. Wiem, Ŝe jest
przeraŜony, ale...
- Będzie idealnym panem Gibbsem, prawda? Mam tylko
nadzieję, Ŝe będzie ćwiczył emisję głosu. On mówi szeptem.
- Nikt nie krzyczy w księgarni, a tam właśnie spędził całe
swoje Ŝycie.
- Tak czy inaczej jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam
porozmawiać. W lecie chcemy wystawić sztukę Dzwonek,
ksiąŜka i rączka i potrzebujemy kota do roli Pyewacke-ta. Czy
myślisz, Ŝe... ?
- Nie, nie wydaje mi się, Ŝeby Koko się nadawał do tej roli.
Jest skrajnie niezaleŜny. Nie daje sobą kierować. Woli teŜ
własne scenariusze.
- MoŜe powinniśmy ogłosić nabór i zaprosić ludzi, Ŝeby
przynosili swoje koty.
- Wznieciłabyś zamieszki. Miałabyś na karku trzystu
miłośników kotów i ich trzysta pupilków piszczących,
plujących, walczących i wspinających się po kurtynie. A ludzie
zachowywaliby się jeszcze gorzej. Przepychanki, chamstwo,
brak jakichkolwiek względów. Jeden zespół z Nizin tak się
urządził. Musieli wzywać policję.
- Ale to by przysporzyło nam rozgłosu. Kiedy zacznie
wychodzić gazeta, będziemy mieli reklamę. Obiecali, Ŝe
zrcenzują nasze przedstawienie.
- Chyba śnią! śe niby kto to zrobi? Znasz jakiegoś krytyka w
Moose County?
- Ciebie - powiedziała ze swoim słodkim uśmiechem.
Qwilleran wypuścił powietrze przez wąsy.
- A jak mam siedzieć w piątym rzędzie na środku widowni,
robić notatki i jednocześnie być na scenie, dąć w trąbkę i
szturmować wzgórze San Juan?
- Jakoś to wymyślisz - potrafiła być w jednej chwili skrajnie
nielogiczna, a zaraz potem przeraŜająco wyrachowana. - Czy
teatr będzie gotowy na czas?
- Obiecali, Ŝe tak. Ale z budowlańcami nigdy nie wiadomo.
Elektryka moŜe porazić prąd, hydraulik moŜe zatonąć, malarze
nawdychają się toksycznych wyziewów, stolarze wykrwawią się
na śmierć.
- Co myślisz o tym, Ŝeby rozpocząć sezon rewią, a nie
broadwayowską sztuką?
- Co masz na myśli?
- Humorystyczne epizody... dowcipne parodie... chórki...
komiczne akty. Harley i David mają w repertuarze zabawny
numer dla bliźniaków. Susan tańczyła w college'u, mogłaby
zrobić choreografię.
- Masz w głowie jakiś temat?
- To powinna być parodia codzienności, nie myślisz? To
znaczy telewizji, mody, muzyki pop, Departamentu Skarbu -
cokolwiek w tym stylu. I najlepiej, Ŝeby akcja toczyła się w
Moose County.
- A kto napisze te dowcipne epizody i humorystyczne
parodie? - Qwilleran domagał się odpowiedzi.
- Ty - znów ten kuszący uśmiech. Qwilleran wykrztusił z
siebie protest.
- To zajmie duŜo czasu i uwagi, a wiesz, Frań, Ŝe piszę
powieść.
Spojrzała na zegarek.
- No, pomyśl o tym. Teraz muszę iść do domu. Spodziewam
się zamiejscowej rozmowy. Ma dzwonić moja matka. Jest w
odwiedzinach u ciotki na Nizinach. Dziękuję za twój wkład,
Qwilł. Widzimy się jutro dokładnie o siódmej.
Qwilleran wracał do domu wolnym krokiem, ciesząc się
odświeŜającą wiosenną bryzą. W poniedziałkową noc
ś
ródmieście było zawsze wyludnione i nad Main Street zaległa
tajemnicza cisza. Jego kroki dudniły echem w kanionie, który
tworzyły kamienne budynki.
Powoli zaczynał przekonywać się do pomysłu oryginalnej
rewii. W college'u pisywał studenckie przedstawienia. Zabawne
byłoby pisanie parodii znanych piosenek, po jednej o kaŜdym z
miasteczek Moose County. Pierwsi osadnicy nadali im
dziwaczne obce nazwy Sawdust City, Chipmunk, Squunk
Corners, Middle Hummock, West Middle Hummock, Wildcat,
Smiths Folly, Mooseville, było tam nawet miasteczko o nazwie
Brrr (był to biegun zimna w Moose County).
Parodie byłyby łatwe do napisania, pomyślał. Spróbował w
myślach ułoŜyć kilka początków i swoim potęŜnym barytonem
zanucił, a echo wtórowało mu w ulicznym kanionie.
Wszystko jest niemodne w Sawdust City... W dół drogą
Ittibittiwassee... Middle Hummock, oto nadchodzę... Kwiecień
w Chipmunk; kwitnę chwasty... Kiedy w Mooseville nadchodzi
plaga komarów... Szaleję za Wildcat...
Tak śpiewając, szybko dotarł do parku. W tym miejscu Main
Street rozwidlała się i okrąŜała mały park, na którego obwodzie
stały dwa kościoły, sąd, biblioteka publiczna i przyszły teatr. W
szopie paliło się nocne światełko, ale długi podjazd do wozowni
tonął w ciemnościach. KsięŜyc skrył się za chmurą, a do tego
Qwilleran zapomniał włączyć naroŜne światła na zewnątrz
domu.
Otworzył drzwi, wszedł do środka po omacku i namacał ręką
włącznik, ale światło nie zapaliło się. Nie włączyła się teŜ lampa
na schodach. Wysiadły korki, pomyślał. Miejscowy „Ŝart"
polegał na tym, Ŝe odłączano prąd na wszelki wypadek, jeśli w
prognozie pogody przewidywano burzę. Zaczął wspinać się po
schodach po ciemku. Brodie miał rację, były strome, a stopnie
za wąskie. W całkowitej ciemności zdawały się jeszcze węŜsze i
jeszcze bardziej strome. Wspinał się powoli i ostroŜnie,
chwytając się za poręcz.
W połowie drogi na górę Qwilleran zatrzymał się. Na klatce
panowała ostra woń - prawie jakby to była kawa, a moŜe to była
spalenizna? Przepaliły się kable? Kiedy koty były same w
domu, obawiał się zawsze poŜaru.
W tej chwili usłyszał dźwięk, którego nie mógł rozpoznać.
Wsłuchiwał się. Koty były zamknięte w swoim pokoju na
odległym krańcu budynku, a to nie był odgłos zwierzęcia, tylko
metaliczne skrobanie o drewno. Przypomniał sobie o Ŝelaznym
herbie opartym o ścianę na wyŜszej kondygnacji. Jeśli spadnie
na niego z góry, zmiecie go wprost na parter. Przywarł płasko
do ściany i posuwał się wzdłuŜ niej, wolno, po jednym schodku.
Na korytarzu przystanął i znowu nasłuchiwał. Wyczuwał
czyjąś obecność. Nie było Ŝadnych dźwięków, ale ktoś tam był i
oddychał. Drzwi do salonu były otwarte, a pamiętał, Ŝe je
zamykał przed wyjściem. Całkowita ciemność, w jakiej spowity
był dom, wskazywała na to, Ŝe okiennice były zamknięte, a był
pewien, Ŝe zostawił je otwarte. Teraz nie wątpił, Ŝe słyszy
oddechy, i zobaczył parę czerwonych oczu świecących się w
zaciemnionym pokoju.
OstroŜnie poszukał włącznika, mając nadzieję, Ŝe będzie
działał. Jego ręka dotknęła czegoś włochatego.
Z gardła Qwillerana wydobył się horrendalny ryk. Było w nim
coś z ryku uwięzionego lwa, zranionego słonia i chorego
wielbłąda. Tego wrzasku nauczył się w Afryce Północnej.
Prawie natychmiast zapaliło się światło i chór stremowanych
głosów cienko zaśpiewał Sto lat! W pokoju było ze dwa tuziny
ludzi. Wszyscy nieśmiali i przestraszeni, z poczuciem winy
malującym się na twarzach.
- Niech was cholera jasna, co za głąby! - zawył Qwilleran.
- Mogliście mnie przyprawić o zawał serca! Co to jest?
Przed nim piętrzył się czarny niedźwiedź ze szklanymi
oczami i rozwartą paszczą, stojący na tylnych łapach. Jedna z
przednich łap spoczywała na wyłączniku.
Dwie jarzące się czerwone plamki to były światełka małej
maszynki, która stała na karczmianym stoliku do gry w karty i
bulgotała.
- Przepraszam, to moja wina - powiedziała Francesca.
- To moja wina. Wykorzystaliśmy klucz, który mi dałeś.
- Mojemu klonowi naleŜą się pochwały za przekonującą grę -
wtrącił Harley Fitch.
- Mój klon powykręcał Ŝarówki - dodał jego brat David, ten z
wąsami. - Stał na moich ramionach i tym wierceniem się
doszczętnie zrujnował mi golf.
Qwilleran zwrócił się do Franceski:
- To dlatego tak mnie przetrzymałaś. Zastanawiałem się,
czemu co pięć minut spoglądasz na zegarek.
- Potrzebowaliśmy pół godziny, Ŝeby się tu dostać i wszystko
urządzić. Musieliśmy zaparkować samochody tak, Ŝeby nikt ich
nie widział, trzeba było się tu wdrapać, wciągnąć niedźwiedzia
po tych cholernych schodach i ukryć półcięŜarówkę Wally'ego.
- Tak się złoŜyło, Ŝe miałem w samochodzie tego
niedźwiedzia, mam go dostarczyć do klienta - powiedział Wally
Toddwhistle, młody wypychacz zwierząt.
- A skąd wiedzieliście, Ŝe dzisiaj są moje urodziny?
- Tata sprawdził na twoim prawie jazdy - wyjaśniła Fran-
cesca.
- A to tam, co to jest? - Qwilleran wskazał na maszynkę z
dwoma czerwonymi światełkami.
- To jest prezent od nas wszystkich - odrzekła Ŝona Da-vida.
- Protest przeciwko zabójczej kawie, którą nam serwujesz.
Ustawiasz go na tyle filiŜanek i na taką moc, na jaką chcesz.
Zegar go włącza i wyłącza.
Potem ktoś' rozłoŜył papierowe talerze i filiŜanki, a ktoś' inny
odkrył prostokątne ciasto ozdobione rysunkiem trąbki i
teatralnym napisem „Połamania kości!".
Kiedy Qwilleran ochłonął, aktorzy i ekipa Arszeniku i starych
koronek odetchnęła. Byli tam wszyscy: Carol Lanspeak i Susan
Exbridge, które grały przygłupie stare siostry; Larry Lanspeak,
aktor charakterystyczny o wielu twarzach; Harley i David
Fitchowie, którzy lubili grać pijaków, dziwaków i potwory;
mądra Ŝona Davida, Jill, która projektowała kostiumy i
scenografię; Wally Toddwhistle, mistrz w budowaniu planów ze
skrzynek po pomarańczach, kleju i szpul po kablach; Derek
Cuttlebrink, który przygotowywał się do swojej pierwszej roli;
Eddington Smith, któremu z trudnością przychodziły swobodne
kontakty z innymi ludźmi, i inni członkowie zespołu, których
Qwilleran znał tylko z widzenia. Wszyscy mówili naraz:
Susan: Kochanie, twoje wejście w drugim akcie było
rewelacyjne!
Frań: Aktor, który czuje, Ŝe jest jednością, przemawia całym
swoim ciałem, Derek.
Carol: Jak się ma twoja Ŝona, Harley?
Harley: W porządku, ale trochę draŜliwa. Lekarz kazał jej
przestać palić, dopóki dziecko się nie urodzi.
Wally: Co to jest to duŜe Ŝelazne coś na schodach?
Qwilleran: To część bramy, jak mi się zdaje. Przyjechała ze
Szkocji.
Larry: Na samym początku przedstawienia podniosła się i
musiałem improwizować całą scenę. Myślałem, Ŝe ją zabiję!
David: Zapuściłem wąsy do roli w Pijaczynie, bo jestem
uczulony na klej, a potem postanowiłem ich nie golić, podobają
się Jill.
Derek: A gdzie są koty?
Qwilleran: W swoim pokoju, oglądają telewizję. Mam je
wypuścić?
Koko i Yum Yum weszły ramię w ramię, jak para koni
zaprzęŜona do karety. W progu zatrzymały się gwałtownie. Ich
nosy, uszy i wąsy badały sytuację: hałaśliwi nieznajomi jedzą
kruszące się ciasto. Chwilę później wyczuły niedźwiedzia,
wiszącego nad nimi złowrogo. Yum Yum zaczęła uderzać na
obie strony ogonem, zjeŜyła grzbiet, połoŜyła po sobie uszy i
wąsy, zmruŜyła oczy i pokazała kły. Koko skradał się do bestii
wolno, z brzuchem przy podłodze, zanim nie upewnił się, Ŝe jest
nieszkodliwa. Wtedy odwaŜnie powąchał jej tylne nogi i
podniósł się, Ŝeby zaatakować sztywne futro. Następnie zwrócił
uwagę na wypychacza, który nerwowo przyglądał się dziełu
Koko. Koko obwąchał gruntownie Wally'ego Toddwhistle'a.
- Wie, Ŝe masz do czynienia ze zwierzętami - powiedział
Qwilleran, Ŝeby wytłumaczyć niedyskretne węszenie Koko.
- Moja matka mawiała, Ŝe jeśli kot cię polubi, to znaczy, Ŝe
masz ksiąŜęcy charakter - starał się przypochlebić Wally.
Harley Fitch podniósł prawą rękę na znak zgody.
- Jeśli matka Wally'ego tak mówiła, to znaczy, Ŝe to święta
prawda. MoŜecie mi wierzyć.
- Amen! - powiedział David.
- Kto kupuje niedźwiedzia? - zapytał Qwilleran młodego
wypychacza.
- Gary Pratt, do swojego baru w „Hotel Booze". Muszę
zawieźć go jeszcze dzisiaj, kiedy stąd wyjdę. Znasz Gary'ego?
Moja matka mówi, Ŝe bardziej przypomina niedźwiedzia niŜ
człowieka.
- Słuchajcie, słuchajcie! - nawoływał Harley.
Tymczasem Koko odkrył, Ŝe niektórzy z hałaśliwych
nieznajomych siedzą na podłodze, do czego miał boskie prawo
tylko on sam. Podkradał się do nich i skrzeczał:
- Nyik, nyik, nyik!
Yum Yum uspokoiła się i chodziła między gośćmi,
sprawdzając ich sandały, kowbojki i trampki, ale Ŝadne jej nie
zainteresowały. Potem odkryła sznurowane półbuty Eddingtona
Smitha. Onieśmielony księgarz stał na uboczu i Qwilleran
podszedł do niego.
- Znalazłem dla ciebie kilka komedii Szekspira. Starsza pani
w Squunk Corners miała je u siebie na strychu. Są w dobrym
stanie - powiedział Edd miękkim głosem, uśmiechając się
nieznacznie.
- Nie wiedziałem... u Barda są następne... w Squunk Corners -
powiedział nieobecnym głosem Qwilleran, który śledził
zachowanie kotów. Yum Yum rozwiązywała radośnie
sznurowadła Edda, a Koko badał jego skarpetki i nogawki
spodni. Robił to uwaŜnie i dokładnie, jego wąsy były ustawione
do przodu, a oczy rzucały dzikie błyski.
- Ludzie tutaj - wyjaśniał Eddington - zbierali kiedyś rzadkie
ksiąŜki, ciekawe druki, pierwsze wydania. Mam na myśli
bogatych ludzi. Przynajmniej to moŜna było robić w Pickax.
- Kiedy zacznie działać gazeta, powinni przysłać reportera do
twojego sklepu. Mógłbyś udzielić wywiadu.
- Nie jestem pewien, czy jestem właściwą osobą - zamyślił się
księgarz. - Kupiłem reklamę, tylko jedną czwartą strony. Nigdy
przedtem się nie ogłaszałem, ale przyszła do mnie jedna młoda
dama i powiedziała, Ŝe powinienem. „Reklama jest... kampanią
wywrotową skierowaną przeciwko intelektualnej szczerości i
integralności moralnej". Ktoś tak powiedział. Wydaje mi się, Ŝe
Toynbee - dodał Edd z poczuciem winy.
- Reklama na jedną czwartą strony cię nie skompromituje -
zapewnił go Qwilleran.
W tym momencie wszedł Harley Fitch z ciastem na tacy i
Koko skupił uwagę na wiceprezesie banku, który pocierał lewą
stopą prawą kostkę, międlił dłońmi dŜinsy i odkrztuszał ślinę.
- Zjedz kawałek ciasta, Edd - powiedział najczulszym głosem,
jakby księgarz był głuchy.
- Zjadłem juŜ dwa kawałki. „Rozum powinien kierować
apetytem".
- Kto to powiedział, Edd?
- Cyceron.
- Cyceron chciałby, Ŝebyś zjadł jeszcze kawałek. Jak często
chodzisz na przyjęcia urodzinowe?
- Nigdy przedtem nie byłem na przyjęciu - przyznał ze
smutkiem Edd.
- Nawet na swoim własnym?
Mały człowieczek zaprzeczył ruchem głowy i uśmiechnął się
tym swoim uśmiechem na wszystkie okazje.
- W porządku! Na twoje urodziny urządzimy przyjęcie na
scenie nowego teatru, z trzymetrowym tortem. Będziesz mógł
zdmuchnąć świece przed trzystuosobowa widownią.
Na twarzy księgarza radość walczyła z niedowierzaniem.
- Proklamujemy w Pickax dzień Eddingtona Smitha. David,
słysząc poruszenie, dołączył do scenki.
- Urządzimy paradę z przemarszem szkolnych orkiestr, a
wieczorem fajerwerki.
Jill Fitch odciągnęła Qwillerana na bok.
- Czy nie są szaleni? Ale oni to zrobią! Paradę, fajerwerki,
proklamację i całą resztę! Ściągną burmistrza albo nawet
gubernatora, tacy właśnie są.
Jill zniŜyła głos:
- Chcesz przyjść na przyjęcie powitalne dla Harleya i Belle w
sobotę wieczorem? Przeprowadzili się do starej rezydencji
Fitchów. Przynieś butelkę.
- A co z prezentem?
- śadnych prezentów. Bóg mi świadkiem, Ŝe niczego im nie
brakuje. Widziałeś dom dziadka Fitcha? Jest zastawiony
wszelkim dobrem. Nie wiem, jak Harley moŜe mieszkać ze
stadami wypchanych zwierząt i haremem marmurowych nimf.
- Nigdy nie poznałem Belle - powiedział Qwilleran. - Czy ona
nigdy nie przychodzi na próby?
Jill wzruszyła ramionami.
- Nie czuje się komfortowo w takim tłumie. Jesteśmy trochę
ekspansywni. Poza tym teraz jest w ciąŜy. Harley mówi, Ŝe ona
jest zadufana w sobie.
To było hałaśliwe przyjęcie dla dwudziestu czterech gości,
stłoczonych w pokoju zaprojektowanym dla jednego człowieka i
dwóch kotów. Carol Lanspeak duŜo się śmiała. Larry
naśladował swoich najbardziej ekscentrycznych klientów. Susan
Exbridge, czterdziestoletnia rozwódka, zaprosiła Qwillerana na
wieczór taneczny do ośrodka wypoczynkowego za miastem, ale
odmówił pod pretekstem wcześniejszych zobowiązań. Susan
była członkiem rady bibliotecznej i Qwilleran bał się, Ŝe Polly
moŜe się o tym dowiedzieć. Eddington Smith powiedział, Ŝe
nigdy dotąd tak dobrze się nie bawił. Harley Fitch był pod
wraŜeniem zalotów Koko i zapytał, czy mógłby zabrać go ze
sobą do domu.
Po wyjściu gości Qwilleran przygotował w ekspresie jeszcze
jedną filiŜankę kawy i dokończył ciasto. Yum Yum zwinęła się
w kłębek na jego kolanach, a Koko zabrał się do okruszków
pozostawionych na dywanie. Rozległo się wycie syren wozów
straŜy poŜarnej pędzących Main Street na północ i Qwilleran
bezwiednie spojrzał na zegarek. Była pierwsza trzydzieści pięć.
Następnego ranka, kiedy włączył wiadomości nadawane przez
PKX FM, przypomniał sobie o dźwięku syren. „Wszystkie
wizyty w klinice dentystycznej doktora Zollera zostają
odwołane z powodu nagłego poŜaru, który wybuchł dziś w nocy
po godzinie pierwszej. Policja podejrzewa podpalenie. Pacjenci
mogą zapisywać się na inne terminy telefonicznie".
SCENA CZWARTA
Miejsce: Mieszkanie Owillerana, później pokój prób
Czas: Wtorek wieczór
Osoby: Chad Lanspeak
Dom towarowy Lanspeaków zamykano o piątej trzydzieści i
Qwilleran zastanawiał się, czy Chad zjawi się u niego, jak
obiecywał. Jeśli jest tak nieodpowiedzialny, jak mówił Brodie,
zapomni o spotkaniu i pójdzie na ryby. O piątej czterdzieści nie
było jeszcze śladu po czarnej owcy. Qwilleran wyjrzał przez
okno w kierunku Main Street i zobaczył tylko robotników
odjeŜdŜających po pracy swoimi cięŜarówkami. W końcu o
szóstej piętnaście na podjeździe pojawił się poobijany pikap.
Dławiąc się i podskakując, zajechał przed dom, gdzie
zaparkował, czemu towarzyszyły wystrzały z rury wydechowej.
Młody człowiek wyskoczył z samochodu, chwycił w rękę całe
naręcze rakiet śnieŜnych. Qwilleran nacisnął guzik, który
otworzył drzwi. Chad Lanspeak wdrapał się na górę ze swoim
cięŜarem. Rakiety miały kształtne miodowe ramy, a drewno
pociągnięte było werniksem. Rzemienie z naturalnej skóry
splecione były w misterny wzór.
- Przyniosłem wszystkie. Nawet nie wiedziałem, Ŝe mam ich
aŜ tyle - powiedział. - Hej, co to za Ŝelastwo? - przyglądał się
insygniom rodu Mackintoshów z ciekawym motto, okalającym
postacie dwóch walczących kotów. „Podnieś rękawicę, nie tknij
kota".
- Przyjechała ze szkockiego zamku - wyjaśnił Qwilleran. - Ma
trzysta lat.
- Musi być cenna.
- Ma raczej wartość sentymentalną. Moi pradziadowie
pochodzili ze Szkocji.
W chłopcu trudno było rozpoznać znudzonego sprzedawcę ze
sklepu jego ojca. Nadal demonstrował swoją grzywę, po której
rozpoznawano go w Pickax, ale teraz był tak przyjaźny jak
wielu innych nastolatków, których Qwilleran widział w
wiejskim środowisku. Młodzi wychowani na wsi, jak zauwaŜył
Qwilleran, mieli tę bezpośredniość i łatwość nawiązywania
kontaktów, która znosiła róŜnice pokoleniowe.
- UłóŜ rakiety na podłodze w salonie - zasugerował Qwilleran.
- Tak będę mógł porównać rodzaje i rozmiary.
- Nigdy nie widziałem podobnego miejsca - powiedział Chad,
podziwiając pokrytą zamszem sofę, kwadratowe fotele,
chromowane lampy i stoliki ze szklanymi blatami.
- Lubię współczesne wzornictwo - rzekł Qwilleran - mimo Ŝe
nie jest chyba w Pickax popularne.
- To interesujący obraz. Co przedstawia?
- To druk ukazujący łódź patrolową z 1805 roku, która
pływała po Wielkich Jeziorach.
- Ma Ŝagle, armatę i wiosła! Śmieszne! Skąd pan go ma?
- Z antykwariatu.
- Czy jest cenny?
- Antyki są warte tyle, ile ktoś' chce za nie zapłacić. Potem
Chad podziwiał zestaw stereo, prawdziwe dzieło
sztuki, ustawiony na otwartym regale i Qwilleran zaczynał
Ŝ
ałować, Ŝe zaprosił chłopaka do swojego mieszkania. Cholera,
zbiera informacje! W pokoju były koty. Myły się spokojnie po
wieczornym posiłku. Qwilleran niepostrzeŜenie wyniósł je do
ich własnego pomieszczenia. Obcy ludzie często podziwiali w
kotach bardziej ich wartość pienięŜną niŜ piękno, dlatego
Qwilleran ciągle obawiał się, Ŝe ktoś' je ukradnie.
- No, to do interesów - powiedział. - O siódmej mam próbę.
Chad nadal podziwiał druk przedstawiający łódź patrolową.
- W okolicy jest facet, który robi modele statków podobnych
do tego. Jest naprawdę dobry. Mógłby je sprzedawać za
porządne pieniądze, gdyby tylko chciał.
- Bez wątpienia - przytaknął Qwilleran. - Jaki model
polecałbyś' na początek?
- Pomyślmy... najłatwiej zaczynać z „niedźwiedzią łapą". Nie
ma Ŝadnych ostróg, one są pomocne przy dłuŜszych
wędrówkach. Przyniosłem teŜ mocowania, Ŝeby pan mógł
zobaczyć, jak to działa. Jakie ma pan buty?
Qwilleran wyciągnął parę wysokich butów, jakie noszą
drwale, do których Chad przymocował parę „niedźwiedzich
łap". W cudaczny sposób próbował przemieszczać się w nich po
hallu.
- Nie musi pan podnosić tak wysoko nóg! - wykrzyknął za
nim Chad. - Niech pan się pochyli do przodu, proszę swobodnie
kołysać ramionami... Stopy za szeroko...
- Chciałbym spróbować teŜ innych, te za bardzo przypominają
mi koszyki na owoce.
- Dobrze, mam jeszcze te w stylu Michigan. Są większe i
mają cięŜsze ogony do wędrówek. Arktyczne są najszybsze, bo
długie i wąskie. Wszystko zaleŜy od tego, ile jest śniegu i czy
jest
ś
wieŜy
puch.
MoŜe
powinien
pan
wypróbować
dziewięćdziesięciocentymetrowe „ogony bobra".
Przypięty rzemieniami do „ogonów bobra", Qwilleran człapał
niepewnie wzdłuŜ korytarza.
- Niech pan nie podnosi „ogonów"! - krzyknął Chad. -Pana
stopy są za daleko od siebie. Będą pana bolały nogi.
- To jak chodzenie na rakietach tenisowych.
- Przywyknie pan do tego, jak tylko wyjdzie pan na śnieg.
- Ile chcesz za „ogony bobra"? - zapytał Qwilleran. - Wypiszę
ci czek.
- Trudno tu zrealizować czek. Nie ma pan... uch...
- Nie trzymam w domu gotówki, ale jeśli podrzucisz mnie do
drogerii po wschodniej stronie, zrealizują dla mnie czek.
MoŜesz mnie potem wysadzić pod teatrem.
Pomógł Chadowi znieść po wąskich schodach wszystkie
rakiety do zdezelowanego pikapa. Był to terenowy wóz o
wysokim podwoziu i duŜych oponach.
Kiedy ruszyli, Qwilleran zauwaŜył:
- Nie ma w tym aucie nic złego, czego nie dałoby się
poprawić za pomocą tłumika, kilku spręŜyn, farby i nowego
silnika.
- Jest w porządku - wyjaśnił Chad. - Tego właśnie mi
potrzeba, kiedy jadę sprawdzać moje sidła. Zakładał pan kiedyś
sidła?
- Jestem chłopakiem z miasta - powiedział Qwilleran. -Nie
poluję, nie zastawiam sideł, nie chodzę na ryby, ale wiem, Ŝe to
popularne sporty w Moose County.
- MoŜna całkiem sporo zarobić na sidłach. MoŜe pan iść ze
mną, kiedy śnieg zacznie padać, jeśli pan chce, pokaŜę panu, jak
uŜywać „ogonów bobra". MoŜe będzie pan chciał zobaczyć
moje sidła.
Pomysł, Ŝeby zastawiać pułapki na dzikie zwierzęta, był dla
Qwillerana odpychający. Słyszał, Ŝe bóbr złapany w sidła
potrafi odgryźć własną nogę, Ŝeby się uwolnić. Odkąd mieszkał
z kotami, stał się wyjątkowo wraŜliwy na punkcie przemocy
wobec zwierząt. Nawet myśl o rybie nadzianej na haczyk wędki
była dla niego przykra, mimo Ŝe lubił smak pstrąga w „Old
Stone Mili".
- Byłbym wdzięczny za propozycję lekcji chodzenia w
rakietach po śniegu - powiedział, starając się mówić Ŝargonem. -
Ale wątpię, czy skuszę się na sidła. Gdzie je rozstawiasz?
- Na króliki i wiewiórki w Hummock, na lisy przy drodze
Ittibittiwassee. Łapię w sidła Ŝywe zwierzęta, w ten sposób nie
uszkadzam futra.
Qwilleran patrzył przed siebie przez brudne szyby samochodu
i nie odezwał się. Nie chciał wiedzieć, co dzieje się ze
zwierzętami po tym, jak zostaną złapane Ŝywcem.
- Kilka tygodni temu złapałem skunksa. Te są najsprytniejsze.
Najlepiej jest je utopić.
Qwilleran odetchnął, kiedy w końcu dojechali do drogerii.
Kiedy czek został zrealizowany, ruszyli w kierunku centrum
wspólnoty, gdzie odbywały się próby. Samochód odpalił,
rzęŜąc, strzelając i dławiąc się benzyną. Qwilleran zapytał jak
gdyby nigdy nic:
- Co myślisz o wandalizmie w Pickax, Chad? Z dnia na dzień
jest coraz gorzej.
Dojechali do głównego skrzyŜowania i zatrzymali się na
ś
wiatłach. To były jedyne światła w mieście. Chad wychylił się
przez okno i krzyknął „Heja!" do pasaŜerów zardzewiałego
pojazdu. Nie odpowiedział na pytanie Qwillerana.
- Kiedy byłem młody - kontynuował Qwilleran - wywalaliśmy
ś
mietniki na ulicach Chicago. Z jakichś dziwnych powodów,
których nie pamiętam, wydawało nam się, Ŝe to jest zabawne.
Co jest zabawnego we włamywaniu się do szkoły i
demolowaniu szkolnego komputera?
- Myślę, Ŝe nie lubią szkoły i chcą się zemścić - powiedział
Chad.
- I nie lubią, kiedy boruje się im zęby, więc podpalają klinikę
dentystyczną. O to chodzi? - zapytał go Qwilleran. - Nie
rozumiem tego. Jesteś młody, moŜe ty mi to wyjaśnisz?
- Nie byłem nawet w pobliŜu miejsca, gdzie to się zdarzyło.
Byłem na imprezie w Chipmunk - powiedział, broniąc się.
Wyhamował przed siedzibą wspólnoty, mocno dając po
hamulcach.
- Dzięki za podrzucenie, bracie. Skontaktuję się z tobą, jak
spadnie śnieg.
Chad pokiwał w grobowej ciszy.
Qwilleran rzucił okiem na zegarek, był juŜ spóźniony pół
godziny. Transakcja zabrała mu więcej czasu, niŜ się
spodziewał, przez jazdę do drogerii stracił kolejne dwadzieścia
minut. Francesca miała bzika na punkcie punktualności,
wiedział, Ŝe nie będzie szczęśliwa.
Kiedy wszedł do sali, gdzie odbywała się próba, okazało się,
Ŝ
e sytuacja była gorsza, niŜ myślał. Wielu członków trupy było
nieobecnych, i to bez wcześniejszego uprzedzenia. Wielu
innych, oprócz Qwillerana, spóźniło się. Frań była wściekła, a
ogólny nastrój podły. Pod wpływem jej poirytowania aktorzy
dekoncentrowali się, mylili kwestie albo wręcz je opuszczali. W
kluczowej scenie Qwilleran ledwo wdrapał się po schodach,
zamiast ruszyć po nich jak zdobywca. Eddington wypowiadał
swoje kwestie koszmarnym scenicznym szeptem. Rekwizytor
zapomniał przynieść miecz, a Harley Fitch w ogóle nie pojawił
się z trąbką swojego dziadka, która pamiętała czasy pierwszej
wojny światowej.
W pewnym momencie zdesperowana reŜyser odesłała ich
wszystkich ze sceny i próbowała dać Eddowi lekcję wymowy.
Lanspeakowie skorzystali z okazji, Ŝeby zamienić kilka słów z
Qwilleranem. Larry powiedział:
- Nasz syn marnotrawny zadziwił nas w ostatni weekend.
Swoją cięŜarówką, która trzyma się dzięki plastrom, przywiózł
wszystkie swoje rakiety śnieŜne. Powiedział, Ŝe chcesz kupić
jedną parę. Pokazał wreszcie ludzką twarz zamiast tych obcych
genów.
- I w sklepie zachowywał się w cywilizowany sposób w
stosunku do klientów. Wszyscy myśleliśmy, Ŝe jest chory -
powiedziała Carol.
To był pierwszy raz, kiedy Lanspeakowie wspomnieli o
swoim najmłodszym synu, chociaŜ często chwalili się dwójką
pozostałych: tym, Ŝe zdobyli nagrody matematyczne, tym, Ŝe
grali na saksofonie, przewodniczyli druŜynie tenisowej, wydali
rocznik szkolny.
- Chad przywiózł do mojego mieszkania całą kolekcję i dał mi
ostrą lekcję chodzenia po śniegu na sucho. Kupiłem parę
„ogonów bobra" - powiedział Qwilleran.
- Cicho tam z tyłu! - krzyknęła Frań. - Staramy się zrobić
próbę.
Później, kiedy Carol dostała czkawki, a Susan zaczęła
chichotać, Frań wykrzyknęła:
- Przerwa, to wszystko na dzisiaj. Zaczniemy jutro od
początku. Jeśli dokładnie o siódmej wszyscy nie będą tu obecni,
jeśli nie będziecie znali swoich ról i jeśli nie potraktujecie prób
powaŜnie, to przedstawienia nie będzie!
Qwilleran nigdy jeszcze nie widział jej tak wkurzonej i nie
omieszkał wspomnieć o tym Wallyemu, kiedy wychodzili do
domu.
- Moja matka powiedziałaby, Ŝe to przez pełnię księŜyca -
powiedział wypychacz zwierząt.
SCENA PIĄTA
Miejsce: Redakcja nowej gazety Moose County
Czas: Późny wieczór tego samego dnia
Osoby: Arch Riker, wydawca i redaktor w jednej osobie
Junior Goodwinter, redaktor naczelny
Hdcie Rice, szefowa działu reklamy
Roger MacGillivray, reporter
Kamienne budynki w śródmieściu Pickax w poświacie
księŜyca lśniły niebieskobiałym światłem. Po katastrofalnej
próbie Qwilleran ruszył pieszo w stronę domu, ale zawrócił z
drogi i udał się do siedziby nowej gazety. To była wigilia
ukazania się pierwszego numeru i jako duchowy ojciec tego
prasowego dziecka był bardzo podenerwowany. To dzięki jego
sugestii Fundacja Klingenschoenów umoŜliwiła realizację
przedsięwzięcia. Na jego wezwanie z Nizin przybył stary
przyjaciel Arch Riker, który miał nadzorować całą akcję. Za
jakiś czas miała zostać zbudowana drukarnia i kompleks
biurowy, ale na razie druk gazety był zlecany obcej firmie. Cała
redakcja i dział handlowy mieściły się w wynajętych
pomieszczeniach.
Qwilleran wiedział, Ŝe zespół pracował po dwanaście, a nawet
więcej godzin na dobę, i schodził im z drogi, ale teraz przyszła
juŜ pora na końcowe odliczanie. Nowe pismo trafi do rąk
czytelników w środę po południu. Qwilleran czuł się zazdrosny.
To był moment podniecenia i napięcia, a on był poza tym.
Tak jak przypuszczał, światła w budynku nadal się paliły.
Była to dawna pakowalnia mięsa. Znalazł Archa Rikera i
Juniora Goodwintera w biurze, które dzielili na spółkę. W
rękach trzymali puszki z piwem, a stopy mieli oparte na
biurkach. Wnętrze w niczym nie przypominało wymuskanego,
stonowanego kolorystycznie, akustycznie zaplanowanego,
wyposaŜonego w nowoczesny sprzęt otoczenia, jakie Riker i
Qwilleran znali z „Daily Fluxion". Tutaj szefowie działów
siedzieli pospołu ze świeŜo upieczonymi reporterami. Wszyscy
stukali teksty na starych maszynach do pisania, w
pomieszczeniu przypominającym stajnię, które nadal było czuć
bekonem. Junior korzystał jednak z przywileju posiadania
własnego biurka o zaokrąglonym blacie, które naleŜało do jego
pradziadka.
- Kawa jest jeszcze gorąca. Łap kubek, Qwill, i znajdź sobie
krzesło. Nogi na stół.
- Denerwujecie się? - zapytał Qwilleran.
- Wszystko jest zamknięte z wyjątkiem pierwszej strony.
Nadal czekamy na jakiś news, który nadawałby się na
wystrzałowy nagłówek. Dzięki spotom radiowym mamy
osiemnaście tysięcy prenumerat, a drukujemy nakład trzy-
dziestotysięczny. Hbtie i jej ludzie sprzedali tyle reklam, Ŝe
dobiliśmy do czterdziestu ośmiu stron, to dwa razy więcej, niŜ
się spodziewaliśmy.
Qwilleran nigdy nie widział Rikera tak oŜywionego. Za
czasów „Fluxion" Riker był wcieleniem znuŜonego redaktora,
brzuchatego i znudzonego. W Pickax z jego rumianej twarzy
biła satysfakcja i podniecenie.
Młody redaktor naczelny, nowa twarz w dziennikarstwie,
powiedział:
- Wiele artykułów mamy juŜ napisanych. Wiele historii
napłynęło od korespondentów, ale potrzebujemy jeszcze
jakiegoś hitu, Ŝeby spiąć całość. Roger MacGillivray
zrezygnował z nauczania i obsadza policję, ratusz i
komorników. Jego teściowa poprowadzi dział kulinarny, uczy
zajęć praktycznych i tak dalej, sam wiesz.
- Z rozrzewnieniem wspominam jej placek z jagodami -
powiedział Qwilleran.
- Kevin Doone będzie dla nas pisał do kolumny ogrodniczej.
Znasz Kevina? Ma firmę projektującą ogrody.
- Znam go dobrze. Mógłbym Ŝyć przez rok za to, co mu
zapłaciłem za przycięcie kilku jabłoni na mojej posesji. „Sad ci
kwitnie? Doone go przytnie!" Robicie coś w sprawie
wandalizmu?
- Mamy ostry wstępniak - powiedział Riker. - Z duŜym
naciskiem na konieczność zaangaŜowania się wspólnoty,
większy nadzór rodzicielski i konieczność zwiększenia liczby
nocnych patroli, nawet jeśli musieliby zatrudnić kogoś na pół
etatu. Szeryf powinien mieć na oku te dzieciaki z Chipmunk.
Myślą, Ŝe Pickax to strzelnica. NajwyŜszy czas skończyć z
pobłaŜaniem i sentymentalnym podejściem, Ŝe chłopcy muszą
się wyszaleć.
- Co właściwie wydarzyło się w klinice dentystycznej dziś
rano?
- Najwyraźniej szukali narkotyków i gotówki. A kiedy nic nie
znaleźli, zdemolowali biuro i podłoŜyli ogień.
- Zazdroszczę wam, chłopki, cięŜko jest być poza nawiasem i
tylko z daleka się przyglądać.
- Mówiłem ci, Qwill, Ŝe moŜna by wykorzystać twoje
zdolności - wtrącił Riker - ale jesteś zajęty pisaniem tej swojej
cholernej powieści.
Qwilleran z Ŝalem pogładził wąsy.
- Zaczynam myśleć, Ŝe pisarstwo nie jest moim
przeznaczeniem.
Jestem
dziennikarzem,
nade
wszystko
dziennikarzem.
- Sam mogłem ci to powiedzieć, ośle!
- Nie potrafię być wolnym strzelcem. To nie na mój
temperament. Potrzebuję dyscypliny, zleceń, terminów.
- To co, wchodzisz?
- A mam wyjście?
- Felietony, będziesz pisał felietony. Takie same gęste,
treściwe informacyjne teksty, jakie pisałeś dla „Fluxion". Mamy
duŜo miejsca, które trzeba zapełnić, i duŜo Ŝółtodziobów, którzy
to robią. Potrzebny nam cały profesjonalizm, jaki da się z nas
wszystkich wykrzesać.
Trzasnęły wejściowe drzwi i w wejściu stanęła nagle Hixie
Rice.
- Szybko, chłopaki, potrzebuję piwa, kawy, czegokolwiek!
Jestem u kresu sił! Obskoczyłam wszystkie restauracje w tym
okręgu! Wszystkie chcą wykupić reklamę w dziale kulinarnym!
Te płaskie podeszwy mnie wykańczają!
Zsunęła z nóg czółenka i rzuciła je w kąt.
- A ty, co tu robisz? Nie powinieneś siedzieć na próbie, pisać
powieści albo niańczyć kotów? - zwróciła się do Qwillerana.
- JeŜeli jeszcze to potrafię - powiedział - zamierzam napisać
artykuł o ciekawych ludziach, którzy robią ciekawe rzeczy.
- Trzeba przyznać, Ŝe takie indywidua mieszkają tylko na
obrzeŜach cywilizacji - zauwaŜył Riker.
- Nie ma nudnych tematów - przypomniał mu Qwilleran - są
tylko nudni dziennikarze, którzy zadają nudne pytania.
- W porządku, to wszystko jasne. Teraz jedyne, czego nam
potrzeba, to jakiś gorący news na pierwszą stronę. Pierwsze
wydanie będzie przedmiotem kolekcjonerskim i chcę, Ŝeby
wyglądało jak prawdziwa gazeta.
- Roger jest w ratuszu na spotkaniu zarządu okręgu i jeśli
będziemy mieli szczęście, to zebranie przerodzi się w bijatykę
albo coś podobnego - powiedział Junior.
- Nie próbowaliście nigdy dziennikarstwa kreatywnego,
chłopcy? - zakpiła Hixie. - Porwijcie burmistrza! Zbombardujcie
ratusz! Spuśćcie wodę z tamy na Ittibittiwassee i zatopcie Main
Street!
Trzej powaŜni dziennikarze spojrzeli na nią groźnie.
Qwilleran spytał Rikera:
- Jaki tytuł będzie miała gazeta?
- Ta sprawa nie daje mi spać, mocno mnie przyblokowała.
Chciałem wybrać coś w stylu „Kroniki Moose County" albo
„Sygnały", albo „Weryfikator", albo „Zebranie". Musimy
szybko podjąć decyzję.
- Wy gazeciarze macie ograniczoną wyobraźnię - sprzeciwiła
się Hixie. - Dlaczego nie „Kula Armatnia Moose County" albo
„Łom", albo „Korkociąg"?
Trzej powaŜni dziennikarze jęknęli. Qwilleran zasugerował:
- Pozwólmy zadecydować czytelnikom. Na pierwszej stronie
moŜna by wydrukować formularz.
- Ale na pierwsze wydanie musimy mieć jakiś tytuł albo
hasło. Musimy ją jakoś nazwać.
- Nazwijmy ją „Moose County coś tam", daję słowo, Ŝe to
ś
wietny pomysł - powiedziała Hixie.
Znowu trzasnęły frontowe drzwi.
- To Roger - zgadywał Junior.
Młody człowiek z aparatem przewieszonym przez ramię
wparował do biura. Roger miał sztywną czarną brodę i bladą
karnację. Dzisiaj był bledszy niŜ zazwyczaj. Kiedy wpadł do
pokoju, był tak zdyszany, Ŝe ledwo oddychał, gapiąc się bez
słowa na czterech czekających na jakiś znak pracowników.
- Co się stało, Roger? - zapytał Riker.
- Morderstwo! - wykrztusił z siebie, głos ugrzązł mu w gardle.
- Morderstwo? - Riker zdjął nogi z biurka.
- Kto? - Junior, który skoczył na równe nogi, domagał się
dalszych informacji.
- Gdzie? - Hixie szybko wkładała buty.
- W ratuszu? - zapytał Qwilleran, dotykając nerwowo swoich
wąsów.
Roger znów się zakrztusił.
- W West Middle Hummock! Dwoje ludzi zastrzelonych!
Harley Fitch i jego Ŝona!
SCENA SZÓSTA
Miejsce: Redakcja gazety
Czas: Popołudnie po zabójstwie Fitchów
Osoby: Pracownicy gazety
Pierwsze egzemplarze „Moose County coś tam" schodziły
właśnie z drukarni i powinien być to czas świętowania, a w
ratuszu powinny właśnie strzelać korki od szampana, ale
wiadomości
z
pierwszej
strony
przybiły
wszystkich
mieszkańców okręgu. W małym mieście, jakim było Pickax,
morderstwo nie jest nigdy bezosobową tragedią. Wszyscy są
bądź krewnymi, bądź przyjaciółmi, bądź teŜ sąsiadami czy teŜ
klientami ofiary. Nawet Arch Riker, osoba nowa w mieście,
weteran tysiąca historii o wielkomiejskich morderstwach, był
przygnębiony.
- Chciałem mieć sensacyjny tytuł na pierwszą stronę, ale nie
chciałem, Ŝeby był aŜ tak tragiczny.
Z drukarni przywieziono kilka egzemplarzy pierwszego
wydania i pracownicy rozchwycili gazetę. Na środku strony
widniało obwieszczenie: „Harley Fitch i jego Ŝona nie Ŝyją".
Qwilleran zauwaŜył, Ŝe w wielkich miastach na Nizinach taka
zbrodnia nasunęłaby od razu skojarzenia z porachunkami mafii
narkotykowej. W Pickax, czterysta mil na północ od
wszystkiego, takie skojarzenia nie przyszłyby nikomu do głowy.
Czas na podejrzenia przychodził później, nad płotami, w barach
kawowych, ale teraz jedyną reakcją był szok, smutek i
niedowierzanie, Ŝe coś takiego mogło wydarzyć się w Moose
County.
Rano zadzwoniła Francesca.
- Och, Qwill, czy to nie bestie! Całą noc wymiotowałam.
Usłyszałam o tym w wiadomościach o północy. Ojciec nic mi
nie powiedział! Spodziewam się, Ŝe w popołudniowej gazecie
będzie więcej szczegółów. Chciałabym zadzwonić do Davida i
Jill, ale nie mam odwagi. Muszą być przeraŜeni.
- Informacja będzie na pierwszej stronie - powiedział
Qwilleran. - Wszystko wytłuszczonym drukiem, ze zdjęciem
Harleya. Nikt nie mógł znaleźć zdjęcia jego Ŝony, przynajmniej
w tak krótkim czasie.
- W śródmieściu jest kupa ludzi. Wszyscy stoją na placu i
mówią tylko o tym. Nikt nie moŜe w to uwierzyć! Oni, którzy
oczekiwali na dziecko! Nikt nie moŜe się zabrać do pracy!
- Trudno się z tym pogodzić. Kto mógł to zrobić?
- To musi być gang z Chipmunk. Sezon turystyczny jeszcze
się nie zaczął, nie ma tych wariatów, którzy włóczą się po kraju,
patrząc, kogo by tu zastrzelić. Tak, to na pewno te punki z
Chipmunk.
Qwilleran dotknął kłykciami wąsów.
- Kiedy wczoraj na próbie wszystko szło źle, miałem
przeczucie, Ŝe coś wisi w powietrzu. Wally powiedział, Ŝe to z
powodu pełni księŜyca.
- A ja wściekałam się na Harleya i Davida, i Jill, Ŝe nie
pojawili się bez uprzedzenia. Teraz, kiedy wiem dlaczego,
wolałabym obciąć sobie język. Oczywiście odwołamy
przedstawienie. Nikt nie miałby serca kontynuować po tym, co
się stało. BoŜe! Nie mogę pracować, nie mogę nic robić. Myślę,
Ŝ
e pójdę do domu i wypiję ojcu cały zapas scotcha. Idziesz ze
mną?
Historia na pierwszej stronie miała podtytuł Oczywisty
motyw rabunkowy, wprowadzenie napisał Roger MacGillivray:
Potomek rodziny Fitchów, wpływowy obywatel Moose
County, i jego młoda Ŝona zostali zastrzeleni we wtorek
wieczorem w swoim domu w West Middle Hummock. Jak
donosi biuro szeryfa, Harley Fitch, lat 24, i jego
dwudziestojednoletnia Ŝona, Belle, padli ofiarę mordercy, który
strzelał z powodów rabunkowych. Para przygotowywała się do
wyjścia z domu na próbę przedstawienia w Pickax. Według
koronera śmierć nastąpiła między szóstą a siódmą wieczorem.
David i jill Fitch, brat i bratowa zamordowanej pary, odkryli
ciała o siódmej piętnaście, kiedy przyjechali zabrać ich do
Pickax. MałŜeństwo mieszka pół kilometra od rezydencji
Fitchów, ostatnio zajmowanej przez nowoŜeńców, którzy, jak
się dowiedzieliśmy, spodziewali się dziecka.
Jill Fitch powiedziała policji: „Mamy próby pięć dni w
tygodniu. Do miasta jeździmy razem, zazwyczaj o szóstej
trzydzieści. Dzwoniłam, Ŝeby uprzedzić Harleya, Ŝe się
spóźnimy z powodu problemów z hydrauliką, ale nikt nie
podnosił słuchawki. Pomyślałam, Ŝe są na dworze i nie słyszą
dzwonka, więc pojechaliśmy tam najszybciej, jak to było
moŜliwe. Kiedy dojechaliśmy do ich domu, zatrąbiliśmy, ale
nikt nie wyszedł, więc David wszedł do środka i tak ich
znaleźliśmy".
Rzecznik biura szeryfa zauwaŜył, Ŝe ciało Harleya leŜało przy
tylnym wyjściu. Ciało jego Ŝony znaleziono w sypialni. Nie było
Ŝ
adnych śladów walki ani szamotaniny. Oboje mieli na sobie
dŜinsy i podkoszulki, określone przez członków rodziny jako
stroje noszone podczas prób.
Według rzecznika było jasne, Ŝe morderca lub mordercy
zaczęli grabić dom i albo znaleźli to, czego szukali, albo
rabunek przerwał im przyjazd drugiej pary.
Jill Fitch powiedziała policji: „Pamiętam, Ŝe widziałam
samochód odjeŜdŜający gruntową drogą, kiedy podjeŜdŜaliśmy.
Jechał szybko i wzbijał tumany kurzu". Przy drodze, o której
mowa, nie ma innych mieszkańców.
Dwudziestodwupokojowy dom jest siedzibą rodu Fitchów,
zbudowaną w latach dwudziestych XX wieku przez dziadka
Harleya, Cyrusa Fitcha. Rezydencja słynie z bogatej kolekcji
dzieł sztuki, ksiąŜek i rzadkich przedmiotów.
Harley był synem Nigela i Carol (z domu Doone) Fitchów z
Indian Village. Po ukończeniu uniwersytetu w Yale i po roku
podróŜy dołączył do banku Pickax, którego prezesem jest jego
ojciec. Od niedawna Harley i jego brat David sprawowali
funkcje wiceprezesów banku.
Przed pójściem na uniwersytet Harley uczęszczał do szkoły
ś
redniej w Pickax, gdzie uzyskał świadectwo z wyróŜnieniem.
Był członkiem druŜyny tenisowej, samorządu szkolnego i
szkolnego teatru. W collegeu zajął się administracją handlową i
kontynuował zainteresowania artystyczne.
Po powrocie do Pickax był czynnym członkiem Klubu Kibica
i Klubu Teatralnego, gdzie mogliśmy go zobaczyć w roli
Dromia w „Chłopcach z Syrakuz". Był zapalonym Ŝeglarzem,
który poprowadził ośmiometrową łódź „Fitch Witch" do wielu
Ŝ
eglarskich zwycięstw. Od dziesiątego roku Ŝycia budował
modele statków, za które zbierał liczne nagrody.
W październiku zeszłego roku poślubił w Las Vegas Belle
Urkle.
W ramkach na marginesie strony umieszczono komentarze
ludzi, którzy znali Harleya osobiście: dyrektora szkoły średniej,
trenera druŜyny tenisowej, przyjaciół ze szkoły, prezesa Klubu
Kibica,
personelu
banku
i
Larryego
Lanspeaka,
reprezentującego Klub Teatralny. „Wzorowy student... zawsze
pełen entuzjazmu i chętny do współpracy... miło było z nim
przebywać... utalentowany aktor... gracz zespołowy w stu
procentach... cudownie się z nim pracowało... taki wraŜliwy...
zawsze uśmiechnięty".
Qwilleran przeczytał artykuł trzy razy, masując przy tym
wąsy. Były tam szczegóły, które wzbudziły jego ciekawość. Na
Nizinach, za czasów, kiedy pracował we „Fluxion", takie
wydarzenie wymagałoby posiedzenia w klubie prasowym.
Dziennikarze analizowaliby historię, układali fakty, zadawaliby
sobie pytania, zbierali plotki, snuli podejrzenia, wypytywali
policję, wymieniali się informacjami. Niestety w Pickax nie
było klubu prasowego, ale Qwilleran zapytał Archa Rikera, czy
nie zechciałby zjeść z nim obiadu w „Old Stone Mili".
Zamiast odpowiedzi Riker otworzył kluczykiem szufladę
biurka i wyjął z niej małe pudełko. Wyglądał na zadowolonego
z siebie. W pudełku znajdował się pierścionek z diamentem.
- Zamierzam go dzisiaj dać Amandzie - jego rumiana twarz
tryskała radością.
Qwilleran był zakłopotany. To odkrycie tłumaczyło
niezwyczajne u Rikera zadowolenie, jakie ostatnio mu
towarzyszyło. Rozwiedziony po dwudziestu czterech latach
małŜeństwa, przed przyjazdem do Pickax był raczej posępny i
zamyślony. Qwilleran cieszył się, Ŝe Arch znalazł kobietę, która
mu się podoba. Ale Amanda! To był szok.
- Gratulacje! - tylko to mógł z siebie wykrztusić. - To dla
mnie niespodzianka.
- Amanda teŜ się zdziwi. Nigdy nie była zamęŜna, wszyscy
wiemy, Ŝe jest gderliwa i zawzięta, ale niech tam! Jesteśmy dla
siebie stworzeni.
- Tylko to się liczy - powiedział Qwilleran.
Potem zapytał Juniora, czy nie zechciałby zostać w mieście na
lunch.
- Nie jestem juŜ kawalerem - powiedział naczelny ze
szczęśliwym uśmiechem. - Rodzice Jody przyjechali z Cleve-
land, Ŝeby świętować start gazety. Jody przygotowała udziec
jagnięcy i niemieckie ciasto czekoladowe.
Qwilleran przyszedł więc z zaproszeniem do Rogera Mac-
Gillivraya i zaoferował, Ŝe stawia.
- Kurczę, chciałbym - powiedział - nieczęsto trafia mi się
darmowe wyjście. Ale Sharon idzie na wieczór panieński do
swojej kuzynki i obiecałem, Ŝe zostanę z dzieckiem. Moje Ŝycie
bardzo się zmieniło od kilku miesięcy.
Kolejny raz Qwilleran był jedynym kawalerem wśród
szczęśliwych par. Pomyślał z Ŝalem o swoim nieudanym
związku z Polly Duncan. Mógł zaprosić inne kobiety, choćby
Hixie, Francescę, Susan, a nawet Iris Cobb, ale Ŝadna nie
potrafiła tak jak Polly poprowadzić rozmowy nad kaczką a
lorange. Teraz, odkąd dołączył do Klubu Teatralnego i zatrudnił
projektantkę, wyraźnie trzymała go na dystans. Nagle skończyły
się idylliczne niedziele w jej domku na wsi. śadnego zbierania
jagód, smardzów, orzechów, obserwowania ptaków, czytania na
głos czy innych przyjemności. Jej chłodny dystans był tym
bardziej kłopotliwy, Ŝe ona była szefową biblioteki, a on
nadzorował radę biblioteczną.
W chwili desperacji zadzwonił do jej biura.
- Słyszałaś wieści?
- Czy to nie okropne? Wiedzą, kto to zrobił?
- O ile wiem, nie. Policja pewnie ma jakieś podejrzenia, ale
władze nie ujawniają Ŝadnych szczegółów śledztwa. Nie moŜna
ich winić. Co u ciebie słychać, Polly?
- W porządku.
- Czy nie zjadłabyś ze mną kolacji dziś wieczorem? Zawahała
- Przypuszczam, Ŝe twoja próba została odwołana z powodu...
- Przedstawienie jest odwołane. Nie zamierzam się więcej
angaŜować w Ŝadne sztuki. Miałaś rację, Polly, to pochłania
zbyt duŜo czasu. Bardzo chciałbym się z tobą zobaczyć.
Zapadła chwila znaczącej ciszy, a potem Polly odezwała się:
- Tak, pójdę z tobą na kolację. Brakowało mi ciebie, Qwill.
Qwilleran wydał z siebie wyraźne westchnienie ulgi.
- Przyjdę po ciebie po zamknięciu biblioteki.
Wracał do domu lekkim krokiem. Po drodze zatrzymał się w
sklepie Lanspeaków i kupił jedwabną apaszkę w ulubionym
przez Polly odcieniu niebieskiego. Poprosił, Ŝeby zapakowali to
na prezent.
Wracał do domu szczęśliwy, miał się odświeŜyć i przebrać do
kolacji, wbiegł na górę, biorąc po trzy schodki za jednym
zamachem. Stracił jednak całą pewność siebie, kiedy koty nie
wyszły mu na powitanie. Gdzie się podziały? Był pewien, Ŝe nie
zamknął ich w kocim pokoju. Pan 0'Dell nie miał sprzątać tego
dnia. Zajrzał do salonu, ale Koko nie czuwał na półce z
biografiami, a Yum Yum nie siedziała zwinięta na swoim
ulubionym fotelu.
CzyŜby ktoś się włamał i ukradł koty? Qwilleran pobiegł do
pokoju syjamczyków. Nie było ich tam! Sprawdził w łazience.
TeŜ nie! Zawołał je po imieniu. śadnej odpowiedzi! W panice
przeszukiwał sypialnię. Nie było ich nigdzie w zasięgu wzroku.
A moŜe były gdzieś zamknięte? Otwierał kolejne szuflady w
komodzie. Na czworaka przeszukał kaŜdy kąt szafy. Zawołał raz
jeszcze, ale w mieszkaniu panowała głucha cisza. Pełen obaw
skierował się do swojego gabinetu. Nigdy nie panował tam
porządek, ale tym razem wszędzie widoczne były ślady
wandalizmu: otwarte szuflady biurka, papiery porozrzucane po
podłodze, opróŜniony blat stolika, wszędzie na podłodze
poniewierały się spinacze.
Właśnie wtedy spostrzegł dwie nieruchome figury, jedną na
szczycie wbudowanej we wnękę gabloty, a drugą na półce z
tezaurusem Rogeta i butelką kleju. Yum Yum przycupnęła na
półce w pozycji wyraŜającej poczucie winy. Wyglądała jak zbity
tobołek z uniesionymi ramionami i pośladkami. Koko siedział
na gablocie, wyprostowany, ale bez zwykłej u niego pewności
siebie.
Qwilleran przyglądał się papierom zaścielającym podłogę. Ze
zdziwieniem spostrzegł, Ŝe były to koperty. Tylko nowe, czyste
koperty. Szuflada biurka, w której trzymał papeterię, była
otwarta. Kiedy zbierał papiery z podłogi, zauwaŜył w
naroŜnikach ślady zębów. Wszystkie klejące brzegi były
wylizane.
Usiadł przy biurku i obrócił krzesło, Ŝeby spojrzeć
winowajcom w twarz. Domyślał się, Ŝe Yum Yum otworzyła
szufladę swoją słynną łapką, a Koko, który nie przepuścił Ŝadnej
klejącej substancji, jaka znalazła się w jego zasięgu, urządził
sobie klejową libację. Kiedyś zdarzyło mu się wylizać cały
arkusz znaczków. Paradował wtedy hardo po pokoju ze
znaczkiem przyklejonym do nosa.
- CóŜ, przyjaciele - zaczął spokojnie Qwilleran. - Czy mam
zamykać szuflady? Co się z wami dzieje? Nudzicie się?
Jesteście nieszczęśliwe? Czegoś brakuje w waszym Ŝyciu?
Macie nieodpowiednią dietę?
Koko, zwyczajowy rzecznik kociej pary, milczał.
- Macie królewską dietę i zalecane dzienne dawki witamin.
Czy zdajecie sobie sprawę, Ŝe są koty, które muszą grzebać w
ś
mieciach, Ŝeby znaleźć coś do jedzenia?
Nie było Ŝadnej odpowiedzi.
- Czy koty nie mają języka?
Nadal brak odpowiedzi. Qwilleran wątpił, czy Koko go w
ogóle słucha.
- Nie wiecie nawet, jacy z was szczęściarze. Niektóre koty
Ŝ
yją na dworze cały rok. W mrozie, deszczu i skwarze. Macie
ogrzewany pokój z własną łazienką, telewizją i dywanami od
ś
ciany do ściany, i...
Qwilleran dmuchnął w wąsy, bo stało się dla niego jasne, Ŝe
Koko ze szklanym wzrokiem, kołyszący się lekko, jakby nie
mógł utrzymać równowagi, jest po prostu na haju!
- Szatan, nie kot! - wymamrotał. A potem przyszła mu do
głowy inna myśl. Koko nigdy nie zachowywał się dziwnie bez
powodu. Ale co tym razem chciał mu przekazać?
SCENA SIÓDMA
Miejsce: Restauracja „ U Tipsy", North Kennebeck
Czas: Później, tego wieczoru
Osoby: Polly Duncan
pan 0'Dell, dozorca Owillerana Chad, czarna owca rodziny
Lanspeaków Lori Bamba, koleŜanka Koko i Yum Yum
Kiedy Qwilleran przyszedł po Polly, zapytał:
- Cieszę się, Ŝe moŜesz zjeść dzisiaj ze mną kolację. Czy nie
miałabyś nic przeciwko temu, Ŝebyśmy pojechali za miasto?
Przez te złe wieści nie mogłem spać, jestem podenerwowany.
Muszę o tym porozmawiać.
Jej głos, delikatny i miękki, przynosił ukojenie i jednocześnie
stymulował.
- Rozumiem, Qwill. Taka tragedia sprawia, Ŝe ludzie chcą być
bliŜej siebie - obdarzyła go ciepłym spojrzeniem, którego tak
potrzebował, a które jednak trwało zbyt krótko.
- Pomyślałem, Ŝe moglibyśmy pójść do restauracji „U Tipsy".
Wiesz coś o tym miejscu?
- Mają dobre jedzenie, a miejsce jest bardzo popularne -
powiedziała pogodnie Polly, jakby postanowiła, Ŝe ten wieczór
będzie wesoły. - Czy wiesz, Ŝe restauracja zawdzięcza swoją
nazwę kotu? ZałoŜyciel tej knajpy był kucharzem w obozie
drwali, a potem właścicielem salonu. W czasach prohibicji
pojechał na Niziny i zarabiał na czarnym rynku.
Po zniesieniu zakazów wrócił tutaj z czarno-białym kotem o
imieniu Tipsy i załoŜył steakhouse w drewnianej chałupie.
- Jak się nazywał?
- Gus. Tylko tyle wiem, ale w okolicy jest legendą, tak samo
jak jego kot. To było pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt lat temu. Od
tego czasu lokal przechodził z rąk do rąk wiele razy, ale kolejni
właściciele zachowali nazwę.
Jechali przez typowy dla Moose County krajobraz:
pofałdowane pastwiska nakrapiane głazami narzutowymi i
stadami owiec, kurze fermy z białymi stodołami, ciemne połacie
lasów, opuszczone kopalnie z ruinami wyciągów. Tablica na
rozwidleniu drogi informowała, Ŝe do West Middle Hummock
pozostają trzy mile. Inna droga prowadziła stąd do Chipmunk
(dwie mile) i North Kennebeck (dziesięć mil).
- West Middle Hummock nie jest daleko od Chipmunk,
prawda? - zauwaŜył Qwilleran.
- Nie, ale to dobre studium kontrastów - powiedziała Polly.
Szosa prowadziła przez skupiska zniszczonych budynków
mieszkalnych, wiejskich domków z rozsypującymi się gankami,
blaszanych baraków, przyczep niewiele większych od
cygańskich wozów i duŜych domów z tabliczką „do wynajęcia".
- Zaraz po załoŜeniu miasta w tych duŜych domach były
burdele - poinformowała Polly.
Młodzi ludzie gromadzili się wokół klubu i baru z
hamburgerami, pili piwo z puszek i ogłuszali się rykiem
przenośnego stereo. Czy to ci gangsterzy włamali się do szkoły,
zdemolowali klinikę dentystyczną i otworzyli hydranty? Czy to
tu przesiaduje Chad Lanspeak? Czy mordercy Fitchów rabowali
w tym mieście?
Z drugiej strony North Kennebeck było kwitnącą wspólnotą z
elewatorem na zboŜe, osiedlami, starą stacją kolejową
zamienioną na muzeum i restauracją „U Tipsy", do której
ś
ciągali goście z całego okręgu.
Między zewnętrznymi pociemniałymi balami, z których
postawiono budynek restauracji, były szpary, ale wnętrze było
czyste i przytulne, umeblowane rustykalnymi sprzętami. Przy
stolikach siedziało wielu gości. Pod lampą w głównej jadalni
wisiał portret białej kotki w czarne plamki i z czarną łatą, która
zdawała się spływać jej na jedno oko, co nadawało kocicy
wygląd podchmielonej matrony.
- Miała zdeformowaną stopę, utykała, co dodawało
wiarygodności jej nietrzeźwemu wyglądowi. A jak się mają
twoje koty, Qwill?
- Koko cieszy się, Ŝe zacząłem kolekcjonować stare ksiąŜki.
Najbardziej lubi biografie. Nie rozumiem, jak on odróŜnia
ś
ywoty równoległe Plutarcha od poezji Wordswortha.
- A jak się ma nasza kochana Yum Yum?
- Nasza kochana Yum Yum odkryła upodobanie do
nieprzyjemnego zwyczaju, którego nie będę komentował przy
stole.
Zamówił sherry dla Polly, a dla siebie miejscową wodę
mineralną z odrobiną ziołowego likieru i plasterkiem cytryny.
Miasteczko Squunk Corners znane było z bijących źródeł, a
woda miała ponoć właściwości lecznicze. Podnosząc szklankę w
toaście, powiedział:
- Za pamięć obiecującej młodej pary!
- Harley był takim wspaniałym młodym człowiekiem! -
powiedziała smutno Polly.
- Koko bardzo go polubił. Zdaje się, Ŝe niewiele wiadomo o
jego Ŝonie. Zgodnie z papierami pobrali się w Las Vegas,
dziwne, prawda? Tutejsze bogate rodziny wolą chyba wielkie
ś
luby w kościele Old Stone. Z orszakiem druhen, setkami gości i
przyjęciem w klubie.
- Kiedy David i Jill się pobierali, ich ślub kosztował fortunę.
- śona Harleya nigdy nie przychodziła na próby Klubu
Teatralnego, a w gazecie przeczytałem, Ŝe obie pary wybierały
się właśnie na próbę i miały na sobie odpowiednie ubrania.
Polly uniosła brwi.
- Czytałeś kiedyś w gazecie historię, która we wszystkim
odpowiadałaby rzeczywistości?
Przejrzeli menu. Nie było dodatków, ale kucharz znał się na
rzeczy. Polly była zadowolona, Ŝe jej szczupak smakował jak
ryba, a nie jak sezonowane kromki chleba. Qwilleran cie szył
się, Ŝe jego stek wymaga przeŜuwania.
- Zawsze mam podejrzenia wobec steku, który rozpływa mi
się w ustach - powiedział.
Rozmowa nie schodziła z tematu morderstwa Fitchów. Polly
martwiła się o matkę Harleya, która była, podobnie jak
Qwilleran, w radzie nadzorującej pracę biblioteki.
- Margaret ma bardzo wysokie ciśnienie, nie wiem, jak
zareaguje na taki szok. To wspaniała osoba, taka hojna,
zawsze chętna, Ŝeby przewodniczyć komitetowi, wziąć udział w
kampanii dobroczynnej, w otwarciu fundacji. Udziela się nie
tylko w bibliotece, ale takŜe w szpitalu i szkole. Tak samo
Nigel, to cudowni ludzie!
- Hmm... - zamruczał Qwilleran, niepewny, jak ma
zareagować na ten wylew sentymentalnego uwielbienia,
niezwykłego w ustach Polly.
- To musi być cios dla Davida - zaryzykował. - Obaj bracia
byli ze sobą tak blisko.
- Tak, a David jest bardziej wraŜliwy. Ale Jill go wesprze. Jest
bardzo opanowana. ZauwaŜyłeś, Ŝe to ją cytowały gazety? Na
ich ślubie była jedyną osobą, która się nie denerwowała, umie
trzymać emocje na wodzy.
- Nie dziwi cię to, Ŝe w Moose County doszło do napaści z
bronią? - zapytał.
- To musiało się w końcu stać. Okoliczni ludzie mają w
domach kupę broni. Większość męŜczyzn poluje. Pełno tu
gwintówek,
dubeltówek,
rewolwerów.
PrzewaŜnie
to
odpowiedzialni
ludzie,
przestrzegający
prawo,
ale
w
dzisiejszych czasach wszystko się moŜe zdarzyć - obrzuciła go
szybkim, badawczym spojrzeniem. - Nie poluję, ale trzymam w
domu pistolet, tak na wszelki wypadek.
Wąsy Qwillerana poruszyły się. Jej uprzejme maniery, sposób
bycia pełen rezerwy, jej postać matrony, konserwatywne
ubranie, nic nie wskazywało na to, Ŝe w jej posiadaniu moŜe
znajdować się śmiertelna broń.
- Jeśli się Ŝyje samotnie przy wiejskiej drodze... CóŜ, uwaŜam,
Ŝ
e to przezorność - wyjaśniła. - To, co dzieje się na Nizinach,
zaczyna się teŜ dziać tutaj. Wiedziałam, Ŝe tak się stanie, i wcale
mi się to nie podoba.
- Dlaczego nie przeprowadzisz się do miasta? - zasugerował.
- Mieszkam w tym małym domku, odkąd umarł Bob. Kocham
mój mały ogród. Lubię otwarte przestrzenie. Sprawia mi
przyjemność mieszkanie przy polnej drodze, widok krów na
pastwiskach, kiedy jadę rano do pracy.
- Czasem, Polly, trzeba iść na kompromis.
- Kompromisy to nie moja specjalność, nie przychodzą mi
łatwo.
- ZauwaŜyłem to - powiedział Qwilleran.
Polly zrezygnowała z deseru, ale nie mogła oprzeć się
cytrynowemu ciastu z bezami.
- Byłaś kiedyś w rezydencji Fitchów? - zapytał.
- Wiele razy. Kiedy Nigel i Margaret mieszkali w duŜym
domu, Margaret zapraszała radę biblioteczną na herbatę w kaŜde
ś
więta BoŜego Narodzenia. Mają setki akrów. Pagórki, lasy,
łąki, strumyki, a z najwyŜszego wzgórza widać Wielkie Jeziora.
Rezydencja, którą w latach dwudziestych zbudował Cyrus Fitch,
jest bardzo rozległa. Podobno sam ją zaprojektował. Był
zaŜartym indywidualistą i zapalonym kolekcjonerem. Harley i
David wyrośli tam. Wśród trofeów, rzadkich ksiąŜek, chińskich
rzeźb, średniowiecznej zbroi i wszystkich tych egzotycznych
przedmiotów,
które
kolekcjonowali
ludzie
w
latach
dwudziestych, jeśli mieli pieniądze. Kiedy David poślubił Jill,
jego rodzice zbudowali im dom na terenie posesji. Gdy Harley
się oŜenił, on i jego Ŝona wprowadzili się do rezydencji, a
rodzice zamieszkali w apartamencie.
- Czy moŜna dojechać do rezydencji?
- To prywatna droga, ale nic jej nie zagradza.
- Co mogło przyciągnąć włamywaczy? Nie wyobraŜam sobie,
Ŝ
e złodzieje chcieli ukraść rzadkie ksiąŜki albo głowę
nosoroŜca.
- Była tam rodzinna biŜuteria, przekazywana z pokolenia na
pokolenie. Spodziewam się, Ŝe Ŝona Harleya dostała część po
ś
lubie.
Qwilleran w zamyśleniu gładził wąsy.
- Mam przeczucie, Ŝe morderca, albo mordercy, był tam juŜ
przedtem.
Kiedy wyszli z restauracji i w świetle zachodzącego słońca
ruszyli w drogę powrotną, zapytał:
- Jak ci się podoba „Moose County coś tam"?
- Cieszę się, Ŝe znów mamy gazetę, ale ten tytuł jest okropny.
- Jest tymczasowy, zmienimy go, jak tylko czytelnicy wybiorą
swój własny.
- Byłam zdziwiona objętością gazety.
- Z czasem na pewno zejdzie do dwudziestu czterech stron.
Do czasu wykończenia nowych budynków i drukarni, planują
wydawać ją w środy i weekendy. Potem pismo będzie
wychodzić pięć dni w tygodniu. Mam zamiar pisywać tam
felietony.
- A co z twoją powieścią? - zapytała ostro Polly.
- CóŜ, Polly... osiągnąłem ten bolesny punkt, kiedy musiałem
spojrzeć prawdzie w oczy. Nie jestem stworzony do wymyślania
fikcji. Przez dwadzieścia cztery lata mojej kariery zawodowej
skupiałem się na wygrzebywaniu faktów, weryfikowaniu
faktów, porządkowaniu faktów i na ich skrupulatnym
relacjonowaniu. Moja wyobraźnia jest przytłumiona.
- Pisaniu tej powieści poświęciłeś przecieŜ dwa lata!
- Mówiłem o niej dwa lata - poprawił ją. - Nigdzie mnie to nie
doprowadziło. MoŜe jestem po prostu leniwy.
- Rozczarowujesz mnie, Qwill.
- Przeceniasz mnie. Spodziewałaś się, Ŝe będę Faulknerem
północnych lasów albo Melville'em prerii.
- Spodziewałam się, Ŝe napiszesz coś o nieprzemijającej
wartości. Teraz będziesz po prostu produkował jednorazową
prozę na potrzeby gazety. Twoje kolumny w „Daily Fluxion"
były zawsze dobrze napisane, informacyjne, zabawne, ale czy
wykorzystujesz swój cały potencjał?
- Jestem świadom moich ograniczeń, Polly. Wyznaczasz mi
cel, który jest nierealny - zaczynało go to draŜnić.
- Pisanie powieści to był twój pomysł.
- KaŜdy pisarz, wcześniej czy później, zaczyna zastanawiać
się nad napisaniem powieści, ale nie kaŜdy się do tego nadaje.
Na moim biurku przewalają się stosy notatek i na wpół zapisane
strony - Qwilleran niespodziewanie podniósł głos. - Potrzebuję
dyscypliny, jaką daje praca w gazecie. Dlatego będę pisał do
„Moose County coś tam" - ton Qwillerana wskazywał, Ŝe
chciałby jeszcze dodać: „Czy ci się to podoba, czy nie!"
Polly spojrzała na zegarek. ZbliŜali się do centrum Pickax.
- Miło było zjeść z tobą kolację.
- Nie wstąpisz na górę na wieczorną kawę?
- Nie dzisiaj. Mam jeszcze sporo do zrobienia - powiedziała
oschle.
Ostatnie metry pokonali w milczeniu. Po szorstkim
„dobranoc" przesiadła się do własnego samochodu, który stał
zaparkowany przed biblioteką. Był to dwudrzwiowy wóz w
kolorze Ŝurawinowo-czerwonym, który Qwilleran podarował jej
na Gwiazdkę w nagłym przypływie świątecznego nastroju,
sentymentalnych uczuć i emocjonalnego delirium. Kiedy
odjechała, niebieski jedwabny szalik, który dla niej kupił tego
popołudnia, nadal leŜał zapomniany, nawet nieodpakowany, na
tylnym siedzeniu jego samochodu.
To było za dobre, Ŝeby miało trwać wiecznie, pomyślał,
okrąŜając rondo wokół parku. Jego związek z Polly zbliŜał się
ku końcowi. Kiedyś taka kochająca i zgodna, nagle zaczęła
krytykować wszystkie jego decyzje. Zdawało się jej, Ŝe
wzajemna bliskość upowaŜnia ją do kierowania jego Ŝyciem, ale
on nie był niczyją własnością. Z tego samego powodu jakieś
dwanaście lat temu rozpadło się jego małŜeństwo.
Kiedy otwierał drzwi do wozowni, usłyszał dzwonek telefonu.
Pobiegł na górę. Miał nadzieję... Miał nadzieję, Ŝe Polly
zmieniła zdanie... Miał nadzieję, Ŝe minęła kilka przecznic i
zatrzymała się przy budce telefonicznej...
Głos w słuchawce naleŜał jednak do pana O'Della, który przez
czterdzieści lat pracował w szkole jako woźny i teraz prowadził
własną jednoosobową firmę sprzątającą.
- Pewnikiem, Ŝe smutne wieści - powiedział pan 0'Dell. -
Młody panicz Harley był dobrym człowiekiem, ale oŜenił się z
niewłaściwą Irlandką. Tak właśnie myślę. Będzie mnie
potrzebował jutro? Wnuk mi się urodził w Kennebeck, spieszno
mi go zobaczyć.
- Koniecznie, panie 0'Dell, niech pan weźmie wolne i jedzie.
Czy wszystko było w porządku, kiedy pan tu był?
- Wszystko, z wyjątkiem jednego. Ona znowu nabrudzi-ła
poza pudełkiem. Coś jej przeszkadza, oj tak.
Qwilleran zadzwonił natychmiast do Lori Bamby z Moose-
ville, młodej damy, która wiedziała wszystko o kotach. Opisał
jej całą sytuację.
- Yum Yum nigdy dotąd nie sprawiała kłopotów. Kupiłem jej
osobną kuwetę, myślałem, Ŝe o to jej chodzi, a ona znowu
zostawia mi prezenty na podłodze łazienki.
- MoŜe to stres - zasugerowała Lori. - Czy ona Ŝyje teraz w
stresie?
- STRES?! - wykrzyknął do telefonu. - To ja Ŝyję w stresie!
Ona wiedzie beztroskie Ŝycie! Ma komfortowy apartament ze
wszystkimi wygodami - dwa gotowane posiłki dziennie,
czesanie trzy razy w tygodniu. Ma zarezerwowane miejsce na
moich kolanach za kaŜdym razem, kiedy siadam. Dodatkowo
prowadzę z nimi inteligentne rozmowy, tak jak mi to doradzałaś.
- Czy w jej otoczeniu zaszły ostatnio jakieś zmiany?
- Tylko nowe tapety w salonie, ale nie wiem, w jaki sposób
miałoby to jej dotyczyć.
- CóŜ, obserwuj ją i jeśli zauwaŜysz coś jeszcze
niepokojącego w jej zachowaniu, zabierz ją do weterynarza.
Tej nocy Qwilleran spał niespokojnie. Kiedy coś było nie tak
z kotami, był zawsze wytrącony z równowagi. Było mu teŜ
przykro z powodu Polly. Nie mógł spokojnie myśleć o
morderstwie, którego dokonano z zimną krwią i które
przepełniło Ŝalem i smutkiem całą wspólnotę. Kiedy tak leŜał,
usłyszał Ŝałobny gwizd towarowego pociągu, który o pierwszej
trzydzieści mijał niestrzeŜony przejazd w pobliŜu granicy
miasta. Pogoda była dobra, a powietrze przejrzyste. Mimo Ŝe
leŜał z głową wtuloną w poduszkę, a przejazd był oddalony od
jego domu o dobre pół mili, słyszał zgrzyt kół na torach. Kiedy
następny pociąg o drugiej dwadzieścia przetoczył się przez
miasto, Qwilleran nadal nie spał.
SCENA ÓSMA
Miejsce: Śródmieście Pickax
Czas: Dzień przed pogrzebem Fitchów
Qwilleran słuchał wiadomości nadawanych przez PKX FM co
pół godziny, spodziewając się usłyszeć, Ŝe podejrzani w sprawie
morderstwa Harleya i Belle Fitchów są właśnie przesłuchiwani,
albo Ŝe podejrzanych aresztowano i przedstawiono zarzuty, albo
Ŝ
e morderca się załamał lub popełnił samobójstwo, zostawiwszy
notatkę czy teŜ list poŜegnalny. Nie wydarzyło się nic, co
potwierdziłoby scenariusze wymyślane przez Qwillerana. Z
wiadomości moŜna się było dowiedzieć, Ŝe policja prowadzi
dochodzenie.
Ogłoszono, Ŝe pogrzeb odbędzie się w piątek i Ŝe jest
Ŝ
yczeniem rodziny, by ceremonia odbyła się w najbliŜszym
gronie. Qwilleran zdawał sobie sprawę, Ŝe decyzja rozczaruje
wielu mieszkańców okręgu. Chodzeniu na pogrzeby i
przyglądaniu się Ŝałobnym ceremoniom poświęcano w Pickax
wiele czasu.
Co
więcej,
ogłoszono,
Ŝ
e
Margaret
Fitch,
matka
zamordowanego męŜczyzny, przeszła cięŜki zawał i przebywa w
stanie krytycznym w szpitalu. Wszystko to podsyciło
zniecierpliwienie Qwillerana. Wiedziony ciekawością i chęcią
uzyskania jakichś pewnych informacji wybrał się na posterunek
policji, Ŝeby porozmawiać z Brodiem. Jego krok był mniej
energiczny niŜ zazwyczaj, po bezsennej nocy brakowało mu
animuszu. Od incydentu w West Middle Hummock nie
rozmawiali ze sobą, ale Brodie wiedział z pewnością wszystko i
będzie chciał odsłonić kilka faktów.
- Kiepska sprawa, Brodie - powiedział Qwilleran, wchodząc
do biura.
- Kiepska sprawa - powtórzył Brodie, nie podnosząc oczu
znad papierów.
- Jacyś podejrzani?
- Nie mogę mówić, to nie ja prowadzę to dochodzenie.
- Przypuszczam, Ŝe sprawa z West Middle Hummock jest w
gestii szeryfa.
Brodie pokiwał głową.
- Policja stanowa tylko asystuje.
- A tak nieoficjalnie, Brodie, podejrzewacie punków z
Chipmunk?
Szef spojrzał Qwilleranowi prosto w oczy i powiedział
chłodno:
- Bez komentarza.
Qwilleran nie spodziewał się takiej reakcji u gadatliwego
zazwyczaj stróŜa prawa, ale wiedział teŜ, kiedy naleŜy przestać
zadawać pytania.
- Nie martw się! - rzucił na odchodne.
Następny przystanek zrobił w redakcji „Moose County coś
tam". W redakcji zawsze moŜna było liczyć na nieformalne
informacje, prawdziwe czy teŜ fałszywe. Niestety Junior
Goodwinter wziął pierwszy raz wolne po wielu tygodniach,
jakie minęły, odkąd zaczęli pracować nad projektem, a Roger
MacGillivray był w terenie, zbierał materiał do artykułu o
dzikich indykach.
Arch Riker był pod ręką, skulony nad biurkiem, ale nie słyszał
Ŝ
adnych plotek i nie potrafił odpowiedzieć na Ŝadne pytanie.
- Ciekawy jestem - zastanowił się Qwilleran - skąd pochodziła
Belle Fitch. Mój sprzątacz mówi, Ŝe Harley poślubił
niewłaściwą kobietę.
- Jesteś zwykłym psem, Qwill! - wybuchnął niespodziewanie
Arch, odpychając niecierpliwie swoje krzesło od biurka. - Nie
dasz za wygraną, dopóki nie wywęszysz czegoś, co nie jest
twoją sprawą!
Zaskoczony wybuchem przyjaciela Qwilleran, drocząc się
niewinnie, zapytał:
- Co cię gryzie, Arch? CzyŜby Amanda nie przyjęła
pierścionka?
- To teŜ nie twoja sprawa - wypalił redaktor. - Kiedy
dostaniemy od ciebie następny artykuł?
- Ą kiedy chcecie?
- Jutro w południe, pójdzie w niedzielnym wydaniu. To było
to! Krótkie terminy podnosiły Qwilleranowi ciśnienie, lepiej się
koncentrował, miał więcej pomysłów.
- Co powiesz na tekst o ekscentrycznym księgarzu, który
prowadzi antykwariat w dawnej kuźni?
- A co ze zdjęciami, masz aparat?
- Za słaby, Ŝeby pstryknąć ciemne ksiąŜki i ciemnego kota w
ciemnym pomieszczeniu.
- W porządku, zorganizuj wszystko, a ja podeślę tam naszego
dyŜurnego fotografa, jeśli uda mi się go znaleźć i jeśli on
znajdzie aparat.
Qwilleran wyszedł z redakcji podniesiony na duchu. Do
niewczesnych romansów Rikera miał ambiwalentny stosunek.
Dorastali razem w Chicago i byłoby mu przykro, gdyby
przyjaciel
doznał
rozczarowania.
Z
drugiej
strony
niepowodzenie miłosne Archa oznaczało, Ŝe znów będą mogli
umawiać się na kawalerskie kolacje do „Old Stone Mili" i
pogawędki w tawernie „Pod Wrakiem" w Mooseville.
Odebrał z działu miejskiego dyktafon i notes i ruszył Ŝwawo
w kierunku księgarni „Edds Editions". Zadźwięczał dzwonek
przy drzwiach i Eddington Smith wyłonił się z mroku swojego
antykwariatu.
- Straszna sprawa - powiedział drobny człowieczek Ŝałobnym
tonem. - Wiadomo coś więcej o morderstwie? - w tym
momencie Qwilleran po raz pierwszy zdał sobie sprawę, Ŝe
trwały uśmiech na twarzy księgarza był tylko zamaskowanym
grymasem.
- Policja prowadzi śledztwo - powiedział. - Tylko tyle wiem.
MoŜe słyszałeś, Ŝe pani Fitch miała zawał. Jest w stanie
krytycznym.
Księgarz pokiwał z ubolewaniem głową.
- Znałem całą rodzinę. Zdaje mi się, Ŝe to nie dzieje się
naprawdę. „Cały świat to scena, a wszyscy męŜczyźni i kobiety
są tylko aktorami" - jak ktoś powiedział.
Z ciemnego kąta pomieszczenia doszło ich cichutkie „miau" i
pokazał się Winston, który wachlując się cętkowanym ogonem,
skakał z jednego stołu na drugi: z ksiąŜek medycznych na
biografie i dalej na ksiąŜki kulinarne i fikcję. Qwilleran
pogłaskał puszysty przydymiony grzbiet.
- Chciałbym napisać artykuł do nowej gazety o twojej firmie,
Edd. W reklamie antykwariatu wspomniałeś o naprawie ksiąŜek.
Czy w takim mieście jak to jest duŜo pracy?
- Niewiele. Dostaję trochę zleceń z biblioteki. Pani Duncan
jest bardzo miła. Dzisiaj rano jedna pani z Sawdust City
przyniosła mi rodzinną Biblię do naprawy. Przeczytała moje
ogłoszenie.
- Gdzie wykonujesz te prace?
- Moje maszyny introligatorskie są z tyłu, na zapleczu. Chcesz
je zobaczyć?
- Tak, i chciałbym włączyć dyktafon. Chcę ci zadać kilka
pytań.
Eddington poprowadził Qwillerana do pomieszczenia na
tyłach budynku. Winston zeskoczył z ksiąŜek kucharskich i
poszedł za nim.
- Widziałeś iuŜ kiedyś ręczną bindownicę? - zapytał księgarz
z nutą dumy. Pociągnął za sznurki zwisające z sufitu i
fluorescencyjne tuby podświetliły pokój pełen pras księgarskich,
gilotyn, ostrzałek, blatów, stołków róŜnej wysokości, małą
kuchenkę gazową i róŜne nietypowe narzędzia.
Qwilleran zaczął robić notatki, spisując to, co znajdowało się
w warsztacie. Edd zauwaŜył, Ŝe Qwilleran przypatruje się
kuchence.
- To do podgrzewania kleju - wyjaśnił - no i mojej zupy. Dwaj
męŜczyźni rozsiedli się na stołkach. Eddington podał
Qwilleranowi otwartą ksiąŜkę.
- Popatrz na stronę siedemdziesiątą drugą. Potrafię tak
zreperować rozdarcie za pomocą japońskiej bezbarwnej taśmy i
kleju z mączki kukurydzianej, Ŝe nie ma śladu po uszkodzeniu.
To była prawda. Strona siedemdziesiąta druga była bez skazy.
Kiedy Winston wskoczył na ławę, przy której siedzieli,
księgarz powiedział:
- Zawsze przychodzi do introligatorni, kiedy pracuję. Lubi
zapach kleju i pasty.
- Koko teŜ lubi wąchać klej. Jakiego rodzaju kleju uŜywasz?
- Nic syntetycznego. Sam robię pastę z pszennej mąki albo z
mączki kukurydzianej. Klej robię ze zwierzęcej Ŝelatyny.
Kupuję ją w listkach i rozpuszczam. Wiedziałeś, Ŝe to właśnie
klej introligatorski przyciąga mole ksiąŜkowe?
Kiedy Eddington opowiadał o swoim rzemiośle, nie był juŜ
tym nieśmiałym męŜczyzną, który prowadzi małą księgarenkę i
szeptem wypowiada swoje kwestie na próbach Klubu
Teatralnego. Mówił miękkim głosem, ale z mocą, a czynności
introligatorskie wykonywał sprawnie i pewnie.
- Jak zainteresowałeś się ksiąŜkami? - zapytał Qwilleran.
- Mój pradziadek kolekcjonował ksiąŜki. Znasz miasteczko o
nazwie Smiriis Folly? To on je załoŜył, w 1856 roku. Jego
kopalnia zawaliła się dwa razy, ale za trzecim uczyniła z niego
bogatego człowieka.
- Co się stało z fortuną twojego pradziadka? - zapytał
Qwilleran, rozglądając się po pokoju. W odległym rogu
pomieszczenia stało niewygodne zapewne polowe łóŜko,
rozkładany stolik i turystyczne krzesełko, mały zlew z wiszącym
ponad nim lustrem, półka z naczyniami i jedzeniem w puszkach.
- Z przykrością muszę powiedzieć, Ŝe następne pokolenie
wydało wszystko na urocze panie - westchnął Eddington,
oblewając się niezdrowym rumieńcem. - Mój ojciec sprzedawał
ksiąŜki jako komiwojaŜer, chodził od drzwi do drzwi i tak
zarabiał na Ŝycie.
- Jakiego rodzaju ksiąŜki?
- Klasykę, słowniki, encyklopedie, klasery z etykietami i inne
podobne. Ludzie bez wykształcenia chcieli zyskać jakąś wiedzę
i mój ojciec był jak misjonarz, niosący kaganek oświaty. Mówił
im, Ŝe mają czytać i wieść lepsze Ŝycie. Nigdy się nie dorobił,
ale był uczciwy i szanowano go w okolicy. Jak ktoś powiedział:
„Cnota i bogactwo rzadko idą w parze".
- A ty jak zająłeś się uŜywanymi ksiąŜkami?
- Kiedy stary człowiek umarł, wyrzucili jego ksiąŜki na
ś
mietnik. Zebrałem je na wózek. Miałem czternaście lat. Teraz
kupuję po domach. Czasami na strychu znajdzie się jakaś
nietypowa ksiąŜka, która jest coś warta. Znalazłem pierwsze
wydanie Marka Twaina w pudle z podręcznikami i klasera-mi.
Raz znalazłem ksiąŜkę, którą Longfellow zadedykował
Hawthorne'owi.
- W swoim ogłoszeniu wspomniałeś takŜe o opiece
bibliotekarskiej, co dokładnie miałeś na myśli? - zapytał
Qwilleran.
- Jeśli ktoś ma dobrą prywatną bibliotekę, idę i czyszczę
ksiąŜki, zajmuję się skórzanymi okładkami. Patrzę, czy nie ma
na nich pleśni i robaków. Większość ludzi nie wie nawet, jak
układać ksiąŜki na półce. Jeśli są za daleko od siebie, uchylają
się, jeśli za blisko, nie mogą oddychać.
- Czy w okolicy jest wiele dobrych prywatnych zbiorów?
- Nie tak wiele, jak to bywało kiedyś. Ludzie dziedziczą
kolekcje i sprzedają je, Ŝeby kupić sobie jachty albo zapłacić
dzieciom czesne w college'u.
- MoŜesz wymienić kilku swoich klientów?
- Och, nie, to nie byłoby etyczne, ale mogę zdradzić, Ŝe
zajmowałem się biblioteką Klingenschoenów, kiedy starsza pani
jeszcze Ŝyła.
- A biblioteką Fitchów? Tak nieoficjalnie. - Qwilleran
wyłączył dyktafon. - Słyszałem, Ŝe mają trochę rzadkich
ksiąŜek.
Księgarz wyszeptał:
- Kolekcja Cyrusa jest teraz warta miliony. Jeśli zechcą
sprzedać ją na aukcji, to będzie to wydarzenie na skalę
ś
wiatową.
- Czy myślisz, Ŝe włamywacze, którzy zamordowali młodą
parę, mogli szukać starych ksiąŜek?
- Nie wydaje mi się. Nie tutaj. Chyba Ŝe...
- Chyba Ŝe co?
- Nie, nic, to tylko głupie myśli - Eddington wyglądał na
zakłopotanego.
- Czy istnieją profesjonalni złodzieje ksiąŜek, tacy jak ci,
którzy kradną dzieła sztuki, starych mistrzów? Tacy, którzy
mogliby przyjechać tu z Nizin?
- Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Powinienem pomyśleć o
inwentaryzacji. Albo najpierw porozmawiam z prawnikiem.
Qwilleran zapytał:
- Od jak dawna chodziłeś do rezydencji Fitchów?
- Od prawie dwudziestu pięciu lat. Kiedy pan i pani Fitch
wyprowadzali się, prosili, abym nadal opiekował się biblioteką.
- Poznałeś więc Ŝonę Harleya. Jaka ona była? Eddington
zawahał się.
- Miała ładną twarz - bardzo ładną. Twarz małej dziewczynki.
Nie chciałbym mówić niczego złego, świeć panie nad jej duszą,
ale... uŜywała takich słów, Ŝe nie powtórzyłbym ich nawet przed
Winstonem.
- Skąd pochodziła?
- Miała na nazwisko Urkle. Pochodziła z Chipmunk.
Oczywiście znałem ją, zanim jeszcze Harley się z nią oŜenił.
Była pokojówką pani Fitch.
Qwilleran
pamiętał
uwagę
pana
0'Della:
„Poślubił
niewłaściwą Irlandkę". Zwrócił się do Eddingtona:
- Ktoś mógłby się zastanawiać, dlaczego Harley wybrał
dziewczynę z niŜszej klasy.
- „Miłość czyni nas wszystkich głupcami", jak mawiał
Thackeray. Myślę, Ŝe to był Thackeray - powiedział księgarz.
Qwilleran wstał.
- To była niezwykle miła rozmowa, Edd. Fotograf przyjdzie
jutro po południu.
- MoŜe dobrze by było wymyć szybę wystawową.
- Tylko nie przesadzaj.
W drodze do wyjścia Qwilleran zatrzymał się i zapytał.
- Kiedy w normalnych okolicznościach odwiedziłbyś
bibliotekę Fitchów?
- W następny wtorek, ale nie wiem, co mam teraz zrobić.
Muszę porozmawiać z adwokatem. Nie chcę niepokoić pani
Fitch, ale o ksiąŜki trzeba dbać.
- Byłbym niezwykle wdzięczny, gdybyś zabrał mnie ze sobą -
powiedział Qwilleran. - MoŜe się czegoś nauczę.
- Powinienem zapytać prawnika, czy to będzie w porządku.
- Nie trzeba. Po prostu zabierz mnie jako swojego asystenta.
Jestem dobry w odkurzaniu.
Idąc do domu, Qwilleran zastanawiał się nad niezwykłą
wiedzą skromnego samouka, nad radością, z jaką pracował przy
ksiąŜkach, i nad jego zaniedbanym mieszkaniem. Przypomniał
sobie wąskie polowe łóŜko, smutny stolik i krzesło, półkę nad
zlewem. Były na niej tylko kubek, talerz, nadgryziony rondel,
zupa w puszce, sardynki, maszynka do golenia, grzebień i
pistolet!
Kiedy przyjechał do domu, wiedział, Ŝe ma wiadomości na
sekretarce, zanim jeszcze wszedł na górę. Szalony taniec Koko,
który biegał tam i z powrotem, był znakiem, Ŝe telefon dzwonił
podczas nieobecności Qwillerana.
Dzwoniła
Francesca.
Wpadnie
o
piątej.
Przyniesie
olśniewające próbki tapet do jego sypialni. Ma teŜ dla niego
wieści.
SCENA DZIEWIĄTA
Miejsce:
Mieszkanie
Qwillerana,
później
restauracja
„Stefania"
Czas: Ten sam dzień
Qwilleran poszedł do gabinetu, Ŝeby uporządkować myśli i
ułoŜyć chwytliwe wprowadzenie do sylwetki Eddingtona. Miał
teŜ zamiar zagnać koty do ich pokoju. Zazwyczaj asystowały
przy procesie twórczym, siedząc na jego notatkach, gryząc
długopis i stąpając po klawiszu trzymacza w maszynie do
pisania, którą posługiwał się Qwilleran, ale tym razem
Qwilleran miał sztywny i bardzo bliski termin. Koty zostały
skazane na banicję.
Praca wymagała koncentracji. W warsztacie Eddington
uŜywał dziwnego słownictwa. Wspominał o bindowaniu, bi-
gowaniu, kaszerowaniu, falcowaniu, klejeniu białkiem kurzym i
zszywaniu.
Eddington powiedział, Ŝe Winston lubi proces klejenia. Czy
Koko czuł zapach kleju, kiedy wąchał grzbiety ksiąŜek, co
wyglądało tak, jakby czytał tytuły? Czy kot moŜe wyczuć klej
na siedemdziesięcioletnim tomie dzieł Dickensa albo na
stuletnim Szekspirze? To było mało prawdopodobne. Ale jeśli
nie klej, to dlaczego Koko tak chętnie wąchał ksiąŜki? Dlaczego
wąchał tylko niektóre z nich, a inne nie? Czy w grzbietach były
robaki? Czy był w stanie wyczuć Ŝyjące stworzenia? Kiedy
spędzali letnie miesiące na wsi, koty były zafascynowane
pająkami, mrówkami i biedronkami, które widywały na szybach
werandy. Dlaczego nie mole ksiąŜkowe? Qwilleran postanowił,
Ŝ
e poprosi Eddingtona o sprawdzenie ulubionych tytułów Koko.
Syjamczyk zainteresował się nagle Moby Dickiem i Kapitanami
Zuchami.
Snując te rozwaŜania, nie zbliŜał się do ukończenia artykułu i
kiedy przyjechała Francesca ze swoimi tapetami, powiedział:
- Przepraszam, jeśli będę trochę roztargniony, ale pisałem
artykuł
o
Eddingtonie
Smith
i
jestem
w
oparach
antykwarycznych ksiąŜek. To jakie są te twoje wieści, Frań?
- Najpierw poproszę o drinka - powiedziała, padając na
kanapę.
- Najpierw poproszę o wieści - nalegał Qwilleran - potem
dostaniesz drinka.
- Podejrzewają Chada Lanspeaka. Carol i Larry wpadli w
panikę!
- Hmmm... - zasępił się, uderzając palcami po wąsach. - O
której według policji zabito Harleya? Twój ojciec nie chce mi
nic powiedzieć. Nie wiem dlaczego. Nagle nabrał wody w usta.
- Ja wiem dlaczego - westchnęła Frań. - W zeszłym roku
udzielono mu reprymendy za rozmowy o sprawie, w której
toczyło się dochodzenie. Biedny ojczulek! Uwielbia mówić.
Mogę się tego dowiedzieć. Dlaczego chcesz wiedzieć?
- O szóstej piętnaście Chad przyszedł do mojego mieszkania,
Ŝ
eby sprzedać mi robione ręcznie przez siebie rakiety śnieŜne.
Transakcja zajęła nam więcej czasu, niŜ się spodziewałem, więc
musiało być koło siódmej trzydzieści, kiedy podrzucił mnie do
centrum. Wiem to dokładnie, bo spojrzałem na zegarek i zdałem
sobie sprawę, Ŝe zrobisz mi piekło za te pół godziny. Jeśli
wierzyć temu, co napisała nasza gazeta, Jill i David znaleźli
ciała o siódmej piętnaście. Zakładając, Ŝe Chad spędził cały
dzień w sklepie, to jego udział jest wykluczony.
- Powinieneś zadzwonić do Carol i Larry'ego i powiedzieć im
to. ZaangaŜowali prawnika. Znasz Hasselricha?
- Tak, to takŜe prawnik Fundacji Klingenschoenów.
- Zadzwoń do nich od razu, to ich uspokoi.
Qwilleran wystukał numer rezydencji Lanspeaków. Czekając,
aŜ odbiorą telefon, wyobraŜał sobie ich atrakcyjny wiejski dom:
drewniane płoty, cedrowy gont, malowniczą stodołę.
- Halo, Larry? Tu mówi Qwill. Mam dla ciebie bardzo waŜną
wiadomość... Tak, wiem, Frań mi powiedziała, ale zakładając,
Ŝ
e Chad był cały dzień w sklepie, to jest poza podejrzeniem. Był
ze mną od szóstej piętnaście do siódmej trzydzieści, zdaje się, Ŝe
przyjechał prosto po pracy. O której się wymeldował?... No, to
chyba ma alibi. Pamiętasz, mówiłem ci, Ŝe sprzedaje mi rakiety
ś
nieŜne. Dlatego spóźniłem się na próbę... No właśnie. Podrzucił
mnie do centrum swoim rozgruchotanym pikapem. Wysiadłem
pod centrum wspólnoty o siódmej trzydzieści... Tak,
pomyślałem, Ŝe to moŜe pomóc. Na dowód mogę przedstawić
parę „ogonów bobra". Powiedz to Hasselrichowi i niech je ode
mnie odbierze. Jestem do waszej dyspozycji, jeśli mogę się
przydać... Do zobaczenia, Larry. Głowa do góry!
Podczas gdy on nalewał jej drinka, ona przechadzała się po
salonie, rozglądając się wokół okiem profesjonalisty. Przesunęła
stolik o kilka centymetrów w lewo, poprawiła Ŝaluzje,
wyprostowała druk z 1805 roku ukazujący łódź patrolową.
- Jak to się dzieje, Ŝe twój druk jest ciągle przekrzywiony? -
zapytała. - Nie mieliśmy tu ani trzęsienia ziemi, ani wybuchu
bomby.
- To wina Koko - powiedział Qwilleran. - Lubi pocierać brodą
o naroŜniki ramek, a do tej łatwo dosięgnąć z oparcia kanapy.
Gdybyś wiedziała cokolwiek o kotach, nie pytałabyś.
Usiadła wygodnie.
- Nadal nie mogę uwierzyć, Ŝe straciliśmy Harleya.
- Nikt nie mówi o jego Ŝonie. Dobrze ją znałaś?
- Widziałam ją kilka razy - Frań podniosła na niego wzrok.
- Pochodziła z Chipmunk?
- Gdzieś stamtąd.
- Co ludzie powiedzieli na ich małŜeństwo? Dlaczego pobrali
się w Las Vegas?
- Szczerze mówiąc, Qwill, nie mam ochoty o tym mówić.
Jeszcze go nie pochowaliśmy. To zbyt bolesne. Nie masz nic
przeciwko, jeśli zapalę?
Z wystudiowanym wdziękiem wytrząsnęła papierosa z
pudełka, przypaliła go srebrną zapalniczką, którą podarował jej
na Gwiazdkę, i zaciągnęła się głęboko.
Qwilleran pozwolił jej delektować się przez chwilę dymem, a
potem powiedział:
- Ty i David byliście bardzo zŜyci, prawda?
- Skąd wiesz? To dawne dzieje, to było w szkole średniej.
- Myślałaś kiedyś o tym, Ŝeby wyjść za niego?
- Myślałeś kiedyś o tym, Ŝe moŜesz być wścibskim draniem...
kochanie?
Odpowiedział łobuzerskim tonem:
- Przepełnia mnie współczująca ciekawość wobec losów
bliźnich. To jedna z moich szlachetnych cech.
Postawił przed nią miseczkę orzechów nerkowca i patrzył, jak
zachłannie je połyka.
- A tak na powaŜnie, Frań, czy uwaŜasz, Ŝe tutejsi śledczy
mają wystarczające kompetencje, Ŝeby rozwiązać tę sprawę?
- Policja stanowa przysłała tu detektywa, tak mówi tata.
Eksperta od morderstw. Ale nie doceniasz chyba naszych
policjantów. Wyrośli tutaj, znają kaŜdego. Zdziwiłbyś się, ile
wiedzą o tobie, o mnie, o Chadzie, o wszystkich. Nie mają
naszych akt, po prostu wiedzą.
Qwilleran nalał jej następnego drinka, jej szklanka szybko się
opróŜniała.
- Jaka jest rezydencja Fitchów? - zapytał.
- Sentymentalna kiczowata architektura w ekskluzywnym
wydaniu. Mieszanina wiktoriańskiego gotyku, art deco i
włoskiego klasycyzmu. Jest w niej jednak jakiś wiejski urok.
Wszystkie te kominy, te kamienne mury wokół posiadłości.
- Zastanawiam się, czy mordercy mieli czas, Ŝeby znaleźć to,
czego szukali, zanim im przeszkodzono. Na pewno mieli kogoś
na czatach w samochodzie, kogoś, kto ostrzegł ich, Ŝe Jill i
David nadjeŜdŜają. Jak myślisz, czego mogli szukać?
- Pieniędzy i biŜuterii, tak myślę. Zaczęli przeszukiwać biurko
w bibliotece i szuflady w garderobie na górze. Babka Harleya
zostawiła Harleyowi i Davidowi biŜuterię, Ŝeby przekazali ją
swoim Ŝonom. Belle miała kilka naprawdę ładnych rzeczy.
- A ksiąŜki? Mogli szukać rzadkich ksiąŜek?
- śartujesz? To były prawdopodobnie jakieś łotry z Chip-
munk, które nie potrafiłyby odróŜnić rzadkiej ksiąŜki od spisu
telefonów.
- Jakiej broni uŜyli?
- Ręcznej. To pistolet, bardzo popularny w okolicy... Hej, nie
mów tacie, Ŝe wiesz to wszystko. Nie powinien o tym z nikim
rozmawiać, ale on i mama mają ostre dyskusje przy kuchennym
stole po kaŜdej zmianie, a ja mam duŜe uszy.
- Jeśli mogę pozwolić sobie na dygresję, masz urocze uszka.
- CóŜ, dziękuję - odparła ciepło, mile zaskoczona. - Jeśli
podtrzymałbyś swoje zaproszenie, mogłabym pójść z tobą na
kolację.
- Najpierw muszę nakarmić koty - powiedział Qwilleran.
Wypuścił je i ustawił im dwie miseczki ze specialite dujour,
rodzajem zupy rybnej. - Ciekaw jestem - zamyślił się - czy
Harley znał mordercę. Przypuszczam, Ŝe to był ktoś, kto był
wcześniej w tym domu i wiedział, co mieli. Ktoś, kto znał
rozkład prób i wiedział, Ŝe wyjdą przed szóstą trzydzieści. To
znaczy, jeśli zostali zabici między szóstą trzydzieści a siódmą
piętnaście. Z drugiej strony, jeśli zostali zamordowani przed
szóstą trzydzieści, to zabójca miał od groma czasu na kradzieŜ.
- Qwill, od tego wszystkiego boli mnie głowa. Czy nie
moŜemy omówić sprawy tapet, a potem pójść na kolację? Choć
tutaj i spójrz na próbki.
Usiedli razem na kanapie, trzymając na połączonych kolanach
cięŜki próbnik tapet. Tymczasem koty zeszły na podłogę i
zaczęły jeść. To samo jedzenie dostały na śniadanie, a mikstury
o konsystencji zupy nie naleŜały do ich ulubionych dań.
Syjamczyki usiadły naprzeciwko sofy i patrzyły w przestrzeń.
- Naprawdę chciałabym, Ŝebyś zdecydował się urządzić
sypialnię w kolorze bakłaŜana, awokado i róŜowego tulipana -
powiedziała Frań.
- Podoba mi się taka, jaka jest teraz: brązowo-rdzawo--
miodowa - poinformował ją Qwilleran.
- No dobrze, jeśli nalegasz. Jak ci się podoba ta? Wspaniała
faktura, w rudym kolorze.
- Nie, kolor jest zbyt przytłumiony - sprzeciwił się.
- Ten jest Ŝywszy, ale nie ma tak ładnej powierzchni.
- Za jaskrawy.
- A co powiesz na ten?
- Za ciemny.
- Tapetujemy tylko wyŜszą połowę ściany - przypomniała mu.
(Dolna była pokryta drewnianymi panelami, typowymi dla
dziewiętnastowiecznych dworców kolejowych). - Inaczej rzecz
ujmując, to tylko tło dla druków i akwareli, które będą
oprawione w chromowane ramki, Ŝeby nawiązać do
chromowanych urządzeń gimnastycznych. To znaczy, o ile
nadal chcesz zatrzymać rower i tę maszynę do wiosłowania w
sypialni. Nie mógłbyś ich przestawić do pokoju kotów?
Qwilleran spojrzał na nią spode łba.
- No dobra, nie mogą stać w pokoju kotów. Mimo to -
kontynuowała - zdecydowanie powinniśmy się pozbyć tych
okropnych staromodnych kaloryferów. Jesteś sobie winien nowe
ogrzewanie.
- Te brzydkie, staromodne kaloryfery dają bardzo przyjemne
ciepło - westchnął Qwilleran - i idealnie pasują do brzydkich,
staromodnych paneli. Hydraulik mówi, Ŝe mają juŜ ponad
siedemdziesiąt pięć lat i są nadal w doskonałym stanie. PokaŜ
mi jakiś nowy wynalazek, który będzie sprawny po takim
czasie.
- Zaczynasz mówić jak mój ojciec - powiedziała Frań. -
Pozwól mi przynajmniej zaprojektować dla nich obudowę.
Tylko mała półka od góry i krata z przodu. Mój stolarz moŜe to
zrobić.
- Czy to nie zmniejszy ich wydajności?
- Ani trochę. Myślę teŜ, Ŝe powinniśmy zamówić nowe meble
do sypialni, kiedy pojedziemy do Chicago. Wychodzą nowe
linie i mam cudowne źródła... Au!... kot złapał mnie za kostkę.
- Przykro mi, Frań. Czy podarł ci rajstopy? Pogładziła na
próbę nogę.
- Chyba nie, ale te pazurki są jak igły. Który z nich to zrobił?
Qwilleran zobaczył, jak Yum Yum Łapka wymyka się
ukradkiem z pokoju.
- Chodźmy na kolację.
Zebrał próbniki Frań, a ona wrzuciła do torebki paczkę
papierosów.
- Gdzie jest moja zapalniczka?
- A gdzie ją połoŜyłaś'?
- Wydawało mi się, Ŝe zostawiłam ją na stoliku kawowym.
Przeszukała torebkę, a Qwilleran sprawdził na podłodze
i pod poduszkami na sofie.
- Powinna gdzieś' tu być - powiedział. - Jak tylko się
odnajdzie, zwrócę ci ją. A na razie to będzie dobry pretekst,
Ŝ
eby rzucić palenie.
- Znowu gadasz jak mój ojciec - odparowała, marszcząc z
niezadowoleniem brwi.
Pojechali do „Stefanii", jednej z najlepszych restauracji w
okręgu. Restauracja mieściła się w starej kamieniczce w
dzielnicy rezydencji. Z zewnątrz budynek nie był zachęcający,
ale wewnątrz panowała gościnna atmosfera, stworzona dzięki
ciepłym kolorom, gustownym tkaninom i przez łagodne
oświetlenie. Qwilleran zawsze lubił chodzić z Francescą do
restauracji. Tym razem ludzie odwracali głowy, Ŝeby podziwiać
młodą kobietę o szarych oczach, w szarym garniturze, szarej
wełnianej bluzce, szarym płaszczu i w szarych szpilkach.
Po przejrzeniu menu Qwilleran zaproponował, Ŝeby zjedli
ziołowego pstrąga w winnym sosie.
- Chyba wezmę chude Ŝeberka - powiedziała Frań.
- Pstrąg będzie dla ciebie lepszy.
- Czy moŜesz nie zachowywać się jak mój ojciec, Qwill?
Rozmawiali o wirtuozerii jej ojca w grze na kobzie, o
zamiłowaniu Qwillerana do szkockich rzeczy, ezoterycznym
interesie Edda Smitha i przyszłości Klubu Teatralnego bez
Harleya.
- Czy wiesz, jak zareagował na tę tragedię David? - zapytał
Qwilleran.
- Rozmawiałam przez telefon z Jill. Powiedziała mi, Ŝe jest
załamany, Nigel teŜ. Zastanawiam się, czy są na tyle mocni,
Ŝ
eby to przetrwać. Będą potrzebowali wsparcia, to na pewno.
JuŜ strata bliskiej osoby z powodu choroby albo wypadku jest
traumatycznym przeŜyciem, ale morderstwo jest takie okrutne!
- Jesteś dobrą przyjaciółką Jill? - ZauwaŜył bliskie
podobieństwo między dwiema kobietami. Miały podobną figurę,
sposób mówienia, chodzenia, podobne teatralne gesty i poglądy.
- Trzymałyśmy się razem w szkole średniej - odparła. -
Razem umawiałyśmy się na randki, grałyśmy w kosza,
interesowałyśmy się sztuką. Jest bardzo inteligentna. Ja jestem
inteligentna, tak myślę, ale Jill jest sprytna.
- Czy jej rodzina jest zamoŜna?
- JuŜ nie. Stracili wszystko w 1929 roku. Jej prapradziadek
był właścicielem sieci szwalni. Pradziadek był bohaterem
pierwszej wojny światowej. Dziadek był burmistrzem Pickax
przez dwanaście lat. Jej babcia ze strony matki...
Kiedy Francesca snuła przed nim historię rodziny Jill,
scenariusz w głowie Qwillerana nabierał kształtów. Czekał na
stosowną przerwę, zanim powiedział:
- Okropna ta historia z matką Harleya. Słyszałaś jakieś
szczegóły?
- Nie - zwięzłość odpowiedzi utwierdziła go w tym, co
myślał.
- Jeśli pani Fitch nie przeŜyje, to będzie ogromna strata dla
wspólnoty. Tyle zrobiła dla biblioteki, szpitala, dla szkoły i w
tylu innych słusznych sprawach.
Nagle uwaga Franceski skupiła się na talerzu.
- Poznałem panią Fitch na zebraniach rady bibliotecznej.
Zrobiła na mnie imponujące wraŜenie, to kobieta pełna wdzięku.
Nie szczędzi czasu ani pracy.
Francesca podniosła rękę i uderzyła palcem w szybkę
zegarka.
- Czy wiesz, jak jest późno? Muszę wracać do biura i wydać
dyspozycje na jutro.
- A ja muszę przysiąść nad tekstem o Eddingtonie Smith.
Później, przy poŜegnaniu, kiedy pocałowała go teatralnie,
podarował jej jedwabną apaszkę, którą kupił dla Polly.
- Wiem, Ŝe jestem trudnym klientem - przeprosił. - To dla
ciebie, w ramach podziękowania za twoją cierpliwość.
Oczywiście poszukam zapalniczki.
Na górze, w mieszkaniu, resztka orzeszków, które zostały na
dnie miseczki, została porozrzucana po podłodze.
- To twoja robota, moja pani? - zapytał Yum Yum, która
wylizywała swoją prawą łapkę. - A wiesz coś moŜe o zaginionej
zapalniczce?
Teraz zwrócił się do Koko.
- Frań nie chciała się wypowiadać na temat Margaret Fitch.
Nie chce teŜ rozmawiać o swoim związku z Davidem. Jak dwa
plus dwa jest cztery, tak mamy tu interesowną matkę, która
powstrzymała syna przed małŜeństwem z córką policjanta.
- Yow! - odpowiedział Koko.
SCENA DZIESIĄTA
Miejsce: Mieszkanie Qwillerana, później redakcja gazety
Czas: Dzień pogrzebu Fitchów
Zgodnie z Ŝyczeniem rodziny pogrzeb odbył się w wąskim
gronie. NaboŜeństwo odprawiono w kościele Old Stone, który
stał po przeciwnej stronie parku niŜ dom Qwillerana. Policja
kierowała ruchem i powstrzymywała chcących podejść jak
najbliŜej gapiów. W pobliŜu nie było fotografów tłoczących się
na chodnikach i siedzących na drzewach, jak to się dzieje w
duŜych miastach.
Riker chciał puścić w gazecie materiał o pogrzebie, twierdził,
Ŝ
e Fitchowie to wpływowa rodzina, Ŝe śmierć jest szokująca, a
pogrzeb jest informacją prasową.
Junior nie zgodził się z nim.
- W miasteczku takim jak to jest inaczej. Szanujemy ich
uczucia.
Riker nalegał i spór podgrzał atmosferę w redakcji, aŜ
Qwilleran był zmuszony mediować. Zgodził się z Juniorem.
- Prawo mieszkańców do wścibskiej ciekawości nie zostanie
pogwałcone, nie martwcie się. JuŜ godzinę po pogrzebie
wszystkie szczegóły ceremonii będą powszechnie znane.
Wszystkie linie będą zajęte, w barach zawrze. System
sąsiedzkiej informacji w Pickax jest lepiej zorganizowany niŜ
jakakolwiek gazeta, która wychodzi dwa razy w tygodniu. Tak
Ŝ
e odpuść sobie, Arch.
Rano w dniu pogrzebu Qwilleran pisał właśnie końcówkę
artykułu o Eddingtonie Smith, a koty siedziały na biurku, kiedy
nagle zadzwonił telefon. Yum Yum odskoczyła jak oparzona,
natomiast Koko skoczył do aparatu i skarcił go łapą.
- Qwilł, tu mówi Cockey - usłyszał w słuchawce.
Głos Alacoąue Wright, młodej pani architekt, brzmiał bardziej
dojrzale niŜ podczas ich przelotnego związku na Nizinach.
- Dzwonię z baraku na twoim frontowym trawniku.
- Miło cię słyszeć, Cockey. Kiedy przyjechałaś?
Koko stał teraz na tylnych łapach na stole, opierając przednie
łapki na ramieniu Qwillerana, i krzyczał do słuchawki.
Qwilleran go odepchnął.
- Robota wygląda całkiem nieźle. Tym razem trzymali się
planów. Jest tylko jeden problem. Kolor ścian w garderobie jest
inny niŜ na próbkach. Miała być róŜana ochra o małym
nasyceniu, Ŝeby podbudować aktorów i podnieść ich nastrój, a
tymczasem... lepiej nie mówić. Trzeba będzie przemalować na
koszt konstruktora.
- Jak długo zostaniesz, Cockey? - Koko gryzł kabel
telefoniczny i Qwilleran dał mu szturchańca.
- Do jutra w południe. Zatrzymałam się w hotelu „Pi-ckax".
Nie jest to moŜe „PlaŜa", ale ma swoje łóŜko i łazienkę w
pokoju, za co jestem wdzięczna.
- Chodźmy dzisiaj na kolację. Przychodź do mnie, jak tylko
znuŜy cię robota. Napijemy się drinka, no i przywitasz się z
Koko, który z nieznanych powodów robi tu właśnie nieziemskie
zamieszanie.
- Do zobaczenia później - powiedziała.
Qwilleran odwrócił się w kierunku kota, który siedział na
stoliku obok telefonu, tuŜ poza zasięgiem jego ramienia.
- No i o co chodziło, młody człowieku? Jeśli koniecznie
musisz monitorować moje rozmowy, rób to w jakiś
cywilizowany sposób.
Koko podrapał się po uchu z irytującą nonszalancją.
Qwilleran wrócił do pisania na maszynie tylko po to, Ŝeby po
chwili odebrać telefon od Polly Duncan. Jej słodki głos
wskazywał na to, Ŝe przezwycięŜyła juŜ zły nastrój, i jego
nadzieje wzrosły.
- Jestem zakłopotana, Qwill - wyznała. - W poniedziałek były
twoje urodziny, a ja nawet o tym nie wspomniałam, kiedy w
ś
rodę jedliśmy kolację. Jeśli jeszcze nie jest za późno, Ŝeby
ś
więtować, czy zechciałbyś być moim gościem w „Stefanii" dziś
wieczorem?
- Bardzo... - powiedział ciepło. - Bardzo bym chciał, ale
niestety architekt kierujący projektem teatru przyjechał tu dzisiaj
z Cincinnati i muszę czynić honory domu.
- Na jak długo przyjechał?
- Hmm... wyjeŜdŜa jutro w południe - zdecydował się nie
prostować róŜnicy płci.
- To moŜe jutro wieczorem?
- W sobotę? W sobotę szefowie gazety zapraszają cały zespół
na oblewanie zwycięskiego wejścia na rynek. Impreza nie jest
bardzo
oficjalna,
domowe
ś
więtowanie
z
drinkami,
przystawkami i przemowami, ale muszę tam być, reprezentuję
Fundację Klingenschoenów.
- Jesteś nadzwyczaj zajęty, prawda? - powiedziała szorstko.
Czekał z nadzieją, Ŝe zaprosi go na niedzielny rostbef
i pudding Yorkshire w jej przytulnym wiejskim domku, ale
tylko poŜegnała się grzecznie i odłoŜyła słuchawkę.
I tak Qwilleran szedł do miasta w kwaśnym nastroju. W ręce
trzymał kopię artykułu i zamówienie na zdjęcie. Kiedy
podchodził do budynku, zobaczył furgonetkę pocztową
parkującą przed siedzibą redakcji. Kierowca wciągał do
budynku wory listów. Listy zaścielały całą podłogę redakcji i
wszyscy, wliczając naczelnego, rozdzierali koperty i liczyli
kupony z propozycjami nazwy dla nowej gazety.
- Chodź tu, Qwill! - zawołał Junior. - Kop i zacznij liczyć.
Poczęstuj się kawą i pączkami.
- Najlepsze są dopiski. Tutaj jest jedna propozycja: „Frazesy z
Moose County".
Do południa było kilka pojedynczych głosów na „Kroniki",
„Sygnały", „Spotkania", ale osiemdziesiąt procent czytelników
głosowało za pozostawieniem tytułu z pierwszego wydania
„Moose County coś tam".
- Przynajmniej jest oryginalny - przyznał niechętnie Riker.
- Tutejsi ludzie lubią się wyróŜniać - wyjaśnił Junior. - Mój
sąsiad z naprzeciwka wiesza choinkę do góry nogami pod
sufitem, a w Brrr jest restauracja, w której kaŜą płacić pięć
centów za papierową serwetkę.
- Znam farmera z Wildcat, który nie wierzy w letnią zmianę
czasu. Mówi, Ŝe nie przynosi Ŝadnych oszczędności, i odmawia
przestawienia zegara. Jest spóźniony całe lato - powiedział
Roger.
- Czekajcie, to wam się spodoba - przerwała im Hixie. -
Sprzedałam reklamę jednej staruszce ze Smiths Folly, która
handluje słodyczami, papierosami i pismami pornograficznymi,
i ona wspomniała o pogrzebie Fitchów. Przyznała, Ŝe nigdy nie
była na pogrzebie i Ŝe cała jej rodzina jest pochowana na
podwórku za domem, bez zbędnych ceregieli.
- Nie wierzę w ani jedno słowo z tych bzdur - westchnął
Riker.
- W Moose County uwierzę we wszystko - powiedział
Qwilleran - ale Hixie przesadza co do magazynów. Byłem w
tym sklepie.
- To prawda - nalegała Hbtie - gorący towar jest pod ladą.
- W porządku, darmozjady, do roboty! - rozkazał Riker. -
Nadchodzi listonosz z następnym worem.
Qwilleran miał zamiar wyjść, dopóki nie usłyszał, Ŝe
zamawiają kanapki.
- Jakie wieści na policyjnej działce? - zapytał Rogera.
- Śledztwo trwa. To wszystko, co mówią.
- Zawsze mówią tylko tyle. Masz jakieś wskazówki, Ŝe
zbliŜają się do rozwiązania?
- Wszyscy mówią, Ŝe koło podejrzeń zawęŜa się do Chip-
munk. Ludzie mówili tak od samego początku. Widzisz, nie
podoba mi się, Ŝe miasto zyskuje taką reputację. Kiedy byłem
nauczycielem, miałem kilku dobrych studentów, którzy
pochodzili z Chipmunk. Mieszkają tam przyzwoite robotnicze
rodziny w tych tanich budynkach komunalnych, a teraz
wystarczy kilku chuliganów i juŜ skreślają całe miasto.
Qwilleran gładził wąsy gestem, który Riker od razu
rozpoznał.
- Jeśli policja nie moŜe rozwiązać jakiejś sprawy, Qwill to
zrobi - rzekł z odrobiną sarkazmu.
- Zastanawiałem się nad jedną rzeczą - myślał na głos
Qwilleran. - Zona Harleya nigdy nie brała udziału w próbach
Klubu Teatralnego. Sądzę, Ŝe nie podobali jej się ludzie. Więc
dlaczego miała zamiar przyjść na próbę tego wieczoru? - czekał
na opinie, ale nikt się nie wyrywał ze swoimi sugestiami.
- Czy chciała wyjść z domu? Czy wiedziała, co się szykuje?
- Wow! - powiedział Junior. - To raczej skrajne
przypuszczenie.
- Nie wiemy, jakie związki łączyły ją z Chipmunk. Mogła
brać udział w akcji obrabowania rezydencji.
- Jej panieńskie nazwisko brzmi Urkle, a to nie jest zła
rodzina. Belle nie była dobrą uczennicą, rzeczywiście odsta-
wała. Ale nie była teŜ złą dziewczyną.
- No dalej, Qwill, jaka jest twoja teoria?
- Powiedzmy, Ŝe dostarczyła włamywaczom klucz i
powiedziała, gdzie mają szukać łupu. Ale czasu było coraz
mniej, bo David i Jill się spóźniali. Kiedy przyjechali jej
wspólnicy, spotkali się z Harleyem. MoŜe ich rozpoznał, a moŜe
bali się, Ŝe ich rozpozna, udało im się trafić i go zabili. Potem
trzeba było uciszyć Belle, bo wiedziała, kto zamordował jej
męŜa, i bali się, Ŝe ich sypnie podczas przesłuchania.
- Wow! - powiedział młody naczelny.
- Ilu ludzi było według ciebie zaangaŜowanych we włamanie?
- zapytał Roger. - Wszyscy mówią o sprawcach w liczbie
mnogiej.
- Jak w kaŜdej konspiracji - im mniej, tym lepiej. Moim
zdaniem jeden stał na czatach, a drugi odwalił robotę w środku.
PoniewaŜ był sam, więc musiał mieć broń, inaczej Harley
mógłby go pokonać... mam przed oczami smutny obraz biednej
małej Belle Urkle w jej tak zwanym stroju do przesłuchań,
czekającej na górze, jak zdaje sobie sprawę, Ŝe plan się nie
powiódł, i jak odgrywa scenę, której przedtem nie próbowała.
- Czy w tle powinna lecieć delikatna muzyczka? -
zasugerowała Hixie.
- Słyszy na dole strzały. Jest przeraŜona, nie wie, co stanie się
dalej. Słyszy, jak zabójca wchodzi po schodach...
- Lepiej wróć do pisania tej swojej powieści, Qwill -
skwitował jego przypuszczenia Riker.
Potem odezwał się Roger.
- Jeden glina powiedział mi dzisiaj coś interesującego,
nieoficjalnie oczywiście. Kiedy ustalali czas śmierci, badania
wykazały, Ŝe Belle zginęła pierwsza.
SCENA JEDENASTA
Miejsce: Restauracja „ Old Stone Mili"
Czas: Wieczór tego samego dnia
Osoby Alacoque Wright, kobieta architekt z Cincinnati
Czekając na przybycie Alacoque Wright, Qwilleran napisał
dwa listy z kondolencjami. Jeden do Nigela, z powodu straty
syna, a drugi do Davida i Jill, z powodu straty brata. Musiał się
spieszyć, Ŝeby zamknąć koperty i przykleić znaczki, zanim ten
maniak Koko wepchnie się ze swoim mokrym językiem. W
momencie, kiedy Qwilleran wyjmował znaczek albo kopertę z
szuflady biurka, Koko śledził je z drŜącym nosem i z szalonym
błyskiem w oczach.
Później Qwiileran przygotował się na przyjście gościa.
Poprawił druk nad sofą, pozbierał brudne kubki po kawie, złoŜył
porozrzucane gazety, włoŜył najlepszy garnitur i napełnił
wiaderko świeŜymi kostkami lodu.
- Przychodzi Cockey - poinformował syjamczyki. -
Postarajcie się pokazać, Ŝe stać was na dobre maniery.
Koko wydał z siebie okropny dźwięk, coś między syknięciem
a warknięciem, i Qwilleran zorientował się, Ŝe dokładnie w tym
samym momencie zadzwonił domofon. Otworzył Cockey drzwi.
Były pocałunki i uściski stosowne do okoliczności, a potem
Qwilleran powiedział:
- Nie mogę nazywać cię dłuŜej C-o-c-k-e-y. Inaczej Koko
wpadnie w furię. Myśli, Ŝe to do niego się zwracam, a koty są
zazdrosne o swoje imiona. Koko nie lubi, Ŝeby dotykać jego
ogona, otwierać mu siłą pyszczek ani Ŝeby nazywać jego
imieniem jakikolwiek inny byt, zwierzę, roślinę, minerał.
Dlatego mamy w domu tylko piwo imbirowe, a nie ten drugi
popularny napój.
- W porządku - powiedziała Alacoque. - Nazywaj mnie Al.
Tak nazywał mnie zawsze mój mąŜ. Jak się masz, Qwill? Tak
dobrze wyglądasz, to nieprzyzwoite. Za pierwszym razem,
kiedy byłam w mieście, brakowało mi ciebie.
- Byłem na Nizinach, zabawiałem się w klubie prasowym,
wdychałem spaliny i starałem się prowadzić niezdrowy tryb
Ŝ
ycia, Ŝeby przyjaciele mnie poznali.
- Muszę przyznać, Ŝe jest coś w wiejskim Ŝyciu, co do ciebie
pasuje.
- Ty teŜ się zmieniłaś. Wyglądasz doroślej i mądrzej, nie bierz
mi za złe tych wątpliwych komplementów.
Dawniej była przywiązana do noszenia ubrań robionych
własnoręcznie z resztek tkanin. Teraz była szczupłą, dobrze
ubraną, pewną siebie kobietą biznesu, typową kobietą z miasta.
Miała na sobie wygodne spodnie, odpowiednie do wspinaczki
po rusztowaniach.
- Tylko dobra praca i nieudane małŜeństwo mogą uczynić
kobietę ładniejszą i mądrzejszą - przyznała z Ŝalem.
- Nie wiedziałem nic o twoim małŜeństwie, jesteś
rozwiedziona?
- Nie, ale pracuję w Cincinnati, a on w San Francisco, gdzie
jest jego dom.
Nie paliła się, Ŝeby kontynuować ten temat, więc Qwilleran
nie zadawał więcej pytań. Sięgając do małego barku,
wbudowanego między półki z ksiąŜkami, Qwilleran zapytał:
- Przypuszczam, Ŝe nadal pijesz jogurt i sok ze śliwek.
- O BoŜe, nie! Napiję się szkockiej, jeśli masz... Czy to jest
Koko? On teŜ wygląda starzej i mądrzej.
- Ta mniejsza to Yum Yum, nie miałaś okazji jej poznać.
- Jest prześliczna. Jak twoje miłosne sprawy, Qwill?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Byłem w raczej udanym
związku z kobietą w moim wieku - bibliotekarką - ale zaczęła
być zazdrosna o młodą kobietę, dekoratorkę wnętrz, która
aranŜuje moje mieszkanie.
- Trzymaj z bibliotekarką, Qwill. Wiesz, co myślę o
dekoratorkach wnętrz. Pamiętasz, kiedy byłam asystentką w
studiu pani Middy z tymi wszystkimi perkalowymi abaŜurami i
babcinymi fotelami na biegunach?
Alacoaue rozejrzała się po salonie z uznaniem.
- Cieszę się, Ŝe urządziłeś mieszkanie nowocześnie.
- Czuję się tu komfortowo, szczególnie z moimi starymi
ksiąŜkami i starymi drukami tu i tam.
- Podoba ci się Ŝycie tutaj?
- Ze zdziwieniem odkryłem, Ŝe tak. Zawsze mieszkałem w
duŜych miastach i miałem wielkomiejski sposób widzenia
ś
wiata, ale ludzie tutaj Ŝyją i myślą inaczej, a ja się chyba
zaczynam dostosowywać. W mieście tej wielkości Ŝyje się na
ludzką miarę i w wolniejszym tempie. Taka sytuacja jest dla
mnie komfortowa.
- Po raz drugi w ciągu ostatniej minuty wspomniałeś o
komforcie, czy to jest symptom starzenia się?
- Starzenia się i stawania się mądrzejszym. W Pickax duŜo
chodzę pieszo, schudłem, łatwiej oddycham. Mamy tu świeŜe
powietrze, bezpieczne ulice, niewielki ruch, przyjaznych ludzi.
W lecie pływanie łodzią, a zimą narty...
- Czy w Pickax nie potrzebują czasem architekta? Młoda,
utalentowana, przyjazna zgłasza swoją kandydaturę.
- Ja mogę wkrótce potrzebować architekta. Na mojej posesji
jest stara przechowalnia owoców, którą chciałbym przerobić na
dom mieszkalny.
- Zawsze chciałam opracować plan przebudowy stodoły albo
przechowalni.
- Będziemy dzisiaj jedli kolację w starym młynie
przerobionym na restaurację. Myślę, Ŝe ci się spodoba - i
jedzenie, i architektura. Ale najpierw chcę ci trochę pokazać
Moose County. Wyjedziemy, jak tylko będziesz gotowa.
- No to chodźmy - powiedziała, dopijając drinka.
Kiedy mijali farmy, lasy, jeziora i stare kopalnie, Alacoaue
rozpływała się nad groteskowymi kształtami zniszczonych
wyciągów,
surowych
ruin
opuszczonych
miasteczek,
malowniczych wiejskich farm zbudowanych z kamienia i nad
drewnianą zabudową osad nad brzegami jeziora.
- A teraz zbliŜamy się do Hummock - powiedział Qwilleran -
gdzie swoje rezydencje budują bogate rodziny.
Droga unosiła się i opadała między arystokratycznymi
wzgórzami, które poprzecinane były kilometrami niskich
kamiennych płotów. Potem skręcili w Ŝwirową drogę oznaczoną
tabliczką „własność prywatna".
- To posiadłość Fitchów - setki hektarów. Jest w rodzinie od
pokoleń. Nigdy tu przedtem nie byłem, ale mówiono mi, Ŝe są tu
dwa ciekawe domy. Jeden to dwudziestodwupokojowa
rezydencja wybudowana w latach dwudziestych, a drugi jest we
współczesnym stylu, jego zdjęcie ma się ukazać w duŜym
magazynie.
Droga oplatała wzgórza, wznosiła się na szczyty i znów
opadała w dół. Jechali na przemian przez lasy i łąki.
- Cudowna okolica! - powiedziała Alacoque. - To zasługa
lodowców czy buldoŜerów?
Droga wspięła się na wzgórze i nagle ich oczom ukazał się
dom zbudowany na dnie doliny. Miał wiele kominów, a przed
wejściem stały dwa policyjne radiowozy.
- We wtorek było tu morderstwo - wyjaśnił Qwilleran.
- Czy chodzi o tego młodego bankiera i jego Ŝonę? - zapytała
Alacoque. - Słyszałam, jak rozmawiali o tym robotnicy na
budowie.
Z bocznej drogi wyjechał samochód szeryfa i zablokował im
przejazd. Policjant w brązowym mundurze wysiadł z
samochodu.
- Ta droga jest zamknięta, proszę pana. Czy mogę zobaczyć
pańskie prawo jazdy? - rzucił okiem na portfel, który podał mu
Qwilleran, i rozluźnił się. Zapewne rozpoznał nazwisko i zdjęcie
najbogatszego człowieka w okręgu.
- Szukał pan kogoś? Nikogo tu nie ma, i w drugim domu
takŜe.
- Jest ze mną architekt z Cincinnati - odparł Qwilleran. -
Chciałaby tylko zobaczyć z zewnątrz dom Davida Fitcha, jest
słynny na cały kraj.
- Rozumiem - powiedział wolno policjant, zastanawiając się
nad tym, co ma zrobić. Kiwał głową, aŜ chwosty u jego
kapelusza z szerokim rondem zaczęły podskakiwać. - MoŜecie
tam pojechać, jeśli chcecie. Poprowadzę was. Na drodze są
zdradliwe rozwidlenia i grząskie kałuŜe. Dwa samochody
ruszyły wolno krętą drogą.
- Grząskie kałuŜe! - powiedział Qwilleran. - Nie padało od
tygodnia! - Na drodze nie było teŜ Ŝadnych rozwidleń.
Jechali w górę i w dół, aŜ zobaczyli niesamowity dom.
- Fantastyczny! - zawołała Alacoąue. - Architekt musiał się
inspirować budynkami starych kopalni, które mijaliśmy!
Nowoczesny dom zbudowano z surowego cedru. Pięć brył o
róŜnej wielkości, ustawionych jedna na drugiej, tworzyło
nieregularną pięciopiętrową piramidę. Najmniejsza bryła,
wieńcząca budynek, była zarazem tarasem, z którego roztaczał
się widok na dolinę. Szeryf przechadzał się leniwie wokół
domu.
- MoŜecie wejść na taras, jeśli chcecie. Jest z niego ładny
widok. Widać stamtąd wielkie jezioro.
- Czy wie pan, kto zbudował ten dom? - zapytała Alacoąue.
- Caspar Young, proszę pani.
- A wie pan, kto go zaprojektował?
- Nie, proszę pani.
Oglądając dom ze wszystkich stron, Alacoąue komentowała
uŜycie masywnych bali, podpartych krokwiami platform, styl
harmonizujący z terenem, okna, masę bryły, lokalizację,
ustawienie, plany i kąty. Policjant, który wszędzie im
towarzyszył, zdawał się być pod wraŜeniem wiedzy Alacoąue.
Qwilleran podziękował mu i jadąc za samochodem szeryfa,
wrócił na główną drogę. Spojrzał na zegarek.
- Chcę sprawdzić, jak długo jedzie się stąd do kamienne go
domu - zwrócił się do Alacoąue - i kiedy dokładnie i od której
strony zaczyna być widoczny. Zastanawiam się, ile czasu mieli
włamywacze na zabranie łupu i ucieczkę. David i Jill spóźniali
się po Harleya i Belle. Powiedzieli, Ŝe mieli awarię wodociągu.
Gdyby przyjechali na czas, moŜe to wszystko by się nie
wydarzyło. Czy ktoś chciał, Ŝeby się spóźnili? Czy awaria była
ukartowana?
- Ja podejrzewałabym hydraulika, dla mnie wszyscy
hydraulicy są podejrzani.
Jechali dalej przez Sąuunk Corners, przez miasteczko Brrr od
strony jeziora i wreszcie przez Smith's Folly. Kiedy dojechali do
„Old Stone Mili", Alacoque była urzeczona architekturą
połoŜonego wśród drzew dawnego kamiennego młyna. Stare
koło młyńskie nadal obracało się z trzaskiem i turkotem, jak
gdyby jego moc wciąŜ słuŜyła mieleniu mąki z pszenicy i
kukurydzy. Podłogi i krokwie wewnątrz budynku były tak
misternie wyczyszczone, Ŝe miały kolor miodu, a dębowe stoły i
krzesła tchnęły w to miejsce beztroską atmosferę dobrobytu.
- Witaj, Derek - powiedział Qwilleran do wysokiego
pomocnika kelnera, który napełniał szklanki wodą swobodnym
ruchem kogoś, kto czuje się jak u siebie w domu. - Widzę, Ŝe
dziś wieczorem masz co robić.
- Jest piątek, wiesz - wyjaśnił Derek. - Jak twoim kotom
smakował duszony łosoś?
- To był prawdziwy hit, zjadły nawet kapary. Odwracając się
w stronę Al, Qwilleran przedstawił chłopca.
- To jest Derek Cuttlebrink, dostawca ekskluzywnego
jedzenia ich wysokościom syjamczykom i członkowi Klubu
Teatralnego.
- Cześć - przywitał się pomocnik kelnera.
- Mój gość przyjechał tu aŜ z Cincinnati, Ŝeby spróbować
twojego sławnego duszonego łososia.
- Mam kuzyna w Cincinnati - powiedział Derek.
- Cincinnati jest pełne kuzynów - odparła Alacoque z
rozbrajającym uśmiechem.
- Gdzie jest dzisiaj moja ulubiona kelnerka? - zapytał
Qwilleran.
- Odeszła. Mamy nową dziewczynę. To jej pierwszy dzień.
Jest trochę zdenerwowana i niezbyt szybka, więc bądźcie
cierpliwi.
Rzeczywiście do ich stolika podeszła chuda przestraszona
dziewczyna.
- Jestem S-s-sally, będę wass obsługiwać. Dzis-s-siaj
polecamy chowder z małŜy, ostrygi Rockefeller i duszonego
łos-s-sosia. Podać wam coś-ś-ś z baru?
- Tak, Sally. Pani pije irlandzką whiskey, a ja wodę ze Squunk
z odrobiną ziołowego likieru i plasterkiem cytryny.
- Wodę ze S-s-quunk z... czym?
- Z odrobiną ziołowego likieru i plasterkiem cytryny.
Alacoąue chciała porozmawiać o teatrze - o dwóch skrzydłach
schodów w lobby, sklepieniu amfiteatru, o zaletach sceny.
- Czy twój zespół jest dobry? - zapytała.
- Jak na amatorską trupę to ciut powyŜej średniej -
odpowiedział. - Grupa powstała ponad sto łat temu jako Pickax
Thespians, ale obecne pokolenie aktorów zmieniło nazwę na
Klub Teatralny. Młody człowiek, który zginął we wtorek
wieczorem, był jednym z naszych najlepszych aktorów.
- W jakich okolicznościach został zamordowany?
- On i jego Ŝona zostali zastrzeleni w ich domu, tym
kamiennym, przy którym spotkaliśmy policję.
- Byli zamieszani w handel narkotykami? Qwilleran zmroził
ją spojrzeniem.
- Nikt tutaj nie jest zamieszany w narkotyki, Alacoque.
- To ty tak myślisz. Czy policja wie, kto go zabił?
- Przesłuchiwano podejrzanych. Oczywistym motywem
napadu była kradzieŜ. Podobno ten dom jest zawalony
bezcennymi dziełami sztuki i kolekcjami zbieranymi przez wiele
pokoleń. Fitchowie to nie nuworysze, ale powszechnie
szanowana rodzina. Harley i jego brat byli zawsze znani jako
otwarci, chętni do współpracy chłopcy z duŜą klasą.
- A Ŝona Harleya?
- Byli małŜeństwem od niedawna, nie zdąŜyłem jej poznać.
- Nie wiem, czy powinnam to powtarzać, ale... ludzie na
budowie mówili, Ŝe to dziwka.
- A jakieś szczegóły?
- Nie, ale wszyscy robili takie gesty, Ŝe nie miałam
wątpliwości. Dlaczego taki facet jak Harley miałby poślubić
kogoś o takiej reputacji?
- Wieczne pytanie, sam je sobie zadaję. Uwagę Alacoąue
przykuło coś lub ktoś na sali.
- Jakaś kobieta ciągle się na nas gapi. Jest z drugą kobietą.
- MoŜesz ją opisać?
- W średnim wieku, wygląda na inteligentną, ładnie uczesana,
miła twarz. Włosy siwiejące. Gładki szary kostium, biała
bluzka.
- Rozmiar czterdzieści dwa? Mokasyny? To moja
bibliotekarka - oświadczył. - Powiedziałem jej, Ŝe jem kolację z
przyjezdnym architektem, a ona doszła do wniosku, Ŝe masz
brodę i palisz fajkę. Nie wyprowadziłem jej z błędu. No to
wpadłem po uszy.
- Jeśli potrzebujesz pocieszycielki od serca - powiedziała
Alacoąue - młoda, utalentowana i przyjazna kobieta architekt
przedstawia swoją kandydaturę.
Nagle nastrój w restauracji zmienił się gwałtownie. Miry
szmer rozmów wokół stołów przerwała wrzawa podnieconych
głosów na tyłach sali. Drzwi do kuchni gwałtownie się
rozhuśtały. Kelnerki przekazywały klientom jakieś wiadomości,
a ci reagowali płaczem lub okrzykami. Jedna z kelnerek
upuściła tacę na drewnianą podłogę. To była Sally, która rzuciła
się teraz na kolana i trzęsąc się, zaczęła zgarniać rękami sernik.
Qwilleran przywołał Dereka machnięciem ręki.
- Co się tutaj dzieje?
- Myślę, Ŝe Sally doznała szoku na wieść o tym, co się stało.
Miała szczęście, Ŝe to był sernik, a nie zupa albo jakiś wrzątek.
- Ale co się stało? - Qwilleran Ŝądał informacji.
- Czy wie pan, Ŝe matka Harleya trafiła do szpitala?
- Oczywiście, Ŝe wiem - wypalił niecierpliwie Qwilleran.
Derek spojrzał w stronę kuchni.
- Matka dziewczyny, która przyrządza u nas sałatki, jest
pielęgniarką w szpitalu. Właśnie zadzwoniła i powiedziała, Ŝe
pani Fitch nie Ŝyje.
- O mój BoŜe! - jęknął Qwilleran. - Pani Fitch miała rozległy
wylew po śmierci syna - wyjaśnił Alacoąue.
- No tak - powiedział Derek - a jej mąŜ był w szpitalu, kiedy
umarła. Wyszedł na parking, usiadł w swoim samochodzie i
zastrzelił się.
SCENA DWUNASTA
Miejsce: Redakcja „Moose County coś tam"
Czas: Sobota wieczorem
Podliczono ostatnie głosy. Sobotnie wydanie nowej gazety juŜ
oficjalnie zatytułowano „Moose County cos' tam", mimo Ŝe ta
decyzja zraniła dumę Archa Rikera i wywołała w nim spore
zaŜenowanie.
- Zawsze chciałem być redaktorem prowadzącym, ale nigdy
nie myślałem, Ŝe będę redaktorem prowadzącym czegoś, co się
nazywa „Moose County coś tam"! Zbieram cięgi od chłopaków
z Nizin: pocztą, przez telefon, pocztą pantoflową, i obawiam się,
Ŝ
e to dopiero początek.
NiezaleŜnie od swojego rozczarowania Arch Riker był
wspaniałym gospodarzem sobotniego przyjęcia, na którym
oblewano zwycięski start gazety. Biurka w dziale miejskim
zostały zsunięte na środek i słuŜyły za bufet i bar, który
serwował wszystko - od piwa po szampan. Wokół darmowego
baru
krąŜyli
redaktorzy,
reporterzy,
autorzy
kolumn,
tymczasowy fotograf zatrudniany na godziny, który pił za
trzech, korespondenci z innych miast, personel biurowy i reszta
ekipy.
Ekipa, wykończona składaniem pierwszego, czterdziesto-
ośmiostronicowego wydania, zdołała przygotować wydanie
weekendowe, tym razem o mniejszej, bo trzydziestosześcio-
stronicowej objętości. Niestety nie znalazła się tam informacja o
ś
mierci Margaret i Nigela Fitchów, bo kiedy wydarzenia te
rozgrywały się w szpitalu w Pickax, gazeta była juŜ w druku.
Nagłówek na pierwszej stronie głosił: „Dzikie indyki wracają do
Moose County".
Kelvin Doone, który niósł trumnę na pogrzebie Harleya i
Belle, dzielnie uszczuplał zapasy baru.
- Potrzebuję tego! - powiedział Qwilleranowi, podnosząc
szklankę po martini. - Niesienie tej trumny było najgorszą
rzeczą, jaką przyszło mi robić w moim całym Ŝyciu.
Wiesz, Harley był moim kuzynem i do tego superfacetem.
Kiedy Brodie zaczął grać na kobzie, gdy my schodziliśmy po
schodach kościoła, naprawdę się roztkliwiłem. David chciał,
Ŝ
eby w kościele i na cmentarzu był kobziarz, bo Harley zawsze
lubił taką muzykę. BoŜe! Jak ona Ŝałobnie brzmiała! A teraz
ciocia Margaret odeszła. I Nigel!... Muszę się napić. Kelvin
oddalił się w stronę baru i wzrok Qwillerana złapała Susan
Exbridge, autorka artykułów o treści społecznej.
- Kochanie, co my tu robimy?! - wykrzyknęła, wymachując
rękami, co skończyło się tym, Ŝe wylała drinka. Odkąd się
rozwiodła i zaczęła występować w Klubie Teatralnym, stała się
przesadnie dramatyczna. - Powinniśmy być w domu, w ciszy
domowego ogniska opłakiwać Nigela - był takim pięknym
człowiekiem!
Qwilleran przyznał, Ŝe prezes banku w Pickax wyróŜniał się
wyglądem: wysoki, wyprostowany, o ogorzałej cerze. Miał
nienaganne maniery i ciepłą osobowość.
- Jak on mógł to zrobić? - spytała Susan. - Nie mógł znieść
myśli o Ŝyciu bez Margaret - dodała. - Byli sobie tacy oddani! I
oczywiście wszyscy wiedzieli, Ŝe to dzięki niej osiągnął sukces.
Był słodkim człowiekiem, ale do niczego by nie doszedł, gdyby
nie Margaret, to ona go popychała, inspirowała, to ona
reŜyserowała to przedstawienie.
Qwilleran, ze swoim piwem imbirowym z lodem w ręce,
przechadzał się między radośnie świętującymi gośćmi, którzy
kordialnie gratulowali sobie wkładu w powstanie nowej gazety.
Jednym z nich była Mildred Hanstable, kobieta o bujnych
kształtach, nauczycielka z liceum w Pickax, gdzie uczyła prac
domowych, prowadziła zajęcia dla seniorów i była trenerem
dziewczęcej druŜyny siatkówki. Teraz prowadziła dział
kulinarny nowej gazety.
- Mildred, przeczytałem kaŜde słowo z twoich tekstów o
jedzeniu, mimo Ŝe krojenie w kostki, mielenie, szatkowanie to
dla mnie greka. Wszystko brzmi tak smacznie, szczególnie ten
przepis na chińską zupę z chryzantemami.
- Kiedy nauczysz się gotować, Qwill?
- Przykro mi, ale nigdy nie miałem zdolności w tym kierunku,
nawet ugotowanie jajka nie specjalnie mi wychodziło. Podobny
brak zdolności wykazuję przy czytaniu polis ubezpieczeniowych
i przy wypełnianiu zeznań podatkowych.
- Qwill, mogę cię nauczyć, jak gotuje się jajko - powiedziała z
serdecznym śmiechem. - Daję prywatne lekcje!
Wyraz twarzy Qwillerana zmienił się nagle z serdecznego na
ponury.
- Dzisiaj wieczorem miało się odbyć przyjęcie powitalne dla
Harleya i Belle. Powiedz mi coś, Mildred. W małym mieście,
takim jak to, nauczyciele i gliny wiedzą wszystko o wszystkich.
Co wiesz o Belle Urkle?
- CóŜ, przykro mi mówić, Ŝe rzuciła szkołę. Powiedziała, Ŝe
chce pracować dla bogatych ludzi i mieszkać w wielkim domu.
Trudno ją za to winić, jeśli się wie, w jakich warunkach
mieszkają ludzie w Chipmunk. Była pokojówką w domu
Fitchów, nie rozumiem, co skłoniło Harleya do poślubienia jej.
- Miłość? PoŜądanie? Biologia?
- Ale nie musiał się z nią od razu Ŝenić i zawstydzać całej
rodziny, prawda? Jak tylko usłyszałam o morderstwie, kilka
razy postawiłam tarota. Jakaś niegodziwa kobieta maczała w
tym palce!
- Hmmm... - mruknął grzecznie Qwilleran. Do kart miał
sceptyczne podejście. - Mogę nalać ci drinka, Mildred?
Kiedy wrócił ze szkocką i piwem imbirowym, zapytał przy
okazji o szkolne wyniki Harleya.
- Obaj chłopcy byli dobrymi uczniami i obaj byli
utalentowani! - powiedziała. - David robił doskonałe szkice
piórem, a Harley budował modele statków, niezwykle
drobiazgowe. Obaj grali w szkolnych przedstawieniach. Wydaje
mi się, Ŝe w college'u zaczęli traktować teatr wyjątkowo
powaŜnie. MoŜesz tego nie wiedzieć, Qwill - powiedziała,
przysuwając się bliŜej - ale Harley na rok zniknął!
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Kiedy chłopcy skończyli uniwersytet, wszyscy spodziewali
się, Ŝe wrócą do domu, Ŝeby pracować w banku, ale Harley się
nie pojawił.
W tym momencie przeszkodził im Junior Goodwinter.
- Czy nikt tu nie jest głodny? Mamy indyka i kanapki z
wołowiną.
- Zaraz idziemy - zapewnił go Qwilleran. - Mildred zdradza
mi właśnie swoje kulinarne sekrety.
- Zawsze dodaję odrobinę likieru ziołowego do mojego
cytrynowego ciasta - Mildred podchwyciła pomysł i kiedy
Junior się oddalił, zwróciła się znów do Qwillerana: - Nikt
naprawdę nie wie, co się działo z Harleyem. Rodzina mówiła, Ŝe
podróŜował, ale oczywiście krąŜyły róŜne plotki.
Znów im przerwano, to wtrącił się zięć Mildred.
- Co wy tam dywersanci tak plotkujecie?
-
Pomagamy
policji
rozwiązać
sprawę
Fitchów
-
poinformował go Qwilleran.
- Przepraszam, idę po jeszcze jednego drinka - powiedziała
Mildred.
- Słyszałem dzisiaj po południu coś bardzo interesującego,
Qwill. Na kilka godzin przed śmiercią Nigel podyktował listy
rezygnacyjne ze stanowisk w banku, dla siebie i Davida. Jego
samobójstwo było ewidentnie zaplanowane.
- Ale dlaczego David miałby rezygnować?
Zanim Roger mógł zastanowić się nad odpowiedzią, do
pokoju wparowała Hixie, jak zwykle zziajana i jak zwykle
rozsiewając wokół siebie niepoprawny entuzjazm.
- Nigdy nie uwierzycie, co się stało dzisiaj po południu!
Czesałam się właśnie u Delphine, a tu nagle olbrzymi jeleń
wbiegł do środka przez szybę wystawową. Przebiegł przez sklep
i wyskoczył, tym razem tłukąc okno na tyłach zakładu.
Wszędzie potłuczone szkło, kompletna panika!
Qwilleran patrzył na nią z powątpiewaniem.
- Czy masz prawa autorskie do tej historii, Hixie?
- To prawda! Zapytaj Delphine! Właśnie wstawiają nowe
szyby, a na wywieszce jest napisane: „Jeleń tu był". Nie
rozumiem, jak to się stało, Ŝe nie stratował Ŝadnego klienta.
- Dlaczego takie rzeczy nie zdarzają się przed wysłaniem
gazety do drukarni! Wszystko, co mamy, to stado dzikich
indyków! - westchnął Roger.
Arch Riker krąŜył po sali i grał wylewnego gospodarza. Była
tam teŜ Amanda. Piła burbona, narzekała i zrzędziła jak zwykle.
Na lewej ręce miała pierścionek ze sporym diamentem.
Arch Riker promieniował szczęściem. Odciągnął Qwillerana
na bok.
- Robimy skok na głęboką wodę, stary draniu. MoŜe jest
uparta jak dziki osioł, ale ją podziwiam. Przez dwadzieścia pięć
lat prowadziła z sukcesem firmę, a przez ostatnie dziesięć
pracowała w radzie miejskiej i nigdy od nikogo nie wzięła
łapówki!
- To zadziwiająca kobieta - zgodził się Qwilleran. Amanda
wystąpiła naprzód ze zmarszczonym czołem.
- Kto nazwał mnie zadziwiającą kobietą? - wrogim tonem
zaŜądała wyjaśnień. - Nigdy nie słyszy się o zadziwiającym
męŜczyźnie! MoŜe być inteligentny, dowcipny i odnosić
sukcesy, ale jeśli kobieta ma podobne cechy, to jest tylko
zadziwiająca, jak jakiś Ŝeński okaz.
- Wybacz - powiedział Qwilleran - masz absolutną rację,
Amando. To głupia klisza i ja jestem winny. Nie jesteś
niesamowitą kobietą. Jesteś inteligentna, dowcipna i odnosisz
sukcesy.
- A ty jesteś kłamcą - wymamrotała.
Riker wyszczerzył w uśmiechu zęby i odciągnął Amandę w
głąb sali, konfiskując jej po drodze szklankę burbona.
Qwilleran poszukał wzrokiem Mildred. Chciał usłyszeć resztę
historii o zniknięciu Harleya, ale Mildred była pogrąŜona w
dyskusji z korespondentem z Mooseville, więc wybrał się do
bufetu. Kiedy jadł drugą kanapkę, zobaczył, jak Homer Tibbitt,
etatowy historyk „Coś tam", wychodzi z pokoju.
- Homer, gdzie idziesz? Przyjęcie dopiero się zaczyna!
- Idę do domu. Jest ósma trzydzieści, czas kłaść się spać -
powiedział dziewięćdziesięcioczteroletni emerytowany dyrektor
gimnazjum swoim piskliwym głosem. - Moje dni są coraz
krótsze. Kiedy będę miał sto lat, będę się kładł, zanim jeszcze
zdąŜę wstać.
- Chciałem tylko zapytać, jak dobrze znałeś rodzinę Fitchów?
- Chłopcy poszli do szkoły, kiedy ja byłem juŜ na emeryturze,
ale uczyłem Nigela matematyki i historii. Znałem teŜ jego ojca,
Cyrusa. Ten miał dopiero charakter!
- To on wybudował ten dom w Middle Hummock?
- Cyrus? Tak było w istocie. Umiał duŜo wydawać, umiał
polować, kolekcjonować, przemycać, umiał wszystko.
- Powiedziałeś, Ŝe był przemytnikiem?
- Tym właśnie zajmował się na boku - potwierdził Homer
otwarcie. - Pieniądze rodziny pochodziły z górnictwa. Cyrus
zbudował dom w East Middle Hummock, tak Ŝe widział brzeg
Wielkiego Jeziora z jednego ze wzgórz. Szmuglerzy przywozili
alkohol z Kanady i lądowali na jego plaŜy.
- Jak się z tego wygrzebał?
- Jak się wygrzebał? Jednej nocy się nie wygrzebał. Szeryf
skonfiskował cały ładunek i wylał wszystko na wysypisko w
Squunk Corners, dlatego woda ze Squunk tak ci słuŜy. No cóŜ,
juŜ czas na mnie, powinienem być juŜ w łóŜku. Dobranoc!
Qwilleran przyglądał się, jak stary człowiek wychodzi, torując
sobie drogę kwadratowymi ruchami ramion i nóg. Potem złapał
Mildred, która stała sama przy barze.
- Opowiadałaś mi coś ciekawego o Harleyu, kiedy nam
przeszkodzono.
- Serio? - zawiesiła głos. - Wypiłam kilka drinków, czy
chodziło o tarota?
- Nie, Mildred, to było coś o zniknięciu Harleya po studiach.
- Ach!... Tak!... PodróŜował, tak mówiła rodzina... Nikt w to
nie uwierzył.
- Dlaczego?
- No wiesz... ludzie stąd... to plotkarze.
- No to gdzie był według nich?
- Kto?
- Harley
- Och!... Ach tak... Pomyślmy... Zapytaj Rogera... Ja muszę
usiąść.
Qwilleran podprowadził ją do krzesła i zaoferował, Ŝe
przyniesie jej coś do jedzenia i kawę.
- Co o tym myślisz?
- Co?
- O kawie?
- Och!... Czarną proszę.
Kiedy wrócił z kawą i kanapką, ktoś mu powiedział, Ŝe
Mildred poszła połoŜyć się w hallu, więc zjadł kanapkę i
wyłowił z tłumu jej zięcia.
- Lepiej zajmij się Mildred, chłopie. Za duŜo wypiła.
- Gdzie ona jest?
- PołoŜyła się na chwilę. Wspominała o tajemniczym
zniknięciu Harleya kilka lat temu. Wiesz coś o tym?
- Och, pewnie. Rodzina mówiła, Ŝe podróŜował, ale znasz nas.
Znudziła nam się prawda i musimy coś wymyślać. Niektórzy
mówili, Ŝe robił jakąś tajną robotę dla rządu. Według mnie
zaciągnął się na jakiś parowiec. Lubił łodzie. Stać go było na
takie ekscentryczne zachowanie. Zapuścił brodę, załoŜył opaskę
na jedno oko i podróŜował jak Rysio Snajper.
- Poślubił Belle w Las Vegas, był hazardzistą?
- Niczego na ten temat nie słyszałem. Jeśli miał jakąś pasję,
która go pochłaniała, to było Ŝeglarstwo. „Fitch Witch" to
piękna łódka, osiem metrów. Razem z Garym Prattem startowali
w zawodach i zdobywali nagrody.
- Hmm... - powiedział Qwilleran. Podejrzenia podraŜniły jego
górną wargę, tuŜ u nasady wąsów. W ostatnich dniach, a
dokładnie od śmierci Harleya, Ŝeby być dokładnym, Koko
nabrał nagłego zainteresowania wszystkim, co miało związek z
wodą. Wielokrotnie potrącał druk ukazujący łódź patrolową,
który wisiał nad sofą. Zdarzało się, Ŝe robił to gwałtownie. I
tytuły, które zaczął obwąchiwać na półkach, to były historie
morskie. Najpierw poczuł sympatię do Mobby Dicka, potem
Dwóch lat przed masztem. A ostatnio do Buntu na Bounty.
Qwilleran tłumaczył to innym i sobie, Ŝe koty przekrzywiają
obrazki i węszą, Ŝe lubią pocierać szczęką o ramki i lubią zapach
kleju introligatorskiego.
Mimo to nautyczne związki były ciekawym zbiegiem
okoliczności. Był jeszcze inny tajemniczy szczegół: na jego
przyjęciu urodzinowym Koko obdarzył Harleya szczególnym
zainteresowaniem. .. Było to mniej niŜ dwadzieścia cztery
godziny przed jego śmiercią - tak jakby wiedział, Ŝe coś się
wydarzy.
SCENA TRZYNASTA
Miejsce: Mieszkanie Chuillerana
Czas: Poniedziałek wcześnie rano... i wtorek zbyt wcześnie
rano
Osoby: Pete Parrott, tapeciarz z Brr
Telefon zadzwonił wcześnie rano. To była Francesca.
- Czy Pete juŜ jest? - dopytywała się.
- Kto?
- Pete, tapeciarz. Zleciłam mu tapetowanie twojego gabinetu.
Miał dostarczyć tapety dzisiaj rano. Jeśli chcesz, na-klei je
dzisiaj, albo moŜesz odłoŜyć to na kilka dni.
- Im szybciej, tym lepiej - zdecydował Qwilleran. - Przez
resztę tygodnia będę potrzebował miejsca do pracy. Jak Pete ma
na nazwisko?
- Parrott. Pete Parrott. To ten, który tapetował twój salon,
kiedy nie było cię w mieście. Jest najlepszy w całym okręgu.
- I, jak przypuszczam, najdroŜszy.
- Stać cię na niego - powiedziała z niedbałością, która go
zirytowała. Nigdy nie lubił, jak ktoś mówił mu, co ma robić z
pieniędzmi, niezaleŜnie od tego, czy miał ich duŜo, czy mało.
Zaczął pospiesznie sprzątać swój gabinet. Upychał papiery do
szuflad, zacierał ślady kawalerskiego Ŝycia: dwa brudne kubki
po kawie, krawat, zgniecioną papierową kartkę, którą nie trafił
do kosza, parę butów, stare gazety, klejący się talerz i stary
sweter. Zamknął koty w ich pokoju, mimo Ŝe nie dostały jeszcze
ś
niadania. Uwięzienie spotkało się z ich strony z głośno
wyraŜonym sprzeciwem.
Potem Qwilleran usiadł i czekał na dzwonek. Kiedy o
dziewiątej w końcu zadzwonił, okazało się, Ŝe to Derek Cuttle-
brink przywiózł pasztet z kurzych wątróbek i dwa Ŝabie udka
dla wyjących syjamczyków.
Pomocnik kelnera nie spieszył się z powrotem do swojego
miejsca pracy, chciał porozmawiać o Klubie Teatralnym.
- Szkoda, Ŝe odwołali przedstawienie tylko dlatego, Ŝe nie
zagra juŜ w nim Harley - powiedział. - Dostałem fajną rolę, no
wiesz, miałem grać policjanta. Nawet kostium był juŜ
dopasowany. Trzeba było przedłuŜyć nogawki i rękawy.
- Jesienią będzie kolejne przedstawienie i zawsze moŜesz
przyjść na przesłuchania -poinformował go Qwilleran.
- Myślę, Ŝe jesienią wrócę do szkoły. Pójdę na kurs policyjny.
To duŜo lepsze niŜ mycie brudnych talerzy. JeŜdŜenie
policyjnym wozem, w mundurze, to coś dla mnie!
- Praca w policji nie polega tylko na noszeniu munduru i
jeŜdŜeniu radiowozem, Derek. Ale to dobry pomysł, Ŝebyś
uzupełnił swoją edukację. A przy okazji, jak sie miewa nasza
nerwowa kelnerka, która upuściła tacę we wtorek wieczorem?
- Sally? W porządku. ZdąŜyła się juŜ wprawić w robocie, ale i
tak wraca do szkoły na jesieni - do szkoły plastycznej, gdzieś na
Nizinach. Chciałbym być na jej miejscu. Ma opłacone całe
studia, i to przez pana Fitcha.
- Harleya Fitcha? - zapytał Qwilleran z nagłym
zainteresowaniem.
- Nie, przez jego ojca. To dlatego tak się cała trzęsła, kiedy się
zastrzelił, mimo Ŝe dostała juŜ pieniądze.
W wyobraźni Qwilleran swatał czarującego, przystojnego i
wykształconego bankiera z nieśmiałą, smukłą, sepleniącą
kelnerką i wyobraŜał sobie róŜne niezgodne z prawem koneksje.
- Ojciec Sally jest woźnym w banku - wyjaśnił chłopak, jakby
czytał w myślach Qwillerana.
- To jedyna korzyść z tej pracy - powiedział Qwilleran. -
MoŜe powinieneś zostać woźnym, a nie gliną.
O jedenastej tapeciarza jeszcze nie było. O dwunastej i
pierwszej teŜ nie. Dopiero o drugiej trzydzieści biała firmowa
półcięŜarówka wtoczyła się przed wozownię. Kierowca był
młodym muskularnym męŜczyzną w białym kombinezonie i
białej czapce z daszkiem, spod której wymykały się bujne blond
włosy. W tej północnej krainie nie brakowało zdrowych,
młodych ludzi o blond włosach.
- Przepraszam za spóźnienie! - krzyknął z dołu. - Coś mi
wyskoczyło i musiałem się tym zająć.
- Szkoda, Ŝe nie zadzwoniłeś.
- Prawdę mówiąc, nie pomyślałem o tym. To była nagła
sprawa i musiałem ją niezwłocznie załatwić.
Przynajmniej jest szczery i ma szczerą twarz, pomyślał
Qwilleran.
- No dobra, lepiej przyniosę mój sprzęt - powiedział.
Syjamczyki, uwolnione ze swojego pokoju całe godziny
temu, patrzyły z zaciekawieniem, jak w gabinecie ustawiano
drabinę, stół do rozwijania tapety, wiadra i pudła z narzędziami.
- Nie było mnie w mieście, kiedy tapetowałeś salon.
"Wykonałeś pierwszorzędną robotę.
- Tak, pracuję porządnie.
- Ile ci zejdzie z moim gabinetem?
Pete obrzucił pokój profesjonalnym spojrzeniem.
- Niedługo. Tylko wąskie paski nad boazerią, a gładź jest w
dobrym stanie. Trochę kitu, mały retusz. I nie ma sztukowania.
Jakiś czas temu robiłem jeden pokój cały w paski, i to na ukos.
A najgorsze było to, Ŝe cały ten pokój był krzywy. W ani
jednym miejscu nie trzymał pionu. Kiedy skończyłem, miałem
zeza i zataczałem się jak pijany.
- Czy to był pomysł Frań?
- No, miała kilka niepowtarzalnych projektów, ale tu sprawa
jest prosta.
Ś
ciany miały być pokryte cienką okładziną z naturalnego
korka na rdzawym podkładzie.
- No to lepiej juŜ zacznę.
- Uprzątnę ci z drogi koty. - Koko wszystko obwąchiwał, a
Yum Yum namierzyła juŜ buty tapeciarza.
- Nie przeszkadzają mi. Były ze mną poprzednim razem. Ten
duŜy wtykał nos we wszystko, czego się dotknąłem.
- Koko ma wrodzoną ciekawość. Nie masz nic przeciwko, Ŝe i
ja popatrzę?
Pete posługiwał się noŜycami, miarką, noŜem, pędzlami i
rolkami pewnie i zwinnie.
- Jestem pod wraŜeniem! Rzeczywiście znasz się na swojej
robocie - powiedział z podziwem Qwilleran. - Ja jestem
zatwardziałym zwolennikiem filozofii „nie rób tego sam".
- Wieszam tapety, odkąd skończyłem czternaście lat -
powiedział Pete. - Wytapetowałem najlepsze domy w tym
okręgu. Nigdy nie miałem reklamacji.
- To dobre referencje. A dom Fitchów w Hummock teŜ
tapetowałeś?
Pete przerwał gwałtownie pracę i odłoŜył noŜyce. Trudno
było odgadnąć, co wyraŜała jego twarz.
- Tak, byłem tam trzy albo cztery razy.
- Szokujące wydarzenia, prawda?
- Ehe - Qwilleran zauwaŜył, Ŝe Pete przełknął ślinę.
- Policja nikogo nie aresztowała, ale chyba przesłuchują
jakichś podejrzanych.
- Tak, wykonują swoją robotę - Pete wrócił do pracy, ale juŜ
nie tak energicznie jak poprzednio.
- Ja nigdy nie widziałem domu Fitchów. Jaką tapetę lubili?
- Surowy jedwab - bardzo prosty. Kiedy pani i pan Fitch
mieszkali w rezydencji, połoŜyłem u nich duŜo surowego
jedwabiu. Potem przeprowadzili się do Indian Village i tak samo
chcieli urządzić swój apartament. Ci to mieli przestrzeń!
- A dla Harleya i jego Ŝony teŜ coś robiłeś po ich
przeprowadzce?
- Tak, pokój śniadaniowy. Ona chciała tam mieć taki
zwariowany wzór w róŜowe słonie. Lubiła wszystkie odlotowe
rzeczy. Zrobiłem im teŜ sypialnię, całą w czerwonym aksamicie.
- Chcesz się czegoś napić? Kawa, coś zimnego, a moŜe piwo?
- Chętnie się napiję, chyba poproszę kawę. W tej pracy trzeba
być trzeźwym, nawet kiedy nie klei się pasków.
Qwilleran odmroził kawałek tortu kawowego, ustawił
program w automatycznym ekspresie do kawy i podał deser w
gabinecie, między drabinami i wiadrami z klejem. Pete usiadł na
podłodze z talerzem na kolanach. Koko obserwował go z
wąsami nastroszonymi do przodu i nagle wsadził nos w buty, a
potem do nogawek Pete'a z koncentracją, jaka towarzyszy psu
myśliwskiemu, który złapał wyraźny trop.
- Odepchnij go - powiedział Qwilleran, który teŜ usiadł ze
swoją kawą na podłodze.
- W porządku. Lubię zwierzęta. Bardzo smaczne ciasto.
- Zrobiła je moja znajoma, Iris Cobb. Prowadzi Wiejskie
Muzeum Goodwinterów.
- Tak, znam ją. Robiłem coś dla muzeum. Jest dobrą
kucharką. Jak u nich pracowałem, przybyło mi ze cztery
kilogramy.
- Ciekawe, czy przerobią teraz rezydencję na muzeum -
powiedział Qwilleran, zahaczając znów o temat, który go
interesował. - Wątpię, Ŝeby David chciał tam teraz mieszkać.
- Tak, on ma ten zwariowany dom na wzgórzu. Zupełnie nie
wiem dlaczego, ale chyba go lubią. Nie tapetują tam pokojów.
- Będzie nam brakować Harleya w Klubie Teatralnym. Był
dobrym aktorem i miał zawsze taki optymistyczny nastrój.
Nigdy nie poznałem jego Ŝony. Jaka ona była?
Pete z respektem pokiwał głową.
- Miała wszystko! - Kiedy Qwilleran wyraził zdziwienie,
dodał, przełykając ślinę: - Była moją dziewczyną.
Qwilleran czekał na jakieś szczegóły, a kiedy Pete nie
odezwał się, powiedział:
- Długo ją znałeś?
- Odkąd poszła pracować dla Fitchów - do słuŜby, wiesz.
Mieszkała u nich w domu. To było wtedy, kiedy kładłem ten
surowy jedwab.
- No to masz osobisty powód, Ŝeby przeŜywać tę tragedię.
- Tak - przyznał pochmurnie.
- Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?
- Nie chciała tapeciarza, chociaŜ nieźle zarabiam. Chciała
bogatego faceta. Kogoś, kto by ją zabrał do Las Vegas, na
Hawaje i w inne podobne miejsca. No i dostała go, choć nie
wyszło jej to na dobre.
- Cholerna szkoda, Pete.
- Tak, naprawdę zaleŜało mi na tej dziewczynie - odwrócił
zawstydzoną twarz w stronę Qwiłlerana. - Spóźniłem się dzisiaj,
bo policja chciała zadać mi kilka pytań.
- Jestem pewien, Ŝe przesłuchują kaŜdego, kto znał Belle, tak
to działa.
- Tak, ale wydaje mi się, Ŝe oni podejrzewają, Ŝe ja miałem
powód, Ŝeby... zabić ich dwoje.
Kiedy Pete skończył i uprzątnął swoje drabiny i wiadra, było
juŜ późno. Qwiłleran nie miał ochoty wychodzić do restauracji,
więc podgrzał dla siebie jakieś mroŜone danie, a kotom podał
resztki pasztetu z wątróbki. Yum Yum wylizała skrupulatnie
swój talerzyk, ale Koko stracił apetyt. Przemierzał salon
nerwowym krokiem, tak jakby zbliŜała się burza, chociaŜ
prognoza pogody była pomyślna.
- Polubiłeś tapeciarza, co? I ty przypadłeś mu do gustu.
Wygląda na porządnego chłopaka. Mam nadzieję, Ŝe policja nic
na niego nie znajdzie.
Nie tylko kot nie mógł znaleźć sobie miejsca. Qwilleran
nastawiał po kolei cztery krajowe stacje radiowe i rezygnował z
ich słuchania, aŜ w końcu nastawił wiadomości nadawane przez
PKX FM: „Motocyklista jadący na zachód drogą North
Ittibittiwassee ledwo uniknął powaŜnego wypadku, kiedy
pędzący za nim zygzakiem samochód wyprzedził go
nieprzepisowo i zmusił do wjechania na chodnik. W związku z
tym i innymi podobnymi incydentami biuro szeryfa
zapowiedziało zdecydowaną walkę z pijanymi kierowcami. A
teraz pozostałe wiadomości: W tym roku Pickax będzie
ukwiecone. Pięćdziesiąt skrzynek wzdłuŜ Main Street zostało
obsadzonych petuniami... Wiadomości sportowe: Górnicy z
Pickax pokonali dzisiaj Eskimosów z Brrr osiem do trzech".
Qwilleran próbował czytać zamiejscowe gazety, ale nawet
„Daily Fluxion" ani „Morning Rampage" nie przykuły jego
uwagi na dłuŜej. Zrobił sobie kawę i nie wypił jej. Chciał
zadzwonić do Polly, ale ociągał się z tym, bo musiałby
tłumaczyć się z pani architekt.
Zrezygnowany wyciągnął z półki Moby Dicka, ksiąŜkę, do
której nie zaglądał od czasów szkolnych. Pierwsze trzy słowa
przykuły jego uwagę: „Imię moje Ismael". W połowie
pierwszego akapitu usiadł wygodnie, odczuwając słodką
przyjemność lektury. To był ten rodzaj literatury, który on i
Polly czytali na głos podczas wspólnych leniwych weekendów
na wsi. Kiedy o drugiej trzydzieści w nocy pociąg towarowy
oznajmił swój przejazd przez północną część miasta Ŝałobnym
gwizdem, Qwilleran nadal czytał. Koty spały juŜ od dawna.
Czytał jeszcze, kiedy na Main Street zawyły kolejno syreny
policyjnych wozów i ambulansów. Pomyślał, Ŝe musiał zdarzyć
się jakiś większy wypadek. Kolejny pijany kierowca wyszedł z
baru i usiadł za kierownicą. Niechętnie odłoŜył ksiąŜkę i pogasił
ś
wiatła.
Tej nocy QwQleran spał spokojnie i duŜo śnił. Wyruszał na
połów wielorybów, Ŝeby... „zobaczyć wodną stronę świata",
jako „Ŝeglarz siedział na bocianim gnieździe, skakał z masztu na
maszt jak konik polny". Nie dośnił jeszcze swojego snu, kiedy z
błogich marzeń wyrwał go dzwonek telefonu.
- Qwill, słuchałeś porannych wiadomości? - To była
Francesca. Ona i jej ojciec mieli koszmarny zwyczaj
telefonowania o nieprzyzwoitych porach.
- Nie - wymamrotał. - Która godzina?
- Siódma trzydzieści. W nocy był wypadek. Samochód
zderzył się z pociągiem.
- Czy zbudziłaś mnie, Ŝeby mi to powiedzieć?
- Obudź się, Qwill, i posłuchaj mnie. Trzech chłopaków
zginęło w samochodzie, który władował się w jadący pociąg
towarowy.
Qwilleran odchrząknął.
- Ktoś powinien pójść siedzieć za te nieoświetlone przejazdy:
Ŝ
adnych świateł na przejściach dla pieszych, Ŝadnych świateł
ostrzegawczych, Ŝadnych szlabanów! - teraz był juŜ zupełnie
wybudzony. - Dzieciaki wypiją kilka piw, jadą sto kilometrów
na godzinę tam, gdzie moŜna jechać pięćdziesiąt, muzyka wyje
tak, Ŝe nie słyszą gwizdu pociągu. Czego się spodziewać?
- Proszę, przerwij na chwilę ten monolog, Qwill. Dzwonię,
Ŝ
eby ci powiedzieć, Ŝe ofiarami są trzej nastolatkowie z
Chipmunk, a jeden z nich to Chad Lanspeak!
Qwilleran zamilkł. Nie wiedział, co powiedzieć, był
zszokowany.
- Wiem, Ŝe Carol i Larry cięŜko to zniosą - kontynuowała
Frań - ale wypadek ma duŜe znaczenie dla sprawy Fitchów. Tata
mówi, Ŝe to kończy dochodzenie! Pozostali chłopcy byli
głównymi podejrzanymi.
Qwilleran nadal milczał.
- Qwill, czy znowu śpisz?
- Przepraszam, Frań, nie piłem jeszcze kawy. Muszę przez
chwilę o tym pomyśleć. Porozmawiamy o tym później.
OdłoŜył delikatnie słuchawkę i prawie bezwiednie dotknął
swoich wąsów. Mrowienie w górnej wardze zdarzało mu się,
kiedy nawiedzało go przeczucie. Tym razem to przeczucie
podpowiadało mu, Ŝe wypadek na przejeździe kolejowym,
niezaleŜnie od tego, co mówili inni, nie ma Ŝadnego wpływu na
rozwiązanie sprawy morderstwa Fitchów.
KONIEC AKTU PIERWSZEGO
ANTRAKT
Po śmierci głównych podejrzanych w sprawie morderstwa
mieszkańcy Moose County odetchnęli z ulgą. Było po
wszystkim! Wszyscy wiedzieli, Ŝe detektyw z wydziału
zabójstw wrócił do głównego biura w stolicy stanu.
Co więcej był czerwiec, czas ślubów, zakończenie roku
szkolnego, były parady i sztuczne ognie. Trzeba było myśleć o
piknikach, rodzinnych spotkaniach i biwakach. Rozmowy w
barach wróciły na dawny tor. Mówiono o pogodzie, warunkach
do wędkowania na Purple Point i wyborach królowej piękności
na Fishhook Festival w Mooseville.
Qwilleran nie odczuwał podobnej ulgi. Po wyjeździe
detektywa prawdziwi mordercy zostali na wolności i nikt juŜ ich
nie szukał. MoŜe trochę to potrwa, ale w końcu kogoś gdzieś
zawiedzie poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Ktoś wróci na
miejsce zbrodni. Ktoś zbyt otwarcie powie coś w barze. Ktoś
poinformuje policję.
Niepokój w górnej wardze utwierdzał Qwillerana w
przekonaniu, Ŝe los nie opuścił kurtyny nad sprawą morderstwa
Fitchów.
AKT DRUGI
SCENA PIERWSZA
Miejsce: Mieszkanie Qwillerana, później restauracj„Stefania"
Czas: Późne popołudnie, dzień po wypadku na przejeździe
kolejowym
Qwilleran usiadł przy biurku w swoim gabinecie. Pisał list
kondolencyjny do Carol i Larryego Lanspeaków. Koty siedziały
na biurku w podobnych wyczekujących pozach. Yum Yum
czekała na okazję, Ŝeby chwycić spinacz, a Koko liczył na to, Ŝe
uda mu się polizać znaczek. Wyglądało na to, Ŝe w myślach juŜ
delektował się smakiem kleju, bo wystawiał róŜowy język i
oblizywał się.
Yum Yum pierwsza wskoczyła na biurko. Stanęła w pozie
przypominającej
zwartą
wysoką
kolumnę.
Usiadła
na
pośladkach i elegancko wyprostowała przednie nogi. Przednie
łapki ustawiła równolegle, ściśle jedna obok drugiej. Palce
przykryła ogonem, którym owinęła się zgodnie z ruchem
wskazówek zegara. Koko powtórzył dokładnie te same ruchy i
zastygł w identycznej co samiczka pozie, nawet ogon zawinął w
tym samym kierunku. Gdyby nie szlachetny kształt głowy
Koko, gdyby nie jego inteligentne spojrzenie, władczy gest i
mocne ciało, pomyślał Qwilleran, moŜna by wziąć je za
bliźniaki. Jednak te właśnie cechy sprawiały, Ŝe wokół tego kota
wyczuwało się królewską aurę, której nie moŜna było z niczym
pomylić.
- Przykro mi z powodu Lanspeaków - powiedział do sy-
jamczyków. Dzięki korkowej okładzinie jego głos był głęboki i
aksamitny i kotom podobał się taki właśnie głęboki, aksamitny
męski głos. - Mogę dać mu alibi na wtorkowy wieczór, ale
związek z Chipmunk naznaczy go jak fatalny stygmat i w
zbiorowej pamięci zawsze będzie sojusznikiem morderców. Jak
mówi przysłowie: „PołóŜ się spać z psami, a wstaniesz z
pchłami".
Koko zgodził się z Qwilleranem, drapiąc się współczująco za
uchem.
- Nie jestem przekonany, Ŝe chuligani z Chipmunk zabili
Harleya. Jest za duŜo innych wątków. MoŜe nie znajdę
sprzymierzeńców, ale pójdę za intuicją - przygładził wąsy
czubkami palców. - Po ukończeniu szkoły Harley zniknął na
cały rok i nikt nie wiedział, co się z nim dzieje i gdzie się
podziewa. Mógł być zamieszany dosłownie we wszystko. Tylko
dlatego, Ŝe tutejsi ludzie tak podziwiają jego rodzinę, nikt mu
tego nie wyrzuca i mógł grać przed miastem swoją rolę
nieskazitelnego dŜentelmena. To zdolny aktor. Lubił role, które
kontrastowały z jego typem. Ten kawałek z Borisem KarlofFem,
który ostatnio ćwiczył, świetnie pasowałby do takiego
scenariusza.
Koko zamrugał, co było oczywiście znakiem zgody i
akceptacji, Yum Yum trzymała błękitne oczy szeroko otwarte i
było w nich rozbawienie, pomyślał Qwilleran.
- Ten rok wolnej miłości, jeśli taki sobie zafundował, mógł
zaowocować szantaŜem. Mógł narobić sobie wrogów. Mógł
eksperymentować z narkotykami i wpaść w towarzystwo
handlarzy. Nie wspomnę o seksualnych eskapadach z
podejrzanymi osobami, męŜczyznami czy kobietami, to
wszystko mieści się w granicach prawdopodobieństwa.
Oba koty przymruŜyły oczy, jakby to, co mówił, miało ręce i
nogi.
- Nie trzeba powtarzać, na co stać młodego człowieka, który
wyrwie się spod nadopiekuńczych ramion matki i straci kontakt
z rodzinnym otoczeniem. Mógł narobić karcianych długów,
których nie był w stanie spłacić. To dziwne, Ŝe poślubił Belle w
Las Vegas, zamiast tutaj, w kościele Old Stone.
Qwilleran, mówiąc, przeczesywał palcami włosy to do
przodu, to znów do tyłu. Nagle przestał i pogładził swoje wąsy
- Jest teŜ inna moŜliwość. David mógł być cichym
wspólnikiem Harleya. Ich dziadek był przemytnikiem.
Szmuglerzy z Kanady wyładowywali towar na plaŜy w ich
posiadłości. MoŜe coś jeszcze lądowało na tej plaŜy. Dom
Davida byłby świetnym punktem obserwacyjnym.
Oba koty kołysały się teraz na boki, jak w transie, a ich oczy
były całkiem zamknięte.
- Mam nadzieję, Ŝe was nie znudziłem - powiedział. - Snułem
tylko kilka moŜliwych scenariuszy.
Skończył
pisanie
listu
do
Lanspeaków. Jego
listy
kondolencyjne były zawsze pięknie sformułowane. Umiejętność
szczerego wyraŜania współczucia i bratnich uczuć przychodziła
mu zawsze z łatwością, co nieraz przysłuŜyło mu się w pracy
dziennikarza.
Kiedy zaklejał kopertę, zadzwonił telefon. Odwrócił się, Ŝeby
podnieść słuchawkę. Dzwoniła Iris Cobb, która prowadziła
Wiejskie Muzeum Goodwinterów. Swoim zwykłym radosnym
głosem zapytała:
- Czy nie miałby pan ochoty wpaść do muzeum, zanim
udostępnimy je publiczności? Mógłby pan przy okazji zostać na
kolacji. Zrobiłabym duszone mięso z ziemniakami i to
kokosowe ciasto, które tak pan lubi.
- Zaproszenie przyjęte, pani Cobb - odpowiedział bez chwili
wahania - pod warunkiem, Ŝe ciasto będzie miało morelowe
nadzienie.
Kiedy Qwilleran mieszkał we frontowej rezydencji, Iris była
jego gosposią. Teraz jeszcze w sposobie, w jaki się do siebie
zwracali, pobrzmiewała dawna formalność.
- Mógłby pan zabrać ze sobą Koko i Yum Yum, tęsknię za
maleństwami. Poza tym im takŜe sprawiłoby przyjemność,
gdyby się mogły wybiegać po takiej duŜej przestrzeni, po tym
jak trzyma je pan w zamknięciu.
- Jest pani pewna, Ŝe nikomu by nie przeszkadzały?
- Oczywiście, nigdy nie robią Ŝadnych szkód.
- Z wyjątkiem tego jednego razu, kiedy przypadkowo stłukły
wazon wart dziesięć tysięcy dolarów - przypomniał jej
Qwilleran. - Jaki dzień miała pani na myśli?
- Co powie pan na niedzielę, o szóstej?
- Będę na pewno.
Zanotował w pamięci, Ŝeby kupić u Lanspeaków róŜową
jedwabną apaszkę. RóŜowy był ulubionym kolorem pani Cobb.
Brakowało mu potraw przyrządzanych przez jego dawną
gosposię. Teraz, odkąd opiekowała się na stałe muzeum,
otrzymała jedno skrzydło domu na prywatny apartament z duŜą
kuchnią, jak mówiła. Zaproszenie brzmiało obiecująco.
Qwilleran odwrócił się do biurka, którego blat zarzucony był
spinaczami. Koperta, którą adresował, gdy zadzwoniła Iris,
zniknęła, podobnie jak obydwa koty. Zdradliwe mlaśnięcia
doprowadziły go pod biurko do Koko i pogniecionej, klejącej
się koperty.
- No dobra, niegodziwcy - westchnął, wczołgując się pod
biurko. - W mojej opinii jest to wysoce aspołeczne zachowanie.
Poprawcie się albo nici z niedzielnego mięsa.
Kiedy telefon zadzwonił po raz drugi, schował kopertę do
szuflady. Była piąta i domyślał się, czyj głos usłyszy w
słuchawce.
- Właśnie wychodzę z biura, Qwill. Czy mogłabym wpaść,
chcę zobaczyć robotę Petea.
- Pewnie, wpadaj, Frań. To był udany pomysł. Korek ma
ś
wietne walory akustyczne.
- Wiedziałam, Ŝe tak będzie. Twój głos brzmi idealnie! -
powiedziała. - Do zobaczenia za pięć minut. - Była w
weselszym nastroju niŜ zazwyczaj.
Francesca musiała być na lunchu z klientem, pomyślał.
- Francesca przychodzi na drinka i nie Ŝyczę sobie, Ŝeby ktoś
łapał ją za kostkę i kradł jej prywatną własność - zwrócił się do
kotów.
Chwilę później dekoratorka otworzyła własnym kluczem
zamek w drzwiach na dole i w jak najlepszym humorze pojawiła
się w mieszkaniu Qwillerana.
- Szkockiej? - zapytał.
- Tak, ale słabą. Byłam na dłuuuugim lunchu z nowym
klientem.
Donem
Exbridge'em.
Projektuję
jego
nowy
apartament w Indian Yillage.
Qwilleran dmuchnął cicho w wąsy.
Od niedawna
rozwiedziony Exbridge był deweloperem i jednym z najbardziej
łakomych kąsków w mieście, kobiety mdlały na jego widok.
Zabrali swoje drinki do gabinetu. Qwilleran usiadł przy
biurku, a Francesca podkuliła nogi na fotelu, na którym on
zwykł ucinać sobie drzemkę i prowadził swoje rozmyślania.
Skuliła się jakoś' swobodniej niŜ zwykle, bez wystudiowanych
póz i dbania o to, jak wygląda.
- Miałaś' świetny pomysł z tym korkiem, to był dobry wybór.
- Dzięki! Pete zrobił dobrą robotę, jak zwykle zresztą.
- Nawet przy okazji ukośnych pasków?
- Ach! Plotkarze z Brrr lubią opowiadać bajki - powiedziała z
grymasem. - Ten pomysł to była pomyłka początkującej
dekoratorki. Kiedy Don poprosił dzisiaj, Ŝebym zrobiła mu
ś
ciany w kratkę w jego samotni, natychmiast zgłosiłam weto.
Powiedziałam mu, Ŝe w całym budynku nie ma ani jednego kąta
prostego.
Uśmiechnął
się
tym
swoim
zniewalającym
uśmiechem. Bardzo łatwo dojść z nim do porozumienia.
Jedziemy do Chicago, Ŝeby wybrać trochę sprzętów do jego
domu.
Qwilleran zmarszczył brwi.
- A kiedy my jedziemy po moje meble do sypialni? Frań była
zdziwiona, ale pytanie sprawiło jej przyjemność.
- Co powiesz na następny tydzień? Znalazłam nowe podwójne
łóŜko z baldachimem, które musisz koniecznie zobaczyć.
- Nie chcę niczego, co by wyglądało, jakby spał na tym Jerzy
Waszyngton - sprzeciwił się.
- To współczesne łóŜko. Konstrukcja z nierdzewnej stali i
mosięŜne wykończenia. Jest teŜ nowa komoda z Niemiec, która
ci się spodoba, bardzo w stylu neoBauhaus. Mogę zrobić
rezerwację w hotelu? Znam jedno przytulne miejsce niedaleko
od dzielnicy handlowej. Jest drogie, ale ja jadę na twój
rachunek, a ciebie to nie uderzy po kieszeni. Co powiesz na
ś
rodę? Jeśli złapiemy poranne połączenie do Minneapolis,
będziemy w Chicago na lunch.
Qwilleran pomyślał, Ŝe jeśli Polly dowie się o tym, to będzie
ś
miertelny cios dla ich związku.
- Co jeszcze powiedział ci pan Kłapiąca Gęba? - spytała Frań.
- O róŜowych słoniach i czerwonym aksamicie, które kładł dla
Harleya i Belle. Czy to była jedna z twoich pomyłek?
- NIE! - zagrzmiała teatralnym tonem. - To transakcja mojej
szefowej. Amanda sprzeda klientom wszystko, czego sobie
zaŜyczą, bez znaczenia, czy to kompletny kicz, czy coś skrajnie
niepraktycznego i nielegalnego. Jest skorumpowana, ale lubię
ją.
- Arch Riker chce się z nią Ŝenić.
- Mam nadzieję, Ŝe ma duŜe poczucie humoru. Będzie go
potrzebował.
- Słyszałaś moŜe, kto zajmie miejsce Nigela i chłopców w
banku?
- Nic oficjalnego, ale mówi się, Ŝe dwie kobiety z zarządu
dostaną awans na wiceprezesów, a nowy prezes przyjedzie z
centrali. Mam nadzieję, Ŝe będzie potrzebował dekoratora.
- Gdzie byłaś, kiedy dowiedziałaś się o samobójstwie?
- U fryzjera. Wszyscy płakali. Ludzie naprawdę kochali
Nigela. Miał takie dobre maniery, był przystojny i czarujący!
- Ja jadłem kolację w „Old Stone Mili" - powiedział
Qwilleran - i jedna z kelnerek upuściła tacę na wieść o jego
ś
mierci. Domyślam się, Ŝe Nigel był nie tylko czarujący,
przystojny i dobrze wychowany, ale teŜ dawał niezłe napiwki.
- Teraz zgrywasz się na cynicznego dziennikarza. Brawo! -
powiedziała. - Czy słyszałeś, Ŝe miejsce Margaret w radzie
bibliotecznej zajmie Don Exbridge?
Qwilleran mruknął z niezadowoleniem. Exbridge był tym
deweloperem, który chciał wyburzyć historyczny budynek sądu.
- Exbridge przekona teraz radę miejską do zburzenia
biblioteki. Pewnie zaproponuje im, Ŝe postawi nową za dziewięć
koma dziewięć miliona dolarów.
- Teraz to jesteś równie cyniczny co zawistny! - w jej
stalowych oczach pojawił się błysk rozbawienia. Lubiła go
prowokować. - Don chciałby teŜ zastąpić Nigela w radzie
nadzorczej Fundacji Klingenschoenów.
- Wspaniale! - powiedział Qwilleran. - śeby manipulować
grantami fundacji i kupować za nie usługi polityków, ulgi
podatkowe, pozbywać się odpadów i pozyskać inne korzyści dla
swoich prywatnych przedsięwzięć... Mogę ci dolać? Potem
pójdziemy na kolację do „Stefanii".
Zaraz jednak dodał zaczepnie:
- Usłyszałem ostatnio ciekawą rzecz. Podobno Harley zniknął
na cały rok po studiach. - Wiedział, Ŝe poczuje się dotknięta.
- Nie zniknął. PodróŜował. Od wieków młodzi męŜczyźni
wyruszali w świat, zanim załoŜyli rodzinę i się ustatkowali. Nie
ma w tym niczego niezwykłego! - teraz była w defensywie.
- Pójdźmy na kompromis. Robił niezwykłe rzeczy podczas
roku wolności od zobowiązań.
- Głupie płotki! - powiedziała zirytowana.
- PodróŜował samolotem, motorem czy na wielbłądzie?
- Szczerze mówiąc, nigdy nie spytałam, nie byłam ciekawa.
- Mówił coś o trasie swoich pielgrzymek?
- Fitchowie nie zanudzają ludzi swoimi podróŜami. Nie
przywiózł do domu Ŝadnych kolorowych slajdów, francuskich
pocztówek ani plastikowych replik TadŜ Mahal... Jak mi idzie?
Przejdę do następnego etapu?
- Przepraszam... Jak się ma David? Widziałaś go?
- Rozmawiam codziennie przez telefon z Jill - powiedziała
Frań odpręŜona po krótkim pokazie złości. - Według niej David
jest na skraju załamania. WyjeŜdŜają na kilka tygodni w
spokojne miejsce w Ameryce Południowej, gdzie spędzali
miesiąc miodowy.
- Spodziewam się, Ŝe David odziedziczy teraz całą fortunę.
- Naprawdę nie wiem - spojrzała na zegarek. - W „Stefanii"
kończą wydawać posiłki o dziewiątej.
- Dobrze, chodźmy. Muszę tylko nakarmić koty.
- Czy udało ci się znaleźć moją zapalniczkę?
- Nie, ale uprzedziłem pana 0'DelI, Ŝeby się rozejrzał, kiedy
przyjdzie sprzątać.
Syjamczyki wycofały się do swojego pokoju, gdzie uwaŜnie
przyglądały się ptakom za oknem. Qwilleran połoŜył talerzyk z
kawałkami polędwicy na macie w ich łazience, włączył
telewizor bez głosu i cicho zamknął drzwi do pokoju.
W drodze do „Stefanii" spytał: - Czy to prawda, Ŝe dziadek
Harleya był przemytnikiem? - spodziewał się kolejnego
niezasłuŜonego wybuchu.
- Tak! - odparła z satysfakcją. - UwaŜał, Ŝe ludzie będą i tak
pili i Ŝe jeśli sprowadzi z Kanady jakiś przyzwoity towar, to
przynajmniej nie oślepną od picia bimbru. Nie wierzył w
prohibicję, podatek dochodowy i kobiece gorsety.
Nakryte do posiłku stoły w „Stefanii" ustawione były w
oryginalnych pomieszczeniach starego domu i Qwilleran ze
swoim
gościem
został
usadzony
w
drugim
salonie.
Popołudniowe słońce nadal wpadało przez witraŜowe okna i na
szkłach tworzyła się tęcza. Przy kolacji omawiali sprawy
związane z nowym teatrem.
- W tym tygodniu instalują siedzenia. W sierpniu będzie juŜ
moŜna robić próby. Nadal chcesz zacząć sezon rewią?
- No... - zaczęła niezdecydowanym tonem Frań. -W tych
okolicznościach myśleliśmy raczej o wystawieniu jakiejś
powaŜnej sztuki. Chcieliśmy, Ŝeby David w niej zagrał. Coś
ambitnego, jakieś warte wysiłku wyzwanie mogłoby obudzić w
nim chęć do Ŝycia. Jest tak załamany, Ŝe Jill obawia się, by nie
poszedł w ślady ojca.
Qwilleran pomyślał, Ŝe jeśli David był zamieszany w
sytuację, która doprowadziła do śmierci Harleya, ma dobre
powody, Ŝeby się zadręczać. Sam moŜe być następną ofiarą.
- Masz na myśli jakąś konkretną sztukę? Mam nadzieję, Ŝe to
nie będzie nic rosyjskiego, to by go dopiero przybiło - spytał
Frań.
- I nic krwawego - dodała.
- I nic o dwóch braciach.
Z pierwszego salonu, gdzie stało cztery albo pięć stolików,
dobiegał miodopłynny głos. To był męski szczery głos, który
ś
miał się serdecznie.
- Znam ten głos - powiedział Qwilleran - ale nie mogę go
skojarzyć.
Frań rzuciła ukradkowe spojrzenie ponad ramieniem
Qwillerana.
- To Don Exbridge! - wykrzyknęła radośnie. - Jest z kobietą.
To chyba Polly Duncan! Cos' mi się zdaje, Ŝe dooobrze się
bawią. - Wyglądała na wyjątkowo ukontentowaną tym faktem.
- Nie zamierzasz posłać im drinków do stolika?
Kiedy z pierwszego salonu płynęły kolejne salwy śmiechu,
twarz Qwillerana nabierała coraz bardziej skwaszonego wyrazu.
Teraz to był delikatny śmiech Polly. AŜ do końca kolacji
Qwilleran był zniecierpliwiony i draŜliwy: sałata była
zwiędnięta, tort orzechowy nieświeŜy, kawa za słaba. DraŜniła
go rozmowa z Frań. Chciał jak najszybciej odwieźć ją do domu.
Niecierpliwił się, pragnął szybko znaleźć się w towarzystwie
współczujących syjamczyków. Ani razu, przypomniał sobie, nie
wspomniała przy kolacji o Koko i Yum Yum. Wątpił, czy znała
ich imiona. Ani razu, przypomniał sobie, nie spytała o nową
gazetę, nie zainteresowała się kolumną, którą redagował. W
sumie był zły na siebie, Ŝe zgodził się polecieć na Niziny, Ŝeby
obejrzeć stalowe łóŜko i jakieś neobauhasowskie komody.
Meble, które teraz miał w sypialni, były całkiem w porządku.
Czuł się z nimi komfortowo. Z Polly teŜ się zawsze czuł
komfortowo. Z Francescą ani razu nie czuł się w pełni
swobodnie.
Po przyjeździe do domu poszedł od razu do pokoju kotów,
Ŝ
eby sprawdzić, czy nie ma przeciągów, i Ŝeby wyłączyć
telewizor. Oba spały w jednym z koszyków zwinięte w kłębki
jak jin i Jang. Potem zapalił światło w łazience, bo chciał
zobaczyć, czy zjadły kolację, i trzeba było nalać im świeŜej
wody. Obraz, który ukazał się jego oczom, przedstawiał scenę
kompletnego chaosu. Kuweta Yum Yum była wywrócona do
góry nogami, a zawartość pojemnika rozsiana po całym pokoju.
Mały lśniący przedmiot leŜał na wpół zakopany w mokrym
kocim Ŝwirku. Qwilleran rozpoznał w nim zapalniczkę
Franceski.
Coś jest ewidentnie nie tak z tą kotką, pomyślał Qwilleran.
Była zawsze taka porządna, taka czysta! Jutro idziemy do
weterynarza.
SCENA DRUGA
Miejsce: Mieszkanie Owillerana
Czas: Ranek, po pokazie Yum Yum
Osoby: Amanda Goodwinter
Kiedy zadzwonił do kliniki dla zwierząt, Ŝeby umówić wizytę
dla Yum Yum, przyszło mu na myśl, Ŝe głupio postąpił, kupując
jej plastikową kuwetę. Kotka chciała równych praw! Chciała
owalną brytfankę, taką, jaką miał Koko.
Wyjaśniał właśnie sytuację recepcjonistce, kiedy zadzwonił
dzwonek u drzwi. Trzy niecierpliwe dzwonki. Tylko jedna
osoba w Pickax dzwoniła do drzwi w ten sposób.
Amanda Goodwinter wdrapała się po schodach, narzekając na
pogodę, kierowców cięŜarówek na budowie, na projekt schodów
(Ŝe za strome i za wąskie). Miłość dobrego dziennikarza nie
polepszyła ani jej zachowania, ani wyglądu. Kosmyki szarych
włosów na karku tworzyły najeŜoną grzywkę na brzegu szarego,
znoszonego golfu. Jej sprany oliwkowy kostium był
niewyprasowany i nie pasował do figury.
- Przyszłam sprawdzić, czy moja samodzielna asystentka
poczyniła tu jakieś postępy - powiedziała - czy teŜ chodzi tylko
na długie lunche z klientami.
- Myślę, Ŝe będziesz zadowolona z tego, co zrobiła -
oświadczył Qwilleran.
- Nigdy z niczego nie jestem zadowolona, i dobrze o tym
wiesz!
CięŜkim krokiem przemierzała apartament, przyglądając się
pokryciom ścian, meblom robionym na zamówienie i
akcesoriom. Mamrotała i gdakała coś przy tym do siebie.
- Francesca planuje zabudowanie kaloryferów - powiedział.
- Planowanie to jedno, a robienie to drugie. - Wyprostowała
druk przedstawiający łódź patrolową, który Koko znowu
przekrzywił. - Skąd masz ten druk?
- Ze sklepu z antykami w Mooseville, który prowadzi jeden
stary kapitan.
- Prowadzi go kiepski aktorzyna. Nigdy nie wyjechał dalej niŜ
za molo w Mooseville. Jakieś dziesięć kopii tego druku krąŜy po
naszym okręgu. Wszystko to tanie reprodukcje. To nie jest
oryginalny druk. Jedyny oryginalny jest w rezydencji Fitchów, a
jest tam dlatego, Ŝe ja sprzedałam go Nigelowi w prezencie
urodzinowym dla Harleya. Nigdy mi zresztą za niego nie
zapłacił!
- Rozumiem, Ŝe pomagałaś rodzinie przy dekorowaniu domu -
domyślił się Qwilleran.
- Z tym miejscem nic się nie da zrobić, moŜna je tylko spalić.
Widziałeś kiedyś te śmiecie, które kolekcjonował Cyrus?
Wszyscy myślą, Ŝe to skarby nad skarbami. Połowa z nich jest
podrabiana!
- Tapeciarz powiedział mi, Ŝe mają oryginalne tapety.
- Ach! Ta dziwka, z którą oŜenił się Harley! Dałam jej, co
chciała, ale upewniłam się najpierw, Ŝe tapety są ściągalne.
Mam nadzieję, Ŝe ktoś się zlituje i ściągnie je teraz! Powinni
tam wjechać z buldoŜerem i wymieść cały ten złom! Te zŜarte
przez mole, wypchane zwierzęta, ptaki, fałszywe antyki! Nie
wiem, co teraz zrobią z tym starym mauzoleum! Mogą równie
dobrze zmieść je z powierzchni ziemi i wybudować w tym
miejscu osiedle. Strata będzie znikoma.
- Usiądź, Amando, moŜe filiŜankę kawy?
- Nie mam czasu na kawę! Nie mam czasu usiąść! - kręciła się
nerwowo w kółko jak lwica w klatce. - Poza tym to, co
nazywasz kawą, smakuje jak zmywacz do lakieru.
- Po tym jak rodzina Fitchów praktycznie zniknęła z tego
miasta - powiedział Qwilleran - wspólnota doznała wielkiej
straty.
- Nie rozlewaj łez nad tą zgrają! Nie byli tacy święci, jak ci
miejscowi prostacy chcieliby ich widzieć.
- Ale byli wielkimi społecznikami, działali w klubach,
inicjatywach społecznych, pomagali zakładać fundacje. SłuŜyli
wspólnocie bezinteresownie! - zdawał sobie sprawę, Ŝe tylko ją
prowokuje.
- Powiem ci, mój panie, o co im chodzi! Dopieszczali własne
ego! Zakładanie fundacji - teŜ mi coś! Spróbuj wyciągnąć jakieś
pieniądze z ich kieszeni, to juŜ inna historia. Zawsze ostatni w
płaceniu rachunków. Powinnam doliczać im taki sam procent
jak ich bank.
Qwilleran nalegał.
- Córka woźnego z banku idzie do szkoły plastycznej i Nigel
Fitch osobiście zapłacił jej czesne.
- Dziewczyna Stebbinsów? Ha! Dlaczego nie? Nigel jest jej
biologicznym ojcem!... No cóŜ, nie mogę tu spędzić całego dnia,
uzupełniając braki w twojej edukacji - ruszyła w dół schodów.
W połowie drogi zatrzymała się i odwróciła: - Słyszałam, Ŝe
jedziesz do Chicago z moją asystentką.
- Musimy wybrać meble do mojej sypialni - wyjaśnił
Qwilleran. - A przy okazji, kiedy ślub?
- Jaki ślub?! - wykrzyknęła i zatrzasnęła frontowe drzwi.
SCENA TRZECIA
Miejsce: Restauracja „Pod Czarnym Niedźwiedziem"
Czas: Wieczorem tego samego dnia
Osoby: Gary Pratt, właściciel baru, Ŝeglarz,
przyjaciel Harleya Fitcha
We wtorek wieczorem Qwilleran miał dwa powody, Ŝeby
wybrać się do „Hotel Booze" w Brrr. Po pierwsze naszła go
ochota na jeden z ich ogromnych hamburgerów. Poza tym chciał
spojrzeć na czarnego niedźwiedzia, którym dowcipnisie tak go
przestraszyli na przyjęciu urodzinowym. Ale przede wszystkim
chciał porozmawiać z Garym Prattem, właścicielem baru, który
Ŝ
eglował z Harleyem na „Fitch Witch".
Zadzwonił do Mildred Hanstable, która mieszkała kilka mil
na zachód od Brrr, z pytaniem, czy nie miałaby ochoty zjeść z
nim „booseburgera". Chciałaby, oczywiście! Kobiety nigdy nie
odrzucały zaproszeń od Qwillerana.
- Chciałabym zobaczyć, co Gary zrobił z hotelem, odkąd
przejął go po ojcu.
- Mam nadzieję, Ŝe nie posprzątał go za bardzo i Ŝe Thel-ma
„Odciski Palców" nie odeszła. Ciekawe, czy rozstawiają pułapki
na myszy pod stołami.
„Hotel Booze" zbudowano na wydmie wznoszącej się nad
miastem Brrr od strony jeziora. Była to stara kamienna gospoda,
która pamiętała czasy pionierów, kiedy to nie było obrusów,
obsługi, łazienek, a na drugim piętrze nawet łóŜek. W ogólnej
sali górnicy, drwale i Ŝeglarze zbierali się w sobotnie wieczory,
Ŝ
eby pić krwawą Mary, przegrywać w karty wypłatę, jeść gulasz
i zabijać się nawzajem. Od tamtych burzliwych czasów aŜ po
dzień dzisiejszy znakiem rozpoznawczym hotelu był napis na
dachu. Dwumetrowe litery układały się w napis: „Chlanie,
pokoje, jedzenie".
Dla mieszkańców Moose County „Hotel Booze" był zwykłą
mordownią. Mimo to wszyscy tam chodzili na najlepsze pod
słońcem hamburgery i domowe ciasto. Qwilleran i jego gość
spotkali się na parkingu i razem weszli do baru nazwanego teraz
restauracją „Pod Czarnym Niedźwiedziem". Przed wejściem stał
na tylnych nogach niedźwiedź we własnej osobie. Witał
klientów rozłoŜonymi łapami i obnaŜonymi kłami.
- Wnętrze jest jakieś jaśniejsze niŜ poprzednio - zauwaŜyła
Mildred.
Qwilleran pomyślał, Ŝe to dlatego, Ŝe po raz pierwszy od
ponad pięćdziesięciu lat umyto ściany.
- I naprawili podarte linoleum - powiedział, przyglądając się
srebrnym pasom taśmy naklejonym na podłodze. - Ciekawe, czy
pokleili meble.
On i Mildred usiedli ostroŜnie na drewnianych krzesłach przy
zniszczonym stole. Napis na pustym serwetniku brzmiał:
„Papierowe serwetki na Ŝyczenie, pięć centów".
Za barem stał atletyczny męŜczyzna o ogorzałej twarzy
Ŝ
eglarza, niesfornych czarnych włosach i kędzierzawej czarnej
brodzie. Poruszał się ocięŜale do przodu i do tyłu z pewnym
leniwym wdziękiem, huśtając owłosionymi ramionami, kiedy
spokojnie i pewnie nalewał zamówione drinki.
- Gary wygląda znakomicie. Cieszy mnie, Ŝe zainteresował się
biznesem. Nie obiecywano sobie po nim zbyt wiele, kiedy
chodził do szkoły, ale przebrnął dwa lata college'u i trzymał się
z dala od kłopotów. Od kiedy zachorował jego ojciec, pokazał,
Ŝ
e potrafi podejmować inicjatywę.
Piętrowe „boozeburgery" podała im młoda kelnerka w
minispódniczce.
- Gdzie jest Thelma? - zapytał Qwilleran, przypominając
sobie poprzednią kelnerkę, która zjawiała się w barze w
podomce i spodniach od piŜamy.
- Przeszła na emeryturę.
Thelma
zawsze
podawała
rozpadające
się
burgery,
przytrzymując wierzch kanapki kciukiem, stąd nazywano ją
Thelma „Odciski Palców". Hamburgery, które dostali dzisiaj,
były nadziane na patyczki do mieszania koktajli.
- Mam nadzieję, Ŝe nie skompromitowałam się na sobotnim
przyjęciu w biurze - powiedziała Mildred.
- Nalewali za mocne drinki. Ja zjadłem trzy kanapki z
peklowaną wołowiną i dwa korniszony i długo potem
Ŝ
ałowałem.
- Podobał mi się twój tekst o Eddingtonie Smith, Qwill.
NajwyŜszy czas, Ŝeby ktoś go docenił.
- Jest zadziwiająco dobrze oczytany. Cytuje Cycerona, Noela
Howarda i Churchilla z taką łatwością, jak inni cytują gwiazdy
filmowe z telewizyjnych seriali. Tylko jak on moŜe wyŜyć z
tego skromnego interesu? Ma coś na boku? NaduŜycia?
Fałszerstwa?
- Mam nadzieje, Ŝe to tylko mało zabawne Ŝarty. Edd jest
uczciwym, słodkim, wzbudzającym współczucie małym
człowieczkiem...
- .. .który trzyma zabójczą broń obok szczoteczki do zębów.
- CóŜ, ja teŜ mam broń. W końcu mieszkam sama, a latem
zjeŜdŜają tu ci wszyscy porąbani turyści.
- Skoro jesteśmy przy broni - powiedział. - Jadłem kolację w
„Old Stone Mili", kiedy dotarła tam wieść o samobójstwie
Nigela. Jedna z kelnerek zareagowała bardzo emocjonalnie.
Mówiono mi, Ŝe to studentka szkoły plastycznej. Ma na imię
Sally.
- Sally Stebbins. Dostała stypendium od rodziny Fitchów.
Zapewne głęboko dotknęła ją ta strata.
- Jak uzyskała stypendium? Jest dobrą artystką?
- Obiecującą - powiedziała Mildred. - Tak się szczęśliwie
złoŜyło, Ŝe jej ojciec pracuje w banku, a Nigel zawsze po
ojcowsku dbał o pracowników i ich rodziny - spojrzała na niego
ostro. - Mam nadzieję, Ŝe nie pijesz do tej starej plotki.
- A jest warta odkurzenia?
- CóŜ, mogę ci chyba powiedzieć, bo i tak będziesz kopał,
póki nie wykopiesz. KrąŜyły plotki, Ŝe Nigel jest biologicznym
ojcem Sally, ale to odraŜające kłamstwo. Prawość Nigela była
zawsze poza dyskusją i nie splamiły jej plotki. On i Margaret
byli po prostu wspaniałymi ludźmi.
Qwilletan wpatrywał się w nią intensywnie i skubał wąsy.
Czy wierzyła w to, co mówiła? Czy to była prawda? W co
moŜna było wierzyć w północnych lasach, gdzie plotkarstwo
było najpotęŜniejszym przemysłem informacyjnym?
- Jak zareagowałaś na wypadek na przejeździe kolejowym? -
zapytał.
Mildred pokiwała ze smutkiem głową.
- śal mi kaŜdego ludzkiego Ŝycia, ale jeśli to oni zabili
Harleya i Belle, to byłaby to poetycka sprawiedliwość. Roger
mówi, Ŝe policja nie znalazła biŜuterii. Wiedziałeś o tym, Ŝe
zginęły cenne przedmioty? Wyciszają sprawę, ale Roger ma
znajomego w biurze szeryfa.
Kelnerka w minispódniczce oznajmiła, Ŝe „ciasto dnia" jest z
truskawkami. Zrobiono je z całych owoców z dodatkiem
prawdziwej bitej śmietany i Qwilleran z Mildred pochłaniali
swoje porcje w ciszy. Potem Mildred zaczęła dopytywać się o
syjamczyki.
- U Koko wszystko w porządku - powiedział Qwilleran - ale
muszę zabrać Yum Yum do weterynarza. Dzwoniłem do niego i
kazał mi z nią przyjść i przynieść próbkę moczu.
- Interesujące! I jak sobie z tym poradziłeś?
- No przecieŜ nie biegałem za nią z papierowym kubeczkiem.
Kupiłem specjalny zestaw - miniaturową gąbeczkę i maleńką
pęsetę. Potem siedziałem w pokoju kotów przez pięć godzin i
czekałem, aŜ Yum Yum postanowi współpracować. Kiedy w
końcu udało nam się dojść do porozumienia, zabrałem Yum
Yum do kliniki, z gąbeczką w plastikowej torebce wielkości
herbatnika. Czułem się jak idiota!
- A jak czuła się Yum Yum?
- W piekle nie znajdziesz większej furii niŜ ta, jaka ogarnia
syjamską kocicę, która nie cierpi weterynarza. Jak tylko
zobaczyła zimny stalowy stół, zaczął się cyrk. Latała jak
opętana, wszędzie fruwała kocia sierść! Jaka zamieć śnieŜna!
Potem włoŜyli jej sondę, oglądali język, uciskali brzuch i
mierzyli temperaturę, to jak miała się czuć? Weterynarz mruczał
jej uspokajające słowa, a ona zawodziła, wyrywała się i kłapała
pyszczkiem jak krokodyl.
- Ale znaleźli coś?
- Lekarz mówi, Ŝe to kwestia psychologiczna. W ten sposób
wyraŜa swój sprzeciw wobec czegoś w jej otoczeniu i nie
wydaje mi się, Ŝeby to była nowa tapeta. Moim zdaniem jest
zazdrosna o dekoratorkę wnętrz.
- Serio? - powiedziała Mildred. - A jak Koko na nią reaguje?
- Ignoruje ją, jest zbyt zajęty wąchaniem kleju. Przy kawie
Mildred zwróciła się do Qwillerana:
- A tak między nami, jak Roger daje sobie radę w gazecie?
- Świetnie mu idzie. Jest historykiem i ma nosa do
właściwych faktów. Dobrze pisze.
- Martwiłam się, Ŝe rezygnuje z nauczania. Sharon nie
pracuje, mają małe dziecko. Sam wiesz, jak to jest. Ale zdaje
się, Ŝe nowe pokolenie jest odwaŜniejsze od naszego.
- Mów za siebie, Mildred. Ja osobiście lubię podejmować
odwaŜne decyzje.
- Zdecydowałeś się ponownie oŜenić? - zapytała z nadzieją.
- Nie aŜ tak odwaŜne!
Mildred poŜegnała się, dodając, Ŝe nie chce wracać do domu
po zmroku, a Qwilleran przesiadł się na stołek przy barze. Był
juŜ tu kiedyś i Gary Pratt pamiętał, co pije - woda Squunk z
odrobiną likieru ziołowego i plasterkiem cytryny.
- Jak tłumaczysz swoją serwetkową politykę, Gary? - zapytał
go Qwilleran.
- Wszystko kosztuje - odparł Gary piskliwym, wysokim
głosem, który kontrastował z jego wyglądem. - Bank przestał
dawać mi darmowe czeki, stacja benzynowa nie daje mi
darmowej benzyny. Dlaczego mam im dawać darmowe
serwetki?
- Podziwiam twoją logikę, Gary.
- Rzecz polega na tym, Ŝe kiedy serwetniki były pełne,
serwetki zawsze znikały. Moi klienci uŜywali ich do
wydmuchiwania nosa, przecierania szyb w samochodzie i Bóg
tylko wie do czego jeszcze.
- Przekonałeś mnie! Masz piątkę! Biorę serwetkę - powiedział
Qwilłeran. - Widzę, Ŝe zatrudniłeś nowego wykidajłę - pokiwał
głową w stronę wejścia, gdzie na tylnych łapach stał
niedźwiedź.
- To robota Walłyego Toddwhistle'a. Jest najlepszy w tej
branŜy.
- Robię z nim jutro wywiad do gazety.
- Wspomnisz o restauracji „Pod Czarnym Niedźwiedziem",
dobrze? Zareklamuj nas. Powiedz, Ŝe hotel ma ponad sto lat i Ŝe
ma oryginalny bar - przetarł z uczuciem zniszczony, pocięty
blat. - Mój staruszek zapuścił to miejsce, ale zaczynam je
remontować. Nie jest zbyt atrakcyjne. Przychodzą tu Ŝeglarze, a
oni lubią poobijane wnętrza.
Qwilleran rozejrzał się po barze i dostrzegł kilku Ŝeglarzy w
dzianinowych pasiastych koszulkach, naciągniętych na ogorzałe
od słońca i wiatru ciała; byli tam farmerzy w ubraniach
roboczych, kobiety i męŜczyźni w oficjalnych strojach, starzy
wieśniacy o siwych włosach, z aparatami słuchowymi w uszach.
Wszyscy jedli „boozeburgery" i truskawkowe ciasto i byli
szczęśliwi, z jednym wyjątkiem. MęŜczyzna o złotawych
włosach siedział samotnie przy barze, kilka stołków od
Qwillerana, i pił, zwiesiwszy smętnie głowę w geście
rezygnacji. Qwilleran zauwaŜył, Ŝe był ubrany w drogie
codzienne ubranie, a na małym palcu miał pierścionek z
szafirem w kształcie gwiazdy.
- Od jak dawna na dachu jest ten duŜy napis? - Qwilleran
spytał Gary'ego.
- Od początku dwudziestego wieku, tyle wiem. Widać go z
jeziora. Jeśli Ŝeglarz ustawi w jednej linii wieŜę kościoła w Brrr
z literą „n" w słowie „chlanie", to wskaŜe mu ona drogę prosto
przez kanał na zachód od falochronu.
Przyjął zamówienie od kelnerki i wrócił do Qwillerana.
- Niektórym ludziom w mieście nie podoba się, Ŝe „chlanie"
pisane jest takimi duŜymi literami, ale ja mam z tym słowem
przyjemne skojarzenia. Chlanie to siedzenie razem z
przyjaciółmi, to rozmowy i bezstresowe picie. To słowo ma
ś
redniowieczny rodowód, tylko wymowa była wtedy bardziej
gardłowa, sprawdziłem to.
Gary miał profesjonalną pewność siebie. Jego czarne oczy
przebiegały nieustannie po wnętrzu restauracji, a w tym samym
czasie rozmawiał i obsługiwał bar. Potrafił jednocześnie
nalewać whiskey, pozdrowić wchodzącego klienta, wydrukować
rachunek, wytrzeć bar, przygotować tacę z martini dla kelnerki,
nalać kwartę piwa, mieć oko na awanturującego się gościa i na
koniec znów wytrzeć bar.
- Chodzi o to, Ŝe Brrr jest schronieniem dla wielu łodzi, to
jedyny port po tej stronie jeziora. Chcę, Ŝeby ta restauracja była
miejscem, gdzie kaŜdy moŜe przyjść i czuć się tak swobodnie
jak w domu.
- Rozumiem, Ŝe sam jesteś Ŝeglarzem.
- Mam katamaran. Startował w kilku zawodach. Kiedyś
pływałem z Harleyem Fitchem, ale te dni dawno minęły.
Szkoda! David i Harley często tu przychodzili, gadaliśmy o
łodziach. To znaczy David nie za bardzo, on ma bzika na
punkcie golfa. Mieści się w siedemdziesięciu kilku uderzeniach.
Widziałeś kiedyś modele statków Harleya?
- Nie, ale słyszałem o nich. Podobno są niezłe?
- Próbowałem kupić do restauracji jeden z modeli łodzi
biorących udział w wyścigu o Pucharu Ameryki, ale nie chciał o
tym słyszeć. Chodzi o to, Ŝe pod koniec zachowywał się
ś
miesznie.
- Co znaczy „śmiesznie"?
- Po pierwsze jego małŜeństwo. Wszystko poszło nie tak. Ale
były teŜ inne rzeczy. Kiedy zaczął pracować w banku,
próbowałem wziąć kredyt na przebudowę hotelu. Chcę
wynajmować pokoje, zamontować windę, wszystko zgodnie z
przepisami. Tyle Ŝe na wszystko potrzebne są pieniądze, duŜo
pieniędzy. Jego ojciec jest prezesem banku, no i my się
przyjaźniliśmy, wiesz, myślałem, Ŝe jakoś dojdziemy do
porozumienia.
Właściciel baru odwrócił się, Ŝeby napełnić szklanki. Kiedy
wrócił, Qwilleran powiedział:
- Dostałeś tę poŜyczkę?
Gary potrząsnął kudłatymi włosami.
- Ani centa. To mnie naprawdę wkurzyło i wygarnąłem mu
prosto w twarz. Pokłóciliśmy się i więcej nie pokazał się w
moim barze... Zresztą miałem to gdzieś. Chodzi o to, Ŝe po
powrocie do domu nigdy nie był juŜ taki jak dawniej.
- Po powrocie skąd? - zapytał całkiem niewinnie Qwilleran. -
Z college'u?
- Nie, on, hm... David wrócił po studiach do domu, zaczął
pracować w banku, z ojcem, ale Harley spędził rok na
wschodzie, zanim znów przyjechał do Moose County.
Qwilleran zamówił jeszcze jedną wodę Squunk i potem
powoli, spokojnie zaczął dopytywać się, co Harley robił przez
ten rok spędzony na wschodzie.
Czarne oczy Gary'ego rozejrzały się po pomieszczeniu.
- Rodzina nie chciała, Ŝeby ktokolwiek się dowiedział, i
ludzie zgadywali w ciemno, ale Harley powiedział mi prawdę.
Kiedy spędza się noc na jeziorze, wokół tylko białe Ŝagle i
błękitne niebo, cichy szept bryzy, łatwo jest mówić. To jak pójść
do psychiatry. To było, zanim nasze stosunki się popsuły.
Obiecałem, Ŝe będę trzymał mordę na kłódkę.
Qwilleran sączył drinka i wpatrywał się bezmyślnie w bar
ozdobiony dziewiętnastowiecznymi rzeźbieniami, zawijasami i
ukośnymi lustrami.
- Nic nie powiedziałem, kiedy była tu policja - wyznał Gary. -
Po morderstwie rozmawiali z kaŜdym, kto go znał.
- Czy myślisz, Ŝe tajemnicza misja Harleya miała jakiś
związek z morderstwem? - spytał Qwilleran.
Gary wzruszył ramionami.
- Kto wie? Nie jestem detektywem.
- Osobiście - Qwilleran przybrał najbardziej poufały ton, na
jaki go było stać - nie wierzę, Ŝeby dzieciaki z Chipmunk były
odpowiedzialne za tę zbrodnię, i uwaŜam, Ŝe powinniśmy zrobić
co w naszej mocy, Ŝeby prawdziwi mordercy trafili za kratki.
Teraz przyszło mi do głowy, Ŝe Harley przez ten rok mógł
narobić sobie wrogów poza domem. MoŜe był zamieszany w
hazard albo narkotyki?
- Nic podobnego - zaprzeczył właściciel baru. - Chyba
mógłbym ci powiedzieć. To nie ma juŜ znaczenia. Nie Ŝyje ani
on, ani jego rodzice.
PogrąŜone w Ŝałobie, współczujące oczy Qwillerana
wpatrzone były w czarne rozbiegane oczy Gary'ego.
- Chyba zwariowałem, Ŝe chcę o tym rozmawiać z
reporterem. Wiem, Ŝe piszesz dla gazety. Chcesz wygrzebać
brudy o Fitchach?
- Nic z tych rzeczy! Przejmuję się, bo Carol i Larry Lan-
speakowie to porządni ludzie i nie chcę, Ŝeby ich chłopaka
niesłusznie oskarŜano o to morderstwo.
Gary po raz dwudziesty przecierał w zamyśleniu i ciszy blat
baru. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zniŜył konfidencjonalnie
głos.
- Starzy Harleya mówili, Ŝe on podróŜuje gdzieś po świecie.
Chodzi o to, Ŝe... siedział za kratami.
- Był w więzieniu?
- W pudle, gdzieś na wschodzie.
- Pod jakim zarzutem?
- Kwestia kryminalna. Wypadek samochodowy. Zabił
dziewczynę.
- Czy Harley ci to powiedział? - spytał Qwilleran.
- Byliśmy wtedy przyjaciółmi, chciał zrzucić z siebie ten
cięŜar. CięŜko Ŝyć z taką tajemnicą w tak małym, ciasnym
miejscu jak Moose County.
- I istnieje ryzyko, Ŝe ktoś spoza miasta przyjedzie i odkryje
tajemnicę.
- Albo jakiś skunks z gazety wykopie sprawę i narobi
kłopotów.
- Proszę cię! - zaprotestował Qwilleran.
- MoŜe niepotrzebnie ci to powiedziałem.
- Po pierwsze, nie uwaŜam się za skunksa, Gary, a po drugie,
moim jedynym celem jest dowiedzieć się, kim byli mordercy.
- Czy teraz, kiedy wiesz to, co ci powiedziałem, moŜesz coś
zrobić, tak na dzisiaj?
- Przychodzi mi od razu do głowy jedna rzecz. Rodzina ofiary
mogła uwaŜać, Ŝe Harley zapłacił za niską cenę za swoje
wykroczenie. Prawdopodobnie wiedzieli, Ŝe jest bogaty. Więc
przyszli go zastrzelić. Oko za oko... a przy okazji na boku
moŜna było się wzbogacić o ładną biŜuterię. Rozumiem, Ŝe
zginęła biŜuteria Fitchów?
- Jeśli będziesz o tym z kimś rozmawiał, nie mieszaj mnie do
tego. Nie mogę się wychylać. Jak człowiek ma licencję na
prowadzenie baru, to musi być ostroŜny.
- Nie martw się - zapewnił go Qwilleran. - Chronię moje
ź
ródła. Spodziewam się, Ŝe policja wie o pobycie Harleya w
więzieniu, ale cieszę się, Ŝe mi powiedziałeś. Zęby
sparafrazować mojego ulubionego autora: „To, co teraz robisz,
jest duŜo, duŜo lepsze niŜ cokolwiek, co zrobiłeś przedtem".
- To ze starego filmu - powiedział Gary.
- Ronald Coleman to powiedział. Dickens to napisał.
- śeglujesz? - zapytał serdecznie Gary.
- Patrzysz na stuprocentowego szczura lądowego.
- Jeśli kiedykolwiek chciałbyś wypłynąć, daj mi znać.
- Dziękuję za zaproszenie. Ile płacę? Muszę się zbierać.
- Na koszt firmy.
- Jeszcze raz dziękuję. - Qwilleran zsunął się ze stołka i
odwrócił tyłem do baru. - Czy ktoś ci kiedyś mówił, Gary, Ŝe
wyglądasz jak pirat?
Właściciel baru roześmiał się.
- Chodzi o to, Ŝe jestem potomkiem pirata. Słyszałeś kiedyś o
Pratcie
Piracie?
Grasował
na
Wielkich
Jeziorach
w
dziewiętnastym wieku. Powiesili go.
Wychodząc z baru, Qwilleran zasalutował niedźwiedziowi.
Opuszczał hotel zadowolony z informacji, jakie zebrał.
Spacerowym krokiem udał się na parking. Nie zdawał sobie
sprawy, Ŝe ktoś za nim idzie. Kiedy otwierał drzwi do
samochodu, dostrzegł w szybie cień czegoś, co znajdowało się
za nim. Odwrócił się szybko.
Za nim, pogrąŜony w melancholijnym nastroju, stał
wstawiony blondyn z baru z szafirową gwiazdą na palcu.
- Pamiętasz mnie? - zapytał ponuro.
- Pete, czy to ty? Przeraziłeś mnie!
- Chciałem z tobą porozmawiać - powiedział tapeciarz.
- Pewnie.
Kiedy Pete zbierał się do wyłoŜenia sprawy, Qwilleran spytał:
- Twój samochód czy mój?
- Przyszedłem na piechotę, mieszkam niedaleko.
- Dobra, wskakuj - usiedli na przednich siedzeniach. Pete w
pozie krańcowej desperacji. - Co cię gryzie, chłopie?
- Nie mogę przestać o niej myśleć.
- Belle? Pokiwał głową.
- Upłynie trochę czasu, zanim pogodzisz się z tą tragedią -
powiedział Qwilleran, wcielając się w swoją rutynową rolę
współczującego bliźniego. - Rozumiem twój ból, ale dobrze jest
opłakiwać zmarłych. Trzeba przez to przejść, raz na jakiś czas,
Ŝ
eby móc dalej Ŝyć - pomyślał, Ŝe jest w dobrej formie, poza
tym było mu szczerze Ŝal tego olbrzyma, po którego twarzy
zaczynały teraz płynąć łzy.
- Straciłem ją dwa razy - powiedział Pete. - Raz, kiedy mi ją
ukradł... Drugi, kiedy ją zamordował. Zawsze wierzyłem, Ŝe
pewnego dnia do mnie wróci, ale teraz...
- Harley nie był winny tej strzelaninie - przypomniał mu
Qwilleran. - Oboje stracili Ŝycie.
- Troje z nich straciło Ŝycie - powiedział Pete.
- Troje?
- Dziecko.
- Masz rację, prawie zapomniałem, Ŝe Belle była w ciąŜy.
- To było moje dziecko.
Qwilleran nie był pewny, czy dobrze usłyszał.
- To było moje dziecko! - powtórzył głośniej Pete
zezłoszczonym tonem.
- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe spałeś z Belle po jej ślubie?
- Przyszła do mnie - przyznał z dumą. - Powiedziała, Ŝe on nie
robi jej dobrze. Powiedziała, Ŝe on nie moŜe nic zrobić.
Qwilleran milczał. Nie był przygotowany na taką sytuację.
Nie miał w zanadrzu Ŝadnych odpowiednich słów.
- Zrobię wszystko, Ŝeby złapać mordercę! - wykrzyknął,
budząc się z przygnębienia. - Słyszałem, co mówiłeś przy barze.
Zrobię wszystko, Ŝeby go dorwać!
- W takim razie powiedz mi wszystko, co wiesz, kogokolwiek
podejrzewasz! Przy okazji to moŜe ocalić ci skórę.
Jesteś w kiepskiej sytuacji. Wykonywałeś dla Harleya i Belle
jakąś robotę przed morderstwem?
- Tapetowałem sypialnię dla dziecka.
- Pracowałeś tego dnia?
- Wykańczałem.
- O której wyszedłeś?
- Koło piątej.
- Harley był w domu?
- Powiedziała, Ŝe poszedł Ŝeglować. DuŜo Ŝeglował. Miał
łódź zacumowaną w porcie Brrr. Ośmiometrową.
- Kto z nim był? Wiesz? Pete potrząsnął głową.
- Kiedyś pływał z Garym z „Hotel Booze". Potem Gary kupił
własną łódź i Harley przestał przychodzić do baru. Kilka razy
widziałem go w tawernie „Pod Wrakiem", ale był z kobietą.
Qwilleran przypomniał sobie tarota Mildred. „W sprawę
zamieszana jest niegodziwa kobieta"!
- Wiesz, co to była za kobieta? Pete wzruszył ramionami.
- Nie przyglądałem się aŜ tak dokładnie.
- W porządku, Pete, chcę, Ŝebyś o tym pomyślał. Myśl
intensywnie. Myśl jak glina! I jeśli przypomnisz sobie coś, co
mogłoby rzucać podejrzenia na jakąkolwiek osobę, wiesz, gdzie
mnie szukać. Teraz odwiozę cię do domu.
Qwilleran
wysadził
tapeciarza
przed
jednopiętrowym
domkiem w połowie drogi w dół ze wzgórza i zaczekał, aŜ
męŜczyzna wejdzie do środka. Potem pojechał do domu,
zastanawiając się, ile w tej historii było prawdy.
Temu, Ŝe Pete nienawidził Harleya za to, Ŝe ukradł mu
dziewczynę, nie moŜna było zaprzeczyć. To, Ŝe Pete nienawidził
Belle za to, Ŝe go opuściła, było tylko prawdopodobne. To, Ŝe
Harley okazał się impotentem i Ŝe Belle przyszła do Pete a po
pocieszenie, mogło być tylko owocem chorej wyobraźni
porzuconego kochanka. Jeśli tak... to na zdrowy rozum Pete był
podejrzany. Miał motyw i sposobność, jak zresztą wszyscy w
Moose County. Belle zginęła pierwsza, przynajmniej zgodnie z
wynikami sekcji. Ona i Pete mogli posprzeczać się w sypialni i
on mógł ją zastrzelić w ataku szału. Ale musiał być na tyle
opanowany, Ŝeby upozorować włamanie i kradzieŜ. MoŜna
sobie wyobrazić, Ŝe właśnie miał opuścić miejsce zbrodni, z
dymiącym pistoletem i garstką biŜuterii w kieszeni białego
kombinezonu, kiedy niespodziewanie z rejsu wraca Harley.
Spotkali się w hallu przy wejściu. MoŜe zamienili kilka słów o
pogodzie dobrej na Ŝagle i trudnościach z wieszaniem tapety w
starym domu, w którym Ŝadna ściana nie spotyka się z drugą
pod kątem prostym. Potem Pete przedstawił swój rachunek, a
Harley wypisał czek. MoŜe Harley zaproponował mu drinka, a
moŜe usiedli w kuchni i napili się piwa, po czym poŜegnali się,
mówiąc „do następnego razu!", i wtedy Pete wyciągnął swój
pistolet i pozbył się Harleya?
Qwilleran zdał sobie sprawę, Ŝe ten scenariusz ma słabe
punkty. Jeśli miał być prawdziwy, Harley powinien mieć na
sobie strój Ŝeglarski, a tymczasem, jak podkreślały doniesienia
prasowe, obie ofiary miały na sobie stroje do prób. Poza tym
była siódma trzydzieści, kiedy Jill i David dojechali do
rezydencji i zobaczyli samochód odjeŜdŜający sprzed domu w
tumanach kurzu.
Bardziej prawdopodobne było to, Ŝe Pete był niewinny.
Wyszedł od Fitchów o piątej trzydzieści ze swoimi drabinami i
wiadrami kleju. Harley wrócił do domu i przebrał się w strój do
prób, a Belle, która z jakichś niewyjaśnionych powodów takŜe
była w stroju wyjściowym, włoŜyła mroŜoną pizzę do
mikrofalówki. Wtedy dopiero przyjechał morderca.
Qwilleran był nazbyt zmęczony, Ŝeby zastanawiać się, jak to
się stało, Ŝe mordercy zabili najpierw Belle na górze, a potem
Harleya na dole. Do tego istniała moŜliwość, Ŝe informacje
Rogera dotarły do niego zniekształcone w łańcuszku plotek.
Qwilleran wdrapywał się po schodach powoli i w zamyśleniu.
Na szczycie schodów czekały na niego koty. Siedziały w
identycznych królewskich pozach, wysokie i dumne, z ogonami
owiniętymi wokół tylnich łapek, tym razem w kierunku
przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Zastanawiał się, czy
kierunek ułoŜenia ogona ma jakieś znaczenie.
SCENA CZWARTA
Miejsce: Pracownia wypychania zwierząt Toddwhistlea,
North Kennebeck
Czas: Następny ranek
Osoby: Pani Toddwhistle
Umawiając się na spotkanie z Wallym Toddwhistle'em,
Qwilleran poprosił o wskazówki, jak dojechać do studia.
- Wiesz, jak się jedzie do North Kennebeck? - zapytał Wally.
- Dobra, jesteśmy na wschód od Main Street... To znaczy,
chciałem powiedzieć, na zachód. Wiesz, gdzie jest restauracja
„U Tipsy"? Mijasz ją i jedziesz aŜ do Tupper Road. Wydaje mi
się, Ŝe tam jest znak drogowy, ale nie jestem pewny. Jeśli
dojedziesz do szkoły, to znaczy, Ŝe przejechałeś i musisz
zawrócić i skręcić w prawo w Tupper, albo w lewo, jeśli
jedziesz z Pickax. Jedziesz Tupper spory kawałek. Jest teŜ droga
na skróty, ale nieasfaltowana. Tylko to nie jest pierwsza
nieasfaltowana, pierwsza jest ślepa, kończy się nie wiem gdzie.
Ta następna...
Ciąg chaotycznych wskazówek został przerwany przez
gardłowy kobiecy głos, za którym czaiła się olbrzymia energia.
- Halo, jestem matką Wally'ego. Gdyby Wally wypychał sowy
tak samo, jak udziela panu wskazówek, miałyby pióra w środku.
Ma pan ołówek? Proszę zapisać: Dwie przecznice za restauracją
„U Tipsy" skręca pan w lewo za motelem. Potem prosto, niecałą
milę. Skręca pan jeszcze raz w lewo przy Klubie Strzeleckim.
Trzecia farma po prawej. Jest znak. Proszę zaparkować na
podjeździe, studio jest od tyłu.
W drodze do North Kenneback Qwilłeran wyobraŜał sobie
panią Toddwhistle jako potęŜną kobietę o szerokich barach,
noszącą wojskowe buty. Sam Wally miał zawsze zapadnięte
oczy i wyglądał na niedoŜywionego, ale był miłym i
utalentowanym chłopakiem.
Pozwolił sobie na godzinny lunch w restauracji „U Tipsy" i
nawet starczyło mu czasu, Ŝeby zatrzymać się w sklepie Klubu
Strzeleckiego. Sklep, otwarty dla wszystkich, oferował strzelby,
pistolety, kabury, lornetki i stroje maskujące. Tu i ówdzie
poustawiane były wypchane baŜanty, dzikie kaczki i inne dzikie
ptactwo.
- W czym mogę słuŜyć? - spytał energiczny męŜczyzna ze
ladą.
- Przechodziłem i wpadłem się tylko rozejrzeć - powiedział
Qwilleran. - Czy te ptaki to robota Wally ego Toddwhistle'a?
- Tak, proszę pana. Oczywiście, Ŝe tak!
- Przeczytałem na drzwiach, Ŝe uczycie tu posługiwać się
bronią.
- Tak jest. Nie sprzedajemy nikomu niczego, czym nie
umiałby się posługiwać. Mamy zajęcia dla dzieci i dorosłych,
dla pań oczywiście teŜ. Kładziemy nacisk na bezpieczeństwo i
dbałość o broń.
- Sprzedajecie duŜo rewolwerów?
- Tak jest, proszę pana. Wielu myśliwych ich uŜywa.
- A czy ludzie kupują je do celów obronnych?
- Nasi klienci to sportowcy, proszę pana.
Qwilleran porównał ceny rewolwerów, a potem wrócił do
samochodu i pojechał do studia Toddwhistle'ów. Był tam
porządnie utrzymany biały wiejski domek z koronkowymi
firankami w oknach i nieodłącznym bzem przy wejściu, z tyłu
podwórka stała współczesna szopa z okrągłych bali. Tam
mieściła się pracownia.
Przywitała go pani Toddwhistle, dwa kroki za nią stał Wally.
Wyglądała inaczej, niŜ się spodziewał. Była niska, krępa,
przesadnie uprzejma i nadskakiwała swoim gościom.
- Miałeś jakieś trudności ze znalezieniem nas, złotko? -
zapytała. - MoŜe kawę?
- Później, dziękuję - odpowiedział. - Najpierw chciałbym
porozmawiać z Wallym o jego pracy. Wczoraj wieczorem
widziałem wypchanego niedźwiedzia w „Hotel Booze".
- Wyprawionego niedźwiedzia, słonko - kobieta poprawiła go
grzecznie. - Nie wypychamy juŜ więcej zwierząt, z wyjątkiem
ptaków i małych ssaków. Wally buduje albo kupuje lekką formę
i naciąga na nią skórę, jak pończochę. To bardziej właściwe i
zwierzęta nie są tak pioruńsko cięŜkie... prawda, Wally?
Dawniej, kiedy wypychano zwierzęta wełną drzewną, do środka
wchodziły myszy i robiły sobie w nich gniazda. Mój mąŜ był
wypychaczem.
- Przyznaję się do pomyłki - powiedział Qwilleran. - Tak czy
inaczej niedźwiedź wygląda cudownie! Podświetlili go.
- To bardzo niedobrze podświetlać z bliska wyprawione
zwierzę albo stawiać je w pobliŜu ciepła - oznajmiła. - To je
wysusza, prawda, Wally? A cały ten dym papierosowy w barze
Gary'ego zrujnuje mu futro. To piękna praca, szkoda ją zepsuć!
Wally wziął za nią połowę tego, co była warta.
Byli w przedpokoju, w którym urządzono wystawę
przykładowych prac. Był tam ryś wspinający się na martwe
drzewo, lecący baŜant, wyjący kojot z uniesioną głową.
Qwilleran skierował pytanie do milczącego wypychacza.
- Od jak dawna zajmujesz się wypychaniem zwierząt? Jego
matka nie dawała za wygraną.
- Prawdopodobnie nawet tego nie pamięta... prawda, Wally?
Miał kilka lat, kiedy zaczął pomagać tacie w wyprawianiu skór.
Wally zawsze kochał zwierzęta - nie chciał ich skrzywdzić -
tylko je zachować i sprawić, Ŝeby wyglądały jak Ŝywe. Ja
pomagałam mu oddzielać mięso od skóry, wyjmować
wnętrzności, czyścić futra i podobne rzeczy.
- Czy mogę panią prosić o drobną przysługę, pani Todd-
whistle? - Qwilleran zaczął uprzejmie, ale stanowczo. - Mam
problem. Nigdy nie byłem w stanie przeprowadzać wywiadu z
dwiema osobami naraz, mimo Ŝe jestem dziennikarzem od
dwudziestu pięciu lat. Nieszczęśliwie tak się składa, Ŝe mam
jakąś blokadę, której nie potrafię przezwycięŜyć. Nie będzie
pani miała nic przeciwko, Ŝe najpierw przeprowadzę wywiad z
pani synem? Potem usiądziemy razem i opowie mi pani swoją
historię, no i napiję się wtedy kawy.
- Pewnie, słonko. Rozumiem. Wracam do domu. Jak
skończycie, dajcie mi znać dzwonkiem - pani Toddwhistle
wycofała się z pracowni.
Kiedy wyszła, Wally powiedział:
- Nie miałem wieści od Frań. Co klub zadecydował w sprawie
letniego przedstawienia?
- Nie będzie letniego przedstawienia, ale we wrześniu planują
wystawić jakąś powaŜną sztukę. Próby mają się zacząć w
sierpniu. Nie mam wątpliwości, Ŝe zostaniesz poproszony o
budowę scenografii, chociaŜ nie wiem, kto ją zaprojektuje. Jill
zabiera Davida na kilka tygodni do Ameryki Południowej. Nie
moŜe sobie poradzić z nową sytuacją i chce go od tego oderwać.
- Mnie równieŜ trudno to zaakceptować - powiedział Wally. -
Kiedy usłyszałem o morderstwie, nie mogłem pracować przez
wiele dni. Byłem taki zdenerwowany. Cieszę się, Ŝe wszystko
się juŜ skończyło.
- Nie byłbym taki pewny. Mogą się pojawić nowe dowody.
- Tak właśnie mówi moja matka. Pracowała dla państwa
Fitchów, kiedy mieszkali w starym domu.
- Naprawdę? - Qwilleran poklepał swoje swędzące wąsy.
- Po śmierci mojego taty gotowała dla nich. Dlatego
morderstwo tak mnie dotknęło. A potem pani Fitch dostała
wylewu, a pan Fitch popełnił samobójstwo. To było okropne!
To była rewelacyjna wiadomość i Qwilleran nie mógł się
dłuŜej skupić na wywiadzie. Wally zaprowadził go do czegoś w
rodzaju stajni lub stodoły, która była zadziwiającą mieszanką
zoo, pracowni kuśnierskiej, kliniki weterynaryjnej, rzeźni,
katakumb i teatralnej rekwizytorni. Były tam lodówki, puszki z
olejem, maszyna do szycia, ściana pełna wybielonych
zwierzęcych czaszek, szkielet długonogiego ptaka. Workowaty,
nieukończony wilk, nieopatrzony jeszcze szklanymi oczami,
leŜał sztywno na boku, jego nogi owinięte były bandaŜami.
Skóra brązowego niedźwiedzia leŜała rozciągnięta na blacie,
czekając, aŜ Wally przerobi ją na dywan. Lis, skunks, sowa i
paw były na róŜnych etapach rozbierania i ubierania.
Niektóre zwierzęta były Ŝywe. Były tam psy machające
przyjaźnie ogonami, klatka z ptaszkami, które nieustannie
trzepotały skrzydłami, groźna ara, przypięta łańcuchem do
drąŜka, na poduszce leŜał zwinięty w kłębek pomarańczowy kot,
spał.
Wally mówił i pokazywał z zapałem: pudełko ze szklanymi
oczami z jedenastoma rodzajami oczu dla sowy i dwudziestoma
trzema dla kaczek. - Musimy zachować autentyzm - powiedział.
Plastikowe zęby, języki, podniebienia przeznaczone dla
zwierząt, które mają otwarte paszcze. Prawdziwe zęby,
wyjaśniał Wally, pękają i kruszą się... LeŜały tam usztywniacze
na uszy sarny. Pokazał, jak wywija uszy na lewą stronę i
przyklejając wkładki, usztywnia je... Na wierzchu stały teŜ
modele zwierząt wykonane w Ŝółtej plastikowej piance. - To
manekiny - wyjaśnił Wally. - Są przydatne, bo mogę je
dowolnie rzeźbić, Ŝeby dopasować skórę. Potem pokrywam
manekin klejem, naciągam skórę, układam ją i dopasowuję.
- Widzę, Ŝe duŜo pracujesz z klejami - powiedział Qwilleran.
- Tak, uŜywam wszystkich spoideł: kleju, pasty z mąki i
Ŝ
ywicy epoksydowej do drutowania kości nóg. Naprawiłem
pękniętą powiekę przez podklejenie jej kawałkiem struny.
Pomalowałem ją i nigdy nie powiedziałbyś, Ŝe coś jest z nią nie
tak.
Młody człowiek był artystą w rekonstrukcji uszkodzonych
zwierząt, dzięki jego wirtuozerii do złudzenia przypominały
Ŝ
ywe stworzenia. Umiał wydobyć z nich naturalne piękno, ale
Qwilleran chciał jak najszybciej zobaczyć się z jego matką.
Dzwonek ściągnął ją natychmiast na dół. Przybiegła z kawą i
ś
wieŜymi pączkami. Qwilleran dyplomatycznie zbliŜał się do
tematu rodziny Fitchów.
- Byłam ich kucharką przez siedem lat - powiedziała z dumą
pani Toddwhistle. - Właściwie członkiem rodziny.
- Słyszałem, Ŝe ich dom jest praktycznie muzeum. Wywróciła
oczami z dezaprobatą.
- Dziadek Fitch był kolekcjonerem. Mają tony rzeczy
poustawianych po całym domu i trzeba je wszystkie wycierać i
odkurzać. Mają nawet człowieka, który przychodzi wycierać z
kurzu ksiąŜki.
- Dlaczego opuściła pani swoich pracodawców?
- CóŜ! - westchnęła z emfazą, która zapowiadała znaczącą
historię. - Pan i pani przeprowadzili się do apartamentu i chcieli,
Ŝ
ebym została i gotowała dla Harleya i jego narzeczonej, ale ja
powiedziałam: Nie ma mowy! Belle była dziewczyną od
wycierania kurzu i nie zamierzałam przyjmować poleceń od
niej! Jedyne, co jej smakowało, to pizza! Miała blisko osadzone
oczy. Dla niektórych męŜczyzn to jest sexy, ale ja ci powtarzam,
nie moŜna ufać nikomu, kto ma blisko osadzone oczy. Harley
oŜenił się z nią tylko po to, Ŝeby zrobić na złość swoim
rodzicom. Wiedział, Ŝe to wprawi ich w zakłopotanie.
- Mamo, uwaŜasz, Ŝe powinnaś o tym mówić? - spytał Wally.
- Dlaczego nie? Teraz wszyscy nie Ŝyją. Poza tym kaŜdy o
tym wie.
- Dlaczego Harley był tak wrogo nastawiony do swojej
rodziny? - wtrącił szybko Qwilleran. - Wyglądał na takiego
zgodnego człowieka.
- No wiesz, nie było go przez jakiś czas w mieście, a kiedy
wrócił, okazało się, Ŝe David poślubił jego dziewczynę! W
szkole średniej było zawsze tak: Harley i Jill, David i Frań. Czy
to był mecz piłki noŜnej, bal na zakończenie roku, Ŝeglowanie,
wszystko. To był dla wszystkich szok, kiedy David oŜenił się z
Jill.
- A co na to powiedzieli pan i pani Fitch?
- Dla nich wszystko było w porządku. Zapłacili za wystawny
ś
lub. Rodzice Jill nie mogli sobie pozwolić na taką fetę, chociaŜ
kiedyś mieli fortunę. Jill pochodzi z dobrego rodu.
- Zastanawiam się, jak Frań zareagowała na tę zamianę.
- Nie wiem. Po tym wszystkim nie pokazywała się juŜ więcej.
To miła dziewczyna, ma głowę na karku, ale zdaje mi się, Ŝe
pani uwaŜała, Ŝe Frań nie była wystarczająco dobra dla jej syna.
Qwilleran przeczesał opuszkami palców swoje wąsy.
- Nie wiedziałem, Ŝe w dzisiejszych czasach rodzice dyktują
swoim dzieciom, z kim się mają wiązać. To brzmi archaicznie.
- Pieniądze, słonko. Pieniądze! - powiedziała pani Tod-
dwhistle, pocierając palcami w jednoznacznym geście. – Pani i
pan przyzwyczaili chłopców do Ŝycia na wysokim poziomie:
łodzie, samochody i wszystko, a potem wydzielali im tylko tyle
pieniędzy, Ŝeby ci siedzieli cicho.
Jeden z psów przyczłapał do stołu, licząc na okruchy.
- Tak, dali Harleyowi duŜą łódź - kontynuowała - ale nie była
na jego nazwisko. Ten ekstrawagancki dom, w którym
mieszkają David i Jill, nie jest ich, ani jedna cegła.
- Wally wspominał mi, Ŝe nie zgadza się pani z hipotezą, Ŝe za
morderstwem stoi gang z Chipmunk.
- Pewnie, Ŝe nie. Policja powinna sprawdzić dawnego
chłopaka Belle. Prawie zwariował, kiedy go zostawiła.
- Tapeciarza? Pokiwała głową.
- To spokojny typ, ale cicha woda brzegi rwie... Jeszcze
jednego pączka, kotku?
Po trzecim pączku Qwilleran podziękował za przyjęcie i
wywiad. Wychodząc, powiedział:
- Macie pięknego kota. Ja mam w domu parę syjamczyków.
- Och, ten pomarańczowy? - spytała pani Toddwhistle. -
Zakończył Ŝycie na szosie. Wally go znalazł i wziął go do domu.
Nie chciał, Ŝeby takie piękne zwierzę się zmarnowało... prawda,
Wally?
Później tego samego popołudnia Qwilleran usiadł przy biurku
w swoim gabinecie, Ŝeby zebrać wszystko, czego dowiedział się
o wypychaniu zwierząt. Było tam coś o soleniu świeŜych skór,
Ŝ
eby pozbyć się z nich wilgoci i Ŝeby futro nie liniało. Było coś
o usuwaniu smrodu wydzieliny z gruczołów skunksa za pomocą
soku pomidorowego i ziaren kawy. O zamraŜaniu skór po to, by
móc zeskrobać z nich resztki mięsa i prawidłowo je wyprawić.
Qwilleran nie mógł jednak zebrać myśli i ciągle powracał do
plotek pani Toddwhistle. Rzucały pewne światło na stosunki w
rodzinie Fitchów i wyjaśniały historię nieszczęśliwego romansu
Franceski, ale w Ŝaden sposób nie posuwały naprzód
prywatnego śledztwa Qwillerana.
Ze wszystkich stron napływały do niego sprzeczne opowieści
i nigdy nie wiedział, czy jego informatorzy kłamią, zgadują czy
teŜ plotą piąte przez dziesiąte. Koko, jego milczący kompan w
tylu minionych przygodach, tym razem zdawał się być
bezuŜyteczny w dochodzeniu do prawdy.
Yum Yum wyczuła jego przygnębienie. Przysiadła,
pochylając się nad Qwilleranem, i wpatrywała się w niego
zmartwionym
wzrokiem.
Koko
zaszył
się
gdzieś,
prawdopodobnie na półce z ksiąŜkami.
- Koty potrafią tylko wąchać okładki ksiąŜek i czekać, aŜ
wpadnie im w łapy jakaś koperta do wylizania. Myślę, Ŝe twój
przyjaciel jest uzaleŜniony od kleju i to przytępia mu zmysły! -
powiedział do niej Qwilleran.
- YOW! - z salonu doszedł ich głośny komentarz Koko i
Qwilleran poszedł sprawdzić, co robi kot. Koko opierał się o tył
kanapy i po raz kolejny przekrzywiał druk ukazujący łódź
patrolową.
Qwilleran poklepał się po wąsach, odkrywając nagle
znaczenie zachowania Koko. Odwiedzi zapchlony antykwariat
w Mooseville, gdzie fałszywy kapitan sprzedał mu rzekomo
oryginalny druk, który okazał się tylko kopią.
SCENA PIĄTA
Miejsce: Sklep z antykami w Mooseville „Śmietnik Kapitana"
Czas: Sobota po południu
Osoby: Kapitan Phlogg
W sobotę rano Qwilleran zdjął ze ściany druk przedstawiający
łódź patrolową i pojechał do kurortu Mooseville, Ŝeby
sprawdzić oczywistą wskazówkę Koko.
Wieczorem poprzedniego dnia zadzwonił do pani Cobb do
muzeum.
- Co pani wie o sklepie „Śmietnik Kapitana"? Co pani wie o
kapitanie Phloggu?
- O kurczę, mam nadzieję, Ŝe nic od niego pan nie kupił? -
spytała.
Qwilleran wymamrotał coś o tym, Ŝe niby chce napisać
artykuł o antykwariacie.
- Wie pani, w jakich godzinach jest otwarty? Nie ma go w
ksiąŜce telefonicznej.
- Jest otwarty, kiedy właściciel ma na to ochotę. Sobota po
południu to najpewniejszy termin.
- Do zobaczenia w niedzielę - powiedział. - Mam tu dwójkę
przyjaciół, którzy nie mogą doczekać się pani pieczeni.
W drodze nad jezioro przypomniał sobie, jak kupował druk od
fałszywego kapitana Phlogga. Potrzebował duŜego obrazu do
powieszenia nad kanapą w salonie i wizerunek łodzi, trzydzieści
na sześćdziesiąt centymetrów, był najlepszym, co mógł dostać
za te pieniądze. Cena wywoławcza podana przez kapitana była
wysoka, dwadzieścia pięć dolarów, ale Qwilleran zbił ją do
pięciu dolarów, wliczając w to ramę.
Sklep mieścił się w starym budynku, który wyglądał, jakby
miał się za chwilę zawalić. Zarówno straŜ poŜarna, jak i
Departament Zdrowia chciały go wyburzyć, ale miłośnicy
lokalnej historii orzekli, Ŝe to miejsce historyczne, a izba
handlowa uznała je za atrakcję turystyczną. Tak czy owak
„najgorszy sklep z antykami w całym stanie" był miejscową
ciekawostką. Kolekcjonerzy przyjeŜdŜali z daleka, Ŝeby
odwiedzić sklep z tandetą i nieuczciwego sprzedawcę -
fałszywego kapitana Ŝeglugi wielkiej. Tylko takie miasto jak
Mooseville mogło czerpać dumę z goszczenia u siebie biznesu
słynnego ze swojej niesławy.
Qwilleran przyjechał o dwunastej w sobotnie południe, robiąc
sobie nadzieję na rozmowę z kapitanem Phloggiem, zanim
zaczną wpadać klienci, ale dopiero o pierwszej trzydzieści
sunący niepewnym krokiem właściciel stanął w progu i
otworzył drzwi drŜącą ręką. Wnętrze cuchnęło pleśnią, starym
tytoniem i whiskey. śarówka dyndająca na gołym kablu
oświetlała kolekcję zakurzonych, połamanych, poplamionych i
zabłoconych
marynistycznych
artefaktów
o
nieznanej
proweniencji.
Kapitan
Phlogg,
w
znoszonej
czapce
marynarskiej, ze starą fajką w ustach i kilkudniowym zarostem,
stanowił element wszechpanującego bałaganu.
Qwilleran pokazał mu łódź.
- Pamięta to pan?
- Nie, nigdy przedtem tego nie widziałem.
- Sprzedał mi to pan zeszłego lata.
- Nie, nigdy tego u mnie nie było.
Kapitan prowadził politykę „Ŝadnych zwrotów" i „Ŝadnej
wymiany", która zmuszała go do zaprzeczania kaŜdej transakcji,
jakiej kiedykolwiek dokonał.
- Sprzedał mi to pan za pięć dolarów, a właśnie się
dowiedziałem, Ŝe jest wart setki. Pomyślałem, Ŝe chciałby pan o
tym wiedzieć - Qwilleran lubił zwalczać oszustwo oszustwem.
Kapitan wyjął z ust cuchnącą fajkę.
- Se spojrzę. Dam panu za to dziesiątaka.
- Nie ma mowy. Według historyków sztuki to jeden z dwóch
bardzo rzadkich druków. Drugi jest w kolekcji Cyrusa Fitcha.
Coś panu to mówi?
- Nigdy nie słyszał.
- Jego łódź nazywa się „Fitch Witch".
- Nigdy nie słyszał.
- Cumuje ją tutaj i wysiadywał w tawernie „Pod Wrakiem".
- Nigdy tam nie był.
- Buduje te modele statków.
- Nigdy o nich nie słyszał.
- Zan pan Ŝeglarza z Brrr o nazwisku Gary Pratt?
- Nie.
- Czy jeśli modele statków pojawiłyby się na rynku, to byłby
pan zainteresowany kupnem?
- Ile chce?
- Nie wiem, nie Ŝyje, ale moŜe będą wystawiać je na sprzedaŜ.
- Dam dziesiątaka za jeden.
- To pewna propozycja?
- Wóz albo przewóz.
Kapitan nalał złotawy płyn z flaszki do kubka i pociągnął łyk.
Qwilleran odjechał ze swoim drukiem, wyrzekając na Koko
za ten fałszywy trop. Nigdy nie przyszło mu do głowy, Ŝe mógł
ź
le zinterpretować wskazówkę Koko.
SCENA SZÓSTA
Miejsce: Wiejskie Muzeum Goodwinterów
Czas: Niedziela wieczorem
Osoby: Iris Cobb, zarządca muzeum
Qwilleran przyniósł do pokoju kotów wiklinowy pojemnik
podróŜny.
- Rejs do Muzeum Goodwinterów, wszyscy na pokład! -
oznajmił.
Koty, które sennie wylegiwały się w słońcu na parapecie,
podniosły głowy, Koko z wyczekiwaniem, Yum Yum z obawą.
Podczas gdy samiec chętnie wskoczył do koszyka, samiczka,
podejrzewając kolejną wizytę w klinice, uciekała jak szalona
dookoła pokoju. Qwilleran pochwycił ją w powietrzu, wsadził
do koszyka i zamknął pokrywkę.
Koko zbeształ ją jak prawdziwy macho, ale ona, odwaŜna
feministka, nie pozostała mu dłuŜna. Qwilleran zniósł koszyk do
dwudrzwiowego małolitraŜowego pojazdu, który słuŜył im do
przemieszczania się z miejsca na miejsce. Zapakował teŜ do
bagaŜnika dwie identyczne owalne brytfanki, które spełniały
funkcję kocich toalet, z uchwytami przypiłowanymi tak, Ŝeby
pasowały do podłogi tylnego siedzenia.
Droga do muzeum w East Middle Hummock zajmowała
około trzydziestu minut. Najpierw drogą Ittibittiwas-see, przez
Old Plank Bridge, następnie koło drzewa wisielców, gdzie
pewnego razu jeden bogaty męŜczyzna powiesił się na linie.
Dalej były dobrze prosperujące farmy i bogate wiejskie
posiadłości. Na końcu alei wysadzanej klonami stał wiejski dom
w kształcie litery „u". Dom obłoŜono cedrowymi panelami,
które ze starości i pod wpływem wiatru i deszczu przybrały
srebrzystoszary kolor. Qwilleran odwiedzał ten dom juŜ
wcześniej, kiedy zamieszkiwała go, wiodąca prym w
towarzystwie, pani Goodwinter. Od niedawna dom był
własnością Towarzystwa Historycznego, które odnowiło go i
nadało mu wygląd, jaki miał sto lat wcześniej. Qwilleran
podjechał do prawego skrzydła i wyładował brytfanki.
- Gdzie mam je połoŜyć? - zapytał bezceremonialnie, kiedy
jego była gosposia przywitała go w drzwiach domu.
- Och, ma pan teraz dwie kuwety! - wykrzyknęła ze
zdziwieniem.
- Nowe zwyczaje na Ŝyczenie syjamskiej księŜniczki -
wyjaśnił Qwilleran.
- Proszę wstawić je do łazienki - powiedziała. - Postawię tam
miseczkę z wodą i zrobię miejsce na kolację. Zawsze
smakowało im moje duszone mięso.
- A komu nie smakuje? - rzucił Qwilleran nad ramieniem i
wrócił do samochodu po koszyk. Kiedy otworzył pokrywkę,
dwie szyje wyciągnęły się w górę i dwie głowy zaczęły obracać
się, badając sytuację. Potem powoli z koszyka wynurzyły się
całe koty, które natychmiast rozpoczęły systematyczne
obwąchiwanie mieszkania..
Po dopełnieniu wszystkich kocich obowiązków Qwilleran
mógł poświęcić się przyjemnościom.
- Wygląda pani naprawdę dobrze - zwrócił się do gospodyni. -
SłuŜy pani nowe otoczenie.
Jej pogodna twarz, otulona marszczoną róŜową bluzką,
promieniowała pozytywną energią, kiedy tak patrzyła przez
grube szkła okularów w róŜowych oprawach.
- Och, dziękuję, panie Qwilleran!
- Jak pani wzrok, pani Cobb?
- Nie pogarsza się, dzięki Bogu.
Była pulchną i przyjemną osobą, przesadnie dobrotliwą,
skłaniającą się ku sentymentalizmowi, ale odwaŜną w obliczu
tragedii, które naznaczyły jej Ŝycie.
- Jak się pani Ŝyje tutaj na pustkowiu? Macie tu dobry system
zabezpieczeń?
- Och tak, czuję się bezpiecznie. Naszym jedynym
problemem, panie Qwilleran, są myszy. Cały dom był dokładnie
sprawdzony przez stolarza, hydraulika, elektryka, kamieniarza i
nikt nie jest w stanie zorientować się, jak one dostają się do
ś
rodka. Mamy tu urządzenie ultradźwiękowe, które powinno je
odstraszać, ale one nic sobie z niego nie robią. Ustawiłam
pułapki z masłem orzechowym i złapałam trzy.
- Mam nadzieję, Ŝe nie narobiły Ŝadnych szkód w muzeum.
- Nie, ale jest jedna rzecz, która nas martwi... Proszę rozejrzeć
się po mieszkaniu, a ja umyję warzywa na sałatkę, dobrze?
Centrum domostwa pani Cobb stanowiła wiejska kuchnia ze
starym okrągłym dębowym stołem i krzesła z odchylonym
oparciem. Stół był nakryty do kolacji na trzy osoby, jak
zauwaŜył Qwilleran, choć nie było mowy o trzecim gościu. W
małej sypialni stało olbrzymie łoŜe, którego nie powstydziłby
się nawet Lincoln. W salonie naprzeciwko kominka stały fotele
z wysokimi oparciami, a pod słonecznym oknem bujany fotel.
Była tam jeszcze duŜa pensylwańska szafa typu Schrank, którą
Qwilleran przypominał sobie z rezydencji Klingenschoenów.
Koko szybko odkrył zalany słońcem parapet, a nawet rozpoznał
szafę. Yum Yum została w kuchni, gdzie duszone mięso kusiło
smakowitym zapachem.
- Zaprosiłam Polly Duncan, poniewaŜ pomagała w
poszukiwaniach eksponatów dla muzeum - wyjaśniła pani Cobb
- ale miała juŜ jakieś zobowiązania, więc zadzwoniłam do Hixie
Rice. Wiesz, doradzała nam w sprawie reklamy. Umówiła się
dzisiaj na Ŝagle, ale wpadnie trochę później.
- Hixie jest zawsze dobrym towarzystwem - westchnął
Qwilleran, zastanawiając się, czy Polly rzeczywiście miała
wcześniejsze zobowiązania, czy teŜ unikała spotkania z nim.
- Nigdy nie pozna pan głównej części domu, jak ją pan
zobaczy - powiedziała pani Cobb, osuszając sałatę w koszyczku.
- Pamięta pan te dekoracyjne tapety? Kiedy je usunęliśmy,
okazało się, Ŝe oryginalnie ściany były malowane wałkiem we
wzory,
więc
zrobiliśmy
historyczne
poszukiwania
i
poprosiliśmy tapeciarza, Ŝeby wykonał rekonstrukcję. Był
bardzo otwarty na współpracę. To bardzo miły młody człowiek,
ale kompletnie przybity, bo dziewczyna rzuciła go i wyszła za
kogoś innego, bogatszego. Powiedziałam mu, Ŝeby zapomniał o
tamtej i znalazł sobie kogoś, kto go doceni. Ma juŜ prawie
trzydzieści lat, powinien się oŜenić... A teraz niespodzianka!
Poprowadziła go do najstarszej części domu, zbudowanej w
połowie dziewiętnastego stulecia, której ostatnio przywrócono
prostotę i surowość z pionierskich czasów. Niektóre meble,
takie jak łóŜko z lin i stolik na kobyłkach czy teŜ stojak na
talerze, pochodziły ze strychów domów Moose County.
- Chcieliśmy, Ŝeby to wyglądało, jakby nasi prapradziadowie
nadal tu mieszkali. Czy moŜe pan sobie wyobrazić, jak gotują na
kominku, czytają wieczorne modlitwy przy świetle świec i jak
zaŜywają swoich sobotnich kąpieli w kuchni?
Szerokie deski krzywej podłogi skrzypiały. DuŜe okna, metr
osiemdziesiąt na metr osiemdziesiąt, miały oryginalne nierówne
szkło. Pani Cobb z godnym uznania profesjonalizmem
prowadziła ich przez muzeum, a oni posłusznie podąŜali za nią.
Koko wąchał niewidzialne plamy na szmacianych chodnikach i
pocierał grzbietem o nogi krzeseł. Yum Yum została w kuchni,
pilnując duszonego mięsa.
- A teraz przechodzimy do wschodniego skrzydła,
dobudowanego w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego
stulecia. W tym skrzydle prezentujemy kolekcje. Jest tu pokój
Halifaksa Goodwintera, z kolekcją urządzeń oświetleniowych.
Od wczesnej lampy naftowej po elegancką Lampe Tif-fany z
motywem winogronowych liści. Jest bardzo cenna.
Po tej uwadze Qwilleran baczniej przyglądał się Koko, który
jednak w ogóle nie interesował się szkłem. Pocierał tylko
pyszczkiem o naroŜnik gabloty.
- W pokoju Mary MacGregor są wyłącznie tkaniny. Stary pan
MacGregor podarował nam kołdry, szydełkowane dywaniki,
Ŝ
akardowe narzuty i wiele innych przedmiotów, które były
przekazywane w tej rodzinie od pokoleń.
Koko
natychmiast
przeturlał
się
przez
dywanik
z
szydełkowym wzorem w stylizowane ptaki.
Pokój Hasselricha prezentował dokumenty z Moose County,
które Qwilleran chciałby, jak zadeklarował, kiedyś gruntownie
przejrzeć. Były tam akty własności ziemi, dawne akty urodzenia
i śmierci, magazyny z dziewiętnastowiecznymi procedurami
sądowymi, księgi rachunkowe ze starych sklepów, w których
spisywano ilości sprzedanej nafty (pięć centów za galon) i
perkalu (cztery centy za metr).
- Ze ściśniętym sercem pokazuję ci następny pokój, biorąc
pod uwagę to, co się stało... - powiedziała pani Cobb. - Nigel był
prezesem Towarzystwa Historycznego i nie doŜył nawet chwili,
kiedy zadedykowaliśmy mu tę wystawę. Sekretarzyk naleŜał do
Cyrusa Fitcha i w jednej z szuflad znaleźliśmy listę klientów,
którzy kupowali u niego alkohol. Wyobraź sobie! Szmuglował
whiskey w czasie prohibicji. Wszyscy juŜ teraz nie Ŝyją z
wyjątkiem Homera Tibbitta. To rŜnięte szkło podarowała nam
Margaret Fitch.
Waza do ponczu, karafki i inne dekoracyjne szklane naczynia
migotały w mistrzowsko zaaranŜowanym świetle, ale ich blask
nie był aŜ tak oszałamiający, Ŝeby pochłonąć całkowicie uwagę
Qwillerana, który był coraz bardziej głodny.
- Nigel włączył się do wystawy, darowując muzeum kolekcję
memorabiliów
górniczych:
kilofów,
oskardów,
kasków
górniczych, latarek, i tak dalej, a David wykonał szkice
piórkiem starych kopalni.
Qwilleran próbował jakoś opanować burczenie w Ŝołądku, ale
naraz zdał sobie sprawę, Ŝe krępujący odgłos nie dobywa się z
jego własnych wnętrzności, ale z piersi Koko, który mruczał
oparty o jedną z gablot. Na starym postumencie prezentowano
trzy modele statków. Koko stał na tylnych łapach, a przednimi
boksował powietrze, machając głową z jednej strony na drugą,
tak Ŝe wyglądał dokładnie jak jeden z walczących kotów w
herbie Mackintoshów.
- Och, niech pan tylko spojrzy na niego! - powiedziała pani
Cobb. - Czy to nie wzruszające? Te modele zrobił Harley Fitch!
Trzymasztowy szkuner to replika tego, który zatonął na Purple
Point około 1880 roku.
- Wydaje mi się, Ŝe Koko czuje klej - stwierdził Qwilleran. -
Jest uzaleŜniony od kleju! Lepiej zabierzmy go stąd, zanim
przypuści na te modele szturm admiralski.
Na podwórko wjechał samochód. Qwilleran złapał Koko, a
pani Cobb poszła przywitać się z Hixie Rice.
Opalona, ubrana w marynarskie paski, szorty i tenisówki, z
fryzurą wymodelowaną przez wiatr, Hixie wparowała do
kuchni.
- Mam nadzieję, Ŝe nie macie mi za złe tego, jak wyglądam.
ś
eglowałam z jednym z moich klientów. Ma katamaran. Nigdy
nie myślałam, Ŝe pływanie moŜe być takie boskie!
- Powinnaś nałoŜyć coś na tę opaleniznę! - poradziła Hixie
pani Cobb, nalewając jej campari.
- Zastanawiałem się, dlaczego restauracja „Pod Czarnym
Niedźwiedziem" wykupiła taką duŜą reklamę w „Coś tam".
Dopieszczasz właściciela, jak widzę. Mam nadzieję, Ŝe zdajesz
sobie sprawę, Ŝe pochodzi z pirackiej rodziny.
- Nie obchodziłoby mnie nawet, gdyby pochodził od
dinozaura! Ma piękną łódź. W następną niedzielę znowu
wypływamy!
- Pływał kiedyś z Harleyem Fitchem. Wspominał coś o „Fitch
Witch"
- Nie, mówił głównie o sobie... i o tym, jak błękit nieba i
szepcząca bryza dotyka duszy człowieka.
Duszone mięso było soczyste, ubijane kartofle wyborne,
domowy chleb był odpowiednio wyrobiony, a ciasto kokosowe
smakowało jak ambrozja. Tak powiedzieli goście, a pani Cobb
pozwoliła się komplementować.
Hixie podsumowała kolację:
- Zapomnij o muzeum, Iris, otwórz restaurację. W połowie
lokali, które reklamują się w naszej gazecie, serwuje się
jedzenie, od którego moŜna dostać mdłości. Restauracje
etniczne to najlepsza inwestycja. W Brrr jest jedna superjadło-
dajnia, która nazywa się „Biegun Północny", gdzie serwują
najlepszą polską zupę grzybową i nerki duszone, jakie
kiedykolwiek jadłam! Północnym! Rozumiecie?
- A włoskie jedzenie? - zapytał Qwilleran.
- W Mooseviłle jest cudowne miejsce, prawdziwy małŜeński
interes. Ona gotuje, on podaje do stołu. Kiedy poszłam tam
odebrać ich zamówienie, zatrzasnęłam się przypadkiem w
toalecie. Waliłam w drzwi, aŜ w końcu usłyszałam, jak pani
Linguini wrzeszczy: „Papa, pani zatrzasnęła się w toalecie!
Przynieś wykałaczkę!" Po chwili usłyszałam chrzęst zamka i
pan Linguini otworzył drzwi, był zły. „Źle to pani robi, pokaŜę
pani". Oczywiście mechanizm nie zadziałał i utknęłam
zamknięta w damskiej toalecie z panem Linguini.
- Jak się wydostaliście? - spytała pani Cobb, szczerze przejęta.
-
Uderzał
w
drzwi,
krzycząc:
„Mamma,
przynieś
wykałaczkę!" Och, mam taki ubaw przy okazji sprzedawania
reklam w „Moose County coś tam".
- Hixie, powinnaś napisać przewodnik po restauracjach i
toaletach Moose County - powiedział Qwilleran.
- Nie myśl, Ŝe się nad tym nie zastanawiałam, jedyne, czego
potrzebuję, to chwytliwy tytuł, który pasowałby do takiej
pozycji.
Po kawie wymówiła się późną porą i tym, Ŝe wolałaby być w
domu przed zmrokiem, i wyszła. Qwilleran domyślał się, Ŝe
wraca
do
restauracji
„Pod
Czarnym
Niedźwiedziem".
Odprowadził ją do samochodu.
- Skoro jesteś taką fanką kreatywnego dziennikarstwa -
powiedział - moŜe zapytałabyś swojego Ŝeglującego partnera,
czy przypadkiem nie zabił Harleya i Belle, Ŝeby sfinansować
remont swojego hotelu? Błękit nieba nad Ŝaglami, delikatna
bryza i ty moŜecie wspólnie rozwiązać mu język.
- Chcesz, Ŝebym oskarŜyła go o morderstwo pięć mil od
stałego lądu? śebym zanurkowała z wielkim pluskiem? Nie,
dziękuję! - odpaliła silnik i odjechała.
Qwilleran zachichotał. Hixie zawsze umawiała się z facetami
o wątpliwej reputacji. Wrócił do domu, gdzie pani Cobb
przykładała właśnie zapałkę do podpałki w kominku.
- Wypijemy drugą filiŜankę tutaj - zaproponowała. - Będzie
przytulnie. Z tej Hixie to mądra dziewczyna, prawda? I ładna.
Zastanawiam się, czemu nie wyjdzie za mąŜ.
Usiedli wygodnie w fotelach. Koko, najedzony do syta
duszonym mięsem, zasnął na dywaniku przed kominkiem. Yum
Yum nadal tkwiła w kuchni.
- Cudowne małe zwierzątka - roztkliwiła się pani Cobb. -
Tęskniłam za nimi.
- A one tęskniły za pani kuchnią... ja zresztą teŜ - powiedział z
większym uczuciem niŜ zazwyczaj w kontaktach z byłą
gospodynią.
Westchnęła
na
wspomnienie
wszystkich
przygód
i
niepowodzeń,
jakie
wspólnie
przeŜyli
w
rezydencji
Klingenschoenów. Tego dnia wyglądała ładniej niŜ zazwyczaj w
swojej róŜowej marszczonej bluzce, w świetle tańczących
płomieni. Przypomniał sobie o róŜowej apaszce i wyskoczył do
samochodu po małe prezentowe pudełko z domu towarowego
Lanspeaków, przewiązane róŜową wstąŜką.
- Och, prawdziwy jedwab! - wykrzyknęła. - W moim
ulubionym kolorze! Pamiętał pan!
Jej oczy napełniły się łzami. Grube soczewki szkieł
powiększały jej źrenice i Qwilleran poczuł nagły przypływ
współczucia. Lubiła męskie towarzystwo, a jej trzy małŜeństwa
zakończyły się niepowodzeniem. Mimo Ŝe twierdziła, iŜ jest
szczęśliwa, wiedział, Ŝe czuje się samotna. Czasami teŜ
zastanawiał się nad swoją sytuacją. Od dziesięciu lat był po
rozwodzie i wciąŜ powtarzał, Ŝe to dla niego najlepszy sposób
na Ŝycie. Los się do niego uśmiechał, kiedy pani Cobb była jego
gospodynią, a posiłki robiła, Ŝe palce lizać. Teraz jadał w
restauracjach i nieustannie musiał troszczyć się o jakieś
towarzystwo do kolacji. Jego najlepszy przyjaciel, Arch Riker,
wkrótce się oŜeni i wieczory będzie spędzał w domu. Większość
kobiet, które znał, była zbyt agresywna albo zbyt frywolna jak
na jego gust. Wyjątek stanowiła główna bibliotekarka, ale on i
Polly odegrali juŜ ostatnią scenę w swoim związku, Qwilleran
wiedział, kiedy spuścić kurtynę.
Był wyciszony, ukołysany dobrym jedzeniem, miłym
otoczeniem, domowym spokojem i nastrojem chwili. Pani Cobb,
zdawało się, wyczuwała ten nastrój i w jej oczach pojawił się
pełen nadziei uśmiech. Ciszę przerywało tylko strzelanie polan
w kominku i cięŜki oddech Koko. Qwilleran chciał coś
powiedzieć, ale niespodziewanie zabrakło mu słów. Była uległą
kobietą, zgodnym towarzyszem. Wystarczyło, Ŝeby powiedział
„Iris!", a ona powiedziałaby „Och, Qwill!" i łzy popłynęłyby
spod grubych szkieł jej okularów.
Nagle z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł ich przeraźliwy
hałas. Coś stukało, waliło się, szamotało, wyrywało i brzdąkało.
MęŜczyzna i kobieta pobiegli do kuchni. Yum Yum leŜała na
boku pod kuchenką, a jej słynna wyciągnięta łapka spoczywała
pod urządzeniem, podczas gdy ogon bił o podłogę.
- Złapała mysz! - powiedział Qwilleran. Sięgnął po nią, ale w
odpowiedzi Yum Yum syknęła.
- Zostaw ją samą - rzekła pani Cobb. - Ona myśli, Ŝe chcesz
jej zabrać zdobycz.
- To tędy myszy dostają się do środka, w miejscu wylotu rur
gazowych - wyjaśnił. - Nic dziwnego, Ŝe obserwowała piecyk
przez cały wieczór. Słyszała je.
- Och, dobra kotka, naprawdę dobra kotka!
- Jest sprytniejsza od pani hydraulika, pani Cobb.
Ogon uderzał teraz wolniej, aŜ w końcu Yum Yum przestała
nim machać i przeturlała się przez podłogę, wyciągając przed
siebie słynną prawą łapkę ze zdobyczą uwięzioną między
pazurkami. Koko wszedł do kuchni i ziewnął.
Pani Cobb spojrzała na niego z konsternacją.
- Jak kaŜdy męŜczyzna!
Jej komentarz zaskoczył Qwillerana. Nie leŜało to w
charakterze pani Cobb: posłusznej, czczącej męŜczyzn wdowy,
jaką znał.
- Czas do domu - powiedział, otwierając kosz piknikowy. - To
była wspaniała kolacja, pani Cobb. NaleŜą się pani
komplementy za muzeum. Proszę mi dać znać, jeśli mógłbym
być w czymś pomocny.
Z koszykiem na tylnym siedzeniu i kuwetami na podłodze
samochodu, Qwilleran poŜegnał się ostatecznie z gospodynią w
drzwiach jej domu i poprowadził samochód w kierunku Pickax.
Był wdzięczny, Ŝe Yum Yum złapała mysz, dokładnie na czas,
Ŝ
eby ocalić go, zanim wyrwało mu się jakieś romantyczne
wyznanie. Nie potrzebował więcej kobiet na swojej drodze, a
najmniej swojej byłej gosposi, która za wszelką cenę chciała
mieć męŜa i przynosiła swoim partnerom pecha. Jej trzej
męŜowie zakończyli Ŝycie w tragicznych okolicznościach.
Minął drzewo wisielców, przejechał przez Old Plank Bridge,
a potem ruszył dalej drogą Ittibittiwassee. Nie było duŜego
ruchu. Okręg wybudował tu kosztowną drogę dla wygody
mieszkańców osiedli w Exbridge. Większość kierowców wolała
krótszą, ale bardziej uczęszczaną trasę i miejscowi dowcipnisie
nazywali nową autostradę „łapówką z Ittibitti".
Zapadał zmierzch i Qwilleran mijał właśnie starą kopalnię
Backshot. Dokładnie w tym miejscu, przypomniał sobie, rok
temu miał miejsce wypadek samochodowy - bardzo dziwny
wypadek.
A teraz... wszystko się powtórzyło.
SCENA SIÓDMA
Miejsce: Pusta przestrzeń wokół drogi Ittibittiwassee
Czas: Później, tego samego wieczoru
Był późny niedzielny wieczór. Na Ittibittiwassee nie było juŜ
ruchu. Z naprzeciwka, na zachód, nie jechały Ŝadne samochody,
więc Qwilleran miał włączone długie światła, które oświetlały
Ŝ
ółte linie na asfalcie. Po obu stronach drogi ciemność zawisła
nad kępami drzew, starymi kopalniami i pastwiskami, które
usłane były kamieniami. Tak jak poprzednim razem księŜyc w
nowiu, który wkrótce znikł za chmurami, podkreślał
tajemniczość krajobrazu.
Po pewnym czasie w tylnim lusterku Qwillerana pojawiły się
ś
wiatła - długie, zbyt jasne, oślepiające. Odchylił lusterko tak,
Ŝ
eby blask nie bił go po oczach. Pojazd zbliŜał się. Jechał
zygzakiem. ZjeŜdŜał na lewy pas, jakby chciał go wyminąć,
wracał na środkowy, podjeŜdŜał pod sam zderzak Qwillerana,
znów zjeŜdŜał na lewy. PółcięŜarówka zrównała się z
samochodem Qwillerana. Tego było za duŜo, Ŝaden roztropny
kierowca nie wytrzymałby takiego napięcia. Qwilleran jechał
coraz bliŜej prawej bandy, ale i półcięŜarówka była coraz bliŜej.
Jest pijany, pomyślał Qwil!eran, skręcając na pobocze.
PółcięŜarówka śmignęła tuŜ obok Qwillerana, jeszcze centymetr
i wypchnęłaby go z drogi. Jeszcze jechał poboczem... Tylko
spokojnie! świr!... Osuwam się! Spokojnie! Tylko nie spadać!
Hamulce!... A potem mały samochód Qwillerana uderzył w
barierę i przeleciał ponad nią, sunął wzdłuŜ brzegu zbocza,
jeszcze jedno uderzenie, obrót, dachowanie, obrót i twarde
lądowanie na suchym dnie rowu.
Na początku był szok i dezorientacja. Pedały i tablica
rozdzielcza znalazły się nad głową. Jeszcze przetaczające się
poduszki, spadające kuwety i deszcz Ŝwirku dla kotów.
Dlaczego koty nie piszczą?
Qwilleran odpiął pasy i wygramolił się przez drzwi, które pod
wpływem uderzenia otworzyły się na ościeŜ. Potem wdrapał się
z powrotem do środka i wydobył z wnętrza samochodu
podróŜny koszyk. LeŜał na znajdującym się teraz na spodzie
suficie, przywalony poduszką z tylnego siedzenia. Pokrywa była
otwarta, a koty zniknęły!
- Koko! - wrzasnął. - Koko! Yum Yum!
Nie było Ŝadnego odzewu. Pomyślał, Ŝe ten lot musiał być dla
nich piekłem! MoŜe uderzenie wyrzuciło je z samochodu? W
panice przeszukiwał kanał w pobliŜu samochodu, szukając w
ciemności jasno umaszczonych ciał. Zawołał jeszcze raz. Nic,
tylko cisza.
Wtedy ciemność rozproszyły światła auta nadjeŜdŜającego ze
wschodu. Samochód zatrzymał się na poboczu. Wyskoczył z
niego męŜczyzna, który podbiegł pospiesznie do barierki.
- Nic panu nie jest? Nie jest pan ranny?
- Wszystko w porządku, ale zgubiłem koty. Dwa. Mogły
zostać wypchnięte na zewnątrz!
Kierowca odwrócił się i zawołał w kierunku swojego
samochodu.
- Wezwij przez radio szeryfa! I przynieś latarkę! Do
Qwillerana powiedział:
- Próbował je pan wołać? Wokoło jest gęsty las. MoŜe się
gdzieś ukryły?
- To koty domowe. Nigdy nie wychodzą. Nie wiem, jak mogą
zareagować na wypadek i na obce otoczenie.
- Pański samochód pójdzie chyba na złom!
- Nie obchodzi mnie samochód. Martwię się o koty.
- Facet był pijany. Widziałem go, jechał slalomem, zanim
zepchnął pana z drogi. Wydaje mi się, Ŝe to była jasna
półcięŜarówka.
ś
ona kierowcy nadeszła z mocną latarką i Qwilleran zaczął
oświetlać rów w obu kierunkach i pas przydroŜnych zarośli.
- Miał w samochodzie dwa koty. Uciekły albo wyleciały przy
uderzeniu - powiedział jej męŜczyzna.
- Nic im nie będzie - pocieszała. - Mieliśmy kota, który
wypadł z okna na drugim piętrze.
- Cicho! - zawołał Qwilleran. - Wydaje mi się, Ŝe słyszałem
krzyk!
Zawodzenie powtórzyło się.
- To jakiś nocny ptak - powiedziała kobieta.
- Cisza!... Nic nie mówicie, zawołam je i będę nasłuchiwał.
W oddali rozbłysły przednie światła i czerwone pulsujące
ś
wiatło na dachu samochodu szeryfa, który podjechał do miejsca
wypadku. Policjant w brązowym mundurze poprosił Qwillerana
o prawo jazdy. Pokiwał głową, kiedy Qwilleran podał mu
dokumenty.
- Jak to się stało, panie Qwilleran?
Drugi kierowca zaczął relacjonować przebieg wydarzeń.
- Wszystko widziałem. Pijany kierowca. Zepchnął go z drogi,
a potem uciekł.
- W samochodzie miałem dwa koty, nie mogę ich znaleźć -
powiedział Qwilleran.
Policjant omiótł światłem latarki wrak samochodu.
- Mogą być pod spodem. Kobieta zwróciła się do męŜa:
- Lepiej juŜ chodźmy, opiekunka jest tylko do wpół do
dwunastej.
- Dzięki - powiedział Qwilleran. - Tu jest państwa latarka.
- Proszę ją zatrzymać - odpowiedział męŜczyzna. - MoŜe mi
pan ją odwieźć do pracy. Pracuję w „Smittys Refrigera-tion" na
South Main.
Policjant napisał raport i zaoferował Qwilleranowi, Ŝe
podwiezie go do Pickax.
- Nie odjadę, dopóki ich nie znajdę.
- To moŜe potrwać do rana.
- Nie dbam o to. Jak pan odjedzie, moŜe wyjdą z krzaków.
Muszę tu być, muszę na nie czekać.
- Zajrzę do pana, jak będę robił następny obchód.
Monitorujemy tę drogę. Wczoraj w nocy aresztowałem tu
czterech pijanych kierowców.
Kiedy policjant odjechał, Qwilleran podjął na nowo
poszukiwania. Wołał i nasłuchiwał na zmianę, ale nie słyszał nic
oprócz nocnych dźwięków lasu. Czasem jakieś małe
zwierzątko przedarło się przez krzaki, czasem zahuczała sowa
albo zaklekotał nur.
Wydobył
z
wraku
podróŜny
koszyk.
Był
trochę
zdeformowany, ałe nie zgnieciony Znalazł teŜ dwie kuwety.
Brytfanki miały się znacznie lepiej niŜ karoseria jego
samochodu. Był wdzięczny za latarkę.
Zatrzymał się kolejny samochód.
- Są ranni? - spytał kierowca, podchodząc do barierki, Ŝeby
spojrzeć na leŜący w rowie samochód. - Czy ktoś wzywał
policję?
Qwilleran wyrecytował znany tekst.
- Nie ma rannych... Szeryf tu był... Nie, dziękuję, nie trzeba
mnie podwieźć. Zgubiłem dwa koty i muszę czekać...
- Miał pan cholernie duŜo szczęścia - powiedział męŜczyzna. -
Nocą podchodzą tu kojoty i lisy. Sowa teŜ moŜe unieść kota.
- Proszę jechać w swoją drogę, proszę pana - poprosił
stanowczo Qwilleran. - Jak będzie cicho, to wrócą.
Samochód się oddalił, ałe koty nie wróciły. Wyłączył latarkę.
Zapadła kompletna ciemność, księŜyc skrył się za chmurami.
Zdesperowany zawołał raz jeszcze:
- Koko! Yum Yum! Mam tu indyka, chodźcie!... - na szosie
panowała jednak absolutna cisza.
Raz jeszcze przeczesał rów, oświetlając sobie drogę latarką i
posuwając się po kilka kroków dalej od wraku. Po półgodzinie
bezowocnych poszukiwań i nawoływań na drodze pojawił się
kolejny samochód i Qwilleran zaklął ze złości.
- Qwill, Qwill, co ty tutaj robisz? - zawołał kobiecy głos.
Wyszła z samochodu i podbiegła do niego. - Czy to twój
samochód? Co się stało? Czy ktoś zawiadomił szeryfa? Mam
CB - to była Polly Duncan.
- To nie jest najgorsze - odparł Qwilleran, oświetlając wrak
samochodu. - Koty gdzieś się zgubiły. MoŜe chowają się gdzieś
w lesie. Nie ruszę się stąd, dopóki ich nie znajdę, Ŝywych czy
martwych.
- Och, Qwill, tak mi przykro. Wiem, ile dla ciebie znaczą - to
był kojący ciepły głos, który znał z ich szczęśliwych czasów.
Qwilleran powtórzył Polly, co się stało.
- Ale nie moŜesz stać tu tak całą noc.
- Nie ruszam się stąd - powtórzył uparcie.
- W takim razie zostaję z tobą. Przynajmniej będziesz miał
jakieś schronienie i miejsce do siedzenia. Wyłączę światła.
MoŜe wyczują twoją obecność i wyjdą.
- Jeśli nadal Ŝyją... - przerwał jej. - Szeryf zasugerował, Ŝe
mogły zostać zgniecione pod spodem. Nie odpowiadają, kiedy
wołam ich imiona. Jeden facet powiedział, Ŝe są tu drapieŜniki.
- Nie słuchaj tych pesymistów. Zaparkuję samochód na
poboczu, usiądziemy i zaczekamy... Nie chcę słyszeć Ŝadnych
protestów! W bagaŜniku mam koc. Po północy robi się chłodno
o tej porze roku. PołóŜ rzeczy na siedzeniach z tyłu, Qwill.
PołoŜył kosz i kuwety na tylnym siedzeniu, a sam usiadł z
Polly z przodu samochodu, który podarował jej na Gwiazdkę.
Jego przygnębienie było widoczne.
- Nie muszę ci mówić, Polly, ile znaczyły dla mnie te małe
zwierzaki. Były moją rodziną! Yum Yum z kaŜdym rokiem
stawała się mi droŜsza, a i ona coraz bardziej przywiązywała się
do mnie. Inteligencja Koko była niezwykła. Mogłem rozmawiać
z nim jak z człowiekiem i wydawało mi się, Ŝe rozumiał kaŜde
słowo, które mówiłem. Na swój własny sposób nawet mi
odpowiadał.
- Mówisz w czasie przeszłym - zrugała go Polly. - One nadal
Ŝ
yją i nic im nie jest. Wierzę w Koko, wiem, Ŝe potrafi zadbać i
o siebie, i o Yum Yum. Koty są zbyt zwinne, Ŝeby dać się
uwięzić pod samochodem. Właśnie zwinność jest ich
największą siłą i obroną.
- Ale moje koty Ŝyją w zamknięciu. Ich świat ogranicza się do
dywanów, poduszek, parapetów i moich kolan.
- Daj im szansę, mają naturalny instynkt. MoŜe wrócą nawet
same do Pickax. Czytałam o kocie, którego rodzina wzięła zimą
do Oklahomy, a on poszedł na piechotę do domu, do Michigan,
ponad siedemset mil.
- Ale był przyzwyczajony do Ŝycia na dworze - powiedział
Qwilleran.
Zastępca szeryfa zatrzymał się w drodze powrotnej z
obchodu, a kiedy zobaczył towarzyszkę Qwillerana, zapytał:
- Nie potrzebuje pani ziemniaków, pani Duncan? - oboje się
zaśmiali. - Cieszę się, Ŝe ma pan towarzystwo. Będę miał na was
oko.
Kiedy odjechał, Polly powiedziała:
- Znam Kevina od czasów, kiedy był w gimnazjum.
Przychodził do biblioteki z zadaniami domowymi. Jego rodzina
uprawiała ziemniaki.
Stopniowo Polly odrywała go od pesymistycznych myśli i
zajmowała innymi tematami. NiezaleŜnie od tego co jakieś
dziesięć minut Qwilleran wychodził z samochodu, szedł w górę
i z powrotem w dół pobocza i wołał... wołał...
Po powrocie z kolejnej bezowocnej wyprawy powiedział:
- Późno dzisiaj wracałaś.
- Byłam na przyjęciu w Indian Village - wyjaśniła. -
Zazwyczaj kiedy jadę sama, wracam wcześniej, ale tak dobrze
się bawiłam, Ŝe Ŝal mi było wychodzić.
Qwilleran rozwaŜał to zdanie w ciszy. Don Exbridge miał
apartament w Indian Village.
- Przyjęcie wydawali państwo Hasselrich, na cześć rady
bibliotecznej. To czarujący gospodarze.
- Słyszałem, Ŝe miejsce Margaret Fitch w radzie bibliotecznej
zajmie Don Exbridge - powiedział nadąsany Owilleran.
- Och nie! Susan Exbridge jest w radzie nadzorczej i byłoby
stanowczo niewłaściwe, Ŝeby jej mąŜ był w zarządzie. Gdzie to
słyszałeś?
- Nie przypominam sobie - skłamał - ale widziałem, Ŝe jadłaś
z nim kolację w „Stefanii", i myślałem, Ŝe wprowadzasz go w
nowe obowiązki.
Polly zaśmiała się.
- Pomyliłeś się! Biblioteka potrzebuje nowego dachu i
próbowałam naciągnąć go na to, Ŝeby zafundował nam usługi
swojej firmy budowlanej. Ale skoro jesteśmy przy tym temacie,
widziałam cię z obcą kobietą, zaraz po tym, jak powiedziałeś
mi, Ŝe jesz kolację z architektem z Cincinnati.
- Tak się składa, Ŝe ta obca kobieta - powiedział Qwilleran -
jest architektem z Cincinnati. Dostajesz dwa minusy za fałszywe
załoŜenie, Ŝe architekt to zawód ograniczający się do męŜczyzn.
- Winna! - zaśmiała się.
Samochód szeryfa znów jechał w dół szosy i zatrzymał się na
przeciwległym poboczu. Kiedy policjant wysiadł, miał w rękach
coś małego w jasnym kolorze. Niósł to coś z uwagą.
- O mój boŜe! - jęknął Qwilleran i wyskoczył z samochodu.
Przebiegł przez ulicę.
- Przyniosłem wam kawę - powiedział policjant, podając im
brązową papierową torebkę. - To z „Dimsdale Diner". Nie jest
najlepsza na świecie, ale gorąca. Temperatura ma spaść do
pięciu stopni dziś wieczorem. Mam teŜ kilka pączków, ale
wyglądają na czerstwe.
- Wielkie dzięki, doceniamy, Ŝe się pan tak o nas troszczy -
podziękował z ulgą Qwilleran, kiedy wyciągał z torebki
paragon.
- Niech pan go odłoŜy - poprosił oficer. - Kucharz z baru wam
to przesyła.
Dobroć Polly, oficera, kucharza z baru i kierowcy z latarką
ulŜyły Qwilleranowi w bólu, chociaŜ nadal czuł ścisk w
Ŝ
ołądku. Chciał rozmawiać o kotach. Powiedział do Polly:
- Zawsze wymyślają jakieś zabawy. Teraz ich hobby to
pozowanie w roli podpórek do ksiąŜek.
- Czy Koko nadal doradza ci lektury do czytania?
- Preferował biografie, ale kilka dni temu zainteresował się
historiami o morzu.
- Stracił zainteresowanie Szekspirem?
- Nie całkiem. Widziałem, jak ociera się o Komedię pomyłek i
Dwóch panów z Werony.
- Obydwie historie dotyczą morskich podróŜy - przypomniała
mu Polly.
- Jestem przekonany, Ŝe chodzi mu o klej. Temat ksiąŜki jest
przypadkowy. Ale musisz przyznać, Ŝe to jest niezwykłe.
- W głowie Koko jest więcej rzeczy, niŜ śniło się filozofom -
powiedziała Polly, parafrazując jeden z ulubionych cytatów
Qwillerana.
Tak przegadali całą noc.
- Teraz, kiedy odchodzę z Klubu Teatralnego, Polly, mam
zamiar recenzować sztuki teatralne dla gazety.
- Będziesz cudownym krytykiem teatralnym.
- To oznacza dwa bilety na kaŜdą premierę. Piąty rząd w
ś
rodku. Mam nadzieję, Ŝe będziesz moim stałym gościem.
- Z przyjemnością przyjmę zaproszenie. Wiesz, Qwill, twoje
artykuły są naprawdę dobre. Przykro mi, Ŝe tak naskoczyłam na
ciebie za twoje dziennikarstwo. Podobała mi się zwłaszcza
sylwetka Eddingtona Smitha.
- Przy okazji naszej rozmowy o morderstwie Fitchów
zeszliśmy na temat kradzieŜy rzadkich ksiąŜek. Edd mruczał i
sapał, nigdy nie wiadomo, co siedzi w tej jego siwej głowie.
- CóŜ, istnieje taka ewentualność - powiedziała. - Słyszałam,
Ŝ
e Cyrus Fitch posiadał jakieś ksiąŜki pornograficzne, dla
których niektórzy kolekcjonerzy gotowi byliby popełnić kaŜdą
zbrodnię. Podobno są zamknięte w specjalnym klimatyzowanym
pomieszczeniu, razem z przemówieniem poŜegnalnym Jerzego
Waszyngtona i Ptakami Wielkiej Brytanii Goulda.
- Jeśli Edd zabierze mnie ze sobą na czyszczenie ksiąŜek w
rezydencji Fitcha, to sprawdzę dla ciebie te ostre kawałki -
obiecał Qwilleran.
A potem powiedziała mu coś, co trafiło go w samo serce.
- WyjeŜdŜam w środę do Chicago na konferencję
bibliotekarską. Muszę złapać poranne połączenie - spojrzała na
niego pytająco. Stało się juŜ zwyczajem, Ŝe odwoził ją na
lotnisko, ale... tym razem on i Frań takŜe lecieli porannym
kursem. Myślał szybko.
- Czekaj! Chyba coś słyszałem! - wyskoczył z samochodu i
podszedł kilka kroków do przodu, próbował zyskać na czasie.
To była delikatna sprawa. On i Polly zaczęli na nowo odkrywać
dawne braterstwo, dzielili koc w czasie długich chłodnych
godzin, które spędzili do świtu przy szosie, miał więc nadzieję
na przywrócenie dobrych stosunków. Jak ona zareaguje na jego
wypad do Chicago z jej rywalką? Jeśli chodziło o jego stosunek
do wyjazdu, to była to tylko podróŜ słuŜbowa, mieli wybrać
meble do sypialni. Czy Polly przyjmie ze spokojem to
wyjaśnienie? Czy Frań, ze swoim „przytulnym hotelem", teŜ
potraktuje wyjazd wyłącznie w słuŜbowych kategoriach?
Zrobiła rezerwacje hotelowe i lotnicze. Przypuszczał, Ŝe koszty
doda do rachunku, plus wynagrodzenie za kaŜdą godzinę jej
profesjonalnych porad.
W najlepszym wypadku sytuacja była dziwna. Jedna część
jego mózgu nalegała, Ŝeby zaryzykować odwołanie wyjazdu.
Druga połowa kurczowo trzymała się prawa do odbycia podróŜy
w interesach z kimkolwiek i dokądkolwiek bądź.
Niebo na wschodzie zaczynało się rozjaśniać, wrócił do
samochodu.
- Zostań tutaj, a ja rozejrzę się po okolicy - powiedział. - Jeśli
przetrzymały gdzieś noc, to teraz o świcie poczują głód i wyjdą
z kryjówki. Rozglądaj się za nimi, a ja idę ich szukać.
- Czy przyda ci się lornetka? - sięgnęła pod siedzenie i podała
mu lornetkę, której uŜywała do obserwowania ptaków.
Las, który w nocnej ciemności był jednolitą czarną masą,
zaczynał nabierać kształtów. MoŜna juŜ było odróŜnić wiecznie
zielone drzewa iglaste, gigantyczne dęby i zarośla. Poszedł
wzdłuŜ szosy do miejsca, w którym pięć wysokich wiązów rosło
w rzędzie, prostopadle do drogi. Widać było, Ŝe posadzono je
dawno temu, prawdopodobnie Ŝeby zaznaczyć ścieŜkę albo
boczną drogę prowadzącą do starej farmy, teraz od dawna juŜ
opuszczonej. Miał rację, nieuŜywana, porośnięta chwastami
polna droga prowadziła wzdłuŜ linii drzew. Jeśli koty odkryły ją
wczorajszej nocy, to mogły pójść nią aŜ do ruin starego domu,
gdzie schroniły się na noc.
Lekka bryza kołysała strzelistymi gałęziami wiązów i
porywała pajęcze nici, które osiadały na twarzy Qwillerana.
Wszystko pokryte było rosą. Blade róŜowe światło zapłonęło
nad wschodnim horyzontem. Qwilleran znalazł siedlisko, ale
teraz były tu tylko pozostałości kamiennych fundamentów,
tworzące prostokątny ślad w trawie.
Zatrzymał się i nawoływał koty po imieniu, ale nie było
Ŝ
adnej odpowiedzi. Szedł wolno dalej, do końca drogi. Dalej był
tylko stary sad ze zwichrowanymi drzewami o przedziwnych
kształtach, wynurzającymi się z morza chwastów. Obejrzał sad
przez lornetkę i nagle serce skoczyło mu do gardła, kiedy na
jednej ze starych jabłoni zobaczył kłębek czegoś jasnego.
Podszedł bliŜej. Niebo rozjaśniało się. Tak! Niezidentyfikowany
kłębek na gałęzi był parą syjamskich kotów, które wyglądały jak
podpórki do ksiąŜek.
Utkwiły wzrok w ziemi i ustawiały łapy, jakby szykując się
do skoku.
Spojrzał przez lornetkę niŜej, na ziemię, i jego wzrok wyłapał
tam coś jeszcze, coś na wpół ukrytego w trawie. Okropna myśl
przemknęła mu przez głowę. Czy to mogły być sidła? Takie,
jakie Chad Lanspeak zastawiał na lisy? Pełen przeraŜenia
skradał się bliŜej jabłoni. Nie! To nie była pułapka! To coś się
ruszało. To było jakieś zwierzę. Patrzyło w górę, na drzewo!
Koty kręciły się na gałęzi, gotowe do skoku.
- Koko! - wrzasnął Qwilleran. - Nie! Zostań na górze!!! Oba
koty skoczyły i Qwilleran zaczął szybko uciekać w stronę
samochodu, krzycząc do Polly:
- Potrzebny mi twój samochód, dam znać szeryfowi, Ŝeby cię
stąd zabrał! Znalazłem koty! Zabieram je do weterynarza.
- Są ranne? - zapytała ze strachem.
- Nie, miały spięcie ze skunksem. Nie martw się... kupię ci
nowy samochód.
SCENA ÓSMA
Miejsce: Mieszkanie Qwillerana
Czas: Dzień po wypadku na drodze Ittibittiwassee
Samochód Qwillerana został odholowany na złomowisko,
czerwony samochód Polly był dezynfekowany u mechanika.
Koty spędziły kilka godzin w klinice dla zwierząt, gdzie
próbowano zneutralizować smród skunksa, którym doszczętnie
przesiąkły.
W swoim mieszkaniu Qwilleran niespokojnie przemierzał
pokój, zmroŜony świadomością, Ŝe mógł na zawsze stracić koty
w tym dzikim lesie. Mogła je spotkać okrutna śmierć, mogły
nigdy nie poznać swojego przeznaczenia. Helikopter szeryfa,
oddziały policji i druŜyny skautów na próŜno mogłyby szukać
tych drobniutkich ciałek. Qwilleran zadrŜał z przeraŜenia.
To moja wina, powtarzał sobie. Był przekonany, Ŝe to nie
pijany kierowca próbował zepchnąć go z drogi, ale ktoś, kto
chciał go dopaść, bo zadawał pytania o śmierć Harleya i Belle.
Dlaczego tak go ciągnęło do rozwiązywania kryminalnych
zagadek? Był dziennikarzem, a nie śledczym. Tak, zdawał sobie
sprawę, Ŝe tylko niewielu dziennikarzy akceptowało swoje
ograniczenia. Przedstawiciele jego zawodu flirtowali z
doradcami
politycznymi,
ekonomistami,
krytykami
i
koneserami.
Nigdy więcej amatorskich śledztw, obiecał sobie. Od dzisiaj
zostawia kryminalne dochodzenia policji. Bez względu na to,
jak silna będzie pokusa, bez względu na to, jak nieznośne będzie
mrowienie w górnej wardze u nasady wąsów, będzie się trzymał
z dala od niebezpieczeństwa. Będzie przeprowadzał wywiady z
hobbystami i hodowcami owiec i starymi ludźmi w domach
starców, będzie redagował kolumnę towarzyską w „Moose
County coś tam", przeczyta kotom na głos Mobby Dicka, będzie
chodził na długie spacery, będzie prawidłowo się odŜywiał i
wreszcie będzie wiódł bezpieczne Ŝycie.
I wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił Eddington Smith.
- Rozmawiałem z prawnikiem. Powiedział, Ŝe powinienem
zinwentaryzować ksiąŜki. Powiedziałeś, Ŝe miałbyś ochotę
pomóc mi w odkurzaniu. Chcesz ze mną jutro pojechać?
Qwilleran wahał się tylko przez ułamek sekundy. Czy wizyta
w bibliotece Fitchów moŜe mu przynieść jakąś szkodę?
Wszyscy mówią, Ŝe to interesujące miejsce, praktycznie
muzeum.
- Będziesz musiał mnie zabrać - powiedział sprzedawcy
ksiąŜek. - Rozbiłem samochód.
Kiedy odwrócił się od telefonu, przeczesywał wąsy,
oczekując z niecierpliwością na wizytę w bibliotece.
Po lunchu pan 0'Dell pojechał swoim pikapem do kliniki dla
zwierząt i odebrał stamtąd dwa wykąpane, wyperfumowane,
spryskane dezodorantem i kompletnie milczące koty. Wsadził je
do kartonowego pudła. W domu, kiedy otworzono karton,
wyszły na zewnątrz i nie rozglądając się na boki, czmychnęły do
swojego pokoju, gdzie poszły spać.
- Jaka szkoda - westchnął pan 0'Dell. - Dobre dusze w klinice
robiły, co mogły, ale ten zapach powróci, oj powróci, kiedy
pogoda się zmieni i będzie deszcz. Musi się zmyć, znosić, tak ja
myślę... Mogę jakoś pomóc panu albo maleństwom, dopóki nie
ma pan samochodu?
- Byłbym wdzięczny, jeśli mógłby pan pojechać do sklepu z
narzędziami i kupić koszyk piknikowy, taki sam jak ten, który
się zniszczył podczas wypadku.
Koty spały cięŜkim snem, który przychodzi po okropnych
przeŜyciach. Co pół godziny Qwilleran chodził sprawdzać, czy
ich futrzane boki nadal unoszą się przy oddychaniu. Czasem
przebierały gwałtownie łapkami, jakby miały koszmary.
Staczały bitwy? Były torturowane w klinice dla zwierząt?
Wcześniej tego dnia zadzwoniła Frań Brodie.
- Słyszałam, Ŝe dachowałeś wczoraj w nocy, Qwill?
- Skąd o tym wiesz?
- Z radia. Powiedzieli, Ŝe nie jesteś ranny. Jak się czujesz?
- W porządku, no moŜe tylko trochę kłuje mnie w boku, kiedy
oddycham.
- Teraz będziesz musiał jeździć tą limuzyną, którą
odziedziczyłeś - lubiła się z nim droczyć o pretensjonalny
pojazd, który stał nieuŜywany w garaŜu.
- Pozbyłem się jej. Pochłaniała hektolitry benzyny i wyglądała
jak karawan. Stała tylko w garaŜu, traciła na wartości i parciały
jej opony, a ja płaciłem ubezpieczenie. Sprzedałem ją do domu
pogrzebowego.
- W takim razie - powiedziała Frań - moŜemy pojechać na
lotnisko moim samochodem. Powinniśmy wyjechać około
ósmej, Ŝeby złapać połączenie do Chicago. Zarezerwowałam
hotel na cztery noce. Spodoba ci się to miejsce! Ciche, dobra
restauracja - i to nie wszystko!
Qwilleran odkładał słuchawkę pełen obaw. Pochłonięty
innymi problemami nie poświęcał więcej uwagi temu
szczególnemu dylematowi.
Wkrótce potem zadzwoniła Polly, Ŝeby zapytać o koty.
- To był dla nich wielki dyshonor. Zazwyczaj dumnie noszą
swoje ogony, ale dzisiaj spuściły je do połowy masztu. Grippel
pracuje nad twoim samochodem, Polly, ale chcę, Ŝebyś miała
nowy, ja mogę jeździć czerwonym.
- Nie, Qwill - zaprotestowała. - To niezwykle miło z twojej
strony, ale to sobie powinieneś kupić nowy samochód.
- Nalegam, Polly. Pójdź do salonu Grippela i zobacz nowe
modele. Wybierz taki kolor, jaki ci się spodoba.
- Dobrze, posprzeczamy się o to, kiedy wrócę z Chicago.
MoŜesz jeździć czerwonym, kiedy ja będę za miastem. O której
mnie odbierzesz w środę rano? Będą nocować w mieście u
mojej szwagierki.
Czując się jak tchórz, odpowiedział:
- O ósmej. - Nie tylko nie rozwiązał problemu, ale jeszcze jak
zwykle go skomplikował.
SCENA DZIEWIĄTA
Miejsce: Rezydencja Fitchów w West Middle Hummock
Czas: Wtorek, którego Qwilleran nigdy nie zapomni
Kiedy kombi Eddingtona Smitha podjechało pod wozownię
Qwillerana we wtorek rano, Qwilleran zszedł na dół z nowym
koszem piknikowym w ręku.
- Nie trzeba było zabierać ze sobą jedzenia - powiedział
księgarz. - Wziąłem coś na lunch.
- To nie jest jedzenie - wyjaśnił Qwilleran. - W koszu jest
Koko. Mam nadzieję, Ŝe nie masz nic przeciwko. Pomyślałem,
Ŝ
e moglibyśmy przeprowadzić eksperyment, Ŝeby zobaczyć, czy
koty wyczuwają mole ksiąŜkowe. Jeśli tak, to dla jakiegoś
magazynu naukowego mogłoby to być przełomowe wydarzenie.
- Rozumiem - powiedział Eddington z nikłym zrozumieniem
problemu. To były jego ostatnie słowa na ponad pół godziny.
Był jednym z tych kierowców, którzy są tak skupieni na trasie,
Ŝ
e w ogóle się nie odzywają, kiedy prowadzą. Trzymał się
kurczowo kierownicy, aŜ pobielały mu kłykcie u palców.
Pochylił się do przodu i wpatrywał się w drogę jak w transie,
rozciągając jednocześnie usta w pozbawionym radości grymasie
naśladującym uśmiech.
- Mój samochód przeleciał przez barierkę i wpadł do rowu
przy drodze Ittibittiwassee w niedzielę w nocy i jest kompletnie
zdezelowany - powiedział Qwilleran, czekając na jakiś
współczujący komentarz. Zahipnotyzowany kierowca nie
odpowiedział ani słowem, więc Qwilleran kontynuował. - Na
szczęście miałem zapięte pasy i nie jestem ranny, tylko na
łokciu mam guza wielkości piłki golfowej i siniaka na boku, ale
koty wyleciały na zewnątrz. Zniknęły w lesie. Zanim je
znalazłem, miały starcie ze skunksem i musiałem je odwieźć do
kliniki dla zwierząt. Spędziłeś kiedyś piętnaście minut w
samochodzie z kotami obryzganymi przez skunksa, i to przy
zamkniętych oknach?
Nie było odpowiedzi.
- Nie śmiałem otworzyć okien na więcej niŜ pięć
centymetrów, bo koty siedziały z tyłu luzem, a nie wiedziałem,
co moŜe im strzelić do głowy po tych przeŜyciach. Nie mogłem
oddychać, Edd! Myślałem o tym, Ŝeby wskoczyć do szpitala po
zastrzyk tlenowy, ale po prostu wcisnąłem gaz i miałem
nadzieję, Ŝe nie zzielenieję.
Nawet to dramatyczne wyznanie nie rozproszyło uwagi
Eddingtona, całkowicie skupionego na drodze.
- Kiedy przyjechałem do domu, wykąpałem się w soku
pomidorowym. Pan 0'Dell obskoczył trzy sklepy spoŜywcze i
wykupił wszystkie puszki, jakie mieli na półce. Musiał spalić
moje ubrania i klatkę kotów. Ich kuwety były w samochodzie
podczas wypadku i skakały po całym wnętrzu jak kostki lodu w
shakerze, jedna z nich przyłoŜyła mi w głowę. Nadal wyczesuję
Ŝ
wirek z włosów i wąsów.
Qwilleran zajrzał w twarz Eddingtona. MoŜna było
powiedzieć, Ŝe jest przytomny, ale nic więcej.
- Koty były odwonnione w klinice, ale nie ma gwarancji, Ŝe to
przyniesie stałe efekty. MoŜe będę musiał kupić galon wody
kolońskiej. Staram się nie chodzić z nimi pod wiatr.
Po chwili Qwilleran zmęczył się słuchaniem swojego głosu i
jechali tak w grobowej ciszy aŜ do rezydencji Fitchów.
Eddington zaparkował samochód na tyłach domu, za wysokim
murem oddzielającym podwórko przeznaczone dla słuŜby i
obsługi.
Jeśli mordercy zaparkowali tam właśnie, zauwaŜył Qwilleran,
to ich samochodu nie moŜna było zobaczyć z Ŝadnej
prowadzącej do posiadłości drogi. Z drugiej strony, jeśli
zostawili kogoś na czatach w samochodzie, to on takŜe nie mógł
zobaczyć nadjeŜdŜających Davida i Jill. Być moŜe patrolowali
posiadłość przez walkietalkie.
Eddington miał klucze do tylnych drzwi, które prowadziły do
duŜego hallu dla słuŜby, gdzie znaleziono ciało Harleya. Z
korytarza prowadziły drzwi do pralni, kuchni, spiŜarni i jadalni
dla słuŜby. Qwilleran trzymał w ręce wiklinowy kosz, a
Eddington miał plastikową siatkę na zakupy. Zanurzył w niej
rękę i wyjął dwa jabłka i puszkę zupy, które postawił na
kuchennym stole. Potem zaprowadził Qwillerana do głównego
hallu.
ChociaŜ blade dzienne światło dostawało się do hallu przez
rząd wysokich okien, znajdujących się dziewięć metrów nad
podłogą, to hall był ponurą zbieraniną prymitywnych włóczni,
tarczy i masek, bębnów, czółen wystruganych w jednym
kawałku drewna, zmniejszonych głów, strojów ceremonialnych
pokrytych zakurzonymi piórami. Qwilleran kichnął.
- Gdzie jest biblioteka? - zapytał.
- Najpierw pokaŜę ci jadalnię i pokój do rysowania -
powiedział Eddington, otwierając duŜe podwójne drzwi. Te
pokoje wypełnione były bronią i totemami, kamiennymi
smokami, średniowiecznymi brązami, wypchanymi małpami
utrwalonymi w zabawnych pozach.
- Gdzie są ksiąŜki? - powtórzył Qwilleran.
- A to jest palarnia. Harley uprzątnął stąd starocie i wniósł
trochę swoich rzeczy.
Qwilleran zauwaŜył siedmiometrową rzeźbioną figurę
dziobową, ogromny ster, mahoniowe i mosięŜne lornety i
oryginalny druk z 1805 roku, ukazujący łódź patrolową,
sygnowany i oczywiście lepszej jakości niŜ ten Qwillerana.
Stało tam wiele Ŝeglarskich trofeów i wszędzie, na półkach, na
stole i na gzymsach, umieszczono modele statków w szklanych
gablotach. Kosz, który Qwilleran nadal trzymał w ręce, zaczął
kołysać się i podskakiwać.
- Koko jest fanem Ŝeglarstwa, czy mógłbym go wypuścić?
Eddington pokiwał głową, dając wyraz ukontentowaniu
i przyzwoleniu zarazem.
- „Entuzjazm jest gorączką rozumu", jak powiedział Wiktor
Hugo.
Koko po raz pierwszy był tak oŜywiony od czasu wypadku.
Wyskoczył z kosza i pędem rzucił się do HMS „Bounty",
trzymasztowca z plecionym olinowaniem i mosięŜną figurą
dziobową. Następnie potruchtał do floty trzech małych statków.
Były to: „Nina", „Pinta" i „Santa Maria". Wszystkie z pełnym
omasztowaniem, flagami i proporcami. Kiedy zauwaŜyli
dziewiętnastowieczną łódź patrolową z mosięŜnym działem,
Koko podniósł przednie nogi, odgiął szyję i zaczął uderzać
łapami w powietrze.
- A teraz gdzie jest biblioteka? - zapytał Qwilleran, upychając
protestującego kota do koszyka.
Był to dwupoziomowy pokój z galerią. KsiąŜki były
wszędzie. Nie było tam Ŝadnych okien ani dziennego światła,
Ŝ
eby nie uszkodzić cennych opraw. Światło rzucały artystyczne
szklane kandelabry, w których świetle tłoczone litery na
grzbietach skórzanych ksiąŜek migotały jak złota koronka.
- Ile z nich musimy wyczyścić? - chciał wiedzieć Qwilleran.
- Za kaŜdym razem odkurzam kilkaset. Nie spieszę się,
czerpię radość z trzymania ich. KsiąŜki lubią, Ŝeby je trzymać w
rękach.
- Edd, jesteś prawdziwym bibliofilem.
- Jak powiedział Emmerson: „W największych cywilizacjach
ksiąŜka jest największą przyjemnością".
- Emmerson miałby trudność z przekonaniem do tej tezy
pokolenia wideo. Pozwól, Ŝe zamknę drzwi i wypuszczę Koko z
jego więzienia. On wywróci kozła, jak zobaczy taką ilość
starych ksiąŜek, jest równieŜ prawdziwym bibliofilem.
Koko wyskoczył jednym susem z koszyka i zaczął badać
otoczenie. Na trzech ścianach umieszczono rzędy półek na
przemian z eleganckimi drewnianymi panelami, przy których
stały gabloty z rzadkimi bibelotami. Kolekcjonerskie drobiazgi
ustawiono w sposób przypadkowy, bez Ŝadnego widocznego
klucza. Były tam groty indiańskich strzał, rzeźbiona kość
słoniowa, kielichy ze srebra i muszle, kryształy kwarcu i
ametystu zmieszane ze złotymi figurkami, które mogły zostać
przemycone z egipskich grobowców. (Amanda mówiła, Ŝe wiele
z nich było podrabianych). Nad kaŜdą gablotą wisiała głowa
wypchanego zwierzęcia, albo złocony zegar, albo misterna
klatka dla ptaków czy teŜ w końcu kolekcja ogromnych kości,
pochodzących być moŜe z jakiejś prehistorycznej epoki. Koko
zrobił obchód, a potem zauwaŜył spiralne schody na galerię i
wspiął się po nich ostroŜnie. Były zupełnie inne od pozostałych,
które znał.
W tym samym czasie Eddington wyciągnął z torby zwinięte w
rulon szmatki do czyszczenia.
- MoŜesz zacząć od tego rogu, od litery „s". Ja skończyłem
ostatnio na „r". Chwyć delikatnie za okładkę z przodu i z tyłu i
przetrzyj grzbiet oraz boki szmatką. Odkurz półkę, zanim
odłoŜysz ksiąŜkę z powrotem.
Koko tymczasem turlał się po schodach w dół i w górę,
uŜywając balkonu jako przejścia.
Eddington otworzył płytką szufladę bibliotecznego stolika,
którego masywny dębowy blat wsparty był na czterech
rzeźbionych gryfach. Wyjął szufladę całkowicie z mocowań,
zanurzył rękę pod blat i wyciągnął stamtąd klucz.
- Rzadkie ksiąŜki są zamknięte w pomieszczeniu z
odpowiednią temperaturą i wilgocią - poinformował. -
„Niezmierzone bogactwa w małym pokoju", jak powiedział
Marlow.
Z torbą na zakupy w ręku otworzył drzwi w wyłoŜonej
boazerią ścianie i wszedł do środka. Qwilleran usłyszał
kliknięcie zamka.
Kiedy zaczął odkurzać, zastanawiał się, ile czasu spędzonego
w zamkniętym pokoju Eddington poświęca na trzymanie w
rękach gorącej literatury Cyrusa Fitcha. On osobiście musiał się
bardzo dyscyplinować, Ŝeby nie czytać wszystkiego, co
odkurzał: Shawa, Shelleya, Sheridana.
Koko był nieustannie zajęty, wąchał to tu, to tam. Aktywność
i podniecenie sprawiły, Ŝe jego dezodorant przestawał działać.
- Idź i pobaw się na drugim końcu pokoju - poprosił go
Qwilleran. - Twój smród staje się nie do zniesienia.
W południe zjawił się Eddington.
- Czas na lunch - powiedział bez wyrazu. Wyglądał na
zmartwionego.
- Coś nie tak, Edd?
- Brakuje ksiąŜki.
- Cennej?
Księgarz pokiwał głową.
- MoŜe brakować i więcej. Nie dowiem się ile, dopóki nie
skończę inwentaryzacji.
- MoŜe mógłbym ci pomóc? Mógłbym odczytywać spisy albo
coś podobnego. - Qwilleran bardzo chciał zobaczyć ten pokój.
- Nie, najlepiej będzie, jeśli zrobię to sam. Chcesz krem z
kurczaka?
Koko badał teraz daleki koniec pokoju, jedyną ścianę bez
półek. Była cała pokryta boazerią i zamykała jeden koniec
biblioteki, znajdujący się pod balkonem. Uwagę Koko zawsze
przyciągało to, co inne, a ta ściana wyglądała, jakby ktoś dorobił
ją później, psuła całą symetrię biblioteki.
- Zacznij podgrzewać zupę - powiedział Qwilleran. - Chcę
skończyć odkurzanie tej dolnej półki.
Kiedy Eddington wyszedł, Qwilleran zaczął badać ścianę,
naciskając ją pięściami. To dom przemytników, a przemytnicy
są znani z upodobania do sekretnych pokojów i podziemnych
przejść. Szukał nieregularności i ukrytych klamek. Naciskał
poszczególne panele, mając nadzieję, Ŝe znajdzie jakąś
niestabilną deseczkę. Kiedy obstukiwał ścianę, drzwi do
biblioteki otworzyły się.
- Zupa gotowa!
- Piękne panele! - powiedział Qwilleran. - JuŜ samo
dotknięcie wystarcza, Ŝeby zorientować się, Ŝe materiał, z
którego są wykonane, jest szlachetniejszy od tego, którego
uŜywają współcześnie.
Wepchnął Koko do koszyka, przepraszając za jego zapach,
chociaŜ Eddington powtarzał, Ŝe nic nie czuje, i cała trójka
poszła do kuchni na lunch.
- To niewiele, ale „musimy jeść, Ŝeby Ŝyć, i Ŝyjemy, Ŝeby
jeść". To Fielding.
- Jesteś wyjątkowo dobrze oczytany - powiedział Qwilleran. -
Podejrzewam, Ŝe więcej czytasz, niŜ odkurzasz, kiedy znikasz w
tym małym pokoiku. Jakiego rodzaju ksiąŜki są tam
przechowywane?
Twarz księgarza rozbłysła.
- Kronika Norymberska z 1493 roku, Księga Psalmów Baya w
doskonałym stanie, to pierwsza ksiąŜka wydrukowana w
angielskich koloniach w Ameryce. Jest w języku Indian.
- Ile są warte?
- Niektóre osiągają ceny pięcio - albo sześciorzędowe!
- Gdyby jedna z nich została skradziona, czy trudno byłoby ją
sprzedać? Są paserzy, którzy handlują skradzionymi ksiąŜkami?
- Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Jakiej ksiąŜki brakuje?
- Wczesnej pracy z anatomii, bardzo rzadko spotykanej.
- MoŜe ktoś z rodziny poŜyczył ją do czytania - zasugerował
Qwilleran.
- Nie wydaje mi się. Jest po łacinie.
- Zadziwia mnie twoja wiedza o ksiąŜkach, Edd. Chciałbym
pamiętać wszystko, co przeczytałem, i mieć trafny cytat na
kaŜdą okazję.
Eddington się speszył.
- Nie czytałem za wiele - wyznał. - Poszedłem za radą
Winstona Churchilla. Premier powiedział: „Niewykształcony
człowiek powinien czytać zbiory cytatów".
Po skromnym lunchu (Koko dostał kilka kęsów kurczaka z
zupy) towarzystwo wróciło do biblioteki. Eddington zamknął się
w małym pokoiku, Qwilleran wrócił do odkurzania (Tennyson,
Thackerey, Twain), a Koko podjął na nowo poszukiwania.
Cisza w bibliotece budziła jakiś nieokreślony niepokój.
Qwilleran słyszał swój oddech. Słyszał, jak Koko stąpa po
drewnianym parkiecie. Słyszał... nagłe skrzypnięcie deski
dochodzące z drugiego końca pokoju. Koko stał na tylnych
nogach, opierając przednie na panelach wyróŜniającej się
ś
ciany. Fragment boazerii poruszył się, zakołysał i otworzył.
Koko wskoczył do środka przez szparę.
Qwilleran rzucił się za kotem.
- Koko, wyłaź stamtąd! - skarcił go, ale generalny inspektor
znalazł sobie nowy cel i nie zamierzał rezygnować z tak
interesującej moŜliwości. Sprawiał wraŜenie kompletnie
głuchego. Sekretne drzwi otworzyły się na mały składzik.
Pomieszczenie nie miało okien, było duszne, ciemne, stęchłe.
Qwilleran szukał na ścianie włącznika, ale nie znalazł Ŝadnego.
W bladym świetle kandelabrów wpełzającym do pomieszczenia
widział w półmroku niewyraźne kształty naturalnej wielkości
postaci z marmuru i rzeźbionego drewna, wielkiego Buddę,
surową ceramikę pokrytą groteskowymi rysunkami, stalową
kasę pancerną i... mosięŜną trąbkę. Tę samą, której uŜywałby w
przedstawieniu Klubu Teatralnego, gdyby nie odwołano
przedstawienia. Powstrzymał się, Ŝeby nie przerwać ciszy i nie
zadąć w instrument. W ciasnym pokoju niefortunny zapach
Koko stał się bardzo wyraźny. Skradał się to tu, to tam, aŜ w
końcu jeden przedmiot przykuł jego uwagę. Była to teczka
dyplomatka. Qwilleran nauczył się nie traktować przypadkowo
odkryć Koko, więc odebrał teczkę mruczącemu kotu. Klęknął na
podłodze w plamie słabego światła, odblokował zamki,
ostroŜnie podniósł klapę i wstrzymał oddech na widok tego, co
zobaczył w środku. Dokładnie w tym momencie na otwartą
walizkę padł cień, Qwilleran podniósł głowę i spostrzegł ciemną
sylwetkę męŜczyzny stojącego w progu. MęŜczyzna trzymał w
ręku kij.
Qwilleran chwycił trąbkę i przyłoŜył ją do ust. Z instrumentu
wydobył się ogłuszający huk. MęŜczyzna przekroczył próg i
zamachnął się kijem. Qwilleran uchylił się i uderzył go trąbką.
W mroku oba ciosy chybiły celu, ale kij spadł kolejny raz i
Qwilleran dał nura. Machnął trąbką, tym razem trzymając ją
oburącz jak kij do krykieta, ale nie napotkał Ŝadnej przeszkody.
Broń na ślepo młóciła powietrze, a dwaj męŜczyźni walczyli
zapamiętale. Qwilleran oddychał cięŜko, w boku czuł ostre
kłucie, jakby od cięcia noŜem.
Kryjąc się za kasetą do przechowywania cygar w kształcie
Indianina, zaczekał na właściwy moment i zaatakował z całą
siłą. Nie trafił w męŜczyznę, ale uderzył w kij. Ku zdziwieniu
Qwillerana kij rozprysł się na drobne kawałki. Bez wahania
uderzył trąbką w głowę napastnika i męŜczyzna osunął się
oszołomiony na podłogę.
Dopiero wtedy Qwilleran mógł zobaczyć jego twarz w
pełnym świetle.
- David! - krzyknął.
Zza drzwi donośny, ale pusty głos zaryczał:
- Przestańcie albo będę strzelał!
Qwilleran zamarł na chwilę, ale zaraz podniósł do góry ręce.
Kątem oka widział broń, wycelowaną w skuloną postać leŜącą
na podłodze.
- Edd! Skąd to wytrzasnąłeś? - wypalił.
- Był w mojej torbie na zakupy - powiedział drobny
człowieczek, przyjmując na powrót swój zwykły nieśmiały ton.
Po raz pierwszy w Ŝyciu wymówił coś pełnym głosem.
- Miej go na muszce, dopóki nie wezwę policji, Edd. MoŜe
odzyskać przytomność i znów zacznie rozrabiać.
Kiedy to mówił, z cienia wyłonił się Koko. Podkradł się do
leŜącej na wznak postaci. Mruczał na potęgę, zbliŜył się do niej i
zaczął pocierać grzbietem o rozłoŜone szeroko nogi. Wdrapał
się na piersi męŜczyzny i przytknął nos do jego nosa.
MęŜczyzna drgnął i otworzył oczy. Dojrzał parę niebieskich
oczu wpatrującą się w niego, potem doleciała go woń Koko i
znowu zemdlał.
SCENA DZIESIĄTA
Miejsce: Z powrotem w mieszkaniu Qwillerana nad garaŜem
Czas: Później tego samego dnia
Nikt nie odzywał się w drodze powrotnej do Pickax. Ed-
dington przywarł do kierownicy, Qwilleran był nadal
sparaliŜowany odkryciem, którego dokonał w rezydencji, a
Koko spał w wiklinowym koszu, na samym końcu kombi,
którego wszystkie okna były całkiem otwarte.
- Dziękuję za przejaŜdŜkę, Edd. Dziękuję za smaczny lunch -
powiedział Qwilleran, kiedy przyjechali. - Nie zapomnij
poinformować adwokata o tej ksiąŜce, której brakuje.
- Och, znalazłem ją. Była na złej półce!
- CóŜ, to było podniecające popołudnie, delikatnie mówiąc.
- „Podniecenie jest pijaństwem duszy", jak ktoś powiedział.
- Hm... tak. Cieszę się, Ŝe nie musiałeś uŜywać broni.
- Ja takŜe - powiedział Eddington. - Nie była nabita.
Właśnie wtedy Qwilleran zauwaŜył na podjeździe samochód
Franceski, co mu uzmysłowiło, Ŝe to nie koniec kłopotów.
Zaniósł koszyk do garaŜu.
- Przykro mi, Koko, muszę cię tu przetrzymać do wyjścia
Franceski. Śmierdzisz padliną.
Kiedy wspinał się po schodach do swojego mieszkania, nos
podpowiedział
mu,
Ŝ
e
Yum
Yum
takŜe
potrzebuje
odświeŜającego dezodorantu, a kiedy wszedł na górę, miał
uczucie, Ŝe w krajobrazie brakuje mu jakiegoś waŜnego
elementu. Tak, w korytarzu brakowało herbu Mackintoshów. W
miejscu, gdzie stał dotąd oparty o balustradę, było pusto.
- Hej, hej! - zawołał. - Francesca, jesteś tam?
Kiedy nie było odpowiedzi, zaczął się rozglądać po
mieszkaniu. W salonie na środku podłogi leŜał cięŜki Ŝelazny
herb.
W pokoju kotów skulona w kącie siedziała niepocieszona
Yum Yum. W gabinecie mrugało czerwone światełko sekretarki.
Nacisnął guzik, odsłuchał wiadomość i błyskawicznie
oddzwonił do Franceski.
- Qwill, nigdy nie uwierzysz, co się stało! - powiedziała.
- Chciałam zamontować herb Mackintoshów na jednej z osłon
na kaloryfery, więc wzięłam go, Ŝeby zobaczyć, czy będzie
pasował. Byłam w połowie drogi przez salon, kiedy...
- Podniosłaś ten kawał Ŝelastwa?
- Nie, przetaczałam je jak hula-hoop. Przypadkiem nastąpiłam
na kota, a on zaczął wrzeszczeć jak siedem diabłów! Tak się
przeraziłam, Ŝe przetoczyłam to cholerstwo przez moją stopę!
- Wrzask Yum Yum moŜe zbudzić umarłego - przyznał.
- Mam nadzieję, Ŝe nic sobie nie zrobiłaś, Frań.
- śe nic sobie nie zrobiłam! Miałam na nogach sandały i
złamałam trzy palce! Policyjny samochód zabrał mnie do
szpitala. Tata odbierze później mój samochód. Ale, Qwill -
zapłakała - nie będę w stanie pojechać z tobą do Chicago jutro
rano!
Qwilleran wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi, które
wywołało ostry ból w boku, ale złoŜył Francesce wyrazy
współczucia i powiedział wszystkie te rzeczy, które mówi się w
podobnych okolicznościach. Potem poszedł do pokoju kotów,
podniósł Yum Yum i pogładził jej śmierdzące futerko.
- Kochana - powiedział. - Weszłaś jej pod nogi przypadkiem
czy wiedziałaś, co robisz?
Natychmiast teŜ zadzwonił do Polly, Ŝeby przypomnieć jej, Ŝe
odwozi ją jutro na lotnisko.
- Mógłbym wsiąść z tobą - dodał. - Znam kilka fajnych
restauracji w Chicago.
Spryskał koty dezodorantem i podał im koktajl krewetkowy i
Straganowa. Wtedy wyjrzał przez okno i zobaczył, Ŝe na
podjeździe stoi samochód policyjny, z którego, drzwiami od
strony pasaŜera, wysiada masywna postać. Szef, bo był to
Brodie, podszedł do samochodu Franceski z pękiem kluczy.
Qwilleran otworzył okno.
- Brodie, wejdź na górę na kawę!
Tym razem szef był bardziej przyjazny, niŜ kiedy Qwilleran
dopytywał się o morderstwo Fitchów. Wdrapał się na górę po
schodach, mówiąc:
- Mam nadzieję, Ŝe to nie ten sam napar z piekła rodem, który
mi ostatnio zaserwowałeś.
Qwilleran zamknął koty w ich pokoju, nastawił automatyczny
ekspres do kawy na pozycję „ekstra mocna" i podał szefowi
kubek.
- Jesteś w lepszym psychicznym stanie, niŜ kiedy cię ostatnio
widziałem.
- Arrgh! - zabulgotał Brodie.
- To komentarz do kawy czy do śledztwa stanowego?
- Sprawa ma juŜ konkretne zaczepienie, jak się zdaje. Więc
chyba mogę z tobą o tym rozmawiać bez pakowania się w
kłopoty. Dowody, które znalazłeś w schowku, stanowią
olbrzymi przełom, właśnie na takie dowody liczyli.
- Nie musisz mi tego powtarzać. Ale... to Koko pierwszy je
znalazł. Najpierw odkrył, jak się dostać do schowka, a potem
znalazł teczkę.
- A co, nie mówiłem ci? Mówiłem, Ŝe moglibyśmy
wykorzystać jego zdolności w policji.
- Nigdy nie wierzyłem w tę historię o gangu z Chip-munk, a
kiedy otworzyłem dyplomatkę, wiedziałem juŜ, Ŝe to rodzinna
robota. Wykoncypowałem sobie, Ŝe David zabił Harleya,
zgarnął kasę pancerną, ukrył pieniądze, biŜuterię i broń w
schowku z zamiarem odebrania ich później. To spora gotówka
jak na bankiera. Wiceprezes banku nie trzyma takich pieniędzy
w domu.
Brodie pokiwał głową.
- Do miasta przyjechali ludzie z nadzoru bankowego. Idę o
zakład, Ŝe znajdą kilka wycieków.
- Nie wiedziałem, kto mnie zaatakował w ciemnym schowku,
ale wiedziałem, Ŝe to walka na śmierć i Ŝycie. Zabił dwa razy, a
ja miałem na to dowody. Po tym, jak ogłuszyłem go trąbką jego
dziadka, zacząłem zbierać wszystko do kupy i pomyślałem:
Dlaczego David miałby zabijać swojego brata? Jaki mógł mieć
motyw? W tym momencie Koko wszedł na niego i zaczął
mruczeć jak helikopter. Kiedy obwąchiwał wąsy faceta,
powiedziałem sobie - to nie David leŜy na podłodze, to Harley.
Qwilleran zawiesił głos i pogładził z ukontentowaniem swoje
wąsy.
- Koko wyczuwa klej. Wąsy były sztuczne, przyklejone na
górną wargę.
- YOW! - z końca korytarza doszedł ich głośny dźwięk,
wyraŜający kocią satysfakcję.
- Wie, Ŝe o nim mówimy - powiedział Qwilleran.
- Więc myślisz, Ŝe znasz juŜ motyw? - zapytał Brodie.
- Jestem prawie pewien. Z tego, co usłyszałem z łańcucha
plotek w Pickax, zrekonstruowałem scenariusz. Zobaczmy, czy
twoim zdaniem to się trzyma kupy.
Scena 1: Margaret Fitch, matka manipulująca Ŝyciem swoich
synów, zachęca Davida, Ŝeby poślubił dziewczynę Harleya,
podczas gdy on sam odsiaduje karę za nieumyślne
spowodowanie śmierci.
Scena 2: Harley wraca do domu i Ŝeni się z dziewczyna o
wątpliwej reputacji, w dodatku słuŜącą, Ŝeby zranić Davida, Jill
i matkę intrygantkę.
Scena 3: Harley nadal Ŝywi gorące uczucia do Jill i odkrywa,
Ŝ
e równieŜ ona nadal go kocha. Nie mogą sobie pozwolić na
rozwody, bo Margaret trzyma całą rodzinę Ŝelazną ręką. Daje im
zasmakować luksusu, ale odcina od gotówki.
Scena 4: Jill obmyśla plan zdefraudowania pieniędzy z banku,
morderstw, zamianę toŜsamości Harleya na Davida.
Scena 5: W noc morderstwa David i Jill przyjeŜdŜają do
domu Harleya jak zwykle o szóstej trzydzieści. Harley zastrzelił
juŜ Belle i kieruje teraz broń przeciwko swojemu bratu. Potem
zamienia się z nim portfelami i biŜuterią. Goli wąsy Davida. W
tym czasie Jill inscenizuje kradzieŜ w bibliotece i w sypialni.
Pakuje do teczki pieniądze, biŜuterię i broń.
Scena 6: Fałszywe wąsy i talent aktorski Harleya nie chronią
go przed rozpoznaniem. Jego rodzice wiedzą, Ŝe nie jest bratem.
Matka dostaje śmiertelnego wylewu. Ojciec nie potrafi
udźwignąć cięŜaru wyboru, jaki przed nim stoi: poinformować
policję o tym, Ŝe jego syn zamordował brata, czy teŜ stać się
wspólnikiem po fakcie i Ŝyć dalej ze zbrodniarskim sekretem.
Scena 7: Jill i David planują zniknąć w Ameryce
Południowej, ale ich droga ewakuacyjna jest zablokowana.
Szef uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Nawet porucznik Hames nie uwierzyłby w ten kawałek o
kocie i o przyklejonych wąsach.
Kiedy wieści o konfrontacji w rezydencji Fitchów wyciekły
poza krąg zaangaŜowanych osób, poczta pantoflowa Pickax
pracowała na pełnych obrotach, a telefon Qwillerana dzwonił
bez przerwy.
- Przerabiamy okładkę jutrzejszej gazety, ale jest jedna
sprawa, która nam nie pasuje. Według Eddingtona Smitha
dostałeś w głowę kijem bejsbolowym, a on się rozpadł.
Wiedzieliśmy, Ŝe jesteś twardy, Qwill, ale nawet twoja głowa
nie jest na tyle twarda, Ŝeby rozbić kij bejsbolowy.
- To nie był kij, Arch. Zdaje się, Ŝe to była kość udowa
wielbłąda. Na wystawce z historycznymi reliktami w bibliotece
widziałem taką jedną. Byliśmy tam we dwóch, on i ja, w
ciemnym schowku, rzucaliśmy się na siebie jak Hamlet i
Laertes, tyle Ŝe oni mieli rapiery, a my dysponowaliśmy tylko
kością i mosięŜną trąbką. Musieliśmy wyglądać jak para
klownów. Kiedy grzmotnąłem trąbką w tę kość i ona rozsypała
się na kawałki, to zdałem sobie sprawę, Ŝe była z gipsu. Amanda
mówi, Ŝe ten dom jest pełen kopii i podróbek.
Następna zadzwoniła właśnie Amanda.
- Cały ten syf nie zdarzyłby się, gdyby ta rodzina nie była tak
cholernie skąpa i tak fałszywa, pod kaŜdym względem! Pani i
pan Doskonali, tak im się zdawało! Cały okręg dał się na to
nabrać - zawarczała jak zwykle.
Zadzwonił teŜ Gary Pratt.
- Jezu! Cieszę się, Ŝe juŜ po wszystkim. Prawdopodobnie
wiedziałem o Harleyu więcej niŜ ktokolwiek inny, tyle czasu
razem Ŝeglowaliśmy. Po powrocie z pudła był przepełniony
nienawiścią, nie mógł wybaczyć Davidowi, Ŝe ukradł mu jego
kobietę.
Wiadomość od Pete'a Parrotta była zwięzła:
- Mam nadzieję, Ŝe ten s...syn dostanie to, na co zasługuje!
Roger MacGillivray, autor wyczerpującego artykułu o
morderstwach, powiedział:
- Wiesz, Qwill, jeśli to prawda, Ŝe Jill to wszystko
zaplanowała, to jej scenariusz był idealny, aŜ za idealny. Cała ta
historia
z
awarią,
z
hydraulikiem...
z
samochodem
odjeŜdŜającym szybko polną drogą, który wzbijał tumany
kurzu... To bardzo przekonujące szczegóły.
Ostatnia zadzwoniła Polly Duncan.
- Twój telefon był zajęty przez cały wieczór, Qwill. Czy to, co
mówią, to wszystko prawda? Skąd wiedziałeś, Ŝe to Harley, a
nie David?
- To się zaczęło na moim przyjęciu urodzinowym. Koko
okazywał ciągłe zainteresowanie Harleyem, zdawało nam się, Ŝe
bardzo go polubił. Potem tak samo zachowywał się w stosunku
do Eddingtona Smitha i Wallyego Toddwhistlea, a na koniec do
mojego tapeciarza. Ta teoria moŜe brzmieć niewiarygodnie,
ale... wszyscy ci męŜczyźni pracują regularnie z substancjami
klejącymi. A koko jest fanatykiem kleju. Kiedy zobaczył
modele statków Harleya, wspiął się na tylne nogi jak kot
Mackintoshów. Więc kiedy w bibliotece Fitchów okazał takie
zainteresowanie męŜczyzną leŜącym na podłodze, wiedziałem,
Ŝ
e to nie jest David.
Później tego wieczoru, kiedy pociąg towarowy zagwizdał,
przejeŜdŜając przez północną część miasta, Qwilleran rozsiadł
się na sofie i rozmyślał nad wydarzeniami z ostatnich dwóch
tygodni. Yum Yum spała na jego piersiach, a Koko balansował
na oparciu kanapy.
- Dlaczego tak cię interesowały historie morskie? Dlaczego
przekręcałeś ciągle obraz łodzi patrolowej? Czy wyczułeś
toŜsamość mordercy? Chciałeś skierować moją uwagę na
Ŝ
eglarza i budowniczego modeli statków?
Koko otworzył szeroko pyszczek i ziewnął, pokazując
wszystkie zęby i róŜowe podniebienie. Była druga trzydzieści w
nocy, a on miał za sobą intensywny dzień.
- Czy to przypadek, Ŝe oboje z Yum Yum udawaliście
podpórki do ksiąŜek? Czy chcieliście wskazać w ten sposób na
bliźniaki?
Koko przymruŜył śpiąco oczy. Przysiadł na tylnych łapach,
ale kołysał się na boki. Prawie nie spadł z sofy do tyłu.
- Ty łobuzie! Udajesz, Ŝe nie masz najmniejszego pojęcia, o
czym mówię - powiedział Qwilleran. - Spróbujemy jeszcze raz...
Chcesz indyka?
Jak za dotknięciem róŜdŜki Koko otworzył szeroko oczy, a
Yum Yum podniosła gwałtownie głowę. Jak na rozkaz
zeskoczyły na podłogę, skrzecząc i miaucząc, pobiegły do
lodówki, gdzie czekały na Qwillerana w identycznych pozach,
jak bliźniaki, wpatrując się w rączkę na drzwiach chłodziarki.
EPILOG
OskarŜyciel stara się o przeniesienie śledztwa w sprawie
Harleya i Jill do innej prokuratury, obawiając się, Ŝe w Moose
County nie będzie moŜliwości znalezienia obiektywnego składu
ławy przysięgłych. Mieszkańcy okręgu pozostają bowiem pod
niesłabnącym wpływem uroku rodziny Fitchów.
Jill postanowiła współpracować z policją, Ŝeby ratować
własną skórę. Zeznała, Ŝe włamali się do kliniki dentystycznej,
Ŝ
eby zniszczyć karty i zdjęcia bliźniaków.
Qwilleran nie zatrudnia juŜ Franceski Brodie, aYum Yum
wróciła do schludnych toaletowych zwyczajów.
Syjamczyki za pomocą swoich róŜowych języczków zlizały z
siebie wspomnienie spotkania z biało-czarną kicią z drogi
Ittibittiwassee.
Qwilleran czyta kotom na głos Moby Dicka, a weekendy
spędza z Polly Duncan w jej przytulnym wiejskim domku.
Teatr Klingenschoenów rozpocznie sezon oryginalną rewią
napisaną przez Qwillerana i Hixie Rice.
Pewnym przebojem przedstawienia będzie z pewnością
piosenka Zostawiłem swe serce w Pickax City.
Koko uczy się, jak wyłączać telewizor.
KURTYNA