background image

Kot

, który

znał

 

kardynała

Lilian Jackson Braun

background image

tom 12.

Kot który, znał kardynała

Przełożył Tomasz Rosiński

background image

Tytuł oryginalny serii: The Cat Who... series!

Tytuł oryginału: The Cat Who Knew A Cardinal

Tłumaczenie z oryginału: Tomasz Rosiński

Projekt okładki: Aleksandra Mikulska

Korekta: Maciej Korbasiński

Skład: Elipsa Sp. z o.o.

Copyright © 1966 by Lilian Jackson Braun

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

ISBN 978-83-61226-52-9

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38 22

Printed in EU

INFORMACJE (O 22) 624 16 07

(od pn. do pt. w godz. 9.00-17.00)

background image

Dedykuję tę książkę Earlowi Bettingerowi,

mężowi, który...

background image

Spis treści

Spis treści

 

                                                                                                                                                

 

 

...............................................................................................................................................

 

 5  

Rozdział pierwszy

 

                                                                                                                                   

 

 

..................................................................................................................................

 

 6  

Rozdział drugi

 

                                                                                                                                       

 

 

......................................................................................................................................

 

 24

   

Rozdział trzeci

 

                                                                                                                                       

 

 

......................................................................................................................................

 

 44

   

Rozdział czwarty

 

                                                                                                                                   

 

 

..................................................................................................................................

 

 54

   

Rozdział piąty

 

                                                                                                                                        

 

 

.......................................................................................................................................

 

 67

   

Rozdział szósty

 

                                                                                                                                      

 

 

.....................................................................................................................................

 

 79

   

Rozdział siódmy

 

                                                                                                                                    

 

 

...................................................................................................................................

 

 90

   

Rozdział ósmy

 

                                                                                                                                       

 

 

......................................................................................................................................

 

 97

   

Rozdział dziewiąty

 

                                                                                                                              

 

 

.............................................................................................................................

 

 111

   

Rozdział dziesiąty

 

                                                                                                                                

 

 

...............................................................................................................................

 

 126

   

Rozdział jedenasty

 

                                                                                                                               

 

 

..............................................................................................................................

 

 137

   

Rozdział dwunasty

 

                                                                                                                               

 

 

..............................................................................................................................

 

 150

   

Rozdział trzynasty

 

                                                                                                                               

 

 

..............................................................................................................................

 

 160

   

Rozdział czternasty

 

                                                                                                                              

 

 

.............................................................................................................................

 

 175

   

background image

Rozdział pierwszy

Wszystko wskazywało na to, że wrzesień upłynie spokojnie w Moose County, tym raju dla 

letników położonym  o czterysta mil na północ od wszystkiego. Po Święcie Pracy turyści 

powrócili   do   miejskiego   zgiełku   Nizin;   zakończył   się   sezon   meszek,   dzieci   ku   swemu 

ubolewaniu zaczęły chodzić do szkoły i życie codzienne znów przybrało swe normalne, senne 

tempo.   Jednak   tego   roku   sjesta   trwała   krótko.   Nie   minął   tydzień,   a   prowincjonalną 

społecznością wstrząsnęła wieść o „zbrodni w sadzie”, jak nazwała to wydarzenie lokalna 

gazeta.

Nim do niej doszło, w stolicy okręgu, Pickax (trzy tysiące mieszkańców), plotkarze 

mówili tylko o jednym: Jim Qwilleran, dziennikarz do pewnego stopnia na emeryturze oraz 

pełną gębą dziedzic ogromnej fortuny Klingenschoenów, zamieszkał w szopie! W dawnym 

składzie jabłek! Oczywiście - mieszkańcy miasteczka wzruszali ramionami i kręcili głowami - 

jasne,   że   pan   Q   może   sobie   pozwolić   na   różne   wyskoki,   w   końcu   jest   najbogatszym 

człowiekiem w tej okolicy i słynie z działalności filantropijnej.

- Lepiej w szopie niż w chlewie - podśmiewali się z niego, gawędząc nad kubkami 

kawy w miejscowych knajpach. W ciągu czterech lat zdążyli się już przyzwyczaić do widoku 

ogromniastych wąsów pana Q, zwisających nieco melancholijnie, i przestali zastanawiać się, 

dlaczego  u licha nazwisko Qwilleran  pisze się przez „w”. Większość pogodziła też się z 

faktem,   że   ten   rozwodnik   „w   kwiecie   wieku”   nie   zamierza   powtórnie   się   ożenić,   a 

towarzyszami jego życia są dwa koty.

Sprawa przedstawiała się następująco: po dwudziestu pięciu latach uganiania się za 

prasowymi sensacjami w stolicach Stanów Zjednoczonych i Europy, Qwilleran uległ pokusie 

życia na wsi. Do różnego rodzaju szop zawsze miał słabość, szczególnie zaś zainteresowała 

go pewna zaliczająca się do tej kategorii budowla powstała na planie ośmiokąta mieszcząca 

się na włościach  Klingenschoenów. Stuletnie  fundamenty z kamienia  polnego były  wciąż 

nietknięte, natomiast pod wpływem  deszczu i wiatru pokrywający budynek  gont przybrał 

kolor srebrzystoszary. Majestatyczna budowla wysokości trzypiętrowego domu wznosiła się 

background image

nad polem groteskowych szkieletów - żałosnej pozostałości wydającego ongiś obfite plony 

sadu jabłkowego. Teraz interesowały się nią jedynie ptaki, wśród których jeden wyróżniał się 

wydawanymi przez siebie odgłosami, a mianowicie ciekawskim: „kto to? kto to? kto to?”

Qwilleran natknął się na ową szopę, snując się po posiadłości Klingenschoenów, a był 

to teren niemały, rozciągał się bowiem od głównej ulicy Pickax aż po Trevelyan Road, a obie 

te ulice dzieliła odległość wynosząca niemal pół mili. Ruiny rodowej siedziby sławetnych 

Klingenschoenów znajdującej się przy Main Street zostały przekształcone w teatr, a ogrody 

znajdujące się na jej tyłach poświęcono, by stworzyć tam parking dla widzów. Za wysokim 

ozdobnym   płotem   z   kutego   żelaza   rozpoczynał   się   las,   w   którym   właśnie   skrywała   się 

wspomniana szopa i sad. Dalej do Trevelyan Road prowadziła tylko bita droga wijąca się 

pośród pastwisk i fundamentów domów zamieszkiwanych dawno temu przez pracowników 

najemnych. Jeśli ktokolwiek w ogóle pamiętał o istnieniu tej drogi, posługiwał się nazwą 

Trevelyan Trail. Na jej końcu ustawiono skrzynkę na listy, taką jaką widuje się często na wsi, 

tylko dużo większą. Aby wiadomo było, do kogo należy, zdobiła ją wielka litera „Q”.

W swej przeszłości szopa pełniła rolę magazynu jabłek, ponadto produkowano tam 

cydr i masło jabłkowe. Jednak gdy Qwilleran wszedł w jej posiadanie, w dawnym składzie 

pozostało   już   tylko   mnóstwo   wolnego   miejsca,   wznoszącego   się   jak   w   katedrze   aż   po 

oktagonalny dach. Aby dało się w nim zamieszkać, trzeba było przeprowadzić intensywną 

renowację budynku,  jednak kiedy pan Q wprowadził się wreszcie do nowego domostwa, 

stwierdził   z   przyjemnością,   że   w   ciepłe   i   wilgotne   dni   jego   ściany   wciąż   emanowały 

aromatem jonatanów oraz koszteli.

Takiego właśnie wilgotnego i ciepłego jesiennego dnia - ściśle rzecz biorąc, był to 

dziesiąty września - podopieczni  Qwillerana  węszyli  z ożywieniem,  wciągając w nozdrza 

nowy, interesujący zapach. Była to para kotów syjamskich; wnętrze szopy w znacznej mierze 

zostało zaprojektowane z myślą o ich potrzebach. Były tam więc pnące się wzdłuż ścian 

rampy i przejścia oraz antresole umiejscowione na trzech poziomach, co wraz z systemem 

potężnych belek podtrzymujących konstrukcję dachu stwarzało idealne warunki do dzikich 

gonitw,   szalonych   susów   i   niebezpiecznych   zapasów   na   skraju   dziesiecio-   czy 

dwunastometrowej   przepaści.   Gdy   znajdowały   się   w   nastroju   bardziej   sprzyjającym 

kontemplacji, mogły korzystać z wielkich okien umożliwiających obserwację przelatujących 

ptaków, spadających liści czy źdźbeł trawy tańczących na wietrze w sadzie.

Qwilleran,   który   mieszkał   dwa   lata   w   ciasnym   apartamencie   nad   garażem 

Klingenschoenów,   był   zachwycony   obfitością   przestrzeni,   jaką   zapewniała   mu   ta   nowa 

rezydencja. Był mężczyzną dość potężnej postury, a gdy przekroczył pięćdziesiątkę, zaczął 

background image

bardziej niż przedtem doceniać komfortowe życie, przy czym szerokie bary i długie nogi nie 

predestynowały go do zasiedlania ciasnych wnętrz. Tego ciepłego i wilgotnego sobotniego 

wieczoru   przechadzał   się   z   upodobaniem   po   swym   nowym   domostwie,   ciesząc   się 

przestrzenią tudzież widokiem galeryjek pnących się ku górze. Co jakiś czas z satysfakcją 

gładził   szpakowate,   sumiaste   wąsy.   Przez   okna   do   wnętrza   wpadały   ostatnie   promienie 

słońca;   okna   zaś   były   wysokie   i   trójkątne,   co   wynikało   z   chęci   zachowania   oryginalnej 

konstrukcji nośnej budynku.

-   Tym   razem   osiądziemy   na   dobre   -   oznajmił   kotom,   które   podążały   za   nim, 

bezgłośnie stawiając długie, szczupłe nogi. - Tutaj jest nasze miejsce na ziemi! - cała trójka 

zaliczyła już niejeden adres. Pod niektórymi było im bardzo dobrze, pod niektórymi... wręcz 

przeciwnie. - To była nasza ostatnia przeprowadzka, pewnie się cieszycie?

- Miau! - odpowiedział Koko; niezbyt głośno, ale i tak w jego wypowiedzi można było 

dosłyszeć niedowierzanie.

Qwilleran przyjął za zasadę, żeby rozmawiać ze swoimi kotami, i przynajmniej Koko 

reagował na to tak, jakby rozumiał każde słowo.

- Wszystko to zawdzięczamy Dennisowi - mówił dalej Qwilleran. - Chciałbym tylko, 

żeby pani Cobb mogła zobaczyć nasz dom - zaśmiał się na wspomnienie byłej gospodyni. - 

Byłaby różowiutka ze szczęścia, nie uważacie?

- Yow! - w głosie Koko pobrzmiewał odcień żalu, najwyraźniej pamiętał doskonałe 

klopsiki pani Cobb.

Podczas   renowacji   siedziby   Qwillerana   funkcję   projektanta   i   inżyniera   pełnił   syn 

dawnej   gospodyni.   Nazywał   się   Dennis   Hough   (co   wymawiało   się   jak   „Huff”),   a   jego 

przybycie   z   St.   Louis   do   Pickax   wywołało   sensację,   po   czemu   były   aż   trzy   przyczyny: 

niezwykła koncepcja i wykonanie przebudowy oktagonalnej szopy; fantazyjna nazwa, jaką 

budowniczy nadał swojej firmie, która zachwyciła miejscowych, oraz niezwykły wpływ, jaki 

osoba Dennisa wywierała na zamieszkujące Moose County niewiasty. To Qwilleran namówił 

Dennisa   Hougha,   by   się   tu   przeniósł,   zapewniając   mu   pierwsze   zlecenie   w   postaci 

przebudowy szopy i kredyt z fundacji Klingenschoenów - na rozpoczęcie działalności.

W ten spokojny sobotni wieczór trójka mieszkańców  szopy wspięła  się na podest 

biegnący wysoko pod dachem i Qwilleran rozkoszował się widokiem z lotu ptaka na swój 

wygodnie urządzony parter, kiedy przenikliwy głos Yum Yum, czyli kotki, oznajmił mu, że 

są rzeczy ważniejsze od architektury, a mianowicie jedzenie.

-   O,   przepraszam   -   rzucił   okiem   na   zegarek.   -   Rzeczywiście,   robi   się   już   późno. 

Chodźmy na dół, zobaczymy, co jest w lodówce.

background image

Syjamczyki wykonały w tył zwrot i zbiegły po rampie, ramię w ramię - aż do dolnej 

antresoli. Stamtąd dały susa, sfruwając na parter niczym dwie latające wiewiórki, lądując na 

poduszkach fotela, które wydały przy tym miękki odgłos. Skrót ten odkryły niemal od razu. 

Qwilleran   obrał   jednak   bardziej   konwencjonalną   drogę   i   zszedł   do   kuchni   po   krętych 

metalowych schodkach.

Choć już od wielu lat wiódł życie starego kawalera, nigdy nie nauczył się gotować 

nawet   najprostszych   potraw.  Jego  umiejętności   kulinarne   ograniczały   się  do  odgrzewania 

mrożonek oraz parzenia kawy. Wrzucił więc i teraz do gotującej się wody dwa mrożone 

odnóża   alaskiego   kraba   królewskiego,   następnie   oddzielił   starannie   mięso   od   skorupek, 

posiekał je i estetycznie ułożył. Koty nieufnie obeszły dookoła talerzyk stojący na podłodze - 

najpierw zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, potem w kierunku przeciwnym - 

nim zdecydowały się skosztować potrawy.

- O ile dobrze zrozumiałem, miałyście dziś ochotę raczej na pierś kurczaka lub bażanta 

- stwierdził Qwilleran.

Traktował je w ten sposób, bo stanowiły bardzo istotne dwie trzecie jego życia. Poza 

nimi nie miał rodziny. Yum Yum była przeuroczą kotką, która lubiła sadowić mu się na 

kolanach i wyciągać łapkę do jego wąsów; Koko był zwierzęciem obdarzonym niezwykłą 

inteligencją, a jego naturalne kocie instynkty osiągnęły poziom zdolności paranormalnych. 

Yum Yum wiedziała doskonale, kiedy Qwilleran włożył na siebie coś nowego albo podał 

jedzenie na innym talerzyku niż zwykle, jednak ruchliwy nosek i najeżone wąsy Koko były w 

stanie wyczuć grożące niebezpieczeństwo i odkrywać skrzętnie skrywane tajemnice.

Yum Yum miała też skłonność do kradzieży, co w szczególności dotyczyło małych, 

lecz znaczących przedmiotów; Qwilleran jednak był przekonany, że czyniła to za sprawą i 

poduszczeniem Koko. Tak czy inaczej, razem stanowili zgraną parę kocich łobuzów.

„Małe szatany! - tak określił je niedawno podczas rozmowy ze swoją przyjaciółką, 

Polly.  - Chyba na użytek  Moose County postanowiły wcielić się w rolę Mungojerriego i 

Pumpernikla z Kotów”.

Gdy   koty   bez   entuzjazmu   posilały   się   krabem,   Qwilleran   obserwował   pełną 

dezaprobaty posturę ich beżowopłowych postaci, krytycznie przekrzywione brązowe uszka i 

wyrzut wyrażający się stosownym ułożeniem ogonów. Od dawna uważnie studiował kocią 

mowę ciała, ostatnio zwracając szczególną uwagę właśnie na „ogonomowę”. Z zamyślenia 

wyrwał   go   dzwonek   telefonu,   jednak   po   drugiej   stronie   nikt   się   nie   odezwał.   Wzruszył 

ramionami i zabrał się do odmrażania potrawki z wołowiny na swój własny użytek.

background image

Najczęściej   w   sobotnie   wieczory   spożywał   kolację   w   „Old   Stone   Mill”,   a 

towarzyszyła mu Polly Duncan, kierowniczka biblioteki w Pickax i najważniejsza kobieta w 

jego życiu. Tego dnia jednak nie było jej w mieście. Przełknął kolację, nie zwracając uwagi 

na smak, a następnie udał się do gabinetu, by napisać kolejny tekst do redagowanej przez 

siebie w lokalnej gazecie rubryki „Piórkiem Qwilla”. Tematem artykułu był zdumiewający 

sukces pewnego artystycznego eksperymentu. Właśnie tego wieczoru Klub Teatralny dawał 

ostatnie przedstawienie dramatu Sławna historia żywota króla Henryka VIII. Dobór sztuki 

uznano za nader kontrowersyjny. Nawet najzagorzalsi miłośnicy Szekspira przepowiadali, że 

więcej będzie osób na scenie niż na widowni. A jednak przedstawienie utrzymało  się na 

afiszu najdłużej w historii tutejszego teatru: pokazano je dwunastokrotnie w ciągu czterech 

weekendów, przy czym za każdym razem prawie wszystkie miejsca na widowni były zajęte.

Qwilleran był obecny na premierze w towarzystwie Polly Duncan, siedział w piątym 

rzędzie przy przejściu, następnie z czystym sumieniem napisał bardzo pochlebną recenzję. 

Teraz, kiedy wiadomo  już było, ile biletów się sprzedało, stworzył  tekst podsumowujący 

wydarzenie, w którym wychwalał publiczność za to, że potrafiła docenić poważny dramat 

oraz   wykonawców   z   małego   miasteczka,   którzy   z   powodzeniem   wcielili   się   w 

szesnastowiecznych angielskich arystokratów. Nie przypadkiem postać reżysera pojawiła się 

dopiero na szarym końcu, w ostatnim akapicie. Hilary VanBrook uraził dziennikarską dumę 

Qwillerana,   odmawiając   mu   zgody   na  zamieszczenie   swojego   naszkicowanego   „piórkiem 

Qwilla”   portretu   w   gazecie.   Tymczasem   każdy   inny   mieszkaniec   Pickax   uważałby   taką 

możliwość   za   coś  w  rodzaju   wygranej   na  loterii.   Teraz   dziennikarz   miał   ostatnie   słowo, 

umieszczając nazwisko VanBrooka w ostatnich zdaniach swojego artykułu.

Zadowolony   z   rezultatu   Qwilleran   przyrządził   sobie   filiżankę   kawy   za   pomocą 

skomputeryzowanego   ekspresu   i   odmroził   pączka,   zamierzając   poświęcić   się   relaksowi   z 

okazyjnie kupioną książką. Qwilleran z natury nie należał do osób rozrzutnych i również gdy 

jego   status   finansowy   radykalnie   się   zmienił,   zachował   wiele   ze   swych   dawnych, 

oszczędnych nawyków. Jeździł używanym samochodem, tankował na samoobsługowej stacji 

benzynowej,   krzywił   się   na   widok   wygórowanych   cen   i   starał   się   kupować   książki   w 

antykwariatach oraz na wyprzedażach.

Przebrał się w piżamę, na którą narzucił stary, wygodny szlafrok, przyłożył zapałkę do 

suchych gałązek i polan na kominku... i już miał się usadowić wygodnie w wielkim fotelu, 

kiedy telefon znów zadzwonił. Również tym razem usłyszał trzask pospiesznie odkładanej 

słuchawki, a potem sygnał. Jednak teraz zaczął już się zastanawiać: w wielkich miastach, 

które   poznał,   mieszkając   i   pracując   na   Nizinach,   należałoby   obawiać   się   włamywacza 

background image

sprawdzającego z budki na rogu, czy ktoś jest w domu. W Moose County włamania zdarzały 

się niezwykle rzadko, toteż przypuszczał, że głuche telefony są jedynie przejawem czyjegoś 

wścibstwa. Jabłkowa szopa Qwillerana wywołała prawdziwą sensację w okolicy;  do tego 

stopnia,   że   po   jego   włościach   wciąż   ktoś   się   kręcił   i   próbował   zaglądać   przez   okna. 

Dodatkowego posmaku całej sprawie nadawał fakt, że w latach dwudziestych na belkach pod 

sufitem powiesił się w niej pewien sadownik.

Zapominając   o   telefonie,   zasiadł   wygodnie   w   fotelu,   kładąc   nogi   na   otomanie. 

Syjamczyki stawiły się również, gotowe na sesję lektury. Często czytał im na głos. Wyraźnie 

lubiły go słuchać i nie sprawiało im większej różnicy, czy są to wiersze Walta Whitmana z 

wyświechtanego   tomiku,   czy   też   wyniki   rozgrywek   pierwszoligowych   z   nizinnych   gazet. 

Qwilleran dysponował mocnym głosem, zyskał też niemało podczas lekcji emisji podczas 

studiów, a do tego dochodziła jeszcze znakomita akustyka szopy.

Gdy   otworzył   Ptaki   Ameryki   Audubona   -   tanią   edycję   dziewiętnastowiecznego 

bestsellera   -   jego   dwuosobowa   publiczność   ułożyła   się   wygodnie,   tworząc   dwa   uważnie 

wsłuchane kłębki. Yum Yum znajdowała się na kolanach Qwillerana, a Koko na bocznym 

oparciu fotela. Ornitologia nigdy szczególnie Qwillerana nie interesowała, ostatnio jednak 

Polly podarowała mu  na urodziny lornetkę,  wyraźnie  pragnąc go zachęcić  do wspólnych 

obserwacji ptaków. Co więcej, książka z ponad dwustu kolorowymi ilustracjami za dolara - 

takiej okazji nie sposób było się oprzeć.

- Głównie są tu obrazki - oznajmił wsłuchanym zwierzakom, przerzucając stronice. - 

Kto   wymyśla   takie   dziwaczne   nazwy   ptaków?   Bak   amerykański...   głuptak...   zausznik... 

lodówka... wilgowron żaglosterny! Przecież to brzmi absurdalnie, prawda?

- Yow - zgodził się z nim Koko.

-   Popatrzcie   na   tego   przystojniaka!   To   wasz   przyjaciel,   kardynał.   Z   książki 

dowiadujemy się, że zamieszkuje zarośla i krzewy oraz ogrody, i spotykany jest daleko na 

północy, nawet w Kanadzie.

Koko,   który   już   na   Nizinach   był   wytrawnym   obserwatorem   gołębi,   spędzał   teraz 

każdego   dnia   całe   godziny   przy   oknach   wszystkich   poziomów   szopy-rezydencji,   śledząc 

ptaszki, których całe mnóstwo kręciło się po opuszczonym sadzie. Ostatnio zawarł znajomość 

z gościem wyróżniającym się czerwonym upierzeniem, królewską koroną i patrycjuszowskim 

dziobem, który wciąż pogwizdywał pytająco: „kto to?”

Gdy Qwilleran przewrócił stronę i oczom jego ukazał się wizerunek łuszczą strojnego, 

oba koty ożywiły się nagle, odwracając głowy w stronę drzwi wejściowych. Qwilleran także 

zaczął nasłuchiwać. Z oddali dobiegał groźny pomruk, jakby przez sad nadciągała kolumna 

background image

czołgów, po chwili dostrzegł światła zbliżające się do szopy. Zerwał się z fotela i włączył 

lampy na dziedzińcu. Ujrzał samochody jadące jeden za drugim Trevelyan Trail - pojazdy 

kołysały się na wybojach gruntowej drogi i manewrowały, starając się ominąć co większe 

wyrwy, ale zbliżały się nieuchronnie.

- Cóż to takiego, u licha? - zdziwił się, przygładzając wąsy. - Jakaś inwazja?

Zaniepokojony ton jego głosu sprawił, że oba koty znikły bezszelestnie - nie miały 

przecież zamiaru znaleźć się na linii ognia.

Jeden  po   drugim   pojazdy  pojawiały  się   u  wylotu   drogi,   by  następnie   zaparkować 

pośród wysokich traw rosnących między starymi jabłoniami. Gasły światła, ciemne sylwetki 

wysiadały z samochodów i półciężarówek, kierując się gromadnie w stronę szopy. Dopiero 

gdy   pierwsze   sylwetki   znalazły   się   w   kręgu   światła   latarni,   Qwilleran   rozpoznał   je   jako 

aktorów i inne osoby związane  z przedstawieniem  Henryk  VIII. Nieśli sześciopaki piwa, 

turystyczne lodówki, brązowe torby z papieru i pudełka z pizzami.

W   pierwszej   chwili   pomyślał:   A   niech   to!   Przyłapali   mnie   w   piżamie   i   starym 

szlafroku!   Zaraz   potem   uprzytomnił   sobie,   że   i   oni   wyglądają   jak   jacyś   włóczędzy.   I 

rzeczywiście, wszyscy ubrani byli w stroje co najmniej robocze: wytarte dżinsy, spłowiałe 

bluzy,  sprane spódnice, wyciągnięte  swetry i znoszone buty - jakby dla kontrastu wobec 

dworskich strojów, w których paradowali jeszcze godzinę temu.

- Postanowiliśmy urządzić ci parapetówę! - zawołali na widok Qwillerana stojącego w 

drzwiach. Sięgnął za framugę do głównego włącznika uruchamiającego iluminację całego 

wnętrza. Skierowane w dół i w górę reflektory ukryte  były za belkami i pod podestami. 

Odsunął się, by wpuścić gości do środka. Zmieścili się wszyscy bez trudu - cała czterdziestka!

Otworzyli szeroko oczy ze zdumienia i pootwierali usta, a mieli po temu wszelkie 

powody. Ściany parteru zbudowane były z kamieni połączonych zaprawą, której jednak nie 

było widać, toteż oryginalna podstawa budynku tworzyła wewnątrz atmosferę groty. Nad ich 

głowami   przebiegały   potężne   sosnowe   belki,   niektóre   z   nich   szerokości   trzydziestu 

centymetrów.  Odświeżono   je,  przywracając   im  ich  dawny miodowy  kolor;  kontrastowały 

teraz łagodnie ze świeżo otynkowanymi ścianami pomalowanymi na biało. Pośrodku wznosił 

się   nowoczesny  kominek,   wielki  biały  kubik   z  trzema  grubymi,  pomalowanymi   na  biało 

rurami ciągnącymi się aż do środka dachu.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów członkowie Klubu Teatralnego z Pickax 

oniemieli. Przechadzali się po parterze jak w transie, spoglądając ku górze na belki i podpory, 

a   potem   w   dół   na   ceramiczną   posadzkę,   i   rozglądali   się   dookoła,   podziwiając   meble 

background image

ustawione   na   marokańskich   dywanach.   Aż   wreszcie   wszyscy   przyszli   do   siebie   i   zaczęli 

mówić wszyscy naraz.

- Qwill, ty naprawdę tutaj mieszkasz?

- Nie do wiary!

- Nieźle, naprawdę nieźle! Musiało kosztować majątek!

- To wszystko zaprojektował Dennis? Prawdziwy geniusz!

- Człowieku, przecież tu starczy miejsca na trzy fortepiany i dwa stoły bilardowe.

- Patrzcie na te belki! Teraz już nie robią takich drzew.

- W sam raz, żeby się powiesić.

- Qwill, mój drogi, to powalające! Nie potrzebujesz sublokatorki?

Qwilleran   przy   różnych   okazjach   poznał   ich   wszystkich,   a   niektórzy   byli   jego 

ulubionymi znajomymi z Pickax:

Na przykład Larry Lanspeak, właściciel tutejszego domu towarowego. Chciał grać 

kardynała Wolseya, w końcu jednak otrzymał rolę króla Henryka, a że był drobnej budowy, 

jego kostium trzeba było wypchać, aby aktor nabrał majestatycznego wyglądu - jak przystało 

na dobrze odżywionego monarchę.

Fran Brodie, projektantka wnętrz, a także córka komendanta policji. Ubiegała się o 

rolę królowej Katarzyny, obsadzono ją jednak jako piękną Annę Boleyn. Zdaniem Qwillerana 

był to strzał w dziesiątkę. Podczas sceny koronacji nie mógł od niej oderwać oczu i obawiał 

się, że Polly zauważy jego przyspieszony oddech.

Carol   Lanspeak,   przewodnicząca   klubu,   zaprzyjaźniona   ze   wszystkimi.   Także   ona 

pragnęła zostać królową Katarzyną i była głęboko rozczarowana, kiedy reżyser, VanBrook, 

obrał ją za swoją asystentkę i jedynie dublerkę królowej.

Susan   Exbridge,   ostatnio   rozwiedziona,   zajmująca   się   handlem   antykami.   Nie 

wyglądała na swoje czterdzieści lat i wprost marzyła o roli Anny Boleyn. Była wściekła, 

kiedy reżyser obsadził ją jako Starą Damę, jednak jej gniew szybko minął, zorientowała się 

bowiem, że postać owa wygłasza kilka kwestii, które mogą zrobić prawdziwą furorę.

Derek Cuttlebrink, pomocnik kelnera w „Old Stone Mill”. Grał w przedstawieniu aż 

pięć ogonów i robił spore wrażenie - nie ze względu na zdolności aktorskie, lecz z powodu 

tykowatej postury. Miał już metr dziewięćdziesiąt dziewięć i nadal rósł. Gdy tylko pojawiał 

się na scenie w stroju kolejnych postaci, po widowni przechodził szept: „O, to znowu on”.

Dennis Hough, budowniczy, niedawno przybyły do miasta. On także pragnął zagrać 

kardynała Wolseya, musiał jednak zadowolić się pomniejszą rolą. Tym niemniej jako książę 

background image

Buckingham niesłusznie skazany na śmierć wygłaszał mowę pożegnalną, która co wieczór 

doprowadzała widzów do łez.

Eddington Smith, bukinista. Ten nieśmiały staruszek grał kardynała Campeiusa, choć 

nikt   nie   był   w   stanie   dosłyszeć   jego   kwestii.   Nie   miało   to   jednak   znaczenia,   jako   że 

najważniejsze padały z ust kardynała Wolseya.

Hixie   Rice,   kierowniczka   działu   reklamy   tutejszej   gazety.   Ze   względu   na   swoje 

kwalifikacje i kontakty podjęła się sprzedaży reklam w programie przedstawienia. Zyskała w 

ten sposób dość pieniędzy, by pokryć koszty wspaniałych dworskich kostiumów.

Wally   Toddwhistle,   utalentowany   młody   taksidermista.   Tworzył   dla   Klubu 

Teatralnego scenografie, a przy Henryku VIII dokonał cudów za pomocą starych desek, farby 

w spreju i prześcieradeł.

Obecny   był   również   reżyser,   Hilary   VanBrook,   który   przechadzał   się   samotnie   i 

odzywał się niewiele lub zgoła wcale. Cała reszta była  podekscytowana doświadczeniami 

ostatniego przedstawienia: owacją na stojąco, kwiatami i powszechną ulgą, że wreszcie już 

jest po wszystkim. Teraz trzeba było odreagować stres, co wiązało się ze sporym hałasem. 

Koty spoglądały na tłumek z wysokiego podestu i poruszały noskami, rozpoznając zapachy 

sera,  pepperoni  i  anchois  unoszące  się  ku  górze.  Wszyscy  aktorzy byli   głodni  jak  wilki. 

Pochłonęli pizzę, popijając ją zimnymi napojami i mocnym naparem ze skomputeryzowanego 

ekspresu Qwillerana, cały czas nie przestając gadać:

- Coś się komuś pomyliło i musiałam wypowiedzieć swoją kwestię w ciemnościach! 

Mogłabym zabić tego palanta od reflektorów!

- Dziś podczas wizji Katarzyny anioły upuściły jej girlandę na głowę. Myślałam, że 

nie wytrzymam i wybuchnę śmiechem.

- Podczas ostatniego przedstawienia wszystko się sypie, ale widownia i tak tego nie 

zauważa.

- Pamiętacie, podczas procesji zawsze nieśliśmy złote berło, a dzisiaj za cholerę nikt 

nie był w stanie go znaleźć!

- Przynajmniej akurat dziś nikt nie nadepnął na mój welon. Dzięki Bogu: mała rzecz, a 

cieszy.

-   W   połowie   procesu   o   zdradę   zaczął   gonić   do   przodu   jak   szalony,   musiałem 

improwizować. To nie takie łatwe, jeżeli usiłuje się przemawiać angielskim z epoki królowej 

Elżbiety.

- Dzisiaj publiczność naprawdę była świetna, nie uważacie? Na kwestię Starej Damy 

rozległ się ryk śmiechu nawet z balkonu.

background image

- Nic dziwnego, zagrała koncertowo!

Pełniąc   obowiązki   gospodarza,   Qwilleran   przechadzał   się   od   grupki   do   grupki, 

pobrzękując lodem w szklance wody mineralnej squunk. Jego drink wyglądał jak wódka z 

lodem, ale wszyscy obecni wiedzieli, że to napój ze zdroju bijącego w Squunk Corners. Nie 

zdziwił się, widząc Dennisa Hougha otoczonego wianuszkiem kobiet. Pośród nich była Susan 

Exbridge, wciąż z przylizanymi włosami, jako Stara Dama musiała bowiem nosić na nich 

perukę... i Hixie Rice, potrząsająca asymetryczną fryzurą na pazia, w tym tygodniu koloru 

kasztanowego... oraz Fran Brodie, której miękkie, jasne loki zaskakująco kontrastowały ze 

stalowym spojrzeniem szarych oczu.

Carol Lanspeak trąciła dyskretnie Qwillerana w łokieć.

- Popatrz na Dennisa i jego groupies. Szkoda, że jestem szczęśliwą mężatką, bo sama 

bym do nich dołączyła.

- Dennis to przystojny facet - przyznał Qwilleran.

- Najbardziej interesujące jest w nim to - zauważyła Carol - że jest zarazem męski i 

wrażliwy. Wygląda na spokojnego, a w środku aż się gotuje, o krok od wybuchu. Zresztą 

podczas prób było kilka ostrych starć.

- Jest impulsywny, ale podczas prac nad renowacją szopy nie zwracałem uwagi na 

jego przypływy złego humoru, bo robił świetną robotę. Nie wiem, czy wiesz, ale o mało nie 

uzyskał   uprawnień   architekta,   tylko   w   ostatniej   chwili   zdecydował   się   jednak   zostać 

budowniczym. Zwróć uwagę, jak włączył stare drabiny do swojego projektu - na jednej z 

nich, mniej więcej w połowie wysokości, znajdował się właśnie tykowaty pomocnik kelnera, 

machając ręką i nogą do gości zgromadzonych w dole. - Tamte podesty służą do tego, żeby 

móc umyć położone wyżej okna. Na barierkach wkrótce zawisną gobeliny.

- Może takie pikowane patchworki... - zaproponowała Carol, która miała słabość do 

wnętrz swojskich i przytulnych.

- Nic z tych rzeczy! - oświadczył stanowczo Qwilleran. - Fran zamówiła specjalne 

gobeliny u pewnej artystki. Mają je dostarczyć lada dzień.

- Wszyscy w mieście wprost marzą, żeby zobaczyć to miejsce.

- Dlatego też będziemy je im pokazywać. Opłata za wstęp pójdzie na rzecz biblioteki. 

To pomysł Polly.

- Jeżeli będziecie podawać przekąski, biblioteka nieźle się obłowi. Mieszkańcy Pickax 

są wiecznie głodni - a potem od niechcenia spytała, dając tym samym dowód wścibstwa jakże 

charakterystycznego dla rdzennej mieszkanki tych okolic: - A gdzie jest Polly?

background image

Wszyscy   wiedzieli,   że   spadkobierca   Klingenschoenów   i   bibliotekarka   spędzają 

weekendy razem. Podczas pogaduszek w barze zwanym „Pod Psem” prawie zawsze padało 

pytanie:   „Myślicie,   że   on   się   kiedyś   z   nią   ożeni?”   Podczas   wytwornych   rozmów   kobiet 

popijających kawkę w „Lois's Luncheonette” temat pojawiał się nie mniej często: „Nie wiem, 

dlaczego ona za niego nie wyjdzie?”

Odpowiadając na pytanie Carol, Qwilleran wyjaśnił:

- Polly jest w Lockmaster na ślubie. Syn tamtejszej bibliotekarki porzuca właśnie stan 

kawalerski.

- Kto się opiekuje Bootsiem? - powszechnie znanym w Pickax faktem było również to, 

że bibliotekarka ma kota na punkcie swojego pupilka.

- Byłem u niej dzisiaj, żeby go nakarmić, jutro znów tam się zjawię, aby napełnić jego 

brzuszek, czyli studnię bez dna - i posprzątać w kuwetce. Nigdy nie widziałem, żeby kot jadł 

aż tak dużo!

- Wciąż jeszcze rośnie - zauważyła Carol.

- Polly ma wrócić późnym popołudniem i opowiedzieć mi, jak była ubrana panna 

młoda, kto złapał jej bukiecik podczas oczepin i tak dalej. Nie mogę pojąć, co tak fascynuje 

kobiety w obrzędach ślubnych.

- Oho, zrzędzenie zgryźliwego starego kawalera.

- Ja tam wolałbym pójść na mecz. Zdajesz sobie sprawę, że od czterech lat nie byłem 

na ani jednym pierwszoligowym meczu? A od urodzenia jestem fanem drużyny z Chicago.

- Sam sobie jesteś winien, Qwill. Wiesz doskonale, że Larry z przyjemnością zabrałby 

cię do Chicago albo Minneapolis. Niedawno kupił nową awionetkę i są w niej cztery miejsca. 

Polly i ja mogłybyśmy przy okazji wybrać się na zakupy. Chyba, że też chciałaby obejrzeć 

mecz.

- Polly nie lubi bejsbolu! - rzekł z naciskiem Qwilleran. Zresztą za zakupami też nie 

przepada - dodał w myśli, mając w pamięci zawartość jej skromnej garderoby skompletowaną 

dość chaotycznie podczas różnych wyprzedaży w domu towarowym Lanspeaków.

Mąż Carol podszedł do nich.

- Słyszę, że ktoś, oferuje moje skromne usługi?

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Lanspeakowie są zwykłą, przeciętną 

parą   w  średnim   wieku,  oboje  jednak   tryskali   młodzieńczą   energią,   dzięki   której   stali   się 

prominentnymi postaciami miejscowej społeczności, a która przy okazji czyniła z ich obojga 

wyśmienitych   aktorów.   Qwilleran   często   zastanawiał   się,   czy   przypadkiem   nie   jest   to 

wynikiem jakiejś - hm - szczególnej diety.

background image

- Larry, w tej roli byłeś wprost znakomity.  Nigdy nie widziałem tak królewskiego 

króla Henryka!

- Dzięki, bracie. Jedno ci powiem, miło jest znów schudnąć. Mało tego, że musiałem 

manewrować   brzuszyskiem   Henryka   po   scenie,   to   jeszcze   musiałem   myśleć   jak   grubas! 

Przyznam się, że przychodziło mi to z dużym trudem. No i jeszcze ta przeklęta swędząca 

broda! Zgoliłem ją natychmiast, jak tylko kurtyna opadła.

- Co Polly mówiła o naszym przedstawieniu? - spytała Carol.

-  Była   zachwycona.   Poza   tym   oboje   byliśmy   zdania,   że   sceny  zbiorowe   wypadły 

wyjątkowo dobrze. Jak sobie radziliście z tymi wszystkimi dzieciakami?

- Łatwe to nie było. Trzeba było wcisnąć je w kostiumy, zmusić do zachowania ciszy 

za kulisami, a potem wypychać na scenę we właściwym momencie. Jak wiesz, przebierali się 

jeszcze w szkole i dowoziliśmy je szkolnymi autobusami. Trauma, mówię ci. Na szczęście 

Hilary reżyserował już tę sztukę i miał wszystkie triki w małym palcu. Jako jego asystentka 

wiele się nauczyłam, nie przeczę - odwróciła się plecami do pozostałych gości i zniżyła głos: 

- Jednak jako przewodnicząca klubu i żona prezesa rady szkolnej pragnę stwierdzić wyraźnie, 

że nie znoszę tego człowieka!

Znaczna część populacji Pickax żywiła szczerą nienawiść do Hilary'ego VanBrooka, 

dyrektora liceum. Przyczyną była konfliktowa osobowość pedagoga i fakt, że był niezwykle 

zarozumiały. Nawet noszone przez niego w szkole golfy działały niejednemu na nerwy. W 

Moose County ktoś, kto piastował oficjalne stanowisko i nosił czarny golf zamiast białej 

koszuli oraz stonowanego krawata, uważany był za coś w rodzaju elementu wywrotowego. 

Jednak szczególnie irytujące  było  to, że wszelkie  jego przedsięwzięcia wieńczył  sukces - 

choćby nawet z początku wydawały się pozbawione sensu czynnikom  takim jak rodzice, 

nauczyciele, kuratorzy i rada szkolna.

Tak więc utyskiwanie  na dyrektora  było  jednym  z ulubionych  zajęć mieszkańców 

Pickax. Nie grzeszył urodą, toteż za plecami przezywano go „Końska Szczęka”. A jednak 

jego uzdolnienia i pewność siebie napawały wszystkich podziwem. Znakomite osiągnięcia 

Hilary'ego jako administratora szkolnego i jego reputacja intelektualisty sprawiły, że Klub 

Teatralny dał mu się nakłonić do wystawienia sztuki uważanej za zbyt nudną, na zbyt małej 

scenie, wymagającej zbyt wielu aktorów. A oto teraz Henryk VIII zapisał się na trwałe w 

annałach jako kolejny triumf Końskiej Szczęki.

- Owszem - mruknął Larry, również półgłosem. - Temu padalcowi znów się udało! 

Sprzedaliśmy tyle biletów, że nawet mamy zyski. To dzięki tym wszystkim dzieciakom, bo za 

każdym razem sala była pełna ich krewnych, przyjaciół i kolegów ze szkoły - rzucił okiem na 

background image

prawo, by sprawdzić, gdzie znajduje się dyrektor, i ciągnął scenicznym szeptem: - Popełnił 

jednak   dwa   błędy.   Z   całą   pewnością   nie   powinien   był   przyznawać   sobie   samemu   roli 

kardynała   Wolseya   i   zdecydowanie   nie   należało   sprowadzać   osoby   z   zewnątrz   do   roli 

królowej Katarzyny. Tutaj w Moose County mamy wystarczająco wiele talentów.

Qwilleran przesunął wzrokiem po grupkach gości.

- A co się stało z królową? Tutaj jej nie widzę.

-   Odjechała,   gdy   tylko   kurtyna   opadła.   W   pośpiechu   zmyła   makijaż   i   nawet   nie 

powiedziała nam do widzenia.

- No cóż, my także nie byliśmy wobec niej szczególnie serdeczni - przyznał Larry - 

chociaż oczywiście powiedzieliśmy jej o imprezie i wyjaśniliśmy, jak tu dojechać. Zapisała, 

więc myślałem, że się pojawi. Co prawda mieszka w Lockmaster, całe sześćdziesiąt mil stąd, 

więc chyba można jej wybaczyć.

Carol ścisnęła męża za ramię.

- Jak ci się podoba szopa, kochanie?

- Jest fantastyczna! W jakim była stanie, Qwill, zanim zaczęliście przebudowę?

- Konstrukcja okazała się bardzo solidna, tylko wewnątrz było strasznie brudno! Przez 

całe lata rezydowały tu ptaki, koty, nietoperze i nawet skunksy. Fran zawiesiła te niemieckie 

grafiki w charakterze przeprosin dla wysiedlonych nietoperzy - pokazał im cztery oprawione 

w ramki obrazki przedstawiające latające ssaki, datowane na rok 1824.

- Powinno się zrobić zdjęcia tego wnętrza i opublikować je w jakimś czasopiśmie.

- Owszem, przydałaby się taka publikacja - ze względu na Dennisa. Zresztą Fran też 

świetnie   się   spisała,   jeśli   chodzi   o   wyposażenie   wnętrza.   Zwłaszcza   że   nie   należę   do 

najłatwiejszych klientów. Niedługo przyjedzie tu z Lockmaster John Bushland, żeby porobić 

zdjęcia. Ciekaw jestem, jak to wszystko będzie wyglądało na odbitkach.

- A tutaj nie mamy dobrego fotografa? - oburzył się Larry.

Zawistna rywalizacja między Pickax a Lockmaster ciągnęła się już od ponad stulecia.

-   Nie   mamy   takiego,   który   dorównywałby   Bushy'emu   pod   względem   talentu   i 

doświadczenia, nie mówiąc już o tym, żeby dysponował równie dobrym sprzętem.

- Racja. Fakt, że jest niezły - przyznał Larry.

- Pizza się kończy! - zawołał ktoś i tłumek zgromadził się wokół barku w kuchni - to 

znaczy   udali   się   tam   wszyscy   oprócz   Hilary'ego   VanBrooka.   Kiedy   inni   skupiali   się   w 

gromadki, mieszające się ze sobą i przemieszczające po obszernym wnętrzu, reżyser trzymał 

się z dala. W butelkowozielonej sportowej marynarce ze sztruksu i czerwonym golfie był 

zdecydowanie   najlepiej   ubranym   osobnikiem   pośród   tej   byle   jak   odzianej   hałastry.   Z 

background image

pochylonymi  ramionami,  rękami  w kieszeniach  i posępnym  wyrazem  kościstej, brzydkiej 

twarzy   przyglądał   się   uważnie   -   i   krytycznie   -   ręcznie   ciosanym   belkom   drewnianej 

konstrukcji budynku, wymyślnemu kominkowi, grafikom na ścianach i kaszcie drukarskiej 

wypełnionej do połowy metalowymi czcionkami na drewnianych klockach.

Stał właśnie przed sosnową szafą wysoką na ponad dwa metry, kiedy podszedł do 

niego Qwilleran.

- To wyprodukowana w Pensylwanii niemiecka szafa typu Schrank datowana na rok 

1850 lub wcześniej.

-   Raczej   austriacka   -   poprawił   go   dyrektor.   -   Widać,   że   oryginalnie   pokryta   była 

malunkami, które potem ktoś zdarł i dał nowe wykończenie, co, jak przypuszczalnie zdaje 

pan sobie sprawę, obniża jej wartość.

Qwilleran   szczerze   żałował,   że   nie   było   nigdzie   w   okolicy   matki   Dennisa,   która 

mogłaby temu zaprzeczyć. VanBrook wypowiedział swe słowa, nie spoglądając na słuchacza. 

W ogóle miał irytujący zwyczaj wodzenia oczami po pokoju podczas rozmowy. Wykazując 

godny podziwu takt i opanowanie, Qwilleran odparł:

- Tak czy inaczej, pragnę pogratulować panu sukcesu, jaki odniosła sztuka.

Reżyser zerknął na wystrzępione poły szlafroka, który Qwilleran miał na sobie.

- Ów sukces nie jest dla mnie zaskoczeniem. Kiedy zaproponowałem wystawienie tej 

sztuki,   spotkałem   się   ze   sprzeciwem   ze   strony   osób   mających   niewiele   doświadczenia 

teatralnego i słabe pojęcie o Szekspirze. Ktoś powiedział, że jest nudna. Otóż nie ma nudnych 

sztuk, jeśli reżyser jest kompetentny. Co więcej, Henryk VIII porusza problemy istotne dla 

współczesnego społeczeństwa. Dbam o to, by uczniowie starszych klas przerabiali tę sztukę.

- Podobno zanim objął pan dyrekcję  szkoły w Pickax, wcale nie przerabiano  tam 

Szekspira.

- Niestety,  to prawda. Teraz  najpierw zapoznają  się z Romeo  i Julią,  następnie  z 

Makbetem i Juliuszem Cezarem. Nie tylko czytają te sztuki, ale i recytują ich fragmenty. 

Szekspira powinno się deklamować na głos.

Słuchając teatralnego głosu VanBrooka i spoglądając nad jego ramieniem, Qwilleran 

dostrzegł   Koko   schodzącego   po   rampie   wiodącej   z   antresoli.   Kota   wyraźnie   coś 

zainteresowało, wpatrywał się uważnie w dyrektora szkoły. Bez trudu i bezgłośnie znalazł się 

na   szczycie   szafy,   zajmując   pozycję   nad   głową   VanBrooka.   Przyglądał   się   jej   z   bardzo 

szczególnym   wyrazem   pyszczka.   Mogąc   tylko   mieć   nadzieję,   że   Koko   nie   żywi   jakichś 

niecnych   intencji,   rzucił   mu   surowe   spojrzenie   i   odkaszlnął   znacząco,   nim   zadał   kolejne 

pytanie:

background image

- Co pan sądzi o przeróbkach, jakich Dennis dokonał w tym wielkim gmaszysku?

- Koncepcja jest oczywiście  wtórna - rzekł VanBrook z wyrazem twarzy godnym 

wielkiego znawcy architektury wnętrz.

-   Według   słów   Dennisa   rampy   służą   temu,   żeby   zachować   regionalny   charakter 

budynku.   Jakiekolwiek   podobieństwo   do   Muzeum   Guggenheima   jest   całkowicie 

przypadkowe. Te drabiny - ciągnął Qwilleran - są oryginalne, prowadziły ongiś na górny 

poziom, ich szczeble umocowane są za pomocą skórzanych rzemieni.

Najwyraźniej reżyser poczuł natarczywe spojrzenie Koko wbite w czubek jego głowy 

i dotknął dłonią swego tupeciku. Ten tupecik był zresztą przedmiotem niejednej wymiany 

zdań mieszkańców Pickax, żywiących przekonanie, iż prawdziwy mężczyzna powinien mieć 

prawdziwe włosy - albo nie mieć ich wcale.

VanBrook odwrócił się nagle i spojrzał na szczyt szafy.

Qwilleran pospiesznie przedstawił swojego ulubieńca:

-   To   mój   kot   syjamski,   ma   na   imię   Kao   K'o-Kung,   na   cześć   pewnego 

trzynastowiecznego chińskiego artysty.

- Yow! - potwierdził Koko, który doskonale wiedział, że to o nim mowa.

-   Owszem,   żył   za   czasów   panowania   dynastii   Yuan   -   dyrektor   szkoły   przytaknął 

niedbałym ruchem głowy. - Był też znanym poetą, choć na Zachodzie mało kto o tym wie. 

Jego   imię   oznacza   „godzien   szacunku”,   w   każdym   razie   taki   jest   sens,   bo   dokładne 

tłumaczenie byłoby dość trudne.

Odwrócił się plecami do niemieckiej szafy Schrank, która niespodziewanie stała się 

szafą austriacką. Qwilleran cieszył się, że kotem wpatrującym się w tupecik jest Koko, a nie 

jego   wspólniczka.   Yum   Yum   zwana   Łapką   pochwyciłaby   ów   intrygujący   przedmiot   w 

mgnieniu   oka   i   z   szybkością   błyskawicy   uciekłaby   z   nim   po   rampie   do   sypialni,   gdzie 

ukryłaby tupecik pod łóżkiem lub gorzej jeszcze, utopiłaby go w toalecie.

VanBrook perorował:

- Kultura ogólna, jeśli chodzi o wszystkie dziedziny sztuki: oto co wprowadziłem do 

programu nauczania tutejszej szkoły, podobnie zresztą uczyniłem przedtem w Lockmaster. W 

moim  przekonaniu  absolwenci,  którzy kiepsko grają na jakichś instrumentach  lub malują 

mierne   martwe   natury,   w   żaden   sposób   nie   przyczyniają   się   do   rozwoju   kulturalnego 

społeczności. Esencją prawdziwej edukacji jest wyrobienie w dziedzinie sztuk plastycznych, 

muzyki, literatury i architektury, przygotowanie do ich odbioru - rozejrzał się po byłej szopie 

z   namysłem.   -   Chciałbym   przyprowadzić   tu   uczniów   klas   od   dziewiątej   do   dwunastej, 

wycieczki po jednej klasie naraz.

background image

Qwillerana   aż   zatkało   na   taką   bezczelność,   nim   jednak   zdążył   cokolwiek 

odpowiedzieć, na szczycie Schranka coś się zakotłowało, zgrzytnęły pazury i futrzany kłębek 

mignął  nad głową dyrektora  szkoły,  by wylądować  trzy metry dalej na dywanie.  Po tym 

wyczynie Koko wydał z siebie donośny i rozkazujący miaukot.

Larry Lanspeak dosłyszał go i właściwie zinterpretował tę wypowiedź.

- Dziewczyny, chłopaki - zawołał. - Pora się zwijać! Koty Qwilla chcą iść spać.

Goście z ociąganiem zaczęli zbierać papierowe talerzyki i obrusy, gromadzić puste 

butelki,   poprawiać   krzesła.   Kolejne   osoby   znikały   w   ciemnościach,   pozdrawiając   się 

wzajemnie wojennymi okrzykami Indian i wygłupiając się na wszystkie możliwe sposoby.

Gdy Fran pożegnała się z Qwilleranem teatralnym pocałunkiem na dobranoc, spytał ją 

jeszcze:

-   Ta   impreza   to   twój   pomysł?   I   czy   to   właśnie   tobie   zawdzięczam   dwa   głuche 

telefony?

- Musieliśmy sprawdzić, czy jesteś w domu, Qwill. Myśleliśmy, że może wyszedłeś 

dokądś razem z Polly. A właśnie, gdzie ona jest?

- W Lockmaster. Pojechała na jakiś ślub.

- Poważnie? A dlaczego ty się tam nie wybrałeś? - zapytała ze złośliwym uśmiechem. 

- Bałeś się, że złapiesz bukiet?

- Nie bądź bezczelna, młoda damo - ostrzegł ją. - Jeszcze nie zapłaciłem twojego 

honorarium.

Przez chwilę spoglądał w ślad za nią - znakomita projektantka, przesympatyczna, o 

połowę od niego młodsza, przeuroczo zuchwała, no i prezentowała się świetnie nawet w tych 

szmatach, na które zamieniła swój teatralny kostium. Dennis wyszedł razem z Susan, oboje 

pogrążeni byli w rozmowie na jakiś sobie tylko znany temat. Eddington Smith towarzyszył 

Lanspeakom, którzy mieli odwieźć go do domu.

VanBrook zatrzymał się jeszcze na chwilę, by oznajmić:

- Moja asystentka skontaktuje się z panem w sprawie tych wycieczek uczniowskich.

Tym razem Qwilleran miał już gotową odpowiedź:

-   Doskonały   pomysł   -   rzekł   -   ale   muszę   postawić   jeden   warunek.   Nalegam,   by 

wycieczki oprowadzał Dennis, ponieważ on najlepiej będzie potrafił wyjaśnić istotę projektu i 

zastosowane   metody   konstrukcyjne.   Będę   wdzięczny,   jeśli   umówi   się   pan   z   nim   w   tej 

sprawie.

Wiedział doskonale, że dyrektor szkoły i budowniczy nie raz i nie dwa starli się ze 

sobą podczas prób.

background image

VanBrook   raz   jeszcze   omiótł   wzrokiem   wnętrze,   pożegnał   się   oschle   i   ruszył   za 

pozostałymi gośćmi, którzy zmierzali do zaparkowanych samochodów, pokrzykując wesoło i 

śmiejąc się, powtarzając kwestie ze sztuki, dyskutując, kto kogo odwiezie, i umawiając się na 

spotkania.   Zabłysły   reflektory   samochodów   i   rozległ   się   odgłos,   włączanych   silników; 

niektóre z nich mruczały cicho, inne krztusiły się lub ryczały jak odrzutowce.

Qwilleran przyglądał się przez chwilę tylnym światłom podskakującym i kołyszącym 

się na wybojach drogi prowadzącej do głównej ulicy.

Zamknął drzwi, zgasił latarnie na dziedzińcu i pogasił większość świateł w domu, a 

następnie napełnił talerz syjamczyków przysmakiem na dobranoc.

- Byłyście  bardzo grzeczne, zwierzaki.  Swoją drogą cieszę  się, że ich wyprosiłeś, 

Koko. Macie pojęcie, która jest godzina?

Choć dodatkowa kolacja była  raczej skromna, koty były  nią zachwycone, całkiem 

jakby składała się z pięciu dań. Qwilleran przyglądał im się, rozmyślając o gościach, który 

odwiedzili   go   tego   wieczoru.   Trochę   zazdrościł   im   tych   wszystkich   prób,   przedstawień, 

oklasków i ukłonów, rywalizacji o role, narzekań na osobę reżysera, tych wszystkich sypnięć 

i zagubionych rekwizytów... Przez krótki czas uczestniczył w działaniach klubu, ale Polly 

przekonała go, że uczenie się ról i ciągłe próby zajmą mu mnóstwo czasu, który mógłby 

przecież poświęcić na pisanie czegoś poważnego. Podejrzewał jednak, że w gruncie rzeczy 

bibliotekarką,   która   była   już   w   średnim   wieku   i   nosiła   rozmiar   szesnaście,   powodowała 

zazdrość o smukłe i tryskające energią młode aktorki z klubu. Polly była kobietą inteligentną i 

znakomitym  kompanem,  świetnie się z nią rozmawiało o literaturze - miała jednak jedną 

wadę. Pod wpływem zazdrości stawała się dość zaborcza.

Syjamczyki, które przez kilka minut wylizywały pusty talerzyk, poświęciły się teraz 

czyszczeniu   łapką   brązowych   pyszczków   i   białych   wąsów   oraz   wylizywaniu   długimi 

różowymi  języczkami  niemal  białego futerka na piersi. Nagle w połowie ruchu oba koty 

zamarły, z językami na wierzchu. W następnej chwili Koko pobiegł truchtem w stronę drzwi i 

znalazł się przy bocznym oknie, przez które zaczął wpatrywać się w ciemność. Qwilleran 

dołączył do niego, Yum Yum także podążyła ich śladem. Gdy spoglądali w mroczny sad, 

Qwilleran dostrzegł jeszcze tylne światła ostatniego samochodu, który oddalał się i skręcał w 

prawo, w Trevelyan Road.

Kątem oka dostrzegł też metaliczny odblask, którego nie powinno być w sadzie. W 

nikłym blasku światła padającego przez okno ujrzał, że pośród drzewek parkuje jeszcze jeden 

samochód ze zgaszonymi reflektorami.

Sapnął przez wąsy.

background image

- No proszę - rzekł na głos. - Założę się, że to Dennis i Susan... nie mogliby pojechać 

do niego... albo do niej?

- Yow - zgodził się Koko.

Żona   i   dziecko   Dennisa   zostały   w   St.   Louis,   nie   widział   się   z   nimi   przez   kilka 

miesięcy - najpierw nie mógł oderwać się od pracy przy przebudowie składu jabłek, potem 

miał jeszcze próby teatralne.

- Ech, żyjmy i dajmy żyć innym - wygłosił maksymę Qwilleran, wspominając wybryki 

własnej młodości. - Jeszcze zasłonię kominek i idziemy spać.

Odszedł od drzwi i zamierzał udać się za Yum Yum, która wspinała już się po rampie, 

ale Koko uparcie trwał na swoim stanowisku ze wzrokiem wbitym w noc, spięty, ze sztywno 

naprężonym ogonem. Qwilleran usłyszał niski pomruk. Koko warczał.

- Daj sobie spokój - zawołał do niego. - To nie nasza sprawa. My idziemy spać, już 

jest po trzeciej.

Kot   jednak   wydał   z   siebie   gardłowy   pomruk,   który   stopniowo   przeszedł   w 

dyszkantowy   wrzask.   Takiego   alarmu   Koko   nigdy   nie   czynił   bez   istotnego   powodu. 

Qwilleran narzucił więc na ramiona kurtkę, wziął latarkę i podszedł do drzwi, odsuwając kota 

na bok.

- Nie! - nie zamierzał mu pozwolić na nocne spacery.

- Halo! - zawołał głośno, idąc przez dziedziniec i wymachując latarką. - Wszystko w 

porządku?

Odpowiedziała   mu   cisza.   O   tej   porze   nie   było   nawet   ruchu   na   Main   Street.   W 

martwych gałęziach jabłoni nie szumiał wiatr. Wewnątrz samochodu nikt się nie poruszał. 

Wóz był stary, ten model wyszedł już z produkcji, ale zarazem bardzo starannie utrzymany. 

Silnik milczał, światła były zgaszone.

Qwilleran poświecił najpierw dookoła i pomiędzy drzewami, potem do wnętrza samochodu - 

ukośnie, żeby światło nie odbijało się od szyby. W środku dostrzegł tylko kierowcę; głowa 

mężczyzny oparta była o kierownicę.

Zawał! - pomyślał natychmiast Qwilleran.

Dopiero gdy otworzył drzwiczki samochodu, dostrzegł krew i ranę postrzałową w tyle 

głowy.

background image

Rozdział drugi

Ręka   Qwillerana   zawisła   przez   chwilę   nad   telefonem,   nim   podniósł   słuchawkę   i   złożył 

zawiadomienie   o   zabójstwie.   W   dawnym   wcieleniu,   jako   rasowy   dziennikarz,   przede 

wszystkim   powiadomiłby   swoją   gazetę,   a   dopiero   potem   policję.   Jednak   to   było   małe 

miasteczko, w którym wszystko o sobie wiedzieli, a poza tym jego życie zupełnie się przecież 

odmieniło...  Co do kwestii lojalności - hm, tu akurat komendant policji był  jego bliskim 

przyjacielem. Nie wahając się już ani chwili, zadzwonił do domu komendanta Brodiego.

-   Słucham?   -   rzucił   policjant,   przyzwyczajony   do   budzenia   o   najniezwyklejszych 

porach.

- Andy, tutaj mówi Qwill. Zgłaszam zabójstwo.

- Gdzie?

- W moim sadzie.

- Ofiara?

- Hilary VanBrook. Krótka chwila milczenia.

- Skąd się wziął w twoim sadzie?

- Mieliśmy tutaj przyjęcie Klubu Teatralnego, wyszedł jako ostatni. Ktoś go zastrzelił, 

nim facet zdążył uruchomić samochód.

Brodie z rzeczowego obrońcy prawa przeistoczył się w troskliwego rodzica:

- Fran też była?

- Tak, razem z całym klubem.

- Zaraz tam będę.

- Chwileczkę, Andy. Na podjeździe prawdopodobnie pełno jest śladów opon i stóp. 

Lepiej podjedź z drugiej strony, przez parking teatru. Będę tam na ciebie czekał i otworzę 

bramę, pan O'Dell na pewno dawno już ją zamknął.

- Yhm - mruknął Brodie i odłożył słuchawkę.

background image

Qwilleran  naciągnął  spodnie  oraz  sweter  na piżamę,  a  potem  pobiegł  z  latarką   w 

stronę Main Street. Droga prowadząca przez las nie była aż tak bardzo wyboista, niedawno 

wyrównano ją i wysypano żwirem, a od ulicy dzieliło go tylko kilkaset metrów, ale nawet 

mimo tego, kiedy znalazł się przy bramie, policjanci już na niego czekali. W małym Pickax z 

każdego miejsca do każdego innego było nie więcej niż pięć minut drogi.

Wsiadł do samochodu komendanta Brodiego, by wskazać mu drogę; pozostałe wozy 

policyjne jechały za nimi, błyskając czerwonymi i niebieskimi Światłami.

- Ostatnio kręcili się tu różni - wyjaśnił - więc zamykamy bramę na noc.

- W jaki sposób natrafiłeś na zwłoki? - spytał sucho Brodie.

- Kiedy wszyscy się już rozjechali, zorientowałem się, że pośród drzew został jeden 

samochód.   No   a   potem   ten   mój   kot   zaczął   wydawać   dziwne   dźwięki.   Wyszedłem,   żeby 

sprawdzić, co się dzieje, i znalazłem VanBrooka z głową opartą o kierownicę.

-   Nie   był   człowiekiem   szczęśliwym.   Nie   miał   żony   ani   rodziny.   Może   to 

samobójstwo?

- Rana postrzałowa jest w tyle głowy - wyjaśnił Qwilleran. - Spadł mu tupecik, więc 

widać było dokładnie.

Znaleźli się na tyłach szopy.

- Zaparkuj tutaj. Wszystko działo się po drugiej stronie domu.

Obok ustawił się wóz patrolowy i radiowóz policji stanowej, zostawiając miejsce dla 

karetki i kolejnych samochodów, które pojawiły się po chwili.

- Mogę w czymś pomóc? - spytał Qwilleran.

- Nie wychodź z domu, dopóki się do ciebie nie odezwiemy - polecił mu Brodie. - 

Przydałoby się też trochę więcej światła. Mamy co prawda nasze lampy, ale to może nie 

wystarczyć.

Qwilleran znów sięgnął do głównego przełącznika i cały skład jabłek rozjarzył się jak 

latarnia morska.

Syjamczyki  były   niespokojne.  Wiedziały,  że   stało   się  coś  niedobrego.   W  dodatku 

wokół domu kręcili się obcy ludzie, a w świetle policyjnych reflektorów uschnięte drzewka 

przybierały formy groźnych gigantów. Qwilleran wziął koty na ręce i wspiął się po rampie. 

Na antresoli u szczytu budowli urządził dla nich mieszkanie, w którym umieścił wygodne 

dywany i poduszki, koszyki do chowania się i pnące się pod sufit półki do rozsiadania się na 

nich - oraz telewizor i wideo. Włączył kasetę z filmem o ptakach, żeby je czymś zająć, i 

wrócił na parter. Miał niejakie poczucie winy, bo wciąż jeszcze nie zadzwonił do gazety.

background image

Powiadomił   więc   redaktora   dyżurnego   i   spytał   go,   czy   mają   jakiegoś   wolnego 

dziennikarza. Okazało się, że tak, dyspozycyjny był Roger, który zastępował Dave'a.

-   Proszę   mu   powiedzieć,   żeby   wjechał   od   Main   Street   -   dodał   na   zakończenie 

Qwilleran.

Potem próbował połączyć się z Larrym Lanspeakiem, którego wypadało niezwłocznie 

powiadomić,   ponieważ   pełnił   on   funkcję   przewodniczącego   rady   szkolnej.   Jednak 

Lanspeakowie nie dojechali jeszcze do domu. Mieszkali dość daleko, a Larry był ostrożnym 

kierowcą, poza tym przecież najpierw miał odwieźć do domu Eddiego Smitha. Qwilleran dał 

im więc kolejne piętnaście minut, by zdążyli dotrzeć do zamożnego przedmieścia zwanego 

West Middle Hummock, gdzie znajdowała się ich siedziba - nim znów wystukał ten sam 

numer.

Larry odpowiedział po dziesiątym dzwonku.

- Właśnie wchodziliśmy do domu, Qwill. Co się stało?

- Mam dla ciebie złą wiadomość, Larry. Będziesz musiał rozejrzeć się za następnym 

dyrektorem liceum.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- VanBrook nie żyje.

- Jak to? Miał wypadek?

- Nie uwierzysz, Larry, ale ktoś wpakował mu kulkę w głowę. W tej chwili policja 

przeczesuje okolicę w poszukiwaniu śladów.

- Jak się o tym dowiedziałeś? Słyszałeś strzał?

- Raczej nie. A może i słyszałem, ale wydawało mi się, że to strzela komuś w gaźniku? 

W każdym razie gdy wszyscy odjechali, jeden samochód został. Poszedłem sprawdzić, co się 

stało.

- Paskudna historia, Qwill. Policja będzie przekonana, że to któreś z nas.

- Nie wiem,  o czym  będą przekonani,  ale z pewnością jutro będą nas wszystkich 

przesłuchiwać.

Larry zaofiarował się, że zadzwoni do kuratora, żeby go powiadomić.

- W przeciwnym razie dowie się tego z radia albo od gliniarzy. Nie do wiary, co za 

historia!

Do uszu Qwillerana doszedł odgłos silnika na dziedzińcu.

- Przepraszam, Larry. Chyba przyjechał reporter z gazety. Pogadamy jutro.

Wóz zaparkował obok pojazdów policyjnych; Qwilleran rozpoznał dziesięcioletniego 

gruchota, własność Rogera MacGillivraya. Wyszedł na spotkanie młodego brodacza, który 

background image

zrezygnował   z  nauczania   historii  w szkole,  by  zająć  się historią   tworzącą  się  na  żywo  i 

relacjonować ją dla lokalnej gazety.

- Co się stało? - spytał dziennikarz, zarzucając dwa aparaty fotograficzne na ramię.

- Po ostatnim przedstawieniu mieliśmy tutaj imprezę Klubu Teatralnego. O trzeciej 

nad ranem wszyscy już wyszli i odjechali, tylko reżyser został jeszcze na chwilę. Nic więcej 

nie   wiem.   Jeśli   chcesz   poznać   szczegóły,   musisz   porozmawiać   z   Brodiem.   Jest   tam,   na 

miejscu zbrodni.

Qwilleran przyglądał się przez okno, jak Roger podchodzi do komendanta. Zamienili 

kilka słów. Brodie rzucił gniewne spojrzenie w stronę szopy, potem zwięźle odpowiedział na 

kilka pytań, a następnie pokazał kciukiem przez ramię, że reporter ma się wynosić. Roger 

zrobił szybko kilka zdjęć i powrócił do składu jabłek.

- Jak to się stało, że masz dzisiaj dyżur? - spytał Qwilleran, otwierając mu drzwi.

- Dave musiał jechać do Lockmaster na jakiś ślub, więc zamieniłem się z nim na noce 

- wyjaśnił Roger. - O rany, to miejsce jest fantastyczne! Sharon na pewno bardzo chciałaby je 

zobaczyć!

- Przyprowadź ją koniecznie któregoś wieczoru na drinka. Oczywiście Mildred także.

- Jedno z nas będzie musiało zostać przy dziecku, więc panie odwiedzą cię same. Nie 

pozwól, żeby moja teściowa wypiła za dużo. Od śmierci męża coś za bardzo ciągnie ją do 

kieliszka. Moim zdaniem bez Stana żyje się jej o wiele lepiej, ale... no sam wiesz, jakie są 

kobiety!

- Jak myślisz, co powiedzą Sharon i Mildred, gdy usłyszą o nagłej śmierci swojego 

przełożonego?

- Będą w szoku, ale płakać po nim na pewno nie będą. VanBrook zasłużył się, jeśli 

chodzi o program i poziom nauczania szkoły, toteż darzyły go czymś w rodzaju niechętnego 

szacunku, ale tego faceta nie lubił nikt z nauczycieli, włączając w to również mnie. Traktował 

nas jak dzieci. No i te nasiadówki organizowane przez niego! Większość nauczycieli nie lubi 

zebrań, bo niczemu nie służą, a te wielogodzinne posiedzenia organizowane przez Końską 

Szczękę   dotyczyły   niemal   wyłącznie   jego   własnej   osoby,   można   było   umrzeć   z   nudów. 

Głównie dlatego odszedłem i zatrudniłem się w gazecie. Kiedykolwiek potem zdarzyło mi się 

pojawić   w   szkole,   żeby   przygotować   jakiś   materiał,   VanBrook   traktował   mnie   niczym 

hydraulika, który przyszedł naprawić kibel... Domyślasz się, kto go ustrzelił? Chyba musiał to 

być jeden z twoich gości. Zgadza się?

- Nie będę w tej chwili ryzykował żadnych domysłów, a już zwłaszcza w obecności 

przedstawiciela czyhającej na sensacje prasy. Napijesz się piwa?

background image

- Czemu nie. Mogę obejrzeć sobie dom?

- Proszę bardzo. Na pierwszej antresoli jest moja sypialnia i gabinet. Możesz otworzyć 

drzwi i zajrzeć, tylko nie spodziewaj się, że zastaniesz tam porządek. Na drugiej antresoli jest 

pokój gościnny. Trzeci poziom należy do kotów. Nie budź ich, miały wyczerpującą noc.

- Nie ma obawy. Wiesz, że do kotów odnoszę się nieufnie. Sharon mówi, że to się 

nazywa ailurofobia.

Zadzwonił telefon, w słuchawce odezwał się stary przyjaciel Qwillerana, Arch Riker. 

Kiedyś razem pracowali w różnych redakcjach na Nizinach, teraz zaś Arch został wydawcą i 

redaktorem naczelnym lokalnej gazety.

- Co tam się dzieje? - spytał. - Dzwonił do mnie dyżurny z redakcji. Dlaczego nie 

dałeś mi znać?

- A po co? Lepiej wracaj do łóżka. Sprawą zajął się Roger, więc wszystkiego się 

dowiesz z pierwszej strony poniedziałkowego wydania.

- Są jacyś podejrzani?

- Spytaj Rogera.

- Dawaj go.

Jednak   rozmowa   dziennikarza   z   redaktorem   wykazała,   że   Rogerowi   nie   udało   się 

dowiedzieć   od   komendanta   niczego   istotnego.   Reporter   odłożył   słuchawkę   i   spytał 

Qwillerana:

- Może byś mi powiedział, kto był na tej imprezie?

- Ta informacja może mieć kluczowe znaczenie dla śledztwa. Nie mogę w tej chwili ci 

powiedzieć - odparł Qwilleran.

- Ejże, po czyjej ty jesteś stronie?

Nim   Qwilleran   zdążył   się   odezwać,   ktoś   władczo   zapukał   do   drzwi:   Brodie 

stanowczym   tonem   zażądał,   żeby   Roger   wracał   do   redakcji.   Dla   porządku   reporter 

zaprotestował, ale po chwili zawiesił aparaty na ramieniu, wyszedł i odjechał.

- Napijesz się kawy? - spytał Qwilleran komendanta.

- Co ty, nie zamierzam ryzykować życia, pijąc tego twojego szatana! - wszedł do 

domu sprężystym krokiem.

Poza służbą był sympatycznym Szkotem, który nosił kilt i grał na dudach. Jednak tej 

nocy   przeistoczył   się   w   szorstkiego,   oschłego   stróża   prawa   dokonującego   rutynowych 

czynności na miejscu zbrodni.

- Znalazłeś coś? - spytał go Qwilleran. - Jakieś ślady, dowody?

background image

- Jestem tu, żeby zadawać  pytania,  stary,  a nie żeby na nie odpowiadać  - Brodie 

rozejrzał się i uniósł brwi na widok nowoczesnych mebli pokrytych jasnym tweedem oraz 

skórą. - Masz tu coś, na czym można by usiąść? Na przykład krzesło?

Qwilleran zaprowadził go do bufetu.

- Pachnie pizzą - stwierdził komendant.

- Aktorzy są wiecznie głodni. Powinieneś wiedzieć, Andy, przecież w końcu jedna z 

naszych artystek dramatycznych przez dłuższy czas była na twoim garnuszku.

- Ale już nie jest - rzekł Brodie, marszcząc brwi. - Nie rozumiem, dlaczego Fran się 

wyprowadziła. Źle jej było w domu?

W jego głosie słychać było dezaprobatę ojca, którego zdaniem córki powinny albo 

wychodzić za mąż, albo mieszkać w domu z rodziną.

-   To   normalne   -   zauważył   Qwilleran   -   że   młoda,   pracująca   kobieta   dąży   do 

samodzielności, Andy.

Wychodząc z roli taty i powracając do spraw służbowych, Brodie zapytał:

- Kto tu był dziś wieczorem?

- Tak się składa, że mam wydrukowaną listę gości - podał komendantowi jeden z 

programów teatralnych, na których wymieniono wszystkich aktorów w porządku, w jakim 

pojawiali się na scenie.

Brodie przesunął palcem wzdłuż prawej strony kartki.

- Wszyscy tu byli?

- Wszyscy oprócz tej kobiety z Lockmaster, która grała królową. No i oczywiście 

statyści   od   noszenia   włóczni   odjechali   szkolnym   autobusem   zaraz   po   scenie   koronacji. 

Widziałeś przedstawienie, prawda?

- Yhm - Brodie skinął głową. - Co robili poza tym, że obżerali się pizzą?

- Pili piwo, i inne rzeczy, i kawę... dzielili się wrażeniami z przedstawienia... cieszyli 

się odniesionym sukcesem... no i robili mnóstwo hałasu.

- Palili coś, czego nie powinni?

- Nie. Carol trzyma ich żelazną ręką, nie pozwala na takie rzeczy. Zresztą spytaj Fran.

- Ktoś się z kimś kłócił, pobił?

- Nic podobnego. Wszyscy byli w świetnych humorach.

- Zauważyłeś w sadzie kogoś podejrzanego?

- Dziś akurat nie, ale odkąd się wprowadziliśmy, kręcą się tu różni ciekawscy.

- Jakim cudem VanBrook zaszczycił przyjęcie swoją obecnością? Nigdy nie był zbyt 

towarzyski.

background image

- Miał do mnie interes - stwierdził Qwilleran. - Postanowił przyprowadzać tu szkolne 

wycieczki. Nawet nie pytał mnie o zgodę, po prostu oznajmił swoją wolę!

- To akurat zupełnie w jego stylu. Czy był lubiany w klubie?

- Domyśl się, albo lepiej spytaj Fran. Ja bywam tylko gościem... lub gospodarzem, nie 

uczestniczę w pracach klubu.

- Słyszałeś strzał?

- Ja nie, ale koty coś dosłyszały, a kiedy wyjrzałem przez okno, zobaczyłem tylne 

światła odjeżdżającego samochodu.

- W którą stronę odjechał?

- Skręcił w prawo.

- Możesz powiedzieć coś więcej o tych tylnych światłach?

- Wiesz co, Andy, teraz, kiedy się nad tym zastanawiam... to nie były światła poziome, 

jakie ma większość samochodów osobowych. Raczej pionowe i dość szeroko rozstawione, 

jakby półciężarówki albo furgonetki.

- Od jak dawna twoja skrzynka pocztowa jest uszkodzona?

- Kiedy odbierałem sobotnią pocztę, była nienaruszona.

- Ktoś musiał o nią zawadzić, teraz jest przekrzywiona.

- To powinno ci ułatwić pracę - zauważył Qwilleran.

Gdzieś   w   okolicy   jest   samochód   ze   świeżym   zadrapaniem   po   prawej   stronie   - 

pomyślał Qwilleran. Brodie wstał.

- Nie ma potrzeby, żebym zawracał ci głowę po nocy. Odezwę się rano.

- Tylko bardzo cię proszę, nie za wcześnie!

Komendant podszedł do drzwi i odwrócił się, żeby raz jeszcze spojrzeć krytycznym 

okiem na wnętrze.

- W młodości wspiąłem się na niejedną taką drabinę. Co to są te trzy białe rury, które 

wyglądają jak przewody kominowe?

- To są przewody kominowe. Odprowadzają dym z kominka. Wpadnij tu kiedyś z 

żoną. Na pewno chciałaby zobaczyć dzieło Fran.

- Czy to moja córka wybrała te wszystkie meble? - zainteresował się Brodie, okazując 

raczej zdumienie niż podziw.

- Owszem, to jej dzieło. Ma niezłe oko i dobry gust.

Brodie mruknął coś niezrozumiałego i już miał wyjść, ale zatrzymał się jeszcze z ręką 

na klamce.

- Ten gość, który przebudował twoją szopę... Dennis, jakże on ma na nazwisko...?

background image

- Hough, wymawia się jak „Huff”. To syn Iris Cobb.

- Podobno Fran się z nim przyjaźni - zerknął na Qwillerana, szukając potwierdzenia w 

jego twarzy. - A jak wiesz, facet jest żonaty.

- Nie przejmuj się - pocieszył go Qwilleran. - Wszystkie kobiety w mieście szaleją za 

Dennisem, ale on ma bzika na punkcie swojej rodziny. Niedługo ją tu sprowadzi, a wtedy 

wszystko się uspokoi. O ile wiem, Fran i Dennis nie łączy nic poza pracą nad tym projektem.

- Obyś się nie mylił... Nieważne, dobranoc. Ustawiliśmy blokadę na drugim końcu 

podjazdu   i   zostawiam   tam   dyżurnego   policjanta.   Za   jakiś   czas   z   Nizin   przyjedzie   ekipa 

specjalistów, która zbada dokładnie miejsce zbrodni - Brodie odszedł kilka kroków i dodał: - 

Coś mi mówi, że ta sprawa będzie łatwa do rozwiązania.

Qwilleran pogasił światła i wspiął się po rampie do sypialni, ale nie chciało mu się 

spać. Spoglądając na program przedstawienia, próbował sobie wyobrazić kolejno każdego z 

aktorów dzierżącego w dłoni dymiący pistolet. I żadna z tych osób wydawała mu się nie 

pasować do takiej roli. Ciekaw był, jak wcześnie Brodie zacznie dobijać się do drzwi, budząc 

kolejnych imprezowiczów na przesłuchanie. Prawdopodobnie komendant zacznie od swojej 

córki   mieszkającej   w   Indian   Village,   gdzie   mieściło   się   osiedle   mieszkaniowe   popularne 

wśród jego znajomych  singli - Susan, Dennis i Hixie także mieli  tam swoje mieszkania. 

Lanspeakowie   osiedlili   się   dalej,   w   zrujnowanej   rezydencji   wiejskiej.   Eddington   Smith 

gnieździł   się   w   centrum,   w   zakładzie   introligatorskim   znajdującym   się   na   tyłach   jego 

księgarni.   Pozostali   członkowie   klubu   dojeżdżali   z   pobliskich   miasteczek:   z   tętniącego 

życiem Kennebeck, uroczego Sawdust City, zapuszczonego Wildcat, a niektórzy mieszkali 

jeszcze dalej, bo w miejscowości letniskowej Mooseville. Tylko Wildcat znajdowało się na 

południe od Pickax, ktoś udający się w tamtą stronę skręciłby właśnie w prawo na Trevelyan 

Road, wyjeżdżając z Trevelyan Trail.

Leżąc  tak  i nie  mogąc  usnąć,  przypomniał  sobie przepowiednię  swojego dozorcy, 

kiedy   tamten   pierwszy   raz   ujrzał   odnowiony   skład   jabłek.   Siwowłosy   i   cieszący   się 

powszechnym   szacunkiem   Pat   O'Dell   do   emerytury   pracował   jako   dozorca   w   tutejszym 

liceum, potem zaś zaczął stróżować u niego. Zerknął wtedy w górę, na belki pod stropem, i 

odezwał się zalęknionym półgłosem:

- Chce pan tu zamieszkać?

- Owszem, lubię obszerne wnętrzna, panie O'Dell, i liczę, że wraz z panią Fulgrove 

dalej będziecie się państwo zajmować moim domem. Tak jak dotąd.

- Sam diabeł nie dałby rady umyć tych okien na górze czy powymiatać pajęczyn.

background image

-   Po   to   właśnie   zrobiliśmy   tam   galeryjki.   Mam   nadzieję,   że   nie   ma   pan   lęku 

wysokości.

Pan O'Dell pokręcił głową, najwidoczniej pełen złych przeczuć.

- Mówią, że pewien stary farmer zarzucił sznur na jedną z tych belek i powiesił się 

tutaj. To było siedemdziesiąt lat temu. Pewnie wtedy, gdy przyszła zaraza na jabłonie. Ja to 

bym się bał, panie Q. Nie chciałbym tu mieszkać.

-   Ale   życie   toczy   się   dalej,   panie   O'Dell.   Pokażę   panu,   gdzie   chowam   klucz,   na 

wypadek gdyby chciał pan pracować, kiedy nie będzie mnie w domu. Pani Fulgrove będzie 

sprzątać w środy.

- Niech wszyscy święci mają nas w opiece! - brzmiały słowa wygłoszone przez stróża 

na pożegnanie, gdy rzucił jeszcze jedno lękliwe spojrzenie ku górze. Było to nie dalej jak dwa 

tygodnie temu, a teraz pan O'Dell z pewnością powie: „Ano, proszę pana. Nie mówiłem?”

Był   już   z   całą   pewnością   niedzielny   ranek,   gdy   Qwilleranowi   udało   się   wreszcie 

zdrzemnąć na jakiś kwadrans; jednak niemal natychmiast poderwał go dzwonek telefonu, 

który brzmiał jakoś bardziej alarmująco niż zazwyczaj.

- Właśnie dzwonił tato i opowiedział mi o wszystkim! - zawołała ze słuchawki Fran 

Brodie. - To straszne. Co teraz będzie?

- Teraz będą przesłuchiwać nas wszystkich - wyjaśnił Qwilleran zaspanym głosem.

- Chyba nikt z naszego klubu nie mógłby zrobić czegoś takiego, jak myślisz? Tato nie 

chciał mi powiedzieć, czy mają jakiegoś podejrzanego i czy natrafili na jakieś ślady. Jest 

wprost nieznośny, kiedy wciela się w rolę policjanta. Zeszłej nocy w twoim sadzie musiało 

panować niezłe zamieszanie.

- A i owszem, udało mi się usnąć dopiero jakieś piętnaście minut temu.

- W takim razie przepraszam, że cię obudziłam. Śpij dalej. Zadzwonię teraz do innych.

Qwilleran   spojrzał  na   zegar  przy  łóżku.  Za   pięć   minut   PKX  FM  będzie  nadawać 

poranne wiadomości i bez wątpienia na pierwszym miejscu pojawi się „zbrodnia w sadzie”. 

Przygotował się na kolejny stek bzdur w stylu PKX FM, wraz z przesadnie akcentowanymi 

przyimkami i wyrażeniami przyimkowymi. Na dobitkę spiker czynił irytujące pauzy, które w 

założeniu miały wzmagać napięcie, a brzmiały po prostu pretensjonalnie: „Hilary VanBrook, 

dyrektor   liceum   w   Pickax,   został   dziś   rano   znaleziony   martwy   W...   zaparkowanym 

samochodzie.   Policja   informuje,   że   VanBrook   został   zabity   strzałem   w   głowę   PO... 

całonocnym   przyjęciu,   jakie   miało   miejsce   W...   szopie...   zamieszkanej   PRZEZ...   Jamesa 

Qwillerana. Samobójstwo zostało wykluczone, podobnie jak motywy rabunkowe zabójstwa - 

background image

jak   powiadomił   nas...   komendant...   Andrew...   Brodie.   Dalsze   szczegóły   są   nieznane, 

przynajmniej W... tej... chwili”.

- Chętnie dałbym temu prezenterowi W... zęby! - mruknął pod nosem Qwilleran.

Wzmianka   o   „zaparkowanym   samochodzie”   oraz   „całonocnym   przyjęciu”   z 

pewnością wprawi w wielkie podniecenie wszystkich plotkarzy całego okręgu. Zwłaszcza, że 

była to niedziela; już sobie wyobrażał te pogaduszki pod kościołem. Linie telefoniczne będą 

przeciążone,   w   restauracjach   zaroi   się   od   ludzi,   którzy   zazwyczaj   nigdy   nie   jadają   poza 

domem;   sąsiedzi,   którzy   zazwyczaj   zaniedbują   swój   ogród,   będą   dziś   grabić   liście   i 

wymieniać się plotkami nad płotem. Telefon Qwillerana znów zadzwonił.

- Dowiedziałeś się czegoś więcej, Qwill? - spytał go Larry Lanspeak.

- Zupełnie niczego.

- Mógłbym do ciebie wpaść na kilka minut po drodze do kościoła?

- Jasne. Zapraszam.

- Carol należy do rady parafialnej, więc będę musiał tam podrzucić o dziesiątej ją i 

jeszcze kilka pań.

- Podjedź od strony teatru - poradził mu Qwilleran. - Podjazd jest zablokowany.

Zaraz potem odezwał się Eddington Smith, który przemawiał tym samym drżącym 

głosem, który sprawiał, że kwestie kardynała Campeiusa tak trudno było dosłyszeć.

- Myślisz, że będą mnie podejrzewać? - niepokoił się. - Mam w warsztacie pistolet. 

Może powinienem się go pozbyć?

-   A   kiedy   ostatnio   ktoś   z   niego   strzelał?   -   zainteresował   się   Qwilleran,   wiedząc 

skądinąd, że Edd nie posiada w domu ani jednej sztuki amunicji do swej broni.

- Nie, nigdy, ale są na nim moje odciski palców. Może trzeba je wytrzeć?

- Nie rób tego, Edd, i nie przejmuj się. Policja nie będzie cię podejrzewać nawet za 

milion lat.

Po chwili zadzwoniła Susan Exbridge, odzywając się kpiąco zalotnym  tonem, jaki 

przybrała po rozwodzie.

- Qwill, kochanie, lepiej od razu się przyznaj! Masz takie seksowne, smutne oczy i 

złowrogie wąsiska, są po prostu zabójcze!

Następnej   jego   rozmówczyni   bynajmniej   nie   było   do   śmiechu.   Przeciwnie,   matka 

Wally'ego Toddwhistle'a była mocno zaniepokojona.

- Och, panie Q, zamartwiam się na śmierć - zawodziła przez telefon. - Przypuszcza 

pan, że będą podejrzewali Wally'ego?

- A są jakieś powody, żeby go podejrzewać?

background image

-   No   cóż,   w   ostatniej   klasie   liceum   wpakował   się   w   tarapaty   i   Końska   Szczęka 

paskudnie go potraktował. Nie słyszał pan o tym?

- Nie, a co się stało?

- To był tylko taki głupi dowcip, w tym wieku to normalne. To nawet nie był pomysł  

Wally'ego, chociaż wszyscy myśleli, że to on. Ten przeklęty dyrektor zwalił całą winę na 

niego i wywalił  ze szkoły na kilka tygodni  przed końcem roku. Poszłam tam i zrobiłam 

straszną awanturę, ale nic nie wskórałam. Wally nie dostał dyplomu. Akurat w tym czasie 

jego ojciec się rozchorował i myślę, że właśnie to go dobiło.

- Czy pani albo Wally wygłaszaliście wtedy jakieś pogróżki pod adresem dyrektora?

-   Wally   nie   byłby   zdolny   do   żadnych   pogróżek!   Co   innego   ja,   zdaje   mi   się,   że 

wymknęło mi się o parę słów za dużo. Mam niewyparzony język, jak się wścieknę, ale Wally 

to chodząca łagodność. Ma to po swoim ojcu.

- A kiedy to się stało?

- W maju minęły dwa lata.

- Moim zdaniem gdyby miała pani zastrzelić VanBrooka, pani Toddwhisde, dawno już 

by to pani zrobiła. Może pani spać spokojnie.

Chciała porozmawiać dłużej, ale właśnie pojawił się Larry Lanspeak, więc Qwilleran 

przeprosił ją i odłożył słuchawkę.

W niedzielny poranek Larry miał na sobie nieskazitelny garnitur szyty u krawca i 

lśniące garniturowe buty.

- Nie mogę  zostać dłużej  niż dwadzieścia minut.  Odprowadzam dziś wiernych  do 

ławek - Lanspeakowie chodzili do kościoła Old Stone znajdującego się po drugiej stronie 

parku otaczającego Teatr Klingenschoenów. Była to największa, najstarsza i najzamożniejsza 

kongregacja w mieście.  Opadł na krzesło;  sprawiał wrażenie  przygnębionego.  - Niepokoi 

mnie cała ta sytuacja.

- Czy Hilary chodził do twojego kościoła? - spytał Qwilleran, nalewając kawę.

- Nie sądzę, żeby należał do jakiegokolwiek kościoła. Za to nieźle znał się na religiach 

Wschodu.

- Z tego, co zauważyłem, to znał się mniej więcej na wszystkim.

- Trafne spostrzeżenie! Pamiętam życiorys, jaki przedstawił, kiedy przyjmowaliśmy 

go do pracy. Spędził sporo czasu w Azji i twierdził, że zna biegle język japoński, a po chińsku 

potrafi czytać i pisać. Jego gospodyni powiedziała naszej, że miał w domu pokaźne zbiory 

sztuki orientalnej. To jednak nie wszystko! Z życiorysu wynikało, że studiował architekturę i 

architekturę krajobrazu; był zawodowym aktorem w Nowym Jorku oraz oczywiście posiadał 

background image

odpowiednie wykształcenie pedagogiczne. Pewnie można dokonać tego wszystkiego, jeśli nie 

jest się obciążonym rodziną i nie poświęca się w ogóle czasu na życie towarzyskie. Nigdy nie 

uczestniczył w wydarzeniach sportowych ani innych szkolnych imprezach tego rodzaju, co w 

tak małej społeczności jest sporym nietaktem. Prawdę mówiąc, w soboty i niedziele gdzieś 

znikał. Kilka razy w piątkowe wieczory widziano jego samochód kierujący się na południe - 

wiesz, w stronę Lockmaster.

- Gdzie zapewne spędzał weekendy, paląc opium i czytając chińską poezję - uzupełnił 

Qwilleran.

- W radiu mówili, że został zabity strzałem w tył głowy - ciągnął Larry. - Czy to 

wygląda na egzekucję w chińskim stylu?

- Raczej ktoś ukrył się na tylnym siedzeniu i czekał, aż Hilary siądzie za kierownicą. 

Na filmach zawsze tak robią.

- Nie żartuj sobie, Qwill. Wszystko wskazuje na to, że zabójcą był jeden z nas.

- Albo raczej ktoś, kto chciał stworzyć pozory, że to jeden z nas.

- Powiem ci jedno: nie będę ukrywał, że tylu kłótni podczas prób jeszcze nigdy nie 

było... Z drugiej strony może rzeczywiście chodzi o jakieś narkotyki czy coś w tym rodzaju?

- Sądziłem, że Moose County wolne jest od zgubnych wpływów z Nizin - zauważył 

Qwilleran. - Nie mamy tu sieci fastfoodów ani nawet garażowych wyprzedaży.

-   To   kwestia   czasu   -   przepowiedział   Larry.   -   Prędzej   czy   później   pojawią   się, 

zwłaszcza, że ostatnio stawiamy ponoć na turystykę.

Qwilleran powtórnie napełnił kubki kawą.

- Skontaktowałeś się z kuratorem?

- Owszem, obudziłem Lyle'a koło czwartej nad ranem.

- Jak zareagował?

- No cóż, wiesz, jaki jest Lyle Compton! Nie przebiera w słowach. Powiedział, że sam 

nieraz miał ochotę rozwalić Hilary’emu łeb. Możesz mi wierzyć, że to samo powie niejeden z 

mieszkańców miasta! W Pickax zgromadziło się dość nienawiści, by zatopić krążownik.

- Słyszałem przed chwilą - stwierdził Qwilleran - że VanBrook wywalił Wally'ego 

Toddwhistle'a na kilka tygodni przed końcem roku z powodu jakichś dziecinnych figli.

- To prawda. Ze strony Hilary'ego to była zbrodnia. Wally zawsze był spokojnym, 

grzecznym dzieciakiem i całkiem niezłym uczniem. Jeśli chodzi o ten psikus, to całe miasto 

miało z niego niezły ubaw.

- A co to było takiego?

background image

- No więc, jak wiesz, ojciec Wally'ego był taksidermistą i Wally przyniósł do szkoły 

wypchanego skunksa. I tak jakoś się złożyło, że skunks wylądował na dyrektorskim fotelu. 

Oczywiście wszystko wskazywało na winę Wally'ego, chociaż chłopak przysięgał, że to nie 

on. Cała rada szkolna wstawiła się za nim, ale VanBrook i tak go wywalił. Powiedział radzie, 

że będzie zarządzał szkołą po swojemu, a jeśli nam się to nie podoba, to zerwie umowę. Lyle 

bał się go urazić.

- Mimo wszystko jak na taki wyskok kara była niezwykle surowa.

- Tym niemniej Wally’emu nie stała się wielka krzywda. Od dziecka pracował z ojcem 

w jego warsztacie, więc po prostu przejął firmę i świetnie sobie radzi bez dyplomu. Chłopak 

ma talent. Myśliwi z całego Środkowego Zachodu przysyłają mu skóry do wypchania.

- Jeszcze kawy, Larry?

- Nie, dzięki. Mocne to jak diabli. Aż kręci mi się w głowie. Po następnej będę się 

zataczał w kościele, a to trochę nie wypada - zerknął na zegarek. - Słychać już dzwony. 

Porozmawiamy później - wychodząc, dodał jeszcze: - Zaczekaj, aż dowiedzą się o tym w 

Lockmaster! Zawsze uważali nas za barbarzyńców, a teraz mają niezły argument na poparcie 

tej opinii.

Gdy Larry odjeżdżał, odpowiadając na wezwanie dobiegające z dzwonnicy kościoła 

Old  Stone,  również   z wyżyn,   bo z  trzeciej   antresoli,  dobiegło   innego  rodzaju wezwanie. 

Syjamczyki   odespały   już   wydarzenia   minionej   nocy.   Qwilleran   wypuścił   je   więc   z   ich 

apartamentu i właśnie częstował je śniadaniem, gdy zadzwoniła Polly Duncan. Spodziewał 

się, że słyszała już ponurą wiadomość, ale powitała go dziwnie beztroskim tonem.

- Mój drogi - oznajmiła - jestem jeszcze w Lockmaster. Ślub był  bardzo udany i 

świętowaliśmy do późna w nocy. Czy Bootsie dostał dziś rano śniadanie?

- Ehm... tak - powiedział, wiedząc z doświadczenia, że czasami zdrowiej jest się lekko 

minąć z prawdą. Prawdę mówiąc, przez to wszystko, co się zdarzyło, zupełnie zapomniał o 

Bootsiem.

- Jak się miewa moje małe kochanie? Ma dobry apetyt? Mówiłeś do niego?

- Ależ oczywiście. Odbyliśmy bardzo interesującą dyskusję na temat amerykańskiej 

polityki zagranicznej i kursu dolara. Kiedy wrócisz? Nie zapomnij, że mamy zarezerwowany 

stolik w „Tipsy”.

- Właśnie dlatego dzwonię, mój drogi. Zostałam zaproszona na lunch do „Palomino 

Paddock”   i   wydaje   mi   się,   że   powinnam   przyjąć   to   zaproszenie.   Restauracja   jest 

czterogwiazdkowa, a ja nigdy w niej nie byłam. Raczej nie zdążę na kolację. Nie masz nic 

background image

przeciwko temu? Do „Tipsy” możemy pójść w przyszłą sobotę - w jej głosie słychać było 

dziwne ożywienie, niemal euforię.

- Ależ skąd. Nie mam nic przeciwko temu - odparł grzecznie Qwilleran.

- Będę w domu na czas, żeby dać Bootsiemu kolację, wtedy do ciebie zadzwonię.

- Tak przy okazji - wtrącił - najwyraźniej nie słuchałaś radia. Mieliśmy tutaj przykry 

incydent.

- Nie, o niczym nie wiem. Co się stało?

- Hilary VanBrook został zamordowany.

- Zamordowany?! Niewiarygodne. Kto to zrobił? Gdzie to się stało?

- Opowiem ci, jak wrócisz - obiecał Qwilleran. - Miłego lunchu.

On   sam   zawsze   stawiał   sobie   za   punkt   honoru,   by   nie   odwoływać   umówionych 

spotkań, toteż ta niewinna w gruncie rzeczy „zdrada” ze strony Polly mocno go dotknęła. 

Przecież bawiła się przez całą noc ze znajomymi z Lockmaster, czy musiała jeszcze zostać na 

jakiś tam lunch? Jeśli miała  ochotę na kolację w czterogwiazdkowej  restauracji,  mógł  ją 

przecież tam zabrać.

- Co o tym sądzisz? - spytał Koko.

Kot   mruknął   coś   wymijająco;   wpatrywał   się   w   krzewy   jagód   za   oknem,   gdzie 

zazwyczaj rankami pojawiał się kardynał.

- Muszę iść nakarmić potwora - oznajmił Qwilleran.

Szybkim   krokiem   udał   się   w   stronę   Goodwinter   Boulevard   do   mieszkania   Polly 

znajdującego się na piętrze dawnej powozowni wznoszącej się za kamienną rezydencją o 

surowym wyglądzie. Zresztą wszystkie domy przy tej ulicy zbudowane były z kamienia - 

imponujące siedziby dziewiętnastowiecznych kopalnianych magnatów oraz zamki baronów 

przemysłu drzewnego. VanBrook wynajmował jeden z nich i Qwilleran nie miał pojęcia, na 

co temu człowiekowi była tak wystawna siedziba, w której było piętnaście czy dwadzieścia 

pokojów. Przechodząc obok niej, zauważył, że wszystkie okna były zasłonięte udrapowanymi 

storami.

Doszedłszy do powozowni Polly, otworzył drzwi na dole i wspiął się po schodkach do 

jej mieszkania, gdzie młodociany syjamczyk skarżył się głośno na zwłokę, jaka nastąpiła w 

sprawie jego śniadania.

- Mea culpa! Mea culpa! - kajał się Qwilleran. - Zaszły nieoczekiwane wydarzenia. 

Tutaj   masz  jeszcze  łyżeczkę   -  zmienił   Bootsiemu   wodę,   szczotkował   go  przez  chwilę,  a 

potem wrócił szybko do swej szopy - w samą porę, by odebrać kolejny telefon.

Usłyszał podekscytowany głos Hixie Rice:

background image

- Qwill, czyż to nie fantastyczne? Będą przesłuchiwać nas wszystkich! Zamierzam 

dodać kilka drastycznych szczegółów - oczywiście nic strasznego - tylko tyle, żeby ubarwić 

nieco dochodzenie i zainteresować media z Nizin.

Hixie - jeszcze jeden przeszczep z Nizin, gdzie pracowała w reklamie - z rozkoszą 

manipulowała środkami masowego przekazu, zarówno tradycyjnymi, jak i elektronicznymi.

-  Sugeruję,  żebyś   akurat   w   tym   wypadku   powstrzymała   swoje  zapędy  kreatywne, 

Hixie - powiedział poważnie Qwilleran. - W tej sytuacji radziłbym ci trzymać się faktów i nie 

rozpowszechniać   fałszywych   pogłosek,   które   mogłyby   utrudnić   śledztwo   lub   wywołać 

niepożądane reakcje tubylców.

- Uwielbiam, kiedy stajesz się taki zasadniczy - zachichotała.

Roześmiał się również.

- Może masz ochotę porozmawiać o tym przy kolacji? Mam stolik zarezerwowany w 

„Tipsy”.

Oczywiście spytała:

- A gdzie jest Polly?

- Wyjechała z miasta.

- Świetnie! Będę cię miała tylko dla siebie. Spotkamy się w restauracji?

Lokal zwany „U Tipsy” mieścił się w miasteczku Kennebeck położonym na północny 

wschód od Pickax. Jadąc tam na spotkanie swojego gościa, Qwilleran przemierzał okolicę, 

która   cztery   lata   wcześniej,   gdy   świeżo   przybył   tu   z   miasta,   wydawała   mu   się   dzika   i 

tajemnicza. Teraz polubił już na dobre scenerię Moose County: usiane kamieniami pastwiska, 

gdzieniegdzie rozrzucone gospodarstwa rolne zajmujące się uprawą ziemniaków i hodowlą 

owiec... ciemne plamy lasów, w których mieszkały tysiące jeleni... suche rżyska, z których 

unosiły się spłoszone dźwiękiem silnika jego samochodu kosy, krążąc gęsto zbitymi stadkami 

nad   polem...   rozsypujące   się   budynki   opuszczonych   kopalni,   ogrodzone   i   opatrzone 

tabliczkami ostrzegającymi przed niebezpieczeństwem.

Pierwszym znakiem, że zbliżał się do Kennebeck, był widok górującego nad okolicą 

elewatora zbożowego, tutejszego drapacza chmur. Potem pojawiła się także wieża ciśnień, na 

której   niedawno   umieszczono   coś   na   kształt   herbu   miasta.   Jakiś   przedsiębiorczy   artysta 

pozbawiony lęku wysokości przemierzał cały okręg i dekorował kolejne wieże. Wszystkie 

rady miejskie chciały pochwalić się emblematem symbolizującym małą ojczyznę, takim jak 

kilof,   ryba,   żaglówka,   rogaty   jeleń,   uśmiechnięta   twarz   czy   sosna.   Wieża   ciśnień   w 

Kennebeck witała podróżnego przybywającego do granic miasta wymalowaną sylwetką kota. 

Miasteczko   tętniło   życiem,   główna   ulica   była   szeroka   i   mało   tego,   po   obu   jej   stronach 

background image

ciągnęły się chodniki; nie brak też tam było znaków czasu takich jak dom spokojnej starości, 

wyrastające jak grzyby po deszczu osiedla mieszkaniowe i tym podobne. A jednak w latach 

trzydziestych Kennebeck o mało nie stało się miastem-widmem.

Wtedy   jednak   pojawił   się   tu   z   Nizin   pewien   były   właściciel   nielegalnej   knajpy. 

Zniesienie   prohibicji   wprawiło   go   w   tak   zły   humor,   że   postanowił   powrócić   do   swego 

rodzinnego Kennebeck i otworzyć tam całkiem legalną restaurację oraz bar. Przywiózł ze 

sobą białą kotkę, która miała zdeformowaną łapkę, przez co kulała. Co więcej, na łebku miała 

czarną łatę, która do złudzenia przypominała przekrzywioną czapkę zsuwającą się na jedno 

oko.   Nosiła   też   odpowiednie   imię   -   Tipsy   (wstawiona).   Jej   chwiejny   krok   i   przymilne 

usposobienie oraz smaczne steki ściągały klientów z całej okolicy i to dzięki temu Kennebeck 

powróciło do życia.

Z   biegiem   lat   oryginalna   restauracja   mieszcząca   się   w   drewnianej   chacie   była 

wielokrotnie rozbudowywana, utrzymano jednak jej rustykalny wystrój. Qwilleran najbardziej 

lubił siadywać przy stoliku w głównej sali, której patronował sporego formatu obraz olejny 

przedstawiający w niejakim powiększeniu kotkę-założycielkę. Znalazł się na miejscu przed 

Hixie, więc zasiadł przy barze, sącząc wodę squunk z plasterkiem cytryny Był już po trzecim 

drinku, kiedy jego gość wreszcie się pojawił; Hixie była zdenerwowana i nerwowo potrząsała 

ostrzyżoną na pazia głową.

- Szybko, poproszę martini. Albo lepiej od razu podwójne - poleciła barmanowi. - 

Zaraz przeproszę za spóźnienie. Barman spojrzał pytająco na Qwillerana, a potem na Hixie, a 

następnie znów na Qwillerana, jakby zaraz miał zapytać „No, a gdzie jest pani Duncan?”.

- Nie uwierzysz, Qwill - oznajmiła Hixie swym zwykłym tragikomicznym tonem - ale 

jechałam   Ittibittiwassee   Road   i   było   całkiem   pusto,   aż   tu   nagle   zderzyłam   się   z   drugim 

samochodem! To niełatwa sztuka. - Zaraz ci powiem, jak do tego doszło. Kiedy znalazłam się 

przy Mayfus Road, zupełnie znikąd pojawił się jakiś wóz i nie zatrzymał się przed znakiem 

„stop”! Na przestrzeni dziesięciu mil kwadratowych znajdowały się tylko nasze dwa auta, no i 

musieliśmy się zderzyć! Dlaczego zawsze mi się przytrafiają takie zwariowane historie?

- Przyciągasz ku sobie katastrofy, Hixie - uśmiechnął się do niej Qwilleran. W rzeczy 

samej zdarzało jej się już ugrzęznąć w toalecie, podpalić sobie włosy, a przede wszystkim - 

wiązać się z niewłaściwymi mężczyznami. - Dobrze, że nic ci się nie stało.

- Miałam zapięte pasy, ale od strony pasażera jest spore wgniecenie i nie dało się dalej 

jechać. Musiałam czekać na wóz od Gippela, który odholował mnie do Pickax.

- Jak tu dotarłaś?

background image

- Szeryf mnie podwiózł. Był bardzo miły i strasznie mi się podobają te kapelusze z 

szerokim rondem! Po kolacji będziesz musiał odwieźć mnie do Gippela, mają dać mi jakiś 

samochód na czas naprawy.

Usiedli przy zamówionym stoliku, gdzie towarzyszyło im przyjazne spojrzenie Tipsy, 

i dokonali wyboru z nader rzeczowo sformułowanego menu wypisanego kredą na czarnej 

tablicy: można było zamówić albo stek, albo rybę - i koniec. Była też zupa dnia, czyli zupa 

roku: fasolowa. Zestaw warzyw również zawsze był ten sam, ale składał się z domowych 

karotek, młodziutkich i słodkich, oraz smakowitych małych ziemniaczków z Moose County o 

niepowtarzalnym smaku. Stek zawsze tu smakował mięsem i niczym innym.

- Czy policja zapukała już do twych drzwi? - spytał Qwilleran.

- Jeszcze nie. Rozmawiałeś z kimś?

- Z Larrym. Obawia się, że sprawcą jest ktoś z klubu, ale moim zdaniem nie ma racji.

Qwilleran musnął dłonią wąsy.

- Czy wiesz o czymś, o czym wszyscy pozostali nie wiedzą?

- To tylko przeczucie, nic więcej.

Przejawom   intuicji   Qwillerana   zawsze   towarzyszyło   szczególne   swędzenie   pod 

wąsami i ani nie potrafił tego wytłumaczyć, ani nie zamierzał nikomu o tym opowiadać. Na 

Nizinach przez całe lata pracował jako dziennikarz zajmujący się sprawami kryminalnymi i 

przy tym z natury był ciekawski, więc wrodzone skłonności detektywistyczne stały się jego 

drugą naturą, a kiedy znajdował się na właściwym tropie, wąsy zawsze dawały mu o tym 

znać.

Kelnerkami w „Tipsy” nieodmiennie były pulchne i pogodne siwowłose niewiasty, 

które zachęcały klientów, żeby zjedli wszystko z talerza.

- Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób dobierają tu personel - stwierdził. - Kelnerki 

zawsze wyglądają tu tak samo, jakby je klonowali. Mogę sobie wyobrazić treść ogłoszenia 

rekrutacyjnego: „Jesteś przy kości, zawsze w dobrym humorze, z siwizną na skroni? Jeśli 

lubisz się krzątać, czekamy właśnie na Ciebie. Babcie mile widziane”.

Zamówili po steku wraz ze zwykłym zestawem dodatków. Przy zupie fasolowej Hixie 

powiadomiła go:

- Mam świetny pomysł! Muszę ci o nim opowiedzieć.

- Dawaj. Chętnie posłucham.

Jeszcze częściej niż katastrofy Hixie przytrafiały się nietypowe pomysły, w dodatku 

prawie zawsze dobre. Właściwie jedynym niewypałem okazała się jej koncepcja stworzenia 

telewizyjnych  reklamówek  mrożonych  przysmaków  dla kotów z udziałem Koko - jednak 

background image

wyłącznie dlatego, że gwiazdor odmówił współpracy. Poza tym to właśnie ona była autorką 

tytułu   gazety   „Moose   County   coś   tam”,   która   to   nazwa   wbrew   wszelkim   oczekiwaniom 

zrobiła   furorę   wśród   lokalnych   czytelników.   I   to  właśnie   ona   wpadła   na   myśl,   by  firmę 

budowlaną Dennisa Hougha nazwać „Chuchać i Dmuchać”.

- Przede wszystkim czy widziałeś już ogłoszenie o moim nowym konkursie? - spytała.

- Owszem. Skąd ten pomysł?

- No cóż, jeżdżę po całym okręgu i sprzedaję reklamy. Widziałam już tysiące czarno-

białych   kotów!   Wieść   gminna   głosi,   że   to   zasługa   genów   legendarnej   Tipsy.   Toteż 

pomyślałam   sobie:   a   może   by   urządzić   konkurs   na   sobowtóra   Tipsy?   Izba   handlowa 

Kennebeck nie posiada się z zachwytu, o mało nie wyleźli ze skóry! Drukują już plakaty i T-

shirty.

- A nasza gazetka zwiększa sprzedaż przestrzeni reklamowej - dodał Qwilleran.

- No jasne! Mamy już świetny slogan. Jak wiadomo, prawdziwa Tipsy była bardzo 

miłą i wesołą kotką. Nasze hasło brzmi więc „Milej i weselej”. W dodatku trochę brzmi to jak 

tryb rozkazujący, co zawsze dobrze się sprzedaje. Nie uważasz?

- „Milej i weselej”? Tak właśnie powinno tu być. Są już jakieś zgłoszenia?

- Są ich setki!

Podano steki, więc naturalną koleją rzeczy zaczęli rozmawiać o jedzeniu, a potem 

przeszli do redakcyjnych plotek i kwestii powszechnego zainteresowania nowym domostwem 

Qwillerana.

Kiedy kelnerka podała pudding chlebowy, Qwilleran odezwał się:

-   Jedno   mnie   zastanawia.   W   jaki   sposób   wyłonisz   zwycięzcę   w   konkursie   na 

sobowtóra Tipsy?

- Cieszę się, że o to pytasz, Qwill. Ludzie wysyłają nam zdjęcia swoich kotów i na 

podstawie   tych   fotek   wybierzemy   pięćdziesiąt   zwierzaków   najbardziej   podobnych   do 

oryginału.   Potem   właściciele   stawią   się   z   nimi   w   Kennebeck   i   tu   zostanie   wyłoniony 

zwycięzca. A mój pomysł polega na tym: chcę, żebyś znalazł się w składzie sędziowskim.

- Zaraz, zaraz, Hixie! - zaniepokoił się. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, ale 

niby jakim cudem mam dokonać wyboru spośród pięćdziesięciu rozmiauczanych kotów?!

- Twoje nazwisko na plakatach i ogłoszeniach doda konkursowi prestiżu - stwierdziła. 

- Lyle Compton już się zgodził.

- Nasz kurator zrobi wszystko, byle było o nim głośno. Pewnie prędzej czy później 

zechce kandydować na gubernatora. Kto jeszcze będzie sędziował?

- Mildred Hanstable.

background image

Qwilleran przygładził wąsy. Akurat wyjątkowo lubił niedawno owdowiałą teściową 

Rogera MacGillivraya, która w dodatku znakomicie gotowała.

- No dobrze. To chory pomysł - dodał - ale mogę wziąć w tym udział.

Przy kawie Hixie powróciła do tematu morderstwa.

-   Hilary   był   wyjątkowo   niechętny   do   współpracy,   kiedy   ja   robiłam   wszystko,   co 

mogłam, żeby zrobić publicity Henrykowi VIII. Właściwie każdy, z kim rozmawiałam, ma 

mu coś za złe.

- Cóż, ktoś pogniewał się na niego bardziej niż inni - zauważył Qwilleran. - Widocznie 

skrywał jakąś mroczną tajemnicę, o której nic nie wiemy.

- Myślisz, że mogło chodzić o narkotyki?

-   Szczerze   wątpię,   choć   z   pewnością,   gdyby   dyrektor   szkoły   okazał   się   dilerem, 

byłoby to coś w twoim guście. Jednak pod tym względem w Moose County raczej nie ma 

problemów, co stanowi jedną z zalet prowincji. Jeśli chodzi o pijaństwo, sprawy mają się 

nieco inaczej, ale to wszystko - przynajmniej na razie.

- A przecież helikopter szeryfa ciągle krąży nad tymi pustkowiami między Chipmunk 

a Purple Point...

- Wypatrują kłusowników, a nie plantacji marihuany. A co o tym sądzi Gary Pratt? 

Często się z nim widujesz?

- Ostatnio nie - wyznała Hixie. - Jest włochaty, jak małpa. Odkąd poznałam Dennisa, 

pociągają mnie raczej schludni faceci.

Qwilleran uznał, że czas znów przybrać zasadniczy ton.

- Chyba wiesz, Hixie, że Dennis jest żonaty i szczęśliwy w małżeństwie. Nie pakuj się 

w to, bo czeka cię kolejne rozczarowanie. Jego dziecko ma dwa lata, wykapany ojciec. A 

żona stara się sprzedać dom w St. Louis, a kiedy jej się uda, rodzina się połączy.

- Jakoś słabo się stara - odparowała Hixie. - Dennis twierdzi, że ona po prostu nie chce 

mieszkać czterysta mil na północ od cywilizowanego świata - i natychmiast spoważniała: - 

Nie   wiem,   czy   to   ma   jakieś   znaczenie,   Qwill,   ale...   kiedy   usłyszałam   dziś   wiadomości 

nadawane przez radio, próbowałam się do niego dodzwonić. Nie odbierał. Za każdym razem 

odpowiadała automatyczna sekretarka.

-   Pewnie   po   prostu   spał   i   wyłączył   dzwonek,   żeby   nikt   go   nie   budził   -   wyraził 

przypuszczenie Qwilleran. - Wczoraj wszyscy położyliśmy się późno.

- Ale ja wyjrzałam przez okno na parking i jego samochodu nie było.

- Może był po kielichu i nie wrócił swoją furgonetką, tylko ktoś go odwiózł. Nie 

przyszło ci to do głowy?

background image

- Wątpię. Dziś po południu sprawdziłam znowu i tej jego furgonetki ciągle nie było. 

Spytałam dozorczynię, a ona mi powiedziała, co usłyszała od stróża nocnego. Dennis wrócił 

swoim wozem i zaraz potem wyjechał, jeszcze przed świtem. Nic nie mówił, ale wyglądał 

jakoś dziwnie. Jechał bardzo szybko i skręcił na szosę z piskiem opon.

background image

Rozdział trzeci

Kiedy Qwilleran wracał do domu z restauracji „U Tipsy” w niedzielę wieczorem, w foyer 

nastąpił na mały przedmiot. Następny potrącił nogą przy Schranku. Na trzeci natknął się pod 

dywanem. Były to stare czcionki drukarskie - drewniane klocki, na które nabito grawerowane 

metalowe blaszki. Qwilleran zaczął je niedawno kolekcjonować, dostarczając tym samym 

nowej   rozrywki   kotom,   które   czerpały   przyjemność   z   wykradania   czcionek   z   półeczki   z 

przegródkami, gdzie je eksponował. Tym razem zwędziły trzy, przedstawiające rybę, królika i 

koguta. Qwilleran nie wiedział jeszcze, czy chodziło im o obrazki, czy też o rozmiar klocków, 

które dawały się łatwo chwycić kocim łapkom.

Kiedy   wszedł   do   składu,   światełko   na   automatycznej   sekretarce   sygnalizowało 

wiadomość.   Nacisnął   guzik   i   odsłuchał   krótką   wiadomość   od   Polly:   „Qwill,   wróciłam   z 

Lockmaster później, niż zamierzałam, jestem bardzo zmęczona i kładę się spać. Proszę nie 

oddzwaniaj dzisiaj”.

Wiadomości nie towarzyszył najmniejszy wyraz uczucia. Uznał, że Polly musiała być 

rzeczywiście bardzo zmęczona. Ciekawe, co robiła po obiedzie w „Palomino Paddock”?

On osobiście był pełen wigoru, mimo że poprzedniej nocy spał tylko piętnaście minut. 

Intrygowała go zagadka, którą miał rozwiązać komendant Brodie, chociaż nie miał zamiaru 

mieszać się do tej sprawy, wiedząc, że przyjaciel nie przyjmie rady od detektywa amatora. 

Pracując   w   działach   kryminalnych   dla   gazet   na   Nizinach,   Qwilleran   napisał   książkę   o 

miejskich zbrodniach, której nakład był obecnie wyczerpany. Nie uprawniało go to jednak do 

udzielania porad takiemu profesjonaliście jak Brodie.

Przygotował sobie filiżankę kawy i zaniósł ją do wygodnego fotela, usiadł i oparł stopy 

na otomanie. Yum Yum, nie zwlekając, zajęła miejsce na jego kolanach, a Koko przyjął 

oczekującą pozę na jego stopach. Oba syjamskie koty były gotowe na intelektualną rozrywkę.

- Cóż - zaczął - mamy tu zagadkę kryminalną, która znajdzie rozwiązanie teraz albo 

nigdy. Na co stawiacie?

background image

Koko zamrugał oczami, co Qwilleran zrozumiał jako brak sprecyzowanej opinii. O ile 

zdołał zauważyć, koty nie interesowały się ogólnymi stwierdzeniami.

- Ja nie kupuję pomysłu, że to była robota kogoś stąd - kontynuował, gładząc wąsy - 

chociaż   nie   potrafię   wyjaśnić,   dlaczego   tak   uważam.   Brodie   traci   czas,   rozpracowując 

członków klubu.

- Yow - powiedział Koko.

- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Powinien raczej zająć się samą ofiarą. Bo tak 

naprawdę to kim on był? Skąd wytrzasnął to imię: Hilary VanBrook? Wiemy, że przyjechał tu 

z Lockmaster,  ale gdzie  mieszkał  i co robił wcześniej? Zdecydowanie  nie urodził się na 

północy. Dlaczego tak genialny kosmopolita o niewiarygodnych referencjach zdecydował się 

mieszkać  na prowincji?  Gdzie znikał w czasie  weekendów? Po co mu  był  duży dom na 

Goodwinter Boulevard?

Qwilleran zapomniał, że sam był częściowo odpowiedzialny za sprowadzenie dyrektora 

do Pickax. Cztery lata wcześniej, a były to długie i obfite w wydarzenia  lata, Qwilleran 

przybył   do   Moose   County   jako   niechętny   dziedzic   fortuny   Klingenschoenów.   Nie   był 

zadowolony z losu, jaki go spotkał, bo nie pragnął bogactw. Był dziennikarzem z powołania, 

który   zjadł   zęby   na   komisariatach.   Nie   tęsknił   za   samochodem,   wystarczało   mu 

jednopokojowe   mieszkanie   i   garderoba,   która   mieściła   się   w   jednej   walizce,   jeśli   gazeta 

zlecała   mu   robotę   za   miastem.   Kiedy   nagle   przytłoczył   go   ciężar   milionów,   nie   potrafił 

wykrzesać   z   siebie   zainteresowania   finansami   i   rozwiązał   problem,   zakładając   Fundację 

Klingenschoenów,   której   przekazał   zarządzanie   fortuną.   Rada   powiernicza   niezwłocznie 

zdjęła z niego ciężar wydzielania grantów, stypendiów i pożyczek wspierających miejscową 

wspólnotę.

Najpilniejsze potrzeby, jak się okazało, miało okręgowe szkolnictwo, znane z tego, że 

wydatki na ucznia były tu najniższe w całym stanie. Środki z fundacji przeznaczono na zakup 

pomocy   szkolnych   i   podniesienie   pensji   nauczycieli.   Róg   obfitości,   który   w   tak 

błogosławiony sposób znalazł się w zasięgu liceum w Pickax, natchnął kuratora okręgowego, 

Lyle'a   Comptona,   do   podjęcia   próby   sprowadzenia   do   miasta   słynnego   Hilary'ego 

VanBrooka, dyrektora szkoły w Lockmaster. Chodziły słuchy, że w ciągu kilku lat pracy w 

tamtejszym liceum osiągnął cudowne rezultaty.  Mimo że mieszkańcy Lockmaster uważali 

Pickax   za   kompletną   dzicz,   a   jego   mieszkańców   za   nieokrzesanych   gburów,   którzy   nie 

potrafią   nawet   wygrać   meczu   piłki   nożnej,   to   Vanbrook   przyjął   wyzwanie   i   podpisał 

lukratywny kontrakt. Dzięki niemu szkoła zyskała akredytację i więcej uczniów trafiało do 

college'u. Pod jego rządami drużyny sportowe nie radziły sobie znacząco lepiej, ale grono 

background image

nauczycielskie i rodzice widzieli w nim dar od losu, przeklinając jednocześnie jego arogancką 

osobowość i bezlitosne zasady.

Kilka   miesięcy   przed   śmiercią   VanBrook   napisał   krótki   i   oschły   list   do   Klubu 

Teatralnego,   w   którym   proponował   wystawienie   Szekspira,   co   miało   być   ambitnym 

wyzwaniem dla zespołu i odskocznią od lekkich komedii, musicali i kryminałów. Proponował 

również, że sam wyreżyseruje przedstawienie. Jego wybór padł na  Sławną historię żywota 

króla Henryka VIII, co spotkało się z głębokim niezadowoleniem członków klubu.

Carol Lanspeak zadzwoniła do Qwillerana, żeby zasięgnąć jego opinii.

- Konsultuję tę decyzję z tobą, ponieważ obawiamy się, że Fundacja K może nas odciąć 

od grantów, jeśli przedstawienie okaże się klapą. Nikomu nie podoba się ten pomysł, ale 

Końska Szczęka ma reputację geniusza, którego nie ima się niepowodzenie. Poprosiliśmy go 

o spotkanie z radą klubu i chcieliśmy, żebyś ty też był obecny. Jeśli masz ochotę, możesz 

zabrać dyktafon. Może przyda ci się do twojej rubryki, oczywiście jeśli zdecydujemy się 

oddać głowy pod topór.

Spotkanie odbyło się w prywatnym salonie nowego hotelu „Pickax”, który zbudowano 

w 1935 roku, na rok po tym, jak stary hotel doszczętnie spłonął. Po kolacji, na którą podano 

pulpety i ziemniaki w talarkach (hotel był znany z niewybrednej kuchni), rada klubu czekała 

na przybycie gościa honorowego. VanBrook odmówił uczestnictwa w posiłku. Gest ten był 

tyleż niezrozumiały, co nieprzyjazny. W dodatku pryncypał spóźnił się, z czego nie raczył 

nawet   się   wytłumaczyć.   Carol   przywołała   wszystkich   uczestników   zebrania   i   poprosiła 

Hilary'ego o rozwinięcie propozycji. VanBrook przeczytał z wyraźną pogardą ten sam list, 

który   wcześniej   skierował   do   klubu,   traktując   najwyraźniej   zebranych   jak   bandę 

niepiśmiennych kretynów.

Qwilleran usłyszał czyjś szept:

- Co to za beznadziejny nudziarz!

Dyrektor skończył czytać i zatoczył wzrokiem po ścianach i suficie. Miał głęboki głos o 

dobrej modulacji i słuchając go, łatwo było uwierzyć, że był profesjonalnym aktorem.

Członkowie klubu wymienili  między sobą przygnębione  spojrzenia. Pierwszy,  który 

znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby przemówić, był Scott Gippel, sprzedawca 

samochodów i skarbnik klubu. Jego siedzenie było tak szerokie, że potrzebował aż dwóch 

krzeseł.

- Publiczność nie lubi ciężkiego repertuaru.

Teraz odezwała się Carol Lanspeak:

background image

- Od czasu otrzymania listu od pana VanBrooka dwukrotnie przeczytałam sztukę i z 

przykrością muszę przyznać, że nie znalazłam w niej żadnej godnej zapamiętania kwestii, z 

wyjątkiem pierwszej: „Nie przynoszę wam dzisiaj śmiechu ni zabawy”.

- W tym momencie połowa sali wstaje i wychodzi - poparł ją łagodny z natury Gippel, 

którego ciało trzęsło się przy każdym słowie jak galareta.

Emerytowany   nauczyciel   angielskiego,   nadzorujący   czytanie   sztuk,   także   wygłosił 

swoje zdanie:

- Pan VanBrook ma rację, najwyższy czas, żebyśmy zmierzyli się z Szekspirem, ale czy 

Henryk VIII jest odpowiednią sztuką na początek? Autorstwo sztuki jest zresztą podawane w 

wątpliwość.   Wybaczcie,   ale   dam   wyraz   wyłącznie   osobistym   odczuciom:   ta   sztuka   robi 

wrażenie, jakby napisał ją zespół autorów.

Qwilleran rzucił okiem na VanBrooka, który wysłuchiwał zażaleń, wpatrując się w sufit 

w wyniosłym milczeniu. Można by podejrzewać, że szuka pęknięć w tynku.

- Chciałabym też zwrócić uwagę na inną kwestię - odezwała się Fran Brodie - Henryk 

VIII wymaga licznej obsady, a my dysponujemy ograniczoną przestrzenią za kulisami i tylko 

kilkoma garderobami. Teatr nie był projektowany z myślą o dużych produkcjach.

- Koszty kostiumów będą horrendalne! - dodał Gippel.

- Jest mało ról kobiecych! - zaprotestowała Carol.

- Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to Henryk VIII jest za długi i za nudny - powiedział 

Junior   Goodwinter,   młody   redaktor   „Moose   County   coś   tam”.   -   A   ostatnia   scena 

rozczarowuje jak końcowe piętnaście minut meczu czternaście do zera.

VanBrook wstał.

- Czy mogę zabrać głos?

- Oczywiście, proszę - zachęcała ze sztucznym uśmiechem Carol, zagniewana na męża, 

który nie otworzył ust przez całe spotkanie.

Jako   przewodniczący   rady   do   spraw   edukacji   pomógł   przekonać   VanBrooka   do 

opuszczenia   Lockmaster.   Razem   z   Lyle'em   Comptonem   dogadzał   na   wszelkie   sposoby 

dyrektorowi, który był znany z tego, że łatwo wpadał w złość. Zbliżał się moment odnowienia 

kontraktu Hilary'ego i jeśli dyrektor nie zdecydowałby się go przedłużyć, to z pewnością 

wróciłby do Lockmaster, osierocając tym samym szkołę w Pickax.

VanBrook zaczął mówić, demonstrując wyższość, jaką czuł nad resztą zgromadzonych:

-  Henryk VIII  nie jest dłuższy od  Romeo i Julii  i jest daleko krótszy od  Hamleta  i 

Ryszarda III. Tyle jeśli chodzi o „za długi” - rzucił piorunujące spojrzenie na redaktora. - Jeśli 

chodzi o to, że jest „za nudny”, to od trzystu lat sztuka zjednuje sobie uznanie publiczności 

background image

dzięki kolorytowi i dworskim obyczajom. Co więcej traktuje o aktualnych problemach, takich 

jak korupcja, chciwość, władza i wykorzystywanie kobiet. Jest też dziełem moralnym, które 

potępia  „chwałę tego  świata”. Czy wszyscy nadążają?  - Słuchacze  zaczęli  wiercić się na 

krzesłach, a on kontynuował: - Mówicie, że jest tam zbyt mało ról kobiecych, tymczasem 

najbardziej   wyrazista,   najmocniejsza   rola,   jaką   Szekspir   kiedykolwiek   przeznaczył   dla 

kobiety, to rola Katarzyny Aragońskiej, królowej Anglii. Anna Boleyn to kolejna wspaniała 

rola, nawet Stara Dama to majstersztyk. Dla tych, którzy lubią paradować w kostiumach z 

epoki,   jest   wiele   pomniejszych   ról.   I   jeśli   wydaje   wam   się,   że   w  Henryku   VIII  brakuje 

wielkich scen, to pozwolę sobie przypomnieć wam o aresztowaniu Buckinghama, o scenie 

niesłusznego   oskarżenia   o   zdradę,   o   procesie   królowej   i   jej   konfrontacji   z   kardynałem 

Wolseyem, o koronacji królowej Anny i wzruszającej scenie śmierci Katarzyny.

Omiótł salę triumfującym spojrzeniem i mówił dalej:

- Tak się składa, że wystawiałem już wcześniej tę sztukę i wiem, jakich zabiegów użyć, 

aby obniżyć koszty. Po pierwsze wykorzystać studentów jako statystów do ról grupowych. 

Sami mogą przygotować stroje. Jeśli przebiorą się w szkołach, to do teatru mogą przyjeżdżać 

szkolnymi   autobusami.   Garaż   na   zapleczu   rezydencji   Klingenschoenów   mógłby   posłużyć 

jako garderoba dla aktorów grających  drugoplanowe role, którzy rzadko pojawiają się na 

scenie.

W tym momencie Qwilleran pomyślał: Chwileczkę, kolego! Ja tam wciąż mieszkam!

- Co się zaś tyczy ostatniej sceny, to napisano ją, aby przypochlebić się monarchii, i 

mogę was zapewnić, że zostanie pominięta. Henryk VIII skończy się sceną śmierci Katarzyny, 

nazywaną chwałą sztuki.

Zapanowało milczenie, aż w końcu Carol powiedziała:

- Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienia, panie VanBrook... Czy chcemy podjąć decyzję 

teraz, czy potrzebujemy czasu na jej przemyślenie? - zwróciła się do rady klubu.

- Proponuję, żebyśmy wystawili Henryka VIII jako pierwszą sztukę sezonu jesiennego - 

Larry odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru.

- Zaryzykujmy! - poparła go Fran Brodie.

Qwilleran widział już, jak w jej szarych oczach tańczą wizje Katarzyny na scenie.

- No dobra, zgadzam się - powiedział Gippel. - Tylko módlmy się, żebyśmy sprzedali 

jakieś bilety. Będzie więcej osób na scenie niż na widowni.

- Jeśli wykorzystamy pomysł z dzieciakami, to sztuka ma wielkie możliwości reklamy - 

dodała Hixie Rice.

background image

- W porządku, poddaję się. Możecie mnie dopisać, ale pod warunkiem, że nie będzie 

ostatniej sceny - dołączył Junior.

I   tak   zapadła   decyzja   o   wystawieniu  Sławnej   historii   żywota   króla   Henryka   VIII

Qwilleran nie był już więcej zaangażowany w przygotowania, chociaż wiedział, że Carol i 

Fran   starają   się   o   rolę   Katarzyny,   a   Dennis   i   Larry   chcą   zagrać   kardynała.   Wszyscy 

podejrzewali, że dostanie się ona Larry'emu.

W   wieczór   poprzedzający   ostatnie   przesłuchania   Qwilleran   spotkał   Lanspeaków   na 

parkingu przed „Old Stone Mill”.

- Rozumiem, że oczekujesz, abym pocałował twój pierścień?

- Do diabła z tym wszystkim. Nie dostałem tej roli. Hilary chce, żebym zagrał Henryka. 

Czy   to   nie   jest   frustrujące?   Znowu   będę   musiał   zapuścić   brodę,   żeby   nie   używać   gumy 

arabskiej. Powinien go zagrać Scott, nie potrzebowałby żadnej charakteryzacji.

- Scott nigdy nie pamięta kwestii. Jedyny wers, jakiego jest się w stanie nauczyć, to ten 

na dole strony - zadrwiła Carol.

- Rozumiem, że Dennis gra Wolseya? - spytał Qwilleran.

-   Nie!   -   zagrzmiał   oburzony   Larry.   -   To   Hilary   gra   tę   rolę.   Zresztą   robił   to   już 

wcześniej. Sprowadza też jakąś kobietę z Lockmaster, która ma być Katarzyną. Kiedyś już 

grała u niego tę rolę.

- Kiedy ruszają próby? Mogę wpaść popatrzeć?

- Rozpoczynamy w następny poniedziałek - powiedziała Carol. - Pięć dni w tygodniu, 

od szóstej trzydzieści. Zwykle zaczynaliśmy o siódmej, aby ludzie mieli czas wpaść do domu 

coś przekąsić, ale ten tyran zadecydował inaczej. Chce, żebym była jego asystentką i żebym 

nauczyła się roli Katarzyny. Ta kobieta z Lockmaster będzie i mogła przyjeżdżać tylko dwa 

razy na tydzień, a przez resztę prób mam ją zastępować. Nie podoba mi się to - dodała, 

wzdychając ciężko - ale może przy okazji czegoś się nauczę.

- Chciałem napisać tekst o VanBrooku do mojej kolumny - powiedział Qwilleran - ale 

mi odmówił. Jak sądzicie, dlaczego?

- To u niego normalne - wzruszył ramionami Larry. - A gdzie jest Polly?

- Jest na obiedzie z członkami rady bibliotecznej. Co tu jedliście?

- Lutjanusa. To genialna ryba! I koniecznie spróbuj ciasta ze śliwkami... jeśli jeszcze 

został im jakiś kawałek.

Lanspeakowie poczłapali do samochodu, a Qwilleran wszedł do restauracji urządzonej 

w starym młynie. Hostessa zaprowadziła go do jego ulubionego stolika, a Derek Cuttlebrink 

postawił przed nim szklankę z wodą i koszyczek z pieczywem. Chociaż był tutaj młodszym 

background image

kelnerem, jego potężna sylwetka, metr dziewięćdziesiąt dziewięć wzrostu, sprawiała, że brano 

go za właściciela lokalu.

- W przedstawieniu gram pięć ról - pochwalił się. - W programie moje nazwisko będzie 

wydrukowane aż pięć razy, jako sługa Wolseya, herold sądowy, kat, burmistrz Londynu i 

posłaniec. Najbardziej lubię rolę kata; noszę wtedy siekierę i kaptur...

-   Musisz   się   bardzo   męczyć   tym   ciągłym   zmienianiem   kostiumów   -   zauważył 

Qwilleran.

- Mogę nosić te same spodnie, a zmieniać płaszcze i kapelusze.

- U Szekspira nie ma spodni, tylko bryczesy.

- Poza tym przemyślałem to wszystko i... - tu Derek zniżył głos - zostanę aktorem. 

Kiedyś   chciałem   pójść   do   policji,   ale   aktor   ma   fajniejszą   pracę.   Wstajesz   w   południe, 

kładziesz się nad ranem, byczo!

W tym momencie do stolika podeszła kelnerka i Derek wrócił do zmywania stolików. A 

Qwilleran zamówił lutjanusa.

- Na deser poproszę placek ze śliwkami, jeśli wam jakiś kawałek został.

W następnym tygodniu liczba samochodów na teatralnym parkingu świadczyła o tym, 

że   próby   do   spektaklu   idą   pełną   parą.   Któregoś   wieczora   Qwilleran   wślizgnął   się   na 

widownię,   licząc,   że   trafi   mu   się   materiał   na   kolejny   felieton.   Punktualnie   o   szóstej 

trzydzieści zajął miejsce z tyłu przy wyjściu. Na scenie stała już cała obsada z wyjątkiem 

Katarzyny z Lockmaster, która tego dnia nie mogła przybyć na próbę. Reżysera wciąż nie 

było.

Za kwadrans siódma Carol odezwała się rozdrażniona:

- Chyba nie będziemy stać tu bezczynnie? Zaczynamy od momentu, w którym wczoraj 

przerwał   Hilary.   Omijamy   prolog   i   lecimy   od   sceny   pierwszej   do   spięcia   Wolseya   z 

Katarzyną.   Książęta   Norfolk   i   Buckingham   oraz   lord   Abergavenny   na   scenę!   Norfolk 

wchodzi pierwszy, staje po lewej stronie, reszta, chwilę po nim, staje po prawej.

Trzej aktorzy, z tekstem roli w dłoniach, udali się, powłócząc nogami, na wyznaczone 

miejsca.

Carol krzyczała do nich z trzeciego rzędu:

-   Norfolk,   jesteś   księciem!   Stawiasz   długie,   dostojne   kroki...   Tak   lepiej!   A   ty, 

Abergavenny, okaż trochę szacunku dla teścia... ale nie chowaj się za nim! Zróbmy to jeszcze 

raz. Jeszcze raz wchodzicie i zaczynamy od „Szczęsne spotkanie! Jakże wasze zdrowie?”

Mozolnie posuwali się naprzód, a niezmordowana Carol instruowała aktorów i pilnie 

robiła notatki.

background image

- Norfolk, nie gap się w niego jak ciele w malowane wrota! Masz słuchać, co on mówi. 

To   musi   wyrażać   twoja   mina,   ciało...   A   ty,   Abergavenny,   nie   rozdziawiaj   tak   buzi... 

Buckingham, jak mówisz „To już za wiele”, idziesz parę kroków w głąb sceny...

Kiedy Dennis wygłosił sławny passus Buckinghama: „Nie ma placka, na który by się 

nie połakomił, wiedziony zgubną ambicją!”, roześmiał się na głos:

- To mój ulubiony fragment!

Zapanowała   ogólna   wesołość   i   wszyscy   wymieniali   ze   sobą   porozumiewawcze 

spojrzenia.

- Dobra, jeszcze raz! Jak mówisz, Norfolk, wyciągnij przed siebie dłoń. Przynajmniej 

nie będziesz zakrywał twarzy.

Dotarli już do epizodu z Katarzyną i biskupem Yorku, a VanBrooka jeszcze nie było. 

Carol odczytała partię Wolseya i przeszła wzdłuż sceny wraz z pozostałymi aktorami. Wtem 

drzwi od strony audytorium otwarły się z wielkim hałasem.

- Co tu się u diabła dzieje?! - zabrzmiał złowieszczo głos dyrektora. Krocząc władczo w 

kierunku sceny, napotkał spojrzenie Qwillerana.

- A pan co tu robi? - zapytał nieprzyjaźnie, poprawiając zielony golf.

- Czekam na próbę o szóstej trzydzieści - odpowiedział wąsacz, spoglądając znacząco 

na zegarek.

- Wynocha! Ale już! - wrzasnął VanBrook, wskazując dłonią drzwi.

- Ale, na Boga, czemu nie może zostać?! - interweniował ze sceny Dennis Hough. - 

Przecież to właściciel teatru!

- Wy-no-cha!

Qwilleran posłusznie opuścił widownię i wszedł na górę, by podejrzeć próbę z balkonu. 

Van Brook rozpoczął, nie marnując czasu na tłumaczenia czy przeprosiny.

- Kobieto, nie wystawiamy wujaszka Wiggleya, ale samego Szekspira! Trzymasz ręce, 

jakbyś grała królika!... Kto tam się śmieje?! Zamknijcie się albo do domu!... Suffolk, wyraz 

„koronacja”   ma   cztery   sylaby.   To   ceremonia   nałożenia   królowi   korony,   a   nie   jakaś 

egzotyczna roślina.

Ani śladu ciepłej ironii, tylko pogarda i zjadliwość.

- Campeius, czy możesz, do diabła, zachowywać się choć trochę jak kardynał, a nie jak 

przygłupawy wieśniak?!

Aktorzy, którzy czekali na swoją kolej, z przerażeniem patrzyli po sobie. Eddington 

Smith grający kardynała Campeiusa był cichym staruszkiem cieszącym się wśród członków 

klubu sporym poważaniem mimo miernych talentów aktorskich.

background image

Kiedy VanBrook powiedział Annie Boleyn, „żeby wreszcie przestała szczerzyć się jak 

idiotka”, oczy Fran rozświetlił groźny błysk. Także Dennis co rusz bladł i zaciskał zęby z 

wyrazem wściekłości na twarzy.  W pewnym momencie Dave Landrum, grający Suffolka, 

rzucił swoją rolą w reżysera i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Qwilleran wątpił, czy w takiej 

atmosferze dalsze spotkanie ma jakikolwiek sens. Wątpił też, czy wystawienie Henryka VIII 

w ogóle dojdzie do skutku.

Ale wkrótce  znaleziono  nowego Suffolka i  Larry,  z  którym  Qwilleran  dwa razy w 

tygodniu chodził na kawę do „Dimsdale Diner”, meldował, że całe przedsięwzięcie posuwa 

się   do   przodu.   Broda   bujnie   zarastała   jego   podbródek,   upodabniając   Larry'ego   do   króla 

Henryka z portretu Holbeina.

- Hilary zawsze wyżywa się na biednym Eddiem Smith. Eddie nie występowałby u nas, 

gdyby nie doktor Halifax, który zalecił mu aktorstwo jako terapię. Carol próbowała nad nim 

pracować, ale wciąż odstaje od całej reszty. Wyrzuca z siebie dwa pierwsze słowa, a później 

tylko porusza ustami. Mimo to Dennis często bierze go w obronę. Dennis i Hilary drą ze sobą 

koty.

- A co na to Carol?

-   Carol   jest   świętą   osobą!   Współpracuje   z   Hilarym,   bo   chce   się   od   niego   czegoś 

nauczyć. Ale Hilary to przykład negatywny; dzięki uczestnictwu w jego próbach można się 

dowiedzieć,   czego   na   pewno   nie   można   robić,   prowadząc   amatorski   teatr.   Z   niektórymi 

pracuje   ciężko,   innych   kompletnie   ma   w   nosie.   Uśmiecha   się   słodko   do   tej   baby   z 

Lockmaster, a innych tylko obraża.

- A ona jest dobra?

- Naturalnie, że tak! Ale Carol i Fran mogłyby zagrać tę rolę równie dobrze.

- A kto to w ogóle jest? - zapytał Qwilleran.

- Nazywa się Fiona Stucker. Nic o niej nie wiem z wyjątkiem tego, że grała Katarzynę  

w adaptacji wystawianej przed pięcioma laty w Lockmaster.

- A jak sprawdzają się studenci?

- Carol ciężko z nimi pracuje. Ćwiczą chodzenie. Ciężko jest ich zmusić, żeby ruszali 

się   jak   szesnastowieczni   szlachcice,   a   niej   jak   ameby   bez   kręgosłupa.   Derek,   przy   jego 

wzroście i pięciu rolach, powinien jak zwykle dostarczyć nam trochę komediowego oddechu. 

To oczywiste, że publiczność rozpozna go w roli kata, nawet z czarnym kapturem na głowie. 

Obawiam się tylko, że wybuchnie śmiechem w scenie śmierci Katarzyny. Kiedy wchodzi pod 

koniec jako posłaniec, pamiętaj, że to jego piąta rola, Katarzyna mówi: „tego człowieka niech 

background image

moje więcej nie ujrzą źrenice”. Będziemy musieli zacisnąć zęby, ale publiczność będzie się 

tarzała po podłodze.

- Widzowie potrzebują ulgi w napięciu - zauważył Qwilleran.

- Z pewnością, ale nie w scenie śmierci.

W noc premiery publiczność zrobiła, co do niej należało: płakała nad pożegnaniem 

Buckinghama,   wstrzymała   oddech   wobec   przepychu   koronacji   i   powstrzymywała   chichot 

wobec licznych wcieleń Dereka. Były szmery podniecenia podczas scen grupowych, kiedy 

synowie   i   wnuczki   paradowali   środkowym   przejściem   w   roli   strażników   z   halabardami, 

heroldów   z   chorągwiami,   giermków   z   insygniami,   szlachciców   ze   szpadami   u   boku, 

księżniczek z diademami wpiętymi we włosy.

Aktorom przydarzyły się dwa przejęzyczenia i kilka pomyłek, co w dniu premiery było 

całkowicie wybaczalne. Qwilleran siedział w piątym rzędzie przy przejściu w towarzystwie 

Polly Duncan. Słuchając płomiennej mowy Dennisa, uśmiechał się w duchu; syknął, kiedy 

Eddington niesłyszalnym szeptem wymamrotał swoją kwestię; czuł, jak skacze mu ciśnienie, 

kiedy Fran pojawiła się na scenie jako piękna Anna, i z napięciem oczekiwał momentu, kiedy 

Derek zrujnuje scenę śmierci Katarzyny. Na szczęście reżyser wykreślił linijki, które mogłyby 

spowodować niezręczną gafę.

Następnym razem, kiedy Qwilleran spotkał się z Larrym na kawę, aktor powiedział:

- Muszę przyznać, że Hilary jest dobry w roli kardynała. Pomijając jego arogancką 

osobowość,   był   w   stanie   przekonać   publiczność   do   Wolseya.   Obawiam   się   jednak,   że 

zazdrości Buckinghamowi uwielbienia publiczności. Kiedy Dennis pojawia się na scenie i 

wypowiada słowa powitania: „Szczęsne spotkanie”, aż słychać, jak serca walą na widowni.

-   Twój   Henryk,   Larry,   jest   wspaniały,   jak   zdjęty   z   portretu   Holbeina   -   powiedział 

Qwilleran.

- Tego właśnie chciał Hilary - potarł brodę. - Powiem ci jedną rzecz: będę szczęśliwy, 

kiedy będę mógł w końcu zgolić tę brodę!

Trzy tygodnie później zgolił brodę, VanBrook zginął, a Dennis zniknął bez śladu.

background image

Rozdział czwarty

Nazajutrz po „zbrodni w sadzie” - tak niedzielne morderstwo ochrzciło „Moose County coś 

tam” - pogoda była pod psem. Krzątający się przed domem Qwillerana policjanci doskonale 

współgrali   z   ponurą   poniedziałkową   aurą.   Procesje   śledczych,   miejskich   urzędników   i 

prokuratorów nie w smak były Koko, który w tym właśnie czasie zwykł obserwować ptaki 

wypełniające zaciszny sad świergotem i śpiewem. Czerwone, żółte, szare, błękitne i brązowe 

uwijały się, przeskakując z gałęzi na gałąź i nurkując w krzewach borówki, niegdyś starannie 

przyciętych, a dziś niemożliwie zapuszczonych.

Koko   szczególnie   upodobał   sobie   pewnego   kardynała,   który   od   samego   świtu 

dokazywał   w   otoczeniu   zazdrosnych   konkurentów   i   oddanych   wielbicielek.   Ze   swoim 

czerwonym upierzeniem, koroną na główce i dostojnym dziobem wyglądał jak prawdziwy 

król ptaków. Syjamczyk - sam arystokrata wśród kotów - od razu poczuł w nim błękitną krew. 

Na jego widok Koko zastygał w zachwycie, a koniuszek jego ogona poruszał się mimowolnie, 

naśladując ruch ogona kardynała.

Jakby   tego   poranka   mało   było   zamieszania,   wkrótce   przed   dom   zajechała 

półciężarówka. Mężczyzna, który dziarsko wyskoczył z kabiny i jął rozpakowywać pudła na 

obiektywy   i   aparaty,   reflektory   oraz   statywy,   z   miejsca   został   otoczony   przez   nieufnych 

śledczych. Ale Qwilleran wyjaśnił, że to fotograf z Lockmaster, John Bushland, z którym był 

na dzisiaj umówiony. John miał strzelić parę fotek we wnętrzach jego nowego lokum.

Bushy,   jak   go   wszyscy   nazywali,   był   kipiącym   energią   młodzieńcem,   z   miejsca 

zjednującym   sobie   ludzi   sympatycznym   obyciem   i   niebanalnym   poczuciem   humoru. 

Przedwcześnie łysiejący, nosił koszulkę z napisem „Wczoraj czupryna, dzisiaj łysina”.

- Cała okolica huczy od plotek - powiedział poważnym tonem. - Coś już wiadomo?

- Na razie policja szuka śladów. A co tam gadają w Lockmaster?

- Jeśli mam być szczery, wszyscy odetchnęli. Nikt się za nim specjalnie nie stęsknił, 

więc może to dobrze, że już nigdy nie wróci. Masz jakiś pomysł, kto to zrobił?

background image

-  Podejrzewam,   że  to   ktoś  od  was  stara   się  nam   zrobić  czarną  legendę.   Poznałeś 

VanBroka za czasów, kiedy u was mieszkał?

- Osobiście nie. Wiem tylko, że nie miał dzieci. Vicki i ja nie interesujemy się teatrem.

Bushy z podziwem oglądał ośmioboczną bryłę budynku i jego srebrne gonty.

- Trójkątne okna u góry to strzał w dziesiątkę. Szkoda, że ci gliniarze się tu kręcą. 

Zrobiłbym parę fotek.

- I pogoda taka sobie...

- Cóż, wnętrzom to nie przeszkadza. Możemy je oświetlić, jak nam się podoba, a 

słońce nie wchodzi nam w paradę.

- W takim razie zapraszam do środka. Napijesz się kawy?

- Nie teraz. Najpierw robota, później przyjemności.

Kiedy wnosili sprzęt, Bushy z uznaniem rozglądał się po pomieszczeniu.

- Spodziewałem się ponurej nory. A tu proszę, białe ściany, jasne drzewo... Rzadko 

pracuje się w tak komfortowych warunkach.

-   Fajnie,   że   ci   się   podoba.   To   był   mój   pomysł;   chciałem   jak   najmniej   ciemnych 

zakamarków. Wszystko ze względu na koty. One uwielbiają kryjówki, a ja lubię je mieć na 

oku. Inaczej jestem niespokojny.

Podał Bushy'emu lornetkę.

- Spójrz tam w górę. Na stropie, na jednej z desek, jest sygnatura budowniczego: J. 

Mayfus & Syn, 1881. Chciałbym, żebyś ją sfotografował. Czy mam zamknąć koty na górze?

- Nie przeszkadzają mi. Kto projektował wnętrza?

- Fran Brodie. Powiedziałem jej: tylko żadnych rustykalnych gratów! Zgodziła się, a 

nawet powiedziała, że nowoczesne meble uwidocznią zabytkową bryłę budynku.

W hallu stały dwie sofy i wielki fotel z tweedową tapicerką w kubistyczne wzory, do 

których pasowały geometryczne intarsje na stoliku obok.

-   Przyznam,   że   w   Lockmaster   nie   widziałem   niczego   podobnego   -   mruknął   z 

uznaniem Bushy.

Qwilleran pokazał mu parę sprzętów, które - jego zdaniem - szczególnie nadają się do 

sfotografowania. Sosnową szafę na ubrania, litografie  z nietoperzami, szafkę z malutkimi 

półeczkami,   służącą   niegdyś   drukarzom   do   przechowywania   czcionek,   oraz   herb   rodowy 

Mackintoshów.

- Moja matka była z tego rodu - powiedział z dumą.

background image

- Nie ma sprawy, sfotografuję, co zechcesz - potakiwał Bushy, chodząc po pokoju i 

rozmyślając nad oświetleniem. - Wszędzie, gdzie spojrzysz, tam da się zrobić zdjęcie! W 

razie czego zawiesimy reflektory pod stropem i antresolą, aby rozświetlić nieco kąty.

- W czymś ci pomóc?

- Dzięki, dam sobie radę. Mam ze sobą wszystko, czego mi trzeba. Rozumiem, że 

jakby co, mogę trochę przesunąć mebel w tę czy w tamtą?

- Jasne. Skoro nie jestem ci do niczego potrzebny, to pozwól, że wyskoczę na miasto 

załatwić parę spraw. Jak będziesz chciał kawę, po prostu naciśnij ten guzik. Do zobaczenia! 

Aha, jak ktoś będzie dzwonił, nie przejmuj się. Może się nagrać na sekretarkę. I pilnuj, żeby 

koty nie uciekły na dwór!

W drzwiach zaczepił go komendant policji:

- Może ty wiesz, co się stało z Dennisem Houghem?

Brodie wymówił jego nazwisko „hau”.

- Nie wiem - rozłożył ręce Qwilleran. - Prawdę mówiąc, nie widziałem go od soboty. 

Od kiedy skończył robotę, nie zjawił się u mnie ani razu.

- W czasie przyjęcia nie było go w domu.

- Pewnie pojechał do St. Louis spotkać się z rodziną. Pytałeś Fran? Może ona wie coś 

więcej.

- Coś mi tu śmierdzi - mruknął Brodie. - Jego firma, „Dmuchać & Chuchać”, nawet 

nie ma biura.

- Dopiero się rozkręca - uspokajał przyjaciela Qwilleran. - Byłem jego pierwszym 

klientem. Zresztą, po co mu biuro? Potrzebuje tylko telefonu, żeby dogadać się z robotnikami 

i dostawcami materiałów.

- Wiesz, jak go dorwać w tym cholernym St. Louis?

-   Nie,   ale   jestem   pewien,   że   w   informacji   na   pewno   będą   wiedzieli.   A   tak   na 

przyszłość, jego nazwisko czyta się „huff”. I nie poganiaj go. To szmat drogi.

Qwilleran poczłapał do centrum. Pickax było niewielką mieściną i wszędzie dało się 

dojść na piechotę. Poza tym wąsacz nawykł do spacerów, mimo że tutejsi mieszkańcy nie 

ruszali się na krok bez samochodu.

W drodze na lunch do „Lois's Luncheonette” wstąpił do antykwariatu. Zawsze kiedy 

tędy przechodził, nie mógł się oprzeć pokusie, aby wpaść choćby na moment i wciągnąć w 

nozdrza   zapach   butwiejącego   papieru,   introligatorskiego   kleju   i   kurzu.   Ale   tym   razem 

chodziło o coś więcej niż tylko próżną przyjemność. Eddington Smith kupił ostatnio pokaźny 

księgozbiór po jakimś zmarłym nieszczęśniku. Qwilleran miał nadzieję, że znajdzie wśród 

background image

nich bestseller sprzed osiemnastu lat, którego - tak się złożyło - był autorem. Burzliwe koleje 

życia sprawiły, że nie pozostał mu ani jeden z egzemplarzy autorskich Miasta bratniej zbrodni 

Jamesa M. Qwillerana (wówczas jeszcze używał inicjału swego drugiego imienia). A teraz, 

gdy dotarł do gościnnej przystani, żaden z profesjonalnych antykwariuszy nie mógł znaleźć 

jego książki. Nawet biblioteki nie miały jej już w swoich katalogach. Mimo to nie ustawał w 

poszukiwaniach, jak ojciec tropiący zaginioną córkę.

Antykwariat Smitha, który nosił dumną nazwę „Edds Editions”, w rzeczywistości był 

ponurą piwnicą zawaloną wiekowymi woluminami zarosłymi brudem i pleśnią oraz tanimi 

broszurami   za   dwa   dolce,   z   podartą   okładką   i   poplamionym   papierem.   Z   dantejskich 

ciemności wyłoniła się postać samego gospodarza.

- Jak moja książka? Znaleziona? - zagadnął Qwilleran.

- Jak dotąd nie, ale jeszcze nie wszystko rozpakowałem. Czy policja znalazła jakieś 

ślady?

- Nawet jakby znalazła, to i tak nic by mi nie powiedzieli.

- Dzisiejszej nocy nie mogłem zmrużyć  oka. „Inne grzechy jeno mówią,  zbrodnie 

krzyczą”.

Cytat na każdą okazję - to była specjalność Eddingtona.

- Czyje to?

- Chyba Webstera.

- Którego Webstera?

- A skąd mam wiedzieć! Było z milion Websterów.

W   tym   momencie   przypalany   perski   kocur,   którego   imponujący   ogon   omiatał 

zakurzone tomy, wyłonił się z ciemności i siadł obok Qwillerana na biografii sir Edmunda 

Backhouse'a.

- Czy to znaczy, że mi ją poleca? - zapytał wąsacz. - A może Winston uznał, że to 

najwygodniejsza książka w tej dziurze?

- Nie wiem, ale to interesująca pozycja - zachrypiał antykwariusz. - Backhouse był 

orientalistą. Zagadkowy człowiek.

-   W   takim   razie   biorę   ją   -   zadecydował   Qwilleran,   który   zawsze   wychodził   z 

antykwariatu z jakąś zdobyczą.

W „Loiss Luncheonette” siadł za barem i zamówił sadzone jaja z tostem i frytkami, a 

jeszcze przed posiłkiem kawę bez śmietanki.

- No i co sądzić o tym morderstwie? - zagadnęła go kelnerka.

background image

-   „Inne   grzechy   jeno   mówią,   zbrodnie   krzyczą”   -   wyrecytował   Qwilleran   z 

uduchowioną miną.

- To Szekspir? - spytała.

Dzięki   Henrykowi   VIII   Szekspir   był   wśród   młodzieży   z   Pickax   na   topie,   choć 

Qwilleran mógł się założyć, że za miesiąc palmę pierwszeństwa odbierze mu jakiś komik lub 

szarpidrut.

- W każdym razie brzmi jak Szekspir - powiedziała tonem znawcy Alvola.

- Czasem pozory mylą - mruknął Qwilleran i pochylił się nad książką.

Ale   zamiast   czytać,   jął   przysłuchiwać   się   rozmowie   prowadzonej   przy   sąsiednim 

stoliku. Uderzyło go, że nikt nie rozpaczał nad ofiarą i jej strasznym losem. Niepokojono się 

za to rezultatem śledztwa. Czy aby zabójcą nie okaże się któryś z szanowanych obywateli, 

zdesperowany   uczeń,   przyjaciel   lub   sąsiad?   Strach   mieszał   się   z   podnieceniem,   a   nawet 

swego rodzaju radością. Qwilleran zamyślił się. Ta sprawa nigdy nie znajdzie swojego finału, 

bo w całym Pickax nie ma ani jednej osoby, która by sobie tego życzyła.

Po wyjściu z baru udał się do „Studia Dekoracji Wnętrz Amandy”, gdzie spodziewał 

się zastać Fran Brodie. Do pracy wkładała buty na siedmiocentymetrowym  obcasie, a jej 

prowokacyjnie krótka spódniczka odsłaniała nogi dłuższe od sekwoi w Yellow Stone.

- Gdzie szefowa? - zapytał Qwilleran, myśląc o klientach mdlejących na widok Fran z 

wrażenia.

- Amanda wyjechała w interesach. Coś już wiadomo?

- Na razie po mojej posesji kręcą się różni ważniacy i węszą. Ale jak wywęszą, to i tak 

nie powiedzą. Zresztą co mnie to obchodzi.

- Tata mówił  mamie,  że w samochodzie  znaleźli kawałki gumy piankowej, co by 

wskazywało na użycie tłumika.

- Koty i tak słyszały. One słyszą spadający liść z drzewa.

- Ale to nic! Powiem ci coś lepszego - szepnęła dziewczyna. - Hilary obstalował u nas 

papierowe ekrany na dwadzieścia okien, czyli cały parter. I dziś rano przywiózł je kurier. Dziś 

rano, rozumiesz? Dzwoniłam do Amandy, która wpadła w szał.

- Jak wygląda jego dom?

-   To   jedna   z   rezydencji   przy   Goodwinter   Boulevard.   Parter   urządzony   w   stylu 

japońskim jest jego dziełem. Do tego ekrany shoji pasują jak ulał. Na górze nigdy nie byłam, 

ale chwalił mi się, że ma tam kupę książek.

- Chętnie bym obejrzał ten dom - ożywił się Qwilleran, myśląc o Mieście bratniej 

zbrodni.

background image

- Nie ma problemu. Mam przy sobie klucze, a Amanda mimo wszystko zadecydowała, 

że zamówienie zrealizujemy, a później upomnimy się o zapłatę u likwidatora. Czy pomożesz 

mi je zawieźć?

- Jasne! - wykrzyknął uradowany wąsacz. - Kiedy?

- Dam ci jeszcze znać. Ale to kwestia góra dwóch dni.

Qwilleran skierował się ku wyjściu, ale zatrzymał się w drzwiach i uśmiechnął się do 

Fran.

- Ależ ze mnie sklerotyk! Właściwie wpadłem do ciebie, bo mam problem. Po tym 

wczorajszym incydencie czuję się jak w akwarium, nie wiem, czy mnie rozumiesz... Ludzie 

są wścibscy. Zaraz rozpocznie się zerkanie ukradkiem, zaglądanie, podglądanie...

Qwilleran martwił się nie bez powodu. Tam, gdzie kiedyś znajdowały się szerokie 

wrota składu jabłek, obecnie zamontowana była ściana ze szkła.

- Myślę, że rolety rozwiążą ten problem - pocieszyła go Fran. - Wpadnę do ciebie i 

wezmę wymiary okien. Wciąż jeszcze mam twoje klucze.

Qwilleran   mógł   teraz   udać   się   do   biblioteki   miejskiej.   Jej   gmach   do   złudzenia 

przypominał grecką świątynię i tylko bramki do parkowania rowerów tudzież stojące przed 

samym wejściem pudła do zwrotu książek przypominały o jego przeznaczeniu. Idąc przez 

westybul, wąsacz automatycznie zerknął w lewo, gdzie wypisane kredą na szkolnej tablicy 

widniało hasło dnia - cytat z Szekspira. To inicjatywa Polly; ona też każdego dnia wybierała 

stosowny, jej zdaniem, fragment z klasyka. Tego dnia Qwilleran spodziewał się ujrzeć coś w 

stylu: „Nader nieszczęśliwe morderstwo”. Ale najwyraźniej wesele w Lockmaster usposobiło 

Polly romantycznie, bo swym  starannym  pismem wykaligrafowała: „Miłość to opar, co z 

westchnień uchodzi”.

Pracownicy biblioteki pozdrawiali Qwillerana z szacunkiem należnym najbogatszemu 

człowiekowi w mieście, a ponadto narzeczonemu ich szefowej. Aby nie dać im powodu do 

zbyt   łatwej   satysfakcji,   wąsacz   zajął   się   buszowaniem   po   półkach   z   nowościami 

wydawniczymi  i  sprawdził  jakieś hasło w katalogu  komputerowym.  Ale w końcu dał  za 

wygraną i ruszył w stronę szklanego kantorku, gdzie urzędowała Polly. Zastał ją siedzącą za 

biurkiem, ubraną - jak zwykle - w popielaty kostium i białą bluzkę, ale promieniującą jakąś 

dziwną energią. Jej szare włosy nosiły jeszcze ślady weselnych porządków.

- No, muszę przyznać, że wyglądasz po prostu... kwitnąco! - skomplementował ją na 

przywitanie. - Nie ma co, posłużył ci ten wyjazd!

I wąsacz rozsiadł się w twardym dębowym fotelu z przełomu wieków.

background image

- Dzięki, Qwill - zaczerwieniła się Polly. - Masz rację, to był absolutnie fenomenalny 

weekend. Ale i męczący.  Parodniowe imprezowanie to nie dla mnie. Dlatego zostawiłam 

wiadomość, żeby do mnie nie dzwoniono, bo dosłownie pękała mi już głowa! Ceremonia 

ślubna  - absolutnie  cudowna! Panna młoda  miała  na sobie  suknię ślubną  swojej  babki z 

trenem długim na dwa metry. Wszystko to strasznie emocjonujące! Przyjęcie odbyło się w 

Klubie Łowieckim. Tańczyłam z panem młodym, później z ojcem pana młodego i... słowem 

ze wszystkimi!

Qwilleran nigdy nie tańczył z Polly. Rzadko była okazja, a poza tym nie był pewien, 

czy bibliotekarki lubią tańczyć.

- Ilu było gości? - spytał.

- Ze trzystu, tak przynajmniej twierdziła Shirley. Jej syn znalazł sobie bardzo piękną 

żonę. Właśnie skończył prawo i z marszu dostał pracę w najbardziej prestiżowej kancelarii w 

Lockmaster. Nigdy nie poznałeś Shirley, prawda? To ta, która miała tyle małych kotków; od 

niej   mam   Bootsiego.   Przyjaźnimy   się   już   dwadzieścia   lat.   Jej   mąż   handluje 

nieruchomościami. Nazywa się Alan, A-l-a-n...

Polly trajkotała jak najęta, a Qwilleran obserwował ją z coraz większym zdziwieniem. 

Co   się   jej,   do   diabła,   mogło   stać?   -   myślał.   Polly   zazwyczaj   była   chłodna,   rzeczowa, 

lakoniczna.   Wypowiadała   zdanie   i   czekała   na   reakcję   słuchacza.   A   dzisiaj   paplała   jak 

trzynastoletnia siksa, która wróciła z pierwszego w życiu wieczorku tanecznego. Pogładził 

wąsy dłonią i zapytał:

- Więc jadłaś w „Puddock”... Czy rzeczywiście kuchnia jest tam taka wyśmienita, jak 

to ludzie opowiadają?

-   Absolutne   szaleństwo!   -   wykrzyknęła   Polly.   -   Fantastyczna   restauracja!   Nie 

spodziewałam się, że tak mi się tam spodoba.

Qwillerana zaniepokoił przymiotnik „absolutny”. To nie było określenie ze słownika 

Polly,  a tymczasem  teraz, w ciągu  paru minut,  użyła  go już trzy razy.  Zwykle  w takich 

sytuacjach wyrażała się bardziej powściągliwie.

- Ale powiedz mi lepiej o Hilarym VanBrooku - zagadnęła Qwilla. - Wszyscy są w 

szoku. Obawiają się wyniku śledztwa.

- Mogę zamknąć drzwi? - spytał.

W pokoju obok kręciło się parę osób, a wiedział, jak wścibscy są ludzie w Pickax.

- Słyszałam w radiu - kontynuowała Polly, patrząc na Qwillerana z wyrzutem - że 

urządziłeś całonocną balangę.

background image

- Znasz PKX FM, nawet ze świętego Franciszka zrobiliby birbanta i utracjusza. A 

prawda   jest   taka,   że   po   ostatnim   przedstawieniu   cała   obsada   Henryka   VIII   nieproszona 

zwaliła mi się na głowę i ucztowała aż do trzeciej w nocy. Jak już sobie poszli, Koko zaczął 

się dziwnie zachowywać, co wzbudziło moje podejrzenia. Wyszedłem na dwór i znalazłem 

trupa. Zabójca musiał użyć tłumika, ale kot usłyszy nawet stłumiony dźwięk. Poza tym Koko 

ma niezawodny instynkt, jeśli chodzi o te rzeczy. Podczas przyjęcia cały czas siedział na 

szafie i gapił się na głowę VanBrooka. Z początku myślałem, że chodzi mu ó tupecik, bo 

Koko zawsze odróżni, co prawdziwe, a co fałszywe. Ale teraz jestem pewien, że on wiedział, 

co się stanie i że ten człowiek dostanie kulkę w głowę!

- Ach ty i ten twój Koko! Wiem, że koty mają szósty zmysł, ale nie są prorokami.

- Koko to nie jest zwykły kot.

-   A   nie   zaskoczyło   cię,   że   VanBrook   przyszedł   na   to   przyjęcie?   Ma   opinię 

nietowarzyskiego.

- Ależ on miał w tym interes! Czuł się szefem całej trupy i chciał nimi dyrygować 

nawet w moim składzie. Trochę się, biedak, zawiódł.

- To był straszny arogant. Nikt go nie lubił, ale przyznasz, że to nie jest wystarczający 

powód, aby człowieka zabijać.

- Skąd ta pewność? W zeszłym miesiącu facet ukatrupił sąsiada, bo się pokłócili o psa.

- Tak, ale to się stało na Nizinach, a nie w takim miasteczku jak nasze. Nie sądzę, by u 

nas... Wybacz, muszę odebrać.

Chwyciła za słuchawkę.

- Tak, Duncan przy telefonie... A, dzień dobry!

Jej głos stał się miękki, niemal czuły. Twarz rozpromieniło szczęście.

-   Czuję   się   świetnie,   dziękuję...   Absolutnie!...   Nie,   teraz   nie   mogę,   mam   ważną 

rozmowę, tak... Tak, oczywiście, wiesz, że będzie mi bardzo, bardzo miło.

Położyła słuchawkę, uśmiechając się do siebie.

Kto to, do licha, mógł być?! Qwilleran miał to pytanie na końcu języka, ale pomyślał, 

że zadając je, zgrzeszyłby nietaktem. Jeśli Polly będzie chciała mu powiedzieć, z pewnością 

to zrobi.

- Czas na mnie - powiedział, wstając z fotela. - Zostawiłem w domu Bushy'ego. Ma 

zrobić tam parę fotek.

- Świetny pomysł - pochwaliła Polly, porządkując papiery na biurku. - Bushy był jako 

fotograf na ślubie i weselu.

background image

Robiła   wrażenie   zajętej,   więc   Qwilleran   bez   ceregieli   i   czułych   pożegnań   opuścił 

bibliotekę. W drodze powrotnej zahaczył o redakcję „Moose County coś tam”. Miał nadzieję, 

że prowadzący kronikę kryminalną zna już jakieś szczegóły dotyczące śledztwa. Dziennikarze 

zazwyczaj są najlepiej poinformowani.

Junior Goodwinter wychylił się z gabinetu naczelnego.

- Hej, Qwill! Jeszcze cię nie zapuszkowali?

- Jeśli mnie oskarżą, Junior, to obiecuję ci, że zrobię z ciebie wspólnika. Kto wie, 

może nawet do końca życia będziemy siedzieć w tej samej celi?

-   Nie   pękaj,   jeszcze   nikogo   nie   oskarżyli.   Policja   nabrała   wody   w   usta,   ale 

przycisnęliśmy   chłopaków   z   Dingleberry   i   wiemy,   że   skremowane   szczątki   VanBrooka 

pojadą do Lockmaster.

- A więc nie będzie pogrzebu? Tego już mu naprawdę nikt nie wybaczy!

Mieszkańcy  Pickax  uwielbiali  uroczyste   pogrzeby  z orkiestrą   kobziarzy i  procesją 

sunącą   przez   całe   miasto.   Ta   pompa   była   uważana   za   specjalność   miasteczka   już   w 

dziewiętnastym wieku!

-  Ano  szkoda   -   westchnął   naczelny.   -  Dzwoniliśmy   do   Lyle   Compton   w   sprawie 

nabożeństwa żałobnego, ale powiedział, że to nie ma sensu, bo i tak nikt nie przyjdzie. Na 

stanowisko   VanBrooka   ma   wskoczyć   jego   asystent,   głosowanie   w   radzie   to   czysta 

formalność. Ale facet jest kompetentny, więc to nie jest żaden trop... Tyle na razie wiemy. 

Aha, Arch chce się z tobą widzieć.

Arch Riker i Qwilleran znali się jeszcze z czasów, gdy obaj pracowali na Nizinach, 

współredagując „Daily Fluxion”. Podczas dwudziestopięcioletniej pracy w zawodzie Archowi 

zawsze wystarczało skromne biureczko gdzieś w kącie plus telefon i komputer. Teraz, kiedy 

przeniósł się na prowincję, miał własny pokój z olbrzymim biurkiem wielkości stołu do ping-

ponga. Co więcej - we „Fluxion” nikt nie dałby wiary tym wieściom - miał w oknach zasłony 

zainstalowane przez „Studio Dekoracji Wnętrz Amandy”.

- Siadaj, stary - zwrócił się do wchodzącego Qwillerana. - Nalej sobie kawy, jest w 

dzbanku.

- Dzięki, właśnie wlałem w siebie trzy filiżanki w „Loiss Luncheonette”.

- Co ludzie mówią na mieście?

- Wszyscy są przerażeni. Boją się, że mordercą może okazać się któryś z naszych 

powszechnie   szanowanych   i   lubianych   obywateli.   A   że   jeden   z   nielubianych,   ale   wielce 

zasłużonych   dla   miasta   obywateli   wącha   kwiatki   od   spodu,   to   już   nikogo   nie   wzrusza. 

background image

Prawda, był outsiderem, nikt za nim nie przepadał, ale zbrodnia to zbrodnia, nawet jeśli ofiara 

jest pariasem, a morderca, dajmy na to, publikuje w „Coś tam”.

- To temat dla ciebie. Nie chciałbyś poprowadzić dziennikarskiego śledztwa, Qwill?

- Nie, dzięki. Nie zapominaj, że to wydarzyło się na moim podwórku. Ale mógłbyś o 

tym napisać we wstępniaku.

Qwilleran   mimowolnie   pogładził   dłonią   wąsy.   Riker   znał   doskonale   ten   gest   i 

wiedział, co on oznacza.

- Kogoś podejrzewasz? Czy to mogły być prywatne porachunki?

- Uwierz mi, staram się trzymać od tego z daleka. Zresztą ufam Brodiemu. Całe życie 

tu   spędził,   zna   wszystkich   mieszkańców   i   jest   chodzącym   policyjnym   archiwum.   Nie 

zdziwiłbym się, gdyby wpadł już na trop zabójcy. Może właśnie zastawia na niego sidła.

Qwilleran zbierał się powoli do wyjścia.

- Koko nie udzielił ci żadnych wskazówek? - spytał z nutą ironii w głosie Arch.

- Jak na razie zajmuje się kradzieżą moich czcionek, a jedyny sygnał, który mi daje, to 

JEŚĆ! Do miłego, stary!

Po   drodze   wetknął   głowę   przez   uchylone   drzwi   pokoju   Hixie   Rice   z   działu 

marketingu, która właśnie czarowała właściciela supermarketu, mówiąc mu o porażającej sile 

reklam zajmujących całą stronę.

- Jakieś wieści od Dennisa? - spytał, kiedy Hixie triumfalnie odłożyła słuchawkę.

- Jego miejsce na parkingu wciąż stoi puste. Dlaczego nikomu nic nie powiedział? 

Mnie albo Susan, albo Fran, albo tobie? To mnie zastanawia.

-   Jeśli   sugerujesz,   że   ukrywa   się   przed   policją,   to   się   grubo   mylisz.   Wszyscy   go 

znamy, to porządny chłopak. Pewnie jest teraz ze swoją żoną i dzieckiem. Może coś się tam 

wydarzyło. Przecież pamiętasz, że zamierzają sprzedać dom, więc może znalazł się kupiec. 

Prawdopodobnie   żona   zadzwoniła   do   niego   podczas   przedstawienia   i   nagrała   się   na 

sekretarkę.

- Obyś miał rację, Qwill!

Wąsacz wymówił  się od wspólnego lunchu i poszedł w dalszą  drogę. Na poczcie 

odebrał korespondencję i oświadczył, że z powodu zdewastowanej skrzynki przez pewien 

czas będzie sam zgłaszał się po paczki i listy.

-   Pewnie   urwisy   wracające   ze   szkoły   ją   popsuły   -   mruknął   urzędnik   obsługujący 

wąsacza.

- Zapewne tak - przytaknął mu Qwilleran.

background image

Większość   klientów   na   poczcie   umilała   sobie   stanie   w   kolejce,   dywagując   o 

popełnionym zeszłej nocy morderstwie. Ale kiedy napotykali wzrok wąsacza, zniżali głos 

bądź zmieniali temat.

Gdy wrócił do domu, policyjne samochody już znikły z podjazdu. Ale półciężarówka 

fotografa wciąż tam stała.

- Jak leci? - spytał Bushy'ego, który właśnie pakował swój sprzęt.

-   Nie   uwierzysz!   Pamiętasz,   jak   się   zachowywały   koty,   kiedy   w   zeszłym   roku 

przywiozłeś je do mojego studia?

-   Pamiętam.   Nie   chciały   wyjść   z   pudełka,   nawet   na   widok   puszki   z   krabami. 

Przejechałem cholerne sto dwadzieścia mil na marne.

-   Więc   dzisiaj   było   zupełnie   inaczej.   Chciały   być   koniecznie   na   każdym   zdjęciu! 

Kiedy tylko ustawiałem się do fotografii, one już tam były. Idę do kuchni, siedzą na tych 

okrągłych taboretach. Nie było miejsca, żeby nie wcisnęły się przed obiektyw.

- Powinienem był je zamknąć - mruknął Qwilleran. - Koty są przekorne. Robią zawsze 

to, czego akurat sobie nie życzysz.

- Daj spokój! Po co ci te zdjęcia? Zgaduję, że ze względu na ubezpieczenie. Inna 

sprawa, że wygląda, jakbyś w domu trzymał dwadzieścia kotów, ale komu to przeszkadza?

Qwilleran   oglądał   skrzynkę   fotografa,   zachodząc   w   głowę,   jak   może   się   w   niej 

zmieścić taka masa sprzętu.

- No, teraz mogę napić się kawy - powiedział Bushy.

- A może najpierw szklaneczka szkockiej i talerz chili eon carne?

- Wolałbym wino, jeśli mogę pogrymasić.

- Jasne. Mówisz i masz, to dewiza naszego zakładu. Nawet tawerna „Pod Wrakiem” 

nas nie przebije. Zgodnie z ewangeliczną dewizą spragnionych zawsze napoimy.

- Ale sam nie bierzesz do ust ani kropelki - z podziwem zauważył Bushy. - Strasznie 

cierpisz?

- Powiedzmy, że płacę cenę za błędy młodości. Zawiesili mi członkostwo w klubie.

Mężczyźni rozsiedli się w miękkich skórzanych fotelach, stojących obok biblioteczki i 

drukarskiej szafeczki z przegródkami na czcionki.

- Naprawdę miło tu u ciebie - zauważył Bushy. - A jak tu dużo miejsca! My też mamy 

sporą powierzchnię, ale wszystko rozdzielone na dziesiątki pokoików i pakamer. Widzę, że 

kolekcjonujesz   stare   druki.   Mój   przyjaciel,   wydawca   „Lockmaster   Logger”,   też   ma   takie 

hobby. Szczególnie interesują go reklamy i plakaty. Ma na przykład afisz Teatru Forda z 14 

marca 1865 roku. Tego dnia został zabity prezydent Lincoln.

background image

Syjamczyki, czując zapach podgrzewanego mięsa, usadowiły się na otomanie obok 

mężczyzn.

- Chciałbym jeszcze raz spróbować z nimi w studiu - powiedział Bushy. - Jest spory 

popyt na zdjęcia kotów. Może teraz, kiedy się do mnie przekonały, będzie łatwiej. Zabierzesz 

jej jeszcze kiedyś do Lockmaster?

- Z przyjemnością - powiedział Qwilleran. - W końcu, poza dzisiejszą sesją, nie mają 

żadnych zdjęć.

- A byłeś kiedyś na naszej gonitwie?

- Nie, zresztą wyścigi konne nigdy mnie nie pasjonowały.  Nie jestem hazardzistą. 

Wkładam dolara, wyjmuję dolara: to prawdziwie szkocki sposób robienia interesów.

- Ale to nie jest zwykła gonitwa. Raczej wielki piknik. Oczywiście główną atrakcją 

jest bieg z przeszkodami, ale są także wyścigi ogarów i parada powozów. Zobaczysz, będzie 

naprawdę fajnie! Mam pomysł, przyjedźcie do nas w ten weekend. Zatrzymacie się u nas, 

mamy w domu kupę miejsca. A dla kotów nowe miejsce to też atrakcja.

- Pomyślę nad tym - po chwili milczenia mruknął Qwilleran. - Ale tak czy inaczej 

jestem ci wdzięczny za zaproszenie.

- W sobotę po wyścigach pójdziemy się zabawić, a rano zabiorę cię na wyśmienite 

śniadanie do „Palomino Paddock”.

- Słyszałem o tej knajpie od mojej przyjaciółki, Polly.

- Ach, Polly! Tak, widziałem ją tam wczoraj. Rzeczywiście, dobrze się bawiła. Była 

też na przyjęciu weselnym. Ależ było tam żarcie, Qwill! Żałuj, że cię nie było.

Szklaneczka burgunda wzmocniła jego wrodzoną gadatliwość. Mówił o swojej nowej 

łodzi, o wędkowaniu w Purple Point, o niezadowoleniu żony, która chciałaby mieć dziecko, i 

problemach ze stuletnim domem, w którym  mieszkał. Qwilleran był  idealnym  rozmówcą. 

Będąc dziennikarzem, nauczył się uważnie słuchać ludzi. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy 

jakaś, nawet z pozoru błaha informacja, może się przydać.

Kiedy Bushy zaczął mówić o babce swojej żony, która żyła wraz z nimi, syjamczyki 

wpadły w amok.  Jak  na komendę   zerwały się  na  równe  nogi,  zeskoczyły  z  otomany,  w 

zawrotnym tempie zrobiły rundkę dookoła kominka, wskoczyły na antresolę i biegnąc po 

rampie, zeskoczyły na dół. Po niespełna minucie znów - jak gdyby nigdy nic - siedziały na 

swoim miejscu, zajęte południową toaletą.

- A co to było? - spytał zdumiony fotograf.

- Myślę, że chcą koniecznie pojechać na wyścigi konne. W takim razie nie pozostaje 

mi nic innego jak przyjąć twoje zaproszenie.

background image

Po obiedzie i filiżance mocnej kawy Qwilleran pomógł załadować na samochód cały 

fotograficzny ekwipunek.

- A co zamierzasz zrobić z sadem? - spytał Bushy. - Jest bardzo fotogeniczny.

- Wytnę martwe drzewa, a w ich miejsce posadzę inne.

-   Wspaniałe   miejsce   do   obserwacji   ptaszków.   Tylko   nie   wycinaj   tych   borówek   i 

dzikich wiśni. Możesz posadzić drzewka cedrowe i klony, będą ładnie komponowały się z 

otoczeniem. U nas także jest zatrzęsienie ptaków. Babka Vicki gapi się na nie godzinami.

Gdy   Qwilleran   pożegnał   fotografa   i   wrócił   do   domu,   spytał   kotów,   co   sądzą   o 

pomyśle, aby sad przemienić w ptasi rezerwat. W odpowiedzi Koko przybrał impertynencką 

pozę: rozstawił łapy, zadarł pyszczek do góry i zawinął ogon.

-   Wy   dranie!   -   wykrzyknął   Qwilleran,   podnosząc   porozrzucane   po   podłodze 

drewniane czcionki. Wiewiórkę, królika, orła i konika morskiego znalazł pod dywanem, co 

świadczyło o udziale Yum Yum w tym przestępczym procederze. To znak, że koty umierały z 

nudów. - Mały spacerek? - zaproponował.

Kiedy przygotowywał smycz i obróżkę, Yum Yum dyplomatycznie się ulotniła. Ale 

Koko   nie   miał   nic   przeciwko   małej   przechadzce,   a   właściwie   przejażdżce.   Usadowił   się 

wygodnie na ramieniu wąsacza i obaj podążyli w stronę zdewastowanej skrzynki na listy. 

Tym razem Qwilleran postanowił nie iść udeptaną ścieżką. Przedzierali się przez wysokie 

trawy   i   wąsacz   czuł,   jak   na   widok   uwijających   się   w   zaroślach   ptaszków   ciałem   Koko 

wstrząsają rozkoszne dreszcze.

Kiedy dochodzili do drogi, kot nie wytrzymał  i zeskoczył  na ziemię. Czy to tutaj 

zabójca zaparkował samochód? Zapewne tak, pomyślał Qwilleran. W każdym razie ktoś tu 

był, o czym świadczyło leżące na ziemi ptasie gniazdo. Z drugiej strony przypomniał sobie, 

że Polly mówiła mu kiedyś o ptaszkach, które nie budują gniazd na drzewach, ale chowają je 

w trawie.

Koko powędrował w kierunku drogi, gdzie starannie  zbadał ślady opon i żwir na 

poboczu. Jak się okazało, skrzynkę na listy zabrała do swego laboratorium policja, ale Koko 

znalazł   kawałek   szkła   najwyraźniej   niezauważony   przez   śledczych.   Czyżby   pochodził   ze 

zbitego   reflektora?   A   może   to   butelka   po   whisky,   potłuczona   na   drodze   przez   pijanego 

chuligana?

background image

Rozdział piąty

Następnego dnia świeciło piękne słońce, a prognoza pogody na najbliższe dni była równie 

optymistyczna. Kotom, które są meteopatami, od razu poprawił się humor. Ale Qwilleran do 

samego   rana   cierpiał   na   lekką   chandrę.   Trójkątne   okna   rzucały   na   przeciwległą   ścianę 

kolorowe refleksy,  które wraz ze słońcem zmieniały swoje położenie.  Dla kotów było  to 

źródło   niegasnącej   fascynacji,   a   i   Qwilleran   lubił   przyglądać   się   temu   symbolowi 

kosmicznego ładu, oznaczającemu zmianę i stałość zarazem. Ale dzisiaj nawet to nie potrafiło 

go pocieszyć. Z ponurej zadumy wyrwał wąsacza telefon z Lockmaster.

- Qwill? Mam nadzieję, że nie dzwonię za wcześnie. Tu Vicki Bushland. Słyszałam o 

twoim przyjeździe. Nie możemy się was doczekać!

- Wielkie dzięki za zaproszenie! - zachrypiał Qwilleran. - To dla nas wielki zaszczyt.

- Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Dziś jest cudowna, przynajmniej u nas.

- U nas też ładnie - powiedział, wpatrując się w złote trójkąty leniwie pełznące po 

ścianie i szafie. - Coś mam ze sobą zabrać?

-   Poza   kotami   nic.   No   może   lornetkę,   jeśli   lubisz   oglądać   wyścigi.   Na   sobotnią 

potańcówkę w Klubie Łowieckim ludzie przychodzą ubrani wieczorowo. W każdym razie 

kobiety, bo mężczyźni różnie, jak kto chce. Poza tym w sobotę jedziemy na piknik.

- Świetny pomysł - powiedział raczej bez przekonania.

Na   piknikach   Qwilleran   męczył   się   cholernie,   a   zimne   jedzenie   wyraźnie   mu   nie 

służyło.   Na   samą   myśl   o   papierowych   talerzykach   i   plastikowych   sztućcach,   jajkach   na 

twardo   z   fragmentami   skorup   ki,   kanapkach   z   tuńczykiem   i   ziarenkami   piasku   oraz 

czekoladowym cieście z mrówkami robiło mu się niedobrze. Z drugiej jednak strony mógłby 

to traumatyczne doświadczenie opisać w „Piórkiem Qwilla”, a także na parę dni uciec przed 

ludzką ciekawością, która po morderstwie przybrała zatrważające rozmiary. W sobotę połowa 

Moose   County   za   sumę   pięciu   dolców   będzie   zwiedzać   jego   skład,   wybrzydzając   na 

nowoczesny kominek i meble. Poza tym gdzieś na dnie duszy czaił się jeszcze jeden, być 

może   najważniejszy,   motyw.   Interesował   go   ów   tajemniczy   nieznajomy,   którego   Polly 

background image

poznała w „Palomino Paddock”. Mężczyzna, który jadł z nią drugie śniadanie i sprawił, że 

wróciła  do domu  tak późno, wymęczona,  ale  promieniująca  radością.  Qwilleran  nie miał 

wątpliwości, że to z nim rozmawiała, kiedy siedział u niej w gabinecie. Ten poufny i intymny 

ton jej głosu, kiedy mówiła, że jest zajęta, nie dawał mu spokoju.

- Jeśli nie macie nic przeciwko, zostałbym u was do poniedziałku - oznajmił Vicki.

- To wspaniale! Mógłbyś przyjechać już w piątek na kolację. Przystawki podajemy o 

szóstej. To będzie dla nas prawdziwe święto. Moja matka jest twoją wielbicielką. Dla ciebie 

kupowała „Daily Fluxion”, a teraz „Moose County coś tam”. Szczególnie we wtorki i piątki, 

kiedy zamieszczają „Piórkiem Qwilla”. Ale ponieważ czasem jest w inne dni, więc kupuje 

wszystkie numery.

- W takim razie tym przyjemniej będzie mi poznać twoją mamę - rzekł Qwilleran.

- Przyjdzie też paru naszych przyjaciół, którzy koniecznie chcą cię zobaczyć. Wszyscy 

słyszeli o tobie, choćby przy okazji przygody, jaką przeżyliście z Bushym na wyspie podczas 

sztormu. Więc czekamy z niecierpliwością!

- Tym bardziej ja będę zaszczycony - powiedział tonem wytrawnego dyplomaty.

- Aha, jeszcze jedno. Lubisz spaghetti? Chciałam przygotować coś, co przełknie moja 

mama, a spaghetti...

- Oczywiście, jem absolutnie wszystko. No może z wyjątkiem rzepy i pasternaku.

- A koty? Co one jedzą?

- O koty się nie martw. Przywiozę ze sobą trochę puszek.

Syjamczyki uznawały tylko jedzenie z puszki, a szczególnie białego tuńczyka, kraby, 

chude mięso z kurczaka czy łososia.

O ile jednak problem, czym nakarmić koty, nie spędzał snu z powiek Qwillerana, to 

kolacja   w   Klubie   Łowieckim   nastręczała   wielu   problemów.   Błękitny   garnitur,   który 

Qwilleran   wkładał   na   pogrzeby,   spłonął   w   pożarze.   Tymczasem   na   kolacji   musiał 

zaprezentować się z jak najlepszej strony, choćby dlatego, by zadać kłam przekonaniu, jakie 

powszechnie   żywili   mieszkańcy   Lockmaster,   że   Pickax   zamieszkują   same   dzikusy.   Na 

szczęście przypomniał sobie, że dwadzieścia lat temu, na ślub Archa Rikera, wziął garnitur z 

wypożyczalni.   Uprawiający   ziemniaki   farmerzy,   których   ślubne   zdjęcia   publikowała 

miejscowa gazeta, nie kupowaliby fraku na jeden wieczór. A więc Scottie, prowadzący sklep 

z garniturami, musiał też je wypożyczać.

Czasu   było   niewiele.   Co   sił   w   nogach   pognał   do   centrum,   mijając   jaskrawożółte 

plakaty obwieszczające:

background image

WYCIECZKA PO STARYM SKŁADZIE JABŁEK SOB., 17 WRZEŚNIA, OD 10 DO 17 

CENA BILETU-5$

Scottie przywitał go w drzwiach sklepu.

- No proszę, słyszałem, że znowu nabroiłeś! - powiedział ze szkockim akcentem, za 

którym jego szkoccy i półszkoccy klienci tak przepadali. (Podobnie jak reszta mieszkańców 

Moose County wiedział, że Qwilleran jest potomkiem Mackintoshów).

- Co przez to rozumiesz? - spytał wąsacz.

- Słyszałem o następnym trupie. Zanim się tu sprowadziłeś, nikogo nie mordowano.

W odpowiedzi Qwilleran lekceważąco machnął ręką.

- Nie przyszedłem tu na ploty, ale chciałem u ciebie wypożyczyć strój wieczorowy. 

Marynarkę, spodnie, buty i resztę.

-   Wypożyczyć?   Dobre   nieba!   Czyżby   Klingenschoen   nie   zostawiła   swemu 

spadkobiercy wystarczającej sumy, by starczyło na zakup garnituru?

- Zrozum, Scottie, mieszkam tu od czterech lat i ani razu nie nadarzyła się okazja, aby 

włożyć garnitur. I być może do śmierci się nie nadarzy. Potrzebuję go na jeden jedyny raz.

- Mówisz jak prawdziwy Mackintosh. A może twoja mama była Mackenzie?

- Mackintosh - mruknął wąsacz.

- Ale będzie śmiechu, jak się ludzie dowiedzą, że najbogatszy człowiek w mieście 

żałuje paru dolców na garnitur! Zapamiętaj sobie, mój drogi, że dziedzic takiej fortuny musi 

mieć własny garnitur.

Z bólem serca Qwilleran musiał uznać się za pokonanego. Scottie postanowił pójść za 

ciosem i wrócił do sprawy morderstwa.

- Niech sobie wygadują, co chcą, na temat tego VanBrooka, ale zabijać człowieka, 

nawet takiego człowieka, to już za dużo.

-   Spodziewam   się,   że   był   twoim   dobrym   klientem   -   zagadnął   Qwilleran,   będąc 

przekonanym, że Scottie lubi tylko tych, z których najwięcej może zedrzeć.

- Może nie dobrym, ale częstym. Przychodził tu oglądać golfy. Musiał mieć golf w 

każdym kolorze... Słyszałem, że policja ma już podejrzanego.

- To plotki, Scottie. Kto miałby nim być? - spytał niedbale Qwilleran, nastawiając 

pilnie uszu.

- Mówi się, że Dennis Hough zniknął i że się ukrywa... Wymówił nazwisko Dennisa 

„hoe”.

background image

- Żona burmistrza - kontynuował - była w Mooseville na jakimś sabacie czarownic i 

tam natknęła się na niego. Stał przed tawerną „Pod Wrakiem”, nieogolony, z obłędem w 

oczach...

- Ciekawe, ile na tym spotkaniu wypiła. Dennis po raz pierwszy od paru miesięcy 

pojechał odwiedzić rodzinę w St. Louis! Plotkujecie o nim, ponieważ pochodzi z Nizin, bo 

nie wychował się tutaj. Powiem ci, co myślę, Scottie. Ludzie stąd są bandą ksenofobów.

- Nie znam tych mądrych słów, których używasz. Ale jeśli chodziło ci o to, że mają 

kłopoty z płaceniem w terminie, to trafiłeś w sedno, mój chłopcze.

Wychodząc ze sklepu Scottiego, wąsacz natknął się na Carol Lanspeak zmierzającą w 

stronę centrum handlowego.

- Słyszałeś już najnowsze wieści? - spytała rozgorączkowana.

- Od najnowszych wieści bardziej interesuje mnie, co u ciebie.

-   Poczekaj,   zaraz   usiądziesz   z   wrażenia!   Właśnie   otrzymaliśmy   list   od   Hilary'ego 

pisany   w   piątek,   w   dzień   przed   jego   śmiercią,   a   w   nim   koszty   za   dojazd   tej   kobiety   z 

Lockmaster. Osiem prób plus dwanaście przedstawień razy sto czterdzieści mil wte i wewte. 

Przejechanie mili kosztuje dwadzieścia pięć centów, co daje razem siedemset dolarów! Ja 

wiem, że benzyna kosztuje. Ale my jej wcale nie potrzebowaliśmy!

- Czy klub dysponuje taką kwotą?

-   No   cóż,   czy   mamy   jakieś   wyjście?   Ale   to   jeszcze   jeden   dowód   na   arogancję 

Hilary'ego. Ani przez moment nie wspomniał o tym, że będziemy musieli pokrywać koszty 

przejazdu. Scott Gippel twierdzi nawet, że powinniśmy to żądanie zignorować. Zwłaszcza, że 

nie znamy nawet jej adresu.

- A co sądzi o tym wszystkim Larry?

- Nie widział jeszcze listu. Ale pewnie padłby z wrażenia.

Spojrzała na jaskrawożółty plakat wiszący w witrynie sklepowej.

- Wycieczka po twoim domu jest całkiem nieźle rozreklamowana. Ale pięć dolców to 

chyba trochę za dużo jak na kieszeń przeciętnego śmiertelnika z Pickax?

- Zapłaciliby więcej, byleby tylko zobaczyć miejsce zbrodni - mruknął.

- To straszne...

- Ale prawdziwe. Zresztą sama zobaczysz.

Carol weszła do sklepu, a Qwilleran poczłapał do domu, rozmyślając o pośmiertnej 

korespondencji VanBrooka.  Kto jest egzekutorem  jego testamentu?  Co po sobie  zostawił 

prócz ogromnego domu na Goodwinter Boulevard? W całym Pickax jest tylko jedna osoba, 

która cokolwiek więcej mogła o nim wiedzieć. Komisarz do spraw szkolnictwa ma przecież 

background image

jego teczkę personalną. Qwilleran czuł, że musi umówić się z Lyle'em Comptonem na lunch. 

Wiedział też, że ten mu nie odmówi. Dla Comptonà każdy pretekst do tego, by się urwać z 

pracy, był dobry.

Zaszedł   więc   do   „Studia   Dekoracji   Wnętrz   Amandy”,   aby   skorzystać   z   telefonu. 

Stamtąd zadzwonił do wydziału edukacji i umówił się z Lyle'em na popołudnie, a następnie 

zarezerwował stolik w „Old Stone Mill”.

- Wiadomo coś nowego? - zapytała Fran, kiedy odłożył słuchawkę. - Bo od ojca nie 

byłam w stanie niczego wyciągnąć. Nawet mamie nie pisnął ani słowem, ale po mieście krążą 

plotki, że w morderstwie maczał palce Dennis.

- Ciekaw jestem, kto te bzdury rozpowszechnia! - zirytował się Qwilleran.

- No wiesz, tak nagle wyjechał z miasta...

- Wiadomo, że miał jechać do St. Louis w sprawach rodzinnych.

- Wierzę, że tak właśnie jest. Problem w tym, że nikomu nic nie powiedział... A jak 

wczorajsza sesja zdjęciowa? Udała się?

- Wygląda na to, że tak. Bushy zrobił masę fotek. Ma mi wszystkie wydrukować, tobie 

też.   Jadę   do   niego   w   ten   weekend   obejrzeć   gonitwę.   Byłaś   kiedyś   na   wyścigach   w 

Lockmaster?

- Nie, ale słyszałam, że to pyszna zabawa. Qwilleran zerknął na zegarek.

- No, na mnie już czas. Jestem umówiony z Lynn. Do zobaczenia!

- Zaczekaj, Qwill! Pomożesz mi jutro dostarczyć przesyłkę do domu Hilary'ego?

- O której?

- O dziewiątej będzie za wcześnie? Wiem, że lubisz się wyspać...

- Ale nie w środę. Pani Fulgrove przychodzi sprzątać, więc wykorzystam tę okazję, 

aby się ulotnić z domu.

- A więc jesteśmy umówieni  w parku przed studiem. Pomożesz  mi załadować do 

samochodu ekrany na okna. Są zapakowane w kartonowe pudła, duże, ale niezbyt ciężkie. 

Dzięki temu - dodała Fran, puszczając do wąsacza oko - za te dwie rozmowy zapłacisz w 

naturze.

Zadowolony z siebie Qwilleran tanecznym krokiem udał się na lunch. Spieszno mu 

było dowiedzieć się o tajemnicach domu przy Goodwinter Boulevard.

„Old Stone Mill” był  uroczą restauracyjką, przerobioną ze starego, dwustuletniego 

młyna.   Jej   główną   atrakcją   był   mierzący   metr   dziewięćdziesiąt   dziewięć   kelner   i   stare 

młyńskie   koło,   wciąż   kręcące   się   i   skrzypiące.   Dwaj   mężczyźni   stojący   przy   wejściu 

poprowadzili Qwillerana do stolika, usytuowanego na uboczu, ale z widokiem na całą salę. 

background image

Niebanalną zaletą wybranego przezeń miejsca była spora odległość od nieszczęsnego koła, 

które swoimi jękami mogło wyprowadzić z równowagi nawet największego stoika.

Kiedy Derek Cuttlebrink przemknął z dzbankiem wody i koszykiem z pieczywem, 

komisarz nachylił się nad stolikiem i szepnął:

- To jeden z naszych najbardziej malowniczych wychowanków.

- Dzień dobry, panie Compton - przywitał go Derek. - Jak się podobała panu sztuka?

-   Świetna   robota!   Zwłaszcza   ty   wypadłeś   imponująco.   O   głowę   przerastałeś   całą 

resztę.

- Naprawdę?

-   A   kiedy,   mój   chłopcze,   zamierzasz   pójść   do   college'u?   Jeśli   tak   dalej   pójdzie, 

będziesz najstarszym młodszym kelnerem w całej cholernej Ameryce!

- Nie wiem. Teraz mam nową dziewczynę i ona nie chce, żebym szedł na studia - 

wyjaśnił Derek. - Widujemy się trzy razy w tygodniu. A ostatnio byliśmy razem na wrotkach 

i...

Rozmowę przerwała kelnerka, która nadbiegła z kartą dań.

- Nakryj stolik sześć i dziewięć, ale migiem! - rzuciła ostro w stronę chłopaka. - Przy 

stoliku czwartym chcą więcej wody.

Kiedy Derek popędził tam z dzbankiem, Compton kontynuował przerwany wątek.

- Cuttlebrinkowie byli w tej okolicy absolutnymi pionierami, ale wszystko schodzi na 

psy. Kolejne pokolenia rodzą się coraz dorodniejsze i coraz głupsze... Co byś mi polecił z 

menu? Tylko, proszę, nic „pełnowartościowego”! Wystarczy mi to, co serwuje żona.

Komisarz był przeraźliwie chudym mężczyzną, palącym papierosa za papierosem i 

konsekwentnie unikającym gotowanych warzyw i sałatek.

- No cóż, mamy tu krem z brokułów tak gęsty, że można by go rozbijać w moździerzu. 

Pita z awokado nie jest zbyt wygodna w jedzeniu, ale za to bardzo smaczna. Godna polecenia 

jest też sałatka z krabami.

- Wezmę chili i hotdoga - rzucił Compton kelnerce. - Więc ostatecznie pozbyli się 

VanBrooka - zwrócił się po chwili do Qwillerana. - Miałem przeczucie, że kiedyś go sprzątną. 

Szkoda tylko, że na naszym terytorium. To nie przysporzy Moose County dobrej sławy.

- Jeśli tak go nie lubiłeś, to czemu, u licha, przedłużałeś z nim kontrakt?

- Był tak cholernie dobry, że nie mieliśmy innego wyjścia! Trzeba było zacisnąć zęby 

i znosić jego impertynencje.

- A co się stanie z jego majątkiem? Czy miał gdzieś rodzinę?

background image

- Jedyna osoba widniejąca w jego aktach to adwokat z Lockmaster. Kiedy otrzymałem 

informację   o   jego   zgonie,   skontaktowałem   się   z   gościem.   Spytałem,   co   mam   robić. 

Poinformował mnie, że Hilary życzył sobie kremacji, a następnie przewiezienia prochów do 

Lockmaster. Później spytał mnie o namiary na likwidatora spadku, więc odesłałem go do 

Susan Exbridge.

- Hilary był dziwakiem, prawda? Czytam teraz biografię sir Edmunda Backhouse'a, 

brytyjskiego sinologa, i zauważam tu uderzające podobieństwa. Bystry facet, omnibus, czego 

się   nie   dotknie,   zamienia   w   złoto,   ale   także   skrajny   ekscentryk,   wyłamujący   się   ze 

społecznych norm.

- Masz rację, taki był właśnie Hilary - potwierdził Compton.

- A jego imię i nazwisko? Dziwaczne, wzbudzające podejrzenia...

- Hilary VanBrook to jego profesjonalny pseudonim, który przybrał za młodu, gdy 

jako aktor grał na nowojorskich scenach. W dokumentach widnieje inne imię i inne nazwisko, 

nie tak poetyczne. W rzeczywistości nazywał się William Smurple, nie najszczęśliwsze miano 

dla gwiazdy Broadwayu.

- Ani dla dyrektora szkoły - dodał wąsacz. - Słyszałem, że biegle władał japońskim. 

To prawda?

- Nie umiem ocenić, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tak. Jednego roku 

mieliśmy tu wymianę uczniów, przyjechali Japończycy i Hilary konwersował z nimi gładko. 

Zawsze miałem do niego pełne zaufanie, choć często się z nim nie zgadzałem. Przez niego 

straciliśmy   fantastycznego   dozorcę,   a   w   dzisiejszych   czasach   łatwiej   znaleźć   na   ulicy 

pierścionek z brylantem niż dobrego dozorcę. Pat O'Dell pracował tu przez czterdzieści lat i 

trudno było sobie wyobrazić rozsądniejszego i bardziej sumiennego pracownika. Doradzał 

uczniom, będąc jak gdyby ich nieoficjalnym psychologiem; dzieciaki ufały mu i lgnęły do 

niego   jak   do   własnego   dziadka.   Ale   co   tam,   Hilary   gwizdał   na   to!   Wydaje   mi   się,   że 

zwyczajnie był o dzieci zazdrosny. I tak uprzykrzał mu życie, że tamten w końcu odszedł.

- A co mi możesz powiedzieć o incydencie z Toddwhistle'em?

- Jak świat światem dzieciaki wrzucały do nauczycielskich skrzynek na listy różne 

śmieci. Albo kładły pineski na krzesła. Ale Hilary nie zamierzał tego tolerować. Teraz, kiedy 

już   nie   żyje,   prawdopodobnie   pozwolimy   Wally'emu   ukończyć   szkołę.   Zresztą   na 

wypychaniu zwierząt zarabia teraz o wiele więcej forsy niż u nas dyplomowany pedagog.

Gdy zamówili szarlotkę, Qwilleran spytał:

-   Jedno   mnie   zastanawia.   Skoro   VanBrook   posiadał   tyle   talentów   i   rzadkich 

umiejętności, dlaczego wybrał życie w takich dziurach jak Pickax czy Lockmaster?

background image

- Wspominał o tym podczas naszej pierwszej rozmowy, a była to rozmowa o pracę. 

Powiedział, że sporo w wielkim świecie doświadczył, zarówno złego, jak i dobrego. I że teraz 

poszukuje cichej przystani, gdzie będzie mógł oddać się studiom i rozmyślaniu.

Facet musiał przed czymś uciekać, pomyślał Qwilleran. Może coś przeskrobał i chciał 

uniknąć   konsekwencji.   Ale   przyszła   kryska   na   Matyska.   Zabójca   przybył   z   Nizin,   aby 

wyrównać rachunki.

- Twierdził, że w swojej bibliotece ma dziewięćdziesiąt tysięcy książek - kontynuował 

Compton. - W rubryczce „zainteresowania” wpisywał architekturę, ogrodnictwo, twórczość 

Szekspira, muzykę barokową. Posiadał trzy stopnie naukowe.

- Weryfikowałeś te informacje, zanim go zatrudniłeś?

- Do diabła, nie! Ale widzieliśmy, jaką fantastyczną robotę wykonał w Lockmaster, i 

ufaliśmy mu. A kiedy zobaczyliśmy, jak wspaniałe efekty przynosi jego praca w Pickax, nie 

śmieliśmy wejść mu w drogę. Baliśmy się go urazić, żeby nie odszedł.

- Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy - melancholijnie skomentował Qwilleran.

- Słyszałem, że policja ugania się za twoim specem od remontów. Ponoć facet prysnął 

z miasta.

- Wiesz, Lyle, tak myślę, że gdybym miał robić doktorat z socjologii, napisałbym o 

tym całym maglu, którym jest Moose County, gdzie ludzie żyją najbzdurniejszymi plotkami. 

To było zabójstwo z premedytacją, więc zabójca musiał mieć powód, aby sprzątnąć Hilarego. 

A Dennis, podobnie jak ja czy ty, takiego powodu nie miał. Poza tym wiadomo, że miał 

jechać do swojej rodziny w St. Louis.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - powiedział Compton.

Zapalił papierosa i Qwilleran uznał, że jest to świetna okazja, aby pożegnać komisarza 

pod pretekstem, że jest umówiony na inne spotkanie. Od kiedy rzucił palenie, drażnił go dym 

tytoniowy,  choć jeszcze niedawno lubił przesiadywać w miejscach publicznych  z fajką w 

ustach, napełniając pomieszczenie zapachem szkockiego tytoniu Groat and Boddle Number 

Five i sądząc, że czyni tym wielką przysługę otoczeniu.

Ale   Qwilleran   rzeczywiście   był   umówiony   z   Susan   Exbridge,   która   była 

współorganizatorką wycieczki po składzie. Kiedy szedł na spotkanie, po głowie kłębiły mu 

się różne nieprzyjemne myśli. Przypuśćmy, że Dennis nie udał się do St. Louis. Tak czy 

inaczej mógłby wyjechać poza granice okręgu, bo - na przykład - zna tam warsztat, gdzie 

lepiej i taniej będzie mógł naprawić samochód. A jeśli żona burmistrza rzeczywiście widziała 

go przed tawerną „Pod Wrakiem”? Odrzucił tę myśl jako zbyt straszną.

background image

Sklep   z   antykami   „Exbridge   &   Cobb”   wyglądał   naprawdę   stylowo.   W   witrynie 

ozdobionej złotymi literami stały mahoniowe meble i mosiężne dzbanki lśniące w jesiennym 

słońcu.   W   przeciwieństwie   do   wielu   antykwariatów   zarośniętych   brudem   i   kurzem   ten 

utrzymany był w nienagannej czystości.

Kiedy Qwilleran pociągnął za klamkę, Susan odwróciła się z oficjalnym uśmiechem 

na   ustach   przeznaczonym   wyłącznie   dla   klientów.   Ale   na   widok   wąsacza   na   jej   twarzy 

pojawił się wyraz troski.

- Dobrze, że jesteś, Qwill - szepnęła boleśnie. - Słyszałeś najnowsze wieści? Policja 

szuka Dennisa, który po zabójstwie uciekł z miasta.

- Spokojnie - powiedział, siląc się na łagodność. - Pewnie jedzie do swojej rodziny. 

Widziałem, że razem opuściliście imprezę. Co stało się później? Mam nadzieję, że wybaczysz 

mi tę dociekliwość.

- Odprowadził mnie do samochodu, który stał dosyć daleko, a następnie wrócił do 

swojej półciężarówki. Nie zająknął się słowem o St. Louis.

- Czy mogę zadać jeszcze jedno niedyskretne pytanie?

- Cóż - zawahała się. - Jeśli musisz.

- Pamiętam, że kiedy opuszczaliście imprezę, chichotaliście oboje. Z czego?

- Chichotaliśmy?

- Najwyraźniej któreś z was rzuciło jakiś żartobliwy tekst. Nie chciałbym być natrętny, 

ale to może być cenna wskazówka, dlatego pytam.

- Och, to nic wielkiego! U Szekspira Anna Boleyn słyszy od Starej Damy: „A ty, 

młoda,   zanim   jeszcześ   ust   nie   rozwarła,   już   na   haczyku!”   Podczas   ostatniego   spektaklu 

wypowiedziałam te słowa ze specjalnym naciskiem. Ktoś na widowni zaniósł się śmiechem, a 

Fran spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. Ciekawe, kim był ów rozbawiony widz.

- No cóż - otrząsnął się z zamyślenia Qwilleran. - Właściwie nie przyszedłem tu, aby 

cię   przesłuchiwać.   Chciałem   spytać   o   sobotnie   zwiedzanie   mojego   domu.   Wszystko   pod 

kontrolą?

- Jest jeden problem, Qwill. Dennis miał mi opowiedzieć o tym, jak przerabiał skład. 

Ludzie są tego ciekawi, a ja się na tym kompletnie nie znam.

- Spróbuję ci pomóc. Kto będzie oprowadzał?

- Członkowie rady bibliotecznej oraz paru ochotników.

- Ilu zwiedzających się spodziewasz?

- Wydrukowaliśmy pięćset biletów i jak na razie sprzedają się nieźle. Jutro ruszamy z 

kampanią reklamową. Będziemy mieli parę reklam w lokalnym radiu.

background image

- Chciałem cię uprzedzić, że na weekend wyjeżdżam z miasta. Czy moglibyśmy się 

umówić,   że   w   czwartek   rano,   przed   otwarciem   sklepu,   wpadłabyś   do   mnie   po   klucze? 

Pokazałbym ci, co i jak, odpowiedziałbym na twoje pytania, jeśli takowe będziesz miała. A o 

Dennisa się nie martw. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

Qwilleran wierzył w to, co mówił, przynajmniej do czasu, gdy spotkał Hixie Rice 

wychodzącą z banku.

- Starałam się ciebie złapać, Qwill! - powiedziała wzburzona. - Dziś rano byłam u 

klienta w Mooseville i widziałam samochód Dennisa. Jechałam na wschód, wzdłuż wybrzeża. 

On jechał przede mną, a później skręcił w stronę twojej posiadłości. Tam, gdzie przy wjeździe 

jest duża litera K.

Qwilleran nadstawił uszu.

-   Kiedy   skręcał,   widziałam   go   dokładnie,   nachylonego   nad   kierownicą.   Wyglądał 

upiornie! Czy ma jeszcze klucze do twojego domku letniskowego?

-   Nie,   już   je   zwrócił.   W   zeszłym   miesiącu   pozwoliłem   mu   tam   przemieszkiwać. 

Potrzebował spokoju, aby nauczyć się swojej roli.

- I co robimy?

- Muszę tam jak najszybciej pojechać sprawdzić, co się stało.

- Bądź ostrożny, Qwill - ostrzegła go Hixie. - Może mu odbiło... i ma broń... i jeśli to 

on jest zabójcą...

-   Dennis   nie   ma   broni,   Hixie.   Zawsze   krytycznie   wypowiadał   się   o   tych,   którzy 

trzymają   w   domu   spluwy.   Ale   jeśli   to   rzeczywiście   jego   widziałaś   tam,   na   drodze,   coś 

musiało się stać. Idę po samochód i pojadę do Mooseville.

- Podwiozę cię. Mój samochód stoi zaparkowany tuż obok. To kupa złomu, ale mam 

nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

Droga do Mooseville oddalonego od Pickax o jakieś trzydzieści mil była  zupełnie 

prosta, toteż pędzili z nieprzepisową prędkością, byle szybciej dotrzeć na miejsce. O tej porze 

roku ruch był niewielki. Skończył się już sezon turystyczny, a myśliwi przybywali tu dopiero 

zimą.   Droga   prowadziła   przez   pustynny   krajobraz,   pozostałość   po   dawnej   kopalni.   Więc 

chociaż   słońce   przygrzewało   wesoło,   okolica   wyglądała   nadzwyczaj   ponuro   i   takaż   była 

rozmowa w samochodzie.

-   Jeśli   wpadł   w   tarapaty,   dlaczego   nie   zwrócił   się   do   mnie?   -   pytał   sam   siebie 

Qwilleran. - Myślałem, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.

- Myślę dokładnie o tym samym! Zastanawiałam się nawet, czy nie namówić go do 

założenia wspólnego biznesu. Wiesz, marketing, reklama, te sprawy.

background image

Kiedy   dotarli   na   brzeg   jeziora,   ich   oczom   ukazał   się   melancholijny   widok 

opuszczonych domków letniskowych.

- To już za następnym zakrętem - poinformował Qwilleran. - Zwolnij, proszę.

- Zaczynam się denerwować - wyjąkała Hixie.

Litera   K   na   słupie   oznajmiała   podróżnym,   że   wkraczają   na   teren   należący   do 

Klingenschoenów. Droga prowadziła wśród zagajników rozsianych na wydmach.

- Nikogo tu nie ma - orzekł wąsacz. - Jeśliby gdzieś zaparkował, to właśnie tutaj.

Wkrótce odkryli ślady półciężarówki odciśnięte na miękkiej ziemi, a także ślady stóp 

na wydmie. Ani wiatr, ani fale nie zdążyły ich jeszcze zatrzeć. Domek stał zamknięty na 

cztery spusty.

- Jeśli się ukrywa, to pewnie śpi w samochodzie - myślał na głos Qwilleran. - Jak 

dobrze znasz zarządczynię Indian Village?

- Mam z nią dobre układy. Zawsze na Gwiazdkę dajemy sobie jakieś upominki.

- Czy możesz od niej wydębić klucz do mieszkania Dennisa?

-   Mogę   spróbować...   Na   przykład   powiem,   że   dzwonił   z   St.   Louis   i   prosił,   bym 

wysłała mu jakieś papiery, które leżą u niego na biurku.

- Brzmi wiarygodnie.

W   każdym   z   jednopiętrowych   budynków   Indian   Village   znajdowało   się   osiem 

mieszkań, których drzwi wychodziły na wspólny hall. Hixie zaprosiła Qwillerana do swego 

apartamentu, a sama udała się do portierni. Po chwili wróciła z pękiem kluczy w ręku.

- To ja wymyśliłem tę historię z nagraniem na sekretarkę i pilną wizytą w St. Louis - 

przyznał się Qwilleran. - Ale on rzeczywiście przed kimś lub przed czymś ucieka. Dennis nie 

jest panikarzem. Widocznie musiał wpaść w niezłe tarapaty.

Ostrożnie weszli do mieszkania Dennisa i udali się prosto do gabinetu, gdzie stało 

biurko zawalone papierami i projektami przebudowy starego składu. Były tam szczegółowe 

wyliczenia uwzględniające każdą puszkę farby i każdą paczkę gwoździ zużytych na remont. 

Jeśli chodzi o niedawną korespondencję, to znaleźli jedynie nieotwarty rachunek telefoniczny. 

Wreszcie Qwilleran nacisnął guzik automatycznej sekretarki.

Kiedy   tylko   odsłuchał   pierwszą   wiadomość,   sięgnął   do   kieszeni   płaszcza   i   wyjął 

dyktafon, z którym nigdy się nie rozstawał.

- Koniecznie muszę to nagrać - powiedział. - Puszczę to Brodiemu. Tylko pamiętaj, 

Hixie, ani słowa, nikomu! A teraz wracajmy do miasta.

background image

Hixie wysadziła Qwillerana na parkingu przed teatrem. Stamtąd udał się w stronę 

domu, minął żelazną bramę, park i dotarł do składu. Już z oddali zauważył półciężarówkę 

Dennisa zaparkowaną na podjeździe. Przyspieszył kroku, czując zarazem ulgę i obawę.

Drzwi kuchenne były otwarte. Dennis wiedział, gdzie znajduje się skrytka na klucze. 

Wchodząc do środka, Qwilleran zawołał przyjaźnie:

- Dzień dobry! Jest tam kto?!

Jedyną odpowiedzią był dziki wrzask i wycie, które rozległo się z antresoli. Qwilleran 

przed wyjściem zamknął koty na górze, jak gdyby przeczuwał, że tego dnia może się coś 

wydarzyć. Kakofonia dochodząca z góry sprawiła, że oblał go zimny pot. W powietrzu czuło 

się   duszną   atmosferę   śmierci.   Powoli   posuwał   się   z  kuchni   ku  salonowi,   rozglądając   się 

czujnie dookoła.

Popołudniowe   słońce   przedzierało   się   przez   okna,   malując   trójkątne   kształty   na 

dywanie, ścianach i kominku. W środku jednego z trójkątów majaczył podłużny cień wisielca.

background image

Rozdział szósty

Dennis Hough - autor projektu renowacji starego składu jabłek i gwiazda miejscowego teatru 

- we wtorek po południu wyjął klucz z kryjówki, wślizgnął się do domu Qwillerana, wspiął 

się na antresolę i zaczepiwszy linę o belkę stropu, powiesił się.

Chwilę później wąsacz zadzwonił na policję, aby donieść o makabrycznym odkryciu. 

Na miejsce wypadku przybył sam Brodie.

- A nie mówiłem? A nie mówiłem? - triumfował policjant. - Była zbrodnia, jest i kara! 

Nie mógł z tym dłużej żyć!

- Mylisz się - odparł spokojnie Qwilleran. - Pozwól, że odtworzę ci pewne nagranie. 

W niedzielę Dennis wrócił do domu bladym świtem, naturalnie prosto z przyjęcia, i odsłuchał 

wiadomość nagraną na sekretarkę. Oto ona.

Z   magnetofonu   dobył   się   głos   kobiety,   pełen   mściwej   goryczy:   „Nie   wracaj, 

rozumiesz?   Nie   potrzebujemy   cię   już!   Sprawę   podziału   majątku   załatwimy   w   sądzie. 

Znalazłam kogoś, z kim chcę spędzić resztę życia, z nim i z Dennym. Denny jeszcze cię nie 

zna, więc nie próbuj niczego spieprzyć! Nie dzwoń, to nie ma sensu”.

- Puścić jeszcze raz? - spytał Qwilleran.

- Nie trzeba - mruknął Brodie. - Skąd to masz?

- Miałem klucze do jego domu, tak jak on do mojego. Odsłuchałem sekretarkę, mając 

nadzieję,   że   znajdę   dowód   przeczący   twojej   teorii.   No   i   się   nie   pomyliłem.   Dennis   nie 

wiedział,   że   jest   podejrzanym   w   sprawie   morderstwa   VanBrooka.   On   pewnie   nawet   nie 

wiedział, że VanBrook został zabity. Był zajęty własną, osobistą tragedią.

Brodie potarł dłonią policzek.

- Mimo wszystko będziemy musieli zawiadomić jego żonę - powiedział powoli.

- Jeśli pozwolisz, sam to zrobię - zaoferował swe usługi Qwilleran, który uważał się za 

wcielenie dyplomatycznego wyczucia i psychologicznej przenikliwości, słowem za kogoś, kto 

idealnie   nadaje   się   do   powiadamiania   żon   o   śmierci   ich   mężów.   Wziąwszy   numer   z 

informacji telefonicznej, zadzwonił do St. Louis. W słuchawce rozległ się kobiecy głos.

background image

- Czy mam przyjemność z panią Hough? - spytał zatroskanym tonem, mając nadzieję, 

że wymawiając poprawnie nazwisko, już na wstępie zyska parę punktów.

- Tak, a z kim rozmawiam?

- Jestem Jim Qwilleran, przyjaciel pani męża z Pickax. Chciałbym...

- Gówno mnie obchodzi, czego chcesz! Powiedz temu sukinsynowi, aby się ode mnie 

odchrzanił!

Kobieta rzuciła słuchawkę.

- Słyszałeś to, Andy? - zwrócił się do Brodiego Qwilleran.

- Daj mi telefon - westchnął Brodie, a kiedy w słuchawce rozległ się ten sam kobiecy 

głos, powiedział oficjalnym tonem: - Tu policja. Dzwonię z informacją, że pani mąż nie żyje. 

To było samobójstwo. Jeśli ma pani jakieś dyspozycje względem nieboszczyka... Tak?... Aha, 

dziękuję.

Odwrócił się w stronę Qwillerana.

- Oszczędzę ci cytatów. Istota jej wypowiedzi jest mniej więcej taka: róbcie z nim, co 

tylko chcecie. Nie potrzebny jest jej mąż, ani żywy, ani martwy.

- Cóż na to poradzić! Jego przyjaciele z teatru zajmą się wszystkimi formalnościami. 

Zadzwonię do Larry'ego Lanspeaka.

- A ja jadę po oryginał nagrania - powiedział Brodie. - Jeśli możesz, nikomu o tym nie 

mów. Nigdy oficjalnie nie był podejrzany, więc nie ma co dementować plotek. Ludzie i tak 

wiedzą swoje. Nie trzeba się tym przejmować, tylko dalej prowadzić śledztwo.

Wkrótce na miejsce zdarzenia przybyli  biegli i rozpoczęli spisywanie protokołu, a 

Qwilleran zadzwonił do Hixie, aby powiadomić ją o samobójstwie Dennisa.

-   O   szóstej   prawdopodobnie   ogłoszą   to   w   radiu,   ale   tobie   chciałbym   powiedzieć 

wcześniej. Dennis powiesił się u mnie w domu.

Poczekał, aż Hixie ochłonie, i dodał:

- Nie wspominaj  nikomu  o nagraniu na sekretarce. To polecenie Brodiego. Kiedy 

znajdziemy mordercę, Dennis i tak zostanie oczyszczony.  A jemu i tak jest już wszystko 

jedno.

Równo o szóstej na falach PKX FM nadano lakoniczny komunikat: „Budowlaniec 

Dennis Hough, lat trzydzieści, zameldowany w Missouri, poniósł nagłą śmierć w... starym 

składzie jabłek, który przed paroma dniami skończył... wykańczać. Żadnych szczegółów na 

razie... nie znamy”.

Qwilleran odpędzał od siebie natrętne myśli. Jak wyglądały ostatnie chwile życia jego 

przyjaciela,   co   czuł,   co   myślał?   Czy   mógł   zapobiec   tej   tragedii?   Qwilleran   wiedział 

background image

doskonale, jak to jest, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, całe życie się wali. Wiedział, co znaczy 

rozpad małżeństwa, poczucie odrzucenia, beznadziei i potępienia. Darował sobie obiad; na 

samą myśl o jedzeniu robiło mu się niedobrze. Nakarmił tylko zamknięte na strychu koty. 

Koko, który doskonale wiedział, co się stało, i planował rekonesans po domu, w ostatniej 

chwili został złapany i ponownie uwięziony na górze.

Zszedłszy   na   dół,   Qwilleran   włączył   automatyczną   sekretarkę.   Miał   dosyć   tych 

idiotycznych  rozmów o morderstwie, ksenofobicznych insynuacji i plotek. Zamknął się w 

gabinecie, by nie musieć oglądać feralnej belki stropowej, a także kominka czy słonecznych 

trójkątów wędrujących po ścianie, które przypominały mu Dennisa. Próbował zagłębić się w 

lekturę biografii Blackhouse'a, byleby na moment odgonić mroczne myśli. Niewykluczone, że 

życie   VanBrooka   było   równie,   jeśli   nie   bardziej   interesujące.   No  i   to   morderstwo,   które 

postawiło kropkę nad i w jego tajemniczej biografii. Qwilleran czuł, że ta sprawa powoli 

zaczyna go wciągać.

Tej nocy szalała burza. Huraganowy wiatr znad Kanady wzburzył wody jeziora i wraz 

z   ulewą   zaatakował   sad   z   taką   furią,   iż   zdawało   się,   że   wyrwie   wszystkie   drzewa   z 

korzeniami. Nad ranem okolica składu przedstawiała sobą żałosny widok: połamane jabłonie, 

droga cała w błocie. Qwilleran zadzwonił po firmę zajmującą się porządkowaniem miejsc 

zdewastowanych przez katastrofy żywiołowe i zamówił ciężarówkę ze żwirem, który miał 

być wysypany na drogę.

Później wziął prysznic, ogolił się i z ominięciem zwyczajowego ceremoniału nakarmił 

koty. Była środa i lada chwila miała się zjawić pani Fulgrove, aby zetrzeć kurze, pozamiatać i 

wygłosić wykład. W tym tygodniu, poza tradycyjną tyradą na temat kociej sierści, głównym 

tematem   będzie   morderstwo   VanBrooka,   co   do   tego   wąsacz   nie   miał   najmniejszych 

wątpliwości. Tym większą czuł satysfakcję, że w porę udało mu się prysnąć z domu. Zanim 

dotarł na miejsce, zdążył jeszcze wpaść do „Lois's Luncheonette” na francuskiego rogalika z 

kawą.

Fran była wstrząśnięta wczorajszym zajściem.

- Tata mi o wszystkim powiedział - wypaliła na powitanie. - Wszyscy mówią, że to 

przez zabójstwo VanBrooka...

- Co tam wszyscy mówią czy sądzą w Pickax, w ogóle mnie nie obchodzi - burknął 

zirytowany Qwilleran.

- Wiem, że jesteś wstrząśnięty. Czuję dokładnie to samo. Pracowałam z Dennisem. 

Brakuje mi go, jego serdeczności, ciepła...

background image

- Larry zorganizuje ceremonię: skromne nabożeństwo w Dingleberry dla najbliższych 

przyjaciółka później pogrzeb.

- A jak na tę wieść zareagowała Polly?

- Nie rozmawialiśmy o tym - odrzekł sucho.

- Między wami wszystko dobrze się układa? - spytała z troską w głosie.

- A czemu pytasz?

- No wiesz... Nie było jej na sobotniej imprezie... A później ktoś widział cię z inną 

kobietą...

Twarz Qwillerana wykrzywił grymas wściekłości.

- No to gdzie te kartony? - zapytał nieuprzejmym tonem. - Sporo tego. Zabierajmy się 

do roboty!

Kiedy jechali w stronę Goodwinter Boulevard, Fran ostrzegła Qwillerana.

- Musimy  być  dyskretni!  Zapewne wszyscy  sąsiedzi  mają  lornetki  wycelowane  w 

okna VanBrooka. Jak nic oskarżą nas o plądrowanie jego domu.

- Dochodzę do wniosku, że puszczanie w obieg idiotycznych plotek to główne zajęcie 

mieszkańców Pickax.

- I tak wiesz o nich niewiele. Są tu ludzie, którzy zajmują się wyłącznie podglądaniem 

sąsiadów   i   opowiadaniem   o   nich   najpodlejszych   kłamstw.   Ale   gdy   spotykasz   takiego   na 

poczcie, jest słodki jak miód!

- Kto na przykład?

- Nie chcę mówić nazwiskami - speszyła się Fran. - Jedna z tych osób nosi pelerynkę  

niezależnie od tego, czy pada, czy świeci słońce, i do wszystkich zwraca się „serce ty moje”.

-   Dzięki   za   ostrzeżenie   -   mruknął   Qwilleran.   -   Czy   Hilary   był   waszym   dobrym 

klientem?

- Nie kupował dużo. Ale często wpadał do studia oglądać rzeczy i się wymądrzać. 

Chyba sądził, że zna się na wszystkim. Raz kupił u nas lampę, a w zeszłym roku zamówił 

tapicerkę do fotela. Ale pierwszym jego poważnym zamówieniem były ekrany na okna. I 

teraz, kiedy są gotowe do zamontowania, stało się to wszystko.

- Jak przypuszczam, twój ojciec postarał się już o pozwolenie i był w jego domu.

- Nie wiem - powiedziała chłodno.

- A wie, że dziś tam będziesz?

- Nie, ale jestem pewna, że Serce Ty Moje już się postara, aby się dowiedział. Od 

czasu, kiedy się wyprowadziłam z domu, nasze relacje się pogorszyły.

- Tak to już bywa.

background image

Fran zaparkowała na tyłach domu i zabrali się do rozładunku samochodu. Rezydencja 

VanBrooka   zaprojektowana   była   w   typowy   dla   budynków   przy   Goodwinter   Boulevard 

sposób:   kwadratowe   pokoje   z   wysokim   sufitem,   wąskie   okna,   drzwi   z   łukowatym 

zwieńczeniem i pociągnięta  ciemnym  lakierem boazeria, a do tego ciężkie, kręte schody. 

Jednak wystrój wnętrza był dosyć zaskakujący. Zamiast zwykłych mebli i ozdób nagie, białe 

ściany;   podłoga   pokryta   tatami,   a   na   niej   poduszki   do   siedzenia   i   niski   japoński   stolik. 

Jedynym urozmaiceniem były dwie orientalne wazy, jakieś japońskie ryciny oraz parawan z 

galopującymi końmi. Wszystko to pozostawałoby ze sobą w idealnej harmonii, gdyby nie 

grube zasłony wiszące w oknach.

- Hilary chciał zastąpić te zasłony ekranami shoji z japońskiego papieru, żeby mieć 

zarówno   światło,   jak   i   spokój   od   wścibskich   sąsiadów   -   wyjaśniła   Fran.   -   Cenił   sobie 

prywatność.

- Jak można żyć w takim domu! - wykrzyknął zdegustowany Qwilleran, który nie 

wyobrażał sobie pokoju bez wygodnego fotela i stołu, na który można by położyć nogi.

- Spał pewnie tu, na futonie. A gabinet, jak mówił, mieści się na górze. Tam miał 

bibliotekę i uprawiał swoje hobby.

- Hobby - powtórzył Qwilleran i zamyślił się. - Mogę rzucić okiem, co jest na piętrze?

-   Jasne!   -   powiedziała   Fran.   -   A   ja   zajmę   się   rozpakowywaniem   ekranów   i 

dopasowywaniem ich do okien. Wszystkie robione były na zamówienie i każdy pasuje do 

jednego   okna.   Ta   przyjemność   kosztuje   dziesięć   tysięcy   dolarów.   Ciekawe,   czy   kiedyś 

odzyskamy te pieniądze.

Qwilleran   wdrapał   się   powoli   po   starych,   skrzypiących   schodach,   myśląc   o 

dziewięćdziesięciu tysiącach tomów, o których wspomniał mu Compton. Zastanawiał się, czy 

w tej imponującej bibliotece znajdzie Miasto bratniej zbrodni. Jeśli książki są skatalogowane, 

to jeszcze pół biedy, ale co, jeśli są w kompletnym nieładzie? Ale kiedy uchylił drzwi, spotkał 

go srogi zawód. Całe pomieszczenie zawalone było nierozpakowanymi książkami, a raczej 

szczelnie zaklejonymi kartonami z logo wydawnictw.

Tylko w jednym pokoju, na wszystkich czterech ścianach, znajdowały się półki na 

książki. To tu właśnie VanBrooke musiał mieć swój gabinet. Było tu biurko, fotel, lampa do 

czytania, gramofon i radio. Tytuły na grzbietach odzwierciedlały eklektyczne zainteresowania 

właściciela.   Dominowała   klasyka   filozofii   Dalekiego   Wschodu,   dramatu   elżbietańskiego, 

książki   o   architekturze,   sztuce   orientalnej,   osiemnastowiecznej   modzie,   słodyczach   z 

Kantonu, botanice... ale nic o przestępczości w wielkich miastach.

background image

Ułożenie przedmiotów na biurku przywodziło na myśl  schludną i minimalistyczną 

estetykę   parteru.   Mosiężny   nóż   do   papieru   w   kształcie   chińskiego   smoka   spoczywał 

równolegle do onyksowego korytka na pióra i ołówki. Przeciwwagą do telefonu po lewej 

stronie była szkatułka z mosiężnymi  okuciami po prawej (zamknięta). W samym  centrum 

leżał czysty blotter, a na nim schludnie ułożona kupka listów. Najwyraźniej wszystkie one 

przyszły w sobotę, zostały otwarte, przeczytane i włożone ponownie do koperty.

W gabinecie panowała uroczysta cisza. Słychać było tylko krzątaninę Fran i dźwięk 

rozrywanego kartonu. Nasłuchując uważnie, czy nikt nie idzie po schodach, Qwilleran jął 

przeglądać   korespondencję.   Były   to   rachunki   od   przedsiębiorstw   komunalnych   i   firmy 

ubezpieczeniowej,   słowem   nic,   co   naprowadzałoby  na   ślad   mordercy.   Uwagę  Qwillerana 

zwrócił adres nadawcy na jednej z kopert: F. Stucker, 231 Fourth Street, Lockmaster. Po 

upewnieniu się, że Fran nadal zajęta jest zakładaniem ekranów, wąsacz wyjął list z koperty i 

przeczytał:

Mój drogi VanBrooke,

chcę   Ci   jeszcze   raz   podziękować   za   dwieście   dolarów,   które   mi   przesłałeś.   Nie  

oczekiwałam, że zwrócisz mi za paliwo. Gotowa byłam sama ponieść wszystkie koszty, byleby  

tylko móc zagrać w reżyserowanej przez Ciebie sztuce. Ale rzecz jasna pieniądze bardzo mi  

się przydadzą. Będę mogła kupić nowe buty Robbiemu.

Dozgonnie Ci wdzięczna Fiona

- Dwieście dolców! - mruknął Qwilleran. - A resztę drań schował do kieszeni.

Czy mówiąc o „hobby”, miał na myśli drobne kradzieże i oszustwa? Wąsacz próbował 

otworzyć szufladę biurka, ale zamknięta była na klucz.

Kiedy ostrożnie wkładał list z powrotem do koperty, dziwne buczenie przerwało ciszę. 

Nigdy wcześniej nie słyszał tego dźwięku. Dochodził on gdzieś z tyłu domu i Qwilleran, 

niewiele się zastanawiając, podążył na poszukiwanie jego źródła. W pomieszczeniu na końcu 

korytarza majaczyło czerwone światło. Zajrzał tam ostrożnie i odkrył, że buczenie dochodzi z 

transformatora. Tuż przy suficie paliła się bateria lamp, prawdopodobnie włączonych przez 

mechanizm zegarowy.

background image

Pod lampami, na długich stołach, stały donice podobne do tych, które spotkać można 

w szklarniach. Rośliny, które w nich rosły, były już nieco przywiędłe. Najwyraźniej od soboty 

nikt   ich   nie   podlewał.   Co   to   za   zielsko?   -   zastanawiał   się   Qwilleran.   Nie   znał   się   na 

ogrodnictwie, ale na pewno nie był to Cannabis sativa. Między zielonymi liśćmi czerwieniły 

się drobne, czerwone kwiaty. Roztarł jeden z liści w palcach i powąchał, ale ten zapach nic 

mu nie mówił. Ostatecznie uszczknął jedną gałązkę dla Koko i schował do kieszonki koszuli.

- Skończyłam, Qwill! - krzyknęła Fran, stojąc na dole przy schodach. - Możemy iść!

Kiedy załadowali puste kartony na pakę i wsiedli do samochodu, Fran spytała:

- No i co sądzisz o tym miejscu?

- Dosyć ekscentryczne, by nie użyć mocniejszego określenia. Jak będą wyprzedawać 

jego książki, koniecznie daj mi znać. Co to za rośliny rosną tam na górze?

- Nigdy nie widziałam w tym domu żadnych roślin. Nigdy też nie byłam na górze. 

Kiedy przyszłam wymierzyć okna, poczęstował mnie herbatą, ale piliśmy ją na dole, siedząc 

po turecku na zafu. Mam nadzieję, że Amanda odzyska pieniądze włożone w te ekrany.

- Nie bój się, Amandy nikt nie oszuka, ani żywy, ani martwy.

- Mam dla ciebie dobrą wiadomość - powiedziała, zmieniając temat. - Przyjechały już 

twoje gobeliny, więc jutro możemy je zainstalować.

- Ładne?

-   Jeszcze   ich   nie   rozwijałam,   choć   sama   umieram   z   ciekawości.   Cóż,   jakoś 

wytrzymam do jutra.

- Będę ci w czymś pomocny?

-   Nie,   wezmę   do   pomocy   Shawna.   Choć   niezbyt   błyskotliwy,   ma   krzepę   i   co 

najważniejsze jest solidny.

- Jak się zaczepia gobeliny?

- Za pomocą wielkiego takera. Czy mogę wpaść gdzieś koło piątej? Fran z reguły 

przychodziła do Qwillerana po południu, wypijała drinka, a potem wyciągała go na kolację do 

restauracji, co niezbyt  podobało się zazdrosnej Polly... VanBrook, częstując Fran herbatą, 

udowodnił, że akurat na kobietach się nie zna, pomyślał wąsacz. Cóż, każdy omnibus ma 

swoje słabe strony.

Fran podrzuciła Qwillerana do Scottiego, gdzie miał przymierzyć swoją wieczorową 

kreację. Pluł sobie w brodę, że nie obstalował ciemnoniebieskiego garnituru, który przydałby 

mu  się na pogrzeb Dennisa. Martwił się, że jest już za późno na zmianę  decyzji, a dwa 

wieczorowe komplety to podwójny wydatek. Ostatecznie jeszcze przed bitwą dał za wygraną. 

background image

Podczas przymierzania Scottie starał się go pociągnąć za język w sprawie samobójstwa, ale 

zniecierpliwienie klienta ostudziło w krawcu plotkarski zapał.

Następnym   przystankiem   na drodze  Qwillerana  była  redakcja  „Moose County coś 

tam”. Kiedy tylko wszedł do budynku, z gabinetu na jego powitanie wybiegł zaaferowany 

Arch Riker.

- Qwill, gdzie się, do diabła, podziewałeś?! Od wczoraj staram się ciebie dorwać. 

Dzwonię, zostawiam wiadomości na sekretarce... Dlaczego nie oddzwoniłeś? Dzisiaj musimy 

przygotować materiał o śmierci Dennisa, ale na policji nikt nie chce nam udzielić informacji. 

Wiesz, co się dzieje?

- A skąd niby mam wiedzieć? - wzruszył ramionami Qwilleran.

- Czy to znaczy, że sprawa zabójstwa VanBrooka została zamknięta?

- Nie. Ale nic więcej nie wiem.

- A skąd wiesz, że nie? Koko ci o tym powiedział?

Riker uderzył w czułą strunę, licząc, że jego przyjaciel zdradzi teraz coś więcej.

-   Posłuchaj,   Arch.   Policja   ma   dowody,   że   zabójcą   nie   był   Dennis.   Tyle   mogę   ci 

powiedzieć i nie pytaj mnie, skąd to wiem. Ale mam do ciebie prośbę, Arch.

- Wal śmiało.

- Sądzę, że przysłużysz się sprawie, jeśli we wstępniaku dasz ogłoszenie następującej 

treści: na tego, kto wskaże sprawcę zabójstwa, czeka nagroda. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów w 

gotówce. Ludzie będą oskarżać Dennisa, a to może pomóc Brodiemu w ujęciu rzeczywistego 

sprawcy. Nie martw się, Fundacja K pokryje ewentualne koszty.

- Czy ma się tam pojawić nazwa fundatora?

- Niekoniecznie. Fundator niech będzie anonimowy. Kiedy możesz to opublikować 

najwcześniej?

- W piątek.

- W porządku. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nie będzie mnie w ten weekend. Wyjeżdżam 

do Lockmaster, na piknik i gonitwę.

- Ty szczęściarzu! Baw się dobrze!

Qwilleran   uznał,   że   jest   za   wcześnie   na   powrót   do   domu.   Pani   Fulgrove   pewnie 

jeszcze  tam urzęduje,  szalejąc  z mopem  i  ścierką do kurzu.  Postanowił  więc wstąpić  do 

biblioteki   i   poinformować   Polly   o   swoich   planach   na   weekend.   Nie   widział   się   ani   nie 

rozmawiał z nią od dwóch dni, a więc od czasu, gdy tajemniczy telefon rozniecił błysk w jej 

oczach.

background image

Umieszczony w westybulu cytat na dziś brzmiał: „Złe czyny ludzi żyją po ich śmierci; 

dobre bywają częstokroć grzebane z ich popiołami”. Pozdrowienia pracowników biblioteki 

znów były pełne szacunku.

- Pani  dyrektor  wyszła   - poinformował   go jeden  z bibliotekarzy,   kiedy Qwilleran 

skierował swe kroki ku gabinetowi Polly.

- Poszła do fryzjera - wyjaśnił drugi.

- Nieważne - speszył się wąsacz. - Idę na górę, do czytelni czasopism.

Na   stole   w   czytelni   leżał   egzemplarz   „Lockmaster   Logger”,   gazety   założonej   w 

czasach wielkiej wycinki lasów, z górą sto lat temu. Nakład: 11 500 egzemplarzy. Wydawca: 

Kipling MacDiarmid.

Już z pierwszej strony krzyczały  nagłówki informujące  o gonitwie.  Pięć gonitw z 

łączną sumą nagród siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów plus wyścigi psów, parada starych 

powozów   i   koncert   szkolnej   kapeli   z   Lockmaster.   Do   nabycia   było   jeszcze   parę   miejsc 

parkingowych, sto dolców każde, ale na gonitwę wpuszczeni będą wszyscy, którzy przyjadą. 

Na rozkładówce można było znaleźć informacje o startujących koniach i ich właścicielach, a 

także dżokejach i trenerach. Instruowano też czytelników, jak najlepiej ubrać się na wyścigi i 

jak spakować koszyk na piknik.

Kiedy Qwilleran wyłowił uchem ciche stąpanie Polly po schodach biblioteki, odłożył 

gazetę   i   podniósł   głowę.   Ich   oczy   spotkały   się.   Wyglądała   świetnie,   choć   radość,   którą 

promieniała po imprezie w „Palomino Paddock”, nieco już przygasła.

Szybkim krokiem podeszła do stołu, przy którym siedział.

- Qwill, tak mi przykro z powodu Dennisa - zaczęła. - Musisz być w szoku.

- Wiele osób jest w szoku, Polly.

- Ale to znaczy, że się wyjaśniło... że Dennis... i sprawa morderstwa VanBrooka jest 

zamknięta, prawda?

Ciężko opadła na fotel naprzeciwko wąsacza.

- Wiadomo na pewno - odparł sucho - że Moose County straciło świetnego aktora i 

równie świetnego budowlańca.

- Tu niektórzy tak nie lubili VanBrooka, że Dennis wyrasta dla nich na kogoś w 

rodzaju współczesnego  Robin  Hooda...  Czytasz  „Lockmaster  Logger”?  Co sądzisz  o tym 

pisemku?

Kiedy wymawiała nazwę Lockmaster, jej twarz oblał rumieniec.

- Nie jest składane tak nowocześnie jak „Coś tam”, ale to jeszcze nie wada. Słyszałem 

o Lockmaster, że to bardzo przyjazne miejsce. Czy też uważasz, że jest przyjazne?

background image

Powtarzając   to   określenie,   przyglądał   się   jej   uważnie.   W   odpowiedzi   Polly 

zatrzepotała rzęsami.

-   No   cóż,   wszyscy,   których   tam   spotkałam,   byli   bardzo   serdeczni   i   gościnni... 

Chciałbyś wyjechać gdzieś na weekend? Moglibyśmy na przykład... poobserwować ptaki na 

mokradłach przy Purple Point. Co ty na to?

- Problem w tym,  że na weekend wybieram  się do Lockmaster  obejrzeć gonitwę. 

Przyszedłem tu, aby cię o tym poinformować. Bushlandowie zaprosili mnie do siebie; będę u 

nich przez trzy dni.

- Nigdy nie mówiłeś, że interesują cię konie - powiedziała Polly z lekkim wyrzutem w 

głosie.

-   Przede   wszystkim   na   gonitwach   interesują   mnie   ludzie.   Szukam   materiału   na 

felieton.

- Rozumiem, że mam się zaopiekować Yum Yum i Koko.

- Koty też są zaproszone. Nie wiem, czy wiesz, ale królewska para będzie miała w 

Lockmaster sesję fotograficzną.

- Fantastycznie! Kiedy wyjeżdżacie?

- W piątek, po pogrzebie.

- A nie wpadłbyś do mnie jutro na kolację? Przygotuję kurczaka w brokułach.

- Bardzo bym chciał, ale jutro po południu Fran instaluje u mnie gobeliny i nie wiem, 

ile czasu cała ta operacja może jej zająć.

Polly schowała głowę w ramiona i wzięła głęboki oddech, jak to zwykła czynić, gdy 

przychodziło jej zmagać się z własnymi demonami.

- Więc zobaczymy się dopiero po twoim powrocie - powiedziała zrezygnowana.

Qwilleran spacerkiem wracał do domu. Wydarzenia dzisiejszego poranka utwierdziły 

go tylko w przekonaniu, że ktoś, w domyśle on, powinien napisać biografię „samotnika z 

Moose   County”.   Oczywiście   to   wymagało   prawdziwego   dziennikarskiego   śledztwa.   Po 

pierwsze, musi poznać zawartość teczki personalnej, nad którą pieczę ma Compton. Rodzice i 

nauczyciele   z   Moose   County   zapewne   dostarczą   mu   dalszych   informacji.   Trzeba   będzie 

przeprowadzić wywiad z pełnomocnikiem prawnym i - rzecz jasna - z Fioną Stucker, której 

relacja   z   VanBrookiem   może   odsłonić   nieznany   mieszkańcom   Pickax   wymiar   jego 

egzystencji. Po dalsze informacje będzie musiał udać się do Nowego Jorku. Qwilleran lubił 

takie  wyzwania.  Lubił  szperać  po archiwach,  ale nade  wszystko  spotykać  się z ludźmi  i 

wyłudzać od nich cenne informacje, które zazwyczaj chcieli przed nim zataić.

background image

Przypomniał sobie list od Fiony Stucker. Jeśli VanBrook usiłował wyłudzić kilkaset 

dolarów od Klubu Teatralnego, może nie jest to jego pierwszy przekręt. Może ma już na 

swoim koncie jakieś defraudacje na mniejszą lub większą skalę, a może nawet bawił się w 

oszukiwanie   fiskusa.   Facet   bez   dwóch   zdań   był   łebski   i   opanowany.   Mógł   na   przykład 

przemycać z Azji jakieś bezcenne dzieła sztuki, co odpowiadałoby jego zainteresowaniom 

intelektualnym i estetycznym. Ciekawe, co znajduje się w tych setkach nierozpakowanych 

kartonów ustawionych na podłodze!

Kiedy Qwilleran dotarł wreszcie na miejsce, przywitało go miauczenie stęsknionych 

kotów. To nasunęło mu na myśl następne pytanie. Czy tamtej nocy Koko wpatrywał się tak 

intensywnie w głowę VanBrooka, bo wyczuł w nim oszusta? Laik uznałby tę hipotezę za 

nieprawdopodobną. Ale któż zgłębił do końca możliwości kociej intuicji?

Z drugiej strony hipoteza, że Koko przede wszystkim zainteresował tupecik ofiary, 

wydawała mu się równie prawdopodobna.

background image

Rozdział siódmy

W czwartkowy poranek Qwilleran wyszedł zaspany z sypialni na antresolę i przysłuchiwał się 

znajomemu świergotaniu: „kto to? kto to? kto to?”

-   Dobre   pytanie   -   mruknął   pod   nosem   i   zszedł   na   dół   po   krętych   schodach,   aby 

włączyć ekspres do kawy.

Kiedy nacisnął guzik i usłyszał znajomy dźwięk młynka, uśmiechnął się pod nosem. 

Czasem dręczyła  go taka koszmarna myśl, że pewnego ranka zejdzie na dół do kuchni i 

zastanie tam zepsuty ekspres.

Wkrótce z góry dobiegło go niecierpliwe miauczenie. Musiał więc ponownie wdrapać 

się na górę, aby wypuścić koty z ich pokoju. Pierwsza wyszła Yum Yum dystyngowanym 

krokiem   księżniczki,   która   wie,   że   wytwornej   damie   nie   przystoi   się   spieszyć.   Koko, 

odwrotnie,   zeskoczył   najpierw   na   antresolę,   a   stamtąd   długim   susem   wprost   na   miękkie 

siedzisko stojącego w salonie fotela. Stamtąd ruszył do okna, aby przywitać się ze swoim 

nowym przyjacielem. Przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu jak zahipnotyzowany, kiedy 

jego wzrok spotkał się ze wzrokiem kardynała. Ale niedługo trwała ta idylla. Wkrótce przed 

dom zajechała ciężarówka ze żwirem i kardynał postanowił odfrunąć w jakieś przytulniejsze 

miejsce.

Qwilleran zjadł na śniadanie duńskie ciastko, a koty uraczył ich ulubioną wołowiną z 

dodatkiem roqueforta. Następnie wrzucił ubrania i ręczniki do pralki, wziął prysznic, ogolił 

się i oczekiwał na przybycie  Susan Exbridge, która wkrótce zajechała na podjazd swoim 

eleganckim plymouthem.

- Och, Qwill, ostatnie wydarzenia były dla mnie takim ciosem! - rozpoczęła, siadając 

na   pierwszym   z   brzegu   krześle.   -   Dennis   był   taki   kochany!   Jak   mógł   zrobić   coś   tak 

strasznego? Czy miał jakiś powód?

- Czasem prawda jest bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje - odpowiedział 

wymijająco Qwilleran. - Filiżankę kawy?

- Poproszę. Z odrobinką czegoś relaksującego.

background image

- Czyli... rumu? Przytaknęła ruchem głowy.

- Powiedz mi teraz, Susan, jak zamierzasz okiełznać ten dziki tłum, który tu się zjawi 

w sobotę?

Po paru łykach sięgnęła po walizeczkę i wyjęła z niej swoje papiery.

- Na biletach instruuje się zwiedzających, żeby zatrzymywali się na parkingu przy 

Main Street należącym do teatru, kościoła i sądu. Właściciele parkingu oczywiście wyrażają 

na to zgodę.

- A jak ktoś wybierze Travelyan Trail, aby uniknąć korka?

- Na czas imprezy Travelyan Trail zostanie zamknięta. Specjalne drogowskazy będą 

kierowały   ludzi   przez   sad   aż   do   drzwi   twojego   składu.   Wewnątrz   położymy   plastikowe 

chodniki,   aby   zwiedzający   nie   poniszczyli   podłogi.   Będziemy   ich   trzymali   z   daleka   od 

dywanów. Aby uniknąć tłoku i związanych z nim niebezpieczeństw, będziemy wpuszczać 

zwiedzających małymi grupkami.

- Będą też wchodzić na górę? Przyznam, że nie chciałbym, aby ktoś myszkował w 

mojej sypialni.

- Nie musisz się tym martwić. Zwiedzanie ograniczy się do salonu, a trasa będzie 

wiodła   od   wejścia   głównego   do   drzwi   kuchennych.   Zwiedzający   będą   szli   gęsiego, 

fotografowanie wnętrz będzie surowo zabronione.

- I za to wszystko płacą aż pięć dolarów? - dziwił się wąsacz.

- Bilety są już dawno wyprzedane, a wciąż zjawiają się następni chętni. Zwłaszcza po 

tym... po wtorkowym wypadku. Wpływy biblioteki sięgną dwóch i pół tysiąca dolarów. Polly 

skacze z radości.

Qwilleran  doskonale  wiedział,  że  Polly  nigdy  w  życiu  nie  podskoczyła   z radości. 

Mogła   być   usatysfakcjonowana,   a   nawet   się   ucieszyć,   ale   bez   żadnych   spektakularnych 

gestów.   Określenie   Susan   wskazywało   na   to,   że   obie   panie,   mimo   że   pracują   w   jednej 

instytucji, nie utrzymują zbyt bliskich stosunków.

-   Świetna   robota,   Susan   -   pochwalił   bibliotekarkę   Qwilleran.   -   Tu   są   klucze   do 

frontowych drzwi. Odbiorę je od ciebie, jak wrócę z weekendu.

Piękna i interesująca kobieta, pomyślał, kiedy odjeżdżała. Ubierała się lepiej niż Polly, 

ale była zbyt agresywna i hałaśliwa, co nie licowało z ideałem kobiety kultywowanym przez 

wąsacza. No i jakoś nie mógł jej sobie wyobrazić ślęczącej nad książką.

Następny gość - również kobieta - odwiedził go po południu.

Właśnie czytał na głos swoim pupilom biografię sir Edmunda Backhouse'a. Ukołysane 

rytmiczną   intonacją   przebywały   gdzieś   między   snem   a   jawą,   gdy   jakiś   niesłyszalny   dla 

background image

człowieka dźwięk wyrwał je z drzemki. Postawiły uszka, wyciągnęły główki i przyczaiły się 

w gotowości do ucieczki, a następnie puściły się biegiem w stronę drzwi, jak gdyby za chwilę 

miał tam się zjawić rybak ze świeżym połowem homarów. Wkrótce Qwilleran usłyszał to co 

jego koty. Pod dom zajechał samochód, którego silnik najwyraźniej wymagał regulacji.

Był   to   wiekowy   wehikuł   Lori   Bamby.   Lori,   sekretarka   Qwillerana,   była   też   jego 

doradczynią w sprawie kotów. Miała długie, złote włosy, które splatała w warkoczyki, i była 

ulubieńcem kotów, które zawsze witały ją entuzjastycznie, łasząc się i ocierając o kostki.

- Co za niespodzianka! - wykrzyknął Qwilleran i zaprosił ją do środka.

Jej mąż często wpadał do niego, podrzucając mu opracowaną przez Lori dokumentację 

i korespondencję.

- Nick opowiadał mi o tym, jak przerobiłeś tę ruinę. Więc przyszłam zobaczyć na 

własne oczy. Założę się, że koty uwielbiają zeskakiwać z tej antresoli.

- Chcesz, to cię oprowadzę. Zwykle taka przyjemność kosztuje pięć dolarów, a nie 

obejmuje zwiedzania góry. Ale przyjaciele Koko i Yum Yum cieszą się u nas szczególnymi 

względami.

- Przedtem dam ci korespondencję. Tu masz czterdzieści listów do podpisania. Na 

mniej ważnych podpisałam się za ciebie. Korespondencja od szaleńców i idiotów wylądowała 

w koszu.

Qwilleran i Lori weszli na górę i z powrotem, eskortowani przez koty, które kroczyły 

z ogonami podniesionymi do góry. A gdy tylko dziewczyna siadła na fotelu, natychmiast 

usadowiły się na jej kolanach.

-   Czy   mogę   poradzić   się   ciebie   w   jednej   kwestii?   -   zaczął   wąsacz.   -   Chciałbym 

wychodzić z Yum Yum na spacer, ale nijak nie mogę jej skłonić, aby pozwoliła założyć sobie 

obróżkę. Z Koko nie mam problemu, ale z nią tak.

- Najpierw załóż jej w domu, aby się przyzwyczaiła, a później pójdzie jak z płatka - 

poradziła Lori. - Masz tu fantastyczne warunki do puszczania baniek.

- Baniek? - zdziwił się Qwilleran.

- Tak, baniek mydlanych. Stajesz na antresoli i puszczasz bańki, a koty mają pyszną 

zabawę, starając się je złapać.

- Ach tak - mruknął Qwilleran bez entuzjazmu w głosie.

Oczyma wyobraźni widział już całe Pickax przekazujące sobie sensacyjną wiadomość: 

„Stary Q. kompletnie zwariował i puszcza bańki mydlane”.

- Do puszczania baniek - instruowała go dalej Lori - najlepsze są stare, gliniane fifki. 

Można je jeszcze kupić w sklepie gospodarstwa domowego w Wildcat.

background image

W tym momencie Koko zeskoczył z jej kolan i dał susa w stronę okna, skąd dobiegało 

śpiewne: „kto to? kto to? kto to?”

- To chyba kardynał - powiedziała Lori.

- Są z Koko kumplami - wyjaśnił wąsacz.

- Para arystokratów!

- Rzeczywiście, zachowują się jak dwaj mistrzowie w swojej klasie. W sadzie mieszka 

wiele gatunków ptaków, ale Koko wybrał sobie właśnie kardynała. Nie wiem, co sobie w nim 

upodobał, królewską dostojność czy może czerwone upierzenie.

- Różne są opinie na temat zdolności rozróżniania barw przez koty. Ja przychylam się 

do opinii, że koty nie tyle widzą, ile odczuwają kolory. Każdy odcień wywołuje w nich inne 

wrażenie.

- Kupuję to - rzekł Qwilleran. - Uważam też, że Koko wyposażony jest w więcej niż 

standardowy zestaw pięciu zmysłów. To niesamowite zwierzę.

- Coś ci jeszcze powiem - kontynuowała Lori. - Mam starą ciotkę, która parę lat temu 

straciła wzrok. Mimo to nadal rozpoznaje czerwony kolor. Mówi, że go czuje. I że wtedy 

wraca jej chęć do życia.

- Chciałbym ją kiedyś poznać. To fantastyczny temat na artykuł... Może szklaneczkę 

cydru?

- Nie, dziękuję, Qwill. Właściwie wpadłam tu na moment dostarczyć ci listy. Muszę 

pędzić do domu, by zwolnić opiekunkę do dziecka.

Później, kiedy podpisywał wszystkie czterdzieści listów, na podjeździe zaparkowała 

czarna półciężarówka ze złotymi literami po bokach, z której wyskoczył potężny blondyn. 

Podbiegł do paki i wyjął z niej - bez najmniejszego wysiłku - ogromne pudło w kształcie 

walca, o wysokości dwóch i pół metra i średnicy około metra. Fran Brodie, która wysiadła 

zaraz za nim, pokierowała olbrzyma w stronę drzwi kuchennych.

- To Shawn, światowej sławy instalator - przedstawiła go, puszczając do Qwillerana 

oko.

- Cześć - pozdrowił wąsacza Shawn, a jego twarz rozpromienił przyjazny uśmiech.

Fran poprowadziła go przez kuchnię do wielkiego hallu, wysokiego na jakieś cztery 

kondygnacje,   i   poleciła   mu   położyć   pudło   tuż   przy   schodach.   Kucając   powoli,   Shawn 

wyglądał   jak   Atlas   dźwigający   na   swoich   barkach   Ziemię.   Potężny   walec   zetknął   się   z 

podłogą, wydając głuchy dźwięk. Uwolniony od ciężaru Shawn mógł teraz rozejrzeć się po 

domu, podziwiać trójkątne okna i nowoczesny kominek.

background image

-   Pewnie   sporo   forsy   w   tym   utopiłeś   -   dywagował   Shawn.   -   No   ale   szpanerska 

chałupa, warto było... A tamten koleś to gdzie się powiesił?

- Shawn! - upomniała go ostro Fran. - Nie gadaj, tylko bierz skrzynkę z narzędziami, 

listwy i linę.

Następnie zwróciła się do Qwillerana.

- Najpierw chcę rozwinąć materiał i obejrzeć, jak wygląda. Nadchodzi chwila prawdy!

Potężne pudło zostało rozpakowane. Długi na dwa i pół metra materiał został starannie 

rozłożony na podłodze.

- Piękne! - wykrzyknął Qwilleran.

- Boskie! - zawtórowała Fran.

- Ale jazda! - skomplementował po swojemu Shawn.

Wzór na tkaninie przedstawiał drzewa, na których wisiały dorodne, czerwone jabłka 

wielkości piłek do kosza.

- Popatrz, Qwill, te jabłka wyglądają jak prawdziwe. Jakież one soczyste, aż chciałoby 

się je schrupać.

- Macie nie po kolei w głowie - skomentował Shawn. - Wiem jedno, ważyło to chyba 

z tonę!

Syjamczyki,   które   siedziały   na   szczycie   kominka,   zachowywały   wobec   gobelinu 

milczącą powściągliwość.

- Ta tkanina  - objaśniała Fran - będzie zwisała z barierki na najwyższym  piętrze, 

przykuwając wzrok wszystkich gości i w ten sposób eksponując promieniste belkowanie i grę 

trójkątnych refleksów. No i nieco ociepli całe wnętrze, stanowiąc równowagę dla tej masy 

drewna i masy wolnej przestrzeni. Co o tym sądzicie?

- Yow! - zgodził się Koko.

- W takim razie, Shawn, zwiń to z powrotem i wędrujemy na samą górę!

- Nie ma windy? - jęknął olbrzym.

- Na pewno dasz sobie radę.

Najpierw Shawn zainstalował na barierce listwy, do których Fran przyczepiła gobelin, 

a następnie oboje, za pomocą linek, powoli rozwinęli materiał.

- Mam nadzieję, że to nie zabije twoich kotów - zwrócił się do wąsacza Shawn.

- W razie czego zgłoszę się do ciebie ze spluwą - odgryzł się Qwilleran.

-  Teraz   już  z   górki  -  powiedziała   Fran.   -  Następny  gobelin   jest  znacznie   lżejszy. 

Powiesimy go na tej ścianie przy kominku, żeby był dobrze widoczny z foyer.

- Skoro lżejszy, to dlaczego nie poszedł na górę? - jęknął olbrzym.

background image

Ponownie rozpoczęło się rozpakowywanie i rozwijanie materiału. Oczom zebranych 

ukazały się miriady małych ptaszków wśród zielonego listowia.

-   Yow!   -   ze   szczytu   kominka   rozległ   się   okrzyk   zachwytu.   Ptaszki   na   tkaninie, 

dokładnie te same, które mieszkają w Moose

County, uwijały się wśród wysokich traw, rozgrzebywały pazurkami ziemię, huśtały 

się na gałązkach. Koko zeskoczył na dół i ostrożnie przespacerował się po gobelinie, kierując 

swe kroki ku czerwonemu ptaszkowi z czarną główką i purpurowym grzebieniem.

- Niesamowite! - wykrzyknął Qwilleran.

Wkrótce   gobelin   został   zawieszony,   a   okrzyki   zachwytu   dobywały   się   z   ust 

wszystkich zgromadzonych.

- No, muszę lecieć - powiedziała Fran, spoglądając na zegarek. - Dziś są urodziny 

mamy.   Wspólnie   z   tatą   zabieramy   ją   do   restauracji   na   kolację.   Kiedy   wyjeżdżasz   do 

Lockmaster?

- Zaraz po pogrzebie.

- Więc zobaczymy się dopiero w następnym tygodniu. Baw się dobrze na wyścigach! I 

nie roztrwoń wszystkich pieniędzy!

Qwilleran   był   zadowolony   z   takiego   obrotu   sprawy.   Dziś   wieczór   chciał   jeszcze 

zaplanować pobyt w Lockmaster i spakować swój nowy bagaż. Był to ostatni krzyk mody: 

błękitny nylon ze skórzanymi wykończeniami i całą masą bezużytecznych kieszeni. Całość 

zajmowała dwie walizki, które uratowały się z pożaru. Mimo że imitacja skóry, którą były 

obite, tu i ówdzie się przetarła, miał do nich wielki sentyment. W końcu w ciężkich czasach 

towarzyszyły  mu w tułaczce od miasta do miasta. Za to Polly nie cierpiała ich szczerze, 

mówiąc, że nie licują one z jego społecznym i materialnym statusem.

- Ale za to są bardzo wygodne - odpowiadał jej na to. - Po prostu wrzucasz do nich 

wszystko jak leci.

Po   kolacji   rozłożył   nowy   garnitur   na   łóżku,   aby   mu   się   dokładnie   przyjrzeć. 

Tymczasem Koko ułożył się na walizce, a Yum Yum poszła w jego ślady. Zostawiając je 

pogrążone we śnie, wąsacz rozsiadł się w fotelu i wziął do rąk ostatni numer „Lockmaster 

Logger”.

Przeczytał, że trasa gonitwy liczy sobie niespełna dwie mile i prowadzi przez wzgórza, 

których naturalne piękno może rozproszyć uwagę najbardziej zapalonego koniarza. Po raz 

pierwszy w historii wśród publiki rozdawany będzie program zawodów, w którym znajdą się 

imiona koni, informacje o ich maści, wadze, płci i wieku, jak również nazwiska posiadaczy, 

background image

trenerów i dżokejów oraz kolor strojów, w jakie ubrani będą zawodnicy. Słowem znacznie 

więcej, niż Qwilleran chciałby wiedzieć.

W rubryce dotyczącej wyścigu przykuła jego uwagę jedna informacja. W gonitwie dla 

amatorów   udział   weźmie   Robin   Strucker.   Czy   nie   to   właśnie   nazwisko   nosiła   aktorka   z 

Lockmaster grająca królową Katarzynę? Czy nie napisała ona do VanBrooka, że przesłane jej 

pieniądze przeznaczy na buty dla Robbiego? Jego koń, wedle podanych tu informacji, należał 

do W. Chase Amberton. Trenerem był S. W. O'Hare. Imię konia brzmiało - tu Qwilleran 

poczuł dziwne mrowienie u nasady wąsów - Syn Kardynała.

background image

Rozdział ósmy

Pogrzeb   Dennisa   Hougha,   na   który   przede   wszystkim   przybyli   członkowie   Klubu 

Teatralnego,   nie  przypominał   zwykłej  ceremonii.  Przede  wszystkim  dlatego,   że  mało  kto 

myślał o zmarłym, a jeśli już, to w kontekście zabójstwa VanBrooka. Nikt się nie odezwał, ale 

gdy pastor kościoła, do którego chodził Larry Lanspeak, wygłaszał stosowne słowa, wierni 

spoglądali po sobie. Prócz Fran Brodie był jedyną osobą w całym mieście, która „wbrew 

oczywistym   poszlakom”   nadal   wierzyła   w   niewinność   Dennisa.   O   tłumaczącym   jego 

samobójstwo nagraniu na sekretarce wiedzieli komendant policji, Qwilleran i Hixie, ale na 

razie milczeli. Brodie też był na pogrzebie i zgodnie z sugestią Qwillerana włożył kilt i grał 

żałobnego marsza na kobzie.

-   To   da   tym   plotkarzom   trochę   do   myślenia   mimo   braku   formalnego   dementi   - 

przekonywał go wąsacz.

Mimo to Hixie odciągnęła Qwillerana na bok i dała upust swoim emocjom.

- To straszne, nie uważasz? Dlaczego policja nic im nie powie?! Dlaczego ty nic im 

nie powiesz, Qwill?!

- Mija niespełna tydzień od wszystkich tych wydarzeń - uspokajał ją. - Policja nie 

zdaje mi raportu ze śledztwa, więc cóż ja mogę wiedzieć? Poza tym oni mają komputery.

-   Ale   to   ty   rozwiązałeś   zagadkę   zabójstwa   Fitcha!   I   zidentyfikowałeś   w   muzeum 

sprawcę, zanim ktokolwiek zaczął go podejrzewać.

Qwilleran pogładził swoje sumiaste wąsy. Nie chciał Hixie tłumaczyć, że mało w tym 

było   jego   zasługi   i   że   wszystkie   śledcze   sukcesy   zawdzięcza   Koko.   Prawdę   tę   wyjawił 

zaledwie paru zaufanym osobom: przyjaciołom i starym kolegom po fachu z Nizin. Reszta 

ludzi wydawała mu się mentalnie zbyt ograniczona, aby przyjąć to do wiadomości.

- Pomyślę o tym - mruknął.

Teraz głowę miał zajętą problemami związanymi z wyjazdem. Czy aby zapakował 

lornetkę? Czy wziął wiatrówkę, bez której na pikniku zmarznie na kość? Tak czy owak ten 

wyjazd dobrze mu zrobi. Przewietrzy się, zyska dystans do niektórych spraw. Dla kotów 

background image

zabrał ze sobą trochę puszek z ich przysmakami, krople witaminowe, ich ulubioną miskę, 

brytfannę, no i oczywiście dużą torbę żwirku. Pierwszy raz wyjeżdżał z nimi w gości, więc 

nieco się denerwował. Ale załadunek do samochodu przebiegł lepiej, niż się spodziewał, co 

uznał za dobry znak.

Wyruszyli na południe, w stronę kartoflisk i owczych farm. Jak zwykle na drodze 

leżał zdechły skunks, którego nagłą śmierć opłakiwały żałosne kocie zawodzenia na tylnim 

siedzeniu. Kiedy tylko minęli granice okręgu, na skrzynkach pocztowych pojawiła się nazwa 

Cuttlebrink, a wkrótce oczom Qwillerana ukazała się tablica z informacją:

WITAMY W WILDCAT 95 MIESZK.

Mniej   więcej   sto   metrów   dalej   napotkał   następną   tablicę   świadczącą   o   poczuciu 

humoru mieszkańców Cattlebrink:

WŁAŚNIE MINĄŁEŚ WILDCAT

Qwilleran delikatnie nacisnął hamulec i zrobił szerokie U na drodze. Wiedział, że 

nagłe hamowanie tudzież zakręt o kącie większym niż dwanaście stopni przyprawiały koty o 

mdłości, co mogło się skończyć fatalnie. Wrócił zatem do skrzyżowania, które okazało się 

być centrum Wildcat, składającym się z czterech elementów: podłej speluny, zapomnianej 

stacji benzynowej, resztek stodoły i zrujnowanego drewnianego budynku z szyldem:

HDWE & GENL. MDSE. W CUTTLEBRINK ZAŁ. W 1862 R.

Okna sklepu wyglądały tak, jakby ostatnio były myte z okazji setnej rocznicy jego 

założenia. Sam budynek pomalowany był gdzieś na przełomie wieków. Z tego, co można 

było dostrzec przez zakurzone okna, w środku znajdował się kawał historii amerykańskiego 

farmerstwa: wiekowe uprzęże, pasy transmisyjne i zardzewiałe puszki z uszczelniaczem.

Wszystko to oświetlała słabiutka żarówka zwisająca z obitego blachą sufitu. Deski na 

podłodze były wytarte i sczerniałe od wieku; setki tysięcy stóp, które ją deptały, utworzyły 

nieckę w okolicy sklepowej kasy i skrzynki z tytoniem. W głębi, na starej beczce, siedział 

background image

sprzedawca   z   obfitymi   żółtobiałymi   bokobrodami   i   kosmykami   siwych   włosów 

wymykającymi się spod czapki.

- Ładny dzionek - zachrypiał na powitanie.

- Rzeczywiście - przytaknął Qwilleran. - Mamy naprawdę piękny wrzesień, mimo że 

w radiu ciągle straszą, że lada dzień przyjdą do nas deszcze.

Wąsacz doskonale wiedział, że rozmowy o pogodzie są najważniejszym elementem 

życia towarzyskiego w Moose County.

- Nie będzie padać - rzekł z całym przekonaniem właściciel.

Kiedy to mówił, Qwilleran rozglądał się po zakurzonych półkach, ladzie i podłodze. 

Znaleźć tam można było dosłownie wszystko: karbidówki, wiadra, haczyki, wędki, latarki, 

szpule drutu, żarówki, kukurydziane fifki... ale ani śladu fifek glinianych.

- Co tam trza? - spytał mężczyzna, siedząc nieruchomo.

- Nic, po prostu się rozglądam.

- Niby prawo tego nie zabrania...

- Macie tu osobliwy asortyment.

- Ta.

Qwilleran   szperał   między   gwoździami   sprzedawanymi   na   funty,   łańcuchami   -   na 

stopy,  pułapkami na szczury,  pudełkami zapałek, drucianymi  wieszakami, które niektórzy 

nazywają   „gorącymi   pierścieniami”,   spinkami   od   mankietów,   rękawicami   roboczymi   i 

budzikami.

-   Widziałem   już   w   życiu   tysiące   sklepów   -   odezwał   się   Qwilleran,   siląc   się   na 

komplement - ale pański bije wszystkie na głowę. Jak dawno on tu jest?

- Dłużej niż ja.

- Jest pan z Cuttlebrink?

- Wszyscy tu są z Cuttlebrink.

Qwilleran   wrócił   do   przerwanych   poszukiwań,   starając   się   robić   wrażenie   łowcy 

okazji. Odkrył wiekowe kalosze, stalowe sprężyny, przepychacze, plandeki, jeszcze więcej 

pasów   transmisyjnych,   pięciofuntowe   bloki   soli,   gryzaki   dla   królików,   słoje   ogórków 

konserwowych, amunicję... ale ani śladu glinianych fifek. Przyglądając się celulozowej gąbce, 

która   -   jak   głosiła   instrukcja   -   idealnie   usuwa   gnój   i   inne   zanieczyszczenia   organiczne, 

zagadnął sprzedawcę:

- To dobra gąbka?

- Masz pan krowę? - pytaniem  na pytanie  odpowiedział  mężczyzna.  - To jej pan 

wymię tym wyszorujesz.

background image

-  Byłaby   dobra   do   mycia   samochodów   -  zauważył   Qwilleran,   choć   tak   naprawdę 

zamierzał nią wyczyścić brytfannę.

W odpowiedzi na to śmiałe przypuszczenie sprzedawca wzruszył ramionami i pokiwał 

głową.

- Pewnie z Pickax?

- Mieszkam tam od pewnego czasu.

- Wiedziałem.

Rozcieńczalnik. Pasza dla kóz. Bezpieczniki. Smar. Żyletki. Czerwona opaska. Widły. 

Rękawice robocze.

- Czy jest jakaś rzecz, której pan tu nie ma?

- Sprzedaję wszystko, czego ludziom naprawdę trzeba.

- A może ma pan gliniane fifki do puszczania baniek? Chciałem kupić dzieciom.

Sprzedawca   podniósł   się   z   beczki   i   poczłapał   na   zaplecze.   Tam   wspiął   się   na 

spróchniałą   drabinę   i   sięgnął   po   stojące   na   samej   górze   kartonowe   pudełko,   pogięte   i 

zapleśniałe, a następnie, stąpając niepewnie, zszedł z nim na ziemię.

- Pan mnie zadziwia - z zachwytem rzekł Qwilleran. - Na pierwszy rzut oka panuje tu 

kompletny bałagan, ale pan ma wszystko pod kontrolą. Czy też może szukając tych fifek, 

kierował się pan intuicją?

- Nie szukałem ich, bo się nie zgubiły - mruknął stary.

W pudełku znajdowało się pół tuzina fifek, kiedyś białych, a obecnie szarych od brudu 

i starości.

- Dobre nieba! Chyba wezmę wszystkie!

- A jak ktoś inny też będzie potrzebował? - skrzywił się sprzedawca.

- Racja. Niech będzie pięć.

- Ostatnie słowo, cztery.

Qwilleran dał za wygraną. Zapłacił za cztery fifki, gąbkę oraz konserwowe ogórki, a 

jego   pieniądze   znikły   w   czeluściach   muzealnej   mosiężnej   kasy,   na   której   skoczem 

przytwierdzona   była   kartka:   KUPIĘ   BROWNINGA.   Sprzedawca   ponownie   spoczął   na 

beczce, a trzej podróżni ruszyli w dalszą drogę.

Krajobraz   za   oknami   samochodu   nie   przypominał   okolic   Moose   County.   Skalista 

kraina   pasterzy   ustąpiła   zielonym,   żyznym   pagórkom.   Tu   właśnie   znajdowały   się   tereny 

łowieckie,   z   których   słynęło   Lockmaster.   Rozległe   pola   przedzielone   były   żywopłotami; 

gdzieniegdzie,  na szczytach  wzgórz, dostrzec można  było  zasobne budynki  gospodarskie. 

background image

Wreszcie dotarli do „Palomino Paddock”, gdzie na restauracyjnym parkingu stały luksusowe 

samochody. Tam szosa przechodziła w miejską arterię.

W   dziewiętnastym   wieku   zamożni   szkutnicy   i   baronowie   przemysłu   drzewnego 

wybudowali   przy   niej   niezwykle   okazałe   rezydencje,   mające   wzbudzić   we 

współmieszkańcach   zarazem   uwielbienie   i   nienawiść.   Wielkie   rodziny   rujnowały   się, 

stawiając gigantyczne pałace ozdobione wieżyczkami, balkonikami, werandami, wymyślnymi 

witrażami i dachami.

Z  czasem  jednak wielkie  fortuny  podupadły,  a  wraz  z  nimi   duch konkurencji.  W 

olbrzymich gmachach mieściły się teraz mieszkania czynszowe, zajazdy, kancelarie, biura czy 

agencje. Jedną z najbardziej imponujących budowli przerobiono na dom pogrzebowy, inną na 

muzeum, a w jeszcze innej, na parterze, mieściło się studio fotograficzne Bushlanda. Dom ów 

- w kształcie masywnej dwukondygnacyjnej fortecy - należał niegdyś do rodziny Vicki; teraz, 

prócz studia i ciemni, znajdowały się tu liczne pokoje do wynajęcia.

Kiedy Qwilleran  wjechał przez  bramę  na podwórze, zgasił  silnik i zwrócił się do 

swych pasażerów:

- Jesteśmy na miejscu. Spodziewam się, że przez następne czterdzieści godzin zrobicie 

co w waszej mocy, aby pozostawić po sobie dobre wrażenie. Jeśli pójdziecie na współpracę, 

może wasze zdjęcie znajdzie się na okładce poczytnego kolorowego magazynu.

Ta kusząca propozycja nie wywołała u kotów żadnej reakcji. Czyżby były zmęczone? 

Kiedy się odwrócił, dwie pary błękitnych oczu patrzyły na niego z taką intensywnością, jakby 

wiedziały o czymś, o czym on nie miał jeszcze zielonego pojęcia.

Tymczasem Qwilleran postanowił zostawić je w samochodzie, a sam z torbą podróżną 

w ręku zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu Vicki przepasana fartuszkiem.

- Przepraszam, że tak wcześnie - zaczął Qwilleran - ale pomyślałem, że przed kolacją 

wyskoczyłbym jeszcze na miasto.

- Dobry pomysł - powiedziała gospodyni. - Wejdź, proszę. Bushy jest teraz w ciemni i 

nie można mu przeszkadzać. A ja, jak widzisz, zmagam się z ciastem. Twój pokój jest już 

gotowy,  więc możesz  się rozgościć. Jest tam naprawdę sporo miejsca plus pakamera  dla 

kotów. Słyszałam, że w domu też mają swój pokoik.

- Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby spały ze mną. To dla nich zupełnie nowe otoczenie. 

Wolałbym je mieć na oku.

- Rób, jak uważasz, Qwill. W każdym razie czuj się tu jak w domu.

Qwilleran przeszedł powoli przez imponujące foyer i szerokimi schodami wdrapał się 

na  górę,  podziwiając  starą  snycerkę,   instalacje  gazowe  przerobione   na  prąd, ściany obite 

background image

aksamitem, na których wisiały portrety w owalnych ramach, i okna z misternymi witrażami. 

Przydzielono   mu   wielki,   kwadratowy   pokój   z   jedną   ścianą   zaokrągloną,   której   okna 

wychodziły na ulicę. Znajdowała się tam kanapa, biurko, leżanka, fotel, garderoba, wysoka 

komoda,  skrzynia, a na podłodze leżały czerwone orientalne  chodniki. Qwilleran od razu 

polubił   ten   pokój.   Mimo   że   nic   tu   do   niczego   nie   pasowało,   wszystko   razem   tworzyło 

przytulną atmosferę. Przy zaokrąglonej ścianie stał mały stolik, a na nim waza z czerwonymi, 

błyszczącymi jabłkami oraz spodeczek z żelkami, a także magazyny poświęcone fotografii i 

sztukom   pokrewnym.   Wśród   nich   Qwilleran   zauważył   czterostronicową   broszurkę 

zatytułowaną   „Plotki   ze   Stajni”,   w   całości   poświęconą   gonitwie,   wydaną   przez   S.   W. 

O'Hare'a, a redagowaną przez Lisę Amberton.

Qwilleran włożył do ust czerwoną żelkę (kolory innych nie wzbudzały jego zaufania) i 

zszedł na dół po koty. Kiedy wreszcie przetransportował je do pokoju, z miejsca rozłożyły się 

wygodnie na jego łóżku, najwyraźniej anektując je dla własnych potrzeb.

- Tak na przyszłość - rzucił Qwilleran w ich stronę - wasze legowisko jest na tamtym 

krześle; co się zaś tyczy miski z wodą i pojemnika ze żwirkiem, to znajdziecie je w łazience. 

A teraz idę się przejść.

Zszedł do kuchni w poszukiwaniu Vicki, która właśnie na dwóch plackach  robiła 

nacięcie w kształcie litery Z.

- Co oznacza to Z? - spytał się gospodyni. - A może to nie Z, ale N?

- Szczerze powiedziawszy, sama nie wiem. Moja matka zawsze tak robiła, więc po 

niej powtarzam. Jakieś kłopoty tam na górze?

- Skądże! Wszystko w najlepszym porządku, pokój bardzo wygodny. Macie tu sporą 

kolekcję antyków.

- Wszystko to zostało nam po rodzicach. Takie rupiecie przekazywane z pokolenia na 

pokolenie. Ten dom wybudował mój pradziadek Inglehart. Jego córka, a moja babka, nadal w 

nim mieszka, na drugim piętrze. Nazywamy ją „babunią”. Jedziesz teraz do miasta?

- Wolałbym się przejść. Jak dojść do centrum?

- Na twoim miejscu zeszłabym na dół i na wysokości sądu skręciła w Czwartą Ulicę. 

Tam  mieszkańcy  naszego  miasta  robią  zakupy.  Dojdziesz  nią   aż  do rzeki,  wzdłuż  której 

kiedyś  ciągnęły się papiernie i stocznie. Teraz jest tam park imienia Ingleharta po jednej 

stronie, a osiedla mieszkaniowe po drugiej.

- A jest tu księgarnia?

- Dwa domy za ratuszem. Kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną światową, dziadek 

Bushy'ego miał tam studio fotograficzne.

background image

Qwilleran lubił spacerować i rozglądać się dookoła. Schodząc ze wzgórza, podziwiał 

olbrzymie   rezydencje,   arcydzieła   wczesnowiktoriańskiej   architektury,   których   zdobne 

elewacje pomalowane były na dwa, a nawet trzy kolory. Nawet najokazalszym gmachom w 

Pickax daleko było  do tutejszego przepychu.  Wąsacz  znalazł  księgarnię,  o której mówiła 

Vicki, i kupił tam książkę o hodowli koni. W piwnicy znajdował się antykwariat, ale nadzieja, 

że znajdzie tam Miasto bratniej zbrodni, okazała się płonna. Obejrzał stoisko z pamiątkami i 

nabył małą litografię przedstawiającą wieloryba.

Motyw wyścigów konnych był w Lockmaster wszechobecny, co dało się zauważyć 

choćby na szyldach sklepów. Butik z męską odzieżą nazywał się „Equus”, a w „Kliko-klak” 

można   było   kupić   eleganckie   koszule,   T-shirty   i   plakaty   z   końmi.   W   „Foxtrottery” 

sprzedawano   papierowe   serwetki   do   czyszczenia   kraty   kominka   ozdobione   motywem 

biegnącego rumaka, ale Qwilleran uznał je za tandetne.

Na ostatek wylądował w gmachu biblioteki publicznej, który wyglądał kubek w kubek 

jak   jego   odpowiednik   w   Pickax:   ta   sama   grecka   kolumnada,   te   same   siedem   stopni, 

identyczna ornamentyka przywodząca na myśl starożytne świątynie. Wchodząc do środka, 

Qwilleran był pewien, że w westybulu znajdzie cytat na dzień dzisiejszy z Szekspira, ale tym 

razem się zawiódł. Na tablicy widniały informacje o nowych kasetach wideo zakupionych do 

wypożyczalni. Spytał napotkanego pracownika o gabinet dyrektora, w którym - jak wiedział - 

urzędowała Shirley, przyjaciółka Polly.

- Biuro pani Corcoran znajduje się na półpiętrze - brzmiała odpowiedź.

Schody,   po   których   wspinał   się   Qwilleran,   wyglądały   jak   te   w   Pickax;   oszklony 

gabinet   dyrektora   do   złudzenia   przypominał   biuro   Polly,   a   kobieta   siedząca   za   biurkiem 

mogłaby śmiało uchodzić za jej bliźniaczkę. Miała szare włosy i miłą twarz; ubrana była w 

konserwatywnie skrojony kostium rozmiar szesnaście.

- Dzień dobry, pani Corcoran, jestem ojcem chrzestnym Bootsie’go.

-   Och,   czy   mam   przyjemność   z   samym   Jamesem   Qwilleranem?   -   wykrzyknęła 

uradowana Shirley. - Polly mówiła mi dużo o panu. Jak tam się miewa pański chrześniak?

Qwilleran   spoczął   na   dębowym   krześle,   zapewne   wykonanym   przez   tego   samego 

rzemieślnika i z tego samego dębu co krzesło w gabinecie Polly.

-   Piękny   kociak   z   wilczym   apetytem.   Jak   nie   przestanie   rosnąć,   za   rok   będzie 

wielkości kucyka.

- Jego matka i siostry miały podobny apetyt, a mimo to nie są spasione. Też bym tak 

chciała! Wybiera się pan na jutrzejsze wyścigi?

background image

-   Tak,   właśnie   po   to   tu   przyjechałem,   choć   konie   to   moja   całkiem   nowa   miłość. 

Zatrzymałem się u Bushlandów.

- Dobrze pan trafił. Bushy był fotografem na weselu mojego syna. Powinien pan tam 

przyjechać z Polly. Była świetna zabawa. Właśnie dostałam album ze zdjęciami, chce pan 

obejrzeć?

-   Tak,   z   wielką   chęcią!   -   przytaknął   żywo   Qwilleran.   Zazwyczaj   sądził,   że   od 

oglądania zdjęć z wesela gorsze może być tylko samo wesele, ale tym razem się nie opierał.

Pani Corcoran otworzyła  album na portrecie  szczęśliwych  młodożeńców  stojących 

przy ołtarzu.

-   Donald   i   Heidi,   świeżo   upieczeni   małżonkowie   -   objaśniła   z   dumą.   -   Czyż   nie 

wyglądają cudownie? Donald skończył właśnie prawo i pracuje w kancelarii „Summers, Bent 

& Frickle”. Heidi, urocze dziecko, jest dietetyczką. Jej ojciec to makler giełdowy, a matka ma 

u nas gabinet psychiatryczny. Tu idą do kościoła... A tu w otoczeniu szczęśliwych rodziców... 

A tu ze świadkami. Drużba przyjmuje od gości kwiaty.

Qwilleran wygłosił jakiś konwencjonalny banał, wpatrując się w tłum weselników, 

kłębiący się na fotografiach.

- A tego  faceta  znam - powiedział,  wskazując na szpakowatego  jegomościa.  - To 

reporter „Moose County coś tam”.

- Zgadza się, to Dave Landrum. Razem z Donaldem grywają w golfa. Na jednym ze 

zdjęć Qwilleran dostrzegł Polly Ubrana była w ekstrawagancką niebieską sukienkę, w której 

nigdy przedtem jej nie widział, i z wyrazem błogiego szczęścia na twarzy tańczyła z jakimi 

rudym  brodaczem.   Jak przypuszczał,  musiała   wcześniej  wypić  parę  kieliszków  szampana 

zamiast   zwyczajowego   sherry.   Przeglądając   następne   stronice   albumu,   mógł   śledzić   losy 

znajomości Polly i tajemniczego mężczyzny, który najwyraźniej nie odstępował jej ani na 

krok. Ich rozmowa przy stole wyglądała na bardzo ożywioną. Brodacz miał na sobie zieloną 

sportową kurtkę, ubiór co najmniej dziwny na weselnym przyjęciu.

- Kim jest ten facet z brodą? - zapytał z udaną obojętnością. - Jego j twarz wydaje mi 

się znajoma.

To ostatnie nie było zgodne z prawdą, ale Qwilleran sądził, że zdejmie z niego odium 

zazdrosnego kochanka.

- Och, to przyjaciel Donalda, koniarz - wyjaśniła bibliotekarka. - Zapomniałam, jak się 

nazywa;   tak   trudno   ich   wszystkich   spamiętać!   Jak   jechałeś   tutaj,   na   pewno   mijałeś   jego 

stadninę. 

background image

- Czy w niedzielne południe robiliście poprawiny w „Palomino Paddock”? - spytał z 

niewinną miną.

- Chyba  żartujesz! Byliśmy  tacy wyczerpani!  Zresztą dzieci  wyjechały na miesiąc 

miodowy już o dziewiątej wieczorem, a ci, którzy przesiedzieli przy barze do rana, przez 

resztę dnia leczyli kaca. Prawdę mówiąc, cieszę się, że nie mam już więcej dzieci na wydaniu.

- Może w ramach odpoczynku przejechałabyś się z mężem do Pickax. O tej porze 

okoliczne  lasy,  całe  w żółciach  i czerwieniach,  wyglądają wprost przepięknie!  Ja i Polly 

bylibyśmy z tych odwiedzin bardzo radzi.

- Wspaniale! Polly mówiła mi o składzie jabłek, w którym pan zamieszkał. Chętnie 

zobaczyłabym to cudo. No i stęskniłam się już za Bootsiem. Myślisz, że mnie pamięta?.

Qwilleran   wracał   do   Bushlandów   zatopiony   w   myślach.   Nie   interesowały   go   już 

rezydencje   w   Lockmaster;   całą   jego   uwagę   pochłaniał   tajemniczy   brodacz   w   sportowej 

kurtce. Czy to on zaprosił Polly na drugie śniadanie do „Paddock”? Czy to on dzwonił do niej 

tamtego ranka, kiedy tak zapłonęła na twarzy, ze wstydu czy wzruszenia? Nie żeby Qwilleran 

czuł się zazdrosny; po prostu zżerała go ciekawość.

Polly miała konserwatywny gust, więc niewykluczone, że przypadł jej do gustu taki 

męski, brodaty, źle ubrany... ogier.

Po drodze Qwilleran spotkał Bushy'ego wychodzącego z ciemni.

- No i co sądzisz o naszym mieście? - zapytał fotograf.

- Wygląda na to, że nieźle wam się powodzi.

- Dziś jest tu większy tłok niż zazwyczaj. To przez gonitwę.

- Będę miał jeszcze chwilę czasu na prysznic? Wpadłem na moment do sklepu w 

Cuttlebrink i czuję się, jakby osiadł na mnie kurz dwóch stuleci.

- Wiem, co masz na myśli. Bez pośpiechu. Goście nie zjawią się przed szóstą, a poza 

tym   nie   obowiązują   stroje   wieczorowe.   Zaprosiliśmy   Kipa   i   Moirę   MacDiarmid   z 

„Lockmaster  Logger”,   a  na prośbę  Vicki  Fionę  Stucker,  tę  samą,   która  grała  w waszym 

przedstawieniu.

Qwilleran znów poczuł mrowienie u nasady wąsów.

- Była  fantastyczna! - wykrzyknął  z emfazą. - Cieszę się, że będę mógł osobiście 

pogratulować występu!

Wchodząc na górę, zastanawiał się, jaką niespodziankę przygotowały mu koty. Był 

pewien, że ulubioną niebieską poduszkę znalazły bez trudu i zapewne odpoczywają teraz po 

podróży i popołudniowych psotach.

background image

Prawda wyglądała nieco inaczej. Rzeczywiście, wydawało się, że okres aklimatyzacji 

mają już za sobą, ale jako własne legowisko uznały jego, to jest Qwillerana, kanapę. Wąsacz 

zawsze podziwiał ich umiejętność oceny, które krzesło jest najwygodniejsze, która poduszka 

najmiększa,   które   kolana   najcieplejsze   i   gdzie   znajduje   się   centrum   łóżka.   Lori   Bamba 

twierdzi, że każda rzecz i osoba emituje własną aurę albo energię, niektórzy większą, inni 

mniejszą. Koty wyczuwają jej charakter i natężenie, i wykorzystują ją dla własnych potrzeb. 

Qwilleran wiedział, że Lori zna wytłumaczenie wszystkich zagadek wszechświata.

Kiedy   Qwilleran   podszedł   do   szafki,   nadepnął   na   jakiś   mały   i   twardy   przedmiot. 

Właściwie nie do końca twardy, a raczej o konsystencji gumowej piłki. Pełen złych przeczuć 

nachylił  się, aby obejrzeć podeszwę buta. Znalazł  na niej  rozdeptaną  czerwoną żelkę,  na 

której widniały ślady kocich kłów. Mógł przypuścić, że kiedy zostawi żelki na wierzchu, taki 

będzie tego finał, gdyż Koko uwielbiał gryźć wszystkie gumowate przedmioty. Następnie, 

zaglądając do miseczki, zauważył, że kocura zainteresowały tylko żelki czerwone. Wszystkie 

one znalazły się na podłodze, zakamuflowane przez kolorowy orientalny chodnik.

Qwilleran przypuszczał, że był w tym jakiś zamysł, ale co chodziło po głowie Koko, 

tego wąsacz nie wiedział. Syjamczyki z zadowoleniem przyglądały mu się, jak chodzi po 

pokoju na czworaka, zbierając rozrzucone czerwone kuleczki. Najwyraźniej uważały, że robi 

z siebie wariata.

- Jeśli ktoś w tym domu jest wariatem, to na pewno nie ja - mruknął. - Powinienem był 

zostawić was w domu.

Schował słodycze w szufladzie komody, wziął prysznic, przebrał się i jął przeglądać 

zakupioną właśnie książkę o koniach. Zawsze głodny wiedzy na każdy temat, po raz pierwszy 

dowiedział   się   szczegółów   o   lokalizacji   końskiej   słabizny.   Odkrył,   że   nie   mają   one 

obojczyków,   a   ogier   to   koń   przeznaczony   do   reprodukcji.   Obejrzał   fotografię   arabów, 

morganów, andaluzyjczyków, pintów i - jego ulubionych - cladesdale'ów. O szóstej przerwał 

lekturę, otworzył puszkę z krabami i zostawiwszy na górze pałaszujące koty, zszedł na dół do 

mieniącego się kolorami i witraży foyer. Następnie wkroczył do salonu urządzonego z iście 

wiktoriańskim   patosem,   którego   kwintesencją   był   masywny,   marmurowy   kominek. 

Zazwyczaj w tej właśnie scenerii Bushy fotografował młode pary. Teraz jednak, w pokoju 

obok, mieszał drinki dla gości, Vicki zaś kończyła nakrywać do stołu w jadalni.

- Zastanawiam się - odezwał się Qwilleran - po cholerę ludziom były takie wielkie 

domy?

-   To   proste   -   odparł   Bushy.   -   Drewno   było   na   wyciągnięcie   ręki,   a   praca   nie 

kosztowała nic.

background image

- No i mieli dużo dzieci - dodała Vicki. - Zwykle w każdej rodzinie były jakieś stare 

panny,  które opiekowały się potomstwem swoich sióstr i braci. A gdy ktoś przybywał  w 

gości, zostawał tam przynajmniej miesiąc. Bo i miesiąc musiał tu jechać bądź żeglować. No i 

nie zapominaj o służbie.

- A jak się mają koty?

- Okupują moje łóżko, więc niewykluczone, że spędzę noc na podłodze.

-   Babunia   nie   może   się   doczekać,   kiedy   cię   pozna.   To   milutka   staruszeczka,   ma 

osiemdziesiąt osiem lat. Kiedy z powodów zdrowotnych moi rodzice przeprowadzili się do 

Arizony, babunia zaprosiła nas do siebie i odtąd żyjemy z nią w pełnej harmonii.

- Jak dajecie sobie radę, gospodarząc w tym pałacu?

-   Czasem   zmuszeni   jesteśmy   brać   kogoś   do   pomocy.   W   dawnych   czasach   jego 

właściciele trzymali guwernantki, kucharzy, pokojówki, kamerdynera, ogrodnika i woźnicę, a 

do kościoła jeździli powozem.

- Ale nie mieli kosiarek, zmywarek i odkurzaczy - wtrącił Bushy.

- A także mikrofalówek i mikserów - dodała. - Może weźmiesz teraz koty na dół, 

Qwill?

-   Myślę,   że   odłożymy   ich   publiczny   debiut   na   jutrzejszy   ranek   -   uśmiechnął   się 

wąsacz. - Wtedy nie będzie tylu obcych ludzi. Pamiętasz, Bushy, jak się skończyła nasza 

ostatnia wizyta w tym domu? Nie chcę się znowu najeść za nie wstydu.

- Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej... A propos, babunia powiedziała, że przyjdzie do 

nas dopiero po aperitifie, czyli na samą kolację. Przeprasza też, że nie będzie mogła zostać 

zbyt   długo,   ale   łatwo   się   męczy.   Specjalnie   dla   niej   zamontowaliśmy   w   domu   windę   z 

ławeczką...

- Przepraszam, że ci przerywam, Vicki, ale zupełnie wyleciało mi z głowy! - wtrącił 

się Bushy. - Przed momentem dzwoniła Fiona.

-   Ciekawe,   co   się   wydarzyło   tym   razem   -   powiedziała   Vicki   z   wyraźnym 

rozdrażnieniem.

- Ona i Steve trochę się spóźnią. Coś tam zatrzymało go w stadninie.

- Nic mnie to nie obchodzi! Kolacja będzie punktualnie o siódmej. Babcia nie może 

czekać w nieskończoność. Mam wrażenie, że ten jej Steve jest niepoważny...

- Wiesz, przed wyścigiem naraz wychodzą wszystkie mankamenty. W tym momencie 

rozległ   się   dzwonek   do   drzwi.   Do   salonu   wkroczyli   redaktor   i   jego   żona,   Kip   i   Moira 

MacDiarmid.

- Piszę się M-a-c i z dużej D-i-a-r-m-i-d - wyjaśniła Moira.

background image

- Wiem, jak pisze się szkockie nazwiska. Moja matka była z rodu Mackintoshów. 

Ciekawe, czy wiecie, jak pisze się moje nazwisko?

- Z „Qw” na początku! - chórem odpowiedzieli nowo przybyli goście.

-   Zawsze   czytamy   twoje   artykuły   -   powiedział   redaktor.   -   Nie   mów   tego   swemu 

naczelnemu,   ale   uważam,   że   to   jedyna   porządna   kolumna   w   tej   gazecie.   Może   tak 

przeniósłbyś się do „Lockmaster Loggera”?

- Czekam na ofertę.

- Obawiam się, że jesteś dla nas za drogi.

-   Słyszałem,   Kip,   że   kolekcjonujesz   stare   druki   i   czcionki.   Ja   nabyłem   parę   na 

wiosennym kiermaszu w Pickax.

-   Ja   też   się   tam   obłowiłem.   Interesujesz   się   typografią   książkową;   czy   drukami 

ulotnymi?

-   Szczerze   mówiąc,   zbieram   czcionki   ze   zwierzętami   pasujące   do   szafeczek 

drukarskich. Mam też skromną kolekcję czcionek biurowych  jak Ultra Bodoni. A co jest 

twoją specjalnością?

- Przede wszystkim czcionki książkowe. Mam Erasmusa z 1923 roku, najpiękniejszy 

krój, jaki kiedykolwiek zaprojektowano. Chciałbym kiedyś pokazać ci swoje zbiory.

- Koniecznie!

- Bushy opowiadał nam, że przerobiłeś na dom stary skład jabłek.

- Pomyślałem,  czemu  taki wielki, solidny ośmiokątny budynek  ma  się marnować. 

Zresztą to zabytek, liczy sobie ponad sto lat. Nie tylko składowano tam jabłka, ale również 

tłoczono cydr. Inaczej rzecz się ma z sadem dookoła budynku. Nadaje się tylko do wycinki.

- Pisaliśmy o zabójstwie VanBrooka, a później o tym samobójcy - przeszedł do rzeczy 

Kip.   -   Czy   wiesz,   na   jakim   etapie   jest   dochodzenie?   Rzecz   jasna,   tutaj   ludzi   głównie 

interesuje   sprawa   dyrektora   szkoły.   U   nas   też   pełnił   ten   urząd,   wzbudzając   liczne 

kontrowersje.

- Kontrowersje? To za mało powiedziane - wtrąciła Moira.

- Moja żona - wyjaśnił Kip - była prezesem PTA, kiedy VanBrook sprawował swoje 

tyrańskie rządy. Oczywiście za jego dyrektorowania poziom nauczania i organizacji bardzo 

się podniósł. Na tym polu okazał się niezastąpiony, ale poza tym to strasznie upierdliwy gość.

Qwilleran pokiwał głową.

- Noszę się z zamiarem napisania jego biografii - wyjawił zebranym - bo mam takie 

wrażenie, że jego życie skrywa wiele tajemnic. Zatytułuję ją Dziwak z Moose County.

background image

-   W   takim   razie   zapraszamy   do   nas.   Ludzie   z   Lockmaster   opowiedzą   ci   wiele 

pikantnych historyjek o tym „dziwaku”.

W tym momencie rozległ się kolejny dzwonek do drzwi. Na widok pary, która weszła 

do salonu, Qwilleran nieomal nie zadławił się sokiem. Pierwsza wkroczyła Fiona Stucker. W 

spektaklu była  idealną królową Katarzyną:  pewną siebie, władczą, wybuchową.  Ale teraz 

wydawała się malutka, wręcz mysia, ze swoją filigranową rączką wyciągniętą na powitanie i 

nieśmiałym   uśmiechem   na   twarzy.   W   jej   wielkich   oczach   czaił   się   lęk,   choć   w   czasie 

spektaklu te same oczy tak sugestywnie wyrażały odwagę i determinację.

Mężczyzna,   który   wszedł   za   nią,   został   Qwilleranowi   przedstawiony   jako   Steve 

O'Hare. Qwilleranowi wystarczył rzut oka, by wiedzieć, że ma przyjemność z Rudobrodym. 

O'Hare miał zresztą na sobie zieloną kurtkę, tę samą co na weselu. Więc to jest ów ogier, 

którego starała się ujeździć Polly, pomyślał.

- Miło poznać! - rzucił mężczyzna, miażdżąc dłoń Qwillerana w serdecznym uścisku.

Przyjemniaczek z ciebie, pomyślał wąsacz. I z miejsca zapałał do niego niechęcią. 

Mimo to jednak zagadnął grzecznie:

- Słyszałem, że jutro będzie pan brał udział w gonitwie. W jakim charakterze?

- W charakterze stajennego - zaśmiał się szeroko brodacz.

- Nie wierz mu - wtrącił się Bushy. - Steve jest bardzo znanym trenerem.

- Trenuje konia Robbiego - zaszczebiotała Fiona. - Robbie startuje jutro w wyścigu. 

To mój syn.

- Ach, już sobie przypominam! I dosiada Syna Kardynała! - Qwilleran błysnął nowo 

nabytą wiedzą. - Czy ma szanse zwyciężyć?

- Absolutnie! - powiedział trener i odwrócił się, aby kichnąć.

- Jak kicha, to znaczy, że mówi prawdę. Zwracając się w kierunku Fiony, Qwilleran 

powiedział:

- Chciałem pani pogratulować olśniewającej roli. Była pani znakomita!

- Nie wiedziałam... Dziękuję - powiedziała spłoszona. - Był pan na przedstawieniu?

- I to dwa razy! Jak pani wspaniale moderuje głos, a co za temperament! Szczególnie 

w scenie z kardynałem Wolseyem... Widziałeś przedstawienie, Steve?

- Nie. Nie kręcą mnie takie imprezy.

- A twój syn widział? - Qwilleran spytał Fiony.

- Nie... On pracuje, więc... No, pracuje ze Steve'em i... W stajni Amberton.

- Mamy dwadzieścia koni - pochwalił się trener. - Wstajemy o piątej rano: karmienie, 

pojenie, wywozimy gnój, podścielamy siano, czyścimy, a później ćwiczymy. I tak siedem dni 

background image

w   tygodniu.   Plus   treningi.   W   tej   pracy   nie   masz   weekendów   ani   urlopów.   Ale   nie 

zamieniłbym się z nikim na życie. Nie mógłbym robić niczego innego.

I dla podkreślenia szczerości własnych słów kichnął, a Fiona podała mu chusteczkę.

- No to jeszcze po szybkim i dzwonimy po babunię!

- Może sprowadzę ją z góry - zadeklarowała Moira.

- Lepiej nie. Ona bardzo lubi czuć się niezależna, a poza tym jest królową wielkiego 

wejścia.

- To prawda - potwierdził redaktor. - Wjeżdża tu na swym elektrycznym wózku jak 

bogini z Olimpu.

- Racja! - potwierdziła Vicki i ruszyła w stronę interkomu. - Starzy ludzie boją się 

nowoczesnych technologii, ale nie babunia!... Fiona, pomożesz mi w kuchni?

A do pudełka wiszącego na ścianie krzyknęła:

- Babuniu, najdroższa, kolacja na stole!

Przełknęli   drinki   i   pospieszyli   w   kierunku   windy.   Światełko   obok   przycisku 

sygnalizowało,   że   dźwig   właśnie   zjeżdża   na   dół.   Wkrótce   kabina   osiadła   cicho   i   drzwi 

rozsunęły się bezszelestnie. Wszyscy - łącznie z Qwilleranem - wstrzymali oddech.

background image

Rozdział dziewiąty

Qwilleran  stał   w foyer   siedziby  rodu  Inglehart   i  razem  z  pozostałymi   gośćmi  czekał,   aż 

otworzą się drzwi windy. Nie poznawszy swoich dziadków, czuł słabość do każdego, kto 

przekroczył   wiek   siedemdziesięciu   pięciu   lat.   W   tej   północnej   krainie,   gdzie   liczni 

mieszkańcy dożywali setki, poznał wielu niezapomnianych staruszków.

Drzwi   windy   otworzyły   się   powoli   i   z   kabiny   wyszła   dystyngowana   białowłosa 

kobieta w długiej czerwonej sukni z aksamitu. Wspierała się na pożółkłych ze starości laskach 

z kości słoniowej. Poruszała się pomału, ale była wyprostowana. Widząc oczekujących gości, 

skinęła każdemu wdzięcznie głową, aż jej wzrok napotkał stojącego z tyłu Qwillerana.

- Ależ to pan Qwilleran! - wykrzyknęła wytwornym głosem, który z wiekiem stał się 

drżący.   Miała   przystojną,   porcelanową   twarz   kobiety   pod   dziewięćdziesiątkę,   łagodne 

błękitne  oczy i wąskie usta,  przywykłe  do uśmiechu.  Jak zauważył  Qwilleran,  nie nosiła 

okularów.   Można   było   się   spodziewać,   że   babcia   nosiła   najnowsze   szkła   kontaktowe. 

Podeszła kilka kroków i przełożyła jedną laskę pod przeciwne ramię, żeby podać rękę na 

powitanie.

- To przyjemność poznać panią, pani Inglehart - powiedział, schylając się szarmancko 

do jej drżącej ręki. Ten dworski gest rezerwował dla kobiet w dojrzałym wieku.

-   Jestem   zaszczycona,   że   w   końcu   pana   spotykam   -   odwzajemniła   powitanie.   - 

Czytałam pana teksty, jeszcze kiedy pisał pan dla gazet na Nizinach. Ale teraz mieszka pan 

wśród   nas!   To   doprawdy   wielkie   szczęście!   Podziwiam   pana   styl   i   to,   co   ma   pan   o 

powiedzenia, ale - dodała ze wstydliwym uśmiechem - także uwielbiam pana wąsy!

Przeszło mu przez głowę, że biblioteka Inglehartów może zawierać Miasto bratniej 

zbrodni.

-   Pójdziemy   na   kolację,   babciu?   -   spytał   Bushy,   podając   jej   ramię.   Reszta   gości 

ruszyła za nimi do jadalni. Wszyscy czekali, dopóki babcia nie zajmie swojego miejsca po 

lewej stronie wnuczki. Qwilleranowi wskazano miejsce naprzeciwko, koło Moiry. Kiedy pani 

background image

Inglehart   uniosła   łyżkę,   potraktowano   to   jako   znak,   że   kolacja   się   rozpoczęła.   Zatoczyła 

jasnym wzrokiem po zebranych i powiedziała:

- Dziękujemy ci za twe dary.

Rudobrody, który siedział na drugim końcu stołu, obok gospodarzy, kichnął głośno.

- Jest uczulony - powiedziała przepraszająco Fiona.

- Na wszystko - tłumaczył się mężczyzna, wycierając głośno nos.

- Czy to prawda? - spytał Kip.

- Jak najbardziej.

- Powinieneś zrezygnować z koni i poświęcić się dziennikarstwu. „Plotki ze Stajni” to 

dobra robota.

- Nie moja. Mam chmarę dzieciaków, które wykopują tematy, a pani Amberton składa 

to wszystko do kupy.

- Jaki macie teraz nakład?

- Prawie tysiąc.

- Jeszcze dziesięć tysięcy i zaczniemy się martwić - wtrącił wydawca „Lockmaster 

Logger”.

Babcia nachyliła się do Qwillerana.

- Victoria mówi, że zabrał pan ze sobą koty. Mam nadzieję, że nie zabijają ptaków.

- Proszę się nie obawiać - odparł. - Moje koty żyją w mieszkaniu i ich zainteresowanie 

ptakami jest czysto akademickie. Koko zaprzyjaźnił się z kardynałem. Wpatrują się w siebie 

przez kuchenne okno i porozumiewają się telepatycznie.

- Zabierz szybę, to będzie inna historia. Koty to koty, i już - wtrącił się Steve.

Vicki powiedziała szybko:

-   Babcia   ma   karmnik   za   oknem   w   wieży   i   obserwuje   migracje   ptaków,   zapisuje 

wszystko w notesie... Babciu kochana, pamiętaj o zupie.

Z łyżką  zawieszoną  w powietrzu  nad  talerzem  babcia  Inglehart  wpatrywała  się w 

Qwillerana jak w obraz.

-   Pewnej   zimy   postanowiłam   dokarmiać   ptaki,   ale   jedyne,   jakie   odwiedzały   mój 

karmnik,   to   wróble.   Ściągały   z   trzech   stanów   na   moje   podwórko.   Miliony   hałaśliwych, 

brudzących najeźdźców. Tak skończyła się moja przygoda z ptakami - zwierzała się Moira.

- Ja mam problem z kosami. Za każdym razem, kiedy jadę na rowerze, podnoszą się 

całą chmarą z polnych dróżek i bombardują mnie i mój rower, krzycząc „czuk, czuk, czuk” - 

powiedział Qwilleran.

- Tylko w okresie lęgowym - wyjaśniła mu babcia. - Bronią swoich młodych.

background image

- Jakakolwiek jest przyczyna ich zachowania, nie są zbyt przyjazne. I kiedy próbuję do 

nich przemawiać, ich wrogość narasta.

- I co mówisz do wrogo nastawionego ptaka? - spytała Moira.

- „Czuk, czuk, czuk”. Jednak największą zagadkę stanowi dla mnie zachowanie mew, 

kiedy farmerzy orają pole. Po pięciu minutach setki mew nadlatują znad jeziora oddalonego o 

trzydzieści mil i krążą nad polem jak sępy.

- Mewy mają system informacji, który zawstydziłby CIA.

Vicki   sprzątnęła   talerze   po   zupie,   a   Fiona   pomogła   jej   podać   główne   danie: 

makaronowe muszelki (z którymi babcia mogła sobie łatwo poradzić mimo trzęsących się 

dłoni) w sosie warzywno-mięsnym i pulpety dla gości, którzy przekazywali sobie miseczkę z 

tartym parmezanem. Babcia wróciła do ulubionego tematu:

- Kiedy zamieszkałam w tym domu jako młoda mężatka, poinstruowałam ogrodnika, 

żeby sadził wszystkie te rośliny, które przyciągnęły ptaki. Od siedemdziesięciu lat prowadzę 

ptasi dziennik. Także Teddy Roosevelt prowadził podobny dziennik. Zapisywał w nim ptaki, 

które widywał na trawniku Białego Domu.

Co jakiś czas rozlegało  się kichnięcie.  Bushy zapytał,  czy ktoś życzy sobie  wina. 

Fiona   spoglądała   ukradkiem   na   Qwillerana.   Kip   wspominał   o   podatku   katastralnym,   ale 

babcia zawsze sprowadzała rozmowę na temat ptaków.

- W jednym z tekstów, które ostatnio drukowaliśmy, przeczytałem, że koliber ma puls 

sześćset piętnaście uderzeń na minutę. Mam nadzieję, że to nie był błąd w druku - powiedział 

wydawca.

- Ależ nie - powiedziała starsza pani. - Koliber jest jednym z maleńkich cudów natury.

- Nie potrafię odróżniać ptaków - przyznał się Qwilleran. - Są zbyt ruchliwe, żebym 

mógł się im przyjrzeć i sprawdzić w atlasie.

- Kiedy miałam ptasi ogród - powiedziała babcia - potrafiłam nakłonić dzikie ptaki, 

żeby jadły mi z ręki. Pewnego razu wychowałam rodzinę drozdów, kiedy ich matka została 

zastrzelona.

Steve znów kichnął.

-   Babciu   kochana,   nie   zapominaj,   że   masz   na   talerzu   makaron   -   Vicki   zwróciła 

delikatnie uwagę babci Inglehart.

Pani Inglehart bawiła się wyśmienicie, ale kiedy podano sałatkę, widać było, że jest 

już zmęczona. Przeprosiła gości i Bushy odprowadził ją do windy.

background image

Po szarlotce i kawie Steve powiedział, że musi już wracać, żeby następnego dnia 

wstać o piątej, a Fiona zabrała się z nim, chcąc dopilnować, żeby Robbie znalazł się wcześnie 

w łóżku w wigilię jego pierwszego wyścigu. Wychodząc, zwróciła się jeszcze do Qwillerana:

- Chciałam pomówić z panem... o... panu VanBrooku, ale, hmm... nie miałam okazji.

- Dobrze go pani znała? Pokiwała głową.

- Może... jutro? Vicki zaprosiła mnie na wyścig.

- W takim razie porozmawiamy jutro - obiecał Qwilleran. - Miło było cię poznać.

Wyszła, rzucając mu przez ramię pożegnalne spojrzenie. Patrzył, jak wychodzi. Nie 

przykuwała uwagi, ale było w niej coś fascynującego - może jej wielkie, pełne smutku oczy, 

idealne do roli królowej Katarzyny.

Następni pożegnali się MacDiarmidowie, którzy zatrudnili na ten wieczór opiekunkę, 

ale tylko do dziesiątej.

- Do zobaczenia na wyścigu - powiedzieli, wyjaśniając, że ich miejsce sąsiaduje z 

miejscem Bushlandów i że mają w zwyczaju urządzać przyjacielskie zakłady.

Gospodarze   kopnęli   buty   w   kąt   i   nalali   sobie   jeszcze   jednego   drinka.   Qwilleran 

przystał na trzecią filiżankę kawy.

- Przyjemny wieczór - powiedział. - Wasza babcia to prawdziwy skarb. Polubiłem 

Kipa i Moire. Za to Fiona mnie zaskoczyła. Na scenie zachowywała się kompletnie inaczej. A 

ten facet, Steve... co jest między nimi?

Bushlandowie spojrzeli po sobie i Vicki zaczęła pierwsza:

- Cóż, jest mentorem Robbiego w jeździe konnej. Fionie bardzo zależy, żeby jej syn 

odniósł sukces na jakimś polu. Rzucił liceum i interesują go tylko konie.

- Rozumiem, że nie tylko jego. Jaki mamy jutro rozkład dnia?

- Po śniadaniu masz czas, żeby zabrać koty do babci. Będzie wniebowzięta.

Jej mąż powiedział:

- Wyjedziemy o jedenastej i zabierzemy po drodze Fionę. To nam pozwolić ominąć 

jeszcze korek i dostać się na miejsce w sam raz na czas, żeby rozbić piknik. Biegi zaczynają 

się o drugiej.

- Kip mówił coś o zakładach. Jak to działa?

- Jeśli masz kilka dolarów, to jest niezła zabawa. Zazwyczaj stawiamy po pięć dolarów 

razem z MacDiarmidami.

- Śniadanie jemy o ósmej trzydzieści - powiedziała Vicki. - Na co masz ochotę?

- Na kawę i cokolwiek. Teraz pójdę na górę i sprawdzę, jak koty znalazły się w 

nowym miejscu.

background image

- Chcesz im wziąć pulpeta? Zostało kilka.

Qwilleran poszedł za nią do kuchni.

- Od jak dawna znasz Fionę? - spytał.

-   Od   gimnazjum.   Moi   rodzice   zabierali   ją   na   pikniki   i   wakacje,   bo   nie   miała 

porządnego   domu.   Stara   śpiewka:   nieobecny   ojciec,   matka   alkoholiczka.   Lubię   ją.   Była 

zawsze taka chętna i energiczna i te jej oczy, które skruszą lód!

- To właśnie najlepiej zapamiętałem z postaci Katarzyny. A jak potoczyły się jej losy 

po ukończeniu szkoły?

- Nie miała łatwego życia - powiedziała Vicki. - Jej jedynym marzeniem było mieć 

dom i własną rodzinę, więc wyszła za mąż zaraz po szkole. Jak na ironię jej mąż zostawił ją, 

jak tylko urodził się Robin.

- Jak daje sobie radę finansowo?

- Dorabia sprzątaniem. Pomaga mi dwa razy w tygodniu. Przy odpowiednim szkoleniu 

mogłaby   robić   więcej,   ale   brak   jej   pewności   siebie.   Jeśli   wszystko   dobrze   pójdzie,   to 

chciałabym   otworzyć   firmę   cateringową.   Zatrudnię   Fionę   jako   moją   asystentkę. 

Specjalizujemy się w śniadaniach myśliwskich. W Lockmaster wszyscy je urządzają.

- A jaki był jej związek z VanBrookiem? Vicki wzruszyła tajemniczo ramionami.

- Lepiej sam ją o to zapytaj.

Qwilleran życzył im dobrej nocy i ruszył na pierwsze piętro. Już w połowie drogi 

słyszał   wyrazy   uniesienia   dochodzące   z   najlepszego   pokoju   gościnnego.   Syjamczyki 

wiedziały,  że zbliża się z porcją domowych pulpetów. Przywitały go we drzwiach. Koko 

maszerował   dumnie   wyprostowany,   a   Yum   Yum   owijała   mu   się   dookoła   nóg.   Postawił 

talerzyk na podłodze łazienki, a potem dokonał szybkiej inspekcji pokoju w poszukiwaniu 

śladów kocich psot. Wszystko zdawało się być w najlepszym porządku, z wyjątkiem podartej 

na strzępy gazety, ale że były to tylko „Plotki ze Stajni”, więc Qwilleran nie przejął się tym 

zbytnio.   Zaspokojone   ucztą   zwierzęta   odnalazły   swoją   niebieską   poduszkę   na   szezlongu, 

gdzie się umyły i usadowiły. Qwilleran poczytał przez kilka minut, a potem ułożył się na 

łóżku   i  zaczął   przypominać  sobie  przeżycia  minionego  dnia.   Pochował  Dennisa  Hougha, 

kupił bańki mydlane dla kotów, odkrył dziwny związek Polly z Lockmaster i spotkał uroczą 

osiemdziesięciolatkę.  I Być  może jutro dowie się czegoś o VanBrooku od kobiety,  która 

chciała o nim mówić. Wyłączył nocną lampkę. Nie minęło kilka minut, a już dwa ciepłe ciała 

wślizgnęły się do jego łóżka, węsząc pod kocem. Yum Yum usadowiła się po jego lewej, a 

Koko po prawej stronie. Podsuwały się coraz bliżej i bliżej, aż w końcu obłożyły go jak ściśle 

przylegający pancerz.

background image

- To jakiś absurd! - powiedział głośno. Wyskoczył z łóżka i przeniósł ich niebieską 

poduszkę na podłogę w łazience.  Położył  na niej zdecydowanym  ruchem koty i zamknął 

drzwi.   Z   łazienki   rozległa   się   natychmiast   kocia   muzyka.   Obawiał   się,   że   pobudzą 

Bushlandów i babcię, więc otworzył drzwi, wskoczył do łóżka i czekał, co się wydarzy. Przez 

chwilę nie wydarzyło  się nic. Jednak zaraz potem pierwsze ciało wylądowało miękko na 

łóżku, a zaraz za nim drugie. Odwrócił się do nich plecami, a one rozłożyły się wygodnie. 

Zostały tam przez całą noc, śpiąc spokojnie. Przesuwały się tylko coraz bliżej, a on zmuszony 

był ciągle się cofać. Nad ranem on spał na brzeżku materaca, którego całość zajmowały dwa 

wyciągnięte syjamskie koty.

-   Jak   wam   się   spało,   chłopaki?   -   spytał   Bushy   następnego   ranka,   kiedy   zapach 

smażonego boczku zwabił całą trójkę do kuchni.

- Dobrze. Nie zostawiły mi za wiele miejsca w łóżku, ale to, co wywalczyłem, było 

bardzo wygodne.

- Jak mam ci przyrządzić jajka? - spytała Vicki.

- Średnio miękkie - rozejrzał się po kuchni. - Czy czuję kawę?

- Obsłuż się, Qwill.

Z   filiżanką   kawy  w  rękach   podążył   za   syjamczykami,   które   zwiedzały  dom,   idąc 

śladem słonecznych plam, rzucanych na dywany przez kolorowe witraże. Qwilleran wszedł 

do biblioteki, ale nie znalazł tam Miasta bratniej zbrodni.

Do śniadania koty ścigały się radośnie po szerokich schodach.

-   Szybko   się   zadomowiły   -   powiedział   do   fotografa.   -   Nie   powinieneś   mieć 

problemów ze zrobieniem zdjęć.

- Mam w głowie kilka ujęć - odpowiedział Bushy - ale pozwolę im zadecydować. 

Kiedy zanosiłem babci tacę z jedzeniem, prosiła, żeby ci przypomnieć, że oczekuję was po 

śniadaniu.

Kiedy nadeszła pora wizyty, Vicki zadzwoniła na górę przez interkom, a Qwilleran 

wziął koty, każdego pod jedną pachę, i wdrapał się po schodach na drugie piętro. Babcia 

powitała go z wdziękiem. Miała na sobie długą podomkę w kwiaty i wspierała się na swoich 

eleganckich laskach.

- Witam w moim królestwie - powiedziała drżącym głosem. - To muszą być dwaj 

arystokraci, o których tak wiele słyszałam.

Koty   obdarzyły   ją   pustym   spojrzeniem.   Wiły   się,   próbując   wyswobodzić   się   z 

uścisków. Ku rozczarowaniu Qwillerana ich zachowanie było w stu procentach kocie.

background image

- Zaparzyłam herbatę z liści borówki - zwróciła się do niego. - Jeśli weźmie pan tacę, 

to usiądziemy w alkowie na wieży.

Mieszkanie przepełnione było rodzinnymi pamiątkami. Wszędzie stały stare meble, a 

na każdej płaskiej powierzchni stały oprawione fotografie. Wśród nich Qwilleran wypatrzył 

podpisane zdjęcie Theodore'a  Roosevelta.  Przeszklone gablotki  zawierały bogatą kolekcję 

cennych porcelanowych ptaszków, które prowokowały Koko do siadania na tylnych nogach i 

boksowania w powietrzu przednimi. Była tam też figurka kardynała. Nawet Qwilleran potrafił 

odróżnić tego eleganckiego ptaka.

Pani   Inglehart,   weteranka   tysiąca   popołudniowych   herbatek,   nalewając   z   gracją 

aromatyczny napar, powiedziała:

-   Tak   więc   to   pana   pierwszy   „bieg   do   dzwonnicy”,   panie   Qwilleran!   Zna   pan 

pochodzenie tej nazwy?

- Obawiam się, że nie.

Posługiwała się precyzyjnym, starannie dobranym stylem osoby, która przewodniczyła 

tysiącu klubowych spotkań.

- W dawnych  czasach konie i ich jeźdźcy ścigali się na otwartych przestrzeniach. 

Musieli pokonywać płoty, strumienie i żywopłoty. Zwyciężał ten, który pierwszy dojechał do 

kościelnej dzwonnicy w następnej wsi. W Lockmaster nie jeżdżono sportowo na koniach. 

Dopiero mój teść wprowadził ten zwyczaj. Do tego czasu koni używano wyłącznie do pracy. 

Zaprzęgano je do wozów i przemieszczania się. Jazda wkrótce stała się modna. Wszyscy 

braliśmy lekcje. Uwielbiam polowania i dźwięk rogów. Miałam oczywiście własnego psa 

myśliwskiego. Miał na imię Timothy.

- Ma pani dobrą postawę, pani Inglehart. Wyobrażam sobie, że wyglądała pani w 

siodle wspaniale.

Yum Yum siedziała teraz na kolanach babci, poddając się czułemu głaskaniu.

- To prawda. Wszyscy powtarzali, że świetnie trzymam się w siodle. Podziwiano moją 

równowagę   i   kontrolę   nad   koniem.   Panowanie   nad   pięciuset   kilogramami   zwierzęcia,   za 

pomocą   jednej  głowy,   nóg, głosu  i  własnego ciężaru,  to  nie  lada  wyzwanie...  Proszę  mi 

wybaczyć, nie daję panu dojść do słowa.

- Słuchać kogoś tak wymownego to rozkosz dla uszu. Co zwróciło pani uwagę na 

ptaki?

-   Cóż,   niech   pomyślę...   Kiedy   poślubiłam   pana   Inglehart,   unikałam   kółek   robót 

ręcznych i klubów nudnych książek, do których przystępowały młode matrony.  Zaczęłam 

natomiast uczęszczać na popołudniowe spotkania Wtorkowego Kobiecego Klubu Ptasiego. 

background image

Ludzie z miasteczka wyśmiewali nas, że studiujemy zachowania ptaków, zamiast do nich 

strzelać. Pisali listy do gazety, ganiąc nasze bezczynne ręce i umysły.

- Chce pani powiedzieć, że panował tu zwyczaj strzelania do śpiewających ptaków?

- Dokładnie tak! Młodzi chłopcy wracali do domu z naręczem maleńkich ptaszków 

przewieszonym   przez   ramię   i   sprzedawali   je   rzeźnikowi.   Cieszyły   się   popularnością   na 

niedzielnych   przyjęciach.   Z   przykrością   muszę   stwierdzić,   że   nadal   spotkać   tu   można 

bezwzględnych  myśliwych, dla których śpiewający ptaszek jest tylko strzelniczym  celem. 

Wszystko zaczęło się od tego, że rząd wyznaczył nagrody za odstrzał ptaków, które podobno 

niszczyły   plony.   Później   naukowcy   odkryli,   że   ptaki   chronią   pola   przed   gryzoniami, 

szkodnikami, a nawet chwastami... W dzisiejszych czasach rolnicy polegają wyłącznie na 

opryskiwaczach i chemikaliach.

Koko gawędził z ptakami w karmniku za oknem, wychodzącym na wschód. Stał na 

tylnych łapach, a przednie oparł na parapecie. Yum Yum mruczała rozkosznie na kolanach 

pani Inglehart, zaczepiając pazurkami o jej sukienkę.

- Zdaje się, że mnie lubi - powiedziała stara kobieta.

- Jakie ptaki przylatują do pani karmnika? - spytał Qwilleran.

- Przeróżne! Moje ulubione to sikorki. Są takie zabawne i towarzyskie. Nie odlatują na 

zimę. Także Koko nie będzie samotny, kardynały nie migrują. Czy nie wyglądają przepięknie 

na tle śniegu?

- Można by się zastanawiać, jak ptaki są w stanie przetrwać w tym klimacie.

- Pod piórami noszą zimowe wdzianko, porządną warstwę tłuszczyku - wyjaśniła. - 

Och, mogłabym  godzinami  mówić  o moich  ptasich  przyjaciołach,  ale niedługo  musi  pan 

wychodzić na wyścig.

-   Nie   spieszę   się   -   powiedział.   -   Musi   pani   mieć   bogaty   bagaż   wspomnień,   pani 

Inglehart. Nie tylko związanych z końmi i ptakami.

- Mogę zawierzyć panu tajemnicę? - spytała z konspiracyjnym uśmiechem. - Ma pan 

szczery wyraz twarzy i wiem, że pan na mnie nie doniesie. Proszę obiecać, że nie powie pan 

Victorii.

- Obiecuję.

Dzięki   szczerości   w   czasie   swojej   dziennikarskiej   kariery   Qwilleran   stał   się 

powiernikiem niezliczonych tajemnic i adresatem wielogodzinnych zwierzeń.

- A więc - zaczęła z wielkim entuzjazmem - kiedy wszyscy wychodzą, zjeżdżam na 

dół   moją   windą,   nazywam   ją   magiczną   kapsułą   czasu,   i   chodzę   od   pokoju   do   pokoju, 

przeżywając   na  nowo  moje   życie!   Siadam   na  szczycie  stołu  w  jadalni,   gdzie  nalewałam 

background image

herbatę na spotkaniach klubu. Wyobrażam sobie wtedy, że nakryty jest lnianym obrusem, że 

w kryształowym  wazonie stoją kwiaty,  a tace  pełne są delikatnych  specjałów. Wszystkie 

panie mają na głowach kapelusze!... Czy to brzmi, jakbym postradała zmysły?

- Ani trochę, to brzmi czarująco!

- Potem idę do salonu od frontu i siadam przy fortepianie z różanego drewna. Gram 

kilka akordów. Wtedy wydaje mi się, że słyszę dźwięczny tenor mojego męża: „Kiedy zbliża 

się koniec cudownego dnia”. Widzę okładkę płyty, całą w róże. Jacy byliśmy szczęśliwi!... 

Chodzę po pokojach i wydaję gosposi polecenia na kolejny dzień. Odbieram kosz z kwiatami 

od ogrodnika... Czasami, ale nie zawsze, idę do hallu i czytam telegram o moim synu, z Korei 

- odwróciła się, żeby wyjrzeć przez okno. - Kiedy to się stało, nic już nie było takie samo.

- Gdzie się podziewacie? - zawołał głos od strony schodów. - A, tu jesteście! - Vicki 

weszła do alkowy z nakrytą tacą.

- Ani słowa Victorii - ostrzegła go szeptem babcia.

-   Babciu,   już   czas,   żebyśmy   poszli   na   wyścig.   Wkładam   twój   lunch   do   lodówki. 

Wystarczy podgrzać zupę. Jest też babeczka i słodki suflet.

- Dziękuję, Victorio, bawcie się dobrze! Będę z wami duchem.

Vicki objęła babcię ramieniem.

- Zobaczymy się po piątym wyścigu.

- Dziękuję za gościnność, pani Inglehart - pożegnał się Qwilleran, pochylając się nad 

jej trzęsącą się ręką i odwzajemniając jej porozumiewawcze mrugnięcie.

- Proszę, niech pan zostawi maleństwa ze mną. Ich obecność sprawia mi przyjemność.

Kiedy schodzili po schodach, Vicki powiedziała do Qwillerana:

- Nie chce się zgodzić na obecność opiekunki, kiedy my wychodzimy, ale ma gorącą 

linię ze szpitalem. Wystarczy, że naciśnie czerwony guzik.

Bushy opróżnił  samochód   ze  sprzętu   fotograficznego.   Na  jego  miejsce  załadowali 

piknikowe kosze i lodówki, składane krzesła i stoliki. Vicki miała na sobie krzykliwą kreację 

z „Tacky Tack Shop”.

- Jak ci się podoba moja koszulka? - spytała. - Fiona podarowała mi ją na urodziny.

Fionę odebrali z jej mieszkania nad drogerią. Ona także włożyła podkoszulek godny 

cheerleaderki, tak odmienny od stonowanego stroju, jaki nosiła wczoraj. W samochodzie w 

milczeniu ogryzała paznokcie.

- Widziałaś już zapewne wiele takich wyścigów - zauważył Qwilleran.

- Hmm... tak... ale trochę się denerwuję. To pierwsza gonitwa Robbiego.

background image

Ciągły strumień pojazdów, po dach zapakowanych pasażerami, kierował się w stronę 

toru. Młodsi pokrzykiwali i hałasowali, dając upust emocjom. Na południe od miasta trasa 

prowadziła przez tereny łowieckie. W końcu wjechali na żwirową drogę, na której obsługa w 

swetrach   Klubu   Łowieckiego   sprawdzała   bilety   i   sprzedawała   okolicznościowe   programy 

Siedemdziesiątego Piątego Corocznego Wyścigu do Dzwonnicy w Lockmaster. Jeszcze jedno 

małe wzgórze, niewysoki mostek, kępa drzew i ich oczom ukazał się widok parcoursu. Była 

to   porośnięta   trawą,   przestronna   naturalna   niecka,   której   zbocza   schodziły   regularnie   w 

kierunku toru, ogrodzonego przenośnym płotem.

Bushy zatrzymał się na wąskim miejscu parkingowym, oznaczonym numerem G-12. 

Stoliki i krzesła zostały rozstawione i Bushy zabrał się do przygotowywania drinków.

- Krwawa Mary dla wszystkich?

- Wiesz, jak przyrządzić moją, prawda? - upewnił się Qwilleran.

- Pewnie: podwójnie pikantna, dwa liście selera i bez wódki.

Zbocza zasłane były zaparkowanymi samochodami i roiły się od fanów. Ubrana na 

różowo obsługa, na koniach pełnej krwi, patrolowała teren, a zwłaszcza trasę do namiotów z 

napojami. Nieopodal ich miejsca znajdowała się wieża sędziowska, z której jury obserwowało 

linię mety. Po drugiej stronie stadionu, za żywopłotem z bukszpanu, stały w pełnej gotowości 

trzy karetki i wóz weterynarza.

Z   głośników   na   wieży   sędziowskiej   rozległ   się   głos   zapowiadający   pokaz   psów 

myśliwskich i zza wzgórza dało się słyszeć szczekanie i dźwięki rogu.

- Jeśli polujesz na lisy, ten dźwięk jest dla twoich uszu jak muzyka.

A jeśli jesteś lisem, mrozi ci krew w żyłach, pomyślał Qwilleran.

Wtedy   na   miejsce   numer   G-1   podjechał   samochód   kempingowy   MacDiarmidów. 

Otworzyły się drzwi i ze środka wylał się strumień młodych ludzi. Qwilleran zaczął liczyć: 

trzy,   sześć,   osiem,   jedenaście   -   było   ich   za   dużo,  wszyscy   pędzili   w  stronę   namiotów   z 

napojami. Kip, Moira i czworo innych dorosłych wysiadło na końcu.

Qwilleran spytał wydawcy:

- Ile z tych dzieci jest waszych?

- Dzięki Bogu tylko czwórka. Spóźniliśmy się na psy? Zgubiliśmy się. Poprowadzili 

nas do złej bramy.

Kip przedstawił swoich gości. Wszyscy byli związani z gazetą. Kobiety zabrały się do 

przygotowywania jedzenia. Dołączyli  do Bushlandów, wyjmując z bagażnika tony szynki, 

sałatki ziemniaczanej, piklowanych ogórków, pieczonej fasoli, surówki z kapusty, oliwek, 

tarty dyniowej i czekoladowego ciasta. Znów głos z wieży odbił się echem po zboczach 

background image

hipodromu,  tym  razem  oznajmiając  paradę  powozów. Dwanaście  grup objechało  dookoła 

parcoursu.   Były   wśród   nich   powozy  proste   i   wymyślne,   wszystkie   zaprzęgnięte   w  konie 

paradne. Woźnice i pasażerowie ubrani byli w stroje z epoki.

Pozostało   jeszcze   trzydzieści   minut   do   godziny   rozpoczęcia   pierwszego   biegu. 

Licealna   orkiestra  dęła  w  puzony,  ale   krzyki   tłumu  zagłuszyły   nawet  dudnienie   bębnów. 

Podniecenie   na   widowni   sięgało   zenitu.   Ludzie   nie   mogli   ustać   w   miejscu,   krążyli   po 

parkingach, pozdrawiali przyjaciół, pokazywali sobie okolicznościowe koszulki, wymieniali 

się drinkami i jedzeniem. Krzyczeli, śmiali się i wrzeszczeli. Qwilleran obserwował ich z 

osłupieniem.   Byli   pijani   emocjami   i   krańcowo   podekscytowani   wydarzeniem,   które   nie 

poruszało go w żaden sposób.

- Masz ochotę się przejść? - spytał spokojnej i skupionej Fiony.

Zareagowała z ochotą i kiedy okrążali brzeg niecki, Fiona powiedziała:

- Co za widok! - na długich składanych stołach, przykrytych obrusami wykończonymi 

frędzlami, stały bukiety kwiatów, wiadra na szampana i całe indyki na srebrnych półmiskach.

-   Przykro   mi,   że   nie   spotkaliśmy   się   w   czasie   przygotowań   do   przedstawienia   - 

powiedział - ale zawsze znikałaś za kurtyną.

- Miałam przed sobą długą drogę do domu - wyjaśniła. - Poza tym, hmm... muszę mieć 

oko na Robbiego.

- Biorąc pod uwagę próby i przedstawienia, to trochę się najeździłaś. Mam nadzieję, 

że VanBrook to docenił.

- Och, tak. Przysyłał mi pieniądze z własnej kieszeni, żebym opłaciła benzynę.

Qwilleran dmuchnął cicho w wąsy.

- To bardzo troskliwe z jego strony. Jak się poznaliście. W teatrze?

- Och, nie! Pracowałam, hmm... w restauracji... a on przychodził tam zawsze jeść. 

Nie... nie był przystojny, inne kelnerki śmiały się z niego. A ja go polubiłam. Był, no wie pan, 

dziwny.   Pewnego   dnia   zapytał   mnie,   ale   tak   bez   uprzedzenia,   czy   nie   potrzebuję   pracy. 

Szukał gospodyni na stałe. Robbie miał wtedy osiem lat i oboje przeprowadziliśmy się do 

niego. Cóż... to był podarunek od nieba - stopniowo przezwyciężała nieśmiałość.

- Trudno się z nim żyło? - spytał. - Ludzie w Pickax mówili, że jest dziwakiem.

- No cóż, był  w pewien sposób dziwny,  ale przyzwyczaiłam  się do tego. Zawsze 

powtarzał, że powinnam się kształcić, i dawał mi książki do czytania. Nie były... bardzo 

interesujące.

- W jaki sposób dostałaś rolę w Henryku VIII?

background image

- Miał wystawiać sztukę, tu, w Lockmaster. Powiedział, że powinnam w niej zagrać. 

Prawie zemdlałam! Nigdy nie grałam w sztuce. Powiedział, że powie mi jak, że mnie nauczy. 

Mam dobrą pamięć i robiłam wszystko dokładnie tak, jak o to prosił.

- Chciałabyś jeszcze zagrać?

- Hmm, to by było miłe, ale nie bez niego!

- A jak układały się stosunki między nim a Robbiem?

- Traktował Robbiego jak syna. Zawsze go nakłaniał do nauki i wstawiał się za nim w 

szkole. Kiedy przeprowadził się do Pickax, przyjeżdżał do nas raz w miesiącu. Powiedział, że 

pomoże Robbiemu w college'u, jeśli zacznie się uczyć japońskiego! Mawiał, że przyszłość 

należy do ludzi, którzy znają japoński - Fionie wyrwał się cichy śmiech. - Według Robbiego 

był szalony, ja też tak myślę.

Szkolna orkiestra przestała grać. Zegarek Qwillerana wskazywał godzinę rozpoczęcia 

wyścigu.

- Porozmawiamy jeszcze na przyjęciu - obiecał.

Pospieszyli w kierunku G-12, dokładnie na czas, żeby zdążyć na zakłady. Kip puścił w 

obieg swój kapelusz.

- Pięć dolarów, jeśli chcecie zostać w grze.

Qwilleran postawił na numer pięć, czteroletniego kasztana o imieniu Quantum Leap. 

Po   komunikacie   z   wieży   orkiestra   zagrała   hymn   państwowy.   Zagrały   trąbki   i   fanfary   i 

jeździec   z   chorągwią   związku,   w   towarzystwie   członków   Klubu   Łowieckiego,   okrążył 

stadion. Konie biorące udział w wyścigu stały w boksach, widać było ubranych w kolorowe 

stroje dżokejów. Numer pięć startował w biało-niebieskich barwach. Obsługa poprowadziła 

konie na linię startu i zanim Qwilleran zdążył ustawić szkła lornetki, konie wystartowały i 

pokonały pierwszy płotek.

Jeźdźcy zniknęli za zakrętem, a potem zasłoniły ich drzewa. Po chwili wyłonili się na 

prostej. Tłum szalał. Qwilleran nie zdołał wyśledzić Quantuma Leapa. Konie i jeźdźcy znikali 

i pojawiali się znowu na końcu toru. Po kilku minutach było po wszystkim. Numer pięć był 

szósty,   a   jeden   z   gości   Kipa   zgarnął   pięćdziesiąt   dolarów   za   wytypowanie   zwycięzcy. 

Qwilleran   czuł   się   oszukany.   Nie   dlatego,   że   przegrał   pięć   dolarów,   ale   że   wszystko 

wydarzyło się tak szybko.

- Powinieneś dopingować swojego konia, Qwill. Nic dziwnego, że dobiegł szósty! - 

poradziła mu Vicki.

background image

Qwilleran był z natury wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji i nie mógł wykrzesać z 

siebie żywszego entuzjazmu, kiedy jego koń migał mu na chwilę przed oczami. Już bardziej 

ekscytowała go piłka, ale nawet na boisku nie krzyczał.

W   następnym   biegu   wygrała   Fiona   i   wszyscy   byli   zadowoleni.   W   trzecim   koń 

Qwillerana przewrócił się na czwartym płotku, jak ogłoszono z wieży, i natychmiast do akcji 

wkroczyła karetka i weterynarz. Wkrótce potem przybiegł jeden z dzieciaków Kipa i oznajmił 

zdyszany:

- Hej, tato! Musieli zastrzelić konia!

- A jak jeździec?

- Nie wiem. Zabrali go do karetki. Czy mógłbym dostać pięć dolarów poza moim 

kieszonkowym?

- Musisz to uzgodnić z matką.

W piątym biegu, do którego dopuszczano amatorów, tylko pięć osób wzięło udział w 

zakładach i Kip, oficjalny bukmacher grupy, zaproponował, żeby zakładać się parami.

- Nie mogę stawiać, trzymam kciuki za Robbiego - powiedziała Fiona.

- Ja też - dołączył się Qwilleran.

- My także - powiedzieli Bushlandowie.

Zakłady   zostały   odwołane   i   grupa   MacDiarmidów   zeszła   w   dół   wzgórza,   żeby 

dopingować   Syna   Kardynała   przy   zewnętrznym   płocie,   skąd   był   lepszy   widok.   Konie 

wyprowadzono ze stajni. Drobna, szczuplutka postać Robina Stuckera, ubranego w czerwono-

złoty strój, wzbudzała współczucie.

- O Boże! O Boże! Pozwól mu wygrać! - szeptała miękko Fiona.

Wystartowali.   Po   raz   pierwszy   Qwilleran   poczuł   ochotę,   żeby   wspierać   jeźdźca. 

Wzięli już pierwszy płotek i pędzili w górę, na moment zniknęli za odległą kępą drzew i 

zanim znów można ich było zobaczyć z drugiej strony hipodromu, rozległ się krzyk.

- Och nie! - zaszlochała Fiona. - Och nie! Ktoś spadł!

Zza zaplecza ruszyła karetka i wóz weterynaryjny. Z wieży rozległ się skrzeczący głos 

sędziego:

- Numer cztery nie przeszedł trzeciego płotka! Grupa Qwillerana wzniosła okrzyk 

radości, Robin jechał z numerem trzy. Kiedy czterej jeźdźcy skończyli pierwsze okrążenie, 

widzowie  kibicujący Robbiemu  nie  hamowali  już owacji.  Wspierali  go z całych  sił  przy 

następnej przeszkodzie i kiedy galopował w górę zbocza, dopóki nie zniknął za drzewami. 

Kiedy konie wynurzyły się zza drzew, Robbie był tuż za prowadzącym jeźdźcem. Widownia 

background image

skandowała:   „Biegnij,   Spunky!   Biegnij,   Midnight!”   Ale   wszyscy   z   G-12   i   G-11   wprost 

wrzeszczeli:

- Dawaj, Robbie! Do przodu! Pokonasz ich! Wygrasz!

Syn Kardynała gładko pokonał przeszkodę i pomknął jak strzała w górę wzgórza. 

Wszyscy wstrzymali oddech, kiedy konie zniknęły. Ale zaraz krzyczano jeszcze głośniej:

- Są! Jest pierwszy! Dawaj! Jest, jest! Udało się! Wygrał!

Fiona  wybuchnęła   płaczem.   Vicki  obejmowała   ją  ramieniem,  a  inni  tłoczyli   się  z 

gratulacjami.

- Musimy to uczcić! - oznajmił Bushy. - I tak musimy poczekać, aż się trochę rozluźni.

- Jeśli nie macie nic przeciwko temu - powiedziała Fiona - pójdę do stajni zobaczyć 

się z Robbiem. Steve odwiezie mnie do miasta.

- Dobrze, ale bądźcie wszyscy gotowi na siódmą trzydzieści - powiedziała Vicki. - 

Odbierzemy was.

MacDiarmidowie zagnali do samochodu swoją młodocianą trzódkę i pożegnali się.

- Kiedy nas znów odwiedzisz, Qwill? - spytał  Kip. - Chciałbym  pokazać ci moją 

kolekcję.

W drodze powrotnej Qwilleran zapytał:

- Czy zwycięstwo Robina ma jakieś znaczenie poza czekiem na pięć tysięcy?

- Powinno podnieść wartość konia i dać Robbiemu lepsze miejsce w klasyfikacji - 

odpowiedział   Bushy.   -   Powinno   też   osłodzić   Ambertonom   transakcję,   kiedy   sprzedadzą 

stadninę.

- A mają zamiar ją sprzedać? Dlaczego?

- Z tego, co słyszałem, Amberton chce się przenieść w cieplejszy klimat. Dobija do 

sześćdziesiątki i z jego reumatyzmem nie jest najlepiej. Jego żona jest przeciwna sprzedaży. 

To ona wydaje gazetkę „Plotki ze Stajni”.

- Lisa jest dużo młodsza od swojego męża - wtrąciła Vicki. - Jej zainteresowania 

skupiają się zarówno na gazecie, jak i na Stevie O'Hare.

- To niepotwierdzona plotka - zganił ją mąż.

- Steve jest kobieciarzem - wyjaśniła Qwilleranowi. - Nie cierpię tego słowa, ale tak 

właśnie jest.

Kiedy dojechali do rezydencji na Main Street, Qwilleran usłyszał wycie Koko.

- Słyszę, że komitet powitalny już czeka - zażartował Bushy.

Qwilleran potarł wąsy pięścią.

- To nie jest zwykły głos Koko! Coś się musiało stać!

background image

Cała trójka wyskoczyła z samochodu. Bushy i Qwilleran rzucili się w górę do foyer, 

za nimi biegła Vicki. Koko siedział na podłodze i wył cienkim, piskliwym głosem. Yum Yum 

nie było widać.

Bushy popędził na górę, biorąc po trzy stopnie naraz. Vicki podbiegła do interkomu.

- Babciu! Nic ci nie jest? Już idziemy!

Teraz i ona wbiegła na górę.

Koko ciągnął do windy, która znajdowała się na tyłach foyer. Qwilleran poszedł za 

nim. Wezwał windę. Usłyszał dźwięk mechanicznie zamykanych drzwi. Klatka zjeżdżała na 

dół. Koko siedział cicho, wpatrując się w drzwi windy.

Bushlandowie dotarli właśnie na drugie piętro. Ich głosy odbijały się echem po klatce 

schodowej.

- Nie ma jej tu! - wrzeszczała spanikowana Vicki.

Winda zjechała wolno na parter. Drzwi zaczęły się powoli otwierać. Były tam obie: 

babcia   oparta   o   haftowaną   ławeczkę   i   Yum   Yum   skulona   w   jej   stopach.   Wyglądała   na 

smutną.

background image

Rozdział dziesiąty

Vicki zachowywała się jak histeryczka. Bushy wrzeszczał przez telefon. Qwilleran podniósł 

po cichu oba koty i zaniósł je na górę. Przez okno widział, jak podjechali sanitariusze, a 

potem lekarz. W końcu przyjechał czarny karawan z domu pogrzebowego. Kiedy wszystko 

ucichło, zszedł na dół.

- Mogę się do czegoś przydać? - spytał.

Vicki chodziła tam i z powrotem i biadoliła.

- Biedna babcia, nie wytrzymała tych emocji.

- Miała długie życie i cieszyła się każdą chwilą - powiedział Qwilleran. - Odeszła 

szybko, to błogosławieństwo.

- Czemu była  w windzie? Na górze mogłaby przynajmniej wezwać pomoc. Miała 

dzwonek, mogliśmy ją uratować. Nie musiała schodzić na dół.

Qwilleran   znał   odpowiedź   na   to   pytanie,   ale   zachował   tajemnicę   dla   siebie. 

Przypuszczał, że babcia była już na dole i właśnie wracała na piętro. Wspomnienie telegramu 

z Departamentu Wojny mogło przyspieszyć atak.

- Będziesz musiał sam pójść do klubu, odbierz bilety i zabierz Ronę.

- Nie, nie ma o czym mówić! - zaprotestował Qwilleran. - Nie w tych okolicznościach. 

Lepiej spakuję się i wrócę do Pickax. Będziecie zajęci przez następnych kilka dni.

- Pogrzeb będzie prawdopodobnie we wtorek. Vicki zwróciła się do męża:

- Mógłbyś w takim razie zadzwonić do Fiony i przekazać jej, co się stało? Ja nie mogę 

o tym mówić, jeszcze nie. Spytaj, czy chce wykorzystać bilety.

Qwilleran poszedł na górę i spakował wieczorową marynarkę, której nie miał okazji 

włożyć, i niebieską poduszkę dla kotów, której te nigdy nie użyły. Potem pożegnał smutno 

swoich przybitych gospodarzy.

- Porozmawiamy o tym kiedy indziej, kiedy ból okrzepnie. Babcia była wspaniała.

- Przywieź kiedyś koty, spróbujemy jeszcze raz - powiedział zniechęcony Bushy.

background image

Jechał w dół aleją, przy której stały olbrzymie  piernikowe domy,  i rozmyślał  nad 

minionym dniem. Koty, które czuły, że jadą do domu, drzemały spokojnie w swoim koszu, 

tak że mógł swobodnie oddać się rozmyślaniom. Poznał nowe miasto, miał za sobą pierwszy 

bieg z przeszkodami, spotkał kolegę dziennikarza, był świadkiem łabędziego śpiewu starszej 

damy i wpadł na trop brodacza, który z całą pewnością podrywał Polly. Qwilleran skubał w 

zamyśleniu wąsy. Nigdy nie lubił brodaczy i unikał kontaktu ze światem sportu. Rozbawiła 

go myśl, że Polly zdołała kupić bez jego wiedzy tę niebieską sukienkę. Zazwyczaj radziła się 

przy tych rzadkich okazjach, kiedy szła kupić sobie coś nowego.

Największym odkryciem weekendu pozostawała jednak nieufna drobna kobieta, która 

przedzierzgnęła się na scenie w królową Katarzynę. VanBrook obdarzył ją całkowicie nową 

sceniczną osobowością. Poruszała się jak królowa, jej ton był władczy, wyglądała nawet na 

wyższą. Kiedy schodziła ze sceny, wracała do manieryzmu typowego dla znerwicowanych 

kobiet, spoglądała na boki przestraszonym wzrokiem, a w rozmowach pozostawała nieśmiała. 

Jednak przez te kilka godzin była dziełem VanBrooka. To, że nie zdołał ukształtować wedle 

swojej wizji osoby Robina, musiało dotkliwie go zaboleć.

Było   kilka   pytań,   które   Qwilleran   chciał   zadać   Fionie.   Czy   Vanbrook   wspominał 

kiedykolwiek o swojej przeszłości na Nizinach bądź w Azji? Czy jego dom w Lockmaster był 

urządzony w japońskim stylu? Czy uprawiał w domu ogródek, a jeśli tak, to jakie rosły w nim 

rośliny?   Dlaczego   nosił   wyłącznie   golfy?   Czy   coś   ukrywał?   Czy   była   to   blizna?   Czy 

kiedykolwiek rozpakował wszystkie swoje książki? Po czterech latach spędzonych w Pickax 

większość nadal spoczywała w kartonach. Było też wiele innych, bardziej osobistych pytań, 

które mógłby zadać.

Kiedy Qwilleran przekraczał granicę Moose County, jego zegarek wskazywał godzinę 

siódmą. Zwiedzanie składu powinno się już skończyć. Miał nadzieję, że jego mieszkanie nie 

wygląda  jak zaśmiecony  dworzec  w sobotę  rano.  Jego sekretarka   jest  zapewne  zapchana 

wiadomościami, na które odpowie dopiero w poniedziałek rano. Nie widział powodu, żeby 

ujawniać   przed   światem   wcześniejszy   powrót   do   domu.   Zadzwoni   tylko   do   Polly. 

Poinformuje ją o śmierci w rodzinie, a potem powie: „Zatrzymałem się w bibliotece, gdzie 

spotkałem  twoją przyjaciółkę  Shirley.  Dopytywała  się o Bootsiego i pokazała  mi  zdjęcia 

ślubne. Był tam jeden słodki cukiereczek w niebieskiej sukience, której nigdy nie widziałem”. 

Potem doda: „Spotkałem tam kilka ciekawych indywiduów. Jeden z nich był ujeżdżaczem 

koni, uroczy człowiek z rudą brodą. Nazywa się Steve czy jakoś podobnie”. Ona po chwili 

milczenia zareaguje nonszalancko: „Doprawdy”?

background image

Ten zabawny scenariusz zaprzątał jego wyobraźnię przez całą drogę, aż do Trevelyan 

Trail.   Pan   O'Dell   zamontował   nową   skrzynkę   na   listy.   Podjazd   był   uporządkowany   i 

wysypany   żwirem.   Z   ogrodu   usunięto   już   zniszczenia   po   burzy.   Wewnątrz   budynku   nie 

dostrzegł żadnego śladu tego, że pół Pickax przemaszerowało przez pokoje, ale syjamczyki 

wyczuły niedawną obecność pięciuset nieznajomych. Ich czułe nosy badały każdy milimetr 

kwadratowy powierzchni parteru.

W tym samym czasie Qwilleran zadzwonił do Polly, ale nie odebrała. Może była na 

kolacji   ze   swoją   owdowiałą   szwagierką.   Spróbował   jeszcze   raz   o   dziewiątej,   a   potem   o 

jedenastej. Nikt nie odebrał. Było to raczej niezwykłe. Polly nigdy nie wracała późno, jeśli 

prowadziła sama. Zmęczony po obfitym w wydarzenia pobycie w Lockmaster, położył się 

wcześniej, ale nie mógł zasnąć. Martwiła go nieobecność Polly.

W niedzielę rano ponownie wykręcił jej numer. O tej porze karmiła prawdopodobnie 

Bootsiego   i   przygotowywała   sobie   sadzone   jajka.   Po   dwunastu   dzwonkach   odłożył 

słuchawkę. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zaczął się niepokoić, że umówiła się na randkę z 

Rudobrodym. Trener mógł wyjechać z Lockmaster po piątym wyścigu i w ciągu godziny 

dostać   się   do   Pickax.   Qwilleran   włożył   marynarkę   i   wyszedł   pod   pretekstem   odebrania 

niedzielnych gazet. Idąc w dół Goodwinter Boulevard, nie zauważył samochodu Polly. Mogła 

wybrać się na rendez-vous za miasto.

Polly i Qwilleran byli bliskimi przyjaciółmi od dwóch lat. Dzielili sekrety, mogli na 

sobie   polegać,   konsultowali   się   we   wszystkich   ważnych   kwestiach.   I   nagle   ona   kupuje 

sukienkę w zupełnie innym kolorze i stylu i nawet o tym nie wspomina. Istniała też i taka 

możliwość,   że   jej   przyjaciółka   Shirley   zaaranżowała   spotkanie   Polly   i   Rudobrodego   na 

przyjęciu weselnym. Kto wie, o czym te dwie kobiety rozmawiają, kiedy są ze sobą same. Dla 

Qwillerana znaczący był fakt, że Shirley zapytana o imię mężczyzny, sfotografowanego z 

Polly, nie mogła go sobie przypomnieć.

Krok po kroku Qwilleran kompletował dowody przeciwko Polly najpierw odwołała 

kolację w „Tipsy” w dzień po weselu, wymawiając się zmęczeniem. Nie chciała zdradzić, kto 

dzwonił   do   jej   biura.   Dwa   razy   w   przeciągu   tygodnia   była   u   fryzjera,   po   całych   latach 

samodzielnego układania włosów. Wszystko wskazywało na to, że na ich intymnym związku 

rysowała się rysa. To prawda, że przez ostatnie dwa lata! doświadczyli upadków i wzlotów, 

spięć i nieporozumień, ale wszystko to dlatego, że Polly była zazdrosna o kobiety,  które 

spotykał na swojej drodze.

Sfrustrowany i samotny,  postanowił zadzwonić do Susan Exbridge, aby zapytać  o 

zwiedzanie składu.

background image

- Kochanie, to było wspaniałe! - zawołała. - Wszyscy byli dosłownie zachwyceni.

- Dzwonię, żeby cię pochwalić za uporządkowanie mieszkania, nie ma ani śladu po 

najeździe. Ciekaw jestem, skąd ten zapach szarlotki?

- Podobał ci się? Przez cały dzień blanszowałyśmy jabłka z cynamonem. W sadzie 

Mayfusów zebraliśmy kilka ton jabłek. Każdy zwiedzający mógł wziąć sobie jedno. A jak ty 

spędziłeś weekend?

- Całkiem nieźle. Wydarzyło się coś godnego uwagi podczas mojej nieobecności?

- Tylko wstępniak w „Coś tam”, oferujący olbrzymią nagrodę za wskazanie zabójcy 

VanBrooka. Mam nadzieję, że wydarzy się coś, co oczyści z zarzutów Dennisa. Wiesz, Qwill, 

poświęciłam wiele czasu i zachodu, żeby wprowadzić tego chłopaka na salony najlepszych 

rodzin w Pickax w nadziei na znalezienie mu dobrej pracy. Jeśli okaże się, że jest mordercą, 

to odbije się na mnie.

Następny telefon Qwilleran wykonał do mieszkania Archa Rikera w Indian Village.

- Słyszałem, że napisałeś artykuł i wyznaczyłeś nagrodę. Był jakiś odzew?

- Dwa telefony. Dział miejski odebrał wiadomość od wariatki, którą poznają po głosie, 

zawsze dzwoni. Nazywają  ją Kochaneczką.  Najpierw oskarżyła  Lyle'a  Comptona.  Drugie 

oskarżenie   rzuciła   na   Larry'ego   Lanspeaka.   Sam   wybieraj...   Potem   był   telefon,   który 

wskazywał na jednego z członków naszego zespołu.

- Na kogo? - Qwilleran przelatywał myślą przez listę pracowników.

- Na Dave'a Landruma.

- Dave był w Lockmaster na ślubie w sobotę wieczorem. Tak się składa, że o tym 

wiem. Dlatego Roger brał nocną zmianę. Jak wiążą Dave'a z tą sprawą?

- Cóż, wyjaśnienie nie jest bezpośrednie. Jesteś gotowy? Rok temu był wypadek na 

tym łukowatym moście, pamiętasz?

Most   w  kształcie   łuku   na   Black   Creek   był   znany  z   wypadków.   Młodzi   kierowcy 

szukali na nim wrażeń, a jeśli jechali wystarczająco szybko, mogli na kilka sekund unieść się 

w powietrze.

-   Zginęła   wtedy   para   dzieciaków.   Okazało   się   później,   że   to   było   podwójne 

samobójstwo, mam rację?

-   Pamiętam,   zmowa   kochanków.   Dziesiątego   września...   dokładnie   na   rok   przed 

śmiercią VanBrooka. Według osoby, która do nas telefonowała, ten fakt zasługuje na uwagę.

- Wiesz, kto dzwonił?

- Nie chciał ujawnić swojej tożsamości, ale nadaliśmy mu kod, więc jeśli wskazówka 

okaże się prawdziwa, będzie mógł odebrać swoją nagrodę.

background image

- W jaki sposób Dave miał być w to zamieszany?

- Jest ojcem jednego z dzieciaków.

- Nie kapuję - powiedział Qwilleran.

-   Ja   też   nie   rozumiałem,   dopóki   nie   sprawdziliśmy   w   archiwum.   Córka   Dave'a 

skończyła   z wyróżnieniem  liceum  w lipcu.   Jej   chłopak  był   piłkarzem.   Kiedy  zdarzył  się 

wypadek, umieściliśmy nekrolog w dziale „Zmarli tragicznie”. W odpowiedzi otrzymaliśmy 

listy od czytelników, żądających wyrównania mostu. Oczywiście nigdy nic nie zrobiono z 

mostem,  ale Roger, który ciągle kręci się po barach, przyniósł do redakcji trochę plotek. 

Podobno para wybierała się do college'u, gdzie mieli mieszkać w koedukacyjnym internacie. 

Niestety stopnie chłopca były kiepskie i VanBrook nie przepuścił go.

- Nie ma w tym jeszcze niczego złego, co nie?

-   Z   wyjątkiem   tego,   że   uznano   to   za   akt   zemsty.   Od   kilku   lat   z   reżimem,   jaki 

wprowadzał,   nie   godzili   się   rodzice,   którzy   zorganizowali   się   w   Komitet   Zatroskanych 

Rodziców. Najbardziej wygadany z całej paczki był ojciec piłkarza. Po samobójstwie dzieci 

poszedł do gabinetu VanBrooka i zrobił burdę przy świadkach. Mógł mu grozić.

- Jak się nazywa? Znam go?

- Możliwe. Ma hurtownię napojów, nazywa się Marv Spencer.

- Rozumiem, że mamy przyjąć, ze obaj ojcowie uknuli zemstę w rocznicę śmierci ich 

dzieci.

- Generalnie tak to chyba miało wyglądać. Przekazaliśmy informację policji.

- Wysłuchają i zapomną - powiedział Qwilleran.

Później   przypomniał   sobie,   że   Dave   Landrum   miał   zagrać   rolę   księcia   Suffolk   w 

Henryku VIII, ale opryskliwie potraktowany przez reżysera rozstał się w gniewie z zespołem.

- Jak wypadł bieg? - spytał Riker.

- Piszę o tym artykuł na wtorek. Jutro w południe dostaniesz tekst. Szczerze mówiąc, 

byłaby to lepsza zabawa, gdyby dali więcej koni i mniej ludzi.

O szóstej po południu Qwilleran spróbował jeszcze raz skontaktować się z Polly. I 

jeszcze raz o ósmej wieczorem. Zaniepokojony zatelefonował do jej szwagierki.

- Wyjechała na weekend - poinformowała go kobieta. - Nie powiedziała, gdzie jedzie, 

panie   Q,   ale   zdaje   się,   że   nie   spodziewała   się   zaproszenia.   Poprosiła,   żebym   karmiła 

Bootsiego. Ma wrócić dzisiaj wieczorem.

- Dziękuję, teraz nie będę się martwił.

Prawdę powiedziawszy, wiadomości tylko zwiększyły jego niepokój.

background image

Napisał   artykuł,   przedstawiając   Lockmaster   i   wyścigi   z   punktu   widzenia   Moose 

County.   Tekst   był   informacyjny,   grzeczny,   nie   przesadnie   entuzjastyczny.   Dostarczył   go 

osobiście w poniedziałek rano, a potem udał się do biblioteki. Po drodze wstąpił do „Toodle 

Market” (Toodle była  starą i szanowaną rodziną). Kupił płatki mydlane do kąpieli,  które 

polecała Lori Bamba, i pierś z kurczaka dla kotów. Wtedy właśnie zauważył tablicę w oknie 

wystawowym rzeźnika głoszącą „Tak, mamy króliki”.

- W jakiej postaci sprzedajecie króliki?

- Zamrożone - odpowiedział rzeźnik o pozbawionej wyrazu twarzy kogoś, kto spędził 

zbyt dużo czasu w temperaturze minus dziesięć stopni Celsjusza.

-  Wezmę  jednego  -  zdecydował   Qwilleran.   Pomyślał,  że   może   go  przetrzymać   w 

zamrażarce do czasu, kiedy znajdzie kogoś, kto przyrządzi mięso kotom.

Rzeźnik zniknął w chłodni, a po chwili powrócił, trzymając w ręku coś, co miało 

wielkość kija do bejsbolu, ale było czerwone i surowe.

- Czy to aby na pewno jest królik? - spytał, niedowierzając, Qwilleran.

- O to pan przynajmniej prosił.

- Nie rozmrozi mi się w drodze do domu?

- O ile nie mieszka pan na południe od równika. - Na potwierdzenie swych słów rzucił 

królikiem   o   rzeźnicki   stół.   Ani   jeden,   ani   drugi   nie   ucierpiał   od   tego   mało   delikatnego 

potraktowania.

- Niech go pan dobrze zapakuje, idę piechotą - poprosił Qwilleran. Pakunek, który 

otrzymał, przypominał zaplombowaną strzelbę.

Wziął go pod pachę i szybszym niż zazwyczaj krokiem pokonał odległość dzielącą go 

od biblioteki. Cytat z Szekspira na tablicy w foyer głosił: „Cisza jest najlepszym posłańcem 

radości”. Co to u licha miało znaczyć? - Qwilleran dmuchnął w wąsy. Unikając przyjaznych 

mu pracowników, ruszył ku schodom na półpiętro.

Była tam, w swoim szklanym boksie. Jak kapitan statku na mostku. Miała na sobie 

zwykły szary kostium, ale spod spodu wystawała jaśniejsza niż zwykle i bardziej jedwabista 

bluzka.

- Ładna koszula - powiedział, opadając na krzesło z głośnym pacnięciem. Zapomniał, 

że ma twarde dębowe siedzisko.

- Dziękuję - odpowiedziała. Czekał, aż powie mu, gdzie ją kupiła i na jaką okazję, ale 

tylko uśmiechnęła się wdzięcznie i jakoś tajemniczo. Czyżby to był prezent od Rudobrodego?

- Próbowałem się z tobą skontaktować przez cały weekend - powiedział.

background image

-   Muszę   wytrenować   Bootsiego,   żeby   odbierał   telefon.   A   może   powinnam 

zainwestować w automatyczną sekretarkę?

Polly zawsze była przeciwna temu pomysłowi. Nagła zmiana zdania wydawała się 

nader podejrzana.

- Dobrze się bawiłaś? - spytał.

-   Nawet   bardzo   dobrze.   Irma   Hasselrich   zaprosiła   mnie   do   rodzinnego   domku 

letniskowego   w   Purple   Point.   Obserwowałyśmy   ptaki   na   mokradłach.   Widziałyśmy   setki 

kanadyjskich gęsi, szykujących się do odlotu.

Qwilleran odetchnął z ulgą.

- Nie wiedziałem, że Irma też obserwuje ptaki.

- I to profesjonalnie. Jej lista jest imponująca. W zeszłym roku, podczas podróży do 

Michigan, podejrzała lasówkę. A jak ci się podobał wyścig?

- Zjadłem za dużo i przegrałem dwadzieścia dolców. Widok dziesięciu tysięcy ludzi 

podskakujących   i   wrzeszczących   jak   pacynki   nie   podnosi   mi   ciśnienia.   Ale   zwiedziłem 

Lockmaster i tamtejszą bibliotekę. Spotkałem tam twoją przyjaciółkę. 

- Jak ci przypadła do gustu Shirley?

- Brat łata. Zaproponowałem, żebyśmy zjedli razem kolację. We czwórkę. Pokazała mi 

zdjęcia ze ślubu, w tym kilka twoich. Wyglądasz na nich na bardzo zadowoloną, z trudem 

rozpoznałem cię w tej jasno-niebieskiej sukience.

- Pasuje mi? Teraz, kiedy siwieją mi włosy, chyba powinnam nosić jaśniejsze kolory. 

Jedliście obiad w „Palomino Paddock”?

- Nie, ale Bushlandowie wydali przyjęcie. Poznałem wydawcę „Lockmaster Logger” i 

faceta, który trenuje konie i wydaje gazetę „Plotki ze Stajni”. Mówił, że poznał cię na ślubie - 

Qwilleran przyglądał się uważnie Polly. - Może pamiętasz potężnego mężczyznę z rudą brodą 

i wysokim czołem?

- Nie przypominam  sobie - odpowiedziała  Polly,  ale  jej policzki,  jak się zdawało 

Qwilleranowi,  zaczęły się błyszczeć.  - Było  tylu  gości, na samym  weselu ponad trzystu. 

Napijesz się herbaty?

- Nie, dziękuję.

- Kawy?

- Nie, dzięki. Na zdjęciach widać, jak tańczysz z tym facetem. Ma na imię Steve, o ile 

pamiętam.

- Myślę, że sobie przypominam - przyznała niepewnie.

background image

- Poznałem też kobietę, która grała Katarzynę w Henryku VIII. Może powinniśmy 

zaprosić   ją   i   Steve'a   na   którąś   sobotę?   Napilibyśmy   się   w   moim   składzie,   a   potem 

poszlibyśmy na kolację do „Old Stone Mill”.

Polly   poszarzała   na   twarzy,   więc   Qwilleran   wyhamował.   Wystarczająco   długo   ją 

dręczył.   Bolało   go,   że   wije   się   jak   piskorz.   Wspaniałomyślnie   spytał,   czy   jest   wolna 

wieczorem.

- W porze obiadu mam spotkanie z radą biblioteczną - odpowiedziała z widocznym 

żalem. - Może... jutro wieczorem?

-   Jutro   w  Lockmaster   jest   pogrzeb,   więc   lepiej   nie   będę   umawiał   się   na   kolację. 

Wydawca tamtejszej gazety ma kolekcję maszyn do pisania. Chce, żebym je obejrzał.

- Co powiesz na środę?

- W środę jest rozstrzygnięcie konkursu w sprawie Tipsy. Ale spotkamy się wkrótce - 

Wstał. - Muszę odstawić to do domu, zanim zacznie cieknąć.

- Co to jest?

- Mrożony królik od Toodle'a. Dla syjamczyków.

- Naprawdę? Jedzą teraz dziczyznę?

- Cóż, lubią sarninę i bażanty, ale jeśli zaczną wystukiwać słowo „królik” na mojej 

maszynie, to raczej dojdę do wniosku, że starają mi się coś powiedzieć.

- Może chcą, żebyś poczytał im Wzgórze królików - powiedziała i nie było jasne, czy 

drażni się z nim, czy też stara się być pomocna.

Po dwóch latach bliskiej zażyłości, kiedy zwierzał się jej z nietypowych sposobów, w 

jakie Koko próbował się z nim porozumieć, nadal nie był pewny, czy mu wierzyła. Czasem 

podejrzewał,   że   chce   mu   sprawić   przyjemność   i   mówi   tak,   żeby   tylko   mówić.   Mimo   to 

poszedł za jej radą i wypożyczył  Wzgórze królików z działu literatury pięknej. Czytał ją 

wcześniej i wiedział, że warta jest czytania na głos.

W składzie został głośno powitany przez kocich współlokatorów, którzy nie okazali 

najmniejszego  zainteresowania  paczką  od rzeźnika,  ale  za  to zaciekawiła  ich  niezmiernie 

książka z biblioteki. Albo wiedziały, że poświęcona jest królikom, albo też wyczuwały, że 

wypożyczali   ją   ludzie,   którzy   mają   zwierzęta.   Upchnął   królika   w   zamrażarce   i   zaprosił 

syjamczyki   do   wspólnej   lektury   w   kąciku   bibliotecznym.   Stały   tam   głębokie,   wyłożone 

poduszkami fotele, obite szarobrązową skórą. Ustawiono je wokół jednej ściany kominka. 

Białe   lakierowane   półki   pełne   były   starych   książek.   Nad   białym   lakierowanym   biurkiem 

wisiała  drukarska szafeczka.  Jej osiemdziesiąt  dziewięć  przegródek wypełnionych  było  w 

większości czcionkami.

background image

- Wygodnie? - spytał Qwilleran, otwierając książkę.

Oparł stopy na otomanie. Yum Yum usadowiła się jak zwykle na jego kolanach, a 

Koko zwinął się w kłębek pod jego łokciem. Zdołał przeczytać pierwsze zdanie, składające 

się z czterech wyrazów, kiedy zadzwonił telefon. Narzekając pod nosem, przeprosił słuchaczy 

i podszedł do biurka, na którym stał telefon.

- Halo... Czy to... hmmm... pan Qwilleran? - spytał niepewny głos.

- Tak, słucham.

- Tu mówi Fiona z Lockmaster. Fiona Stucker.

-   Oczywiście,   poznaję   pani   głos.   Przykro   mi   z   powodu   sobotniego   wieczoru,   ale 

wszyscy byliśmy poruszeni śmiercią pani Inglehart, ciężko byłoby w takiej chwili świętować.

- Hmmm... tak, to przykre. Była miłą staruszką.

- Wybiera się pani na pogrzeb?

- Raczej nie. Muszę być w pracy.

Zapanowała niezręczna cisza, w czasie której Qwilleran słyszał w tle przytłumione 

głosy.

- Jak Robin znajduje się w roli zwycięzcy?

- Jest niezwykle podekscytowany. Ma zaledwie siedemnaście lat, wiedział pan o tym?

Znów zapadła cisza i Qwilleran wypełnił ją konwencjonalnym pytaniem:

- Macie dobrą pogodę? W Pickax był piękny dzień.

- Tu też jest ładnie.

Uciekł się do zawodowej wymówki.

- Przykro mi, ale będę musiał kończyć, mam tekst do napisania.

-   Och,   przepraszam   -   powiedziała.   -   Steve   chciał,   żebym   zadzwoniła   do   pana   w 

pewnej sprawie.

- Związanej z czym?

- Hmmm... Czy nie chciałby pan kupić stadniny?

- Stadniny?

- Jest jedna na sprzedaż, on mówi, że to dobry interes.

- Obawiam się, że to nie moja działka, Fiono.

- To stadnina Ambertonów. Steve jest szefem stajni, a Robbie tam pracuje.

- Wiem, ale...

- Dał mi listę rzeczy, które mam panu przeczytać. Czy mogę to zrobić teraz?

- Proszę się nie krępować.

background image

Koko   stał   na   biurku,   na   tylnych   nogach,   a   przednimi   starał   się   dosięgnąć   do 

drukarskich   przegródek.   Qwilleran   odepchnął   go,   słuchając   jednocześnie   tego,   co   czytała 

Fiona:

- Sześćdziesiąt  osiem akrów, jedna trzecia  zalesiona.  Pastwiska ogrodzone. Osiem 

koni, w tym Syn Kardynała. Stajnie dla dwudziestu koni. Dwanaście koni na przechowaniu. 

Odnowiony, siedemdziesięcioletni dom z wszelkimi wygodami, wart czterysta tysięcy. Basen. 

Historyczna stodoła w obejściu.

Ujęty tym recytatywem, Qwilleran nie zauważył, że Koko wrócił na biurko i strącił 

półeczkę z gwoździka. Odbiła się od książki telefonicznej i wylądowała na podłodze. Uwaga 

o historycznej stodole skłoniła go do zadania pytania:

- Czy stadnina to dobrze prosperujący interes, czy tylko hobby właścicieli?

- Steve mówi, że gospodarstwo zarabia na siebie. Hodują i trenują konie. Biorą konie 

na przechowanie i organizują lekcje jazdy.

Przez głowę Qwillerana galopowały dzikie myśli.

- Czy jest już na rynku? Czy wszystko jest spisane przez brokera?

- Jeszcze nie, pan Amberton chce sprzedać stadninę bezpośrednio. Steve mówi, że ma 

kilku chętnych.

- Chciałbym pomówić o tym z panem Ambertonem.

- Nie ma go, wyjechał do Arizony. Steve odwiózł go wczoraj na lotnisko, ale ma 

wszystkie potrzebne informacje, to znaczy Steve je ma, może pan z nim porozmawiać.

- Jest tam? Daj mi go.

- Jest... nie, jest w stajni, ale chętnie się z panem spotka. W środę ma wolne.

- Dobrze, w środę po południu. Przekaż mu, żeby miał konkretne dane: fakty i liczby.

- Hmmm... czy mogłabym  przyjść z nim i zabrać ze sobą Robbiego? Chciałabym, 

żeby pan go poznał.

- W porządku. Umówmy się na wpół do drugiej.

Qwilleran odkładał słuchawkę w zamyśleniu. Powtarzał sobie, że to jest niedorzeczne! 

A   może   jednak...   od   prawie   czterech   lat   mieszkał   w   Pickax   i   powoli   zrastał   się   z   tym 

miejscem.   Kiedy   mieszkał   na   Nizinach,   wiódł   cygańskie   życie.   Zmieniał   gazety, 

przeprowadzał się z miasta do miasta, szukał wyzwań, przyjmował nowe zlecenia. Obecnie 

okoliczności zmusiły go do osiadłego życia w Moose County. Gdyby przeniósł się przed 

upływem pięciu lat, utraciłby dziedzictwo Klingenschoenów. Musiał odsiedzieć tu jeszcze 

jeden rok.

background image

- No i co ty na to, Koko? - spytał kota, który siedział nieopodal z położonymi uszami i 

płasko ułożonym ogonem.

- Yow! - odpowiedział Koko.

Qwilleran bezmyślnie podniósł rozrzucone czcionki. Na podłodze leżały trzy z nich: 

królik, skunks i końska głowa.

background image

Rozdział jedenasty

Jadąc   na   południe   do   Lockmaster   na   pogrzeb   babci   we   wtorkowy   poranek,   Qwilleran 

przekroczył   granicę   okręgu  i   znalazł   się   w  pięknej   krainie   koni,   pełnej   pastwisk,   dobrze 

utrzymanych   stajni   i   malowniczych   płotów.   Duży   rekreacyjny   samochód   ruszał   właśnie 

sprzed snobistycznej farmy, ciągnąc za sobą przyczepę na konia. Można by się przyzwyczaić 

do takiego życia: pokazy koni, wyścigi, wystawy, pokazy skoków, powożenie.

Uroczystości   żałobne   odbywały   się   w  imponującym   ceglanym   kościele,   który   stał 

przodem do parku Inglehartów,  nad brzegiem  rzeki.  Po ceremonii  Qwilleran  pojechał na 

cmentarz z rodziną MacDiarmidów.

- Babcia była ostatnią Inglehart, która mieszkała w okolicy - powiedział Kip. - Inni 

rozsiani   są   po   całym   kraju.   Wygląda   na   to,   że   mamy   duże   migracje.   Stare   rodziny   się 

wyprowadzają, a osiedlają się nowe. Konie przyciągają do nas nowych przybyszów.

- Czy według ciebie Lockmaster to dobre miejsce do życia? - spytał Qwilleran.

- A co, myślisz o przeprowadzce? - odwzajemnił się pytaniem wydawca. - Jeśli tak, to 

mamy dla ciebie miejsce w gazecie, damy twoją kolumnę na pierwszą stronę.

Stary   cmentarz   mieścił   się   na   zalesionym   wzgórzu.   Babcia   Inglehart   została 

pochowana   w   dużym   rodzinnym   grobowcu,   którego   zwieńczeniem   był   potężny   pomnik 

upamiętniający   założyciela   miasta.   Kiedy   trumnę   spuszczano   do   grobu,   zaprzyjaźnieni 

członkowie   Towarzystwa   Przyjaciół   Ptaków   uwolnili   z   klatek   gołębie.   Żałobnicy   unieśli 

głowy, śledząc lot ptaków wysoko na niebie.

- Szkoda, że tak krótko ją znałem - powiedział Qwilleran. - Tylko ona mogłaby mnie 

przekonać do podpatrywania ptaków.

W drodze powrotnej z cmentarza Kip pokazywał Qwilleranowi znane hodowle koni: 

Klub Jeździecko-Strzelecki, budy Hodowli Psów w Lockmaster, Klub Polujących na Lisy i 

inne atrakcje związane z lokalnymi zamiłowaniami. Pogrążona w myślach Moira siedziała, 

milcząc, obok niego.

- Czy hodowla koni to dobry interes? - zapytał Qwilleran z tylnego siedzenia.

background image

- Wątpię. Po mojemu tutejsze farmy to tylko wyznaczniki społecznego statusu albo 

obsesje koniarzy - powiedział Kip. - Lubisz konie? Jeździsz konno?

- Koń jest stworzeniem, które szczerze podziwiam, ale nigdy nie żywiłem szczególnej 

potrzeby, aby któregoś dosiąść.

- Ambertonowie sprzedają swoją stadninę. Mają dobre sztuki i najlepiej urządzone 

gospodarstwo.

-   Hodowla   koni   to   ryzykowne   przedsięwzięcie,   musisz   o   tym   pamiętać   -   dodała 

spokojnie Moira.

- Co wiecie o szefie ich stajni?

-   O   Stevie?   Jest   tu   od   niedawna   -   odpowiedział   Kip   -   ale   ludzie   mówią,   że   jest 

wyśmienitym trenerem. Sam widziałeś, jak Syn Kardynała pobiegł w sobotnim wyścigu. Z 

tego, co wiem, Steve zna ten biznes od podszewki.

- Skąd pochodzi?

- Z różnych miejsc: Nowego Jorku, Kentucky, Tennessee, tak mi się zdaje.

- Dlaczego pracuje w Lockmaster? - spytał Qwilleran.

Kierowca nie odpowiedział od razu. Poprawił najpierw dłonie na kierownicy i spojrzał 

w boczne lusterko.

-   Wydaje   mi   się,   że   podoba   mu   się   otoczenie...   i   możliwość   podróżowania. 

Ambertonowie jeżdżą na imprezy po całym kraju.

Moira wyprostowała się na siedzeniu i odezwała ostrym głosem:

- Dlaczego nie powiesz mu prawdy, Kip? Odwróciła się twarzą do Qwillerana.

- Wpadł na Nizinach w tarapaty. Był oskarżany o nielegalny doping.

- Jestem pewny, że teraz jest czysty - usprawiedliwiał się Kip.

Samochód zwalniał i Moira zaczęła odpinać pas.

- Być może - kontynuowała - ale większość hodowców się go boi.

Wyskoczyła   z   samochodu   przed   siedzibą   agencji   ubezpieczeniowej,   w   której 

pracowała.

-   Mam   nadzieję,   że   następnym   razem   zobaczymy   się   w   przyjemniejszych 

okolicznościach. - Na pożegnanie pomachała mu dłonią.

- Dlaczego nie zostaniesz w mieście, moglibyśmy zjeść razem kolację - zaproponował 

Kip.

Nagle Qwilleran zapragnął wrócić do Pickax.

- Dzięki za wszystko, ale na piątą muszę być w domu.

background image

- W porządku. A przy okazji. Pickax oferuje wysoką nagrodę w sprawie VanBrooka. 

Umieściliśmy wczoraj krótką notkę w naszej gazecie.

- Mam nadzieję, że to przyniesie jakieś rezultaty - odpowiedział nieobecny myślami 

Qwilleran.

Zastanawiał się nad tym, co powiedziała Moira.

- Gdzie cię podrzucić?

- Zaparkowałem przed kościołem... Czy Moira jest uprzedzona do Steve'a?

- Cóż, to nie jest zły facet... ale wiesz, wszyscy byliśmy na przyjęciu sylwestrowym w 

Klubie   Łowieckim   -   była   afera   i   bijatyki.   Steve   dał   się   tam   poznać   od,   nazwijmy   to, 

porywczej strony. Delikatnie mówiąc, Moira się wściekła. Nadal się dąsa. To w sumie nic 

poważnego, był pijany. Lubi alkohol i lubi kobiety.

Qwilleran zabrał z parkingu samochód i podjechał do budki telefonicznej. Zadzwonił 

do Polly do biblioteki.

- Mała poprawka. Zdążę do domu na kolację. Jeśli jesteś wolna, to możemy coś zjeść 

w „Old Stone Mill”.

Polly   przyjęła   propozycję   i   Qwilleran   wracał   do   Pickax,   łamiąc   niejeden   przepis 

drogowy.

Koko powitał go skocznym tańcem, co oznaczało, że na sekretarce czeka na niego 

wiadomość. Odsłuchał ją i natychmiast oddzwonił do Susan Exbridge, podejrzewając, że są 

jakieś nowe informacje w sprawie Dennisa Hougha.

- Kochanie, mam wspaniałe wieści! - wykrzyknęła. - Prawnik Hilary'ego z Lockmaster 

dzwonił do mnie w sprawie likwidacji jego majątku. Był u mnie dzisiaj, żeby to omówić. To 

Torry Bent z „Summers, Bent & Frickle”, osobiście reprezentuje firmę.

- Czy mogłaś zobaczyć dom Hilary'ego?

- Tak, miał klucz. Przekazał mi go po tym, jak uznał, że wzbudzam zaufanie i mam 

uczciwą   twarz.   To   przedziwne   miejsce,   mówię   serio.   Pokoje   na   górze   są   pełne   pudeł   z 

książkami, ale po sam sufit, a jeden pokój jest pełen martwych roślin!

- Co zrobisz z książkami?

-  Bóg  jeden   wie!  Jest   tyle   używanych  książek,   że  ceny  lecą   na  łeb   na  szyję,   ale 

sprawdzimy wszystkie pudła - to dopiero robota - mam nadzieję, że znajdziemy jakieś cenne 

egzemplarze. Edd Smith z pewnością nam doradzi.

- Z przyjemnością pomogę wam otwierać pudła - zaofiarował się ochoczo Qwilleran. - 

Jestem dobry w sortowaniu książek, a od jutra nie mam nic w planach.

background image

- Qwill, jesteś kochany! Co powiesz na wtorek rano? Zabiorę cię na lunch. Zabrałam 

Torry'ego na lunch do „Old Stone Mill”, był pod ważeniem.

- Restauracji czy towarzystwa?

- I tego, i tego. Jeśli dobrze go wyczuwam, to jest z niego niezły uwodziciel. A do tego 

rozwodnik!

Na tej wesołej uwadze skończyli rozmowę. Qwilleran zapisał w kalendarzu spotkanie 

na wtorek rano. Była to jedna z tych rzeczy, o której nie wspomniałby szefowej biblioteki.

Kiedy odbierał Polly z jej przebudowanej wozowni, miała na sobie jaskrawą różową 

bluzkę i szary kostium przeznaczony na wyjścia.

- Ten kolor pasuje do ciebie - zauważył. - Jak się nazywa?

- To kolor fuksji. Nie uważasz, że jest zbyt intensywny?

- Ani trochę.

Droga do „Old Stone Mill” nie była długa i spędzili ją, wymieniając się uwagami na 

temat pogody: spadków i wzrostu ciśnienia, wilgotności powietrza i widoczności, tego, co 

było   wczoraj,   i   tego,   co   dzisiaj.   W   restauracji   zaprowadzono   ich   do   ulubionego   stolika 

Qwillerana. Zamówili jak zwykle wytrawną sherry dla niej i wodę squunk dla niego. Kiedy 

podano im szklanki, unieśli je na zdrowie.

Nie mówili nic, aż w końcu Polly odezwała się:

- Na czyim pogrzebie byłeś w Lockmaster?

-   Babci   Vicki   Bushland.   Osiemdziesiąt   osiem   lat,   zapalona   obserwatorka   ptaków. 

Polubiłabyś ją.

- Widzę, że ostatnio ciągnie cię do Lockmaster.

- To przyjemna okolica. Jest tam na sprzedaż stadnina, która mogłaby być inwestycją 

dla Fundacji K. Myślę, że nie musiałbym się specjalnie przekonywać do koni.

- Ale nie zamieszkałbyś tam, prawda?

- Nie od razu, ale to piękna posiadłość.

Qwilleran uraczył Polly bogatym opisem stadniny Ambertonów.

- Jutro czekam na delegację ze stadniny w sprawie omówienia szczegółów.

- Widzę, że podchodzisz do tego bardzo poważnie.

-   To   kusząca   perspektywa,   ale   mam   jedno   zastrzeżenie.   Szef   stadniny   to   bardzo 

kompetentny   człowiek,   ale   ma   ciemną   przeszłość.   Mai   nie   tylko   reputację   pijaka   i 

kobieciarza, ale też musiał zrezygnować z pracy na Nizinach z powodu oskarżeń o nielegalny 

doping   koni   wyścigowych.   Szkoda.   Wspominałem   już   chyba   o   nim.   Nazywa   się   Steve 

O'Hare.

background image

Polly odstawiła nagle szklankę i pobladła.

- Dobrze się czujesz? - spytał.

- Trochę kręci mi się w głowie, to nic. Nie zjadłam lunchu, próbuję trochę schudnąć - 

uśmiechnęła się. - To przez sherry.

- Zaraz poprosimy o zupę - dał znak kelnerce. - Zjedz rogalika, posmaruję go masłem. 

I nie przejmuj się odchudzaniem, podobasz mi się taka, jaka jesteś teraz.

Kiedy podano kurczaka i Polly odżyła, mówił dalej:

- Czy zdajesz sobie sprawę, że to nasza pierwsza wspólna kolacja od dziesięciu dni? 

Straciliśmy dwa weekendy! To się nam jeszcze nie zdarzyło.

- Tak, wiem - odpowiedziała przepraszająco. - Jesteśmy dla siebie stworzeni, dwa 

ostatnie lata były najpiękniejszymi w moim życiu, najdroższy.

- Mógłbym powiedzieć to samo... Co będzie dalej?

Podano steki z halibuta w brokułach i suflet z cukinii i żadne z nich nie udzieliło 

odpowiedzi.

Walcząc z małą rybią ością, Polly spytała:

- Coś... nowego... w składzie jabłek?

-   Nie   poznałabyś   sadu.   Ostatnia   burza   przyniosła   wiele   zniszczeń,   ale   połamane 

gałęzie już usunięto. Od kiedy zaczęło się zwiedzanie, wokół domu kręci się więcej osób. Ci, 

którzy żałują pięciu dolarów na wstęp, próbują dostać się na gapę. Zamówiłem rolety, ale to 

potrwa trzy tygodnie.

- Tkaniny już dotarły?

- Tak, i są już powieszone. Spodobają ci się. Najdłuższa zwisa z poręczy najwyższej 

antresoli, mam nadzieję, że jest bezpieczna. Zaczepiliśmy ją na paskach, a w naszym domu 

stosujemy się do prawa Yum Yum: Jeśli coś da się odczepić, rozwiązać, rozpiąć albo zrzucić, 

zrób to! Zaczynała od rozwiązywania sznurowadeł, a teraz zabiera się do szuflad kuchennych. 

Zasłony mogą być następne na liście. Na razie przyglądam się uważnie, jak na nie reaguje. 

Zmienia się jej nawet głos. Ma już pięć lat, to mimo wszystko dojrzała kocica. Dosyć często 

wydobywa z siebie bardzo stanowczy kontralt, które brzmi jak „nie!”

- A co Koko o tym wszystkim sądzi? - spytała.

- Ma własne przyzwyczajenia. Ostatnio zaprzyjaźnił się z kardynałem w sadzie, nie 

ma to jak znajomość zawarta przez kuchenne okno. Zdarzyła się jedna zastanawiająca rzecz: 

koń o imieniu Syn Kardynała wygrał piąty wyścig w sobotnich zawodach. Ciekawe, czy to 

przypadek.  Być  może  Koko potrafi  obstawiać  zwycięzców!  Byłby  wtedy bardzo cennym 

zwierzęciem... Mówiłem ci, że spotkałem kobietę, która grała w Henryku VIII? To nieśmiała, 

background image

drobna kobieta na emeryturze, którą VanBrook wykreował na królową Katarzynę, akt godny 

Pigmaliona, który musiał znacznie podbudować jego ego.

Qwilleran był nadzwyczaj gadatliwy, co świadczyło tylko o tym, że brakowało mu 

towarzystwa Polly bardziej, niż sobie z tego zdawał sprawę. Ona z kolei była wyjątkowo 

cicha i ograniczała się do zadawania pytań.

W pewnym momencie zapytała:

-   Czytałeś   list,   który   jedenastoletnia   dziewczynka   napisała   do   wydawcy   „Moose 

County coś tam” w zeszłym tygodniu?

- Z zasady nie czytam niczego, co napisały jedenastoletnie dziewczynki - oznajmił 

Qwilleran, przyjmując ton zrzędliwego starca.

- W piątkowej gazecie ukazało się wiele odpowiedzi. Wiedziałam, że nie ma cię w 

mieście, więc zrobiłam dla ciebie kopie. Dotyczą problemu Tipsy.

- Problemu? Jakiego problemu?

- Przeczytaj oryginalny list, to będziesz wiedział, o co chodzi.

List Debbie Watts z Kennebeck został wydrukowany ze wszystkimi młodzieńczymi 

błędami, od widoku, których Qwillerana skręcało w dołku.

Mam   jedenaście   lat   i   jezdem   w   piontej   klasie.   Babcia   kazała   mi   napisać.   Mamy  

rodziny   album.   Jest   tam   zdjencie   mojej   babci   kiedy   była   dziefczynkom.   Pracowała   w  

restałracj „U Tipsy”. Zrobili jej zdjencie z Tipsy przed wejźciem. Ona muwi, że Tipsy miała  

białe łabki. Jej łabki som białe na zdjenciu.

- Hmmm... - powiedział Qwilleran, rozważając w myśli konsekwencje tego odkrycia. - 

Na portrecie w restauracji ma czarne stopy.

- No właśnie! Jeśli nagroda ma pójść do kota najbardziej przypominającego Tipsy, to 

czy oznacza to, że ma on mieć białe czy czarne łapki? A teraz przeczytaj odpowiedzi.

Pierwsza   była   podpisana   przez   panią   G.   Wilson   Goodwinter   z   West   Middle 

Hummock.   Nazwisko   należało   do   starej   rodziny   z   tradycjami,   a   osiedle   należało   do 

wpływowych.

Mała Debbie ma rację. Córka mojej gospodyni pracuje w domu opieki na Nizinach.  

Jednym z jej podopiecznych jest stary żeglarz, który poznał Tipsy w czasach, kiedy mieszkała  

background image

u Gusa Timberlanda. Gus pochodził z Moose County. Podczas Wielkiego Kryzysu wrócił do  

okręgu i założył restaurację. Wziął wtedy do siebie Tipsy i nazwał lokal jej imieniem. Żeglarz  

opisuje Tipsy jako kotkę z białymi łapkami. Nie ma co do tego wątpliwości.

- To źle wróży Hixie i jej pomysłowi.

- Czytaj dalej - poinstruowała go Polly.

Następny list był od Margaret DeRoche z Sawdust City.

Kuzyn   mojego   męża   był   artystą.   To   on   w   latach   trzydziestych   namalował   portret  

Tipsy. Był człowiekiem prawym i nigdy nie namalowałby czarnych stóp kotu, który takowych  

nie posiadał. Piszę, ponieważ od trzech lat nie ma go już wśród żywych i nie może się dzisiaj  

bronić. Nazywał się Boyd Smithers i podpisywał płótna swoimi inicjałami.

-   Akcja   się   zagęszcza   -   powiedział   Qwilleran.   -   Tu   jest   jeden   z   izby   handlowej 

Kennebeck. Idę o zakład, że są za czarnymi łapkami.

Od pięćdziesięciu lat Tipsy z czarnymi stopami jest symbolem miasta Kennebeck i  

znanej wszystkim restauracji. Dwa pokolenia mieszkańców Kennebeck wychowywało koty z  

czarnymi łapkami i nazywało je Tipsy. Dlaczego nagle odwracać kota ogonem?

- Przeczytaj ten od Samanty Campbell. Jest sekretarką Towarzystwa Historycznego.

W nawiązaniu do dyskusji prowadzonej na łamach gazety pragnę zauważyć, że w  

archiwach   Towarzystwa   Historycznego   znajdują   się   wycinki   dotyczące   Tipsy,   z  

nieodżałowanej „Pickax  Picayune”. Krótki artykuł z 1939 roku opisuje Tipsy jako „całą  

białą z czarną łatką na głowie”. Tekst z tej samej gazety z 1948 roku odnosi się do „czarnych  

skarpetek Tipsy”. Wspominam o tym, aby podkreślić konieczność akuratności w publicznej  

prasie, jako że wycinki trafiają do historycznych archiwów. Dziękuję.

background image

-   I   my   dziękujemy   pani,   pani   Campbell   -   skomentował   Qwilleran.   -   Powinienem 

zabrać do restauracji Koko i poddać ją testowi syjamskiego nosa. On umie odróżnić prawdę 

od fałszu.

- Nie bierzesz tego na poważnie, Qwill. Przeczytaj  ostatni. Napisała go Betty Bee 

Warr z Purple Point.

Moja babcia, która jest w domu starców i ma poważny artretyzm w rękach, pamięta,  

że człowiek o imieniu Gus przywiózł Tipsy do Kennebeck w czasach kryzysu. Ów Gus zamówił  

u malarza portret kotki.  Kiedy później sprzedał  swój lokal w latach czterdziestych,  nowi  

właściciele   zapłacili   mojej   babci,   która   malowała   trochę   dla   przyjemności,   żeby  

przemalowała łapki  na czarno. Twierdzili,  że w ten  sposób obraz zyska na wyrazistości.  

Babcia zdaje sobie sprawę, że postąpiła niesłusznie, godząc się na taką propozycję, ale w  

tamtych czasach potrzebowała pieniędzy.

-   To   najbardziej   lepka   sprawa   od   czasów   papierowego   samolotu,   który   latał   na 

posiedzeniu rady miejskiej, ale Hixie i izba handlowa będą musieli sobie poradzić. Ja jestem 

tylko sędzią i mam inne sprawy na głowie.

- Czy to tajemnicze morderstwo VanBrooka tak cię niepokoi? - spytała Polly, zdając 

sobie sprawę, że pytania bez odpowiedzi mogą zamęczać go miesiącami.

-   Nie,   raczej   tajemnica   jego   tożsamości.   Czy   był   rzeczywiście   tym,   za   kogo   się 

podawał? A może był oszustem? Podejrzewam to drugie. Koko od samego początku wiedział, 

że jest w nim coś fałszywego. Kot potrafi wyczuć, jeśli coś nie jest prawdziwe. Czy to są 

wąsy, czy podróbka indyka.

Polly westchnęła.

- Czy myślisz, że Bootsie będzie kiedykolwiek równie sprytny jak Koko?

- Na pewno nie z takim imieniem. Brakuje mu godności. Pamiętaj, imię Koko brzmi 

Kao K'o-Kung... Zjesz deser?

- Nie, dziękuję. Lepiej nie.

- Kawy?

Polly zawahała się, a potem odezwała słodkim głosem:

- Może na kawę pójdziemy do mnie?

Później tego wieczoru, kiedy żegnali się w jej wozowni, Polly powiedziała niewinnie:

background image

- W ten weekend może być ostatnia okazja na podglądanie ptaków na zalewiskach. 

Może pojedziemy?

-   Pewnie   -   powiedział   Qwilleran,   przełykając   ślinę.   -   Moglibyśmy   też   polecieć   z 

Lanspeakami do Chicago na mecz.

- Byłoby fajnie - powiedziała.

Qwilleran  przyjechał  do domu  podniesiony na duchu i pełen energii,  ale była  już 

północ   i   jego   towarzysze   chcieli   tylko   otrzymać   swoją   wieczorną   przekąskę   i   iść   spać. 

Qwilleran   zamknął   się   w   gabinecie,   aby   kontynuować   lekturę   biografii   sir   Edmunda 

Backhouse'a. Jaka ogromna jest różnica między brytyjskim sinologiem, który miał osobowość 

zjednującą rzesze przyjaciół i eleganckie maniery, a VanBrookiem, który miał tylko ego i 

lekceważenie wobec świata.

Następnego dnia wstał rano, żeby nie spotkać się z krytykancką i plotkarską panią 

Fulgrove. Unikał jej, pisząc tekst do piątkowego wydania w redakcji gazety bądź idąc w 

odwiedziny   do   Eddingtona   Smitha.   Kupował   Polly   kaszmirowe   rękawiczki   w   domu 

towarowym Lanspeaków, szare, żeby pasowały do szarego zimowego płaszcza.

Kiedy realizował czek, spotkał w banku Hixie Rice.

- Przejmujesz się zamieszaniem wokół autentycznego wyglądu Tipsy? - spytał.

Odrzuciła do tyłu włosy.

- To nie jest problem, Qwill. Zyskujemy tylko na rozgłosie. Przyznamy po prostu dwie 

nagrody. Jedną za popularny wizerunek Tipsy z czarnymi łapkami, a drugą za autentyczne 

podobieństwo.   Nie   zapomnij,   że   czekamy   na   ciebie   jako   gościa   na   obiedzie   przed 

konkursem... Masz ochotę na lunch?

- Nie mogę. Spodziewam się w składzie gości.

Punktualnie o godzinie pierwszej trzydzieści na drodze od strony

Trevelyan   Trail   pojawiła   się   półciężarówka   z   delegacją   ze   stadniny   Ambertonów. 

Fiona niosła pudełko chusteczek, ubrana w niesprecyzowany strój, który otulał jej drobną 

sylwetkę.   Za   nią,   kołysząc   szerokimi   ramionami,   szedł   rudobrody   koniarz,   a   na   końcu 

wolnym   krokiem   posuwał   się   chłopak,   niski   i   drobny   jak   jego   matka,   z   kciukami 

zaczepionymi   o   tylne   kieszenie   spodni.   Obaj   mężczyźni   mieli   na   sobie   ciemne   dżinsy   i 

granatowe   nylonowe   marynarki   z   insygniami   Ambertonów:   czerwonym   kardynałem 

wyszytym na kieszonce na piersi.

Qwilleran powitał ich przy drzwiach i zaprosił do foyer. Wchodzili powoli, kołysząc 

ze zdziwienia głowami na boki i z góry na dół.

- Och, nigdy nie widziałam niczego podobnego! - wykrzyknęła Fiona.

background image

- Hej, dzieciaku, co ty na to? - Steve kiwnął na Robbiego.

Robbie pokiwał głową i wymienił z trenerem półuśmiech, który Qwilleran odczytał: 

„Mamy cię, ptaszku, masz kasy po pas. Ta chałupa kosztowała kilka baniek”. Kilka lat temu 

podobna myśl napełniłaby go niesmakiem, ale teraz zdołał się już przyzwyczaić do tego, że 

patrzono na niego, jakby miał wytatuowane na czole miliony Klingenschoenów.

Fiona odezwała się pierwsza:

- Panie Qwilleran, to jest mój syn Robbie.

- Gratulacje, młody człowieku, widziałem twój bieg w sobotę. Świetny pokaz!

Chłopiec   pokiwał   głową,   wyraźnie   zadowolony.   Qwilleran   poprowadził   ich   do 

miejsca, w którym stały luksusowe fotele w kolorze owsianki.

- Usiądziecie?

Chłopak spojrzał najpierw na jasną tapicerkę, a potem na swoją matkę.

- W porządku, masz czyste spodnie, dopiero co je uprałam.

Jej syn jest niemy, pomyślał Qwilleran. Nikt mi o tym nie wspominał.

- Czy ktoś ma ochotę na szklankę jabłecznika? - spytał.

- A ma pan może piwo? - zapytał Steve.

- Ja i Robbie napijemy się jabłecznika  - powiedziała Fiona. Matka i syn  siedzieli 

blisko siebie na kanapie. Steve rozparł się wygodnie na drugiej i rzucił marynarkę na dywan.

Syjamczyki obserwowały przybyszów z poręczy pierwszej galerii. Steve zauważył je.

- Czy to są koty?

- Syjamskie.

- Dlaczego mi się przyglądają?

- Nie przyglądają się, tylko z daleka nie widzą wyraźnie.

Trener wskazał kciukiem na pozostałość sadu.

- Co się stało z pana drzewami?

- Kilka lat temu zaatakowały je szkodniki - wyjaśnił Qwilleran. - Zeszłotygodniowa 

burza też zrobiła swoje. Doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, żeby pozbyć się starych 

spróchniałych drzewek.

- Byłoby tu niezłe pastwisko, gdyby zechciał pan przyjąć kilka koni.

- Niestety obowiązują mnie miejskie zakazy: żadnych koni, bydła, świń, kurczaków i 

gęsi w granicach miasta.

Popijając   drinki,   goście   przyglądali   się   kominkowi,   antresolom,   drabinom   i 

masywnym krokwiom.

- Czytałem w „Lockmaster Logger”, że jeden facet się tu powiesił.

background image

- Do czego służy drabina? - spytał Robbie.

On mówi! - pomyślał Qwilleran.

-   To   rodzaj   wyjścia   ewakuacyjnego.   Przyniosłeś   dla   mnie   informacje   o   stadninie, 

Steve?

- Oczywiście!

Wyjął kopertę z kieszeni marynarki i podał ją Qwilleranowi.

- Mam te  dane od Ambertona.  Chce się  z tobą  spotkać  i pokazać  ci  stadninę  po 

powrocie z Arizony.

- Skąd stadnina czerpie dochody?

- Z hodowli koni, ich sprzedaży, nagród za wyścigi, przechowywania i trenowania 

koni, lekcji jazdy. W Lockmaster jest wiele bogatych rodzin, które chcą, żeby ich dzieci brały 

lekcję jazdy i wygrywały nagrody.

- Czy poprowadziłbyś stajnię?

- Oczywiście, tym właśnie się zajmuję.

- Czy masz referencje?

Kiedy trener zawahał się, Qwilleran dodał:

-   Muszę   podkreślić,   że   nie   mam   własnych   pieniędzy.   Wszystkie   przedsięwzięcia 

finansowe są realizowane przez Fundację Klingenschoenów i muszę przedyskutować każdą 

decyzję  z powiernikami. Będą chcieli  znać twoje kompetencje i przebieg dotychczasowej 

pracy. Także dlaczego odchodziłeś z poprzednich miejsc pracy i tak dalej. Steve kichnął i 

Fiona podała mu pudełko chusteczek, mówiąc:

- Mogę to dla ciebie napisać, Steve.

Steve potarł palcem brew.

- Uff, gorąco tu.

- To przez uczulenie  - wyjaśniła  Fiona. - Ma gorące i zimne  dreszcze. Qwilleran 

zwrócił się do Robbiego.

- A na czym polega twoja praca w stadninie?

- Pomagam Steve'owi - odpowiedział chłopak, rzucając szybkie spojrzenie na matkę.

- Jest w tym bardzo dobry - powiedziała Fiona z matczyną dumą. - Będzie jeździł w 

wielkich wyścigach, kiedy dorośnie, prawda, Steve?

Trener znowu kichnął.

- Powinieneś wziąć zastrzyki na to uczulenie - zasugerował Qwilleran.

- To samo mu mówiłam.

background image

W tym momencie na balkonie zapanowało poruszenie. Rozległo się sapanie i drapanie, 

a potem oba koty wystrzeliły jak kule armatnie: w górę po rampie, przez kładki, wokół dachu 

i znowu w dół aż na pierwszy balkon, skąd zanurkowały w dół jak pociski z bombowca. Koko 

wylądował na oparciu kanapy dokładnie za Steve'em, a Yum Yum na jego kolanach. Trener 

cofnął się zaskoczony, a Fiona piszczała.

- Jezu! Co tu się dzieje!

-   Przepraszam,   właśnie   wzięliśmy   udział   w   siedemnastym   wyścigu   Pickax   - 

powiedział Qwilleran.

Koko nie ruszał się z oparcia kanapy: na sztywnych nogach, z wyprężonym grzbietem 

i ogonem zagiętym w końską podkowę. I wtedy kichnął: szfff. Brzmiało to tylko jak szept, ale 

w słonecznym świetle, które wpadało do wnętrza przez trójkątne okna, widać było obfitą 

mgiełkę śliny opadającą na szyję Steve'a.

Trener przetarł kark chusteczką.

- Chyba czas już na nas.

- Dziękuję za informacje - powiedział Qwilleran, machając kartką. - Jeśli prześlesz 

nam swoje CV, przejrzymy je. Mam nadzieję, że powiernicy będą zainteresowani.

- Chodź, Robbie - powiedział Fiona. - Powiedz panu dziękuję za jabłecznik.

Goście podnieśli się. Podnosząc z ziemi marynarkę, Steve zauważył coś na podłodze. 

Podniósł mały metalowy przedmiot z głową konia wytłoczoną na jednej ze ścianek.

- Co to jest?

- To stara czcionka drukarska. Koty porozrzucały je ostatnio.

- Mógłbym użyć jej na pierwszej stronie „Plotek ze Stajni”.

- Weź ją, będzie mi miło.

- Och, to bardzo uprzejme z pana strony! - wykrzyknęła Fiona.

- Proszę nie zapomnieć chusteczek.

- To ostatni numer - powiedział Steve, kładąc gazetę na stolik. - Są w nim wszystkie 

wyniki z wyścigu.

Qwilleran odprowadził delegację do samochodu, czyniąc uwagi na temat pogody i 

możliwości deszczu. Kiedy wrócił do składu, Yum Yum próbowała wyjść spod sofy, a Koko 

zabawiał   się   darciem   na   strzępy   ostatniego   wydania   „Plotek”.   Przytrzymywał   papier 

przednimi   łapkami   i   zaciskając   strony   w   zębach,   potrząsał   energicznie   głową.   Qwilleran 

śledził proces systematycznej destrukcji, podziwiając jej skuteczność. Czy to papier, a może 

farba drukarska pobudzały tak Koko? Już po raz drugi Koko postąpił podobnie z końską 

gazetką.

background image

Raptem Koko porzucił swoje niszczycielskie dzieło. Podniósł głowę i wyciągnął szyję 

w kierunku wejścia. Trwało to moment i kot rzucił się do okna przy drzwiach. W tym samym 

momencie dał się słyszeć strzał, a za chwilę triumfalny śmiech. Qwilleran skoczył do drzwi. 

W dół alei pędził samochód, a na ziemi, w pobliżu krzaków, leżało małe czerwone ciałko.

- Mój Boże! - wysapał. - Ten głupi dzieciak zastrzelił kardynała!

background image

Rozdział dwunasty

Qwilleran wykopał dołek w ziemi, w pobliżu krzewów, i pochował dostojnego kardynała w 

puszce po kawie, żeby uchronić jego małe ciałko przed dzikimi zwierzętami i bezpańskimi 

psami, które wbrew miejskim rozporządzeniom pojawiały się znikąd i rozkopywały ziemię w 

poszukiwaniu resztek. Koko przyglądał się tym zabiegom z kuchennego okna ze zmrużonymi 

oczami. Kiedy Qwilleran wrócił do środka, kot miauczał i chodził pod drzwiami.

- Dobrze, wyjdziemy  i oddamy cześć poległym  - powiedział  spokojnie Qwilleran, 

mimo że zaciskał z gniewu zęby.

Podniósł oba koty. Yum Yum zaczęła się wyrywać i wić, ale Koko miał widoczną 

ochotę wyjść. Jak tylko znalazł się na zewnątrz, poszedł wprost do miejsca, gdzie ptaszek 

spadł na ziemię, później powąchał miejsce, gdzie został pochowany. W końcu udało się go 

zachęcić do spaceru wokół składu i po dziesięciu minutach, kiedy dzwonek telefonu wezwał 

ich do środka, był gotów wrócić. Przewrócił się na bok i zaczął czyścić łapki.

Dzwoniła Mildred Hanstable, jedna z sędziów w konkursie na temat Tipsy.

- Jesteś zły - stwierdziła po tym, jak Qwilleran warknął, podnosząc słuchawkę.

- Nie jestem zły - jestem wściekły jak cholera! Ktoś zastrzelił kardynała na moim 

podwórku.

- Wiesz, kto to zrobił?

- Tak, i obedrę go ze skóry. Popamięta mnie do końca życia. Co jest? Czyżby odwołali 

konkurs?

- Nie, ale nie ucieszy cię ta wiadomość. Mamy być w „Tipsy” na kolacji o szóstej. 

Dzisiaj po południu jestem umówiona do fryzjera, a potem mam wolne, na wypadek gdybyś 

chciał mnie zaprosić. Chętnie wzmocnię się drinkiem przed kolacją z szefem. Lyle jest takim 

sztywniakiem!

-   To   tylko   pozory   -   zapewnił   ją   Qwilleran.   -   Lyle   Compton   to   kociak   udający 

angielskiego byka.

background image

- Tak czy inaczej mam olbrzymią ochotę zobaczyć skład bez towarzystwa pięciuset 

płatnych gości, którzy tłoczyliby się za mną i przede mną. Wiesz, byłam na dniu otwartym.

- Będziesz mile widziana - odpowiedział szorstko.

Koko   nadal   wylizywał   łapy,   a   Yum   Yum   wciąż   symulowała   śpiączkę,   mimo   że 

odżyła, jak tylko minęła groźba wyjścia na dwór. Qwilleran spojrzał na zegarek. Delegacja 

zdążyła już zapewne dotrzeć do Lockmaster, chyba, że Steve zatrzymał się na drinka.

Zadzwonił do domu Bushlandów.

- Cześć, tu Qwill. Jak mogę skontaktować się z Fioną?

- Coś cię martwi, Qwill? Masz smutny głos - zapytała zaniepokojona Vicki. - Miała 

być u ciebie ze Steve'em i Robbiem kilka godzin temu.

- O tak,  byli  tu i ten  łobuz  zastrzelił  na moim  podwórku ptaka,  kardynała!  Chcę 

zamienić kilka słów z jego matką, zanim powiem mu do słuchu.

-  Tak  mi  przykro,  Qwill.   Poproszę,   żeby  do  ciebie  zadzwoniła.   Ma  mi  pomóc   w 

przygotowaniu jutrzejszego myśliwskiego śniadania.

- Zrób to. Ale nie później niż o piątej.

Przyjazd   Mildred   Hanstable   podziałał   kojąco   na   Qwillerana.   Zdrowa,   szczęśliwa, 

towarzyska   i   krągła   kobieta   w   jego   wieku   roztaczała   wokół   siebie   aurę   dobroci,   która 

przyciągała   ludzi   i   zwierzęta.   Syjamczyki   przywitały   ją   wylewnie,   wyczuwając   w   jej 

przepastnej torbie paczkę domowych przekąsek.

Mildred usiadła na sofie i ułożyła fałdy luźnego ubrania, które miało kamuflować jej 

obfite kształty. Zaprzestała walki z tuszą i koncentrowała się na ukrywaniu nadmiaru ciała.

- Jestem szczęśliwsza - wyznała Qwilleranowi - odkąd uznałam, że natura stworzyła 

mnie  do  puszystych  kształtów.  Jestem   prototypem   matki  ziemi.   Po  co   z  tym   walczyć?... 

Odpowiedź na pytanie, którego nie zadałeś, brzmi: tak, napiję się szkockiej. Powiedz mi, 

Qwill, jak to jest pławić się w takiej przestrzeni? - zatoczyła ramieniem koło, wskazując na 

przestronne wnętrze składu.

- Duże otwarte przestrzenie są w porządku, ale przywykłem do czterech ścian i drzwi. 

Zamiast pokojów mam tu części: część przedpokojową, część biblioteczną, część jadalnianą. 

Będę   czynił   honory   domu   w   części   barowej,   która   znajduje   się   obok   części   stołowej. 

Wszystko to jest nijakie.

Podał drinki i miseczkę orzechów na metalowej tacy, prezencie od dekoratorki wnętrz.

- Część kuchenna jest bardzo gustowna. Masz zamiar nauczyć się gotować? Myślisz o 

małżeństwie? - zapytała figlarnie. Mildred uczyła zajęć praktycznych w liceum w Pickax i 

proponowała Qwilleranowi, że nauczy go gotować jajka.

background image

- To ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy - powiedział, podnosząc z ziemi kilka 

czarnych klocków porozrzucanych na marokańskim dywanie.

- Co to jest, Qwill?

-   Zacząłem   kolekcjonować   stare   czcionki   drukarskie.   Koty   ciągle   wykradają   je   z 

przegródek, które wiszą w części bibliotecznej.

- Dlaczego nie umieścisz ich gdzie indziej?

- Nie ma takiego miejsca, do którego syjamczyki się nie dostaną. Jeśli trzeba będzie, 

rozbujają żyrandol, żeby się gdzieś dostać. - Pokazał jej małą metalową blaszkę zamontowaną 

na drewnianym klocku. - To ich ulubiony znaczek. Odczytuję to jako zamówienie na królika 

w potrawce. Czy wiesz, jak przyrządzić królika?

- Oczywiście! Tak samo jak kurczaka. Kiedy wyszłam po raz pierwszy za mąż, Stan 

często przynosił z polowania króliki. Co niedzielę robiłam potrawkę belgijską.

- Czy byłabyś tak miła, żeby zrobić większą ilość dla kotów? Kupiłem mrożonego 

królika u Toodle'a.

- Wiesz przecież, że zrobię to z radością. Czy mogłabym  cię prosie o przysługę? 

Teraz,   kiedy   wyprowadziłeś   się   już   ze   swojej   wozowni,   czy   nie   zgodziłbyś   się,   żeby 

wolontariat   przyszpitalny   urządził   w   niej   sklep   z   pamiątkami?   Potrzebujemy   centralnej 

lokalizacji.

-   Wciągnę   was   na   listę   -   powiedział   -   ale   Rada   do   spraw   Sztuki   chciała   w   niej 

otworzyć galerię, a Towarzystwo Historyczne sklep z antykami. Właściwie to waham się, czy 

ją oddać, boję się zimy w składzie. Koszty ogrzewania i odśnieżania mogą być horrendalne.

- Jeśli stać cię na karmienie kotów homarem, to stać cię i na ogrzewanie.

Jak gdyby słowo „homar” było zrozumiałe w języku syjamczyków, oba koty zjawiły 

się przy kanapie, a Mildred ciągnęła dalej:

- Ojciec jednego z moich uczniów prowadzi schronisko dla zwierząt. Powiedział mi, 

że para kotów może mieć rocznie dwanaście kociąt, a po dwóch latach sześćdziesiąt trzy. W 

ciągu dziesięciu lat rozmnożą się do osiemdziesięciu milionów bezpośrednich potomków.

- Tipsy żyła pięćdziesiąt lat temu. Nic dziwnego, że w okolicy jest tyle biało-czarnych 

kotów.

- Schronisko jest pełne niechcianych kotów i kociaków. Poza tym setki bezdomnych 

kotów włóczą się po okolicy: zagłodzone, przemarznięte, giną pod kołami samochodów.

- Mildred, co ty chcesz mi powiedzieć? - wiedział, że jest fanatycznym orędownikiem 

beznadziejnych spraw.

background image

- Moim zdaniem Fundacja Klingenschoenów powinna rozpisać kampanię  na rzecz 

darmowego   kastrowania.   Hixie   Rice   mogłaby   ją   zorganizować.   Potrzebujemy   reklamy, 

programów w szkołach, wolontariuszy - przeszkodził jej telefon.

- Przepraszam - powiedział Qwilleran.

Odebrał telefon w strefie bibliotecznej.

- Och, panie Qwilleran! - wykrzyknął roztrzęsiony głos w słuchawce. - Okropnie mi 

przykro z powodu ptaka! Robbie tego nie zrobił! Chciał wypróbować broń Steve'a, ale bym 

mu nie pozwoliła. Steve lubi, hmmm, strzelać do celu, wie pan...

-   Doceniam   to,   że   pani   zadzwoniła   -   odpowiedział   sztywno.   -   Przepraszam,   że 

oskarżyłem pani syna. Będę miał dużo do powiedzenia Steve'owi na temat tego bezmyślnego 

czynu!

Kiedy wrócił do salonu, Mildred próbowała się właśnie wydobyć z głębokiej sofy.

- Myślę, że już czas, żebyśmy ruszyli w drogę - oświadczyła.

- Zanim wyjdziemy, chciałbym zasięgnąć twojej rady względem prania. - Zaprowadził 

ją do suszarni, w której na wieszakach wisiały żółte ręczniki, żółte koszule i żółte bokserki.

- Mój ulubiony kolor!

- Ale nie mój - skwitował Qwilleran.

- Zostawiłeś coś w kieszeni, kiedy nastawiałeś pranie? Co to było? Wiesz?

- Gałązka z zielonymi listkami i purpurowym kwiatem.

- Skąd ją wziąłeś? Dlaczego tam była? Może jestem niedyskretna?

- To długa historia - odpowiedział wymijająco. Zanurzyła twarz w ręczniku.

- To może być szafran. Kiedyś dodawałam go do gotującego się ryżu, nadawał mu 

piękny kolor. Wiesz, ile dzisiaj kosztuje szafran? Dwanaście dolarów za szczyptę! Sklepy 

przestały go nawet sprowadzać.

- Dlaczego jest taki drogi?

-   Cóż,   uzyskuje   się   go   z   wnętrza   maleńkiego   kwiatka,   tyle   wiem.   Próbowałeś 

wybielacza?

Do   Kennebeck   pojechali   samochodem   Qwillerana.   Mildred   narzekała   na   śmieci 

wzdłuż   drogi   i   rosnące   ceny   akcesoriów   plastycznych,   a   Qwilleran   rozmyślał   nad 

wewnętrznym ogrodem VanBrooka. Jeśli ten człowiek hodował szafran, to w jego małym 

pokoju złożony był zbiór wart około dwudziestu tysięcy dolarów. Musiałby go oczywiście 

rozprowadzić po sklepach w całym  kraju. Jeśli oświetlał ogród, to mógł  zbierać  plon do 

pięciu razy w roku. Lukratywne zajęcie jak na dyrektora wiejskiej szkoły... A może, pomyślał 

Qwilleran, VanBrook znał jeszcze inne zastosowanie szafranu? Czyżby dało się go palić? 

background image

Nauczył  się czegoś na Wschodzie?  Jeśli tak,  to zapasy warte były  o wiele więcej. Jakie 

jeszcze sekrety kryły się w jego pudłach?

Zanim przyszło mu do głowy jakieś satysfakcjonujące go wyjaśnienie, dojechali do 

restauracji   „U   Tipsy”.   Przywitała   ich   Hixie   Rice.   Odprowadziła   ich   do   stolika   pod 

sfałszowanym   portretem   czarnonogiej   Tipsy.   Lyle   Compton   był   już   na   miejscu   i   popijał 

martini.

- Poinstruuję was krótko, a potem pójdę do uczestników konkursu w budynku loży, po 

drugiej stronie ulicy.

Wyciągnęła dwa pliki zdjęć.

- Tu są finaliści w obydwu kategoriach, jest ich pięćdziesięciu. Przejrzyjcie je przy 

drinkach i wybierzcie najbardziej podobnych  kandydatów, opierając się na wskazówkach. 

Kiedy zobaczycie je na żywo, zdecydujecie, który jest najzabawniejszy i najsłodszy... To by 

było na tyle. Na chodnikach zbierają się już ludzie, ale otworzymy dopiero za godzinę.

Hixie wyskoczyła z jadalni z ogromną pewnością siebie, po której ją rozpoznawano.

- Zamawiam jeszcze jednego drinka - oznajmił Compton, obdarzając dwójkę jurorów 

grymasem pełnym poirytowania.

- Nie jestem przekonana do podwójnej nagrody, która opiera się na fałszerstwie. Jakie 

wartości przekazujemy młodym ludziom? - wyraziła swoją wątpliwość Mildred.

- Nikt mi nigdy nie powiedział, jaka jest nagroda - dodał Qwilleran.

- Nie czytasz swojej własnej gazety? - skarciła go. - To skrzynka jedzenia dla kotów, 

dwadzieścia dwa kilogramy kociego żwirku i weekend dla dwojga w Minneapolis.

- Zacznijmy od fałszerzy - zadecydował kurator, podnosząc plik zdjęć czarnonogich 

kotów. Był przyzwyczajony do przewodniczenia wszelkim zebraniom. - Jak wszyscy wiemy, 

cechą charakterystyczną jest tak zwany kapelusz, czarna łatka na oku i uchu. To wyeliminuje 

większość z nich.

- Widzę czarne kołnierzyki, mufki, wąsy, okulary, epolety i opaski, ale ani jednego 

kapelusza.

Mildred wyłowiła jedno zdjęcie kota z kapeluszem z troczkami.

- Odłóż je, to może być nasz zwycięzca.

- Czy wszyscy finaliści stawią się tu osobiście? - spytał Qwilleran.

-   To   dobre   pytanie.   Z   pięćdziesięcioma   kotami   w   jednym   pokoju   możemy   się 

pożegnać z słodkimi minkami.

Kandydatów z białymi stopami było znacznie mniej, a wśród nich znalazły się tylko 

trzy w kapeluszach, przy siedmiu finalistach w konkurencyjnej kategorii.

background image

- Udało się? - spytał Hixie, pojawiając się niespodziewanie w sali jadalnej.

- To najlepsze, jakie udało się wybrać. Mildred rozłożyła na stole dziesięć zdjęć.

- W porządku. Teraz odwróćcie je na drugą stronę, znajdziecie tam kody: W-2, B-6, 

B-12,   i   tak   dalej.   Dobrze?   Kiedy   koty   będą   przechodzić   przed   wami,   każdy   będzie   w 

towarzystwie osoby z wypisanym kodem. Jeśli wyśledzicie któryś z wybranych numerów, 

poproście go na scenę. Potem przysuńcie się do siebie i podejmijcie ostateczną decyzję. Nie 

spieszcie   się,   zwłoka   podgrzeje   tylko   emocje...   Czy   wszystko   jasne?   Przyjdę   po   was   za 

godzinę.   Smacznego!...   Czekajcie   tylko,   aż   zobaczycie   te   rozentuzjazmowane   tłumy!   To 

największe wydarzenie, jakie miało kiedykolwiek miejsce w Kennebeck! Przy okazji, mamy 

dla was koszulki „słodszy i zabawny”, jeśli macie ochotę je włożyć.

- Żartujesz, prawda? - spytała Mildred.

Jurorzy patrzyli, jak Hixie opuszcza restaurację. Za każdym razem, kiedy ktoś otwierał 

drzwi z ulicy, dobiegały ich okrzyki.

- To mi wygląda na zamieszki! - zauważył Lyle. Zamówili steki i Compton zwrócił się 

do Qwillerana:

-   Moja   żona   mówi,   że   zwiedzanie   twojego   składu   zakończyło   się   olbrzymim 

sukcesem.

- Słyszałem, cieszę się jednak, że nie było mnie wtedy w mieście.

- To prawda, zwiedzający byli wręcz porażeni pomysłem tkanin dekoracyjnych, które 

zwisają  z  poręczy  balkonów,  ale  litografie   ze  zwierzętami   wzbudziły  wiele  kontrowersji. 

Dlaczego ludzie tak nie lubią nietoperzy? To takie milutkie małe zwierzątka i zjadają tony 

komarów!

- Są odrażające - powiedział Compton.

- Skądże! - Mildred była zawsze gotowa bronić słabszego. - Kiedy byłam w drugiej 

klasie podstawówki, nasz nauczyciel  miał nietoperza w klatce. Podawaliśmy mu okruszki 

kanapek na wierzchołkach ołówków.

- Są obślizgłymi małymi potworami.

Mildred z oburzeniem odpierała zarzuty szefa.

- Nazywaliśmy go Boppo. Był bardzo czysty - zawsze mył się jak kot. Miał jasne 

oczy, miękkie uszka i mały różowy pyszczek z ostrymi ząbkami.

- Które przenoszą wściekliznę. Mildred zignorowała tę uwagę.

- Zwisał do góry nogami na haczykach, a potem chodził, podpierając się łokciami. 

Taki był z niego klaun. Zapewne obaj panowie wiecie, że skrzydła nietoperza są cudowną 

lekcją aerodynamiki dla projektantów.

background image

-   Wiem   tylko   -   powiedział   z   niesmakiem   Compton   -   że   przy   obiedzie   wolałbym 

rozmawiać o czym innym.

Rozmawiali więc o wyścigach, wątpliwych zaletach turystyki, sukcesie Henryka VIII i 

sprawie VanBrooka. Po kawie, kiedy Mildred zostawiła ich na chwilę, kurator skulił ramiona 

i nachylił się do Qwillerana.

- Póki nas nie słyszy - powiedział - mam ci do przekazania coś poufnego. Pytałeś o 

referencje Hilary'ego, więc sprawdziłem trzy college'e, które rzekomo przyznały mu tytuły. 

Jedna instytucja w ogóle nie istnieje, w dwóch pozostałych nigdy o nim nie słyszeli.

Qwilleran ściszył głos:

- Nie dziwi mnie to, mam dowody, że drobne kłamstwa ma we krwi.

- Mówię ci to oczywiście nieoficjalnie. Nie widzę powodu, żeby to rozgłaszać, teraz, 

kiedy nie żyje. Zrobił dla nas dużo dobrego, nawet mimo tyrańskich skłonności.

- Zadziwiające, że miał taką erudycję, albo przynajmniej stwarzał takie pozory.

- Sprawdziłeś Stowarzyszenie Aktorów?

- Tak, i tu kolejna biała plama. Nie ma żadnego śladu, że był profesjonalnym aktorem. 

Ale   grał   nieźle   -   Compton   rozejrzał   się.   -   Nadchodzi.   To   jeszcze   nie   wszystko. 

Porozmawiamy później.

- Tłum próbuje siłą wedrzeć się do budynku loży. Mam nadzieję, że będą w stanie nad 

nim zapanować w czasie konkursu.

W tej chwili wpadła zdyszana Hixie z wypiekami na policzkach.

-   Jest   więcej   ludzi,   niż   się   spodziewaliśmy.   Przyszła   cała   drużyna   skautów.   Trzy 

pierwsze rzędy są zajęte przez seniorów z domu starców. Każdego kota wspiera od dziesięciu 

do dwunastu zwolenników.  Nie liczyliśmy  na taki  sukces. Straż pożarna  zablokuje  zaraz 

wejścia do budynku. Wszystkie miejsca siedzące są już od dawna zajęte, a większość z tych 

ludzi, którzy są na zewnątrz, to uczestnicy konkursu. Nie możemy zacząć, aż wszyscy nie 

będą w hallu, nie możemy też wyrzucić tych, którzy przyszli pierwsi.

- Włączcie alarm przeciwpożarowy.

- Możemy w czymś pomóc? - spytała Mildred.

-   Przypnijcie   tylko   znaczki   sędziowskie   i   zajmijcie   swoje   miejsca   na   scenie. 

Zaprowadzę was tylnimi drzwiami.

-   Czy   muszę   koniecznie   przypinać   ten   znaczek?   -   spytał   Qwilleran.   -   Wolałbym 

pozostać anonimowy, kiedy zacznie się strzelanina.

Hixie przeprowadziła ich do budynku loży. Ich pojawieniu się na scenie towarzyszyły 

gwizdy i oklaski. Usiedli przy długim prezydialnym stole, przykrytym czarnym filcem, na 

background image

którym stał olbrzymi kosz pełen kocich zabawek wypełnionych walerianą, wspaniałomyślny 

prezent od organizatorów dla każdego z uczestników konkursu.

Rzędy składanych krzeseł były już wypełnione, a napływający wciąż tłum ustawiał się 

w przejściach. Z tyłu  sali członkowie izby handlowej ubrani w okolicznościowe koszulki 

próbowali opanować wzburzone masy. Ci, którzy mieli ze sobą kocich finalistów, dawali 

głośny wyraz swojemu niezadowoleniu. Zdominowani przez służby porządkowe stłoczyli się 

w hallu. Wkrótce pomieszczenie pełne było wykłócających się rodzin i miauczących kotów. 

Niektóre ze zwierzaków były na rękach, inne czekały w koszykach, ale wszystkie były biało-

czarne i wszystkie bez wyjątku były nieszczęśliwe.

- Coś mi mówi, że to się nie uda - powiedział sucho Compton.

Na scenie pojawił się przewodniczący izby handlowej, którego autorytet miał pomóc 

w   przywróceniu   spokoju   i   wyjaśnieniu   niespodziewanej   sytuacji.   Jak   można   się   było 

spodziewać, został wygwizdany. Podniósł rękę i zaczął krzyczeć do mikrofonu, ale nie udało 

mu się zwrócić uwagi publiczności. Nie było słychać nic z wyjątkiem hałasu. Właściciele 

kotów wygrażali pięściami w kierunku sceny. Matki krzyczały, że ludzie tratują im dzieci. 

Dwa   trzymane   na   rękach   koty   rzuciły   się   na   siebie   i   splotły   w  krwawej   walce.   Emocje 

sięgnęły zenitu, kiedy ogromny kocur wyrwał się swojemu opiekunowi i wskoczył do kosza z 

maskotkami. Nagle każdy kot, który był w stanie wyrwać się z objęć albo zerwać się ze 

smyczy,   podążył   za   przykładem   kocura.   Koty   skakały   po   siwych   głowach   seniorów, 

zajmujących pierwsze rzędy. Stół prezydialny zapełnił się walczącymi kotami, a w powietrzu 

unosiły się kocie kłaki. Jurorzy zanurkowali pod stół dokładnie w momencie, kiedy na scenę 

wkroczyła policja. Raptem włączyły się przeciwpożarowe spryskiwacze.

- Na miłość boską, wynośmy się stąd! - krzyczał spod stołu Lyle Compton.

Cała trójka wyczołgała się za scenę i uciekła tylnymi drzwiami. Przez moment stali 

zszokowani, próbując złapać oddech. Pierwsza odezwała się Mildred.

- Jestem za tym, żeby pójść do „Tipsy” na drinka.

- Ja też jestem za - zgodził się jej szef.

-   Szkoda,   że   Moose   County   nie   ma   telewizji   -   podsumował   Qwilleran.   -   Ekipy 

miałyby materiał na ogólnokrajowe wiadomości. Było wszystko: zwierzęta, dzieci, starcy, a 

nawet krew!

Main   Street   była   zablokowana   przez   policyjne   samochody   i   służby   pomocnicze. 

Migotały czerwone i niebieskie światła, a ludzie szeryfa próbowali opanować chaos. Karetki 

czekały w pobliżu. Pierwszeństwo dawano jednostkom straży pożarnej. Jedynym rozsądnym 

background image

sposobem,   żeby   dostać   się   do   restauracji,   było   okrążenie   ulicy   i   wejście   kuchennymi 

drzwiami.

W   barze   panowała   względna   cisza.   Skołowani   jurorzy   opadli   na   krzesła.   Tego 

wieczoru nie zobaczyli już Hixie i jak tylko na zewnątrz zapanował spokój, z przyjemnością 

wrócili do domu.

Qwilleran odciągnął Lyle'a na stronę.

- Co jeszcze miałeś mi powiedzieć o VanBrooku? Wspominałeś, że to nie koniec 

historii.

- To nie jest jeszcze oficjalna wiadomość - zaczął poufnym tonem kurator - i nie 

rozmawiałem o tym na razie z radą szkoły, ale jego adwokat powiadomił mnie, że VanBrook 

zapisał   cały   swój   majątek   systemowi   oświaty   w   Pickax.   Szczerze   mówiąc,   uważam,   że 

zasłużyliśmy na to.

Qwilleran był sceptyczny wobec nowych faktów.

- No i gdzie jest haczyk? Musicie nazwać szkołę jego imieniem?

-   Nic   podobnego,   chociaż   moglibyśmy   nazwać   po   nim   bibliotekę.   Jego   zbiór 

biblioteczny liczy podobno dziewięćdziesiąt tysięcy tomów.

Później tego wieczoru Qwilleran zadzwonił do Susan Exbridge.

- O której zaczynamy rozpakowywanie książek?

- Co powiesz na dziewiątą? To kupa roboty, prawdopodobnie brudnej roboty. Włóż 

stare ciuchy - poradziła.

- Nie miałabyś nic przeciwko temu, gdybym zabrał Koko? Ma nos jak pies myśliwski, 

jeśli chodzi o rzadkie książki.

- Kochanie, rób tak, żebyś był zadowolony.

Qwilleran   był   podekscytowany,   rewelacje   o   VanBrooku   odsunęły   na   bok   fiasko 

konkursu.

-   Co   powiedziałybyście   na   odrobinę   sportu,   dzieciaki?   -   złożył   syjamczykom 

propozycję. - Spróbujcie czegoś nowego!

Wyciągnął urządzenie do puszczania baniek i rozrobił w misce wodę z płynem do 

zmywania. Zanurzył urządzenie w mydlinach i dmuchnął w nie, bańka pękła mu na nosie. Za 

drugim razem było już trochę lepiej. Tym razem na kółku powstała duża tęczowa bańka, która 

w świetle reflektorków migotała jak szlachetny kamień. Stopniowo wypracowywał technikę.

- No dobra. Idźcie na dół! - rozkazał kotom, uderzając dla wzmocnienia efektu ręką w 

balustradę. - Na dół, mówię! - ale koty chciały iść na górę, było już późno, zazwyczaj spały o 

tej porze. Zostały na balkonie. Żeby zachęcić je do zejścia na dół, puszczał w powietrze 

background image

kolejne bańki, patrzył, jak leniwie dają się unosić przez ruch powietrza, aż pękały wysoko pod 

dachem.   Na   syjamczykach   zabawa   nie   robiła   najmniejszego   wrażenia.   Spoglądały   na 

zachowującego się irracjonalnie przedstawiciela gatunku Homo sapiens, który przechylał się 

przez balustradę, dmuchając w rurkę i machając do tego ręką. W końcu znudzone wyminęły 

go na rampie i spokojnym krokiem pomaszerowały do swojego pokoju.

- Ach, te koty! - westchnął Qwilleran.

background image

Rozdział trzynasty

Czwartek dwudziesty drugi października był jednym z najbardziej pamiętnych dni w czasie 

czteroletniego   pobytu   Qwillerana   w   Pickax.   Zaczął   się   dość   normalnie.   Qwilleran   wstał, 

nakarmił koty, odmroził sobie na śniadanie rogalik i nałożył Koko szelki. Schylił się też po 

Yum   Yum,   mając   nadzieję,   że   spodoba   jej   się   pomysł   spaceru,   ale   tym   razem   stanęła 

okoniem, skręcona w literę S. Koko, przeciwnie, wyprostował się na swoich umięśnionych 

brązowych nogach i naprężył smycz, gotowy do wymarszu na Goodwinter Boulevard. Przez 

dwie   minuty   i   siedem   sekund,   według   zegarka   Qwillerana,   Yum   Yum   pozostawała   w 

niewdzięcznej pozycji, zastygła jak kamień. Z męczeńską miną czekała, aż Qwilleran zdejmie 

jej obróżkę. Potem odeszła zwinnym krokiem syjamskiej kotki, która osiągnęła swój cel.

Kilka   chwil   później   Susan   Exbridge   podjechała   swoim   dostawczym   samochodem. 

Qwilleran postawił koszyk z Koko na tylnym siedzeniu. Kiedy wyruszyli w drogę do domu 

VanBrooka, zapytał:

- Czy miałaś okazję spędzić trochę czasu w domu Hilary'ego?

- Kilka poranków - powiedziała. - Popołudniami muszę otwierać sklep, ale powoli 

zyskuję  obraz jego kolekcji. Wieczorem  sprawdzam  w książkach  o sztuce.  To doprawdy 

fascynujące!

- Znalazłaś coś cennego?

-   Zdecydowanie!   Jest   tam   japoński   parawan   z   kolorowymi   końmi   ze   złotymi 

akcentami,   za   który   końskie   towarzystwo   z   Lockmaster   da   się   pokroić.   Znalazłam   też 

cudowną wazę Cloisonne, wysoką na sześćdziesiąt centymetrów, którą sama chętnie bym 

zatrzymała.   W   lakowych   szafkach   były   pochowane   różne   drobiazgi:   inro,   netsuke   i 

wachlarze. To naprawdę bardzo podniecające! Hilary miał zabójczą kolekcję wachlarzy.

- Wachlarzy? - powtórzył Qwilleran, wątpiąc, czy dobrze usłyszał.

-   Rozkładanych   wachlarzy   z   patyczkami   z   kości   słoniowej   i   ręcznie   malowanym 

jedwabiem. Większość z nich była sygnowana. Żeby poznać ich właściwą wartość, muszę 

polecieć do Chicago. Masz ochotę się wybrać? - dodała figlarnie.

background image

- A co z pokojami na piętrze?

- Ach, to śmieci. Wyrzuciłam wory suchych roślin. Ale jest tam sporo lamp, które 

można sprzedać.

Qwilleran pomyślał, że mogła wyrzucić zbiór szafranu albo czegokolwiek innego, co 

VanBrook uprawiał w tym pokoju, wart dwadzieścia tysięcy dolarów.

-   Nie   zabrałam   się   do   książek.   Większość   kartonów   jest   zaplombowana,   więc 

przyniosłam nóż i notes, na wypadek gdybyś chciał robić notatki. Nie wiem, jak powinno się 

je sortować, zrobisz, jak będziesz uważał.

- Zastanawiam się, czy Hilary katalogował swoje książki. Powinien mieć katalog.

- Jeśli istnieje jakiś katalog, to znajdziesz go w jego gabinecie na piętrze. To naprawdę 

uprzejmie z twojej strony, że mi pomagasz.

- Cała przyjemność po mojej stronie - wymamrotał Qwilleran.

- Yow! - dołączył się głos z koszyka.

Koko   przekroczył   próg  wysokiego   hallu   w  dostojnej   pozie   palatyna   noszonego   w 

lektyce. Po parterze został oprowadzony na smyczy,  żeby uniknąć przypadkowej kolizji z 

cennym wazonem. Kot ciągnął w kierunku schodów, co Qwilleran uznał za znaczące. Kot 

lubił   książki,   nie   było   wątpliwości.   Uwielbiał   obwąchiwać   grzbiety   skórzanych   okładek, 

najprawdopodobniej wyczuwał zapach zwierzęcego kleju. Zawsze znalazł okazję do strącenia 

ulubionych tytułów z półki. Żeby zniechęcić koty do tej barbarzyńskiej praktyki, Qwilleran 

zamontował w ich pokoju półkę, którą zastawił tanimi wydawnictwami, ale co typowe dla 

perwersyjnej kociej natury, koty całkowicie ją ignorowały.

- Gdzie zaczynamy? - spytał Qwilleran, przytrzymując Koko, który wyrywał się na 

górę.

W odpowiedzi Koko pognał w kierunku gabinetu VanBrooka, którego cztery ściany 

zastawione były od podłogi po sufit półkami na książki. Tam węszył i badał, skacząc bez 

wysiłku   po   ośmiu   kondygnacjach   półek,   podczas   gdy   Qwilleran   szukał   katalogu 

dziewięćdziesięciu tysięcy książek. Dziewięćdziesiąt tysięcy? Trudno było uwierzyć. Niestety 

szuflady były  zamknięte,  a orientalna  szkatułka zniknęła  z blatu biurka. Prawdopodobnie 

usunął ją prawnik. Obydwa miejsca były idealne do przechowywania podobnego spisu.

- Nie mamy szczęścia - zwrócił się do asystenta. - Lepiej chodźmy do pokoju obok i 

zacznijmy rozpakowywać.

Na   piętrze   znajdowało   się   wiele   dużych   pokojów,   które   początkowo   służyły   jako 

sypialnie, a teraz złożono w nich kartony z książkami. Qwilleran zaczął od pokoju najbliżej 

schodów.   Był   pełen   zniszczonych   kartonowych   pudeł   po   zupie   w   puszkach,   sosie   chili, 

background image

whisky   i   innych   artykułach   spożywczych.   Zgodnie   z   naklejkami   zawierały   Toynbe'ego, 

Emmersona, Goethego, Gide'a i innych autorów oraz tematyczne zestawy jak na przykład 

rosyjskie dramaty, cypryjską historię, komedie z okresu restauracji. Na każdej naklejce był też 

umieszczony numer.

- Musi być jakiś katalog - mruczał pod nosem Qwilleran.

Koko nie odpowiadał. Był zajęty osobistym badaniem nieregularnych stosów pudeł, 

po których skakał zwinnie jak górska kozica na górze Rushmore. Wkrótce, przemieszczając 

się z pudła na pudło, znalazł się na szczycie, gdzie na pudle podpisanym „myśl zachodnia”, 

przybrawszy arogancką pozę, obserwował pomieszczenie. W tym samym czasie Qwilleran 

zamknął drzwi i zabrał się do rozcinania pudła podpisanego „Dickens A-74”.

Nie był to wybór przypadkowy, Dickens był pisarzem, którego Qwilleran szczerze 

podziwiał,   ale   w   pudełku   nie   było   żadnych   skarbów,   tylko   tanie   wydania.   Qwilleran 

zatrzymał się jednak przy nich i zajrzał do ulubionych fragmentów. Pierwszy akapit z Tale of 

two   cities,   opis   płaszcza   z  Klubu   Pickwicka  i   scenę   z  Opowieści   wigilijnych  opisującą 

skromną kolację w domu Cratchitów znał na pamięć. Pamiętał, jak w każde święta matka 

czytała na głos właśnie ten fragment. Dreszcz nostalgii przeszedł mu po plecach. W pokoju 

panowała cisza, czasem tylko Koko mruknął albo miauknął. Qwilleran czytał zachłannie Klub 

Pickwicka, aż usłyszał dźwięk, którego nie da się pomylić z żadnym innym, dźwięk pazurów 

drapiących po nadszarpniętym już papierze. Kot zamyślonego człowieka pilnie skrobał karton 

na   piątej   kondygnacji,   opatrzony   naklejką   „Macaulay   A-106”.   Ściągnął   go   natychmiast, 

rozchylił brzegi i na samym wierzchu zobaczył słynną Historię Anglii, potem eseje, biografie 

i nietrafnie zatytułowany zbiór wierszy Ballady o starożytnym Rzymie. Qwilleran dmuchnął w 

wąsy, kiedy zorientował się, że oryginalnie w pudle transportowano puszkowanego łososia. 

Koko nie był głupi.

Niemniej   jednak   Qwilleran   zawsze   chciał   sprawdzić   teorię   maszynistki,   która 

twierdziła, że Macaulay używał więcej spółgłosek, podczas gdy Dickens więcej samogłosek. 

Siedząc   na   podłodze   ze   skrzyżowanymi   nogami,   zaczął   podliczać   na   kartce   papieru 

samogłoski i spółgłoski z wybranych losowo fragmentów z każdego autora. Było to zajęcie 

otumaniające umysł i nadwyrężające wzrok, a przede wszystkim niosące rozczarowanie. W 

passusie z Dickensa doliczył się trzystu dziewięćdziesięciu spółgłosek i dwustu pięćdziesięciu 

samogłosek, podczas gdy przy tej samej liczbie spółgłosek Macaulay użył o osiem więcej 

samogłosek.   Maszynistka   była   albo   źle   poinformowana,   albo   zwyczajnie   żartowała,   ale 

Qwilleran nie mógł przedyskutować z nią tego odkrycia, gdyż od dwóch lat już nie żyła. Ktoś 

uderzył ręką w drzwi i Susan krzyknęła:

background image

- Kawa gotowa! Zejdź na dół!

Qwilleran polecił Koko opiece Dickensa i Macaulaya i zszedł do kuchni.

- Jakieś postępy? - dopytywała się Susan.

- Nie znalazłem jeszcze niczego wartościowego - odpowiedział zgodnie z prawdą.

- A ja znalazłam naczynie z zielonym smokiem datowane na czternasty wiek!

O ile dokumenty nie są podrobione, powątpiewał w myślach Qwilleran.

- Mam przeczucie - powiedziała - że wiele z tych rzeczy powinno pójść do Nowego 

Jorku pod młotek. Na Wschodnim Wybrzeżu mogą być warte fortunę.

O ile są oryginalne, pomyślał Qwilleran.

Po kawie Qwilleran wrócił na górę, ale jak tylko otworzył drzwi, Koko wystrzelił z 

pokoju jak z procy, zrobił manewr w kształcie litery U i zawrócił do gabinetu, gdzie książki 

spoczywały na półkach, a nie w kartonach. Qwilleran rzucił się za nim, ale kiedy wszedł do 

pomieszczenia,   Koko   był   już   na   najwyższej   półce   i   śmiało   spoglądał   w   dół   na   swojego 

prześladowcę.

- Złaź stamtąd! - zażądał stanowczo Qwilleran.

Koko potarł szczęką o gruby tom. Drażnił się, wiedząc, że jest poza zasięgiem.

Qwilleran wspiął się na krzesło i sięgnął po niego. Z niesłychaną zwinnością i uporem 

Koko wślizgnął  się za rząd książek. Tylko brązowy koniuszek ogona wskazywał miejsce 

kryjówki.

- Dostanę cię, młody człowieku, nawet jeśli będę musiał wyciągnąć wszystkie książki 

z tej półki!

Postawił krzesło wyżej i zaczął wyciągać tom po tomie, kładąc je sobie na ramieniu. 

W końcu skulony zbieg został odsłonięty.

- Ty diable! - Qwilleran pochwycił go w wolną rękę, zszedł z krzesła, rzucił stos 

książek na biurko i zamknął kota w drugim pokoju, trzaskając demonstracyjnie drzwiami. 

Następnie wrócił do gabinetu, żeby poukładać z powrotem książki, które okazały się zbiorem 

osiemnastowiecznej erotyki. Wtedy właśnie zauważył jedną ustawioną z tyłu, za innymi. Były 

to  Wspomnienia   wesołej   mleczareczki,   oprawione   w   skórę   i   opatrzone   złotymi   napisami. 

Qwilleran przytrzymał książkę pod pachą i zszedł z krzesła. Książka zagrzechotała głucho. 

Potrząsnął nią i znów wydobył się z niej ten dziwny dźwięk. Ucieszony tym nietypowym 

odkryciem, wrócił do pokoju Dickensa i Macaulaya, zamknął drzwi i otworzył książkę. Była 

pusta w środku! Tylko sama okładka!

W skrytce znajdował się mały alfabetyczny notes, spojrzał pod literę „D” i znalazł 

zapis „Dickens A-74”, pod „M”, obok Miltona, melodramatu, Menckena, myśli  moralnej, 

background image

znajdował   się   „Macaulay   A-74”.   To   był   katalog,   którego   istnienie   słusznie   podejrzewał 

Qwilleran.   Nieprzydatny   w   znajdowaniu   tytułów,   musiał   służyć   jakimś   innym   celom, 

jakiekolwiek by one nie były. Jeśli VanBrook miał coś do ukrycia, to na pewno nie był to zły 

system.   W   pustej   książce   znajdowały   się   też   skrawki   papieru   i   dokumenty,   ale   w   tym 

momencie liczył  się tylko  katalog.  Wpisy były pogrupowane od litery A do F, co miało 

ewidentne odniesienie do sześciu pokojów, w których przechowywano pudła. Przeglądając 

katalog, Qwilleran zauważył, że niektóre numery były opatrzone czerwoną kropką. Tak było z 

kartonem „Łacińskie A-92”. Koko w pozie sfinksa siedział spokojnie na A-106.

-   Musimy   znaleźć   A-92   -   powiedział   niecierpliwie   Qwilleran,   rozstawiając 

chaotycznie pudła.

Nie były uporządkowane.  Dźwięk ciężkich  pudeł uderzających  o podłogę wkrótce 

ściągnął na górę Susan. Zapukała do drzwi.

- Wejdź! - krzyknął, nie przestając szukać.

- Wpadłeś na coś? - spytała Susan.

-   Tak   myślę...   Znalazłem   katalog...   Pudełek,   nie   książek...   -   poinformował   ją, 

oddychając ciężko. - Niektóre są zaznaczone czerwoną kropką, szukam A-92.

Znalazł je na dnie stosu, za dwoma rzędami pudeł. Karton po wódce wypełniony był 

gramatykami,   zbiorami   tekstów   i   tłumaczeń,   słownikami   angielsko-łacińskimi   i   dziełami 

Cycerona i Wergiliusza.

- To łacina, zgadza się - powiedział z rozczarowaniem - nic poza tym.

-   Dobrze,   popracujmy   jeszcze   przez   pół   godziny,   a   potem   pójdziemy   na   lunch   - 

zaproponowała Susan.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, przełóżmy to na kiedy indziej. Nie mam co zrobić 

z Koko, a i nie jestem odpowiednio ubrany na lunch w „Old Stone Mill”. Jeśli tylko odnowisz 

zaproszenie, to jesteśmy do twojej dyspozycji każdego dnia.

Zapakował   A-92,   odpychając   Koko,   który   próbował   wejść   do   pudła.   Potem 

pospiesznie zajrzał do kolejnych kartonów, opatrzonych szczególnym czerwonym znakiem. 

Znalazł tylko przypadkową zbieraninę książek o różnej tematyce: mitologia nordycka, autorzy 

indyjscy, Chaucer, japońska architektura. Jedno pudło zawierało historie słynnych fałszerstw, 

oszustów   i   defraudantów.   W   ustawieniu   pudeł   Qwilleran   odnalazł   pewien   klucz.   Te   z 

czerwonymi kropkami znajdowały się zawsze na lewo od drzwi, za dwoma rzędami pudeł. 

Policzył oznakowane kartony, było ich pięćdziesiąt dwa, po równo w każdym pokoju.

Kiedy odjeżdżali spod domu VanBrooka, Qwilleran trzymał pod pachą trzy książki.

background image

- Mam nadzieję, że nikt nie będzie się temu sprzeciwiał - powiedział - że pożyczę coś 

do czytania. Znalazłem kilka dobrych tytułów.

- Zatrzymaj je - powiedziała. - Nikt się nigdy nie dowie ani nie będzie miał ci za złe.

Między   powieściami   sir   Waltera   Scotta   wciśnięte   były  Wspomnienia   wesołej 

mleczareczki.

Kiedy Susan wysadziła ich przed składem, Yum Yum powitała swojego towarzysza 

jak przybysza z innej planety, skażonego radioaktywnymi gazami. Z brzuchem przy ziemi 

podkradła się do niego ostrożnie, złapała powiew czegoś złowrogiego i uciekła z opuszczoną 

głową   i   nastroszonym   ogonem.   Koko,   nieporuszony   tym   przyjęciem,   pomaszerował   do 

kuchni i patrzył znacząco w pusty talerzyk  na podłodze, aż w końcu w cudowny sposób 

pojawił się na nim kawałek indyka.

Qwilleran   rzucił   książki   na   stół   w   części   foyer.   Po   wytężonej   pracy   w   domu 

VanBrooka doskwierał mu głód. Odmroził pudełko chili, małą pizzę i dwie kukurydziane 

babeczki.   Jedząc   w   części   kuchennej,   usłyszał   głośne   „pac”,   a   za   nim   następne   „pac”. 

Qwilleran nieomylnie rozpoznał w tym odgłos książki uderzającej o gołą podłogę. Zostawił 

jedzenie i poszedł rozejrzeć się po parterze. Na terakotowych kafelkach w foyer znalazł dwa 

tomy Waltera  Scotta. Koko popychał nosem Ivanhoe. Nie wąchał jednak grzbietu, jak to 

zwykle czynił, ale przednie rogi. Qwilleran odebrał mu książkę. Było to wydanie z 1909 roku, 

w   skórzanej   miękkiej   oprawie,   ze   złoceniami   i   okuciami   na   rogach.   Strona   tytułowa   i 

końcowa została wykonana w dekoracyjnym secesyjnym stylu. Wydanie Scotta było lepsze 

od Dickensa, ale zniszczone i popękane. Przerzucił kilka stron i wstrzymał  oddech. Cała 

książka była poprzekładana pieniędzmi! Dziesięciodolarowymi banknotami! W Narzeczonej 

z Lammermoor  znalazł  same  dwudziestki.  Obie  książki  pochodziły z oznaczonych  pudeł. 

Spróbował przeliczyć: pięćdziesiąt dwa pudła... średnio po dwadzieścia książek w jednym... 

dwadzieścia do trzydziestu banknotów w każdej... A do tego biorąc pod uwagę inflację i 

możliwości inwestycji, kto by trzymał taką gotówkę w domu? Chyba że...

Pobiegł do telefonu i zadzwonił do sklepu z antykami „Exbridge & Cobb”.

- Susan - powiedział - odkryłem coś niezwykłego w oznaczonych kartonach. Zanim 

otworzymy kolejne, musisz jak najszybciej ściągnąć tu prawnika... Nie, nie mogę powiedzieć 

przez telefon... Tak, mogę się z nim spotkać kiedykolwiek.

Qwilleran zapomniał o chili, wiedział, że pizza będzie zimna, ale w końcu mógł ją 

podgrzać jeszcze raz. Ser i pepperoni zniknęły, a w chili zostały tylko strąki. Za to koty były 

najedzone i myły się właśnie leniwie. To bez znaczenia, pomyślał, ostatnia rzecz, na którą 

background image

miał teraz ochotę, to odgrzewane jedzenie. Zabrał książki do swojego gabinetu, a za nim 

podążyły podpasione koty.

Oprócz katalogu w pustej książce były też inne papiery: niezidentyfikowane numery 

telefonów   zapisane   na   skrawkach   papieru,   dokumenty   w  kopertach   kancelarii   „Summers, 

Bent & Frickle”, kolumny pięciorzędowych  albo i więcej liczb, tajemnicze  notatki,  które 

sporządzał   dla   siebie   dyrektor,   kalkowane   kopie   starych   umów   podpisanych   „William 

Brookes”.   Qwilleran   mało   z   nich   rozumiał.   Koko,   który   obserwował   wszystko   uważnie, 

wyciągał czasem łapę, żeby dotknąć któregoś z dokumentów. Yum Yum, wsparta na tylnych 

łapach,   przetrząsała   kosz   w  poszukiwaniu   zgniecionego   papieru.   Nie   potrafiła   się   oprzeć 

papierowej kulce. Szukała jednak na próżno. Qwilleran nauczył się nigdy nie miąć zużytych 

kartek, jeśli nie był pewien, że nie polezą w koszu dłużej niż pięć minut.

Wśród papierów, które przyciągnęły uwagę Koko, była koperta podpisana „kopie”. 

Oryginały,   zgodnie   z   zapisem,   powinny   się   znajdować   w   kancelarii   „Summers,   Bent   & 

Frickle”. Jedna z nich zatytułowana była „Ostatnia wola i testament Williama Smurple'a”, 

datowana   była   niedawno,   bo   ósmego   września,   i   przekazywała   cały   majątek   dyrektora 

systemowi   szkolnictwa   w   Pickax,   dokładnie   tak,   jak   to   przekazał   Qwilleranowi   Lyle 

Compton. Na widok kolejnego dokumentu Qwilleran poczuł mrowienie w górnej wardze, co 

skłoniło go do sięgnięcia po telefon. Poprosił o połączenie z numerem w Lockmaster i kiedy 

uzyskał połączenie, melodyjny głos w słuchawce odezwał się:

- Stadnina Ambertonów.

- Tu mówi Jim Qwilleran z Pickax - zaczął łagodniej, niż zamierzał, pod wpływem 

przyjemnego brzmienia jej głosu. - Czy to numer do Steve'a O'Hare?

- Nie, panie Qwilleran, to numer do stadniny. Jego biuro przy stajniach ma własny 

telefon.

- To przepraszam.

- Nic się nie stało. Jestem Lisa Amberton. Rozumiem, że jest pan zainteresowany 

stadniną. Chętnie pana oprowadzę, jeśli zechciałby pan do nas przyjechać.

- Skontaktuję się z panią w tej sprawie później, ale teraz muszę porozmawiać z panem 

O'Hare.

Podała mu numer, zadzwonił do trenera.

- Dobra, Steve. Jestem gotowy do rozmowy - oznajmił. - Jak szybko możesz być w 

Pickax?

- Kurcze, to szybciej, niż się spodziewałem, ale mogę przyjechać w każdej chwili. 

Chciałbym zabrać panią Amberton, dobrze? Mówi, że chce cię poznać.

background image

- Nie tym razem. Chcę porozmawiać z tobą na osobności, tylko ty i ja.

- Pewnie,  rozumiem  - powiedział  ciepło  Steve. - Co powiesz na piątą?  Kończę o 

trzeciej i muszę się jeszcze odświeżyć. Nie przygotowałem jeszcze tych informacji, o które 

prosiłeś. - Kichnął głośno.

- Życiorysu? Zapomnij o tym na razie. Widzimy się o piątej.

Qwilleran   poklepał   się   z   satysfakcją   po   wąsach   i   zbiegł   pewnym   krokiem   po 

spiralnych schodach do kuchni, gdzie włączył ekspres do kawy. Kiedy czekał, aż kawa się 

zaparzy,   zadzwonił   telefon.   Qwilleran   odebrał   w   części   bibliotecznej.   Dzwoniła 

zdenerwowana Vicki Bushland.

-   Qwill,   mieliśmy   tu   wypadek.   Syn   Fiony   jest   w   szpitalu.   Bardzo   się   martwimy. 

Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć.

- Jaki wypadek?

- Ćwiczył  skoki  i koń się potknął.  Robbie  jest ciężko  ranny.  Nie miał  na głowie 

toczka. Fiona szaleje z rozpaczy.

- Kiedy to się wydarzyło?

- Kilka godzin temu. To tragedia! I to tak szybko po pierwszym wygranym wyścigu! 

Fiona boi się, że nigdy nie będzie chodził, o jeździe nie ma w ogóle mowy. Ma uszkodzony 

kręgosłup.

- Okropne wieści - mruknął Qwilleran. - Rozmawiałem przed chwilą ze Stevem, z 

panią Amberton też. Słowem nie wspomnieli o wypadku.

- Są twardzi, cała ekipa Ambertonów - powiedziała Vicki z kroplą goryczy. - Według 

nich takich chłopców jak Robbie jest na pęczki. Na jego miejsce mają już dwudziestu! Co 

innego, gdyby koniem był Syn Kardynała. Konia trzeba było uśpić.

Qwilleran milczał.

- Fiona mówi, że jesteś zainteresowany kupnem stadniny.

- Powiedzmy to tak: oni są zainteresowani sprzedażą... Jaki jest numer do Fiony? 

Zadzwonię do niej.

- Spróbuj dodać jej otuchy. Jest załamana. Jeśli nie będzie jej w domu, spróbuj w 

szpitalu. - Vicki podała mu dwa numery.

W   szpitalu   powiedziano   mu,   że   pacjent   jest   na   operacji,   i   nie   wydano   żadnego 

oświadczenia o stanie jego zdrowia.

- Czy mogłaby pani zlokalizować jego matkę, Fionę Stucker?

-   Połączę   pana   z   oddziałem   intensywnej   terapii.   Wolontariusz,   który   nadzorował 

oddziałową poczekalnię, poinformował go, że pani Stucker właśnie wyszła.

background image

- Czy chce pan zostawić wiadomość?

- Nie, dziękuję, zdzwonię później.

Kiedy odłożył słuchawkę, usłyszał, że Yum Yum pomrukuje do siebie w sąsiedniej 

części   bibliotecznej,   skupiona   na   indywidualnym   przedsięwzięciu.   Działo   się   coś,   czego 

przebieg   Qwilleran   chciał   zawsze   prześledzić.   Kotka   miała   złodziejskie   hobby.   Kradła 

zegarki,   długopisy   i   wszystko,   co   się   świeciło.   Łupy   składowała   pod   meblami.   Tak   jak 

podejrzewał, leżała na boku przy kanapie i próbowała wyłowić spod niej ukryty skarb. Tym 

razem była to kulka zmiętego papieru. Ku jej niezadowoleniu Qwilleran skonfiskował ją, 

wiedząc, że w odruchu podyktowanym naturą drapieżnika będzie chciała ją połknąć.

- Now! - zapiszczała.

- Nie! - nalegał Qwilleran.

To był żółty świstek, którego Qwilleran nigdy przedtem nie widział. Po wygładzeniu 

okazał   się   to   być   rachunek   ze   sklepu   „Tacky   Tack”   w   Lockmaster   za   zakup   dwóch 

podkoszulków. Transakcji dokonano dziewiątego września. Nie było nazwiska klienta, ale 

wyglądało na to, że Fiona upuściła go poprzedniego dnia. Z tyłu, nagryzmolone ołówkiem, 

widniały wskazówki, jak dojechać do składu Qwillerana. Yum Yum znalazła papier i ukryła 

go na potrzeby przyszłej zabawy.

Koty poruszyły się nagle czymś zaniepokojone i Qwilleran zauważył, że ktoś idzie 

przez sad od strony Main Street. To było niezwykłe wydarzenie. Mimo że furtka była otwarta, 

kiedy było jasno, to większość gości przyjeżdżała do składu samochodem. Tylko kilka osób w 

Pickax lubiło spacerować. Człowiek szedł nieśmiałym  krokiem i w ręku trzymał  książkę. 

Qwilleran odłożył rachunek do kieszeni i wyszedł na spotkanie Eddingtonowi Smithowi.

- Znalazłem coś dla pana - powitał go stary antykwariusz.

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Mogłem ją odebrać.

- Doktor Hal zalecił mi spacery, a nie mam tu daleko, tylko kilka przecznic - oddychał 

ciężko. - Mamy ładny dzień, to chyba ostatni ciepły weekend w tym roku.

Qwilleran sięgnął po książkę. Jak większość tomów z antykwariatu Smitha także ten 

został odkurzony, ale stan okładki wskazywał na lata przechowywania w wilgotnej piwnicy. 

Spojrzał na grzbiet.

Miasto bratniej zbrodnii To moja książka! - zakrzyknął. - Jest dla mnie wiele warta, 

Edd.

- Nie jest mi  pan nic winien, panie  Q. Chcę, żeby pan ją miał.  Jest pan dobrym 

klientem.

Qwilleran poklepał drobnego człowieczka po plecach.

background image

- Wejdź i napij się jabłecznika. Pozwól, że cię oprowadzę. Możesz przywitać się z 

kotami.

- Byłem tutaj w noc, kiedy zastrzelono pana VanBrooka, ale nie obejrzałem wnętrza, 

było za dużo ludzi.

Qwilleran podał jabłecznik z wielkopańskim gestem i wyjaśniał księgarzowi strukturę 

budynku: kominek, trójkątne okna, rampy i kładki oraz użycie dekoracyjnych tkanin.

- Ta wygląda jak jabłoń - powiedział Eddington, spoglądając na tkaninę zawieszoną 

nad jego głową. Był pod wrażeniem ilości książek na każdym piętrze. Nawet koty w pokoju 

na   poddaszu   miały   swoją   własną   biblioteczkę:  Algebra   dla   początkujących,   Anabaza 

Ksenofonta i inne tytuły ze stolika po dziesięć centów w jego sklepie. Wchodzili powoli ze 

względu na Edda i kiedy wspięli się już na sam szczyt, mogli podziwiać widok parteru.

- Nigdy nie byłem równie wysoko, tak żebym mógł spojrzeć w dół - myślał na głos 

Edd.

Yum   Yum,   która   towarzyszyła   im   w   zwiedzaniu,   wskoczyła   na   balustradę   kładki 

owiniętą zaczepami tkaniny i wygięła się na kształt skrzypiec: ciało wydłużone, przednie nogi 

wysunięte do przodu jak szyjka skrzypiec.

- Syjamczyki lubią wysokość - wyjaśnił Qwilleran. - To ich starożytne dziedzictwo. W 

świątyniach i pałacach wystawiano je na straż.

- To ciekawe - powiedział Eddington. - Nie słyszałem o tym.

-   Tak,   przynajmniej   tak   mówią.   Niestety   Yum   Yum   ma   zły   zwyczaj   rozrywania 

wszystkiego łapką... Nie! - skarcił ją, poprawiając zaczep tkaniny.

Spojrzała   w   przestrzeń,   dotknięta   nagłym   atakiem   głuchoty,   częstą   chorobą   u 

syjamczyków.

- Ktoś idzie  - zauważył  księgarz. - Lepiej  wrócę do mojego sklepu. W wysokich 

trójkątnych oknach widać było półciężarówkę zbliżającą się od strony Trevelyan Trail.

-   Mam   spotkanie   o   piątej   -   wymamrotał   Qwilleran.   Przeczesał   wąsy   opuszkami 

palców. - Byłbym ci wdzięczny, Edd, jeśli zostałbyś chwilę dłużej.

- Robi się późno.

- Odwiozę cię do domu.

- Nie chciałbym sprawiać kłopotów, panie Q.

- To żaden kłopot.

- Nie będę zawalidrogą?

- Zrobisz mi przysługę, Edd. Zostań tylko tutaj i słuchaj.

Qwilleran ruszył w dół rampy.

background image

- I nie pokazuj się! - krzyknął przez ramię.

Księgarz otworzył  usta, żeby coś powiedzieć, ale nie powiedział  nic, bo cóż miał 

powiedzieć?   To   była   niezwykła   prośba   dobrego   klienta.   Na   podwórzu   przed   składem 

Qwilleran przywitał Rudobrodego.

- Ładny dzień.

- Tak, ostatni ładny weekend. Ale będzie padać. Wiem to po zachowaniu koni.

- Zazdroszczę ludziom takim jak ty, którzy znają się na koniach. - Qwilleran uciekł się 

do grubego pochlebstwa. On sam był ekspertem w kwestii nieprawdziwych komplementów.

- Spędziłem z łajdakami całe życie - powiedział Steve. - Powinienem się już czegoś 

nauczyć.

- Wejdź, napij się drinka... Ile czasu zajmuje ci dojazd tutaj? - spytał Qwilleran, kiedy 

wchodzili do składu.

- Około pięćdziesięciu minut. Czasem mniej. Lubię szybko jeździć.

- Jedno, o co nie trzeba się martwić, to czerwone światła.

- O tak. Jedyny problem to stare pryki na traktorach albo w ciężarówkach, którzy jadą 

środkiem jezdni, jakby to była ich własność.

Steve przyglądał się niepewnie jasnym tweedowym sofom.

- Usiądźmy tam - zaproponował Qwilleran, wskazując w stronę części bibliotecznej - 

będzie bliżej do baru.

- Człowieku, jestem za tym. To był ciężki dzień. Chętnie zatankuję. Rzucił marynarkę 

na podłogę i opadł ciężko na skórzany fotel z westchnieniem, które brzmiało prawie jak jęk.

- Lufę i piwo, jeśli masz.

Koko zajął strategiczną pozycję na kominku, skąd mógł obserwować gościa. Pośladki 

mu drgały, a ogon leżał płasko zwinięty w podkowę.

Bez zbędnych ceregieli Qwilleran postawił puszkę piwa i drinka na stole koło łokcia 

Steve'a. Swoją wodę squunk nalał do szklanki na martini.

- Słyszałem, że mieliście wypadek w stadninie - powiedział mimochodem.

Trener odstawił whisky.

- Gdzie to słyszałeś?

- W radiu - skłamał Qwilleran.

- Tak, szkoda. To był dobry koń, obiecujący - trzeba go było uśpić.

- A jeździec? Wstał i poszedł w swoją stronę?

- Do diabła z nim! Robbie jest sam sobie winien. Naciskał za mocno, ryzykował. 

Wiesz, jakie są dzisiaj dzieciaki, żadnej dyscypliny! Dobrze mu to zrobi, jeśli będzie musiał 

background image

zrezygnować z jeździectwa. Będą inni jeźdźcy i inne konie. Zawsze to powtarzam. Nie można 

się przygnębiać podobnymi sprawami.

- Jesteś zadziwiająco refleksyjny.

- Trza być twardym w tym biznesie. Mam też dobre wieści. Chcesz usłyszeć dobre 

wieści?

- Za wszelką cenę.

-   Pani   Amberton   zostanie   w   stadninie   po   jej   sprzedaży.   Jest   cholernie   dobrym 

instruktorem,   to   byłaby   paskudna   strata,   gdyby   odeszła.   Ma   też   pomysł   na   sklep   z 

akcesoriami do jazdy konnej. Chce go założyć na terenie stadniny. Sprzęt najwyższej jakości, 

od butów i siodeł do toczków i apaszek. To będzie duża inwestycja, ale się zwróci. Tutejsze 

dzieciaki mają kupę forsy do wydania, a Lisa, to znaczy pani Amberton, nalega, żeby mieli 

najlepszy sprzęt, jeśli jeżdżą w jej barwach. Dobry sklep to żyła złota!

- Co to za dzieciaki, o których mówisz?

- Miejscowe, zwariowane na punkcie jazdy na koniach. Niektóre utalentowane, inne 

nie, ale dadzą się pokroić za wstążkę i wszystkie chcą się znaleźć w Madison Square Garden. 

Na niektórych zajęciach Lisy, to jest pani Amberton, jest ich nawet pięćdziesięcioro. Jeśli 

gustujesz w nieletnich panienkach, to mamy je we wszystkich rozmiarach i kształtach.

- Jak często odbywają się zawody?

- Kilka razy w miesiącu. Lekcje są trzy razy w tygodniu. Kosztują fortunę, ale stać ich  

na to. Wszyscy w Lockmaster śpią na forsie.

Qwilleran wstał i zwrócił się w stronę baru.

- Powtórka?

- Brzmi nieźle.

- Jeszcze raz to samo?

Trener pokiwał na zgodę.

Koko przyglądał się bacznie instruktorowi. Qwilleran pozwalał mu mówić i pić, aż ten 

w końcu zaczął kiwać się na fotelu.

- Dobra, to co myślisz o stadninie, wiesz, o cenie i w ogóle?

- Brzmi kusząco - powiedział Qwilleran - ale najpierw muszę ci zadać pytanie.

- Strzelaj.

- Dlaczego wylądowałeś w Lockmaster?

- Próbowałem w wielu miejscach. Tu jest przyjemnie. Dobre warunki. Zdrowy klimat. 

Każdy ci to powie.

background image

- Czy to prawda, że na Nizinach  wpakowałeś się w kłopoty?  -Qwilleran  zadał  to 

pytanie, jakby pytał o pogodę.

- Co masz na myśli?

- Słyszałem pogłoski o... nielegalnym dopingu podczas wyścigów.

Steve wzruszył ramionami.

- Wszyscy to robili, ale mnie złapali.

- Mamy sprawę do załatwienia - kontynuował Qwilleran spokojnym głosem.

- Tak? A jaką?

- Kiedy byłeś tu wczoraj, zastrzeliłeś ptaka.

- I? Coś w tym złego?

- Tu nie strzela się do ptaków.

- Do diabła!  Masz ich  milion!  Nikt  nie zatęskni  za  tym  jednym.  Czerwonym  nie 

odmawiam!

- Jesteś obyty z bronią.

- Tak, dobrze strzelam, na trzeźwo i po pijaku. Spojrzał w górę na Koko.

- Siedząc tutaj, trafiłbym tego kota między oczy - wycelował w Koko z dłoni.

Kot zeskoczył z sykiem na podłogę i najeżony wszedł na górę po pionowej drabince, 

prosto na najwyższą kładkę, gdzie usiadł na balustradzie dokładnie nad głową Steve'a.

- Co z nim? - spytał trener.

Qwilleran   przewidział   atak   z   powietrza   i   sam   zaplanował   atak.   Odpowiedział 

spokojnie:

- Byłeś trzeźwy czy pijany, kiedy zamordowałeś VanBrooka?

- Co? Odbiło ci?

- Tylko żartowałem.  Policja nie może  znaleźć podejrzanego, więc pomyślałem,  że 

byłeś tutaj tej nocy.

- Do diabła, nie! Byłem na ślubie w Lockmaster.

-   Przyjęcie   skończyło   się   przed   północą.   Ty   dojeżdżasz   tu   w   pięćdziesiąt   minut. 

VanBrook zginął o trzeciej.

- Nie wiem, o czym ty do diabła mówisz!

- Jeszcze drinka? - spytał przymilnie Qwilleran. Wstał i skierował się w stronę baru. 

Mówił dalej, hałasując butelkami i szklankami. - Wiedziałeś, że VanBrook tu będzie, prawda? 

Jakoś się dowiedziałeś.

- Ja? Nigdy nie poznałem gościa! - Steve wstał i szedł w kierunku baru.

- Wiedziałeś, że będzie tu dużo ludzi. Qwilleran wyciągnął z kieszeni żółty papierek.

background image

- Czy to wygląda znajomo? Wypadło z twojej kieszeni, są tu wskazówki, jak dojechać 

do składu.

- Kłamiesz! Nigdy tu nie byłem! Nie znałem faceta, o którym mówisz!

- Niepotrzebna ci oficjalna prezentacja, jeśli masz dobry motyw do morderstwa. A ja 

przypadkiem  znam twój motyw.  Mam też martwego ptaka w puszce po kawie, czeka na 

badanie w policyjnym laboratorium.

Słysząc to, Steve wyciągnął pistolet, a Qwilleran zanurkował pod barem.

- Nie strzelaj! Mam na górze trzech świadków.

Przez   chwilę   wszystko   zamarło.   Zamroczony   umysł   zmagał   się   z   możliwościami. 

Potem dał się słyszeć przytłumiony dźwięk osuwającej się materii. Człowiek spojrzał w górę, 

ale było już za późno. Jabłoń spadała prosto na niego. Steve pociągnął za spust, ale kula 

zbłądziła pod naporem tkaniny.

Spod kurtyny o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych dochodziły krzyki 

i skrępowane ciało próbowało się spod niej wydostać. Qwilleran rzucił się do zamrażarki, 

chwycił długi, tępy przedmiot. Zamachnął się nim szeroko i zadał cios wijącej się ludzkiej 

masie. Przestała się ruszać.

- Wezwij policję! - krzyknął do Eddingtona, który stał na kładce. - Wezwij policję! 

Dzwoń z telefonu w moim gabinecie!

Qwilleran pilnował bezkształtnej skłębionej masy, a księgarz potruchtał anemicznie w 

dół na drugi balkon. Przechylił się jeszcze przez balustradę, żeby zapytać ledwie słyszalnym 

głosem:

- I co mam im powiedzieć?

Qwilleran cieszył się w Pickax wyjątkową ochroną policji. Jeśli cokolwiek stałoby się 

spadkobiercy   Klingenschoenów,   jego   fortuna   przeszłaby   w   ręce   dalszych   spadkobierców 

rozsianych po Wschodnim Wybrzeżu i na zawsze przepadłaby dla Moose County. Po trzech 

minutach dwa samochody policji pojawiły się pod domem. Pierwszy przyjechał komendant 

Brodie.

- Ciekawe, zaledwie pół godziny temu zadzwonił do nas informator, który wskazał na 

tego człowieka. Nie spodziewaliśmy się, że go dostaniemy, a przynajmniej nie tak szybko.

- Kto go wam wystawił?

- Anonimowy rozmówca. Daliśmy mu kod, więc będzie mógł odebrać nagrodę. A tak 

w ogóle, to co on tu robił?

- Próbował sprzedać mi stadninę. Mogłem go zabić moim kijem, gdyby jedno z jabłek 

nie wytłumiło uderzenia.

background image

- Kijem? A gdzie on jest?

- Włożyłem go z powrotem do zamrażarki.

Brodie   mruczał   pod   nosem,   obdarzając   Qwillerana   tym   samym   niedowierzającym 

spojrzeniem, z jakim patrzył na dwa duże białe kominy.

- Przepraszam - wtrącił się Eddington Smith - ale czy mogę już sobie pójść?

- Pokręć się tu jeszcze przez chwilę, Edd - powiedział Qwilleran - i jeśli Andy nie 

będzie cię mógł odwieźć, to ja to zrobię. Co cię skłoniło do odpięcia kurtyny?

- Koty szarpały rogi i ściągały je z zawieszek, więc postanowiłem im odrobinę pomóc. 

Czy dobrze zrobiłem?

- Powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze. Wykonałeś udany akt dywersji.

Koko   siedział   z   powrotem   na   szczycie   kominka,   w   pozie,   która   wyrażała   głód. 

Spoglądał w dół z dezaprobatą na obcych ludzi w mundurach i zastanawiał się, gdzie jest 

łosoś. Yum Yum nie pokazywała się, mimo że oba koty były zazwyczaj nierozłączne w porze 

posiłku. Właściwie to kotka, z nowo nabytą umiejętnością asertywnej artykulacji, przejęła 

rolę przywódcy stada. Zarządzała kolację głośnym: „n-n-NOW!”

Kiedy policja szukała w składzie zbłąkanej kuli, zimny dreszcz przeszył Qwillerana. 

Gdzie jest Yum Yum?

- Nie ma mojego drugiego kota! - wrzasnął. - Chłopaki, próbujcie na dole, ja sprawdzę 

galerie!

background image

Rozdział czternasty

Po   przeszukaniu   składu   i   nawoływaniach   Yum   Yum   po   imieniu   nadal   nie   było 

odzewu. Qwilleran wypatrzył ją w końcu na jednej z promieniście ułożonych krokwi pod 

dachem. Strzał przeraził ją i chowała się w jednym z rogów, gdzie spotykało się wszystkie 

osiem krokwi. Jej uszy oklapły. Żadne pieszczotliwe nawoływania i przekupstwa nie zdołały 

przekonać jej do zejścia.

- Co mam zrobić? - Qwilleran spytał Koko, który chodził tam i z powrotem między 

kotką a człowiekiem.

Musieli   zostawić   ją   skuloną   w   odległym   kącie.   Po   niedługim   czasie   pocisk 

odnaleziono   w   przegródce   na   czcionki.   Utkwił   między   myszą   a   sową.   Dopiero   kiedy 

Qwilleran   zagotował   mrożonego   homara,   primadonna   raczyła   się   pojawić.   Zeszła   w   dół 

rampy zrelaksowanym krokiem, jakby spędziła właśnie tydzień w spa.

- Koty! - zamruczał Qwilleran.

Przyglądał  się  właśnie,  jak pożerają  homara,  kiedy  zadzwonił  telefon.   Rozległ  się 

triumfalny głos:

- Qwill, operacja Robbiego się udała! Po rehabilitacji będzie mógł chodzić!

- To bardzo pomyślne wieści, Vicki. Fionie musiało ulżyć. Nie udało mi się złapać jej 

w szpitalu.

- Jest tutaj i chce z tobą rozmawiać.

- Dobrze, daj mi ją.

- Panie Qwilleran - mówiła drżącym głosem - nie wie pan, przez co przeszłam. Nadal 

nie mogę uwierzyć, że lekarze zdołali go uratować.

- Wszyscy trzymaliśmy kciuki, Fiono.

- Nie dbam o to, czy... będzie kiedykolwiek jeździł, ale obiecał, że wróci do szkoły.

- Mógłby porzucić zainteresowanie końmi i zająć się japońskim.

- Panie Qwilleran - powiedziała z wahaniem. Było jasne, że nie zrozumiała żartu. - 

Mam panu do powiedzenia coś strasznego i hmm... nie wiem, jak zacząć.

background image

- Zacznij od początku.

- Robbie mi to powiedział, zanim poszedł na operację. Biedny chłopiec myślał, że 

umrze... - przerwała, żeby się nie rozpłakać. - Powiedział mi, że wie, kto zamordował pana 

VanBrooka... - skończyła prawie szeptem.

- Mów dalej, Fiono, myślę, że wiem, co chcesz powiedzieć.

- Nie mogę... Nie mogę...

- W takim razie pozwól, że powiem to za ciebie. VanBrook sporządził testament, w 

którym uczynił Robbiego swoim spadkobiercą. Czy tak?

- Tak.

- A kiedy Robbie rzucił szkołę, zagroził, że go wydziedziczy.

- Skąd pan o tym wie?

Qwilleran   przemilczał   jej   pytanie.   Do   tej   części   scenariusza   miał   zaledwie 

podejrzenia, ale okazało się, że miał rację. Kontynuował:

- Robbiemu przyszedł do głowy pomysł, żeby zabić VanBrooka, zanim zdąży zmienić 

testament.

- Nie! To nie był pomysł Robbiego! - zawołała. - Ale rozmawiali o tym, on i Steve. 

Myśleli,   że   za   pieniądze   VanBrooka   będą   mogli   kupić   stadninę...   Och!   -   załkała.   -   Nie 

powiedzieli mi! Mogłam go powstrzymać!

- Kiedy się dowiedziałaś?

- Dopiero kiedy Robbie był... Dopiero kiedy wieźli go na salę. „Mamusiu, czy ja 

umrę?” - ciągle to powtarzał.

- Czy to Steve strzelał?

- Tak.

- Czy Robin był z nim w samochodzie?

- Och, nie! Był w łóżku, kiedy wróciłam z teatru. Powiedziałam mu, że nie wybieram 

się na przyjęcie. Byłam w domu o pierwszej.

- Jesteś pewna, że Robin nie wyślizgnął się z domu po twoim powrocie?

Westchnęła i zamilkła.

- Nie martw się, Fiono, policja aresztowała Steve'a.

- To ja go wsypałam.  Robbie mnie o to błagał. Powiedział, że jest duża nagroda. 

Myślał, że umrze... - jej głos załamał się i ryknęła płaczem.

Słuchawkę przejęła Vicki.

- Co się teraz stanie?

background image

- Robbie jest wspólnikiem, ale może współpracować z policją, co zmniejszy wymiar 

kary - powiedział jej Qwilleran.

Wkrótce potem zadzwonił uradowany Arch Riker.

-   Poskutkowało!   -   wykrzyknął.   -   Nagroda   skusiła   kogoś,   kto   wskazał   mordercę! 

Policja   aresztowała   podejrzanego!   Będzie   oskarżony   o  morderstwo.   Uwolnili   Dennisa   od 

zarzutów. Powiedz Koko, że może już porzucić tę sprawę!

- Dobrze - Qwilleran powiedział tylko tyle.

- To był ktoś z Lockmaster, tak jak mówiłeś od początku! Wszystko będzie jutro w 

gazecie. Przynajmniej raz coś wielkiego wydarzyło się przed terminem zsyłania gazety... Co 

jesteś taki cichy? O co chodzi?

- Wiem, co się wydarzyło naprawdę, ale to nie jest przeznaczone do publikacji.

- Ty szczurze!

Następna zadzwoniła Fran Brodie.

- Dennis został oczyszczony z zarzutów! - Wykrzyknęła. - Czy to nie cudowne?... Ale, 

ale, słyszałam, że jabłoń sfrunęła! Shaw przyjdzie jutro ją zawiesić.

Sprawa VanBrooka została zamknięta, ale Człowiek Tajemnica miał już na zawsze 

pozostać zagadką Moose County. Qwilleran spędził cały piątek z Susan i prawnikiem w domu 

przy Goodwinter Boulevard. Wyciągnęli wszystkie oznakowane pudła i wytrząsnęli banknoty 

z ponad tysiąca książek.

W sobotę Qwilleran planował wyciągnąć Polly na mecz do Chicago, ale ona wolała 

obserwować   ptaki   na   rozlewiskach.   Zawarli   kompromis   i   zdecydowali   się   na   piknik   z 

lornetkami na brzegu Ittibittiwassee. Kiedy przyjechał po nią do wozowni, na chwilę przed 

południem,   był,   delikatnie   mówiąc,   w   podłym   nastroju.   Miał   za   sobą   nieudaną   sesję 

puszczania baniek dla niewdzięcznych, ignoranckich syjamczyków i szaleńczą pogoń za Yum 

Yum   i   jej   smyczka.   Na   powitanie   wręczył   Polly   cztery   gliniane   fajeczki   do   baniek   i 

gigantyczne pudełko płatków mydlanych.

- Teraz możesz puszczać bańki Bootsiemu - powiedział opryskliwie. - Lori Bamba 

mówi, że koty lubią uganiać się za bańkami.

- Cóż... Dziękuję - Polly nie wyglądała na przekonaną do tego pomysłu. - A twoje, czy 

też to lubią?

- Nie, ale one nie uznają siebie za koty... Co trzeba zapakować do samochodu?

- Ty weź składany stolik i krzesła, a ja wezmę kosz. Pamiętałeś o lornetce?

Potem   nastąpiła   przesadnie   czuła   scena   pożegnania   z   Bootsiem,   której   Qwilleran 

przyglądał   się   z   niesmakiem,   mrucząc   coś   pod   nosem.   W   końcu   ruszyli   w   stronę 

background image

Ittibittiwassee. Minęli miejsce, gdzie trzy lata wcześniej spadł z roweru, i rów, gdzie jego 

samochód dachował w zeszłym roku.

Na piknik wybrali płaską, porośniętą trawą łączkę na malowniczym zakręcie rzeki. 

Rozstawili stolik i krzesła.

- Spójrz! Tam jest jemiołuszka cedrowa!

- Gdzie? - spytał, podnosząc lornetkę.

- Po drugiej stronie rzeki.

- Nie widzę, nic nie widzę.

- Zdejmij osłony, kochanie. Jest w tym dużym krzaku.

- Tam jest mnóstwo dużych krzaków.

- Za późno. Odleciała.

Polly rozpakowywała papierowy obrus i serwetki.

- Wiatr jest silniejszy, niż się spodziewałam. Będą kłopoty z przygwożdżeniem nakryć 

do stołu. Lubisz faszerowane jajka?

- Z mielonymi skorupkami czy bez?

- Przestań, Qwill! Jesteś dzisiaj niemożliwy! A przy okazji - dodała z uniesionymi 

brwiami - słyszałam, że spędziłeś cały dzień w domu VanBrooka z Susan Exbridge.

- Czy Kochaneczka szpiegowała mnie teleskopem?

- Szybko! Tam jest samiec szczygła!

- Gdzie? - znów sięgnął po lornetkę.

- Na gałęzi dzikiej wiśni. Ma piękny głos, śpiewa prawie jak kanarek.

- Nie słyszę go.

- Przestał śpiewać.

Polly nalała sok pomidorowy do papierowych kubeczków.

- Co robiłeś w domu VanBrooka? - nalegała. - A może nie powinnam pytać?

- Pomagałem Susan i prawnikowi z Lockmaster otwierać zaplombowane pudła, które 

miały zawierać książki. Susan przydzielono do likwidacji majątku pryncypała.

- I co znaleźliście w pudłach?

- Książki... ale jest tam trochę cennych orientalnych dzieł sztuki.

- Wszystkich uradowała wiadomość w gazecie, że przepisał cały majątek na rzecz 

szkoły. Poczęstuj się kanapkami, Qwill.

Nałożył sobie na wiotki papierowy talerzyk kanapki z pastą z tuńczyka i jajkami na 

twardo z kleistym nadzieniem. Obie potrawy osadzały się na sumiastych wąsach Qwillerana.

background image

- VanBrook miał złożony charakter. Chciałbym pogrzebać w jego przeszłości, może 

napisać książkę.

- Słyszałam, że jego dyplomy były sfałszowane.

- Gdzie słyszałaś?

Polly wzruszyła ramionami.

- Krążą takie plotki.

- Podejrzewam, że był genialnym samoukiem - mówił dalej Qwilleran. - Miał kilka 

wcieleń,   dlatego   unikał   osobistego   rozgłosu   w   mojej   kolumnie.   Miał   kłopoty   albo   się 

ukrywał... hej! - nagły powiew wiatru porwał papierowy talerzyk z jego dłoni i uniósł go nad 

rzekę, jak latający dywan, pozbawiając Qwillerana połówki faszerowanego jajka. - VanBrook 

znał japoński i był obyty z Azją. Mógł nakłaniać Amerykanów, żeby inwestowali w fikcyjne 

japońskie firmy.

- Czy nie jest to przedziwne zajęcie dla dyrektora szkoły?

- Nie dla VanBrooka.

Qwilleran   przypomniał   sobie   wątpliwe   umowy   z   wnętrza   Wspomnień   wesołej 

mleczareczki.   Zastanawiał   się   nad   tajemnicą   czerwonych   kropek.   Nie   zamierzał   jednak 

powiedzieć Polly, że książki z pięćdziesięciu dwóch kartonów były wyładowane banknotami, 

i to fałszywymi banknotami.

- Posłuchaj tej modrosójki błękitnej!

-   No,   nareszcie   jakiś   ptak   o   przyzwoitej   wielkości   i   mocnym   głosie.   Jestem   za 

modrosójkami   błękitnymi   i   kardynałami.   Polly,   pogódź   się   z   tym:   potrafię   odróżnić 

bezokolicznik i imiesłów, a nawet neologizm z łącznikiem, ale nie jestem w stanie wyśledzić 

sikory dwubarwnej albo oskomika czerwonogardłego.

- Jesteś gotowy na kawę? - spytała, odkręcając termos. - Zrobiłam też czekoladowe 

babeczki.

Po kilku ciastkach Qwilleran był bardziej skory do pojednania. Udzielił mu się błogi 

nastrój.

- To ma być nasz ostatni ciepły weekend - wymamrotał.

- Podobał mi się nasz piknik - powiedziała. - Każda minuta.

- Mnie także. Jesteśmy dla siebie stworzeni, Polly.

- Jestem najszczęśliwsza, kiedy jestem z tobą, Qwill.

- Powiedz coś z Szekspira.

- „Jest moja szczodrość jak morze szeroka, a miłość moja głęboka jak morze. Im 

więcej dam ci, tym więcej zostanie, gdyż nieskończone obie są”.

background image

Qwilleran   sięgnął   przez   stół   i   ujął   ją   za   rękę.   Tę,   na   której   nosiła   pierścionek   z 

kamieniem zodiakalnym, prezent od niego. Z zamyślonymi, poważnymi oczami spojrzał jej w 

twarz.

- Chcę ci zadać pytanie, Polly.

Nie   odpowiedziała   nic,   tylko   uśmiechnęła   się   i   wstrzymując   oddech,   czekała,   co 

powie.

- O czym ty i Steve rozmawialiście na weselu?

Do tej chwili nie wracali do jej przelotnej znajomości z trenerem. Nie mówili nawet o 

jego aresztowaniu.

Potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli i zmienić wyraz twarzy. W końcu zaczęła:

- Rozmawialiśmy o koniach, moim zainteresowaniu książkami, o „Plotkach ze Stajni”, 

o jego uczuleniu, ale przede wszystkim o koniach. Shirley opowiedziała mu o tobie, a ja 

opisywałam wszystkie dobroczynne rzeczy, które ty i Fundacja Klingenschoenów zrobiliście 

dla Moose County. Kiedy usłyszałam o jego aresztowaniu, zaczęłam się zastanawiać, czy nie 

wykorzystał mnie do zapewnienia sobie alibi na noc morderstwa.

- Nie, to nie było potrzebne. Raczej starał się nawiązać kontakt z kimś majętnym. 

Stadnina Ambertonów potrzebuje zastrzyku gotówki.

- Kiedy zacząłeś go podejrzewać?

- Kiedy przyjechał w zeszłą środę porozmawiać o sprzedaży stadniny. Zapytał, co się 

stało z drzewami w moim sadzie. Gdyby ich wcześniej nie widział, to skąd mógł wiedzieć, że 

martwe drzewa zostały wycięte? Poza tym jego samochód nosił ślady lakierowania po prawej 

stronie, mniej więcej na wysokości mojej skrzynki pocztowej, ale nie miałem pewności. Nie 

mogłem   tego   złożyć   w   całość,   dopóki   Koko   nie   znalazł   teczki   z   prywatnymi   papierami 

VanBrooka. Były tam dwa testamenty: jeden z niedawną datą, zapisujący jego majątek na 

szkołę w Pickax, i wcześniejszy, według którego jedynym beneficjentem miał być chłopak 

stajenny Steve'a.

- Chłopak stajenny? - Polly zmarszczyła twarz.

Qwilleran poczęstował się jeszcze jednym ciastkiem i opisał jej szczególny związek, 

jaki łączył VanBrooka z jego gosposią i jej synem.

- Steve wymyślił, żeby pozbyć się VanBrooka, zanim zmieni testament, ale i tak było 

za późno. Kiedy zobaczyłem  dwa testamenty,  od razu miałem przeczucie,  że broń, która 

zabiła mojego kardynała, zabiła też kardynała Wolseya - Qwilleran poklepywał palcami wąsy.

- Zobacz! To chyba samiczka wodniczki.

background image

- Jeśli tak twierdzisz, wierzę ci... Chciałabyś wpaść i zobaczyć tkaniny? - spytał, kiedy 

zaczęli pakować sprzęty.

Polly odpowiedziała, że byłaby zachwycona.

- Tylko nie siadaj pod jabłonią - ostrzegł.

W drodze do składu przeprosił, że przed południem był w takim kiepskim nastroju.

- Miałem okropne przejścia z Yum Yum - wyjaśnił. - Włosy stanęły mi dzisiaj dęba. 

Nie chce chodzić w obroży, nie tak jak Koko. Za pierwszym razem, kiedy założyłem jej 

szelki, udawała martwą. Za drugim zamarła w bezruchu. Dzisiaj rano wbiegła na rampę i 

zniknęła.   Znaleźliśmy   ją  na   jednej   z  promieniście   ułożonych   krokwi,   które  spotykają  się 

centralnie pod dachem. Była tam już wcześniej, ale tym razem szelki się zaczepiły o sęk. Nie 

mogła się uwolnić. Musiałem po nią wejść.

- Wielkie nieba, Qwill! To dwanaście metrów nad ziemią!

-   Tak,   Polly,   mi   też   to   przyszło   do   głowy.   A  w  dodatku   belka   miała   trzydzieści 

centymetrów szerokości. Musiałem się tam wczołgać, uwolnić ją i odstawić z powrotem do 

kładki.   Trzymałem   ją   w   jednej   ręce,   zdawało   mi   się,   że   ta   droga   trwa   całą   wieczność! 

Podobało jej się, cały czas mruczała, odchylając do tyłu głowę.

- A co w tym czasie robił Koko?

- Próbował pomóc - wskoczył mi na plecy. Pewnie mu się wydawało, że to wyścig z 

przeszkodami!... Czemu ja się dałem wrobić w koty?

Mieli stolik zarezerwowany na siódmą w „Old Stone Mill” i Qwilleran odwiózł Polly 

do domu, żeby nakarmiła Bootsiego, zdrzemnęła się chwilę i przebrała do kolacji. W składzie 

zastał Koko siedzącego na Wzgórzu królików.

- W porządku, zdążymy przeczytać jeden rozdział - powiedział Qwilleran, zatapiając 

się   w   ulubionym   skórzanym   fotelu.   Yum   Yum   wylądowała   na   jego   kolanach,   miękko   i 

delikatnie, jak balonik, z którego wolno ucieka powietrze. Kiedy się w końcu usadowiła, 

zdawała się kłębuszkiem nic nieważącego pustego futerka. Koko czuwał na poręczy fotela. 

Obserwował i nasłuchiwał. Jego oczy iskrzyły inteligentnym spojrzeniem, a wąsy drgały z 

przejęcia. Qwilleran pokiwał w zamyśleniu głową.

-   Nigdy  nie   wiem,   co   dzieje   się   w   tych   waszych   tranzystorowych   mózgach.   Czy 

wiedziałyście, że VanBrook dostanie kulkę w głowę? Czy wiedziałyście, że Rudobrody jest 

mordercą? I że coś ważnego skrywa się za książkami w gabinecie VanBrooka?

Koko podnosił niecierpliwie łapki, czekając, aż zacznie się czytanie. Ale Qwilleran 

musiał wpierw odpowiedzieć sobie na pytania. Nie... pomyślał, to tylko przypadek. On jest 

background image

przecież tylko kotem... Ale dlaczego układał wciąż ogon w podkowę? Dlaczego dwukrotnie 

podarł „Plotki ze Stajni”? Dlaczego zatopił zęby w czerwonym żelku?

- Tylko siedzisz! Powiedz coś wreszcie! - zwrócił się do Koko. - Czytaj  w mojej 

głowie!

- Yow! - odpowiedział na to wyzwanie Koko.

Było to puste miauknięcie zakończone ziewnięciem.

Qwilleran otworzył książkę na stronie ósmej.

- Rozdział drugi. To o szefie królików...

Znów zamknął książkę.

- Jeszcze jedno pytanie: Czy twoje nagłe zainteresowanie królikami miało na celu 

wskazanie pana O'Hare?

Koko zesztywniał, odwrócił głowę, nastawił uszu, zeskoczył gwałtownie z poręczy 

fotela i pędem rzucił się do kuchennego okna. Z krzaka jagody rozległ się gwizd, głośny i 

czysty: „kto to? kto to? kto to?”


Document Outline