background image

KRYMINAŁ 

Lilian Jackson Braun 

Kot, który bawił się w listonosza 

Cykl: Kot, który... tom 06 

Wydawnictwo: Elipsa 

Warszawa 2008 

background image

 

Rozdział pierwszy 

Biały mężczyzna około pięćdziesiątki, wzrostu sto osiemdziesiąt siedem centymetrów, 

ważący sto cztery kilogramy, o siwiejących włosach i krzaczastych wąsach, otworzył oczy i 

zorientował  się,  że  leży  na  łóżku  w  jakimś  nieznanym  sobie  pokoju.  Leżał  spokojnie; 

ogarniało  go  szczególne  znużenie.  Pozwolił  swemu  spojrzeniu  wędrować  bez  większego 

zainteresowania po pokoju. Można by powiedzieć, że w jego oczach malował się smutek, gdy 

spoglądał na metalową ramę w nogach łóżka, okno bez firanek, ściany we wstrętnym kolorze, 

telewizor  na  półce  pod  sufitem.  Drzewo  za  oknem,  poruszane  wiatrem,  wymachiwało 

gałęziami jak szalone. 

Niemal  słyszał  melodyjny  głos  swojej  matki,  która  mówiła:  „Drzewo  daje  ci  znak, 

Jamesy. Pomachaj mu rączką jak grzeczny chłopczyk". 

Jamesy?  Tak  mam  na  imię?  To  brzmi  -  nie  całkiem  tak  jak  powinno...  Gdzie  ja 

jestem? Jak się naprawdę nazywam? 

Pytania  te  przechodziły  mu  przez  myśl,  ale  nie  budziły  niepokoju,  towarzyszył  im 

tylko lekki zamęt w głowie. 

Widział  obraz  starego  człowieka  noszącego  brodę,  jak  Święty  Mikołaj,  który  stał  u 

jego  wezgłowia  i  powiadał:  „Masz  szkarlatynę,  Jamesy.  Zabierzemy  cię  do  szpitala,  żebyś 

wyzdrowiał". 

Szpital? Czy jestem w szpitalu? Mam szkarlatynę? 

Jeśli  nawet,  to  nie  przejmował  się  tym  specjalnie,  natomiast  z  wolna  zaczęło  mu 

doskwierać  poczucie  dyskomfortu,  jakby  nie  dopełnił  jakiegoś  bardzo  ważnego  obowiązku, 

jakby  zawiódł  kogoś  bliskiego.  Może  matkę?  Zmarszczył  czoło  i  poczuł  lekki  ból.  Uniósł 

lewą dłoń i dotknął głowy, okazało się, że jest zabandażowana. Sprawdził inne części ciała. 

Niczego nie brakowało i chyba nic nie było złamane, ale poruszenia prawego kolana i łokcia 

też ograniczały bandaże. I jeszcze coś dziwnego było z jego lewą dłonią. Doliczył się czterech 

palców  i  kciuka,  a  jednak  coś  było  nie  tak.  Dziwne,  bardzo  dziwne.  Westchnął  głęboko, 

zastanawiając się, czego zaniedbał uczynić. 

Do pokoju bezgłośnie weszła jakaś obca kobieta - pulchna, siwa, uśmiechnięta. 

-  O,  obudził  się  pan!  Nieźle  pan  sobie  pospał.  Mamy  dziś  piękny  dzień,  ale  bardzo 

wietrzny. Jak pan się czuje, panie Kiu? 

Kiu? Jamesy Kiu? Czy tak się nazywam? 

background image

Brzmiało to dość nieprawdopodobnie, wręcz absurdalnie. Przesunął dłonią po twarzy, 

wyczuł dobrze znajome wąsy i szczękę, którą golił tysiące razy. Aby wypróbować swój głos, 

odezwał się do siebie: 

- Pamiętam twarz, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. 

- Mojego? Toodle - przedstawiła się kobieta radosnym głosem. - Nazywam się Toodle. 

Czy czegoś pan potrzebuje, panie Kiu? Doktor Goodwinter zajrzy tu za kilka minut. Wezmę 

dzbanek  i  przyniosę  świeżej  wody.  Jest  pan  gotowy  na  śniadanko?  -  wychodząc  z  pokoju, 

zawołała jeszcze przez ramię: - Ma pan wolny dostęp do łazienki. 

Wolny dostęp. Śniadanko. Toodle. 

Obce słowa, które nie niosły ze sobą żadnego sensu. Staruszek z brodą powiedział mu, 

że  ma  szkarlatynę.  A  teraz  ta  kobieta,  że  ma  wolny  dostęp.  Czyżby  to  była  nazwa  jakiejś 

wstydliwej  choroby,  z  którą  trzeba  kryć  się  w  łazience?  Westchnął  znowu  i  zamknął  oczy, 

czekając na tego starszego pana z brodą Świętego Mikołaja. Gdy je otworzył, obok jego łóżka 

stała młoda kobieta w białym fartuchu i trzymała go za nadgarstek. 

- Dzień dobry, kochanie - powiedziała. - Jak się czujesz? 

Jej głos brzmiał znajomo, pamiętał jej zielone oczy i długie rzęsy. Na jej szyi wisiał 

jakiś przedmiot, ale nie mógł przypomnieć sobie nazwy tej rzeczy. 

- Jesteś moim lekarzem? - spytał z wahaniem. 

- Tak, a również twoim czymś więcej, o wiele więcej - powiedziała i puściła do niego 

oko. 

Zaczęły powracać znane uczucia. Czy ona jest moją żoną? A więc jestem żonaty? Czy 

zaniedbuję rodzinę? Znów odezwało się to samo poczucie winy, niespełnionego obowiązku, 

jakiegoś - ale jakiego? 

- Czy ty... czy jesteś moją żoną? - spytał drżącym głosem. 

-  Jeszcze  nie,  ale  pracujemy  nad  tym  -  ucałowała  go  w  czoło  tam,  gdzie  nie  było 

zabandażowane. - Ciągle jeszcze czujesz mętlik w głowie, co? Ale wkrótce wszystko będzie 

w porządeczku. 

Popatrzył na swoją lewą dłoń. 

- Czegoś tu brakuje. 

-  Twój  zegarek  i  sygnet  zostały  umieszczone  w  szpitalnym  sejfie,  odbierzesz  je,  jak 

będziesz wracał do domu - wyjaśniła łagodnym głosem. 

- A, rozumiem... Dlaczego tu jestem? - zapytał, wciąż zaniepokojony swą tajemniczą 

dolegliwością. 

- Spadłeś z roweru na Ittibittiwassee Road. Nie pamiętasz? 

background image

Ittibittiwassee. Dostęp. Śniadanko. W porządeczku. Jakim językiem mówią ci wszyscy 

ludzie? Na wszelki wypadek zapytał: 

- To ja mam rower? 

-  Miałeś,  kochany,  teraz  to  już  tylko  złom.  Będziesz  musiał  kupić  sobie  porządny 

nowy rower z przerzutką. 

Złom. Przerzutką. Toodle. Pokręcił bezradnie głową. Odchrząknął i spytał: 

-  Ta  kobieta,  która  tu  była,  mówi,  że  mam  wolny  dostęp  do  łazienki.  Co  to  znaczy? 

Czy... czy to jest coś w rodzaju... 

-  To  znaczy,  że  możesz  wstać  z  łóżka,  kiedy  zechcesz,  i  pójść  o  własnych  siłach  do 

łazienki  -  wyjaśniła  lekarka  z  pogodnym  uśmiechem.  -  Zajrzę  tu,  kiedy  skończę  obchód  - 

ucałowała go raz jeszcze. - Niedługo zjawi się u ciebie Arch Riker. Przyleci do nas z Nizin - a 

potem wyszła z pokoju na tych swoich długich nogach, machając mu przyjaźnie ręką. 

Arch Riker. Niziny. O czym ona mówi? I kim dla mnie jest? W tej sytuacji niezręcznie 

byłoby pytać o imię. Zrezygnował z dalszych dociekań i wzruszył ramionami. Podniósł się z 

łóżka i niepewnym krokiem poszedł do łazienki. Tam ujrzał w lustrze smutne oczy, siwiejące 

skronie oraz przesadnie wielkie szpakowate wąsy, które rozpoznał. A jednak nadal nie mógł 

sobie przypomnieć, jak się nazywa. 

Kiedy ta niewiasta, która mówiła, że się nazywa Toodle, przyniosła tacę z czymś, co 

nazwała  śniadankiem,  zjadł  żółtawobiałą  ciepłą  packę,  potem  dwa  brązowe  kawałki  czegoś 

słonego i gumiastego oraz dwa kawałki czegoś chrupiącego, co posmarował mazią czerwoną i 

słodką. Przyjemnie było znów się położyć, zamknąć oczy i przestać myśleć. 

Otworzył je nagle. U jego wezgłowia stał jakiś mężczyzna - mężczyzna z brzuszkiem, 

lekko łysiejący, o rumianej twarzy, którą widział już wiele, wiele razy. 

-  Skubańcu!  -  rzekł  ciepłym  głosem  gość.  -  Ale  nas  wystraszyłeś!  Co  ty  chciałeś 

zrobić? Zabić się, czy co? Jak się czujesz, Qwill? 

- Tak się nazywam? Nie pamiętam. 

Mężczyzna przełknął ślinę i wyraźnie pobladł. 

- Wszyscy twoi przyjaciele nazywają cię Qwill. To skrót od Qwilleran. Jim Qwilleran, 

pisze się przez „Q-w". 

Pacjent przemyślał tę informację i z wolna skinął głową. 

- Nie pamiętasz mnie, Qwill? Jestem Arch Riker, twój stary kumpel. 

Qwilleran gapił się na niego bez słowa. Kumpel. Jeszcze jedno niezrozumiałe słowo. 

-  Dorastaliśmy  razem  w  Chicago.  Przez  ostatnie  kilka  lat  byłem  redaktorem  działu 

„Daily Fluxion", w którym pracowałeś. Milion razy byliśmy na lunchu w klubie prasowym. 

background image

Przez mgłę zasnuwającą umysł Qwillerana zaczęło przedzierać się światło. 

- Czekaj no chwilę. Chciałbym usiąść. 

Riker nacisnął przycisk unoszący wezgłowie łóżka i przysunął sobie krzesło. 

-  Melinda  zadzwoniła  do  mnie  i  powiedziała,  że  spadłeś  z  roweru.  Przyjechałem 

natychmiast. 

- Melinda? 

-  Melinda  Goodwinter.  Twoja  dziewczyna.  I  twoja  lekarka  w  jednej  osobie, 

szczęściarzu. 

- Co to za miejsce? - spytał Qwilleran. - Nie mam pojęcia, gdzie jestem. 

- To jest szpital w Pickax. Przywieźli cię tu po wypadku. 

- W Pickax? To jakiś szczególny rodzaj szpitala? 

-  Chodzi  o  miasto  Pickax,  zapadłą  dziurę  odległą  o  czterysta  mil  od  czegokolwiek. 

Mieszkasz tu już dwa miesiące. 

- Aha... A przedtem mieszkałem w Chicago? 

-  Qwill,  w  Chicago  mieszkałeś  dwadzieścia  lat  temu  -  wyjaśnił  spokojnie  Riker.  - 

Potem w Nowym Jorku, Waszyngtonie i jeszcze wielu innych różnych miejscach. 

- Zaraz, zaraz. Chcę usiąść na tym dużym krześle. 

Riker sięgnął po szlafrok, który strzępił się nieco na brzegach u dołu. 

- Może włóż to. Chyba twój. Jest w kratę klanu Mackintosh. Coś ci to mówi? Twoja 

matka była z domu Mackintosh. 

Twarz Qwillerana rozjaśniła się: 

- No jasne! Gdzie ona jest? Co u niej słychać? 

Riker wziął głęboki wdech. 

- Zmarła, kiedy chodziłeś do college'u - zamilkł na chwilę, układając w myślach plan 

działania.  -  Słuchaj,  zaczniemy  od  samego  początku.  Znam  cię  od  dziecka.  Twoja  matka 

mówiła  na  ciebie  Jamesy.  A  my  z  chłopakami  nazywaliśmy  cię  Szperacz.  Pamiętasz 

dlaczego? 

Qwilleran potrząsnął głową. 

- Dlatego, że zawsze szperałeś w pojemnikach na lunch innych dzieciaków - popatrzył 

na  Qwillerana,  ale  nie  dostrzegł  w  jego  oczach  błysku  zrozumienia.  -  Pamiętasz  naszą 

nauczycielkę z pierwszej  klasy, panią Blair? Była cienka na  górze i  gruba u dołu.  Mówiłeś 

„cienka główka, gruba nóżka, ta staruszka jest jak gruszka". Pamiętasz to? 

Tym razem odpowiedziało mu skinienie głowy i coś na kształt uśmiechu. 

background image

-  Zawsze miałeś dryg do słówek. Bawiłeś się nimi, kiedy my wszyscy bawiliśmy się 

jeszcze  pistoletami  na  wodę  -  Riker  cierpliwie  drążył  w  przeszłości,  przypominając 

przyjacielowi najważniejsze wydarzenia jego życia.  - Trzy lata z rzędu wygrywałeś turnieje 

ortograficzne...  Potem,  w  liceum,  odkryłeś  dziewczyny...  Grałeś  w  bejsbol,  miałeś  niezłe 

uderzenie.  W  college'u  zapisałeś  się  do  chóru  i  chciałeś  zostać  aktorem  -  Riker  dokonywał 

przeglądu  kolejnych  lat.  -  Obaj  zostaliśmy  dziennikarzami,  ale  to  ty  dostawałeś  zawsze 

najlepsze zlecenia. Byłeś gwiazdą jako reporter kryminalny, a kiedy tylko coś zaczynało dziać 

się za granicą, właśnie ciebie wysyłali w najbardziej zapalne punkty kuli ziemskiej. 

Z każdym zdaniem Rikera umysł Qwillerana rozjaśniał się, świadomość powracała. 

-  Zdobywałeś nagrody i  napisałeś książkę o przestępczości miejskiej. Znalazła się na 

liście bestsellerów. 

- I pozostała na niej coś z dziesięć minut. 

Na twarzy Rikera malowała się ulga. Jego przyjaciel zaczynał mówić do rzeczy. 

- Byłeś świadkiem na moim ślubie z Rosie. 

- Padało przez cały dzień. Pamiętam mokre konfetti. 

- Pojechałeś do Szkocji, żeby wziąć ślub z Miriam. 

Qwillerana znów ogarnęło zakłopotanie. 

- Gdzie ona jest? Dlaczego nie tu? 

- Rozwiodłeś się z nią około dziesięciu lat temu. Mieszka gdzieś w Connecticut. 

Smutne oczy zapatrzyły się w przestrzeń. 

- A potem wszystko się rozsypało. 

-  No  dobra,  powiedzmy  to  sobie  szczerze:  zacząłeś  mieć  problem  z  piciem  i  nie 

mogłeś utrzymać dłużej  żadnej pracy, ale w końcu wyplątałeś się z tego i zatrudniłeś się w 

„Daily  Fiuxion",  dla  której  pisałeś  felietony.  Kilka  było  całkiem  niezłych.  Okazało  się,  że 

potrafisz pisać o sztuce, o antykach, projektowaniu wnętrz - o wszystkim. 

- Chociaż o żadnej z tych rzeczy nie miałem zielonego pojęcia - dodał Qwilleran. 

-  Kiedy  zacząłeś  pisać  o  restauracjach,  udowodniłeś,  że  żarcie  może  być  równie 

interesujące jak zbrodnie. 

- Zaraz, zaraz, Arch! Od jak dawna nie ma mnie w pracy? Muszę wracać do redakcji! 

- Ejże, rzuciłeś robotę już parę tygodni temu! 

- Co?! Dlaczego? Potrzebuję tej pracy! 

- Już nie, mój stary. Odziedziczyłeś forsę, i to sporo. Fortunę rodu Klingenschoenów. 

- Nie wierzę. Co ja tu robię? Gdzie mieszkam? 

background image

-  Tutaj,  w  miasteczku  Pickax.  Taki  właśnie  był  warunek  postawiony  w  testamencie 

Fanny  Klingenschoen.  Chodzi  o  to,  żebyś  co  najmniej  przez  pięć  lat  mieszkał  w  Moose 

County. Odziedziczyłeś w Pickax wielki dom z garażem na cztery samochody, limuzynę i... 

Qwilleran zacisnął dłonie na poręczach fotela. 

- Koty! Gdzie są koty? Nie nakarmiłem moich kotów! - właśnie ta myśl krążyła przez 

cały czas gdzieś po obrzeżach jego umysłu. - Muszę natychmiast stąd wyjść! 

-  Nie  podniecaj  się,  bo  szwy  ci  pójdą.  Zwierzakom  nic  nie  jest.  Twoja  gospodyni  je 

karmi, a poza tym przygotowuje dla mnie pokój, żebym mógł zostać na noc. 

- Gospodyni? 

- Pani Cobb. Prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zajrzeć tam teraz 

i uciąć sobie komara. Jestem na nogach od czwartej rano. 

- Idę z tobą. Gdzie jest moje ubranie? 

-  Siedź  spokojnie,  spokojnie.  Melinda  chce  jeszcze  zrobić  kilka  badań.  Zajrzę  do 

ciebie później. 

- Arch, nikt oprócz ciebie nie mógłby ożywić dla mnie tych starych dziejów. 

Riker uścisnął dłoń przyjaciela. 

- I co, przychodzisz już pomału do siebie? 

- Raczej tak. Nie przejmuj się. 

- W takim razie do zobaczenia później, Qwill. Boże! Jak się cieszę, że jesteś znów na 

chodzie. Ale mnie przestraszyłeś! 

Po  wyjściu  Rikera  Qwilleran  poddał  siebie  samego  sprawdzianowi.  „Kumpel,  uciąć 

komara, śniadanko". Teraz już wiedział, co znaczą wszystkie te słowa. Pamiętał swój numer 

telefonu.  Potrafiłby  napisać  słowo  „onomatopeja"  bez  błędów.  Pamiętał  imiona  swoich 

podopiecznych:  Koko  i  Yum  Yum,  parki  pięknych,  choć  bardzo  apodyktycznych  kotów 

syjamskich. 

Wciąż jednak niewyjaśniona pozostawała kwestia kilku godzin z jego życia, których w 

żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć, choć usilnie starał się skoncentrować. Chodziło o 

wydarzenia  bezpośrednio  przed  i  po  wypadku.  Dlaczego  spadł  z  roweru?  Wpadł  na  jakąś 

dziurę  czy  stracił  równowagę  na  żwirze?  A  może  po  prostu  stracił  przytomność,  zemdlał 

podczas jazdy? Czy to dlatego Melinda chce przeprowadzić jakieś badania? 

Był zbyt zmęczony, żeby dalej się nad tym zastanawiać. Przywołanie wydarzeń całego 

życia  było  bardzo  wyczerpujące.  W  ciągu  jednego  poranka  przeżył  ponad  czterdzieści  lat. 

Przydałaby mu  się drzemka.  Inaczej  mówiąc, miał  ochotę „uciąć komara".  Uśmiechając się 

do siebie, bo znał już teraz wszystkie słowa - zasnął. 

background image

Qwilleran  spał  mocno,  a  towarzyszył  temu  bardzo  wyrazisty  sen.  Jadł  lunch  w 

osłonecznionym  pokoju,  gdzie  wszystko  było  żółte  i  zielone.  Gospodyni  podała  makaron  z 

roztopionym  serem,  posypany  zielonym  pieprzem,  z  dodatkiem  czerwonej  papryczki. 

Wszystko  widział  wyraźnie:  brązowy  rondel,  jaskrawo-różowy  sweterek  gospodyni.  W 

sennym marzeniu kolory były tak intensywne, że aż niepokojące. 

Qwilleran mówił właśnie pani Cobb, że przejedzie się rowerem wzdłuż Ittibittiwassee 

Road. 

- Niech pan uważa z tym starym gratem - ostrzegła go wesołym głosem. - Naprawdę 

powinien  pan  kupić  porządny  rower  z  przerzutką,  panie  Q...  porządny  rower,  panie  Q... 

porządny rower, panie Q... 

Obudził  się  nagle,  jego  zabandażowane  czoło  pokryte  było  potem  i  zimne.  To 

wszystko było tak realne, że nie mogło być tylko snem. Istniał tylko jeden sposób, żeby się 

upewnić. 

Sięgnął po telefon i wykręcił numer swojego domu, kiedy zaś usłyszał radosne „halo" 

gospodyni, zdumiał się, jak doskonała była jakość dźwięku w jego śnie. 

- Pani Cobb, co tam słychać w domu? Jak się miewają koty? 

- Ach, to pan, panie Q - pisnęła. - Dzięki Bogu, że jest pan w jednym kawałku! Koty? 

Tęsknią za panem. Koko nie chce jeść, a Yum Yum ciągle płacze. Wiedzą, że coś jest nie tak. 

Jest tu pan Riker, posłałam go na górę, żeby się przespał. Czy czegoś pan potrzebuje, panie 

Q? Mam coś przysłać? 

-  Nie,  dziękuję.  Nic  mi  nie  trzeba.  Jutro  wrócę  do  domu.  Chciałbym  jednak  prosić, 

żeby  odpowiedziała  pani  na  kilka  pytań,  dobrze?  Czy  wczoraj  przyrządziła  pani  makaron  z 

roztopionym serem? 

- Boże mój! Mam nadzieję, że to wszystko nie przez mój lunch. 

- Niech pani się nie martwi. Nic podobnego. Po prostu próbuję sobie coś przypomnieć. 

Czy miała pani na sobie różowy sweter? 

- Tak, ten, który dał mi pan w prezencie. 

- Czy mówiłem o swoich planach na popołudnie? 

-  Ojej,  panie  Q!  To  brzmi,  jakby  pan  prowadził  jedno  ze  swoich  śledztw.  Ma  pan 

jakieś podejrzenia? 

- Nie, to tylko ciekawość, pani Cobb. 

-  Zaraz, niech się zastanowię... Powiedział pan, że weźmie pan ten stary rower, żeby 

się przejechać. Na to ja, że powinien pan kupić sobie nowy, porządniejszy. Teraz i tak będzie 

trzeba to zrobić, bo szeryf znalazł ten stary w rowie. Kompletny wrak! 

background image

-  W  rowie?  -  Qwilleranowi  wydało  się  to  dziwne,  przez  jakiś  czas  w  zamyśleniu 

przygładzał wąsy. Podziękował gospodyni, sugerując jednocześnie, że apetyt Koko mogłyby 

pobudzić  jakieś  specjalne  przysmaki.  -  Gdzie  on  teraz  jest,  pani  Cobb?  Proszę  go  dać  do 

telefonu. 

-  Siedzi  na  lodówce  -  odpowiedziała.  -  Wsłuchuje  się  uważnie  w  każde  moje  słowo. 

Zaraz sprawdzę, czy kabel jest wystarczająco długi. 

Tu nastąpiła przerwa, podczas której słychać było panią Cobb wydającą przyzywające 

dźwięki,  przez  które  przebijało  się  charakterystyczne  pomiaukiwanie  Koko.  W  następnej 

chwili Qwilleran usłyszał w słuchawce odgłos węszenia. 

-  Cześć, Koko, mój stary  - powitał kota  Qwilleran.  -  Czy opiekujesz się Yum Yum? 

Czy bronisz domu przed lwami i tygrysami? 

Po  drugiej  stronie  rozległ  się  gardłowy  pomruk.  Koko  potrafił  docenić  inteligentną 

rozmowę. 

- Bądź grzecznym kotem i dobrze się odżywiaj. Musisz jeść, żeby mieć siłę walczyć z 

tymi wszystkimi jaguarami i czarnymi bawołami. Na razie, Koko. Jutro wracam do domu. 

- YOW! - wrzasnął do słuchawki Koko; Qwillerana aż coś zabolało w uchu. 

Odłożył słuchawkę i odwrócił się, czując czyjąś obecność. Była to pani Toodle, która 

przyglądała mu się z oczyma szeroko otwartymi ze zdumienia. W jej głosie brzmiał niepokój: 

- Przyszłam spytać... czy może będzie pan chciał zjeść teraz lunch, panie Q? 

-  Jeśli  nie  ma  przeciwwskazań  -  odpowiedział  -  wolałbym  zejść  na  dół,  do  kafeterii. 

Nie wie pani, czy podają dzisiaj bulion z jajkami siewek w koszulkach albo może salpicon z 

małży? 

Wystraszona  nie  na  żarty  pani  Toodle  pospiesznie  wyszła  z  jego  pokoju.  Qwilleran 

zachichotał. Po przejściowej amnezji ogarnęło go coś na kształt euforii. 

Zanim udał się na posiłek, przyczesał włosy, zastanawiając się jednocześnie nad tym, 

co  usłyszał  od  pani  Cobb.  Szeryf  odnalazł  rower  w  rowie.  Tymczasem  rów  melioracyjny 

ciągnął się dobre dziesięć metrów od drogi, ponieważ w przyszłości planowano ją poszerzyć. 

Jeśli zemdlał albo wpadł na jakąś przeszkodę, razem z rowerem wylądowałby co najwyżej na 

żwirowanym  poboczu. Jak to  się stało, że rower znalazł  się w rowie? To była kwestia, nad 

którą warto było się zastanowić, ale odłożył to na później. Teraz był głodny. 

Okryty  swym  szlafrokiem  w  kratę  klanu  Mackintosh  Qwilleran  udał  się  do  windy  - 

krokiem powolnym i pełnym godności wymuszonej przez bandaże na nodze. Był wdzięczny 

losowi,  że  podczas  wypadku  nie  uszkodził  sobie  chorego  kolana.  Z  drugiej  strony 

niewykluczone, że teraz oba będą mu doskwierać. 

background image

Odniósł  wrażenie,  że  znają  go  wszystkie  osoby,  które  spotkał  w  korytarzu. 

Przechadzający się po nim pacjenci i pielęgniarki witały go, zwracając się doń po nazwisku, a 

właściwie po jego pierwszej literze. Jedna z pielęgniarek powiedziała: 

- Przykro mi z powodu pańskiego pokoju, panie Q, to znaczy z racji koloru ścian. To 

miał być antyczny róż, tylko że malarzom coś się pomyliło. 

- Rzeczywiście, kolorek jest niezbyt apetyczny - zgodził się Qwilleran. - Przypomina 

surową wołowinę, ale jakoś go zniosę jeszcze przez jedną dobę. 

W  stołówce  przywitał  go  aplauz  ze  strony  personelu  medycznego,  technicznego  i 

lekarzy,  którzy  spożywali  tam  sałatki  z  białym  serem,  chili  oraz  duszonego  dorsza  z 

gotowanym  selerem.  Odpowiadał,  kłaniając  się  grzecznie  we  wszystkie  strony  i  machając 

przyjaźnie ręką. Zajął miejsce w kolejce za siwowłosym doktorem, który mógł rościć sobie aż 

dwa  powody  do  chwały  -  był  ojcem  Melindy,  a  ponadto  leczył  gardła,  nastawiał  kości  i 

asystował przy porodach połowy mieszkańców Moose County. 

Doktor Halifax Goodwinter odwrócił się żwawo ku niemu: 

-  Oho! Nasz słynny cyklista. Cieszę się, że jest  pan nadal  wśród żywych. Szkoda by 

było, gdyby moja córka miała stracić swojego pierwszego i jedynego pacjenta. 

Pielęgniarka stojąca za Qwilleranem trąciła go w łokieć. 

- Powinien pan nosić kask, panie Q. Naprawdę mógł się pan zabić. 

Zaniósł  tacę  z  chili  i  bułeczkami  kukurydzianymi  do  stolika,  przy  którym  siedziało 

trzech mężczyzn. Poznał ich swego czasu w Klubie Entuzjastów Pickax. Był to administrator 

szpitala, pewien sympatyczny urolog i bankier zasiadający w zarządzie szpitala. 

Lekarz zainteresował się: 

-  Chce  pan  kogoś  zaskarżyć,  Qwill?  Mogę  pana  skontaktować  z  kilkoma  wybitnymi 

hienami adwokackimi utrzymującymi się z procesów wytaczanych lekarzom. 

Bankier stwierdził rzeczowo: 

-  Producenta  roweru  nie  da  się  zaciągnąć  przed  sąd.  Takiego  złomu  nikt  już  nie 

wytwarza od pięćdziesięciu lat. 

Administrator powiadomił go: 

- Planujemy urządzić zbiórkę na nowy rower dla pana, a przy okazji może też i nowy 

szlafrok. 

Qwilleran przygładził poły z wystrzępionej czerwonej wełny i oznajmił z emfazą: 

-  Drodzy  panowie,  ten  szlafrok  to  obiekt  historyczny  o  szlachetnym  pochodzeniu. 

Znaki czasu, jakie na sobie nosi, przydają mu tylko kolekcjonerskiej wartości. 

background image

Prawda  zaś  była  taka,  że  Koko  przechodził  kiedyś  fazę  fascynacji  wełną,  podczas 

której  obskubywał tapicerkę mebli,  krawaty,  szlafrok  w kratę Mackintoshów oraz wszystko 

inne, co mu wpadło w pazury. 

Takie  szpitalne  pogawędki  były  jak  najbardziej  w  guście  Qwillerana.  Przypominały 

przyjazne  przekomarzanie  się  pracowników  redakcji  „Daily  Fluxion".  Chyba  wszyscy  w 

Pickax go lubili, no i w końcu czemu nie? Był miłym kompanem, potrafił słuchać, a ponadto 

był  najbogatszym  człowiekiem  w  okolicy.  Co  do  tego  nie  miał  złudzeń.  Jako  felietonista 

„Fluxion"  wciąż  miał  do  czynienia  z  próbami  wywierania  nacisku  ze  strony  polityków, 

biznesmenów oraz lobbystów i przedstawicieli mediów. Odnosił się do nich grzecznie, ale nie 

robił sobie złudzeń. 

Po lunchu pobrano mu krew w laboratorium, zrobiono EKG, po czym Qwilleran udał 

się  do  swojego  pokoju,  gdzie  pozwolił  sobie  na  kolejną  drzemkę  -  której  towarzyszył 

następny sen. 

Znów  był  to  sen  niezwykle  realistyczny,  aż  do  bólu.  Wspinał  się  w  nim  po  zboczu 

rowu biegnącego wzdłuż pustej szosy. Jego ubranie było przemoczone, spodnie rozdarte, po 

nodze ciekła krew. Krew zalewała mu też prawe oko, gdy wydostał się na szosę i zaczął iść. 

Niedługo  potem  zatrzymał  się  jakiś'  czerwony  samochód,  z  którego  wyskoczył  facet  w 

niebieskiej koszuli. To był Junior Goodwinter, młody redaktor naczelny „Pickax Picayune". 

Junior zawiózł go do miasta, po drodze bez przerwy coś mówił, a Qwilleran nie był w stanie 

wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Usiłował  odpowiedzieć  na  pytania  Juniora,  ale  po  prostu  nie 

potrafił odnaleźć właściwych słów. 

Sen skończył się nagle i Qwilleran zdał sobie sprawę, że siedzi na łóżku zlany potem i 

drży na całym ciele. Otarł twarz i sięgnął po telefon, żeby zadzwonić do redakcji. 

- Qwill! Cały i zdrowy!  - zawołał Junior do słuchawki. - Kiedy wczoraj wiozłem cię 

do szpitala, nie byłeś co prawda martwy, ale do żywych też trudno byłoby cię zaliczyć. Na 

wszelki wypadek przygotowaliśmy już twój nekrolog. 

- Dzięki. To miłe z waszej strony - stwierdził Qwilleran. 

- A tak poważnie, jak się czujesz? Z tonu głosu wnioskuję, że wszystko gra. 

-  Jakoś  mnie  pozszywali  i  wyglądam  teraz  prawie  jak  nowy.  Powiedz,  gdzie  mnie 

znalazłeś? 

- Na Ittibittiwassee Road, za sztolnią Buckshot. Byłeś zamroczony i szedłeś środkiem 

szosy - co więcej, w niewłaściwym kierunku. Miałeś podarte ubranie, cały byłeś ubłocony. Z 

głowy  leciała  ci  krew.  Naprawdę  zaniepokoiłem  się,  zwłaszcza  kiedy  okazało  się,  że  nie 

możesz mówić. 

background image

- A widziałeś mój rower? 

- Prawdę mówiąc, specjalnie się za nim nie rozglądałem. Skupiłem się raczej na tym, 

żeby dowieźć cię do szpitala. Po drodze jechałem sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę! 

- Jakim samochodem jechałeś? 

- Na szczęście moim jaguarem. Innym wozem bym tyle nie wyciągnął. 

- Dzięki, Junior. Zapraszam na lunch w przyszłym tygodniu. Ja stawiam. 

Kolejny  sen,  który  się  sprawdził!  Nawet  kolor  samochodu  się  zgadzał.  Qwilleran 

pamiętał doskonale, że jaguar Juniora był czerwony. 

Opowiedział  o  swoich  snach  Melindzie  Goodwinter  i  Archowi  Rikerowi  tego 

wieczora, kiedy przyszli oboje do szpitala, żeby zjeść z nim kolację w kafeterii. Bez białego 

fartucha i stetoskopu Melinda dużo bardziej przypominała młodą kobietę, z którą spotykał się 

od dwóch miesięcy. 

-  Czy  całujesz  wszystkich  swoich  przykutych  do  łóżka  pacjentów  płci  męskiej?  - 

spytał ją Qwilleran. 

-  Tylko  tych  w  podeszłym  wieku  -  odparowała  z  uroczo  złośliwym  błyskiem  w 

zielonych oczach. 

- To zabawne - powiedział - ale niektóre szczegóły, których nie pamiętałem, objawiły 

mi się dziś po południu przez sen. Pozostaje tylko jedna biała plama  - okoliczności samego 

wypadku. 

- Na pewno nie była to żadna dziura w asfalcie - stwierdziła Melinda. - Nawierzchnia 

jest nowiutka, gładka jak szkło. 

-  Przypuszczam,  że  gwałtownie  skręciłeś,  żeby  uniknąć  zderzenia  z  czymś,  i  dlatego 

zniosło  cię  tak  daleko,  aż  do  rowu.  Może  pod  koła  wyskoczył  ci  skunks  albo  szop,  może 

nawet jeleń. Po drodze z lotniska widziałem kilka rozjechanych zwierząt. 

- Pewnie nigdy się tego nie dowiemy - stwierdził Qwilleran.  

- Co tam słychać w domu? Udało ci się trochę przespać? Czy pani Cobb poczęstowała 

cię lunchem? Widziałeś Koko? 

-  Wszystko  w  porządku.  Koko  powitał  mnie  w  drzwiach  wejściowych  i  obejrzał  od 

stóp  do  głów,  jak  sierżant  rekruta.  Chyba  jednak  zdałem  egzamin,  bo  pozwolił mi  wejść  do 

środka. 

Późną  nocą,  gdy  wszystkie  dźwięki  na  szpitalnym  korytarzu  ucichły,  Qwilleranowi 

przyśnił  się  ostatni  sen  dotyczący  wypadku,  który  zapełnił  lukę  między  makaronem  a 

czerwonym  jaguarem.  Zobaczył  w  nim  siebie  pedałującego  niespiesznie  pustą  szosą, 

background image

zadowolonego  z  gładkiej  nawierzchni  nowego  asfaltu,  niewielkiego  ruchu  i  łagodnych 

wzniesień. Nawet jazda pod górę nie była trudna, a w dół - po prostu sama rozkosz. 

Minął  opuszczoną  kopalnię  Buckshot,  jej  rozsypujące  się  drewniane  zabudowania  i 

ostrzegawcze  tablice:  „Uwaga!  Wstęp  wzbroniony!  Niebezpieczeństwo  zawalenia  się  i 

głębokie  sztolnie".  Opuszczone  kopalnie,  których  pełno  było  na  pustkowiach  otaczających 

miasto Pickax, nieodparcie fascynowały Qwillerana. Były tajemnicze - milczące - martwe. 

Kopalnia  Buckshot  różniła  się  od  nich  tym,  że  jeśli  wsłuchać  się  uważnie  (tak 

przynajmniej  mu  mówiono),  można  było  usłyszeć  upiorne  pogwizdywanie  dochodzące  ze 

sztolni, gdzie w roku 1913 zostało żywcem pogrzebanych osiemnastu górników. 

We  śnie  przejechał  powoli  i  w  ciszy  obok  Buckshot.  Jedynymi  odgłosami  było 

zgrzytanie w piaście tylnego koła i skrzypienie torpeda. Odwrócił się, żeby rzucić okiem na 

poszarzałe ze starości zabudowania... zagłębienie w miejscu, gdzie ziemia się zapadła... bujne, 

zielone zarośla porastające wszystko wokół. Tak się zapatrzył, że nie zauważył półciężarówki 

nadjeżdżającej z naprzeciwka - jego uwagę zwrócił dopiero głośny ryk silnika. Spojrzał przed 

siebie  akurat  w  samą  porę,  by  zauważyć,  jak  wóz  przyspiesza,  zjeżdża  gwałtownie  na  jego 

pasmo:  morderczy  potwór  pędzący  wprost  na  niego.  We  śnie  wyraźnie  widział  kratę 

chłodnicy,  wielką  i  zardzewiałą,  jakby  wykrzywioną  w  makabrycznym  uśmiechu.  Szarpnął 

kierownicą  i  zjechał  na  bok,  w  kierunku  rowu,  jednak  przednie  koło  uderzyło  o  kamień  i 

Qwilleran wywinął koziołka. Przez wlokącą się w nieskończoność chwilę leciał i leciał... 

Obudził się przerażony; siedział na łóżku zlany potem i pamiętał, że krzyczał. 

Do pokoju wbiegła pielęgniarka. 

- Panie Q Panie Q Co się stało? Miał pan zły sen? 

Qwilleran wzdrygnął się, próbując otrząsnąć się z koszmaru. 

- Przepraszam. Mam nadzieję, że nie obudziłem wszystkich pacjentów. 

- Może przynieść panu wody, panie Q? 

-  Dziękuję.  Mogłaby  pani  przy  okazji  podnieść  wezgłowie?  Chciałbym  przez  jakiś 

czas posiedzieć. 

Qwilleran  oparł  się  o  poduszki  i  zaczął  rozmyślać  nad  swoim  snem.  Był  równie 

wyrazisty  jak  poprzednie.  Niebo  w  nim  było  błękitne.  Zarośla  wokół  opuszczonej  kopalni 

jadowicie zielone. Krata chłodnicy ciężarówki była zardzewiała. 

background image

Uświadomił  sobie,  że  to  był  taki  sam  sen  jak  poprzednie  i  dotyczył  czegoś,  co 

naprawdę  się  wydarzyło,  tym  razem  jednak  nie  było  nikogo,  do  kogo  mógłby  zadzwonić, 

żeby to sprawdzić. 

Jedno było jasne. To, co zdarzyło się na Ittibittiwassee Road, nie było przypadkiem. 

Tak - pomyślał - tu, w Pickax, lubią mnie... ale nie wszyscy. 

background image

 

Rozdział drugi 

Najbogatszy  człowiek  w  Moose  County  spadł  ze  swojego  antycznego  roweru  w 

samym środku lata. Jeszcze dwa miesiące wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby 

nazwać  go  wpływową  osobistością.  Był  tylko  nisko  opłacanym  felietonistą  pracującym  dla 

jednej  z  wielkich  gazet  Środkowego  Zachodu,  słynącej  z  podtytułów  pisanych  czcionką 

wysokości  dwudziestu  czterech  punktów  typograficznych  i  niskich  pensji  płaconych  swym 

dziennikarzom.  Jak  przystało  na  oszczędnego  kawalera,  mieszkał  w  jednopokojowym 

umeblowanym  mieszkaniu  i  spłacał  raty  za  używany  samochód.  Był  właścicielem  maszyny 

do pisania mającej już pięćdziesiąt lat, której klawisz „Shift" był uszkodzony, jego biblioteka 

zaś składała się z dość przypadkowych tytułów kupowanych po dwadzieścia pięć centów na 

wyprzedażach  książek  z  drugiej  ręki.  Jego  garderoba  mieściła  się  bez  trudu  w  dwóch 

walizkach. Cała ta sytuacja w zupełności mu odpowiadała. 

Jedyną  ekstrawagancją  Jima  Qwillerana  były  dwa  wspaniałe  syjamskie  koty,  które 

wyniośle  gardziły  zwykłą  kocią  karmą,  skłaniając  się  zamiast  tego  raczej  do  przysmaków 

takich, jak polędwica wołowa, homar i ostrygi - te ostatnie rzecz jasna tylko we właściwym 

sezonie. Miały nie tylko arystokratyczne nawyki i epikurejskie apetyty; Koko obdarzony był 

ponadto  niezwykłą  intuicją.  Dzięki  opowieściom  o  jego  zdolnościach  postrzegania 

pozazmysłowego  stał  się  prawdziwą  legendą  redakcji  „Daily  Fluxion"  i  klubu  prasowego, 

choć  poza  tym  zamkniętym  kręgiem  profesjonalistów  nikt  nie  wspominał  o  jego 

paranormalnych talentach. 

Aż  nagle,  dosłownie  z  dnia  na  dzień,  Qwilleran  został  multimilionerem;  nie  musiał 

nawet kupować losu na loterię. Został jedynym spadkobiercą ogromnej fortuny. 

Gdy dotarła do niego ta zdumiewająca wiadomość, Qwilleran wraz ze swoimi kocimi 

towarzyszami spędzał wakacje w Moose County, na północnym skraju stanu. Zatrzymali się 

w  chatce  nad  jeziorem  niedaleko  uzdrowiska  Mooseville.  Gdy  tylko  nieco  ochłonął,  złożył 

wymówienie  w  redakcji  „Daily  Fluxion"  i  zaczął  przygotowywać  się  do  przeprowadzki  z 

zamiarem  osiedlenia  się  w  Pickax  City,  stolicy  okręgu  odległej  o  trzydzieści  mil  od 

Mooseville. 

Wpierw  jednak  musiał  uporządkować  swoje  sprawy  w  redakcji,  pożegnać  się  z 

kolegami i zjeść na do widzenia lunch z Archem Rikerem. 

background image

Obaj panowie weszli do klubu prasowego, ocierając czoła i skarżąc się na upał. A były 

to dopiero pierwsze gorące dni tego roku. 

-  Będzie mi brakować  ciebie i  reszty ferajny  -  rzekł  Qwilleran  -  ale za tymi upałami 

wcale nie będę tęsknić. Na ratuszu jest trzydzieści pięć stopni. 

- Można by smażyć jajka na płytach chodnikowych - zauważył Arch. 

- W Moose County zawsze wieje przyjemny wietrzyk. Nawet nie trzeba klimatyzacji. 

-  Może  to  i  prawda,  ale  jak  zamierzasz  wytrzymać  czterysta  mil  od  najbliższego 

ośrodka cywilizacji? 

- Chcesz przez to powiedzieć, że dzisiejsze miasta są ośrodkiem cywilizacji? 

- Qwill, spędziłeś niecały miesiąc w tej północnej głuszy, a już zaczynasz przemawiać 

niczym  farmer  hodujący  owce  -  stwierdził  Arch.  -  Dobra,  niech  ci  będzie,  sformułuję  to 

pytanie inaczej. Jak zamierzasz wytrzymać czterysta mil od najbliższego klubu prasowego? 

- Sam nie wiem - przyznał Qwilleran - ale takie są warunki postawione w testamencie 

panny  Klingenschoen.  Mam  spędzić  w  Moose  County  pięć  lat,  w  przeciwnym  razie  stracę 

spadek. 

W  klubie,  gdzie  klimatyzacja  nie  cieszyła  się  bynajmniej  najlepszym  zdrowiem, 

zamówili  kanapki  z  puszkową  wołowiną  oraz  gin  i  tonik  dla  Rikera,  a  dla  Qwillerana 

mrożoną herbatę. 

- A gdybyś zrezygnował z tego spadku - ciągnął Riker - kto go dostanie? 

-  Jakaś  instytucja z New Jersey. Nie będę ukrywał,  Arch, że to  była dla  mnie trudna 

decyzja.  Wcale  nie  byłem  pewien,  czy  mam  ochotę  rzucać  pracę  w  porządnej  gazecie, 

choćbym miał dostać za to nie wiadomo ile pieniędzy. 

- Qwill, jesteś człowiekiem wyjątkowym. Powiedziałbym wręcz, że pomylonym. Nikt 

normalny nie odrzuciłby tylu milionów. 

- Przecież mnie znasz, Arch. Lubię pracować. Lubię być dziennikarzem i lubię kluby 

prasowe. Nigdy nie trzeba mi było do szczęścia dużo forsy, a zawsze uważałem, że nadmiar 

dobytku  stanowi  zbędne  obciążenie.  Jeszcze  nie  wiem,  czy  potrafię  czuć  się  swobodnie, 

mając pieniądze - to znaczy naprawdę duże pieniądze. 

-  Postaraj  się!  -  poradził  mu  Riker.  -  Daj  z  siebie  wszystko  i  nie  zniechęcaj  się 

początkowymi niepowodzeniami. A jakiż to dobytek ma stać ci się kulą u nogi? 

-  Jakieś  skomplikowane  inwestycje.  Biurowce  i  hotele  na  Wschodnim  Wybrzeżu. 

Kilka  centrów  handlowych.  Ziemia  w  Moose  County.  Połowa  głównej  ulicy  w  Pickax.  A 

także  rezydencja  Klingenschoenów  w  Pickax  i  chata  z  bali  w  Mooseville,  gdzie  spędziłem 

wakacje. 

background image

- No to masz pecha. 

-  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  będę  potrzebował  ludzi,  którzy  będą  się  tym  wszystkim 

zajmowali, sprzątali i opiekowali? Ogrodników, strażników i przypuszczalnie sekretarki? Nie 

mówiąc  już  o  księgowym,  doradcy  finansowym,  adwokatach  i  firmie  zarządzającej 

nieruchomościami?  To  nie  w  moim  stylu!  A  oni  będą  chcieli,  żebym  wstąpił  do  Country 

Clubu i nosił garnitury szyte na miarę! 

- Jakoś się o ciebie nie boję, Qwill. Zawsze pozostaniesz sobą. Człowiek przekonany o 

tym, że jego kot ma zdolności paranormalne, nigdy nie nagnie się do konwenansów... Tu jest 

musztarda. Chcesz chrzanu? 

Qwilleran  mruknął  coś  pod  nosem  i  wyciskając  musztardę,  napisał  wielki  znak 

zapytania na swojej wołowinie. 

-  Nigdy  nie  będziesz  nikim  innym,  niż  jesteś,  Qwill  -  ciągnął  dalej  Riker  -  czyli 

sympatycznym  abnegatem.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  wszystkie  twoje  krawaty  są 

pogryzione przez mole? 

- Tak się składa, że lubię moje krawaty - zaprotestował Qwilleran. - Wszystkie zostały 

utkane w Szkocji i wcale nie są zjedzone przez mole. Zanim zamieszkała z nami Yum Yum, 

Koko był nieco sfrustrowany i nabrał wówczas upodobania do gryzienia wełny. 

- Te twoje syjamczyki to para? Myślałem, że są wysterylizowane. 

-  Owszem,  ale  koty  syjamskie  tak  czy  inaczej  bardzo  potrzebują  towarzystwa,  w 

przeciwnym razie stają się neurotyczne i zaczynają wyczyniać dziwne rzeczy. 

W tej chwili przy ich stoliku zatrzymało się dwóch fotografów z „Fluxion", by użalić 

się nad losem Qwillerana. 

- Człowieku, czy wiesz, co cię czeka tam, na północy?  -  rzekł jeden z nich. - Moose 

County to obszar o niskim wskaźniku przestępczości!!! 

- Nic nie szkodzi - odparł Qwilleran. - Od czasu do czasu sprowadzają sobie kogoś od 

nas, żeby tamtejszym gliniarzom za bardzo się nie nudziło. 

Dawno  już  się  przyzwyczaił  do  docinków  dotyczących  jego  zainteresowań 

przestępczością. Wszyscy w branży wiedzieli, że pomógł policji rozwiązać kilka spraw, przy 

czym dodać należy, że najważniejsze tropy i poszlaki wywęszył Koko. 

Qwilleran znów zajął się swoją kanapką, a Riker wypytywał go dalej. 

- Ilu ludzi mieszka w Pickax? 

-  Trzy  tysiące,  do  tego  cztery  tysiące  półciężarówek.  W  mieście  na  jednym 

skrzyżowaniu  jest  nawet  sygnalizacja  świetlna!  Ponadto  mamy  tam  czternaście  kiepskich 

restauracji, dziewiętnastowieczną gazetę i więcej kościołów niż barów. 

background image

-  Mógłbyś  otworzyć  dobrą  restaurację  i  założyć  własną  gazetę  -  teraz,  kiedy  masz 

forsę. 

- Nie, dzięki. Zamierzam napisać książkę. 

- A czy jest tam ktoś, z kim można pogadać? 

- Owszem. Wbrew twoim przypuszczeniom mieszkają tam nie tylko hodowcy owiec. 

Podczas wakacji poznałem kilku nauczycieli, pewnego inżyniera i ładną blondynkę pracującą 

na poczcie, która niestety jest zamężna, oraz parę adwokatów - brata i siostrę, oboje z dużą 

klasą. No i jest jeszcze ta młoda pani doktor, z którą zacząłem się spotykać. Ma takie zielone 

oczy i takie długie rzęsy, jakich w życiu nie widziałeś. Chyba mam u niej pewne szanse, o ile 

prawidłowo odczytuję dawane mi sygnały. 

-  Jak  to  się  dzieje,  że  twoje  kobiety  zawsze  są  od  ciebie  o  połowę  młodsze?  Pewnie 

pociągają je te ogromne wąsiska. 

Qwilleran odruchowo przygładził zarost. 

- Doktor Melinda Goodwinter... to brzmi całkiem nieźle. 

- Trochę jak imię i nazwisko jakiejś postaci z telewizyjnego serialu. 

-  Goodwinter  to  bardzo  znaczące  nazwisko  w  Moose  County.  W  spisie  telefonów 

zajmują  aż  pół  strony,  a  to  nie  byle  co,  bo  cała  książka  telefoniczna  liczy  sobie  stron 

czternaście. Jest to ród wywodzący się z czasów, kiedy zbijano fortuny na kopalniach. 

- A na czym zarabia się teraz? 

- Teraz okręg żyje z rybołówstwa i turystyki. W niewielkim stopniu z rolnictwa. Jest 

tam też trochę lekkiego przemysłu. 

Przez  chwilę  Riker  przeżuwał  swą  kanapkę  w  ponurym  milczeniu.  Tracił  właśnie 

swojego najlepszego dziennikarza i kumpla, z którym chodził na lunche. 

-  Co  będzie,  jeżeli  tam  się  przeprowadzisz,  ale  rozmyślisz  się  przed  upływem  pięciu 

lat? Co wtedy się stanie? 

-  Wszystko  dostaną  ci  z  New  Jersey.  Przez  pięć  lat  cały  majątek  jest  pod 

tymczasowym zarządem, ja zaś przez ten czas otrzymuję tylko odsetki... 

- To znaczy... 

- Po opłaceniu podatków, rocznie ponad milion. 

Riker zakrztusił się piklowanym ogórkiem. 

- No... jakoś z tego wyżyjesz. 

-  Musicie  wpaść  do  mnie  z  Rosie  na  tydzień  czy  dwa.  Świeże  powietrze,  cisza  i 

spokój,  bezpieczna  okolica.  Wiesz,  w  Pickax  nikt  nikogo  nie  napada  na  ulicy  i  nie  ma  tam 

psychopatycznych morderców - skinął na kelnerkę, prosząc o rachunek.  

background image

-  Tylko  nie  spodziewaj  się,  że  zapłacę  za  twój  lunch.  Nie  dostałem  z  tego  spadku 

jeszcze ani centa. Nie, nie zdążę już wypić kawy. Muszę jechać na lotnisko. 

- Jak długo tam się leci? 

-  Całą  wieczność!  Trzeba  przesiadać  się  dwa  razy,  a  do  samego  Pickax  latają  tylko 

małe, jednosilnikowe samoloty, które zabierają na pokład zaledwie kilka osób. 

Uścisnął  jeszcze  pospiesznie  dłonie  kilku  znajomych  z  klubu,  nie  obyło  się  też  bez 

poklepywania  po  plecach;  następnie  Qwilleranowi  wręczono  całkiem  pokaźnych  rozmiarów 

torbę  z  wałówką  w  prezencie  od  kucharzy  i  dziennikarz  głośno  powiedział  wszystkim 

obecnym do widzenia - nie bez żalu... 

Jego samolot wystartował o trzeciej. 

Podczas  lotu  Qwilleran  rozmyślał  o  pożegnalnej  rozmowie  z  Archem  Rikerem. 

Przyjaźnili się od bardzo, bardzo dawna i często rozumieli się bez słów. Tego dnia Arch był 

wyjątkowo  przygnębiony.  Zazwyczaj  redaktor  nie  przejmował  się  niczym  i  do  wszystkiego 

podchodził  z  dystansem,  jak  przystało  na  dziennikarskiego  wygę,  nie  stroniąc  od 

dobrodusznego  humoru.  Dzisiaj  jednak  wyraźnie  coś  go  trapiło.  Qwilleran  czuł,  że  nie 

chodziło tu tylko o jego wyjazd na północ. 

Podczas  lotu  nie  wydarzyło  się  nic  ciekawego,  maszyna  wylądowała  gładko,  a  na 

dawnym  pastwisku, które służyło  obecnie jako długoterminowy parking lotniska, samochód 

Qwillerana czekał na niego tam, gdzie go zostawił. Nikt nie pociął opon i nie włamał się przy 

użyciu łomu do bagażnika. Jadąc z lotniska, spoglądał na mijające go pojazdy: jak przystało 

na  Moose  County,  półciężarówek  -  często  przystosowanych  do  jazdy  w  terenie  -  było  co 

najmniej dwa razy więcej niż zwykłych samochodów osobowych. 

Temperatura  była  idealna.  Cieszył  się,  że  uciekł  od  upałów  i  wielkomiejskiego 

zgiełku. Jednak gdy dojeżdżał już do Mooseville, dobrze znany niepokój zaczął dawać mu się 

we znaki. Co też mogło zdarzyć się pod jego nieobecność? 

Zostawił Koko i Yum Yum samych w chacie nad jeziorem. Dwa razy dziennie miała 

tam zaglądać pewna pani, by je karmić i dawać świeżą wodę do picia, a także trochę z nimi 

porozmawiać. Jednak czy tej kobiecie można było ufać? A co, jeśli złamała nogę i nie mogła 

przyjść?  Czy  kotom  wystarczy  wody?  Jak  długo  mogą  żyć  bez  jedzenia?  A  jeśli  przez 

niedopatrzenie  wypuściła  je  z  chaty,  a  one  uciekły?  Koko  i  Yum  Yum  były  kotami 

domowymi,  miejskimi.  Miały  raczej  niewielkie  szanse  na  przeżycie  w  naturze.  Czy 

potrafiłyby obronić się przed drapieżną sową albo jastrzębiem? Kto wie, może w tych lasach 

są  wilki?  Koko  walczyłby  do  upadłego,  na  śmierć  i  życie,  ale  maleńka  Yum  Yum  jest 

przecież taka delikatna, taka bezradna... 

background image

Tak  więc  drzwi  domku  letniskowego  Qwilleran  otworzył  bardzo  zdenerwowany  i 

niespokojny.  Koty  były  w  domu,  całe  i  zdrowe.  Siedziały  na  dywaniku  przed  kominkiem, 

tyłem  do  siebie,  niczym  podpórki  na  książki  po  obu  stronach  półki.  Sprawiały  wrażenie 

zadowolonych z życia, a w dodatku wyraźnie przytyły. 

-  Wy  bestie!  -  zawołał.  -  Jak  ją  namówiłyście,  żeby  dawała  wam  więcej  niż  trzeba? 

Jesteście winne grzechu obżarstwa! 

Był  lipiec  i  mocne  popołudniowe  słońce  wpadało  przez  okna  chaty,  rozświetlając 

kocie  futra  i  tworząc  wokół  winnych  poświatę  na  kształt  całkiem  niezasłużonej  aureoli. 

Pozycja obu kotów wyrażała niewzruszoną pewność siebie, brązowe uszy sterczały ku górze, 

nadając wyzywający wyraz ich pyszczkom, brązowym maseczkom, z których spoglądały na 

niego  nieprzeniknione  błękitne  oczy.  Kto  ośmiela  się  krytykować  postępowanie  ich 

królewskich mości? To zakrawa na zniewagę kociego majestatu! 

- Wcale nie czuję się onieśmielony, ani trochę  - powiedział - więc darujcie sobie ten 

wyniosły  wyraz  twarzy,  oboje!  Mam  dla  was  wiadomość,  moje  zwierzaki.  Jutro  rano 

przeprowadzamy się do Pickax. 

Oba  koty  syjamskie  były  gorącymi  zwolennikami  utrzymania  status  quo  i 

zdecydowanie nie lubiły zmieniać adresu. Tym niemniej wczesnym rankiem następnego dnia 

Qwilleran  zdołał  zapakować  je  oraz  ich  dobytek  do  samochodu  i  dowieźć  do  odległej  o 

trzydzieści mil w głąb lądu rezydencji Klingenschoenów; podczas wyprawy tej towarzyszył 

mu nieustający protest - z częstotliwością około czterdziestu wrzasków na kilometr. 

Historyczna  rezydencja  K,  jak  nazywali  ją  w  skrócie  miejscowi,  położona  była  przy 

Pickax Circle, będącej odnogą Main Street okalającą niewielki park. W pobliżu wznosiły się 

dwa kościoły, sąd okręgowy i miejska biblioteka, jednak żaden z tych ' budynków nie miał w 

sobie tego dostojeństwa co stuletnia budowla, siedziba rodu Klingenschoenów. 

Wielka, kanciasta, o solidnym wyglądzie, zbudowana z kamienia - królowała pośród 

schludnie przystrzyżonych trawników. Do frontowego wejścia prowadził kolisty podjazd; od 

tyłu  inny  podjazd  wiódł  do  znajdującej  się  tam  starej  wozowni,  również  zbudowanej  z 

kamienia polnego połyskującego w słońcu kryształkami kwarcu. 

Qwilleran zajechał pod swój nowy dom właśnie z tej strony. Wiedział, że zgodnie ze 

zwyczajem panującym w tym mieście, w którym nie obawiano się złodziei, drzwi kuchenne 

będą otwarte. 

Czym prędzej zaniósł oboje wyrywających się gwałtownie podopiecznych do wielkiej 

kuchni, ułożył ich błękitną poduszkę na lodówce i wytłumaczył im, że teraz woda pitna oraz 

kuweta znajdować się będzie w sąsiadującej z kuchnią pralni. Polecił im, by były grzeczne, 

background image

zamknął jedne i drugie drzwi kuchenne, a potem wniósł resztę bagaży, spoglądając co chwilę 

na  zegarek.  Obie  walizki  powędrowały  na  górę,  przybory  do  pisania  zaś,  wliczając  w  to 

antyczną  maszynę  do  pisania  oraz  ważący  ponad  sześć  kilo  słownik  o  mocno  zniszczonej 

okładce, rozłożył na stole w bibliotece. 

Już  przedtem  Qwilleran  był  pod  wrażeniem  bogatego  wyposażenia  domostwa,  lecz 

teraz spoglądał na nie okiem właściciela: wysoka sień ze wspaniałymi schodami; sala jadalna 

mogąca  pomieścić  szesnaście  osób;  salon  z  dwoma  kominkami,  dwoma  wielkimi, 

kryształowymi  kandelabrami  i  imponujących  rozmiarów  starym  fortepianem;  oszklona  z 

trzech  stron  oranżeria...  Przyszło  mu  do  głowy,  że  ogrzanie  tego  wszystkiego  zimą  musi 

kosztować majątek. 

Dokładnie  o  umówionej  godzinie  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi,  oznajmiając 

przybycie przedstawicieli kancelarii prawniczej „Goodwinter & Goodwinter", działającej już 

od  trzech  pokoleń.  Obecnie  prowadził  ją  Alexander  Goodwinter  i  jego  siostra,  Penelope. 

Oboje  mieli  prawdopodobnie  po  trzydzieści  kilka  lat,  jednak  ich  sztywny,  formalny  sposób 

bycia  sprawiał,  że  wyglądali  na  starszych.  Jak  wszyscy  Goodwinterowie  mieli 

patrycjuszowskie  rysy  i  jasne  włosy,  przy  tym  jak  na  Pickax,  gdzie  zazwyczaj  noszono 

dżinsy, Tshirty i czapki z daszkiem, byli zaskakująco elegancko ubrani. 

-  Dopiero  co  przyjechałem  -  powiadomił  ich  Qwilleran.  -  Od  teraz  jesteśmy  już 

mieszkańcami Pickax. Przyleciałem z Nizin zeszłej nocy. 

Mianem Nizin określano w Pickax zurbanizowaną południową część stanu. 

-  Miło  mi  powitać  pana  w  Moose  County  -  rzekł  Alexander  Goodwinter  wielce 

oficjalnym  tonem  -  jestem  też  przekonany,  że  przemawiam  w  imieniu  całej  tutejszej 

społeczności.  Obierając  bezzwłocznie  nasze  miasto  za  swą  siedzibę,  wyświadcza  nam  pan 

wielką  przysługę.  Pańska  obecność  wpłynie  pozytywnie  na  publiczną  opinię  dotyczącą 

ostatniej  woli  panny  Klingenschoen,  która  jak  dotąd  nie  była  -  hm  -  zbyt  przychylna. 

Pragniemy wyrazić wdzięczność za podjęcie tej trafnej decyzji. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział Qwilleran. - Może wejdziemy do 

biblioteki, żeby porozmawiać? 

- Chwileczkę! - Alexander uniósł dłoń, powstrzymując go. - Celem naszych odwiedzin 

- ciągnął tym samym tonem - jest po prostu zapewnić, by pańskie przenosiny przebiegły w jak 

najwyższy,  godniejszy  sposób.  Ku  memu  ubolewaniu  muszę  pana  opuścić,  i  spieszę  się  na 

samolot  do  Waszyngtonu,  zostawiam  jednak  pana  w  dobrych  rękach  mojej  siostry  i 

wspólniczki. 

background image

Takie  postawienie  sprawy  jak  najbardziej  Qwilleranowi  odpowiadało.  Wspólniczka 

Alexandra  była  dla  niego  fascynującą  i  zagadką.  Była  pełna  wdzięku,  ale  wdzięku 

wyniosłego, na dystans. Miała olśniewający uśmiech i urocze dołeczki w policzkach, jednak 

zaletami tymi posługiwała się jedynie w kwestiach dotyczących interesów. A jednak kiedyś 

zdarzyło mu się ją widzieć w zupełnie innym, swobodniejszym nastroju, jedynym zaś śladem 

wskazującym  na  przyczyny  jej  niespodziewanie  przyjaznego  nastawienia  był  leciutki 

zapaszek  pastylek  miętowych.  Penelope  budziła  jego  ciekawość  i  jako  osoba  niełatwa  do 

rozszyfrowania stanowiła wyzwanie.  

Na pożegnanie Alexander oznajmił jeszcze: 

-  Po  moim  powrocie  musi  pan  koniecznie  zjeść  z  nami  obiad  w  klubie;  być  może 

pozwoli  pan  również,  że  polecę  panu  swojego  fryzjera,  krawca  i  jubilera  -  zerknął  na 

znoszony sweter i nie przystrzyżone wąsy swojego klienta. 

-  Tak  naprawdę  -  powiedział  Qwilleran  -  potrzebuję  weterynarza,  chodzi  o  zastrzyki 

prewencyjne i profilaktykę dentystyczną.    

- Ach... tak... tak, oczywiście - zapewnił go prawnik. 

Odjechał  na  lotnisko,  a  Qwilleran  zaprosił  Penelope  do  biblioteki,  po  drodze  z 

przyjemnością wdychając zapach jej perfum - subtelnie kobiecych, a zarazem licujących z jej 

profesjonalną  powagą.  Zwrócił  też  uwagę  na  jedwabny  letni  kostium,  doskonale  skrojony. 

Miała  figurę  modelki.  Zaczął  zastanawiać  się,  co  taka  kobieta  robi  w  tej  zapadłej  dziurze, 

grzebiąc się w prawnych szpargałach. Postanowił sobie, że z czasem wyjaśni tę kwestię. 

W  bibliotece  ciepłe  kolory  dywanów  z  Buchary,  skórzane  fotele  i  tysiące  książek 

tworzyły  przytulny  nastrój.  Prawniczka  siadła  na  obitej  krwistoczerwoną  skórą  sofie,  a  gdy 

Qwilleran zajął miejsce obok niej, szybko postawiła między nimi swoją teczkę. 

- To miejsce powinno pana zainspirować do pracy literackiej - zauważyła, spoglądając 

na półki z książkami oraz popiersia Szekspira i Homera. - Naprawdę używa pan tej maszyny 

do pisania? Może warto by pomyśleć o kupnie komputera, panie Qwilleran? 

Jako  osobnik  z  natury  oszczędny  nie  znosił,  gdy  ktoś  doradzał  mu,  co  ma  zrobić  z 

własnymi pieniędzmi, jednak tym razem jego irytację złagodził piękny uśmiech Penelope. 

Potem zaś zmarszczyła brwi na widok wielkiej księgi o zszarganej okładce. 

- Nowy słownik też by się panu przydał. Ten pański chyba używany jest już od bardzo 

dawna. 

- Tak się składa, że pełni on funkcję drapaka dla kotów - wyjaśnił Qwilleran. - Nie ma 

nic lepszego od trzeciego, rozszerzonego wydania słownika, jeśli chodzi o ścieranie pazurów. 

background image

Prawniczka przez moment utraciła zawodową pewność siebie, dopiero po chwili na jej 

twarz powrócił profesjonalny uśmiech. Otworzyła teczkę. 

-  Głównym  powodem  naszego  dzisiejszego  spotkania,  panie  Qwilleran,  jest 

konieczność  omówienia  ustaleń  finansowych.  Punkt  pierwszy:  co  prawda  postępowanie 

spadkowe potrwa jeszcze przez rok albo i dłużej, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by 

przyspieszyć  uwierzytelnienie  testamentu.  Tymczasem  wszelkimi  wydatkami  związanymi  z 

utrzymaniem  domu,  wypłatą  wynagrodzeń  dla  pracowników,  mediami,  podatkami, 

ubezpieczeniem i temu podobnymi - zajmie się nasza kancelaria. Rachunki przychodzić będą 

bezpośrednio do nas, co oszczędzi panu wielu niewygód. Punkt drugi: był pan tak uprzejmy, 

że zerwał pan swoje powiązania z „Daily Fluxion" i od razu zamieszkał pan tutaj, tym samym 

odcinając  sobie  źródło  dochodów.  Wobec  zaistniałej  sytuacji  ustaliliśmy  z  bankiem,  że  na 

pański  rachunek  wpływać  będzie  kilka  tysięcy  miesięcznie  -  to  znaczy  do  momentu,  kiedy 

zakończy  się  postępowanie  spadkowe,  bo  potem  wpływać  będą  znacznie  większe  sumy. 

Szczegóły dotyczące tego konta możemy ustalić z panem Fitchem, przedstawicielem zarządu 

powierniczego  ze  strony  banku.  Gdyby  potrzebował  pan  nowego  samochodu,  również  on 

będzie mógł się tym zająć. Czy odpowiada to panu, panie Qwilleran? 

- Brzmi to całkiem rozsądnie - stwierdził niedbałym tonem. 

- Punkt trzeci: nasze biuro zajmie się utrzymaniem domu i ogrodu, będzie pan jednak 

potrzebował  gospodyni  i  dochodzącej  służby,  a  doboru  tego  typu  personelu  powinien  pan 

dokonać osobiście. Nasza sekretarka z przyjemnością przyśle do pana osoby zainteresowane 

podjęciem tej pracy. 

Qwilleran siedział naprzeciw drzwi; ku swemu zdumieniu w pewnej chwili ujrzał kota 

przemaszerowującego  obok  drzwi  biblioteki  -  z  wysoko  zadartym  ogonem,  w  sobie  tylko 

wiadomym  celu  zmierzającego  dokądś  zdecydowanym  krokiem.  Zamknął  przecież  oba 

zwierzaki  w  kuchni,  a  jednak  Koko  bez  trudu  udało  się  otworzyć  drzwi  i  zabrał  się  do 

zwiedzania budynku. 

-  Punkt  czwarty:  służbówki  w  wozowni  popadły  w  ruinę  i  trzeba  je  odnowić  - 

oczywiście  koszty  pokryje  zarząd  z  masy  spadkowej.  Czy  zgodzi  się  pan,  żeby  renowację 

zaplanowała nasza projektantka wnętrz? 

- Hm... tak... nie mam nic przeciwko temu - przystał na tę propozycję Qwilleran. 

W myślach dokonywał inwentaryzacji znajdujących się w domu kruchych i tłukliwych 

przedmiotów. W każdej chwili spodziewał się usłyszeć głośny trzask. 

- Ma pan jakieś pytania, panie Qwilleran? Czy możemy coś dla pana zrobić? 

background image

-  Tak,  panno  Goodwinter  -  rzekł,  odwracając  myśli  od  grożącej  katastrofy.  - 

Chciałbym postawić sprawę jasno. Punkt pierwszy: nie trzeba mi bardzo wielu pieniędzy. Nie 

chcę  jachtu  ani  prywatnego  odrzutowca.  Nie  interesują  mnie  kruczki  prawne  ani  szczegóły 

rozliczeń finansowych. Pragnę tylko móc spokojnie pisać i żeby w miarę możności mi w tym 

nie przeszkadzano. 

Prawniczka przyglądała mu się z ostrożnym niedowierzaniem. 

-  Punkt  drugi,  panno  Goodwinter:  kiedy  zakończy  się  postępowanie  spadkowe, 

chciałbym  powołać  do  życia  Fundację  Klingenschoenów,  która  zajmie  się  dystrybucją 

nadliczbowych  dochodów  na  terenie  Moose  County.  Organizacje  oraz  osoby  indywidualne 

będą mogły ubiegać się o subwencje, stypendia, kredyty dopomagające w rozwoju firmy i tak 

dalej - wie pani, co mam na myśli. 

- Och, panie Qwilleran! Cóż za niewiarygodna szczodrość! - zakrzyknęła prawniczka. 

- I co za doskonały pomysł! Nie muszę mówić, jak wiele to znaczy dla morale i perspektyw 

rozwoju  ekonomicznego  Moose  County!  Co  więcej,  uciszy  pan  w  ten  sposób  tych,  którzy 

spodziewali  się  legatów  i  spotkało  ich  rozczarowanie.  Czy  możemy  od  razu  powiadomić 

gazetę o pańskich zamysłach? 

- Ależ proszę bardzo. Jeśli chodzi o szczegóły, liczę na waszą kancelarię. Moglibyśmy 

zacząć  od  basenu  olimpijskiego  dla  liceum;  wiem  też,  że  miłośnicy  nurkowania  potrzebują 

wsparcia  przy  tworzeniu  rezerwatu  wodnego,  a  biblioteka  miejska  nie  otrzymała  ani  jednej 

nowej książki mniej więcej od czasów pierwszego wydania „Przeminęło z wiatrem”. 

- Kiedy Alex wróci z Waszyngtonu, pańska wspaniałomyślna propozycja znajdzie się 

na samym szczycie naszej listy spraw do załatwienia. Zadzwonię do niego jeszcze dzisiaj, by 

przekazać mu tę dobrą wiadomość. 

-  Możemy  więc  przejść  do  punktu  trzeciego  -  ucieszył  się  Qwilleran.  -  Czy  zje  pani 

dziś ze mną lunch? 

-  Dziękuję,  panie  Qwilleran,  byłoby  mi  niezwykle  miło,  niestety  jednak  jestem  już 

umówiona - olśniewający uśmiech natychmiast zniknął z jej ust. 

- To może na kolację któregoś innego wieczoru w tym tygodniu? 

-  Z  przyjemnością  przyjęłabym  to  zaproszenie,  ale  kiedy  Aleksa  nie  ma  w  mieście, 

pracuję  do  późnych  godzin  wieczornych.  Wie  pan,  muszę  wykonywać  pracę  za  siebie  i  za 

niego. Może innym razem. 

Na jej słowa nałożyły się nagle dźwięki muzyki dobiegające z salonu - kilka czystych 

nutek odegranych na starym fortepianie. 

- Kto to gra? - spytała ostrym tonem. 

background image

-  Jeden  z  moich  kotów  -  wyjaśnił  rozbawiony  Qwilleran.  -  Na  razie  używa  tylko 

białych klawiszy. Kiedy odkryje czarne, to dopiero będzie zabawa! 

Prawniczka spoglądała na niego podejrzliwie. 

Harmonijny dźwięk nie zaskoczył Qwillerana. Wiedział, że Koko nigdy nie skoczyłby 

na klawiaturę,  wydając  przy tym  kakofoniczny łoskot. Na coś takiego mógł  sobie pozwolić 

tylko zwykły kot. Nie, Koko stanął tylnymi łapami na stołeczku i wyciągnął się, by sięgnąć 

klawiszy,  naciskając  kilka  z  nich  na  próbę  miękką,  aksamitną  łapką.  Zaspokoił  ciekawość, 

zeskoczył i udał się na dalsze zwiedzanie domu. 

Koko  odegrał  cztery  nuty:  G,  C,  E,  G.  Qwilleran  znał  nuty,  ponieważ  jako  chłopiec 

został zmuszony do lekcji gry na pianinie, choć zdecydowanie wolałby w tym czasie ćwiczyć 

uderzenie  kijem  bejsbolowym.  Rozpoznał  melodyjkę  jako  początkową  frazę  piosenki  

bicycle builtfortwo. 

-  Ten  popis  fortepianowy  przypomina  mi  o  punkcie  czwartym  -  zwrócił  się  do 

prawniczki.  -  Drzwi  w  tym  domu  są  tak  stare,  że  nie  można  ich  porządnie  zamknąć.  Ja  zaś 

chciałbym móc w razie potrzeby umieścić bezpiecznie oba koty syjamskie w kuchni. 

- Nie ma problemu, panie Qwilleran - odparła. -  Przyślemy Bircha Trevelyana, który 

dokona  niezbędnych  napraw.  Przekona  się  pan,  że  to  znakomity  fachowiec,  trzeba  tylko 

wykazać się niejaką cierpliwością, bo o wiele bardziej lubi łowić ryby niż pracować. 

- Jeszcze jedno, panno Goodwinter. Wiem, że w Pickax nie jest przyjęte, by zamykać 

na  klucz  drzwi  kuchenne,  ale  ten  dom  pełen  jest  wartościowych  przedmiotów.  Biorąc  pod 

uwagę  napływ  turystów  z  Nizin,  nie  sposób  przewidzieć,  kto  tu  będzie  się  kręcił  i  na  jaki 

pomysł  wpadnie.  Uważam,  że  wy  tutaj  jesteście  zbyt  ufni.  W  tamtych  drzwiach  co  prawda 

jest zamek, ale nie ma do niego klucza. 

- Trzeba będzie zamontować nowy zamek - stwierdziła. - Proszę omówić to z Birchem 

Trevelyanem. Jeśli pojawi się jakiś inny problem tego rodzaju, proszę zwracać się do niego 

bez wahania. 

Po  jej  odejściu  Qwilleran  zastanawiał  się,  jaki  był  prawdziwy  powód  tego,  że 

odrzuciła  jego  zaproszenie.  Większość  kobiet  odnosiła  się  zazwyczaj  do  takich  jego 

propozycji nader przychylnie. Przygładził wąsy, wspominając dawne sukcesy. Czy Penelope 

starała się utrzymać profesjonalny dystans wobec klienta? Umawiał się na kolację ze swoją 

lekarką,  czemu  nie  miałby  nawiązać  bliższych  stosunków  również  ze  swą  prawniczką? 

Zastanawiał  się  też,  dlaczego  przesuwała  językiem  po  wargach  za  każdym  razem,  gdy 

wspominała o tym Birchu... którego nazwisko natychmiast zapomniał. 

background image

Rozejrzał się za kotami. Koko został w jadalni; obwąchiwał właśnie króliki, i bażanty 

wyrzeźbione  na  drzwiach  wielkiego  kredensu.  Yum  Yum  przekradła  się  ostrożnie  przez 

kuchnię  i  zwiedzała  oranżerię,  w  której  miała  do  dyspozycji  małą  dżunglę  kauczukowców, 

poduszki  na  wiklinowych  krzesłach  oraz  panoramiczny  widok  na  park  i  ptaki  fruwające 

pośród gałęzi drzew. 

Qwilleran  uznał,  że  pora  zwiedzić  budynek,  w  którym  niegdyś  mieściły  się  stajnie  i 

powozownia.  Teraz  przerobiono  go  na  garaż  dla  czterech  samochodów.  Oprócz  jego 

własnego samochodziku i limuzyny panny Klingenschoen stał tam jeszcze zardzewiały rower 

ze sflaczałymi oponami, ponadto zaś można było podziwiać kolekcję narzędzi ogrodniczych, 

których  przeznaczenie  było  całkiem  niezrozumiałe  dla  przybysza  z  betonowej  miejskiej 

pustyni. 

Na  górę  wchodziło  się  po  schodkach,  znajdowały  się  tam  dwa  mieszkania.  W 

dawnych  czasach,  kiedy  zatrudniano  mnóstwo  służby,  mogły  służyć  dwóm  rodzinom  -  na 

przykład  w  jednym  mieszkaniu  mógł  mieszkać  lokaj  i  kucharka,  a  w  drugim  gospodyni  i 

szofer. W pierwszym z nich odrapane ściany i zniszczone meble stanowiły żałosny kontrast 

wobec wspaniałości rezydencji. Natomiast w drugim...! 

Tutaj  natychmiast  po  wejściu  do  wewnątrz  zmysł  wzroku  porażała  istna  feeria 

kolorów. Ściany i  sufit  pokryte były  graffiti  we  wszystkich barwach, jakie można dostać w 

spreju.  Gigantyczne  kwiaty  przypominające  stokrotki  pokrywały  wszystkie  płaszczyzny,  z 

nimi  zaś  splecione  były  serca,  inicjały  i  wielkie  litery  LUV  -  „miłość"  w  nieortodoksyjnej 

pisowni. 

Jarmarczne  kolory  były  zarazem  tak  silną  ekspresją  osobowości  kogoś,  kto  to 

wszystko  namalował,  że  Qwilleran  niemal  spodziewał  się,  iż  dawna  mieszkanka  zaraz 

wyjdzie spod prysznica. Jak mogła wyglądać? „Roztrzepana blondynka" - to od razu przyszło 

mu  do  głowy,  ale  odrzucił  tę  wizję  jako  anachroniczną.  Z  pewnością  farbowała  włosy  na 

zielono i nie pokazywała się bez ekstrawaganckiego makijażu. Choć z drugiej strony trudno 

było sobie wyobrazić kogoś noszącego zielone włosy w Pickax, zwłaszcza jeśli ten ktoś pełnił 

obowiązki pokojówki w rezydencji K. 

Jak  można  było  mieszkać  pośród  tak  dzikich  barw?  A  jednak  wysprejowany  fresk 

zdradzał  niewątpliwy  talent  plastyczny.  Pojawiające  się  na  nim  motywy  wyraźnie 

zakomponowane były w przemyślany sposób, trochę jak turecki szal albo orientalny dywan. 

Qwilleran  wiedział,  że  poprzednia  właścicielka  majątku  zatrudniała  tylko  dozorcę, 

więc... kim była owa nieznana artystka? Jak dawno temu stworzyła te monstrualne stokrotki? 

background image

Dotknął wąsów.  Zawsze jeżyły się nieco, kiedy wpadł na coś znaczącego. Teraz zaś 

przypomniał  sobie  melodyjkę,  którą  Koko  odegrał  na  fortepianie.  Zanucił  cztery  nutki  i 

przypomniały mu się słowa piosenki. „Daisy, Daisy!" Daisy, czyli stokrotka. Zdumiewający 

zbieg okoliczności. No właśnie, czy aby na pewno tylko zbieg okoliczności? 

background image

 

Rozdział trzeci 

Trójka  nowych  mieszkańców  rezydencji  K  z  wolna  przyzwyczajała  się  do  nader 

radykalnej  zmiany  warunków  swego  bytowania.  Qwilleran  wybrał  sobie  apartament 

sypialniany,  który  przypadł  mu  do  gustu  -  urządzony  w  osiemnastowiecznym  angielskim 

stylu  z  komodami  i  komódkami  chippendale  tudzież  łożem  zaopatrzonym  w  baldachim  -  i 

nauczył  się  podgrzewać  wodę  w  supernowoczesnej,  doskonale  wyposażonej  kuchni,  dzięki 

czemu mógł przyrządzić sobie rozpuszczalną kawę. Yum Yum zaanektowała oranżerię jako 

swoje  terytorium.  Usposobiony  badawczo  Koko,  który  zwiedził  luksusową  posiadłość  od 

piwnic aż po dach, wreszcie obrał za swe królestwo schody. Mógł z nich obserwować drzwi 

frontowe, pod jego kontrolą znajdowała się cała sień - toteż wiedział dokładnie, kto i dokąd 

się udaje - strzegł też tam dostępu na piętro i mógł nasłuchiwać dźwięków dochodzących z 

kuchni.  Stamtąd  właśnie  przyglądał  się  kolejnym  kandydatkom  pragnącym  objąć  funkcję 

gospodyni. 

W  swej  dziennikarskiej  karierze  Qwilleran  przeprowadzał  wywiady  z  premierami, 

chłopcami  na  posyłki,  hollywoodzkimi  starletkami,  włóczęgami,  podstarzałymi  wdowami, 

gwiazdami  rocka,  przestępcami  skazanymi  za  gwałt  i...  zapomniał  już,  z  kim  jeszcze,  ale 

nigdy dotąd nie zdarzyło mu się przeprowadzać rozmowy z potencjalnym pracownikiem. 

-  Musisz  mi  pomóc  -  zwrócił  się  do  Koko.  -  Inaczej  nie  dam  rady.  Musi  lubić  koty, 

znośnie gotować, umieć zadbać o antyczne meble, no i musi być miła. Tylko żeby nie była za 

bardzo miła! 

Koko zmrużył oczy na znak zgody i przyzwolenia. 

Pierwszą  kandydatką  była  siwowłosa  niewiasta,  która  przedstawiła  imponujący 

życiorys i wspaniałe referencje, jednak nie mogła już nosić ciężkich przedmiotów, wchodzić 

po schodach ani też stać przez czas dłuższy niż kilka minut. 

Druga rzuciła tylko okiem w stronę schodów i wrzasnęła: 

- To jest kot? Nienawidzę kotów! 

-  Jak  na  razie,  dwa  do  zera  -  skomentował  to  Qwilleran,  zwracając  się  do  swego 

współpracownika zasiadającego na schodach. 

Potem pojawiła się trzecia kandydatka. 

Była to młoda dziewczyna o różowych policzkach i jasnych oczach, ubrana w dżinsy i 

T-shirt. Widać było, że jest silna i zdrowa. Jej sposób poruszania się wskazywał, że bardziej 

background image

przyzwyczajona jest do chodzenia po polu niż po orientalnych dywanach. Qwilleran bez trudu 

mógł sobie wyobrazić, jak doi krowy, przynosi posiłek strudzonym robotnikom podczas żniw 

lub figluje w stosie siana. 

Rozmowa  odbyła  się  w  hallu,  gdzie  znajdował  się  specjalny  kącik  przeznaczony  do 

przyjmowania  przygodnych  gości.  Stało  tam  kilka  francuskich  krzeseł  wokół  ozdobnej 

konsolki, pod lustrem oprawnym w złoconą rzeźbioną ramę. Dziewczyna siadła spokojnie na 

krawędzi  rokokowej  berżerki  z  czasów  Ludwika  XV,  ale  jej  oczy  wciąż  wędrowały, 

odnotowując każdy szczegół wyposażenia wnętrza. 

Przedstawiła się jako Tiffany. 

- Ładny dom - stwierdziła. 

- Tiffany? A jak dalej? - spytał Qwilleran. - Chodzi mi o nazwisko - wyjaśnił, widząc 

jej wahanie. 

- Trotter. 

- Jakie ma pani doświadczenie w zajmowaniu się domem? 

-  Robiłam  już  wszystko  -  jej  spojrzenie  przesunęło  się  po  schodach,  obitych  żółtą 

skórą ścianach hallu i zatrzymało się przez chwilę na antycznym zegarze. 

Qwilleranowi  przyszło  do  głowy,  że  albo  ma  do  czynienia  z  kimś  wysłanym  na 

przeszpiegi  przez  firmę  zainteresowaną  kupnem  mebli  po  okazyjnych  cenach,  albo  z 

wywiadowczynią  jakiejś  szajki  złodziei  z  Nizin  przebraną  za  wieśniaczkę.  Gdyby  w 

najbliższej przyszłości miało się zdarzyć coś nieprzyjemnego, Tiffany Trotter znalazłaby się z 

całą  pewnością  w  kręgu  podejrzanych.  Niemożliwe,  żeby  wiejska  dziewczyna  naprawdę 

miała tak na imię. 

-  Od  jak  dawna  zajmuje  się  pani  tego  rodzaju  pracą?  -  na  oko  mogła  mieć  najwyżej 

dwadzieścia lat. 

- Przez całe życie. Zajmowałam się domem mojego ojca, zanim powtórnie się ożenił. 

- A teraz pani gdzieś pracuje? 

- Dorywczo. Opiekuję się krowami i pomagam ojcu przy sianokosach. 

- Opiekuje się pani krowami? Dorywczo? - Qwilleran starał się nie pokazać po sobie 

zdziwienia. - Ma pani wielu klientów? 

Wzruszyła ramionami. 

-  Trochę  ich  jest.  Niektórzy  trzymają  krowę,  a  kiedy  wyjeżdżają  na  wakacje, 

przychodzę  dwa  razy  dziennie,  żeby  ją  wydoić  i  nakarmić,  i  wyczyścić.  Teraz  zajmuję  się 

dżersejką  Lanspeaków.  Pojechali  na  Hawaje  -  pierwszy  raz  podczas  tej  rozmowy  Tiffany 

background image

ożywiła się, mówiła teraz z autentycznym błyskiem w oku. - Strasznie lubię dżersejki. A ta to 

dopiero charakterek. Ma na imię Stefania. 

Lanspeakowie byli właścicielami lokalnego domu towarowego. 

- A po co krowa państwu Lanspeak? - zdziwił się Qwilleran. 

- Świeże mleko jest najlepsze - odpowiedziała dziewczyna z przekonaniem w głosie. - 

No i lubią domowe masło i domowy ser. 

Tiffany zostawiła swój numer telefonu i odjechała, oczywiście półciężarówką. 

Po niej pojawiła się pani Fulgrove, mizerniutka i chuderlawa niewiasta, która jednak 

aż pulsowała energią - choć może było to tylko zdenerwowanie? Nie czekając, aż spyta ją o 

cokolwiek, wyrzuciła z siebie: 

- Ja tam to nie chcę być gospodyni, co mieszka u pana w domu, bo to nie po bożemu, 

bo  ja  jestem  wdowa,  a  pan  kawaler,  ale  mówią,  że  pan  to  nie  pije,  więc  ja  to  mogę  robić 

pranie i prasowanie trzy dni w tygodniu, bo tak to się ugodziłam, kiedy stara pani jeszcze żyła 

i musiałam robić za dwóch, bo ta, co tu była na stałe, to nawet palcem nie kiwnęła, jeśli nie 

nagadałam na nią starej pani, bo teraz ci młodzi to tylko piją, palą i tańczą, i inne takie, a ja to 

się  cieszę,  że  urodziłam  się  w  czasach,  kiedy  ludzie  się  szanowali,  więc  ja  zawsze  pracuję 

sześć dni w tygodniu i chodzę co niedziela do kościółka, trzy razy. 

Qwilleran odpowiedział: 

- To się chwali, to się chwali, pani Fulgrove. A jak się nazywała ta dziewczyna, która 

zatrudniona była tu na stałe? 

-  To  była  jedna  z  tych,  no,  miała  na  nazwisko  Muli,  taka  tam  dziewucha,  a  żaden  z 

nich się nigdy nie szanował, nie żebym miała jakieś' ploty rozpowiadać, bo jestem pobożna 

kobieta, prawdę mówię, a stara pani to chciała się jej pozbyć, ale ona sama sobie poszła, a jaki 

bałagan  zostawiła  w  swoim  pokoju,  i  te  diabelskie  malunki  na  ścianach,  i  taki  brud  i 

nieporządek, a na to stara pani zła była jak osa, ale powiedziała tylko: „dobrze się stało, nie 

powiem";  postrzelona  była,  jak  inne  tam  takie,  ale  szlajała  się  i  po  nocach  włóczyła,  a 

pracować jej się nie chciało, nawet musiałam po niej sprzątać, kiedy uciekła. 

Zanotował numer telefonu - do sąsiada, bo pani Fulgrove nie miała własnego numeru - 

po  czym  kobiecina  wyszła  z  domu  stanowczym  krokiem,  patrząc  prosto  przed  siebie. 

Qwilleran natychmiast  poczuł,  że musi jeszcze raz zajrzeć do tego diabolicznego wnętrza z 

upiornymi malunkami. Nazwisko Muli kojarzyło mu się z jedną ze szkockich wysp, więc jeśli 

ta dziewczyna była Szkotką, mogła liczyć u niego na pewną taryfę ulgową. 

Poszedł  do  wozowni  i  przyjrzał  się  inicjałom  umieszczonym  pośród  serduszek  i 

stokrotek  na  ścianach  oraz  suficie:  BD,  ML,  DM,  TY,  RR,  AL,  WP,  DT,  SG,  JK,  PM...  i 

background image

wiele innych. Jeśli to byli mężczyźni jej życia, to z całą pewnością dziewczę nie miało czasu 

się  nudzić.  Z  drugiej  jednak  strony  te  inicjały  mogły  oznaczać  coś  całkiem  innego.  Jakieś 

fantazje, kto wie? Na przykład RR mogło oznaczać prezydenta albo gwiazdę filmową. 

Gdy zasiadł przy swym biurku w bibliotece, przejrzał liczącą czternaście stron książkę 

telefoniczną  miasteczka,  szukając  nazwiska  Muli  -  bezskutecznie.  Figurowały  tam 

czterdzieści dwa numery pod nazwiskiem Goodwinter, ale nie było nikogo, kto nazywałby się 

Muli. Zadzwonił do Penelope. 

-  Panno  Goodwinter,  miała  pani  słuszność  co  do  opłakanego  stanu  służbówek.  Jak 

mogę się skontaktować z rekomendowaną przez panią projektantką wnętrz? 

-  Nazywa  się  Amanda  Goodwinter.  Poproszę  sekretarkę,  żeby  umówiła  państwa  na 

spotkanie - powiedziała adwokatka.  

- Widział pan wzmiankę we wczorajszej „Picayune" o Fundacji Klingenschoenów? 

- Owszem, bardzo dobrze napisana. Czy jest już jakiś odzew? 

-  Wszyscy  są  zachwyceni,  panie  Qwilleran.  Słyszałam  opinię,  że  to  najlepsza 

wiadomość, odkąd  w latach dwudziestych zamknięto „Saloon  K". Kiedy mój brat  wróci  do 

miasta,  zajmiemy  się  detalami.  A  tymczasem  czy  znalazł  pan  już  gospodynię  spośród 

zgłaszających się kandydatek? 

-  Odbyłem  kilka  rozmów.  Zechce  pani  powiedzieć  swojej  sekretarce,  żeby  nie 

przysyłała  do  mnie  już  pań  po  osiemdziesiątce  ani  osób  z  prawdziwym  czy  też  urojonym 

uczuleniem  na  koty  oraz  entuzjastycznych  dojarek?  Nawiasem  mówiąc,  czy  wie  pani,  kto 

namalował graffiti w jednej ze służbówek? 

-  Och,  to  okropieństwo!  -  oburzyła  się  Penelope.  -  To  jedna  z  tych  dziewczyn  z 

Dimsdale. Przez krótki czas pracowała jako pokojówka. 

- Co się z nią stało? Zajęła się malowaniem wagonów metra w wielkim mieście? 

-  O  ile  wiem,  zdemolowała  swoje  mieszkanie,  a  potem  gdzieś  wyjechała  - 

odpowiedziała natychmiast mecenas Goodwinter.  

-  Skoro  mówimy  już  o  środkach  transportu,  panie  Qwilleran,  czy  nie  zechciałby  pan 

zamienić swojego samochodu na coś bardziej.. wystawnego? 

- Pan Fitch z banku może się tym zająć. 

- Ależ nie, panno Goodwinter, mój samochodzik całkiem nieźle się sprawuje. Nie ma 

ani śladu rdzy na karoserii, a poza tym bardzo mało pali. 

Qwilleran chciał jak najszybciej skończyć tę rozmowę. Słuchając Penelope, zdał sobie 

sprawę  z  dziwnych  dźwięków  rozlegających  się  w  innej  części  domu.  Było  to  coś 

background image

przywodzącego na myśl zarazem pluskanie, trzepotanie, tupot, szelest... Wybiegł z biblioteki, 

by sprawdzić, co to takiego. 

Do  hallu  i  majestatycznych  schodów  prowadził  westybul  imponujących  rozmiarów; 

wyłożony  był  płytkami  z  kredowobiałego  marmuru.  Stał  tam  wieszak  z  drzewa  różanego 

przeznaczony  na  cylindry  i  meloniki  oraz  stojak  na  laski.  Obok  stał  stół  z  marmurowym 

blatem,  a  na  nim  taca,  gdzie  swego  czasu  kładziono  wizytówki.  Drzwi  wejściowe  były 

masywne,  drewniane,  z  mosiężną  klamką  i  zamkiem.  Obok  wisiał  dzwonek  z  tego  samego 

metalu brzęczący za pociągnięciem uchwytu znajdującego się na zewnątrz. 

W  drzwiach  tych  widniała  szczelina  z  mosiężnym  okuciem  przeznaczona  na  listy. 

Właśnie  wpadały  przez  nią  do  środka  jedna  po  drugiej  koperty  rozmaitych  kształtów  i 

wielkości,  tworząc  coraz  wyższy  stosik  na  podłodze.  Zjawisku  temu,  siedząc  na  chłodnym 

marmurze, z wielkim zainteresowaniem przypatrywały się Koko i Yum Yum. Koko od czasu 

do czasu wyciągał łapkę, by sięgnąć po jakiś list, a potem przejmowała go Yum Yum, która 

bawiła się kopertą, popychając ją i goniąc po śliskiej podłodze. 

Po  chwili  kaskada  kopert  ustała.  Qwilleran  przez  boczne  okienko  zobaczył 

listonoszkę, która wsiadła do dżipa i odjechała. 

W  pierwszym  odruchu  chciał  zadzwonić  na  pocztę  i  zasugerować  jakiś  inny  sposób 

doręczania  korespondencji,  w  następnej  jednak  chwili  zdał  sobie  sprawę,  jaką  radość  to 

wydarzenie  sprawia  kotom.  Bawiły  się  pośród  listów  i  baraszkowały  jak  dzieci  w  śniegu, 

tarzając się, ślizgając i rozrzucając koperty. W ich młodym życiu nie zdarzyło się dotąd nic 

równie fantastycznego! Nie minęło wiele czasu, a marmurowa posadzka westybulu i parkiet 

hallu usiane były listami; Yum Yum próbowała je wepchnąć pod orientalny dywan. Chowanie 

rzeczy należało do jej specjalności. 

Koko ujął jedną z kopert w pyszczek, przybierając bardzo ważną minę. Koperta była 

różowa. 

- Ejże, oddaj mi ten list! - zażądał Qwilleran. 

Koko  uciekł  do  jadalni,  Qwilleran  pobiegł  za  nim.  Kot  umykał  pośród  labiryntu 

sześćdziesięciu czterech nóg krzeseł, a człowiek gonił go, wykrzykując polecenia, które kot 

radośnie ignorował. W końcu jednak znudziła mu się ta zabawa i upuścił różową kopertę u 

stóp Qwillerana. 

Był to list od pracującej na poczcie w Mooseville dziewczyny, którą poznał podczas 

swoich wakacji. Wypisany był równo i schludnie na maszynie  - nie to co jego wystukiwane 

dwoma  palcami  niechlujne  maszynopisy,  pomimo  dwudziestu  pięciu  lat  dziennikarskiej 

praktyki pełne omyłek. 

background image

Drogi Q, 

moje  gratulacje  z  powodu  uśmiechu  fortuny!  Cieszę  się  bardzo,  że  Ty  i  oba  koty 

dołączycie do grona mieszkańców Moose County. Mam nadzieję, że dobrze Wam się tu będzie 

mieszkać. 

Również ja i Nick mamy wspaniała wiadomość: wreszcie udało mi się zajść w ciążę! 

Nick  oczywiście  chce,  żebym  natychmiast  rzuciła  pracę,  bo  cały  dzień  stoję  na  nogach,  a 

lekarz  powiada,  że  powinnam  uważać...  przyszedł  mi  więc  do  głowy  taki  pomysł:  czy  nie 

potrzebujesz  przypadkiem  sekretarki  na  pół  etatu?  Strasznie  bym  chciała  wykonywać  taką 

pracę dla prawdziwego pisarza. Ucałuj ode mnie Koko i Yum Yum. 

Z przyjaznym miauknięciem Lori Bamba 

No  tak.  Najwyraźniej  Koko  wybrał  różowy  list  z  całego  stosu,  ponieważ  wyczuł 

znajomy zapach. Podczas ich pobytu w Mooseville Lori nawiązała przyjaźń z kotami, które ze 

swej  strony  zachwycone  były  jej  długimi,  jasnymi  warkoczami  i  wplecionymi  w  nie 

błękitnymi wstążkami. 

Po  krótkiej  chwili  Koko  pojawił  się  z  kolejnym  listem  w  mordce  i  dał  susa  w  bok, 

kiedy Qwilleran wyciągnął rękę. Gonitwa znów się rozpoczęła. 

-  Wydaje  ci  się,  że  to  świetna  zabawa  -  wołał  za  kotem  Qwilleran  -  ale  ja  już  mam 

dosyć! Zobaczysz, będę odbierał listy z poczty 

Gdy już udało mu się odebrać zwierzakowi kopertę, okazało się, że w środku znajduje 

się  list  napisany  przez  kobietę,  od  której  wynajmował  mieszkanie  na  Nizinach.  Pewnej 

pamiętnej  zimy  Qwilleran  zajął  mieszkanie  położone  nad  jej  antykwariatem,  w  starym 

budynku,  po  którym  rozchodził  się  rozkoszny  zapach  smażonych  ziemniaków,  kiedy 

uruchamiała piekarnik... Napisany był ręcznie: 

Drogi Panie Qwilleran, 

Rosie Riker powiedziała mi, że objął Pan spadek, toteż wszyscy bardzo się cieszymy z 

pańskiej odmiany losu, choć zarazem brakować nam będzie artykułów „piórkiem Qwilla" w 

naszej gazecie. 

Niech Pan nie zemdleje, ale powiem Panu, że sprzedałam mój antykwariat! Po śmierci 

męża  straciłam  jakoś  serce  do  tego  interesu.  Teraz  przejmie  go  pani  Riker.  Jest  wytrawną 

kolekcjonerką, a zawsze chciała zająć się handlem antykami. 

background image

Mój  syn  chce,  żebym  przeprowadziła  się  do  Saint  Louis,  ale  teraz,  kiedy  się  ożenił, 

tylko  bym  tam  zawadzała.  No  i  wpadłam  na  ten  szalony  pomysł,  który  przez  całą  noc  nie 

dawał mi spać. Oto on: 

Pani  Riker  powiada,  że  odziedziczył  Pan  wielki  dom  pełen  antyków  i  będzie  Panu 

potrzebna gospodyni. Ja tymczasem całkiem nieźle gotuję (może pan pamięta?), a w dodatku 

potrafię zadbać o antyki. Mam już teraz licencję rzeczoznawcy i mogłabym dokonać wyceny 

zbiorów,  w  których  posiadanie  Pan  wszedł  -  na  przykład  jeśli  byłoby  to  potrzebne  dla 

zaktualizowania polisy ubezpieczeniowej. Mówię poważnie! Bardzo bym chciała podjąć taką 

pracę. Proszę dać znać, co pan o tym myśli. 

Z poważaniem Iris Cobb 

PS. Jak się miewają koty? 

Qwilleranowi pociekła ślinka do ust  na myśl  o smakowitej  wołowinie w potrawce z 

jarzynami autorstwa pani Cobb oraz jej pikantnym spaghetti z sosem serowym. Przypomniał 

sobie i inne szczegóły: pogodny charakter swej byłej gospodyni, jej pulchną figurę... i wprost 

boski tort kokosowy. Wierzyła w duchy, wróżyła z ręki na swój nieco zalotny sposób, a przy 

tym  potrafiła  przyrządzić  puree  ziemniaczane  w  taki  sposób,  że  miało  naprawdę 

ziemniaczany smak. 

Natychmiast  sięgnął  po  słuchawkę  telefonu,  by  połączyć  się  z  miejską  dżunglą  na 

Nizinach. 

- Pani Cobb, moim zdaniem to wyśmienity pomysł! Tyle że Pickax jest bardzo małym 

miasteczkiem.  W  porównaniu  z  tętniącą  życiem  Zwinger  Street  może  się  pani  wydać  zbyt 

nudne. 

Jej głos brzmiał równie radośnie jak zwykle. 

- W moim wieku przydałoby mi się nieco spokoju, panie Qwilleran. 

- Mimo wszystko powinna pani najpierw się tu rozejrzeć przed podjęciem ostatecznej 

decyzji. Wykupię dla pani bilet lotniczy i spotkamy się na lotnisku. Jaką tam macie pogodę? 

- Skwar! 

Koko  przysłuchiwał  się  tej  rozmowie  z  uszami  lekko  nachylonymi  do  przodu,  co 

oznaczało  umiarkowaną  dezaprobatę.  Zawsze  dbał  pilnie,  by  Qwilleran  zachował  swój 

kawalerski status, toteż miał w pamięci pewne awanse, które pani Cobb czyniła w przeszłości 

swemu lokatorowi. 

background image

-  Nie  martw  się,  stary  -  zapewnił  go  Qwilleran.  -  To  tylko  interesy.  Za  to  teraz 

będziemy mieli domowe jedzenie. Zajmijmy się teraz resztą poczty. 

W rozrzuconych po całym hallu kopertach znalazł powitalne listy wystosowane przez 

pięć  różnych  wspólnot  religijnych,  trzy  kluby  dobroczynne  oraz  burmistrza  Pickax. 

Zapraszano  go  również,  by  wstąpił  do  Ittibittiwassee  Country  Clubu,  do  Towarzystwa 

Historycznego Pickax tudzież zachęcano do  gry  w kręgle na tutejszym  torze. Administrator 

szpitala miejskiego proponował mu miejsce w radzie nadzorczej instytucji. Naczelny kurator 

miał do zaoferowania kursy dziennikarskie dla dorosłych, gdzie mógłby zostać wykładowcą. 

Pod  dywanem  znalazł  jeszcze  dwa  listy.  Ochotnicza  straż  pożarna  życzyła  sobie 

uczynić  go  swoim  członkiem  honorowym,  a  towarzystwo  śpiewacze  informowało,  iż 

potrzebuje męskich głosów. 

- Coś dla ciebie - zauważył Qwilleran, zwracając się do kota. 

Z wiekiem Koko miał coraz bardziej ekspresyjny głos, jego miauczenie przypominało 

barwą trąbkę lub klarnet, potrafił wydawać dźwięczne gardłowe pomruki, jodłować tenorem i 

wydawać z siebie harmonijne zawodzenie w wysokiej tonacji. 

Po południu tego samego dnia Qwilleran miał okazję poznać kolejną przedstawicielkę 

rodu Goodwinterów. Kiedy pisywał dla „Daily Fluxion" artykuły o tym, jak pięknie urządzić 

sobie swój dom lub mieszkanie, zdarzyło mu się poznać projektantów wnętrz wszelkiej maści 

-  utalentowanych,  obdarzonych  urokiem  osobistym,  kosmopolitów,  projektantów  modnych, 

dowcipnych  i  podstępnych.  Jednak  Amanda  Goodwinter  sama  dla  siebie  stanowiła  odrębną 

kategorię. 

Kiedy otworzył jej drzwi - po aż trzech natarczywych dzwonkach - ujrzał siwowłosą 

kobietę w workowatej letniej sukience i butach na grubych podeszwach, która przytrzymując 

okulary,  przyglądała  się  powierzchni  drzwi  wejściowych.  Krzywiła  się  przy  tym 

niemiłosiernie. 

-  Kto  u  czorta  pomalował  te  drzwi?  -  oburzyła  się  z  miejsca.  -  Schrzaniona  robota! 

Powinno się zedrzeć wszystkie warstwy farby, aż do drewna. Jestem Amanda Goodwinter - 

wkroczyła do hallu, nie patrząc nawet na Qwillerana. - A więc to ma być wizytówką naszego 

Pickax! Nigdy dotąd nie byłam tu zaproszona. 

Próbował się przedstawić, ale przerwała mu natychmiast. 

-  Przecież  wiem,  kim  pan  jest!  Nie  musi  mi  pan  tego  mówić.  Penelope  twierdzi,  że 

trzeba  panu  pomóc.  Hall  jest  niezły,  jednak  trzeba  nad  nim  trochę  popracować.  Co  za  głąb 

wybrał taki materiał na obicie krzeseł? - zaglądała do kolejnych pomieszczeń, nie szczędząc 

background image

komentarzy: - To ma być ten słynny salon, o którym tyle słyszałam? Draperie trzeba wywalić, 

zupełnie nie pasują... W tej jadalni jest za ciemno. Przecież to nie jakiś grobowiec. 

Qwilleran wtrącił grzecznie: 

-  Pani  Penelope  dała  mi  do  zrozumienia,  że  może  zechciałaby  pani  zająć  się 

urządzeniem wnętrz nad garażem. 

-  Co  takiego?!  -  rozzłościła  się  na  dobre.  -  Mam  projektować  pomieszczenia  dla 

służby? 

-  Ściśle rzecz biorąc  -  wyjaśnił  -  chciałbym  w jednym  z tych apartamentów urządzić 

sobie studio pisarskie. W dobrym, nowoczesnym stylu. 

Projektantka przechadzała się po hallu niczym lwica w klatce. 

-  Nie  ma  czegoś  takiego  jak  „dobry"  nowoczesny  styl!  Nie  interesuje  mnie 

nowoczesny design! Nienawidzę tego śmiecia. 

Qwilleran odkaszlnął taktownie. 

- A czy mogłaby pani polecić jakiegoś innego projektanta działającego w tym mieście, 

który byłby kompetentny, jeśli chodzi o wnętrza nowoczesne? 

-  Jestem  absolutnie kompetentna, drogi panie, i  mogę pracować w dowolnym  stylu  - 

warknęła. 

- Nie chciałem pani urazić, ale... 

- Wcale nie jestem urażona! 

- No więc jeśli nie odpowiada pani styl nowoczesny, znam kilku projektantów z Nizin, 

którzy  chętnie  podejmą  się  takiego  zlecenia  i  zajmą  się  też  samą  rezydencją,  kiedy  już 

zostanie dopracowany projekt mieszkań nad garażem. 

- Niech pan mi pokaże tę ruderę - skrzywiła się paskudnie. - Gdzie to jest? Jak się stąd 

wychodzi? 

Zaprowadził  ją  na  tyły  domu.  Przechodząc  obok  biblioteki,  mruknęła  z  niechętną 

aprobatą.  Zmarszczyła  nos,  spoglądając  na  urządzony  w  kolorach  żółtym  i  zielonym  pokój 

śniadaniowy, pomrukując pod nosem coś o jarmarcznym wystroju. Wetknęła głowę do kuchni 

i  przez dłuższą chwilę przyglądała się lodówce,  a zwłaszcza parce syjamskich kotów, które 

przybrały posągowe pozy na wieńczącej ją błękitnej poduszce. 

Wspięli  się  po  schodkach  dawnej  wozowni  na  jej  poddasze  i  Qwilleran  pokazał 

Amandzie zdezelowane wnętrze, które chciał przekształcić na swą pracownię. 

-  Nikt  tu  nic  nie  zrobił  od  dwudziestu  lat  -  stwierdziła  gderliwym  tonem.  -  Tynki 

odłażą ze ścian. Trzeba będzie włożyć w to sporo pracy. 

background image

- Jeśli pani sądzi, że to wnętrze wymaga sporych nakładów - zauważył - nie wiem, co 

pani powie o drugim. 

Projektantka tylko rzuciła okiem na szalone graffiti ze stokrotkami i jęknęła głucho. 

-  Proszę  mi  nic  nie  mówić!  Sama  zgadłam.  To  ta  mała  Muli  jest  sprawczynią  tego 

okropieństwa. Potworne. Zatrudniła się tu, kiedy wywaliłam ją z roboty. 

- Pracowała dla pani? 

- Płaciłam jej, ale trudno powiedzieć, żeby pracowała! Wzięłam ją, bo prosiła mnie o 

to jej nauczycielka rysunków. Błąd, błąd. Ładna dziewucha, ale w głowie fiubździu. No i ci 

jej koledzy, którzy zawsze kręcili się koło niej. W końcu okazało się, że ma lepkie paluszki, 

więc  musiałam  ją  wyrzucić.  Co  za  rodzina!  Żaden  z  tych  Mułlów  nigdy  nie  doszedł  do 

niczego...  A  to  jest  po  prostu  horror!  Trzeba  będzie  położyć  ze  trzy,  a  może  nawet  cztery 

warstwy farby, żeby to zakryć. 

W  myślach  Qwillerana  zadźwięczała  melodyjka  odegrana  przez  Koko.  „Daisy, 

Daisy..." 

- To odłożymy na później - oznajmił. - Póki co proszę nie zajmować się tym miejscem 

i skoncentrować się na mojej pracowni. 

-  Będzie  pan  musiał  wpaść  do  mnie  i  wybrać  próbki  kolorów  -  powiadomiła  go  z 

irytacją w głosie. 

- Nie komplikujmy sobie życia. Wystarczy wywalić stąd stare graty, wykładzinę i całą 

resztę. Potem poproszę o dywany na podłogi, ciemnobrązowe, w takim kolorze jak moje buty. 

- Hm. Nie jest pan zbyt wymagający - zauważyła projektantka. 

- A ściany w kolorze moich spodni. 

- Beż moja vei 

-  Jak  go  zwał,  tak  go  zwał.  Poza  tym  w  oknach  zrobimy  żaluzje,  takie  z  cienkimi 

listewkami. Potem porozmawiamy o meblach. 

Gdy Amanda Goodwinter zeszła na dół, stukając głośno swoimi buciorami i mrucząc 

coś  pod  nosem,  Qwilleran  raz  jeszcze  przyjrzał  się  fascynującym  stokrotkom  w  sąsiednim 

pomieszczeniu.  Szkoda, że ta dziewczyna  wyjechała z miasta.  Kiedy pracował  jeszcze jako 

reporter  zajmujący  się  sprawami  kryminalnymi,  zdarzyło  mu  się  zawrzeć  znajomość  z 

niejedną  interesującą  osobą  przekraczającą  granice  prawa  -  czy  też  wiodącą  egzystencję 

niebezpiecznie blisko tej krawędzi - a ta dziewczyna, niewątpliwie obdarzona talentem, a przy 

tym ze swoją wątpliwą reputacją, naprawdę go zaciekawiła. 

„Daisy,  Daisy..."  Daisy,  czyli  stokrotka.  Muskając  wąsy  w  zamyśleniu,  zaczął 

zastanawiać się, jak to się stało, że Koko wygrał na fortepianie akurat tę melodyjkę. Niby nic 

background image

dziwnego,  bo  kot  od  zawsze  zafascynowany  był  wszelkiego  rodzaju  przyciskami, 

przełącznikami  i  klawiszami  maszyn  do  pisania,  jednak  był  to  pierwszy  fortepian,  jaki 

zdarzyło się temu kotu ujrzeć, a przecież odegrał od razu znaną melodyjkę. 

Wróciwszy  do  domu,  Qwilleran  znalazł  kolejny  temat  do  rozmyślań.  Koko,  pełniąc 

straż na schodach, wybrał sobie trzeci stopień. Policzył schodki; było ich dwadzieścia jeden. 

Dlaczego ten kot zawsze siadał na trzecim stopniu od dołu? 

background image

 

Rozdział czwarty 

Na lotnisku w Pickax nie lądowały odrzutowce. Nie było tam poczekalni dla VIP-ów. 

Ba, nie zadbano nawet o automat do sprzedaży papierosów dla co bardziej zaniepokojonych 

perspektywą lotu pasażerów. Odlatujący z Moose County musieli zadowolić się dachem nad 

głową i niezbyt licznymi krzesłami. 

Qwilleran czekał na wylądowanie samolotu pani Cobb. Gdy swego czasu wynajmował 

u niej mieszkanie, nauczył się przy okazji niejednego, jeśli chodzi o antyki, a przydało mu się 

to bardzo, kiedy dla „Daily Fluxion" zaczął pisać artykuły o rynku staroci. Zawsze była pełna 

życia i energii, pulchna, nosiła zawieszone na szyi dwie pary okularów. 

Kiedy  wysiadła  z  samolotu,  ubrana  w  wygnieciony  po  podróży  różowy  spodnium, 

wydała mu się jakby chudsza, a przy tym cokolwiek przygnębiona. Jej  okulary miały nowe 

oprawki, wysadzane kryształami górskimi. 

- Jak miło pana widzieć, panie Qwilleran! - zawołała. -1 jaka tu wspaniała pogoda! W 

mieście można oszaleć z gorąca. Jakie urocze, kameralne lotnisko! 

- W Pickax wszystko jest urocze, pani Cobb. Ma pani jakiś bagaż? 

- Tylko tę torbę. Mam w niej wszystko, czego mi trzeba na jedną noc. 

- Mogłaby pani zostać dłużej. 

-  Och,  dziękuję  panu,  panie  Qwilleran,  ale  jutro  muszę  wracać,  żeby  zamknąć 

transakcję z panią Riker. Będzie teraz wynajmowała pańskie dawne mieszkanie nad sklepem. 

-  Będzie  wynajmowała?  -  powtórzył  Qwilleran.  -  A  jej  mąż?  I  co  z  ich  domkiem  na 

przedmieściu? 

- Nie wiedział pan? Rozwodzą się. 

-  Jadłem  kilka  dni  temu  lunch  w  towarzystwie  Archa,  ale  nie  wspomniał  o  tym  ani 

słowem... pamiętam jednak, że był jakiś osowiały. Zastanawiałem się, co mu jest. 

- To już najlepiej niech on sam opowie panu całą tę historię - pani Cobb zasznurowała 

usta, uznając temat za zamknięty. 

Jechali  szosą  biegnącą  prosto  jak  strzelił  przez  pustkowia  Moose  County,  mijając 

iglaste  lasy  i  kamienne  rumowiska,  opuszczone  kopalnie  i  dziwaczne  pagórki,  które  w 

rzeczywistości były dawnymi hałdami. 

- Jaka to skalista okolica - zauważyła pani Cobb. 

- Całe Pickax jest zbudowane niemal wyłącznie z kamienia - wyjaśnił Qwilleran. 

background image

- Naprawdę? A proszę mi opowiedzieć o swoim domu. Czy jest wielki i wspaniały? 

-  To  ogromne  kamienne  gmaszysko  wysokie  na  dwa  piętra.  Niczym  jakieś 

prowincjonalne Alcatraz. Nie ma w nim małych  pomieszczeń. W hallu wejściowym  można 

by  jeździć  na  wrotkach,  trzeba  by  tylko  pozwijać  dywany.  W  każdej  sypialni  jest  łoże  z 

baldachimem, no i do każdej przypisany jest własny salon, garderoba, łazienka... W piwnicy 

jest  angielski  pub,  a  na  ostatnim  piętrze  miała  być  sala  balowa,  tylko  że  nigdy  nie  została 

ukończona... Kuchnia jest taka wielka, że aby przygotować posiłek, trzeba przejść całą milę. 

Obok niej mamy pokój kredensowy i spiżarnię, pralnię, zmywalnię oraz spory schowek. Cały 

ten obszar na dole, podobnie zresztą jak oranżeria, wyłożony jest kwadratowymi płytkami z 

czerwonego kamienia. 

- A duchy? - w oku pani Cobb dostrzegł dawny, znajomy błysk.  - W każdym starym 

domu  powinien  być  jakiś  duch.  Pamięta  pan  może  tego  z  Zwinger  Street?  Nigdy  się  nie 

pokazał, ale wciąż przestawiał nocą jakieś rzeczy. Był bardzo psotny. 

- Pamiętam go doskonale - zapewnił ją Qwilleran. - Chował solniczki do pani kapci. 

Pamiętał też, że te kawały z zaświatów były w rzeczywistości ulubionym żartem CC. 

Cobba, który płatał je z upodobaniem swej łatwowiernej żonie. 

- Jak tam Koko? - spytała. 

- Wszystko w porządku. Uczy się grać na fortepianie. 

-  Och,  panie  Qwilleran  -  zaśmiała  się  -  nigdy  nie  wiem,  kiedy  pan  żartuje,  a  kiedy 

mówi pan serio. 

Wjechali  do  Pickax  przez  Goodwinter  Boulevard  biegnący  pośród  statecznie 

wyglądających  kamiennych  domów  wybudowanych  przez  bogatych  właścicieli  kopalń  w 

czasach  świetności  miasteczka.  Potem  znaleźli  się  na  Main  Street,  dojechali  do  parku  i 

majestatycznej siedziby Klingenschoenów. 

Pani Cobb krzyknęła cicho. 

- To ten? Och! Och! Chcę tu pracować! 

- Nie wie pani jeszcze, ile wyniesie pensja - zauważył Qwilleran. - Zresztą ja też nie. 

- Nieważne. Chcę tu pracować. 

Gdy  weszli  do  sieni,  bursztynowe  ściany  połyskiwały,  a  mosiężne  i  kryształowe 

kandelabry  iskrzyły  się  w  słońcu.  Zupełnie  jakby  wystrój  wnętrza  chciał  się  jeszcze 

dodatkowo popisać. 

- To przecież prawdziwe muzeum! 

-  Jak  na  mój  gust  trochę  tu  za  bogato  -  stwierdził  Qwilleran  -  ale  to  same  autentyki, 

więc odnoszę się do nich z szacunkiem. 

background image

-  Mogłabym  dla  pana  sporządzić  prawdziwy  muzealny  katalog.  Na  przykład  ta 

konsolka z drzewa różanego - okucia są z pozłacanego brązu - to Ludwik XV, założę się, że 

sygnowany.  A  zegar  to  Burnap:  z  mosiężnym  werkiem,  pokazuje  fazy  księżyca...  koniec 

osiemnastego wieku. 

-  W takim  razie proszę się przygotować na jadalnię!  - Qwilleran zapalił  dwadzieścia 

cztery  elektryczne  świece  umocowane  w  dwóch  kandelabrach  z  jeleniego  rogu. 

Pomieszczenie utrzymane było w ciemnej tonacji, wyłożone boazerią i zastawione meblami o 

budzącym zaufanie wyglądzie. 

-  Panele  z  ornamentem  fałdowym!  -  pani  Cobb  aż  się  zachłysnęła.  -  Austriackie 

kandelabry! Umeblowanie jest oczywiście niemieckie. 

-  To  oryginalne  wyposażenie  domu  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  Pochodzi  z  czasów,  nim 

Klingenschoenowie  poświęcili  się  na  dobre  kolekcjonerstwu,  przerzucając  się  na  produkty 

francuskie i angielskie. 

Kiedy  przeszli  przez  hall  do  salonu,  zamilkła  z  podziwu.  Kryształowe  żyrandole 

jarzyły  się  w  popołudniowym  słońcu.  Wyblakłe  od  starości  czerwone  ściany  stanowiły 

doskonałe tło dla obrazów olejnych oprawnych w bogate ramy: francuskich pejzaży, włoskich 

wizerunków świętych, portretów przedstawicieli angielskiej szlachty oraz jednego naturalnej 

wysokości  obrazu  przedstawiającego  całą  postać  pięknej  damy  z  lat  osiemdziesiątych 

dziewiętnastego  wieku,  w  sukni  z  turniurą  i  z  parasolką.  W  jednej  ze  ścian  znajdowały  się 

dwie  łukowato  sklepione  nisze,  w  których  umieszczono  półki,  a  na  nich  kolekcję  chińskiej 

porcelany. 

- Chyba zemdleję - zapowiedziała pani Cobb. 

-  Powinna pani  odpocząć  -  poradził jej Qwilleran.  -  Na  górze są  cztery  apartamenty, 

każdy w stylu z innej epoki. Zaraz zaniosę pani torbę do apartamentu francuskiego. 

Gdy udała się na piętro, napisał szybką notkę do swego przyjaciela z Nizin. 

Arch, mój drogi, 

pani Cobb właśnie przekazała mi zła wiadomość. Nie muszę Ci mówić, jak mi przykro 

z tego powodu. Może wziąłbyś tydzień wolnego i przyleciał tu do mnie? Odmiana dobrze Ci 

zrobi, a przy okazji moglibyśmy pogadać. 

Qwili 

Pisał adres na kopercie, kiedy przerwał mu gwałtowny okrzyk dochodzący z góry. 

background image

- Co oni wyprawiają? Co oni wyprawiają??? 

Pani Cobb zbiegła po schodach, wykrzykując coś niezrozumiale. 

-  Ciężarówka...  na  tyłach  domu!  -  wysapała.  -  Wyjrzałam  przez  okno  i  widzę,  że 

okradają pański garaż. Trzeba ich powstrzymać! Natychmiast! 

-  Spokojnie,  pani  Cobb  -  rzekł  Qwilleran.  -  Nie  jesteśmy  na  Zwinger  Street.  To  są 

tragarze wynajęci przez projektantkę wnętrz, wywożą stare graty. 

- Jakie znów stare graty! Trzeba ich natychmiast powstrzymać! 

Pobiegli  oboje  do  garażu,  gdzie  na  ciężarówkę  ładowano  zwinięte  dywany,  stary 

materac i meble różnego rodzaju. 

-  To  jest  hunzinger  -  krzyknęła  pani  Cobb,  wskazując  palcem  składane  krzesło  o 

dziwacznym  wyglądzie.  -  A  to  prawdziwy  fotel  na  biegunach  wytwarzany  przez 

rzemieślników ze wspólnoty shakerów! 

Miotała  się  od  jednego  przedmiotu  do  drugiego,  rozpoznała  jeszcze  cenny  stół  na 

kozłach, unikatową skrzynię na wiano panny młodej z Connecticut oraz szafę, czyli Schrank, 

charakterystyczny element wyposażenia domów niemieckich emigrantów w Pensylwanii. 

Qwilleran powstrzymał tragarzy. 

-  Panowie,  zanieście  to  wszystko  z  powrotem.  Oprócz  materaca.  Proszę  złożyć  te 

rzeczy póki co w jednym z garaży, potem się nimi zajmiemy. 

Pani Cobb długo nie mogła przyjść do siebie po tym wstrząsie. 

- Naprawdę, mało brakowało - stwierdziła przy filiżance herbaty. - Wie pan, były takie 

czasy,  kiedy  nikt  nie  cenił  amerykańskich  mebli.  Pewnie  właściciele  przenieśli  do  garażu 

rzeczy  odziedziczone  po  przodkach,  gdy  zaczęli  kupować  francuskie  i  angielskie  antyki. 

Swoją  drogą  dziwne,  że  ta  pańska  dekoratorka  nie  zorientowała  się  co  do  ich  obecnej 

wartości. 

Może wręcz przeciwnie - pomyślał Qwilleran - doskonale wie, jaką cenę można za nie 

uzyskać. 

Nieco później zabrał swą potencjalną gospodynię na przechadzkę po centrum Pickax. 

- Jak się pani podoba apartament francuski? - zainteresował się. 

- Nigdy nie widziałam czegoś urządzonego z takim przepychem! Jest tam normandzka 

szafa  ze  szczytem  typu  „łabędzia  szyja",  ze  sterczynkami.  Bez  wątpienia  początek 

osiemnastego wieku - zawahała się. - Jeśli będę tu pracować, czy miałby pan coś przeciwko 

temu, jeżeli będę robiła na boku ekspertyzy także dla innych klientów? 

- Ależ skąd. Nawet może pani otworzyć gabinet w piwnicy i wróżyć im z ręki. 

- Och, panie Qwilleran, pana zawsze się żarty trzymają. 

background image

Reprezentacyjna  dzielnica  Pickax  była  przedziwną  zbieraniną  szkockich  zamków, 

hiszpańskich fortec oraz baśniowych domów rodem z Jasia i Małgosi. 

-  Wszystko  to  zrobione  jest  z  prawdziwego  kamienia  -  stwierdził  -  ale  nie  wiedzieć 

czemu wygląda jak sztuczne, niczym scenografia do kiepskiego filmu. 

Minęli studio Amandy (w najczystszym stylu z czasów Dickensa) i redakcję „Pickax 

Picayune"  przywodzącą  na  myśl  średniowieczny  klasztor.  Zaprowadził  ją  do  siedziby 

kancelarii „Goodwinter & Goodwinter" (wyraźne wpływy architektury heidelberskiej). 

Pani mecenas miała spotkanie z klientem, ale zgodziła się przerwać je na chwilę. 

-  Chciałbym  przedstawić  panią  Iris  Cobb  -  powiedział  Qwilleran.  -  Udało  mi  się  ją 

namówić,  żeby  przeniosła  się  tu  z  Nizin  i  zajęła  domem.  Pani  Cobb,  to  jest  Penelope 

Goodwinter, prawniczka zajmująca się masą spadkową. 

- Miło mi panią poznać - oświadczyła gospodyni, wyciągając dłoń. 

Penelope  podała  jej  rękę  dopiero  w  ułamek  sekundy  później,  najpierw  obrzuciła 

zdziwionym spojrzeniem wysadzane kryształem górskim okulary. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

- Pani Cobb - ciągnął Qwilleran - nie tylko dysponuje doświadczeniem, jeśli chodzi o 

prowadzenie  gospodarstwa,  ale  zarazem  jest  licencjonowanym  ekspertem  i  zajmie  się 

skatalogowaniem dla nas całej kolekcji. 

Pani Cobb promieniała, a Penelope stwierdziła chłodno: 

-  Och,  naprawdę?  Oczywiście  musimy  omówić  kwestię  wynagrodzenia.  Kiedy  chce 

pani zacząć pracę? 

-  Jutro wracam  do siebie i  przyjadę tu  moją furgonetką, gdy tylko  spakuję wszystkie 

książki. 

-  Proponuję  -  rzekła  prawniczka  -  żeby  odłożyła  pani  swój  przyjazd  do  czasu,  kiedy 

zostanie urządzone pani mieszkanie. W tej chwili znajduje się w opłakanym stanie. 

-  Nie  ma  problemu  -  wtrącił  Qwilleran.  -  Pani  Cobb  zajmie  francuski  apartament  w 

domu. Jeśli chodzi o mieszkanie nad garażem, zamierzam przeznaczyć je dla siebie. 

Na  twarzy  prawniczki  ukazało  się  najpierw  zdumienie,  potem  dezaprobata  i  dopiero 

po sekundzie udało jej się zmusić do bladego uśmiechu. 

- Mam nadzieję, że tak będzie wygodnie i dla pana, i dla pani. Jeśli chodzi o warunki 

umowy, pomówimy o tym jutro. 

- Zabieram dziś wieczorem panią Cobb na kolację do „Old Stone Mili" - powiadomił 

ją Qwilleran. - Może zechciałaby pani do nas dołączyć? 

background image

-  Dziękuję.  Bardzo  dziękuję,  ale  już  jestem  umówiona.  A  teraz.  ..  będę  musiała 

państwa przeprosić... 

-  No, no! - stwierdziła potem pani  Cobb.  -  Ale wystrojona.  Nie wiedziałam,  że takie 

ciuchy można dostać w Pickax. 

Następnego  dnia  Qwilleran  opowiedział  o  tym  zdarzeniu  Melindzie  Goodwinter  po 

tym, jak odwiózł gospodynię na samolot. Młoda lekarka o zielonych oczach i bardzo długich 

rzęsach zadzwoniła, by zaprosić go na kolację. 

- Ja funduję - oświadczyła. - Chciałabym zaprosić cię do „Ottos Tasty Eats". 

- Nigdy nie słyszałem o tym miejscu. Dobrze dają jeść? 

-  Okropnie,  ale  za  to  bardzo  dużo.  To  taka  rodzinna  restauracja,  bezalkoholowa. 

Można sobie usiąść w sali dla palących albo w sali dla wrzeszczących. Wszystko zależy od 

tego, czy chcesz zniszczyć sobie płuca, czy raczej bębenki. 

- Twoje zaproszenie jest nieodparcie kuszące, Melindo. 

-    Prawdę  mówiąc,  mam  swoje  ukryte  powody.  Chciałabym  zobaczyć  twój  dom. 

Nigdy  nie  byłam  w  środku.  Tak  się  składa,  że  Klingenschoenowie  i  Goodwinterowie  pod 

względem towarzyskim nie nadawali na tej samej fali. Możemy spotkać się u Otta o szóstej 

piętnaście? Zarezerwuję stolik. 

O  umówionej  godzinie  Qwilleran  upchnął  jakoś  swój  zielony  samochodzik  na 

zatłoczonym parkingu, kiedy srebrnym kabrioletem nadjechała Melinda. 

- Kiedy kupisz sobie złotego rollsa? - powitała go. 

- Czy ja wyglądam jak szejk? Niech te wąsy cię nie mylą. 

- To było fantastyczne posunięcie, kiedy zapowiedziałeś, że będziesz rozdawał swoje 

pieniądze  -  stwierdziła.  -  Już  pojawiły  się  plotki,  że  Pickax  zostanie  przemianowane  na 

Qwillville. Teraz będą się za tobą uganiać wszystkie kobiety w Moose County, ale pamiętaj, 

ja byłam pierwsza. 

Restauracja  mieściła  się  w  dawnym  magazynie,  w  przemysłowej  części  Pickax. 

Pomarszczony  dywan  przypominał  wyglądem  wojskowe  koce.  Podłużne  stoły  -  też  jakby 

przeniesione z jakiejś kantyny - pokryte były arkuszami sztywnego białego papieru. Było tam 

bardzo jasno, bardzo głośno i nader tłoczno. 

Pośrodku  sali  znajdowała  się  istna  świątynia  obżarstwa  -  dwunastogalonowe  kotły 

wodnistej  zupy,  całe  kilogramy  sałaty,  góry  frytek  i  kotletów  z  panierowanej  ryby,  wanny 

puree ziemniaczanego z proszku i  stolik  deserowy,  na którym  podziwiać  można było  morze 

białej piany, nieco przypominającej z wyglądu bitą śmietanę. 

- Często tu przychodzisz? - spytał ostrożnie Qwilleran. 

background image

- Tylko kiedy zapraszam nadętych ważniaków z miasta. 

Goście  podchodzili  do  bufetu,  odchodzili  od  niego  z  pełnymi  talerzami,  by  wkrótce 

znów powrócić, jednak Melinda uparła się, żeby zamówić potrawy z menu i żeby obsłużył ich 

kelner. 

-  Trudno  mi  sobie  wyobrazić  -  zauważył  Qwilleran  -  żeby  twoi  kuzyni  z  kancelarii 

prawnej często tu bywali - opisał jej, jak odbyło się spotkanie prawniczki i pani Cobb.  

-  Penelope  chyba  trochę  zgłupiała,  kiedy  powiedziałem  jej,  że  gospodyni  będzie 

mieszkać we francuskim apartamencie, a ja nad garażem. 

Zielone oczy Melindy błyszczały od rozbawienia. 

-  To  musiał  być  dla  niej  szok.  Ona  i  Alex  to  ostatni  potomkowie  najbardziej 

snobistycznej  gałęzi  rodu  Goodwinterów.  Uważają  się  oczywiście  za  coś  lepszego  od 

pozostałych.  Wiesz  zapewne,  że  to  Penny  z  nich  dwojga  obdarzona  jest  inteligencją  i 

kwalifikacjami? Alex to tylko nieznośny, nadęty nudziarz, a jednak ona cały czas odnosi się 

do niego, jakby był jej mistrzem i nauczycielem. 

- W każdym razie jest przystojny. Czy zajmuje się polityką? Odniosłem wrażenie, że 

często bywa w Waszyngtonie. 

-  Widzisz,  to  jest  tak  -  zaczęła  tłumaczyć  Melinda  -  w  Moose  County  nie  brak 

wielkich fortun gromadzonych od pokoleń. Alex pośredniczy w przekazywaniu subwencji dla 

zaprzyjaźnionych  polityków.  Dzięki  temu  na  Kapitolu  i  na  waszyngtońskich  przyjęciach 

cieszy  się  niemałym  poważaniem,  a  to  wzbudza  jego  bezgraniczny  zachwyt  własną  osobą. 

Poznałeś już jakichś innych Goodwinterów? 

-  Owszem,  na  przykład  Juniora  z  gazety.  Bystry  dzieciak  i  byłby  z  niego  niezły 

dziennikarz, ale marnuje się w tym „Picayune". Ta gazeta przypomina jakiś tygodnik sprzed 

pierwszej wojny. Powiedziałem mu, żeby przestał umieszczać drobne ogłoszenia na pierwszej 

stronie. 

- Słyszałam też, że kuzyneczka Amanda będzie ci urządzać mieszkanie nad garażem. 

Od razu kopnęła cię w kostkę czy tylko obrzuciła wyzwiskami? 

- Nie mam pojęcia, jakim sposobem ta kobieta może prowadzić swoją firmę. Kąśliwa 

jak osa. 

-  Jej  klienci  nie  mają  wyboru.  W  promieniu  czterystu  mil  nie  ma  innego  projektanta 

wnętrz. 

Pomimo panującego w restauracji ogłuszającego zgiełku mogli rozmawiać swobodnie, 

bo zarezerwowany przez Melindę stolik znajdował się w oddzielonej wnęce, lecz nawet tutaj 

słychać  było  radosne  wrzaski  dzieciaków  odbijające  się  od  betonowych  ścian  i  stalowych 

background image

dźwigarów oraz nieprzerwany szum rozmów; ponadto panującym w „Tasty Eats" zwyczajem 

było walenie w stół rączką noża, by wyrazić swe zadowolenie ze smaku spożywanych potraw. 

Kelner  odnosił  się  do  nich  z  szacunkiem.  Melinda  nie  tylko  należała  do  familii 

Goodwinterów,  ale  była  też  lekarzem.  Ustawił  na  ich  stoliku  zapaloną  świecę  -  czerwony 

ogarek  w  osmalonej  szklance,  najwyraźniej  niemytej  od  Bożego  Narodzenia.  Udało  mu  się 

przekonać kucharza, żeby upiekł dla nich dwie porcje szczupaka bez panierki i zdobył skądś 

kilka soczystych liści szpinaku, które dodał do sałaty o niezbyt apetycznym zielonym kolorze. 

-  Chciałbym  cię  prosić  o  przysługę  -  odezwał  się  Qwilleran  do  Melindy.  -  Czy 

mogłabyś wyjaśnić mi, na czym polega tajemnica Goodwinterów? 

- To proste - odparła. - Mieszkamy tu już od pięciu pokoleń. Mój praprapradziadek był 

inżynierem  górniczym  i  nadzorcą  kopalni.  Wszyscy  czterej  jego  synowie  zrobili  fortuny  na 

kopalniach.  Większość  spekulantów  zgarnęła,  co  się  dało,  i  wyjechała  ze  Stanów,  żeby 

powydawać  swoje  córki  za  utytułowanych  arystokratów,  lecz  wszyscy  Goodwinterowie 

zostali  tutaj,  pełniąc  rozmaite  funkcje  i  pracując  w  różnych  cieszących  się  prestiżem 

zawodach. 

- Szkoda, że żadnemu z nich nie przyszło na myśl otworzyć dobrą restaurację. Czy w 

rodzinie były jakieś czarne owce? 

-  Zdarzały  się,  ale  zawsze  udawało  się  im  wytłumaczyć,  że  lepiej  będzie,  gdy 

przeniosą się do Meksyku lub zmienią nazwisko. 

- Na przykład na Muli? 

Obrzuciła go pytającym spojrzeniem. 

- Już o nich słyszałeś? To problem społeczny na większą skalę. Sto lat temu pracowali 

w kopalniach, a ich potomkowie od trzech pokoleń żyją z zasiłków. Brak im motywacji, nie 

chcą się uczyć, nie mogą znaleźć pracy. 

- Czy wiadomo, skąd tu przybyli? 

-  Tego nie  wiem,  jednak gdy byli  górnikami, płacono im półtora dolara dziennie. Za 

oświetlenie służyły im świece - świece, które stawiali sobie na rondzie kapelusza. Musieli je 

sami  kupować,  oczywiście  w  sklepie  należącym  do  kopalni.  Byli  wykorzystywani  przez 

pracodawców  i  bezwstydnie  łupieni  w  salonach.  Możesz  przeczytać  o  tym  wszystkim  w 

bibliotece publicznej. 

- Czy komuś z rodziny Muli udało się przełamać ten schemat? 

-  Młodzi  często  wyjeżdżają  z  miasta  i  nigdy  nic  więcej  o  nich  nie  słychać,  zresztą 

nikogo  to  nie  obchodzi.  Tutaj  jest  sporo  biedy  i  bezrobocia.  A  zarazem  mnóstwo 

odziedziczonego bogactwa. Widziałeś, jakie kaszmiry można kupić w „Scotties Mens Shop" 

background image

albo świecidełka w „Diamond Jims Jewelry"? Moose County może się poszczycić największą 

liczbą prywatnych samolotów na głowę w całym stanie. 

- Po co komu samolot? 

-  Przede  wszystkim  to  wygodny  środek  transportu.  Komercyjne  linie  lotnicze 

docierają  tu  okrężną  drogą  i  z  przesiadkami,  jak  sam  mogłeś  zauważyć.  Mój  ojciec  latał 

własną  awionetką,  dopóki  nie  zapadł  na  cukrzycę.  Alex  Goodwinter  też  ma  samolot. 

Lanspeakowie mają dwa - jeden należy do niej, drugi do niego. 

Melinda  przekupiła  kelnera,  który  obiecał  znaleźć  jakieś  świeże  owoce  na  deser.  Po 

kawie Qwilleran zaproponował: 

- Chodźmy do mnie. Chciałbym pokazać ci moje graffiti. 

Melinda zatrzepotała rzęsami. 

- O, wieczór staje się obiecujący. 

Pojechali  osobno  swoimi  samochodami  do  rezydencji  K.  Na  miejscu  spytała  go,  czy 

mogłaby wstawić swój kabriolet do garażu. 

-  Jeżeli  zostawię  auto  na  podjeździe  -  wyjaśniła  -  wszyscy  od  razu  je  rozpoznają  i 

zacznie się gadanie. 

-  Melindo,  nie  zauważyłaś?  Niedawno  wkroczyliśmy  w  ostatnią  ćwiartkę 

dwudziestego wieku. 

- Owszem, ale tutaj jest Pickax - odparła, unosząc brwi.  

- Wybacz. 

Kiedy  Qwilleran  zaprowadził  swojego  gościa  do  służbówek  nad  garażem,  Melinda 

również była oszołomiona widokiem monstrualnych stokrotek. 

- O bogowie! Zdumiewające! Kto to namalował? 

-  Pokojówka.  Wywodziła  się  właśnie  z  rodziny  Muli.  Zanim  zatrudniła  się  tutaj, 

pracowała dla Amandy. 

-  Ach,  to  ta!  Słyszałam,  że  pracowała  u  Amandy,  ale  okazała  się  beznadziejna,  na 

dodatek w końcu coś podwędziła i wyleciała z roboty. 

-  Następnie  wykonała  niniejsze  freski,  a  potem  wyjechała  z  miasta  -  uzupełnił 

Qwilleran. - Mam nadzieję, że znalazła jakiś sposób, by wykorzystać swój talent. 

-  Naprawdę,  to  fantastyczne!  Trudno  uwierzyć,  że  Daisy  Muli  była  w  stanie  coś 

takiego stworzyć. 

- Daisy? - powtórzył Qwilleran ze zdziwieniem. - Miała na imię Daisy? 

Przypomniała mu się melodyjka i przez chwilę zastanawiał się, czy opowiedzieć o niej 

Melindzie.  Zdarzało  mu  się  już  wspominać  podczas  rozmowy  z  nią  coś  na  temat 

background image

nadzwyczajnych uzdolnień Koko, uznał jednak, że kot grający na fortepianie to może być za 

wiele nawet dla pani doktor o szerokich horyzontach. 

- Nie znasz jeszcze Koko i Yum Yum - rzekł. - Chodźmy do domu. 

Gdy znaleźli się w połyskującym bursztynowymi odcieniami hallu, Melinda rozejrzała 

się dookoła z zachwytem. 

- Nie miałam pojęcia, że Klingenschoenowie posiadali takie cuda! 

- Penelope wiedziała. Nigdy ci o tym nie mówiła? 

- Pewnie uważała, że powtarzanie takich plotek nie licuje z jej godnością. 

- Ta konsolka jest z drzewa różanego, to Ludwik XV - powiadomił ją Qwilleran. - A 

zegar  to  Burnap.  Koko  zazwyczaj  siedzi  na  schodach  i  przygląda  się  gościom,  dziś  jednak 

wyraźnie wziął sobie wolne. 

Melinda  wesoło  komentowała  poszczególne  atrakcje  zwiedzanego  domu.  Gipsowe 

sztukaterie na suficie przypominały jej lukier na ślubnym torcie. U naturalnej wielkości figur 

Adama  i  Ewy  wykryła  wadę  postawy  spowodowaną,  jak  stwierdziła,  brakiem  wapnia  w 

organizmie.  Uznała  psy  rasy  Staflfordshire  namalowane  w  pokoju  śniadaniowym  za  niezły 

przykład zeza zbieżnego powtarzającego się u dwóch osobników. 

-  Chcesz  zobaczyć  kuchnię  i  okolicę?  -  spytał  Qwilleran.  -  Koty  najczęściej  właśnie 

tam przebywają. 

Owszem, Yum Yum spoczywała na swej błękitnej poduszce i Melinda pogłaskała ją 

po futerku. 

- Delikatniejsze niż gronostaj - stwierdziła zachwycona. 

Jednak Koko nigdzie nie było widać. 

-  Pewnie  jest  na  górze  i  śpi,  rozwalony  na  którymś  z  tych  łóżek  z  baldachimem 

wartych dziesięć tysięcy dolarów - wyraził przypuszczenie Qwilleran. - Jest dość wybredny. 

Chodźmy sprawdzić. 

W  poszukiwaniu  kota  zwiedzili  apartamenty  urządzone  w  stylu  francuskim, 

biedermeierowskim, empire oraz chippendale. W żadnym z nich nie znaleźli Koko. 

Qwilleran zaczął już na dobre się niepokoić. 

-  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  się  podział.  Zajrzyjmy  do  biblioteki,  Koko  lubi  spać  na 

półkach z książkami. 

Zbiegł  na  dół,  a  za  nim  Melinda,  jednak  w  żadnym  z  ulubionych  kocich  miejsc  nie 

znaleźli Koko - ani za biografiami, ani pośród tomów Szekspira, ani na atlasie. 

- W takim razie musi być w piwnicy. 

background image

Angielski  pub  został  sprowadzony  z  Londynu  z  całym  urządzeniem,  wliczając  w  to 

boazerię,  i  mógł  stanowić  wyśmienitą  podziemną  kryjówkę.  Zapalili  wszystkie  światła  i 

dokonali inspekcji baru, zaplecza tudzież wszystkich zakątków. Koko nie było! 

background image

 

Rozdział piąty 

Qwilleran  nerwowo  przeszukiwał  siedzibę,  usiłując  znaleźć  ulubieńca,  tymczasem 

Melinda podążała za nim, starając się podnosić go na duchu. 

-  Są  cztery  typy  miejsc,  które  lubi  -  stwierdził  Qwilleran.  -  Tam,  gdzie  jest  miękko; 

tam, gdzie jest ciepło; jakieś wysoko położone stanowisko obserwacyjne oraz może jeszcze 

siedzieć wewnątrz czegoś. 

Jednak w żadnej z lokalizacji odpowiadających tym kryteriom nie natrafili na nic, co 

przypominałoby kota. Wołali go po imieniu, zaglądali pod łóżka i sofy, za szafy i półki, do 

szuflad, szafek i schowków. 

Qwilleran zaczął wpadać w panikę; sprawdził lodówkę, piekarnik, pralkę, suszarkę, a 

potem jeszcze raz piekarnik. 

-  Qwill,  uspokój  się.  Nie  ma  co  się  tak  stresować  -  Melinda  położyła  dłoń  na  jego 

ramieniu. - Odnajdziemy go. Gdzieś tu na pewno jest. Wiesz, jakie są koty. 

- Musi być gdzieś w domu... chyba że... wiesz, drzwi kuchennych nie da się zamknąć 

na klucz. Ktoś mógł tu wejść i go ukraść. Albo może zjadł coś trującego i ukrył się w jakimś 

dalekim kącie. 

Melinda,  zaglądając  to  tu,  to  tam,  weszła  do  sionki  przy  wejściu  kuchennym  i 

zawołała: 

- Co to za schody? Dokąd prowadzą? 

- Jakie schody? Nigdy nie zauważyłem, żeby tam były jakieś schody. 

Za  drzwiami  schowka  ukryte  były  drugie  drzwi.  Wyglądały  niepozornie  i  były 

niedomknięte, a za nimi  zaczynała się klatka schodowa dla służby  prowadząca na pierwsze 

piętro  -  wąska,  z  poręczami  pokrytymi  gumą.  Qwilleran  i  Melinda  wbiegli  nią  na  górę. 

Znaleźli  się  w  korytarzu  pełnym  drzwi;  dwoje  z  nich  było  otwarte.  Jedne  prowadziły  do 

schowka  na  bieliznę.  Za  drugimi  ujrzeli  kolejne  schody,  szerokie,  ale  niewykończone  i 

pokryte kurzem. 

- Drugie piętro! - zawołał Qwilleran.  - Mieli tam urządzić salę balową, ale nigdy nie 

została ukończona. 

Naciskając  kolejne  przełączniki  światła,  wspiął  się  na  górę,  kichając.  Tym  razem 

Melinda podążyła za nim ostrożnie, zasłaniając usta i nos dłonią. 

background image

Schody  prowadziły  do  obszernego  pomieszczenia  oświetlonego  przygasającym  już 

światłem  dziennym  wpadającym  przez  duże,  równo  rozmieszczone  okna.  Zapalił  światło, 

żółtawym blaskiem rozbłysło osiem słabych żarówek wiszących pod sufitem. 

Qwilleran znów zawołał kota po imieniu, ale nie usłyszał odpowiedzi. 

- Jeżeli jest tutaj, jak go znajdziemy pośród całego tego śmiecia? 

Było  tam  pełno  skrzyń,  pudeł,  połamanych  mebli,  oprawionych  obrazów,  dywanów 

zwiniętych w rulony i całe stosy starych numerów „National Geographic". 

- Może spać, może być chory, albo coś jeszcze gorszego - mruknął. 

- Może spróbujmy go wywabić jakimś przysmakiem? - zaproponowała Melinda. 

- W spiżarce jest puszka homara. Otwórz ją, proszę, i przynieś tu na górę. 

Kiedy  zbiegła  na  parter,  Qwilleran  stał  bez  ruchu  i  nasłuchiwał.  Deski  podłogi 

przestały  skrzypieć.  Z  dala  dobiegały  przytłumione  odgłosy  ruchu  ulicznego.  Wstrzymał 

oddech.  Tak,  słyszał  jakiś  znajomy  dźwięk.  Co  to  było  takiego?  Nasłuchiwał  uważnie.  To 

było  drapanie  -  pocieranie  pazurkami  o  jakąś  gładką  powierzchnię.  Ruszył  bezgłośnie  w 

stronę, z której dobiegały te odgłosy. 

W samym kącie pomieszczenia stał sporych rozmiarów karton, na nim zaś znajdował 

się  Koko  z  uniesioną  tylną  częścią  ciała  i  wyciągniętymi  przednimi  łapkami,  którymi 

pracowicie drapał tekturę. 

- Koko! Co ty wyprawiasz?  - spytał go Qwilleran, zawstydzony, że tak łatwo dał się 

wyprowadzić z równowagi. 

Jednak  w  następnej  chwili  poczuł,  że  wąsy  dają  mu  nieomylny  sygnał,  i  postanowił 

zbadać sprawę dokładniej. Pudło z tektury falistej kiedyś zawierało papierowe ręczniki; teraz 

było  obwiązane  szpagatem,  do  którego  przymocowano  kartkę  z  imieniem  i  nazwiskiem 

wypisanym starannym ręcznym pismem: Daisy Muli. 

Nim Melinda wróciła z homarem, Qwilleran rozplatał już sznurek i wyrzucał z pudła 

części ubrania. 

- Zdumiewające! - zawołał przez ramię.  

- W tym pudle musi być coś ważnego, inaczej Koko by się nim nie zainteresował. 

W  kartonie  znalazła  się  pachnąca  stęchlizną  kurtka  ze  sztucznego  futra  w  czarne  i 

białe pasy, nieprzypominającego żadnego istniejącego w rzeczywistości zwierzęcia; wełniana 

czapka, która kiedyś była biała, oraz para wysokich czerwonych botków obszytych rzadkim 

futerkiem. Znalazł tam też znoszone flanelowe koszule, mocno wytarte dżinsy, dwa mundurki 

pokojówki  i  bluzę  z  wydrukowanym  napisem:  TYLKO  SPRÓBUJ.  NO?  SPRÓBUJ!!! 

Qwilleran natrafił też na jakiś nieduży przedmiot zawinięty w gazetę. Okazało się, że był to 

background image

wyrzeźbiony z kości słonik na podstawce z drzewa tekowego. Pod spodem widniała nalepka 

pracowni Amandy Goodwinter. 

-  Musiała  wyjechać  na  południe,  kiedy  opuściła  miasto.  W  przeciwnym  razie  nie 

zostawiałaby tu ciepłych ubrań. Pewnie do Kalifornii, przecież marzyciele zawsze uciekają do 

Kalifornii, prawda? Zostawiła tu swoje mundurki, więc pewnie nie zamierzała dalej pracować 

jako pokojówka. 

- Ale dlaczego zostawiła słonika? Jeśli podobał jej się na tyle, że go ukradła, to czemu 

przestał jej się podobać i go ze sobą nie zabrała? Widać zresztą, że może być sporo wart. 

- Dobre pytanie - przyznał Qwilleran, upychając ubrania z powrotem do pudła. - Weź 

tego słonia, a ja zaniosę Koko - o ile uda mi się go złapać. Gdzie on się znowu podział? 

Uporawszy się tymczasem z homarem, kot przystąpił do toalety, czyszcząc pyszczek, 

wąsy, uszy, łapy, pierś, brzuszek i ogon. 

- Albo chciał nam powiedzieć coś ważnego o Daisy Muli -stwierdził Qwilleran - albo 

wpadł na genialny sposób zdobycia dodatkowego posiłku. 

Gdy cała trójka znalazła się na parterze, Qwilleran starannie zamknął drzwi na schody 

- które natychmiast odskoczyły i otwarły się. 

-  To  typowe  dla  starych  budynków  -  zaklął  pod  nosem.  -  Żadne  drzwi  tu  się  nie 

domykają. Za dużo tu miejsc, w których ciekawski zwierzak może się zgubić. 

-  On  wcale  się  nie  zgubił  -  zauważyła  Melinda  z  uśmiechem.  -  To  tylko  ty  nie 

potrafiłeś go znaleźć. 

- Za tę trafną obserwację należy ci się nagroda w postaci drinka. Na co masz ochotę? 

Jest  szkocka,  burbon,  sok  z  białych  winogron.  A  może  napijesz  się  szampana?  Mam  w 

małych buteleczkach. Do dyspozycji jest też piwo, na wypadek gdyby ten człowiek Penelope 

kiedyś się jednak pojawił z zamiarem naprawienia drzwi. 

- A czego ty się napijesz? 

- Wody sodowej z cytryną. 

- To ja poproszę szampana. 

Qwilleran przyniósł tacę z napojami do biblioteki i schował słonia z kości słoniowej 

do szuflady biurka. 

-  Masz  ochotę  na  jakąś  muzykę?  Jest  tu  prehistoryczna  wieża  stereo  i  dość  dziwna 

kolekcja  płyt,  które  mogłyby  się  przydać  do  wybrukowania  dziedzińca.  W  tym  domu  jest 

siedem telewizorów. Zamierzam wymienić sześć z nich na nowy sprzęt muzyczny. 

- Nie lubisz telewizji? 

background image

-  Jestem  człowiekiem  słowa  pisanego.  Drukowane  litery  znaczą  dla  mnie  o  wiele 

więcej niż taki mały ekranik. 

Rozległ  się  zgrzyt,  buczenie,  a  potem  głośny  trzask  i  z  gramofonu  rozległa  się 

romantyczna  muzyka  grana  na  cytrze.  Siedli  na  krwistoczerwonej  sofie,  tej  samej,  na  której 

niedawno Qwilleran  gościł Penelope Goodwinter, między nimi  nie było  jednak teczki,  przy 

czym dzieliła ich znacznie mniejsza odległość. 

-  Koko  ma  niezwykły  talent  do  odnajdywania  znaczących  przedmiotów.  Zwykle  nie 

opowiadam o tym, bo przeciętny rozmówca tego nie zrozumie, jednak czuję, że tobie mogę 

się zwierzyć. 

- Kiedy tylko zechcesz - odparła Melinda z zalotną nutką w głosie. 

- Dobrze jest móc komuś zaufać - jego smutne spojrzenie spotkało się z jej zielonymi 

oczami i świat na moment zatrzymał się w miejscu, jednak tę magiczną chwilę natychmiast 

przerwał  odgłos  udawanej  kociej bójki dochodzący z hallu. Qwilleran sapnął  przez wąsy,  a 

Melinda upiła łyczek szampana. Rozejrzała się po bibliotece. 

- Niezły księgozbiór - stwierdziła. 

- Owszem. Ładnie oprawiony. 

- Pewnie w większości klasyka. 

- Na to wygląda. 

- Myślisz, że Klingenschoenowie czytali te książki? 

- Wątpię. Melindo, czy widziałaś kiedyś Daisy Muli? Jak ona wyglądała? 

-  Hm.  Drobnej  budowy...  rudawe  włosy...  pucołowata  buzia.  Raczej  wyróżniała  się 

pośród  mieszkańców  Pickax.  Razem  ze  swoją  przyjaciółką  wystawały  przy  sklepie 

muzycznym i chichotały, kiedy kierowcy trąbili na nie klaksonami. Jak na tutejsze standardy 

ubierały się dosyć wyzywająco, ale to było kilka lat temu. Świat idzie do przodu. Nawet  w 

Pickax  i  nawet  kobiety  w  średnim  wieku  nie  noszą  już  lawendowych  sweterków  i 

wyplatanych koszyków. 

Qwilleran  położył  ramię  na  oparciu  sofy  i  przyszło  mu  do  głowy,  że  takie  twarde, 

gładkie  i  śliskie  obicie  pozostawia  co  nieco  do  życzenia.  Rozleniwiająca,  mięciutka  i 

aksamitna  sofa  byłaby  znacznie  odpowiedniejsza...  przynajmniej  na  to  wskazywały  jego 

doświadczenia z przeszłości. 

-  Dlaczego  nazwałeś  swoje  koty  Koko  i  Yum  Yum?  -  zainteresowała  się  Melinda.  - 

Czy chodzi o tę operę Gilberta i Sullivana? 

-  Nie,  chociaż  ich  lubię,  a  kiedy  chodziłem  do  college'u,  rzeczywiście  śpiewałem  w 

Mikado. 

background image

- Interesujący z ciebie facet, wszędzie byłeś i wszystko robiłeś. 

Przygładził wąsy, trochę zawstydzony. 

- No cóż, mam za sobą spory kawałek życia. A ty pewnie przez całe życie umawiałaś 

się z samymi młodzikami. 

- Nieprawda! Zawsze pociągali mnie starsi mężczyźni. Mam słabość do tych uroczych 

woreczków pod oczyma, które pojawiają się dopiero w średnim wieku. 

Nachylił się, żeby dolać szampana do jej kieliszka, znaleźli się bardzo blisko siebie... a 

w  tej  samej  chwili  szafkowy  zegar  zaczął  wybijać  jedenastą.  Do  biblioteki  wmaszerował 

Koko. Szedł na sztywnych nogach, z wyprężonym ogonem. Spojrzał w stronę dwojga ludzi 

siedzących na sofie i wydał z siebie władcze: 

- YOW! 

- Cześć, Koko - odpowiedziała mu Melinda. - Czy zostaniemy przyjaciółmi? 

Nie  raczył  odpowiedzieć.  Odwrócił  się  i  zszedł  ze  sceny,  a  w  następnej  chwili 

usłyszeli kolejny natarczywy okrzyk. 

- Coś jest nie tak - stwierdził Qwilleran. - Przepraszam na chwilę. 

Poszedł za kotem. Zastał go w westybulu, wpatrującego się w drzwi frontowe. 

- Przykro mi, Koko. Nie o tej porze. Dziś już poczty nie będzie. 

Wrócił  do  biblioteki  i  opowiedział  Melindzie  o  kociej  fascynacji  listami.  Próbował 

przywołać  na  powrót  intymny  nastrój,  kiedy  Koko  znów  się  zjawił.  Spojrzał  surowo  na 

Melindę i powiedział: - Nyik nyik nyik YOW! - i znów powędrował do drzwi frontowych. 

- Czy on chce wyjść? 

- Nie, nie wychodzi na dwór. 

- Ma bardzo szlachetny pyszczek - zerknęła na zegarek. 

- Koty syjamskie to bardzo szlachetna rasa. 

Gdy Koko objawił się po raz trzeci, wpatrując się przenikliwym wzrokiem w gościa, 

Melinda stwierdziła: 

-  On  chce  mi  coś  powiedzieć  -  wstała  i  poszła  za  kotem,  który  zdecydowanym 

krokiem ruszył przed siebie, oglądając się niekiedy, by sprawdzić, czy Melinda na pewno za 

nim idzie. Zaprowadził ją do drzwi wejściowych, tam zatrzymał się i popatrzył znacząco na 

klamkę. 

- Qwill, on chyba mi mówi, że powinnam już iść do domu. 

- Przepraszam za jego zachowanie... 

- Nic nie szkodzi. Jutro wcześnie rano muszę być w klinice. 

background image

-  Naprawdę,  przepraszam  za  niego.  Po  prostu  jest  przyzwyczajony,  że  o  jedenastej 

gasi się światła. Następnym razem gdzieś go zamknę. 

- Następnym razem - poprawiła go - pójdziemy do mnie, o ile nie przeszkadza ci, że 

będziemy siedzieć na podłodze. Nie mam jeszcze żadnych mebli. Tylko łóżko - popatrzyła na 

niego z ukosa. 

- A kiedy będzie ten następny raz? 

-  Kiedy  wrócę  z  konferencji.  Jadę  do  Paryża,  a  potem  rzucam  pracę  w  Mooseville. 

Dość już mam wyciągania haczyków na ryby z tyłków turystów. 

- Co zamierzasz potem robić? 

- Będę pracować razem z ojcem w Pickax. 

-  Chcę  być  twoim  pierwszym  pacjentem.  Potrafisz  sprawdzić  poziom  cholesterolu, 

ciśnienie i tak dalej? 

-  Potrafię  robić  mnóstwo  bardzo  interesujących  rzeczy.  Jeszcze  się  przekonasz  -  i 

znów rzuciła mu jedno z tych prowokujących zielonookich spojrzeń. 

Qwilleran  odprowadził  Melindę  do  srebrnego  kabrioletu  ukrytego  dyskretnie  w 

garażu. I jak się okazało, nie był to taki zły pomysł, żeby zostawić samochód właśnie tam. 

Kiedy  wreszcie  pożegnali  się,  wrócił  do  domu  zamaszystym  krokiem.  Zastał 

czekającego w hallu Koko, który wyraźnie był z siebie bardzo zadowolony. 

- Nie jesteś taki sprytny, jak ci się wydaje - poinformował go Qwilleran, przygładzając 

z satysfakcją wąsa. 

Wcześnie rano następnego dnia udał się do miasta, żeby odwiedzić studio Amandy i 

zamówić sofę.  Opryskliwej  projektantki nie zastał,  była u klienta,  a katalogi  nowoczesnych 

mebli  dała  mu  do  przejrzenia  sympatyczna,  młoda  asystentka.  Nie  minęło  pięć  minut  i 

Qwilleran zamówił wygodną kanapę obitą miękkim zamszem w rdzawym kolorze, brązowy 

fotel, otomanę oraz kilka lamp do swojej nowej pracowni. 

- Ma pan dobry gust - pochwaliła go asystentka - i nigdy jeszcze nie widziałam, żeby 

klient  tak  szybko  podejmował  decyzje.  Bardzo  chciałabym  zobaczyć  pańską  powozownię, 

kiedy zostanie już urządzona. 

- A jak pani się nazywa? - spytał. 

-  Francesca  Brodie.  Mój  ojciec  zna  pana  -  to  znaczy  zna  ze  słyszenia.  Jest  tu 

komisarzem policji. Czy to prawda, że jest pan czymś w rodzaju detektywa? 

-  Po prostu  lubię rozwiązywać zagadki,  to  wszystko  - odparł Qwilleran.  - Nawiasem 

mówiąc, czy znała pani niejaką Daisy Muli, która była tu zatrudniona? 

background image

-  Nie,  jestem  nowa.  Pracuję  dopiero  od  czterech  miesięcy.  Przez  następne  dwa  dni 

Qwilleran  spędził  większość  swojego  czasu,  odpowiadając  na  listy,  których  każdego  dnia 

przez  szczelinę  w  drzwiach  wpadało  całe  mnóstwo  -  ku  wielkiej  uciesze  obu  kotów.  Koko 

doręczył  mu  osobiście  kopertę  zaadresowaną  czerwonym  atramentem.  Najwyraźniej 

rozpoznał  ją,  bo  pochodziła  z  domu,  w  którym  całkiem  niedawno  mieszkali.  Napisała  go 

pewna  kobieta,  która  również  była  tam  lokatorką,  mówiła  do  Koko  po  francusku  i  miała 

ciągłe problemy z nadwagą oraz mężczyznami. 

Drogi Qwillu, 

dostałam Twój adres od Archa Rikera. Podobno trafiłeś na żyłę złota, moje gratulacje! 

Tęsknimy za Tobą. 

Mam  dobrą  wiadomość.  Spotykam  się  z  pewnym  kucharzem.  Nie  jest  żonaty  -

przynajmniej tak twierdzi. Zła wiadomość jest taka, że przybyło mi przez to pięć kilo. Nadal 

męczę  się  z  pisaniem  tekstów  dla  agencji  reklamowej,  ale  dałabym  wszystko,  żeby  móc 

prowadzić  restaurację.  Proszę,  daj  mi  znać,  gdybyś  otwierał  jakiś  lokal  w  Pickax.  Mam 

kucharza, jestem do dyspozycji. Bi-sous dla Koko. 

Hixie Rice 

Korespondencja  napływała  w  takim  tempie,  że  Qwilleran  nie  nadążał  pisać 

odpowiedzi na swojej starej maszynie. Telefon dzwonił bez ustanku. A jakby tego było mało, 

przerywano  mu  jeszcze  na  inne  sposoby.  Na  przykład  pewnego  dnia  do  biblioteki  zajrzał 

nagle jakiś młody człowiek w białym kombinezonie, dzierżąc w dłoni sześciopak dietetycznej 

coli. 

- Witam! - zawołał. - Mogę to wstawić do lodowy? Mam tu sporą robótkę. Mnóstwo 

szpachlowania, łatania i skrobania, futryny i tak dalej. 

Miał zdrowy wygląd rodowitego mieszkańca Moose County, wykarmionego jabłkami 

i napojonego mlekiem prosto od krowy, w którego diecie nie brakowało ogrodowych warzyw 

ani nieograniczonych ilości świeżego powietrza. 

- Zapewne jest pan malarzem zatrudnionym przez Amandę Goodwinter? - domyślił się 

Qwilleran. 

- Tak, nazywam się Steve. Ona wszystkim rozpowiada, że pracuję powoli, ale prawda 

jest  taka,  że  robię  porządną  robotę.  Mój  dziadek  pracował  dla  starszej  pani  w  tym  domu, 

background image

kiedy  jeszcze  żyła.  Nauczył  mnie,  jak  się  maluje  bez  zacieków,  równo  i  bez  purchli. 

Naprawdę pan tu mieszka? Ja tam gnieżdżę się w przyczepie na farmie mojego teścia. 

Były  też  inne  powody  do  niezadowolenia.  Pani  Cobb  wciąż  się  nie  pojawiła.  Nie 

zgłosił  się  też  nikt  do  naprawy  drzwi.  Melinda  wyjechała  do  Paryża,  a  Qwilleranowi  po 

głowie ciągle chodziła melodyjka: „Daisy, Daisy..." 

Potem zaś zadzwonił nauczyciel, którego poznał w Mooseville. 

- Cześć, tu mówi Roger. Jakie to uczucie, kiedy jest się wstrętnym bogaczem? 

-  Jest  to  uciążliwe,  frustrujące  i  nudne  -  przynajmniej  póki  co.  Ale  daj  mi  jeszcze 

tydzień, to może się przyzwyczaję. Co tam słychać nad jeziorem? 

- Jak zwykle, masa turystów. Wszyscy, którzy z nich żyją, są zachwyceni. 

- Czyli sklep twojej żony pracuje na pełnych obrotach? 

- Tak, idzie jej całkiem nieźle, ale późno wraca do domu. Słuchaj, może poszlibyśmy 

dziś razem na kolację? Sharon, jak mówiłem, pracuje do późna. 

-  Jasne. Najlepiej podjedź do mojej  Bastylii  -  zaproponował  Qwilleran.  -  Oprowadzę 

cię po lochach i poczęstuję drinkiem. Potem możemy wybrać się do jakiejś restauracji. 

- Świetnie! Chciałbym zobaczyć, jak to gmaszysko wygląda od środka. Zjeść możemy 

w „Hotel Booze". 

- Nie znam tego miejsca. 

-  To  najstarsza  knajpa  w  okręgu.  Serwują  tam  ogromniaste  hamburgery  z  frytkami. 

Pycha! 

Roger MacGillivray, którego szkockie  nazwisko  budziło sympatię Qwillerana, stawił 

się wczesnym wieczorem. Był to młody mężczyzna, który nosił przystrzyżoną czarną brodę i 

z  przekonaniem  wygłaszał  stanowcze  opinie  na  różne  tematy.  Głośnymi  okrzykami 

komentował rozmiary pokojów, liczbę okien, wysokość sufitów i powierzchnię posiadłości. 

- Utrzymanie tego wszystkiego będzie cię kosztować oczy z głowy  - zauważył. - Kto 

zajmie się myciem tych wszystkich okien i odkurzaniem książek? 

-  Samo  utrzymanie  parku  kosztuje  więcej,  niż  zarabiałem  w  „Daily  Fluxion"  - 

poinformował  go  Qwilleran.  -  Na  podjeździe  zawsze  stoi  zielona  półciężarówka  i  facet  w 

zielonym kombinezonie jeździ po ogrodzie małym zielonym traktorkiem. 

Nalał  gościowi  szkockiej  whisky,  a  sobie  soku  z  winogron,  po  czym  przeszli  do 

oranżerii i rozsiedli się w wielkich wiklinowych fotelach. 

Roger przyjrzał się kieliszkowi na długiej nóżce, który Qwilleran trzymał w ręce. 

- Co pijesz? 

- Sok z winogron catawba. Koko go lubi, więc kupiłem całą skrzynkę. 

background image

- Mówię ci, rozpieszczasz tego zwierzaka - Roger rozejrzał się z pewnym niepokojem. 

- Gdzie on jest? Czuję się trochę nieswojo w obecności kotów. 

Na dźwięk swojego imienia Koko wszedł do oranżerii i usadowił się tak, żeby Roger 

mógł go widzieć. 

- Nie będzie ci przeszkadzał - zapewnił Qwilleran. - Po prostu lubi przysłuchiwać się 

rozmowie. Wyraźnie ton twojego głosu przypadł mu do gustu. 

Koko zbliżył się nieco. 

- Kto opiekuje się tymi wszystkimi roślinami? Wyglądają na zdrowsze ode mnie. 

- Zielony kombinezon zagląda tu, wtyka w ziemię jakiś miernik i bada jej wilgotność - 

rzekł Qwilleran. - Jeśli chodzi o ogrodnictwo, to dla mnie po prostu czarna magia. Całe życie 

spędziłem w wynajmowanych mieszkaniach i hotelach. 

- Zdaje mi się, że twój ogrodnik to Kevin Doone. Był moim uczniem. Teraz studiuje w 

Princeton, a przez wakacje zajmuje się ogrodnictwem. A trzeba przyznać, że ogródek masz tu 

spory. 

-  Szeroki  na  pół  kwartału  i  z  pół  mili  długi,  tak  na  oko.  Na  tyłach  jest  sad  i  stara 

stodoła, która nadałaby się na letni teatr. 

Dłonie Rogera zacisnęły się na oparciach fotela. 

- Dlaczego on tak na mnie patrzy? 

- Koko chce się z tobą zaprzyjaźnić. Powiedz coś do niego. 

-  Cześć,  Koko  -  odezwał  się  Roger  niepewnym  głosem.  Kot  zmrużył  oczy  i  z  cicha 

zaskrzeczał życzliwie: 

- Ik, ik, ik. 

- Uśmiecha się - stwierdził Qwilleran. - Lubi cię... A jak tam twoja teściowa? 

-  Wszystko  w  porządku.  Zapaliła  się  teraz  do  nowego  pomysłu.  Chce  projektować 

pamiątki  z  Moose  County,  które  potem  Sharon  będzie  sprzedawać  w  swoim  sklepiku. 

Podstawki  pod  naczynia,  zabawki  i  inne  takie.  Chodzi  o  to,  żeby  kobiety  z  Dimsdale 

wytwarzały  je  ręcznie,  to  byłoby  takie  chałupnicze  przedsiębiorstwo.  Chciała  uzyskać 

subwencję od władz stanowych, ale bariery biurokratyczne okazały się nie do przebycia. Co 

więcej, ludziom z Dimsdale nie chce się pracować. Znasz to miejsce? 

-  Przypominam  sobie  pozostałości  kopalni  w  Dimsdale  -stwierdził  Qwilleran  -  oraz 

posiłek zjedzony w tamtejszej mordowni, ale wydawało mi się, że poza tym miasteczko jest 

wymarłe. 

-  Oficjalnie  Dimsdale  nie  istnieje,  ale  w  tamtejszych  lasach  sporo  ludzi  pobudowało 

sobie  byle  jak  sklecone  chatki  i  tam  mieszkają.  Właściwie  to  są  włości  Klingenschoenów, 

background image

czyli  twoje.  Nigdy  byś  w  to  nie  uwierzył,  ale  sto  lat  temu  miasteczko  Dimsdale  tętniło 

życiem, były tam hotele, tartak, kwatery dla górników, sklepy... był tam nawet lekarz. 

- Nieźle znasz historię tych okolic. 

- Przynajmniej powinienem. W końcu tego tu uczę... Ładny ten twój zwierzak i bardzo 

dobrze wychowany. 

-  Tak  naprawdę  nazywa  się  Kao  K'oKung.  Otrzymał  to  imię  na  cześć  pewnego 

trzynastowiecznego chińskiego malarza. 

Słysząc, że o nim mowa, Koko swobodnym krokiem zbliżył się do fotela Rogera. 

- Jeśli nigdy nie głaskałeś kota syjamskiego - powiadomił go Qwilleran - w ogóle nie 

wiesz, co to jest futro. 

Roger  ostrożnie  wyciągnął  rękę  i  dotknął  beżowo-złotego,  jedwabistego  grzbietu 

zwierzęcia. 

- Dobry kotek! - powiedział. - Dobry kotek. 

Kot  spojrzał  na  Qwillerana,  mrużąc  jedno  oko.  Jeden  do  zera  dla  Koko  -  pomyślał 

Qwilleran. 

Obaj  panowie  dokończyli  swoje  drinki  i  powstali,  by  porzucić  pałacowe  splendory 

rezydencji  K  i  zaznać  statecznej  brzydoty  „Hotel  Booze".  Był  to  dwupiętrowy  budynek 

utrzymany  w  prostym  stylu  charakterystycznym  dla  pionierskich  czasów;  sylwetką 

przypominał  pudełko  po  butach.  Szyld  niemal  tak  wielki  jak  sam  hotel  zachęcał  do 

korzystania z trunków, posiłków i wolnych pokoi. 

-  Tutaj  -  powiedział  Roger  -  górnik  mógł  dostać  przyzwoity  posiłek  i  miejsce  do 

leżenia  na  podłodze  za  ćwiartkę  dolara.  Za  poduszkę  służyły  mu  własne  buty  albo  przy 

odrobinie szczęścia worek owsa. 

Dzięki  temu,  że  światło  w  sali  restauracyjnej  było  przyćmione,  odrapane  ściany  nie 

rzucały  się  tak  bardzo  w  oczy,  nie  raziło  stare  linoleum  na  podłodze  ani  sfatygowane 

plastikowe stoliki. Wewnątrz było rojno i gwarno, liczni klienci w bejsbolówkach z wilczym 

apetytem pochłaniali hamburgery oraz piwo. 

Qwilleran  wypróbował  trzy  krzesła,  aż  trafił  na  takie,  które  miało  wszystkie  cztery 

nogi. 

- Dla mnie Cholesterol Ekstra - rzekł do kelnerki, swojsko wyglądającej kobieciny w 

wyblakłej sukience. 

- Dla mnie to samo, Thelmo - zawtórował mu Roger. 

Kanapka okazała się tak ogromniasta, że podając ją, kelnerka przytrzymywała górną 

część bułki kciukiem, aby nie spadła. 

background image

- Nazywamy ją Thelma „Odciski Palców" - szepnął Roger. 

Qwilleran  musiał  przyznać,  że  hamburger  rzeczywiście  był  wyśmienity,  a  frytki 

naprawdę smakowały ziemniakami. 

- Może byś mi udzielił krótkiej lekcji historii, żebym nie myślał za wiele o kaloriach? 

Opowiedz coś o tych opuszczonych kopalniach. 

-  W  dawnych  czasach  było  ich  aż  dziesięć  -  i  wszystkie  były  przedsiębiorstwami  na 

większą  skalę.  Sztolnie  sięgały  do  trzystu  kilkudziesięciu  metrów  w  głąb  ziemi,  a  górnicy 

musieli  do  nich  schodzić  po  drabinach!  Po  długim  dniu  spędzonym  w  czeluściach, 

ciemnościach i wilgoci wspinali się po nich na górę. Zajmowało im to pół godziny. 

-  Niczym  wejście  na  szczyt  stupiętrowego  wieżowca!  Musieli  rozpaczliwie 

potrzebować tej pracy. 

-  W większości byli przybyszami z Europy. Przyjechali tu  bez rodzin, mieli nadzieję 

utrzymać  się  i  wysłać  nieco  pieniędzy  do  domu.  Najczęściej  jednak  przepijali  wszystko  w 

saloonie,  więc  musieli  robić  zakupy  w  firmowym  sklepie  na  kredyt,  toteż  bezustannie  byli 

zadłużeni. 

Thelma przyniosła kawę, a Roger - bez większego trudu - zdołał namówić Qwillerana, 

żeby spróbował ciasta z jeżynami. 

- Zebrałam je sama dziś rano - zapewniła ich kelnerka. 

Mężczyźni  rozkoszowali  się  każdym  kęsem  w  milczeniu  pełnym  szacunku,  na  jaki 

zasługiwał ten niezwykły wypiek. Zamówili po drugiej kawie. 

- Domyślam się, że w dawnych saloonach na zapleczu znajdowała się jaskinia gry, a 

górne piętro było domeną dziewczynek. 

- Tak właśnie! Ponadto obowiązywało tam szczególne poczucie humoru. Kiedy któryś 

z klientów wypił za dużo i stracił przytomność, kumple wynosili go na zewnątrz i przybijali 

podeszwy jego butów do drewnianego chodnika, no i w każdym saloonie można było zastać 

jakiegoś starego moczymordę, który za drinka gotów był zrobić wszystko. Jeden z nich słynął 

z tego, że zajadał się trującym bluszczem. Inny odgryzał głowę żywego szczura. 

- To nie jest najprzyjemniejszy temat do rozmowy przy stole - zauważył Qwilleran. 

-  Mówię  tylko,  jak  było!  Szczególną  sławą  cieszył  się  saloon  należący  do 

Klingenschoenów, czyli „Saloon K". 

- Tego właśnie uczysz na lekcjach historii? 

- Pewnie. Trzeba dzieciaki czymś zainteresować. Słuchają z rozdziawionymi gębami! 

Qwilleran milczał przez chwilę, a potem spytał: 

- Uczyłeś kiedyś niejaką Daisy Muli? 

background image

- Nie, rzuciła szkołę, zanim zacząłem tam pracować, ale chodziła na lekcje rysunku do 

mojej  teściowej.  Ona  zaś  twierdzi,  że  była  to  jedyna  przedstawicielka  tej  rodziny,  która 

mogłaby  kiedykolwiek  do  czegoś  dojść  -  gdyby  tylko  jej  się  chciało.  Ale  dziewczyna  była 

raczej postrzelona. 

Qwilleran  opowiedział  mu  o  udekorowanych  przez  nią  ścianach,  a  potem  o  swoich 

planach  urządzenia  pracowni  nad  garażem,  a  wreszcie  o  tym,  że  zamierza  zatrudnić 

gospodynię. 

-  Jak  ty  sobie  wyobrażasz  życie  pod  jednym  dachem  z  gospodynią?  -  zdziwił  się 

Roger. - To chyba tak, jakbyś miał żonę, tylko bez wiadomych korzyści. 

- Mów za siebie. 

- Jak się dogadujesz z „G&G"? 

-  Póki  co  może  być.  Sprawami  zajmuje  się  głównie  Penelope.  Jeszcze  jej  nie 

rozszyfrowałem. 

- W tej rodzinie to ona dysponuje intelektem. Co myślisz o jej braciszku? 

- Mało z nim miałem do czynienia. Znów pojechał do Waszyngtonu. 

Roger zniżył głos. 

- Chodzą plotki, że ma tam jakąś kobietę. Jeżeli to poważna sprawa, będzie sensacja, 

bo Alex od zawsze był zatwardziałym kawalerem. 

- A Penelope ma kogoś? 

- A co? Jesteś zainteresowany? 

- Nie, dzięki. Póki co mam wszystko, czego mi trzeba. 

-  Nigdy  nie  interesowała  się  facetami  -  wyjaśnił  Roger.  -Kariera  przede  wszystkim. 

Szkoda, bo babka naprawdę ma wszystko na swoim miejscu. 

Qwilleran  poprosił  o  rachunek  i  opłacił  go  w  kasie  przy  wyjściu.  Pieniądze  przyjęła 

kobieta  o  obfitych  kształtach  ubrana  we  wzorzystą  hawajską  sukienkę  z  dominującym 

motywem  wielkich  kwiatów  rudbekii.  Qwilleran  odruchowo  zaczął  pogwizdywać  „Daisy, 

Daisy...". 

W jednej chwili gwar umilkł, zapadła złowroga cisza, a kasjerka pogroziła mu palcem. 

-  Nie  wolno!!!  -  i  wskazała  tabliczkę  wiszącą  na  ścianie:  KREDYTU  NIE 

UDZIELAMY.  CZEKÓW  NIE  PRZYJMUJEMY.  NIE  PLUĆ  NA  PODŁOGĘ.  NIE 

GWIZDAĆ. 

- O, przepraszam. 

background image

-  Gwizdanie  przynosi  nieszczęście  -  wytłumaczył  mu  Roger.  -  To  taki  stary  przesąd 

rozpowszechniony  pośród  górników,  który  przetrwał  po  dziś  dzień.  W  Pickax  nie  wolno 

gwizdać, takie jest oficjalne zarządzenie władz miejskich. 

background image

 

Rozdział szósty 

Nigdy nie cechowało go jakieś ogromne upodobanie do gwizdania, jednak gdy tylko 

Qwilleran dowiedział się, że czynność ta jest w Pickax surowo zabroniona, wciąż nachodziła 

go  chętka,  by  zakaz  ten  złamać.  Przygotowując  śniadanie  dla  kotów,  pogwizdywał  arię  z 

Mikada,  co  sprawiło,  że  Koko  wykręcił  przedziwnie  uszy  i  uciekł  do  sionki  przy  tylnym 

wejściu. Yum Yum umknęła do pralni i przycupnęła za kuwetką. 

Właściwie nie była to prawdziwa kuweta, tylko owalna bryt-fanka wypełniona kocim 

żwirem.  Rozwiązanie  nietuzinkowe,  ale  urządzenie  znakomicie  spełniało  swoją  funkcję. 

Wodę  dostawały  w  misce  z  porcelany  typu  Imari,  którą  Qwilleran  znalazł  w  kredensie,  a 

posiłki podawał  im na płaskim talerzu z szeroką  niebieską i złotą obwódką, jak najbardziej 

odpowiednim do tego celu, ponieważ błękit odpowiadał niezmąconemu kolorowi oczu Yum 

Yum, ponadto talerz ozdobiony był złotym inicjałem „K". 

Qwilleran  rozłożył  płatki  czerwonego  łososia  z  puszki  i  postawił  talerz  na  podłodze 

pralni. Zawołał koty. Yum Yum stawiła się natychmiast, jednak Koko nie dawał znaku życia. 

-  A  niech  go!  Znów  się  włóczy  po  strychu  -  mruknął  pod  nosem  Qwilleran. 

Rzeczywiście, drzwi na schody stały otworem, a Koko przebywał na drugim piętrze, drapiąc 

pazurami dywan zwinięty w rulon. 

Qwilleran  próbował  go  złapać,  ale  kot  zrobił  zręczny  unik  i  wskoczył  na  szczyt 

bieliźniarki w stylu Art Nouveau i rzucił mu wyzywające spojrzenie. Rozpoczął się szalony 

pościg po całym zakurzonym strychu. Koko przemknął po łóżku z czasów generała Granta, 

pod  chińskim  stolikiem  na  krzywych  nóżkach,  ominął  barykadę  z  podróżnych  kufrów,  a 

Qwilleran gonił go uparcie, dysząc ciężko. 

W  końcu  kot  pozwolił  się  złapać.  Zatrzymał  się  mianowicie  na  taniej,  kartonowej 

walizeczce  pokrytej  drukowanym  wzorkiem,  który  miał  przypominać  tweed.  Wąsy 

Qwillerana natychmiast dały mu znak: znów cos' ważnego! Pochwycił walizkę w jedną rękę, 

drugą  zgarnął  kota  i  zszedł  do  kuchni,  gdzie  Yum  Yum  poświęcała  się  właśnie  toalecie  po 

spożyciu  całej  puszki  łososia.  Do  urwanej  rączki  walizki  przymocowana  była  kartka 

wykaligrafowana  znanym  mu  już  starannym  pismem:  „Daisy  Muli".  Po  otwarciu  ze  środka 

dobył się ten sam zapach stęchlizny co z pudła zawierającego jej ciepłe ubrania. Tym razem 

jednak  kolekcja  składała  się  z  sandałów,  T-shirtów,  szortów,  spłowiałej  sukienki  plażowej, 

majtek w czerwone serduszka i wyjątkowo skąpego kostiumu kąpielowego. 

background image

Qwilleran mógł sobie wyobrazić, dlaczego dziewczyna nie zabrała ze sobą zimowych 

ubrań,  czemu  jednak  zostawiła  też  letnie  ciuchy?  Może  zabrała  ze  sobą  tylko  te  lepsze?  A 

może trafiła jej się jakaś życiowa szansa związana z możliwością zapewnienia sobie całkiem 

nowego zestawu garderoby, czyli dobra praca albo hojny sponsor? Mógł to być na przykład 

jakiś turysta przybyły z innej części kraju, z którym uciekła na dobre i na złe. Qwilleran miał 

nadzieję, że jednak na dobre. 

W walizeczce były też inne rzeczy: papierowa torebka z kiczowatą i bezwartościową 

biżuterią,  ale  też  bransoletka  z  czternastokaratowego  złota,  wystarczająco  ciężka,  by  dać 

Qwilleranowi  do  myślenia.  Ukradła  ją?  Jeżeli  tak,  to  dlaczego  jej  ze  sobą  nie  wzięła?  W 

drugiej papierowej torebce znajdowały się upchane byle jak kosmetyki i szczotka do zębów. 

Sugerowało to wyjazd w naprawdę wielkim pośpiechu. 

Na  koniec  została  jeszcze  jedna  niespodzianka.  Firmowa  torba  z  domu  towarowego 

Lanspeaków, a w niej żałosny, skromny zestaw dziecięcych ubranek. 

Usiadł na krześle w kuchni, żeby to wszystko przemyśleć. Czy dlatego tak spiesznie 

opuściła miasto, że zamierzała dokonać aborcji? Ale czy wobec tego kupowałaby te maleńkie 

buciki i sweterki w różyczki? Co ją skłoniło, żeby przerwać ciążę? No i przede wszystkim co 

się z nią stało? Dlaczego nie wróciła? Czy jej rodzina wie, co się z nią dzieje, gdzie teraz jest? 

I  czy  w  ogóle  ma  jakąś  rodzinę?  Jeśli  tak,  zapewne  można  ich  znaleźć  w  tych  slumsach 

opodal  starej  kopalni  Dimsdale.  Pytania  bez  odpowiedzi  tłukły  się  po  głowie  Qwillerana,  a 

wiedział, że nie spocznie, dopóki nie wyjaśni tej kwestii do końca. 

Rozważania  te  przerwał  mu  odgłos  silnika  samochodu  zajeżdżającego  od  tyłu 

budynku.  Wrzucił  bransoletkę  do  kieszeni,  upchnął  szybko  resztę  dobytku  Daisy  do  tej 

nędznej walizeczki z urwaną rączką, ze strzępiącą się podszewką i o poobijanych rogach. 

Wyszedł na dwór, żeby powitać panią Cobb. Jej furgonetka aż po dach zapchana była 

pudłami pełnymi książek, które zaczął wnosić do środka. 

Pani Cobb była tak szczęśliwa, że aż bliska łez. 

- Boże, co za emocje. Nie wiem, od czego zacząć. 

-  Na  razie  proszę  się  wygodnie  urządzić  -  poradził  jej.  -  Potem  niech  pani  sporządzi 

listę rzeczy potrzebnych do lodówki i  spiżarki. Koty już nie mogą się doczekać sławetnych 

szwedzkich klopsików i pikantnej sałatki z raków. 

- A jakie potrawy pan lubi, panie Qwilleran? 

-  Ja  jem  wszystko  oprócz  pasternaku  i  brukwi.  W  południe  zabiorę  panią  na  lunch; 

potem mam umówione spotkanie w kancelarii u prawników. 

background image

W  zarządzonym  przez  Penelope  zebraniu  udział  wzięli  pan  Fitch  z  banku  oraz  pan 

Cooper prowadzący księgowość masy spadkowej. Bankier był pięknie opalony, pan Cooper 

blady jak ściana pomimo słonecznej pogody, która od dawna panowała w Moose County. Pan 

Fitch  w  uprzejmych  słowach  pogratulował  Qwilleranowi  pomysłu  na  założenie  fundacji  o 

charakterze dobroczynnym. Spytał przy okazji, czy Qwilleran gra w golfa. 

-  Obawiam  się,  że  trochę  nie  pasuję  do  Moose  County  -  brzmiała  odpowiedź.  -  Nie 

gram w golfa, nie łowię ryb, nie poluję. 

-  Trzeba  będzie  coś  z  tym  zrobić.  Na  początek  zamierzam  pana  wprowadzić  do 

Country Clubu - zaoferował się bankier. 

Pierwszą  i  podstawową  sprawą  była  kwestia  otwarcia  rachunku  bieżącego  w  banku. 

Następnie  Penelope  zaproponowała,  by  Qwilleran  zaczął  przeglądać  wszelkiego  rodzaju 

dokumenty, jakie może znaleźć w domu. 

-  Dobrze  by  było  -  stwierdziła  -  by  zapoznał  się  pan  z  kwestiami  ubezpieczeń  i 

podatków, z inwentarzami ruchomości oraz temu podobnymi, nim przekaże je pan do naszego 

biura. 

Skrzywił się niechętnie. Nie znosił grzebać się w papierzyskach. 

- Poza tym wszystko w porządku? - spytała, jak zwykle z czarującym uśmiechem. 

-  Gospodyni  przyjechała  dziś  rano  -  powiedział  -  jest  zdania,  że  powinniśmy  mieć 

pomoc domową na przychodne. 

- Polecam panią Fulgrove. Pracuje dla nas kilka razy w tygodniu, jest bardzo akuratna. 

Czy Birch Trevelyan skontaktował się już z panem? 

- Nie pokazał nawet czubka nosa. Tymczasem wszystkie drzwi wymagają naprawy, a 

w drzwiach kuchennych domu trzeba koniecznie wymienić zamek. 

-  Ten  Birch  to  leniwy  sukinsyn  -  zauważył  bankier.  -  Trzeba  dorwać  go  w  knajpie, 

wykręcić mu rękę i doprowadzić siłą. 

Penelope spojrzała karcąco na pana Fitcha. 

-  Nigel,  daj  spokój.  Ja  się  tym  zajmę.  Odnoszę  wrażenie,  że  wystarczy  odrobinę  go 

ponaglić... Ma pan jakieś pytania, panie Qwilleran? 

- Kiedy odbędzie się najbliższe spotkanie rady miejskiej? Udział w takim zebraniu to 

najlepszy  sposób,  żeby  zapoznać  się  z  miejscową  społecznością.  Niewykluczone,  że  pani 

Cobb także chciałaby pójść. 

- W takim razie - wtrąciła szybko Penelope - wezmę ją ze sobą jako swojego gościa. 

Byłoby niestosowne, gdyby pan jej towarzyszył. 

background image

-  Co  ty  gadasz,  Penny  -  bankier  zaśmiał  się,  ale  umilkł  pod  jej  druzgocącym 

spojrzeniem. 

- Czy ma pan coś do dodania, panie Cooper? - prawniczka zwróciła się z pytaniem do 

księgowego, który jeszcze nie zabierał głosu. 

- Dobra dokumentacja - odezwał się. - Najważniejsze, żeby mieć dobrą dokumentację. 

Czy dba pan o to, panie Qwilleran? 

Przed oczami Qwillerana pojawiła się koszmarna wizja dalszych stosów papieru. 

- Dokumentacja? Dokumentacja czego? 

-  Przychodów,  wydatków,  odliczeń.  Proszę  gromadzić  wszystkie  pokwitowania, 

rachunki, wyciągi z konta bankowego i tak dalej. 

Qwilleran skinął głową. Księgowy nasunął mu pewien pomysł. Po spotkaniu zaciągnął 

go na stronę. 

-  Czy  dysponuje  pan  dokumentacją  dotyczącą  zatrudnienia  służby  w  domu 

Klingenschoenów,  panie  Cooper?  Chciałbym  dowiedzieć  się,  w  jakim  okresie  zatrudniona 

tam była niejaka Daisy Muli. 

-  Wszystko  jest  w  komputerze  -  zapewnił  księgowy.  -  Każę  mojej  sekretarce,  żeby 

zadzwoniła do pana, kiedy znajdzie tę informację. 

Przez kilka następnych dni Qwilleran delektował się domową kuchnią, odpowiadał na 

listy i kupił nowe opony do stojącego w garażu roweru. Zadzwonił też do młodego redaktora 

naczelnego „Picayune". 

- Kiedy wprowadzisz mnie w tutejszy knajpiany półświatek? Obiecałeś! 

- Kiedy zechcesz. Dokąd masz ochotę iść? Najlepszym miejscem jest bar „Pod Psem". 

- Zdarzyło mi się raz zjeść tam lunch. Sodoma i gomora... 

- Trafna diagnoza. Wpadnę po ciebie jutro o dziesiątej. Włóż na głowę bejsbolówkę - 

doradził mu redaktor - i poćwicz w domu picie kawy z kubka bez wyjmowania łyżeczki. 

Choć Junior Goodwinter wyglądał  jak licealista, zawsze nosił  sportowe obuwie oraz 

bluzę  w  barwach  tutejszej  drużyny,  w  rzeczywistości  miał  za  sobą  studia  dziennikarskie  i 

zarządzał  gazetą  należącą  do  jego  ojca.  Do  baru  w  Dimsdale  zajechali  jego  czerwonym 

jaguarem;  redaktor  miał  na  głowie  stosowną  czapkę  z  daszkiem,  a  Qwilleran  jaskrawo-

pomarańczową czapeczkę myśliwską. 

- Zauważyłem, że w tym okręgu grasują najgorsi kierowcy świata  - stwierdził. - Jadą 

okrakiem  po  ciągłej  linii,  skręcają  ze  złego  pasa,  nie  mają  pojęcia,  do  czego  służą 

kierunkowskazy. Jakim cudem uchodzi im to na sucho? 

background image

-  My  tutaj  jesteśmy  bardziej  wyluzowani  -  wyjaśnił  Junior.  -  Ludzie  z  Nizin  to 

konformiści, tymczasem my nie lubimy, kiedy ktoś nas poucza i mówi, co mamy robić. 

Zostawili  wóz  na  piaszczystym  parkingu  baru  pośród  całej  flotylli  furgonetek  i 

półciężarówek; jedynym urozmaiceniem był lśniący od chromu motocykl. 

Bar „Pod Psem" mieścił się w starym wagonie towarowym wyposażonym do tego celu 

w  okna,  najwyraźniej  nie  dające  się  domyć  do  czysta.  Stoliki  tudzież  krzesła  sprawiały 

wrażenie, jakby wyrzucono je na śmieci po generalnym remoncie „Hotel Booze", który miał 

miejsce  w  roku  1911.  W  porze,  kiedy  wszyscy  zbierali  się  tam,  żeby  napić  się  kawy,  stoły 

zestawiano,  tworzyły  się  zwarte  grupki  ośmiu  do  dziesięciu  mężczyzn  -  wszyscy  mieli  na 

głowach  czapki  z  daszkiem.  Podchodzili  do  kontuaru,  brali  kawę  i  pączki,  a  potem  płacili 

milczącemu,  wychudzonemu  mężczyźnie  w  kucharskim  fartuchu.  Powietrze  było  szare  od 

dymu papierosów. Odgłosy śmiechu i konwersacji były wprost ogłuszające. 

Do  uszu  Qwillerana  i  Juniora  docierały  strzępki  rozmów  prowadzonych  przy 

sąsiednich stolikach. 

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego jak to, co teraz dają w telewizji. 

- Jak tam artretyzm twojego taty, Joe? 

- Nie, człowieku, nie wmówisz mi, że on z nią nie tego... 

- Przydałby się deszcz. 

- Ta kobieta, którą on tam ma... mówią, że to prawniczka. 

- A słyszeliście ten o dzieciaku z miasta, któremu pani kazała narysować krowę? 

Qwilleran pochylił się nad stolikiem. 

- Kim są ci faceci? 

Junior otaksował zebranych spojrzeniem. 

-  Farmerzy.  Rybacy.  Menedżer  filii  banku.  Gość,  który  buduje  stajnie.  Jeden  z  nich 

handluje maszynami rolniczymi, ma forsy jak lodu. Inny czyści szamba. 

Oprócz  dymu  papierosowego  czuć  było  w  powietrzu  także  fajkę  i  cygara.  Wątki 

konwersacji przeplatały się ze sobą. 

- No i, kurczę, sam naprawiłem traktor, a wystarczył mi do tego kawałek drutu. Lekką 

rączką zaoszczędziłem parę setek. 

- Zawsze chciałem pojechać do Vegas, ale moja stara mówi, że nie, nic z tego. 

- Jaki tam pistolet. Na jelenia się chodzi ze strzelbą. 

- Mój mały w pół godziny nałapał tam całe wiadro okoni. 

-  Wszyscy  wiemy,  że  w  tym  maczał  palce.  Tylko  nikt  go  nie  przyłapał  na  gorącym 

uczynku. 

background image

- O, jest Terry! - zawołało kilka głosów i parę głów odwróciło się w stronę brudnego 

okna. 

Jeden  z  klientów  wybiegł  za  drzwi.  Chwycił  drewnianą  paletę  i  położył  ją  na 

stopniach,  tworząc  w  ten  sposób  rampę.  Tymczasem  mężczyzna  w  obowiązkowej 

bejsbolówce, który przeniósł się na rękach z nisko zawieszonego samochodu do składanego 

wózka inwalidzkiego, czekał, aż ktoś go wepchnie po pochylni do baru. 

-  Ma  farmę  mleczną  -  szepnął  Junior.  -  Kilka  lat  temu  miał  paskudny  wypadek. 

Traktor  przekoziołkował...  Ma  skomputeryzowaną  dojarnię,  która  obsługuje  sto  krów  na 

godzinę. Pięćset galonów dziennie. Osiemnaście ton obornika rocznie. 

Rozmowy toczyły się dalej - o podatkach, o rynku artykułów spożywczych, o systemie 

wykorzystania  odpadów  pochodzenia  zwierzęcego.  Towarzyszyło  temu  wiele  śmiechu  - 

rechot, wybuchy śmiechu, ryki śmiechu, chichot. „Baa-a-a" - tak śmiał się jeden z gości, który 

siedział za Qwilleranem. 

- Wszyscy wiemy, do kogo się mizdrzy, no nie? Baa-a-a! 

- Ta nowa stajnia Eda kosztowała siedemset pięćdziesiąt tysiaków! 

- Posłali go do college'u, no i masz, wpakował się w narkotyki. 

-  „To,  co  krzywe,  nie  da  się  wyprostować".  Eklezjastes,  rozdział  pierwszy,  wers 

piętnasty! 

- Człowieku, on się w życiu nie ożeni. Musiałby na głowę upaść. Baa-a-a! 

- Naprawdę przydałby się deszcz, i to jak najprędzej. 

- Jeśli on tu ją sprowadzi, będzie niezła awanturka. 

Nad tacą z pączkami wisiał napis: „Kiedyś skończą się dania, ale nigdy dość gadania". 

- W to mogę uwierzyć - zauważył Qwilleran. - Wygląda mi na to, że znajdujemy się w 

ośrodku miejscowych plotek. 

- E tam - machnął ręką Junior. - Ci faceci tylko tak sobie gawędzą. 

Gdzieś  koło  jedenastej  goście  zaczęli  się  powoli  rozchodzić;  jakiś  mężczyzna  z 

cygarem  w zębach szturchnął  przyjaźnie Juniora w żebra. Był  potężnie zbudowany, biła od 

niego pewność siebie i to właśnie on, śmiejąc się, beczał jak owca. Odjechał nachromowanym 

motocyklu z rykiem silnika, wzbijając żwir spod kół. 

- Kto to? - zainteresował się Qwilleran. 

- Birch Trevelyan - wyjaśnił Junior. - Pochodzi ze starej rodziny, od dawna osiadłej w 

Moose County. 

- To ten facet, który miał ponaprawiać drzwi w rezydencji K, ale najwyraźniej mu się 

nie spieszy. 

background image

-  Jest  dobry,  ale nie znosi pracować.  Zawyża ceny, żeby ludzie go nie zatrudniali.  A 

przy  tym  zawsze  ma  pełno  forsy.  Jest  współwłaścicielem  tego  baru,  choć  trudno  się 

spodziewać, żeby akurat na tym ktoś się wzbogacił. 

- O ile nie sprzedają tu czegoś innego oprócz jedzenia - zauważył Qwilleran. 

W drodze powrotnej do Pickax spytał Juniora, czy kobiety kiedykolwiek odwiedzają 

to miejsce w porze porannej kawy. 

-  Nie,  odbywają  własne  sesje  plotkarskie  przy  herbatce  i  ciasteczkach.  ..  Chcesz 

posłuchać wiadomości o jedenastej? - włączył radio w samochodzie. 

Od  razu  po  przybyciu  do  Moose  County  Qwilleran  nie  mógł  się  nadziwić  stylowi 

prezenterów rozgłośni PKX FM. Nazwał go na swój użytek „natychmiastową autoparafrazą". 

Z głośników rozległy się słowa: 

-    ...stracił  panowanie  nad  pojazdem,  kiedy  jeleń  wybiegł  na  szosę,  w  wyniku  czego 

samochód znalazł się w rowie, a jego kierowca w szpitalu, gdzie został opatrzony, następnie 

wypuszczony  do  domu.  Rzecznik  szpitala  oznajmił,  że  pacjent  odniósł  drobne  obrażenia, 

które nie wymagały hospitalizacji. 

Sport:  „Miners"  z  Pickax  pokonali  „Mosquitoes"  z  Mooseville  trzynaście  do 

dwunastu,  zdobywając  mistrzostwo  okręgu  i  awansując  do  rozgrywek  regionalnych.  Jak 

oznajmił  trener  Russel,  dzięki  zdobytemu  mistrzostwu  „Miners"  będą  mogli  pokazać,  co 

potrafią, podczas rozgrywek regionalnych. 

Nagle zapiszczał pager Juniora; jednocześnie rozległ się ryk syreny z ratusza. 

- Gdzieś się pali - stwierdził. - Mógłbym cię wysadzić na światłach? Okej, to na razie! 

Jego czerwony jaguar popędził w stronę ratusza, a Qwilleran piechotą przeszedł kilka 

przecznic  dzielących  go  od  domu.  Ze  wszystkich  stron  pozdrawiali  go  wyraźnie  uradowani 

jego  widokiem  nieznajomi,  którzy  zgodnie  z  obowiązującym  w  Pickax  zwyczajem  zwracali 

się do niego pierwszą literą jego nazwiska. Oznaczało to zarówno przyjazne nastawienie, jak i 

szacunek wyrażany witanej osobie. 

- Dzień dobry, panie Q. 

- Witam, panie Q. 

- Miłego dnia, panie Q. 

Natomiast  powitanie  ze  strony  pani  Cobb  zawierało  ponadto  obietnicę  kanapek  i 

klopsików na lunch. 

-  Jest  też  dla  pana  wiadomość  z  biura  pana  Coopera.  Osoba,  o  którą  pan  pytał, 

zakończyła  pracę  pięć  lat  temu,  siedemnastego  lipca.  Zaczęła  pracować  trzeciego  kwietnia 

tego samego roku. Ponadto pojawiła się tutaj jakaś' bardzo dziwna kobieta, która twierdzi, że 

background image

zatrudniono  ją  do  robienia  porządków  trzy  razy  dziennie.  Teraz  jest  na  górze,  sprząta 

sypialnie.  I  jeszcze  jedno,  panie  Qwilleran.  Znalazłam  u  siebie  na  górze  trochę  prywatnej 

korespondencji  w  szufladzie  biurka.  Pomyślałam,  że  może  powinien  pan  ją  przejrzeć. 

Zostawiłam wszystko na stole w bibliotece. 

Listy  znajdowały  się  w  pudełku  z  tektury  falistej,  na  którym  spał  sobie  smacznie 

Koko, zwinąwszy się w rozkoszny kłębek. Należało stąd wnioskować, że albo kota ogarnęła 

pocztowa  obsesja,  albo  jakimś  sposobem  zdołał  się  zorientować,  iż  pudełko  to  w 

zamierzchłych czasach zawierało puszki z tuńczykiem. 

Qwilleran  delikatnie  przeniósł  uśpione  zwierzę  na  fotel  i  zabrał  się  do  wertowania 

korespondencji  Klingenschoenów  z  zamierzchłych  czasów.  Zbiór  był  najzupełniej 

przypadkowy  i  nie  zawierał  nic,  co  miałoby  jakiekolwiek  historyczne  lub  finansowe 

znaczenie. Po prostu ktoś wetknął do szuflady biurka stare szpargały, które dawno należało 

wyrzucić.  Na  przykład  w  jakimś  liście  z  roku  1921  była  prośba  o  datek  na  rzecz  ruchu 

skautowskiego. 

Uwagę Qwillerana zwróciła jednak zwykła kartka korespondencyjna nosząca na sobie 

ślady dziwnie przypominające odciski kocich kłów. 

Piszę  te  słowa  w  autobusie.  Przepraszam,  że  tak  znikłam  bez  pożegnania.  Dostałam 

pracę  na  Florydzie,  muszę  natychmiast  tam  jechać.  Znajomy  podrzucił  mnie  do  Cleveland. 

Proszę  wyrzucić  wszystkie  moje  rzeczy.  Nie  potrzebuję  niczego.  Mam  dobrą  pracę,  z  dobrą 

pensją. 

Kartka  podpisana  była  imieniem,  które  prześladowało  Qwillerana  przez  ostatnie 

dziesięć dni. Widniała na niej data sprzed pięciu lat: jedenasty lipca. Ku swojemu zdziwieniu 

Qwilleran dopatrzył się stempla pocztowego z Maryland. Dlaczego ta dziewczyna wybrała się 

z Cleveland na Florydę przez Maryland? Trudno to było zrozumieć. Zauważył też, że pismo 

w najmniejszym stopniu nie przypomina liter wykaligrafowanych na kartkach umocowanych 

do bagażu Daisy. 

Oderwał  metkę  od  walizeczki  znajdującej  się  wciąż  w  kuchni  i  udał  się  na 

poszukiwanie  pani  Fulgrove.  Zastał  ją  w  apartamencie  empirowym,  gdzie  zawzięcie 

pucowała  stolik  z  marmurowym  blatem  i  nóżkami  ozdobionymi  sfinksami  -  posługując  się 

przy tym miękką szmatką i jakimiś tajemniczymi specyfikami. 

background image

- To miejsce zostało straszliwie zapuszczone - stwierdziła - co wcale mnie nie dziwi, 

bo  przez  ostatnie  pięć  lat  starsza  pani  nie  miała  nikogo  godnego  zaufania  do  pomocy,  ale 

robię,  co  mogę,  żeby  wszystko  doprowadzić  do  porządku.  To  wcale  nie  takie  łatwe,  kiedy 

ktoś ma moje lata i na dobitkę wybity bark, czego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. 

Qwilleran wyraził swoje uznanie dla jej pracowitości, zasad i poświęcenia, a następnie 

pokazał kartkę. 

- Czy to coś pani mówi? 

- Ja myślę, przecież to moje pismo. Teraz nikt już nie pisze porządnie, ale u zakonnic 

nauczyłam  się,  jak  trzeba  pisać,  żeby  każdy  mógł  odczytać.  Kiedy  starsza  pani  poleciła  mi 

zanieść rzeczy tej dziewczyny na strych, podpisałam je, żeby nie było jakiejś pomyłki. 

- Dlaczego starsza pani zachowała ubrania Daisy, pani Fulgrove? Czy spodziewała się, 

że dziewczyna wróci? 

- Bóg raczy wiedzieć, czemu tak zrobiła. Nie lubiła niczego wyrzucać, a kiedy kazała 

mi spakować to wszystko na strych, zrobiłam, co mi kazano, i tyle. Nie moja rzecz, więc o nic 

ją nie pytałam. 

Qwilleran wywnioskował z tej wymiany zdań, że niczego więcej się nie dowie, toteż 

pozostawił panią Fulgrove jej środkowi do czyszczenia marmuru, specyfikom do polerowania 

mosiądzu i angielskiemu woskowi. Zszedł na dół, żeby zająć się odpisywaniem na listy. Po 

południu  do  hallu  znów  wpadła  lawina  kopert,  którymi  z  radością  zajęli  się  oboje 

samozwańczy listonosze. Koko dostarczył  mu  reklamówkę nowej  restauracji specjalizującej 

się w owocach morza oraz list od teściowej Rogera. 

Drogi Qwillu, 

jak się odnajdujesz w nowym życiu? Nie zapominaj, że od Mooseville dzieli Cię tylko 

trzydzieści mil. Zajrzyj do nas którego popołudnia. Nazbierałam jagód, będzie ciasto! 

Mildred Hanstable 

Kiedy  Qwilleran  spędzał  wakacje  nad  jeziorem,  Mildred  mieszkała  w  sąsiedztwie. 

Była  osobą  wielkiego  serca  i  przyjazną  ludziom.  Chwycił  za  słuchawkę  i  od  razu  przyjął 

zaproszenie - nie tylko z powodu ciasta, lecz także dlatego, że swego czasu była nauczycielką 

Daisy. 

Po  południu  następnego  dnia,  gdy  jechał  w  stronę  jeziora,  widział,  jak  zmienia  się 

krajobraz oraz nastrój; nie tylko roślinność była coraz bujniejsza, a powietrze coraz świeższe, 

background image

ale  też  stopniowo  ogarniała  go  atmosfera  wypoczynku  i  dobrego  samopoczucia.  Na  tym 

właśnie polegał czar tych okolic, wabiący turystów do Mooseville. 

Z  domku  letniego  pani  Hanstable  rozciągał  się  widok  na  jezioro.  Gospodyni  podała 

podwieczorek przy stoliku ocienionym parasolem. 

-  Mildred,  twoje  ciasto  jagodowe  to  arcydzieło  -  zachwycał  się  Qwilleran.  -  Nie  za 

dużo galaretki, nie za suche, nie za wilgotne...! 

Zaśmiała się, zadowolona. 

- Nie zapominaj, że uczę nie tylko rysunku, gospodarstwa domowego także. W takiej 

szkole  jak  nasza  nauczyciel  musi  umieć  niejedno,  zdarzyło  mi  się  już  pełnić  obowiązki 

trenerki  dziewczęcej  drużyny  siatkarskiej  i  reżysera  sztuki  teatralnej  wystawianej  przez 

starszych uczniów. 

- A pamiętasz niejaką Daisy Muli? 

- No pewnie! Wiązałam z nią wielkie nadzieje. Dlaczego pytasz? 

- Jakiś' czas temu pracowała u Klingenschoenów i natrafiłem na jej prace. 

- Daisy miała talent. Właśnie dlatego tak było mi przykro, że nie chciała go rozwijać. 

Takie uzdolnienia nieczęsto pojawiają się w Moose County. Dzieciaki interesują się sportem, 

potem  zakładają  rodzinę  i  nie  robią  nic  oprócz  oglądania  telewizji.  Daisy  nie  ukończyła 

szkoły, a po jakimś czasie wyjechała z miasta. 

- Wiesz dokąd? 

- Nie mam pojęcia. Nigdy się nie odezwała. O ile wiem, nie utrzymuje kontaktu nawet 

ze  swoją  matką,  chociaż  z  drugiej  strony  temu  akurat  trudno  się  dziwić.  A  jakie  jej  prace 

znalazłeś? 

Qwilleran opisał graffiti. 

- Chętnie bym to obejrzała - oświadczyła Mildred. - Prawdę mówiąc, z przyjemnością 

zwiedziłabym cały dom, o ile nie masz nic przeciwko temu. Roger twierdzi, że to prawdziwe 

muzeum. 

- Nie ma żadnych przeszkód... Czy to znaczy, że Daisy nie miała dobrych stosunków z 

matką? 

- Pani Muli ma problem z alkoholem, a dla młodej dziewczyny matka alkoholiczka, w 

dodatku  samotna,  to  bardzo  duże  obciążenie  psychiczne.  Proszę,  poczęstuj  się  jeszcze 

ciastem. 

Odmówił  trzeciej  dokładki,  pamiętał  bowiem,  że  pani  Cobb  na  kolację  zaplanowała 

potrawkę jagnięcą z kluskami, a deser miał uświetnić jej przesławny tort kokosowy. 

Wyciągnął z kieszeni kartkę pocztową. 

background image

- Znalazłem to w domu, data jest niemal dokładnie sprzed pięciu lat. Daisy wysłała tę 

kartkę w drodze na Florydę. 

Mildred rzuciła okiem na zaadresowaną stronę kartki i lekko zmarszczyła brwi. Potem 

odwróciła ją i przeczytała dwukrotnie wiadomość. Potrząsnęła głową. 

- Nie, to z całą pewnością nie jest pismo Daisy. 

background image

 

Rozdział siódmy 

Qwilleran siedział na leżaku, spoglądając na jezioro z tarasu domu pani Hanstable. Po 

błękitnym  niebie snuły się chmurki, fale chlupotały,  rozbijając się o brzeg, jednak myślami 

był  całkiem  gdzie  indziej.  Po  co  ktoś  miałby  sfałszować  wiadomość  od  Daisy  do  jej 

pracodawczyni? Miał na ten temat jedną czy dwie teorie, ale brakowało mu danych. 

- Skąd wiesz - spytał Mildred - że to nie Daisy napisała tę kartkę? 

-  To  nie  jest  jej  pismo  i  z  pewnością  nie  jej  ortografia  -  stwierdziła  z  przekonaniem 

pani  Hanstable.  -  Z  pewnością  nie  napisałaby  „piszę"  przez  „ę"  ani  „bez"  przez  „z".  Nie 

mówiąc już o interpunkcji. Rysować umiała, ale jej ortografia była beznadziejna. 

- Znałaś ją dobrze? 

-  Pozwól,  że  ci  coś  powiem.  Dla  nauczyciela,  prawdziwego  nauczyciela, 

najpiękniejsze w jego pracy jest to, że zdarza się czasem odkryć surowy, nieokrzesany talent, 

który można potem hołubić i przyglądać się jego rozwojowi. Włożyłam sporo pracy w naukę 

Daisy  i  starałam  się  poszerzyć  jej  horyzonty.  Wiedziałam,  że  może  zdobyć  stypendium  i 

zostać  zawodową  artystką.  To  byłby  spory  awans  dla  kogoś,  kto  nosi  nazwisko  Muli. 

Wymyśliła  sobie  własny  sposób  pisania  -  niełatwo  to  było  przeczytać,  ale  był  bardzo 

dekoracyjny - i stąd wiem, że na pewno to nie ona napisała tę kartkę. 

- Kto w takim razie mógł to zrobić? 

- Nie mam bladego pojęcia. Czemu ktoś, u licha, miałby... 

Qwilleran przerwał jej serią pytań: 

-  Czy  miała  jakiś  powód,  żeby  ludzie  w  Pickax  sądzili,  że  udaje  się  na  Florydę,  gdy 

tymczasem  pojechała  całkiem gdzie indziej? Czy kogoś się tu  bała? Czy  lękała się, że ktoś 

ruszy za nią w pościg i sprowadzi ją z powrotem? Czy może coś ukradła i była poszukiwana 

przez policję? Mogła wyruszyć na zachód, ale poprosiła kogoś innego, żeby wysłał tę kartkę z 

Maryland.  Czy  była  na  tyle  sprytna,  żeby  coś  takiego  zaaranżować?  Czy  mogła  mieć 

wspólnika? 

Mildred była zatroskana i zdumiona. 

- Owszem, ukradła dość cenny przedmiot z pracowni dekoratorskiej, ale Amanda nie 

zgłosiła  tego  na  policję.  Nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  żeby  Daisy  mogła  wplątać  się  w 

poważne przestępstwo. 

- W jakim towarzystwie się obracała? 

background image

- Muszę przyznać, że w nie najlepszym. Kiedy rzuciła szkołę, zaczęła... no, szlajać się. 

- Matka znała tych jej przyjaciół? 

- Przypuszczam, że jej matka ani ich nie znała, ani jej to nie obchodziło. 

- Chciałbym porozmawiać z tą kobietą. 

- To może nie być łatwe. Mullowie odnoszą się nieufnie do obcych, a przy tym Della 

nieczęsto jest trzeźwa. Spróbuję z nią pogadać, kiedy pojadę do Dimsdale, żeby skontaktować 

się z rzemieślnikami, którzy dla mnie pracują. Della nieźle szydełkuje i robi na drutach, więc 

mogłaby  robić  różne  rzeczy,  które  sprzedałyby  się  w  sklepie  Sharon,  ale  nie  jest  w  stanie 

wziąć się w garść. 

- Możesz jej powiedzieć, że znalazłem rzeczy córki - zaproponował Qwilleran - w tym 

dość  cenną  złotą  bransoletę.  Nie  zapomnij  powiedzieć,  że  to  wartościowy  przedmiot  - 

zobaczymy, jakie to zrobi na niej wrażenie. Mógłbym zawieźć jej rzeczy Daisy. 

- Naprawdę miała jakąś złotą biżuterię? - zdziwiła się Mil dred. 

-  Tak,  w  walizce,  która  była  na  strychu.  Pytanie  brzmi,  dlaczego  nie  zabrała  jej  ze 

sobą?  Znikła  w  lipcu,  zostawiając  nie  tylko  ciepłe  ubrania,  ale  i  odzież  letnią.  Łącznie  ze 

szczoteczką do zębów. I... czy wiesz, że spodziewała się dziecka? 

-  Cóż,  nie  jestem  zaskoczona  -  rzekła  Mildred  ze  smutkiem  w  głosie.  -  W  domu  nie 

zaznała ani krzty miłości. Skąd wiadomo, że była w ciąży? 

-  Kupowała  ubranka  dziecięce  u  Lanspeaków.  Zresztą  może  je  kupiła,  a  może 

podwędziła. W pierwszej chwili pomyślałem, że uciekła z miasta, żeby przerwać ciążę. 

-  Może  tak  właśnie  zrobiła.  Taki  zabieg  może  doprowadzić  niejedną  kobietę  do 

rozstroju nerwowego, a Daisy nie była szczególnie zrównoważona. 

-  Prawdę  mówiąc,  Mildred  -  stwierdził  Qwilleran  -  ta  cała  sprawa  bardzo  mi  się  nie 

podoba. Na razie jednak nic więcej nie mogę stwierdzić. Na razie. 

Wracając  do  Pickax,  skręcił  w  boczną  drogę,  żeby  przyjrzeć  się  mieszkańcom 

Dimsdale. Zgodnie ze słowami Rogera gruntowa droga prowadziła przez las, a pośród drzew 

można  było  dostrzec  domostwa  o  płaskich  dachach  i  stare  przyczepy  kempingowe.  Stojące 

opodal nich małe budki wskazywały, że nikt tu nie słyszał o kanalizacji. Wszędzie było pełno 

śmieci:  sprężyny  starego  łóżka,  lodówka  bez  drzwi,  fragmenty  maszyn  rolniczych, 

przerdzewiałe  samochody  bez  kół.  Jedynymi  samochodami,  które  sprawiały  wrażenie,  że 

jeszcze w miarę nadają się do użytku, były mocno zdezelowane półciężarówki. Tu i ówdzie 

na  polance  walczył  o  przetrwanie  przywiędły  ogródek  warzywny.  Na  sznurach  suszyło  się 

poszarzałe pranie. Stadka małych dzieci bawiły się w śmieciach, wrzeszczały, przewracały się 

i goniły kury. 

background image

Porównanie  tej  sceny  z  jego  własną  wystawną  rezydencją  było  bardzo  niemiłe  dla 

Qwillerana.  Skrzywił  się  i  w  myślach  wpisał  mieszkańców  Dimsdale  na  listę  zadań 

czekających Fundację K:  trzeba będzie zapewnić im znośne warunki bytowania, możliwość 

nauki zawodu i uzyskania sensownej pracy. 

Gdy zajeżdżał pod siedzibę Klingenschoenów, ku swemu zaskoczeniu ujrzał motocykl 

zaparkowany  przy  kuchennym  wejściu.  Na  podjeździe  służbowym  zazwyczaj  stała  tylko 

półciężarówka,  czasem  dwie.  Zielony  kombinezon  bezustannie  kosił  trawę,  okopywał 

grządki,  podlewał,  spryskiwał  i  strzygł  żywopłoty;  załoga  wynajęta  przez  Amandę 

przybywała i odjeżdżała w jakichś tajemniczych misjach. Tego popołudnia pojawił się jeszcze 

czarny motocykl - wydłużony z przodu, szeroki z tyłu, lśniący od chromu. 

W hallu usłyszał głosy: 

- I co tam widzisz, Iris, moja wróżko? Wal śmiało, nie musisz mnie oszczędzać. 

-  To  bardzo  dobra  dłoń,  łatwo  odczytać  z  niej  przyszłość.  Widzę  bardzo  długą  linię 

życia i - o ho ho! - mnóstwo dziewczyn. 

- Baa-a-a-a! 

Tego śmiechu nie można było pomylić z żadnym innym, motocykla zresztą też. 

W kuchni ujrzał sielską scenkę: Birch Trevelyan w gumiakach i bejsbolówce siedział 

rozwalony  na  kuchennym  krześle,  jego  muskularny  tors  opinał  T-shirt;  skórzana  kurtka 

wisiała  na  klamce.  Pani  Cobb,  najwyraźniej  pod  urokiem  takiego  stuprocentowego  macho, 

trzymała  go  za  rękę  i  dotykała  dłoni  palcem.  Koko  przyglądał  się  temu  wszystkiemu  ze 

szczytu  lodówki  i  wyglądał  na  mocno  zaniepokojonego.  Yum  Yum  siedziała  pod  stołem, 

obwąchując buty mężczyzny. Na stole można było podziwiać resztki trójwarstwowego tortu 

kokosowego z kremem, który pani Cobb upiekła na kolację dla Qwillerana. 

Zerwała się na równe nogi, spiekła raka i okropnie się zawstydziła. 

- O, już pan jest, panie Qwilleran. To jest Birch. Zajmie się naprawami w tym domu. 

-  Witam  -  rzucił  Birch  w  barowym  stylu,  głośno  i  na  luzie.  -  Siadaj  pan.  Częstuj  się 

pan tortem. Baa-a-a! 

W jego oczach - jedno było ciemnobrązowe, drugie piwne - można było dostrzec jakiś 

złowrogi błysk, ale równoważył go rozbrajający uśmiech, w którym pokazywały się wielkie 

kwadratowe zęby. 

Qwilleran przysiadł na krześle podsuniętym mu przez Bircha. 

- Niezłą bestią pan tu przyjechał. 

-  Taaa,  to  jest  sprzęt  dla  prawdziwych  facetów.  Powinieneś  pan  sobie  taki  sprawić. 

Można  wyciągnąć  ponad  dwieście  pięćdziesiąt  kilometrów  na  szosie  do lotniska,  o  ile  ruch 

background image

nie jest za duży. Tam jest dziesięć mil prostej drogi. Na Ittibittiwassee Road tylko cztery mile, 

jak  podkręcić  obroty  do  dziesięciu  tysiaków,  to  ledwo  człowiek  się  rozpędzi,  już  jest  po 

wszystkim. 

Qwilleran taktownie zmienił temat, by poruszyć najpilniejszą kwestię. 

- Coś jest nie tak z drzwiami w tym domu. Większości nie da się porządnie zamknąć. 

Nawet kot otwiera je bez trudu. 

- Małe toto, ale sporo ma siły - stwierdził Birch z przekonaniem. 

- Mamy tu mnóstwo drzwi, które się nie domykają. Da się coś z tym zrobić? 

Ekspert zatknął kciuki za pas, przechylił się do tyłu na krześle i pokiwał głową. 

- Dom jest stary, więc osiada. Framugi się paczą i drzwi przestają pasować. Mogę je 

ponaprawiać, ale to będzie sporo kosztować. 

Jak  na  kogoś,  kto  nie  lubi  pracować,  wydawał  się  całkiem  chętny  do  roboty.  Nowy 

zamek  w  drzwiach  kuchennych?  Żaden  problem.  Naprawić  wszystkie  drzwi  do  pokoi? 

Drobiazg! 

Obiecał,  że  zacznie  następnego  dnia  rano,  i  to  wcześnie.  Qwilleran  przypuszczał,  że 

pani Cobb przekupiła go obietnicą, w której niepoślednią rolę odgrywały naleśniki z jagodami 

i kiełbaski. 

Gdy Birch odjechał, rycząc silnikiem swojego motocykla, gospodyni stwierdziła: 

- Co za maszyna! 

Qwilleran mruknął coś pod nosem. 

- Jak on przywiezie na tym narzędzia? 

-  Och,  powiedział  mi,  że  ma  kilka  półciężarówek  i  terenówkę,  a  do  tego  jeszcze 

takiego  wielkiego  campera.  Lubi  wszystko,  co  jeździ.  Chce  mnie  zabrać  na  przejażdżkę 

motocyklem. Co pan o tym sądzi? 

Qwilleran prychnął głośno przez wąsy. 

- Niech pani się za bardzo nie zachwyca tym facetem. Na moje oko to niezły cwaniak. 

- Wydaje się bardzo miły. Kiedy powiedziałam mu, że dym szkodzi antykom, od razu 

bez słowa zgasił cygaro. A mój tort kokosowy bardzo mu smakował! 

- To widać. Prawie nic nie zostawił. 

- Spodobał się nawet małej Yum Yum. Widział pan, jak obwąchiwała jego buty? 

-  Pewnie pachniały stajnią albo  szukała sznurowadła, które dałoby się rozwiązać. To 

jeszcze niekoniecznie oznacza sympatię z jej strony... a tak nawiasem mówiąc, czy zauważyła 

pani, że Koko często przesiaduje na schodach? 

Skinęła głową. 

background image

- Poza lodówką to jego ulubione miejsce. 

- Dziwne, że zawsze siada na trzecim stopniu. Nie mogę pojąć, dlaczego. 

Gospodyni popatrzyła niepewnie na Qwillerana. 

- Ja też zauważyłam coś dziwnego, ale boję się, że będzie pan się ze mnie śmiał. 

- Ależ skąd, pani Cobb, zawsze traktuję poważnie wszystko, co mi pani mówi. 

- No cóż, może pan pamięta, że kiedy tu przyjechałam, wspomniałam coś o duchach. 

Właściwie  tylko  żartowałam,  ale  teraz  naprawdę  zaczyna  mi  się  wydawać,  że  ten  dom  jest 

nawiedzony. Nie żebym się bała, ale sam pan rozumie. 

- Dlaczego pani tak uważa? 

-  Czasem  gdy  nocą  wchodzę  do  kuchni,  kątem  oka  widzę  jakiś  biały  kształt,  który 

znika, kiedy patrzę w tamtą stronę. 

- Pani Cobb, ja ciągle widzę białe kształty. Jeden ma na imię Koko, a drugi Yum Yum. 

- A druga sprawa jest taka, że przedmioty same wędrują po kuchni. Dwa razy kosz na 

śmieci stał na samym środku. A zeszłej nocy ta stara walizka znalazła się pod drzwiami. Czy 

wic pan coś o ludziach, którzy dawniej tu mieszkali, panie Qwilleran? Czy miały tu miejsce 

jakieś tajemnicze zbrodnie? Nawet nie wiem, czy pan tak naprawdę wierzy w duchy. 

- W tej chwili gotów jestem uwierzyć we wszystko. 

-  To  niebezpieczne.  Omal  nie  przewróciłam  się  przez  tę  walizkę.  Co  ona  tu  robi? 

Zdaje się, że są w niej jakieś stare ubrania. 

-  Wsadzę  ją  do  schowka  na  miotły,  żeby  pani  nie  przeszkadzała.  I  musi  mi  pani 

obiecać, że będzie pani zapalać światło, wchodząc tu po zmroku. 

- Chyba po prostu mam nawyk oszczędzania elektryczności. 

- W takim razie proszę o nim zapomnieć. Część spuścizny Klingenschoenów stanowią 

większościowe  udziały  w  przedsiębiorstwie  energetycznym.  Prosiłbym  też,  żeby  pani  nie 

chodziła po domu bez okularów, pani Cobb. A właśnie, jak tam pani problemy z oczami? 

Podniosła dłoń ze skrzyżowanymi palcami. 

- Jako tako, ale na wszelki wypadek dwa razy do roku odwiedzam okulistę. 

- Poza tym wszystko w porządku? 

- Tak, ale chciałabym o coś zapytać. Zaniosłam ciasteczka malarzowi, który pracuje w 

garażu - to bardzo miły młody człowiek  - a on pokazał mi te wielkie stokrotki na ścianach. 

Kto je namalował? 

-  Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  pewna  dziewczyna  imieniem  Daisy.  Kiedyś  tu 

pracowała.  Mam  nadzieję,  że  nie  zamierza  pani  pomalować  całej  kuchni  w  irysy,  pani  Iris 

Cobb... 

background image

- Och, panie Qwilleran - zaśmiała się. 

- Zaczęła już pani sporządzać katalog zbiorów? 

-  Tak,  i  muszę  przyznać,  że  to  niezwykle  ekscytujące.  W  suterenie  natknęłam  się  na 

skład  sreber,  w  którym  znalazłam  kilka  ośmioramiennych  kandelabrów  wysokości  około 

metra.  W  pokoju  kredensowym  jest  zastawa  na  dwadzieścia  cztery  osoby,  a  w  bieliźniarce 

obrusy, wprost nie do wiary:  adamaszkowe i  lniane z haftem  madera! Powinien pan wydać 

wielkie przyjęcie, panie Qwilłeran. Bardzo chętnie zajmę się przygotowywaniem potraw dla 

gości. 

- Dobry pomysł - stwierdził - ale niech pani się nie przepracowuje. Proszę zachować 

trochę czasu dla siebie. Może miałaby pani ochotę wstąpić do Towarzystwa Historycznego, a 

kiedy będzie już pani miała ochotę zająć się wycenami, umieścimy ogłoszenie w „Picayune", 

może nawet damy reklamę w PKX FM. 

- Och, to byłoby cudownie! 

-  Mogłaby  też  pani  wziąć  udział  w  posiedzeniu  rady  miejskiej.  Zamierzam  się  tam 

wybrać, a prawniczka wspomniała, że może pani także miałaby ochotę. 

- Jakie to miłe z jej strony! Tak, bardzo chętnie pójdę! - zawołała pani Cobb, jej oczy 

błyszczały. - W mieście mieliśmy tyle kłopotów z biurokratami, ciekawa jestem, jak to działa 

w małym miasteczku. 

-  W  porządku,  czyli  jesteśmy  umówieni.  Teraz  wezmę  rower  i  przejadę  się  trochę 

przed kolacją. 

-  Panie Qwilleran  - rzekła gospodyni  z wahaniem  w głosie  -  to  nie moja sprawa, ale 

chciałabym coś powiedzieć, jeśli się pan nie obrazi. 

- Proszę bardzo, prosto z mostu! 

-  Wolałabym,  żeby  pan  sobie  sprawił  nowy  rower.  Ten  stary  to  straszny  gruchot, 

niebezpiecznie na nim jeździć. 

-  Nic  mi  nie  grozi,  pani  Cobb.  Wyczyściłem  go,  naoliwiłem  i  kupiłem  nowe  opony. 

Trochę skrzypi, ale na moje potrzeby zupełnie wystarczy. 

- Ale tu jest tyle ciężarówek i tak szybko jeżdżą. W jednej chwili mogą zrobić z pana 

miazgę. 

- Jeżdżę głównie wiejskimi drogami, gdzie ruch jest niewielki. Proszę się nie martwić. 

Gospodyni zrobiła dziwną minę. 

- Ale to nie wypada, żeby człowiek o pańskiej pozycji jeździł na takim - takim złomie, 

wybaczy pan wyrażenie. 

background image

-  To  ja panią proszę o wybaczenie, pani  Cobb, ale zaczyna pani  przemawiać w stylu 

Penelope Goodwinter. Te ośmioramienne kandelabry uderzyły pani do głowy. 

Uśmiechnęła się z zażenowaniem. 

-  Pod  moją  nieobecność  -  mówił  dalej  -  może  zadzwonić  panna  Goodwinter,  żeby 

powiedzieć, kiedy zabierze nas na zebranie rady. Może też telefonować pani Hanstable. Chce 

zwiedzić dom. Proszę jej powiedzieć, że zapraszam ją choćby jutro, o dowolnej porze. Chyba 

zacznę pobierać opłaty za wstęp, jakieś dwadzieścia dolarów od osoby. 

- Och, panie Qwilleran, pana to się zawsze żarty trzymają. 

By  znaleźć  się  na  wiejskiej  drodze,  musiał  najpierw  przeciąć  cztery  ruchliwe 

przecznice,  w  dzielnicy  willowej  pięć  następnych  ulic,  a  wreszcie  przejechać  przez 

przedmieścia,  gęste  od  standardowych  domów  wiejskich,  gdzie  roiło  się  od  dzieci, 

plastikowych  rowerków  na  trzech  kołach,  psów,  a  w  powietrzu  unosił  się  zapach  grilla. 

Dopiero potem mógł  rozkoszować się kojącą samotnością otwartej  przestrzeni,  jadąc wśród 

pastwisk,  pozostałości  dawnych  kopalń,  czasem  przez  las,  niekiedy  tylko  mijając  jakieś 

gospodarstwo wiejskie strzeżone przez goniącego za rowerami psa. 

Gdy  tak  jechał  czteromilowym  prostym  odcinkiem  Ittibittiwassee  Road,  rozmyślał  o 

wielu  rzeczach:  o  potrawce  jagnięcej  z  kluskami  na  kolację...  o  tym,  że  wkrótce  wróci 

Melinda... o wygodnej sofie, którą zamówił... o tym, że zapewne wkrótce odwiedzi go Arch 

Riker...  o  tym,  że  w  tylnym  kole  coś  zgrzyta...  o  przyjęciu  i  metrowej  wysokości 

kandelabrach...  biedna  pani  Cobb,  źle  znosi  wdowieństwo...  teraz  zazgrzytał  łańcuch... 

„Daisy, Daisy"... komisarz policji o dobrym, szkockim nazwisku... tort kokosowy z kremem. 

-  To  dopiero  bezczelny  facet  -  odezwał  się  na  głos;  samotna  krowa  pasąca  się  na 

poboczu odwróciła głowę i obdarzyła go dobrotliwym spojrzeniem. 

Bezczelność okazała się cechą szczególną Bircha Trevelyana. Pojawił się następnego 

ranka  w  ciężarówce  pełnej  narzędzi,  z  apetytem  na  śniadanie  oraz  przenośnym 

radiomagnetofonem. Qwilleran był jeszcze na pół uśpiony, kiedy przeraźliwy jazgot sprawił, 

że zerwał się na równe nogi. Wkrótce do dźwięków muzyki dołączyły nie mniej przeraźliwe 

kocie wrzaski. 

Narzucił na siebie swój stary szlafrok i zbiegł po schodach. Zadowolony z siebie Birch 

przystąpił  już  do  naprawy  drzwi  kuchennych.  Yum  Yum  wyła  niczym  syrena  na  ratuszu,  a 

Koko  demonstrował  cały  zakres  siedmiu  oktaw,  wyraźnie  usiłując  zagłuszyć  pulsującą 

muzykę  dochodzącą  z  maszyny  wyposażonej  w  dwa  głośniki  i  migającej  światełkami  jak 

jakaś gra wideo. 

- Niech pan to przyciszy! - krzyknął Qwilleran. - One nie mogą tego znieść! 

background image

- Rzuć im pan rybie łebki, to się przymkną! - odkrzyknął Birch. - Baa-a-a-a! 

Qwilleran  usiłował  zorientować  się,  w  jaki  sposób  można  stłumić  dźwięk  płynący  z 

tego straszliwego urządzenia. 

- Prawdę mówiąc, ja też tego nie mogę znieść. 

Pani Cobb skinęła na niego przyzywająco z pralni. 

-  Niech  pan  będzie  dla  niego  wyrozumiały  -  szepnęła.  -  Jest  drażliwy,  a  przecież 

chcemy, żeby skończył tę pracę. 

Przez kilka kolejnych dni Birch kręcił się po domu, modyfikując natężenie dźwięków 

muzyki w zależności od tego, ile jedzenia, komplementów i piwa zapewniała mu pani Cobb. 

Odgłosy  wiertarki i  innych urządzeń drażniły koty,  ale  Qwilleran uznał,  że najlepiej będzie 

zaakceptować ogłuszający hałas jako oznakę postępów czynionych w pracy. 

Tego  dnia,  gdy  Mildred  Hanstable  pojawiła  się,  by  obejrzeć  dom,  zwiedzanie 

rozpoczęli  od  garażu,  gdzie  niespieszny  malarz  pokrywał  ściany  przyszłej  pracowni 

Qwillerana kolorem beżowym w odcieniu moja ve. Udało im się przecisnąć między wiadrami 

i drabinami po folii chroniącej podłogę przed kapiącą farbą do dawnego mieszkania Daisy. 

Na widok malunków nauczycielka oniemiała z zachwytu. 

- Niesamowite! Prawdziwy majstersztyk! Kaplica Sykstyńska tej dziewczyny! - miała 

łzy w oczach. - Biedactwo! Nie wiem, czy kiedyś jeszcze ją zobaczę. 

Qwilleran niepewnie przygładził wąsy. 

- Szczerze mówiąc, coraz bardziej wątpię, czy Daisy jeszcze żyje. 

- Co masz na myśli, Qwill? 

- Przecież nie wiemy, czy tak naprawdę wyjechała z miasta, prawda? 

- Podejrzewasz coś... strasznego? 

- Nie wiem. To tylko przeczucie, ale bardzo silne. 

Przecież  nie  mógł  jej  powiedzieć  o  sygnałach  nadawanych  przez  wąsy  i  melodyjce, 

która wciąż prześladowała go w myślach. 

- Chodźmy do domu. Ciekaw jestem, co ci powiedziała matka Daisy. 

Odwrócili  się  i  ujrzeli  stojącego  w  drzwiach  Steve'a,  który  w  ręce  trzymał  wałek  i 

kręcił głową z podziwem. 

- Szkoda by to było zamalować. Sama to wszystko zrobiła? Szalona dziewczyna! 

-  Niczym się nie przejmuj,  tylko  wracaj  do  roboty, szybki  Billu  - Qwilleran trzepnął 

go przyjaźnie po ramieniu. - Bez zacieków, równiutko, bez purchli. 

Oprowadził Mildred po rezydencji;  nabrał  już w tym  wprawy, niczym  profesjonalny 

przewodnik. 

background image

-  Obok  kominka  widzisz  kabinet  ozdobiony  florencką  mozaiką  pietra  dura,  z  końca 

siedemnastego wieku. To biurko z czasów regencji jest wykonane ze złotokapu  - nauki pani 

Cobb nie poszły w las. 

-  Ile  tu  pięknych  rzeczy!  Co  za  przepych!  -  zachwycała  się  Mildred.  -  Kto  by  się 

spodziewał czegoś takiego w Moose County. 

-  Mało  kto  wiedział,  co  kryje  w  sobie  ten  dom  -  zauważył  Qwilleran.  - 

Klingenschoenowie nigdy nie przyjmowali gości, chociaż nie brakło im zastawy stołowej, ani 

porcelany, ani sreber... napijesz się czegoś? 

- Masz jakiś sok owocowy? 

Poczęstował  ją  ulubionym  napojem  winogronowym  Koko  z  jego  prywatnych 

zapasów,  po  czym  zasiedli  w  oranżerii,  gdzie  Mildred  obejrzała  marmurowe  posągi. 

Szczęśliwie  panowała  względna  cisza,  którą  tylko  od  czasu  do  czasu  przerywało  donośne 

„baa-a-a!" Birch wyłączył radio i razem z panią Cobb pił piwo w kuchni. Albo gospodyni się 

w  nim  zadurzyła,  albo  był  to  z  jej  strony  przejaw  makiawelicznej  przebiegłości.  Qwilleran 

musiał przyznać, że praca postępowała, a Birch wykonywał ją bardzo porządnie. 

- A teraz - zwrócił się do Mildred - opowiedz mi o pani Muli. 

-  Była  w  miarę  trzeźwa  i  dało  się  z  nią  porozmawiać.  Przekazałam  jej  twoją 

wiadomość, a kiedy wspomniałam o złotej biżuterii, wyraźnie się ożywiła. 

- Miała jakieś wiadomości od córki? 

-  Nie,  ale  dowiedziałam  się  czegoś  ciekawego.  Ona  również  wkrótce  po  wyjeździe 

Daisy otrzymała kartkę pocztową. Coś w stylu „jadę na Florydę, nigdy nie wrócę, zapomnij o 

mnie, i tak mnie nigdy nie kochałaś". Della po dziś dzień nie może jej tego wybaczyć. 

- Widziałaś tę kartkę? 

-  Nie  zachowała  jej.  No  i  oczywiście  nie  pamięta  stempla  pocztowego,  ani  jakim 

pismem była napisana, ani daty. Wie tyle, że było to pięć lat temu, a i przedtem, i potem przez 

większość czasu była wstawiona. 

-  Ja  poszedłem  na  policję  -  powiedział  Qwilleran  -  i  poznałem  tam  komisarza 

Brodiego.  Sympatyczny  facet,  bardzo  życzliwie  nastawiony.  Daisy  nie  jest  notowana.  Nie 

było  na  nią  skarg,  nie  była  aresztowana.  Sprawdził  datę  jej  wyjazdu  -  czy  też  rzekomego 

wyjazdu - ale nikt nie zgłosił jej zaginięcia. 

- Cieszę się, że ma czyste konto  - stwierdziła Mildred. - To nie była zła dziewczyna, 

po prostu miała niezbyt udany start. Przychodziła do szkoły obdarta, w łachmanach. Dawałam 

jej  stare  ubrania  Sharon.  Wczoraj  zajrzałam  do  roczników  klasowych.  Nie  było  tam  jej 

zdjęcia.  Przypuszczam,  że  po  prostu  nie  miała  pieniędzy,  żeby  iść  do  fotografa.  Jest  tam 

background image

komentarz  o  każdym  z  uczniów  wpisany  przez  kolegów.  Przy  nazwisku  Daisy  znalazło  się 

„wyjdzie  bogato  za  mąż".  Nie  wiem,  czy  to  znaczy,  że  dobrze  jej  życzyli,  czy  też  był  to 

okrutny żart z ich strony. 

- Chyba odwiedzę Delię Muli jutro, póki jeszcze pamięta i jest w dobrym nastroju. 

- Świetnie. Mieszka w starej przyczepie z wielką stokrotką namalowaną na drzwiach. 

- Przepraszam cię na chwilę. Chciałbym ci coś pokazać - poszedł do schowka i wrócił 

z torbą od Lanspeaków, w której były dziecięce ubranka. 

Mildred przyjrzała im się dokładnie. 

-  To  nie  są  rzeczy  z  domu  towarowego.  Są  ręcznie  robione.  Chyba  rozpoznaję  rękę 

Delii. 

-  W  takim  razie  musiała  wiedzieć,  że  Daisy  zaszła  w  ciążę.  To  nas  może  do  czegoś 

doprowadzić. Jutro będę wiedział więcej. 

Podsłuchana następnego ranka rozmowa nasunęła Qwilleranowi pewien pomysł. Birch 

znów stawił się do pracy, pożywiał się z panią Cobb w kuchni i opowiadał jej o kulinarnych 

rozkoszach  baru  „Pod  Psem":  peklowana  wołowina  z  kapustą  w  każdy  wtorek,  długie  na 

trzydzieści  centymetrów  hot-dogi  z  chili  co  środę.  Qwilleran  postanowił,  że  zabierze  Delię 

Muli  na  lunch.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  kobiety  lubią,  gdy  się  je  dokądś  prowadzi,  a 

następnie karmi. Stają się wówczas życzliwe i rozmowne. Dla Delii taki bar jak „Pod Psem" 

będzie czymś w rodzaju haute cuisine. 

Wsadził złotą bransoletkę do kieszeni zapinanej na guzik, wrzucił walizkę Daisy oraz 

karton z jej ubraniami do bagażnika i wyruszył w stronę Dimsdale, gdy zbliżało się południe. 

W połowie drogi włączył radio, by wysłuchać wiadomości PKX FM: 

„...najwyższa jakość i oszczędności w domu towarowym Lanspeaków. A teraz ostatnie 

wiadomości... Burmistrz Pickax zapewnił tutejszą społeczność handlową, że dzielnica biznesu 

w  centrum  otrzyma  nowy  parking  municypalny,  nim  spadnie  śnieg.  Podczas  mowy 

wygłoszonej  w  izbie  handlowej  burmistrz  Blythe  powiadomił,  że  w  centrum  zostanie 

wybudowany nowy parking miejski jeszcze przed pierwszymi opadami śniegu. 

Jedna z restauracji w Pickax zostanie rozbudowana, dzięki czemu zyska o pięćdziesiąt 

procent więcej miejsc i utworzy nowe miejsca pracy. Otto Geb, właściciel Otto's Tasty Eats, 

powiadomił PKX FM, że dzięki zwiększeniu powierzchni lokalu będzie w stanie obsługiwać 

o połowę więcej klientów, a przy tym zatrudni siedmiu dodatkowych pracowników. 

Dziś rano w Dimsdale znaleziono zwłoki kobiety; znajdowały się w zamieszkiwanej 

przez nią przyczepie, a przyczyną zgonu było nadużycie szkodliwych substancji. Ciało Delii 

Muli,  lat  czterdzieści  cztery,  zostało  znalezione  przez  sąsiada,  który  odwiedził  ją,  by 

background image

pożyczyć  papierosa.  Biuro  koronera  podało  jako  przyczynę  śmierci  nadmierne  spożycie 

alkoholu  oraz  pigułek  nasennych.  Zdaniem  doktora  Barry’ego  Wimmsa  zgon  nastąpił  z 

powodu zatrucia alkoholem i tabletkami nasennymi. 

A  teraz  kilka  słów  do  naszych  miłych  słuchaczy  wygłosi  przedstawiciel  domu 

towarowego Lanspeaków... 

background image

 

Rozdział ósmy 

- Kiedy doczekam się sławetnego makaronu z topionym serem? - to pytanie Qwilleran 

zadał pani Cobb, gdy oboje czekali na Penelope Goodwinter, która miała zabrać ich ze sobą 

na posiedzenie rady miejskiej. 

- Kiedy tylko uda mi się dostać dobry ostry ser. Wie pan, to musi być dojrzały cheddar 

- wyjaśniła gospodyni. - Przy okazji, zapomniałam panu powiedzieć: dzwoniła jakaś kobieta i 

chce  się  z  panem  zobaczyć.  Poprosiłam  ją,  żeby  odezwała  się  jutro.  Mówiła,  że  chodzi  o 

Daisy. 

- Powiedziała, jak się nazywa? 

- Coś jak „Tiffany Trotter", ale nie jestem pewna. Chyba jest dość młoda. 

Pani  Cobb  miała  na  sobie  swój  różowy  spodnium,  a  Qwilleran  na  klubową  koszulę 

narzucił letnią marynarkę z nie gniotącego się materiału. Kiedy prawniczka zajechała po nich 

jasnobrązowym  bmw,  ubrana  była  w  wykrochmalony  kostium  z  fioletoworóżowego  lnu  w 

wąskie  prążki  oraz  bluzkę  w  tym  samym  kolorze,  miała  też  odpowiednio  dobrane  korale. 

Tonem serdecznym, lecz stanowczym powiadomiła panią Cobb, że ma zająć tylne siedzenie. 

-  Wrócił  już  mój  brat  -  poinformowała  Qwillerana  -  i  omawiamy  wspólnie  plany 

organizacyjne  dotyczące  Fundacji  Klingenschoenów.  Projekt  został  przyjęty  w  mieście  z 

powszechnym  uznaniem,  nie  spotkałam  się  tu  jeszcze  z  taką  jednomyślnością.  Zazwyczaj 

natychmiast  wyłania  się  kilka  zwalczających  się  wzajemnie  frakcji,  nawet  jeśli  kwestia 

dotyczy tylko skrzynek na kwiaty przy Main Street. 

Gmach  ratusza  miejskiego  najwyraźniej  powstał  pod  wpływem  inspiracji 

średniowieczną architekturą obronną, brakowało tam tylko mostu zwodzonego i fosy. Wraz z 

parkingiem,  siedzibą straży pożarnej,  komisariatem  policji i  garażem  dla karetek pogotowia 

zajmował cały kwartał między czterema ulicami, a położony był oczywiście przy Main Street. 

Radni  pod  przewodnictwem  burmistrza  Blythe'a  zasiadali  przy  długim  stole 

ustawionym na podwyższeniu pośrodku sali. Ku swemu zdziwieniu Qwilłeran ujrzał pośród 

nich  dwie  znajome  osoby:  Amandę  Goodwinter,  naburmuszoną  jak  zwykle,  oraz  pana 

Coopera,  jak  zawsze  z  zatroskanym  wyrazem  twarzy.  Dziesięć  rzędów  krzeseł 

przeznaczonych  dla  publiczności  było  już  zajęte,  pozostawały  tylko  trzy  wolne  miejsca  w 

pierwszym  rzędzie.  Penelope  usiadła  na  środkowym;  najwyraźniej  chodziło  o  to,  żeby 

Qwiłleran nie siedział obok swojej gospodyni. 

background image

Burmistrz zastukał młotkiem w stół i zawołał głośno: 

- Powstań do przysięgi na wierność sztandarowi! 

Rozległo się szuranie krzeseł, wszyscy wstali, ale niespodziewanie w głębi sali rozległ 

się okrzyk: 

- Sprzeciw! 

Pani  Cobb  krzyknęła  cicho  ze  zdumienia.  Przez  publiczność  przeszedł  pomruk 

niezadowolenia, wszyscy znów usiedli. Członkowie rady opadli na krzesła, a na ich twarzach 

malowało  się  zniecierpliwienie,  poirytowanie  i  zrezygnowanie.  Rozglądając  się,  by 

zidentyfikować  osobnika  zakłócającego  obrady,  Qwilleran  dostrzegł  wojowniczo 

wyglądającego mężczyznę w średnim wieku, ostrzyżonego na niemodnego jeżyka, tak że jego 

włosy przypominały szczotkę. Stał i czekał, aż zwróci się do niego przewodniczący obrad. 

Burmistrz ze stoickim spokojem zapytał go: 

- Jaka jest przyczyna pańskiego sprzeciwu, panie Hackpole? 

- To nie jest oficjalny sztandar Stanów Zjednoczonych - odparł mężczyzna grzmiącym 

głosem. - Jest na nim czterdzieści osiem gwiazd; rząd federalny wycofał ten wzór już w 1959 

roku. 

Przez publiczność przeszedł kolejny gniewny pomruk, odezwało się kilka okrzyków: 

- Kto by tam liczył? 

- Siadaj pan! 

-  Spokój!  -  burmistrz  Blythe  stuknął  młotkiem.  -  Panie  Hackpole,  ślubowaliśmy 

wierność temu sztandarowi przez ponad ćwierć wieku i żaden z podatników zamieszkujących 

Pickax  nie  czuł  się  obrażony,  nie  było  też  sprzeciwów  ze  strony  rządu  federalnego,  jak 

również mieszkańców stanów Hawaje i Alaska. 

-  Stanowi  to  pogwałcenie  ustanowionych  zasad  oddawania  czci  sztandarowi  - 

stwierdził pan Hackpole. - Prawo jest prawem i nie można go omijać. 

Jakaś starsza pani spośród radnych zaoponowała słodkim głosem: 

-  Wielu  z  nas  tu  obecnych  przechowuje  jeszcze  we  wdzięcznej  pamięci  fakt,  iż 

sztandar ten został darowany miastu Pickax przez zmarłą pannę Klingenschoen, byłoby więc 

oznaką braku szacunku, gdybyśmy usunęli go tak prędko po jej przedwczesnej śmierci. 

- Tak jest! Dobrze mówi! - odezwały się głosy aprobaty z tłumu. 

Ponury księgowy dodał: 

-  To  kosztowny  sztandar.  Przy  obecnych  cenach  nie  możemy  pozwolić  sobie  na 

zastąpienie go sztandarem tej samej jakości. 

Amanda Goodwinter, krzywiąc się niemiłosiernie, stwierdziła: 

background image

-  Musiałby  zostać  wykonany  na  zamówienie.  Sztandar  ten  został  zrobiony  ze 

stuprocentowej  czystej  wełny  i  podszyty  jedwabiem,  co  bardzo  rzadkie.  Każdy  pas  naszyty 

jest  osobno,  a  gwiazdy  na  błękitnym  polu  zostały  ręcznie  wyhaftowane.  Wiem  dobrze,  bo 

sztandar zamówiono za pośrednictwem mojej firmy. 

-  Nie  zapominajcie  o  złotym  frędzlu  -  pisnął  jakiś  cienki  głos  z  końca  stołu.  - 

Nieczęsto widuje się sztandary ze złotym frędzlem  - powiedział to staruszek tak drobny, że 

niemal nie było go widać zza stołu. 

Radny  tuszy  tak  pokaźnej,  że  zajmował  dwa  krzesła  bez  bocznych  oparć  ustawione 

obok siebie, zauważył: 

- Coś mi się zdaje, że w tym sztandarze są dziurki. Chyba zrobiły je mole. 

-  Dziurki  można  zacerować  -  wtrąciła  starsza  pani  głosem  ociekającym  słodyczą.  - 

Sama bym to zrobiła, gdybym miała takie oczy jak dawniej. 

-  Nie  ma  mowy  o  cerowaniu  -  zaprotestowała  Amanda  gniewnym  tonem.  -  Tutaj 

trzeba  profesjonalnej  konserwacji.  Jednak  w  tym  celu  musielibyśmy  go  wysłać  na  Niziny  i 

sztandar nie wróciłby do nas przed upływem dwóch miesięcy. 

- Może trzeba go czymś opryskać - zaproponował piskliwy staruszek. 

Otyły radny znów zabrał głos: 

-  Możemy  go  opryskiwać  i  konserwować  do  woli,  a  i  tak  wciąż  będziemy  mieli 

sztandar z czterdziestoma ośmioma gwiazdami. W żaden sposób nie rozwiązuje to problemu 

postawionego przez pana Hackpole'a. 

Kilku radnych spiorunowało go wzrokiem, a pan Cooper oznajmił: 

-  Ja ze swej  strony sprzeciwiam się zakupowi tak drogiego sztandaru tylko po to,  by 

zaspokoić żądania jednego podatnika. Nie mamy na to budżetu. 

Rozpętała się ożywiona dyskusja. 

- Nie musimy kupować drogiego sztandaru. 

- Na co komu hartowane gwiazdy? 

-  Dobrze,  ale  czy  tani  sztandar  nie  wpłynąłby  negatywnie  na  wizerunek  miasta 

Pickax? 

- Do diabła z wizerunkiem! 

-  A  może  wystarczy  wyhaftować  jeszcze  dwie  gwiazdy  na  tym  sztandarze,  który 

mamy? Sama chętnie bym się tego podjęła, gdybym miała te oczy co dawniej... 

-  A  gdzie  pani  chce  je  umieścić?  Na  czerwonym  pasie?  To  by  dopiero  wyglądało!  - 

komentarz ten wygłosiła Amanda. 

- Wtedy rzeczywiście byłby niezgodny z prawem. 

background image

- To byłaby obraza sztandaru Stanów Zjednoczonych. 

-  Może  lepiej  zakupić  zwykły,  drukowany  sztandar?  Możemy  się  obyć  bez  tych 

wszystkich haftów i podszyć. 

-  Takie  rozwiązanie  nie  załatwi  kwestii  afrontu,  jakim  by  to  było  wobec  pamięci 

donatorki, pokój jej duszy - odezwała się starsza pani radna. 

-  No,  to  kupcie  nowy  ze  złotym  frędzlem,  a  rachunek  wyślijcie  Hawajom  i  Alasce. 

Tam pieniędzy nie brakuje. 

Wypowiedź ta została przyjęta przez publiczność z entuzjazmem. 

Burmistrz Blythe ujął w dłoń młotek. 

-  Mamy  tu  cztery  problemy  w  jednym.  Możemy  zachować  obecny  sztandar  i  urazić 

pana Hackpole'a. Możemy zastąpić go nowym i narazić się na zarzut braku poszanowania dla 

donatorki  pierwszego  sztandaru.  Możemy  zakupić  tani  substytut,  lecz  w  ten  sposób 

przedstawiamy  nasze  miasto  w  niekorzystnym  świetle.  Możemy  wreszcie  nabyć  kosztowny 

sztandar,  ale  trzeba  będzie  na  to  poświęcić  środki,  które  należałoby  raczej  spożytkować  na 

budowę nowego parkingu miejskiego. Wnioskuję, by odroczyć tę kwestię i zająć się innymi 

sprawami,  zapewniając  jednocześnie  pana  Hackpole'a,  że  jego  obiekcja  zostanie 

potraktowana z należytą uwagą. 

Tak też się stało; kwestię odłożono na potem, wszyscy oprócz pana Hackpole'a oddali 

cześć  czterdziestu  ośmiu  gwiazdom  i  trzynastu  pasom,  a  następnie  rada  zaprzęgła  swój 

potencjał umysłowy do spraw ważniejszych, takich jak szczekające psy, podlewanie skrzynek 

z  kwiatami  w  centrum  i  prośba  sklepu  sprzedającego  łóżka  wodne  o  zgodę  na  urządzenie 

„pokoju  przytuleń",  w  którym  potencjalni  klienci  mogliby  przetestować  sprzedawane 

produkty. 

Zamykając posiedzenie, burmistrz oznajmił: 

-  Nim  zakończymy  obrady,  pragnąłbym  przedstawić  państwu  szacownego  gościa  i 

nowego mieszkańca Pickax, pana Jamesa Qwillerana. 

Spadkobierca  fortuny  Klingenschoenów  -  jakże  wysoki  i  postawny,  a  przy  tym 

noszący ogromne wąsy - powstał i skłonił się. Powitał go aplauz oraz wiwaty, jednak nikt nie 

gwizdał,  by  wyrazić  swój  entuzjazm,  ponieważ stanowiłoby  to  naruszenie  obwiązującego  w 

Pickax prawa. 

- Panie burmistrzu, panie i panowie radni, szanowna publiczności - zaczął - z radością 

stwierdzam,  że  stałem  się  częścią  społeczności,  której  wybrani  przedstawiciele  przejawiają 

tak  wielką  troskę  o  wspólne  dobro,  obywatelską  świadomość  tudzież  poczucie 

odpowiedzialności,  jeśli  chodzi  o  potrzeby  podatników.  Nadzwyczaj  uważnie  wysłuchałem 

background image

światłej  dyskusji  dotyczącej  sztandaru  i  pragnąłbym  zaproponować  pewne  rozwiązanie.  Po 

pierwsze, proponuję zachować obecny sztandar, aby uczcić pamięć donatorki oraz jako obiekt 

historyczny, oprawiając go w szkło i wieszając na ścianie. Po drugie, proszę o przyjęcie daru 

z  mojej  strony  w  postaci  nowego  sztandaru,  który  zostanie  wykonany  na  zamówienie,  z 

czystej  wełny  i  jedwabnym  podszyciem,  ręcznie  naszywanymi  pasami  i  haftowanymi 

gwiazdami  oraz  złotym  frędzlem,  które  to  zamówienie  zostanie  zrealizowane  za 

pośrednictwem biura projektowania wnętrz pani Amandy Goodwinter. 

Rozległy  się  donośne  wiwaty,  które  zakończyły  się  owacją  na  stojąco.  Qwilleran 

uniósł dłoń, by uciszyć publiczność. 

-  Wszyscy państwo  zdajecie sobie sprawę z historycznego znaczenia rezydencji rodu 

Klingenschoenów. Moim zamiarem jest przekazanie jej we właściwym czasie miastu Pickax 

w charakterze muzeum. 

Znów donośna owacja. 

-  Tymczasem  przechowywane tam bezcenne zbiory znajdują się pod fachową opieką 

osoby,  która  pełnić  będzie  funkcję  konserwatora,  dokona  ich  skatalogowania  i  będzie 

kuratorem kolekcji. Jest ona wiarygodnym autorytetem w tej dziedzinie, a przybyła do nas z 

Nizin. Pozwolę sobie przedstawić państwu panią Iris Cobb. Pani Cobb, zechce pani wstać. 

Oczy pani Cobb lśniły bardziej niż kryształy górskie w oprawkach jej okularów, gdy 

kłaniała  się  zebranym.  Kiedy  posiedzenie  zostało  zamknięte,  Penelope  stwierdziła  dość 

uszczypliwym tonem: 

- No proszę, panie Qwilleran, jedna niespodzianka za drugą. 

Odwiozła ich do domu, ale nie dała się zaprosić na drinka. 

- Brat czeka na mnie w kancelarii  - wyjaśniła. - Prowadzimy jutro sprawę w sądzie i 

jeszcze dziś przed zakończeniem dnia musimy podjąć pewne istotne decyzje. 

Pani Cobb też chciała już udać się na spoczynek. 

-  Powie  pan,  że  jestem  głupia,  panie  Qwilleran,  ale  muszę  porządnie  się  wypłakać. 

Jaka  szkoda,  że  mój  zmarły  mąż  nie  mógł  mnie  widzieć  dziś  wieczorem  i  usłyszeć  tych 

wszystkich  oklasków!  A  jak  cudownie  mnie  pan  przedstawił!  To  było  takie...  takie 

wzruszające! - i pobiegła na górę. 

Qwilłeran udał się więc do biblioteki, gdzie czekała na niego rosnąca z dnia na dzień 

piramida  nie  załatwionej  korespondencji.  Uświadomił  sobie,  że  za  wspaniałomyślny  gest 

darowania miastu sztandaru czekać go może kara w postaci kolejnych stert listów. Postanowił 

nie  zwlekać  dłużej  i  sięgnął  po  telefon,  by  zadzwonić  do  poczmistrzyni  z  Mooseville.  W 

słuchawce usłyszał głos jej męża. 

background image

- Cześć, Nick. Jak tam sprawy w Mooseville? 

-  Temperatura  jest  idealna,  ale  przydałby  się  deszcz.  Niedawno  widziałem  cię  na 

rowerze. Skąd wytrzasnąłeś ten zabytek? 

-  Owszem,  można  by  go  odmalować  -  przyznał  Qwilleran  -  ale  najważniejsze,  że 

działa. Lubię jeździć na rowerze, lepiej mi się wtedy myśli. Za to nie lubię, kiedy uganiają się 

za mną psy. 

- W tym okręgu nie wolno im biegać luzem. Powinieneś złożyć skargę na policji. To 

wbrew prawu! 

- Póki co jakoś sobie radzę. Zawsze mam dla nich w zapasie kilka dosadnych słówek, 

a na razie żaden jeszcze nie odgryzł mi nogi. Jak się miewa Lori? Chodzi jeszcze do pracy? 

- Tak, ale już niedługo - odparł Nick. - Właśnie złożyła rezygnację. 

- Napisała do mnie w sprawie pracy na pół etatu w charakterze sekretarki. 

- A tak, jasne. Już oddaję jej słuchawkę. 

Po drugiej stronie usłyszał dźwięczny głos Lori. 

- Halo, Qwill? Dostałeś mój list? 

Koko  natychmiast  znalazł  się  na  biurku  i  zaczął  trącać  nosem  w  słuchawkę  oraz 

próbował ugryźć kabel. Rozpoznał głos rozmówczyni. Qwilleran odsunął go ręką. 

- Dostałem, Lori. Mam tu całą masę listów, które na ciebie czekają. Jeśli Nick zechce 

je odebrać, mogłabyś odpowiadać na nie w domu. 

- Świetnie! 

- Doskonale piszesz, poza tym chyba masz lepszą maszynę niż ja. 

-  Dziękuję.  Nick  podarował  mi  na  urodziny  elektroniczną  maszynę  do  pisania.  Tak 

naprawdę  to  chciałam  kolczyki  z  diamencikami,  ale  on  jest  taki  praktyczny.  Wiesz,  jak  to 

inżynier. 

-  Chciałbym  też  cię  o  coś  spytać,  Lori,  skoro  tak  dużo  wiesz  o  kotach  -  Qwilleran 

walczył  o  słuchawkę  ze  swoim  ulubieńcem,  który  próbował  mu  ją  odebrać.  -  Koko  całymi 

dniami  przesiaduje  na  schodach,  ale  wyłącznie  na  trzecim  stopniu.  Potrafisz  to  jakoś 

wytłumaczyć? - znów odepchnął Koko. 

Lori odpowiedziała: 

-  Koty  wszędzie  zostawiają  swój  indywidualny  zapach  i  lubią  wracać  w  to  samo 

miejsce. Tworzą sobie w ten sposób jakby prywatne terytorium. 

- Hm - zamyślił się Qwilleran. - Może masz rację. 

background image

Było  dopiero  wpół  do  jedenastej  i  kończył  właśnie  list  do  Pickax  Thespians,  grupy 

teatralnej,  grzecznie  odrzucając  propozycję  odegrania  roli  Teddy’ego  w  sztuce  Arszenik  i 

stare koronki, kiedy posłyszał dźwięki muzyki. 

Z  salonu  dobiegły  trzy  wyraźne  nuty:  E,  D,  C.  Koko  znów  grał  na  fortepianie. 

Przynajmniej  Qwilleran  przypuszczał,  że  to  jego  sprawka,  choć  nigdy  na  własne  oczy  nie 

widział,  by  kot  dotykał  klawiszy.  Pani  Cobb  z  pewnością  byłaby  przekonana,  że  czyni  to 

raczej duch nawiedzający rezydencję. 

Zajrzał  do  salonu;  Koko  przechadzał  się  po  nim  z  ostentacyjną  nonszalancją. 

Qwilleran podniósł go i bezceremonialnie posadził na stołku przed fortepianem. 

- Dobrze, a teraz coś mi zagraj. 

-  Ik  ik  ik  -  odpowiedział  Koko  przymilnie  i  zabrał  się  do  wylizywania  tylnej  części 

swojego ciała. 

- Nie bądź taki skromny. Pokaż, co potrafisz. 

Qwilleran  postawił  kota  na  czterech  łapach  i  chwyciwszy  jego  przednią  łapkę, 

wyciągnął ją w stronę klawiatury. Koko skręcił się w precel, dał susa między jego rękami na 

podłogę i odszedł na sztywnych nogach, zadzierając z godnością ogon do góry, by powrócić 

na swoje ulubione miejsce, czyli obserwować wydarzenia z trzeciego schodka. 

Czy to przypadek, że nutki odegrane na fortepianie tworzyły początek melodyjki Trzy 

ślepe myszki Qwilleran poczuł dobrze znany dreszczyk idący od wąsów. Czuł, że trójka musi 

mieć tu jakieś znaczenie. „Były sobie świnki trzy"... do trzech razy sztuka... trzy po trzy... trzy 

pstre przepiórzyce... gra w trzy karty... trzeci wymiar. Wszystko to nie miało najmniejszego 

sensu. 

Następnego  ranka  Qwilleran  pił  trzecią  kawę,  kiedy  niespodziewanie  pojawiła  się 

Amanda Goodwinter, trzykrotnie i nader niecierpliwie pociągając za rączkę dzwonka. 

Wtargnęła do hallu odziana w wygnieciony kostium koloru khaki i płócienny kapelusz 

golfowy; spod jego ronda wymykały się niesforne kosmyki włosów. 

- Wpadłam zobaczyć, czy ten mój malarz w ogóle coś robi -oznajmiła. 

Qwilleran nie mógł się nadziwić, że to samo nazwisko nosi Penelope z jej wymuskaną 

elegancją i Amanda, w pełni ilustrująca określenie „strój niedbały": za długie rękawy, żakiet 

zsuwający się z ramienia, jedna strona kołnierzyka bluzki na wierzchu, druga pod spodem. 

- Co to za upiorny hałas? - zapytała. 

-  Birch  Trevelyan  naprawia  drzwi  -  wyjaśnił  Qwilleran.  -  Przepraszam  na  chwilę. 

Mam coś dla pani - z zamkniętej na klucz szuflady biurka w bibliotece wyjął figurkę słonia. - 

Mam wrażenie, że to pani własność. 

background image

- Gdzie, do diabła, pan to znalazł? - odwróciła słonika, żeby obejrzeć nalepkę. 

- Pośród rzeczy niejakiej Daisy Muli. Znalazłem je, gdy sprzątałem na strychu. 

-  Ta  rzecz  znikła z  mojego  studia  dobre  sześć  lat  temu  -  oświadczyła  projektantka.  - 

Rzeczywiście Daisy wtedy u mnie pracowała, ale ponieważ to był rok wyborów, myślałam, 

że  gwizdnął  to  jakiś  cwany  republikanin,  w  końcu  to  ich  symbol  -  oddała  figurkę 

Qwilleranowi. - Proszę! Należy do pana. Niezły drobiażdżek, stary i teraz nie da się już takich 

dostać. 

- Nie, nie! Przecież to pani własność. 

- Cicho! - ucięła Amanda. - Już dawno zaksięgowałam stratę, co ja z nim teraz zrobię? 

A jak się panu podobało wczorajsze posiedzenie rady? 

- To dla mnie nowe doświadczenie, gdy słyszę, jak przedstawiciele narodu mówią po 

angielsku. Ani słowa o dekontekstualizacji, paradygmatach czy priorytetowości. 

-  Pańskie  przemówienie  zrobiło  furorę,  nie  ma  co.  Całe  to  gadanie  o 

odpowiedzialności i troskliwości... Myślałam, że mnie szlag trafi, ale oni dali się na to nabrać. 

- Nawiasem mówiąc, kim jest pan Hackpole? - spytał Qwilleran. 

-  To  taki  facet,  przez  którego  wszystkich  szlag  trafia.  Wszystkim  rzuca  kłody  pod 

nogi. Trzymaj się pan z daleka od Hackpole'a, bo ze znajomości z nim nic dobrego nie może 

wyniknąć. 

- Ten otyły radny wydawał się stawać po jego stronie w dyskusji na temat sztandaru. 

- To był Scott Gippel. Boi się Hackpołe'a jak ognia. Są sąsiadami, a chociaż Hackpole 

jeszcze do nikogo nie wygarnął z dwururki, to wpada w szewską pasję, kiedy ktoś wejdzie mu 

na trawnik albo skarży się na jego psy. 

- Co go ugryzło? 

- Ciężarówka z piwem przejechała jego żonę, od tego czasu mu odbiło. Trzeba jednak 

przyznać,  że  jeśli  chodzi  o  interesy,  nie  stracił  wyczucia.  Sprzedaje  używane  samochody  i 

nieźle  sobie  radzi...!  No  dobra,  chodźmy  zobaczyć,  jak  idzie  malowanie.  Powinien  pan 

zamykać  te  drzwi  kuchenne  na  klucz.  Wie  pan,  teraz  mamy  tu  od  cholery  turystów.  W 

mieście pełno różnego tałatajstwa, a nawalone to wszystko w trupa. Niedawno włamali się do 

gabinetu doktora. Ukradli narkotyki i igły. 

Gdy weszli do garażu, Qwilleran rzucił: 

- Niech pani zerknie na tę wielką szafę. Myślałem, że to śmieć, tymczasem pani Cobb 

twierdzi, że to Schrank z Pensylwanii, który ma sporą wartość kolekcjonerską. 

Amanda prychnęła. 

- Na moje oko to jednak śmieć. 

background image

- Możliwe. Chciałbym jednak prosić, żeby pani tragarze w wolnej chwili wnieśli ją do 

domu. Będzie stała koło biblioteki. 

- Też coś! - fuknęła. 

Mrucząc  coś  do  siebie  pod  nosem,  wspięła  się  po  schodach  na  górę,  by  dokonać 

inspekcji odnawianego apartamentu. Zagroziła Steve'owi, że wywali go z roboty, o ile się nie 

pospieszy,  raz  jeszcze  z  niedowierzaniem  przyjrzała  się  malunkom  Daisy,  a  potem  poleciła 

Qwilleranowi: 

- Niech pan mnie odprowadzi do samochodu. 

Gdy  szli  podjazdem  w  cieniu  starych  klonów,  Qwilleran  napomknął  coś  o  pięknej 

pogodzie. 

-  Drogi  panie,  zobaczymy,  co  pan  powie,  kiedy  przyjdzie  zima!  -  a  potem  dodała:  - 

Dam  panu  radę.  Niech  pan  będzie  ostrożny.  Tu  w  Pickax  każdą  rozmowę  ktoś  słyszy.  To 

miasto uwielbia ploty. I jest tak, jakby wszędzie były ukryte mikrofony. Nie zdziwiłabym się, 

gdyby  mi  powiedziano,  że  w  skrzynkach  kwiatowych  na  Main  Street  założono  podsłuch. 

Burmistrzowi też nie ufam. Całkiem miły gość, ale nie ufam mu ani za grosz. Więc niech pan 

trzyma oczy i uszy otwarte i pilnuje języka za zębami. 

- Na przykład w barze, tak? 

- Albo w Country Clubie. Albo w kościele. 

Amanda wcisnęła się za kierownicę, manewrując przy tym dość niezręcznie kolanami, 

łokciami  i  biodrami.  Uruchomiła  silnik,  jej  wóz  ruszył  od  razu  pędem  po  podjeździe,  ale 

niemal natychmiast zahamowała z piskiem opon i wrzuciła wsteczny 

-  I  niech  pan  uważa  na  moich  krewnych!  Niech  pana  nie  omami  złudny  urok 

Goodwinterów! 

Tym  razem  odjechała  na  dobre,  bezwzględnie  wymuszając  pierwszeństwo  przy 

włączaniu się do ruchu. 

Qwilleran  oniemiał.  W  Pickax  było  pełno  Goodwinterów,  a  wszyscy  byli  ze  sobą 

spokrewnieni. Jeśli chodzi o Melindę, to nie było w niej nic „złudnego". Cenił jej poczucie 

humoru - czasem cyniczne, zwykle frywolne. Wróciła właśnie z Paryża i już się z nią umówił, 

licząc  na  relaksujący  wieczór  spędzony  na  miłej  pogawędce,  o  ile  nie  na  czymś  więcej. 

Melinda intensywnie uwodziła go od samego początku ich znajomości. 

-  To dobrze czy źle?  - rzekł  na głos,  gdy wrócił  do domu,  żeby nakarmić koty.  - Co 

byście chciały dostać na śniadanie? Wołowinę „Oscar"? Coq au vinl Krewetki „dejonghe"? - 

posiekał pieczeń pani Cobb i ułożył jej kawałki na talerzyku Royal Worcester, następnie polał 

background image

sosem  z  patelni,  dorzucił  nieco  tartej  marchewki  i  posypał  żółtkiem  jajka  ugotowanego  na 

twardo. - Voila - rzekł. 

Oba  koty  z  zapałem  przystąpiły  do  posiłku,  skrzętnie  omijając  przy  tym  kawałeczki 

marchwi. 

Następnym  gościem  była  Tiffany  Trotter,  ta  sama  czerstwa  i  krzepka  wiejska 

dziewucha,  która  zgłosiła  się  do  pracy  w  charakterze  gospodyni.  Tym  razem  rozmawiali  w 

bibliotece, aby umknąć przed czynionym przed Bircha hałasem: stukaniem młotka, odgłosem 

piłowania i muzyką z radia. Budował teraz półki na książki dla pani Cobb. 

W bibliotece Tiffany omiotła spojrzeniem księgozbiór i sztukaterię na suficie. 

- Ładny pokój - stwierdziła. 

- Chciała pani rozmawiać ze mną w sprawie Daisy - przypomniał jej Qwilleran. 

- Kiedyś tu pracowała. 

- O tym wiem. Czy jest pani przyjaciółką Daisy? 

-  Byliśmy  bardzo  dobrymi  przyjaciółkami  i...  -  wzruszyła  ramionami,  nie  mogąc 

znaleźć właściwego słowa. - Pomyślałam sobie, że to dziwne jakieś, bo wyjechała z miasta i 

nic  mi  nie  powiedziała.  Nawet  nie  napisała  -  popatrzyła  na  Qwillerana,  by  sprawdzić  jego 

reakcję. 

- Próbowała pani wtedy czegoś się o niej dowiedzieć? 

-  Zapytałam  starszą  panią,  dla  której  pracowała,  i  usłyszałam  od  niej,  że  Daisy 

wyprowadziła się na Florydę. Miałam wrażenie, że coś ją mocno wkurzyło. 

- To się zdarzyło pięć lat temu. Jak długo byłyście przyjaciółkami? 

- Od początku liceum. Dzieciaki z Dimsdale podjeżdżały busem do szkoły w Pickax i 

wszyscy naśmiewali się z Daisy, bo nazywała się Muli. Ja tam ją lubiłam. Była inna. I ładnie 

rysowała. 

- Miała jakiegoś chłopaka? 

- W szkole nie, dopiero potem miała różnych. Szkoły nie skończyła, nie podobało jej 

się tam. 

- Czy wie pani, kim byli jej przyjaciele? 

- Faceci, i tyle. 

- Kiedy opuściła miasto, była w ciąży. Wiedziała pani o tym? 

- No... owszem. 

- Czy mówiła coś o przerwaniu ciąży? 

- O nie! - Tiffany ożywiła się po raz pierwszy podczas tej rozmowy. - Chciała urodzić 

to dziecko. Chciała wyjść za mąż, tylko tamten facet chyba nie chciał. 

background image

- A kto był ojcem? 

- No... nie wiem. 

- Co na to wszystko matka Daisy? 

Tiffany wzruszyła ramionami. 

-  Czy  ja  wiem?  Ona  nigdy  nie  opowiadała  o  swojej  matce.  Nie  bardzo  się  ze  sobą 

dogadywały. 

- Pani Muli zmarła kilka dni temu. Wie pani o tym? 

- Ktoś mi powiedział. 

Właśnie w takich chwilach Qwilleran najbardziej miał ochotę zapalić fajkę. Szkocka 

mieszanka  w  ulubionej  zagiętej  fajeczce  typu  bulldog  -  tego  mu  właśnie  było  trzeba,  by 

ożywić  szare  komórki,  zyskać  na  czasie  i  przygotować  odpowiednie  pytania.  Niestety, 

Melinda stanowczo nakazała mu zapomnieć o poczciwej starej fajce. 

Spytał  dziewczynę,  czy  napiłaby  się  piwa.  Pomyślał,  że  może  to  ją  rozluźni,  bo 

siedziała na samym skrawku czerwonej sofy. 

- Raczej nie - odpowiedziała. - Zaraz muszę iść doić krowy. 

- Myśli pani, że pani przyjaciółce mogło się stać coś złego? 

Tiffany przesunęła językiem po wargach. 

- Czy ja wiem? Tak tylko sobie myślę, że to jakieś dziwne. Wyjechała i nie odezwała 

się do mnie ani słowem. Nikogo innego to nie obchodzi, więc przyszłam do pana. 

Gdy Qwilleran odprowadzał ją do drzwi wejściowych, Birch przenosił właśnie swoje 

narzędzia i nieszczęsny radiomagnetofon z miejsca na miejsce. 

-  Co  tu  porabiasz,  laleczko?  -  spytał  ją  rubasznym  tonem.  -  Szukasz  roboty?  A  co  z 

tym frajerem, za którego wyszłaś? Myślałem, że do tej pory już będziesz miała brzucho. Baa-

a-a-a? 

Tiffany zerknęła na niego z ukosa i uśmiechnęła się nieśmiało. 

-  Daruj  sobie  ten  flirt  i  lepiej  powiedz  mi,  kiedy  wreszcie  będzie  zamek  w  drzwiach 

kuchennych. 

-  Przyszedł  wczoraj  pocztą  lotniczą  z  Nizin  -  odparł  Birch.  -  Jutro  będzie 

zamontowany. Słowo honoru. 

Qwilleran spoglądał w ślad za Tiffany. Przeszła przez ogród i odjechała półciężarówką 

zaparkowaną po drugiej stronie ulicy. 

Dlaczego nie zajechała  na podjazd? Miejsca przecież nie brakowało.  Zastanawiająca 

też była jej niema reakcja na zaczepki Bircha. 

- Cholera! - rzekł Qwilleran na głos. 

background image

Trzeba było ją zapytać dlaczego do niego przyszła. Kto jej powiedział, że Qwilleran 

interesuje się losami Daisy? 

Tutaj dzieje się coś, o czym nie wiem  - pomyślał - a za to ona wie więcej, niż chce 

powiedzieć. Tak to zwykle się dzieje w małych miasteczkach. Z pozoru wszyscy są przyjaźni, 

otwarci, a gdzieś pod tym wszystkim kryje się posępna sieć intryg i podchodów. 

background image

 

Rozdział dziewiąty 

Qwilleran  spotkał  się  z  Melindą  na  kolacji  w  „Old  Stone  Mili",  dawnym  młynie 

przekształconym  na  restaurację.  Przebudowy  dokonano  z  wielką  pieczołowitością  o 

historyczny zabytek, wykazując niestety w tej dziedzinie znacznie więcej troski niż w kwestii 

przyrządzania  smakowitych  posiłków.  Tym  niemniej  panowała  tam  miła  atmosfera, 

sprzyjająca poufałej rozmowie. Zamówił szampana, by uczcić jej powrót, dla siebie wziął coś 

bezalkoholowego. 

- Jak tam Paryż? - spytał. 

-  Pełen  Amerykanów.  Następna  konferencja  odbędzie  się  w  Australii.  Mógłbyś 

pojechać ze mną, kochanie. 

Za  drogo  -  pomyślał  odruchowo.  W  następnej  chwili  zdał  sobie  sprawę,  że  może  z 

czystym  sumieniem  usunąć  takie  określenie  ze  swojego  słownika.  Niełatwo  mu  było 

przystosować się do radykalnie odmiennej sytuacji finansowej. 

- Nie lubię podróżować samotnie - mówiła dalej Melindą. - Nie lubię nawet mieszkać 

sama - jej rzęsy zatrzepotały zachęcająco. 

-  Zaczekaj  z  tym  mruganiem  -  zaśmiał  się  Qwilleran.  -  Przecież  nawet  jeszcze  nie 

zjedliśmy zupy. 

- Działo się coś ciekawego pod moją nieobecność? 

Nie szczędząc detali, opisał wielki spór o sztandar. 

-  Ten  Blythe  to  interesujący  facet  -  stwierdził.  -  Potrafi  się  wysławiać  i  wyjątkowo 

sprawnie poprowadził zebranie. Co to za gość? Skąd się wziął? 

-  Z  zawodu  jest  doradcą  inwestycyjnym.  Jego  matka  była  z  Goodwinterów.  Swego 

czasu  był  dyrektorem  liceum,  ale  od  kilku  lat  już  nim  nie  jest,  a  to  z  powodu  pewnego 

skandalu. 

- Co się wydarzyło? - Qwilleran jako dziennikarz czuł się upoważniony do wścibstwa. 

- Trochę za bardzo się zaprzyjaźnił z niektórymi uczennicami. Jednak uszło mu to na 

sucho, tylko dostał po łapie i poproszono go, żeby złożył rezygnację. Każdy inny podwinąłby 

ogon  i  uciekł  z  miasta,  ale  nie  on.  Goodwinterowie  tak  łatwo  nie  dają  za  wygraną. 

Wystartował w wyborach na burmistrza i wygrał przytłaczającą większością głosów. 

Na wyraźne żądanie Melindy zamówili ravioli. 

background image

-  To  specjalność  tego  lokalu.  Kupują  mrożone,  dzięki  czemu  jest  to  jedyna  rzecz  w 

jadłospisie, której kucharz nie może schrzanić. 

- Temu miastu naprawdę przydałaby się porządna restauracja. 

- Lanspeakowie otwierają knajpę, może słyszałeś? Sporo podróżują i potrafią docenić 

dobrą  kuchnię,  więc  miejmy  nadzieję,  że  wreszcie  powstanie  oaza  na  tej  pustyni  frytek  i 

keczupu. A co tam słychać w twoim pałacu? 

- Zjawiła się wreszcie pani Cobb. Zamówiłem zamszową sofę do mojej pracowni. No i 

w  końcu  mamy  zamek  w  drzwiach  kuchennych.  Birch  przychodzi  prawie  codziennie, 

naprawia  kolejne  drzwi  i  puszcza  na  cały  głos  muzykę  z  tego  swojego  okropnego  radia. 

Dzisiaj pojechał na ryby, w domu panowała taka cisza, że koty chodziły na paluszkach. 

- Czy Koko nadal wyrzuca odwiedzające cię kobiety z domu, gdy minie jedenasta? 

- Nie miej mu tego za złe - Qwilleran rozłożył ręce. - Po prostu jest przyzwyczajony, 

że o tej porze gasimy światło. Wyobraź sobie: nie dość, że wie, która jest godzina, ale chyba 

też potrafi liczyć. Regularnie rozsiada się na trzecim stopniu schodów, właśnie na tym, a nie 

na żadnym innym z dwudziestu jeden stopni. 

-  Trzecim od  góry czy trzecim od dołu? Bo jeżeli liczy od  góry, to  być  może z jego 

punktu widzenia jest to stopień osiemnasty - zauważyła, a w jej zielonych oczach pojawiły się 

figlarne błyski. 

Potem Qwilleran opowiedział jej o metrowych lichtarzach w srebrnym skarbcu. 

- Jeśli postanowię wydać proszoną kolację, czy zechcesz pełnić funkcję gospodyni? 

-  Zrobię,  co  zechcesz,  kochanie  -  odparła,  czemu  towarzyszyło  przeciągłe  spojrzenie 

zielonych oczu. 

- Mój dawny redaktor z „Fluxion" przylatuje tu na kilka dni. Pomyślałem też sobie, że 

mógłbym  zaprosić  Penelope  i  Alexandra  oraz  kilka  innych  osób  z  Pickax  oraz  Mooseville. 

Pani Cobb zaoferowała swe usługi w charakterze kucharki. 

- Jest dobra? 

-  No  cóż,  robi  najlepsze  na  świecie  mięso  duszone  z  warzywami,  tort  kokosowy  i 

makaron z roztopionym serem. 

-  Mój  drogi,  nie  możesz  podawać  makaronu  do  metrowych  lichtarzy  stojących  na 

stole.  Trzeba  postarać  się,  żeby  wypadło  to  elegancko.  Sześć  dań,  na  początek  koniecznie 

ślimaki...  kamerdyner  podający  drinki  w  oranżerii.  Do  stołu  powinni  podawać  dwaj  lokaje, 

oczywiście w sali jadalnej. Do tego trio smyczkowe szalejące w cieniu doniczkowych palm. 

- Mam nadzieję, że nie mówisz poważnie - zaniepokoił się Qwilleran. 

background image

-  Oczywiście,  że  mówię  to  całkiem  serio.  Nie  zdążymy  rozesłać  drukowanych 

zaproszeń,  więc  będziesz  musiał  do  nich  wszystkich  zadzwonić,  choć  nie  jest  to 

najwłaściwsza forma, kiedy się planuje naprawdę wytworne przyjęcie. 

- Kto by się przejmował takimi rzeczami? 

- Kto jak kto, ale Penelope z pewnością zwróci na to uwagę. Penelope jest osobą, która 

po  dziś  dzień  je  lody  widelcem  -  stwierdziła  Melinda  z  kpiącym  uśmieszkiem.  -  Pod 

względem towarzyskim stanowi relikt epoki edwardiańskiej. Moja prababcia miała szesnaście 

książek  dotyczących  etykiety.  W  tamtych  czasach  ludzie  nie  przejmowali  się,  że  mogą 

przybrać na wadze, i nie starali się wejść w kontakt ze swoją podświadomością. Ich główną 

troską było to, czy można jeść puree ziemniaczane przy użyciu noża. 

Nie chciała deseru, zadowalając się resztką szampana, natomiast Qwilleran skusił się 

na  lody  w  cieście  francuskim.  Otrzymał  talerz,  na  którym  po  kałuży  sosu  czekoladowego 

pływała  kula  ciasta  skrywająca  w  swym  wnętrzu  upragniony  przysmak.  Wszelkie  wysiłki 

zmierzające  do  przebicia  nieprzeniknionej  skorupy  kończyły  się  jedynie  tym,  że  owa  kula 

ślizgała się i przesuwała na wszystkie strony, grożąc upadkiem na podłogę. 

Z  każdym  łykiem  szampana  Melinda  coraz  bardziej  zapalała  się  do  pomysłu 

wyprawienia przyjęcia. 

-  Na  cześć  twojego  redaktora  powinniśmy  postarać  się  o  potrawy  charakterystyczne 

dla  naszego  regionu,  przede  wszystkim  pasztet  z  bażanta  i  rukiew  wodną  w  galaretce.  Jest 

taka sekretna zatoczka na Ittibittiwassee, gdzie można dopłynąć tylko kajakiem, i tam właśnie 

rośnie rukiew. Lubisz wiosłować? 

- Wręcz przeciwnie - stwierdził Qwilleran. 

-  Potem  przychodzi  kolej  na  rybę,  może  podamy  krokiety  z  łososiem  czawycza?  - 

kolejny łyczek szampana. - Jako danie główne proponuję jagnięcinę bucheronne z młodymi 

ziemniakami z Moose County i  grzybami, choć  w tym roku może trochę na nie za sucho  - 

znów  łyk.  -  Potem  sałatka  z  domowych  szparagów  w  sosie  winegret.  Jak  się  na  to 

zapatrujesz? 

-  Nie  zapominaj  o  deserze.  Wolałbym  coś  innego  niż  lody  zapiekane  w  cieście 

francuskim. 

-  Co  powiesz  na  tort  biszkoptowy  z  dzikimi  malinami?  Będziemy  też  potrzebowali 

dwóch czy trzech gatunków wina. Mogę gwizdnąć parę flaszek z piwniczki taty. 

- Mam nadzieję, że w Moose County aż roi się od kamerdynerów i lokai - powiedział 

Qwilleran. 

background image

-  Owszem,  to  jest  pewien  kłopot  -  przyznała  Melinda  -  ale...  przecież  możemy 

zaangażować w to  aktorów z Pickax Thespians. Larry  Lanspeak grał tytułową rolę w sztuce 

Jeeves, będzie z niego idealny kamerdyner. 

- Nie mówisz przypadkiem o właścicielu domu towarowego? 

- No jasne, że o nim! Będzie zachwycony! Bracia Fitch przyjechali na wakacje z Yale. 

Mogliby ubrać się w kostiumy z The Student Prince i odegrać lokajów. Oczywiście najpierw 

zrobimy próbę, będą musieli odegrać swoje role z kamiennymi twarzami... Penelope dostanie 

zawału! 

Qwilleran  żadną  miarą  nie  mógł  uwierzyć,  że  którykolwiek  z  tych  pomysłów  może 

wypalić, miło jednak było słuchać, jak Melinda fantazjuje pod wpływem szampana. 

- A skąd wytrzaśniemy tercet smyczkowy? 

Zamknęła oczy w zamyśleniu. 

- Tata opowiadał coś o trzech muzykach, którzy przed drugą wojną światową grywali 

walce Straussa za palmami w hotelu „Pickax". 

- Obawiam się, że ci ludzie już dawno pomarli, Melindo. 

- Niekoniecznie. Mieszkańcy Moose County są długowieczni. 

Gdy wychodzili z restauracji, pochwalił ją: 

- Wymyśliłaś bardzo zabawny scenariusz przyjęcia. Szkoda tylko, że nierealny. 

- Jak to nierealny? - oburzyła się. - Mam wszystkie przepisy kulinarne mojej mamy, a 

szczegóły dopracuję z panią Cobb. Ty musisz tylko za to wszystko zapłacić. 

Zajrzeli  do  mieszkania  Melindy,  by  rzucić  okiem  na  podręczniki  dobrych  manier 

odziedziczone  po  prababci,  toteż  Qwilleran  wrócił  do  domu  bardzo  późno,  a  za  to  w 

świetnym humorze, nucąc melodyjkę z The Student Prince. Gdy przekręcał klucz w nowym 

zamku kuchennych drzwi, dosłyszał zrzędzenie Koko. 

- Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy - pouczył go Qwilleran. - Zajmij się lepiej Yum 

Yum. 

Nim udał się na spoczynek, dokonał jak zwykle inspekcji domostwa, gasząc wszędzie 

światła, sprawdzając, czy okna są pozamykane, i sprawdzając pobieżnie, czy nie znikło nic z 

francuskich brązów, chińskiej porcelany, weneckiego szkła i georgiańskich sreber. Wszystko 

było  na  swoim  miejscu,  tylko  w  kuchni  nie  wiedzieć  czemu  stołek  znalazł  się  na  samym 

środku pomieszczenia. 

Kiedy Qwille;an opowiedział o tym zjawisku pani Cobb następnego ranka, zawołała: 

- Mówiłam panu, że tu dzieje się coś niezwykłego! Teraz musi mi pan uwierzyć! Mało 

tego, wczoraj po zgaszeniu świateł słyszałam, jak ktoś próbuje grać na fortepianie. 

background image

W  planie  dnia  Qwilleran  miał  lunch  o  dwunastej  z  członkami  Klubu  Entuzjastów 

Pickax, a następnie wyprawę na lotnisko, by odebrać stamtąd Archa Rikera. Najpierw jednak 

zatelefonował  do  wszystkich  swoich  gości,  zapraszając  ich  na  uroczystą  kolację.  Wszyscy 

przyjęli zaproszenie z chęcią pomimo rychłego terminu. 

Penelope oznajmiła: 

- Mój brat wraca z Waszyngtonu dziś wieczorem. Z przyjemnością się zjawimy. Stroje 

wieczorowe? 

-  Mile  widziane,  ale  nie  konieczne  -  odpowiedział  Qwilleran.  -  Jednak  Melinda 

prosiła, żebym pani przekazał, iż włoży długą suknię. 

- Doskonale. 

Amanda była wprost zachwycona. 

- Nikt nie zapraszał mnie na żaden koktajl ani kolację już od niepamiętnych czasów! 

Otrzepię moją suknię wieczorową z naftaliny. 

Juniorowi Goodwinterowi polecił: 

-  Tylko  nie  przynoś  swojego  notesu.  Jesteś  zaproszony  jako  gość,  nie  jako  reporter. 

Popytaj znajomych, może uda ci się pożyczyć od kogoś krawat. 

Po  drodze  na  spotkanie  Qwilleran  odwiedził  „Scotties  Mens  Shop"  i  kupił  nowiutki 

krawat dla siebie, choć jego zdaniem cena wołała o pomstę do nieba. 

Podczas  klubowego  lunchu  nikt  nie  miał  na  sobie  czapki  z  daszkiem.  Wszyscy 

wpływowi obywatele społeczności zgromadzili się w prywatnej salce „Old Stone Mili" przy 

ravioli  z  mrożonki  odgrzewanych  w  mikrofalówce.  Rozpoznał  pośród  nich  burmistrza 

Blythe'a, doktora Halifaksa Goodwintera, komisarza Brodiego i skwaszonego pana Coopera. 

Ponieważ  przewodniczący  Goodwinter  nadal  przebywał  jeszcze  w  Waszyngtonie,  a 

wiceprezes  Lanspeak  odchorowywał  lot  przez  Pacyfik,  gościa,  który  miał  zabrać  głos,  w 

kwiecistych słowach przedstawił Nigel Fitch. 

-  Panowie  -  rozpoczął  Qwilleran  -  z  początku  żywiłem  mniemanie,  że  określenie 

„Niziny" ma charakter czysto geograficzny. Teraz zdaję już sobie sprawę, że chodzi tu o coś 

zgoła innego. Podczas gdy w Moose County cieszymy się idealną temperaturą, tam, w dole, 

jest  istne  piekło  -  słowa  te  zostały  wynagrodzone  oklaskami  przez  członków  klubu.  -  Nie 

tylko z racji pięknej pogody - mówił dalej - raduje mnie pobyt w tej pięknej krainie. Od mego 

tu przybycia ani razu nie zostałem napadnięty, nie otrułem się tlenkiem węgla i nie potrąciła 

mnie  ciężarówka  -  znów  rozległy  się  oklaski.  -  Tym  niemniej  musiałem  zarzucić  zwyczaj 

pogwizdywania  - na  to  roześmieli się wszyscy oprócz Coopera.  - Całe moje dotychczasowe 

życie  spędziłem  aktywnie,  poświęcając  się  pracy,  toteż  i  teraz  czuję  potrzebę,  by  oddać  się 

background image

jakiejś  pożytecznej  działalności  mającej  na  celu  poprawę  warunków  życia  tutejszych 

mieszkańców.  Rozważałem  więc  możliwość  urządzenia  sali  gimnastycznej  i  studia  fitness 

opodal „Otto’s Tasty Eats" - rozległy się chichoty - lub może otworzenia przedstawicielstwa 

firmy  sprzedającej  środki  przeciwko  komarom  w  Mooseville  -  te  słowa  skwitował  głośny 

śmiech.  -  Miałem  też  inny  pomysł,  mianowicie  taki,  żeby  otworzyć  szkółkę,  w  której 

doskonalić swoje kwalifikacje mogliby tutejsi kierowcy. 

W tej chwili cała sala ryknęła głośnym śmiechem. 

Następnie Qwilleran wyłuszczył cele przyświecające Fundacji Klingenschoenów, gdy 

zaś  kłaniał  się  publiczności  pośród  końcowych  oklasków,  burmistrz  Blythe  wręczył  mu 

prawdziwy górniczy oskard w znakomitym stanie, jak najbardziej nadający się do użytku. 

Gdy zamknięto zebranie, przedstawił mu się właściciel sklepu z artykułami żelaznymi. 

-  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  panie  Qwilleran,  od  teraz  zacznie  pan  zamykać  drzwi 

kuchenne  na  klucz.  Wcale  nie  taki  zły  pomysł,  biorąc  pod  uwagę  to,  co  się  tu  zaczyna 

wyprawiać. To ja sprowadziłem dla pana ten zamek z Nizin. Przepiękny mechanizm, sprzęt 

najwyższej klasy! 

Następnie komisarz policji odprowadził Qwillerana na bok. 

-  Mówił  mi  pan  o  tej  dziewczynie,  która  znikła  pięć  lat  temu.  Podobno  ostatni  raz 

widziano ją siódmego lipca. 

-  Tego dnia po  raz ostatni pojawiła się w pracy,  tak wynika z rejestrów dotyczących 

zatrudnienia personelu pani Klingenschoen. 

-  Od  samego  początku  ta  data  wydawała  mi  się  skądś  znajoma,  coś  mi  się  z  nią 

kojarzyło - stwierdził Brodie. - Byłem wtedy zastępcą szeryfa. Otóż siódmego lipca tamtego 

roku  w  jednej  z  dawnych  kopalń  nastąpiło  poważne  tąpnięcie.  Pamiętam,  że  musieliśmy 

otoczyć  to  miejsce  liną  i  przez  całą  dobę  pilnował  go  któryś  z  naszych  ludzi,  dopóki  nie 

postawiono  ogrodzenia.  Nie  wiem,  czy  to  ma  jakieś  znaczenie,  ale  na  wszelki  wypadek 

chciałem panu o tym powiedzieć. 

Jakiś mężczyzna o jasnych przylizanych włosach przedstawił mu się jako Sam Gafner, 

pośrednik handlu nieruchomościami. Jeszcze nim otworzył usta, Qwilleran wiedział już z całą 

pewnością, że ma do czynienia z zawodowym sprzedawcą. 

- Może byłby pan zainteresowany korzystną inwestycją, panie Q? Wiem przypadkiem, 

że wkrótce ten lokal będzie na sprzedaż. Ładna nieruchomość, niezły lokal, trzeba tylko, żeby 

ktoś zadbał o kuchnię. 

W nastroju podniosłym za sprawą odblasków i komplementów Qwilleran wyruszył w 

drogę na lotnisko, by spotkać się z Archem Rikerem. 

background image

Redaktor wysiadł z samolotu i rozejrzał się wokół. Nie posiadał się ze zdumienia. 

-  To  jest  lotnisko?  To  ma  być  terminal?  Myślałem,  że  mieliśmy  awaryjne  lądowanie 

na jakimś boisku do piłki  nożnej,  a w tej ruderze są szatnie dla zawodników, tylko  ktoś  na 

maszcie zawiesił dużych rozmiarów skarpetę. 

Qwilleran uścisnął jego dłoń. 

- Cieszę się, że cię widzę. Jak minęła podróż? 

- Jak za czasów braci Wright. 

Qwilleran zaprowadził go do limuzyny Klingenschoenów. 

- Mam nadzieję, że zabrałeś ze sobą wieczorową marynarkę? 

Torby  Rikera  znalazły  się  w  bagażniku,  a  smukły  czarny  pojazd  popędził  w  stronę 

miasta. 

-  Dziesięć  mil  prostej  drogi  bez  jednego  zakrętu,  wzgórza,  skrzyżowania,  żadnych 

zabudowań  -  stwierdził  z  uznaniem  Qwilleran.  -  Nie  ma  czym  się  przejmować,  pomijając 

oczywiście jelenie, łosie, szopy pracze, skunksy i stanową policję. W tutejszych lasach sporo 

jest zwierzyny. Wszyscy tu polują, mają strzelby i psy myśliwskie. .. A te znaki ostrzegawcze 

oznaczają opuszczone kopalnie. 

-  Wyglądają  niebezpiecznie  -  stwierdził  Riker.  -  Założę  się,  że  dzieciaki  urządzają 

sobie w nich szalone imprezy. Jak ci się podoba życie na pustkowiu? 

Czekaj, aż zobaczysz kamerdynera i tercet smyczkowy - pomyślał Qwilleran, a głośno 

powiedział: 

-  Całkiem,  całkiem.  Naprawdę.  A  koty  nigdy  dotąd  nie  miały  tyle  przestrzeni  do 

hasania. Koko jest w stanie pokonać dwadzieścia jeden stopni dwoma susami. 

- Nauczył się jakichś nowych sztuczek? 

-  Słuchaj,  ten  zwariowany  zwierzak  zaczął  teraz  bawić  się  w  listonosza.  Kiedy 

przychodzi poczta, wybiera listy, które uważa za istotne, a potem mi je przynosi. 

- Pewnie nikt inny by w to nie uwierzył, ale ja akurat swoje wiem. 

-  W  gruncie  rzeczy  to  nie  takie  dziwne.  Po  prostu  rozpoznaje  zapachy.  Przynosi  mi 

listy  od  ludzi,  których  zna,  z  domów,  gdzie  hoduje  się  koty,  i  miejsc,  w  których  kiedyś 

mieszkał. 

-  Słyszałem,  że  pani  Cobb  zatrudniła  się  u  ciebie  -  rzucił  Riker,  zbliżając  się  do 

drażliwego tematu. 

- Pogadamy o tym wszystkim, kiedy wrócimy do domu i siądziemy sobie przy drinku 

- zaproponował Qwilleran. - Jak tam sprawy we „Fluxion"? 

- Jakoś się żyje. Byle do emerytury! 

background image

-  Nie  widziałeś  jeszcze  „Pickax  Picayune"!  Trzeba  szkła  powiększającego,  żeby 

odczytać tytuły. Piszą tam o wszystkich proszonych herbatkach i kto jadł kurczaka na kolację. 

- To znaczy, że jesteście odcięci od świata i wiadomości? 

-  Na  szczęście  dociera  tu  stanowe  wydanie  „Fluxion",  dzięki  czemu  zachowujemy 

kontakt  z  rzeczywistością  i  słyszymy  o  wojnach,  klęskach  żywiołowych,  zamachach, 

rozruchach, rzeziach i innych interesujących ciekawostkach. Radio PKX FM zawiadamia nas 

o kraksach samochodowych, wypadkach przy polowaniu oraz spalonych stodołach. 

Włączył samochodowy odbiornik. 

- Obawiam się, że właśnie przegapiliśmy wiadomości o szóstej. 

Prezenter kończył zdanie: 

„...spadła  z  traktora  na  farmie  będącej  własnością  jej  ojca,  Terrencea  Kilcally,  lat 

czterdzieści osiem. Ciągnik następnie wjechał do rowu, gdzie się przewrócił. Zastępca szeryfa 

poinformował PKX FM, że traktor jechał dalej, po czym wpadł do rowu i wywrócił się... w tej 

chwili w Pickax mamy dwadzieścia trzy stopnie". 

-  W  Pickax  nikt  nie  potrzebuje  klimatyzacji  -  poinformował  Qwilleran,  pokazując 

przyjacielowi  co  ważniejsze  siedziby  na  Goodwinter  Boulevard.  -  W  tych  kamiennych 

budynkach przez całe lato panuje miły chłód. Mają ściany grube na ponad pół metra. 

Gdy zatrzymali się przed rezydencją K, Riker, choć mocno zblazowany po dwudziestu 

kilku latach redagowania sensacyjnych wiadomości, był jednak pod wrażeniem jej splendoru. 

-  Qwill,  przecież  w  czymś  takim  nie  da  się  mieszkać!  Toż  to  mały  Wersal!  Pałac 

Buckingham pośród północnych ostępów! 

- Nie wymyślaj tytułów, tylko powiedz mi, czego się napijesz. 

-  Znów  jestem  na  etapie  koktajli  z  martini.  Sam  zmieszam,  bo  odkąd  wyrzekłeś  się 

trunków, straciłeś wyczucie. 

Qwilleran nalał sobie soku z białych winogron, nie zapominając przy tym o Koko. 

- Pamięta mnie - ucieszył się Riker, gdy kot zaczął ocierać się o jego nogi. 

- Poza tym wie, że masz w domu koty. Jak tam Punky i Mibs? 

-  Może  siądźmy?  -  w  głosie  Rikera  nagle  dało  się  słyszeć  znużenie.  Poszli  ze 

szklankami  do  oranżerii.  -  Otóż  widzisz  -  ciągnął  drżącym  głosem  -  musieliśmy  się  ich 

pozbyć. To była strasznie trudna decyzja, ale Rosie nie chciała ich wziąć, a dom trzeba było 

sprzedać, musiałem przenieść się do hotelu. Oddaliśmy je jakimś ludziom... to były strasznie 

fajne futrzaki i czułem się wyjątkowo parszywie, ale... po prostu nie miałem wyboru. 

Obaj milczeli przez dłuższą chwilę, tymczasem Koko i Yum Yum weszły do oranżerii, 

ułożyły się razem na poduszce wiklinowego fotela i zaczęły się wzajemnie wylizywać. 

background image

- Gdzie jest pani Cobb? - odezwał się wreszcie Riker. 

-  Poszła  na  spotkanie  Towarzystwa  Historycznego.  Swoją  drogą  nigdy  bym  się  nie 

spodziewał, że sprzeda swój antykwariat. 

-  Byłeś  zaskoczony,  mówisz?  To  wyobraź  sobie,  jak  ja  się  poczułem,  kiedy  Rosie 

dostała  jakiś  tam  mały  spadek  i  zanim  się  zorientowałem,  kupiła  firmę  pani  Cobb  razem  z 

domem, a następnie oznajmiła mi, że będzie tam  mieszkać. Na Zwinger Street! Nie ma  co, 

niezłą dzielnicę sobie wybrała! 

- Arch, co się stało z Rosie? Wiem tylko tyle, że kiedy dzieciaki wyprowadziły się z 

domu, zapisała się na uniwersytet. 

- Ano tak, zaczęła chodzić na wykłady i spotykać młodych ludzi. Przypuszczam, że od 

tego  wszystko  się  zaczęło.  Widzisz, Rosie  zawsze  łatwo  nawiązywała  kontakt  z  młodzieżą, 

sama  jest  taka  młodzieńcza  i  pełna  życia.  Tyle  że  to  trochę  żałosne,  kiedy  ludzie  w  wieku 

dojrzałym  próbują  odwrócić  bieg  czasu,  przeżyć  drugą  młodość...  Zwłaszcza  gdy  chodzi  o 

kobietę w średnim wieku i młodego faceta. 

Qwilleran przygładził wąsy wierzchem dłoni. 

- A co, jeśli mężczyzna w średnim wieku zadaje się z młodą dziewczyną? 

Riker zamyślił się. 

- Czy ja wiem? Różnie bywa. 

Qwilleran zaproponował kolację w „Old Stone Mili". 

-  Nie  spodziewaj  się  jakichś  przysmaków,  ale  to  miłe  miejsce,  a  poza  tym  można 

spokojnie porozmawiać. 

Usiedli przy oknie, przez które widać było wielki młyn i obracające się koło młyńskie, 

z  którego  nie  spływała  jednak  ani  kropla  wody.  W  ruch  wprawiał  je  silnik  elektryczny,  a 

nastrojowy szmer strumienia dochodził z głośników, ponieważ efekty dźwiękowe nagrano na 

taśmę. 

Riker odetchnął głęboko. 

-  Ach,  wiejska  sielanka!  Aż  odechciewa  się  wracać  do  wielkiego  miasta.  No  tak...  a 

nie tęskno ci do świata zbrodni i występku? Jak będziesz teraz żył bez morderstw? 

Qwilleran zniżył głos: 

-  Prawdę  mówiąc,  stary,  jest  coś,  co  mocno  mi  daje  do  myślenia.  Z  rezydencji  K 

znikła  pięć  lat  temu  pewna  dziewczyna,  a  coś  mi  mówi,  że  to  bardzo  brzydka  historia. 

Kwestia wibracji. Wiesz, o czym mówię. 

Opowiedział  Rikerowi  o  sprejowanych  malowidłach,  nutkach  odgrywanych  na 

prastarym fortepianie i o tym, jak Koko odnalazł rzeczy Daisy na strychu. 

background image

- Tak na dobre zacząłem coś podejrzewać, kiedy znalazłem tę kartkę pocztową, która 

miała  być  rzekomo  napisana  przez  Daisy,  tyle  że  nie  jej  charakterem  pisma.  Na  razie 

dowiedziałem się tyle, że dziewczyna była w ciąży i facet nie chciał się z nią ożenić. 

- Wiesz, w dzisiejszych czasach to nie jest  aż takim ewenementem. Moja córka chce 

mieć dziecko, ale w żadnym wypadku nie zamierza wyjść za mąż. Tradycyjne pojęcie rodziny 

chyba zanika. 

-  To  trochę  inna  historia,  a  na  prowincji  sprawy  wyglądają  inaczej.  Chodzi  o 

dziewczynę, która pechowo urodziła się po niewłaściwej stronie barykady i prawdopodobnie 

małżeństwo oznaczałoby dla niej odmianę losu, a przynajmniej zmianę nazwiska, które jest tu 

bardzo  niemile  widziane.  No  i  popatrz,  kiedy  chciałem  odwiedzić  jej  matkę  i  zadać  parę 

pytań,  tak  się  akurat  złożyło,  że  kobiecina  przedawkowała  -  przynajmniej  tak  stwierdził 

koroner. 

-  Zawsze  pakujesz  się  w  takie  sprawy  -  zauważył  Riker.  -  Skąd  to  się  bierze?  A  kto 

grał na fortepianie? Tylko nie mów mi, że kot! 

-  Kto  wie?  Słyszałem  na  własne  uszy  pierwsze  nutki  Trzech  ślepych  myszek.  Jeżeli 

nie Koko, to mamy do czynienia z duchem. Co wolisz. 

Wrócili  do  domu  wkrótce  po  zmierzchu.  Migająca  błękitna  poświata  pobłyskująca  z 

pierwszego piętra dowodziła, że pani Cobb udała się do swych apartamentów, by oddać się 

oglądaniu telewizji. 

- Drinka na dobranoc? - zaproponował Qwilleran. 

W tej samej chwili obaj usłyszeli cztery dźwięki odegrane na fortepianie znajdującym 

się w salonie: E, E, E, C - odbębnione głośno i wyraźnie. 

Riker wzdrygnął się. 

- A co to takiego? 

- Piąta Symfonia Beethovena - wyjaśnił Qwilleran. - Teraz mi wierzysz? 

Siedząc przy stole, wysłuchali wieczornych wiadomości nadawanych przez PKX FM 

o jedenastej: 

„Spór dotyczący zaanektowania terenów rozgrywający się między władzami okręgu a 

władzami  miejskimi  przybrał  dziś  wieczorem  podczas  publicznych  przesłuchań  szczególnie 

drastyczną formę, ponieważ doszło do rękoczynów, kiedy rozgniewany mieszkaniec uderzył 

inspektora  miejskiego.  Clem  Wharton  nie  złożył  jednak  skargi  na  napastnika,  którym  był 

Herb Hackpole. 

background image

Rada edukacyjna opowiedziała się dziś jednomyślnie na rzecz podniesienia poziomu 

nauczania. Przewodniczący rady powiedział naszemu reporterowi: «Naszym zdaniem należy 

bezwzględnie podnieść poziom nauczania»". 

Jak  informowaliśmy  wcześniej,  na  przedmieściach  Pickax  zginęła  kobieta,  która 

spadła z traktora na farmie swojego ojca. Jednak bliższe oględziny zwłok, jak dowiadujemy 

się  od  koronera,  wykazały,  iż  Tiffany  Trotter,  lat  dwadzieścia  dwa,  została  zastrzelona 

nabojem śrutowym. Śledztwo policyjne w toku". 

background image

 

Rozdział dziesiąty 

Tej  nocy  Qwilleran  nie  mógł  spać.  Martwił  się  rozpadem  małżeństwa  swojego 

przyjaciela,  miał  tremę  wobec  zbliżającej  się  perspektywy  ambitnego  przyjęcia,  a  przede 

wszystkim sen z powiek spędzało mu zamordowanie Tiffany Trotter. 

Opowiedział Rikerowi o tym, jak zainteresowały go losy Daisy, i dodał: 

- Jeśli istnieje jakieś powiązanie między jej odwiedzinami u mnie oraz jej śmiercią, to 

znaczy, że jestem na tropie. 

-  Tak,  a  również  to,  że  możesz  być  następny  na  liście  -  zauważył  redaktor.  -  Lepiej 

uważaj na siebie. 

Dość  wcześnie  rano  zadzwonił  telefon;  Amanda  Goodwinter  jak  zwykle  od  razu 

przystąpiła do rzeczy. 

-  Mam problem. Muszę znaleźć innego malarza,  który skończy tę pańską pracownię. 

Wcale nie tak łatwo o kogoś do roboty. Nikomu się nie chce. 

- A co się stało? - spytał Qwilleran otępiały jeszcze po źle przespanej nocy. 

- Nie słucha pan radia? Ktoś zastrzelił Tiffany Trotter. 

Jakoś nie mógł skojarzyć ze sobą tych dwóch faktów. 

- No... tak, słyszałem. 

- Steve był jej mężem - Amanda była już wyraźnie zniecierpliwiona. - Steve, czyli mój 

malarz! Przez jakiś czas nie będzie mógł pracować. 

- Nie wiedziałem - przyznał Qwilleran. -To straszne. Przecież w Moose County takie 

rzeczy się nie zdarzają, prawda? 

-  To  wszystko  przez  turystów!  -  warknęła  projektantka.  -  Przyjeżdżają  tu  swoimi 

fikuśnie pomalowanymi mikrobusami. Wszyscy są naćpani, mówię panu! 

- Czy tak twierdzi policja? Nie znam jeszcze żadnych szczegółów. 

-  Francesca  -  to  moja  asystentka,  jej  ojciec  jest  komisarzem  policji  -  otóż  Francesca 

mówi, że ich zdaniem to był jakiś maniak, po prostu świr, który przejeżdżał obok tej farmy i 

miał pod ręką strzelbę dużego kalibru. Zdarzało się, że te dziwolągi z Nizin strzelały do krów, 

ale to już przechodzi ludzkie pojęcie! 

- Brodie prowadzi dochodzenie? 

- To terytorium szeryfa, ale policja z Pickax mu pomaga. 

background image

Amanda dalej wyrażała swoje oburzenie, tymczasem Qwilleran zaczął się gorączkowo 

zastanawiać:  to  wcale  nie  musiał  być  turysta,  przecież  w  tej  okolicy  każdy  ma  myśliwską 

strzelbę...  Zazwyczaj  pierwszym  podejrzanym  jest  najbliższa  osoba,  w  tym  wypadku  mąż. 

Mogą  istnieć  dziesiątki  rozmaitych  powodów,  które  sprawiają,  że  nieprzyjaciel  czy  sąsiad, 

czy  nawet  krewny  decyduje  się  pociągnąć  za  spust...  Kim  są  ci  Trotterowie?  Może  wplątali 

się w coś podejrzanego? Amanda mówiła właśnie: 

-  ...toteż staram się namówić kuzyna Steve'a, żeby dokończył robotę. 

- Nie ma pośpiechu. Mogę poczekać, aż Steve się pozbiera. 

-  Do  diabła,  ale  mnie  się  spieszy!  Chcę  skończyć  robotę  i  dostać  pieniądze! 

Wykładziny  już  są.  Zasłony  gotowe...  a  tak  z  innej  beczki,  nie  mogę  już  się  doczekać  tego 

przyjęcia. Mam nadzieję, że ma pan jakiegoś dobrego burbona. 

- Sądzę - stwierdził Qwilleran - że przypadnie pani do gustu mój gość z Nizin. Arch 

Riker jest redaktorem w „Daily Fluxion". 

-  Będę  starała  się  zachowywać  przyzwoicie,  chyba  że  sprowokuje  mnie  ktoś  z 

kuzynostwa, a wtedy nie ręczę za siebie! 

- Może moglibyśmy panią podwieźć? Posłałbym Archa z limuzyną. 

- Świetnie! - ucieszyła się Amanda. 

Jeszcze  przed  południem  Qwilleran  i  Riker  wybrali  się  na  spacer  po  mieście,  by 

podziwiać  zdumiewającą  scenerię,  czyli  całe  stulecia  architektury  Starego  Świata 

zgromadzone  w  handlowym  centrum  miasteczka.  Dom  towarowy  przypominał  bizantyjski 

pałac. Stacja benzynowa wyglądała niczym Stonehen. 

W redakcji „Picayune" przedstawili się ojcu Juniora, właścicielowi i wydawcy gazety. 

Senior Goodwinter był łagodnego usposobienia mężczyzną ubranym w skórzany fartuch, a na 

głowie miał papierową czapeczkę wykonaną z poskładanej gazety. 

-  Czy  to  prawda,  że  większość  składu  wykonuje  pan  sam,  i  to  ręcznie?  -  spytał 

Qwilleran. 

- Robię to od ósmego roku życia. Wtedy musiałem wchodzić na stołek, żeby sięgnąć 

do górnych kaszt - oświadczył Senior z dumą. -To najprzyjemniejsza część mojej pracy. 

Riker zauważył: 

-  „Picayune"  to  jedyna  znana  mi  gazeta,  która  skutecznie  oparła  się 

dwudziestowiecznej technologii i nowym trendom w dziennikarstwie. 

- Dziękuję - odparł wydawca. - Nie zmieniła się ani na jotę od czasów, gdy założył ją 

mój pradziadek. 

background image

Następnie  obaj  panowie  udali  się  do  kancelarii  „Goodwinter  &  Goodwinter". 

Qwilleran przeprosił Penelope z powodu niezapowiedzianego najścia. 

- Chciałem tylko przedstawić pana Rikera i poprosić o kilka informacji. 

- Zapraszam do sali konferencyjnej - powiedziała, ale jej służbowy uśmiech i dołeczki 

na policzkach znikły w mgnieniu oka, gdy usłyszała pierwsze pytanie. 

- Czy wie pani coś o tej dziewczynie, Tiffany Trotter, która została zamordowana? 

- Co pan ma na myśli? - spytała ostrym głosem. 

- Czy dysponuje pani jakimiś poufnymi informacjami dotyczącymi tej młodej kobiety, 

jej rodziny, jej postępowania? Czy krążą jakieś pogłoski dotyczące przyczyn jej śmierci? Czy 

mamy do czynienia z przypadkowym zabójcą, czy może chodzi o jakieś lokalne porachunki i 

podejrzane koneksje? 

- Obawiam się, że pomylił pan adresy, panie Qwilleran. Tutaj jest kancelaria prawna, a 

nie  agencja  detektywistyczna  albo  biuro  opieki  społecznej  -  stwierdziła  kąśliwym  tonem.  - 

Czy wolno zapytać, dlaczego zadaje mi pan takie pytania? 

- Proszę wybaczyć, powinienem jaśniej się wyrażać - zmitygował się Qwilleran. - W 

pierwszym  odruchu,  kiedy  usłyszałem  o  tym  morderstwie,  postanowiłem  ufundować 

stypendium  dla  młodzieży  wiejskiej,  które  upamiętniałoby  Tiffany  Trotter.  Zakładam 

bowiem, że jest niewinną i przypadkową ofiarą. Jeśli jednak jej postać mogłaby wywoływać 

jakieś' niepożądane skojarzenia, taki pomysł okazałby się zgoła niestosowny. 

Na oblicze prawniczki powrócił uśmiech. 

- Teraz już rozumiem, ale nie jestem w stanie od razu udzielić panu odpowiedzi. Mój 

brat i ja rozważymy tę kwestię. Oboje z niecierpliwością oczekujemy jutrzejszego wieczoru i 

pańskiego przyjęcia. 

Po wyjściu z kancelarii Goodwinterów Qwilleran rzekł do Rikera: 

- Robi się coraz bardziej drażliwa. Przepracowuje się. Jej brat spędza większość czasu 

w Waszyngtonie i Bóg jedyny wie, czym tam się zajmuje. Tymczasem ona musi samodzielnie 

prowadzić wszystkie sprawy firmy. 

Punktualnie  o  dwunastej  w  południe  z  dachu  ratusza  rozległ  się  przeraźliwy  ryk 

syreny. Na ten sygnał miasteczko Pickax zamierało, a pracownicy udawali się do domów na 

lunch. Nikt nie płacił podatków ani mandatów; nie sprzedawano samochodów ani batoników 

czekoladowych;  nie  wypisywano  recept  ani  nie  wstawiano  plomb.  Działały  jedynie  służby 

ratunkowe, a w centrum nie zamykała swoich podwoi tylko jedna mała restauracyjka. 

Qwilleran i Riker weszli do niewielkiego baru, żeby zjeść po kanapce. Wsłuchując się 

w gwar głosów, stwierdzili, że wszyscy mówią tu tylko o jednym. 

background image

- Byli małżeństwem najwyżej od roku. Sama uszyła sobie suknię ślubną. 

-  Zeszłego  roku  Tiff  zdobyła  więcej  punktów  podczas  rozgrywek  siatkówki  niż 

ktokolwiek inny. 

-  Mój  brat  był  drużbą  na  ślubie  Steve'a.  Wszyscy  faceci  ubrani  byli  w  białe  fraki  i 

białe cylindry. Nieźle to wyglądało! 

Gdy Riker i Qwilleran wrócili do domu, opodal garażu ujrzeli nieznaną półciężarówkę 

cechującą się wyjątkowo wysokim zawieszeniem. 

- A cóż tu robi to paskudztwo? - zdziwił się Riker. 

-  Nie  mów  tak  -  pouczył  go  Qwilleran.  -  W  tutejszych  stronach  samochód  terenowy 

jest  dla  farmerów  i  sportowców  tym  samym,  co  dla  mieszkańców  Nizin  prywatny 

odrzutowiec. Zajrzę i zobaczę, czyj to wóz. 

Nad garażem zastał malarza kładącego ostatnią warstwę na futrynie drzwi. 

- Jest pan kuzynem Steve'a? 

- Tak, robię za niego, dopóki nie wróci do pracy. 

- Bardzo mi przykro z powodu Tiffany. 

- Tak, ciężka sprawa. A wie pan co? Policjanci zgarnęli Steve'a, żeby go przesłuchać! 

Przecież to wszystko jest postawione na głowie. 

-  Zwykła  rutyna  -  pocieszył  go  Qwilleran.  -  Policja  przypuszcza,  że  strzelał  jakiś 

turysta. 

Malarz zrobił mądrą minę i stwierdził przyciszonym głosem: 

-  Mogliby  ode  mnie  dowiedzieć  się  tego  i  owego,  ale  wiem  dobrze,  kiedy  trzeba 

trzymać gębę na kłódkę. 

Qwilleran uznał to za typowo małomiasteczkową reakcję. Wszyscy znają odpowiedzi, 

albo przynajmniej tak im się wydaje, albo choćby udają, że coś wiedzą. Nikt jednak nic nie 

mówi. 

Riker znalazł hamak w ogrodzie na tyłach domu i zabrał się do lektury „Picayune". W 

kuchni pani Cobb ucierała odfiletowanego bażanta na pasztet. 

- Była tu policja! - oznajmiła. - Chcieli wiedzieć, czy wczoraj po południu Steve był w 

pracy, i teraz dzięki mnie ma alibi. Pił ze mną piwo dokładnie wtedy, kiedy zastrzelili jego 

żonę. To taki miły młody człowiek, strasznie mi go żal. 

- Jakoś tu dziwnie cicho. Gdzie się podziewa Birch? 

- Pojechał na ryby. Ma złowić łososia do krokietów. 

- Czy wszystko poza tym przebiega po pani myśli? 

background image

-  Jak  najbardziej,  tylko  Koko  zachowywał  się  trochę  dziwnie,  drapał  w  drzwi  do 

schowka i skakał do klamki. 

-  Tam  schowałem  tę  walizkę  pachnącą  stęchlizną,  a  on  oczywiście  ją  wyczuwa.  Nic 

nie umknie jego uwadze. Pora już pozbyć się tych starych gratów. 

Koko dosłyszał swoje imię i nadbiegł czym prędzej. 

- Ik ik ik - stwierdził rzeczowym tonem. 

- Już dobrze, dobrze, zaraz wyrzucę te śmierdzące ciuchy. 

Qwilleran zaniósł karton z zimowymi rzeczami Daisy i wrzucił go do kosza w garażu, 

po czym wrócił, żeby zabrać walizkę. Był w połowie drogi do drzwi, kiedy usłyszał donośne 

miauknięcie.  Nie  były  to  zwykłe  kocie  pogaduszki  typu  „pora  na  kolację"  albo  „poczta 

przyszła" czy „gdzie jest Yum Yum?". Był to nakaz, zdecydowany i stanowczy. 

Qwilleran  stanął  jak  wryty.  Dlaczego  Koko  nagle  znów  zaczął  interesować  się  tą 

walizką? Nie pudłem, tylko walizką. Nie wahając się już ani chwili, zawrócił i zaniósł ją do 

biblioteki. Koko podążał za nim, wielce podekscytowany. 

Qwilleran raz jeszcze przejrzał zawartość, przyglądając się każdemu z tych żałosnych 

ciuszków  osobno  w  nadziei,  że  natrafi  na  ślad  lub  któraś  z  rzeczy  naprowadzi  go  na  jakąś 

myśl.  Wreszcie  gdy  walizka  była  już  pusta,  jego  oczom  ukazała  się  rozdarta  tandetna 

podszewka. 

- Yow! - rzucił Koko, który przyglądał się uważnie każdemu jego ruchowi. 

Rozdarta podszewka! Teraz najwyraźniej nie tylko kot, ale i jego własne wąsy chciały 

Qwilleranowi  coś  powiedzieć.  Przesunął  dłonią  po  dnie  walizki.  Pod  powierzchnią 

wyświechtanej i poplamionej tkaniny wyczuł coś płaskiego, prostokątnego. Wsadził rękę pod 

spód;  rozdarła  się  jeszcze  bardziej,  ukazując  kopertę  -  białą  kopertę  bez  żadnych  napisów. 

Wewnątrz znajdował się plik banknotów - świeżutkich, niezniszczonych studolarówek. Było 

ich dziesięć. 

- Yow! - skonstatował Koko. 

Qwilleran  zaczął  się  zastanawiać.  Skąd  ona  wzięła  tyle  pieniędzy?  Ukradła  je?  Czy 

ktoś  ją  przekupił?  Dał  pieniądze,  żeby  wyjechała  z  miasta?  Czy  miały  to  być  środki  na 

przerwanie ciąży? 

Daisy  mogła  nie  zdawać  sobie  sprawy  z  wartości  kościanej  figurki.  Mogła  nawet 

zapomnieć  w  pośpiechu  o  złotej  bransoletce.  Jednak  jeśli  trafiło  jej  się  tysiąc  dolarów 

gotówką,  trudno  przypuszczać,  żeby  je  zostawiła,  wyjeżdżając  z  miasta...  o  ile  w  ogóle 

kiedykolwiek je opuściła. 

background image

Qwilleran postanowił, że po proszonej kolacji utnie sobie jeszcze jedną pogawędkę z 

komisarzem policji. 

background image

 

Rozdział jedenasty 

Nadszedł  dzień  przyjęcia.  Na  czas  pospiesznej  krzątaniny  koty  zostały  zesłane  do 

sutereny  -  dopóki  ich  gwałtowne  protesty  nie  stały  się  bardziej  uciążliwe  od  ich  zwykłego 

plątania się pod nogami. 

Pani  Cobb  zwijała  krokiety  i  smarowała  jagnięcinę  czosnkiem.  Pani  Fulgrove 

prasowała  obrusy,  pucowała  srebro  i  wypisywała  swą  nieskazitelną  kaligrafią  karteczki  z 

nazwiskami  gości  oraz  koperty  dla  panów,  była  zresztą  wniebowzięta,  kiedy  ją  o  to 

poproszono. Z kwiaciarni przywieziono pełną ciężarówkę kwiatów. Dwa końcowe segmenty 

długiego  stołu  usunięto,  by  mogło  przy  nim  siedzieć  wygodnie  dziesięć  osób,  a  Melinda 

zajęła się zgodnym z etykietą rozstawieniem talerzy, posługując się przy tym miarką. 

Wszystkie  te  gorączkowe  przygotowania  wprawiły  Qwillerana  w  podenerwowanie. 

Nigdy przedtem nie był gospodarzem formalnego przyjęcia, zawsze przyjmował swych gości 

w  jakiejś  restauracji  albo  klubie.  Tak  więc  gdy  Riker  pożyczył  samochód  i  wybrał  się  na 

wycieczkę po okolicy, Qwilleran dla uspokojenia wybrał się na rowerową przejażdżkę. 

Objechawszy swą zwykłą codzienną trasę, czyli po przejechaniu około dziesięciu mil, 

znalazł się już w granicach miasta. Nagle ujrzał groźnie wyglądającego psa wyposażonego w 

pełny zestaw ostrych zębów, który wybiegł z podwórza jakiegoś domu i z głośnym ujadaniem 

popędził  prosto  ku  niemu,  kłapiąc  paszczą  niebezpiecznie  blisko  jego  łydek.  Qwilleran 

wrzasnął  na  niego  i  gwałtownie  skręcił  w  lewo.  Rozległ  się  pisk  opon,  jadący  za  nim 

samochód zahamował gwałtownie. 

Ktoś  zawołał  psa.  Bestia  posłusznie  wróciła  na  podwórze,  gdzie  jeszcze  dwa  psy 

szarpały się na łańcuchach, wściekle szczekając. 

Qwilleran podszedł do samochodu, aż kipiąc ze złości. 

- Widziała pani, jak ten pies się na mnie rzucił? 

Kobieta za kierownicą odpowiedziała: 

- Jestem wstrząśnięta. Byłam pewna, że pana uderzę. Coś strasznego! To powinno być 

zabronione. 

-  Zabronione?  Pewnie,  że  jest  zabronione!  To  wbrew  prawu.  Zamierzam  złożyć 

formalną skargę. Czy będę mógł podać pani nazwisko jako świadka? 

Zrobiła niewyraźną minę. 

background image

-  Bardzo  chciałabym  panu  pomóc,  ale...  mój  mąż  nie  życzyłby  sobie,  żebym  była 

zamieszana w taką sprawę. Bardzo mi przykro. 

Qwilleran bez słowa odwrócił się, wsiadł na rower i popedałował prosto na komisariat. 

Komendant Brodie siedział za biurkiem. 

-  Coraz więcej  papierkowej  roboty! Wynaleźli komputery, żeby ułatwić  nam  życie, i 

dopiero wszystko się pokomplikowało - poskarżył się, nim Qwilleran zdążył otworzyć usta.  

- Co mogę dla pana zrobić, panie Q? 

Qwilleran opowiedział o swoim przeżyciu dotyczącym spuszczonego z łańcucha psa, 

podając przy tym nazwę ulicy i numer domu. 

-  Ten  bydlak  może  być  chory  na  wściekliznę  -  stwierdził  -  a  ja  cudem  uniknąłem 

śmierci. 

Brodie rozłożył bezradnie ręce. 

-  Znów  ten  Hackpole!  Wciąż  ten  sam  problem.  Ostrzegaliśmy  go  wielokrotnie.  Nie 

możemy jednak zrobić nic więcej, o ile nie pójdzie pan do magistratu i nie podpisze skargi. 

Nikt z tutejszych się na to nie odważy. 

- Co to za jeden ten Hackpole? Czy był kiedyś taksówkarzem w Nowym Jorku? 

-  Urodził się tutaj,  ale przez dłuższy  czas  pracował  na Wschodzie, chyba  w Newark. 

Wrócił kilka lat temu. Prowadzi warsztat i handluje używanymi samochodami. 

- Czy to coś da, jeżeli złożę skargę? 

-  Szeryf  dostarczy  mu  wezwanie  i  za  jakieś  dwa  czy  trzy  tygodnie  odbędzie  się 

wstępne przesłuchanie stron przed sędzią. 

-  Zrobię  to  -  zapewnił  go  Qwilleran.  -  Niech  pan  poradzi  szeryfowi,  żeby  zaszczepił 

się na wściekliznę i włożył pancerne spodnie! 

Gdy wrócił do domu z rowerowej wycieczki, był jeszcze bardziej zdenerwowany niż 

przedtem,  lecz  widok  oczekujących  go  wspaniałości  spowodował,  że  złość  ulotniła  się  bez 

śladu. 

W  sali  jadalnej  srebro  i  kryształy  lśniły  na  białym  adamaszku,  a  pomiędzy  dwoma 

wyniosłymi kandelabrami królowała wiktoriańska patera, na której rozłożono przyozdobione 

kwiatami owoce, orzechy i płatki miętowe. 

O  siódmej  Melinda  przebrała  się  w  suknię  wieczorową  z  zielonego  szyfonu  -  pod 

kolor oczu. Qwilleran odziany w lepszy ze swych dwóch garniturów oraz w nowym krawacie 

wyglądał  niemal  elegancko;  jego  włosy  i  wąsy  zostały  przystrzyżone,  a  dzięki  dwóm 

tygodniom rowerowych przejażdżek zyskał opaleniznę i stracił nieco w pasie. 

background image

Riker został wysłany po Amandę. Co do kotów, postanowiono wreszcie, że wolno im 

będzie  przyłączyć  się  do  towarzystwa.  W  przeciwnym  wypadku  ich  bezustanne  wycie 

obróciłoby wniwecz wszelkie wysiłki trzech starszych panów, którzy właśnie stroili w hallu 

swoje instrumenty. 

Odgrywający  rolę  kamerdynera  sympatyczny  właściciel  domu  towarowego  odbywał 

właśnie próbę generalną - z kamienną twarzą, wprost emanując godnością. Również synowie 

bankiera  ćwiczyli  się  w  usłużnych  i  dyskretnych  minach,  co,  jak  zauważyła  Melinda, 

przychodzi  studentom  Yale  z  niejakim  trudem.  Bracia  Fitch  mieli  stać  przy  drzwiach 

frontowych i witać gości, a następnie prowadzić ich do oranżerii, gdzie zadaniem Lanspeaka 

było zaanonsować przybyłych i podać im koktajle. Później, w sali jadalnej, bliźniaczy lokaje 

będą  musieli  pamiętać,  że  talerze  podaje  się  z  lewej  strony,  a  zabiera  z  prawej,  natomiast 

kamerdyner  miał  rozlewać  wino,  nie  zapominając  o  zręcznym  obrocie  nadgarstka  dłoni 

dzierżącej butelkę. 

- Tylko pamiętajcie - poleciła im Melinda - ani przez chwilę nie patrzycie gościom w 

oczy. 

Co mnie podkusiło, żeby pakować się w taką historię? - zastanowił się Qwilleran. 

Pierwszym  gościem,  który  pociągnął  za  rączkę  dzwonka,  był  młody  redaktor 

„Picayune"; wyglądał jak maturzysta w dniu rozdania świadectw. Następnie pojawił się Roger 

z żoną i teściową, wszyscy w znakomitych nastrojach. Sharon ubrała się w hinduskie sari, a 

Mildred miała na sobie własnoręcznie wydzierganą suknię, ozdobioną wielką ilością frędzli. 

Arch Riker i jego towarzyszka również zdradzali oznaki wyśmienitego humoru, co skłoniło 

Qwillerana  do  przypuszczenia,  że  po  drodze  zahaczyli  o  jakiś  bar.  Kwiecista  suknia 

wieczorowa  Amandy  pachniała  cedrem,  nie  naftaliną,  i  wyglądała,  jakby  zakupiono  ją  na 

wyprzedaży. 

Na  samym  końcu  wielkiego,  choć  wytwornego  entree  dokonała  Penelope  wraz  ze 

swym bratem Alexandrem. Stanowili piękną parę - przystojni, o wysokich czołach, ubrani z 

wyszukaną  elegancją.  Alexander  w  białym  jedwabnym  garniturze  wyglądał  wyniośle  i 

sprawiał wrażenie ważnej osobistości. Jego siostra wyglądała wyniośle i nader szykownie w 

prostej białej sukni wieczorowej. Roztaczała wokół siebie aurę niezwykłego zapachu perfum. 

-  Książę  i  księżna  raczyli  przybyć  -  szepnęła  Amanda  do  Rikera.  -  Pilnuj  swoich 

manier, bo jak nie, to ci urżną łeb! 

Qwilleran  dokonał  wzajemnej  prezentacji  gości,  a  Alexander  zwrócił  się  do  Rikera 

swym zawodowym głosem prosto z sali sądowej: 

background image

- Ufam, że nasza skromna i żyjąca w spokoju społeczność przypadnie panu do gustu 

nie mniej, niż - hm - w naszych oczach zyskuje uznanie pańska - hm - inspirująca gazeta. 

-  Muszę  -  hm  -  stwierdzić,  że  szczególnie  zachwyca  mnie  tutejsza  pogoda  -  odparł 

grzecznie redaktor. 

Qwilleran spytał o pogodę w Waszyngtonie. 

- Nieznośne upały - poinformował go adwokat z cierpkim uśmiechem. - Ale człowiek 

musi  czasem  się  poświęcać.  Skoro  zdołałem  pozyskać  przychylność  pewnych  -  hm  - 

wpływowych  osobistości,  robię  co  w  mojej  mocy,  aby  wspierać  naszych  farmęrów,  tych 

zapomnianych przez wszystkich herosów wspaniałych północnych krain. 

Francuskie  okna  oranżerii  były  otwarte,  toteż  do  środka  wpadał  powiew  świeżego 

wieczornego  powietrza,  który  nieco  łagodził  potężne  wrażenie  zapachowe  roztaczane  przez 

perfumy  Penelope.  Dochodziły  tu  dźwięki  trio  smyczkowego  przygrywającego  w  hallu 

melodie  Cole’a  Portera,  tworząc  radosną,  a  zarazem  wyrafinowaną  atmosferę.  Gdy  pojawił 

się  kamerdyner,  niosąc  na  srebrnej  tacy  napoje,  Goodwinterowie  rozpoznali  tutejszego 

potentata handlowego i  wymienili  zdumione spojrzenia, lecz poza tym  zachowali olimpijski 

spokój. 

- Szampan, madame - oznajmił Lanspeak - oraz sok z winogron catawba. 

Penelope  zawahała  się  przez  moment,  rzuciła  ukradkowo  okiem  w  stronę  brata  i 

wybrała napój bezalkoholowy. 

- Jeśli pani woli, do dyspozycji są także koktajle - zaznaczył Qwilleran. 

- Uważam, że tę okazję trzeba uczcić szampanem - oznajmił Alexander, z wdziękiem 

ujmując  w  dłoń  kieliszek.  -  To  historyczne  wydarzenie.  O  ile  nam  wiadomo,  to  pierwsza 

uroczysta kolacja wydana kiedykolwiek w rezydencji Klingenschoenów. 

- Klingenschoenowie nigdy nie brali aktywnego udziału w życiu towarzyskim Pickax - 

dodała jego siostra, unosząc brwi. 

Goście  przechadzali  się  po  oranżerii,  podziwiali  roślinność,  prawili  komplementy 

kotom oraz oddawali się konwersacji. 

-  Cześć,  Koko  -  odezwał  się  odważnie  Roger,  ale  tym  razem  kot  całkiem  go 

zignorował.  I  Koko,  i  Yum  Yum  krążyły  wokół  Penelope,  węsząc  intensywnie  tudzież  od 

czasu do czasu cichutko kichając. 

Gość honorowy zabawiał rozmową Sharon, pokpiwając sobie przy okazji z warunków 

panujących na tutejszym lotnisku. 

background image

-  Proszę  się  nie  śmiać,  panie  Riker.  Moja  babka  przybyła  tu  wozem  przykrytym 

plandeką,  a  było  to  zaledwie  siedemdziesiąt  pięć  lat  temu.  Tutejsze  farmy  do  1937  roku 

pozbawione były elektryczności. 

Zwracając się do Juniora, Riker stwierdził: 

- Chyba jest pan najmłodszym na świecie redaktorem naczelnym. 

-  Zaczynam od szczytów, by dążyć ku Nizinom  - odparł Junior. - Moją ambicją jest, 

by pewnego dnia zostać praktykantem w „Daily Fluxion". 

Na  sygnał  dany  przez  gospodynię  kamerdyner  przyniósł  kolejną  srebrną  tacę;  tym 

razem leżały na niej niewielkich rozmiarów koperty przeznaczone dla panów, a zawierające 

nazwiska dam, które mieli poprowadzić do sali jadalnej. 

- Podano do stołu - oznajmił. 

Muzycy przerzucili się teraz na walce wiedeńskie i goście ruszyli na kolację parami. 

Nikt nie zwrócił uwagi na Koko i Yum Yum idących w tylnej straży z dumnie podniesionymi 

ogonami. 

Penelope, którą odprowadzał Qwilleran, szepnęła: 

-  Proszę  mi  wybaczyć  wczorajszą  opryskliwość.  Akurat  otrzymałam  złą  wiadomość, 

chociaż  to  żadne  usprawiedliwienie.  Mój  brat  nie  widzi  żadnego  powodu,  dla  którego 

stypendium  poświęcone  pamięci  Tiffany  Trotter  miałoby  być  w  jakikolwiek  sposób 

niestosowne. 

Podwójne drzwi wiodące do sali jadalnej otworzono na oścież, wszyscy aż westchnęli 

z zachwytu. W srebrnych kandelabrach płonęło szesnaście woskowych świeć, w żyrandolach 

z  jeleniego  rogu  dwadzieścia  cztery  świece  elektryczne,  rozświetlając  zdobione  boazerie  i 

aksamitne  zasłony.  Padło  kilka  słów  uznania  dotyczących  wspaniale  zastawionego  stołu. 

Następnie goście zaczęli kosztować pasztetu z bażanta, a Qwilleran zauważył kątem oka dwa 

ciemnobrązowe ogony znikające pod białym adamaszkiem. 

Siedział  u  szczytu  stołu,  mając  po  prawej  stronie  Penelope,  a  po  lewej  Amandę. 

Podczas  rozmowy  wspomniał  o  incydencie  wywołanym  przez  psa  Hackpole'a  i  swoim 

postanowieniu, by złożyć oficjalną skargę. 

-  Najwyższy  czas,  żeby  ktoś  ukrócił  poczynania  tego  półgłówka.  Gdyby  nasz 

burmistrz nie był takim osłem, Hackpole dawno przestałby się panoszyć. 

Penelope czym prędzej zmieniła temat na bezpieczniejszy. 

-  Wszyscy  są  niezwykle  zachwyceni  sugerowaną  przez  pana  możliwością,  panie 

Qwilleran, iż dom ten zostanie podarowany miastu w charakterze muzeum. 

background image

- Miasto nie będzie potrafiło tego docenić - rzuciła Amanda. - Wkrótce się zorientują, 

że  trzeba  ten  budynek  ogrzać  i  zapłacić  za  światło.  Rozparcelują  park,  a  dom  sprzedadzą 

komuś, kto podzieli go na apartamenty do wynajęcia. 

Qwilleran  odnosił  wrażenie,  że  rozmowa  u  drugiego  końca  stołu  jest  znacznie 

ciekawsza.  Podczas  gdy  on  wyłaził  ze  skóry,  by  ożywić  Rogera  i  Juniora,  do  uszu  jego 

dochodziły anegdotki z życia redakcyjnego przytaczane przez Rikera, opowieści Alexandra o 

śmietance towarzyskiej w Waszyngtonie, głos Melindy relacjonującej swój pobyt w Paryżu i 

śmiech  Sharon  oraz  Mildred,  które  nie  zostawiały  suchej  nitki  na  naiwnych  turystach 

przybywających do Mooseville. 

- Ćfffl 

Oba  koty  syjamskie  wciąż  znajdowały  się  pod  stołem.  Yum  Yum  rozglądała  się  za 

odpowiednią sznurówką do rozwiązania, a Koko uważnie przysłuchiwał się rozmowie. 

Gdy  nadszedł  czas  na  łososiowe  krokiety,  gospodarz  tylko  z  najwyższym  trudem 

podtrzymywał  konwersację. Junior wydawał  się  oniemiały z zachwytu; pewnie nigdy dotąd 

nie widział jeszcze takiej patery ani też nie miał w ustach pasztetu z bażanta. Roger jadł, ale 

myślami  wydawał  się  być  gdzie  indziej.  Penelope  sprawiała  wrażenie  zdenerwowanej, 

wyrażała się z umiarem i prawie nie tknęła wina. Zazwyczaj tak wygadana Amanda z minuty 

na minutę stawała się coraz bardziej senna. 

Qwilłeran  uznał,  że  to  rytm  walca  dochodzący  z  hallu  tak  wszystkich  usypia,  i 

pomyślał, że muzycy mogliby dla odmiany zagrać Mozarta albo Boccheriniego. Tymczasem 

goście siedzący wokół Melindy rozprawiali z wyraźnym ożywieniem. 

W desperacji próbował rozmaitych tematów. 

-  Motocykl  Bircha  Trevelyana  wyposażony  jest  w  stereofoniczny  odtwarzacz 

kasetowy,  autopilota  i  krótkofalówkę.  Osobiście  wolę  pedałować  moim  staroświeckim 

rowerem po Ittibittiwassee Road. Gładka nawierzchnia, ruch nieduży i w dodatku ta kopalnia 

Buckshot, jak z horroru... Słuchaj - zwrócił się do Rogera - wiesz chyba wszystko o historii 

tutejszej okolicy. Mógłbyś wymienić pozostałe dziewięć kopalń? 

Roger zamrugał oczami i rzekł roztargnionym tonem: 

- No... kopalnia Goodwinterów... Big B... i jeszcze Dimsdale. 

- Jeszcze Moosejaw! - zawołała jego żona z drugiego końca stołu. 

- Tak, Moosejaw... no i Black Creek. Ile to będzie? 

- Na razie dopiero sześć, kochanie. 

- Aha... to jeszcze Honey Hill i... wymieniłem już Old Glo. 

- Nie zapomnij o Smiths Folly, kochanie. 

background image

- Smiths Folly. Tak jest, to wszystkie! - Roger odsapnął z uglą. 

Qwilleran liczył na palcach. 

- Razem z Buckshot to dopiero dziewięć. 

-  Zapomniał  jeszcze  o  Three  Pines  -  zauważyła  Sharon.  -  To  właśnie  tam  kilka  lat 

temu było bardzo silne tąpnięcie. Nawet w „Daily Fluxion" pojawiła się o tym wzmianka. 

- Cfff! - spod stołu rozległo się następne kichnięcie. Podano jagnięcinę bucheronne, a 

Penelope spytała: 

- Czy coś pan ostatnio napisał, panie Qwilleran? 

- Tylko mnóstwo listów. Otrzymuję bardzo obfitą korespondencję. 

-  Rozumiem  z  tego,  że  odpowiada  pan  osobiście  na  każdy  list.  To  bardzo  miłe  i 

uprzejme z pańskiej strony. 

Qwilleran usłyszał spod stołu znajomy i nader nieapetyczny odgłos; mógł tylko mieć 

nadzieję,  że  była  to  jedynie  opinia  Koko  na  temat  poziomu  rozmowy,  a  nie  sygnał,  że  kot 

właśnie  zwymiotował  na  buty  Penelope.  Słyszał  też,  jak  Mildred  po  drugiej  stronie  stołu 

opowiada  Alexandrowi  o  swej  uzdolnionej  artystycznie  uczennicy,  która  bez  słowa 

pożegnania opuściła miasto i nikt o niej więcej nie słyszał. 

-  Wielka  szkoda  -  mówiła  -  bo  pochodziła  z  ubogiej  rodziny,  a  mogłaby  uzyskać 

stypendium, iść do college'u i osiągnąć w życiu jakiś sukces. 

Alexander wypowiedział się autorytatywnie: 

-  Co  roku  liczne  młode  kobiety  porzucają  nużącą  egzystencję  małych  miasteczek  i 

asymilują się w środowisku miejskim,  niekiedy  odnosząc  - hm  - znaczne sukcesy,  w samej 

rzeczy.  Wiele  z  tych  kobiet,  wykonujących  najrozmaitsze  zawody  w  Nowym  Jorku  czy 

Waszyngtonie,  to,  by  tak  rzec,  emigrantki  z  obszarów  wiejskich.  Tracimy  te  utalentowane 

jednostki, bo nie jesteśmy w stanie zapewnić im odpowiedniej zachęty, możliwości rozwoju i 

środków. 

- Ćfffi 

- Szkoda - zauważyła Mildred - że nie robimy dla artystów tyle co dla farmerów. 

Przy  sałatkach  Qwilleran  nadal  podtrzymywał  rozmowę  i  odetchnął  z  ulgą,  gdy 

wreszcie podano tort biszkoptowy z dzikimi malinami. Powstał wówczas, by ogłosić: 

- Panie i panowie, przy naszym stole brak pewnej osoby mającej wielkie znaczenie w 

tym  domu,  która  pełni  niejedną  rolę.  Opiekuje  się  rezydencją,  jest  kuratorem  zbiorów, 

sporządza ich katalog, a przy tym posiada kwalifikacje dyplomowanego rzeczoznawcy. Mało 

tego, nikt nie może sobie rościć większego prawa do tytułu kuchmistrzyni. Dzisiejszą kolację 

background image

zawdzięczamy  pani  Iris  Cobb.  Pragnąłbym  zaprosić  ją,  by  przyłączyła  się  do  nas  podczas 

deseru. 

Rozległ  się  pomruk  aprobaty.  Qwilleran  poszedł  do  kuchni  i  po  chwili  wrócił, 

prowadząc  zaczerwienioną  gospodynię;  gdy  przysunął  krzesło  i  usadził  panią  Cobb  między 

sobą a Penelope, usłyszał oklaski. Tylko prawniczka wyraźnie zesztywniała. 

Kiedy  w  salonie  podano  kawę  i  likiery,  biesiadnicy  sąsiadujący  uprzednio  z 

Qwilleranem  wyraźnie  się  ożywili.  Kilkoro  z  nich  zgromadziło  się  pod  obrazem 

przedstawiającym młodą kobietę o talii osy, w sukni z turniurą, na oko z lat osiemdziesiątych 

dziewiętnastego wieku. 

-  Zanim  za  niego  wyszła,  była  tancerką  w  kabarecie  -  stwierdziła  Amanda.  - 

Popatrzcie na ten figlarny błysk w jej oku. 

- Opowiedz nam jakąś historyjkę, Rogerze - zachęcił historyka Junior. - Na przykład o 

saloonie Klingenschoenów. 

- Może na przykład o Harrym? - zasugerowała Sharon. 

Roger otrząsnął się już z zamyślenia. 

- Myślisz, że to się nadaje? 

- Pewnie, czemu nie? 

- Dawaj! 

-  No  dobra,  to  było  tak  -  zaznaczam,  że  historia  jest  prawdziwa  -  jednym  ze  stałych 

klientów „Saloonu K" był pewien górnik imieniem Harry, który w końcu zapił się na śmierć. 

Jego  zwłoki  wystawiono  w  sklepie  z  meblami,  którego  właściciele  prowadzili  jednocześnie 

przedsiębiorstwo  pogrzebowe.  Kumple  Harry'ego  rada  w  radę  postanowili,  że  ich  koleżce 

należy  się  jeszcze  jedna  ostatnia  wizyta  w  ulubionym  lokalu,  więc  wykradli  jego  ciało, 

położyli  na  saniach  -  a  było  to  zimą,  podczas  wyjątkowo  silnych  mrozów  -  i  zawieźli  do 

saloonu. Tam oparli Harry'ego o bar, gdzie wszyscy bywalcy pożegnali stosownie zmarłego, 

topiąc przy tym swój smutek w trunkach. Wreszcie o trzeciej nad ranem przyjaciele Harry'ego 

z powrotem ułożyli go na saniach i zacięli konie. Pośród śpiewów i podniosłego nastroju nie 

zauważyli, że zwłoki Harry'ego umieszczone na tyłach sań zsunęły się po drodze. Podjeżdżają 

pod sklep z meblami - a tu Harry’ego ani śladu. Przez resztę nocy szukali go, lecz tymczasem 

wiatr przysypał trupa śniegiem, no i Harry został odnaleziony dopiero na wiosnę. Reakcją na 

tę opowieść były śmiechy i okrzyki zdumienia. 

-  Historyjka  zatrąca  lekko  nekrofilią  -  zauważył  Qwilleran  -  o  ile  oczywiście  jest 

prawdziwa. Mam jednak nadzieję, że to tylko legenda. 

Penelope odkaszlnęła dyskretnie i stanowczym tonem oświadczyła: 

background image

- To był przeuroczy wieczór, ale obawiam się, że na nas już czas. 

- Jutro wczesnym rankiem lecę do Waszyngtonu - wyjaśnił Alexander. 

Amanda trąciła łokciem Rikera i oznajmiła scenicznym szeptem: 

- Ojczyzna nie może się bez niego obejść! 

Pożegnała się również grupka gości z Mooseville. Riker odwiózł Amandę do domu, a 

pani  Cobb  poszła  na  górę,  żeby  się  położyć.  Qwilleran  i  Melinda  udali  się  do  kuchni  na 

wspólnego drinka z kamerdynerem, lokajami oraz tercetem smyczkowym, nie szczędząc im 

zasłużonych  pochwał,  jako  że  wszyscy  sprawili  się  znakomicie.  Wreszcie  gdy  wszyscy  już 

sobie poszli, gospodarz i gospodyni wieczoru rozsiedli się na fotelach w bibliotece i teraz już 

całkiem zrelaksowani, zajęli się obgadywaniem gości. 

- Zauważyłeś - spytała Melinda - jaką minę zrobiła Penelope, kiedy zaprosiłeś do stołu 

panią Cobb? Z pewnością uznała to za największe faux pass dwudziestego stulecia. 

- Przez cały wieczór nic nie wypiła. Chyba miała ochotę na szampana, ale brat jej nie 

pozwolił. 

- Alex nie lubi, kiedy ona pije, bo wtedy robi się zbyt rozmowna. A jak ci się podobały 

jej perfumy, kochanie? Przywiozłam je dla niej z Paryża, specjalnie mnie o to prosiła. 

-  Oględnie  mówiąc,  bardzo  mocne  -  stwierdził  Qwilleran.  -  Wiesz,  że  siedziała  po 

mojej prawej stronie; otóż po jakimś czasie straciłem poczucie węchu. Kiedy podano rybę, w 

ogóle nie czułem jej smaku. Junior siedział obok niej i miał szkliste oczy, jakby wypalił coś 

nielegalnego. Amanda o mało nie spadła z krzesła, a Roger nie mógł sobie przypomnieć nazw 

nieczynnych kopalń. Jestem pewien, że to przez ten zapach. A koty cały czas kichały. 

-  W  gruncie  rzeczy  przemyciłam  te  perfumy  -  wyznała  Me-linda.  -  W  naszym  kraju 

ich sprzedaż jest zakazana. 

- Według mnie muszą zawierać jakiś narkotyk. Jaka to marka? 

- Nazywają się „Fantaisie Feline". I są bardzo drogie... Słuchaj, mam urojenia czy to 

prawdziwy oskard? 

-  Dostałem  go  w  prezencie  od  „Entuzjastów  Pickax".  Może  zawieszę  go  nad 

kominkiem albo posłuży mi jako przycisk do papierów, a może będę go zabierał ze sobą na 

przejażdżki rowerowe dla obrony przed psami. 

Do biblioteki wmaszerował Koko, wpatrując się przenikliwie w Qwillerana. 

-  A  tak  nawiasem  mówiąc  -  odezwał  się  Qwilleran  -  czy  coś  ci  wiadomo  o  kopalni 

Three Pines? 

Melinda popatrzyła na niego z rozbawieniem. 

background image

-  Te  opuszczone  zabudowania  to  ulubione  miejsce  schadzek  zakochanych  par,  mój 

drogi. Dlaczego pytasz? Czyżbyś był zainteresowany? W twoim wieku? 

background image

 

Rozdział dwunasty 

Następnego ranka po przyjęciu Qwilleran odwiózł Rikera na lotnisko. Niebo zasnuło 

się ciężkimi chmurami. 

- Niedługo będzie lało. Wszyscy farmerzy modlili się o ten deszcz, a wszyscy, którzy 

utrzymują się z turystyki, modlili się, żeby go nie było. 

- Mam nadzieję, że samolot wystartuje, nim rozpada się na dobre - stwierdził Riker. - 

Nie żeby mi było  tak znowu spieszno do „Fluxion". Chętnie bym  tu  zamieszkał.  Może byś 

wykupił „Picayune"? Wtedy tu przyjadę, mógłbym objąć redakcję i poprowadzić gazetę. 

- Mówisz poważnie? 

- Jak najpoważniej! To byłoby fascynujące wyzwanie. 

-  Trzeba  by  pozbyć  się  Benjamina  Franklina  i  wydać  dziesięć  milionów  na 

nowoczesne wyposażenie... Jak ci się podobała Melinda? 

- Robi wrażenie. Czy ona nosi zielone szkła kontaktowe? A te rzęsy są prawdziwe czy 

doklejone? 

- Wszystko jest całkowicie autentyczne - zapewnił go Qwil-leran. - Sprawdziłem. 

- Wiesz co, Qwill? Teraz stałeś się wyjątkowo atrakcyjną partią, kobiety nie dadzą ci 

spokoju. Najlepiej ożeń się od razu z taką dziewczyną jak Melinda i ustatkuj się. Pochodzi z 

zamożnej rodziny, ma zawód i widać, że jej się podobasz. 

-  Ha,  nie  szczędzisz  mi  dobrych  rad  dzisiejszego  ranka  -  Qwilleran  nigdy  nie  lubił, 

kiedy ktoś mu mówił, co ma zrobić. 

-  Dobra,  to  służę  jeszcze  jedną.  Może  byś  przestał  wypytywać  o  tę  zaginioną 

pokojówkę? Możesz skończyć z kulką w głowie, jak ta nieszczęsna traktorzystka. 

Czekając,  aż  wystartuje  samolot  Rikera,  Qwilleran  przypomniał  sobie,  jak  podczas 

wszystkich jego dochodzeń Arch starał się go zniechęcić  - za każdym razem bezskutecznie. 

Jednak  tym  razem  miał  wrażenie,  że  nim  przedstawi  całą  sprawę  komisarzowi  Brodiemu, 

powinien  dysponować  większą  liczbą  faktów.  Póki  co  na  poparcie  swych  podejrzeń  miał 

tylko niejasne poszlaki, domysły, przeczucia i przemyślnego kota. 

Nim  wrócił  do  domu,  kupił  u  Lanspeaków  sweter  z  różowego  kaszmiru  i  poprosił 

sprzedawcę, żeby go elegancko zapakował. W sklepie „Diamond Jims" kupił złoty naszyjnik i 

zostawił go w klinice, na której drzwiach widniał lśniący od świeżej farby szyld: 

Dr med. HALIFAX GOODWINTER Dr med. MELINDA GOODWINTER 

background image

Idąc w stronę rezydencji K, ujrzał najpierw samochód policyjny, potem czekające w 

korku inne wozy i tłum gapiów zgromadzonych na ulicy. Dzwon wybijał monotonnie wciąż 

tę samą nutę, uformowała się procesja pogrzebowa i trumnę Tiffany wyniesiono z kościoła na 

Circle Street. 

W tej właśnie chwili zaczęło padać. Właściwie nie był to deszcz, ale od razu ulewa, 

jakby niebiosa gniewały się z jakiegoś powodu. 

Qwilleran  zasiadł  przy  biurku,  by  napisać  list  z  kondolencja-mi  do  Steve'a  Trottera, 

wspominając  w  nim  przy  okazji  o  projekcie  ufundowania  dorocznego  stypendium  imienia 

Tiffany.  Wciąż  jednak  od  pisania  odrywał  go  telefon:  kolejni  goście  dzwonili  z 

podziękowaniami. Junior oznajmił, że nigdy nie zdarzyło mu się jeść tak smacznych potraw. 

Sharon domagała się przepisów kulinarnych. Mildred wychwalała wszystko,  dodała jednak, 

że Alexander Goodwinter to straszny sztywniak. Amanda miała kaca. 

- O rany, niezłe było przyjątko - wychrypiała do słuchawki.  

-  Mam  ból  głowy,  który  mógłby  zabić  konia.  Czy  mówiłam  wczoraj  coś,  czego  nie 

należało mówić? 

- Była pani wzorem wszelkich cnót, Amando - zapewnił ją Qwilleran. 

- O cholera! To ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzyła. Wszelkie cnoty pozostawiam 

moim kuzynkom. 

-  Właśnie  odwiozłem  Archa  na  lotnisko.  Mówi,  że  bardzo  dobrze  się  bawił  w  pani 

towarzystwie. 

- On też jest w moim typie! Niech pan go tu sprowadzi jak najszybciej z powrotem. 

Kiedy zadzwoniła Melinda, żeby podziękować mu za naszyjnik, poskarżyła się przy 

okazji, że linia była wciąż zajęta. 

-  Telefonowali  wszyscy  goście  z  podziękowaniami  -  wyjaśnił.  -  Ściślej  mówiąc, 

wszyscy oprócz Penelope. 

- Penny nie zadzwoni. Napisze zgodny ze wszystkimi wymogami dobrego tonu list na 

firmowym  papierze  i  prześle  go  w  kopercie  zapieczętowanej  woskiem.  Czy  Arch  zdążył 

odlecieć, nim zaczęło padać? 

- Owszem, a na pożegnanie udzielił mi kilku rad. Po pierwsze, żebym się ożenił, i po 

drugie, żebym zapomniał o tajemnicy Daisy Muli. Przynajmniej jedno z tych zaleceń wydaje 

mi się godne realizacji. 

Podczas lunchu wręczył prezent pani Cobb. 

-  Och,  panie  Qwilleran!  Różowy  to  mój  ulubiony  kolor,  a  jeszcze  nigdy  nie  miałam 

nic z kaszmiru. Niepotrzebnie pan się tak wykosztował. Czy jedzenie wszystkim smakowało? 

background image

- Pani kolacja przejdzie do historii - oznajmił. - Proszę też powiedzieć pani Fulgrove, 

kiedy pani ją zobaczy, że wszyscy podziwiali jej kaligrafię. 

- Kiedy wypisywała kartki z nazwiskami - rzekła pani Cobb - powiedziała mi o czymś. 

Nie wiem tylko, czy powinnam to powtarzać. 

- Ależ jak najbardziej - rzucił odruchowo Qwilleran, ale jednocześnie jego wąsy aż się 

nastroszyły z zaciekawienia. 

-  Wie  pan,  ona  pracuje  trzy  razy  w  tygodniu  u  Goodwinterów  i  słyszała,  jak  panna 

Goodwinter strasznie kłóci się z bratem, krzyczeli na siebie i tak dalej. Trochę się przelękła, 

bo oni przecież zawsze są dla siebie tacy uprzejmi. 

- A o co im poszło? 

- Tego nie słyszała. Sprzątała wtedy w kuchni, a oni byli na górze. 

W tej chwili z piętra rezydencji K doszły ich dźwięki nader niemiłej dla ucha muzyki. 

- Wnioskuję z tego jazgotu, że nasz gwiazdor złota rączka znów zabrał się do pracy  - 

stwierdził Qwilleran. 

- Prawie już skończył, ale obawiam się, że to wszystko będzie kosztować majątek. 

- Proszę się nie martwić. Wszystko zostanie uregulowane w ramach kosztów obsługi 

masy  spadkowej.  Powiem  im  zresztą,  żeby  odpisali  od  tego  pięć  śniadań,  osiem  lunchów, 

siedem  galonów  kawy,  skrzynkę  piwa  i  wizytę  u  laryngologa.  Mam  wrażenie,  że  grozi  mi 

trwałe uszkodzenie słuchu. 

- Och, panie Qwilleran, pana to zawsze żarty się trzymają. 

Ulewa  trwała  czterdzieści  osiem  godzin,  aż  w  końcu  woda  zalała  wszystkie 

wybrukowane  ulice  Pickax.  Main  Street  w  centrum  ze  swoją  zbieraniną  najrozmaitszych 

stylów  architektonicznych  wyglądała  niczym  karykatura  Canale  Grandę  w  Wenecji. 

Qwilłeran cały ten czas przesiedział w domu, choć nader niechętnie. 

Trzeciego dnia deszcz ustał, a mokre kamienie lśniły w słońcu jak diamenty. Ciepły 

wietrzyk  zaczął  osuszać  kałuże.  Ptaki  śpiewały.  Koty  tarzały  się  po  podłodze  oranżerii  lub 

wygrzewały na słoneczku. 

Wkrótce po śniadaniu do drzwi kuchennych zapukał nieoczekiwany gość. 

Pani Cobb pobiegła do biblioteki po Qwillerana. 

-  Steve  Trotter  przyszedł,  żeby  się  z  panem  zobaczyć.  Mam  wrażenie,  że  sporo  już 

wypił. 

Qwilleran  odłożył  gazetę  i  udał  się  do  kuchni,  gdzie  zastał  malarza  ubranego  w 

zszargane  dżinsy  i  T-shirt,  opartego  niepewnie  o  futrynę  drzwi;  miał  opuchniętą  twarz  i 

nabrzmiałe powieki. 

background image

Qwiileran przysunął mu krzesło. 

- Wchodź i siadaj, Steve. Może napijesz się kawy? 

Pani  Cobb  czym  prędzej  napełniła  dwa  kubki  i  postawiła  je  na  stole  obok  talerza  z 

pączkami. 

- Nie chcę kawy - oświadczył Steve, wpatrując się gniewnym wzrokiem w Qwillerana. 

- Dostałem ten list od pana. 

-  Nie  potrafię  wyrazić,  jak  bardzo  mi  przykro  z  powodu  straty,  jaką  pan  poniósł  - 

zaczął Qwilleran. - Miałem okazję spotkaćTiffany tylko dwukrotnie, ale... 

- Dosyć tego kitu! Niby pan nie wiesz, dlaczego tak się stało? - warknął malarz. 

- Słucham? 

-  Pan ją  w  to  wszystko  wpakowałeś. Nie doszłoby do niczego,  gdyby pan nie zaczął 

wypytywać o Daisy. 

-  Zaraz,  chwileczkę  -  Qwilleran  zaoponował  łagodnie,  lecz  stanowczo.  -  Podsłuchał 

pan  moją  prywatną  rozmowę  z  gościem,  a  potem  w  domu  opowiedział  pan  o  wszystkim 

żonie, nieprawdaż? To był jej pomysł, żeby tu przyjść i opowiedzieć mi o Daisy. Co więcej, 

policja podejrzewa, że sprawcą był jakiś turysta przejeżdżający obok farmy i... 

- Jaki tam turysta. Sam pan dobrze wiesz. 

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, Steve. 

- No, ten list od pana. Chciałeś pan mnie przekupić, czy co? Nic z tego. 

- O co panu chodzi? 

- Chcesz pan dać pieniądze dla dzieciaków. Cholera, a co ja z tego będę miał? Może 

zapłacisz  pan  za  pogrzeb,  co?  -  gniewnym  gestem  zrzucił  kubek,  który  roztrzaskał  się  o 

kamienną podłogę. 

Pani  Cobb  wyszła  szybko  z  kuchni  i  wróciła  niemal  natychmiast  w  towarzystwie 

Bircha Trevelyana. 

-  Starczy  tego,  chłopaczyno  -  stwierdził  Birch,  szczerząc  w  uśmiechu  kwadratowe 

zęby.  -  Teraz  pojedziemy  do  domu.  Wyśpisz  się,  to  ci  przejdzie  -  podniósł  młodszego  od 

siebie mężczyznę z krzesła i pchnął go w stronę drzwi. 

Qwilleran spojrzał za okno; półciężarówka malarza stała jednym kołem na klombie z 

rododendronami. 

- Nie może prowadzić w tym stanie. 

-  Ja  poprowadzę  jego  wóz.  Pan  pojedzie  za  mną  i  przywiezie  mnie  z  powrotem  - 

poinstruował  go  Birch  stanowczym  tonem.  -  To  tylko  parę  mil.  Farma  mleczna  Terrence'a. 

background image

Teraz pan zobaczy, skąd nadlatuje smród, kiedy wiatr wieje z południowego zachodu. Baa-a-

a-a! 

Ułożywszy  Steve'a  w  przyczepie  na  farmie,  Birch  udał  się  do  domu  jej  właściciela, 

żeby  porozmawiać  z  jego  teściami.  Następnie  Qwilleran  odwiózł  go  z  powrotem  swoim 

dwudrzwiowym samochodem, rozmyślając po drodze, jak sprawnie i z jaką pewnością siebie 

ten człowiek poradził sobie w niezręcznej sytuacji. 

-  Ładny  dzionek  -  stwierdził  Birch.  -  Chcieliśmy  deszczu,  to  go  mieliśmy,  tylko 

troszkę za dużo. Baa-a-a-a! 

- Znów będę mógł pojeździć sobie na rowerze - rzekł Qwilleran. 

-  Ja tam wcześnie skończę robotę i  wybieram  się na ryby. Kilka mil  od Purple Point 

można złowić taaakie wielgachne łososie. 

- A masz łódź? 

-  Jasne.  Dwanaście  metrów  długości,  ze  wszystkimi  bajerami.  Sonar,  pilot 

automatyczny, radio - wszystko jest. Powinieneś pan sobie taką sprawić. 

Qwilleran zmarszczył brwi. 

- Sonar? Co to takiego? 

-  No,  echosonda.  Komputerowy  sprzęt  do  znajdywania  ryb.  Sonduje  dno  jeziora  i 

mówi panu, gdzie są ryby i ile. Pierwszorzędna rzecz! 

Rzeczywiście, koło południa Birch wyniósł się wraz ze swoimi narzędziami i muzyką, 

toteż Qwilleran mógł spożyć lunch, rozkoszując się ciszą. 

-  Dobrze,  że  mamy  naprawione  drzwi  -  zauważyła  pani  Cobb.  -  Warto  było  znosić 

wszystkie te hałasy. 

- Teraz Koko nie będzie już w stanie wedrzeć się do mojego pokoju o szóstej rano  - 

zgodził się Qwilleran. - Jego zdaniem wszyscy powinni wstawać o świcie. 

Gospodyni  podała  lunch  w  pogodnym  pokoju  śniadaniowym,  gdzie  krzesła  z 

poręczami  w  stylu  „William  and  Mary"  stały  wokół  ciemnego  dębowego  stołu,  a  ściany 

pokryte były żółtym i zielonym perkalikiem; z tego samego materiału wykonano też zasłony. 

-  Najlepszy  makaron  z  topionym  serem,  jaki  kiedykolwiek  jadłem  -  oznajmił 

Qwilleran. 

-  Udało  mi  się  znaleźć  naprawdę  dobry  cheddar  w  małym  sklepiku  za  pocztą  - 

powiedziała  pani  Cobb  i  po  chwili  wahania  dodała:  -  Zauważyłam,  że  jest  wyprzedaż 

rowerów w sklepie z materiałami żelaznymi - zawiesiła głos. - Dwadzieścia procent zniżki. 

Qwilleran jęknął. 

background image

-  Kiedy trafi się wyprzedaż rowerów zapewniających cykliście ochronę przed psami, 

proszę mi dać znać. Może się zainteresuję. 

Nieco później tego samego popołudnia wziął udział w innej ciekawej wymianie zdań. 

Kot-listonosz  pojawił  się  w  bibliotece,  przynosząc  mu  list  z  podziękowaniem  od  Penelope, 

który niósł ze sobą ulotny, lecz i tak odurzający zapach „Fantaisie Feline". 

Qwilleran przyjrzał się uważnie kotu, który przybrał przebiegłą minę. 

- Jak myślisz, Koko, co Steve próbował nam powiedzieć? Kto zabił Tiffany Trotter i 

dlaczego?  Co  tak  naprawdę  stało  się  z  Daisy  Muli?  A  może  po  prostu  tracimy  czas,  a  te 

pytania już na zawsze pozostaną bez odpowiedzi? 

Koko siedział wyprostowany na jego biurku, kołysząc się leciutko na boki i wpatrując 

się intensywnie błękitnymi oczami w czoło Qwillerana. Nagle człowiek zdał sobie sprawę, że 

Koko nigdy nie miał okazji podziwiać malunków na ścianach w apartamencie Daisy. Wziął 

go na ręce i zaniósł do garażu. Zwierzak ani nie wyrywał się, ani nie zwisł bezwładnie, jak to 

się zdarza kotom; całe jego ciało było spięte w wyczekiwaniu. 

Najpierw  pozwolił  Koko  dokonać  inspekcji  samochodów,  roweru  i  narzędzi 

ogrodniczych. Zwykle najlepiej sprawdzała się metoda polegająca na tym, żeby nie poganiać 

go i umożliwić poszukiwania w jego własnym tempie. Koko wkrótce znalazł schody i wspiął 

się do pomieszczeń mieszkalnych. W świeżo odmalowanym pomieszczeniu tylko zmarszczył 

nos,  pociągnął  nim  kilkakrotnie  i  wycofał  się  na  korytarz.  Następnie  wkroczył  do 

stokrotkowej dżungli. 

W pierwszym odruchu przycupnął, przyciskając brzuszek do podłogi.  Ze wszystkich 

stron  otaczały  go  dzikie,  posplatane,  groźne  kształty  pokrywające  ściany  i  podłogę. 

Qwillerano-wi  ktoś  mówił,  że  koty  nie  widzą  kolorów,  ale  potrafią  je  wyczuć  w  jakiś  inny 

tajemniczy sposób. Kiedy Koko uznał, że miejsce jest jednak bezpieczne, zaczął dokonywać 

obchodu  pomieszczenia.  Ostrożnie  zbadał  kilka  niewiadomego  pochodzenia  plamy  na 

wykładzinie  podłogowej,  zadrapanie  na  komódce  i  rozdarte  obicie  krzesła.  Gdy  poczuł  się 

pewniej,  przeciągnął  się jak długi  i zaczął  przechadzać się po pokoju radosnym,  tanecznym 

krokiem, jak gdyby słyszał muzykę pośród kolorów, które Qwilleran mógł podziwiać tylko za 

pośrednictwem swoich oczu. 

Nagle  coś  niewidocznego  zwróciło  uwagę  kota.  Szybko  popatrzył  w  tamtą  stronę  i 

przebiegł  kilka  kroków,  podskoczył,  machnął  łapą  w  powietrzu,  przemknął  przez  całe 

pomieszczenie,  odwrócił  się  gwałtownie  i  skoczył  w  górę,  wyginając  swą  smukłą  postać  w 

czymś, co przypominało pokrętne salto wykonane do tyłu. 

background image

Pamiętając wynurzenia pani Cobb na temat duchów nawiedzających dom, Qwilleran 

odruchowo się wzdrygnął, ale w następnej chwili zdał sobie sprawę, co w rzeczywistości było 

przyczyną  ożywienia  Koko.  Zbliżał  się  sierpień,  pora  much.  Koko  po  prostu  polował  na 

krążącego  w  powietrzu  owada  i  stąd  jego  przedziwne  akrobacje.  Wybiegł  za  muchą  na 

korytarz i wkrótce wrócił, mlaskając i oblizując się. 

-  Obrzydliwe!  -  skomentował  Qwilleran.  -  Nie  potrafisz  się  zdobyć  na  nic 

subtelniejszego? 

Podekscytowany  polowaniem  i  zabójstwem  Koko  rozglądał  się  za  kolejną  ofiarą. 

Wskoczył  na  łóżko,  stanął  na  tylnych  łapach,  przednią  wyciągając  w  górę,  oparty  o  ścianę. 

Osiągnął w ten sposób swą długość maksymalną, czyli około metra, drapiąc pazurami graffiti 

i wyciągając łapy ku inicjałom wkomponowanym we wzór z serduszek, kwiatków oraz liści. 

Nagle  skoczył,  a  mucha  wpadła  za  łóżko.  W  mgnieniu  oka  rzucił  się  za  nią.  Martwa  czy 

żywa,  ale  znalazła  się  między  materacem  a  ścianą.  Koko  wsadził  w  szparę  najpierw  jedną 

łapę, potem drugą, pomrukując coś do siebie gardłowo, z determinacją. 

Qwilleran  przez  chwilę  przyglądał  się  jego  zmaganiom,  a  potem  odsunął  łóżko  od 

ściany. Koko niczym jastrząb dał nura w dół, a w następnej chwili rozległy się nieapetyczne 

odgłosy mlaskania. 

-  Fuj!  -  oburzył  się  Qwilleran.  -  Żresz  te  wstrętne  muchy,  a  nie  chcesz  nawet  tknąć 

kociej karmy z witaminami i minerałami. Chodźmy stąd. Wracamy do domu. 

Koko jednak nie ruszył się zza łóżka. 

- Cfff! CflFf! - kichnął dwukrotnie. 

- Tam jest pełno kurzu! Wyłaź, idziemy! 

Kot nie raczył odpowiedzieć, a Qwilleran nagle znów poczuł dobrze znane swędzenie 

pod  wąsami.  Czyżby  Koko  raz  jeszcze  trafił  na  jakiś  znaczący  przedmiot,  tym  razem  za 

łóżkiem?  Qwil-leran  ukląkł  na  materacu  i  pochylił  się,  spoglądając  w  mroczną  szparę. 

Skulony Koko obwąchiwał coś, trącał pyszczkiem i obmacywał badawczo łapką. 

Qwilleran  sięgnął  i  wydobył  na  światło  dzienne  zeszyt  -  zwykły  szkolny  zeszyt  z 

powyrywanymi  i  porozdzieranymi  kartkami.  Koko  natychmiast  wyskoczył  ze  swojej 

kryjówki,  zawodząc  i  domagając  się  zwrotu  swego  znaleziska.  Najwyraźniej  był  na  nim 

zapach myszy, które nadgryzły kilka stron kajeciku. 

Z zeszytem  w jednej  ręce i  oburzonym kotem w drugiej Qwilleran wrócił  do domu, 

kierując  się  ku  bibliotece.  Koko  skomlał  w  wysokiej  tonacji,  co  sprowadziło  z  oranżerii 

rezydującą tam Yum Yum, która solidarnie zawtórowała mu przenikliwym krzykiem. Zaraz 

po niej pojawiła się pani Cobb. 

background image

- Co się stało? Co tu się dzieje? 

- Proszę im dać jakiś' przysmak, dobrze? Może wtedy się ode mnie odczepią! 

-  Przysmak!  -  zawołała  i  wyprowadziła  je  do  kuchni  niczym  baśniowy  flecista  z 

Hameln. 

Qwilleran zamknął drzwi biblioteki i przyjrzał się dokładniej zdobyczy Koko. Był to 

zwykły tani zeszyt w linię, niektóre strony były poplamione i pogryzione. Wyraźnie czuć go 

było myszami. 

- Pamiętnik! - stwierdził na głos, przewracając z obrzydzeniem brudne stronice. 

Daty  były  widoczne,  ale  pismo  całkowicie  nieczytelne.  Znał  swego  czasu  pewnego 

artystę, w którego rękopisach wszystkie litery alfabetu przypominały „u"; tutaj każda z nich 

wyglądała  raczej  jak  „o".  Odręczne  pismo  tej  dziewczyny  wyglądało  jak  łańcuch 

nachodzących na siebie kółek. Nauczycielka rysunków określiła to trafnie: wynaleziona przez 

Daisy kaligrafia była całkiem miła dla oka, ale zupełnie niemożliwa do odcyfrowania. 

Postanowił, że po przejażdżce rowerowej zadzwoni do Mildred Hanstable i poprosi ją, 

żeby  rzuciła  okiem  na  ten  pamiętnik  i  spróbowała  go  przetłumaczyć,  o  ile  to  w  ogóle 

możliwe. Tymczasem dodał zeszyt do kolekcji przechowywanej w szufladzie biurka: był tam 

już kościany słonik, złota bransoletka, kartka pocztowa i koperta zawierająca tysiąc dolarów 

gotówką. 

Zdał  sobie  sprawę,  że  wszystkie  te  pamiątki  zostały  odnalezione  przez  pewnego 

fenomenalnego kota. A jednak wszystkie odkrycia dokonane przez Koko sprawiały wrażenie 

całkiem przypadkowych. Qwilleran przypomniał sobie, jak zwierzak gonił za muchą i utłukł 

ją na ścianie, gdy próbowała schować się pośród inicjałów... Zaraz, co to były za inicjały? 

Qwilleran pobiegł do garażu i z powrotem. Pochwycił niewielką książkę telefoniczną i 

przesunął  palcem  po  dwóch  kolumnach  nazwisk.  Inicjały  pasowały  tylko  do  trzech  postaci. 

Byli to Sam Gafner, Scott Gippel oraz Senior Goodwinter. 

Jeśli SG był przedmiotem uwielbienia Daisy, musiało chodzić o Gafnera. Scott Gippel 

był  tym  otyłym  radnym,  który  potrzebował  aż  dwóch  krzeseł.  Natomiast  ojciec  Juniora  ze 

swym  speszonym  wyglądem  i  papierową  czapką  raczej  nie  zawróciłby  w  głowie  młodej 

dziewczynie. Tak więc najbardziej prawdopodobnym kandydatem byłby Gafner, pośrednik w 

handlu  nieruchomościami.  Qwilleran  postanowił,  że  gdy  wróci  z  przejażdżki,  postara  się 

dowiedzieć czegoś więcej. 

To był piękny dzień na rower. Gdy Qwilleran wyjechał na swą ulubioną drogę, grzało 

go  słońce  i  chłodził  lekki  wietrzyk.  Po  niedawnym  deszczu  roślinność  nabrała  żywego 

zielonego  koloru.  Z  krzaków  wznosiły  się  stadka  ptaków,  by  podążać  przez  czas  jakiś  za 

background image

samotnym  cyklistą,  rugając  go  ćwierkającym  staccato  za  zakłócenie  spokoju.  Do  tego 

dochodziły zgrzyty w piaście i tylnej osi. Przypomniał sobie, co pani Cobb powiedziała mu na 

pożegnanie: 

-  Niech  pan  uważa  z  tym  starym  gratem,  panie  Q.  Naprawdę,  powinien  pan  kupić 

sobie porządny rower, z przerzutką. 

Na  Ittibittiwassee Road  wszystko pachniało świeżością i  wilgocią. Słońce wysuszyło 

nawierzchnię,  ale  w  przydrożnym  rowie  wciąż  jeszcze  było  sporo  wody.  Rów  ciągnął  się 

dobre  dziesięć  metrów  od  krawędzi  jezdni,  ponieważ  w  przyszłości  planowano  poszerzenie 

szosy. Niestety - pomyślał - kiedy wybudują to nowe osiedle, właśnie tędy wszyscy będą do 

niego dojeżdżać. Szkoda! Zdążył już polubić spokój, jaki panował na tej pustej drodze. 

Po prawej stronie pojawiła się stara kopalnia Buckshot, gdzie w 1913 roku nastąpiło 

tąpnięcie i zginęło kilkunastu górników. Pedałując obok jej ruin, nasłuchiwał pilnie w nadziei, 

że  do  jego  uszu  dojdzie  upiorne  pogwizdywanie,  które  ponoć  rozlegało  się  niekiedy  w 

okolicy.  Poszarzałe  od  starości  deski  opuszczonego  budynku  przesiąknięte  były  wodą  i 

połyskiwały w słońcu. 

Qwilleran  przyglądał  się  pozostałościom  kopalni  tak  uważnie,  że  nie  zauważył 

nadjeżdżającej z naprzeciwka półciężarówki; oprzytomniał dopiero, gdy usłyszał ryk silnika. 

Spojrzał  przed  siebie  akurat  w  tym  momencie,  gdy  pojazd  gwałtownie  przyspieszył, 

zjeżdżając  jednocześnie  na  jego  pas:  śmiercionośny  potwór  pędzący  prosto  na  Qwillerana  i 

jego  zdezelowany  bicykl.  Szarpnął  kierownicą,  skręcając  gwałtownie  w  stronę  rowu;  w 

pewnej  chwili  przednie  koło  uderzyło  o  kamień,  a  on  wykonał  salto  do  przodu.  Przez 

nieskończenie długą chwilę unosił się w powietrzu... 

Kiedy wygramolił się z rowu, oszołomiony, przemoczony i zakrwawiony, zataczając 

się, z trudem wyszedł na opustoszałą szosę, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje i skąd tu się 

wziął. 

Każda droga dokądś prowadzi. Trzeba iść drogą. Ruszać się. Nie stać w miejscu. 

Po  kilku  minutach,  a  może  po  kilku  godzinach,  zatrzymał  się  jakiś  samochód. 

Wyskoczył  z  niego  mężczyzna,  coś  krzyczał.  Posadził  go  na  fotelu  z  przodu.  Przez  kilka 

minut  -  a  może  godzin  -  siedział  w  pędzącym  wozie.  Tamten  mężczyzna  wciąż  coś 

wykrzykiwał. 

Co on mówi? Nie wiem... nie potrafię... 

background image

Zajechali  przed  jakiś  budynek.  Oślepiające  światła.  Obcy  ludzie,  którzy  mówili, 

mówili, mówili... Był zmęczony. 

Następnego  ranka  otworzył  oczy  i  zorientował  się,  że  leży  w  nie  swoim  łóżku,  w 

nieznanym sobie pokoju. 

background image

 

Rozdział trzynasty 

Nim wypisano Qwillerana ze szpitala, odbył rozmowę z doktor Melindą. 

-  Wyniki wszystkich badań są dobre  - oznajmiła.  -  Jesteś w całkiem  niezłej formie  - 

oczywiście jak na twój wiek. 

- A z ciebie, jak na taką młodą dziewczynę, bardzo bystra pani doktor. 

-  Jestem  tak  bystra,  mój  kochany,  że  zaleciłam  nawet  przeprowadzenie  testu 

Wassermanna, na wypadek gdybyś zamierzał ubiegać się o zezwolenie na zawarcie związku 

małżeńskiego. Wypisałam ci też receptę na kask. Wiesz, po takim uderzeniu w głowę mogłeś 

się utopić, leżąc w tamtym rowie. 

- Jestem pewien, że ten wariat uznał mnie za martwego. 

-  Dziwne  rzeczy  zaczynają  się  dziać  w  Moose  County  -  zauważyła  Melinda.  -  Być 

może Amanda ma rację, twierdząc, że to  wszystko przez tę turystyczną  stonkę. Powinieneś 

zgłosić się na policję. 

- I co, mam opowiedzieć im mój sen? Brodie doszedłby do wniosku, że uszkodziłem 

sobie coś więcej niż tylko rower. Nie, Melindo, po prostu będę się bardzo uważnie rozglądał 

za  pewną  półciężarówką.  We  śnie  widziałem  ją  bardzo  wyraźnie,  pędziła  prosto  na  mnie, 

widziałem  zardzewiałą  kratę  z  przodu,  jakby  się  do  mnie  szczerzyła,  tuż  nade  mną.  To  był 

jeden z tych terenowych wozów. 

- Kiedy Junior cię tu przywiózł, był przerażony nie na żarty. Myślał, że jesteś zombi. 

-  To  było  bardzo  dziwne  przeżycie,  Melindo.  Kiedy  otworzyłem  oczy  i  leżałem  w 

szpitalnym  łóżku,  nie  wiedząc,  gdzie  jestem  ani  kim  jestem,  wcale  mnie  to  nie  niepokoiło. 

Miałem  jedynie  wrażenie,  że  mam  do  rozwiązania  łamigłówkę,  nawet  całkiem  ciekawą. 

Cieszę się, że sprowadziłaś Archa Rikera, w przeciwnym razie pewnie nieprędko uporałbym 

się z tą zagadką. 

Riker podjechał po Qwillerana pod szpital samochodem wynajętym na lotnisku. 

- Mam jeszcze trochę czasu do samolotu, może wpadniemy gdzieś na kubek kawy? 

- Skręć na światłach w prawo, to  akurat zdążymy na porę kawiarnianą w barze „Pod 

Psem". Jeśli ci  się wydaje, że klub  prasowy to  ośrodek plotkarstwa, zaczekaj,  aż usłyszysz, 

jak chłopaki tam rozprawiają. 

- Jak tam badania? Wszystko w porządku? 

background image

-  Jak  najbardziej,  mam natomiast  pewne  paskudne  podejrzenia  co  do  tego  przykrego 

zdarzenia. To nie był żaden wypadek! Jestem pewien, że ktoś dybał na moje życie. 

- A ostrzegałem cię! Po co pakujesz nos w nieswoje sprawy i bawisz się w detektywa? 

Od tego jest policja. 

- Tutaj wcale nie chodzi o zaginioną pokojówkę. To całkiem inna historia. Doszedłem 

do  tego  wniosku,  leżąc  w  szpitalnym  łóżku.  Wiesz,  jakie  są  warunki  postawione  w 

testamencie panny Klingenschoen: muszę mieszkać w Pickax  przez pięć lat, w przeciwnym 

razie cały spadek przypada w udziale pewnemu syndykatowi z New Jersey. Jak myślisz, co 

się stanie, jeśli nie dożyję do końca tych pięciu lat? 

-  Nie  mam  co  prawda  pojęcia  o  prawie  spadkowym  -  stwierdził  Riker  -  ale 

przypuszczam, że cała forsa powędruje do New Jersey. 

- Tak więc komuś bardzo się opłaci, jeśli wyzionę ducha przed upływem pięciu lat. W 

zasadzie im prędzej, tym lepiej. 

Riker spojrzał z niedowierzaniem na swojego pasażera. 

- Qwill, skąd ten pomysł? Dlaczego ich podejrzewasz? 

- To jakaś dziwna fundacja zajmująca się podejrzanymi sprawami w Atlantic City. Nie 

mam do nich zaufania. 

- Kiedy tylko usłyszałem o tym testamencie starszej pani -oznajmił redaktor - od razu 

wiedziałem,  że  to  zbyt  piękne,  żeby  mogło  być  prawdziwe.  Zapomnij  o  tym  spadku,  stary. 

Przecież  i  tak  nigdy  nie  chciałeś  być  bogaczem.  Wiesz  dobrze,  że  w  każdej  chwili  możesz 

wrócić do „Fluxion". 

- Wtedy Moose County straci te pieniądze. 

- Nie zgrywaj bohatera. Wiej stąd i ratuj skórę. Niech wszyscy Goodwinterowie zrobią 

składkę i kupią nowe książki do biblioteki. 

Qwilleran w zamyśleniu bawił się wąsem. 

- Zastanowię się. Dziś po południu mam spotkanie z adwokatem. Zresztą może w tej 

knajpce dowiemy się czegoś ciekawego. 

W barze aż roiło się od  gości,  a powietrze było  gęste od błękitnawego dymu. Kilku 

mężczyzn w bejsbolówkach skinęło głową Qwilleranowi. Obaj przyjaciele zaopatrzyli się w 

kawę oraz pączki i usiedli przy bocznym stoliku, nasłuchując. 

- Rozdaje wszystkim cygara, ale to nie on jest prawdziwym ojcem. 

- Sam zarzynam swoje świnie i sam sporządzam kiełbasy. Inaczej się nie da. 

-  W  Biblii  napisano:  „mowa  głupia  z  wielości  słów".  Do  niego  to  akurat  pasuje  jak 

ulał! 

background image

- Co tam! To moja sprawa, zawsze przesadzam. 

- Skoro jest prawniczką, to dlaczego chce za niego wyjść? 

- Musieli wystrzelać całe stado. Szkoda, cholera! 

- Założę się, że chodzi tylko o jego forsę. 

- Stary, moja żona robi najlepszą na świecie potrawkę z królików. 

- Nigdy nie słyszałem takiego nazwiska. Ruskie czy jak? 

- Moja teściowa była u nas przez trzy tygodnie. 

Przed odjazdem na lotnisko Riker podrzucił Qwillerana pod dom. 

- Wyłowiłeś jakieś sensowne wiadomości z tego bełkotu? -spytał. 

Qwilleran potrząsnął głową. 

-  Wszyscy  mnie  tu  znają,  więc  nikt  nie  piśnie  ani  słowa.  Po trosze  liczył  na  radosne 

powitanie  ze  strony  kotów,  ale  czekała  go  niemiła  niespodzianka.  Zwierzaki  wyczuły 

szpitalny  zapach,  który  ze  sobą  przyniósł,  i  trzymały  się  od  niego  z  daleka.  Yum  Yum 

syknęła,  a  Koko  wydał  z  siebie  głęboki  pomruk  brzmiący  niczym  odgłos  dalekiej  burzy. 

Wciąż boczyły się na niego, kiedy wyszedł na umówione o pierwszej spotkanie w kancelarii. 

Wszedł  do  biura  niespiesznym  krokiem,  bandaże  na  kolanie  wciąż  ograniczały  jego 

zdolność poruszania się. Penelope także najwyraźniej była nie w sosie, blada i  w ciemnych 

okularach. Oznajmiła nieco ochrypłym głosem: 

- Trochę się pan potłukł, panie Qwilleran, wszyscy jednak cieszymy się, że na tym się 

skończyło. Czym mogę panu służyć? 

Opowiedział  jej  o  swoich  wątpliwościach  związanych  z  testamentem  pani 

Klingenschoen. 

-  Jak  pan  wie  -  przypomniała  mu  Penelope  -  był  to  testament  napisany  przez  starszą 

panią osobiście, bez świadków i  bez prawnika.  Muszę rzucić okiem na ten dokument, żeby 

przypomnieć sobie dokładnie jego brzmienie. 

Aplikantka  przyniosła  jej  rękopis,  a  Penelope  przeczytała  go  uważnie.  Potrząsnęła 

głową. 

-  Pana  przypuszczenia  były  słuszne.  W  wypadku  pańskiej  śmierci  cała  spuścizna 

przypadnie  w  udziale  alternatywnym  spadkobiercom  i  powędruje  do  New  Jersey.  Jednak 

jestem  przekonana,  że  nie  ma  pan  powodów  do  niepokoju.  Odniósł  pan  powierzchowne 

obrażenia, ale przecież jest pan zdrowy. 

-  W  takim  razie  proszę  posłuchać  -  rzekł  Qwilleran.  Następnie  opowiedział  jej  o 

swoich  podejrzeniach  dotyczących  wypadku  i  „alternatywnych  spadkobierców"  ze 

background image

Wschodniego Wybrzeża. - Czy w tym mieście jest ktoś, kto pochodzi z tamtych stron kraju 

albo ma jakieś powiązania w New Jersey? 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  -  stwierdziła;  sprawiała  wrażenie  zamyślonej  i 

nieobecnej. 

Na  wszelki  wypadek  nie  wspomniał  jej  o  osobach,  które  podejrzewał.  Hackpole 

spędził  sporo  czasu,  pracując  w  Newark.  Ogrodnik  studiował  w  Princeton.  Byli  teściowe 

Qwillerana  -  wyjątkowo  nieciekawa  para  -  mieszkali  w  New Jersey,  oddając  się  tam  jakiejś 

podejrzanej działalności. 

-  Tak  czy  inaczej  -  zwrócił  się  do  prawniczki  -  uważam,  że  te  pieniądze  powinny 

pozostać w Moose County. Tutaj jest ich miejsce i tu mogą przyczynić się do zrealizowania 

wielu pożytecznych przedsięwzięć. Czy możemy obejść w jakiś sposób warunki testamentu? 

Czy są jakieś luki albo kruczki? Może powinienem sam napisać testament, przekazując moje 

roszczenia Fundacji Klingenschoenów? 

-  Obawiam  się,  że  nic  z  tego  -  stwierdziła  Penelope.  -  Oryginalny  testament 

sformułowany  jest  w  ten  sposób,  że  nie  daje  panu  takiej  możliwości...  Zastanówmy  się... 

Naprawdę  nie  wiem,  co  mam  powiedzieć,  panie  Qwilleran.  Mogę  tylko  mieć  nadzieję,  że 

pańskie przypuszczenia są mylne. 

- W takim razie pragnę panią poinformować - oznajmił - że tak czy inaczej sporządzę 

testament. Jeśli przydarzy mi się coś złego, domagam się, by wasze biuro zażądało śledztwa 

w sprawie przyczyn mojej śmierci. 

- Muszę przyznać, panie Qwilleran, że jeśli sytuacja rzeczywiście jest tak groźna, jak 

pan podejrzewa, postępuje pan spokojnie i rzeczowo. 

-  Bywałem  już  w  gorszych  opałach  -  machnął  ręką.  -  Napiszę  testament  bez  udziału 

kancelarii,  tak  że  firma  „Goodwłnter  &  Goodwłnter"  nie  będzie  mogła  zostać  oskarżona  o 

udzielenie  mi  złej  rady.  Postaram  się,  żeby  w  razie  mojej  śmierci  została  powiadomiona 

policja, prokuratura, media... 

-  Co mogę powiedzieć?... Tylko  tyle, że jest mi bardzo przykro z powodu zaistniałej 

sytuacji. 

-  No  cóż.  Proszę  omówić  to  z  bratem,  jeśli  uważa  to  pani  za  stosowne,  jednak 

niezależnie od wszystkiego, słusznie lub nie, ale tak właśnie postąpię. 

Kulejąc nieco, wyszedł z kancelarii. 

Ma  strasznego  kaca,  przydałby  jej  się  klin  -  pomyślał.  Zawrócił  więc  niezdarnie  i 

stanął znów przed Penelope. 

background image

-  Moje  zaproszenie  jest  wciąż  aktualne,  panno  Goodwinter.  Może  dziś  wieczorem 

spotkalibyśmy się na drinka i kolację w „Old Stone Mili"? O ile oczywiście nie ma pani nic 

przeciwko  pokazywaniu  się  w  towarzystwie  żywego  dowodu  na  fakt,  że  wypadki  chodzą 

jednak po ludziach. 

Zawahała się przez chwilę, nim odpowiedziała: 

- Dziękuję, panie Qwilleran, ale dziś wieczorem niestety nie mogę. 

Jej  brak  zdecydowania  zaskoczył  go  bardziej  niż  to,  że  odrzuciła  zaproszenie.  W 

końcu nie każdy musi lubić mrożone ravioli. 

Następnego  ranka  przy  śniadaniu  pani  Cobb  miała  w  zanadrzu  nowe  plotki  o 

Goodwinterach. 

Qwilleran  przeprosił  za  spóźnienie,  siadając  do  talerza  naleśników  na  maśle  z 

prawdziwym kanadyjskim bekonem. 

- Proszę mi wybaczyć. Chyba zaspałem, ale najwyraźniej po tym wypadku potrzebuję 

więcej snu - pociągnął nosem.  

- Czuję zapach lawendy. 

-  To  jest  wosk  angielski  -  wyjaśniła  gospodyni.  -  Pani  Fulgrove  zajmuje  się  dziś 

meblami  w  jadalni  -  podreptała  ku  drzwiom  pokoju  śniadaniowego  i  zamknęła  je  cicho.  - 

Mówiła  mi,  że  kiedy  pan  Goodwinter  wrócił  z  Waszyngtonu,  znów  pokłócił  się  z  siostrą. 

Panna G krzyczała coś o Rosjanach, o jakiejś kobiecie i o trupie. Nie mam pojęcia,  o co w 

tym wszystkim  chodzi. Zresztą panią Fulgrove czasem trudno zrozumieć. Mówiła też coś o 

jakiejś krowie, która otwiera w Pickax restaurację. 

-  Gorsza  od  tych  restauracji,  które  tu  mamy,  już  być  nie  może  -  zauważył.  -  A  nuż 

będzie lepsza? Czy ktoś dzwonił? 

- Owszem, Lori Bamba. Powiedziała, że jej mąż wpadnie z pierwszą porcją listów dla 

pana do podpisania. Dzwoniła też pani Hanstable, żeby powiedzieć, że zbiera dzikie jagody, i 

pytała, czy chcemy. Sprzedaje je, a pieniądze przeznacza na szpital. 

- Mam nadzieję, że pani zamówiła? 

- Tak, dwie kwarty. Jutro będzie w mieście u fryzjera, to przy okazji je dostarczy. 

- Wy, kobiety, układacie sobie życie w rytmie tych wizyt i fryzur - stwierdził. 

-  Och,  panie  Q  -  zaśmiała  się,  grożąc  mu  żartobliwie  palcem.  Wyraźnie  była  we 

frywolnym nastroju, wkrótce też okazało się dlaczego. - Zostałam dziś zaproszona na kolację 

- oznajmiła. - Poznałam go w Towarzystwie Historycznym. 

- Świetnie! Zjem sobie gdzieś hamburgera. 

background image

- Nie ma takiej potrzeby, panie Qwilleran. Kupiłam cztery przepiękne plastry schabu, 

włożę je przed wyjściem do piekarnika. Pomyślałam sobie, że może będzie pan chciał kogoś 

zaprosić. 

- Świetna myśl! Zadzwonię do Juniora, mam wobec niego niejakie zobowiązania. 

Po południu tego dnia Nick Bamba przywiózł siedemdziesiąt pięć pięknie wypisanych 

na maszynie listów. Oznajmił z dumą: 

- Lori każdą odpowiedź trochę zmienia, żeby nie wysyłać do wszystkich tego samego 

standardowego tekstu. Moim zdaniem nieźle sobie radzi. 

Qwilleran darzył sympatią młodego inżyniera z Mooseville. 

Nick  posiadał  bujną,  kręconą  czuprynę  i  lśniące  entuzjazmem  oczy,  jak  dwa  czarne 

onyksy; zawsze też miał na podorędziu coś ciekawego do opowiedzenia. 

- Dobrze, że nic poważnego ci się nie stało, Qwill. Lori modliła się za ciebie. 

-  Podziękuj jej  w moim imieniu. Teraz naprawdę potrzeba mi, żeby ktoś  się za mnie 

modlił. Jak się czuje Lori? 

- W porządku, tylko rankami nie za bardzo, ale to normalne. 

- Napijesz się piwa? 

-  A  masz  coś  mocniejszego?  Lori  na  okres  ciąży  odstawiła  alkohol,  więc  ja  też  w 

domu nie piję. 

- Oto słowa godne troskliwego męża - zauważył Qwille-ran. 

Zasiedli  z  drinkami  w  oranżerii  i  zaczęli  rozmawiać  o  sprawie  Tiffany  Trotter, 

rowerach, psach, a w końcu o gawędziarzach z baru „Pod Psem". 

-  Jadąc  do  ciebie  -  przypomniał  sobie  Nick  -  wstąpiłem  tam  po  drodze  na  lunch  i 

widziałem coś dziwnego. Czy Alex Goodwinter jest twoim prawnikiem? 

- Tak naprawdę wszystkim zajmuje się jego siostra. 

-  Słyszałem,  że  jest  bardzo  bystra.  Szkoda,  że  nie  można  tego  samego  powiedzieć  o 

Aleksie. Jakiś czas temu wygłosił przemówienie w Klubie Entuzjastów i muszę stwierdzić, że 

takiego nudziarza w życiu nie słyszałem. Potrafi się zachować, nieźle wygląda i tak dalej, ale 

gdy próbowałem się potem zastanowić, co tak właściwie powiedział, doszedłem do wniosku, 

że nic! 

- Co takiego wydarzyło się w barze? - spytał Qwilleran od niechcenia, choć był bardzo 

zaciekawiony. 

- Siedziałem przy oknie i usiłowałem przeżuć produkt uboczny jakiegoś tartaku, który 

nazywają tam klopsem. W pewnym momencie zobaczyłem, że na parking zajeżdża cadillac. 

A wiesz, najczęściej pojawiają się tam półciężarówki i mikrobusy. 

background image

- Nie żartuj, byłeś w stanie coś dostrzec przez te niemyte od stuleci szyby? 

- Lori twierdzi, że mój sokoli wzrok potrafi przebić nawet ceglaną ścianę. 

- No i co tam zobaczyłeś? 

- Cadillakiem zajechał Alex, ale nie wyszedł z wozu i nie zgasił silnika, tylko siedział 

za kierownicą i czekał. Po chwili wyszedł do niego jeden z właścicieli baru i usiadł na fotelu 

obok. 

- Który z właścicieli? - spytał Qwilleran. 

-  Nie  kucharz,  ten  drugi.  Ten  mięśniak,  który  rozbija  się  po  okolicy  na  motocyklu. 

Siedzieli obaj w samochodzie i odniosłem wrażenie, że się o coś kłócą. W końcu jednak Alex 

wyciągnął portfel i odliczył kilka banknotów. Bardzo jestem ciekaw, jaki to interes ubili. 

Qwilleran również uznał to za podejrzane, ale należało też brać pod uwagę najprostsze 

rozwiązanie. 

- Ten facet wykonuje różne prace konserwatorskie. Może Alex po prostu wypłacił mu 

honorarium. 

-  Gotówką? Dlaczego nie wypisał  czeku?  - Nick pochylił  się na krześle do przodu.  - 

Wiesz  co,  zawsze  byłem  przekonany,  że  w  tej  knajpie  sprzedają  coś  więcej  niż  kiepskie 

żarcie. W przeciwnym razie ta speluna dawno już by zbankrutowała. 

Qwilleran postanowił podrażnić się trochę z Nickiem. 

- Przecież Alex to wzorowy obywatel, podpora miejscowej społeczności, czystej linii 

Goodwinter. Jak możesz go podejrzewać o jakieś szwindle? 

-  Alex  jest  czystej  linii  hochsztaplerem,  i  tyle  -  oburzył  się  Nick.  -  Udaje  wielką 

szychę posiadającą wpływy w Waszyngtonie, tymczasem myślę, że on tam po prostu dobrze 

się bawi. 

- A co sądzi Lori na jego temat? 

-  Wiesz, jakie  są  kobiety!  -  rzekł  Nick  lekceważącym  tonem.  -  Uważa  go  za  istnego 

adonisa, dokładnie tak się wyraziła. Ja użyłbym trochę innego słowa. 

Wychodząc, Nick wziął kolejne pięćdziesiąt listów, na które miała odpowiedzieć jego 

małżonka,  a  Qwilleran  wybrał  się  do  sklepu  z  artykułami  żelaznymi,  żeby  obejrzeć  sobie 

rowery. Po powrocie oznajmił pani Cobb: 

-  Wie  pani,  ile  kosztuje  taki  rower  z  przerzutkami?  Więcej,  niż  zapłaciłem  za  mój 

pierwszy samochód! 

- Przecież stać pana, panie Q. 

- Nie w tym rzecz... Bardzo ładnie dziś pani wygląda, pani Cobb. 

background image

- Dziękuję. Właśnie wracam od fryzjera - miała też na sobie intensywniejszy makijaż 

niż zwykle. - Nigdy pan nie zgadnie, kto zaprosił mnie dziś na kolację! Ten mężczyzna, który 

nie chciał się zgodzić na sztandar z czterdziestoma ośmioma gwiazdami. 

- Co takiego? Hackpole? 

-  Herb  Hackpole.  Jest  naprawdę  bardzo  miły.  Prowadzi  warsztat  samochodowy  i 

obiecał sprawdzić, czemu z mojego mikrobusika wycieka olej. 

Qwilleran sapnął tylko przez wąsy i powstrzymał się od dalszych komentarzy. 

Czekając  na  przybycie  Juniora,  sporządził  kolację  dla  kotów.  Yum  Yum  wybaczyła 

mu już szpitalny zapach; wskoczyła mu nawet na kolana i ciekawie dotknęła łapką wąsów. To 

był jeden z jej najbardziej ujmujących gestów. Nałogowo kradła szczotki do zębów i pędzle, 

nigdy  natomiast  nie  była  w  stanie  pojąć,  czemu  może  służyć  szczotka  przymocowana  do 

człowieczej twarzy. 

Natomiast Koko wytrwale bojkotował Qwillerana. Przestał już prychać i pomrukiwać, 

ale  spoglądał  na  niego  z  najwyższą  pogardą.  Gdy  talerzyk  z  odfiletowanym  kurczakiem 

znalazł się na podłodze, tiie tknął posiłku, dopóki Qwilleran nie wyszedł z pokoju. A nigdy 

przedtem nie zachowywał się w taki sposób! 

Junior  przybył  punktualnie  o  szóstej  z  wilczym  apetytem,  jak  przystało  na  jego 

dwadzieścia dwa lata. 

- Ejże, do twarzy ci w bandażach. Powinieneś zawsze je nosić. 

Zasiedli do kolacji przy wielkim stole kuchennym. 

-  Pani  Cobb  twierdzi  -  napomknął  Qwilleran  -  że  to  szesnastowieczny  stół, 

prawdopodobnie z refektarza jakiegoś hiszpańskiego klasztoru. 

- Twoja gospodyni świetnie gotuje - stwierdził Junior. - Masz szczęście. 

-  Na  deser  upiekła  ciasto  z  brzoskwiniami...  weź  jeszcze  bułkę.  To  pieczywo  na 

zakwasie...  Spotyka  się  dziś  z  jakimś  facetem,  którego  poznała  w  Towarzystwie 

Historycznym. Mam nadzieję, że to porządny gość. Jest dość łatwowierna, a ja czuję się za 

nią odpowiedzialny, skoro sprowadziłem ją tutaj z Nizin. Znasz Herba Hackpole'a? 

Junior przeżuwał właśnie ogromny kęs schabu. 

- Wszyscy go tu znają. 

- Pani Cobb twierdzi, że jest niezmiernie sympatyczny. 

-  Jasne.  Potrafi  być  miły,  jeżeli  czegoś  od  ciebie  chce.  Najczęściej  jednak  się 

awanturuje,  wydzwania  do  gazety  z  jakimiś  bzdurnymi  pretensjami,  a  chłopaki  nie  chcą 

roznosić gazet na jego ulicy z powodu psów... Podaj mi masło. 

- Zawsze tu mieszkał? 

background image

- Tato mówi, że tu się urodził i wychował. W szkole był powszechnie znienawidzony. 

Ot, taki typowy małomiasteczkowy cham. Wszyscy cieszyli się, kiedy wyjechał na Wschód 

do pracy. Niestety, w końcu wrócił... Masz jeszcze piwo? 

- Pewnie, poza tym w garnku czekają kolby gotowanej kukurydzy. 

Przy kawie i brzoskwiniowym cieście młody redaktor odezwał się: 

-  Polecono  mi,  bym  poprosił  cię  o  przysługę.  Znasz  sekretarkę  w  G&G?  To  moja 

ciotka. 

- Dostrzegłem rodzinne podobieństwo - przyznał Qwilleran. 

- Jej zdaniem z Penny dzieje się coś niedobrego. Pracuje do późnych godzin i czymś 

się zamartwia, poza tym pije, co nie zdarza jej się często. Moja ciotka prosi, żebyś spróbował 

z nią pogadać i namówił ją na wakacje - niech sobie pojedzie do jakiegoś kurortu w Meksyku, 

czy coś w tym rodzaju. 

- Ja? Przecież jestem tylko jej klientem. Nawet nie chciała pójść ze mną na lunch. 

-  Tym  niemniej  Penny  bardzo  cię  szanuje.  Poważnie.  Kiedy  pisałeś  jeszcze  do 

„Fluxion", wycinała twoje artykuły. Zawsze. .. - przerwał mu natrętny dźwięk pagera. Zerwał 

się i pobiegł ku drzwiom. - Przepraszam. Pali się. Dzięki za kolację! 

Ruszył  z  piskiem  opon  swym  czerwonym  jaguarem;  syrena  na  ratuszu  miejskim 

wzywała członków ochotniczej straży pożarnej. 

Qwilleran  miał  za  sobą  dzień  pełen  zajęć,  a  czekało  go  jeszcze  jedno  spotkanie. 

Wkrótce  po  wyjściu  Juniora  zatelefonowała  do  niego  Penelope  Goodwinter,  pytając,  czy 

może wpaść z butelką. 

background image

 

Rozdział czternasty 

Oczekując na przybycie Penełope, Qwilleran zaniósł wiaderko z lodem i inne barowe 

utensylia  do  biblioteki.  Zobaczył,  że  na  podłodze  leżą  książki  -  kilka  woluminów 

dwunastotomowego wydania. Marokinowe okładki pogięły się, stronice z biblijnego papieru 

pogniotły.  Spojrzał  na  górną  półkę,  gdzie  między  tomem  drugim  a  ósmym  dzieła  drzemał 

sobie smacznie Koko. Zawsze miał słabość do półek z książkami. 

- Niedobry kotek! - zawołał Qwilleran, badając stan sponiewieranych książek. 

Koko obudził się nagle, przeciągnął się, zeskoczył na podłogę i bez słowa wyszedł z 

pokoju. 

Qwilleran troskliwie odstawił książki na miejsce, zastanawiając się jednocześnie, czy 

w  tym  domu  ktokolwiek  przeczytał  kiedyś  pięknie  oprawiony  poemat  w  dwunastu  tomach 

zatytułowany Sądny dzień. 

Sądny dzień...! Ponura przepowiednia czy coś na kształt kociej klątwy? 

Spodziewał  się,  że  beżowe  bmw  zajedzie  jak  zwykle  od  frontu.  Tymczasem  światła 

samochodu  omiotły  tył  rezydencji,  a  Penełope  zastukała  do  drzwi  kuchennych.  Właściwie 

zabębniła  w  nie  radośnie,  co  jakoś  nie  bardzo  zgadzało  się  z  jej  zwykłym  opanowaniem  i 

rezerwą. 

- Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko mojemu najściu służbowym wejściem - 

powitała go wesoło, wymachując butelką dobrej, starej szkockiej whisky. - W gruncie rzeczy 

to zupełnie nieformalna wizyta. 

Była zrelaksowana, niemal wesoła, a  w białych drelichowych spodniach, sandałach i 

ciemnogranatowym  dżersejowym  sweterku  wyraźnie  czuła  się  wygodniej  i  swobodniej.  Jak 

słusznie  zauważyła  Melinda,  łyk  czegoś  mocniejszego  dokonywał  cudownej  przemiany  w 

osobowości Penełope. Jednak na jej twarzy malowało się znużenie i miała podkrążone oczy. 

Brakowało jednego z kolczyków, nie była uperfumowana. 

-  Kostki  lodu  oczekują  nas  w  bibliotece  -  oznajmił  Qwilleran,  zapraszając  ją 

wytwornym gestem. - Moim zdaniem to najsympatyczniejsze pomieszczenie w tym domu. 

Blask ciepłego światła na brązowych okładkach książek i skórzanych obiciach mebli 

tworzył przytulny nastrój. Penelope opadła na głęboką kanapę i założyła z wdziękiem nogę na 

nogę. Qwilleran zajął klubowe krzesło, układając swoją zranioną nogę na podnóżku. 

background image

-  Już  panu  lepiej?  -  spytała;  w  jej  głosie  pobrzmiewała  troska,  która  wydawała  się 

szczera. 

- Moje dwadzieścia trzy szwy zaczynają swędzieć - odparł - a to podobno dobry znak. 

Cieszę się, że zrobiła sobie pani przerwę. Przepracowuje się pani. 

- Przyznaję, oczy mnie pieką ze zmęczenia. 

- Trzeba zrobić kompres z mokrych torebek herbaty - oznajmił. - Moja matka zawsze 

tak doradzała, gdy ktoś skarżył się na zmęczenie oczu. 

- To działa? 

-  Najlepiej  sprawdzić  to  od  razu  -  wyszedł  do  kuchni  i  po  chwili  wrócił  z  dwiema 

wilgotnymi torebkami herbacianymi ułożonymi na spodku od Wedgwooda.  

- Proszę oprzeć głowę na oparciu sofy. 

Zsunęła się do pozycji półleżącej. 

- Och! - westchnęła, gdy położył torebki na jej zamkniętych powiekach. 

-  Kiedy  ostatnio  zafundowała  pani  sobie  wakacje,  Penelope?  Nawiasem  mówiąc, 

dosyć mam już tej „panny Goodwinter". Odtąd będę mówił do ciebie po imieniu, czy to ci się 

podoba, czy nie. 

- Owszem, podoba mi się - rzekła półgłosem. 

-  Powinnaś  wziąć  tydzień  lub  dwa  wolnego  i  spędzić  je  w  jednym  z  tych  drogich 

kurortów - zaproponował. 

-  Bardziej  by  mi  odpowiadał  rejs  po  morzu.  Lubi  pan  pływać  statkiem,  panie 

Qwilleran? 

- Nie mogę powiedzieć, żeby zdarzyło mi się kiedykolwiek wsiąść na statek wyłącznie 

dla przyjemności... a poza tym, Penelope, bardzo cię proszę. Mów do mnie „Qwill"! 

-  Teraz,  gdy  stałeś  się  zamożny,  mógłbyś  spróbować  -  wyspy  greckie,  norweskie 

fiordy...  -  wyciągnęła  pusty  kieliszek  w  jego  stronę,  a  Qwilleran  go  napełnił.  Jej  poprzedni 

drink ulotnił się w mgnieniu oka. 

-  Zanim zacznę się obijać po szerokim świecie luksusowymi statkami, mam nadzieję 

stworzyć jedno czy dwa literackie arcydzieła - oświadczył. 

-  Masz  cudowny  styl.  Zawsze  z  przyjemnością  czytałam  twoją  rubrykę  w  „Daily 

Fluxion". Tak świetnie sobie radziłeś, pisząc na tematy, o których nie miałeś pojęcia. 

- Takie tam dziennikarskie sztuczki - machnął niedbale ręką. 

-  Kiedyś  było  moją  ambicją,  żeby  pisać,  ale  ty  masz  prawdziwy  talent.  Nigdy  nie 

potrafiłabym ci dorównać, tymczasem tobie najwyraźniej przychodzi to z taką łatwością... 

background image

Qwilleran  wiedział,  że  nieźle  pisze,  jednak  uwielbiał,  kiedy  mu  to  mówiono, 

zwłaszcza kiedy słyszał coś takiego z ust pięknej kobiety. Tak więc jedna część jego umysłu 

rozkosznie  pławiła  się  w  jej  komplementach,  tymczasem  druga  zastanawiała  się  nad 

powodem wizyty Penelope. Czy znów pokłóciła się z bratem i wymknęła spod jego nadzoru? 

I właściwie dlaczego tak się troszczył o jej zachowanie w towarzystwie? Jakim sposobem taki 

dęty bałwan jak Alexander mógł mieć wpływ na równie inteligentną kobietę? 

Tego  wieczoru  Penelope  była  wyjątkowo  miła  i  uprzejma.  Spytała,  jak  miewają  się 

koty,  o  postępy  w  pracach  prowadzonych  przez  Amandę  oraz  o  osiągnięcia  pani  Cobb  w 

katalogowaniu zbiorów. 

- Jej ostatnie odkrycie - powiedział Qwilleran - to dwie majolikowe wazy, które ktoś 

wyniósł na strych. Pochodzą mniej więcej z roku 1870 i obecnie warte są grube tysiące. Stoją 

tam, tuż za drzwiami, na szczycie kolejnego cennego znaleziska, tym razem rodem z garażu. 

To niemiecka szafa na bieliznę z Pensylwanii. Podobno fachowa nazwa to Schrank. Ma ponad 

dwa  metry  wysokości,  a  Koko  bez  trudu  potrafi  wskoczyć  na  sam  wierzch,  jednym  susem, 

bez wysiłku. 

Qwilleran  nie  był  pewien,  czy  Penelope  go  słucha.  W  swym  życiu  odwiedził 

wystarczająco  wiele  przyjęć,  by  dobrze  poznać  rytm  towarzyskiego  picia  alkoholu,  i 

zorientował  się,  że  Pene-lope  drastycznie  przekracza  bezpieczne  tempo.  Zsunęła  się  zresztą 

nieco niżej na sofie pokrytej śliską skórą. 

-  Tylko  ostrożnie!  -  napomniał  ją  dobrodusznie.  -  Kiedy  człowiek  jest  zmęczony, 

alkohol mocno uderza do głowy. A ty o wiele za długo przesiadujesz w swojej kancelarii. Czy 

to warto? 

-  Jako młodsza wspólniczka nie mam wyboru, muszę  hyrać jak wół  -  zachichotała.  - 

To znaczy, tyrać... jak wół. 

Qwilleran  wcielił  się  w  rolę,  którą  odgrywał  już  wiele  razy,  rolę  przyjaznego  i 

życzliwego  powiernika.  W  ten  sposób  udało  mu  się  skłonić  do  zwierzeń  niejednego  już 

rozmówcę. 

- To musi być dla ciebie wielka satysfakcja, Penelope, że twój brat robi tak wiele dla 

naszego kraju, spędzając znaczną część swojego cennego czasu w Waszyngtonie. To godne 

podziwu poświęcenie z jego strony. Słyszałem, że niedawno wygłosił w Klubie Entuzjastów 

Mooseville przemówienie, które wszyscy pamiętają po dziś dzień. 

Penelope zdjęła z oczu torebki herbaty i niezdarnie dźwignęła się na nogi, żeby nalać 

sobie szczodrą porcję whisky. 

background image

- Ciekawe, czy im opowiadał o swoich... tego... podbojach towarzyskich - w jej głosie 

pobrzmiewała  jakby  gorycz,  język  trochę  już  jej  się  plątał.  -  Bo  wiesz...  no...  to  nie  tylko 

interesy… 

-  Jestem  pewien,  że  wkrótce  będzie  ubiegał  się  o  jakiś  urząd  -  ciągnął  Qwilleran  -  a 

wówczas te kontakty towarzyskie bardzo się przydadzą. 

Penelope wpatrywała się w niego mętnym wzrokiem. Mówiła wolno i starannie: 

- Alex... nie może zostać... burmistrzem... Dimsdale. 

-  Nie  mówisz  tego  poważnie,  Penelope.  Ze  swoim  nazwiskiem,  wykształceniem, 

sposobem  bycia  i  prezencją  czeka  go  w  polityce  oszałamiająca  kariera.  Jest  urodzonym 

zwierzęciem medialnym, a w dzisiejszych czasach właśnie to się liczy. 

Gniew i alkohol wykrzywiły jej harmonijne rysy. 

-  On...  do  niczego...  nie  dojdzie  beze  mnie  -  wyraźnie  zawodziła  ją  koordynacja 

ruchów; odstawiając szklaneczkę na stół, chybiła, szkło spadło na podłogę.  - Przepraszam - 

wymamrotała, zbierając na kolanach kostki lodu. 

Qwilleran udał, że niczego nie zauważa. 

-  Jestem  pewien,  że  doskonale  poradzisz  sobie  z  prowadzeniem  biura,  podczas  gdy 

twój brat będzie dokonywał wielkich rzeczy na Kapitolu. 

To był żałosny widok - wymowna i tak zazwyczaj opanowana Penelope, która teraz z 

najwyższym trudem była zdolna sklecić zdanie. 

-  On  nie...  on  tam  nie  pojedzie.  Tutaj  ją...  tutaj  ją  sprowadzi...  tutaj.  Nową 

wspólniczkę! 

Qwilleranowi przypomniały się uwagi zasłyszane w barze „Pod Psem". 

- Jest prawniczką? 

Penelope przełknęła to, co zostało w szklance z roztopionych kostek lodu. 

- Sprowadzi ją... do kancelarii, właśnie to... ale po moim... po moim trupie! Ja... się na 

to... nie zgodzę. Nie zgodzę się! 

- Penelope - rzekł uspokajającym tonem - przecież dla ciebie to tylko dobrze. Dzięki 

tej wspólniczce będziesz miała mniej pracy. 

Roześmiała się histerycznie. 

-  „Goodwinter,  Goodwinter  &  Sh...  Smfska"!  -  zająknęła  się  przy  nazwisku.  - 

„Goodwinter, Goodwinter & Smfska"! Będziemy... pośmiewiskiem... całej okolicy! 

- Może warto porozmawiać na ten temat z twoim bratem? Jeśli go przekonasz, pewnie 

zmieni zdanie. 

Traciła panowanie nad sobą. 

background image

-  On...  on  ożeni  się...  ożeni  się  z  nią  -  z  tą  wywłoką!  Ale  ja...  ja  go  powstrzymam. 

Wiem...  co  trzeba  zrobić.  Powstrzymam!!!  -  wyglądała  naprawdę  kiepsko,  była  już 

kompletnie pijana, a jej oczy błyszczały dziko. - Okropnie źle się czuję! 

Qwilleran pomógł jej wstać. 

- Musisz odetchnąć świeżym powietrzem. 

Zaprowadził ją do oranżerii i na dwór przez jedno z francuskich okien, trzymał ją za 

ramiona, a ona zalała się łzami. 

- Może napiłabyś się czarnej kawy, Penelope? 

Potrząsnęła głową. 

- Zawieźć cię do domu? 

Zajechał  jej  bmw  pod  przyozdobioną  wieżyczkami  kamienną  rezydencję  na 

Goodwinter Boulevard; tymczasem na siedzeniu obok niego Penelope zwinęła się w kłębek. 

Zaparkował pod bramą dla powozów i zaniósł ją na górę po schodach wiodących do wejścia. 

Nadbiegła gospodyni, po chwili pojawił się też Alexander odziany w jedwabny szlafrok. 

- Źle się poczuła - powiadomił go Qwilleran. - Myślę, że jest bardzo przemęczona. 

Alexander popatrzył na siostrę surowo i bez cienia współczucia. 

- Proszę ją zabrać na górę - polecił gospodyni. Zwracając się do Qwillerana, spytał: - 

Gdzie pan ją - hm - znalazł? 

-  Przyszła  do  mojego  domu,  żeby  omówić  jakieś  prawne  niuanse,  i  źle  się  poczuła. 

Moim  zdaniem  potrzebuje  wypoczynku,  przydałyby  jej  się  wakacje.  W  przeciwnym  razie 

czeka ją załamanie. Może warto ją umieścić na kilka dni w szpitalu. Powinna się przebadać. 

-  To  fatalne  -  stwierdził  Alexander  -  ale  po  alkoholu  zupełnie  traci  panowanie  nad 

sobą i zaczyna wygadywać zupełne bzdury. Dziękuję, że przywiózł ją pan  - hm - do domu. 

Pozwoli pan, że odwiozę pana z powrotem. 

- Nie, dziękuję. To niedaleko, a noc jest pogodna. 

Gdy szedł  wolnym  krokiem przez zalane księżycową poświatą ulice, zastanawiał  się 

nad rewelacjami pani Fulgrove dotyczącymi „Rosjan" i trupa. Do pewnego stopnia tworzyło 

to  spójną  całość.  Wywnioskował  z  tego,  że  najwyraźniej  Penelope  histerycznie  reaguje  na 

zagrożenie  dla  swojej  pozycji,  jakie  stwarzać  będzie  ta  pani  Smfska,  czy  jak  jej  tam,  w 

charakterze wspólnika kancelarii i przyszłej bratowej. Trzeba przyznać, że w Moose County 

takie nazwisko musi wzbudzić rozbawienie, szczególnie pośród bywalców baru. Ktokolwiek 

zna  Goodwinterów  i  nieznośny  snobizm  Penelope,  będzie  ryczał  ze  śmiechu,  gdy  usłyszy 

nazwę „Goodwinter, Goodwinter & Smfska". Rechoczący, chichoczący i pobekujący bywalcy 

baru „Pod Psem" prawie na pewno ukują nową nazwę: „Goodwinter, Goodwinter & Ruska". 

background image

Jednak  najprawdopodobniej  -  uznał  -  po  odpoczynku  w  szpitalu  i  wakacjach  młodsza 

wspólniczka pogodzi się z tak irytującą dla niej perspektywą. 

Zbliżając się do rezydencji K, zerknął na piętro. W apartamencie zajmowanym przez 

panią  Cobb  świeciło  się  światło,  z  czego  należało  wnioskować,  iż  wróciła  cała  i  zdrowa, 

spędziwszy  wieczór  w  towarzystwie  tego  małpiszona!  Zawsze  miała  słabość  do  tatuaży  i 

wygolonych łbów. Jej zmarły mąż też był gburem o wyglądzie brutala. 

Nad  kuchennym  wejściem  świeciła  się  lampa,  ale  we  wszystkich  pomieszczeniach 

służbowych  panowały  ciemności.  Gdy  Qwilleran  otworzył  drzwi,  dosłyszał  jakieś  dziwne 

dźwięki  dochodzące  z  kuchni.  Przez  chwilę  stał  bez  ruchu  i  nasłuchiwał,  próbując  je 

zidentyfikować. Zgrzyt... cisza... długi zgrzyt... cisza. .. dwa krótkie szurnięcia. Przeszedł na 

palcach aż do drzwi kuchni i zapalił światło. 

Na  samym  środku  podłogi  ujrzał  ciężką,  metalową  toaletę  kotów  wypełnioną 

żwirkiem,  a  obok  niej  Koko,  który  właśnie  zabierał  się,  by  popchnąć  ją  nosem  dalej.  Kot 

spojrzał na niego, wyraźnie zaskoczony, z postawionymi uszami. 

-  Niedobre  kocisko!  -  rzekł  Qwilleran  ostrym  tonem.  -  To  ty  przestawiasz  rzeczy! 

Jeszcze ktoś się o to zabije, nie rób tego więcej! 

Odniósł pojemnik z powrotem do pralni i poszedł na górę, by oddać się rozmyślaniom 

dotyczącym Penelope i  porównać ją z Melindą. Obie były atrakcyjnymi kobietami o rysach 

Good-winterów,  inteligentne  i  wykształcone.  Prawniczka  obdarzona  była  bardziej  klasyczną 

urodą,  ale  brak  jej  było  poczucia  humoru  Melindy.  Miał  szczęście,  że  trafiła  mu  się  taka 

rozsądna i zrównoważona kobieta jak Melinda, która mówiła do niego „kochanie", potrafiła 

zorganizować uroczystą kolację i wymówić prawidłowo słowa takie jak „sfigmomanometr". 

Następnego  ranka  zastał  w  kuchni  Mildred  Hanstable,  która  dostarczyła  zebrane 

jagody. Popijała kawę z panią Cobb - panie właśnie zawarły ze sobą znajomość. 

- Mildred - odezwał się Qwilleran - pewnie zainteresuje cię fakt, że pani Cobb czyta z 

dłoni. 

Mildred była zachwycona. 

-  Naprawdę?  To  może  zechciałaby  pani  wziąć  udział  w  jarmarku  dobroczynnym  na 

rzecz szpitala? Mamy już tarocistkę, dzięki której zebraliśmy całkiem sporo pieniędzy. 

Gospodyni wyraźnie to zaproszenie pochlebiło. 

- Z przyjemnością, jeśli uważa pani, że się nadaję. 

Qwilleran  dyplomatycznie  wywabił  Mildred  z  kuchni,  a  następnie  zaprowadził  do 

biblioteki, gdzie usadził ją w wygodnym fotelu i wręczył obszarpany kajet. 

Wzdrygnęła się z obrzydzeniem. 

background image

- A cóż to takiego? 

-  Pamiętnik  Daisy.  Znaleźliśmy  go  za  jej  łóżkiem.  Jest  kompletnie  nieczytelny. 

Potrafię  odcyfrować  datę  na  górze  każdej  strony,  ale  nic  więcej.  Zaczęła  pisać  pierwszego 

stycznia i skończyła w maju. 

Mildred ostrożnie wzięła zeszyt do ręki. 

-  Wygląda  jak  mysie  gniazdo,  ale  to  rzeczywiście  jej  pismo.  Ciekawe,  czy  jeszcze 

potrafię to odczytać - przyjrzała się pierwszej stronie. - Kiedy przyzwyczaić się do kształtów, 

jakie  nadawała  literom,  to  nawet  nie  takie  trudne...  zobaczymy.  Zaczyna  się  od  słów 

„szczęśliwego nowego roku życzę sobie samej", chociaż ze straszliwymi błędami... Hmmm... 

pisze,  że  jej  matka  jest  pijana.  Biedna  dziewczyna,  nigdy  nie  miała  normalnej  rodziny... 

potem o jakimś Ricku. Poszli do lasu i rzucali śnieżkami w drzewa. Kupił jej hamburgera... 

Jak na razie całkiem nieźle mi idzie, prawda? 

- Fantastycznie! Czytaj dalej. 

- Oho! Drugiego stycznia straciła pracę u Amandy i nazywa ją wiedźmą. Jest mowa o 

jakimś słoniu, dokładniej „słonju", przez „j". To prezent gwiazdkowy od Ricka. 

-  Czyli  to  on  go  ukradł  -  domyślił  się  Qwilleran.  -  Amanda  podejrzewała  Daisy.  Jej 

przyjaciele kręcili się po pracowni. 

Mildred przerzucała stronice. 

-  Bardzo  to  przygnębiające...  aż  do  piętnastego  stycznia.  Dostaje  pracę  w  domu 

Goodwinterów, mundurek i  własny pokój.  Nie będzie musiała mieszkać z Delią. Uczciła to 

wydarzenie z Rickiem, Olliem, Tiffi Jimem. 

- Tiffany to ta dziewczyna, którą zastrzelono na farmie jej ojca. 

- Tak, wiem. Chodziła do mnie na lekcje gospodarstwa domowego. Wyszła za jednego 

z Trotterów. Jej ojciec miał wypadek na traktorze, jest sparaliżowany... Teraz jesteśmy już w 

lutym.  Daisy  stwierdza,  że  nie  lubi  sprzątać.  Cóż,  prawdę  mówiąc,  ja  także  nie...  jej  nowy 

chłopak, Sandy, podarował jej na walentynki wodę kolońską. Napisała „kolojską". Mówiłam 

ci, że jej ortografia to koszmar... w marcu nie napisała za wiele... za to w kwietniu wszystko 

się pogmatwało... Aha! Znów straciła pracę. 

-  Zgodnie  z  rejestrem  zatrudnienia  właśnie  wtedy  zaczęła  pracować  w  tym  domu  - 

zauważył Qwilleran. 

- Jest zakochana w Sandym, zakochana przez samo „h"... nie ma już mowy o Ricku, 

Olliem  czy  Jimie...  wygląda  to  całkiem  poważnie.  Sandy  podarował  jej  złotą  bransoletkę. 

Ciekawe, co będzie dalej. Oho! Tutaj - trzynastego marca - pisze, że chyba jest w ciąży... Tiff 

zabrała  ją  do  doktora  Hala...  teraz  jest  bardzo  szczęśliwa...  robi  szkice  sukien  ślubnych... 

background image

Della też jest zadowolona. Robi na drutach jakieś rzeczy dla dziecka... a tutaj mamy wyrwane 

strony...  trzydziestego  kwietnia  płakała  całą  noc.  Sandy  chce,  żeby  zrobiła  skrobankę.  Nie 

będzie ślubu... dał jej pieniądze. .. Della mówi, żeby urodziła to dziecko, a on będzie musiał 

na nie łożyć... to wszystko. Na tym kończy się pamiętnik. 

- Smutna historia, ale potwierdza wszystkie nasze domysły. 

-  Qwill,  gdzie  mogę  umyć  ręce?  Ten  zeszyt  jest  strasznie  brudny.  Będę  musiała  już 

iść, mam umówionego fryzjera. 

Odprowadził Mildred do samochodu, a potem wrócił, żeby zamknąć pamiętnik Daisy 

w  szufladzie  bibliotecznego  biurka.  Był  pewien,  że  zostawił  ją  zamkniętą,  ale  teraz  była 

uchylona  na  kilka  centymetrów.  Słonik  był  wewnątrz,  złota  bransoletka  i  pocztówka  też  - 

zginęła jednak koperta z pieniędzmi. 

Szybkim  krokiem  udał  się  do  kuchni,  gdzie  pani  Cobb  przygotowywała  sos 

musztardowy do wędzonego ozora. 

- Czy przez ostatnie pół godziny ktoś tu był? 

- Tylko pani Hanstable. 

-  Odprowadziłem  ją  do  samochodu,  a  kiedy  wróciłem,  szuflada  mojego  biurka  była 

otwarta i zginęła bardzo ważna koperta. 

-  Nie  mam  pojęcia,  chyba  że...  mówiłam  panu,  panie  Q,  że  w  tym  domu  dzieją  się 

dziwne rzeczy. 

Wrócił  do  biblioteki,  żeby  dokładnie  przeszukać  pulpit  biurka  -  akurat  w  porę,  by 

zobaczyć, jak Koko snuje się bez wyraźnego celu po sieni, trzymając w pyszczku róg białej 

koperty, która wlekła się po ziemi między jego łapkami. 

- Zostaw to! - krzyknął Qwilleran. - Niedobry kot! Jak ją wyciągnąłeś? 

Koko upuścił kopertę, przeszedł po niej niedbale i zajął swoje stanowisko na trzecim 

stopniu schodów. 

Gdy Qwilleran przyjrzał się szufladzie, zobaczył na niej ślady pazurów. Była to ciężka 

szuflada, Koko musiał włożyć sporo wysiłku w jej otworzenie. Po co? 

Od tamtego wypadku na Ittibittiwassee Road Koko zachowywał się jakoś dziwnie. Aż 

do  tego  wydarzenia  on  i  Qwilleran  byli  dobrymi  kompanami.  Uważali  się  wzajemnie  za 

równych  sobie.  Człowiek  rozmawiał  z  kotem,  a  kot  słuchał,  mrugał  oczami  i  robił  mądre 

miny, potem odpowiadał głośnym „yow", które zależnie od sytuacji oznaczało umiarkowane 

zainteresowanie,  stanowcze  przytaknięcie  lub  gwałtowny  sprzeciw.  Grali  razem  w  rozmaite 

gry,  a  odkąd  wprowadzili  się  do  rezydencji  K,  Koko  był  szczególnie  ożywiony  i 

komunikatywny. 

background image

Nagle wszystko się zmieniło. Koko przybrał postawę wzgardliwej wyniosłości i płatał 

uciążliwe psikusy - wysuwał swoją toaletę na środek kuchni, zrzucał cenne książki z półki, a 

teraz ukradł pieniądze. Coś było nie tak. Zmiana osobowości u zwierzęcia zazwyczaj oznacza 

chorobę, jednak Koko wprost tryskał zdrowiem. Oczy mu lśniły, miał wyśmienity apetyt, gdy 

baraszkował  z  Yum  Yum,  jego  smukłe  ciało  pełne  było  energii.  Tylko  wobec  Qwillerana 

zachowywał się z rezerwą i trzymał się na dystans. 

Nie  przyszła  mu  do  głowy  żadna  odpowiedź,  zresztą  tego  dnia  Koko  nie  psocił  już 

więcej. Jednak późną nocą, gdy Qwilleran czytał książkę w swojej sypialni na górze, usłyszał 

nagle dojmujące, przeciągłe, złowróżbne wycie. Zbiegł na dół tak prędko, jak pozwalało mu 

na to zranione kolano, i podążając za odgłosem, znalazł się na tyłach domu, w oranżerii. W 

smudze księżycowego światła wpadającego przez okno ujrzał coś niezwykle niepokojącego. 

Koko z nienaturalnie nastroszoną sierścią był na pół przycupnięty, z głową odchyloną do tyłu, 

i wydawał z siebie zawodzący, nieziemski lament, od którego ciarki przechodziły po plecach. 

Szafkowy zegar w hallu wybił godzinę drugą. Qwilleran ostrożnie podszedł do kota i 

zaczął przemawiać do niego uspokajającym głosem, a potem pogłaskał jego najeżone futerko, 

aż zwierzak się uspokoił. 

-  Dobre  z  ciebie  kocisko,  Koko,  i  dobry  przyjaciel  -  mówił  Qwilleran.  -  Przykro  mi, 

jeżeli  byłem  dla  ciebie  niemiły  albo  nie  zwracałem  na  ciebie  uwagi.  Próbowałeś  coś  mi 

powiedzieć.  Czasami  jesteś  bystrzejszy  ode  mnie,  więc  raczej  powinienem  starać  się  ciebie 

zrozumieć,  zamiast  się  wściekać.  Wybaczysz  mi?  Czy  znów  będziemy  przyjaciółmi?  Ty  i 

Yum Yum jesteście jedyną rodziną, jaką mam. 

Koko zmrużył oczy i zaskrzeczał cichutko: 

- Ikikik. 

Była druga w nocy. Cztery godziny później Qwilleran dowiedział się, o co chodziło. 

background image

 

Rozdział piętnasty 

Była dopiero szósta rano, ale Qwilleran już nie spał, kiedy nagle zadzwonił telefon - 

natrętnie, alarmująco. Przez całą noc niespokojnie przewracał się z boku na bok, budził się co 

chwila,  rozmyślając  o  niespodziewanej  wizycie  Penelope  i  tajemniczym  zachowaniu  Koko. 

Czy  takie  nocne  wycie  oznaczać  miało  protest?  Ostrzeżenie?  Czy  może  koty  tak  się 

zachowują podczas pełni księżyca? 

A  potem  zadzwonił  telefon  i  Qwilleran  usłyszał  w  słuchawce  znajomy  głos 

przemawiający w znamiennie minorowej tonacji: 

-  Qwill,  obudziłam  cię?  Pomyślałam  sobie,  że  będziesz  chciał  wiedzieć:  Penelope 

odebrała sobie życie! 

Milczał, oszołomiony. 

- To ja, Melinda. 

- Wiem. Słyszałem, co powiedziałaś. Nie mogę w to uwierzyć! A właściwie owszem, 

mogę.  Wiedziałem,  że  jest  z  nią  kiepsko.  Ale,  cholera,  jaka  szkoda!  Co  za  strata.  Taka 

inteligentna i piękna kobieta. Czy coś wiadomo? Jaki był bezpośredni powód? 

- Wiadomo tylko tyle, że ostatnio cierpiała na depresję. Tato jest teraz u nich w domu. 

Alex zadzwonił najpierw po niego, potem na policję. Lekarz sądowy też tam jest. 

- Czy coś przedawkowała? 

-  Wzięła butelkę whisky do garażu i  usiadła w samochodzie z włączonym  silnikiem. 

Słuchaj, teraz muszę jechać do szpitala. Zadzwonię do ciebie później. 

- Może zjemy dziś razem kolację? 

-  Niestety,  kochanie.  Muszę  iść  na  pewne  przyjęcie  z  okazji  narodzin  dziecka,  ale 

przedtem  wpadnę  do  ciebie,  żebyś  mnie  pokrzepił  ginem  z  tonikiem.  Może  wtedy  będę 

wiedziała coś więcej. 

Gdy  opowiedział  o  samobójstwie  Penelope  swojej  gospodyni,  pani  Cobb  załamała 

ręce. 

- Coś strasznego! Była taka śliczna. 

- Chyba nadeszła pora, żebym zajął się wypisywaniem kart katalogowych. Przyda mi 

się jakieś zajęcie. 

Okazało  się,  że  czynność  ta  wymaga  znacznie  więcej  koncentracji,  niż  oczekiwał. 

Przede wszystkim trzeba było odczytać zapiski pani Cobb. Pomyślał sobie, że któregoś dnia 

background image

napisze  na  ten  temat  artykuł,  zatytułowany  Jak  nie  pisać  wyraźnie,  czyli  siedem  łatwych 

sposobów, by całkowicie zmylić czytelnika. 

Przypominało to rozszyfrowywanie jakiegoś tajnego kodu. Kiedy jednak zrozumiał, że 

„ozoshe zifondof oohlany" to po prostu czeski żyrandol szklany, reszta poszła już gładko. Na 

każdej  karcie  musiał  wypisać  numer  katalogowy  przedmiotu,  jego  nazwę,  datę,  opis, 

pochodzenie  i  wartość.  Cztero  -  i  pięciocyfrowe  wyceny  utrzymywały  go  nieodmiennie  w 

stanie szoku fiskalnego. 

Rzecz  jasna  koty  znalazły  się  od  razu  na  biurku,  pomagając  mu  na  swój  nader  nie 

pomocny sposób. Yum Yum wyciągała ołówki i zrzucała spinacze na podłogę. Koko, który 

po przeprosinach Qwillerana znów stał się kotem przyjaznym, węszył po całym blacie niczym 

pies  gończy.  W  którymś  momencie  wygrzebał  notkę  Penelope  z  podziękowaniami,  które 

napisała po przyjęciu, i Qwilleran przyjrzał się jej pismu - afektowanemu, z ozdobnymi „e", 

„r" i „s", które kojarzyły mu się z klasycznym wykształceniem. 

Kiedy po pracy pojawiła się u niego Melinda, oznajmiła: 

-  Wolałabym  pójść  z  tobą  na  kolację,  kochanie,  ale  wszystkie  dziewczyny  z  mojego 

pokolenia  akurat  albo  wychodzą  za  mąż,  albo  zachodzą  w  ciążę,  więc  ciągle  dostaję 

słodziutkie  zaproszenia  na  słodziutkie  przyjęcia,  podczas  których  odbywają  się  przeurocze 

zgadywanki, stoły są ślicznie udekorowane i podawane są słodziutkie napoje. Kiedy wyjdę za 

mąż, chcę uciec od tego wszystkiego. Co ty na to, kochanie? Nie miałbyś ochoty zwiać? 

-  Nie  prędzej,  niż  pozbędę  się  tych  swędzących  szwów.  Siądź  i  opowiedz  mi,  jak 

zareagował na to wszystko Alexander. 

Melinda zwinęła się w kłębek na jednym z wielkich wiklinowych foteli w oranżerii. 

-  Tato  musiał  mu  dać  na  uspokojenie.  Alex  okropnie  to  przeżył.  On  i  Penny  byli  ze 

sobą  bardzo  blisko;  między  nimi  był  tylko  rok  różnicy,  więc  wychowali  się  prawie  jak 

bliźnięta. Ma poczucie winy, że spędzał tak wiele czasu poza miastem. Żałuje, że zeszłej nocy 

nie został w domu, tylko wybrał się na wieczorek kawalerski do klubu. Wiesz, że się żeni? 

- Słyszałem takie plotki. 

- Z prawniczką, młodą. Miała najwyższe noty na roku. 

- Pamiętasz, jak się nazywa? 

- Ilya Smfska. 

Qwilleran skinął głową. Tak więc nazwisko się zgadzało, alkohol nie wpłynął aż tak 

zgubnie na dykcję Penelope. 

- Kto ją znalazł? 

- Alex wrócił do domu tuż przed świtem, wjechał do garażu - no i tam była ona. 

background image

- Czy ustalono godzinę śmierci? 

- O drugiej w nocy. 

- Napisała jakiś list? 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Wszyscy  wiedzą,  że  się  przepracowywała,  natomiast 

ironią  losu  jest  fakt,  że  ta  narzeczona  Aleksa  mogłaby  jej  przecież  dopomóc  i  choć  trochę 

ulżyć. Teraz jednak jest już za późno. 

Dopiła  drinka,  odmówiła  kolejnego  i  zaczęła  zbierać  się,  by  uczynić  zadość  swoim 

towarzyskim zobowiązaniom. 

-  Cóż  -  stwierdziła  z  cynicznym  uśmieszkiem  -  Penelope  przynajmniej  nie  musi  już 

chodzić na te cukierkowate przyjęcia. 

Po  kolacji  Qwilleran  wybrał  się  na  spacer;  przechadzał  się  powoli  i  w  zamyśleniu 

wzdłuż  Goodwinter  Boulevard.  Stara  rodzinna  siedziba  zamieszkiwana  przez  Penelope  i 

Alexandra  częściowo  zasłonięta  była  czterometrowymi  żywopłotami,  jednak  spoglądając 

między nimi, można było dostrzec na podjeździe kilka samochodów. Stały przed garażem na 

pięć  aut,  najwyraźniej  nową  dobudówką  do  otoczonej  werandami,  przyozdobionej 

wieżyczkami  budowli  o  spadzistym  dachu.  Następnym  budynkiem  była  kolejna  rezydencja 

Goodwinterów, znacznie mniej wystawna, gdzie mieszkał doktor Halifax ze swą kaleką żoną. 

Był to dom, w którym Melinda spędziła dzieciństwo. 

Drgnął na dźwięk klaksonu, który zatrąbił gwałtownie; ujrzał po drugiej stronie ulicy 

wjeżdżającą na podjazd swojej siedziby Amandę. 

- Chodź pan na kielicha! - zawołała jowialnym tonem. 

- Dla mnie ginger ale. Chętnie nawet dwa. 

Wnętrze  domu  projektantki  najwyraźniej  umeblowane  było  rzeczami  odrzuconymi 

przez klientów. Zastanowił się przez chwilę, czy przypadkiem fotel Hunzingera oraz Schrank 

z  Pensylwanii  też  nie  miały  się  tu  przypadkiem  znaleźć.  Wszędzie  piętrzyły  się  stosy 

magazynów designerskich, katalogów tapet i próbek tkanin. 

-  Niech  pan  zrzuci  te  magazyny  i  siada  -  zaprosiła  go  Amanda.  -  Zeszłej  nocy  u 

sąsiadów było trochę zamieszania. 

- Kto by pomyślał, że do tego dojdzie! 

- Choćby ja. Wiedziałam, że taka niezdrowa sytuacja musi doprowadzić do eksplozji, 

natomiast nie spodziewałam się samobójstwa. Przypuszczałam raczej, że to ona palnie w łeb 

swojemu przygłupiemu braciszkowi. 

- Naprawdę pani sądzi, że to samobójstwo? 

background image

Amanda odstawiła szklaneczkę na stolik z porcelanowym blatem i wlepiła spojrzenie 

w gościa. 

-  Jasny  gwint,  to  mi nie  przyszło  do głowy. Ma  pan na myśli morderstwo? Tylko że 

Aleksa  nie  da  się  w  to  wrobić.  Spędził  całą  noc  w  klubie,  grał  w  karty  z  Fitchem, 

Lanspeakiem  i  innymi  próżniakami.  Tak  przynajmniej  mówią.  Nie  ma  co,  dał  mi  pan  do 

myślenia. 

Qwilleran wstał i wyjrzał przez okno. 

-  Stąd  widać  podjazd  ich  domu.  Może  widziała  pani  dziś  w  nocy  jakieś  obce 

samochody? 

- Nie, nie mogę powiedzieć, żebym coś widziała. A jak pan myśli, co się wydarzyło? 

-  Ktoś  mógł  zaprawić  jej  drinka  narkotykami,  a  potem  zanieść  do  garażu  i  włączyć 

zapłon, zostawiając butelkę niezatrutej whisky jako dowód. Garaż jest dobudowany do domu, 

więc można to było zrobić tak, żeby nikt nie widział. 

-  Kurczę,  ale  numer!  -  Amanda  wyraźnie  była  zachwycona.  -  Naleję  sobie  jeszcze 

jednego. 

- Oczywiście zabójca najprawdopodobniej zostawił samochód gdzieś dalej i przyszedł 

pieszo - ciągnął Qwilleran. - Czy można wejść na ich teren od tyłu? 

- Tylko przez ogród doktora Halifaksa. 

- Proszę nikomu o tym nie mówić - zażądał Qwilleran - ale niech pani mi da znać, jeśli 

wyjdzie na jaw coś nowego, co może okazać się tropem w tej sprawie. 

- Jasna cholera! Od dziś będę niczym Sherlock Holmes! 

Qwilleran  wrócił  do  domu  powolnym  krokiem;  zbliżając  się  do  rezydencji  K,  ujrzał 

terenowy samochód odjeżdżający spod domu i kierujący się na północ. 

- Pani Cobb, czyja to półciężarówka była na podjeździe? 

Gospodyni była cała w skowronkach. 

- Herb Hackpole złożył mi wizytę. Był dzisiaj na rybach i przyniósł nam kilka okoni, 

już odfiletowanych i tak dalej. 

- Widzę, że zaprzyjaźniła się pani z tym facetem. 

- Och, panie Qwilleran, on jest bardzo miły. Chce mnie zabrać któregoś dnia na ryby, 

a  w  dodatku  zaproponował  mi  korzystną  wymianę,  jeśli  kiedyś  będę  chciała  pozbyć  się 

mojego  mikrobusa  i  zamienić  go  na  mniejszy  wóz.  Obiecał  nawet,  że  zabierze  mnie  na 

polowanie! Wyobraża pan sobie? 

Qwilleran  mruknął  coś  pod  nosem  i  wycofał  się  do  swojego  salonu  w  stylu 

chippendale, biorąc ze sobą tomik Trollope'a, który Koko zrzucił z półki bibliotecznej, jednak 

background image

nawet  wyważona  proza  nie  była  w  stanie  uśmierzyć  doskwierającego  mu  niepokoju. 

Wiedział, że ma rację. Wąsy wciąż wysyłały mu sygnały, tak silne i rozpraszające, że przez 

chwilę poważnie brał pod uwagę możliwość ich zgolenia. Dopiero widok własnego odbicia w 

łazienkowym lustrze powstrzymał go od tak radykalnych działań. 

Tej nocy spał dobrze i  wypoczął, a rano znów zajął się kartami katalogowymi, więc 

godziny przedpołudnia wlokły się nieznośnie. Co pięć minut spoglądał na zegarek. 

Wreszcie pani Cobb oznajmiła, że lunch już gotowy. 

- Ale jest tylko to, co zostało z vichyssoise plus kanapki z tuńczykiem - dodała. 

-  Nic  nie  szkodzi,  pani  Cobb  -  odparł  Qwilleran.  -  Resztki  vichyssoise,  resztki 

chateaubrianda,  resztki  tortu  truskawkowego  -  zjadłbym  cokolwiek.  Założę  się,  że  czterysta 

lat  temu  kastylijscy  mnisi  nie  objadali  się  tuńczykiem  przyprawionym  musztardą  z  Dijon  i 

kaparami. Są wyborne, pani Cobb. 

- Dziękuję. Jak panu idzie pisanie? Nie nudzi to pana? 

- Ależ skąd. To bardzo pouczające. Właśnie dowiedziałem się, że ta komoda w hallu 

na  górze  jest  późnobarokowa  z  drzewa  gwajakowego  koncentrycznie  inkrustowanego 

twardziela. Dzięki tej wiedzy moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem. 

- Och, panie Q! Żartuje pan sobie ze mnie. 

- A gdzie są koty? Coś tu dziwnie spokojnie. Nie wyczuły tuńczyka? 

- Kiedy wołałam pana na lunch, oba były w sieni i czekały na pocztę. 

-  Oszalały!  -  stwierdził  Qwilieran.  -  Przecież  wiedzą,  że  poczta  przychodzi  dopiero 

późnym popołudniem. 

Jednak  i  jego  ogarnął  nastrój  wyczekiwania,  jakby  coś  szczególnego  miało  się 

wydarzyć. 

Po lunchu powrócił do maszyny; kiedy właśnie przetłumaczył „oshotufha no bezuleree 

johirgi",  by  wystukać  „szkatułka  na  biżuterię  Faberge",  usłyszał  głośny  furkot  listów 

wpadających przez szczelinę: nadeszła poczta. Teraz korespondencja była jeszcze obfitsza, bo 

doszły do niej kartki z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia. Zaraz potem usłyszał głośny 

szelest,  szuranie  i  dźwięki  radosnego  tarzania  się  w  kopertach,  gdy  koty  zabrały  się  do 

przeglądania jego listów, porozumiewając się przy tym za pomocą skrzeków i pomruków. 

Niech  się  bawią  -  pomyślał  Qwilleran.  Opisywał  właśnie  dwa  pudełka  na  noże 

Hepplewhite  ze  srebrnymi  okuciami,  które  warte  były  tyle  co  jacht  pełnomorski,  gdy  do 

biblioteki  uroczyście  wkroczył  Koko,  taszcząc  podłużną  kopertę  koloru  kości  słoniowej. 

Qwilleran  znał  dobrze  tę  papeterię  i  jego  wąsy  od  razu  się  nastroszyły.  Pospiesznie  rozciął 

kopertę  nożem  do  papieru.  W  środku  znalazł  trzy  strony  papieru  firmowego  z  nagłówkiem 

background image

„Goodwinter & Goodwinter" ciasno zapisane pismem maszynowym z pojedynczą spacją. List 

datowany był na dwa dni wcześniej, a w podpisie Qwilleran rozpoznał charakterystyczne „e" i 

„r". 

Czytając  list,  pomyślał,  że  miała  rację,  powinna  zostać  pisarką.  Mogłaby  tworzyć 

gotyckie romanse. 

Drogi Qwillu, 

jeśli  skompromitowałam  się  wczoraj  wieczorem,  to  proszę  Cię,  bądź  wyrozumiały  i 

błagam,  zechciej  przeczytać  ten  list,  nie  szczędząc  wyrozumiałości  tudzież  sympatii,  jaką 

okazałeś mi podczas moich odwiedzin. 

Pisząc  te  słowa,  jestem  zdrowa  na  umyśle  -  i  zapewniam,  jak  najzupełniej  trzeźwa. 

Jestem  też  rozgoryczona  i  skruszona  -  po  równi.  Wciąż  pozostaję  przy  życiu,  lecz  gdy 

otrzymasz ten list, mnie już  nie będzie. Poleciłam pani  Fulgrove, by nadała  go pocztą, jeśli 

przydarzy  mi  się  jakieś  nagłe  nieszczęście.  Jest  jedyną  osobą,  której  mogę  zaufać  i  mieć 

pewność, że wypełni moją wolę. Jeśli w tej chwili jestem spokojna i wyrażam się rzeczowo, to 

jedynie  dlatego,  że  ze  wszystkich  sił  staram  się  Ciebie  naśladować.  Darzę  Cię  bowiem,  i 

zawsze darzyłam, ogromnym podziwem. 

Spisując te bolesne wyznania,  mogę tylko mieć  nadzieję, że pozostajesz nadal  wśród 

żywych i możesz je przeczytać. W przeciwnym razie mieszkańców Moose County spotkałaby 

dotkliwa  strata.  Jeśli  zdołam  ocalić  twoje  życie  i  zapobiec  temu  -  rzucając  oskarżenie  na 

pewne osoby - będzie to niejakim zadośćuczynieniem za moje występki. 

Jak zacząć? 

Zawsze  kochałam  mojego  brata  uczuciem  zbyt  silnym  i  bezrozumnym.  Nawet  jako 

dziecko  byłam  w  nim  zadurzona  i  zazdrosna  o  niego,  wciąż  domagając  się  atencji  z  jego 

strony,  i  wpadałam  we  wściekłość,  jeśli  uwagę  swą  poświęcał  komuś  lub  czemuś  innemu. 

Nawet gdy ja poszłam do prywatnego liceum, a on do szkoły z internatem, wszystkie weekendy 

spędzaliśmy razem. 

Kiedy ojciec zwrócił się do mnie z usilną prośbą, bym z myślą o Aleksie podjęła studia 

prawnicze,  bez  wahania  odłożyłam  do  szuflady  moje  ambicje  literackie.  Mój  dziadek  był 

sędzią  okręgowym,  mój  ojciec  -  wybitnym  prawnikiem  szanowanym  w  całym  stanie.  Wolą 

mojego  ojca  było,  by  Alex  podtrzymał  rodzinną  tradycję.  Niestety  wkrótce  okazało  się,  że 

jedyny  syn  i  spadkobierca  ma  zadatki  na  co  najwyżej  trzeciorzędnego  prawnika.  Tak  więc 

wybór  padł  na  mnie,  moim  zadaniem  stało  się,  by  zrekompensować  braki  wynikające  z 

background image

niedostatecznych  uzdolnień  mojego  brata  i  podtrzymać  reputację  Goodwinterów  na  niwie 

prawniczej. 

Nigdy nie żałowałam mojej decyzji, bo oznaczało to, że Alex i ja stale będziemy razem. 

Czekało  mnie  jednak  brutalne  przebudzenie,  a  miało  ono  miejsce  pięć  lat  temu,  kiedy 

odkryłam,  że  Alex  ma  romans  z  naszą  pokojówką.  Wbił  mi  nóż  w  serce!  Nie  tylko  zdradził 

mnie,  ale  i  powiązał  się  z  prymitywną  istotą,  dziewuchą  należącą  do  plemienia  Muli. 

Natychmiast wymówiłam jej pracę. 

Jednak najgorsze było dopiero przede mną. Okazało się, że zaszła w ciążę i spodziewa 

się wyjść za swojego „Sandy’ego", jak ośmielała się go nazywać. Na krótką chwilę ogarnęła 

mnie panika, ale wzięłam się w garść i wymyśliłam konstruktywne rozwiązanie. Postanowiłam 

wysłać ją  z miasta, żeby przerwała ciążę, i  dać  pieniądze, żeby mogła osiedlić się w innym 

stanie. 

Ale  nic  z  tego!  Jej  matka,  kobieta  nader  wątpliwej  reputacji,  podburzyła  ją, 

namawiając,  by  nie  zgodziła  się  na  aborcję,  a  zamiast  tego  wszczęła  proces  o  uznanie 

ojcostwa. Mój Boże! Co za hańba dla naszej rodziny! Arogancja obu tych kobiet przyprawiła 

mnie  o  wściekłość.  W  desperacji  zwróciłam  się  do  jednego  z  kolegów  szkolnych  Aleksa, 

zapewniając sobie jego wsparcie. 

Pozwól,  że  Ci  wyjaśnię:  gdy  Alex  i  ja  byliśmy  bardzo  młodzi,  nasz  ojciec  uparł  się, 

żebyśmy  oboje  uczęszczali  do  publicznej  szkoły  w  Pickax,  spodziewając  się,  że  to  jakże 

demokratyczne posunięcie ukształtuje  we właściwy sposób  nasze charaktery. Tymczasem po 

prostu staliśmy się obiektem prześladowań żywiących do nas serdeczną nienawiść zawistnych 

dzieci  z  klasy  średniej.  Dzięki  memu  sprytowi  radziłam  sobie  całkiem  nieźle,  lecz  Alex  był 

słaby, stanowił zbyt łatwy cel dla ich okrucieństwa. 

Za  moje  własne  kieszonkowe  pieniądze  najęłam  szkolnego  osiłka,  by  chronił  Aleksa 

przed  jego  prześladowcami.  Pełnił  tę funkcję  obrońcy  i  mściciela  aż  do momentu,  gdy  nasz 

ojciec uznał za stosowne wysłać nas do lepszych szkół na Wschodzie. 

Pięć  lat  temu,  gdy  znów  znaleźliśmy  się  w  kłopotach,  udałam  się  do  tego  samego 

człowieka. Miał namówić tę Muli, żeby zgodziła się na aborcję i na zawsze opuściła miasto, 

rzecz  jasna  w  zamian  za  szczodrą  finansową  rekompensatę.  Aby  nie  można  było  zbyt  łatwo 

ustalić  źródła  wpłat,  umówiliśmy  się,  że  gotówka  będzie  regularnie  przekazywana  przez 

naszego  pośrednika,  który  pobrawszy  swą  prowizję,  resztę  pieniędzy  oddawać  będzie 

dziewczynie.  Ten  wybieg  był  moim  pomysłem:  jakże  byłam  z  siebie  dumna  i  przekonana  o 

własnej przebiegłości. Okazało się tymczasem, że byłam nieskończenie naiwna. 

background image

Tego  dnia,  gdy  dziewczyna  znikła,  w  kopalni  Three  Pines  Mine  nastąpiło  tąpnięcie. 

Zaraz  potem  ten  zdemoralizowany  do  szpiku  kości,  obmierzły  człowiek  oznajmił  nam  z 

przechwałką  w  głosie,  że  dziewczyna  spoczywa  tysiąc  stóp  pod  powierzchnią  ziemi  i  nie 

będzie  już  sprawiać  kłopotów.  Podkreślił  też  przy  okazji,  że  tym  samym  staliśmy  się 

wspólnikami zbrodni. 

Niestety,  stało  się!  Żadne  wyrzuty  sumienia  nie  zdołałyby  cofnąć  biegu  wydarzeń. 

Pozostawało nam tylko za wszelką cenę uniknąć skandalu. Płaciliśmy więc regularnie, coraz 

więcej  wraz  ze  wzrostem  inflacji  i  chciwości  tego  człowieka.  Przynajmniej  jednak  Alex  i  ja 

czuliśmy się bezpiecznie, no i mieliśmy siebie. 

A potem, ku memu przerażeniu, na scenie pojawiłeś się Ty i zacząłeś zadawać pytania 

o  pokojówkę,  która  znikła  -  choć  nadal  nie  mogę  się  domyślić,  skąd  wzięły  się  Twoje 

podejrzenia. Nie mogło ujść naszej uwadze, że rozmawiasz na ten temat z różnymi osobami i 

wypytujesz potencjalnych świadków. 

Dwaj mężczyźni uzgodnili między sobą, że świadków należy uciszyć raz na zawsze, na 

co zgodziłam się, choć niechętnie. Co innego mogłam zrobić? Kiedy jednak zaczęli rozważać, 

w  jaki  sposób  ukrócić  Twoje  wtrącanie  się  w  tę  sprawę,  ogarnęło  mnie  przerażenie! 

Przypomniałam  im,  że  Twoja  śmierć  oznaczałaby  dla  Moose  County  utratę  miliardów 

dolarów. Jednak moje argumenty nic nie wskórały. Chodziło im tylko o to, by ocalić własną 

skórę. 

Podejrzewałeś,  że  ktoś  czyha  na  twoje  życie,  i  miałeś  rację.  Myliłeś  się  tylko  co  do 

tożsamości spiskowców. Teraz znasz prawdę. 

Przez  pięć  lat  żyłam  w  cieniu  poczucia  winy  i  lęku.  Mogłam  to  znieść  wyłącznie 

dlatego, że tym sposobem udało się ocalić moją rodzinę przed niewiarygodnym skandalem - i 

dlatego, że miałam miłość Aleksa. 

Nagle  któregoś  dnia  oznajmił  mi  straszliwą  wiadomość:  zamierza  sprowadzić  do 

Pickax „bardzo utalentowaną" młodą prawniczkę, uczynić z niej wspólniczkę w kancelarii i -. 

to był właśnie ów druzgocący cios - swoją żonę! 

To  było  ponad  moje  siły.  W  jednej  chwili  przekreślił  całe  moje  życie,  a  wszystkie 

poświęcenia  stały  się  daremne.  Byłam  współwinna  ohydnej  zbrodni,  a  jaka  czekała  mnie 

nagroda  za  moje  oddanie?  Miałam  zostać  odsunięta  na  bok,  wyrzucona  niczym  zużyty 

łachman, którego należy się pozbyć, gdy już spełni swoją funkcję... 

Co  miałam  począć?  Powstrzymać  go  mogłam  w  tylko  jeden  sposób.  W  desperacji 

zagroziłam  Aleksowi,  że  wyjawię  jego  udział  w  trzech  morderstwach.  Jednak  gdy  tylko 

wypowiedziałam te słowa, od razu zdałam sobie sprawę, że popełniłam zgubny dla mnie błąd. 

background image

Mój Boże! Jaka nienawiść pojawiła się w oczach mojego rodzonego brata! Jak mam opisać 

wściekłość i gniew, jakie wykrzywiły jego rysy - tę twarz, której uroda zawsze budziła we mnie 

bezbrzeżny zachwyt! 

Wybacz, bo może popadam w melodramat, ale lękam się teraz o moje życie. Obawiam 

się,  że  każdy  z  moich  dni  może  być  ostatnim.  Kula  z  tej  samej  strzelby,  która  położyła  kres 

życiu  owej  dziewczynie  na  farmie,  będzie  szybka  i  litościwa;  może  jednak  wymyślą  coś,  by 

upozorować wypadek albo samobójstwo. 

Jakkolwiek  by  się  stało,  pani  Fulgrove  wyśle  ten  list;  za  Twoim  przykładem 

przygotowałam też pisma dla prokuratury i dla mediów, podając w nich nazwiska oprawcy, 

który zamordował ciężarną dziewczynę, grzebiąc ją żywcem w starej kopalni; który otruł jej 

matkę  podczas  przyjacielskiej  pogawędki  przy  whiskey;  który  jednym  celnym  strzałem  zabił 

dziewczynę prowadzącą traktor. 

Dopóki  ci  dwaj  nie  zostaną  pojmani  i  postawieni  przed  sądem,  grozi  Ci 

niebezpieczeństwo, a przy tym stawką jest przyszłość całego Moose County. 

Twoja w dobrej wierze Penelope Goodwinter 

background image

 

Rozdział szesnasty 

Wybuch  bomby  i  wystrzał  z  działa  były  tak  głośne,  że  Qwilleran  aż  obudził  się  ze 

swojego snu o trzeciej wojnie światowej. Zamrugał oczami, żeby powrócić do rzeczywistości. 

Kolejny huk! Czy to jeszcze resztki snu, czy ktoś walił do drzwi jego sypialni? 

Bum!  Qwilleran  wygramolił  się  z  łóżka  i  poczłapał  do  drzwi,  wciąż  jeszcze  bardzo 

zaspany.  Zatrzymał  się,  nasłuchiwał  przez  chwilę,  sięgnął  ostrożnie  do  klamki  i  nagłym 

ruchem otworzył. Do pokoju wpadł kot. 

A więc to Koko! Musiał rzucać się całym ciężarem ciała na zamknięte drzwi, usiłując 

je  wybić.  Teraz,  z  głośnym  miauczeniem,  niemal  przeradzającym  się  w  krzyk,  pobiegł  ku 

schodom. 

Qwilleran,  nie  zatrzymując  się,  by  włożyć  kapcie  czy  szlafrok  lub  zapalić  światło, 

podążał za nim najprędzej, jak tylko mógł. Tymczasem kot biegł przed siebie, potem na dół 

po schodach, gdzie na chwilę cofnął się, wydając głośny okrzyk, a potem znów popędził na 

dół - jednym płynnym ruchem. 

W  domu  panowała  ciemność,  tylko  przez  okna  wpadało  słabe  światło  z  Circle. 

Qwilleran przeszedł ostrożnie na tył domu, dokąd zaprowadził go Koko  - teraz poruszający 

się już zupełnie bezgłośnie. Gdy Qwilleran znalazł  się na wysokości  biblioteki,  usłyszał,  że 

ktoś otwiera zamek w drzwiach kuchennych, a potem same drzwi. Zobaczył potężną, czarną 

sylwetkę poruszającą się ostrożnie po hallu wejściowym. Qwilleran schował się za niemiecką 

szafą z Pensylwanii, a w następnej chwili ujrzał nad swoją głową białą poświatę: włamywacz 

zapalił latarkę. 

Nie  zwracając  uwagi  na  zimną  kamienną  podłogę  pod  stopami,  a  za  to  rozmyślając 

gorączkowo  o  kijach  bejsbolowych  i  łomach,  Qwilleran  obserwował  intruza,  który  minął 

schowek na miotły, zawahał się przez chwilę przy drzwiach kuchennych, a potem wszedł do 

obszernej  kwadratowej  sieni  służbowej,  gdzie  stał  Schrank.  Wszystko  to  odbywało  się 

zupełnie  bezgłośnie.  Qwilleran  słyszał  bicie  własnego  serca.  Koko  znajdował  się  gdzieś  na 

górze,  przycupnięty  między  dwoma  wielkimi,  rzadkimi  i  bardzo  cennymi  wazonami  z 

majoliki. 

Gdy ciemna sylwetka zbliżyła się, Qwilleran ujął oparcie antycznego krzesła, ale było 

rozchwiane od starości i z pewnością rozsypałoby się, gdyby posłużyć się nim jako namiastką 

broni. Właśnie wtedy ze szczytu szafy dobiegło go ledwo dosłyszalne skrzeknięcie: „arrrd"; 

background image

przypomniał sobie o oskardzie leżącym w bibliotece. Dał nura w ciemność, żeby go odnaleźć. 

Nie miał ani sekundy do stracenia! 

Zacisnął  dłoń  na  solidnej  rękojeści,  gdy  nagle  ciszę  przerwał  głośny  łoskot,  brzęk, 

krzyk  i  głuchy  łomot  -  a  potem  trzask  wielkiego  wazonu  rozbijającego  się  o  kamienną 

podłogę. Qwilleran skoczył do przodu ze wzniesionym oskardem, krzycząc głośno. Zatrzymał 

się nad postacią, która leżała teraz bez ruchu. 

Krzycząc i piszcząc, pani Cobb zbiegła na dół, pomieszczenie zalało światło. 

- Niech pani dzwoni na policję - wrzasnął Qwilleran - zanim rozwalę mu łeb! 

Mężczyzna  jęczał  z  bólu,  jedno  jego  ramię  wygięte  było  pod  groteskowo 

nienaturalnym kątem, a stopa ugrzęzła w kociej toalecie, z której wysypał się żwirek. Wokół 

leżały rozrzucone majolikowe skorupy, a Koko obwąchiwał kieszeń starej wojskowej kurtki 

intruza. 

- Koko nigdy nie przestanie mnie zadziwiać - powiedział Qwilleran do Melindy, gdy 

jedli tego wieczora razem kolację. - Wiedział, że ktoś się włamie, i to z wystarczająco dużym 

wyprzedzeniem, żeby zdążyć pobiec na górę i mnie obudzić. Rzucał się z całej siły o moje 

drzwi, aż dziw, że nie połamał sobie przy tym wszystkich kości. Natomiast fantastyczne jest 

to, że popchnął swoją kuwetę dokładnie tam, gdzie ten facet po prostu musiał w nią wdepnąć. 

Majolikowy wazon to mała cena w porównaniu z jego bohaterstwem. 

Umówili się na kolację w nowej restauracji Lanspeaków zwanej „Stefania". Qwilleran 

przyszedł  po  Melindę  do  domu  ojca  na  Goodwinter  Boulevard.  Przebierała  się  właśnie  po 

ciężkim  dniu  spędzonym  w  klinice  na  robieniu  zastrzyków  przeciwalergicznych  i 

opatrywaniu potłuczonych zawodników Małej Ligi. W drzwiach powitał go doktor Halifax. 

-  Znów  ledwo  uszedłeś  z  życiem,  Qwill.  Masz  szczęście.  Znaleźli  przy  nim  te  same 

igły i morfinę, które niedawno ukradziono z mojego gabinetu. 

- W jakim jest stanie? 

- Ma skomplikowane złamanie i przemieszczony bark. Sporo waży, więc zwalił się na 

twoją kamienną podłogę jak tona cegieł. Oczywiście został aresztowany i złamana ręka jest w 

jego sytuacji najmniejszym z kłopotów. 

Qwilleran  z  Melindą  udali  się  do  restauracji  na  piechotę,  znajdowała  się  w  starej 

kamiennej rezydencji przekształconej na cele handlowe. 

- Lanspeakowie nazwali ten lokal imieniem swojej krowy - wyjaśniła Melinda - a całe 

wnętrze zostało udekorowane według klucza mleczarnianego: kolor biały jak mleko, beżowy 

jak siano i żółty jak masło. Specjalnością restauracji jest obsługa klientów. 

Qwilleran jęknął. 

background image

- To miasto potrzebuje lokalu, który specjalizowałby się w dobrym jedzeniu. 

Powitała ich młoda hostessa. 

- Nazywam się Vicki, a moim zadaniem jest sprawić, abyście państwo poczuli się jak 

u siebie w domu. Za chwilę zajmie się państwem nasz kelner, który ma na imię Matthew, i 

zrobi wszystko, żeby państwa wizyta w naszym lokalu dostarczyła państwu satysfakcji. 

Natychmiast pojawił się jakiś młody człowiek. 

- Nazywam się Matthew. Jestem państwa kelnerem, do usług. 

- Mam na imię Jim - odparł Qwilleran - i jestem państwa klientem, bardzo głodnym. 

Ta pani ma na imię Melinda. Jest moim gościem i też jest głodna. 

-  Oraz  spragniona  -  dodała  Melinda.  -  Dobra,  Qwill,  opowiedz  mi  wszystko  o  tym 

wczorajszym włamaniu. Jak Birch dostał się do domu? 

-  Jest  zręcznym  rzemieślnikiem,  więc  kiedy  instalował  nowy  zamek  w  drzwiach 

kuchennych,  dorobił  sobie  klucz.  Najwyraźniej  czekał  na  bezksiężycową  noc,  a  właśnie 

wczoraj  niebo  zasnuło  się  chmurami  -  i  przyszedł  do  domu  przez  sad,  który  jest  na  tyłach. 

Swoją  półciężarówkę  ukrył  w  starej  szopie.  Przypuszczam,  że  zamierzał  zawieźć  mnie  do 

którejś ze starych kopalń i wrzucić do szybu. 

- Kochanie, przecież to straszne! 

-  Przyjrzałem  się  dziś  rano  jego  półciężarówce.  To  ten  sam  terenowy  wóz,  którym 

próbował  mnie  rozjechać  na  Ittibittiwassee  Road.  Rozpoznałem  tę  wielką,  zardzewiałą, 

wyszczerzoną  kratę  ze  snu.  Można  też  się  domyślać,  że  to  Birch  zaprawił  whisky  Penelope 

jakimś  paskudztwem  i  zaniósł  nieprzytomną  do  garażu,  podczas  gdy  Alex  zadbał  o  swoje 

alibi, przesiadując całą noc w klubie. 

Matthew pojawił się z szampanem dla Melindy i wodą mineralną dla Qwiłlerana. 

- Oto państwa wiaderko do szampana - oznajmił - a to państwa schłodzone szklanki. 

- Poprosilibyśmy też o przekąskę - zwrócił się do niego Qwilleran. - Proszę przynieść 

trochę porte de caneton. 

- To coś w rodzaju klopsów zrobionych ze zmielonej kaczki - wyjaśnił skwapliwie ich 

kelner. 

- Dziękujemy panu, Matthew. Brzmi bardzo apetycznie. 

Melinda  uniosła  kieliszek  w  toaście,  gratulując  Qwilleranowi  wydobycia  na  jaw 

obrzydliwej zbrodni. 

Qwilleran wcale nie był sobą zachwycony. 

-  Obawiam  się,  że  kiedy  wszyscy  się  dowiedzą,  przede  wszystkim  wybuchnie 

paskudny skandal. 

background image

-  Domyślaliśmy  się  po  trosze,  jakiego  rodzaju  związek  łączy  Penny  i  Aleksa  - 

stwierdziła Melinda - ale kto by przypuszczał, że zaprowadzi ich to aż do morderstwa? No i 

kto by się spodziewał, że Alex zdecyduje się zamordować własną siostrę? Przecież była mu 

potrzebna! Bez niej jego kariera rozwiałaby się jak puch. 

-  Już  nie.  Znalazł  sobie  nową  utalentowaną  partnerkę,  w  dodatku  dysponującą 

koneksjami  w  Waszyngtonie.  Penelope  stała  się  zagrożeniem.  Wiedziała  zbyt  wiele  i  była 

zbyt inteligentna. 

Melinda wpatrywała się w Qwilłerana zielonymi oczyma pełnymi podziwu. 

-  Nikomu  nie  przyszło  do  głowy,  by  zastanowić  się  nad  zagadką  zaginięcia  Daisy, 

póki się tu nie pojawiłeś, kochanie. 

-  To  także  nie  moja  zasługa.  Wszystkie  tropy  wyniuchał  Koko.  Kilka  dni  temu 

wygrzebał  z  papierów  na  moim  biurku  notkę  z  podziękowaniami  napisaną  przez  Penelope. 

Porównałem ten liścik i kartkę pocztową z Maryland. Starała się zmienić charakter pisma, ale 

pewne  indywidualne  cechy  w  kształcie  niektórych  liter  ją  zdradziły.  Pewnie  kartkę  wysłał 

Alex podczas jednej ze swoich wypraw do Waszyngtonu. 

-  Biedny,  zarozumiały  Alex  -  zamyśliła  się  Melinda.  -  Aż  strach  pomyśleć,  co  go 

czeka podczas procesu - to znaczy, jaki to będzie cios dla mojego kuzyna. Słyszałam od taty, 

że po dzisiejszym przesłuchaniu u prokuratora trząsł się jak osika. 

- Birch i Alex wykonali całą brudną robotę, ale prawdopodobnie wszystko obmyśliła 

Penelope. Kiedy zacząłem rozpytywać o Daisy, Birch, który dotąd ociągał się, jak tylko mógł, 

natychmiast stawił się u mnie do pracy. Myślałem, że to dzięki kuchni pani Cobb okazał się 

taki  sumienny,  tymczasem  teraz  jestem  przekonany,  że  Penelope  najęła  go,  żeby  nas 

szpiegował. Dzięki temu wiedział, że rozmawiałem z Tiffany Trotter i zamierzałem spotkać 

się z Delią Muli. Chyba tylko te dwie osoby wiedziały, kim był ów uwielbiany przez Daisy 

„Sandy". 

- Czy ani przez chwilę przedtem nie podejrzewałeś Penelope? 

- No cóż, co prawda zmieniała temat za każdym razem, gdy wspominałem o Daisy, ale 

sądziłem,  że  to  przez  snobizm,  że  w  jej  mniemaniu  rozmowa  na  temat  służby  jest  czymś 

uwłaczającym. Przyznaję jednak, że nie byłem w stanie pojąć, dlaczego tak uparcie odrzucała 

wszystkie moje zaproszenia na lunche i kolacje. 

- To akurat żadna tajemnica - zaśmiała się Melinda. - Powiedziałam jej, żeby trzymała 

się od ciebie z daleka, bo w przeciwnym razie rozpuszczę o niej paskudne plotki. 

- Melindo, ty wstrętny zielonooki potworze. 

- Wszyscy Goodwinterowie mają podłe skłonności, mamy to w genach. 

background image

Po przestudiowaniu jadłospisu zamówili pstrąga amandine. 

- To jest pstrąg z migdałami - wyjaśnił usłużnie ich kelner. 

- Doskonale. Do tego szparagi. 

- Szparagi są dodatkowo płatne - ostrzegł Matthew. 

W oczekiwaniu na danie główne dalej gawędzili o niedawnych wydarzeniach. 

- A więc - stwierdziła Melinda - myliłeś się co do tych gości z New Jersey. Nie było 

żadnego  złowrogiego  spisku  mającego  na  celu  wyeliminowanie  twojej  osoby  i  zagarnięcie 

spadku. 

Rozłożył bezradnie ręce. 

-  Tak  to  jest,  kiedy  sam  wyciągam  wnioski,  zamiast  starać  się  zrozumieć,  co  Koko 

usiłuje  mi  przekazać.  Wiesz,  ten  kot  składa  się  z  pięciu  kilogramów  kości  i  muskułów 

pokrytych futerkiem, ma wąsy, długi ogon i wilgotny nosek, ale jest o wiele mądrzejszy ode 

mnie. Jeszcze zanim odwiedził mieszkanie Daisy, już wiedział, że coś tu nie gra. Wiedział, że 

pożegnalny  list  Penelope  przyjdzie  pocztą.  Wiedział,  że  Birch  włamie  się  do  mojego  domu 

zeszłej nocy. 

- Koty mają szósty zmysł. 

- Szósty? Ja bym powiedział, że Koko ma co najmniej szesnaście zmysłów! 

- Szkoda, że nie umie mówić. 

-  Ależ  umie,  umie.  Problem  polega  na  tym,  że  nie  zawsze  jestem  dość  inteligentny, 

żeby go zrozumieć. Powiem ci coś, Melindo. Kiedy wbiłem sobie do głowy, że cały stan New 

Jersey chce mnie wykończyć, Koko był wyraźnie zdegustowany, unikał mnie przez dobrych 

kilka  dni.  W  którymś  momencie  pozrzucał  książki  z  półki  w  bibliotece,  a  ja  na  niego 

nakrzyczałem.  Wiesz,  co  to  były  za  książki?  Długi  poemat  zatytułowany  Sądny  dzień 

napisany  przez  siedemnastowiecznego  szkockiego  poetę,  który  nazywał  się  William 

Alexander! 

Podano przystawki. 

-  Oto  państwa  pstrąg  amandine  i  szparagi  na  podgrzanych  talerzach  -  zaanonsował 

Matthew. 

Qwilleran przyglądał się warzywom z niedowierzaniem. 

- Przecież to nie są szparagi, tylko brokuły. 

-  O,  przepraszam.  Już  zabieram  -  Matthew  odniósł  talerze  do  kuchni,  ale  niemal 

natychmiast z nimi powrócił. - Szef kuchni mówi, że to są szparagi. 

Posilali się więc pstrągiem i brokułami w milczeniu. Po chwili odezwał się Qwilleran: 

background image

-  Gdyby  Koko  nie  wpadł  na  trop  tej  historii  z  Daisy  i  gdybym  nie  zaczął  węszyć, 

Penelope, Tiffany i Della żyłyby do dziś. 

- A morderca pozostawałby na wolności - przypomniała mu Melinda. 

- Reputacja Goodwinterów pozostałaby nieskalana, a Alexander mógłby kandydować 

do Kongresu. Ożeniłby się z Ilyą Smfską i spłodził kolejne pokolenie supersnobów 

- A morderca i jego wspólnicy żyliby długo i szczęśliwie. 

-  Penelope  w  końcu  pogodziłaby  się  z  losem  -  dodał  Qwilleran  -  a  Alexander  dalej 

fundowałby Birchowi łodzie rybackie i motocykle, ale stać by go było na to. 

-  I  nikogo  by  nie  obchodziło,  że  ciało  Daisy  spoczywa  gdzieś  na  dnie  szybu  Three 

Pines - uzupełniła Melinda. 

Po  sałacie  podanej  na  schłodzonych  talerzach  i  zjedzonej  za  pomocą  schłodzonych 

widelców  oraz  po  winogronach  ribier  z  domowym  serem  i  kawie  ze  śmietanką  autorstwa 

„Stefanii" Qwilleran odprowadził Melindę do domu ojca. 

Doktor Halifax powitał ich w drzwiach. 

- Przygotujcie się na wstrząsającą wiadomość - oznajmił. - Akurat powiedzieli o tym 

przez  radio.  Pięćdziesiąt  mil  na  południe  od  lotniska  rozbił  się  prywatny  samolot,  właśnie 

zidentyfikowano pilota. 

- Alexander... - stwierdził półgłosem Qwilleran spod nastroszonych wąsów. 

W  rezydencji  powitały  go  rozbrykane  syjamczyki.  Koko  wiedział,  że  czas  na 

wieczorny obchód domu, i poprowadził go do oranżerii. 

-  Zagadka  rozwiązana  -  powiedział  mu  Qwilleran  -  ale  chciałbym  wiedzieć,  jaki  był 

prawdziwy  powód  tego,  że  robiłeś  przemeblowanie  w  kuchni.  Czy  chciałeś  przez  to 

powiedzieć, że te zimne kamienie trzeba pokryć dywanem? 

Gdy  pozamykał  wszystkie  okna,  Koko  pomaszerował  przed  nim  do  pokoju 

śniadaniowego.  Qwilleran  dokonał  przeglądu  figurynek  ze  Staffordshire  oraz  niemieckich 

kufli pułkowych, natomiast kot - okruszków leżących pod stołem. 

-  Powiedz mi  -  spytał  go Qwilleran  -  czy kiedy  znalazłem dziennik Daisy, po prostu 

polowałeś  na  muchę?  A  jeśli  tak,  to  jak  się  stało,  że  dotknąłeś  pazurami  akurat  inicjałów 

Sandyego Goodwintera? 

Następnie  Koko  zaprowadził  go  do  biblioteki,  gdzie  wypróbował  pazury  na 

oprawionej w skórę Fizjologii smaku. W sali jadalnej obwąchał rzeźbione króliki i bażanty na 

drzwiach kredensu. Potem powędrował do salonu, idąc zygzakiem przez dywan z Aubusson, 

by  przypadkiem  nie  stąpnąć  na  którąś  z  róż  tworzących  na  nim  wzór.  Qwilleran  dokonał 

oględzin brązów i porcelany, tymczasem Koko podszedł do starego fortepianu. 

background image

Wskoczył  leciutko  na  pokryty  tapicerką  stołek,  wyciągnął  niepewnie  prawą  łapkę  w 

stronę  klawiatury,  a  potem  ją  cofnął.  Następnie  sięgnął  lewą  łapą  i  oparł  ją  stanowczo 

najpierw  na  G,  a  potem  na  C.  Dźwięk  klawiszy  wyraźnie  mu  się  podobał.  Teraz  już  bez 

wahania prawą łapą odegrał D i finalne E. 

Qwilleran pokręcił głową. 

- Nikt by w to nie uwierzył! 

Zgasił światło i ruszył do kuchni, nucąc pod nosem melodyjkę, którą zaserwował mu 

Koko: How Dry I Am - „Taki jestem spragniony"... 

Yum  Yum  spała  na  swej  błękitnej  poduszce;  Qwilleran  pogładził  jej  futerko,  nim 

otworzył lodówkę. Nalał do spodeczka soku z białych winogron, postawił go na podłodze i 

przyglądał się, jak Koko chłepce ulubiony napój, migając różowym języczkiem z prędkością 

światła, a jego ogon pręży się w ekstazie. 

- Nigdy nie zdołam zgłębić wszystkich twoich sekretów - przyznał Qwilleran. - Jesteś 

stuprocentowym kotem, a jednak potrafisz wydobyć na światło dzienne wprost niewiarygodne 

sekrety.  Od  razu  byłeś  zafascynowany  Penelope,  i  to  nie  tylko  z  powodu  jej  francuskich 

perfum. Przecież nocą narobiłeś wrzasku właśnie w godzinie jej śmierci. 

Koko ze spodeczka wylizał resztki soku i zabrał się do mycia. 

- Czy wiedziałeś, że zostanie zamordowana? 

Koko przerwał toaletę, by rzucić mu przenikliwe spojrzenie. Qwilleran uderzył się w 

czoło. Dopiero teraz zrozumiał! 

-  Jasne!  To  nie  było  zabójstwo  upozorowane  na  samobójstwo.  Wrobiła  ich!  To  było 

samobójstwo, które miało wyglądać jak morderstwo! 

Koko znów zajął się swoim futrem, szczególnie starannie myjąc się za uszami, między 

palcami łapek oraz poświęcając wiele uwagi długiemu, brązowemu ogonowi.