background image

Kot

 

który 

rozmawiał z 

duchami

 

Lilian Jackson Braun 

GTW

 

background image

tom 10. 

Kot, który rozmawiał z 

duchami 

Przełożyła 

Anna Gren 

 

 

background image

 

Tytuł oryginalny serii: The Cat Who... Series! 

 

Tytuł oryginału: The Cat Who Talked To Ghosts 

Tłumaczenie z oryginału: Anna Gren 

Projekt okładki: Aleksandra Mikulska 

Korekta: Maciej Korbasiński 

Skład: Elipsa Sp. z o.o. 

 

Copyright © 1966 by Lilian Jackson Braun 

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. 

 

ISBN 978-83-61226-50-5 

Elipsa Sp. z o.o. 

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37 

tel./fax +48 (22) 833 38 22 

 

Printed in EU 

INFORMACJE (0 22) 624 16 07

 

(od pn. do pt. w godz. 9.00-17.00)

 

background image

Rozdział pierwszy 

Jim  Qwilleran  jest  teraz  bogatym  człowiekiem.  Ściśle  rzecz  biorąc,  jest  najbogatszym 

obywatelem Moose County. Okręg ten, jak powszechnie wiadomo, znajduje się czterysta mil 

na północ od Wszelkich zamieszkanych terenów. Jest on odizolowanym skalistym zakątkiem 

położonym  w  bezpiecznej  odległości  od  zbrodni,  korków  ulicznych  i  zanieczyszczeń 

powietrza, występujących na gęsto zaludnionych terenach na południe od okręgu. Tubylcy z 

szowinistyczną pogardą patrzą na mieszczuchów, a ich ojczyznę nazywają Nizinami. 

Zanim  Qwilleran  odziedziczył  swój  wielki  majątek,  pracował  na  Nizinach  jako 

dziennikarz.  Przez  dwadzieścia  pięć  lat  jego  teksty  na  temat  świeżo  popełnionych  zbrodni 

pojawiały  się  w  rubrykach  kryminalnych  najważniejszych  dzienników.  Miliony  ludzi  znały 

jego nazwisko (pisane w sposób nietypowy przez „Qw”) i fotografię (tu zwracały uwagę jego 

bujne wąsy). Aż wreszcie, w niełatwym okresie życia, po pięćdziesiątce, odziedziczył fortunę 

Klingenschoenów, przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Moose County. 

Obecnie  żyje  skromnie  w  Pickax  City,  stolicy  okręgu  (trzy  tysiące  mieszkańców), 

dzieląc niewielkie mieszkanko z dwoma syjamskimi kotami. Chociaż należy do niego połowa 

Moose  County  i  spora  część  New  Jersey,  pisuje  felietony  w  lokalnej  gazecie,  jeździ 

małolitrażowym  samochodem  i  spotyka  się  z  pracownicą  miejscowej  biblioteki.  W  Pickax 

można  często  spotkać  wysokiego,  silnie  zbudowanego  mężczyznę  z  wydatnym  wąsem. 

Czasem  jeździ  na  rowerze,  czasem  je  obiad  w  restauracji  albo  odwiedza  księgarnię  z 

używanymi  książkami.  Nadal  dużo  czyta.  Chociaż  zatroskane  oczy  oraz  opadające  wąsy 

nadają jego obliczu wyraz smutku, trzeba stwierdzić, że Qwilleran jest zadowolony z życia. 

Nic  dziwnego,  że  interesuje  się  przestępstwami.  Tkwią  w  nim  przecież  tak 

charakterystyczne  dla  dziennikarzy:  naturalna  ciekawość  świata  i  cynizm.  Potrafi  wyczuć 

zbrodnię, dokładnie tak samo jak kot umie wywęszyć mysz. W ostatnim czasie nie dawały mu 

spokoju podejrzenia, dotyczące incydentu, który wszyscy uznali za wypadek. O początku tej 

historii najlepiej opowie sam Qwilleran. Oto słowa, które dziennikarz zarejestrował na taśmie 

magnetofonowej  wkrótce  po  tym,  gdy  w  środku  nocy  musiał  wyruszyć  do  North  Middle 

Hummock: 

background image

Czułem, że telefon zaraz zadzwoni. Wiedziałem o tym całe dziesięć sekund wcześniej. 

Wiedziałem, zanim jeszcze jego dźwięk przerwał pierwszy akt Otella. Był niedzielny wieczór 

na początku października. Siedziałem ubrany w pidżamę i spokojnie słuchałem opery. Kasetę 

z  nagraniem  przywiozła  mi  z  Anglii  Polly  Duncan.  Koty  też  były  spokojne,  chociaż 

niekoniecznie  słuchały  muzyki.  Koko  siedział  dumnie  wyprostowany  na  stoliku  do  kawy  i 

lekko  się  kołysał.  Jego  skośne,  niebieskie  oczy  błyszczały.  Muzyka  operowa  wprawia  go 

zawsze  w  trans.  Yum  Yum  leżała  zwinięta  w  kłębek  na  moich  kolanach  z  łapkami 

przyciśniętymi  do  uszu. A  była  to  bez  wątpienia  kocia  ocena  muzyki  Verdiego.  Ja  sam  nie 

należę  do  wielkich  miłośników  opery,  ale  Polly  usiłuje  mnie  nawrócić.  Muszę  jednak 

przyznać, że Otello Verdiego to kawałek dobrej muzyki. 

Na operowej scenie właśnie rosło napięcie związane z wybuchem pijackiej burdy, gdy 

Yum  Yum  zesztywniała  i  podkurczyła  pazurki.  W  tej  samej  chwili  Koko  szeroko  otworzył 

oczy i zastrzygł uszami w kierunku telefonu. A w dziesięć sekund później rozległ się dźwięk 

dzwonka. 

Spojrzałem  na  zegarek.  Niewiele  osób  w  Pickax  ma  odwagę,  by  telefonować  po 

północy. 

- Słucham - powiedziałem ze złością, oczekując, że usłyszę pijacki głos, który pyta o 

Nadine, Doreen czy Chloreen, przekrzykując nocny gwar w barze. Telefonujący mógłby też 

zapytać krótko: „Chtomówwii?” W takim przypadku odpowiedziałbym z chłodną dystynkcją: 

„A do kogo szanowny pan dzwoni?” Wtedy on natychmiast odłożyłby słuchawkę, nawet nie 

próbując  przeklinać.  Ze  wszystkich  znanych  mi  krótkich  zwrotów  najskuteczniej  w  takich 

okolicznościach odstrasza rozmówcę pytanie zaczynające się od słów „A do kogo...?” 

Tym razem na linii nie było jednak żadnego bywalca barów. Głos, który usłyszałem, 

brzmiał tak, jakby należał do Iris Cobb. Chociaż, zamiast radości, brzmiała w nim teraz jakaś 

niepokojąca, łzawa nuta - Bardzo przepraszam, panie Q, że dzwonię tak późno. Ale strasznie 

jestem zdenerwowana. 

- Co panią martwi? - zapytałem szybko. 

- Słyszę jakieś dziwne hałasy - odpowiedziała, pochlipując. 

Pani Cobb mieszka samotnie na starej farmie, daleko na wsi, gdzie nieczęsto zdarzają 

się hałasy, a każdy najcichszy nawet  dźwięk brzmi szczególnie donośnie w nocy. W takich 

okolicznościach stukotanie i zgrzytanie pieca czy elektrycznej pompy może być co najmniej 

denerwujące,  a  obluzowana  okiennica  uderzająca  o  ścianę  budynku  może  doprowadzić  do 

szaleństwa. 

background image

- Czy ten dźwięk przypomina jakiś mechanizm albo kojarzy się z czymś obluzowanym 

na zewnątrz budynku? - zapytałem. 

- Nie, nie. To coś innego - powiedziała z roztargnieniem, jakby właśnie nadsłuchiwała. 

- Znowu to słyszę! 

- Jaki to dźwięk, pani Cobb? - zapytałem zaciekawiony. 

Zawahała się przez chwilę, a potem powiedziała nieśmiało: 

- To brzmi przerażająco. Jak głos z zaświatów. 

Jak  miałem  zareagować  na  takie  oświadczenie?  Pani  Cobb  zawsze  uważała,  że 

obecność ducha w starym domostwie to coś zabawnego. Ale tej nocy w jej głosie brzmiało 

prawdziwe przerażenie. 

- Czy może pani dokładnie opisać te odgłosy? 

- To brzmi jak stukanie w ściany... szczękanie... jęczenie... Czasem rozlega się krzyk. 

Przygładziłem  ręką  wąsy,  które  zwykle  jeżą  się  w  takich  jak  ten  momentach.  Był 

październik,  a  ludzie  w  Moose  County  lubią  świętować  Halloween  przez  cały  miesiąc.  Już 

teraz  na  każdym  frontowym  ganku  leżały  dynie,  a  białe  prześcieradła  duchów  wisiały  na 

drzewach. Może jacyś dowcipnisie zaczęli swoje figle wcześniej niż zwykle albo był to żart 

rozwydrzonych dzieciaków z pobliskiego Chipmunk. 

-  Powinna  pani  wezwać  policję  -  poradziłem  jej  spokojnie.  -  Może  im  pani 

powiedzieć, że ktoś podejrzany kręci się koło domu. 

-  Dzwoniłam  do  nich  przedwczoraj  -  odpowiedziała.  -  Ale  kiedy  szeryf  zjawił  się  u 

mnie, nic się nie działo. Byłam bardzo zakłopotana. 

-  Jak  długo  to  trwa?  To  znaczy  kiedy  po  raz  pierwszy  usłyszała  pani  te  dziwne 

odgłosy? 

- Mniej więcej dwa tygodnie temu. Na początku tylko coś stukało tu i ówdzie. Niezbyt 

głośno. 

Jej głos brzmiał teraz spokojniej. Pomyślałem, że najlepiej będzie z nią porozmawiać. 

Wygada się i opowie o swoich lękach. 

- Czy wspominała pani komuś o tym, co się dzieje? 

-  Tak...  Powiedziałam  o  tym  ludziom,  którzy  mieszkają  na  końcu  ulicy.  Ale  nie 

potraktowali sprawy poważnie. 

- A wspominała pani o tym Larry'emu albo panu Tibbittowi? 

- Jakoś nie miałam na to ochoty. 

- Dlaczego? 

background image

-  No  cóż,  panie  Q.  W  świetle  dnia,  gdy  słońce  świeci  i  tak  dalej,  głupio  mi  o  tym 

mówić. Nie chcę, żeby pomyśleli, że przeżywam załamanie nerwowe. 

Było to zupełnie zrozumiałe. 

- Uważam, że powinna pani zapalać światła w ogrodzie po zmroku. 

-  O  tak.  Zawsze  to  robię.  I  ciągle  wyglądam.  Ale  nic  tam  nie  ma.  Wydaje  się,  że  te 

odgłosy dochodzą z wnętrza domu. 

- Zgadzam się, że to wszystko wygląda zagadkowo - powiedziałem, starając się, by w 

moich  słowach  brzmiało  spokojne  zainteresowanie  i  chęć  niesienia  pomocy.  -  A  może 

wsiądzie pani do auta, pojedzie do Indian Village i spędzi noc z Susan? I nad tym wszystkim 

zastanowimy się rano. Na pewno znajdzie się jakieś logiczne wytłumaczenie. 

- Ale nie mogę tego zrobić! - zawołała głosem załamującym się od płaczu. - Moje auto 

jest w stodole, a boję się tam pójść. Och, panie OJ Nie wiem, co robić!... O mój Boże! Znowu 

się zaczyna! - powiedziała, a jednocześnie rozległ się krzyk, który sprawił, że poczułem ciarki 

na grzbiecie. - Coś jest za oknem! 

-  Proszę  się  opanować,  pani  Cobb  -  oświadczyłem  stanowczo.  -  Przyjadę  i  zabiorę 

panią do Indian Village. Proszę zadzwonić do Susan i powiedzieć, że pani do niej przyjedzie. 

Niech  pani  spakuje  torbę.  Zobaczymy  się  za  dwadzieścia  minut.  I  proszę  wypić  trochę 

ciepłego mleka. 

Wciągnąłem  na  pidżamę  spodnie  i  sweter,  chwyciłem  kluczyki  od  samochodu  i 

kurtkę.  Wybiegłem  z  mieszkania,  omal  nie  przewracając  się  o  kota,  który  przypadkiem 

wszedł mi pod nogi. Pani Cobb miała problemy zdrowotne, więc te hałasy mogły być równie 

dobrze wytworem jej wyobraźni. Mógł to być również efekt przyjmowanych leków. Ale nie 

były przez to mniej przerażające. 

Droga  do  domu  na  farmie  w  North  Middle  Hummock  zajmuje  zwykle  trzydzieści 

minut.  Ja  pokonałem  ją  w  dwadzieścia.  Na  szczęście  nie  było  ruchu.  W  tę  niedzielną  noc 

wszyscy mieszkańcy Moose County siedzieli w domu, chrapiąc przed telewizorami. 

Stary  bruk  Main  Street  błyszczący  po  niedawnym  deszczu  wyglądał  niczym  nocna 

sceneria  z  jakiegoś  sensacyjnego  filmu.  Minąłem  trzy  przecznice  składające  się  na  centrum 

Pickax. Pędząc z szybkością stu kilometrów na godzinę, zostawiłem za sobą pierwsze i jedyne 

w  mieście  skrzyżowanie  ze  światłami.  Za  rogatkami  skończyły  się  latarnie.  Nie  świecił 

księżyc, a na wiejskich drogach panowały egipskie ciemności. W dziewiętnastym wieku był 

tu region górniczy. Teraz przy szosie stały opuszczone szyby, rozpadające się budynki i znaki 

ostrzegające  przed  niebezpieczeństwem.  Ale  wszystko  to  kryło  się  w  ciemnościach 

bezksiężycowej nocy. 

background image

Prowadziłem przy włączonych długich światłach. Jechałem wzdłuż pomarańczowych 

linii,  wypatrując  jedynego  na  tej  trasie  punktu  orientacyjnego  -  otwartego  przez  całą  noc 

lokalu o nazwie „Dimsdale Diner”. Światła baru słabo widoczne przez brudne szyby migotały 

w  ciemności.  Dzięki  nim  mogłem  rozpoznać  skrzyżowanie,  na  którym  należało  skręcić  w 

kierunku Ittibittiwassee. Droga na tym odcinku była prosta i gładka, więc przyspieszyłem do 

stu czterdziestu kilometrów na godzinę. 

Za Old Plank Bridge szosa stawała się kręta, bo teren był górzysty. Zwolniłem więc do 

bezpiecznej szybkości stu kilometrów na godzinę. Przez cały czas myślałem o kobiecie, która 

na  mnie  czekała.  Biedna  pani  Cobb  przeżyła  więcej  tragedii  niż  inni  ludzie.  Kilka  lat 

wcześniej,  gdy  jeszcze  mieszkałem  na  Nizinach  i  pisywałem  artykuły  dla  „Daily  Fluxion”, 

była  moją  gospodynią.  Wynajmowałem  u  niej,  w  kiepskiej  dzielnicy,  umeblowany  pokój 

znajdujący się nad prowadzonym przez nią sklepem z antykami. Kiedy zamordowany został 

jej  mąż,  pani  Cobb  sprzedała  sklep  i  przeniosła  się  do  Pickax.  Swoją  fachową  wiedzę 

wykorzystywała,  pracując  dla  miejscowego  muzeum.  Obecnie  zajmowała  się  Wiejskim 

Muzeum Goodwinterów i mieszkała w jednym ze skrzydeł zabytkowego budynku na farmie. 

Było więc zupełnie zrozumiałe, że zdesperowana kobieta zadzwoniła właśnie do mnie. 

Byliśmy  parą  dobrych  przyjaciół,  chociaż  nasze  stosunki  miały  w  sobie  pewną  sztywność. 

Zwracaliśmy się do siebie wyłącznie w formie „pani Cobb” i „panie Q”. Podejrzewałem, że 

pani Cobb mogło zależeć na nieco cieplejszych relacjach między nami. Ale nie była w moim 

typie.  Podziwiałem  jej  zdolności  biznesowe  i  fachową  wiedzę  na  temat  antyków.  Jednak  w 

relacjach z mężczyznami lubiła grać rolę słabej kobietki, co wydawało mi się męczące. Pani 

Cobb  przyrządzała  w  swojej  kuchni  prawdziwe  cuda.  Muszę  przyznać,  że  miałem  wielką 

słabość do jej duszonej wołowiny i ciasta kokosowego. A moje koty dałyby się zabić za jej 

klopsiki. 

Dlatego więc pędziłem w pidżamie w kierunku North Middle Hummock. Jechałem, by 

pomóc  bezradnej,  przerażonej  kobiecie.  Przez  chwilę  przemknęła  mi  przez  głowę  myśl,  że 

rozpaczliwy telefon pani Cobb to jakaś sztuczka, żeby sprowadzić mnie do jej domu w środku 

nocy. Od chwili, gdy odziedziczyłem te cholerne pieniądze Klingenschoenów, jestem nieufny 

wobec przyjaźnie zachowujących się pań. I miałem się na baczności, gdy poczciwa pani Cobb 

z  ciężarówką  pełną  książek  kucharskich  sprowadziła  się  do  Pickax.  Lubię  dobrze  zjeść  i 

zawsze uważałem panią Cobb za doskonałą kucharkę, ale jak na mój gust nosi ona na sobie 

zbyt  wiele  różowości  i  plisek,  nie  wspominając  już  o  okularach  w  oprawce  ozdobionej 

sztucznymi brylancikami. Poza tym związałem się już wcześniej z Polly Duncan, która była 

inteligentna, wykształcona, inspirująca, czuła... i bardzo zazdrosna. 

background image

Nocna  jazda  do  North  Middle  Hummock  była  w  istocie  błądzeniem  po  omacku. 

Miasteczko  prosperowało  doskonale  w  dawnych  czasach.  Wtedy,  gdy  jeszcze  działały 

kopalnie.  Ale  kryzys  ekonomiczny  po  pierwszej  wojnie  światowej  zmienił  North  Middle 

Hummock w widmowe miejsce: rumowisko porośnięte chwastami i kompletnie niewidoczne 

w  bezksiężycową  noc.  Nie  było  latarni  ulicznych  ani  jakichkolwiek  widocznych  punktów 

orientacyjnych,  a  wszystkie  drzewa  i  krzewy  wyglądały  podobnie.  Wreszcie,  gdy  światła 

mojego  samochodu  wyłowiły  z  ciemności  jasne  ogrodzenie  farmy  Fugtree,  gotów  byłem 

wznieść toast na cześć białej farby. Jeszcze kawałek ciemnej drogi i minąłem pomalowany na 

biało  domek,  w  którego  oknach  zauważyłem  drżące  światło.  Widocznie  ktoś  oglądał 

telewizję. To miejsce oznaczało początek Black Creek Lane, ślepej uliczki, na której końcu 

stał dom Goodwinterów. Odetchnąłem z ulgą. 

Pani  Cobb  odziedziczyła  historyczny  dom  Goodwinterów  po  swoim  trzecim  mężu, 

Herbie  Hackpole'u.  Ich  małżeństwo  trwało  jednak  szokująco  krótko.  Później  pani  Cobb 

sprzedała posiadłość Towarzystwu Historycznemu, by mogło tu powstać muzeum. Sprzedała 

za jednego dolara! Była właśnie tego rodzaju osobą: niezwykle zacną i szczodrą. 

Kiedy  jechałem  żwirową  drogą,  zauważyłem,  że  ogród  posiadłości  Goodwinterów, 

który  powinien  być  zalany  światłem,  okrywają  ciemności.  Zobaczyłem  dom.  Przerwy  w 

dostawie prądu często zdarzają się w Moose County, ale przypomniałem sobie, że widziałem 

światła  na  farmie  Fugtree  i  ktoś  oglądał  telewizję  na  rogu  uliczki.  Poczułem  znajome 

mrowienie nad górną wargą. 

Objechałem wielki dom i znalazłem się po jego zachodniej stronie. Zaparkowałem ze 

światłami włączonymi i skierowanymi na wejście do mieszkania dyrektora. Wyjąłem latarkę 

ze  schowka  w  samochodzie.  Najpierw  zastukałem  w  drzwi  mosiężną  kołatką.  A  kiedy  nie 

było odpowiedzi, spróbowałem otworzyć drzwi. Nie zaskoczyło mnie, że okazały się otwarte. 

To  zupełnie  normalne  w  Moose  County.  Oświetliłem  latarką  hall  przy  wejściu  i  znalazłem 

włącznik  światła.  Nacisnąłem  na  próbę,  ciągle  myśląc,  że  nie  ma  prądu.  Niespodziewanie 

instalacja w hallu zadziałała. Zapaliły się cztery elektryczne świece w żelaznym żyrandolu. 

- Pani Cobb! - zawołałem. - To ja, Qwilleran! 

Nie  było  żadnej  odpowiedzi.  Nie  słychać  było  również  stukania,  szczękania  czy 

jęczenia.  Ani  oczywiście  żadnych  krzyków.  Prawdę  powiedziawszy,  w  domu  panowała 

niepokojąca  cisza.  Sklepione  przejście  po  lewej  stronie  prowadziło  do  saloniku.  Gdy  tylko 

odnalazłem włącznik światła na ścianie, moim oczom ukazał się zestaw staroświeckich mebli. 

Dlaczego,  zadałem  sam  sobie  pytanie,  ta  przerażona  kobieta  wyłączyła  wszystkie  światła? 

background image

Koniuszki moich wąsów wysyłały niepokojące sygnały. Czasem chciałbym, żeby były mniej 

wrażliwe na otoczenie. 

Po drugiej  stronie hallu drzwi  do sypialni  byty otwarte na oścież. Na łóżku stała na 

wpół spakowana, niewielka torba podróżna. Drzwi łazienki były zamknięte. 

- Pani Cobb! - zawołałem ponownie. 

Dziwnie niechętnie otworzyłem drzwi łazienki i zebrałem się w sobie, żeby zajrzeć do 

kabiny prysznicowej. 

Ciągle wołając panią Cobb, przeszedłem przez hall i skierowałem się do staromodnej 

kuchni z kominkiem, wielkim stołem i sosnowymi szafkami. Włączyłem światła i w tej samej 

chwili  instynkt  podpowiedział  mi,  co  za  chwilę  zobaczę.  Na  blacie  kuchennym  stał  karton 

mleka,  a  na  podłodze  leżała  kobieta  w  różowej  spódnicy  i  różowym  sweterku.  Oczy  miała 

otwarte, a jej okrągła twarz była boleśnie wykrzywiona. Nie dawała żadnych znaków życia. 

 

background image

Rozdział drugi 

Kiedy Qwilleran znalazł ciało pani Cobb, doznał szoku, ale przede wszystkim poczuł smutek. 

Domyślił  się  wszystkiego,  kiedy  skręcił  w  Black  Creek  Lane  i  zobaczył  pogrążony  w 

ciemności dom. A teraz patrzył na różowe ubrania pani Cobb, przygładzał pięścią wąsy i czuł 

mieszaninę  smutku  i  złości.  To  nie  do  pomyślenia,  żeby  ta  szlachetna  kobieta  umarła  tak 

wcześnie. Była u progu kariery, cieszyła się życiem! Podziwiali ją członkowie społeczności. 

Odziedziczyła  spory  majątek  po  swoim  ostatnim  mężu  i  została  babcią  w  wieku 

pięćdziesięciu pięciu lat. Qwilleran wiedział jednak, że los bywa bezlitosny. 

Dziennikarz znalazł w kuchni telefon. Wykręcił numer policji i zdał sprawozdanie bez 

emocji, opisując wszystkie szczegóły. Telefon stał na blacie starej ławki szkolnej, która miała 

żelazne nogi. Ławka pochodziła z dawnego budynku szkolnego. W jej podnoszonym blacie 

było  wgłębienie  na  długopisy,  ołówki  i  atrament.  Leżał  tam  notes  z  telefonami,  otwarty  na 

literze  „E”.  Qwilleran  zadzwonił  do  Susan  Exbridge,  do  Indian  Village.  Odebrała  po 

pierwszym dzwonku. 

- Susan? Tu Qwill - powiedział dziennikarz smutnym głosem. - Czy Iris dzwoniła do 

ciebie niedawno? 

- Tak. Biedaczka była z jakiegoś powodu przerażona. Mówiła bardzo chaotycznie, ale 

zrozumiałam, że przywieziesz ją tu na noc. Na łóżku w pokoju gościnnym leży już pościel w 

różowych powłoczkach. 

- Taki był plan. Jestem teraz w domku Iris. Ona nie może do ciebie przyjechać. 

- Co się stało, Qwill? 

-  Znalazłem  ją  na  podłodze  w  kuchni.  Nie  oddycha.  Nie  ma  pulsu.  Zadzwoniłem  na 

policję. 

- To straszne! - krzyknęła Susan do słuchawki. - To okropne! Co my zrobimy bez Iris? 

Jestem załamana! - Susan lubiła dramatyzować, ale tym razem nie było w tym nic dziwnego. 

Obie kobiety były wspólniczkami w interesach. Założyły sklep w centrum Pickax, na którym 

widniał  złoty  szyld:  „Exbridge  &  Cobb,  antyki”.  Uroczyste  otwarcie  miało  się  odbyć  w 

sobotę. 

- Porozmawiamy jutro, Susan - powiedział Qwilleran. - Zaraz będzie tu szeryf. 

background image

- Mogę ci w czymś pomóc? 

-  Odpocznij.  Jutro  będzie  męczący  dzień.  Zadzwonię  do  Larry'ego,  pewnie  będzie 

potrzebował twojej pomocy w załatwieniu wszystkich formalności. 

Larry  Lanspeak  był  prezesem  Towarzystwa  Historycznego.  Był  także  wiceprezesem 

Wiejskiego  Muzeum  Goodwinterów  i  właścicielem  miejscowego  sklepu.  Jako  kupiec, 

członek różnych organizacji i aktor Klubu Teatralnego w Pickax wnosił mnóstwo energii do 

każdego  przedsięwzięcia.  Qwilleran  zadzwonił  do  domu  Larry'ego  w  eleganckiej  dzielnicy 

West Middle Hummock. Chociaż była druga w nocy, Larry natychmiast odebrał, jakby było 

południe. 

-  Larry?  Tu  Qwilleran.  Przepraszam,  że  cię  budzę.  Dzwonię  z  muzeum.  Iris 

zadzwoniła do mnie jakiś czas temu. Była w histerii. Natychmiast przyjechałem. Wiesz o jej 

chorym  sercu,  prawda?  Spóźniłem  się.  Znalazłem  ją  martwą  na  kuchennej  podłodze. 

Zawiadomiłem policję. 

Larry milczał dłuższą chwilę. 

- Larry? 

-  To  niemożliwe!  -  odezwał  się  Larry  smutnym  głosem.  -  Potrzebujemy  jej!  Była  za 

młoda, żeby umrzeć! 

- Była w naszym wieku - powiedział Qwilleran, nie kryjąc przygnębienia. 

-  Narzucę  coś  na  siebie  i  przyjadę  jak  najszybciej.  Boże!  To  straszna  wiadomość! 

Carol będzie załamana! 

Qwilleran zapalił światła na podwórku i wyłączył światła w swoim samochodzie. Po 

chwili  przed  domem  zatrzymał  się  wóz  zastępcy  szeryfa.  Wysiadł  z  niego  młody 

funkcjonariusz w czapce policyjnej. 

- To pan znalazł ciało? - spytał. 

- Tak, znalazłem ciało pani Cobb, dyrektorki muzeum. Zadzwoniła do mnie w panice 

jakiś czas temu. Przyjechałem, żeby jej pomóc. Jestem Jim Qwilleran z Pickax. 

Policjant  skinął  głową.  Wszyscy  wiedzieli,  że  mężczyzna  z  okazałymi  wąsami  jest 

najbogatszym człowiekiem w całym okręgu. 

Weszli do domu. Qwilleran zaprowadził zastępcę szeryfa do kuchni. 

-  Karetka  jest  w  drodze  -  powiedział  policjant.  -  Zabiorą  ciało  zmarłej  do  szpitala  w 

Pickax. Lekarz będzie musiał podpisać akt zgonu. 

- Być może będzie potrzebna pomoc doktora Halifaksa. Pani Cobb leczyła się u niego 

na serce. 

Policjant skinął głową i zapisał tę informację w raporcie. 

background image

- Pani Cobb zadzwoniła do mnie, ponieważ słyszała dziwne hałasy i bała się być sama. 

-  Wezwała  nas  kilka  dni  temu.  Myślałem,  że  ktoś  się  próbował  włamać,  ale  nie 

znalazłem żadnych śladów. Jest pan jej krewnym? 

-  Nie. Pani  Cobb ma syna w St.  Lois.  To on będzie musiał  podjąć decyzję, co dalej. 

Zaraz do niego zadzwonię i o wszystkim go powiadomię. 

W tym momencie nadjechała karetka i sanitariusze zabrali ciało Iris Cobb  - kobiety, 

którą  mieszkańcy  cenili  za  hojność,  wesołość  i  wiedzę  o  antykach.  I  wspaniałe  wypieki  - 

pomyślał  Qwilleran.  Za  każdym  razem,  kiedy  organizowano  przyjęcie  dobroczynne,  pani 

Cobb  piekła  do  późnej  nocy  ciasteczka  z  kawałkami  czekolady,  biszkopciki  cytrynowo-

kokosowe,  babeczki  z  pekanami,  rogaliki  migdałowo-morelowe  i  inne  wspaniałości. 

Dziennikarz  pomyślał,  że  niektórzy  mieszkańcy  będą  pamiętać  Iris  Cobb  dzięki  jej 

ciasteczkom. 

Qwilleran zaczął kartkować leżący na blacie ławki notes Iris. Szukał numeru jej syna. 

Niestety nie pamiętał jego imienia. Wydawało mu się, że młody człowiek nazywa się Dennis. 

Na pewno miał inne nazwisko niż ona. Gough? (wymawiane jako Gof), Lough? (Laf), a może 

Keough? (Kiou). Pod  „H”  znalazł  numer telefonu z kierunkowym  do St.  Lois  i  natychmiast 

tam zadzwonił. Po chwili usłyszał zaspany męski głos. 

Nie po raz pierwszy Qwilleran dzwonił ze smutną wiadomością do krewnego zmarłej 

osoby.  Dziennikarz  starał  się  być  delikatny  w  tego  typu  sytuacjach.  Jego  głos  stawał  się 

łagodny i pełen współczucia. 

- Dennis? - spytał ze smutkiem. - Przepraszam, że cię budzę o tak późnej porze. Mówi 

Jim Qwilleran, znajomy twojej matki. Dzwonię z North Middle Hummock. 

Młody człowiek natychmiast wpadł w panikę. 

- Co się stało? - spytał napiętym głosem. 

- Iris zadzwoniła do mnie po północy. Bała się być sama na farmie. Zaproponowałem, 

że zawiozę ją do znajomej... 

- Co się stało? Niech pan mi powie, co się stało! 

-  Znalazłem  ją  na  podłodze  w  kuchni.  Zmarła  na  zawał  serca  -  to  nie  ulega 

wątpliwości. Bardzo mi przykro, Dennis. 

W słuchawce rozległ się cichy jęk. 

- O Boże! Jutro, to znaczy dziś, miałem tam polecieć samolotem. Lekarz mamy radził, 

żebym się z nią spotkał. 

-  Jej  odejście  to  wielka  strata  dla  nas  wszystkich.  Twoja  matka  miała  tu  wielu 

przyjaciół i cieszyła się szacunkiem całej społeczności. 

background image

- Wiem, pisała mi, że jest szczęśliwa. Po raz pierwszy w życiu znalazła swoje miejsce. 

-  Chciałem  z  tobą  porozmawiać  o  pogrzebie,  Dennis.  Czego  od  nas  oczekujesz? 

Fundacja  Klingenschoenów  pokryje  wszelkie  wydatki.  Czy  Iris  wspomniała  kiedykolwiek  o 

swoim testamencie? 

-  Mój  Boże,  nie!  -  powiedział  jej  syn.  -  Była  zbyt  zajęta  życiem!  Nie  wiem,  co 

powiedzieć. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Muszę się zastanowić. Porozmawiam o tym 

z Cheryl. 

-  Zadzwoń  do  mnie  tak  szybko,  jak  to  możliwe.  Będę  w  domu  twojej  matki.  W 

szpitalu czekają na instrukcje. 

Qwilleran odłożył słuchawkę i zerknął na regał stojący przy ścianie. Na jednej z półek 

znajdowały się książki kucharskie w miękkich okładkach. Iris miała kiedyś trzydzieści kilka 

książek kucharskich, które straciła w pożarze. Na innych półkach stały stare, cynowe talerze, 

miski i wielkie kufle z pokrywką. Na najwyższej półce stały mosiężne garnki i kasze. Obok 

kominka znajdowały się żelazne garnki, w których kiedyś gotowano na piecu. Było to miłe, 

przytulne pomieszczenie. Pani Cobb uwielbiała swoją kuchnię. 

Qwilleran  przejrzał  w  roztargnieniu  notes  z  telefonami  zmarłej.  Numery  były 

wypisane dużymi, wyraźnymi literami  - Iris miała wadę wzroku. Były tam głównie numery 

wolontariuszy  pracujących  w  muzeum...  numer  kobiety  o  imieniu  Kristi...  numer  Vince'a  i 

Verony  -  kimkolwiek  byli...  oraz  numer  domowy  i  numer  do  gabinetu  doktora  Halifaksa. 

Mieszkańcy Pickax mogli dzwonić do swoich lekarzy w środku nocy. Skrót HB&B oznaczał 

pewnie  kancelarię  prawniczą  Hasselricha,  Bennetta  i  Bartera.  Qwilleran  domyślił  się,  że 

prawnicy z tej kancelarii zajmowali się sprawami spadkowymi pani Cobb. Iris odziedziczyła 

spory majątek po swoim trzecim mężu, chociaż nie przyjęła jego nazwiska. 

Qwilleran  rozejrzał  się  po  mieszkaniu,  zastanawiając  się,  jak  wyglądały  ostatnie 

minuty życia Iris. W otwartej walizce leżącej na łóżku spoczywał różowy szlafrok i różowe 

klapki.  Na  szafce  w  kuchni  stał  karton  z  mlekiem.  Qwilleran  wstawił  go  do  lodówki.  W 

kuchence  mikrofalowej  był  kubek  z  mlekiem.  Kuchenka  została  wyłączona,  ale  mleko  w 

kubku  było  wciąż  ciepłe.  Qwilleran  wylał  je  do  zlewu  i  opłukał  kubek. Drzwi  oddzielające 

kuchnię  od  muzeum  były  otwarte.  Dziennikarz  zaczął  chodzić  po  pokojach,  w  których 

zorganizowano  wystawę.  Po  chwili  zadzwonił  telefon.  Qwilleran  ucieszył  się,  że  Dennis 

podjął tak szybko decyzję, ale w słuchawce odezwał się kobiecy głos. 

- Mówi Kristi z farmy Fugtree - przedstawiła się kobieta. - Czy Iris dobrze się czuje? 

Zobaczyłam karetkę przed jej domem. 

background image

-  Przykro  mi  -  powiedział  Qwilleran  ze  smutkiem.  -  Pani  Cobb  nie  żyje.  Zmarła  na 

atak serca. 

-  Och,  nie!  Tak  mi  przykro!  Wiem,  że  Iris  leczyła  się  u  doktora  Hala,  ale  nie 

przypuszczałam, że to aż tak poważne. Czy mówię z panem Lanspeakiem? 

- Nie, jestem znajomym Iris z Pickax. 

-  Jak  to  się  stało?  -  Kobieta  musiała  być  młodą  osobą.  Sprawiała  wrażenie  bardzo 

przejętej. 

- Wszystkie szczegóły będą w jutrzejszej gazecie. 

-  Och,  bardzo  mi  przykro!  Naprawdę!  Zobaczyłam  światła  karetki  i  poczułam,  że 

muszę zadzwonić. 

- Rozumiem. 

- Dziękuję. Z kim mówię? 

-  Nazywam  się  Jim  Qwilleran  -  powiedział  cicho  dziennikarz.  Miejscowe  kobiety, 

które wiedziały, że Qwilleran jest bogaczem, 

piszczały  z  podniecenia,  kiedy  im  się  przedstawiał.  Ale  młoda  kobieta  powiedziała 

tylko: 

- Nazywam się Kristi Waffle. 

- To miło, że pani zadzwoniła. Dobranoc. 

Qwilleran  usłyszał,  jak  przed  domem  zatrzymuje  się  samochód,  i  poszedł  się 

przywitać  z  Larrym  Lanspeakiem.  Larry  był  ważną  osobistością  w  miasteczku,  ale  wygląd 

miał  całkiem  zwyczajny.  Blady,  niskiego  wzrostu,  potrafił  zagrać  każdą  rolę  dzięki  swojej 

mało charakterystycznej twarzy. 

-  To  prawdziwa  tragedia!  -  powiedział  dramatycznym  tonem,  potrząsając  głową. 

Wszedł do domu Iris, stawiając wielkie kroki. Robił wszystko, żeby wydać się wyższym, niż 

był w istocie. - Nie da się wprost opisać, ile ta kobieta zrobiła dla naszej społeczności! I nie 

chciała za to ani grosza! Nie znajdziemy nikogo na jej miejsce... 

Jego wypowiedź przerwał dzwonek telefonu. 

-  To  pewnie  jej  syn  z  St.  Lois  -  powiedział  Qwilleran,  podnosząc  słuchawkę,  i 

skrzywił się na dźwięk obcego męskiego głosu. 

-  Tu  Vince  Boswell!  -  wrzasnął  mężczyzna  tak  głośno,  że  dziennikarzowi  omal  nie 

pękły bębenki. - Co z Iris? Co się dzieje? Oglądaliśmy z żoną film na wideo i zobaczyliśmy 

światła karetki. 

- Pani Cobb zmarła na zawał serca. Bardzo mi przykro. 

background image

- A to ci heca! Wielka szkoda! - wrzasnął mężczyzna i zwrócił się grzmiącym głosem 

do  żony:  - Kotku! Jakiś  facet mówi,  że  Iris zmarła na zawał!  - Po  chwili Qwilleran znowu 

usłyszał jego przeraźliwy wrzask: - Ja i żona bardzo lubiliśmy Iris! Możemy w czymś pomóc? 

Qwilleran trzymał słuchawkę parę centymetrów od ucha. 

- Raczej nie. Dziękuję za telefon. 

- Jesteśmy w pobliżu, jakby pan potrzebował pomocy. Proszę się nie krępować! 

- To miło z pana strony. Dobranoc, panie Bosworth. 

- Boswell! - wrzasnął mężczyzna. - Mieszkamy w domu za rogiem. Larry jest naszym 

znajomym. 

- Rozumiem. Dobranoc, panie Boswell. Doceniamy pańską troskę. 

Qwilleran odłożył słuchawkę i spytał Larry'ego: 

- Kto to jest Boswell? 

-  Nie  znasz  Vince'a  i  Verony?  Verona  jest  jedną  z  wolontariuszek  pracujących  w 

muzeum, a Vince pracuje nad katalogiem starych pras drukarskich w stodole. Pisze książkę o 

historii słowa drukowanego. 

Czy świat potrzebuje kolejnej książki na ten temat? - pomyślał dziennikarz. 

- Skąd wytrzasnąłeś tego faceta, Larry? 

- Przyjechał z Pittsburgha. 

Pewnie kibicował drużynie Steelers - pomyślał Qwilleran. 

- Vince zaproponował, że będzie pracować za darmo, jeśli pozwolimy mu mieszkać w 

pobliżu muzeum. Teraz, kiedy Iris odeszła, ktoś powinien pilnować muzeum. Boswellowie są 

godni zaufania. 

- Mogę tu mieszkać, aż znajdziecie kogoś na stałe - powiedział Qwilleran. 

- To miło z twojej strony, ale miałeś, zdaje się, inne plany. 

-  Chętnie  spędzę  tu  trochę  czasu.  Interesuje  mnie  kolekcja  dokumentów  w  muzeum. 

Szukam materiałów na felieton. 

-  Prawdę  mówiąc,  rozwiązałoby  to  nasz  problem.  Będziesz  mieć  osobną  linię 

telefoniczną.  Wolontariusze  pracujący  w  muzeum  mają  swoje  klucze.  Nikt  ci  nie  będzie 

przeszkadzać. 

- Oczywiście koty będą mieszkać ze mną - powiedział Qwilleran. - Koko ma intuicję 

policjanta, a Yum Yum złapała kiedyś mysz w muzeum. Odwiedzałem czasem Iris razem z 

kotami. Nigdy nie wyrządziły żadnej szkody. 

- Nie wątpię w to! Są świetnie wychowane. Powinny urządzić przyjęcie powitalne dla 

dzikich kotów z sąsiedztwa i podać na tacach myszy polne. 

background image

-  Yum  Yum  i  Koko  to  domowe  koty  -  zaprotestował  Qwilleran.  -  Nie  chcę,  żeby 

biegały po podwórku. 

Zadzwonił telefon. Tym razem był to Dennis. 

- Rozmawiałem z Cheryl, panie Qwilleran. Uważamy, że pogrzeb powinien się odbyć 

w Mooseville, gdzie matka miała tylu przyjaciół. Powinna być tam pochowana. Przylecę dziś 

tak, jak planowałem. Pozostawiam panu wolną rękę, jeśli chodzi o ceremonię. Matka pisała o 

panu w swoich listach. Wiem, że był pan dla niej bardzo dobry. 

-  Cieszę  się,  że  przyjedziesz.  Będę  czekać  na  lotnisku.  Chciałbym  zarezerwować  dla 

ciebie pokój w hotelu „Pickax”, ale nie znam twojego nazwiska. 

- Hough - powiedział Dennis i przeliterował swoje nazwisko. 

- Wylatujesz z Minneapolis o piątej? 

-  Tak...  Panie  Qwilleran,  chciałbym  panu  coś  powiedzieć,  kiedy  przyjadę.  Chodzi  o 

coś, co przydarzyło  się  mojej  matce w zeszłym  tygodniu.  To ma związek z muzeum.  Moja 

matka była tym bardzo zaniepokojona. 

Qwilleran przygładził wąsy. 

- Jestem ciekaw, co masz mi do powiedzenia. 

- Dziękuję za wszystko, panie Q. Matka tak się do pana zwracała, prawda? 

- Większość ludzi mówi do mnie Qwill. Ty też możesz mnie tak nazywać. 

Dziennikarz odłożył słuchawkę i zaczął myśleć o zmarłej. Przed śmiercią Iris była w 

złym stanie psychicznym, być może z powodu lekarstw. 

- Jaką decyzję podjął Dennis? - spytał Larry. 

-  Zostawia  nam  wolną  rękę.  Pogrzeb  odbędzie  się  tu.  Fundacja  Klingenschoenów 

pokryje wszystkie wydatki. Trzeba wszystkiego dopilnować. 

- To słuszna decyzja. Skorzystamy z usług Dingleberry'ego. Ceremonia odbędzie się w 

kościele Old Stone. 

-  Czy mógłbyś  zadzwonić w parę miejsc? Ja w tym czasie zrobię kawę  - powiedział 

Qwilleran.  -  Trzeba  zadzwonić  do  Dingleberry'ego  i  do  szpitala.  Lekarze  pytali  o  nazwiska 

krewnych  Iris.  Jej  syn  ma  na  nazwisko  Hough.  -  Dziennikarz  przeliterował  nazwisko.  - 

Zadzwonię  później  do  radia  i  redakcji  gazety.  W  jutrzejszym  wydaniu  powinni  zamieścić 

informację  o  śmierci  Iris.  We  wtorek  napiszę  nekrolog.  Powiem  im,  że  muzeum  będzie 

zamknięte przez cały tydzień. 

Usiedli  przy  stole  w  kuchni.  Odsunęli  na  bok  szklane  świeczniki  z  różowymi 

świeczkami  i  pili  kawę  z  kubków  z  majoliki,  planując  szczegóły.  Trzeba  było  zaprosić 

znajomych  zmarłej  na  uroczystość,  która  miała  się  odbyć  w  domu  pogrzebowym 

background image

Dingleberry'ego  we  wtorek  wieczorem,  i  zorganizować  ceremonię  żałobną  w  kościele  przy 

Park Circle w środę rano. Ustalili, że na czele konduktu idącego na cmentarz stanie Orkiestra 

Pogrzebowa  Pickax.  Jako  były  prezes  izby  handlowej  Larry  zapewnił  Qwillerana,  że 

wszystkie  sklepy  i  zakłady  w  mieście  zostaną  zamknięte  w  dniu  pogrzebu.  Jako  obecny 

przewodniczący Wydziału Edukacji  Larry miał  dopilnować, by w dniu  pogrzebu zamknięto 

na pół dnia wszystkie szkoły w Pickax. 

- Uczniowie z gimnazjum często chodzili do muzeum - powiedział Larry. - Iris zawsze 

częstowała ich lemoniadą i ciasteczkami. 

Od  ponad  stu  lat  pogrzeby  w  Pickax  były  wielkimi  wydarzeniami.  Na  każdą 

ceremonię żałobną przychodziły tłumy. Mieszkańcy Uczyli za każdym razem, ile pojawiło się 

samochodów.  Wszyscy  pamiętali,  że  na  pogrzeb  Seniora  Goodwintera  przyjechały 

dziewięćdziesiąt  trzy  samochody.  Na  pogrzebie  kapitana  Fugtree  było  siedemdziesiąt  pięć 

samochodów.  Największy  był  pogrzeb  Ephraima  Goodwintera.  Przyjechały  wtedy 

pięćdziesiąt  dwa  powozy  i  trzydzieści  siedem  karet.  Ponad  sto  osób  przyszło  na  piechotę, 

siedemnaście  przyjechało  rowerami.  Podobno  jeden  z  obecnych  powiedział:  „Brakuje  tylko 

wielbłądów i słoni”. Ephraim Goodwinter, właściciel kopalni, był powszechnie nielubiany za 

życia.  Kondukt  pogrzebowy  przypominał  pochód  tryumfalny.  Dziennikarza  interesowała 

mroczna przeszłość Ephraima i zamierzał zdobyć na ten temat informacje. 

Pozostawała jeszcze kwestia kwiatów. 

-  Jestem  pewien,  że  Iris  ucieszyłaby  się  z  kwiatów  -  powiedział  Qwilleran.  -  Miała 

romantyczną duszę. 

- A mowa na cześć zmarłej? Iris była niezwykle skromną osobą. 

-  Tak,  ale  lubiła  być  podziwiana.  Kiedy  przyjechała  do  Pickax,  przedstawiłem  ją 

członkom  rady  miasta.  Przywitali  Iris  oklaskami.  Była  tak  wzruszona,  że  rozpłakała  się  po 

powrocie do domu. Jestem za tym, żeby wygłoszono mowę na jej cześć. 

-  Dobrze,  wobec  tego  poprosimy  o  to  burmistrza.  A  może  byłoby  lepiej,  gdyby  tego 

rodzaju przemówienie wygłosiła kobieta? Susan albo Carol... 

- Myślę, że Iris wolałaby mężczyznę. 

-  Chyba  masz  rację.  Poprosimy  Susan,  żeby  wybrała  trumnę  i  strój  dla  Iris.  -  Larry 

oparł się o poręcz krzesła. - To chyba wszystko, co możemy na razie zrobić. Jutro - to znaczy 

dziś - w sklepie odbędzie się uroczystość z okazji Dnia Kolumba. Chciałbym się parę godzin 

przespać. 

-  Muszę  ci  coś  powiedzieć.  Iris  słyszała  dziwne  hałasy  po  zapadnięciu  zmroku. 

Słyszałeś te hałasy? 

background image

-  Nie.  Bywałem  tu  wiele  razy  późno  w  nocy,  kiedy  przygotowywaliśmy  jakąś 

wystawę. Słyszałem tylko kumkanie żab, świerszcze i nura. 

- Kiedy przyjechałem tu dziś, dom pogrążony był w ciemności. Myślałem z początku, 

że wysiadła elektryczność, ale światła były po prostu zgaszone. Jak to wytłumaczyć? 

- Nie wiem - powiedział Larry. Był zniecierpliwiony i chciał wrócić do siebie. - Kiedy 

okazało się, że Iris gorzej widzi, powiedzieliśmy jej, żeby nie oszczędzała na elektryczności, 

ale ona miała swoje nawyki. Przyniosę ci klucze, są w biurze. - Larry poszedł do części domu, 

gdzie znajdowało się muzeum, i wrócił po chwili z dwoma kluczami. - To jest klucz do części 

mieszkalnej, a ten do stodoły. Możesz tam trzymać samochód, jeśli będzie kiepska pogoda. W 

stodole jest zapas drewna do palenia w kominku. 

- W której stodole? 

- W nowej. W starej trzymamy prasy drukarskie. 

- Czy drzwi oddzielające część mieszkalną od muzeum powinny być zamknięte? 

- Nie zainstalowaliśmy w nich zamka. Iris zamykała je tylko, kiedy gotowała. 

- Będę je trzymał zamknięte. Nie chcę, żeby koty chodziły po muzeum. 

- Rób, jak ci wygodnie, Qwill. Nie wiem, jak ci  dziękować, że nas uratowałeś. Mam 

nadzieję, że będzie ci tu wygodnie. Daj znać, jak sobie radzisz. 

Obaj mężczyźni poszli do swoich samochodów i ruszyli w stronę Black Creek Lane. 

Larry wsiadł do swojego eleganckiego sedana, a dziennikarz wrócił do Pickax swoim małym 

samochodem. Jechał ze zwykłą prędkością, rozmyślając o tym, co się wydarzyło. 

Ktoś zgasił światła we wszystkich pokojach i na podwórku. 

Ktoś wyłączył kuchenkę mikrofalową. 

Ktoś zamknął drzwi, oddzielające część mieszkalną domu od muzeum. 

background image

Rozdział trzeci 

Dziennikarz  wrócił  do  swojego  mieszkania  w  Pickax  tuż  przed  świtem.  Na  ulicach  było 

dziwnie  cicho.  Qwilleran  wiedział,  że  niedługo  w  domach  zadzwonią  budziki,  a  syrena  na 

ratuszu zacznie wyć punktualnie o siódmej, budząc wszystkich śpiochów. Mieszkańcy włączą 

radio  i  dowiedzą  się  o  śmierci  Iris  Cobb.  Wiadomość  powędruje  dalej  drogą  telefoniczną, 

wkrótce o tym wydarzeniu będą mówić przy kawie klienci „Lois's Luncheonette” - restauracji 

obok budynku sądowego. 

Qwilleran wszedł ostrożnie po stromych schodach, prowadzących do jego mieszkania 

nad garażem rodziny Klingenschoenów. Na górze czekały na niego dwa niezadowolone koty 

syjamskie. Yum Yum rzuciła dziennikarzowi spojrzenie pełne dezaprobaty, natomiast Koko 

wyraził swoje uczucia w sposób bardziej dosadny. Wyprężył  grzbiet, spojrzał na Qwillerana 

błyszczącymi oczyma i wrzasnął: „MIAU!”, co oznaczało: „Gdzie się podziewałeś? Światło 

paliło się całą noc! Nikt nas nie nakarmił! Zostawiłeś otwarte okno!” 

-  Cisza!  -  zaprotestował  dziennikarz.  -  Wrzeszczysz  jak  Vince  Boswell.  I  nie 

zadręczajcie  mnie  pretensjami.  Mam  dla  was  straszną  wiadomość.  Pani  Cobb  nie  żyje!  Nie 

będzie wam więcej robić kotlecików! 

Qwilleran  zagonił  koty  do  ich  pokoju  -  pomieszczenia,  w  którym  znajdowały  się: 

miękki dywan, poduszki, kosze i telewizor - a potem padł na łóżko. Nie obudził go ryk syreny 

o siódmej ani odgłosy robót drogowych na Main Street. 

O ósmej wyrwał go ze snu dzwonek telefonu. Dzwonił Arch Riker, który był obecnie 

właścicielem miejscowej gazety. Qwilleran znał go całe życie. 

Bez słowa przeprosin i powitania Riker spytał: 

-  Słuchałeś  wiadomości,  Qwill?  Wczoraj  w  nocy  znaleziono  ciało  Iris  Cobb  w  jej 

własnym domu! 

-  Wiem  -  odparł Qwilleran zaspanym  głosem.  -  To ja znalazłem jej  ciało, wezwałem 

policję,  zawiadomiłem  jej  krewnych,  zaplanowałem  pogrzeb,  zadzwoniłem  do  radia  oraz 

twojej  redakcji  i  wróciłem  do  domu  o  piątej  nad  ranem.  Masz  dla  mnie  jakieś  inne 

wstrząsające wiadomości? 

- Śpij dalej, staruszku - powiedział Riker. 

background image

O wpół do dziewiątej zadzwoniła Polly Duncan. 

- Wstałeś już, Qwill? Słyszałeś smutną wiadomość o Iris Cobb? 

Qwilleran pohamował  złość i  postanowił  potraktować Polly łagodniej  niż Rikera. W 

ciągu  następnych  trzydziestu  minut  do  dziennikarza  zadzwonili:  Fran  Brodie  -  projektantka 

wnętrz,  którą  Qwilleran  kiedyś  zatrudnił,  pan  O'Dell  -  dozorca,  i  Eddington  Smith  - 

sprzedawca używanych książek. Członkowie poczty pantoflowej Pickax nie tracili czasu. 

Dziennikarz  wstał  powoli  z  łóżka,  wcisnął  guzik  skomputeryzowanego  ekspresu  do 

kawy  i  otworzył  puszkę  czerwonego  łososia  dla  kotów.  Pijąc  gorącą  kawę,  przyglądał  się 

kotom,  które  pałaszowały  posiłek.  Yum  Yum  i  Koko  stały  na  lekko  ugiętych  łapach  z 

podniesionymi ogonami. Ich głowy kiwały się miarowo nad miseczkami. Potem rozpoczął się 

pradawny  rytuał:  koty wysuwały  swoje długie, różowe języki,  oblizywały  łapy i  myły nimi 

swoje pyszczki oraz uszy. Scena ta przypominała występ z elementami tanecznymi. Puszyste, 

niebieskookie zwierzaki odprawiały rytuał z gracją i zwinnością, jakich nie powstydziliby się 

prawdziwi  artyści.  Qwilleran odkrył,  że obserwowanie kotów syjamskich działa jak terapia, 

likwidując zmęczenie, stres, zdenerwowanie i niecierpliwość. Było to lekarstwo bez żadnych 

skutków ubocznych. 

- Dobra, dzieciaki - powiedział dziennikarz. - Mam dla was nowinę. Przenosimy się do 

muzeum na farmie Goodwinterów. 

Qwilleran był zawsze szczery wobec kotów. Koko i Yum Yum natychmiast opuściły 

pokój, jakby zrozumiały, co dziennikarz powiedział. Nie lubiły przeprowadzek. 

Qwilleran  zapakował  do  samochodu  przybory  piśmiennicze,  słownik,  dwie  walizki  z 

ubraniami na wypadek kiepskiej pogody, przenośny magnetofon, kilka kaset, wśród których 

był Otello, oraz starą brytfankę do pieczenia indyka, która służyła jako kuweta dla kotów. Na 

końcu wsadził do auta kosz, w którym koty podróżowały. 

- Jedziemy! - zawołał. - Gdzie jesteście, łobuzy? 

Dwa  zwierzaki  -  dziewięć  kilogramów  żywej  wagi  -  ulotniły  się  jak  za  dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki. 

- Chodźcie! Nie czas na żarty! 

W  końcu  dziennikarz,  czołgając  się  na  czworaka,  znalazł  Yum  Yum  pod  łóżkiem. 

Koko ukrył się w głębi szafy za tenisówkami. 

Koty  pozwoliły  się  zanieść  do  kosza.  Nie  dały  jednak  za  wygraną.  Kiedy  ruszyli  w 

stronę North Middle Hummock, Yum Yum i Koko zaczęły kłócić się i głośno syczeć. Skakały 

na siebie tak, że kosz nieustannie się kiwał, i warczały jak krwiożercze bestie. 

background image

- Jeśli się przymkniecie - krzyknął Qwilleran - opowiem wam o ciekawych miejscach, 

które będziemy mijać po drodze. Jedziemy Pickax Road w kierunku północnym  i  zbliżamy 

się do byłej kopalni Goodwinterów. Jak pamiętacie, doszło tam do katastrofy w 1904 roku. 

Koty  ucichły.  Lubiły  słuchać  Qwillerana.  Jego  melodyjny  głos  sprawił,  że  dwie 

puszyste bestie zapomniały na pewien czas o żądzy walki. 

Dziennikarz bawił się dalej w przewodnika wycieczki. 

-  Na  prawo  znajduje  się  restauracja  „Dimsdale  Diner”.  Dają  tu  kiepskie  jedzenie  i 

jeszcze  gorszą  kawę.  Okien  nie  myto  od  czasu,  kiedy  Hoover  rozstawiał  po  kątach 

funkcjonariuszy FBI. Za chwilę skręcimy w Ittibittiwassee Road. 

Koty  nadal  milczały.  Poprawił  im  się  nastrój.  Świeciło  słońce;  po  błękitnym 

październikowym  niebie  płynęły  srebrzystobiałe  obłoki.  Drzewa  w  lesie  miały  kolorowe 

liście. Ta przejażdżka była o wiele przyjemniejsza niż pełna nerwów podróż, którą Qwilleran 

odbył poprzedniej nocy. 

-  Trzymajcie  się!  -  powiedział  dziennikarz.  -  Będziemy  teraz  przejeżdżać  przez  Old 

Plank Bridge. Potem zaczną się ostre zakręty. Na lewo widać drzewo wisielców. 

Przejechali  przez  widmowe  miasteczko,  które  kiedyś  nazywało  się  North  Middle 

Hummock, minęli białe ogrodzenie farmy Fugtree... i zobaczyli tabliczkę z napisem: 

WIEJSKIE MUZEUM GOODWINTERÓW 1869 

Godziny otwarcia: od piątku do niedzieli Od 13 00 do 16 00 

Można umawiać się na indywidualne zwiedzanie. 

Liście drzew przy  Black Creek  Lane miały kolor złota, czerwonego wina, różowego 

łososia i pomarańczy. Zanim w Moose County zaczął się wyrąb drzew, rosły tam wspaniałe 

lasy. Na końcu drogi pojawił się okazały dom. 

-  Jesteśmy!  -  oznajmił  Qwilleran.  Zaniósł  kosz  z  kotami  do  zachodniego  skrzydła 

budynku.  -  Będziecie  mieć  dwa  kominki.  Parapety  okienne  są  wielkie,  można  stamtąd 

obserwować przyrodę. Chyba brakowało wam tego w Pickax. 

Koty  wyszły  ostrożnie  z  koszyka  i  skierowały  się  prosto  do  kuchni.  Yum  Yum 

znalazła  miejsce,  gdzie  cztery  miesiące  wcześniej  złapała  mysz,  a  Koko  stanął  w  miejscu, 

gdzie pani Cobb upadła. Wyprężył grzbiet, zamachał ogonem i rozpoczął swój makabryczny 

taniec. 

background image

Qwilleran  wygonił  koty  z  kuchni.  Yum  Yum  i  Koko  zabrały  się  natychmiast  do 

zwiedzania domu. Obwąchały dywany, wskoczyły na stoły, sprawdziły, czy fotele i krzesła są 

miękkie  i  wygodne,  oceniły  widok  z  parapetów  i  w  końcu  zawędrowały  do  łazienki,  gdzie 

Qwilleran postawił ich kuwetę. W salonie Koko znalazł dużą, niemiecką szafę z sosnowego 

drzewa, pochodzącą z rezydencji Klingenschoenów. Miała dwa metry wysokości i kot mógł 

na nią wskoczyć jednym susem. Na półkach stało tylko kilka książek w miękkiej oprawie, a 

większość  miejsca  zajmowały  bibeloty.  Krzesła  pokryte  były  ciemnym  aksamitem,  co 

gwarantowało doskonałe tło dla kociej sierści. Na wypolerowanych drewnianych posadzkach 

rozstawione były liczne orientalne antyki, idealne do skakania i innych zabaw. 

Podczas  gdy  koty  syjamskie  badały  teren,  Qwilleran  przyniósł  bagaże.  Materiały  do 

pisania rozłożył na stole kuchennym. Sprzęt stereo postawił na austriackiej skrzyni w salonie. 

Miał problem z ubraniami, bo sypialnia była pełna rzeczy pani Cobb. Najgorsze były jednak, 

zdaniem  Qwillerana,  meble:  kufry  i  stoły  pokryte  marmurem,  nieduży  fotel  bujany  i 

olbrzymie  drewniane  wezgłowie,  sięgające  sufitu,  złowrogo  unoszące  się  nad  łóżkiem. 

Wyglądało, jakby ważyło co najmniej tonę, i Qwilleran wyobrażał sobie, jak spada na niego, 

kiedy śpi. 

- Dziś w nocy wszystko się wyjaśni - zapowiedział krążącym po pokoju kotom. - Albo 

dom rzeczywiście wydaje dziwne odgłosy po zmroku, albo wszystkie te hałasy pochodziły z 

głowy  tej  biednej  kobiety.  Chociaż  wątpię,  żebyśmy  kiedykolwiek  zdołali  dowiedzieć  się, 

dlaczego  dom  i  podwórko  były  pogrążone  w  ciemności.  Ile  świateł  paliło  się,  zanim  pani 

Cobb  upadła?  Na  pewno  było  jasno  w  kuchni,  gdzie  podgrzewała  sobie  mleko,  w  sypialni, 

gdzie pakowała torbę, i na podwórku. Pani Cobb na pewno użyła kuchenki mikrofalowej. 

Koko odpowiedział po prostu „ik ik ik” i podrapał się za uchem. 

Qwilleran  zamknął  koty  w  sypialni,  usiadł  przy  kuchennym  stole  i  zaczął  pisać 

nekrolog  pani  Cobb  na  jej  własnej  maszynie  do  pisania.  Nie  potrzebował  żadnych  notatek. 

Wiedział, że zmarła znała się na antykach i zrobiła inwentaryzację ogromnej kolekcji rodziny 

Klingenschoenów.  Była  niestrudzona  w  wysiłkach,  by  powstało  muzeum.  Zdołała  nakłonić 

wiele skąpych rodzin z Moose County, by przekazały muzeum hojne datki i cenne pamiątki. 

Stworzyła  programy  edukacyjne  dla  szkół  i  starała  się  zaszczepić  młodzieży  swoje 

zainteresowanie  historią.  Qwilleran  nie  mógł  zakończyć  tego  peanu,  nie  wspominając  o 

niesamowitych ciastkach, które Iris piekła w swojej kuchni. 

Pominął fakt, że wszyscy trzej mężowie Iris zmarli nienaturalną śmiercią: Hough na 

zatrucie  pokarmowe,  Cobb  w  straszliwym  wypadku,  a  Hackpole...  Qwilleran  wolał  nie 

myśleć o Hackpole'u. 

background image

Skończył  nekrolog  i  przesłał  go  do  wtorkowego  numeru  „Moose  County  coś  tam”. 

Była  to  dość  nietypowa  nazwa  dla  gazety,  ale  Moose  County  szczyciło  się  swoją 

wyjątkowością. 

Praca  rozbudziła  apetyt  Qwillerana.  Udał  się  na  poszukiwania  do  lodówki  i 

przyrządził sobie zupę z wołowiną i kaszą jęczmienną z domowym chlebem. 

Zanim  skończył  jeść,  usłyszał  stukot  mosiężnej  kołatki.  Za  drzwiami  stał  mizernie 

wyglądający mężczyzna w średnim wieku. Miał spiczasty nos i przenikliwe spojrzenie. 

-  Widziałem  pana  samochód  na  podwórku  -  powiedział  niskim,  nosowym  głosem.  - 

Mogę w czymś pomóc? Jestem Vince Boswell. Pracuję przy prasach drukarskich w stodole. 

Qwilleran pamiętał ten głos - słyszał go niedawno przez telefon i o mało nie pękły mu 

bębenki w uszach. Wzdrygnął się i powiedział chłodno: 

- Witam pana. Właśnie się wprowadziłem i pomieszkam tu przez kilka tygodni. 

- To wspaniale! W takim razie nie muszę martwić się o to miejsce. Trochę pilnowałem 

muzeum,  kiedy  nie  było  Iris.  Pan  Jim  Qwilleran,  prawda?  Ciągle  widuję  pana  zdjęcie  w 

gazecie. Będzie pan tu spędzać większość czasu? 

- Tak, choć będę na krótko opuszczać to miejsce. 

- W takim razie mogę pilnować domu, kiedy pana nie będzie. Ja też jestem pisarzem - 

wie  pan,  specjalizuję  się  w  takich  różnych  technicznych  sprawach.  Piszę  książkę  o  historii 

prasy drukarskiej i tworzę katalog starego sprzętu, składowanego w stodole. Poważna robota! 

- Boswell spuścił wzrok. - O, widzę, że ma pan kotka. 

- Mam dwa - odpowiedział Qwilleran. 

- Moja córeczka kocha kotki. Może moja żona mogłaby przywieźć tu Dzidzię któregoś 

dnia. 

Qwilleran odchrząknął. 

- To nie są zwyczajne koty, panie Boswell. To wyjątkowe, syjamskie koty, są bardzo 

kapryśne  i  nieprzyzwyczajone  do  towarzystwa  dzieci.  Nie  chciałbym...  żeby  podrapały 

pańską  córkę.  -  Qwilleran  zdawał  sobie  sprawę,  że  etykieta  Moose  County  wymaga,  aby 

zaprosił swojego gościa na piwo lub kawę, ale donośny głos Boswella wyjątkowo go drażnił. 

- Chętnie zaprosiłbym pana na filiżankę kawy, ale jadę właśnie na lotnisko. Ktoś przyjeżdża 

do miasta na pogrzeb. 

Boswell pokiwał głową ze smutkiem. 

- Było nam z żoną niezmiernie przykro. Iris była bardzo miłą osobą. Kiedy odbędzie 

się pogrzeb i ceremonia żałobna? 

background image

-  Wszystkie  informacje  znajdzie  pan  na  pewno  w  jutrzejszej  gazecie  -  Qwilleran 

zerknął na zegarek. - Proszę mi wybaczyć, panie Boswell, ale chciałbym dotrzeć punktualnie 

na lotnisko. 

-  Proszę  mówić  mi  Vince.  I  niech  mi  pan  da  znać,  gdybym  mógł  w  czymś  pomóc, 

dobrze?  -  Wychodząc,  pomachał  do  kota.  -  Cześć,  kotku!  Miło  było  pana  poznać,  panie 

Qwilleran. 

Dziennikarz zamknął drzwi i odwrócił się do Koko. 

- Jak ci się podobał ten hałaśliwy prostak?. 

Nikt  nigdy nie nazwał  go kotkiem  - pomyślał Qwilleran. Wypadałoby  raczej  mówić 

„Wasza Ekscelencjo” albo „Eminencjo”. 

Przed wyjściem zadzwonił jeszcze do Susan Exbridge, do Indian Village. 

-  Chciałem  ci  tylko  powiedzieć,  że  przeprowadziłem  się  chwilowo  do  Iris,  gdybyś 

mnie potrzebowała. Co słychać? 

Pani wiceprezes Towarzystwa Historycznego kipiała entuzjazmem i energią. 

-  Jestem  wykończona!  -  powiedziała.  -  Wcześnie  rano  pobiegłam  do  muzeum  i 

wzięłam ubrania na pogrzeb Iris. Zdecydowałam się na ten różowy, zamszowy kostium, który 

miała na swoim ślubie w zeszłym roku. Wybrałam też trumnę u Dingleberry'ego. Na pewno 

spodobałaby się Iris! Ma bardzo kobiecą, różową wyściółkę. Omówiłam oprawę muzyczną z 

organistą kościelnym, przygotowałam wszystko na jutro w domu pogrzebowym i wynajęłam 

orkiestrę  dętą.  Namówiłam  też  kwiaciarzy,  żeby  sprowadzili  specjalne,  różowe  kwiaty  z 

Minneapolis.  Moose  County  dostarczy  nam  rdzawozłotych  chryzantem.  Na  pewno  będą 

wspaniale pasowały do różowej wyściółki, jak sądzisz? 

- Widzę, że strasznie się napracowałaś, Susan. 

-  Owszem!  To  było  takie  wzruszające!  Nie  miałam  nawet  czasu  na  łzy,  ale  teraz 

wypiję  sobie  ze  dwa  martini  i  porządnie  popłaczę,  wspominając  biedną  Iris...  A  ty  co  dziś 

robiłeś, Qwill? 

- Napisałem nekrolog, wysłałem go do gazety, a teraz jadę na lotnisko, żeby odebrać 

jej syna - odpowiedział Qwilleran. -  Zabiorę go na kolację i odwiozę do hotelu. Nazywa się 

Dennis H-o-u-g-h, wymawia się „Haf”. Czy ty i Larry moglibyście zająć się nim jutro? 

- Dokąd mamy go zabrać? 

- Moglibyście wziąć go na lunch, potem na obiad, a o odpowiedniej porze zawieźć go 

do Dingleberry'ego. 

- Jest przystojny? - zapytała Susan bez wahania. 

Niedawno się rozwiodła i nie kryła swego zainteresowania mężczyznami. 

background image

-  Zależy,  co  lubisz  -  powiedział  Qwilleran.  -  Dennis  ma  metr  pięćdziesiąt  i  waży 

dwieście kilo. Poza tym ma jedno szklane oko i łupież. 

- Mój typ! - odparła wesoło Susan. 

Qwilleran przebrał się i wyjął z zamrażarki wołowinę. Podgrzał mięso, nakarmił koty i 

udał się na lotnisko. 

Jeszcze  dwa  lata  wcześniej  lotnisko  w  Moose  County  przypominało  pastwisko  dla 

krów albo zwykłą budę z rękawem lotniskowym. Dzięki dotacji z Fundacji Klingenschoenów 

unowocześniono  pas  startowy  i  terminal,  wybudowano  hangary  i  wybrukowano  parking,  a 

lokalne kółka ogrodnicze ozdobiły wejście i zasadziły rdzawozłote chryzantemy. 

W  środku  Qwilleran  zauważył  wyeksponowaną  stronę  tytułową  poniedziałkowego 

numeru „Moose County coś tam” z wiadomością w czarnej obwódce: 

INFORMACJA 

Wczoraj wczesnym rankiem znaleziono ciało Iris Cobb-Hackpole w jej domu, w North 

Middle  Hummock.  Iris  Cobb  zmarła  prawdopodobnie  na  atak  serca.  Zmarła  mieszkała  na 

farmie Goodwinterów i opiekowała się muzeum. Była też współwłaścicielkę nowego sklepu z 

antykami  w  Pickax.  Ostatnio  Iris  Cobb  podupadła  na  zdrowiu.  Szczegóły  dotyczące 

uroczystości pogrzebowej zostaną podane w późniejszym terminie. 

Kiedy  samolot  lądował,  Qwilleran  zastanawiał  się,  czy  pozna  Dennisa.  Spotkał  go 

kiedyś  w  stolicy.  Syn  Iris  był  wtedy  po  studiach  i  pracował  dla  firmy  architektonicznej. 

Qwilleran zapamiętał go jako schludnego, szczupłego młodego człowieka. Od tamtego czasu 

Dennis  ożenił  się,  został  ojcem  dziecka  i  założył  własny  interes  -  pracował  jako 

przedsiębiorca budowlany. Wszystkie te zmiany niezmiernie cieszyły jego matkę. 

Młody mężczyzna, który podszedł do Qwillerana, miał zatroskaną, zmęczoną twarz. 

Dziennikarz ciepło uścisnął mu rękę. 

- Cieszę się, że znów cię widzę, Dennis. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach. 

- To straszne! - powiedział Dennis. - Moja matka ciągle zapraszała Cheryl i mnie, ale 

byliśmy  zbyt  zajęci,  żeby  ją  odwiedzić.  Mam  do  siebie  straszny  żal.  Nawet  nie  poznała 

swojego wnuka. 

W drodze do Pickax Qwilleran zapytał: 

-  Czy  Iris  opowiadała  ci  coś  o  Moose  County?  O  porzuconych  kopalniach  i  całej 

reszcie? 

background image

-  Tak,  uwielbiała  pisać  listy.  Większość  z  nich  zachowałem.  Nasz  syn  będzie  mógł 

kiedyś je przeczytać. 

Qwilleran zerknął na swojego pasażera i porównał jego szczupłą, melancholijną twarz 

z okrągłą, wesołą twarzą pani Cobb. 

- Nie jesteś zbyt podobny do swojej matki. 

- Tak, pewnie przypominam ojca, chociaż nigdy go nie widziałem, nawet na zdjęciu - 

odpowiedział Dennis. - Zmarł na zatrucie pokarmowe, kiedy miałem trzy lata. Wiem tylko, że 

miał podły charakter i był okrutny dla mojej matki, a kiedy zmarł, krążyły pogłoski, że to ona 

go otruła. Wiesz, jak to jest w małych miasteczkach. Ludzie nie mają tam nic ciekawego do 

roboty, więc plotkują i opowiadają bzdury. Przenieśliśmy się do miasta i matka wychowała 

mnie samotnie. 

- Czuję dużą sympatię dla samotnych matek - powiedział Qwilleran. - Moja matka też 

musiała się z tym  zmierzyć i sam  wiem najlepiej,  że nie było  jej  łatwo.  W jaki sposób  Iris 

zaczęła się zajmować sprzedażą antyków? 

-  Pracowała  jako  kucharka  w  różnych  domach  i  jedna  z  rodzin,  które  ją  zatrudniały, 

miała  dużą  kolekcję  antyków.  Od  razu  dostała  bzika  na  tym  punkcie.  Uczyliśmy  się  razem 

przy  stole  kuchennym:  ja  odrabiałem  matematykę,  a  ona  czytała  o  konstrukcji  szuflad  w 

osiemnastowiecznych  komodach  i  innych  takich  rzeczach.  Potem  poznała  C.  C.  Cobba  i 

otworzyli „Rupieciarnię” przy Zwinger Street, gdzie mieszkałeś. Resztę historii chyba znasz. 

- Cobb miał trudny charakter. 

- Tak samo jak Hackpole, z tego, co wiem. 

-  Nie  ma  sensu  mówić  o  tym  zerze  -  powiedział  Qwilleran,  marszcząc  brwi.  -  Jesteś 

głodny? Możemy zatrzymać się po drodze w restauracji. W Pickax jest kilka niezłych knajp. 

-  Zjadłem już coś  w Minneapolis, kiedy  czekałem  na autobus. Ale chętnie przekąszę 

hamburgera z piwem. 

Pojechali  do  restauracji  „Old  Stone  Mill”.  Koło  młyńskie  nadal  kręciło  się  i 

skrzypiało. Dennis zamówił piwo, a Qwilleran poprosił o wodę squunk. 

- Jest lepsza, niż wskazywałaby jej nazwa - wyjaśnił. - To miejscowa woda mineralna, 

pochodzi ze źródła w Squunk Corners. 

Po chwili dodał: 

-  Przykro mi, że  Iris nie dożyła otwarcia swojego sklepu. W niczym  nie  przypomina 

„Rupieciarni” przy Zwinger Street. Jej mieszkanie w muzeum też jest pełne antyków. Pewnie 

je odziedziczysz. 

background image

- Nie sądzę - powiedział Dennis. - Wiedziała, że nie przepadam za starymi meblami i 

innymi  takimi  rzeczami.  Cheryl  i  ja  lubimy  szkło,  stal  i  ten  specjalny  włoski  plastik.  Ale 

chętnie obejrzę muzeum. Pracowałem kiedyś dla firmy, która odnawiała stare budynki. 

- Dom Goodwinterów jest naprawdę wyjątkowy. To Iris nadzorowała jego renowację. 

Dom znajduje się trzydzieści  mil  od Pickax i zastanawiałem się zawsze, czy to  bezpieczne, 

żeby matka mieszkała tam sama. 

- Ja też. Radziłem jej, żeby kupiła sobie dobermana albo owczarka niemieckiego, ale 

od razu odrzuciła ten pomysł. Nie potrafiłaby mieszkać z psem. 

- Byliście w stałym kontakcie? 

-  Tak,  mieliśmy  dobre  relacje.  Dzwoniłem  w  każdą  niedzielę,  a  ona  pisała  raz  albo 

dwa razy w tygodniu. Wiesz, jakie ona ma pismo? Coś strasznego! 

- Tak, tylko kryptograf zdołałby to odcyfrować. 

-  Dlatego podarowałem  jej maszynę do pisania. Uwielbiała ją! Kochała też muzeum, 

kochała Pickax. Była bardzo szczęśliwa... aż tu nagle podcięło jej skrzydła. 

- Co masz na myśli? 

-  Poszła  do  lekarza  z  niestrawnością,  a  dowiedziała  się,  że  dostała  bezobjawowego 

zawału.  Miała  astronomiczny  poziom  cholesterolu.  Podobnie  było  z  poziomem  cukru  we 

krwi. No i jakieś dwadzieścia kilogramów nadwagi. Kompletnie się załamała. 

- A przecież zawsze wyglądała zdrowo. 

- Właśnie dlatego był to dla niej taki szok. Wpadła w depresję, a potem zaczęły się te 

historie z muzeum... wierzysz w duchy? 

- Obawiam się, że nie. 

- Ja też nie, ale mama zawsze się nimi fascynowała - to znaczy tymi przyjaznymi. 

-  Tak,  wiem  o  tym  -  powiedział  Qwilleran.  -  Kiedy  mieszkała  na  Zwinger  Street, 

twierdziła, że po domu krąży wesoła zjawa. Ale to C. C. Cobb płatał jej figle! Co noc cicho 

wstawał z łóżka, nie budząc jej, i wkładał solniczkę do jej kapci albo wieszał jej bieliznę na 

żyrandolu. Musiał się nieźle wysilić, żeby co noc wymyślać nową sztuczkę. 

- Taa... to się nazywa poświęcenie - westchnął Dennis. 

- Szczerze mówiąc, ona chyba wiedziała, ale nie chciała, żeby C. C. się domyślił. To 

jest prawdziwe poświęcenie! 

Mężczyźni dostali hamburgery i jedli je w ciszy przez kilka minut. Potem Qwilleran 

powiedział: 

- Wspomniałeś, że Iris narzekała na pracę w muzeum. Nic o tym nie wiedziałem. 

Dennis przytaknął z powagą. 

background image

- Zaczęła wierzyć, że to miejsce jest nawiedzone. Na początku bawiło ją to, ale później 

zaczęła  się  bać.  Namawialiśmy  ją  z  Cheryl,  żeby  przyjechała  do  St.  Louis.  Wydawało  nam 

się, że zmiana otoczenia dobrze jej zrobi, ale mama nie chciała wyjeżdżać przed uroczystym 

otwarciem  sklepu.  Sam  nie  wiem,  może  to  przez  leki,  które  brała,  w  każdym  razie  ciągle 

słyszała  dziwne,  tajemnicze  odgłosy.  Wiesz,  to  się  zdarza  w  starych  domach  -  skrzypiące 

drewno, myszy, coś w kominie... 

- Opowiadała ci coś konkretnego? 

-  Przywiozłem  trochę  jej  listów  -  powiedział  Dennis.  -  Są  w  mojej  walizce. 

Pomyślałem, że mógłbyś je przejrzeć, może coś tam znajdziesz. Ja nic z tego nie rozumiem. 

Chcę zapytać o to doktora, kiedy go spotkam. 

-  Doktor  Halifax  jest  wspaniałym  człowiekiem,  na  pewno  chętnie  cię  wysłucha  i 

odpowie na twoje pytania. Polubisz go. 

Ruszyli  w  stronę  hotelu  „New  Pickax”,  a  Qwilleran  ostrzegł  Dennisa,  żeby  nie 

spodziewał się zbyt nowoczesnego wystroju wnętrza. 

- Ten hotel zbudowano w latach trzydziestych dwudziestego wieku, ale jest wygodnie 

położony,  znajduje  się  w  samym  centrum,  niedaleko  domu  pogrzebowego.  Larry  Lanspeak 

skontaktuje się z tobą jutro albo jeszcze dziś wieczorem. Jest przewodniczącym Towarzystwa 

Historycznego. To wspaniały człowiek. 

-  Tak,  mama  zachwycała  się  rodziną  Lanspeaków.  Zaparkowali  przed  hotelem  i 

Qwilleran  odprowadził  Dennisa  do  recepcji.  Na  widok  słynnych  wąsów  pracownicy  hotelu 

zrobili  wszystko,  by  jak  najlepiej  obsłużyć  gościa.  Nocny  recepcjonista  był  jednym  z  tych 

rosłych, przystojnych blondynów, których było w Moose County pod dostatkiem. Qwilleran 

powiedział: 

-  Mitch,  to  Dennis  Hough,  pisane  „H-o-u-g-h”.  Rezerwowałem  dla  niego  pokój. 

Przyjechał na pogrzeb pani Cobb. Zadbaj o to, żeby dostał najlepszy apartament... Dennis, to 

Mitch Ogilvie, członek Towarzystwa Historycznego. Znał twoją matkę. 

-  Byłem  wstrząśnięty,  kiedy  dowiedziałem  się  o  śmierci  Iris  -  powiedział 

recepcjonista. - Była wspaniałą osobą i naprawdę kochała muzeum. 

Dennis wymamrotał słowa podziękowania i podpisał się w księdze gości hotelowych. 

- Dobranoc, Dennis - pożegnał się Qwilleran. - Widzimy się jutro wieczorem w domu 

pogrzebowym. 

background image

-  Dziękuję  za  wszystko,  Qwill...  Czekaj!  -  wyjął  z  torby  kopertę  i  podał  mu  ją.  -  To 

kserokopie ostatnich listów matki. Nie musisz mi ich oddawać. Ten list dostaliśmy w sobotę. 

Może dzięki nim dojdziesz do tego, co działo się w muzeum... albo w jej głowie...  - Dennis 

puknął się w czoło. 

background image

Rozdział czwarty 

Po odwiezieniu Dennisa Hougha do hotelu Qwilleran pojechał do North Middle Hummock. 

Nad  ziemią  unosiły  się  błękitne  opary.  Światło  księżyca  mieszało  się  ze  smugami  mgły 

płynącej  nad  pobliskimi  dolinami.  Kiedy  dziennikarz  dotarł  do  domu  i  wyłączył  światła 

samochodu, podwórko i dom pogrążyły się w tajemniczej, niebieskiej poświacie. 

Qwilleran wszedł do środka i zapalił górną lampę. Z czterech żarówek paliły się tylko 

trzy.  Z  ciemnego  salonu  wyłoniły  się  chyłkiem  dwie  ciemne  sylwetki  i  podeszły  do 

Qwillerana, mrużąc oczy. 

-  Co  się  stało  ze  światłami?  -  spytał  dziennikarz.  -  Wczoraj  wieczorem  działały 

wszystkie cztery. 

Koty syjamskie ziewnęły i przeciągnęły się leniwie. 

- Czy działo się coś wyjątkowego? Słyszałyście jakieś dziwne odgłosy? 

Koko  zaczął  czyścić  sierść  długim,  różowym  językiem,  a  Yum  Yum  ocierała  się  o 

kostki  Qwillerana,  sugerując,  że  miło  byłoby  dostać  jakąś  drobną  przekąskę.  Koty  po  raz 

pierwszy  zostały  same  w  muzeum.  Qwilleran  rozejrzał  się.  Spodziewał  się  pozrzucanych 

obrazów, książek na podłodze, zerwanych abażurów i porwanych chusteczek. Nigdy nie było 

wiadomo,  jak  się  zachowają  w  nowym  miejscu.  Qwilleran  znalazł  kilka  kocich  włosów  na 

fotelu  z  niebieskiego  aksamitu  i  trochę  wysuszonych  chwastów  na  podłodze  salonu.  Koty 

przywłaszczyły sobie ulubiony fotel pani Cobb, a jeden z nich wskoczył na szczyt wysokiej 

szafy, żeby zbadać zawartość stojącego na niej koszyka. 

Qwilleran  zrobił  sobie  kawę  i  zabrał  się  do  lektury  listów  Iris  Cobb,  niezmiernie 

wdzięczny Dennisowi, że podarował matce maszynę do pisania. Pierwszy list opatrzony był 

datą  dwudziestego  drugiego  września.  Iris  pytała  o  swojego  wnuka,  opisywała  wspaniałą 

pogodę  i  zachwycała  się  nowym  sklepem  z  antykami,  który  miał  zostać  otwarty 

siedemnastego października. Podała synowi długi przepis na wysokokaloryczny deser, który 

sama wymyśliła, i pisała dalej: 

Praca  w  muzeum  sprawia  mi  wielką  przyjemność.  Niedawno  pomyślałam,  że  byłoby 

dobrze umieścić termofor w jednej z naszych sal wystawowych. Przypomniałam sobie, że ktoś 

background image

podarował nam swój zniszczony termofor, i znalazłam na ten temat informacje w komputerze 

(Fundacja Klingenschoenów przeznaczyła pieniądze na skatalogowanie naszej kolekcji. Czyż 

to  nie  cudowne?).  Wyczytałam  w  katalogu,  że  mosiężna  część  termoforu  jest  wgnieciona,  a 

rączka obluzowana, ale że warto go odnowić. Więc zeszłam na dół, żeby go poszukać. 

Piwnica muzeum pełna jest uszkodzonych przedmiotów. Kręciłam się po niej, szukając 

termoforu, i nagle usłyszałam tajemniczy hałas, jakby ktoś stukał w ścianę. Pomyślałam: „O, 

świetnie, mamy ducha!” Nasłuchiwałam jakiś czas, a kiedy już wiedziałam, skąd dochodzi ten 

odgłos, wzięłam stary drewniany tłuczek do ziemniaków, który leżał w pobliżu, i zaczęłam nim 

walić w ścianę. Wtedy stukanie ucichło. Duch się chyba przestraszył! 

Chciałabym,  żebyście  przyjechali  na  uroczyste  otwarcie  sklepu.  Będzie  wspaniałe 

przyjęcie. Susan załatwia szampana, kwiaty i całą resztę. 

Ucałowania od mamy 

Qwilleran  pomyślał,  że  chodziło  pewnie  o  rdzawozłote  chryzantemy.  Sięgnął  po 

następny  list,  z  trzydziestego  września,  i  odkrył,  że  nastrój  Iris  uległ  gwałtownemu 

pogorszeniu. Pani Cobb pisała: 

Drogi Dennisie i Cheryl, 

jestem załamana. Dostałam wyniki badań od doktora Hala i wszystko jest nie tak, jak 

być  powinno!!!  Serce,  krew,  cholesterol,  wszystko!  Tak  bardzo  płakałam,  że  nie  byłabym  w 

stanie rozmawiać, dlatego nie zadzwoniłam. Jeśli nie przejdę na ścisłą dietę, nie zacznę się 

gimnastykować i brać leków, będę musiała poddać się operacji!!! To był straszny szok. Nigdy 

nie  sądziłam,  że  przydarzy  mi  się  coś  takiego.  Czułam  się  przecież  tak  dobrze!  Teraz  mam 

ochotę  popełnić  samobójstwo.  Wybaczcie,  że  zadręczam  was  swoimi  problemami.  Nie  mam 

dziś siły na dłuższy list. 

Mama 

Biedna  Iris  -  pomyślał  Qwilleran.  Jego  matka  wpadła  w  taką  samą  panikę,  kiedy 

lekarz oznajmił jej, że wkrótce umrze. Wziął kolejny list, napisany pięć dni później. Początek 

listu był optymistyczny: 

Drogie dzieci, 

background image

wasz  telefon  niesamowicie  mnie  ucieszył  i  poprawił  mi  nastrój.  Powinnam  była  już 

dawno do was przyjechać. Niestety nie mogę się stąd ruszyć przed otwarciem sklepu. W ciągu 

dnia czuję się nieźle, ale w nocy bardzo się denerwuję, głównie z powodu dziwnych hałasów. 

Opowiadałam wam o stukaniu w piwnicy. Oprócz stukania słychać jęki i dzwonienie. Czasem 

wydaje mi się, że wszystko to dzieje się w mojej głowie, wtedy zaczynam się martwić i czuję to 

okropne ściskanie w klatce piersiowej. 

Zawsze twierdziłam, że w starych domach czuje się duszę ich mieszkańców. Wiem, że 

to brzmi dziwnie, ale Goodwinterom zawsze przydarzały się złe rzeczy: samobójstwa, straszne 

wypadki,  morderstwa.  W  tym  domu  panuje  przerażająca  atmosfera.  Jestem  coraz  bardziej 

niespokojna. Czy to tylko moja wyobraźnia? A może złe duchy? 

Tak  bardzo  skupiłam  się  na  swoich  problemach,  że  zapomniałam  zapytać  o  małego 

Denny'ego. Wiecie już, od czego miał tę wysypkę? 

Ucałowania od mamy i babci 

Ostatni list nie miał daty, ale Dennis dostał go w sobotę, dzień przed śmiercią Iris. 

Drogi Dennisie, 

Nie  wiem,  ile  jeszcze  wytrzymam  -  chodzi  o  te  hałasy.  Osoby,  które  pomagają  w 

muzeum, niczego nie słyszą. Tylko mnie to prześladuje. Mówiłam o tym doktorowi Halowi i 

kazał mi odstawić leki na kilka dni, ale nic się nie zmieniło. Wciąż słyszę różne odgłosy, ale 

tylko  kiedy  jestem  sama.  Strasznie  nie  chcę  mówić  o  tym  Larry'emu.  Pomyśli,  że 

zwariowałam. Muzeum będzie czynne w piątek, sobotę i niedzielę. Będą tu tłumy. Poczekam 

do poniedziałku, a jeśli nic się nie zmieni, będę musiała zrezygnować z pracy w muzeum. 

Mama 

PS. W tej chwili nie słyszę żadnych hałasów. 

Dennis  dostał  ten  list  w  sobotę,  zadzwonił  do  doktora  Halifaksa  i  kupił  bilet  na 

samolot  na poniedziałek. W niedzielę  w nocy zmarła, z twarzą wykrzywioną z bólu... Albo 

przerażenia - pomyślał Qwilleran. Ale co ją przestraszyło? 

Po  przeczytaniu  ostatniego  listu  nie  spieszyło  mu  się  wcale  do  łóżka,  nad  którym 

unosiło  się  przerażające,  masywne  wezgłowie.  Rozważył  spanie  na  kanapie,  ale  musiał 

najpierw  przeprowadzić  pewien  eksperyment.  Zamierzał  zapalić  światła  w  całym  domu  i 

background image

włączyć muzykę na cały regulator. Potem, punktualnie o północy, planował zgasić światła i 

siedzieć w ciemności, nasłuchując. 

Przygotowując  pierwszy  etap  swojego  planu,  obszedł  wszystkie  pomieszczenia, 

włączając światła. W hallu wejściowym paliły się tylko dwie żarówki. Zeszłej nocy działały 

wszystkie  cztery.  Godzinę  wcześniej  -  trzy.  Dziennikarz  zaklął  pod  nosem.  Drażniły  go  te 

kapryśne lampy. Nie miał teraz ochoty polować na nowe żarówki. 

Przebrany  w  swój  wygodny  szlafrok  i  kapcie,  poczęstował  koty  sardynkami  i  zrobił 

sobie  jeszcze  jeden  kubek  kawy.  Włączył  kasetę  z  Otellem  i  usadowił  się  w  niebieskim, 

aksamitnym  fotelu  przed  kominkiem.  Zrezygnował  z  rozpalania  ognia.  Trzaskające  drewno 

zagłuszyłoby czyste dźwięki muzyki. 

Miał nadzieję, że tym razem zdoła wysłuchać nagrania od początku do końca. Ku jego 

konsternacji  w  chwili,  kiedy  Otello  i  Desdemona  zbliżali  się  właśnie  do  swojego  duetu 

miłosnego  w  pierwszym  akcie,  zadzwonił  telefon.  Qwilleran  ściszył  muzykę  i  podniósł 

słuchawkę w sypialni. 

- Qwill? Tu Larry - powiedział energiczny głos. - Właśnie rozmawiałem przez telefon 

z  Dennisem  Houghem.  Dziękuję,  że  odwiozłeś  go  do  hotelu.  Mówił,  że  ma  bardzo  dobry 

pokój. 

- Mam nadzieję, że nie dali mu tego apartamentu małżeńskiego z okrągłym łóżkiem i 

satynowymi prześcieradłami - powiedział Qwilleran, niezadowolony z tego, że przerwano mu 

odpoczynek. 

- Jest w apartamencie prezydenckim, jedynym, który ma telefon i kolorowy telewizor. 

Wszystko jest gotowe na jutro. Susan zabierze go na lunch, a Carol i ja zaprosimy ich oboje 

na obiad. Wszystko w porządku w muzeum? Wygodnie ci tam? 

- Czuję, że będę miał koszmary, śpiąc w tym przerażającym łożu. 

- Mówisz o zabytkowym łóżku generała Granta, które powstało sto lat temu z okazji 

Wielkiej Wystawy Światowej? - spytał 

Larry urażonym tonem. - Byłem pewien, że zachwycisz się tym antykiem! 

-  Wezgłowie  wygląda  jak  drzwi  do  mauzoleum,  a  ja  wcale  nie  mam  ochoty  zostać 

pogrzebany. Poza tym wszystko w porządku. 

- W takim razie życzę ci dobrej nocy. To był nerwowy dzień i żaden z nas nie wyspał 

się  wczoraj,  prawda?  Wreszcie  udało  mi  się  zorganizować  wszystkich  pozostałych 

żałobników, którzy poniosą trumnę, więc mogę udać się na zasłużony wypoczynek. 

-  Jedno  pytanie,  Larry.  Widziałeś  się  z  Iris,  kiedy  muzeum  było  czynne  w  zeszłym 

tygodniu? 

background image

-  Nie,  ale  Carol  tam  była.  Mówiła,  że  Iris  była  zmęczona  i  zmartwiona  wynikami 

swoich  badań.  Może  podziałał  na  nią  stres  związany  z  otwarciem  sklepu.  Carol  kazała  jej 

położyć się i wypocząć. 

Qwilleran  wrócił  do  swojej  opery,  ale  okazało  się,  że  przegapił  duet  miłosny. 

Zirytowany,  wyłączył  muzykę,  sprawdził,  gdzie  są  koty,  zgasił  światła  i  rozsiadł  się  w 

niebieskim fotelu, kładąc nogi na stołku przed sobą. Czekał w ciemnościach na stukanie, jęki i 

krzyki. 

Cztery  godziny  później  otworzył  nagle  oczy.  Bolała  go  szyja,  a  na  jego  kolanach 

leżały dwa koty syjamskie, które razem ważyły tyle, że całkowicie zdrętwiała mu noga. Kiedy 

spały,  ważyły  dwa  razy  więcej  niż  u  weterynarza.  Qwilleran  zaczął  kuśtykać  po  pokoju, 

usiłując rozruszać bolące stawy. Jeśli nawet były jakieś hałasy i stukanie w ścianach, przespał 

je w błogim otępieniu. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, był telefon Larry'ego. 

Przypomniał  sobie  coś,  co  zaniepokoiło  go  w  tej  rozmowie.  Larry  wspomniał  o 

niesieniu  trumny.  Mówił,  że  „zorganizował  wszystkich  pozostałych  żałobników,  którzy 

poniosą  trumnę”.  Qwilleran  zaczął  się  zastanawiać,  co  Larry  mógł  mieć  na  myśli,  mówiąc 

„pozostałych”. 

Doczekał  niecierpliwie  do  siódmej  rano  i  zadzwonił  do  Lanspeaków.  Od  razu 

przeszedł do rzeczy: 

- Larry, mogę zadać ci pytanie? 

- Jasne, o co chodzi? 

- Kto będzie niósł trumnę? 

-  Trzech  członków  rady  muzealnej  i  Mitch  Ogilvie  -  oprócz  ciebie  i  mnie.  Czemu 

pytasz? 

- Szczerze mówiąc - powiedział Qwilleran - nikt do tej chwili nie wspominał, że będę 

niósł  trumnę...  nie  żebym  miał  coś  przeciwko,  ale  rozumiesz...  cieszę  się,  że  się 

dowiedziałem. 

- Susan nie rozmawiała z tobą? 

-  Opowiadała  mi  długo  o  różowym  kostiumie,  o  trumnie  z  różową  wyściółką  i 

różowych kwiatach, które przylecą z Minneapolis, ale nie wspomniała ani słowem o niesieniu 

trumny. 

- Przykro mi, Qwill. Czy to dla ciebie problem? 

- Nie, nie ma sprawy. Chciałem się tylko upewnić. 

Tak  naprawdę  był  to  jednak  problem,  i  to  poważny.  Oznaczało  to,  że  potrzebny  mu 

będzie ciemny garnitur - coś, czego Qwilleran nie miał od dwudziestu pięciu lat. Ani dawniej, 

background image

kiedy gorzej mu się powodziło, ani teraz, kiedy żył w dostatku, nie uważał, żeby ubrania były 

rzeczą  istotną.  W  Moose  County  wystarczyły  mu  swetry,  wiatrówki,  tweedowa  sportowa 

kurtka  ze  skórzanymi  łatami  i  granatowa  marynarka.  Poza  tym  miał  tylko  jeden  jasnoszary 

garnitur. Kupił go sobie, kiedy był drużbą na weselu Iris Cobb i Hackpole'a. Nie włożył go 

ani razu od tamtego czasu. 

Punktualnie  o  dziewiątej  zadzwonił  do znajdującego  się  w  centrum  Pickax  „Scottie's 

Men's Shop” i powiedział: 

- Scottie, pilnie potrzebuję ciemnego garnituru. 

-  Jak  barrrdzo  ciemnego,  starrry,  i  jak  barrrdzo  pilnie?  -  zapytał  właściciel.  Lubił 

przeciągać literę „r”, kiedy rozmawiał z Qwilleranem, który zawsze podkreślał, że nazwisko 

panieńskie jego matki brzmiało Mackintosh. 

- Bardzo ciemnego. Będę niósł trumnę, a pogrzeb odbędzie się jutro rano o dziesiątej 

trzydzieści. Masz jakiegoś wolnego krawca? 

- Tak, ale nie wiem, na jak długo. Wybierał się do lekarza. Bądź tu za pięć minut, to 

się tobą zajmie. 

-  Nie  jestem  teraz  w  Pickax,  Scottie.  Mieszkam  w  domu  Goodwinterów.  Możesz  go 

tam potrzymać pół godziny? Przekup go! 

-  No  wiesz,  to  uparrrty  Szkot,  ale  zrobię,  co  w  mojej  mocy.  Qwilleran  rzucił  się  po 

swoją  brzytwę,  nałożył  na  twarz  piankę,  po  czym  natychmiast  się  zaciął.  Usiłował  właśnie 

zatamować  krew,  mamrocząc  coś  pod  nosem,  kiedy  zadzwoniła  miedziana  kołatka  przy 

drzwiach wejściowych. 

- Niech szlag trafi tego Boswella - zaklął głośno. Był pewien, że to uciążliwy sąsiad. 

Kto inny mógłby tu przyjść o tej porze? 

Osłonięty  krótkim  fryzjerskim  ręcznikiem  i  z  połową  twarzy  pokrytą  pianą, 

zamaszystym  krokiem  poszedł  do  hallu  i  gwałtownie  otworzył  drzwi.  Na  progu  stała 

zaskoczona  kobieta,  trzymając  w  rękach  talerz  z  kruchymi  ciasteczkami.  W  zakłopotaniu 

jedną dłonią zakryła usta. 

-  Och,  pan  się  goli!  Proszę  wybaczyć,  panie  Qwilleran  -  powiedziała  miękko,  z 

wyraźnym południowym akcentem. 

Melodyjne  zdania  kończyła  naciskiem  na  ostatnie  słowa,  na  dodatek  doczepiając  do 

nich znaki zapytania. 

-  Jestem  pańską  sąsiadką,  nazywam  się  Verona  Boswell?  Przyniosłam  panu  świeże 

ciasteczka... na śniadanie? 

background image

W Moose County, położonym o czterysta mil na północ od samej Północy, brzmiało 

to bardzo świeżo, ale Qwilleran nie miał czasu na odświeżanie się. 

- Dziękuję, bardzo dziękuję - powiedział energicznie, biorąc od niej talerz. 

- Chciałam pana po prostu... przywitać? 

- To miło z pani strony. 

Starał  się  nie  wypaść  szorstko.  Ale  jednocześnie  piana  zasychała  mu  na  twarzy,  a 

krawiec Scottiego zapewne przechadzał się już niecierpliwie po salonie. 

- Proszę nam dać znać, gdybyśmy mogli... w czymś pomóc? 

- Bardzo dziękuję za życzliwość. 

- Mam nadzieję, że po pogrzebie będziemy mieli okazję... lepiej się poznać? 

- Na pewno, pani Boswell. - Qwilleran cofnął się o krok i zaczął zamykać drzwi. 

- Och, proszę mi mówić... Verona? Będziemy się często spotykać. 

-  Jestem  tego  pewien,  ale  teraz  muszę  panią  przeprosić.  Jadę  do  Pickax  w  pilnej 

sprawie. 

- No, to nie zatrzymuję. Pewnie zobaczymy się dziś podczas ceremonii... żałobnej? 

Niechętnie cofnęła się, dodając: 

- Moja Dzidzia strasznie by chciała zobaczyć pańskie kotki. 

Qwilleran kończył się ubierać, mocno zaciskając zęby. Całe życie spędził w miastach, 

w  których  nie  musiał  przejmować  się  sąsiadami  i  mógł  liczyć  na  to  samo  z  ich  strony. 

Obawiał  się,  że  wścibskie  sąsiedztwo  Boswellów  stanie  się  problemem  -  nie  mówiąc  już  o 

„Dzidzi”  pragnącej  pobawić  się  z  „kotkami”.  Czy  rzeczywiście  tak  miała  na  imię?  Dzidzia 

Boswell! Qwilleran nie lubił tego dziecka, choć jeszcze ani razu nie widział go na oczy. Był 

pewien,  że  to  jeden  z  tych  nieznośnych  brzdąców  -  cwanych,  próżnych  i  nad  wiek 

rozwiniętych. Podobnie jak W. C. Fields nie odczuwał sympatii do małych dzieci. 

Jeśli zaś chodzi o Veronę Boswell, nie była kobietą nieatrakcyjną, a jej łagodny głos 

stanowił  miły  kontrast  z  wrzaskiem  jej  męża.  Verona  była  nieco  młodsza  od  Vince'a,  ale 

wyraźnie  utraciła  już  świeżość  -  co  Qwilleran  uznał  za  skutek  długotrwałego  słuchania 

grzmiących kazań męża. Jakiekolwiek zresztą mogły być cnoty i zalety Boswellów, Qwilleran 

chciał ich oglądać jak najrzadziej. 

Jechał do Pickax rozdrażniony i może dlatego przekroczył dozwoloną szybkość. Ale 

policjant  stanowy,  spojrzawszy  na  prawo  jazdy  i  charakterystyczne  wąsy,  ograniczył  się  do 

pouczenia. W salonie odzieżowym czekał Scottie z wyborem ciemnogranatowych garniturów, 

a  w  głębi  pracowni  nerwowo  przestępował  z  nogi  na  nogę  krawiec  z  zawieszonym  na  szyi 

centymetrem. 

background image

- Nie chciałbym wydać zbyt dużo - powiedział Qwilleran, przeglądając metki. 

-  Mówi  pan  jak  prrawdziwy  Mackintosh  -  odparł  właściciel  salonu,  potrząsając  siwą 

czupryną. - Ten klan ma zawsze głębokie kieszenie i strrasznie krrótkie rręce. Skoro chodzi 

tylko o pogrzeb, może woli pan wynająć garnitur? 

Qwilleran spojrzał na niego gniewnie. 

- Ale z drrugiej strony warto mieć w szafie taki ciemny garrnitur, na wypadek gdyby 

nagle zdecydował się pan na ślub. 

Qwilleran  z  niechęcią  wybrał  jeden  garnitur,  uważając,  że  wszystkie  mają  zbyt 

wysokie ceny. 

Podczas  gdy  krawiec  sprawdzał  dopasowanie,  tu  i  ówdzie  coś  naciągając  albo 

popuszczając, Scottie zagadał: 

-  Podobno  przeniósł  się  pan  na  farmę  Goodwinterów.  Widział  pan  już  nieboszczyka 

siedzącego na beczce złotych monet? 

-  Jak  na  razie  odmówiono  mi  tej  przyjemności  -  odparł  Qwilleran.  -  Czy  mam 

rozumieć, że to częsty gość? 

- Pewnie pan słyszał, że stary Ephraim Goodwinter był strasznym skąpcem. Mówią, że 

ciągle wraca, żeby przeliczyć pieniądze. Jak pan chce zapłacić za garnitur? Gotówką? Kartą 

kredytową? W ratach po dziesięć dolarów tygodniowo? 

Z salonu odzieżowego Qwilleran pojechał do przemysłowej dzielnicy Pickax, gdzie w 

nowym  budynku  mieściła  się  redakcja  gazety  „Moose  County  coś  tam”.  Budynek 

zaprojektowano  z  rozmachem,  tak  aby  mógł  pomieścić  pokoje  redakcyjne,  biura  i 

nowoczesną drukarnię. Było to możliwe dzięki nieoprocentowanemu kredytowi od Fundacji 

Klingenschoenów. W stopce gazety na czwartej stronie wymienieni byli: 

ARCH RIKER, wydawca 

JUNIOR GOODWINTER, redaktor naczelny 

WILLIAM ALLEN, dyrektor wydawniczy 

Qwilleran  wszedł  na  początek  do  gabinetu  redaktora  naczelnego,  w  którym 

dominującym  meblem  był  wielki,  staroświecki  sekretarzyk  z  żaluzjowym  zamknięciem, 

górujący  nad  siedzącym  przed  nim  młodym  człowiekiem.  Sekretarzyk  należał  niegdyś  do 

skąpego Ephraima - pradziada obecnego użytkownika. 

background image

Junior  Goodwinter  miał  chłopięcą  twarz  i  chłopięcą  sylwetkę.  Zapuszczał  właśnie 

brodę,  mając  nadzieję,  że  dzięki  niej  będzie  wyglądał  na  więcej  niż  piętnaście  lat.  Powitał 

Qwillerana okrzykiem: 

-  Hej,  przystaw sobie krzesło! Połóż nogi  na biurku! Świetny był  ten kawałek, który 

napisałeś o Iris Cobb. Słyszałem, że pilnujesz mojej starej chałupy. 

- Tak, dopóki nie znajdą nowego dyrektora muzeum. Mam nadzieję, że uda mi się tam 

trochę popracować. A jak ci służy biurko przodka? 

-  Nie za bardzo. Wszystkie te przegródki  i  szufladki wyglądają na bardzo przydatne, 

ale spróbuj tylko coś do którejś odłożyć - nie ma mowy, żebyś to kiedykolwiek odzyskał! Ale 

podoba mi się pomysł z tym zamknięciem. Mogę zostawić rozgrzebaną pracę, zasunąć żaluzję 

i iść do domu z czystym sumieniem. 

- A nie znalazłeś jakichś tajemnych schowków? Wyobrażam sobie, że Ephraim mógł 

mieć parę rzeczy do ukrycia. 

-  Do  diabła,  nie  wiedziałbym,  gdzie  tu  szukać  tajemnych  schowków.  Może  byś 

przyszedł kiedyś z Koko i pozwolił mu trochę poniuchać? Chyba jest dobry w tych rzeczach. 

- Niucha od chwili, kiedy sprowadziliśmy się na farmę. Pamięta Iris i dziwi się, że jej 

nie  ma.  A  przy  okazji:  tuż  przed  śmiercią  Iris  skarżyła  się,  że  słyszy  jakieś  nieziemskie 

odgłosy. Czy ty też miałeś kontakty z siłami nadprzyrodzonymi, kiedy tam mieszkałeś? 

- Nie - odpowiedział Junior - ale ja byłem zbyt zajęty jazdą konną i szarpaniną z moim 

prawie dwumetrowym bratem. 

- Nigdy mi nie mówiłeś, że jeździłeś konno. 

-  Och,  tak.  Nie  wiedziałeś?  Chciałem  być  dżokejem,  ale  rodzice  mi  nie  pozwolili. 

Mogłem jeszcze zostać boyem hotelowym albo dziennikarzem w kategorii do pięćdziesięciu 

kilogramów. 

-  A  jak  twój  nowy  dzidziuś?  -  spytał  Qwilleran,  który  nigdy  nie  był  w  stanie 

zapamiętać imion ani płci potomstwa swoich młodszych znajomych. 

- Niesamowity dzieciak! Dziś rano złapał mnie za palec tak mocno, że nie mogłem się 

wyrwać. A ma dopiero cztery tygodnie! Cztery tygodnie i trzy dni! 

Żelazny chwyt, jak u prapradziadka - pomyślał Qwilleran, po czym wskazał na drzwi. 

- A któż to? William Allen? 

Menedżerskim krokiem do pokoju wszedł duży, biały kot. 

-  Tak,  we  własnej  osobie,  a  nie  w  jakimś  innym  wcieleniu  -  odparł  Junior.  -  Cudem 

uciekł z pożaru starego budynku. Chyba doznał jakiegoś uszczerbku na skutek zaczadzenia, 

ale poradził sobie z tym bez pomocy towarzystwa ubezpieczeniowego. Znaleźliśmy go przed 

background image

miesiącem  -  dziesięć  miesięcy  po  pożarze.  Zgadnij,  gdzie  był:  siedział  pod  stanowym 

urzędem zatrudnienia! 

Następnie  Qwilleran  udał  się  do  gabinetu  wydawcy  gazety.  Arch  Riker  siedział  w 

prezesowskim  fotelu  z  wysokim  oparciem,  przy  wielkim  orzechowym  blacie  wspartym  na 

dwóch blokach marmuru. 

- Jak ci się pracuje w tak wspaniałym otoczeniu? - zapytał Qwilleran. - Wyczuwam tu 

wyrafinowany gust „Studia Dekoracji Wnętrz Amandy”. 

- Przeszkadza mi to. Boję się położyć nogi na swoim własnym biurku - odpowiedział 

Riker, który twierdził, że najlepiej mu się myśli z nogami w górze. 

- Ta podmurówka wygląda, jakby pochodziła z jakiegoś grobowca. 

-  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  tak  rzeczywiście  było.  Amanda  wykazuje  wszystkie 

cechy  rabusia  grobów...  A  propos,  twój  tekst  o  Iris  Cobb  był  całkiem  w  porządku.  Mam 

nadzieję, że kiedy przyjdzie moja kolej, napiszesz coś równie dobrego.  A co to za historia, 

która kryje się za tym wszystkim? 

- To znaczy co? 

-  Nie  udawaj  głupiego,  Qwill.  Wiadomo  przecież,  że  przy  każdym  wypadku 

samochodowym podejrzewasz samobójstwo, a w każdym samobójstwie widzisz morderstwo. 

Co naprawdę wydarzyło się w niedzielę w nocy? Wyglądasz na bardzo zatroskanego. 

Qwilleran  dotknął  swoich  wąsów,  robiąc  przepraszającą  minę,  ale  odpowiedział 

rozmówcy gładko: 

- Jeśli wyglądam na zatroskanego, to z powodu ciemnego garnituru, który zamówiłem 

na pogrzeb, bo będę jednym  z niosących trumnę. No i  teraz nie  jestem  pewien, czy Scottie 

zdąży z nim na czas. Wybierasz się dziś do Dingleberry'ego? 

- Taki mam zamiar. Zabieram śliczną Amandę na obiad, a potem wpadniemy do domu 

pogrzebowego, o ile będzie jeszcze w stanie ustać i chodzić prosto. 

- Powiedz barmanowi, żeby dolewał jej wody do burbona - zasugerował Qwilleran. - 

Nie chcielibyśmy, żeby twoja ukochana skompromitowała się u Dingleberry'ego. 

Byli  przyjaciółmi  od  zawsze.  W  czasach  chłopięcych  chichotali,  opowiadając  jeden 

drugiemu  o  swoich  zadurzeniach;  potem  przechwalali  się  młodzieńczymi  podbojami, 

zwierzali się z problemów małżeńskich i pocieszali wzajemnie przy rozwodach. Obecnie byli 

w  fazie  żarcików  na  temat  lekko  zbzikowanej,  wygadanej  i  niestroniącej  od  kieliszka 

przyjaciółki  Rikera  -  Amandy.  Mówiąc  o  tej  kobiecie,  odnoszącej  sukcesy  w  biznesie  i 

jednocześnie  będącej  przebojową  członkinią  rady  miejskiej,  można  było  użyć  wielu 

pochlebnych przymiotników, ale akurat słowo „śliczna” do nich nie należało. 

background image

- A ty i Polly też tam będziecie? - zapytał Riker. 

- Polly ma służbowy obiad z radą biblioteczną, ale wpadnie później. 

- Może poszlibyśmy gdzieś potem - we czwórkę? - zaproponował Riker. - Zawsze po 

oddaniu szacunku zmarłym muszę uzupełnić płyny. 

Qwilleran wstał, zbierając się do wyjścia. 

- Dobry pomysł. Do zobaczenia u Dingleberry'ego. 

- Nie tak szybko! Jak długo zostajesz w mieście? Będziesz tu w porze lunchu? 

- Nie dziś. Muszę pojechać do domu, rozpakować się, poszukać zapasowych żarówek 

- no i zrobić remanent w lodówce. Iris zawsze gotowała tyle jedzenia, jakby spodziewała się 

niezapowiedzianych gości na obiedzie. 

-  Do  domu!  Mieszkasz  tam  od  kilku  godzin  i  już  mówisz  o  domu.  Jesteś  naprawdę 

specjalistą w przyzwyczajaniu się. 

- W gruncie rzeczy mam cygańską naturę  - odpowiedział Qwilleran. - Dom jest tam, 

gdzie  trzymam  szczoteczkę  do  zębów  i  gdzie  koty  mają  swoją  kuwetę.  Do  zobaczenia 

wieczorem. 

Jadąc do North Middle Hummock, zauważył, że wiatr się nasilił i z drzew zaczynają 

opadać liście. Jezdnia na Fugtree Road pokryta była warstwą żółtych liści osiki. Przyjemnie 

byłoby pójść na spacer - pomyślał. Jego rower został w Pickax i ominęła go dziś codzienna 

porcja ruchu. Czuł się rozluźniony i był w dobrym humorze. Krótka pogawędka z kolegami z 

redakcji zawsze wprawiała go w pogodny nastrój. Jednak chwilę później jego spokój legł w 

gruzach. 

Natychmiast  po skręcie  w uliczkę Black Creek  musiał  z całej siły wcisnąć hamulec. 

Na środku jezdni stało małe dziecko, trzymając w ręku jakąś zabawkę. Usłyszawszy chrzęst 

żwiru pod oponami hamującego auta, pani Boswell wybiegła z domu, krzycząc rozpaczliwie: 

-  Dzidziu!  Mówiłam  ci,  żebyś  nie  wychodziła  na  ulicę!  Schwyciła  malutką 

dziewczyneczkę jedną ręką, a drugą wyrwała jej zabawkę. 

- To tatusia. Nie wolno ci tego ruszać! Qwilleran opuścił szybę w samochodzie. 

- No, niewiele brakowało - powiedział. - Może lepiej trzymajcie ją na uwięzi. 

- Tak mi... przykro, panie Qwilleran? 

Przejechał  powoli  pozostały  odcinek  uliczki.  Kiedy  pomyślał  o  tym,  co  się  przed 

chwilą  stało,  poczuł  ciarki  na  plecach.  Po  chwili  uświadomił  sobie,  że  „zabawką”,  którą 

Dzidzia trzymała, była krótkofalówka. Kiedy parkował na podwórzu, furgonetka Boswellów 

właśnie ruszała spod starej stodoły; kierowca wychylił się przez okno: 

background image

-  O  której  jest  jutro  pogrzeb?  -  zagrzmiał  swoim  drażniącym  głosem,  który  rozszedł 

się po całej okolicy. 

- Dziesiąta trzydzieści. 

-  Wie  pan  może,  kto  będzie  niósł  trumnę?  Pomyślałem,  że  mogliby  wziąć  mnie,  w 

końcu  jestem  sąsiadem  i  tak  dalej.  Chętnie  bym  to  zrobił,  chociaż  mam  kupę  roboty  w 

stodole. Jakby pan chciał obejrzeć maszyny drukarskie, proszę mi dać znać. Wykroję trochę 

czasu i wszystko panu objaśnię. To bardzo ciekawe urządzenia. 

- Och, na pewno - powiedział Qwilleran z kamienną twarzą. 

- Wybieramy się dziś na uroczystość żałobną, ja i moja żona. Jeśli miałby pan ochotę 

zabrać się z nami - zapraszamy. Mamy w tej furgonetce dużo miejsca. 

- To miło z waszej strony, ale spotykam się wcześniej z przyjaciółmi w Pickax. 

-  W  porządku,  jednak  może  pan  zawsze  liczyć  na  naszą  pomoc.  Proszę  o  tym 

pamiętać! 

Boswell  przyjaźnie  pomachał  ręką  na  pożegnanie  i  odjechał  alejką  prowadzącą  do 

dawnego budynku dla parobków. 

Szczypiąc nerwowo wąsy, Qwilleran wszedł do mieszkania i udał się na poszukiwanie 

kotów.  Była  to  pierwsza  rzecz,  jaką  robił  po  przyjściu  do  domu.  Znalazł  koty  w  kuchni. 

Wyglądały  na  zdziwione,  że  wraca  tak  wcześnie.  Sprawiały  wrażenie  zażenowanych,  jakby 

przyłapał je w trakcie jakiegoś intymnego kociego rytuału. 

- A cóż wy tu wyczyniacie, łobuzy? - zapytał. 

Koko odpowiedział  „ik  ik  ik”, a  Yum Yum nonszalancko zajęła się plamką na swej 

śnieżnobiałej sierści. 

-  Idę  teraz  na  spacer,  więc  możecie  wracać  do  swoich  podejrzanych  rozrywek.  Nie 

róbcie takiej niewinnej miny! 

Dziennikarz przebrał się w sportowy dres i zaczął niespieszny spacer po swojej alejce, 

sycąc oczy cudownymi kolorami październikowych drzew, błękitem nieba i żółtym dywanem 

z liści pod stopami. Kiedy doszedł do domku dla parobków, przyspieszył kroku, obawiając się 

Boswella,  który  mógłby  spróbować  wciągnąć  go  w  sąsiedzką  pogawędkę.  Doszedłszy  do 

rogu, skręcił na wschód z myślą o przejściu kawałka Fugtree Road. Nigdy nie zapuszczał się 

w te strony. Ulica była wyasfaltowana, ale nie stały przy niej domy. Po obu stronach ciągnęły 

się kamieniste łąki i zagajniki. Wiewiórki buszowały po dębach. Qwilleran przeszedł chyba z 

półtora  kilometra,  nie  dostrzegając  niczego  ciekawego  z  wyjątkiem  mostku  nad  wąskim 

strumieniem;  z  pewnością  był  to  Black  Creek.  Potem  zawrócił  i  przebył  tę  samą  drogę  z 

powrotem, znów przyspieszając koło domku Boswellów i zwalniając przy farmie Fugtree. 

background image

Nazwa  Fugtree  znana  była  w  całym  Moose  County.  Dom  został  wybudowany  w 

dziewiętnastym wieku przez miejscowego potentata drzewnego i stanowił doskonały przykład 

przeładowanego  stylu  wiktoriańskiego:  wysoki  na  dwa  piętra,  z  wieżą  oraz  mnóstwem 

architektonicznych  detali  i  ozdób.  Cały  zespół  stodół,  szop  i  kurników  świadczył  o  tym,  że 

miejsce  to  było  w  przeszłości  także  centrum  rolniczej  działalności  bardzo  zamożnego 

ziemianina. Obecnie zabudowania były w dość podłym stanie; dom prosił się o świeżą farbę, 

a ziemia porosła chwastami. Aktualni mieszkańcy Fugtree nie dbali o tę posiadłość w sposób, 

do jakiego przywykła ona w przeszłości. 

Podczas gdy Qwilleran kontemplował gasnący majestat Fugtree, jakaś postać stojąca 

na  bocznym  dziedzińcu  farmy  przyglądała  mu  się,  stojąc  z  rękami  opartymi  na  biodrach. 

Qwilleran odwrócił się i szybkim krokiem poszedł z powrotem w kierunku Black Creek Lane. 

Przeszedł obok budynku dla parobków ze wzrokiem skierowanym prosto przed siebie. Mimo 

to spostrzegł, że znany mu brzdąc przebiega przez frontowy dziedziniec. 

-  Dzień  dobry!  -  zawołała  dziewczynka.  Zignorował  pozdrowienie  i  przyspieszył 

kroku. 

- Dzień dobry! - zawołała znowu, kiedy się z nią zrównał. 

Qwilleran  nie  zatrzymywał  się.  Jako  młody  chłopiec  z  Chicago  został  nauczony,  że 

nigdy  nie  należy  rozmawiać  z  obcymi  dorosłymi.  Teraz,  jako  człowiek  dorosły  w 

zmieniającym się świecie, uważał, że ostrożność nakazuje nie rozmawiać z obcymi dziećmi. 

- Dzień dobry! - raz jeszcze zawołała dziewczynka za maszerującym szybkim krokiem 

i roztrącającym liście Qwilleranem. 

Przyszło  mu  do  głowy,  że  dziewczynka  jest  zapewne  samotnym  dzieckiem,  ale 

odpędził od siebie tę myśl i zakończył spacer lekkim truchtem. 

Wszedłszy  do  mieszkania,  z  ciekawości  włączył  światło  w  hallu.  Zareagowały  trzy 

żarówki. Za pierwszym razem zaświeciły się cztery, potem trzy, jeszcze później dwie. A teraz 

znowu  trzy.  Mrucząc  pod  nosem,  dziennikarz  wszedł  do  kuchni.  Koko  wciąż  siedział  na 

parapecie, intensywnie wpatrując się w podwórko gospodarskie, Yum Yum zaś obserwowała 

Koko. 

Qwilleran odezwał się głośniej niż zwykle: 

- Zamiast się lenić i gapić w okno, powiedzcie mi lepiej, gdzie leżą zapasowe żarówki. 

No chodź, Koko. Wysil się trochę. 

Z  wyraźną  niechęcią  Koko  oderwał  się  od  sceny  za  oknem  i  wykonał  długi  skok  z 

parapetu aż na zamrażarkę, w której pani Cobb trzymała zapasy jedzenia. 

- Powiedziałem żarówki, a nie parówki - odezwał się Qwilleran. 

background image

Otwierał  i  zamykał  kolejne  szafki  z  sosnowymi  drzwiczkami,  aż  znalazł  to,  czego 

szukał: żarówkę w kształcie świecy przeznaczoną do żyrandola w przedpokoju. Zaniósł ją do 

hallu wraz z kuchennym taboretem. Oba koty dreptały obok dziennikarza, żeby nie przegapić 

przedstawienia.  Każde  niecodzienne  wydarzenie  przyciągało  ich  uwagę  i  uznały,  że  facet 

wspinający się na kuchenny taboret to ciekawe widowisko. 

Po  wejściu  na  taboret  Qwilleran  uświadomił  sobie,  że  nie  pamięta,  którą  żarówkę 

trzeba wymienić. Zszedł więc na dół i nacisnął wyłącznik. Tym razem zareagowały wszystkie 

cztery świece. 

-  Do  diabła,  co  się  tu  dzieje?  -  zamruczał  Qwilleran,  po  czym  odniósł  taboret  do 

kuchni i odłożył żarówkę do szafki na miotły. 

background image

Rozdział piąty 

Dom  pogrzebowy  Dingleberry'ego  mieścił  się  w  starej,  wykładanej  kamieniem  rezydencji 

przy  Goodwinter  Boulevard,  wybudowanej  w  latach  świetności  Moose  County  przez 

pewnego  potentata  węglowego.  Z  zewnątrz  budynek  wyglądał  dość  złowrogo,  ale  wnętrze 

było  dziełem  „Studia  Dekoracji  Wnętrz  Amandy”.  Pluszowy  dywan,  ściany  obite  tkaniną  o 

grubym splocie i zasłony z surowego jedwabiu - wszystko było w kolorze morskim. Do tego 

osiemnastowieczne  mahoniowe  meble  i  obrazy  w  drogich  ramach.  Wystrój  ten  podziwiano 

tak powszechnie, że w większości modnych rezydencji w Pickax dominował morski odcień w 

stylu Dingleberry'ego. 

Kiedy  Qwilleran  przybył  tam  we  wtorkowy  wieczór,  przestronny  parking  na  tyłach 

domu  pogrzebowego  był  już  zapełniony,  podobnie  jak  i  wszystkie  miejsca  na  bulwarze,  na 

których  wolno  było  parkować  (oraz  kilka  takich,  gdzie  parkowanie  było  zabronione). 

Wchodząc  do  środka,  usłyszał  gwar  rozmów,  dobiegający  z  kilku  sal  przyległych  do  hallu. 

Natychmiast podeszła do niego Susan Exbridge, ubrana jak zawsze elegancko. 

-  Dennis  jest  taki  kochany!  -  powiedziała  przytłumionym  głosem,  powściągając 

typową dla siebie  ekspresję mowy i  gestów.  - Tak mu  współczuję. Twierdzi,  że  Iris żyłaby 

nadal, gdyby przyleciał dzień wcześniej. Starałam się go uspokoić, jak mogłam. Zabrałam go 

na  lunch  do  restauracji  „Tipsy”,  a  potem  obwiozłam  go  po  okolicy.  Zrobiło  to  na  nim 

wrażenie! Kiedy zobaczył posiadłość Fitchów - wiesz, akurat wystawiona jest na sprzedaż - 

powiedział,  że  w  większym  budynku  można  by  urządzić  eleganckie  apartamenty,  a  on  sam 

chętnie zamieszkałby w mniejszym. Nic mu nie mówiłam, ale jeśli odziedziczy pieniądze Iris, 

będzie go stać na kupno posiadłości Fitchów  - i  wtedy mielibyśmy  go w kółku  teatralnym! 

Interesuje  go  aktorstwo,  a  nam  przydałby  się  przystojny  mężczyzna  w  jego  wieku  do  kilku 

głównych  ról.  Powiedziałam  mu,  że  Moose  County  to  dobre  miejsce  do  życia  rodzinnego. 

Zresztą i tak nie mogę sobie wyobrazić, że ktokolwiek chciałby mieszkać w St. Louis. A ty? 

- Powinnaś się wziąć do handlu nieruchomościami - odparł Qwilleran. 

- Może to zrobię, jeśli sklep z antykami okaże się klapą. Jak ja to będę rozkręcać bez 

Iris?!  Mam  trochę  znajomości,  ale  to  ona  znała  się  na  tej  branży.  Exbridge  i  Cobb!  Tak 

background image

świetnie to brzmiało! Zupełnie jak Procter i Gamble albo  Bausch i  Lomb. Chciałbyś na nią 

spojrzeć? Wygląda prześlicznie. 

Susan zaprowadziła Qwillerana do sali pożegnań, w której goście, skupieni w małych 

grupkach, rozmawiali przyciszonymi głosami. Wzdłuż całej jednej ściany ustawiono bukiety 

różowych  kwiatów,  gdzieniegdzie  poprzetykane  akcentami  czerwieni  i  bieli.  Iris  Cobb  w 

kostiumie  z  różowego  zamszu  spoczywała  w  trumnie  wyściełanej  różowym  materiałem.  W 

jednej dłoni trzymała złożone okulary w oprawce wysadzanej kryształem górskim - tak jakby 

przed chwilą zdjęła je do krótkiej drzemki. 

-  Czy  to  ty  wpadłaś  na  pomysł  z  różowym  lakierem  do  paznokci,  Susan?  -  zapytał 

Qwilleran. - Nigdy nie widziałem jej z umalowanymi paznokciami. 

- Mówiła, że nie może tego robić, bo ciągle moczy ręce w kuchni, ale przecież teraz 

już nie musi gotować, więc pomyślałam, że byłoby jej przyjemnie... 

-  Nie  żartuj.  Przecież  ona  w  tej  chwili  na  pewno  pichci  radośnie  jakieś  eteryczne 

przysmaki dla aniołów. 

- Czy dzwonili do ciebie prawnicy? - spytała Susan. 

- Nie. A dlaczego mieliby dzwonić? 

- W czwartek rano zostanie otwarty testament. Prosili, żebyśmy byli obecni, Larry i ja. 

Zastanawiam się, czemu. Trochę się denerwuję. 

- Może Iris zapisała ci łóżko generała Granta - powiedział Qwilleran. 

Przybyła  nowa  grupa  gości.  Susan  przeprosiła  Qwillerana  i  wróciła  na  swoje 

stanowisko w hallu. 

Qwilleran  odszukał  syna  Iris,  przewodzącego  uroczystości  żałobnej.  Dennis  chętnie 

się z nim przywitał. 

- Czytałeś jej listy? - zapytał Qwillerana. 

Qwilleran smętnie pokiwał głową. 

- Strasznie szybko podupadła na zdrowiu. Cholernie szkoda - powiedział. 

- Pytałem doktora Halifaksa, czy to, że słyszała głosy, mogło być skutkiem zażywania 

lekarstw. Nie powiedział ani tak, ani nie, ale pokazał mi wyniki jej badań, z których wynika, 

że  doprowadziła  się  do  rzeczywiście  kiepskiego  stanu.  Twierdzi,  że  odczuwała  paniczny 

strach przed operacją. Wiedziałem o tym. Broniła się też przed operacją oka, chociaż było jej 

coraz trudniej prowadzić samochód. 

- Chciałbyś obejrzeć dom na farmie? 

- Może jutro po pogrzebie? Ciekaw jestem, czy... 

background image

W tym momencie rozległy się głośne okrzyki przy wejściu. Wszyscy obecni spojrzeli 

w stronę hallu. W budynku pojawili się Boswellowie. Przeszli przez hall, zmierzając w stronę 

katafalku.  Pan  Boswell  niósł  na  rękach  córeczkę.  Dopiero  teraz  Qwilleran  zauważył,  że 

mężczyzna silnie utyka. 

-  Patrz,  Dzidziu  -  zagrzmiał  Boswell  głosem  naganiacza  na  jarmarku.  -  To  ta  miła 

pani, która dawała ci ciasteczka. Odjechała, żeby zamieszkać w niebie, a myśmy tu przyszli 

się z nią pożegnać. 

-  Dzidziu,  powiedz  pani  Cobb  do  widzenia  -  odezwała  się  łagodnym  głosem  matka 

małej. 

- Pa, pa - powiedziała Dzidzia, wykręcając palce dziecięcym gestem. 

- Iris wygląda tak... pięknie? Prawda, Dzidziu? 

- A dlaczego ona leży w pudełku? 

Qwilleran pomyślał, że jak na swój wiek dziewczynka jest bardzo elokwentna. Ojciec 

postawił ją na ziemi i zwrócił się w stronę obserwującego ich Qwillerana. 

-  Niezłą  mają  tu  dziś  frekwencję.  Parking  jest  cały  zapchany  -  powiedział  głosem, 

który  rozniósł  się  po  całej  sali  pożegnań  i  kilku  przyległych  pokojach.  -  Na  żadnym 

pożegnaniu  nie  widziałem  takich  tłumów.  Niech  pan  spojrzy  na  te  wszystkie  kwiaty!  Ta 

kobieta była naprawdę popularna. Nie wydawało się, żeby miała za dużo oleju w głowie, ale 

ludzie ją lubili. Dlatego zwalił się dziś taki tłum! 

Pani Boswell, ściskając rączkę córki, powiedziała: 

- Dzidziu, to jest ten miły pan, który mieszka... w muzeum? Powiedz dzień dobry panu 

Qwilleranowi. 

- Dzień dobry - powiedziała Dzidzia. 

Qwilleran  spojrzał  na  stworzenie  pętające  się  półtora  metra  poniżej  linii  jego  oczu, 

wzruszająco  wątłe  w  króciutkim  paletku  i  kapelusiku  z  niebieskiego  aksamitu  oraz 

pomarszczonych  białych  rajtuzach.  Cały  ten  strój  najwyraźniej  skomponowano  w  dużym 

pośpiechu. 

Zanim Qwilleran zdążył skierować do dziewczynki sztywne „Bardzo mi przyjemnie”, 

Boswellowie dostrzegli państwa Lanspeaków i podeszli do nich, zostawiając go sam na sam z 

Dzidzią. 

Dziewczynka  spojrzała  z  zaciekawieniem  na  jego  wąsy  i  odezwała  się  czystym, 

wyraźnym głosem: 

- Co pan ma na twarzy? 

- To nos - odparł Qwilleran. - A twój tata nie ma nosa? 

background image

- Ma. 

- A mama? Czy mama ma nos? 

-  Każdy  ma  nos  -  powiedziała  Dzidzia  lekceważącym  tonem,  jakby  rozmawiała  z 

głupkiem. 

- Więc powinnaś rozpoznawać nosy u ludzi. 

Dzidzia nie była speszona logiką jego wykrętów. 

- Gdzie pan pracuje? - spytała. 

- W ogóle nie pracuję. A ty gdzieś pracujesz? 

- Jestem za mała. Mój tatuś pracuje. 

- Gdzie? 

- W stodole. 

- A co robi w stodole? 

Dzidzia zaczęła szorować podłogę czubkiem swojego bucika, wyglądającego jak część 

stroju lalki. 

- Nie wiem. Nie chodzę do stodoły. 

- Dlaczego? 

- Mogłabym się pobrudzić. 

- Tak, to dość prawdopodobne - powiedział Qwilleran i rozejrzał się wkoło z nadzieją, 

że z którejś strony nadejdzie ratunek. 

- W stodole są kotki - Dzidzia pośpieszyła na ochotnika z nową informacją. 

- Skoro nie chodzisz do stodoły, to skąd wiesz, że tam są kotki? 

Ten ożywiony dialog zwrócił uwagę kilku pobliskich grupek gości, którzy przyglądali 

się rozmawiającej parze. Pani Boswell w końcu wkroczyła do akcji i porwała córkę. 

- Nie dręcz pana Qwillerana - napomniała dziewczynkę łagodnie. 

Dziennikarz  zaczął  z  ulgą  krążyć  wśród  dorosłych  gości.  Ich  lista  stanowiła 

prawdziwe  Who  is  who  miasta  Pickax:  działacze  społeczni,  bogaci  kolekcjonerzy  antyków, 

politycy  ubiegający  się  o  rozmaite  urzędy  i  członkowie  towarzystw  Historycznego  oraz 

Genealogicznego  -  dwóch  najważniejszych  organizacji  w  okręgu  chlubiącym  się  swoją 

historią. Klub Złotej Jesieni - zrzeszający tylko ludzi w podeszłym wieku, którzy całe życie 

spędzili  w  Pickax  -  reprezentowany  był  przez  wielu  posiwiałych  członków,  często 

uzależnionych od lasek, kul i wózków inwalidzkich. Qwilleran uznał za godny uznania fakt, 

iż  ludziom  tym  nie  szczędził  uwagi  Mitch  Ogilvie,  młody  recepcjonista  z  hotelu,  który 

wysłuchiwał ich opowieści i wręcz zachęcał do mówienia. 

background image

Był  tam  też  Arch  Riker,  trzymający  za  ramię  z  lekka  chwiejącą  się  Amandę.  Polly 

Duncan, otoczona członkami rady bibliotecznej, wymieniła spojrzenia z Qwilleranem; zawsze 

w  sytuacjach  publicznych  zachowywali  się  powściągliwie.  Dziarskiemu  Homerowi 

Tibbittowi, lat dziewięćdziesiąt cztery, towarzyszyła starsza kobieta o nienagannie ułożonych 

i zaskakująco młodo wyglądających brązowych włosach. 

- Kto to jest ten starszy gość, który chodzi jak robot? - zapytał Qwillerana Riker. 

-  Kiedy  będziesz  w  jego  wieku,  nie  dasz  rady  unieść  się  z  łóżka  bez  dźwigu  - 

odpowiedział  Qwilleran.  -  To  Homer  Tibbitt,  emerytowany  dyrektor  szkoły.  Ma 

dziewięćdziesiąt cztery lata i wciąż pracuje jako wolontariusz w muzeum. 

-  A  ta  osiemdziesięciopięcioletnia  kobieta  z  włosami  nastolatki  to  Rhoda  Finney  - 

włączyła się do rozmowy  Amanda.  - Poluje na niego od lat, zaczęła jeszcze przed śmiercią 

jego żony. To jedna z Finneyów z Lockmaster - wszyscy dobrze ich znamy. 

Werdykty  Amandy  zawsze  były  mieszaniną  plotek,  wyobraźni  i  prawdy  w 

niewiadomych proporcjach. 

-  Ten  stary  facet,  z  którym  rozmawia  Homer,  to  Adam  Dingleberry,  najstarszy 

przedsiębiorca pogrzebowy w trzech okolicznych okręgach - ciągnęła. 

Miała na myśli słabowicie wyglądającego, przygarbionego mężczyznę wspierającego 

się na balkoniku do chodzenia. 

- Zakopał w ziemi więcej tajemnic, niż pies zakopuje kości. Jestem pewna, że niektóre 

nachodzą go po nocach. Spójrzcie, jak te dwa stare pierniki rżą ze śmiechu! Mogę się założyć, 

że Adam opowiada świńskie kawały, a Homer dopilnował, żeby jego narzeczona wyłączyła 

aparat słuchowy. 

- Chodźmy, Amando, pora już się zbierać - powiedział Riker, pociągając ją za ramię. 

Qwilleran krążył po sali, aż uchwycił wzrok Polly, po czym przekrzywił głowę mniej 

więcej o trzy stopnie w kierunku drzwi wejściowych. Polly pożegnała się z radą biblioteczną i 

poszła za nim. 

W hallu Riker zapytał: 

- Idziemy do „Old Stone Mill”? Są otwarci dłużej niż „Stefania. 

- Czekajcie tam na nas - odpowiedział Qwilleran, po czym Polly i on ruszyli ku swoim 

samochodom. 

W malowniczym  młynie czwórka przyjaciół poprosiła o cichy stolik.  Zaprowadzono 

ich  do  ustronnego  kąta  z  widokiem  na  koło  wodne.  Stanowili  dziwną  zbieraninę:  dziedzic 

fortuny Klingenschoenów z ogromnymi wąsami; spokojny, łysiejący Arch Riker o brzuchatej 

sylwetce człowieka, który całe życie spędził za redakcyjnym biurkiem; Polly Duncan o miłej 

background image

twarzy i łagodnym głosie - zawsze dobrze poinformowana kierowniczka biblioteki publicznej 

w  Pickax  -  i  Amanda  Goodwinter  -  z  Trunkowych  Goodwinterów,  jak  nazywano  jej  gałąź 

zasłużonego klanu. Polly ze swoją korpulentną figurą miała zamiłowanie do prostych, szarych 

kostiumów,  a  jej  siwiejące  włosy  były  celowo  nieuładzone.  I  tak  jednak  mogła  ujść  za 

wzorzec mody w porównaniu z Amandą, na której każdy markowy ciuch wyglądał, jakby był 

kupiony  w  sklepie  z  używaną  odzieżą,  a  każdy  włos  sprawiał  wrażenie  rozmyślnie 

umieszczonego  nie  na  swoim  miejscu.  Mimo  to  -  i  mimo  jej  zrzędliwości  -  Riker  z  jakichś 

perwersyjnych powodów, których Qwilleran nie był w stanie przeniknąć, lubił przebywać w 

jej towarzystwie. 

Amanda  jak  zwykle  zamówiła  burbona,  Polly  poprosiła  o  wytrawne  sherry,  Riker 

zażądał szkockiej, a Qwilleran wybrał ciasto z dyni i kawę. 

-  Qwill,  napisałeś  piękne  wspomnienie  o  Iris.  Na  co  dzień  była  taka  skromna,  że 

zapominało się o jej wszystkich talentach, wiedzy i wspaniałych cechach - powiedziała Polly. 

Amanda wzniosła szklankę i zaproponowała toast: 

- Wypijmy jednego za świętą Iris z Hummock! 

Wypowiedziawszy te słowa, skrzywiła się i marszcząc brwi, spojrzała na Rikera, który 

kopnął ją pod stołem. Polly wzniosła do góry kieliszek i zacytowała Hamleta

- „Niech ci do snu chóry aniołów nucą uskrzydlone!”  

Obaj mężczyźni pokiwali głowami, sącząc w milczeniu swoje napoje. 

-  Jak  ci  minęło  lato  w  Anglii,  Polly?  -  zapytał  Riker.  -  Powaliłaś  ich  swoją 

znajomością Szekspira? 

-  Nie  miałam  szansy  się  popisać,  Arch  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  zadowolenia.  - 

Wciąż byłam zajęta odpowiadaniem na pytania o amerykańskie filmy. 

-  Anglicy  wiedzą  przynajmniej  -  dodał  Qwilleran  -  że  Bard  z  Avon  to  elżbietański 

dramaturg, a nie firma sprzedająca kosmetyki. 

- Patrzcie, nadchodzą grube ryby  - wymamrotała Amanda na widok kolejnej czwórki 

gości. 

W drodze do swego stolika państwo Lanspeakowie, Dennis Hough i Susan Exbridge 

zatrzymali się na chwilę przy stoliku Qwillerana. 

-  Uroczystość  u  Dingleberry'ego  była  wspaniała.  Wszystkie  kolory  znakomicie 

dobrane, włącznie z różowym lakierem do paznokci! - zagadała do nich Polly. 

- To zasługa Susan - odpowiedziała Carol Lanspeak. 

                                                 

 William Szekspir, Hamlet, akt V, scena 2, przeł. Maciej Słomczyński. 

background image

- Powinnam się była domyślić - powiedziała Polly słodkim głosem. 

Mogło  to  ujść  za  komplement  pod  adresem  wyszukanego  gustu  Susan,  gdyby  nie 

lekko uniesione brwi mówiącej.  Qwilleran i  Riker wymienili  znaczące spojrzenia. Polly nie 

robiła tajemnicy z niezbyt pochlebnego zdania na temat Susan. 

Kiedy nowo przybyli odeszli do swojego stolika, Riker zapytał: 

-  Czy  to  prawda,  że  Dingleberry  funduje  darmowy  pochówek  wszystkim  osobom  w 

wieku co najmniej stu lat? 

- Stać go na to - mruknęła Amanda. - Dorobił się wielkiej fortuny, a ja za cholerę nie 

mogę od niego wyciągnąć tego, co mi się należy za prace dekoratorskie. 

- Pewnie liczy, że odbije sobie ten gest na innych - powiedział Qwilleran. 

- W przedsiębiorstwo Dingleberrych - dodała Polly - zaangażowało się pięć pokoleń. 

Najpierw  dziadek  Adama  Dingleberry'ego  produkował  trumny.  Potem,  w  następnym 

pokoleniu, połączyli działalność sklepu meblowego z salonem pogrzebowym. A dziś w firmie 

Adama pracują jeszcze jego synowie i wnuki. 

- Kim był ten kretyn z głosem jak wiertarka udarowa? - zapytała Amanda. - Ten, który 

przyszedł i zakłócił uroczystość? 

-  Byłeś  świetny  jako  rozmówca  jego  dziecka,  Qwill  -  wtrącił  się  Riker.  -  Co  to  za 

ludzie? 

-  Moi  sąsiedzi  z  muzeum.  On  się  zajmuje  katalogowaniem  maszyn  drukarskich  dla 

Towarzystwa  Historycznego.  A  przy  okazji,  Arch...  W  nekrologu,  który  przekazałem  do 

redakcji,  była  mowa  o  godzinach,  w  których  można  odwiedzić  zmarłą  w  salonie 

pogrzebowym.  Ktoś  mi  to  zamienił  na  „godziny  nawiedzenia”.  Wiem,  że  w  niektórych 

kręgach uchodzi to za wytworne określenie, ale moim zdaniem ta forma jest śmieszna i nie 

przystoi gazecie z klasą. „Nawiedzenie” to sprawa boskiej interwencji. 

- Albo kontaktów z duchami - dodała Polly. - Szekspir mówi w swojej sztuce o tym, 

jak Hamleta nawiedził duch jego ojca. 

-  A  skoro  już  mówimy  o  takich  rzeczach  -  powiedział  Qwilleran  -  czy  słyszeliście 

plotki o tym, że w domu na farmie Goodwinterów są duchy? 

Amanda odezwała się wojowniczym tonem: 

-  Nawet  jeśli  ich  tam  nie  ma,  powinny  być!  Trzy  pokolenia  kończyły  życie  w 

gwałtowny sposób, począwszy od starego kutwy Ephraima - i wszyscy na to zasłużyli! 

Jej towarzysz, lekko rozbawiony, zganił ją. 

- Amando, mówisz przecież o swoich krewnych. 

background image

-  Ja  pochodzę  z  innej  gałęzi  naszej  rodziny.  My  jesteśmy  zwariowani,  a  gałąź 

Ephraima to zawsze byli bogacze i sknery. 

- Uspokój się, Amando. Ludzie na ciebie patrzą. 

- A niech patrzą! - powiodła gniewnym wzrokiem po okolicznych stolikach. 

-  Nasz  redaktor  naczelny  jest  w  prostej  linii  potomkiem  Ephraima,  a  nie  jest  ani 

bogaty, ani skąpy - Riker próbował nadal protestować. - Junior jest biedny i bardzo miły. 

-  To  dopiero  dziecko  -  Amanda  popatrzyła  spode  łba.  -  Daj  mu  trochę  czasu!  Okaże 

się takim samym zgniłkiem jak cała reszta. 

Mrugając do Qwillerana i łagodnie zmieniając temat, Riker zapytał: 

- Czy ktoś przy tym stole wierzy w duchy? 

-  Zdarzają  się  halucynacje  wywołane  narkotykami,  napadami  szaleństwa  czy  innymi 

zaburzeniami fizycznymi i umysłowymi - odpowiedział Qwilleran. 

-  Ale  takie  halucynacje  są  znane  od  tysięcy  lat  -  powiedziała  Polly.  -  Poczytaj  sobie 

Biblię, Cycerona, Plutarcha, Dickensa, Poego. 

-  Kiedy  nasze  dzieci  były  małe  -  włączył  się  Riker  -  pojechaliśmy  na  wakacje  do 

wynajętego  domku  w  górach.  Zabraliśmy,  rzecz  jasna,  psa.  To  był  wielki,  nieustraszony 

bokser. Ale podczas pobytu w domku co noc czołgał się po podłodze, skulony i skamlący jak 

ostatni tchórz. Nigdy go nie widziałem w takim stanie! Później dowiedzieliśmy się, że były 

właściciel domku został zamordowany przez włóczęgę. 

- Ja też mogę opowiedzieć pewną historię - odezwała się Polly. - Moja matka umarła 

w  czasie,  gdy  podróżowałam  po  Europie.  Nawet  nie  wiedziałam,  że  jest  chora,  ale  pewnej 

nocy  obudziłam  się  i  zobaczyłam,  że  stoi  przy  moim  łóżku.  Widziałam  ją  wyraźnie  jak  w 

dzień - miała na sobie szary płaszcz z dwoma srebrnymi guzikami. 

- Mówiła coś? - zapytał Riker. 

-  Nie,  ale  usiadłam  na  łóżku  i  spytałam:  „Mamo,  co  ty  tu  robisz?”  A  ona  od  razu 

zniknęła. Rano dowiedziałam się, że umarła kilka godzin przed tym, jak ją zobaczyłam. 

-  To  zjawisko  znane  jako  opóźnione  widzenie  zmarłego,  rodzaj  telepatii  wywołanej 

silnym napięciem emocjonalnym - powiedział Qwilleran. 

- Bzdury! - rzuciła śliczna Amanda. 

Qwilleran i Polly dyskretnie wymruczeli do siebie „dobranoc” na parkingu „Old Stone Mill” i 

odjechali do domów swoimi samochodami po czułym „zadzwonię” i a bientót

background image

Była  to  jedna  z  tych  ciemnych  nocy,  w  czasie  których  chmury  zakrywają  księżyc. 

Inaczej  niż  podczas  brawurowej  jazdy  w  odpowiedzi  na  wołanie  Iris  Cobb  o  pomoc,  tym 

razem  Qwilleran  pokonywał  drogę  niespiesznie,  myśląc  o  Polly  Duncan  i  jej  melodyjnym 

głosie,  jej  wykształceniu,  małostkowej  zazdrości  i  wyniosłej  pogardzie  wobec  Susan 

Exbridge.  (Susan  czesała  się  w  salonie  „Delfin”,  wydawała  pieniądze  na  stroje,  nosiła 

prawdziwą biżuterię, mieszkała w Indian Village, wchodziła w skład rady bibliotecznej, choć 

nigdy nie przeczytała żadnej książki - a więc robiła wszystko to, czego Polly nie pochwalała). 

Zaskoczeniem było dla niego to, że Polly wierzyła w zjawiska nadprzyrodzone; sądził, że jest 

osobą rozsądniejszą. 

Dostrzegł  światło  w  domu  na  farmie  Fugtree  i  poświatę  telewizora  w  domku 

Boswellów,  ale  podwórze  przed  muzeum  kryły  ciemności.  Przydałoby  się  urządzenie 

automatycznie włączające światło po zmierzchu - pomyślał. Zaparkował i sięgnął do schowka 

po latarkę, ale uświadomił sobie, że zostawił ją w domu. Skierował reflektory samochodu na 

wejście i  podszedł  do drzwi. Kątem oka dostrzegł  cień w jednym  z okien. Domyślił  się, że 

koty  czekały  na  niego  na  parapecie  i  teraz  zeskoczyły,  żeby  się  z  nim  przywitać.  Jednakże 

kiedy otworzył drzwi, zobaczył tylko Yum Yum. Koko był gdzie indziej; słychać było jego 

melodyjny monolog, przerywany miauczeniem i prychaniem. Qwilleran zakradł się chyłkiem 

do  tylnej  części  mieszkania  i  zaczął  obserwować  kota  krążącego  po  kuchni  z  nosem  przy 

podłodze.  Koko  wyglądał  jak  pies  myśliwski,  niuchał  tu  i  tam,  tak  jakby  wyczuwał  resztki 

jedzenia. Pani Cobb zachowywała się podczas gotowania dość niefrasobliwie. Niejedna garść 

mąki  nie  trafiła  tu  do  miski,  to  i  owo  wychlustywało  z  garnków  podczas  energicznego 

mieszania, drewniane łyżki spadały na podłogę, z pomidorów tryskał sok. A mimo to podłoga 

wyglądała na czystą i świeżo wypastowaną. Koko próbował uchwycić wspomnienie jakiegoś 

zapachu;  szukał  czegoś,  o  czym  wiedział  tylko  on.  I  przez  cały  czas  komentował  swoje 

odkrycia. 

Qwilleran  przebrał  się  w  nocny  strój,  po  czym  podjął  kolejną  próbę  wysłuchania 

Otella. W salonie przyłączyły się do niego oba koty, ale po pierwszych grzmiących akordach 

wyskoczyły  z  pokoju  i  pozostały  w  ukryciu  przez  cały  czas  trwania  burzliwej  sceny.  W 

pewnej chwili uznały, że można już bezpiecznie wrócić, ale nagły dźwięk trąbek ponownie je 

wypłoszył. 

Właśnie  w  chwili,  gdy  na  scenę  wkraczał  triumfujący  Otello,  zadzwonił  telefon. 

Qwilleran wydał jęk niezadowolenia, ale ściszył muzykę i odebrał telefon w sypialni. 

-  Nasza  kancelaria  przez  cały  dzień  próbuje  cię  znaleźć,  Qwill  -  odezwał  się 

sympatyczny  adwokat,  który  prowadził  sprawy  prawne  Fundacji  Klingenschoenów.  -  Jako 

background image

pełnomocnicy  pani  Cobb  chcieliśmy  zaproponować,  żebyś  był  obecny  przy  odczytaniu 

testamentu w czwartek rano. 

Qwilleran zniecierpliwiony prychnął w swoje wąsy. 

- Czy są jakieś ważne powody, żebym tam był? 

- Jestem pewien, że cię to zainteresuje. Oprócz głównych zapisów na rzecz krewnych 

pani  Cobb  chciała  też  pozostawić  różne  pamiątki  przyjaciołom.  O  jedenastej  w  czwartek  w 

moim biurze. 

Qwilleran  podziękował  mu  bez  entuzjazmu  i  wrócił  do  Otella.  Poprzednio  śledził 

libretto  po  angielsku,  a  teraz  zgubił  się  i  stracił  wątek  Przewinął  taśmę  do  tyłu  i  wcisnął 

przycisk „play”. Koty znów odstawiły swą absurdalną pantomimę, na którą składała się dzika 

ucieczka i ukradkowy powrót; stawało się to już pewną grą. Tym razem taśma dotarła aż do 

sceny otwierającej drugi akt. Nikczemny Jago rozpoczął właśnie swe wypełnione nienawiścią 

Credo, gdy... znów zadzwonił telefon. Qwilleran przeniósł się do sypialni. 

Kobiecy głos w słuchawce powiedział: 

- Panie Qwilleran, pańskie światła są włączone. 

Pogrążony  w  fabule  opery  w  pierwszej  chwili  nie  zrozumiał,  o  co  chodzi.  Światła? 

Jakie światła? Lampy na podwórzu? 

- Światła samochodowe!!! - wrzasnął nagle. - Dzięki. Kto mówi? 

- Kristi z farmy Fugtree. Widzę pańskie mieszkanie z okna na piętrze. 

Podziękowawszy ponownie, Qwilleran wybiegł na dwór i wyłączył światła. Ich kolor 

zmienił  się  tymczasem  na  niezdrowo  żółty  i  Qwilleran  wiedział,  że  akumulator  jest 

rozładowany.  Rzeczywiście:  silnik  nie  dawał  się  uruchomić.  Siedząc  w  fotelu  kierowcy, 

spróbował  podsumować  sytuację:  warsztaty  w  miasteczku  zamykają  o  dziewiątej;  teraz  jest 

po północy; muszę odebrać garnitur o dziewiątej rano; mój akumulator trafił szlag. 

Pozostawało  tylko  jedno  wyjście.  Niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  nie  miał  na  to 

ochoty, była to jedyna rzecz, którą mógł zrobić. 

background image

Rozdział szósty 

Wczesnym rankiem w środę Qwilleran zacisnął zęby, zagryzł wargi, odłożył na półkę swoją 

dumę i zatelefonował do domku stojącego u wylotu Black Creek Lane. Zdawał sobie sprawę, 

jak  ważne  jest  przyjęcie  odpowiedniego  tonu:  nie  chciał  być  nagle  zbyt  przyjacielski  ani 

zanadto  skruszony. Powinien brzmieć o kilka zaledwie stopni  cieplej  niż poprzednio,  a nuta 

zaniepokojenia sytuacją kryzysową miała pokryć jego zażenowanie. 

- Panie Boswell - zaczął - tu Qwilleran. - Mam poważny problem. 

-  W  czym  mógłbym  pomóc?  To  będzie  dla  mnie  zaszczyt  i  przyjemność  -  głos  ze 

słuchawki przebijał bębenki. 

-  Wieczorem  zapomniałem  wyłączyć  światła  w  samochodzie  i  nie  mogę  teraz  zapalić. 

Czy nie ma pan przypadkiem kabli, żeby uruchomić mój samochód z pańskiego akumulatora? 

- Jasna sprawa. Za sekundę tam będę. 

-  Przykro  mi  fatygować  pana  tak  wcześnie,  ale  muszę  być  w  Pickax  o  dziewiątej...  w 

związku z pogrzebem. 

- Nie ma sprawy. 

- Chętnie pokryję koszty... 

- Niech pan o tym nawet nie myśli! Przecież sąsiedzi powinni sobie pomagać! Już lecę! 

Qwilleran  nie  znosił  takich  ckliwych  formułek.  Miał  nadzieję,  że  nie  będzie  musiał 

rewanżować  się  za  przysługę,  pilnując  Dzidzi  któregoś  wieczoru,  kiedy  Boswellowie 

zapragną pójść do kina w Pickax. 

Choć było to dość dokuczliwe, Qwilleran przetrwał jakoś zalew przyjacielskich uczuć 

Boswella i podziękował mu całkiem szczerze, choć nie wylewnie. Kiedy wyruszał w drogę do 

Pickax,  przyszło  mu  do  głowy,  że  może  nie  od  rzeczy  byłby  jakiś  skromny  dowód 

wdzięczności  dla  sąsiada,  tym  bardziej  że  Boswell  odmówił  przyjęcia  pieniędzy.  Jakaś 

butelczyna?  Bombonierka?  Kwiatek  w  doniczce?  Maskotka  dla  Dzidzi?  Pomysł  maskotki 

odrzucił  natychmiast:  taki  dobrotliwy  gest  z  pewnością  zostałby  źle  zrozumiany  i  Dzidzia 

zaczęłaby  pętać  się  przy  nim,  zadawać  pytania  i  nalegać  na  zabawę  z  „kotkami”.  Kto  wie, 

może nawet zaczęłaby zwracać się do niego „wujku Qwill”? 

background image

Kiedy mijał farmę Fugtree, przypomniał sobie, że ma dług wdzięczności także wobec 

Kristi Waffle. Czekoladki? Kwiatek w doniczce? Jakaś butelczyna? Nigdy nawet nie widział 

tej kobiety. Przez telefon brzmiała jak osoba młoda i pełna werwy. Pewnie miała dzieci, ale w 

jakim  wieku?  Czy  była  mężatką?  Jeśli  tak,  dlaczego  mąż  nie  kosił  trawy?  Chyba  nie 

powodziło im się zbyt dobrze. Nieodzowna furgonetka stojąca na ich podwórku nadawała się 

na  złomowisko.  Gdy  dotarł  do  Scottiego,  wciąż  był  w  rozterce.  Kosz  owoców?  Mrożony 

indyk? Jakaś butelczyna? 

Qwilleran odebrał granatowy garnitur i pognał do mieszkania nad garażem. Po drugiej 

stronie Park Circle, przy wejściu do kościoła Old Stone, zbierali się już żałobnicy. Urządzono 

objazd, a pojazdy biorące udział w pogrzebie ustawione były w kolumnę szerokości czterech 

samochodów.  Cały  park  zapełnił  się  gapiami.  Qwilleran  znalazł  czarne  buty  oraz  białą 

koszulę  i  przebierał  się  w  pośpiechu.  Stwierdził  jednak,  że  wszystkie  krawaty  miał  albo  w 

czerwone  paski,  albo  w  czerwone  kwadraty,  albo  po  prostu  czerwone.  Musiał  więc  gnać  z 

powrotem do Scottiego, by wybrać odpowiedni krawat. 

Kiedy  wreszcie  dotarł  do  kościoła  -  pod  odpowiednim  krawatem  -  zauważył  w  akcji 

trzy  pokolenia  Dingleberrych:  stary  Adam  stał  w  przedsionku  kościoła,  podczas  gdy  jego 

synowie,  bez  zwracania  na  siebie  uwagi,  zajmowali  się  wszystkimi  detalami,  wnuk  zaś 

dyrygował zebranymi. Wewnątrz kościoła dźwięczały donośne akordy organów. Ławki były 

zapełnione,  pod  ołtarzem  piętrzyły  się  różowe  kwiaty,  a  Iris  Cobb  ubrana  w  kostium  z 

różowego  zamszu  leżała  w  różowej  trumnie.  Chyba  takiego  właśnie  pożegnania  z  Pickax 

mogła sobie życzyć. Choć wydawała się osobą skromną, aprobata innych zawsze była dla niej 

przedmiotem  chluby.  Qwilleran  poczuł  radość,  że  jego  dawna  gospodyni  i  usiłująca  się 

wszystkim przypodobać przyjaciółka osiągnęła taki prestiż. 

Po  pogrzebie  wziął  udział  w  skromnym,  ale  uroczystym  lunchu  w  prywatnych 

pomieszczeniach  restauracji  „Stefania”.  Rozmowy  prowadzono  w  tonacji  molowej;  goście 

starali  się  znaleźć  odpowiednie  do  sytuacji  słowa,  rzucając  okruchy  pocieszenia,  słodko-

smutne wyrazy żalu i nostalgiczne wspomnienia. 

Pierwszy wyłamał się z tej konwencji Dennis Hough, który powiedział: 

-  Spotkałem  tu  mnóstwo  świetnych  osób.  Nic  dziwnego,  że  moja  matka  była  tu 

szczęśliwa. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby przenieść się do Moose County. 

- Iris na pewno byłaby tym uszczęśliwiona - powiedziała Susan Exbridge. 

-  Nie  wiem  tylko,  jak  Cheryl  przyjmie  ten  pomysł.  Pickax  leży  tak  daleko  od  reszty 

świata. Jak wyglądają tutejsze szkoły? 

background image

-  Dzięki  Fundacji  K  -  zabrała  głos  Carol  Lanspeak  -  mogliśmy  powiększyć  budynki, 

rozszerzyć programy i zatrudnić więcej nauczycieli. 

- Fundacji K? 

- To takie pieszczodiwe określenie Fundacji Klingenschoenów. 

Jako następny zabrał głos Larry Lanspeak: 

-  W  naszym  okręgu  działa  kilka  firm  budowlanych,  specjalizujących  się  w 

budownictwie  przemysłowym  i  handlowym,  ale  potrzebujemy  kogoś  od  mieszkań. 

Powinieneś się nad tym zastanowić. 

Po  lunchu  Qwilleran  i  Dennis  pojechali  razem  do  North  Middle  Hummock.  W  czasie 

jazdy młodszy z mężczyzn zapytał: 

- Jak działa Fundacja K? 

-  Zarządza  fortuną  Klingenschoenów,  inwestuje  ją  i  wykorzystuje  dochód  na  cele 

służące społeczności - subwencje, stypendia, niskooprocentowane kredyty i tak dalej. 

- Gdybym założył tu biznes, czy miałbym szanse dostać kredyt? 

- Z pewnością - o ile wystąpiłbyś o niego do Fundacji i przedstawił dobry wniosek. 

- Matka mówiła mi, że cała fortuna Klingenschoenów należy do ciebie. 

- Tak, odziedziczyłem ją, ale za dużo pieniędzy to też problem  - wyjaśnił Qwilleran. - 

Rozwiązałem go w taki sposób, że przekazałem wszystko Fundacji. Niech oni się martwią. 

- To bardzo szlachetne. 

- Nie szlachetne, tylko sprytne. Mam wszystko,  czego mi trzeba. Żyłem sobie całkiem 

szczęśliwie  z  dwiema  walizkami  w  wynajętym  pokoju.  Nadal  nie  potrzebuję  wielkiego 

dobytku. 

Przejeżdżali właśnie wzdłuż pola okolonego żywopłotem. Qwilleran mówił dalej: 

-  W  tym  miejscu  stado  kosów,  które  wyfrunęło  nagle  z  krzaków,  spłoszyło  konia 

pewnego  jeźdźca.  Facet  spadł  z  konia  i  zginął.  W  niektórych  miesiącach  kosy  prowadzą  tu 

wojnę partyzancką z mieszkańcami. 

- Kim był ten człowiek? 

-  Samson  Goodwinter.  Zdarzyło  się  to  ponad  siedemdziesiąt  pięć  lat  temu,  ale 

miejscowi wciąż o tym mówią, jakby to było tydzień temu. 

- Z listów od matki wiem, że wszyscy Goodwinterowie ginęli gwałtowną śmiercią. 

-  Wyjaśnię  ci  coś  na  temat  Goodwinterów  -  odpowiedział  Qwilleran.  -  W  najnowszej 

książce  telefonicznej  Pickax  jest  ich  czterdzieścioro  dziewięcioro.  Wszyscy  pochodzą  od 

czterech  braci.  Niektórzy  -  jak  doktor  Halifax  -  są  powszechnie  szanowani.  Inni  należą  do 

ekscentrycznych Goodwinterów, na przykład przyjaciółka Archa Rikera, Amanda. Inna gałąź 

background image

rodziny specjalizuje się w produkowaniu czarnych owiec - takie przynajmniej można odnieść 

wrażenie.  Ale  twoja  matka  miała  na  myśli  pechowców,  którzy  pochodzą  od  najstarszego  z 

braci - Ephraima. Facet musiał rzucić jakiś czar na całe swoje potomstwo. 

- W jaki sposób? 

-  Był  strasznie  chciwy.  Należała  do  niego  kopalnia  Goodwinterów,  lokalna  gazeta  i 

kilka banków w okręgu, ale był zbyt skąpy, żeby wyposażyć kopalnię w odpowiednie środki 

bezpieczeństwa. Doszło do eksplozji, która zabiła trzydziestu dwóch górników. 

- Kiedy to się wydarzyło? 

-  W  1904  roku.  Od  tego  czasu  powszechnie  go  znienawidzono.  Dla  tych  trzydziestu 

dwóch  rodzin  był  po  prostu  wcielonym  diabłem.  Próbował  jakoś  zmienić  swój  wizerunek  i 

ufundował bibliotekę publiczną, ale rodziny ofiar mu nie wybaczyły. Rzucano kamieniami w 

jego  dom  i  próbowano  spalić  mu  stodołę.  Jego  synowie  i  parobkowie  po  zmroku  stali  na 

zmianę na straży ze strzelbami gotowymi do strzału. 

- A jak on wyglądał? Wiadomo coś o tym? 

-  W muzeum  wisi jego  portret: łotr ze skwaszoną miną, z bokobrodami,  zapadniętymi 

policzkami i  opuszczonymi kącikami  ust.  Jechali teraz przez pagórkowaty  teren znany jako 

Hummock  -  Za  następnym  zakrętem  -  Qwilleran  pokazał  kierunek  -  zobaczysz  śmieszne 

drzewo na wzgórzu. Nazywają je drzewem wisielców. To tam właśnie znaleziono Ephraima 

Goodwintera dyndającego na sznurze. Trzydziestego października 1904 roku. 

- Co się stało? 

- Jego rodzina utrzymywała, że popełnił samobójstwo, ale poczta pantoflowa w Pickax 

donosiła, że został zlinczowany. 

- A czy kiedykolwiek znaleziono jakiś dowód? 

- No cóż, rodzina pokazała list samobójczy - odparł Qwilleran - więc nie było śledztwa i 

nie  postawiono  żadnych  zarzutów.  A  jeśli  wersja  z  linczem  miałaby  być  prawdziwa,  to 

dziwne,  że  nikt  nigdy  nie  zakablował  żadnego  ze  sprawców,  nikt  nic  nie  wyznał  na  łożu 

śmierci.  Dziś  istnieje  tu  bractwo  o  nazwie  Szlachetni  Synowie  Stryczka  -  podobno  są  to  w 

prostej linii potomkowie członków zgrai, która dokonała samosądu. 

- I czym się zajmują? Spotkałeś kiedyś któregoś z nich? 

- Nikt nie wie, kto należy do bractwa - nawet ich żony. Być może sam burmistrz Pickax 

jest  Szlachetnym  Synem.  Albo  synowie  Dingleberry'ego  czy  Larry  Lanspeak.  To  tajemnica 

przekazywana  już  od  trzech  czy  czterech  pokoleń,  a  nie  jest  łatwo  dochować  tajemnicy  w 

Moose  County  -  wierz  mi!  Działa  tu  sieć  plotkarska,  przy  której  komunikacja  satelitarna  to 

konna poczta. Oczywiście nie używa się tu nazwy plotka, tylko wspólna informacja. 

background image

-  Fantastyczne!  -  wykrzyknął  Dennis  z  zachwytem  na  twarzy.  -  Cóż  za  interesujące 

miejsce! 

Kiedy  dotarli  do  uliczki  Black  Creek,  Qwilleran  zwolnił,  aby  jego  pasażer  mógł 

nacieszyć  oczy  kolorami  drzew  rosnących  wzdłuż  alei  prowadzącej  do  staroświeckiego 

wiejskiego  domu.  Gdy  dojeżdżali  na  miejsce,  spod  stodoły  ruszała  właśnie  zardzewiała 

furgonetka. 

-  Przygotuj  się  -  powiedział  Qwilleran.  -  To  właśnie  ten  krzykacz  tak  ożywił 

towarzystwo w domu pogrzebowym wczoraj wieczorem. 

Furgonetka zatrzymała się i wychylił się z niej Vince Boswell. 

-  Przykro  mi,  że  nie  wyrobiłem  się  na  pogrzeb  -  wykrzyczał  -  ale  próbuję  wykończyć 

pracę  o  maszynach  drukarskich,  zanim  spadnie  śnieg.  Ile  samochodów  pojechało  na 

cmentarz? 

-  Nie  liczyłem  ich  -  burknął  Qwilleran,  ale  przypomniawszy  sobie  poranną  pomoc 

Boswella przy uruchamianiu samochodu, dodał bardziej serdecznym tonem: - Była orkiestra 

dęta, bardzo imponująca. Kościół był pełen. 

-  Musiało  to  pięknie  wyglądać.  Żałuję,  że  nie  było  mnie  tam,  żeby  pożegnać  starszą 

panią. 

Zerknął na Dennisa: 

- Chyba nie zostałem przedstawiony twojemu przyjacielowi. 

Qwilleran szybko dokonał formalności, po czym Boswell powiedział: 

- Pewnie przyjechał pan po rzeczy matki. Miała książkę kucharską, na której bardzo by 

zależało mojej żonie - o ile panu nie będzie potrzebna. Tak tylko, chodzi o pamiątkę, rozumie 

pan.  Ona  ciągle  szuka  nowych  przepisów.  Jeśli panowie  zechcieliby  przyjść  dziś  do  nas  na 

kolację, byłoby nam bardzo miło. Nie będzie frykasów, ale wszystko domowej roboty. 

- To miło z pana strony - odparł Qwilleran - ale pan Hough ma niewiele czasu. Chciałby 

po prostu obejrzeć dom. 

- Chętnie pokażę panu prasy drukarskie w stodole. 

- Dziękuję, ale nie tym razem. 

- No cóż, proszę mi dać znać, jeśli mógłbym w czymś pomóc. 

Kiedy furgonetka odjechała, Dennis zapytał: 

- Sądzisz, że on może być Szlachetnym Synem Stryczka? 

-  Z  pewnością  jest  dość  szczególnym  synem  -  powiedział  Qwilleran  -  ale  dziś  rano 

wybawił  mnie  z  ciężkiego  kłopotu,  więc  powinienem  być  mu  wdzięczny.  Może  dlatego 

przymawiał się o książkę kucharską twojej matki. 

background image

-  Wczoraj  w  domu  pogrzebowym  prosił  Larry'ego  o  posadę  mojej  matki,  czyli 

stanowisko dyrektora-rezydenta. Trochę za szybko, nie sądzisz? 

- Vince Boswell nie słynie z nadmiaru subtelności. 

Obeszli  dom  wkoło,  przy  czym  Qwilleran  pokazywał  Dennisowi  różne  szczegóły 

konstrukcji. Najstarsza część była zbudowana z kwadratowych bali o przekroju  czterdzieści 

na czterdzieści centymetrów. Złączone były zaprawą sporządzoną z gliny, słomy i świńskiej 

krwi.  Skrzydła  wschodnie  i  zachodnie  dodano  później,  a  cała  budowla  przykryta  była 

cedrowym gontem, który po latach nabrał srebrnoszarej barwy. 

Dennis  nie  okazał  żadnych  uczuć,  gdy  weszli  do  mieszkania  jego  matki.  Chodził  po 

pokojach  z  rękami  w  kieszeniach,  komentując  szerokość  desek  podłogowych,  rozrzutne 

stosowanie  frezowanej  stolarki  i  ogromne  okna,  w  których  zachowało  się  jeszcze  wiele 

oryginalnych  szyb  z  falistego  szkła.  Nie  powiedział  nic  o  łóżku  generała  Granta,  o 

niemieckiej  szafie  typu  Schrank  czy  o  kolekcji  cynowych  naczyń  w  kuchni  -  a  więc  o 

rzeczach, które Iris Cobb uważała za prawdziwe rarytasy. 

Kiedy  weszli  do  kuchni,  Koko  opuścił  stanowisko  dowodzenia  na  parapecie, 

przeciągnął się, wyginając ciało na kształt spinki do włosów, i wykonał dwumetrowy skok na 

zamrażarkę. 

- Za wcześnie na obiad - poinformował go Qwilleran. 

-  Czy  to  jest  Koko?  -  zapytał  Dennis.  -  Matka  mi  o  nim  opowiadała.  Mówiła,  że  jest 

bardzo sprytny. 

Koko stał teraz na podłodze, wodząc nosem za ulotnymi zapachami, sięgając głową to 

w prawo, to w lewo i obchodząc systematycznie całe pomieszczenie. 

- To jego sztuczka pod nazwą „pies myśliwski” - wyjaśnił Qwilleran. 

Kiedy kot  zbliżył  się do telefonu, wpadł  w podniecenie. Wskoczył  na siedzenie starej 

szkolnej ławki i zaczął wąchać jej blat krótkimi, głośnymi niuchami. 

- Co jest w tych kasetkach? - zapytał Dennis. 

Qwilleran podniósł blat. 

- Papiery - powiedział. 

W  kasetce  leżały  kartki  zapisane  nieczytelnym  pismem  Iris  Cobb,  wycinki  z  gazet, 

fiszki  katalogowe,  szkło  powiększające  i  podniszczony  notes  z  luźnymi  kartkami,  którego 

czarne okładki poszarzały od plam po wodzie i mące oraz od częstego używania. 

- To wygląda na jej prywatną książkę kucharską - powiedział Dennis. - Mówiła mi, że 

to jedyna rzecz, którą udało jej się uratować z zeszłorocznego pożaru - bo była przez cały czas 

w jej bagażu. Uwierzyłbyś, że miała ją ze sobą już podczas podróży poślubnej? 

background image

- Znając twoją matkę, czemu nie - powiedział Qwilleran, odkładając notes do kasetki. - 

W Moose County są kobiety, które oddałyby duszę diabłu, żeby tylko uzyskać dostęp do tych 

przepisów. Czy chcesz obejrzeć muzeum? 

Dennis spojrzał na zegarek. 

- Oczywiście - powiedział. 

W  centralnej  części  domu  ustawione  były  stoły  na  kozłach,  łóżka  ze  sznurowymi 

spodami, kredensy, stare krzesła, komody z żelaznymi okuciami i inne elementy wyposażenia 

domostw  pierwszych  osadników.  We  wschodnim  skrzydle  umieszczono  kolekcje  tkanin, 

dokumentów,  lamp  i  drobnych  sprzętów.  Dennis  zignorował  ściany  ozdobione  przy  użyciu 

szablonów - dumę jego matki - zasłony okienne, których zgromadzenie wymagało od niej tak 

wielu badań, a także rozmaite pamiątki, które wybłagała od rodzin mieszkających w okolicy. 

- Pierwsze odgłosy, jakie usłyszała, dobiegały z piwnicy - powiedział. 

- Chodźmy więc do piwnicy - odparł Qwilleran. 

Tabliczka  umieszczona  na  szczycie  schodów  prowadzących  do  piwnicy  informowała, 

że  początkowo  w  pomieszczeniu  tym  znajdowało  się  klepisko  zamiast  podłogi  i  że  zimą 

przechowywano tam warzywa i jabłka, a także - zapewne - mleko i śmietanę uzyskiwane od 

gospodarskich  krów.  Później  dodano  pojemnik  na  węgiel  i  kredens  na  domowe  przetwory. 

Teraz w piwnicy była betonowa podłoga, na której stały nowoczesne urządzenia do prania i 

suszenia  bielizny,  ale  u  góry  wciąż  widać  było  odsłonięte  belki  stropowe  o  średnicy  ponad 

trzydziestu centymetrów, pokryte resztkami kory. 

Qwilleran  znalazł  drzwi  prowadzące  do  składziku  umieszczonego  pod  zachodnim 

skrzydłem,  gdzie  walały  się  uszkodzone  meble  i  przyrządy  gospodarskie,  wśród  nich 

drewniany  tłuczek  do  rozgniatania  ziemniaków.  Kamienne  ściany  miały  trzydzieści 

centymetrów  grubości;  jedna  z  nich  była  niedbale  pokryta  popękanym  tynkiem.  Czy  te 

pęknięcia  to  robota  Iris  -  zastanawiał  się  Qwilleran  -  wystukującej  odpowiedzi 

odwiedzającym ją duchom? 

-  Nic  tu  nie  wyjaśnia  tych  stuków  -  stwierdził  Dennis.  -  Ten  dom  ma  konstrukcję  jak 

Fort  Knox.  Wracajmy  na  górę.  Susan  ma  mnie  zabrać  i  pokazać  mi  posiadłość  Fitchów. 

Mamy się tam spotkać z agentem nieruchomości. 

- Czy myślisz poważnie o przeniesieniu się do Moose County? 

-  Będę  to  wiedział  dopiero  po  rozmowie  z  Cheryl,  ale  kiedy  jej  opowiem  o  majątku 

Fitchów, na pewno zapali się do tego pomysłu. 

Nie  opowiadaj  jej  tylko  o  Susan  -  pomyślał  Qwilleran.  Między  żwawą  rozwódką  a 

Dennisem  najwyraźniej  rodziły  się  bliskie  relacje.  Qwilleran  zauważył  to  już  u 

background image

Dingleberry'ego  i  podczas  uroczystego  lunchu  po  pogrzebie,  a  także  później,  kiedy  Susan 

przybyła, by zawieźć Dennisa do majątku Fitchów. Był co najmniej o piętnaście lat od niej 

młodszy, a przy tym równie wysoki jak jej były mąż i w taki sam surowy sposób przystojny. 

Kiedy Qwilleran pomachał już na do widzenia odjeżdżającej parze, wszedł do środka, 

zapalając  z  czystej  ciekawości  światło  w  hallu.  Poprzednio  udało  mu  się  pobudzić  do 

działania cztery żarówki. Tym razem zareagowały trzy. Qwilleran prychnął pod wąsem. 

Spodziewał  się,  że  spędzi  popołudnie  z  Dennisem,  oglądając  eksponaty  muzealne  i 

maszyny  drukarskie  w  stodole;  później  mogliby  wypić  parę  drinków  w  tawernie  „Pod 

Wrakiem” w Moosevile, zjeść kolację w hotelu „Northern Lights” górującym nad jeziorem, a 

na deser przenieść się do restauracji „Pod Czarnym Niedźwiedziem”. 

Trochę rozczarowany zadzwonił do Polly do biblioteki. 

-  Poszłabyś  wieczorem  coś  zjeść?  Moglibyśmy  wybrać  się  na  kolację  do  „Northern 

Lights”, a potem do restauracji „Pod Czarnym Niedźwiedziem”. 

- A nie wolałbyś przyjechać do mnie? - zapytała. 

-  Nie  powinnaś  zawracać  sobie  głowy  gotowaniem  po  całym  dniu  pracy  - 

zaprotestował. 

- Nie przejmuj się. Upichcę coś łatwego. 

Wiedział, co to będzie. Niedawno przeczytali na głos pewną sztukę - Cocktail Party T. 

S. Eliota - i od tego czasu Polly przyrządzała wyłącznie potrawy przyprawiane curry, zamiast 

po prostu upiec rybę albo usmażyć kotlety. Qwilleran lubił kuchnię  Indii, ale Polly potrafiła 

nawet dobry pomysł zajeździć na śmierć. Jej domek nabrał już trwałego zapachu kojarzącego 

się z Bombajem; aromat wniknął w dywan i tapicerkę. 

- Jesteś pewna, że chce ci się męczyć? - zapytał. 

- Oczywiście! A poza tym mam dla ciebie niespodziankę. 

- Jaką? - Qwilleran nie znosił niespodzianek. 

- Jeśli ci powiem, to już nie będzie niespodzianka, prawda? Przyjdź o wpół do siódmej. 

Będę miała dość czasu, żeby wrócić do domu i przebrać się. 

I znaleźć słoik z curry - pomyślał. Zgodził się bez entuzjazmu. Wolałby pieczoną rybę 

morską albo faszerowane sznycle wieprzowe w „Northern Lights”. 

Zostało trochę czasu do zabicia. Przyszło  mu  do głowy, że jeszcze nigdy  w życiu  nie 

grabił  liści.  Miał  na  swoim  koncie  wywiady  z  monarchami;  przeżył  ostrzał  na 

śródziemnomorskiej plaży; przez krótki czas był  nawet zakładnikiem szaleńca, który napadł 

na bank - ale nigdy nie grabił liści. Przebrał się w dżinsy i czerwoną koszulę w kratę, po czym 

udał się do stodoły, żeby poszukać grabi. 

background image

Przed  rokiem  stodoła  była  miejscem  aukcji,  podczas  której  wyprzedawano  sprzęty 

domowe  Goodwinterów.  Teraz  funkcjonowała  jako  garaż  i  składzik,  w  którym 

przechowywano narzędzia ogrodnicze, stół warsztatowy, rozmaite drewniane drobiazgi i opał 

do kominka. Stało tam kombi pani Cobb i Qwilleran pomyślał, że pewnie zostanie sprzedane. 

Było większe niż jego mały samochodzik i z pewnością łatwiej można w nim było zmieścić 

kosz  na  koty  i  ich  kuwetę.  Byłoby  przyjemnie  zabrać  koty  parę  razy  na  przejażdżkę  po 

okolicy.  Lanspeakowie  od  dawna  zachwycali  się  górami  Blue  Ridge.  Zastanawiał  się,  czy 

wysokość nie zaszkodzi kocim uszom. 

Znalazłszy grabie, Qwilleran przystąpił do nieznanej mu dotychczas czynności; okazało 

się  to  przyjemnym  wysiłkiem,  pozwalającym  rozruszać  mięśnie  bez  angażowania  umysłu. 

Miał czas, aby pomyśleć o irytującym Vince'u Boswellu, o odnalezieniu książki kucharskiej 

Iris  Cobb  przez  Koko,  o  aż  nazbyt  oczywistym  przyciąganiu  między  Susan  Exbridge  i 

Dennisem Houghem, o niespodziance zapowiedzianej przez Polly i o perspektywie kolejnego 

dania przyprawionego curry. 

Kącikiem oka zauważył, że zbliża się do niego coś małego. 

- Dzień dobry - powiedziała Dzidzia. 

Qwilleran wymamrotał odpowiedź i zwiększył tempo pracy. 

- Co pan robi? 

- Grabię liście. 

- Dlaczego? 

- Z tego samego powodu, z którego ty myjesz zęby. Trzeba to robić. 

Myślała chwilę nad tą analogią i przystąpiła do dalszych pytań: 

- Ile pan ma lat? 

- To tajna wiadomość. A ty ile masz lat? 

- W kwietniu będę miała trzy. 

- Jakim samochodem jeździsz? - zapytał Qwilleran. 

- Ja nie mam samochodu - odpowiedziała z nadąsaną miną. 

Musiał przyznać, że była dzieckiem ładnym i wygadanym. 

- Dlaczego? 

- Jestem za mała. 

- To czemu nie urośniesz? 

W  czasie  gdy  Dzidzia  zastanawiała  się  nad  odpowiedzią  na  to  zaskakujące  pytanie, 

nadbiegła jej matka. 

background image

-  Dzidziu?!  Dzidziu?!  -  wołała  swym  miękkim  i  niepasującym  do  sytuacji  głosem.  - 

Tatuś  nie  chce,  żebyś  tu  przychodziła.  Przepraszam,  panie  Qwilleran.  Czy  ona  panu 

przeszkadzała? Zawsze zadaje takie irytujące... pytania? 

- Wprawia się w dziennikarstwie - powiedział Qwilleran, z zapałem machając grabiami. 

Zakończył  pracę  z  satysfakcją,  zostawiając  dla  ekipy  sprzątającej  ulice  wielki  stos 

zebranych  liści,  a  potem  wszedł  do  domu,  żeby  nakarmić  koty.  Ocenił,  że  w  zamrażarce 

znajduje się dwumiesięczny zapas sosu do spaghetti, chili con carne, makaronu z serem (było 

to  jego  ulubione  danie),  zupy  z  porów,  duszonej  wołowiny  z  jarzynami,  zapiekanki  z 

indykiem, kotletów z kraba, szwedzkich pulpetów oraz innych specjałów Iris Cobb - i to, na 

szczęście, wszystko bez sosu curry. 

Rozmroził  dla  kotów  trochę  duszonej  wołowiny  i  w  czasie  gdy  ją  pożerały,  usiadł  z 

prywatną książką kucharską pani Cobb i zaczął szukać swego ulubionego ciasta kokosowego 

z  morelowym  nadzieniem.  Jednakże  odręczne  zapiski  Iris  okazały  się  zbyt  trudnym 

wyzwaniem.  Przez  długie  lata  używania  stronice  notesu  pokryły  się  odciskami  palców 

kucharki i rozmaitymi plamami: z pomidorów, czekolady, żółtek i - jak się wydawało - krwi. 

Pomyślał  sobie,  że  można  by  na  tym  notesie  ugotować  pożywną  zupę.  Koko 

najprawdopodobniej  wyczuł  obecność  zeszytu  i  wyśledził  miejsce  w  kasetce  starej  ławki,  z 

którego został wyjęty. Zadziwiający kot! Wąchając notes, Qwilleran nie był w stanie wyczuć 

żadnego zapachu. Odłożył go na miejsce i przebrał się na kolację. 

Polly mieszkała w małym domku na starej farmie MacGregorów. Ostatni z MacGregorów już 

umarł,  główny  budynek  mieszkalny  był  na  sprzedaż,  a  inteligentnej  gęsi,  która  zwykła 

patrolować całą posiadłość, też już tu nie było. Parkując samochód, Qwilleran przez chwilę 

wyobraził sobie, że niespodzianką Polly będzie gęsina w sosie curry, ale kiedy zbliżył się do 

drzwi, poczuł zapach krewetek z curry; podświadomie zaczął nasłuchiwać, czy zza drzwi nie 

dobiegają dźwięki indyjskiej ragi. 

- Nie mów! Zgadnę, co jest na kolację - powiedział. 

Jej powitanie było wyjątkowo płomienne. Zwykle otaczała ją atmosfera powściąganego 

zadowolenia, a teraz aż kipiała z podniecenia. 

-  Czy  przed  kolacją  urządzimy  godzinę  dostosowawczą?  -  zapytała,  niefrasobliwie 

podzwaniając kostkami lodu w szklankach. 

Podała  mu  wodę  mineralną  squunk  z  plasterkiem  cytryny  oraz  talerzyk  z  oliwkami  i 

serem na przystawkę. Podnosząc swój kieliszek z sherry, powiedziała: 

background image

- Zaprawdę pożywaj swój chleb z radością i pij swą wodę squunk z weselem w sercu. 

-  Jesteś  dziś  w  dobrym  nastroju  -  zauważył.  -  Czy  rada  biblioteczna  przyznała  ci 

podwyżkę? 

- Zgaduj dalej. 

- Zatwierdzili nowy system ogrzewania dla biblioteki? 

Polly  wystrzeliła  w  górę.  Zwykle  podnosiła  się  z  gracją,  ale  tym  razem  podskoczyła, 

mówiąc: - Zamknij oczy - i pobiegła do łazienki. 

Kiedy  wróciła,  usłyszał  cichy  pisk,  a  gdy  otworzył  oczy,  zobaczył,  że  w  ręku  trzyma 

mały koszyk, w którym leżało białe kociątko o długich, brązowych uszach i dużych, czarnych 

łapkach, z czarną smugą na nosie i nieopisanie niebieskimi oczyma syjamskiego kota. 

-  Poznaj  mojego  ulubieńca  -  powiedziała  z  dumą.  -  Przyjechał  dziś  autobusem  aż  z 

Lockmaster - całkiem samodzielnie. 

-  Czy  tak  właśnie  wyglądają  syjamczyki,  kiedy  są  młode?  -  zapytał  zdumiony 

Qwilleran. 

Koko i Yum Yum były już dorosłe, kiedy je zaadoptował. 

-  Czy  nie  jest  słodki?  -  Polly  wyjęła  kotka  z  koszyka  i  wtuliła  twarz  w  jego  futro.  - 

Uwielbiamy  go,  jest  taki  słodziutki!...  Jesteś  słodziutki?...  Tak,  jesteś  mój  słodziutki. 

Posłuchaj, jak mruczy. 

Postawiła kotka ostrożnie na podłodze. Chwiał się na dywanie jak nakręcana zabawka; 

jego chude łapki wyginały się pod dziwnymi kątami, a duże, brązowe opuszki wyglądały jak 

za duże buty. 

-  Chodzi  jeszcze  trochę  niepewnie  -  wyjaśniła  Polly  -  i  nie  bardzo  wie,  co  się  robi  z 

łapami. Jest trochę oszołomiony, daleko od mamy i rodzeństwa... Prawda, cukiereczku? 

Qwilleran  musiał  przyznać,  że  było  to  urocze  stworzenie,  ale  zachwyty  Polly  wydały 

mu się przesłodzone. Czasami nazywał Yum Yum swoją kochaneczką, ale to było co innego - 

pojedyncze czułe słówko, a nie potok ckliwości. 

- Jak się wabi? - zapytał. 

- Bootsie. Kiedy dorośnie, będzie całkiem taki jak Koko. 

Akurat, z takim imieniem! - pomyślał Qwilleran. Koko nosił pełne godności imię Kao 

K'o-Kung - przydomek trzynastowiecznego chińskiego artysty. 

- Mówiłaś, że nie chcesz mieć zwierzęcia  - powiedział. - Zawsze twierdziłaś, że jesteś 

zbyt zajęta i za często wyjeżdżasz. 

background image

-  Wiem  -  odpowiedziała,  robiąc  słodko  zażenowaną  minę  -  ale  kotka  bibliotekarza  z 

Lockmaster właśnie się okociła, a Bootsie jest taki śliczny, że nie mogłam się oprzeć. Chcesz 

go potrzymać? Muszę mu tylko dać buzi-buzi, żeby wiedział, że jest kochany. 

Qwilleran ostrożnie wziął w ręce małą paczuszkę. 

- Waży chyba z dziesięć deko. Czym on jest wypchany? Gęsiną? 

- Na mojej wadze kuchennej waży równo sześćset czternaście gramów. 

- Czy karmisz go pipetką do kropli? 

- Dostaje łyżkę odżywki dla kotów cztery razy dziennie. Niewiele trzeba, żeby napełnić 

ten mały brzusio. 

Bootsie  czuł  się  całkiem  dobrze  na  kolanach  Qwillerana;  radosne  pomruki  wstrząsały 

wszystkimi jego sześciuset czternastoma gramami. Od czasu do czasu wydawał cichy pisk, a 

towarzyszył temu wysiłek tak ogromny, że kotek aż zamykał oczy. 

- Trzeba go naoliwić - powiedział Qwilleran. 

- To oznacza, że cię lubi. Chce, żebyś został jego ojcem chrzestnym. Daj mu buzi. 

- Nie, dziękuję. Mam w domu zazdrosne koty. 

Qwilleran ucieszył się, kiedy Bootsie wrócił do łazienki i podano obiad. Tak, to znów 

było curry - i to tak ostre, że Qwilleran po pierwszych kęsach o mało co nie katapultował się z 

krzesła. 

- No, no - powiedział. 

- Ostre? - spytała Polly. 

- Jak Hades. Co się stało? 

-  Nauczyłam  się  przygotowywać  własne  curry  -  czternaście  przypraw,  w  tym  cztery 

rodzaje pieprzu. Chcesz trochę wody z lodem? 

Co kilka minut Polly zaglądała do łazienki i doglądała kotka. Śpi czy nie? W koszyku 

czy  na  podłodze?  Szczęśliwy  czy  smutny?  Qwilleran  nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że 

inteligentna,  wyrafinowana  kobieta  w  średnim  wieku,  na  kierowniczym  stanowisku  w 

bibliotece  publicznej,  może  w  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin  zamienić  się  w  kompletną 

idiotkę. 

Na deser Polly podała bardzo w tej sytuacji mile widziany sorbet i zaproponowała, żeby 

przeszli na kawę do salonu. 

- Chciałbyś, żeby Bootsie przyłączył się do nas? - zapytała z fałszywą obojętnością. 

- Nie - odpowiedział twardo. - Chciałbym z tobą pomówić o pewnej ważnej sprawie. 

- Naprawdę? 

background image

Powiedziała  to,  patrząc  nieobecnym  wzrokiem  na  drzwi  łazienki,  skąd  dobiegł  cichy 

pisk. Qwilleran wiedział, że musi użyć ciężkiej artylerii, żeby przyciągnąć jej uwagę. 

- Tak. Uważam, że Iris Cobb została zamordowana. 

background image

Rozdział siódmy 

Na dźwięk słowa „morderstwo” Polly wpadła w przerażenie. W Moose County przywykło się 

uważać zabójstwa za wyłączną przypadłość miast na Nizinach. 

- Dlaczego tak sądzisz, Qwill? 

-  Obserwacje,  spekulacje,  kalkulacje  -  odpowiedział,  robiąc  sprytną  minę  i  gładząc 

wąs. - Może pamiętasz, że ostatniego wieczoru w „Old Stone Mill” pytałem, czy o domu na 

farmie  Goodwinterów  mówi  się,  że  nawiedzają  go  duchy.  Nie  chodziło  mi  tylko  o 

podtrzymanie rozmowy. Przed śmiercią Iris skarżyła się na hałasy w ścianach - stuki, jęki czy 

nawet krzyki. W jej ostatnim liście do syna widać, że te lęki doprowadziły ją na skraj obłędu; 

sugerowała,  że  w  domu  są  złe  duchy.  A  potem  -  tuż  przed  śmiercią  -  zobaczyła  nagle  za 

oknem coś, co ją wprawiło w panikę. 

- Skąd wiesz? 

- Rozmawiałem z nią w tym czasie przez telefon. Wkrótce potem przyjechałem do niej 

i znalazłem ją martwą na podłodze w kuchni. O dziwo, wszystkie światła były pogaszone - i 

w domu, i na zewnątrz. Koroner stwierdził atak serca, ale ja widziałem na jej twarzy strach - 

twierdzę, że nie był to tylko i wyłącznie atak serca. Coś za oknem śmiertelnie ją przeraziło - 

rozmyślnie albo przypadkiem. Mogło to być to samo „coś”, które wyłączyło światła - przed 

jej upadkiem lub po. 

Polly gwałtownie zaczerpnęła powietrza; od dłuższej chwili zapominała popatrzeć na 

drzwi łazienki. 

- Masz na myśli... ducha? Zawsze drwiłeś z takich rzeczy. 

- Twierdzę po prostu, że nie wiem. Dzieje się coś, czego nie rozumiem. Koko spędza 

długie godziny, gapiąc się dokładnie przez to samo okno, przez które Iris zobaczyła tamten 

przerażający widok. 

- A co przez nie widać? 

- Po zmroku - nic, chyba że koty widzą coś, czego my nie potrafimy. Za dnia jest tam 

tylko  podwórze  i  stara  stodoła  w  głębi.  Wszystkie  ptaki  odleciały  chyba  na  południe,  a 

wiewiórki skaczą po dębach na Fugtree Road. A jednak coś przykuwa uwagę Koko. Wciąż 

też łazi po podłodze w kuchni, wąchając ja i mrucząc coś do siebie. 

background image

- A ty słyszałeś jakieś odgłosy - w stylu tych, na które narzekała Iris? 

-  Na  razie  nie.  Jeden  z  żyrandoli  w  tajemniczy  sposób  rozświeca  się  i  gaśnie,  ale  to 

jedyne zjawisko nadprzyrodzone. 

- Słyszałam różne opowieści o duchu Ephraima - powiedziała Polly - ale uważałam, że 

to bzdury. To okropne, Qwill! Dlaczego miało to spotkać akurat taką kochaną osobę? 

-  Być może lekarstwa, które brała, uwrażliwiły ją na pewne zjawiska występujące w 

tamtym domu, które nie zwróciłyby uwagi nikogo innego - nawet Iris, gdyby była zdrowa. 

- Co można teraz zrobić w tej sprawie? 

-  Nie  zdziałamy  nic  bez  dodatkowych  dowodów  -  odparł  Qwilleran.  -  Daj  mi  trochę 

czasu. W końcu to się wydarzyło zaledwie trzy dni temu. 

Zmarszczone  czoło  Polly  zdradzało  jej  konsternację  i  niepokój.  Nadal  ani  razu  nie 

wspomniała  o  Bootsiem  ani  nie  spojrzała  w  kierunku  łazienki.  Z  przyjemnym  uczuciem 

satysfakcji Qwilleran przeprosił ją za to, że musi wcześnie wyjść. 

Jadąc do domu w kierunku North Middle Hummock, całkiem serio analizował Polly i 

jej  zachwyty  nad  kotkiem.  Sam  podziwiał  i  szanował  swoje  koty  -  i  Bóg  świadkiem,  że  je 

rozpieszczał,  ale,  jak  sądził,  nie  był  wobec  nich  tak  sentymentalny.  Głupkowaty  szczebiot 

Polly absolutnie nie pasował  do obrazu rozsądnej  kobiety.  Zastanawiając się nad rozwojem 

ich  przyjaźni,  przypominał  sobie,  że  początkowo  szczególnie  atrakcyjna  wydała  mu  się 

właśnie  jej  inteligencja.  W  pewnych  dziedzinach  była  prawdziwą  erudytką.  Po  okresie 

wstępnym - który trwał dość długo ze względu na jej przyrodzoną skrytość  - ich znajomość 

rozkwitła. Wraz z zażyłością przyszła jej zaborczość, pewna nadgorliwość, czasami zazdrość. 

Rozumiał ją i potrafił sobie z tym wszystkim poradzić, ale jej egzaltowanych zachwytów nad 

kotkiem  nie  był  w  stanie  strawić.  Nie  będzie  już  relaksujących,  wiejskich  weekendów  we 

dwoje  w  domku  Polly  -  głośnej  lektury  Szekspira  i  muzykowania  -  przynajmniej  dopóty, 

dopóki  jej  uwagę  przyciągał  będzie  Bootsie.  Bootsie!  Ohydne  imię  dla  syjamskiego  kota, 

upierał  się  Qwilleran.  Biorąc  pod  uwagę  jej  namiętność  do  Szekspira,  można  się  było 

spodziewać, że nazwie kota Dobroduszkiem. 

Odczytanie ostatniej woli Iris Cobb odbyło się w kancelarii prawniczej „Hasselrich, Bennet i 

Barter” w czwartek rano w obecności Dennisa Hougha, Larry'ego Lanspeaka, Susan Exbridge 

oraz Qwillerana, który niechętnie wziął udział w tym wydarzeniu. Najstarszy ze wspólników 

kancelarii  znany  był  z  życzliwego  usposobienia  i  pogodnego  optymizmu.  Qwilleran 

powiedział o nim kiedyś, że należy do prawników, z którymi przyjemnie jest dostać pozew, 

background image

rozwieść się albo zostać skazanym. Był to człowiek starszy, łysiejący, trochę przygarbiony, o 

lekko drgającej dolnej szczęce. Kiedy wszyscy już się zeszli, Hasselrich zaczął mówić. 

-  Dobrze  pamiętam  dzień,  w  którym  Iris  Cobb  przyszła  do  mnie,  aby  spisać  swą 

ostatnią  wolę.  Było  to  na  trzy  miesiące  przed  początkiem  jej  choroby.  Nie  było  w  tym 

wydarzeniu  niczego  kojarzącego  się  z  chorobą.  Cieszyło  ją,  że  jej  majątek  trafi  do  tych, 

których kocha i szanuje, i wesprze cele, z którymi się utożsamia. 

Otworzył drzwiczki szafki stojącej za jego biurkiem, rozwinął ekran i wcisnął przycisk 

pilota.  Na  ekranie  pojawiła  się  Iris  Cobb  w  kostiumie  z  różowego  zamszu  i  okularach  z 

oprawką  wysadzaną  kryształem  górskim.  Uśmiechała  się.  Jej  okrągła  twarz  jaśniała 

zadowoleniem. Wśród zgromadzonych zapadła cisza, po czym z głośników popłynął pogodny 

głos. 

-  Ja,  Iris  Cobb-Hackpole,  kobieta  stanu  wolnego  z  miasta  Pickax  w  Moose  County, 

będąc  w  pełni  władz  umysłowych  i  jednocześnie  świadoma  niepewności  ludzkiego  losu, 

ogłaszam,  że  niniejsze  słowa  stanowią  moją  ostatnią  wolę.  Odwołuję  jednocześnie  swoje 

dotychczasowe wypowiedzi na ten temat - wszystkie razem i każdą z osobna. 

Gdy  Iris  oznajmiła,  że  swoje  znaczne  zasoby  finansowe  pozostawia  synowi  i  jego 

rodzinie, słuchacze wymienili między sobą krótkie spojrzenia. Susan Exbridge otrzymała jej 

udziały  w  spółce  „Exbridge  &  Cobb”.  Towarzystwo  Historyczne  miało  sprzedać  kolekcję 

antyków,  samochód  i  rzeczy  osobiste  zmarłej,  a  uzyskany  dochód  przeznaczyć  na  potrzeby 

muzeum. Wyłączone z tego zostały tylko dwa przedmioty: Jamesowi Qwilleranowi przypadła 

wielka niemiecka szafa typu  Schrank  - z powodów, które sam  zrozumie  - oraz jej prywatny 

notes z przepisami kuchennymi. 

Obraz  na  ekranie  rozmył  się,  na  moment  zapadła  zupełna  cisza,  po  czym  dały  się 

słyszeć okrzyki spadkobierców i mamrotane przez Hasselricha komunały. 

Susan zwróciła się do Qwillerana: 

-  Proponuję  zamianę:  oddaj  mi  książkę  kucharską,  a  sobie  weź  spółkę  „Exbridge  & 

Cobb”. 

Dennisowi zaś powiedziała: 

- Możesz się teraz tu przeprowadzić i przejąć majątek Fitchów. 

-  Podoba  mi  się  ten  pomysł  -  odpowiedział,  a  Qwilleran  zauważył  wymowne 

spojrzenie, jakie między sobą wymienili. 

Kędy zjawił się aplikant ze srebrną tacą, Hasselrich nalał sobie kawy i rozdał filiżanki 

innym, zaznaczając z dumą, że to Wedgwood należący niegdyś do jego babci ze strony matki. 

- Nie wiedziałem, że jesteś kucharzem - zagadnął Qwillerana Larry. 

background image

- Wiem o gotowaniu tyle, co o czarnych dziurach w kosmosie - odparł - ale Iris miała 

złośliwe poczucie humoru. Wiadomo, że nikt nie potrafi odczytać jej pisma. A jeśli chodzi o 

szafę - cieszę się, że to właśnie ona mi przypadła, a nie łóżko generała Granta. 

- A jak ci idzie życie na farmie? 

-  Uczę  się spać na różowym  prześcieradle i  wycierać różowym  ręcznikiem,  ale mam 

pewien  problem.  Szafy  i  szuflady  są  pełne  ubrań  Iris.  Moje  koszule,  spodnie  i  swetry  są 

porozwieszane  na  krzesłach  i  klamkach  od  drzwi,  więc  kiedy  budzę  się  w  nocy,  mam 

wrażenie, że otaczają mnie duchy. 

-  No to  usuń  po prostu  jej  rzeczy, Qwill  -  powiedział Larry.  -  W piwnicy  jest  trochę 

pustych kartonów. Nasz komitet dobroczynny zabierze je stamtąd. 

- I jeszcze jedno, Larry. Albo tam mieszkają chochliki, albo przewody elektryczne w 

hallu są zniszczone. Powinien je obejrzeć elektryk. 

- Dam znać Homerowi. Wyśle ci tam faceta od napraw. 

Larry  podszedł  do  biurka  Hasselricha  i  skorzystał  z  telefonu.  Znany  był  z  szybkich 

decyzji i energicznego działania. 

Qwilleran wypił drugą filiżankę kawy, złożył gratulacje spadkobiercy i zaproponował 

mu, że podwiezie go na lotnisko. 

- Dzięki, Qwill, ale postanowiłem zostać do niedzieli - powiedział Dennis. - Formalne 

otwarcie firmy „Exbridge & Cobb” planowano na sobotę i Susan chce trzymać się tego planu. 

-  Zaproszenia  zostały  rozesłane  już  w  zeszłym  tygodniu  -  włączyła  się  do  rozmowy 

Susan - i jestem pewna, że Iris nie chciałaby, żebyśmy to przekładali. Jej duch będzie z nami, 

a sądzę, że Dennis powinien reprezentować jej ciało. 

Uhm - pomyślał Qwilleran. 

-  Ludzie  mogą  sądzić,  że  bez  Iris  sklep  będzie  działał  kulawo  -  ciągnęła  Susan  z 

ożywieniem  -  ale  obecność  Dennisa  pokaże,  że  przedsięwzięcie  jest  stabilne,  nie  sądzisz, 

Qwill? Strasznie miło z jego strony, że zgodził się zostać kilka dni dłużej. 

Uhm  -  pomyślał  Qwilleran.  Miała  wyjątkowo  uszczęśliwioną  minę.  Jej  wyraziste 

gesty były szersze niż zwykle, a Dennis spoglądał na nią nieco zbyt często. 

Przed wyjściem Qwilleran zapytał Hasselricha, czy zamierza poinformować gazetę o 

postanowieniach testamentu. 

- Nigdy tego nie robiliśmy - odparł prawnik. 

- Może w tym przypadku warto się nad tym jeszcze zastanowić. Pieniądze Hackpole'a 

to u nas wydarzenie, a Iris była miejscowym VIP-em - przekonywał go Qwilleran. - Jeśli nie 

wydacie oficjalnego oświadczenia, poczta pantoflowa Pickax wszystko poprzekręca. 

background image

- Będę musiał to przemyśleć - powiedział Hasselrich. 

Qwilleran  zostawił  go  myślącego  i  odjechał  do  redakcji.  Wydawca  gazety  „Moose 

County coś tam” siedział w swym bogato urządzonym gabinecie. 

- Arch, nigdy wcześniej nie zauważyłem - odezwał się Qwilleran - że twoje ściany są 

w morskim odcieniu Dingleberry'ego. 

-  Ponieważ  i  tak  skończę  u  Dingleberry'ego,  pomału  się  przyzwyczajam.  Co  cię 

sprowadza? 

-  Testament  Iris  Cobb-Hackpole  został  ogłoszony.  Powinieneś  wysłać  Rogera  do 

kancelarii prawniczej, żeby zdobył informacje na ten temat. 

- A kim są spadkobiercy? 

- Jej rodzina, partnerka w interesach, Towarzystwo Historyczne i - w małym stopniu - 

także ja. 

- Ty? A czegóż tobie potrzeba? Przecież już jesteś właścicielem połowy okręgu. 

-  Zostawiła  mi  wielką  szafę,  którą  podarowałem  jej  w  prezencie  ślubnym.  Koko 

zawsze lubił na niej siedzieć. 

  

-  Niech  Koko  siedzi  lepiej  na  drabinie.  Ta  niemiecka  szafa  warta  jest  fortunę  - 

powiedział Riker, który wiedział to i owo o antykach. 

Wcisnął guzik interkomu i warknął: 

- Mam cynk od Qwilla, że ogłoszono testament Iris Cobb. Niech ktoś się przejdzie do 

„H, B i B”. 

- Zostawiła mi też notes zawierający jej własne przepisy kulinarne - dodał Qwilleran - 

ale o tym nie musisz pisać. 

-  Sądziłem,  że  jesteś  przeciwnikiem  cenzury  -  powiedział  Riker.  -  Wyobrażam  sobie 

taki  nagłówek:  „Wdowa  milionerka  zapisuje  książkę  kucharską  kawalerowi  miliarderowi”. 

Można by z tego wyciągnąć naprawdę ciekawe wnioski. 

Rozległ się brzęczyk interkomu, po czym dał się słyszeć skrzeczący głos: 

- Czy Qwill tam jeszcze jest? Zapytaj go, czy ma tekst dla nas. Wykorzystaliśmy już 

wszystko, co przyniósł. 

- Słyszałeś? - zapytał Riker. - Czy piórko wyschło? 

„Piórkiem  Qwilla”  to  tytuł  cyklu  felietonów,  które  Qwilleran  zgodził  się  pisać  dla 

gazety „Moose County coś tam”. 

- Tak się złożyło - zaczął wyjaśniać Rikerowi. - Planowałem zrobić kilka wywiadów, 

ale śmierć Iris wybiła mnie na kilka dni z rytmu. 

background image

- W porządku. Daj nam po prostu jakiś szybki kawałek na jutro - odpowiedział Riker. 

- Pamiętaj o pani Fisheye . 

Wracając  do  North  Middle  Hummock,  Qwilleran  przypominał  sobie  stare  czasy.  Obaj  z 

Rikerem  pamiętali  nauczycielkę  angielskiego  z  liceum,  która  często  zadawała  uczniom 

wypracowania: tysiąc słów o pogodzie, o śniadaniu, o kolorze zielonym. Fisheye nie było jej 

prawdziwym nazwiskiem, ale na swoje nieszczęście miała duże, okrągłe, blade i załzawione 

oczy. Jako uczeń Qwilleran nieraz jęczał i protestował przeciwko wypracowaniom, ale dzięki 

nim potrafił teraz obudzony w środku nocy napisać tysiąc słów na dowolny temat. 

Rozglądając  się  po  okolicy  podczas  jazdy  szosą  Ittibittiwassee  przez  Hummock, 

zdecydował  się  na temat: płoty! Moose County  poprzecinane było parkanami, wijącymi się 

jak  węże  płotami  z  desek,  drutami  kolczastymi,  płotami  z  bali  czy  nawet  ogrodzeniami  z 

korzeni. Każdy płot przekazywał jakąś wiadomość - od „Witajcie!” do „Nie zbliżać się!”. W 

eleganckim Hummock popularne były ciągnące się kilometrami niskie kamienne murki oraz 

dwumetrowe  palisady  z  tyczek  do  winorośli  wokół  basenów.  W  zaśniedziałym  miasteczku 

Chipmunk  znaleźć  można  było  płot  zrobiony  ze  starych  sprężyn.  Jeśli  tego  wszystkiego 

byłoby mniej niż na tysiąc słów, Qwilleran gotów był dodać cytaty z poezji Roberta Frosta, 

przypomnieć  piosenki  Cole'a  Portera  i  przeanalizować  etymologię  słowa  „parkan”.  A  cały 

felieton mógł nawet zadedykować pani Fisheye. 

Mijając farmę Fugtree, zauważył, że tamtejszy biały parkan prosi się o świeżą farbę, i 

przypomniał sobie z żalem, że nie podziękował wystarczająco kobiecie, która zawiadomiła go 

o  włączonych  światłach  samochodu.  Chętnie  sfinansowałby  malowanie  jej  płotu,  ale  taka 

szczodrość  mogłaby  zrobić  złe  wrażenie.  Chyba  należy  po  prostu  wysłać  kartkę  z 

podziękowaniem - zadecydował. 

Skręcając w uliczkę Black Creek, spostrzegł dwa pojazdy zaparkowane na podwórku 

muzeum. Jednym był granatowy, czterodrzwiowy samochód, mniej więcej dziesięcioletni, o 

klasycznym wyglądzie, a drugim - furgonetka pogotowia energetycznego z Pickax. Elektryk 

właśnie zbierał się do odjazdu i wręczał rachunek Homerowi Tibbittowi. 

- Udało się naprawić światło? - zawołał Qwilleran w ich kierunku. 

                                                 

 Dosłownie „rybie oko”. 

background image

-  Nic  tam  nie  było,  tylko  luźne  żarówki!  -  odkrzyknął  elektryk.  -  Przy  silnych 

drganiach  żarówki  mogą  się  obluzować  i  wtedy  raz  się  zapalają,  a  raz  nie  -  szczególnie  te 

świecowe. Dokręciłem je i po kłopocie. 

- A co mogło spowodować te drgania? 

- Kto wie? Piec, pompa, pralka albo suszarka - każde źle ustawione urządzenie. No, to 

na razie! Proszę mnie znowu wezwać, jak pan będzie miał taką przyjemną pracę. 

Qwilleran  zmarszczył  czoło.  Wyobrażał  sobie,  ile  zażyczyło  sobie  pogotowie 

energetyczne  za  przyjazd  aż  do  North  Middle  Hummock.  Kiedy  otworzył  drzwi  i  zobaczył 

koty, które wyszły na przywitanie, odezwał się do nich: 

- Hej, łobuzy, co tak tupiecie? 

Jak na wczesne popołudnie - zazwyczaj porę drzemki - koty zdradzały nieoczekiwane 

ożywienie i aktywność, ale można to było zrozumieć. Koko, jako szef ochrony, musiał mieć 

na oku elektryka, a Yum Yum zajęła się badaniem jego sznurowadeł. Co więcej, elektrykowi 

towarzyszył Homer Tibbitt, a koty nigdy wcześniej nie widziały człowieka poruszającego się 

jak  robot.  Główny  konserwator  budynku,  niezwykle  żwawy  jak  na  swój  wiek,  chodził 

dziarskim krokiem, wymachując na boki ramionami i rękami. 

Pan  Tibbitt  wszedł  z  powrotem  do  muzeum,  a  Qwilleran  podążył  za  nim,  żeby  go 

przeprosić.  W  sali  wystawowej  zastał  go  w  towarzystwie  starszej  kobiety  o  kasztanowych 

włosach. 

- Nie ma pan co przepraszać  - powiedział Tibbitt nieco piskliwym głosem.  - Miałem 

pretekst, żeby tu przyjechać i rozejrzeć się. Ona mnie przywiozła - wyjaśnił, wskazując głową 

swą  towarzyszkę.  -  Nie  chcą  mi  już  przedłużyć  prawa  jazdy.  To  są  korzyści  z  podrywania 

młodszych  kobiet.  Jedyny  kłopot  z  Rhodą  to  jej  cholerny  aparat  słuchowy.  Nie  chce  oddać 

tego  cholerstwa  do  naprawy.  Rhoda,  to  jest  pan  Qwilleran.  To  Rhoda  Finney.  Uczyła 

angielskiego w mojej szkole, kiedy byłem tam dyrektorem. 

Qwilleran skłonił się, ściskając rękę pani Finney, a ona uśmiechnęła się do niego ze 

spokojem osoby, która nie zrozumiała ani słowa z tego, co właśnie zostało powiedziane. 

- Chodźmy do biura i napijmy się kawy  - powiedział Tibbitt. - Rhoda, chcesz trochę 

kawy? 

-  Przykro  mi,  kochanie,  ale  nie  mam  -  odpowiedziała,  przekopując  swoją  torebkę.  - 

Ale może chcesz pastylkę na gardło? 

- Nieważne. 

Tibbitt  machnął  ręką  i  poprowadził  Qwillerana  do  ponurego  biura.  Stały  w  nim 

dębowe  szafy  na  dokumenty,  porysowane  stoliki,  krzesła  nie  od  kompletu  i  regały  z 

background image

encyklopediami.  Na  jednym  ze  stolików,  zaopatrzonym  w  tabliczkę  „Do  skatalogowania”, 

piętrzyły się posępnie rozmaite drobiazgi. Na innym stoliku mieściła się kolekcja słoików z 

rozpuszczalnymi napojami, tekturowych kubków i plastikowych łyżeczek. 

- Posprzątam trochę - powiedziała pani Finney i zdjąwszy z haczyka miotełkę z piór, 

wyszła z pokoju. 

Stary mężczyzna zagotował wodę w czajniku elektrycznym i odmierzył zwykłą kawę 

dla Qwillerana, a bezkofeinową dla siebie. 

-  Od  moich  ostatnich  urodzin  doktor  Hal  pozwala  mi  pić  tylko  to  mdłe  świństwo  - 

wyjaśnił - ale można to znacznie polepszyć, jak się doda parę kropli brandy. 

Pokazał Qwilleranowi srebrną piersiówkę z wygrawerowanymi inicjałami. 

- Pozostałość z czasów prohibicji - powiedział. - Przydaje się od czasu do czasu... I jak 

się  panu  podobał  pogrzeb?  Moim  zdaniem  to  było  godne  pożegnanie.  Nawet  stary 

Dingleberry  był  pod  wrażeniem.  Larry  mówił  mi,  że  pan  tu  będzie  mieszkał,  aż  znajdą 

zarządcę. Zauważył pan coś niezwykłego? 

- Co pan ma na myśli? - zapytał Qwilleran, gładząc wąs z nonszalancką miną. 

-  Mówią,  że  od  czasu  do  czasu  przechadza  się  tu  stary  Ephraim.  Ja  go  nigdy  nie 

widziałem, bo nie zostawałem tu na noc, ale podobno ma jakąś swoją tajemnicę. Stary Adam 

Dingleberry wie, o co chodzi, ale nie chce powiedzieć. Podchodziłem go już na pięć różnych 

sposobów, ale on ani piśnie - za żadne skarby świata. 

-  Moje  koty  dziwnie  się  zachowują  od  czasu,  kiedy  się  tu  wprowadziliśmy  - 

powiedział  Qwilleran.  -  Sądziłem,  że  może  szukają  Iris  Cobb.  Kilka  razy  ugościła  je  tu 

obiadem. 

- Na pewno zobaczyły ducha - powiedział Tibbitt z poważną miną. 

- Zna pan kogoś, kto widział ducha Ephraima? 

-  Stary  Goodwinter  powiedział  mi  coś  na  krótko  przed  wypadkiem.  Widział  starego 

Ephraima.  Staruszek  przeszedł  przez  ścianę,  niosąc  sznur.  Nic  nie  mówił.  To  było  prawie 

dziewięćdziesiąt  lat  po  śmierci  Ephraima.  Stary  Goodwinter  przeraził  się.  Duch  znikł,  a  w 

kilka dni później Goodwinter zmarł. 

- Duch przeszedł przez ścianę? - spytał Qwilleran, przypominając sobie o Iris Cobb i 

tłuczku do ziemniaków. - Która to była ściana? 

- Nie powiedział mi. 

- Czy ktoś z członków rodziny Goodwintera widział ducha Ephraima w oknie? 

background image

-  Nikt  o  tym  nie  mówił,  cała  rodzina  wolała  milczeć  na  ten  temat.  Zdziwiłem  się, 

kiedy stary Goodwinter mi to powiedział. Byłem kiedyś jego nauczycielem, może dlatego mi 

ufał. 

- Odnoszę wrażenie, że mieszkańcy wierzą w duchy. 

-  To  prawda.  Żyjemy  w  krainie  duchów.  Podobnie  jest  w  Szkocji.  Jest  tu  wielu 

Szkotów. Pan też miał szkockich przodków, prawda? 

- Moja matka pochodziła z rodu Mackintosh - powiedział z dumą Qwilleran. - O ile mi 

wiadomo, nigdy nie widziała ducha. W każdym razie nie mówiła o tym w mojej obecności. 

- Trzeba być wyczulonym na te rzeczy. Sceptycy wiele tracą. 

- Widział pan kiedyś ducha? 

-  Oczywiście!  Widziałem  trzydzieści  dwie  zjawy!  Słyszał  pan  o  wybuchu  w  kopalni 

Goodwintera  w  1904  roku?  Trzydziestu  dwóch  górników  zostało  rozerwanych  na  strzępy! 

Dwadzieścia  lat  później,  dokładnie  trzynastego  maja,  przydarzyła  mi  się  dziwna  przygoda. 

Odwiedzałem znajomą, która mieszkała na wsi. Ja mieszkałem w Pickax i wracałem do domu 

na  piechotę.  Miałem  do  przejścia  dziewięć  kilometrów.  Tylko  nieliczni  mieszkańcy  Pickax 

mieli  w  tamtych  czasach  samochód.  Ja  nie  miałem  nawet  roweru.  Szedłem  North  Pickax 

Road,  była  północ.  Wie  pan,  gdzie  jest  wzgórze  w  pobliżu  kopalni?  Zobaczyłem  cienie  na 

wzgórzu.  Po  chwili  zdałem  sobie  sprawę,  że  to  mężczyźni.  Nieśli  kilofy  i  pojemniki  z 

lunchem.  Szli  w  ciszy,  kiedy  zeszli  ze  wzgórza,  straciłem  ich  z  oczu.  Było  ich  trzydziestu 

dwóch - policzyłem. Każdy miał na głowie kask z lampką. Kiedy zamykam oczy, wciąż ich 

widzę. Tamtej nocy nie było wiatru, ale kiedy mężczyźni szli po wzgórzu, szeleściły liście. 

Byłem przerażony. 

Qwilleran milczał przez chwilę, a potem powiedział: 

- To było w 1924 roku, prawda, czyli w czasach prohibicji. Może miał pan w swoim 

srebrnym termosie jakiś trunek? 

- Nie tylko ja widziałem zjawy - zaprotestował Homer. - Poza tym było to w rocznicę 

wybuchu - trzynastego maja. 

- Czy ktoś widział tych mężczyzn ostatnio? 

- Nie sądzę. Teraz na drogach roi się od szybkich samochodów. Kto by zwrócił uwagę 

na ducha? Ale coś panu powiem! W przyszłym roku trzynastego maja pojedziemy razem w to 

miejsce. Zostawimy samochód przy kopalni Goodwintera i będziemy czekać. 

-  Zaznaczę  to  sobie  w  kalendarzu  -  powiedział  Qwilleran.  -  i  niech  pan  koniecznie 

zabierze swój srebrny termos! 

background image

W tym momencie do biura weszła Rhoda Finney ze swoją miotełką. Widząc kubki z 

kawą, powiedziała: 

- Łobuzy! Nie powiedzieliście mi, że pijecie kawę! 

Homer  spojrzał  na  Qwillerana  i  wzruszył  bezradnie  ramionami.  Wstał  i  sięgnął  po 

kubek, żeby przygotować napój z proszku. 

- Jaki smak? - krzyknął. 

Pani Finney spojrzała na zegarek. 

- Siedemnaście po drugiej, kochanie. Odkurzyła miotełką kilka przedmiotów i usiadła. 

- Muzeum świetnie funkcjonuje - powiedział Qwilleran. 

- Dzięki Larry'emu - odparł Homer. - Mamy dwanaście komitetów i siedemdziesięciu 

pięciu  wolontariuszy.  Podwórze  sprzątają  uczniowie.  Mamy  dwadzieścia  wolontariuszek, 

które sprzątają muzeum - razem z Rhodą i jej przeklętą miotełką z piór. W razie problemów z 

elektrycznością  zwracamy  się  do  pogotowia  energetycznego  z  Pickax.  Okna  myją 

więźniowie. 

- Czy zdarza się czasem, że obluzowane okiennice stukają, kiedy jest wiatr? 

- Nie słyszałem o tym. Ale jeśli coś się psuje, natychmiast zostaje naprawione. 

- Wiedział pan o pękniętej ścianie w piwnicy w zachodnim skrzydle? 

Homer machnął niecierpliwie ręką. 

-  Mówi  pan pewnie o  gnieździe srok. Tak nazywam  to  miejsce. Są tam stare śmieci: 

połamane meble, zniszczone książki i potłuczone kubki. 

- Nie jadłeś dziś zupki? - spytała Rhoda. 

-  Powiedziałem  „kubki”,  nie  „zupki”!  -  wrzasnął  Homer.  -  Rhoda  to  urocza  kobieta, 

ale doprowadza mnie czasem do szału! - oznajmił i wyszedł z pokoju. 

-  Czy  on  znowu  opowiadał  panu  o  stodołach?  -  spytała  Rhoda,  uśmiechając  się  do 

dziennikarza. 

- Nie, opowiadał mi o duchach - powiedział Qwilleran głośno. 

- Ach, tak - westchnęła Rhoda, wieszając miotełkę za drzwiami. - Pełno ich na farmie 

Fugtree. 

Qwilleran wrzasnął, że musi odebrać telefon, i pobiegł do zachodniego skrzydła. 

Dzwonił Roger MacGillivray - dziennikarz gazety „Moose County coś tam”. 

-  Qwill,  wiem  już  o  testamencie  Iris  Cobb,  ale  jedna  rzecz  jest  niejasna.  Co  to  za 

książka kucharska, którą Iris ci zostawiła? 

background image

- To przepisy Iris, które miały być opublikowane po jej śmierci, zgodnie z życzeniem 

Iris.  Fundacja  Klingenschoenów  wyda  książkę.  Uczniowie  szkół  będą  z  niej  korzystać  na 

zajęciach poświęconych pracom domowym. 

- Wspaniale! - powiedział Roger. - To wszystko wyjaśnia. Dziękuję! 

Qwilleran  skończył  pisać  felieton  do  piątkowego  wydania  gazety  i  zaczął  myśleć  o 

kolacji. Znalazł w zamrażalniku jagnięcinę z porami i włożył mięso do mikrofalówki. Kiedy 

było  gotowe,  odciął  kawałek  dla  kotów  i  położył  na  ich  misce.  Yum  Yum  rzuciła  się  na 

jedzenie, ale Koko siedział nadal na parapecie, wpatrzony w ciemność. 

- Dość tego, młody człowieku! - oznajmił Qwilleran. - Zobaczymy, co cię trapi! 

Chwycił latarkę i wybiegł na ciemne podwórze. Nie zauważył niczego niepokojącego. 

Wszystko  pogrążone  było  w  bezruchu.  Ciekawe,  co  koty  widzą,  kiedy  wpatrują  się  w 

ciemność? - pomyślał dziennikarz. W tym czasie Koko zeskoczył z parapetu. Qwilleran miał 

już  wracać,  kiedy  nagle  zauważył  charakterystyczne  wgłębienia  w  ziemi  pod  kuchennym 

oknem.  Były  to  czyjeś  ślady.  Duchy  nie  zostawiają  śladów  -  pomyślał.  Pewnie  to  jakiś 

dzieciak  z  Chipmunk...  albo  nastolatek,  który  lubi  podglądać...  albo  więzień,  który  mył  tu 

okno... 

Qwilleran wrócił szybko do mieszkania i znalazł numer Homera Tibbitta. Chciał się 

dowiedzieć, kiedy w muzeum myto ostatnio okna. 

-  Przykro  mi,  ale  pana  Tibbitta  nie  ma  o  tej  porze  -  powiedziała  operatorka.  - 

Wychodzi o wpół do ósmej. Zostawi pan wiadomość? 

- Proszę mu powiedzieć, że dzwonił Jim Qwilleran. Spróbuję zadzwonić jeszcze jutro 

rano. 

Koty jadły mięso z apetytem, ruszając wąsikami i strzygąc uszami. Qwilleran wsadził 

swój  talerz  jeszcze  raz  do  kuchenki  mikrofalowej.  Kiedy  go  wyjął,  wytrzeszczył  oczy  ze 

zdumienia. Na talerzu obok porów leżała dokładnie obgryziona kość. 

background image

Rozdział ósmy 

Kiedy w piątek rano Qwilleran szykował śniadanie dla kotów, ciągle rozmyślał o śladach stóp 

przy oknie kuchennym. Mogły to być ślady ludzi, którzy myli okna, gdyby pojawili się oni od 

ostatniego weekendu. Jeśli było inaczej, należało uznać, że te charakterystyczne wgłębienia w 

miękkiej  ziemi  zostawił  ktoś  w  sobotę  w  nocy.  Wtedy,  gdy  Iris  Cobb  telefonowała  po  raz 

ostatni. Deszcz padał wcześniej tego właśnie wieczora. Potem było już sucho. 

Postawił  talerz  ze  skrawkami  polędwicy  na  podłodze,  pod  stolikiem  na  telefon,  i 

zadzwonił po raz kolejny do „October House”. 

-  Nie  ma  pana  Tibbitta  -  powiedziała  telefonistka  z  centrali.  -  Czy  chciałby  pan 

zostawić dla niego wiadomość? 

- Mówi Jim Qwilleran. 

- Och tak, pan Qwilleran. Dzwonił pan wczoraj w nocy. 

- Czy pan Tibbitt niedługo wróci? 

- Obawiam się, że nie. Wyjechał do Lockmaster. 

- Czy dobrze się czuje? - szybko zapytał Qwilleran. 

Lockmaster leżało na południu, a tamtejsze centrum medyczne znane było ze swojego 

oddziału geriatrycznego. 

-  O  tak.  Czuje  się  doskonale.  Pani  Finney  zawiozła  go  tam,  żeby  podziwiać  kolory 

jesieni w tej znanej z hodowli koni okolicy. To podobno coś wspaniałego. 

-  Rozumiem  -  powiedział  w  zamyśleniu  Qwilleran.  -  Kiedy  pani  spodziewa  się  ich 

powrotu? 

-  Nie  wcześniej  niż  w  niedzielę  po  południu.  Są  w  odwiedzinach  u  przyjaciół.  Czy 

mam przekazać, żeby do pana zadzwonił? 

- Nie, dziękuję. Proszę mu nie zawracać głowy. Złapię go w muzeum. 

Na Qwillerana czekało teraz nieprzyjemne zadanie. Musiał zapakować osobiste rzeczy 

Iris  Cobb  do  pudeł  z  piwnicy.  Już  raz  robił  coś  takiego  po  śmierci  własnej  matki  -  bardzo 

smutny obowiązek. Praca, przy której kraje się serce. Takie zadania zdarzały mu  się często, 

gdy  jako  student  pracował  w  domu  opieki.  Ale  wtedy  to  była  rutyna.  Jednak  w  przypadku 

kobiety, która była kiedyś jego  gospodynią i  prowadziła mu  dom,  miała charakter żenująco 

background image

osobisty.  Czuł  się  jak  podglądacz,  wyjmując  z  szaf  i  szuflad  jej  różowe  stroje:  kostiumy, 

sukienki,  bieliznę,  szlafroczki.  Najsmutniejsze  okazało  się  zaglądanie  do  górnych  szuflad 

wypełnionych  mieszaniną  rozmazanych  szminek,  połamanych  kolczyków,  zużytych 

pilniczków  do  paznokci,  buteleczek  z  lekarstwami,  szczotek  z  resztkami  włosów,  które 

przywarły  do  ich  włosia.  Było  tam  również  szkło  powiększające  ze  srebrną  rączką,  które 

ofiarował jej na ostatnie urodziny. 

Kiedy  już  zapakował  i  podpisał  pudełka,  postanowił  zanieść  je  do  biura  muzeum. 

Koko najwyraźniej miał ochotę mu towarzyszyć. 

- Przykro mi - powiedział Qwilleran. - Przepisy zabraniają tu palenia, jedzenia, picia i 

wchodzenia bez obuwia. 

Nawet  kiedy  już  wszystko  zostało  zrobione,  Koko  nadal  skakał  wokół  drzwi  do 

muzeum,  na próżno usiłując przekręcić klamkę.  Pewnego razu,  jeszcze za życia pani  Cobb, 

pozwolono  mu  wejść  do  sali  z  eksponatami  i  przy  tej  okazji  zafascynowały  go  niektóre 

modele statków. 

Wreszcie Qwilleran zgodził się wpuścić kota. 

-  Dobrze,  wejdź  -  powiedział  do  Koko.  -  Ale  będziesz  rozczarowany  -  wystawa 

statków już się skończyła. 

Gdy  tylko  drzwi  się  otworzyły,  kot  wskoczył  do  muzeum.  Zignorował  pokój 

poświęcony  pierwszym  osadnikom  i  pobiegł  do  wschodniego  skrzydła,  gdzie  mieściły  się 

wystawy tematyczne, kolekcje przeznaczone do badań i biuro muzeum. Wskoczył prosto do 

biura, zajrzał za drzwi i zaczął skakać, żeby dosięgnąć należącej do pani Finney szczotki do 

odkurzania z ptasich piór. 

-  Ty  spryciarzu!  -  powiedział  Qwilleran.  -  Skąd  wiedziałeś,  że  szczotka  jest  właśnie 

tam? 

Dziennikarz zabrał kota i zamknął drzwi do biura. A potem uważnie obserwował jego 

zachowanie. 

Koko  minął  salę,  w  której  poprzednio  wystawione  zostały  modele  statków. 

Pomieszczenie było zamknięte, a na drzwiach znajdowała się informacja, że wkrótce zostanie 

otwarta  kolejna  wystawa.  Nie  wykazał  zainteresowania  historycznymi  dokumentami  ani 

znakomitą kolekcją dawnych urządzeń służących do oświetlania. Niezwykły kot wydawał się 

zafascynowany  zbiorami  uważanymi  za  najnudniejszą  część  kolekcji:  tkaninami.  Wśród 

wystawionych  przedmiotów  były  pożółkłe  ze  starości  prześcieradła  i  obrusy;  narzuty 

wyblakłe  od  prania  szarym  mydłem;  zjedzone  przez  mole,  ręcznie  tkane  wytarte  dywany; 

sprane  ściereczki  z  worków  od  mąki;  poplamione  materace  wypchane  słomą;  zasłony 

background image

farbowane sokiem z owoców i łuskami cebuli. Na kartach identyfikacyjnych dumnie widniały 

nazwiska pierwszych osadników, którzy utkali, uszyli, wydziergali, ufarbowali i wypchali te 

eksponaty.  Koko  najbardziej  polubił  poduszkę  wykonaną  z  worków  od  mąki  i  wypchaną, 

według informacji na karcie, kurzymi piórami z farmy Inchpot Centennial. Obwąchiwał ją w 

wielkim skupieniu. 

-  Kurze  piórka.  Powinienem  był  się  domyślić  -  powiedział  Qwilleran.  -  Idziemy  do 

domu. 

Złapał  kota,  który  usiłował  wyrwać  się  z  jego  rąk  i  pobiec  z  powrotem  w  kierunku 

poduszki z Inchpot. Ciekawe, że Koko wcale nie interesował się podobną poduszką z farmy 

Trevelyan,  datowaną  na  nieco  wcześniejszy  okres  dziejów  Moose  County.  Qwilleranowi 

udało się w końcu zapanować nad kotem i siłą zaprowadzić go do mieszkania. 

Yum Yum już tam na nich czekała. Koty przywarły do siebie noskami. Potem Yum 

Yum  próbowała  wywąchać  z  futerka  Koko  zapach  odległej  przeszłości.  Gdy  te  sprawy  już 

zostały  załatwione,  Koko  rozpoczął  kolejne  manewry,  wpatrując  się  uporczywie  w 

zamrażalnik umieszczony nad lodówką. 

- W tym zamrażalniku nie ma nic dla kotów - wyjaśnił Qwilleran. - Próbujesz wejść na 

niewłaściwe  drzewo  -  to  pomyłka!  Dostaniesz  klopsiki  z  dużej  zamrażarki,  ale  musisz 

poczekać do obiadu. 

Koko nie dawał za wygraną i uparcie stawał na tylnych łapkach. Żeby udowodnić, że 

kot  się myli, Qwilleran  otworzył drzwi lodówki,  pokazując jej zawartość, na którą składały 

się  stosy  cynamonowych  bułeczek,  muffinów  z  jagodami,  ciasteczek  czekoladowych  i 

słodkiego  chleba  orzechowego  z  bananami  oraz  wiele  innych  przysmaków.  Kiedy  to 

wszystko oglądał, wpadło mu do głowy, że paczuszka z orzechowymi bułeczkami pani Cobb 

mogłaby  być  doskonałym  prezentem,  by  podziękować  rodzinie  z  farmy  Fugtree.  Byłby  to 

upominek  o  wartości  wyłącznie  sentymentalnej.  Później  mógłby  jeszcze  ofiarować 

Boswellom  ciasto  z  wiśniami.  Byle  tylko  zdołał  to  zrobić  bez  konieczności  odbycia  sesji 

sąsiedzkich  ploteczek.  Pani  Boswell  była  w  porządku.  Ale  głos  jej  męża  mroził  krew  w 

żyłach, a Dzidzia wydawała się małym potworem. 

Było  wczesne  popołudnie  -  doskonała  pora,  by  złożyć  niezapowiedzianą  wizytę. 

Rozmroził  więc  bułeczki  z  orzechami  pekanowymi  i  pojechał  w  kierunku  farmy  Fugtree. 

Mógł  równie  dobrze  udać  się  tam  pieszo,  ale  uznał,  że  takie  zachowanie  sugerowałoby 

zbytnią  poufałość,  z  czego  mogłaby  wyniknąć  nawet  konieczność  zjedzenia  posiłku. 

Przybycie  samochodem  miało  charakter  bardziej  oficjalny  i  mogło  oznaczać  tylko  krótkie 

spotkanie przy furtce. Dlatego postanowił pojechać samochodem. 

background image

Z  bliska  zrujnowany  dom  wyglądał  jeszcze  gorzej  niż  z  szosy.  Wejście  frontowe 

najwyraźniej  od  lat  nie  było  używane.  Na  schodach  zdążyły  już  wyrosnąć  chwasty.  Kiedy 

okrążał dom, żeby dotrzeć do bocznych drzwi, z pobliskiej obory wyszła młoda kobieta. Była 

ubrana  w  brudny  kombinezon  i  czapkę  z  daszkiem.  Miała  figurę  modelki,  ale  znani 

projektanci  nie  szyją  kombinezonów.  A  jej  roboczy  strój  wyglądał  na  kupiony  w  sklepie  z 

tanimi artykułami dla rolników w North Kennebeck. 

- Pan Qwilleran - stwierdziła na powitanie. - Poznałam pana dzięki pańskiej fotografii 

w gazecie. Proszę wybaczyć mi mój wygląd, ale właśnie sprzątałam oborę. 

Zachowanie i sposób mówienia kobiety zupełnie nie pasowały do wywożenia gnoju z 

obory,  co  natychmiast  wzbudziło  zaciekawienie  dziennikarza.  Wysiadł  z  auta  i  wręczył 

gospodyni domu paczuszkę z orzechowymi bułeczkami. 

-  Przyjechałem,  żeby  pani  podziękować.  Przypomniała  mi  pani,  że  zostawiłem  w 

samochodzie  włączone  światła.  Było  to  we  wtorek  w  nocy.  Przywiozłem  coś  z  zamrażarki 

pani Cobb. Mam nadzieję, że bułeczki będą smakować pani i jej rodzinie. 

-  Dziękuję  bardzo.  Nie  mam  rodziny  -  odpowiedziała  kobieta.  -  Ale  uwielbiam 

wypieki Iris. Bardzo mi przykro, że zmarła. Była niezwykle porządną osobą. 

Qwilleran był zaskoczony. 

- Kiedy po raz pierwszy zadzwoniła pani w sprawie Iris... wspomniała pani... że dzieci 

są chore - powiedział tonem pełnym wahania. 

Jej twarz miała przez chwilę dziwny wyraz. 

-  Chyba  powiedziałam,  że  zajmuję  się  chorymi  maluchami.  Miałam  na  myśli...  małe 

koźlątka. 

-  Proszę  mi  wybaczyć  moje  nieuctwo.  Przybyłem  tu  stosunkowo  niedawno.  Jestem 

uciekinierem z Nizin i jeszcze nie opanowałem tutejszych wyrażeń. 

-  Proszę,  niech  pan  siada  -  machnęła  ręką  w  kierunku  zardzewiałych  krzeseł 

ogrodowych. - Wypije pan może kieliszek wina? 

- Dziękuję, pani Waffle, ale akurat alkoholu brak na liście moich nałogów. 

- Mam na imię Kristi - powiedziała. - A co by pan powiedział na świeżą lemoniadę na 

tutejszym miodzie? 

- Teraz przemawia pani językiem, który jest bliski mojemu sercu. 

Qwilleran  usiadł  ostrożnie  na  jednym  ze  słabowitych  krzeseł  ogrodowych  i  zaczął 

rozglądać się po dziedzińcu. Wszędzie wokół widać było ogrom pracy do wykonania: trawa 

do skoszenia, obory do pomalowania, płot, który należało naprawić. Co ta kobieta robiła tu 

zupełnie  sama?  -  zastanawiał  się  Qwilleran.  Była  młoda.  Wyglądało  na  to,  że  ma  około 

background image

trzydziestu lat. Ale zachowywała się poważnie. Wydawała się serdeczna. Jednak uśmiechały 

się tylko jej usta. W oczach malował się wyraz głębokiego smutku. A może był w nich żal lub 

niepokój? Jej twarz wydawała się interesująca. 

Kobieta podała lemoniadę, a oprócz niej krakersy i kawałek miękkiego białego sera. 

- To kozi ser - wyjaśniła. - Własnej roboty. Czy zostanie pan w muzeum? 

- Tylko do czasu, gdy znajdą kogoś, kto zastąpi panią Cobb. 

Starając się nie patrzeć na zaniedbany trawnik i obdrapany budynek, zapytał: 

- Od dawna pani tu mieszka? 

-  Od  kilku  lat.  Odkąd  zmarła  moja  matka.  Spędziłam  tu  dzieciństwo  i  młodość,  ale 

wyjechałam  na  dziesięć  lat.  Kiedy  odziedziczyłam  dom,  wróciłam.  Chcę  sprawdzić,  czy 

mogłabym się utrzymywać z hodowli kóz. Jestem ostatnia z rodziny Fugtree. 

- Ale podała pani nazwisko Waffle. 

- To nazwisko mojego męża. Po rozwodzie postanowiłam go nie zmieniać. 

Qwilleran pomyślał, że każde nazwisko jest lepsze niż Fugtree. 

- Każde nazwisko jest lepsze niż Fugtree  - powiedziała, zupełnie jakby czytała mu w 

myślach. 

-  Nie  znam  historii  pani  rodziny,  ale  wiem,  że  kapitan  Fugtree  był  bohaterem 

wojennym. 

Kristi westchnęła ze smutkiem. 

- Wcześniej moi przodkowie zarobili masę pieniędzy na handlu drzewem i zbudowali 

ten  dom.  Kapitan  chciał  zostać  bohaterem  wojennym,  a  z  tego  trudno  wyżyć.  Kiedy  moi 

rodzice  odziedziczyli  tę  posiadłość,  starali  się  utrzymać  dom  na  przyzwoitym  poziomie.  A 

teraz,  kiedy  zmarli,  ja  się  tym  zajmuję.  Ludzie  mi  mówią,  że  powinnam  sprzedać  ziemię 

deweloperowi, który wybuduje tu budynki mieszkalne, takie jak Indian Village. Ale uważam, 

że zbrodnią byłoby zburzenie tego wspaniałego  domu.  Przynajmniej chciałabym  spróbować 

żyć z rolnictwa - powiedziała ze smutnym uśmiechem. 

- Ale dlaczego kozy? 

-  Z  wielu  powodów  -  zaczęła  wyjaśniać  z  wyraźnym  ożywieniem.  -  Kozy  to  urocze 

zwierzęta,  a  pasza  dla  nich  kosztuje  stosunkowo  niewiele.  A  poza  tym  rośnie 

zapotrzebowanie na produkty z koziego mleka. Czy wiedział pan o tym? Teraz hoduję kozy 

rasy  mlecznej,  ale  w  przyszłości  chciałabym  zająć  się  hodowlą  rasy  angorskiej.  Mogłabym 

wełnę z ich sierści prząść, a potem tkać. Studiowałam tkactwo na Akademii Sztuk Pięknych. 

-  Ta  historia  to  doskonały  temat  na  felieton  w  rubryce  „Piórkiem  Qwilla”.  Czy 

mógłbym umówić się na spotkanie z panią i jej kozami? 

background image

- Byłoby wspaniale, panie Qwilleran! 

- Proszę mówić do mnie Qwill - zaproponował. 

Dobrze czuł się w obecności tej kobiety i był nią w pewien sposób zauroczony. Nigdy 

dotąd  nie  pił  równie  dobrej  lemoniady,  a  kozi  ser  też  okazał  się  wyśmienity.  Na  dodatek 

łagodne, smutne oczy Kristi działały na niego hipnotycznie. Nie chciało mu się odjeżdżać. 

Spojrzał na dom i powiedział: 

-  To  jedyny  w  swoim  rodzaju  przykład  dziewiętnastowiecznej  architektury.  Ale 

dlaczego zbudowano tu wieżę? Czy to po prostu pomysł podyktowany próżnością? 

-  Nie  wiem  dokładnie.  Moi  przodkowie  byli  farmerami-dżentelmenami.  Moja  matka 

sądziła, że używali wieży jako punktu obserwacyjnego. Sprawdzali stamtąd, czy robotnicy na 

polu nie marnują czasu, zamiast pracować. 

- A tobie do czego służy ta wieża? 

-  Chodzę  tam,  żeby  medytować.  To  dlatego  wiedziałam,  że  zostawiłeś  włączone 

światła w samochodzie. 

- A co jest w tej wieży? 

-  Głównie  muchy.  Te  owady  uwielbiają  takie  miejsca.  Opryskiwanie  chemikaliami 

niewiele pomaga. Muchy i tak zawsze tam są: bzyczą, wygrzewają się na słońcu i rozmnażają. 

Czy chciałbyś obejrzeć dom? 

- Z wielką przyjemnością. 

-  Muszę  cię  ostrzec,  że  jest  straszny  bałagan.  Moja  matka  miała  bzika  na  punkcie 

gromadzenia przedmiotów. Jeździła na aukcje i kupowała wszystkie możliwe rupiecie. Znasz 

ten rodzaj choroby? Tę fascynację aukcjami i licytacjami. 

-  Miałem  kiedyś  ostry  atak  takiej  „licytacjomanii”  -  powiedział  Qwilleran  -  więc 

doskonale  rozumiem,  że  ten  bakcyl  może  wniknąć  do  organizmu  i  wywołać  chroniczne 

schorzenie, którego w żaden sposób nie można wyleczyć. 

Weszli  do  domu  bocznymi  drzwiami.  Torowali  sobie  drogę  wśród  toreb  na  zakupy 

wypełnionych  ubraniami,  butami,  kapeluszami,  lalkami  i  parasolkami.  Był  tam  zardzewiały 

rower  trójkołowy  i  ręczna  kosiarka;  stały  otwarte  pudła  z  uszkodzonymi  garnkami  i 

patelniami,  wyszczerbionymi  półmiskami,  tacami  barowymi  i  butelkami  po  mleku,  z 

drewnianymi  i  cynkowymi  wiaderkami,  dębowa  lodówka  turystyczna  i  paproć  z  wikliny. 

Były  tam  również  stosy  czasopism  i  góry  książek.  Wszystkie  te  rzeczy,  przez  długi  czas 

przechowywane  na  strychach  i  w  piwnicach,  pachniały  stęchlizną  i  ta  woń  przenikała  cały 

budynek. 

background image

-  Usiłowałam  trochę  uszczuplić  zbiory  mojej  matki  -  powiedziała  Kristi,  smutno  się 

uśmiechając. - Chciałam trochę tego dobytku sprzedać, trochę rozdać. Ale tu są tony rzeczy! 

W  samej  tylko  jadalni  znalazły  schronienie  dwa  wielkie  stoły,  dwadzieścia  krzeseł, 

trzy kredensy i takie ilości porcelany, że swobodnie można by otworzyć restaurację. 

-  Widzisz  teraz,  o  czym  mówiłam.  A  to  zaledwie  wierzchołek  góry  lodowej.  W 

sypialniach  jest  jeszcze  gorzej.  Proszę  nie  patrzeć  na  te  rupiecie.  Niech  się  pan  przygląda 

raczej rzeźbieniom w drewnie, ozdobnym sufitom, witrażom w oknach i klatce schodowej. 

Z  przedpokoju  szerokie  schody  biegły  na  pierwsze  piętro.  Poręcze  były  masywne,  a 

umieszczone  przesadnie  blisko  siebie  słupki  balustrady  przypominały  czasy,  gdy  rozkwitał 

handel drewnem. Kristi objaśniła, że wszystko zostało wykonane z drewna czarnego orzecha. 

- Ale to nie są oryginalne schody - zaznaczyła. - Wcześniejsze miały kształt sięgającej 

wieży spirali i  były bardzo eleganckie. Mój pradziadek zmienił  schody i  oddzielił wieżę od 

reszty budynku. 

- Chciał pozbyć się much? Czy miał trudności z ogrzewaniem? - zapytał Qwilleran. 

- To długa historia - powiedziała, odwracając się i idąc na górę. - Czy czujesz się jak 

po wdrapaniu się na czwarte piętro? 

Gdy  już  dotarli  na  drugie  piętro,  Kristi  otworzyła  drzwi  prowadzące  do  wieży.  Tam 

już  schody  były  proste  i  miały  charakter  czysto  użytkowy.  Ale  kończyły  się  w  małym, 

uroczym  pokoiku,  nie  większym  niż  garderoba,  z  oknami  wychodzącymi  na  cztery  strony 

świata.  Przy  oknach  umieszczone  zostały  wyścielone  poduszkami  z  wytartego  aksamitu 

siedziska. Na zniszczonym wiklinowym stoliku leżała lornetka, częściowo wypalona świeca i 

obłożona w brązowy papier książka na temat jogi. Opalizujące muchy plujki wygrzewały się 

na słońcu na południowym oknie. 

Qwilleran wziął lornetkę i spojrzał na północ, gdzie wielkie jezioro skrzyło się aż po 

horyzont.  Na  zachodzie  ponad  lasem  wyrastała  iglica  kościoła.  Na  wschodzie  można  było 

dostrzec  posiadłość  Goodwinterów  i  furgonetkę  Boswella  przy  zabudowaniach 

gospodarczych. Niebieska ciężarówka stała na podjeździe przy muzeum, a w pobliżu kręciło 

się pół tuzina młodych, energicznych osób. Grabili liście, zbierali je do toreb i pakowali do 

ciężarówki. 

- Dlaczego te drzewa rosną w poprzek pola? - zapytał Qwilleran. 

-  Tam  płynie  Black  Creek  -  odpowiedziała  Kristi.  -  Nie  zobaczysz  stąd  potoku,  ale 

drzewa rosną na jego brzegach. Są tam między innymi bardzo stare wierzby, których gałęzie 

zwieszają się nad wodą. 

background image

- Ten dom - oświadczył Qwilleran, gdy zeszli już ze schodów - powinien być wpisany 

do rejestru zabytków. To miejsce ma wartość historyczną. 

-  Wiem  -  powiedziała  Kristi,  a  jej  oczy  posmutniały.  -  Ale  z  tym  się  wiąże  masa 

przepisów, a ja nie mam czasu, żeby w tym wszystkim się rozeznać i wypełnić odpowiednie 

formularze.  Gdyby  budynek  został  zarejestrowany,  trzeba  by  go  wyremontować  i 

uporządkować posiadłość, a mnie na to po prostu nie stać. 

Qwilleran w zamyśleniu przygładził wąsy. Ten projekt mogłaby wesprzeć finansowo 

Fundacja Klingenschoenów. Rodzina Fugtree to pionierzy, dzięki którym rozwijał się okręg. 

A  dom  tej  rodziny  to  architektoniczna  perełka.  Coś,  co  warto  zachować  dla  następnych 

pokoleń.  Ostatecznie  dom  mógłby  zostać  zakupiony  przez  Towarzystwo  Historyczne  i 

przeznaczony na otwarte dla publiczności muzeum. Wyobraził sobie, jak Fugtree Road staje 

się  „parkiem  przy  muzeum”,  w  skład  którego  wchodzą  dom  na  farmie  Goodwinterów  z 

ekspozycją  ukazującą  życie  pierwszych  osadników  oraz  rezydencja  rodziny  Fugtree  z 

wystawą obrazującą Moose County w okresie  boomu  gospodarczego. Nawet  stare maszyny 

drukarskie  w  stodole  mogłyby  być  pokazywane  w  ramach  wystawy  „Dzieje  słowa 

drukowanego”.  Qwilleranowi  spodobała  się  ta  nazwa.  W  pobliżu  można  by  otworzyć  jedną 

lub  dwie  dobre  restauracje  i  w  ten  sposób  widmowe  miasteczko  North  Middle  Hummock 

dostałoby  swoją  drugą  szansę  i  mogłoby  się  rozwijać.  Na  brzegu  Black  Creek  z  pewnością 

wyrosłyby  domy  mieszkalne.  Fakt,  że  Kristi  jest  atrakcyjną  młodą  kobietą,  nie  miał 

oczywiście żadnego wpływu na te entuzjastyczne marzenia Qwillerana. Był tego pewien. 

-  Czy  zechcesz  wypić  jeszcze  jedną  szklankę  lemoniady?  -  zapytała,  żeby  przerwać 

ciszę, która zapadła po jej ostatniej wypowiedzi. 

-  Nie,  dziękuję  -  odpowiedział  wyrwany  z  rozmarzenia.  -  Czy  moglibyśmy 

przeprowadzić wywiad jutro, o drugiej po południu? 

Kiedy szli razem w kierunku samochodu, Qwilleran rzucił mimochodem: 

- Fundacja Klingenschoenów może ci pomóc w wypełnieniu papierów potrzebnych do 

zarejestrowania  domu  jako  zabytku.  Może  wysłałabyś  list  do  Fundacji  na  adres  kancelarii 

„Hasselrich, Bennettt i Barter”? Zobaczymy, co z tego wyniknie. 

Z jej oczu po raz pierwszy zniknął wyraz smutku. 

- Naprawdę myślisz, że mam szansę? 

- Warto spróbować. Nie masz przecież nic do stracenia oprócz kosztu znaczka. 

- Och, panie Qwilleran! To jest - Qwill. Chętnie bym cię uściskała, gdybym wcześniej 

nie sprzątała obory. 

background image

-  Może  skorzystam  z  tej  oferty  innym  razem  -  odpowiedział.  Po  powrocie  na  farmę 

Qwilleran  zignorował  syjamskie  koty  i  zaczął  szukać  hasła  „kozy”  w  wielkim  słowniku 

języka angielskiego. Potem zatelefonował do Rogera MacGillivraya w sekretariacie gazety. 

- Cieszę się, że cię złapałem, Roger. Chciałbym cię prosić o przysługę. Czy masz czas 

dziś wieczorem, w porze obiadowej? 

- Uhm... tak... ale możliwie wcześnie. Przyrzekłem, że będę w domu o siódmej i zajmę 

się dzieckiem. 

-  Postawię  ci  obiad  w  restauracji  „Tipsy”,  jeśli  po  drodze  wstąpisz  do  księgarni  w 

Pickax i kupisz mi parę książek na temat kóz. 

Nastąpiła chwila milczenia. - Czy możesz to przeliterować? 

- K-o-z-y. Widzimy się w restauracji o siedemnastej trzydzieści. 

- Chciałbym mieć pewność, Qwill. Chcesz, żebym kupił książki na temat KÓZ? 

- Zgadza się! Czworonożne przeżuwacze z rogami. I jeszcze jedno... 

- Słucham? 

- Nie mów nikomu, że te książki są dla mnie. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Restauracja  „Tipsy”  była  popularnym  lokalem  w  North  Kennebeck.  Początkowo,  w  latach 

trzydziestych,  działała  w  niewielkiej  chacie  z  drewnianych  bali.  Dziś  do  dużo  większego 

drewnianego  budynku  chętnie  wpadali  solidni  klienci,  którzy  chcieli  zjeść  solidnego 

befsztyka, bez takich udziwnień jak natka pietruszki czy masło ziołowe. W kuchni obierano i 

smażono  ziemniaki,  nie korzystając  z  dobrodziejstw  chemikaliów.  Z  warzyw  dostępna  była 

wyłącznie  gotowana  marchewka,  a  z  sałatek  surówka  z  kapusty.  I  co  wieczór  tłumy  ludzi 

czekały na wolny stolik. 

Qwilleran i jego gość mieli mało czasu, więc użyli legitymacji prasowych, żeby dostać 

stolik.  Zostali  posadzeni  pod  wielkim  portretem  przedstawiającym  biało-czarną  kotkę,  na 

cześć której restauracja otrzymała swoją nazwę. 

Roger poklepał leżący na stole stosik książek: Hodowla kóz. Dla zysku i przyjemności, 

Obalanie mitów na temat kóz oraz Początek pracy w kozim klubie

- Czy o takie książki ci chodziło? - zapytał z niedowierzaniem. 

-  Mam  przeprowadzić  wywiad  z  hodowcą  kóz  -  powiedział  Qwilleran  -  i  chcę  coś 

wiedzieć na temat: „Kto daje mleko - samce czy samice?” oraz „Która płeć ma nieprzyjemny 

zapach?”. 

- Dowiedz się, czy to prawda, że mogą zjadać puszki  - powiedział Roger. - Co to za 

farmer? Czy to ktoś, kogo znam? 

-  A  kto  powiedział,  że  chodzi  o  mężczyznę?  To  młoda  kobieta  z  farmy  Fugtree, 

sąsiadującej z muzeum w domu Goodwinterów. Ma na imię Kristi. 

- Oczywiście, że ją znam. Dorastała w naszym  okręgu. Potem uczyła w szkole przez 

dziewięć  lat,  zanim  zaczęła  pracować  jako  dziennikarka  -  oznajmił  Roger,  który  znał 

mnóstwo ludzi.  -  Uczyliśmy się razem  w szkole  średniej. Wyszła za mąż za faceta z Purple 

Point, który miał więcej urody niż rozumu, i wyprowadzili się na Niziny. 

- Wróciła i jest rozwiedziona - powiedział Qwilleran. 

-  Wcale  mnie  to  nie  dziwi.  On  był  niewiele  wart,  a  Kristi  to  zdolna  dziewczyna. 

Chociaż zmienna. Miała różne pomysły i szybko je porzucała. Pamiętam, jak chciała wyplatać 

osłonki ze sznurka do koszy służących do gry w koszykówkę. 

background image

- Wydaje się, że teraz mocno stoi na ziemi. 

-  Jak  wygląda?  Kiedyś  miała  wielkie,  poważne  oczy  i  nosiła  dziwaczne  ciuchy.  Ale 

wtedy wszyscy studenci tak się ubierali. 

- Teraz ubiera się w brudny kombinezon i ubłocone buty, a włosy upina pod czapką. I 

ciągle ma wielkie poważne oczy. Chyba boi się, czy sobie ze wszystkim poradzi. 

Szybko  otrzymali  swoje  befsztyki  i  obaj  w  skupieniu  zabrali  się  do  jedzenia. 

Wołowina  w  restauracji  „Tipsy”  wymaga  starannego  gryzienia,  ale  w  smaku  jest 

niezrównana. Mięso produkowane jest przez okolicznych farmerów, podobnie jak ziemniaki, 

marchewka i kapusta. A ziemia w Moose County ma to do siebie, że rodzi najlepsze warzywa 

korzeniowe i najlepszą paszę dla bydła.. 

-  Chyba  wiesz,  że  mieszkam  teraz  w  domu  na  farmie  Goodwinterów.  Do  czasu,  aż 

znajdą nowego dyrektora muzeum - oznajmił Qwilleran. 

- Przygotuj się, że będziesz musiał tam przezimować - ocenił sytuację Roger. - Będzie 

im trudno znaleźć następcę Iris Cobb. 

- Czy znałeś kogoś z rodziny Goodwinterów, kiedy jeszcze mieszkali oni na farmie? 

- Znałem tylko trójkę ich dzieci. Chodziliśmy razem do szkoły. Tylko Junior tu został. 

Jego siostra mieszka teraz na ranczu w Montanie, a brat gdzieś na Zachodzie. 

- Czy kiedykolwiek mówili, że w ich domu straszy? 

-  Rodzice  nie  pozwoliliby  im  mówić  o  pogłoskach  na  temat  duchów...  albo  o 

zamordowaniu  ich  dziadka...  albo  o  „nagłej  śmierci”  pradziadka,  jak  to  nazywali.  Cała 

rodzina zachowywała się tak, jakby  nigdy nic nadzwyczajnego u nich się nie wydarzyło.  A 

dlaczego pytasz? Widujesz tam duchy? 

Qwilleran  ostrożnie  dotknął  swoich  wąsów.  Nie  miał  pewności,  jak  wiele  może 

powiedzieć Rogerowi. 

- Jak wiesz - zaczął - nie wierzę w historie o duchach, demonach i poltergeistach, ale... 

Iris przed śmiercią słyszała jakieś nieziemskie odgłosy w domu Goodwinterów. 

- Jakie odgłosy? 

- Stukanie, jęki i krzyki. 

- Chyba żartujesz! 

-  A  Koko  zachowuje  się  dziwnie,  odkąd  się  tam  wprowadziliśmy.  Ciągle  gada  do 

siebie. I patrzy niewidzącym wzrokiem. 

-  Rozmawia  z  duchami  -  stwierdził  Roger  z  poważną  miną.  Qwilleran  nigdy  nie  był 

pewien, czy młody dziennikarz żartuje, czy mówi serio. 

background image

-  Iris wyznawała teorię  -  powiedział  -  że domy promieniują dobrą lub  złą energią,  w 

zależności od tego, kto w nich wcześniej mieszkał. 

- Moja teściowa też w to wierzy - oświadczył Roger. 

- A propos, jak się miewa Mildred? Nie widuję jej ostatnio. 

-  Jest  po  uszy  zawalona  robotą.  Jak  zwykle  pracuje  społecznie.  Ciągle  próbuje 

schudnąć.  I  dalej  podkochuje  się  w  swoim  mężu.  Uważam,  że  powinna  wziąć  adwokata  i 

wreszcie z tym skończyć. 

- A jak miewają się Sharon i wasz dzidziuś? 

-  Sharon  znowu  pracuje  jako  nauczycielka.  A  jeśli  idzie  o  dzieciaka,  to  nigdy  nie 

myślałem, że to aż taka radość... Niestety nie mogę czekać na deser. Muszę wrócić do domu, 

żeby Sharon mogła pójść na zebranie do swojego klubu. Dzięki, Qwill. To był mój najlepszy 

obiad od miesiąca. 

Qwilleran  został  w  restauracji  i  zamówił  jeszcze  specjalność  firmy  -  staromodny 

pudding chlebowy i dzbanuszek gęstej śmietany do polania deseru, a potem dwa kubki kawy 

tak  mocnej,  że  mogła  przepędzić  wszelkie  demony  i  złośliwe  duchy  domowe.  W  końcu 

wyruszył  w  drogę  powrotną  do  North  Middle  Hummock,  żeby  wbić  sobie  do  głowy 

informacje potrzebne do przeprowadzenia wywiadu z właścicielką kóz. 

Po pobieżnym przeglądzie rozdziałów na temat hodowli, karmienia, dojenia, obcinania 

rogów,  kastrowania,  obcinania  racic,  czyszczenia  obory  i  wykorzystywania  obornika  miał 

pełną jasność: lepiej być bezrobotnym niż hodować kozy. Istniało również niebezpieczeństwo 

chorób,  takich  jak  kokcydioza,  nużyca,  wzdęcia  i  zakaźne  zapalenie  racic.  Były  też  wady 

wrodzone:  słabe  pęciny,  obwisłe  wymię,  zarośnięty  kanał  strzyka  w  wymieniu  i 

hermafrodytyzm. Nic dziwnego, że małe kózki wyglądają na ciężko, przestraszone. 

Jednak  po  tym  pobieżnym  przeglądzie  kozich  problemów  wiedział,  jakie  pytania 

powinien  zadać.  Czuł  też  rosnący  podziw  dla  Kristi  i  jej  zamierzeń.  Być  może,  jak  mówił 

Roger,  Kristi  w  czasach  szkolnych  zmieniała  zainteresowania.  Ale  któż  w  tym  wieku 

postępuje  inaczej?  Nie  mógł  się  doczekać  wywiadu.  Kiedy  Polly  Duncan  zadzwoniła,  żeby 

zapytać,  czy  wpadnie  na  przyjęcie  inauguracyjne  do  sklepu  „Exbridge  &  Cobb”,  Qwilleran 

był zadowolony, że może się w prosty sposób wymówić. 

- O czternastej mam umówiony wywiad z farmerem - oświadczył. 

Kristi powitała go w to sobotnie popołudnie ubrana w biały kombinezon. Powiedziała, 

że właśnie asystowała przy narodzinach koźlątka. 

-  Jaskierka  miała  kłopoty  i  musiałam  jej  pomóc.  Pelargonia  też  już  gotowa  i  muszę 

sprawdzać co pół godziny, czy nie zaczęła rodzić. Słyszysz, jak to biedactwo meczy? 

background image

- Czy dajesz imiona wszystkim swoim kozom? 

- Oczywiście. Każda z nich ma inny charakter. 

Kiedy  zmierzali  w  kierunku  obory  dla  kóz,  Qwilleran  zapytał,  ile  młodych  urodziła 

Jaskierka. 

-  Dwoje.  Sama  rozwijam  hodowlę  przez  rozmnażanie  zwierząt.  Nie  kupuję  nowych 

kóz. Taka metoda zajmuje więcej czasu, ale mniej kosztuje. 

- Ile waży koźlątko po urodzeniu? 

-  Niecałe  trzy  kilogramy.  Przez  pewien  czas  karmię  młode  z  butelki  trzy  do  pięciu 

razy dziennie. 

- Dręczy mnie jeszcze jedna kwestia. Jak wpadłaś na pomysł, żeby zająć się kozami? - 

zapytał Qwilleran. 

-  No  cóż.  Spotkałam  pewnego  razu  kozę  o  imieniu  Petunia  -  powiedziała  z  powagą 

Kristi - i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dlatego zapisałam się na korespondencyjny 

kurs,  a  po  jego  ukończeniu  zaczęłam  pracować  u  hodowcy  kóz.  Mieszkaliśmy  wtedy  w 

Nowej Anglii. 

- A czym zajmował się w tym czasie twój mąż? 

-  Niczym  specjalnym.  I  na  tym  właśnie  polegał  problem  -  powiedziała,  a  wyraz 

goryczy pojawił się na jej twarzy. 

Zbliżyli  się  do  terenu,  na  którym  stały  niewielkie  obory  oraz  ogrodzone  drutem 

zagrody.  W  każdej  zagrodzie  było  drzewko  z  zabezpieczonym  pniem,  które  dawało  cień. 

Dziki  kot  kręcił  się,  usiłując  przejść  pod  ogrodzeniem.  W  najbliższej  zagrodzie  stało  pół 

tuzina kóz różnej maści. Zwierzęta ocierały się o siebie głowami, leżały na ziemi, a niektóre 

stały  obojętne  i  nieruchome.  Kozy  patrzyły  na  ludzi  swoimi  łagodnymi,  smutnymi  oczami. 

Qwilleran zerknął szybko w kierunku Kristi. Jej oczy wydawały się równie smutne i łagodne. 

- Podoba mi się ten duży czarny kozioł z pasiastym pyszczkiem. Jaka to rasa? 

-  To  ona  -  poprawiła  go  Kristi.  -  To  wszystko  samice.  Ta  jest  rasy  nubijskiej. 

Nazywam ją Czarnulka. Zwróć proszę uwagę na jej rzymski profil i wytworne, długie uszy. 

Pochodzi z bardzo dobrej hodowli. Ta biała ma na imię Gardenia. To koza saaneńska. Bardzo 

ją lubię. Wydaje się taka delikatna. A ta płowa, z trzema paskami na pyszczku, to Fuksja. 

- A co to za konstrukcja tam, w środku zagrody? 

- To koryto. Kozy dostają pożywną karmę, ale skubią też trawę na pastwisku. Farmer, 

który  dzierżawi  tu  ziemię,  zajmuje  się  również  moimi  pastwiskami.  Uczniowie  wpadają  po 

lekcjach, żeby posprzątać w dojarni, wyczyścić koryta i tak dalej. A poza tym mam w Pickax 

przyjaciela, który przyjeżdża w weekendy, żeby mi pomóc. 

background image

W najdalszej zagrodzie zaczął się jakiś ruch. Dwie kozy szczepiły się rogami, trzecia 

bodła ich brzuchy. 

-  To  kozły  -  objaśniła  Kristi.  -  Trzymam  je  z  dala  od  strefy  dojenia  ze  względu  na 

przykry zapach. 

-  Więc  powiedzenie,  że  ktoś  „śmierdzi  jak  stary  cap”  to  nie  jest  tylko  figura 

retoryczna? 

Kristi musiała przyznać mu rację. 

-  Czy  chciałbyś  pogłaskać  moje  kózki?  - zapytała.  -  Lubią,  żeby  się  nimi  zajmować. 

Tylko nie rób żadnych gwałtownych ruchów. Daj im najpierw obwąchać swoją rękę. 

Kozy podeszły do ogrodzenia i zaczęły ocierać się o siatkę. Potem sennie patrzyły na 

Qwillerana i cicho meczały. Ale ich sierść wydała mu się szorstka, bo przywykł do głaskania 

kociego futerka. 

Potem Kristi zaprowadziła Qwillerana do dojarni. 

-  Produkowane  u  mnie  mleko  kozie  jest  pasteryzowane  dla  celów  handlowych  - 

wyjaśniła.  -  Sprzedaję  je  osobom  uczulonym  łub  takim,  które  mają  trudności  z  trawieniem 

krowiego mleka. Czy mogę cię poczęstować filiżanką herbaty i odrobiną sera? 

Wrócili do domu i usiedli przy kuchennym stole. Wydawało się, że to jedyna nadająca 

się do zamieszkania część domu. Ale nawet tutaj stół był zaśmiecony rupieciami. Wśród nich 

znajdowała  się  wielka,  oprawiona  w  skórę  rodzinna  Biblia.  Kristi  powiedziała,  że  matka 

kupiła ją na aukcji, i wyraziła nadzieję, że muzeum zechce mieć ją w swoich zbiorach. 

-  Nie  dowiedziałem  się  jeszcze,  dlaczego  twój  pradziadek  przerobił  schody  - 

powiedział Qwilleran. 

- Ta historia wiąże się z pewnym skandalem. 

- Tym chętniej posłucham. 

- Ale nie umieścisz tych informacji w swoim artykule? 

- Nie, jeśli sobie tego nie życzysz. 

-  Zdarzyło  się  to  na  początku  naszego  wieku  -  zaczęła  Kristi.  -  Mój  pradziadek  miał 

piękną córkę imieniem  Emmaline. Dziewczyna zakochała się w pewnym chłopcu z rodziny 

Goodwinterów.  Był  on  młodszym  synem  Ephraima,  a  na  imię  miał  Samson.  Ale  ojciec 

dziewczyny był przeciwny temu związkowi i zabronił Emmaline spotykać się z ukochanym. 

Dziewczyna jednak nie dała za wygraną. Wdrapywała się po stromych schodach na wieżę i 

dawała  sygnały  latarką.  Światło  widać  było  z  domu  Goodwinterów  i  w  ten  sposób  Samson 

wiedział, kiedy będą mogli się spotkać wśród wierzb nad potokiem Black Creek. Ale zdarzyło 

się  nieszczęście.  Samson  spadł  z  konia  i  zginął.  Kilka  miesięcy  później  Emmaline  urodziła 

background image

dziecko. W tamtych czasach był to wielki wstyd. Krewni wzgardzili dziewczyną, przyjaciele 

ją  opuścili.  I  wtedy  pewnej  nocy  w  czasie  burzy  wspięła  się  po  stromych  schodach  i 

wyskoczyła z wieży. 

-  Tragiczna  historia  -  powiedział  Qwilleran.  -  I  to  właśnie  z  tego  powodu  jej  ojciec 

przerobił schody? 

- Tak. Zniszczył piękne spiralne schody i zastąpił je tymi, które są teraz. Kiedy byłam 

mała, drzwi do wieży były zawsze zamknięte. 

- A skąd wiesz, że spiralne schody były piękne? Czy zachowały się jakieś zdjęcia? 

- Cóż. Po prostu wiem - odpowiedziała tajemniczo. 

- A co się stało z dzieckiem Emmaline? 

- Kapitan Fugtree wychował chłopca jak własnego syna. To był mój ojciec. 

- Więc Emmaline była twoją babką. 

- Och, była taka piękna. Chciałabym tak wyglądać. 

- Chętnie zobaczyłbym jej zdjęcie. 

-  Wszystkie  podobizny  Emmaline  zostały  zniszczone  po  jej  samobójczej  śmierci. 

Rodzina postanowiła udawać, że córka nigdy nie istniała. 

- Więc skąd wiesz, że dziewczyna była piękna? 

Kristi spuściła swoje smutne oczy i zwlekała z odpowiedzią. Potem podniosła wzrok, 

a jej twarz się rozjaśniła. 

-  Nie  wiem,  czy  powinnam  o  tym  wspominać.  Widzę  ją  zawsze  w  czasie  burzy  - 

powiedziała i umilkła, czekając na reakcję Qwillerana. Czując jego życzliwość, mówiła dalej: 

- Widzę, jak idzie na górę po spiralnych schodach ubrana w powiewną białą szatę. Porusza się 

bardzo powoli, zmierzając ku wieży, a potem znika... Ona idzie po spiralnych schodach, które 

już nie istnieją. 

Qwilleran patrzył  na wnuczkę zjawy imieniem  Emmaline i  zastanawiał  się, co w tej 

sytuacji  powinien  powiedzieć.  Kobieta  okazała  mu  zaufanie,  powierzając  swój  sekret,  i  nie 

miał  ochoty  psuć  jej  opowieści  zadawaniem  rzeczowych  pytań.  Z  opresji  wybawił  go 

dzwonek telefonu. 

Kristi podeszła do stojącego w kuchni aparatu. 

-  Słucham  -  powiedziała, a potem zbladła i  patrzyła w przestrzeń, stojąc  nieruchomo 

jak sparaliżowana. Trzymała słuchawkę przy uchu przez kilka chwil i w końcu bez słowa ją 

odłożyła. 

- Jakieś kłopoty? - zapytał Qwilleran. 

Przełknęła ślinę i powiedziała: 

background image

- To mój były mąż. Jest w miasteczku. 

Widząc jej roztargnioną minę, zrozumiał, że nie może liczyć na dalszy ciąg wywiadu 

ani kolejną filiżankę herbaty. 

- No cóż - powiedział, wstając - będę już uciekał. To było dla mnie bardzo pouczające 

popołudnie.  Dziękuję  za  współpracę  i  poczęstunek.  Pozwolę  sobie  zadzwonić,  jeśli  będę 

musiał  doprecyzować  pewne  informacje.  I  proszę,  daj  mi  znać,  jeśli  będziesz  czegoś 

potrzebować. 

Skinęła głową i poszła w kierunku lodówki. Poruszała się jak we śnie. 

- Proszę, weź do domu trochę sera - zaproponowała drżącym głosem. - I nie zapomnij 

zabrać Biblii dla muzeum. 

W czasie krótkiej drogi do domu Qwilleran myślał nie tylko o kozach. Zastanowiła go 

historia  Emmaline.  Kristi  bardzo  emocjonalnie  traktowała  opowieść  o  swojej  babce.  Być 

może tylko się jej zdawało, że widzi na schodach kobietę w zwiewnej, białej szacie. Chciałby 

znaleźć  się  w  budynku  na  farmie  w  czasie  kolejnej  burzy...  Ale  w  tej  chwili  poważniejszą 

sprawą  wydał  mu  się  telefon,  który  tak  przeraził  Kristi.  Nie  chciał  ingerować  w  jej  życie 

osobiste,  ale  naprawdę  się  zaniepokoił.  Kristi  mieszkała  zupełnie  sama.  Mogło  jej  grozić 

niebezpieczeństwo. 

Już miał skręcić w ulicę Black Creek, gdy usłyszał warkot zbliżającej się od zachodu 

ciężarówki. Odwrócił się akurat w chwili, gdy pojazd skręcał na podjazd farmy Fugtree. Gdy 

dotarł  do  muzeum,  rzucił  kawałek  sera  oraz  Biblię  na  stół  i  czym  prędzej  wykręcił  numer 

Kristi. Ku swojej wielkiej uldze przekonał się, że głos kobiety brzmi zupełnie normalnie. 

- Tu Qwill - powiedział. - Zapomniałem zapytać, ile mleka dziennie daje koza? 

-  Czarnulka,  moja  najlepsza  koza,  daje  sto  pięćdziesiąt  kilogramów  mleka  rocznie. 

Zawsze  podajemy  ilość  mleka  w  skali  roku,  a  nie  udój  dzienny  -  odpowiadała  krótko  i 

rzeczowo. - I możesz napisać, że to koza, która zdobyła złoty medal na okręgowym targu- 

- Rozumiem. Dziękuję za informację. Czy wszystko u ciebie w porządku? 

- Wszystko w porządku. 

- Niepokoiłem się, bo zdawało mi się, że zmartwił cię telefon przed moim odjazdem. 

-  Bardzo  to  miło  z  twojej  strony.  Ale  przyjechał  właśnie  mój  przyjaciel  z  Pickax  i 

wszystko jest w porządku. 

- Doskonale. Życzę miłego wieczoru - powiedział Qwilleran. 

background image

Czy rzeczywiście dzwonił jej były mąż?  - zastanawiał się dziennikarz. I kim był ów 

„przyjaciel”, który pojawił  się tak szybko i  wszystko  doprowadził do ładu? Odwrócił się w 

kierunku stołu, na którym zostawił oba dary Kristi. Yum Yum właśnie raczyła się jednym z 

nich, a Koko rozsiadł się na drugim. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Qwilleran nie bez przyczyny zaprosił  teściową  Rogera na obiad. Chciał wiedzieć więcej  na 

temat Kristi Fugtree Waffle. Wcale nie po to, by wzbogacić treść wywiadu na temat kóz. Po 

prostu  chciał  zaspokoić  swoją  ciekawość,  a  Mildred  Hanstable  była  właściwą  osobą,  by 

odpowiedzieć  na  jego  pytania.  Przez  całe  życie  mieszkała  w  Moose  County.  Przez  prawie 

trzydzieści  lat  uczyła  w  szkole,  znała  dwa  pokolenia  uczniów,  ich  rodziców  i  dziadków, 

dawnych  i  obecnych  członków  rady  szkolnej  oraz  władz  okręgu.  Krótko  mówiąc,  znała 

wszystkich, których znać należało. 

Była  w  Mooseville,  kiedy  Qwilleran  do  niej  zadzwonił.  Jego  telefon  przyjęła 

entuzjastycznie: 

- Qwill! Jak miło, że dzwonisz! Roger mówił mi, że pilnujesz muzeum. To taki szok, 

że Iris nie żyje. Wyglądała przecież doskonale. Prawda? Może miała lekką nadwagę, ale... o 

mój Boże, też na to cierpię. Chyba muszę natychmiast przejść na dietę. 

- Zacznij ją od jutra - poradził. - Czy masz czas, żeby zjeść dziś ze mną obiad? 

- Zawsze mam czas na obiad. Na tym właśnie polega mój problem 

-  Przyjadę  po  ciebie  o  osiemnastej  trzydzieści  i  pojedziemy  do  hotelu  „Northern 

Lights”. 

Qwilleran rozmroził mięso krabów dla kotów, zastanawiając się, czy w Mooseville w 

hotelu nad jeziorem można zjeść równie wykwintne danie. Potem wziął prysznic i postanowił 

włożyć strój odpowiedni na tę okazję. Na randki z Polly Duncan, która nie zwracała uwagi na 

modne  ciuchy,  wkładał  cokolwiek.  Dowolne  ubranie,  byle  było  czyste  i  pod  ręką.  Inaczej 

sprawa miała się z Mildred, która prowadziła w szkole zajęcia na temat sztuki i gospodarstwa 

domowego. Miała wyczucie koloru i stylu, znała się na modzie. Dlatego Qwilleran bardziej 

starał  się  dla  Mildred.  Dla  niej  włożył  na  białą,  rozpiętą  pod  szyją  koszulę  kardigan  z 

wielbłądziej  wełny  i  jasnobrązowe  spodnie.  Ten  zestaw  podkreślał  ogorzałą  cerę 

dziennikarza,  który  opalił  się  w  trakcie  spędzonych  na  rowerowych  wycieczkach  miesięcy. 

Podziwiał  się  przez  chwilę  w  wielkim  lustrze  pani  Cobb.  Była  to  przyjemność,  której 

brakowało  mu  w  mieszkaniu  w  Pickax.  Qwilleran  doszedł  do  wniosku,  że  odrobina 

opalenizny doskonale pasuje do jego siwiejących włosów i obfitych wąsów. 

background image

W nastroju samozadowolenia jechał z pełnego wzgórz i pól uprawnych Hummock w 

kierunku  dzikich,  porośniętych  lasem  brzegów  jeziora,  doświadczając  po  raz  kolejny 

cudownej zmiany aromatu powietrza. Wpływ na to miały nie tylko setki mil wody i obecność 

floty  statków  rybackich.  Było  w  tej  atmosferze  coś  nieuchwytnego,  jakiś  radosny  nastrój, 

który sprawiał, że Mooseville było prawdziwym wakacyjnym rajem. 

Mildred powitała go platonicznym uściskiem. 

-  Wyglądasz  wspaniale!  Bardzo  podoba  mi  się  to  połączenie  białego  z 

jasnobrązowym. 

Mogła pozwolić sobie na platoniczny uścisk, bo była nie tylko  teściową Rogera, ale 

również byłą sąsiadką Qwillerana, autorką przepisów w gazecie  „Moose County  coś tam” i 

lojalną żoną ciągle nieobecnego męża. 

Qwilleran  odwdzięczył  się  za  komplement  i  pochwalił  strój,  który  miała  na  sobie, 

chociaż nie miał pojęcia, co to właściwie było. 

- Czy sama to zaprojektowałaś, Mildred? 

- Tak. Miało to być twarzowe wdzianko dla puszystych pań. 

-  Opowiadasz  głupstwa.  Jesteś  przystojną  kobietą  w  kwiecie  wieku  i  taką  właśnie 

masz figurę - oświadczył w zapale krasomówczym. 

- Zawsze wielbiłam celność twoich sformułowań, Qwill. 

Gdy  jechali  w  kierunku  centrum  Mooseville,  zwrócili  uwagę  na  oznaki  zbliżającego 

się  końca  wakacji.  Widać  było  mniej  turystów,  mniej  pojazdów,  prawie  żadnych  łodzi  czy 

przyczep kempingowych. Domki letniskowe zostały zabite deskami na zimę. Tylko nieliczne 

łodzie  rybackie  kołysały  się  na  wodzie  przy  falochronie  biegnącym  wzdłuż  Main  Street,  a 

mewy krzyczały na wiwat już po raz ostatni w tym sezonie. 

-  To  trochę  smutne  -  zauważyła  Mildred.  -  Ale  z  drugiej  strony  miłe.  Październik 

należy  do  nas,  a  nie  do  tej  hałaśliwej  zgrai  zarozumiałych  turystów  z  Nizin.  Na  szczęście 

wydają  tu  masę  pieniędzy,  co  zapewnia  nam  rozwój  ekonomiczny.  Chciałabym  tylko,  żeby 

byli lepiej wychowani. 

Hotel  „Northern  Lights”  był  przypominającym  barak  dwupiętrowym  budynkiem  z 

brzydkimi  oknami  ustawionymi  w  ponurych,  równych  rzędach.  Budynek  jednak  był 

zabytkiem:  w  dziewiętnastym  wieku  służył  lokalnej  społeczności.  Rybacy  i  drwale  -  jedni 

równie źle wychowani jak drudzy - pili, a w zamian jedli za darmo i za grosze wynajmowali 

pokoje. 

Qwilleran i jego gość usiedli w restauracji, zajmując stolik przy oknie z widokiem na 

nabrzeże portowe. 

background image

- Sto lat temu - powiedziała Mildred - ludzie wyglądali przez to samo okno i widzieli 

trójmasztowe szkunery, które zabierały na pokład pasażerów. Panie nosiły turniury, panowie 

cylindry, a niedawno wynalezione parowce służyły do przewozu drewna i rudy. Zerknęła do 

karty dań. 

- Sto lat temu w tym hotelu marynarzom i poszukiwaczom złota podawano wodnistą 

breję z mięsem, a nie dietetyczną grillowaną rybę i sałatki. Co bierzesz, Qwill? Ty nie musisz 

martwić się o kalorie. 

- Ponieważ moje koty dostały dzisiaj mięso z kraba, myślę, że ja mogę sobie pozwolić 

na  francuską  zupę  cebulową,  żabie  udka,  sałatkę  cesarską  i  ciasto  dyniowe  z  orzechami 

pekanowymi. 

- Jak twoje koty czują się w nowym otoczeniu? - zapytała Mildred. 

-  Spodobało  im  się  wyściełane  aksamitem  krzesło,  rzeźbiona  szafa  typu  Schrank  z 

Pensylwanii wykonana przez niemieckiego rzemieślnika i parapet w kuchni. Pytane o opinię 

na  temat  łóżka  generała  Granta  nie  mogły  się  zdecydować.  Jeśli  idzie  o  gastronomię,  to 

przebywają  w  siódmym  niebie  kotów,  pożerając  zawartość  zamrażarki  Iris.  Zamrażarki  o 

pojemności siedmiuset litrów! 

-  Czytałam  o  testamencie  Iris  w  gazecie.  Czy  ona  rzeczywiście  chciała,  żeby  jej 

przepisy  zostały  opublikowane?  Czy  ty  to  wymyśliłeś?  Wygląda  mi  to  na  jakiś  podejrzany 

„qwilleranizm”. 

-  Jeżeli  przeczytałaś  to  w  „Moose  County  coś  tam”,  to  na  pewno  jest  to  prawda  - 

stwierdził. 

- Jak już ukaże się jej książka kucharska, to zamierzam zakupić pierwszy egzemplarz. 

-  Miałem nadzieję, Mildred, że podejmiesz się wydania tego dzieła. Myślę, że teksty 

trzeba  zredagować,  a  przepisy  wypróbować.  Iris  traktowała  gotowanie  bardzo  swobodnie. 

Lubiła  dorzucić  garstkę  tego  i  odrobinę  owego.  Ja  chętnie  podejmę  się  próbowania 

wszystkiego, co przyrządzisz. 

- Będę zaszczycona - oświadczyła Mildred. 

- Ale muszę cię ostrzec, że pismo Iris przypomina egipskie hieroglify. 

- Poprawiałam prace uczniów przez trzydzieści lat. Umiem odczytać każde pismo. 

Miał ochotę wypytać Mildred o Kristi, ale pomyślał, że rozsądniej będzie, jeśli zrobi 

to w czasie deseru. Wyglądało na to, że ilekroć zaprasza Mildred na obiad, to wyłącznie po to, 

by wykorzystać niewiarygodne zasoby informacji zmagazynowane w jej pamięci. Oczywiście 

zawsze  starał  się  ukrywać  swoje  intencje.  Dlatego  zapytał  Mildred  o  wystawę,  która  miała 

background image

wkrótce zostać otwarta w muzeum. Na czele komitetu organizacyjnego stała właśnie teściowa 

Rogera. 

-  Prace  zakończyliśmy  już  trzy  tygodnie  temu  -  oświadczyła.  -  Ale  postanowiliśmy 

opóźnić otwarcie wystawy tak, by wypadało w czasie jesiennego „szczytu” kolorowych liści. 

Rozumiesz: dwa istotne wydarzenia w tym samym czasie. Tematem wystawy są dramatyczne 

wydarzenia w historii Moose County. Ludzie przepadają za katastrofami. Jestem pewna, że ty 

też masz tego świadomość. Czy nakład  „Daily  Fluxion” nie podnosił  się za każdym  razem, 

gdy zdarzyła się jakaś katastrofa lotnicza albo trzęsienie ziemi? 

-  Jak  zamierzacie  pokazać  te  dramatyczne  wydarzenia  w  małej  muzealnej  salce?  - 

zapytał. 

-  Powiedziałabym,  że  to  wymagało  pewnej  dozy  pomysłowości.  Pokryliśmy 

powierzchnię  ścian  powiększonymi  fotografiami.  Muszę  ci  jednak  opowiedzieć  o  pewnym 

gwałtownym sporze, który nas podzielił. Fran Brodie, która - to tylko do twojej informacji - 

jest członkiem naszego komitetu, znalazła w zbiorach pewną budzącą wątpliwości fotografię. 

Brak przy tym informacji o pochodzeniu tego dokumentu lub osobie, która go przekazała. Na 

tylnej stronie zdjęcia ktoś nagryzmolił tylko datę: trzydziesty października 1904. Czy to ci się 

z czymś kojarzy? 

- Czy to nie tego dnia znalezione zostało ciało Ephraima Goodwintera? 

- Tak. To dzień, który będzie wiecznie żywy w kawiarnianych ploteczkach. Ta fotka 

to  dość  upiorne  zdjęcie  przedstawiające  drzewo  wisielców  z  czymś,  co  wygląda  jak  ciało 

dyndające na sznurze. Fran chciała to zdjęcie powiększyć do wymiaru dziewięćdziesiąt na sto 

dwadzieścia  centymetrów.  Ja  byłam  zdania,  że  będzie  to  czyste  epatowanie  sensacją.  Ona 

twierdziła,  że  chodzi  o  lokalną  historię.  Ja  mówiłam,  że  to  promowanie  złego  smaku.  Ona 

była  zdania,  że  będzie  to  przedstawienie  historycznego  dokumentu.  Ja  byłam  zdania,  że 

prawdopodobnie na drzewie zawieszono dywan zwinięty tak, by wyglądał jak ludzkie ciało. 

- A dlaczego ktoś miałby się trudzić, by coś takiego zrobić? 

- Ci, którzy nienawidzili Ephraima, zadali sobie wiele trudu, by dowieść, że został on 

zlinczowany  przez  grupę  ludzi  ubranych  w  białe  prześcieradła.  I  rzeczywiście  w  zbiorach 

muzeum  znajduje  się  nawet  takie  prześcieradło  z  wypalonymi  dwoma  otworami  na  oczy. 

Przedmiot  ten  został  znaleziony  przez  pastora  z  kościoła  Old  Stone.  Miało  to  się  rzekomo 

zdarzyć również trzydziestego października 1904 roku. Jeśli o mnie chodzi, to podejrzewam, 

że  prześcieradło  zostało  tam  umyślnie  podłożone.  Tak  by  poczciwy  pastor  z  łatwością  je 

znalazł. 

- Słuchając twoich uwag, Mildred, wyczuwam pewną nutkę sceptycyzmu. 

background image

-  Jeśli  już  chcesz  wiedzieć,  to  według  mnie  cała  ta  historia  z  linczem  jest  bujdą. 

Pożegnalny  list  Ephraima  jest  w  posiadaniu  Juniora  Goodwintera.  Stwierdzono,  że  to  jego 

charakter pisma. Junior pozwolił nam nawet wystawić fotokopię tego dokumentu. Oczywiście 

Fran Brodie, która jest męcząca jak wrzód na... sam wiesz, na czym... stwierdziła, że list mógł 

zostać  podrobiony.  Więc  znowu  wybuchła  awantura  i  Larry  musiał  wkroczyć,  by 

rozstrzygnąć  spór.  W  końcu  nastąpił  kompromis.  Tej  części  ekspozycji,  która  dotyczyła 

katastrofy  w  kopalni  Goodwintera,  nadaliśmy  tytuł  „PRAWDA  CZY  MIT?”.  Wielkimi 

literami,  by  spotęgować  efekt.  Umieściliśmy  na  wystawie  i  rzekomy  list  samobójcy,  i 

rzekome  zdjęcie  wisielca.  Oba  normalnych  rozmiarów,  bez  stosowania  sensacyjnych 

powiększeń. 

-  Cieszę  się,  że  przeforsowałaś  swoje  zdanie,  Mildred.  Zresztą  zawsze  tak  jest.  Czy 

Fran też była twoją uczennicą? 

-  Tak.  Dziesięć lat temu.  Teraz jest dekoratorką  wnętrz i  lubi sprzeczać się ze swoją 

dawną nauczycielką. Muszę przyznać, że jest utalentowaną osobą. Ale w szkole zawsze była 

krnąbrnym bachorem. I tak już zostało. 

Gdy podano im przekąski, Qwilleran zapytał: 

-  Czy  byłaś  na  dzisiejszym  przyjęciu  z  okazji  otwarcia  sklepu  spółki  „Exbridge  & 

Cobb”? 

- Było fantastycznie. Szkoda, że nie mogłeś przyjść. Podawali wspaniałego szampana i 

przystawki. Pojawili się wszyscy ważni ludzie z okolicy. I wszyscy wystrojeni jak należy przy 

takiej  okazji.  Susan  wyglądała  bombowo  w  swojej  nowiutkiej  sukience  renomowanego 

projektanta.  Ale  ona  zawsze  wygląda  wspaniale.  Chciałabym  mieć  taką  figurę  jak  ona. 

Spotkałam też syna Iris. Jest bardzo miły. A antyki! To wprost nie do wiary! Mieli krzesło w 

stylu  chippendale  za  dziesięć  tysięcy  dolarów.  I  było  zupełnie  zwyczajne.  Nawet  nie  miało 

poręczy. Wystawili też komodę za dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

- Kto w naszym okręgu może sobie pozwolić na takie wydatki? 

- Nie bądź śmieszny! Tu jest pełno starych pieniędzy. Ludzie nie obnoszą się z nimi, 

ale je mają. Choćby doktor Zoller, Euphonia Gage, doktor  Halifax albo  Lanspeakowie. Nie 

mówiąc już o tobie. 

- Już ci to kiedyś tłumaczyłem, Mildred. Nie jestem zachłanny. Jeśli nie mogę czegoś 

zjeść albo włożyć na siebie, to tego nie kupuję. Iris i Susan musiały wydać na ten swój sklep 

masę pieniędzy. 

- To prawda - zgodziła się Mildred. - A teraz to wszystko przypadło Susan. Naprawdę 

jej się poszczęściło. 

background image

Zniżając głos, dodała: 

- Nie powtarzaj tego nikomu, ale dziś po południu zauważyłam, że ona zagięła parol 

na  syna  Iris.  Przypadkiem  wiem,  że  chłopak  wyprowadził  się  z  hotelu  już  we  czwartek 

wieczorem,  a  wyjeżdża  dopiero  jutro.  Księgowy  z  hotelu  jest  mężem  wychowawczyni  z 

naszej szkoły. Spotkałam ich oboje dzisiaj w sklepie Lanspeaków. 

-  Powinienem  był  pójść  na  to  przyjęcie  -  stwierdził  Qwilleran  -  ale  musiałem 

przeprowadzić wywiad z pewną interesującą młodą kobietą. Chodzi o Kristi Fugtree. 

- Pamiętam ją - stwierdziła Mildred. - Chodziła na moje zajęcia. Świetnie tkała. Miała 

niesamowite oczy. Zupełnie jak pewna aktorka, którą kiedyś widziałam w jakimś filmie. Nie 

mogę sobie przypomnieć jej nazwiska. Wyszła za mąż i wyjechała. Czy znowu tu mieszka? 

- Wróciła i mieszka w domu na swojej farmie. Hoduje kozy i sprzedaje ich mleko. 

- To inaczej niż reszta moich wychowanków. Zresztą Kristi zawsze była inna. Kiedy 

moje  uczennice  używały  kordonka  i  sztucznych  włókien,  ona  wolała  mlecze  i  plewy  z 

kukurydzy. 

- Czy znasz jej męża? Nazywa się Waffle. 

-  Znałam  go  tylko  z  widzenia.  I  słyszałam  opinie  na  jego  temat.  Dlatego  myślę,  że 

Kristi źle wybrała sobie męża. Był ładnym chłopcem i podobał się dziewczynom. Tylko Kristi 

się  za  nim  nie  uganiała.  Więc  oczywiście  to  on  za  nią  biegał.  Pewnie  myślał,  że  Kristi 

odziedziczy pieniądze rodziny Fugtree. Gdyby miał chociaż odrobinę rozumu, wiedziałby, że 

majątek  rodziny  roztrwonił  kapitan  Fugtree.  Ludzie  go  bardzo  lubili,  chociaż  był  snobem  i 

egocentrycznym  obibokiem.  Nawet  jeśli  Kristi  zajmuje  się  teraz  hodowlą  kóz,  to  i  tak  ma 

więcej ambicji niż jej znamienity przodek. 

-  O  dom  nikt  nie  dbał  przez  całe  lata.  Ale  to  prawdziwa  architektoniczna  perełka  - 

stwierdził Qwilleran. 

- To prawda. Szczególnie wieża. W czasach mojej młodości, kiedy spędzaliśmy sporo 

czasu w Wierzbowej Alei, przyglądaliśmy się często wieży sterczącej ponad wierzchołkami 

drzew i byliśmy pewni, że tam musi straszyć. 

- A co to za Wierzbowa Aleja? 

-  Jeszcze  nie  wiesz,  co  to  za  miejsce?  Coś  z  tobą  kiepsko,  Qwill  -  powiedziała  z 

psotnym uśmiechem. - To dróżka zakochanych. Alejka osłonięta gałęziami wierzb rosnących 

nad Black Creek. Droga zaczyna się przy moście koło muzeum, a potem wije się na tyłach 

posiadłości  Goodwinterów  i  farmy  Fugtree.  Jest  niezwykle  romantyczna!  Powinieneś 

koniecznie zwiedzić to miejsce. I to w odpowiednim towarzystwie! 

background image

W sobotę rano Qwilleran postanowił obejrzeć Wierzbową Aleję. Samotnie. Chociaż w końcu 

okazało się, że nie był zupełnie sam. 

Wycieczka nie została dokładnie przemyślana. Qwilleran z rękami w kieszeniach szedł 

przez  teren  należący  do  muzeum  i  oddychał  pełną  piersią.  Cieszyła  go  niezwykła 

intensywność  kolorów  jesieni.  Nagle  poczuł  wyraźnie,  że  jest  przez  kogoś  obserwowany. 

Rozejrzał się ostrożnie na wszystkie strony, udając, że podziwia widoki. 

Gdyby  przyjrzał  się  uważnie  budynkowi  na  farmie,  dostrzegłby  wlepione  w  siebie 

dwie  pary  intensywnie  niebieskich  oczu.  Ale  takie  rozwiązanie  nie  przyszło  mu  do  głowy. 

Zerknął na wschód i zobaczył uprawne pola. Na północ od niego znajdowała się stodoła, ale 

nie  było  furgonetki  Boswella.  Na  zachodzie,  ponad  wierzchołkami  drzew,  dostrzegł  wieżę 

domu  rodziny  Fugtree.  Może,  pomyślał  z  pewną  przyjemnością,  Kristi  obserwuje  go  przez 

lornetkę. To dziwne, jak można wyczuć coś takiego pomimo znacznej odległości. Pogładził 

wąsy, wyprostował się i postanowił obejrzeć z bliska Wierzbową Aleję. 

W ten chłodnawy, ale słoneczny październikowy dzień panował taki spokój, że można 

było  usłyszeć  ciche  dźwięki  dzwonów  bijących  w  odległym  o  trzy  mile  kościele  w  West 

Middle Hummock. Qwilleran szedł najpierw ulicą Black Creek, a potem Fugtree Road, aż do 

mostu.  Tam  zszedł  po  zboczu  do  strumienia.  Chociaż  niewielki  i  płytki,  potok  dziarsko 

szumiał  i  bulgotał,  płynąc  po  kamieniach  pod  zwieszającymi  się  gałęziami  wierzb.  Jego 

koryto,  miękko  wymoszczone  zbierającym  się  przez  dziesięciolecia  humusem,  pokryte 

wzorzystym dywanem jaskrawo zabarwionych liści, ocieniały klony i dęby. 

Doszedł do wniosku, że to miejsce ma w sobie jakiś niezwykły czar, i zastanawiał się, 

czy  Iris  odkryła  jego  spokojny  urok.  Prawdopodobnie  jednak  tu  nie  bywała.  Była  przecież 

zaprzysięgłą domatorką. Gdy szedł powoli ścieżką, która wiła się wzdłuż strumienia, od czasu 

do czasu dostrzegał wieżę domu na farmie Fugtree. W miarę jak się do niej zbliżał, budowla 

wyglądała coraz bardziej niepokojąco. To tutaj, w Wierzbowej Alei, potajemnie spotykali się 

nieszczęśliwi kochankowie - Emmaline i Samson. 

Oprócz  szmeru  wody  w  potoku  nic  nie  zakłócało  ciszy.  Październikowy  dzień 

wydawał się niezwykle spokojny. Mokra od rosy ścieżka tłumiła kroki Qwillerana. W końcu 

zatrzymał się i podziwiał malowniczy widok, żałując, że nie zabrał aparatu fotograficznego. 

Gdy tak stał, usłyszał trzask łamanych gałązek i niewyraźne głosy. Brzmiało to jak powitanie. 

Chociaż  niezbyt  radosne.  Potem  zaczęła  się  rozmowa,  ale  nie  był  w  stanie  zrozumieć  jej 

treści. 

Ruszył  ostrożnie  w  kierunku  rozmawiających.  Minął  zakręt,  szybko  ukrył  się  za 

drzewem i zaczął nadsłuchiwać. Kobieta mówiła ze złością: 

background image

- Ale ja wcale nie mam pieniędzy! 

-  To  je  skombinuj!  -  powiedział  mężczyzna,  a  w  jego  głosie  zabrzmiała  pogróżka.  - 

Potrzebuję też samochodu. Ścigają mnie! 

- To dlaczego nie ukradniesz auta? Zdaje się, że wiesz, jak to zrobić. 

Po tych słowach rozległ się słaby okrzyk bólu. 

- Nie dotykaj mnie, Brent! 

Qwilleran wrzucił kamyk do strumienia, a plusk wody powstrzymał na kilka sekund 

wrogą wymianę zdań. 

- Co to było? - zapytał zaniepokojony mężczyzna. 

- Ryba... Nie możesz zostać w domu, Brent! Wybij to sobie z głowy! 

W  odpowiedzi  nastąpiły  jakieś  nieskładne  narzekania  na  temat  „nie  mam  dokąd 

pójść”. 

- Wróć tam, skąd przyszedłeś, albo powiem policji, że tu jesteś. 

Mężczyzna  coś  odpowiedział,  a  w  jego  głosie  zabrzmiała  groźba.  Qwilleran  rzucił 

jeszcze jeden kamień do strumienia. 

- Ktoś jest w pobliżu - stwierdził mężczyzna. 

- Nikogo tu nie ma, głupcze. Muszę już iść. Nie chcę cię więcej widzieć. Nie chcę już 

nigdy o tobie słyszeć. I ostrzegam cię, Brent. Nie rób żadnych głupstw. Mam w domu broń. 

- Kristi, jestem głodny - błagał mężczyzna. - A noce są bardzo zimne. 

Nastąpiła chwila ciszy. 

- Zostawię dla ciebie chleb i trochę sera na wielkim pniu. Ale na tym koniec! Poddaj 

się i wracaj do Lockmaster. 

Ostatnie słowa Kristi zabrzmiały ciszej, bo odwróciła się tyłem. Qwilleran, który ukrył 

się za pniem dębu, widział przez chwilę, jak kobieta bezszelestnie biegnie po ścieżce. Widział 

też  mężczyznę  w  ciemnozielonej  kurtce  z  jakimś  napisem  na  plecach.  Potem  usłyszał,  jak 

mężczyzna  rozpina  zamek  błyskawiczny  i  siusia  do  strumienia.  Qwilleran  też  się  odwrócił. 

Teraz  on  musiał  po  cichu  się  wycofać.  Wspiął  się  po  zboczu  i  dotarł  do zaśmieconej  drogi 

prowadzącej na zaplecze posiadłości Goodwinterów. 

Gdy  tylko  znalazł  się  na  farmie,  wprowadził  auto  do  stalowej  szopy  i  zaryglował 

drzwi.  Potem  wykręcił  numer  Kristi,  która  podniosła  słuchawkę  i  odezwała  się  drżącym 

głosem. 

- To znowu ja - Qwill - oznajmił. - Pewnie pomyślisz, że jestem strasznie roztrzepany, 

ale zapomniałem zapytać o imiona kozłów. 

- O tak... Kozły to... Napoleon... i Rasputin... oraz Attyla. 

background image

-  Bardzo  odpowiednie  imiona.  Dziękuję!  Ależ  dziś  piękny  dzień.  Wszystko  w 

porządku na farmie? 

- W porządku - powiedziała bez przekonania. 

-  Dziś  po  południu  będzie  spory  ruch  na  Fugtree  Road.  W  muzeum  otwierają  nową 

wystawę. Mam nadzieję, że ta krzątanina nie pozbawi zwierząt apetytu. 

- To im wcale nie będzie przeszkadzać. 

-  Proszę,  daj  mi  znać,  jeśli  pojawią  się  jakieś  problemy.  Jakiekolwiek  problemy! 

Słyszysz? 

- Słyszę - odpowiedziała niepewnie. - Dziękuję. 

Niezbyt  pokrzepiony  tą  rozmową,  Qwilleran  błąkał  się  bez  celu  po  mieszkaniu. 

Niepokoiły  go  kłopoty  Kristi.  Wydawało  się  jednak,  że  kobieta  ani  nie  chce,  ani  nie 

potrzebuje jego interwencji. Poza tym miała w Pickax przyjaciela, który posiadał furgonetkę i 

chętnie przyjeżdżał na każde wezwanie. Qwilleran przygładził wąsy palcami. 

W tej chwili potrzebował dużej filiżanki kawy i czegoś lekkiego do czytania. Czegoś, 

co pozwoliłoby mu zająć czas do godziny pierwszej, kiedy to muzeum otworzy swoje wrota 

dla zwiedzających. W Pickax czytał na głos kotom Eothen Aleksandra Kinglake'a. Miał też w 

domu trzy używane książki Arnolda Bennetta, które chętnie by przeczytał. Zapomniał jednak 

zabrać  je  ze  sobą  do  Northern  Middle  Hummock.  Czasopisma  pani  Cobb  nie  były  w  jego 

guście. Wiedział dokładnie tyle, ile potrzebował na temat brązowego fajansu z Rockingham, 

dawnych metod wydmuchiwania szkła w Massachusetts i fasad budynków w Newport. Jeśli 

chodzi  o  regały  na  książki,  to  w  mieszkaniu  pani  Cobb  były  one  zapełnione  figurkami, 

żeliwnymi drobiazgami i wyrobami z barwionego szkła. Na półkach było niewiele książek i 

tylko  wydania  w  miękkich  okładkach.  Wszystkie  czytał  już  przynajmniej  dwukrotnie.  Nie 

miał ochoty na ponowną lekturę Przeminęło z wiatrem

Jego  rozmyślania  przerwał  znajomy  dźwięk.  Pacnięcie.  I  znowu  pacnięcie.  Było 

zupełnie  oczywiste,  że  to  książka  w  miękkiej  oprawie  upadła  na  orientalny  dywan.  Ten 

dźwięk  rozpoznałby  wszędzie.  Wszedł  do  salonu  dokładnie  w  momencie,  gdy  Koko 

opuszczał  pomieszczenie  na  ugiętych  łapkach  i  z  nisko  opuszczonym  ogonem,  co  było 

wyraźnym  znakiem,  że  nieźle  napsocił.  Z  półki  zostały  zrzucone  dwie  książki.  Qwilleran 

sprawdził  ich  tytuły  i  poszedł  prosto  do  telefonu.  Pomyślał,  że  nadszedł  czas,  by  na  temat 

zachowania kota porozmawiać z ekspertem. 

W Mooseville mieszkała pewna młoda kobieta, która zdawała się wiedzieć wszystko 

na  temat  kotów.  Lori  Bamba  wykonywała  też  dla  Qwillerana  prace  zlecone  w  charakterze 

sekretarki,  zajmując  się  korespondencją,  gdy  stos  listów  od  fanów  zbytnio  się  powiększał. 

background image

Wykręcił numer telefonu, używając aparatu stojącego w kuchni. Wcześniej starannie zamknął 

drzwi. Gdyby tego nie zrobił, Koko mógłby zacząć mu przeszkadzać w rozmowie. Kot lubił 

Lori i umiał zgadnąć, kiedy Qwilleran z nią rozmawia. 

W  słuchawce  rozległ  się  radosny  głos  Lori.  Mówiła  zawsze  w  taki  sposób,  że 

przyjemnie było jej słuchać. Qwilleran rozpoczął rozmowę od zwykłych grzeczności: 

- Dawno cię nie widziałem, Lori. Jak tam dzidziuś? 

-  Już  raczkuje.  Nasza  tygrysiczka  myśli,  że  mały  jest  kociakiem,  i  próbuje  mu 

matkować. 

- A co u Nicka? 

-  No  cóż,  jeszcze  nie  znalazł  nowej  pracy.  Daj  nam  znać,  jeśli  będziesz  wiedział  o 

czymś odpowiednim dla niego. Jak wiesz, ma dyplom inżyniera. 

- Pomyślę o tym. Ale powiedz mu, żeby nie rzucał pracy, dopóki nie dostanie jakiejś 

konkretnej oferty. A co u ciebie? Czy masz czas, żeby napisać dla mnie kilka listów? 

- Nie ma sprawy! Nick bywa w Pickax we środy. Może wtedy zabrać twoje papiery. 

-  Nie  jestem  w  Pickax,  Lori.  Będę  teraz  przez  kilka  tygodni  siedzieć  z  kotami  w 

mieszkaniu Iris Cobb. W muzeum. 

- Och, Qwill. Jaka to była straszna wiadomość! Będzie nam brakować Iris. 

- Tak. Już nam jej brakuje. Wszystkim. Nawet kotom syjamskim. 

- Jak one się czują w muzeum? 

- Właściwie to dlatego do ciebie dzwonię, Lori. Koko jest czymś zaniepokojony. Ptaki 

już odleciały na południe, a on ciągle siedzi godzinami na parapecie. Patrzy i na coś czeka. 

Kiedy któregoś dnia zabrałem go do części muzealnej budynku, pobiegł prosto do poduszki, 

która została wypchana kurzym pierzem przed pierwszą wojną światową. A kilka minut temu 

zrzucił z półki dwie książki: Zabić drozda i Lot nad kukułczym gniazdem

Bez chwili wahania Lori zapytała: 

- Czy on je wystarczająco dużo drobiu? 

- Hmm... Korzystamy z zamrażarki Iris  - powiedział Qwilleran. - A teraz, gdy o tym 

wspomniałaś, uświadomiłem sobie, że jest tam przede wszystkim mięso i owoce morza. 

- Spróbuj dawać mu więcej mięsa z drobiu - poradziła. 

- Dobrze, Lori. Tak zrobię. 

Qwilleran postanowił poszukać kotów. Stanął w głównym hallu i zawołał: 

- Hej, smakosze, gdziekolwiek się podziewacie! Doktor Mruczuś radzi, żebyście jadły 

więcej mięsa z kaczki, bażanta i kornwalijskich kurczaków. 

background image

Usłyszał,  że  Yum  Yum  drapie  żwirek  w  kuwecie.  Kamyki  wydawały 

charakterystyczny  odgłos,  uderzając  w  metalowe  boki  naczynia.  A  Koko,  swoim  starym 

zwyczajem, dokonał słynnego aktu zniknięcia. 

- Koko! Gdzie jesteś? 

Kot  irytował  go  swoją  umiejętnością  stawania  się  niewidzialnym,  gdy  nadarzała  się 

odpowiednia okazja. Qwilleran zawsze się denerwował, gdy Koko znikał mu z oczu. 

Yum Yum wkrótce wyszła z toalety, stąpając na lekko ugiętych łapkach. Poszła prosto 

w  kierunku  perskiego  dywanu,  który  leżał  w  hallu.  Na  środku  dywanu  znajdowało  się 

podejrzanie  wyglądające  wybrzuszenie.  Kotka  intensywnie  zaczęła  je  obwąchiwać.  Coś 

poruszyło się pod tkaniną. 

Qwilleran podniósł róg dywanu i zapytał: 

- Co się z tobą dzieje, Koko? Czy termostat został źle ustawiony? Czy się przed czymś 

chowasz? Co chcesz mi w ten sposób powiedzieć? 

Koko błyskawicznie się wyprostował, jak tylko koty syjamskie to potrafią, i krocząc 

wyniośle, opuścił pokój. 

background image

Rozdział jedenasty 

Jako  pierwsi  na  otwarcie  wystawy  na  temat  katastrof  przybyli  do  muzeum  członkowie 

Towarzystwa  Historycznego.  Wszyscy  byli  elegancko  ubrani.  Mieli  na  sobie  stroje,  które 

zwykle  nosili  do  kościoła.  Mężczyźni  byli  w  marynarkach  i  pod  krawatem,  kobiety  ubrane 

były  w  spódnice  i  buty  na  wysokich  obcasach.  Mitch  Ogilvie  kierował  ruchem  pojazdów. 

Poprosił  przybyłych,  by  wysadzili  osoby  starsze  i  niedołężne  przy  wejściu  do  muzeum,  a 

potem  zostawili  swoje  samochody  na  podwórku,  tak  by  inni  goście  mogli  skorzystać  z 

normalnych  miejsc  parkingowych.  Spodziewano  się  tłumów,  ponieważ  na  pierwszej  stronie 

gazety „Moose County coś tam” została zamieszczona poniższa notka: 

Wiejskie Muzeum Goodwinterów wznawia działalność 

ekspozycja upamiętniającą dramatyczne wydarzenia 

Od niedzieli Wiejskie Muzeum Goodwinterów w North Middle Hummock znowu będzie 

pracować w normalnych godzinach. Rozpocznie działalność, proponując zwiedzającym nową 

wystawę upamiętniającą ważne wydarzenia z historii Moose County. Muzeum było zamknięte 

przez tydzień po śmierci Iris Cobb-Hackpole, która pełniła funkcję dyrektora rezydenta. 

Jak  powiedziała  nam  rzeczniczka  muzeum,  Carol  Lanspeak,  nowa  wystawa  ukazuje 

zdjęcia  i  przedmioty  z  epoki  rozkwitu  przemysłu  drzewnego,  rybołówstwa  i  górnictwa.  Na 

wielkoformatowych  fotografiach  oglądać  można  dramatyczne  wydarzenia:  wraki  statków, 

pożary lasów, katastrofy górnicze, zatory spławianego drewna i inne niefortunne przypadki, a 

wśród  nich  „katastrofę”  z  roku  1919,  kiedy  to  szeryf  wylał  setki  litrów  nielegalnie 

produkowanego  alkoholu  na  wysypisko  śmieci  w  Squunk  Corners.  Pani  Lanspeak 

oświadczyła,  że  na  specjalną  uwagę  publiczności  zasługuje  zdjęcie  opatrzone  napisem 

„Prawda  czy  mit?”  Dokumentuje  ono  budzące  liczne  spory  wydarzenie  -  śmierć  Ephraima 

Goodwintera w roku 1904. 

„Farmę  Goodwinterów  i  całe  jej  otoczenie  można  w  tej  chwili  oglądać  w  blasku 

jesiennych kolorów - powiedziała nam pani Lanspeak. - To wspaniałe widowisko sprawia, że 

background image

wycieczka  do  Hummock  stanie  się  jeszcze  przyjemniejsza”.  Muzeum  otwarte  jest  o  stałych 

porach, od piątku do niedzieli, w godzinach 13. 00-16. 00. Dla zorganizowanych grup istnieje 

możliwość zwiedzania w uzgodnionym terminie. 

O trzynastej zjawił się  w muzeum,  odpowiednio  na tę okazję ubrany,  Qwilleran. Na 

szyi  zawiązał  nowy,  wełniany  krawat.  Do  jego  nabycia  namówił  dziennikarza  Scottie, 

przemawiając  swoim  furkotliwym  od  głoski  „r”  dialektem.  Qwilleran  z  ofiarowaną  przez 

Kristi Biblią pod pachą poszedł wprost do biura muzeum. Zastał tam Larry'ego, który uderzał 

w klawisze, wpisując coś do komputerowego katalogu. 

- Co słychać, Larry? 

-  Dobra  reklama  zawsze  się  opłaca  -  powitał  go  pan  prezes.  -  Co  tam  trzymasz  pod 

pachą? Czy masz zamiar wygłosić kazanie? 

-  To  Pismo Święte,  które  ofiarowała  młoda  kobieta  z  farmy  Fugtree.  Co  mam  z tym 

zrobić? 

- Mam nadzieję, że to Biblia rodziny Fugtree. 

- Nie. Jej matka kupiła to na aukcji. 

-  Szkoda.  Napisz  nazwisko  ofiarodawcy  na  tej  fiszce  i  zostaw  Biblię  na  stole,  tam 

gdzie jest katalog. Archiwistka się tym zajmie. 

- Czy coś się posuwa w sprawie znalezienia następcy Iris? 

- Było paru zainteresowanych. Jak wiesz, Iris nie brała za swoją pracę ani grosza. Ale 

w tej sytuacji jesteśmy gotowi płacić przyzwoitą pensję i dodatkowo zaoferować mieszkanie z 

wyposażeniem.  Mitch  Ogilvie  złożył  już  swoją  ofertę.  Interesują  go  antyki  i  wiemy,  że  nie 

brak mu zapału do pracy. Jest jednak trochę za młody. A młodzi zwykle popracują przez rok, 

a potem zaczynają szukać lepszego miejsca i jadą tam, „gdzie trawa bardziej zielona”. Susan 

uważa, że Vince Boswell byłby dobrym kandydatem. Prowadził aukcje antyków na Nizinach 

i  zręcznie  posługuje  się  narzędziami.  Mógłby  wykonywać  niewielkie  naprawy,  za  które 

dotychczas musieliśmy płacić. 

- Moim zdaniem - powiedział Qwilleran - Mitch bardziej nadaje się na to stanowisko. 

Dzięki pracy w hotelowej recepcji przyzwyczaił się do kontaktów z ludźmi. Zauważyłem też, 

że doskonale radzi sobie ze starszymi osobami. Boswell jest trochę za ostry i zbyt hałaśliwy. 

Takie  zachowanie  odstręcza  ludzi.  Poza  tym  mieszkanie  dyrektora  jest  za  małe  dla 

trzyosobowej rodziny. Larry rozejrzał się dookoła, a potem oznajmił: 

background image

- Prawdę powiedziawszy, Verona nie jest jego żoną. Jeśli damy mu tę robotę, odeśle ją 

i dziecko do Pittsburgha. 

- Dlaczego Boswell kuleje? 

-  Polio.  Zachorował,  zanim  zaczęto  stosować  szczepionkę.  Zważywszy  na  to,  jak 

trudno mu się poruszać, trzeba przyznać, że nieźle sobie radzi. 

- Hmm... Szkoda - zamruczał Qwilleran. - Mitch ma przynajmniej czyste paznokcie. 

Larry wzruszył ramionami. 

-  No  cóż...  Sam  wiesz,  że  Vince  odwala  całą  tę  brudną  robotę  w  stodole.  Niektóre 

maszyny drukarskie dosłownie lepią się od farby i smaru. 

Qwilleran wypełnił fiszkę z danymi ofiarodawcy i zapytał: 

- Ciekawe, co tu się dzieje, gdy spadnie śnieg? 

-  My  odśnieżamy  Black  Creek,  a  władze  okręgu  zajmują  się  Fugtree  Road.  Nie  ma 

problemu z dojazdem. 

- Ale czy ktoś przychodzi w zimie do muzeum? 

-  Oczywiście.  Mamy  cały  grafik  wycieczek:  studenci,  emeryci,  organizacje  kobiece. 

Przygotowujemy też specjalne imprezy z okazji Święta Dziękczynienia, Bożego Narodzenia, 

walentynek  i  tak  dalej.  Z  okazji  Halloween  dzieci  pieką  cukierki  z  pianki,  a  Mitch  Ogilvie 

opowiada im historie o duchach. A śnieg tylko dodaje temu miejscu uroku. 

-  A  skoro  już  o  tym  mówimy  -  zaczął  Qwilleran.  -  Czy  nie  powinniście  rozważyć 

możliwości zainstalowania automatycznie sterowanego oświetlenia na dziedzińcu? Tak, żeby 

lampy zapalały się o zmierzchu. I można by umieścić jedną lub dwie takie lampy wewnątrz 

budynku. Ze względów bezpieczeństwa. 

- To dobry pomysł - powiedział Larry. Wyciągnął z kieszeni mały notesik i coś w nim 

zapisał. 

-  Chciałbym  zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem. Chodzi mi o podpisany przez 

Abrahama Lincolna akt nadania ziemi. Ten, który znajduje się w sali z dokumentami. 

- To nasz najcenniejszy eksponat - stwierdził z dumą Larry. 

- Tylko że nie został on podpisany przez Lincolna. 

- Uważasz, że to falsyfikat? Jak na to wpadłeś? 

-  Nikt  tego  umyślnie  nie  zrobił.  Tu  nie  chodzi  o  przestępstwo.  Prawdopodobnie 

wydawano tysiące takich aktów i sekretarz stanu William H. Seward został upoważniony do 

ich podpisywania w imieniu prezydenta. Sekretarz podpisywał się zamaszyście. Lincoln pisał 

małymi literami i ostrożnie. W podpisie nie umieszczał nigdy swojego imienia. 

- Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś, Qwill. Umieścimy tę informację na etykiecie. 

background image

Znowu pojawił się notes Larry'ego. 

-  Co  prawda  wartość  tego  eksponatu  zmalała  o  ładnych  kilka  tysięcy  dolarów,  ale 

mimo wszystko jestem ci wdzięczny, przyjacielu. 

W tym momencie do biura przybiegła Carol Lanspeak. 

- Larry, z naszej nowej wystawy coś zniknęło. Brakuje eksponatu! - zawołała. - Chodź 

i sam się przekonaj. 

Wyszła natychmiast, a za nią małżonek. Qwilleran ruszył za nimi, ale po drodze ciągle 

ktoś  go  zatrzymywał.  Najpierw  Mildred  Hanstable  i  Fran  Brodie,  które  gawędziły  jak 

najlepsze przyjaciółki, chciały powiedzieć mu coś na temat nowego wełnianego krawata. 

Mildred zwróciła się do Fran: 

- Jak to się dzieje, że Qwill ciągle jest taki szczupły? 

- I że wygląda tak młodo? 

- Bo zachowuję zdrowy rozsądek i z nikim się nie wiążę - wyjaśnił Qwilleran, zanim 

ruszył dalej. 

Susan Exbridge szepnęła mu do ucha: 

- Dobra nowina! Dennis Hough złożył ofertę zakupu posiadłości Fitchów. Ma zamiar 

założyć tu firmę budowlaną. 

A zła nowina, pomyślał Qwilleran, to fakt, że Dennis sprowadzi tu żonę. 

Zaraz potem podeszli do niego Homer Tibbitt i Rhoda Finney. 

-  Chyba  chciałeś  się  ze  mną  skontaktować?  -  rozległ  się  wysoki  głos  Homera.  -  My 

tymczasem  pojechaliśmy  do  Lockmaster,  żeby  obejrzeć  wyścigi  konne  i  zreperować  aparat 

słuchowy Rhody. A jak już tam byliśmy, wzięliśmy ślub, żeby podróż nie poszła na marne. 

- I tak już od wielu tygodni jesteśmy parą. Ale on jest taki strasznie konserwatywny - 

oświadczyła świeżo upieczona pani Tibbitt, obdarzając męża czułym uśmiechem. 

Qwilleran  złożył  obojgu  serdeczne  gratulacje  i  ruszył  naprzód.  Przeciskał  się  wśród 

tłumu zwiedzających, którzy, podobnie jak on sam, pragnęli dostać się do zatłoczonej salki z 

ekspozycją na temat katastrof. 

Polly Duncan pociągnęła go za rękaw i powiedziała przytłumionym głosem: 

- Qwill, chciałabym cię poprosić o wielką przysługę. 

- Zrobię, cokolwiek zechcesz - zadeklarował - z wyjątkiem pilnowania kociaka, który 

waży osiem deko. 

-  Właśnie  o  to  chciałam  cię  prosić  -  powiedziała  z  wyrzutem.  -  Mam  seminarium  w 

Lockmaster. Myślałam, że będę mogła zostawić u ciebie Bootsiego na jedną noc. 

background image

- Hm - zwlekał z odpowiedzią, usiłując znaleźć jakąś sensowną wymówkę. - A czy ten 

maluch nie przestraszy się dwóch dorosłych kotów, które bardzo głośno miauczą? 

- Nie sądzę. Bootsie łatwo się adaptuje. Nic mu nie przeszkadza. 

- Yum Yum może pomylić go z myszą. 

- Jest dostatecznie mądra, żeby się zorientować. Kociak nie sprawi ci kłopotu, Qwill. 

Na pewno polubisz go tak samo jak ja. 

-  No  cóż...  Spróbuję...  Ale  jeśli  kotek  oczekuje  ode  mnie  pieszczot  i  umizgów, 

poważnie się rozczaruje. 

Qwilleran przeciskał się wśród gęstniejącego tłumu. Zauważył mecenasa Hasselricha z 

małżonką,  doktora  Zollerà  w  towarzystwie  kolejnej  blondynki,  Archa  Rikera  z  uroczą 

Amandą,  Boswellów  z  Dzidzią  i  kilku  polityków,  których  nazwiska  miały  się  pojawić  w 

czasie  listopadowych  wyborów.  Głos  Vince'a  Boswella  okazał  się  mocniejszy  niż  gwar 

rozmów: 

-  Ciekawe,  czy  podadzą  napoje?  Iris  zawsze  przygotowywała  cholernie  smaczne 

ciasteczka! 

W  końcu  Qwilleranowi  udało  się  dotrzeć  do  ekspozycji  zatytułowanej  „Tragiczne 

zdarzenia”.  Mildred  już  wcześniej  wspomniała,  że  twórcom  wystawy  udało  się  osiągnąć 

dramatyczny  efekt  dzięki  zastosowaniu  dokumentalnych,  wielkoformatowych  fotografii. 

Uwiecznione na nich zostały między innymi: zator w czasie spławiania drewna w roku 1892, 

który pochłonął siedem ofiar śmiertelnych; pożar, który w roku 1898 zniszczył Sawdust City; 

wrak trójmasztowego szkunera, który zatonął w czasie sztormu w roku 1901, i wiele innych 

istotnych zdarzeń z dziejów Moose County. 

Ale  najbardziej  zwracał  uwagę  napis  „Prawda  czy  mit?”.  Ta  część  wystawy 

poświęcona  była  staremu  sporowi  na  temat  przyczyn  tajemniczej  śmierci  Ephraima 

Goodwintera. 

Historia  wybuchu  w  kopalni  i  jego  następstw  została  przedstawiona  na  ilustracjach, 

bez  jakiegokolwiek  komentarza.  Powiększone  fotografie  i  wycinki  prasowe  zostały 

zgrupowane wokół czterech dat. 

Przy  dacie  trzynasty  maja  1904  umieszczono  fotografię  przedstawiającą  ekipę 

ratunkową  w  kopalni  Goodwintera  oraz  nagłówek  z  gazety  wychodzącej  na  Nizinach: 

„Wybuch w kopalni - 32 ofiary śmiertelne”. 

Obok  daty  osiemnasty  maja  1904  znalazła  się  fotografia  przedstawiająca  zapłakane 

wdowy i dzieci ofiar. Był tam również wycinek z gazety  „Pickax Picayune” z tego samego 

background image

dnia:  „Pan  Ephraim  Goodwinter  z  małżonką  i  rodziną  udał  się  w  kilkumiesięczną  podróż 

zagraniczną”. 

Obok  daty  dwudziesty  piąty  sierpnia  1904  można  było  obejrzeć  zdjęcie  architekta 

prezentującego  projekt  budynku  biblioteki  i  fragment  artykułu  z  „Pickax  Picayune”: 

„Wkrótce, dzięki hojności pana Ephraima Goodwintera, właściciela i wydawcy naszej gazety, 

miasto będzie mogło poszczycić się posiadaniem publicznej biblioteki”. 

Pod  napisem  „Listopad  1904”  widniała  fotografia  przedstawiająca  kondukt 

pogrzebowy  w  czasie  pogrzebu  Ephraima.  Był  tam  również  fragment  reportażu 

zamieszczonego  w  „Picayune”:  „Żałobnicy  odprowadzili  doczesne  szczątki  zmarłego 

Ephraima  Goodwintera  do  miejsca  jego  wiecznego  spoczynku.  Był  to  najdłuższy  w  historii 

okręgu kondukt pogrzebowy. Pan Goodwinter zmarł nagle we wtorek”. 

Monotonię zdjęć i wycinków prasowych przerywały wystawione eksponaty: górnicze 

hełmy, kilofy, młoty i oskardy. Nie zabrakło nawet pojemników na lunch kojarzących się z 

miejscowym przysmakiem - pasztecikami nadziewanymi farszem z mięsa i ziemniaków, które 

górnicy  tradycyjnie  zabierali  na  szychtę  do  kopalni.  Podobizna  filantropa,  przedstawiająca 

mężczyznę  o  zgorzkniałej  twarzy,  nosiła  ślady  noża.  Ktoś  zadał  cios,  gdy  portret  został 

wystawiony  w  hallu  biblioteki  publicznej.  Na  niewyraźnej  fotografii  można  było  zobaczyć 

drzewo  wisielców.  Gałąź  uginała  się  pod  ciężarem,  którego  wygląd  nasuwał  makabryczne 

skojarzenia. Według opisu zdjęcie zostało sklasyfikowane jako  „niezidentyfikowane”. Obok 

zawieszono  fotokopię  pożegnalnego  listu  rzekomego  samobójcy.  Kształt  liter  wyraźnie 

przypominał  charakter  pisma  Abrahama  Lincolna.  Skrzynka  do  głosowania  zapraszała 

zwiedzających do udzielenia odpowiedzi na pytanie: „Samobójstwo czy morderstwo?” 

Hixie Rice, kierowniczka działu reklamy gazety „Moose County coś tam”, szturchnęła 

Qwillerana w ramię: 

-  Z  tego  wszystkiego  wyciągnęłam  jeden  nader  istotny  wniosek  -  oświadczyła.  - 

Ephraimowi przydałby się jakiś spec w dziedzinie PR. 

- A także odrobina zdrowego rozsądku - dodał Qwilleran. 

Zawrócił i ruszył w przeciwną stronę. Podążał wśród tłumu zwiedzających tą samą co 

wcześniej drogą. W biurze spotkał państwa Lanspeaków. 

- Mówiliście, że czegoś brakuje na wystawie. Co to za eksponat? 

- Chodzi o prześcieradło - powiedziała Carol. 

- Jakie prześcieradło? 

- Umieściliśmy na wystawie białe prześcieradło, które po śmierci Ephraima wielebny 

Crawbanks znalazł w pobliżu drzewa wisielców. 

background image

- Uważacie, że ktoś ukradł prześcieradło? - zapytał Qwilleran. 

-  To  pierwsze  takie  zdarzenie  -  odpowiedział  ponuro  Larry.  -  Żaden  przedmiot  ze 

zbiorów muzealnych nie został wcześniej ukradziony z wystawy. A przecież pokazywaliśmy 

eksponaty o naprawdę dużej wartości. Najwyraźniej grasuje tu jakiś pomyleniec. Wiemy, że 

to robota kogoś z naszego grona, bo okazało się, że prześcieradła nie było już o godzinie 13. 

00. Wtedy, gdy otworzyliśmy wystawę dla publiczności. Nie jest to wielka strata. Historyczna 

wartość  prześcieradła  jest  wątpliwa.  Ale  budzi  mój  niepokój  fakt,  że  wśród  personelu 

muzeum grasuje jakiś złodziejaszek. 

-  Ile  osób  ma  klucze  do  muzeum?  -  zapytał  Qwilleran.  -  Homer  powiedział  mi,  że 

pracuje tu aż siedemdziesięciu pięciu woluntariuszy. 

- Ale nikt z nich nie posiada kluczy. Wchodzą do środka, otwierając drzwi oficjalnym 

kluczem, który chowamy na ganku, przy wejściu do budynku. 

- Gdzie chowacie klucz? Pod wycieraczką? 

- Pod koszykiem z kukurydzą, który wisi nad dzwonkiem - wyjaśniła Carol. 

-  Uważaliśmy  do  tej  pory,  że  nasi  współpracownicy  zasługują  na  pełne  zaufanie  - 

stwierdził Larry. 

Qwilleran  przeprosił  i  udał  się  na  poszukiwanie  kuratora  wystawy.  Mildred  właśnie 

rozmawiała z Veroną Boswell. 

-  Dzidzia  zaczęła  mówić  pełnymi  zdaniami,  gdy  skończyła  osiem  miesięcy  - 

oświadczyła pani Boswell, ściskając rączkę malutkiej dziewczynki w niebieskim aksamitnym 

paletku i kapelusiku na główce. 

-  Pani  Boswell,  przepraszam  najmocniej  -  powiedział  Qwilleran.  -  Czy  zechce  pani 

odstąpić mi na jakiś czas panią Konstable? Chciałbym dowiedzieć się czegoś na temat jednej 

z prezentowanych w muzeum ekspozycji. 

-  Oczywiście.  Dlaczego  nie...  Dzidziu,  czy  wiesz,  kim  jest  ten  pan?  Przywitaj  się  z 

panem Qwilleranem. 

- Cześć - powiedziała dziewczynka. 

- Cześć - odpowiedział na jej powitanie tonem bardziej uprzejmym niż zazwyczaj. 

Zaprowadził Mildred do pustej sali, w której zgromadzono kolekcję tkanin. 

- Tu możemy spokojnie porozmawiać - wyjaśnił. - Do tej pory nie zauważyłem, żeby 

ktoś zwiedzał tę okropną wystawę. 

-  Strasznie  ponure  miejsce  -  przytaknęła.  -  Usiłowaliśmy  dodać  tej  wystawie  trochę 

życia. Próbowaliśmy umieścić przedmioty na kolorowym tle i dodać interesujące objaśnienia. 

Otoczyliśmy ekspozycję sznurem, by sprawiała wrażenie naprawdę cennej. Ale okazało się, 

background image

że  ludzie  wprawdzie  lubią  aksamitne  sznury,  ale  nie  znoszą  oglądania  tkanin.  O  czym  tak 

rozmyślasz, Qwill? 

- Chciałbym ci pogratulować pomysłu z katastrofami. Wszyscy mówią o tej wystawie. 

- Dziękuję ci. Również w imieniu Fran Brodie. Ciekawe, jak wypadnie głosowanie? 

- Czy widziałaś dzisiaj salę wystawową? 

- Nie udało mi się tam dostać. Było za dużo ludzi. Czy ktoś znowu poharatał portret 

Ephraima? 

- Nie, Mildred. Tym razem ktoś zabrał prześcieradło wielebnego Crawbanksa. 

- To prawda? Czy sobie ze mnie kpisz? 

-  Carol  zauważyła,  że  prześcieradło  zniknęło.  Ona  i  Larry  byli,  delikatnie  mówiąc, 

zaskoczeni. Nie mieli pojęcia, kto mógłby coś takiego ukraść. A ty jak uważasz? 

- Słuchaj, Qwill - zaczęła. - Nie mam zamiaru udawać, że rozumiem wszystko, co się 

dzieje  w  naszej  społeczności.  Dlaczego  nie  poprosisz  Koko,  by  rozwiązał  tę  kryminalną 

zagadkę? Ten kot jest mądrzejszy niż my wszyscy. 

- Skoro już o nim wspomniałaś, to chciałbym, żebyś obejrzała tę poduszkę z Inchpot. 

Czy uważasz, że jest w niej coś dziwnego? 

Mildred spojrzała krytycznie na sflaczałą poduszkę. 

- Wydaje mi się tylko, że została przesunięta. 

Weszła  za  aksamitny  sznur,  poklepała  poduszkę  i  ułożyła  ją  w  sposób  bardziej 

artystyczny. 

- Chyba tak. Czy teraz jest lepiej? 

- Czy zdarza się, że ktoś przesuwa wystawione przedmioty? 

-  Raczej...  nie.  Woluntariuszom  nie  pozwalamy  niczego  zmieniać.  Dlaczego  o  to 

pytasz? 

Qwilleran zniżył głos. 

- Któregoś dnia przyszedłem tu z Koko, a on pobiegł wprost do tej poduszki i zaczął ją 

obwąchiwać. Nie chciał  stąd wyjść i  w końcu musiałem go własnoręcznie wyeksmitować z 

muzeum. Tylko nie mów mi, że poduszka jest wypchana kurzymi piórami. Poduszka z farmy 

Trevelyan też jest nimi wypchana, a kot nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. 

-  Sprawdźmy  etykietę  z  opisem  -  powiedziała  Mildred.  Odsunęła  aksamitny  sznur  i 

uniosła  zapisaną  ręcznie  etykietę.  -  Poduszka  ta  była  używana  na  farmie  Inchpot  przed 

pierwszą  wojną  światową...  Pokrycie  wykonano  z  worka  od  mąki...  Poduszka  została 

wypełniona  kurzym  pierzem  pochodzącym  z  kurników  na  farmie...  Została  ofiarowana 

muzeum przez Adeline Inchpot Crowe. 

background image

- Powiedziałaś - Crow? 

- Z literą „e” na końcu. 

-  Chodźmy  stąd,  Mildred.  Te  liczące  sobie  siedemdziesiąt  pięć  lat  kurze  pióra 

przyprawiły mnie o ostry atak depresji. Czy nie chciałabyś zerknąć na książkę kucharską Iris, 

skoro już tu jesteś? 

Qwilleran torował drogę przez tłum, a gdy dotarli do kuchni w zachodnim skrzydle, 

zaproponował Mildred filiżankę kawy. 

- A może odrobinkę czegoś mocniejszego?  - kokieteryjnie poprosiła Mildred. - Tłum 

działa  mi  na  nerwy.  W  takich  okolicznościach  czuję  się  dużo  lepiej,  gdy  mam  w  ręku 

szklaneczkę... 

- Zobaczę, co się da zrobić. Barek Iris nie był nigdy najlepiej zaopatrzony. 

- Powinna tam jednak być butelczyna... 

Qwilleran zaczął grzechotać kostkami lodu. 

-  Książka  kucharska  jest  w  szkolnym  biurku.  Tam  gdzie  stoi  telefon.  Trzeba  tylko 

podnieść blat... Znalazłem wytrawne sherry, dubonneta i campari. Czego się napijemy? 

Nie było odpowiedzi. 

- Znalazłaś? - zapytał Qwilleran. - To po prostu  skoroszyt z dużą ilością wycinków i 

dodatkowych karteczek. 

Mildred stała pochylona nad biurkiem. 

- Tu jej nie ma. 

- Musi tam być! Widziałem ją parę dni temu. 

- Nie ma jej - upierała się Mildred. - Przyjdź i zobacz. Qwilleran szybko podszedł do 

biurka. Zajrzał do wnętrza ponad ramieniem Mildred. 

- Gdzie mogła się podziać? 

- Pewnie koty ją ukradły - zażartowała. - Koko podniósł blat, a Yum Yum schwyciła 

skoroszyt swoimi słynnymi ze zręczności łapkami. 

- To niemożliwe. Koty lubią kraść, ale nie dałyby rady zwędzić skoroszytu o grubości 

pięciu centymetrów. 

- A może ty gdzieś go zapodziałeś? 

-  Oglądałem  te  notatki  mniej  więcej  przez  dziesięć  sekund  i  odłożyłem  na  miejsce. 

Ktoś tu był i ukradł skoroszyt. Ktoś, kto wiedział, gdzie Iris go trzyma. Czy ona zapraszała 

czasem do siebie pracowników muzeum? Na przykład na kawę? 

- Tak. Nawet często, ale... 

background image

-  Nie  ma  zamka  w  drzwiach  pomiędzy  mieszkaniem  a  muzeum.  Ktoś  miał  całe  trzy 

dni,  żeby  to  zrobić.  Codziennie  gdzieś  wychodziłem.  W  tych  drzwiach  trzeba  było  założyć 

zamek! Przecież ktoś mógł tu przyjść i porwać koty. 

W tym momencie umilkł i rozejrzał się wokoło. 

-  Gdzie  one  są?  Zwykle  siedzą  w  kuchni,  ale  tam  ich  nie  widziałem.  Gdzie  się 

podziały moje koty? 

background image

Rozdział dwunasty 

Kiedy znaleziono już koty śpiące na różowym ręczniku w łazience, z dala od gwaru rozmów 

w muzeum, Mildred wypiła swoje campari, a tłum się nieco przerzedził, Qwilleran wyruszył 

na  poszukiwanie  Larry'ego  Lanspeaka.  Prezes  w  swoim  biurze  konferował  właśnie  z 

dyrektorami muzeum. 

- Wejdź, Qwill - powiedział Larry. - Właśnie rozmawiamy o incydencie z zaginionym 

prześcieradłem. 

-  Teraz możecie również porozmawiać o incydencie z zaginioną książką  kucharską  - 

oświadczył Qwilleran. - Należąca do Iris Cobb kolekcja przepisów kucharskich zginęła z jej 

szkolnego biurka. 

-  Książka  kucharska  -  to  jeszcze  mogę  zrozumieć  -  odezwała  się  Susan  -  ale  komu 

było potrzebne dziurawe prześcieradło? 

Carol zaproponowała wywieszenie dużego ogłoszenia na tablicy dla wolontariuszy. 

- Moglibyśmy napisać tak: „Prosimy osobę, która pożyczyła prześcieradło z wystawy 

na temat katastrof i książkę kucharską z mieszkania Iris Cobb, o natychmiastowy zwrot tych 

przedmiotów  do  biura  muzeum.  Nie  będziemy  prowadzić  w  tej  sprawie  żadnego 

dochodzenia”. Jak to brzmi? 

-  Nadszedł  czas,  żeby  zainstalować  zamek  w  drzwiach  znajdujących  się  pomiędzy 

muzeum  a  mieszkaniem  dyrektora  -  oświadczył  Qwilleran.  -  Iris  zgromadziła  olbrzymią 

kolekcję  wartościowych  przedmiotów.  Są  to  niewielkie  rzeczy.  Z  łatwością  można  je 

wynieść. Czasem ludzie, którzy nigdy nie okradliby kogoś żyjącego, uważają, że nie ma nic 

złego w kradzieży rzeczy osoby zmarłej. To prymitywny zwyczaj. Ale taka praktyka istnieje 

od stuleci. 

- Być może, ale nie tutaj - oświadczyła Susan. 

- Skąd wiesz? Zmarły nie poskarży się przecież policji. Ludzie w Moose County mogą 

używać komputerów, kamer wideo i podróżować prywatnymi samolotami, a mimo to wierzyć 

w  zabobony.  Na  przykład  w  duchy.  Ciągle  słyszę,  że  Ephraim  czasem  przechodzi  przez 

ściany. 

Larry uśmiechnął się lekko. 

background image

- To tylko taki żart, Qwill. Żeby mieć o czym pogadać przy kawie. 

Podszedł do telefonu, zerkając na zegarek. 

- Zadzwonię do Homera w sprawie zamka. Mam nadzieję, że jeszcze nife śpi. Jest co 

prawda dopiero wpół do szóstej, ale on kładzie się coraz wcześniej. 

-  Jego  świeżo  poślubiona  małżonka  pewnie  odmieni  te  zwyczaje  -  stwierdził 

Qwilleran. - Jest tak pełna energii! 

- Na pewno - zachichotał Larry. - Będą siedzieć i oglądać program telewizyjny aż do 

ósmej.  Ale  właściwie  dlaczego  się  z  tego  śmiejemy?  Kiedy  będziemy  w  wieku  Homera, 

nawet na to nie będziemy mieć siły. 

Po krótkiej rozmowie poinformował zebranych, że Homer wczesnym rankiem wezwie 

ślusarza. 

-  Zasugerowałbym  coś  jeszcze,  jeśli  już  rozmawiamy  o  zamkach  i  cennych 

przedmiotach.  Iris  miała  w  salonie  sporo  swoich  prywatnych  papierów.  Powinniśmy  je 

pozbierać, zabezpieczyć i przekazać jej synowi. 

- Chętnie przekażę dokumenty - oświadczyła Susan. - W tym tygodniu będę widziała 

się z Dennisem. 

Qwilleran spojrzał na nią z pozorną obojętnością i odwrócił się w kierunku Larry'ego. 

-  Proponuję  zrobić  to  natychmiast  -  zadecydował  prezes.  -  Zajmiemy  się  tym  we 

trójkę: Susan, Qwill i ja. Jakiej wielkości pudła potrzebujemy? 

Po  chwili  cała  trójka  ruszyła  w  kierunku  zachodniego  skrzydła.  Zabrali  ze  sobą 

kartonowe pudło, taśmę klejącą i pisak. Koty powitały ich przy drzwiach mieszkania. 

- Cześć, koty! - Larry przywitał się wesoło z Koko i Yum Yum. 

Koty odprowadziły ich do salonu, w którym na honorowym miejscu stało biurko. 

- Nigdy nie widziałem równie brzydkiego mebla - oświadczył Qwilleran. 

Było to płaskie pudło na wysokich nóżkach z jedną szufladą i wysuwanym blatem do 

pisania. Nad blatem znajdowała się szafka. 

-  To  prawdziwy,  ręcznie  wykonany  mebel  Dingleberry'ego,  datowany  na  rok  1890  - 

poinformował  ich  Larry.  -  Iris  kupiła  to  biurko  na  aukcji  u  Goodwinterów.  Próbowałem  ją 

przelicytować, ale dałem spokój, kiedy cena była czterocyfrowa. 

W  szafce  stały  pudełka  po  butach  oznaczone  wielkimi,  drukowanymi,  wypisanymi 

markerem  literami:  RACHUNKI,  LISTY,  FINANSE,  ZDROWIE,  UBEZPIECZENIA, 

SPRAWY OSOBISTE. W szufladzie znajdowały się, jak zwykle w takich miejscach, pióra, 

nożyczki, spinacze, gumki, notatniki i szkła powiększające. 

background image

- W całym mieszkaniu są szkła powiększające - powiedział Qwilleran. - Nosiła nawet 

jedno na szyi. Na łańcuszku. 

- Dobrze! - odezwał się Larry. - Zamkniemy te rzeczy w biurze muzeum i przekażemy 

je Dennisowi, kiedy tu się zjawi. 

- To dobry pomysł - zgodził się Qwilleran. 

Susan nie miała nic do powiedzenia. Wydawało się, że humor jej nie dopisuje. Kiedy 

wychodzili z salonu, omal się nie przewróciła, idąc po perskim dywanie. 

Qwilleranowi udało się ją podtrzymać. 

- Przepraszam - powiedział - ale pod dywanem siedzi kot. Już drugi raz tam się chowa. 

- Ma dobry gust - skomentował Larry. - Dywany w tym mieszkaniu to antyki o sporej 

muzealnej wartości. 

- Czy są tu jeszcze jakieś inne pułapki? - zapytała zirytowana Susan, idąc za Larrym w 

kierunku muzeum. 

Qwilleran rozmroził porcję kurczaka po królewsku dla kotów, które łapczywie pożarły 

mięso,  starannie  unikając  papryki  i  płatków  migdałów.  Przyglądał  się  temu  fascynującemu 

rytuałowi  nieobecny  duchem.  Myślał  o  zaginionym  prześcieradle,  przesuniętej  poduszce  i 

książce  kucharskiej,  którą  ktoś  sobie  przywłaszczył,  oraz  o  nagłej  gorliwości  Susan,  która 

miała tak wielką ochotę zająć się prywatnymi papierami Iris Cobb. 

Coś złego stało się z Susan Exbridge, gdy mąż zostawił ją dla innej kobiety. Jako żona 

dobrze  prosperującego  dewelopera  aktywnie  działała  w  klubie,  w  zarządach  różnych 

organizacji i z zapałem pracowała społecznie. Gdy została zraniona jej miłość własna, zaczęła 

się  zajmować  wyłącznie  sobą.  I  to  można  by  jeszcze  jakoś  usprawiedliwić.  Plotkarze  w 

Pickax twierdzili, że jej były mąż tak przygotował umowę o podziale majątku po rozwodzie, 

że Susan okazała się bogata tylko na papierze. Na co dzień borykała się z brakiem gotówki. A 

gdyby  zdecydowała  się  na  likwidację  finansowych  zabezpieczeń,  musiałaby  zapłacić 

niezwykle wysoki podatek. 

Krążyły  pogłoski,  że  firma  „Exbridge  &  Cobb”  w  dziewięćdziesięciu  procentach 

została sfinansowana przez Iris. Qwilleran uważał, że gdyby plotki te okazały się prawdziwe, 

spadek  po  Iris  miałby  dla  Susan  niezwykle  istotne  znaczenie.  Wprawdzie  obie  kobiety 

przyjaźniły  się  i  wspólnie  robiły  interesy,  ale  cała  sytuacja  budziła  podejrzenia  Qwillerana, 

ponieważ  trudno  by  było  znaleźć  gorzej  dobraną  parę.  Iris  nie  była  ani  szykowna,  ani 

wyrafinowana,  ani  wygadana,  a  mimo  to  Susan  obdarzyła  ją  swoją  przyjaźnią.  Iris 

pochlebiało, że wybrała ją osoba tak dystyngowana, świetnie ubrana, z takimi koneksjami. 

background image

Qwillerana irytowało, że Iris Cobb była wykorzystywana. To przecież tylko dzięki jej 

wiedzy  i  pieniądzom  mógł  powstać  nowy  sklep  z  antykami.  Złościło  go  także,  że  Susan 

usiłuje  uwieść  Dennisa  Hougha  -  nie  tylko  męża  i  ojca  maleńkiego  synka,  ale  również 

spadkobiercę fortuny rodziny Cobb-Hackpole. 

Postanowił  zapanować  nad  tymi  uczuciami,  przygotowując  dla  siebie  kanapkę  z 

żytniego chleba z kminkiem i wołowiny pochodzących z dwóch różnych zamrażalników oraz 

musztardy i chrzanu wyjętych z lodówki. Syjamskie koty obserwowały, jak je, więc podzielił 

się z nimi mięsem. 

- Duch pani Cobb ciągle jest wśród nas - powiedział do swoich ulubieńców. 

Była  to  szczera  prawda.  Obecność  Iris  wydawała  się  niemal  namacalna.  Wszystko 

wokół  przywodziło  na  myśl  panią  Cobb:  potrawy,  które  kiedyś  przyrządziła,  przyjemna 

kuchnia,  zgromadzone  antyki,  różowe  prześcieradła  i  ręczniki,  a  nawet  czasopisma  i  tanie 

wydania powieści na półkach. Wydawało się, że właścicielka mieszkania za chwilę wejdzie 

do pokoju i powie: „A może spróbowałby pan moich czekoladowych ciasteczek z wiórkami 

kokosowymi?” 

Oderwał  wzrok  od  swojej  kanapki  i  wydało  mu  się,  że  widzi  Iris.  A  może  to  jej 

niewidoczna obecność tak absorbuje Koko? 

Qwilleran  podniósł  się  i  wyszedł  na  dwór.  Wyruszył  na  krótki  spacer  dokoła 

posiadłości, żeby zaznać choćby pozorów spokoju. 

Był niedzielny wieczór. Tydzień wcześniej telefon przerażonej pani Cobb nie pozwolił 

Qwilleranowi nacieszyć się muzyką z pierwszego aktu Otella. Od tego czasu jeszcze dwa razy 

usiłował wysłuchać całej opery. Postanowił spróbować po raz kolejny. O tej porze w Moose 

County  zazwyczaj  panował  spokój.  Było  mało  prawdopodobne,  by  tym  razem  ktoś 

zatelefonował.  Przez  chwilę  Qwilleran  rozważał  nawet  wyłączenie  obu  telefonów.  Ale 

łączność  była  jego  żywiołem  i  myśl,  że  mógłby  z  własnej  woli  pozbawić  się  możliwości 

kontaktu ze światem, wydała mu się straszna niczym groźba moralnego upadku. 

Przygotował  właściwą  do  słuchania  muzyki  scenerię:  kubek  kawy  w  ręku  oraz  dwa 

koty  wylegujące  się  na  obitych  niebieskim  aksamitem  fotelach.  Wcisnął  klawisz  „play”. 

Grzmiące akordy uwertury sprawiły, że koty jak zwykle uciekły z salonu. Po chwili jednak 

wróciły, wytrzymując dzielnie, chociaż z płasko położonymi uszami, dźwięk trąbek. 

Wszystko szło dobrze, aż do chwili, gdy w akcie trzecim zaczęła się aria, którą Polly 

określiła  jako  „wspaniałą”.  W  momencie,  gdy  Otello  śpiewał  przejmujące  słowa:  Dio!  Mi 

potevi...,  zaczął  dzwonić  telefon.  Qwilleran  usiłował  nie  zwracać  na  to  uwagi.  Wprawdzie 

uporczywe  dzwonienie  zagłuszało  muzykę,  ale  postanowił  to  zignorować.  Wzmocnił  tylko 

background image

dźwięk  magnetofonu.  Tenor  cierpiał,  a  telefon  dzwonił.  Qwilleran  zacisnął  zęby.  Dziesiąty 

dzwonek...  piętnasty  dzwonek...  dwudziesty!  W  tym  momencie  przyszło  mu  do  głowy,  że 

tylko  ktoś  w  rozpaczliwej  sytuacji  może  tak  długo  próbować.  I  musi  być  to  osoba,  która 

dobrze  wie,  że  Qwilleran  jest  w  domu.  Ściszył  muzykę  i  podszedł  do  znajdującego  się  w 

sypialni telefonu. 

- Słucham - powiedział z niepokojem. 

- Qwill? Tu Kristi - w jej głosie usłyszał zdenerwowanie. - Nie pisz o moich kozach. 

- Dlaczego? 

- Zdarzyło się coś strasznego. Osiem kóz nie żyje. Inne są umierające. 

- O mój Boże! Co się stało? 

-  Karmiłam  je  o  piątej  i  wszystko  było  w  porządku.  Kiedy  poszłam  tam  po  dwóch 

godzinach,  trzy  owce  już  nie  żyły  -  zawiesiła  głos.  -  Pozostałe  dusiły  się,  a  jedna  z  nich 

upadła tuż przy moich nogach. Nie mogę, nie mogę... - jej słowa zmieniły się w szloch. 

Współczucie  wezbrało  w  piersi  Qwillerana.  Gdy  myślał  o  Koko  i  Yum  Yum, 

nietrudno mu było wyobrazić sobie, czym jest przywiązanie do zwierząt. Wiedział, jak mogą 

być bliskie ludzkiemu sercu. 

- Uspokój się, Kristi - powiedział. - Spokojnie! Co zrobiłaś? 

Chlipała przez chwilę i zanim się odezwała, musiała wytrzeć nos. 

-  Zadzwoniłam  do  weterynarza,  na  numer  używany  w  nagłych  przypadkach.  Lekarz 

przyjechał  prawie  natychmiast.  Ale  koźlęta  już  wtedy  nie  żyły.  Większość  kóz  również  - 

powiedziała, próbując bezskutecznie stłumić szloch. 

Czekał cierpliwie, aż się uspokoi. 

- Kozłom nic się nie stało - powiedziała. - Były w oddzielnej zagrodzie. 

- Czy wiesz, jaka była przyczyna... ? 

-  Weterynarz  powiedział,  że  to  była  trucizna.  Prawdopodobnie  jakiś  środek 

owadobójczy  w  paszy.  W  ich  płucach...  -  zaczęła  i  znowu  się  rozpłakała.  -  W  ich  płucach 

pełno  było  płynu.  Dlatego  się  dusiły.  Weterynarz  już  wysłał  próbki  do  laboratorium.  Nie 

mogę o tym spokojnie myśleć. Wszystkie zginęły, całe stadko! 

- Jak to się mogło stać? 

- Policja uważa, że to akt wandalizmu. 

Qwilleran  poczuł  mrowienie  nad  górną  wargą  i  zrozumiał,  że  zna  już  odpowiedź  na 

swoje następne pytanie. 

- Czy domyślasz się, kto mógł dopuścić się tak potwornego czynu? 

background image

- Wiem, kto to zrobił! - jej rozpacz przerodziła się w gniew. - To ten głupek, który był 

moim mężem! 

- Czy powiedziałaś o tym policji? 

-  Tak. Szukali go, odkąd uciekł z otwartego zakładu karnego w pobliżu  Lockmaster. 

Miał nadzieję, że będzie mógł się tu ukryć, a ja dam mu pieniądze i samochód. Powiedziałam 

mu,  że  chyba  zwariował.  Nie  chciałam  mieć  z  nim  nic  wspólnego.  Och,  dlaczego  nie 

wydałam go policji?! - zawołała i zaniosła się rozdzierającym serce płaczem. 

- To straszne! Czy przypuszczałaś, że mógłby zaatakować farmę? 

-  Groził  mi  rano.  A  ja  mu  powiedziałam,  że  mam  broń.  Ale  nie  podejrzewałam,  że 

zrobi  coś  takiego.  Chętnie  bym  go  zamordowała.  Nie  chodzi  o  to,  że  straciłam  dwa  lata 

ciężkiej  pracy...  Ale...  te  wszystkie  kochane  kózki!  Jaskierka...  Pelargonia...  Czarnulka!  - 

mówiła przez łzy. 

- Chciałbym coś zrobić. Czy mógłbym ci jakoś pomóc? - zapytał. 

-  Nikt  nie  może  mi  pomóc  -  westchnęła.  -  Po  prostu  nie  zamieszczaj  artykułu. 

Informacja  o  otruciu  kóz  ukaże  się  w  jutrzejszej  gazecie.  Jeden  z  reporterów  już  do  mnie 

dzwonił. 

- Daj mi znać, gdyby coś się działo. Cokolwiek. 

- Dziękuję ci, Qwill. Dobranoc. 

Qwilleran  wyłączył  magnetofon.  Przeżył  wystarczająco  dużo  dramatycznych 

wydarzeń jak na jeden wieczór. 

Jego telefon rozdzwonił się w poniedziałek wczesnym rankiem, gdy tylko poczta pantoflowa 

zaczęła  działać.  Mildred  Hanstable,  Polly  Duncan,  Larry  Lanspeak  i  inni  dzwonili,  żeby 

powiedzieć: 

- Czy słuchałeś dziś rano wiadomości?... Czy wiesz, co się stało u twojej sąsiadki?... 

Czy  to  nie  jest  ta  kobieta,  z  którą  miałeś  przeprowadzić  wywiad?...  Wydział  sanitarny 

zarządził wycofanie ze sprzedaży wszystkich kozich produktów... Uważają, że te kozy zostały 

otrute. 

To  był  trudny  początek  pracowitego  dnia.  Zanim  jeszcze  Qwilleran  zdążył 

przygotować  pierwszą  filiżankę  kawy,  zobaczył  państwa  Tibbittów  jadących  ich  ciężkim 

starym  samochodem.  Za  nimi  podążała  ciężarówka  z  napisem  „Al's  Fix-All”.  Tak  właśnie 

działały usługi w Moose County: albo wykonawcy zjawiali się spóźnieni o sześć godzin, albo 

byli na miejscu przed śniadaniem. Qwilleran powitał Tibbittów w ponurym nastroju. 

background image

- Pójdę trochę poodkurzać - oznajmiła Rhoda. 

- A ja napiję się kawy - stwierdził Homer. 

- Masz ochotę mi towarzyszyć? - zapytał Qwilleran, pokazując swój kubek. 

- Nie, dziękuję. Zawsze używam własnej kawy i przyrządzam ją u siebie w biurze. 

Homer poklepał się po tylnej kieszeni i żwawo przebierając chudymi nogami, ruszył w 

kierunku swojego gabinetu. Fajny gość - pomyślał Qwilleran. 

Kiedy  ślusarz  pracował  przy  drzwiach,  Qwilleran  pospiesznie  zjadł  bułkę  i  wypił 

kawę. Potem poszedł zobaczyć się z Tibbittem w biurze muzeum. 

- Ktoś ukradł moją miotełkę z piór - poskarżyła się Rhoda. 

-  To  ja  -  oświadczył  jej  małżonek.  -  Wyrzuciłem  ją  do  śmieci.  Możesz  używać 

ściereczki,  jak  wszyscy  inni.  Możesz  ją  zwilżyć  tym  specjalnym  płynem,  który  pochłania 

kurz. 

-  Kto raz był  dyrektorem,  zawsze już nim  będzie  -  skomentowała kobieta, zwracając 

się  do  Qwillerana.  -  On  lubi  rządzić  -  dodała,  wyjmując  ze  schowka  swój  nowy  sprzęt  do 

odkurzania. Kiedy wychodząc z biura, mijała krzesła i  szafy z aktami,  energicznie machała 

ścierką. 

Qwilleran zwrócił się do Homera: 

- Pewna osoba powiedziała mi kiedyś, że w Moose County nie istnieje taki zawód jak 

ślusarz, bo tu po prostu nie używa się zamków. Kim jest więc facet, który reperuje drzwi? 

- Rzeczywiście ślusarz mógłby umrzeć z głodu w naszych stronach - objaśnił Homer. - 

Ale ten człowiek reperuje, co tylko się da: lodówki, gramofony, maszyny do pisania. Jednym 

słowem  -  wszystko.  Dlaczego  chcesz  zainstalować  zamek  między  swoim  mieszkaniem  a 

muzeum? Czy stary Ephraim zaczął ci się naprzykrzać? Ale sam wiesz, że drzwi nie są dla 

niego żadną przeszkodą. Umie przenikać nawet przez mury. 

- Jeśli idzie o podejrzane typy, to nie martwię się tymi, którzy zmarli. Niepokoją mnie 

żywi. 

- Zbliża się Halloween i wkrótce mogą pojawić się różni dowcipnisie. O tej porze roku 

za czasów mojej młodości udawaliśmy duchy i straszyliśmy ludzi w okolicy. Zwłaszcza tych, 

których nie lubiliśmy. Na przykład zbyt surowego nauczyciela albo miejscowego kutwę. 

-  Jak  zakradaliście  się  do  domów?  Takich  psikusów  nie  robiliśmy  w  Chicago,  a  tam 

właśnie dorastałem. 

-  O  ile  sobie  przypominam  -  zaczął  swoją  opowieść  starszy  pan  -  wbijaliśmy  wielki 

gwóźdź albo coś podobnego pod obluzowaną deskę w jakimś miejscu na zewnątrz budynku i 

przymocowywaliśmy  długi  sznur.  Potem  mocno  naciągaliśmy  linę  i  wodziliśmy  po  niej 

background image

patykiem,  jak  smyczkiem  po  strunach  skrzypiec.  Dźwięk  niósł  się  po  całym  domu.  Słychać 

było  wrzaski  na  strychu,  jęki  w  ścianach.  Wątpię,  czy  podobny  efekt  można  osiągnąć  w 

budynku pokrytym aluminium czy sklejką, jak to się robi dzisiaj. Te współczesne materiały 

niszczą małe radości naszego życia. Wszystko jest teraz syntetyczne, nawet jedzenie. 

-  Jedną  z  moich  małych  radości  było  wycinanie  inicjałów  na  blacie  szkolnej  ławki  - 

oznajmił Qwilleran. - Telefon pani Cobb stoi na starej ławce. W jej blacie ktoś wyciął litery 

H. T. Czy wiesz coś na ten temat? 

- U dołu? Z prawej strony? To moja ławka! - ucieszył się Homer. - Z dawnej szkoły w 

Black  Creek.  Nauczyciel  wlepił  mi  niezłe  baty  za  to,  że  wykonałem  to  małe  dzieło  sztuki. 

Gdybym  był  sprytniejszy,  wyciąłbym  inicjały  innego  ucznia.  Adam  Dingleberry  używał  tej 

ławki  przede  mną.  Był  o  cztery  lata  starszy.  Wyciął  inicjały  syna  naszego  pastora.  Miał 

zwariowane poczucie humoru. I ciągle ma. Został wyrzucony ze szkoły za te psikusy. Nikt nie 

docenił jego oryginalnej twórczości. Były jeszcze czyjeś inicjały na tej ławce? 

- Całkiem sporo. Pamiętam jeszcze litery B. O. Chociaż pewnie te inicjały nie istniały 

jeszcze w czasie, kiedy ty chodziłeś do szkoły. 

-  To  inicjały  dziadka  Mitcha,  Bruce'a  Ogilviego.  Był  ode  mnie  młodszy.  Wygrywał 

wszystkie  konkursy  ortograficzne  z  zamkniętymi  oczami.  Jakby  tego  nie  mógł  robić  z 

otwartymi! 

- Odnoszę wrażenie, że tu na północy ludzkie losy są ze sobą bardzo mocno splecione. 

To dzięki temu powstaje zwarta tkanka społecznych więzi. Zycie w miastach na Nizinach to 

tylko plątanina luźnych nitek. 

- To dobry temat felietonu w twojej rubryce - zasugerował Homer. 

-  Chyba  rzeczywiście  o  tym  napiszę.  A  jeśli  już  mówimy  o  rubryce  „Piórkiem 

Qwilla”, to Rhoda powiedziała mi, że znasz się na starych budynkach gospodarczych. 

-  Rzeczywiście!  To  jeszcze  jedna  zanikająca  tradycja!  Budują  teraz  metalowe 

dziwolągi, które wyglądają jak magazyny w fabryce. Nikt mnie nie przekona, że bydło dobrze 

się tam czuje!  - Wyciągnął rękę w kierunku wychodzącego na północ okna. - Ten budynek 

będzie stać nawet wtedy, gdy wszystkie metalowe obory dawno już przestaną istnieć. 

- Jeszcze nie miałem okazji przyjrzeć się tym zabudowaniom - oświadczył Qwilleran. 

-  Chodźmy  tam  więc  teraz.  To  coś  wspaniałego!  -  Homer  zaczął  powoli  wstawać, 

jakby  musiał  kolejno  uruchamiać  swoje  stawy.  -  Wbrew  powszechnie  panującej  opinii  nie 

składam  się  z  plastikowych  kości  i  stalowych  gwoździ.  Widzisz  tu  same  oryginalne  części. 

Rhoda - zawołał - powiedz, żeby Al zostawił rachunek. Wyślemy mu czek. 

background image

Obaj mężczyźni szli w kierunku stodoły. Homer energicznie i młócił rękami i nogami, 

ale  mimo  to  robili  niewielkie  postępy.  Qwilleran  obejrzał  się  w  kierunku  domu.  Zobaczył 

nieduży, płowy kłębuszek na parapecie kuchennym i pomachał ręką. 

Stodoła  z  dwuspadowym  dachem  na  farmie  Goodwinterów  była  klasycznym 

budynkiem  gospodarczym.  Deski,  z  których  została  zbudowana,  pomalowano  niegdyś  na 

czerwono.  Teraz  czerwonawe  pasemka  rozpłynęły  się  wśród  srebrzystej  szarości  drewna.  Z 

jednej  strony  budynku  stała  przybudówka,  z  drugiej  resztki  przysadzistego,  kamiennego 

silosu, które wyglądały niczym szary duch. 

Maszerowali w milczeniu. 

-  Nie  mogę  iść...  i  jednocześnie  rozmawiać  -  oświadczył  Homer,  rytmicznie 

poruszając kończynami. 

Obora znajdowała się dalej od domu,  niż przypuszczał  Qwilleran.  Była też większa, 

niż to  sobie wyobrażał.  Im  bardziej się do niej zbliżali, tym  groźniej wyglądała.  Zarośnięta 

trawą rampa prowadziła do olbrzymich, dwuskrzydłowych wrót. 

-  Nareszcie  rozumiem,  dlaczego  mówi  się,  że  coś  jest  wielkie  jak  wrota  stodoły  - 

powiedział Qwilleran. 

Zatrzymali  się  u  podnóża  rampy,  żeby  Homer  mógł  złapać  oddech,  zanim  zaczną 

wspinać się na górę. Gdy odsapnął po wysiłku, wyjaśnił: 

- Wrota musiały być wielkie, żeby wóz pełen siana mógł wjechać do wnętrza. Drzwi 

wielkości człowieka wycięte w większych wrotach nosiły nazwę „igielnego ucha”. 

Kiedy  to  mówił,  otworzyła  się  klapa  we  wspomnianych  drzwiach  i  ciężarna  kotka 

wydostała się na zewnątrz. 

-  To  jest  Cleo  -  przedstawił  ją  Tibbitt.  -  Jest  członkiem  mojej  specgrupy  do  walki  z 

gryzoniami. Wygląda na to, że kolejny miot zjadaczy myszy jest już w drodze. Nigdy nie jest 

za dużo dzikich kotów w gospodarstwie. 

- Do czego służyła przybudówka? - zapytał Qwilleran. 

-  Ephraim  zbudował  ją,  żeby  trzymać  tam  swoje  powozy.  Mówią,  że  niektóre  były 

bardzo  szykowne.  Później  stał  tam  parowy  Stanley  jego  syna.  A  kiedy  Titus  Goodwinter 

został  zabity,  wdowa  po  nim  kupiła  pierce  arrow.  Wyobraź  sobie,  że  limuzyna  miała 

wycieraczki! Wszyscy uważali, że to wynalazek nie z tej ziemi. 

Podniszczona drewniana szopa stała na wysokiej podmurówce z kamienia polnego, a 

ponieważ  teren  obniżał  się  na  tyłach  budynku,  fundament  wznosił  się  na  wysokość 

pierwszego piętra. 

background image

-  Właśnie  taki  budynek  nazywają  w  Szkocji  oborą  -  oświadczył  Homer.  - 

Goodwinterowie trzymali tu kiedyś konie i bydło. 

Powoli wspięli się po pokrytej trawą rampie i weszli do budynku przez „igielne ucho”. 

Starszy  mężczyzna  pokazywał  wyposażenie  zastosowane  przy  wrotach  -  proste  żelazne 

haczyki i zaczepy ręcznie wykute przez miejscowego kowala. 

Wnętrze budynku okazało się bardzo ciemne w porównaniu z tonącym w słonecznym 

świetle  otoczeniem.  Tylko  trochę  światła  wpadało  do  środka  przez  niewidoczne  okienka 

umieszczone  wysoko  pod  szczytem  budynku.  W  stodole  panowała  cisza  zakłócana  tylko 

przez stłumione gruchanie gołębi i ruchy ich skrzydeł. 

- Otwórzmy lepiej wielkie wrota, to może coś tu zobaczymy - zaproponował Homer. - 

To pomieszczenie z każdym rokiem jest ciemniejsze. 

Nagle Qwilleran zdał sobie sprawę, że nigdy nie był w środku stodoły. Widywał takie 

budynki  tylko  z  daleka,  kiedy  jechał  szosą.  Wprawdzie  na  terenie  posiadłości 

Klingenschoenów  stała  szopa  na  jabłka,  ale  nigdy  tam  nawet  nie  zajrzał.  Teraz,  gdy 

przyglądał  się  wielkiej,  poprzecinanej  belkami  przestrzeni,  odczuł  ten  sam  podziw,  który 

ogarniał go w czasie zwiedzania gotyckich katedr. 

Homer zauważył jego spojrzenie. 

-  Jest  tu  podwójne  miejsce  na  siano  -  wyjaśnił.  -  Belki  mają  osiemnaście  metrów 

długości,  a  w  przekroju  prawie  metr.  Cała  konstrukcja  jest  łączona  czopami,  bez  żadnych 

gwoździ.  Wszystko  wykonane  z  drewna  sosny  wejmutki.  Teraz  już  takiego  nie  znajdziesz. 

Drzewa zostały wycięte. 

Pokazał Qwilleranowi ślady uderzeń siekiery i ciosania. 

-  Na  parterze  jest  klepisko  grube  na  dziesięć  centymetrów.  Tylko  naprawdę  solidne 

podłoże mogło wytrzymać ciężar wozu pełnego siana albo tych piekielnych pras drukarskich. 

Dopiero  w  tym  momencie  Qwilleran  zwrócił  uwagę  na  to,  co  znajdowało  się 

wewnątrz budynku. Na pokrytym słomą klepisku stały drewniane skrzynie i maszyny, które 

swoim groteskowym wyglądem przywodziły na myśl narzędzia tortur. 

-  To  tylko  część  naszego  dobytku  -  kontynuował  swoje  objaśnienia  starszy  pan.  - 

Reszta skrzyń leży na dole, w stajni. Senior Goodwinter miał obsesję na punkcie drukowania. 

Kiedy zamykano albo modernizowano jakąś drukarnię, kupował jej przestarzałe wyposażenie. 

Nigdy  nie  zabrał  się  do  zrobienia  inwentaryzacji  tego  wszystkiego  ani  nie  pofatygował  się, 

żeby otworzyć te skrzynie. Tylko je kolekcjonował. 

-  I  tu  zaczyna  się  moja  rola  -  rozległ  się  za  nimi  dźwięczny  głos,  a  w  otwartych 

drzwiach dostrzegli sylwetkę Vince'a Boswella. - To ja mam przejrzeć zawartość tych skrzyń 

background image

i skatalogować zbiory, żeby mogło powstać Muzeum Słowa Drukowanego - objaśnił swoim 

przenikliwym  głosem.  Łatwo  można  było  sobie  go  wyobrazić  jako  prowadzącego  aukcję.  - 

Nie  dalej  jak  wczoraj  otworzyłem  skrzynię,  w  której  znajdowała  się  osiemnastowieczna 

drewniana prasa drukarska. 

-  Teraz  ty  oprowadzasz  -  zaproponował  mu  Homer.  -  Chcę  wrócić  do  domu,  zanim 

nogi do reszty odmówią mi posłuszeństwa. Czuję ból w kolanach - powiedział i pospiesznie 

się wycofał, schodząc w dół po trawiastej rampie. 

W tym samym momencie w kierunku rampy zaczęła zbliżać się maleńka niczym lalka 

figurka, ubrana w odpowiedniej wielkości błękitne dżinsy i czerwony sweterek. W jednej ręce 

trzymała  zielone  plastikowe  wiaderko,  w  drugiej  żółtą  plastikową  łopatkę.  Za  dziewczynką 

biegła zaniepokojona matka, wołając cichym głosem: 

- Dzidziu, Dzidziu! Chodź tu! 

Vince spojrzał na nie i zesztywniał. 

- Czy nie możesz zapanować nad tym dzieckiem?  - zapytał. -  Zabierz ją stąd. Tu nie 

jest bezpiecznie. 

Verona chwyciła małą w ramiona, a wiaderko i łopatka upadły na ziemię i potoczyły 

się w przeciwnych kierunkach. 

- Moje wiaderko! Moja łopatka! - wrzasnęła Dzidzia. 

Qwilleran pozbierał zabawki i wręczył je małej. 

- Podziękuj panu - zamruczała Verona. 

- Dziękuję - powiedziała odruchowo Dzidzia. 

Kiedy  mała  odchodziła  z  matką  po  ścieżce,  tęsknie  zerkała  w  kierunku  stodoły. 

Qwilleran  pomyślał,  że  jest  w  tym  dziecku  coś  niepokojąco  dorosłego.  Na  dodatek 

dziewczynka była chudziutka i nie wyglądała zdrowo. 

- Pokażę panu, co tu znalazłem - powiedział Boswell, wzruszając ramionami. - Jeśli to 

oczywiście pana interesuje. 

Wskazał na urządzenie na wymyślnie skonstruowanych nogach. 

-  Oto  waszyngtońska  maszyna  drukarska  z  dźwigniami  kolanowymi  z  roku  1827.  W 

skrzyniach znalazłem stare szuflady zecerskie, wierszowniki, prymitywną cylindryczną prasę 

i  klocki  drzeworytnicze.  Tu  możliwe  są  wszelkie  niespodzianki.  Kiedy  otwieram  kolejną 

skrzynię, nigdy nie wiem, co w niej będzie. 

Podniósł łom i zaczął odbijać wieko drewnianej skrzyni. W środku znajdował się jakiś 

zabezpieczony warstwą słomy przedmiot. 

- Wydaje mi się, że to ręczna gilotyna do papieru. 

background image

- Jestem pod wrażeniem - stwierdził Qwilleran, zmierzając w kierunku drzwi. 

-  Proszę  zaczekać!  -  rozległ  się  świdrujący  głos  Boswella.  -  Nie  zobaczył  pan  nawet 

połowy eksponatów. 

-  Muszę  wyznać  -  oświadczył  Qwilleran  -  że  nie  jestem  specjalnie  zainteresowany 

urządzeniami  mechanicznymi,  a  na  dodatek  niektóre  z  tych  machin  mają  naprawdę 

diaboliczny  wygląd  -  tu  skinął  głową  w  stronę  czegoś,  co  wyglądało  jak  skrzyżowanie 

maszyny do szycia z gilotyną. 

-  To  maszyna  drukarska  sterowana  pedałami  -  objaśnił  ekspert.  -  Tamta  to  albion,  a 

obok Columbia. Gdy porusza się dźwignią przeciwwagi, orzeł podnosi się i opada. 

Maszyna  wyglądała  niczym  żeliwne  monstrum  ozdobione  podobiznami  orła  oraz 

węży i delfinów. 

-  Tak,  to  rzeczywiście  coś  wspaniałego  -  powiedział  Qwilleran  ze  smutkiem.  - 

Niestety  więcej  o  tych  niezwykłych  eksponatach  będzie  mi  pan  musiał  opowiedzieć  innym 

razem. 

Spojrzał na zegarek i poszedł w kierunku rampy. 

- Czy zechce pan zjeść ze mną i moją żoną talerz zupy? 

- Serdecznie dziękuję za zaproszenie, ale czekam na ważny telefon. 

Boswell podniósł z wieka skrzyni krótkofalówkę. 

-  Zaraz  przyjdę  na  lunch,  Verono  -  powiedział.  -  Może  zjedlibyśmy  pomidorową  i 

parówki? 

Wspólnymi  siłami  zamknęli  wrota  stodoły  i  zaryglowali  je,  używając  do  tego  celu 

prymitywnego  haczyka.  Potem  zeszli  na  dół  po porośniętej  trawą  rampie.  Boswell  odjechał 

swoją  zardzewiałą  furgonetką,  a  Qwilleran  poszedł  spacerkiem  do  domu,  zadowolony,  że 

udało mu się wymknąć z rąk eksperta o przenikliwym głosie i uniknąć jego wyklepanych na 

pamięć podręcznikowych wykładów. Ale do czego Boswell potrzebował krótkofalówki? Czy 

nie  prościej  było  stanąć  na  rampie  i  zawołać?  Jak  delikatna  Verona  mogła  tolerować  te 

ogłuszające  wrzaski?  Irytowało  go,  że  Boswell  traktuje  żonę  i  dziecko  niczym 

bezwartościowe  przedmioty  codziennego  użytku.  Vince  bez  oporów  odesłałby  je  obie  do 

Pittsburgha  niczym  niepotrzebny  balast,  gdyby  tylko  został  wyznaczony  na  następcę  pani 

Cobb.  Sama  myśl,  że  Boswell  mógłby  zająć  miejsce  Iris,  była  dla  Qwillerana  nie  do 

zniesienia. 

Kiedy  otworzył  drzwi  prowadzące  do  zachodniego  skrzydła,  jakiś  puszysty  kłębek 

śmignął  tuż  przy  jego  stopach  i  zbiegł  po  schodach.  Qwilleran  wrzasnął  i  wykonał  skok, 

chwytając śliskie ciałko kota obiema rękami. Wylądowali na kupie liści. 

background image

- Wybij to sobie z głowy, mój mały - łajał ulubieńca, niosąc go do domu. - Gdzie się 

wybierałeś?  Chciałeś  balować  z  dzikimi  kotami?  A  może  interesujesz  się  maszynami 

drukarskimi? 

Wypowiadając  te  słowa,  rzucił  kota  na  podłogę.  Zaskoczony  Koko  wykonał  swoje 

słynne  miękkie  lądowanie,  padając  na  cztery  łapy.  Jeśli  chodzi  o  Qwillerana,  to  w  tym 

właśnie momencie zaświtała mu w głowie pewna myśl. Myśl, która sprawiła, że wąsy mu się 

zjeżyły. 

Zadał  sobie  pytanie,  co  mianowicie  znajduje  się  w  skrzyniach,  które  nie  zostały 

rozpakowane. Maszyny drukarskie? A może coś zupełnie innego? 

background image

Rozdział trzynasty 

Następnego dnia Qwilleran miał tyle zajęć, że zapomniał o prasach drukarskich. Odbył długą 

rozmowę z prezesem zarządu Fundacji Klingenschoenów. Zaraz potem zadzwonił do Kristi z 

farmy Fugtree. 

- Nic się nie wydarzyło - powiedziała Kristi zmęczonym głosem. - Policjanci nadal się 

tu kręcą. Założyli blokady na drodze w całym okręgu. Szukają Brenta, ale nie było na razie 

żadnych doniesień o kradzieży samochodów. Gdzie jest twój samochód? Założyłam okulary, 

ale nie widzę go na podwórzu. Właśnie miałam do ciebie zadzwonić. 

- Mój samochód stoi zamknięty w nowej stodole. Doceniam twoją troskę. 

-  Są  tu  pracownicy  nadzoru  weterynaryjnego.  Nie  mogę  na  to  patrzeć.  Zabrali 

Czarnulkę i Pelargonię. 

- To okropne - powiedział Qwilleran - ale musisz przez to przejść i zastanowić się nad 

następnym krokiem. 

- Wiem, powinnam myśleć konstruktywnie. Próbuję. Mój znajomy obiecał, że pomoże 

mi  przerobić  dom,  jeśli  będę  chciała  założyć  tu  restaurację  albo  pensjonat.  Ale  najpierw 

muszę  pozbyć  się  rzeczy  mojej  matki.  Może  urządzę  wielką  wyprzedaż  w  ogrodzie  albo 

zrobię  wielkie  ognisko  i  wszystko  spalę.  Doprowadzenie  domu  do  porządku  będzie  sporo 

kosztować.  Nie  wiem,  ile  zwróci  mi  ubezpieczenie.  O  Boże!  Nie  chcę  pieniędzy  z 

ubezpieczenia! Chcę się obudzić i zobaczyć łagodne oczy Gardenii i Jaskierki, które czekają, 

żebym je wydoiła. Uwielbiam kozy! 

-  Wiem,  Kristi,  ale  niezależnie  od  tego,  czy  będziesz  hodować  kozy  na  fermie,  czy 

założysz pensjonat, Fundacja Klingenschoenów pomoże ci wpisać dom do rejestru zabytków. 

Dzięki temu dostaniesz pieniądze na remont - oczywiście pod warunkiem, że się zgodzisz. 

- Oczywiście, że się zgodzę! Och, Qwill, byłoby wspaniale! Muszę powiedzieć o tym 

Mitchowi! 

- Mitchowi? Masz na myśli Mitcha Ogilviego? 

- Tak, powiedział, że cię zna. Mam do ciebie wielką prośbę. Mitch stara się o posadę 

dyrektora  muzeum.  Chciałby  tam  mieszkać.  Wstawisz  się  za  nim?  Ja  uwielbiam  kozy,  a 

background image

Mitch  -  muzea.  Nie  może  cafe  życie  pracować  w  hotelu.  Powinien  wykorzystać  swoje 

zdolności. 

- Czy to on opowiada dzieciom bajki w Halloween? 

- Tak! Dzieciaki szczękają zębami ze strachu! 

-  Chętnie  z  nim  porozmawiam.  Może  wpadłabyś  z  nim  do  zachodniego  skrzydła  na 

białe wino i pączki? 

- Kiedy? 

- Dziś wieczorem - zaproponował Qwilleran. - Koło ósmej. 

-  Przyniosę  kozi  ser  i  krakersy  -  powiedziała  Kristi  z  nieskrywanym  entuzjazmem.  - 

Nie martw się - ser nie jest zatruty. 

Kiedy skończyli rozmawiać, Qwilleran zadzwonił do Polly, do biblioteki. 

- Jadę do Pickax, mam coś do załatwienia. Masz ochotę iść ze mną na kolację? 

- Wspaniale - powiedziała Polly - pod warunkiem, że to będzie wczesna kolacja. Nie 

mogę być za późno w domu, mam nakarmić swojego ulubieńca. On je cztery posiłki dziennie. 

Qwilleran wzdrygnął się. Zdarzało mu się powiedzieć: „Muszę wrócić do domu, żeby 

nakarmić koty”, ale Polly była nieznośna ze swoim poczuciem obowiązku. 

-  Przyjdź  do  mnie,  kiedy  zamkną  bibliotekę  -  zaproponował.  -  Zadzwonię  do 

restauracji „Old Stone Mill” i poproszę, żeby przywieźli jedzenie. Co zamówić dla ciebie? 

-  Zieloną  sałatę  z  indykiem  i  tosty.  Zabiorę  trochę  indyka  do  domu  dla  mojego 

ulubieńca. On ma wilczy apetyt. 

Qwilleran skrzywił się, zapominając, że sam wielokrotnie przynosił do domu jedzenie 

dla  kotów  w  papierowych  torebkach.  Kiedyś  kieszeń  jego  starego  sztruksowego  płaszcza 

przesiąkła zapachem tłuszczu z indyka. Dziennikarz nazywał Yum Yum swoją „ulubienicą”, 

ale tylko wtedy, gdy byli sami. 

Popołudnie spędził, pisząc tekst o wystawie w muzeum do swojej rubryki. Nie napisał 

nic o prześcieradle, które zaginęło. Zaznaczył natomiast, że organizatorzy wystawy powinni 

byli zamieścić listę z nazwiskami górników, którzy zginęli w kopalni. 

Później podrzucił tekst do redakcji gazety i kupił jabłecznik oraz pączki  na wieczór. 

Po  powrocie  do  Pickax  zadzwonił  do  restauracji  „Old  Stone  Mill”  i  zamówił  jedzenie  na 

kolację. Szef kuchni przygotowywał czasem posiłek dla kotów syjamskich, a jego pomocnik 

Derek  Cuttlebrink  od  czasu  do  czasu  przywoził  Qwilleranowi  sushi,  krewetki,  móżdżki 

jagnięce i inne smakołyki. 

Polly  przyszła  na  piechotę.  Zostawiła  samochód  na  parkingu  przed  biblioteką  i 

przeszła  przez  posiadłość  Klingenschoenów,  mijając  powozownię,  którą  przerobiono  na 

background image

pokaźny budynek z garażem dla czterech samochodów. Polly wyjęła klucz i otworzyła drzwi, 

którymi kiedyś wchodziła służba, a potem wspięła się po stromych schodach prowadzących 

do  mieszkania  Qwillerana.  Nastąpiło  czułe  powitanie  -  scena  w  sam  raz  dla  członków 

miejscowej poczty pantoflowej. Dziennikarz spytał Polly o jej nowego lokatora. 

-  Kotek  z  każdym  dniem  staje  się  słodszy!  -  zawołała  Polly.  -  Uwielbiam  na  niego 

patrzeć.  Śpi  na  mojej  poduszce  z  pyszczkiem  w  moich  włosach  i  głośno  mruczy.  Wyobraź 

sobie, że przybyło mu półtora kilo! 

Qwilleran wzdrygnął się i sięgnął po karafkę. 

- Mogę ci nalać? 

Polly wypiła łyk sherry i zaczęła wypytywać Qwillerana o zatrute kozy. 

- Są jakieś wieści? 

- Oficjalnie - nie. Ale w muzeum dzieje się coś dziwnego. Nie wiem, czy zauważyłaś, 

ale  wczoraj  podczas  ceremonii  żałobnej  znikło  z  wystawy  prześcieradło  wielebnego 

Crawbanksa. Książka kucharska Iris Cobb również przepadła. 

-  Naprawdę?  To  bardzo  dziwne!  Książka  mogła  się  gdzieś  zawieruszyć,  ale  co  się 

stało  z  tym  prześcieradłem?  Dawniej  na  wsi  podczas  Halloween  młodzi  ludzie  chodzili 

owinięci  prześcieradłami  i  wszystkich  straszyli.  Jednak  po  incydencie  z  fasolką  z  puszki 

władze okręgu zabroniły świętować w ten sposób Halloween. 

- Co to za incydent? 

-  To  się  wydarzyło  w  pobliżu  Mooseville.  Pewna  kobieta  posłała  swojego 

nastoletniego syna po zakupy. Chłopak wracali do domu po zmroku mało uczęszczaną drogą. 

Kiedy  doszedł  do  mostu  na  rzece  Ittibittiwassee,  z  ciemności  wynurzyła  się  postać  w  bieli. 

Zjawa jęczała i krzyczała. Nieustraszony młodzieniec szedł dalej. Wyciągnął z siatki puszkę z 

fasolką, podszedł do ducha i z całej siły uderzył  go w czoło. Okazało się, że była to młoda 

dziewczyna. Wylądowała w szpitalu ze wstrząsem mózgu. 

- A chłopak został pewnie mistrzem w bejsbolu - powiedział Qwilleran. 

Rozległ się dzwonek do drzwi. Polly poszła do łazienki poprawić fryzurę, a Qwilleran 

otworzył drzwi. W progu stał wysoki, chudy chłopak. Przyniósł sałatkę dla Polly, jagnięcinę 

dla Qwillerana i dwa kawałki ciasta z dyni. Przekazał dziennikarzowi pozdrowienia od szefa 

kuchni. 

- Gdzie koty? - spytał chłopak. 

- Na wakacjach - powiedział dziennikarz i dał mu napiwek. - Dzięki, Derek. 

- Zazdroszczę im. Ja nigdzie nie wyjeżdżam. 

- Myślałem, że jedziesz do college'u na jesieni. 

background image

Derek wzruszył ramionami. 

- Widzi pan, dostałem niezłą rolę w następnej sztuce w teatrze i poznałem bombową 

dziewczynę z Lockmaster, więc postanowiłem popracować jeszcze rok. 

-  Dzięki  jeszcze  raz,  Derek  -  powiedział  Qwilleran,  prowadząc  chłopaka  do  drzwi.  - 

Na  pewno  wybiorę  się  w  listopadzie  na  sztukę,  w  której  grasz.  Nie  mów  mi  o  swojej  roli, 

żeby  niczego  nie  zapeszyć.  Koty  syjamskie  kazały  cię  pozdrowić.  Uszanowania  dla  szefa 

kuchni. Ostrożnie z tą dziewczyną z Lockmaster. Nie przewróć się na schodach!  - W końcu 

udało mu się wyprowadzić z mieszkania towarzyskiego Dereka Cuttlebrinka. 

Polly wyszła z łazienki. Wyglądała tak samo jak przedtem. 

- To miły chłopak, ale musi odnaleźć siebie - powiedziała. 

- Na razie szukał w niewłaściwym miejscu - mruknął Qwilleran. 

Usiedli  przy  stole  z  trawertynu.  Polly  spytała  dziennikarza,  czy  podobało  mu  się 

nagranie Otella

-  To  niesamowita  opera!  Nawet  kotom  się  podobało!  Słuchaliśmy  tego  kilka  razy.  - 

„Nie do samego końca” - pomyślał Qwilleran, ale postanowił pominąć ten szczegół. 

- Jak ci się podobał Jago i jego Credo

- Robi wrażenie! 

- Fragment Dio mi poveti jest cudowny, prawda? 

-  Tak,  istotnie!  Co  sądzisz  o  wystawie  poświęconej  katastrofom?  -  spytał  Qwilleran, 

zmieniając temat. 

- Dziewczyny dokonały cudu! Taki temat to wielkie wyzwanie. 

- Moim zdaniem powinny były zamieścić listę z nazwiskami trzydziestu dwóch ofiar. 

Napisałem o tym w najnowszym felietonie. 

- Nikt nie wie, kim były ofiary - poinformowała go Polly. - Nie istnieje oficjalna lista 

nazwisk.  Mamy  stare  numery  „Picayune”  na  mikrofilmie,  ale  brakuje  numerów  od 

trzynastego do osiemnastego maja. Nikt nie potrafi tego wyjaśnić. 

- Skąd macie ten mikrofilm? 

-  Junior  Goodwinter  oddał  nam  wszystkie  materiały,  kiedy  gazeta  „Picayune” 

przestała wychodzić. Sprawdziliśmy też akta sądowe, ale akty zgonu do 1905 roku spłonęły w 

pożarze budynku sądowego. 

-  Ciekawe,  kto  rzucił  zapałkę  -  zamyślił  się  Qwilleran.  -  Wątpię,  czy  te  dokumenty 

zostały  zniszczone  przypadkowo.  Ale  komu  mogłoby  na  tym  zależeć?  Rodzinie 

Goodwinterów? A może ma to związek z szajką? W gangu były prawdopodobnie trzydzieści 

background image

dwie osoby, każdy z nich chciał pomścić jednego z górników. Byli owinięci prześcieradłami, 

żeby nikt nie rozpoznał osoby, która powiesiła ofiarę. 

-  Interesujące  przypuszczenie  -  powiedziała  Polly  -  pod  warunkiem,  że  historia  o 

linczu jest prawdziwa. 

-  Dlaczego  Ephraim  miałby  popełnić  samobójstwo  w  miejscu  publicznym?  Miał 

wielką stodołę. Mógł to zrobić tam. Poza tym kogo dziś obchodzi los tego starego łotra? 

- Ephraim Goodwinter to jedyny łotr, który mieszkał w Moose County  -  powiedziała 

Polly. - Ludzie lubią, kiedy pojawia się czarny charakter. 

Polly nie miała ochoty na ciasto z dyni i Qwilleran zjadł z przyjemnością jej kawałek. 

Potem spytał: 

- Co wiesz na temat Vince'a i Verony? 

- Wiem niewiele - odparła Polly. - Pojawili się nagle miesiąc temu i podpisali umowę 

z muzeum. Dyrekcja była zachwycona ich propozycją. Vince podjął się opracowania katalogu 

pras drukarskich. Pozwolono mu w zamian mieszkać za darmo w domu w pobliżu muzeum. Z 

tymi prasami był zawsze problem, więc pojawienie się Vince'a było błogosławieństwem. 

- To dziwne, że żądał w zamian tak mało, nie sądzisz? 

-  Nie.  On  pisze  książkę  o  historii  druku  i  ma  możliwość  obejrzeć  prasy,  których 

używano sto i dwieście lat temu. 

- Ciekawe, skąd wiedział o ich istnieniu. 

- Vince jest specjalistą w tej dziedzinie. 

-  Tak  się  składa,  że  podczas  wielu  lat  pracy  przeprowadziłem  tysiące  wywiadów  z 

różnymi osobami. Dzielę ludzi na dwie kategorie. W pierwszej są ci, którzy naprawdę wiedzą, 

o  czym  mówią.  Do  drugiej  należą  ci,  którzy  nauczyli  się  na  pamięć  tekstu  z  podręcznika. 

Myślę, że Boswell należy do drugiej kategorii. 

-  On  się  wciąż  uczy  -  powiedziała  Polly  z  uporem.  -  Korzysta  z  różnych  książek. 

Dzięki  Seniorowi  Goodwinterowi  w  bibliotece  znajduje  się  obszerna  kolekcja  książek  o 

prasach drukarskich na północy kraju. 

Qwilleran przygryzł wąsy. 

- Kawy? - spytał. 

- Vince był licytatorem na Nizinach. 

- Jego głos może obudzić zmarłego. Jedna rzecz wydaje mi się podejrzana. Za każdym 

razem,  kiedy  wracam  z  miasta  do  muzeum,  Vince  wyjeżdża  swoją  furgonetką  ze  stodoły. 

Odkryłem, że Boswell porozumiewa się z żoną za pomocą krótkofalówki. Zawiadomił ją dziś 

w ten sposób,  o której  będzie w domu  na lunch. Podejrzewam,  że kiedy Verona widzi  mój 

background image

samochód na Black Creek Lane, natychmiast informuje o tym męża. Któregoś dnia zrobię mu 

kawał. Opuszczę teren gospodarstwa, zaparkuję gdzieś w pobliżu i wrócę na piechotę. 

- Och, Qwill, lubisz bawić się w detektywa! - roześmiała się Polly. - Powinieneś mieć 

kapelusz i szkło powiększające. 

-  Śmiejesz  się  -  westchnął  Qwilleran  -  ale  powiem  ci  coś:  Koko  całymi  godzinami 

przesiaduje na parapecie okiennym, obserwując stodołę. 

- Wypatruje pewnie myszy. 

-  Jestem  pewien,  że  Koko  zwęszył  podstęp.  -  Qwilleran  przygładził  znacząco  swoje 

wąsy.  -  Podejrzewam,  że  Boswell  coś  knuje,  ale  jeszcze  nie  potrafię  tego  udowodnić. 

Boswella  nie  interesują  prasy  drukarskie.  Znalazł  w  stodole  towar,  który  ładuje  na  swoją 

furgonetkę i wywozi. 

- Co to za towar? - spytała Polly, zaintrygowana. 

-  Na  razie  nie  mam  dowodów  -  powiedział  dziennikarz.  -  Nie  mogę  jeszcze  nic 

powiedzieć.  Ale  wystarczy,  żebym  poszedł  do  stodoły  z  łomem  i  spędził  tam  godzinę,  a 

wszystko by się wyjaśniło. Boswell jest pierwszą osobą, która dotknęła skrzynek w stodole od 

czasu śmierci Seniora Goodwintera. Skąd o nich wiedział? Może od któregoś z mieszkańców? 

Polly zerknęła na zegarek i powiedziała z uśmiechem: 

-  To  bardzo  ciekawa  teoria.  Prawdę  mówiąc,  mam  zamęt  w  głowie.  Musisz  mi 

powiedzieć  coś  więcej  na  ten  temat  przy  następnym  spotkaniu.  Obawiam  się,  że muszę  już 

iść. Bootsie był cały dzień sam. Na pewno ma ochotę na kolacyjkę. 

Qwilleran przygryzł wąsy. 

- Kiedy jedziesz do Lockmaster? 

-  Jutro  wczesnym  rankiem.  Po  drodze  podrzucę  ci  kotka.  Zostawię  ci  zapas  jedzenia 

dla  Bootsiego,  jego  pojemnik  z  piaskiem  i  szczotkę.  Byłoby  miło,  gdybyś  go  od  czasu  do 

czasu  czesał  i  dawał  mu  czułe  buziaki.  Bootsie  jest  pieszczoszkiem.  To  takie  wzruszające 

patrzeć, jak ten kociak grzebie w śmieciach, a potem oblizuje swój brudny pyszczek. 

Polly poszła do swojego samochodu, stojącego na parkingu. Odwróciła się parę razy, 

sprawdzając, czy nikt jej nie obserwuje. Qwilleran odczekał parę minut, a potem wsadził swój 

rower do bagażnika samochodu i ruszył w kierunku North Middle Hummock. 

Koty syjamskie siedziały w kuchni, wpatrując się w drzwi od zamrażalnika. 

- Wiecie, kto przyjdzie jutro na obiad? - powiedział dziennikarz. - Wielka Stopa! 

background image

Rozdział czternasty 

Około  ósmej  wieczorem  w  poniedziałek  Qwilleran  przygotowywał  się  na  przyjście  gości. 

Schłodził  jabłecznik,  znalazł  papierowe  serwetki,  położył  na  półmisku  tyle  pączków,  że 

starczyłoby  dla  dziesięciu  osób,  i  włożył  szczapki  drewna  do  obu  kominków.  Nagle  Koko 

wpadł do kuchni i wskoczył na parapet okna wychodzącego na stodołę. Dziennikarz widział 

jedynie  czarny,  lśniący  kwadrat  szyby,  ale  Koko  dostrzegł  w  ciemności  coś,  co  go 

zaciekawiło. 

Qwilleran przetarł oczy i zbliżył twarz do szyby. W mroku majaczyły dwa światełka. 

Dziennikarz przypomniał sobie opowieść Homera o górnikach, którzy mieli na głowach kaski 

z  lampkami.  Ale  te  światełka  były  inne.  Poruszały  się  i  migały.  Po  pewnym  czasie  z 

ciemności  wynurzyły  się  dwie  postacie.  Qwilleran  rozpoznał  twarze  Kristi  i  Mitcha,  którzy 

przyszli od strony farmy Fugtree, minęli aleję wysadzaną wierzbami i zbliżali się do muzeum 

od tyłu. 

Qwilleran poszedł im otworzyć. Towarzyszył mu Koko. 

- Jest taki piękny wieczór, że postanowiliśmy iść piechotą - powiedziała Kristi. - Nie 

poszliśmy skrótem wzdłuż strumienia, jest tam trochę strasznie po zmroku. Mitch powinien 

opowiedzieć tam dzieciakom bajki w Halloween. - Kristi uścisnęła Qwillerana i wręczyła mu 

ser kozi w plastikowej torebce. - Jestem taka podniecona! Myślę w kółko o propozycji, którą 

mi przedstawiłeś. 

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce. 

-  Masz  szkockie  nazwisko  -  powiedział  Qwilleran.  -  Moja  matka  miała  na  nazwisko 

Mackintosh. 

-  Historia  klanu  Ogilvie  sięga  dwunastego  wieku  -  oznajmił  z  dumą  Mitch.  -  Moja 

rodzina przybyła tu ze Szkocji w 1861 roku. 

 

- Wiem, że twój dziadek był mistrzem ortografii! 

- Rozmawiałeś z Homerem! On ma niesamowitą pamięć! 

background image

-  Jak  tylko  uporządkuję  rzeczy  mojej  matki  i  znajdę  szydełko,  zrobię  ci  szalik  w 

szkocką  kratę  -  powiedziała  Kristi  do  Qwillerana.  -  Och,  jaki  śliczny  kociak!  Czy  on  lubi 

ludzi? 

- Tylko tych, którzy przynoszą w prezencie kozi ser. Gdzie chcecie usiąść? W salonie 

czy przy dużym stole w kuchni? Kominek jest w obu pomieszczeniach. 

Wybrali kuchnię. Kiedy Qwilleran nalewał jabłecznik do kieliszków, Mitch rozpalił w 

kominku, a Kristi zapaliła różowe świeczki, które pani Cobb trzymała na stole. 

-  Tu  jest  tak  przytulnie  -  powiedziała  Kristi.  -  Iris  zapraszała  nas  na  lemoniadę  i 

ciasteczka. Chciałbyś tu mieszkać, Mitch? 

-  Jasne!  Mieszkam  nad  apteką  w  Pickax  -  wyjaśnił  Mitch,  patrząc  na  Qwillerana.  - 

Zastanawiam się, czy jest wielu kandydatów na stanowisko dyrektora muzeum. 

- Jakie masz kwalifikacje, Mitch? 

-  Należę  do  Towarzystwa  Historycznego,  odkąd  skończyłem  podstawówkę. 

Przeczytałem  mnóstwo  książek  o  antykach.  Jestem  w  komitecie  Homera  i  zajmuję  się 

dziećmi, które pracują na podwórku. Mógłbym organizować różne imprezy kulturalne. 

-  Mitch  potrafi  się  ze  wszystkimi  dogadać  -  wtrąciła  Kristi.  -  Nawet  z  Amandą 

Goodwinter i Adamem Dingleberrym. 

- Adam powoli się wycofuje - powiedział Mitch. - Przeniósł się do domu starców, ale 

umysł ma wciąż bystry. 

- I podszczypuje dziewczyny - dodała Kristi. 

-  Powinien  pan  zrobić  z  nim  wywiad,  zanim  będzie  za  późno  -  powiedział  Mitch  do 

Qwillerana. 

- Mów mi Qwill. Czy Adam zna jakieś historie o duchach? 

-  Wszyscy  tutaj  mieli  kontakt  z  siłami  nadprzyrodzonymi.  -  Mitch  spojrzał  znacząco 

na Kristi, ale ona udała, że tego nie widzi. 

-  Ja  niestety  nie  mogę  się  tym  pochwalić  -  powiedział  Qwilleran.  -  Jakie  historie 

opowiadasz dzieciom w Halloween? Klasyczne bajki czy coś, co sam wymyśliłeś? 

-  Opowiadam  im  prawdziwe  historie  związane  z  wydarzeniami  w  Moose  County  i 

historią Szkocji. Oczywiście dodaję mrożące krew w żyłach szczegóły. 

- Widziałeś kiedyś trzydziestu dwóch górników? 

Mitch skinął głową. 

-  To  było  trzy  lata  temu.  Wracałem  z  przyjęcia  w  Mooseville.  Zboczyłem  z  głównej 

drogi i znalazłem się w pobliżu wzgórza Goodwinterów. I wtedy ich zobaczyłem. 

- Jak wyglądali? 

background image

-  To  były  cienie  majaczące  przy  drodze.  Domyśliłem  się,  że  to  górnicy  -  mieli  na 

głowie kaski z lampkami. 

- Policzyłeś, ilu ich było? 

- Pomyślałem o tym dopiero, kiedy część górników znikła. Jest jeszcze jedna zabawna 

rzecz: to miało miejsce trzynastego maja, w rocznicę eksplozji. 

- Wracałeś do domu z przyjęcia? 

- Tak, ale to nie miało z tym nic wspólnego, przysięgam. 

-  Cóż,  niech  ci  będzie.  Byłem  zawsze  sceptyczny  wobec  takich  historii.  Wydaje  mi 

się,  że  musi  istnieć  logiczne  wytłumaczenie.  Ale  ostatnio  zacząłem  być  sceptyczny  wobec 

własnego sceptycyzmu. Powiem wam, co się dzieje w muzeum. 

Dziennikarz  opowiedział  im  o  telefonie  Iris  w  środku  nocy.  Iris  była  wtedy 

przerażona,  słyszała  stukanie  w  piwnicy  i  jęki.  Powiedziała  Qwilleranowi,  że  „coś 

zobaczyła”. 

- Słyszałem, że Senior Goodwinter widział przed śmiercią Ephraima, który przeszedł 

przez ścianę. Szukam jakiegoś wytłumaczenia. 

-  Na  temat  Ephraima  krążyły  różne  plotki  -  powiedziała  Kristi.  -  Mówią,  że  ukrył 

kiedyś złote monety i wraca po nie jako duch. 

- Uparty staruch! - skwitował Mitch. - Nigdy nie da za wygraną. 

-  Jeden  z  moich  kotów  zachowuje  się  dziwnie,  odkąd  się  tu  wprowadziliśmy  - 

powiedział  Qwilleran.  -  Mruczy,  jakby  coś  do  siebie  mówił,  i  cały  czas  wygląda  przez 

kuchenne okno. Iris stała przy tym oknie, kiedy coś ją przestraszyło. 

- Wszystkie koty zachowują się dziwnie - powiedziała Kristi. 

- Ale Koko nie jest zwyczajnym kotem - zaprotestował dziennikarz. - Nie robi niczego 

bez powodu. 

Na dźwięk swojego imienia Koko wszedł do kuchni - elegancki i próżny jak zwykle. 

- Boże, jaki on jest piękny! - powiedział Mitch. 

- Musi być bardzo inteligentny - dodała Kristi. 

-  Koko  jest  nie  tylko  inteligentny,  ma  także  niesamowitą  intuicję.  Nie  wiem,  czy 

posiada szósty zmysł,  ale potrafi wyczuć, kiedy dzieje się coś dziwnego. Jeśli w tym domu 

jest duch Ephraima, Koko go znajdzie! 

Wszyscy  troje  patrzyli  na  niezwykłego  kota.  Niestety  w  owej  chwili  Koko  zaczął 

obwąchiwać swój ogon. 

-  Chcecie  zobaczyć  piwnicę?  -  spytał  szybko  Qwilleran.  -  To  właśnie  tam  Iris 

usłyszała po raz pierwszy tajemnicze hałasy. Byliście tam kiedyś? 

background image

- Nie, chętnie zobaczę piwnicę - powiedział Mitch. 

- Koko pójdzie z nami. On słyszy, jak robaki pełzają w ziemi. Jeśli coś tam jest, Koko 

na pewno to wyczuje. Założę mu smycz. 

Qwilleran założył kotu niebieską smycz i cała czwórka udała się do piwnicy. Koko był 

bardzo podekscytowany. 

Weszli  do  pomieszczenia  oświetlonego  nagimi  żarówkami.  Znajdowały  się  tam 

połamane  meble,  zakurzone  narzędzia  i  książki  oraz  kawałki  naczyń.  Wszędzie  pełno  było 

pajęczyn. 

- Mojej matce by się tu spodobało - powiedziała Kristi. 

-  Homer  nazywał  to  miejsce  gniazdem  srok  -  powiedział  Qwilleran.  -  Iris  szukała 

zepsutego termoforu. Zeszła do piwnicy i wtedy po raz pierwszy usłyszała stukanie w ścianę. 

To tłuczek, którym zastukała w odpowiedzi. - Dziennikarz wziął do ręki drewniany tłuczek do 

ziemniaków  i  wystukał  nim  sygnał  SOS,  używając  alfabetu  Morse'a.  Była  to  jedyna  rzecz, 

jaką pamiętał z harcerstwa. Nie było odpowiedzi, za to pęknięcie w ścianie powiększyło się. 

Tymczasem Koko bawił się pajęczynami, zamiast badać teren. 

- Koty nigdy nie chcą współpracować - wyjaśnił Qwilleran. - Nie zwracajmy na niego 

uwagi. To powinno poskutkować. Usiądźmy. 

Kristi znalazła fotel bujany, na którym nie można było się bujać, Mitch usiadł na starej 

beczce, a  Qwilleran usadowił  się na krześle kuchennym  bez oparcia. Dziennikarz zerkał  od 

czasu do czasu na kota, który zaczął ostrożnie chodzić po piwnicy. 

- Słyszę jakiś hałas - powiedziała Kristi. 

- To grzmot - wyjaśnił Mitch. - Ale jest daleko. Nie będzie dziś padać. 

Koko obwąchał wózek dziecięcy bez kółek. 

- Widocznie jakiś dzieciak chciał z tego zrobić sanki. 

Kiedy Koko obwąchał tłuczek do ziemniaków, Qwilleran powiedział: 

- Coraz cieplej! On wie, że Iris trzymała tłuczek w ręku. Obserwujcie go uważnie! 

Koko  wskoczył  na  pojemnik  z  węglem,  przeszedł  pod  krzesłem  z  trzema  nogami  i 

zaczął się wspinać na wielki regał stojący przy gipsowej ścianie. Na półkach leżały lusterka i 

różne ozdoby. 

-  Moja  matka  miała  dwa  takie  regały  -  powiedziała  Kristi.  -  Posłuchajcie!  Znowu 

grzmi - tym razem gdzieś w pobliżu. 

Koko stanął na tylnych łapach, tak jakby chciał się dostać do gipsowej ściany. 

- On coś wyczuł - szepnął Qwilleran. 

- Wydaje mi się, że zobaczył pająka - powiedział Mitch. 

background image

- Nienawidzę pająków - skrzywiła się Kristi. 

Koko wysunął jedną łapę, strącił pająka ze ściany i rozgniótł go z satysfakcją. 

- Fu! - powiedziała Kristi. 

- Chodźmy stąd. - Qwilleran wziął kota na ręce. - On nie jest w odpowiednim nastroju. 

- Powinniśmy chyba już iść - powiedział Mitch, kiedy wyszli z piwnicy i spojrzeli na 

niebo, rozświetlone błyskawicą. 

- Odwiozę was - zaproponował Qwilleran. - Może napijecie się jeszcze jabłecznika? 

Cała czwórka udała się do kuchni. 

-  Wyśmienity  jabłecznik  -  powiedział  Mitch.  -  Kupiłeś  go  u  Trevelyana?  Podobno 

używają zepsutych jabłek z robakami. Mój dziadek upierał się, że jabłecznik należy robić z 

pięknych jabłek. Ale jego jabłecznik był bez smaku. 

Mężczyźni rozmawiali o grabieniu liści, biznesie hotelowym i historii Szkocji. Kristi 

była dziwnie cicha i zamyślona. W końcu szepnęła: 

- Dziś pojawi się Emmaline. 

Mężczyźni spojrzeli na siebie, a potem na Kristi. 

- Chciałbyś zobaczyć Emmaline, Qwill? Mitch widział ją dwa razy. 

- Chciałbym - odparł Qwilleran. 

Zaczęło  padać.  Chwycili  kurtki,  wsiedli  do  samochodu  i  ruszyli  w  kierunku  nowej 

stodoły.  Kiedy  wjechali  na  Black  Creek  Lane,  po  przedniej  szybie  spływały  strumienie 

deszczu. Zatrzymali się na podwórku farmy Fugtree. Wiktoriański dom ukazał się przed nimi 

w  świetle  błyskawic  przeszywających  granatowe  niebo.  Nikt  nie  odezwał  się  słowem. 

Pobiegli do bocznego wejścia i mokrzy weszli do kuchni. Nadal nikt się nie odzywał. Kristi 

powiesiła mokre kurtki na oparciach krzeseł kuchennych. Nie zapaliła światła. Wyjęła latarkę, 

włączyła  ją  i  zaprowadziła  mężczyzn  do  korytarza.  Usiedli  w  ciemności  na  wielkich 

schodach,  wdychając  zapach  wilgoci  i  słuchając  grzmotów.  Deszcz  smagał  szyby  wąskich 

okien, co pewien czas widać było błyskawicę. Czekali. 

- Nadchodzi! - szepnęła Kristi. Bali się odetchnąć. 

Kristi  wzdrygnęła  się.  Qwilleran  poczuł  ciarki  na  plecach.  Minęła  kolejna  minuta. 

Nagle Kristi rozpłakała się. 

- Była piękna, prawda? 

Tak, piękna - szepnął Mitch. 

- To niesamowite! - powiedział dziennikarz ledwo dosłyszalnie. 

Siedzieli  dłuższą  chwilę  w  ciszy,  zajęci  swoimi  myślami.  Deszcz  ustał,  grzmoty 

ucichły. 

background image

- Nie wiem, co powiedzieć... - odezwał się w końcu Qwilleran. - Dziękuję... Dobranoc. 

Ścisnął rękę Kristi, dotknął ramienia Mitcha i znalazł po omacku drzwi. 

- Mój Boże! - powiedział, siadając za kierownicą i przekręcając kluczyk w stacyjce. 

Po  powrocie  do  domu  usiadł  w  fotelu  i  pogrążył  się  w  rozmyślaniach.  Nie  usłyszał 

odgłosu  samochodu  parkującego  na  podwórzu.  Dopiero  stuk  kołatki  wyrwał  go  z  zadumy. 

Qwilleran podskoczył i poszedł otworzyć drzwi. 

- Mitch! Zapomniałeś czegoś? 

- Chciałem z tobą porozmawiać - bez Kristi. 

- Wejdź do kuchni i zdejmij mokrą kurtkę. Masz ochotę na filiżankę kawy? 

- Dobry pomysł. 

- Jeśli możesz, dorzuć drewna do kominka, a ja zajmę się kawą. 

- Przepraszam, że męczę cię o tak późnej porze. 

- Nie ma sprawy. A teraz powiedz, o co chodzi. 

Mitch spojrzał badawczo na Qwillerana. 

- Powiedz mi szczerze, Qwill, widziałeś Emmaline?t 

- A ty? - spytał dziennikarz, przyglądając się Mitchowi. 

- Nigdy jej nie widziałem - wyznał młody człowiek. 

-  Prawdę  mówiąc...  -  zaczął  Qwilleran  -  ja  też  jej  nie  zobaczyłem,  ale  poczułem 

dreszcz. Wydawało mi się, że tam coś jest. Ale być może przejąłem się tym, co mówiła Kristi. 

Uważam, że było to ciekawe doświadczenie. 

Przez chwilę pili kawę w milczeniu. 

- Poczęstuj się pączkiem - zaproponował w końcu Qwilleran, popychając półmisek w 

stronę Mitcha. 

- Dziękuję. To bardzo dobre pączki. 

- Kristi jest interesującą młodą kobietą - powiedział dziennikarz. 

- Martwię się o nią ze względu na Brenta. 

- Czy on jest niebezpieczny? 

- Gorzej - jest głupi! Odbiło mu, kiedy zamieszkał na Nizinach i zaczął brać narkotyki. 

Zszedł na złą drogę. Kiedyś był przystojnym facetem, przynajmniej Kristi tak uważa. 

-  Jeśli  tak  się  sprawy  mają,  policja  pewnie  wkrótce  go  znajdzie  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Uciekinier  musi  posiadać  jeszcze  jedną  cechę  oprócz  zwierzęcego  instynktu: 

inteligencję. 

- Masz rację! - Mitch popchnął półmisek w stronę Qwillerana. - Pączka? 

- Chętnie. Są całkiem niezłe. 

background image

- Powiedz mi szczerze, Qwill, myślisz, że mam szansę na tę posadę w muzeum? 

- Jestem po twojej stronie, Mitch, ale decyzję podejmie rada muzeum. 

- Wielu ludzi obiecało mi wsparcie, ale Larry i Susan nie wydają się zbyt chętni. 

- Zrobię wszystko, żeby ci pomóc. 

- Jestem ci bardzo wdzięczny. 

Mitch wbił wzrok w swój kubek z kawą. Miał napięty wyraz twarzy. 

- Jeszcze pączka, Mitch? 

Półmisek przejechał na drugi koniec stołu. 

- Dzięki. 

Qwilleran przyjrzał się uważnie swojemu gościowi. 

- Coś jeszcze cię trapi? 

- Kiedy powiedziałeś nam, że Iris słyszała dziwne hałasy, przypomniała mi się pewna 

historia.  Opowiedział  mi  ją  jeden  z  mieszkańców  -  pewien  staruszek.  Znał  tę  historię  od 

starego  kowala,  który  podkuwał  konie  rodziny  Goodwinterów...  Słyszałeś  o  wielkim 

pogrzebie Ephraima? 

- Oczywiście! Przyjechało trzydzieści siedem karet i pięćdziesiąt dwa powozy, a może 

było odwrotnie? 

- Kowal powiedział staruszkowi, że Ephraima nie było w trumnie! 

- Dlaczego? Mówił dlaczego? 

-  Krewni starego nędznika bali się, że wrogowie wykopią jego ciało.  Ephraim został 

pochowany w tajemnicy - tu, na farmie. 

- Gdzie? Wiesz, w którym miejscu? 

- Pod domem! 

- Rozumiem. Wierzysz, że to prawda, Mitch? 

- Opowiadam ci tylko, co słyszałem, Qwill. Pomyślałem, że ta informacja może ci się 

przydać. Mówiłeś, że Iris słyszała podejrzane hałasy, a twój kot dziwnie się zachowuje. 

-  Hm...  -  mruknął  Qwilleran,  przygładzając  wąsy.  -  Masz  ochotę  na  jeszcze  jedną 

filiżankę kawy? 

- Dziękuję, ale muszę już iść. W tym tygodniu jestem na rannej zmianie. 

Qwilleran  i  Koko  odprowadzili  gościa  do  drzwi  i  patrzyli,  jak  niebieska  furgonetka 

wyjeżdża  z  podwórka.  Przestało  padać,  ale  wiatr  strząsał  z  gałęzi  wilgotne  krople.  Była 

ciemna noc. Koko spojrzał na podwórko i zaczął węszyć. Qwilleran wyczuł, że kot ma ochotę 

dać susa i zniknąć w ciemności. Na wszelki wypadek wziął go na ręce. 

background image

Rozdział piętnasty 

O  północy  Qwilleran  położył  się  w  łożu  generała  Granta  z  książką,  którą  Koko  strącił 

dwukrotnie  z  półki.  Było  to  wydanie  Lotu  nad  kukułczym  gniazdem  w  miękkiej  okładce. 

Dziennikarz  przeczytał  książkę  kilka  lat  wcześniej  i  widział  film,  ale  postanowił  oddać  się 

lekturze raz jeszcze. Próbował się skupić, jednak śledził wzrokiem zdania, nie rozumiejąc ich. 

Myślał wciąż o Kristi, Mitchu i Emmaline. Zaintrygowała go opowieść o trumnie Ephraima, 

którą  zakopano  pod  domem.  Mitch  najwyraźniej  uwierzył  w  tę  historię.  Ale  być  może 

staruszek częściowo ją zmyślił. Kowal mógł również dodać kilka zmyślonych szczegółów. W 

każdym razie Qwilleran uznał tę opowieść za godną uwagi. 

Koty  syjamskie  zwinęły  się  w  kłębek  w  nogach  jego  łóżka.  W  Pickax  miały  swój 

własny pokój z różnymi wygodami, ale w muzeum chciały spać w łóżku Qwillerana. Był to 

kolejny  argument  przemawiający  za  istnieniem  sił  nadprzyrodzonych  w  muzeum.  W  ciszy 

rozlegało się od czasu do czasu mruczenie kotów, które poruszały łapkami przez sen. Jednak 

kiedy Qwilleran zgasił lampę i ułożył się do snu, koty obudziły się gwałtownie. Koko zaczął 

głośno mruczeć. Dziennikarz zapalił lampę i spojrzał na koty. Koko i Yum Yum nasłuchiwały 

z podniesionymi uszami. Wysunęły głowy i wpatrywały się w hall. Nagle, jak na zawołanie, 

zeskoczyły z łóżka i udały się do kuchni. Widocznie usłyszały jakiś hałas. 

Qwilleran  też  coś  usłyszał,  ale  był  pewien,  że  to  szum  agregatu  lodówki  albo 

elektrycznej pompy, która włączała się czasem w środku nocy. Po chwili jednak wsunął stopy 

do mokasynów ze skóry łosia i poczłapał do kuchni. Usłyszał ciche mlaskanie - Yum Yum 

piła  wodę.  Koko  siedział  na  parapecie  okiennym  i  wydawał  takie  dźwięki,  jakby  zobaczył 

wiewiórkę. Nigdy się tak nie zachowywał w środku nocy. 

Qwilleran wyjrzał przez okno, ale nic nie zobaczył. Postanowił pójść do muzeum. Nie 

zapalił  światła.  Zabrał  ze  sobą  latarkę  i  udał  się  do  sali,  gdzie  urządzono  wystawę  oraz  do 

biura. „To byłby niezły kawał, gdyby Ephraim postanowił ukazać się takiemu sceptykowi jak 

ja  -  myślał  -  Miałbym  nareszcie  ciekawy  temat  na  felieton!”  Usiadł  w  biurze  i  czekał  w 

napięciu,  co  się  stanie.  W  pewnej  chwili  wydało  mu  się,  że  coś  rusza  się  w  ciemności,  ale 

było  to  tylko  złudzenie  wzrokowe.  Gdyby  Qwilleran  był  mniej  sceptyczny,  miałby  pewnie 

background image

więcej  cierpliwości.  W  każdym  razie  postanowił,  że  będzie  czekać  na  ducha  nie  dłużej  niż 

pięć minut. 

Kiedy wrócił do mieszkania, zamknął drzwi między kuchnią a muzeum i położył się 

do  łóżka.  Włączył  radio  i  słuchał  muzycznej  stacji  PKX  FM.  Yum  Yum  położyła  się  w 

nogach  łóżka,  ale  jej  przyjaciel  nie  wrócił.  Qwilleran  sięgnął  po  książkę.  Próbował  czytać, 

lecz nie mógł się skupić. Niepokoił się coraz bardziej o Koko. W końcu poczłapał do kuchni. 

Zawołał  kota,  ale  nie  było  żadnej  reakcji.  W  mieszkaniu  panowała  cisza.  Nie  była  to  cisza 

oznaczająca,  że  puszysty  zwierzak  schował  się  gdzieś  i  nasłuchuje.  Ta  cisza  oznaczała,  że 

kota nie ma w mieszkaniu. 

Klnąc  pod  nosem,  Qwilleran  wrócił  do  muzeum  i  znalazł  kota  na  stole  archiwisty. 

Koko siedział obok przedmiotów, które miały zostać opisane w katalogu. Były to: dzbanek z 

kamionki,  obieraczka  do  jabłek  z  zepsutą  rączką,  haftowana  poduszka  z  wystawy 

kolumbijskiej  z  1893  roku,  drewniane  szczypce  do  zbierania  jagód,  stara  rycina 

przedstawiająca statki oraz Biblia Kristi. Wąsy Qwillerana lekko się poruszyły - był to sygnał 

oznaczający, że powinien zabrać kota i Biblię do mieszkania. 

Dziennikarz  położył  się  do  łóżka  i  tym  razem  natychmiast  zapadł  w  sen.  Koty 

syjamskie  leżały  w  jego  nogach.  W  środku  nocy  Qwilleran  usiadł  na  łóżku  i  zobaczył 

wysuszoną  twarz  starego  skąpca,  który  patrzył  na  niego  surowo.  Qwilleran  otworzył  usta, 

żeby krzyknąć. Ephraim był coraz bliżej. Nagle łóżko zapadło się i Qwilleran zasłonił rękami 

głowę... 

Chwilę później obudził się. Siedział na łóżku z rękami uniesionymi do góry i silnym 

bólem  głowy.  Koty  słodko  spały,  wezgłowie  łóżka  znajdowało  się  na  swoim  miejscu. 

Qwilleran był spocony, bolało go gardło i szczypały oczy. 

Rozpuścił  aspirynę  w  szklance  wody,  wypił  napój  i  resztę  nocy  spędził  na  kanapie. 

Spał głębokim snem, rano obudził go dzwonek telefonu. 

- Słuchałeś dzisiejszych wiadomości w radiu?! - wrzasnął do słuchawki Arch Riker. 

-  Nie,  do  cholery!  Spałem!  -  jęknął  Qwilleran.  -  Zrezygnuję  chyba  z  budzika,  skoro 

mam takiego przyjaciela jak ty. Która godzina? 

-  Piętnaście  po  dziewiątej.  Będziesz  spać  czy  chcesz  usłyszeć  wstrząsającą 

wiadomość?  -  spytał  właściciel  gazety  „Moose  County  coś  tam”,  chociaż  wiedział  dobrze, 

jaka będzie odpowiedź. 

Qwilleran gwałtownie oprzytomniał. 

- Co się stało? - spytał zaalarmowany. 

background image

-  Powiedzieli  o  tym  w  wiadomościach  o  dziewiątej.  W  pobliżu  miejsca,  gdzie 

mieszkasz, znaleziono ciało mężczyzny. Biłeś się z kimś wczoraj w nocy? 

- Co takiego? Kogo znaleziono? 

-  Jeśli  nie  masz  z  tym  nic  wspólnego,  to  dlaczego  się  tak  denerwujesz?  Podadzą 

nazwisko zmarłego, ale najpierw muszą zawiadomić jego krewnych. 

- Gdzie znaleziono ciało? 

- Na Fugtree Road, w pobliżu mostu Black Creek. Nic więcej nie wiem. Roger jest na 

komisariacie i próbuje wycisnąć z nich jakieś informacje dla gazety. 

Ledwo Qwilleran odłożył słuchawkę, zadzwoniła Polly z tą samą wiadomością. 

- Zeszłej nocy byłem bardzo zdenerwowany - powiedział dziennikarz. - Koty były też 

zaniepokojone.  Czułem,  że  coś  się  wydarzyło  w  pobliżu,  ale  nie  wiedziałem  co.  Miałem 

straszny sen. Przyśnił mi się duch Ephraima. Szkoda, że nie miałem puszki z fasolką! Kiedy 

się obudziłem, czułem się bardzo źle. - Qwilleran opisał wszystkie symptomy. 

-  Wydaje  mi  się,  że  to  atak  alergii  -  powiedziała  Polly.  -  To  może  mieć  związek  z 

liśćmi, które opadły z drzew, i ulewą. Pij dużo wody. 

Qwilleran  wypił  kawę  i  zadzwonił  do  redakcji  „Moose  County  coś  tam”.  Roger 

właśnie wrócił z komisariatu. 

- Czego się dowiedziałeś, Roger? - spytał Qwilleran. 

-  Ironia  losu!  Znaleziono  ciało  Brenta  Waffle!  -  oznajmił  młody  dziennikarz.  -  To 

facet, z którym rozwiodła się Kristi Fugtree. Podejrzewano, że to Brent zatruł jej kozy. 

-  W  jaki  sposób  został  zamordowany?  -  Qwilleran  wstrzymał  oddech.  Przypomniał 

sobie, że Kristi miała pistolet i pewnie użyłaby go w przypływie emocji. 

-  Ktoś  uderzył  go w  głowę tępym  przedmiotem, ale to  się nie stało  na moście. Ciało 

porzucono tam później. Wskazują na to ślady krwi. 

- Wiedzą, o której popełniono morderstwo? 

- Lekarz twierdzi, że stało się to wczoraj między piątą a szóstą po południu. 

- Kto znalazł ciało? 

- Robotnicy, którzy pracują na moście. 

- A podejrzani? 

-  Policja  rozmawia  z  ludźmi  z  sąsiedztwa.  Ciebie  też  będą  pewnie  przesłuchiwać. 

Załatw sobie jakieś alibi! Idę pisać tekst do gazety. Zachowaj te informacje dla siebie, dopóki 

nie wyjdzie dzisiejszy numer gazety. 

background image

Qwilleran  przekartkował  notes  Iris  Cobb,  ale  zanim  zdążył  podnieść  słuchawkę 

telefonu, usłyszał w pobliżu dziwne odgłosy. Koko chodził po parapecie okiennym, sycząc: 

„Ik! Ik! Ik!” Wyglądał jak wściekły tygrys zamknięty w klatce. 

- Co się dzieje? - spytał Qwilleran. 

Podszedł  do  okna  i  zobaczył,  że  jakiś  kształt  wślizguje  się  do  stodoły.  W  trawie  na 

podwórzu leżał mały, zielony przedmiot. 

Dziennikarz zadzwonił do państwa Boswellów. 

-  Dzień  dobry,  mówi  Qwilleran.  Wydaje  mi  się,  że  Dzidzia  jest  w  stodole.  Chyba 

powinna pani wysłać męża, żeby ją stamtąd zabrał. 

-  O  Boże...  nie  wiedziałam...  -  jęknął  głos  w  słuchawce.  -Vince'a  nie  ma...  zaraz  się 

ubiorę... 

- Dobrze się pani czuje? 

- Spałam... nie wiedziałam... zaraz się ubiorę... 

- Proszę zostać w domu. Znajdę Dzidzię i odeślę ją do pani. 

- Och, dziękuję... przepraszam... nie wiedziałam... 

Qwilleran  odłożył  słuchawkę,  ubrał  się  szybko  i  pobiegł  do  stodoły.  Uchylił  lekko 

drzwi, zajrzał do mrocznego wnętrza i zawołał: 

- Dzidziu! Dzidziu! 

Jego  głos  odbił  się  echem  od  ścian  stodoły.  Qwilleran  otworzył  drzwi  szerzej, 

wpuszczając  do  środka  światło,  i  zobaczył  Dzidzię.  Siedziała  wśród  skrzynek,  trzymając 

małego kota, który wyglądał jak zepsuta zabawka. 

- Znalazłam kotka - oznajmiła dziewczynka. 

- Uważaj, bo cię podrapie! Postaw go ostrożnie na ziemi! Właśnie tak! 

Dzidzia zrobiła to, o co ją poprosił. Całe szczęście, że ona potrafi być czasem grzeczna 

- pomyślał Qwilleran - i słuchać się dorosłych. 

- Lubię kotki - oświadczyła Dzidzia. 

- Wiem, ale twoja mama chce, żebyś wróciła do domu. Ona nie czuje się dobrze. Weź 

swoje wiaderko, zaprowadzę cię do domu. 

Dzidzia spojrzała na kota, który oddalał się od niej na drżących nogach, i wyszła na 

podwórko.  Podniosła  leżące  na  ziemi  zielone  wiaderko  i  żółtą  łopatkę.  Qwilleran  zamknął 

drzwi stodoły i ruszyli w stronę domu Boswellów. 

- Ładne wiaderko - powiedział Qwilleran. - Skąd je masz? 

- Mama mi kupiła. 

- Jakiego jest koloru? 

background image

- Zielonego! - powiedziała 

Dzidzia niecierpliwie, jakby rozmawiała z człowiekiem upośledzonym umysłowo. 

- Co robisz z tym wiaderkiem? 

- Bawię się w piasku. 

- Ale tutaj nie ma piasku. 

- Byliśmy na plaży - powiedziała Dzidzia, krzywiąc się. 

Szli powoli wzdłuż ściany stodoły. Qwilleran uświadomił sobie, że dzieci mają bardzo 

krótkie nogi. Pomyślał, że spacer Black Creek Lane zajmie im godzinę. Wątpił, czy będzie w 

stanie zabawiać Dzidzię przez ten czas rozmową, nie robiąc z siebie jednocześnie głupka. 

- Chcę do łazienki! - oznajmiła Dzidzia po chwili milczenia. 

- Wytrzymasz do domu? 

- Nie wiem. 

Qwilleran przestraszył się nie na żarty. Po raz pierwszy w życiu był w takiej sytuacji. 

Dzidzia znalazła szybko rozwiązanie. 

- Ma pan łazienkę? - spytała. 

Mała spryciara - pomyślał Qwilleran. Chce zobaczyć koty. 

- Toaleta jest nie do użytku - powiedział. 

- Co to znaczy? 

- Jest zepsuta. 

Szli dalej. Qwilleran trzymał Dzidzię za rękę i ciągnął ją za sobą. 

- Muszę iść do łazienki - powtórzyła dziewczynka. 

Dziennikarz westchnął głęboko. 

-  Dobrze,  zaraz  będziesz  w  domu.  Trzymaj  mocno  wiaderko!  -  Qwilleran  podniósł 

Dzidzię tak, jak to robiła Verona, i pomyślał, że dziewczynka waży niewiele więcej niż Yum 

Yum. Trzymając ją ostrożnie, ruszył przed siebie szybkim krokiem. 

Verona czekała na ganku, ubrana w stary szlafrok. Była rozczochrana i  blada. Miała 

pod jednym okiem siniak i szramę na policzku. 

- Dziękuję, panie Qwilleran. Przepraszam za kłopot. 

Dzidzia pociągnęła swoją matkę za szlafrok i spojrzała na nią wymownie. 

- Przepraszam - powiedziała Verona. 

Qwilleran  został  sam  na  ganku,  myśląc  o  jej  posiniaczonej  twarzy.  Kiedy  Verona 

wróciła, spytał: 

- Gdzie jest Vince? 

background image

-  Pojechał  do  Lockmaster...  do  biblioteki?  Potrzebne  mu  są  jakieś  informacje? 

Wyjechał wczoraj po południu? - Verona znowu kończyła zdania melodyjnym akcentem. 

- Co się stało z pani okiem? 

-  Och,  jestem  taka  roztrzepana!  Uderzyłam  się  o  drzwi  szafki?  Qwilleran  przygryzł 

wąsy. Słyszał to już kiedyś. 

- Pani córka bawiła się z małymi kotami w stodole. Przypuszczam, że to dzikie koty. 

Mogłyby ją podrapać albo pogryźć. 

- Biedna Dzidzia nie ma się z kim bawić - oświadczyła Verona tragicznym tonem. 

-  Może  pani  mąż  powinien  zrobić  dla  niej  piaskownicę.  Dzidzia  lubi  bawić  się  w 

piasku. 

- Poproszę go, ale on pracuje bardzo ciężko i jest bardzo zmęczony? Dokucza mu ból 

nogi? 

- Kiedy pani mąż wróci? 

- Powinien być na kolację? 

Qwilleran  wrócił  biegiem  do  muzeum.  Dlaczego  Boswell  pojechał  do  biblioteki  w 

Lockmaster? - myślał. W bibliotece w Pickax jest mnóstwo książek o prasach drukarskich. Co 

on tam urobi? Poszedł do lekarza? Na wyścigi? A może jego wyjazd ma coś wspólnego ze 

skrzynkami w stodole? Chciałbym spędzić tam godzinę z łomem! 

Po  powrocie  do  domu  Qwilleran  znalazł  Koko  przy  telefonie,  co  oznaczało,  że  ktoś 

niedawno  dzwonił.  Może  to  była  Kristi  -  pomyślał  dziennikarz  i  wykręcił  numer  farmy 

Fugtree. 

- Słyszałem, co się wydarzyło! - oznajmił. - Nie wiem, co powiedzieć. 

- A ja wiem! - Powiedziała Kristi wojowniczo. - Dlaczego ktoś go nie ukatrupił, zanim 

zatruł moje kozy? 

- Czy policja kogoś podejrzewa? 

- Oczywiście - powiedziała gorzko Kristi.  - Ja jestem główną podejrzaną. Na drugim 

miejscu jest Mitch. 

- A na trzecim pewnie ja! Byłem w Wierzbowej Alei w niedzielę rano i słyszałem, jak 

Brent ci grozi. Wrzuciłem kamień do strumienia, ale miałem ochotę walnąć nim tego głupka. 

- Policjanci na pewno będą chcieli z tobą porozmawiać. 

- Bądźmy w kontakcie. Daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała. 

Niedługo potem zadzwonił Larry Lanspeak. 

background image

-  Co,  u  diabła,  dzieje  się  w  North  Middle  Hummock?  Najpierw  umarła  Iris,  potem 

włamano  się  dwukrotnie  do  muzeum  i  ktoś  zatruł  owce,  a  teraz  znaleziono  ciało  martwego 

mężczyzny. 

- To nie moja wina! 

-  Zgłosiła  się  do  nas  kobieta,  która  chciałaby  objąć  posadę  dyrektora  muzeum. 

Mieszka  w  Lockmaster.  Ma  odpowiednie  kwalifikacje,  ale  jest  za  stara.  Miała  już  jeden 

zawał. Nie chcemy następnego trupa w kuchni! 

-  Myślę,  że  potrzebujecie  kogoś  takiego  jak  Mitch  -  powiedział  dziennikarz.  - 

Spędziłem  z  nim  wczorajszy  wieczór.  Zrobił  na  mnie  bardzo  dobre  wrażenie.  Tryska 

pomysłami i jest pełen entuzjazmu. Lubią go młodzi i starzy. 

- Cenię twoje zdanie - powiedział Larry - ale jestem za Boswellem. Susan zgadza się 

ze mną w tej kwestii. Jako dyrektor muzeum będzie mógł dalej katalogować prasy drukarskie 

i  pomoże  nam  stworzyć  Muzeum  Słowa  Drukowanego.  Będzie  to  jedno  z  najciekawszych 

muzeów nie tylko w Stanach, ale na całym świecie! Oczywiście ostateczną decyzję podejmie 

rada. W tym tygodniu ma się odbyć spotkanie. 

-  Przepraszam  cię,  Larry  -  powiedział  Qwilleran  -  ktoś  właśnie  przyjechał. 

Porozmawiamy później. 

Był to policjant, z którym Qwilleran rozmawiał przez telefon dziesięć dni wcześniej. 

-  Czy  mogę  zadać  panu  parę  pytań,  panie  Qwilleran?  -  spytał  uprzejmie 

funkcjonariusz. 

- Oczywiście. Wejdzie pan? Nie chcę, żeby koty wybiegły na podwórko. 

Koko i Yum Yum stały za Qwilleranem, węsząc świeże powietrze. 

-  Czy  widział  pan  coś  podejrzanego  w  pobliżu  Fugtree  Road?  A  może  słyszał  pan 

jakieś hałasy? 

-  Raczej  nie.  Ten  dom  jest  jak  potężna  forteca.  Na  noc  zamykam  okna.  Wczoraj 

wieczorem  byli  u  mnie  znajomi.  Rozmawialiśmy  i  nie  zwracaliśmy  uwagi,  co  się  dzieje  na 

zewnątrz.  Ale  jedna  rzecz  zwróciła  moją  uwagę...  -  Qwilleran  zamyślił  się  i  powiedział  po 

chwili: - Było po północy, czytałem w łóżku książkę i nagle usłyszałem dziwny hałas - jakby 

coś  stuknęło.  Koty  też  to  usłyszały.  Sprawdziłem  mieszkanie  i  muzeum,  ale  nie  znalazłem 

niczego podejrzanego. 

- Wyjrzał pan na dwór? 

- Tylko na moment. Na podwórku było cicho. Wróciłem do pokoju i czytałem dalej. 

- Która to mogła być godzina? 

- W radiu leciał program PKX FM. 

background image

W tym momencie w hallu rozległ się łomot. Obaj mężczyźni odwrócili się i spojrzeli 

w tamtą stronę. Pod jednym z dywanów orientalnych coś się gwałtownie ruszało. 

- To mój kot - wyjaśnił Qwilleran. - Włazi zawsze pod ten dywan i gada do siebie. 

Policjant  wyciągnął  dwa  zdjęcia  tego  samego  mężczyzny.  Na  jednym  była  twarz 

mężczyzny z profilu, na drugim z przodu. 

- Widział pan tego człowieka w sąsiedztwie w ciągu ostatnich paru dni? 

-  Nie  wydaje  mi  się  -  odparł  dziennikarz.  Mężczyzna  ze  zdjęcia  był  kiedyś  z 

pewnością przystojny, ale miał zniszczoną twarz. - Czy to jego szukacie? - spytał niewinnie. 

- To ofiara. Chcemy wiedzieć, co robił w ciągu ostatnich kilku dni swojego życia. 

- Dam wam znać, jeśli o czymś sobie przypomnę. 

- Będziemy panu bardzo wdzięczni. 

Qwilleran zamknął drzwi za policjantem, wyprostował dywan i zaczął szukać Koko. 

Tym razem znalazł go na stole kuchennym. Koko siedział obok Biblii, ruszając wąsikami. 

- Aha! Okładka! - powiedział Qwilleran. 

Biblia była oprawiona w skórzaną okładkę o złoconych brzegach. Mogła mieć sto lat. 

Dziennikarz  przyjrzał  się  skrzydełku  okładki,  szukając  daty  wydania.  Na  marginesie  były 

zapisane wydarzenia z życia rodziny. Niektóre daty i nazwiska zwróciły natychmiast uwagę 

Qwillerana. 

background image

Rozdział szesnasty 

Koko zainteresował się skórzaną okładką Biblii, natomiast Qwilleran przez następnych parę 

godzin odczytywał informacje zapisane na skrzydełku okładki. Zapomniał o lunchu, ale koty 

syjamskie  nie  przerywały  mu  pracy.  Stara  Biblia  leżała  kiedyś  na  czyimś  stole  i  była 

niezwykle  ważnym  przedmiotem.  Ostatnio  leżała  wśród  różnych  staroci  z  farmy  Fugtree  i 

przesiąkła  wonią  stęchlizny.  Qwilleran  przypuszczał,  że  Koko  wyczuł  ten  zapach  i  dlatego 

poruszył wąsikami. 

Wśród pierwszych stron dziennikarz znalazł czek z aukcji z sierpnia 1959 roku. Pani 

Fugtree  zapłaciła  za  Biblię  Bosworthów  pięć  dolarów.  Dziennikarz  przejrzał  książkę 

telefoniczną,  ale  nie  znalazł  nazwiska  Bosworth.  Oznaczało  to,  że  członkowie  tej  rodziny 

umarli albo przenieśli się do innego miasta. Między stronami Biblii były pożółkłe wycinki z 

gazety „Pickax Picayune”. Artykuły napisane były typowym, dziewiętnastowiecznym stylem. 

Czcionka  była  bardzo  mała.  Być  może  w  tamtych  czasach  ludzie  mieli  lepszy  wzrok. 

Qwilleran przejrzał wycinki, odłożył je na bok i jeszcze raz obejrzał marginesy. Członkowie 

Towarzystwa Genealogicznego mówili w jego obecności o swoich pasjonujących odkryciach, 

związanych  ze  sporządzaniem  drzew  genealogicznych.  Dziennikarz  wiedział,  że  niektórzy 

ludzie  zapisywali  na  marginesach  stron  Biblii  ważne  wydarzenia  z  historii  rodziny.  Jeśli 

chodzi o historię jego przodków, Qwilleran wiedział tylko, że nazwisko panieńskie jego matki 

brzmiało  Mackintosh.  Drzewo  genealogiczne  rodziny  Bosworthów  wydało  mu  się 

fascynujące. 

Daty  narodzin,  śmierci  i  smutnych  wydarzeń  umieszczone  były  w  porządku 

chronologicznym. W 1908 roku spłonął dom, w 1911 roku komuś amputowano nogę. Jeden z 

członków rodziny utonął w 1945 roku. Było to połączenie obszernego dziennika z drzewem 

genealogicznym.  Najważniejsze  wpisy  wykonano  piórem  wiecznym.  Atrament  był  nieco 

wyblakły.  Później  osoba  prowadząca  dziennik  używała  długopisu  i  cienkopisu.  Charakter 

pisma  wskazywał  na  to,  że  zapiski  prowadziła  przez  ponad  pięćdziesiąt  lat  jedna  osoba. 

Qwilleran przypuszczał, że była to kobieta. Ostatni wpis pochodził z 1958 roku. Rok później 

Biblię sprzedano na aukcji. Wiązało się to zapewne ze sprzedażą całej posiadłości. Dziennik 

nie  trafił  w  ręce  krewnych  kobiety.  Qwilleran  czuł  się  tak,  jakby  ją  znał.  Czuł  do  niej 

background image

sympatię.  Pisała  o  wydarzeniach  zwięźle  i  w  sposób  konkretny.  Panna  młoda  miała  duży 

posag albo małe stopy. Noworodek miał rude włosy albo odstające uszy. Obok informacji o 

zgonie widniał komentarz: „stypa”. W dzienniku nie było ani jednego zbędnego słowa. 

Dziennikarz  studiował  zapiski  z  entuzjazmem  smakosza,  pochłaniającego  doskonałe 

jedzenie.  Koko  wyczuł,  że  dzieje  się  coś  ważnego.  Siedział  na  stole,  obserwując,  jak 

Qwilleran  układa  wycinki  w  oddzielne  kupki:  śluby,  narodziny,  chrzciny,  wydarzenia 

związane  z  biznesem,  zgony  i  wypadki.  Od  czasu  do  czasu  Koko  wyciągał  łapę,  mieszał 

wycinki i cofał się, słysząc kategoryczne: „Nie!” 

Na  marginesie  jednej  ze  stron  była  informacja  o  narodzinach  Luthera  Boswortha. 

Obok widniała data: 1874 rok. Qwilleran zwrócił uwagę na podobieństwo tego nazwiska do 

nazwiska  Vince'a,  jednak  bardziej  zainteresowała  go  data  śmierci  Luthera:  1904  rok.  Jeśli 

Luther  Bosworth  zmarł  trzynastego  maja,  oznaczało  to,  że  był  jedną  z  ofiar  wybuchu  w 

kopalni.  Miał  wtedy  trzydzieści  lat.  Ale  czy  górnik  mógłby  być  właścicielem  tak  drogiej 

Biblii? Górnicy mieszkali w nędznych domkach i mieli długi. 

Z  dalszych  informacji  wynikało,  że  Luther  ożenił  się  w  1898  roku.  Jego  żona  Lucy 

miała  wówczas  tylko  siedemnaście  lat.  Sześć  lat  później  została  wdową  z  czwórką  małych 

dzieci.  Jaki  był  los  samotnych  matek  w  tamtych  czasach?  Wysyłały  dzieci  do  sierocińca? 

Zostawały praczkami? 

-  Myślę,  że  to  Lucy  jest  autorką  dziennika  -  powiedział  Qwilleran  do  Koko.  -  Do 

diabła!  Dokładne  daty  są  tylko  obok  niektórych  wydarzeń.  W  jaki  sposób  Lucy  stała  się 

właścicielką tak drogiej Biblii? 

- Miau! - odezwał się Koko. 

- W porządku. Spróbujmy się dowiedzieć, co się stało z czwórką dzieci Lucy. 

Z kolejnych zapisków na marginesie wynikało, że syn Lucy zginął we Francji podczas 

pierwszej wojny światowej. Jej córka zmarła w 1919 roku na grypę. W jednym z wycinków 

Qwilleran  przeczytał,  że  siedemdziesięciu  trzech  mieszkańców  Moose  County  zmarło 

podczas  powojennej  epidemii  grypy,  łącznie  z  dwoma  lekarzami,  którzy  „pracowali,  aż 

padli”. 

Przeżyło dwoje dzieci: Benjamin i Margaret, ale tylko Benjamin został przy nazwisku 

matki.  Qwilleran  prześledził  losy  jego  potomków  i  dokonał  niezwykłego  odkrycia.  Był  tak 

wstrząśnięty, że uderzył pięścią w stół. 

Benjamin  Bosworth  miał  troje  dzieci.  Jego  syn  Henry  zmarł  w  1945  roku.  „Był  w 

marynarce. Utonął” - napisała jego babcia. Wdowa po Henrym przeniosła się do Pittsburgha 

w 1956 roku razem z synem. W 1955 roku chłopak miał wypadek. Opisano to wydarzenie w 

background image

„Picayune”:  „W  środę  wieczorem  farmer  pracujący  w  Trevelyan  Orchard  wystrzelił  z 

pistoletu - chciał w ten sposób wystraszyć nastolatków, którzy kradli jabłka. Chłopcy  - było 

ich trzech - bardzo się wystraszyli. Jeden z nich - Vincent Bosworth - spadł z drzewa i złamał 

nogę”. 

Qwilleran uśmiechnął się i jeszcze raz uderzył pięścią w stół. 

- Co o tym sądzisz, Koko? - spytał. 

Kot przesunął łapą po blacie stołu, ale nic nie powiedział. 

-  Powiem  ci,  co  ja  o  tym  sądzę!  Vincent  Bosworth  wrócił  po  wielu  latach  do 

Pittsburgha. Dokuczał mu ból nogi, ale nie z powodu polio. Vincent zmienił nazwisko. Po co 

wrócił? Dlaczego mówił, że miał polio? Vince jest prawnukiem Luthera i Lucy! 

Qwilleran  poczuł,  że  musi  trochę  ochłonąć.  Postanowił  się  przejść.  Okrążył 

dwukrotnie  teren  posiadłości,  chodząc  ostrożnie  między  kupkami  liści.  W  powietrzu  unosił 

się  zapach  wilgoci.  Na  trawniku  przed  stodołą  wygrzewał  się  dziki  kot.  Nigdzie  nie  było 

widać Boswella i jego ciężarówki. W sumie był to bardzo przyjemny dzień. 

Po powrocie Qwilleran powiedział do Koko: 

-  Czuję  się  jak  poszukiwacz  złota.  To  pasjonujące!  Sprawdźmy,  co  się  stało  z  córką 

Luthera - Margaret. 

Według  informacji  na  marginesie  Margaret  wyszła  za  niejakiego  Roscoe  DeForda. 

Lucy  napisała  z  dumą:  „Prawnik!”  W  „Picayune”  była  wzmianka  o  przyjęciu  na  dwieście 

osób, które wyprawiono w hotelu „Pickax”. Państwo młodzi pojechali w podróż poślubną do 

Paryża.  Nieźle  jak  na  córkę  górnika  -  pomyślał  Qwilleran.  Jeśli  Luther  był  górnikiem...  W 

Pickax mieszkał ktoś o nazwisku Deford, ale nie był to prawnik. 

Qwilleran  przeczytał  kolejne  zapiski  i  znalazł  informacje  o  potomkach  Roscoe  i 

Margaret: czwórka dzieci i dziewięcioro wnucząt. Wnuczka Susan urodziła się w 1949 roku. 

-  A  niech  mnie!  -  zawołał  Qwilleran,  przypominając  sobie  napis  w  witrynie  sklepu 

„Exbridge & Cobb”. Były tam nazwiska właścicielek: Iris Cobb i Susan DeFord Exbridge. - 

A więc Susan Exbridge i Vince Boswell są kuzynami w drugiej linii! - powiedział dziennikarz 

do swego wiernego słuchacza. - Kto by pomyślał? Ona jest tak dobrze wychowana, a Vince 

jest prostakiem! Ale krew jest gęstsza niż woda! Dlatego Susan popiera jego kandydaturę na 

dyrektora muzeum. Jednocześnie nie chce, żeby ludzie dowiedzieli się o ich pokrewieństwie. 

To odkrycie trzeba oblać - pomyślał Qwilleran. Zaparzył kawę i wyjął z zamrażalnika 

kilka kawałków czekoladowego ciasta. Kotom dał chrupki, które wpływały korzystnie na ich 

uzębienie.  Miał  ochotę  prowadzić  dalsze  poszukiwania,  ale  potrzebował  jeszcze  jednej 

informacji: co się stało z wdową po Lutherze? 

background image

-  Kiedy  ostatnio  była  o  niej  mowa,  miała  dwadzieścia  trzy  lata.  Została  sama  z 

czwórką dzieci. Miała cenną Biblię. Czy była religijną osobą? Czy była ładna? Szkoda, że nie 

mamy jej zdjęcia! 

Qwilleran  drżał  z  podniecenia.  Koty  obserwowały  go  z  posągowymi  minami.  Yum 

Yum od czasu do czasu dotykała łapką wycinków z gazet. 

-  Jeśli  chcesz  mi  pomóc,  zrób  to  w  bardziej  konstruktywny  sposób  -  powiedział 

dziennikarz. - Posłuchaj! W tym samym roku, kiedy zmarł Luther, Lucy zajęła się interesami i 

była w tym dobra! 

W  „Picayune”  napisano:  „Lucy  Bosworth,  wdowa  po  Lutherze  Bosworth,  kupiła  od 

Johna Edwardsa «Dom Towarowy Pickax». Pan Edwards wycofał się z interesu ze względu 

na  kiepski  stan  zdrowia.  W  sklepie  sprzedawane  będą  nadal  artykuły  spożywcze,  odzież, 

towary żelazne, drobiazgi i domowej roboty korzenne piwo. Pani Bosworth gwarantuje dobrą 

jakość i rozsądną cenę produktów. Sklep będzie otwarty siedem dni w tygodniu od siódmej 

rano do dziesiątej wieczorem, a w niedzielę będzie czynny do dwunastej”. 

- A co my tutaj mamy?! - zawołał Qwilleran. 

Na marginesie widniał komentarz Lucy: „Gotówka!” 

- To ciekawe - zamyślił się Qwilleran. - Jeśli Luther był górnikiem, skąd Lucy wzięła 

pieniądze? W tamtych czasach górnicy nie mieli ubezpieczenia - tego akurat jestem pewien! 

Czy Ephraim wypłacił pieniądze rodzinom ofiar? To raczej mało prawdopodobne, chyba że 

go  zmuszono.  Czy  Lucy  wniosła  przeciwko  niemu  sprawę?  A  może  szantażowała  starego 

łotra? Jeśli tak, jakie były jej argumenty? 

- Miau! - odezwał się Koko, wyrażając swoją opinię w tej kwestii. 

Qwilleran  czytał  dalej  zapiski  na  marginesach.  W  1904  roku  Lucy  kupiła  sklep.  W 

1905  roku  wyszła  powtórnie  za  mąż  za  Karla  Lunspeaka.  Na  marginesie  był  komentarz: 

„Przystojniak!” 

-  Hm...  -  mruknął  dziennikarz.  -  Przystojny  mężczyzna  żeni  się  z  wdową,  która  ma 

czwórkę dzieci. Z miłości? A może dlatego, że Lucy była właścicielką sklepu i cennej Biblii? 

Następne zdania wywołały drżenie jego wąsów. 

W 1906 roku Lucy i Karlowi urodził się syn, William. W 1908 roku zmienili nazwisko 

na Lanspeak. 

W 1911 roku sklep zmienił nazwę na „Wielobranżowy Dom Towarowy”. 

W  1926  roku  ich  syn  William  przyłączył  się  do  interesu  i  nazwę  sklepu  zmieniono 

ponownie na „Dom Towarowy Lanspeaków”. 

background image

William  miał  pięcioro  dzieci  i  jedenaścioro  wnuków.  Jednym  z  nich  był  Lawrence 

Karl Lanspeak, urodzony w 1946 roku. 

-  Niesamowite!  -  zawołał  Qwilleran  tak  głośno,  że  oba  koty  podskoczyły  z 

przerażenia. - Vince jest kuzynem Larry'ego i Susan! Oni jeżdżą drogimi samochodami i żyją 

na wysokim poziomie, a Vince jest prymitywnym gburem i jeździ starą furgonetką. Larry jest 

prawnukiem wspaniałej Lucy Bosworth! 

Qwilleran podniósł słuchawkę i zadzwonił do sklepu. Kiedy Larry usłyszał jego głos, 

spytał: 

-  Czytałeś  dzisiejszą  gazetę?  Policja  zidentyfikowała  ciało  zmarłego.  To  facet,  który 

zatruł kozy! 

- Wiem - powiedział Qwilleran. - Przesłuchiwali mnie. 

- Mam nadzieję, że nie podałeś im swojego prawdziwego nazwiska - zażartował Larry. 

- A propos nazwisk, dokonałem niezwykłego odkrycia w muzeum. Kiedy będziesz w 

tej okolicy? 

-  Jutro.  Dziś  wieczorem  idziemy  z  Carol  na  kolację  do  „Stefanii”.  Masz  ochotę  się 

przyłączyć? 

- Bardzo bym chciał, ale mam już plany na wieczór - odparł Qwilleran. - Dziękuję za 

zaproszenie. Do zobaczenia jutro. - Postanowił nie mówić Larry'emu, że Polly zostawi mu na 

noc swojego kota. 

Qwilleran  odłożył  słuchawkę  i  usłyszał  ciche  pukanie  do  drzwi  wejściowych.  Ten 

dźwięk go zaniepokoił. Zwykle goście stukali do drzwi mosiężną kołatką. Koty zamarły. Nie 

pobiegły  za  Qwilleranem,  który  poszedł  do  hallu.  Pukanie  rozległo  się  znowu.  Dziennikarz 

wyjrzał przez szybę w drzwiach, ale nikogo nie zobaczył. Na podwórzu nie było samochodu. 

To jest bardzo stary dom  - pomyślał. Nic nadzwyczajnego, że czasem  słychać różne dziwne 

hałasy. 

Odwrócił  się  i  miał  już  odejść,  kiedy  pukanie  rozległo  się  znowu.  Qwilleran  poczuł 

ciarki na plecach i wyobraził sobie, jak musiała się czuć pani Cobb, słysząc podobny hałas w 

środku  nocy.  Podszedł  do  drzwi  i  otworzył  je  mocnym  pchnięciem.  Na  schodach  przed 

domem  stała  Dzidzia.  Trzymała  swoje  zielone  wiaderko  i  podniosła  żółtą  łopatkę,  żeby 

znowu zapukać. 

- Cześć - powiedziała. 

Qwilleran odetchnął z ulgą i jednocześnie poczuł złość. 

- Co tu robisz? Czy twoja mama wie, gdzie jesteś? 

Dzidzia wręczyła mu wiaderko. 

background image

W środku był liścik i jakiś przedmiot owinięty w pergamin. Na kartce napisane było: 

„To klopsiki dla pana. Zrobiłam je wczoraj, ale smakują lepiej następnego dnia”. 

-  Podziękuj  ode  mnie  swojej  mamie  -  powiedział  Qwilleran,  oddając  dziewczynce 

wiaderko. 

Dzidzia spróbowała zajrzeć do wnętrza domu. 

- Mogę zobaczyć kotki? 

- Kotki śpią. Idź do domu i też się prześpij. 

 

- Już spałam - odparła Dzidzia, patrząc badawczo w stronę stodoły. 

- Idź do domu - powiedział surowo Qwilleran. - Idź natychmiast do domu, słyszysz? 

Dzidzia  zeszła  bez  słowa  po  schodach  i  poszła  alejką  na  swoich  krótkich  nogach, 

niosąc zielone wiaderko. Qwilleran patrzył za nią, aż znikła w pobliżu domu Boswellów. Nie 

odwróciła się ani razu. 

Qwilleran przygotował sobie kanapkę z klopsem. Trochę mięsa dał kotom. Cała trójka 

pałaszowała jedzenie, jakby nie miała nic w ustach od tygodnia. Potem dziennikarz wyciągnął 

rower ze stodoły i wyruszył na przejażdżkę. 

Na  Fugtree  Road  panowało  niezwykłe  ożywienie.  Ludzie  przyjeżdżali  zobaczyć 

miejsce,  gdzie  leżały  zakrwawione  zwłoki.  Na  moście  pracowali  robotnicy.  Pomarańczowy 

znak informował, że droga jest zamknięta, ale Qwilleran minął barierkę i zaczął rozmawiać z 

kierownikiem w czapce farmera. Był to tęgi mężczyzna, który żuł tytoń. Domyślił się od razu, 

kim jest właściciel pokaźnych wąsów. 

- Leżał tam - powiedział, wskazując pagórek, po którym Qwilleran schodził kiedyś, by 

dostać się do Wierzbowej Alei. - Miał na twarzy zaschniętą krew. Wyglądał jak przebieraniec 

w Halloween. 

- Czy policja wie, kto to zrobił? 

Mieszkańcy Moose County uważali, że każdy, kto nosi czapkę farmera, posiada tajne 

informacje. 

-  Podobno  jest  kilku  podejrzanych,  ale  jeszcze  nikogo  nie  oskarżyli.  Ktoś  zabił  tego 

faceta  i  zostawił  tu  jego  ciało.  Kiedy  przyszliśmy  pracować,  na  chodniku  były  ślady  opon 

ciężarówki. 

- Kim był zamordowany? 

background image

-  To  facet,  który  zatruł  owce.  Mieszkał  tu  kiedyś.  Siedział  w  więzieniu,  a  potem 

przeniósł się na Niziny i zszedł na złą drogę. Wie pan co? - kierownik splunął tabaką. - Gdyby 

ten gość zatruł moje kozy, sam bym go zastrzelił! 

background image

Rozdział siedemnasty 

Kiedy Qwilleran wrócił z przejażdżki rowerowej, Polly parkowała właśnie swój samochód na 

podwórku. 

- Przyjechałam trochę wcześniej - powiedziała przepraszającym tonem. - Chcę być w 

Lockmaster  przed  zmrokiem.  -  Podała  Qwilleranowi  tekturowy  pojemnik  z  kotem.  - 

Zostawiam  ci  mojego ulubieńca.  Zabierz go do domu,  zanim się przeziębi.  Zaraz przyniosę 

jego rzeczy. 

Pojemnik  miał  rączkę  i  okrągłe  otwory.  Z  boku  przyczepiona  była  tabliczka  z 

napisem: „Cześć! Nazywam się Bootsie. A ty?” W jednym z otworów ukazał się na moment 

wilgotny nos. Po chwili zniknął i jego miejsce zajęła brązowa łapka, która mogłaby należeć 

do cocker-spaniela. 

Polly  przyniosła  z  samochodu  puszkę  zdrowego  jedzenia  dla  kotów,  kosz  z 

poduszkami, szczotkę i pojemnik z kawałkami papieru toaletowego. 

-  To  jest  kuweta  Bootsiego.  On  jest  przyzwyczajony  do  miękkiego  papieru.  Nie 

używam  gazety,  szorstki  papier  mógłby  mu  podrażnić  skórę  we  wrażliwym  miejscu...  A  to 

jest  specjalne,  dobrane  komputerowo  jedzenie.  Powinien  dostawać  za  każdym  razem  trzy 

płaskie łyżki. Nie dawaj mu nic innego. Wystarczy nałożyć trzy łyżki na spodek i umieścić go 

w jakimś spokojnym miejscu, żeby Bootsie się nie bał. 

- A woda? Czy Bootsie pije wodę z kranu? 

- Możesz mu dać wodę z kranu - powiedziała Polly z poważną miną. - Tu jest koszyk, 

w którym  Bootsie śpi.  Najlepiej umieścić go w ciepłym  miejscu, kilkadziesiąt centymetrów 

nad  podłogą.  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna!  Muszę  już  lecieć.  Pożegnam  się  tylko  z  moim 

słodkim  maluszkiem.  -  Polly  wyciągnęła  kota  z  pojemnika  i  przytknęła  swój  nos  do  jego 

wilgotnego  pyszczka.  -  Bądź  grzeczny,  mój  mały.  Jutro  są  jego  urodziny  -  powiedziała  do 

Qwillerana. - Bootsie skończy jedenaście tygodni. 

Pożegnała  się  czule  z  dziennikarzem,  wręczyła  mu  kota  i  pobiegła  do  samochodu. 

Qwilleran trzymał mruczącego, puszystego zwierzaka i zastanawiał się, gdzie są koty. Yum 

Yum i Koko nie przywitały się jeszcze z Bootsiem i Qwilleran wolał na razie nie wypuszczać 

go z rąk. 

background image

Po  pewnym  czasie  znalazł  koty  -  siedziały  nieruchomo  na  niemieckiej  szafie,  która 

miała dwa metry wysokości. 

- Tu jesteście! - powiedział Qwilleran. - Poznajcie Wielką Stopę! 

Postawił kota ostrożnie na podłodze. Bootsie wyglądał żałośnie ze swoją chudą szyją, 

chudym  ogonem,  drżącymi  łapami  i  wielkim  nosem.  Zrobił  kilka  chwiejnych  kroków,  a 

potem  popędził  przed  siebie  jak  torpeda.  Qwilleran  znalazł  go  chwilę  później  w  kuchni  - 

kociak  zjadł  resztę  klopsików  razem  z  papierem  pergaminowym.  Na  widok  wielkiego 

człowieka  Bootsie  rzucił  się  do  ucieczki.  Zaczął  skakać  po  mieszkaniu  jak  konik  polny, 

lądując  na  krześle,  stole,  łóżku  i  komodzie.  Koko  i  Yum  Yum  siedziały  wciąż  na  szafie, 

przyglądając się tej scenie z niedowierzaniem. 

Przez  następne  kilka  godzin  Bootsie  miotał  się  jak  szalony  -  skakał  po  meblach, 

zrzucił na ziemię stary, szklany półmisek, przewracał się i wspinał po nodze Qwillerana. Po 

kolacji,  która  minęła  w  nerwowej  atmosferze,  dziennikarz  zadzwonił  do  Lori  Bamby  w 

Mooseville i krzyknął do słuchawki: 

- Pomocy! 

Nie  spytał  Lori  o  zdrowie  jej  dziecka  i  nie  zainteresował  się,  czy  Nick  znalazł  już 

pracę. Powiedział po prostu: 

- Nie wiem, dlaczego się na to zgodziłem! Polly Duncan ma małego kotka i poprosiła, 

żebym  się  nim  zajął.  Okazało  się,  że  to  nadpobudliwy,  szalony  zwierzak!  Rzuca  się  na 

wszystkie  strony,  doprowadzając  nas  do  szału,  i  warczy  jak  stary  gruchot  z  zepsutym 

silnikiem! 

- W jakim jest wieku? - spytała Lori. 

- Jutro skoczy jedenaście tygodni. Mam mu zaśpiewać Sto lat

-  On  jest  bardzo  młody,  pamiętaj  o  tym.  Znalazł  się  w  obcym  domu,  gdzie  są  dwa 

duże koty. Ten kociak po prostu się boi. Strach zmusza do ucieczki! 

-  Do  ucieczki?!  -  krzyknął  Qwilleran.  -  Koko  i  Yum  Yum  są  przerażone!  Siedzą  na 

szafie od kilku godzin. Nie chciały z niej zejść nawet na kolację. Ten kot pożarł swoje zdrowe 

jedzenie z puszki, potem wsunął indyka z grzybami i oliwkami, którego przygotowałem dla 

Koko i Yum Yum, a przed chwilą porwał kawałek łososia z mojego talerza! Powiem ci coś 

jeszcze  -  on  ma  igły  zamiast  pazurów.  Kiedy  siadam  na  krześle,  wskakuje  mi  na  kolana  i 

wbija w skórę osiemnaście igieł. Wolę ci nie mówić, jakie są efekty. Możesz spytać swojego 

męża! 

Lori słuchała go ze współczuciem. 

- Gdzie ten kociak teraz jest? - spytała. 

background image

-  Zamknąłem  go  w  tekturowym  pojemniku,  ale  nie  mogę  go  tam  trzymać  przez 

dwadzieścia cztery godziny. Czy istnieje jakiś środek uspokajający dla kotów? 

- Kociak najadł się i pewnie niedługo zaśnie, Qwill. Zostaw go w pojemniku, a na noc 

zamknij go w kuchni z wodą, kuwetą i czymś miękkim do spania. 

- Tak właśnie zrobię. Dzięki, Lori. 

Lori miała rację - kociak był spokojny przez cały wieczór. Yum Yum i Koko zeszły z 

szafy. Niestety spokój nie trwał długo. 

Na  krótko  przed  północą  Qwilleran  zabrał  pojemnik  z  kotem  do  kuchni,  zamknął 

drzwi  i  wypuścił  Wielką  Stopę.  Kociak  przeszedł  parę  kroków,  zataczając  się  jak  pijany. 

Zaczął mruczeć i miauczeć, a potem ucichł i znikł Qwilleranowi z oczu. 

Pewnie  znalazł  sobie  jakąś  kryjówkę  -  pomyślał  dziennikarz  i  zajął  się 

przygotowywaniem  kolacji  dla  kociaka.  Zaczął  właśnie  nakładać  na  spodek  nieapetycznie 

wyglądającą szarą masę z puszki, kiedy coś zaatakowało go od tyłu. Zwierzak wskoczył mu 

na plecy i wczepił się pazurami w jego sweter. 

-  Złaź!  -  wrzasnął  Qwilleran.  Zamachał  rękami,  wygiął  się  do  tyłu  i  spróbował 

strząsnąć z pleców napastnika, ale Bootsie zaplątał się w jego sweter i piszczał przeraźliwie. 

-  Zejdź  ze  mnie!  Auu!  -  Za  każdym  razem,  kiedy  Qwilleran  wydawał  okrzyk  bólu, 

kocie pazury wbijały się głębiej w jego skórę, a miauczenie stawało się o ton głośniejsze. 

- Zamknij się, idioto! 

Qwilleran  próbował  dosięgnąć  kota  ręką,  ale  musnął  tylko  palcami  jego  ucho.  W 

końcu schwycił zwierzaka za ogon. 

- Auu! Do cholery! 

Słysząc  jego  okrzyki,  koty  syjamskie  stanęły  pod  kuchennymi  drzwiami  i  zaczęły 

piszczeć. 

- Wy też się zamknijcie! - wrzasnął dziennikarz. 

Spokojnie!  -  powiedział  sobie  i  usiadł  na  jednym  z  krzeseł.  To  trochę  pomogło. 

Bootsie  przestał  wierzgać  i  schował  pazury.  Uznał  widocznie,  że  spędzi  noc  jak  indiańskie 

dziecko. 

Qwilleran siedział nieruchomo przez pięć minut, w końcu  jednak stracił cierpliwość. 

Strach  zmusza  do  ucieczki  -  pomyślał  i  zerwał  się  z  krzesła,  wydając  dziki  okrzyk,  którego 

nauczył  się  od  mieszkańców  Afryki  Północnej.  Machał  rękami  i  biegał  po  kuchni  jak 

szaleniec.  W  końcu  zaczął  przeraźliwie  jęczeć,  ponieważ  Bootsie,  przerażony  dziką 

przejażdżką, wczepił się znowu pazurami w jego plecy. 

background image

Było  po  północy.  Zdesperowany  dziennikarz  wykręcił  numer  Boswellów.  Kiedy 

usłyszał łagodny głos Verony, wrzasnął: 

- Chcę rozmawiać z Vince'em! Mam poważne kłopoty! Mówi Qwilleran! 

-  Och,  Boże!  Vince  jeszcze  nie  wrócił  -  Verona  zaniepokoiła  się.  -  Mogę  jakoś 

pomóc? 

- Mam kota na plecach! Zaplątał się w mój sweter! Ktoś musi go ze mnie zdjąć! Auu! 

- O Boże! Zaraz do pana przyjdę! 

Qwilleran podszedł powoli do drzwi i zapalił światła na podwórzu. Po paru minutach, 

które ciągnęły się w nieskończoność, przybiegła Verona z latarką w ręku. Miała na sobie stary 

szlafrok i grubą kurtkę. Qwilleran otworzył powoli drzwi i ostrzegł Veronę: 

-  Proszę  nie  robić  gwałtownych  ruchów.  Niech  pani  spróbuje  zdjąć  ze  mnie  kota  i 

oderwać jego łapy od mojego swetra, najlepiej po jednej naraz. 

Verona spróbowała podnieść zwierzaka, ale kiedy oderwała jedną jego łapę, pozostałe 

wczepiły się w sweter. 

-  Chyba  nic  z  tego.  Mogę  coś  zaproponować?  -  spytała  swoim  śpiewnym  głosem.  - 

Niech pan spróbuje zdjąć sweter przez głowę. Pomogę panu. 

- Dobrze, tylko ostrożnie. Nie chcę go przestraszyć. 

- Jest taki milutki! Milutki kotek!  - mówiła Verona, pomagając dziennikarzowi zdjąć 

sweter. - O Boże! - zawołała nagle. - Ma pan krew na koszuli? 

Qwilleran zdjął szybko koszulę. 

- Ma pan szramy na plecach? Jest tu jakiś środek dezynfekujący? 

- Powinien być w łazience. 

Zostawili  kota  zawiniętego  w  sweter  i  poszli  do  łazienki.  Verona  przemyła  rany 

Qwilleranowi, który wił się i syczał. 

- Niech pan będzie dzielny! Trzeba to zrobić, żeby nie było zakażenia! Proszę coś na 

siebie włożyć, bo pan zmarznie? 

-  Nie  wiem,  jak  pani  dziękować,  pani  Boswell!  -  powiedział  Qwilleran,  wkładając 

czystą koszulę. - Nie chciałem pani niepokoić o tak późnej porze, ale byłem bliski wezwania 

straży pożarnej! 

- Nie ma sprawy! Ma pan jeszcze jakieś rany na ciele? 

- Chyba nie... - bąknął Qwilleran. - Gdzie jest Vince? 

- Jeszcze nie wrócił z Lockmaster. Musiał spędzić więcej czasu w bibliotece? 

background image

Qwilleran spojrzał na Veronę. Wyglądała żałośnie ze swoimi rozczochranymi włosami 

i  sińcem  pod  okiem,  który  zmienił  kolor  na  żółty.  Ubrana  była  w  wyblakły  szlafrok, 

dziwaczną kurtkę koloru khaki i stare trampki. 

- Napije się pani kawy? - spytał dziennikarz. 

-  Powinnam  już  wracać  -  odparła  Verona.  -  Dzidzia  śpi.  Może  się  obudzić  w  każdej 

chwili. Ma pan... mleko? 

-  Mleko?  Niestety  nie,  nie  pijam  mleka.  Pani  Cobb  zostawiła  cały  karton,  ale 

skwaśniało i musiałem je wyrzucić. 

-  Skończyło  mi  się  mleko  dla  Dzidzi?  Myślałam,  że  Vince  wróci  wcześniej  i  będę 

mogła pojechać na zakupy? 

- Mam trochę mleka w proszku. Przyda się pani? 

- Och, bardzo panu dziękuję! 

- Jeśli Vince nie wróci rano, przywiozę pani zakupy. Proszę zrobić listę. 

Verona zarumieniła się z zakłopotania. 

- On nie zostawił mi pieniędzy. 

- To nie do pomyślenia! Zaraz coś znajdziemy! - Qwilleran wyjął z szafki plastikową 

torbę. Włożył do niej ser, babeczki jagodowe, chleb z kawałkami banana, zupę warzywną i 

puszkę  tuńczyka.  Na  końcu  wsadził  do  torby  opakowanie  makaronu  z  serem  i  westchnął 

ciężko, ponieważ była to jego ulubiona potrawa. - Odwiozę panią do domu - zaproponował, 

sięgając po kurtkę, w której były kluczyki od samochodu. 

Była  to  krótka  przejażdżka  -  zaledwie  kilkaset  metrów.  Po  chwili  milczenia  Verona 

powiedziała: 

- Widziałam pana kotki? Są piękne! Chciałabym pokazać je Dzidzi. 

- Dobrze - zgodził się Qwilleran. - Proszę ją przyprowadzić w czwartek po południu. 

Dziękuję jeszcze raz. Uratowała mnie pani! 

- Proszę mi mówić Verona - powiedziała, wysiadając. 

Kiedy znikła w domu, Qwilleran ruszył w drogę powrotną, zastanawiając się, dlaczego 

ta miła kobieta związała się z takim prymitywem jak Vince. 

background image

Kiedy  dziennikarz  wszedł  do  domu,  Bootsie  leżał  nadal,  owinięty  swetrem.  Nie 

obudził się, kiedy  Qwilleran  go wyjął.  Na  jego  kocim pyszczku malowało  się zadowolenie, 

jakby o czymś marzył. Mruczał głośno przez sen. 

background image

Rozdział osiemnasty 

W  środę  rano,  kiedy  Bootsie  i  koty  syjamskie  zawierały  znajomość,  Qwilleran  pojechał  na 

rowerze  do  West  Middle  Hummock.  Mijając  farmę  Fugtree,  zaczął  się  zastanawiać,  kiedy 

policjanci będą go wypytywać o poniedziałkowych gości. 

Brent Waffle został zabity przed ósmą wieczór - tak napisano w policyjnym raporcie. 

Kristi i Mitch odwiedzili go punktualnie o ósmej. Pamiętał, że nadeszli od strony Wierzbowej 

Alei.  Może  spotkali  Brenta  po  drodze  i  doszło  między  nimi  do  gwałtownej  kłótni,  podczas 

której uderzyli go w głowę latarką - albo dwiema latarkami. A potem zostawili jego ciało nad 

strumieniem. Może przypomnieli sobie historię Buddy'ego Yarrowa, którego ciało znaleziono 

na brzegu rzeki Ittibittiwassee. Koroner orzekł wtedy, że Buddy pośliznął się i uderzył głową 

w kamień. Qwilleran spróbował wyobrazić sobie, co było dalej: Mitch przyjechał po północy 

do Wierzbowej Alei, zabrał ciało z farmy Fugtree i zostawił je w pobliżu biegnącej niedaleko 

szosy.  Dziennikarz  przypomniał  sobie  hałas,  który  słyszał  w  środku  nocy  -  może  była  to 

ciężarówka Mitcha. 

Jeśli  to  prawda  -  pomyślał  Qwilleran  -  mordercy  byli  dziwnie  spokojni  tamtego 

wieczoru. Ale skoro ciało leżało na farmie podczas ulewy, to dlaczego widniały na nim ślady 

krwi, kiedy znaleźli je robotnicy? 

Qwilleran przypuszczał, że Brent został zamordowany w jakimś pomieszczeniu. Być 

może  ukrył  się  w  zagrodzie  dla  kóz  i  obserwował  Kristi,  planując  morderstwo.  Może 

przestraszył stojące tam kozły: Attylę, Napoleona i Rasputina, a Kristi, słysząc hałas, posłała 

do zagrody Mitcha. 

Qwilleran miał nadzieję, że prawda była inna. Kristi i Mitch byli wspaniałymi ludźmi, 

mieli plany na przyszłość. Dziennikarz doszedł do wniosku, że wszystkie te fantazje powstały 

w jego głowie pod wpływem szybkiego pedałowania. 

Wstąpił do sklepu w West Middle Hummock i kupił pomarańcze, jabłka oraz mleko. 

Potem  zawiózł  zakupy  do  domu  Boswellów.  Verona  o  mało  nie  rozpłakała  się  z 

wdzięczności. 

- Gdzie jest Vince? - spytał Qwilleran. 

Verona wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową ze smutkiem. 

background image

- Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. 

Dzidzia,  która  stała  obok  wczepiona  w  szlafrok  matki,  spojrzała  na  Qwillerana  i 

powiedziała: 

- Jutro zobaczę kotki! 

Kiedy Qwilleran wrócił do muzeum, na podwórzu roiło się od samochodów. Było tam 

między innymi: czterodrzwiowe auto Tibbittów, sedan Larry'ego i samochód sportowy Susan. 

Członkowie rady spotkali się w sprawie powołania nowego dyrektora muzeum. 

Qwilleran  zdjął  dres  i  włożył  ubranie  stosowne  do  okazji.  Policzył  nosy  śpiących, 

puszystych zwierzaków i poszedł do muzeum. Spotkanie jeszcze się nie zaczęło. Członkowie 

rady krążyli po salach albo pili kawę w biurze. 

- Dołączysz do nas, Qwill? - zawołał Larry. - Poczęstuj się pączkiem! 

-  Chciałbym  z  tobą  chwilę  porozmawiać,  Larry.  -  Qwilleran  skinął  na  Larry'ego  i 

zaprowadził go do mieszkania. - Chcę ci pokazać, co odkryłem. 

- Co to takiego? 

- Pewien przedmiot, który należał do twojej prababci. 

- Do której? Miałem cztery prababcie. Ty też. 

- Moja prababcia nie zapisywała sekretów w Biblii - powiedział dziennikarz. - Siadaj. 

Kiedy  usiedli  przy  dużym  stole,  Qwilleran  sięgnął  po  wielką  księgę  w  skórzanej 

okładce. 

-  Tę  księgę  kupiła  na  aukcji  pani  Fugtree.  Jej  córka  podarowała  Biblię  muzeum. 

Nazwano ją Biblią Bosworthów, ponieważ pierwsza wzmianka na skrzydełku okładki dotyczy 

Luthera Boswortha, który zmarł w 1904 roku. 

- Pokaż! - Larry wyciągnął rękę. 

- Nie tak prędko! 

-  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  Lucy  -  wdowa  po  Lutherze  -  zapisywała  na  kartkach 

Biblii  najważniejsze  wydarzenia  z  historii  rodziny.  Zmarła  około  1958  roku.  Na  tej  dacie 

kończą się wpisy. Pani Fugtree kupiła Biblię w 1959 roku. 

- Widzę, że nie traciłeś czasu - powiedział Larry. - Do czego zmierzasz? 

- Z tego, co Lucy napisała, wynika, że ty, Susan i Vince jesteście kuzynami w drugiej 

linii.  Ale  pewnie  o  tym  wiesz.  Wszyscy  mieszkańcy  Moose  County  mają  świra  na  punkcie 

genealogii. 

- Tak, wiem, że istnieje dalekie pokrewieństwo - przyznał niechętnie Larry. - Auu! Co 

to? - zawołał po chwili, potrząsając nogą. 

- Przepraszam. To Bootsie, kot Polly. Zaraz go zamknę. 

background image

Qwilleran wsadził kota do szafy kuchennej. 

-  Co masz dla mnie jeszcze, Sherlocku?  - spytał  Larry.  - Wyglądasz, jakbyś dokonał 

wielkiego odkrycia. 

-  Dowiedziałem  się  kilku  rzeczy  o  twoim  sklepie.  Twoja  prababcia  kupiła  dom 

towarowy w Pickax w 1904 roku, niedługo po śmierci Luthera. Zapłaciła gotówką. Wkrótce 

potem wyszła za mąż za Karla i nazwała sklep „Wielobranżowym Domem Towarowym”. To 

świetny temat na felieton do mojej rubryki. Chciałem wypytać cię o szczegóły. 

Choć Larry był dobrym aktorem, nie potrafił ukryć zakłopotania i zaczerwienił się po 

uszy. 

- Pokaż mi to! 

Qwilleran trzymał rękę na Biblii. 

- Jeszcze jedno, Larry, i będziesz wolny. Ty i Susan głosujecie na Vince'a w wyborach 

na nowego dyrektora muzeum, ale czy jesteście pewni, że on się nadaje? Vince jest waszym 

krewnym,  ale,  mówiąc  szczerze,  jego  maniery  pozostawiają  wiele  do  życzenia.  Jeśli  moje 

przypuszczenia  okażą  się  słuszne,  będę  miał  inne  dowody  przeciwko  niemu.  -  Qwilleran 

znacząco przygładził wąsy. - Członkowie rady mają dziś wybrać nowego dyrektora, ale może 

warto przemyśleć tę decyzję? 

- Do czego zmierzasz, Qwill? Dlaczego jesteś taki tajemniczy? 

- Vince pojechał do Lockmaster. Zostawił Veronę bez samochodu, pieniędzy i mleka 

dla dziecka. Wyjechał w poniedziałek i nie wiadomo, kiedy wróci. Czy on gra na wyścigach 

konnych? W Lockmaster zaczął się sezon. 

- Nic o tym nie wiem. 

-  Vince  jest  nieodpowiedzialnym  człowiekiem.  Chcecie  mieć  takiego  dyrektora? 

Dlaczego zmienił nazwisko na Bosworth? 

- Prawdę mówiąc, nigdy go o to nie pytałem - powiedział Larry. 

- Czy Luther Bosworth był górnikiem? Zginął w wybuchu trzynastego maja? 

- Nie, pracował jako pomocnik na farmie Goodwinterów. Tak mówił Benjamin - wuj 

mojego ojca. Ephraim bardzo cenił Luthera. 

- Luther nie był twoim pradziadkiem. Był nim Karl. 

- Zgadza się. 

- Karl był przystojnym mężczyzną. 

- Skąd wiesz? 

- Przeczytaj tę księgę, to się dowiesz. 

background image

Qwilleran  wręczył  Larry'emu  Biblię,  nie  zwracając  uwagi  na  łoskot  dochodzący  z 

szafy kuchennej. 

-  A  teraz  ja  cię  o  coś  spytam  -  powiedział  Larry.  -  W  gazecie  napisano,  że  ofiarą 

morderstwa  jest  były  mąż  Kristi  Fugtree.  Wszyscy  mówią,  że  to  on  zatruł  jej  kozy.  Kristi 

spotyka się z Mitchem Ogilviem. Myślisz, że on jest w to zamieszany? 

- Nie sądzę. Mitch i Kristi byli u mnie w poniedziałek wieczorem. Piliśmy jabłecznik i 

rozmawialiśmy o odnowieniu farmy Fugtree i o wpisaniu domu Kristi do rejestru zabytków. 

-  Mam  nadzieję,  że  Mitch  nie  maczał  w  tym  palców  -  powiedział  Larry.  -  Muszę 

wracać do muzeum. Zaraz zacznie się spotkanie. 

-  Jeszcze  jedno  pytanie,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Czy  wiesz,  jak  zrobić 

piaskownicę dla dziecka? 

-  Mieszkańcy  budują  piaskownice  z  drewnianych  bali  i  przywożą  piasek  z  Sandpit 

Road. Czemu pytasz? 

- Na farmie Boswellów przydałaby się piaskownica. 

Kiedy Larry wyszedł, za plecami dziennikarza rozległ się dźwięk rozbijanego szkła. 

Qwilleran otworzył gwałtownie drzwi szafy. Bootsie siedział na półce wśród żarówek 

i głośno mruczał. 

Polly Duncan wróciła po kota wcześniej, niż dziennikarz się spodziewał. 

- Zebranie się skończyło, ale nie chciałam zostać na przyjęciu - oznajmiła. - Tęskniłam 

za moim koteczkiem. Był grzeczny? 

-  Tak.  Mam  parę  szram  na  plecach,  stłukły  się  porcelanowe  półmiski  warte  kilkaset 

dolarów, a moje koty przeżyły traumę, ale nic nie szkodzi. 

Polly nie zwróciła na niego uwagi. 

- Gdzie on jest? Nie mogę się doczekać! Gdzie on jest?! Qwilleran i Polly przeszukali 

całe  mieszkanie.  Znaleźli  Yum  Yum  i  Koko  na  niebieskim  fotelu  bujanym,  ale  kociaka 

nigdzie  nie  było.  Polly  miała  przerażoną  minę,  jakby  myślała,  że  koty  syjamskie  zjadły  jej 

ulubieńca. 

- Jest! - zawołał Qwilleran z łazienki. 

Polly, która była na skraju załamania nerwowego, odetchnęła z ulgą. 

Bootsie spał słodko w brytfance do pieczenia indyka, która służyła kotom za kuwetę. 

Polly chwyciła go w ramiona. 

-  Bootsie,  koteczku!  Co  tu  robisz?  Czułeś  się  samotny?  Tęskniłeś  za  mną?  Daj 

buziaka! Czy Bootsie załatwiał się do swojego pojemnika, Qwill? 

- Woli kuwetę moich kotów. 

background image

- Nie bał się jeść? 

-  Miał  doskonały  apetyt,  zapewniam  cię.  Spotkałaś  Vince'a  Boswella  w  bibliotece? 

Miał tam szukać materiałów do swojej książki. 

-  Nie  spotkałam  w  bibliotece  nikogo  z  Pickax.  Wszyscy  byli  na  wyścigach,  które 

zaczęły się w tym tygodniu. Zabiorę rzeczy i wracamy do domu. 

Qwilleran przyniósł kosz Bootsiego, kuwetę, szczotkę i tekturowy pojemnik. 

-  Pożegnaj  się  z  wujkiem,  Bootsie!  -  Polly  ujęła  łapę  kociaka  i  pomachała 

Qwilleranowi.  -  Jaka  cudowna  łapka!  Ta  łata  wygląda  jak  brązowy  kwiatek.  Myślisz,  że 

powinnam obciąć mu pazurki? 

- Jeśli uważasz, że to konieczne... - powiedział Qwilleran. 

Kiedy Polly wyszła, z piersi dziennikarza dobyło się głębokie westchnienie ulgi. Koty 

zaczęły  się  leniwie  przeciągać.  Na  kolację  były  udka  kurczaka  w  sosie  z  pleśniowego  sera. 

Cała  trójka  pałaszowała  jedzenie,  rozkoszując  się  spokojną  atmosferą.  O  zmroku  wyszli  na 

werandę  posłuchać  muzyki.  Koty  usadowiły  się  na  niebieskim  fotelu.  Qwilleran  usiadł  w 

drugim  fotelu  naprzeciwko  z  kubkiem  kawy.  Wyłączył  oba  telefony.  Chciał  w  spokoju 

posłuchać opery, którą dostał od Polly. 

Kiedy akt trzeci dobiegł końca, Qwilleran zdał sobie sprawę, że muzyka sprawia mu 

wielką  przyjemność.  Nie  był  już  krytycznie  usposobiony.  Koty  syjamskie  słuchały  w 

skupieniu,  być  może  słyszały  dźwięki,  których  ucho  Qwillerana  nie  odbierało.  Dziennikarz 

był  zachwycony  angielskim  librettem.  W  czwartym  akcie  napięcie  wzrosło.  Kiedy 

Desdemona  krzyknęła:  „Słyszę  szloch!  Kto  puka  do  drzwi?”  -  Emilia  zaśpiewała  w 

odpowiedzi: „To tylko wiatr”. 

W  tym  momencie  Koko  warknął.  Zeskoczył  na  podłogę  i  pobiegł  do  hallu.  Chwilę 

później rozległo się walenie do drzwi wejściowych. Ktoś stukał w nie kołatką i pięścią. 

Qwilleran pobiegł otworzyć. 

-  Pomóż  mi  znaleźć  Dzidzię!  -  zawołała  Verona.  Jej  oczy  były  szeroko  otwarte  ze 

strachu, nie mogła złapać tchu. - Wyszła z domu! Może jest w stodole? 

Qwilleran chwycił kurtkę i latarkę. Wybiegli na oświetlone podwórze. Verona była tak 

przerażona, że zapomniała zabrać z domu latarkę. Biegła w ciemności. 

- Kiedy Dzidzia znikła? - krzyknął Qwilleran. 

- Nie wiem - odparła Verona, dysząc ciężko. 

- Gdzie jest Vince? 

- Jeszcze nie wrócił. 

Przebiegli przez trawnik i stanęli przed stodołą. 

background image

- Niech pani wejdzie do środka. Proszę nie iść w głąb stodoły - ostrzegł ją Qwilleran. - 

Tam jest ciemno. Niech pani zawoła Dzidzię. 

- Dzidziu! Dzidziu! - krzyknęła Verona przerażonym głosem i zaczęła iść przed siebie. 

- Ani kroku dalej! Proszę zawołać ją jeszcze raz! 

- Dzidziu! Dzidziu! 

Qwilleran zapalił  latarkę. W jej świetle ukazały  się skrzynki  i  prasy drukarskie. Pod 

ścianą przemknął dziki kot, szukając schronienia. Poza tym panowała absolutna cisza. W rogu 

stała  oparta  o  ścianę  wielka  drewniana  platforma.  Qwilleran  widział  ją  poprzednim  razem, 

kiedy  był  w  stodole.  Leżała  wtedy  na  ziemi.  Ciekawe,  w  jaki  sposób  Vince  ją  podniósł?  - 

pomyślał dziennikarz. 

-  Niech  pani  tu  zostanie  -  ostrzegł  Veronę  i  ruszył  przed  siebie.  -  Proszę  zawołać 

Dzidzię jeszcze raz. 

Platforma  zakrywała  przedtem  otwór  w  podłodze.  Teraz  widać  było  niższy  poziom, 

gdzie  kiedyś  była  stajnia.  Ktoś  ustawił  tam  drabinę.  W  świetle  latarki  Qwilleran  zobaczył 

leżące na stajennej podłodze zielone wiaderko. Zszedł na dół po drabinie i szybko wrócił na 

górę. 

Objął Veronę i powiedział: 

- Wracajmy do domu. Musimy zadzwonić po karetkę. 

- Co się stało? Gdzie ona jest? Muszę ją zobaczyć! 

- Zaczekajmy, aż przyjedzie karetka. 

Verona zemdlała. 

Qwilleran zaniósł ją do mieszkania i położył na łóżku. Verona ocknęła się, ale leżała 

bez ruchu, patrząc w sufit. Qwilleran przykrył ją kocem i zadzwonił do doktora Halifaksa. 

-  Doktorze,  jest  u  mnie  matka  i  dziecko.  Dziewczynka  straciła  przytomność.  Matka 

jest chyba w szoku. Zadzwoniłem po karetkę. Co mam robić? 

-  Proszę  je  czymś  okryć,  żeby  nie  zmarzły.  Karetka  przywiezie  je  do  szpitala  w 

Pickax. Jak się nazywa matka dziecka? 

- Boswell. Verona Boswell. 

- Nie znam tego nazwiska. Nikt z mieszkańców się tak nie nazywa. 

Sanitariusze  położyli  Dzidzię  na  noszach.  Jeden  z  nich  powiedział  do  zastępcy 

szeryfa: 

-  Wygląda  na  to,  że  spadła  z  drabiny  na  kamienną  podłogę  w  stodole.  Pewnie  ma 

złamany kręgosłup. 

Taka mała szyja - pomyślał Qwilleran. Niewiele większa od szyi Koko! 

background image

Kiedy  Veronę  umieszczono  na  noszach,  dziennikarz  wrócił  do  stodoły.  Zielone 

wiaderko  wciąż  leżało  na  podłodze  stajni.  Qwilleran  zamknął  drzwi  stodoły  i  wrócił  do 

muzeum. Kiedy otworzył drzwi mieszkania, ze środka wypadł jakiś kształt i popędził przed 

siebie jak pocisk. 

- Koko! Wracaj! - krzyknął dziennikarz, biegnąc za kotem. 

Koko pędził cztery razy szybciej niż Qwilleran. Dobiegł do stodoły i wśliznął się do 

wnętrza,  jakby  był  dzikim  kotem.  Qwilleran  otworzył  duże  wrota  i  zawołał  Koko. 

Jednocześnie poczuł, że drżą mu wąsy - był to sygnał, że kot czmychnął na dół po drabinie. 

Dziennikarz  poszedł  za  nim.  Stajnia  miała  kamienną  podłogę  i  niski  sufit.  Pod  ścianą  stały 

skrzynki i prasy drukarskie, gdzieniegdzie leżała słoma. Qwilleran poświecił latarką i zaczął 

nasłuchiwać. W końcu usłyszał znajome mruczenie, które po chwili zamieniło się w głośne 

miauczenie.  Dziennikarz  podszedł  do  drzwi  na  tyłach  pomieszczenia.  Kiedyś  wprowadzano 

tamtędy  konie  i  krowy.  Koko  stał  między  skrzynkami  i  przyglądał  się  piszczącym  kotkom, 

które dopiero co się urodziły i leżały z matką na wilgotnym białym prześcieradle. 

Qwilleran  wziął  kota  na  ręce.  Koko  nie  protestował.  Dziennikarz  ruszył  w  stronę 

drabiny  i  potknął  się  o  łom,  którym  Vince  otwierał  skrzynki.  Qwilleran  skierował  światło 

latarki  na  podłogę.  W  rogu  ktoś  zrobił  legowisko  ze  słomy.  Leżały  tam  puszki  z  piwem  i 

puste pudełka po papierosach. To ten głupiec Boswell! - pomyślał Qwilleran. Upijał się tu i 

palił, leżąc na suchej słomie! 

Koko zaczął się szarpać i Qwilleran go wypuścił. Węsząc przy ziemi, kot podszedł do 

legowiska ze słomy i zwiniętego zielonego materiału, którego Boswell używał widocznie jako 

poduszki. Były na nim ślady krwi. Qwilleran widział w Wierzbowej Alei podobny materiał z 

napisem „Więzienie Lockmaster”. 

Dziennikarz  chwycił  kota  i  pobiegł  do  mieszkania.  Zadzwonił  w  trzy  miejsca:  do 

redakcji gazety „Moose County coś tam”, do biura szeryfa i do Towarzystwa Historycznego. 

background image

Rozdział dziewiętnasty 

W porannych wiadomościach PKX FM ogłoszono następujący komunikat: „Policja poszukuje 

mężczyzny podejrzanego o zamordowanie Brenta Waffle'a. Jego nazwisko będzie ujawnione, 

kiedy  zostanie  pojmany”.  Była  też  wiadomość  o  zderzeniu  trzech  samochodów  w  centrum 

Kennebeck  i  wzmianka  o  żywej  dyskusji  radnych  miejskich  na  temat  obchodów  święta 

Halloween.  Na  końcu  dziennikarz  radiowy  powiedział:  „Wczoraj  wieczorem  dwuipółletnia 

dziewczynka  uległa  wypadkowi  na  terenie  posiadłości  Goodwinterów.  Weszła  do  stodoły  i 

spadła na kamienną podłogę stajni, znajdującej się na niższym poziomie”. 

Po  wiadomościach  członkowie  poczty  pantoflowej  zasypali  Qwillerana  telefonami. 

Pierwszy  zadzwonił  pan  O'Dell  -  siwy  dozorca,  który  pilnował  mieszkania  Qwillerana  w 

Pickax. 

-  Właśnie  się  zastanawiałem,  czy  umyć  okna  w  pańskim  mieszkaniu,  skoro  pan 

niedługo wróci - powiedział. 

- Nie mam jeszcze konkretnych planów - odparł dziennikarz. - Obiecałem, że zostanę 

tu, aż znajdą nowego dyrektora. 

- Straszne rzeczy się tam dzieją! Najpierw pani Cobb - dobra kobieta, niech Bóg ma ją 

w  swojej  opiece!  A  teraz  małe,  niewinne  dziecko!  Nad  farmą  Goodwinterów  wisi  klątwa. 

Niech pan stamtąd ucieka. Diabeł grasuje tam od dziewięćdziesięciu lat! 

- Dziękuję za radę, panie O'Dell - powiedział Qwilleran. - Zastanowię się nad tym. 

- Mam umyć okna? 

- Tak, niech pan to zrobi. - Qwilleran nie spieszył się z powrotem do Pickax. Nie bał 

się diabła, ale wiedział, że dozorcy zależy na umyciu okien. 

Arch Riker też miał dla niego radę: 

-  Wracaj  do  miasta  i  przestań  bawić  się  w  detektywa.  Czytelnicy  czekają.  Mieli 

nadzieję, że będziesz częściej pisać felietony. 

-  Przez  ostatnie  dwa  tygodnie  miałem  urwanie  głowy.  Chciałem  napisać  felieton  o 

hodowli kóz, ale całe stado zostało zatrute i kto inny o tym napisał. Zacząłem tekst o starych 

prasach drukarskich, ale tak zwany ekspert uciekł z miasta i wkrótce wyląduje w wiezieniu. 

background image

-  Wymówki!  Zrób  wywiad  z  jakimś  staruszkiem,  który  ma  ochotę  na  zwierzenia,  i 

przygotuj tekst na poniedziałek - poradził Riker. - Wymyśl coś prostego, dopóki nie wrócisz 

do formy. 

Qwilleran  postanowił  skorzystać  z  tej  rady.  Przypomniał  sobie,  co  mówił  Mitch,  i 

zadzwonił  do  domu  starców  w  Pickax.  Powiedział,  że  chciałby  przeprowadzić  wywiad  z 

Adamem Dingleberrym. Pielęgniarka, z którą rozmawiał, poradziła mu, żeby przyszedł trochę 

przed  południem  -  po  lunchu  staruszek  robił  się  zawsze  senny.  Zaznaczyła,  że  dziennikarz 

będzie mógł rozmawiać z Adamem nie dłużej niż pół godziny. Tak zdecydował lekarz. 

Kiedy  Qwilleran  przyjechał  do  domu  starców,  zwrócił  uwagę  na  kręcące  się  w 

korytarzu  wolontariuszki  w  koszulkach  z  napisem  „Lubimy  pomagać”.  Kobiety  witały 

odwiedzających,  woziły  pacjentów  na  wózkach,  roznosiły  koce  i  uśmiechały  się  słodko, 

pokazując  wszystkim,  że  lubią  pomagać,  niezależnie  od  tego,  czy  pacjenci  mają  pieniądze. 

Nowoczesny  budynek  był  kiedyś  częścią  ubogiego  gospodarstwa,  ale  teraz  nic  o  tym  nie 

przypominało. 

Jedna  z  wolontariuszek  zaprowadziła  Qwillerana  do  czytelni.  Było  to  ciche 

pomieszczenie  z wygodnymi lampami. Na półkach stały  książki  z dużą czcionką. Qwilleran 

był tam kilka razy, kiedy przeprowadzał wywiady, i nie zauważył, żeby ktokolwiek korzystał 

z  czytelni.  Pacjenci,  którzy  nie  byli  skazani  na  leżenie  w  łóżku,  przesiadywali  głównie  w 

pokoju telewizyjnym. 

-  Pan  Dingleberry  ma  wadę  słuchu  -  oznajmiła  wolontariuszka,  która  przywiozła 

Adama  Dingleberry'ego.  Ten  przygarbiony  staruszek  na  wózku  był  kiedyś  nie  tylko 

najwyższym chłopakiem w całej szkole, jak twierdził Homer Tibbitt, ale i najsilniejszym. 

Kobieta usiadła przy drzwiach, a Qwilleran zwrócił się do staruszka. 

- Nie poznaliśmy się, panie Dingleberry - oznajmił głośno i wyraźnie - ale widziałem 

pana na spotkaniu seniorów. Homer Tibbitt powiedział mi, że chodził do tej samej szkoły co 

pan. 

- Homer? Był ode mnie młodszy! Nadal jest. Ma tylko dziewięćdziesiąt cztery lata, ja 

mam  dziewięćdziesiąt  osiem.  A  pan?  -  Adam  Dingleberry  mówił  piskliwym  głosem, 

podobnie jak Homer. 

- Czuję się nieco zakłopotany - odparł dziennikarz. - Mam tylko pięćdziesiąt lat. 

-  Pięćdziesiąt?  Może  pan  chodzić  o  własnych  siłach,  co?  Kiedy  będzie  pan  w  moim 

wieku, będą pana wozić. 

- Przyjemna perspektywa! 

background image

Adam  Dingleberry  miał  starą,  zniszczoną  twarz,  ale  jego  oczy  były  bystre  i 

przenikliwe jak oczy ptaka. 

- Ojcowie miasta zabronili świętować Halloween - powiedział. - W dawnych czasach 

smarowaliśmy  okna  woskiem  i  waliliśmy  pięściami  w  drzwi.  Któregoś  razu  wyważyliśmy 

drzwi szkoły. 

- Czy mogę nagrać naszą rozmowę? - spytał Qwilleran i położył magnetofon na stole. 

Oto rozmowa, którą nagrał: 

W  muzeum  jest  biurko,  na  którym  zostały  wyryte  różne  inicjały.  Czy  są  tam  pańskie 

inicjały? 

-  Nie.  Zawsze  wydrapywałem  inicjały  kogoś  innego.  Nie  skończyłem  szkoły. 

Wyrzucili mnie, bo posmarowałem krzesło nauczyciela krowim łajnem. Ojciec złoił mi skórę, 

ale zasłużyłem na to. 

Czy to prawda, ze rodzina Dingleberrych prowadzi zakład pogrzebowy od ponad stu 

lat? 

-  Tak.  Mój  dziadek  przyjechał  z  Europy.  Budował  domki  dla  górników  i  trumny. 

Kiedy  ktoś  umarł,  dziadek  czuwał  całą  noc  nad  budową  trumny.  Kiedyś  trumny  budowano 

inaczej.  Były  szerokie  na  górze  i  wąskie  na  dole.  Dziadek  był  dumny  ze  swojej  pracy. 

Nauczył mojego ojca, jak budować trumny. Ojciec robił też meble. 

Jakiego rodzaju meble, panie Dingleberry? 

- To były biurka z długimi nogami i szafką. Nazywano je „biurkami Dingleberry'ego”. 

W  takim  biurku  były  zwykle  drzwi,  szuflady,  a  czasem  sejf  albo  skrytki  -  w  zależności  od 

zamówienia. 

Czy pański ojciec umieszczał swoje nazwisko na meblach, które zrobił? 

- Nie. Ludzie wiedzieli, kto wykonał biurka, nie było sensu umieszczać tam nazwiska. 

Dziś  to  co  innego!  Moje  wnuki  noszą  koszule  ze  swoimi  imionami.  Pewnie  niedługo  na 

każdej trumnie będzie nazwisko Dingleberry. 

W jaki sposób pana ojciec został właścicielem zakładu pogrzebowego? 

-  Jego  meble  świetnie  się  sprzedawały.  Zatrudnił  rzemieślników,  którzy  robili  dla 

niego stoły, łóżka i trumny, i otworzył sklep. Jeśli rodzina zmarłego zamawiała u ojca trumnę, 

urządzał pogrzeb za darmo. Miał elegancki czarny powóz i konie, których uprząż ozdobiona 

była czarnymi piórami. W tamtych czasach pogrzeb to było widowisko! Kiedy ja i moi bracia, 

którzy  już  nie  żyją,  dorośliśmy,  przejęliśmy  zakład  i  unowocześniliśmy  go.  Zastąpiliśmy 

background image

konie  samochodami.  Ludziom  się  to  nie  podobało.  Później  moi  synowie  przejęli  zakład,  a 

teraz pracują tam moje wnuki. Moi synowie i wnuki ukończyli szkoły w przeciwieństwie do 

mnie. 

Pamięta pan pogrzeb Ephraima Goodwintera? 

(Długa pauza). 

- Byłem wtedy bardzo młody, ale rodzice o tym mówili. 

Czy Ephraim został zlinczowany? 

(Długa pauza). 

- Wiem tylko, że dyndał na sznurze. Kto przeciął sznur? 

- Mój ojciec i syn Ephraima - Titus. Był z nimi pastor. Nie pamiętam jego nazwiska. 

Wielebny Crawbanks? 

- Tak! 

Skąd pan wie? 

(Długa pauza). 

- Miało mnie tam nie być. Ojciec powiedział, żebym został w domu, ale ukryłem się w 

wozie.  Pastor  zmówił  modlitwę,  a  tata  i  Titus  zdjęli  kapelusze.  Przeżegnałem  się. 

Wiedziałem, że dostanę w skórę. 

Widział pan ciało? Ephraim miał związane ręce? 

- Nie widziałem. To było o zmroku. 

Czy ktoś miał aparat fotograficzny? 

- Tak, Titus. Zrobił zdjęcie - nie wiem, po co. 

Czy Ephraim był w ubraniu? 

- To było dawno temu. Nie zwróciłem uwagi. Pamiętam tylko, że przykryto go kocem. 

Jeśli  Ephraim  popełnił  samobójstwo,  na  pewno  ustawił  skrzynkę.  Wszedł  na  nią,  a 

potem ją kopnął. Była tam skrzynka? 

(Długa pauza). 

- Zawsze myślałem, że Ephraim siedział na koniu i z niego zeskoczył. Koń wrócił sam 

do domu. Dlatego zaczęli szukać Ephraima. Tak mówił Titus. 

Uwierzył pan w to? 

- Byłem bardzo młody. Nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. 

Czy pana ojciec czasem o tym mówił? 

(Długa pauza). 

- Nie. Wtedy o tym nie mówił. - (Długa pauza). - Dlaczego pan o to wszystko pyta? 

background image

Nasi  czytelnicy  lubią  opowieści  starszych  mieszkańców.  Zrobiłem  już  wywiad  z 

Euphonią Gage, Emmą Huggins Wimsey, Homerem Tibbittem... 

-  Z  Homerem,  tak?  Mógłbym  panu  powiedzieć  coś,  o  czym  Homer  nie  wie,  pod 

warunkiem że nie napisze pan o tym. 

Wyłączę magnetofon. 

Qwilleran wyłączył odtwarzacz i postawił go na podłodze. 

- Chciałbym się napić wody - powiedział piskliwym głosem staruszek. 

Wolontariuszka wyszła z sali. 

- Nie chcę przy niej o tym mówić - powiedział Adam Dingleberry i spytał z błyskiem 

w oku: - Co pan o niej sądzi? 

- To bardzo atrakcyjna kobieta. 

- Ale jest dla mnie trochę za młoda. 

Kiedy wolontariuszka wróciła ze szklanką wody, Qwilleran wziął ją na bok i spytał: 

- Czy mógłbym porozmawiać z panem Dingleberrym w cztery oczy? Mamy prywatną 

sprawę do omówienia. 

- Oczywiście - zgodziła się kobieta. - Zaczekam na zewnątrz. 

- Dokąd ona poszła? - spytał staruszek nerwowo. 

- Jest na korytarzu. Co pan chciał mi powiedzieć? 

- Nie napisze pan o tym w gazecie? 

- Nie. 

- I nikomu pan nie powie? 

- Nie. Obiecuję. - Dziennikarz podniósł prawą rękę. 

-  Mój  ojciec  powiedział  mi  o  tym  przed  śmiercią.  Prosił,  żebym  nikomu  nie  mówił. 

Gdyby  ludzie  się  dowiedzieli,  byłoby  po  nas.  Ale  ojciec  nie  żyje.  Ja  też  niedługo  odejdę  i 

mógłbym zabrać ze sobą sekret do grobu. 

- Nie chce pan się zwierzyć swoim synom? 

- Nie ufam im. Pan ma uczciwą twarz. 

Qwilleran przygładził skromnie swoje wąsy. Obcy chętnie mu się zwierzali. Spojrzał 

wyczekująco na staruszka i spytał z zaciekawieniem: 

- Czego dowiedział się pan od ojca? 

- Chodzi o pogrzeb Ephraima - zaczął Adam Dingleberry. - To był najdłuższy kondukt 

w  historii  Pickax.  Sześć  czarnych  koni  zamiast  czterech  -  dwa  konie  sprowadzono  z 

background image

Lockmaster. Trzydzieści siedem karet i pięćdziesiąt dwa powozy! Ale to wszystko był żart! - 

Staruszek wybuchnął śmiechem, który po chwili zamienił się w kaszel. 

Qwilleran podał mu szklankę z wodą. 

- Żart? Co to znaczy? - spytał, kiedy Adam Dingleberry przestał kaszleć. 

Staruszek spojrzał na niego błyszczącymi oczyma. 

- W grobie nie było ciała Ephraima! 

A więc historia, którą opowiedział mi Mitch, była prawdziwa  - pomyślał Qwilleran. 

Ciało Ephraima pochowano pod domem. 

- Skoro ciała Ephraima nie było w grobie, gdzie został pochowany? 

-  Tak  naprawdę...  -  Adam  Dingleberry  wypił  łyk  wody  i  zaczął  kaszleć  tak 

gwałtownie, jakby się miał udusić. 

Qwilleran wezwał pomoc. Przybiegła pielęgniarka z dwoma pomocnicami. 

Kiedy  Adam  uspokoił  się i  spojrzał  na wolontariuszkę wzrokiem  pełnym pożądania, 

Qwilleran podziękował pielęgniarce. Kobiety opuściły pokój. 

Qwilleran powtórzył swoje pytanie: 

- Gdzie pochowano Ephraima? 

- Ephraim żył! - oznajmił staruszek i zatrząsł się ze śmiechu. 

Qwilleran spojrzał na niego. Przeszło mu przez myśl, że Adam miał starczą demencję, 

ale przecież wszystko, co do tej pory powiedział, brzmiało sensownie. 

- Jak pan to wyjaśni? - spytał. 

-  Ephraim  wiedział,  że  wielu  ludzi  go  nienawidzi.  Wrogowie  chcieli  się  na  nim 

zemścić,  ale  Ephraim  ich  przechytrzył.  Popłynął  statkiem  do  Yerp,  a  stamtąd  udał  się  do 

Szwajcarii. Zmienił nazwisko. Ludzie myśleli, że umarł. 

Po chwili Adam zaczął znowu kaszleć. Qwilleran podał mu szklankę z wodą. Bał się, 

że staruszek znowu dostanie ataku. 

- Proszę pić powoli, panie Dingleberry. Co z resztą rodziny Goodwinterów? 

- Żona Ephraima wróciła na wschód do swoich rodzinnych stron - taka była oficjalna 

wersja. Tak naprawdę pojechała za Ephraimem do Yerp. W tamtych czasach można było tak 

po prostu zniknąć. Władze nie wtrącały się w życie mieszkańców. Kiedy Ephraim pisał swój 

list pożegnalny, nie przyszło mu do głowy, że jego wrogowie zostaną posądzeni o lincz. 

- A jego synowie? 

- Titus i Samson mieszkali na farmie i prowadzili interes. 

-  Jeśli  pański  ojciec  brał  udział  w  tej  mistyfikacji,  mam  nadzieję,  że  otrzymał  hojne 

wynagrodzenie. 

background image

- Dwa tysiące dolarów! - powiedział Adam Dingleberry. - W tamtych czasach to była 

spora  suma!  Oprócz  tego  otrzymywał  pięćset  dolarów  co  cztery  miesiące  za  to,  że  milczał. 

Mój ojciec był religijnym człowiekiem i pewnie nie wziąłby tych pieniędzy, gdyby nie dług w 

banku. Bał się, że straci sklep. 

- Jak długo wypłacano mu pieniądze? 

-  Do  śmierci.  Ephraim  zmarł  w  1935  roku.  Ojciec  zawsze  mi  mówił,  że  zarobił 

pieniądze,  ponieważ  mądrze  zainwestował.  Dopiero  na  łożu  śmierci  wyznał  mi  prawdę. 

Musiałem mu obiecać, że nikomu nie powiem. Ojciec uważał, że mieszkańcy dostaliby szału, 

ponieważ wystrychnięto ich na dudka. Mogliby nawet spalić nasz sklep. 

Adam spuścił głowę i przymknął oczy. Rozmowa trwała już prawie pół godziny. 

- To bardzo ciekawa historia - powiedział Qwilleran. - Dziękuję, że mi pan zaufał. 

Staruszek znowu się ożywił. 

-  Ojciec  powiedział  mi  jeszcze  coś.  Pochował  mężczyznę,  który  pracował  na  farmie 

Goodwinterów. Rodzina Goodwinterów zapłaciła mu za pogrzeb, i to całkiem sporo, chociaż 

trumna była zwyczajna. 

Qwilleran wyprostował się gwałtownie. 

- Jak się nazywał ten mężczyzna? 

- Nie pamiętam. 

- Luther Bosworth? Miał trzydzieści lat? Zostawił żonę i czwórkę dzieci? 

- Tak, to on! 

- Dlaczego zmarł? 

-  Jeden  z  koni  Goodwinterów  oszalał  i  stratował  go  na  śmierć.  Jego  ciało  wyglądało 

tak strasznie, że nie otworzono trumny. 

- Kiedy to się stało? 

- Niedługo po tym, jak Ephraim wyjechał. Titus mówił, że zastrzelił tego konia. 

Rozległo się pukanie do drzwi. Do sali zajrzała wolontariuszka. 

- Niedługo będziemy musieli kończyć - uprzedziła. 

- Niech pan jej nie wpuszcza! - zawołał Adam Dingleberry. 

- Proszę dać nam jeszcze parę minut - powiedział Qwilleran. 

Drzwi zamknęły się. 

-  Wie  pan,  dlaczego  rodzina  Goodwinterów  zapłaciła  tyle  pieniędzy  za  pogrzeb 

Luthera? - spytał dziennikarz. 

Staruszek wytarł ręką usta. 

background image

-  Zapłacili  ojcu  za  milczenie.  Nie  wziąłby  tych  pieniędzy,  gdyby  nie  dług  w  banku. 

Był religijnym człowiekiem. 

- Na pewno! Ale jaki był sekret rodziny Goodwinterów? 

Adam Dingleberry znowu wytarł usta. 

- Titus twierdził, że koń stratował tego mężczyznę na śmierć. Ale mój ojciec odkrył, 

że nieboszczyk ma przestrzeloną głowę. 

Znowu  rozległo  się  pukanie.  Staruszkowi  głowa  opadła  na  pierś,  ale  kiedy 

wolontariuszka przyszła go zabrać, spróbował schwycić jej spódnicę. 

W drodze do North Middle Hummock Qwilleran zastanawiał się nad tym, co usłyszał. 

Mitch  Ogilvie  miał  rację:  stary  Adam  był  kopalnią  informacji.  Historia  o  mistyfikacji 

brzmiała  przekonująco.  W  Moose  County  działo  się  tyle  dziwnych  rzeczy...  Qwilleran 

zastanawiał  się  jednak,  czy  to  prawda.  Adam  Dingleberry  miał  reputację  żartownisia.  Być 

może opowieść o pogrzebie Ephraima była jego ostatnim żartem... Qwilleran wyobraził sobie 

nagłówki  w  gazetach:  „Właściciel  kopalni  Goodwinterów  nie  popełnił  samobójstwa! 

Wyjechał za granicę i zmarł w 1935 roku!” Sensacyjna wiadomość rozniosłaby się po całym 

kraju. Jak zareagowaliby mieszkańcy Moose County? Niewykluczone, że Szlachetni Synowie 

Stryczka zniszczyliby dom starców, w którym przebywał Adam. Mogliby nawet zemścić się 

na  Juniorze  Goodwinterze  -  sympatycznym,  młodym  redaktorze  naczelnym  gazety  „Moose 

County  coś  tam”  -  ponieważ  był  prawnukiem  starego  łotra.  Qwilleran  musiał  teraz 

zdecydować, czy wyjawi prawdę światu. 

background image

Rozdział dwudziesty 

Po  powrocie  do  domu  Qwilleran  wsadził  kasetę  do  magnetofonu.  Koty  usiadły  obok, 

machając ogonami. 

- Nadstawcie uszu - powiedział dziennikarz. - Usłyszycie niesamowitą historię. 

Jeśli koty spodziewały się Verdiego, z pewnością rozczarowały się, słysząc płynący z 

głośnika piskliwy głos. 

„Mój dziadek przyjechał z Europy. Budował domki dla górników...” 

Koty poruszały nerwowo uszami do momentu, kiedy głęboki głos spytał: 

„Jakiego  rodzaju  meble,  panie  Dingleberry?”  Na  dźwięk  znajomego  głosu  Koko 

podniósł przednie łapy i dotknął magnetofonu, a Yum Yum zamruczała z entuzjazmem. 

- Dziękuję - powiedział Qwilleran. - Wiem, że mój głos ma ładne brzmienie. 

Staruszek mówił dalej: 

„W  takim  biurku  były  zwykle  drzwi,  szuflady,  a  czasem  sejf  albo  skrytki  -  w 

zależności od zamówienia”. 

- Miau! - odezwał się Koko, a Qwilleran poczuł, że drżą mu wąsy. 

Wyłączył dźwięk w magnetofonie. 

Biurko pani Cobb pochodziło ze sklepu Dingleberry'ego, nie było co do tego żadnych 

wątpliwości. Być może był to cenny mebel, ale dziennikarz uważał, że biurko jest szpetne. W 

meblu była jedna szuflada. Qwilleran nie znalazł żadnych skrytek. Przyszło mu do głowy, że 

szuflada może mieć podwójne dno. Wyjął ją i obejrzał dokładnie. Potrząsnął nią, postukał w 

dno  i  boki,  a  potem  znowu  nią  potrząsnął.  Dno  było  dziwnie  grube.  W  środku  tkwił  jakiś 

przedmiot. 

- Potrzebuję pomocy - powiedział Qwilleran. 

Koko obwąchał szufladę i dotknął jej łapą. Qwilleran nacisnął dno w kilku miejscach i 

w końcu udało mu się je podważyć. W skrytce nie było klejnotów. Pani Goodwinter zabrała je 

pewnie  do  Szwajcarii.  Były  tam  natomiast  dokumenty  i  Qwilleran  poczuł  się  jak  archeolog 

odkrywający  grobowiec.  Rozpalił  w  kominku  i  rozłożył  papiery  na  dywanie.  Były  tam 

rachunki,  notatki  i  zawiadomienia.  Dziennikarz  rozpoznał  charakter  pisma  na  jednym  z 

dokumentów. 

background image

Otrzymałam trzy tysiące dolarów od Titusa Goodwintera w ramach odszkodowania po 

śmierci męża, który zginął w wypadku. 31 października 1904. 

Lucy Bosworth 

Czy  Titus  podyktował  Lucy  te  słowa?  Czy  zmusił  ją,  żeby  podpisała  dokument?  A 

może była zamieszana w morderstwo? Qwilleran zaczął się zastanawiać, jaka relacja łączyła 

Lucy  i  jej  męża.  Lucy  znała  Titusa,  który  był  kobieciarzem.  W  każdym  razie  nie  ulegało 

wątpliwości,  że  kupiła  za  te  pieniądze  sklep.  Była  to  wielka  suma  jak  na  owe  czasy. 

Sześcioosobowa rodzina mogła się łatwo utrzymać za pięć dolarów tygodniowo. Być może 

Lucy wydała część splamionych krwią pieniędzy na kupno cennej Biblii. 

Były  tam  inne  dokumenty  o  znaczeniu  historycznym,  na  przykład  weksle  podpisane 

nazwiskami znanych osobistości z Pickax. Wśród nich było nazwisko kapitana Fugtree. Banki 

należące do Ephraima prowadziły legalną działalność, ale oprócz tego stary skąpiec uprawiał 

na boku lichwę. 

Qwilleran zwrócił uwagę na rachunek z dwudziestego ósmego października. Charakter 

pisma  był  ten  sam  co  w  liście  Ephraima,  w  którym  powiadamiał  wszystkich,  że  popełnia 

samobójstwo. Na dole widniał podpis właściciela sklepu - ojca Adama Dingleberry'ego. 

Niżej  podpisany  Joshua  Dingleberry  otrzymał  dwa  tysiące  dolarów  od  Ephraima 

Goodwintera.  W  zamian  za  to  zgodził  się  zakopać  w  ziemi  pustą  trumnę  na  cmentarzu  w 

Pickax.  Joshua  Dingleberry  będzie  otrzymywać  do  śmierci  sumę  pięciuset  dolarów, 

wypłacaną  co  cztery  miesiące,  pod  warunkiem  że  nie  powie  nikomu  o  tym  wydarzeniu. 

Podpisano 28 października 1904 roku. 

Joshua Dingleberry 

W skrytce była też umowa, którą Titus Goodwinter zawarł z Dingleberrym. Chodziło 

o zwłoki Luthera Boswortha. Był na niej podpis Adama Dingleberry'ego. 

Koty  syjamskie  zainteresowały  się  zapachem  starych  dokumentów  i  usiadły  blisko 

kominka.  Koko  zwrócił  uwagę  na  zabrudzoną  kartkę,  na  której  była  mapka  z  liczbami. 

Qwilleran  nie  był  w  stanie  ich  odczytać  nawet  w  okularach.  W  końcu  sięgnął  po  szkło 

powiększające.  Na  środku  mapki  narysowano  półkola,  obok  podano  wymiary  w  stopach. 

Dalej widniały połączone liniami prostokąty z podpisami „skrzydło południowe” i „skrzydło 

background image

północne”. Do kartki przyczepiony był rachunek z kamieniołomu Mayfusa na Sandpit Road: 

„4  worki  kamieni  na  podłogę  w  powozowni”.  Na  rachunku  widniała  data  szesnasty  maja 

1904. 

- Trzy dni po wybuchu! - powiedział Qwilleran. - Co wy na to? W powozowni nie ma 

kamiennej podłogi. A to co? 

Pod  rachunkiem  była  mała  karteczka.  Qwilleran  rozpoznał  od  razu  charakter  pisma 

Ephraima Goodwintera. 

Niżej podpisany Luther Bosworth otrzymał tysiąc dolarów od Ephraima Goodwintera. 

Luther Bosworth  zobowiązał się wykonać usługi kamieniarskie. Niżej podpisany zobowiązał 

się zrobić to w tajemnicy. Praca ma być ukończona 15 sierpnia tego roku. Podpisano 16 maja 

1904. 

Luther Bosworth 

X (zamiast podpisu) 

- Luther nie umiał pisać! - zawołał Qwilleran. - Jak wam się to podoba? 

Ponieważ nie było odpowiedzi, Qwilleran zaczął się rozglądać za kotami. Yum Yum 

spała obok kominka, a Koko schował się pod orientalnym dywanem. Qwilleran podszedł do 

szafki, na której stał telefon, i wykręcił numer w Mooseville. 

- Cześć, Lori. Mówi Qwill - powiedział. - Co słychać? Cieszę się. Jak dziecko? Jesteś 

pewna, że nie zjadł klopsików dla kotów? A propos kotów, przepraszam, że znowu zawracam 

ci głowę, ale chciałbym cię o coś spytać. Koko ma śmieszny nawyk. W mieszkaniu w Pickax 

mamy  wykładzinę  na  podłodze,  ale  odkąd  zamieszkaliśmy  w  muzeum,  Koko  włazi  pod 

dywany.  Jest  ich  tu  mnóstwo:  w  salonie,  w  hallu,  sypialni  i  kuchni.  Koko  najbardziej  lubi 

chować się pod orientalnymi dywanami - są najcieńsze i najcenniejsze. Zawsze był snobem. 

Włazi  pod  dywan,  jakby  kopał  tunel...  Chwileczkę!  Przepraszam  cię,  Lori,  coś  mi  właśnie 

przyszło do głowy! Zadzwonię do ciebie później! 

Qwilleran  odłożył  słuchawkę  i  przygładził  nerwowo  wąsy.  Potem  chwycił  latarkę  i 

pobiegł  do  stodoły.  Kiedy  otworzył  drzwi,  przestraszony  dziki  kot  czmychnął  tuż  obok. 

Qwilleran  zszedł  po  drabinie  do  stajni  i  znalazł  wielką  deskę,  podobną  do  tej,  która  stała 

piętro wyżej. Deska była oparta o ścianę. Kiedy ją odsunął, zobaczył w ścianie otwór. Był to 

początek  tunelu  o  szerokości  stu  dwudziestu  centymetrów  i  wysokości  dziewięćdziesięciu 

centymetrów. Tunel został wyłożony kamiennymi płytami. 

background image

Qwilleran wszedł do środka na kolanach. Tędy Ephraim miał uciec przed wrogami  - 

pomyślał.  Rachunek  z  kamieniołomu  podpisano  trzy  dni  po  wybuchu.  Tego  samego  dnia 

Luther postawił krzyżyk zamiast podpisu na umowie zawartej z Goodwinterem i zobowiązał 

się zbudować tunel w tajemnicy. 

Czy  Ephraim  naprawdę  uciekł  tamtędy  w  nocy  dwudziestego  dziewiątego 

października?  Było  to  całkiem  prawdopodobne.  Qwilleran  wyobraził  sobie  wściekły  tłum 

przed domem Goodwintera. Ludzie rzucali pewnie kamieniami w okna. Bosworth czekał już 

z  końmi  -  na  jednym  koniu  siedział  syn  Ephraima  z  torbami  pełnymi  kosztowności.  Pod 

osłoną  nocy  przejechali  Wierzbową  Aleją  i  dotarli  do  Mooseville.  Tam  Ephraim  wsiadł  na 

łódź  i  popłynął  do  Kanady.  W  tym  czasie  jego  żona  schroniła  się  na  plebanii  u  państwa 

Crawbanks.  Zawarto  umowę  z  Enochem  Dingleberrym,  a  synowie  Ephraima  mieli  zrobić 

resztę: zabili Luthera, który wiedział zbyt dużo, powiesili na drzewie kukłę i ogłosili, że to ich 

ojciec się powiesił. A potem płakali na pogrzebie Ephraima. Nie  wiedzieli,  że ktoś  odkryje 

prawdę.  Plotki  zaczęły  się,  kiedy  wielebny  Crawbanks  znalazł  białe  prześcieradło,  które 

należało prawdopodobnie do przebierańca świętującego Halloween. 

Qwilleran  czołgał  się  w  tunelu,  myśląc  o  tym  wszystkim.  Bolały  go  ręce  i  kolano, 

które czasem mu dokuczało. Pomyślał, że przydałyby mu się grube rękawice i ochraniacze na 

kolana. 

Wycofał  się  ostrożnie  z  tunelu  i  wspiął  po  drabinie.  Z  podwórza  dobiegały  radosne 

głosy. Młodzi pomocnicy zamiatali liście i wkładali je do toreb, które ładowali na furgonetkę 

Mitcha. Qwilleran natknął się na nich, idąc do zachodniego skrzydła. 

- Cześć, Qwill! - powitał go Mitch. - Ładna pogoda na spacer. 

Dziennikarz  wszedł  do  mieszkania  i  zaczął  się  zastanawiać  nad  dalszymi  krokami. 

Niedawno kupił w Pickax grube skórzane rękawiczki i teraz postanowił zabrać je do tunelu. 

Nie  wiedział  natomiast,  jak  zabezpieczyć  kolana.  Zaczął  szukać  miękkiego  materiału,  ale 

znalazł  jedynie  różowe  ręczniki  z  inicjałami  Iris  Cobb.  To  musi  wystarczyć  -  pomyślał. 

Potrzebny mu był jeszcze sznurek, którym mógłby przywiązać ręczniki do kolan. 

Koko przyglądał mu się ciekawie, wyczuwając posmak przygody. Qwilleran spojrzał 

na  niego  i  wpadł  na  pewien  pomysł.  Postanowił  wpuścić  kota  do  tunelu  i  trzymać  go  na 

smyczy. Wiedział, że jeśli Koko wyczuje jakiś podejrzany zapach, natychmiast zareaguje. Był 

przecież  kotem  syjamskim.  Koko  miał  niebieską  skórzaną  uprząż  i  smycz  zrobioną  ze 

sznurka,  który  miał  około  trzech  i  pół  metra  długości.  Qwilleran  postanowił  odciąć  trochę 

sznurka i przywiązać nim ręczniki do swoich kolan. Dumny ze swego pomysłu, odciął dwa 

kawałki sznurka o długości jednego metra. 

background image

Wolontariusze  grabili  liście  przy  zachodnim  skrzydle.  Dziennikarz  nie  chciał 

pokazywać  się  na  podwórzu  w  rękawicach  z  kotem  na  smyczy.  Poprosił  Mitcha  o  duży, 

plastikowy worek. 

- Co będziesz robić, Qwill? 

- Chcę zanieść trochę rzeczy do stodoły. 

Qwilleran włożył do worka różowe ręczniki, drugą latarkę, rękawiczki, uprząż kota i 

dwa kawałki sznurka. Wsadził Koko pod swoją koszulę i włożył luźną kurtkę, żeby kota nie 

było widać. 

-  Tylko  na  chwilę  -  wytłumaczył  kotu.  -  Będę  ci  wdzięczny  za  współpracę.  Trzymaj 

gębę na kłódkę i nie wystawiaj pazurów. 

Qwilleran zaczekał, aż wolontariusze podejdą do samochodu Mitcha, żeby załadować 

kolejną porcję liści. Zarzucił worek na ramię i poszedł do stodoły. Koko zaczął się wić pod 

jego  koszulą  i  piszczeć  „ik!  ik!”,  ale  nikt  tego  nie  zauważył.  Dziennikarz  przeszedł  przez 

podwórze i skierował się do wejścia na tyłach stajni. Udało się - pomyślał. 

Założył  kotu  smycz  i  przywiązał  ją  do  jednej  z  pras  drukarskich.  Następnie  owinął 

kolana  ręcznikami  i  spróbował  przewiązać  je  sznurkiem.  Okazało  się  to  trudniejsze,  niż 

myślał. Kiedy skończył, zorientował się, że nie może zgiąć nóg w kolanach, i musiał zrobić to 

jeszcze raz. Zniecierpliwiony Koko zaczął głośno miauczeć. 

- Cicho! - skarcił go dziennikarz. - Wytrzymaj jeszcze chwilę! 

Kiedy  Qwilleran  zamocował  ochraniacze  na  kolana,  odwiązał  smycz  Koko  i  weszli 

razem  do  tunelu.  Kot  szedł  pierwszy,  Qwilleran  czołgał  się  za  nim.  Poruszali  się  powoli. 

Gliniana podłoga tunelu pokryta była kamieniami. Qwilleran odgarniał je na bok jedną ręką, 

w  drugiej  trzymał  latarkę.  Smycz  trzymał  w  zębach,  mając  nadzieję,  że  Koko  nie  zrobi 

gwałtownego ruchu. 

Była  to  długa,  powolna  wędrówka.  Z  mapki  wynikało,  że  tunel  biegnie  pod 

powozownią  w  stronę  zachodniego  skrzydła.  Qwilleran  czytał  kiedyś  o  tego  typu  tunelach 

łączących  klasztory  ze  światem  zewnętrznym.  Klasztor  nawiedzały  duchy,  a  w  tunelu 

znajdowano później ludzkie kości. W tunelu Goodwintera nie było kości. Na podłodze leżały 

puszki po piwie, papierki od gumy i dziwne przedmioty, które Koko zaczął obwąchiwać. W 

dusznym powietrzu unosił się zapach pleśni i myszy, ale Koko nie zwrócił na to uwagi. 

Brnęli dalej. W tunelu było coraz więcej śmieci. Koko szedł coraz szybciej, szarpiąc 

smycz i piszcząc „ik! ik!”. 

Qwilleran mruczał ze złością, ściskając w zębach sznur. 

background image

Zbliżali  się  do  północno-zachodniego  końca  tunelu,  ale  nie  widać  było  światła. 

Wyjście zostało zamurowane. Leżały tam duże kamienie, trochę zaprawy murarskiej i pokryte 

kurzem  narzędzia:  dłuta,  młotki  i  świder.  Doszli  do  samego  końca.  Qwilleran  kaszlał, 

próbując nie wypuścić z zębów smyczy. 

Nagle  Qwilleran  zauważył,  że  Koko  obwąchuje  jakiś  przedmiot.  Było  to  małe, 

kwadratowe pudełko leżące w cieniu pod ścianą. 

Bomba! - pomyślał dziennikarz. Dynamit! 

Owinął sobie smycz wokół nadgarstka i oświetlił pudełko latarką. Kiedy zbliżył się do 

niego,  zobaczył,  że  na  pudełku  jest  guzik.  Przez  chwilę  panowała  cisza  i  nagle...  mrożący 

krew  w  żyłach  pisk...  wściekłe  mruknięcie...  jęki  zmarłych...  brzęk  dzwonów, 

obwieszczających śmierć... nieludzkie wycie... krzyki! 

Koko  wystrzelił  przed  siebie  jak  torpeda,  a  Qwilleran  pod  wpływem  nagłego 

szarpnięcia smyczy upadł plackiem na kamienną podłogę. 

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy 

Qwilleran wyszedł ze stodoły z plastikowym workiem, w którym były ręczniki i miauczący 

kot. Widząc go, Mitch Ogilvie zawołał przez podwórze: 

- Dzwoni twój telefon! 

Qwilleran,  który  czołgał  się  w  tunelu  przez  ostatnie  dwie  godziny,  mruknął  tylko  w 

odpowiedzi, ale poszedł szybko w stronę domu. 

Podniósł słuchawkę i usłyszał głos Carol Lanspeak. 

-  Jesteś!  -  powiedziała.  -  Postanowiłam  doczekać  do  piętnastego  dzwonka.  Jest  taka 

ładna pogoda i pomyślałam, że pewnie jesteś na dworze. Zgadłam? 

- Tak - wysapał Qwilleran. 

-  Byłam  w  szpitalu.  Odwiedziłam  Veronę.  Dzidzia  z  tego  wyjdzie.  Verona  jest  w 

ciąży. 

- Nie wiedziałem. Jak ona się czuje? 

- Nie najlepiej. Chce wracać do domu, mówi, że sama zajmie się Dzidzią. Larry pokrył 

wszystkie wydatki, dał Veronie trochę pieniędzy na życie. Vince jest podły! Zostawił ją bez 

grosza! 

- Znaleźli go? 

- Chyba nie. Policjanci rozmawiali z Veroną. Larry poprosił swojego adwokata, żeby 

jej doradził. 

- Bardzo jej współczuję. 

- Ja też. Tak naprawdę nie zdążyłam jej poznać. Jest taka nieśmiała i zawsze trzymała 

się z boku. Sprzątała w muzeum jako wolontariuszka i można było zawsze na niej polegać. 

Dzwonię,  ponieważ  Verona  chciałaby  z  tobą  porozmawiać.  Mówi,  że  to  ważne.  Mógłbyś 

przyjechać wieczorem do szpitala? Jutro odwożę ją na lotnisko. 

- Przyjadę. Dziękuję, że zadzwoniłaś. 

- Jeszcze jedno: członkowie rady wybrali Mitcha na nowego dyrektora  -  powiedziała 

Carol. 

Kiedy skończyli rozmawiać, zadzwoniła Polly Duncan. 

background image

- Znaleźli go! - oznajmiła. - Był w Ohio. Teściowa mojej asystentki dowiedziała się o 

tym i zadzwoniła do biblioteki. 

- On ma na koncie nie tylko to morderstwo. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Zajrzę do ciebie dziś wieczorem i porozmawiamy. 

- Przyjdź na kolację. Zrobię curry. 

- Och... dziękuję, Polly, ale jestem umówiony w Pickax. Przyjadę do ciebie po ósmej. 

- Nie jedz deseru - powiedziała Polly. - Zapraszam cię na kawę i ciasto z dyni. 

W drodze do Pickax Qwilleran myślał o tym, że nie pozwolił Dzidzi obejrzeć kotów. 

Było  to  egoistyczne  z  jego  strony.  Miał  wyrzuty  sumienia.  A  teraz  nie  będzie  już  okazji. 

Trawiony wyrzutami sumienia pojechał na kolację do „Dimsdale Diner”. Zjadł wodnistą zupę 

i przesoloną kapustę. Kawa miała okropny smak. Potem udał się do szpitala. 

Znalazł Veronę w jednym z pokoi. Siedziała, trzymając na kolanach metalową tacę z 

kolacją. 

- Przepraszam, że przeszkadzam - powiedział Qwilleran. 

- Nie jestem głodna. - Verona odstawiła na bok tacę. - Złapali go? - spytała ponurym 

głosem. 

- Znaleźli go w Ohio. 

- Cieszę się. 

- Proszę się nie martwić. Dzidzia zdrowieje, a pani oko wygląda znacznie lepiej. Nie 

widać już szramy. 

Verona dotknęła swojej twarzy. 

- Nie uderzyłam się o szafkę. Kłóciliśmy się i on mnie uderzył. 

- Kiedy to się stało? 

- Kiedy wyjeżdżał - w poniedziałek wieczorem. 

- Mówiła mi pani, że Vince wyjechał w południe. 

- Kazał mi skłamać. - Verona odwróciła się do okna. 

-  Zadzwoniła  dziś  do  mnie  Carol  Lanspeak.  Podobno  chce  mi  pani  coś  powiedzieć. 

Czy to prawda, pani Boswell? 

- Nazywam się Verona Whitmoor. 

- To brzmi znacznie ładniej. Pasuje do pani melodyjnego głosu. 

Verona spuściła głowę. 

- Tak mi wstyd. Nie sprzątałam wtedy w muzeum. Kiedy pana nie było, zakradłam się 

do kuchni Iris i zabrałam jej książkę kucharską. 

background image

-  Wiedziałem,  że to  pani  -  powiedział Qwilleran.  -  Klopsiki,  które mi pani  przesłała, 

zostały zrobione według przepisu Iris. 

- Vince bardzo je lubił. Chciałam coś dla niego zrobić. 

- Odczytała pani charakter pisma Iris? 

- To nie było łatwe, ale poradziłam sobie. Chciałam odnieść książkę, ale potem stało 

się to wszystko... 

Verona była blada i wychudzona. Qwilleran poczuł litość. 

- Pani Whitmoor, proszę coś zjeść. Jabłkowy pudding jest na pewno dobry. 

- Nie jestem głodna. 

- Jak pani poznała Vince'a? - spytał Qwilleran. 

-  Pracowałam  w  restauracji  w  Pittsburghu.  Vince  czasem  tam  przychodził. 

Współczułam mu z powodu nogi. Został ranny w Wietnamie. 

Qwilleran przygryzł wąsy. 

-  Zaprzyjaźniliśmy  się.  Vince  zaprosił  mnie  tu  na  wakacje.  Powiedział,  że  mogę 

przyjechać z Dzidzią. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o pieniądzach. 

- Jakich pieniądzach? 

-  Matka  Vince'a,  która  pochodziła  z  tych  stron,  powiedziała  mu  o  pieniądzach 

ukrytych  pod  stodołą.  Jego  dziadek  o  wszystkim  wiedział.  Vince  próbował  wykopać 

pieniądze,  ale  to  było  trudne.  Bał  się,  że  ktoś  zauważy.  Dlatego  zabił  tego  mężczyznę  w 

stodole. - Ukryła twarz w rękach i zaczęła głośno szlochać. Qwilleran zdziwił się, że Verona 

rozpacza tak po śmierci włóczęgi, i spytał: 

- Znała pani tego mężczyznę? 

Verona  potrząsnęła  głową.  Łzy  ciekły  jej  po  policzkach.  Qwilleran  położył  jej  na 

kolanach  opakowanie  chusteczek  higienicznych  i  cierpliwie  czekał.  Nie  wiedział,  co 

powiedzieć.  Może  jej  emocje  były  mieszaniną  rozpaczy  i  ulgi,  że  uwolniła  się  od  Vince'a. 

Była to długa, bolesna scena. W końcu jednak Qwilleran nakłonił ją do mówienia. 

Kiedy przyjechał do Polly, opowiedział jej o zachowaniu Verony. 

-  Wiedziałem,  że  ten  facet  to  oszust!  -  oznajmił,  kiedy  tylko  wszedł.  -  To  nie  jest 

ekspert  od  pras  drukarskich.  Kłamał  na  temat  swojej  chorej  nogi.  Larry'emu  powiedział, że 

chorował kiedyś na polio, a Veronie - że był ranny w Wietnamie. Tym czasem to pozostałość 

po pewnej przygodzie. Jest jeszcze coś! On, Larry i Susan są kuzynami w drugiej linii! 

-  Usiądź  i  zjedz  trochę  ciasta  -  powiedziała  Polly.  -  Opowiedz  mi  wszystko  od 

początku. 

- Przed chwilą byłem w szpitalu i rozmawiałem z Veroną - wyjaśnił. 

background image

- Czy ona wie coś o morderstwie Waffle'a? 

-  Powiedziała  policji,  że  nie  wie,  ale  wiedziała,  co  Boswell  robił  w  stodole.  Chciał 

wykopać złote monety Ephraima. 

- Jakie to naiwne z jego strony! Gdzie usłyszał bajkę o pieniądzach? 

-  Jego  pradziadek  pracował  na  farmie  Ephraima.  Tę  historię  opowiadali  sobie 

członkowie  rodziny  Goodwinterów.  Vince  w  to  uwierzył.  Zmienił  nazwisko,  żeby 

mieszkańcy nie domyślili się, kim naprawdę jest. Katalogowanie pras drukarskich było tylko 

przykrywką. Vince powiedział Larry'emu, że chce tu spędzić wakacje „z żoną i dzieckiem”. 

Ale przez cały czas bał się, że ktoś odkryje prawdę. Kiedy Brent Waffle ukrył się w stodole, 

Boswell przestraszył się i zabił go łomem. 

- Mówiłeś, że Vince wywozi ze stodoły jakiś towar - powiedziała Polly. 

- Zapomnij o tym. Myliłem się. 

Qwilleran był tym wszystkim bardzo poruszony. Nie zauważył nawet, że ciasto z dyni 

nie zostało do końca rozmrożone, i pozwolił Bootsiemu siedzieć na swoich kolanach. 

-  Tej  nocy,  kiedy  Vince  przeniósł  ciało,  moje  koty  usłyszały  hałas.  Ja  też  coś 

usłyszałem.  To  była  ciężarówka  Vince'a.  Podjechał  do  stodoły,  żeby  zabrać  ciało.  Potem 

porozmawiał z Veroną. Kazał jej kłamać i podbił jej oko. 

Polly zaproponowała mu dokładkę ciasta, ale odmówił. 

-  Jeden  kawałek  w  zupełności  wystarczy,  ale  napiję  się  jeszcze  kawy.  -  Qwilleran 

wypił  parę  łyków  i  powiedział:  -  Boswell  używał  wiertła,  szukając  ukrytych  pieniędzy. 

Dlatego mieliśmy zakłócenia w dostawie prądu. Czasem posługiwał się młotkiem i dłutem - 

dlatego Iris słyszała dziwne hałasy. Jesteś gotowa na najgorsze? 

- To jeszcze nie wszystko? 

- Nie. Verona powiedziała mi prawdę. Kiedy się rozpłakała, myślałem, że martwi się o 

Dzidzię.  Ale  chodziło  o  śmierć  Iris.  Miałem  ze  sobą  magnetofon.  Chcesz  posłuchać  naszej 

rozmowy? 

- Nie powinieneś był tego robić. To była prywatna rozmowa! 

- I tak bym ci ją powtórzył. 

- Jeśli tak na to patrzysz... 

Słowa Verony przerywało od czasu do czasu głośne szlochanie. Rozmowa zaczynała 

się  od  pytania,  które  zadał  jej  Qwilleran.  Dziennikarz  skrzywił  się,  słysząc,  że  powtórzył 

ulubione powiedzonko Boswella. 

Naprawdę to powiedziałem? - pomyślał. 

background image

Proszę mi powiedzieć, co panią trapi. Po to są sąsiedzi. 

- Czuję się strasznie. Kiedy Iris umarła, ja też chciałam umrzeć. 

Była wspaniałą kobietą. Wszyscy ją kochali. 

- Była taka dobra dla Dzidzi i dla mnie. Nikt inny... 

(Długa pauza). 

Wiedziała pani, że Iris była chora na serce? 

- Nigdy o tym nie mówiła, ale wiedziałam, że coś ją martwi. 

Mówiła pani o tajemniczych hałasach w domu? 

- Tak. Kiedy powtórzyłam to Vince'owi, bardzo się zdenerwował. Powiedział, że ona 

lubi się wtrącać w nie swoje sprawy. Pewnie słyszała, jak Vince stukał młotkiem, i myślała, 

że to duchy. 

(Cichy płacz). 

Co Vince zrobił? 

-  Drażniło  go,  że  Iris  cały  czas  siedzi  w  domu.  Ona  uwielbiała  być  w  muzeum  i 

gotować w swojej kuchni. 

(Długa pauza). 

Proszę mówić dalej, pani Whitmoor. 

-  Pewnego  dnia  Vince  przyniósł  kasetę,  którą  puszcza  się  w  Halloween.  Były  tam 

nagrane przerażające odgłosy. Vince powiedział, że ma pewien pomysł. Uważał, że Iris jest 

głupią  kobietą.  Chciał  ją  nastraszyć  i  zmusić  do  tego,  żeby  zrezygnowała  z  pracy.  Mógłby 

wtedy w spokoju wiercić. 

Udało mu się? 

-  Iris  była  przerażona,  ale  nie  zrezygnowała  z  pracy.  Vince  w  kółko  o  tym  mówił. 

Zachowywał się jak wariat. Noga coraz bardziej go bolała. 

Pamięta pani noc, kiedy Iris zmarła? 

(Głośny płacz). 

-  Nigdy  tego  nie  zapomnę!  -  (Szlochanie).  -  Vince  dał  mi  prześcieradło  z  dwoma 

otworami  na  oczy.  -  (Płacz).  -  Kazał  mi  owinąć  się  prześcieradłem  i  podejść  do  okna  Iris. 

Włączył kasetę. Nie chciałam tego robić, ale on powiedział... 

(Długa pauza). 

Co powiedział? 

-  Zaczął  mnie  straszyć.  Bałam  się,  że  zrobi  coś  Dzidzi.  Dlatego  się  zgodziłam.  - 

(Głośne szlochanie). - Nie wiedziałam, że on to zrobi! Jezu, przebacz mi! Nie wiedziałam, że 

Vince udusi Iris poduszką! - (Histeryczny szloch). 

background image

Qwilleran wyłączył kasetę. 

- Verona płakała tak gwałtownie, że zacząłem się bać o jej zdrowie. Pielęgniarka dała 

jej  coś  do  picia  i  powiedziała,  żebym  wyszedł.  Poszedłem  do  poczekalni.  Po  jakimś  czasie 

wróciłem  i  podziękowałem Veronie. Powiedziałem  jej, że dobrze zrobiła i  że zacznie nowe 

życie  na  Nizinach.  Kiedy  wziąłem  ją  za  ręce,  prawie  się  uśmiechnęła.  Zadałem  jej  jeszcze 

jedno  pytanie:  dlaczego  dom  Iris  był  pogrążony  w  ciemności.  Od  dawna  szukałem  na  nie 

odpowiedzi. 

- Co na to Verona? 

-  To  ona  weszła  do  mieszkania  Iris  i  zgasiła  wszystkie  światła.  Wyłączyła  też 

kuchenkę  mikrofalową.  Homer  Tibbitt  mówił  zawsze  wolontariuszom,  żeby  pamiętali  o 

gaszeniu świateł w muzeum. 

-  Mam  zamęt  w  głowie  -  powiedziała  Polly.  -  To  bardzo  dziwna  i  przerażająca 

historia! 

- Chcesz usłyszeć coś naprawdę dziwnego? - spytał Qwilleran. - Kiedy zabrałem Koko 

po  raz  pierwszy  do  muzeum,  zainteresował  się  pewną  poduszką  z  kolekcji  tkanin.  Nie 

wiedziałem  wtedy,  że  ta  poduszka  została  zabrana  z  muzeum  bez  zgody  dyrekcji.  Potem 

odniesiono ją z powrotem. To jeszcze nie wszystko! Kiedy Koko wbiegł wczoraj wieczorem 

do stodoły, znalazł małe koty z matką, które leżały na wilgotnym prześcieradle. Zauważyłem 

wypalone  w  prześcieradle  otwory.  Widocznie  Boswell  schował  prześcieradło  w  stodole  po 

tym,  jak  nastraszył  Iris...  A  najbardziej  niesamowite  jest  to,  że  Koko  trzykrotnie  zrzucił  z 

regału książkę, której bohater został uduszony poduszką! 

Kiedy  Qwilleran  wrócił  do  mieszkania  na  farmie  Goodwinterów,  koty  stały  przy  drzwiach, 

miaucząc i jeżąc sierść. W domu było zimno. 

- Ogrzewanie nie działa? - powiedział Qwilleran. - A może był tu duch Ephraima? 

Dziennikarz rozpalił w kominku, przebrał się w szlafrok i usiadł w fotelu. Chciał się 

nad tym wszystkim zastanowić. 

Nie  powiedział  Polly  o  historii,  którą  usłyszał  od  Adama  Dingleberry'ego,  i 

dokumentach,  które  znalazł  w  biurku.  Dokumenty  wróciły  do  skrytki.  Tajemnica  będzie 

bezpieczna przez następne kilkadziesiąt lat. Mieszkańcy Moose County będą nadal wierzyć, 

że Ephraim zmarł trzydziestego października 1904 roku, a Szlachetni Synowie Stryczka będą 

urządzać swoje ceremonie. Qwilleran był pewien, że Szlachetni Synowie (było ich trzydziestu 

background image

dwóch), podobni do duchów, maszerowali przez posiadłość Goodwintera co roku trzynastego 

maja. 

Koty usadowiły się na niebieskim fotelu i zaczęły flirtować. Może wybrały ten fotel, 

ponieważ był  niebieski  jak ich oczy, a może wiedziały, że  Iris Cobb lubiła w nim siedzieć. 

Qwilleran patrzył na swoje koty - piękne, tajemnicze i próżne istoty. 

-  Wyglądałeś tyle razy przez kuchenne okno  - powiedział do Koko.  -  Wiedziałeś,  że 

coś się dzieje w stodole? 

Koko polizał lewe ucho Yum Yum, nie zwracając uwagi na Qwillerana. Czasem tak 

łatwo mi się z nimi porozumieć - pomyślał dziennikarz, przyglądając się kotom. Ale bywają 

chwile, kiedy są kompletnie obojętne. 

- Wchodziłeś pod dywan, ponieważ chciałeś mi w ten sposób coś zakomunikować?  - 

spytał. 

Koko  zaczął  lizać  puszystą  szyję  Yum  Yum,  a  ona  podniosła  pyszczek  w  ekstazie. 

Kiedyś Yum Yum czyściła sierść Koko. Ale wszystko się zmieniło. 

- A te pomruki? - spytał Qwilleran. - Gadałeś do siebie czy rozmawiałeś z duchem? 

Koty położyły się na swoich łapach z obojętnymi minami. 

Qwilleran siedział, patrząc na niebieski fotel. Nagle doznał wrażenia, że Iris Cobb stoi 

tuż obok. W tym momencie koty uniosły łebki i poruszyły wąsikami. Za chwilę coś się stanie 

-  pomyślał  Qwilleran.  Był  pewien,  że  zobaczy  kobietę  w  różowym  stroju  z  tacą  ciasteczek. 

Dziesięć sekund później zadzwonił telefon. 

Qwilleran odebrał w sypialni. 

- Halo? Oczywiście, że cię pamiętam! Co słychać na Nizinach? Nie wiem. Jaką masz 

propozycję? Luksusowy apartament? Brzmi nieźle, ale muszę porozmawiać z moimi szefami. 

Oddzwonię. Podasz mi numer? 

Idąc do salonu, Qwilleran zawołał w stronę niebieskiego fotela: 

- Chciałybyście spędzić zimę w Crime Belt zamiast w Snow Belt? 

Fotel  był  pusty.  Koty  czmychnęły,  przestraszone  wizją  kolejnej  przeprowadzki. 

Qwilleran odruchowo podniósł głowę i spojrzał na niemiecką szafę. Kotów tam nie było. Ale 

po chwili dostrzegł puszystą kulkę na dywanie obok kominka. Druga kulka leżała na dywanie 

obok kanapy. Obie były nieruchome.