background image

 

 

Vicki Lewis Thompson 

 

Strzała Kupidyna 

(Cupid's Caper) 

background image

Rozdział 1 

Cassie wykreśliła kolejne nazwisko z listy. 

Z  determinacją  wprowadziła  służbowego  dżipa  na  kolisty  podjazd. 

Postanowiła,  że  najważniejszy  z  kandydatów,  doktor  Andrew  W. 

Bennett  IV,  nie  zdoła  jej  umknąć.  Błękitne  niebo  i  jasne  wrześniowe 

słońce skłaniały do optymizmu. 

–  Cztery  dni  z  rzędu  nie  ma  cię  dla  nikogo  –  powiedziała  na  głos 

dziewczyna  pod  adresem  właściciela  luksusowej  posiadłości.  –  Musisz 

znaleźć  czas  na  odpoczynek,  chłopie.  To  twoje  najlepsze  lata.  Odpręż 

się, wypoleruj samochód, pogadaj z listonoszem... a raczej z listonoszką. 

Wysiadła i sięgnęła po pokaźną paczkę leżącą na tylnym siedzeniu. 

Pakunek był tak duży, że nie mieścił się w otwór skrzynki na listy. O to 

właśnie  chodziło,  lecz  los  nie  sprzyjał  zamiarom  Cassie.  Co  wieczór 

musiała  po  kryjomu  przenosić  paczkę  do  swego  samochodu,  a  rano 

ponownie ukrywać ją w dżipie. 

A  jeśli  Bennett  jest  chory?  Do  tej  pory  nie  zastanawiała  się  nad 

podobną  możliwością.  Nie...  to  niemożliwe.  Należał  przecież  do 

stowarzyszenia  pilotów,  więc  musiał  mieć  dobrą  kondycję  i  jeszcze 

większą wytrzymałość. 

Może  większość  czasu  spędzał  na  flirtowaniu  z  mieszkankami 

Albuquerque?  Nieżonaty  rencista  stanowił  prawdziwą  rzadkość  w 

dzisiejszych czasach. Gdyby było inaczej, babci Jo nie byłaby potrzebna 

background image

pomoc Cassie. 

Stanęła  przed  drzwiami  i  nacisnęła  guzik  dzwonka.  Po  chwili 

usłyszała kroki. Nareszcie! Serce załomotało jej z niecierpliwości. 

Drzwi  stanęły  otworem  i  uśmiech  dziewczyny  zamienił  się  w 

kwaśny grymas. Stojący w progu mężczyzna z całą pewnością nie mógł 

być Andrew W. Bennettem. 

–  Mam...  przesyłkę  dla  doktora  Bennetta  –  oznajmiła,  klnąc  w 

duchu.  

Tyle  starań  i  musiał  napatoczyć  się  ktoś  inny.  Prawdopodobnie 

jeden  z  gości.  Może  syn...  Przystojny  facet.  Miał  wąsy  i  elegancko 

przystrzyżoną brodę. Jeśli należał do rodziny, to może i doktor okaże się 

nie najgorszy? 

W  piwnych  oczach  mężczyzny  błysnęło  zaciekawienie.  Wziął 

paczkę z rąk Cassie i z uwagą spojrzał na nalepkę. 

– Ciekawe, kto mógł mi to przysłać?  

Dziewczyna  popatrzyła  na  niego  z  niechęcią.  Najwyraźniej  nie 

zrozumiał, że przesyłka jest przeznaczona dla kogoś innego. 

– Nie ma adresu zwrotnego.  Lekka jak piórko. – Uśmiechnął się. – 

To  pewnie  żart.  Niektórzy  z  moich  przyjaciół  mają  niecodzienne 

poczucie humoru. 

–  Chyba  zaszło  nieporozumienie.  Paczkę  miał  otrzymać  doktor 

Andrew W. Bennett IV – wyjaśniła Cassie. – Czy jest w domu? 

Postanowiła za wszelką cenę ratować sytuację. 

background image

–  Wiem,  że  zajmował  się  psychologią,  a  mam  przyjaciółkę,  która 

potrzebuje porady. 

Mężczyzna  podniósł  wzrok.  Zastanawiał  się,  z  jakiego  powodu  tak 

śliczne  stworzenie  może  poszukiwać  rady  psychologa.  Zwrot  „mam 

przyjaciółkę,  która  potrzebuje  pomocy”  należał  do  najpopularniejszych 

wybiegów stosowanych przez pacjentów. 

– Ma pani jakiś problem? 

–  Ja...  skądże  –  zaprzeczyła  gwałtownie.  –  Moja  przyjaciółka... 

Chciałam jedynie porozmawiać z doktorem Bennettem. 

Zdecydował się podjąć grę. 

– Chodzi o wizytę? – spytał. 

– Nie wiedziałam, że doktor Bennett nadal praktykuje. 

– Od czasu do czasu. 

Podobały mu się jej włosy. Jasne, o niezwykłym odcieniu, niesfornie 

opadające na kark i czoło. 

–  Och.  –  Zmarszczyła  brwi.  –  Rozumiem.  Psychologowie  nie 

przechodzą na emeryturę w tym samym wieku, co reszta ludzi. 

Zerknął  na  nią  ze  zdumieniem.  Może  naprawdę  miała  jakiś 

problem?  Trudno  było  odnaleźć  sens  w  jej  słowach,  a  ciemne  okulary 

skrywały wyraz oczu. 

– Nie rozumiem. 

– Myślałam, że doktor Bennett jest emerytem.  

Mężczyzna  przesunął  dłonią  po  twarzy  i  znużonym  wzrokiem 

background image

spojrzał na dziewczynę. 

– Sprawia to pani jakąś różnicę? Ja... to znaczy on... 

Zapadła  chwila  milczenia.  Cassie  westchnęła  głęboko.  Zrozumiała 

swoją pomyłkę. Rumieniec z wolna wypełzał na jej policzki. 

– Pan jest doktorem Bennettem?  

Skinął głową. 

–  Do  licha,  jak  mogłam  być  tak  głupia?  Myślałam,  że  jest  pan  po 

sześćdziesiątce. 

–  A  ja  byłem  przekonany,  że  całkiem  nieźle  się  trzymam  jak  na 

swoje lata. Teraz znam prawdę. 

– Nie, wygląda pan świetnie! To z powodu tego czasopisma. 

– Jakiego czasopisma? 

–  Magazynu  dla  osób  w  podeszłym  wieku.  „Inspired  Retirement”. 

Przyszło kiedyś na pana adres. 

Parsknął śmiechem. 

–  Zdaje  się,  że  zaczynam  rozumieć.  Zaprenumerowałem  je  dla 

mojego dziadka. 

– Też tu mieszka? 

– Nie, w Phoenix. 

– Och... 

Cassie wyglądała na zupełnie załamaną. Mężczyzna nie mógł pojąć, 

dlaczego tak bardzo zależało jej na spotkaniu ze starszym panem. 

– Skoro mieszka w Phoenix – nie dawała za wygraną – to dlaczego 

background image

pismo przyszło na pana adres? 

– Przez pomyłkę. Dziadek to Andrew W. Bennett U. Telefonowałem 

na pocztę, aby wyjaśnić nieporozumienie. 

Potarł brodę i z namysłem popatrzył na dziewczynę. 

– Skoro już wyjaśniliśmy sobie to i owo, powróćmy do właściwego 

tematu rozmowy. Co z pani przyjaciółką? Nadal potrzebuje porady, czy 

fakt, że mam tylko trzydzieści jeden lat rujnuje jej plany? 

– Niestety, obawiam się, że jest pan zbyt młody.  

Westchnęła ponownie i wlepiła wzrok w ziemię. 

–  Uff...  a  to  niespodzianka.  Zapewniam,  że  zdobyłem  wymagane 

doświadczenie. Jestem całkiem niezłym psychologiem. 

– Nie wątpię. 

Czyżby uważała, że emeryt zażąda mniejszego honorarium? 

–  Nie  mam  wygórowanych  stawek  –  powiedział  łagodnie.  –  Na 

pewno będzie panią stać na opłacenie wizyty. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

– Nie potrzebuję porady. 

– A pani przyjaciółka? 

– Też nie. Ona – Cassie zrobiła zagadkową minę – potrzebuje kogoś 

starszego. 

Pospiesznie odwróciła się w stronę pojazdu. 

– Niech pan rozpakuje prezent. 

Wskoczyła  na  fotel  kierowcy  umieszczony  po  prawej  stronie.  Jej 

background image

zachowanie  zirytowało  Bennetta.  Zawodowa  duma  nie  pozwalała  na 

pozostawienie tej sprawy. 

–  Chwileczkę!  –  zawołał  głośno,  aby  przekrzyczeć  szum  silnika. 

Cassie  wcisnęła  pedał  hamulca.  –  Mam  kilka  listów  do  wysłania. 

Mogłaby pani je zabrać? 

Skinęła głową. Bennett zniknął we wnętrzu domu. Dzięki Bogu, że 

mam  te  listy,  pomyślał.  Może  powinienem  zaprosić  ją  na  kawę?  Nie, 

jeszcze za wcześnie. Lecz za kilka dni dobrze będzie poczekać w pobliżu 

skrzynki i podjąć kolejną próbę rozmowy. 

Wrócił z listami. 

– Proszę. 

Wręczył dziewczynie trzy koperty. 

– Grał pan kiedyś w racquetball? – spytała. 

– Nie. – Bez wątpienia potrzebowała fachowej pomocy.  

Racquetball? Skąd jej to przyszło do głowy? 

– A pani? 

– Zawsze, gdy  mam  okazję. To znakomity sposób na rozładowanie 

zdenerwowania. Powinien pan spróbować. 

Samochód ruszył. 

– Chwileczkę! 

Cassie ponownie zahamowała. 

– Jeszcze kilka listów? 

– Nie. Ja... to znaczy... zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać. 

background image

– Świetnie. Spodoba się panu. – Uśmiechnęła się. – Do zobaczenia, 

doktorze Bennett. 

Otworzył  usta,  żeby  poprosić  ją  o  kilka  podstawowych  lekcji,  lecz 

dżip  ruszył  gwałtownie  w  kierunku  bramy.  Powinienem  być  bardziej 

zdecydowany,  pomyślał  Bennett.  Biały  samochód  zatrzymał  się  przy 

sąsiednim  budynku.  Cassie  fachowo  otworzyła  skrzynkę.  Na  pewno 

nieraz  przejeżdżała  tą  ulicą.  Dlaczego  zauważył  ją  dopiero  dzisiaj? 

Prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie zwracał uwagi na listonoszy. 

Wydawała  się  interesująca.  Miała  intrygujący  uśmiech  psotnego 

dziecka i znakomicie wyglądała w pocztowym uniformie. 

Chwileczkę,  przecież  interesował  się  nią  tylko  z  profesjonalnego 

punktu widzenia. A jednak... 

Nie.  To  nie  wchodziło  w  rachubę.  Była  zbyt  niska.  Musiałaby 

wspiąć się na stołek, żeby go pocałować. Bennett uśmiechnął się. Rzucił 

ostatnie spojrzenie za odjeżdżającym dżipem i wszedł do domu. 

 

Szybkim skrętem nadgarstka Cassie posłała piłkę w kierunku ściany. 

Ruth nie zdołała odebrać. 

–  Do  diabła!  –  zawołała  i  przesunęła  dłonią  po  mokrym  czole.  – 

Odpocznijmy. 

– Zrób sobie przerwę. Ja jeszcze potrenuję. 

–  Dobry  pomysł.  To  jedyny  sposób,  żebyś  zapomniała  o  swoim 

doktorku i przestała się na mnie wyżywać. 

background image

–  Życie  jest  niesprawiedliwe.  –  Cassie  z  zapałem  odbijała  piłkę.  – 

Włożyłam  tyle  starań.  Skąd  mogłam  wiedzieć,  że  na  poczcie  zaszła 

pomyłka i skierowano czasopismo pod zły adres? 

Jednostajny stukot piłki wypełniał echem zamknięte pomieszczenie. 

–  Andrew  Bennett  wydawał  się  znakomitą  partią.  Ma  poprawny, 

elegancki  charakter  pisma,  znamionujący  inteligencję  i  wykształcenie. 

Wszystkie „m” i „n” są skreślone w cudowny sposób. Babcia Jo uwielbia 

mężczyzn obdarzonych dociekliwym umysłem. 

– Wierzę, że znajdziesz jej kogoś innego. 

Ruth ściągnęła gumkę z ciemnych włosów i potrząsnęła głową. 

– Dziękuję za zaufanie, ale Bennett jest kimś zupełnie wyjątkowym. 

Silny, zdecydowany. Dlaczego musi być taki młody? 

– Wspominałaś o dwóch kandydatach na sąsiedniej ulicy. 

–  Żaden  z  nich  nie  dorównuje  Bennettowi.  Dokładnie 

przestudiowałam  jego  charakter  pisma.  Powinnaś  zobaczyć,  w  jaki 

sposób  stawia  kropkę  nad  „i”.  To  znak  niespotykanej  wierności  i 

oddania.  „D”  jest  nacechowane  dumą,  a  daszek  przekreślający  „t” 

wyraża entuzjazm i radość życia. 

Ponownie uderzyła w piłkę. 

–  Entuzjazm?  –  wtrąciła  Ruth.  –  Już  dawno  nie  słyszałam  cię 

mówiącej w ten sposób o mężczyznach. 

– Byłby idealnym partnerem dla babci Jo. 

– A dla Cassie? 

background image

Piłka potoczyła się po podłodze. 

– Nawet... nawet o tym nie pomyślałam.  

Nieprawda. Przez cały dzień wspominała poranne spotkanie. 

– Chcę pomóc Jo. To wszystko. 

– Więc nie masz zamiaru zrezygnować z dalszych poszukiwań? 

Cassie podniosła piłkę i łobuzersko mrugnęła okiem. 

– Znasz mnie na tyle, żeby wiedzieć, co zrobię.  

Ruth wzruszyła ramionami. 

– Tak uczepiłaś się Bennetta, że przez chwilę myślałam... 

– To tylko próba. Jest niezły, ale na pewno znajdę kogoś  lepszego. 

Poproszę o przeniesienie do innej dzielnicy... – ... i nigdy więcej go nie 

spotkam, dokończyła w myślach. 

– Wierzysz, że analiza grafologiczna mówi prawdę? 

–  Każda  metoda  posiada  swoje  wady,  lecz  idę  o  zakład,  że  więcej 

można  się  dowiedzieć  o  człowieku  na  podstawie  jego  podpisu  niż  z 

kilkunastominutowego wywiadu przed kamerami. 

– Twoja babcia też tak uważa? 

– Nie pytałam jej o zdanie. Czemu mam wrażenie, że powinnam dać 

ci wygrać mecz, aby zachować całą sprawę w tajemnicy? 

– A jeśli wygram bez twojej pomocy? 

– Nic z tego. 

– Na pewno? 

– Na pewno. Przeanalizowałam też twój charakter pisma. 

background image

Z  kpiącym  uśmiechem  skierowała  piłkę  w  stronę  przyjaciółki. 

Zacięta  rozgrywka  pomogła  jej  zapomnieć  o  porannych  kłopotach. 

Postanowiła zająć się kolejnym kandydatem. Niejedna ryba w oceanie, a 

Andrew W. Bennett IV nie jest jedynym kawalerem w dzielnicy. 

Niestety,  następnego  ranka  Cassie  przekonała  się,  że  niełatwo  jej 

będzie zapomnieć o przystojnym psychologu. Bennett stał przed domem. 

Muskularne,  opalone  ramiona  wsparł  o  daszek  skrzynki  na  listy.  Gęsta 

broda mężczyzny połyskiwała w promieniach słońca. 

Cassie głośno przełknęła ślinę i zatrzymała pojazd. 

–  Dzień  dobry!  –  zawołała  z  uśmiechem,  próbując  ukryć 

zdenerwowanie. 

–  Dzień  dobry  –  odparł  Bennett.  Podszedł  do  dżipa  I  zmierzył 

dziewczynę uważnym spojrzeniem. – Paczka była pusta. 

– Pusta? To dziwne. Oto pańska korespondencja. 

–  Dziękuję  –  odpowiedział,  lecz  najwyraźniej  nie  miał  zamiaru 

odebrać kopert i rachunków, które Cassie trzymała w wyciągniętej ręce. 

–  W  pierwszej  chwili  uznałem,  że  to  żart  jednego  z  moich 

zwariowanych  przyjaciół.  Swego  czasu  opiekowałem  się  kilkoma 

pensjonariuszami zakładu karnego, a oni lubią robić kawały. 

– To... interesujące – powiedziała dziewczyna.  

Nie  miała  nic  przeciwko  temu,  aby  poznać  więcej  szczegółów  z 

życia  doktora  Bennetta,  lecz  uznała,  że  dłuższa  rozmowa  może  być 

niebezpieczna. 

background image

– Mam dużo pracy. Gdyby zechciał pan odebrać listy.  

Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi. 

– Kiedy uważnie spojrzałem na opakowanie, doszedłem do wniosku, 

że  adres  został  napisany  kobiecą  ręką.  Co  więcej,  przesyłkę  nadano  na 

tutejszej poczcie, w Albuquerque. 

– Dziwne. – Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. 

– Domyślam się, że to pani wysłała tę paczkę. 

– Po co miałabym robić podobne rzeczy?! 

– Żeby mnie poznać. 

– Absurdalny pomysł! – zawołała. 

Gwałtowny  rumieniec  pokrył  jej  policzki,  choć  mówiła  prawdę. 

Wysłanie paczki było rzeczywiście absurdalnym pomysłem. 

– Czy mogę spytać, jak się pani nazywa? 

– Dlaczego? 

Bez wątpienia chciał złożyć zażalenie. 

– Ponieważ mamy  kilka  ważnych  spraw do  omówienia i będzie  mi 

łatwiej zwracać się do pani po imieniu. 

Westchnęła głęboko i oparła czoło na kierownicy. 

– Cassie Larue. To ja wysłałam paczkę. 

– Cassie, czy potrzebujesz pomocy psychologa?  

Poderwała głowę. 

– Nie! 

–  Jeśli  będziesz  zaprzeczać,  nie  uwolnisz  się  od  kłopotów.  Nie 

background image

wezmę honorarium za pierwszą wizytę. Zgoda? 

–  Nie  potrzebuję  żadnego  psychologa  –  wycedziła  przez  zaciśnięte 

zęby. 

– Wysłałaś paczkę po to, aby się ze mną spotkać. 

– Tak, ale myślałam, że jest pan o wiele starszy.  

Bennett rozłożył ręce. 

– Wracamy do punktu wyjścia. Co mój wiek ma z tym wspólnego? 

Cassie  znalazła  się  w  pułapce.  Wiedziała,  że  powinna  powiedzieć 

prawdę,  lecz nie  mogła  zdobyć  się na szczerość  wobec całkiem  obcego 

mężczyzny.  No...  może  nie  całkiem  obcego.  Z  charakteru  pisma 

wynikało, że potrafi być miły i wyrozumiały. 

– Dobrze. 

Zamknęła oczy i zaczęła recytować: 

–  Szukam  kogoś  dla  mojej  babci,  która  jest  samotną  wdową,  ma 

sześćdziesiąt  osiem  lat  i  nie  potrafi  sama  znaleźć  sobie  przyjaciela  w 

podobnym wieku i... 

Uchyliła jedną  powiekę,  aby  zerknąć w  stronę  mężczyzny. Bennett 

zachowywał niewzruszoną powagę. Cassie odetchnęła z ulgą. 

– Postanowiłaś zostać swatką? – spytał. 

– Tak. 

– Z jakiego powodu trafiłem na listę kandydatów? 

– Są na niej wszyscy nieżonaci mężczyźni z dzielnicy. Dzięki pracy 

zyskałam okazję lepszego poznawania ludzi. Znam ich zainteresowania, 

background image

pamiętam tytuły czasopism, jakie prenumerują... 

– Na przykład „Inspired Retirement”? – wtrącił z rozbawieniem. 

Cassie  uśmiechnęła  się. Wyraz  zdenerwowania  zniknął  bez  śladu  z 

jej twarzy. Miała piękne oczy. 

– To był poważny błąd – przyznała. 

– Zgadzam się z tobą, Cassie. 

– Wiem, że jest pan kawalerem, psychologiem i pilotem. – Spojrzała 

na niego z zaciekawieniem. 

–  Prawie  dobrze.  Rozwiodłem  się.  Poza  tym,  udzielam  porad 

psychologicznych  w  zakładach karnych  na Południu i  latam  awionetką. 

aby zaoszczędzić czas potrzebny na dotarcie do wyznaczonego miejsca. 

Rozwód?  Cóż  złego  mogło  zajść  w  małżeństwie  tak  spokojnego  i 

łagodnego człowieka? 

– Przez kilka tygodni usiłowałam dowiedzieć się, jak pan wygląda, 

dopiero  tytuł  czasopisma  podsunął  mi  myśl,  że  jest  pan  emerytem. 

Idealny kandydat dla babci Jo. Wówczas przygotowałam paczkę. 

– Miałaś dużo szczęścia, że zastałaś mnie w domu. 

– To prawda. 

Postanowiła nie wspominać o kilkudniowych nieudanych próbach. 

– Prawie mi wstyd, że jeszcze nie dobiłem siedemdziesiątki. Twoja 

babcia  musi  być  cudowną  kobietą,  skoro  podjęłaś  się  tak  trudnego 

zadania. 

– Rzeczywiście. 

background image

Cassie ponownie wyciągnęła rękę. 

– Oto pańskie listy. Naprawdę muszę już jechać.  

Odebrał plik kopert. 

– Powodzenia. Dam ci znać, jeśli usłyszę o kimś odpowiednim. 

– Dziękuję. 

Spojrzała na jego uśmiechniętą twarz. 

– Doceniam pańską wyrozumiałość, doktorze Bennett. 

– Myślę,  że  dość  tych  formalności.  W ciągu  minionych  dwóch  dni 

zdążyliśmy się poznać. Mam na imię Drew. 

– Drew – powtórzyła. – Brzmi nieźle. O wiele lepiej niż Andy. 

–  Andy?  –  Roześmiał  się.  –  To  imię  mojego  ojca.  Andrew  W. 

Bennett III. 

– Nie mieliście kłopotów, żeby wiedzieć, o którego z was chodzi? 

– Czasami. Głównie z powodu poczty. 

– Jakiego imienia używa twój dziadek? 

– Mówimy do niego A. W. Mój pradziadek był znany jako Junior. A 

mój  prapradziadek,  od  którego  się  wszystko  zaczęło,  nie  tolerował 

żadnych skrótów. Używał wyłącznie formy Andrew. 

–  To  znaczy,  że  w  myśl  tradycji,  twój  syn  powinien  nazywać  się 

Andrew W. Bennett V. I co wtedy? 

Nagle, na jej twarzy pojawił się wyraz zakłopotania. 

– Chyba, że już... 

– Nie. Jeszcze nie. 

background image

Cień smutku przemknął po jego twarzy. 

– Może kiedyś... 

– Byłbyś wspaniałym ojcem. 

– Naprawdę? Skąd ta pewność? 

– Twój charakter... – Cassie ugryzła się w język, gdyż miała zamiar 

powiedzieć  –  charakter  pisma,  a  była  przekonana,  że  jej  amatorskie 

próby  analizy  grafologicznej  mogą  spotkać  się  z  krytyczną  opinią 

zawodowego psychologa. 

–  Muszę  już  lecieć.  Powinnam  dostarczyć  resztę  korespondencji 

przed zachodem słońca. 

– Jak brzmi ta dewiza? „Ni deszcz ni śnieg, ni...” 

–  Ani  zajmująca  rozmowa  z  jednym  z  adresatów  –  dokończyła 

pośpiesznie. – Na razie, Drew. 

– Do zobaczenia, Cassie. 

Przez  chwilę  obserwował  odjeżdżający  pojazd.  Ucieszył  się,  że 

dziewczyna  nie  ma  kłopotów  z  własną  osobą.  Gdyby  pomógł  jej  w 

poszukiwaniach  „kandydata”,  miałby  okazję  do  ponownej  rozmowy. 

Niezły pomysł. A może wystarczy zwykłe zaproszenie na kawę? 

Zamyślony 

ruszył 

stronę 

domu. 

Gdyby 

znał 

kogoś 

odpowiedniego. Nagle przystanął. Rozwiązanie było tak oczywiste, że aż 

niewiarygodne. 

background image

Rozdział 2 

 

Drew  miał  dość  czasu,  aby  dokładnie  przemyśleć  plan  działania. 

Ostatnie dwa dni spędził w samolocie. W czasie kilkugodzinnych lotów 

mógł oddać się rozmyślaniom. 

Babcia  Jo...  Imię  przywołujące  w  wyobraźni  obraz  rumianej 

staruszki w okularach. W ciągu ostatnich lat A. W. poznał kilka kobiet, 

lecz bez żenady stwierdzał, że czuł się znudzony ich towarzystwem. 

W  piątek  rano  Drew  odwołał  umówioną  wizytę.  Kiedy  usłyszał 

charakterystyczny warkot dżipa, wyszedł przed dom. 

Cassie zobaczyła go z daleka. Poczuła przyspieszony rytm serca. Co 

dzień  żyła  nadzieją  ponownego  spotkania  i  codziennie  spotykał  ją 

zawód. Aż do dzisiaj. 

Zerknęła w lusterko i zmarszczyła nos. Ze szminki nie pozostało ani 

śladu,  a  włosy  jak  zwykle  przypominały  kopę  siana.  Zwykle  nie 

przejmowała się swoim wyglądem, lecz teraz... 

Drew  ze  stoickim  spokojem  stał  w  pobliżu  skrzynki  na  listy, 

trzymając ręce w kieszeniach. Cassie wzięła głęboki oddech i skierowała 

pojazd w jego stronę. 

– Cześć. 

Oparł dłonie o samochód i pochylił się lekko do przodu. 

– Cześć. 

Drżącą  ręką  podała  mu  kilka  listów.  Uśmiechnął  się,  błyskając 

background image

śnieżnobiałymi zębami. Miał cudowne oczy: pełne inteligencji, czułości i 

seksapilu. 

– Uzbierało się sporo makulatury. 

Boże.  co  ja  wygaduję?  –  pomyślała  i  zrobiła  zakłopotaną  minę. 

Bennett nie zwrócił uwagi na jej słowa lub był po prostu zbyt uprzejmy, 

aby okazać zdziwienie. 

–  Wspomniałaś  kiedyś,  że  potrafisz  określić  osobowość  człowieka 

na  podstawie  korespondencji,  jaką  prowadzi.  Co  możesz  powiedzieć  o 

mnie? Czy otrzymuję podobne listy, jak choćby mój sąsiad, Harrison? 

Rzuciła mu bystre spojrzenie zza szkieł okularów. 

– Nie. Twoja korespondencja jest wyjątkowa.  

Podobnie jak adresat, dodała w myślach. 

–  Z  całej  dzielnicy  to  właśnie  ty  dostajesz  najwięcej  petycji  od 

rozmaitych towarzystw dobroczynnych. 

– Nic dziwnego – westchnął Drew. 

– I tylko ty odpowiadasz na każdą prośbę. 

– Zauważyłaś? 

– Oczywiście. To przyciągnęło moją uwagę.  

Mężczyzna odebrał listy, lecz nie miał zamiaru zakończyć rozmowy. 

– Cassie. Jak wygląda twoja babcia? 

Dzięki  Bogu,  że  mam  ciemne  okulary!  –  pomyślała  spłoszona 

dziewczyna. Dlaczego pyta? Czyżby zainteresował się starszą panią? 

– Jest atrakcyjna – odpowiedziała z pozorną beztroską. – Ale ma już 

background image

sześćdziesiąt osiem lat i myślę, że oboje bylibyście... 

– Nie chodzi o mnie – przerwał ze śmiechem. 

– Och – westchnęła Cassie. – Więc dlaczego pytasz? 

– Po prostu. Czy mogłabyś na chwilę wysiąść i wstąpić do mnie na 

kawę? Mam ci coś do powiedzenia. 

– Ja... to znaczy... niech pomyślę... 

Spojrzała  na  zegarek.  Nie  oczekiwała  podobnej  propozycji. 

Zrozumiała, że Drew poważnie potraktował jej pomysł i znalazł jakiegoś 

kandydata.  A  to  oznaczało,  że  będzie  częściej  spotykać  przystojnego 

psychologa. 

– Nie zatrzymam cię zbyt długo. Obiecuję. 

Mówił  tonem  łagodnej  perswazji.  Jeśli  w  podobny  sposób 

postępował z pacjentami, musiał mieć świetne wyniki w leczeniu. 

–  Myślę,  że  mogę  sobie  pozwolić  na  piętnaście  minut  przerwy  – 

odpowiedziała. 

Mimo to czuła się jak przed skokiem w głęboką wodę. 

– Zaparkuj na podjeździe – zaproponował Drew.  

Obserwował,  jak  wysiadała  z  samochodu.  Była  niska,  lecz 

doskonale  zbudowana.  Promienie  słońca  igrały  w  jej  włosach,  tworząc 

coś na kształt świetlistej aureoli. Mała iskierka. 

– Od dawna mieszkasz w Albuquerque? – spytał. 

– Myślałam, że będziemy mówić o mojej babci. 

– Będziemy. Próbowałem jedynie podtrzymać rozmowę. 

background image

– Naprawdę? 

Przesunęła  okulary  na  czoło  i  obdarzyła  go  długim  spojrzeniem. 

Miała jasne, orzechowe oczy, pełne uroku i dziewczęcej ufności. 

– Nie. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o tobie.  

Uśmiechnęła się. 

–  Dziadkowie  przywieźli  mnie  tu  pięć  lat  temu,  gdy  definitywnie 

zakończyłam naukę w college’u. 

– Definitywnie? 

– Nie dawałam sobie rady z kilkoma przedmiotami, więc po dwóch 

latach zrezygnowałam i podjęłam pracę na poczcie.  Po śmierci dziadka 

postanowiłam pozostać z babcią. 

–  Nie  uważasz,  że  czasem  może  to  być...  –  przez  chwilę  szukał 

odpowiedniego słowa – ... krępujące? 

– Nie. 

Dobra,  Bennett,  dokąd  cię  to  zaprowadzi?  Drew  zrobił  zamyśloną 

minę. 

– Rozumiem – mruknął.  

Błysnęła oczami. 

– Nic nie rozumiesz. Uważasz to za dziwactwo. 

– Na pewno masz swoje powody. 

– Mam. Po pierwsze, kocham  ją. Po  drugie, jest cudowną kobietą i 

przyjaciółką, a po trzecie, mam doskonały pretekst, jeśli nie chcę spędzić 

nocy z mężczyzną. 

background image

Łup. Prosto między oczy. 

– Rozumiem – powtórzył Drew.  

Nie potrafił wymyśleć nic innego. 

– W dzisiejszych czasach kobieta podlega rozmaitym presjom. 

– To prawda. 

Umiała dokonać wyboru. To dobrze. Drew zamknął drzwi i wskazał 

pomieszczenie po prawej stronie. 

– Tu jest kuchnia. Usiądź przy stole, a ja zaparzę kawę. 

Wewnątrz  panował  przyjemny  chłód.  Budynek  musiał  posiadać 

centralną  klimatyzację.  Cassie  wdrapała  się  na  stołek  i  podparła  brodę 

dłońmi, opierając łokcie na stole. Drew napełnił parującym płynem dwie 

filiżanki. 

– Cukru, śmietanki? 

–  Nie,  dziękuję.  –  Popatrzyła  na  niego  spod  oka.  –  Kawa  była  już 

przygotowana. Wszystko zaplanowałeś. 

– Istotnie. 

Usiadł naprzeciwko. 

–  Intrygujesz  mnie,  Cassie.  Naprawdę  mam  zamiar  porozmawiać  z 

tobą o babci, lecz przyznaję, że nie jest to jedyny powód, dla którego cię 

zaprosiłem. 

– Dzięki za szczerość.  

Ostrożnie pociągnęła łyk kawy. 

– A kogo masz dla mojej babci? 

background image

– Może... mojego dziadka?  

Zrobiła zdziwioną minę. 

– Andrew W. Bennetta? 

–  Tak,  choć  jeszcze  nie  przygotowałem  szczegółów  spotkania. 

Muszę się nad tym zastanowić. 

–  Masz  na  myśli  starszego  pana,  który  używa  inicjałów  A.  W.  i 

mieszka w Phoenix? 

– Właśnie. 

– Skoro on mieszka w Phoenix a babcia Jo tutaj, to nie rozumiem... 

Drew gwałtownie zamachał ręką. 

– Odległość nie stanowi żadnego problemu. 

– Nie żartuj. Nie przewidywałam,  że  moje poszukiwania  rozciągną 

się na obszar całych Stanów Zjednoczonych. 

–  Mimo  wszystko  powinniśmy  spróbować.  Może  się  polubią.  Para 

emerytów o podobnych zainteresowaniach. 

– Przyhamuj trochę. Nic nie wiem o twoim dziadku. 

–  A  ja  nic  nie  wiem  o  twojej  babci,  z  wyjątkiem  imienia  i 

pobieżnego opisu. Słowo „cudowna”  ma zabarwienie emocjonalne, lecz 

nie określa szczegółów. Jest wyższa od ciebie? 

– Wyższa. Mierzy sto siedemdziesiąt dwa centymetry. 

– Znakomicie. A. W. ma metr osiemdziesiąt i lubi wysokie kobiety. 

Zgrabna? 

Cassie wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. 

background image

– A twój dziadek? Zgrabny? 

– Nie ma obwisłego brzucha, jeśli ci o to chodzi – odciął się Drew. 

– Babcia Jo również. 

– Włosy? 

– Posiada. 

Mężczyzna potrząsnął głową. 

– Miałem na myśli styl uczesania. Wiem przecież, że nie jest łysa. 

– Naprawdę? To wiesz więcej, niż ja o panu A. W. 

– Chcesz poważnie rozważyć moją propozycję?  

Cassie wzięła głęboki oddech i skrzyżowała ręce na stole. 

– Nie, jeśli będzie to przypominało transakcję handlową. 

Spojrzał jej w oczy. 

–  Okay.  Chyba  zdajesz  sprawę,  że  wygląd  zewnętrzny  gra  niemałą 

rolę podczas pierwszego spotkania. 

–  Wiem  o  tym,  lecz  wolałabym  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o 

twoim dziadku. Czegoś ważnego. 

Drew w zamyśleniu potarł brodę. 

– Uważam, że jest fantastycznym facetem, lecz rozumiem,  że moja 

opinia  może  ci  się  wydawać  mało  obiektywna.  W  przeszłości  był 

chirurgiem i dorobił się pokaźnego majątku. Miał tylko jednego syna; ja 

także jestem jedynakiem. Mój ojciec nie chciał wybrać zawodu lekarza. 

– Uśmiechnął się kwaśno. – Kiedy przyszła kolej na mnie, bez namysłu 

poszedłem  w  ślady  dziadka,  choć  bardziej  pociągała  mnie  psychologia 

background image

niż chirurgia. W dalszym ciągu podziwiam jego osobowość i styl życia. 

Cassie  usiłowała  sobie  wyobrazić  wygląd  opisywanej  postaci. 

Babcia Jo potrzebowała kogoś o silnym charakterze. 

– Jest wdowcem? 

–  Od  sześciu  lat.  Uwielbia  taniec,  grę  w  golfa  i  konną  jazdę.  Po 

śmierci babki miał wiele przyjaciółek. Gdyby tylko zechciał...  

Cassie uniosła dłoń. 

–  Nie  musisz  mi  tego  tłumaczyć.  Wiem,  że  jest  dużo  więcej 

samotnych  starszych  pań  niż  mężczyzn.  Dlaczego  miałby  się 

zainteresować babcią Jo? 

– Przypuszczam, że żadna z pań nie przypominała mu zmarłej żony. 

Cierpi  na  samotność.  Jeśli  przedstawiony  przez  ciebie  wizerunek  babci 

Jo  odpowiada  prawdzie,  to  być  może  znajdziemy  rozwiązanie. 

Chciałbym ją poznać. 

Cassie z głośnym stukiem odstawiła kubek na blat stołu. 

– Chwileczkę! Babcia Jo może być znakomitą partnerką dla twojego 

dziadka, ale to jeszcze nie znaczy, że ja go zaaprobuję! 

– Wiem. 

Dolał jej kawy, nie pytając o pozwolenie. 

–  Wszystko  po  kolei.  Teraz  łatwiej  nam  dotrzeć  do  twojej  babci. 

Później, zastanowimy się nad kolejnym posunięciem. Co ty na to? 

–  Pozwól  mi  pomyśleć.  –  Cassie  zamknęła  kubek  w  dłoniach  i 

wpatrzyła  się  w  jego  zawartość.  –  Czuję  się  nieswojo.  Początkowo 

background image

uważałam to za znakomity pomysł, ale wszystko brzmi tak poważnie. Co 

będzie, jeśli popełnimy błąd? 

Spojrzała na Drew. 

–  Nie  będziemy  podejmować  żadnych  decyzji  w  imieniu 

zainteresowanych.  Chcemy  jedynie  stworzyć  sposobne  okoliczności. 

Przecież  bez  naszej  pomocy  nigdy  nie  dowiedzieliby  się  o  swoim 

istnieniu! 

–  W  jaki  sposób  chcesz  poznać  babcię  Jo,  nie  zdradzając 

jednocześnie całego planu? 

– Mówiłaś,  że  z  nią  mieszkasz.  Wpadnę,  żeby  cię  gdzieś  zabrać.  – 

Obrzucił ją ciepłym spojrzeniem. 

– Możesz mnie odprowadzić jedynie do najbliższego skrzyżowania. 

–  Będzie  mi  bardzo  miło,  jeśli  przy  okazji  spędzę  popołudnie  w 

twoim towarzystwie. Chyba już o tym wspominałem. 

– Chciałam tylko sprawdzić, czy pamiętasz. 

–  I  co?  –  Przez  chwilę  patrzył  jej  w  oczy.  –  Jesteś  umówiona  na 

wieczór? 

– Nie. 

– Babcia będzie w domu? 

– Chyba tak. Zamierzałyśmy obejrzeć film w telewizji. 

–  Załatwione.  Przyjdę  po  ciebie  o  wpół  do  ósmej.  Zjemy  razem 

kolację. 

– Mam lepszy pomysł. 

background image

– Świetnie. 

– Lecz inny, niż przypuszczasz. 

Uniosła  brwi.  W  towarzystwie  Bennetta  czuła  się  odprężona  i 

skłonna do żartów. 

–  To  już  gorzej  –  stwierdził.  –  Skoro  odpada  kolacja  i  to  o  czym 

myślę. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. 

–  Masz  więc  ubogą  wyobraźnię  –  odpowiedziała  z  uśmiechem.  – 

Postaraj się ją wzbogacić. 

– Okay. Nauczę cię zasad racquetballu. 

– Mało romantyczne. Poza tym, nie mam rakiety. 

–  Mogę  ci  pożyczyć.  Trochę  ruchu  dobrze  wpłynie  na  twoje 

samopoczucie. Zbyt mocno przejmujesz się pracą i często zapominasz o 

odpoczynku. 

–  Skąd  wiesz?  Tego  nie  mogłaś  wywnioskować  na  podstawie 

korespondencji. 

Cassie zmieszała się lekko. 

– Nie prenumerujesz żadnych czasopism sportowych.  

Postanowiła  w  duchu,  że  kiedyś  opowie  mu  o  swoich 

doświadczeniach z analizą grafologiczną. Ale jeszcze nie teraz. 

– Chciałbyś dowiedzieć się czegoś o racquetballu? 

Wzruszył ramionami. 

–  Czemu  nie?  Ktoś  mi  powiedział,  że  mam  dobrą  budowę  do  tego 

sportu. Co prawda nic nie wiem o zasadach, ale może nie będę potępiony 

background image

z tego powodu. 

Dziewczyna przełknęła ostatni łyk  kawy, energicznie skinęła głową 

i podniosła się z miejsca. 

– Muszę już iść. 

– Zostaw chociaż adres. 

– Och, prawda. 

Chwyciła papier i ołówek leżący przy telefonie. 

– Tu mieszka babcia Jo. Ile czasu zajmie ci pierwsza wizyta? 

– Wystarczy dziesięć minut. Przyjdę wpół do ósmej, a ty spróbuj się 

nieco spóźnić. Mam nadzieję, że nie jesteś przesadnie punktualna? 

Spojrzała na niego spod oka. 

– Niech pan odgadnie, panie psychologu. 

– Myślę, że wszystko będzie w porządku. 

– Chytra odpowiedź. 

– Za to następnym razem... 

– Skąd wiesz, że będzie „następny raz”? 

– A skąd wiesz, że nie będzie? 

Przypomniała  sobie  równy  rząd  liter  kreślonych  zamaszystymi 

liniami, co znamionowało upór i siłę woli. 

– Może nie będziesz miał ochoty widywać mojej babci. 

– Chciałbym ci przypomnieć, że spotkanie z babcią nie jest jedynym 

celem mojej wizyty. Nie próbuj mną manipulować. 

– Takie chuchro jak ja? Nie bądź śmieszny.  

background image

Spojrzał na nią z ukosa. 

– Coś mi podpowiada, że jednak próbujesz. 

– Czyżbym słyszała opinię znanego psychologa, doktora Bennetta? 

– Nie. To mówi Drew Bennett. Mężczyzna. 

 

Cassie włożyła białe szorty i różową koszulkę. O siódmej piętnaście 

była  w  pełni  gotowa  do  wyjścia.  Cholera,  zaklęła  w  duchu.  Dotąd 

zawsze się spóźniałam! Dlaczego teraz zachowuję się inaczej? 

Stanęła przed lustrem i poprawiła białą opaskę na czole. Dobrze, że 

chociaż  na  korcie  będzie  miała  przewagę  nad  Bennettem.  Jednak  przy 

swoim uporze, Drew mógł bardzo szybko osiągnąć pozytywne wyniki. 

Cassie przycupnęła na brzegu łóżka. Nagle usłyszała głośną muzykę 

dobiegającą z pokoju zajmowanego przez babcię Jo. Ze złością zacisnęła 

pięści. Babcia Jo przygotowywała się do ćwiczeń! Z pewnością włożyła 

kostium w czerwono-żółte pasy, w którym wyglądała jak psychodeliczna 

zebra,  i  pomarańczowe  rajstopy.  Za  dziesięć  minut  jej  włosy  będą 

przypominać zmoczoną ścierkę. 

W  dodatku  półgodzinny  aerobik  był  dla  babci  Jo  święty. 

Powiedziała  kiedyś,  że  nawet  wybuch  wojny  nie  przerwałby  ćwiczeń. 

Drew  nie  miał  żadnych  szans  na  spokojną  pogawędkę.  Cassie  wstała. 

Nie  musiała  już  czekać  w  ukryciu.  Wzięła  płócienną  torbę  z  piłkami  i 

rakietami, po czym podeszła do drzwi. 

Babcia  Jo  pomachała  jej  z  głębi  swego  pokoju.  Dziewczyna 

background image

westchnęła. W tej samej chwili usłyszała terkot dzwonka. 

Zdecydowała, że nie wpuści Bennetta do środka. Uchyliła drzwi. 

– Co  ty  tu  robisz, u  licha? –  spytał  półgłosem  Drew.  Nie  zważając 

na jej opór, przekroczył próg. – Miałaś się schować. 

–  Plan  A  nie  wypalił  –  szepnęła.  Zapach  wody  kolońskiej 

przyprawiał ją o zawrót głowy. – Chodźmy. 

– Dlaczego? Co to za muzyka? Babcia Jo urządza przyjęcie? 

– Nie. Ona... zresztą, nieważne. Chodźmy – powtórzyła. 

– Cassie, czy babcia jest w domu? 

– Jest – westchnęła – ale bardzo zajęta. 

– A co robi? 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

– Ćwiczy. Aerobik. 

– Żartujesz. 

– Nie żartuję. Idziemy. 

– Jeśli mówisz prawdę, chcę to zobaczyć.  

Cassie wahała się przez chwilę. 

– Masz rację. Lepiej, żebyś poznał prawdziwą babcię Jo. 

Uniosła głowę. 

–  Jestem  z  niej  dumna,  nawet  jeśli  nie  postępuje  odpowiednio  do 

swojego wieku. 

Odstąpiła od drzwi. 

–  Babciu,  to  jest  Drew  Bennett!  –  zawołała,  usiłując  przekrzyczeć 

background image

muzykę. 

– Bardzo mi miło, Drew! – odkrzyknęła babcia.  

Przystąpiła do serii „pajacyków”. 

– Cała przyjemność po mojej stronie! – huknął Drew. 

–  Bawcie  się  dobrze!  Jak  skończę  ćwiczenia,  zacznę  zachowywać 

się poprawnie! To potrwa jeszcze kwadrans – wysapała. 

– Nie ma sprawy. Do zobaczenia! 

Drew ujął Cassie pod ramię i poprowadził w stronę zaparkowanego 

przed  domem  audi.  Dziewczyna  nie odezwała  się  ani  słowem,  póki  nie 

wyjechali na główną ulicę. 

–  Nasza  zabawa  w  swaty  jest  zwykłą  naiwnością  –  powiedziała  w 

końcu. – Nadal masz ochotę na mecz? 

– Oczywiście. Jak dojechać do kortów? 

– W dół ulicy, potem w lewo i na drugim zakręcie w prawo. 

Wystawiła łokieć przez otwarte okno. 

– Pieczołowicie ułożony plan nie wypalił. Trudno. 

– O czym ty mówisz? 

–  Nie  musisz  udawać,  Drew.  Wiem,  że  staruszka  podskakująca  w 

rytm  rocka  wygląda  po  prostu  śmiesznie.  Dziękuję  ci  za  powściągliwe 

zachowanie. 

– Nic nie rozumiesz, moja mała.  

Rzuciła mu szybkie spojrzenie. 

– Słucham? 

background image

– Babcia Jo jest wspaniałą kobietą. 

– Naprawdę tak myślisz? 

– Uhm. I nie mogę się doczekać, kiedy A. W. będzie miał okazję ją 

poznać. 

Cassie uśmiechnęła się. 

– Wiedziałam to od samego początku. 

–  Oczywiście.  Zwłaszcza  wówczas,  gdy  usiłowałaś  zagrodzić  mi 

drogę do wnętrza domu. 

– Ale... 

–  Nieważne.  –  Zerknął  w  jej  stronę.  –  Pierwszy  raz  widzę  cię  bez 

munduru. Wyglądasz znakomicie. 

– Dzięki. 

–  Niepokoi  mnie  tylko  ta  przepaska  na  głowie.  Czy  nie  nazbyt 

poważnie traktujesz nasze dzisiejsze spotkanie? 

– Niczego nie robię połowicznie.  

Drew chrząknął. 

– Miło to słyszeć. Mamy pokrewne charaktery.  

Cassie poczuła dreszcz podniecenia. 

– Kupiłam też przepaskę dla ciebie. 

– Masz zamiar wycisnąć ze mnie siódme poty? 

– Oczywiście. Zatrzymaj tutaj. 

Weszli  do  budynku.  Jedno  z  pomieszczeń  było  wolne.  Po 

zamknięciu  drzwi,  Cassie  zawahała  się.  Nigdy  dotąd  nie  zauważyła,  że 

background image

ogrodzony czterema ścianami kort może zapewniać intymność. 

– Tu jest przepaska. 

Otworzyła torbę, po czym wyciągnęła dłoń w stronę mężczyzny. 

–  Dobrze  wyglądasz  w  sportowym  stroju.  Uprawiałeś  jakąś 

dyscyplinę? 

Drew był znakomicie umięśniony. 

–  Człowiek  innego  pokroju  odpowiedziałby  znaczącym  żartem  na 

podobne pytanie. 

– Przecież wiesz, o co mi chodzi. 

– Oczywiście. –  Skinął  głową. –  Mam w domu  zestaw przyrządów 

kulturystycznych, ale nie ćwiczę tak często, jak powinienem. 

– Dźwiganie ciężarów wzmacnia kondycję, lecz nie ma w sobie nic 

z zabawy. Coś poza tym? 

– No, jeśli nie liczyć latania samolotem. 

–  Dobrze,  dobrze.  Już  rozumiem.  –  Wręczyła  mu  rakietę.  –  Cała 

tajemnica  tkwi  w  giętkości  nadgarstka.  Musisz  uderzać  piłkę  w  ten 

sposób. 

Drew  nie  potrafił  się  skupić.  Przy  każdym  ruchu  ciało  dziewczyny 

prężyło się kusząco pod cienkim materiałem. Zmrużył oczy. 

Cassie odwróciła się. 

– Wszystko zrozumiałeś? 

– Uhm. 

Zauważyła błysk w jego oczach. 

background image

– Drew, bądź poważny. 

– Jestem śmiertelnie poważny. Chyba pokocham tę dyscyplinę. 

– W takim razie spróbuj. 

Podała  mu  piłkę.  Drew  uderzył  z  całej  siły.  Cassie  była  tak 

zafascynowana jego ruchami, że w ostatniej chwili przystąpiła do akcji. 

W trakcie całej rozgrywki musiała sporo biegać, ponieważ Drew odbijał 

piłkę niemal od każdej ściany. 

–  Spokojnie  –  powiedziała.  –  Gra  wymaga  finezji,  a  nie  brutalnej 

siły. 

– Łatwo powiedzieć – wysapał mężczyzna.  

Nie przyjął odbicia i z głośnym łoskotem zwalił się na posadzkę. 

– Nic ci się nie stało? 

Złapała piłkę i podbiegła w stronę leżącego. 

– Nic. 

Usiadł powoli. 

– Czuję się jak wyżęta ścierka, a ty nawet się nie spociłaś. 

–  Wszystko  przyjdzie  z  czasem.  Masz  świetne  warunki  do 

uprawiania sportu. 

– Ty również. Jestem pod wrażeniem. 

– Dzięki. 

– Nie ma za co.  

Poklepał podłogę. 

–  Siadaj.  Wiem,  że  nie  potrzebujesz  odpoczynku,  ale  możesz  to 

background image

zrobić ze względu na mnie. 

Cassie ze śmiechem usiadła obok i przybrała zmęczoną minę. 

– Uff! Ale jestem skonana. 

– Nie przesadzaj. 

– W  korytarzu  stoi  automat  z  wodą.  Wypij  kilka  łyków,  poczujesz 

się lepiej. 

Skinął  głową,  lecz  pozostał  na  miejscu.  Oddychał  głęboko.  Cassie 

poczuła  drażniący  męski  zapach  i  nieoczekiwanie  obudziło  się  w  niej 

pożądanie.  Spojrzała  w  bok.  Nie  chciała,  żeby  Drew  zaczął  coś 

podejrzewać. 

Usiłowała wstać, lecz delikatnie chwycił ją za rękę. 

– Chwileczkę. 

Łagodnym  ruchem  poprawił  jej  włosy.  Spojrzała  mu  w  oczy. 

Zastanawiała się, czy siłę pocałunku można odczytać z charakteru pisma. 

Pochyliła głowę. Poczuła jego wargi na swoich ustach. Przez chwilę 

trwali w milczeniu. 

–  Pragnę  cię,  Cassie  –  odezwał  się  Drew.  –  Nie  teraz,  nie  dzisiaj, 

ale...  pomyśl.  Jeśli  uznasz,  że  powinienem  odejść,  nie  szukaj  pretekstu. 

Wolę usłyszeć prawdę. 

– Nie będę szukać wymówek – wyszeptała. 

–  To  dobrze.  –  Zamilkł.  –  Kiedy  zechciałabyś  poznać  mojego 

dziadka? 

– Kiedy... Kiedykolwiek. 

background image

– Może weźmiesz dwa dni urlopu i polecimy do Phoenix? 

Dwa dni. Noc. Zadrżała. 

– Zatrzymamy się w domu dziadka, tam jest sporo miejsca. 

Więc nie będą sami. 

– To brzmi nieźle – odpowiedziała. 

–  Niezupełnie.  Nie  będę  mógł  zasnąć  ze  świadomością,  że 

przebywasz pod tym samym dachem. 

Zobaczyła  błysk  pożądania  w  jego  oczach.  Nie  była  pewna,  czy 

obecność dziadka Drew będzie miała wpływ na rozwój wypadków. 

background image

Rozdział 3 

 

– To brzmi całkiem poważnie – powiedziała babcia Jo, przysiadając 

na brzegu łóżka. – Wyjeżdżasz do Phoenix już po jednej randce? 

– Nic się nie stanie – pośpieszyła z odpowiedzią Cassie. – Będziemy 

mieszkać u jego dziadka. 

– Staruszek ma pełnić rolę przyzwoitki? Mało śmieszne. 

– To miły starszy pan, pełen życia i werwy. 

– Wątpię. Znam mężczyzn w tym wieku. 

Mam nadzieję, że ten będzie inny, pomyślała Cassie. 

– Sprawdzę na miejscu – powiedziała. 

– Tere-fere. Coś mi podpowiada, że szukasz okazji, aby poflirtować. 

– Babciu! 

–  Co,  babciu?  Takie  jest  życie.  Gdybym  miała  więcej  odwagi,  już 

dawno wypuściłabym cię na swobodę. 

– Przestań. 

Cassie przerwała pakowanie i usiadła obok starszej pani. 

– Dobrze wiesz, że uwielbiam twoje towarzystwo. Jest mi tu bardzo 

dobrze. 

–  W  dwudziestym  piątym  roku  życia  powinnaś  tęsknić  za  innym 

towarzystwem – orzekła babcia Jo. 

– Na razie nie znalazłam nikogo odpowiedniego. 

A Drew? Czy po powrocie z Phoenix nadal będzie tak pewna siebie? 

background image

–  Nie  znalazłaś,  bo  nie  szukałaś.  Od  śmierci  dziadka  interesuje  cię 

tylko dom i praca. 

– Nieprawda. 

– Prawda. Nie chcesz, żebym została sama. 

– Przecież... 

– Kocham cię za to, lecz nie mogę dopuścić, abyś poświęciła mi całą 

młodość.  Może  wycieczka  do  Phoenix  coś  zmieni.  Drew  wygląda  na 

całkiem porządnego faceta. 

– Też tak uważam. 

Cassie  serdecznie  uścisnęła  starszą  panią  i  wstała.  Zaczęła 

przerzucać zawartość szafy. 

–  Podoba  mi  się  wyraz  romantycznej  zadumy,  jaki  od  czasu  do 

czasu  widzę  na  twojej  twarzy  –  powiedziała  babcia.  –  Spakuj  tę 

czerwoną sukienkę. Wyglądasz w niej seksownie. 

– Babciu! –  wykrzyknęła  Cassie,  lecz  posłusznie  sięgnęła w stronę 

wieszaka. 

–  Przeżyłam  tyle  lat,  że  wiem,  co  mówię  i  lubię  używać 

współczesnych określeń. Staram się iść z duchem czasu. 

– Zauważyłam – roześmiała się Cassie.  

Czy A. W. również okaże się nowoczesnym mężczyzną? Zamknęła 

torbę. 

– Gotowe. 

Babcia Jo spojrzała na zegarek. 

background image

– Pięć minut przed czasem. Od kiedy jesteś taka punktualna? 

Odpowiedziało jej ciężkie westchnienie. 

– Jestem przekonana, że wszystko pójdzie po twojej myśli. 

Cassie  spojrzała  na  nią  z  wdzięcznością.  Zauważyła,  że  w  oczach 

starszej  pani  mignął  cień  smutku.  Babcia  Jo  pod  pozorem  beztroski 

usiłowała ukryć obawę przed samotnością. 

W  drodze  na  lotnisko  Cassie  nie  potrafiła  otrząsnąć  się  z 

zamyślenia. Drew odezwał się pierwszy. 

– Powiadomiłem kolegę z uniwersytetu w Arizonie, że przyjeżdżam. 

Chciałby się ze mną spotkać. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za 

złe. 

– Oczywiście, że nie. 

– Nie będzie mnie najwyżej godzinę. 

– Potrafię o siebie zadbać. Jestem już dużą dziewczynką. 

– To zależy od punktu widzenia. 

– Uważaj, co mówisz, Drew. Nie lubię takich żartów. 

– Ooo... Pani Lanie jest dzisiaj nie w humorze.  

Cassie zacisnęła dłonie. 

– Masz rację. Czuję się trochę zdenerwowana. 

– Z jakiego powodu? 

–  Chodzi  mi  o  A.  W.  i  babcię  Jo.  Czy  nie  postępujemy  zbyt 

pochopnie? 

–  Być  może,  lecz  musisz  pamiętać,  że  chcemy  im  pomóc.  Każda 

background image

próba  nawiązania  znajomości  wywołuje  stres,  nawet  u  osób  w  naszym 

wieku. 

Cassie z uwagą słuchała jego wyjaśnień. 

– Na ogół mężczyźni nie przyznają się do takich emocji. 

– Wierz mi, że to prawda. Niełatwo spotkać odpowiednią kobietę. 

– Masz pracę, która umożliwia ci kontakt z wieloma osobami. 

Drew zrobił kwaśną minę. 

–  Hmm.  Po  pierwsze,  pracuję  głównie  z  więźniami.  Po  drugie, 

większość  porad  udzielam  w  domu,  a  to  nie  najlepsze  miejsce  do 

zawierania znajomości, o czym się przekonałem wkrótce po rozwodzie. 

Co innego listonosz. Codziennie może spotykać rozmaitych ludzi. 

– Do naszego spotkania nie miałam randki z  żadnym  mieszkańcem 

dzielnicy – odpowiedziała pośpiesznie. 

– To dziwne. 

– Rozwożę listy rano, gdy większość osób jest w pracy. Poza tym... 

bardziej martwiłam się o babcię Jo niż o siebie. 

– Dlaczego? 

–  Myślę...  Myślę,  że  nie  potrafiłabym  jej  zostawić.  Nawet  za  cenę 

uczucia. 

– To nie fair. Masz wobec niej poczucie winy?  

Cassie uniosła głowę. 

–  Skądże.  Była  całkiem  zadowolona  z  mojego  wyjazdu  i  żałowała, 

że będziemy mieli „opiekuna”. 

background image

– Hmm... Nie będziemy. 

– Słucham? 

– Dziadek wydał definitywną wojnę  karaluchom.  Spryskał  trucizną 

wszystkie  pomieszczenia  i  postanowił  spędzić  noc  u  przyjaciół  w 

Wickenburgu. Zjemy wspólnie kolację i... 

– I co? 

– Myślałem – rzucił jej szybkie spojrzenie – myślałem, że spędzimy 

noc w Phoenix. 

– Gdzie? 

– W pobliżu lotniska. W hotelu. 

Serce dziewczyny zaczęło bić w przyspieszonym rytmie. 

– Przecież możemy wrócić wieczorem do Albuquerque. 

–  Niezupełnie.  Pamiętaj,  że  jestem  umówiony  na  spotkanie.  Chyba 

że zdecydujemy się na lot nocą. 

Cassie zamyśliła się. 

– Rozumiem – powiedziała wolno. 

Drew  skierował  samochód  w  stronę  wjazdu  na  prywatną  część 

lotniska. 

– Tak czy inaczej, będziemy sami. 

– Nie mam pewności, jak daleko możemy... 

– Zaangażować się w tę sprawę? – dokończył.  

Zatrzymał  pojazd,  wyłączył  silnik  i  powoli  obrócił  się  w  kierunku 

dziewczyny. 

background image

–  Możesz  przedstawić  wszelkie  zastrzeżenia  –  oznajmił 

wyzywającym tonem. 

–  Chciałabym  najpierw  poznać  A.  W.  i  przekonać  się,  czy  on  i 

babcia Jo... 

– Nie powinniśmy łączyć obu spraw. 

– Nie. To znaczy... tak. Nie. 

– Cassie, wydaje mi się, że poszukujesz przeszkód tam, gdzie ich nie 

ma. Babcia Jo i A. W. będą stanowić znakomitą parę. Wierz mi, wkrótce 

odzyskasz pełną swobodę. 

– Nie czuję się zniewolona! 

– Naprawdę? 

Delikatnym  ruchem  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  Przez  chwilę 

spoglądali sobie w oczy. Drew odezwał się pierwszy. 

– Potrafisz zapanować nad uczuciem? – spytał. 

– Nie muszę ci niczego udowadniać! 

– A sobie samej? 

– Na przykład? 

–  Na  przykład,  czy  jesteś  wystarczająco  dorosła,  by  decydować  o 

własnym życiu. 

– Dziękuję za poradę, panie psychologu. 

–  Cassie  –  potrząsnął  głową  –  przepraszam.  Nie  powinienem  był 

tego mówić. 

– Ale tak właśnie myślisz, prawda?  

background image

Delikatnie pogładził jej policzek. 

– Powinnaś skorzystać z szansy. Choć na chwilę opuścić bezpieczny 

świat,  który  sama  sobie  stworzyłaś.  Nie  możesz  wciąż  chować  się  za 

plecami babci. 

– Wcale się nie chowam. Ona mnie potrzebuje!  

Znalazł się psychoanalityk! 

–  Coś  mi  to  przypomina  –  syknęła.  –  Masz  zamiar  mówić  dalej? 

Zaraz  usłyszę:  Prześpij  się  ze  mną,  mała.  To  najlepsze  lekarstwo  na 

wszystkie twoje frustracje. 

– Nie. – Zdjął rękę z jej ramienia. – To nie tak. Do diabła, nieważne. 

Odwrócił głowę i ponurym wzrokiem wpatrzył się w okno. 

Cassie milczała. Nie była już dziewicą, więc perspektywa spędzenia 

nocy z mężczyzną nie powinna napawać jej przerażeniem. A jednak... 

–  Ostateczną  decyzję  odłożymy  na  później  –  odezwał  się  Drew. 

Otworzył  drzwi.  –  Mamy  czas.  We  wrześniu  hotele  świecą  pustkami, 

więc nie musimy robić rezerwacji. 

Wysiadł. 

– Chodź. Nauczę cię podstaw pilotażu. 

Cassie  powoli  wysiadła.  Nie  musiała  lecieć  do  Phoenix  w 

towarzystwie  przemądrzałego  faceta.  W  każdej  chwili  mogła 

zatelefonować do babci. 

Drew wyjął walizki z bagażnika i skierował się w stronę budynków 

lotniska. 

background image

– Leciałaś już kiedyś awionetką? 

– Nie. – Pokręciła głową. 

– Spodoba  ci  się.  Tam, w  górze można  poczuć prawdziwy  powiew 

wolności. Leci się dość nisko, więc ziemia wygląda zupełnie inaczej niż 

z okien samolotu pasażerskiego. 

–  To  brzmi  zachęcająco  –  powiedziała  Cassie.  I  rzeczywiście  tak 

myślała.  Z  całego  serca  pragnęła  znaleźć  się  wśród  obłoków  i  tylko 

niezrozumiały  strach  przed  dominującą  osobowością  Bennetta 

powodował, że zwlekała z podjęciem decyzji. 

Zanim  się  spostrzegła,  minęli  budynek.  Drew  stanął  w  pobliżu 

niewielkiej, srebrzystobiałej cessny. 

– Nie musisz z nikim rozmawiać przed odlotem? – zapytała, usiłując 

zyskać na czasie. 

– Nie. Samolot jest zatankowany i gotów do startu. Wrzucił walizki 

do kabiny, po czym zdjął klamry przytrzymujące koła. 

– Wsiadaj. 

Wyciągnął dłoń. Cassie zawahała się. 

– Spadochron nie na wiele się przyda – zauważyła. 

– To prawda. Musisz wierzyć w umiejętności pilota.  

Spojrzała mu w oczy. 

– A mogę? 

– Tak. 

Podała mu rękę. 

background image

– Więc w drogę – powiedziała miękko. 

Drew  miał  rację.  Gdy  samolot  oderwał  się  od  ziemi,  poczuła  się 

wspaniale.  W  dole  mignęła  pajęczyna  ulic  Albuquerque.  Cassie 

rozognionym wzrokiem wpatrywała się w okno. 

Drew  skierował  maszynę  na  zachód,  w  stronę  skalistych  wzgórz 

migoczących  czerwienią  w  promieniach  porannego  słońca.  Po  chwili 

samolot  opuścił  obszar  powietrzny  lotniska.  Drew  zdjął  słuchawki  i 

lekko dotknął ramienia dziewczyny. Spojrzała na niego z uśmiechem. 

–  Byłem  pewien,  że  ci  się  spodoba!  –  zawołał,  żeby  przekrzyczeć 

warkot silnika. 

– Skąd mogłeś wiedzieć? 

–  Hmm...  to  trudne  pytanie.  Zauważyłem,  z  jaką  pasją  prowadzisz 

dżipa.  Jak  zawzięcie  odbijasz  piłkę.  Masz  duszę  prawdziwej  łowczyni 

przygód. 

Nie odpowiedziała. W jego obecności czuła się jak bezradne dziecko 

i  nie  myślała  o  przygodach.  Nagle  zrozumiała,  dlaczego  podczas 

pierwszego spotkania tak usilnie nalegała, aby wziął udział w meczu. Na 

korcie  miała  przewagę.  Tu,  w  kabinie  samolotu,  była  całkowicie  zdana 

na mężczyznę siedzącego za sterami. 

– Gotowa do przejęcia funkcji pilota? 

– Nic o tym nie wiem. 

Z powątpiewaniem popatrzyła na tablicę rozdzielczą. 

–  Nie  szkodzi.  Pomyśl,  że  prowadzisz  samochód.  Co  jakiś  czas 

background image

spoglądaj  na  ten  wskaźnik,  aby  utrzymać  maszynę  w  poziomie  i  nie 

wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. 

Cassie  westchnęła,  po  czym  oparła  dłonie  na  drążku  sterowym. 

Samolot  zakołysał  się  lekko.  Starannie  wyrównała  kurs.  Po  kilku 

minutach  zaczęła  oddychać  swobodniej.  Lot  sprawiał  jej  coraz  większą 

przyjemność. 

– Promieniejesz – zauważył Drew. 

– Czuję się cudownie. 

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  Ty  nauczysz  mnie  grać  w 

racquetball,  a  ja  zapoznam  cię  z  zasadami  latania.  To  chyba  uczciwa 

umowa. 

– Nie bardzo. Wziąwszy pod uwagę koszt lotu. 

– Nie mam zamiaru wystawiać ci rachunku. 

– Tego się właśnie obawiałam. 

Drew  wybuchnął  śmiechem.  Cassie  zawtórowała  mu  wesołym 

chichotem. 

–  Zapomnij  o  wszystkim,  co  powiedziałem  na  temat  dzisiejszego 

wieczoru. Nie chcę, abyś uważała, że mam zamiar na siłę zaciągnąć cię 

do łóżka. 

Nieoczekiwanie  poczuła  się  zawiedziona.  Grała  na  zwłokę, 

wysuwała  rozmaite  podejrzenia,  a  teraz?  Drew  oddał  jej  inicjatywę. 

Dlaczego nie zachowywał się jak inni mężczyźni? 

– Cassie? 

background image

Spojrzała w jego stronę. 

– Zgadzasz się ze mną? 

– Tak – skłamała. 

–  Załatwione.  Jeśli  nie  będziemy  zbyt  zmęczeni,  powrócimy  do 

Albuquerque.  Jeśli  zdecydujemy  się  pozostać  w  Phoenix,  wynajmiemy 

dwa oddzielne pokoje. 

Mówił beztroskim tonem, jakby rozmawiał o pogodzie. 

– Dobrze. 

Cholera, mógłby okazać choć trochę uczucia! 

– Pozwól, że przejmę stery. Masz ochotę na kilka akrobacji? 

– Ja... oczywiście. 

– Zaczynamy. Głęboko oddychaj i nie zamykaj oczu. 

Cassie  zastosowała  się  do  jego  wskazówek.  Linia  horyzontu 

zawirowała  jej  przed  oczami,  a  po  chwili  zniknęła.  Cessna  niemal 

pionową  świecą  wzbijała  się  w  błękitne  niebo.  Nagle  zaczęła  opadać. 

Ziemia  zbliżała  się  w  zawrotnym  tempie.  Cassie  zagryzła  wargi.  Miała 

ochotę krzyczeć ze strachu. 

Drew  wyrównał  lot.  Dziewczyna  odetchnęła  z  ulgą,  lecz  wciąż 

pozostawała pod wrażeniem ostatniej akrobacji. 

– Zrób to jeszcze raz – poprosiła. 

Drew obrzucił ją szybkim spojrzeniem. Wyglądała tak pociągająco. 

Miała  zaróżowione  policzki  i  oczy  przepełnione  szczęściem.  Szarpnął 

drążkiem.  Samolot  zatańczył,  wykonał  pełną  beczkę,  potem  jeszcze 

background image

jedną. 

Piersi  dziewczyny  falowały  przyśpieszonym  oddechem,  nabrzmiałe 

sutki  rysowały  się  wyraźnie  pod  cienkim  materiałem.  Gdy  samolot 

powrócił  na  właściwy  kurs,  w  kabinie  zapanowało  milczenie.  Drew 

kątem  oka  popatrzył  na  swą  towarzyszkę.  Po  dłuższej  chwili  przeniósł 

wzrok na horyzont. 

 

W  maleńkim  MG  stanowiącym  własność  A.  W.  z  trudem  mogły 

pomieścić się  trzy osoby.  Cassie  starała  się nie  myśleć  o tym,  że siedzi 

na  kolanach  mężczyzny,  o  którym  marzyła  w  ciągu  ostatnich  dwóch 

godzin,  a  Drew  wmawiał  sobie,  że  trzyma  w  ramionach  worek 

ziemniaków. 

– Zjemy lunch w „Golden Eagle”  – odezwał się A. W. – Byłaś już 

tam, Cassie? 

– Pierwszy raz jestem w Phoenix! – wykrzyknęła dziewczyna. Wiatr 

wpadający  do  wnętrza  przez  otwarty  dach  samochodu  utrudniał 

rozmowę.  Wiedziała  też,  że  nim  dojadą  do  restauracji,  jej  włosy  będą 

przypominały rozsypany stóg siana. Z trudem utrzymywała równowagę. 

A.  W.  prowadził  pojazd  z  taką  nonszalancją,  jakby  znajdował  się  w 

lunaparku. 

Na  najbliższym  skrzyżowaniu  rozbłysły  żółte  światła.  Cassie 

usłyszała  pisk  hamulców.  Nagłe  szarpnięcie  rzuciło  ją  do  tyłu.  Poczuła 

twarde mięśnie mężczyzny. Zaczerwieniła się po same uszy. 

background image

– Kiedy kupiłeś ten wóz, dziadku? – głośno spytał Drew. 

– Kilka miesięcy temu. 

– Wygląda na to, że przydałby mu się mały remont. 

–  Owszem.  Pomyślałem  sobie,  że  to  frajda  mieć  starszy  model 

samochodu.  Poza  tym,  cadillac  był  zbyt  obszerny.  Rozglądałem  się  za 

czymś mniejszym. 

Zakręt. Cassie ponownie straciła równowagę. 

– Ładnie pachniesz – szepnął Drew. 

Przez  chwilę  czuła  na  uchu  łaskotanie  jego  brody.  Zagryzła  wargi. 

Usiłowała skupić uwagę na czymś innym. 

– Gdzie jest „Golden Eagle”? 

–  Na  najwyższym  piętrze  Valley  Bank  Center  –  odparł  A.  W.  – 

Lubię tam chodzić. Wydaje mi się, że siedzę na pieniądzach. 

–  Spodoba  ci  się  panorama  miasta  –  dodał  Drew  pod  adresem 

Cassie. – Sądząc po tym, jak przeżyłaś lot samolotem, lubisz przebywać 

wysoko ponad powierzchnią ziemi. 

– To prawda. 

– Szukasz odmiany? – zapytał kpiąco. 

Nim zdołała znaleźć ciętą odpowiedź, wtrącił się A. W: 

– Nie dokuczaj jej, Drew. Jest niewysoka, lecz i tak stanowczo zbyt 

dobra dla ciebie. 

– Dziękuję, doktorze Bennett – uśmiechnęła się Cassie. 

– Mów mi A. W. Jesteśmy na miejscu.  

background image

Samochód zatrzymał się gwałtownie. 

–  Idźcie  na  górę,  a  ja  spróbuję  znaleźć  jakieś  miejsce  do 

zaparkowania. 

Cassie wygramoliła się z pojazdu. Po chwili dołączył do niej Drew. 

– Czułam się, jak jeden z dwudziestu pięciu klaunów siedzących w 

volkswagenie.  Widziałam  kiedyś  w  cyrku  podobny  numer  – 

podsumowała jazdę dziewczyna. 

–  Przepraszam.  Gdy  byłem  tu  poprzednim  razem,  dziadek  jeździł 

ogromnym  cadillakiem.  Można  w  nim  było  pomieścić  drużynę 

futbolową. 

– Ma swój styl. 

– To prawda – przytaknął Drew. – Potrafi cieszyć się życiem. 

– Tak jak babcia Jo.  

Spojrzeli sobie w oczy. 

– Widzisz? 

– Tak. Miałeś rację. Jak zorganizujemy spotkanie? 

–  Zostaw  to  mnie.  Minął  już  rok,  odkąd  A.  W.  odwiedził 

Albuquerque. 

– Więc powinien czym prędzej tam przyjechać. I nie wspominaj mu 

o babci. Jest zbyt inteligentny, żeby nie domyślić się, o co chodzi. 

– Idzie. Zacznijmy rozmawiać o czymś innym. 

– Okay. Zawsze nosiłeś wąsy i brodę? 

Zalotnie  zatrzepotała  powiekami.  Drew  nie  potrafił  ukryć 

background image

zaskoczenia. 

– Słucham? Aaa... tak. To znaczy nie. Zapuściłem brodę dopiero po 

rozwodzie. Nie podoba ci się? 

A.  W.  stanął  obok  dziewczyny.  Jego  twarz  rozjaśnił  szeroki 

uśmiech. 

–  Stanowicie  znakomitą  parę.  Lubię  patrzeć,  jak  Drew  pochyla 

głowę, aby usłyszeć, co mówisz. 

Drew zdał sobie Sprawę, że od dłuższej chwili nie odrywał oczu od 

Cassie. 

– Chodźmy. – Ujął dziewczynę pod rękę i położył dłoń na ramieniu 

starszego mężczyzny. – Padam z głodu. 

Zajęli  stolik  w  pobliżu  olbrzymiego  okna.  z  którego  rozciągał  się 

widok  na  miasto.  Cassie  przeprosiła  obu  swych  towarzyszy  i  poszła  do 

toalety, aby poprawić fryzurę. Drew odprowadził ją wzrokiem. 

A. W. odłożył kartę dań na brzeg stolika. 

– Świetna dziewczyna. Chyba nie muszę ci o tym mówić. 

– Chciałem, żebyś ją poznał, dziadku. 

–  Naprawdę?  Od  czasów  Mavis  nie  próbowałeś  przedstawić  mi 

żadnej kobiety. Mam rację, czy skleroza wymazała coś z mojej pamięci? 

Drew roześmiał się. 

– Masz rację. Najzabawniejsze jest to, że prawie jej nie znam. 

– Boisz się? 

– Trochę. Czasami odnoszę wrażenie, że wie nawet, o czym myślę. 

background image

– Nieźle. W jaki sposób ją poznałeś? 

– Przyniosła mi paczkę. Pracuje na poczcie. 

– Aaa... to co innego. 

– Właśnie. 

Drew obracał w dłoni szklankę. 

– A co u ciebie, dziadku? Jak twoje sprawy miłosne? 

– Kiepsko, chłopcze. Wyjątkowo kiepsko. Jedna z pań usiłuje mnie 

przekarmić,  druga  cały  dzień  potrafi  spędzić  przy  kartach,  a  trzecia 

namawia mnie, abym grał na giełdzie. 

– Są tylko trzy? Kilka miesięcy temu mówiłeś o pięciu. 

– Zrezygnowałem. 

– Wpływ starości? 

–  To  one  się  starzeją,  mój  chłopcze.  Próbowałem  z  kilkoma 

młodszymi, ale żadna z nich nie potrafiła poprawnie zatańczyć walca. 

Drew  uśmiechnął  się.  Był  przekonany,  że  babcia  Jo  jest  doskonałą 

tancerką. A wówczas Cassie nie będzie miała pretekstu... 

Dziewczyna  weszła  właśnie  do  sali.  Przechwyciła  spojrzenie 

mężczyzny i odpowiedziała mu wesołym uśmiechem. 

background image

Rozdział 4 

 

W  czasie  posiłku  Cassie  wciąż  myślała  o  babci.  A.  W.  śmiał  się, 

żartował i opowiadał zabawne historie z własnego życia. Wprost tryskał 

energią. 

Przez  chwilę  mężczyźni  spierali  się,  kto  ma  zapłacić  rachunek.  W 

końcu A. W. kategorycznym gestem uciszył wnuka i złożył zamaszysty 

podpis obok numeru karty kredytowej. Cassie wytężyła wzrok. 

Sygnatura,  jak  zwykle  u  lekarzy,  była  niemal  zupełnie  nieczytelna. 

Jedynie  daszek  przekreślający  końcowe  „t”  wznosił  się  ku  górze,  co 

znamionowało,  że  A.  W.  obdarzony  jest  charakterem  dalekim  od 

przyziemności. 

Po  lunchu  cała  trójka  ponownie  wtłoczyła  się  do  maleńkiego  MG. 

Ruszyli w stronę budynków uniwersytetu. 

– Przepraszam za zamieszanie związane z dezynsekcją – powiedział 

A. W. Ryzykownym manewrem wyminął autobus i zerknął na wnuka. – 

Jesteś pewien, że Evan odwiezie was na lotnisko? 

– Oczywiście – powiedział Drew. 

– To dobrze. Jak ci wspominałem, muszę jechać do Wickenburga. 

– Kobieta? – spytał Drew. 

–  Tak  przypuszczam.  Otrzymałem  zaproszenie  od  znajomych,  u 

których  niegdyś  bywaliśmy  z  twoją  babką,  lecz  myślę,  że  będzie  tam 

również  jakaś  biedna  wdowa.  Ludzie  wciąż  usiłują  zapewnić  mi 

background image

towarzystwo. 

Samochód  z  piskiem  opon  zatrzymał  się  przed  budynkiem  z 

czerwonej cegły, gdzie mieścił się wydział psychologii. Grupa studentów 

oczekiwała na kolejny wykład. 

Drew spojrzał na Cassie. Ostatnie  słowa dziadka  nie brzmiały  zbyt 

zachęcająco. 

– Koniec  trasy  – odezwał  się A.  W. – Cieszę się, że cię poznałem, 

Cassie. Powinnaś częściej przyjeżdżać do Phoenix. 

– A ty nie masz ochoty odwiedzić Albuquerque? – wtrącił Drew. 

– Właśnie –  podchwyciła dziewczyna.  – Słyszałam,  że od ostatniej 

wizyty upłynęło już sporo czasu. 

– Rzeczywiście. 

–  Za  dwa  tygodnie  rozpoczyna  się  wielki  festyn.  Będą  zawody 

balonów oraz inne atrakcje. Zawsze chciałeś odbyć lot aerostatem. 

– Za dwa tygodnie? Chyba mógłbym przyjechać. 

– Znakomicie. Przylecę po ciebie i... 

–  Żadne  „przylecę”.  Czas,  żebym  zabrał  mój  samochodzik  na 

wycieczkę poza granicę stanu. 

Cassie jęknęła w duchu. A. W. igrał z własnym bezpieczeństwem. 

– Samolot jest szybszy – zaoponowała. 

– Niekoniecznie – odparł dziadek i roześmiał się znacząco. 

Dziewczyna  rzuciła  błagalne  spojrzenie  na  Drew,  lecz  ten  zrobił 

bezradny  gest.  Pozostawało  mieć  nadzieję,  że  A.  W.  wyjdzie  cało  z 

background image

każdej przygody. 

– Do zobaczenia za dwa tygodnie. 

– Uważaj na siebie, dziadku. 

– Czy kiedykolwiek postępowałem nieostrożnie? 

– Zawsze – odparł Drew. 

– Dlatego wciąż czuję się młodo. 

Podniósł  dłoń  w  geście  pozdrowienia.  Samochód ruszył  z  głośnym 

warkotem i po chwili zniknął za zakrętem. 

–  Uff.  –  Cassie  poprawiła  włosy.  –  Czy  dostał  kiedyś  mandat  za 

przekroczenie prędkości? 

–  Mnóstwo  razy.  Skrupulatnie  umieszcza  każdą  karę  w  zeznaniu 

podatkowym. W rubryce: Wydatki na rozrywkę. 

– Idealny partner dla babci Jo. 

–  Nie  wyciągaj  zbyt  pochopnych  wniosków.  Nie  przypuszczam, 

żeby A. W. był miłośnikiem aerobiku. 

–  Nie  mogę  się  doczekać  ich  spotkania.  Dwa  tygodnie  to  o 

czternaście dni za długo. 

Pociągnęła w zamyśleniu kosmyk włosów. 

–  Wiem,  ale  musiałem  użyć  odpowiedniego  pretekstu,  aby  zmusić 

A.  W.  do  podjęcia  decyzji.  Pomysł  z  balonem  wpadł  mi  do  głowy 

zupełnie  przypadkiem.  Po  prostu  przypomniałem  sobie,  że  dziadek  od 

dawna czekał na podobną okazję. 

– Babcia Jo również. Możemy zorganizować im wspólną wycieczkę. 

background image

– Czasami miewam dobre pomysły.  

Wsunął dłoń w jej włosy. 

–  Znów  są  zwichrzone.  Nic  dziwnego,  są  takie  miękkie.  Daj  mi 

spinkę. 

Cassie  bez  wahania  spełniła  jego  prośbę  i  stała  spokojnie,  póki  nie 

zakończył upinania luźno opadających loków. Westchnęła mimowolnie, 

gdy cofnął rękę. 

– Co się stało? – spytał ze zdziwioną miną. 

–  Ja...  Hmm...  –  Zdecydowała  się  powiedzieć  prawdę.  –  Było  mi 

bardzo przyjemnie. Zawsze lubiłam, gdy ktoś mnie czesał. 

Drew postąpił krok bliżej. Ujął jej twarz w obie dłonie. 

– Wiesz, że jesteś niemożliwa? 

– Wcale nie mam takiego zamiaru. 

– I właśnie dlatego jesteś.  

Pogładził palcami jej policzek. 

– Potrafię myśleć tylko o twoich pocałunkach. 

– Masz spotkanie – przypomniała. 

–  Niestety.  Może  pospacerujesz  po  campusie?  Zobaczymy  się  za 

godzinę. 

– Dobrze.  

Odsunęła się. 

– Za godzinę. 

– Będę w gabinecie Evana Farbera. Trzecie piętro, drugie drzwi na 

background image

lewo. 

– Zapamiętam. 

Pomachała  mu  ręką,  po  czym  odeszła.  Nie  musiała  się  oglądać,  by 

wiedzieć, że Drew nadal stoi przed drzwiami wydziału. 

Godzinę  później  wróciła  z  przechadzki  po  terenie  uniwersytetu. 

Palmy  kołysały  się  na  lekkim  wietrze  niczym  gigantyczne  miotełki  do 

kurzu, a skąpo ubrani studenci szukali choć odrobiny cienia. 

Większość dziewcząt przebywała w towarzystwie chłopców. Cassie 

uśmiechnęła  się  do  własnych  myśli.  Drew  miał  rację.  Postanowiła,  że 

czas zmienić umowę dotyczącą wieczoru. 

Wspięła się na schody, odnalazła właściwe drzwi i zapukała lekko. 

– Wejdź – zawołał Drew. – Właśnie kończymy.  

Stanęła  w  progu.  Drew  wezwał  ją  ruchem  dłoni,  aby  weszła  do 

środka. 

– Chcę, byś poznała Evana Farbera. Evan, to jest Cassie Larue. 

Mężczyzna uniósł się zza biurka i wyciągnął rękę. 

–  Cieszę  się  z  naszego  spotkania.  Drew  wspominał  mi,  że 

przylecieliście razem. 

Cassie podała dłoń na powitanie. Evan sprawiał całkiem przyjemne 

wrażenie. Miał pełną twarz, a końce przerzedzonych włosów opadały mu 

aż na kołnierzyk. W drucianych okularach wyglądał niczym współczesne 

wcielenie Beniamina Franklina. 

– Wracając do tematu – odezwał się Drew – niestety, nie będę umiał 

background image

ci pomóc. Szkoda, że pacjent nie zna angielskiego. 

–  Wiem.  Z  hiszpańskim  jeszcze  dałbym  sobie  radę,  ale  z 

portugalskim? 

Cassie spojrzała na mówiącego. 

– Włada wyłącznie portugalskim? 

–  Zna  kilka  słów  po  angielsku,  lecz  to  nie  wystarcza,  by 

przeprowadzić standardowe testy psychologiczne. 

– Napisał coś? – spytała bez zastanowienia Cassie. 

–  Nie,  choć  na  pewno  nie  jest  analfabetą.  Mógłbym  dać  tekst  do 

tłumaczenia, ale... 

–  Nie  trzeba  niczego  tłumaczyć  –  wtrąciła  dziewczyna.  Chciała 

pomóc. – Mogę dokonać analizy charakteru pisma. 

– Analizy? – spytał Evan. – Co to znaczy? 

Cassie zrozumiała, że odruchowo zdradziła swą tajemnicę skrzętnie 

skrywaną  dotąd przed  Bennettem.  Szybki rzut oka  upewnił  ją,  że  Drew 

nie wyglądał na zadowolonego. Evan cierpliwie czekał na odpowiedź. 

– Zajmuję się grafologią. Skończyłam odpowiedni kurs. 

– To fascynujące. Wiedziałeś o tym, Drew? 

– Nie. 

Sucha  odpowiedź  niemiło  zabrzmiała  w  uszach  dziewczyny.  Evan 

wyczuł napięcie, jakie wkradło się do rozmowy. 

–  Będę  ci  wdzięczny  za  każdą  pomoc  –  odezwał  się  swobodnym 

tonem.  –  Poproszę  faceta,  aby  coś  napisał  i  w  ciągu  najbliższych  kilku 

background image

dni wyślę ci próbkę tekstu. Możesz mi podać swój adres? 

– Oczywiście. 

Cassie  sięgnęła  po  pióro  i  pochyliła  się  nad  notatnikiem 

podsuniętym jej przez mężczyznę. Evan wyjął wizytówkę. 

–  Będziemy  w  kontakcie  –  oświadczył.  –  Jestem  szczerze 

zainteresowany każdym rodzajem pomocy w tej sprawie. Także... jak to 

nazwałaś? 

– Analiza grafologiczna. 

– O, właśnie. Niektórzy z moich kolegów uważają podobne praktyki 

za kuglarstwo. – Zrobił znaczącą przerwę, lecz Drew powstrzymał się od 

komentarzy.  –  Osobiście  uważam,  że  problem  zasługuje  na  większą 

uwagę. Nikt z nas przecież nie pisze jednakowo. 

– To prawda – przytaknęła Cassie.  

Czuła się nieswojo pod bacznym spojrzeniem Bennetta. 

– Myślę, że musimy już wracać – oświadczył Drew. 

– Możesz odwieźć nas na lotnisko? 

– Karoca oczekuje na parkingu – odparł Evan.  

Zgarnął z biurka kilka papierów i skierował się do wyjścia. 

W  drodze  na  lotnisko  Cassie  usiłowała  podtrzymać  swobodną 

rozmowę,  lecz  wciąż  myślała  o  nieuchronnej  konfrontacji.  Drew  z 

pewnością  miał  zamiar  zadać  jej  kilka  pytań.  Dlaczego  nie  potrafiła 

zdobyć się na szczerość? 

– Gdzie was podrzucić? – spytał Evan. 

background image

– Pod stanowisko kontroli lotów prywatnych – odparł Bennett. 

Cassie zrozumiała,  że podjął decyzję o natychmiastowym  powrocie 

do Albuquerque. Nie była specjalnie zdziwiona. 

Evan zatrzymał samochód i uścisnął dłoń dziewczyny. 

– Dzięki za konsultację – zwrócił się do Bennetta. 

–  Mam  nadzieję,  że  w  najbliższym  czasie  będę  mógł  się 

odwdzięczyć. 

– Cała przyjemność po mojej stronie. 

– I zaraz prześlę próbki pisma – uśmiechnął się do Cassie. 

– Cieszę się – odpowiedziała, choć wcale nie było jej wesoło. 

Gdy Evan odjechał, odwróciła się w stronę swego towarzysza. 

– Przykro mi, że dowiedziałeś się o tym dopiero teraz. 

– Mnie także. 

– Masz zamiar zrezygnować z naszych planów? 

– Przyznaję, że przez chwilę rozważałem podobną możliwość. 

–  Nie  mam  do  ciebie  żalu,  że  się  rozgniewałeś,  lecz  proszę,  abyś 

ponownie  przemyślał  swą  decyzję.  To,  co  wydarzyło  się  między  nami, 

nie powinno mieć wpływu na los dwojga drogich nam osób. 

–  Uważasz,  że  to  „co  wydarzyło  się  między  nami”  jest  mniej 

ważne?!  Nie  mam  ochoty  na  dalszą  dyskusję  w  obecności 

przypadkowych osób. 

– Wsiadajmy do samolotu – westchnęła Cassie, po czym skierowała 

się w stronę terminalu.  

background image

Drew chwycił ją za rękę. 

– Nie. 

– Myślałam, że nie chcesz dalszej dyskusji.  

Przyciągnął ją bliżej siebie. 

– Wiesz, czego nie chcę? Nie mam ochoty na zabawę w podchody. 

Wolałbym  wyciągnąć  walizki  z  kabiny  awionetki,  wsiąść  do  autobusu 

jadącego  w  stronę  najbliższego  hotelu,  wynająć  dwuosobowy  pokój  i 

zaciągnąć zasłony! 

– Ale... 

– Co „ale”? Przez kilka tygodni analizowałaś mój charakter pisma! 

– To prawda. 

–  Więc  jeśli  wierzysz  w  te  brednie,  musisz  znać  mnie  niemal  od 

podszewki! Chyba wiesz, czego się po mnie spodziewać! 

Uniosła głowę. 

– Wierzę w te, jak je nazywasz, brednie i znam cię doskonale. 

– Spróbuj zatem wykorzystać swą przewagę. Ja nie wiem o tobie nic 

szczególnego.  Usiłowałem  uzyskać  jakieś  informacje,  lecz  byłaś  zbyt 

niedostępna, zbyt wyniosła. Postępowałaś nie fair. 

– Przyznaję, że czasem... 

– Czasem?! Znudziło mnie już podejmowanie całego ryzyka. Teraz 

ty powinnaś coś zainwestować. 

Cassie  drżała  lekko.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  Drew  ma  całkowitą 

rację. Zbyt długo przebywała w narzuconym sobie zamknięciu. Nadszedł 

background image

najwyższy czas, aby zmienić sposób postępowania. 

– Weźmy walizki – powiedziała zdenerwowana. 

Puścił  ją  bez  słowa.  Minęli  budynek  terminalu,  wyjęli  bagaże  z 

samolotu i wsiedli do autobusu. Cassie spoglądała spod oka w kierunku 

mężczyzny.  Drew  siedział  z  kamienną  twarzą.  Jego  usta  przypomniały 

wąską linię. 

–  Chciałbym  wyjaśnić  pewną  sprawę  –  odezwał  się  dopiero 

wówczas, gdy weszli do obszernego holu hotelowego. – Czy wstąpić do 

apteki? 

Cassie  zaczerwieniła  się  po  uszy,  choć  nie  była  zaskoczona 

pytaniem. 

Człowiek 

obdarzony 

tak 

wielkim 

poczuciem 

odpowiedzialności, jak Drew, bez wątpienia potrafił panować nad swymi 

uczuciami. 

–  Nie  –  odpowiedziała  ściszonym  głosem.  –  Wszystko  będzie 

dobrze. 

– W porządku. 

Wpisał  nazwisko  do  księgi  gości,  wziął  klucz  i  ruszył  w  stronę 

windy.  Pokój  był  urządzony  standardowo.  Cassie  nie  potrafiła  nawet 

określić koloru tapety pokrywającej ściany. Skupiła uwagę na brodatym 

mężczyźnie,  który  wstawił  walizki  do  środka,  po  czym  zawiesił  na 

klamce tabliczkę z napisem: Nie przeszkadzać. 

Drew  przekręcił  klucz  w  zamku  i  podszedł  do  szerokiego  łóżka. 

Odrzucił na bok kołdrę. 

background image

–  Teraz  –  powiedział  cicho.  Cassie  po  raz  pierwszy  słyszała  tak 

miękki  i  delikatny  ton  głosu.  –  Boisz  się  mnie?  Naprawdę?  –  spytał 

mężczyzna. 

Potrząsnęła głową. 

–  Nie  skrzywdzę  cię,  Cassie.  Lecz  musisz  pamiętać,  że  nie  chcę, 

żebyś ty mnie krzywdziła. 

Wplótł  dłonie  w  jej  włosy.  Dziewczyna  zamknęła  oczy.  Poczuła 

delikatny  ruch  palców  na  skórze  głowy,  dotknięcie  warg  na  szyi, 

podbródku,  ustach.  Jedwabiste  muśnięcie  wąsów  na  policzku.  To  na 

pewno był Drew. Nie mogła pomylić go z żadnym innym mężczyzną. Jej 

Drew,  obdarzony  zdecydowanym  charakterem  pisma,  wykształconym  i 

chłonnym umysłem oraz ujmującymi manierami. 

Mimo zamkniętych powiek miała wrażenie, że cały świat wiruje jej 

przed  oczami.  Wpiła  palce  w  ramiona  partnera.  Nie  potrafiła  myśleć  o 

niczym innym, jak tylko o pieszczotliwym dotyku jego dłoni. 

– Cassie... 

Słaby uśmiech zadrżał na jej wargach. 

– Kto się teraz boi? – spytała szeptem. 

– Ja. 

Powoli zaczął zdejmować koszulę. 

– Ale za żadne skarby świata nie zrezygnowałbym z tej chwili. 

– Ani ja. 

Cassie  otworzyła  oczy.  Zsunęła  buty  i  ściągnęła  spódnicę.  Drew 

background image

także się rozbierał. Miał szerokie, umięśnione ramiona i tors porośnięty 

ciemną gęstwiną włosów. 

Wreszcie  spadła  ostatnia  zasłona.  Przez  ciało  Cassie  przebiegła 

gorąca  fala  namiętności.  Dziewczyna  opadła  na  łóżko,  jej  jasne  włosy 

rozsypały  się po  poduszce. Drew pochylił się nad nią. Był  coraz bliżej. 

Wyszeptała jego imię i poczuła gwałtowny nacisk. Jęknęła cicho, potem 

głośniej. Był to zew z głębi serca, głos, który przenikał najdalsze zakątki 

męskiej duszy. 

 

Cassie  obudziła  się,  gdy  za  oknem  panowała  już  ciemność.  Drew 

leżał uśpiony, z głową opartą na jej ramieniu. Dziewczyna przez chwilę 

wspominała  wydarzenia  ostatnich  godzin.  Poruszyła  się.  Drew  drgnął  i 

otworzył oczy. 

Pomimo mroku zauważyła jego senny uśmiech. 

– Zdaje się, że zasnąłem – powiedział. 

– Ja także, choć nigdy dotąd... 

–  To  dobrze.  Inaczej  pomyślałabyś,  że  masz  do  czynienia  z 

niewrażliwym  gburem.  Na  ogół  należy  chwilę  porozmawiać,  wymienić 

wrażenia. 

Cassie parsknęła śmiechem. 

– Uważasz, że to niepotrzebne? 

– Być może. 

– Nigdy w życiu nie czułem się tak cudownie. Cassie... 

background image

– Słucham?  

Obrócił się na bok. 

– Przepraszam za swoje zachowanie na lotnisku. 

– Zasłużyłam na to. Było dokładnie tak, jak mówiłeś: kryłam się za 

grubym murem, a jednocześnie chciałam zebrać jak najwięcej informacji 

o tobie. 

Drew dotknął czołem jej dłoni. 

– To już minęło – stwierdził. 

– Tak – odpowiedziała z głębokim westchnieniem. – Masz rację. 

– Choć w czasie podchodów straciliśmy wiele sprzyjających okazji. 

Położył  dłoń  na  jej  piersi.  Cassie  poczuła,  że  uśpiona  dotąd  fala 

emocji powraca z nową siłą. 

– Naprawdę? Nie zauważyłam. 

–  Naprawdę  –  odparł  z  głębokim  przekonaniem.  Złożył  pocałunek 

na jej szyi. – Mam zamiar jak najszybciej nadrobić zaległości. 

Cassie  nie  protestowała.  Czerpała  nową,  nieznaną  dotąd 

przyjemność z bliskości mężczyzny. Gdy ponownie pochylił się nad nią, 

drgnęła w oczekiwaniu rozkoszy. Ciasno objęła go ramionami. 

– Poczekaj – szepnął. 

Włączył  lampkę  ustawioną  na  nocnym  stoliku.  Cassie  gwałtownie 

zamrugała oczami. 

– Chcę widzieć twoją twarz.  

Pocałował ją w czoło. 

background image

–  Jesteś  ciepła,  delikatna  i  cudownie  pachniesz.  Chcę  cię  chłonąć 

wszystkimi zmysłami. 

Napotkała jego rozognione spojrzenie. 

– Kochaj mnie, Drew – szepnęła. 

Na chwilę zamknął powieki i mocno docisnął lędźwie do jej bioder. 

Trwali nieruchomo. 

– Jesteś cudowna. 

– Nieprawda – odpowiedziała z nieśmiałym uśmiechem. 

– Prawda. 

Poruszył  się  lekko.  Otworzył  oczy  i  patrzył,  jak  wzmaga  się  jej 

namiętność, jak z uchylonych ust dobywa się coraz szybszy oddech. 

Cassie zamruczała coś cicho. Słowa zmieniły się w nieartykułowane 

dźwięki, w gwałtowny jęk ekstazy. 

Kiedy ich ciała przestały się poruszać, przez długą chwilę panowało 

milczenie. 

–  To  właśnie  chciałem  zobaczyć  –  odezwał  się  w  końcu  Drew.  – 

Ten sam wyraz podniecenia, który miałaś na twarzy podczas lotu. Jesteś 

cudowną dziewczyną, Cassie. 

– Jesteś wspaniały, Drew – odpowiedziała. 

– Muszę się starać, żeby ci dorównać.  

Uśmiechnął się i pogładził jej rozwichrzone włosy. 

–  Pojawiliśmy  się  w  hotelu  wczesnym  popołudniem.  Mamy  przed 

sobą całą noc, nim powrócimy na lotnisko. 

background image

– To dobrze. – Przeciągnęła się zmysłowo. 

–  Poczekaj  –  powstrzymał  ją.  –  Nie  chcę,  żebyś  umarła  z  głodu. 

Dawno już minęła pora posiłku. Może zejdziemy do restauracji? Założę 

się, że znajdziesz w walizce wieczorową kreację. 

Cassie  roześmiała  się.  Pomyślała  o  czerwonej  sukience,  która  była 

wprost wymarzonym strojem na podobną okazję. 

– Mam także koszulę nocną – powiedziała. 

– Zatem, nie zwlekajmy – odparł Drew.  

Pocałował ją w koniuszek nosa. 

Wzięli wspólną kąpiel. Cassie włożyła czerwoną sukienkę. Drew był 

oczarowany.  Przez  chwilę  ociągał  się  z  wyjściem,  a  podczas  kolacji 

wpatrywał się w dziewczynę rozmarzonym wzrokiem. 

–  Zapłaciliśmy  za  jedzenie,  więc  powinniśmy  to  wykorzystać  – 

przypomniała mu Cassie. 

–  Praktyczna  jak  zwykle.  Kończmy  raz-dwa  i  wracajmy.  Mam 

ochotę wsunąć dłoń pod te koronki. 

– Przestań. Lepiej zmieńmy temat. 

– Nie potrafię. 

– Pomogę ci. Myślisz, że Evan naprawdę przyśle mi próbkę pisma? 

– Tak. Swoją drogą, masz dziwne upodobania. Pocieszam się, że nie 

są szkodliwe. 

Odłożyła widelec na talerz. 

– Analiza grafologiczna nie jest zwyczajnym hobby, Drew. 

background image

–  Nie?  Zawsze  uważałem,  że  to  coś  takiego,  jak  zabawa  w 

przepowiadanie przyszłości. 

– Większość osób popełnia podobną omyłkę.  

Ścisnęła w dłoni kieliszek z winem. 

–  Nawet  w  bibliotekach  podręczniki  grafologu  stoją  obok  książek 

traktujących o okultyzmie – dodała. 

Drew uśmiechnął się drwiąco. 

– Jesteś czarownicą? 

– Grafologia nie ma nic wspólnego z czarami.  

Spojrzała mu prosto w oczy. 

–  Eksperci  doszli  do  wniosku,  że  należy  zaliczyć  ją  raczej  do 

psychologii. 

–  Psychologii?  Cassie,  jestem  psychologiem  i  musiałem  poświęcić 

wiele  lat  na  naukę.  Trudno  mi  uwierzyć,  że  sposób  w  jaki  ktoś  stawia 

kropkę nad „i”, może mieć coś wspólnego z moją dziedziną wiedzy. 

–  Ja  również  się  uczyłam,  Drew.  Spędziłam  cały  rok  na  kursie  i 

otrzymałam dyplom Międzynarodowego Stowarzyszenia Grafologów. 

– Papier bez pokrycia – powiedział lekceważąco. 

Cassie  zwykle  nie  przejmowała  się  uwagami  sceptyków,  lecz  tym 

razem  chodziło  o  coś  innego.  Nie  mogła  w  spokoju  słuchać  docinków 

Bennetta.  

Nie mogła... bo była w nim zakochana. 

background image

Rozdział 5 

 

Cassie zmięła serwetkę. 

– Mogę wziąć klucz? Chciałabym wrócić do pokoju. 

– Idę z tobą – odparł Drew, odsuwając krzesło. 

– Wolałabym, żebyś został. 

– Co takiego? – Spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

– Chcę choć przez chwilę być sama. 

–  Poczułaś  się  dotknięta,  bo  nie  podzielam  twojego  punktu 

widzenia? 

– Jestem po prostu zmęczona naszą dyskusją. 

– Jesteś wściekła. 

– Znakomita diagnoza,  doktorze. Przepraszam, że dotąd  pomijałam 

pański tytuł naukowy. Osobie, która większość życia poświęciła studiom 

należy się odpowiedni szacunek. 

Drew podniósł się z miejsca. 

– Przestań, Cassie. Sarkazm nie leży w twoim charakterze. 

– Nie? A czołobitność? Poczujesz się zadowolony? 

– Cassie... 

– Proszę o klucz. – Wyciągnęła rękę.  

Popatrzył na nią przeciągle i sięgnął do kieszeni. 

– Nie czekaj na mnie – oświadczył.  

Skierował się w stronę baru. 

background image

– Nie mam najmniejszego zamiaru – odpowiedziała. 

Poczuła łzy pod powiekami. Gdy znalazła się na górze, wybuchnęła 

płaczem. Jak Drew mógł jej to zrobić? Dlaczego z księcia zmienił się w 

skrzeczącą żabę? Dlaczego? 

Płacząc  i  przeklinając  krążyła  po  pokoju.  Usiłowała  znaleźć 

rozsądne argumenty, które pomogłyby jej podczas kolejnej dyskusji, lecz 

nie potrafiła zapanować nad emocjami. 

 

Minęły  dwie  godziny.  Cassie  siedziała  na  łóżku  wpatrzona  w 

ciemność. Starannie umyła twarz, włożyła nocną koszulę, lecz nie mogła 

zasnąć.  Dlaczego  uciekła?  Dlaczego  nie  potrafiła  podjąć  szczerej, 

rzeczowej dyskusji? Drew siedział samotnie w barze. Nie miała zamiaru 

go szukać. Czekała. 

Gdy usłyszała pukanie, zapaliła światło i podeszła do drzwi. 

–  Kto  tam?  –  spytała  machinalnie,  choć  doskonale  zdawała  sobie 

sprawę, kto stoi na korytarzu. 

–  Dałem  ci  klucz  –  zabrzmiała  stłumiona  odpowiedź.  –  Nie  mogę 

dostać się do pokoju. 

Przez  chwilę  miała  ochotę  pozostawić  go  za  drzwiami.  Nie, 

pomyślała. To niczego nie rozwiąże. Co prawda, nie wierzyła, aby Drew 

był w stanie umożliwiającym podjęcie rozmowy. 

Otworzyła  drzwi  i  cierpliwie  czekała,  aż  mężczyzna  wejdzie  do 

środka. Poczuła mocną woń alkoholu i papierosów. Drew spojrzał na nią 

background image

zmęczonym wzrokiem. 

– Przepraszam, że wyciągnąłem cię z łóżka – powiedział. – Cassie... 

–  Drew,  wiem,  że  zachowałam  się  głupio  –  wtrąciła.  Powinniśmy 

być mniej małostkowi. 

– Też tak uważam.  

Potarł kark. 

–  Tylko  nie  potrafię  rozsądnie  myśleć  po  dniu  pełnym  wrażeń  i 

trzech dużych drinkach. 

Powoli zaczął się rozbierać. 

– Chodźmy spać. 

–  Dobrze.  –  Cassie  wsunęła  się  pod  kołdrę.  –  Też  czuję  się 

zmęczona. 

Czy naprawdę będzie mogła spokojnie zasnąć u boku aroganckiego, 

a jednocześnie tak cudownego i podniecającego mężczyzny? 

Zwinęła  się  w  kłębek  i  przez  chwilę  nasłuchiwała  plusku  wody 

dobiegającego  z  łazienki.  Mimo  zmęczenia  czuła  narastające 

podniecenie. 

Drew  położył  się  i  zgasił  światło.  Objął  dziewczynę  ramieniem  i 

mocno  przyciągnął  do  swego  boku.  Cassie  poruszyła  się  niespokojnie. 

Fala gniewu ponownie uderzyła jej do głowy. 

– Cassie, nie psujmy tego, co osiągnęliśmy.  

Położył dłoń na jej piersi. 

– Pozwól mi cię kochać.  

background image

Obróciła twarz w jego stronę. 

–  Nie  potrafię,  Drew.  Przed  chwilą  się  kłóciliśmy.  Nie  potrafię 

udawać, że nic się nie stało. 

–  Ludzie na  ogół  zachowują  się w  ten sposób.  –  Odgarnął  kosmyk 

włosów  z  jej  twarzy.  –  To  pomaga  złagodzić  napięcie.  Poza  tym 

wyparowała ze mnie cała złość. Naprawdę. 

–  Niestety,  ze  mną  jest  całkiem  inaczej.  Co  więcej,  uważam,  że 

powinniśmy przedyskutować pewne sprawy, zanim... 

– Cassie... – Poczuła jego oddech na swojej twarzy. – Nie możemy 

dokończyć  rozmowy  rano?  W  tej  chwili  nie  potrafię  się  skupić.  Kiedy 

siedziałem w barze, zastanawiałem się, jak to  możliwe,  że nie jesteśmy 

razem. Nie traćmy czasu. 

– Przykro mi, Drew. 

Znalazła dość siły, żeby obrócić się tyłem, choć w głębi serca wcale 

nie miała na to ochoty. 

– Porozmawiamy rano – ucięła dalszą dyskusję.  

Drew milczał  przez chwilę. Potem  mruknął  coś  pod nosem i wtulił 

głowę w poduszkę. 

Cassie nie pamiętała, kiedy zasnęła. Obudziły ją pierwsze promienie 

słońca  prześwitujące  przez żaluzje. Po  cichu wstała  z  łóżka  i  poszła  do 

łazienki. Gdy wróciła, Drew nie spał. Spojrzał na nią spod oka. 

–  Już  ranek  –  powiedział  sennym  głosem.  Uniósł  się  na  łokciu.  – 

Masz ochotę na rozmowę, czy... 

background image

Zrobił  znaczącą  minę.  Cassie  odwróciła  głowę,  aby  nie  patrzeć  na 

kuszący zarys jego sylwetki. 

– Musimy porozmawiać – stwierdziła. 

Usiadła na krześle i poprawiła ramiączka nocnej koszuli. 

– Możesz przyjść bliżej. – Drew poklepał prześcieradło. 

– Wolę zostać tutaj.  

Wzruszył ramionami. 

– Jak uważasz. 

Wsunął drugą poduszkę pod głowę, po czym skrzyżował ramiona na 

piersi. 

– Zaczynaj. 

–  Gdzieś  czytałam,  że  krzyżowanie  ramion  wyraża  niechęć  do 

rozmówcy. 

– Nie zawsze. Mogę zmienić pozycję, lecz chciałbym zauważyć, że 

założyłaś nogę na nogę. To też może coś oznaczać. 

Uśmiechnęła się mimo woli. 

– Widzę, że powinnam uważać podczas dyskusji z psychologiem. 

– Słusznie. 

Cassie wzięła głęboki oddech. 

–  Drew,  chciałabym  zmienić  twój  pogląd  na  grafologię.  Myślę,  że 

opierasz się zbyt mocno na wyimaginowanych uprzedzeniach. 

– Czy wiesz, ile  osób wierzy, że nie  ma nic prostszego, niż analiza 

zachowań innego człowieka? Przepraszam, ale nie jesteś jedyną, która w 

background image

ostatnich  latach  zainteresowała  się  grafologią.  Byłem  na  kilku 

przyjęciach,  gdzie  goście  nawzajem  porównywali  próbki  własnego 

pisma. 

–  Może  to  nie  jest  najlepszy  sposób  na  wzbudzenie  szacunku,  ale 

przyznaję,  że  postępowałam  podobnie.  Nie  muszę  uciekać  się  do 

skomplikowanych testów, aby uzyskać odpowiedź. 

– Nigdy nie wykorzystywałem psychologii, żeby zabawić gości. 

– A cóż w tym złego? Czy wszystko, co ma związek z nauką, musi 

być zamknięte w murach uniwersytetu? 

– Nie, ale należy mieć pewien respekt dla wiedzy. 

– Doktorze Bennett, uważam, że jest pan snobem. 

– Możliwe. 

–  Czy  wiesz,  że  wielu  pracodawców  korzysta  z  usług  grafologów 

przed podjęciem decyzji o zatrudnieniu nowej osoby? 

–  Wiem  i  bardzo  mi  się  to  nie  podoba.  Nie  chciałbym,  żeby  ktoś 

mnie oceniał na podstawie sposobu pisania. 

– A poddałbyś się testowi psychologicznemu? 

– Oczywiście. 

– To przecież to samo co analiza grafologiczna!  

Drew pochylił się gwałtownie. 

–  Nic  podobnego.  Testy  mówią  prawdę,  ponieważ  zostały 

opracowane na podstawie wnikliwych badań. 

– Grafologia także nie została wyssana palca. 

background image

– Kto tak twierdzi? 

– Eksperci z Chicago, z którymi współpracowałam. 

– Długo wśród nich przebywałaś? 

–  Poznaliśmy  się  na  dorocznym  zjeździe.  Resztę  kursu  odbywałam 

korespondencyjnie.  –  Zauważyła  wyraz  dezaprobaty  na  jego  twarzy.  – 

Pracowałam  bardzo ciężko,  żeby  uzyskać dyplom!  Może nie tak długo, 

jak  ty  na  stopień  naukowy,  lecz  mam  zamiar  kontynuować  naukę! 

Prawdę mówiąc, mam zamiar kształcić swoje zdolności przez całe życie. 

– Ja również – odparł cicho. 

–  Więc  dlaczego  nie  chcesz  skorzystać  z  osiągnięć  grafologii?  To 

jeszcze  jedno  narzędzie  w  dążeniu  do  prawdy!  Nie  potrafisz  tego 

zaakceptować?! 

–  Przykro  mi,  Cassie.  Nie  potrafię.  Nawet,  żeby  ci  sprawić 

przyjemność. 

Dziewczyna  milczała  przez  chwilę,  po  czym  odezwała  się 

nienaturalnie spokojnym głosem: 

– Myślę, że możemy uważać naszą dyskusję za zakończoną. 

–  Coś  mi  podpowiada,  że  nie  tylko  dyskusję.  Czy  nie  możemy 

przejść nad tym do porządku dziennego? 

– Nie. – Pokręciła głową. – Nie w tym przypadku.  

Wstała i sięgnęła po walizkę. 

– Powinniśmy wracać do Albuquerque. 

Ze  zgnębioną  miną  rozpoczęła  przygotowania  do  podróży. 

background image

Najbardziej  bolało  ją,  że  nie  może  zwierzyć  się  ze  swych  marzeń.  Tak 

bardzo  chciała  porzucić  pracę  na  poczcie  i  zawodowo  zająć  się 

grafologią! Zgromadziła już pewną sumę, aby przystąpić do praktyki. 

Drew  z  pewnością  nie  potrafiłby  tego  zrozumieć.  Raczej 

wybuchnąłby śmiechem.  

Postanowiła zawiadomić go o swojej decyzji, kiedy przelatywali nad 

granicą stanu. Zacisnęła na kolanach drżące dłonie. 

– Uważam, że będzie najlepiej, jeśli zakończymy naszą znajomość – 

powiedziała spokojnym tonem, lecz dość głośno, aby usłyszał ją pomimo 

warkotu silnika. 

–  Przez  cały  ranek  oczekiwałem,  że  to  powiesz  –  westchnął.  – 

Dlaczego? 

– Sam wiesz najlepiej. 

– Myślę, że przesadzasz. Dzieli nas różnica zdań w jednej, niewiele 

znaczącej sprawie. Nie ma dwóch osób, które myślałyby tak samo. 

–  Po  pierwsze,  grafologia  nie  jest  niewiele  znaczą  sprawą. 

Przynajmniej  dla  mnie.  Po  drugie,  nie  przywykłam,  aby  mężczyźni 

traktowali mnie pogardliwie. 

– Podchodzisz do tego w zbyt osobisty sposób. 

–  Nie  umiem  inaczej.  Uważam,  że  to  co  robię,  jest  słuszne. 

Dlaczego  chcesz  się  nadal  ze  mną  spotykać,  jeśli  nie  wierzysz  w  moją 

inteligencję? Lubisz spędzać noce z głupimi kobietami? 

– Cassie, przestań! 

background image

–  Istnieje  tylko  jeden  problem  –  ciągnęła,  próbując  zachować 

spokojny  ton  głosu.  –  Postanowiliśmy  zaaranżować  spotkanie  dwojga 

starszych ludzi. Uważam, że musimy to doprowadzić do końca. 

– Jesteś niezwykle szlachetna. 

–  Oczywiście,  mogę  zrealizować  nasz  plan  tylko  przy  twojej 

pomocy. 

–  To  prawda.  A  jaki  mieliśmy  plan?  Ostatnio  byłem  nieco 

rozkojarzony, lecz nie przypominam sobie, byśmy ustalili cokolwiek. 

– Możemy to zrobić teraz. 

– Co proponujesz? – zapytał zmęczonym głosem. 

–  Powinniśmy  przekonać  babcię  Jo  i  A.  W.,  że  nasz  związek 

wygląda  obiecująco  i  zorganizować  przyjęcie,  na  którym  przedstawisz 

mnie  swoim  przyjaciołom.  A.  W.  przyjedzie  do  Albuquerque,  a  ja 

zaproszę  babcię.  Myślę,  że  ich  spotkanie  będzie  wyglądało  całkiem 

naturalnie. 

– I będziemy udawać, że wszystko w porządku?  

Drew nie spuszczał wzroku z linii widnokręgu. 

– Właśnie. Później nasze sprawy i tak stracą na ważności. 

– Naprawdę? Niby dla kogo? 

– Dla nas. 

– Jesteś idiotką, Cassie. 

– Dziękuję za komplement. 

–  Cholera,  czy  nigdy  ci  nie  mówiłem,  że  wprost  szaleję  za  tobą?! 

background image

Nie  wiedziałem,  że  tak  poważnie  traktujesz  doświadczenia  z  analizą 

pisma. 

– Powinieneś wiedzieć. Jakbyś zareagował na zarzut, że praca wśród 

więźniów jest zwykłą stratą czasu? 

Silnik samolotu warczał miarowo. 

–  Upierasz  się  przy  twierdzeniu,  że  moja  praca  posiada  to  samo 

znaczenie, co twoje hobby? 

– Tak – odpowiedziała drżącym głosem. 

Drew milczał przez kilka minut, po czym westchnął z rezygnacją. 

– Przyjęcie? 

– Jeśli się zgodzisz. 

– Czemu nie? Właśnie mam ochotę się zabawić. 

– Nie kpij. 

– Przepraszam. Dopiero uczę się zasad samoobrony.  

Zignorowała przytyk. 

–  Musisz  ustalić  dokładną  datę  przyjazdu  A.  W.  Urządzimy 

przyjęcie w pierwszy dzień jego pobytu. Dzięki  temu zyskamy czas, by 

mogli dokładnie się poznać. 

–  Chwileczkę.  A.  W.  przyjedzie  dopiero  za  dwa  tygodnie.  Czy 

babcia  Jo  nie  zacznie  czegoś  podejrzewać,  jeśli  w  tym  czasie  nie  będę 

cię odwiedzał? Mamy przecież stanowić parę. 

– Wzięłam to pod uwagę. 

– Bez wątpienia. 

background image

–  Wyjaśnię  babci,  że  pracujesz  nad  projektem,  który  musi  być 

gotowy dokładnie za dwa tygodnie i nawał zajęć zatrzymuje cię w domu. 

Dobrze będzie, jeśli zadzwonisz kilka razy, ale możesz od razu odłożyć 

słuchawkę. Będę udawała, że czule rozmawiamy. 

– Bardzo śmieszne. 

– Masz zamiar mi pomóc, czy nie? Jeśli nie, powiedz to od razu. 

– Ależ  oczywiście,  że ci  pomogę,  kochanie. Sprawi  mi to ogromną 

przyjemność. 

Kochanie.  Cassie  posmutniała  gwałtownie.  Spojrzała  w  okno. 

Daleko  w  dole,  maleńki  cień  samolotu  przesuwał  się  po  pustynnym 

obszarze otaczającym Albuquerque. 

 

Babcia  Jo  kartkowała  właśnie  najnowszy  numer  „Vogue”,  gdy  w 

drzwiach  pojawiła  się  Cassie.  Starsza  pani  podniosła  wzrok  znad 

magazynu. 

– Zadowolona? – spytała z uśmiechem. 

–  Było  wprost  cudownie  –  odpowiedziała  Cassie  i  pośpieszyła  do 

swojej sypialni, aby uniknąć dalszych pytań. 

– Pomimo obecności staruszka opiekuna? 

–  A.  W.  trzyma  się  całkiem  nieźle  –  zawołała  dziewczyna  z  głębi 

pokoju. – I jest bardzo miły. 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  powinna  powiedzieć  więcej. 

Uznała,  że  na  razie  to  wystarczy.  Nie  chciała  wzbudzić  niepotrzebnych 

background image

podejrzeń. 

– Jak mieszka? 

– Nie wiem. Zatrzymaliśmy się w hotelu. 

– To już lepiej. 

Babcia Jo stanęła w drzwiach sypialni i oparła się o futrynę. 

– Ale dlaczego? Mieliście przecież nocować gdzie indziej. 

Cassie pochyliła głowę nad otwartą walizką. 

–  Z  powodu  dezynsekcji.  Po  lunchu  A.  W.  pojechał  do 

Wickenburga, a Drew wynajął pokój w hotelu. 

– Wspaniale. 

– Mmm. 

– Chociaż nie bardzo wierzę w historię z dezynsekcją. 

– Drew był przekonany, że tak powiesz. 

–  Nie  uważasz,  że  to  dość  szczególne  wytłumaczenie?  W  każdym 

razie, bardzo się cieszę. 

– Ja również – odpowiedziała Cassie, siląc się na beztroski ton. 

– Nie bój się, nie będę cię wypytywać o szczegóły. Wystarczy mi to, 

co powiedziałaś. 

– Dziękuję, babciu. 

Cassie uśmiechnęła się z ulgą. 

– Wyglądasz na niewyspaną – zauważyła starsza pani. 

– To prawda. Powinnam się zdrzemnąć. 

Babcia  Jo  z  wyrozumiałością  skinęła  głową,  po  czym  wyszła  z 

background image

pokoju  i  starannie  zamknęła  drzwi.  Cassie  rzuciła  się  na  łóżko  i  ukryła 

twarz w dłoniach. 

 

Minął  tydzień.  Cassie  codziennie  przemierzała  swą  zwykłą  trasę, 

lecz Drew ani razu nie pojawił się w pobliżu skrzynki. 

Po  kilku  dniach  nadszedł  list  od  Evana  Farbera.  Cassie  poddała 

dokładnym  badaniom  tekst  napisany  przez  Portugalczyka.  Chciała 

udowodnić  przydatność  analizy  grafologicznej.  Łudziła  się,  że  może 

kiedyś Drew zobaczy wyniki jej pracy, choć powątpiewała, aby zmienił 

opinię. 

W  czasie  rozmów  z  babcią  Jo  rozwodziła  się  na  temat  uczucia, 

jakim  rzekomo  z  wzajemnością  obdarzyła  najmłodszego  z  rodziny 

Bennettów. 

Zgodnie  z  umową  Drew  telefonował  kilka  razy,  lecz  nie  miał 

zamiaru odkładać słuchawki na dźwięk głosu Cassie. Wprost przeciwnie, 

zawsze miał jej coś ciekawego do powiedzenia. Anegdotę ze spotkania z 

pacjentem,  wrażenia  z  lotu  awionetką  lub  komentarz  na  temat 

najnowszych  wydarzeń.  Czasem  rozmowa  przeciągała  się  ponad 

godzinę.  Cassie  łapczywie  chłonęła  każde  słowo,  choć  w  duchu 

przeklinała swój brak stanowczości. 

–  Dlaczego  nas  nie  odwiedzi,  skoro  wciąż  tkwi  przy  telefonie?  – 

spytała  nieoczekiwanie  babcia  Jo,  gdy  jej  wnuczka  zakończyła 

szczególnie długą pogawędkę. 

background image

Cassie pośpiesznie usiłowała wymyślić sensowną odpowiedź. 

– Wówczas stracilibyśmy dużo więcej czasu. Po długim locie Drew 

musi się wyspać. 

– Moglibyście zamieszkać razem. 

– Ja... to znaczy... my... 

– Boże, czujesz się zaszokowana?! 

– Chyba... tak – wykrztusiła Cassie.  

W  głębi  duszy  poczuła  jednak  ulgę,  że  nie  musi  szukać  innej 

wymówki. 

–  Mam  nadzieję,  że  z  mojego  powodu  nie  odrzuciłaś  jego 

propozycji? 

– Oczywiście, że nie! On... po prostu o tym nie wspomniał. 

– I co? 

– Jestem wychowana w myśl tradycyjnych wartości i uważam, że to 

mężczyzna powinien wystąpić z podobną ofertą. 

Dobrze. To powinno zakończyć dyskusję. 

Babcia Jo wymruczała pod nosem kilka całkiem nieparlamentarnych 

zwrotów  i  wyszła  rzuciwszy:  dobranoc.  Cassie  pozostała  w  pokoju. 

Znów  czekało  ją  osiem  godzin  samotności  i  tęsknoty  za  ukochanym. 

Przewracała  się  z  boku  na  bok.  Nie  mogła  zasnąć.  Pocieszała  się,  że 

Drew 

również 

cierpi, 

lecz 

chwilę 

później 

pomyślała 

niebezpieczeństwie grożącym niewyspanemu pilotowi. 

Podczas kolejnej rozmowy uznała, że czas wyjaśnić tę sprawę. 

background image

– Drew... czy... czy dobrze sypiasz?  

W słuchawce zapanowała cisza. 

– Dlaczego pytasz? – usłyszała w końcu głos mężczyzny. 

–  Po  prostu,  byłam  ciekawa.  Dużo  latasz,  a  powinieneś  być 

wypoczęty, gdy zasiadasz za sterami samolotu. 

– Więc? 

– Więc, dobrze sypiasz? 

– Nie. A ty? 

– Nie. 

– Cassie... 

–  Powinieneś  brać  tabletki  nasenne.  Jest  teraz  tyle  świetnych 

specyfików. 

– Chcesz, żebym zastąpił cię lekarstwami? 

Serce dziewczyny zaczęło bić w przyspieszonym rytmie. 

–  Spróbuj  przystosować  się  do  sytuacji  –  poprosiła  drżącym  z 

emocji głosem. 

– A jeśli nie potrafię? 

– Musisz. 

– Wierz mi, próbowałem. Lecz odchodzę od zmysłów, gdy nie mogę 

cię całować, trzymać w ramionach, kochać. 

– Przestań. 

– Leżysz teraz w łóżku? 

– Nie – odpowiedziała, siadając gwałtownie. 

background image

–  Pamiętasz  chwile,  gdy  tuliliśmy  się  do  siebie?  Nie  mogę 

zapomnieć ciepłego dotyku twoich piersi, miękkości... 

– Drew, za chwilę odłożę słuchawkę. 

– A. W. przyjeżdża w środę.  

Cassie mocno zacisnęła powieki. 

– Och. 

– Przyjęcie rozpoczyna się o siódmej. Włóż czerwoną sukienkę. 

– Nie. 

–  Zakochana  kobieta  wkłada  zwykle  ulubioną  kreację  wybrańca 

serca. Chcesz wypaść z roli? 

Cassie  miała  ochotę  krzyczeć.  To  nie  jest  żadna rola!  Kocham  cię, 

choć wcale tego nie pragnę! 

– Może kupię coś nowego – oznajmiła. – Jakiego koloru nie lubisz? 

–  Miło  mi,  że  zapytałaś.  Niech  pomyślę.  Tak.  Nie  przepadam  za 

takim pomarańczowo-różowym. Ma jakąś nazwę? 

– Brzoskwiniowy. 

– O, właśnie. 

–  Znakomicie.  Widziałam  brzoskwiniową  sukienkę  u  Goldwatera. 

Nawet niedrogą. 

– Cassie Larue, jesteś... 

–  Uważaj,  Drew.  Pracownicy  kompanii  telekomunikacyjnej  nie 

lubią przekleństw na łączach. 

– Chcesz złożyć na mnie donos? 

background image

– Do środy możesz się niczego nie obawiać, choć szczerze mówiąc, 

chciałabym mieć już wszystko za sobą. 

– Naprawdę? Niechętnie odkładasz słuchawkę, gdy dzwonię. 

–  Tylko  dlatego,  że  jesteś  odrobinę  bardziej  interesujący  niż 

program  w  telewizji,  a  ostatnio  nie  udało  mi  się  kupić  żadnej  ciekawej 

książki. 

– Kłamczucha – odpowiedział miękkim, czułym tonem. 

– Czy A. W. ma zamiar przyjechać samochodem? 

– Myślę, że tak. Niestety. 

– Zatem jeśli  zechce,  będzie  mógł  zabrać babcię  Jo  na przejażdżkę 

po okolicy. Oczywiście, jeśli uda mu się dotrzeć do Albuquerque. 

–  Wiem,  że  uważasz  go  za  kiepskiego  kierowcę,  a  to  nie  w  pełni 

odpowiada  prawdzie.  A.  W.  dokładnie  wie,  co  powinien  robić.  Ma 

znakomity  refleks.  Nie  pozwoliłbym  ci  zająć  miejsca  w  jego 

samochodzie, gdyby było inaczej. 

Poczuła łzy pod powiekami. Skąd to nagłe wzruszenie? 

– Drew, ja... 

–  Pozwól,  że  przyjadę.  Teraz.  Wypijemy  kawę,  przez  chwilę 

porozmawiamy. Chcę cię zobaczyć. 

– Nie. 

– Cassie, postępujesz niemądrze. 

–  Masz  rację.  Będę u  ciebie  w  środę.  Razem  z  babcią.  Nie  musisz 

już dzwonić. 

background image

– To jeszcze cztery dni. 

–  Coś  wymyślę.  Drew,  czuję  się  zmęczona  tą  rozmową.  W  środę 

zerwiemy ostatnie więzy i wszystko okaże się o wiele prostsze. 

– Sama nie wierzysz w to, co mówisz. 

– Wierzę. 

Bez  słowa  pożegnania  odłożyła  słuchawkę.  Przytuliła  poduszkę  do 

piersi i usiłowała powstrzymać szloch. 

Drew przez chwilę spoglądał na milczący aparat, po czym sięgnął w 

stronę  sterty  książek  leżących  na  nocnym  stoliku.  Zanim  zadzwonił  do 

Cassie,  był  w  bibliotece  i  wyszukał  niemal  wszystko,  co  dotyczyło 

grafologii. Z kwaśną miną otworzył pierwszy podręcznik i zaczął czytać. 

background image

Rozdział 6 

 

Cassie  zapięła  pod  szyję  sukienkę  w  brzoskwiniowym  kolorze. 

Starannie  uczesała  włosy  i  zrobiła  sobie  delikatny  makijaż.  Wyglądała 

niczym nastolatka. Znakomicie. O to chodziło. 

Z napięciem oczekiwała nadejścia wieczoru. Bała się i jednocześnie 

łudziła  nadzieją.  Była  przekonana,  że  jej  widok  wzbudzi  zdziwienie  i 

komentarze  wśród  przyjaciół  Bennetta.  Poza  tym...  z  całego  serca 

pragnęła  go  zobaczyć.  Babcia  Jo  weszła  do  sypialni  za  piętnaście 

siódma. 

– Chcesz iść na przyjęcie w tym stroju? – spytała od progu. 

– Podoba ci się? 

Cassie wykonała pełny obrót. Sukienka zawirowała. 

– Piętnaście  lat temu powiedziałabym,  że wyglądasz uroczo.  Gdzie 

to kupiłaś? 

– U Goldwatera, w dziale młodzieżowym. Niewielki wzrost czasami 

daje jakieś korzyści. 

– Dlaczego nie włożyłaś czerwonej sukienki? 

–  Drew  uwielbia  ten  kolor.  Stwierdził,  że  będę  mu  przypominała 

smakowitą brzoskwinię. 

Babcia Jo zmarszczyła brwi. 

– Myślałam, że ma lepszy gust. 

–  Ubrałam  się  najlepiej,  jak  umiałam.  Chcę  mu  sprawić 

background image

przyjemność. 

Cassie  zrobiła niewinną minę,  lecz babcia  Jo  nie dała się  tak  łatwo 

oszukać. 

– Coś ukrywasz przede mną. Widzę to w twoich oczach. 

– Ja? 

– Drew to znakomity chłopak. Postaraj się go nie stracić. 

– Naprawdę go lubisz? 

– Tak. Gdybym poznała kogoś takiego jak on, tylko nieco starszego, 

nie zawahałabym się ani chwili. 

Cassie  pomyślała  o  A.  W.  Za  kilka  minut  nastąpi  spotkanie,  które 

powinno  stać  się  najważniejszym  wydarzeniem  wieczoru.  Przez  chwilę 

miała  ochotę  wyznać  starszej  pani  prawdę,  lecz  w  porę  ugryzła  się  w 

język. 

– Wyglądasz cudownie, babciu – powiedziała po chwili milczenia. 

Babcia Jo oparła dłoń na biodrze. 

–  Uważam,  że  szałowo  to  właściwe  określenie.  Za  życia  twojego 

dziadka  nie  nosiłam  podobnych  strojów.  Ale  wówczas  nie  ćwiczyłam 

aerobiku. 

Kosym okiem zerknęła na wnuczkę. 

– Jesteś pewna, że powinnaś wystąpić w tej sukience? – Pociągnęła 

nosem.  –  Co  to  za  perfumy?  Kupowałam  ci  podobne,  gdy  byłaś 

uczennicą. 

– To te same. Nadal są w sprzedaży. 

background image

– Cassie, włóż czerwoną suknię. 

– Nie. Musimy już iść, bo się spóźnimy. 

–  Może  chociaż  rozepniesz  kołnierzyk?  Wzmocnisz  makijaż? 

Włożysz większe kolczyki? 

– Nic z tego. Idziemy. 

Babcia Jo westchnęła z rezygnacją. 

– Chyba wiesz, co robisz. 

Szukam  ci  odpowiedniego  mężczyzny,  pomyślała  Cassie.  Reszta 

jest niewiele znaczącym dodatkiem. 

– Wiem – powiedziała głośno. – W drogę. 

Przed  domem,  w  którym  mieszkał  Drew,  stało  kilka  samochodów. 

Cassie zauważyła zielonego MG. 

–  Niezły  wóz  –  odezwała  się  babcia  Jo.  –  Mówiłam  ci,  że  mam 

zamiar zmienić mojego oldsmobile’a na coś bardziej sportowego? 

–  Nie  czuję  się  zaskoczona  –  odpowiedziała  z  uśmiechem 

dziewczyna. Była przekonana, że wszystko idzie zgodnie z planem. 

Drzwi  otworzył  Drew.  Szeroki  uśmiech,  jakim  powitał  babcię  Jo, 

zmienił się w grymas zaskoczenia na widok Cassie. 

Dziewczyna  usiłowała  zrobić  drwiącą  minę,  lecz  nie  potrafiła 

oderwać  oczu  od  stojącego  w  progu  mężczyzny.  Drew  wyglądał 

wspaniale. Babcia Jo miała rację. Tacy mężczyźni należeli do rzadkości. 

Drew  otworzył  usta,  po  chwili  je  zamknął,  na  koniec  wykrztusił 

tylko jedno słowo: 

background image

– Brzoskwinia. 

– Kupiłam sukienkę zaraz po naszej rozmowie. – Cassie zatrzepotała 

zalotnie  rzęsami.  –  Skoro  wspomniałeś  o  uczuciu,  jakim  darzysz  ten 

kolor... 

Babcia Jo wzięła mężczyznę pod ramię i odciągnęła na bok. 

– Przekonaj ją, żeby spaliła tę kieckę – szepnęła. 

– Jestem pewna, że posłucha twojej rady. 

– Mam duże wątpliwości – powiedział Drew.  

Spojrzał  na  słodko  uśmiechniętą  dziewczynę.  Wyglądała  jak 

uczennica,  brakowało  jej  tylko  tornistra  i  worka  z  kapciami.  Gdzie 

podziała  się  piękność,  która  przed  kilkoma  tygodniami  podbiła  mu 

serce? 

–  Chyba  powinniśmy  wejść  do  środka  –  zdecydował.  –  Wszyscy 

czekają. 

– Bomba! – zawołała Cassie. 

– Dobry Boże – westchnął Drew. 

Babcia Jo spoglądała to na niego, to na swoją wnuczkę. Gdy weszli 

do holu, nachyliła się w stronę dziewczyny. 

– Chyba zwariowałaś – szepnęła. 

Cassie  nie  odpowiedziała.  Wzrokiem  przeszukiwała  tłum  osób 

zgromadzonych w salonie. Wypatrywała A. W. Starszy pan stał w rogu 

pokoju,  zajęty  rozmową  z  dwiema  kobietami.  Mam  nadzieję,  że  to 

mężatki, pomyślała Cassie. Jeśli Drew ma zamiar urządzić konkurs... 

background image

–  Nie  bój  się,  obie  mają  mężów  –  usłyszała  tuż  nad  uchem.  –  Nie 

mam  zamiaru  uciekać  się  do  sabotażu,  choć  znam  osoby,  które  to 

uwielbiają.  Mmm.  Używasz  tych  samych  perfum,  co  moja  pierwsza 

szkolna miłość. 

Ujął  pod  rękę  babcię  Jo,  a  drugim  ramieniem  otoczył  kibić 

dziewczyny. 

–  Chodźcie  –  powiedział  głośno.  –  Przedstawię  was  pozostałym 

gościom. 

Był  wspaniałym  organizatorem.  Prowadził  obie  kobiety  do  każdej 

grupki gości, lecz dopiero na koniec zbliżył się do A. W. 

Cassie  zauważyła, że wśród mężczyzn było  kilku pacjentów Drew, 

eks-więźniów.  Z  wyraźnym  zdziwieniem  reagowali  na  jej  widok,  więc 

doszła  do  przekonania,  że  Drew  nie  uniknie  kpin  i  żartów.  Ta 

perspektywa sprawiła jej dużą przyjemność. 

Spostrzegła także, że A. W. już dawno zwrócił uwagę na babcię Jo. 

Stracił zainteresowanie prowadzoną dotąd rozmową i z niecierpliwością 

oczekiwał chwili, gdy będzie mógł się przedstawić. 

Gdy  Drew  skierował  się  w  jego  stronę,  A.  W.  poprawił  krawat  i 

przygładził  włosy.  Po  chwili  przeprosił  swe  towarzyszki  i  wyszedł 

naprzeciw nadchodzącym. Drew znakomicie grał swoją rolę. 

– Aaa...  tu  jesteś,  dziadku – zawołał. – Właśnie się  zastanawiałem, 

gdzie zniknąłeś. 

A. W. serdecznie uścisnął Cassie. 

background image

–  Przyszedłem  się  przywitać  z  moją  nową  przyjaciółką  – 

oświadczył.  –  Myślałem,  że  już  nikt  nie  uwolni  mnie  od  nudnej 

pogawędki – dodał ściszonym głosem. 

Cassie uśmiechnęła się. 

– A. W. , chcę ci przedstawić moją babcię, Jo Reynolds. Babciu, A. 

W.  Bennett  przyjechał  do  Albuquerque,  aby  wziąć  udział  w  locie 

balonem. 

Babcia  Jo  zerknęła  spod  oka  na  dziewczynę,  po  czym  wyciągnęła 

rękę. 

–  Przypominam  sobie,  to  ten  od  insektów.  A.  W,  chciałam  ci 

pogratulować znakomitej wymówki. 

A. W. wyglądał na lekko zdezorientowanego. 

–  Ani  przez  chwilę  nie  wierzyłam  w  historię  z  dezynsekcją  – 

wyjaśniła  Jo.  –  Przypuszczam,  że  miałeś  randkę,  albo  po  prostu 

zrozumiałeś, że młodzi powinni zostać sami. 

Starszy pan mrugnął łobuzersko. 

–  Prawdziwy  dżentelmen  nie  może  zdradzić,  który  powód  był 

właściwy. 

–  To  nie  ma  znaczenia  –  powiedziała  babcia  Jo.  –  Znakomicie 

odegrałeś  rolę  Kupidyna.  Przyjmij  moje  najszczersze  gratulacje.  Mimo 

wielu zabiegów, nigdy nie osiągnęłam podobnego wyniku. 

Cassie ze złością zacisnęła zęby. Drew położył dłoń na jej ramieniu. 

– Dziękuję opatrzności, że ci się nie udało. Dzięki temu ja  mogłem 

background image

zgarnąć główną wygraną. – Spojrzał na dziewczynę. – Prawda, Cassie? 

Poczuła  dreszcz  przebiegający  przez  całe  ciało.  Dłoń  mężczyzny 

emanowała zmysłowym ciepłem, budziła wciąż świeże wspomnienia. 

– Prawda – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.  

Obawiała  się,  że  może  przypadkowo  zdradzić  swe  prawdziwe 

uczucia. 

– Pozwólcie teraz, że oddalimy się na chwilę – powiedział Drew. – 

Musimy porozmawiać. Dziadku, czy mógłbyś przyrządzić drinki? 

–  Z  przyjemnością  –  odparł  A.  W.  Zaoferował  ramię  babci  Jo.  – 

Lubisz martini? Potrafię zrobić wyjątkowo mocne. 

– Nie wątpię – mruknęła. – Zdaje mi się, że powinnam nadzorować 

tę „produkcję”. 

Cassie  spoglądała  na  nich  z  zadowoleniem.  Udało  się!  Nie  miała 

zbyt  wiele  czasu,  by  cieszyć  się  sukcesem,  gdyż  Drew  pociągnął  ją  do 

gabinetu. 

–  Zapominasz,  że  jesteś  gospodarzem  –  zaprotestowała.  – 

Powinieneś wrócić do gości. 

– Nie bój się, nie ukradną mi sztućców. 

– Jestem o tym przekonana. 

–  Niektórzy  z  nich  trafili  do  więzienia  za  zabójstwo,  ale  żaden  nie 

był złodziejem. 

–  Nie  bądź  śmieszny.  Wiesz  dobrze,  o  co  mi  chodzi.  Masz  pewne 

obowiązki. 

background image

– Do diabła z obowiązkami.  

Wziął ją w ramiona. 

– Do diabła ze wszystkim. 

Przybliżył  twarz  do  jej  twarzy.  Gdyby  zachowywał  się  bardziej 

natarczywie,  być  może  stawiałaby  opór.  Lecz  zbyt  długo  czekała,  zbyt 

długo tęskniła... Z cichym westchnieniem przywarła do jego piersi. 

Zapomniała o gościach czekających w salonie. Zapomniała o A. W. 

i babci Jo. Całkowicie poddała się uczuciom. 

Drew uniósł głowę. Oddychał ciężko. 

– Sukienka nie działa – stwierdził. 

Cassie przez chwilę zastanawiała się nad sensem jego wypowiedzi. 

– Nie rozumiem – odparła w końcu. 

– Pomyliłaś się, jeśli myślałaś, że wygląd Shirley Temple wystarczy, 

abym cię odtrącił. 

Westchnął głęboko. 

– I te perfumy. 

Cassie usiłowała zebrać myśli. 

– Ja... 

Drew musnął wargami jej ucho. 

– Pachniesz jak Mary Jane. 

– Kto? 

–  Dziewczyna,  z  którą  chodziłem  do  liceum.  Była  moją  pierwszą 

miłością,  lecz  nigdy  nie  odważyłem  się  jej  dotknąć  tak,  jak  dotykam 

background image

ciebie. 

Patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Czuła  omdlewającą  słodycz 

ogarniającą całe ciało. 

– Cassie. Moja mała uczennica – zamruczał Drew.  

Patrzył, jak rozkwita pod wpływem jego pieszczot. 

–  Jest  coś  prowokującego  w  twoim  niewinnym  wyglądzie, 

zwłaszcza że wcale nie jesteś niewinna. 

Rozpiął kołnierzyk sukni. 

– Wyglądasz prześlicznie nawet w brzoskwiniowym kolorze. 

Cassie przypomniała sobie o gościach pozostawionych w salonie. 

– Drew, chyba powinieneś... 

– Chyba nie. 

Ręka mężczyzny znieruchomiała. 

– Chcesz, żebym przestał? 

Dziewczyna  otworzyła usta,  lecz nie  padło  z  nich ani jedno  słowo. 

Drew  zsunął  jej  suknię  z  ramion,  odkrywając  jędrne,  nabrzmiałe 

pożądaniem  piersi.  Cassie  wygięła  się  w  łuk  w  oczekiwaniu  na 

pieszczoty. Poczuła wargi mężczyzny na swoim ciele. 

– Nawet smakujesz jak brzoskwinia.  

Uniósł głowę. 

– Tęskniłem za tobą. 

– Drew... 

Pod Cassie ugięły się kolana. 

background image

– Doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

– To dobrze. 

Ucałował jej zamknięte powieki. 

– Ja też szaleję za tobą. Lecz teraz musimy wrócić do gości. 

Drżącymi dłońmi doprowadził jej strój do porządku. 

– Zostań po przyjęciu. Zostań na noc. Proszę. 

W głębi duszy Cassie przyznawała mu rację. Pamiętała o gościach, o 

przyjęciu,  o  babci  Jo.  Lecz  co  miała  począć  z  żarem,  który  trawił  jej 

ciało? 

– Drew – jęknęła. 

–  Wiem  –  powiedział  cicho.  –  Nie  powinienem  zaczynać  czegoś, 

czego  nie  możemy  dokończyć,  ale  tak  bardzo  chciałem  cię  pocałować, 

dotknąć, dowiedzieć się, że czujesz to samo. 

Powoli odzyskiwała spokój. 

– Nie powinnam zachowywać się w ten sposób. 

–  Nie  mów  tak.  Wszystko  będzie  dobrze.  Daj  mi  tylko  szansę  i 

zostań. 

Czyżby zmienił zapatrywania? 

– Drew, przyszłam na przyjęcie z babcią. Nie mogę dopuścić, żeby 

sama wracała do domu. Poza tym, A. W. będzie nocował u ciebie. 

Mężczyzna uśmiechnął się. 

–  To  wcale  nie  jest  takie  pewne.  Widziałaś,  że  przypadli  sobie  do 

gustu. A jeśli zechcą wracać razem? 

background image

– Przecież dopiero się poznali! 

– Cassie, czy masz zamiar być ich przyzwoitką? 

– Nie, ale... 

–  Wszystko  przebiega  zgodnie  z  planem.  Przecież  nie  muszą  iść 

zaraz do łóżka. Wystarczy, że porozmawiają, wypiją kawę. 

– Akurat. Twój dziadek to znany kobieciarz. 

– Kto taki? 

– Sam powiedziałeś, że po śmierci żony miał wiele kobiet. 

– To prawda, lecz babcia Jo jest wystarczająco dorosła, aby zdawać 

sobie  sprawę  z  własnego  postępowania.  Doprowadziliśmy  do 

oczekiwanego spotkania, a teraz pozwólmy działać naturze. 

– Natura niech robi, co chce. Mnie interesują wyłącznie działania A. 

W. 

–  Dobrze.  Zaproponuję  mu,  żeby  zabrał  Jo  na  kawę  i  szepnę,  że 

chcesz przez dwie godziny pozostać wyłącznie ze mną. 

Cassie westchnęła ciężko. 

– Nigdy nie przypuszczałam, że będę pilnować własnej babki. 

–  Najwyższy  czas,  żebyś  na  chwilę  zniknęła  jej  z  oczu.  Dla  dobra 

sprawy. Liczy się tylko miłość. 

Liczy  się  tylko  miłość,  powtórzyła  w  myślach.  Boże,  jaka  jestem 

zakochana! 

– Znakomicie posiadł pan sztukę perswazji, doktorze Bennett. 

Drew spojrzał na nią uważnie, starając się odnaleźć ton drwiny w jej 

background image

głosie.  Nie  zauważył  niczego  podejrzanego.  Na  twarzy  dziewczyny 

malowała się szczerość. 

Z  uśmiechem  poprawił  kołnierzyk  jej  sukni  i  przesunął  palcem  po 

ustach. Zza drzwi dobiegał przytłumiony szmer rozmów. 

– Musimy iść do gości. 

Pogładził  dziewczynę  po  policzku  i  ruszył  w  kierunku  salonu,  lecz 

po chwili zatrzymał się. 

– Obiecaj, że zostaniesz – powiedział. 

– To zależy wyłącznie od babci Jo. 

– A jeśli zgodzi się na propozycję A. W? 

Cassie  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Już  miała  odpowiedzieć,  gdy 

usłyszała  dwa  podniesione  głosy,  górujące  nad  innymi.  Drew  także 

zaczął nasłuchiwać. 

– Babcia Jo – szepnęła dziewczyna. 

– I A. W. – dodał Drew. – Cholera!  

Sprzeczka przybierała na sile. 

– Są w kuchni – oświadczył Drew.  

Podbiegł do drzwi. Jednym rzutem oka ocenił sytuację. Było gorzej 

niż  źle.  Jo  stała  z  rękami  wspartymi  na  biodrach  i  rozgniewanym 

wzrokiem wpatrywała się w twarz Bennetta. 

– To nie ma najmniejszego znaczenia! – zawołała. 

–  Wszystkie  kobiety  tak  twierdzą  –  warknął  A.  W.  –  lecz  tak  nie 

myślą. 

background image

– Uważasz, że nie stać nas na szczerość?! 

– Mam duże wątpliwości. 

Drew  przez  chwilę  nie  potrafił  wykrztusić  ani  słowa.  W  końcu 

spytał z udawaną beztroską: 

– Hmm... Czy ktoś ma ochotę na drinka? 

W progu stanęła Cassie. Miała zaczerwienione policzki i błyszczące 

oczy. 

–  Dziękuję  –  odezwała  się  babcia  Jo.  –  Na  pewno  nie  będę  piła  w 

towarzystwie tego pana. 

Cassie zrobiła przerażoną minę. 

– Widziałam gdzieś tacę ze smakowitymi kanapkami – wybąkała. – 

Może przyniosę i... 

A.  W.  z  szacunkiem  pochylił  głowę,  lecz  wyraźnie  było  widać,  że 

jest mocno urażony. 

– Dziękuję ci, Cassie, lecz w obecności tej damy tracę apetyt. 

To  straszne!  Dziewczyna  usiłowała  załagodzić  spór,  lecz  nie 

wiedziała, jak zacząć. 

– Powinniście ochłonąć, przemyśleć sprawę. 

–  Chciałabym  już  wrócić  do  domu  –  przerwała  jej  babcia  Jo.  – 

Jestem  pewna,  że  Drew odwiezie cię po zakończeniu  przyjęcia.  Daj  mi 

kluczyki od samochodu. 

Drew postąpił kilka kroków. 

–  Nie  odchodź,  Jo.  To  nieporozumienie  da  się  zaraz  wyjaśnić. 

background image

Zjedzmy coś, wypijmy, a potem... 

–  Jesteś  bardzo  miły,  Drew.  –  Jo  poklepała  go  po  zarośniętym 

policzku. – Mimo to wychodzę. 

Spojrzała ponuro na starszego z Bennettów. 

– Nie chcę być obiektem kolejnej napaści. 

– W takim razie, ja również muszę już iść – odezwała się Cassie. – 

Wezmę tylko torebkę. 

– Jeśli chcesz, możesz zostać. 

– Nie... tak będzie lepiej. 

Zignorowała błagalny wzrok, którym obrzucił ją Drew. 

– Poczekaj w samochodzie. Zaraz przyjdę. 

– Cassie... 

Drew chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. 

– Zostań. To bardzo ważne. 

– Jo jest zdenerwowana. To też ważne.  

Uwolniła się z jego objęć. 

– Nie mogę pozwolić, żeby sama wracała w takim stanie. 

– Więc wróć później. Poczekam. 

– Nie mogę, Drew. 

Rzuciła  mu  szybkie  spojrzenie  i  wybiegła  z  kuchni.  Babcia  Jo 

zasiadła  za  kierownicą.  Samochód  z  piskiem  opon  ruszył  z  podjazdu, 

rozsypując żwir na wszystkie strony. 

– Co za arogancki facet! Uważa, że zjadł wszystkie rozumy. 

background image

Cassie chrząknęła. Postanowiła dowiedzieć się, co stanowiło powód 

sprzeczki. 

– Od czego zaczęliście... hmm... dyskusję? 

– Dyskusję? To była kłótnia! 

– Zauważyłam. 

– To gbur! 

– Naprawdę? 

W oddali błysnęło czerwone światło. Jo wcisnęła pedał hamulca. 

– Naprawdę. Wiesz, co powiedział? Uważa, że Robert Redford jest 

stanowczo zbyt niski. 

background image

Rozdział 7 

 

Cassie zrobiła zdumioną minę. 

– Posprzeczaliście się o Roberta Redforda?! 

–  Rozmawialiśmy  o  filmach.  Spytałam  go  tylko,  co  sądzi  o 

Redfordzie. 

Cassie  westchnęła.  Wiedziała,  że  tylko  jedna  odpowiedź  mogła 

zadowolić oczekiwania babci. 

–  Powiedział,  że  to  niezły  aktor.  Niezły.  Potem  uczynił  kilka 

niestosownych uwag na temat jego wzrostu. Po prostu się wściekłam. 

– Wyobrażam sobie. 

Cassie pokręciła głową. Zdawała sobie sprawę z komizmu sytuacji, 

a jednocześnie zaciskała zęby ze złości. Lubiła Redforda, lecz tym razem 

była na niego po prostu wściekła. 

– Przypuszczam, że A. W. bał się  porównania – ciągnęła Jo. – Jest 

po prostu głupi. Z jego wyglądem? Sam mógłby być aktorem. 

– Powiedziałaś mu, że jest przystojny? 

–  Oczywiście,  że  nie.  Powinnaś  zobaczyć  go,  gdy  mówił  o 

Redfordzie. Wsunął ręce w kieszenie, wypiął pierś, wzruszył potężnymi 

ramionami i spytał: „Taki konus?” Miałam ochotę mu przyłożyć. 

– Potężnymi ramionami? – Cassie uśmiechnęła się.  

Może jeszcze nie wszystko stracone? 

–  Nie  dziwię  się,  że  nie  zauważyłaś,  skoro  jesteś  tak  zapatrzona  w 

background image

najmłodszego  z  Bennettów.  A.  W.  to  bardzo  interesujący  mężczyzna. 

Chciałam  go  poznać  od  chwili,  gdy  opowiedziałaś  mi  historyjkę  o 

karaluchach. 

– Nadal w to nie wierzysz? 

–  Cassie,  przecież  mógł  przełożyć  termin  dezynsekcji,  gdy 

dowiedział się, że macie zamiar przyjechać. 

– Miał spędzić noc u przyjaciół. Nie chciał ich urazić odmową. 

– Przyjaciół? Raczej u przyjaciółki. 

– Skąd ten pomysł? 

– Jest seksowny – powiedziała miękko Jo. Nagle uderzyła dłonią w 

kierownicę. – Tylko cholernie czuły na swoim punkcie! Dzięki Bogu, że 

mieszka w Phoenix i nie będę musiała go więcej widywać! 

– Taaak... – mruknęła Cassie.  

Mrok skrył uśmiech, jakim skwitowała ostatnią wypowiedź babci. 

Rozmowa  zaczęła  obracać  się  wokół  innych  tematów.  Jo  zwróciła 

uwagę  na  niecodzienny  dobór  gości  na  przyjęciu  u  Bennetta.  Prócz 

byłych więźniów, Drew zaprosił także kilku przedstawicieli prawa. 

– Dziwna mieszanka – stwierdziła babcia Jo.  

Zatrzymała samochód przed domem. 

– Przepraszam, że w  tak niespodziewany sposób  wyciągnęłam  cięż 

party,  lecz  nie  potrafiłam  inaczej  wyrazić  swej  dezaprobaty  wobec 

impertynencji pewnego mężczyzny. 

Cassie skinęła głową. Była przyzwyczajona do melodramatycznych 

background image

gestów, których nie szczędziła jej starsza pani. 

–  I  tak  muszę  wcześnie  wstać  do  pracy.  Wolę  się  wyspać  – 

odpowiedziała, choć w głębi serca czuła zawód, że nie mogła zostać do 

końca imprezy. 

– Nie wiesz przypadkiem, jak długo ten facet będzie przesiadywał w 

Albuquerque? Pytam wyłącznie przez ciekawość. 

– O kim mówisz? – Cassie udawała, że nie wie, o kogo chodzi. 

– O pewnym irytującym staruszku.  

Dziewczyna zaniosła się gwałtownym kaszlem. 

–  Przynajmniej  do  końca  weekendu  –  odpowiedziała  po  chwili.  – 

Mówiłam ci, że chce wziąć udział w locie balonem. 

– Naprawdę? – Twarz babci Jo pojaśniała radością, lecz zaraz potem 

przybrała  wyraz  obojętności.  –  Do  diaska.  Nie  uda  mi  się  uniknąć 

kolejnego spotkania. 

Na pewno, pomyślała Cassie. Nagle przyszło jej do głowy, że A. W. 

może  zrezygnować  z  dalszego  pobytu.  Wiedziała,  że  tylko  Drew  zna 

odpowiedź  na  to  pytanie.  Miała  więc  pretekst,  żeby  do  niego 

zatelefonować. 

Zadzwoniła  następnego  dnia  w  porze  lunchu.  Niestety,  usłyszała 

jedynie  głos  nagrany  na  automatyczną  sekretarkę.  Ze  złością  odłożyła 

słuchawkę. Po chwili uspokoiła się. Doszła do wniosku, że Drew i A. W. 

mogli zwiedzać miasto. Ponownie wykręciła numer. 

– Drew, zadzwoń do mnie wieczorem – powiedziała krótko. 

background image

Kiedy  wróciła  z  pracy,  babcia  Jo  właśnie  podnosiła  słuchawkę 

telefonu. 

– Aaa...  Cześć, Drew. Jak samopoczucie?  – Roześmiała  się.  – Tak, 

właśnie  przyjechała.  Słuchaj,  przyjęcie  było  wspaniałe  i  przykro  mi,  że 

musiałam tak nagle was opuścić. Mam nadzieję, że wszyscy znakomicie 

się bawili. – Milczała przez chwilę. 

– On nie? Biedaczysko.  

Mrugnęła w stronę wnuczki. 

– Nie, ani przez chwilę nie myślałam o tej głupiej sprzeczce. Cześć. 

Porozmawiaj ze swą ukochaną. 

Cassie z niecierpliwością chwyciła słuchawkę. 

– Halo? 

–  Zjedzmy  razem  kolację  –  odezwał  się  Drew  niskim,  pełnym 

napięcia  głosem.  –  Odchodzę  od  zmysłów.  Chciałem  zadzwonić  rano, 

ale  przypomniałem  sobie,  że  jesteś  w  pracy.  Dziadek  nalegał,  żebyśmy 

zjedli lunch na mieście. Wolałem nie zostawiać go samego. 

– To jak chcesz wyjść na kolację? 

– Wszystko przygotowałem. Zamówiłem mu pizzę i wypożyczyłem 

trzy komedie. Spędzi wieczór przed ekranem. 

– Ktoś mógłby pomyśleć, że opiekujesz się nastolatkiem. 

– Czasem też mam takie wrażenie. Muszę z tobą porozmawiać, lecz 

przede  wszystkim  chcę  cię  zobaczyć.  Och...  idzie  A.  W…  Przyjadę  po 

ciebie o ósmej. 

background image

Cassie  powoli  odłożyła  słuchawkę.  Miała  ochotę  zatańczyć  z 

radości. Wspólna kolacja! Kolacja i... 

– Cassie, cała promieniejesz szczęściem. 

– Naprawdę? 

– Drew chce się z tobą spotkać? 

– Tak. 

– Przekaż mu, że A. W. jest starym gburem. 

– Nie mogę. 

– Ciekawa jestem, co będzie robił wieczorem.  

Cassie spojrzała jej prosto w oczy. 

– Jadł zamówioną pizzę i oglądał filmy z wypożyczalni wideo. 

– Sam? 

– Sam. Chcesz mu towarzyszyć? 

– Broń Boże! Tak tylko pytałam. Znam jego gust. Nie mam ochoty 

oglądać głupawych aktorek z wielkimi cycami. 

Cassie zacisnęła usta, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. 

– Może wybrał film z Redfordem? – spytała niewinnym głosem. 

Babcia Jo prychnęła niczym rozzłoszczona kotka. 

– Na pewno nie. W przeciwieństwie do mnie. Teraz idź, wykąp się i 

przygotuj  do  randki.  Tylko  na  miłość  boską  nie  wkładaj  tej 

brzoskwiniowej sukienki! I nie wracaj zbyt wcześnie. 

Cassie nie miała najmniejszego zamiaru przebierać się za uczennicę. 

Upięła  wysoko  włosy,  nałożyła  błyszczące  kolczyki  i  spryskała  ciało 

background image

perfumami. Włożyła jedwabne majteczki, czerwoną sukienkę i czerwone 

buty na wysokich obcasach. Czuła się wprost wspaniale. 

 

 – Dzisiaj wyglądasz znacznie lepiej – orzekł Drew, gdy wsiadała do 

audi. Przytrzymał jej dłoń w swojej. 

Cassie  uśmiechnęła  się.  Dostrzegła  wyraz  pożądania  w  oczach 

mężczyzny. 

– Musimy porozmawiać o A. W. i babci Jo – oznajmiła. 

– To prawda – odparł Drew, lecz myślał o czymś innym. 

– Dowiedziałeś się już, co było powodem kłótni? 

– Uhm. Byłem przekonany, że chodzi o coś bardziej istotnego. 

– Ja też. 

Drew zrobił komiczny grymas. 

– Jestem uważany za dobrego psychologa, lecz w obecności A. W. i 

babci Jo zupełnie tracę głowę. 

– Pamiętam, jak chciałeś załagodzić sytuację: „Hmm... Czy ktoś ma 

ochotę na drinka?” 

Roześmiała się. 

– Szkoda, że nie miałam magnetofonu. 

–  Nie  zachowałaś  się  lepiej,  proponując,  że  przyniesiesz  tacę  z 

kanapkami. 

– Masz rację. Mimo to, musimy spróbować ich pogodzić. 

– Myślisz, że to możliwe? 

background image

– Oczywiście. Babcia wciąż pyta o A. W. i jestem przekonana, że z 

niecierpliwością oczekuje na następne spotkanie. 

–  Dziadek  zachowuje  się  w  ten  sam  sposób.  Co  pięć  minut  robi 

uwagi  na  temat  zachowania  niektórych  kobiet.  Ostatnio  pytał,  czy 

zauważyłem, że „pani Reynolds ma znakomitą figurę”. 

– Powinniśmy się śpieszyć. 

– Łatwo powiedzieć – westchnął Drew. – Masz jakiś pomysł? 

–  Mam.  Kiedy  wspomniałam  o  locie  balonem,  babcia  Jo  zrobiła 

przesadnie  zakłopotaną  minę  i  powiedziała:  „Nie  uda  mi  się  uniknąć 

kolejnego spotkania.” 

– Rozumiem. 

– Myślisz, że A. W. będzie mógł się powstrzymać od uwag na temat 

Roberta Redforda? 

– Mam nadzieję. Czy jest jeszcze coś, co może ją rozdrażnić? 

– Ostatnio stała się zaciekłą feministką. 

– A. W. nigdy nie narzekał na ruch wyzwolenia kobiet. To jeden z 

powodów jego popularności u płci pięknej. 

– Zatem załatwione. Chociaż... 

– Co takiego? 

– Drew, jeśli tym razem się nie uda, zrezygnujemy.  Dalsza zabawa 

w swaty nie ma sensu. Nie możemy ich zmuszać na siłę. 

– Umowa stoi. Mam nadzieję, że wytrzymam do weekendu. Dziadek 

staje  się  coraz  bardziej  niecierpliwy,  a  duma  nie  pozwala  mu 

background image

zatelefonować  z  przeprosinami.  Gdy  nie  może  wysiedzieć  w  domu, 

wsiada  do  samochodu  i  jeździ  po  całym  mieście.  Co  gorsza,  zabiera 

mnie ze sobą, a znasz jego sposób prowadzenia. 

– Boże! 

Drew rzucił jej szybkie spojrzenie. 

– Niepokoisz się o mnie? 

– Hmm... można tak to określić. 

–  Bardzo  mi  miło.  I  jeszcze  jedno.  Nie  biorę  żadnych  środków 

nasennych. 

– To niedobrze. Należy ci się kilka godzin wypoczynku. 

– Ostatniej nocy w ogóle nie spałem. 

– Rozmyślałeś o A. W. i Jo?  

Zmierzył ją wzrokiem. 

– Nie. Zupełnie o czymś innym. 

Skręcił  w  stronę  parkingu  należącego  do  jednego  z  najlepszych 

hoteli w Albuquerque. Cassie zrobiła zdziwioną minę. 

– Tu jest całkiem niezła restauracja. 

Gdy zajęli miejsce przy stoliku, Drew przeprosił swą towarzyszkę i 

odszedł na chwilę.  

W trakcie kolacji rozmawiali na temat przyjęcia. 

–  Ucieszysz  się,  jeśli  powiem,  że  w  chwilę  po  waszym  wyjściu 

zarzucono  mnie  natarczywymi  pytaniami.  Przysięgałem,  że  masz 

dwadzieścia pięć lat, lecz nikt nie chciał mi uwierzyć. 

background image

Cassie skrzywiła się. 

– Zachowałam się obrzydliwie. 

– Gdy zobaczyłem cię na progu, wiedziałem, że musisz być na mnie 

wściekła. 

– Byłam. 

– A teraz? 

Przede wszystkim powinna zadać pytanie, czy zmienił swą opinię na 

temat grafologii. Ale nie chciała psuć nastroju. 

– Jak sądzisz? 

– Nie włożyłaś brzoskwiniowej sukienki. 

– Nie. 

Przez  długą  chwilę  siedzieli  w  milczeniu,  patrząc  sobie  w  oczy. 

Drew sięgnął do kieszeni. 

– Prawdę mówiąc, nic nie wiem o tej restauracji. Położył na stoliku 

klucz oznaczony numerem pokoju. 

 

Niebo było liliowoszare, gdy Drew odprowadził Cassie do drzwi jej 

domu. 

–  Mam  poczucie  winy  –  powiedział.  –  Niedługo  rozpoczynasz 

pracę, a ja będę tylko wysłuchiwał zwierzeń dziadka. 

– Jeszcze nie ma piątej – szepnęła dziewczyna. – Zdążę się wyspać. 

Przytulił ją. 

– Chciałbym spać u twego boku. 

background image

– Ja także. 

– Jo nie miałaby nic przeciwko temu.  

Musnął wargami jej usta. 

– To prawda, lecz ja... 

–  Coś  mi  się  zdaje,  że  jesteś  większą  tradycjonalistką  niż  twoja 

babcia. 

Pociągnęła go za brodę. 

– Możliwe. 

– Więc zobaczymy się dopiero jutro? 

– Niestety – westchnęła i przytuliła się. 

– Całkiem zapomnieliśmy o racquetballu.  

Roześmiała się. 

– Nie zapomnieliśmy. Ale teraz naprawdę musimy się wyspać, żeby 

mieć  siłę  stawić  czoło  nadchodzącym  kłopotom.  Wiele  zależy  od 

powtórnego spotkania A. W. i babci Jo. 

Drew zrobił ponurą minę. 

– Jak wiele? 

– Przyszłość naszych bliskich. 

– A nasza? 

Oparła głowę na jego piersi i przez chwilę słuchała mocnego rytmu 

serca.  Co  będzie  jeśli  A.  W.  i  Jo  zerwą  dalsze  kontakty?  Czy  będzie 

miała  dość  siły,  aby  opuścić  babcię  i  rozpocząć  życie  z  ukochanym 

mężczyzną? 

background image

Spojrzała mu prosto w oczy. 

– Nie – powiedziała cicho. – To dwie zupełnie różne sprawy. 

– Dzięki Bogu – szepnął i obsypał jej twarz pocałunkami. 

Gdy podniósł głowę, zobaczył zaczerwienione policzki dziewczyny. 

–  Lepiej  wejdź  do  środka  –  powiedział  schrypniętym  głosem.  – 

Myślałem,  że  po  dzisiejszej  nocy  odzyskam  spokój,  ale...  –  Wzruszył 

bezradnie ramionami. 

– Jeszcze chwilę – szepnęła.  

Drżała na całym ciele. 

– Jest zimno. 

Rzeczywiście, dopiero teraz poczuła chłód poranka. 

– Idź już. 

– Nie chcę cię opuszczać. 

Jęknął cicho i ponownie chwycił ją w ramiona. 

– Cassie... 

Wycisnął na ustach dziewczyny długi, namiętny pocałunek. 

– A teraz idź już – starał się mówić stanowczym tonem. 

Posłuchała. 

Drew  powoli  szedł  w  stronę  samochodu.  Wciąż  rozmyślał  o 

wydarzeniach  minionej  nocy.  Dość  rozstań,  zdecydował.  Cassie  musi 

odejść  od  babci.  Jeśli  A.  W.  okaże  się  niedobrym  kandydatem  do  ręki 

babci Jo, to... Właśnie, co wtedy? 

Przyznaj  się,  Bennett.  Stoisz  przed  najpoważniejszą  decyzją  w 

background image

swym życiu. Kochasz tę kobietę? Czym w ogóle jest miłość? 

Po  przyjeździe  do  domu,  rzucił  się  w  ubraniu  na  łóżko.  Czy  był 

gotów do kolejnego małżeństwa? 

 

Cassie  także  nie  mogła  zasnąć.  W  końcu  podniosła  się  i  poszła  do 

kuchni, by wypić szklankę soku. 

Na stole leżało kilka listów. Zerknęła na nazwiska nadawców. Jeden 

był  od  Evana.  Bez  namysłu  rozerwała  kopertę  i  wyjęła  kartkę 

maszynopisu.  Oczywiście,  pomyślała  z  uśmiechem.  Evan  wolał  nie 

ryzykować. 

Zaczęła  czytać.  Już  po  kilku  pierwszych  słowach  jęknęła  z 

przerażenia. Klient Evana był oskarżony o morderstwo! To niemożliwe. 

W  próbce  pisma,  którą  otrzymała  wcześniej,  nie  było  nic,  co  mogłoby 

sugerować  podobne  przypuszczenie.  Krój  liter  wskazywał  raczej  na 

nieśmiałego,  zamkniętego  w  sobie  mężczyznę,  niemal  całkowicie 

pozbawionego  inicjatywy.  Kogoś  szczerego  i  uczciwego,  choć  przez 

swoją  małomówność  źle  ocenianego  przez  otoczenie.  To  nie  był 

wizerunek mordercy, a Cassie  była przekonana,  że  nie  popełniła  żadnej 

omyłki. 

Evan  wyjaśniał  pokrótce  linie  postępowania  obrony.  Całkowicie 

zgadzał  się  z  opinią  Cassie  i  chciał  wypłacić  jej  honorarium  za 

konsultację. 

Dziewczyna  odłożyła  kartkę  i  podparła  brodę  dłońmi.  Ciekawe,  co 

background image

powiedziałby Drew? 

Godzinę później do kuchni weszła babcia Jo. Cassie wciąż siedziała 

nad listem. 

– Co ty tu robisz? – Jo zerknęła wnuczce przez ramię. 

–  Pewien  psycholog  z  uniwersytetu  w  Phoenix  skorzystał  z  mojej 

analizy grafologicznej, aby pomóc oskarżonemu o morderstwo. 

– Nieprawdopodobne! 

– Co więcej, chce mi wypłacić honorarium za konsultację. 

– Słusznie. Jesteś warta górę złota. 

– Byłam przekonana, że potraktuje to jako przyjacielską przysługę. 

–  Cassie,  jesteś  przecież  profesjonalistką.  Możesz  bez  wahania 

przyjąć te pieniądze. 

– Nie wiem. Zobaczę, co powie Drew. Nie chcę, żeby pomyślał, że 

staram się z nim konkurować. 

– Wie o twoich zainteresowaniach? 

– Tak. 

– I co? 

– Jest nieco sceptyczny. Musi się jeszcze wiele nauczyć. 

Babcia Jo uśmiechnęła się domyślnie. 

– W ciągu dzisiejszej nocy usiłowałaś mu coś wytłumaczyć? 

– Słyszałaś, jak wchodziłam? 

–  Nie  miałam  takiego  zamiaru,  lecz  po  tylu  latach  spędzonych  w 

tym  domu,  słyszę  każdy  podejrzany  hałas.  Twoja  mama  nie  była  tym 

background image

zachwycona,  gdy  mieszkałyśmy  razem,  a  ona  zaczęła  spotykać  się  z 

twoim ojcem. 

– Starałam się zachowywać bardzo cicho.  

Babcia Jo poklepała ją po dłoni. 

–  Nic  się  nie  przejmuj.  Cieszę  się  z  waszego  związku.  Drew  to 

znakomity chłopak. Szkoda, że ma tak nieprzyjemnego dziadka. 

Cassie  zbyła  milczeniem  ostatnią  uwagę.  Dopiero  gdy  wychodziła 

do pracy, powiedziała: 

–  Podobno  widok  balonów  unoszących  się  w  powietrze  w 

pierwszych  promieniach  wschodzącego  słońca  jest  niezapomnianym 

przeżyciem. 

– Taaak – odparła z namysłem Jo. – To musi być piękne. 

– Może wybierzemy się jutro rano na pole startowe? 

– Dobry pomysł. 

–  Jeśli  planujesz  spędzić  kolejną  noc  poza  domem,  nie  zdążysz  się 

wyspać – dodała. 

–  Nigdzie  nie  wychodzę.  Drew  także  potrzebuje  wypoczynku,  a 

poza tym i tak spotkamy się ju... wkrótce. 

Babcia spojrzała na nią z ukosa. 

–  Hmm...  –  Uśmiechnęła  się  tajemniczo.  –  W  takim  razie  chętnie 

będę ci towarzyszyć. 

Czyżby zaczęła podejrzewać, co się święci? Nieważne. Zapowiadał 

się  męczący  dzień.  Spotkanie  Jo  i  A.  W.  oraz  rozmowa  na  temat 

background image

grafologii.  Drew  musi  lepiej  poznać  zagadnienie,  żeby  wyrazić 

kompetentną opinię. 

Jutro. Co przyniesie? 

background image

Rozdział 8 

 

Lądowisko  wypełniał  tłum  różnokolorowych  postaci.  Wokół 

rozlegał się gwar rozmów prowadzonych w różnych językach i syk gazu 

wypełniającego  czasze  balonów.  Cassie  i  Jo  podniesionym  głosem 

wymieniały uwagi na temat aerostatów. 

– Fantastyczny  widok  – zachwycała się  starsza pani. – Chciałabym 

uczestniczyć w jednym z lotów. A ty? 

– Tak. Tak. Oczywiście. 

Cassie  roztargnionym  spojrzeniem  obrzuciła  startujący  w  pobliżu 

balon,  po  czym  rozejrzała  się  wokoło.  Drew  stał  w  pobliżu  wiklinowej 

gondoli. 

–  Ooo...  tam  jest  Drew  –  zawołała  dziewczyna  z  udawanym 

zaskoczeniem. 

Babcia Jo spojrzała na nią z ukosa. 

– Co za miła niespodzianka – stwierdziła. 

– Jest z nim A. W. – dodała Cassie. 

– A jak myślisz, dlaczego włożyłam mój najlepszy sweter? 

– Wiedziałaś. 

–  Nie  tylko  wiedziałam,  lecz  także  usiłowałam  uczestniczyć  w 

realizacji planu. Dobrze się spisałaś, kochanie. Dziękuję. 

– Proszę. 

– Czy A. W. coś podejrzewa? 

background image

–  Nie  wiem,  ale  obiecuję  ci,  że  od  tej  chwili  już  nie  będziemy  się 

wtrącać. 

– Nie martw się. Dam sobie radę. 

Wyjęła  z  torebki  kosmetyczkę.  Zerknęła  w  lusterko,  wprawnym 

ruchem  przesunęła  szminką  po  ustach,  po  czym  szybkim  krokiem 

ruszyła w stronę zajętych rozmową mężczyzn. Cassie biegła u jej boku. 

–  Cześć,  Drew.  Dzień  dobry.  A.  W.  –  odezwała  się  Jo.  –  Nie 

spodziewałam się. że was tu zastanę. 

A. W. spojrzał na nią z zaskoczeniem, jednak szybko opanował się i 

zrobił dobroduszną minę. 

– Aaa... przyszłaś popróbować przyjemności latania? 

–  Nie  stosuj  swoich  sztuczek,  A.  W.  Nie  wierzę,  że  kiedykolwiek 

zająłeś miejsce w gondoli. 

Drew  zerknął  na  Cassie.  Dziewczyna  zrobiła  wymowną  minę. 

Dobry początek. Do czego mogła doprowadzić podobna rozmowa? 

– Czekałem na odpowiednią okazję – stwierdził spokojnie A. W. 

– Należy korzystać z tego, co jest nam dane, a nie szukać ideałów – 

odparła Jo. – Zaczynam podejrzewać, że cierpisz na lęk wysokości. 

Cassie westchnęła. 

– A ty? – spytał z uśmiechem A. W. – Nie boisz się? 

– Bardziej boję się, że mogłabym przegapić coś niepowtarzalnego. 

Cassie  starała  się  zrozumieć  prawdziwy  sens  tego  dialogu.  Czy 

chodziło wyłącznie o lot balonem, czy o coś więcej? 

background image

– Myślę, że powinnaś skorzystać z szansy – oświadczył A. W. 

Jo wyprostowała się dumnie. 

– Poszukamy gondoli, gdzie będzie miejsce dla pary pasażerów? 

– Już znalazłem – odparł A. W. – Właśnie przy niej stoimy. 

Spojrzał na wnuka. 

– Drew, mieliśmy lecieć razem, lecz chciałbym, abyś ustąpił miejsca 

tej damie. 

Cassie zrobiła przerażoną minę. Naprawdę chcieli polecieć?! 

– Z przyjemnością, dziadku – odparł Drew. 

– Chwileczkę! – zaprotestowała Cassie.  

Wiklinowy  kosz  wydawał  jej  się  słabym  zabezpieczeniem  przed 

potencjalnym upadkiem. Chwyciła babcię za rękę. 

– Nie chcesz chyba...  

Drew odciągnął ją na bok. 

–  Niech  lecą  –  powiedział  cicho.  –  Przecież  właśnie  na  to 

liczyliśmy, pamiętasz? 

–  Ale  tam...  w  górze...  zostaną  bez  żadnej  ochrony.  Nie  mają 

spadochronów, ani niczego... 

– Podczas podróży do Phoenix też nie mieliśmy spadochronów. 

– To było co innego. 

– Niezupełnie. 

Objął ją w pasie i przytulił do piersi. 

– Spójrz na nich – szepnął. – Spójrz na ich twarze.  

background image

Babcia  Jo  promieniała  prawdziwym  szczęściem,  a  A.  W. 

zachowywał się niczym młodzieniec. 

–  Przez  wiele  lat  będą  wspominać  wspólny  lot  balonem  –  odezwał 

się  Drew.  –  Może  właśnie  to  doświadczenie  na  dobre  zbliży  ich  do 

siebie. 

– Mam nadzieję. 

Cassie wbiła wzrok w ziemię. Nie mogła pozbyć się obawy. 

– Ufają we własne siły, a jednocześnie są tak bezbronni. 

– Wszyscy, którzy kochają, niezależnie  od wieku, zachowują  się w 

ten sam sposób. Pomachaj im. Cassie. 

Z ociąganiem podniosła rękę. Babcia Jo pokiwała w jej stronę. 

– To jest cudowne! – zawołała, gdy obsługa zwolniła liny i aerostat 

powoli zaczął unosić się w górę. 

A. W. otoczył ją ramieniem. 

–  Cudowne  –  powtórzył  jak  echo,  lecz  nie  patrzył  w  dół. 

Rozpłomienionym wzrokiem wpatrywał się w swą towarzyszkę. 

– Drew – odezwała się Cassie – bardzo kocham babcię Jo. Nie chcę, 

żeby z mojego powodu coś jej się siało. 

– Wiem, że najlepiej jak umiesz, starasz się służyć jej pomocą. Lecz 

musisz  pamiętać,  że  masz  do czynienia  z dorosłą, doświadczoną osobą, 

która ma prawo powiedzieć „nie”, gdy naprawdę nie chce czegoś zrobić. 

Teraz powiedziała „tak” i to właśnie był jej wybór. 

– Nie mogę ich zobaczyć. Balon jest zbyt wysoko. 

background image

– Wrócą. 

– Wiem, ale... 

– Cassie. 

Zmusił ją, aby spojrzała mu prosto w oczy. 

– Kilka  miesięcy  temu  zdecydowałaś,  że  musisz wkroczyć  w  życie 

babci.  Działania  przyniosły  oczekiwany  skutek.  Rozumiem  twój 

niepokój, lecz powinnaś czym prędzej wyzbyć się niepotrzebnych obaw. 

Wszystko układa się jak najlepiej. Wziął głęboki oddech. 

– Boże, jesteś piękna. 

– Tobie też niczego nie brakuje. 

– Chodź. 

Otoczył ją ramieniem. 

–  Zobaczymy,  czy  uda  nam  się  gdzieś  zdobyć  dwa  kubki  gorącej 

kawy. 

Przez  następną  godzinę  włóczyli  się  po  okolicy,  oglądając  inne 

balony i zastanawiając się, co przyniesie najbliższa przyszłość. 

–  Zaproponuję  dziadkowi,  żeby  przedłużył  swój  pobyt  w 

Albuquerque – powiedział Drew. – Może mieszkać u mnie. 

– Wytrzymasz? – z uśmiechem spytała Cassie. 

–  Raczej  spytaj,  czy  wytrzymamy,  kochanie.  Myślałem,  że 

będziemy mogli zrezygnować z hoteli, lecz teraz... Trudno. Damy radę. 

Cassie  szła  w  milczeniu.  Drew  po  raz  kolejny  powiedział  do  niej 

„kochanie”,  lecz  co  rozumiał  przez  słowo  miłość?  Czy  mógłby 

background image

zaakceptować  jej  ambicje?  Czy  umiałby  służyć  pomocą  w  ciężkich 

chwilach? 

Przypomniała  sobie  o  schowanym  w  torebce  liście  od  Evana.  Czy 

starczy jej odwagi, aby podjąć próbę dyskusji? 

Drew zerknął w jej stronę. 

–  Milczysz  –  zauważył.  –  Masz  dość  hoteli?  Szukasz  innego 

rozwiązania? 

– Nie, po prostu rozmyślałam. 

– O czym? 

– O nas. 

–  Cieszę  się.  Problem  wart  głębszego  zastanowienia  –  odparł  z 

uśmiechem. – Lecz najpierw zobaczmy, czy dzisiejszy dzień zmieni coś 

w życiu A. W. i babci Jo. Zgoda? 

Spojrzała na niego z wdzięcznością. 

– Zgoda. 

Drew zmrużył oczy. 

–  Właśnie  wracają.  Chodźmy  powitać  dzielnych  zdobywców 

przestworzy. 

– Trzymają się za ręce. 

– Rzeczywiście. 

–  Dopięliśmy  swego.  Drew,  czuję  się  jak  w  Święta  Bożego 

Narodzenia. 

Objął ją i przytulił. 

background image

– Gratulacje, Święty Mikołaju. 

Cassie odpowiedziała mu serdecznym uściskiem, po czym uwolniła 

się z jego objęć. 

– Jak było? – zawołała w stronę zbliżającej się pary. 

–  Niewiarygodnie  –  odkrzyknął  A.  W.  –  Powinniście  kiedyś 

spróbować. 

Babcia  Jo  spoglądała  z  tajemniczym  uśmiechem  na  swego 

towarzysza. Cassie miała ochotę skakać z radości. 

–  Piliście  szampana?  Słyszałam,  że  każdy,  kto  pierwszy  raz  leci 

balonem... 

–  Nie  –  przerwała  jej  Jo.  –  Na  szczęście.  Debiutant  nie  jest 

częstowany,  lecz  oblewany.  Wyobrażasz  sobie,  jak  wyglądałaby  moja 

fryzura? 

–  W  takim  razie,  pora  na  poczęstunek  –  odezwał  się  Drew.  –  Na 

pewno znajdziemy gdzieś restaurację. 

– Drew – wtrącił A. W. – chciałbym z tobą zamienić kilka słów. 

– Mmm... Oczywiście, dziadku. 

Cassie  pytającym  wzrokiem  spojrzała  na  Jo,  lecz  starsza  pani  była 

całkowicie pochłonięta widokiem startujących balonów. 

Mężczyźni  rozmawiali  na  boku.  Drew  uśmiechnął  się  szeroko  i 

poklepał dziadka po ramieniu.  Po chwili podeszli  do kobiet.  A. W.  ujął 

Jo pod ramię. 

– W takim razie, do zobaczenia.  

background image

Uśmiechnął się w stronę Cassie. 

– Odchodzicie? – wyjąkała dziewczyna. 

– Coś w tym rodzaju. Cześć. 

– Ale... 

– Drew ci wszystko wyjaśni – zawołała przez ramię babcia Jo. 

Odeszli w kierunku parkingu. Cassie była zupełnie oszołomiona. 

– Tak po prostu sobie poszli? Podejrzewałam, że zechcą umówić się 

na spotkanie, ale nie przypuszczałam... 

Drew patrzył na nią z rozbawieniem. 

– Co cię tak śmieszy? – spytała. 

– Umówili się też na dziś wieczór. 

– To... miło. 

– I na jutro. 

Cassie stała z szeroko otwartymi ustami. 

– To znaczy? 

– To znaczy, że wyjeżdżają. Postanowili resztę weekendu spędzić w 

Santa Fe. 

– Nie mają ze sobą ubrań, pasty do zębów i...  

Zrobiła bezradną minę. 

–  O  wszystkim  pomyśleli  –  odparł  beztrosko  Drew.  –  Po  drodze 

wstąpią do domu i zabiorą potrzebne rzeczy. 

–  A  co  się  stanie,  jeśli  babcia  Jo  zapomni  o  lekarstwach  na 

nadciśnienie? – wykrzyknęła dziewczyna. – Jeśli A. W. będzie jechał za 

background image

szybko? 

– A jeśli spędzą niezapomniane chwile?  

Drew chwycił ją za ramię i lekko potrząsnął. 

– Cassie, przecież o tym marzyłaś! 

–  Wszystko  dzieje  się  zbyt  szybko.  –  Zmarszczyła  brwi.  –  Twój 

dziadek  nie  zostawia  kobietom  zbyt  wiele  czasu  na  zastanowienie  się. 

Zupełnie jak ty. 

Wybuchnął śmiechem. 

– Propozycja wycieczki wyszła od twojej babci. 

–  Naprawdę?  Chyba  nie  powinnam  być  zaskoczona.  Zawsze  lubiła 

podejmować szybkie decyzje. Mam nadzieję, że nie robi tego wyłącznie 

dla mnie. 

– Nie widziałaś jej spojrzenia? Na pewno nie myślała o tobie. 

– Chyba nie... Chociaż... Może uważała, że...  

Wbiła wzrok w ziemię. Drew delikatnie ujął ją pod brodę. 

–  Odjechali,  bo  doszli  do  wniosku,  że  powinni  być  razem.  A  jeśli 

chodzi  o  ciebie,  zyskałaś  trochę  swobody.  Przynajmniej  na  najbliższe 

dwadzieścia cztery godziny. Ja również, choć czuję się nieco zmęczony. 

Odwieziesz mnie do domu? 

Brązowe oczy błysnęły wyzywająco. 

–  Możliwe  –  odpowiedziała  z  namysłem,  choć  jej  serce  zadrgało 

radością. Mimo to nie potrafiła zapomnieć o wszelkich troskach. 

– Pokażę ci resztę pokojów. Dotąd nie miałaś okazji ich zobaczyć. 

background image

– Owszem. 

Przesunął kciukiem po jej ustach. 

– Przede wszystkim nie widziałaś sypialni. 

– To prawda. 

– Zostań ze mną do jutra.  

Potarła czoło. 

–  A  jeśli  Jo  wróci  niespodziewanie  i  będzie  potrzebować  mojej 

pomocy? 

–  Zna  mój  numer  telefonu.  Poza  tym,  nie  wierzę,  żeby  zaszło  coś 

złego. 

Westchnął. 

– Potrzebuję cię. 

Cassie  zobaczyła  znajomy  błysk  pożądania  w  jego  oczach.  Podjęła 

decyzję. 

– Będę też musiała wziąć kilka rzeczy.  

Mężczyzna skinął głową. 

– Jednocześnie upewnimy się, czy już wyjechali.  

Skierował  się  w  stronę  parkingu.  Przed  domem  babci  Jo  nie  było 

samochodu. 

– W porządku – odezwał się Drew, wchodząc do środka. 

–  Mam  nadzieję,  że  zabrała  wszystkie  lekarstwa  –  powiedziała 

Cassie. 

Weszła do pokoju babci. Drew podążył za nią. 

background image

–  A  jeśli  nie?  Pojedziemy  do  Santa  Fe  i  przeszukamy  wszystkie 

hotele? 

Wyciągnięta w stronę szafki dłoń dziewczyny zawisła w powietrzu. 

– Nie. 

Cassie obróciła głowę. 

– Niezbyt dobrze sobie radzę, prawda? 

– Idzie ci całkiem nieźle. 

Drew wyczuwał rozterkę dziewczyny. 

– Mam pomysł – powiedział. – Weź sprzęt do racquetballu. 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

– Nie żartuję. Wpadniemy do mnie, żeby się przebrać i pojedziemy 

na korty. 

Zobaczył  wyraz  wdzięczności  w  jej  oczach  i  wiedział  już,  że  tym 

razem  poruszył  właściwą  strunę.  Cassie  z  energią  wzięła  się  do 

pakowania. 

– Jestem gotowa – powiedziała po chwili. – Masz rakietę. 

– Dziękuję, ale w zeszłym tygodniu kupiłem sobie własną. 

– Naprawdę? Ale tę też weźmiemy. Nowa rakieta nie zawsze dobrze 

służy. 

– Moja jest wyśmienita. 

– Wypróbowałeś ją? 

– Kilkakrotnie. Chodźmy.  

Zapakowali bagaże do samochodu. 

background image

–  Kilkakrotnie?  To  znaczy  ile  razy?  –  spytała  z  zainteresowaniem 

Cassie. 

– Nie pamiętam – odparł ostrożnie Drew. 

– Trenowałeś! Od czasu kiedy wróciliśmy z Phoenix! 

–  Trochę.  Szukałem  sposobu  na  złe  samopoczucie.  Pewna 

dziewczyna powiedziała mi kiedyś, że to pomaga. 

–  Podstępny  kłamco,  trenowałeś  jak  szalony,  a  teraz  masz  zamiar 

mnie pokonać! 

– Ładnie to ujęłaś, Cassie. Podoba mi się. 

– Dobrze wiesz, o czym mówię. – Podrzuciła gwałtownie głową. 

– Uhm. 

Mrugnął  porozumiewawczo.  Cassie,  właśnie  taką  cię  kocham, 

pomyślał. Energiczną i pełną życia. 

– Nie myśl, że łatwo się poddam. Mam za sobą wiele lat ćwiczeń. 

– Jesteś niezwykle pewna siebie. 

– A jeśli tak? 

– To dobrze. Lubię kobiety  z charakterem. Z chęcią zobaczę  twoją 

minę, gdy przegrasz. 

– Marzyciel. Za pierwszym razem byłam wobec ciebie zbyt łagodna. 

Dopiero dziś przekonasz się, jak wygląda prawdziwa walka. 

– Zobaczymy. 

 

Drew  jak  szalony  biegał  po  korcie.  Zastanawiał  się,  czy  postąpił 

background image

słusznie,  namawiając  Cassie  na  grę.  Sprawowała  się  wspaniale,  a  on  z 

każdą  chwilą  czuł  się  coraz  gorzej,  co  stawiało  pod  znakiem  zapytania 

wszelkie  plany  związane  z  nadchodzącym  wieczorem.  Pocieszał  się 

jedynie myślą, że dziewczyna zapomniała o troskach i odzyskała dawną 

werwę. Jeśli starczy mu sił... 

Szósty raz runął na betonową posadzkę. Poprosił o przerwę. 

– Poddajesz się? – spytała. 

– Mam dzisiaj nie najlepszy wskaźnik biorytmów. 

– Oszukujesz. Przyznaj, że zostałeś pokonany.  

To prawda. Czuł się niczym wyżęta ścierka. 

– Źle wyglądasz – powiedziała z niepokojem Cassie. 

– Dzięki. Ty za to jesteś kwitnąca.  

Wyciągnęła rękę. 

– Wstawaj. Wracamy do domu. Potrzebna ci gorąca kąpiel. 

Z wdzięcznością przyjął jej pomoc i dźwignął się na nogi. 

– Powinienem mieć lepszą kondycję. Przecież ćwiczę kulturystykę. 

– Tu bardziej potrzebna jest właściwa koordynacja ruchów. 

Podała mu ręcznik. 

– Twierdzisz, że jestem nieskoordynowany?  

Roześmiała się. 

– Nie. Chodzi mi o coś innego.  

Drew poczłapał w stronę wyjścia. 

– To dobrze. 

background image

– Każda dyscyplina sportu wymaga innego przygotowania. 

– Och. 

Wsiadł  do  samochodu  i  ciężko  oparł  głowę  na  twardym  zagłówku. 

Zamknął oczy. 

– Masz w domu maść rozgrzewającą? – spytała Cassie. 

–  Brakowało  tylko  zapachu  lekarstw  –  westchnął.  –  Bardzo 

romantyczne. 

– Natrę ci mięśnie. 

– Naprawdę? – Otworzył jedno oko. – To już lepiej.  

Gdy  przyjechali  do  domu,  Cassie  kategorycznym  tonem  kazała  mu 

iść pod prysznic. Nie protestował. 

– Jest tu inna łazienka? – spytała. 

–  Drugie  drzwi  na  prawo  –  rzucił  przez  ramię.  –  Za  kwadrans 

przyjdź do sypialni. 

– Z lekarstwem – odparła. 

Po  skończonej  kąpieli  zerknęła  do  walizki.  Nie  wiedziała,  co  na 

siebie  włożyć.  Koszulę  nocną?  Dopiero  minęło  południe.  Sukienkę? 

Zbyt  oficjalnie.  Pod  wpływem  nagłej  decyzji  owinęła  się  ręcznikiem  i 

mocno zawiązała wystające końce. 

Z lekkim podnieceniem i niepokojem szła w stronę sypialni. A jeśli 

Drew zaśnie w trakcie masażu? Był bardzo zmęczony. Właśnie wyszedł 

z  łazienki.  Biodra  miał  owinięte  ręcznikiem.  Cassie  uśmiechnęła  się  w 

duchu. Stanowili doprawdy dobraną parę. 

background image

Drew spojrzał na nią zbolałym wzrokiem. 

– Spróbuj mnie jakoś naprawić – poprosił. 

– Kładź się – powiedziała krótko. 

Usłuchał  bez  sprzeciwu.  Cassie  nałożyła  maść  na  jego  ramiona  i 

plecy. W powietrzu uniosła się silna woń mięty. 

Drew chrząknął. 

– Ależ to mocne – wyjąkał. 

– Cicho. To dla twojego dobra.  

Pracowała wytrwale. 

– Jak się czujesz? 

– Mmm... 

– Chce ci się spać? 

Pochyliła się, żeby spojrzeć mu w twarz. Nagle, pokój zawirował jej 

przed oczami. Poczuła, że pada na plecy, przyciśnięta do łóżka ciężarem 

męskiego ciała. 

–  Nie  potrafiłbym  zasnąć  w  towarzystwie  pięknej  kobiety, 

przystrojonej jedynie w skrawek materiału. 

Zdjął ręcznik okrywający jej ciało. 

– Cassie... 

Nagle skrzywił się z bólu. 

– Masz przed sobą wrak człowieka. 

–  Wątpię  –  odpowiedziała  z  uśmiechem.  –  Choć  przyznaję,  że 

bardzo się starasz, aby mnie o tym przekonać. Połóż się na plecach i nie 

background image

wykonuj  żadnych  gwałtownych  ruchów.  Pozwól,  że  dzisiaj  ja  przejmę 

inicjatywę. 

Zrobił zdziwioną minę. 

– Naprawdę? 

– Naprawdę. 

background image

Rozdział 9 

 

Cassie wyskoczyła z łóżka i pobiegła w stronę łazienki. 

– Gdzie idziesz? – zawołał.  

Odkręciła kran i starannie umyła dłonie. 

– Usuwam zapach maści. No, już znacznie lepiej. 

– Cassie, chodź do mnie.  

Stanęła w drzwiach. 

– Doktorze Bennett, nie powinien pan wydawać poleceń, nie mogąc 

ich wyegzekwować. Proszę leżeć spokojnie. 

Obrzucił uważnym spojrzeniem jej nagą sylwetkę. 

– Znęcasz się nad cierpiącym człowiekiem. 

– Przynajmniej próbuję. 

Uniosła dłoń, w której trzymała małą buteleczkę. 

– Używasz damskich perfum? 

–  Próbka  reklamowa.  Jakaś  panienka  z  poczty  wrzuciła  mi  to  do 

skrzynki. 

Cassie uśmiechnęła się. 

–  I  nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  kiedyś  będzie  tego 

potrzebować. 

Roztarta  niewielką  ilość  płynu  na  dłoniach  i  między  piersiami,  po 

czym usiadła na łóżku. Drew wyszeptał jej imię i wyciągnął dłonie. 

– Nie – odepchnęła go lekko. – Teraz ja tu rządzę. 

background image

– Więc czym prędzej przystąp do działania. Odchodzę od zmysłów. 

Powoli wsunęła się na niego. Oczy zaszły jej mgłą pożądania. Drew 

jęknął cicho. 

–  Dobrze  się  czujesz?  –  spytała  szeptem.  Nie  chciała  sprawić  mu 

bólu. 

Zamknął powieki. 

– Więcej... niż... dobrze... – wysapał. – Cassie... Cassie... 

Zacisnął szczęki. 

Przywarła  ustami  do  jego  warg  i  zaczęła  rytmicznie  poruszać 

biodrami. Tym razem nie myślała o własnej przyjemności. Oddawała mu 

całą  siebie.  Drew  oddychał  głęboko,  po  chwili  zaczął  wydawać  ciche 

pomruki. Miał wrażenie, że cały pokój wypełnił się barwami tęczy... 

 

Cassie  otworzyła  oczy.  Za  oknem  kładły  się  długie  cienie.  Było 

późne  popołudnie.  Poczuła  głód.  Drew  spał  nadal,  bardziej  spragniony 

wypoczynku  niż  jedzenia.  Cassie  się  uśmiechnęła.  Wiedziała,  że  mimo 

masażu jeszcze przez kilka dni będzie odczuwał skutki zmęczenia. 

Po cichu podniosła się z łóżka. Włożyła sukienkę i upięła włosy, po 

czym  zeszła  do  kuchni.  Przeszukała  lodówkę  i  kilka  szafek,  nim 

zgromadziła  na  stole  pokaźną  ilość  sera,  krakersy,  jabłka.  Obok 

postawiła  dużą  szklankę wypełnioną mlekiem.  Była  w połowie  posiłku, 

gdy pojawił się Drew. 

– Przestraszyłaś mnie – powiedział z wyraźną ulgą w głosie. 

background image

– Przestraszyłam? 

–  Obudziłem  się  i  nigdzie  nie  mogłem  cię  znaleźć.  Zacząłem 

podejrzewać, że spotkaliśmy się tylko w moim śnie. 

Z trudem usiadł na krześle. 

– Moje kości – westchnął. 

– Wciąż pachniesz miętą. 

– Ktoś zrobił mi brzydki kawał i wysmarował mnie dziwną maścią. 

Podejrzewam, że uczestniczyły w tym ciemne siły. 

Cassie parsknęła śmiechem i omal nie zakrztusiła się mlekiem. 

– Wiedziałam, że kiedyś to powiesz. 

– Zwlekałem tak długo, jak tylko mogłem.  

Powoli rozprostował nogę. 

– Och... 

– Masaż nie pomógł? 

– Okazał się nadzwyczaj skuteczny, jeśli chodzi o moje zmysły, lecz 

nie pomógł na ból. 

– Nie powinieneś tyle biegać. Wystarczy poczekać na piłkę. 

Drew ugryzł kawałek krakersa i sięgnął po ser. 

– Zanim cię pokonam, muszę jeszcze trochę potrenować. 

–  Trochę?  Czy  dzisiejszy  ranek  niczego  cię  nie  nauczył?  Jesteś  po 

prostu... 

Przerwała, widząc kpiący uśmiech na jego twarzy. 

– Potrafisz wyprowadzić mnie z równowagi, Drew. Sam pchasz się 

background image

w kłopoty. 

– A potem zbieram obfite żniwo. Powinienem robić to częściej. 

Cassie uznała, że nadszedł właściwy moment, żeby pokazać mu list 

od Evana i próbkę tekstu. 

– Poczekaj tu chwilę – powiedziała. – Chcę, żebyś coś zobaczył. 

– Bardzo chętnie. 

– Uspokój się, to nie ma nic wspólnego z seksem. 

– Phi... 

– Zaraz wracam. 

Kiedy  wróciła,  Drew  kończył  pić  mleko  z  jej  szklanki.  Krakersy 

również zniknęły. 

– Widzę, że czujesz się jak u siebie w domu. 

– Owszem. Trudno, żeby było inaczej. 

– Ale to ja przygotowałam przekąskę. 

– W mojej kuchni i z moich zapasów.  

Patrzył na nią roześmianym wzrokiem. 

– Uważałam, że coś mi się należy za moje usługi.  

Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. 

– W takim razie, co byś zrobiła za obietnicę soczystego steku? 

Zmarszczyła nos. 

– Nie wytrzymałbyś kondycyjnie. Nie w tym stanie. 

– Spróbuj – rzucił wyzywająco. 

Był tak blisko. Poczuła muśnięcie wąsów na policzku. 

background image

– Nie całuj mnie – wymruczała. 

– Wiem, że to mało oryginalne, ale nie szkodzi. 

– Chcę z tobą porozmawiać. 

– Spróbuj języka znaków.  

Mocno ścisnęła list w dłoni. 

– Najpierw popatrz na to. 

– List? Możesz go wrzucić do skrzynki. 

– Nie. 

– Co za uparte stworzenie!  

Odebrał jej kopertę. 

– Od Evana? 

– Dotyczy tego więźnia, który mówi wyłącznie po portugalsku. 

Drew przebiegł oczami pismo. 

– Masz zamiar wziąć honorarium?  

Cassie postanowiła działać ostrożnie. 

– Dlaczego nie? Działałam jako konsultant. 

– No, może kilka dolarów. 

– Sześćdziesiąt. 

– Sześćdziesiąt?! 

–  Drew,  nie  masz  pojęcia,  ile  pracy  wymaga  dokładna  analiza 

czyjegoś pisma. Coś ci pokażę. 

Wyciągnęła kolejną kartkę. 

– To próbka tekstu? 

background image

– Tak. 

– Pisał jakiś maniak. Pokreślił wszystkie wyrazy. 

– To nie on, to ja. Linie wyznaczają nastrój piszącego. Są pochylone 

w prawo, więc był podekscytowany. 

– Albo przekręcił kartkę. 

– To nie ma znaczenia. 

– Na pewno? 

–  Na  pewno  –  odpowiedziała  z  przekonaniem.  –  Spójrz,  w  jaki 

sposób nakreślił litery „o” i „a”. 

–  Dobra  robota.  Pewnie  uczyła  go  Miss  Dolittle.  –  Zerknął  na 

dziewczynę. – To moja nauczycielka. Z trzeciej klasy. 

– Masz rację, obaj piszecie podobnie, lecz nie dlatego, że mieliście 

tę samą nauczycielkę. Każdy z was jest szczery i uczciwy. 

–  Chwileczkę,  ten  facet  został  oskarżony  o  morderstwo.  Chcesz 

mnie z nim porównywać? 

–  To  jedyna  wspólna  cecha,  jaką  posiadacie.  Spójrz  na  pismo.  Jest 

bardzo  cienkie,  niezdecydowane.  Ty  zaś  mocno  dociskasz  pióro  do 

papieru.  Zawsze  chcesz  doprowadzić  do  końca  to,  co  zacząłeś. 

Aresztowany  mężczyzna  nie  ma  dość  siły  charakteru,  aby  popełnić 

morderstwo. 

– A ja mógłbym? Uprzejmie dziękuję.  

Cassie westchnęła. 

– Chodzi mi o coś zupełnie innego. W grafologii wniosek końcowy 

background image

oparty  jest  na  pełnym  zestawie  danych,  które  informują  o  mentalności 

danej osoby. Uważam, że ten mężczyzna jest niewinny. 

Drew spojrzał na nią spod oka. 

–  Chcesz  go  oczyścić  z  zarzutów  na  podstawie  sposobu  pisania 

dwóch liter? 

Cassie  poruszyła  się  niespokojnie.  Dyskusja  przebiegała  zupełnie 

inaczej, niż zaplanowała. 

– Podałam ci tylko jeden z przykładów. Spędziłam kilka godzin nad 

tekstem i wierz mi, poddałam go szczegółowej i wszechstronnej analizie. 

Tego nie pisał morderca. 

– Świetnie. Jesteś bardzo przywiązana do swojej opinii. 

– Moja opinia wynika wyłącznie z badań.  

Drew poprawił się na krześle. 

–  Obawiam  się,  że  tu  właśnie  tkwi  zasadnicza  różnica  pomiędzy 

nami.  Wierzę, że spędziłaś kilka godzin na studiowaniu  tekstu,  lecz nie 

potrafię  zaakceptować  twierdzenia,  że  to  ma  jakikolwiek  związek  z 

nauką. 

– Opierasz się wyłącznie na uprzedzeniach! – wykrzyknęła Cassie. – 

Miałam nadzieję, że przemyślałeś naszą poprzednią dyskusję. 

Wydął wargi. 

–  Tak  zrobiłem.  Doszedłem  do  wniosku,  że  jesteś  cudowną, 

pociągającą  kobietą,  która  bardzo  wiele  znaczy  w  moim  życiu.  Ale  nie 

zmuszaj mnie, abym udawał, że wierzę w coś, w co nie mogę uwierzyć! 

background image

Cassie  wstała  i  zbliżyła  się  do  okna.  Zachodzące  słońce  oblewało 

krajobraz czerwoną poświatą. 

–  Oczywiście,  że  nie.  Jesteś  na  to  zbyt  szczery,  o  czym  również 

świadczy twój charakter pisma. Wiem także o twoim głębokim uczuciu... 

Ze zduszonym okrzykiem zerwał się na nogi. 

–  Do  diabła  z  charakterem  pisma!  Nie  musisz  wpatrywać  się  w 

litery, żeby wiedzieć, co do ciebie czuję! Teraz ty powinnaś zdobyć się 

na  szczerość.  Co  myślisz?  Jestem  ci  na  tyle  potrzebny,  że  zgodzisz  się 

zaakceptować  moją  opinię,  czy  pozwolisz,  aby  różnica  zdań  zniszczyła 

nasz związek? 

Odwróciła głowę. Jej oczy były pełne łez. 

– Nie wiem... 

– Pomogę ci podjąć decyzję. 

Zrobił dwa kroki w jej stronę, lecz powstrzymała go ruchem dłoni. 

– Nie. 

Stanął. Zmarszczył brwi. 

–  Nie  chcę  wyłącznie  fizycznego  kontaktu  –  powiedziała  z 

napięciem w głosie. – To nie wystarczy, Drew. 

– Nie rób melodramatu – mruknął ponuro. 

–  Odziedziczyłam  tę  skłonność  po  babci  Jo.  Wracam  do  domu, 

Drew. 

– Jesteś w domu. 

–  Dwie  godziny  temu  zgodziłabym  się  z  tobą  bez  wahania. 

background image

Wszystko wydawało mi się takie cudowne. Właśnie dlatego weszłam do 

kuchni  bez  pytania.  Czułam  się  jak  w  domu.  Lecz  dom  jest  także 

miejscem,  gdzie  można  realizować  swoje  marzenia.  A  ty  na  to  nie 

pozwalasz. 

Szybkim  krokiem  wróciła  do  pokoju  i  spakowała  walizkę.  Gdy 

ponownie  weszła  do  kuchni,  Drew  stał  przy  oknie.  Nie  spojrzał  w  jej 

stronę. Bez pożegnania wybiegła z domu. 

Mężczyzna  słuchał  przez  chwilę  oddalającego  się  warkotu 

samochodu. Wszedł do gabinetu i podniósł słuchawkę telefonu. 

– Jesteś zajęty, Ev? – spytał, słysząc głos Evana Farbera. 

–  Przygotowywałem  narty  do  sezonu.  Mam  nadzieję,  że  śnieg 

spadnie dość wcześnie. Co się stało? 

–  To  ja  powinienem  cię  zapytać.  Dowiedziałem  się,  że  chcesz 

wypłacić honorarium za konsultację grafologiczną. 

– Oczywiście. Analiza okazała się nadzwyczaj dokładna. Chciałbym 

wykorzystać  ją  podczas  rozprawy,  a  gdyby  okazało  się  to  niemożliwe, 

mam już opracowaną linię obrony. 

– Ev, naprawdę myślisz, że praca Cassie ma jakąś wartość? 

Przez chwilę w słuchawce panowało milczenie. 

– Oczywiście – powiedział w końcu Evan. – Choć nie dziwię się, że 

tego dotąd nie zauważyłeś. Jesteś zbyt zaangażowany emocjonalnie. 

– Taaak... Tylko że ona chce, abym bez zastrzeżeń przyjął jej punkt 

widzenia. Mam z tym sporo kłopotów. 

background image

– Rozumiem. 

– Dzisiaj pokazała mi twój list. Nie wiedziałem, czy twoja oferta jest 

poważna, czy kierowałeś się innymi względami. 

–  Jak  najbardziej  poważna.  Chcesz  przyjacielskiej  rady?  Otwórz 

wreszcie  swój  zakuty  łeb  i  postaraj  się  docenić  wysiłki  dziewczyny. 

Możesz wiele na tym skorzystać. Nawet zawodowo. 

– Jasne – powiedział z ironią Drew. 

– Wiesz coś o grafologii? 

–  Wypożyczyłem  kilka  książek  z  biblioteki,  lecz  nie  potrafiłem 

przez nie przebrnąć. 

–  Wyślę  ci  odpowiednie  materiały.  Zacząłem  się  poważnie 

zastanawiać na podjęciem nauki. 

– Ty?! 

– Dlaczego nie?  Póki  nie zdobędę odpowiednich  kwalifikacji, będę 

korzystał z pomocy Cassie. 

Drew westchnął ciężko. 

–  Zdaje  się,  że  stoję  na  straconej  pozycji.  Czekam  na  obiecaną 

przesyłkę. Spróbuję z tego coś zrozumieć. 

– Zawsze możesz zwrócić się do Cassie. 

– Wolałbym tego nie robić, Ev. 

– Duma ci nie pozwala? 

– Coś w tym rodzaju. Mogę liczyć na twoje wsparcie? 

– Oczywiście – roześmiał się Evan. 

background image

W  niedzielę  rano  Cassie  spotkała  się  z  Ruth.  Stoczyły  kilka 

zaciętych  pojedynków.  Po  skończonej  grze  przez  chwilę  rozmawiały  o 

wydarzeniach  ubiegłego  tygodnia,  lecz  Cassie  unikała  tematów 

osobistych. 

Wróciła do domu i weszła pod prysznic. Po kilku minutach pojawili 

się babcia Jo i A. W.. Mężczyzna wyszedł po krótkim pożegnaniu, a Jo 

powędrowała do swojej sypialni i zaczęła rozpakowywać walizki. Nuciła 

wesoło.  I  Cassie  narzuciła  płaszcz  kąpielowy,  skrzywiła  usta  w 

wymuszonym uśmiechu i wsunęła głowę do pokoju. 

– Wycieczka się udała? – spytała. 

– Można tak powiedzieć. 

Twarz starszej kobiety promieniała niekłamanym szczęściem. 

– Żadnych sprzeczek? 

–  A.  W.  przyznał,  że  nie  lubi  być  porównywany  z  Robertem 

Redfordem, a ja straciłam zainteresowanie tym tematem. Bohaterowie ze 

srebrnego  ekranu  nie  wytrzymują  konkurencji  z  prawdziwymi 

mężczyznami. 

Cassie przytuliła ją do siebie. 

– Bardzo się cieszę. 

– Ja również. Cieszę się za nas obie. Ty masz swojego psychologa, 

ja chirurga i możemy być w pełni szczęśliwe. Jak spędziłaś weekend? 

Cassie nie chciała psuć nastroju. 

– Było całkiem nieźle – stwierdziła. 

background image

– Powinniśmy wybrać się gdzieś całą czwórką – powiedziała babcia 

Jo.  –  Co  o  tym  myślisz?  Może  na  kolację  do  „High  Finance”?  A.  W. 

nigdy nie był tam wieczorem. 

– Tak... Oczywiście... Znakomity pomysł – wyjąkała Cassie. 

Co teraz? Może nie powinna była wyrażać zgody? 

– Zastanówmy  się –  ciągnęła Jo – przez najbliższe dni będę zajęta, 

ale wieczory mam wolne. Co prawda tylko niektóre. Dzisiaj idziemy do 

kina, jutro na koncert. 

Systematycznie układała wyjęte z walizki rzeczy. 

– Może we wtorek? Co na to Drew? Możesz do niego zadzwonić? 

– Oczywiście. 

Jo spojrzała na wnuczkę. 

– Czyż miłość nie jest wspaniała? 

Cassie w milczeniu skinęła głową, choć ogarnął ją smutek. Szczerze 

żałowała, że poznała takiego mężczyznę, jak Drew. 

 

Wieczorem  A.  W.  zabrał  babcię  Jo  do  kina.  Cassie  usiadła  przy 

telefonie  i  wykręciła  numer.  Drew  niemal  od  razu  podniósł  słuchawkę, 

lecz dziewczyna nie mogła wykrztusić ani słowa. 

– Czy to ty, Cassie? 

– Tak – zmusiła się do odpowiedzi. 

– Masz dziwny głos. Jesteś chora? 

– Nie. 

background image

–  U  mnie  wystąpiły  objawy  grypy,  lecz  jestem  przekonany,  że  to 

tylko skutek przemęczenia. 

Umilkł. 

– Drew, czuję się tak samo jak wczoraj, ale... 

– Kiedy wczoraj? Prz. p. czy po. p. ? 

– Słucham? 

– Przed posiłkiem czy po posiłku? 

– Drew, bądź poważny. 

– Rozumiem. 

Głos mężczyzny nabrał głębszych tonów. 

– Cassie, nie rób nam tego. 

– Nie chodzi o nas. Czy mówiłeś dziadkowi o różnicy zdań, jaka nas 

dzieli? 

– Nie. 

–  To  dobrze.  Ja  też  nic  nie  powiedziałam.  Nie  chciałam  jej  psuć 

nastroju. W rezultacie, wciąż myśli, że my... 

– Jeśli chodzi o mnie, ma całkowitą rację.  

Cassie poczuła, że drżą jej dłonie. 

–  Zaproponowała,  żebyśmy  we  czwórkę  zjedli  kolację  w  „High 

Finance”. We wtorek. Jo stawia. 

– A. W. nigdy jej na to nie pozwoli. 

– Przyjdziesz? 

– Wiesz dobrze, że tak, Cassie. 

background image

– Znakomicie. A. W. poda ci wszystkie szczegóły. Do widzenia. 

Prędko odłożyła słuchawkę. Później usiadła przy maszynie i zaczęła 

pisać list do  Evana. Obok  leżała kartka z  portugalskim  tekstem, z  którą 

wiązała tak wiele nadziei. Na papierze widać było świeże ślady łez. 

 

Babcia  Jo  zarezerwowała  stolik  przy  oknie,  skąd  rozciągała  się 

wspaniała  panorama  całego  Albuquerque,  lecz  mało  uwagi  poświęcała 

widokowi.  Wciąż  spoglądała  w  stronę  A.  W.  ,  który  nie  przestawał 

darzyć jej rozmaitymi względami. 

Cassie  czuła  się  nieswojo.  Siedzący  obok  Drew  wciąż  trącał  ją 

łokciem, chwytał za rękę prosząc o sól lub inne przyprawy. Po kolejnym 

zderzeniu spojrzał na dziewczynę. 

– Chyba się trochę rozpycham – stwierdził z niewinnym uśmiechem. 

Cassie zrobiła słodką minę. 

–  Potrzebujesz  dużo  przestrzeni,  aby  pomieścić  swą  wybujałą 

osobowość – powiedziała ściszonym głosem. 

– Ooo... kotka wysuwa pazurki. 

– Bo musi – mruknęła. 

A.  W.  spytał,  czy  często  zdarza  się  jej  roznosić  próbki  towarów  i 

tym podobne materiały reklamowe. 

– Nie –  odpowiedziała. – Większość  podobnych przedmiotów i tak 

wędruje do kosza na śmieci. 

–  Czasem  zdarzają  się  miłe  niespodzianki  –  wtrącił  Drew.  –  Przed 

background image

paroma  tygodniami  dostałem  próbkę  damskich  perfum.  Okazały  się 

bardzo przydatne. 

– Czyżbyś zamówił większą partię?  

Babcia Jo rzuciła wnuczce karcące spojrzenie. 

–  Przestań  mu  dokuczać,  Cassie.  Nie  dajesz  biedakowi  ani  chwili 

spokoju. 

Drew skinął głową. 

– Lubię, jak moja kobieta ma cięty języczek. To pobudza do wysiłku 

myślowego. 

– Twoja kobieta? – obruszyła się Cassie. 

–  Dzieci,  spokój.  –  A.  W.  postukał  widelcem  w  kieliszek. 

Przestańcie się wygłupiać. Kiedy będziecie w moim wieku, zrozumiecie, 

że lepiej się kochać, niż walczyć. 

Cassie  zakrztusiła  się  winem.  To  mówił  ten  mężczyzna,  który 

jeszcze  tak  niedawno  toczył  zawziętą  sprzeczkę  z  powodu  Roberta 

Redforda? 

– Masz rację – dodała Jo. – Drobiazgi nie powinny uprzykrzać nam 

życia. 

Dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. 

–  Kłopot  w  tym  –  odezwał  się  Drew  –  że  istnieją  różne  definicje 

„drobiazgów”. 

Cassie rzuciła mu szybkie spojrzenie. Miał zamiar publicznie prosić 

o poparcie? 

background image

– Drew, proszę... 

– Cassie i ja staramy się dojść do pełnego porozumienia. 

Ujął ją za rękę. 

– Kocham ją, a miłość potrafi przezwyciężyć wiele kłopotów. 

Szczególny błysk w jego oczach upewnił dziewczynę, że nie było to 

wcześniej przygotowane przemówienie. Otworzyła usta, lecz nie padło z 

nich ani jedno słowo. 

– Nie  musisz  nas  o tym  zapewniać  – oznajmiła  babcia Jo.  Właśnie 

dlatego  postanowiłam,  że  wspólnie  powinniśmy  spędzić  dzisiejszy 

wieczór. 

– To prawda – dodał  A.  W. – Nie  mamy nic przeciwko podwójnej 

ceremonii. Chyba że chcecie mieć własne wesele... 

Cassie zamrugała gwałtownie oczami. 

– Wesele? – wychrypiała. – Jakie wesele?  

Babcia Jo uśmiechnęła się do wnuczki. 

– A. W. poprosił mnie o rękę. Musi tylko uporządkować kilka spraw 

w Phoenix. 

background image

Rozdział 10 

 

– Przecież się prawie nie znacie! – zaprotestowała Cassie. 

– Mylisz  się  –  odpowiedziała  ze  spokojem  babcia  Jo.  –  Znamy  się 

bardzo dobrze. Wystarczająco długo żyjemy na tym świecie, aby umieć 

oddzielić  ziarno  od  plew.  A  poza  tym  świetnie  się  ze  sobą  zgadzamy. 

Zarówno w łóżku, jak i na co dzień. 

– Babciu! – Cassie zrobiła się czerwona jak burak.  

Drew ścisnął ją za ramię. 

– Przyjmijcie od nas najserdeczniejsze gratulacje.  

Cassie pomału odzyskiwała zdolność spokojnego myślenia. 

– Tak. Tak. Bardzo się cieszę. – Uśmiechnęła się. – Byłam po prostu 

zaskoczona. Nie spodziewałam się, że tak prędko... 

– Prędko? – spytał A. W. – Nic podobnego. Jeden Bóg wie, ile nam 

jeszcze czasu zostało i chcemy nacieszyć się każdą chwilą. 

Drew delikatnie pogładził dłoń Cassie. 

– Ustaliliście już datę? 

– Nie – odparła Jo. – Chcieliśmy najpierw porozmawiać z wami. 

Spojrzała na wnuczkę. 

– Jeśli zechcecie połączyć... 

– Nie – wtrąciła Cassie. – Nie mamy takich planów. 

Drew  nie  puszczał  jej  dłoni.  Miała  ochotę  się  wyrwać,  jednak 

wiedziała, że to zwróciłoby uwagę dziadków. 

background image

– W takim razie, decyzja należy do nas – powiedział A. W. Spojrzał 

spod oka na przyszłą oblubienicę. – Może w Halloween? 

Babcia Jo parsknęła śmiechem. 

–  Wiedziałam,  że  wymyślisz  coś  niesamowitego!  Ślub  w 

towarzystwie  maszkar  i strachów na wróble. Wszyscy  goście  muszą się 

przebrać! 

Drew westchnął. 

– Gdzie dopełnimy aktu małżeństwa? – spytał A. W. 

– Znam mały kościółek na...  

Drew chrząknął głośno. 

– Uważam, że całą uroczystość powinniście zorganizować u mnie. Z 

waszych  planów  wynika,  że  kościół  nie  jest  zbyt  odpowiednim 

miejscem. 

– Masz rację – skinęła głową Jo. 

– Jak zwykle. – Cassie wyszczerzyła zęby w złośliwym uśmiechu. 

– Co z podróżą poślubną? Wystarczy wam wyjazd do Phoenix? 

– Nie jedziemy do Phoenix – oświadczyła Jo. 

– Nie? 

–  Nie.  A.  W.  wprowadza  się  do  mnie.  W  ten  sposób  będziemy 

wszyscy mieszkać w Albuquerque. Czy to nie wspaniały pomysł? 

–  Znakomity!  W  takim  razie...  masz  zamiar  sprzedać  swój  dom, 

dziadku? 

A. W. poważnie pokiwał głową. 

background image

Cassie  zrozumiała  nagle,  że  jej  dotychczasowe  życie  uległo 

niespodziewanym komplikacjom. A. W. miał zamiar wprowadzić się do 

babci Jo... 

Starsza pani zwróciła uwagę na milczenie wnuczki. 

–  Nie  martw  się,  kochanie.  Nie  wyrzucę  cię.  Możesz  u  mnie 

mieszkać do czasu, aż Drew... to znaczy... jak długo zechcesz. 

– Dziękuję – Cassie starała się mówić beztroskim tonem – ale wiem, 

jak  ważne  są  pierwsze  miesiące  po  ślubie.  Znajdę  sobie  jakiś  niewielki 

apartament. 

–  Już  jej  proponowałem,  żeby  przeprowadziła  się  do  mnie  – 

wyjaśnił  Drew,  spoglądając  na  Jo.  –  Niestety,  Cassie  woli  postępować 

zgodnie z tradycją. 

Głos zabrał A. W. 

–  Widzę  z  twojej  miny,  że  i  tak  nie  pozwolisz  jej  długo  mieszkać 

samej.  Jeśli  zmienicie  zdanie  i  zechcecie  się  przyłączyć  do  naszej 

ceremonii, nie musicie pytać o pozwolenie. 

– Nie popędzaj ich, A. W. – wtrąciła Jo. – Nie każdy chce brać ślub 

w wigilię Wszystkich Świętych. 

–  Dlaczego?  Pomysł  jest  wręcz  znakomity.  Hokus-pokus  na  resztę 

życia. 

– Tak? Lepiej uważaj, co mówisz. Jeszcze mnie nie dostałeś. 

– Naprawdę? 

Złożył pocałunek na jej dłoni. 

background image

– Nie umiem kłamać – westchnęła. – Jestem twoja. 

– Uważam, że powinniśmy także wystąpić w kostiumach. 

–  Oczywiście  –  przytaknęła  babcia  Jo.  –  Wyobraź  sobie,  zamiast 

smokingów  i  kosztownych  kreacji...  Nie,  nie  powiem  co.  To  musi  być 

niespodzianka. 

– A Cassie i Drew będą świadkami. 

– W przebraniu – wtrącił Drew. 

–  Jak  najbardziej  –  odpowiedziała  Jo.  –  Zawdzięczamy  wam  tak 

wiele. Bez waszej pomocy, nie miałabym okazji spotkać A. W. 

– I to dwukrotnie – zauważył Drew. 

A. W. obdarzył swą towarzyszkę czułym spojrzeniem. 

–  Prawda  –  powiedział.  –  Omal  nie  zrujnowaliśmy  wszystkiego. 

Dziękuję. 

– Przede wszystkim, wyrazy wdzięczności należą się Cassie. 

Drew obrócił głowę w jej stronę. 

– Mogę opowiedzieć o pustej paczce? 

– Proszę. Skoro wszystko zakończyło się tak szczęśliwie. 

Drew dość dokładnie opisał całą przygodę. Nie wspomniał jedynie o 

analizie grafologicznej. 

–  Los  płata  nam  rozmaite  figle  –  odezwał  się  A.  W.  –  Gdybym 

naprawdę  mieszkał  w  tym  domu,  być  może  poznałbym  Jo,  lecz  Drew 

nigdy nie spotkałby Cassie. 

Młodszy z Bennettów zbliżył usta do dłoni dziewczyny. 

background image

–  Wiem  –  powiedział,  składając  delikatny  pocałunek.  –  Gdyby  na 

poczcie  nie  popełniono  omyłki...  Mam  zamiar  zadzwonić  do  działu 

subskrypcji i złożyć im serdeczne podziękowania. 

–  Zaprośmy  wydawcę  pisma  na  wesele  –  zaproponowała  Jo.  – 

Słuchaj,  A.  W.  ,  chciałbyś  zobaczyć  moje  zdjęcie  na  okładce  „Inspired 

Retirement”? 

–  Zawsze  uważałem,  że  powinnaś  się  tam  znaleźć  –  odparł  z 

szarmanckim ukłonem. 

–  To  będzie  prawdziwe  weselisko!  –  zachichotał  Drew.  –  Trudno 

wymyślić coś bardziej ekscytującego. 

–  Nie  zapomnij  zaprosić  swych  niecodziennych  przyjaciół  –  dodał 

A. W. Miał na myśli byłych więźniów. 

– To paczka wyjątkowo równych facetów. 

–  Ja  zawiadomię  panie  z  sekcji  aerobiku  –  wtrąciła  Jo.  –  A  Cassie 

powinna ściągnąć pracowników poczty. 

–  Jeden  z  moich  podopiecznych  właśnie  zakończył  odsiadywanie 

wyroku  za  defraudację  pieniędzy  należących  do  urzędu  pocztowego  – 

odezwał się Drew. – Na pewno się dogadają. 

– Pamiętajmy o najbliższych krewnych – powiedział A. W. Spojrzał 

na  wnuka. – Twój ojciec po raz ostatni  wkładał  kostium na Halloween, 

gdy miał dziesięć lat. 

– Brakuje tylko wodzireja. 

Cassie miała wątpliwości, czy jej rodzice w ogóle przyjadą. 

background image

– Proponuję toast – zawołał A. W. – Za miłość i szaleństwo! 

Drew nadal trzymał dłoń Cassie. Wolną ręką sięgnął po  kieliszek  z 

winem. 

– Za szaleństwo i miłość! – powtórzył. 

Babcia Jo uparła się, że zapłaci rachunek. Ku zdziwieniu Cassie, A. 

W. nie protestował zbytnio. 

Gdy znaleźli się na parkingu, dziewczyna odezwała się pierwsza. 

– Nie chciałabym psuć wam nastroju, lecz  muszę wracać do domu. 

Jestem zmęczona i śpiąca. 

– Oczywiście – powiedziała Jo. 

– Powinniśmy pamiętać, że niektórzy z nas bardzo wcześnie wstają 

do pracy. 

Drew  mówił  spokojnie,  lecz  w  jego  głosie  pobrzmiewała  nuta 

złośliwości. 

– Każdy dzień jest inny – mruknęła Cassie.  

Rzuciła mu wyzywające spojrzenie. 

– Poza tym, jutro będę miała do rozniesienia sporo reklamówek. 

Drew pokręcił głową. 

– Wiem nawet, kto je otrzyma. 

 

Następnego ranka Cassie zatrzymała dżipa przed domem, w którym 

mieszkał  Drew,  wzięła  naręcze  różnokolorowych  folderów  i  otworzyła 

skrzynkę.  Ze  zdziwieniem  spostrzegła,  że  w  środku  znajdowała  się 

background image

czerwona róża. 

Ostrożnie  wyjęła  kwiat.  Po  chwili  namysłu  włożyła  do  skrzynki 

korespondencję  i  reklamówki.  Doszła  do  wniosku,  że  róża  nie  może 

zastąpić przeprosin ani wyrażać chęci porozumienia. 

Delikatna  woń  wypełniała  wnętrze  dżipa,  wywołując  natrętne 

wspomnienia. Drew... Dlaczego był taki uparty? Dlaczego? Evan od razu 

zainteresował  się  jej  umiejętnościami  i  uznał  jej  kompetencje.  Tak,  ale 

Evan nie posiadał tak dużej siły charakteru. Nie mogłaby zakochać się w 

mężczyźnie  takim  jak  Evan,  a  Drew  od  pierwszego  wejrzenia  zawrócił 

jej w głowie. 

Co  dzień  znajdowała  kolejną  różę  i  co  dzień  zapełniała  skrzynkę 

ulotkami.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  postępuje  dziecinnie,  lecz 

odczuwała  potrzebę  nawiązania  jakiejś  formy  milczącej  komunikacji  z 

ukochanym mężczyzną. 

A.  W.  wyjechał  do  Phoenix.  Miał  wrócić  trzy  dni  przed  świętami. 

Babcia  Jo  przystąpiła  do  generalnych  porządków.  Postanowiła 

całkowicie zmienić wystrój mieszkania. Nie chciała, aby nad jej nowym 

związkiem  unosił  się  duch  zmarłego  męża.  Była  tak  zajęta  swymi 

sprawami, że nawet nie postrzegała podłego nastroju wnuczki. 

Cassie  spotykała  się  z  Ruth,  a  resztę  czasu  spędzała  na 

poszukiwaniach odpowiedniego mieszkania. Do wyznaczonej daty ślubu 

pozostawały  już  tylko  dwa  tygodnie.  Cassie  uznała,  że  nadszedł  czas, 

aby zająć się kostiumami. Po powrocie z pracy weszła do pokoju babci. 

background image

Jo  siedziała  w  fotelu.  Czytała  list.  Roztargnionym  wzrokiem 

spojrzała na dziewczynę. 

– Jeszcze jedna róża? Drew to naprawdę romantyczny chłopak. 

–  Jeszcze  jeden  list  od  A.  W.  ?  –  uśmiechnęła  się  Cassie.  –  Pisze 

codziennie. 

– To prawda. 

Jo pośpiesznie złożyła kartkę i wsunęła ją do koperty. 

– Zaczerwieniłaś się – zauważyła Cassie. – Co znowu nawypisywał? 

– Jest niepoprawny – potrząsnęła głową babcia. 

– Dlaczego nie zadzwoni? 

– Może się boi. W naszym wieku należy unikać zbytnich emocji. 

– Oczywiście. Szczególnie takich,  jak  wycieczka  balonem i  ślub  w 

otoczeniu upiorów. 

– Masz rację – roześmiała się Jo. – Telefon jest mało romantyczny. 

Listy można przechowywać i czytać wielokrotnie. 

– Poza tym są tańsze. 

– To prawda. 

Cassie wróciła myślą do niedawnych wydarzeń. Babcia Jo zapłaciła 

rachunek  w  restauracji,  A.  W.  wolał  wysłać  list,  niż  zadzwonić.  Kto 

otrzyma  pieniądze  ze  sprzedaży  domu  w  Phoenix?  Otworzą  wspólne 

konto? 

– Nowy dywan wygląda wspaniale. 

– Ładny? Mam nadzieję, że A. W. też będzie zadowolony. 

background image

– Czy kupiliście go wspólnie? 

– Ależ  skądże!  To był  wyłącznie  mój pomysł.  Mam już  dość  życia 

w otoczeniu staroci. 

– Rozumiem. 

Cassie postanowiła przejść do głównego tematu rozmowy. 

– Zdecydowałaś już, w jakim kostiumie wystąpisz podczas ślubu? 

–  Tak,  ale  nikomu  o  tym  nie  mów.  Postanowiliśmy  z  A.  W,  że  to 

musi być niespodzianka. Ty i Drew powinniście zrobić podobnie. Pastor 

też  będzie  przebrany.  Zaproponował,  że  włoży  kostium  Kaczora 

Donalda. 

– Babciu, to zaczyna być show na wielką skalę! 

–  I  bardzo  dobrze.  Za  kogo  się  przebierzesz?  Cassie  już  dawno 

podjęła decyzję. 

– Za lotnika z czasów pierwszej wojny światowej.  

Babcia Jo klasnęła w dłonie. 

–  Cudownie!  Znakomicie!  Wiem  nawet,  gdzie  możesz  kupić 

skórzaną kurtkę. Gorzej będzie z czapką, ale myślę, że coś znajdziemy. I 

gogle. Gogle i biały szalik. Będziesz wyglądała prześlicznie. 

– A ty? 

–  Rozmyślałam  nad  niewielkim  eksperymentem.  Postanowiłam 

sprawdzić, czy  A.  W.  zwraca uwagę  na  to, co  do niego  mówię. Kiedyś 

wspomniałam,  że  zawsze  chciałam  być  jedną  z  disneyowskich 

wiewiórek.  Obojętnie  którą.  Problem  w  tym,  że  Chip  i  Dale  zawsze 

background image

występują razem, więc musiałabym znaleźć partnera. 

– Myślisz, że A. W. to zapamiętał? 

– Uhm. 

– A jeśli przygotuje inny kostium? 

– Nie szkodzi. Ale myślę, że będzie wiewiórką. 

– Babciu, jesteś niesamowita.  

Jo spojrzała na nią wesoło. 

– Lubię korzystać z życia. 

 

Zapadła  noc.  Cassie  siedziała  na  łóżku,  zatopiona  w  myślach. 

Dlaczego  A.  W.  nie  dzwonił?  Oczywiście  mógł  uważać,  że  w  listach 

pełniej wyrazi swoje uczucia. 

Listy!  Dlaczego  nie  przejrzała  ich  do  tej  pory?  Przecież  w  ten 

sposób  mogła  z  łatwością  rozpoznać  charakter  i  poglądy  mężczyzny, 

który  miał  zamiar  wkroczyć  do  jej  rodziny.  Istniała  jednak  pewna 

trudność.  Babcia  nie  udostępniała  nikomu  swojej  korespondencji  i  na 

pewno nie pochwaliłaby zamiarów wnuczki. 

Może Ruth będzie umiała jej coś poradzić? 

Przy  najbliższej  okazji  zwróciła  się  ze  swym  problemem  do 

przyjaciółki: 

–  Nie  mogę  powiedzieć  babci  o  swych  podejrzeniach  i  jestem 

przekonana, że Drew także mnie nie zrozumie. Co powinnam zrobić? 

– A czego oczekujesz? 

background image

–  Gdy  byłam  w  Phoenix,  A.  W.  sprawiał  wrażenie  zamożnego. 

Teraz zachowuje się całkiem  inaczej. Dostrzegam w jego  postępowaniu 

wyraźną  niekonsekwencję.  Jeśli  zdobędę  próbkę  pisma,  będę  mogła 

stwierdzić, czy się nie mylę. 

Ruth skinęła głową. 

– Może wystarczy, że spojrzysz na adres napisany na kopercie? Tak 

postępowałaś na samym początku. 

– Dobry pomysł, lecz babcia odbiera pocztę, zanim zdążę wrócić do 

domu. 

– Dziwne, że nie dzwoni. Mówiłaś, że ma duży dom w Phoenix? 

–  Tak.  Co  prawda,  nigdy  go  nie  widziałam.  W  dniu,  w  którym 

przyjechałam, A. W. twierdził, że przeprowadza dezynsekcję. 

– Hmm. 

– Babcia Jo była przekonana, że użył wymówki, ponieważ otrzymał 

zaproszenie od jakiejś kobiety. 

Ruth machnęła energicznie rakietą. 

– Znasz jego adres? Kilkakrotnie byłam w Phoenix i znam bogatsze 

dzielnice. 

– Zaraz... Nie. Znam tylko numer skrytki.  

Ruth zrobiła zamyśloną minę. 

– Czy A. W. wie, że zajmujesz się grafologia? 

– Nie. Drew nikomu nie mówił o moim hobby. 

–  Mam  pomysł.  Lecz  wpierw  obiecaj,  że  pozwolisz  mi  wygrać 

background image

dziesięć kolejnych meczy. 

– Mów. 

– Wystarczy, żebyś napisała do A. W.  

Cassie otworzyła szeroko usta. 

– Oczywiście! – szepnęła z przejęciem. – Otrzymam odpowiedź! 

– I poddasz ją analizie. 

Ruth uśmiechnęła się triumfalnie. 

– Zasłużyłam na nagrodę? 

– Nie będziesz zadowolona. Potrafisz się cieszyć jedynie z uczciwej 

wygranej. 

–  Masz  rację.  Już  nigdy  nie  pozwolę  ci  spojrzeć  na  moje  pismo. 

Wiesz o mnie zbyt wiele. Co zatem zyskałam? 

–  Wdzięczność  oddanej  przyjaciółki.  Jutro  znów  wyruszam  na 

poszukiwanie mieszkania. Pójdziesz ze mną? 

Ruth westchnęła. 

– Dlaczego po prostu nie przeprowadzisz się do mnie? 

– Mieszkasz z koleżanką, a poza tym, po tygodniu nie mogłabyś na 

mnie  patrzeć.  Lubię  przyrządzać  posiłki  w  domu,  ty  wolisz  jeść  na 

mieście. Ja chodzę późno spać, ty o dziesiątej już jesteś w łóżku. 

– A Drew? 

Cassie pokręciła głową. 

– No, muszę lecieć. Jeszcze dziś wyślę list do A. W. będzie zawierał 

szereg pytań. 

background image

Odpowiedź  nadeszła  po  czterech  dniach.  Cassie  drżącymi  rękami 

wzięła kopertę ze stołu. 

Babcia Jo była zajęta obiadem. Podniosła głowę znad kuchni. 

– Muszę przyznać, że jestem mocno zaciekawiona tym listem. 

– Postanowiłam zasięgnąć męskiej rady w sprawie prezentu. To ma 

być niespodzianka, więc wybacz, ale nie mogę ci nic więcej zdradzić. 

– Oczywiście. 

– Chcę jak najszybciej przeczytać, co napisał A. W. – powiedziała z 

wyraźną niecierpliwością. – Zaraz wracam. 

Obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę swego pokoju. 

background image

Rozdział 11 

 

Cassie  siedziała  pochylona  nad  listem.  Na  pierwszy  rzut  oka 

stwierdziła,  że  Drew  odziedziczył  charakter  po  dziadku.  A.  W.  kreślił 

litery  w  mocny,  zdecydowany  sposób.  Na  pewno  był  zdolny  do 

wzniosłych  uczuć  i  mocno  kochał  Babcię  Jo.  „M”  i  „J”  znamionowały 

dociekliwość. 

Daszek  od  „t”  niemal  ulatywał  z  powierzchni  kartki.  Cassie 

uśmiechnęła  się.  Oznaka  prawdziwej  pasji  życia  i  nieposkromionego 

optymizmu.  Jednak  w  pozostałych  literach  było  coś  niepokojącego. 

Objaw strachu, a może zmartwienia? 

Największą różnicę dostrzegła w sposobie pisania liter „a”, „o”, „d” 

i  „g”.  Drew  stawiał  zamaszyste  znaki,  wyrażając  tym  szczerość  wobec 

siebie  i  otoczenia.  A.  W.  próbował  znaleźć  obiektywne  wytłumaczenie 

własnych błędów i ukrywał kłopoty przed najbliższymi. 

Cassie  poczuła  się  nieswojo.  Czyżby  A.  W.  miał  problemy 

finansowe? Czy potrzebował pieniędzy?  

Drew  twierdził,  że  niejednokrotnie  odwiedzał  dom  dziadka.  Kiedy 

był  tam  ostatnim  razem?  Dlaczego  A.  W.  zamienił  cadillaca  na  MG? 

Chciał mieć mniejszy wóz czy po prostu tańszy ? 

Zbyt  dużo  pytań  pozostawało  bez  odpowiedzi.  Potrzebowała 

pomocy. Sięgnęła po słuchawkę telefonu. 

Drew  odpowiedział  od  razu.  Na  dźwięk  jego  głosu  poczuła 

background image

przyspieszone bicie serca. 

– Cześć, Drew. Muszę z tobą porozmawiać. 

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że uległaś „różanej” perswazji. 

–  Nie.  To  znaczy...  kwiaty  są  prześliczne,  ale  dzwonię  z  całkiem 

innego powodu. Mogę przyjechać? Teraz? 

– Proszę bardzo. Właśnie przeglądam korespondencję, a raczej stos 

ulotek i folderów reklamowych. Ostatnio zajmuje mi to dużo czasu. 

– Och. 

– Nie masz ciętej odpowiedzi? Musisz być bardzo przygnębiona. 

– Jestem. 

–  Mogłaś  zadzwonić  wcześniej.  Od  dawna  czekałem,  że  się 

odezwiesz. 

– Nie chodzi o nas – powiedziała ponuro – tylko o A. W. i babcię Jo. 

–  Rozumiem  –  westchnął.  –  Czekam.  Chcesz  coś  zjeść?  Zacząłem 

przygotowywać kolację. 

– Mogę przyjechać później. 

–  Cassie!  Nawet  nie  możesz  zjeść  hamburgera  w  moim 

towarzystwie? Chyba przesadzasz. 

– Masz rację. Zaraz będę. 

 

W  pół  godziny  później  siedziała  przy  stole  jedząc  hamburgera. 

Jeszcze nie wyjaśniła właściwego powodu swej wizyty. 

Drew  nie  tracił  dobrego  humoru.  Zachowywał  się  zupełnie 

background image

beztrosko.  Właśnie  skończył  opowiadać  kolejną  anegdotę.  Cassie 

zachichotała. W jego obecności tak łatwo zapominała o kłopotach. Czuła 

się bezpieczna. 

– Dolać ci wina? 

Wyjął butelkę z lodówki. Zastanawiał się, czy nie nadeszła właściwa 

pora, aby poruszyć sporny temat. Evan przysłał obiecane materiały, lecz 

Drew miał jeszcze kilka pytań. 

– Pół kieliszka. Czeka mnie jeszcze jazda do domu. 

– Możesz zostać u mnie.  

Spoważniała. 

– Nie mogę – powiedziała cicho. 

– Dlaczego? – spytał łagodnie.  

Uniosła dłoń. 

– Po prostu, nie mogę. Przyszłam wyjaśnić kilka spraw dotyczących 

twojego dziadka. 

– Słucham. 

Cassie starannie złożyła serwetkę. 

– Czy A. W. ma jakieś kłopoty? – spytała. 

– Skąd to przypuszczenie? 

– Mam takie przeczucie. 

Czuła się jak tchórz. Dlaczego nie powiedziała mu prawdy? 

–  Hmm.  W  jego  życiu  mają  zajść  duże  zmiany.  Nic  dziwnego,  że 

może okazywać zdenerwowanie, choć jest naprawdę szczęśliwy. 

background image

Cassie  skinęła  głową.  Chciała  wierzyć,  że  to  jedyny  powód,  ale 

musiała zadać następne pytanie. 

– Dawno kupił dom? 

–  Nie  pamiętam.  Byłem  wówczas  w  liceum,  czyli  co  najmniej 

piętnaście lat temu. Myślisz, że nie chce go sprzedać? 

Pominęła milczeniem jego pytanie. 

– Zawsze używał skrytki pocztowej? 

–  Nie.  Założył  ją  dopiero  w  tym  roku  –  odpowiedział  Drew  z 

widocznym  zniecierpliwieniem.  –  Czy  możesz  mi  wyjaśnić,  do  czego 

zmierzasz? 

– Dobrze. 

Wzięła głęboki oddech. 

–  Weźmiesz  mnie  za  wariatkę,  ale  myślę,  że  A.  W.  sprzedał  dom 

przed kilkoma miesiącami i nie chce ci o tym powiedzieć. 

– Niemożliwe. Nawet jeśli masz rację, dlaczego miałby to ukrywać? 

– Może transakcja nie była zbyt korzystna.  

Drew potarł czoło. 

– Nic z tego nie rozumiem. Wrócił  do Phoenix, aby uporządkować 

sprawy związane właśnie ze sprzedażą. 

– Niekoniecznie. 

– Wątpisz w jego uczciwość?! 

–  Nie  złość  się,  Drew.  Jesteś  jedyną  osobą,  z  którą  mogę  szczerze 

porozmawiać na ten temat. Nie wierzę w historię z dezynsekcją. 

background image

– Więc spędził noc u znajomej. Co z tego? 

– Dlaczego założył skrytkę? 

–  Skąd  mam  wiedzieć?  Może  nie  lubił  listonosza.  Nie  każdy 

pracownik poczty jest urodziwą dziewczyną. 

– Odwiedzałeś go w tym czasie? 

– Nie, ale... 

– Pomyśl o czymś innym. Czy stare, używane MG jest więcej warte 

od cadillaca? 

– Każdy ma jakieś hobby. 

– Po ślubie oboje chcą zamieszkać w domu babci Jo. 

– To akurat najłatwiej wyjaśnić. Wybrali Albuquerque, bo uważają, 

że będą mogli nam pomóc. Szczególnie w piastowaniu prawnuków. 

Odwróciła głowę. 

– Więc czeka ich spore rozczarowanie. 

– Cassie – westchnął Drew – mam ochotę jednocześnie cię udusić i 

ucałować. 

W milczeniu wpatrywała się w blat stołu. 

–  Nie  chcę  kłótni  –  powiedział  cicho  mężczyzna  –  ani  na  temat 

dziadków, ani na żaden inny. 

Zerknęła w jego stronę. 

– Ja również. 

– Tam... w restauracji... mówiłem prawdę.  

Potrząsnęła głową. 

background image

– Nie. Chyba że inaczej pojmujemy słowo miłość. 

–  Chcę  w  każdej  chwili  mieć  cię  u  swojego  boku.  Trzymać  w 

ramionach, kochać. 

– To tylko pożądanie, Drew. 

–  Możliwe.  Lecz  dzisiejszy  wieczór  spędziliśmy  na  beztroskiej 

rozmowie. Śmiałaś się, żartowałaś. Dodaj obie sprawy i co otrzymasz? 

– Parę przyjaciół, których połączyło łóżko. 

– Wiesz, że moje uczucie jest o wiele głębsze. 

– Zapomniałeś o czymś.  

Zmarszczył brwi. 

–  Tak,  to  prawda.  Zapomniałem  o  wzajemnym  zaufaniu.  Po  raz 

kolejny  byłem  wobec  ciebie  szczery,  a  ty  nie  odpowiedziałaś  mi  ani 

słowem na najważniejsze pytanie. Co wobec mnie czujesz? 

– Drew, ja... 

–  Zacznijmy  od  końca.  Czy  możesz  powiedzieć,  że  mnie  nie 

kochasz? 

Z trudem opanowała drżenie dłoni. 

–  Możesz?  –  nie  ustępował  Drew.  –  Jestem  przygotowany  na  taką 

ewentualność. Powiedz: Nie kocham cię, Drew. 

Zagryzła wargi. 

–  Przyszłam  porozmawiać  o  czymś  innym  –  wykrztusiła.  – 

Obawiam się, że A. W. ma poważne kłopoty finansowe. 

–  Skąd  wiesz?  Jak  dotąd  nie  przedstawiłaś  ani  jednego  istotnego 

background image

dowodu na poparcie swojego twierdzenia. 

– Ponieważ uważałam – zaczęła przeszukiwać torebkę – że takiego 

dowodu nie zechcesz przyjąć do wiadomości. 

Podała mu list, który otrzymała rano. 

– Boże – szepnął Drew – poddałaś analizie jego pismo. 

– Tak, i jestem przekonana, że A. W. oszukuje zarówno siebie, jak i 

swych najbliższych. 

–  Naprawdę?  Na  podstawie  kuglarskich  sztuczek  oskarżasz  go  o 

brak szczerości?! Nie wierzę! 

Wstał. 

–  Użyłaś  podstępu,  żeby  do  ciebie  napisał.  Bez  jego  wiedzy 

zastosowałaś  tak  zwane  naukowe  metody.  Czy  takie  postępowanie 

uważasz za uczciwe? 

– Nie, i bardzo mi przykro z tego powodu.  

Poczerwieniała  na  twarzy  i  zaczęła  mówić  z  coraz  większym 

zapałem. 

– Wiele zawdzięczam babci Jo. Czuję się za nią odpowiedzialna. Za 

nią i za to, co posiada. 

– Co?! – krzyknął Drew. – Twierdzisz, że A. W. żeni się wyłącznie 

dla  pieniędzy?!  Gdyby  powiedział  mi  to  ktoś  inny,  natychmiast 

wyrzuciłbym go z domu! 

–  Źle  zrobiłam  przychodząc  do  ciebie.  Nie  potrafisz  zaakceptować 

wyników mojej pracy i jesteś ślepo zapatrzony w swego dziadka! 

background image

Chwyciła torebkę i skierowała się w stronę wyjścia. 

– Mam zobowiązania wobec własnej rodziny!  

Trzasnęła drzwiami. 

 

Cassie  nie mogła zasnąć. Przez  całą noc przewracała  się z  boku  na 

bok,  rozmyślając  o  zaistniałej  sytuacji.  Rano  zadzwoniła  do  urzędu 

pocztowego,  że  nie  przyjdzie  do  pracy,  a  w  kilka  godzin  później 

siedziała już w samolocie zmierzającym w kierunku Phoenix. 

Po przybyciu na lotnisko zatelefonowała do A. W. 

–  Wezmę  taksówkę  –  powiedziała  po  wymianie  wstępnych 

uprzejmości. – Możesz mi podać dokładny adres? 

–  Hmm.  Za  chwilę  spodziewam  się  kilku  osób,  potencjalnych 

nabywców domu. Czy możemy spotkać się gdzieś na mieście? 

–  Nie  będę  przeszkadzać.  Chcę  obejrzeć  miejsce,  gdzie  Drew 

spędził dzieciństwo. 

– Kiedy się tu wprowadziliśmy, był już młodzieńcem. 

– Nie szkodzi. Proszę. To bardzo ważne. 

Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza. 

– A. W? Jesteś tam? 

– Tak. 

Cassie poczuła, że uginają się pod nią nogi. Miała rację. 

– Mogę przyjechać? 

– Nie mam domu, Cassie. Mieszkam w przyczepie kempingowej. 

background image

Dziewczyna  zamknęła  oczy.  Biedny  A.  W.  Biedna  babcia  Jo. 

Biedny Drew. 

– Poczekaj na mnie – usłyszała. – Teraz, gdy  znasz prawdę, chyba 

nie musisz tu przyjeżdżać? 

– Nie. 

– Spotkamy się w restauracji na lotnisku. Musimy porozmawiać. 

– Okay. Do zobaczenia. Jedź ostrożnie.  

Roześmiał się. 

– Tego nie mogę ci obiecać. 

Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  wszystko  jest  tylko  złym  snem. 

Znalazła  wolny  stolik  i  czekała  cierpliwie.  A.  W  pojawił  się  elegancki 

jak zwykle, lecz w jego uśmiechu brakowało dawnej zadziorności. 

– Ślicznie wyglądasz – powiedział. – Zamówiłaś coś? 

Wskazała na opróżnioną do połowy filiżankę. 

– Kawę. 

– Możemy zjeść razem śniadanie? 

– Ja... 

– Stać mnie na zapłacenie rachunku, Cassie.  

Spłonęła rumieńcem. 

– Wiem o tym. Po prostu nie jestem głodna.  

Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. 

– Źle wyglądasz. Na pewno nie spałaś ubiegłej nocy. 

– A. W. , chcę, żeby babcia Jo była szczęśliwa. 

background image

– Ja też, Cassie. Ja też. 

Skinął na kelnerkę i zamówił dwie porcje jajecznicy na szynce. 

–  Drew  postąpiłby  tak  samo  –  uśmiechnęła  się  Cassie.  – 

Odziedziczył dumę po dziadku. 

Nagle pożałowała swych słów. 

– Chciałam powiedzieć... 

– Cassie... 

A. W. pochylił się nad stołem. 

– Jo wie, że nie jestem zbyt zamożny. 

– Powiedziałeś jej o domu? 

–  Nie,  ale  wspomniałem,  że  kwota,  jaką  uzyskam  ze  sprzedaży 

obecnego  miejsca  zamieszkania  nie  będzie  zbyt  wysoka.  Pominąłem 

niektóre  szczegóły,  bo  nie  chcę,  żeby  Drew  dowiedział  się  o  moich 

kłopotach. Zawsze byłem dla niego wzorem. 

– Co się stało? 

–  Cassie,  obiecaj  mi,  że  to  co  powiem,  zachowasz  wyłącznie  dla 

siebie. Jo będzie i tak wiedziała o wszystkim, ale Drew... 

Drew. Właśnie zyskała kolejny dowód, aby go przekonać o swoich 

umiejętnościach i musiała milczeć. 

– Nie pisnę słówka. Przyrzekam. 

– Wie, że jesteś tutaj? 

– Nie. 

– Dziękuję. 

background image

Przerwał  na  chwilę,  ponieważ  kelnerka  przyniosła  zamówione 

dania. 

– Wiem, że mogę ci ufać, Cassie. 

–  Nie  chcę  niszczyć  waszego  związku,  A.  W.  –  powiedziała  z 

pełnym  przekonaniem.  –  Kiedy  domyśliłam  się,  że  masz  kłopoty, 

zaczęłam podejrzewać... 

– ... że chcę poślubić Jo wyłącznie dla pieniędzy? 

– Nie... Tak. 

– Kocham ją, Cassie. Musisz mi uwierzyć.  

Spojrzała mu prosto w oczy i pomyślała o innym mężczyźnie z rodu 

Bennettów, który także zapewniał ją o swoim uczuciu. 

– Opowiedz mi o swoich kłopotach. 

– Niewiele mam do wyznania. Próbowałem się odegrać. 

– Przegrałeś dom?! 

A.  W.  sięgnął  po  cukier.  Milczał  przez  chwilę,  jakby  usiłował 

znaleźć właściwą odpowiedź. 

– Tak – powiedział krótko. 

Cassie spojrzała na niego z przerażeniem. Babcia Jo chciała poślubić 

hazardzistę?! 

–  Nie  ma  powodu  do  obaw.  Uczestniczyłem  w  kilku  sesjach 

terapeutycznych. 

Ze skupieniem mieszał kawę. 

–  Jo  wie  o  wszystkim.  Odmówiłem,  gdy  zaproponowała,  że  w 

background image

podróż poślubną wyjedziemy do Las Vegas. 

Cassie  wsparła  czoło na  dłoni. Nie  mogła uwierzyć, że babcia Jo  z 

pełną świadomością dokonała takiego wyboru. A jeśli A. W. powróci do 

dawnych przyzwyczajeń? Co prawda w Albuquerque nie było kasyna. 

–  Wiem,  o  czym  myślisz.  Lecz  każdy  z  nas  ma  jakieś  wady. 

Niektórzy piją, inni są nieprzeciętnymi nudziarzami. Nie szukaj ideału. 

– Tak, ale... 

– Nauczyłem się panować nad sobą. Jo ma do mnie pełne zaufanie. 

Myślałem,  że  nie  będę  musiał  nikomu  opowiadać  o  szczegółach 

związanych  z  domem,  samochodem,  kontem  bankowym,  ale  skoro 

przyjechałaś aż tutaj... 

Cassie powoli sięgnęła po widelec. 

– Wystarczy mi to, co usłyszałam, A. W. Możesz mi podać sól? 

Bezwiednie  spełnił  jej  prośbę,  lecz  w  jego  oczach  czaiło  się 

zaskoczenie. 

– Nie chcesz dowiedzieć się wszystkiego? 

– Nie. 

Wyciągnęła solniczkę w jego stronę. 

– Chcesz? 

Na twarzy starszego mężczyzny pojawił się wyraz ulgi. 

– Nie używam soli. Ty także nie powinnaś tego robić.  

Cassie uśmiechnęła się. 

– To samo mówi babcia Jo. 

background image

– Mądra kobieta. 

Dziewczyna przypatrywała się przez chwilę swojemu rozmówcy. 

– Taaak... – potaknęła z namysłem. – Mądra.  

Następna  godzina  upłynęła  im  na  beztroskiej  rozmowie  o 

przygotowaniach do wesela. 

– Pozostała jeszcze sprawa kostiumu – przypomniała Cassie. 

– Tak? 

– Powinieneś przebrać się za wiewiórkę ziemną. 

– Wiewiórkę? 

– Uhm. Za Chipa lub Dale’a z disneyowskich kreskówek. 

–  Chciałem  być  piratem  z  przepaską  na  oku,  kordelasem  i... 

Powiedziałaś wiewiórkę? 

– Zaufaj mi. 

–  Masz  pewnie  jakiś  powód,  by  tak  mówić.  Dobrze,  będę 

wiewiórką. Co z gośćmi? 

–  Sami  znajomi  i  przyjaciele.  Kłopot  jest  jedynie  z  rodziną.  Moi 

rodzice zaplanowali w tym czasie wyjazd za granicę. 

– Po prostu się boją. Ale i tak będziemy się dobrze bawić. 

– Na pewno. 

A. W. spojrzał na zegarek. 

– Przepraszam, ale mam jeszcze sporo spraw do załatwienia. Chcesz 

mi towarzyszyć? 

– Jestem umówiona z Evanem. Na uniwersytecie.  

background image

Mężczyzna zerknął na nią ze zdziwieniem, lecz powstrzymał się od 

pytania. 

– Podwiozę cię – oświadczył. 

– Dzięki – uśmiechnęła się Cassie. – Mam nadzieję, że to przeżyję. 

– Od siedemnastego roku życia nie miałem wypadku. 

–  Wiem.  Drew  mówił  mi,  że  jeździsz  szybko,  ale  rozważnie.  Po 

prostu zamknę oczy. 

– Nie musisz. Będę prowadził wolniej. 

Ku jej zaskoczeniu, naprawdę jechał ostrożnie. 

– Mam jeszcze jedno pytanie – odezwał się, gdy dotarli do budynku, 

w którym mieścił się wydział psychologii. 

– Słucham. 

– Skąd wzięły się twoje podejrzenia? 

Cassie zamyśliła się. Czy A. W. zareaguje tak samo, jak Drew? Był 

wobec  niej  zupełnie  szczery.  Powinna  odpłacić  mu  podobnym 

zaufaniem. 

– Wszystko zaczęło się od historii z karaluchami. Babcia Jo słusznie 

zauważyła, że to pachniało zwykłą wymówką. Potem... Stary samochód, 

skrytka pocztowa, decyzja o przeprowadzce do Albuquerque, kolacja, za 

którą płaciła Jo, listy zamiast telefonów. 

– I na tej podstawie... 

– Nie tylko. 

Cassie wzięła głęboki oddech. 

background image

– Zajmuję się grafologią. Posiadam dyplom i wszelkie uprawnienia. 

Napisałam  do  ciebie  list  z  prośbą  o  szybką  odpowiedź.  Z  twojego 

charakteru  pisma  wynikało,  że  masz  poważne  kłopoty,  lecz  boisz  się  o 

nich mówić. Chciałam poznać prawdę.  

Spojrzał na nią z zainteresowaniem. 

– Przeprowadziłaś analizę?  

Skinęła głową. 

– To fascynujące! Czy odnalazłaś też cechy pozytywne? 

– Bardzo wiele. Mogę ci przedstawić wszystkie wnioski. 

– Będę bardzo zobowiązany. Zawsze chciałem poddać się podobnej 

próbie. Ile wynosi honorarium? 

– Nie myślisz chyba, że zażądam od ciebie pieniędzy. 

– Przecież jesteś profesjonalistką. 

– Tak, ale... 

– Nie próbuj traktować mnie jak nędzarza. Jestem na to zbyt dumny. 

– Wiem. Zauważyłam, jak piszesz „d”.  

Roześmiał się. 

– Z chęcią ci zapłacę. 

Cassie pocałowała go w policzek. 

–  Nic  z  tego.  Nie  biorę  pieniędzy  od  członków  rodziny  i  bliskich 

przyjaciół, a ciebie zaliczam do obu kategorii. 

– Skoro tak… 

– Zatem załatwione. 

background image

– Drew wie o twoich zamiłowaniach? 

– Tak. 

– Musi być bardzo zadowolony.  

Cassie posmutniała. 

– No... niezupełnie – powiedziała powoli. 

– Nie? Zawsze uważałem, że ma dociekliwy umysł. 

– On nie wierzy, że grafologia może mieć jakaś wartość. 

– Rozumiem. 

A. W. milczał przez chwilę. 

– Czuję, że w tym tkwi poważny problem – powiedział w końcu. 

–  Teraz  ja  cię  proszę  o  zachowanie  tajemnicy.  Nie  chcę,  aby  moje 

kłopoty zakłóciły szczęście babci Jo. Drew jest jej ulubieńcem. 

– Moim też, choć widzę, że potrafi być głupio uparty. 

– Wpadł w furię, gdy dowiedział się o moich podejrzeniach. 

A. W. skinął głową. 

– Tak. Zawsze mnie bronił z niezwykłą zaciętością. Mimo to, czuję 

się winny, że stanąłem pomiędzy wami. 

–  Nieprawda!  –  zawołała  Cassie.  –  Drew  nie  akceptuje  mojego 

postępowania,  bez  względu  na  okoliczności.  Próbowałam  pokazać  mu 

wyniki  badań,  jakie  przeprowadziłam  na  prośbę  Evana.  Nie 

poskutkowało. 

–  Być  może  boi  się  o  własną  pozycję.  Pozwolisz  mi  z  nim 

porozmawiać? 

background image

– Nie. Jeśli dowie się, że przyjechałam do Phoenix, to... 

A. W. westchnął. 

– Masz rację. Co za uparty chłopak!  

Cassie wzięła go za rękę. 

– Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. 

– Co z Evanem? 

–  Wypłacił  mi  honorarium  za  konsultację  i  poprosił  o  spotkanie. 

Chce, żebym w przyszłości nadal dla niego pracowała. 

– To wspaniale. 

–  Tak.  Uwielbiam  tę  pracę.  Zawód  listonosza  uważam  za 

tymczasowy. 

– Drew wie o tym? 

– Nie – potrząsnęła głową. 

– Kochasz go, prawda? 

– Tak – potwierdziła z lekkim wahaniem. 

– Więc powiedz mu, ile to dla ciebie znaczy. 

– Nie mam odwagi, A. W.  

Wysiadła z samochodu. 

– Nie chcę, żeby drwił z moich marzeń. 

background image

Rozdział 12 

 

Następnego  ranka  Cassie  nie  znalazła  róży  w  skrzynce  pocztowej. 

Westchnęła i odniosła reklamówki z powrotem do samochodu. 

Wkrótce miała zamiar przeprowadzić się do wynajętego mieszkania. 

Babcia  Jo  była  całkowicie  pochłonięta  własnymi  sprawami  i  nie 

dostrzegała przygnębienia  wnuczki.  Wstawione do  wazonu róże  powoli 

więdły. 

A.  W.  przyjechał  do  Albuquerque  trzy  dni  przed  wyznaczonym 

terminem ślubu. Oświadczył, że zaraz po ceremonii zabiera babcię Jo w 

podróż na Hawaje. Cassie poczuła narastający niepokój. 

– Hawaje? – szepnęła, gdy znaleźli się sami. 

–  Sprzedałem  przyczepę  za  znacznie  większą  sumę,  niż  się 

spodziewałem  –  odparł  ściszonym  głosem.  –  Teraz,  gdy  zerwałem  z 

hazardem,  umiem  właściwie  docenić  wartość  pieniędzy.  Poza  tym, 

musisz  pamiętać,  że  osoby  w  wieku  emerytalnym  korzystają  z 

rozmaitych zniżek. 

–  Nawet  jeśli  nie  zachowują  się  z  należytą  powagą?  –  spytała  z 

uśmiechem. 

–  Nawet.  Prawdę  mówiąc,  nie  przepadam  za  określeniem:  wiek 

emerytalny. Spróbuję wymyślić coś lepszego. 

–  Porozmawiaj  z  wydawcą  „Inspired  Retirement”.  Masz  szansę 

zrobienia kariery w mass mediach. 

background image

– Dobry pomysł. A co u ciebie? Drew nadal jest zagniewany? 

– Nie widzieliśmy się od czasu, gdy byłam w Phoenix. 

A. W. potrząsnął głową. 

– Niedobrze. Masz zamiar przyjść jutro na kolację? 

– Oczywiście. 

– Nie rozumiem tego chłopaka. Chcesz, żebym z nim porozmawiał? 

– Nie. Nie ujawniajmy naszych sekretów.  

Mężczyzna uścisnął ją serdecznie. 

– Dobrze, Cassie. Do zobaczenia. Przyjadę, aby was zabrać. 

 

A. W. zjawił się punktualnie, aby zawieźć narzeczoną i jej wnuczkę 

na  tradycyjną  próbę  uroczystości  ślubnej.  Zasiadł  za  kierownicą  audi 

należącego do babci Jo. Cassie usadowiła się z tyłu. 

Zastanawiała  się,  jak  Drew  zareaguje  na  jej  widok.  Czy  będzie 

udawał, że nic się nie stało? 

–  Nie  wiem,  czy  postąpiliśmy  słusznie,  nadając  sprawie  tyle 

rozgłosu – odezwała się niespodziewanie babcia Jo. – Przecież mogliśmy 

iść po prostu do restauracji. 

Cassie poklepała ją po ramieniu. 

–  Typowe  rozterki  panny  młodej  –  powiedziała  uspokajającym 

tonem. 

–  Muszę  przyznać,  że  też  odczuwam  zdenerwowanie  –  wtrącił  A. 

W.  

background image

– Dlatego jedziesz tak wolno? – spytała Jo. 

–  Babciu,  to  przecież  ty  byłaś  inspiratorką  całego  pomysłu  – 

zauważyła Cassie. – Zaprosiłaś redaktora „Inspired Retirement”? 

– Tak, ale skąd mogłam wiedzieć, że będzie jeszcze telewizja? Mam 

ochotę zrezygnować. 

–  Nie  ma  mowy  –  zaprotestowała  Cassie.  –  Włożyłam  zbyt  dużo 

pracy  w  przygotowanie  kostiumu.  Moi  przyjaciele  również.  Naczelnik 

poczty wystąpi jako Tweedledee, a jego żona jako Tweedledum. 

Babcia Jo parsknęła śmiechem. 

– Przynajmniej są odpowiedniego wzrostu. 

– Nie ma  mowy o odwołaniu uroczystości – oświadczył stanowczo 

A. W. 

– Chyba nie – westchnęła jego towarzyszka. – Mam już kostium. 

– Ja także – błysnął oczami mężczyzna. 

Cassie  zrozumiała,  że  postąpił  zgodnie  z  jej  radą  i  przygotował 

kostium wiewiórki. Kochany, wspaniały A. W! Czy Drew zgodziłby się 

przebrać za postać z kreskówek w obecności tłumu reporterów? 

Zajechali przed dom. Hol był przystrojony stosownie do Halloween. 

Drew  pełnił  rolę  gospodarza,  zajęty  rozmową  ze  starszą  kobietą  o 

dystyngowanym wyglądzie i młodym mężczyzną w dżinsach. W kuchni 

uwijało się kilku kucharzy. 

Cassie  przystanęła  w  progu.  Drew...  Uczucie,  tłumione  w  ciągu 

ostatnich  dni,  wybuchło  z  nową  siłą.  Z  zachwytem  obserwowała  jego 

background image

muskularną sylwetkę, ciemną brodę, połyskujące wąsy. 

Mężczyzna  z  radością  powitał  nowo  przybyłych,  lecz  na  widok 

Cassie jego uśmiech zmienił się w kwaśny grymas. 

– Pozwólcie, że przedstawię wam pozostałych gości – powiedział. – 

To jest Harriet Stevenson z „Inspired Retirement”, a to Jason Cassidy z 

telewizji.  Gospodarzami  i  głównymi  aktorami  zwariowanego  przyjęcia 

będą Jo Reynolds i A. W. Bennett. Osóbka, która kryje się nieco z tyłu, 

to Cassie Lanie, druhna panny młodej. 

Jason  przejawiał  wyraźną  chęć  zawarcia  bliższej  znajomości  z 

ostatnią  z  wymienionych  osób.  Drew  nie  stawiał  mu  przeszkód. 

Spokojnie wycofał się w drugi kąt pokoju i podjął przerwaną rozmowę z 

Harriet. Babcia Jo i A. W. poszli za jego przykładem. 

– Czym się zajmujesz? – spytał Jason. 

Cassie drgnęła. Właśnie myślała o pierwszych dniach znajomości  z 

doktorem Bennettem. O pustej paczce, wspólnym locie do Phoenix, nocy 

pełnej namiętności i uniesień... 

– Czym?... – powtórzyła z wahaniem. – Jestem wykwalifikowanym 

grafologiem. 

Powiedziała  to  wystarczająco  głośno,  aby  zwrócić  uwagę 

wszystkich obecnych. 

– Badasz  charakter pisma?  –  zainteresował się Jason. –  Hej, chyba 

znalazłem temat na kolejny program. Zgodzisz się wystąpić w telewizji? 

– Ja... to znaczy... tak, oczywiście. Z przyjemnością. 

background image

Drew  zrobił  zdziwioną  minę.  Cassie  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją. 

Babcia Jo otoczyła wnuczkę ramieniem. 

–  Stajesz  się  sławna,  kochanie.  –  Zerknęła  na  przyszłego  męża.  – 

Jeszcze ci nie wspominałam o jej zdolnościach. 

– No... nie – wybąkał.  

Spojrzał porozumiewawczo na dziewczynę. 

– Możesz zostawić mi swoją wizytówkę? – spytał Jason. 

– Niestety, nie mam – odpowiedziała Cassie.  

Evan prosił ją o to samo. 

– Nie szkodzi. Zapisz mi adres.  

Jason wręczył jej notatnik. 

–  Przeprowadzam  się  w  przyszłym  tygodniu  –  wyjaśniła.  –  Na 

wszelki wypadek podam ci oba adresy. 

Drew nie spuszczał z niej wzroku. 

– Widzę, że nieźle sobie radzisz – powiedział.  

–  Właśnie  poszukiwałem  ciekawego  tematu.  W  ciągu  najbliższych 

dni będzie się mówić przede wszystkim o ślubie, ale później... 

–  Trafiłeś  w  dziesiątkę  –  wtrąciła  Harriet.  –  Kilka  miesięcy  temu 

wprowadziliśmy  stały  dział  poświęcony  grafologii.  Zainteresowanie 

czytelników przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. 

Drew  słuchał  w  milczeniu.  Jason  schował  notatnik  i  ponownie 

zerknął na Cassie. 

– Współpracujesz z jakąś redakcją? – spytał. 

background image

–  Nie,  choć  rozważam  podobną  możliwość  –  odparła.  Zaczęła 

mówić  z  większą  pewnością  siebie.  –  Do  tej  pory  pobierałam  jedynie 

honorarium  za  konsultację  w  konkretnych  przypadkach.  Niedawno 

otrzymałam  propozycję  współpracy  od  psychologa  prowadzącego 

praktykę w Phoenix. 

Drew  milczał.  Cassie  obrzuciła  go  nerwowym  spojrzeniem.  Nie 

czuła satysfakcji. Do tej pory wierzyła, że będą razem w chwili triumfu. 

–  Być  może  po  emisji  reportażu  zainteresuje  się  tobą  ktoś  z 

Albuquerque – uśmiechnął się Jason. 

– Obawiam się, że nie zabraknie głosów sceptycznych – zauważyła 

Cassie. 

Jason zatarł dłonie. 

– Dyskusja może tylko ubarwić program.  

Zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie coś przypomnieć. 

– Drew, wspominałeś, że zajmujesz się... 

– Jestem psychologiem. 

–  O,  właśnie  –  ucieszył  się  Jason.  –  Pełnisz  funkcję  głównego 

drużby. 

– Zgadza się. 

– A Cassie jest druhną – ciągnął nie zbity z tropu reporter. – Łączą 

was również stosunki zawodowe? 

– Nie. 

– Należysz do grupy osób, które nie akceptują... 

background image

– Nie. – W głosie Drew zabrzmiało zniecierpliwienie. – Psycholog z 

Phoenix,  który  zaproponował  współpracę  pannie  Lanie,  jest  moim 

bliskim przyjacielem. W pełni doceniam wartość analizy grafologicznej. 

Cassie spojrzała na niego ze zdumieniem. Kłamał. Po prostu kłamał. 

Dlaczego? To nie leżało w jego charakterze. 

–  Chyba  powinienem  cię  wtajemniczyć  w  program  jutrzejszej 

ceremonii – odezwał się A. W. , biorąc Jasona pod rękę. – Panna młoda 

wyjdzie z tej strony. 

Odciągnął  reportera  na  bok.  Młodzieniec  nie  był  zachwycony  tak 

nagłym  zakończeniem  rozmowy  z  atrakcyjną  dziewczyną,  lecz  nie 

wypadało mu protestować. 

Rozpoczęto próbę. Po kilku minutach Drew i Cassie zostali sami. 

–  Nie  wiedziałem,  że  zawarłaś  umowę  z  Evanem  –  przyciszonym 

głosem odezwał się mężczyzna. 

–  Nie  wiedziałam,  że  „w  pełni  doceniasz  wartość  analizy 

grafologicznej”  –  odparła  z  przekąsem.  –  Czegoś  tu  nie  rozumiem. 

Jestem przekonana, że nie potrafisz kłamać,  lecz jednocześnie wiem, że 

nie powiedziałeś prawdy. 

– Hmm. 

Ścisnął ją za ramię. 

–  Poza  tym  uważałam,  że  między  nami  wszystko  skończone  – 

oznajmiła lodowatym tonem, choć dotyk jego dłoni sprawił, że zadrżała 

na całym ciele. 

background image

W tej samej chwili obok nich pojawiła się babcia Jo. 

–  Wyglądacie  prześlicznie  –  powiedziała  z  uśmiechem.  –  Niczym 

para nowożeńców. 

Drew otoczył ramieniem Cassie. 

– Dość przejrzysta aluzja – stwierdził.  

Babcia Jo uśmiechnęła się łobuzersko. 

–  Chodźmy  coś  zjeść  –  zaproponowała.  –  Z  kuchni  dolatują 

niebiańskie zapachy. 

W progu salonu pojawił się A. W. 

– Drew! Cassie! Wszyscy czekają już tylko na was. 

– Oczywiście! W głowie im tylko jedzenie – westchnęła babcia Jo. 

Drew zerknął na Cassie. 

– Jesteś  gotowa poznać resztę mojej  rodziny? Będzie  jeszcze  jeden 

Andrew W. Bennett. 

– Was dwóch w zupełności wystarczy, ale ... trudno.  

Wzięła głęboki oddech. 

– Chodźmy. 

Spojrzał jej prosto w oczy. 

– Gdy skończy się całe zamieszanie... 

– Drew! Nie mogę znaleźć korkociągu! – krzyknął ktoś z kuchni. 

– Idę! 

Wziął dziewczynę pod ramię. 

– Cassie... musimy... 

background image

– Lepiej idź już. 

– Tylko wówczas, jeśli pójdziesz wraz ze mną.  

Kolacja  była  wyśmienita.  Drew  nie  znalazł  okazji,  aby  ponownie 

porozmawiać  z  Cassie,  lecz  dziewczyna  nie  czuła  się  zawiedziona.  Nie 

miała ochoty na kolejną sprzeczkę. 

Babcia Jo wzięła ją za rękę. 

–  Miałaś  cudowny  pomysł,  kochanie  i  okazałaś  się  znakomitą 

swatką. Dziękuję. 

– Babciu... 

–  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  odnajdziesz  własne  szczęście. 

Przepraszam,  że  z  naszego  powodu  ty  i  Drew  musieliście  tak  długo 

czekać. 

– To nieprawda! 

– Teraz będziecie mieli więcej czasu dla siebie.  

Nie. Wszystko skończone. Dzisiejsze kłamstwo przeważyło szalę. 

–  Tak,  babciu  –  powiedziała  nienaturalnie  spokojnym  głosem 

Cassie. – Już niedługo podejmiemy ostateczną decyzję. 

 

Rano  obudził  Cassie  natrętny  dzwonek  telefonu.  Wtuliła  głowę  w 

poduszkę. Po chwili rozległo się delikatne pukanie. 

– Cassie? – zawołała przez drzwi babcia Jo. – Dzwoni Drew. 

Z niechęcią sięgnęła po słuchawkę. 

– Halo. 

background image

– Mów ciszej. Cassie. Nie chcę, żeby Jo zaczęła coś podejrzewać. A. 

W. zniknął. 

background image

Rozdział 13 

 

Cassie z trudem powstrzymała się od głośnego okrzyku. 

– Co to znaczy zniknął? – spytała zdenerwowana. – Boże, Drew... 

– Wiem. Zostawił mi kartkę, że trzeba odwołać ceremonię. Zostawił 

wszystkie bagaże, więc musi być gdzieś niedaleko. Masz jakiś pomysł? 

Cassie  zamyśliła  się.  Czy  nagłe  zniknięcie  A.  W.  miało  coś 

wspólnego z hazardem? 

–  Cassie  –  odezwał  się  Drew.  –  Wiem,  że  ostatnio  zachowywałem 

się  jak  pomylony.  Jeśli  odkryłaś  coś,  co  mogłoby  nam  pomóc,  co 

mogłoby wytłumaczyć jego zachowanie... 

Zamknęła oczy. 

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, Drew. Która godzina? 

– Kwadrans po dziewiątej. 

– Naprawdę? Zaspałam. 

–  Ja  też.  Wczorajsza  kolacja  zakończyła  się  dosyć  późno. 

Obudziłem się przed chwilą. Kartka od A. W. leżała na stoliku. 

– Chyba wiem, gdzie go znaleźć. Na szczycie Sandia Peak. 

– Wydedukowałaś to z charakteru pisma?  

Pomimo zdenerwowania nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. 

– Nie. Po prostu pamiętam, że A. W. uwielbia przebywać na dużych 

wysokościach.  W  Phoenix  zabrał  nas  do  restauracji  na  ostatnim  piętrze 

wieżowca, odbył lot balonem. Pierwszy wyciąg na Sandia Peak wyruszył 

background image

o dziewiątej. 

–  Chyba  masz  rację  –  przyznał  z  podziwem.  –  Będę  u  ciebie  za 

dwadzieścia minut. 

– U mnie? 

– Potrzebuję twojej pomocy. Myślę, że lepiej znasz A. W. ode mnie. 

Chcę uchronić go przed popełnieniem gigantycznej pomyłki. 

Cassie nie miała zamiaru oponować. Rzeczywiście wiedziała więcej 

niż Drew. Poza tym, w grę wchodziło szczęście babci Jo. 

– Zaraz będę gotowa. Czekam. 

 

W piętnaście minut później wyszła z pokoju. 

–  Co  za  niecierpliwy  facet  –  rzuciła  na  widok  babci  Jo.  Zaprosił 

mnie na śniadanie. 

– Bardzo się cieszę – uśmiechnęła się starsza pani.  

Cassie odwróciła głowę. Babcia Jo promieniała szczęściem. 

– Wrócę na czas, żeby pomóc ci przy kostiumie – obiecała.  

Chwyciła płaszcz i zbiegła ze schodów. Właśnie w tej chwili rozległ 

się dzwonek u drzwi wejściowych. 

–  Dziękuję,  że  się  zgodziłaś  –  powiedział  Drew,  otwierając 

drzwiczki samochodu. 

– Ta sprawa dotyczy w tym samym stopniu mnie, co i ciebie. 

Skierował auto na drogę wiodącą ku wzgórzom. 

– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że byłaś w Phoenix? 

background image

–  Nie  miałam  okazji  –  odparła  cierpkim  tonem.  –  Skoro  już  o  tym 

wiesz, to znaczy, że rozmawiałeś z Evanem. 

– Zadzwoniłem do niego zaraz po wyjściu gości. 

– O trzeciej w nocy?! 

– Uznałem, że zasłużył na pobudkę. Nic mi nie wspomniał o waszej 

umowie, mimo że wiedział, co do ciebie czuję. 

A co czujesz? – spytała w myślach. 

–  Wiedział  także,  co  myślisz  o  grafologii  –  powiedziała  głośno.  – 

Wolał nie poruszać drażliwego tematu. 

– Tym razem musiał. 

– Nie wątpię. 

– Przeprosiłem go za swoją głupotę. 

Cassie spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 

– Co zrobiłeś?  

Uśmiechnął się kwaśno. 

–  Ooo...  Panna  Larue  poczuła  się  zaskoczona?  Myślałem,  że  mój 

charakter pisma wyjaśnił ci wszystko. Punkt dla mnie, kochanie. 

– Drew, nie rozu... 

– Naprawdę? 

Mówił lekko kpiącym tonem. 

– A kobieca intuicja? Też nic ci nie podpowiada? 

– Mów jaśniej. 

–  Dobrze.  Mam  ciężką  rękę  i  mocno  przyciskam  pióro  do  papieru, 

background image

co znamionuje upór i skłonność do konserwatyzmu. Niełatwo rezygnuję 

z  uprzedzeń,  lecz  posiadam  także  dociekliwy  umysł  i  jeśli  dojdę  do 

wniosku, że się mylę... 

– Nigdy ci tego nie mówiłam. 

– Ale to prawda. 

– Owszem. 

Nagle wszystko zrozumiała. 

– Uczyłeś się zasad grafologii! 

– Początkowo z dużymi oporami, lecz w miarę upływu czasu... 

– Nie wierzę. 

– Musisz. Tak jak ja  musiałem  zgłębić powód sporu, który niczym 

zadra wciąż tkwił pomiędzy nami. 

Wstrzymała oddech. 

– I co? – spytała. 

– Moje zainteresowanie wciąż rosło. Chciałem ci o tym powiedzieć 

już dawno, lecz wówczas wystąpiłaś z podejrzeniami wobec dziadka. 

–  Byłeś  jedyną  osobą,  z  którą  mogłam  podzielić  się  swymi 

wątpliwościami. 

– I zawiodłem. 

– Niestety. 

– Nie chciałem wierzyć w ani jedno słowo. Nadal nie chcę. Ale być 

może zbyt pochopnie potępiałem grafologię. 

Cassie westchnęła głęboko. 

background image

– Wiesz, że  jeśli ktoś  straci władzę  w  rękach i zacznie pisać stopą, 

jego charakter pisma nie ulega zasadniczej zmianie? 

– Wiem. 

Uśmiechnęła się. Drew rzucił szybkie spojrzenie w jej stronę. 

–  Nie  myśl,  że  nie  widzę  wyrazu  triumfu  na  twojej  twarzy  – 

oznajmił  gniewnie,  lecz  w  jego  głosie  nie  było  ani  śladu  złości.  – 

Zasłużyłaś  na  to,  by  się  cieszyć.  Winien  ci  jestem  przeprosiny.  Co 

prawda, nie tylko przeprosiny, ale teraz... 

Oczy dziewczyny wypełniły się łzami. 

– Drew, ja... 

– Hej, a skąd ten płacz?  

Wziął ją za rękę. 

–  Wiem,  że  jesteś  osobą  niezwykle  uczuciową  i  bardzo  mi  się  to 

podoba,  lecz  w  tej  chwili  czekają  nas  inne,  poważne  zadania.  Potem 

pozwolę ci płakać tyle, ile zechcesz, choć uważam, że osoba obdarzona 

twoją energią szybko zapomni o kłopotach. 

Cassie pociągnęła nosem. 

– Przeanalizowałeś mój charakter pisma? Nie miałeś próbki. 

–  Miałem.  Podczas  naszego  pierwszego  dłuższego  spotkania 

zapisałaś adres babci Jo. 

– Zachowałeś tę kartkę?  

Wzruszył ramionami. 

– Jestem nieco sentymentalny. 

background image

– Wiem. 

Otarła oczy chusteczką. 

– Róże były cudowne. Dziękuję. 

– Pochodziły od upartego durnia. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałem 

o  grafologii.  Dopiero  po  naszej  ostatniej  kłótni  zrozumiałem,  że  albo 

zacznę się uczyć, albo stracę cię na zawsze. 

– Nie wiem, co powiedzieć.  

Uśmiechnął się. 

–  Zastanowimy  się  nad  tym  później.  Teraz  pomyślmy  o  dziadku. 

Widziałaś się z nim podczas ostatniego pobytu w Phoenix? 

– Tak, ale nie mogę... 

– Nie pytam o szczegóły, Cassie. Jeśli będzie chciał, sam wyzna mi 

prawdę.  Teraz  chodzi  mi  tylko  o  to,  aby  po  ślubie  zabrał  babcię  Jo  na 

Hawaje. Tak będzie najlepiej i dla nich... 

Posłał jej długie spojrzenie. 

– ... i dla nas. 

–  Mam  nadzieję,  że  znajdziemy  go  na  szczycie  wzgórza  – 

powiedziała Cassie. 

Dotarli do wyciągu. Drew ścisnął jej dłoń. 

– Mam nadzieję – powtórzył jak echo. 

Znaleźli.  Już  wcześniej  zauważyli  niewielkie  MG  stojące  na 

parkingu.  Gdy  dotarli  na  platformę  obserwacyjną,  ich  uwagę 

przyciągnęła  samotna  sylwetka  mężczyzny  z  rozwianymi  przez  wiatr 

background image

siwymi włosami. 

– Przepiękny widok – odezwał się Drew, stając tuż za jego plecami. 

A.  W.  obrócił  się  z  zaskoczoną  miną,  lecz  po  chwili  ponownie 

skierował wzrok na panoramę miasta. 

– Przepiękny. 

Cassie  przestąpiła  z  nogi  na  nogę.  Miała  ochotę  mocno  potrząsnąć 

A. W. , lecz rozumiała, że należy postępować bardziej taktownie. 

Zapadło krępujące milczenie. A. W. odezwał się pierwszy. 

– Macie ochotę na kawę? 

– Tak – odpowiedziała natychmiast Cassie.  

Chciała czym prędzej zacząć rozmowę. 

– W takim razie, jedziemy. Ja stawiam. 

Podróż w dół zbocza znów upłynęła w milczeniu. 

– Trzymajcie się tuż za mną – mruknął A. W. wsiadając do swojego 

samochodu. 

Cassie  i  Drew  zajęli  miejsca  w  audi.  Drew  usiłował  nadążyć  za 

pędzącym  przed  nimi  MG.  Cassie  wtuliła  się  w  fotel  i  błagała 

opatrzność, aby nie pojawił się żaden policjant. 

Na szczęście,  żaden  stróż  porządku nie  wyszedł na trasę szalonego 

przejazdu.  A.  W.  z  fantazją  wjechał  na  parking  opodal  kawiarni. 

Wysiadł. 

– To było podniecające! – zawołał z szerokim uśmiechem. 

– Nie – odpowiedzieli chórem. 

background image

– Nie potraficie się dobrze bawić. Jo byłaby w siódmym niebie. 

Potrząsnął głową. 

– Wejdźmy do środka.  

Zamówili kawę. 

– Czas, żebyście się w końcu pobrali – oświadczył niespodziewanie 

A. W.  

Mówił  tak  głośno,  że  goście  siedzący  przy  sąsiednich  stolikach 

skierowali w jego stronę zaciekawione spojrzenia. 

– Każde z was wygląda jak półtora nieszczęścia – dodał. 

– To prawda – odezwał się Drew.  

Ścisnął pod stołem dłoń Cassie. 

–  Martwiliśmy  się  przede  wszystkim  o  ciebie  –  powiedziała 

dziewczyna. 

– Bez potrzeby – mruknął A. W.  

Karcącym wzrokiem popatrzył na wnuka. 

–  Ta  młoda  osoba  darzy  cię  większym  uczuciem,  niż  na  to 

zasługujesz. Powiedziała mi to podczas wizyty w Phoenix. Opowiedziała 

mi także o twoim zachowaniu. Masz wodę zamiast mózgu, Drew. 

– A. W. – jęknęła Cassie – przecież ustaliliśmy... 

–  Koniec  z  tajemnicami  –  przerwał  jej  niecierpliwie.  – 

Postanowiłem to tam, na górze, chwilę przed waszym przybyciem. Drew 

jako  pierwszy  dowie  się  o  wszystkim.  O  wszystkim.  Później  pojadę  do 

Jo. Wiem, że mnie wyrzuci. Wrócę do Phoenix, choć na razie nie mam 

background image

gdzie mieszkać. 

– Chwileczkę. 

Drew położył mu dłoń na ramieniu. 

– Zwolnij trochę. Co Cassie powiedziała ci w Phoenix? 

– Że cię kocha. Diabli wiedzą, dlaczego.  

Młody mężczyzna zerknął na swą towarzyszkę. 

– To prawda?  

Skinęła głową. Drew zrobił skruszoną minę. 

–  Boże...  –  powiedział  miękko.  –  Jego  twarz  promieniała 

niekłamanym szczęściem.  – Masz rację, dziadku.  Nie  zasłużyłem na  jej 

miłość. Byłem upartym, zapatrzonym w siebie durniem. 

A. W. parsknął śmiechem. 

– Naprawdę? Dobry początek. 

Drew  nie  spuszczał  wzroku  z  zarumienionej  twarzy  dziewczyny. 

Miał ochotę obsypać ją pocałunkami, lecz w porę przypomniał sobie, że 

jeszcze nie wszystkie sprawy zostały wyjaśnione. 

Spojrzał na dziadka. 

– Co to za tajemnica, którą tak długo przede mną skrywałeś? 

A.  W.  chrząknął  i  lekko  drżącym  głosem  zaczął  opowiadać  o 

wydarzeniach, jakie miały miejsce w ciągu minionych dwóch lat. Mówił 

z  trudem,  kilkakrotnie  przerywając.  Cassie  miała  łzy  w  oczach.  Drew 

siedział w milczeniu. 

–  Przykro  mi,  dziadku  –  powiedział,  gdy  A.  W.  skończył.  – 

background image

Przeżyłeś bardzo ciężkie chwile. 

– Ciężko mi jest dopiero dzisiaj. Nie chciałem, żebyś znał prawdę. 

–  Przecież  udało  ci  się  zwyciężyć!  Pokonałeś  zgubny  nawyk. 

Powinieneś być z siebie dumny. 

– Przykro mi ze względu na ciebie, Drew. Całe życie otaczałeś mnie 

miłością i szacunkiem, a teraz... 

Odstawił filiżankę i zamyślił się głęboko. 

– W dalszym ciągu cię podziwiam, dziadku. 

A. W. uniósł głowę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 

– Dziękuję ci, Drew. 

Cassie  przełknęła  pośpiesznie  ostatni  łyk  kawy.  Usiłowała 

powstrzymać się od głośnego szlochu. 

– Czas, żebym pojechał do Jo – westchnął A. W.  

Starannie złożył serwetkę. 

– Drew, przed wyjazdem zabiorę swoje rzeczy z twojego domu. 

Cassie zerwała się z miejsca. 

–  Nie  wolno  ci  działać  zbyt  pochopnie  –  zawołała  z  przejęciem.  – 

Zobaczysz, jeszcze dziś spotkamy się na weselu. 

– To byłoby bardzo miłe – odparł A. W. ze smutnym uśmiechem  – 

ale nie będę jej potępiał, jeśli zdecyduje inaczej. Jo jest kobietą z klasą, a 

moja historia nie należy do najweselszych. 

Cassie uściskała go serdecznie. 

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną na świecie – oświadczyła. 

background image

– Który ma zamiar zapłacić rachunek.  

Skinął na kelnerkę. 

– Zapłaciłeś już dzisiaj dość, dziadku – zaoponował Drew. – Teraz 

moja kolej. 

A. W. spojrzał uważnie na wnuka. Ze zrozumieniem kiwnął głową. 

– Dobrze. Dziękuję. 

– Cała przyjemność po mojej stronie. 

– Chciałbym was zawiadomić o decyzji Jo. Gdzie będziecie? 

– U mnie – odparł z przekonaniem Drew.  

Wziął Cassie pod rękę. 

–  Chcesz,  żebym  ci  pomogła  w  przygotowaniach  do  wesela?  – 

spytała, gdy zmierzali w stronę parkingu. 

Zerknął na nią z ukosa. 

– Nigdy w życiu – mruknął. 

– Do siódmej zostało niewiele czasu. 

– Oczywiście. 

–  Jestem  przekonana,  że  wesele  odbędzie  się  zgodnie  z  planem. 

Wczoraj zauważyłam, że nie wszystkie dekoracje znajdują się na swoich 

miejscach. 

– Nic się nie zmieniło. 

– Na szczęście podczas kolacji wydrążono dynie.  

Samochód  mknął  pustawymi  ulicami.  Drew  wcisnął  mocniej  pedał 

gazu. 

background image

– Umieściłeś w salonie rozpylacze pary? 

– Nie. 

Na żółtych światłach przejechał przez skrzyżowanie. 

– Drew, zachowujesz się, jakby na niczym ci nie zależało. 

– Przygotowania nie są najważniejsze. 

– O której przychodzą kelnerzy i obsługa kuchni? 

– O piątej. 

Opony samochodu zapiszczały na kolejnym zakręcie. 

– Rozumiem. 

– I dopiero wówczas zacznę dekorować salon. 

– Rozumiem. Kto jest teraz w domu? 

– Nie ma nikogo. 

Zapanowało milczenie. Cassie z tajemniczym uśmiechem wyglądała 

przez szybę. 

–  Nie  spytasz,  co  mam  zamiar  robić  aż  do  piątej?  –  odezwał  się 

Drew. 

– Skończysz szykować kostium? 

– To, o czym myślę, nie wymaga żadnego przebrania.  

Wjechał na podjazd. 

– Rozumiem – powtórzyła Cassie.  

Spojrzał jej prosto w oczy. 

–  Mam  nadzieję,  że  zdołamy  dotrzeć  do  sypialni  –  powiedział  z 

uśmiechem. 

background image

Skinęła głową. 

– Kocham cię – szepnął. 

– Kocham cię – powtórzyła jak echo. 

Gdy  znaleźli  się  w  sypialni,  pękła  ostatnia  bariera  nieufności,  jaka 

dzieliła ich jeszcze tak niedawno. 

–  Jesteś  cudowna  –  wyszeptał  Drew.  –  Przesunął  dłonią  po  ciele 

dziewczyny. – Pragnę cię. 

– Ja ciebie także. 

–  Witaj  w  domu  –  wymruczał,  zanurzając  twarz  w  jej  włosach.  – 

Poszukiwania skończone. 

Przywarła do niego całym ciałem. 

 

wieczornych 

wiadomościach 

telewizyjnych 

komentator 

stwierdził, że wesele w domu Bennettów było niezwykle udane. Kamera 

zarejestrowała  zdumioną  minę  drużby,  gdy  druhna  panny  młodej 

pojawiła  się  w  kostiumie  lotnika  z  pierwszej  wojny  światowej. 

Zdziwienie łatwo było zrozumieć, ponieważ drużba był także przebrany 

za pilota. 

Papierowe  girlandy  zwisały  prosto  i  nic  nie  wskazywało,  że  były 

zawieszane  w  szalonym  pośpiechu.  W  rogach  salonu  kłębiły  się 

pajęczyny, a do ścian przywarły tekturowe nietoperze. 

Kolejne ujęcie pokazywało grupę gości. Mały, pulchny Tweedledee 

ściskał  za  rękę  Tweedleduma,  obok  stał  groźny  goryl,  kilku  piratów, 

background image

dwie  odrażająco  brzydkie  czarownice,  duch  w  postrzępionym 

prześcieradle i wysoka brunetka w kostiumie Hiszpanki. 

Na  koniec  na  ekranie  pojawiły  się  dwie  wiewiórki,  objęte 

serdecznym  uściskiem.  Gdy  pastor  wygłosił  ceremonialną  formułę, 

goście  gwizdami,  tupaniem  i  oklaskami  wyrazili  swoje  zadowolenie. 

Młoda  para  dość  szybko  opuściła  gościnne  progi,  lecz  nikt  nie  miał 

zamiaru iść w ich ślady. Zabawa trwała. 

–  To  przez  te  kostiumy  –  powiedział  Drew.  Położył  dłoń  na 

ramieniu  Cassie.  Odeszli  nieco  na  bok.  –  Ludzie  w  przebraniu 

pozbywają się zwykłej nieśmiałości. 

– Nie wiem, czego się pozbywają, ale zauważyłam, że goryl stracił 

ucho, a peruka tamtej czarownicy zaraz znajdzie się na podłodze. 

–  Czarownica  jest  mężczyzną,  który  całkiem  niedawno  zakończył 

odsiadywanie  kary  za  defraudację  pieniędzy  należących  do  urzędu 

pocztowego. Mówiłem ci o nim. 

– Aha... to ten? Właśnie tańczy z żoną naczelnika poczty. 

– Zauważyłem.  A  może z  samym  naczelnikiem? Przez te  kostiumy 

niczego nie widać. 

–  Nie  zawsze.  Spójrz  na  Ruth.  Wygląda  znakomicie  w  przebraniu 

Hiszpanki. 

– Lecz nie tak dobrze, jak as lotnictwa z pierwszej wojny światowej. 

Obdarzył ją gorącym spojrzeniem. 

– Chciałbym, żeby już było po wszystkim. 

background image

– Nie jesteś zbyt gościnny.  

Pogładził ją po plecach. 

– Nie. Mam ochotę zaciągnąć cię do sypialni. Dlaczego tylko A. W. 

i Jo mogli odejść? 

– To ich wesele. 

Pod wpływem pieszczoty wyprężyła się niczym kotka. 

– Mmm... lubię, jak mnie głaszczesz. 

– Znam jeszcze milsze sposoby. Nie jest ci zbyt gorąco w skórzanej 

kurtce? 

– Trochę. 

– Znakomicie. Nikt nie zauważy, jeśli znikniemy. 

– Nie. Pamiętaj, że jest tu mój szef i jego żona. 

–  Co  z  tego?  Niedługo  nie  będziesz  pracować  na  poczcie. 

Rozpoczniesz całkiem nową karierę. 

– Mam nadzieję. 

–  Na  pewno.  Pamiętaj,  że  mam  wielu  przyjaciół  wśród 

psychologów. 

Spojrzała na niego zaskoczona. 

– Chcesz mi pomóc? Nie wiedziałam, że tak bardzo interesujesz się 

grafologią. 

– Interesuję się tobą. – Musnął wargami jej usta. – Cholera, dlaczego 

ten dom jest pełen ludzi?  

Cassie zachichotała. 

background image

– Możemy zawołać „pożar” i zmusić wszystkich do ucieczki. 

–  Znakomity  pomysł  –  mruknął.  –  Na  nasz  ślub  zaprosimy  tylko 

dziadków. 

– Nasz ślub? – spytała z niewinną miną. – Mamy zamiar się pobrać? 

–  Złapałaś  wiązankę  –  przypomniał  jej.  –  Nie  pozwolę,  żeby  ktoś 

mnie ubiegł. 

–  Wiem.  Wyczytałam  to  z  twojego  charakteru  pisma.  Jesteś 

uparciuchem. 

– To znaczy, że się zgadzasz? 

Objęła  jego  twarz  dłońmi  i  poczuła  pod  palcami  miękki  dotyk 

jedwabistej brody. 

– Tak. 

Oczy mężczyzny rozświetliły wesołe błyski. 

– Cudownie. Zaczekaj chwilę. 

Podbiegł w drugi koniec sali, wyłączył muzykę, po czym  przyłożył 

do ust zwinięte dłonie. 

–  Proszę  o  chwilę  uwagi!  Zabawa  była  wspaniała,  lecz  teraz 

serdecznie zapraszam wszystkich miłych gości do wyjścia! 

Przez  chwilę  panowało  zdziwione  milczenie,  lecz  kilka  minut 

później wszyscy posłusznie zaczęli rozchodzić się do domów. 

–  Do  zobaczenia  jutro  –  odezwał  się  Tweedledum,  ściskając  dłoń 

Cassie. 

–  Niestety,  to  niemożliwe  –  wtrącił  Drew,  nim  dziewczyna  zdołała 

background image

coś odpowiedzieć. – Cassie zmienia zawód. 

Tweedledum spojrzał w jego stronę. 

– Co takiego? 

–  Jest  wykwalifikowanym  ekspertem  od  analizy  grafologicznej  – 

wyjaśnił Drew. – Czy wie pan... 

– Drew – łagodnie przerwała mu Cassie – goście wychodzą. 

– Tak? Trudno. Tyle miałem do powiedzenia na temat grafologii. 

Odprowadził ostatnią parę do drzwi. 

– Czas na moje badania. 

– Naprawdę?  – spytała  z kpiącym  uśmiechem Cassie.  –  A  co  masz 

zamiar robić? 

Zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem.