background image

Vicki Lewis Thompson 

 

Boże narodzenie w Connecticut 

 

(Tis the season) 

 

przekł. Hanna Bąkowska 

 

 
 

background image

Rozdział 1 

 

Anna położyła na ladzie siatkę dojrzałych pomidorów i sięgnęła do 

torebki po portfel. Łysiejący mężczyzna przy kasie nie zdążył przyjąć od 

niej pieniędzy, kiedy do sklepu wtoczyła się potężna kobieta. 

–  Edwardzie!  –  zawołała,  walcząc  z  zadyszką.  –  Wiesz  już  o 

Sammym? 

Mężczyzna zamrugał oczami i posłał Annie przepraszający uśmiech. 

– Nie,  Estelle. Nic  nie wiem. – Nacisnął  klawisze  starej  metalowej 

kasy i spokojnie poinformował Annę, ile jest mu winna. 

–  A  więc  jesteś  ostatnim,  który  się  o  tym  dowiaduje  –  kobieta 

uśmiechnęła  się  triumfująco.  –  Sumersbury  będzie  w  telewizji.  W 

programie ogólnokrajowym. W czasie największej oglądalności. 

– Niemożliwe?! – Edward przyjął od Anny pieniądze. – Dlaczego? 

–  Przed  godziną  ludzie  z  telewizji  zadzwonili  do  Sammy'ego  i 

powiedzieli,  że  chcą  zrobić  specjalny  program  o  ścięciu  choinki  dla 

Białego  Domu.  Program  ma  się  nazywać  „Boże  Narodzenie  w 

Connecticut". No i jak ci się to podoba? 

Anna  zerknęła  na  kobietę,  która  tuszą  przypominała  trzydrzwiową 

szafę. Nie zetknęła się z nią wcześniej, ale przecież nie spotkała jeszcze 

większości  mieszkańców  Sumersbury.  Kiedy  przyjeżdżała  tu  na 

weekendy,  prawie  nie  opuszczała  swojego  wiejskiego  domu.  Ale  teraz 

musi spytać o ten przyjazd telewizji. Jeśli to, co podejrzewała okaże się 

background image

prawdą,  cisza  i  spokój  jej  ustronia  narażone  są  na  poważne 

niebezpieczeństwo. 

–  Przepraszam  –  zaczęła  –  czy  to  ma  coś  wspólnego  z  farmą 

Garrisona? 

Kobieta odwróciła się do Anny. 

–  Jak  najbardziej.  Pani  tu  chyba  nie  mieszka,  inaczej  nie  miałaby 

pani żadnych wątpliwości. 

–  Przyjeżdżam  tylko  na  weekendy  –  wyjaśniła  Anna  i  natychmiast 

tego pożałowała. 

– Ach tak. – Estelle zmierzyła ją od stóp do głów. – A więc to pani! 

Daphne  mówiła,  że  jakaś  kobieta  z  Nowego  Jorku  kupiła  dom 

McCormicków. 

Anna stłumiła jęk. No i proszę, sama się wygadała. 

– Tak, to ja – przyznała niechętnie. 

–  Zatem  jest  pani  sąsiadką  Sammy'ego  Garrisona.  Nie  mogę 

uwierzyć, że nic pani nie wie. Nasz Sammy wygrał konkurs! 

– Nie znam Sammy'ego... to znaczy pana Garrisona – odpowiedziała 

słabym  głosem.  Wiadomości  były  gorsze,  niż  przypuszczała, 

postanowiła  jednak  dowiedzieć  się  wszystkiego.  –  O  jakim  konkursie 

pani mówi? 

– Oczywiście o dorocznym konkursie Związku Hodowców Choinek. 

Nasz Sammy  zajął w  tym  roku  pierwsze  miejsce  i  na Boże Narodzenie 

jedno z jego drzewek będzie stało w samym środku Białego Domu. Czy 

background image

to nie wspaniale? 

– Tak, wspaniale. 

–  A  teraz  ten  program  w  telewizji.  –  Oczy  Estelle  błyszczały  z 

radości.  –  Zapowiedziałam  już  Sammy'emu,  że  nasze  panie  z  Cechu 

Rzemiosł  udekorują  mu  dom.  To  typowy  kawaler,  zupełnie  się  na  tym 

nie  zna.  Nie  możemy  pozwolić,  żeby  sfilmowano  wnętrze  domu 

Sammy'ego w jego obecnym stanie, prawda, Edwardzie? 

–  Chyba  tak,  Estelle  –  zgodził  się  sprzedawca,  zerkając  ukradkiem 

na Annę. 

–  No  cóż,  muszę  jeszcze  przygotować  obiad,  a  czeka  mnie  milion 

rozmów telefonicznych – oznajmiła  kobieta, odchodząc od lady. – Miło 

mi  było  panią  poznać,  panno...  przepraszam,  ale  zapomniałam  pani 

nazwiska. 

–  Tilford  –  powiedziała  Anna,  podnosząc  z  lady  swoje  pomidory  i 

wzdychając z rezygnacją. – Anna Tilford. 

– A ja, moja droga, nazywam się Estelle Terwiliger. 

Anna domyśliła się, że nazwisko kobiety powinno wywrzeć na niej 

wrażenie i uśmiechnęła się niewyraźnie. 

–  Mnie  również  miło  było  panią  poznać.  –  Zatem  jej  długie, 

spokojne lato dobiegło końca. 

Po  drodze  do  domu  Anna  rozmyślała  nad  tym,  czego  się 

dowiedziała  i  chciało  się  jej  śmiać  z  ironii  losu.  Spośród  wszystkich 

ustronnych  wiejskich  domów  w  Connecticut  kupiła  posiadłość 

background image

sąsiadującą  z  miejscem,  które  wkrótce  zostanie  pokazane  w  programie 

telewizyjnym.  W  swojej  naiwności  wyobrażała  sobie,  że  dom 

McCormicków,  usytuowany  między  farmą  choinek  a  rezerwatem 

przyrody, będzie doskonałym azylem dla zaleczenia ran i nabrania sił do 

życia. 

Nowy  nabytek  ucieszył  ją  jeszcze  bardziej,  kiedy  ktoś  z  sąsiedniej 

farmy  uprzyjemniał  jej  letnie  wieczory  wspaniałymi  koncertami  na 

harmonijce  ustnej.  Przejmujące  dźwięki  nostalgicznych  melodii 

przynosiły  jej  ukojenie.  Jednakże  przez  kilka  ostatnich  weekendów 

muzyk milczał, prawdopodobnie zajęty wygrywaniem konkursu choinek 

i burzeniem spokoju jej wiejskiego zacisza. Świetnie, nie ma co. 

Wjechała  na  podjazd  i  zatrzymała  samochód  przed  zwalonym 

klonem,  który  przewrócił  się  wczesnym  latem  podczas  burzy,  tarasując 

przejazd. Na szczęście, drzewo zwaliło sienie w weekend, ale w środku 

tygodnia,  dzięki  czemu  mały  dwudrzwiowy  ford  Anny  nie  został 

uwięziony w garażu, niemniej jednak w każdy piątek musiała obchodzić 

klon dookoła, ciągnąc za sobą walizkę i torbę z zakupami. 

Kiedy  otworzyła  drzwiczki,  od  strony  farmy  drzewek  dobiegł  ją 

warkot  piły  elektrycznej.  Żegnaj,  cichy  wiejski  zakątku!  Wysiadła  z 

wozu, złożyła oparcie siedzenia i sięgnęła do tyłu po walizkę. Następnie 

wyjęła  torbę  z  zakupami,  położyła  na  wierzchu  siatkę  pomidorów  i 

zatrzasnęła biodrem drzwiczki samochodu. 

Piła ciągle wyła w oddali. Przy pomocy takiej maszyny z łatwością 

background image

można  by  odtarasować  przejazd,  pomyślała  Anna,  dźwigając  bagaże 

dookoła  zwalonego  pnia.  Świetny  pomysł.  Dlaczego  nie  poprosić  o  to 

Sama  Garrisona!  Na  pewno  zgodzi  się  za  niewielką  opłatą  pociąć  klon 

zawalidrogę.  Poza  rym  jest  jej  to  winien  za  ten  konkurs,  którego 

konsekwencje mogą wkrótce zburzyć spokój jej odosobnienia. 

Anna  postawiła  walizkę  w  holu,  włożyła  pomidory  i  częściowo 

rozmrożonego kurczaka do lodówki, zamknęła na klucz drzwi frontowe i 

wróciła szybko do wozu. Piła wciąż grała swoją ogłuszającą melodię, ale 

jej operator w każdej chwili mógł zrobić przerwę na kolację, a wówczas 

nadarzająca  się  sposobność  odtarasowania  podjazdu  przepadłaby 

bezpowrotnie. 

Cofając  samochód  Anna  ujrzała  swoje  odbicie  w  lusterku 

wstecznym.  Wariatka,  pomyślała  o  sobie  i  zachichotała.  W 

powyciąganym  żółtym  dresie,  z  opadającymi  niesfornie  na  plecy 

skręconymi  lokami,  nie  zrobi  dobrego  wrażenia  na  swoim  sąsiedzie. 

Kiedy  była  dzieckiem,  jej  starszy  brat,  Jim,  mawiał,  że  jej  włosy 

przywodzą  mu  na  myśl  potargany  przez  psa  pomarańczowy  sweter. 

Wyśmiewał  się  również  z  koloru  jej  oczu  twierdząc,  że  powinny  być 

niebieskie, jak u innych rudowłosych, a nie piwne, jak u niej. 

Kiedy Jim wydoroślał, przeprosił ją  za to,  co  mówił,  i  przyznał,  że 

jest ładna, ale to Eric był pierwszym mężczyzną, który nazwał ją piękną. 

Powiedział,  z  tą  typową  dla  artystów  skłonnością  do  metafory,  że  jej 

włosy są jak pierzaste obłoki o zachodzie słońca, a oczy przywodzą mu 

background image

namyśl  wspaniałą,  mleczną  czekoladę.  Kiedy  zostali  kochankami, 

namówił  ją,  żeby  zapuściła  włosy  do  połowy  pleców,  a  gdy  zeszłego 

roku  zaczęły  się  między  nimi  niesnaski,  Eric  tłumaczył  jej  zły  humor 

płomienną barwą włosów, obracając w ten sposób w zarzut to, co kiedyś 

było atutem. 

Jadąc na farmę Garrisona, Anna spoglądała  na ciągnące  się wzdłuż 

drogi  niskie  kamienne  murki,  które  odgradzały  od  siebie  posiadłości, 

przecinając  łagodny  wiejski  krajobraz.  Przypomniała  sobie  wiersz 

„Naprawianie muru" Roberta Frosta o tym, że dobre płoty są gwarantem 

dobrego  sąsiedztwa. Może tak  było  w  czasach  Frosta, pomyślała, ale te 

kamienne  ogrodzenia  nie  są  wystarczająco  wysokie,  żeby  stanowić 

osłonę  przed  kamerami  telewizyjnymi  i  wścibstwem  mieszkańców 

miasteczka. 

Skręciła  w  polną  drogę  prowadzącą  do  białego,  jednopiętrowego 

domu.  Po  prawej  stronie  znajdowała  się  czerwona  stodoła,  zza  której 

dochodził  warkot  piły.  Na  podjeździe  między  domem  a  stodołą  stała 

samotnie 

zielono-biała 

poobdrapywana 

półciężarówka. 

Anna 

zaparkowała  obok niej swojego  forda.  Wysiadła  z wozu  i  popatrzyła za 

stodołę, na równe rzędy półmetrowych i metrowych chojaków. Szkółka 

bożonarodzeniowych  drzewek,  pomyślała,  wdychając  świeży  zapach. 

Gdyby  nie  ten  głupi  konkurs,  który  wygrał  sąsiad,  w  pełni  doceniłaby 

słodki aromat. 

Wrześniowe słońce chyliło się ku zachodowi, Anna ruszyła szybkim 

background image

krokiem w kierunku stodoły w poszukiwaniu Sama. Zobaczyła go tuż za 

rogiem:  zwrócony  do  niej  profilem,  w  czerwonej  kraciastej  koszuli  i 

spranych dżinsach, z ciemnymi, opadającymi na kark włosami wyglądał 

jak  ze  zdjęcia  w  czasopiśmie  o  życiu  na  wsi.  Ekipa  telewizyjna  byłaby 

wniebowzięta, gdyby mogła sfilmować tę scenę. 

Zanim  zdążyła  się  odezwać,  przesunął  kłodę  na  kozłach  i  włączył 

piłę. Anna zatkała uszy  palcami. Kiedy skończył, ruszyła w jego stronę 

wołając:  

– Przepraszam.  

Odwrócił się, zsunął gogle na czubek ciemnych włosów i spojrzał na 

nią  zdumiony.  Ma  tak  samo  niesforne  włosy  jak  ja,  pomyślała 

zadowolona,  że  znalazła  kogoś  z  równie  niemożliwie  skręconymi 

włosami. 

– W czym mogę pomóc? – Wyłączył piłę, oparł się o pniak i wyjął 

zatyczki z uszu. 

– Nazywam się Anna Tilford. Mieszkam koło drogi. – Anna nie była 

już  teraz  tak  pewna  siebie  jak  w  chwili  opuszczania  domu.  Zwinne, 

sprężyste  ruchy  i  silne  ramiona  mężczyzny  onieśmielały  ją.  –  Sammy 

Garrison? – upewniła się. 

Uśmiech zadrżał w kącikach jego ust. 

– Pewnie rozmawiałaś z Estelle. 

– Dlaczego? 

– Ona jest jedyną osobą, której wolno nazywać mnie Sammy. 

background image

– Och – zaczerwieniła się Anna. – Przepraszam. 

–  Nie  ma  za  co.  Miło  mi  cię  poznać,  Anno.  Kupiłaś  dom 

McCormicków? 

–  Tak.  –  Kiedy  opadło  z  niej  skrępowanie,  przyjrzała  mu  się 

uważniej.  

Był mniej więcej w jej wieku, może trochę starszy: mógł mieć jakieś 

trzydzieści dwa, trzy lata. Miał przyjemną twarz o wystających kościach 

policzkowych  i  kwadratowej  szczęce,  z  siateczką  zmarszczek 

mimicznych wokół błękitnych oczu. 

– A więc to ty jesteś tą kobietą z miasta, która wszystkich intryguje 

– powiedział, uśmiechając się do niej. 

– Na to wygląda. – Anna wyobrażała sobie, że jest niezauważalna w 

tej małej społeczności, a tymczasem była na ustach całego miasteczka. – 

I przychodzę tu, żeby cię o coś prosić. 

– Słucham. Co tylko zechcesz. 

Była  zaskoczona.  Nie  spodziewała  się  tak  bezpośredniej 

odpowiedzi. 

– Potrzebuję piły – wykrztusiła z siebie. 

Spojrzał na nią, uśmiechając się ze zrozumieniem. 

–  Zastanawiałem  się,  kiedy  nowemu  właścicielowi  znudzi  się 

obchodzenie tego zwalonego klonu. 

– Niczego nie da się ukryć w Sumersbury, prawda? – roześmiała się 

Anna. 

background image

– Z pewnością niewiele. 

– Chętnie zapłacę... – urwała widząc, jak marszczy opalone czoło. – 

Przepraszam – wycofała się natychmiast. – Nie chciałam cię obrazić. 

–  Nie  szkodzi  –  powiedział,  robiąc  krok  do  przodu,  jakby  chciał 

załagodzić  jej  niezręczność.  –  Rozumiem.  Jesteś  z  miasta.  Jedną  z 

wartości, które się tu ceni, jest pomoc sąsiedzka, więc pozwól, że oddam 

ci przysługę w imię dobrego sąsiedztwa. 

– Będę ogromnie wdzięczna. 

Ma  rację,  pomyślała.  Nie  jest  obeznana  z  wiejskimi  zwyczajami: 

pomocą  sąsiedzką  czy  towarzyszącą  jej  tendencją  do  wtrącania  się  w 

sprawy innych. 

– Prawie skończyłem – oznajmił, spoglądając na rozrzucone wokół 

kozłów  kawałki  drewna.  –  Zabierzmy  się  szybko  za  twój  klon,  żeby 

zdążyć  przed  zapadnięciem  zmroku.  –  Wziął  piłę  i  ruszył  w  stronę 

parkingu koło stodoły. 

– Możemy pojechać moim wozem – zaofiarowała się Anna. 

Sam spojrzał na jej lśniący niebieski samochód. 

–  Lepiej  nie.  Jestem  cały  w  pyle,  a  z  silnika  piły  może  cieknąć 

benzyna. 

Patrzyła,  jak  kładzie  piłę  na  platformę  ciężarówki.  Dopiero  teraz 

zauważyła drobne pyłki tarcicy w jego ciemnych włosach, na kraciastej 

koszuli  i  dżinsach.  Nie  przypuszczała,  by  świadomie  zwrócił  jej  uwagę 

na  swoje  ciało,  niemniej  jednak  wypowiedziane  przez  niego  słowa 

background image

odniosły  właśnie  taki  skutek.  Mimo  poirytowania  wieściami  o 

nieuchronnej  inwazji  ekip  telewizyjnych,  Anna  zorientowała  się,  że  od 

pewnego czasu nie spuszcza oka z Sama Garrisona i że podoba się jej to, 

co widzi. 

Sam zdjął gogle z czubka głowy, wzniecając obłok pyłu. 

– Uh. Wspaniale będzie wskoczyć potem pod prysznic – westchnął, 

przecierając dłonią oczy. 

Jego  uwaga  była  zupełnie  niewinna,  ale  Anna  nie  czuła  się  tak 

niewinnie, kiedy wyobraziła go sobie pod prysznicem. 

– Z pewnością – powiedziała, odwracając wzrok. 

–  Wejdźmy  na  chwilę  do  domu.  Muszę  wziąć  kluczyki  do 

ciężarówki. 

Posłuchała  go, cały czas  podziwiając naturalną swobodę,  z jaką się 

do  niej  odnosił.  Rzeczywiście,  zwyczaje  wiejskie  całkowicie  różnią  się 

od  miejskich.  W  Nowym  Jorku  koncentrowała  się  na  duchowej  stronie 

życia, tutaj otaczał ją zewsząd świat całkowicie fizyczny. Może dlatego 

ciało tego mężczyzny wywarło na niej takie wrażenie. Przecież, kiedy go 

zobaczyła,  zajęty  był  pracą  fizyczną.  Nic  więc  dziwnego,  że  jej  myśli 

obracają się wokół jego ciała. 

Otworzył przed nią drzwi frontowe. 

– Ostrzegam, że to kawalerskie mieszkanie. Rozgość się, a ja skoczę 

po klucze i portfel. – Wbiegł po schodach na górę, przeskakując po dwa 

stopnie naraz. 

background image

Estelle  miała  rację  mówiąc,  że  dom  Sammy'ego  wymaga  pewnej 

pracy  przed  przybyciem  kamer  telewizyjnych.  Anna  stała  na  środku 

salonu i rozglądała się po pokoju. Okiem zawodowej dekoratorki wnętrz 

wyłowiła natychmiast piękny belkowany sufit i elegancką sofę, na której 

piętrzyły się stosy ksiąg rachunkowych. Tapicerka sofy, jaskrawozielona 

krata, kłóciła się z leżącym przed nią tkanym dywanikiem. 

Dwa  fotele  obite  sztucznym  materiałem  stały  z  dwóch  stron 

wielkiego osmalonego kominka. Anna zrozumiała teraz, dlaczego zastała 

Sama na piłowaniu drzewa. Kominek tych rozmiarów musiał pożerać w 

zimie  mnóstwo  drewna.  Jej  instynkt  zawodowy  nie  mógł  ścierpieć 

widoku  leżących  na  nim  rupieci:  kupki  listów,  pary  nożyczek, 

kamiennego przycisku i kłębka szpagatu. 

Zauważyła  również  kilka  stylowych  stoliczków  i  trzy  praktyczne, 

lecz nieciekawe lampy. Wszystkie sprzęty zeszły jednak na plan dalszy, 

kiedy  jej  wzrok  przykuł  pewien  przedmiot  stojący  w  ciemnym  kącie 

pokoju: było to wspaniałe stare krosno z ośmiostrunową nicielnicą. 

Podeszła  do  niego  i  położyła  dłoń  na  zakurzonej  ramie  z  drzewa 

klonowego. Ogarnęły ją miłe wspomnienia. Kiedy chodziła na zajęcia z 

tkactwa  w  college'u,  obiecywała  sobie,  że  kiedyś  kupi  takie  krosno  i 

stworzy  na  nim  wspaniałe  rękodzieła.  Niestety,  nic  z  jej  planów  nie 

wyszło. 

Na  dźwięk  kroków  schodzącego  po  schodach  Sama  odwróciła  się, 

nie zdejmując dłoni z krosna. 

background image

– Umiesz tkać? – spytał, podchodząc do niej. 

–  Kiedyś  tkałam.  Zawsze  marzyłam,  żeby...  W  każdym  razie,  to 

piękne krosno. 

– Mojej babki. Powinienem był je sprzedać, zamiast pozwolić, żeby 

tkwiło  tu  bezczynnie  i  pokrywało  się  kurzem,  ale  nie  wiedzieć  czemu 

przywiązałem się do tego grata. 

–  Dlaczego  nie  nauczysz  się  na  nim  tkać?  –  zasugerowała  Anna 

wzruszona jego uwagą. – Słyszałam o piłkarzu, który dla odreagowania 

stresów,  wziął się  za wyszywanie.  Co  prawda,  taka praca jak  twoja nie 

jest chyba zbyt stresująca. 

– Myślę, że trochę była w ostatnich tygodniach. Może powinienem 

wziąć  się  za  tkanie,  przynajmniej  do  pierwszej  połowy  grudnia  – 

roześmiał się. 

– Właśnie usłyszałam dziś nowiny. 

– Nie wydajesz się nimi zachwycona. 

–  Bo  nie  jestem.  Dom  na  wsi  miał  być  dla  mnie  czymś  w  rodzaju 

azylu. 

–  Bardzo  mi  przykro.  Jeśli  dzięki  temu  poczujesz  się  nieco  lepiej, 

przyznam  ci  się,  że  mnie  też  nie  cieszy  ta  cała  afera  z  przyjazdem 

telewizji.  –  Włożył  ręce  do  tylnych  kieszeni  dżinsów.  –  Chciałem 

wygrać konkurs, ale nie miałem pojęcia, co to za sobą pociągnie. Niech 

to  diabli,  znów  dzwoni  telefon.  Tego  się  właśnie  obawiałem. 

Przepraszam na chwilę. 

background image

Wyszedł  do  kuchni  i  Anna  usłyszała,  że  rozmawia  z  kimś  o 

programie telewizyjnym. Sądząc po tonie jego głosu, miał już dosyć tego 

tematu.  Anna  przyłapała  się  na  tym,  że  zaczyna  mu  współczuć. 

Zrozumiała,  że  perspektywa  przyjazdu  telewizji  przeraża  go  tak  samo, 

jak ją. Poczuła do niego sympatię. 

–  Kiedy  wygrałem  konkurs,  telefon  wprost  się  urywał  –  wyjaśnił 

Sam  po  powrocie  z  kuchni.  –  Teraz,  kiedy  ludzie  dowiedzieli  się  o 

przyjeździe telewizji, czeka mnie znowu to samo. 

–  Jak  to  się  stało,  że  wiadomość  o  tym  rozeszła  się  tak  szybko? 

Estelle Terwiliger mówiła, że dzwonili do ciebie dziś po południu. 

– Od  lat  mam wspólny  telefon z  Doris McGillicuddy  i jakoś  dotąd 

nie zdobyłem  się na  to, żeby  go zmienić. Doris  podsłuchuje cały czas i 

przekazuje  wieści  Estelle.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Zresztą,  to 

nieważne. I tak niczego nie udałoby mi się długo utrzymać w tajemnicy, 

nawet bez Doris. 

– Zaczynam to rozumieć. 

Znów przerwał im dzwonek telefonu. 

– Wynośmy się stąd. Niech sobie dzwoni – powiedział Sam. 

– Jesteś pewny? 

–  Jeśli  zaraz  stąd  nie  wyjdziemy,  nigdy  nie  spiłujemy  twojego 

drzewa. Niedługo zajdzie słońce i zrobi się ciemno. 

– A więc chodźmy. 

Sam  otworzył  przed  nią  drzwi  i  wyszli  na  zewnątrz.  Anna  wsiadła 

background image

do forda i ruszyła pierwsza, Sam jechał za nią ciężarówką. Po drodze do 

domu  przypomniała  sobie  koncerty  harmonijki,  których  słuchała  z 

przyjemnością przez całe lato. Zrobiło się jej gorąco na myśl, że to Sam 

mógł być niewidzialnym muzykiem. Zastanawiała się, czy wypada go o 

to spytać. 

Zaparkowała samochód na skraju podjazdu, zostawiając miejsce dla 

ciężarówki.  Teraz,  kiedy  klon  miał  zostać  pocięty,  nie  wiedziała,  co 

zrobić  z  klockami  drewna.  Powinna  zaproponować  je  Samowi,  ale  tak, 

by  nie  odczuł  tego  jako  próby  wciśnięcia  mu  zapłaty.  Nie  przyszło  jej 

wcześniej  do  głowy,  że  będzie  musiała  bardzo  uważać,  aby  nie  zranić 

uczuć swoich sąsiadów. 

Do  zapadnięcia  zmroku  zostało  niewiele  czasu.  Anna  stała  obok 

Sama  patrząc,  jak  nakłada  gogle  i  wkłada  zatyczki  do  uszu.  Kiedy 

włączył  piłę,  oparła  się  o  przedni  zderzak  ciężarówki  i  przypatrywała 

jego pracy. 

Nieczęsto  widywała  mężczyzn  wykonujących  tak  męskie  zajęcie, 

jak piłowanie drzewa. Chociaż nigdy nie pozwalała sobie stawiać znaku 

równości  między  fizyczną  siłą  a  męskością,  nie  spuszczała  oczu  z 

napiętych  mięśni  Sama.  Kiedy  skończył  i  zgasił  silnik,  Anna 

spontanicznie zaprosiła go na kolację. Zaskoczyła tym samą siebie. Nie 

należała do kobiet, które wychodzą z inicjatywą. 

– Z wielką chęcią – odparł Sam, przyjmując zaproszenie. 

–  To  świetnie.  A  może  tak...  przyniósłbyś  ze  sobą  harmonijkę?  – 

background image

zaryzykowała. 

– Skąd wiesz... ? – spytał zaskoczony. 

– Słyszałam, jak grasz. – Więc jednak się nie pomyliła. – Całe  lato 

dostarczałeś mi wieczornej rozrywki. 

Policzki  oblał  mu  rumieniec  wstydu.  Spuścił  jasnobłękitne  oczy  i 

mruknął zażenowany: 

– Nie mogę w to uwierzyć, mówiłaś, że lubisz spokój i ciszę. 

–  Sam,  to  było  piękne  –  zapewniła  go  gorąco,  zapominając  o 

ostrożności.  –  Nie  masz  pojęcia,  jak  twoja  muzyka  współgra  z  tutejszą 

atmosferą.  Kiedy  kończyłeś  swój  koncert,  zawsze  czułam  się  taka 

odprężona. Obiecywałam sobie, że któregoś dnia dowiem się, kto dał mi 

tyle przyjemności i podziękuję mu za to. Teraz mogę to zrobić. 

–  Nie  miałem  pojęcia,  że  ktoś  mnie  słucha  –  tłumaczył  się  wciąż 

zakłopotany. 

– Przyniesiesz ją? 

– Nigdy przedtem nie grałem przed publicznością. 

–  Oczywiście,  że  grałeś.  Nie  wiedząc  o  tym,  grałeś  dla  mnie  całe 

lato.  Proszę  cię.  Po  tym  wszystkim,  co  już  dla  mnie  zrobiłeś,  nie  mam 

prawa  prosić  cię  o  nic  więcej,  ale  ostatnio  brakowało  mi  twoich 

koncertów i bardzo bym chciała, żebyś zagrał na mojej werandzie. 

Spojrzał na nią niepewnie. 

– Na pewno nie spodoba ci się z bliska. 

–  Zaryzykuję.  –  Anna  uśmiechnęła  się.  –  Proszę  cię,  zrób  to  w 

background image

ramach dobrosąsiedzkich stosunków. 

–  Widzę,  że  szybko  się  uczysz  –  roześmiał  się  Sam  i  potrząsnął 

głową. – Zgoda, ale nie mów, że cię nie ostrzegałem. Ani się obejrzę, jak 

odeślesz mnie i moją harmonijkę do domu. 

Anna  zajrzała  mu  w  oczy  i  poczuła  znajomy  ucisk  w  sercu. 

Naprawdę ten mężczyzna coraz bardziej się jej podobał. 

– Zanim pójdę się umyć, ułożę ci kloce. Gdzie je położyć? 

– Myślałam, że może przydadzą się tobie, do palenia w kominku. 

Sam spojrzał na sterczący nad pokrytym gontami dachem komin. 

– A ty nie palisz u siebie drewnem? – spytał. 

– Mam zamiar, ale... 

– A  więc  porąbię  ci  kloce jutro albo  pojutrze rano. Gdzie trzymasz 

zapas? 

– Jest kilka kawałków na tyłach domu. Dziękuję ci, Sam – dodała po 

chwili. 

– Nie ma za co. – Wrzucił pierwszy kloc na tył ciężarówki, jakby to 

była puchowa poduszka. 

Przyglądała  się,  jak  ładuje  wielkie  kawały  drewna,  a  następnie 

pomogła  mu  wrzucać  mniejsze,  mimo  jego  protestów,  że  porani  sobie 

ręce.  Wspólna  praca  u  jego  boku  wzmagała  pociąg,  jaki  coraz  bardziej 

do niego czuła. 

–  Objadę  dom  i  wyładuję  drewno,  a  ty  w  tym  czasie  możesz  zająć 

się kolacją – powiedział, gdy skończyli. 

background image

Przygotowanie kurczaka zajmie prawie godzinę, pomyślała szybko, 

a  on  na  pewno  umiera  z  głodu  po  całym  dniu  pracy  na  świeżym 

powietrzu. 

– Świetny pomysł – odparła. – Przyjedź, jak tylko będziesz gotowy i 

nie zapomnij o harmonijce, zgoda? 

– Skoro tego chcesz – odparł z uśmiechem, wsiadając do szoferki. 

Cóż to za cudowny wiejski chłopak, pomyślała, kiedy Sam pojechał 

na tył domu, a ona weszła do kuchni przygotować posiłek. Jej stosunki z 

Samem  były  tak  naturalne  i  tak  bardzo  różniły  się  od  form,  które 

obowiązywały w mieście, że czuła się inną osobą. Miała ochotę zrzucić z 

siebie wyrafinowanie narzucone przez dziesięć lat życia w Nowym Jorku 

i zachowywać się jak miła wiejska dziewczyna. 

Z  okna  w  kuchni  widziała,  jak  w  gęstniejącym  zmroku  Sam 

wyładowuje  z  ciężarówki  drewno  i  układa  je  w  stos.  Nie  mogła  sobie 

przypomnieć,  kiedy  ostatnio  wyglądała  nadejścia  wieczoru  z  taką 

niecierpliwością.  W  ostatnim  roku  pożycia  z  Erikiem  ciągłe  awantury 

kładły  się  cieniem  na  wspólnie  przeżytych  chwilach.  Z  ulgą  przyjęła 

rozstanie,  do  którego  w  końcu  doszło  na  wiosnę,  chociaż  pustka 

mieszkania  boleśnie  przypominała  jej  o  stracie  kochanka.  Tym  chętniej 

co weekend wyjeżdżała na wieś, uciekając od wspomnień. 

Kiedy  Sam  skończył  wyładowywać  kloce,  zerknął  na  oświetlone 

kuchenne  okno  i  pokiwał  do  niej  ręką.  Anna  pomachała  mu  w 

odpowiedzi. Następnie wskoczył do ciężarówki i odjechał. 

background image

Po  włożeniu  do  piekarnika  posypanego  ziołami  kurczaka  wzięła 

szybki  prysznic.  Chciała  się  w  coś  przebrać,  ale  jedynymi  ubraniami, 

jakie  zabrała  ze  sobą  na  weekend,  były  dresy.  Nie  szkodzi,  pomyślała. 

To ma być moja wiejska idylla. Włożyła fiołkowy dres, nieco nowszy od 

żółtego, nałożyła na twarz świeży makijaż i wyszczotkowała włosy. 

Na  dole  rzuciła  okiem  na  stół,  który  kupiła  na  wyprzedaży 

używanych  mebli  i  zawstydziła  się.  Nie  zrobiła  niczego,  żeby 

umeblować  ten  dom,  choć  jej  nowojorscy  przyjaciele  sądzili,  że  ze 

swojej  wiejskiej  posiadłości  uczyni  perłę  dekoratorstwa,  którą 

zaprezentuje  im  uroczyście,  jak  tylko  skończy  swoje  dzieło.  Anna  nie 

chciała  przyznać  się  przed  nimi,  a  nawet  przed  samą  sobą,  jak  mało 

interesuje  ją  ostatnio  dekoratorstwo.  Praca,  która  kiedyś  była  dla  niej 

źródłem  radości,  stała  się  teraz  jedynie  sposobem  na  płacenie 

rachunków. 

Znajdowała  buntowniczą  przyjemność  nie  dekorując  swojego 

wiejskiego  domu,  ale  teraz,  kiedy  spodziewała  się  gościa  na  kolacji, 

żałowała,  że  nie  kupiła  przynajmniej  obrusa i świec. W końcu pobiegła 

na  górę  po  prześcieradło  w  kwiaty  i  kawałek  wstążki.  Obwiązała 

prześcieradło  wstążką  wokół  obwodu  stołu  i  położyła  na  środku 

drewnianą  misę  z  czerwonymi  jabłkami  i  zielonymi  winogronami. 

Przypomniała  sobie  o  białych  świecach  kuchennych,  które  trzymała  na 

wypadek  awarii  elektryczności,  wydrążyła  dwa  jabłka,  wsadziła  w  nie 

świece i postawiła na stole. 

background image

Kiedy odsunęła się trochę, żeby ocenić efekt swoich starań, odczuła 

satysfakcję,  jakiej  w  ostatnich  miesiącach  brakowało  jej  w  pracy,  a 

przecież rozpostarła jedynie na stole prześcieradło i ułożyła kilka jabłek 

w  misce.  Eric  z  pewnością  wyśmiałby  jej  zaimprowizowaną  dekorację, 

ale Erica tu nie było. Nie musi przejmować się jego zdaniem, a Sam nie 

wydaje się aż tak surowym sędzią. 

Stanął  w  drzwiach  kuchennych  wkrótce  po  tym,  jak  skończyła 

nakrywać  do  stołu.  Miał  jeszcze  wilgotne  włosy,  pachniał  mydłem  i 

szamponem.  Kiedy  zdjął  lekką  kurtkę  i  powiesił  ją  na  wieszaku  koło 

kurtki Anny, stwierdziła, że podobnie jak ona zmienił jedynie kolory, nie 

rodzaj ubrania. Zamiast czerwonej włożył niebieską kraciastą koszulę, a 

dżinsy,  jakie  miał  teraz  na  sobie,  robiły  wrażenie  nowszych  niż  te,  w 

których piłował drzewo. Poza tym  był to ten sam  miły  wiejski chłopak, 

który  pociął  jej  klon.  Z  kieszonki  koszuli  wystawała  mu  harmonijka. 

Przyniósł również butelkę wina. 

–  Zaryzykowałem  –  powiedział,  podając  jej  chardonnay.  –  Nie 

wiem, czy pasuje do tego, co podasz i czy w ogóle lubisz wino. 

– Upiekłam kurczaka i chardonnay świetnie się do niego nadaje. 

–  To  dobrze.  –  Zajrzał  jej  przez  ramię  do  jadalni  i  wydał  z  siebie 

cichy  gwizd  uznania. –  Zdążyłaś  przygotować  to  wszystko,  kiedy  mnie 

nie było? 

–  Owszem.  Jesteś  moim  pierwszym  gościem  i...  bawiło  mnie 

przygotowanie stołu z tego, co miałam pod ręką. 

background image

–  Jestem  pod  wrażeniem.  –  Popatrzył  na  nią  w  zamyśleniu.  –  Jaki 

właściwie jest twój zawód? 

–  Biorąc  pod  uwagę  wygląd  mojego  domu,  aż  wstyd  mi  się 

przyznać. To jak z tym przysłowiowym szewcem, co bez butów chodzi. 

– A więc jesteś kimś w rodzaju zawodowej dekoratorki? 

– Obawiam się, że tak.  Ale tego lata chciałam po prostu wypocząć, 

dlatego za nic się tu jeszcze nie zabrałam. 

– Świetnie cię rozumiem. – Oparł się o blat w kuchni i zajrzał jej w 

oczy.  –  A  biorąc  pod  uwagę,  że  to  twoje  wakacyjne  lokum,  nie 

powinienem nawet marzyć o tym, o czym teraz myślę. 

–  Wyrażasz  się  bardzo  niejasno,  Sam.  Powiedz  wyraźnie,  o  co  ci 

chodzi. 

–  Dobrze  –  westchnął  ciężko  –  ale  obiecaj,  że  nie  będziesz  się 

krępowała powiedzieć mi, żebym się wypchał. 

– W porządku. – Skrzyżowała ręce na piersiach i czekała. 

– No więc, ludzie z telewizji spodziewają się, że mój dom wyglądać 

będzie jak z kolorowego magazynu o wsi, a widziałaś na własne oczy, że 

tak  nie  jest.  Estelle  i  kilka  kobiet  z  miasteczka  zaofiarowało  się,  że 

udekorują mój dom na święta, ale na samą myśl o tym robi mi się słabo. 

Wyobrażasz sobie kilka starszych dam biegających w tę i z powrotem po 

moim domu, drapujących coś to tu, to tam, jak jakieś wróżki z bajki? – 

Rzucił jej żałosne spojrzenie. 

Anna  roześmiała  się,  wyobrażając  sobie  Estelle  kierującą  ruchem 

background image

pośrodku salonu Sama. 

– Więc chciałbyś,  żebym dała ci  kilka fachowych porad? To  mogę 

zrobić.  –  Nie  żąda  zbyt  wiele,  pomyślała,  a  pomoc  sąsiedzka  powinna 

działać w obie strony. 

– Więcej niż kilka porad. Chciałbym, żebyś urządziła cały dom,  od 

dołu do góry. 

Żegnaj, wiejska idyllo, pomyślała Anna. Żegnajcie, wieczory przed 

kominkiem w  towarzystwie nowo poznanego przyjaciela i jego  muzyki. 

Ten wiejski chłopak prowadzi tu interesy i potrzebuje jej pomocy. Chce 

włączyć ją w szaleństwo, które ściągnął sobie na głowę, wygrywając ten 

przeklęty konkurs. 

– Sam, jestem ci bardzo  wdzięczna, że odtarasowałeś  mój podjazd, 

ale  z  wielką  przykrością  muszę  odmówić  twojej  pierwszej  prośbie  o 

przysługę. Nie wydaje mi się, żeby... 

– Nie chodzi mi o przysługę. To zbyt wiele pracy. Zapłacę ci za to. 

Nie  dysponuję  tysiącami,  ale  ten  program  telewizyjny,  jakkolwiek 

nieznośne  mogą  się  jeszcze  okazać  związane  z  nim  kłopoty,  bardzo 

pomoże  mi  w  interesach.  Teraz,  kiedy  tkwię  w  tym  po  uszy,  byłbym 

głupcem, gdybym skąpił na wystrój domu. 

Anna  wiedziała,  że  przydałyby  się  jej  dodatkowe  pieniądze, 

zwłaszcza  przy  nowych  wydatkach  w  związku  z  domem  na  wsi,  ale 

wahała się jeszcze. Wreszcie postanowiła zdobyć się na szczerość. 

–  Nie  wiem,  ile  byłoby  warte  to,  co  mogłabym  dla  ciebie  zrobić, 

background image

Sam.  Ostatnio  nie  bawi  mnie  już  urządzanie  wnętrz.  Gdybym  mogła 

sobie na to pozwolić, rzuciłabym swoją pracę i zakopała się w domu na 

wsi. 

– Rozumiem. Znam to uczucie. No cóż, zapomnij o mojej prośbie. 

Słusznie  zrobiła,  odrzucając  jego  propozycję,  mówiła  sobie  w 

duchu.  Całkiem  słusznie.  Mimo  to  malujące  się  na  jego  twarzy 

rozczarowanie sprawiało jej przykrość. 

– Czego... yyy... czego właściwie potrzebujesz? 

–  Ludzie  z  telewizji  mówili  coś  o  wnętrzach  w  stylu  Normana 

Rockwella – rozjaśnił się Sam. 

Wbrew  poprzedniej  odmowie  Anna  zaczęła  wyobrażać  sobie 

zmiany  w  jego  salonie.  Sofa  nie  była  zła,  chociaż  należałoby  odnowić 

tapicerkę,  ale  fotele  musiałyby  zniknąć.  Krosno,  oczywiście,  było 

doskonałym  detalem,  trzeba  by  je  wyciągnąć  z  ciemnego  kąta  i  lepiej 

wyeksponować. Krosno... 

–  Anno,  czuję  się  okropnie,  prosząc  cię  o  to,  ale  nawet  nie  wiem, 

gdzie szukać innego dekoratora. Takie zlecenie nie zajmie ci zbyt wiele 

czasu,  a  ja  nie  jestem  wybredny.  Chętnie  też  pomogę,  jeśli  tylko  do 

czegoś się nadam... 

– Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem – przerwała mu, widząc 

otwierające się przed nią nowe możliwości. 

– Jakim tylko chcesz. 

– Że w zamian będę mogła tkać na krośnie twojej babki! 

background image

Rozdział 2 

 

Sam był zachwycony jej propozycją. 

– Umowa stoi – zgodził się natychmiast.  

Patrzył,  jak  wyraz  ostrożnej  niechęci  w  oczach  Anny  ustępuje 

miejsca  entuzjazmowi.  Odkąd  zgodziła  się  mu  pomóc  w  urządzeniu 

domu,  zmienił  się  również  jego  stosunek  do  przyjazdu  telewizji.  Może 

mimo wszystko nie będzie aż tak ile. 

–  Chciałabym  przenieść  krosno  do  siebie,  o  ile  nie  masz  nic 

przeciwko temu. 

–  Oczywiście,  że  nie.  –  Jeśli  liczył  przez  chwilę,  że  rozłoży  się  z 

robotą u niego w salonie, musiał o tym zapomnieć, ale to nie było teraz 

ważne. I tak będą się widywać przy urządzaniu domu. 

– Odniesiemy je z powrotem przed przyjazdem telewizji – dodała. – 

Krosno z rozpoczętą robotą będzie wspaniałym akcentem dekoratorskim 

w salonie. 

– Pewnie masz rację, chociaż co ja o tym wiem? 

–  Niewiele,  ale  masz  szczęście,  że  ja  wiem  o  tym  coś  niecoś  – 

przekomarzała się z nim Anna. 

–  To  widać.  –  Wskazał  stół  w  jadalni  udekorowany  zapalonymi 

świeczkami.  –  Czuję  się  tak,  jakbym  wszedł  do  jakiejś  szykownej 

restauracji. 

– To dlatego że obsługa jest taka powolna – roześmiała się Anna. – 

background image

Jestem okropnie głodna, a to znaczy że ty musisz chyba umierać z głodu 

po całej tej dzisiejszej harówce. Bierzmy się do jedzenia. 

– Jestem gotów. Pomóc ci w czymś? 

–  Może  otworzysz  wino?  Korkociąg  jest  w  ostatniej  szufladzie  na 

lewo – powiedziała, otwierając piekarnik. 

Zapach pieczonego kurczaka rozszedł się po kuchni. 

Dobrze  znał  tę  kuchnię,  więc  bez  trudu  odnalazł  korkociąg. 

Podobało  mu  się,  że  Anna  nie  zmieniła  przytulnej  kuchenki  pani 

McCormick  w  jakiś  cud  najnowszej  techniki.  Sosnowe  szafki  nadal 

pokryte  były  niemodną  już  warstwą  białej  farby.  W  oknie  nad  zlewem 

wciąż wisiały bawełniane firanki w niebieską kratkę, nie zmieniły się też 

ani lodówka, ani emaliowana kuchenka. 

Wyjął z kieszeni scyzoryk i ściągnął złotko z szyjki butelki. 

–  Ta  kuchnia  budzi  wspomnienia  –  powiedział,  wbijając  ostrze 

korkociągu w korek. – Kiedy byłem dzieckiem, pani McCormick piekła 

dla mnie piernikowe ludziki. 

– Wychowałeś się tu, w Sumersbury? – spytała Anna, obrzucając go 

zaciekawionym spojrzeniem. 

–  Nie.  –  Pomyślał,  że  wygląda  wspaniale  z  policzkami 

zarumienionymi  żarem  z  piekarnika. –  Przyjeżdżałem  tylko  na  wakacje 

do moich dziadków. 

– A więc dom, w którym mieszkasz, należał do twoich dziadków? 

– Przez prawie pięćdziesiąt lat. 

background image

–  No,  no.  Cieszę  się,  że  mi  o  tym  powiedziałeś.  Jeśli  coś  w  tym 

domu jest dla ciebie święte, lepiej, żebym o tym wiedziała, zanim wezmę 

się za przeróbki. 

–  Nie  wiem,  czy  coś  jest  „święte",  ale  chyba  jestem  trochę 

przywiązany  do różnych  przedmiotów. –  Spojrzał na nią,  zastanawiając 

się,  na  ile  może  jej  ufać.  W  końcu  powiedział  ostrożnie:  –  Miałem 

zwariowane dzieciństwo. Ta farma i dziadkowie stanowili jedyne trwałe 

oparcie w moim życiu. Byli dla mnie bardzo ważni. 

Anna  przestała  polewać sosem kurczaka i zwróciła do  niego twarz, 

jakby  oczekiwała, że powie coś więcej.  Gdyby nie przerwała pracy, nie 

ciągnąłby  dalej  swojej  opowieści,  ale  jej  pełne  uwagi  milczenie 

przekonało go, że naprawdę chce dowiedzieć się o nim czegoś więcej. 

– Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem pięć lat – powiedział – i 

matka  wyszła  potem  za  mąż  jeszcze...  trzykrotnie.  Ciągle  się 

przenosiliśmy z miejsca na miejsce. 

Skinęła  głową,  jakby  chciała  powiedzieć,  że  nie  musi  jej  dalej 

tłumaczyć. 

– A ojciec? – spytała łagodnie. 

–  Zniknął  ze  sceny.  Z  początku  nienawidziłem  go  za  to,  ale  moja 

babka wytłumaczyła mi, że nie był dość silny, żeby być ojcem jedynie na 

ćwierć  etatu.  Należał  do  tych,  co  biorą  wszystko  albo  nic.  Skoro  nie 

mógł  mieć  wszystkiego,  odszedł.  Babka  wybaczyła  mu  to  zachowanie, 

więc po jakimś czasie i ja mu wybaczyłem. 

background image

Anna milczała przez chwilę. 

–  Musimy  przejrzeć,  jedną  po  drugiej,  rzeczy  w  twoim  domu  – 

odezwała  się  w  końcu.  –  Nie  zdajesz  sobie  nawet  sprawy,  co  mogą 

znaczyć  najmniejsze  zmiany  we  wnętrzu,  które  tak  bardzo  naładowane 

jest emocjami. 

– Daj spokój, nie ma co się za bardzo roztkliwiać. Jest tam również 

mnóstwo zwykłych śmieci. Poza tym już nie jestem małym zalęknionym 

chłopcem – powiedział nieco pewniejszym tonem. 

– Chyba że chodzi o starsze panie z Cechu Rzemiosł. 

– Masz rację – roześmiał się Sam. – Wystraszyły mnie nie na żarty. 

Prawdopodobnie  bałem  się,  że  zadepczą  rzeczy  moich  dziadków.  – 

Spojrzał na Annę. – Musisz być bardzo dobra w swoim zawodzie, nawet 

jeśli cię to teraz męczy. 

– Kilka razy szef zganił mnie za to, że utwierdzam klienta w decyzji 

zatrzymania  starych  sprzętów,  zamiast  namawiać  go  na  zakup  nowych. 

Przez to sprzedajemy mniej naszych mebli. 

–  Ale  to  świadczy  również,  że  masz  charakter.  Czy  dlatego 

zastanawiasz  się  nad  rzuceniem  pracy,  że  twój  szef  chce,  abyś 

sprzedawała więcej mebli? 

– Nie, przynajmniej tak mi się wydaje. Z tym mogę sobie dać radę. – 

Spojrzała  na  niego.  –  Problem  w  tym,  że  nie  bawi  mnie  już 

dekoratorstwo.  Klient  chwali  mnie  za  to,  co  zrobiłam,  ale  ja  mu  nie 

wierzę. 

background image

– Może potrzebujesz zmiany w życiu? 

– Może. – Zarumieniła się jeszcze bardziej. 

Spojrzał na butelkę wina. 

– Jeśli skończę kiedyś ją otwierać, wypijemy za to. 

– I zjemy kolację, którą ci obiecałam – dodała z uśmiechem. 

Sam wyciągnął korek z butelki z cichym puknięciem, które zdawało 

się oznajmiać początek czegoś specjalnego. Zerknąwszy na Annę, której 

długie  loki  spadały  kaskadą  na  plecy  i  wiły  się  wokół  zarumienionej 

twarzy, pomyślał, że to coś już się zaczęło. 

W  trakcie  kolacji  Anna  opowiedziała  mu  o  swojej  rodzinie. 

Zarówno  rodzice,  jak  i  starszy  brat  z  żoną  i  trójką  dzieci  mieszkali  w 

stanie Indiana. Matka  i  ojciec wkrótce  obchodzić  będą  trzydziestą piątą 

rocznicę ślubu. 

– To cudownie – wtrącił Sam, sącząc wino. – Moi dziadkowie żyli 

ze sobą sześćdziesiąt jeden lat i podziwiałem ich za to. 

– Musieli się wcześnie pobrać. 

– Chyba mieli oboje po dwadzieścia lat. Babcia pewnie była trochę 

młodsza.  Tak,  niektórzy  z  nas  mieliby  kłopoty,  żeby  pobić  ich  rekord. 

Nawet  gdybym  ożenił  się  jutro,  musiałbym  dożyć  dziewięćdziesięciu 

dwóch lat, żeby móc obchodzić sześćdziesiątą rocznicę ślubu. 

–  Ja  chyba  też  nie  dożyłabym  sześćdziesiątej  rocznicy.  Miałabym 

wtedy  osiemdziesiąt  dziewięć  lat.  –  Przypomniała  sobie,  że  kiedyś 

liczyła  pięcioletni  związek  z  Erikiem  jako  lata  małżeństwa,  chociaż 

background image

formalnie nie wzięli ze sobą ślubu. Eric twierdził, że dla niego ślub nie 

ma najmniejszego znaczenia. – Będę musiała odstąpić bicie rekordów w 

pożyciu małżeńskim rodzicom i mojemu bratu. 

– A więc to ty wzięłaś na siebie rolę buntownika w swojej rodzinie? 

– zażartował Sam. 

–  Jeśli  zrobisz  jakąś  aluzję  do  moich  rudych  włosów,  rozczarujesz 

mnie. 

–  Ani  mi  się  śni.  –  Wypił  łyk  wina  i  spojrzał  na  nią  znad  brzegu 

kieliszka.  – Nie lubię stereotypów, a  zresztą moja babka też  miała rude 

włosy, a była łagodną, czułą osobą. 

– Masz szczęście, to cię uratowało – roześmiała się Anna. – Chcesz 

deser? Mogę rozmrozić sernik. 

–  Później  –  jęknął  Sam.  –  Okropnie  się  najadłem  tą  wspaniałą 

kolacją. 

– Mam nadzieję, że nie na tyle, żebyś nie mógł zagrać na harmonijce 

– powiedziała, odsuwając krzesło i zbierając talerze. 

– Łudziłem się, że zapomnisz. 

– Nigdy w  życiu.  Chodź – zdecydowała, układając talerze jeden na 

drugim i sięgając po kieliszek z winem. – Włożymy kurtki i usiądziemy 

na chwilę na werandzie. W ciemności będziesz się mniej wstydzić. 

–  Nie  wiem  dlaczego  w  ogóle  dałem  się  namówić,  żeby  przynieść 

harmonijkę – marudził Sam, wstając od stołu. 

– Ponieważ jesteś dobrym sąsiadem – rzuciła przez ramię w drodze 

background image

do kuchni. 

– Pewnie tak. 

Sam zdmuchnął świece, zabrał kieliszek z winem i poszedł za Anną. 

Zastanawiał  się  nad  wrażeniem,  jakie  na  nim  robiła.  W  ciągu  kilku 

godzin, odkąd się poznali, zdążył przed nią odsłonić szczegóły swojego 

nieszczęśliwego dzieciństwa i zgodził się zagrać na harmonijce, chociaż 

nigdy wcześniej dla nikogo nie grał. 

Poduszki na metalowych krzesłach były zimne, a powietrze jeszcze 

chłodniejsze.  W  trawie  cykało  zaledwie  kilka  świerszczy  i  Anna 

wiedziała,  że  w  następny  weekend  i  one  mogą  zamilknąć,  szykując  się 

do zimy. W powietrzu pachniało jesienią: spalonymi liśćmi i dojrzałymi 

jabłkami. Niedawno drzewa zaczęły zmieniać barwy. Co roku czekała na 

tę chwilę, jesień była jej ulubioną porą. 

Choć Sam wybrał krzesło jak najdalej od niej, nie czuła się urażona, 

rozumiała jego wstydliwość. 

– Jest zupełnie ciemno – zauważył, stawiając kieliszek na stoliku. – 

Nie odgadnę z twojej twarzy, czy podoba ci się to, co gram, czy też nie. 

Obiecaj, że powiesz mi, jak cię znudzę. – Wyjął z kieszeni harmonijkę. 

– Obiecuję. 

Kiedy  zaczął  grać,  poczuła,  jak  słodycz  wlewa  się  jej  do  serca. 

Rozpoznała  melodię  „Letniska",  piosenki,  którą  grywał  w  letnie 

wieczory.  Och,  jakie  to  piękne,  pomyślała,  kładąc  głowę  na  oparciu 

krzesła.  Sam  nawet  nie  zdaje  sobie  sprawy  z  tego,  jaki  ma  talent.  Jego 

background image

gra mówiła o samotności i tęsknocie, czułości i kochaniu. Uświadomiła 

sobie, że nic nie wie o jego miłosnej przeszłości, ale też nie powiedziała 

mu nic o swojej. Pewnych rzeczy nie musiał jej jednak mówić. 

Skończył grać, a ona rozkoszowała się uczuciem, jakie wzbudziły w 

niej  tkliwe  dźwięki  melodii.  Po  chwili  odchrząknął  i  uderzając 

harmonijką o dłoń, zapytał: 

– Masz dość? 

Jego słowa wyrwały ją z zadumy. 

–  Dość?  Och,  Sam,  mogłabym  cię  słuchać  bez  końca.  Nie  masz 

pojęcia, jak kojąco działa na mnie twoja muzyka. 

– A ja myślałem, że cię uśpiłem. Siedziałaś tak cicho. 

–  Nie  spałam.  Byłam  tylko...  jakaś  taka  odprężona  i  spokojna. 

Proszę,  graj  dalej.  Zagraj  „Uwolnioną  melodię".  Bardzo  lubiłam  jej 

słuchać latem. 

–  Ciągle  nie  mogę  w  to  uwierzyć  –  dobiegł  ją  głos  z  ciemności.  – 

Kiedy  wieczorami  siadałem  przed  domem,  żeby  zagrać  na  harmonijce, 

myślałem,  że  nikt  mnie  nie  słyszy,  a  tymczasem  ty  w  każdy  weekend 

byłaś tu i słuchałaś. 

– Chyba dlatego mam takie wrażenie, jakbym cię już znała. 

Nic  na  to  nie  odpowiedział,  ale  czuła,  że  dystans  między  nimi 

jeszcze bardziej zmalał. Widziała, że sprawiła mu przyjemność, chwaląc 

jego  grę,  ale  w  reakcji  Sama  było  coś  więcej.  Zastanawiała  się,  czy  on 

też zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje w zaciszu ciemnej werandy. 

background image

Melodia,  jaką  zaczął  grać,  dała  jej  odpowiedź.  Wiedział.  Anna 

zamknęła  oczy  i  przywołała  obraz  Sama  takiego,  jakim  widziała  go  po 

południu:  pochylonego  nad  piłą,  wrzucającego  kloce  drewna  na 

ciężarówkę. A teraz w tych samych dłoniach trzymał srebrną harmonijkę 

i poruszając ustami, wyczarowywał z niej przejmujące, słodkie dźwięki. 

Na myśl o pełnych wargach mężczyzny oblizała usta. Wiedziała, że jego 

gra się jej spodoba, nie spodziewała się jednak, że ją uwiedzie. 

Kiedy  skończył,  zapadła  cisza.  Anna  nie  śmiała  się  odezwać  w 

obawie, że to, co odczuwała, było jedynie wytworem jej fantazji. 

– Robi się późno – powiedział wreszcie Sam, unosząc się z krzesła. 

– Chyba powinienem już iść do domu. 

Anna również wstała,  modląc  się w duchu, żeby nie ugięły się  pod 

nią nogi, kiedy będzie go żegnać. 

– Nie chcesz sernika? 

–  Nie,  dziękuję.  Ja...  –  urwał  i  stał  w  miejscu  bez  ruchu,  niczym 

skamieniały.  Mimo  ciemności  wiedziała,  że  na  nią  patrzy.  –  Światło  z 

kuchni pada na twoje włosy – powiedział prawie oskarżycielskim tonem, 

jakby rozmyślnie stanęła w tym miejscu. 

–  Och!  –  Anna  cofnęła  się  o  krok.  Wcale  nie  miała  zamiaru 

rozbudzać  tego  napięcia,  które  nagle  pojawiło  się  między  nimi,  a  jej 

reakcja na Sama zupełnie wytrąciła ją z równowagi. Podejrzewała, że on 

również  nie  bardzo  rozumie,  co  się  z  nim  dzieje.  –  Sam...  –  zaczęła 

niepewnie – ja... – nie wiedziała, co powiedzieć. 

background image

– Anno, ja... – znowu przerwał. 

Nie  była  pewna,  kto  poruszył  się  pierwszy,  może  oboje  zrobili  to 

równocześnie uznając, że dzieli ich zbyt duża odległość. 

– Och – westchnęła, kiedy przygarnął ją do siebie.  

Czuła bicie jego serca. 

– To właśnie chciałem powiedzieć – mruknął i zbliżył wargi do  jej 

ust. 

Anna  odpowiedziała  mu  z  pasją,  o  istnienie  której  nawet  się  nie 

podejrzewała.  Wówczas  przytulił  ją  mocniej  do  siebie  i  wsunął  głębiej 

język  w  jej wilgotne  usta.  Ciało  Anny  zaczęło  wzbierać  pożądaniem. Z 

ust wyrwał się stłumiony jęk rozkoszy. 

Usłyszała  ciężki  oddech  Sama  i  poczuła,  jak  tężeją  mu  mięśnie. 

Pogłaskał  ją  po  plecach  i  przesunął  dłonie  w  dół,  na  okrywający  jej 

pośladki miękki materiał dresu. Przycisnął ją delikatnie, a kiedy ich ciała 

zetknęły się ze sobą, odchylił głowę, żeby zajrzeć jej w twarz. 

– Powinienem był pójść do domu – wymruczał. 

Anna przełknęła ślinę. 

–  Nie  planowałam  tego.  Ale  coś  w  twojej  muzyce...  po  tym,  jak 

słuchałam jej przez całe lato... 

– Ja nie mam takiego usprawiedliwienia. Aż do dzisiejszego dnia nic 

nie wiedziałem o twoim istnieniu. 

Ujęła jego twarz w dłonie. 

–  Sam  –  zaczęła,  ale  nowa  fala  namiętności  zamknęła  jej  usta. 

background image

Pragnęła, by znów ją pocałował. Otworzyła oczy i spróbowała odezwać 

się ponownie, zdecydowana stłumić swoje impulsy – Nie wiem, co się ze 

mną  dzieje,  ale  to  mogą  być  różne  rzeczy.  Myślę,  że  przez  twoją 

muzykę,  przez  to,  że  słuchałam  jej  całe  lato,  stałeś  się  dla  mnie  kimś 

bliskim, ale i nierealnym, jakby osobą z fantazji. 

– Czy to źle? – Kiedy podniósł rękę i pogłaskał ją po włosach, czuła, 

jak oblewają gorąco. – Chyba że rzeczywistość cię rozczarowała. 

–  Rzeczywistość  mnie  przytłacza  –  odparła,  dotykając  gładkiej, 

świeżo wygolonej skóry na jego policzku. 

– Ale emocje przyszły tak szybko, że niezupełnie im ufam. 

– Czy chciałabyś... – odchrząknął – żebym sobie poszedł? 

Zawahała się, rozdarta między rozsądkiem i pożądaniem. 

–  Chyba  tak.  Widzisz,  nie  chciałabym,  żeby  to  było  wynikiem 

samotności. 

– Ja też nie. Jesteś samotna? 

–  Nie  wiedziałam,  że  jestem.  Wolałam  nazywać  się  niezależną  i 

samowystarczalną.  Przecież  przyjechałam  na  wieś  po  to,  żeby  pobyć 

trochę sama ze sobą. 

Sam  milczał  chwilę,  a  w  końcu  cofnął  się  o  krok,  uwalniając  ją  z 

uścisku swoich ramion. 

– Kim on jest? – zapytał łagodnym tonem. 

– Kto? – Patrzyła na niego zdumiona. 

– Facet, o którym chcesz tu zapomnieć. 

background image

W  pierwszym  odruchu  chciała  się  tego  wyprzeć.  Nikt  nie  miał 

prawa sugerować, że kupno domu na wsi wiązało się w jakimś stopniu z 

odejściem  Erica.  Ale  przed  chwilą  całowała  się  namiętnie  z  tym 

mężczyzną i może dlatego powinna powiedzieć mu prawdę. 

–  Przez  pięć  lat,  aż  do  marca  tego  roku,  mieszkałam  z  Erikiem 

Oretskym. Słyszałeś kiedyś o nim? 

– Nigdy. 

–  Jest  bardzo  znany  w  Nowym  Jorku.  Spotkaliśmy  się,  kiedy 

zamawiałam  u  niego  obraz  dla  jednego  z  klientów.  Byłam  pod 

wrażeniem jego sławy, a on... 

–  Twojej  urody  –  dokończył  Sam.  –  Świetnie  to  rozumiem.  Kiedy 

przyszłaś  do  mnie  dziś  po  południu  z  rozpuszczonymi  i  lśniącymi  w 

słońcu włosami, zaparło mi dech w piersiach. A wieczorem odkryłem, że 

jesteś  równie  wrażliwa  i  utalentowana,  jak  piękna.  Może  twoja  reakcja 

na  mnie  jest  efektem  samotności,  ale  nie  moja  na  ciebie.  Odwołałem 

randkę, żeby tu dziś być. 

– Sam, nie miałam pojęcia. – Anna poczuła się winna. 

–  To  nieważne  –  wzruszył  ramionami.  –  Chciałem  tylko,  żebyś 

wiedziała,  że  mimo  tych  wieczornych  koncertów  na  harmonijce  nie 

jestem  samotnym  wiejskim  chłopakiem.  Czy  to  też  było  częścią  twojej 

fantazji? 

– Może. 

–  Grywam  trochę  na  harmonijce  po  skończeniu  pracy,  ale  to  nie 

background image

znaczy,  że  potem  nie  wybieram  się  gdzieś  na  kolację  albo  nie  jadę  do 

teatru  do  Hartford.  Prawdę  mówiąc  –  dodał  –  czasami  tęsknię  do 

samotności.  Nie  dlatego,  że  prowadzę  zbyt  intensywne  życie 

towarzyskie,  ale  niekiedy  muszę  poświęcać  wieczory  na  spotkania  z 

klientami, ponieważ nie mogę się z nimi umówić w ciągu dnia. 

– Z klientami? – zdziwiła się Anna. 

– Jestem dyplomowanym księgowym.  A  przynajmniej  taki  był  mój 

zawód. Znudziła mnie ta praca, chyba tak samo jak ciebie dekoratorstwo. 

Kiedy  pojawiła  się  okazja  prowadzenia  hodowli  choinek,  zamknąłem 

swoje biuro w Hartford i przeniosłem się tutaj, ale nadal prowadzę księgi 

podatkowe kilku klientów. 

–  O  Boże.  A  ja  myślałam,  że  oddajesz  się  jedynie  życiu  na  łonie 

natury. 

–  Bardzo  bym  chciał,  ale  nie  mogę  jeszcze  sobie  na  to  pozwolić. 

Może dzięki reklamie, jaką zrobi mi sprzedaż choinki dla Białego Domu, 

będę  mógł  zupełnie  rzucić  swoją  dawną  pracę.  Taki  przynajmniej  jest 

mój cel. 

Anna klasnęła w dłonie. 

– Zatem – oznajmiła uroczyście – chętnie ci w tym pomogę. Możesz 

być pewny, że przygotuję twój dom jak najlepiej na przyjazd telewizji. 

–  To  znakomicie.  –  Włożył  ręce  do  tylnych  kieszeni  spodni  i 

spojrzał  na  nią.  Po  chwili  wziął  głęboki  oddech  i  zaryzykował:  –  Jeśli 

kiedyś uznasz, że to, co przeżywałaś przed chwilą, jest czymś więcej niż 

background image

efektem samotności, daj mi znać. 

Czuła,  jak znowu  wzbiera w  niej pożądanie, ale  tym razem zdusiła 

je  w  sobie.  Może  Sam  tak  na  nią  działa  tylko  dlatego,  że  brakuje  jej 

dotyku męskich ramion, a skoro tak, to nie chciałaby go zwodzić.  

– Dziękuję za usunięcie drzewa i... za zrozumienie. 

– Nie ma za co – odparł cicho. – Kiedy przywieźć ci krosno? 

– Czy jutro rano nie będzie za wcześnie? 

– Oczywiście, że nie. 

–  A  kiedy  obejrzymy  dom  i  zastanowimy  się  nad  koniecznymi 

zmianami? – zrewanżowała się Anna. 

– Czy jutro rano nie będzie za wcześnie? – powtórzył za nią. 

–  Oczywiście,  że  nie  –  podchwyciła  i  oboje  uśmiechnęli  się  do 

siebie. – Podoba mi się twój styl, Sam – dodała po chwili. 

–  Ale  boisz  się,  że  czułabyś  to  samo  wobec  pierwszego  lepszego 

faceta, jaki nawinąłby ci się pod rękę, czy tak? 

– Nie chciałabym tak myśleć, ale... – westchnęła Anna. – Zresztą nie 

jesteś  żadnym  pierwszym  lepszym  facetem,  ale  kimś  naprawdę 

specjalnym,  i  nie  jest  tak,  żebym  nie  miała  w  mieście  okazji  do 

spotykania się z innymi mężczyznami. Moi znajomi od miesięcy próbują 

mnie umawiać na randki. 

– A ty, wyjeżdżając na wieś, marnujesz ich wysiłki. 

– Chyba masz rację. 

Sam milczał chwilę. 

background image

– Dam ci radę – powiedział w końcu. – Chociaż może będę jeszcze 

żałował, że jej udzieliłem. 

– Tak, słucham. 

– Dlaczego nie przestaniesz uciekać z  miasta  przed tymi facetami i 

nie umówisz się na randkę z najlepszym z nich, żeby przekonać się, jak 

na ciebie działa? 

–  I  jeśli  rzucę  mu  się  w  ramiona  tak  jak  przed  chwilą  tobie,  będę 

wiedziała,  że  jestem  samotną  starą  panną,  rozpaczliwie  potrzebującą 

jakiegokolwiek mężczyzny – dokończyła Anna. 

–  Jeśli  ty  jesteś  samotną  starą  panną,  to  ja  jestem  Świętym 

Mikołajem – roześmiał się Sam. 

– Och, sama już nie wiem – również się uśmiechnęła. – Trzymanie 

się z dala od mężczyzn było o wiele łatwiejsze. 

–  Myślę,  że  po  dzisiejszym  wieczorze  ta  opcja  nie  wchodzi  już  w 

grę – powiedział łagodnie. – Chwilowo się wycofuję, ale nie zamierzam 

odejść.  Poza  wszystkim  mamy  wspólne  interesy.  O  której  przywieźć 

krosno? 

– O której ci wygodnie. 

– Czy ósma rano będzie odpowiednia? 

– Jak najbardziej. 

–  A  zatem  do  jutra  –  rzucił,  schodząc  po  drewnianych  stopniach  i 

kierując się do ciężarówki. 

Anna  otwarła  usta,  żeby  go  zawołać. Czy to  takie  ważne, dlaczego 

background image

go  pragnęła?  Ale  zanim  zdążyła  sobie  odpowiedzieć,  Sam  uruchomił 

silnik, włączył światła i wycofał się z podjazdu. 

 

background image

Rozdział 3 

 

Anna nastawiła budzik na siódmą trzydzieści, ale obudziła się, nim 

zadzwonił.  Ubrała  się  szybko,  drżąc z  podniecenia  i  porannego  chłodu. 

Słońce  już  wstało,  a  Sam  miał  przyjechać  koło  ósmej.  Zbiegła  po 

schodach  i  nastawiła  w  kuchni  ekspres.  Kawa  nie  zdążyła  się  jeszcze 

zaparzyć,  kiedy  usłyszała  warkot  ciężarówki  Sama.  Pobiegła  otworzyć 

drzwi. 

–  Dzień  dobry!  –  zawołał,  opuszczając  z  metalicznym  szczękiem 

tylną klapę. 

Serce  zabiło  jej  mocniej.  Mogła  się  okłamywać,  że  to  z  powodu 

krosna,  ale  prawda  była  inna:  nie  mogła  zapomnieć  wczorajszego 

pocałunku. 

– Pomogę ci – zaofiarowała się, zostawiając drzwi od domu otwarte. 

– Dam sobie radę. Opracowałem pewien system – uśmiechnął się do 

niej. Zastanawiała się, czy on też pamięta ich pocałunek. – Poza tym bez 

kurtki możesz się przeziębić. 

– Nie jest znów tak zimno. – Zajrzała mu w oczy i upewniła się, że 

on  też  pamięta.  Rumieniąc  się  przeniosła  wzrok  na  krosno  bezpiecznie 

przymocowane do platformy  ciężarówki.  – Wyczyściłeś  je – zauważyła 

zdziwiona. 

– Oczywiście. Między  jednym a  drugim telefonem.  – Wskoczył  na 

platformę. 

background image

–  Miałeś  telefony  po  powrocie  do  domu?  Było  już  koło  dziesiątej, 

kiedy odjechałeś. 

–  Wszyscy  w  miasteczku  są  tacy  podnieceni  przyjazdem  telewizji, 

że  nie  mogą  się  powstrzymać,  żeby  ze  mną  nie  porozmawiać.  – 

Wyciągnął do niej rękę. – Chodź, skoro chcesz mi pomóc, przytrzymasz 

je na górze. 

Chwyciła ciepłą, wyciągniętą dłoń, ale nie spojrzała na niego, kiedy 

pomógł  jej  wejść  na  platformę.  Myślała,  że  to,  co  zaszło  między  nimi 

poprzedniego  wieczoru,  spowodowała  ciemność  i  nastrojowa  muzyka, 

ale kiedy poczuła dotyk jego dłoni, zrozumiała, że się myliła. 

Wspólnymi siłami zdjęli krosno z platformy i zaczęli nieść w stronę 

domu.  W  pewnej  chwili  Anna  potknęła  się  o  kamień  i  przez  ułamek 

sekundy  wydawało  się,  że  upadnie  i  wypuści  z  rąk  cenny  przedmiot. 

Sam zatrzymał się i poczekał, aż odzyska równowagę. 

– Nic ci nie jest? – zapytał. 

–  Nie,  wszystko  w  porządku,  chociaż  przez  chwilę  myślałam,  że 

umrę.  Nigdy  bym  sobie  nie  wybaczyła,  gdyby  coś  stało  się  twojemu 

krosnu. Może cena za urządzenie twojego domu była zbyt wygórowana? 

– Anno, nic mu się nie stanie, przestań się martwić. Uważaj teraz na 

stopnie, zaraz wniesiemy je do domu – pocieszał ją Sam. 

Spokojny  ton  jego  głosu  nie  zwiódł  jej  jednak.  Wiedziała,  że  to 

potknięcie  nieźle  go  wystraszyło.  Zauważyła  błysk  przerażenia  w  jego 

oku i nie miała wątpliwości, ze strata krosna wyrządziłaby mu ogromną 

background image

przykrość. 

–  Gdzie  chcesz,  żebym  je  postawił?  –  spytał,  gdy  znaleźli  się  w 

środku. 

–  Może  tu  w  salonie,  koło  okna.  –  Anna  chciała  jak  najszybciej 

postawić je na ziemi. 

Sam postawił  krosno tam, gdzie mu wskazała, a następnie rozejrzał 

się po pokoju. 

–  Widzę,  że  nie  żartowałaś,  kiedy  mówiłaś,  że  nie  chce  ci  się 

urządzać domu. 

– Trochę tu pusto, prawda? – roześmiała się Anna. 

– Powiedziałbym, że niezbyt go zagraciłaś. 

– Biorąc pod uwagę, że jak dotąd krosno jest tu jedynym sprzętem... 

– Czy nie powinnaś przynajmniej zawiesić kotar? 

– A po co? Przecież nie biegam nago po domu – rzuciła bez chwili 

zastanowienia i aż zamarła.  

Przez  moment  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu.  Widziała,  jak  Sam  z 

trudem przełknął ślinę. 

– Napijesz się kawy? – wykrztusiła w końcu. 

– Chętnie. – W jego głosie było napięcie. 

– Chciałbyś czegoś jeszcze? – Czuła, jak pali ją twarz. – Mogłabym 

zrobić śniadanie. Mam jajka, bekon i trochę... 

–  Wystarczy  kawa  –  uciął  krótko.  –  Zostawiłem  w  samochodzie 

ławę do krosna. Pójdę po nią i zaraz wracam. 

background image

Kiedy  wyszedł  na  dwór,  Anna  przyłożyła  dłonie  do  płonących 

policzków.  Czyżby  jej  uwaga  o  bieganiu  nago  po  domu  była 

freudowskim  przejęzyczeniem?  Czy  tak  bardzo  próbowała  ukryć  swój 

pociąg do Sama, że podświadomie się z nim zdradziła? Nie wolno jej  z 

nim flirtować ani go zwodzić, skoro nie jest gotowa na nieunikniony ciąg 

dalszy.  A  ciąg  dalszy  w  sytuacji,  gdy  nie  rozumiała  samej  siebie,  na 

pewno nie był rzeczą właściwą. 

Po  wyjściu z domu Sam  zatrzymał się na chwilę, żeby wziąć  kilka 

długich,  uspokajających  oddechów.  Wczoraj  Anna  wyłożyła  sprawę 

jasno:  nie  chce  zaczynać  nowego  związku  od  chwili  słabości.  On  też 

tego  nie  chciał.  Postanowił  więc  kontrolować  swoje  emocje  i 

zachowywać się tak, jakby nic między nimi nie zaszło. 

Wszystko układało się dobrze, aż do chwili, kiedy wymknęła się jej 

ta  uwaga  o  bieganiu  nago  po  domu,  a  potem  pytanie,  czy  chce  od  niej 

czegoś jeszcze prócz kawy. O tak, bardzo by chciał. Nie podobała mu się 

jednak  rola  faceta,  przy  którym  miała  zapomnieć  o  swoim  byłym 

kochanku.  Jej  wątpliwości,  czy  chce  z  nim  być,  czy  nie,  muszą  zostać 

rozwiane,  zanim  dojdzie  między  nimi  do  czegoś  więcej.  Tak  więc 

pozostaje mu tylko spokojnie czekać, licząc na to, że w tym czasie Anna 

nie  powie  niczego,  co  skieruje  jego  wyobraźnię  w  zabronione  rewiry. 

Otworzył drzwiczki szoferki i wyjął ławę. 

Kiedy wrócił do  domu,  Anna czekała w salonie z dwoma kubkami 

kawy.  Postronnemu  obserwatorowi  mogli  wydać  się  parą  nowożeńców 

background image

wprowadzającą się do  swojego pierwszego domu, pomyślał,  ale szybko 

odpędził  od  siebie  tę  wizję.  Postawił  ławę  przed  krosnem  i  przyjął  od 

niej kubek kawy. 

–  Ciągle  nie  wierzę,  że  jest  u  mnie  w  domu  –  powiedziała  Anna, 

gładząc  wypolerowane  drewno.  –  Spójrz,  jak  lśni,  kiedy  pada  na  nie 

słońce. 

– Cieszę się, że tu jest. U mnie stało w kącie pokryte kurzem. 

– Zaczekaj, aż zobaczysz, jak będę na nim tkać. Nie wiemco mi się 

bardziej podoba, piękny kształt krosna, czy kolory przędzy. 

–  Nie  rozumiem.  Skoro  tak  bardzo  lubisz  tkać,  to  dlaczego 

wcześniej go sobie nie kupiłaś? 

–  Powinnam  była  to  zrobić  dawno  temu.  Czy  byłeś  kiedyś  z  kimś, 

kto  miał  tak  silną  osobowość,  że  nie  wiedziałeś  już,  kim  jesteś  i  czego 

chcesz od życia? 

– Nie, chyba nie. Mówisz o swoim chłopaku? 

Skinęła głową. 

– Może to częściej przytrafia się kobietom. Teraz wydaje mi się, że 

kiedy  Eric  wkroczył  w  moje  życie,  zabrał  mi  wszystko.  Jego  prace 

walały  się  po  całym  mieszkaniu.  Nie  było  miejsca  na nic  innego.  A  do 

tego był taki dobry w tym, co robił, ktoś nazwał go nawet geniuszem, że 

nie czułam się na siłach mu przeciwstawić. 

–  I  dlatego  mieszkasz  teraz  w  prawie  pustym  domu  na  wsi.  Masz 

tutaj dookoła mnóstwo miejsca. 

background image

– Mam miejsce na krosno. Nareszcie. 

– Chyba to był najwyższy czas – powiedział, zastanawiając się, czy 

w  życiu  Anny  jest  również  miejsce  dla  niego.  –  Zdaje  się,  że  nasze 

spotkanie okazało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności. 

–  Chyba  tak.  Nie  możemy  jednak  zapomnieć  o  drugiej  stronie 

umowy.  Kiedy  dopijesz  kawę,  pojedziemy  do  ciebie  i  zastanowimy  się 

nad zmianami w twoim domu. 

– Nie wolałabyś kupić nici i zacząć tkać? Tessie Johanson prowadzi 

w miasteczku sklep z przędzą. Wydaje mi się, że jest czynny w soboty. 

– Widziałam go i pojadę tam po południu, ale najpierw interesy. Im 

szybciej  przekonam  się,  czego  potrzebujesz,  tym  więcej  czasu  będę 

miała  na  myślenie,  co  należy  u  ciebie  zrobić.  Będę  mogła  zastanawiać 

się nad tym podczas tkania. 

– Zatem ruszajmy – powiedział Sam, dopijając kawę. – Pojedziemy 

ciężarówką. 

–  Wolałabym  jechać  swoim  samochodem.  Prosto  od  ciebie  pojadę 

do miasteczka. 

– W porządku. Idziemy? 

– Tylko wezmę kurtkę. 

Kiedy  dojechali  na  miejsce,  Anna  zaparkowała  samochód  koło 

ciężarówki i zapytała czekającego na nią Sama: 

– Jaką część domu chciałbyś odnowić? 

–  Obawiam  się,  że  cały  –  odparł,  otwierając  drzwi.  –  Sypialnie, 

background image

kuchnię,  salon,  jadalnię,  może  nawet  łazienkę.  Pewnie  mógłbym 

zamknąć przed nimi pokój lub dwa, ale to byłoby... 

– Prostackie – dokończyła  za  mego.  – Zgadzam się. Skoro kamery 

będą  wszędzie  zaglądać,  musimy  się  upewnić,  że  zatroszczyliśmy  się  o 

najmniejszy szczegół. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zaczniemy od 

sypialni, a potem zejdziemy na dół. 

– Doskonale. Poprowadzę cię. – Przeciął salon i zaczął się wspinać 

na górę po skrzypiących drewnianych schodach. Anna ruszyła za nim. – 

Na  górze  są  trzy  sypialnie  i  łazienka  –  wyjaśnił,  zatrzymując  się  na 

półpiętrze. – Chyba u ciebie jest taki sam rozkład. 

–  Podobny,  z  tym  że  moje  schody  nie  mają  półpiętra,  prowadzą 

prosto na górę. 

–  Szkoda.  To  było  moje  ulubione  miejsce  w  dzieciństwie.  Coś  ci 

pokażę.  –  Kucnął  przy  kwadratowych,  wysokich  na  pół  metra 

drzwiczkach wyciętych w wąskiej ścianie. 

– Co to jest? – Anna pochyliła się nad nim. 

–  Moja  skrytka.  –  Sam  otworzył  drzwiczki,  sięgnął  do  środka  i 

wyciągnął  zakurzone  prostokątne  pudełko.  –  To  „Chińczyk",  a  to 

„Wyścigi  konne"  –  dodał,  wyciągając  następne  tekturowe  pudełko 

poklejone taśmą. – Uwielbiałem tę grę. Rzucasz kostką i posuwasz konie 

po torze. 

– Czy twoi dziadkowie zbudowali tę skrytkę dla ciebie, czy zawsze 

tu była? 

background image

–  Chyba  była  tu  zawsze,  ale  niekoniecznie  z  przeznaczeniem  na 

zabawki. Świetnie pamiętam ten dzień, kiedy moja babka wzięła mnie za 

rękę i pokazała te drzwiczki. Moje stare zabawki już były w środku, ale 

od  czasu do  czasu babka dorzucała do  nich nową, jak na przykład tę.  – 

Wyciągnął  miniaturowy  model  wozu  strażackiego.  –  Kupiła  go,  kiedy 

oświadczyłem, że zostanę strażakiem. 

– Twoja babka była wspaniałą osobą, prawda? 

– Po prostu nauczyła mnie, czym jest miłość – odparł, patrząc jej w 

oczy. 

– Rozumiem. 

Spoglądali  na  siebie  w  milczeniu  przez  dłuższą  chwilę.  W  końcu 

Sam odłożył zabawki na miejsce i powiedział: 

–  Myślę,  że  powinniśmy  się  ruszyć.  Przed  nami  trochę  roboty. 

Gotowa?  –  Wskazał  ręką  schody.  Ruszyli  na  górę.  –  Mój  dziadek 

opowiadał mi kiedyś, że te dwa domy, twój i mój, zbudowali koło 1820 

roku dwaj bracia. I ponoć dwadzieścia lat później sprzedali je, spakowali 

rodziny i ruszyli dalej na zachód. Mam nadzieję, że to prawda, bo kiedy 

powiedziałem ludziom z telewizji, że mój dom ma sto siedemdziesiąt lat, 

oszaleli ze szczęścia. 

Zatrzymali  się  na  korytarzu  i  Anna  wyjęła  z  kieszeni  długopis  i 

notes, które zabrała ze sobą przed wyjściem z domu. 

–  Zacznijmy  od  tego  korytarza  –  powiedziała.  –  Jest  tu  całkiem 

ciemno  i  ponuro,  a  tapeta...  –  urwała,  przypomniawszy  sobie,  że  musi 

background image

być ostrożna. – Czy wybierała ją twoja babka? 

– Tak. 

– Jak bardzo jesteś do niej przywiązany? 

Sam roześmiał się i włożył ręce do kieszeni. 

–  Wcale.  Babka  kupiła  ją  na  wyprzedaży  i  razem  z  dziadkiem 

położyliśmy  ją któregoś lata, tłumacząc jej cały czas, że brązowa tapeta 

w  różowe  kwiatki  będzie  wyglądać  ohydnie  w  tym  Korytarzu.  Kiedy 

skończyliśmy,  babce  też  się  nie  podobało,  ale  nie  mieliśmy  już  siły  jej 

zdzierać. 

– Doskonale to rozumiem. A zatem zaczniemy od zmiany tapety. Co 

byś chciał zamiast niej? 

– Nie mam pojęcia. 

– Daj spokój, Sam. Na pewno wiesz. Wysil wyobraźnię. 

– No cóż, może jakiś jasny kolor? Kremowy albo biały? 

– Doskonale. No i widzisz, jednak masz jakieś wyczucie. 

– Mogę sam zedrzeć tapety i pomalować korytarz na biało. 

– To zaoszczędzi ci pieniędzy – powiedziała Anna, zapisując coś w 

notesie. – A teraz chodźmy do pokoi. Zacznijmy od sypialni głównej. 

–  Na  końcu  korytarza.  –  Wskazał  wpółotwarte  drzwi  naprzeciw 

schodów. 

– Czy to twój pokój? 

– Teraz tak. Kiedyś należał do moich dziadków. 

– I pewnie są w nim rzeczy dużo ważniejsze dla ciebie niż brązowa 

background image

tapeta – domyśliła się Anna, wchodząc do skąpanego w słońcu pokoju. 

– Jakbyś zgadła. 

– Małżeńskie łoże w stylu empire – zdumiała się Anna, kładąc dłoń 

na drewnianej ramie.  

Tak  łóżko,  jak  i  stojąca  obok  komoda  z  dwoma  rzędami  szuflad, 

wykonane  były  z  orzecha  i  pomalowane  ciemnoniebieską  farbą.  Łóżko 

przykrywała pamiętająca lepsze czasy kapa koloru kości słoniowej. 

– Łóżko zostaje – dobiegł ją z tyłu głos Sama. 

– Oczywiście. Łóżka z epoki cesarstwa są wprost cudowne. Zawsze 

je lubiłam. 

– I nigdy nie miałaś? 

–  Nie.  –  Odwróciła  się  do  niego  ze  smutnym  uśmiechem.  –  Kiedy 

mogłam sobie na nie pozwolić, byłam z kimś, kto chciał, żebyśmy mieli 

modernistyczną kanapę. 

– Jest ogromna różnica między  modernistyczną kanapą a łóżkiem  z 

epoki  Napoleona.  –  Oparł  się  o  framugę  drzwi  i  nie  spuszczał  z  niej 

oczu. 

–  Wiem.  Kanapy  są  wygodne  i  praktyczne,  ale  ja  tęskniłam  za 

czymś...  solidnym,  za  czymś,  w  czym  mogłabym  się  zagubić.  –  Nie 

chciała  tego  powiedzieć,  nie  chciała  wcale  tej  dyskusji.  Najpierw 

rozczuliła ją opowieść o zabawkach, a teraz wymieniali opinie o łóżkach. 

Spojrzenie  niebieskich  oczu  Sama  powiedziało  jej,  że  myśli  o  tym 

samym. 

background image

– A niech to, Sam. No dobrze, podobasz mi się. 

– I jesteś na mnie o to wściekła? – uśmiechnął się szelmowsko. 

– Oczywiście, że nie. 

– Na pewno? 

–  Na  pewno.  Trudno  mi  tylko  skupić  się  na  pracy,  kiedy  ty 

pokazujesz  mi  swoje  zabawki,  a  potem  zaczynamy  omawiać  zalety 

łóżek. 

–  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  nie  chcesz  posłuchać  o  tym,  jak 

spędzałem w nim całe godziny, bawiąc się w piratów? 

– Nie. 

–  Albo  jak  łóżko  było  dyliżansem,  a  ja  udawałem  zdobywców 

Dzikiego Zachodu? 

–  Przestań,  Sam.  Nie  chciałabym  polubić  cię  za  bardzo  w  tak 

krótkim czasie. 

– Twoja strata. – Jego uśmiech był zaraźliwy. 

– Może. 

Gdyby podszedł wtedy i wziął ją w ramiona, nie byłaby w stanie mu 

się  oprzeć.  Gdyby  pociągnął  ją  na  łóżko  i  wyszeptał  słowa  miłości, 

zostałaby  z  nim.  Ale  on  nie ruszył  się  z  miejsca.  Przez  chwilę  milczeli 

oboje. 

– Kto pomalował te meble na niebiesko? – zapytała w końcu Anna. 

– Moja babka. Kiedy wejdziesz do pozostałych sypialni, zobaczysz, 

że, jak Picasso, przechodziła przez błękitny okres. Dlaczego pytasz? 

background image

– Myślę, że powinniśmy im przywrócić naturalny kolor. 

–  To  się  da  zrobić.  Tom  Carey  ze  sklepu  żelaznego  zajmuje  się 

restauracją mebli. Myślę, że nie weźmie za to dużo. 

–  Świetnie.  Oddaj  mu  łóżko  i  komodę.  Przez  jakiś  czas  będziesz 

musiał spać na materacu. 

– Mogę  spać wszędzie. To  jedna z tych rzeczy,  których  nauczyłem 

się w dzieciństwie. 

Obeszła pokój, przyglądając się fotelowi i otomanie. Wypłowiałe od 

słońca  niebieskozielone  perkalowe  pokrowce  trzeba  będzie  zmienić, 

podobnie  jak  kapę  na  łóżku.  Jeden  przedmiot  w  pokoju  był  jednak 

absolutnie  doskonały:  przepiękny,  ręcznie  tkany  pled  w  różnych 

odcieniach błękitu leżał niedbale rzucony na siedzenie krzesła. 

Anna  odłożyła  notes  i  długopis  i  dotknęła  miękkiego  tweedowego 

splotu. Podziwiała ciekawe zestawienie barw. 

– To dzieło twojej babki? 

–  Tak.  –  Sam  podszedł  do  niej.  –  Prezent  dla  dziadka  na  zimowe 

wieczory. Moja babka umarła przed nim. Ten pled mu ją przypominał. 

– Tobie też. 

– Mnie też. 

– Piękna robota. Twoja babka miała prawdziwy talent. 

– Myślę, że ty też go masz. 

– Nie mam pojęcia. Nigdy nie tkałam wystarczająco długo, żeby się 

o tym przekonać. Ale jeśli udałoby mi się zrobić coś tak pięknego jak to, 

background image

byłabym z siebie dumna. 

– To chyba najlepsze, co zrobiła. Pokażę ci jeszcze inne jej wyroby, 

kiedy  będziemy  chodzić  po  domu.  Wycieram  naczynia  w  ściereczki, 

które utkała. 

– Jak możesz? – oburzyła się Anna. 

– Bo po to je zrobiła. Nie chciała tracić czasu na makatki na ścianę. 

Wolała  tkać  rzeczy  codziennego  użytku,  przedmioty,  które  ludzie  będą 

brać w ręce, dotykać. 

–  Co  za  zmysłowa  kobieta  –  wyrwało  się  Annie,  zanim 

uprzytomniła  sobie,  że  to  niekoniecznie  jest  uwaga,  jaką  chciałby 

usłyszeć wnuk. – To znaczy... 

–  Wiem,  co  chciałaś  powiedzieć.  I  masz  rację.  Była  otwarta  na 

wszystko, co niosło ze sobą życie. 

–  To  wspaniała  cecha.  Musiała  być...  –  Urwała,  czując  na  włosach 

delikatny dotyk jego palców. – Nie powinieneś tego robić – powiedziała, 

odwracając się do niego. 

– Wiem. 

Za chwilę ją pocałuje. Emocje, jakie wywołała niedawna rozmowa o 

łóżku,  natychmiast  wróciły.  Bicie  jej  serca  zagłuszył  dobiegający  zza 

okna śpiew ptaków. Wlewające się do pokoju promienie słońca zapaliły 

złote iskierki w błękitnych oczach Sama. 

–  Wiem,  że  nie  chcesz  tego  przyspieszać.  Próbowałem  o  tym 

pamiętać, ale kiedy jesteś tak blisko... 

background image

Była  zgubiona  i  wiedziała  o  tym.  Zaraz  ją  pocałuje,  a  ona 

odwzajemni mu się tym samym. Powoli nachylił się nad nią... 

background image

Rozdział 4 

 

Z  początku  żadne  z  nich  nie  usłyszało  pukania,  ale  kiedy  Sam  już 

miał dotknąć jej warg, natarczywy dźwięk powtórzył się, przywołując go 

do rzeczywistości. 

– Drzwi – odezwał się. – Ktoś dobija się do drzwi. 

Pukanie nie ustawało. 

– Hej, hej, Sammy! To ja, Estelle Terwiliger. 

Sam zamknął oczy. 

–  Powinienem  był  wiedzieć,  kiedy  nie  zadzwoniła  dziś  rano,  że 

zjawi się tu osobiście. 

– Idź, porozmawiaj z nią. – Anna podniosła długopis i notes. – A ja 

tymczasem tu popracuję. 

–  O  nie  –  zaprotestował,  chwytając  ją  za  łokieć  i  popychając  w 

stronę drzwi – powiemy jej od razu, że to ty zajmujesz się urządzaniem 

domu. Czy ona wie, że jesteś projektantką wnętrz? 

– Nie,  przynajmniej  nie wiedziała  tego do  wczoraj.  Czy nie  będzie 

rozczarowana, że odebrałam jej zajęcie? 

–  Chyba  tak  –  westchnął.  –  Muszę  coś  wymyślić,  żeby  ją 

udobruchać.  Chcę  jednak,  aby  wiedziała,  że  dekorację  domu  zleciłem 

zawodowcowi. 

Kiedy  zeszli  na  dół,  Sam  otworzył  drzwi  i  zwalista  postura  Estelle 

Terwiliger zasłoniła większość światła. 

background image

–  Wejdź  do  środka,  Estelle  –  zaprosił  ją  Sam.  –  Cieszę  się,  że 

przyszłaś. Czy znasz Annę? 

– Tak, poznałyśmy się wczoraj w sklepie. – Estelle skinęła głową w 

stronę Anny. 

– Nie uwierzysz, jaki jest jej zawód. Anna jest projektantką wnętrz. 

–  O,  to  wspaniale.  –  Kobieta  przyciskała  do  brzucha  ucho  torebki, 

przyglądając  się  Annie  spode  łba.  –  Nie  wiedziałam,  że  znasz 

Sammy'ego. 

– Ja... – zaczęła Anna, ale Sam natychmiast wpadł jej w słowo. 

–  Wstąpiła  do  mnie  wczoraj,  żebym  pomógł  jej  usunąć  zwalone 

drzewo z podjazdu. Kiedy dowiedziałem się, że jest dekoratorką wnętrz, 

od  razu  pomyślałem  sobie,  że  to  jest  to,  czego  potrzebuję.  Niech 

zawodowiec  zajmie  się  domem,  a  my  skoncentrujemy  się  na  innych 

sprawach. Nie uważasz, Estelle? 

– No... nie wiem, Sammy. Myślałam, że to cech udekoruje ci dom. 

Gertie  chciała  powiesić  nad  kominkiem  ten  ładny  obraz  olejny,  który 

namalowała  kilka  lat  temu,  a  Edwina  przyniosłaby  swoje  drewniane 

gąski w tych zabawnych pozach... 

– To byłoby wspaniałe  – wtrącił  Sam – ale  nie sądzę, abyście dały 

sobie  ze  wszystkim  radę,  biorąc  pod  uwagę  to  mnóstwo  rzeczy,  które 

trzeba  jeszcze  załatwić.  Tak  więc  Anna  zajmie  się  domem,  a  wy 

pozostałymi sprawami. 

Estelle wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. 

background image

–  Uhm  –  wystękała  w  końcu.  –  Chyba  będziesz  musiał  odświeżyć 

moją pamięć, Sammy. Nie bardzo pamiętam, jakie były te inne sprawy. 

– No... Na przykład chór. 

– Chór... ale my nie mamy chóru. 

– No właśnie. Dlatego trzeba go zorganizować. Kto  będzie śpiewał 

kolędy,  kiedy  telewizja  pojedzie  do  lasu,  filmować  ścięcie  drzewa? 

Musimy mieć swój chór. 

W oku Estelle pojawił się błysk radości. 

–  Oczywiście.  Już  to  widzę.  Chór  w  kapeluszach  i  chustach,  z 

pochodniami... 

– To będzie w dzień – przypomniał jej Sam. – Ale widzę, że pojęłaś, 

o co chodzi. 

– I organy! Ernest ma małe organy w salonie. Możemy załadować je 

na  ciężarówkę  i  wziąć  długi  kabel...  O  tak,  już  sobie  to  wyobrażam. 

Muzyka organowa wśród drzew... 

Brew  Sama  uniosła  się  w  górę.  Rzucił  zaniepokojone  spojrzenie 

Annie, która podniosła notes do ust, skrywając uśmiech rozbawienia. 

–  Może  lepiej  zrezygnować  z  organów  –  spróbował.  –  Nie  ma 

takiego długiego kabla, który by sięgnął... 

– Daj spokój, Sam – nie pozwoliła mu dokończyć. – Musimy mieć 

organy.  Jak  myślisz,  co  powinniśmy  zaśpiewać,  kiedy  zaczniesz  ścinać 

drzewo? Może „Bóg się rodzi" będzie odpowiednie na tę okazję? 

– Myślę, że hałas piły zagłuszy śpiew. 

background image

– Masz rację. Zaśpiewamy to zaraz po ścięciu drzewa. – Sam posłał 

Annie  błagalne  spojrzenie.  –  A  może  lepsze  będzie  solo.  Na  przykład 

„Ave  Maria".  Wiesz,  Anno, wszyscy  mówią,  że pięknie  śpiewam  „Ave 

Maria", prawda, Sammy? – ciągnęła niezrażona. 

– Tak, ale... 

– Zostaw to mnie – ucięła Estelle, kierując się do drzwi. – Cały kraj 

będzie  mówił  o  Sumersbury!  Cieszę  się,  że  się  znowu  spotkałyśmy, 

Anno – rzuciła przez ramię, schodząc pospiesznie po stopniach. 

–  Boże,  co  ja  narobiłem!  –  wykrzyknął  Sam,  zamykając  za  nią 

drzwi. 

–  Dokładnie  to,  co  chciałeś  –  parsknęła  śmiechem  Anna.  – 

Udobruchałeś ją. A swoją drogą, kim ona jest? Zachowuje się tak, jakby 

władała całym światem. 

–  Włada  jego  małym  kawałkiem.  Jest  członkinią  Rady  Miejskiej, 

prezesem  lokalnej  organizacji  DAR,  założycielką  i  przewodniczącą 

Cechu Rzemiosł i każdej organizacji charytatywnej w miasteczku. 

– Ho ho ho! 

– Poza tym jest bardzo miłą starszą damą. Sumersbury nie mogłoby 

bez  niej  funkcjonować,  ale  teraz  boję  się,  że  popędzi  całą  ludność 

tubylczą przez moją farmę, każąc śpiewać „Bóg się rodzi" i przygrywać 

na trąbkach. 

–  Może  nie  będzie  tak  źle.  Może  zaśpiewa  tylko  „Ave  Maria"  – 

drwiła Anna. 

background image

–  To  byłoby  jeszcze  gorzej  –  jęknął  Sam.  –  Śpiew  Estelle  można 

porównać do odgłosów jelenich godów. 

– Och, Sam! – Anna nie mogła dłużej powstrzymać się od śmiechu. 

– A wszystko po to, żeby Cech Rzemiosł nie udekorował twojego salonu 

drewnianymi gąskami. 

– No właśnie. – Zachichotał. – Gdybyś ty je widziała... 

– Co ona miała na myśli mówiąc o „zabawnych pozach"? – spytała, 

śmiejąc się coraz głośniej. 

– Lepiej nie  pytaj – zawtórował  jej  Sam. –  A zresztą, wszystko  mi 

jedno.  Niech  sobie  śpiewa  co  chce,  skoro  zamiast  niej  ty  zajmiesz  się 

dekoracją domu. 

–  Nie  zrobiliśmy  dużych  postępów  –  powiedziała  Anna,  ocierając 

łzy. – Zdążyliśmy obejrzeć korytarz i jedną sypialnię. 

– Jeśli o mnie chodzi, im dłużej to potrwa, tym lepiej. 

Spojrzała na niego surowo. 

–  Sam,  musimy  zwolnić  tempo.  Kiedy  weszła  tu  Estelle, 

uświadomiłam sobie ze zgrozą, że poznaliśmy się dopiero wczoraj. 

– Czas nie zawsze jest ważny. 

– Może, ale ja potrzebuję trochę czasu. 

– W porządku. Nie będę cię ponaglał. 

–  Zatem  wracajmy  do  pracy  –  zakomenderowała  Anna,  wchodząc 

do salonu. – Sofa może zostać, ale trzeba zmienić tapicerkę. 

– Ty tu rządzisz – powiedział Sam. 

background image

Miała przeczucie, że nie chodzi mu tylko o dekorację wnętrz. 

 

Co  pewien  czas  przeszkadzały  im  telefony,  a  kiedy  skończyli 

obchód parteru, przyjechał  jakiś  mężczyzna  prosząc, by  Sam przywiózł 

mu  ze  sklepu  kosiarkę  do  trawy.  Anna  była  zdziwiona  jego  prośbą,  ale 

Sam uznał ją za rzecz absolutnie normalną. 

Stosunki  tutaj  odbiegały  zupełnie  od  tych,  do  jakich  przywykła  w 

mieście. Kupując dom na wsi, liczyła, że zdobędzie więcej prywatności, 

teraz  zrozumiała,  że  jeśli  zwiąże  się  z  Samem  Garrisonem, 

prawdopodobnie  będzie  jej  miała  mniej.  Taka  perspektywa  wcale  nie 

była zachwycająca. 

Sam  pojechał  z  mężczyzną  po  kosiarkę,  a  Anna  wybrała  się  do 

miasteczka.  Po  skromnym  lunchu  w  barze,  skierowała  swoje  kroki  do 

sklepu z przędzą. Nie mogła się doczekać, kiedy zacznie tkać. 

W sklepie powitała ją wysoka, przystojna kobieta po pięćdziesiątce 

z  wydatnymi  kośćmi  policzkowymi  i  popielatoblond  włosami  upiętymi 

na czubku głowy. 

–  Przerwałam  pani  lunch  –  przeprosiła  Anna  widząc,  że  kobieta 

wyciera usta koniuszkiem serwetki. – Może lepiej przyjdę później. 

– Ależ nie. Potrzebuję klientów bardziej niż lunchu – zaprotestowała 

gwałtownie sprzedawczyni. 

–  Chyba  nie  ma  ich  tu  pani  zbyt  wielu?  –  Anna  podziwiała 

wielobarwne  szpulki  przędzy  na  półkach  sklepowych.  –  Pani  jest 

background image

właścicielką, prawdą? 

– Tak. Jestem Tessie. – Kobieta podała jej rękę. 

–  Anna  Tilford.  –  Uścisnęła  mocno  wyciągniętą  dłoń.  –  Kupiłam 

dom McCormicków – wyjaśniła. 

– Ach, to ty. Nikt cię tu wcześniej nie znał. 

– Tak, to ja. Właśnie pożyczyłam krosna od sąsiada i chciałam kupić 

trochę przędzy. 

–  Sam  Garrison  pozwolił  ci  używać  krosno  babki?  –  zdziwiła  się 

Tessie. 

– Tak. 

– No, no. Próbowałam kiedyś odkupić je od niego, ale nie chciał mi 

sprzedać. Powiedział, że to by było tak, jakby sprzedawał wspomnienie. 

Rozumiem go. Jego babka była bardzo przywiązana do tego krosna. 

Anna  wybrała  lawendową,  błękitną  i  turkusową  przędzę. 

Zaopatrzyła się też u Tessie w broszurkę z wzorami różnych splotów i po 

chwili  siedziała  już  w  samochodzie,  rozmyślając  o  przyjemności,  jaka 

czeka na nią w domu. Najpierw utka na krośnie obrus i serwetki. Kiedy 

Sam  przyjdzie  do  niej  znów  na  kolację,  będzie  mógł  wytrzeć  usta  w 

utkane przez nią płótno.  

Skarciła  się  za  te  myśli.  Czyżby  planowała  już  kolejny  posiłek  z 

Samem? Próbowała sobie wmówić,  że chce mu tylko  pokazać pierwsze 

efekty  swojej  pracy  na  jego  krośnie,  ale  to  nie  była  prawda.  Dobrze 

wiedziała, że to tylko wymówka. 

background image

Mijając  farmę  Sama,  zerknęła  przez  rzędy  młodych  sosen  i 

zobaczyła  ciężarówkę  przed  domem.  Zawahała  się,  czy  do  niego  nie 

wstąpić, ale rozmyśliła się i pojechała prosto do siebie. Kiedy wysiadła z 

samochodu  na  podjeździe,  usłyszała  dochodzący  zza  domu  odgłos 

rąbania. Serce zabiło jej szybciej. Tylko jedna osoba mogłaby rąbać dla 

niej  drzewo,  ale przecież niedawno widziała jego  ciężarówkę. Okrążyła 

budynek i...  

Nie myliła się: to był Sam. Kiedy tak stał z siekierą w uniesionej do 

góry  ręce,  wyglądał  jak  prawdziwy  drwal.  Odchylił  się  lekko  do  tyłu, 

wziął  zamach  i  rozłupał  wpół  gruby  klocek.  Dwa  kawałki  spadły  na 

ziemię  z  obu  stron  pnia  Kiedy  schylił  się,  żeby  podnieść  jeden  z  nich, 

zobaczył Annę. 

–  Cześć.  Pomyślałem  sobie,  że  porąbię  ci  je  szybko,  na  wypadek, 

gdybyś chciała napalić w kominku. 

–  To  bardzo  miło  z  twojej  strony,  ale  jak  się  tu  dostałeś?  Przecież 

twoja  ciężarówka  stoi  u  ciebie  przed  domem.  –  Zarumieniła  się  lekko, 

uświadomiwszy sobie, że tym samym zdradziła się, że tam zaglądała. 

–  Przyszedłem  ścieżką  przez  las.  –  Wskazał  przecinkę  w  lasku  na 

tyłach domu,  której wcześniej  nie  zauważyła. –  Tym  skrótem  jest dużo 

szybciej  niż  naokoło  drogą,  chociaż  dróżka  między  naszymi  domami 

trochę zarosła. Od śmierci pani Mac nikt tędy nie chodził. 

Tętno, zabiło jej szybciej na myśl o leśnej ścieżce łączącej ich domy 

niczym wspólna tajemnica. 

background image

– Od jak dawna tu jest? – spytała. 

– Od zawsze. – Podparł się siekierą. – Bracia, którzy wybudowali te 

domy,  prawdopodobnie  wycięli  ją  po  to,  żeby  ich  żony  mogły  się 

odwiedzać,  a dzieci  bawić  ze  sobą,  Kiedy  umarła  pani  Mac,  myślałem, 

że  już  nikt  nie  będzie  jej  używać.  Przepraszam,  że  bez  pozwolenia 

wkroczyłem na twój teren. 

–  O,  jeśli  o  to  chodzi,  masz  pełne  pozwolenie  na  korzystanie  z  tej 

ścieżki. – Uśmiechnęła się Anna. 

– Ty też. – Utkwił w niej badawcze spojrzenie. 

– Dziękuję. Myślę, że przyda się nam podczas prac w twoim domu. 

– Na pewno. – W dalszym ciągu nie spuszczał z niej wzroku. 

Przełknęła ślinę i przymknęła powieki. Te jego błękitne oczy miały 

w sobie jakąś niezwykłą moc przyciągania. 

– Wiesz, Sam. Mam poczucie winy, że tracisz czas, rąbiąc dla mnie 

drewno. Najpierw ten człowiek z kosiarką, a teraz ja... – Nie wiedziała, 

co  powiedzieć.  Zaprosić  go  na  kolację?  Po  tym,  do  czego  już  między 

nimi  doszło,  może  wziąć  to  za  znak,  że  jest  gotowa  na  więcej.  –  Ze 

względu na to, co dla mnie zrobiłeś, chyba powinnam... 

– Tylko nie „powinnam". Jakkolwiek rozwinie się nasza znajomość, 

to  słowo  wykreślone  zostanie  z  naszego  słownika.  –  Uśmiechnął  się 

lekko.  –  A  poza  tym  mam  dziś  randkę.  Czy  dzięki  temu  czujesz  się 

lepiej? 

 

background image

Rozdział 5 

 

Sam ma randkę, pomyślała smutno Anna i poczuła, jak opuszcza ją 

radosny nastrój. 

– Tak, lepiej. Dziękuję za porąbanie drewna. 

– Nie ma za co. A teraz idź do domu i usiądź do krosna. Na pewno 

nie możesz się tego doczekać. 

– To prawda. 

Odwróciła się i ponownie okrążyła dom. Za plecami słyszała odgłos 

rozłupywanego  bierwiona.  W  środku  rozpakowała  przędzę,  ustaliła 

wymiary  serwetek  i  zaczęła  przewijać  nici  osnowy  przez  oczka 

nicielnicy  przy  rytmicznym  akompaniamencie  uderzeń  siekiery.  Kiedy 

dźwięk umilkł, wiedziała, że Sam skończył i odszedł. 

Pracowała  całe  popołudnie  i  do  wieczora  zdołała  utkać  kilkanaście 

centymetrów pierwszej serwetki. Była tak podniecona rezultatami swojej 

pracy,  że  chciała  biec  do  Sama  i  zaprosić  go  do  siebie,  żeby  mógł  je 

ocenić.  

Ale  on  ma  dzisiaj  randkę,  przypomniała  sobie  i  poczuła  znowu 

ukłucie żalu. 

Oparta  o  framugę  drzwi  tylnej  werandy  patrzyła,  jak  się  ściemnia. 

Maleńkie  wycięcie  w  linii  lasu,  znaczące  początek  ścieżki  prowadzącej 

do domu Sama, stało się niewidoczne. Powinna się cieszyć, że miał inne 

plany  na  ten  wieczór,  dzięki  temu  nie  będzie  musiała  podejmować 

background image

trudnych decyzji. A mimo to czuła się samotna i opuszczona. Przyłożyła 

głowę  do  wstawionej  w  drzwi  werandy  metalowej  siatki  na  komary  i 

wciągnęła zapach rdzy. Wokół panowała absolutna cisza i choć wytężała 

słuch, nie doszły jej dźwięki harmonijki. 

 

Dręczyły  go  wyrzuty  sumienia,  kiedy  odprowadzał  tego  wieczoru 

Daphne  Michaels  pod  drzwi  jej  domu.  Była  przyjemną  towarzyszką 

przez  ostatnie  kilka  miesięcy,  ale  miała  jedną  wadę:  nie  była  Anną. 

Dlatego ją rzucał. Czuł, że nie jest wobec niej w porządku, ale wiedział, 

że  nie  ma  innego  wyjścia.  Po  drodze  do  domu  wyjaśnił  Daphne,  że 

poznał  kogoś  innego,  a  ona  przyjęła  tę  wiadomość  z  godnością  i 

wdziękiem. Przez to poczuł się jeszcze gorzej. 

–  Słuchaj,  bardzo  mi  przykro,  że  nam  nie  wyszło  –  powiedział, 

dotykając jej ramienia. 

Włożyła klucz w zamek i spojrzała na niego. 

–  Nie  zapytałam  nawet,  kim  jest  ta  kobieta,  która  zrobiła  na  tobie 

takie wrażenie. 

– To... moja nowa sąsiadka. 

– Ta, która kupiła dom McCormicków? 

– Znasz ją? 

–  Wzięła  pożyczkę  u  nas  w  banku.  To  typowa  dziewczyna  z 

Nowego  Jorku,  Sam.  Słyszałam,  że  przez  kilka  lat  żyła  ze  słynnym 

nowojorskim malarzem. 

background image

– Wiem o tym – wycedził przez zaciśnięte zęby. 

–  Kiedy  była  u  mnie  w  biurze,  nie  zrobiła  wrażenia  osoby,  która 

osiądzie tu na stałe. 

– Jest za wcześnie, żeby cokolwiek planować. 

–  Ach  tak?  Sądząc  ze  sposobu,  w  jaki  to  oznajmiłeś,  myślałam,  że 

jesteście w sobie po uszy zakochani. 

– Nie –  odparł  Sam, próbując  zachować cierpliwość.  –  Ale  istnieje 

taka możliwość. Podczas gdy między tobą a mną, Daphne, chyba jej nie 

było. 

–  Nigdy  o  tym  nie  myślałam  –  powiedziała  Daphne,  podrzucając 

dumnie  głową  i  przekręcając  klucz  w  zamku.  –  Chodziło  mi  tylko  o 

kogoś, z kim mogłabym jeździć na koncerty, to wszystko. 

–  Podobnie  ja.  –  Sam  był  na  tyle  dżentelmenem,  by  udać,  że  jej 

wierzy. – Uważaj na siebie. – Pocałował ją lekko w policzek i wrócił do 

ciężarówki. 

Po  drodze  do  domu  zastanawiał  się,  czy  Anna  jeszcze  nie  śpi. 

Wyobraził ją sobie przed krosnem swojej babki i obraz ten przywołał na 

jego usta czuły uśmiech. Kiedy dotarł do siebie, zdjął smoking, usiadł na 

stopniach przed domem z harmonijką w ręku i zwróciwszy się w stronę 

jej domu, zagrał cały swój repertuar. 

Zajęta  pracą  na  krośnie  Anna  z  początku  nie  usłyszała  muzyki. 

Kiedy  jednak  przez  stukot  czółenka  przedarły  się  pierwsze  dźwięki, 

przerwała  tkanie,  chwyciła  kurtkę,  wybiegła  na  tylną  werandę  i  usiadła 

background image

na  wyściełanym  poduszkami  metalowym  krześle.  Siedziała  tak  aż  do 

końca koncertu. Oczywiście, Sam mógł grać dla dziewczyny, z którą był 

umówiony,  ale  instynkt  podpowiadał  jej,  że  tak  nie  jest. Był sam  i  grał 

dla niej. Uśmiechając się do siebie, wróciła do domu i ponownie zasiadła 

do  tkania.  Miała  wrażenie,  że  swoją  muzyką  Sam  przesłał  jej  czułe: 

Dobranoc. 

 

Całe niedzielne przedpołudnie Anna spędziła przy krośnie. Co jakiś 

czas  nasłuchiwała  odgłosu  ciężarówki  Sama  na  podjeździe  lub  pukania 

do  drzwi  werandy.  Kiedy  minęło  południe,  a  on  nie  przychodził, 

zrozumiała,  że  daje  jej  czas,  o  który  go  prosiła,  i  chociaż  było  jej 

przykro,  że  nie  zobaczyła  się  z  nim  przed  wyjazdem  do  miasta, 

wiedziała, że może za to winić tylko samą siebie. 

Wieczorem,  po  przyjeździe  do  Nowego  Jorku,  siedziała  w  swoim 

mieszkaniu, wpatrując się w gołe ściany. Kiedy Eric z nią mieszkał, jego 

dzieła  nie  mogły  się  na  nich  pomieścić.  Anna  zatrzymała  jedynie  parę 

prostych  mebli,  które  nie  odwracały  uwagi  od  jego  obrazów.  Teraz, 

kiedy na ścianach nie było kolorowych płócien, proste sprzęty wyglądały 

straszliwie ubogo. 

Nieobecność  owoców  twórczości  Erica  przyniosła  jej  z  początku 

ulgę. Potem, kiedy zdecydowała się  kupić dom na wsi, nie stać jej było 

na nowe meble. Mogła chociaż zawiesić jakieś niedrogie reprodukcje na 

ogołoconych ścianach, ale tego też nie zrobiła. Pod ciągłą presją talentu 

background image

Erica, zatraciła własny gust. Potrafiła bez trudu urządzić dom klientowi, 

ale bała się wybrać obrazek do swojego mieszkania. 

Wzięła  z  półki  kilka  katalogów  mebli  i  usiadła  na  sofie  z  filiżanką 

kawy  w  ręce.  Lepiej  zajmę  się  urządzaniem  domu  Sama,  pomyślała. 

Jednak gołe ściany nie dawały jej spokoju. Kiedy przez następną godzinę 

wertowała  katalogi  i  robiła  notatki,  zerkała  na  nie  co  chwilę.  Po  raz 

pierwszy, odkąd wyprowadził się Eric, denerwowała ją ich nagość. 

W  poniedziałek  pierwszą  przerwę  w  pracy  wykorzystała  na 

odwiedziny u swojej najlepszej przyjaciółki, Vivian, księgowej w dziale 

sprzedaży. 

– Jak interesy? – spytała Vivian, kiedy Anna podeszła do jej biurka 

z kubkiem kawy w ręce. 

– Wspaniale. – Anna usiadła na krześle naprzeciwko. – Harrison, ten 

facet,  który  wygrał  na  loterii,  chce,  żebym  urządziła  mu  dom  w  stylu 

„wczesny nowobogacki". Diabli mnie biorą na myśl, jaką forsę wyda na 

śmieci,  które  mógłby  dostać  za  półdarmo  na  wyprzedaży.  Tymczasem 

pani  Evans  chce  oryginalne  perskie  dywany  i  włoski  marmur  za 

pieniądze, których nie starczyłoby na odnowienie tego biurka. 

–  Może  byś  ich  ze  sobą  poznała,  żeby  zamienili  się  pieniędzmi  – 

zaproponowała Vivian. 

– Świetny pomysł! 

Zadzwonił telefon. Anna sączyła kawę i czekała, aż Vivian skończy 

rozmawiać. Kiedy odłożyła słuchawkę, Anna postawiła kubek na biurku 

background image

i nachyliła się do przyjaciółki. 

– Przyszłam do ciebie z konkretną sprawą – powiedziała ściszonym 

głosem. – Czy mogłabyś umówić mnie na randkę? 

–  Co?  –  Oczy  Vivian  rozszerzyły  się  ze  zdumienia.  –  Mówiłaś,  że 

prędzej cię piekło pochłonie, nim poprosisz mnie, żebym umówiła cię na 

randkę. Co się stało? 

– Wyobraź sobie, że spotkałam kogoś podczas ostatniego weekendu. 

– W Sumersbury? 

– Tak. To mój sąsiad – uśmiechnęła się Anna. – I chyba bardzo go 

lubię. 

– Nie rozumiem. Skoro już go spotkałaś, dlaczego chcesz umawiać 

się  z  innym?  –  Vivian  patrzyła  na  nią  z  niedowierzaniem.  –  A  może 

chcesz po jednym w każdym miejscu, żebyś nie musiała wozić ich w tę i 

z powrotem? – zachichotała. – To byłoby całkiem logiczne. 

– Może, ale nie o to mi chodzi. Chcę umówić się na randkę z innym 

przystojnym, inteligentnym, czarującym mężczyzną, żeby przekonać się, 

czy zareaguję na niego w ten sam sposób, jak na Sama. Muszę wiedzieć, 

czy to on na mnie tak działa, czy też jestem aż tak samotna i znudzona, 

że  lecę  na  każdego  przystojnego,  inteligentnego,  czarującego  faceta. 

Rozumiesz? 

–  Nie  jestem  pewna.  A  więc  chcesz  umówić  się  na  próbną randkę, 

żeby  wiedzieć,  czy  ostatnio  pociągają  cię  wszyscy  mężczyźni,  czy  też 

tylko ten Sam? 

background image

–  Dokładnie.  A  ponieważ  ma  to  być  próbna  randka,  wolałabym, 

żeby  to  nie  był  ktoś  z  firmy.  Pomyślałam  sobie,  że  może  twój  Jimmy 

mógłby  zapytać  któregoś  ze  swoich  kolegów,  czyby  się  ze  mną  nie 

umówił? 

–  Jednego  ze  swoich  przystojnych,  inteligentnych,  czarujących 

kolegów?  Czy  chcesz  również,  żeby  był  bogaty?  Zabawny? 

Wysportowany? Co powiesz o byłym olimpijczyku? 

– Nie śmiej się ze mnie. Chodzi mi o zwykłego faceta. 

– Czy zwykły facet nie przegra od razu z Samem? 

– To prawda. Zwykły to za mało. 

–  Anno,  wymagasz  ode  mnie  niełatwej  rzeczy,  ale  zrobię  to,  o  co 

prosisz, ponieważ jestem twoją przyjaciółką. 

– Dziękuję ci, Vivian. – Anna wstała i ruszyła do drzwi. 

– Na piątek wieczór? 

– Wolałabym czwartek. 

– Kochanie! Żaden facet nie zgodzi się na czwartek. Będzie myślał, 

że  zatrzymujesz  weekend  dla  innego,  i  nie  pomyli  się.  To  musi  być 

piątek lub sobota, chyba że rezygnujesz z tego pomysłu. 

– Niech będzie piątek. – Obiecała Samowi, że w tym tygodniu się z 

kimś spotka,  i  zrobi to,  choćby  miała wyjechać do  Sumersbury dopiero 

w sobotę rano. 

–  Dam  ci  znać,  jak  będę  kogoś  miała!  –  zawołała  za  nią  Vivian, 

podnosząc słuchawkę. 

background image

Anna nie zawiodła się na przyjaciółce. Jeszcze tego popołudnia była 

umówiona na randkę w piątek wieczorem. 

W poniedziałek i wtorek po powrocie z firmy pracowała nad domem 

Sama. Nagie ściany we  własnym  mieszkaniu  coraz bardziej  nie dawały 

jej spokoju. W środę postanowiła kupić reprodukcję na ścianę nad sofą. 

Nie zastanawiała się zbytnio nad wyborem i dopiero, kiedy wróciła 

ze  sklepu,  uświadomiła  sobie,  co  kupiła.  Obrazek  przedstawiał  wiejski 

pejzaż,  ale  nie  to  było  dziwne.  Zawsze  lubiła  sceny  wiejskie  i  nawet 

kupowała je od czasu do czasu przed pojawieniem się w jej życiu Erica. 

Ale ten obrazek był inny. Były na nim dzieci. 

Stała z  młotkiem w ręce i wpatrywała się długo w reprodukcję. No 

tak,  nie  było  wątpliwości:  obrazek  przywodził  jej  na  myśl  Sama. 

Skojarzenie  łatwo  dawało  się  wytłumaczyć:  wzruszyła  ją  opowieść  o 

jego  dzieciństwie.  Ale  od  Sama  dziecka nie  było  daleko  do  Sama  ojca. 

Wyczuwała instynktownie, że tęsknił za tą rolą. 

Ona z kolei nie czuła potrzeby zostania matką. Tak przynajmniej się 

jej  wydawało.  Eric  nie  chciał  dzieci,  uważał,  że  przeszkadzałyby  im  w 

karierze zawodowej, a ona się z nim zgadzała. Ale życie Sama, życie na 

wsi, aż się o nie prosiło. Anna postanowiła jeszcze o tym pomyśleć. I to 

poważnie. 

Chciała, żeby już była sobota i żeby Sam był tuż obok. Tęsknota za 

nim  stała się tak  silna, że zaczęła szukać  w  myślach pretekstu,  żeby  do 

niego  zadzwonić.  Wzięła  notatnik,  otworzyła  na  stronie,  na  której 

background image

zapisała jego telefon i wykręciła numer. 

– Spotkanie? – powtórzył, kiedy usłyszał, z czym do niego dzwoni. 

–  Po  co  mielibyśmy  umawiać  się  na  spotkanie?  Nie  zapominaj,  że  to 

Sumersbury, a nie Manhattan. 

Jego słowa działały na nią kojąco. 

–  Ale  jakiś  sąsiad  może  znowu  prosić  cię  o  pomoc,  tak  jak  zeszłej 

soboty.  A  my  powinniśmy  mieć  ze  dwie  godziny,  żeby  móc  omówić 

wszystkie  zmiany  i  dobrze  by  było,  żeby  nam  nikt  nie  przeszkadzał.  – 

Szukała gwałtownie usprawiedliwienia dla tego zupełnie niepotrzebnego 

telefonu. Cisza, jaka zapadła po drugiej stronie, kazała jej zastanowić się 

nad  tym,  co  powiedziała,  a  kiedy  zrozumiała  dwuznaczność  swojej 

propozycji, zarumieniła się ze wstydu. – To znaczy... 

–  Anno,  jeśli  chcesz,  żeby  przez  dwie  godziny  nikt  nam  nie 

przeszkadzał,  mogę ci  to obiecać –  powiedział cicho.  – Nawet  wyłączę 

telefon. 

– Och, Sam. Już sama nie wiem, co się że mną dzieje – wyznała w 

końcu, porzucając pozory. – Zadzwoniłam, bo czuję, że tęsknię za tobą. 

– To najlepsza wiadomość, jaką dzisiaj słyszałem. 

–  Ale  to  nie  ma  sensu.  Nie  znam  cię  na  tyle  dobrze,  żeby  za  tobą 

tęsknić. Zastanawiam się, czy nie pociąga mnie raczej to wszystko... no 

wiesz... wieś, krosno, dzieci... 

– Co? – wykrztusił Sam. 

–  Och,  Boże.  Nie  chciałam  tego  powiedzieć.  Chyba  powinnam 

background image

odłożyć słuchawkę, zanim... 

– Nie. Zaczekaj. Co miałaś na myśli, mówiąc o dzieciach. 

–  Wygaduję  głupstwa,  Sam.  Zapomnij  o  tym.  Chyba  jestem 

przepracowana. 

– Anno... 

–  Och,  chodzi  o  to,  że  nigdy  wcześniej  nie  myślałam  o  tym,  żeby 

zostać  matką  i  nigdy  nie  kupowałam  obrazków  z  dziećmi.  Ale  teraz, 

kiedy  Eric  odszedł  i  zabrał  ze  sobą  wszystkie  swoje  obrazy,  ściany  w 

moim  mieszkaniu  wydały  mi  się  takie  nagie...  I  kupiłam  reprodukcję, 

żeby  zawiesić  ją  nad  sofą,  a  kiedy  wróciłam  do  domu,  uświadomiłam 

sobie, że są na niej dzieci... – przerwała, żeby zaczerpnąć tchu i usłyszała 

w słuchawce jego łagodny śmiech. – Co cię tak śmieszy? – spytała. 

–  Mówisz  o  tym  tak,  jakby  odkrycie  dzieci  na  obrazku  było  tym 

samym, co odkrycie karakonów w kredensie. Tak bardzo ich nie lubisz? 

–  Oczywiście,  że  lubię,  ale  nigdy  wcześniej  nie  kupowałam  takich 

obrazków. 

–  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  ten  obrazek  z  dziećmi  ma  coś 

wspólnego ze mną? – zapytał po chwili milczenia. 

–  Nie  wiem.  Ale  powiesiłam  go  na  ścianie  i  zaraz  potem 

wymyśliłam ten idiotyczny pretekst, żeby do ciebie zadzwonić. Nie mam 

pojęcia, co to wszystko znaczy. 

–  Według  mnie  to  całkiem  proste.  Robiąca  karierę  w  swoim 

zawodzie  dziewczyna  z  miasta  spogląda  tęsknym  wzrokiem  na  to,  co 

background image

wydaje się jej spokojnym życiem na wsi. Chciałbym wierzyć, że mam z 

tym  coś  wspólnego,  ale  równie  dobrze  mogę  być  jedynie  zwykłym 

urozmaiceniem w twoim codziennym życiu. 

–  Sam,  nie  chcę,  żebyś  kiedykolwiek  był  dla  mnie  „zwykłym 

urozmaiceniem". 

– Cieszy mnie to. Ale nie lekceważ swoich tęsknot do zmiany trybu 

życia. Możesz to zrobić bez względu na to, czy ja stanę się jego częścią. 

–  Wiem,  ale...  W  każdym  razie  umówiłam  się  na  randkę  w  piątek 

wieczorem. 

– No, no. 

– Przecież sam mi radziłeś. 

– To prawda. – Westchnął. – Jaki on jest? 

– Jeszcze nie wiem. 

–  Powiesz  mi,  jak  ci  poszło?  Ja  też  chciałbym  wiedzieć,  na  czym 

stoję. 

– Dobrze. A więc jesteś wolny w sobotę rano? 

– Jestem wolny o każdej porze, kiedy ty jesteś w Sumersbury. 

– Nie byłeś w zeszłą sobotę wieczorem. 

– To prawda. Ale to już... nieważne. Zatem wybierasz się na randkę 

w piątek wieczór? 

– Tak. Ted zabiera mnie na musical. 

– I pomyśleć, że lubiłem kiedyś to imię. 

–  Uważasz,  że  powinnam  ją  odwołać?  –  Chciała,  żeby  powiedział: 

background image

Tak. 

–  Chyba  nie.  Jeśli  będziesz  się  świetnie  bawiła,  dowiemy  się,  na 

czym stoimy. 

– A jeśli się wynudzę? 

– Wtedy moje modlitwy zostaną wysłuchane. 

 

background image

Rozdział 6 

 

Anna  przyjechała  do  Sumersbury  o  dziewiątej  trzydzieści.  Weszła 

do domu i położyła na podłodze w salonie torbę z zakupami. Podeszła do 

krosna.  Przez  tydzień  jej  nieobecności  na  drewnianej  ramie  zebrała  się 

warstwa  kurzu.  Gdyby  mieszkała  tu  na  stałe,  krosno  nie  byłoby  tak 

zakurzone. 

Anna rozmarzyła się. Jak dobrze byłoby zamieszkać na wsi. No tak, 

ale z czego by żyła? Nie potrafiła robić niczego innego, prócz dekoracji 

wnętrz.  Nie  umiała  nawet  dobrze  pisać  na  maszynie.  A  gdyby  nawet 

udało  się  jej  znaleźć  jakąś  niskopłatną  pracę  w  Sumersbury,  czym 

spłaciłaby pożyczkę na dom? 

Oczywiście,  mogłaby  wyjść  za  mąż  za  kogoś  takiego  jak  Sam... 

Natychmiast  skarciła  się  za  takie  myśli.  Zawsze  uważała,  że  kobieta 

powinna zarabiać na siebie. Upierała się przy tym, kiedy była z Erikiem, 

a teraz okazało się, że miała rację. 

Spojrzała  na  zegarek.  Czas  jechać  do  Sama.  Schowała  jedzenie  do 

lodówki i wróciła do samochodu, w którym zostawiła katalogi, notatki i 

szkice.  Już  miała  siadać  za  kierownicą,  kiedy  nagle  coś  przyszło  jej  do 

głowy. Zebrała materiały, zamknęła samochód, okrążyła dom i ruszyła w 

stronę  lasu.  Bez  trudu  odnalazła  początek  leśnej  ścieżki  i  zeszła  z 

osłonecznionej łąki w cień drzew. 

Zakłócana  jedynie  śpiewem  ptaków  cisza  zachwycała  ją.  Pod  jej 

background image

nogami przemknęła wiewiórka, chowając się w grubej warstwie ściółki. 

Anna  zastanawiała  się,  jakie  zwierzęta  mogłaby  zobaczyć,  gdyby 

przycupnęła tu na zwalonym pniu o świcie. Może sarnę albo jelenia. 

Jeleń przypomniał jej o śpiewie Estelle, a to z kolei o Samie.  Anna 

roześmiała się wesoło. Jakże zmieniła się, odkąd go poznała. Jeszcze w 

lecie była zamknięta w sobie niczym ślimak w skorupie, a dziś życie na 

powrót wydawało jej się interesujące i pełne obietnic, takich jak choćby 

możliwość odkrywania tajemnic tej ścieżki. Przyspieszyła kroku. 

Kilkaset  metrów  od  domu  Sama  las  przerzedzał  się,  ustępując 

miejsca równym rzędom drzew iglastych. Ścieżka prowadziła dalej aż na 

podwórze.  Po  lewej  ręce  Anny  stała  stodoła,  a  po  prawej  ciągnęło  się 

niskie  kamienne  ogrodzenie.  Dokładnie  naprzeciw  niej  znajdowała  się 

mała weranda. Zauważyła nieużywane kowadło i, dużo większy niż jej, 

stos drewna. 

Kilka  pastelowych  ścierek  do  naczyń  kołysało  się  na  sznurze  do 

bielizny niczym flagi sygnalizacyjne. Podeszła do sznura i przyjrzała się 

im  z  bliska.  Tak,  nie  pomyliła  się,  ścierki  były  ręcznie  tkane.  Dotknęła 

ich.  Były  suche.  Położyła  na  trawie  swoje  materiały  i  zaczęła  zbierać 

pranie. Po chwili zapukała do drzwi werandy. 

– Nie spodziewałem się ciebie od tej strony – zaczął Sam, jak tylko 

jej  otworzył.  –  Nasłuchiwałem  odgłosu  samochodu.  –  Uśmiechnął  się 

mile zdziwiony. 

–  Postanowiłam  przejść  się  ścieżką.  Przy  okazji  zebrałam  twoje 

background image

pranie. 

– O, dziękuję – roześmiał się, odbierając od niej stos ścierek. – Nie 

musiałaś tego robić. 

–  Wiem,  ale  chciałam.  Nie  masz  pojęcia,  jaka  to  frajda  dla 

dziewczyny z miasta. Czy zawsze suszysz pranie w ten sposób? 

–  Muszę  cię  rozczarować:  nie.  Mam  suszarkę  do  bielizny,  ale  te 

ścierki...  –  Wzruszył  ramionami.  –  Nie  wiem  dlaczego,  ale  lubię  je 

wieszać. 

– I zdejmować? A ja zepsułam ci zabawę. 

– Jeśli o to chodzi – uśmiechnął się – możesz używać tego sznurka, 

kiedy tylko zechcesz. 

– Nabijasz się ze mnie. 

–  Wcale  nie.  Sam  przed  chwilą  przyznałem,  że  wieszam  je  bez 

specjalnego powodu, więc chyba oboje jesteśmy lekko stuknięci. 

– To prawda – roześmiała się Anna. 

– O Boże, jak się cieszę, że znowu cię widzę. 

Na dźwięk tych słów uśmiech znikł jej z twarzy. 

– Przestraszyłem cię? 

– Trochę. 

– Wejdź do środka. – Wskazał ręką salon. – Usunąłem księgi z sofy. 

Możemy  tam  usiąść  i  obejrzeć  to,  co  przywiozłaś.  Obiecuję,  że  będę 

grzeczny. Dopóki nie skończymy, nie zapytam, jak było na wczorajszej 

randce, mimo że umieram z ciekawości. Mogę być trochę rozkojarzony, 

background image

ale nie zwracaj na to uwagi. To minie. 

– Och, Sam – skarciła go Anna. 

–  Już  dobrze.  Zaczynajmy.  Sądząc  po  objętości  tych  materiałów, 

ciężko pracowałaś nad moim domem. 

– Chcę wykonać dobrą robotę. 

–  Skoro  mowa  o  dobrej  robocie,  chcesz  zobaczyć,  jak  wygląda 

korytarz bez tapet? 

– Już je zerwałeś? 

– Chodź zobacz. 

Anna poszła za nim na górę. 

– O  Boże!  – krzyknęła,  mrużąc oczy na widok białych ścian.  – Co 

za różnica! 

Sam przyglądał się swemu dziełu z miną człowieka bardzo z siebie 

zadowolonego. 

–  Sam  musiałem  wybrać  biel,  ale  jeśli  ta  farba  ci  nie  odpowiada, 

mogę pomalować inną. Nie miałem pojęcia, że jest tyle różnych odcieni 

bieli. 

– Myślę, że ten jest świetny – pochwaliła go Anna. – Brakuje tylko 

szlaczka u góry przy suficie. 

– Szlaczka? Takiego, jakie robiliśmy w szkole? 

–  Mniej  więcej.  Przywiozłam  kilka  wzorów,  żebyśmy  mogli  coś 

wybrać.  Robienie  szlaczków  wymaga  raczej  cierpliwości  niż  wprawy. 

Myślę, że po tym, co już zrobiłeś, świetnie ci to pójdzie. Szlaczki znowu 

background image

stały  się  bardzo  modne,  ludzie  z  telewizji  będą  zachwyceni,  a  jeśli 

zabierzemy się razem do pracy, powinno nam pójść błyskawicznie. 

– Razem? Pomożesz mi? 

–  Oczywiście.  To  świetna  zabawa.  A  poza  tym  wydaje  mi  się,  że 

mój organizm potrzebuje fizycznego wysiłku: najpierw zebrałam pranie, 

a teraz rwę się do malowania szlaczków – dodała żartobliwie. 

–  Jeśli  tęsknisz  za  pracą  fizyczną,  przenieś  się  na  wieś,  mogę  cię 

zatrudnić na farmie przy drzewkach. 

–  Nie  posuwajmy  się  aż  tak  daleko.  Nie  kusi  mnie,  żeby  zostać 

rolnikiem, chodzi mi raczej o satysfakcję płynącą z tego, że robi się coś 

własnymi rękami... 

Zamyśliła się. 

– Wolałbym, żebyś tego tak nie sformułowała. 

– Dlaczego? – Spojrzała na niego zdziwiona. 

–  Z  trudem  powstrzymuję  się,  żeby  cię  nie  pocałować,  a  ty 

wspominasz mi o satysfakcji robienia czegoś własnymi rękami. 

– Sam, nie chciałam... – Oblała się rumieńcem. 

–  Wiem  –  przerwał  jej  łagodnie.  –  Nie  ma  o  czym  mówić.  Chyba 

powinniśmy zejść na dół i przejrzeć twoje materiały. 

Odwrócił się i poprowadził ją z powrotem do salonu. Szła za nim z 

bijącym  z  podniecenia  sercem.  Jego  otwarte  przyznanie  się  do  tego,  że 

jej pragnie, wytrąciło ją z równowagi. Jednakże lęk przed poddaniem się 

emocjom  był  silniejszy  od  pokusy  pocałunków.  Bała  się  zawierzyć 

background image

uczuciu, które zawładnęło nią tak szybko. 

Usiedli  na  sofie  w  odległości  metra  od  siebie.  Anna  rozmyślnie 

położyła między nimi swoje papiery. 

–  A  więc  zacznijmy  od  tego,  na  czym  siedzimy.  Chciałabym, 

żebyśmy  tym...  –  wyciągnęła  próbki  materiałów  obiciowych  i  pokazała 

mu czerwony w drobny wzorek – obili sofę. 

– Bardzo jasny. 

– Dzięki temu rozjaśni nieco pokój. 

– W porządku, skoro tak mówisz. 

–  Następnie  zdejmiemy  kotary.  Chciałabym  zostawić  okna  bez 

żadnych zasłon. 

– Bez zasłon? – zdziwił się Sam. 

– Tak. Żeby do środka wpadało słońce. Zauważyłam w kuchni cały 

komplet  szklanych  naczyń  w  kolorze  rubinu.  Możemy  ustawić  kilka  z 

nich  na  parapecie  i  na  kominku.  Odbite  w  nich  światło  przyda  ciepła 

całemu  pokojowi.  Powiedz,  jeśli  ci  się  coś  nie  podoba  –  dodała  po 

chwili. 

– Nie, nie. Mów dalej. 

– No cóż... – Zawahała się. – Myślę, że powinieneś wynieść stąd te 

dwa  fotele  i  kupić  nowe.  Oto,  co  proponuję.  –  Otworzyła  katalog  ze 

zdjęciami krzeseł i foteli. – Obite białą skórą. 

Na widok ceny Sam aż zagwizdał. 

–  Wiem.  Większość  ludzi  nie  lubi  wydawać  tyle  pieniędzy,  ale  te 

background image

fotele służyć ci będą całe życie. 

– Mnie i jeszcze komuś. Nie mogę siedzieć na obu naraz. – Zerknął 

na nią znad katalogu. – Wypróbowałaś je kiedyś? Są wygodne? 

– Mamy jeden w naszym sklepie i kiedy tylko mogę, siadam w nim 

na chwilę, żeby trochę odpocząć. 

– W porządku. Biorę je. Aha, Tom ze sklepu żelaznego zabrał łóżko 

i komodę do odnowy. Powiedział, że będą gotowe za tydzień. 

–  Widzę,  że  się  nie  leniłeś  –  powiedziała,  zamykając  katalog  i 

próbując myśleć o łóżku jako projektantka, a nie kobieta. 

– To prawda, choć wolałbym spędzać ten czas inaczej. 

Anna postanowiła zlekceważyć tę uwagę. 

–  Stoliki  mogą  zostać  –  ciągnęła  –  trzeba  je  tylko  trochę 

wypolerować, proponowałabym natomiast zmienić lampy. Znalazłam tu 

kilka. – Otworzyła kolejny katalog. 

– Świetne – powiedział Sam nie patrząc. 

–  Nawet  nie  wiesz,  o  których  mówię  –  oburzyła  się  Anna.  Pod 

intensywnym spojrzeniem jego oczu zadrżała jej ręka. – Zaznaczyłam je. 

Jedna stojąca i... 

– Powiedz mi, jak wypadła randka. 

– Myślałam, że ustaliliśmy... 

–  Proszę.  Powiedz  tylko,  czy  się  dobrze  bawiłaś.  Potem 

dokończymy tę rozmowę. Muszę to wiedzieć. 

– A jeśli nie bawiłam się dobrze? – Serce zabiło jej gwałtownie. 

background image

– Naprawdę? – Iskierki radości zapaliły się w jego oczach. 

– Naprawdę. – Czuła, jak zasycha jej w gardle. 

–  To  był  kretyn,  prawda?  Za  chudy  albo  za  gruby  i  w  dodatku 

okropnie nudny. 

Anna potrząsnęła głową. 

–  Nie.  Ted  jest  całkiem  przystojny  i  inteligentny.  Miło  się  nam 

rozmawiało, ale... 

Sam  zamknął  katalog  z  lampami,  podniósł  stos  papierów,  który 

oddzielał go od Anny i położył je na stoliku obok. 

– Mów dalej – powiedział, przysuwając się do niej i kładąc ramię na 

oparciu sofy. 

– Sam, nie skończyliśmy jeszcze omawiać interesów. 

– Nie szkodzi. To ja jestem klientem, a to, o czym właśnie zaczęłaś 

mówić,  interesuje  mnie  teraz  dużo  bardziej  niż  lampy.  No  i  co  z  tym 

twoim Tedem? Co miało być po „ale"? 

– Przy nim nie czułam się tak... – Spojrzała na niego. 

– Jak teraz? – dokończył za nią cicho. 

– Sam.... Nie wiem, co  to  jest. To jakieś szaleństwo. Boję się temu 

zaufać. 

– Wiem. –  Ujął  ją pod  brodę i spojrzał  w  oczy. – Ale  niczemu nie 

zaufasz, jak długo będziesz ode mnie uciekać. 

–  A  jeśli  rzeczywiście  miałeś  rację,  że  jesteś  jedynie  częścią  mojej 

fantazji  o  wiejskiej  sielance?  A  jeśli  to  tylko  atmosfera  wsi,  przyroda, 

background image

tajemnicza ścieżka między naszymi domami tak na mnie działają? 

–  Chcesz,  żebym  przeniósł  się  do  miasta  po  to,  żebyś  mogła 

sprawdzić, czy twoja fascynacja ogranicza się tylko do wsi? – Gładził ją 

po  policzkach,  brwiach  i  czole.  Jego  delikatny  dotyk  przyprawiał  ją  o 

gęsią skórkę. 

–  Nie  –  odparła,  patrząc  w  jego  intensywnie  niebieskie  oczy.  – 

Chcę... chcę, żebyś mnie pocałował. 

– Jesteś pewna? – Uśmiech zadrżał mu w kącikach ust. 

–  Może  teraz  nie  będzie  tak  jak  ostatnim  razem  –  westchnęła.  –  A 

wtedy będę wiedziała, że wszystkiemu winna jest twoja harmonijka. 

– Może. – Ujął jej twarz w obie dłonie i nachylił się nad nią. 

–  Poza  tym  –  zaczęła  się  tłumaczyć  –  poprzednim  razem  wypiłam 

kilka lampek wina i byłam trochę zmęczona i bardziej podatna... 

Przyciągnął  ją  bliżej,  musnął  kciukiem  jej  dolną  wargę,  naciskając 

jednocześnie lekko na brodę. 

– Czy to już wszystkie argumenty, czy masz jeszcze coś do dodania? 

– To bardzo nieprofesjonalne, Sam – szepnęła bez przekonania. 

–  Nie  wydawaj  ocen,  dopóki  nie  skończę  –  powiedział,  owiewając 

jej twarz ciepłym oddechem. 

– Ależ ja miałam na myśli... 

– Za dużo mówisz, Anno. – Dotknął jej ust z delikatną pewnością. 

Ciałem Anny wstrząsnął dreszcz podniecenia, rozsądek opadł z niej 

niczym  pierwszy  człon  wystrzelonej  w  kosmos  rakiety.  Och,  Sam, 

background image

jęknęła  bezgłośnie.  Położyła  mu  ręce  na  ramionach  i  drżąc  poddała  się 

pieszczocie  warg.  Sam  napierał  na  nią  lekko,  aż  oparła  głowę  o  jego 

wyciągnięte ramię. Oderwał się od niej na chwilę po to, by natychmiast 

powrócić z jeszcze większą pasją. 

Anna zatraciła się zupełnie w namiętnej gorączce jego pocałunków. 

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  wygięła  się  w  łuk  i  wypięła  do  przodu 

piersi, póki nie poczuła na nich jego dłoni. Czuła w skroniach gwałtowne 

pulsowanie  krwi,  ale  nie  przerwała,  nie  mogła  przerwać,  natarczywej 

pieszczoty  jego  języka.  Sam  rozsuwał  powoli  zamek  jej  bluzy,  na  tyle 

wolno,  by  mogła  powstrzymać  jego  dłoń,  zasygnalizować  granice,  do 

jakich się może posunąć. 

Pozwoliła  mu  zsunąć  bluzę  z  ramion  i  odpiąć  klamerkę  stanika. 

Jęknęła  z  rozkoszy,  kiedy  dotknął  palcami  rozpalonej  skóry.  Żarliwość 

pocałunku  zapierała  jej  dech  w  piersiach.  Z  trudem  łapała  powietrze, 

kiedy Sam oderwał się od jej ust. 

–  Jeśli  natychmiast  mnie  nie  powstrzymasz,  wezmę  cię  tutaj,  na 

sofie – odezwał się równie zdyszany, jak ona. – Chodźmy lepiej na górę. 

– Sam, ja nie... 

– Dlatego pytam. Powiedz mi, Anno. 

Podniosła  na  niego  wzrok.  Na  widok  płonących  pożądaniem 

niebieskich oczu aż ścisnęło ją w gardle. 

–  Jeszcze  nie  –  zdołała  wyszeptać,  zastanawiając  się,  czy 

rzeczywiście  chce  tego,  co  mówi.  –  Jeszcze  nie,  Sam.  –  Widziała,  jak 

background image

walczy, by stłumić pożądanie. – Zupełnie przestałam myśleć i pragnęłam 

z całego serca wszystkiego, co zaszło między nami. Może, gdybyś mnie 

nie zapytał... 

–  Tego  właśnie  bym  nie  chciał.  Jeśli  ma  dojść  do  czegoś  między 

nami,  chcę,  żeby  to  był  twój  świadomy  wybór.  Wiedząc  o  wszystkich 

zastrzeżeniach,  jakie  masz  na  nasz  temat,  musiałem  zapytać.  Nie 

pozwolę, żeby ktoś z nas potem tego żałował. 

– Ja też nie – powiedziała cicho, dotykając jego policzka. – Dziękuję 

ci, Sam. 

Odwrócił  głowę  i  pocałował  wnętrze  jej  dłoni.  Jego  spojrzenie 

ześlizgnęło się w dół, na jej odkryty biust, na którym wciąż trzymał rękę. 

– Jesteś piękna. Po prostu piękna. – Zanim się spostrzegła, objął jej 

krągłe piersi, nachylił się i pocałował jeden ciemny koniuszek. 

Wstrzymała  oddech.  Czuła,  jak  fala  rozkoszy  przepływa  przez  jej 

ciało. 

–  Nie  próbuję  wpłynąć  na  zmianę  twojej  decyzji  –  oznajmił, 

uwolniwszy ją z objęć. – Chciałem tylko wyrazić moje uznanie. – Zapiął 

jej  stanik,  zasunął  zamek  bluzy  i  spojrzał  prosto  w  oczy.  –  Ale  jedno 

mogę  ci  obiecać.  Jeśli  kiedykolwiek  zdecydujesz  się  ze  mną  kochać, 

będzie nam ze sobą wspaniale. 

– Skąd ta pewność? – zapytała z uśmiechem. 

– No cóż, ja też dysponuję skalą porównań. 

Przypomniała sobie o jego randce zeszłej soboty. 

background image

–  Tydzień  temu  wróciłeś  z  randki  wcześniej  niż  zwykle?  –  spytała 

nieco bardziej ośmielona tym, co między nimi zaszło. 

– Tak. 

– Dlaczego? 

– Chciałem oszczędzić swoich sił dla ciebie. 

– Och, Sam! Żartujesz sobie ze mnie. 

–  Wcale  nie.  Uświadomiłem  sobie  podczas  tego  wieczoru  z 

Daphne... 

– I pomyśleć, że kiedyś lubiłam to imię – zacytowała go Anna. 

– Jesteś zazdrosna? Cudownie! 

– Bzdury. No więc, co sobie uświadomiłeś? 

– Że pocałowałem cię tylko raz, a Daphne chyba ze sto razy... 

– Tylko bez zbędnych szczegółów. 

– Jak sobie życzysz – uśmiechnął się szerzej. 

– W każdym razie ten jeden raz z tobą zrobił na mnie dużo większe 

wrażenie niż wszystkie pocałunki z  Daphne. Jednym słowem, wszystko 

zepsułaś. 

–  To  straszne.  Czy  ta  Daphne  nie  jest  przypadkiem  kierowniczką 

tutejszego banku? 

– Tak, to ona. 

–  To  mi  pochlebia.  Pamiętam  ją.  Poznałyśmy  się,  kiedy  brałam 

pożyczkę na dom. To bardzo atrakcyjna kobieta. 

– Ona też cię pamięta. 

background image

– Powiedziałeś jej o mnie? 

–  Musiałem  jakoś  wytłumaczyć,  dlaczego  z  nią  zrywam. 

Wspomniałem,  że  poznałem  kogoś  innego.  Spytała  o  kogo  chodzi,  a  ja 

powiedziałem, że o sąsiadkę. Okazało się, że cię zna. 

– Och, te małe miasteczka – westchnęła Anna, kręcąc głową. 

–  Powiedziała  również,  że  jesteś  w  każdym  calu  mieszkanką 

Nowego Jorku i nigdy nie osiądziesz na stałe w Sumersbury. 

Anna spoważniała. 

–  Co  będzie,  jeśli  okaże  się,  że  miała  rację?  –  spytała  po  dłuższej 

chwili. 

Wytrzymał jej spojrzenie bez mrugnięcia powieką. 

– A co będzie, jeśli okaże się, że się myliła? 

 

background image

Rozdział 7 

 

Anna podziwiała Sama za jego opanowanie: nie próbował już więcej 

namawiać jej na  pójście do  łóżka.  Wybrali wspólnie  lampy do  salonu i 

szyszkowy  motyw  na  szlaczek  do  korytarza  na  piętrze.  Sam 

zaakceptował  również  jej  wybór  tapicerki  na  krzesło  i  otomanę  do 

sypialni. 

–  Ten  pled,  który  utkała  twoja  babka,  jest  znakomitym,  stylowym 

akcentem w sypialni. Zostawiłabym go, tak jak leży teraz, przewieszony 

przez oparcie krzesła. A druga rzecz, jaką chciałabym do tego pokoju, to 

patchwork na łóżko. Najlepiej stary, ale pewnie żadnego tu nie masz? 

–  Nie.  Robienie  patchworków  nie  było  ulubionym  zajęciem  mojej 

babki,  ale  jestem  pewny,  że  Tessie  będzie  wiedziała,  do  kogo  cię 

skierować. 

–  To  może  być  kolejny  poważny  wydatek  –  ostrzegła  Anna.  – 

Ręcznie wykonany patchwork jest dość drogi. 

–  Wiem,  ale  zawsze  chciałem  go  mieć.  Kupię  go  sobie  na  prezent 

gwiazdkowy. 

– Więc może powinieneś sam go wybrać. 

–  Jasne.  Powiedz  Tessie,  żeby  podała  ci  nazwiska  kobiet,  i 

wybierzemy się do nich razem któregoś sobotniego popołudnia. To może 

być zabawne. 

–  I  ja  tak  myślę  –  zgodziła  się  Anna.  Cieszył  ją  swobodny  ton,  na 

background image

jaki potrafili  się  zdobyć nawet po  tak gorącej scenie,  jaka przed  chwilą 

miała  miejsce.  Zastanawiała  się,  czy  to  znaczy,  że  mogą  być  z  Samem 

nie  tylko  kochankami,  ale  również  przyjaciółmi.  –  Wydaje  mi  się,  że 

podjęliśmy  na  dziś  wystarczająco  dużo  decyzji.  Kiedy  uporamy  się  ze 

sprawami podstawowymi, zaprojektuję dekoracje świąteczne. Biorąc pod 

uwagę  towar,  którym  handlujesz,  proponuję  na  początek  choinkę  w 

każdym pokoju. 

– To nie będzie trudne – roześmiał się Sam. 

–  Chciałabym  również  wykorzystać  twoje  stare  zabawki  ze 

schowka. Nie masz nic przeciwko temu? 

– Widzę, że chcesz stworzyć prawdziwie nostalgiczny nastrój. 

–  Czy  nie  tego  spodziewają  się  ludzie  z  telewizji...  –  Przerwał  jej 

dzwonek telefonu.  

Sam nie ruszał się z miejsca. Anna spojrzała na niego pytająco.  

–  Powiedziałaś,  że  chcesz,  żeby  przez  dwie  godziny  nikt  nam  nie 

przeszkadzał. Nasz czas się nie skończył – wyjaśnił. 

– Może nie, ale nie znoszę, jak dzwoni telefon. 

–  Powinienem  był  go  wyłączyć  –  westchnął,  wstając  z  sofy.  – 

Założę  się,  że  to  znowu  Estelle  Terwiliger.  –  Poszedł  niespiesznie  do 

telefonu w kuchni. Po kilku minutach był już z powrotem. – Teraz chce 

sadzawki  –  powiedział  zrezygnowany.  –  Skutej  lodem  sadzawki,  po 

której  będą  się  ślizgać  łyżwiarze.  Nie  wystarczy  jej,  ze  wciągnęła  w  to 

sarenkę Bentsonów i że zmusi to biedne zwierzę do noszenia rogów... 

background image

– Rogów? Nie rozumiem... 

– Rogów renifera – wyjaśni! Sam, siadając ciężko na sofie. – Chce 

zorganizować  przejazd  Świętego  Mikołaja  w  saniach  z  dzwoneczkami 

przez  zaśnieżone  ulice  Sumersbury.  Zamierza  wmówić  ludziom  z 

telewizji,  że  to  nasza  lokalna  tradycja.  Kazała  dzieciakom  Bentsonów 

przyzwyczajać  sarenkę  do  ciągnięcia  wózka.  Bóg  jeden  wie,  gdzie 

znajdzie sanie. 

Wyglądał na prawdziwie przybitego. Annie zrobiło się go żal. 

– Często do ciebie dzwoni? – spytała współczująco. 

–  Codziennie.  Powołała  już  do  życia  chór,  a  zamiast  organów  całą 

orkiestrę. Stąd pomysł sadzawki i łyżwiarzy. 

– Orkiestra będzie na łyżwach? – zdziwiła się Anna. 

Sam zerknął na nią i parsknął śmiechem. 

–  Jeszcze  nie.  Ale  jak  będzie  miała  więcej  czasu,  pomyśli  i  o  tym. 

Na  razie  orkiestra  ma  grać  „Walca  łyżwiarzy"  przy  sadzawce,  której 

jeszcze  nie  ma,  a  zakładając,  że  będzie  i  że  chwyci  mróz,  i  zetnie  ją 

lodem,  łyżwiarze  w  kostiumach  będą  się  po  niej  ślizgać  przy 

akompaniamencie muzyki. To również ma być lokalna tradycja. 

– Czy Sumersbury nie ma jakichś świątecznych tradycji poza tymi, 

które wymyśla Estelle? 

– Niech się zastanowię – Sam podrapał się po policzku. – Dzień po 

Święcie  Dziękczynienia  rozwieszamy  na  głównej  ulicy  kilka  starych 

dekoracji. 

Zwykle 

tym 

pomagam. 

Zamierzałem 

właśnie 

background image

zaproponować,  żebyśmy  się  złożyli  na nowe  lampki.  Teraz  zostawię  to 

Estelle.  Na  pewno  zbierze  tyle,  że  obwiesi  całe  miasto  kolorowymi 

światełkami. 

– I to już wszystko? Kilka dekoracji? 

– W kościołach odprawiane są specjalne nabożeństwa i... To chyba 

tyle, poza tym, że Edgar Madison zaczyna pić w Święto Dziękczynienia 

i nie trzeźwieje do końca grudnia. 

–  Zaczynam  rozumieć,  dlaczego  Estelle  tworzy  nowe  tradycje. 

Chce, żeby Sumersbury dobrze się prezentowało... 

Zadzwonił kolejny telefon. 

– O Boże – jęknął Sam i powlókł się do kuchni.  

Kiedy  wrócił  i  usiadł  koło  Anny,  w  jego  twarzy  widoczne  było 

zniecierpliwienie. 

– Znowu Estelle? – spytała. 

– Nie. Gorzej. 

–  Po  tym,  jak  na  nią  narzekałeś,  nie  wyobrażam  sobie  nikogo,  kto 

mógłby być od niej gorszy. 

– To dlatego że nie znasz mojej matki. 

– Dzwoniła twoja matka? – spytała zdziwiona. 

–  Tak.  –  Spojrzał  na  nią.  –  Dowiedziała  się  o  moim  sukcesie  i 

programie  telewizyjnym.  Chce  na  ten  czas  przyjechać  do  mnie  z 

Bostonu. Po to, żeby być w telewizji. Boże, miej nas w swojej opiece. 

Anna przysunęła się i położyła mu rękę na ramieniu. 

background image

–  To  niesprawiedliwe,  prawda?  Napracowałeś  się,  żeby  coś 

osiągnąć, a teraz każdy chce upiec przy tym własną pieczeń. 

–  Każdy,  prócz  ciebie.  Założę  się,  że  wolałabyś  na  ten  czas  zostać 

Nowym Jorku – powiedział, uśmiechając się do niej. 

– Szczerze mówiąc, tak. 

– Byłbym ci wdzięczny, gdybyś jednak przyjechała do Sumersbury i 

pomogła mi przez to przejść. 

– Masz na myśli „Walc łyżwiarzy", „Bóg się rodzi" i „Ave Maria"? 

– Między innymi – roześmiał się. – A więc zgadzasz się? 

 Jasne. – Nie potrafiła odmówić mu swojego wsparcia. – Przyjadę. 

– Dzięki. – Spojrzał jej w oczy. – Zatem jesteśmy umówieni. 

Poczuła przypływ namiętności i odwróciła wzrok. 

– W takim razie pojadę do Tessie i wypytam ją o patchworki, a przy 

okazji poradzę się jej w sprawie tkania. 

– Jak ci idzie? 

– Świetnie. Mam zamiar zrobić coś dla klientki, miłej starszej pani o 

wyrafinowanym smaku i skromnym budżecie. Chce kupić ręcznie tkaną 

chustę na komodę, a ja dokładnie wiem, o co jej chodzi. Mogę ją dla niej 

zrobić  za  połowę  tego,  co  zapłaciłaby  w  sklepie  i  policzyć  jej  trochę 

powyżej kosztów własnych. 

– Nie rób tego – ostrzegł ją Sam, – Żądaj uczciwej zapłaty za swoją 

pracę. 

– Ależ dla mnie to sama przyjemność. Chętnie zrobię dla niej to, co 

background image

chce za tyle, na ile  ją  stać. Czy  to nie  ty  robiłeś  mi  wykłady o dobrym 

sąsiedztwie? 

–  Może  masz  rację.  Moja  babka  też  sprzedawała  swoje  wyroby 

poniżej  ich  wartości.  Ale  zawsze  wydawało  mi  się,  że  gdyby  tylko 

spróbowała, mogłaby nieźle na nich zarobić. 

– Może tkanie nie sprawiałoby jej tyle radości, gdyby zarabiała nim 

na życie. 

– Może. 

– Muszę już iść – oznajmiła, zbierając swoje papiery. 

– Podwieźć cię? 

– Nie trzeba. Wrócę ścieżką przez las. 

Weszli do kuchni. 

– Chętnie cię odprowadzę. 

– Dziękuję, ale oboje mamy mnóstwo pracy. Zwłaszcza ty – dodała 

w  chwili,  gdy  zadzwonił  kolejny  telefon.  –  Do  zobaczenia  później  – 

rzuciła,  wychodząc  na  werandę.  Już  na  dworze  usłyszała,  jak  Sam 

wzdycha i podnosi słuchawkę. 

Po  drodze  do  domu  uświadomiła  sobie,  że  nie  umówili  się  ani  na 

dalsze omówienie  projektów  zmian,  ani  na towarzyskie spotkanie. No i 

dobrze,  pomyślała.  Potrzebuję  czasu  na  tkanie  i  przemyślenie  pewnych 

spraw. Obie czynności świetnie szły ze sobą w parze. 

W  domu  przełknęła  szybko  kanapkę  z  tuńczykiem  i  wyruszyła  do 

miasta. Zaparkowała wóz przed sklepem z materiałami tkackimi i weszła 

background image

do środka. 

–  Cieszę  się,  że  cię  widzę  –  przywitała  ją  Tessie.  –  Jak  ci  idzie 

tkanie? 

– Bardzo dobrze, ale zanim cię poproszę o radę w tej sprawie, muszę 

zapytać  o  coś  innego.  Potrzebuję  ręcznie  wykonanego  patchworku  na 

łóżko do sypialni Sama. Mówił, że możesz mi polecić kogoś, kto je robi 

albo u kogo można je zamówić. 

– Niestety, nie mogę ci w tym pomóc. Jedyną osobą, która coś o tym 

wie, jest przewodnicząca Cechu Rzemiosł w Sumersbury. 

– Estelle Terwiliger? – jęknęła Anna. 

– Tak jest. 

– A czy nie  mogłabyś polecić  mi kogoś, kto zajmuje się tapicerką? 

Muszę  zmienić  obicie  sofy,  krzesła  i  otomany.  Dostarczę  materiał,  ale 

nie chciałabym wozić mebli do Nowego Jorku i z powrotem. 

– W tym mogę ci pomóc. Mam znajomego tapicera. Zaraz przyniosę 

jego wizytówkę. 

Tessie  zniknęła  na  zapleczu,  a  Anna  oparła  się  o  ladę  i  studiowała 

uważnie  kolorowe  szpulki  przędzy.  Po  chwili  wybrała  kilka  na  chustę 

dla  klientki.  Ciekawe,  jak  duże  jest  zapotrzebowanie  na  wyroby 

rękodzielnicze,  zastanawiała  się  w  duchu.  Czy  rzeczywiście,  jak 

twierdził  Sam,  można  się  z  tego  utrzymać?  Postanowiła,  że  pomyśli  o 

tym w domu, przy krośnie. 

Kiedy  wyszła  od  Tessie,  słońce  schowało  się  za  warstwą  szarych 

background image

chmur,  a  temperatura  spadła  o  kilka  stopni.  Wstąpiła  do  sklepu 

spożywczego  po  herbatę  i  kruche  ciasteczka.  Pogoda  wydawała  się  w 

sam  raz  na  to,  żeby  rozpalić  ogień  w  kominku  i  usiąść  przy  krośnie  z 

herbatą i ciasteczkami. 

Późnym  popołudniem  miała  już  gotowe  kilka  centymetrów  chusty, 

której  delikatny  splot  oraz  fiołkoworóżowe  odcienie  przędzy  świetnie 

pasowały  do  wiktoriańskiego  wystroju  sypialni  jej  klientki.  Wstała  na 

chwilę  z  ławki,  żeby  rozprostować  kości  i  przynieść  kilka  szczap  do 

kominka. Przez cale  popołudnie chrupała  ciasteczka  i  popijała herbatę i 

nie chciało się jej przygotowywać kolacji. 

Zdjęła z wieszaka kurtkę i wyszła na podwórze. Odgłos jej kroków 

spłoszył  szarą  wiewiórkę,  która  siedziała  na  stercie  drewna.  Annie 

zrobiło  się  przykro.  Po  jednym  cichym  popołudniu  przy  krośnie 

wiedziała  już,  że  z  przyjemnością  spędzałaby  w  ten  sposób  zimowe 

weekendy. Wiejska cisza, kojące ruchy czółenka i buzujący w kominku 

ogień,  wszystko  to  wspaniale  na  nią  działało.  Trochę  jednak  dokuczała 

jej samotność. 

Może  nawet  więcej  niż  trochę,  przyznała  się  przed  samą  sobą, 

wkładając  pod  pachę  trzy  średniej  wielkości  bierwiona  i  kierując  się  z 

powrotem  do  domu.  Spodziewała  się,  że  Sam  się  do  niej  odezwie,  ale 

telefon  milczał  jak  zaklęty,  a  na  horyzoncie  nie  widać  było 

poobdrapywanej ciężarówki. Najpierw wyznał, że pragnie, pocałował ją 

namiętnie, a potem zostawił samą. 

background image

Anna stwierdziła, że chyba jest nienormalna. Sama prosiła go, żeby 

się pohamował, a teraz żałuje, że zastosował się do jej prośby. Wszystko 

wskazuje na to, że resztę weekendu spędzi samotnie przy krośnie. 

– No i co z tego? – mruknęła, układając szczapy na palenisku.  

Po  chwili  wyszła  po  następną  partię.  Doszła  do  wniosku,  że  lepiej 

zrobić  od  razu  zapas,  niż  wychodzić  na  dwór  po  ciemku.  Miała  co 

prawda latarkę, ale  jej światło  nie  było  zbyt silne. W  drodze powrotnej 

nadstawiła  uszu  w  kierunku  domu  Sama.  Cisza,  żadnej  harmonijki. 

Westchnąwszy wniosła bierwiona do środka. 

Na  dworze  zapadł  zmrok.  Anna  dołożyła  do  ognia  i  usiadła  na 

podłodze przed kominkiem. Po chwili od siedzenia na gołych sosnowych 

deskach ścierpły jej pośladki. Uznała, że wyściełane metalowe krzesło z 

werandy  będzie  lepsze  niż  stołek  z  twardym  oparciem  z  jadalni.  Kiedy 

wniosła  je  do  środka  i  postawiła  przed  kominkiem,  poczuła,  że  ma 

ochotę  na  lampkę  wina.  Wreszcie  usadowiła  się  wygodnie  z  lampką 

czerwonego wina w ręce. Uniosła kieliszek do góry i obserwowała blask 

płomieni odbijający siew purpurowym płynie. 

– Twoje zdrowie, Sam – mruknęła, upijając łyk wina. 

Co  się  z  nim  dzisiaj  działo?  Co  robił?  Zaczęła  się  niepokoić.  Nie 

zagrał  jej  wieczorem  na  harmonijce,  a  jeśli  zagrał,  wiatr  musiał  unieść 

dźwięki instrumentu w inną stronę. Może w ogóle nie było go w domu? 

Może znów poszedł na randkę?  

Anna  poderwała  się  z  krzesła  i  zaczęła  niespokojnym  krokiem 

background image

przechadzać  się  po  pokoju.  Wspomniał  jej,  że  prowadzi  bogate  życie 

towarzyskie.  Co  z  tego,  że  zeszłej  soboty  odwiózł  wcześniej  swoją 

towarzyszkę? Dziś może jest z inną, bardziej interesującą, może do niej 

mówi, trzyma za rękę i...  

Anna zacisnęła zęby. Do diabła, myśl o tym, że Sam może całować 

kogoś  innego,  wywoływała  w  niej  wściekłość.  A  przecież  nie  miała  do 

niego żadnych praw. 

A  może  siedzi  w  domu,  samotnie,  jak  ona?  Może  pracuje  nad 

księgami rachunkowymi swoich klientów? Chęć przekonania się o tym, 

jak  jest  naprawdę,  coraz  bardziej  ją  dręczyła.  Mogłaby,  oczywiście,  do 

niego zadzwonić albo po prostu pojechać, ale gdyby zastała go w domu z 

inną kobietą, znalazłaby się w niezręcznej sytuacji. 

No tak, pozostawała jeszcze ścieżka. 

Najpierw  odrzuciła  tę  myśl.  Będzie  musiała  przeżyć  ten  dzień  nie 

wiedząc,  co  dzisiaj  robił.  Odstawiła  kieliszek  po  winie  i  wróciła  do 

krosna. Nic z tego, jej myśli ciągle krążyły wokół Sama. 

Przecież szła tą ścieżką dzisiaj dwukrotnie... 

Tak,  ale  za  każdym  razem  w  świetle  dnia,  w  nocy  las  bywa 

zdradziecki. W ciemności łatwo się zgubić. 

Przecież ma latarkę... 

No  i  co,  jeśli  uda  się  jej  dojść  na  miejsce?  Co  wtedy  zrobi? 

Zakradnie  się  pod  okna  i  będzie  podglądać?  Sprawdzi,  czy  pali  się 

światło  i  czy  ciężarówka  stoi  przed  domem,  a  jeśli  tak,  nasłuchiwać 

background image

będzie kobiecego głosu? 

Anna zachichotała. Tak, właśnie tak. To właśnie zrobi. Zerwała się 

od  krosna,  zasłoniła  ekranem  kominek,  w  którym  ogień  palił  się  już 

bezpiecznym,  spokojnym  płomieniem,  odsunęła  krzesło  dalej  od  ognia, 

tak  na  wszelki  wypadek.  Nic  nie  powinno  się  stać,  palenisko  było 

szerokie, a jej wyprawa nie potrwa długo. 

Włożyła  kurtkę,  wyjęła  latarkę  z  szuflady  w  kredensie  i  wyszła  na 

werandę,  nie  zamykając  za  sobą  drzwi  na  klucz.  Zauważyła,  że  Sam 

prawie nigdy nie zamykał swojego domu, a poza tym za chwilę będzie z 

powrotem. 

Kiedy  znalazła  się  poza  kręgiem  światła  z  okien  kuchennych, 

zrozumiała, jak czarna jest noc na wsi, szczególnie przy zachmurzonym 

niebie.  Włączyła  latarkę  i  w  jej  nikłym  blasku  odnalazła  początek 

ścieżki. Drżąc z podniecenia, ruszyła w stronę lasu. 

 

background image

Rozdział 8 

 

W  kuchni  na  farmie  Sam  stał  przed  otwartą  lodówką,  nie  mogąc 

zdecydować,  czy  zabrać  się  za  przygotowywanie  kolacji.  Całe 

popołudnie  nie  miał na  nic ochoty.  Nie  chciało  mu się  nawet  zagrać na 

harmonijce,  bo  gra  na  niej  przypominała  mu  tylko,  że  nie  jest  razem  z 

Anną. 

Wpatrywał  się  tępo  w  produkty  skąpane  w  upiornym  świetle 

jarzeniówki. Resztki szynki, kilka jaj... mógłby zrobić omlet. Nawet dwa 

omlety  i  jeden  zaproponować  Annie,  zakładając,  że  jeszcze  nie  jadła. 

Musi o tym zapomnieć, Anna potrzebowała czasu na zastanowienie, a on 

przyrzekł sobie, że jej go da. 

Wyjął szynkę i włożył z powrotem. Może lepiej zrobić hot dogi? Do 

diabła,  wcale  nie  był  głodny.  Może  powinien  do  niej  zadzwonić  i 

zapytać,  czy  już  jadła?  Czy  to  nie  idiotyczne,  żeby  każde  z  nich  jadło 

samotnie, skoro są sąsiadami? 

Pewnie tkała całe popołudnie, nie pamiętając o jedzeniu. Tak było z 

jego  babką:  praca  tak  ją  wciągała,  że  zapominała  o  całym  bożym 

świecie.  Mógłby  pojechać  i  zaprosić  ją  na  kolację,  a  przy  okazji 

zobaczyć, jak jej idzie praca. Gdyby okazało się, że już jadła, obejrzałby 

tylko jej dzieło i wrócił do siebie. 

W  każdym  razie  musi  zobaczyć  ją  raz  jeszcze,  zanim  wyjedzie  do 

Nowego Jorku. Nie może czekać cały tydzień. Chwycił kurtkę, wybiegł 

background image

na  dwór  i  wskoczył  do  ciężarówki.  Wycofując  się  z  podjazdu,  włączył 

wycieraczki: siąpił drobny deszcz. 

Zaparkował ciężarówkę za jej wozem i pospieszył do drzwi. Poczuł 

dym  z  komina  i  zaczął  wątpić,  czy  uda  mu  się  namówić  Annę  na 

wyjście.  Nic  straconego,  pocieszył  się,  może  zaprosi  go  do  siebie  na 

kolację. Zapukał do drzwi. Cisza. Zapukał po raz drugi. To samo. Czekał 

jeszcze  chwilę,  a  w  końcu  podniósł  kołnierz  kurtki  i  pobiegł  na  tyły 

domu.  Może  jest  w  kuchni  i  nie  usłyszała  jego  pukania.  Wbiegł  po 

stopniach na werandę. 

– Anno? – zawołał, otwierając drzwi. 

Nie było jej w kuchni ani w holu. 

– Anna! – zawołał głośniej.  

Odpowiedziała  mu  cisza.  Po  raz  pierwszy  poczuł  skurcz  strachu  w 

żołądku. 

Może  jest  w  łazience  pod  prysznicem  i  po  prostu  go  nie  słyszy? 

Przebiegł pędem przez salon. Zauważył przed kominkiem przyniesione z 

werandy krzesło, obok niego na podłodze lampkę z winem, a na krośnie 

kilka  centymetrów  nowej  tkaniny.  Wchodząc  z  bijącym  sercem  po 

schodach na górę, cały czas wołał jej imię. Albo nie ma jej w domu, co 

wydawało się dziwne, skoro w kominku palił się ogień, albo leży gdzieś 

na górze nieprzytomna. Przeskoczył jednym susem resztę stopni i wpadł 

do łazienki, Tu zdarza się zwykle większość nieszczęśliwych wypadków. 

Kilka  minut  później  stał  zdyszany  na  szczycie  schodów.  Sprawdził 

background image

wszędzie, nawet w szafach, bez rezultatu: nigdzie jej nie było. Zbiegł po 

schodach,  przeciął  pędem  salon,  wyskoczył  na  dwór  i  rzucił  się  do 

ciężarówki. Otworzył drzwiczki od strony kierowcy, pogrzebał chwilę w 

schowku i wyciągnął silną latarkę. Oświetlając sobie drogę, obszedł dom 

naokoło, nawołując ją po imieniu. Bez skutku. 

Wrócił na tyły domu i wtedy przypomniał sobie o ścieżce przez las. 

Pomysł,  że  mogłaby  włóczyć  się  po  niej  w  deszczu,  wydawał  się 

idiotyczny, ale z drugiej strony, gdzie indziej mogła być? Skierował snop 

światła  w  stronę  lasu  i  odszukał  początek  ścieżki.  To  szaleństwo, 

pomyślał, zanurzając się w leśną gęstwinę. 

Biegł po grząskim gruncie co sił w nogach, a kiedy dotarł do skraju 

lasu  naprzeciw  swojej  farmy, dojrzała  w nim  nowa decyzja:  Nie  ma  co 

się  dalej  wygłupiać,  trzeba  zawiadomić  policję.  Tak,  pomyślał,  biegnąc 

ścieżką  miedzy  rzędami  choinek,  wezwie  zawodowców,  powie,  żeby 

wzięli  ze  sobą  psy,  specjalistów  od  odcisków  palców  i  wszystko,  co 

potrzebne  do  sprowadzenia  jej  z  powrotem.  Gorący  oddech  wzbijał 

przed nim kłęby pary. Był odrętwiały z zimna i ze strachu. 

Kiedy  znalazł  się  kilka  metrów  od  zabudowań,  zauważył  słabe 

światełko odbite w białym oszalowaniu ścian. I cień. Ktoś był na tyłach 

jego  domu.  Pomyślał,  że  może  to  ten  sam  szaleniec,  który  uprowadził 

Annę. Zgasił latarkę i zaczął się skradać. 

Ten  ktoś  przysunął  się  do  okna  salonu  i  zajrzał  do  środka.  Blask  z 

okna oświetlił czubek  rudej głowy.  Anna!  Kolana ugięły się pod nim  z 

background image

radości. Co za ulga! Ale co ona tu robi? Przez moment korciło go, żeby 

podejść ją od tyłu i zemścić się za to, że go nastraszyła. Nie miał jednak 

serca tego robić. 

–  Coś  ciekawego  dzieje  się  wewnątrz?  –  zawołał  do  niej,  –  Ktoś 

biega nago po domu? 

Krzyknęła przestraszona i odwróciła się w jego stronę. 

– Co ty tu robisz? – spytała. 

– Coś mi się zdaje, że mam lepsze wytłumaczenie niż ty. Dlaczego 

zaglądasz w moje okna? 

– Ja nie zaglądam! Ja tylko... 

– Tak? 

– Zastanawiałam się, czy... 

–  To  musi  być  bardzo  interesujące.  –  Podszedł  bliżej  i  stanął 

naprzeciw  niej.  Po  twarzach  obojga  spływały  strużki  wody.  –  No, 

słucham. 

Zmoczone  deszczem  rude  włosy  Anny  pociemniały,  wilgotne 

kosmyki  przykleiły  się  do  czoła.  Rzęsy  zlepiły  się  ze  sobą,  a  brązowe 

aksamitne oczy wydawały się prawie czarne. 

– 

Ja... 

Postanowiłam 

przeżyć 

leśną 

przygodę 

trochę 

przeholowałam.  Ale  dalej  nie  rozumiem,  co  ty  robisz  w  deszczu,  po 

nocy, na tyłach swojego domu. 

– Znudziło mi się siedzieć przed kominkiem i postanowiłem przeżyć 

nocną przygodę. 

background image

– Sam, nie żartuj! 

–  Jeśli  chcesz,  żebym  nie  żartował,  powinnaś  mnie  była  widzieć 

kilka  minut  temu,  zanim  cię  tu  przyłapałem  na  zabawie  w  Sherlocka 

Holmesa. Kiedy pojechałem do ciebie i nie znalazłem cię w domu, mimo 

że  na  podjeździe  stał  twój  samochód,  a  w  kominku  palił  się  ogień, 

bardzo szybko przeszła mi ochota do żartów. 

– Pojechałeś do mnie? 

– Tak, pojechałem. 

– A potem wróciłeś ścieżką? 

– Zgadłaś. 

–  Och,  Sam.  –  Wybuchnęła  śmiechem,  ale  szybko  zasłoniła  dłonią 

usta.  –  Przepraszam  –  wykrztusiła,  ciągle  chichocząc.  –  Naprawdę  nie 

chciałam cię przestraszyć. 

– W takim razie co tu robisz? 

– Ciekawa byłam, czy jesteś w domu i czy jesteś... sam. Pomyślałam 

sobie,  że  będzie  zabawnie  zakraść  się  tutaj,  sprawdzić,  co  robisz,  i 

wrócić ścieżką, tak żebyś o niczym nie wiedział. 

– Przyszłaś mnie śledzić? 

– Tak – odparła, krztusząc się ze śmiechu. 

– Dlaczego? 

– Przepraszam, że cię przestraszyłam, ale nie przyszło mi do głowy, 

że  pojawisz  się  u  mnie.  Świetnie  się  bawiłam,  nawet  mimo  deszczu. 

Wykonałam swoje zadanie, odkryłam, że cię nie ma... Tylko myślałam, 

background image

że jesteś z kimś innym. 

– Tego chciałaś się dowiedzieć? – Uśmiechnął się do niej. 

– Mhm. Ale mnie przyłapałeś. 

– To prawda. – Zapalił latarkę. – A teraz musisz mi za to zapłacić. 

Przyciągnął  ją  do  siebie,  a  kiedy  posłusznie  wtuliła  się  w  niego, 

rozkoszował się dotykiem  jej mokrego ciała. Ich usta spotkały się. Czuł 

na  jej  wargach  smak  wina,  deszczu,  i  czegoś  jeszcze  bardziej 

podniecającego: smak przyzwolenia. 

Całował ją, nie zwracając uwagi na to, że deszcz moczy mu włosy i 

ścieka  strużkami  po  karku  za  kołnierz  kurtki.  Rozpalone  namiętnością 

usta  Anny  kazały  mu  o  wszystkim  zapomnieć.  Po  chwili  jego 

podniecenie  osiągnęło  poziom,  w  którym  gorące  pocałunki  już  nie 

wystarczały.  Nie  mógł  jednak  jej  tu  rozebrać.  Chociaż  bardzo  tego  nie 

chciał, musiał oderwać się od jej spragnionych warg, jeśli miał posiąść ją 

całą. 

Uniósł głowę, ale nie wypuścił Anny z mocnych objęć. 

– Wejdźmy do środka. 

– A co z ciężarówką? Zostawiłeś ją przed moim domem – szepnęła. 

– Do tego, co mam na myśli, nie będzie nam potrzebna. 

– Ale ja nie zamknęłam domu i zostawiłam ogień w kominku... 

– A niech to, masz rację. Musimy tam wrócić. 

– Ciągle nie powiedziałeś mi, dlaczego do mnie pojechałeś? 

–  Żeby  zaprosić  cię  na  kolację.  –  Nachylił  się  i  musnął  lekko  jej 

background image

wargi.  –  Ale  tak  naprawdę  to  po  to.  –  Aż  swędziały  go  palce,  żeby 

rozsunąć  zamek  jej  kurtki.  Niestety,  powietrze  było  zbyt  chłodne.  – 

Chodź. Zgasimy ogień, zamkniemy dom i przyjedziemy do mnie. 

– Dlaczego? Przecież mogę przygotować kolację u siebie. 

– Dlatego. – Postanowił nie mówić jej nic więcej.  

Niech  się  sama  domyśli  i  ewentualnie  wyprowadzi  go  z  błędu. 

Zerwała ze swoim chłopakiem kilka miesięcy temu i sama przyznała, że 

od  tamtej  pory  nie  miała  nikogo.  Zatem  jeśli  mieli  się  kochać,  on  sam 

musi zadbać o zachowanie środków ostrożności. 

– Dobrze – odparła cicho. – Przyjedziemy do ciebie. 

– Musimy iść gęsiego. Chcesz iść z przodu czy z tyłu? 

– Z przodu – odparła po chwili wahania. – Jeśli pożyczysz mi swoją 

latarkę. Jest silniejsza od mojej. 

– Cała należy do ciebie. 

– To zabrzmiało jak aluzja. 

– To było aluzją. 

– Sam, chcę tego. Naprawdę chcę być z tobą. Ale trochę się boję. A 

jeśli okaże się, że ja... że my... 

– Ejże. – Przytulił ją mocniej do siebie. – Co się stało z tą odważną 

kobietą, która chciała zakosztować dzisiaj przygód? Myślisz, że ja się nie 

boję?  Skąd  mogę  wiedzieć,  czy  spodobam  ci  się  jako  kochanek?  Ale 

chcę  zaryzykować  i  nie  uzależniam  wszystkiego  od  pierwszego  razu. 

Może  będziemy  musieli  trochę  poeksperymentować,  zanim  znajdziemy 

background image

właściwą kombinację. Czy to ci odpowiada? 

Poczuł,  jak  ustępuje  w  niej  napięcie  i  usłyszał  westchnienie  ulgi. 

Chyba udało mu się rozproszyć jej obawy. 

–  Pamiętaj,  to  nie  ma  być  dla  nas  sprawdzian,  ale  przyjemność  – 

mruknął. – Gotowa? 

– Tak. 

Wypuścił  ją  z  objęć  i  usunął  się  na  bok.  Anna  zapaliła  latarkę  i 

ruszyła  ścieżką  w  powrotną  drogę.  Podniósłszy  oczy  do  nieba,  Sam 

wymamrotał słowa podziękowania za ten niespodziewany prezent, który 

o mały włos przemknąłby mu dziś koło nosa. 

–  Powinnam  się  przebrać  w  coś  suchego,  kiedy  przyjdziemy  do 

domu – rzuciła przez ramię Anna. 

–  Lepiej  zabierz  coś  ze  sobą  –  poradził  wiedząc,  że  nie  zniesie 

czekania na dole, kiedy ona będzie się rozbierać. 

Kiedy wynurzyli się z lasu koło jej domu, Sam zrównał się z Anną i 

objął ją w pasie. 

–  Zajmę  się  ogniem  i  pozamykam  drzwi,  a  ty  pobiegnij  po  suche 

ubranie. 

– Dobrze. 

–  Przy  okazji,  to,  co  tkasz,  wygląda  wspaniale.  Myślę,  że  mojej 

babce bardzo by się podobało. 

–  Chciałam  to  dzisiaj  skończyć  –  powiedziała,  kiedy  trzymając  się 

za ręce, wchodzili po stopniach na werandę. 

background image

–  Wrócimy  wcześnie  rano.  Ty  będziesz  pracować,  a  ja  przygotuję 

coś do jedzenia, spakuję ci rzeczy, wszystko, co tylko chcesz. Chcę być 

miłym dodatkiem, a nie przeszkodą w twoim życiu. 

Kiedy weszli do kuchni, uśmiechnęła się i ścisnęła mu dłoń. 

– Nie mam wątpliwości, czym dla mnie jesteś, Sam. Zaraz wracam. 

Przez chwilę patrzył za nią, a kiedy zniknęła mu z oczu, przymknął 

powieki. Przeczucie tego, co miało niedługo nastąpić, rozgrzało mu krew 

w  żyłach.  Tak,  bał  się,  ale  jego  lęk  był  niczym  w  porównaniu  z 

pożądaniem,  jakie  w  nim  wezbrało.  Może  jakimś  cudem  uda  mu  się 

obudzić  je  również  w  Annie.  Czuł,  że  drzemią  w  niej  pokłady 

nieokiełznanej namiętności, ale może trzeba będzie się trochę natrudzić, 

by wydobyć je na powierzchnię. Z niecierpliwością czekał na tę chwilę. 

Po  kilku  minutach  ogień  w  kominku  był  zgaszony,  a  drzwi 

pozamykane. Sam pomógł Annie wsiąść do ciężarówki. 

–  Powinnam  kupić  sobie  taki  wóz  na  jazdę  po  mieście.  Jest  dużo 

bezpieczniejszy od mojego forda. 

– Albo mogłabyś wyprowadzić się z miasta – stwierdził, zamykając 

drzwiczki.  

Nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  żeby  zaczął  wykładać  karty  na  stół, 

pomyślał,  obchodząc  ciężarówkę.  Otworzył  drzwiczki  od  strony 

kierowcy  i  wspiął  się  do  szoferki.  I  wtedy  uświadomił  sobie,  co 

powiedział: Anna nie musiała wyprowadzać się z miasta, żeby być jego 

kochanką,  ale  jeśli  miałaby  zostać  jego  żoną...  Zerknął  na  nią  z  ukosa, 

background image

próbując odgadnąć, co o tym myśli. 

– Tam mam pracę, Sam. 

– Która ostatnio cię męczy. 

– Może, ale... 

– Nieważne. – Zapalił silnik. – Nie  mówmy o tym teraz. – Położył 

ramię  na  oparciu  siedzenia  i  obejrzał  się  do  tyłu,  wycofując  wóz  z 

podjazdu.  Kiedy  znaleźli  się  na  drodze  do  farmy,  objął  ją  ramieniem  i 

przyciągnął  do  siebie.  –  Poza  tym,  gadanie  ma  swoje  granice  –  dodał, 

zaglądając jej w twarz. – Czy mogłabyś wrzucić jedynkę? 

– Chcesz mnie zagnać do pracy? – uśmiechnęła się Anna. 

–  Tylko  dla  przyjemności  –  odparł  i  pocałował  ją  w  usta.  –  I 

bezpieczeństwa.  Nie  ma,  co  prawda,  dużego  ruchu  na  tej  drodze,  ale 

kiedy  tak  tu  siedzimy,  ktoś  może  nadjechać  i  wpakować  się  nam  w 

kuper. 

– To prawda. – Anna chwyciła dźwignię biegów i wrzuciła jedynkę. 

– Musi ci być strasznie zimno – powiedział, przytulając ją mocniej, 

kiedy skończyła zmieniać biegi. 

– Sama jestem sobie winna. Za to ty masz prawo się skarżyć. Gdyby 

nie mój wypad do lasu, nie byłbyś teraz cały mokry. 

–  Gdyby  nie  twój  wypad  do  lasu,  nie  wiedziałbym,  że  ci  na  mnie 

zależy.  Więc  nie  licz  na  to,  że  będę  się  skarżył  z  powodu  chłodu  i 

mokrych ciuchów. Warto było, skoro teraz jesteś przy mnie. 

–  Cieszę  się,  że  tu  jestem  –  powiedziała,  patrząc  na  jego  profil 

background image

oświetlony lampkami deski rozdzielczej. 

– To dobrze. 

Jakże  niespodziewanie  potoczyły  się  wypadki  tego  wieczoru, 

pomyślała  Anna.  Niedawno  jeszcze  mokła  w  deszczu  przekonana,  że 

Sam  spędza  wieczór  z  inną  kobietą,  a  teraz  przemoczona,  lecz 

szczęśliwa, wtulona w jego ramię, jechała do jego domu. 

Sam  zaparkował  ciężarówkę,  pomógł  Annie  z  niej  wysiąść  i 

wprowadził ją do środka. 

–  Zaczekaj  tu  –  polecił,  zostawiając  ją  w  salonie  koło  kominka.  – 

Przyniosę  kilka ręczników i coś ciepłego,  żebyś  się  mogła owinąć,  nim 

rozpalę ogień. 

Po  chwili  był  już  z  powrotem,  niosąc  stertę  ręczników  i  niebieski 

pled babki przerzucony przez ramię. 

– Zrzuć z siebie te mokre ciuchy i wytrzyj się, a ja tymczasem pójdę 

po  drewno  –  powiedział,  podając  jej  ręczniki,  –  Aha,  pomyślałem,  że 

może potem zechcesz się w to zawinąć. – Położył przed nią pled. 

– Ależ, Sam... 

–  Zrób  to  dla  mnie.  Odkąd  po  raz  pierwszy  go  dotknęłaś,  ciągle 

wyobrażałem  sobie,  jak  się  nim  owijasz.  –  Uniósł  lekko  jej  brodę  i 

zajrzał w oczy. – Jak przygoda, to przygoda. 

–  A  ja  myślałam,  że  jesteś  statecznym  księgowym  i  spokojnym, 

nobliwym farmerem. 

– Wcale tak nie myślałaś. Nie myślałaś tak, bo by cię tu nie było. 

background image

Zmysłowy dreszcz przebiegł jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, 

jak miękka wełna pledu dotyka jej nagiej skóry. 

– Miałeś iść po drewno – przypomniała mu. 

Rzucając  jej  spojrzenie,  które  roztopiłoby  lód,  odwrócił  się  i 

wyszedł.  Anna  szybko  zrzuciła  buty,  zdjęła  przemoczony  żółty  dres  i 

wilgotną bieliznę. Wytarła zziębniętą skórę w jeden z ręczników i otuliła 

się pledem. Kiedy Sam wrócił  z naręczem drzewa, siedziała skulona na 

sofie. 

Zatrzymał się w progu i przełknął głośno ślinę. 

– Wyobrażenia bledną w porównaniu z rzeczywistością. 

  Skończ  to,  co  miałeś  zrobić  –  mruknęła,  odwzajemniając  jego 

spojrzenie. 

Bez  słowa  podszedł  do  kominka  i  złożył  szczapy  do  pojemnika  na 

drewno.  Obejrzał  się  na  nią,  zdjął  kurtkę  i  rzucił  na  jedno  z  krzeseł. 

Następnie kucnął przed kominkiem, żeby rozpalić ogień. 

– Stajesz się moją obsesją, Anno – powiedział cicho odwrócony do 

niej  tyłem,  układając  polana  w  kominku.  –  Nie  pamiętam,  żeby 

jakakolwiek  kobieta  tak  na  mnie  działała.  Wbrew  temu,  co  sobie 

obiecywałem, pojechałem do ciebie dzisiaj wieczór tylko po to, żeby cię 

zobaczyć. 

– Mówisz tak, jakbyś miał mi to za złe. 

– Ależ  skąd. – Wsunął  zmiętą gazetę pod stos  bierwion  i  zapalił.  – 

Tylko  że ta tęsknotą  za  tobą  nie opuszcza  mnie  ani na chwilę.  – Języki 

background image

ognia skoczyły w górę. Płomienie szybko ogarnęły drzazgi. Kiedy zajęły 

się  większe  polana,  Sam  wstał  i  odwrócił  się  do  Anny.  –  Nawet  kiedy 

próbuję się śmiać i żartować, pragnę cię aż do bólu. Czasami wydaje mi 

się, że od tego zwariuję. 

Zadrżała z podniecenia, kiedy zbliżył się do niej. Jedynym światłem 

w  pokoju  był  blask  ognia  w  kominku  i  lampy  przy  sofie.  Jedynym 

dźwiękiem  był  syk  i  trzask  ślizgających  się  po  suchym  drewnie 

płomieni.  Za  chwilę  coś  zdarzy  się  w  tym  pokoju.  Coś,  co  odmieni  jej 

życie. 

–  Czy  kiedykolwiek  pragnęłaś  kogoś  tak  bardzo?  –  spytał,  stając 

przed nią i zdejmując powoli koszulę. 

Anna nie mogła wydobyć z siebie głosu. Potrząsnęła tylko głową. 

– Mam nadzieję, że jeszcze będziesz. – Zrzucił buty i rozpiął dżinsy. 

– A jeśli uśmiechnie się do mnie szczęście, ja będę tą osobą. 

Zanim  ściągnął  spodnie,  sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął  celofanowy 

pakiecik,  który  rzucił  na  stolik  koło  sofy.  Rozbierał  się  dalej,  bez 

fałszywej  skromności  czy  kokieterii,  jakby  zdejmowanie  ubrania  było 

nieważnym rytuałem, któremu musi się poddać. Cała jego uwaga skupiła 

się na niej. Nie mógł doczekać się chwili, kiedy weźmie ją w ramiona. 

Widok  jego  rozpalonego  podnieceniem  ciała,  tak  twardego  i 

kanciastego  w  porównaniu  z  ciałem  kobiecym,  wzbudził  w  niej 

pożądanie. Pragnęła tego mężczyzny tak mocno, że przeraziła ją siła tej 

namiętności. 

Czuła, 

jak 

miejsce 

słodkich 

wzruszeń, 

których 

background image

doświadczała  do  tej  pory,  miejsce  przyjemnego,  cywilizowanego 

pragnienia, zajmuje niepohamowany głód. Czy o tym mówił Sam? 

Myślała, że położy się obok niej na miękko wyścielanej sofie, ale on 

wziął ją na ręce i zaniósł na pleciony chodnik przed kominkiem. Poczuła 

pod sobą twardą powierzchnię podłogi i zrozumiała, że to miejsce lepiej 

nadaje się do tego, co miało teraz nastąpić. 

– Anno – odezwał się chrapliwym szeptem, odchylając pled, w który 

była owinięta.  

Śledził ruch swoich rąk pieszczących jej piersi i żebra, wędrujących 

po  ciele  w  dół,  aż  do  płaskiego  brzucha,  a  kiedy  dotknął  pokrytego 

kręconymi  włoskami  wzgórka,  przekonał  się,  jak  bardzo  go  pragnie. 

Wstrzymał oddech i zamknął oczy. Po chwili otworzył je znowu. 

–  To  –  szepnął,  delikatnie  gładząc  pąk  jej  pożądania  –  jest 

najwspanialszą rzeczą, jaką możesz dać mężczyźnie. 

Objęła go za kark i westchnęła. 

– Zaczynam rozumieć... to, co mówiłeś o pragnieniu. 

–  To  dobrze.  –  Zmieniając  rytm  pieszczoty,  ale  nie  ułożenie  ręki, 

nachylił się nad jej piersiami i objął wargami sutek. 

Dotyk  jego  języka  i  naglący  trzepot  palców  sprawiły,  że  Anna 

wygięła się w łuk jak napięta struna. Kiedy już wydawało się, że struna 

pęknie,  Sam,  jakby  to  wyczuwając,  przerwał  na  chwilę,  i  pokrywając 

pocałunkami jej piersi oraz gładząc delikatnie wierzchem dłoni wnętrze 

jej ud, schwycił gorącymi wargami drugi sutek. 

background image

Po  chwili  ponowił  pieszczotę.  Anna  w  miłosnym  upojeniu  rzucała 

głową z boku na bok, powtarzając jego imię. 

– Czy to miałeś na myśli? – dyszała. – Jest tak... brak mi słów... 

– Wiem – powiedział, patrząc jej w oczy. 

– Sam – ujęła w dłonie jego twarz. – Weź to, co rzuciłeś na stolik – 

powiedziała  błagalnie.  –  Weź  to  zaraz,  zanim  twoje  pieszczoty 

doprowadzą mnie do szału.  

–  Lubię,  kiedy  szalejesz  –  odparł,  ale  posłuchał  jej  i  sięgnął  po 

pakiecik.  –  Jesteś  pewna,  że  już?  –  spytał  cicho.  –  Bo  nie  mogę  ci 

obiecać, że długo wytrzymam, kiedy już znajdę się w tobie. 

–  Nie  szkodzi  –  odparła,  dysząc  ciężko.  –  Ja  już  nie  nogę 

wytrzymać. Kochaj mnie, Sam. 

Zrobił to, o co  prosiła. Kiedy w nią wszedł, przyjęła go. Nie mylili 

się.  Żadne  z  nich  nie  wytrzymało  długo.  Oboje  prawie  natychmiast 

wspięli  się  na  szczyt  i  pozwolili,  by  zagarnęła  ich  fala  spełnienia.  Z 

piersi obojga niemal jednocześnie wyrwał się jęk rozkoszy. 

Gwałtowność  ich  miłości  wyczerpała  i  oszołomiła  Annę,  ale 

również napełniła ją uczuciem niewiarygodnego szczęścia. Jeśli myślała 

wcześniej, że wie, na czym  polega uprawianie miłości, Sam pokazał  jej 

właśnie  ogromne  luki  w  edukacji;  luki,  które,  jak  się  zdawało,  miał 

wielką ochotę uzupełnić. 

Leżał teraz na niej, z głową złożoną w zagłębieniu szyi, ale  sądząc 

po  zgięciu  łokci, nie  przygniatał jej  całym  swoim ciężarem.  Należał  do 

background image

tych  mężczyzn, którzy  bez względu na to,  jak wielka  kierowałaby nimi 

namiętność,  zawsze  pamiętają  w  łóżku  o  wygodzie  i  przyjemności 

kobiety. 

Napisała mu na plecach swoje imię. Sam uniósł głowę. 

– Jeszcze raz – poprosił. 

Posłuchała go, ale tym razem dopisała „+", a pod spodem „Sam". 

Uśmiechnął się do niej. 

 Możesz to powtórzyć. Czy jest ci wygodnie? 

– Cudownie, ale... 

– Tak, ten chodnik nie nadaje się do długiego leżenia. Mam pomysł. 

Przyniosę z góry materac i zostaniemy całą noc tu, przy kominku. Co ty 

na to? 

– Wspaniale. Pomóc ci? 

–  Nie  trzeba.  Dam  sobie  radę.  W  tym  czasie  możesz  podrzucić 

trochę do ognia – dodał wstając. 

Spojrzała na niego i uniosła żartobliwie jedną brew. 

–  A  raczej  podsyć  oba  ogniska  –  poprawił  się.  –  Przyniosę  też 

więcej tych małych plastikowych pakiecików. 

Niebawem  ogień znowu  trzaskał  wesoło w kominku,  a Sam  mościł 

przed nim przytulne gniazdko miłosne. 

– Znakomicie – powiedział, wyciągając się koło niej i przykrywając 

ich oboje niebieskim pledem. – A jeśli zgłodniejesz, możemy urządzić tu 

sobie piknik. 

background image

– Dla mnie piknik już się zaczął – powiedziała, obejmując go. 

– Dla mnie też. – Pocałował ją lekko w usta – Mmmm. Dla mnie też 

– powtórzył, całując ją ponownie. 

–  Chciałabym  zostać  tu  cały  weekend  –  wymruczała  między 

pocałunkami. 

– Nic byś przez to nie utkała. 

– W tej chwili niewiele mnie to obchodzi. 

Sam jęknął cicho i skrył twarz we wgłębieniu przy jej szyi. 

– To nie fair. Wiem, że tkanie jest ważne dla ciebie, a może nawet i 

dla mnie, Ale równie ważne jest dla mnie kochanie się z tobą, a ty jesteś 

w Sumersbury tylko czterdzieści osiem godzin w tygodniu. Jak myślisz, 

mogłabyś się rozmnożyć? 

– Czy  to nie dziwne?  – roześmiała się Anna. – W  lecie  tkwiłam tu 

całymi  weekendami,  właściwie  nic  nie  robiąc,  a  nagle  ciągnie  mnie  w 

tyle różnych stron, że czuję się jak stonoga na wrotkach. 

–  Mam  nadzieję,  że  te  wrotki  zaniosą  cię  do  mnie,  moja  kochana 

stonogo. – Trącił nosem koniuszek jej ucha. 

–  To  nie  ode  mnie  zależy.  –  Ucieszyło  ją,  że  powiedział  do  niej 

„kochana", mimo że tylko w żartach. 

Sam  leżał  chwilę  w  milczeniu,  podczas  gdy  Anna  gładziła  go  po 

plecach. W końcu uniósł głowę i uśmiechnął się do niej. 

– Mam rozwiązanie. 

Zamarła, pewna, że poprosi ją, by rzuciła pracę i wprowadziła się do 

background image

niego, dzięki czemu będzie miała więcej czasu na urządzanie jego domu, 

tkanie  na  krośnie  i  kochanie  się  z  nim.  Następnym  krokiem  będzie 

małżeństwo.  Nie  była  jeszcze  gotowa  na  podejmowanie  tak  ważnych 

decyzji, ale widocznie on był. 

– Co się stało? – Uśmiech znikł mu z twarzy. – Wyglądasz, jakbym 

cię potwornie wystraszył. 

– Sam, nie mówmy o tym. Proszę, jeszcze nie. 

 

background image

Rozdział 9 

 

–  O  czym?  –  spytał  Sam,  marszcząc  czoło.  –  Myślałaś,  że  co  chcę 

powiedzieć?  Ach  tak,  rozumiem.  –  Wyraz  zdziwienia  na  jego  twarzy 

ustąpił  miejsca  rozczarowaniu.  –  Przestraszyłem  cię,  co?  Bardzo  to  dla 

mnie pochlebne. 

– Sam, ja po prostu... 

–  Nieczęsto  dostaje  się  odpowiedź  na  pytanie,  którego  się  jeszcze 

nie  zadało.  Przynajmniej  wiem,  na  czym  stoję  i  czego  się  mogę 

spodziewać. 

Serce  ścisnęło  się  jej  z  żalu  na  myśl,  że  go  zraniła.  I  to,  jak  się 

okazuje,  zupełnie niepotrzebnie. Wcale nie miał  zamiaru zaproponować 

jej wspólnego mieszkania czy małżeństwa. 

– Przepraszam – mruknęła skruszona. 

Spojrzał jej w oczy bez słowa. 

–  Sam,  o  czym  myślisz?  –  spytała  wściekła  na  siebie,  że  tak  bez 

sensu zniszczyła wspaniały nastrój. 

–  Gdybym  ci  powiedział,  przestraszyłabyś  się  znowu.  Chcesz  się 

kochać bez jakichkolwiek zobowiązań z żadnej strony, czy tak? Nie bój 

się. Bądź ze mną szczera. Muszę znać reguły gry, Anno, to wszystko. 

Czuła, jak coś dusi ją w gardle. 

–  Nie  ma  żadnych  reguł  –  odparła,  przełykając  ślinę  i  dotykając 

wierzchem dłoni jego policzka. – Naprawdę. 

background image

Chwycił jej dłoń i zbliżył do ust. 

– A mnie się wydaje, że są. Chwilę temu nie pozwoliłaś mi poruszać 

pewnych tematów. Dla mnie jest to reguła. Czy są inne? 

Wyswobodziła rękę i odwróciła głowę. 

– Nie jestem gotowa... 

–  To  już  wiem.  Powiedziałaś  to  wyraźnie.  Ale  co  jeszcze?  Czy 

wolno mi wyznać, na przykład, że chyba się w tobie zakochuję? 

Fala  gorąca  oblała  rumieńcem  jej  policzki,  w  uszach  czuła 

dudnienie. Powoli podniosła na niego wzrok. 

– A zakochujesz się? 

– Istnieje taka możliwość. 

Ogarnęła ją fala nieposkromionej radości. 

– Och, Sam – westchnęła, nie wierząc swemu szczęściu. 

Patrzył na nią zdziwiony. 

– Cieszysz się – szepnął. 

Skinęła głową. Łzy napłynęły jej do oczu. 

–  Wariatka.  –  Wsunął  dłoń  pod  jej  włosy  i  gładził  po  karku.  Po 

chwili  nachylił  się  i  scałował  łzy  z  kącików  jej  oczu.  –  Nie  znasz  tego 

powiedzenia,  że  miłość  i  małżeństwo  są  ze  sobą  sprzęgnięte  jak  koń  z 

karetą? 

Anna uśmiechnęła się niepewnie. 

– Czy na razie mogę dostać tylko konia? 

–  Nie  widzę  powodu,  dlaczego  by  nie.  –  Spojrzał  na  idą  czule, 

background image

odwzajemniając uśmiech. 

– Czy wolno mi zdradzić, że ja zakochałam się w tobie? – zapytała, 

zaglądając mu w twarz. 

Wyraz jego oczu poruszył ją tak bardzo, że z trudem powstrzymała 

łzy. 

– Jeśli o mnie chodzi, nie ma żadnych reguł – szepnął, jakby on też 

miał pewne trudności z mówieniem – Żadnych. 

– Bo wydaje mi się, że to się właśnie dzieje. Dałeś więcej szczęścia, 

niż możesz się domyślić. 

– Ależ ze mnie kretyn – powiedział łamiącym się głosem. – Martwię 

się  o  głupią  karetę.  –  Pokrył  pocałunkami  jej  mokre  policzki,  nos  i 

powieki, a wreszcie, z głębokim westchnieniem, przycisnął wargi do jej 

ust i przyciągnął do siebie miękkie, jedwabiste ciało. I znowu owładnęła 

nimi namiętność. 

 

Późnym  rankiem  pili  kawę,  siedząc  w  kucki  na  materacu  i 

omawiając  plany  przemeblowania  pozostałych  pokoi:  dwóch  sypialni, 

jadalni i kuchni. 

–  Jak  myślisz,  czy  damy  radę  skończyć  w  pierwszej  połowie 

grudnia? – spytał mężczyzna. 

Objęła  obiema  dłońmi  kubek  kawy  i  napawała  się  widokiem  Sama 

w  negliżu.  Wcześniej  wzięli  razem  prysznic  i  Sam  przekonał  ją,  że  nie 

ma sensu, żeby się od razu ubierała. Wystarczy, że zrobi to przed samym 

background image

wyjazdem do Nowego Jorku, kiedy nie będą już mieli czasu się kochać. 

Włożył  płaszcz  kąpielowy,  a  jej  wręczył  jedną  ze  swoich  flanelowych 

koszul. 

–  Nie,  jeśli  większość  czasu  spędzimy  w  łóżku  –  odpowiedziała 

wesoło.  –  Skoro  mowa  o  pracy,  wspominałeś  wcześniej,  że  masz  jakiś 

pomysł w związku z moim tkaniem, a potem już do tego nie wróciłeś. 

–  Nie  jestem  głupcem.  Kiedy  kobieta  mówi  mi,  że  się  we  mnie 

kocha  i  zamierza  okazać  mi  to  na  różne  miłe  sposoby,  ani  mi  się  śni 

zmieniać temat – odparł z uśmiechem. 

Jego słowa wywołały w jej ciele przyjemne mrowienie. 

– Lepiej zaraz mi powiedz – nalegała, odstawiając kubek na podłogę 

i przysuwając się do niego – bo czuję, że znowu mnie to nachodzi. 

– Och, najdroższa, mnie też. – Posadził  ją sobie na kolanach. – Jak 

na mój gust, masz za dużo guzików w tej koszuli. 

  Co  z  tkaniem?  –  przypomniała  mu,  kiedy  pracowicie  rozpinał 

guziki. 

– Mmm. – Wsunął rękę za koszulę i objął jej pierś. 

–  Sam,  ty  mnie  nie  słuchasz.  –  Dziwiła  się,  jak  szybko  reaguje  na 

delikatne muśnięcie kciukiem po sutku. Wystarczyło,  że spojrzał na nią 

tak jak teraz i dotknął jej w ten sposób, a już drżała z podniecenia. – Co z 

tkaniem? – powtórzyła bez specjalnego przekonania. 

–  To  proste  –  wymruczał,  nie  przerywając  pieszczoty.  – 

Przewieziemy krosno do Nowego Jorku. 

background image

– Do Nowego Jorku? 

– Oczywiście. Ty pojedziesz swoim wozem, a ja za tobą z krosnem 

w ciężarówce. – Obrysował koniuszkiem języka kontur jej ucha. – Może 

zaprosisz mnie do siebie na noc. 

–  Sam  –  zaprotestowała  słabo,  podczas  gdy  on  skubał  wargami 

koniuszek jej ucha. – Nie mogę zabrać krosna do Nowego Jorku. Ma być 

głównym elementem dekoracji w twoim salonie. 

–  Myślałem  o  tym.  –  Jego  ciepły  oddech  ogrzewał  jej  skórę.  – 

krosno  Tessie  jest prawie identyczne. Wypożyczymy  je od  niej na parę 

dni. 

–  Ale  nie  możemy  zabierać  krosna  twojej  babki  tak  daleko  – 

upierała się Anna bez przekonania. – Coś może mu się stać. 

–  Nic  się  nie  stanie.  –  Położył  ją  na  materacu  i  ściągnął  z  niej 

koszulę. – Przynajmniej, jeśli chodzi o krosno. Nie mogę obiecać, że nic 

nie stanie się tobie – ciągnął, obsypując pocałunkami jej szyję i piersi. – 

Zwłaszcza, jeśli zaprosisz mnie dziś wieczór do swojego łóżka. 

– Och – westchnęła, kiedy schwycił wargami jej sutek. 

Zatrzymał się dłużej w tym miejscu, a kiedy wreszcie uniósł głowę i 

zajrzał jej w twarz, zapytał: 

– Czy to znaczy, że się zgadzasz? 

– Chyba niczego nie potrafię ci odmówić – stwierdziła, rozwiązując 

mu pasek. 

– I o to właśnie chodzi – zakończył, zrzucając z siebie szlafrok. 

background image

Kochali  się  powoli  i  zmysłowo,  celowo  odsuwając  moment 

spełnienia tak długo, jak tylko się dało. W końcu napięcie stało się nie do 

zniesienia. Gdy było już po wszystkim, leżeli koło siebie, dotykając się i 

pieszcząc,  odwlekając  chwilę,  kiedy  będą  musieli  opuścić  miłosne 

gniazdko. 

Zrobiło  się  w  końcu  tak  późno,  że  nie  mogli  już  dłużej  zwlekać. 

Ubrali się, zjedli szybki lunch i zadzwonili do Tessie wyprawie krosna. 

Bez  namysłu  zgodziła  się  je  pożyczyć.  Później,  kiedy  krosno  babki 

leżało  umocowane  linami  na  platformie  ciężarówki,  Anna  nadal  nie 

mogła  wyzbyć  się  uczucia  niepokoju.  Chociaż  propozycja  Sama  była 

całkiem  sensowna,  była  przekonana,  że  krosno  Hilary  Schute  nie 

powinno  wyjeżdżać  do  miasta.  Na  autostradzie,  w  drodze  do  Nowego 

Jorku,  zerkała  co  chwilę  we  wsteczne  lusterko,  sprawdzając,  czy  nic 

złego nie przytrafiło się wiozącej je ciężarówce. 

Kiedy  na  horyzoncie  pojawiły  się  pierwsze  drapacze  chmur,  Anna 

próbowała  sobie  przypomnieć,  w  jakim  stanie  zostawiła  swoje 

mieszkanie. Nie jest  źle:  przed wyjazdem posprzątała  pokoje i zmieniła 

pościel.  Odkąd  kupiła  dom  na  wsi,  zawsze  zmieniała  pościel  w  piątki. 

Dzięki temu pierwszą noc w mieście spędzała na świeżych, pachnących 

prześcieradłach,  rekompensując  sobie  w  ten  sposób  konieczność 

opuszczenia  Sumersbury.  Ale  dziś  zabrała  ze  sobą  do  domu 

najwspanialszą  atrakcję,  jaką  Sumersbury  mogło  jej  ofiarować,  i  nie 

miała na myśli krosna. 

background image

Choć  przed  samym  wyjazdem  ze  wsi  próbowała  jeszcze  raz 

wyperswadować  Samowi  jego  pomysł,  nie  chcąc  narażać  go  na 

uciążliwość  wielogodzinnej  podróży  w  tę  i  z  powrotem,  uparł  się,  że  z 

nią pojedzie. Twierdził, że w poniedziałek, w drodze powrotnej, załatwi 

interesy z dwoma klientami, w New Haven i Hartfordzie. Podejrzewała, 

że  te  interesy  były  tylko  wymówką,  ale  w  końcu  chciała  z  nim  być  tej 

nocy tak samo, jak on z nią. 

Zaparkowali  samochody  w  podziemnym  garażu  pod  blokiem  i  po 

paru  zręcznych  manewrach  wnieśli  krosno  do  windy.  W  drodze  na 

czwarte piętro uśmiechali się do siebie, oddzieleni drewnianą ramą. 

– Musisz przyznać, że miałem świetny pomysł – pochwalił się Sam. 

– Przyznam to, kiedy krosno znajdzie się w moim mieszkaniu całe i 

nienaruszone.  Chociaż  to  wcale  jeszcze  nie  znaczy,  że  nic  mu  się  nie 

przytrafi  w  drodze  powrotnej.  –  Zerknęła  na  niego  niepewnie, 

uświadomiwszy sobie, że nie ustalili, jak długo będzie mogła go używać. 

Dwa miesiące? Pół roku? Tyle, ile potrwa ich związek? 

– Znowu się czymś martwisz, Anno. 

–  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  sprecyzowaliśmy 

terminów  naszej  umowy:  moje  usługi  dekoratorskie  w  zamian  za 

używanie krosna? 

– W zupełności. 

–  Zdaje  się,  że  nie  zależy  ci  zbytnio,  żeby  dostać  je  z  powrotem  – 

stwierdziła, przyjrzawszy mu się uważnie, kiedy winda zatrzymała się na 

background image

czwartym piętrze. 

–  Ależ  oczywiście,  że  zamierzam  je  odzyskać.  –  Schylił  się,  żeby 

chwycić podstawę krosna. – Gotowa? 

– Chyba tak – odparła, ale kiedy wnosili swój ciężar do mieszkania, 

zastanawiała się, na ile była gotowa na związek z Samem.  

Czyżby Sam liczył, że odzyska krosno razem z nią? Anna widziała 

w krośnie symbol  zmiany  w swoim  życiu, narzędzie nowej aktywności, 

która mogła wzbogacić jej twórczość. Czy to możliwe, że Sam traktował 

je jak przynętę, na którą ją złapie? 

 

Kiedy  następnego  dnia  rano  włączyło  się  nastawione  na  budzenie 

radio, Anna wyciągnęła rękę, żeby je zgasić i nagle  uświadomiła sobie, 

że  nie  może  się  ruszyć:  męskie  ramię  obejmowało  ją  mocno  wpół, 

przygniatając do materaca. W łóżku obok spał Sam. 

Odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  niego.  Tak,  nie  miała  żadnych 

wątpliwości:  miejsce  Erica  zajął  prawdziwy  mężczyzna.  Teraz,  gdy  już 

wie,  jak  przyjemnie  jest  mieć  go  w  Nowym  Jorku,  jeszcze  bardziej 

będzie za  nim  tęsknić,  kiedy  ją  dziś  opuści.  W półmroku  zobaczyła,  że 

uśmiecha  się  do  niej  czule  i  podziałało  to  na  nią  lepiej  niż  filiżanka 

porannej  kawy.  Poprzedniej  nocy,  gdy  tylko  znalazła  się  w  jego 

ramionach, odsunęła od siebie obawy o przyszłość i oddała się bez reszty 

sztuce kochania. Jeszcze teraz czuła ogień tej namiętności. 

– Dzień dobry – odezwał się Sam. – Jak spałaś? 

background image

– To ty jesteś tu gościem. Ciebie powinnam o to spytać. 

–  Kilka  razy  budziło  mnie  wycie  syren,  ale  nie  żałuję,  bo  dzięki 

temu przypominałem sobie na nowo, że jestem z tobą w łóżku. 

– Jakich syren? – spytała. – Tu blisko? Niczego nie słyszałam. 

– Bo jesteś przyzwyczajona do miasta i już ich nie zauważasz. 

– Och. – Anna  słuchała przez  chwilę w radiu informacji drogowej, 

podawano  właśnie  szczegóły  wypadku  na  moście  Brooklińskim,  po 

czym  przekręciła  gałkę,  żeby  złapać  muzykę.  Z  ulicy  dochodził  hałas 

jadących  samochodów,  podkreślany  niekiedy  wyciem  klaksonów.  – 

Założę  się,  że  zwykle  nie  budzi  cię  dzwonek  budzika  lub  niecierpliwi 

taksówkarze. 

– Nie, budzą mnie pierwsze promienie słońca. 

–  Tutaj  zasłaniają  je  wieżowce.  Jeśli  miałabym  się  budzić  z 

pierwszymi promieniami słońca, byłabym w pracy dopiero w południe. 

– A więc udawajmy, że jesteśmy na wsi – powiedział obejmując ją. 

– Ja mam czas do południa. 

–  Sam,  nie.  –  Oparła  mu  się  po  raz  pierwszy,  odkąd  kochali  się  w 

sobotę w nocy. – Spóźnię się do pracy. 

Popchnął ją lekko na plecy i pochylił się nad jej piersiami. 

–  Ale  Sam  musi  dziś  wracać  do  domu  –  wymruczał,  dotykając 

wargami  miękkiego  sutka.  –  Sam  nie  będzie  mógł  tego  robić  aż  do 

piątku... 

–  Wiem,  ale...  proszę...  –  próbowała  mu  się  wyrwać,  ale  on 

background image

przygwoździł  ją  do  łóżka.  Powoli  drażnił  językiem  to  jedną,  to  drugą 

pierś.  – Nie mam czasu –  jęknęła,  lecz ciało nie było  już  jej posłuszne. 

Twarde  i  napięte  sutki  sterczały  prowokująco,  domagając  się  dalszej 

pieszczoty. 

– Oczywiście, że masz – wymruczał i objął wargami jeden z nich. 

– Więc... pospiesz się – szepnęła zduszonym głosem.  

Pozwoliła, żeby posunął się za daleko i czuła, że jej rozpalone ciało 

żąda teraz zaspokojenia. Nie zdąży na czas do pracy, ale może nie spóźni 

się za bardzo. 

Ale Sam wcale nie miał zamiaru się spieszyć. Uświadomiła to sobie, 

kiedy  wilgotny,  ciepły  język  zaczął  schodzić  powoli  w  dół  do  pępka. 

Tego  ranka  postanowił  otworzyć  przed  nią  nowy  rozdział  w  sztuce 

kochania Puścił jej ręce i objął piersi, nie przestając wodzić wargami po 

jej brzuchu. 

–  Sam.  –  Objęła  go  rękami  za  głowę,  broniąc  dostępu  niżej.  –  Nie 

teraz, Sam – szepnęła. 

– Czy to reguła? – spytał, splatając palce z jej palcami. – Nie mogę 

tego robić w poniedziałki? 

–  Nie  wtedy,  kiedy  wybieram  się  do  pracy  –  protestowała,  ale  jej 

sprzeciw brzmiał nawet dla niej samej mało przekonywająco. 

– Przerwę, jeśli mi powiesz, że wolisz być punktualnie w pracy, niż 

żebym  ci to robił – drażnił się z nią,  pokrywając  wewnętrzną  stronę  jej 

ud pocałunkami. 

background image

– To nie fair – jęknęła. 

Wiła  się  pod  nim,  ponaglana  zmysłową  pieszczotą  jego  warg  i 

języka.  Była  niczym  płomień  rozpalony  żarem  jego  namiętności.  Nie 

było przed nim ucieczki, a zresztą nie chciała już uciekać. Zanurzyła się 

w  rozkoszy,  jaką  jej  dawał,  aż  jej  ciało  poderwał  cudowny,  słodki 

dreszcz  spełnienia.  Pokój  zawirował  wokół  niej  i  jak  przez  mgłę 

zobaczyła, że Sam sięga po pakiecik na nocnym stoliku, a po chwili jego 

twarz unosi się znowu nad nią. 

– Już mam za sobą etap zakochiwania  – wydyszał i uniósł  lekko w 

górę jej drżące pośladki. – Kocham cię, Anno. 

Kiedy w nią wszedł,  jej ciało wygięło się w łuk i poczuła, że nadal 

go  pragnie.  Ścisnęła  go  mocno  w  sobie  i  patrząc  mu  prosto  w  oczy, 

szepnęła: 

– Ja też cię kocham. 

– Spóźnisz się. 

– Nieważne. 

Złożył  na  jej  wargach  gorący  pocałunek,  po  czym  podpierając  się 

rękami  z  obu  stron  jej  głowy,  poruszał  się  w  niej  rytmicznie,  najpierw 

wolno,  potem  coraz  szybciej,  a  ona  witała  każdy  jego  ruch  nowym, 

zduszonym okrzykiem radości. Dwukrotnie, gdy zbliżała się do szczytu, 

Sam wycofywał się na moment, by po chwili wrócić do niej ponownie z 

jeszcze  większą  pasją.  Dopiero,  gdy  doprowadził  ją  do  wrzenia  po  raz 

trzeci,  tama  jego  namiętności  również  runęła  i  połączył  się  z  nią  w 

background image

spełnieniu, wyczerpany i szczęśliwy. 

Potrzebowała  wiele  czasu,  żeby  dojść  do  siebie,  by  mieć  siłę 

podnieść  rękę  i  dotknąć  jego  pleców,  błyszczących  od  potu.  Była 

wstrząśnięta głębią namiętności, jaką odkryła, a raczej jaką odkrył w niej 

Sam. 

– Powinnam... powinnam się ubrać – mruknęła. 

– Wiem.  –  Owiało  ją  ciepło  jego  oddechu.  –  Ale  wolałbym,  żebyś 

nie musiała. Chciałbym, żebyś nigdy nie musiała się ubierać. 

–  Ja  też,  przynajmniej  w  tej  chwili.  To  było...  niewiarygodne.  Nie 

miałam pojęcia, że mogę... 

–  Ani  ja...  –  przyznał.  –  Cieszysz  się  teraz,  że  nie  wyskoczyłaś  od 

razu z łóżka? 

–  O  tak.  Chociaż  będę  musiała  wymyślić  jakąś  bajeczkę,  żeby 

wytłumaczyć się w pracy. 

– O to się nie martw. Nic ci nie mogą zrobić. 

– Mogą mnie wyrzucić, Sam. 

– Czy to byłoby takie straszne? 

Nie odpowiedziała mu, ponieważ nie znała odpowiedzi. 

– Nie pozwoliłbym ci umrzeć z głodu, Anno. Kocham cię. 

Och,  jakże  on  ją  kusił!  Praca  była  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  miała 

teraz ochotę, choć ostatnio  wydawało jej  się,  że powoli odnajduje swój 

dawny  entuzjazm.  Nowojorska  egzystencja  wypadała  blado  w 

porównaniu z tym, co Sam mógł jej ofiarować: wiejską scenerię, za którą 

background image

tęskniła,  nieograniczony  czas  na  tkanie,  a  także  miłosne  uniesienia, 

których nigdy wcześniej nie zaznała. 

– Ja też cię kocham, ale musisz dać mi czas do namysłu. 

– Jeśli jesteś jak moja babka, możesz myśleć tkając. 

–  To  prawda.  –  A  więc  krosno  miało  za  nim  orędować,  kiedy  go 

przy  niej  nie  będzie.  –  Ale  widzisz,  Sam,  jestem  przyzwyczajona  do 

tego, żeby zarabiać na siebie, a w Sumersbury nie ma dla mnie pracy. 

Zsunął się z niej i położył na boku, podpierając głowę ręką. 

–  Jeszcze  tego  nie  wiesz.  Najpierw  przenieś  się  na  wieś,  a  potem 

porozmawiamy o tym, z czego się utrzymasz. 

– Wolałabym odwrotną kolejność. 

–  A  mnie  się  wydaje,  że  twoje  serce  podejmuje  za  ciebie  pewne 

decyzje, i to nie w tej kolejności, w jakiej byś chciała. 

– Nie należy ufać  mojemu sercu, zwłaszcza po  tym, co  się  między 

nami przed chwilą odbyło – powiedziała z uśmiechem. 

– Należy, Anno, należy. – Położył czule dłoń na jej lewej piersi. – Z 

pewnością należy mu ufać. 

 

Anna przyszła do pracy już po zebraniu personelu. Swoje spóźnienie 

wytłumaczyła  porannym  spotkaniem  z  klientem,  co  było  częściowo 

prawdą.  Mimo  protestów  Sama  wyszła  z  domu  bez  śniadania  i  w 

południe chwycił ją taki głód, że mogła zjeść połowę dań z jadłospisu w 

kafeterii. Właśnie zamówiła kanapkę z szynką, sałatkę i chipsy, kiedy do 

background image

sali weszła Vivian. Na widok Anny pospieszyła do jej stolika. 

– Miałam nadzieję, że cię tu zastanę – powiedziała siadając. – Plotka 

głosi, że nie było cię na porannym zebraniu personelu, co ci się nigdy nie 

zdarza, i że zachowywałaś się dziwnie przez resztę przedpołudnia. Co się 

dzieje? 

Anna westchnęła i odchyliła się na oparciu krzesła. 

–  Opowiedzenie  tego  zajęłoby  mi  całą  godzinę.  Może  lepiej  coś 

zamówisz? 

– Kochana, nawet zapłacę za twój lunch, jeśli tylko zaspokoisz moją 

ciekawość.  Wprost  nie  mogę  się  doczekać.  Jimmy  powiedział,  że  jego 

przyjaciel,  Ted,  uważa  cię  za  wspaniałą  kobietę,  ale  ty  go  spławiłaś. 

Domyślam się, że z powodu tego faceta z Sumersbury. Mam rację? 

– Tak. – Anna przywołała kelnerkę. – Tylko niech to, co ci powiem, 

zostanie między nami, dobrze? 

– No no no. Zapowiada się coraz lepiej. – Kiedy podeszła kelnerka, 

Vivian  zamówiła  sałatkę  szefa  kuchni.  –  Czy  to  przez  niego  się  dzisiaj 

spóźniłaś? – spytała, gdy kelnerka odeszła. 

Anna  skinęła  głową  i  zrobiło  się  jej  ciepło  na  wspomnienie 

namiętnego  poranka.  Zaczynając  od  pierwszego  spotkania  z  Estelle  w 

sklepie spożywczym, opowiedziała Vivian historię znajomości z Samem. 

W  środku opowiadania  kelnerka przyniosła im  lunch, a kiedy  opowieść 

Anny dobiegła końca, większość jedzenia zniknęła z talerzy. 

–  Niesamowite  –  zauważyła  Vivian,  nabijając  na  widelec  ćwiartkę 

background image

jajka. – Biedny Ted nie miał żadnych szans, prawda? 

–  Chyba  nie.  Nie  powinnam  była  cię  prosić  o  zaaranżowanie  tego 

spotkania,  ale  chciałam  się  przekonać,  czy  przypadkiem  nie  dostałam 

bzika na punkcie wszystkich mężczyzn. 

– A teraz już wiesz, że zwariowałaś, ale na punkcie jednego. 

– Tak. 

– A więc rzucasz pracę i przenosisz się do Sumersbury? 

– Vivian, w Sumersbury nie ma dla mnie pracy. 

–  Myślę,  że  Sam  znajdzie  dla  ciebie  jakieś  zajęcie  –  powiedziała 

Vivian, mrużąc oko. 

– Wiesz, że nie potrafiłabym żyć na utrzymaniu męża. 

– No cóż, zajmij się tkactwem. Sama mówiłaś, że jego babka mogła 

na tym nieźle zarobić. 

–  Tak,  ale  nie  wiem,  ile.  –  Anna  odsunęła  od  siebie  talerz,  oparła 

łokcie na stole, i złożyła głowę na rękach. – I powiem ci coś jeszcze, coś, 

do  czego  bałam  się  przyznać  nawet  samej  sobie.  Kocham  wieś,  ale 

spędzam  w  Sumersbury  tylko  dwa  dni  w  tygodniu.  Co  będzie,  gdy  się 

już  przeprowadzę,  po  czym  odkryję,  że  jest  tam  dla  mnie  za  cicho  i  za 

spokojnie? 

– Tylko ty  możesz sobie na to odpowiedzieć, kochanie. Ale coś  mi 

się wydaje, że Sam Garrison nie pozwoli ci się nudzić. 

– Mhm – uśmiechnęła się Anna. 

– Ej, dziewczyno, na twarzy wypisane masz szczęście. Obojętne, w 

background image

mieście czy na wsi, to jest coś, co się liczy naprawdę. 

– Wiem. O Boże, nie, nie wiem. Poza tym zupełnie nie wiem, jak by 

miał  wyglądać  nasz  związek.  Przecież  jak  dotąd  widujemy  się  tylko  w 

weekendy, kiedy Sam nie pracuje ani na farmie, ani nad księgami i może 

poświęcić mi całą uwagę. Normalnie tak nie będzie. 

– No cóż, ciocia Vivian ma pewną radę. 

– Jak zawsze – roześmiała się Anna. 

– Chyba mnie jeszcze nie doceniasz. Co ty na to, żeby wziąć tydzień 

wolnego  i  spędzić  go  w  Sumersbury,  może  tydzień  przed  tym 

telewizyjnym szaleństwem? W ten sposób, zanim podejmiesz ostateczną 

decyzję,  sprawdzisz,  jaka  jest  twoja  tolerancja  na  życie  w  małym 

miasteczku. 

– Vivian, to genialne! 

– Wiem o tym, ale coś za coś. 

– Co tylko chcesz. 

– Zaczekaj, aż ci powiem. Jak Boga kocham, Anno, nigdy nie byłaś 

taka impulsywna. Sam musi wywierać na ciebie ogromny wpływ. 

– O tak, ale i ja się zmieniam. Uczę się poddawać impulsom, iść na 

żywioł. Myślę, że to się zaczęło, odkąd kupiłam ten dom. Każdego dnia 

czuję  się  bardziej  swobodna,  bardziej  żądna  przygód.  –  Przypomniała 

sobie,  jak  dziko  swobodna  była  w  objęciach  Sama  dziś  rano.  Czy 

dlatego,  że  zaczęła  inaczej  widzieć  siebie?  –  No  więc,  co  chciałabyś 

dostać? 

background image

–  Chcę,  żebyś  zaprosiła  mnie  z  Jimmym  do  Sumersbury,  kiedy 

przyjedzie telewizja. 

–  Żartujesz  chyba  –  roześmiała  się  Anna.  –  To  będzie  cyrk  na 

kółkach. 

– Wiem! – Vivian klasnęła  w  dłonie.  –  I dlatego  chcę  tam być.  Po 

pierwsze, nigdy nie widziałam, jak ścina się ośmiometrowe drzewo, nie 

mówiąc  już  o  choince,  która  ma  stać  w  Białym  Domu.  Po  drugie, 

ciekawa jestem  twojego miasteczka i nowego ukochanego, a po trzecie, 

chciałabym choć raz znaleźć się na ekranie telewizora. 

–  Niestety,  nie  jesteś  wyjątkiem  –  zachichotała  Anna.  –  Obawiam 

się,  że  z  powodu  pchających  się  do  kamer  tłumów,  wcale  nie  będzie 

widać drzewa. 

– No więc jak, przechowasz nas przez jedną noc? 

– Oczywiście. Jakie chcielibyście dostać łóżko? 

– Masz taki wybór? – zdziwiła się Vivian. 

– Mam cały  katalog do wyboru. W domu jest na razie tylko jedno: 

moje. Mogę zamówić dla was, co chcecie. 

– Mowy nie ma. Zabierzemy ze sobą śpiwory. 

– Nonsens. I tak muszę urządzić dom. Nie przejmuj się. Znajdę coś 

na wyprzedaży. 

– Jesteś pewna? 

Anna  skinęła  głową.  Tak,  chciała  urządzić  i  dom  na  wsi,  i 

mieszkanie.  Częściowo  pod  wpływem  Sama,  ale  i  z  powodu  nowego 

background image

spojrzenia  na  samą  siebie,  chciała  naznaczyć  swoje  otoczenie  piętnem 

własnej osobowości. 

 

background image

Rozdział 10 

 

W  kolejny  piątkowy  wieczór  Anna  pomogła  Samowi  przygotować 

korytarz  i  salon  do  malowania  szlaczku  na  ścianach.  Pozakrywali 

płachtami  wszystkie  sprzęty  i  podłogi.  Wcześniej  Sam  oddał  sofę  do 

tapicera i zgodnie z poleceniem Anny wyrzucił dwa fotele ze sztucznym 

obiciem.  Teraz  wnętrze  domu  wyglądało  tak  zimno  i  nieprzytulnie,  że 

Anna zaprosiła Sama na noc do siebie. 

Namówiła go również, żeby wziął ze sobą harmonijkę. Po koncercie 

przy  kominku  poszli  na  górę  na  noc  miłosnych  uniesień.  Anna  znów 

znalazła  się  pod  urokiem  wsi,  a  w  bliskości  swojego  wspaniałego 

mężczyzny  zaczynała  wierzyć,  że  życie  w  Sumersbury  może  ją 

uszczęśliwić. 

Na  sobotę  zaplanowali  mnóstwo  zajęć:  rano  –  malowanie 

szlaczków,  po  południu  –  kupno  patchworku,  ale  wieczór 

zarezerwowany  był  na  specjalną  przyjemność:  tego  dnia  Sam  miał 

odebrać z renowacji łoże i chciał, żeby zaraz je wypróbowali. 

Twierdził również, że byłoby miło, gdyby mogli przykryć się nową 

kołdrą, 

chociaż 

nie 

zachwycała 

go 

perspektywa 

wybierania 

odpowiedniego patchworku u Estelle Terwiliger. 

–  Powiedz  jeszcze  raz,  jak  ona  sobie  to  wyobraża?  –  spytał, 

przesuwając drabinę na kolejny odcinek niepomalowanej ściany. 

– Wszystkie kobiety z cechu przyniosą swoje patchworki do niej do 

background image

domu.  Następnie  dziś  po  południu  pojedziemy  tam  oboje,  i  jeśli  któryś 

nam się spodoba, kupimy go od Estelle, a ona zapłaci kobiecie, która go 

zrobiła. – Anna zanurzyła pędzel w głębokiej zieleni i zaczęła wypełniać 

kontur sosnowej gałązki w przyklejonej do ściany taśmie. Na jej prośbę 

Sam  pożyczył  drugą  drabinę,  żeby  mogli  pracować  jednocześnie.  –  To 

zaoszczędzi nam mnóstwo czasu. 

– To prawda, ale już mam jej dość. 

–  Domyślam  się.  –  Anna  zeszła  z  drabiny.  –  A  malowania 

szlaczków nie? 

– Też,  ale już prawie  skończyliśmy.  – Podziwiał  jej wytrzymałość. 

Choć  nie  była  przyzwyczajona  do  pracy  fizycznej,  ani  razu  nie 

poskarżyła  się,  że  jest  zmęczona.  –  Cieszę  się,  że  postanowiłaś  zrobić 

szlaczki tylko w tych dwóch miejscach. 

–  Gdybym  miała  czas  i  mogła  to  robić  stopniowo,  chętnie 

zrobiłabym  szlaczki  we  wszystkich  pokojach.  Ale  nawet  bez  nich  dom 

będzie się w telewizji świetnie prezentował. Z góry się na to cieszę. Od 

dawna projektowanie nie sprawiło mi takiej frajdy. 

– To dobrze – odparł w roztargnieniu, zajęty malowaniem. 

Po chwili jednak zastanowił się nad jej słowami i zmarszczył czoło. 

Ktoś,  kto  nie  ma serca do  swojej  pracy, nie  mówi  o niej  w  ten sposób. 

Odkąd zaczął pracować na farmie, księgowość stała się dla niego jedynie 

uciążliwą koniecznością. Łudził się jeszcze, że może nie tyle sama praca 

przy dekoracji domu, co jego obecność wprawia ją w tak dobry humor. Z 

background image

tego co wcześniej mówiła, nadal nudziły ją zlecenia w Nowym Jorku. 

Z drugiej strony, przypomniał sobie, jak cieszyła się z chusty, którą 

utkała dla klientki. Starszej pani tak się spodobał ten wyrób, że złożyła u 

Anny  więcej  zamówień.  Anna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie 

zaproponować swoich wyrobów innym klientom. Sam chciał widzieć w 

tym  oznakę  jej  gotowości  do  porzucenia  zawodu  dekoratorki  na  rzecz 

tkactwa  artystycznego.  Wiedział,  że  z  projektowania  nie  utrzyma  się  w 

Sumersbury,  ale  tkactwo  to  zupełnie  inna  sprawa.  Co  prawda,  nie 

przyniosłoby  jej  aż  takich  dochodów  jak  obecna  praca,  ale  gdyby  za 

niego  wyszła  i  wiodła  prostą,  wiejską  egzystencję,  wysokość  jej 

zarobków nie byłaby aż tak ważna. Musi pozwolić jej przyzwyczaić się 

do tej myśli, zdecydował. Zmiana wymaga czasu. 

–  Kiedy  skończę,  zjemy  lunch  i  ruszymy  do  Estelle  –  powiedział, 

przesuwając drabinę. 

 

Po  umyciu  się  z  farby  i  zjedzeniu  lunchu,  wsiedli  do  ciężarówki  i 

pojechali  do  miasta.  Estelle  mieszkała  w  szaroniebieskim  domku  na 

tyłach głównej ulicy. 

–  Czy  Estelle  ma  męża?  –  spytała  Anna,  kiedy  wjeżdżali  na 

betonowy podjazd. 

– Miała. Umarł pięć lat temu. Ale jeśli myślisz, że to po jego śmierci 

zaczęła  się  tak  rządzić,  jesteś  w  błędzie.  Zawsze  wtrącała  się  do  życia 

innych. 

background image

–  Teraz  rozsiewa  plotki,  że  jesteśmy  kochankami.  Wiedziałeś  o 

tym? 

Sam wziął ją za rękę. 

– Tak, wiedziałem. Szczerze mówiąc, ta plotka tylko mi pochlebia – 

powiedział, całując koniuszki jej palców. 

– Mamy wybrać patchworkową kołdrę na twoje łóżko. Łóżko, które 

dziś odbierzemy od tapicera. Zastanawiam się, czy dziś w nocy nie będę 

się  czuła  tak,  jakby  całe  miasto  obserwowało  nas  przez  dziurkę  od 

klucza. 

–  Nauczysz  się  nie  zwracać  na  to  uwagi  –  roześmiał  się  Sam.  –  I 

obiecuję, że zrobię dziś wieczór wszystko, co w  mojej mocy, żeby ci w 

tym pomóc. 

– To brzmi zachęcająco. 

–  Nie  zawiedziesz  się.  –  Otworzył  drzwiczki  szoferki.  –  Chodź, 

kupimy kołdrę, pod którą będziemy się czulić. Chyba powiem Estelle, że 

zależy nam na bardzo miękkiej. To podsyci plotki. 

– Sam! 

W jego błękitnych oczach zapaliły się iskierki rozbawienia. 

–  One  plotkują  z  zazdrości  –  powiedział,  pomagając  jej  wysiąść  z 

ciężarówki. 

– A ty jesteś cholernie z siebie zadowolony. 

Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. 

– Tak proszę pani, jestem. 

background image

W  salonie  Estelle,  zagraconym  ceramicznymi  figurkami,  wazami 

pełnymi  sztucznych  owoców  i  niezliczonymi  bukietami  suszonych 

kwiatów,  na  dwóch  sofach  i  czterech  krzesłach  porozwieszane  były 

patchworkowe kołdry. 

– Mój Boże! – wykrzyknęła Anna, kiedy Estelle wprowadziła ich do 

środka. 

–  Niebywałe,  prawda?  Pomyśleć,  co  można  zrobić,  jeśli  ma  się 

trochę  czasu  i  pomysłowości  –  powiedziała  Estelle.  –  Wszystkie 

przedmioty  w  tym  pokoju  wykonane  są  ręcznie  albo  przeze  mnie,  albo 

przez  którąś  z  pań  należących  do  naszego  cechu.  Skoro  o  tym  mowa, 

słyszałam, że tkasz, Anno. 

A  niech  to,  pomyślała  Anna.  Zaczyna  się.  Zaraz  zaprosi  mnie, 

żebym wstąpiła do cechu. 

– Dopiero zaczynam, Estelle. 

– No, no, nie bądź taka skromna. Cech przyjmuje rzemieślniczki na 

wszystkich  stopniach  zaawansowania.  Spotykamy  się  tutaj  w  każdą 

środę wieczór. Wiem, że teraz nie jest to dla ciebie dogodny termin, ale 

może kiedyś... – posłała Samowi konspiracyjny uśmiech. 

– Może – wymamrotała Anna, nie patrząc na niego. 

– Drogi Sammy – Estelle położyła rękę na jego ramieniu – donoszę 

ci  z  zadowoleniem,  że  przygotowania  do  grudniowej  uroczystości 

posuwają  się  zgodnie  z  planem.  Ludzie  z  telewizji  są  tacy  uprzejmi. 

Znalazłam  parę  rogów  renifera  dla  sarenki,  a  Tommy  Andrews 

background image

powiedział,  że  może  zrobić  zwierzakowi  wspaniały  czerwony  nos. 

Wyobrażasz to sobie? – Estelle promieniała radością. 

– Nie za bardzo – przyznał Sam. 

–  Zaręczam  ci,  że  damy  cudowne  przedstawienie.  Chór  i  orkiestra 

już  mają  próby,  a  dekoracje  sklepowe  będą...  Och,  przepraszam, 

rozgadałam  się  i  zupełnie  zapomniałam  o  obowiązkach  pani  domu. 

Zdejmijcie  kurtki.  Może  byście  się  czegoś  napili?  Przygotowałam  dla 

was ciasteczka własnej roboty. 

–  Dziękujemy,  ale  właśnie  zjedliśmy  lunch  –  powiedziała  Anna, 

zdejmując kurtkę. 

– Założę się, że Sammy chętnie zje kilka. – Estelle uśmiechnęła się 

do niego. – Nigdy nie wzgardziłeś domowymi ciasteczkami. 

–  Kruche  ciasteczka  z  rodzynkami?  –  zapytał,  przełykając  łakomie 

ślinę. 

–  Tak  jest.  Twoje  ulubione.  Zaraz  je  przyniosę.  –  Wzięła  od  nich 

kurtki i wyszła z pokoju, nie czekając na odpowiedź. 

– Jesteś jak wosk w rękach tej kobiety – dokuczała mu Anna. 

– Dla niej zawsze będę siedmioletnim chłopcem. Nie pamiętałem, że 

piecze  te  ciasteczka.  Przypomniałem  sobie  o  tym,  dopiero  kiedy 

poczułem ich zapach. Mam do nich słabość. 

– Widzę. 

– Czy ty przypadkiem nie pieczesz... 

– Nigdy – ucięła Anna. 

background image

– No cóż, nie można mieć wszystkiego. 

–  Proszę,  oto  one  –  oznajmiła  Estelle,  wkraczając  do  pokoju  z 

talerzem  pełnym  ciastek.  Wręczyła  go  Samowi  wraz  z  papierową 

serwetką. – Smacznego. 

Anna  z  trudem  powstrzymała  śmiech,  widząc,  jak  Sam  łakomie 

rzuca  się na  słodkości. Dopiero  po chwili przypomniał  sobie o  dobrych 

manierach i podsunął jej talerz. 

–  Na  pewno  nie  chcesz  spróbować?  –  wymamrotał  z  pełnymi 

ustami. 

– Nie, dziękuję, naprawdę. Jeśli Estelle nie ma nic przeciwko temu, 

zacznę oglądać patchworki. 

– Ależ proszę. 

Estelle ruszyła przodem, zachwalając po kolei zalety każdej kołdry. 

Z  tyłu  za  nimi  z  talerzem  w  ręce  dreptał  Sam.  Kobiety  rozmawiały  o 

wzorach i barwach patchworkowych wyrobów, podczas gdy on opychał 

się  ciastkami.  Anna  wybrała  dwie  kołdry  w  niebieskim  odcieniu, 

pasujące do ręcznie tkanego pledu, który miał być głównym akcentem w 

sypialni Sama. Obie były w takiej samej cenie. Odwróciła się do Sama, 

żeby  zapytać,  która  mu  się  bardziej  podoba,  ale  napotkawszy  jego 

rozbawiony wzrok, rzuciła mu tylko ostrzegawcze spojrzenie. 

–  Mówiłyście  o  kolorach  i  wzorach,  ale  wydaje  mi  się  –  zaczął, 

przełknąwszy ostami kęs ciastka – że nie poruszyłyście najważniejszego 

tematu.  –  Anna  zacisnęła  zęby.  –  Jako  przyszły  użytkownik  tej  kołdry 

background image

wolałbym  wiedzieć...  –  urwał  i  puścił  oko  do  Anny  –  która  z  nich  jest 

solidniejsza  –  dokończył,  przenosząc  wzrok  na  Estelle.  –  Jestem 

człowiekiem praktycznym. – Anna odetchnęła z ulgą. 

–  Oczywiście,  oczywiście  –  przytaknęła  mu  skwapliwie  Estelle.  – 

To zupełnie zrozumiałe. A więc powiem wam w całkowitym zaufaniu i 

pamiętajcie,  jeśli  komuś  to  powtórzycie,  wyprę  się  tych  słów.  Otóż 

według  mnie  kołdra  Dolores,  ta  we  wzorek  w  gwiazdy,  jest  solidniej 

uszyta  niż  kwiatowa  kołdra  Jane.  Dolores  używa  też  lepszych  nici.  Jej 

kołdra jest po prostu nie do zdarcia. 

–  W  takim  razie  to  przesądza  sprawę  –  powiedziała  Anna.  – 

Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Wzór w gwiazdy i tak mi się bardziej 

podobał. Co myślisz, Sam? 

Odstawił pusty talerz na stolik, wytarł ręce w serwetkę i podszedł do 

nich.  Ujął  róg  kołdry  w  palce  i  ścisnął  delikatnie.  Anna  nie  miała 

wątpliwości, że sprawdzał miękkość. 

– Myślę, że ta będzie dobra. 

–  Przyniosę  wam  na  nią  torbę  –  powiedziała  Estelle,  zabierając  ze 

stolika talerz. – Jeszcze trochę ciastek? 

– Dziękuję bardzo, ale pękam w szwach. 

– Zapakuję ci kilka do domu – zdecydowała, wychodząc z pokoju. 

–  Sam,  zjadłeś  wszystkie  ciastka!  –  krzyknęła  Anna  po  wyjściu 

Estelle. 

– Musiałem coś zrobić z rękami – mruknął. – Patrzenie, jak chodzisz 

background image

i  dotykasz  kołder,  podczas  gdy  ja  widzę  ciebie  nagą  pod  nimi, 

doprowadzało mnie do stanu... 

–  Sam,  na  miłość  boską!  –  Anna  strzeliła  oczami  w  kierunku 

korytarza, w którym w każdej chwili mogła pojawić się Estelle. 

–  Ale  wybraliśmy  dobrą  –  ciągnął  z  filuternym  uśmiechem.  –  Te 

błękitne gwiazdy będą wyglądać wspaniale przy twoich rudych włosach 

rozrzuconych na poduszce i... 

– Przestaniesz wreszcie? 

– Estelle wraca – szepnął Sam konspiracyjnym tonem. 

–  Tutejsze  panie robią  naprawdę  wspaniałe  patchworki  –  odezwała 

się Anna. 

–  O  tak  –  zgodziła  się  Estelle.  –  Kołdry  są  szalenie  pracochłonne. 

Sama nie mam do nich cierpliwości, więc podziwiam tych, którzy mają. 

Oto twoja torebka z ciastkami, Sammy. 

– Estelle, nie powinnaś mi ich dawać. 

– Nonsens. Lubię piec. 

Annie wpadł nagle do głowy świetny pomysł. 

– A może piecze pani również pierniczki na święta? 

–  O  tak,  nawet  cały  dom  z  piernika  dla  moich  wnuków,  jeśli 

przyjeżdżają. 

– A czy  mogłaby  pani upiec piernikowe ozdoby i sprzedać nam do 

świątecznej dekoracji domu Sama? Mogłabym zawiesić je w oknach i na 

belkach pod sufitem. 

background image

–  Oczywiście,  że  mogę  je  upiec,  ale  nigdy  nie  wezmę  za  nie 

pieniędzy od Sammy'ego. 

– Ale... 

– Nie ma mowy. – Estelle była niewzruszona. – Albo za darmo, albo 

wcale. Jeśli chcecie, mogę upiec dla was nawet dom z piernika. 

– To by było wspaniale – powiedziała Anna. 

– Nie ma o czym mówić. W końcu Sammy potrzebuje kogoś, kto by 

mu  coś  upiekł.  A  teraz  zwińmy  kołdrę  i  wsadźmy  do  tej  torby  – 

zakomenderowała. – Anno, pomóż mi ją zwinąć. 

Chwyciwszy  rogi  kołdry,  Anna  zastanowiła  się  nad  tym,  co 

powiedziała Estelle. Według niej Sam był poszkodowany, ponieważ nie 

miał kobiety, która by mu piekła i gotowała. Co gorsze, podejrzewała, że 

Sam  zgadzał  się  z  Estelle.  Stopniowo  docierało  do  Anny,  że  prace 

domowe stały wysoko na liście cnót wiejskiej żony. Czy Sam wyobrażał 

sobie, że ona też jest świetną gospodynią? 

Bardzo  możliwe,  doszła  do  wniosku,  kiedy  zabrali  kołdrę  i 

pożegnali  się  z  Estelle.  Pierwszego  wieczoru  przygotowała  kolację  i 

odkryła przed nim swoje zainteresowanie tkactwem.  Zawód dekoratorki 

wnętrz  prawdopodobnie  również  kojarzył  mu  się  z  domem.  Anna 

uświadomiła  sobie,  że  jeśli  Sam  widział  w  niej  domatorkę,  sama  nie 

zrobiła nic, aby wyprowadzić go z błędu. 

Późnym  popołudniem, kiedy  przywieźli  do domu odnowione łoże  i 

składali je w sypialni, Anna zdecydowała się postawić sprawę jasno: 

background image

– Nie piekę ciastek – powiedziała, wręczając mu drewniany młotek. 

– Jestem pewny, że nie. Przy twoim rozkładzie zajęć... 

–  Nie  o  to  chodzi.  Chciałam  podkreślić,  że  nie  piekłabym  ciastek, 

nawet gdybym miała mnóstwo czasu. 

Sam zbił ze sobą dwie ramy łóżka i spojrzał na nią. 

–  Skąd  nagle  takie  wyznanie?  Czy  mówiłem,  że  chcę,  żebyś  je 

piekła? 

–  Niezupełnie,  ale  pytałeś  o  to,  kiedy  byliśmy  u  Estelle  – 

przypomniała, przytrzymując jedną z ram. 

–  Żartowałem.  –  Sam  wrócił  do  pracy.  Połączył  ze  sobą  kolejne 

dwie  ramy  i  zajął  się  ostatnim  rogiem.  Kiedy  skończył,  zabrał  się  za 

układanie desek, które podtrzymywały siatkę sprężynową i materac. – A 

zresztą,  skąd  wiesz,  co  byś  lubiła,  gdybyś  nie  miała  tak  stresującej 

pracy? 

–  Nie  wiem  –  przyznała  Anna,  podając  mu  deski  –  ale 

uświadomiłam  sobie,  że  prawdopodobnie  uważasz  mnie  za  świetną 

gospodynię  domową,  ponieważ  lubię  tkać,  a  mój  zawód  uważa  się 

czasami  za  typowo  kobiecy.  Ale  to  zupełnie  mylne  wrażenie,  tak 

naprawdę wcale nie przepadam za domowymi zajęciami. 

Pomogła mu umocować na ramie siatkę i położyć na niej materac. 

–  Pozwól,  że  powiem  ci,  jakie  na  mnie  robisz  wrażenie  –  odparł 

Sam, zbliżywszy się do niej. – Albo jeszcze lepiej – dodał, obejmując ją i 

popychając na materac – pozwól, że ci zademonstruję. 

background image

–  Jeszcze  nie  skończyliśmy  –  zaprotestowała,  kiedy  zaczął  ją 

rozbierać. 

– To wystarczy – powiedział, rozpinając jej stanik i ściągając z niej 

spodnie  i  bieliznę.  Po  chwili  leżała  na  łóżku  zupełnie  naga.  –  A  teraz, 

jeśli chodzi o moje zdanie. – Zaczął leniwie masować jej piersi kolistymi 

ruchami  dłoni.  –  Uwielbiam,  kiedy  twoje  sutki  twardnieją.  To  robi  na 

mnie ogromne wrażenie – zamruczał jej do ucha. 

–  Mmm...  –  Anna  zarzuciła  ramiona  nad  głowę  i  wyprężyła  się, 

podając do przodu piersi. 

– Och, najdroższa... – Wsunął ramię pod jej plecy i ssał na przemian 

to jeden, to drugi sutek. – Oto, jakie robisz na mnie wrażenie – wyszeptał 

z ustami przy jej skórze. 

Delikatna  pieszczota  jego  warg  coraz  bardziej  ją  rozpalała.  Czuła, 

jak  wzbiera  w  niej  pożądanie.  Tymczasem  nadal  ubrany  Sam  poruszył 

się  między jej nagimi udami. Dreszcz podniecenia, jaki wywołał w niej 

ten krótki kontakt, niósł obietnicę rozkoszy, które miały nadejść. 

– Ty też potrafisz wywrzeć... całkiem niezłe wrażenie – powiedziała 

chrapliwym głosem Anna. 

– Lubisz, gdy to robię? – Ocierał się o nią delikatnie. 

–  Tak,  lubię.  –  Patrząc  na  niego,  sięgnęła  do  koszuli  i  namacała 

palcami  guziki.  Walczyła  z  nimi  niezdarnie,  podczas  gdy  on  nie 

zaprzestawał zmysłowych ruchów. – Tak bardzo cię pragnę – szepnęła. 

– O to właśnie chodzi – uśmiechnął się. 

background image

–  Och,  Sam  –  jęknęła,  odpinając  ostami  guzik.  –  Sam,  już  nie 

mogę... 

– Ja też. – Odsunął się od niej. – Chyba zdejmę to z siebie i spróbuję 

zrobić  na  tobie  trochę  większe  wrażenie  –  powiedział,  dysząc  ciężko. 

Położył się na plecach i zaczął ściągać dżinsy. 

– Chwalipięta. 

– Zobaczymy. –  Wkrótce  unosił  się  nad nią.  – Czy  to  robi na pani 

większe wrażenie? 

– Jeszcze nie – skłamała, choć czuła, jak jego ruchy rozpalają w niej 

żar namiętności. 

– A teraz? – spytał, wchodząc nieco głębiej. 

– Nie. 

–  Trzeba  się...  nieźle  namęczyć...  żeby  panią...  zadowolić  – 

wykrztusił zdyszany. – Może teraz mi się uda. – Zagłębił się w niej aż do 

końca. 

– Teraz... tak... – szepnęła.  

Z każdym poruszeniem jego ciała z piersi  Anny wyrywał się krzyk 

rozkoszy. 

–  Kocham  cię  –  szepnął  Sam,  przyspieszając  rytm  miłosnych 

uderzeń.  –  Więcej  niż  kogokolwiek...  na  świecie.  Och,  Anno.  Teraz, 

Anno... tak! 

Świat  zawirował  wokół  nich.  Potężny  spazm  wstrząsnął  nimi 

jednocześnie.  Przez  chwilę  leżeli  nieruchomo  w  miłosnym  uścisku, 

background image

napawając się słodyczą spełnienia. 

– Myślę, że tym razem oboje wywarliśmy na sobie niezłe wrażenie – 

odezwał się w końcu Sam z leniwym zadowoleniem w głosie. Uniósł się 

lekko na łokciach i uśmiechnął do Anny. 

–  To  prawda  –  odpowiedziała  mu  uśmiechem.  –  Masz  bardzo 

oryginalny sposób na wypróbowanie łóżka. 

Sam odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. 

– Rzeczywiście. To miało być duże wydarzenie. 

– Dla mnie było. 

– Ale chyba nie myślałaś o łóżku, kiedy się kochaliśmy? 

–  Nie  mogę  powiedzieć,  żebym  wtedy  o  nim  myślała.  Dopiero 

potem. 

– Ja też. Z  tego wniosek, że kiedy się z tobą kocham wystarczy  mi 

każda płaska,  stosunkowo  miękka  powierzchnia. Ale  łóżko  jest dobre  – 

dodał. – Myślę, że w przyszłości będziemy z niego często korzystać. 

– Chciałabym. 

–  Ja  też.  Szkoda,  że  będziemy  się  musieli  ograniczać  tylko  do 

weekendów. 

–  To  mi  coś  przypomniało.  Co  ty  na  to,  żebym  wzięła  wolne  i 

spędziła tu tydzień przed przyjazdem telewizji? 

– W tym łóżku? Cudownie. 

– Nie w łóżku, ale w Sumersbury, potworze. 

– No cóż, trudno. To, że będziesz przez tydzień w Sumersbury, jest 

background image

dobrym początkiem. Nad resztą trzeba będzie trochę popracować. 

– Jesteś niepoprawnym marzycielem. – Pocałowała go lekko w usta. 

– Przez ten tydzień będziesz bardzo zajęty. 

–  Nie  aż  tak  bardzo.  Podoba  mi  się  twój  pomysł.  Nie  byłem 

zachwycony  całą  tą  aferą  z  telewizją,  ale  skoro  dzięki  niej  spędzisz  ze 

mną cały tydzień, nie mogę się jej wprost doczekać. 

–  A  więc  postanowione.  Biorę  wolne.  Będę  mogła  dokończyć 

dekoracje  świąteczne  u  ciebie  w  domu  i...  przekonać  się,  czy  zniosę 

więcej  niż  dwa  dni  na  wsi.  –  Zerknęła  na  niego  niepewna,  czy  nie 

obruszy się na ten pomysł. 

Nie obruszył się. 

–  Na  pewno  ci  się  spodoba  –  powiedział.  –  Nieważne,  czy  jesteś, 

czy nie dobrą gospodynią domową. Twoje miejsce jest tutaj. 

– W tym łóżku? – spytała przekornie.  

Nie  była  jeszcze  gotowa  ani  żeby  się  z  nim  zgodzić,  ani  żeby  mu 

zaprzeczyć. 

– Także  w  tym  łóżku. –  Nachylił się nad nią  i raz  jeszcze zamknął 

jej usta namiętnym pocałunkiem. 

background image

Rozdział 11 

 

W  sobotę,  po  Święcie  Dziękczynienia,  Anna  ulokowała  w 

samochodzie  rzeczy  potrzebne  na  odwiedziny  Vivian  i  Jimmy'ego  oraz 

ostatnie zakupy do domu Sama: świece, lampki, wstążki  i dekoracje na 

choinkę  i  ruszyła  w  drogę  do  Sumersbury.  Udało  się  jej  tanio  kupić 

gwiazdę betlejemską i tuzin doniczek z tą piękną rośliną spoczywał teraz 

na tylnym siedzeniu wozu razem z rolkami papieru w ludowe wzory do 

paczek pod choinkę. 

Zjechała z autostrady w szosę na Sumersbury. Postanowiła najpierw 

zatrzymać  się  u  siebie  i  wyładować  swoje  zakupy,  a  dopiero  potem 

pojechać do Sama. I tak był zbyt zajęty, żeby spędzić z nią popołudnie. 

Już od pewnego czasu ich spokojne weekendy zakłócał przedświąteczny 

ruch na farmie. 

Ilekroć  przyjeżdżała,  z  daleka  witało  ją  wycie  pił  elektrycznych,  a 

po drodze mijała wielkie ciężarówki załadowane drzewkami i przykryte 

brezentową płachtą. Przez trzy kolejne tygodnie robotnicy będą co dzień 

ścinać  drzewka  do  wysyłki  w  różne  części  stanu.  Od  siódmej  rano  do 

dziewiątej  wieczór  przyjeżdżać  będą  również  lokalni  klienci,  żeby 

wybrać choinki dla swoich rodzin. 

Kiedy Sam uświadomił sobie, jak mało będzie miał czasu dla Anny, 

zaproponował 

jej, 

żeby 

wzięła 

sobie 

wolne 

tygodniu 

przedświątecznym.  Anna uznała jednak, że wypełnione pracą  dni  przed 

background image

przyjazdem telewizji będą znakomitym testem na to, czy wytrzyma życie 

na  wsi.  Skoro  ma  tu  mieszkać,  nie  może  liczyć,  że  Sam  zawsze  będzie 

dotrzymywał  jej  towarzystwa.  Poza  tym  musi  dokończyć  świąteczną 

dekorację jego domu. 

W  drodze  do  Sumersbury  daremnie  czekała,  że  ogarnie  ją  nastrój 

podniecenia w związku z wyjazdem na wakacje. Zamiast tego targały nią 

sprzeczne  uczucia.  Z  jednej  strony  cieszyła  ją  perspektywa  nocy  z 

Samem,  ale  z  drugiej  praca  w  mieście  dawała  jej  ostatnio  coraz  więcej 

przyjemności  i  niechętnie  porzucała  na  tydzień  kilka  rozpoczętych 

projektów. Tkanie pozwoliło jej dostrzec nowe możliwości w zawodzie i 

chętnie włączała w projekty dekoratorskie własne prace. 

Nie  potrafiła  jeszcze  rozstrzygnąć,  co  oznaczało  to  na  nowo 

rozbudzone zainteresowanie urządzaniem wnętrz. Może po tym tygodniu 

w  Sumersbury  będzie  musiała  wybierać  między  dwiema  równie 

pociągającymi  propozycjami:  karierą  w  tkactwie  artystycznym  i 

mieszkaniem  na  wsi  a  kontynuacją  obecnego  trybu  życia:  trochę  w 

mieście, trochę na wsi. 

Zaparkowała  wóz  i  wniosła  do  domu  zakupy.  Przez  ostatnie 

tygodnie  wnętrze  jej  wiejskiej  rezydencji  znacznie  się  zmieniło.  Na 

wyprzedaży  kupiła  sofę  z  obiciem  w  drobne  kwiaty  i  bordowy  fotel  w 

stylu królowej Anny. Sam podarował jej kilka starych stolików w bardzo 

dobrym stanie, które znalazł w szopie, zaś w sklepie ze starociami Anna 

trafiła na niedrogą a efektowną mosiężną lampę. 

background image

Na  górze  przygotowała  pokój  gościnny  dla  Vivian  i  Jimmy'ego. 

Wniosła tam mosiężne łóżko, które odkupiła od jednego z klientów, a z 

obu jego stron ustawiła w charakterze nocnych stolików stare beczki od 

Sama.  Na  wąskich,  wysokich  oknach  zawiesiła  kotary,  łóżko  zaś 

przykryła  niedrogą  kapą  i  rozrzuciła  na  nim  mnóstwo  dekoracyjnych 

poduszek, w tym dwie, których poszewki utkała na krośnie. 

Jeden czy dwa przedmioty własnoręcznie wykonane ożywiały w jej 

oczach  wystrój  pokoju.  Teraz  już  była  pewna:  jeśli  zostanie  w  swoim 

zawodzie,  tkactwo  będzie  stanowić  ważną  inspirację  w  jej  pracy. 

Zastanawiała  się,  czy  gdyby  nie  poznała  Sama,  odkryłaby  je  kiedyś. 

Może,  któregoś  dnia,  ale  kto  wie,  czy  nie  stałoby  się  to  dopiero  po 

rzuceniu dekoratorstwa. 

Zostawiła zakupy w kuchni, zamknęła dom i wróciła do samochodu. 

Powietrze  było  zimne  i  rześkie,  pachniało  lasem  i  dymem  palonego 

drzewa. Krajobraz przywodził  jej na myśl ręcznie malowane wschodnie 

parawany:  łagodne  beżowe  wzgórza,  kręte  kamienne  ogrodzenia  i 

pozbawione  liści ciemne  gałęzie drzew na  tle szarego zimowego nieba. 

Śnieg nie spadł jeszcze w tym roku, i wszyscy mieszkańcy Sumersbury z 

niepokojem  słuchali  co  wieczór  prognozy  pogody.  Przyroda  miała 

jeszcze  tydzień,  żeby  przekształcić  miasteczko  w  malowniczą  wiejską 

scenerię, potrzebną do telewizyjnego programu. 

Anna przyjechała na farmę i zaparkowała przed domem. Tak jak się 

spodziewała,  ciężarówki  Sama  nie  było  nigdzie  widać.  Zaczęła  wnosić 

background image

doniczki do domu. 

–  Cześć,  Anno!  –  zawołał  John  z  szopy.  Nadzorował  trzech 

chłopców, którzy obwiązywali choinki grubym szpagatem, dzięki czemu 

drzewka zachowywały dłużej wilgoć i łatwiej je można było przewozić. 

Zapas  drzewek  dla  indywidualnych  klientów  z  okolicy  trzymano  w 

szopie.  –  Sam  pojechał  z  kilkoma  chłopakami  napełnić  tę  sadzawkę  na 

lodowisko.  Kazał  ci  powiedzieć,  że  wróci  najszybciej,  jak  się  da. 

Potrzebujesz pomocy? 

–  Nie,  dziękuję,  dam  sobie  radę  –  odpowiedziała  Anna,  wnosząc 

kolejne dwie doniczki. 

Poznała Johna dwa tygodnie temu, kiedy na farmie zaczął się sezon 

świąteczny i trzeba było pracować w soboty. Od razu przypadli sobie do 

gustu. John bardziej niż Sam przypominał farmera. Po pierwsze, był co 

najmniej  dwadzieścia  lat  starszy,  a  na  jego  ogorzałej  twarzy  malowała 

się  życiowa  mądrość.  Kiedy  John  był  na  farmie,  z  daleka  pobrzmiewał 

jego  pogodny,  silny  bas,  którym  wydawał  polecenia  i  opowiadał 

dowcipy. 

Anna skończyła wnosić kwiaty, powiesiła w przedpokoju kurtkę i z 

przyjemnością  wciągnęła  w  nozdrza  unoszący  się  w  powietrzu 

intensywny  zapach  świerków.  Zgodnie  z  jej  poleceniem  w  każdym 

pokoju stała nieubrana choinka, a przy drzwiach leżał stos gałęzi. 

Woń  igliwia  mieszała  się  z  aromatem  piernikowych  ciasteczek. 

Anna weszła do kuchni i zobaczyła na ladzie wspaniały lukrowany dom 

background image

z  piernika,  a  obok  pudełko  po  koszulach.  Uniosła  pokrywkę  i  odkryła 

ułożone  równo  w  rzędach  tuziny  piernikowych  mikołajów,  choinek, 

gwiazdek  i  dzwonków.  Wszystkie  z przyczepionymi u  góry drucianymi 

pętelkami do zawieszania na wstążce. Za to może sobie nawet zaśpiewać 

wszystkie  zwrotki  „Ave  Maria",  pomyślała  Anna,  podziwiając  kunszt 

Estelle. 

Drzwi kuchenne otworzyły się nagle i stanął w nich Sam. 

–  Wesołych  świąt  –  szepnął,  biorąc  ją  w  ramiona  i  przyciskając 

zimny policzek do jej twarzy. – Bałem się, że nigdy tu nie dojedziesz. 

– Sam, będzie cudownie. Wszystko tak wspaniale pachnie. 

– Szczególnie moja dekoratorka –  powiedział,  wtulając twarz  w  jej 

szyję. 

Dotyk jego warg zelektryzował ją. Zadrżała z podniecenia. Chciała, 

żeby  Sam  rzucił  pracę  i  już  teraz  się  z  nią  kochał.  Nie  była 

przyzwyczajona  do  myśli,  że  choć  jest  w  pobliżu,  nie  ma  go  do  swojej 

dyspozycji. Ten tydzień będzie dla niej lekcją cierpliwości. 

–  Jak  poszło  z  sadzawką?  –  spytała,  próbując  zdusić  w  sobie 

tęsknoty ciała. 

– Kiedy cię obejmuję, nic mnie to nie obchodzi. O Boże, jak dobrze 

trzymać  cię  w  ramionach.  Nie  masz  pojęcia,  jak  lubię  cię  dotykać.  – 

Przesunął obie dłonie w dół i objął jej piersi. 

–  A  ja  uwielbiam,  kiedy  to  robisz.  –  Splotła  palce  na  jego  karku  i 

spojrzała mu w oczy. – Boję się jednak, że twoim robotnikom będzie cię 

background image

brakować, jeśli zajmiemy się tym, czym bym chciała. 

– Masz rację. Niech to diabli! Dzisiejsza noc wydaje się tak odległa. 

– Oboje będziemy bardzo zajęci. – Pocałowała go lekko. – Mam tu 

mnóstwo pracy i jestem pewna, że ty też masz co robić. 

– Niestety. 

–  Dzięki  za  choinki  i  świerkowe  gałęzie.  Mam  nadzieję,  że 

podziękowałeś Estelle za jej pierniczki. Są wspaniałe. 

–  Dostanie  swoją  nagrodę  –  uśmiechnął  się  Sam.  –  Ludzie  z 

telewizji obiecali, że zrobią z nią wywiad jako z organizatorką lokalnych 

obchodów  świątecznych  i  długoletnią  mieszkanką  Sumersbury.  Występ 

w  telewizji,  choćby  nie  wiem  jak  krótki,  będzie  dla  niej  najlepszą 

zapłatą. 

– Ty też będziesz gwiazdą telewizyjną. Pomyślałeś o tym? 

– Nie bardzo. 

– Kiedy  kobiety  z całego kraju zobaczą cię w środku romantycznej 

scenerii,  natychmiast  zakochają  się  w  tobie.  Zasypią  cię  ofertami  – 

drażniła go Anna. 

–  Jest  tylko  jedna  oferta,  która  mnie  interesuje  –  odparł, 

przeczesując  palcami  jej  rude  loki.  –  Tylko  jedną  kobietę  chciałbym 

uwieść tą romantyczną scenerią. 

– Coś mi mówi, że w połowie już ci się to udało. 

– To dobrze. A niech to, chyba John mnie woła. 

– Chyba tak. Lepiej już idź. 

background image

Ucałował ją pospiesznie i otworzył drzwi na dwór. 

–  Już  idę,  John!  –  krzyknął,  lecz  zanim  wyszedł,  odwrócił  się 

jeszcze  do  niej.  –  Żebym  nie  zapomniał,  Tessie  zapowiedziała,  że 

wpadnie z krosnem po południu. Zaofiarowała się, że  może ci w czymś 

pomóc. 

– To świetnie. Dawno jej nie widziałam. 

– Będziesz dziś ubierała choinki? 

– Chyba tak, a przynajmniej zacznę. Mamy mnóstwo pracy, Sam. 

–  Zostaw  tę  dużą  w  salonie,  dobrze?  Chciałbym  ją  ubrać  razem  z 

tobą. Puścimy sobie wieczorem kolędy I wprowadzimy siew świąteczny 

nastrój. 

– Myślałam, że masz już dość choinek. 

– Wyobraź sobie, że nie. Uwielbiam je. 

– A więc zgoda. Ubierzemy ją razem dziś wieczór. 

– A potem jeszcze raz wypróbujemy łóżko – powiedział, puszczając 

oko. – Do widzenia, kochanie. 

– Do widzenia. 

Patrzyła, jak podchodzi do szopy i rozmawia z Johnem. Cóż więcej 

może  chcieć  od  życia  prócz  miłości  tego  mężczyzny?  W  tym 

pachnącym,  przytulnym  domu,  w  jego  silnych  objęciach,  przyjemność 

pracy  w  mieście  wydawała  się  blednąc.  Wróciła  do  salonu  i 

podśpiewując  sobie  cicho,  rozpakowywała  pudełka  ze  świeczkami  i 

wstążkami. 

background image

Kiedy godzinę później przyjechała Tessie z krosnem, Anna zdążyła 

już  powkładać  gwiazdy  betlejemskie  w  stare  naczynia  gliniane,  które 

znalazła w kuchni, i ustawić je na schodach. Rubinowe szklane naczynia 

lśniły  w  oknach  i  na  kominku,  a  wokół  nich  Anna  ułożyła  świerkowe 

gałęzie, przybrane czerwonymi aksamitnymi wstążkami. 

Tessie  przyniosła  naręcze  świeżej  jemioły  owinięte  w  woskowany 

papier. 

– Trzymaj ją w wodzie aż do przyjazdu telewizji – poradziła Annie. 

– Nie ma nic paskudniejszego niż zeschnięta jemioła. 

– Miałaś wspaniały pomysł – pochwaliła ją Anna. 

Włożyła  bukiet  do  wielkiego  kamiennego  garnka  napełnionego 

wodą. – Jestem ci bardzo wdzięczna. 

–  A  ja  jestem  ci  wdzięczna,  że  nadal  kupujesz  u  mnie  przędzę, 

chociaż przewiozłaś krosno do Nowego Jorku. 

–  Przez  co  Sam  musi  teraz  pożyczać  je  od  ciebie.  Włożę  kurtkę  i 

zaraz pomogę ci je wnieść. 

Kiedy wyładowały krosno z samochodu Tessie, Anna zauważyła, że 

na ramie zaczęta jest jakaś praca. 

–  Nie  wiedziałam,  że  zabieram  ci  krosno  w  trakcie  roboty  – 

powiedziała. – Przeze mnie możesz nie zdążyć z nią przed świętami. 

–  Zostawiłam  tę  robótkę  specjalnie.  Pomyślałam,  że  z  nią  krosno 

będzie wyglądało tak, jakby je ktoś używał. Zaczęłam czerwono-zielono-

biały obrus, który  od pięciu lat chciałam zrobić na święta – wyjaśniła z 

background image

uśmiechem.  –  Dam  ci  objaśnienia  wzoru  i  możesz  nad  nim  pracować, 

jeśli  będziesz  miała  czas  w  tygodniu.  Aha,  byłabym  zapomniała,  w 

samochodzie  mam  dla  ciebie  coś  jeszcze.  Zaraz  wracam.  –  Wybiegła  z 

domu  i  po  chwili  była  już  z  powrotem  z  koszykiem  wypełnionym 

szpulkami  czerwonej,  zielonej  i  białej  przędzy.  –  Może  postawisz  go 

koło krosna? 

–  Oczywiście.  Wygląda  wspaniale  –  powiedziała  Anna,  stawiając 

koszyk na podłodze. – Tessie, masz doskonałe oko. Nie myślałaś nigdy o 

pracy w dekoratorstwie? 

– Nieraz. Ale lubię Sumersbury, więc zamiast tego prowadzę sklep z 

przędzą. 

–  Rozumiem.  –  Anna  wyjęła  z  pudełka  satynową  wstążkę  i  w 

zamyśleniu zwijała ją wokół palca, – Sam chciałby, żebym przeniosła się 

tu na stałe. Ale to znaczy, że musiałabym rzucić pracę. 

– I zostać tkaczką, jak Hilary – uśmiechnęła się Tessie. 

– Samowi by się to podobało, ale ja... sama nie wiem. 

Tessie uważnie rozejrzała się wkoło. 

–  Pamiętam,  jak  wyglądał  ten  pokój,  kiedy  żyła  jego  babka  – 

powiedziała.  –  Może  miała  twój  talent,  jeśli  chodzi  o  tkactwo,  ale  nie 

jeśli chodzi o wystrój domu. Wykonałaś świetną robotę. 

– Dziękuję. – Pochwały mile połechtały Annę. 

–  Jeśli  to  jest  przykład  tego,  co  potrafisz...  –  urwała.  –  Nie 

powinnam się wtrącać. To sprawa między tobą a Samem. – Spojrzała na 

background image

Annę  i  roześmiała  się  lekko.  –  Tak  to  jest,  kiedy  się  mieszka  długo  na 

wsi. Człowiek zaczyna się wtrącać w sprawy innych. 

–  Tessie,  uważam  cię  za  przyjaciela,  a  nie  wścibską  sąsiadkę. 

Chciałabym znać twoje zdanie. 

Kobieta zawahała się. 

– Myślę, że powinnaś być ostrożna w odrzucaniu czegoś, co robisz 

tak  dobrze.  Sam  jest  wspaniały,  ale  to...  –  Zatoczyła  łuk  ręką.  –  Masz 

duży talent. Skoro pytasz  mnie o zdanie,  radziłabym ci znaleźć sposób, 

żeby zatrzymać obie rzeczy: mężczyznę i pracę. 

– Wątpię, żeby to pasowało do marzenia Sama o wiejskim życiu dla 

nas dwojga. 

– Więc poszerz jego horyzonty. 

– Albo swoje. Może  powinnam poświęcić  się tkactwu? Może mam 

w  tym  nawet  większy  talent?  Może  nadszedł  czas  na  zmiany  w  moim 

życiu,  na  ustatkowanie  się,  założenie  rodziny?  Mam  prawie  trzydzieści 

lat. 

– Zapomnij o mojej radzie. Zrobisz, co zechcesz. Zresztą, co ja tam 

wiem. 

– Założę się, że wiesz, jak ubierać choinki. 

–  W  swoim  życiu  zdążyłam  już  kilka  ubrać.  Do  tej  –  wskazała  na 

drzewko w salonie – potrzebować będziemy drabiny. 

– Nie, tę ubiorę później razem z Samem, rodzinnymi ozdobami. Ale 

muszę wymyślić jakieś dekoracje dla pozostałych. 

background image

– Pozostałych? – Zdumiała się Tessie. 

–  Jesteśmy  na  farmie  choinek  –  wyjaśniła  ze  śmiechem  Anna.  – 

Choinki stoją w każdym pokoju, a nawet w łazience. 

– Wielkie nieba! 

– Pomożesz mi je ubrać, jeśli przekupię cię kawą? 

–  Czemu  nie.  Nie  wracam  już  dziś  do  sklepu.  Wypijmy  kawę  i 

bierzmy  się  do  roboty.  Chciałabym  zacząć  od  tej  w  łazience,  nigdy  nie 

ubierałam choinki  w  tak  dziwnym  miejscu, a  muszę ci  się przyznać, że 

uwielbiam nowe doświadczenia. 

 

O  dziewiątej  wieczór  odjechali  ostatni  klienci  z  ogromną  choinką 

przywiązaną  do  bagażnika  na  dachu  samochodu.  Wszyscy  pomocnicy 

Sama, łącznie z Johnem, rozjechali się do domów koło siódmej, ale nie 

kończący  się  korowód  kupujących  zatrzymał  Sama  na  dworze  przez 

dalsze dwie godziny. 

Kiedy  wszedł  do  środka  kuchennymi  drzwiami,  przytupując  dla 

rozgrzewki  zmarzniętymi  nogami,  z  głębi  domu  dobiegał  nieregularny 

stuk. 

– Anno! – Uwielbiał wołać jej imię, kiedy wracał do domu po całym 

dniu pracy. 

Stukanie ustało. 

– Tu jestem! – zawołała z salonu. 

Ściągnął  rękawice  i  wepchnął  je  do  kieszeni  kurtki,  którą  zdjął  i 

background image

powiesił na kołku przy drzwiach. Mimo futrzanych rękawic jego dłonie 

były  lodowato  zimne.  Chuchając  na  nie,  ruszył  w  głąb  domu  na 

spotkanie Anny. 

Stała  na  drabinie  i  zawieszała  na  belce  przy  suficie  piernikowe 

ozdoby.  W  kominku  wesoło  buzował  ogień.  W  jego  pląsającym  blasku 

rude włosy Anny zdawały się żywym płomieniem. Sam zastanawiał się, 

jak mógł kiedykolwiek lubić ten dom bez niej. 

– Już jest pięknie – powiedział, kiedy odwróciła się do niego. 

–  Pewnie  umierasz  z  głodu.  Niedługo  skończę  i  zjemy  zupę  z 

grzankami i z serem. 

–  Cudownie.  Pomóc  ci?  –  Był  rozdarty  między  pragnieniem 

porwania jej w ramiona i obsypania pocałunkami a chęcią przyglądania 

się, jak dekoruje dom. Ich dom, miał nadzieję. 

–  Nie  trzeba.  Zawieszę  jeszcze  kilka  i  zaraz  schodzę  –    – 

powiedziała,  wbijając  gwóźdź  w  belkę.  Wkrótce  kolejny  piernikowy 

mikołaj wisiał na czerwonej wstążce u powały. 

– W takim razie pójdę na górę zmyć z siebie kurz. 

– Rozejrzyj się wkoło, jak już tam będziesz! – zawołała za nim, gdy 

wchodził po schodach. – Wykonałyśmy z Tessie kawał roboty. 

Zanim  się  rozebrał,  obszedł  wszystkie  pomieszczenia,  podziwiając 

talent  Anny,  W  poprzednich  tygodniach  urządziła  w  jednym  z  dwóch 

pokoi dziewczęcą sypialnię, a w drugim sypialnię dla chłopca. 

– Wiem,  że  to  trochę  stereotypowe  –  przyznała  –  i  nie  zrobiłabym 

background image

tego  w  ten  sposób,  gdyby  to  były  pokoje  prawdziwych  dzieci,  ale  dla 

telewizji świetnie się to nadaje. 

Na wspomnienie o „prawdziwych dzieciach" aż ścisnęło go w dołku, 

nie  zdradził  się  przed  nią  jednak  ze  swojej  tęsknoty  za  życiem 

rodzinnym.  Jak  gdyby  nigdy  nic  podziwiał  kupioną  przez  Annę  białą 

szydełkową  narzutę  na  łóżko  w  pokoju  dziewczynki  i  jaskrawą, 

czerwono-biało-niebieską  kapę  w  sypialni  chłopca.  Anna  włożyła  do 

drewnianej  kołyski  kilka  starych  lalek  pożyczonych  od  Vivian,  a  w 

pokoju  chłopięcym  położyła  na  starej  skórzanej  skrzyni  dwie  ulubione 

zabawki Sama: samolot i wóz strażacki. 

Sam  zatrzymał  się  przed  sypialnią  chłopca,  która  kiedyś,  gdy  żyli 

jeszcze dziadkowie, była jego sypialnią. Z pokoju wylewał się strumień 

wielobarwnego  światła.  Sam  przypomniał  sobie  ze  wzruszeniem,  że 

ilekroć  przyjeżdżał  tu  na  święta,  jego  dziadkowie  wstawiali  mu  do 

pokoju  choinkę  i  co  noc  usypiał  w  łóżeczku  skąpanym  w  blasku 

wszystkich kolorów tęczy. 

Pogrążony 

we 

wspomnieniach 

przestąpił 

próg 

sypialni. 

Półtorametrowa  choinka  w  rogu  pokoju  ubrana  była  w  drewniane 

ozdoby,  wielobarwne  lampki  i  mnóstwo  cukrowych  sopli.  Ozdoby  na 

drzewku  łączyły  się  w  pewien  temat,  przez  co  efekt  końcowy  był 

bardziej  profesjonalny  niż  to,  co  w  czasach  jego  dzieciństwa  tworzyła 

babka,  ale  i  mniej  osobisty.  Mimo  to,  dekoracja  pokoju  bardzo  mu  się 

podobała. Brakowało tylko chłopca, syna... jego i Anny. Zastanawiał się, 

background image

czy pomyślała o tym choćby przez chwilę, kiedy urządzała ten pokój. 

Na  choince  w  sypialni  dziewczynki  żarzyły  się  miniaturowe  białe 

światełka, przywodzące na myśl srebrzysty pył gwiezdny. Anna opasała 

drzewko kolorowym łańcuchem, a na końcach gałęzi umocowała różowe 

kokardki.  Sam  bez  trudu  mógł  wyobrazić  sobie  małą  dziewczynkę  z 

kasztanowymi lokami, śpiącą na łóżeczku pod szydełkową narzutą. 

Kiedy  wszedł  do  swojej  sypialni,  powitała  go  wysoka  sosna 

udekorowana  błękitno-złotymi  ozdobami,  dopasowanymi  kolorem  do 

patchworkowej  kołdry,  obicia  fotela  i  otomany.  Bardzo  nastrojowe, 

pomyślał.  Ale  po  co  lampki?  Telewizja  miała  filmować  dom  w  ciągu 

dnia,  tak  więc  Anna  musiała  zdawać  sobie  sprawę  z  tego,  że  piękno 

choinkowej  iluminacji  nie  zostanie  przez  nich  zauważone.  Dlaczego 

zatem z nich nie zrezygnowała? 

Czyżby dekorowała nie tyle dla potrzeb telewizji, co dla niego? Tak 

bardzo  spodobała  mu  się  ta  odpowiedź,  że  kiedy  brał  w  łazience 

prysznic,  nie  zapalił  górnego  światła,  ale  namydlał  się  jedynie  przy 

blasku  czerwonych  lampek  przyczepionych  do  małego  drzewka  w 

drewnianej doniczce koło wanny i wesoło pogwizdywał. 

Po zejściu na dół pochwalił pracę Anny, ale nie wspomniał słowem 

o  lampkach.  Dopiero,  gdy  po  kolacji  zaczęli  ubierać  trzymetrową 

choinkę w salonie, poruszył ostrożnie ten temat: 

–  Wiesz,  że  telewizja  będzie  filmować  dom  w  dzień?  –  spytał, 

wchodząc po drabinie z lampkami na górną partię drzewka: 

background image

– Mhm. 

– Więc lampki chyba nie są im potrzebne. 

– To prawda, ale myślałam, że ty byś chciał, żeby były, szczególnie 

na tej choince. 

– Masz rację – przyznał, uśmiechając się do niej. – Cieszę się, że są 

na wszystkich drzewkach. Kiedy wszedłem dziś na górę, czułem się tak, 

jakby paliły się specjalnie dla mnie. Dziękuję ci, Anno. 

Zarumieniła się lekko. 

– Kocham cię, Anno Tilford. 

– Ja też cię kocham. 

– Ubierzmy drzewko jutro wieczorem – zaproponował, schodząc po 

drabinie. 

– Ale myślałam, zechciałeś... 

–  Chcę  zobaczyć  cię  nagą,  w  błękitnozłotej  poświacie  –    – 

powiedział,  kładąc  na  podłodze  lampki  i  prowadząc  ją  w  stronę 

schodów.  –  Chcę  się  z  tobą  kochać  w  świetle  lampek  z  choinki,  a 

ubieranie tej tutaj zabierze za dużo czasu. 

– Ja też wyobrażałam sobie ciebie w błękitnym świetle – wyznała z 

uśmiechem. 

Ku  jego  radości,  kiedy  się  rozebrali  i  położyli  na  łóżku,  Anna 

przejęła  inicjatywę  i  uklękła  nad  nim,  podając  mu  piersi  do  pocałunku. 

Pochwycił chciwie sterczący  sutek i  ssał go  delikatnie,  aż z ust kobiety 

wyrwał  się  jęk  rozkoszy.  Dotykał  jej  ciała,  błądził  dłońmi  po  talii  i 

background image

biodrach,  przesuwał  niecierpliwe  palce  w  dół,  do  kuszącego  trójkąta. 

Anna poruszała się nad nim, ocierając się prowokacyjnie. 

Dwukrotnie  sięgał  po  przygotowany  na  nocnym  stoliku  pakiecik  i 

dwukrotnie Anna powstrzymała jego dłoń, mrucząc: 

– Jeszcze nie teraz. 

Kołysał  ciężarem  jej  piersi  wilgotnych  od  jego  warg  i  języka  i 

podziwiał ich piękne kształty w błękitnym blasku choinkowych lampek. 

W tym niezwykłym świetle wydawała się kimś nierzeczywistym, zjawą 

z  erotycznego  marzenia,  baśniową  kobietą,  która  znalazła  się  w  jego 

łóżku za sprawą czarów. 

Kiedy  wydawało  mu  się,  że  dłużej  już  nie  wytrzyma,  sięgnęła  po 

pakiecik i, szybciej niż myślał, zadbała o to, by bezpiecznie go w siebie 

przyjąć.  Patrzył  zafascynowany,  jak  niebieskie  światło  pełza  po 

falującym nad nim ciele. Widok był tak wspaniały, że uświadomił sobie, 

co tracił za każdym razem, gdy leżała pod nim zasłonięta jego cieniem i 

ciężarem. 

–  Kocham  cię  w  błękicie  –  powiedział,  chwytając  jej  pośladki  i 

ponaglając do szybszych ruchów. 

–  A  ja...  po  prostu...  cię  kocham  –  szepnęła,  posłusznie 

przyspieszając tempo. 

Baśniowy blask błękitnego światła w połączeniu z poruszającym się 

rytmicznie  zmysłowym  ciałem  Anny  sprawił,  że  doznanie  rozkoszy 

stawało  się  nie  do  zniesienia.  Poddał  się  mu  bez  reszty  i  wstrząsany 

background image

spazmami wbił  palce w  jej  gładką  skórę,  powtarzając szeptem  jej  imię. 

To już na zawsze, pomyślał, gdy usłyszał nad sobą okrzyk spełnienia. To 

już na zawsze. 

Przygarnął  ją  do  siebie,  tuląc  rozedrgane  namiętnością  ciało  i 

poprzysiągł  sobie,  że  wkrótce  przerwie  milczenie  w  sprawie  ich 

małżeństwa. Jak tylko ten zwariowany tydzień dobiegnie końca, poprosi 

ją,  żeby  została  jego  żoną,  żeby  zamieszkała  z  nim  w  Sumersbury  i 

zapełniła  dwie  małe  sypialnie  dziećmi  zrodzonymi  z  ich  miłości.  Nie 

widział dla siebie żadnej innej przyszłości. Nic innego nie miało sensu. 

 

background image

Rozdział 12 

 

Anna skończyła dekorowanie domu szybciej, niż myślała, za to zbyt 

optymistycznie oceniła czas, jaki Sam mógł jej poświęcić. W ciągu dnia 

telefon  odzywał  się  nieustannie,  telefonowała  Estelle  i  inni  mieszkańcy 

miasteczka.  Dzwonili  również  urzędnicy  Białego  Domu,  żeby  omówić 

szczegóły  wizyty  Sama  w  Waszyngtonie.  W  nagrodę  za  dostarczenie 

choinki  Sam  miał  wypić  herbatę  z  pierwszą  damą.  Także  ludzie  z 

telewizji przekazywali przez Annę wiadomości. Nie była tym wszystkim 

zachwycona: rola recepcjonistki nie należała do jej ulubionych. 

W wolnej chwili Sam odpowiedział na kilka telefonów, w tym jeden 

od matki, wściekłej, że na czas przyjazdu telewizji Sam umieścił ją wraz 

z  mężem  w  pobliskiej  gospodzie.  Na  pytanie  Anny,  dlaczego  nie 

pozwolił im zamieszkać w sypialniach na górze, wyjaśnił, że jego matka 

nie  jest  zbyt  uważnym  gościem  i  na  pewno  zniszczyłaby  efekt  pracy 

Anny. 

– Moja matka chce tu zamieszkać tylko po to, żeby zwiększyć swoje 

szanse na dostanie się przed kamery telewizyjne – dodał. 

Poza  odbieraniem  telefonów  Anna  nie  miała  co  robić.  Utkała  dużą 

część  obrusu  Tessie,  porozkładała  po  całym  domu  świeczki,  wieńce  i 

girlandy  kwiatów, aż zaczęła się  bać, czy nie przesadziła ze  świąteczną 

ornamentyką. Dla zabicia wolnego czasu chodziła na długie spacery lub 

siadywała na kamiennym murku i oddawała się rozmyślaniom. 

background image

Nie chciała przyznać się nawet sama przed sobą, a co dopiero przed 

Samem, że się nudzi. Widziała jego radość, kiedy wracał wieczorem do 

domu,  żeby  zjeść  z  nią  późną  kolację  i  podzielić  się  wrażeniami 

mijającego  dnia.  Był  jednak  zbyt  zmęczony,  żeby  mogli  zagrać  w 

„Chińczyka" czy „Wyścigi Konne", tak jak sobie obiecywali. 

Anna  starała  się  nie  zdradzić,  że  tęskni  za  pracą  w  mieście,  nie 

wspomniała  również  o  tym,  jak  ciągnie  ją,  żeby  zadzwonić  do  Vivian 

tylko po to, by usłyszeć jej pewny siebie wielkomiejski akcent. 

Kiedy leżała w ramionach Sama i  kochała się z nim w  małżeńskim 

łożu, zapominała o pracy w mieście, radości, jaką dawało jej ukończenie 

trudnego  zadania,  czy  pogodzenie  niezwykłych  gustów  i  skromnych 

zasobów  finansowych  niektórych  klientów.  Ale  kiedy  nie  było  go  przy 

niej, dom wydawał się pusty i martwy, zbyt cichy jak na jej upodobania. 

Anna  zaczęła  nawet  tęsknić  za  trąbiącymi  taksówkami.  Kochała  wieś, 

ale brakowało jej miasta. Chciała mieć i jedno, i drugie. 

W czwartek w południe zaczął padać śnieg. Mieszkańcy miasteczka 

cieszyli się tak, jakby z nieba spadały dolarowe banknoty. Sam doniósł, 

że sadzawka zamarza w tempie ekspresowym. Z powodu śnieżycy pracę 

na  farmie  zakończono  już  o  piątej.  Gęste  płatki  padały  nieustannie  cały 

wieczór,  pokrywając  szybko  grubą  warstwą  puchu  drogi  dojazdowe. 

Mimo  że  tego  wieczoru  nie  było  żadnych  klientów,  Sam  w  dalszym 

ciągu nie miał czasu dla Anny. Telefon dzwonił jak oszalały. Każdy, kto 

miał coś wspólnego z sobotnim wydarzeniem, chciał usłyszeć od Sama, 

background image

że wszystko jest w porządku. 

Ceremonia  ścięcia  drzewka  zaplanowana  była  na  sobotę,  ale  już  w 

piątek Sam musiał stawić czoło telewizji, która tego dnia filmować miała 

wnętrze  domu,  oraz  matce  z  ojczymem,  którzy  zapowiedzieli  się  na 

wieczór.  W  piątek  przyjeżdżali  również  Vivian  z  Jimmym. 

Przedstawienie wkrótce miało się zacząć. 

Kiedy późnym wieczorem szli na górę do sypialni, oboje byli spięci 

i  podenerwowani.  Sam  z  powodu  czekających  go  przeżyć,  a  Anna, 

ponieważ  zaczęła  pojmować,  że  nie  potrafi  zamieszkać  tu  na  stałe.  Ich 

miłość tej nocy odzwierciedlała stan ich ducha. 

– Kiedy to się skończy, obiecuję ci, że będzie między nami lepiej – 

powiedział Sam. – Potrzebujemy trochę ciszy i spokoju. 

Anna  już  miała  zaprzeczyć,  ale  zrezygnowała  i  zamiast  tego 

pocałowała  go  w  usta.  To  nie  był  dobry  moment,  żeby  zwierzać  się  ze 

swoich  niepokojów.  I  bez  tego  następne  dwa  dni  będą  dla  niego 

wystarczająco stresujące. 

 

Sypało  całą  noc  i  prawie  cały  ranek.  John  zaraz  po  przyjściu  do 

pracy wsiadł na traktor Sama i do południa przetarł szlak prowadzący na 

zbocze,  na  którym  rosło  prezydenckie  drzewo.  Odśnieżył  również 

podjazd  do  domu.  Ledwo  skończył,  na  drodze  pojawił  się  wóz 

transmisyjny z ekipą telewizyjną. Jak tylko zatrzymał się przed domem, 

Anna  dała  nura  do  stodoły,  do  której  John  wprowadził  pług  śnieżny  i 

background image

traktor. 

– O co chodzi? Nie chcesz być w telewizji? – zażartował, schodząc 

z siodełka. 

– Jakbyś zgadł. Poza tym wszyscy spodziewają się, że te świąteczne 

dekoracje to dzieło Sama lub jakiejś kochającej mamuśki, która przyjęła 

biedaka pod swoje opiekuńcze skrzydła. 

– Rozumiem, że ty nie za bardzo pasujesz do tego opisu. 

–  Nie,  nie  pasuję.  Chyba  jestem  typem  kobiety,  jak  to  się  mówi, 

niezależnej zawodowo. 

– Nie widzę w tym nic złego. 

–  A  ja  tak.  Boję  się,  że  jeśli  przeniosę  się  na  stałe  do  Sumersbury, 

Sam nie będzie chciał, żebym jeździła do pracy do Nowego Jorku. 

– Może i nie, ale to twoja praca, nie jego. 

– Mam nadzieję, że Sam się z tobą zgodzi. 

– Jeśli nie, jest skończonym głupcem i powiem mu to prosto w oczy. 

– Nie wątpię, że to zrobisz. Dziękuję ci, John. – Wyszli ze stodoły, 

w momencie kiedy przed dom zajechała długa biała limuzyna. – Kto to? 

–  spytała  Anna,  kiedy  samochód  zatrzymał  się  obok  wozu 

transmisyjnego. 

–  To  chyba  ten  facet,  który  poprowadzi  program.  Gra  ojca  w  tym 

serialu  telewizyjnym,  który  puszczają  we  wtorki.  Założę  się,  że  jutro 

wszyscy będą go oblegać, skomląc o autografy. 

–  John,  jak  myślisz,  uda  nam  się  przez  to  przebrnąć  bez  jakiejś 

background image

większej katastrofy? 

– Jeśli o mnie chodzi – John podrapał się za uchem – katastrofa już 

nastąpiła. Pozostaje nam tylko czekać, czy nie będzie gorzej. 

 

Następnego  dnia  o  dziesiątej  rano,  Anna,  Vivian  i  Jimmy  stali  za 

kamiennym  murkiem  odgradzającym  posiadłość  Sama  od  drogi, 

czekając  niecierpliwie  na  zorganizowany  przez  Estelle  świąteczny 

pochód  mieszkańców.  Kiedy  matka  i  ojczym  Sama  dowiedzieli  się,  że 

trzeba iść pieszo na miejsce ścięcia drzewa, postanowili zostać w domu. 

Siedzieli na drewnianych krzesłach na  werandzie  i  popijali  kawę.  Anna 

cały  ranek  próbowała  nawiązać  ze  starszą  panią  nić  porozumienia, 

nadaremnie.  W  końcu  poddała  się  i  poszła  z  Vivian  i  Jimmym  zająć 

pozycje bliżej drogi. 

Kamienny  murek  okazał  się  znakomitym punktem  obserwacyjnym. 

Piętnaście minut  później  niż zaplanowano,  dziwaczny orszak ukazał się 

w  oddali.  Na  jego  czele  jechał  wóz  transmisyjny  z  rozpłaszczonym  na 

dachu  operatorem.  Za  nim  sunął  Święty  Mikołaj  w  saniach ciągniętych 

przez  oswojoną  sarenkę.  Kiedy  procesja  zbliżyła  się  do  farmy  Sama, 

Anna  zauważyła,  że  przebranie  sarenki  za  renifera  nie  było  zupełnie 

udane.  Rogi  zsuwały  się  jej  ciągle  z  głowy  to  w  lewo  to  w  prawo,  a 

Święty  Mikołaj  z  okrzykiem  „stop!"  co  chwilę  wyskakiwał  z  sań  i 

poprawiał nieszczęsnemu zwierzęciu niesforne poroże. 

Za  sańmi  jechała  półciężarówka,  a  na  niej  z  tyłu  na  platformie 

background image

siedziała  na  drewnianym  rzeźbionym  krześle  okryta  imitacją  futra  z 

gronostaja  Estelle  Terwiliger.  W  swoim  przebraniu  wyglądała  jak 

polarny  niedźwiedź.  Szerokimi,  energicznymi  ruchami  dyrygowała 

maszerującym  za  ciężarówką  chórem  miejskim.  Obok  szedł  drugi 

operator, przenosząc obiektyw kamery z kobiety na śpiewający chór. Co 

jakiś  czas  Estelle  podskakiwała  niebezpiecznie  na  krześle,  częściowo  z 

powodu wyboistej drogi, częściowo z powodu zamaszystych ruchów rąk. 

–  Niech  mnie  kule  biją  –  szepnęła  Vivian,  kiedy  pochłonięta 

dyrygowaniem  Estelle  uniosła  się  kilkanaście  centymetrów.  –  Takimi 

ruchami ramion mogłaby nakazać rozstąpić się Morzu Czerwonemu. 

– Jestem pewna, że gdyby chciała, dokonałaby tego – odparła Anna. 

– To niezwykła kobieta. 

–  Czy  oprócz  tej  procesji  będzie  jeszcze  orkiestra  na  wzgórzu  i 

łyżwiarze na zamarzniętej sadzawce? – spytał Jimmy. 

–  Tak  jest.  Sam  i  John  trzy  razy  dowozili  tam  dzisiaj  dzieci. 

Wszyscy  byli  na  swoich  miejscach  już  o  dziewiątej  trzydzieści, 

włączając w to Sama i Johna, którzy czekają przy drzewie. 

–  Patrzcie  –  przerwała  im  Vivian,  ściskając  ramię  męża.  –  Chyba 

umrę  ze  śmiechu.  Te  rogi  znowu  zjeżdżają  w  dół.  Rozumiem,  że  ta 

czerwona  mrugająca  żarówka,  dyndająca  pod  brodą  samy,  miała  być 

czerwonym nosem renifera? 

–  Mhm  –  zachichotała  Anna.  –  Wzdłuż  uprzęży  biegnie  drucik, 

który łączy ją z baterią w saniach. 

background image

– Kto jest Świętym Mikołajem? Jego brzuch doskonale pasuje do tej 

roli, chyba że wypchał go sobie poduszkami. 

– Nie, to nie poduszki – roześmiała się Anna. – Świętego Mikołaja 

odgrywa  Edgar  Madison,  znany  z  tego,  że  nie  trzeźwieje  od  Święta 

Dziękczynienia do Bożego Narodzenia. Estelle dała mu tę rolę w zamian 

za obietnicę, że nie upije się w tym roku. Jak – rozumiem,  zależało jej, 

żeby  telewizja  nie  pokazała  go,  jak  zatacza  się  po  głównej  ulicy 

Sumersbury. 

–  Ruch  trzeźwości  ma  silnych  popleczników  w  Sumersbury.  Mam 

nadzieję,  że  to  biedne  zwierzenie  będzie  musiało  ciągnąć  Edgara  na 

samo wzgórze. 

–  Nie,  Święty  Mikołaj  i  sanie  zostaną  tutaj,  na  podwórzu  Sama.  – 

Anna zauważyła wśród chóru Tessie i pomachała do niej ręką. 

– A teraz „Cicha noc"! Proszę, zaczynamy! – dobiegły ich komendy 

Estelle. 

–  Stop!  –  krzyknął  znowu  Święty  Mikołaj,  zeskakując  z  sań  i 

podbiegając do sarny, żeby poprawić ześlizgujące się rogi. 

Operator  skierował  kamerę  na  Estelle,  a  ona  musiała  to  zauważyć, 

bo jeszcze raz powtórzyła komendę: 

– Dajcie z siebie wszystko, na co was stać! – krzyknęła i powstała z 

krzesła, unosząc w górę oba ramiona. 

To  nie  było  zbyt  mądre.  Samochód  poskoczył  na  wyboju  i  Estelle 

runęła  na  wznak  na  dno  platformy.  Chórzyści  rzucili  się  jej  na  pomoc, 

background image

ale  kierowca,  nieświadomy,  że  jego  pasażerka  czołga  się  z  tyłu  na 

czworakach, jechał dalej, jakby nic się nie stało. 

W  końcu  usłyszał  wołanie  chóru  i  zatrzymał  samochód.  Estelle 

wdrapała  się  z  powrotem  na  krzesło.  Wyglądało  na  to,  że  nie  doznała 

żadnego  uszczerbku,  tylko  jej  płaszcz  gronostajowy  się  pobrudził,  a 

kapelusz przekrzywił na głowie. Wzięła do ręki tubę i zawołała do czoła 

pochodu: 

– Gotowi? A więc „Cicha noc"! Zaczynamy! 

Vivian  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu,  ukryła  twarz  na 

ramieniu Jimmy'ego, próbując się uspokoić. 

– Odwołam wszystkie spotkania, kiedy będą to puszczać w telewizji 

– powiedziała do Anny. – Końmi nie odciągną mnie od telewizora. A to 

jeszcze nie wszystko. Przed nami łyżwiarze i orkiestra. 

–  Ludzi  z  Białego  Domu  to  nie  wzrusza  –  zauważył  Jimmy, 

wyciągając  głowę  w  stronę  szarej  limuzyny,  przy  której  stali  oparci  o 

zderzak dwaj mężczyźni  z odkrytymi głowami, w eleganckich paltach i 

garniturach. – Od czasu do czasu uśmiechają się tylko pod nosem, ale to 

wszystko. 

–  Założę  się,  że  widzieli  już  większe  wariactwa  w  swoim  życiu  – 

stwierdziła  Vivian.  –  Praca  w  Białym  Domu  musiała  stępić  w  nich 

wrażliwość na inne formy rozrywki. 

–  Nawet  nie  wiesz,  jak  mi  ciebie  brakowało,  Viv  –  roześmiała  się 

Anna. 

background image

– Naprawdę? Trudno mi w to uwierzyć. Taki facet jak Sam Garrison 

na pewno nie pozwolił ci się nudzić. 

–  Och,  nie  zrozum  mnie  źle.  Sam  jest  wspaniały,  ale  lubię  też 

przebywać czasami z tobą.  

– To brzmi jak wyznanie prawdziwej przyjaźni. Jimmy i ja zrobimy 

wszystko,  żeby  cię  odwiedzać,  kiedy  przeniesiesz  się  tu  na  stałe.  – 

Uśmiechnęła  się  do  Anny,  po  czym  wróciła  do  oglądania  świątecznej 

maskarady.  –  Och,  sanie  wjeżdżają  na  podjazd.  Biedne  zwierzę  będzie 

mogło wreszcie odpocząć. 

–  Vivian,  czy  mówiłam  ci  coś  o  moich  przenosinach?  –  spytała 

Anna. 

– Nie, ale nie bardzo rozumiem, dlaczego – odparła jej przyjaciółka, 

nie  odrywając  wzroku  od  drogi.  –  Ty  i  Sam  szalejecie  za  sobą,  a 

małżeństwo jest wspaniałą instytucją dla ludzi w waszym stanie. 

– Tak, ale... 

– Nie mówmy o tym teraz – przerwała jej Vivian. 

–  Chodźmy  za  nimi  na  wzgórze.  Nie  chciałabym  nic  stracić. 

Myślicie,  że  uda nam  się znaleźć w  obiektywie  kamer, kiedy  będziemy 

iść z tyłu? 

–  Viv  –  powiedział  Jimmy,  biorąc  ją  za  rękę  –  jestem  pewien,  że 

tydzień po tym, jak pokażą ten program w telewizji, podpiszesz kontrakt 

z wytwórnią Warner Brothers. 

– Mówisz tak, bo wiesz, że jestem bardzo fotogeniczna – roześmiała 

background image

się  Vivian.  –  Chodź,  Anno.  Obiecuję  ci,  że  jak  tylko  to  się  skończy, 

porozmawiamy o twoich miłosnych problemach. 

Tymczasem po wycofaniu się z parady sań ze Świętym Mikołajem, 

filmujący  chór  operator  wsiadł  do  wozu  transmisyjnego,  pozostawiając 

kręcenie  wspinaczki  na  wzgórze  swojemu  partnerowi  rozpłaszczonemu 

na  dachu.  Kiedy  ciężarówka  ruszyła  pod  górę,  Estelle  dla  utrzymania 

równowagi  chwyciła  się  jedną  ręką  klapy,  nie  przestając  przy  tym 

dyrygować drugą, w której trzymała tubę. Co jakiś czas podnosiła ją do 

ust i wykrzykiwała komendy: 

– Głośniej! Więcej życia! 

–  Łatwo  jej  mówić  –  dyszała  Vivian,  która  wcześniej  włączyła  się 

do chóralnego śpiewu. – Ona jedzie na tej cholernej ciężarówce. Daleko 

jeszcze, Anno? 

– Nie jestem pewna. Sam zabrał mnie tu kiedyś również ciężarówką. 

–  To  nie  dla  mnie  –  skarżyła  się  Vivian,  zwisając  bezwładnie  na 

ramieniu  Jimmy'ego.  –  Weź  mnie  na  ręce,  kochany.  Udajmy,  że  jesteś 

Rett Butler a ja Scarlett O'Hara. 

–  Mam  lepszy  pomysł.  Udajmy,  że  ja  jestem  Butch  Cassidy,  a  ty 

Sundance  Kid  i  że  napadamy  na  pociąg.  Wskoczymy  na  platformę 

ciężarówki, na której jedzie ta... jak jej tam? 

– Estelle Terwiliger – podpowiedziała Anna, parskając śmiechem. – 

Tak to jest, jak się siedzi w mieście i nie uprawia żadnych sportów. 

– Może by tak zawrócić? – zasugerował Jimmy z nadzieją w głosie. 

background image

– Nigdy w życiu – oburzyła się Vivian. – Jeśli nie weźmiesz mnie na 

ręce, wczołgam się  na to wzgórze, ale  obejrzę  łyżwiarzy na  sadzawce i 

ścięcie ogromnego dębu. 

– Nie dębu, ale jodły – poprawił ją Jimmy. 

– Niech będzie, jodły. Idę, a wy? 

–  Ja  też  muszę  to  zobaczyć  –  powiedziała  Anna.  –  Zresztą, 

sadzawka jest już niedaleko. Wydaje  mi się, że słyszę, jak orkiestra gra 

„Walc łyżwiarzy". 

– Skoro wy, kobiety, wdrapiecie się pod tę górę, to i ja nie zostanę w 

tyle – stwierdził Jimmy. 

Kiedy  dotarli  do  polanki  nad  sadzawką,  Estelle  ruchem  ręki  ucięła 

kolędę, po czym uniosła się z krzesła i niczym królowa zwróciła twarz w 

stronę  łyżwiarzy.  Chórzyści  natychmiast  wyłamali  się  z  szeregów  i 

otoczyli  ciasnym  kręgiem  ciężarówkę  oraz  blokujący  drogę  wóz 

transmisyjny, zasłaniając tym samym widok Annie i jej przyjaciołom. 

– Jimmy, weź mnie na barana – zażądała Vivian podskakując, żeby 

zobaczyć coś ponad głowami chórzystów. – Nic stąd nie widzę. 

– Na barana? Coś ci się pomyliło, Viv. To Sam, przyjaciel Anny, ma 

szerokie bary. Ja jestem tylko słabiutkim urzędnikiem. 

– Nie wygłupiaj się. Nie jestem ciężka, a ty jesteś silniejszy, niż ci 

się wydaje. Uklęknij, żebym mogła się wdrapać na ciebie. 

Anna zdusiła w sobie chichot widząc, jak Vivian siada okrakiem na 

plecach  Jimmy'ego,  a  on  łapie  ją  za  obute  w  botki  kostki  i  podnosi  z 

background image

jękiem z ziemi. 

– Och, szkoda, że tego nie widzicie! – wykrzyknęła Vivian z ponad 

dwumetrowej wysokości. 

– Naprawdę? – odparł Jimmy. – Może zamienimy się i ty weźmiesz 

mnie na barana? Nie jestem ciężki, a ty jesteś silniejsza, niż ci się wydaje 

–  dodał,  chwiejąc  się  lekko,  żeby  utrzymać  równowagę  na  śliskiej 

drodze. 

– Co się dzieje? – Anna wyciągnęła szyję, próbując coś zobaczyć. 

–  Może  chciałabyś  się  wspiąć  na  ramiona  Vivian?  –  spytał  Jimmy 

krzywiąc  się,  kiedy  jego  żona  poruszyła  się.  –  Widziałem  to  kiedyś  w 

cyrku. Założę  się,  że pokazaliby nas w telewizji,  gdybym  podniósł  was 

obie jednocześnie. 

–  Jimmy,  nie  wygłupiaj  się  –  skarciła  go  Vivian.  –  Przesuń  się 

trochę  na  prawo,  tak  żebym  mogła  zobaczyć.  Doskonale!  Stąd  mam 

świetny widok. Och, oni są tacy zabawni! 

–  Prosimy  o  lepszy  komentarz  do  tego,  co  się  tam  dzieje  –  wtrącił 

Jimmy. – Słowo „zabawni" nie oddaje nam w pełni tego, co widzisz. 

–  No  więc,  dziewczyny  ubrane  są  w  długie  spódnice  i  futrzane 

czapki, a w rękach trzymają małe mufki. Chłopcy ubrani są normalnie, z 

tym że na głowach mają czapki do golfa, a na szyjach kolorowe chustki. 

Orkiestra  musiała  zmarznąć  na  kość.  Nawet  stąd  widać,  że  ich  wargi  i 

ręce są wręcz fioletowe.  

– Ale za to ładnie grają. Przynajmniej to wyszło tak jak trzeba... 

background image

– Och, nie! – przerwała jej Vivian. – O Boże! Bęc! Następny. 

– Co się dzieje? – spytali jednocześnie Jimmy i Anna. 

–  Och,  biedne  dzieciaki.  Nie  potrafią  jeździć  w  tych  długich 

sukniach. Uwaga! 

– Viv, przestań mnie szarpać za włosy! – ostrzegł Jimmy.  

– Padają jak klocki domina – jęczała Vivian. 

– Vivian, nie podskakuj tak, bo... 

– Jimmy, uważaj! – krzyknęła Anna, ale było już za późno. 

Jimmy  zachwiał  się i runął  jak długi  na ziemię,  pociągając za sobą 

idącą mu na pomoc Annę. Wszyscy troje wylądowali w ponad metrowej 

zaspie  śnieżnej,  która  złagodziła  upadek,  ale  i  przykryła  ich  od stóp  do 

głów mokrym białym pyłem. 

Zaległa cisza, którą po chwili przerwał ciąg przekleństw Jimmy'ego 

i perlisty śmiech Vivian. Anna zrozumiała, że nikomu nic się nie stało, a 

kiedy ujrzała oblepione śniegiem twarze przyjaciół, również wybuchnęła 

śmiechem.  Nagle  uświadomili  sobie,  że  orkiestra  już  nie  gra.  Anna 

odwróciła  się  powoli  i  zobaczyła  wymierzony  w  siebie  obiektyw 

kamery.  W  półkolu,  za  operatorem,  stał,  patrząc  na  nich,  cały  chór 

miejski. 

Nie  przestając  się  śmiać,  chwyciła  garść  śniegu  i  rzuciła  nim  w 

kamerę.  Jimmy  natychmiast  poszedł  w  jej  ślady  i  ulepił  śnieżną  kulkę. 

Jednakże  kiedy  nią  rzucił,  kula  chybiła  celu  i  trafiła  jednego  z 

chórzystów.  Ten  uśmiechnął  się  tylko  i  bez  namysłu  rzucił  się  do 

background image

lepienia  swojej.  W  zabawę  włączyła  się  zaraz  Vivian  i  już  po  chwili 

wszyscy,  prócz  Estelle,  śmiejąc  się  i  krzycząc,  rzucali  w  siebie 

śnieżkami.  Schwytany  w  krzyżowy  ogień  kulek  telewizyjny  operator 

wycofał  się  do  wozu,  podczas  gdy  Estelle  próbowała  przywrócić 

porządek, wykrzykując przez tubę komendy. 

–  Przestańcie!  Natychmiast  przestańcie!  –  ryczała,  uchylając  się 

przed  latającymi  w  powietrzu  kulkami.  –  Spokój!  –  Nadal  nikt  jej  nie 

słuchał,  –  Zaraz  będą  ścinać  drzewo!  –  wrzasnęła  i  wtedy  powoli 

wszyscy zaczęli się uspokajać. – Już lepiej. A teraz soprany staną tutaj, a 

tenory tam. Alty i basy, zajmijcie swoje miejsca. 

– Co za kobieta – szepnęła Vivian do męża. 

–  Na  twoim  miejscu  nie  odzywałbym  się  –  mruknął  Jimmy.  –  Już 

dość narozrabiałaś. 

– Ja?  To Anna rzuciła pierwszą kulkę. Nie wiedziałam,  że  drzemie 

w tobie taka fantazja. – Dała przyjaciółce kuksańca w bok. – Nie poznaję 

cię. Co za odwaga. Jestem z ciebie dumna. 

– Dziękuję. To była świetna zabawa. 

Anna  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Rok  temu  nie  przyszłoby  jej  do 

głowy rzucić śniegiem w kamerzystę. Nie włóczyłaby się po nocy leśną 

ścieżką,  żeby  zakraść  się  pod  czyjeś  okna,  a  tym  bardziej  nie 

odważyłaby  się  zaproponować  klientowi  włączenia  własnego  wyrobu 

tkackiego  do  projektu  urządzenia  mieszkania.  Nareszcie  odzyskiwała 

pewność siebie i niezależność. 

background image

Chór  wyrównał  szeregi  i  na  komendę  Estelle  ruszył  w  drogę,  z 

kolędą  „Cicha  noc"  na  ustach.  Kiedy  doszli  do  sadzawki,  dołączyła  do 

nich  młodzież  z  łyżwami  przewieszonymi  przez  ramię  i  futerałami  na 

instrumenty  w  rękach.  Po  kilku  minutach  marszu  wszyscy  dotarli  do 

miejsca,  gdzie  rosły  wysokie  jodły,  a  wśród nich  ta,  która  miała  zostać 

ścięta. Na drodze stała poobijana półciężarówka Sama i wynajęta lśniąca 

czerwona  ciężarówka  z  przyczepą,  którą  miał  zawieźć  choinkę  do 

Waszyngtonu.  Po  ścięciu  olbrzymie  sanie  ciągnięte  przez  traktor  miały 

podwieźć drzewo do tego miejsca. 

Wóz  telewizyjny  zjechał  na  lewą  stronę  drogi  i  zatrzymał  się  za 

wehikułem  Sama.  Kierowca  z  ciężarówki  Estelle  stanął  za  wozem 

telewizyjnym. 

–  Ekipa  telewizyjna  zostaje  tutaj  –  zakomenderowała  przez  tubę 

Estelle.  –  Jeden  z  kamerzystów  będzie  kręcił  na  miejscu  ścięcia,  a  my 

podejdziemy  jeszcze  kawałek  drogą,  tak  żebyśmy  mogli  obserwować  z 

bezpiecznej  odległości  całą  ceremonię.  Jak  wam  już  mówiłam,  nie 

możemy stać za blisko drzewa, żeby ktoś nie został ranny, kiedy będzie 

upadać. 

– Ciekawe, skąd jej to przyszło do głowy – mruknął Jimmy. – Jakby 

ta  cała  impreza  nie  była  już  jednym  wielkim  niewypałem.  Do  pełni 

szczęścia  brakuje  nam  tylko  kilku  ludzi  przygniecionych  prezydencką 

choinką. 

– Uważam, że było cudownie – powiedziała Vivian. – I choć jestem 

background image

mokra i zziębnięta i będę musiała spędzić przyszły tydzień poruszając się 

na wózku inwalidzkim, nie żałuję ani minuty. 

–  Za  mną,  chórzyści  –  zakomenderowała  Estelle  przez  tubę. 

Ciężarówka,  na  której  siedziała,  ruszyła,  próbując  wyminąć  wóz 

telewizji. 

–  Czy  tu  nie  jest  za  wąsko  dla  dwóch  samochodów?  –  spytała  na 

głos zaniepokojona Anna. 

Jakby w odpowiedzi, ciężarówka przechyliła się na prawo i wpadła 

do rowu. Estelle krzyknęła, ale rym razem nie upadła na ziemię. Szybko 

wróciła  do  równowagi  i  zerkając  niespokojnie  w  stronę  wozu 

transmisyjnego,  z  którego  operator,  szczerząc  zęby  w  uśmiechu, 

wycelował  w  nią  obiektyw  kamery,  podniosła  tubę  do  ust  i  zapytała 

spokojnie: 

–  Czy  męska  część  chóru  mogłaby  nam  pomóc  wydostać  się  z  tej 

opresji? 

Odpowiedział  jej  gromki  wybuch  śmiechu,  ale  już  po  chwili 

mężczyźni i chłopcy rzucili się na pomoc, napierając ze wszystkich sił na 

bok  ciężarówki,  podczas  gdy  kamery  filmowały  ich  dzielne  zmagania. 

Opony samochodu kręciły się w miejscu, chlapiąc śnieżną bryją i błotem 

na  wszystkich  dookoła,  ale  nikt  się  tym  nie  przejmował.  Wkrótce  wóz 

został  wypchnięty  i  chór,  tym  razem  bez  komendy  Estelle, 

ryknął„Przybieżeli do Betlejem". 

–  Popatrz,  Sam!  –  krzyknęła  do  Anny  Vivian,  kiedy  mijali  rząd 

background image

drzew,  w  którym  rosła  prezydencka  jodła.  –  Rozmawia  z  tym 

gwiazdorem  z  telewizji.  Między  nami  mówiąc,  uważam,  że  Sam  jest 

dużo przystojniejszy. 

Anna  już  wcześniej  zobaczyła  Sama  i  Johna  zajętych  rozmową  z 

aktorem  i  dwoma  przedstawicielami  Białego  Domu.  Sam  też  ją 

zauważył,  a  wtedy  Anna,  dzięki  świeżo  zdobytej  pewności  siebie, 

pomachała  mu  ręką,  a  on  uśmiechnął  się  i  odmachał.  Serce  Anny 

podskoczyło  z  dumy  i  radości.  Mężczyzna,  którego  kocha,  zawiezie 

swoją  choinkę  do  Białego  Domu.  Wokół  tego  drzewka  zasiądzie 

prezydent  i  jego  rodzina,  a  przez  cały  okres  świąteczny  podziwiać  ją 

będą tysiące odwiedzających stolicę Stanów. 

– Och, Anno, zdradza cię wyraz twojej twarzy. Lepiej wyjdź za tego 

chłopca – powiedziała Vivian. 

–  Chyba  masz  rację  –  zgodziła  się  Anna,  raz  jeszcze  machając  do 

Sama. – Jeśli mnie zechce. 

– Żartujesz! Dla ciebie wlazłby w krowie łajno obiema nogami. 

–  Muszę  jak  najszybciej  cię  stąd  zabrać  –  obruszył  się  Jimmy.  – 

Zaczynasz używać bardzo dziwnych wyrażeń. 

Zatrzymali  się  za  Estelle  i  chórem,  kilkanaście  metrów  nad 

jodłowym laskiem. Estelle wstała z krzesła. 

– A teraz wszyscy odwracamy się i patrzymy na drzewo – rozkazała. 

– Kiedy zacznie się chwiać, orkiestra zagra „Ave Maria". 

– Dobry Boże – jęknęła cicho Anna – Ona naprawdę to zrobi. 

background image

– Co? – szepnął Jimmy. – Nie widzenie złego w tym, że zaśpiewa. 

– Sara twierdzi, że jej śpiew przypomina głos jelenia na rykowisku – 

wyjaśniła Anna. 

Usłyszeli  wycie  włączanej  piły.  Wśród  chórzystów  na  wzgórku 

zaległa  absolutna  cisza.  Anna  obserwowała  korony  drzew.  Kiedy 

zachwiał  się  wierzchołek  jednej  z  jodeł,  wskazała  ją  Vivian  i 

Jimmy'emu: 

– To ta. 

–  To  naprawdę  niesamowite  –  powiedziała  Vivian,  wsuwając  dłoń 

pod  ramię  męża.  –  Nie  mogę  uwierzyć,  że  jesteśmy  przy  ścinaniu 

drzewka dla prezydenta. 

–  Tak.  Dzięki  ci,  Anno  –  powiedział  Jimmy,  obejmując  Annę  i 

przyciskając serdecznie do siebie. – Dzięki, że zabrałaś nas do siebie na 

ten weekend. 

– Cieszę się, że tu jesteście. – Naprawdę się cieszyła. Przez ostatnie 

czterdzieści osiem godzin Sam nie miał dla niej zbyt dużo czasu, a poza 

tym ostatni tydzień uświadomił jej, że prócz Sama potrzebowała również 

przyjaciół. 

Podbiegł do nich kilkunastoletni chłopiec z chóru. 

– Kiedy  drzewo  zacznie  się walić, wszyscy  krzykniemy: Uwaga!  – 

szepnął. – Chór już o tym wie. 

– A Estelle? – spytała Anna. 

– Nie, ale nie uważa pani, że to świetnie pasuje? 

background image

– Oczywiście. – Vivian poklepała go po ramieniu.  – Dzięki, że nas 

wtajemniczyłeś. 

Chłopiec pobiegł z powrotem na swoje miejsce, jodła zachwiała się i 

runęła w dół. 

– Uwaga! – wrzasnęli chórzyści, wyrzucając ręce w górę. 

Estelle  aż  podskoczyła  na  dźwięk  ich  głosów,  ale  nie  miała  czasu, 

żeby  zareagować,  bo  orkiestra  natychmiast  uderzyła  w  pierwsze  tony 

„Ave  Maria".  Wzięła  długi  oddech  i  zaczęła  śpiewać,  trzymając 

przytkniętą do ust tubę z bawolego rogu. 

 

background image

Rozdział 13 

 

Sam  miał  wyjechać  do  Waszyngtonu  jeszcze  tego  samego 

popołudnia.  Ekipa  telewizyjna  została  w  miasteczku,  żeby  nakręcić 

scenę  pożegnania  Sama  przez  mieszkańców  Sumersbury.  Sam  obiecał, 

że  przejedzie  ciężarówką  przez  główną  ulicą  miasta,  tak  żeby  wszyscy 

mogli mu pomachać. 

Vivian i Jimmy oraz matka Sama z  ojczymem wyszli wcześniej do 

miasta, żeby wziąć udział w pożegnaniu. Sam poprosił Annę, aby z nim 

została i pomogła mu w ostatnich przygotowaniach do wyjazdu. 

– Boże, co za dzień – westchnął, wbiegając na górę po schodach. Od 

piątku poruszał się i mówił szybciej niż zwykle, ale Anna rozumiała, że 

każdy  na  jego  miejscu  byłby  trochę  podenerwowany.  –  Muszę  wrzucić 

jeszcze  kilka  rzeczy  do  walizki.  Chciałbym,  żebyś  mi  poradziła,  jaki 

garnitur powinienem włożyć na wizytę w Białym Domu. 

Weszła za nim do sypialni wolniejszym niż on krokiem. Zauważyła 

ze  zdziwieniem,  że  jego  świeżo  zdobyty  status  sławnej  osoby 

onieśmielał  ją  nawet  w  sypialni,  gdzie  byli  ze  sobą  w  sytuacji  tak 

intymnej. 

– W sumie, chyba nieźle to wypadło – zauważyła. 

Spojrzał na nią znad otwartej na łóżku walizki. 

–  Tak  –  wybuchnął  śmiechem.  –  W  sumie.  Kiedy  usłyszałem,  jak 

Estelle ryczy przez róg bawoli „Ave Maria", o mało nie padłem trupem. 

background image

Szkoda, że nie widziałaś wyrazu twarzy Deva. 

– Deva? 

Wyjął dwie koszule z komody i włożył do walizki. 

– Devlina Maxwella. No wiesz, z tego serialu w telewizji. 

– Ach, tak. Oczywiście. 

–  No  więc,  który  mam  wziąć?  –  spytał,  wyciągając  z  szafy  dwa 

garnitury. 

Anna  popatrzyła  na  trzyczęściowe  garnitury,  jeden  szary,  a  drugi 

granatowy. Oba z drogich materiałów i świetnie skrojone. 

– Wiesz, że nigdy nie widziałam cię w garniturze? 

–  I  nie  zobaczysz.  Nie  znoszę  w  nich  chodzić.  Wiem,  że  to  wielki 

zaszczyt, wizyta w Białym Domu i tak dalej, ale nie mogę się doczekać, 

kiedy wszystko wróci do normy. 

– Granatowy będzie lepszy – poradziła mu Anna. 

–  Też  tak  myślę.  –  Wrócił  do  szafy,  wyjął  torbę  na  ubranie  i 

odwiesił  szary  garnitur.  –  Wiesz,  w  tym  pośpiechu  i  zamieszaniu 

uświadomiłem sobie raz jeszcze, jak bardzo nienawidzę takiego życia. – 

Zapiął torbę i położył koło walizki. 

Anna  milczała.  Czuła,  że  Sam  czeka,  żeby  mu  przytaknęła,  ale  nie 

mogła tego zrobić. 

– Anno? – Obszedł łóżko i wziął ją w ramiona. – Słuchaj, wiem, że 

ostatnie  dwa  dni  były  szaleństwem.  Prawie  w  ogóle  nie  mieliśmy  dla 

siebie czasu. Może pojechałabyś ze mną do Waszyngtonu? Kupilibyśmy 

background image

ci jakieś ubrania i... 

Przycisnęła lekko palce do jego ust i potrząsnęła głową. 

–  Już  wzięłam  jeden  tydzień  wolnego,  Sam.  Do  świąt  muszę 

skończyć  kilka  rozpoczętych  projektów,  a  prócz  tego  mam  jeszcze 

milion  innych  spraw  do  załatwienia.  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  z  tobą 

jechać. 

–  Czasami  przeklinam,  że  nie  spotkaliśmy  się,  jak  tylko  tu 

przyjechałaś  –  powiedział,  głaszcząc  ją  po  plecach.  –  Gdybyśmy  się 

poznali na początku lata, założę się, że nie pracowałabyś już w Nowym 

Jorku. 

– Sam, ja... – Czuła, jak ściska ją w dołku. 

– Wiem,  wiem.  –  Ujął  ją  pod  brodę.  –  Nie  możesz  rzucić  pracy  w 

środku  świątecznego  młyna.  Ale,  Anno,  kiedyś  będziesz  musiała  to 

zrobić,  prędzej  czy  później.  Oboje  o  tym  wiemy.  Twoje  miejsce  jest 

tutaj,  przy  mnie,  a  nie  w  tym  domu  dla  obłąkanych,  który  nazywają 

Nowym  Jorkiem.  Nie  musisz  tam  tak  harować.  Spójrz,  jak  przygnębia 

cię sama myśl, że musisz tam wracać. 

Anna  zadrżała  czując,  że  nadchodzi  burza.  Trzeba  było  wcześniej 

zmienić  temat,  a  teraz  pozwoliła,  żeby  Sam  fałszywie  odczytał  jej 

milczenie. To nie jest najlepszy moment na rozpoczynanie tej rozmowy, 

ale przecież nie może dłużej utwierdzać go w fałszywym mniemaniu. 

– Sam, kocham cię i uwielbiam być z tobą – zaczęła, patrząc mu w 

oczy. 

background image

– Ja też. Dlatego... 

–  Ale  wcale  nie  jestem  przygnębiona  tym,  że  wracam  jutro  do 

Nowego Jorku. Przeciwnie, nie  mogę się doczekać, kiedy  znów zabiorę 

się do pracy. 

Zszokowany  wyraz  jego  twarzy  przekonał  ją,  że  miała  rację.  Sam 

tak silnie uwierzył w swoją wizję, że jeszcze teraz nie chciał się poddać. 

–  Rozumiem,  że  przyszły  tydzień  w  mieście  będzie  dla  ciebie 

interesujący.  To  przecież  sezon  świąteczny  i  z  tego,  co  tu  zrobiłaś, 

widzę,  jak  bardzo  lubisz  wszystko,  co  ma  związek  ze  świętami.  Ale 

kiedy po Nowym Roku wrócisz do codziennej harówki, przekonasz się, 

że... 

– To nie z powodu świąt, Sam – przerwała mu Anna. Choć było jej 

przykro,  musiała wyprowadzić go z  błędu, nawet gdyby  to było jeszcze 

bardziej  okrutne.  –  Widzisz,  praca  znowu  sprawia  mi  radość.  Mam 

nadzieję, że będę zajmować się dekoratorstwem przez długie, długie lata. 

– Ale przecież  mówiłaś, że coś się w tobie wypaliło – wymamrotał 

zaskoczony. 

–  Bo  może  tak  było.  Ale  w  minionym  tygodniu  miałam  mnóstwo 

czasu, żeby to przemyśleć i doszłam do wniosku, że to nie z moją pracą 

było coś nie w porządku, ale ze mną. Erie wmówił mi, że moje talenty są 

żadne,  zwłaszcza  w  porównaniu  z  jego.  Potem,  kiedy  mnie  zostawił, 

zadał mi kolejny cios. Ale teraz moje rany się leczą. – Pogłaskała go po 

policzku  i  spojrzała  mu  w  oczy  wzrokiem  przepełnionym  miłością.  – 

background image

Wiejska sceneria, tkanie, a przede wszystkim twoja miłość, przywróciły 

mi pewność siebie. Dzięki niej odzyskałam stary entuzjazm. 

– Ale, Anno, co z nami? 

Zadrżała, słysząc przebijającą z jego słów udrękę. 

– Nadal cię kocham, z każdym dniem bardziej – odparła. 

– Ale ja chcę się z tobą ożenić. Chcę mieć dzieci, rodzinę. Siadywać 

wieczorami na werandzie... 

Wygładziła mu zmarszczkę na czole, jakby czułą pieszczotą  można 

było odpędzić smutek. 

–  Są  różne  rodziny  –  powiedziała  łagodnie.  –  Chcę  i  muszę 

pracować. Mój  zawód jest częścią  mnie. Poza tym, przyzwyczaiłam się 

do zgiełku miasta. Chyba nie mogłabym już żyć bez niego. 

Odwrócił się od niej z jękiem. 

–  Nie  wierzę,  że  to  mówisz.  Czego  ty  chcesz?  Małżeństwa 

dojazdowego?  Chcesz  przyjeżdżać  do  domu  na  sobotę  i  niedzielę, 

spędzać  ze  mną  dwie  noce  i  wracać  do  Nowego  Jorku  w  niedzielę 

wieczór? 

– Przedstawiasz to w tak smutnych barwach. – Położyła mu dłoń na 

ramieniu.  –  Ludzie  znajdują  jakieś  sposoby  na  rozwiązanie  tych 

problemów. Mnóstwo par... 

– A  co z  obrazkiem  w twoim  mieszkaniu? Co  z dziećmi?  –  spytał, 

nadal na nią nie patrząc. – Czy na to też masz odpowiedź? Czy po prostu 

o tym nie myślisz, bo to zbyt skomplikowane? 

background image

–  Nie  wiem,  Sam.  –  Zdjęła  dłoń  z  jego  ramienia.  –  Nie  znam 

wszystkich  odpowiedzi.  Tak  naprawdę  uważam,  że  znalezienie  ich  nie 

należy  tylko  do  mnie.  Partnerstwo  polega  między  innymi  na  tym,  że 

dwoje ludzi szuka takich rozwiązań, które obojgu dadzą to, na czym im 

zależy. 

–  Powiem  ci,  czego  ja  chcę.  –  Odwrócił  się  do  niej  z  oczami 

pełnymi łez. – Chcę domu, prawdziwego domu, w którym co noc oboje 

będziemy  dzielić  ze  sobą  łoże.  Chcę  dzieci,  które  zasypiać  będą  w 

swoich pokojach wiedząc, że mama i tata są w sypialni obok i że  mogą 

zawołać  ich  w  nocy,  kiedy  zbudzi  je  zły  sen.  I  nie  chcę  tłumaczyć 

płaczącemu  trzylatkowi,  że  jego  mama  znowu  wyjechała  do  miasta, 

ponieważ woli pracę od życia z rodziną. 

–  Cóż  za  skostniały  i  zacofany  pogląd!  –  Oburzyła  się  Anna.  –  To 

wizja  szczęśliwego  życia  dla  mężczyzny  i  dzieci,  ale  gdzie  tu  jest 

miejsce na samorealizację kobiety? Co ze mną? 

–  Przecież  możesz  tkać!  –  krzyknął.  –  Dlaczego  nie  możesz 

realizować się jako tkaczka? 

– Bo nie jestem twoją babką! 

Odchylił głowę do tyłu, jakby dostał w twarz. 

– Nigdy nie powiedziałem, że... 

–  O  tak,  powiedziałeś  –  przerwała  mu,  zaciskając  pięści.  –  Nie 

wprost,  ale  na  milion  małych  sposobów  próbowałeś  wskrzesić  ją  we 

mnie.  Więc  powiem  ci  coś.  Może  Hilary  Schute  była  szczęśliwa, 

background image

prowadząc  dom,  piekąc  ciastka,  robiąc  zakupy  w  miasteczku,  szorując 

podłogi, a w wolnym czasie siadając do krosna, ale ja nie będę. Ja mam 

swój zawód i chcę go wykonywać. Jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, 

lepiej od razu się rozstańmy. 

Kiedy skończyła, serce biło jej głośno. Nie, Sam nie pozwoli, żeby 

ta sprawa ich rozdzieliła, pocieszała się w myślach. 

–  Nie  widzę  sposobu,  żeby  nam  się  udało  – odezwał  się  matowym 

głosem  Sam.  –  Oczekujemy  od  życia  zupełnie  różnych  rzeczy.  – 

Popatrzył  na  nią  smutnym  wzrokiem,  –  Masz rację,  Anno,  marzyłem  o 

wskrzeszeniu  tego,  co  mieli  moi  dziadkowie.  Nadal  uważam,  że  warto 

urzeczywistnić to marzenie. 

– To twoja ostateczna odpowiedź? – wyszeptała. Do oczu napłynęły 

jej łzy. 

– Tak. – Odwrócił od niej twarz. – Ostateczna. 

Z trudem łapała oddech. A więc to już koniec. Naprawdę koniec. 

– Jak... zwrócić ci krosno? – wykrztusiła w końcu. 

– Nie kłopocz się – powiedział odchrząknąwszy. – I tak chciałem ci 

je dać na gwiazdkę. Potraktuj je jak wcześniejszy prezent. 

– Nie mogę go przyjąć. 

–  Ależ  Anno,  nie  chcę  go  więcej  widzieć.  Będzie  mi  tylko 

przypominać, co straciliśmy. 

– Nie straciliśmy! Ty to wyrzuciłeś! 

–  To  nie  ja  chcę  robić  karierę  w  wielkim  mieście  –  odparował, 

background image

patrząc jej w twarz po raz ostatni. 

Szlochając  wybiegła  na  korytarz,  na  którym  razem  malowali 

szlaczki, zbiegła po schodach, na których rozstawiła doniczki z gwiazdą 

betlejemską,  przecięła  salon  wypełniony  zapachem  sosny  i  blaskiem 

rubinowego szkła. Kochała to wszystko i kochała Sama, ale nie na tyle, 

żeby poświęcić swoją wolność. 

 

W  Nowym  Jorku  Anna  natychmiast  rzuciła  się  w  wir  zajęć. 

Postanowiła włączyć w swoje projekty kilka wyrobów tkackich, i kiedy 

nie była  w  pracy  lub na spotkaniach z  klientami,  siedziała przy  krośnie 

do późnych godzin nocnych, chcąc jak najszybciej zakończyć wszystkie 

zlecenia  i  zwrócić  krosno  Samowi  Potem  zamierzała  zrobić  sobie 

przerwę i rozejrzeć się za niedrogim używanym sprzętem. 

Pracowała również cały weekend, starając się nie myśleć  o tym, że 

Sam  prawdopodobnie  wrócił  już  do  Sumersbury.  Wyjmując  szpulki 

przędzy,  które  kupiła  przed  świętami  u  Tessie,  odsunęła  na  bok 

kilkanaście  paczek  nici  w  różnych  odcieniach  zieleni.  Kupiła  je,  żeby 

utkać  Samowi pled, taki  sam  jak  ten, który  zrobiła  jego  babka.  Zielony 

kolor miał symbolizować ich miłość: wiecznie żywą, jak iglaste drzewa, 

które z takim oddaniem hodował. 

Co  noc,  tuż  przed  zapadnięciem  w  niespokojny  sen,  zastanawiała 

się,  czy  następny  dzień  przyniesie  odmianę  w  sercu  Sama.  Codziennie 

przed  wyjściem  do  pracy  nastawiała  automatyczną  sekretarkę  i  co 

background image

wieczór znajdowała na niej tylko wiadomości od klientów. Sam uparcie 

milczał. 

Przed  zerwaniem  planowała  spędzić  święta  w  Sumersbury.  Teraz 

nie wchodziło to w rachubę,  a było  już  za  późno,  żeby  zdobyć bilet  na 

samolot do  rodziców.  Na szczęście,  jak  zwykle w  trudnych chwilach,  z 

pomocą  przyszli  Vivian  i  Jimmy  i  zaprosili  ją  do  siebie  na  świąteczny 

weekend.  Anna  obiecała,  że  przyjedzie  w  południe  w  niedzielę,  choć 

Vivian  namawiała  ją  już  na  sobotę  wieczór.  Tego  dnia  w  telewizji 

nadawano program z Sumersbury i Vivian chciała, żeby Anna obejrzała 

go  razem  z  mmi.  Tymczasem  Anna  nie  miała  najmniejszej  ochoty  go 

oglądać, a poza tym zdecydowała się odwieźć Samowi krosno. 

W  sobotę  późnym  rankiem  pojechała  po  wynajętą  półciężarówkę  i 

przyprowadziła  ją  pod  dom.  Kilkunastoletniemu  wyrostkowi  z  ulicy 

zapłaciła dziesięć dolarów za pomoc w zniesieniu i załadowaniu krosna 

na platformę. Następnie przywiązała je najlepiej jak umiała i choć nadal 

trochę  się  chwiało,  uznała,  że  nic  mu  się  nie  stanie,  jeśli  będzie  jechać 

powoli i ostrożnie. 

Kiedy wyjechała z miasta i zmierzała znajomą trasą do Sumersbury, 

ogarnęło  ją  to  samo  podniecenie,  co  wtedy  gdy  wyruszyła  po  raz 

pierwszy  ścieżką  między  domem  jej  i  Sama.  Dawna  Anna 

zastanawiałaby  się  i  niepokoiła,  jak  odesłać  krosno,  nowa  Anna  po 

prostu wynajęła ciężarówkę i sama odwoziła je właścicielowi. 

Na  końcu  tej  podróży  będzie  musiała  stawić  czoło  Samowi,  ale 

background image

zwrot krosna wiele  mu powie. To tak,  jakby pokazała mu, że jest  panią 

swojego  losu  i  nie  zamierza  nikomu  się  podporządkować,  nawet 

ukochanemu  mężczyźnie.  On  wyłożył  jasno  swoje  racje,  teraz  ona 

uzmysłowi mu, jakie jest jej stanowisko. 

Płatki śniegu rozpryskiwały się  o szybę.  Anna  poszukała  przycisku 

uruchamiającego  wycieraczki.  Śnieg  nie  przestraszył  jej,  raczej 

spotęgował  jedynie  nastrój  podniecenia.  Znała  drogę.  Kiedy  odda  już 

krosno, pojedzie do swojego wiejskiego domu i zostanie w nim na noc. 

Świąteczny  tydzień  nie  był  może  taki,  jak  chciała,  ale  przynajmniej  jej 

los pozostawał w jej rękach. 

 

John  był  brygadzistą  na  farmie  Garrisona  długo  przed  śmiercią 

dziadków  Sama.  Przez  wszystkie  te  lata  byli  z  Samem  bardzo 

zaprzyjaźnieni.  Aż  do  teraz.  Poróżnili  się,  jak  tylko  Sam  wrócił  z 

Waszyngtonu. 

Jeszcze  pierwszego  dnia  John  zażądał  od  Sama  wyjaśnień  w 

związku z wyjazdem Anny. Sam zrelacjonował mu pokrótce pożegnalną 

scenę,  spodziewając  się  poparcia  przyjaciela.  Wiedział,  że  John  jest 

bardzo  przywiązany  do  wartości  rodzinnych.  Ku  jego  zdziwieniu,  John 

wziął stronę Anny. Uznał poglądy Sama za przestarzałe i nie z tej epoki. 

Sam powiedział mu na to, żeby zatrzymał dla siebie swoje opinie i po tej 

wymianie zdań obaj mężczyźni odzywali się do siebie tylko wtedy, gdy 

to było konieczne. 

background image

Niemniej  jednak  słowa  Johna  głęboko  zapadły  Samowi  w  serce. 

Myślał  o  nich  bez  przerwy  i  wpadał  w  coraz  gorszy  nastrój.  Na  sobotę 

wieczór  Estelle  wynajęła  telewizor  z  ogromnym  ekranem  i  zaprosiła 

mnóstwo  osób  na  wspólne  oglądanie  programu  z  Sumersbury.  Sam 

najchętniej  zaszyłby się gdzieś w kącie, zamiast iść  na  to  przyjęcie, ale 

wiedział, że zostając w domu, wyrządziłby jej przykrość. 

Około południa zaczął padać śnieg. O drugiej było go na tyle dużo, 

że  już  nikt  nie  odważył  się  przyjechać  po  choinki.  Przez  resztę 

popołudnia  Sam  pracował  nad księgami  hartfordzkiej  firmy prawniczej, 

a o piątej wieczór wyruszył zaśnieżoną, śliską drogą do Estelle. 

 

Anna  zmniejszyła  szybkość  o  dalsze  dziesięć  kilometrów.  Śnieg 

zalepił szyby na biało. Gdyby nie miarowo kiwające się wycieraczki, nic 

by  nie  było  widać  przez  przednią  szybę.  Już  dawno  temu  włączyła 

światła,  ale  i  tak  z  trudem  rozróżniała  zaśnieżone  tyły  samochodów 

wlokących  się  przed  nią  po  szosie.  Procesja  wozów  powoli  sunęła  za 

pługiem śnieżnym jak kaczuszki za panią matką. 

Anna  wiedziała,  że  nic  jej  nie  grozi  na  samej  autostradzie,  choć 

kilka  razy  czuła,  jak  opony  ślizgały  się  po  tworzącej  się  przy 

nawierzchni warstwie lodu. Ale pługi nie odśnieżą wszystkich zjazdów i 

szos  drugiej  kategorii,  a  to  nimi  właśnie  będzie  musiała  jechać  do 

Sumersbury. 

To  będą  święta  jak  z  pocztówki,  pomyślała,  W  tym  roku 

background image

Sumersbury  zasypało  dwukrotnie:  przed  przyjazdem  telewizji  i  teraz 

przed  samym  Bożym  Narodzeniem.  Mogłaby  tu  spędzić  najbardziej 

romantyczne święta w swoim życiu, gdyby sprawy z Samem inaczej się 

potoczyły.  Próbowała  oderwać  się  od  tych  myśli,  ale  powolny  ruch 

pojazdów dawał jej wiele czasu na myślenie. 

Kiedy  ujrzała  pierwsze  drogowskazy  na  Sumersbury,  odetchnęła  z 

ulgą. Ramiona bolały ją od kurczowego trzymania kierownicy. Zegar na 

desce  rozdzielczej  wskazywał  dwadzieścia  po  piątej.  Nic  dziwnego,  że 

była  zmęczona.  Podróż  trwała  całe  godziny  dłużej  niż  zwykle.  Kiedy 

dojedzie do farmy Sama, będzie już ciemno. 

Zjechała ostrożnie z autostrady na drogę lokalną. Skręcając wyczuła, 

że lód wbił się w rowki opon samochodu. W ciężarówce były łańcuchy, 

ale  na  samą  myśl  o  zakładaniu  ich  w  tej  zawiei  zrobiło  się  jej  zimno. 

Będzie jechać wolno. Da sobie radę. 

Powoli  sunęła  po  opustoszałych  drogach.  Wokół  niej  roztaczał  się 

świat jak z bajki. Na zasłanych śniegiem polach co jakiś czas wyrastały 

udekorowane  wielobarwnymi  światełkami  ośnieżone  drzewa  i  domy.  Z 

kominów  unosił  się  dym,  a  okna  żarzyły  w  ciemności  przyjaznym 

żółtym światłem. Anna poczuła ukłucie w sercu. Tak bardzo chciała być 

również  częścią  tego  wiejskiego  życia.  Czy  to  źle,  że  pragnę  mieć 

wszystko? 

Wreszcie dotarła do miejsca, w którym skręcało się do farmy Sama i 

jej  domu.  Chociaż  nikt  za  nią  nie  jechał,  wrzuciła  na  wszelki  wypadek 

background image

kierunkowskaz. Kamienny murek odgradzający pola od drogi pokrywała 

trzydziestocentymetrowa  czapa śnieżna.  Droga  zasypana była  śniegiem. 

Słabe  ślady  opon  samochodu,  który  niedawno  stąd  wyjeżdżał,  prawie 

zupełnie  przykryła  nowa  warstwa  śniegu.  Po  raz  pierwszy  zastanowiła 

się, co zrobi, jeśli Sama nie będzie w domu. 

Zanim skręciła w zaśnieżoną alejkę, zauważyła kątem oka, że zegar 

na  desce rozdzielczej wskazuje  kilka  minut po  szóstej.  No  cóż, jeśli  go 

nie  zastanie,  wejdzie  do  środka  i  zostawi  mu  kartkę.  Równie  dobrze 

może  oddać  krosno  nazajutrz  rano.  Od  zjazdu  z  autostrady  jeszcze  nie 

skręcała  w  lewo  i  teraz,  gdy  była  już  przednimi  kołami  na  drodze, 

uświadomiła  sobie,  że  ciężarówka  nie  reaguje  na  jej  manewry.  Koła 

wbiły się w zlodowaciały śnieg i samochód zaczął się ślizgać.  

Strach  oblał  ją  zimnym  potem.  Zdjęła  nogę  z  hamulca  i  naciskając 

gaz,  próbowała  wyjść  z  poślizgu.  Daremnie.  Zobaczyła,  jak  kamienny 

murek zbliża się coraz bardziej i z całej siły skręciła kierownicę. Żadnej 

reakcji kół. Wiedziała, że za chwilę się rozbije... 

 

background image

Rozdział 14 

 

Ciężarówka wpadła na kamienny mur. Impet uderzenia rzucił Anną 

do przodu. Przed rozbiciem głowy uratował ją pas. Siedziała, trzęsąc się 

ze strachu. Płatki śniegu tańczyły w światłach samochodu. Kiedy wpadła 

na  ścianę,  silnik  zgasł.  Próbowała  zdrętwiałymi  palcami  przekręcić 

kluczyk  w  stacyjce,  rozrusznik  zazgrzytał,  ale  silnik  ani  drgnął. 

Zrezygnowana  wyjęła  kluczyk  ze  stacyjki.  Nawet  gdyby  udało  się  jej 

zapalić, i tak nie da rady wyciągnąć wozu z rowu i wjechać na drogę bez 

łańcuchów na kołach. 

Nagle  dotarło  do  niej,  że  w  wyniku  zderzenia  z  murem  mogło 

ucierpieć krosno. Wygramoliła się z szoferki i ruszyła na tył ciężarówki. 

 

Brzęk  łańcuchów  na  kołach  toczącego  się  po  oblodzonej  drodze 

samochodu  przywiódł  Samowi  na  myśl  dźwięk  dzwoneczków  przy 

saniach i zatęsknił za czasem dzieciństwa, kiedy to wierzył w  Świętego 

Mikołaja. Przydałoby mu się teraz trochę tej wiary. Potrzebował czarów 

i cudów. 

Niedaleko  skrętu  na  farmę  zobaczył  w  rowie  ciężarówkę  opartą 

maską  o  kamienne  obmurowanie.  Zaklął  siarczyście.  Miejmy  nadzieję, 

że nikt nie został ranny, pomyślał. Najbliżej stąd było do jego domu, ale 

nikt nie dostanie się do środka, chyba że jakimś cudem znajdzie klucz w 

schowku. 

background image

Sądząc  po  warstwie  śniegu,  jaka  zebrała  się  na  masce  samochodu, 

wypadek  zdarzył  się  kilka  godzin  temu.  Zbliżył  się  ostrożnie  do 

ciężarówki  i  nie  wyłączając  silnika  i  świateł,  przebrnął  przez  wysokie 

zaspy i odgarnął śnieg z przedniej szyby. W szoferce nie było nikogo, a 

drzwiczki zamknięto na klucz. 

Wrócił  do  samochodu  i  pojechał  do  domu  zawiadomić  patrol 

drogowy. Jechał wolno, żeby nie przegapić w drodze skulonych postaci 

pasażerów z rozbitego wozu. Może jego dom dał im jednak schronienie. 

Nawet weranda była lepsza niż odkryte pole. Kiedy wjechał na podjazd, 

wiedział  już,  że  znaleźli  klucze.  Z  komina  unosił  się  dym,  a  w  oknach 

paliło światło. Zaparkował wóz i wszedł na werandę. Ciągle sypał śnieg. 

Ciężarówki  nie  wydostanie  się  wcześniej  niż  po  świętach,  pomyślał. 

Trzeba będzie na ten czas znaleźć dla nich jakieś lokum. 

Anna  usłyszała  najpierw  ciężarówkę  Sama,  a  następnie  stukot 

otrzepywanych butów na werandzie. Wstała z podłogi, gdzie siedziała na 

plecionym chodniku przed kominkiem, z nogami owiniętymi płaszczem 

i kocem zarzuconym na plecy. Specjalnie wzięła koc, a nie ręcznie tkany 

pled. 

Patrzyła  na  drzwi  jak  więzień  oczekujący  na  strzały  szwadronu 

egzekucyjnego.  Skoro  chciała  wieść  życie  niezależnej  kobiety,  musi 

ponieść  konsekwencje  swojego  czynu.  Płaszcz  zsunął  się  na  podłogę. 

Anna ścisnęła mocno koc, próbując powstrzymać drżenie rąk. 

Sam przestąpił próg i stanął jak wryty. 

background image

– Anna! 

– Lepiej zamknij drzwi – powiedziała cicho. – Tu jest bardzo zimno. 

– To byłaś ty! – Zatrzasnął drzwi i trzema drugimi krokami pokonał 

dzielącą ich odległość. – Co się stało? Jesteś ranna? 

– Nie. Nie jestem ranna. 

– Na pewno? – Wziął ją w ramiona. – Wyglądasz, jakbyś płakała. 

Odsunęła się krok do tyłu, poza zasięg jego ramion. 

– Sam. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. 

– Po co ta ciężarówka? Chyba nie wyprowadzasz się z domu. 

– Nie,  nie wyprowadzam się. Pozwól  mi coś  powiedzieć. Wzięłam 

ciężarówkę, ponieważ chciałam ci zwrócić... krosno. 

–  Przecież  powiedziałem  ci...  –  Nachmurzył  się,  ale  ona  nie 

pozwoliła mu skończyć: 

–  I  złamałam  je,  kiedy  wpadłam  na  murek  –  dodała  prawie 

bezgłośnie. 

Ścisnęła  mocniej  koc,  czekając  na  jego  reakcję.  Na  pewno  będzie 

wściekły.  Nie  dość,  że  sprzeciwiła  się  mu,  postanawiając  je  przywieźć, 

to  jeszcze  ubzdurała  sobie,  że  da  radę  sama  to  zrobić.  W  rezultacie 

fałszywej  pewności  siebie  zniszczyła  przedmiot,  z  którym  wiązały  się 

jego wspomnienia. 

Patrzył na nią w milczeniu dłuższą chwilę. Anna  przełknęła  głośno 

ślinę.  Zasłużyła  na  wszystko,  co  jej  powie.  Nawet  jeśli  da  się  je 

naprawić, o co się modliła, krosno nie będzie już tak dobre jak dawniej. 

background image

– To wszystko? – spytał. 

– Chyba wystarczy. – Patrzyła, jak śnieg topiąc się błyszczy w jego 

kręconych  włosach.  Wciąż  miał  na  sobie  kurtkę,  a  na  podłodze  wokół 

butów  powstała  kałuża  wody.  –  Nie  mam  dla  siebie  żadnego 

usprawiedliwienia.  Nie  umiem  wyrazić,  jak  mi  przykro.  Oczywiście, 

postaram się je naprawić, ale to nie... 

–  Płakałaś.  Wiem,  że  płakałaś  –  przerwał  jej  Sam.  –  Masz  jeszcze 

zaczerwienione oczy. 

– Tak, płakałam – przyznała się, odwracając głowę. 

– Z powodu krosna? 

Przygryzła dolną wargę. 

– Anno? 

–  Nie,  nie  tylko.  –  Spojrzała  na  niego,  a  jej  oczy  znowu  wezbrały 

łzami. – Nie chciałam czekać tu na twój powrót. Miałam zamiar napisać 

kartkę i natychmiast wyjść. Chciałam uciec od wspomnień, które mnie tu 

nachodzą. Ale zostawienie kartki po tym, co zrobiłam z krosnem, byłoby 

tchórzostwem,  dlatego  tu  jestem.  –  Zacisnęła  wargi,  żeby  ukryć  ich 

drżenie. 

– Nie jesteś tchórzem, Anno. 

Pociągnęła  nosem  i  spuściła  wzrok.  Nie  mogła  znieść  tego  wyrazu 

współczucia  w  jego  twarzy.  Wolałaby,  żeby  był  na  nią  zły,  żeby 

krzyczał. 

–  Teraz,  kiedy  ci  już  powiedziałam,  pójdę  do  domu  –  oznajmiła, 

background image

zdejmując z siebie koc i składając go w kostkę. 

– Myślisz, że odnajdziesz dzisiaj ścieżkę? 

Zmierzyła go ostrym spojrzeniem. 

– To miało być zabawne? 

– Nie. To ty jesteś zabawna. – Rozpiął kurtkę. – Spodziewasz się, że 

pozwolę ci iść po ciemku, ośnieżoną drogą o dziesiątej w nocy? 

Podniosła z ziemi płaszcz i włożyła rękę do jednego rękawa. 

– Nie powinno cię obchodzić, jak dostanę się do domu. 

–  Anno  –  jego  głos  był  spokojny  i  opanowany  –  rozumiem,  że 

chcesz być niezależna, ale nie musisz chyba popadać w skrajności. 

–  Chyba  masz  rację  –  zgodziła  się,  wkładając  płaszcz  na  drugie 

ramię. – Zatem, czy mógłbyś mnie odwieźć do domu? 

– Oczywiście. – Położył kurtkę na oparciu białego skórzanego fotela 

i ściągnął buty. 

– Dlaczego zdejmujesz buty? – spytała Anna. 

–  Bo  najpierw  chcę  ci  coś  powiedzieć,  jeśli  możesz  mnie  przez 

chwilę  posłuchać.  –  Podszedł  do  sofy  w  czerwone  wzorki  i  usiadł  na 

niej. – Oglądałaś dzisiaj w telewizji program o Sumersbury? 

–  Nie.  –  Zupełnie  o  tym  zapomniała.  Mogła  go  była  obejrzeć, 

ponieważ znalazła klucze i weszła do domu Sama przed siódmą, jeszcze 

zanim się zaczął. – Czemu pytasz? 

– Może jednak zdejmiesz na chwilę płaszcz i usiądziesz? – Wskazał 

jej miejsce obok. – Zrobiło się już całkiem ciepło. 

background image

Miał rację. W pokoju było dużo cieplej, od chwili kiedy wszedł do 

środka.  A  może  przestało  jej  być  zimno,  odkąd  wyznała  mu  swój 

grzech? Zdjęła płaszcz i podeszła do sofy. Usiadła na drugim jej końcu i 

podwinęła nogi. 

– No więc? Oglądałeś go? 

–  Estelle  zrobiła  zimny  bufet  i  zaprosiła  kupę  ludzi,  żeby  obejrzeli 

program  na  olbrzymim  ekranie  telewizora,  który  wypożyczyła.  Nagrała 

wszystko  na  wideo,  więc  będziesz  mogła  kiedyś  to  obejrzeć,  o  ile 

będziesz chciała. 

– Dziękuję, ale nie. 

– A powinnaś. Masz tam dużą rolę. 

– Ja? 

– Tak, ty. Jak rzucasz śnieżną kulą w kamerę. 

– Ach, tak. – Spojrzała w ogień. – Myślałam, że to wytną. 

–  Nie  wycięli.  Wyobraź  sobie,  że  pokazali  większość  pochodu,  a 

wycięli trochę zdjęć domu i ceremonii ścięcia drzewa: dwie rzeczy, które 

chcieli mieć, kiedy planowali kręcenie. Wiesz, dlaczego to zrobili? 

–  Nie  mam  pojęcia,  myślałam,  że  chodziło  im  o  pokazanie  starych 

zwyczajów  świątecznych  na  wsi,  a  nie  tego  cyrku,  który  wymyśliła 

Estelle. 

Sam wyciągnął ramię na oparciu sofy. Jego palce znalazły się o parę 

centymetrów od pleców Anny. 

–  Tego  właśnie  początkowo  chcieli.  Ale  Devlin,  no  wiesz,  facet, 

background image

który  prowadził  program,  wyjaśnił  przed  kamerami,  że  ten  idylliczny 

świat nie istnieje, mimo heroicznych wysiłków całego miasteczka, żeby 

go  wskrzesić  na  potrzeby  telewizji.  Dowiedział  się  skądś  również,  że 

mój dom został udekorowany przez zawodowca. 

– Och, nie! Na pewno nie ode mnie. 

– Oczywiście, że nie, ale Sumersbury jest małym miasteczkiem. W 

każdym razie Dev się o tym dowiedział, jak również o tym, że nigdy nie 

mieliśmy  pochodu  ze  Świętym  Mikołajem  w  saniach  ciągniętych  przez 

sarnę,  która  udaje  renifera,  ani  miejskiego  chóru,  oraz  że  sadzawka 

została zrobiona specjalnie na tę okazję. 

– Dzisiejszy wieczór musiał być straszny dla Estelle. 

– Wręcz przeciwnie. Była zachwycona. Ponieważ Dev, który od tej 

pory  jest  jej  ulubionym  aktorem,  wychwalał  pod  niebiosa  wszystkich 

mieszkańców miasteczka, a ją szczególnie za to, że próbowała wskrzesić 

nostalgiczną atmosferę, której oczekiwała od nas telewizja. Mieszkańcy 

Sumersbury  stali  się  nagle  bohaterami  programu,  a  producenci 

telewizyjni przyznali się, że ich wyobrażenia o życiu na wsi nie mają nic 

wspólnego  z  rzeczywistością.  To,  co  znali  z  książek  i  obrazków,  od 

dawna już nie istnieje. 

– Niebywałe. 

– Prawda? 

Usłyszała nagle nowy, łagodny ton w jego głosie. Spojrzała na niego 

uważnie. 

background image

– To jeszcze nie wszystko, prawda? 

Potrząsnął przecząco głową. 

– Ostatnio John nie jest dla mnie zbyt miły. 

– Nie rozumiem. 

–  Widzisz,  John  uważa,  że  ja,  podobnie  jak  ta  telewizja,  szukam 

czegoś, czego już nie ma. – Anna milczała czując, jak serce tłucze się w 

niej  jak  oszalałe.  –  Powiedziałem  mu,  żeby  zatrzymał  swoje  teorie  dla 

siebie, ale nie mogłem zapomnieć, co mi powiedział, zwłaszcza po tym, 

jak  obejrzałem  dzisiaj  ten  program.  –  Bała  się  poruszyć,  ciągle 

niepewna, czy naprawdę to słyszy, czy tylko się jej wydaje. Tak bardzo 

chciała,  żeby  to  była  prawda.  –  Wszyscy  ryczeliśmy  ze  śmiechu,  kiedy 

łyżwiarze powpadali na siebie – ciągnął Sam – i wtedy nagle na ekranie 

pojawiłaś  się  ty,  rzucając  śniegiem  w  kamerę.  W  tym  momencie 

poczułem, że kocham cię tak bardzo, że aż mnie to zabolało. I dalej boli. 

– Och, Sam. Ja też cię kocham. – Do oczu napłynęły jej łzy. 

– Myliłem  się,  Anno.  Kiedyś  myślałem  o  tobie  jak  o  współczesnej 

wersji  mojej  babki.  Ale  dziś  na  ekranie  zobaczyłem  ciebie  taką,  jaka 

jesteś,  i  jaką  cię  kocham.  Jeśli...  jeśli  mi  wybaczysz,  chciałbym  raz 

jeszcze  ci  się  oświadczyć.  Chciałbym  porozmawiać  z  tobą  o  tych 

rozwiązaniach, o których wspominałaś. 

Opuściła swój koniec sofy i rzuciła mu się w ramiona z taką siłą, że 

zaparło mu dech w piersiach. 

–  Czy  to  znaczy,  że  się  zgadzasz?  –  spytał,  krztusząc  siei  śmiejąc 

background image

jednocześnie. 

–  Oczywiście.  –  Przytuliła  się  do  niego.  –  Może  te  święta  uda  się 

jeszcze uratować. 

Objął ją mocno, pokrywając twarz pocałunkami. 

– Myślałem, że będę musiał powiedzieć ci to wszystko przez telefon 

albo  jechać  do  Nowego  Jorku,  żeby  wsunąć  ci  kartkę  przez  drzwi. 

Zostaniesz? Spędzisz ze mną święta? 

–  Będę  musiała  powiadomić  Vivian,  ale  tak,  zostanę.  Zresztą,  nie 

miałabym czym się stąd wydostać. – Na wspomnienie kraksy, zrobiło się 

jej smutno. – Sam, naprawdę bardzo mi przykro z powodu krosna. 

–  Myślę,  że  dobrze  się  stało.  Przykładałem  do  niego  zbyt  wielką 

wagę, przykładałem zbyt wielką wagę do wszystkiego, co wiązało się z 

życiem moich dziadków. Teraz uzmysłowiłem sobie, że liczysz się tylko 

ty i to, co nas łączy. Reszta jest sentymentalną bzdurą. 

–  Nie  mów  tak.  Teraz  znowu  przesadzasz  w  drugą  stronę  – 

zaprotestowała  Anna.  –  Uwielbiam  niektóre  stare  zwyczaje.  Są  wprost 

cudowne.  Nadal  chcę  tkać  i  z  przyjemnością  udekorowałam  ci  dom  w 

tradycyjnym  wiejskim  stylu.  Cieszę  się,  że  mogłam  zawiesić  z  tobą 

rodzinne  ozdoby  na  choince  w  salonie.  –  To  jej  coś  przypomniało.  – 

Sam, nie mam dla ciebie prezentu pod choinkę. 

Wstał, pociągając ją za sobą. 

–  Tylko  tak  ci  się  wydaje.  Jest  jeden  stary  zwyczaj  z  którego  nie 

mam zamiaru rezygnować. 

background image

–  Co  to  za  zwyczaj?  –  spytała,  choć  już  odgadła  po  kierunku,  w 

jakim ją prowadził. 

– Późne zabawy w  małżeńskim  łożu  z epoki  cesarstwa –  szepnął  z 

policzkiem  przytulonym  do  jej  twarzy,  kiedy  niósł  ją  po  schodach  na 

górę.