background image

 

VICKI  LEWIS  THOMPSON 

W  HAWAJSKIM  RYTMIE 

Tytuł oryginału The Flip Side 

background image

ROZDZIAŁ 1 

-  Halo, halo!  Tym  rozkołysanym  rytmem  hawajskiego  tańca  wita 

was  Jack  Bond,  disc  jockey  Radia  KPLY,  z  prześlicznego  miasta 

Bellingham  w  stanie  Waszyngton.  Przypominam  wszystkim,  że  jutro 

jest  wielki  dzień:  zakończenie  konkursu  na  najlepszego  wykonawcę 

tańca  hula.  Finał  odbędzie  się  na  estradzie  koncertowej  w  parku 

Kaskada, gdzie dziesięciu finalistów będzie się gięło i kołysało! 

Rozsmarowując  topiony  serek  na  krakersach,  Amy  uśmiechnęła 

się do czterech radioodbiorników rozstawionych w różnych miejscach 

pokoju, z których dochodził głos disc jockeya. 

-  Jack,  drogi  przyjacielu,  ćwiczę  nieustannie  od  tygodnia  - 

powiedziała wesoło. 

-  Zwycięzca  -  kontynuował  Jack  Bond  -  poleci  odrzutowcem  na 

Hawaje  w  towarzystwie  osoby,  którą  sam  lub  sama,  wybierze.  Mój 

kuzyn Ernie zgłasza się na ochotnika jako eskorta, jeśli wygra kobieta. 

Ale,  dziewczęta,  nie  radzę  go  brać.  Żaden  z  niego  turysta  czy 

globtroter.  Ernie  należy  do  tych  typków,  co  to  siedzą  cały  dzień  w 

hotelowym pokoju i zamawiają jedzenie przez telefon. 

Amy  roześmiała  się.  Jack  wymyślił  kuzyna  Ernie'ego  parę  lat 

temu,  żeby  ożywić  konferansjerkę.  Zastanawiała  się,  czy  „kuzyn 

Ernie"  miał  mu  zastąpić  brata,  którego  nigdy  nie  miał,  choć  tak 

pragnął.  Ona,  Brad  i  Jack  byli  sobie  niegdyś  bliscy  jak  prawdziwe 

rodzeństwo. 

background image

- Twoje zdrowie, Jack - powiedziała na głos, unosząc krakersa jak 

kielich do toastu. - Za nasze dawne, dobre czasy. Może jutro okaże się 

dla mnie życzliwe? Może uda mi się pojechać na Hawaje? 

 

Około trzeciej następnego dnia Amy na własnej skórze przekonała 

się, dlaczego ludzie w tych okolicach nie ubierali się w listopadzie w 

spódniczki  z  trawy  i  kostiumy  bikini.  Co  za  głupek  wymyślił  ten 

konkurs jako imprezę na świeżym powietrzu? 

Zimny wiatr pędził ciężkie chmury od zatoki w stronę miasta. Do 

wieczora  pobliski  szczyt,  Mount  Baker,  z  pewnością  pokryje  się 

śniegiem.  Amy  zadrżała  z  zimna  i  zaczęła  przyglądać  się  reszcie 

finalistów. Nikt nie był ubrany w kostium tak skąpy jak ona. 

Dwaj  młodzi  ludzie  biorący  udział  w  konkursie  mieli  na  sobie 

dżinsy, choć jeden wciągnął na to jeszcze szorty w hawajskie wzory i 

poprzyczepiał  w  talii  puszki  po  piwie,  tworzące  brzęczący  łańcuch. 

Aby się jeszcze bardziej podobać tłumowi, założył na szyję wianek z 

dużych, jak  od  kościelnych  drzwi,  kluczy.  Ten  zdobędzie  największe 

oklaski, pomyślała Amy. 

Kobiety  też  się  nie  wyletniły.  Jedna  była  w  kombinezonie  do 

joggingu, ozdobionym krótką spódniczką z trawy, a druga pobiegła do 

samochodu i wróciła z narciarską kurteczką. Amy też miała żakiet w 

samochodzie, ale postanowiła go nie zakładać, aby nie popsuć efektu i 

nie zmarnować trudu, jaki sobie zadała, żeby wyglądać jak prawdziwa 

Hawajka. 

background image

Jack  Bond  pojawił  się  jak  przystało  na  gwiazdę  wieczoru. 

Podjechał  z  fantazją  czarnym  luksusowym  samochodem  pod  samą 

estradę.  Entuzjastyczne  powitanie,  jakie  mu  zgotowała  grupa 

nastolatków, zrobiło na Amy duże  wrażenie. Jack Bond rzeczywiście 

miał  mnóstwo  wielbicieli.  No,  ale  ona  miała  coś  do  powiedzenia 

mistrzowi. 

Jack  wysiadł  z  samochodu  i  zręcznie  wskoczył  na  estradę,  tuż 

obok niej. 

- Proszę, proszę - powiedział z uśmiechem na jej widok. - Czy to 

nie  Amy  Hobson  zmieniona  w  Hawajkę?  Zauważyłem  twoje 

nazwisko na liście uczestników. 

Amy  zmierzyła  go  wzrokiem  od  białych  reeboków  i  levisów  do 

grubej  czerwonej  bluzy  z  napisem  Radio  KPLY.  Ubrał  się  ciepło, 

ważniak. 

- Jacku Blickensderferze, czy to tobie zawdzięczamy pomysł, aby 

finał  konkursu  odbył  się  na  szarpanej  wichrami  estradzie  zamiast  w 

ciepłym wnętrzu? 

- Ćśś... - Położył palec na ustach. - Co będzie, gdy któryś z moich 

miejscowych  wielbicieli  usłyszy,  jak  się  do  mnie  zwracasz?  Do 

wielkiego Jacka Bonda, strażnika fal? 

- To twoja sprawka czy nie? 

- Tak, proszę pani. Tu jest o wiele więcej miejsca niż w sali, a ja 

chciałem, żeby przyszły tłumy. 

- Jeśli dostanę zapalenia płuc, wniosę pozew do sądu. 

- Powinnaś ubrać się w trykoty lub spodnie na taką pogodę. 

background image

- Ale wtedy nie wyglądałabym jak Hawajka. 

Jack skinął głową. 

- A tak wyglądasz jak sine morze. Czy to Elvis Presley śpiewał o 

sinym  morzu?  No,  ale  muszę  już  iść.  Nie  chcę,  żeby  mnie  ktoś 

oskarżył o faworyzowanie jednej z uczestniczek. 

- Uczciwy, stary Jack. 

- Zgadza się. 

Odwrócił  się  od  niej  i  podszedł  do  mikrofonu.  Zwrócił  się  do 

uczestników  i  publiczności  ze  swobodą  starego  praktyka.  Pomimo 

lekkiej  irytacji  Amy  musiała  przyznać,  że  trochę  jej  imponuje 

znajomość  z  tym  popularnym,  przystojnym  mężczyzną.  Jego  ciemne 

falujące  włosy  i  błękitne  oczy  ocienione  gęstymi  rzęsami  mogły 

przyprawić niejedną dziewczynę o bicie serca. 

Ale  dla  niej  był  po  prostu  przyjacielem  z  dzieciństwa,  który 

spędzał w ich domu prawie tyle czasu, co jej własny brat. Chłopcem, 

który  w  poplamionej  smarem  trykotowej  koszulce  reperował  z 

Bradem  samochody  lub  grał  w  koszykówkę  przed  domem  tak długo, 

aż obaj spływali potem. Czasami Amy też z nimi grała. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zapomnieliście  przynieść  ze  sobą  trochę 

drobnych - zwrócił się Jack do zgromadzonej publiczności. - W czasie 

konkursu moi pomocnicy przejdą między wami z puszkami takimi jak 

ta.  -  Podniósł  do  góry  pojemnik  z  otworem  na  monety.  -  Bądźcie 

hojni.  Jesteśmy  już  blisko  celu.  Z  waszą  pomocą  w  przyszłym  roku 

zbudujemy dla młodzieży czytelnię. 

background image

Amy  zapomniała już,  że  Jack  ma  zwyczaj  włączać  się  do  każdej 

społecznej  akcji.  Tym  razem  chodziło  o  zbudowanie  ośrodka 

zwalczania analfabetyzmu wśród dzieci i młodzieży. 

Jack odwrócił się od publiczności do uczestników konkursu. 

-  Hej,  wy  tam,  maniacy  hawajskich  rytmów.  Kiedy  zabrzmi 

muzyka, proszę zacząć tańczyć. Nasi kochani widzowie zebrani wokół 

estrady  wybiorą  pięciu  najlepszych  spośród  was,  a  ja  dokonam 

ostatecznej  selekcji.  Osobiście.  -  Uniósł  brwi,  a  z  tłumu  rozległy  się 

gwizdy. 

-  Jeśli  jeden  z  tych  dwóch  dżentelmenów  okaże  się  najlepszym 

tancerzem, wygra wycieczkę na Hawaje. 

Gwizdy rozległy się ponownie. 

- Chyba nie sądzicie, że Jack Bond mógłby postąpić nie fair? 

- Skąd mamy wiedzieć? - krzyknął ktoś z tłumu. 

-  Przecież  to  od  was  też  zależy.  Jeśli  nie  wybierzecie  żadnego  z 

panów  do  finałowej  piątki,  nie  będę  mógł  udowodnić,  jakim  jestem 

bezstronnym sędzią. A więc, zaczynamy. 

Wyłączył mikrofon i nacisnął przycisk magnetofonu. Rozległy się 

łagodne tony melodii „Perłowe muszle". 

Facet z wiankiem puszek po piwie szalał na swoim kawałku sceny 

w  rytmie,  który  nie  miał  nic  wspólnego  z  nadawaną  muzyką.  Ale 

reszta  uczestników  próbowała  dać  jak  najlepszy  pokaz  hawajskiego 

hula. 

Amy  kołysała  się  miękko,  zgodnie  z  rytmem  piosenki.  Szybko 

zorientowała  się,  że  innym  tancerzom  szło  gorzej  niż  jej.  Byli 

background image

wyraźnie  stremowani  i  nie  mieli  wyczucia  rytmu.  Ale  jedna  z 

dziewcząt  wyróżniała  się  na  plus.  Amy  stwierdziła  w  duchu,  że  to 

będzie jej główna rywalka. 

Jack  przechadzał  się  wzdłuż  i  wszerz  sceny,  obserwując 

tańczących,  a  kiedy  mijał  Amy,  puszczał  do  niej  oko.  Robił  to 

specjalnie, aby ukryć, że znalazł się w kłopotliwej sytuacji. 

Tydzień  wcześniej,  gdy  zobaczył  nazwisko  Amy  na  liście 

finalistów, uśmiechnął się rozbawiony. Nie przyszło mu do głowy, że 

mogłaby  wygrać.  Znał  ją  przecież  kiedyś  i  traktował  jak  młodszą 

siostrę.  A  młodsze  siostry  na  ogół  nie  umieją  tańczyć  hawajskich 

tańców. 

Ukradkiem  obserwował  ponętne,  zmysłowe  ruchy  jej  ciała. Boże 

wszechmogący! Ciemnowłosa, o piwnych oczach Amy Hobson miała 

ładny  biust,  krągłe  biodra  i  kształtne  nogi.  Uznał,  że  myśli,  które  go 

nachodzą,  są  prawie  kazirodcze.  Biały  kwiat  przypięty  za  uchem  i 

skąpy strój nadawały jej wygląd Hawajki, co w oczach Jacka czyniło 

ją egzotyczną i seksowną. 

Stracił  z  nią  kontakt  po  ślubie  Brada.  Wiedział  tylko,  że  nie 

mieszka już z rodzicami. Przypomniał sobie też, jak jej matka mówiła, 

że  Amy  pracuje  jako  sekretarka  w  składzie  drewna.  Jack  uznał  to  za 

marnowanie  jej niewątpliwych  zdolności,  ale  Amy  zawsze  taka była. 

W  szkole  zadowalała  się  średnimi  ocenami,  choć  mogła  być 

prymuską. 

A  teraz  tańczy  na  estradzie  półnaga.  Pierwszym  jego  odruchem, 

gdy ją zobaczył z daleka, było podbiec i okryć ją kocem. Na szczęście 

background image

szybko  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  ma  żadnego  prawa  tak  postąpić. 

Zamiast tego zaczął z nią żartować jak za dawnych lat, a Amy przyjęła 

to z całkowitą swobodą. 

Ale  teraz  jej  sugestywny  taniec  spowodował,  że  przed  oczami 

pojawiały  mu  się  coraz  mniej  przyzwoite  obrazy.  Liczył,  że 

publiczność  nie  wybierze  jej  do  następnego  etapu.  Jednak  wybrała. 

Zwariowany facet z puszkami i cztery panie tworzyły finałową piątkę. 

Amy była wśród nich. 

Jack  pragnął  wydać  sprawiedliwy  werdykt.  Końcowa  melodia, 

którą  mieli  zatańczyć  finaliści,  odznaczała  się  żywszym  rytmem. 

Mężczyzna  nie  wytrzymał  tempa  i  zszedł  ze  sceny,  ciężko  dysząc.  Z 

czterech  pań  dwie  były  zdecydowanie  lepsze.  I  znów  jedną  z  nich 

okazała się Amy. 

Teraz Jack już nie mrugał do niej, lecz starał się być bezstronnym 

obserwatorem, gdy patrzył, jak kołysze biodrami w idealnej harmonii 

z muzyką. Gdzie ona się tego nauczyła? 

Przeniósł  wzrok na najgroźniejszą rywalkę  Amy. Była to kobieta 

po  trzydziestce,  ubrana  w  sarong  i  trykoty  w  kolorze  ciała.  Tańczyła 

doskonale  technicznie,  może  nawet  lepiej  od  Amy,  ale  nie  robiła  na 

nim najmniejszego wrażenia. 

Muzyka  grała  nieprzerwanie.  Specjalnie  wybrał  długi  utwór,  bo 

wiedział, że publiczność chciała się napatrzyć na ten zmysłowy taniec. 

Całym sercem pragnął dać nagrodę Amy. Tańczyła naprawdę dobrze, 

a  jej  młodość  sprawiała,  że  ruchy  wydawały  się  tym  bardziej 

prowokujące.  

background image

Ale,  do  diabła,  nie  był  bezstronny.  Musiał  się  do  tego  przyznać. 

Jak  oceniłby  ten  konkurs  ktoś,  kto  jej  nie  znał?  Starsza  od  niej 

blondynka  była  doskonała  i  miała  w  sobie  pewne  wyrafinowanie, 

którego brakowało Amy, ale to mu się właśnie podobało.  

Jack sklął się w myśli za to, że w ogóle zorganizował ten konkurs. 

Najchętniej  uciekłby  z  estrady.  Muzyka  zakończyła  się  głośnym 

akordem.  Nie  patrząc  na  żadnego  z  uczestników,  Jack  podszedł  do 

mikrofonu. 

- Panie i... 

Zatrzymał  się,  aby  odchrząknąć,  co  mu  się  nigdy  nie  zdarzało. 

Dziś miał ściśnięte gardło. 

- Panie i panowie. Za chwilę ogłoszę wyniki konkursu. 

Zapadła cisza. 

-  Mój  kuzyn  Ernie  bardzo  chciał  być  obecny,  aby  wręczyć 

nagrody,  ale  ostatniej  nocy  jego  kot  rozgrzebał  mrowisko  i  te  małe 

diabełki  przeniosły  się  do  komody  z  bielizną  w  sypialni  Ernie'ego. 

Kiedy  go  rano  widziałem,  pędził  na  Mount  Baker,  żeby  usiąść  na 

śniegu. 

Rozległy się głośne śmiechy. 

-  A  więc  muszę  to  zrobić  sam  -  kontynuował  Jack.  -  Zacznę  od 

piątego miejsca. Chyba wszyscy wiemy, kto je zdobył. 

Mężczyzna  z  puszkami  po  piwie  wstał  i  podniósł  ręce  do  góry, 

dziękując za oklaski. 

-  Randy  Slocum  otrzymuje  dyplom  od  firmy  „Dźwięk  i  Furia", 

upoważniający  do  gratisowego  zakupu  płyt  w  jej  sklepie.  „Dźwięk  i 

background image

Furia".  Ta nazwa  doskonale  oddaje twoją  technikę  taneczną, prawda, 

Randy? 

Randy przyjął dyplom z ukłonem tak głębokim, że omal nie spadł 

ze sceny, co wywołało nową falę wesołości i oklasków. 

-  A  oto  dyplom  dla  Joyce  Danner,  która  zajęła  czwarte  miejsce  i 

tym  samym  zdobyła  prawo  do  eleganckiej  kolacji  w  restauracji  „U 

Alfreda"  dla  dwóch  osób.  Nagrodą  za  trzecie  miejsce  jest  płaszcz 

jesienny ufundowany przez firmę Benson. Zdobyła go Geri Gay. 

Jack odczekał, aż ucichną oklaski, zanim zaczął mówić. 

-  Oczywiście,  gdy  wymienię  zdobywcę  drugiego  miejsca,  będzie 

dla  was  jasne,  kto  zdobył  nagrodę  pierwszą,  czyli  czterodniową 

wycieczkę  na  Hawaje  dla  dwóch  osób.  Nagrodą  dla  zdobywczyni 

drugiego miejsca jest piękny robot kuchenny. 

Amy  wstrzymała  oddech.  Powinna  wygrać.  Tańczyła  dobrze,  a 

Jack jest jej przyjacielem. 

-  Nie  było  mi  łatwo  dokonać  wyboru.  Chciałbym,  byście 

wiedzieli,  że  sędziowanie  w  tym  konkursie  okazało  się  dla  mnie 

ciężkim zadaniem. 

Z tłumu rozległy się głosy wyrażające wątpliwość. 

- Naprawdę, musicie przyznać, że obie te panie wiedzą, jak należy 

tańczyć hula. 

Z tłumu rozległy się oklaski i brawa dla wykonawczyń. 

-  Powodzenia,  kochanie  -  powiedziała  blondynka  do  Amy, 

korzystając z zamieszania. - Byłaś już kiedyś na Hawajach? 

- Nie. A ty? 

background image

- Pięć razy. Tam się nauczyłam tańczyć. 

Amy  miała  ochotę  ją  udusić.  Poczuła,  że  to  wielka 

niesprawiedliwość  porównywać  ją  z  tamtą,  po  pięciu  pobytach  na 

wyspach hawajskich, podczas gdy ona nie była tam ani razu. 

-  Ale  muszę  dokonać  wyboru  -  mówił  dalej  Jack  -  więc  nie 

zwlekając już więcej, ogłaszam, że drugą nagrodę otrzymuje... 

Amy zamknęła oczy i zacisnęła zęby. 

- ...Amy Hobson! Evelyn Saint wygrała wycieczkę! 

Amy nie mogła się zdobyć na otwarcie oczu. Przegrała. Była tak 

blisko  i  przegrała.  Niech  diabli  porwą  Jacka  Blickensderfera!  Jak 

mógł  jej  to  zrobić?!  Wiwaty  na  cześć  Evelyn  Saint  zagłuszyły  jej 

wściekłe  pomruki.  Gdy  spojrzała  na  niego,  Jack  odbierał  właśnie 

uściski od zwyciężczyni. 

- Uff... - rzekł po chwili do mikrofonu - wdzięczność jest bardzo 

miła. A teraz chciałbym poprosić wszystkich finalistów, aby poczekali 

na  pamiątkowe  zdjęcie.  Randy,  przyjacielu,  dasz  radę  postać  jeszcze 

trochę? 

Amy zniosła ze stoicyzmem pozowanie do fotografii i zdobyła się 

nawet na parę słów gratulacji dla Evelyn Saint. Potem skierowała się 

do schodków, by zejść z estrady. 

- Amy! - Poczuła, że ktoś ją łapie za rękę. - Przykro mi, dziecino. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Nie tak jak mnie. 

-  Czy  ten  wyjazd  był  dla  ciebie  taki  ważny?  -  Jack  zmarszczył 

brwi, zafrasowany. 

background image

- Ważniejszy, niż mógłbyś sądzić - odparła z gniewem, zbiegła z 

estrady i popędziła do samochodu. 

Kipiała ze złości. Miała taką okazję pojechać na Hawaje, a on ją 

zaprzepaścił.  Po  tych  wszystkich  latach,  kiedy  była  dla  niego  jak 

rodzona siostra, wybrał ten moment, żeby okazać się zdrajcą. Powinna 

była  donieść  matce,  jakie  to  pisemka  on  i  Brad  chowali  przed  nią. 

Szkoda,  że  w  czasie  gry  w  koszykówkę  nie  kopała  go  tam,  gdzie 

najbardziej  boli.  Zamiast  podawać  mu  narzędzia,  gdy  reperował 

samochód, trzeba było upuścić mu coś ciężkiego na nogę.  

Nędznik. Świnia. Obrzydliwiec. 

W furii jechała do domu i w furii wpadła do mieszkania. Dzwonił 

telefon. Niech dzwoni. Ktokolwiek to był, lepiej, żeby z nią teraz nie 

rozmawiał. 

Zerwała  z  siebie  spódniczkę  ze  sztucznej  trawy.  Wianek  ze 

sztucznych  kwiatów,  kupionych  w  tanim  domu  towarowym, 

wylądował  w  koszu  na  śmiecie  -  razem  z  białą  gardenią,  którą  miała 

wpiętą we włosy. 

Gdy została w samym kostiumie bikini, owinęła się kapą i usiadła 

w  rogu  kanapy,  aby  się  solidnie  wypłakać.  Płacz  był  dość  nudnym 

zajęciem,  więc  po  jakimś  czasie  dała  sobie  z  tym  spokój.  Teraz 

ucieszyłaby ją tylko tarcza strzelnicza z fotografią Jacka w środku.  

Westchnęła. Jack musiał uznać, że Evelyn lepiej tańczy, ponieważ 

był  bardzo  uczciwy.  Zbyt  uczciwy  jak  na  jej  gust!  W  głębi  serca 

wiedziała,  że  nie  może  winić  go  za  wydanie  decyzji  zgodnie  z 

sumieniem. 

background image

Zadzwonił telefon i tym razem podniosła słuchawkę. 

- Amy? - usłyszała. 

- Powiedz, że to nie ty. 

- Amy, zapomniałaś zabrać robota. 

- Wiesz, co możesz z nim zrobić. 

-  Czy  sądzisz,  że  było  mi  przyjemnie  wybierać  między  dwiema 

bardzo  dobrymi  tancerkami,  gdy  jedną  z  nich  znałem  od  wieków? 

Chciałem zdyskwalifikować samego siebie, ale było za późno. 

- Ona była na Hawajach pięć razy. - Amy zaczęła znów chlipać i 

pociągać nosem. 

-  Wiem.  Powiedziała  mi.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  jesteś 

zdenerwowana  i  uważasz,  że  ty  powinnaś  zwyciężyć.  Może 

rzeczywiście powinnaś. 

-  Co?  Chcesz  powiedzieć,  że  miałeś  wątpliwości,  a  jednak 

wybrałeś ją? 

-  Ona  była  bardzo  dobra.  A  ja  się  obawiałem,  że  znając  ciebie, 

może nie jestem całkiem obiektywny... 

-  Więc  wolałeś  być  niesprawiedliwy,  aby  nie  okazać  się 

stronniczy?  Dzięki  stokrotne,  Jack. Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  ile  ten 

wyjazd dla mnie znaczy? 

- Sądząc z twego tonu, dość dużo. Słuchaj, bierzesz ten robot czy 

nie? 

- Nie. Gotowanie nie jest moim hobby. 

- Ciągle jeszcze żyjesz jak dziki ptak? 

- Nie życzę sobie żadnych uwag pod moim adresem. 

background image

- Doskonale. A więc, Amy, jeśli ten robot jest ci niepotrzebny, to 

może dałbym go mojej matce? 

- Całuj psa w nos! Ja dam go swojej matce. 

-  Wyrażasz  się  naprawdę  fatalnie.  Czy  to  ma  znaczyć,  że 

przyjmujesz nagrodę? 

-  Oczywiście!  Zdobyłam  ją  przecież,  prawda?  -  Westchnęła.  - 

Odbiorę go ze studia. 

-  Jeśli  obiecasz,  że  nie  obrzucisz  mnie  kamieniami,  to  ci  go 

przywiozę,  wracając  z  dyżuru,  wieczorem,  o  dziesiątej.  Będziesz  w 

domu? 

-  A  gdzie  miałabym  być?  Na  uroczystości  z  okazji  wygrania 

maszynki do mięsa? 

-  Amy,  nagroda  naprawdę  jest  cenna.  To  nie  moja  wina,  że  nie 

używasz nowoczesnych urządzeń. Mam ci go przywieźć, czy nie? 

- Przywieź. W końcu lepiej, żebyś ty się fatygował. 

-  Jesteś  naprawdę  niezwykle  uprzejma.  Mieszkasz  w  Bayview 

Apartments, jak podałaś? Pewnie masz piękny widok na zatokę. 

-  Niestety,  mieszkania  z  widokiem  są  za  drogie.  Mieszkam  na 

parterze. 

- Aha. Będę o dziesiątej piętnaście. 

Amy  z  westchnieniem  odłożyła  słuchawkę.  Robot  kuchenny. 

Mama  będzie  zachwycona.  Konkurs  nie  okazał  się  w  rezultacie 

zupełnym fiaskiem, zdecydowała. 

Gdy  minęła  dziewiąta,  Amy  już  żałowała,  że  zgodziła  się  na 

przyjazd  Jacka.  W  mieszkaniu  było  chłodno,  miała  ochotę  włożyć 

background image

ciepłą  flanelową  koszulę  i  wejść  do  łóżka.  Zamiast  tego  włączyła 

radio.  Nie  dlatego,  żeby  tak  bardzo  chciała  słuchać  głosu  Jacka,  po 

prostu lubiła muzykę, którą nadawał.  

Gdy  muzyka  ucichła,  przyjemny  baryton  Jacka  wypełnił  małe 

mieszkanko. 

-  Tak  sobie  marzę,  że  wszyscy  słuchacze  Radia  KPLY  mają  przy 

sobie  kogoś  wyjątkowego,  osobę,  do  której  miło  się  przytulić  w  tę 

wietrzną noc. 

Amy  słuchając  go,  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  był  związany  na 

stałe z jakąś dziewczyną. Wiedziała, że dawniej miał kilka poważnych 

romansów, ale, jeśli się dobrze orientowała, nigdy się nie ożenił. 

-  A  co  powiecie  o  naszym  konkursie  tanecznym?  Nieźle  się  dziś 

rozgrzaliśmy,  tańcząc  hula  w  parku  Kaskada.  Tych,  którzy  nie 

przyszli,  ominęła  duża  zabawa.  Może  nie  aż  taka,  jaką  miał  kuzyn 

Ernie z mrówkami, ale zawsze... 

Amy  skrzywiła  się  na  przypomnienie  dzisiejszego  wydarzenia  i 

jego żałosnego rezultatu. 

-  Mamy  zwyciężczynię  tego  konkursu  -  ciągnął  Jack.  -  Evelyn 

Saint,  najlepsza  w  tańcu  hula,  wkrótce  pojedzie  na  Hawaje. 

Sponsorami tej  wycieczki  są przemili  właściciele  biura  podróży  First 

Class Travel. Nie zapomnijcie ich odwiedzić, gdy będziecie planować 

zimowe wakacje. 

- Oczywiście, Jack. Na pewno - mruknęła Amy, ale już z mniejszą 

zajadłością. Nie umiała długo chować urazy. 

background image

Gdy  Jack  zakończył  program,  Amy  zaczęła  się  wręcz  cieszyć  na 

tę  wizytę. Od  wieków nie rozmawiali ze sobą. Co prawda Jack mógł 

wpaść tylko na chwilę... 

Ta  myśl  trochę  przygasiła  jej  radość.  Kiedy  jednak  otworzyła 

drzwi  i  zobaczyła  na  jego  twarzy  szeroki  uśmiech,  a  także  poczuła 

aromat gorącej pizzy, domyśliła się, że nie wyjdzie od razu. 

-  Mam  nadzieję,  że  w  lodówce  jest  piwo  -  powiedział  do  niej 

ponad dwoma pudełkami. 

Za nim przy krawężniku stało lśniące auto. 

- Widzę, że to prześliczne camaro to twój własny samochód. 

-  Mój  i  banku,  na  spółkę.  Jedyny  luksusowy  przedmiot,  jaki 

posiadam. 

- Zawsze byłeś trochę zwariowany na punkcie samochodów. 

Wzięła pudełko z pizzą i pociągnęła nosem. 

- Z boczkiem i zieloną papryką? 

- Mam nadzieję, że to ciągle jeszcze twoja ulubiona. 

- Miło, że pamiętałeś. 

- Gdzie mam postawić robota? 

- Gdziekolwiek, Na kanapie. 

Jack postawił pudło, zdjął płaszcz i rozejrzał się dookoła. 

-  Amy,  dlaczego  masz  cztery  radia  i  dwa  malutkie  telewizory? 

Chyba nie jesteś paserem? 

Amy postawiła pizzę na stole i otworzyła lodówkę. 

- Dzięki stokrotne, Jack. Zawsze podejrzewałeś mnie o najgorsze. 

background image

- Parę lat temu była to najwłaściwsza taktyka. Brad i ja chwilami 

traciliśmy nadzieję, że wyrośnie z ciebie coś dobrego, Amy Lorraine. 

- Pij piwo i nie gadaj. 

Wręczyła  mu  butelkę  z  wesołym  grymasem.  Jak  to  miło  być 

znowu z Jackiem! 

-  Lowenbrau?  Czyżbyś  pobiegła  specjalnie  do  sklepu  po  moje 

ulubione piwo? 

- Ale zarozumialec! Przypadkiem ja też je lubię. 

- Cóż za dobry gust! - Mrugnął do niej. - Siadajmy, bo pizza nam 

ostygnie. 

-  Przypominają  mi  się  dawne,  dobre  czasy.  Szkoda,  że  nie  ma  z 

nami Brada. 

-  Ja  też  żałuję  -  powiedział  Jack  i  wbił  zęby  w  chrupiącą  skórkę 

pokrytą roztopionym serem. - Mniam-mniam - mruczał, przymykając 

oczy. 

Zanim  Amy  zaczęła  jeść,  przyjrzała  się  jego  długim,  czarnym 

rzęsom.  Zapomniała,  jakie  są  piękne.  Zawsze  mu  ich  zazdrościła. 

Pizza  okazała  się  idealnym  posiłkiem  na  ten  chłodny  wieczór.  Amy 

jadła, wzdychając z zadowoleniem. 

Jack  nie  był  najgorszy,  w  gruncie  rzeczy.  Skończył  właśnie 

pierwszy kawałek i sięgnął po drugi. 

- A więc - zapytał - skąd te wszystkie radia i telewizory? 

- Z konkursów. 

- Wygrałaś je? 

background image

- Tak, choć za każdym razem próbowałam  wygrać  wycieczkę na 

Hawaje.  Zamiast tego  wygrałam  to  wszystko  i  sporo  innego  śmiecia, 

które niewarte jest wyliczania. 

- O co chodzi z tymi Hawajami? Jakaś nowa obsesja? 

Patrzyła  na  niego  dłuższą  chwilę  niepewna,  ile  może  mu 

powiedzieć. 

- To ma związek z mamą i tatą. 

Jack spojrzał na nią wstrząśnięty. 

-  O  Boże!  Amy,  to  dla  nich  chciałaś  tego  wyjazdu!  Powinienem 

był się domyślić! Naprawdę, czuję się jak ostatni łajdak. 

Był tak zgnębiony, że zrobiło jej się go żal. 

-  Nie  rób  sobie  wyrzutów.  A  poza  tym  sprawa  jest  bardziej 

skomplikowana,  niż  sądzisz.  Nie  oddałabym  im  tego  wyjazdu. 

Pojechałabym sama. 

- Ty? Nic nie rozumiem. 

- Tak. Muszę pojechać i obejrzeć tam pewien teren, który kupuję. 

- Kupujesz...? 

Rozejrzał  się  oszołomiony  po  jej  skromnym  mieszkaniu  i 

meblach. 

-  Wiem,  co  myślisz,  Jack.  Nie  wyglądam  na  bogaczkę,  która 

kupuje posiadłość na Hawajach. I nie jestem. Ale widzisz, rodzice... - 

Przerwała. Nikt nie wie o jej planach. Dlaczego miałaby zwierzyć się 

Jackowi? 

background image

- Wiem. Oni zawsze chcieli przenieść się na Hawaje, kiedy będą 

już  na  emeryturze.  Ale  powiedziałaś,  że  to  ty  chcesz  kupić  tam 

działkę. 

- Tak. 

-  Dlaczego?  Czy  nie  zebrali  dosyć  pieniędzy?  Brad  mówił,  że 

mają sporą sumkę odłożoną na ten cel. 

- Już nie. - Amy pokręciła przecząco głową. 

- Co to znaczy? 

- Stracili te pieniądze - odparła z goryczą. - I to wyłącznie z mojej 

winy. 

 

ROZDZIAŁ 2 

- Co takiego? - Jack zmarszczył brwi skonsternowany. 

- Amy, czy nie chodzi tu o tysiące dolarów? 

Skinęła głową. 

- Jak mogłaś stracić taką sumę? 

-  Przez  fatalne  inwestycje.  -  Amy  spuściła  oczy.  -  W  tym  czasie 

byłam  zaręczona  z  człowiekiem,  który  obiecywał  podwoić  te 

pieniądze i sprawić, że marzenia rodziców spełnią się wcześniej. 

- O Amy, biedactwo! 

Spojrzała na niego oczami pełnymi łez. 

- Kiedyś powtarzałeś mi, że drogo zapłacę za swoją naiwność. 

- Czy dałaś mu też swoje pieniądze? 

- Trochę - roześmiała się. - Na szczęście mało miałam, więc mało 

straciłam.  Nigdy  nie  potrafiłam  oszczędzać.  Ale  mama  i  tata  to 

background image

zupełnie  inna  sprawa.  Podejrzewam,  że  zaręczył  się  ze  mną,  aby 

zagarnąć ich pieniądze. 

Jack zaklął półgłosem. 

- Czy nie mogłaś iść z tym do sądu? Zmusić go, aby je zwrócił? 

Amy potrząsnęła głową. 

-  Zanim  się  zorientowaliśmy,  nie  było  już  żadnych  pieniędzy, 

które można by zablokować. Wydał je wszystkie na wystawne życie, a 

potem  ogłosił  bankructwo.  Siedzi  teraz  w  więzieniu,  ale  nam  to 

niewiele  pomoże.  Słyszałam  zresztą,  że  niektórzy  ludzie  w  Seattle 

stracili o wiele więcej niż my. 

- Co za historia! - Jack pociągnął łyk piwa. - Nawet nie wiem, co 

gorsze:  to,  że  zawiódł  twoje  zaufanie,  wykorzystał  uczucia,  czy 

materialna  strata  twoich  rodziców.  Nie  dziwiłbym  się  wcale,  gdybyś 

skreśliła wszystkich mężczyzn. 

- Prawie to zrobiłam. Oczywiście, próbuję sobie tłumaczyć, że nie 

wszyscy mężczyźni są tacy jak Philip. 

- Na przyszłość przysyłaj wszystkich swoich chłopaków do mnie, 

a ja ich sprawdzę.  

Amy uśmiechnęła się. 

-  Ty  i  Bard  robiliście  już  coś  takiego  w  liceum.  Wcale  mi  się  to 

nie podobało. 

-  No  i  jaki  był  rezultat?  Za  każdym  razem,  kiedy  postępowałaś 

wbrew naszym radom, trafiałaś na jakiegoś nicponia. 

-  Martwi  mnie,  że  minęło  tyle  lat,  a  ja  wciąż  nie  znam  się  na 

ludziach. 

background image

- Miłość wyprawia z nami dziwne rzeczy, Amy - powiedział Jack 

czule. - Nie oceniaj się zbyt surowo. Przeszłaś ciężkie chwile. 

Amy zacisnęła dłonie w pięści. 

- Moi rodzice przeszli o wiele więcej, a wcale na to nie zasłużyli. 

Ale  postanowiłam,  że  im  to  wynagrodzę.  Kupiłam  im  działkę  pod 

budowę  domu,  a  tatuś  ma  jeszcze  rentę  z  wojska.  Mam  nadzieję,  że 

kiedyś osiądą na Hawajach. 

-  Nie  widzę  powodu,  abyś  ty  musiała  brać  to  wszystko  na  swoje 

barki. 

-  A ja widzę. Moi rodzice nie zainwestowaliby swych pieniędzy, 

gdybym ich nie zapewniała, że warto. Odkąd Brad wyjechał, polegali 

często  na  moim  zdaniu.  Tym  razem  powinni  byli  zasięgnąć  opinii  u 

kogoś innego, zanim się zdecydowali. 

- Czy Brad o tym wie? 

- Nie. I broń Boże, żebyś mu powiedział! 

- Ale jemu powodzi się dość dobrze, zdaje się. W ostatnim liście 

wspominał coś o awansie. Mógłby ci pomóc... 

- Nie! 

- Amy, ty sama... 

- Nie chcę, aby Brad się o tym dowiedział, przynajmniej do czasu, 

kiedy uda mi się to naprawić. Czy nie możesz tego  zrozumieć, Jack? 

Brad  zawsze  mnie  traktował  jak  osobę  niespełna  rozumu.  Gdyby 

znowu  musiał  mnie  wyciągać  z  kłopotów,  nigdy  bym  nie  odzyskała 

jego szacunku ani zaufania rodziców. 

- Amy, Brad bardzo wysoko cię ceni, rodzice również. 

background image

- Jednak nie uważali, że jestem równie inteligentna, jak Brad. On 

był  świetnym  uczniem,  poszedł  na  wyższe  studia  i  dostał  dobrą 

posadę w Spokane. Jest dla nich wszystkim. Nie mogę pozwolić, żeby 

pomagał im w sytuacji, do której ja doprowadziłam. 

- W porządku, Amy, rozumiem.  I nic mu nie powiem, jeśli sobie 

tego nie życzysz. 

-  Właściwie  nie  powinnam  ci  o  tym  nawet  wspominać,  ale  ta 

sprawa  gnębi  mnie  od  dawna,  a  ty  jesteś  prawie  jak  członek  naszej 

rodziny. 

Jack  spojrzał  na  jej  zatroskaną  twarz  i  usiłował  przypomnieć 

sobie,  kiedy  myślał  o  niej  jak  o  siostrze.  Tamte  dni  odeszły  w 

przeszłość,  a  teraz  dotyk  jej  ręki  był  tak  miły,  uchylone  usta 

niezwykle  kuszące.  Przed  laty  wyciągał  ją  z  dziecinnych  tarapatów, 

ale Amy nie była już dzieckiem. 

-  Często  mi  się  zdawało  -  powiedziała  z  uśmiechem  -  że  mam 

dwóch braci. 

Jack nagle puścił jej rękę i sięgnął po piwo. 

- Tak - mruknął - zgadza się. Dwóch braci. 

- Nie wydaje mi się, abyś był tym zachwycony. 

- Wierz mi, to, było dla mnie wielkie szczęście. U was czułem się 

jak  w  domu.  Twój  ojciec  i  matka  byli  dla  mnie  niezwykle  dobrzy  w 

okresie, gdy ciężko przeżywałem rozwód swoich rodziców. Miałem w 

waszym domu prawdziwy azyl. 

Wypił  resztę  piwa  jednym  haustem.  Amy  nie  mogła  zrozumieć 

jego zmiennych nastrojów. 

background image

-  Słyszałam,  że  twoja  matka  i  ojczym  wyjechali  -  powiedziała 

niepewnym głosem. 

- Tuż po mojej maturze. Powinienem być wdzięczny, że doczekali 

do  tej  chwili.  Mieszkają  w  Los  Angeles  i  wydają  się  szczęśliwi. 

Rzadko ich widuję. 

- A twój ojciec? 

- Dostaję od niego widokówki z różnych krajów, gdzie akurat robi 

film. - Sięgnął po następny kawałek pizzy. - Masz jeszcze piwo? 

- Oczywiście. 

Idąc do lodówki, Amy myślała, jak rozwiać jego ponury nastrój. 

-  Pamiętasz,  Jack  -  zapytała  -  jak  wzięliście  mnie  kiedyś  na 

wojenny  film,  a  w  czasie  projekcji  postanowiliście  czołgać  się  na 

brzuchu między rzędami, żeby sprawdzić, czy ktoś to zauważy? 

Jack uśmiechnął się. 

-  A ty zrobiłaś to samo i zniszczyłaś sobie nową, białą sukienkę. 

Nie przyszło nam do głowy, że się do nas dołączysz. I nie wydałaś nas 

potem. 

- Nigdy was nie wydawałam. 

-  Może  nie,  ale  zawsze  straszyłaś,  że  to  zrobisz.  Na  przykład 

wtedy, gdy odkryłaś naszą kolekcję „Playboyów". 

-  Rzeczywiście,  ale  dziś  po  południu  byłam  tak  wściekła  na 

ciebie, że pożałowałam tego. 

- Chciałbym móc cofnąć zegar i zmienić decyzję. 

Amy westchnęła. 

background image

-  Tak  bym  chciała  zobaczyć  ten  teren.  Firma,  która  mi  go 

sprzedała,  opowiada  o  nim  cuda,  ale  wolałabym  przekonać  się  na 

własne oczy. 

- Jak go kupiłaś? 

-  W  czasie  jednej  z  tych  reklamowych  sprzedaży,  kiedy  to 

zapraszają cię na darmowy obiad, a potem wmawiają, że stoisz wobec 

wyjątkowej i jedynej w świecie okazji. 

- To mi wygląda dość ryzykownie, dziecino. 

- Wiem, ale sprawdziłam tę firmę w Better Business Bureau. 

-  To  żadna  gwarancja.  Better  Business  Bureau  może  o  nich  coś 

wiedzieć, o ile były wcześniejsze zażalenia. Jeśli przedsiębiorstwo jest 

nowe, skargi mogły do nich jeszcze nie dotrzeć. 

-  Wiem,  dlatego  dzwoniłam  do  kilku  firm  zajmujących  się 

sprzedażą  nieruchomości  -  oświadczyła  Amy  z  dumą.  -  Jedna  z  nich 

ma biuro na Hawajach i zapewnili mnie, że sprzedaż tych gruntów jest 

legalna.  Moja  działka  graniczy  z  oceanem  i  znam  jej  wielkość,  ale 

poza  tym  informacje  w  broszurze  były  dość  niejasne,  jeśli  chodzi  o 

widok, plażę i roślinność. 

-  Graniczy  z  oceanem,  tak?  To  brzmi  bardzo  dobrze.  Jestem 

pewien,  że  będzie  piękna.  -  Patrzył  na  nią  przez  dłuższą  chwilę  w 

milczeniu.  -  Czy  nie  mogłabyś  odłożyć  trochę  pieniędzy,  żeby  tam 

pojechać na własny koszt? W niektórych porach roku przeloty są dość 

tanie. 

-  Ale  nie  dostatecznie  tanie.  Raty  za  grunt  pożerają  całą  moją 

gotówkę. 

background image

- O! 

Pod jego uważnym spojrzeniem Amy kręciła się niespokojnie. 

- Wiem, co o mnie myślisz. Że nigdy nie byłam rozsądna i to jest 

następny tego dowód. 

- Nie, myślałem zupełnie o czymś innym. 

- To znaczy? 

-  Myślałem  właśnie,  że  nie  masz  w  sobie  egoizmu  i  wykazujesz 

zdumiewającą  dojrzałość.  Nie  zniechęcaj  się,  Amy.  Na  pewno 

wygrasz  ten  wyjazd.  Ja  też  będę  zwracał  uwagę  na  konkursy. 

Postaram ci się pomóc. 

- Będę bardzo wdzięczna - uśmiechnęła się do niego ciepło. - Czy 

wiesz,  że  jesteś  jedyną  osobą,  jaką  znam,  która  była  na  Hawajach? 

Jeszcze ciągle mam tę widokówkę z portu, którą mi przysłałeś. 

-  Zachowałaś  taką  zwykłą  pocztówkę?  -  Jack  wydawał  się 

zadowolony. 

-  Oczywiście!  Moje  przyjaciółki  bardzo  mi  zazdrościły. 

Widokówka  od  żeglarza!  Hawaje  zawsze  mi  się  wydawały  rajem, 

może  dlatego,  że  ojciec  tyle  o  tym  opowiadał.  A  ty  nie  miałeś  chęci 

tam zostać? 

- Nie. Na Hawajach jest bardzo ładnie, ale to nie jest miejsce dla 

wszystkich. 

-  Możliwe,  że  nie  dla  wszystkich,  ale  zdecydowanie  dla  mamy  i 

ojca.  A  jeśli  oni  się  tam  przeniosą,  ja  pojadę  z  nimi.  Będą 

potrzebowali kogoś do opieki. 

- Czy twój ojciec całkiem wyzdrowiał? 

background image

-  Nie.  Urazy  głowy  zostawiają  zawsze  ślady.  Chwilami  robi 

wrażenie bystrego, jest przytomny, ale często coś zapomina, nie umie 

się  skoncentrować.  Dlatego  tak  okropnie  przeżywam  tę  sprawę  z 

inwestycjami. 

- A mama? 

- Ona ciągle się uważa za Filipinkę, cudzoziemkę, a ojca za swego 

opiekuna, bohatera, jakim zawsze dla niej był. Pozwala mu zajmować 

się  finansami,  a  gdy  on  coś  poplącze,  wzywa  mnie.  Sama  nie  chce 

brać na siebie odpowiedzialności. 

- To spore obciążenie dla ciebie. 

- Nie jest tak źle. A poza tym odpowiada mi pomysł przeniesienia 

się na Hawaje. Ma w sobie coś z przygody. 

-  Byłaś  dzisiaj  tak  blisko  wygranej...  Cholera!  Powinienem  był 

wyznaczyć  innego  disc  jockeya  na  sędziego,  gdy  zobaczyłem  twoje 

nazwisko wśród finalistów. 

- Evelyn Saint mogła wygrać mimo to, bo jest dobrą tancerką. Już 

nie  jestem  na  ciebie  zła.  Postąpiłeś  zgodnie  ze  swoim  sumieniem,  a 

mnie może się udać następnym razem. 

-  Umiesz  przegrywać  jak  prawdziwy  sportowiec,  ale  i  tak  czuję 

się podle. 

- Daj spokój. Powiedz mi lepiej coś o tym projekcie czytelni. Kto 

cię w to wciągnął? 

- Brzęczyk McGee. 

Amy zaśmiała się. 

- Kto? 

background image

-  Brzęczyk  to  bardzo  oryginalny  chłopak.  W  dnie,  kiedy  nadaję 

koncert życzeń dla nastolatków, ciągle otrzymuję prośby, żeby nadać 

jakąś melodię  od  Brzęczyka  dla  Julii  albo  od  Brzęczyka  dla  Stefanii. 

Dziesiątki dziewczyn przewijają się w tych prośbach, a dzwonią różne 

osoby. Zacząłem dopytywać się o niego i okazało się, że Brzęczyk ma 

siedemnaście lat i prowadzi coś w rodzaju młodzieżowego syndykatu. 

Nazywają go Brzęczyk, bo ma stale przy sobie pagera. 

- Czy to coś takiego, co noszą przy paskach lekarze w szpitalach? 

-  Właśnie.  Rodzice  Brzęczyka  są  nieprzyzwoicie  bogaci  i  dają 

synowi  wszystko,  czego  zapragnie.  On  to  oczywiście  wykorzystuje  i 

wynajmuje sobie kolegów, którzy robią za niego dosłownie wszystko, 

łącznie z pisaniem wypracowań. 

- Niesłychane! 

-  Spotkałem  go  po  pewnym  czasie,  gdy  zaproponowałem  mu 

występ  w  roli  disc  jockeya  w  moim  programie.  Wtedy  odkryłem,  że 

on nie umie czytać. 

- Ponieważ nigdy nie musiał. 

-  Aż  do  chwili,  gdy  zapragnął  zostać  disc  jockeyem.  Nie  zdawał 

sobie  sprawy,  że  umiejętność  czytania  jest  w  tej  sytuacji  niezbędna. 

Bardzo  się  jednak  do  tego  zapalił  i  uznał,  że  praca  w  radiu  jest  jego 

przeznaczeniem. Teraz uczę go czytać w tajemnicy przed wszystkimi. 

Tylko ty o tym wiesz. - Popatrzył na nią wymownie. 

Amy uniosła rękę jak do przysięgi. 

-  Możesz  być  pewien,  że  nie  zdradzę  twego  sekretu,  jeśli  ty  nie 

zdradzisz mojego. 

background image

-  Umowa  stoi.  W  każdym  razie  Brzęczyk  twierdzi,  że  bardzo 

często dzieci mają kłopoty z czytaniem, ale dopiero gdy znajdą się w 

szkole  średniej,  zaczynają  się  tego  wstydzić  i  robią  wszystko,  aby  to 

ukryć. 

- Jak zamierzasz ich ściągnąć do tej czytelni? 

-  Zorganizujemy  coś  w  rodzaju  klubu,  zainstalujemy  dobry 

system  nagłaśniający,  żeby  nie  było  nudno  i  ponuro.  Urządzimy  też 

barek  z  kanapkami,  co  powinno  przynieść  pewien  dochód. 

Zgromadzimy materiały do czytania i sprowadzimy młodych ludzi do 

pomocy. Powinni być raczej w twoim wieku niż w moim. 

- Aż tacy młodzi? - zaśmiała się ironicznie. 

- Co prawda w hawajskim stroju wyglądałaś bardzo dojrzale. Czy 

twoi rodzice wiedzą, że pokazujesz się w ten sposób? 

-  Jack,  mam  dwadzieścia  cztery  lata  i  nie  potrzebuję  ich 

pozwolenia. 

-  Rzadko  prosiłaś  o  pozwolenie,  nawet  gdy  go  potrzebowałaś. 

Zawsze byłaś samodzielna i uparta. 

-  I dlatego spodziewasz się,  że dopnę swego z tym  wyjazdem na 

Hawaje. 

- Jestem pewien, że tak. - Obracał w ręku pustą butelkę po piwie, 

ale nie spuszczał wzroku z Amy. 

W pewnej chwili otrząsnął się z zamyślenia i wstał. 

- Lepiej już pójdę - rzekł. 

Amy też się podniosła, choć żałowała, że Jack już odchodzi. 

background image

- Dziękuję za przywiezienie mi robota i za pizzę. Była wspaniała. 

Nie rozmawialiśmy ze sobą od wieków. 

- Tak. Jakoś straciliśmy ze sobą kontakt po wyjeździe Brada. 

Jack przyniósł swój płaszcz z pokoju i ubierając się, powiedział: 

-  Gdybyś  chciała  mnie  odwiedzić  w  radiu,  będziesz  mile 

widziana. 

-  Bardzo  dziękuję.  Może  to  kiedyś  zrobię  -  obiecała,  ale 

zastanawiała  się  jednocześnie,  pod  jakim  pretekstem  mogłaby  tam 

pójść.  Nie  łączyło  ich  nic  poza  jego  niejasną  obietnicą  pomocy  przy 

następnych  konkursach,  ale  za  nic  nie  chciała  dopuścić,  aby  Jack 

zniknął z jej życia. 

- Jack! 

- Słucham? 

-  Mówiłeś,  że  jest  więcej  dzieciaków,  które  mają  te  same 

problemy z czytaniem, co Brzęczyk. 

- On tak twierdzi. 

- Wasz klub nieprędko będzie czynny. Jak sobie poradzą do tego 

czasu? 

-  Nie  wiem.  Ja  nie  mogę  się  podjąć  uczenia  więcej  niż  jednej 

osoby. Będą musiały jakoś sobie radzić. 

-  A  gdybym  ja  ci  w  tym  pomogła?  Mogłabym  zaopiekować  się 

którymś  dzieckiem.  Pamiętam  jeszcze,  co  to  znaczy  mieć  kłopoty  w 

szkole. 

- To bardzo szlachetnie z twojej strony, ale... 

Amy najeżyła się. 

background image

- Ja umiem czytać, Jack! 

-  Wiem.  Nie  w  tym  problem.  O  Brzęczyku  dowiedziałem  się 

przypadkowo  i  tylko  przez  niego  mogę  dotrzeć  do  następnego 

kandydata. Chodzi o to, by nie pomyślał, że zawiodłem jego zaufanie. 

Amy  spuściła  głowę  i  uporczywie  wpatrywała  się  w  swoje 

paznokcie. 

- Jeśli uważasz, że się nie nadaję, to powiedz wprost. 

-  Wcale  tak  nie  myślę.  Tylko...  Wolałabyś  uczyć  chłopca  czy 

dziewczynę? 

Amy podniosła głowę. 

-  A  czy  to  ma  jakieś  znaczenie?  Po  moich  wieloletnich 

doświadczeniach  z  Bradem  i  tobą  mogę  dać  sobie  radę  tak  samo  z 

chłopcem, jak z dziewczyną. 

- Amy, niektórzy z tych chłopców są... 

- Jack, ja chodziłam z takimi chłopakami na randki! 

Jack wzdrygnął się. 

- Dobrze to pamiętam. 

- Nie chcę się napraszać. Może lepiej zapomnijmy o całej sprawie. 

-  Nie.  Podoba  mi  się  ten  pomysł.  Im  więcej  się  nad  tym 

zastanawiam,  tym  bardziej  jestem  pewny,  że  poradzisz  sobie 

wspaniale. Wyszukam ci ucznia. 

- Świetnie - uśmiechnęła się z zadowoleniem. 

-  Rozumiesz,  oczywiście.  -  dorzucił  Jack  -  że  jest  to  praca 

społeczna.  Choć  rodzice  Brzęczyka  są  bogaci,  on  nie  płaci  mi  ani 

centa. 

background image

-  Rozumiem  doskonale  -  powiedziała  wyniośle.  -  Nie  jesteś 

jedynym człowiekiem na ziemi, który chce coś zrobić dla innych. 

- Wiem. Widzę przecież, ile robisz dla swoich rodziców. 

Jack spoglądał z uśmiechem w jej piwne oczy rozbłysłe gniewem. 

Jak  dobrze  znał  to  nieugięte  spojrzenie.  Doszedł  do  wniosku,  że 

brakowało mu tej czupurnej dziewczyny. A teraz znowu włącza się w 

jego  życie  -  chwilowo.  Bo  niedługo  pewnie  wyląduje  na  stałe  na 

Hawajach, jeśli jej zwariowany plan się powiedzie.  

Gdy  tak  patrzył  na  jej  zaróżowione  od  chłodu  policzki  i  czubek 

nosa, naszła go ryzykowna myśl. Co by było, gdyby ją pocałował? 

 

Kiedy  w  niedzielę  po  południu  Amy  weszła  do  mieszkania 

rodziców, powitał ją grad pytań i wymówek ze strony ojca. 

- Dlaczego nie powiedziałaś nam, że masz zamiar uczestniczyć w 

tym wariackim popisie? - Virgil Hobson potrząsnął gazetą, wskazując 

dużą  fotografię,  na  której  widniała  Amy  w  czasie  tańca.  -  Wiem,  że 

ciągle  bierzesz  udział  w  tych  głupich  konkursach,  ale  paradować 

półnago na tym zimnie to już naprawdę przesada. 

Matka Amy podała ojcu filiżankę kawy i usiadła na kanapie obok 

córki. 

- Może miała powód, żeby nam o tym nie mówić - zauważyła. 

- Oczywiście, że miała. Wiedziała, że zrobiłbym piekło. 

Amy  milczała,  próbując  nie  zwracać  uwagi  na  napastliwy  ton 

ojca.  Od  czasu  wypadku  pan  Hobson  pokrywał  brak  refleksu  i 

umiejętności  koncentracji  krytykowaniem  wszystkich  wokół.  Taka 

background image

taktyka  nie  zdawała  egzaminu  wobec  Amy,  która  usposobieniem 

przypominała ojca. 

Zupełnie  inaczej  było  z  jej  matką.  Consuela  Hobson  nie 

sprzeciwiła się mężowi ani razu, od czasu gdy jako siedemnastoletnia 

dziewczyna  została  jego  żoną  w  Manili.  Prawie  dwa  razy  od  niej 

starszy  i  dużo  wyższy,  przystojny  marynarz  olśnił  ją  zarówno  swym 

oficerskim mundurem, jak i opowiadaniami o wspaniałym życiu, które 

ich czeka w Stanach Zjednoczonych. 

I rzeczywiście, wiedli przyjemny żywot do chwili, gdy Virgil nie 

był  już  w  stanie  podejmować  wszystkich  decyzji.  Jednak  Amy 

wiedziała,  że  mimo  to  matka  pozwala  mu  kierować  wszystkim  jak 

dawniej. 

-  Tatusiu,  a  gdybym  wygrała  piękny  kuchenny  robot  dla  mamy, 

czy zmieniłbyś zdanie? - spytała. 

- Jaki robot? 

- Pokażę ci, mam go w samochodzie. 

- Naprawdę? 

-  Tak.  To  bardzo  sprytne  urządzenie.  Kroi,  sieka,  obiera  i 

rozdrabnia jarzyny, wyrabia ciasto, a nawet pewnie podrapałby cię po 

plecach, gdybyś tylko wiedział, który guzik nacisnąć. 

- Amy, powinnaś go zachować dla siebie - zaprotestowała matka. 

- Dla siebie? Mamo! - zaśmiała się Amy. 

-  Ona  ma  rację, Connie  -  poparł  ją  ojciec,  śmiejąc  się  również.  - 

Strach pomyśleć, co ona by zrobiła z taką maszyną. 

background image

- Nie o to chodzi, tato. Mogłabym nauczyć się ją obsługiwać, ale 

wcale nie mam na to ochoty. 

-  To  niedobrze.  Nie  wyjdziesz  za  mąż  za  porządnego  człowieka, 

jeśli nie będziesz umiała gotować. 

- Mogę wyjść za kucharza. 

-  Większość  mężczyzn  oczekuje  od  żon,  że  potrafią  gotować. 

Jednym  z  powodów,  dla  których  zainteresowałem  się  twoją  matką, 

była  jej  kuchnia.  A  ty  pewnie  ciągle  posługujesz  się  kuchenką 

mikrofalową. 

-  Tak,  tato,  jestem  beznadziejna  -  odparła  Amy.  -  Mamo,  czy 

zechcesz przyjąć ode mnie ten robot? 

- Jeśli jesteś pewna, że nie będziesz go używać... 

- Z pewnością nie będę. Przyniosę go. 

- Pójdę z tobą i pomogę ci - powiedziała matka. 

- Dobrze, mamo. 

Amy objęła matkę ramieniem i uścisnęła, wychodząc razem z nią 

z pokoju. W ostatnich latach Amy czuła się bardziej siostrą niż córką 

tej  drobnej,  cichej  kobiety,  która  sięgała  jej  do  brody.  Zastanawiała 

się,  czy  ktoś  obcy  odgadłby  ich  pokrewieństwo.  Jedyne,  co  miały 

wspólnego, to ciemne włosy i oczy. 

- Nie przejmuj się tym, co ojciec mówi, Amy - uspokajała ją pani 

Hobson,  gdy  wkładały  płaszcze  w  przedpokoju.  -  Ojciec  bardzo  cię 

kocha. 

- Wiem. Kocha nas wszystkich, ale też sądzi, że tylko on wie, co 

dla każdego najlepsze. 

background image

Pani Hobson milczała. 

-  Mamo  -  upierała  się  dalej  Amy,  choć  wiedziała,  że  jej 

argumenty  nic  nie  zmienią  -  nie  możesz  pozwolić  mu  decydować  o 

wszystkim, tak jak dawniej. Wiesz, że nie jest w stanie... 

- Doskonale daje sobie radę - przerwała jej matka. 

Amy  popatrzyła  w  zadumie  na  egzotyczne  rysy  matki.  Często  ją 

dziwiło,  że  ktoś  tak  delikatny  jak  ona  może  być  jednocześnie 

niezmiernie  stanowczy  i  uparty.  W  pewnych  chwilach  skośne  oczy 

matki stawały się nieodgadnione, a twarz przybierała wygląd gładkiej 

maski. Dalsza dyskusja traciła sens i Amy dobrze o tym wiedziała. 

- W porządku - rzekła. - Niech tak będzie. 

Otworzyła samochód i wyciągnęła pudło z robotem. 

- Jestem przekonana, że bardzo ci się przyda. 

- Zawsze miałam ochotę na coś takiego. Jeśli jesteś pewna... 

- Jak najpewniejsza. Czy mogłabyś zamknąć drzwi samochodu? 

- Amy, poczekaj chwilę. Zanim wrócimy do domu, chciałabym ci 

coś powiedzieć. 

- Co takiego? 

-  Ja  wiem,  dlaczego  robisz  wszystko,  aby  wygrać  wycieczkę  na 

Hawaje. 

 

ROZDZIAŁ 3 

Niewiele brakowało, a Amy upuściłaby pudło na ziemię. 

- Ty wiesz...!? 

background image

-  Oczywiście.  Obydwie  zdajemy  sobie  sprawę,  jak  bardzo 

twojemu ojcu zależy na przeniesieniu się na Hawaje. Nie udało ci się 

mnie zwieść. Ten wyjazd miał być dla nas, tak? 

- Ja... ja... 

-  Nie  martw  się,  nie  powiem  mu  i  nie  popsuję  ci  niespodzianki. 

Uważam,  że  świetnie  sobie  radzisz  w  tych  konkursach.  Zawsze  coś 

wygrywasz. 

- Mamo, to nie jest zupełnie tak. 

-  Nie  przejmuj  się.  Wejdźmy  do  domu,  bo  zimno.  Chciałabym 

tylko cię zapewnić, że rozumiem, co chcesz osiągnąć. 

Amy  nie  wiedziała,  jak  wspomnieć  o  swych  planach,  nie 

zdradzając  wszystkiego.  Matka  doszła  do  wniosku,  że  ona  odda 

rodzicom wycieczkę, jeśli ją wygra. Wszystko się pogmatwało. 

-  A  przy  okazji  -  kontynuowała  Consuela,  gdy  wchodziły  do 

mieszkania  -  co  słychać  u  Jacka  Blickensderfera?  Czy  to  jego 

fotografia była w gazecie? 

-  Tak.  U  niego  wszystko  dobrze.  Właśnie  umówiliśmy  się,  że 

będę mu pomagała uczyć młodzież czytać. 

-  Naprawdę?  To  wspaniale,  Amy.  Myślę,  że  powinnaś 

opowiedzieć o tym ojcu. 

Amy postawiła pudełko na podłodze i zdjęła płaszcz. 

- Wolę mu nic nie mówić. 

- Dlaczego? 

-  Bo  na  pewno  uzna,  że  ja  sama  powinnam  wrócić  do  szkoły, 

zamiast uczyć innych. 

background image

- To prawda, był rozczarowany, że nie otrzymałaś stypendium jak 

Brad.  Mogłabyś  zresztą  kontynuować  naukę  na  wieczorowych 

kursach. 

- Ale czego miałabym się uczyć, mamo? Nic mnie specjalnie nie 

interesuje,  więc  po  co  marnować  pieniądze.  Brad  zawsze  chciał  być 

inżynierem, a ja nigdy nie miałam takich pragnień. 

-  Mimo to  chyba  warto  powiedzieć  ojcu,  że  pomagasz  Jackowi  - 

rzekła matka. - Ojciec zawsze go lubił. 

- Ja też - odparła Amy z uśmiechem. 

Amy  nie  powiedziała  ojcu  o  lekcjach,  natomiast  sama  często  o 

nich myślała. Coś, co miało być tylko pretekstem do spotykania się z 

Jackiem,  powoli  przybrało  formę  osobistego  wyzwania,  nowej  pasji 

mogącej ubarwić dość nudne życie, jakie ostatnio wiodła. 

Amy pamiętała swoje własne kłopoty w szkole na lekcjach języka 

ojczystego.  Umiała  oczywiście  czytać,  ale  nie  lubiła  drobiazgowych 

omówień i analiz literackich. Czytała książki według własnego gustu i 

przemycała  je  w  okładkach  szkolnych  podręczników,  zamiast 

zajmować się obowiązkową lekturą.  

Były to  współczesne powieści o żywej akcji, ale mogły być zbyt 

trudne dla  tych, których  miała uczyć.  Rozglądała  się  po księgarniach 

za  czymś  odpowiednim,  jednak  wróciła  do  domu  tylko  z  kilkoma 

czasopismami  poświęconymi  muzyce  rockowej.  Będzie  musiała 

poczekać  z  zakupem  do  chwili,  kiedy  się  dowie,  kogo  jej  Jack 

wybierze na ucznia. 

Pewnej środy Jack zadzwonił ze studia. 

background image

-  Amy,  mam  tylko  dwie  minuty,  pomiędzy  jednym  nagraniem  a 

drugim.  Znalazłem  kogoś  dla  ciebie.  Ma  szesnaście  lat,  a  na  imię 

Steve. Jutro mam wolny dzień. Czy możesz przyjść do mnie, żeby go 

poznać? 

- Oczywiście. 

-  Mieszkam  dość  blisko  ciebie.  Osiedle  nazywa  się 

Mountainview.* 

Amy zaśmiała się. 

- I rzeczywiście? 

- Co rzeczywiście? 

- Masz z okien górski widok? 

-  Jak  wszyscy  w  Bellingham.  Każdy  dom  można by  tak nazwać. 

Nieważne. Mieszkam pod numerem 24B. 

- Zapisałam. 

- W porządku. Spotkamy się jutro o siódmej, zgoda? 

-  Doskonale  -  odparła  Amy  i  usłyszała,  że  Jack  już  odłożył 

słuchawkę. - Miło było porozmawiać z tobą. Ładnie, że zadzwoniłeś - 

dodała mimo to. Jego głos płynął już z radia. 

-  A  teraz  posłuchajmy  jednego  ze  starych,  lecz  zawsze  młodych 

szlagierów.  Nadaję  go  dla  pewnej  dawnej  znajomej,  mieszkanki 

naszego  miasta,  Bellingham.  Myślę,  że  i  inni,  którzy  kiedyś  lubili  tę 

melodię, chętnie odświeżą wspomnienia. 

 

mountain - (ang.) góra, view - (ang.) widok 

background image

Gdy  łagodne  dźwięki  klasycznego  już  utworu  Simona  i 

Garfunkela  „Bridge  Over  Troubled  Water"  rozległy  się  z  głośników, 

Amy wiedziała, że Jack wybrał tę melodię specjalnie dla niej. Była to 

rzeczywiście  stara  piosenka,  którą  Amy  usłyszała  po  raz  pierwszy, 

gdy miała osiem lat. Jack i Brad byli już nastolatkami. Jack przyniósł 

tę  płytę  do  nich,  aby  puścić  ją  Bradowi.  Amy,  zafascynowana, 

zdecydowała  natychmiast,  że  będzie  to  melodia  jej  życia. 

Kiedykolwiek potem chłopcy słuchali płyt, zawsze prosiła, aby ją dla 

niej nastawiali. 

W  późniejszych  latach  nieraz  słuchała  tej  melodii,  gdy  miała 

jakieś kłopoty lub zmartwienia. Zawsze potrafiła ją pocieszyć. Dawno 

jej nie słyszała. Jaka szkoda. Poczciwy Jack, pomyślała w przypływie 

ciepłych  uczuć. Musi  mu  się  za  to  zrewanżować.  Zajmie  się  solidnie 

nauką Steve'a. Sprawi, że Steve będzie wkrótce gotów do studiów nad 

klasyczną literaturą angielską, a Jack będzie z niej dumny. 

Tego  wieczoru  Amy  szła  spać,  marząc,  jak  świetnie  pokieruje 

swoim  uczniem,  który  pewnego  dnia  stanie  się  znakomitym 

biznesmenem  lub  politykiem.  A  może  lekarzem,  naukowcem,  który 

odkryje lek na jakąś straszną chorobę. Wtedy napisze książkę o swojej 

pracy  i  zadedykuje  ją  Amy  Hobson,  osobie,  która  odmieniła  jego 

życie. 

Następnego dnia, patrząc na chłopaka, który siedział naprzeciwko, 

uznała,  że  trochę  się  zagalopowała  w  swoich  marzeniach.  Steve 

Garrigan  nie  wyglądał  jak  ktoś,  kogo  czeka  światowa  sława.  Ubrany 

background image

był  w  obszarpaną  koszulkę  i  powypychane,  bawełniane  spodnie  w 

kolorze starego zmywaka.  

Przed  zimnem  listopadowego  wiatru  chroniła  go  tylko  flanelowa 

koszula,  która  kiedyś  mogła  być  niebieska.  Jeden  z  loków  na  jego 

niewątpliwie  zaondulowanej  głowie  był  cyklamenowy.  Reszta 

włosów,  obcięta  na  różnych  długościach  i  spadająca  zmierzwioną 

grzywą na oczy, przypominała kolorem błoto. 

Amy nie miała wątpliwości, że nie potrafi czytać. Nie była nawet 

pewna,  czy  w  ogóle  mógł  coś  widzieć  poprzez  splątaną  grzywę. 

Tłumaczyłoby to, dlaczego każde sznurowadło przy jego butach miało 

inny kolor.  

Nie  powiedział  wiele  od  chwili,  gdy  niedbale  rozwalił  się  na 

środku kanapy. Amy i Jack zajęli miejsca naprzeciwko. Jack próbował 

nawiązać rozmowę. 

- Lubisz te koszulki? - zapytał. 

- Taa - mruknął bez entuzjazmu Steve. 

- Inni też? 

- Prawie wszyscy. 

Jack  spojrzał  na  Amy,  szukając  u  niej  ratunku.  Zdecydowała  się 

spróbować mu pomóc. 

- Czy uprawiasz jakiś sport, Steve? 

- Nie. 

-  Ale  myślę,  że  lubisz  majsterkować  przy  samochodach?  - 

zapytała  Amy,  gratulując  sobie  w  duchu,  że  wpadła  na  tę  myśl.  Bo 

jakby się mógł ubrudzić do tego stopnia w inny sposób? 

background image

- Skasowałem swój samochód w zeszłym tygodniu. 

- O Boże! 

Steve wzruszył ramionami. 

-  I  tak  była  to  kupa  rdzy.  Ale  nie  mam  czym  jeździć  do  roboty, 

więc mnie wylali. 

Amy popatrzyła z rozpaczą na Jacka. Biedny dzieciak, pomyślała. 

-  Może  dostaniesz  jakąś  lepszą  pracę  następnym  razem  - 

powiedziała, usiłując zachować pogodny nastrój. 

Steve znowu wzruszył ramionami. 

- Ty jesteś nauczycielką? - spytał. 

- Nie, niezupełnie - odparła. 

- Brzęczyk powiedział, że jesteś - rzekł oskarżycielskim tonem. 

-  No  wiesz,  ofiarowałam  się  pomóc  ci  w  angielskim,  więc 

właściwie jestem - zgodziła się Amy. 

-  W  czytaniu  -  poprawił  ją  Steve.  -  Nie  idzie  mi  dobrze  z 

czytaniem. 

Szczerość,  z  jaką  to  powiedział,  chwyciła  ją  za  serce.  Czy  ten 

chłopak miał jakąś radość w życiu? Nic na to nie wskazywało. Czy on 

się czasem śmieje lub choćby uśmiecha? 

- A więc chciałbyś mieć lekcje? - zapytała, pochylając się w jego 

stronę. 

- Nie mam nic do roboty. Niech będzie. 

Amy wyjęła z torebki złożoną kartkę papieru. 

background image

-  Przypomniałam  sobie  coś  z  moich  szkolnych  lat,  co  mi  bardzo 

pomogło.  -  Podeszła  do  Steve'a,  który  wcisnął  się  głębiej  w  oparcie 

kanapy. 

- Chcesz, żebym coś przeczytał na głos? - zapytał. 

- Nie. - Podała mu kartkę. - To jest umowa. Napisałam ją w pracy, 

na maszynie. 

Steve  delikatnie  wziął  papier  do  ręki  i  wpatrywał  się  w  kilka 

wypisanych na nim wierszy. 

- Nie znam tych wszystkich słów - rzekł. 

- Nic nie szkodzi. Tym razem musisz mi uwierzyć. Powiem ci, co 

jest napisane na tej kartce. Ale nie zawsze będziesz mógł ufać komuś, 

kto ci każe coś podpisać. Dlatego jest takie ważne, abyś umiał dobrze 

czytać. 

- Brzęczyk zawiera umowy, ale ktoś inny mu je przygotowuje. 

Amy  spojrzała  na  Jacka.  Ten  Brzęczyk  był  niewątpliwie 

nieprzeciętną postacią. 

-  Jestem  pewna,  że  Brzęczyk  ufa  tej  osobie,  która  je  dla  niego 

sporządza,  ale  co  się  stanie,  jeśli  kiedyś  będzie  musiał  polegać  na 

kimś, kogo dobrze nie zna? 

-  On  też  tak  mówi.  -  Steve  znów  popatrzył  na  kartkę.  -  Tak, 

myślę, że umowy są ważne. A o co chodzi w tej umowie? 

- Ta umowa mówi, że w następnym miesiącu ty i ja będziemy się 

spotykać  każdego  tygodnia  na  jedną  godzinę  oraz  że  ty  co  najmniej 

dwie  godziny  w  tygodniu  będziesz  odrabiał  pracę  domową,  którą  ci 

zadam. 

background image

- To wszystko? 

- Tak. 

- Rozumiem, że będziesz wiedziała, jeśli nie przyjdę na lekcję, ale 

skąd  możesz  być  pewna,  że  naprawdę  spędzę  dwie  godziny  w  domu 

na czytaniu, które mi zadasz? 

- Nie będę wiedziała na pewno. Ale jeśli podpiszesz tę umowę, to 

jakbyś  dał  słowo  honoru  i  ja  wierzę,  że  go  dotrzymasz.  Proszę,  oto 

pióro. 

- Mam podpisać w tej linijce na dole? 

- Tak, pod moim podpisem. Ja już podpisałam. 

Steve popatrzył na nią. 

- To ta umowa jest także dla ciebie? 

-  Tak.  Obydwoje  zgadzamy  się  na  taki  układ.  Jedna  z  moich 

nauczycielek  dała  mi  do  podpisania  taką  umowę  w  szkole  i  od  tego 

czasu zaczęłam traktować naukę o wiele poważniej. Właśnie dlatego, 

że złożyłam tam podpis. 

Steve rozpostarł papier na kolanach i wpatrywał się w niego. 

-  Coś  w  tym  jest  -  rzekł  i  podpisał  się  we  wskazanym  miejscu.  - 

Proszę. 

Oddał jej kartkę i pióro. 

- Jaki wieczór ci odpowiada? - zapytała Amy. 

- Wszystko mi jedno. Choć może nie w piątek ani w sobotę. 

Amy  uśmiechnęła  się,  podejrzewając,  że  w  te  dni  umawia  się  z 

dziewczyną. Byłby to jedyny jasny moment w jego ponurym życiu. 

- Umawiasz się z dziewczynami w weekend? 

background image

- Chciałbym. Może mi się kiedyś coś trafi - odparł. 

-  A  więc  naszym  dniem  będzie  środa.  U  mnie,  w  Bayview 

Apartments. Czy to nie za daleko dla ciebie? 

- Przyjdę. 

- Numer 106. - Amy wstała i wyciągnęła rękę - Było mi miło cię 

poznać, Steve. 

Steve wstał i delikatnie uścisnął jej rękę. 

- Mnie też. 

Ręce  miał  szorstkie  od  pracy.  Amy  zastanawiała  się,  czy  jego 

poprzednia  praca  to  było  zmywanie  w  restauracji.  Mimo  że  ledwie 

dotknął jej ręki, Amy wyczuła, że cały drży. Biedny dzieciak. Za tymi 

szpanerskimi  łachmanami  i  farbowanymi  włosami  krył  się 

przestraszony  mały  chłopiec.  Podziwiała  go,  że  odważył  się  tu 

przyjść. 

Steve cofnął się niezgrabnie w stronę drzwi. 

- To ja już pójdę - rzekł. 

Jack odprowadził go do wyjścia i poklepał po ramieniu. 

- Gratuluję, Steve, że się na to zdobyłeś. Ja wiem, że to wymagało 

odwagi. 

- Tak - mruknął Steve po lekkim wahaniu i wypadł przez drzwi. 

Amy osunęła się na kanapę. 

-  Och,  Jack,  co  za  biedny  chłopak!  I  mówisz,  że  takich  jest 

więcej? 

- Jasne. Byli też wtedy, kiedy ty chodziłaś do szkoły. Mówiłaś, że 

się z takimi umawiałaś. 

background image

-  Nie.  Myliłam  się.  Umawiałam  się  z  niektórymi  narwanymi 

chłopakami,  ale  oni  uprawiali  sport,  mieli  dobre  samochody,  jakieś 

rozrywki. A co ma ten biedny dzieciak? 

-  Niewiele.  -  Jack  krążył  nerwowo  po  pokoju.  -  Ale  teraz  ma 

ciebie. Jestem ci bardzo wdzięczny, że zaproponowałaś swoją pomoc, 

Amy.  Poddałaś  mi  zupełnie  nowy  pomysł.  Mógłbym  zorganizować 

grupę  wolontariuszy,  takich  jak  ty,  którzy  uczyliby  ich,  zanim 

ruszymy z czytelnią. 

- Oczywiście, że mógłbyś. To świetna myśl, Jack. 

- To przecież ty wymyśliłaś. - Oczy błyszczały mu podnieceniem. 

-  Ale  muszę  postępować  bardzo  rozważnie.  Nieodpowiedni  ludzie 

mogliby  bardzo  zaszkodzić  sprawie.  Ty  jesteś  wrażliwa  i  delikatna, 

ale nie każdy potrafiłby postępować z takim chłopakiem jak Steve. 

-  W  pierwszej  chwili  sama  się  przestraszyłam.  Ale  doszłam  do 

wniosku,  że  on  się  ukrywa  za  tym  strojem  i  fryzurą.  Kiedy  się  tego 

domyśliłam, przestały mi przeszkadzać. 

Jack usiadł koło Amy i położył dłonie na jej ramionach. 

-  Miałaś  genialny  pomysł  z  tą  umową.  Amy,  jesteś  naprawdę 

wspaniała. 

- Dziękuję. 

Uśmiechnęła  się  trochę  niepewnie.  Dotyk  jego  rąk  wywołał 

dreszcz, jakiego nigdy przedtem nie doznała. Kiedyś obejmowanie się 

i  uściski  były  zwykłą  rzeczą  w  rodzinie  Hobsonów,  a  Jacka  zawsze 

traktowano  jak  jedno  z  dzieci.  Jednak  rodzina  już  dawno  się 

rozproszyła i Amy odwykła od tych rodzinnych gestów i odruchów. 

background image

-  A  teraz  wzorem  Steve'a  chyba  sobie  już  pójdę  -  powiedziała  z 

lekkim uśmiechem. - Masz pewnie jakieś zajęcia na dziś. 

- Brzęczyk przychodzi o ósmej. 

-  Spędzasz  wolny  wieczór,  udzielając  lekcji?  -  Amy  pokręciła 

głową zdumiona. - Co by sobie pomyśleli twoi wielbiciele, Jack? 

-  Nie  dowiedzą  się.  Niech  myślą,  że  spędzam  wieczory  w 

towarzystwie pięknych dziewcząt. 

- Z pewnością czasem to robisz? 

-  Tak.  Mam  jeszcze  jeden  wolny  wieczór  w  tym  tygodniu  -  w 

niedzielę. 

Amy miała wielką ochotę spytać, czy ma jakąś stałą dziewczynę, 

ale  nie  wiedziała,  jak to  zrobić  i  do czego  właściwie  potrzebna  jej ta 

wiadomość. 

- Właśnie myślałam, że Jack, którego kiedyś znałam, nie mógł się 

tak bardzo zmienić - powiedziała tylko. 

- Ani ta Amy, którą ja znałem - odparł Jack. - Jestem pewien, że 

zawsze kilku chłopaków kręci się koło ciebie. 

- Kilku - powiedziała Amy niedbale. 

- Ale nie jesteś poważnie zaangażowana? 

Amy  zaprzeczyła,  myśląc,  że  Jack  nie  wahał  się  spytać,  ale  Jack 

zawsze otaczał ją opieką. 

- Od czasu Philipa stałam się ostrożna. Poza tym, nie ma sensu się 

wiązać, jeśli mam się przenieść na Hawaje, prawda? 

- Raczej nie. Brałaś udział w jakichś konkursach ostatnio? 

background image

- W trzech, w zeszłym tygodniu. Nie sądziłeś chyba, że będę bez 

końca roniła łzy nad tamtym niepowodzeniem? 

-  W  ogóle  nie  spostrzegłem,  abyś  roniła  jakieś  łzy.  Wierzę,  że 

wreszcie wygrasz tę hawajską wycieczkę. 

- Jeśli wygram, pierwszy się o tym dowiesz. 

Amy  włożyła  swą  ciepłą  pikowaną  kurtkę  i  dorzuciła  z 

uśmiechem: 

-  A  wtedy  powiem:  do  widzenia,  ciepła  kurtko  i  szaliku, 

żegnajcie, czapki, rękawiczki i zimowe buty. 

- Chcesz powiedzieć, że tęsknisz do tropiku? 

-  Tak.  Nigdy  nie  lubiłam  zimna  i  wilgoci.  Pozbawiają  mnie 

spontaniczności. 

- A co byś chciała robić? Biegać nago po plaży? 

Żałował,  że  zadał  to  pytanie,  bo  nagle  ujrzał  ją  taką  oczyma 

wyobraźni. 

Amy,  nieświadoma  jego  myśli,  uśmiechnęła  się  z  łobuzerskim 

wdziękiem. 

- Może - powiedziała. 

Jack poczuł, że musi szybko zmienić temat. 

-  Dziękuję  jeszcze  raz,  że  podjęłaś  się  uczyć  Steve'a.  Gdybyś 

chciała porozmawiać o metodach uczenia, zadzwoń do mnie. 

- Mam już parę pomysłów, ale prawdopodobnie zadzwonię przed 

środą, gdy zastanowię się, od czego zacząć. 

- Zadzwoń albo przyjdź do studia. Może ci się to spodoba. 

- Dopaść lwa w jaskini? Dlaczego nie, może wpadnę. 

background image

- Do widzenia, Amy. 

Jack  zamknął  za  nią  drzwi  i  stał  z  rękami  w  kieszeniach, 

rozmyślając.  Powinien  dobrze  zastanowić  się  nad  swoimi 

posunięciami,  inaczej  kiedyś  w  obecności  Amy  może  nad  sobą  nie 

zapanować.  Piwne  oczy,  kiedyś  tak  niewinne  i  psotne,  teraz  były 

zdolne zmienić go w zwierzę. 

Dziś  jej  dotknął,  bo  nie  mógł  się  opanować.  Amy  wyglądała  na 

trochę  tym  przestraszoną  i  to  wystarczyło,  żeby  go  powstrzymać  od 

dalszych kroków. 

A  co  by  zrobiła,  gdyby  ją  objął?  Traktuje  go  ciągle  jak  brata. 

Mogłaby  się  cofnąć  ze  zgrozą.  A  to  by  go  zabolało.  Poza  tym 

zniszczyłby  ich  przyjaźń,  którą  oboje  cenią.  Mimo  wszystko  chętnie 

by  zaryzykował,  gdyby  nie  jedna  rzecz.  Amy  chce  się  wynieść  na 

Hawaje. Nie mogłaby  związać się z  mężczyzną, którego  widywałaby 

tylko od czasu do czasu. 

Zresztą  może  go  w  ogóle  nie  brać  pod  uwagę  jako  kandydata. 

Dobrze się z nim czuje, jak ze starym przyjacielem, i mądrzej będzie 

zostawić wszystko po staremu. 

Dźwięk  dzwonka  przerwał  rozmyślania.  Stał  ciągle  tak  blisko 

drzwi, że automatycznie wyciągnął rękę i otworzył je. 

-  O  rany,  ale  się  przestraszyłem.  Wcale  nie  słyszałem,  kiedy  pan 

podszedł do drzwi. 

- Cześć, Brzęczyk. 

Chłopiec przyjrzał mu się uważnie. 

background image

- Dobrze się pan czuje? Wygląda pan nietęgo. Ej, ale fantastyczny 

kociak minął mnie na schodach. Zna ją pan? Pomyślałem, że może to 

nauczycielka Steve'a. 

- To właśnie ona. 

- Ha! Ma szczęście. 

- Chcesz się z nim zamienić? 

Brzęczyk pomyślał chwilę, zanim pokręcił przecząco głową. 

-  Nie.  Mnie  pan  jest  potrzebny.  Ma  pan  słowa  tej  piosenki 

Madonny? 

- Mam. 

Jack podszedł do biurka i wyciągnął nuty. 

-  Zobaczymy,  czy  potrafisz  przeczytać  całość,  a  potem 

posłuchamy płyty. 

- Może być. 

Brzęczyk rozłożył się na kanapie z nutami w ręku. Gdy studiował 

pierwszą  stronę,  rozległ  się  przerywany  sygnał  z  jego  pagera, 

przytroczonego do paska. 

- Przepraszam na moment. Czy mogę skorzystać z telefonu? 

Jack  skinął  głową,  kryjąc  uśmiech.  To  zdarzało  się  co  najmniej 

dwukrotnie w czasie każdej wizyty Brzęczyka.  

Chłopiec podniósł słuchawkę i wykręcił jakiś numer. 

- Tu Brzęczyk. Co jest? 

Jack  słuchał,  jak  udziela  szczegółowych  informacji  dotyczących 

zadania  z  geometrii.  W  przeciwieństwie  do  Steve'a  Brzęczyk  był 

nienagannie  ubrany  w  szerokie  spodnie  i  koszulę  dobrej  firmy.  Jego 

background image

strój był czysty i tylko z  lekka pognieciony, zgodnie z  wymaganiami 

mody. 

Za  każdym  razem,  gdy  Jack  spotykał  się  z  tym  pewnym  siebie 

elegantem,  musiał  sobie  przypominać,  że  siedemnastoletni  chłopiec 

czyta  na  poziomie  ucznia  czwartej  klasy.  A  gdy  zaczynał  go  uczyć, 

było jeszcze gorzej. 

Brzęczyk odłożył słuchawkę z westchnieniem. 

- Zawsze trzeba im tyle wyjaśniać - rzekł. 

- Może byłoby łatwiej, gdybyś sam odrabiał lekcje. 

-  Skąd by  wtedy  wzięli  pieniądze?  Przecież  ja utrzymuję  połowę 

szkoły - tłumaczył Brzęczyk. 

- A co będzie, gdy skończysz szkołę? 

- Nie ma strachu. Trenuję Steve'a, aby zajął moje miejsce. 

 

W  ciągu następnych kilku tygodni  Jack próbował  myśleć  o  Amy 

jak o dobrze mu znanej, przyszywanej siostrze i przyjaciółce. Ale nie 

zupełnie  mu  się  to  udawało.  Przychodziła  dość  często  do  studia 

radiowego i jej widok coraz bardziej go cieszył. 

Boże  Narodzenie  nadeszło  i  minęło.  Amy  i  Jack  porównywali 

swoje  doświadczenia  i  z  dumą  obserwowali  postępy  uczniów. 

Brzęczyk zaczął już odrabiać samodzielnie niektóre zadania domowe, 

ale jeszcze zatrudniał kolegów, aby móc im wypłacać kieszonkowe. 

Przez  cały  ten  czas  Jack  ćwiczył  się  we  wstrzemięźliwości  i 

trzymaniu  rąk  przy  sobie.  Kolegom  przedstawił  Amy  jako 

„adoptowaną siostrzyczkę". Mimo to pragnął jej coraz bardziej. 

background image

Kiedy  pewnego  wieczora  przyszła  do  radia  na  piętnaście  minut 

przed  końcem  dyżuru,  Jack  zaklął,  obserwując  ją  przez  szybę  studia. 

A niech to! Była prześliczna z policzkami zaróżowionymi od mrozu i 

podniecenia.  Jak  można  się  powstrzymać  od  całowania  tych 

roześmianych  ust?  Niech  diabli  porwą  rozsądek  i  jej  zwariowane 

plany! Czas, żeby się dowiedziała, co on do niej czuje. 

Włączył taśmę z reklamami, nastawił następną płytę i zaprosił ją 

do środka. 

- Czy mogę mówić? - zapytała podekscytowana. 

- Tak. 

-  Zdarzyło  się  coś  cudownego!  -  Oczy  jej  błyszczały  radością.  - 

Zgadnij! 

- Steve przeczytał tygodnik samochodowy od deski do deski. 

- Lepiej! 

- Dostał nowy samochód i posadę. 

- Nie. 

- Brad i Melissa przenoszą się do Bellingham. 

- Jeszcze lepiej. 

Jack  przymknął  oczy.  Wiedział,  co  się  stało,  jak tylko  weszła  do 

studia, ale nie chciał się z tym zdradzić. 

- Pomyśl, Jack. Przecież wiesz, o co walczyłam cały czas. 

Jak  prawdziwy  aktor  udawał,  że  się  domyślił  i  cieszy  z  tej 

niespodzianki. 

- Czyżbyś wygrała wyjazd na Hawaje? 

- Tak! 

background image

- Amy, to wspaniale! Wyobrażam sobie, jak się czujesz. 

Widział  wyraźnie,  że  się  cieszy.  Nie  obchodziło  jej,  że  się 

rozstaną. Myślała tylko o radości rodziców i swojej własnej. 

-  Tym  razem  konkurs  był  tak  łatwy!  Po  tych  głupotach,  które 

musiałam  wypisywać  i  tym  zwariowanym  konkursie  hula

wystarczyło,  że  podałam  odpowiednie  liczby  w  Loterii  Narodowej. 

Wyjazd  na  Hawaje  nie  był  nawet  główną  nagrodą.  Pierwsza  nagroda 

to  cały  dom,  wyobrażasz  sobie?  Ale  ja  wygrałam  wycieczkę.  Cztery 

dni i trzy noce. 

-  Fantastycznie!  Będziesz  miała  dość  czasu,  żeby  obejrzeć  swoją 

działkę. Kiedy wyjeżdżasz? 

- Jak najprędzej. Dlatego tu przyszłam. 

- Mogę dołączyć Steve'a do Brzęczyka, jeśli to cię martwi. 

- Nie. Sama to z nim załatwię. I tak mamy podpisać inną umowę. 

Przyszłam tu, bo mam dla ciebie propozycję. 

- O?! 

-  Wyjazd  jest  dla  dwóch  osób.  Jack,  chciałabym,  żebyś  ze  mną 

pojechał. 

 

ROZDZIAŁ 4 

- Możesz to powtórzyć? 

Jack  myślał,  że  się  przesłyszał.  Amy  nie  mogła  prosić, aby  z  nią 

pojechał  na  Hawaje!  Chyba  że...  Czy  to  możliwe,  żeby  była  nim 

zainteresowana i przezywała w ukryciu to samo co on? 

- Tylko w ten sposób rodzice nie będą nic podejrzewać. 

background image

-  Aha.  -  Stracił  złudzenia.  -  A  dlaczego  nie  poprosisz  którejś  z 

koleżanek? 

- Bo żadna z nich nie ma pojęcia o Hawajach, a ty już tam byłeś. 

Wyjazd  jest  na  wyspę  Oahu,  a  moja  działka  jest  na  Maui.  Jestem 

pewna, że wiesz, jak się poruszać między wyspami i tak dalej. Proszę 

cię, Jack. Bardzo byś mi pomógł. 

Uznał, że musi się zastanowić. Wyjazd z nią na Hawaje mógł być 

pomysłem albo dobrym, albo fatalnym. Nie wiadomo jeszcze, którym 

się okaże. 

-  Nadaję  wiadomości  za  dwie  minuty,  a  potem  jestem  wolny. 

Może pójdziemy gdzieś, aby o tym pomówić? 

- Wspaniale. 

Amy, zaskoczona brakiem entuzjazmu Jacka, wyszła ze studia do 

holu.  Sądziła,  że  taki  wyjazd  byłby  dla  niego  rozrywką,  okazją  do 

odwiedzenia znanych miejsc. A on specjalnie się nie ucieszył.  

Opadła na kanapę i sięgnęła po stary numer „Time'a". 

- Wszystko załatwione, możemy iść - oświadczył Jack, pojawiając 

się  w  holu  i  zakładając po  drodze  płaszcz.  -  Co  powiesz  na  ciastko  i 

kawę? 

-  Bardzo  chętnie.  Możemy  wziąć  mój  samochód,  a  potem  cię 

odwiozę. Pada deszcz, jeśli chcesz wiedzieć. 

- Tak twierdził nasz radiowy meteorolog. 

- Ciągle zapominam, że jesteś disc jockeyem i wiesz o wszystkim, 

co się dzieje wokół nas. 

background image

Amy  ruszyła  biegiem  do  swego  volkswagena,  aby  go  otworzyć, 

nim  Jack  zdąży  zmoknąć.  Mimo  to,  gdy  wsiadł,  krople  wody 

błyszczały  mu  na  włosach.  Był  taki  atrakcyjny!  Pewnie  miał 

ciekawsze  rzeczy  do  roboty,  niż  wybrać  się  w  podróż  z  młodszą 

siostrą swego kolegi, nawet na Hawaje.  

Amy zacisnęła zęby. Nie lubiła spotykać się z odmową. 

-  A tak przy  okazji, nawet ja nie wiem wszystkiego, choć jestem 

disc  jockeyem  -  rzekł  Jack,  rozcierając  zmarznięte  dłonie.  Panował 

przenikliwy chłód. 

- Kiedyś ty i Brad udawaliście wszechwiedzących. 

-  Jak  większość  osiemnastolatków.  Ale  pomówmy  poważnie. 

Proszę  cię,  nie  spodziewaj  się,  że  mogę  ci  tam  wiele  pomóc  tylko 

dlatego, że już byłem na Hawajach. 

- Ty nie chcesz jechać, prawda? 

- Tego nie powiedziałem. 

-  Słuchaj,  Jack,  nie  staraj  się  oszczędzać  moich  uczuć.  Jeśli 

wyjazd z młodszą siostrą Brada jest dla ciebie równie atrakcyjny, jak 

kanałowe  leczenie  trzonowego  zęba,  to  zapomnijmy  o  mojej 

propozycji. 

- Amy, nie w tym rzecz. 

-  A  może  masz  dziewczynę,  o  której  nie  wiem  i  która  gotowa  ci 

zrobić scenę zazdrości? 

- Nie, nie mam. 

Amy roześmiała się z ulgą. 

background image

-  Więc  po  co  te  uniki?  Wyobrażałam  sobie,  że  gratisowa  podróż 

sprawi ci przyjemność. 

-  Wróćmy  do  mojego  poprzedniego  pytania.  Nie  rozumiem, 

dlaczego  z  tobą  w  ogóle  ma  ktoś  jechać,  a  po  drugie  -  dlaczego  nie 

zaprosisz jakiejś koleżanki? 

Amy  milczała.  Ciszę  zakłócały  tylko  wycieraczki  zgarniające 

deszcz z szyby. 

- Coś ukrywasz, Amy. Przyznaj się. 

-  Moja  matka  wbiła  sobie  do  głowy,  że  ja  chciałam  wygrać  ten 

wyjazd,  aby  dać  go  im  w  prezencie.  Nie  miałam  serca  wyprowadzać 

jej z błędu. Kiedy okaże się, że sama wykorzystuję ten wyjazd, będzie 

dla  niej  bardziej  zrozumiałe,  gdybym  jechała  tam  z  kimś  -  z 

mężczyzną. Byłaby pewnie zachwycona, gdybyś to ty mi towarzyszył. 

Tym razem Jack pogrążył się w milczeniu. 

-  Amy  Lorraine  Hobson  -  odezwał  się  po  chwili  -  czy  twoim 

celem jest wprowadzić matkę w błąd, sugerując, że coś nas łączy? 

-  Właśnie  tak  -  wyznała  Amy  niepewnym  głosem  -  ale  w  dobrej 

wierze.  Nie  mogę  im  powiedzieć,  że  kupiłam tam kawałek  ziemi  dla 

nich i muszę go obejrzeć. Proszę cię, Jack, jeśli nie pojedziesz ze mną, 

cały plan się zawali. 

- Obarczasz mnie sporą odpowiedzialnością. 

- Wiem, ale jesteś jedynym mężczyzną, któremu mogę zaufać. 

-  Może  powinienem  wydelegować  kuzyna  Ernie'ego?  -  mruknął 

Jack,  opierając  głowę  o  fotel.  Rzeczy  przybierały  zły  obrót.  Tylko 

background image

jemu  może  ufać?  Co  to  oznacza?  Chyba  kłopoty.  -  Obawiam  się,  że 

nie przemyślałaś sprawy do końca. 

-  Oczywiście,  że  przemyślałam.  Nikt  nie  wierzy,  że  mam  trochę 

oleju  w  głowie.  Czy  zawsze  będzie  się  za  mną  wlokła  opinia 

lekkomyślnej siostry Brada? 

- Hej, hej, nie tak szybko. Nie to chciałem powiedzieć. 

- A co w takim razie? 

-  Że  twój  wyjazd  dla  dwóch  osób  może  oznaczać  jeden  pokój,  a 

może nawet jedno łóżko. 

-  Jack,  w  luksusowych  hotelach  zawsze  są  dwa  łóżka.  Słuchaj, 

jeśli  nie  chcesz  jechać,  powiedz  to  wyraźnie.  Nie  muszę  nawet 

wiedzieć dlaczego. 

- To nie o to chodzi, że ja nie chcę. Pomyślałem tylko, że możesz 

być skrępowana w jednym pokoju ze mną. 

-  To  śmieszne,  Jack.  Przecież  jesteśmy  prawie  jak  brat  i  siostra. 

Po  tych  wszystkich  nocach,  które  spędziłeś  w  naszym  domu,  to 

naprawdę  drobiazg.  A  może  ty  będziesz  się  źle  czuł,  dzieląc  ze  mną 

pokój? Obiecuję, że nie będę siedzieć za długo w łazience ani wieszać 

rajstop na pręcie do ręczników. 

Jack przymknął na chwilę oczy. Czy ona nie widzi, jakie robi na 

nim wrażenie? 

- To mnie nie przeraża. 

- Więc dlaczego nie powiesz „tak"? 

Amy  wjechała  na  parking.  Pora  było  podjąć  decyzję,  ale  Jack 

obawiał  się,  że  będzie  niekorzystna  co  najmniej  dla  jednego  z  nich. 

background image

Amy  nie  zdawała  sobie  sprawy,  co  może  się  zdarzyć  w  czasie  tej 

wycieczki,  ale  on  był  prawie  pewien,  że  jeśli  Amy  nie  odrzuci  go 

zdecydowanie, spędzą wszystkie noce w jednym łóżku. A potem co? 

- Jack, zaraz oszaleję. Tak czy nie? 

- Musiałbym zapytać w radiu, czy dostanę wolne dni. 

No i stało się. Nie oparł się pokusie spędzenia kilku nocy sam na 

sam z Amy Hobson. 

- To chyba nie powinno być trudne? - Amy wyłączyła silnik. 

- Kiedy chciałabyś wyruszyć? 

- Jak najprędzej, ale też muszę uzgodnić termin w pracy. Może za 

trzy tygodnie? 

Jack  w  przyćmionym  świetle  padającym  z  okien  kawiarni 

wpatrywał się w twarz Amy, szukając w niej oznak podniecenia, które 

sam odczuwał. Jednak jej twarz wyrażała tylko rzeczowość, jakby był 

dla niej wyłącznie starszym bratem czy zwykłym kolegą. Jeśli ona nie 

zmieni  nastawienia,  nie  będzie  miał  odwagi  nadać  ich  znajomości 

bardziej intymnego charakteru.  

Ale przecież jechali na Hawaje, znane z atmosfery romantyzmu i 

zmysłowości. 

- Czy uda ci się wyjechać za trzy tygodnie? - dopytywała się. 

- Oczywiście - odparł z uśmiechem. - Dlaczego nie? 

Po  jakimś  czasie  Amy  udało  się  namówić  Jacka,  aby  pojechał  z 

nią do rodziców i oznajmił im nowinę o wspólnym wyjeździe. 

Dojechawszy  na  miejsce,  zaparkowali  piękne  camaro  na 

podjeździe za starym autem Virgila Hobsona. Maska samochodu była 

background image

podniesiona, a ojciec Amy, ze szmatą w jednej ręce, nachylał się nad 

silnikiem. Gdy podniósł głowę, oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia 

na widok Amy i Jacka wysiadających z eleganckiego, czarnego auta. 

- Jack! - wykrzyknął, wycierając ręce i idąc w ich kierunku. - Czy 

ta maszyna należy do ciebie? 

- Tak, proszę pana. A właściwie będzie moja za parę lat. 

-  Zawsze  lubiłeś  dobre  wozy.  Brad  jest  taki  sam.  Kupił  sobie 

corvettę. 

- Już ją sprzedał, tato. 

-  Naprawdę?  Nie  nadążam  za  tymi  wszystkimi  zmianami.  Ja  się 

trzymam  mojej  starej  Bessie.  -  Klepnął  samochód  z  czułością.  -

Wszystko  jest  tu  takie  proste.  A  w  twoim  na  pewno  tylko 

dyplomowany inżynier potrafi coś naprawić. 

-  Tak,  istotnie,  to  jest  pewien  minus.  Ale  prowadzi  się  go 

przyjemnie. Może chciałby pan spróbować? 

-  Nie,  dziękuję.  Czy  dlatego  tu  przyjechaliście?  Żeby  przewieźć 

staruszka sportowym wozem? 

-  Nie,  tato.  -  Amy  uśmiechnęła  się.  -  Mam  dobre  wiadomości. 

Wygrałam w końcu wycieczkę na Hawaje i zaprosiłam Jacka, aby ze 

mną pojechał. 

-  Naprawdę?  Nie  żartujesz?  W  końcu  coś  wyszło  z  tych 

konkursów? Zawsze sądziłem, że tylko marnujesz czas, zamiast robić 

coś pożytecznego. 

-  Ale  wygrałam  tę  wycieczkę  -  odparła  Amy,  wsuwając  ręce  do 

kieszeni. - To chyba coś warte? 

background image

- Tak, to miłe, na pewno. Oczywiście, nie da ci to lepszej posady, 

czy coś takiego, ale to duża przyjemność. 

Przerwał, patrząc na Jacka. 

-  I  zabierzesz  go  ze  sobą?  Nawet  nie  wiedziałem,  że  się 

spotykacie. 

Amy wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. 

-  Ostatnio  spotykaliśmy  się  dość  regularnie,  a  Jack  najlepiej  się 

nadaje  na  towarzysza  podróży,  bo  zna  Hawaje.  Będzie  moim 

przewodnikiem. 

-  Myślę,  że  tak.  -  Ojciec  wycierał  starannie  ręce,  choć  nie  było 

potrzeby. - Jesteś dorosłą kobietą, Amy. Możesz robić, co zechcesz i z 

kim zechcesz. 

-  Panie  Hobson,  Amy  i  ja  nie  jesteśmy...  -  zaczął  Jack  i  zaraz 

przerwał.  

Nie  są  czym?  A  zresztą  i  tak  pragnął  to  zmienić  w  czasie 

wycieczki na Hawaje. Chwilami żałował, że się zgodził wyjechać, ale 

były też momenty, gdy pragnął siedzieć już z Amy w samolocie. 

Amy zadygotała przesadnie. 

-  Chłodno  mi,  tato.  Wejdę  do  domu  oznajmić  mamie  nowinę. 

Idziesz ze mną, Jack? 

- Naturalnie. 

Nie  ucieszyło  go  powtarzanie  tej  sceny  przed  matką,  ale  też  nie 

miał ochoty odpowiadać na dalsze pytania jej ojca. 

- Do zobaczenia, panie Hobson. 

- Do zobaczenia. 

background image

Gdy szli w kierunku wejścia, Amy szepnęła: 

- Jack, pozwól, niech sobie myślą o nas, co chcą. Dobrze? 

-  Czuję  się  bardzo  niezręcznie  -  zauważył.  -  Nigdy  nie  sądziłem, 

że będę zapowiadał twojemu ojcu, że mam zamiar spać z jego córką. 

Jemu się to nie podoba. 

- Możemy to wszystko wyjaśnić później, gdy się upewnię, że ten 

teren  to  jest  coś,  o  czym  marzyli.  A  poza  tym  on  ma  rację.  Jestem 

dorosła i jego opinia się nie liczy. 

- Czyżby? 

- Co to ma znaczyć? 

-  Przecież  widzę,  że  zadajesz  sobie  wiele  trudu,  aby  mu  sprawić 

przyjemność. 

Amy zmarszczyła czoło. 

-  Ja  tylko  chcę  mu  zwrócić  to,  co  mu  się  należy.  Jemu  i  mamie. 

Już ci to tłumaczyłam, Jack. 

- A ja ciągle uważam, że nie powinnaś brać tego zadania na swoje 

barki, jakby to był twój obowiązek. To dorośli ludzie. 

- W pewnych sprawach tak, w innych nie. Muszę to zrobić, Jack. 

Pomożesz mi czy nie? 

- Pomogę - odparł z westchnieniem. 

- A więc wejdźmy do środka. Mama się ucieszy na twój widok. 

Amy  otworzyła  drzwi  i  zawołała  matkę.  Pani  Hobson  wybiegła 

uradowana,  a  kiedy  zobaczyła  Jacka,  wspięła  się  na  palce,  żeby  go 

uściskać. 

- Jack! Co za wspaniała niespodzianka! 

background image

Jack  odpowiedział  na  uścisk  chłopięcym  uśmiechem,  który  ujął 

Amy.  Zdejmując  płaszcz,  przypomniała  sobie,  co  mówił  o  swoich 

rodzicach i braku uczucia w jego domu. 

- Jak to miło znowu panią zobaczyć - powiedział, odsuwając ją na 

długość ramienia. - Wygląda pani znakomicie. 

- Starzeję się - protestowała pani Hobson, machnąwszy ręką. 

-  Nic  podobnego.  -  Jack  uśmiechnął  się  do  niej  wesoło.  -  Jak 

zawsze jest pani najprzystojniejszą osobą w rodzinie. 

- Jak możesz tak mówić, Jack - matka podeszła do córki i objęła ją 

w talii - gdy nasza mała Amy wyrosła na taką piękność? 

-  Mamo,  naprawdę!  -  oburzyła  się  Amy,  oblewając  się 

rumieńcem. 

- Niech pani nie myśli, że nie zauważyłem. Ale założę się, że nie 

potrafi  gotować  tak  wspaniale  jak  pani  -  odparł  Jack,  zdejmując 

płaszcz. 

Amy  zirytowała  się,  słysząc,  jak  Jack  w  beznamiętny  sposób 

mówi o jej urodzie. Czy to była gra, czy też rzeczywiście uważa ją za 

atrakcyjną? 

-  Gotowanie  to  nie  wszystko  -  powiedziała  jej  matka.  -  Ta 

dziewczyna jest bardzo zdolna. Jestem pewna, że jeszcze nas zaskoczy 

tym, co potrafi. 

-  Właśnie  już  czegoś  dokonałam,  mamo.  -  Amy  położyła  dłonie 

na  szczupłych  ramionach  matki;  wzięła  głęboki  oddech  i  zaczęła 

szybko mówić: - Wygrałam wycieczkę na Hawaje dla dwóch osób i ja 

z Jackiem pojedziemy tam razem. Czy to nie wspaniałe? 

background image

- Wycieczkę... wycieczkę na Hawaje? 

Amy skinęła głową. 

-  Ale  ja  myślałam...  Oczywiście,  że  to  wspaniałe.  -  Pani  Hobson 

uśmiechnęła się promiennie. - Nie miałam pojęcia, że wy oboje... że ty 

i Jack... 

- Dopiero ostatnio, mamusiu. Ten wyjazd pozwoli nam lepiej się 

poznać. 

Mówiąc te słowa, Amy poczuła przejmujący dreszcz. Spojrzała na 

Jacka,  wyobrażając  sobie,  jakie  wrażenie  robi  na  kimś,  kto  go  widzi 

po raz pierwszy. Na pewno jest bardzo atrakcyjny, pomyślała. 

- Bardzo się cieszę. Czy... czy ojciec już wie? 

-  Tak,  powiedzieli  mi  -  odezwał  się  pan  Hobson,  stając 

niepostrzeżenie w drzwiach. - Jak ci się to podoba, Connie? 

- Myślę, że ładna z nich para, Virgil. 

- Ta...ak. Tylko że podróż poślubna jest trochę przedwczesna. To 

jakby wóz jechał przed koniem. 

- Taki teraz zwyczaj wśród młodych. 

Amy  zauważyła,  że  Jack  przestępuje  nerwowo  z  nogi  na  nogę. 

Wyraźnie  nie  podobało  mu  się  oszukiwanie  ludzi,  którym  wiele 

zawdzięczał.  Amy  też  było  przykro,  ale  jak  inaczej  miała 

przeprowadzić swój plan? 

-  Może  i  tak  -  potwierdził  Virgil  Hobson  z  niezadowoleniem  - 

Przyszedłem, żeby zobaczyć, czy będzie jakiś lunch. 

-  Już  się  do  tego  biorę  -  szybko  odparła  pani  Hobson.  -  Zjecie  z 

nami? 

background image

-  Oczywiście  -  powiedział  jej  mąż,  klepiąc  Jacka  po  ramieniu.  - 

Za chwilę będzie dobry mecz w telewizji. Celtics kontra Lakers. 

Jack spojrzał zdumiony. 

- Czy oni nie grali w zeszłą niedzielę? 

-  Tak?  Myślałem,  że  grają  dzisiaj.  Wszystko  jedno.  Ktoś  będzie 

grał.  Chodź  i  zobacz  nowy  telewizor,  który  dostaliśmy  od  Brada  na 

gwiazdkę. Największy ekran, jaki kiedykolwiek widziałem. 

Amy poczekała, aż wyjdą, a potem zwróciła się do matki: 

- Brad dał wam telewizor dwa lata temu, jeśli dobrze pamiętam. 

- Czy to ma jakieś znaczenie? Chodź, pomożesz mi w kuchni. 

- Rzeczywiście nie ma znaczenia, kiedy go wam dał - zgodziła się 

Amy,  idąc  za  matką  -  ale  ojcu  wszystko  się  myli.  Przed  wyjazdem 

powinnam sprawdzić rachunki i książeczkę czekową, by upewnić się, 

że nie zalega z opłatami. 

Pani Hobson trzasnęła drzwiczkami lodówki zbyt głośno. 

- Amy, wiesz, że ojciec nie lubi, gdy grzebiesz w jego papierach. 

- Mamo, to są także twoje papiery, choć się nimi nie interesujesz. 

A ojciec już nie jest ten sam, co kiedyś. Zapomina o wielu rzeczach. 

- Niezbyt często. 

- Wystarczająco często. Pamiętasz, że raz wyłączyli wam gaz, bo 

przez dwa miesiące nie płacił rachunków. 

- Żałuję, że cię wtedy wezwałam. 

-  Mamo,  sama  powinnaś  płacić  rachunki.  Wtedy  nic  się  takiego 

nie zdarzy. 

Matka popatrzyła na nią z nieszczęśliwą miną. 

background image

- Ojciec dostałby ataku, gdybym tylko o tym wspomniała. Zawsze 

zarządzał naszymi finansami. 

- Tak, i to jest wielki błąd. Musisz zacząć załatwiać sama pewne 

sprawy. 

-  To  zupełnie  zbyteczne,  Amy.  -  Matka  odwróciła  się  od  niej.  - 

Twój  ojciec  jest  zdrów.  Bardzo  dobrze  się  mną  zajmował  przez 

trzydzieści lat i nie zamierzam tego zmieniać. 

- Mamo, czy możesz mnie raz wysłuchać? 

-  Nie,  Amy  -  odparła  stanowczo  matka.  -  To  ty  mnie  wysłuchaj. 

Virgil Hobson jest wspaniałym człowiekiem i Marynarka Wojenna źle 

zrobiła, że go posłała na rentę po tym wypadku. Powinien w dalszym 

ciągu  pracować  w  stoczni,  a  nie  reperować  cudze  samochody.  Nie 

mam  zamiaru  unieszczęśliwiać  go  jeszcze  bardziej,  odbierając  mu 

jego  domowe  obowiązki.  Poza  tym  wiesz,  że  nie  wyznaję  się  na 

rachunkach, opłatach i.t.d. 

Amy  zacisnęła  pięści  w  przypływie  rozdrażnienia.  Matka  nigdy 

nie  przyzna,  jak  bardzo  ojciec  się  zmienił  od  wypadku.  Consuela 

Hobson  żyła  w  dalszym  ciągu  w  świecie  marzeń,  w  którym  jej  mąż 

był obrońcą przed wszelkim złem aż do śmierci. 

-  Mamo,  spędzę  na  Hawajach  pięć  dni.  Nie  będziesz  miała  do 

kogo zadzwonić, więc lepiej sprawdź, czy wszystkie rachunki zostały 

zapłacone, bo... 

-  Nie  musisz  się  o  nas  martwić  -  przerwała  jej  matka,  unosząc 

dumnie głowę. - Widzę, że powinnaś teraz zająć się własnym życiem. 

- Przepraszam, mamo, że nie mogłam wam oddać tej wycieczki. 

background image

Śmiech matki był trochę wymuszony. 

-  Zapomnij,  że  kiedykolwiek  o  tym  wspomniałam.  Wyjazd  na 

wyspy  przywołałby  tylko  dawne  sny.  Lepiej,  żebyśmy  tu  zostali  i 

zapomnieli o Hawajach. 

- Możliwe. 

Amy  odwróciła  się,  bo  czuła,  że  za  chwilę  byłaby  gotowa 

wyjawić  cały  plan,  aby  tylko  ujrzeć  promyk  nadziei  w  ciemnych 

oczach matki.  Ale  wiedziała,  że  nie  wolno  jej  tego  zrobić.  Plan  musi 

być  zapięty  na  ostatni  guzik,  a  umowa  okazać  się  bezwzględnie 

korzystna, zanim powie o  wszystkim rodzicom. W przeciwnym  razie 

zostałby  odrzucony  jako  jeszcze  jeden  dziecinny  i  niedorzeczny 

pomysł małej Amy. 

Mogła sobie doskonale wyobrazić Brada, jak się z niej wyśmiewa. 

Ale ona im jeszcze pokaże. Pokaże im wszystkim. 

 

ROZDZIAŁ 5 

Trzy  tygodnie  później,  gdy  samolot  lądował  w  Honolulu,  na 

wyspie  Oahu,  Amy  chwyciła  Jacka  za  rękę.  Pewnie  był  to  gest 

nieświadomy, uznał Jack. Niemniej sprawił mu przyjemność. 

- Udało ci się, dziecino - powiedział z czułością. 

- Tak. - Obrzuciła go szybkim, szczęśliwym spojrzeniem i znowu 

zaczęła  wyglądać przez  okienko koło  swego  fotela.  -  Słońce  świeci  - 

powiedziała głosem pełnym zdziwienia. 

- Oczywiście. W tych stronach to niemal reguła. 

background image

- Może to głupia uwaga, ale tak przywykłam do mgły i deszczu w 

Bellingham.  Tutaj  jest  inny  świat.  Słońce  i  palmy.  Czy  w  dalszym 

ciągu witają przyjezdnych, wkładając im wieńce z kwiatów na szyje? 

Lei? Nie sądzę. Z samolotów  wysypuje się tylu podróżnych, że 

ten zwyczaj musiał zaniknąć. 

- O, to nieważne. 

Amy  siedziała  z  nosem  przylepionym  do  szyby,  podczas  gdy 

samolot  kołował  po  pasach  lotniska,  a  pasażerowie  zaczęli  zbierać 

podręczne bagaże. 

Jack dotknął jej ramienia. 

-  Amy,  chodźmy  już.  Zobaczysz  o  wiele  więcej  po  wyjściu  na 

zewnątrz. 

-  Co  mówisz?  -  Odwróciła  się  zaskoczona,  a  po  chwili 

uśmiechnęła  się.  -  Nie  mogę  się  napatrzyć,  Jack.  Hawaje  wyglądają 

tak wspaniale. 

- Myślę, że tak. 

Przez  chwilę  z  przyjemnością  obserwował  jej  oczy  błyszczące 

radosnym  oczekiwaniem  i  zastanawiał  się,  czy  jest  szansa,  aby 

kiedykolwiek  miłość  do  niego  tak  ją  rozpromieniła.  W  tej  chwili  nie 

istniało  dla  niej  nic  poza  Hawajami  i  kawałkiem  ziemi  kupionej  dla 

rodziców. 

- Chodźmy - rzekł i odpiął pas bezpieczeństwa. 

Gdy  znaleźli  się  w  budynku  lotniska,  przeszli  do  biura,  gdzie 

rezerwowano  przeloty  na  inne  wyspy.  Jack  zamówił  dla  nich  dwa 

miejsca w samolocie do Maui na następny dzień. 

background image

- Wolałabym polecieć od razu, dzisiaj - powiedziała tęsknie Amy, 

przyglądając  się  plakatowi  z  widokiem  wyspy,  na  której  leżała 

zakupiona przez nią działka. 

- Nie ma na to czasu, Amy - tłumaczył jej Jack. - Moglibyśmy nie 

zdążyć na ostatni samolot powrotny. 

- Masz rację, ale... 

- Nie zapominaj, że jesteś na wakacjach, a w broszurce napisano, 

że wieczorem organizują dla nas luau na plaży. Chyba nie chciałabyś 

tego opuścić? 

Amy spojrzała na niego. Co się z nią dzieje? Jest na Hawajach z 

bardzo przystojnym mężczyzną. Wieczorem będzie świecił księżyc, a 

oni dostali bilety na luau. Działka rodziców nie ucieknie. Będzie tam 

jutro i pojutrze. Nie ma pośpiechu. 

- Nie - odparła, wsuwając mu rękę pod ramię. - Nie chcę pominąć 

niczego. 

-  Doskonale.  -  Jack  skierował  ją  do  mikrobusów  hotelowych, 

ustawionych wzdłuż krawężnika. - Poczekaj tu, a ja przyniosę bagaże. 

- Dobrze. 

Gdy  odszedł,  spojrzała  na  zegarek.  Piętnasta.  Zostanie  im  trochę 

czasu, aby pójść na plażę Waikiki przed rozpoczęciem luau. Poopala 

się, a może zbuduje zamek z piasku? Roześmiała się. Plaża w lutym. 

Czekając  na  Jacka,  przyglądała  się  innym  wycieczkowiczom, 

wsiadającym  z  wesołym  rozgwarem  do  mikrobusów.  Mało  rodzin, 

doszła  do  wniosku,  raczej  pary  w  różnym  wieku  i  grono  starszych 

pań. 

background image

Obserwowała zaradność tych kobiet i próbowała wyobrazić sobie 

wśród  nich  swoją  matkę.  Nie  mogła.  Jakie  życie  prowadziłaby  pani 

Hobson,  gdyby  kiedyś  została  wdową?  Nie  podobała  jej  się  ta 

perspektywa. 

- Jaka smutna minka u ładnej wahine - zabrzmiał głos Jacka koło 

niej.  Gdy  spojrzała  na  niego,  uniósł  do  góry  wianek  z  fioletowych 

kwiatów  -  Aloha!  -  rzekł  i  założył  jej  go  na  szyję.  -  Witaj  na 

Hawajach! A potem ucałował ją w oba policzki. 

- Jack! - zaśmiała się Amy  zaskoczona, ale i zachwycona. Dotyk 

jego  warg  wywołał  przyspieszone  bicie  serca.  -  Bardzo  to  miłe  z 

twojej  strony  -  rzekła,  wtulając  nos  w  maleńkie  storczyki.  -  Skąd  je 

wziąłeś? 

Jack był bardzo z siebie zadowolony. 

-  Tubylców  nie  stać  już  na  rozdawanie  ich  za  darmo,  ale  różne 

sentymentalne typki mogą je jeszcze kupić. 

- A ty jesteś sentymentalny. 

- Właśnie. 

- Dziękuję, Jack. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. Uważam, że żadna dama nie 

powinna  iść  na  luau  bez  kwiatów.  Chodź,  poszukamy  naszego 

samochodu. 

Co  to  znaczy  dzielić  pokój  z  Jackiem  dotarło  do  Amy  dopiero 

wówczas, gdy stanęli przed drzwiami, a on przekręcił klucz w zamku. 

Tu mieli spędzić razem noc! 

background image

Amy  próbowała  się  jeszcze  przekonywać,  że  Jack  to  prawie  to 

samo co Brad, ale od brata nigdy nie dostałaby wieńca ze storczyków. 

Jack otworzył drzwi i szerokim gestem zaprosił ją do wejścia. 

- Oto nasza rodzinna chata na następne cztery dni - rzekł. 

Amy  przeszła  obok  niego  z  całą  swobodą,  na  jaką  mogła  się 

zdobyć. Były tam dwa łóżka, jak przewidziała, lecz stały prawie obok 

siebie.  Pośpieszyła  do  okna  i  pociągnęła  za  sznur  od  zasłon,  aby 

wyjrzeć. 

- Ciekawe, czy widać ocean z balkonu. 

- Z lanai - poprawił ją Jack, stawiając walizki na podłodze. 

- Słucham? 

- Tu balkon nazywa się lanai. Zobaczmy, co z niego widać. 

Wyszli na balkon razem, ale stanęli daleko od siebie. 

- Tylko następne domy - westchnęła Amy. 

- Całkiem zrozumiałe - uśmiechnął się Jack. - W końcu to nie jest 

najlepszy hotel. 

Amy zrzedła mina. 

-  A  ja  wyobrażałam  sobie,  że  siedzę  na  balkonie,  chciałam 

powiedzieć lanai, i oglądam księżyc wschodzący nad wodą. 

-  Będziemy  musieli  przespacerować  się  na  plażę,  jeśli  chcesz  to 

zobaczyć. 

Jack  zacisnął  dłonie  na  poręczy  balkonu  i  spojrzał  w  dół  na 

ożywiony ruch na ulicy Honolulu. 

- To niezła myśl - powiedziała Amy. 

background image

Popatrzyła  na  niego  kątem  oka.  Iść  na  plażę  przy  księżycu,  z 

Jackiem?  Dlaczego  ta  możliwość  tak  ją  ekscytuje?  Nie  mówił  o  tym 

przecież  jak  o  romantycznej  przechadzce  z  ukochanym,  a  jednak  nie 

mogła  nie  zauważyć,  że  jego  trykotowa  koszula  opina  się  na 

umięśnionych  barkach.  Nigdy  nie  myślała,  że  on  ma  takie  mocne 

ramiona, ale teraz zrobiło to na niej silne wrażenie. 

Jack oderwał dłonie od poręczy balkonu i odwrócił się. 

- Można by się rozpakować. Które łóżko wybierasz? 

Amy  popatrzyła  przez  szybę  na  dwa  łóżka  stojące  zaledwie  pół 

metra od siebie. 

- Wszystko mi jedno. 

Utkwiła wzrok w budynek naprzeciwko hotelu, aby nie patrzeć na 

Jacka.  Spanie  z  nim  w  jednym  pokoju  nabierało  erotycznego 

posmaku, a tego nie przewidziała. 

-  Ty  wybierz.  Idę  się  odświeżyć.  -  Przerwała  zarumieniona.  -  To 

znaczy, jeśli ty nie chcesz skorzystać... 

-  Nie.  W  porządku.  Idź  pierwsza.  -  Głos  Jacka  również  zdradzał 

zażenowanie. 

-  Dobrze.  -  Amy  wybiegła  z  balkonu,  złapała  kosmetyczkę  i 

zamknęła się w łazience. 

Dlaczego  uważała,  że  podróż  z  Jackiem  będzie  taką  beztroską 

przyjemnością? Coś się psuło w ich siostrzano-braterskich stosunkach. 

Gdy  byli  młodsi,  często  praktycznie  mieszkali  razem.  Pamiętała,  jak 

on  lub  Brad  bębnili  w  drzwi  łazienki,  gdy  uważali,  że  za  długo  się 

czesze lub robi makijaż. 

background image

Ale  ten  rodzaj  dobrodusznej  tyranii  to  już  przeszłość. 

Onieśmieliło  ją  nagle,  że  będzie  mieszkać  z  nim  razem.  A  ten 

moment, gdy patrzyła na niego na balkonie... 

Nigdy  przedtem  tak  nie  patrzyła  na  jego  ciało!  Oczywiście 

wiedziała,  że  jest  przystojny,  ale  patrzeć  z  pożądaniem  na  jego 

muskularną  sylwetkę  to  całkiem  inna  sprawa.  Amy  zaczęła 

zastanawiać się, jaką niebezpieczną sytuację stworzyła. 

Gdy  wyszła  z  łazienki,  zastała  Jacka  wieszającego  spodnie  i 

koszule  w  szafie.  Uświadomiła  sobie,  że  zaraz  powiesi  obok  swoje 

rzeczy,  jakby  byli  mężem  i  żoną  w  podróży  poślubnej.  A  byli  tylko 

przyjaciółmi. To znaczy, jak dotąd. 

-  Twoja  kolej  -  rzekł  lekkim  tonem.  -  A  co  powiesz  na  to, 

żebyśmy się przeszli po plaży? 

Ten  pomysł  bardziej  jej  się  teraz  podobał.  Lepiej  opuścić  pokój, 

który był zbyt mały i  zbyt przytulny, aby mogła się czuć swobodnie, 

więc szybko się zgodziła. 

-  Świetnie.  -  Jack  pochylił  się  nad  walizką  i  wyjął  następne 

koszule. - Jak widzisz, wybrałem łóżko od strony drzwi. 

- To mi odpowiada. 

Zdawała sobie sprawę, że Jack zrobił to, gdyż chciał być między 

nią  a  ewentualnym  intruzem.  Wyraźnie  zamierzał  się  nią  opiekować, 

ale czy kierowała nim zwykła rycerskość, czy coś więcej? 

Jack  podszedł  do  szafy  z  naręczem  bielizny.  Amy  odwróciła  się. 

Nie chciała nic wiedzieć o jego bieliźnie. Myślenie o tym prowadziło 

do...  o,  nie.  Nie  wiedziała,  w  czym  on  zamierza  spać.  Może  w 

background image

niczym? Ona sama przywiozła ze sobą piżamę, ale teraz pomyślała, że 

może  jest  odrobinę  za  cienka.  Będzie  chyba  musiała  nosić  pod 

spodem staniczek i figi. 

A co z Jackiem? Powinna była omówić to z nim przed wyjazdem. 

Może  przywiózł  szlafrok  kąpielowy  i  będzie  go  zakładał,  jak  tylko 

wstanie z łóżka? 

Amy  z  rozmachem  rzuciła  walizkę  na  łóżko.  Dość  tych  głupstw, 

pomyślała. Co ją obchodzi, w czym śpi Jack. Będzie zawsze patrzyła 

w inną stronę, jeśli jego widok ma ją tak poruszać. 

Jack zamknął swoją walizkę i umieścił ją na dole w szafie. 

- Przebiorę się w kostium i pójdziemy na plażę. Jestem pewny, że 

to musi być blisko. 

- Świetnie, ja się przebiorę tutaj. - Amy błysnęła uśmiechem.  

Gdy  zamknął  za  sobą  drzwi  łazienki,  w  rekordowym  czasie 

wyszukała w walizce swój jednoczęściowy kostium z lycry i włożyła 

go. Przez chwilę miała chęć wystąpić w bikini, ale porzuciła tę myśl. 

W końcu była tu ze starym, poczciwym Jackiem, a nie z kimś, na kim 

chciałaby  zrobić  wrażenie.  Narzuciła  na  kostium  czarną,  ażurową 

chustę i włożyła sandałki. 

Gdy  Jack  wyszedł  z  łazienki,  była  zajęta  wieszaniem  reszty 

ubrania  w  szafie.  Z  rozmysłem  zostawiła  sporo  miejsca  między  ich 

ubraniami. 

- Możemy już iść, jeśli jesteś gotowa. 

- Prawie. 

background image

Amy  zerknęła  ponad  ramieniem  i  zdumiała  się.  Jeszcze  raz 

przyjrzała  mu  się  ukradkiem,  gdy  wieszał  ubranie  na  krześle  i 

odkładał  portfel  na  biurko.  Jak  można  nie  zwracać  uwagi  na  takie 

ciało?  Biały,  hotelowy  ręcznik  udrapowany  na  ramionach  nie  mógł 

ukryć,  że  Jack  od  czasów  szkolnych  rozrósł  się  i  zmężniał.  Ciemne 

kręcone  włosy  pokrywały  szeroką  pierś  i  zapraszały  wprost,  aby  ich 

dotknąć. Skąpe, granatowe spodenki podkreślały szczupłość bioder. 

Nigdy  nie  wyobrażała  sobie  Jacka  w  takiej  sytuacji,  nie  myślała, 

jak by to było... Nie, zabroniła sobie podobnych rozważań. 

- To chyba wszystko - powiedziała, zamykając drzwi szafy. - Czy 

możemy wyjść w takich strojach? 

-  Oczywiście.  Jesteśmy  w  Honolulu.  I  jeśli  się  nie  mylę,  o  dwie 

przecznice od plaży. - Mówiąc to, wsunął stopy w gumowe sandały. - 

Zostawimy klucz w recepcji. Wezmę tylko trochę gotówki na rowery 

wodne. 

- Co takiego? 

-  Zobaczysz.  -  Wyjął  banknoty  z  portfela.  -  Na  pewno  będziesz 

chciała spróbować. 

-  Ale  to  kosztuje.  Jeśli  będziemy  robić  coś,  za  co  się  płaci,  ja 

powinnam pokryć koszty. Ty już kupiłeś mi lei... 

- Amy, nie bądź dzieckiem. Podarowałaś mi całą wycieczkę, więc 

chyba  wolno  mi  zrewanżować  się  jakąś  hawajską  rozrywką:  A 

mówiąc o lei, co z nim zrobiłaś? 

- Wisi nad moim łóżkiem. 

background image

-  Lepiej włóżmy go do  wody - powiedział Jack i podszedł do jej 

łóżka.  Gdy  zdejmował  wianek,  jeden  kwiat  oderwał  się  i  upadł  na 

narzutę. 

- Och! - wykrzyknęła Amy - chyba się nie rozsypie. 

-  Nie.  Opadł  tylko  jeden.  -  Podszedł  do  niej.  -  To  dobrze, 

brakowało ci kwiatu we włosach. 

- Naprawdę? 

-  Zdecydowanie.  Potrzymaj.  -  Wręczył  jej  wieniec,  odgarnął 

włosy do tyłu i zatknął jej storczyk za uchem. - Teraz  wyglądasz jak 

prawdziwa hawajska dziewczyna. 

Amy stała bez ruchu, wdychając delikatną woń kwiatu i piżmowy 

zapach wody po goleniu Jacka. Dotyk jego palców był jak pieszczota, 

więc popatrzyła mu w oczy, nie chcąc przerywać tej czarownej chwili. 

Jack  zauważył  to  spojrzenie  i  puls  zaczął  uderzać  mu  szybciej. 

Jest! Właśnie na taki wyraz oczu czekał. Omdlewający i pełen ciepła. 

Utkwiony w niego. Mógłby ją teraz pocałować, ale obawiał się, żeby 

czegoś  nie  popsuć  pośpiechem.  Ona  może  jeszcze  nie  zdawać  sobie 

sprawy  ze  swoich  uczuć.  Pocałunek może  zetrzeć  z  jej  twarzy  wyraz 

rozmarzenia i zmienić wszystko między nimi. 

Ale  jej  usta  były  tak  blisko.  Kusiło  go,  aby  obwieść  wdzięczny 

kontur  jej  różowych  warg  czubkiem  palca.  A  potem  może  czubkiem 

języka.  Potem  już  trudno  byłoby  mu  się  powstrzymać.  A  nie  sądził, 

żeby  Amy  była  gotowa  na  taki  dalszy  ciąg,  który  jemu  się  marzył. 

Jeszcze nie. 

background image

-  Powinniśmy  chyba  -  odchrząknął  -  powinniśmy  chyba  już  iść, 

jeśli  chcemy  mieć  słońce  na  plaży.  Nie  opalimy  się,  stojąc  tutaj, 

dziecinko. 

Amy  odwróciła  się  rozczarowana.  Dziecinko!  Traktował  ją  jak 

dziecko,  choć  przez  chwilę  wydawało  jej  się,  że  widziała  w  jego 

oczach inny wyraz. Tak, na pewno ją lubił, czuł do niej sympatię, ale 

nie interesowała go jako kobieta. 

Szli po zalanej słońcem ulicy w stronę plaży. Amy przekonywała 

się  w  duchu,  że  powinna  być  wdzięczna  Jackowi,  iż  zgodził  się 

towarzyszyć  jej  w  tej  wycieczce.  Będzie  na  pewno  wielką  pomocą 

przy szukaniu działki na Mam. Nawet teraz sprawiało jej przyjemność 

mieć go przy sobie. 

Rozglądała  się  wokół  i  cieszyła  atmosferą  radości,  jaką  były 

przepojone  ulice  Honolulu.  Mieniły  się  kolorami,  poczynając  od 

naturalnych  barw  żywych  kwiatów,  przeważnie  w  odcieniach  różu  i 

fioletu,  kończąc  na  wesołych,  kwiecistych  strojach  przechodniów. 

Stopień opalenizny wskazywał, jak długo przebywali na wyspach. 

Ona  i  Jack  byli  bardzo  bladzi  w  porównaniu  z  większością 

jaskrawo ubranych turystów, którzy ich mijali. 

- Tu zdejmujemy pantofle - rzekł Jack, gdy znaleźli się na ścieżce 

wiodącej ku plaży. 

-  Och,  Jack,  jak  miło!  -  wykrzyknęła  Amy  i  zsunąwszy  sandały, 

pobiegła  po  ciepłym  piasku.  Krążyła  między  plażowiczami, 

opalającymi  się  na  ręcznikach,  aż  doszła  do  pasa  wilgotnej,  chłodnej 

background image

ziemi  tuż  nad  linią  wody.  Weszła  jeszcze  dalej,  aby  poczuć,  jak  fale 

obmywają jej stopy. 

- Jack, woda jest ciepła! 

Jack podszedł blisko niej. 

- To co innego niż jezioro Whatcom, prawda? - rzekł. 

-  Nigdy  nie  byłam  nad  taką  ciepłą  wodą.  Och,  to  mi  się  bardzo 

podoba! 

- Obawiam się tylko, że plaża nie należy do odosobnionych. 

- Ale tyle tu życia. Spójrz na te żaglówki i jachty. 

Jej uwagę zwróciły rowery wodne. 

-  Czy  o  tym  mówiłeś?  Chodźmy,  Jack,  wynajmiemy  sobie  taki 

rower! 

Pobiegła  szybko  po  piasku,  a  Jack  ruszył  za  nią  trochę  wolniej, 

obserwując z przyjemnością jej entuzjazm. Możliwe, że ta zatłoczona 

i  pełna  życia  plaża  Waikiki  była  dla  nich  odpowiedniejsza  niż  jakieś 

odludne miejsce, gdzie ich uczucia mogłyby się zbyt szybko ujawnić. 

Dostał im się wodny rower o jaskrawo błękitnych kołach. Zaczęli 

z  zapałem  pedałować,  śmiejąc  się  jak  szaleni,  gdy  oblała  ich  wysoka 

fala lub gdy zderzyli się z innym pojazdem. 

-  Dlaczego  one  się  nie  przewracają?  -  zapytała  Amy  po  jakimś 

szczególnie niebezpiecznym przechyle. 

-  Chyba  mają  dobrą  stabilność  -  odparł  Jack,  patrząc  w  jej 

przepastne oczy.  

Miał  wielką  chęć  ją  pocałować.  Szaloną.  Odwrócił  głowę  z 

wysiłkiem. 

background image

-  Sympatyczny  wehikuł,  prawda?  I  raźno  się  posuwa  -  dodał, 

zmieniając ton. 

Amy wyczuła zmianę jego nastroju. Dałaby wiele, żeby wiedzieć, 

o czym myślał. 

-  Jechałby  jeszcze  raźniej,  gdybyś  też  pedałował.  Pracuję  za 

dwoje. 

-  A  nie  zrobiłabyś  przerwy,  żeby  popatrzeć  w  głębinę?  Można 

zobaczyć  dno,  a  założę  się,  że  jest  tu  co  najmniej  pięć  metrów 

głębokości. 

- Och, spójrz na te śliczne rybki. - Amy zafascynowana wychyliła 

się i straciwszy równowagę, omal nie wpadła do wody.  

Jack  w  ostatniej  chwili  złapał  ją,  objąwszy  w  talii  i  wciągnął  z 

powrotem na siodełko. 

- Nie wypadaj za burtę, Hobson - powiedział. - Trudno byłoby cię 

wciągnąć na to urządzenie. 

Amy złożyła dłonie jak do modlitwy i zatrzepotała rzęsami. 

- Mój bohaterze! Uratowałeś mi życie. 

Jack zaśmiał się. 

- Zupełnie słusznie. Te ryby, tam na dole, to mogą być barakudy 

lub inne ludojady. 

Amy kurczowo złapała go za ramię. 

- Naprawdę tak myślisz? Jack, wracamy do brzegu. Natychmiast. 

- Nie, nie myślę tak, ale miło było podrażnić się z tobą. 

- O tym wiesz nie od dzisiaj. Zawsze to robiłeś. 

- Zgubiłaś kwiatek. 

background image

-  Zgubiłam?  -  Dotknęła  ręką  włosów  za  uchem.  -  O,  widzę  go 

tam, na wodzie. Musiał mi wypaść, kiedy patrzyłam na ryby. 

- Zaraz go odzyskamy. - Jack skierował rower w tę stronę i zaczął 

gwałtownie pedałować. 

-  Jack,  zwariowałeś  -  śmiała  się  Amy,  ale  przyłączyła  się  do 

pedałowania. 

-  Ty  ruszaj  pedałami,  a  ja  schylę  się  i  spróbuję  go  podnieść  tak, 

jak kowboje podnoszą kapelusz z ziemi. 

-  A  co  będzie,  jak  wpadniesz  do  wody?  Co  będzie,  jeśli  tu  są 

rzeczywiście barakudy? 

-  Nie  ma,  a  ja nie  wpadnę.  Jestem  twoim  bohaterem,  pamiętasz? 

Bohaterowie nie robią z siebie idiotów. 

- To prawda. A jeśli stracisz trochę ze swego bohaterstwa, a ja nie 

będę miała siły cię wyciągnąć? 

- Nie będziesz musiała. Pedałuj. 

Jack  wychylił  się,  gdy  zbliżyli  się  do  podskakującej  plamki 

fioletu. 

- Dobrze, trochę na prawo. Pedałuj! Jest! 

Podciągnął się na siodełko i podał jej ociekający wodą kwiat. 

- Pani bukiet, madame. 

Wzięła kwiatek i wetknęła we włosy. 

- No i jak? - spytała. 

- Niezwykle uroczo - odparł. 

- Znowu spełniłeś bohaterski czyn. Jak ci się odwdzięczę? 

- W sposób znany od wieków, oczywiście. 

background image

Amy  przechyliła  głowę,  otoczyła  mu  szyję  ramieniem  i 

pocałowała go szybko w usta. 

- Czy tak? 

- Mniej więcej - rzekł, patrząc na nią z powagą. 

- Co to znaczy: mniej więcej? 

Jack zostawił pojazd na łasce losu i  oceanu. Położył jedno ramię 

za jej plecami i spojrzał głęboko w oczy. 

- Uważam, że prawdziwa wdzięczność przypomina coś takiego. - 

Przyciągnął Amy do siebie, aż oparła się o jego pierś, i pocałował. 

 

ROZDZIAŁ 6 

W tym pocałunku zdecydowanie nie było nic platonicznego. Jack 

całował  namiętnie,  gwałtownie.  Amy  zesztywniała  i  odsunęła  się. 

Jack obrzucił ją bacznym spojrzeniem i westchnął. 

- Masz oczy wielkie jak spodki. Zdaje się, że cię przestraszyłem. 

Amy zakryła dłonią drżące wargi. 

- Nie myślałam, że ty... 

- Mogę zachowywać się jak normalny mężczyzna w stosunku do 

ciebie? - dokończył za nią. 

- Ale my zawsze byliśmy jak brat i siostra. 

- Czy chcesz, żeby tak pozostało? 

- Nie wiem. 

Popatrzyła  na  niego  nieśmiało,  a  potem  przeniosła  wzrok  na 

daleki horyzont. 

background image

-  Gdy  byliśmy  młodsi,  często  się  na  ciebie  złościłam,  ale  twoja 

obecność  była  dla  mnie...  podporą.  Byłeś  moim  przyjacielem.  Może 

najlepszym  przyjacielem,  jakiego  miałam  w  okresie  dorastania.  Nie 

chciałabym, aby to się zmieniło. 

-  Amy,  nie  możesz  posłuchać  drugiej  strony  płyty,  jeśli  jej  nie 

odwrócisz. 

Siedziała zamyślona, a rower kołysał się leniwie na falach. 

- Może ja nie chcę usłyszeć muzyki z drugiej strony płyty? 

- A może chcesz. Pierwsza mnie pocałowałaś. 

-  Wiem.  Dlatego  jestem  taka  zdezorientowana.  Może  to  na  tobie 

wymusiłam, chcąc się przekonać, co się stanie? 

-  I  teraz,  kiedy  już  się  przekonałaś,  stwierdziłaś,  że  to  ci  nie 

odpowiada? 

- Tego nie powiedziałam. Ale nagle uświadomiłam sobie, że jeśli 

między nami coś się zmieni, już nigdy nie będziemy mogli wrócić do 

tego, co było. 

-  To  prawda.  To  się  nazywa  dorastaniem.  Wydaje  mi  się,  że  nie 

bardzo  wiedziałaś,  co  robisz,  zapraszając  mnie  na  ten  wyjazd.  - 

Pogłaskał ją po ramieniu. - Ale musiałaś zdawać sobie sprawę, że nie 

jesteśmy  już  dwojgiem  dzieciaków.  Wyrosłaś  na  piękną  kobietę, 

Amy. 

Odwróciła się i wpatrywała się w milczeniu w jego twarz. 

- Bardzo piękną - powtórzył Jack czule. 

-  Kiedy  powiedziałeś  coś  takiego  mojej  matce,  pomyślałam,  że 

starasz się być uprzejmy. 

background image

Potrząsnął głową. 

- Mogło tak być, ale nie było. 

Amy nie mogła powstrzymać uśmiechu kobiecej satysfakcji. 

- Ale nigdy mnie nigdzie nie zaprosiłeś ani nie próbowałeś się ze 

mną umówić. 

- Nie, bo ja też trochę bałem się  wyjść poza ramy naszej dawnej 

przyjaźni,  szczególnie  gdy  stwierdziłem,  że  ty  tak  łatwo  do  niej 

wróciłaś. Ale głównym powodem był twój zamiar przeniesienia się na 

Hawaje  razem  z  rodzicami.  To  daleko  od  Bellingham.  Jaka  byłaby 

przyszłość naszego ewentualnego związku? 

Na myśl o „związku" z Jackiem Amy dostała gęsiej skórki. Ale on 

miał rację. Nawet gdyby chcieli zastąpić starą przyjaźń czymś bardziej 

intymnym, ten romans nie miał sensu ani przyszłości. Niemniej zdała 

sobie  teraz  sprawę,  że  sterowali  w  tym  kierunku  od  owego 

pamiętnego spotkania w parku Kaskada. 

- Jack, wpadłam w pułapkę i pociągnęłam cię za sobą. Bardzo cię 

przepraszam. 

- Nie bierz całej winy na siebie. Jestem dorosły. Mogłem tu z tobą 

nie przyjeżdżać. 

Amy  utkwiła  wzrok  w  jego  oczach.  Wyraźnie  coś  jej  mówiły. 

Wszystko się między nimi zmieniło. 

- Prawdopodobnie powinieneś odmówić. 

- Prawdopodobnie. 

- Jack, co my teraz zrobimy? 

- Zrobimy - odparł i dotknął jej policzka - cokolwiek zechcesz. 

background image

- Dlaczego ja mam decydować? 

-  To  proste.  Jeśli  w  dalszym  ciągu  będziesz  traktować  mnie  jak 

brata,  znajdę  w  sobie  siłę,  aby  takim  pozostać.  Ale  jeśli  zaczniesz 

traktować mnie jak mężczyznę, nie zdołam ci się oprzeć. Jestem tylko 

człowiekiem, Amy. 

- Przecież mówiłeś, że nie ma dla nas przyszłości. 

-  To  prawda,  ale  przed  chwilą  coś  odkryłem.  Kiedy  cię  trzymam 

w ramionach, przyszłość przestaje mieć dla mnie znaczenie. 

Przez resztę popołudnia Amy myślała o tym, co powiedział Jack, i 

zanim wrócili do hotelu, podjęła decyzję, jak będzie postępować, gdy 

znajdą się sami. 

-  Pierwsza  zajmuję  łazienkę,  braciszku  -  oznajmiła  wesoło, 

wchodząc do pokoju. - Obiecuję zostawić ci trochę gorącej wody. 

Jack stał nieruchomo i patrzył, jak zbiera swoją bieliznę i suknię 

plażową po drodze. 

- Rozumiem. 

- To jedyne wyjście, Jack. Ranilibyśmy się nawzajem, gdybyśmy 

nie byli ostrożni. Nie chcę tego. 

- Ja też nie. 

- A więc uzgodniliśmy tę sprawę. 

Jack zdjął ręcznik z szyi i cisnął go na łóżko. 

- Tak sądzę, dziecino. 

- Jack, nie jesteś zdenerwowany? 

background image

- Kto, ja? - Posłał jej szeroki uśmiech. - Miałbym się denerwować 

z powodu takiej chudej smarkuli, która jeszcze się nawet nie wie, jak 

pójść z chłopakiem do łóżka? Nie! 

Amy skoczyła do niego z zaciśniętymi pięściami. 

- Chuda smarkula?! Ja ci pokażę! 

- Amy, uważaj! 

Zatrzymała  się  nagle,  słysząc  zdecydowaną  przestrogę  w  jego 

głosie. 

- Nie dotykaj mnie teraz, dobrze? 

Na widok jego oczu zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż krzyża. 

- Dobrze. 

Poszła  do  łazienki  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Zobaczyła,  że  Jack 

nalał  wody  do  umywalki  i  umieścił  w  niej  wieniec  z  kwiatów.  Był 

naprawdę  troskliwy  i  sympatyczny.  A  ona  go  odtrąciła.  Już  brała  za 

klamkę, żeby wrócić do pokoju i przyznać się do błędu, gdy usłyszała, 

że  Jack  pogwizduje  jakąś  melodię.  Chyba  nie  mógł  być  załamany, 

jeżeli gwiżdże? Wyglądało na to, że jest zadowolony z obrotu sprawy. 

Amy zaczęła się szybko rozbierać. Postanowiła, że ona też będzie 

gwizdać.  W  końcu  wygrała  wycieczkę  na  Hawaje,  a  jutro  jedzie 

zobaczyć,  jaką  wspaniałą  posiadłość  kupiła  dla  rodziców.  Ma  prawo 

czuć się szczęśliwa. Bo czyż nie jest wspaniale? 

Kolacja na plaży, zwana luau, która miała być jedną z atrakcji tej 

wycieczki,  nie  spełniła  jej  nadziei  na  coś  oryginalnego. 

Zorganizowano ją, co prawda, nad samą wodą, na ogrodzonym terenie 

background image

oświetlonym  płonącymi  pochodniami,  ale  gości  posadzono  przy 

zwykłych stołach. 

-  To  zbyt  cywilizowane  -  szepnęła  do  Jacka.  -  Myślałam,  że 

będzie się siedziało na piasku i jadło palcami ze wspólnej miski. 

Jack zachichotał. 

- Czytałaś ostatnio Jamesa Michenera? 

- Oczywiście. Chciałam się czegoś dowiedzieć o tym kraju. 

-  Przykro  mi,  że  się  rozczarowałaś,  ale  te  wyspy  trochę  się 

zmieniły  od  czasu,  gdy  po  raz  pierwszy  dotarli  tu  misjonarze.  Teraz 

krzesła i stoły są w powszechnym użyciu. 

- Znowu się ze mną drażnisz. 

- To mój zawód, dziecinko. 

Zerknęła na niego i w jego oczach zobaczyła tęskny błysk, zanim 

szybko  odwrócił  wzrok.  Wziął  ze  stołu  kubeczek  napełniony  czymś 

białym i podał jej. 

-  Proszę,  nie  jest  to  wprawdzie  wspólna  miska,  ale  to  się  je 

palcami. 

- Co to jest? 

- Poi. 

- O, czytałam o tym. Miałam nadzieję, że nam podadzą. 

-  To  obowiązkowa  potrawa  podczas  luau  -  rzekł  Jack.  -  Należy 

zanurzyć w tym palec i oblizać. Tak się je poi. 

Amy zagłębiła palec w masę podobną do budyniu. 

- Wygląda jak klej. 

- Tak. 

background image

Amy oblizała palec. 

- I smakuje jak klej - uznała. - Dlaczego tubylcy tak to lubią? 

-  Przyzwyczaili  się,  tak  jak  ty  przyzwyczaiłaś  się  do  pizzy. 

Gdybyś  poczęstowała  nią  wieśniaka,  który  żył  sto  lat  temu, 

prawdopodobnie oddałby ją świniom. 

- Jack, czy ty lubisz poi

- Nie cierpię. 

- To dlaczego mnie nie ostrzegłeś? 

Jack pociągnął łyk rumu. 

-  Mógłbym  cię  ostrzec  przed  zbyt  wieloma  rzeczami.  Musisz 

sama przekonać się, co lubisz, a czego nie. 

Amy ściszyła głos. 

-  Masz  na  myśli  dzisiejszy  dzień.  Cieszę  się,  że  mnie  ostrzegłeś, 

co  się  może  zdarzyć  między  nami.  I  ty  też  powinieneś  być 

zadowolony. 

- Jestem. Jestem wręcz uszczęśliwiony. - Jack dopił swego drinka. 

- A teraz popatrzmy trochę na tańce. To ci się przyda, jeśli weźmiesz 

udział w następnym konkursie. 

Amy  potrząsnęła  głową.  Najwyraźniej  Jack  był  zły,  ale  była 

zdecydowana  trzymać  w  ryzach  swoje,  a  tym  samym  i  jego  uczucia. 

Poddać się im - znaczyłoby skomplikować sytuację. 

Tancerki  były  bardzo  dobre  i  wydawało  się,  że  jedna  z  nich 

szczególnie przypadła Jackowi do gustu. Pochylił się do przodu, oparł 

brodę  na  rękach  i  obserwował  z  wyraźnym  zainteresowaniem  jej 

zmysłowe ruchy.  

background image

Amy  zacisnęła  zęby  i  próbowała  nie  zwracać  na  to  uwagi.  Nie 

miała  do  niego  prawa,  mówiła  sobie.  Od  warkotu  bębnów  zaczęła 

boleć  ją  głowa.  Czy  jej  się  zdawało,  czy  też  tancerka  zauważyła 

zainteresowanie  Jacka?  Patrzyła  na  niego,  gnąc  się  wdzięcznie  w 

tańcu, a Jack, tak, uśmiechał się do niej!  

Amy kopnęła go pod stołem. 

- Co robisz? - syknęła. 

-  Próbuję  wzbudzić  w  tobie  zazdrość  -  odparł,  nie  odrywając 

wzroku od Hawajki. 

-  Nie  uda  ci  się!  -  Amy  złapała  kieliszek  i  wychyliła  duszkiem 

rum. 

Gdy taniec się skończył, tancerka podeszła do Jacka. 

- W następnym numerze będzie nam potrzebny ktoś z widowni na 

ochotnika  -  powiedziała  melodyjnym  głosem.  -  Myślę,  że  byłbyś 

doskonały. 

- Oczywiście, dlaczego nie? - Jack wstał natychmiast i poszedł za 

nią. 

Oczy  Amy  zwęziły  się  w  szparki.  I  co  teraz?  Jack  tak pożerał  ją 

wzrokiem,  że  go  zaprosiła  do  tańca.  Czym  się  ten  flircik  skończy? 

Może już nie będzie potrzeby martwić się o spanie w jednym pokoju? 

Może  otrzyma  zaproszenie,  aby  spędził  tę  noc  gdzie  indziej?  Niech 

sobie idzie! Jej jest to całkowicie obojętne. 

Jowialny  konferansjer,  prowadzący  całą  imprezę,  zbliżył  się  do 

mikrofonu. 

background image

- Do następnego numeru jedna z naszych utalentowanych tancerek 

zaprosiła  osobę  z  widowni,  aby  zademonstrować,  jak  potrafi 

rozmawiać za pomocą tanecznych ruchów ciała. W dawnych czasach 

dziewczyny bardzo często porozumiewały się gestami i tańcem. 

Widownia przyjęła jego słowa ze śmiechem, a konferansjer mówił 

dalej: 

-  Zobaczymy  zaraz,  jak  Lelani  uda  się  rozmowa  z  tym  młodym 

człowiekiem,  który  powinien  odpowiedzieć,  naśladując  jej  ruchy. 

Ciekawy sposób mówienia „tak", przyznajcie sami. 

- Nie, nie przyznaję - mruknęła Amy do siebie. 

-  Ale  najpierw  chcielibyśmy  się  dowiedzieć  czegoś  o  tym 

dżentelmenie! Piękny chłopak, prawda, Lelani? 

Lelani entuzjastycznie pokiwała głową. 

-  Można  prosić  o  pańskie  nazwisko,  sir?  -  zapytał  konferansjer, 

podsuwając mu mikrofon. 

- Jack Bond. 

Podał swój radiowy pseudonim, pomyślała Amy. Może sądził, że 

brzmi bardziej seksownie? 

- Skąd pan pochodzi, Jack? 

- Z Bellingham, w stanie Waszyngton. 

-  A  co  pan  robi  w  Bellingham  oprócz  tego,  że  czaruje  pan  płeć 

piękną? 

Jack uśmiechnął się porozumiewawczo. 

-  To  mi  zajmuje  rzeczywiście  sporo  czasu,  ale  w  wolnych 

chwilach nadaję muzykę w miejscowej radiostacji. 

background image

-  Disc  jockey?!  Powinienem  był  się  tego  domyślić  po  tym,  jak 

podszedłeś  do  mikrofonu.  A  więc,  Jack,  ponieważ  pracujesz  w 

środkach  masowego  przekazu,  spodziewam  się,  że  dobrze  odczytasz, 

co ta dama ma ci do przekazania. 

- Chętnie wypróbuję swoje umiejętności. 

- Brawo. Prosimy o muzykę. 

Amy  miała  ochotę  zostawić  Jacka  i  wyjść,  ale  nie  chciała 

okazywać  zdenerwowania.  Oczywiście,  że  była  zła,  ale  on  nigdy  o 

tym  się  nie  dowie.  Zmusiła  się  do  uśmiechu  i  patrzyła,  jak  Jack 

zaczyna  się  kołysać  w  rytm  hawajskiego  hula,  powtarzając  ruchy 

tancerki. 

Gdy  w  pewnym  momencie  Jack  wypadł  z  rytmu,  dziewczyna 

położyła mu ręce na biodrach i pokierowała nim, aby tańczył zgodnie 

z jej krokami. Amy zmarszczyła brwi. Jeśli dotąd Jack nie kojarzył jej 

się z seksem, teraz się to  zmieniło. Jego sugestywne ruchy  wywołały 

aplauz widowni. 

Choć  Amy  próbowała  wmówić  sobie,  że  to  przedstawienie  jest 

okropne,  to  jednak  nie  odraza  sprowadziła  rumieńce  na  jej  twarz. 

Zrozumiała, że dla niej przyjaźń łącząca ją do tej pory z Jackiem była 

bezpowrotnie stracona. 

Na  zakończenie  wspólnego  tańca  Hawajka  obdarowała  Jacka 

kwiatem  i  całusem.  Gdy  oddał  jej  pocałunek,  opanowanie  Amy 

prysło.  Zerwała  się  i  pobiegła  do  wyjścia.  Była  już  za  ogrodzeniem, 

gdy Jack ją dogonił. 

- Wracamy do domu? - zapytał, idąc obok niej. 

background image

-  Nie  wiem  jak  ty,  ale  ja  tak.  Po  tym  jak  „dogadałeś  się"  z 

tancerką, sądziłam, że miałbyś ochotę zostać tu dłużej. 

- Raczej nie. Jeśli chcesz już wracać, idę z tobą. 

Amy,  idąc  obok  Jacka,  wyczuwała  bijące  od  niego  ciepło 

wywołane zmysłowym tańcem. Próbowała odsunąć te myśli od siebie, 

zanim znów znajdą się w hotelowym pokoju, gdzie mają spędzić noc. 

Jack odchylił głowę do tyłu i patrzył na wieczorne niebo. 

- Księżyc w pełni. Co byś powiedziała na spacer po plaży? 

-  Może...  to  dobry  pomysł  -  odrzekła,  starając  się  powiedzieć  to 

naturalnym tonem. 

-  Chodźmy  tędy.  -  Jack  wziął  ją  za  ramię,  kierując  się  znowu  w 

stronę brzegu.  

Amy zadrżała pod dotknięciem jego ręki. 

- Zimno ci? - zapytał Jack. 

-  Właściwie  nie.  Trochę  się  tylko  przypiekłam  na  słońcu  i  to 

wszystko. 

-  Tak,  właśnie  zauważyłem,  że  masz  zaróżowione  policzki. 

Bardzo ci z tym ładnie. Wiesz co, dalej możemy iść boso. 

Puścił  jej  ramię  i  schylił  się,  aby  zdjąć  buty,  a  gdy  się 

wyprostował i dalej szli plażą, już nie wziął jej za rękę. Amy miała na 

to wielką ochotę, ale Jack zachowywał się tak obojętnie, jakby to nie 

on pocałował ją parę godzin wcześniej. 

Po chwili odetchnął głęboko. 

- Pięknie tu, prawda? 

- Tak. Czy to deszcz czuję na twarzy? 

background image

- Jasne. Taki przelotny deszczyk. Widzisz, już nie pada. Byliśmy 

pewnie na jego skraju. 

Amy  objęła  spojrzeniem  niebo,  gdzie  nieliczne  chmury 

przepędzane  przez  wiatr  rzucały  cień  na  żaglówki,  zakotwiczone  z 

dala  od  brzegu.  Chmury  przesuwały  się  szybko  i  już  po  chwili  łódki 

kąpały się znów w białej poświacie księżyca. 

- Jack, pomyślisz, że zwariowałam, ale widzę tęczę tam w górze - 

Amy  wskazała  linię  horyzontu  -  tyle  że  jest  bardziej  szara  niż 

kolorowa. Czy to może tylko moje przywidzenie? 

- Nie, oczywiście, że nie, to jest tęcza księżycowa. 

- Tęcza księżycowa! Tutaj jest rzeczywiście niesamowicie. Kiedy 

zobaczyłeś  Hawaje  po  raz  pierwszy,  miałeś  chęć  przenieść  się  tu  na 

stałe jak mój ojciec? 

- Nie. 

- Dlaczego nie? Sam przyznajesz, że są piękne. 

Przyszło jej na myśl, że gdyby Jack osiedlił się na Hawajach, ich 

drogi  nie  musiałyby  się  rozdzielić  na  zawsze.  Nie  potrzebowałaby 

wtedy  walczyć  z  pragnieniem  objęcia  go  i  przytulenia  się  do  niego 

całym ciałem. 

-  Hawaje  są  wspaniałe,  nie  ma  co  do  tego  żadnych  wątpliwości, 

ale jeśli chodzi o mnie, trochę zbyt monotonne. Jeden piękny dzień za 

drugim. Ja lubię różne pory roku. Raz jesienne liście, a raz śnieg. 

- Co do mnie, mam dosyć zimna. 

background image

Zirytowało  ją,  że  tak  broni  stanu  Waszyngton.  Czy  nie  zdawał 

sobie  sprawy,  że  w  ten  sposób  przekreśla  wszelkie  szanse  na  inny 

rodzaj ich znajomości? 

-  Ten  ciepły  wiatr  od  morza  sprawia  mi  prawdziwą  rozkosz  - 

dodała.  -  I  co  za  cudowne  uczucie  nosić  na  szyi  wianek  ze  świeżych 

storczyków.  Nie  mogę  sobie  wyobrazić,  że  ktoś  mógłby  nie  cenić 

takiego raju. 

- Dla każdego coś innego, Amy. 

- Mamy chyba absolutnie różne cele w życiu, prawda, Jack? 

- Tak by się wydawało. 

- Podjęłam słuszną decyzję dzisiejszego popołudnia. 

Jack zatrzymał się gwałtownie. 

- Czy próbujesz przekonać siebie czy mnie? 

- Nas oboje. 

- To oznacza, że nie jesteś zupełnie przekonana. 

- Owszem, jestem. 

- Nie słychać tego w twoim głosie. 

- Próbuję, aby było słychać. - Spuściła głowę i wpatrywała się w 

ślady wielu stóp na piasku. - Nie jest mi łatwo... domyślasz się, z tym 

księżycem i ciepłą bryzą... i tańcem w twoim wykonaniu. 

- Może ja wcale nie chciałem ci pomóc? 

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 

-  Na  pewno  nie  pomogłeś,  Jacku  Blickensderferze!  W  życiu  nie 

widziałam takiego popisu! 

Uśmiechnął się z zadowoleniem. 

background image

- Teraz wiesz, jak ja się czułem, kiedy ty tańczyłaś. 

Amy zamrugała gwałtownie. 

- Ale ja nie tańczyłam w sposób rozmyślnie kuszący! 

- Rozmyślnie dręczący. 

- Co? 

- Ja nie chciałem nikogo kusić, ja chciałem ci dokuczyć. 

- Jakkolwiek to nazwiesz, leciałeś na tę dziewczynę. 

- Amy, ten taniec nie był dla niej, lecz dla ciebie. 

- Bzdury. - Wiedziała jednak, że mówi prawdę. 

-  Nie  możesz  mieć  mi  za  złe,  że  się  trochę  popisywałem,  żeby 

zobaczyć  twoją  reakcję.  Ale  nie  uwodziłem  cię,  Amy.  Na  to  trzeba 

być bliżej. 

Serce  zaczęło  jej  bić  w  szalonym  rytmie,  gdy  przysunął  się  do 

niej. 

- Jack, nie rób tego. 

Zaczął bawić się kwiatkiem jej wieńca. 

- To też nie zabrzmiało przekonująco. 

-  Ale  mówię  serio.  -  Amy  starała  się,  aby  jej  głos  nie  zadrżał.  - 

Nie chcę tego. 

- Jesteś zupełnie pewna? Twoje oczy mówią coś innego. 

- Nie. 

-  Tak.  -  Prawie  dotykał  jej  ustami.  - Tak  bardzo  chciałbym  się  z 

tobą kochać. 

Zadrżała,  słysząc  pieszczotliwy  ton  w  głosie,  który  potrafił 

hipnotyzować. 

background image

- Jack, jeśli jesteś moim przyjacielem, nie zrobisz tego. 

-  Amy,  czy  tego  nie  rozumiesz?  -  pytał,  przesuwając  palcem 

wzdłuż  jej  dolnej  wargi.  -  Czas  naszej  przyjaźni  minął.  -  Objął  ją 

mocno ramionami i dotknął wargami jej ust.  

W  powietrzu  rozszedł  się  zapach  storczyków,  gniecionych  ich 

uściskiem.  Gdy  ją  pocałował,  Amy  zaprzestała  dalszego  oporu.  Już 

nie przerażało jej zbliżenie. Była na nie gotowa. 

Jack  był  dla  niej  kombinacją  czegoś  znanego  i  nie  znanego, 

obcego  i  bliskiego  jednocześnie.  Może  dlatego  każdym  dotknięciem 

budził w niej namiętność, jakiej nigdy dotąd nie doznała. Gdy całował 

ją  coraz  mocniej  i  głębiej,  objęła  go  za  szyję  i  wplotła  palce  w  jego 

włosy. 

Jack  przytulał  ją  coraz  bardziej,  aż  znikła  najmniejsza  szczelina 

między  ich  ciałami,  a  każda  wypukłość  odnalazła  odpowiadającą  jej 

wklęsłość.  Delikatnymi  ruchami  muskał  jej  pierś,  aż  westchnęła  pod 

wyrafinowanym  dotykiem  jego  palców.  Przesunęła  się  lekko,  aby 

otrzeć się nabrzmiałymi sutkami o jego dłoń.  

Miała  chęć  zedrzeć  z  siebie  suknię  i poczuć dotyk  jego  skóry  na 

całym ciele. Jack wpatrywał się w jej twarz, obejmując całą dłonią jej 

bolącą od pożądania pierś. Oddychał z trudnością. 

- Wydaje mi się... że powinniśmy przenieść się gdzie indziej. 

Amy uśmiechnęła się leniwie. 

- Do ciebie czy do mnie? 

- Do nas. 

- Okay. 

background image

- Och, Amy - powiedział z westchnieniem, obsypując jej nos, usta 

i policzki drobnymi pocałunkami. - Nigdy bym nie pomyślał, że mała 

siostrzyczka Brada może być taka! 

„Mała  siostrzyczka  Brada"!  Amy  poczuła,  jakby  wrzucił  ją  do 

lodowatej wody. 

Czar prysł. 

 

ROZDZIAŁ 7 

Jack  poczuł,  że  zesztywniała.  Cholera!  Co  on  powiedział? 

Przypomniał sobie i jęknął. 

- Amy, przepraszam cię! 

-  Nie  przepraszaj.  -  Wyswobodziła  się  z  jego  objęć.  -  Tak 

myślałeś. 

-  Wcale  nie  myślałem,  w  tym  rzecz.  Zawsze  byłaś  siostrzyczką 

Brada  i  widocznie  nagle  zdałem  sobie  sprawę,  ku  swemu  wielkiemu 

zaskoczeniu,  że  mając  cię  ciągle  na  oczach,  nie  dostrzegłem...  oboje 

nie dostrzegliśmy... 

-  A  ja  zdałam  sobie  sprawę,  że  nic  nie  powinno  się  zdarzyć. 

Zmierzamy w różnych kierunkach i możemy tylko sprawić sobie ból. 

Taki ból, który zaciąży na stosunkach z innymi ludźmi, na przykład na 

twojej przyjaźni z Bradem. 

-  Amy,  dlaczego  mówisz,  że  zmierzamy  w  różnych  kierunkach? 

Czy musisz przenosić się tu z rodzicami? 

- Oni mnie potrzebują. Tłumaczyłam ci już. 

- Więc nie sprowadzaj ich na Hawaje. 

background image

-  Jack,  jak  możesz  wymagać,  abym  była  taką  egoistką?  Zanim 

Philip  stracił  ich  oszczędności,  ciągle  mówili  o  zamieszkaniu  tutaj. 

Zniszczył  ich  marzenia,  a  ja  się  do  tego  przyczyniłam.  Muszę  im  je 

przywrócić. 

- I poświęcisz swoją własną przyszłość? 

- Jaką przyszłość? Moją posadę w składzie drewna? 

- Amy, nie mówiłem o posadzie, dobrze o tym wiesz. 

-  A  więc  o  czym  mówiłeś?  Czy  mam  zmienić  wszystkie  swoje 

plany z powodu jednego pocałunku? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Lecz...  o,  do  diabła,  może  rzeczywiście 

twoim  rodzicom  należą  się  te  Hawaje,  a  ty  będziesz  musiała  żyć 

blisko nich przez resztę swojego życia. Ale to cię odgradza ode mnie, 

Amy, a ja nie mogę się z tym pogodzić. Myślałem, że gdybyśmy mieli 

szansę... 

-  Nie  -  powiedziała  łagodnie.  -  To  by  tylko  skomplikowało 

sytuację.  Daj  spokój,  Jack.  Wracajmy  do  pokoju  i  prześpijmy  się 

trochę. Jutro czeka nas dużo zajęć. 

- Słusznie. Prześpijmy się. - Spojrzał na nią zwężonymi oczami. - 

Czy będziesz mogła spać po tym wszystkim? 

- Nie wiem. Spróbuję. 

- W jaki sposób? 

Amy uśmiechnęła się. 

-  Położę  się  i  będę  sobie  przypominać  czasy,  gdy  wkładałeś  mi 

sztucznego węża do torebki ze śniadaniem i mówiłeś swoim kolegom, 

że mam piersi jak fistaszki. 

background image

Jack przymknął oczy ze skruszoną miną. 

-  Fistaszki!  Już  nie  zasługujesz  na  takie  określenie.  Amy,  jesteś 

teraz piękna. 

-  Nie  jestem  nikim  nadzwyczajnym,  Jack.  Daliśmy  się  tylko 

ponieść  atmosferze  Hawajów,  pełni  księżyca,  tęczy...  i  innym 

rzeczom. 

- Właśnie te inne rzeczy głównie mi się podobały. 

- Nie. Panujący tu nastrój tak na ciebie działa. Gdybyśmy byli  w 

domu, ciągle myślałbyś o mnie jako o siostrzyczce Brada. 

Stał  naprzeciwko  niej  z  opuszczonymi  rękami  i  wpatrywał  się  w 

jej twarz. 

-  Wątpię  -  powiedział.  -  Ciągle  byłabyś  seksowną  dziewczyną  z 

ciałem, które mogłoby skusić świętego, a ja nim nie jestem. Ale dziś 

postaram się zapomnieć, ze śpisz w tym samym pokoju. 

- Raczej pomyśl o dniu, kiedy nagrałam na taśmę twoją rozmowę 

z Jill Avery, a potem odtworzyłam ją w sąsiednim pokoju, gdy jadłeś 

u nas obiad. 

Jack zaśmiał się. 

- Rzeczywiście tak zrobiłaś. 

-  Albo  o  tym  popołudniu,  kiedy  upuściłam  w  błoto  twój  rocznik 

statystyczny, bo nie chciałeś mnie zabrać na łyżwy. 

- Czasami byłaś prawdziwym szatanem. 

- Miej to w pamięci, a dobrze na tym wyjdziesz. 

- Ale całujesz jak anioł, Amy Hobson. 

Amy zawróciła w stronę hotelu. 

background image

- I ty też, Jacku Blickensderferze. 

- Poczekaj! Dlaczego więc... 

-  Ponieważ  oboje  jesteśmy  zbyt  inteligentni,  żeby  popełnić  taki 

błąd - powiedziała, nie oglądając się. 

Gdy wrócili do pokoju i Amy układała się już do snu, Jack stojąc 

pod  zimnym  prysznicem,  próbował  zgodnie  z  jej  radą  myśleć  o  niej 

jako o małej, znajomej dziewczynce. Jednak ten przywoływany przez 

pamięć obraz bladł, bo tuż obok, na wyciągnięcie ręki, znajdowała się 

piękna zmysłowa kobieta, jaką stała się Amy.  

Gdyby  nie  jego  głupia uwaga  tam, na  plaży,  byliby  teraz  jeszcze 

bliżej  siebie.  Ale  może  dobrze  się  stało.  Mogli  sobie  sprawić  wiele 

cierpień. Nazajutrz Amy ma obejrzeć działkę i przenosiny na Hawaje 

staną  się  realne.  Jutrzejszy  dzień  wiele  wyjaśni  i  w  konsekwencji 

następna noc powinna być łatwiejsza do zniesienia. 

Gdy  zimna  woda  wywołała  w  nim  dreszcze,  zamknął  kurki  i 

zaczął  się  wycierać.  Stojąc  na  macie,  uświadomił  sobie,  że  nie  wziął 

ze sobą czystych szortów. Po chwili wahania uznał, że ręcznik dobrze 

je zastąpi. Owinął się więc barwnym, frotowym ręcznikiem i wyszedł 

z łazienki. 

Amy  zakopała się w pościeli tak, że tylko czarne  loki wystawały 

na zewnątrz. Przez krótką chwilę Jack zastanawiał się, co by się stało, 

gdyby  zrzucił  ręcznik  i  wsunął  się  do  jej  łóżka.  Ale  nie!  Zawarli 

przecież umowę. Wyciągnął czystą parę spodenek z szuflady komody, 

przeszedł  na  drugą  stronę  łóżka,  usiadł,  odwinął  ręcznik  i  nałożył 

szorty. 

background image

Amy  obserwowała  go  jednym  okiem.  Pod  grubą  narzutą  i 

prześcieradłami  zaczęła  się  już  pocić,  a  na  widok  Jacka  tylko  w 

ręczniku  na biodrach  zrobiło  się  jej  jeszcze  goręcej.  Ciekawe,  jak  by 

zareagował,  gdyby  odrzuciła  przykrycie  i  wyciągnęła  do  niego  ręce? 

Nie! Przecież zawarli umowę. 

Czując  się  trochę  jak  szpieg,  nie  odwracała  od  niego  wzroku, 

nawet  gdy  wstał,  aby  podciągnąć  szorty.  Miał  mocne,  umięśnione 

pośladki,  jaśniejsze  poniżej  linii,  gdzie  kończyły  się  kąpielówki. 

Poczuła suchość w ustach. Widziała go prawie całego, z wyjątkiem... 

Lepiej o tym nie myśleć. 

Jack  odrzucił  koce  i  wsunął  się  do  łóżka.  Gdy  tylko  położył  się 

twarzą w jej stronę, Amy zamknęła oczy i udawała, że śpi. Usłyszała, 

że zgasił nocną lampkę. 

- Dobranoc, Amy - powiedział swym radiowym głosem. 

Nie odpowiedziała. 

- Cokolwiek się stanie, nie żałuję tej nocy. 

Amy  przypomniała  sobie  ich  namiętny  pocałunek  na  plaży.  Ona 

też  go  nie  żałowała.  Jednak  gdyby  mu  to  powiedziała  albo  zdradziła 

się, że nie śpi, mogłoby to się  źle skończyć. Milczała więc i  wkrótce 

usłyszała  jego  równy  oddech.  Wbrew  wcześniejszym  zapewnieniom, 

że nie zaśnie, będąc tak blisko niej, zdawał się mocno spać. 

 

O  jedenastej  następnego  ranka  polecieli  samolotem  na  sąsiednią 

wyspę  Maui,  a  z  tamtejszego  lotniska  udali  się  wynajętym 

samochodem do Hany, miasteczka na przeciwległym brzegu wyspy. 

background image

- Jack, tu jest fantastycznie - wykrzyknęła Amy, gdy Jack wjechał 

na wąską, krętą drogą wzdłuż wybrzeża. Po jednej stronie mieli widok 

na  skalistą  skarpę  obmywaną  falami  oceanu,  a  po  drugiej  gęstą 

tropikalną roślinność. 

-  Zupełnie  jak  w  książkach  Michenera.  Można  by  przysiąc,  że 

gdybyś  się  przedarł  przez  ten  las,  znalazłbyś  się  w  zapomnianej 

wiosce z kamiennymi totemami, porzuconymi na ziemi. 

- Możliwe. 

-  Spójrz,  wodospad!  Nie,  nie  oglądaj  się!  -  poprawiła  się,  gdy 

zobaczyła jadącą z przeciwka ciężarówkę. 

Jack  musiał  gwałtownie  przyhamować  i  zjechać  na pobocze,  aby 

jej zrobić miejsce. 

-  To  niesprawiedliwe,  Jack  -  powiedziała  Amy.  -  W  drodze 

powrotnej ja będę prowadzić, a ty zabawisz się w turystę. 

- Możesz się delektować widokami, ile chcesz. Nie zapominaj, że 

ja już znam Hawaje. 

- Ale pewnie nigdy nie jechałeś tą drogą. 

Jack skrzywił się, gdy wóz podskoczył na wyrwie. 

-  Nie  miałem  tej  przyjemności.  Amy,  czy  twoi  rodzice  będą 

musieli często tędy jeździć? 

-  Chyba  nie.  W  każdym  razie  taką  mam  nadzieję.  Nie  można 

powiedzieć, że tu się łatwo prowadzi, prawda? 

-  Nie.  -  Jack  zwolnił,  aby  przepuścić  autokar  pełen  turystów 

wracających z Hany. 

background image

-  Ta  zapadła  dziura  jest  uważana  za  coś  wyjątkowego,  bo  wiele 

znakomitości ma tu swoje domy. 

- Znakomitości posługują się najczęściej helikopterami. 

- Zgadzam się, że ta droga nie jest najlepsza, ale myślę, że rodzice 

będą tak zadowoleni z mieszkania nad samym morzem, że nie zechcą 

bez  potrzeby  ruszać  się  z  domu.  Poza  tym  na  emeryturze  nie  muszą 

się  nigdzie  spieszyć,  mogą  jeździć  wolno.  To  tylko  nam  ciągle  brak 

czasu. 

-  Masz  rację.  Gdybyśmy  mogli  jechać  do  Hany  cały  dzień, 

zaproponowałbym piknik przy tym wodospadzie. 

Amy  popatrzyła  na  niego  i  wyobraziła  sobie,  co  mogliby  robić 

zasłonięci  od  ludzkich  spojrzeń  gęstą  roślinnością.  Siedzieliby  na 

miękkim  kocu,  obok  nich  kosz  słynnych  hawajskich  owoców  - 

złocistych  ananasów,  mango,  kiwi  i  papai.  Może  jedliby  kraby  w 

ostrym sosie, popijając winem chablis, schłodzonym w zimnej wodzie 

wodospadu. A potem wyciągnięci na kocu... 

- Hej, Amy! Wracaj na ziemię! 

Amy ocknęła się nagle. 

- Co mówiłeś, Jack? 

-  Tylko  to,  że  zbliżamy  się  do  Hany  i  potrzebny  mi  pilot,  aby 

pokazał mi drogę do tego biura. 

-  Och!  -  Amy  wyciągnęła  mapę  z  torebki.  -  Przepraszam, 

rozmarzyłam się. 

- O czym? 

- Nieważne. Na drugim skrzyżowaniu skręć w lewo. 

background image

Jack  domyślił  się,  że  marzyła  o  nim.  To  nawet  sprawiedliwie, 

pomyślał, po tym, jak męczyła go w snach ostatniej nocy. Gdy zmusił 

się, aby o niej nie myśleć, i zapadł w sen, podświadomość wzięła nad 

nim górę.  

Zaprezentowała mu Amy jako śniadą tubylczą dziewczynę ubraną 

tylko w skąpą spódniczkę z trawy i ciemnoróżowy wianek z kwiatów, 

który  ocierał  się  o  jej  nagie  sterczące  piersi,  gdy  tańczyła  dla  niego, 

kołysząc biodrami. 

Po  tańcu  zabrała  go  do  swej  chaty.  On  drżącymi  palcami  zdjął  z 

niej  spódniczkę  i  delikatnie  osunął  na  plecioną  matę.  Wciągnął  w 

nozdrza  zapach  lei  leżącego  w  zagłębieniu  między  jej  piersiami,  a 

ustami... 

- Na lewo, Jack, na lewo. - Amy potrząsnęła go za ramię. - Och, 

pojechałeś za daleko. Będziemy musieli wracać. 

Jack nacisnął hamulec, rozejrzał się i szybko zawrócił. Czy teraz 

ona  zapyta  go,  o  czym  rozmyślał  tak  intensywnie?  Gdyby  spytała, 

chętnie  by  jej  opowiedział,  żeby  zobaczyć  jej  reakcję.  Ale  Amy  nie 

zapytała i poczuł się zawiedziony. 

Zarząd  handlu  terenami  mieścił  się  w  barakowozie  na 

oczyszczonym  kawałku  pola.  Wyłożone  zieloną  wykładziną  schodki 

wiodły  do  otwartych  drzwi.  Uśmiechnięty,  o  okrągłej  twarzy 

mężczyzna wstał zza biurka, gdy Amy i Jack weszli do wnętrza. 

-  Dzień  dobry.  Czy  mogę  państwu  pokazać  jakąś  działkę? 

Sprzedają  się  jak  ciepłe  bułeczki,  ale  zostało  jeszcze  kilka  parceli, 

dwie tuż przy plaży lub jeśli wolą państwo dalej od brzegu... 

background image

-  Dziękujemy,  ale  ja  już  jestem  posiadaczką  jednej  działki. 

Przyjechałam, żeby ją obejrzeć. 

-  Ach,  tak?  -  Uśmiech  mężczyzny  trochę  przygasł.  -  Na  jakie 

nazwisko? 

-  Amy  Hobson.  Dokonałam  transakcji  listownie.  Jestem  ze  stanu 

Waszyngton. 

- Doskonale, doskonale. 

Podszedł do szafki z dokumentami i wyciągnął jedną z szuflad. 

-  Proszę,  mamy  tu  wszystko,  działka  numer  dwa,  zgadza  się?  - 

rzekł. 

Amy  odetchnęła  z  ulgą.  Gdzieś  w  głębi  mózgu  ciągle  czaiło  się 

podejrzenie,  że  padła  ofiarą  oszustwa  i  że  została  okradziona  po  raz 

drugi. 

- Zgadza się. Nad plażą. Chcielibyśmy tam pójść. 

- Proszę bardzo. Narysuję państwu drogę. 

Wyjął  ołówek i naszkicował mapkę na kartce, podając kierunki i 

punkty  orientacyjne.  Później  oderwał  kartkę  od  bloczku  i  wręczył  ją 

Amy.  

Jack rozejrzał się po biurze; 

- A więc interes się rozwija? - zauważył. 

-  Dziś  jest  trochę  pusto.  Dzień  powszedni,  rozumie  pan.  W 

weekendy mamy więcej pracy. 

Jack miał minę pełną powątpiewania. 

- Dużo ludzi jeździ tą drogą? 

Mężczyzna roześmiał się. 

background image

- Ostra, co? Ale taka powinna być, jeśli chce się uciec od miasta i 

ludzi.  Nie  wybrałby  pan  miejsca,  do  którego  każdy  by  z  łatwością 

trafił. Skończyłoby się całe odosobnienie. 

- Hm... 

-  Jack,  chodźmy  już.  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  zobaczę 

miejsce,  gdzie  moi  rodzice  spędzą  najlepsze  lata.  -  Amy  ruszyła  do 

drzwi. 

Jack zwrócił się znowu do urzędnika. 

- Ona kupiła tę działkę dla swoich rodziców, na emeryturę. 

-  Tak?  Wie  pan,  wielu  ludziom  ze  świata  biznesu  zmęczonym 

stresami bardzo się tu podoba. 

- A ilu z nich ma helikoptery? 

-  Niektórzy.  Inni  mają  awionetki,  które  trzymają  na  naszym 

lokalnym  lotnisku.  A  ci,  co  nie  lubią  ani  latać,  ani  jeździć 

samochodem, wynajmują kogoś, aby im dowoził żywność z Wailuku. 

Jest  tam  mały  targ,  a  większe  zakupy  trzeba  robić  po  drugiej  stronie 

wyspy. 

- Aha. 

- Jack - wołała Amy ze schodków - idziesz czy nie? 

-  Za  chwilę.  -  Znów  zwrócił  się  do  urzędnika:  -  Czy  w  umowie 

kupna jest klauzula umożliwiająca zwrot działki? 

-  Chodzi  panu  o  to,  czy  jest  gwarancja,  że  odkupimy  ją  lub  coś 

takiego? 

- Tak. 

background image

- Nie, obawiam się, że nie. Ale to się jeszcze nie zdarzyło. Tu jest 

raj, proszę pana, i wszyscy chcą mieć choć jego cząstkę. 

- Rozumiem. A więc pójdziemy zobaczyć ten kawałek raju, który 

sobie kupiła moja znajoma. Aloha! 

Skinąwszy  głową,  Jack  opuścił  biuro.  Znalazł  Amy  stojącą  na 

końcu polany, wpatrującą się w drzewo nad głową. 

- Spójrz, Jack, banany! Rosną na tym drzewie! Mama i tata będą 

mogli uprawiać tropikalne owoce na swoim własnym podwórku. 

-  Może  będą  musieli,  jeśli  będą  chcieli  jeść  -  mruknął  Jack,  idąc 

do samochodu. 

- Co mówiłeś? 

Jack  milczał,  nie  chcąc  jej  psuć  przyjemności.  Dopiero  w 

samochodzie powiedział: 

- Amy, jeśli twoich rodziców nie będzie stać na wynajęcie kogoś, 

kto  by  im  dostarczał  żywność,  będą  musieli  jeździć  tą  drogą  do 

Wailuku po każdy produkt. 

- Czy o tym mówił ten człowiek? 

- Taki był sens jego słów. 

- Więc ja będę jeździć dla nich. 

-  Inna  rzecz  mnie  jeszcze  zastanawia,  Amy.  Hana  to  małe 

miasteczko. Czy znajdziesz tu jakąś pracę? 

- Ja... ja nie sądziłam, że będę musiała ograniczyć się do Hany. 

-  Ta  droga  cię  ograniczy.  Nie  mogę  sobie  wyobrazić,  żebyś 

pracowała  gdzie  indziej  i  pokonywała  tę  piekielną  drogę  dzień  w 

dzień. 

background image

-  A  więc  znajdę  pracę  tutaj.  To  musi  się  udać.  Jack,  zrobię 

wszystko, żeby tak się stało. 

- Mam wielką nadzieję, że ci się uda. 

- Na pewno. A teraz poszukajmy działki. 

Jechali zgodnie ze wskazówkami urzędnika, a Amy rozglądała się 

wokół. 

- Rozumiem, co chciałeś mi powiedzieć, Jack. Hana rzeczywiście 

nie jest żadną metropolią. 

- Ja oceniam ją jako miejsce dobre dla pionierów i bogaczy. 

- A moich rodziców nie zaliczasz do żadnej z tych kategorii. 

- Tak mi się wydaje. 

- Poczekaj, aż dojedziemy do plaży. Pomyśl tylko, Jack, dom przy 

samej  plaży.  Dla  tego  samego  warto  pogodzić  się  z  paroma 

trudnościami. 

Pięć  minut  później  Amy  wysiadła  z  samochodu  i  patrzyła  z 

przerażeniem na widok, jaki się przed nią roztaczał. 

- Co jest z tym piaskiem, Jack? Dlaczego on jest czarny? 

Jack podrapał się po karku. 

-  Teraz  sobie  przypominam,  że  na  Hawajach  niektóre  plaże  są 

czarne. To pewnie jedna z nich. 

-  Czarny  piasek?  Nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszałam.  -  W  jej 

głosie brzmiała rozpacz. 

Jack położył jej rękę na plecach, starając się ją pocieszyć. 

- Nie uważasz, że to wygląda egzotycznie? Może rodzicom się to 

spodoba. A woda jest piękna. Będą mieli wspaniały widok. Spójrz, jak 

background image

fale rozbijają się o te skały. - Ścisnął ją za ramię. - Kupiłaś miejsce z 

dramatyczną atmosferą. 

-  Czarny  piasek  -  mówiła  żałośnie  Amy.  -  Nie  przyszło  mi  do 

głowy  zapytać  o  kolor  piasku.  Widziałam  fotografie  z  Maui. 

Wyglądały zupełnie inaczej. 

-  Prawdopodobnie  widziałaś  fotosy  z  Kaanapali,  gdzie  znajduje 

się  większość  kurortów.  To  inna  część  wyspy.  Amy,  czy  sądzisz,  że 

reklama  wprowadziła  cię  w  błąd?  Jeśli  tak,  możemy  podjąć  jakieś 

kroki.  Jeśli  pokazali  ci  fotografie  z  Kaanapali,  a  sprzedali  te  tereny 

tutaj, to... 

-  Nie,  ja  sama  doszłam  do  tych  wniosków.  Oni  opisali  tylko  te 

działki jako nadmorskie tereny na wyspie Maui, blisko Hany. Była to 

krótka informacja, bez  zdjęć.  Ludzie,  którzy  się  interesują  tutejszymi 

terenami, wiedzieliby, że plaże są czarne. 

-  Amy,  jestem  pewien,  że  wielu  uważa  to  za  plus.  Mało  kto 

mieszka w pobliżu takiego zjawiska. 

-  Słyszałam  wielokrotnie,  jak  ojciec  mówił  o  połaciach  białego, 

czystego  piasku.  Takie  Hawaje  pamięta  i  tu  mu  się  nie  spodoba.  Na 

pewno. 

Jack potrząsnął nią z lekka. 

-  Myślę,  że  powinnaś  dać  im  szansę  zobaczenia  tego  na  własne 

oczy, zanim coś postanowisz. 

-  Nie.  Mogę  sobie  wyobrazić  rozczarowanie  na  ich  twarzach. 

Poza  tym  sam  miałeś  zastrzeżenia  co  do  drogi.  Masz  rację,  Jack. 

Bogaci,  którzy  szukają  czegoś  oryginalnego  i  odosobnionego,  mogą 

background image

się tu czuć dobrze. I ludzie szukający przygody, jak pionierzy. Ale dla 

mamy  i  taty  chcę  Hawajów  takich  jak  z  obrazka,  z  reklam 

turystycznych. Zmarnowałam okazję, Jack. 

- Ta działka jest mimo to dobrą lokatą kapitału. 

-  Możliwe,  ale  wracam  do  tego  urzędnika  i  poproszę,  aby  ją  dla 

mnie  sprzedał.  Nie  stać  mnie  na  inwestowanie  kapitału.  Muszę  się 

tego pozbyć i zacząć od nowa. 

Jack wzdrygnął się. Po tym, co usłyszał od urzędnika, nie sądził, 

aby miała jakieś szanse. Ale Amy nie była osobą czekającą spokojnie, 

aż ją wyliczą. Może potrafi dobić z nim targu. 

Okazało  się  jednak,  że  nie  potrafiła.  Jack  dał  upust  złości  w 

tyradzie,  która  trwała  przez  większą  część  męczącej  jazdy 

samochodem do lotniska i nawet podczas krótkiego lotu do Oahu. 

- Został nam jeden dzień - powiedziała ponuro Amy, gdy wrócili 

do  hotelowego  pokoju.  -  Poświęcimy  go  na  znalezienie  firmy 

handlującej  nieruchomościami  w  Honolulu,  która  zgodzi  się  przyjąć 

działkę do sprzedaży. Nie chcę jej i koniec. - Upadła z rozmachem na 

łóżko. 

- A co będzie z twoim planem? 

-  Spuściłam  po  nim  wodę.  Chcę  tylko  odzyskać  pieniądze,  aby 

kiedyś spróbować jeszcze raz. 

- Może trafisz na coś innego, gdy będziemy odwiedzać te biura. 

Zastanowił się, dlaczego właściwie podsuwa jej inne możliwości. 

Gdyby pozostawił wszystko tak jak jest, Amy może przestałaby śnić o 

Hawajach i mieliby szanse poznać lepiej swoje uczucia. 

background image

- Myślałam już o tym, ale jeden dzień to za mało, a poza tym nie 

stać mnie na kupno dwóch działek. Muszę najpierw sprzedać tę. 

- Może jakaś firma zgodzi się na zamianę? 

-  Może,  ale  to  bardzo  mało  prawdopodobne,  sam  dobrze  wiesz. 

Teraz nie kupię już niczego  w takim pośpiechu. Nie chcę się sparzyć 

po raz drugi. - Zaśmiała się. - A właściwie po raz trzeci. Jaka ze mnie 

wariatka. 

-  Nie,  Amy.  To  cenny  kawałek  ziemi.  Tylko  nie  nadaje  się  dla 

twoich rodziców, to wszystko. 

Jack stał z rękami w kieszeniach i patrzał na śliczny obrazek, jaki 

tworzyła,  leżąc  wyciągnięta  na  łóżku  -  smutna  piękność  w  białych 

luźnych  spodniach  i  jasnozielonej  bluzce,  która  unosząc  się  do  góry, 

ukazywała pasek gładkiej skóry. Pewnie nie zdawała sobie sprawy, że 

jej poza wprost go zapraszała, aby wyciągnął się obok i pocałował ten 

malutki, widoczny skrawek jej ciała. 

Ogarnęło  go  podniecenie  nagłe  i  gorące.  Co  mogło  ich  teraz 

powstrzymać? Jej plany wyjazdu z rodzicami pewnie nigdy nie dojdą 

do  skutku.  Czy  ona  uświadomiła  sobie,  co  to  zmienia  w  ich 

stosunkach? 

Pewnie  nie,  bo  zbyt  ją  pochłaniał  żal,  że  nic  nie  udało  jej  się 

zrobić  dla  rodziców.  Jack  postanowił  trochę  poczekać,  aż  ona  sama 

zda  sobie  sprawę  z  ich  nowej  sytuacji.  Musi  działać  powoli,  aby  jej 

nie przestraszyć, ale nie ma zamiaru czekać całą noc. 

- Może chciałabyś pójść coś zjeść? 

Amy westchnęła. 

background image

- Nie jestem głodna, ale ty pewnie umierasz z głodu. 

- Aha - przytaknął. Był głodny i spragniony, ale jej miłości. 

-  Chodźmy  więc.  -  Wstała  i  sięgnęła  po  szczotkę  do  włosów.  - 

Agencje  handlu  nieruchomościami  są  nieczynne  wieczorem,  nie 

mamy nic do roboty. 

-  Otóż  to.  -  Jack  unikał  jej  wzroku,  aby  z  niego  nie  wyczytała, 

czym ma zamiar zajmować się aż do rana. 

Targ  był  kolorowy  i  pełen  życia,  jak  wszystko  w  Honolulu.  Na 

jego środku stał wielki stary, suchy figowiec, obwieszony lampami, a 

dookoła  niego  różnego  typu  kioski  i  sklepy,  sprzedające  artykuły  z 

całego świata. 

W  licznych  restauracjach  chińskich  i  polinezyjskich  podawano 

narodowe  dania.  Jack  i  Amy  spróbowali  jednych  i  drugich,  a  potem 

spacerowali, napawając się karnawałowym nastrojem tego miejsca. 

- Powinnaś mieć coś takiego - rzekł Jack, biorąc do ręki jedwabny 

sarong w biało-różowe kwiaty. - Pozwól, że zrobię ci prezent. 

-  To  bez  sensu,  Jack.  Nie  przyjechaliśmy  tu,  aby  kupować 

prezenty. 

Zdjął materiał z wieszaka i przyłożył go do Amy. 

- Genialne - orzekł. 

- Nie, Jack. 

-  Słuchaj,  to  nie  jest  jakiś  nieprzydatny  bibelot,  na  którym  tylko 

osiada kurz. To możesz nosić. 

-  W  Bellingham,  gdzie  temperatura  rzadko  przekracza 

dwadzieścia dwa stopnie? 

background image

-  Wydawało  mi  się,  że  chcesz  zamieszkać  na  Hawajach  w 

niedalekiej przyszłości. 

Popatrzyła na niego. 

- Miło mi, że tak mówisz. Chociaż jedna osoba we mnie  wierzy. 

Ale  nie  wiem,  kiedy  się  tu  znajdę.  To  może  potrwać  lata,  a  do  tego 

czasu sarong by się marnował. 

-  Podejdź  tylko  do  lustra  i  popatrz,  jak  ci  w  nim  ładnie.  Masz.  - 

Wcisnął jej strój w rękę. 

- No dobrze, jeśli nalegasz. Ale niczego nie kupujemy. 

Wzięła kolorową tkaninę i owinęła się w nią, stojąc przed lustrem. 

Jack stanął tuż za nią i pochwycił jej spojrzenie w lustrze. 

- Widzisz, jak ci od niej zalśniły oczy? 

- To raczej od świateł na figowcu - odparła.  

Wiedziała,  że  błysk  w  jej  oczach  spowodowała  jego  bliskość. 

Gdyby  zrobiła  jeden  mały  krok  do  tyłu,  znalazłaby  się  w  ramionach 

Jacka. 

- Kupię go. Możesz go nosić jako domową sukienkę, a ja... 

- Co ty? 

- A ja... zawsze, kiedy cię w niej zobaczę, przypomnę sobie naszą 

wycieczkę. 

Aluzja,  ze  zamierza  u  niej  bywać,  zaskoczyła  ją.  Po 

rozczarowaniu,  jakie  przeżyła  poprzedniego  dnia,  wykreśliła  z  myśli 

wszystkie  plany  o  ich  wspólnej  przyszłości,  ale  Jack  widocznie  nie. 

Serce  zaczęło  Amy  bić  mocniej,  a  na  ustach  pojawił  się  drżący, 

niepewny uśmiech. 

background image

-  Po  wszystkich  kłopotach,  jakie  masz  ze  mną  w  tej  podróży, 

będziesz chciał ją jeszcze pamiętać? 

- Nie rozumiesz? - zapytał ciepło. 

Świadomość,  co  on  sugeruje,  przejęła  ją  dreszczem.  Rzuciła  mu 

pytające spojrzenie. 

- Jack? 

Wziął  ją  za  ramiona,  odwrócił  twarzą  do  siebie  i  powiedział  tak 

cicho, że tylko ona mogła go słyszeć: 

- Sama powiedziałaś, że może nigdy się tu nie przeniesiesz. 

- To prawda. 

- A więc - błękitnymi oczami badał jej twarz i zaciskał dłonie na 

jej ramionach gestem posiadacza - a więc nie ma powodu, żebyśmy tę 

noc spędzili osobno. 

 

ROZDZIAŁ 8 

Amy utkwiła w niego wzrok. 

- Myślę, że masz rację - rzekła. 

-  Weź  sarong.  -  Pożądanie  wyzierało  z  jego  błękitnych  oczu.  - 

Założysz go dziś dla mnie. 

Wzruszenie  ścisnęło  ją  za  gardło  i  nie  mogła  odrzec  ani  słowa. 

Zrozumiała, że chciał, aby miała na sobie ten sarong... i nic więcej. 

-  Zostań  tu  -  powiedział,  biorąc  od  niej  barwną  tkaninę.  -  Pójdę 

zapłacić. 

background image

Amy  objęła  się  ramionami,  aby  powstrzymać  drżenie,  gdy  Jack 

szukał  sprzedawcy  i  płacił.  Jeśli  zaraz  nie  zaprotestuje,  spędzi  tę noc 

w jego objęciach. Dygotała ze strachu i pożądania. 

Jeśli  choć  raz  będą  się  kochać,  straci  w  nim  opiekuna  i 

przyjaciela.  Jednak  magia  jego  pocałunków  obiecywała  wrażenia 

przerastające  wszystko,  co  dotąd  przeżyła.  Stawka  była  bardzo 

wysoka. Czy była gotowa zaryzykować utratę przyjaciela, aby zyskać 

kochanka? 

Jack  już  wracał,  niosąc  zapakowany  sarong  i  przyglądając  się 

Amy badawczo. 

- Masz wątpliwości? - zapytał po cichu, gdy szli do wyjścia. 

- Jack, boję się. 

-  To  normalne.  Każda  nowość  budzi  niepokój.  Ale  postaram  się 

nie dać ci się zanadto we znaki przy tej okazji. 

Nie mogła powstrzymać chichotu. 

- Tego byś nie potrafił. 

- Udawało mi się w przeszłości. 

- To było co innego. 

- Tak. - Objął ją w talii. - My też jesteśmy teraz inni. Musimy to 

sobie uświadomić. 

Śmiech Amy brzmiał trochę niepewnie. 

- I wykorzystać to jak najlepiej. 

- Myślę, że właśnie dzisiaj tego dokonamy. Nareszcie! 

Przyspieszył kroku. 

- Jack, ty prawie biegniesz. 

background image

- Masz rację. I biegłbym jeszcze szybciej, gdybym się nie bał, że 

jakiś  policjant  weźmie  mnie  za  złodzieja.  Już  dość  czasu 

zmarnowaliśmy. 

- Jesteśmy tu dopiero dwa dni. 

-  Dwa  długie  dni.  A  może  tylko  ja  przeżywałem  piekielne  męki 

przez ten czas? 

Amy  popatrzyła  na  jego  mocny  profil,  wysokie  czoło,  długie 

rzęsy i prosty nos. Na jego usta, takie miłe w uśmiechu, które potrafiły 

pocałunkiem wyzwolić w niej pierwotne instynkty. 

Piekielne  męki?  To  niezłe  określenie  tego,  przez  co  sama 

przeszła. 

-  Zlituj  się,  Amy,  podnieś  mnie  trochę  na  duchu  -  szeptał  jej  do 

ucha, gdy zatrzymali się na skrzyżowaniu pod czerwonym światłem. - 

Przyznaj się, że też ci się podobam. 

- Trochę. 

- Masz zamiar udawać oziębłą? 

- Możliwe. 

- Nie licz na to. 

- Co chciałeś przez to powiedzieć? 

- Że nie zamierzam się dziś powstrzymywać i jeśli mam tu coś do 

powiedzenia, ty też nie będziesz. 

-  Aż  tak?  -  drażniła  się  z  nim,  widząc,  jak  oczy  ciemnieją  mu  z 

pożądania. 

- Aż tak - potwierdził. 

background image

Serce Amy biło mocno, gdy w milczeniu szli korytarzem, a gruby 

dywan wyciszał ich kroki. Jack obejmował ją wpół, jakby się obawiał, 

że  ucieknie.  Były  takie  chwile,  że  chciała  rzeczywiście  to  zrobić,  ale 

wtedy nie dowiedziałaby się, co to znaczy być kochaną przez Jacka. A 

bardzo chciała tego doznać. 

Jack  otworzył  drzwi  ich  pokoju,  weszli  do  środka.  Podniósł  jej 

twarz ku sobie. 

- Bardzo bym chciał, abyś poszła do łazienki i założyła sarong. 

Amy  skinęła  tylko  głową,  bojąc  się  odezwać.  Wzięła  od  niego 

torbę i skierowała się do drzwi. Jack przytrzymał ją za ramię. 

-  Nie  obawiaj  się,  Amy.  Pomyślałem  o  zabezpieczeniu  przed 

ciążą. 

Amy popatrzyła na niego bacznie. 

- A więc to wszystko było zaplanowane? 

- Niezupełnie. Ale miałem pewne nadzieje. 

- Od kiedy, Jack? W którym momencie przestałeś o mnie myśleć 

jak o młodszej siostrze Brada? 

-  Już  dawno.  Spojrzałem  na  ciebie  inaczej,  gdy  zobaczyłem,  jak 

tańczysz hula. 

Pogładził ją pieszczotliwie po ręku. 

-  Próbowałem  utrzymać  między  nami  braterskie  stosunki,  ale 

poniosłem całkowitą porażkę. Ekscytujesz mnie. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  przez  cały  czas,  gdy  spotykaliśmy  się, 

aby omówić sprawy Brzęczyka i Steve'a, ty... 

background image

-  Pragnąłem  cię  objąć,  tulić  do  siebie  i  kochać  się  z  tobą. 

Chciałem cię dotykać, rozbierać i całować. 

- Nie zdawałam sobie sprawy - wyszeptała. 

- Nie chciałem, abyś wiedziała. Miałaś się wynieść na Hawaje tak 

szybko,  jak  ci  się  uda.  Lecz  gdy  twoje  plany  uległy  zmianie,  inne 

sprawy też się zmieniają. A teraz, jeśli nie pójdziesz do łazienki i nie 

wrócisz szybko w tym sarongu, oszaleję. 

Amy odwróciła się bez słowa i weszła do łazienki. Oszołomiła ją 

świadomość,  że  Jack  trzymał  swe  uczucia  na  wodzy  przez  tyle 

tygodni. Pragnął jej od dawna. Czy nie dozna rozczarowania? Bardzo 

by tego nie chciała, ale Philip był jej jedynym kochankiem i nie piał z 

zachwytu nad jej miłosnymi talentami. 

Zaczęła się machinalnie rozbierać, jednocześnie zastanawiając się, 

czy nie powinni dać sobie z tym spokoju, zapomnieć o całej sprawie. 

Przynajmniej jego marzenia by się ostały. 

Już w samej bieliźnie przysiadła na brzegu wanny i rozmyślała ze 

wzrokiem  utkwionym  w  kafelki  podłogi.  Domyślała  się,  że  Jack  był 

doświadczonym  mężczyzną  i choć  w  pierwszej  chwili pochlebiło  jej, 

gdy  przyznał  się,  jak  ona  na  niego  działa,  teraz  odczuła  to  jako 

dodatkowe obciążenie.  

Nie mogła przecież okazać się tak wspaniała, jak oczekiwał, więc 

pewnie  się  rozczaruje.  Będzie  dla  niej  miły,  choćby  ze  względu  na 

dawną przyjaźń, i będzie się od niej odsuwał stopniowo,  żeby jej nie 

urazić. Poczuła, że jego litości nie zniesie. 

background image

-  Amy?  -  Jack  zastukał  w  drzwi  łazienki.  -  Czy  wszystko  w 

porządku? Dobrze się czujesz? W ogóle cię nie słychać. 

- Ja... myślę. 

Wykrzyknął  coś  niezrozumiałego,  a  potem  ze  strachem 

zauważyła, że klamka się poruszyła. 

- Wchodzę! 

Amy porwała sarong i trzymając go przed sobą weszła do pokoju. 

Jack stał bez koszuli, mogła więc podziwiać jego piękną sylwetkę. 

- O co chodzi, Amy? 

Z  trudem  oderwała  wzrok  od  doskonałego  w  swych  proporcjach 

ciała, przypominającego greckie rzeźby. 

- Doszłam do wniosku, że to pomyłka. 

- Dlaczego tak uważasz? - zapytał głosem miękkim jak aksamit. 

-  Wydaje  mi  się,  że  wmówiłeś  sobie,  że  jestem  kimś  w  rodzaju 

bogini.  A  ja  jestem  zwyczajną  Amy  Hobson,  siostrą  twego 

przyjaciela, Brada. Daleko mi do doskonałości czy nadzwyczajności. 

Jack pochłaniał wzrokiem jej smukłą, zgrabną postać z jedną nogą 

wysuwającą  się  zza  sarongu,  długą,  odsłoniętą  aż  do  koronkowych 

majteczek. 

-  Jesteś  ode  mnie  starszy  i...  bardzo  -  zmieszała  się,  widząc 

wyraźne oznaki jego podniecenia - ...i bardzo przystojny - dokończyła 

pospiesznie. - Sądzę, że miałeś do czynienia z wieloma kobietami i ze 

mną  nie  przeżyjesz  czegoś  nowego,  wspanialszego.  Powinniśmy 

zapomnieć o tym i pozostać przy starej przyjaźni. 

background image

Mówiąc  to,  sama  miała  wątpliwości,  czy  uda  im  się  uratować  tę 

dawną, łatwą przyjaźń, bo czuła, że mimo wszystko pragnie go coraz 

bardziej. Jack szukał w myśli odpowiednich słów, aby rozproszyć jej 

obawy. 

-  Amy,  ja  wcale  nie  oczekuję  bogini.  Pragnę  kobiety  z  krwi  i 

kości,  kogoś,  kto  się  nie  boi  okazać  namiętności,  kobiety,  która 

pożądałaby mnie tak samo jak ja jej. Nie rozumiesz, że doświadczenie 

i  technika  są  nieważne?  Istotna  jest  tylko  chęć,  pragnienie,  a  nawet 

żądza. Wszystko to wyczytałem w twoich oczach. 

Patrzyła  na  niego  z  rozchylonymi  ustami,  oddychając  szybko, 

urywanie. Postanowił pójść o krok dalej. 

- Dotknij mnie, Amy. 

- Jack... 

- Dotknij mnie. 

- Nie - powiedziała, ale zrobiła krok ku niemu. 

- Bliżej, Amy. 

Znów  zbliżyła  się  jak  lunatyczka.  Jack  wziął  ją  za  rękę.  Amy 

upuściła  sarong.  Delikatnie  położył  jej  dłoń  na  swym  ciele,  a  gdy 

poczuł  lekki  dotyk  jej  palców,  miał  wrażenie,  że  dłużej  się  nie 

powstrzyma. 

Amy cofnęła rękę, lecz w oczach miała to samo pożądanie, które 

przepalało  mu  wnętrze.  Wpatrując  się  w  nią,  pociągnął  ją  w  stronę 

łóżka.  Sięgnął  do  zapięcia  staniczka,  powoli  zsunął  go  z  jej  ramion. 

Gdy opadł na podłogę, Jack skierował wzrok na jej piersi i otoczył je 

dłońmi od dołu.  

background image

Jego dłonie były jak stworzone po to, aby je objąć. Wziął w usta 

jeden  sterczący  koniuszek  i  delikatnie  ssał.  Przyjemność,  jaką 

wreszcie odczuwał, przyprawiła go o zawrót głowy. Jak długo potrafi 

jeszcze nad sobą panować? 

Amy  wczepiła  się  palcami  w  jego  włosy  i  przyciągnęła  go  do 

siebie.  Westchnienie,  jakie  wydała,  napełniło  go  radosną  nadzieją. 

Doganiała  go,  wkrótce  razem  przeżyją  najgwałtowniejsze  emocje. 

Drżał coraz bardziej, więc odsunął ją na chwilę, aby zrzucić spodnie i 

slipy. Ułożył ją na łóżku i zdjął jej figi. 

- Teraz rozumiesz, co przeżywałem. 

- Jack, och, Jack! 

- Popatrz na mnie, Amy. 

Trzepocząc  rzęsami,  uchyliła  powieki  i  patrzyła  na  niego  nie 

widzącymi oczami. 

- I ty się bałaś, że nie będziesz niczym nadzwyczajnym - mruknął, 

kładąc rękę na jej płaskim brzuchu. - Dla mnie jesteś nadzwyczajna. 

Przesunął rękę niżej, między jej uda, i musnął miejsce stworzone, 

aby  go  przyjąć.  Gdy  go  dotknął,  krzyknęła,  a  on  zamykając  jej  usta 

pocałunkiem, pieścił ją dalej, aż zaczęła wić się z rozkoszy. 

Amy  poczuła,  że  napięcie  rośnie  w  niej  do  niewyobrażalnych 

granic.  Chciała  błagać  go,  aby  jak  najszybciej  nią  zawładnął,  lecz 

słowa  zamieniały  się  w  jęki,  jakich  sama  nigdy  nie  słyszała.  Nigdy 

dotąd nie czuła takiego pożądania. Nigdy! 

-  Proszę  -  szepnęła  wreszcie  i  za  chwilę  poczuła,  że  zjednoczyli 

się  całkowicie.  Wpadli  w  gorączkowy  rytm,  który  znów  wyrywał  z 

background image

niej okrzyki rozkoszy. Ostatni gwałtowny ruch doprowadził ich oboje 

do upragnionego wyzwolenia. 

Długo leżeli pogrążeni w ciszy. W końcu chłód nocy dochodzący 

z  otwartych  balkonowych  drzwi  skłonił  Jacka,  aby  sięgnął  po 

przykrycie.  Gdy  okrywał  jej  zaróżowione  od  zmysłowych  zmagań 

ciało, poruszyła się i otworzyła oczy. Uśmiechnął się do niej. 

- Myślałem, że śpisz. 

- Nie ma mowy. 

- Cóż to ma znaczyć? 

- Myślę, że szkoda czasu - odparła z leniwym uśmiechem. - A co 

ty sądzisz? 

- Całkowicie się zgadzam. 

- A więc nie jesteś rozczarowany młodszą siostrą Brada? 

Z  zadowoleniem  stwierdziła,  że  może  już  lekko  traktować  ten 

temat.  Chyba  dlatego,  że  po  raz  pierwszy  poczuła  się  prawdziwą 

kobietą. 

-  Sama  dobrze  wiesz,  że  nie  jestem  rozczarowany.  Tylko  ktoś 

głupi mógłby nazwać to, co nas łączy, rozczarowaniem. A ty nie jesteś 

głupia. 

- Dziękuję. 

- Nie jesteś też nie rozbudzona seksualnie. 

- Czy za tę uwagę też powinnam podziękować? 

-  Nie.  To  ja  ci  dziękuję,  że  jesteś  taką  gorącą,  namiętną 

dziewczyną.  I  wcale  mnie  to  nie  zaskoczyło.  Zawsze  wiedziałem,  że 

umiesz cieszyć się życiem. 

background image

- Wydaje ci się, że mnie dobrze znasz, prawda, Jack? 

- Ale chciałbym poznać cię jeszcze lepiej - szepnął ze zmysłowym 

uśmiechem, ściągając z niej koc. 

 

Następnego ranka mogli powiedzieć, że znają się dobrze. 

-  Wolałabym,  żebyśmy  nie  musieli  spędzać  całego  dnia  w 

agencjach  handlu  nieruchomościami  -  narzekała  Amy,  wbijając  zęby 

w papaję, którą Jack zamówił na śniadanie. 

- Jesteś nienasycona i to mi się w tobie podoba. 

-  Skąd  wiesz,  o  czym  myślałam?  Może  chciałam  zwiedzić  Pearl 

Harbor i Diamond Head? 

- O, tak! Z pewnością. 

-  Wysoko  cenisz  swoje  wdzięki,  jeśli  sądzisz,  że  chciałabym 

spędzić ostatni dzień na Hawajach z tobą w hotelowym pokoju. - Na 

widok  jego  zasępionej  miny  zlitowała  się  nad  nim  i  dodała:  -  Ale 

gdybym nie musiała załatwić tej sprawy, właśnie to chciałabym robić. 

Jack rozjaśnił się znowu. 

- Wiedziałem! 

-  Nie,  nie  wiedziałeś,  a  powinieneś  wiedzieć.  Jesteś  cudownym 

kochankiem, Jack. I to naprawdę jest zbrodnia, że musimy marnować 

czas w agencjach nieruchomości. 

- Podnosisz mnie na duchu, Amy. Może natychmiast znajdziemy 

kogoś, kto zechce podjąć się sprzedaży twojej ziemi. To nie powinno 

być trudne. 

background image

-  I  ja  tak  myślę,  wbrew  temu,  co  mówił  tamten  agent.  Mógł  się 

mylić.  Pewnie  chciał,  żebym  zrezygnowała  ze  sprzedaży.  Płaciłam 

regularnie raty i nie chciał mnie stracić. 

- Ja też cię nie chcę stracić - powiedział Jack z powagą. - Obiecaj 

mi,  że  to  nie  będzie  wakacyjny  romans.  Nie  rzucisz  mnie,  gdy  tylko 

wrócimy do Bellingham? 

- Mogłabym zapytać o to samo, Jack. 

-  Słusznie.  Mam  zamiar  rozbić  namiot  pod  twoimi  drzwiami. 

Będę tam spędzał każdą wolną chwilę. Czy to ci odpowiada? 

-  Jeśli  będziesz  wolał  tam  spać,  to  nie  przyjmiesz  zaprosin  do 

środka, abyś dzielił ze mną moje ciepłe łóżko i moje ciepłe... 

- Stop, stop! Bez tych opisów - Jack zerwał się na równe nogi - bo 

nigdy nie załatwimy twojej sprawy. 

- Jakiś ty słaby, Jack! 

- Tak, proszę pani, bardzo słaby. 

Amy zlizywała sok papai z palców i patrzyła na niego filuternie. 

- Amy Hobson, ostrzegam cię! 

- Wspaniałe śniadanie, Jack. Myślałam, że dostanę tylko kanapkę 

z masłem orzechowym. 

- Proszę cię, skończ już i ubierz się. 

- Jeśli nalegasz... 

Amy wyskoczyła z łóżka i pomaszerowała do łazienki umyć się i 

zrobić makijaż. Gdy usłyszała ciężkie westchnienie Jacka, roześmiała 

się radośnie. Parę minut później wszedł za nią do łazienki i przyglądał 

się, jak nakłada pomadkę na usta. 

background image

- Lepiej się czujesz? - spytała. 

- Uczę się trudnej sztuki wstrzemięźliwości. 

- Nie powinnam się z tobą drażnić. 

-  Nigdy  z  tego  nie  rezygnuj,  Amy.  To  najsłodsza  tortura,  jaką 

znam. 

-  Miło  to  słyszeć  -  odrzekła  -  choć  powinnam  pamiętać,  że  Jack 

Bond zarabia na życie błyskotliwymi powiedzonkami. 

- To nie Jack Bond był z tobą tej nocy. 

- Nie? 

- Nie. To byłem ja. 

Patrząc mu w oczy, powiedziała: 

- Bardzo się cieszę. 

- Ja też. - Przerwał. - Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do tego, 

że tak miło jest dzielić z tobą mieszkanie. 

- To zrozumiałe. Wyrośliśmy zbyt blisko siebie. 

- Tak - uśmiechnął się. - To zabawne pomyśleć o tych minionych 

latach i porównać je z ostatnimi kilkoma godzinami. Ale może tamten 

czas, nasza wspólna przeszłość sprawiła, że dzisiejsza noc była czymś 

tak nadzwyczajnym? 

- Myślę, że tak. 

Przez dłuższą chwilę nie mogli oderwać od siebie oczu. 

- Nie żartowałem, Amy. Nie chcę cię stracić. 

- Po ostatniej nocy musiałbyś mnie odganiać od siebie batem. 

-  Miło  mi  to  słyszeć.  Pośpiesz  się,  pójdziemy  zrobić  coś  z  twoją 

działką.  Nigdy  nie  wiadomo,  może  pierwsza  agencja,  którą 

background image

odwiedzimy,  zgodzi  się  nią  zająć,  a  my  będziemy  wolni  do  końca 

pobytu. 

Późnym popołudniem optymistyczna uwaga Jacka mogła brzmieć 

najwyżej  humorystycznie.  Ale  Amy  nie  była  w  nastroju  do  śmiechu. 

Odwiedzili  wszystkie  agencje  nieruchomości  na  wyspie  Oahu  i  w 

każdej odpowiedź była ta sama. 

-  W  handlu  nieruchomościami  jest  kompletny  zastój  i  potrwa  do 

chwili,  gdy  wszystkie  tereny  zostaną  sprzedane,  a  ludzie  zaczną 

budować  -  wytłumaczył  im  jeden  z  agentów.  -  Wróćcie  za  dwa,  trzy 

lata,  a  wtedy  sprzedamy  działkę  z  łatwością.  Teraz  możecie  tylko 

stracić, i to dużo. 

-  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  dużą  stratę  -  odparła  Amy 

przygnębionym głosem. 

-  W  takim  razie  proszę  posłuchać  mojej  rady  i  zatrzymać  swoją 

własność. Zabudowa tamtych terenów jeszcze ma mało zwolenników. 

Na  to  trzeba  czasu,  ale  to  z  całą  pewnością  nastąpi.  Proszę  się 

wstrzymać, bo zrobiła pani dobry interes. Kupiła pani ziemię tanio, a 

za jakiś czas okaże się, że to kopalnia złota. 

-  Ale  ja  nie  chcę  tej  działki  i  nie  mogę  czekać  kilka  lat,  aby  ją 

sprzedać - protestowała Amy. 

- Chciałbym pani pomóc, ale nie mam możliwości. - Agent wstał i 

wyciągnął  do  nich  rękę.  -  Życzę  powodzenia.  Czy  przypadkiem  nie 

przyjechali państwo na Hawaje w podróż poślubną? 

Amy spojrzała na Jacka, który obserwował ją z rozbawioną miną. 

background image

-  Nie  -  powiedziała,  szybko  cofając  dłoń  -  jesteśmy  po  prostu 

przyjaciółmi. 

- Aha. Przepraszam, pomyliłem się. Mamy tu wielu nowożeńców. 

- Podał rękę Jackowi i roześmiał się. - Choć nie wiem, po co oni tracą 

tyle  pieniędzy  na  podróż.  Mój  przyjaciel,  który  pracuje  w  hotelu, 

mówi,  że  większość  z  nich  tylko  rzuci  okiem  na  plażę,  a  potem  nie 

opuszczają  wcale  pokojów.  Mogliby  równie  dobrze  pozostać  tam, 

gdzie mieszkają. 

Amy  zaczerwieniła  się  i  spuściła  wzrok,  patrząc  na  dywan  pod 

stopami. Jeśli nowożeńcom było tak dobrze ze sobą, jak jej z Jackiem 

ostatniej nocy, to nic dziwnego, że woleli swoje pokoje. 

Jack chrząknął. 

-  Jeśli  pomyślimy  kiedyś  o  Hawajach  jako  o  celu  podróży 

poślubnej, weźmiemy pana słowa pod uwagę. 

Agent mrugnął do niego. 

- Radzę, byście poczekali, aż będziecie dwadzieścia lat po ślubie. 

Wtedy  tu  przyjedźcie.  Będziecie  mieli  już  za  sobą  romantyczne 

przeżycia i docenicie piękno tych wysp. 

-  Dobrze  pan  mówi.  -  Jack  odpowiedział  mrugnięciem.  -  Do 

widzenia. 

Gdy wyszli, Jack powiedział: 

-  Amy,  wydaje  mi  się,  że  nie  pozbędziesz  się  tej  działki.  W 

każdym razie nie teraz. 

- Chyba masz rację. 

background image

Plan  urządzenia  rodziców  na  Hawajach  walił  się  w  gruzy.  Ale 

była  jeszcze  druga  strona  medalu.  Jeśli  nie  opuści  Bellingham, 

wspólna przyszłość z Jackiem stanie się realna. 

- Hej, mam pomysł - krzyknął nagle Jack. 

Zatrzymał się przy ulicznym stoisku z upominkami i wziął do ręki 

różowy  plastykowy  krążek,  ozdobiony  sylwetkami  hawajskich 

tancerzy. 

-  Musimy  się  rozluźnić  -  przekonywał,  płacąc  za  krążek, 

przypominający płaski talerzyk. 

- Jack - protestowała Amy - nie bawiłam się tym od czasu... 

- Gdy graliśmy razem na ulicy przed waszym domem, tak? 

- Tak. 

-  Zaraz  sobie  przypomnisz  -  zawołał,  odbiegając  od  niej  parę 

kroków. - Łap! 

Zręcznie wprawił w ruch krążek i posłał go w jej stronę. 

- Jesteś szalony! - krzyknęła Amy, ale złapała fruwający talerzyk, 

jakby ćwiczyła tygodniami. 

-  Świetnie,  Amy!  -  Jack  zaczął  oddalać  się  od  niej  biegiem.  - 

Zobaczymy, czy potrafisz rzucić tak daleko, ekspercie! 

Amy rzuciła krążek wysokim łukiem w kierunku Jacka. Ten ruch 

sprawił jej przyjemność. Poczuła, jakby razem z nim odrzucała daleko 

od  siebie  wszystkie  swoje  kłopoty  i  zmartwienia.  Jack  podskoczył 

łapiąc krążek, a ona obserwowała z przyjemnością jego zwinne ruchy.  

Uświadomiła  sobie,  że  zawsze  lubiła  na  niego  patrzeć,  nawet  w 

dzieciństwie, gdy nie zdawała sobie sprawy, dlaczego ją fascynował. 

background image

- Do ciebie! - krzyknął Jack i rzucił krążek zza pleców. 

-  Popisujesz  się!  -  zakpiła  Amy,  skacząc  w  bok,  aby  złapać 

talerzyk, lecz straciła równowagę i upadła na trawę. 

- O, Amy zrobiła „buś" - zawołał Jack. Podbiegł jednak do niej i 

ukląkł. - Nic ci się nie stało? 

Amy roześmiała się. 

- Mnie nic, ale mojej dumie. Myślałam, że jestem lepsza. 

- Jesteś świetna, jak dawniej. 

- Przypomniały mi się dobre czasy. 

Jack podał jej rękę i pomógł wstać. 

- Nie tamte czasy były dobre, lecz obecne. 

- Może masz rację. Dobrze nam razem, prawda, Jack? 

- Tak, z całą pewnością, madame. Wracamy do hotelu? 

- Mam jeszcze jeden adres, trochę dalej na tej ulicy. 

-  Po  tym,  co  usłyszeliśmy  od  agenta  w  ostatnim  biurze,  niczego 

już się nie spodziewam. 

-  Ja  właściwie  też,  ale  byłabym  niespokojna,  gdybym  nie 

spróbowała. 

- A więc chodźmy - westchnął Jack. 

Biuro  okazało  się  mniejsze  od  większości,  które  tego  dnia 

odwiedzili,  lecz  schludne.  Tylko  jedno  z  czterech  biurek  było  zajęte. 

Siedziała przy nim młoda kobieta o krótkich blond włosach.  

Gdy podeszli do niej, podniosła głowę z uśmiechem. 

- Czym mogę służyć? - zapytała. 

background image

Mimo znużenia Amy również uśmiechnęła się do niej, zachęcona 

przyjaznym wyrazem twarzy. 

-  Chcielibyśmy  porozmawiać  z  jednym  z  agentów,  ale  zdaje  się, 

że wszyscy są poza biurem. 

-  Tak,  rzeczywiście,  ale  może  ja  w  czymś  mogę  pomóc?  Proszę 

usiąść.  -  Gestem  wskazała  dwa  wyściełane  krzesła  stojące  przed 

biurkiem. 

- Dziękujemy, ale jeśli nie ma agentów, to nie warto siadać. Widzi 

pani, chcemy rozmawiać z kimś, kto może podjąć decyzję o przyjęciu 

mojego  terenu  do  sprzedaży.  Zależy  nam,  aby  to  załatwić  jeszcze 

dzisiaj. 

Uśmiech błysnął w szarych oczach kobiety. 

- Myślę, że to należy do mnie. Jestem tu szefem. 

- Och, co za gafa - speszyła się Amy. - Tylko dlatego, że jest pani 

kobietą i siedzi przy wejściu, sądziłam... 

-  Nic  nie  szkodzi  -  powiedziała  wesoło  kobieta.  -  Przyznaję,  że 

robię to czasem specjalnie, żeby zmylić ludzi. To nawet nie jest moje 

biurko,  ale  kiedy  inni  wychodzą,  przenoszę  się  tutaj,  aby  wyjrzeć  na 

ulicę.  Lubię  widzieć  ruch,  ludzi  idących  na  plażę  Waikiki.  -  Wstała, 

wyciągnęła rękę. - Nazywam się Rhonda Dandridge. 

-  Bardzo  mi  miło.  Jestem  Amy  Hobson,  a  to  jest  Jack 

Blickensderfer. 

-  Proszę  usiąść  i  opowiedzieć  mi,  z  czym  państwo  przychodzą. 

Nie jesteście z Hawajów? 

background image

-  Nie,  i  wracamy  na  kontynent  jutro  rano.  Rok  temu  kupiłam 

działkę  budowlaną,  nie  widząc  terenu,  od  firmy,  która  projektuje 

nadmorskie osiedle koło Hany. 

- Znam ten projekt. Postępuje dość powoli, ale kiedyś dojdzie do 

skutku. 

-  Nie  mogę  czekać  na  „kiedyś",  Rhondo.  Muszę  sprzedać  tę 

działkę natychmiast. 

- Masz kłopoty finansowe? 

- Nie, ale gdy  zobaczyłam ten teren, doszłam do wniosku, że nie 

odpowiada  moim  potrzebom,  a  raczej  potrzebom  moich  rodziców. 

Chcę sprzedać tę działkę i kupić inną, może tu, w Honolulu. 

Rhonda wzięła do ręki ołówek i zaczęła coś kreślić na papierze. 

- W tym osiedlu jest jeszcze kilka nie sprzedanych działek. Będzie 

chyba bardzo trudno odsprzedać twoją. 

- Ale chyba nie jest to niemożliwe? 

-  Nie,  ale  trudne,  prawie  beznadziejne.  Jakie  są  plusy  twojej 

działki? 

Pytanie  zaskoczyło  Amy.  Nikt  dotąd  nie  zapytał  o  to,  nie  chciał 

wiedzieć,  jakie  są  zalety  terenu.  Jak  ją  zachęcić?  Amy  myślała 

gorączkowo. 

- Widok jest wspaniały - zaczęła. - Działka znajduje się na końcu 

ulicy, przy samej plaży. 

-  Tam  jest  czarny  piasek.  Mało  komu  się  to  spodoba  - 

skomentowała Rhonda. 

background image

-  Ale  mogłoby,  gdyby  to  odpowiednio  zareklamować.  Czarny 

piasek  to  egzotyka.  Mieszkanie  blisko  czarnej  plaży  można  by 

określić jako symbol pewnego statusu. 

Rhonda przestała pisać i spojrzała uważnie na Amy. 

-  Jest  tam  jeszcze  ta  okropna  droga.  Może  ją  kiedyś  przebudują, 

ale teraz... 

-  Teraz  jest  to  odosobnione  miejsce,  w  sąsiedztwie  bogatych  i 

sławnych. Czy to prawda, że kilka gwiazd hollywoodzkich ma domy 

na tamtym terenie? 

- Tak, ale... 

- A więc należałoby o tym wspomnieć jako o zalecie.  

Amy mówiła z coraz  większym zapałem. Uznała, że Rhonda jest 

bliższa zajęcia się sprzedażą działki niż ktokolwiek inny. 

-  Poza  tym  nie  należy  zapominać  o  owocach,  jakie  tam  rosną. 

Widziałam banany i założę się, że można by posadzić mango, papaje i 

wiele innych. 

Rhonda uśmiechnęła się. 

- Zarząd tej firmy powinien cię zatrudnić, abyś ich reklamowała. 

-  Nie,  dziękuję  -  roześmiała  się  Amy.  -  Zależy  mi  tylko  na  tym, 

aby  ktoś  pośredniczył  w  sprzedaży  mojej  działki.  Jeśli  ty  się 

podejmiesz, 

to 

upoważnię 

cię 

też 

do 

szukania 

czegoś 

odpowiedniejszego dla moich rodziców. 

- Zaufałabyś mi po ostatnim doświadczeniu? 

- Nie mam wyboru. Nie mogę sobie pozwolić na następny przylot 

tutaj  w  najbliższym  czasie.  Zresztą  mam  teraz  lepsze  rozeznanie,  jak 

background image

tu  jest  i  co  byłoby  dobre  dla  mojej  rodziny.  Czy  podejmiesz  się 

załatwić to dla mnie? 

- Chcesz jeszcze odwiedzić jakieś inne agencje nieruchomości? 

- Nie, ty byłaś ostatnia. 

- Mogłabym podjąć decyzję dopiero  jutro rano. O której odlatuje 

twój samolot? 

- O jedenastej. 

- A więc mamy czas. 

Amy  doznała  jednocześnie  uczucia  nadziei  i  żalu.  Bała  się 

spojrzeć na Jacka. Intuicja podpowiadała jej, że Rhonda podejmie się 

pośrednictwa i prawdopodobnie sprzeda działkę. Droga do spełnienia 

marzeń  rodziców  znów  się  otwierała,  ale  droga  do  zdobycia  Jacka 

pogrążała się w mroku.  

Nie widziała sposobu, aby osiągnąć jedno i drugie. Żadnego. 

 

ROZDZIAŁ 9 

Wyszli  z  biura  i  doszli  do  swego  wynajętego  samochodu,  nie 

mówiąc  do  siebie  ani  słowa.  Dopiero  po  przyjeździe  do  hotelu,  gdy 

oddali wóz pod opiekę parkingowego, Jack zwrócił się do Amy: 

- Myślę, że znalazłaś wreszcie właściwą osobę. 

- Ja też tak sądzę. 

Jack westchnął. 

- I było to nasze ostatnie biuro na liście, prawda? 

-  Tak,  rzeczywiście.  -  Amy  widziała  wyraźnie,  że  jest 

rozczarowany  rozwojem  sytuacji,  ale  postanowiła  być  silna.  -  Wiesz 

background image

dobrze, że nie mogłam inaczej postąpić. Musiałam wykorzystać każdą 

szansę. 

- Staram się to zrozumieć. 

- Moi rodzice zasłużyli sobie na to. 

-  I  pewnie  dostaną  w  końcu  to,  o  czym  marzą.  A  ty  wspaniale 

zarekomendowałaś swoją działkę, Amy. 

- Rhonda sprowokowała mnie do tego. 

-  Poddałaś  jej  tyle  pomysłów,  że  chyba  sprzeda  działkę  w  ciągu 

tygodnia. 

-  Co  mnie  bardzo  ucieszy  -  zauważyła  Amy  z  udawanym 

entuzjazmem. 

Jack przystanął koło windy. 

-  Jesteś  głodna?  Może  zanim  pójdziemy  na  górę,  powinniśmy 

wyskoczyć  gdzieś  na  kolację?  Jest  tu  w  pobliżu  dobra  japońska 

restauracja. 

Zamilkł widząc, że Amy kręci głową. 

- Niezależnie od tego, co się zdarzy jutro - powiedziała miękko - 

mamy jeszcze dzisiejszy wieczór dla siebie. Czy chcesz go spędzić w 

japońskiej restauracji? 

- To podchwytliwe pytanie - zauważył Jack. 

-  Trochę  tak.  Na  swój  niezręczny  sposób  próbuję  wybadać,  na 

czym  stoimy.  Czy  wolałbyś  udawać,  że  poprzedniej  nocy  nic  się  nie 

zdarzyło,  czy  raczej  wykorzystać  jak  najlepiej  te  ostatnie  wspólne 

godziny na Hawajach? 

background image

- Nie jestem pewien. - Założył ręce na piersi i oparł się o ścianę, 

wpatrując  się  w  Amy.  Stopniowo  wyraz  jego  twarzy  ulegał  zmianie, 

łagodniał,  a  na  ustach  pojawił  się  lekki  uśmiech.  -  Jeśli  chodzi  o 

udawanie,  że  nic  się  nie  wydarzyło  ostatniej  nocy,  to  dla  mnie 

niewykonalne.  Natomiast  co  do  kolacji,  to  możemy  zamówić  coś 

dobrego  do  pokoju.  Jakoś  straciłem  apetyt  na  japońskie  jedzenie.  - 

Zdecydowanym  ruchem  nacisnął  przycisk  windy.  -  I  ciągle  jeszcze 

mam nadzieję, że ta agentka się rozmyśli. 

- A ja mam nadzieję, że nie - powiedziała Amy. 

Gdy  znaleźli  się  w  pokoju,  Amy  zaproponowała  Jackowi,  aby 

wyciągnął  się  na  łóżku  i  odpoczął,  a  ona  pójdzie  do  łazienki  się 

odświeżyć. 

- Wyglądasz bardzo świeżo, młoda damo - odparł, szczypiąc ją w 

pośladek. 

-  Nie  spoufalaj  się  -  fuknęła  na  niego.  -  Bądź  grzecznym 

chłopcem i zamów coś z restauracji, może mai-tais? 

- Tak jest - mruknął, sięgając po spis telefonów. 

Tymczasem Amy wzięła ukradkiem do łazienki sarong, którego w 

końcu nie nosiła poprzedniej nocy. Rano, gdy Jack brał prysznic, Amy 

przysięgła sobie, że olśni go wieczorem. Teraz miała okazję. 

Zamknęła  drzwi  na  klucz,  żeby  Jack  nie  wszedł  znienacka  i  nie 

popsuł  całej  niespodzianki,  a  potem  szybko  się  rozebrała.  Wzięła 

prysznic  i  spryskała  się  wodą  kolońską.  Zdjęła  sarong  z  wieszaka  i 

próbowała  upiąć  na  sobie  tak,  jak  nosiły  go  Hawajki  na  ulicach 

background image

Honolulu. Z pewnym trudem udało jej się owinąć dużym prostokątem 

jedwabiu, a końce związać powyżej biustu.  

Podeszła  do  lustra,  aby  obejrzeć  efekt.  Zupełnie,  jakby  miała  na 

sobie  kwiecistą  wieczorową  suknię  bez  ramiączek,  spływającą 

wdzięcznie  od  szczytów  piersi  aż  do  różowych,  wymanikiurowanych 

paznokci u nóg. 

Wyglądała dostatecznie szykownie nawet na wieczorne przyjęcie, 

jednak  pod  sarongiem  była  kompletnie  naga.  Jedno  pociągnięcie  za 

węzeł zdradziłoby to, ale ten przywilej rezerwowała dla jednego tylko 

mężczyzny.  Wyszczotkowała  długie  ciemne  włosy,  aż  spłynęły 

lśniącą falą na ramiona. Z więdnącego już wieńca wyjęła jeden kwiat i 

wpięła go we włosy za uchem. Była gotowa. 

Amy  nie  miała  złudzeń  co  do  swojej  przyszłości.  Związana 

koniecznością opieki nad rodzicami i długiem, który na niej ciążył, nie 

mogła  nawet  marzyć  o  połączeniu  się  z  mężczyzną  takim  jak  Jack, 

chociaż  wiedziała,  że  będzie  za  nim  tęsknić  do  końca  życia.  Dlatego 

uznała,  że  ta  jedna  noc,  którą  spędzi  w  jego  ramionach,  powinna 

dostarczyć jej wspomnień na resztę samotnych lat. 

Wzięła  głęboki  oddech  i  otworzyła  drzwi.  Jack  poszedł  za  jej 

radą,  zdjął  buty  i  siedział  na  łóżku,  nalewając  dla  nich  mai-tais  do 

szklanek, ustawionych na tacy. 

- Proszę, oto drink dla ciebie - rzekł i podniósł głowę.  

Gdy zobaczył Amy, znieruchomiał, a struga koktajlu popłynęła na 

tacę. 

background image

-  Jack,  nie  trafiasz  do  szklanki  -  zauważyła  Amy,  starając  się 

opanować śmiech. 

- Rzeczywiście - rzekł. - Ale kto by dbał o trochę zmarnowanego 

rumu w takiej chwili. 

-  Pomyślałam,  że  ucieszysz  się  z  niespodzianki.  Nie  sądziłam 

tylko, że zatopisz okoliczne tereny w mai-tais

-  Niespodzianka  jest  fantastyczna.  Czy  wiesz,  że  zupełnie 

zapomniałem o sarongu? Czy masz coś... pod spodem? 

Amy wolno pokręciła głową. 

- To musi być ta spontaniczność, o której mówiłaś. 

- Co takiego? 

-  Powiedziałaś  kiedyś,  że  zimno  pozbawia  cię  spontaniczności. 

Teraz widzę, co to miało znaczyć. 

- Mam nadzieję. 

Amy  przeszła  przez  pokój,  kołysząc  uwodzicielsko  biodrami  i 

usiadła  obok  niego  na  łóżku.  Rozpięła  guziki  jego  koszuli  i  wsunęła 

rękę pod materiał. 

-  Boże,  jak  ciężko  oddychasz  -  szepnęła,  przesuwając  językiem 

wzdłuż jego szyi. 

- Rozlewanie drinków to ciężka praca - odparł. 

- Biedne maleństwo, musisz się zrelaksować. 

Stopniowo zsuwała koszulę z jego ramion. 

- Słuchaj - powiedział Jack schrypniętym głosem - co by się stało, 

gdybym to rozwiązał? - Sięgnął do węzełka nad jej piersiami. 

background image

-  Nie  dotykaj!  -  rozkazała  Amy,  odsuwając  się.  -  Jesteś  zbyt 

niecierpliwy.  Tu,  na  wyspach,  wolimy  wolniejsze  tempo  -  mówiła, 

drobnymi ruchami muskając jego pierś. 

Jack westchnął w udręce. 

-  Amy,  to  był  taki  długi  dzień.  Czy  nie  masz  litości  dla 

spragnionego człowieka? 

- Żadnej. 

Powoli rozpięła klamerkę od spodni i rozsunęła zamek. 

- Amy, torturujesz mnie. 

- A tobie się to podoba. Czyż nie? 

- Tak - przyznał chrapliwie - ale mogę od tego zwariować. 

- Nie dopuścimy do tego.  Kaftan bezpieczeństwa zasłoniłby zbyt 

dużo tego  wspaniałego ciała. - Ciągle go  głaskała. - Jak to się mówi: 

im wolniej, tym pewniej? 

- Coś w tym rodzaju. 

- Sprawdzimy, czy to prawda. 

Wsunęła obie dłonie pod gumkę kąpielówek i zsunęła je razem ze 

spodniami. Spojrzała na jego oswobodzoną męskość. 

- Twierdzenie uważam za udowodnione. 

- Chodź do mnie. - Chwycił ją za dłoń, lecz Amy się odsunęła. 

- Jeszcze nie, Jack. 

Przylgnęła ustami do wewnętrznej strony uda, tuż nad kolanem, a 

potem trochę wyżej. Jack wstrząsnął się cały. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  wiesz,  co  robisz  -  wyszeptał.  -  Tego  nie 

oczekiwałem...  Litości,  Amy.  Nie  wiem,  czy  zdołam.  Gdzie  się  tego 

nauczyłaś? - Jęknął z rozkoszy. 

Amy ocierała się o niego, całowała jego płaski brzuch i czuła, jak 

w niej samej wzbiera pożądanie. 

- Teraz mnie rozbierz - szepnęła wreszcie. 

Drżącymi  rękami  Jack  rozplątał  węzeł  i  sarong  spadł  do  stóp 

Amy. Jack ukrył twarz na jej piersiach. 

- Nigdy nie będę miał cię dosyć - mruczał. 

Poprzez  burzę  uczuć  i  doznań,  które  Amy  przeżywała,  przedarła 

się  myśl,  że  może  to  jest  ich  ostatnie  spotkanie.  Tyle  pragnień,  tyle 

miłości, a jednak... 

Jack  podniósł  sarong  i  ułożył  Amy  na  jedwabnej  tkaninie. 

Kwiatem,  który  wypadł  z  jej  włosów,  głaskał  jej  ciało,  a  potem 

całował najwrażliwsze miejsca. Wreszcie dopełnił aktu zespolenia, na 

które nie mogli już dłużej czekać. W szczęśliwym uniesieniu szeptali 

słowa miłości i zachwytu. 

Z oddali dochodził rytmiczny odgłos perkusji, towarzyszącej luau 

na  plaży,  a  ich  ciała  rozgrzane  namiętnością  tuliły  się  do  siebie  na 

jaskrawym,  hawajskim  sarongu.  Siła  pożądania  wzrastała  bez  końca, 

aż wreszcie wpadli w otchłań ekstazy, wstrząsani spazmami rozkoszy. 

- Amy! - szeptał Jack, opadając na nią. 

- Jestem tu, jestem tu, kochanie. 

background image

Dużo  później,  leżąc  w  ciemnościach i  słuchając  jego  spokojnego 

oddechu,  Amy  zastanawiała  się,  czy  i  jak  długo  jeszcze  będzie  przy 

nim. 

Następnego  ranka  obudził  ich  dźwięk  telefonu.  Jack  sięgnął  do 

aparatu,  mruknął  coś  niezrozumiałego  i  podał  jej  słuchawkę, 

przeciągając sznur nad sobą. 

Amy usiadła i zakryła dłonią mikrofon. 

- Kto to? - spytała szeptem. 

- Dama z agencji nieruchomości. 

Amy spojrzała na zegar stojący na nocnej szafce. Widocznie dzień 

pracy  Rhondy  zaczynał  się  o  siódmej.  Jeżeli  tak  energicznie 

zajmowała 

się 

sprzedażą 

terenów, 

pozbędzie 

się 

działki 

błyskawicznie, zdecydowała Amy. 

Odchrząknęła i zdjęła dłoń z mikrofonu. 

- Halo! - powiedziała. 

-  Przepraszam,  jeśli  cię  obudziłam,  ale  nie  chciałam  się  z  tobą 

rozminąć. 

- W porządku, Rhondo. 

Amy  wyciągnęła  rękę,  aby  odepchnąć  męską  dłoń,  która 

wędrowała w górę jej uda. 

-  Chciałam  ci  powiedzieć,  że  poważnie  zastanawiałam  się  nad 

twoją posiadłością i tobą samą. 

- Nade mną? 

- Tak. Jaką masz posadę tam u siebie, w Bellingham? 

- Jestem sekretarką w firmie handlującej drewnem. 

background image

Amy spojrzała gniewnie na Jacka i starała odsunąć się poza zasięg 

jego  rąk.  W  odpowiedzi  uśmiechnął  się  do  niej  i  zaczął  udawać,  że 

przegryza sznur telefonu. 

- Sekretarką? To śmieszne! 

-  Słucham?  -  Amy  przestała  zwracać  uwagę  na  Jacka,  bo 

rozmowa z Rhondą pochłonęła całą jej uwagę. 

- Powinnaś być agentem - ciągnęła Rhonda. - Masz do tego talent. 

To  jasne  jak  słońce.  Znam  się  na  ludziach  i  uważam,  że  jesteś 

urodzonym handlowcem. 

- Miło, że tak mówisz, ale co to ma wspólnego z moją działką? 

Amy odwróciła się tyłem do Jacka, który skorzystał z okazji, aby 

obsypać pocałunkami jej plecy. 

-  Jestem  gotowa  przyjąć  ją  do  sprzedaży,  ale  pod  jednym 

warunkiem. 

- Jakim mianowicie? 

Amy  sięgnęła  ręką  za  siebie,  złapała  Jacka  za  ucho  i  ścisnęła  z 

całej siły. Odsunął się od niej, jęcząc i udając, że strasznie cierpi.  

Na drugim końcu linii Rhonda wzięła głęboki oddech i oznajmiła: 

- Pod warunkiem, że będziesz u mnie pracowała. 

-  Pracować  u  ciebie?  -  Amy  zwróciła  zdziwioną  twarz  w  stronę 

Jacka. - Nie rozumiem. 

-  Potrzebny  mi  jeszcze  jeden  agent.  Jestem  gotowa  zapłacić  za 

twoje  szkolenie  i  ponieść  koszty  uzyskania  licencji  w  zamian  za 

obietnicę,  że  popracujesz  u  mnie  co  najmniej  dwa  lata.  Będziesz 

mogła doglądać sprzedaży swojej działki i poszukać sobie czegoś, co 

background image

ci bardziej odpowiada. A jeśli moja intuicja mnie nie zawodzi, to przy 

twoich zdolnościach będziesz zarabiała lepiej niż dotąd. 

-  Jestem  absolutnie  zaskoczona,  Rhondo.  Nigdy  bym  się  czegoś 

takiego nie spodziewała. 

Amy zauważyła, że Jack porzucił żartobliwe zaczepki i wpatrywał 

się w nią z napięciem. 

- A więc zrobisz tak? Nie sądzę, żebyś żałowała. 

-  Rhondo,  musiałabym  wziąć  pod  uwagę  wiele  spraw,  między 

innymi  moich  rodziców,  którzy  liczą  na  moją  pomoc.  Byłabym  od 

nich bardzo daleko. 

Amy  zauważyła,  że  oczy  Jacka  zwęziły  się  i  wyglądają  jak  dwie 

szparki. Najwyraźniej domyślił się treści rozmowy. 

-  Tak,  wiem.  Mówiłaś  przecież,  że  ta  działka  ma  być  dla 

rodziców, a nie dla ciebie. 

- No właśnie. 

- Czy zamierzałaś przenieść się tu razem z nimi? 

- Tak. Miałam taki zamiar. 

- A więc doskonale! Jeśli dadzą sobie radę bez ciebie przez kilka 

miesięcy, będziesz mogła sprzedać ziemię, której nie chcesz, kupić im 

coś  lepszego  i  przeprowadzić  ich  tutaj.  A  sama  będziesz  już  miała 

ustaloną  pozycję  zawodową.  Zakładam,  że  zamierzałaś  pracować, 

kiedy się tu przeniesiesz. 

- Tak, ale... 

-  A  twoi  rodzice  nie  wymagają  nieustannej  opieki,  inaczej  nie 

mogłabyś tu przyjechać na wycieczkę. 

background image

- Tak, to prawda, ale nie jestem jeszcze pewna, czy się zgodzę. 

- Oczywiście, że nie jesteś pewna. 

- Tysiące myśli przelatują mi przez głowę... 

- Czy niektóre z nich są związane z tym mężczyzną, który odebrał 

telefon? 

- Aha. 

-  W  porządku.  Prawdopodobnie  słyszy  wszystko,  o  czym 

mówimy,  i  będzie  miał  wpływ  na  twoją  decyzję.  Popieram  miłość, 

Amy,  ale  nie  kosztem  przyszłości.  A  ciebie  czeka  dobra  przyszłość. 

Czuję to. 

-  Nie  jesteśmy...  to  znaczy,  ja  nie  jestem  -  plątała  się  Amy,  nie 

mając odwagi użyć słowa miłość. 

-  Och,  kochacie  się,  na  pewno.  Ale  czy  są  szanse,  żeby  on  tu  z 

tobą przyjechał? 

- Raczej nie. 

Amy  bała  się  przenikliwego  spojrzenia  Jacka.  Miłość? 

Oczywiście, ale czy to jest ta miłość przez duże M, która wiedzie do 

białej sukni i przysiąg małżeńskich? 

-  Sądzę,  że  mogłabyś  go  na  to  namówić  -  ciągnęła  Rhonda.  - 

Widziałam  wczoraj,  jak  on  na  ciebie  patrzył.  Może  spróbujesz?  A 

nawet  jeśli  on  nie  zaakceptuje  tego  pomysłu,  proszę  cię,  rozważ  to 

sama poważnie i daj mi znać jeszcze przed odjazdem. 

- A jeśli odmówię, to nie podejmiesz się sprzedaży mojej działki? 

background image

-  Może  bym  się  zgodziła,  ale  naprawdę  brak  mi  ludzi  do  pracy. 

Sama  widziałaś  u  mnie  trzy  puste  biurka,  a  mam  tylko  dwie  osoby. 

Mówię serio, mogę się tego podjąć, jeżeli ty przyjmiesz moją ofertę. 

- Ale dlaczego właśnie ja? Wyobrażam sobie, że w Honolulu jest 

wiele osób szukających pracy. 

- To prawda, ale niezwykle rzadko można spotkać kogoś, kto się 

do  tego  zawodu  nadaje.  Poza  tym  jest  jeszcze  problem  z  gorączką 

wyspiarską. 

- Z czym? - Amy ścisnęła mocniej słuchawkę. - To jakaś choroba? 

Rhonda zaśmiała się. 

- Coś w tym rodzaju. Słyszałaś kiedyś o gorączce kabinowej? To 

prawie  to  samo.  Niektórzy  ludzie  dostają  klaustrofobii,  gdy  sobie 

uświadomią, że są na wyspie pośrodku oceanu. 

- A! 

- Nie jest to częste, ale dlatego kontrakt jest na dwa lata. Nie mam 

ochoty stracić tego, co w ciebie zainwestuję. 

- Rhondo, czy mogę zadzwonić do ciebie za godzinę i powiedzieć, 

co myślę o tej sprawie? 

-  Oczywiście.  Porozmawiaj  ze  swoim  przyjacielem.  I  zostaw 

sobie możliwość wyboru, Amy. 

-  Spróbuję.  Do  usłyszenia.  -  Amy  oddała  słuchawkę  Jackowi,  a 

ten odłożył ją na widełki i spojrzał na Amy wyczekująco. 

- Więc? 

- Proponuje mi posadę agenta do sprzedaży nieruchomości. 

- Tego się domyśliłem. 

background image

Amy zaczęła skręcać róg prześcieradła. Powinna być zadowolona, 

a czuła się jak człowiek skazany na szubienicę. 

- Z jakiegoś powodu uważa, że byłabym w tym dobra. 

-  Prawdopodobnie  tak  jest  -  powiedział  z  obojętnym  wyrazem 

twarzy. 

-  Nie  wiem,  czy  moi  rodzice  daliby  sobie  radę  beze  mnie, nawet 

przez kilka miesięcy. 

Jack wpatrywał się w przeciwległą ścianę. 

-  Myślę,  że  sobie  poradzą  -  rzekł.  -  Zwłaszcza  gdybyś  poprosiła 

Brada,  aby  się  częściej  do  nich  odzywał.  Mógłby  też  do  nich 

przylecieć kilka razy. Ja również od czasu do czasu... 

Amy zacisnęła pięści. 

- Przestań, Jack. 

- Przestać? Co przestać? 

-  Mówisz  z  taką  nonszalancją,  jakby...  -  Głos  jej  się  załamał  i 

musiała  umilknąć,  aby  odzyskać  kontrolę  nad  sobą.  -  Jakby  ci  było 

wszystko jedno, czy ja tę ofertę przyjmę, czy nie. 

Gdy się odezwał, mówił powoli, z zastanowieniem. 

-  Oczywiście,  że  nie  jest  mi  wszystko  jedno.  Ale  ta  kobieta 

stwarza  ci  wspaniałą  okazję,  abyś  zdobyła  to,  czego  chciałaś  dla 

rodziców. Czy nie dlatego tu przyjechałaś? 

- Tak, ale... 

- Nie rozumiem, jak możesz odrzucić taką szansę, Amy. 

Łzy zapiekły ją w oczy. 

background image

-  Nie  próbujesz  nawet  mi  tego  wyperswadować?  Ona  żąda 

podpisania kontraktu na dwa lata. 

- Jeśli wszystko potoczy się według twojej myśli, zostaniesz tu o 

wiele dłużej. 

- A co będzie z nami? 

Jack spojrzał na nią i wzruszył ramionami. 

- I to wszystko? - spytała. - Rezygnujesz tak łatwo i po prostu? 

- Nie mam wielkiego wyboru. 

-  Z  całą  pewnością  masz.  -  Przejmował  ją  strach,  co  może 

usłyszeć w odpowiedzi, ale musiała wiedzieć. - Na przykład mógłbyś 

także rozważyć przeniesienie się na Hawaje. 

Wyczytała  odpowiedź  w  jego  oczach,  zanim  jeszcze  pokręcił 

przecząco głową. 

- Nie, Amy, obawiam się, że nie mógłbym. 

 

ROZDZIAŁ 10 

Duma kazała jej na tym zakończyć  rozmowę, ale uważała, że to, 

co ich połączyło, jest ważniejsze. 

- Dlaczego? - spytała łamiącym się głosem. 

Nie  wydawał  się  poruszony  obrotem  sprawy,  a  ona  czuła 

dojmujący ból. Czy był z kamienia? 

Jack zaczął wstawać z łóżka. 

-  Ponieważ  przeniesienie  się  na  Hawaje  to  twoje  marzenie,  a  nie 

moje - odparł. - Idę wziąć prysznic. 

background image

-  Poczekaj  chwilę.  -  Amy  zerwała  się  i  pobiegła  za  nim  do 

łazienki. - Przecież to marzenie moich rodziców. Co mogę poradzić na 

to, że potrzebują mojej pomocy, aby się spełniło? Nie możesz mnie za 

to winić. 

Jack  odkręcił  wodę  i  regulował  jej  temperaturę,  nie  patrząc  na 

Amy. 

- To nie jest kwestia winy. Przedstawiłaś fakty, tak jak je widzisz. 

W tym scenariuszu nie ma dla mnie miejsca. 

- Byłoby, gdyby ci bardziej na mnie zależało. 

Jack odwrócił się do niej. 

-  I  żeby  to  udowodnić,  powinienem  rzucić  pracę  którą  lubię  i 

cenię,  oraz  wyjechać  ze  stron,  w  których  się  dobrze  czuję?  Porzucić 

swoją  działalność  wśród  młodzieży,  której  zorganizowanie  zajęło  mi 

całe miesiące i która zaczyna przynosić owoce? 

Amy nie wiedziała, co odpowiedzieć. Rzeczywiście, wymagała od 

niego  wiele,  ale  w  takim  razie  co  będzie  z  uczuciami,  które  ich 

połączyły? 

Patrzyli na siebie bez słowa, a w łazience słychać było tylko szum 

lejącej się wody. 

- Nie przeczę,  Amy - powiedział wreszcie Jack - że dwa ostatnie 

dni  były  dla  mnie  czymś  wyjątkowym.  Ale  to  nie  dosyć,  aby 

zrujnować całe moje życie. Szczególnie gdy sobie wyobrażę, że się tu 

przenoszę,  rezygnując  z  tylu  spraw,  a  potem  okaże  się,  że  twoje 

niewydarzone pomysły były pomyłką. 

- Niewydarzone pomysły? Tak myślisz o moich planach? 

background image

-  Nie  mogę  przecież  powiedzieć,  że  stoisz  na  mocnym  gruncie. 

Masz kawałek ziemi, którą może uda ci się sprzedać, a może nie, oraz 

ofertę pracy, która może, ale nie musi, zmaterializować się w coś, co 

chciałabyś  uczynić  swoją  karierą.  Może  znajdziesz  inne,  lepsze 

miejsce dla rodziców na ich ostatnie lata, a może nie. Co będzie, jeśli 

przyjedziesz do domu dopiero za pół roku? Co ja mam z sobą zrobić? 

Amy zacisnęła szczęki. 

-  Rozumiem.  Młodsza  siostra  Brada  znów  wpadła  na  wariacki 

pomysł, tak? 

-  Amy,  masz  niewyczerpaną  energię  i  wiele  odwagi.  Jeśli  uda  ci 

się  wziąć  w  karby,  możesz  daleko  zajść.  Może  praca  w  agencji 

nieruchomości  okaże  się  właśnie  tym,  czego  ci  potrzeba.  Ale  nie 

potrafię  rzucić  wszystkiego,  do  czego  doszedłem  w  życiu,  zwłaszcza 

że Hawaje nie są miejscem, w którym chciałbym zamieszkać na stałe. 

-  Niech  Bóg  broni,  żebyś  z  mojego  powodu  znalazł  się  w  tak 

nieprzyjemnej sytuacji. - Oczy Amy zwęziły się ze złości. - Powiem ci 

coś.  Mam  zamiar  sprawdzić  się  w  tej  nowej  pracy.  Mam  zamiar 

sprzedać  tę  działkę  i  kupić  coś  lepszego  dla  rodziców.  Siostrzyczce 

Brada tym razem się powiedzie. 

Jack patrzył na nią przez dłuższą chwilę. 

- Wydaje mi się, że czas, abyś zadzwoniła. 

- Tak, lepiej zaraz to zrobię. - Odwróciła się i wyszła z łazienki. 

Rhonda  dała  Amy  trzy  tygodnie  na  załatwienie  spraw  w 

Bellingham.  Wręczenie  prośby  o  zwolnienie  z  pracy  było  łatwe, 

rozmowa z rodzicami - nie. 

background image

Zadzwoniła  do  nich  zaraz  po  powrocie,  ale  nie  uważała  za 

właściwe mówić im o swych projektach przez telefon. Ograniczyła się 

więc do wrażeń z podróży i opisu pogody. Obiecała wpaść do nich w 

czasie weekendu. Zdecydowała, że porozmawia z każdym z rodziców 

osobno, zaczynając od matki. 

W  sobotę  po  południu  pojechała  do  białego,  schludnego  domu 

rodziców. Weszła tylnym wejściem. Miała szczęście, bo zastała matkę 

samą, składającą świeżo upraną bieliznę. 

-  Amy!  -  Pani  Hobson  rzuciła  ręcznik  i  podbiegła  z  radością  do 

córki. - Jak się ma nasza podróżniczka? 

-  Jeszcze  nie  najlepiej  po  locie  odrzutowcem  -  odparła  Amy, 

ściskając  matkę  z  oczami  zamglonymi  od  łez.  Po  raz  pierwszy  od 

długiego czasu poczuła tęsknotę za domem. 

- Czy Jack przyjechał z tobą? 

- Nie. - Amy odwróciła się do stosu bielizny i zaczęła ją składać. - 

Mieliśmy małe nieporozumienie. 

Bardzo  się  starała,  aby  o  nim  nie  myśleć  od  chwili,  kiedy  się 

pożegnali  przed  jej  domem  we  wtorek  rano.  Gdy  jego  program  szedł 

w radiu, zmieniała stację. 

-  Amy,  jak  mi  przykro  -  powiedziała  matka,  kładąc  jej  rękę  na 

ramieniu. - Wydawało mi się, że łączy was coś wyjątkowego. Bardzo 

się  cieszyłam,  bo  Jack  jest  dla  mnie  prawie  członkiem  rodziny.  Tak 

bardzo przypomina Brada. 

To  prawda,  pomyślała  Amy  z  goryczą,  obaj  uważają  mnie  za 

niepoczytalną. 

background image

- Nie udało się nam, mamo. 

-  Nie  odrzucaj  go  jeszcze,  Amy.  Jesteście  oboje  młodzi,  macie 

czas. Kto wie, co będzie. 

- Może jesteśmy młodzi, ale nie mamy czasu. 

- Co to znaczy? 

Amy spojrzała na matkę i odwróciła wzrok. 

-  Dostałam  propozycję  pracy  na  Hawajach.  Mam  zamiar  ją 

przyjąć. 

- Pracę na Hawajach? Jaką pracę? 

- W agencji nieruchomości. 

- Ależ, Amy, ty nigdy... 

-  Wiem,  mamo.  Właścicielka  zgodziła  się  posłać  mnie  na  kurs 

szkoleniowy. To niezwykła okazja. 

- Tak mi się wydaje. - Matka wpatrywała się zaskoczona w stertę 

bielizny.  Potem  zaczęła  ją  przekładać  z  miejsca  na  miejsce,  jakby 

czegoś szukała. 

- Opuściłabyś Bellingham i pojechała tam... na stałe? 

-  Będziemy  w  kontakcie  telefonicznym,  mamo.  -  Amy  otoczyła 

jej szczupłe plecy ramieniem. - A Brad będzie się wami opiekował. 

- On tu przyjeżdża raz do roku, Amy. 

- A więc będzie musiał przyjeżdżać częściej. Spokane nie jest tak 

daleko. Poza tym przyjadę z wizytą przed upływem sześciu miesięcy, 

obiecuję. 

background image

- Słyszałam, że życie jest tam bardzo drogie. Jak będziesz mogła 

zacząć  nową  pracę  i  przylecieć  do  domu  po  pół  roku?  Zastanawiam 

się, czy ta właścicielka nie wprowadza cię w błąd. 

Amy  chciało  się  płakać.  Nawet  matka  uważa  ją  za  niezdolną  do 

zajmowania się własnymi sprawami. 

- To nielogiczne, mamo. Rhonda płaci za moją powrotną podróż i 

szkolenie. Po co by wykładała pieniądze, gdyby uważała, że nie będę 

dobrym pracownikiem? 

- Pewnie masz rację, ale będziesz tak daleko... 

- Wszystko się ułoży, mamo. 

Na  widok  niepokoju  malującego  się  na  twarzy  matki  Amy  była 

prawie  gotowa  wyjawić  jej  całą  prawdę,  ale  się  powstrzymała.  Choć 

wierzyła,  że  uda  jej  się  sprowadzić  rodziców  do  Honolulu  w  czasie 

krótszym  niż  sześć  miesięcy,  nie  chciała  rozczarować  tej  wrażliwej 

istoty. 

-  Mam  nadzieję  -  powiedziała  pani  Hobson,  wygładzając 

powłoczkę. - Czy ojciec już o tym wie? 

- Nie. 

-  Siedzi  w  pokoju  i  ogląda  rozgrywki  golfowe.  Lepiej  idź  mu 

powiedzieć. 

Amy  skinęła  głową.  Nie  cieszyła  ją  perspektywa  tej  rozmowy. 

Gdy weszła do pokoju, ojciec oderwał się od telewizji. 

- Witaj. Czy przywiozłaś jakieś zdjęcia z podróży? - spytał. 

Zaskoczył  ją  kompletnie  tym  pytaniem.  Nie  pomyślała  nawet  o 

robieniu zdjęć, choć każdy na jej miejscu zrobiłby ich mnóstwo. 

background image

- Nie, tatusiu, zapomniałam aparatu. 

Ojciec potrząsnął głową. 

- Zgadza się. Przysięgam, Amy, że jesteś najbardziej roztrzepaną 

osobą, jaką znam. 

-  Tato,  muszę  z  tobą  o  czymś  pomówić.  Czy  mógłbyś  wyłączyć 

na chwilę telewizor? 

Ojciec wziął do ręki pilota i wyciszył dźwięk. 

-  Nie  ma  sensu  całkowicie  go  wyłączać.  To  ten  telewizor,  który 

Brad dał nam na ostatnią gwiazdkę. 

- Tato, on dał wam go dwa lata temu. 

-  Naprawdę?  Nie,  to  niemożliwe,  Amy.  Zresztą  to  detal.  - 

Wskazał ręką jednego z graczy. - Ten facet potrafi grać. 

Amy skorzystała z okazji, aby przeforsować swoją opinię. 

- Wiesz, tato, myślę, że zajmujesz się zbyt wieloma drobiazgami. 

To  cię  męczy.  Część  tych  rzeczy  mogłaby  załatwiać  mama,  jak  na 

przykład płacenie rachunków i tym podobne. 

Odwrócił się do niej ze zmarszczonym czołem. 

- Zawsze ja płaciłem rachunki i będę to robił dalej. To ja zarabiam 

pieniądze, prawda? 

- Właśnie o to chodzi. Nie musisz robić wszystkiego. 

- Tak nie jest. Twoja matka zajmuje się domem i posiłkami, a ja 

zarabiam na dom i płacę rachunki. Taki system nam odpowiada. 

Amy  westchnęła.  Mogłaby  mu  wytknąć,  ile  razy  zapomniał 

opłacić  elektryczność  i  jeździł  przez  pół  roku  nie  ubezpieczonym 

background image

samochodem,  ale  co  by  to  dało?  Spojrzała  na  wchodzącą  do  pokoju 

matkę. 

- Co powiesz, Virgil, na nowe plany Amy? 

- Mamo, ja jeszcze... 

-  Jakie  nowe  plany?  -  zapytał  ostro  ojciec.  -  Nic  mi  nie 

powiedziała. 

- Och, myślałam, że... 

- Właśnie miałam zamiar - zaczęła Amy. 

-  Przenosi  się  na  Hawaje,  do  pracy  -  wyjaśniła  szybko  matka.  - 

Czy to nie wspaniałe, Virgil? 

-  Co  znowu,  u  diabła?  -  Ojciec  walnął  dłonią  w  poręcz  fotela.  - 

Amy, sama na Hawajach? Tylko się uśmiać! 

Amy zacisnęła pięści. Ojciec wiedział, jak jej dokuczyć. 

- A więc będziesz się mógł śmiać do woli, tato, bo ja tam pojadę. 

- I co tam będziesz robić? 

Miała  ochotę  wyjść  natychmiast,  bo  była  pewna,  że  ojciec  tylko 

wyśmieje  jej  plany,  ale  błagalne  spojrzenie  matki  zatrzymało  ją  na 

miejscu.  Już  dawno  obie  doszły  do  wniosku,  że  od  czasu  wypadku 

ojciec  stał  się  bardziej  zgryźliwy,  i  matka  często  prosiła  Amy  o 

wyrozumiałość i cierpliwość. 

Amy odetchnęła głęboko, aby się opanować, i zaczęła: 

- Gdy byliśmy z Jackiem w Honolulu... 

- Jedziesz tam z Jackiem? To zmienia postać rzeczy. 

background image

-  Nie,  nie  jadę  z  Jackiem.  Pewna  właścicielka  agencji 

nieruchomości  zaoferowała  mi  posadę.  Za  trzy  tygodnie  wyjeżdżam 

na Hawaje. 

- I ta pani pośle również Amy do szkoły, Virgil - wtrąciła matka.  

Ojciec patrzył na nie z wyraźną niechęcią. 

- Świetnie. Amy jedzie sobie na Hawaje, a my nie możemy, bo jej 

parszywy amant okradł nas z naszych... 

- Virgil! Obiecywałeś, że nigdy tego nie będziesz wypominać! To 

nie jej wina. 

Amy popatrzyła ojcu prosto w oczy. 

-  Tak,  to  moja  wina.  To  ja  sprowadziłam  Philipa  do  domu. 

Zainwestowaliście pieniądze w jego projekt, bo ja za niego ręczyłam. 

- Powinienem mieć więcej rozumu. 

Amy przygryzła wargę. 

- Tato, kiedyś ci to wszystko oddam. Obiecuję. 

-  W  jaki  sposób?  -  W  głosie  ojca  brzmiał  wyrzut.  -  Wyjeżdżając 

na Hawaje i zostawiając nas samym sobie? 

Amy  dostrzegła,  że  za  jego  rozdrażnieniem  kryje  się  strach,  i 

natychmiast złagodniała. 

-  Wkrótce  przyjadę  was  odwiedzić  i  jest  pewna  szansa,  że 

niedługo wszyscy razem tam zamieszkamy. 

Początkowo nie miała zamiaru wspominać o tym, ale nie potrafiła 

nie dać im choć odrobiny nadziei. 

Ojciec wrócił do oglądania telewizji. 

- Nie liczyłbym na to - rzekł. 

background image

Matka dotknęła ręki Amy. 

- Chodź, pomożesz mi przy kolacji - powiedziała łagodnie. 

Rzuciwszy spojrzenie na ojca, Amy skierowała się do drzwi. 

- Amy! 

Odwróciła się na dźwięk jego głosu. 

- Mówiłeś coś, tatusiu? 

- Tak. Chcę, byś pamiętała, że jeśli tam ci się nie powiedzie i nie 

będziesz  miała  za  co  wrócić  do  domu,  wyślę  ci  tyle  pieniędzy,  ile 

będzie trzeba. 

Nie  wiedziała,  czy  ma  się  złościć,  czy  dziękować.  Kochał  ją,  ale 

było jasne, że w nią nie wierzył. Jak wszyscy mężczyźni w jej życiu. 

- Dziękuję, tato - rzekła w końcu. 

Następnego  dnia  zadzwoniła  do  Brada.  Powiedziała  mu,  że 

przyjęła  posadę  w  Honolulu,  ale  nie  wspomniała  nic  o  dalszych 

planach. Jego reakcja była tylko trochę mniej zgryźliwa niż ojca. 

- Nikt z was nie ma do mnie zaufania, ani rodzice, ani Jack, ani ty 

- oburzyła się. 

-  Amy,  spójrz  prawdzie  w  oczy.  Wszyscy  cię  kochamy,  ale 

wyciągaliśmy  cię  z  tysięcznych  kłopotów.  To  wygląda  na  następny 

taki przypadek. Powinnaś zostać w domu, dbać o to, co się nawiązuje 

między  tobą  a  Jackiem,  i  zapomnieć  o  Hawajach.  Zbyt  dużo 

nasłuchałaś  się  opowieści  ojca  o  tych  wyspach.  Jeśli  zainteresowałaś 

się handlem nieruchomościami, zbadaj sytuację wokół Bellingham. 

- Mnie się podobają Hawaje, Brad. 

background image

-  Jak  każdemu  z  nas,  ale  tam  życie  jest  drogie  i  pozostaje  się 

daleko od wszystkich i wszystkiego. 

-  Brad,  czy  protestujesz  dlatego,  że  nie  będzie  mnie  tutaj,  aby 

doglądać rodziców? 

-  Nie.  Ja  nigdy  nie  pochwalałem  tego,  że  tak  bardzo  się  z  nimi 

związałaś. Mówiłem ci nieraz. 

-  Ktoś  musi  to  robić  i  liczę,  że  teraz  ty  przejmiesz  opiekę  nad 

nimi. 

- Zrobię to, w granicach rozsądku. Ale jeśli ojciec coś pokręci, a 

mama nie będzie miała ciebie pod ręką, może w końcu uzna, że musi 

sobie sama radzić. 

- Nie wiem, czy zdoła. 

- Dowiemy się, siostrzyczko. 

-  Brad,  obiecaj  mi,  że  zatelefonujesz  do  nich  raz  na  tydzień  i 

sprawdzisz,  co  się  dzieje.  Nic  by  się  nie  stało,  gdybyś  przyjechał  po 

dwóch, trzech miesiącach. 

-  Zrobię,  co  będę  mógł,  ale  martwię  się  bardziej  o  ciebie  niż  o 

nich. Jeśli będziesz miała kłopoty, zadzwoń na mój rachunek, dobrze? 

Amy  westchnęła.  Brad  prawie  dokładnie  powtarzał  przestrogi 

ojca. 

- W porządku. Do widzenia, Brad. 

- Trzymaj się, mała. Życzę ci powodzenia. 

Amy  odłożyła  słuchawkę.  Zawiadomiła  już  wszystkich.  Pozostał 

jeszcze  Steve,  którego  już  nie  będzie  dłużej  uczyć.  Jack 

background image

zaproponował, że przejmie nad nim pieczę, i Amy się zgodziła. Steve 

może się nawet ucieszy, bo zawsze podziwiał słynnego disc jockeya. 

Jack.  Odczuwała  ból  za  każdym  razem,  gdy  w  myślach  szeptała 

jego imię. Tęskniła za jego czarującym głosem. Broniła się przed tym, 

lecz pewnej niedzieli, gdy nie mogła opanować tęsknoty, poddała się i 

włączyła radio, aby odszukać jego stację. Dopiero gdy usłyszała głos 

innego  spikera,  przypomniała  sobie,  że  Jack  nie  pracował  w 

niedzielne wieczory. 

Steve zaskoczył Amy kompletnie, przychodząc w środę z gotową 

umową.  Był  tak  dumny  z  własnego  dzieła,  że  Amy  z  największą 

przykrością wyjawiła mu, iż nie może jej podpisać. 

-  Steve,  w  moim  życiu  następuje  duża  zmiana  -  zaczęła  w 

wahaniem. 

Steve uśmiechnął się ze zrozumieniem. 

-  Pani  i  Jack,  jak  się  domyślam?  Jeśli  planujecie  miesiąc 

miodowy, mogę zmienić umowę. 

- Nie, nie o to chodzi. Przenoszę się  na Hawaje. Zaproponowano 

mi tam pracę. 

-  Przenosi  się  pani?  -  Grzywka  zakrywała  mu  oczy,  więc  trudno 

było  dostrzec  ich  wyraz,  ale  kąciki  ust  opadły,  zdradzając 

rozczarowanie. - A więc ta umowa już jest niepotrzebna. 

Złożył kartkę w mały kwadracik i wcisnął ją do kieszeni. 

-  Będzie  potrzebna  Jackowi  -  powiedziała  pośpiesznie  Amy.  - 

Lekcje się nie skończą tylko dlatego, że ja wyjeżdżam. Tak dobrze ci 

background image

idzie,  Steve.  Będziesz  się  dalej  uczył  z  Jackiem.  W  ogóle  nie 

zauważysz, że mnie nie ma. 

- Bzdury! - Podniósł głowę zagniewany. - Przepraszam - mruknął 

i znowu odwrócił wzrok. 

-  Steve,  jestem  naprawdę  wzruszona.  Nie  wiedziałam,  że  tak  ci 

zależy na tych lekcjach. 

Pokręcił się niespokojnie. 

-  No,  chyba  tak.  Przyzwyczaiłem  się,  że  to  pani  mnie  uczy.  To 

znaczy, Jack jest w porządku, ale... 

-  Dziękuję  ci,  Steve.  Pragnęłabym  z  całego  serca  nie  przerywać 

naszych  lekcji,  ale  to  moja  życiowa  szansa  i  nie  mogę  z  niej 

zrezygnować. 

Steve odchylił głowę do tyłu, aby popatrzeć jej w oczy. 

-  Jeśli  Jack  ma  mnie  uczyć,  to  znaczy,  że  nie  jedzie  z  panią  na 

Hawaje. 

- Nie. 

Jego  wzrok  wyrażał  współczucie,  jakby  sam  coś  podobnego 

przeżył. 

- Rozstaliście się? 

- Tak. 

- To marnie. 

-  Tak.  -  Amy  czuła,  że  coś  ściska  ją  za  gardło,  ale  nie  chciała 

rozpłakać  się  w  obecności  chłopca.  -  Ale  może  wszystko  będzie 

dobrze. 

- Mam nadzieję - skinął głową. 

background image

I ja też, myślała Amy, zmuszając się do pogodnego uśmiechu przy 

pożegnaniu. 

Gdy  Steve  odszedł,  poszła  do  kuchni  i  zajęła  się  gorączkowo 

myciem,  szorowaniem  i  pakowaniem,  aż  poczuła  się  kompletnie 

wyczerpana. Rodzice zgodzili się, aby zostawiła u nich część rzeczy, 

których  nie  brała  do  Honolulu,  więc  musiała  zrobić  kilka  kursów 

samochodem. Zjadła też u nich ostatnią przed wyjazdem kolację.  

Rozmowa przy stole była dość chaotyczna, trochę z powodu złej 

pamięci ojca, a trochę zaabsorbowania Amy jej przeprowadzką. Miała 

jeszcze  przespać  ostatnią  noc  w  swoim  mieszkaniu,  a  rano  oddać 

klucze właścicielowi. Po dłuższym zastanowieniu postanowiła zabrać 

ze  sobą  samochód.  O  dziewiątej  wieczorem  uściskała  rodziców  i 

uciekła,  aby  nie  odpowiedzieć  fontanną  łez  na  widoczne  wzruszenie 

matki. 

Marcowa noc była zimna i wilgotna, co powinno utwierdzić ją w 

podjętej  decyzji  o  opuszczeniu  Bellingham,  może  na  zawsze.  Ale 

dlaczego miasto wydało się jej nagle takie piękne? Przejechała ulicami 

koło  swych  ulubionych  sklepów,  koło  budynku  własnej  szkoły  i 

składów  drewna,  gdzie  pracowała.  Zatrzymała  się  nad  zatoką,  aby 

popatrzeć, jak migocą światełka na kołyszących się łodziach. 

Zaparkowała samochód i patrzyła na zachód, w stronę, gdzie setki 

mil  dalej  leżały  Hawaje.  Już  następnego  dnia  będzie  tam  i  może 

skieruje  wzrok  na  wschód,  aby  wspominać  miejsca,  które  opuściła. 

Jakie  to  wszystko  nierealne,  pomyślała.  Nie  mogąc  się  oprzeć, 

włączyła radio, aby jeszcze raz usłyszeć głos Jacka. 

background image

Gdy  po  piosence  Phila  Collinsa  nastąpiła  reklama,  Amy 

niecierpliwie  stukała  palcami  w  deskę  rozdzielczą.  A  co  będzie,  jeśli 

dziś Jack nie pracuje? Jeśli jest chory? Nie, Jack nigdy nie choruje. 

Jest dziewiąta czterdzieści sześć, tu, w studiu Radia KPLY... 

Aksamitny  głos  Jacka  wstrząsnął  nią  do  głębi.  Kurczowo 

chwyciła się kierownicy. 

- ... wcale bym się nie zdziwił, gdyby u was była ta sama godzina, 

chyba  że  należycie  do  tych  przebiegłych  typków,  co  to  nastawiają 

zegarek o trzy minuty wcześniej, żeby się nigdy nie spóźniać. 

- Och, Jack! - Łzy nabiegły jej do oczu, głowę wsparła na rękach. 

-  Kuzyn  Ernie  od  kilku  dni  regularnie  spóźnia  się  do  pracy.  Czy 

mówiłem wam, czym się zajmuje? Mrozi groszek. Wiecie, taki zielony 

groszek w plastykowych torebkach, na których jest napisane: mrożony 

oddzielnie. Ernie właśnie to robi. No, w końcu ktoś to musi robić. 

Amy nie była pewna, czy się śmieje, czy płacze. 

-  Hej,  mam  nadzieję,  że  nikt  z  was  nie  był  na  tyle  szalony,  aby 

wyjść z domu w taką szarugę jak dziś. Wasz stary Jack wraca z pracy 

prosto  do  domu,  do  ciepłego  fotela  i  chłodnego  drinka.  A  więc, 

mamusiu,  wstaw  trochę  kukurydzy  do  piecyka,  aby  się  ładnie 

przypiekła. Zostało mi jeszcze tyle rozsądku, żeby uciec od siąpiącego 

deszczu,  chyba  że  byłby  to  „Purple  Rain".  A  jeśli  „Purple  Rain",  to 

oczywiście - Prince. Otóż i on. 

Amy  nie  pozwoliła  sobie  na  płacz  od  czasu  powrotu  do 

Bellingham, ale głos ukochanego przerwał wszelkie tamy. Rozpłakała 

background image

się, a szloch zdawał się  wypełniać mały samochód i osiadać mgłą na 

szybach. Była sama, rozpaczliwie sama. 

- „To już prawie wszystko na dziś, panie i panowie. Spotkamy się 

znowu  jutro,  o  szóstej  wieczorem.  Za  chwilę  podamy  wiadomości, 

więc nie wyłączajcie się. Informacje to ważna rzecz, jak również dobry 

humor. Więc aby być mądrym i wesołym, słuchajcie waszej ulubionej 

stacji KPLY na falach ultrakrótkich. Dobranoc!" 

Amy otarła oczy i mokre policzki. Nie ma Jacka. Wyłączył się, a 

jutro  o  tej  porze  ona  będzie  już  poza  zasięgiem  nadajników  stacji 

KPLY. I w ogóle poza zasięgiem Jacka. 

Siedziała  tak  kilka  minut,  wpatrując  się  w  zaparowaną  szybę.  A 

potem  poruszając  się  jak  marionetka,  włączyła  silnik.  Uruchomiła 

wycieraczki  i  zapaliła  światła,  oblewając  jasnością  zalaną  deszczem 

drogę.  

Wiedziała,  że  powinna  wrócić  do  domu.  Automatycznie 

skierowała wóz w stronę własnego mieszkania, ale w ostatniej chwili 

skręciła w prawo  zamiast w lewo. Musiała go  zobaczyć jeszcze dziś, 

bez względu na to, ile będzie to znaczyć w przyszłości. 

 

ROZDZIAŁ 11 

Amy  poszukała  wzrokiem  czarnego  camaro  na  parkingu  przed 

domem  Jacka,  zanim  zadzwoniła  do  drzwi.  Choć  oświadczył 

słuchaczom,  że  wraca  prosto  do  domu,  mógł  zrobić  coś  zupełnie 

innego.  Serce  jej  waliło  jak  szalone.  Może  powinna  przedtem 

background image

zatelefonować.  To  byłoby  logiczne  posuniecie,  ale  tej  nocy  Amy  nie 

myślała logicznie. 

Dźwięk  dzwonka  wyrwał  Jacka  z  melancholijnej  zadumy.  Przez 

moment miał nadzieję, że to ona, ale nie! Co za głupi pomysł. Jeśli nie 

odezwała się przez trzy tygodnie, dlaczego miałaby zjawić się dzisiaj, 

tuż przed wyjazdem? 

To  pewnie  Steve  lub  Brzęczyk,  pomyślał.  To  do  nich  podobne  - 

zjawiać się u niego o tej porze. Ale nie miał dziś ochoty na udzielanie 

życiowych rad nastolatkom. Czuł się stary i zgorzkniały.  

Otworzył  zamek  i  uchylił  drzwi.  Zobaczywszy  Amy,  zamrugał  i 

przycisnął  palcami  powieki.  Kiedy  spojrzał  ponownie,  była  tam 

jeszcze,  pokryta  kroplami  deszczu,  które  światło  na  ganku  zmieniało 

w  połyskliwą  aureolę.  Stała  z  rękami  w  kieszeniach  rozpiętej 

wiatrówki, a włosy miała poskręcane w pierścionki od wilgoci. 

Machinalnie wyciągnął rękę, aby zetrzeć kroplę z jej policzka, ale 

się powstrzymał w pół gestu. Jeśli była snem, to zniknie. 

- Jack? 

- Przyszłaś - rzekł powoli. - Dlaczego? 

- Jutro wyjeżdżam. 

- Wiem. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. 

Patrzył pytająco w jej pociemniałe od smutku oczy. Uśmiechnęła 

się niepewnie. 

- Słyszałam twój głos w radiu. Nie mogłam odjechać bez... 

- Bez czego, Amy? 

- Nieważne. To był błąd. - Odwróciła się i pobiegła chodnikiem. 

background image

- Nie! Poczekaj. - Wybiegł za nią na deszcz, rozpryskując kałuże. 

Złapał ją za ramię i odwrócił do siebie. - Poczekaj choć chwilę. 

-  Nie  powinnam tu przychodzie.  Trzeba  było  zostawić  wszystko, 

jak jest - mówiła, odwracając od niego wzrok. 

- Ale nie mogłaś. - Ścisnął ją mocniej za ramię. 

-  Jestem  słaba.  -  Głos  jej  drżał.  -  Pozwól  mi  zniknąć  z  twego 

życia, Jack. Będzie jeszcze trudniej, jeśli... 

- Jeśli co? - Ujął dłonią jej brodę i zmusił, aby na niego spojrzała.  

Deszcz  osiadł  na  jej  rzęsach, usta drżały.  Jack  nie  mógł  oderwać 

od nich wzroku. Tak dobrze je znał. 

- Dlaczego przyszłaś tu dzisiaj? 

- Nie wiem. 

- Ale ja wiem. Przyszłaś po to. - Mocnym pocałunkiem rozchylił 

jej wargi i smakował ich słodycz. Boże, jak uwielbiał ją całować! 

Amy  odpowiedziała  westchnieniem  i  miękko  oparła  się  o  niego. 

Jack  wsunął  rękę  pod  kołnierz  wiatrówki  i  gładził  ją  po  szyi.  Gdy 

poczuł, że drży, zapytał: 

- Przyszłaś tu, aby się ze mną kochać, tak, Amy? 

- Nie - zaprzeczyła bez przekonania. - Przyszłam, żeby cię jeszcze 

raz zobaczyć. 

-  Powiedz  prawdę.  Chciałaś  zabrać  ze  sobą  jeszcze  jedno 

wspomnienie. 

- Nie, ja... - Oddychała z trudnością. 

- Amy, nie oszukuj mnie. - Sięgnął ręką do jej piersi. - Wiem zbyt 

dużo o tobie. 

background image

-  Ależ,  Jack,  jaka  kobieta  chciałaby  się  narzucać  mężczyźnie  w 

noc poprzedzającą ostateczne rozstanie? 

-  Może  taka,  która  nie  ma dość  rozsądku,  aby  się  schronić przed 

deszczem. 

- Pewnie masz mnie za kompletną idiotkę? 

-  Jak  mógłbym?  Przecież  sam  też  stoję  na deszczu.  Wejdźmy  do 

środka. 

- Jack, lepiej nie róbmy tego. 

- Kiedy ja nie lubię kochać się na trotuarze. 

- Mówiłam, żebyśmy dali sobie spokój całkowicie. 

- Wiesz dobrze, że nie chcesz tego naprawdę. 

- A co będzie jutro? 

- Nie myśl o jutrze. Kochajmy się, Amy. Potrzebuję cię nie mniej 

niż ty mnie. 

-  Nawet,  jeśliby  to  miało  przypieczętować  koniec  naszego 

związku? 

-  Zwłaszcza  jeśli  tak  ma  być.  -  Pocałował  ją  zachłannie  i 

wprowadził do mieszkania. 

Tyle  ich  łączyło,  myślała  Amy,  a  ona  jeszcze  nigdy  nie  była  w 

jego sypialni. Ani on u niej. Ich miłość zrodziła się gdzieś daleko,  w 

jakiejś przestrzeni nie związanej z codziennym życiem. Podejrzewała, 

że  Jack  wynajmował  mieszkanie  umeblowane,  tak  jak  ona,  więc  nie 

mogła wnioskować o jego guście na podstawie urządzenia pokoju.  

background image

Na  wprost  dużego  podwójnego  łóżka  stała komoda  z  lustrem,  na 

którym wisiał malowany, plastykowy talerzyk, ten sam, którym bawili 

się w Honolulu na plaży, oraz wianek ze zwiędłych storczyków. 

Amy wysunęła się z objęć Jacka i podeszła do lustra. 

- Wziąłeś to ze sobą? 

-  Tak,  bo  przypominało  mi  pewną  osobę,  w  której  towarzystwie 

dobrze się czułem. 

- Nawet kwiaty? Sądziłam, że je wyrzuciłeś. 

-  Nie,  włożyłem  do  bocznej  kieszeni  walizki.  Teraz  wyglądają 

bardzo nędznie. 

- Nie. - Dotknęła uschniętych małych storczyków i smutek ścisnął 

ją za gardło. - Tęskniłam za tobą, Jack. 

Podszedł do niej z tyłu i objął ramionami. 

-  Ja  też  tęskniłem,  Amy  -  szepnął.  Spotkali  się  wzrokiem  w 

lustrze. - Ciągle miałem nadzieję, że zadzwonisz. 

-  Wydawało  mi  się,  że  lepiej  się  nie  widywać.  Próbowałam,  ale 

dziś, gdy usłyszałam cię przez radio... 

Wtulił twarz w jej włosy. 

- Pachniesz deszczem. 

- To chyba źle. 

- Nie. - Odwrócił ją do siebie. - Pachniesz jak petunie zmoczone 

rosą, jak chłodne źródło w gorący dzień, jak topniejący śnieg. 

- Kocham cię, Jack. 

Znieruchomiał i spojrzał jej w oczy. 

background image

- To prawda - szepnęła. - Nie powinnam teraz tego mówić, ale to 

prawda. Kocham cię. 

Objął jej twarz dłońmi. 

-  Nie,  teraz  nie  powinnaś  tego  mówić,  ale  powiedziałaś.  Och, 

Amy. - Ujrzała ból w jego błękitnych oczach. 

- Co my zrobimy, Jack? 

- Nie mogę mówić za ciebie, tylko za siebie. 

- I co? 

Oczy Jacka rozgorzały namiętnością. 

-  Będę  cię  kochał  jak  wszyscy  diabli  -  powiedział.  -  Chcę,  abyś 

pamiętała tę noc ze wszystkimi szczegółami. 

Dygotała, gdy zrywał z niej kolejno wiatrówkę, bluzkę, staniczek 

i  rzucał  na  podłogę.  Potem  przyciągnął  ją  do  siebie,  a  wilgotna 

koszula Jacka przyjemnie chłodziła jej skórę. 

- Jesteś taka piękna - szeptał. - Marzyłem,  żebyś tu była ze mną, 

żebym  cię  mógł  tulić  i  dotykać.  -  Chwycił  koniuszek  jej  ucha 

wargami,  potem  językiem  przesuwał  po  szyi,  a  ona  poddawała  się 

jego delikatnym pieszczotom.  

Tak,  miał  rację.  Pragnęła  tego,  chciała  być  z  nim,  zanim  się 

rozstaną. 

- Gdzie jest mój sarong? - zapytał z uśmiechem. 

- Żałuję, że go nie mam - szepnęła. 

Jego wzrok powędrował ku białym koronkowym figom. 

- Zdejmij je dla mnie. 

Zrobiła, o co prosił. 

background image

-  Postój  tak  przez  chwilę  -  rzekł  miękko.  -  Niech  się  przyjrzę 

kobiecie, którą kocham. 

Amy poczuła żar w całym ciele. 

- Ty też nie powinieneś tego mówić - rzekła. 

-  Nie.  Musiałem  to  powiedzieć.  -  Spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  - 

Kocham cię, Amy. Nie zamierzałem tego mówić. - Podszedł do niej i 

objął  ją.  -  Ale  jeśli  muszę  pozwolić  ci  odejść,  wiedząc,  że  mnie 

kochasz,  to  chcę  również,  abyś  rozumiała,  co  ja  czuję  i  ile  bólu  mi 

sprawiasz swoim odjazdem. 

Wtuliła się w niego, opierając policzek o jego pierś. 

- Tak mi przykro. 

- Mnie też. 

Łzy  pociekły  z  jej  oczu.  Ona  zawsze  sprawia  ból  tym,  których 

kocha.  Gdy  chciała  naprawić  krzywdę  wyrządzoną  rodzicom, 

unieszczęśliwiła Jacka. I siebie. 

- Nie płacz. - Obejmował ją mocno i całował w czubek głowy. 

- Narobiłam wszystkim kłopotów. Jak zwykle. 

-  Tych  kłopotów  narobiliśmy  razem,  Amy  -  odparł,  głaszcząc  ją 

po włosach. - Połowa winy spada na mnie. Gdybym się trzymał z dala 

od ciebie, nie byłoby tych problemów. - Uniósł jej zalaną łzami twarz 

ku górze. - Ale cieszę się, że tego nie zrobiłem. 

- Nawet po tym wszystkim, co się zdarzyło? 

- Z pewnością. Nie oddałbym naszej miłości za żadne skarby. 

- Och, Jack. 

background image

Pocałowała  go  czule,  ale  łagodny  dotyk  ich  ust  szybko  stał  się 

zaborczy i natarczywy. Amy rozpięła Jackowi koszulę i gładziła go po 

nagim torsie. 

- Pragnę cię, Jack - szeptała z ustami przy jego ustach. 

-  Nigdy  nikogo  tak  nie  pragnąłem  jak  ciebie  -  odparł.  -  Czy 

czujesz, że cały drżę? 

- Myślałam, że to ja. Rozbierz się, Jack, a ja przygotuję łóżko. 

Niechętnie  wysunęła  się  z  jego  ciepłych  objęć,  zdjęła  narzutę  i 

wyciągnęła się na łóżku. 

- Czasami, gdy cię widzę, zapominam, co mam robić. 

- Czy mam ci przypomnieć? 

- Już nie. 

Teraz  ona podziwiała jego  wspaniałe  męskie ciało, ukazujące  się 

w  całej  swej  krasie  w  miarę,  jak  zrzucał  z  siebie  ubranie.  Chciała 

zapamiętać na zawsze piękną rzeźbę  jego bioder i ud, drobne ciemne 

loczki  na  piersi,  lekki  zarys  żeber  pod  skórą  i  płaszczyznę  brzucha. 

Czy  będzie  miała  dość  siły,  aby  od  niego  odejść?  Jednak  musi  to 

zrobić. Wyciągnęła do niego rękę, myśląc, że może to będzie ostatnie 

spotkanie w ich życiu. 

Amy  odjechała  rano,  gdy  Jack  jeszcze  spał.  Chciała  uniknąć 

bolesnego pożegnania. Jeżeli nie zobaczy cierpienia w jego błękitnych 

oczach,  zapamięta  tylko  spojrzenie  pełne  miłości.  Kończąc 

pakowanie,  starała  się  trzymać  swe  uczucia  w  karbach.  Wyszła  z 

mieszkania jeszcze przed świtem, a miasto opuściła, zanim na ulicach 

background image

ożył poranny ruch. Starała się nie myśleć o niczym. Podjęła decyzję i 

teraz należało się jej trzymać. 

Gdy samolot wylądował w Honolulu, Amy czuła się wyczerpana i 

bardzo  samotna.  Z  niechęcią  myślała  o  spotkaniu  z  Rhondą,  która 

obiecała  czekać  na  nią  na  lotnisku.  Nie  miała  ochoty  na  banalne 

towarzyskie rozmowy. 

Lecz kiedy Rhonda powitała ją serdecznym uśmiechem i włożyła 

jej  lei  z  białych  kwiatów  na  szyję,  Amy  uścisnęła  swą  nową 

przyjaciółkę z wdzięcznością. Łzy powstrzymywane przez całą drogę 

zakręciły się jej w oczach, a zapach kwiatów przypomniał Jacka, lecz 

opanowała  się  jakoś  i  nie  rozpłakała.  Całe  Honolulu  będzie  jej  go 

przypominać,  więc  nie  może  sobie  pozwolić,  aby  wspomnienia 

zatruwały jej pobyt na Hawajach. 

-  Znalazłam  ci  urocze  mieszkanie  -  oznajmiła  Rhonda,  biorąc  ją 

pod  rękę,  gdy  szły  odebrać  bagaż.  -  Właściwie  to  domek  dla  gości. 

Znam  właścicieli  tej  posiadłości.  Chętnie  zgodzili  się  wynająć  go  na 

parę miesięcy, bo trochę ich zmęczyły ciągłe wizyty. 

- To brzmi cudownie. - Amy starała się mówić z entuzjazmem. 

- Dostawiłaś bezpiecznie samochód do portu? 

- Tak, ale zanim tu dotrze, będę musiała coś sobie wypożyczyć. 

- Nonsens. Będę po ciebie wstępować co rano, a gdybyś musiała 

zawieźć gdzieś klientów, weźmiesz mój samochód. 

-  Rhondo,  nie  wiem,  jak  ci  mam  dziękować  za  wszystko,  co  dla 

mnie robisz. 

Rhonda przyjrzała się jej uważnie. 

background image

- Wyglądasz na kompletnie wyczerpaną, Amy. 

- To przez tę długą podróż. 

-  Wydaje  mi  się,  że  nie  tylko.  Ale  nie  martw  się.  Podjęłaś 

właściwą decyzję. 

- Mam nadzieję. 

- Jak się wyśpisz, ujrzysz wszystko w innym świetle. Masz pełną 

lodówkę i nie musisz jutro przychodzić do biura. 

- Rhondo, jesteś aniołem. 

-  Nie,  jestem  sprytną  kobietą  interesu.  Jeśli  są  w  tobie  te 

możliwości, o które cię podejrzewam, twoja praca napełni kieszenie i 

moje, i twoje. 

- Kiedy zaczynam kurs szkoleniowy? 

- Pojutrze. 

-  Rozumiem.  Więc  muszę  jak  najlepiej  wykorzystać  jutrzejszy 

wolny dzień? 

- Oczywiście. Nieprędko będziesz miała drugi. Tak się pracuje w 

tej branży. 

- To mi odpowiada. Chcę się zająć pracą - odparła Amy i dodała 

w myśli: w ten sposób nie będę miała czasu myśleć o Jacku. 

-  Świetnie.  Na  pewno  będzie  się  nam  dobrze  pracowało  -  rzekła 

Rhonda. 

I  tak  też  się  stało.  Rhonda  wymagała  zaangażowania  od  swych 

podwładnych, a Amy uznała handel nieruchomościami za fascynujące 

zajęcie. Chętnie pracowała poza godzinami, a uczyła się w nocy. 

background image

Jej maleńki domek stał na skale nad morzem, ale Amy miała mało 

czasu,  aby  się  cieszyć  pięknym  widokiem.  Taka  sytuacja  bardzo  jej 

odpowiadała, gdyż momenty bezczynności nieodmiennie przywodziły 

jej na myśl Jacka.  

Jego  życzenie,  aby  zapamiętała  dokładnie  ich  ostatnią  noc, 

sprawdziło  się  całkowicie,  a  jeśli  chciał,  aby  cierpiała,  to  dopiął 

swego.  Tylko  praca  tłumiła  ból  i  tęsknotę,  więc  Amy  z  desperacją 

rzuciła się w jej wir. 

Raz  w  tygodniu  dzwoniła  do  rodziców,  a  potem  komunikowała 

się  z  Bradem.  Choć  rozmawiając  z  matką,  często  miała  wrażenie,  że 

grozi  im  katastrofa,  Brad  zapewniał  ją,  że  rodzice  dają  sobie 

doskonale  radę.  Amy  uznała,  że  prawda  leży  gdzieś  pośrodku,  więc 

starała się, aby rozłąka z rodzicami zakończyła się jak najszybciej. 

Pierwszą  przeszkodą,  z  którą  musiała  się  uporać,  było  zdobycie 

licencji.  Amy  wbijała  sobie  do  głowy  fakty  i  liczby,  spacerując  w 

nocy  po  pokoju  i  rozwiązując  zadania.  Nigdy  nie  lubiła  egzaminów 

testowych,  a  ten  niósł  ze  sobą  więcej  stresów  niż  wszystkie 

poprzednie. Wynik miał zdecydować o całej jej przyszłej karierze.  A 

co gorsza, Rhonda oczekiwała, że zda go za pierwszym razem. 

Poszła  na  egzamin  z  bólem  głowy  i  spoconymi  dłońmi.  Pytania 

wydawały się jej bardzo trudne, a czas na odpowiedź zbyt krótki, toteż 

opuściła salę przekonana, że nie zdała. Gdy Rhonda otrzymała wyniki, 

były  same  w  biurze.  Spokojnie  podeszła  do  biurka  Amy  i  usiadła  na 

krześle dla klientów.  

Amy spojrzała w jej chłodne szare oczy i skrzywiła się. 

background image

- Oblałam, co? 

- Oczywiście, że nie oblałaś. Dostałaś wysokie oceny, jak się tego 

spodziewałam. 

- Zdałam! Jak to dobrze! - Amy zamachała rękoma w powietrzu. - 

A mówili mi, że to się nie uda. 

- Kto tak mówił? 

-  Niektórzy.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  W  szkole  nie  byłam 

najlepszą uczennicą. 

- To nie ma nic do rzeczy. Widocznie ci nie zależało. 

-  Oczywiście,  że  nie  tak  jak  tym  razem.  A  teraz  muszę  tylko 

dostać coś za moją działkę i ruszam całą parą do przodu. 

-  Dostaniesz.  Cierpliwości.  A  zanim  to  nastąpi,  będziesz 

sprzedawać  własność  innych  ludzi.  Moje  gratulacje,  Amy  - 

powiedziała serdecznie. - Witaj w tym zwariowanym zawodzie. 

- Dziękuję. Zdobyłam go dzięki tobie. Jak to dobrze, że mam już 

samochód. 

-  Będziesz  go  potrzebować,  aby  wozić  klientów.  Słuchaj,  Amy, 

chyba powinnyśmy to uczcić. Gdy Bob i Carter wrócą, zapytamy, czy 

pójdą z nami i swymi żonami na kolację. Ja zapraszam. 

- Z przyjemnością, Rhondo, ale ja płacę połowę. 

- Nie ma mowy. Odtrącę to sobie z podatków. 

-  Zgoda  -  zaśmiała  się  Amy.  -  Jak  zwykle  wszystko,  co  mówisz, 

wygląda na dobry interes. 

Wieczór był pełen beztroskiej wesołości, toteż Amy zdziwiła się, 

gdy w pewnej chwili spojrzała na zegarek. Było wpół do jedenastej. 

background image

- Muszę wracać do domu, Rhondo. Jutro dzień pracy. 

- Masz rację, Amy. Wychodzimy. 

Wracając  do  domu,  Amy  myślała  o  jutrzejszej  rozmowie  z 

rodzicami.  Ale  był  ktoś  inny,  z  kim  chciała  podzielić  się  nowiną  już 

dziś, ktoś, kto lepiej zrozumie, co osiągnęła. 

Wyobrażała sobie Jacka wyciągniętego na łóżku, w którym leżeli 

razem  podczas  ostatniej nocy  w  Bellingham.  Na  myśl  o  nim  poczuła 

gwałtowny  przypływ  bólu  i  tęsknoty.  Zaczęła  dygotać  od  nagłej 

potrzeby  usłyszenia  jego  głosu.  Nie  dbała  o  to,  która  godzina  była 

tam,  w  Bellingham.  Nie  kontaktowała  się  z  nim  od  chwili  wyjazdu, 

ale teraz miała wrażenie, że zwariuje, jeśli nie zadzwoni. 

 

ROZDZIAŁ 12 

Znalazłszy  się  w  swym  małym  domku,  Amy  wolnym  krokiem 

udała  się  do  pokoju  i  stanęła  koło  kanapy,  wpatrując  się  w  aparat 

telefoniczny.  Do  tej  pory  nigdy  nie  dzwoniła  do  Jacka.  Nie 

wiedziałaby, co mu powiedzieć. 

Ale  wynik  egzaminu  był  namacalnym  dowodem,  że  potrafi 

doprowadzić swój szalony plan do końca. Paradoksalne było to, że jej 

sukces  oddalał  ją  coraz  bardziej  od  Jacka,  a  jednak  właśnie  jemu 

pragnęła  o  tym  donieść. Może  mimo  wszystko  nie  porzuciła  całkiem 

nadziei,  że  jeśli  ona  ściągnie  tu  rodziców,  on  rozważy  jeszcze  raz 

możliwość zamieszkania w Honolulu. 

Usiadła  na  kanapie  i  postawiła  aparat  na  kolanach.  Podniosła 

słuchawkę  i  znowu  odłożyła  ją  na  widełki.  W  Bellingham  była  teraz 

background image

pierwsza w nocy. Rozsądek podpowiadał jej, że powinna poczekać do 

rana,  ale  nie  miała  na  to  ochoty.  Wiedziała,  że  Jack  ma  telefon  przy 

łóżku.  Chciała  z  nim  rozmawiać  teraz,  gdy  był  rozespany  i 

półprzytomny  ze  snu.  Widziała  go  oczami  wyobraźni  wyciągniętego 

na łóżku. 

Wybierała  numer  powoli  i  dokładnie.  To  nie  była  pora  na 

pomyłki. Po wielu różnych sygnałach usłyszała w końcu dzwonienie. 

Amy odchrząknęła kilka razy, czekając, aż Jack się odezwie. Musi być 

w domu. Musi. 

Po czwartym dzwonku usłyszała ochrypłe od snu „halo". 

- Jack, to ja, Amy. 

- Amy? 

- Tak. 

Napawała się dźwiękiem swojego imienia, wypowiedzianego tym 

pięknym, mimo lekkiej chrypki, głosem. 

-  Amy,  czy  wszystko  w  porządku?  Jest  późno,  pierwsza  w  nocy. 

Czy masz kłopoty? 

-  Nie,  Jack.  Nie  mam.  Musiałam  po  prostu  usłyszeć  twój  głos, 

dlatego dzwonię. Wiem, która godzina, ale... 

-  Rozumiem  -  głos  nabrał  intymności.  -  Chciałaś  rozmawiać  ze 

mną w łóżku. 

- Tak... 

- To mi się podoba, Amy. Śniłem o tobie. 

- Powiedziałbyś tak nawet, gdyby to nie była prawda. 

background image

- Może. Ale tak było. Ten sen często się powtarza. Byliśmy razem 

w trzcinowej chatce i... Chciałbym, żebyś teraz była tu ze mną. 

- Ja też, ale... myślę, że powinniśmy pomówić o czymś innym. 

- To ty wyrwałaś mnie ze snu. 

- Wiem. Moja wina. 

-  To  żadna  wina.  Twoje  odruchy  są  prawidłowe.  Ale  jeśli  nie 

mogę cię mieć w łóżku, pozwól mi chociaż mówić z niego do ciebie. 

Tęskniłaś za mną? 

- Nie uwierzyłbyś jak bardzo. 

- Nie pożegnałaś się ze mną. 

- Bo po prostu nie mogłam. Wymknęłam się dla naszego dobra. 

-  Może  dla  twojego.  Mnie  zwaliło  z  nóg,  gdy  się  zbudziłem  i 

stwierdziłem,  że  odjechałaś.  Chciałem  cię  jeszcze  raz  pocałować, 

może jeszcze raz... 

- Jack, przestań. 

- Dobrze. 

- Powiedz mi, jak ci idzie z czytelnią. 

-  Znakomicie.  Rozpoczynamy  budowę.  Już  uzgadniam  plany  z 

wykonawcą. 

- To cudownie. A jak się mają Brzęczyk i Steve? 

- Dobrze. Steve chciał do ciebie napisać, ale mu powiedziałem, że 

nie mam twego adresu. I to prawda, wiesz? 

- Wiem. Niech Steve weźmie go od mojej matki. 

- A Jack? Też ma prosić twoją matkę o adres? 

Drgnęła, słysząc nutę sarkazmu w jego głosie. 

background image

- Nie zniosłabym wymiany uprzejmych liścików. 

- Skąd wiesz, że moje listy byłyby uprzejme? 

- Wiesz, co mam na myśli, Jack. 

- Więc daj mi numer telefonu. 

- Nie. 

- To nie fair. Ty znasz mój numer. 

- Czy mam odłożyć słuchawkę? 

- Nie. - Milczał przez chwilę. - Jak ci idzie? 

-  Właśnie  dlatego  dzwonię.  Zdałam  egzamin  licencyjny.  Jestem 

już dyplomowaną agentką w handlu nieruchomościami. 

Minęło parę sekund, zanim odpowiedział. 

- To wspaniała wiadomość, Amy. 

- Nie chciałbyś chyba, żebym oblała? 

- Nie - westchnął - ale jeśli zdałaś egzamin, to nie wrócisz tutaj na 

stałe, a tego bardzo bym sobie życzył. 

-  Jack,  teraz,  gdy  otrzymałam  licencję,  pozostaje  mi  jedynie 

sprzedać  działkę  i  kupić  coś  lepszego  dla  rodziców.  Rhonda  jest 

pewna, że mi się to uda w ciągu paru miesięcy. 

- Możliwe. 

-  A  jeśli  tego  dokonam,  powiedz,  czy  nie  zmienisz  decyzji? 

Wiem,  że  najpierw  chcesz  zorganizować  tę  czytelnię  dla  młodzieży, 

ale potem... 

-  Przeniesienie  się  na  Hawaje  nie  ma  dla  mnie  większego  sensu, 

Amy.  Po  twoim  wyjeździe  myślałem,  że  zwariuję  i  zacząłem  zbierać 

background image

informacje  o  możliwości  pracy  na  Oahu  i  dowiedziałem  się,  że  nie 

można tam dostać przyzwoitej pensji. 

- Dlaczego? 

- Bo dyrektorzy uważają, że piękna sceneria rekompensuje niskie 

zarobki. Bardzo ładnie, jeśli komuś na tym specjalnie zależy, ale mnie 

to  nie  pociąga.  Poza  tym  słyszałem,  że  chcą  mnie  zaangażować  do 

radia  w  Seattle.  To  byłby  dla  mnie  prawdziwy  awans,  w 

przeciwieństwie do wyjazdu na Hawaje i obniżki pensji. 

Nawet ze mną, pomyślała Amy, ale nic nie powiedziała. Jeśli Jack 

bardziej ceni pieniądze i dobrą posadę niż ją, to nie ma na to rady. 

- Amy, wiem, że to zabrzmiało fatalnie. 

- Ale logicznie. 

- Tak, i materialistycznie jak wszyscy diabli. Cała ta sytuacja jest 

nienormalna  i  staram  się  jej  przyjrzeć  ze  wszystkich  stron.  Po 

pierwsze,  myśl,  że  mam  być  związany  z  jakimś  miejscem  nie  ze 

swego  wyboru,  lecz  tylko  dlatego,  że  ty  nie  możesz  opuścić  swoich 

rodziców,  wydaje  mi  się  trochę  bez  sensu.  W  ten  sposób,  Amy,  twoi 

rodzice  nie tylko  kierują  twoim  życiem,  ale  w  konsekwencji  również 

moim. 

-  Kierują  moim,  bo  ja  tak  zdecydowałam,  ale  czy  będą  mieli 

wpływ na twoje, to tylko od ciebie zależy. 

- To nieprawda! Kocham cię i oni już teraz mają wpływ na moje 

życie. A mnie się to nie podoba. 

-  To  fatalnie,  Jack.  Ja  nie  prosiłam,  abyś  się  we  mnie  zakochał. 

Jeśli ci to tak bardzo nie na rękę, to dlaczego się nie odkochasz? 

background image

- Czasami chciałbym to zrobić, ale nie mogę, Amy. To, że mi się 

dziś śniłaś, nie było przypadkiem. Śnisz mi się co noc. Opętałaś mnie. 

- Mimo to nie pojedziesz za mną na Hawaje? 

- Nie sądzę, aby to był dobry pomysł. 

-  W  takim  razie  nie  mamy  o  czym  mówić.  Życzę  miłego  dnia, 

Jack. 

Odłożyła  słuchawkę,  zanim  zdążył  odpowiedzieć.  Odstawiła 

telefon na stolik, zakryła twarz rękami i zaczęła szlochać.  

 

Żadnych  więcej  telefonów  do  Jacka,  zadecydowała  następnego 

dnia. Po nie przespanej nocy z trudem potrafiła skupić się na pracy, a 

musiała  się  z  niej  dobrze  wywiązywać,  bo  już  jej  nic  innego  nie 

pozostało. Tylko praca i realizacja planów wobec rodziców. 

Upłynęły  dwa  miesiące  i  tylko  kilka  osób  zainteresowało  się  jej 

działką na Maui. Jeden z klientów  zdobył się nawet na to, aby tam z 

nią pojechać, ale uciążliwa droga zniechęciła go do kupna. 

Aż pewnego dnia Rhonda położyła jej na biurku informację - opis 

mieszkania  wystawionego  na  sprzedaż  w  osiedlu  w  Honolulu.  Amy 

przeczytała  notatkę  i  uznała,  że  to  byłoby  coś  odpowiedniego  dla  jej 

rodziców. 

-  Brzmi  to  wspaniale:  widok  na  ocean,  trzy  przecznice  od  samej 

plaży,  unowocześniona  kuchnia.  Ale  cena  o  wiele  dla  mnie  za 

wysoka, nawet gdybym sprzedała działkę na Maui, czego nie udało mi 

się dokonać - powiedziała Amy. 

background image

-  Nie  wiesz  jeszcze  wszystkiego.  Ja  sama  zainteresowałam  się  tą 

sprawą i wiem, że cenę wyznaczyła małżonka właściciela. On zgadza 

się sprzedać za niższą sumę. 

- O ile niższą? 

- O jedną trzecią. Po moim wyjściu zadzwonił do mnie i wyjaśnił, 

że  żona  zawsze  żąda  nierealnych  sum,  ale  jeśli  jej  się  zaproponuje 

mniej, to weźmie. On naprawdę chce sprzedać. Obydwoje chcą. 

- Dlaczego? 

- Z powodu gorączki wyspowej. Są tu od pięciu lat. 

Amy studiowała opis mieszkania. 

-  Sprzedadzą  je  na  pewno  wcześniej,  niż  ja  się  pozbędę  mojej 

ziemi na Maui. 

- Bez wątpienia. Amy, pozwól, że ja wyłożę na to pieniądze. Gdy 

sprzedasz działkę, zwrócisz mi je. 

- Nie mogłabym tak zrobić, Rhondo. 

-  Oczywiście,  że  możesz.  Nie  stać  cię,  żeby  stracić  taką  okazję. 

Potraktuj  moją  ofertę  jako  interes,  a  nie  przysługę.  Najwyżej  nie 

będziesz  mogła  zapłacić  za  to  mieszkanie.  Wtedy  ja  je  sprzedam  z 

zyskiem, więc nie martw się o mnie. 

Amy roześmiała się. 

-  Nie  mam  powodu  martwić  się  o  ciebie.  Potrafisz  przedstawić 

wszystko, co robisz, jako trzeźwą handlową transakcję. Lecz twierdzę, 

że bez względu na to, co mówisz, przede wszystkim chcesz pomagać 

ludziom. 

background image

-  Dawno  doszłam  do  wniosku,  że  pomaganie  ludziom  często 

okazuje  się  dobrym  interesem.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  A  więc  nie 

wiadomo,  czy  jestem  świętą,  czy  egoistką.  Zostawiam  tobie 

rozwiązanie tej zagadki, mój młody filozofie. A więc, składamy ofertę 

kupna? 

- Tak, jak tylko je obejrzę. 

-  Bardzo  dobrze  -  rzekła  Rhonda  z  zadowoleniem.  -  Jestem 

pewna, że ci się spodoba. 

Od  tej  chwili  sprawy  potoczyły  się  szybko.  Właściciele 

mieszkania zgodzili się na niższą cenę i rozpoczęto przygotowywanie 

odpowiednich 

dokumentów. 

Podniecenie 

wywołane 

kupnem 

mieszkania  wyzwoliło  w  Amy  dodatkową  energię  i  w  ciągu  dwóch 

następnych  tygodni  znalazła  nabywcę  na  działkę  na  wyspie  Maui. 

Sprzedaż sfinalizowano zaledwie w kilka dni po kupnie mieszkania w 

Honolulu. 

-  Udało  się!  -  wykrzyknęła  radośnie,  kręcąc  się  na  obrotowym 

krześle,  gdy  dowiedziała  się,  że  pieniądze  za  działkę  wpłynęły  do 

banku. 

W  biurze  zapanowała  radosna  atmosfera.  Koledzy  złożyli  jej 

gratulacje,  ciesząc  się,  że  odniosła  sukces.  Amy  pławiła  się  w 

szczęściu.  O  piątej  po  południu,  gdy  zostały  same  w  biurze,  Rhonda 

zwróciła się do niej: 

- Co zamierzasz teraz zrobić? Zadzwonisz do rodziców? 

-  Właśnie  się  zastanawiałam,  jak  to  załatwić.  Uważam,  że  tak 

ważną  sprawę  powinnam  omówić  z  nimi  osobiście.  Będą  musieli 

background image

przecież  sprzedać  swój  dom,  żeby  mieć  pieniądze  na  utrzymanie  po 

przyjeździe tutaj. 

- Kiedy chcesz wyjechać? 

- Jak tylko zdobędę pieniądze na bilet w obie strony. Oczywiście, 

jeżeli udzielisz mi urlopu. 

- Dobrze wiesz, że tak. Ale jak zaoszczędzisz tyle pieniędzy przy 

swoich skromnych dochodach? 

-  Będę  musiała  sprzedawać  więcej  nieruchomości  -  uśmiechnęła 

się  Amy.  -  Albo  znów  zacznę  brać  udział  w  konkursach.  Widziałam 

zapowiedź  jednego,  gdzie  nagrodą  jest  wycieczka  do  Disneylandu. 

Stamtąd byłoby bliżej. 

-  Ale  nie  dość  blisko.  -  Rhonda  oparła  się  o  biurko  Amy  i 

zastanawiała się chwilę. - Mam inny konkurs na myśli. 

- Tak? Nie sądziłam, że interesujesz się konkursami. 

-  Rzeczywiście,  nie  interesują  mnie  konkursy,  w  których  o 

wygranej  decyduje  szczęśliwy  traf.  Postanowiłam  sponsorować 

konkurs dobrej pracy u nas w biurze. Agent, który  zdobędzie dla nas 

najkorzystniejszą  transakcję  w  ciągu  tygodnia,  licząc  od  jutra,  wygra 

bilet do miasta, które sam wybierze. 

- Rhondo, naprawdę nie musisz... 

- Oszczędź sobie protestów. Jeszcze nie wiadomo, kto wygra. Nie 

masz tylu kontaktów i powiązań co Bob i Carter. Będziesz się musiała 

dobrze 

napracować, 

ale 

jak  wygrasz, 

otrzymasz 

prowizję 

przekraczającą twoją początkową pensję i darmowy przelot do domu. 

- Wygram na pewno, Rhondo. 

background image

-  Liczę  się  z  tym.  Masz  pewną  przewagę  -  silną  motywację  i  o 

jeden  wieczór  więcej.  Nie  ogłoszę  konkursu  przed  jutrzejszym 

rankiem. Gdybym była na twoim miejscu, natychmiast wzięłabym się 

do pracy. 

- Zrobię to. Jesteś wspaniała, Rhondo. 

-  Jestem  kobietą  interesu.  Czy  możesz  sobie  wyobrazić,  jak 

pójdzie sprzedaż, gdy tamci dwaj ruszą do walki, żeby cię pokonać? 

Amy wyciągnęła notes z telefonami i otworzyła go przed sobą. 

- Nie mają żadnych szans - rzekła. 

- O, mają. To ludzie czynu. 

- I ja też - powiedziała Amy i zaczęła wykręcać numer.  

Gdy  rzuciła  okiem  na  swoją  szefową,  zobaczyła  na  jej  twarzy 

uśmiech pełen zadowolenia. 

 

ROZDZIAŁ 13 

Mimo  siedmiu  nie  dospanych  nocy  Amy  powitała  dzień 

zakończenia  konkursu  w  euforii,  jakiej  dotąd  nie  znała.  Cóż  z  tego, 

jeżeli  nawet  nie  wygra?  W  tym  czasie  odkryła  coś  tak  istotnego,  że 

sam konkurs wydawał się mało ważny. Przekonała się niezbicie, że jej 

żywiołem  jest  handel  nieruchomościami,  tak  jak  to  przewidziała 

Rhonda. Po tygodniu pełnym napięcia znała już podniecające uczucie 

walki konkurencyjnej i smak sukcesu finansowego. 

Jeśli  nie  wygra  bezpłatnej  podróży  do  domu, to  po  prostu  na  nią 

zapracuje. Osiągnęła pewność siebie i zaufanie do siebie samej. Toteż 

background image

gdy  Rhonda  ogłosiła,  że  zdobyła  pierwsze  miejsce,  nie  była  nawet 

szczególnie zdziwiona. 

Koledzy  i  Rhonda  nagrodzili  jej  sukces  oklaskami.  Patrząc  na 

uśmiechnięte  twarze  Boba  i  Cartera,  uświadomiła  sobie,  że  obydwaj 

agenci  odczuwali  taką  samą  pewność  siebie,  jaką  ona  zdobyła  w 

trakcie  tego  tygodnia  intensywnej  pracy.  Nie  zazdrościli  jej 

zwycięstwa, ponieważ sami czuli się zwycięzcami. 

Trochę  później  tego  samego  dnia  Rhonda  pogratulowała  jej  w 

prywatnej rozmowie. 

- Zabawne w tym wszystkim jest to - rzekła Amy - że na początku 

konkursu  myślałam,  iż  muszę  wygrać  za  wszelką  cenę.  A  dziś  rano 

uznałam, że to nie ma znaczenia. 

-  Miałam  nadzieję,  że  tak  się  stanie,  jeśli  naprawdę  będziesz 

pracować  pełną  parą.  Sukces  rodzi  sukces,  moja  droga.  Kiedy 

chciałabyś wyjechać? 

-  W  następną  sobotę,  jeśli  to  ci  odpowiada.  Wrócę  po  dwóch 

tygodniach lub wcześniej, jak tylko wszystko załatwię. 

- Prawdopodobnie zajmie ci to co najmniej dwa tygodnie, ale nie 

ma  problemu.  Zawiadom  mnie,  którym  samolotem  przyleci  twoja 

rodzina. Chciałabym ich powitać, a jeśli będzie to odpowiednia pora, 

zaproszę was na kolację. 

-  To  cudowny  pomysł.  -  Amy  uściskała  ją  serdecznie.  - Rhondo, 

tyle ci zawdzięczam. 

-  Twoja  rola  była  trudniejsza,  Amy.  W  ciągu  ostatnich  paru 

miesięcy wiele dokonałaś. Jestem z ciebie naprawdę dumna. 

background image

- Prawdę mówiąc, ja też jestem dumna z siebie. 

- Masz do tego pełne prawo. A przy okazji, nigdy nie wspominasz 

tego  młodego  człowieka,  który  z  tobą  przyjechał  na  Hawaje.  Czy 

jesteście w kontakcie? 

- Właściwie nie. 

- Odniosłam wrażenie, że bardzo go lubisz. 

- Lubię go w dalszym ciągu, ale... są pewne problemy. 

- A czy twoje ostatnie sukcesy pomogą ci w ich rozwiązaniu? 

-  Nie  wiem.  -  Popatrzyła  jej  prosto  w  oczy.  -  Może  teraz  się  to 

wyjaśni. 

Tego  samego  wieczora  Amy  wybrała  numer  domowego  telefonu 

Jacka.  Jednak  zamiast  jego  głosu  usłyszała  nagraną  informację,  że 

telefon został wyłączony. 

Wyłączony?  Siedziała  przez  chwilę  zdziwiona  i  wściekła,  aż 

wreszcie  przypomniała  sobie,  że  nigdy  nie  dała  Jackowi  swego 

numeru.  Jeśli  teraz  nie  wiedziała,  gdzie  go  szukać,  jest  to  wyłącznie 

jej  wina.  A  może  jednak  wiedziała?  Przecież  gdy  rozmawiali  prawie 

dwa  miesiące  temu,  wspominał,  że  prawdopodobnie  zaoferują  mu 

pracę w Seattle.  

Po  telefonie  do  biura  numerów  w  Seattle  jej  podejrzenia  się 

potwierdziły. Jack przyjął najwidoczniej ofertę, bo zamieszkał w tym 

mieście.  Amy  długo  zastanawiała  się,  czy  dzwonić  do  niego  do 

Seattle. Jeśli zaczął nowe życie w innym mieście, to może znaczyć, że 

z niej zrezygnował!  

background image

Cóż,  jeśli  tak,  to  ona  chce  usłyszeć  to  od  niego  wyraźnie, 

słowami,  które  położą  kres  ich  znajomości.  Bez  tego  nigdy  nie 

uwierzy, że uczucie, które ich łączyło, skończyło się bezpowrotnie. 

Znowu  podniosła  słuchawkę  i  wykręciła  numer  w  Seattle.  Jack 

zgłosił  się  już  po  drugim  dzwonku,  głos  miał  wesoły  i  ożywiony. 

Widocznie życie w wielkim mieście bardzo mu odpowiadało. 

Amy odetchnęła głęboko. 

- Cześć, Jack. Jak tam twoja nowa praca? 

-  Amy,  co  za  niespodzianka!  Oczekiwałem  innego...  to  znaczy, 

ktoś miał... 

- Kobieta? - Amy zacisnęła usta, zła na siebie. - Przepraszam, nie 

odpowiadaj na to pytanie. 

-  Tak.  Kobieta.  Chciała  ze  mną  przedyskutować  program 

dokształcania  młodzieży  tu,  w  Seattle.  Tutejsze  radio  zainteresowało 

się tym, co robiliśmy w Bellingham, i chcą, żebym spróbował czegoś 

podobnego, lecz na większą skalę. 

- To wspaniale, Jack. 

Serce  Amy  wyprawiało  dziwne  harce.  Ta  kobieta  może  być 

znajomą  z  pracy  albo  jego  ostatnią  miłością,  albo  jednym  i  drugim. 

Ona zaś nie miała prawa go wypytywać. 

- A co u ciebie, Amy? 

- Lecę w sobotę do domu zobaczyć się z rodzicami. Mieszkasz po 

drodze,  więc  zastanawiałam  się,  czy  nie  moglibyśmy  wypić  razem 

filiżanki  kawy  i  pogadać  o  dawnych  czasach.  -  Modliła  się,  by  jej 

słowa brzmiały lekko. 

background image

- Przylatujesz tu? Na jak długo? 

-  Na  dwa  tygodnie.  A  potem  razem  z  rodzicami  wracam  na 

Hawaje. 

- A więc znalazłaś im coś? 

- Tak. 

- I sprzedałaś działkę na Maui? 

- Sprzedałam. 

-  Fantastycznie.  Zmieniasz  się  naprawdę  w  agenta  pierwszej 

klasy, jeśli już dokonałaś tego, co wszyscy uważali za niemożliwe. 

Amy z przyjemnością usłyszała dumę w jego głosie. 

-  Cóż,  próbowałam  przedstawić  wszystko  z  najlepszej  strony. 

Podkreślałam, że  warto kupować ziemię tam, gdzie mieszkają sławni 

ludzie, z dala od wrzawy i tłoku. W końcu natrafiłam na małżeństwo, 

które  lubi  ciszę  i  które  chciało  wypróbować  swój  samochód  na 

krętych drogach. A poza tym czarny piasek uznali za egzotykę. 

- Brawo, Amy. A co twoi rodzice o tym sądzą? 

- Nic im jeszcze nie powiedziałam. Chcę im zrobić niespodziankę. 

Mam nadzieję, że wpadną w zachwyt. 

- Jestem pewien. 

- A więc znajdziesz chwilę, żeby się ze mną spotkać? 

-  Oczywiście.  Przyjadę  po  ciebie  na  lotnisko  i  zawiozę  do 

Bellingham.  I  tak  miałem  zamiar  dowiedzieć  się,  jak  postępuje 

budowa czytelni. 

- Jack, jestem pewna, że brak ci czasu... 

background image

- Pozwól, że sam o tym zdecyduję. Mam wolne soboty i niedziele, 

więc z przyjemnością pojadę z tobą. 

- No... dobrze - Amy zastanawiała się, gdzie podziała się jej nowo 

nabyta  pewność  siebie.  Gdy  rozmawiała  z  Jackiem,  mówiła  jak 

zalęknione dziecko. - To znaczy... świetnie; Zaraz ci podam godzinę i 

numer mojego lotu. 

- Doskonale. 

Sięgnęła  do  torebki,  wyjęła  bilet  i  przybierając  rzeczowy  ton, 

odczytała potrzebne informacje. 

- A więc do zobaczenia - zakończyła energicznie. 

- Amy? 

- Słucham. 

- Jesteś cudo, wiesz? 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

- Sądzę, że dobrze wiesz. Do widzenia, Amy. 

Pięć miesięcy, myślała Amy, idąc wąskim przejściem od samolotu 

do  poczekalni  lotniska.  Wiedziała,  że  ona  sama  bardzo  się  zmieniła, 

natomiast nie miała pojęcia, jak ten czas wpłynął na Jacka. 

Na  spotkanie  z  nim  po  tylu  miesiącach  Amy  włożyła  swój 

najnowszy  różowy  kostium.  Wyglądała  w  nim  seksownie  i  bardzo 

kobieco, ale jednocześnie jak kobieta interesu. Włosy puściła luźno na 

ramiona,  bo  taka  fryzura  podobała  się  Jackowi.  Włosy  upięte  ciasno 

wokół  głowy  może  lepiej  pasowałyby  do  jej  obecnego  stylu,  ale 

postanowiła wykorzystać wszelkie słabostki Jacka. 

background image

Gdy  skręciła  z  korytarza  do  poczekalni,  zatrzymała  się,  szukając 

go  wzrokiem  wśród  ludzi.  Zobaczyła  go  stojącego  trochę  dalej. 

Ubrany  był  w  elegancką  sportową  marynarkę.  Stał  swobodnie,  z 

rękoma w kieszeniach, bardzo przystojny, ale jednocześnie rzeczowy i 

praktyczny. Jakby jej męski odpowiednik. 

On  też  ją  dostrzegł.  Domyśliła  się  tego,  widząc,  jak  nagle 

rozszerzyły  mu  się  oczy  i  bezwiednie  rusza  w  jej  stronę,  zanim  miał 

czas przybrać bardziej opanowaną pozę. 

-  Jack!  Jak  to  cudownie,  że  znowu  cię  widzę.  -  Uśmiechała  się 

szeroko jak idiotka, ale nic nie mogła na to poradzić. 

Jack oglądał ją od stóp do głów. 

- Amy, wyglądasz przepięknie! 

- Mama chce, abyś zanocował dziś u nas. Możesz spać w pokoju 

Brada. 

- Zgoda - powiedział. 

Amy poruszyła się niepewnie. 

- Nie uściskasz swojej starej przyjaciółki? 

- Jasne. - Objął ją braterskim uściskiem. 

Coś  nagle  zbuntowało  się  w  niej  na  ten  bezosobowy  dotyk  i  nie 

zważając na nic, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała w same usta. 

Poczuła, że jego ramiona obejmują ją mocniej. W głowie zakręciło się 

jej z radości, gdy odpowiedział na jej pocałunek z nieoczekiwaną siłą. 

Ciągle ją kochał! 

Po  chwili  odsunęli  się  od  siebie,  obydwoje  zaróżowieni  i 

wzruszeni. W milczeniu wpatrywali się w siebie. 

background image

- A więc, tak to jest - powiedział cicho Jack. 

-  Obawiam  się,  że  tak.  Co  to  za  kobieta,  Jack,  na  której  telefon 

czekałeś? 

-  Nikt.  Próbowałem  zainteresować  się  innymi  kobietami,  Amy, 

ale to strata czasu. Obchodzi mnie tylko pewna Hawajka. A co z tobą? 

- Ja nawet się z nikim nie umawiam. Nie mogę sobie  wyobrazić, 

żeby ktoś inny trzymał mnie za rękę lub całował... 

Ścisnął ją za ramiona. 

-  No  chyba!  Gdy  pomyślę,  że  mogłabyś  być  z  kimś  innym, 

nachodzą mnie mordercze myśli. 

- Nie martw się. - Uśmiechnęła się do niego. - Nie ma potrzeby. 

Jack pokręcił głową. 

- Amy, to koszmarna sytuacja. Ja mam nową pracę w Seattle, a ty 

sprzedajesz nieruchomości w Honolulu. Co z tego wyniknie? 

- Nie wiem. 

Objął ją ramieniem i prowadził do sali bagażowej. 

-  Czy  jest  szansa,  żebym  się  jeszcze  zobaczył  z  tobą  podczas 

twego pobytu u rodziców? 

- Masz na myśli sam na sam? 

-  Dobrze  wiesz,  co  mam  na  myśli.  Zresztą  ponosisz  za  to 

całkowitą  odpowiedzialność,  pokazując  się  w  tym  seksownym 

kostiumie. Czy musimy jechać dziś do Bellingham? 

- Obawiam się, że tak. 

- Może zadzwonimy do twoich rodziców, że przyjedziemy jutro? 

Amy westchnęła i oparła się lekko o niego. 

background image

-  Nie  mogę,  Jack.  Muszę  być  u  nich  jak  najprędzej.  Nie  będzie 

łatwo  zorganizować  to  przeniesienie  na  Hawaje  w  ciągu  dwóch 

tygodni. Nie mogę tracić ani dnia. 

-  A  więc  cały  czas  będziesz  bardzo  zajęta  -  zauważył 

rozczarowany. 

-  Może  nie  tak  bardzo  -  odparła  pocieszająco.  -  A  jeśli  znajdę 

tylko  wolną  chwilę,  przyjadę  do  ciebie,  do  Seattle.  Byłoby  trochę 

krępujące... robić to w domu rodziców. 

- Rozumiem. Dla mnie też. A gdybym zatrzymał się w motelu? 

-  Nie.  Byliby  zawiedzeni.  Mama  tak  się  cieszy,  że  będziesz 

naszym gościem. 

-  W  porządku,  Amy.  Ale  wiesz,  naprawdę  wyglądasz 

rewelacyjnie. 

-  Ty  też  nie  najgorzej.  Ta  sportowa  marynarka  i  krawat  to  twój 

nowy image? 

Jack uśmiechnął się. 

- Chyba tak. Rozstałem się z koszulkami polo i szelkami. Zresztą 

trochę już z tego wyrosłem. 

- Boże święty, Jack! Czyżbyśmy się starzeli? 

- Wszystko na to wskazuje. 

- Zanim się obejrzymy, będziemy urządzać wyprzedaże garażowe 

i pracować w komitetach rodzicielskich. 

-  Jeśli  się  nie  mylę,  żeby  pracować  w  komitecie  rodzicielskim, 

trzeba mieć najpierw dzieci. 

- Tak, oczywiście. Miałam tylko na myśli... 

background image

- Co miałaś na myśli? 

Popatrzyła mu w pełne tęsknoty oczy. 

- Nic, Jack, nic specjalnego. 

- Do kroćset! - mruknął i odwrócił wzrok. 

W  czasie  jazdy  opowiadali  sobie,  co  im  się  przydarzyło  w  ciągu 

tych  miesięcy,  gdy  byli  z  dala  od  siebie.  Amy  dowiedziała  się,  że 

Brzęczyk skończył szkołę i że zaproponowali mu posadę disc jockeya 

po Jacku. Steve przeszedł do następnej klasy i miał prowadzić szkolny 

syndykat po Brzęczyku. Przygotowywał się do kariery maklera. 

Gdy przybyli do domu rodziców  Amy, ojciec zaciągnął Jacka do 

telewizora,  a  matka  snuła  opowieści  o  swych  licznych  problemach, 

jakby chciała wywołać w niej poczucie winy. 

-  Ale  Brad  mówił  mi,  że  wszystko  u  was  szło  jak  najlepiej  - 

protestowała Amy. 

-  Nie  zwierzałabym  się  nigdy  Bradowi  ze  swych  kłopotów.  Ma 

dosyć własnych. 

Amy  zrozumiała.  Brad  był  zwolniony  od  odpowiedzialności  za 

rodziców,  bo  miał  swoją  rodzinę.  A  co  by  było,  gdyby  ona  i  Jack 

zdecydowali,  się  pobrać?  Czy  matka  nauczyłaby  się  myśleć  o 

problemach własnych i ojca? Niestety, Jack nie zgadzał się na wyjazd 

na Hawaje. Nie podobał mu się też zbyt ścisły związek z jej rodzicami 

i Amy po kilku miesiącach rozłąki z nimi zaczynała go rozumieć. 

Jej  irytacja  nie  trwała  długo,  gdyż  wyobraziła  sobie  radość  na 

twarzach  rodziców,  kiedy  się  dowiedzą  o  apartamencie  na  wyspie 

Oahu,  który  im  kupiła.  Nie  mogli  dostać  piękniejszego  prezentu,  ale 

background image

zasłużyli  sobie  na  to.  Poczekała  z  wyjawieniem  niespodzianki  do 

połowy  obiadu.  Gdy  matka  podniosła  się,  aby  zebrać  talerze  i  podać 

deser, Amy przytrzymała ją za rękę. 

-  Jeszcze  moment,  mamo.  Mam  dla  ciebie  i  taty  niespodziankę  i 

chciałabym teraz o niej powiedzieć. 

Niespodziankę? 

Matka 

usiadła 

powoli 

rzuciła 

porozumiewawcze  spojrzenie  ojcu.  -  Czy  to  ma  coś  wspólnego  z 

Jackiem? 

-  Nie,  właściwie  nie.  To  dotyczy  was  i  waszego  marzenia  o 

mieszkaniu na Hawajach. 

- Marzenie! - prychnął ojciec. - Rozwiało się przez Philipa. 

- Virgil, nie teraz... 

-  W  porządku,  mamo.  Tatuś  ma  rację.  Philip  zmarnował  wasze 

szanse i ja jestem za to odpowiedzialna. 

- A więc co to za niespodzianka? - dopytywał się ojciec. 

Amy powiedziała z uśmiechem: 

-  Będziecie  mogli  mimo  wszystko  przenieść  się  na  Hawaje. 

Kupiłam dla was apartament w osiedlu mieszkaniowym w Honolulu. 

- Co zrobiłaś? - Ojciec z hałasem rzucił łyżeczkę na stół. 

-  Oszczędzałam  od  dłuższego  czasu,  tato.  Przyjęłam  tę  pracę  w 

agencji nieruchomości, aby coś dla was wyszukać. Mieszkanie nie jest 

jeszcze  całkowicie  spłacone,  ale  przy  moich  szybko  rosnących 

zarobkach powinnam niedługo dać sobie z tym radę. 

Matka dwukrotnie otwierała usta, zanim zdołała wyszeptać: 

- Mieszkanie na Hawajach? 

background image

-  Jest  piękne,  mamo.  Mam  fotografie  w  pokoju.  Zaraz  je 

przyniosę. 

Zerwała  się  od  stołu  i  pobiegła  na  górę,  aby  wyjąć  fotosy  z 

walizki. Ojciec zwrócił się do Jacka. 

- Wiedziałeś o tym? 

-  Powiedziała  mi  parę  miesięcy  temu.  Wszystko,  co  robiła  - 

wygrywając  te  konkursy  i  podejmując  tam  pracę  -  miało  na  celu 

przeniesienie  was  na  Hawaje  i  zrekompensowanie  wam  utraty 

oszczędności. 

Pani Hobson kręciła głową. 

- A ja myślałam, że chce się od nas uwolnić. 

-  Wręcz  przeciwnie  -  rzekł  Jack.  -  Zamierza  osiąść  z  wami  w 

Honolulu. Wszystko przemyślała. 

Ojciec Amy chrząknął z zakłopotaniem. 

-  Nie  wiem,  co  powiedzieć.  Zaskoczyła  mnie,  to  pewne.  Nigdy 

bym jej nie posądzał... 

- Ona jest dorosła, proszę pana. To nie ta roztrzepana dziewczyna, 

jaką była kiedyś. 

- Czy powiedziała bratu? 

-  Nie  -  uśmiechnął  się  Jack.  -  Uważała,  że  Brad  ją  wyśmieje. 

Chciała udowodnić jemu i wam, że potrafi tego dokonać. 

- Ciągle nie mogę w to uwierzyć - odezwała się matka, trąc czoło. 

Amy wbiegła do pokoju z fotografiami w ręku. Podała je najpierw 

matce. 

background image

-  To  jest  widok  z  balkonu,  czyli  z  lanai.  A  tu  front  budynku. 

Popatrz  na  te  kwiaty,  mamo.  A  tu  masz  kuchnię,  widzisz?  Została 

unowocześniona w zeszłym roku. 

Amy  stała  obok  matki  i  czekała  z  niecierpliwością,  aż  matka 

obejrzy zdjęcia i przekaże je ojcu. 

-  Całe  mieszkanie  jest  odnowione,  tato.  A  ponieważ  to  miejskie 

osiedle, skończy się z koszeniem trawników. Jak ci to odpowiada? 

- Trawnik to żaden problem. - Ojciec obejrzał ostatnią fotografię i 

odłożył je razem na stół. - Bardzo ładne miejsce, Amy. 

-  Jestem  przekonana,  że  będziecie  zachwyceni.  Udało  mi  się 

dostać  dwa  tygodnie  urlopu,  co  powinno  wystarczyć  na  spakowanie 

rzeczy i przekazanie waszego domu do sprzedaży. Radziłabym pozbyć 

się większości mebli i kupić tam nowe. Tamto mieszkanie jest zresztą 

mniejsze, więc... 

- Dwa tygodnie? - Ojciec wytrzeszczył na nią oczy. - Oczekujesz, 

że się spakujemy i wyruszymy stąd w ciągu dwóch tygodni? 

-  Dlaczego  nie?  To  dosyć  czasu,  żeby  złożyć  wymówienie  w 

pracy,  a  w  następny  weekend  możemy  urządzić  wielką  garażową 

wyprzedaż.  Oczywiście,  nie  sprzedamy  domu  w  tak  krótkim  czasie, 

ale  resztę  można  sfinalizować  korespondencyjnie.  Jestem  teraz  w  tej 

branży i potrafię to załatwić. 

Matka wstała z krzesła. 

- Virgil, czy mogę pomówić z tobą na osobności? 

- Oczywiście. 

background image

Ojciec podniósł się i  wyszedł z jadalni, z matką depczącą mu po 

piętach. Amy opadła na krzesło i spojrzała na Jacka. 

- Trochę są zaskoczeni, ale dojdą do siebie. 

- Na pewno. 

Jack wyciągnął rękę poprzez stół i uścisnął jej dłoń. 

-  Potrzebują  na  to  trochę  czasu,  to  wszystko.  To  naprawdę 

wspaniałe, co dla nich zrobiłaś, Amy. 

- Myślisz, że spodoba im się osiedle? 

-  Widzę,  że  są  zaskoczeni  i  jeszcze  nie  dotarło  do  nich,  że  będą 

tam mieszkać, ale spodoba im się z pewnością. Z tego, co mówiłaś, to 

idealne miejsce dla kogoś, kto marzył o Hawajach. 

- Naprawdę tak jest. To dzięki Rhondzie, ona je wynalazła. 

- Nie odbieraj sobie zasług, Amy. To ty dokonałaś tej wspaniałej 

rzeczy. 

-  Dziękuję  ci,  Jack.  -  Amy  uścisnęła  mu  rękę.  Do  chwili,  kiedy 

rodzice  okażą  trochę  wdzięczności,  pochwała  Jacka  bardzo  jej  była 

potrzebna. 

Państwo  Hobson  wrócili  i  usiedli  przy  stole.  Wydawali  się 

zdenerwowani. 

-  A  więc  - spytała Amy  z uśmiechem - uzgodniliście, co chcecie 

zatrzymać, a czego się pozbyć? 

-  Nie.  -  Ojciec  składał  i  rozkładał  serwetkę.  Potem  odchrząknął, 

ale  nie  patrzył  w  stronę  córki.  -  Chodzi  o  to,  że  my  nie  chcemy  stąd 

wyjeżdżać - rzekł w końcu. 

 

background image

ROZDZIAŁ 14 

Amy zachwiała się. 

- Chwileczkę, tato. Przecież zawsze twierdziłeś... 

-  Wiem,  co  twierdziłem,  Amy.  I  zawsze  mi  się  zdawało,  że  gdy 

przejdę  na  emeryturę,  będę  chciał  zamieszkać  na  Hawajach.  Dopiero 

teraz, gdy usłyszałem o tych dwóch tygodniach... 

- Nie musisz martwić się o te dwa tygodnie - rzekła szybko Amy. 

-  Mogę  sama  wrócić  do  Honolulu,  a  wy  przyjedziecie  później. 

Myślałam,  że  będzie  przyjemniej  podróżować  razem,  ale  dwa 

tygodnie to rzeczywiście za mało. Widzę to teraz. 

Matka położyła jej rękę na ramieniu. 

-  Nie  chodzi  tylko  o  te  dwa  tygodnie.  Nie  chcemy  opuszczać 

Bellingnam.  Lubimy  ten  dom.  Przyzwyczailiśmy  się  do  tych  miejsc. 

Twój ojciec ma tu pracę, którą lubi, a nie wiadomo, czy znajdzie coś 

na Hawajach. 

-  Nie  potrzebuje  niczego  znajdować,  mamo.  Ma  przejść  na 

emeryturę.  -  Amy  poczuła,  że  ogarnia  ją  panika.  Po  tych  wszystkich 

planach  i  zabiegach  okazuje  się,  że  oni  wcale  nie  chcą  tam  jechać. 

Sprawianie im przyjemności to istny koszmar. 

-  Przejść  na  emeryturę  i  co  robić,  Amy?  -  Ojciec  wzruszył 

ramionami. - Siedzieć na lanai i patrzeć na piękny widok cały dzień? 

Czy  oglądać  telewizję?  Zwariowałbym,  gdybym  nie  miał  nic  do 

roboty. 

- A więc znajdę ci zajęcie. Sama się tym zajmę. Tato, pogoda jest 

tam nadzwyczajna.  Nie  ma mrozu,  ołowianych  chmur.  Nawet  deszcz 

background image

jest  tam  ciepły  i  nigdy  nie  pada  śnieg.  Mama  nie  musiałaby  nosić 

zimowych  płaszczy.  Czy  nie  chciałabyś  przestać  chodzić  grubo 

ubrana, mamo? 

Matka popatrzyła na nią ze smutkiem 

-  Przyzwyczaiłam  się  do  Bellingham.  Znam  sąsiadów,  znam 

sklepy.  Musiałabym  zawierać  nowe  przyjaźnie,  uczyć  się  żyć  w 

nowym mieście. Mnie tu jest wygodnie, Amy. 

- To nie do wiary! - Amy rzuciła serwetkę na stół i zerwała się z 

krzesła. - I co ja mam teraz zrobić? 

-  Sprzedaj  to  mieszkanie  i  wróć  do  domu  -  odparła  matka.  -  My 

cię tu potrzebujemy. Wiesz, ile miałam kłopotów bez ciebie. 

Amy  spojrzała  na  Jacka,  ale  twarz  miał  nieprzeniknioną.  Nie 

chciał  jej  do  niczego  namawiać,  ale  z  pewnością  podzielał  zdanie 

matki. 

- Mogę sprzedać mieszkanie - powiedziała martwym głosem - ale 

nie mogę wrócić tu przed upływem osiemnastu miesięcy. Podpisałam 

umowę z Rhondą, moją szefową, na dwa lata. 

Matka przycisnęła ręką serce. 

- Dwa lata! Nie mówiłaś o tym przedtem. 

-  Byłam  pewna,  że  zabiorę  was  na  Hawaje  dużo  wcześniej. 

Liczyłam, że załatwię wszystko w pół roku i dopięłam tego. Tylko że 

na próżno. 

- Nie wszystko, Amy. - Jack po raz pierwszy zabrał głos. - Robisz 

karierę w handlu nieruchomościami. 

background image

-  Tak,  masz  rację  -  roześmiała  się  gorzko.  -  Zabawne,  prawda? 

Moim jedynym  celem  było  pomóc  rodzicom,  a  w  końcu  okazuje  się, 

że  tylko  ja  jedna  odniosę  z  tego  jakąś  korzyść.  Nie  potrafię  z  wami 

wygrać. - Głos jej ochrypł z emocji. 

- Amy, bardzo cenimy to, co dla nas zrobiłaś - odezwał się ojciec. 

-  Może  tylko  powinnaś  naradzić  się  z  nami  na  początku.  Ale  serce 

masz na właściwym miejscu. 

-  Świetnie!  -  Amy  uderzyła  dłońmi  o  blat  stołu.  - Mała  Amy  ma 

dobre  serduszko.  A  teraz  wybaczcie,  muszę  zatelefonować.  Rhonda 

miała przygotować dla was owacyjne powitanie. Muszę ją uprzedzić, 

żeby dała sobie z tym spokój i wystawiła mieszkanie na sprzedaż. 

Prawie płacząc, pobiegła na górę do swego pokoju. Chciała odbyć 

tę rozmowę bez świadków. Telefon odebrał Bob i poprosił Rhondę do 

aparatu. 

- Jak się czuje moja wspaniała pracownica? 

Słysząc to wesołe powitanie, Amy wzruszyła się do łez. 

-  Nie  najlepiej,  Rhondo.  Moi  rodzice  nie  chcą  zamieszkać  w 

osiedlu. 

-  Nie  podoba  im  się  to  mieszkanie?  Możemy  je  sprzedać  i 

poszukać czegoś innego. 

-  Nie,  oni  w  ogóle  nie  chcą  przenieść  się  do  Honolulu. 

Postanowili zostać w Bellingham. 

- Och, Amy! - Głos Rhondy był pełen współczucia. - Perspektywy 

waszego  wspólnego  życia  były  takie  wspaniałe!  A  teraz  odmawiają 

wyjazdu? Może jeszcze zmienią zdanie. 

background image

-  Nie  chcę  ich  przekonywać  zbyt  usilnie,  bo  gdyby  później 

okazało się, że źle się tu czują... 

- Rozumiem. To oni muszą chcieć przyjechać, bo gdyby im się tu 

nie  podobało,  obciążyliby  ciebie  całą  winą.  Nie  ma  sensu  ich 

namawiać. Ale jak poradzą sobie sami przez półtora roku? 

- Nie wiem, muszę coś wymyślić. 

Rhonda milczała przez chwilę, a potem rzekła bez śladu goryczy 

w głosie: 

- Amy, możesz uważać naszą umowę za niebyłą. Zwalniam cię z 

zobowiązań względem mnie. Twoja rodzina cię potrzebuje. 

- Nie mogę na to pozwolić. Po tym, co dla mnie zrobiłaś... 

- Owszem, możesz. Sytuacje się zmieniają. Gdybyś wiedziała, że 

rodzice nie mają zamiaru tu przyjechać, nie przyjęłabyś mojej oferty, 

prawda? 

- No tak. Ale tak nie postępuje człowiek interesu. 

-  Wiem,  co  robię.  Gdybyś  ciągle  się  martwiła  o  rodziców, 

przestałabyś być wzorową pracownicą. 

- Tak było przez ostatnie pół roku i jakoś dałam sobie radę, a oni 

też. 

-  Bo  telefonowałaś  do  nich  co  tydzień  i  wiedziałaś,  że  opuściłaś 

ich na krótko. Mówiąc szczerze, chciałabym cię zatrzymać, dopóki nie 

wyrobisz  sobie  dobrej  pozycji  zawodowej,  ale  w  tych  warunkach  nie 

sądzę, abyś do tego dążyła. 

- Prawdopodobnie nie. 

background image

Po raz pierwszy  Amy poczuła niechęć i żal do swoich rodziców. 

Rhonda  miała  rację,  że  aby  osiągnąć  sukces,  trzeba  pracować  w 

atmosferze  akceptacji  i  poparcia,  z  jakimi  spotkała  się  u  niej.  A 

rodzice wymagali tylko, aby mieszkała blisko nich. 

-  Idź,  Amy,  i  powiedz  rodzicom,  że  wracasz  do  domu  na  stałe. 

Przyleć  tu,  kiedy  ci  będzie  wygodnie.  Pomogę  zlikwidować  twoje 

sprawy  i  zorganizować  powrót  do  Bellingham.  Możesz  zająć  się 

handlem  nieruchomościami  również  w  Seattle,  bo  masz  do  tego 

rzeczywisty talent. 

Amy odetchnęła głęboko. 

- Dzięki za wszystko, Rhondo. Jak zawsze, okazałaś się wspaniałą 

przyjaciółką. Zawiadomię cię, kiedy przylecę. 

- Doskonale. I nie martw się. Wszystko się ułoży. Zobaczysz. 

Amy  schodziła  na  dół  z  zamętem  w  głowie.  Rodzice  będą 

oczywiście  zachwyceni  wiadomościami.  I  Jack  też.  Czy  anulowanie 

umowy z Rhondą jest szansą na wspólną przyszłość z Jackiem? Chyba 

tak.  Wydaje  się,  że  może  mieć  teraz  aprobatę  rodziny,  karierę  i 

mężczyznę, którego kocha. 

W jadalni matka podawała czekoladowe ciasto na deser, a ojciec z 

Jackiem  dyskutowali  o  sporcie.  Jak  mogli  być  tak  spokojni,  gdy  jej 

cały świat trząsł się w posadach? 

Jack pierwszy przerwał rozmowę i spojrzał na nią niespokojnie. 

- Rozmawiałaś z Rhondą? 

-  Tak.  Powiedziała,  że  jest  gotowa  zwolnić  mnie  z  mojego 

dwuletniego kontraktu. 

background image

Rodzice  powitali  wiadomość  okrzykami  radości,  lecz  Amy 

wpatrywała  się  w  Jacka,  ciekawa  jego  reakcji.  Oczy  mu  rozbłysły, 

lecz zaraz się opanował. 

- I co zamierzasz? 

-  Wrócić  do  domu,  oczywiście  -  odpowiedziała  za  nią  matka  z 

uśmiechem  zadowolenia.  -  To  przeznaczenie,  Amy.  Pojechałaś  tam, 

aby  odkryć,  jaka  praca  ci  odpowiada,  a  teraz  możesz  handlować 

nieruchomościami  tu,  w  Bellingham  -  rzuciła  ukradkowe  spojrzenie 

na Jacka - lub w Seattle. To nie jest daleko. 

- Rzeczywiście, niedaleko. - Amy ciągle obserwowała Jacka. 

Jego błękitne oczy były nieodgadnione. 

- A więc anulujesz umowę? 

- Sądzę, że tak. 

Powoli uśmiech rozjaśnił mu twarz. 

- Chciałem się tylko upewnić - rzekł. 

- Tak? - Uniosła brwi. - Dlaczego? 

-  Później  o  tym  porozmawiamy.  Słuchaj,  miałem  zamiar  zajrzeć 

teraz do studia i zobaczyć, co porabia Brzęczyk. Może przejechałabyś 

się ze mną? Steve ma tam być i chce cię zobaczyć. 

- Z przyjemnością. 

Serce Amy waliło jak szalone. O czym Jack chce z nią pomówić? 

Ona sama myślała tylko o jednym: o wspólnej przyszłości z Jackiem, 

która nagle znalazła się w zasięgu ręki. 

Pół  godziny  później  ruszyli  w  kierunku  zatoki.  Słońce  jak 

pomarańczowy balon chyliło się właśnie ku linii horyzontu. 

background image

- To nie jest droga do radia - zauważyła Amy. 

-  Do  dziesiątej  mamy  mnóstwo  czasu.  Pomyślałem,  że  może 

zechcesz dla odmiany popatrzeć na zachód słońca z tej strony oceanu. 

-  Świetnie.  -  Zerknęła  na  jego  profil  i  włosy  rozwiane  pędem 

powietrza wpadającego przez otwarte okno.  

Choć  ręce  spoczywały  swobodnie  na  kierownicy,  zaciśnięte  usta 

zdradzały  skupienie  i  pewne  napięcie.  Zatrzymał  samochód  w 

miejscu,  skąd  mogli  obserwować  słońce,  powoli  zanurzające  się  w 

morzu. 

- Musisz przyznać, że nie jest to najgorsze miejsce do życia. 

-  Nigdy  nie  twierdziłam  inaczej.  Szczególnie  w  lecie,  gdy  jest 

ciepło  i  deszcz  nie  pada  zbyt  często.  Gdybym  wystąpiła  ze  swoją 

propozycją do rodziców w lutym, może ich reakcja byłaby inna. 

- Wątpię. 

- Ja właściwie też. Zmienili zdanie co do Hawajów. Niestety, nie 

uświadomili sobie tego wcześniej. 

Jack ujął jej dłoń i gładził z czułością. 

-  Dostałaś  w  kość,  Amy.  Wiem,  ile  się  napracowałaś,  żeby 

urzeczywistnić ich marzenia, i ile musiałaś poświęcić. 

- Obydwoje wiele poświęciliśmy, Jack. 

-  Tak,  to  prawda.  Ale  teraz  nadszedł  czas,  żeby  skończyć  z 

poświęceniami. Wyjdź za mnie, Amy. 

Zaczęła  drżeć,  choć dawno  czekała  na  te  słowa.  Nie  zapomni tej 

chwili  do  końca  życia.  Będzie  pamiętać,  jak  słońce  rzucało  ciepły, 

background image

pomarańczowy  blask  na  wodę,  łodzie  i  pełną  miłości  twarz  Jacka. 

Dotknął ręką jej policzka. 

- Robisz wrażenie oszołomionej. Czy mam powtórzyć pytanie? 

Amy skinęła głową. 

- Tak. Marzę, żeby to jeszcze raz usłyszeć - szepnęła. 

-  Miło  mi  -  uśmiechnął  się  czule.  -  Proszę  cię,  wyjdź  za  mnie, 

Amy.  Chcę,  żebyś  dzieliła  ze  mną  życie,  wszystko.  -  Głos  mu  się 

załamał. - Bardzo cię kocham! 

- I ja ciebie kocham. Oczywiście, że wyjdę za ciebie. 

Jego  pocałunek  był  ciepły  jak  zachodzące  słońce.  Amy  splotła 

ręce za jego głową i przytuliła go do siebie. Gdy zaczęła budzić się w 

nich namiętność,  Jack  położył  dłoń  na  jej piersi  i usiłował  przesunąć 

się na jej fotel, ale bez powodzenia. W końcu zaśmiał się rozbawiony. 

- Kocham ten samochód, ale nie wtedy, gdy chcę cię pocałować. 

Gdzie możemy pojechać? 

-  Nigdzie,  Jack  -  odparła  Amy.  -  Mamy  się  spotkać  z 

Brzęczykiem i Steve'em, zapomniałeś? 

-  A  potem  wracamy  do  domu  twoich  rodziców  i  śpimy  w 

osobnych łóżkach - rzucił, krzywiąc się. 

-  Tak,  ale  mam  pewien  plan.  Pojadę  jutro  z  tobą  do  Seattle  i 

zostanę do poniedziałku. Będziemy mieli dla siebie całą noc. 

- Dobrze. A kiedy wrócisz tu na stałe? 

- Myślę, że z pomocą Rhondy bardzo prędko. 

-  Wspaniale.  Teraz,  kiedy  już  powiedziałaś  „tak",  nie 

wytrzymałbym długo bez ciebie. Tak bardzo chcę już być z tobą. 

background image

Znowu ją pocałował, aż do utraty tchu. 

-  Lepiej  jedźmy  już  do  radia  -  rzekła  Amy,  delikatnie  go 

odsuwając.  -  Brzęczyk  byłby  bardzo  rozczarowany,  gdybyś  się  nie 

pokazał. 

- Wolałbym pojechać z tobą do najbliższego motelu. 

-  Nie  mamy  na  to  czasu.  Zresztą  zanim  się  obejrzysz,  już  będzie 

jutro. 

- Wątpię. - Jack z ociąganiem przekręcił kluczyk w stacyjce. - Ale 

nie  powinienem  narzekać.  Jeszcze  dwie  godziny  temu  nie  miałem 

nadziei, że cię zdobędę. 

Amy ścisnęła go za ramię. 

- Życie nie mogłoby być dla nas tak okrutne. 

-  Okazuje  się,  że  nie.  Ale  jedźmy  obejrzeć  Brzęczyka  przed 

mikrofonem. 

Po  kilku  minutach  Amy  stała  ze  Steve'em  za  szybą  studia  i 

przyglądała  się  zaimprowizowanej  scence,  którą  Jack  i  Brzęczyk 

odgrywali dla słuchaczy. 

- Brzęczyk jest dobry, prawda? - rzekł Steve, pękając z dumy. 

- Tak, bardzo dobry. Ty też świetnie się prezentujesz. 

- Podoba się pani? Nie wyglądam głupio? W szkole prawie mnie 

nie poznali. 

- Mogę to zrozumieć. 

- Nie podobały się pani moje fioletowe włosy? 

-  Miały  pewien  charakter,  ale  chyba  nie  nadawały  się  dla  kogoś, 

kto chce działać w świecie biznesu. 

background image

- No właśnie. I stopnie mam coraz lepsze. Może uda mi się pójść 

na kurs zarządzania. 

- Widzę, że masz wspaniałe plany, Steve. 

Pogładził się po krótko obciętych włosach. 

-  Wszystko  się  zaczęło  od  tego,  że  poszedłem  z  Brzęczykiem  do 

biura  maklerskiego  jego  rodziców.  Zwaliło  mnie  po  prostu  z  nóg:  te 

komputery, monitory, wiadomości z giełdy nowojorskiej co chwila na 

ekranie.  Powiedziałem  Brzęczykowi,  że  to  coś  dla  mnie.  A  on  na  to, 

że  owszem,  może  dojdę  do  czegoś,  ale  najpierw  muszę  zmienić 

wygląd.  I  wziął  mnie  do  fryzjera,  a  potem  kupił  ubranie.  Zapisałem, 

ile wydał. Kiedyś mu to zwrócę. Podpisałem umowę, taką jak z panią 

w zeszłym roku. 

Amy  wpatrywała  się  w  niego  zaskoczona.  Po  raz  pierwszy 

wygłosił  takie  przemówienie.  Zmiana,  która  w  nim  zaszła,  była 

szokująca. 

- Aha, jeszcze jedno, mam dziewczynę - dodał nieśmiało. 

- Ładna? 

-  Jeszcze  jak!  Ale  powiedziałem  jej,  że  muszę  najpierw  ustawić 

się w życiu, zanim będę mógł pomyśleć o czymś poważniejszym. 

- Bardzo rozsądnie - pochwaliła Amy. 

-  A  co  pani  robi  na  Hawajach?  Jack  mówił,  że  pani  przyjechała 

tylko z krótką wizytą. 

- Tak miało być, ale możliwe, że zostanę już na stałe. 

background image

-  To  naprawdę  wspaniale!  A  ja  zrozumiałem,  że  jakaś  dama 

kształci  tam  panią  w  sprzedaży  nieruchomości  i  że  to  musi  potrwać 

dwa lata. 

-  Takie  było  założenie  -  odparła  Amy  speszona.  -  Ale  ta  pani 

zgodziła się zmienić umowę. 

- Aha. Pewnie pani tego nie podpisała, inaczej wymagałaby, żeby 

pani została do końca. 

Amy unikała spojrzenia w uczciwe oczy chłopca. 

-  Prawdę  mówiąc,  podpisałam  taką  umowę,  lecz  sytuacja  na  tyle 

się zmieniła, że ona sama zaproponowała jej anulowanie. 

- Podpisała pani kontrakt? 

- Tak. 

- Więc musi go pani dotrzymać. 

- Zwykle tak jest. Ale ten przypadek jest wyjątkowy. 

- O, diabli! - Steve pokręcił głową. - A ja myślałem, że podpisanie 

kontraktu to jest naprawdę coś poważnego. Położenie swego podpisu i 

tak dalej. 

Amy przypomniała sobie własne słowa, które on teraz cytował, i 

poczuła  się  bardzo  niezręcznie.  Spojrzała  w  głąb  studia,  gdzie  Jack  i 

Brzęczyk  śmiali  się  z  jakiejś  uwagi  słuchacza,  który  do  nich 

zatelefonował. 

Jack  spotkał  jej  spojrzenie  i  przesłał  jej  całusa.  Amy 

odpowiedziała  mu  uśmiechem,  ale  zły  nastrój  jej  nie  opuszczał.  Gdy 

wyszli  razem  z  radia,  Jack  zaproponował  przejażdżkę  do  jakiegoś 

ustronnego miejsca, ale Amy wymówiła się zmęczeniem. 

background image

-  Masz  rację,  to  był  męczący  dzień  dla  ciebie,  lecz  gdy  już  raz 

znajdziemy się u twoich rodziców, nie będę mógł nawet cię porządnie 

pocałować  -  narzekał  Jack.  -  Czeka  mnie  straszna  noc.  Powinienem 

zażyć jakąś pigułkę na sen. - Jednak posłusznie ruszył w stronę domu 

państwa Hobson. 

Gdy  weszli  do  domu  i  na  palcach  szli  na  górę,  Jack  objął  ją  i 

pocałował. 

- Nie rób tego, Jack - szepnęła. 

- Odchodzę od zmysłów! 

- Ja też. Wiesz, że cię kocham, Jack. 

- Udowodnij to! 

- To stary kawał. Zresztą już to udowodniłam. 

-  Właśnie  dlatego  wariuję.  Pamiętam,  jak  świetnie  potrafisz  to 

udowadniać. 

- Dobranoc, Jack. 

- Dobranoc, Amy - westchnął ciężko. 

Dla Amy była to jedna z najdłuższych nocy w jej życiu. I to nie z 

powodu  erotycznych  marzeń.  Głęboko  poruszyła  ją  uwaga  Steve'a  o 

ważności podjętego zobowiązania i powołanie się na jej własne słowa. 

Rhonda  zasługiwała  na  to,  aby  dotrzymać  umowy.  Tylko  co  z 

rodzicami?  Według  opinii  Brada  dawali  sobie  nieźle  radę,  a  Amy 

zbytnio pozwalała się wykorzystywać.  

Teraz  po  raz  pierwszy  zaciążyło  jej  uzależnienie  od  rodziców. 

Chciała  być  wolna,  realizować  własne  cele.  Dochodziła  powoli  do 

background image

wniosku,  że  odseparowanie  się  od  ojca  i  matki  może  okazać  się 

korzystne dla wszystkich. 

Ale co z Jackiem? Parę godzin temu zgodziła się zostać jego żoną. 

I,  och,  jak  bardzo  tego  pragnęła.  Chciała  budzić  się  co  rano  u  jego 

boku,  mieć  z  nim  dzieci,  dzielić  z  nim  wszystko,  od  romantycznych 

kolacji  we  dwoje  do  hydraulicznych  awarii.  Kochała  go  ponad 

wszystko. Wszystko? A jej honor? 

Amy spojrzała na zegarek. Była piąta rano. Zerwała się z  łóżka i 

pobiegła boso do jego pokoju. 

- Jack? 

Odpowiedział natychmiast, jakby też nie spał. 

-  Amy?  Chodź  tutaj.  Nie  myślałem,  że  będę  musiał  czekać  na 

ciebie całą noc. 

- Jack, ja nie po to przyszłam. Wracam na Hawaje. 

- Wiem, ale na krótko. Wcale mnie to nie cieszy, lecz... 

- Nie, jadę dotrzymać umowy. Zostanę tam pełne dwa lata. 

 

ROZDZIAŁ 15 

Jack włączył nocną lampkę i zamrugał gwałtownie. 

- Poczekaj chwilę. Powtórz to, co powiedziałaś. 

Amy z trudem przełknęła ślinę. 

-  Rozmawiałam  ze  Steve'em,  gdy  ty  byłeś  w  studiu. 

Dyskutowaliśmy  o  kontraktach.  Steve  przypomniał  mi  coś,  o  czym 

wiedziałam,  lecz  było  mi  wygodniej  zapomnieć.  Dałam  słowo 

Rhondzie i mam zamiar go dotrzymać. 

background image

- Dałaś słowo także mnie - rzekł spokojnie. - Zgodziłaś się zostać 

moją żoną. 

-  To  prawda.  I  chcę  za  ciebie  wyjść.  Ale  nie  obiecywałam 

pozostać w stanie Waszyngton. 

Oczy mu zbielały z gniewu. 

- To było oczywiste. Pamiętasz chyba, że najpierw upewniłem się, 

czy zdecydujesz się anulować kontrakt, zanim ci się oświadczyłem. 

-  Mimo  to  fakt  pozostaje  faktem,  że  nie  mówiłeś,  gdzie  mamy 

zamieszkać.  Nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  żebyśmy  się  pobrali.  Ja 

dotrzymam  słowa,  ale  pozostanę  na  Hawajach  jeszcze  przez  co 

najmniej półtora roku. 

- Co najmniej? 

-  Jeśli  rzeczywiście  zrobię  tam  karierę,  mogę  pozostać  dłużej. 

Potrzebuję  osiemnastu  miesięcy,  żeby  wypełnić  zobowiązania  wobec 

Rhondy,  ale  powinnam  też  sama  siebie  sprawdzić,  co  rzeczywiście 

potrafię.  Jeżeli  w  ciągu  dwóch  lat  wyrobię  sobie  markę,  byłabym 

głupia,  gdybym  natychmiast  wracała  tylko  dlatego,  że....  tylko 

dlatego... 

-  Że  kogoś  pokochałaś  -  dokończył  Jack  z  goryczą.  -  Niech  Bóg 

broni, żebyś poświęciła coś z takiego powodu. 

-  Wywracasz  wszystko  do  góry  nogami,  żeby  udowodnić,  że  cię 

nie kocham, a to nieprawda, Jack. Proszę cię, spróbuj mnie zrozumieć. 

Ty  zawsze  wiedziałeś,  co  chcesz  robić  w  życiu,  i  udawało  ci  się 

osiągać sukcesy. Ja dopiero zaczynam odkrywać prawdę o sobie. Nie 

mogę wszystkiego przekreślić. 

background image

-  W  porządku,  zapomnij  o  mnie.  Ale  byłaś  też  przekonana,  że 

rodzice nie dadzą sobie rady bez ciebie. Już się tym nie martwisz? 

- Doszłam do wniosku, że wręcz ich zachęcałam do tego, aby na 

mnie  polegali.  Widzę,  że  przez  ostatnie  pół  roku  świetnie  sobie 

radzili. Brad zawsze mi to mówił, ale mu nie wierzyłam i dopiero dziś 

to rozumiem. 

-  To  już  coś  -  rzekł  Jack.  -  Wierzę  ci.  Ale  dlaczego  musisz 

pracować na Hawajach? Rhonda zwalnia cię z kontraktu bez oporów. 

Zostań w Seattle, zrób tutaj karierę, a wtedy będziemy razem. 

-  Czy  nie  rozumiesz,  że  Rhonda  zwolniła  mnie,  gdyż  sądzi,  że 

rodzice  potrzebują  mojej  opieki?  Teraz,  gdy  wiem,  że  tak  nie  jest, 

zerwałabym umowę pod fałszywym pozorem. Nie mogę tak postąpić. 

- Nie możesz czy nie chcesz? 

- Nie chcę! 

- Amy, na litość boską! 

- Gdybyś był moim prawdziwym przyjacielem, zrozumiałbyś. 

-  Nie  jestem  twoim  przyjacielem,  do  pioruna!  Jestem  facetem, 

który tak cię kocha, że traci rozum. 

-  Myślę,  że  powiedziałeś  już  wszystko,  Jack.  Idę  się  ubrać  i 

powiedzieć  o  wszystkim  rodzicom. Odwieziesz  mnie  na  lotnisko  czy 

mam wypożyczyć samochód? 

- Odwiozę cię i radzę, żebyś wzięła bilet na dzisiaj. 

- Domyślałam się, że tak będziesz wolał. 

background image

Amy  wyszła,  zamykając  cicho  drzwi  za  sobą.  Schroniła  się  do 

łazienki i dopiero gdy znalazła się pod prysznicem, pozwoliła sobie na 

płacz. 

Trzygodzinna  jazda  na  lotnisko  w  Seattle  minęła  w  milczeniu. 

Amy  i  Jack  pożegnali  się,  nawet  nie  podając  sobie  rąk.  Całą  drogę 

Amy piła koktajle, a po przyjeździe szarpnęła się na taksówkę, aby jak 

najszybciej  być  w  domu.  Cieszyła  się,  że  nikt  na  nią  nie  czekał. 

Chciała być sama. 

Dopiero następnego dnia zadzwoniła do Rhondy i zaprosiła ją na 

lunch.  Przy  sałatkach  i  winie  wylała  przed  szefową  wszystkie  swoje 

żale. 

-  Tak  więc  wróciłam  dopełnić  umowy,  jeśli  mnie  chcesz  - 

dokończyła. 

-  Oczywiście,  że  chcę,  ale  czy  nie  powinnaś  wrócić  do  tego 

młodego człowieka? Widzę, że go kochasz. 

-  Niestety,  tak.  Ale  jeśli  on  nie  rozumie,  dlaczego  musiałam  tu 

wrócić,  to  nie  ma  dla  nas  żadnych  szans.  Musi  uszanować  moje 

zasady. 

-  Mając  słuszne  zasady,  można  pozostać  bardzo  samotną, 

kochanie. 

- Właśnie się o tym dowiaduję. - Amy uniosła brodę. - Ale byłoby 

mi  gorzej,  gdybym  żyła  w  przeświadczeniu,  że  postąpiłam  wbrew 

sobie. Może będę samotna, ale jestem zadowolona ze swojej decyzji. 

background image

-  A  więc  sprawa  skończona.  -  Rhonda  uśmiechnęła  się.  - 

Wszystko  będzie  dobrze,  gdy  zajmiesz  się  pracą.  A  propos,  mam 

amatorów na twoje mieszkanie. 

- Wycofamy je ze sprzedaży. 

- Dlaczego? 

- Jeśli zostaję, równie dobrze mogę je spłacić, jak płacić czynsz za 

inne. 

- Widzę, że zapuszczasz korzenie. 

- Dokładnie. A wkrótce zakwitnę i dojrzeję. 

-  Już  dojrzałaś,  Amy.  -  Rhonda  uścisnęła  jej  dłoń.  -  Moje 

gratulacje. 

Amy  doszła  do  wniosku,  że  mieszkanie  w  osiedlu  idealnie 

odpowiada  jej  potrzebom.  Przyzwyczaiła  się  jadać  kolacje  na  lanca 

każdego wieczoru, gdy nie była umówiona z klientami. Obserwowała 

morze,  światła  na  brzegu,  księżyc,  a  czasem  widywała  księżycową 

tęczę. Zmuszała się, aby patrzeć na nią suchymi oczyma. 

Gdy  zaczęła  więcej  zarabiać,  zafundowała  sobie  odtwarzacz 

stereofoniczny  oraz  album  z  nagraniami  Simona  i  Garfunkela,  aby 

słuchać znowu swej ulubionej piosenki. 

Zaprzyjaźniła się zjedna z sąsiadek, wdową, której też brakowało 

trochę  towarzystwa.  Siadywały  więc  czasem  we  dwie  na  lanai  i 

rozmawiały.  Edith  umiała  słuchać  i  po  jakimś  czasie  Amy 

opowiedziała  jej  o  Jacku.  Odkryła  wtedy,  że  rozmowa  o  człowieku, 

którego  kochała,  lecz  z  którym  musiała  się  rozstać,  była  rodzajem 

terapii. 

background image

W miarę jak przybywało jej klientów Amy spędzała z nimi coraz 

więcej czasu, a lanai często świeciło pustką. Nie miała też kiedy zająć 

się  urządzeniem  mieszkania,  ale  nabyła  komplet  wyplatanych  mebli, 

które nadały wnętrzu egzotyczny charakter.  

Pewnej  soboty  kupiła  tyle  roślin  doniczkowych,  ile  mogła 

zmieścić  do  samochodu,  i  zawiozła  do  domu.  Jednak  brakowało  jej 

czasu,  aby  je  pielęgnować,  więc  w  akcie  rozpaczy  dała  klucze  do 

mieszkania  sąsiadce  i  poprosiła  o  pomoc.  Wkrótce  mieszkanie  Amy 

stało  się  uroczą  dżunglą,  cudownym  schronieniem  po  pełnych 

napięcia i wysiłku dniach pracy. 

Po  jednym  takim  szczególnie  trudnym  dniu,  gdy  jej  całym 

obiadem  była  zjedzona  w  pośpiechu  kanapka,  a  kolacji  nie  jadła 

wcale,  Amy  wróciła  do  domu  o  dziesiątej  i  z  westchnieniem  ulgi 

włożyła  klucz  do  zamka.  Ku  jej  zdumieniu  drzwi  były  otwarte,  a  z 

wewnątrz dochodziła melodia Simona i Garfunkela. 

- Edith? - spytała głośno, zdziwiona, że sąsiadka podlewa kwiaty 

o tak późnej porze. 

Głos, który jej odpowiedział, nie był głosem sąsiadki. 

-  Edith  poszła  spać,  ale  przedtem  ucięliśmy  sobie  miłą 

pogawędkę. 

Amy stanęła jak wryta, widząc przed sobą Jacka. 

- Co?... co? - jąkała bezradnie. Teczka z dokumentami upadła na 

podłogę. 

background image

-  Zrobiliśmy  sobie  parę  kanapek,  ale  nie  widziałem  nigdzie 

twojego  ulubionego  serka  do  krakersów.  A  płyta  jest  bardzo  dobra. 

Przegrałem ją parę razy. 

Jack opadł swobodnie na tapczan Amy i założył ręce za głowę. 

- To miła pani, ta Edith. Siedziałem ze dwie godziny pod twoimi 

drzwiami, zanim mnie zauważyła i zapytała, co tu robię. 

Amy  ciągle  patrzyła  zaskoczona  na niego  i  przepiękne  lei  leżące 

na stoliku do kawy. 

-  A  więc  przedstawiłem  się  -  ciągnął  Jack  swobodnym  tonem  -  i 

okazało  się,  że  o  mnie  słyszała.  Uznała,  że  nie  będziesz  miała  nic 

przeciwko temu, bym zaczekał w środku. 

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  tu  jesteś.  Pracowałam  dziś  tyle  godzin, 

może ja śnię? 

- Nie śnisz, Amy. Przybliż się, nie zniknę, nie bój się. 

Jack wziął ze stolika wieniec z kwiatów. 

-  Przywiozłem  to  dla  ciebie.  Twój  pierwszy  był  już  zbyt  suchy, 

żeby dobrze znieść podróż. Pozwól, włożę ci go na szyję. 

Nie  odrywała  od  niego  oczu,  gdy  układał  wieniec  na  jej 

ramionach. 

- Teraz na pewno się obudzę - szepnęła. 

-  Nie,  Amy.  To  ja  się  obudziłem.  Pozostałem  twoim  starym 

przyjacielem, ale zarazem kimś, kto cię bardzo kocha. Wybacz mi, że 

byłem takim głupcem. 

background image

-  Nigdy  cię  nie  potępiałam,  Jack.  Twoja  kariera  jest  równie 

ważna,  jak  moja.  Jak  mogłabym  żądać,  abyś  ją  porzucił,  jeśli  nie 

byłam gotowa zrobić tego samego? 

-  Mogłabyś.  Moja  pozycja  była  już  ustalona.  Mnie  łatwiej  się 

przenieść. 

- Przenieść? 

-  Tak.  Porzuciłem  pracę  w  Seattle.  Jutro  rozpocznę  starania  o 

pracę tutaj. 

- I przeprowadzasz się do Honolulu? 

- Tak - uśmiechnął się. - Mój samochód już tu jedzie. 

- Twój samochód jest w drodze? 

- Tak, a jeśli utonie, bank obedrze mnie ze skóry. 

- Nie mogę w to uwierzyć. 

-  Zaryzykowałem,  wierząc,  że  honor  naprawdę  nakazuje  ci 

dotrzymywać słowa. A parę miesięcy temu obiecałaś mnie poślubić. 

Amy skinęła głową, niezdolna wymówić słowa i czując, jak serce 

łomocze jej w piersi. 

- Amy, czy jesteś kobietą honoru? 

Amy przesunęła opuszkami palców po jego policzku, bojąc się, że 

za chwilę się rozszlocha. Przyjechał tu do niej! Jack był z nią i ciągle 

ją kochał! 

Rzuciła  mu  się  w  ramiona,  mocząc  mu  łzami  koszulę  i  gniotąc 

kwiaty. Jack kołysał ją czule w ramionach i gładził ciemne włosy. 

- Tyle cierpień ci sprawiłem, Amy. Przepraszam. 

Amy spojrzała na niego przez łzy. 

background image

-  To  już  nie  ma  znaczenia.  Nic  nie  ma  znaczenia,  gdy  jesteśmy 

razem. Kocham cię, Jack. 

- Wykazujesz mało rozsądku, kochając mnie, jak twierdziła Edith, 

ale  nie  mam  ci  tego  za  złe.  -  Ścierał  łzy  z  jej  policzków.  -  Będę  się 

starał być godny twojej miłości. 

Amy śmiała się uszczęśliwiona. 

-  Jack,  kiedy  wreszcie  przestaniesz  się  usprawiedliwiać,  a 

zaczniesz mnie całować? 

Namiętność natychmiast zapłonęła w jego oczach. 

-  Uważaj  przeprosiny  za  zakończone  -  rzekł  ochrypłym  głosem  i 

zbliżył usta do jej warg. 

Amy  odpowiedziała  na  jego  pocałunki  z  siłą  i  żarem,  które  ją 

samą  zadziwiły.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo  za  nim 

tęskniła.  Potem  wstała  i  wyciągnęła  do  niego  rękę.  Posłusznie 

podniósł  się  i  podążył  za  nią  do  sypialni.  Bez  słów  rozbierali  się, 

wpatrując się w siebie spragnionym wzrokiem. 

- Tyle samotnych nocy - szepnął Jack. 

- Już się skończyły. 

Całował  ją  z  wielką  czułością,  układając  ją  na  miękkich, 

chłodnych  prześcieradłach.  Kwiaty  na  jej  ramionach  wydzielały 

słodką woń, którą Amy tak dobrze pamiętała. Pożądanie przyprawiało 

ją o zawrót głowy. 

- Teraz - szepnęła, gdy poczuła na sobie jego ciało. - Proszę cię, 

Jack. 

- Amy, moje kochanie. 

background image

Amy obejmowała go z całej siły, a on nie spuszczał z niej wzroku, 

gdy i bez słów mówili sobie językiem miłości, ile dla siebie znaczą. 

-  Jack  -  zapytała  długo  potem  Amy  -  czy  naprawdę  będziesz  tu 

szczęśliwy?  Wiem,  że  Hawaje  nie  są  twoim  ulubionym  miejscem,  a 

może upłynąć parę lat, zanim będę mogła przenieść się na kontynent. 

Oparł  się  na  łokciu  i  patrzył  na  nią  oczyma  błyszczącymi 

miłością. 

- Parę lat raju? Myślę, że to wytrzymam. 

- Nie, Jack. Mów poważnie. Dla ciebie to nie jest raj. 

Przesunął palec przez dolinkę między jej piersiami. 

- W ostatnich miesiącach dowiedziałem się czegoś o raju. 

- Tak? - Drżała pod jego delikatną pieszczotą. 

- Tak. Raj zmienia miejsce. Raz jest tu - pochylił się i pocałował 

jej  pierś  -  a  innym  razem  tu  -  dokończył,  składając  następny 

pocałunek. 

-  I  jaki  z  tego  wniosek?  -  zapytała,  czując  nowy  przypływ 

pożądania. 

- Że raj podąża za tobą. 

-  Nieprawda,  Jack  -  poprawiła  go  Amy,  zbliżając  usta  do  jego 

warg. - Raj jest tam, gdzie my.