background image

LAURIEN BERENSON 

 
 
 

Talizman 

 
 
 
 

Talisman 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Małgorzata Fabianowska 

background image

Rozdział 1 

 

– 

Wierzcie  mi,  kolczatka  nie  jest  średniowiecznym  narzędziem  tortur  – 

powiedziała Kelly Ransome, rozglądając się po klasie, by sprawdzić, jakie wrażenie 

robi na słuchaczach jej wykład. Szesnastu właścicieli psów zgromadzonych w sali 

Szkoły  Tresury  Ransome  z  uwagą  chłonęło  jej  słowa.  Był  to  pierwszy  wykład 

letniego semestru i na razie Kelly mogła być zadowolona – w oczach kursantów 
dostrzeg

ła prawdziwe zainteresowanie. 

Nie łudziła się, że to wyłącznie jej niepozorna osoba przyciąga uwagę. Nie 

była brzydka – miała szczupłą, zgrabną sylwetkę, delikatne rysy, łagodne orzechowe 

oczy i włosy w odcieniu miodu, ostrzyżone na pazia. Temu wyglądowi odpowiadał 
sportowy, swobodny styl ubioru – 

luźne spodnie khaki i bawełniana koszulka. Nie 

należała do osób, które przyciągają spojrzenia. Skupiał je natomiast wielki, czarny, 

potężnie umięśniony doberman, karnie siedzący u jej lewej nogi. 

– Jak widzicie, T

hor nosi kolczatkę i wcale nie wygląda na nieszczęśliwego – 

powiedziała, opuszczając rękę i drapiąc psa pomiędzy sterczącymi uszami. 

Thor zerknął na nią z uwielbieniem. – Oczywiście obroża musi być właściwie 

użyta. Nie może dusić psa, ma natomiast wzmagać jego karność. Dlatego stanowi 

niezbędną pomoc w tresurze, zwłaszcza psów, dla których wszystko, co się rusza, to 
nieprzyjaciel. 

Nerwowy  śmieszek  przebiegł  po  sali  i  Kelly  wiedziała,  że  kontakt  został 

nawiązany. 

– 

Na początek powiemy sobie o kilku podstawowych zasadach, które ułatwią 

wam porozumienie z ulubieńcami. Pierwszą komendą, jaką przećwiczymy, będzie 

„siad”. Zobaczycie, że nie jest to trudne. 

Kelly wyjaśniała, demonstrując ćwiczenia z Thorem. Doberman wypełniał jej 

polecenia wzorowo i z ochotą, dając zebranym znakomity przykład efektów treningu 

posłuszeństwa. Kiedy wszystko zostało już omówione, Kelly opuściła rękę z dłonią 

skierowaną w dół. Thor zareagował natychmiast, kładąc się karnie. Ręka wykonała 
prawie niedostrzegalny ruch –  i oto wielki pies p

osłusznie  ułożył  pysk  między 

łapami w pozycji „waruj”. 

Teraz  przyszła kolej na kursantów i ich  pupilów.  Kelly  przyglądała się  im 

uważnie. Wprawnym okiem wyróżniła trzy psy, które jej zdaniem będą wymagały 
specjalnej uwagi – 

potężnego  husky  z  lekko  zezującymi niebieskimi oczami, 

dobermankę,  która  wyszczerzyła  kły,  zaledwie  weszła  do  sali,  i  półrocznego 

rottweilera, którego rozrośnięte ciało zabawnie kontrastowało z młodzieńczą chęcią 
do zabawy. 

Ostatniej parze Kelly poświęciła najwięcej uwagi. Wyjątkowo zainteresował 

background image

ją nie tylko pies, lecz także jego właściciel. 

Zmarszczyła  brwi,  widząc,  jak  rozdokazywany  rottweiler  skacze  wokół 

swego pana, na próżno usiłującego przywołać go do porządku. Zerknęła szybko na 

innych, ale radzili sobie jak na początek zupełnie nieźle. 

Teraz  mogła  spokojnie  przyjrzeć  się  mężczyźnie.  Już  wcześniej,  kiedy 

wchodził do sali, zwróciła uwagę na jego koci, sprężysty krok i grzywę niesfornych, 

jasnych kędziorów. Był wysoki, szczupły, o wąskich biodrach, opiętych ciasnymi 

dżinsami. Już to wystarczyło, by jej puls zaczął bić szybciej – a jeszcze te złote loki! 

Natomiast twarz, która wyglądała spod nich, była tak skupiona i poważna, że niemal 

psuło to jej urodę. Prosty nos, mocna szczęka i zdecydowane usta mówiły o uporze i 

solidności. Brwi miał równie jasne jak włosy, za to rzęsy ciemne i gęste. Koloru oczu 

nie  mogła  dostrzec,  gdyż  ich  spojrzenie  skierowane  było  w  dół,  na  niesfornego 
szczeniaka. 

Eric. Eric Devane, przypomniała sobie dane z formularza. 

Nagle mężczyzna uniósł głowę i napotkał jej spojrzenie. Oczy miał szare, w 

odcieniu starego srebra. Na ich widok Kelly poczuła dziwny dreszcz. Miała nadzieję, 

że Devane odwróci wzrok, ale wpatrywał się w nią uparcie. Uniosła pytająco brwi. 

Nagle  rozległo  się  donośne  „wuf”.  Mężczyzna  zachwiał  się,  szarpnięty 

smyczą. Kelly uśmiechnęła się z ulgą i przeszła do następnej pilnie ćwiczącej pary. 

Pomoc przyszła w samą porę. 

 

Stało się, pomyślał Eric. Od początku nie wierzył w ten pomysł. Kiedy Jess 

zadzwoniła  z  Nowego  Jorku  z  wiadomością,  że  znalazła  treserkę  dla  Dodgera, 

próbował  ją  przekonać,  że nie powinna organizować  mu  życia  wbrew  jego  woli. 

Niestety,  kiedy  ukochana  siostrzyczka  wkraczała  do  akcji,  logiczne  argumenty 

traciły moc. 

Jess zawsze potrafiła go uszczęśliwić. Kiedy tylko usłyszała, że przeprowadza 

się  do  małego,  sennego  Woodbury  w  stanie  Connecticut,  natychmiast  uznała,  że 

potrzebny mu będzie pies – obrońca i towarzysz. Zupełnie jakby przenosił się do 

pustelni  w  dzikich  lasach  Amazonii!  Gdyby  zamieszkał  w  mieście,  natychmiast 

zaproponowałaby  mu  kota.  To byłoby  jeszcze do  przyjęcia.  W  apartamentach na 

Manhattanie,  w  których  się  wychowali,  zawsze  trzymano  jakieś  pokojowe 

zwierzątka. Ale stan Connecticut kojarzył się jego siostrze z dziczą, w której wielki 

pies mógł być jedynym stróżem i kompanem. 

Ów „wielki pies” okazał się tłustym, piszczącym szczeniakiem, którego sześć 

tygodni temu znalazł w koszyku na progu. Co prawda Dodger rósł jak na drożdżach, 

ale na razie sprawiał same kłopoty. 

Eric udał się na zajęcia do Szkoły Tresury Ransome bez większej nadziei, ale 

background image

spodobała mu się Kelly i jej spokojne, racjonalne podejście do sprawy psiej nauki. 

Przyglądał się jej z przyjemnością, gdyż była zupełnie inna niż miejskie dziewczyny, 

które  znał  –  zapatrzone  w  siebie  i  w  swoje  kariery.  Zdążył  już  na  tyle  poznać 

stosunki na prowincji, by zorientować się, iż Kelly różni się także od większości 

tutejszych kobiet. Te bowiem korzystały z każdej okazji, by przenieść się do miasta, 

a jeśli im się to nie udało, młodo wychodziły za mąż. Wkrótce, otoczone gromadką 

dzieci, zapominały o swoich ambicjach albo też wplątywały się w zawiłe i męczące 
sprawy rozwodowe. 

Eric westchnął, kolejny raz stwierdzając, że jego własne perspektywy jako 

trzydziestodwuletniego kawalera wcale nie są lepsze. 

W zamyśleniu popatrzył na Kelly Ransome, przechadzającą się po sali. Miała 

zdecydowany krok i oszczędne ruchy kogoś, kto nie zwykł tracić energii na próżno. 

Z  przyjemnością  przyglądał  się  lśniącym,  jasnym  włosom  i  lekko  opalonej,  nie 

umalowanej  twarzy.  Spod  ciemnych  rzęs  bystro  patrzyły orzechowe oczy ze 

złotawymi cętkami. Znów odruchowo porównał ją z nowojorskimi elegantkami w 

wytwornych strojach. Kelly Ransome była naturalna aż do przesady. 

Sprawdzając  postępy  grupy,  Kelly  doszła  do  miejsca,  gdzie  stali  Eric  z 

Dodgerem. Dopiero teraz 

uświadomiła sobie, jak wysoki i silny jest ten mężczyzna. 

Sprawiał wrażenie kogoś, kto wie, czego chce, i zwykle to dostaje. 

– 

Jakieś problemy? – zapytała. 

Dodger,  zachwycony  nowym  towarzystwem,  natychmiast  podskoczył, 

usiłując polizać ją po twarzy. Zawstydzony właściciel próbował odciągnąć go na 

smyczy, ale szczeniak zignorował go, uparcie drapiąc łapami spodnie Kelly. 

– 

To chyba widać – mruknął Eric przez zaciśnięte zęby. Na liście osób, wobec 

których  najbardziej  obawiał  się  kompromitacji,  atrakcyjne  kobiety  figurowały  aa 
pierwszym miejscu. 

– 

Leżeć!  –  zakomenderowała  cichym,  lecz  stanowczym  głosem  i  mocno 

szarpnęła kolczatkę. Zaskoczony pies przysiadł u jej stóp. 

Eric wydawał się równie zaskoczony jak jego pupilek. 
– 

Użyłaś czarów, prawda? 

– Nie, to tylko 

doświadczenie – uśmiechnęła się. – Pokazałam mu, gdzie jest 

jego miejsce w hierarchii. Problem polega na tym, że twój pies myśli, iż on tu jest 
panem. 

– 

On nie myśli, on po prostu to wie. 

– 

W takim razie musimy wyprowadzić go z błędu. 

– 

Ha, łatwo ci mówić – westchnął Eric, wskazując ruchem głowy spokojnie 

leżącego Thora. – Z zazdrością patrzę na twojego dobermana. Wydaje się, jakby w 

ogóle nic go nie obchodziło. 

background image

Nie był pierwszą osobą, która tak myślała. Wiedziała, że nie obejdzie się bez 

wyjaśnień. 

– 

Właściciel Thora chciał się go pozbyć – powiedziała powoli. – Kiedy go 

wzięłam, był zaniedbany i tak agresywny, że nawet Towarzystwo Ochrony Praw 

Zwierząt zakwalifikowało go do uśpienia. Dopiero po pół roku mogłam mu zaufać 

na tyle, by odwrócić się do niego plecami. Po następnych sześciu miesiącach przestał 

uważać każdego człowieka za wroga, a każdego innego psa za łakomy kąsek do 

pożarcia. Teraz śpi ze mną w łóżku. Tak, panie Devane, początki bywają bardzo 
trudne – 

zakończyła i wyciągnęła rękę. Z ulgą oddał jej smycz. 

– 

Mam na imię Eric. 

Kelly kiwnęła głową, ale jej uwaga skupiona już była na psie. Dodger zdawał 

się przewidywać, że coś się święci, gdyż znieruchomiał i czujnie zastrzygł uszami. 

Eric stłumił pomruk niechęci. Ta czarodziejka nie zdążyła jeszcze nic zrobić, 

a  potwór  już  zmienił  się  aniołka.  Mało  tego,  w  brązowych  psich  oczach, 

wpatrzonych w treserkę, zobaczył głębokie uwielbienie. 

– 

No dobrze, młodzieńcze – powiedziała energicznie Kelly, skracając smycz – 

zobaczymy, na co cię stać. Siad! – nakazała, chwytając kolczatkę i zaciskając ją. 

Jednocześnie drugą ręką klapnęła lekko Dodgera po zadzie. Rottweiler usiadł prawie 
bez oporu. 

–  Dobry piesek! – 

powiedziała  z  zadowoleniem,  luzując  kolczatkę.  Pies 

momentalnie zerwał się na nogi, radośnie machając krótkim ogonem. W nagrodę 

Kelly podrapała go za uszami. 

– 

Czy  nie  przesadziłaś  z  tymi  wyrazami  uznania?  Przecież  on  nie  zdążył 

jeszcze na dobre usiąść! 

– 

Ale siedział przez moment i to się liczy. Zresztą nie zakazałam mu wstania – 

wyjaśniła. 

– 

A właściwie dlaczego? 

– 

Ponieważ nie wiedziałby, o co mi chodzi. 

– 

Kazałaś mu siadać, choć też nie wiedział, o co chodzi – nie ustępował Eric. 

– 

Jedna nowość wystarczy. 

– 

I uważasz, że skoro na chwilę klapnął swoim tłustym zadkiem na podłogę, 

już należy mu się nagroda? 

W odpowiedzi Kelly raz jeszcze kazała psu siadać, po czym nagrodziła dwie 

sekundy posłuszeństwa minutą pieszczot. Było jasne, że transakcja okazała się dla 
Dodgera bardzo korzystna. 

– Teraz spróbuj ty – 

powiedziała, wręczając smycz Ericowi. 

Miał nieodparte wrażenie, że każde z nich ma do czynienia z zupełnie innym 

psem.  Kiedy  ujął  smycz,  szczeniak  natychmiast  powrócił  do  swego  najbardziej 

background image

nieznośnego wcielenia. 

– 

Bądź stanowczy – doradziła. – Chwyć go krócej przy szyi. Musi czuć, że 

możesz w każdej chwili nad nim zapanować. 

Mężczyzna spojrzał na nią bezradnie. Pasmo złotych włosów spadło mu na 

oczy. Kelly, ku swojemu zaskoczeniu, poczuła nieodpartą ochotę, by odgarnąć je 
troskliwym ruchem. 

Desperacja Erka przeszła w złość. 
– 

Gdybym wiedział, jak to robić, nie byłoby mnie tu, tylko siedziałbym w 

domu i patrzył, jak Dodger rozkopuje rabatki w ogrodzie – prychnął, gwałtownym 

ruchem odrzucając włosy z czoła. 

Im bardziej się irytował, tym bardziej opanowana stawała się Kelly. 
–  Nie miej do mnie pretensji

,  próbowałam  ci  tylko  pomóc  –  powiedziała 

uspokajająco. 

– 

W  takim  razie  za  mało  próbowałaś!  Ten  potwór  zamienił  ostatnie  sześć 

tygodni  mojego  życia  w  istne  piekło  i  straciłem  już  nadzieję,  że  cokolwiek  się 
zmieni. 

– 

Przecież dopiero zaczęliśmy... 

–  Wiem!  – 

wybuchnął, szarpiąc się z psem, który kręcił się koło jego nóg, 

ciasno oplątując je smyczą. – Wątpię, czy dotrwam do końca. 

Kelly uśmiechnęła się na widok jego tragicznej miny i chwyciwszy Dodgera 

za obrożę, zmusiła go, by uwolnił swego pana z pułapki. 

– 

Stanowczo  zbyt  łagodnie  go  traktujesz  –  powiedziała.  –  On  świetnie  to 

wyczuwa, dlatego cię wykorzystuje. 

– 

Wstrętny,  cwany  kundel  –  mruknął  Eric,  patrząc  wrogo  na  psa,  który 

siedział ziejąc radośnie, wyraźnie zadowolony z siebie. 

–  Nie c

wany  kundel,  tylko  mądry  rottweiler  –  poprawiła  go.  –  A  to  duża 

różnica. 

– 

Nie widzę żadnej. 

Kelly obejrzała się i dostrzegła, że reszta grupy, która przećwiczyła już siad, 

wyraźnie zaczyna się nudzić. Trzeba było kończyć tę rozmowę. 

– 

Rottweilery są hodowane jako psy obronne. Są wprost stworzone do tresury 

– 

powiedziała szybko. 

– 

Naprawdę  myślisz,  że  Dodger  da  się  wytresować  na  psa  obronnego?  – 

zapytał z wyraźnym zainteresowaniem. 

Kelly spojrzała na niego czujnie. Zbyt wielu widziała już właścicieli dużych 

psów, którzy sądzili, że pewnym rasom wystarczy tylko twarde traktowanie i krótki 

amatorski trening, by stały się walecznymi obrońcami. A kiedy okazywało się, że 

wyhodowali agresywną bestię, która wymknęła się im spod kontroli, było z reguły za 

background image

późno i nieszczęsne zwierzę nadawało się już tylko do uśpienia. 

– Dodger jest jeszcze szczeniakiem – 

powiedziała ostrożnie. – Ale stopniowo, 

po  właściwej  tresurze,  ma  szansę  stać  się  bardzo  dobrym  psem  obronnym.  A 

dlaczego właściwie pytasz? 

– Tak sobie – 

uśmiechnął się. – Z czystej ciekawości. 

Kelly  zachowała  ten  uśmiech  w  pamięci,  kiedy  odeszła,  by  kontynuować 

wykład. Nie lubiła ludzi, którzy zadają istotne pytania, a potem kwitują odpowiedź 

wzruszeniem  ramion.  Wyglądało  na  to,  że  Eric  ma  powody,  by  interesować  się 

tresurą obronną. Powinna dowiedzieć się jakie, jeśli nie chciała, by jego rottweiler 

powiększył smutną statystykę psów zmarnowanych przez właścicieli. 

Reszta  lekcji  minęła  szybko,  zwłaszcza  że  ostatnie  dziesięć  minut 

przeznaczyła na „swobodną zabawę”. W czasie, kiedy spuszczone ze smyczy psy 

szalały, mogła zamienić kilka słów z każdym z właścicieli. Jednak Eric odsunął się 

w kąt i trzymając krótko Dodgera, cierpliwie czekał na koniec przerwy. Kelly, zajęta 

rozmową  z  tłustą  nastolatką,  która  miała  kłopoty  z  leniwym  i  równie  tłustym 

bassetem, zerknęła na niego kątem oka i ze zdumieniem stwierdziła, że mężczyzna 

przygląda się jej badawczo. 

Po nastolatce przyszła kolej na gadatliwą matronę i jej jamniczkę, a potem 

eleganckiego starszego pana z nienagannie utrzymanym szkockim terierem o 

dźwięcznym imieniu Kiltie. Kelly z uśmiechem odpowiadała na pytania i cierpliwie 

udzielała wyjaśnień. 

Świetnie  radzi  sobie  z  ludźmi,  pomyślał  Eric,  obserwując  ją  z  kąta. 

Spostrzegawczość przydawała się w pracy, podobnie jak umiejętność przelewania 

uwag i konstatacji na papier. Pracując przez lata jako reporter dla „The New York 

Timesa”,  miał  okazję  widzieć  przeróżne  rzeczy  –  poczynając  od  wyborów 

prezydenckich,  poprzez  krwawe  rozgrywki  gangów,  aż  do  pożarów  i  katastrof. 

Fascynował go świat, ludzie i wydarzenia. Teraz jednak najbardziej interesowała go 
Kelly Ransome. 

Choć  tak  się  różniła  od  nowojorskich  dziewczyn,  był  pewien,  że  nie 

wychowała się w tej małej, spokojnej mieścinie. Coś musiało ją tutaj sprowadzić, 
podobnie jak i jego. A

le co? Praca męża czy możliwość otwarcia szkoły? Zmrużył 

oczy, na próżno usiłując dojrzeć obrączkę na palcu treserki. Zaskoczyła go własna 

ciekawość.  Trudno  było  ukryć,  że  wykracza  poza  zwykłe  dziennikarskie 

zainteresowanie. Czemu z taką ulgą stwierdził, że nie jest mężatką? 

Musi ją jakoś o to zagadnąć. W końcu żyje z zadawania pytań. Gotów był od 

razu wprowadzić swój zamiar w czyn, ale nagle rozległo się basowe szczeknięcie 

Dodgera. Śmiertelnie znudzony, wyraźnie chciał dołączyć do ogólnej zabawy. 

– Uspokó

j się! – syknął wściekle Eric. Upomnienie nie poskutkowało. Dodger 

background image

miotał się i szczekał coraz donośniej. 

–  Cicho!  – 

nakazał  stanowczo  i  ostro  szarpnął  smyczą.  O  dziwo, 

podpowiedziany przez Kelly sposób okazał się skuteczny. Pies ucichł gwałtownie i 
spojrz

ał zdumiony na swego pana. A pan ujął go krótko przy szyi i kazał iść przy 

nodze. 

– Moi drodzy, koniec przerwy, wracamy do pracy – 

oznajmiła Kelly, patrząc z 

niepokojem na Erica zmierzającego ku niej z Dodgerem. 

– 

Jeśli ktoś jeszcze będzie miał do mnie pytania, zapraszam po zajęciach – 

dodała szybko. Mężczyzna skinął głową i grzecznie stanął z psem w szeregu. 

Po kwadransie lekcja była skończona. Kelly odczekała, aż wszyscy wyjdą, 

zamknęła salę i wyprowadziła Thora na dziedziniec. Eric z Dodgerem już czekali. 

Rottweilerek  z  młodzieńczym  entuzjazmem  i  kompletnym  brakiem  instynktu 

samozachowawczego ruszył ku wielkiemu dobermanowi, napinając smycz na całą 

długość. Napastowany przez szczeniaka Thor stał z miną męczennika. Kiedy Dodger 

przewrócił  się  wiernopoddańczo  na  grzbiet,  wymachując  łapami  w  powietrzu, 

zerknął z rozpaczą na swoją panią, jakby chciał zapytać: „Czy ja naprawdę muszę go 

znosić?” 

– 

Nie, nie musisz, jeśli nie chcesz – powiedziała Kelly i wskazała na murek. 

Thor wskoczył tam natychmiast. Szczeniak nie mógł go już dosięgnąć. 

– 

Czego miałbym nie chcieć? – zdziwił się Eric. 

– 

O, przepraszam, mówiłam do Thora. Chciał wiedzieć, czy musi zniżać się do 

poziomu takiego smarkacza, więc zapewniłam go, że nie. 

– 

On chciał... wiedzieć? – Eric spojrzał na nią z dziwną miną. – Wiem, że 

prowadzisz specjalistyczną tresurę, ale nie przypuszczałem, że również uczysz psy 

mówić. 

Na  policzki  Kelly  wypłynął  rumieniec.  Na  ogół  miała  do  czynienia  z 

typowymi  psiarzami,  którzy  natychmiast  pojęliby,  o  co  jej  chodzi,  i  którzy 
z

nakomicie dogadywali się ze swoimi ulubieńcami. Sądząc z reakcji Erica, na pewno 

był nowicjuszem w kręgu psich fanów. 

– 

Thor ma bardzo wyraziste ślepia – powiedziała cicho. – Łatwo domyślić się, 

co czuje. Czy miałeś do mnie jakieś pytania? – wróciła do oficjalnego tonu. 

– 

Tak, miałem. – Zerknął na jej smukłe palce o wypielęgnowanych, lecz nie 

lakierowanych paznokciach. – 

Nie nosisz obrączki – zauważył. 

– 

Nie. O co właściwie chciałeś mnie zapytać? Milczał. Nagle stracił pewność 

siebie, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Zabawne, gdyby Kelly była nowojorską 

dziewczyną  o  ciętym  języku,  poszłoby  mu  dużo  łatwiej.  Tamte  były  jak  koty  – 

zawsze spadały na cztery łapy. Ona zaś była równie uczciwa i prostolinijna, jak jej 
ukochane psy. 

background image

Eric nerwowo przyciągnął do siebie wiercącego się Dodgera. 
– 

W broszurze informacyjnej napisałaś o indywidualnych lekcjach, podczas 

których pracujesz tylko z wybranym psem. Sama widzisz, jaki jest Dodger. 

Zastanawiam się, czy taka forma tresury nie byłaby dla niego lepsza. 

–  Owsz

em,  psom  w  jego  wieku  trudno  nieraz  wysiedzieć  w  klasie  – 

powiedziała powoli, rozważając w myśli jego propozycję. Niepostrzeżenie ich oczy 

spotkały się. Nie odwróciła wzroku, wzruszyła tylko ramionami. 

– 

Jest  to  możliwe,  ale  pod  pewnymi  warunkami.  Po  pierwsze,  pracuję  nie 

tylko z psami, ale również z ich właścicielami. Pies i właściciel muszą się nauczyć, 

jak ze sobą współpracować. 

– 

Świetnie – ucieszył się. – Tego właśnie potrzebujemy z Dodgerem. 

– 

Poza tym indywidualne lekcje są dużo droższe. 

– Och, to zr

ozumiałe. 

Kelly  zmarszczyła  brwi,  słysząc  jego  lekki  ton.  Jak  na  człowieka,  który 

jeszcze niedawno rozpaczał z powodu swojego niesfornego ulubieńca, wydawał się 
dziwnie zadowolony z siebie. 

– Na tyle drogie – 

zaznaczyła z naciskiem – że warto się zastanowić, czy nie 

pozostać w grupie. 

– 

Nie  wydaje  mi  się  –  stwierdził.  –  Pod  tym  względem  zgadzam  się  z 

Dodgerem.  Nie  lubię  tłumu.  Wolałbym  pracować  sam.  Jestem  do  tego 
przyzwyczajony. 

Kelly  zagryzła  wargi.  Myśl  o  byciu  sam  na  sam  z  tym  niepokojącym 

mężczyzną nie napawała jej entuzjazmem. Poza tym nie potrzebowała dodatkowych 

źródeł dochodu. Lista osób oczekujących na zapisy była długa. Odkąd niemal cały 

nakład jej książki „Zabawa w tresurę” zniknął z lokalnych księgarń, nie narzekała na 

brak chętnych. 

– 

Oczywiście decyzja należy do ciebie – powiedziała wreszcie. – W każdym 

razie,  jeśli  zdecydujesz  się  na  takie  lekcje,  odliczę  na  ich  poczet  sumę,  którą 

wpłaciłeś na kurs. 

– Doskonale. Kiedy zaczynamy? 

Kelly wyciągnęła z kieszeni kalendarzyk i zaczęła go uważnie wertować. 
– 

Jeśli masz czas w ciągu dnia, możemy się umawiać w poniedziałki rano. 

– 

W porządku. U mnie w domu czy mam przyjechać do ciebie? 

– 

Nie, czekaj na mnie. Dodger będzie się czuł swobodniej na swoim terenie. 

Eric  w  zamyśleniu  patrzył,  jak  Kelly  pakuje  się  i  odjeżdża.  Poniedziałek 

rano... Umawiał się na randki o różnych dziwnych porach. Dobrze, ale przecież to 

nie  była  randka.  Przesadziłeś,  stary,  skarcił  się  w  myśli,  roztargnionym  ruchem 

drapiąc psa za uszami. 

background image

– 

Dodger, chłopie, to może być początek pięknej przyjaźni – szepnął. 

background image

Rozdział 2 

 

– A wiec to jest twoja chata w puszczy – 

powiedziała Jess Devane, rozglądając 

się po salonie domu, który jej brat wynajął na pół roku. 

W rzeczywistości budynek nie wyglądał aż tak prymitywnie, choć właściciele, 

moderni

zując go, starali się ocalić jak najwięcej z dawnych elementów, takich jak 

kominek  czy  drewniane,  ciemne  belki  sufitu,  tworząc  miłą,  a  jednocześnie 

funkcjonalną całość. 

Eric  wiedział  jednak,  że  wszystko,  co  nie  przypominało  nowoczesnych 

apartamentów na Man

hattanie,  wydawało  się  jego  siostrze  kompletnym 

prymitywem. 

– 

Nie przesadzaj, Jess, przecież to nie jest traperska chata – zaśmiał się. 

Jess,  wyraźnie  nie  przekonana,  krytycznie  przyjrzała  się  jego  flanelowej 

koszuli  z  podwiniętymi  rękawami  i  wytartym  dżinsom.  Jej  aprobatę  wzbudził 
jedynie najnowszy model telewizora i wideo –  elementy tak dobrze znanego jej 

świata. 

– No dobrze – 

zaczęła – powiedz mi teraz, po co właściwie wyniosłeś się do 

tej głuszy? 

– 

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego uważasz, że Woodbury jest na końcu 

świata.  Owszem,  to  nie  Manhattan,  ale  mamy  tu  świetną  bibliotekę  i  teatr,  nie 

mówiąc o różnych sklepach. Zresztą Nowy Jork jest niecałe dwie godziny jazdy stąd. 

– 

Dobrze, przesadziłam, może Woodbury nie jest aż taką dziurą – powiedziała 

bardziej ugodowym tonem. – 

Ale wyznam ci szczerze, braciszku, że nie rozumiem, 

dlaczego tak nagle porzuciłeś swój piękny apartament i wyjechałeś w lasy z jedną 

walizką. 

– 

Dobrze wiesz dlaczego. Przeniosłem się tu, żeby pracować. 

– 

Nie żartuj, przecież właśnie rzuciłeś pracę! 

– 

Niezupełnie. W redakcji udzielono mi urlopu na pracę twórczą i dzięki temu 

będę mógł napisać książkę. To cudowne, Jess, zawsze o tym marzyłem! Wreszcie 

będę mógł stworzyć coś trwalszego niż artykuły, klecone w pośpiechu po nocach. 

Przeszedł do kuchni  i  gestem  zaprosił  siostrę  do  jadalni.  Miał  nadzieję,  że 

kolacja,  którą  tak  starannie  przygotowywał,  pozwoli  na  zmianę  tematu  na 

przyjemniejszy. Jednak Jess nie dała się tak łatwo zbyć. 

– 

Przecież równie dobrze mógłbyś pisać tę książkę w mieście – upierała się, 

nawet nie rzuciwszy okiem na popisową sałatkę z krabów. – Ludzie tak robią. 

– 

Nic by z tego nie wyszło. W Nowym Jorku jest zbyt dużo pokus, zbyt wiele 

rzeczy by mnie rozpraszało. Tu jestem wolny, nie poganiany żadnymi terminami. 

Zresztą człowiek, który dostarcza mi materiału do książki, mieszka w okolicy. To 

background image

znacznie ułatwi nam współpracę. 

– 

No właśnie – westchnęła Jess. – Dlaczego nie wziąłeś na warsztat jakiegoś 

mniej drażliwego tematu? 

– I bezpieczniejszego, tak? 
–  Owszem.  –  S

zare oczy siostry spojrzały na niego uważnie. – Nie mogłeś 

zająć się przestępstwem, które już rozpracowano, a sprawców wsadzono za kratki? 

– 

Sprawa  napadu  na  furgonetkę  bankową  Locktighta  jest  już  zamknięta  – 

przypomniał jej Eric. – Trzech ludzi zostało skazanych. 

– 

Tak, a czwarty zginął, zastrzelony w bardzo podejrzanych okolicznościach – 

prychnęła Jess. 

– 

Zresztą nikt z pozostałych nie przyznał się do winy i nie odzyskano nawet 

jednej sztaby złota. A teraz, po trzech latach, jakiś człowiek kontaktuje się z tobą, 

twierdząc, że jest piątym członkiem gangu, i chce ci sprzedać pewną informację. Nie 

uważasz, że wszystko to razem jest mocno podejrzane? 

– 

Jasne, że jest. Dlatego właśnie zaangażowałem się w tę sprawę. 

Jess wyrzuciła ręce w górę w geście rozpaczy. 
– 

Czy  ten  facet  wyjaśnił  ci  chociaż,  dlaczego  spośród  setek  nowojorskich 

dziennikarzy wybrał właśnie ciebie? 

– 

Larry powiedział, że podobały mu się moje artykuły. Uznał, że może mi 

zaufać. 

– 

Larry... Czy on ma chociaż nazwisko? 

– Smith – 

uśmiechnął się Eric, przewidując jej reakcję. 

– No jasne. – 

Jess z ubolewaniem pokiwała głową. 

– 

Facet podaje  ci nazwisko, które  wypełnia  pół  książki telefonicznej,  a  ty, 

naiwny braciszku, wierzysz mu bez zastrzeżeń. 

– 

Jestem co prawda twoim młodszym braciszkiem, ale zapomniałaś, że nie 

mam  już  dwunastu  lat.  Zanim  zacząłem  z  nim  rozmawiać,  sprawdziłem  go 

dokładnie. – Sięgnął po dłoń siostry i uścisnął ją pocieszająco. – Doceniam twoją 

troskę, kochanie, ale wierz mi, umiem sam zadbać o siebie. 

Jess  przytaknęła  z  rezygnacją.  Wiedziała,  że  przegrała.  Zawsze  tak  było. 

Mogła tłumaczyć, wściekać się i prosić, a Eric zawsze robił to, co sobie postanowił. 

– 

A  skoro  już  mówimy  o  dbaniu  o  siebie,  jak  tam  Dodger?  –  zagadnęła, 

starając się mówić jak najswobodniej. 

– Sama zobacz. – Eric w

skazał na widoczny przez okno trawnik. Pies ganiał, 

polując na zwierzynę, która zapewne istniała tylko w jego wyobraźni. 

– 

Zdaje się, że ma dużo energii. 

– 

Owszem. Ta jego energia niedługo wpędzi mnie do grobu. 

– 

Och, nie przesadzaj. Jeśli zdecydowałeś się osiąść na odludziu, a w dodatku 

background image

rozgryzać  jakieś  mętne  sprawy,  musisz  mieć  obrońcę.  Myślę,  że  Dodger  będzie 

wspaniałym stróżem. 

– 

Z pewnością – przytaknął ponuro Eric. – Jest tylko jeden drobny problem, 

on chciałby mnie chronić przed wszystkim i wszystkimi. Obojętnie, czy to będzie 

listonosz, śmieciarz, czy wiewiórka lub ptak. 

– 

Mówiono  mi,  że  rottweilery  są  bardzo  pojętne  i  potrzeba  im  tylko 

odpowiedniego  wychowania.  Właśnie,  a  co  powiedziała  ta  treserka,  którą  ci 

znalazłam? 

Eric pomyślał o Kelly i o umówionym spotkaniu. 
– 

Powiedziała,  że  nim  zostanie  dobrym  psem  obronnym,  musi  jeszcze 

dorosnąć i wiele się nauczyć. 

Jess spojrzała na niego zmieszana. 
– 

A ja myślałam, że już się nadaje, bo jest taki duży... 

– 

Wszystko, co jest większe od kota, wydaje ci się duże, siostrzyczko. 

– 

To znaczy, że mój prezent sprawił ci tylko kłopot, tak? 

Była to w dużym stopniu prawda, ale Eric nie chciał jej urazić. Jess zawsze 

miała jak najlepsze intencje. 

– 

Ależ skąd, bardzo się cieszę, że tak się o mnie troszczysz – zapewnił. 

– 

Jesteś niepoprawny – zaśmiała się Jess. – Eric Devane, szalejący reporter, 

którego  nie  wzruszy  nawet  trzęsienie  ziemi,  zaczyna  się  rozczulać  nad  swoją 

siostrzyczką. Słowo daję, wiejskie powietrze uderzyło ci do głowy! 

Popatrzyli  na  siebie  i  parsknęli  śmiechem.  Resztę  czasu  poświęcili  na 

oplotkowanie  wspólnych  znajomych.  Jess  zrelacjonowała  bratu  najnowsze 

nowojorskie wydarzenia. Kiedy w godzinę później szykował się, by odwieźć ją na 

pociąg,  oboje  byli  w  znakomitych  humorach.  Zaledwie  Eric  zdążył  zamknąć 

frontowe drzwi, w głębi domu zaczął dzwonić telefon. 

– 

Zejdź do samochodu – powiedział, pospiesznie obracając klucz w zamku. – 

Zaraz przyjdę. 

Potykając  się  o  Dodgera,  wpadł  do  holu  i  zdążył  podnieść  słuchawkę  po 

piątym  dzwonku.  Przez  kilka  sekund  panowała  cisza,  jakby  rozmówca  już  się 

wyłączył. Wreszcie odezwał się chrapliwy, niski głos. 

– 

To ty jesteś ten dziennikarski pistolet, który wszędzie węszy? 

Eric,  kompletnie  zaskoczony,  zastanawiał  się  nad  celną  odpowiedzią,  ale 

tajemniczy rozmówca nie dał mu szansy. 

– 

Lepiej  będzie  dla  ciebie,  jeżeli  przestaniesz  wsadzać  nos  w  nie  swoje 

sprawy! – 

zagroził. 

– Kto mówi? 

W odpowiedzi rozległ się trzask i połączenie zostało przerwane. Eric powoli, 

background image

bardzo powoli odłożył słuchawkę. 

– 

Kto to był? – zapytała Jessie, kiedy usadowił się za kierownicą. 

– 

Nikt, jakaś pomyłka – rzucił niedbale, wciskając gaz. 

 

Kelly spędziła pracowicie weekend, pisząc felieton do stałej kroniki porad w 

magazynie  „Mój  Pies”.  Resztę  czasu  poświęciła swojej  małej  menażerii  – dwóm 

kotom,  birmańczykowi  i  przygarniętemu  dachowcowi,  trzem  dobermanom  i 

gwarkowi, egzotycznemu gadającemu ptakowi o imieniu Maks. 

Kiedy  w  poniedziałek  rano  szykowała  się  do  wyjścia,  zaniepokojone 

zwierzaki chodziły za nią krok w krok. 

– Hej, zwolnijcie obroty – 

upomniała je. – Wrócę niedługo i zajmę się wami. 

Boso  podreptała  z  łazienki  do  garderoby,  pewnie  stawiając  stopy  na 

nierównej, skrzypiącej podłodze z desek. Jej niewielki dom pamiętał jeszcze czasy 

osadników.  Budowano  go  starannie  z  najlepszych  materiałów, ale pokolenia 

niedbałych  właścicieli  omal  nie  doprowadziły  solidnego  domostwa  do  ruiny. 

Jedynym  ich  osiągnięciem  było  dobudowanie  piętra  z  dwiema  sypialniami  i 

łazienką. Kiedy Kelly po raz pierwszy przyjechała go obejrzeć, dom od roku stał 
pusty. Od raz

u pokochała go całą duszą, choć był szary i zaniedbany. 

Poświęciła  cały  swój  wolny  czas  i  wszystkie  oszczędności,  by  przywrócić 

domostwu dawną świetność. Na pierwszą zimę zaopatrzyła się w pięć kubłów farby 

i piecyk na drewno. Wiosną ogrodziła teren z tyłu domu i odmalowała werandę. I 

tak,  krok  po  kroku,  doprowadziła  to  miejsce  do  stanu,  którego  przynajmniej  nie 

musiała się wstydzić. 

– Zwolnijcie obroty! – 

zaskrzeczał Maks, bujający się na drążku w klatce w 

kącie kuchni. – Wrócę, wrócę... 

– Zamknij dziób, t

y gaduło! – ofuknęła go. 

– Zamknij dziób! – 

odparował, wzmacniając efekt przeraźliwym wrzaskiem. 

Kelly uśmiechnęła się. Maksio musiał zawsze mieć ostatnie słowo. 

Do dziewiątej była już gotowa. Ubrana w tenisówki, spłowiałe dżinsy i za 

dużą męską koszulę, sięgającą jej do kolan, wskoczyła do dżipa. Eric dzwonił w 

sobotę i wyjaśnił jej, jak ma dojechać do jego domu. Głos w słuchawce był tak męski 

i  seksowny,  że  mogłaby  go  słuchać  jeszcze  długo.  Myśl  o  zajęciach  z  Erikiem 

zaczęła się jej coraz bardziej podobać. Poza tym polubiła Dodgera i wyczuła w nim 

świetny materiał na psa obronnego. Zawsze lubiła pracować z bystrymi i zdolnymi 

zwierzętami. 

Kiedy  zajechała  pod  dom  Devane’a,  Eric  bawił  się  z  psem  na  trawniku  i 

właśnie  rzucił  mu  piłeczkę.  Rottweiler  momentalnie  skoczył  za  nią  i  złapał  ją 

pewnym chwytem szczęk, nim jeszcze odbiła się od ziemi. Kelly uśmiechnęła się z 

background image

aprobatą, ale jego pan był niezbyt zadowolony. 

– Mam kolejny problem – 

stwierdził. – Uwielbia ganiać za piłką, ale nigdy nie 

chce mi jej przynieść z powrotem. W rezultacie nabiegam się bardziej niż on. 

–  Po prostu nie rozumie, czego od niego chcesz – 

wyjaśniła.  –  Skoro nie 

ustanowiłeś żadnych reguł. 

– 

Moja siostra wspominała mi o tej książce. Ma tytuł „Zabawa w tresurę”, 

prawda? 

– 

Tak.  To  podręcznik  tresury  dla  amatorów.  Wydawca  uznał,  że  jest  duże 

zapotrzebowanie na taką książkę. Ale nie napisałabym jej, gdyby nie namówił mnie 
do tego ojciec. 

– 

Twój ojciec? A co on ma z tym wspólnego? Kelly spoważniała. 

– 

To długa i nudna historia. Lepiej zacznijmy zajęcia. W końcu płacisz mi za 

tresowanie, nie za rozmówki. 

– 

Ależ ja lubię z tobą rozmawiać – wyznał z rozbrajającą szczerością, która 

zaskoczyła  nawet  jego  samego.  Przez  lata  reporterskiej  pracy  wypytywanie  i 

wyciąganie informacji z najbardziej nawet opornych rozmówców weszło mu w krew 

do  tego  stopnia,  że  wśród  przyjaciół  zyskał  przydomek  Sęp  –  żartobliwy,  ale  w 

gruncie  rzeczy  dobrze  obrazujący  jego  bezwzględne  metody  zdobywania 

wiadomości nadających się na pierwsze strony gazet. Ciekawe jednak, że przy Kelly 

tracił swój dziennikarski pazur. Pozwalał rozmowie płynąć własnym torem, niczego 

nie drążył ani nie sondował. 

– Kto wie? – 

mruknął cicho, na wpół do siebie. – Może uda ci się wydobyć 

człowieka z miejskiego spryciarza? 

– Co takiego? 

Eric uświadomił sobie, że Kelly patrzy na niego zdziwiona. 
– 

Nic takiego. Ty mówisz do zwierząt, a mnie zdarza się mówić do siebie. To 

obciążenie zawodowe. 

– 

Rozumiem. A co ty właściwie robisz? 

Chciał jej powiedzieć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Jak mógł się 

przyzn

ać wobec kogoś, kto wydał już książkę, że po sześciu tygodniach nie wyszedł 

poza trzy pierwsze rozdziały? 

– Jestem wolnym strzelcem – 

rzucił niedbale, mając nadzieję, że to wystarczy. 

Wystarczyło.  Wyraz  zakłopotania,  jaki  dostrzegła  na  twarzy  Erica, 

przema

wiał na jego korzyść. Nie lubiła gładkich, pewnych siebie facetów, mających 

na wszystko gotową odpowiedź. 

– 

Może zaczniemy? – zapytał. 

– 

Jeśli jesteś gotowy, to proszę bardzo – odparła z uśmiechem. 

background image

Rozdział 3 

 

– 

Jestem wykończony – westchnął Eric. 

– To normalne – 

pocieszyła go Kelly. – Na początku każdy ma dosyć. 

Lekcja dobiegała końca. Dodger zrobił ogromne postępy, podobnie zresztą jak 

jego pan. Porozumienie między nimi wzrosło znacznie. Kiedy Kelly zaproponowała, 
by przerobili jeszcze jedno zadani

e, Eric ożywił się nagle. 

– 

Wiesz, najbardziej zależy mi na tym, żeby Dodger nauczył się reagować na 

wołanie  –  powiedział.  –  Można  dostać  szału,  kiedy  człowiek  się  śpieszy,  a  ten 

potwór nie raczy przyjść. 

– 

Prawdopodobnie  kojarzy  przychodzenie  z  zamknięciem w domu. Czy 

próbowałeś wzmocnić jego motywację nagrodą? Czasami garść psich sucharków, 

podetknięta w porę, może zdziałać cuda. 

– 

Sucharki?  Chyba  żartujesz!  Wczoraj  stałem  na  tarasie  i  kusiłem  go 

smakowitą kością, a on nawet na mnie nie spojrzał. 

Wielu ku

rsantów Kelly miało te kłopoty. Nauka przychodzenia na zawołanie 

należała  do  najtrudniejszych.  Zwykle  udawało  się  to,  kiedy  pies  i  właściciel 

osiągnęli już sukcesy w innych ćwiczeniach. Eric był jednak tak szczerze przejęty, 

że postanowiła udzielić mu rady. 

Wyjaśniła, że pierwszym krokiem miało być puszczenie Dodgera na długiej, 

luźnej lince. Później powinien zawołać psa i natychmiast odbiec w odwrotną stronę, 

prowokując  go  do  pogoni.  Gdyby  mimo  to  pies  nie  chciał  się  ruszyć,  należało 

pociągnąć smycz. 

Mina 

Erica świadczyła, że metoda niezbyt trafiła mu do przekonania. 

– 

Dodger będzie pojmować ćwiczenie jako rodzaj zabawy. Przecież to jeszcze 

szczeniak. Stosuję ten sposób od początku, od kiedy zostałam treserką. 

– 

Tak? A kiedy nią zostałaś? 

– 

Już dawno. Ale zapewniam cię, że nie było psa, który by się nie nauczył. 

Eric wahał się jeszcze. 
– 

Mogłabyś pokazać mi, jak to się robi? 

– Co, masz stracha? – 

zakpiła, ale wzięła linkę i przypiąwszy ją psu pozwoliła, 

by się oddalił. 

Z początku stała nieruchomo, wpatrując się w szczeniaka, który zaczął zerkać 

na nią niepewnie. Wreszcie zawołała go i zaczęła szybko uciekać. Dodger ochoczo 

podjął  pogoń.  Po  kilkunastu  krokach  zatrzymała  się  gwałtownie,  a  pies, 

uszczęśliwiony, przypadł jej do nóg. W nagrodę otrzymał solidną porcję pieszczot. 

– No, widzisz, jakie to proste? Teraz spróbuj ty – 

powiedziała z uśmiechem. 

Eric przejął linkę i poczekał, aż Dodger odejdzie. To jest proste, utwierdzał się 

background image

w myśli. 

Niestety, z wrażenia zapomniał zawołać. Przy drugim podejściu zapomniał, że 

trzeba odbiec. Za trzecim razem szczeniak zaplątał się beznadziejnie w smycz, a za 

czwartym i ostatnim Eric, uciekając na taras, potknął się o schodek. Był wściekły na 

siebie. Pod uważnym okiem Kelly zachowywał się jak ostatni fajtłapa. 

– 

Chyba miałaś rację – wykrztusił wstając. – Jeszcze nie dojrzeliśmy do tego 

ćwiczenia. 

– 

Nonsens, po prostu nie miałeś szczęścia. 

– 

Tylko tyle? Wydaje mi się raczej, że przeżywam kryzys z powodu męskiego 

klimakterium – 

skrzywił się. 

– 

Czyżby? Nie powiedziałabym, że masz już czterdziestkę na karku. 

– 

Masz tyle lat, na ile się czujesz – stwierdził sentencjonalnie. 

– 

Tresura psów również zależy od nastawienia. Jeśli wmówisz sobie, że nie 

potrafisz, nic nie wskórasz. Proste, nie? 

Miło było się z nią droczyć. Była inteligentna i bardzo bezpośrednia. Czuł, że 

ta kobieta będzie dla niego wyzwaniem. 

– 

Wiesz,  mam  pomysł  –  zaproponowała  nagle.  –  Może  przerobimy  to 

wspólnie? 

– Wspólnie? 
– Tak, zobacz. 

Stanęła przy nim i objęła dłonią przegub ręki trzymającej smycz. 
– 

Kiedy policzę do trzech, robimy całe ćwiczenia razem, dobrze? 

–  Dobrze  – 

przytaknął  z  entuzjazmem,  widząc,  że  otwierają  się  przed  nim 

nowe, zachwycające perspektywy. Pal licho psi trening, pomyślał i otoczył Kelly 

ramieniem, przygarniając ją do siebie. Z zachwytem wyczuł miękkie linie jej ciała i 

świeży zapach włosów. Och, ta samotność w lasach naprawdę dała mu się... 

– Raz... 

Kelly  zaczęła  odliczanie.  To  przywróciło  go  rzeczywistości.  Sprężył  się  w 

pełnym napięcia oczekiwaniu. 

On to robi celowo, pomyślała. Nie ma innego wytłumaczenia. Mężczyzna o 

takim wyglądzie nie może być fajtłapą, który tuli się do niej, szukając oparcia. 

– Dwa... 

Dziwne, wyraźnie czuje się, jak bardzo jest napięty. Dlaczego? Przecież to 

zupełnie proste ćwiczenie. Fakt, spotykała nieraz przesadnie nerwowych klientów, 
ale... 

– Trzy! 
– Dodger, do nogi! – 

zawołały dwa głosy. Kelly wystartowała jak sprinterka. 

Eric spóźnił się o ułamki sekund. Na sympatycznym pysku Dodgera odmalowało się 

background image

zdumienie.  Pies  zamarł  na  moment,  nie  rozumiejąc,  co  robią  ci  dziwni ludzie. 

Tymczasem linka napięła się i pociągnęła go gwałtownie. Rzucił się skokiem do 

przodu i popędził ku nim. Jeszcze jeden skok i już udało mu się dopaść pana. 

Eric zachwiał się, kiedy zwaliste ciało Dodgera uderzyło go z impetem w pierś 

i nie zdoławszy zachować równowagi upadł, pociągając za sobą Kelly. 

Przetoczyli się po trawie. Kelly szarpnęła się, czując ból w kostce, ale ciało 

mężczyzny przygniatało ją do ziemi. 

Eric,  choć  oszołomiony  upadkiem,  martwił  się  tylko  o  swoją  towarzyszkę. 

Odepchnął Dodgera, który miłośnie przejechał mu jęzorem po twarzy, i przekręcił 

się na bok. Z ulgą stwierdził, że dziewczyna patrzy na niego jak zwykle trzeźwo i 

uważnie. 

Spojrzeli sobie w oczy i zaczęli się śmiać, zrazu nieśmiało, a potem coraz 

głośniej. 

– No, dobrze – 

zachichotała Kelly. – Wracamy do „abc” tresury. 

Dokładnie  w  tym  samym  momencie  Eric  uświadomił  sobie,  jak  bardzo 

pragnie ją pocałować. Ta myśl musiała błąkać się na peryferiach jego świadomości 

na długo przedtem, nim ten zabawny wypadek zmienił ją w naglący impuls. Mimo to 

bał się mu ulec. 

– 

Nic  ci  się  nie  stało?  –  zapytał  z  troską,  jednocześnie  odsuwając  się  na 

bezpieczną odległość. 

– 

W dziewięćdziesięciu pięciu procentach – nic. 

– 

A co z pozostałymi pięcioma? Kelly usiadła, rozcierając bolącą kostkę. 

–  N

ie  wiem.  Na  razie  trudno  ocenić  –  stwierdziła.  Dziwne,  myślała 

gorączkowo. Przez jedną krótką chwilę oczekiwała pocałunku, gdyż jego usta były 

tak blisko, zbyt blisko. Kiedy jednak skwapliwie odsunął się na bok, zwątpiła w 
swoje odczucia i natychmiast uzna

ła, że cierpi na przerost wyobraźni. 

– 

Czy pozwolisz, że obejrzę twoją nogę? 

– Nie, nie trzeba – 

powiedziała szybko, usiłując wstać. 

– 

Może jest zwichnięta... 

– 

A może to nawet złamanie spiralne – zakpiła i w tej samej chwili poczuła 

wyrzuty sumienia. Prze

cież  ten  człowiek  szczerze  się  o  nią  martwił  i  nie  było 

powodu, by robić mu przykrość. Z drugiej strony chciała sama odpowiadać za swoje 
poczynania. 

– 

Daj  spokój,  nic  się  nie  stało  –  stwierdziła  bohatersko,  kuśtykając  ku 

domowi. – Na pewno zaraz mi przejdz

ie. Zadzwonię do ciebie w sprawie terminu 

następnej lekcji. 

– 

Dobrze,  ale  gdybym  nie  upadł  i  nie  pociągnął  cię  za  sobą,  nie 

przewróciłabyś się i... 

background image

– 

Nie  jesteś  temu  winien,  to  był  mój  pomysł.  Najważniejsze,  że  Dodger 

nauczył się czegoś. 

– 

Kelly, muszę ci to wynagrodzić. Zapraszam cię na kolację. 

– To niepotrzebny wydatek! 
– 

Może być tania kolacja. Co byś powiedziała na pizzę i wino? 

Patrzył z takim wyczekiwaniem, że nie miała serca odmówić. 
– 

Dobrze. Ale ja przyniosę wino. 

– 

Odpowiada ci piątek wieczorem? 

 

W  ciągu  wypełnionego  obowiązkami  tygodnia  Kelly  niemal  zapomniała  o 

Ericu i Dodgerze. Dopiero w piątek po południu, kiedy szykowała się na spotkanie, 

zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie się na nie zgodziła. 

W  Woodbury  prowadziła  pracowity,  lecz  uregulowany  tryb  życia.  Lubiła 

swoją samotność i niezależność. Sama ustalała prawa, którymi rządziło się jej życie. 

Mężczyźni, z jakimi miała do czynienia, szybko to wyczuwali. 

Tutaj sprawa wyglądała prosto – została zaproszona i przyjęła zaproszenie. 

Al

e tylko z pozoru. Kelly miała dziwne przeczucie, że znajomość z tym mężczyzną 

rozwinie się inaczej niż zwykle. 

Niecierpliwie  otworzyła  drzwi  garderoby.  Ulubione,  tak  dobrze  jej  znane 

ubrania  wisiały  równym  rzędem.  Wyjęła  sukienkę  koloru  khaki,  ale  po  namyśle 

odwiesiła ją z powrotem. Ten sam los spotkał sukienkę dżinsową. Niestety, nie miała 

w szafie niczego, w czym wyglądałaby szykownie. Cóż, praca treserki wymagała 

prostych i wygodnych ubrań. Poza tym już od dawna nie spotkała nikogo, dla kogo 

warto było się stroić. 

Może właśnie dla Erica? Przy nim zaczęła sobie uświadamiać, jak nudna jest 

rutyna jej codziennego życia. Po trzydziestych urodzinach przestała już liczyć na 

cudowną odmianę losu i pogodziła się z szarą rzeczywistością. Najwyższy czas, by 
wreszci

e  coś  zmienić.  Kolacja  z  Erikiem  Devane’em  wydawała  się  dobrym 

początkiem. 

Wreszcie zdecydowała się na czarne płócienne spodnie i kremowy, miękki 

sweterek. Rozczesała włosy, gęstą falą spadające jej na ramiona i uznała, że już jest 

gotowa. Zwierzęta były nakarmione. Włączyła radio, by nie czuły się osamotnione. 

Była pewna, że Maks, który zasłynął w okolicy popisowym wykonaniem „Strangers 

in the Night”, powiększy swój bogaty repertuar o kolejne melodie. 

Kiedy  podjechała  pod  dom  Erica,  zastała  drzwi  otwarte.  Zapukała  we 

framugę,  a  potem  zajrzała  do  przedpokoju.  Nigdzie  go  nie  było.  Zaczęła  się  już 

obawiać,  że  coś  się  stało  albo  też  pomyliła  dzień  i  godzinę,  kiedy  wreszcie 

zobaczyła, że Eric daje jej znaki z głębi holu. 

background image

Zorientowała  się,  że  rozmawia  w  salonie  przez  telefon.  Słyszała,  jak 

powiedział coś gniewnie, a potem z trzaskiem odłożył słuchawkę. Kiedy wyszedł do 

niej, sprawiał wrażenie zdenerwowanego. 

– 

Czy coś się stało? – zapytała z niepokojem. 

– 

Nie, nic ważnego – zapewnił, ogarniając ją zachwyconym spojrzeniem. – 

Ślicznie wyglądasz – powiedział cicho. I nie był to pusty komplement, jakich tysiące 

prawił różnym kobietom. Kelly wyglądała naprawdę ślicznie. – Bardzo się cieszę, że 

przyszłaś – dodał. 

Kelly  poczuła  dreszcz  radosnego  podniecenia,  którego  nie  doznawała  od 

bardzo dawna. 

– 

Ja też dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że wino będzie odpowiednie 

do pizzy – 

powiedziała, wręczając mu butelkę kalifornijskiego burgunda. 

Eric wziął wino i poprowadził ją do kuchni. 
– 

Poczekaj chwilę, bo muszę jeszcze skończyć sałatkę. Pizza będzie gotowa 

za moment – 

powiedział. Kiedy na chwilę otworzył piekarnik, Kelly westchnęła z 

zachwytu. Leżała tam najwspanialsza pizza, jaką widziała – pachnąca, oblana sosem 

pomidorowym i stopioną mozzarellą, z niezliczonymi dodatkami i przyprawami. 

– 

Poddaję  się  –  powiedziała.  –  Myślałam,  że  znam  wszystkie  pizzerie  w 

okolicy, ale nikt nie serwuje takiego arcydzieła. Zdradź mi, gdzie ją kupiłeś? 

– 

Zrobiłem sam – przyznał się skromnie. 

– Ty... sam? 
– Ja sam – 

przytaknął, mieszając sos do sałatki. 

– 

Myślisz,  że  skoro  jestem  nowojorczykiem,  to  potrafię  tylko  zamawiać 

jedzenie w knajpie? 

– 

Nie wiedziałam, że jesteś nowojorczykiem. 

– Ano, jestem. I to rodowitym. 

Nowy  Jork...  Choć  miasto  było  odległe  tylko  o  dwie  godziny  jazdy,  nie 

odwiedzała go od lat. 

– 

Czasem ciągnie mnie tam – westchnął. – A ty często bywasz w mieście? 

– 

Nie. Prawdę mówiąc, nie byłam od lat. 

– Ale... 
– 

Ale co? Niektórzy lubią tę całą nowojorską sztuczność i obłudę, a niektórzy 

jej nie cierpią. Ja wolę swoje Woodbury. 

– Sz

tuczność i obłuda? Jeśli tylko tyle wiesz o Manhattanie, to wiele straciłaś. 

– Och, tak, tak – 

powiedziała niecierpliwie. – Te muzea, Broadway, butiki... 

Ale wyobraź sobie, że są w Ameryce ludzie, którzy nie widzieli tych cudów i nieźle 

sobie żyją. 

Eric za

stanawiał się, dlaczego Kelly z taką niechęcią mówi o Nowym Jorku, 

background image

ale uznał, że na razie lepiej będzie zmienić temat. 

– 

Jesteś głodna? – zapytał, a kiedy przytaknęła, wręczył jej miskę z sałatką. – 

Postaw ją w jadalni i zaczekaj na mnie. Zaraz będę gotowy. 

Kiedy  wniósł  okazałą,  parującą  pizzę,  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy 

odpowiednio duża porcja wyląduje na jej talerzu. 

– 

Twoje  dzieło  wygląda bosko –  stwierdziła.  –  I smakuje bosko – dodała, 

spróbowawszy pierwszego kęsa. 

Przez  następne  dziesięć  minut  jedli  w milczeniu, w niemal ekspresowym 

tempie. Wreszcie Eric odchylił się na oparcie krzesła i pociągnął długi łyk wina. 

– 

Cóż, może teraz powiesz mi coś o sobie? – zagadnął, widząc, że również 

odsunęła talerz. 

Kelly ujęła w palce smukłą nóżkę kieliszka. Promienie zachodzącego słońca 

zalśniły w rubinowym płynie. 

– 

Co chciałbyś wiedzieć? – zapytała po długiej chwili. Wyczuł, żenię bardzo 

ma ochotę mówić o sobie. 

– Zacznijmy od prostego pytania – 

jak stałaś się treserką psów? 

– 

Kocham zwierzęta – odpowiedziała szybko. – Poza tym miałam niewielki 

wybór. 

– A od jak dawna to robisz? 
– 

Już  dziesięć  lat.  Zaczęłam,  kiedy  miałam  dwadzieścia.  Musiałam 

zrezygnować  ze  studiów  z  powodów  finansowych.  Właśnie  szukano  asystenta 

weterynarza, więc się zgłosiłam. 

– 

Gdzie studiowałaś? 

– W Princeton. 
– 

Ho, ho, musiałaś być zdolna! 

– Nadal jestem. – 

Spokojnie popatrzyła mu w oczy. Ciekawość Erica rosła. 

– 

Nie mogłaś skorzystać z jakichś form pomocy – chociażby stypendiów? 

– 

Moje problemy zaczęły się nagle, w środku roku, kiedy już wszystko zostało 

rozdane  i  przydzielone.  Być  może  mogłabym  wrócić  później,  za  rok,  ale...  – 

Zamilkła, w zamyśleniu obracając w palcach kieliszek. 

– 

Ale nie wróciłaś. 

– Nie. 
– Co na to twoi rodzice? 
– Rodzice? – 

Drgnęła gwałtownie. 

Eric zorientował się, że trafił w czuły punkt. 
– 

Mój  stary  chyba  by  mnie  zabił,  gdybym  zrezygnował  ze  studiów  – 

stwierdził. 

– 

Myślę,  że...  mama  rozumiała,  dlaczego  to  zrobiłam.  W  każdym  razie 

background image

niewiele mówiła o tej sprawie. Ale ojciec był ogromnie rozczarowany. Należy do 
osób, któ

re stawiają poprzeczkę bardzo wysoko i mają wygórowane oczekiwania 

wobec innych. 

Tak, pomyślała, ojciec był wściekły. Zarzucał jej, że marnuje swoje życie i 

talent. Choć wiedziała, że pewne słowa wypowiedział w złości, ciągle nie mogła mu 

wybaczyć. I kto wie? Może podświadomie odpłaciła mu w taki właśnie sposób. Bo 

on również ją rozczarował. Rozczarował bardzo boleśnie... 

– 

Kelly, co się stało? 

Troskliwy głos przywrócił ją rzeczywistości. 
– 

Nic, naprawdę nic – zapewniła. – Ale odpowiedziałam już na wiele pytań i 

sądzę, że teraz kolej na ciebie. 

– Dobra, strzelaj. 
– 

Czym się zajmowałeś w Nowym Jorku i dlaczego już tego nie robisz? 

– 

Kto ci powiedział, że nie? 

Kelly zastanowiła się chwilę i pokręciła głową. 
– 

Nie sprawiasz wrażenia kogoś, kto dojeżdża do pracy. A skoro tak, musiałeś 

mieć powody, by przenieść się do Woodbury, prawda? 

Eric postanowił podroczyć się z nią jeszcze trochę. 
– 

Zaraz ci wyjaśnię, tylko sprzątnę ze stołu i zmyję naczynia – powiedział. 

Nie czekała długo. Uwinął się niespodziewanie szybko i wkrótce już siedzieli 

na wygodnej kanapie w salonie, przed płonącym kominkiem. 

– 

No, dobrze, na czym to stanęliśmy? 

– 

Miałeś mi powiedzieć, dlaczego się tu przeniosłeś. 

– A, tak... 
– 

Może to tajemnica? 

– 

Nie skąd. Ja... po prostu piszę książkę. Kelly zesztywniała. 

– 

Książkę? O czym? 

Dziwne,  pomyślał,  obserwując  jej  twarz.  Przez  moment  wydawała  się 

prawie... przerażona. Ale dlaczego? Nie, musiał się pomylić. 

– 

Chętnie  ci  powiem,  ale  jeśli  pytasz  tylko  z  uprzejmości, to lepiej 

porozmawiajmy o pogodzie. Takie już jest męskie ego, że wymaga uwagi – zaśmiał 

się. 

Lekki  ton  jego  głosu  uspokoił  Kelly.  Zareagowała  zbyt  emocjonalnie. 

Niestety, nawet po tylu latach okazała się nieodporna na dawne zmory. 

– Szczerze, bardzo c

hciałabym wiedzieć – powiedziała, patrząc mu prosto w 

oczy. 

– 

Słyszałaś o napadzie na furgonetkę opancerzoną Locktighta? 

– 

Trochę. To było chyba trzy lata temu i, jeśli dobrze pamiętam, śledztwo 

background image

niczego nie wykazało. 

– 

Wykazało, choć nigdy nie znaleziono złota. 

– 

Rzeczywiście. I było czterech członków gangu. Zrobił się straszny szum, 

kiedy ich złapano. 

– 

Było ich pięciu – sprostował z błyskiem w oku. 

– Jak to? 
– 

Piątego, który został wciągnięty w tę sprawę, lecz trzymał się z boku, nigdy 

nie wykryto. Teraz 

chce mi o wszystkim opowiedzieć. 

– 

Dlaczego chce ci opowiedzieć? – Kelly podejrzliwie zmarszczyła brwi. – 

Jaki ma w tym cel? 

Dziwnie ostry ton, którym zadała to pytanie, nie uszedł uwagi Erica. Czemu 

momentami tak się najeżała? 

– 

Larry’emu chodzi o pieniądze. Dostał zaliczkę, ale należy mu się jeszcze 

pokaźny udział. Tymczasem, jak wspomniałem, złoto nie zostało znalezione. On ma 

pewne podejrzenia, ale nie umie połączyć ich w całość. Teraz jest już pewien, że 

kumple od początku nie mieli zamiaru się z nim dzielić. Najchętniej odpłaciłby im 

tym samym, gdyby tylko odnalazł łup. 

– 

Sądzę, że policja miałaby tutaj również coś do powiedzenia. 

– Policja? – 

zdziwił się, a potem zaśmiał. – Ach, rozumiem, o co ci chodzi. 

Nie martw się, nie zamierzamy z Larrym przywłaszczyć sobie skarbu. Towarzystwo 

ubezpieczeniowe wypłaciło wtedy odszkodowanie i teraz złoto należy do niego. Za 

odzyskanie go wyznaczyli bardzo wysoką nagrodę. Widzisz więc, że jeśli wszystko 

się uda, sprawa będzie zupełnie legalna. Ja wydam książkę, Larry dostanie pieniądze 

z nagrody, towarzystwo przejmie złoto i wszyscy będą zadowoleni. 

Mówił  z  entuzjazmem  i  przekonaniem,  które  udzieliły  się  Kelly.  Musiała 

przyznać, że cała historia jest pasjonująca. 

Słońce  zaszło  i  na  dworze  zgęstniały  cienie.  W  intymnym  mroku salonu, 

rozświetlanym  blaskiem  ognia,  ten  mężczyzna  stawał  się  niebezpiecznie 

pociągający. Przejął ją dreszcz podniecenia, którego nie doznawała od tak dawna... 

– 

Myślę – powiedziała powoli – że to wspaniała sprawa. 

Ciepły,  wibrujący  ton  jej  głosu  działał  na  Erica  jak  magnes.  Przysunął  się 

bliżej i położył ramię na oparciu kanapy, tuż za plecami Kelly. 

– 

Cieszę  się,  że  akceptujesz  mój  pomysł.  Ta  historia  jest  szansą,  o  której 

marzyłem od dawna. Praca reportera jest interesująca, ale... 

Mówił  coraz  ciszej.  Kelly,  zaniepokojona,  usiadła  prosto  i  sięgnęła  po 

kieliszek. 

– 

Nie wiedziałam, że byłeś reporterem – powiedziała równie cicho. 

– 

A tak, byłem – zająknął się, zaskoczony nagłą zmianą jej nastroju. Brązowe 

background image

oczy patrzyły zimno, obojętnie. – Teraz mam urlop na pisanie książki. 

– W jakiej gazecie pracujesz? 
– W „New York Timesie”. 
– 

Nieźle. 

– 

Kelly, co się stało? – nie wytrzymał. – Nie rozumiem dlaczego nagle.... 

– 

Nic  się  nie  stało  –  powiedziała,  podnosząc  się  nieco  chwiejnie.  Kostka, 

nadwerężona przy wspólnym upadku, boleśnie dała znać o sobie. – Przepraszam, że 

jestem tak marnym kompanem, ale poczułam się już trochę zmęczona. 

– 

Mogę ci w czymś pomóc? – zapytał, wstając również i podając jej ramię. 

– 

Nie, nie trzeba. Po prostu pojadę do domu i położę się spać. Miałam ciężki 

tydzień. 

– 

Dobrze, w takim razie odprowadzę cię do samochodu. 

Niechętnie  przyjęła  pomocne  ramię.  Ten  człowiek  był  dziennikarzem, 

żyjącym  z  rozgrzebywania  cudzych  sekretów  i  rozgłaszania  ich  światu.  I  nie 

wiedziałaby nawet o tym, gdyby nie przypadkowy zwrot w rozmowie. Sposób, w 

jaki zarabiał pieniądze, bynajmniej nie był jej obojętny. 

– 

Kiedy się znów zobaczymy? – Pochylił się do okienka, gdy usadowiła się za 

kierownicą. 

Kelly  zawahała  się.  Wiązała  z  tym  spotkaniem  wielkie  nadzieje, a teraz 

wszystko zostało zrujnowane. Co gorsza, z jej własnej winy. Niczego już nie mogła 

zmienić, niczego... 

– 

W poniedziałek – powiedziała sucho. – Jeśli nie zmienisz terminu lekcji. 

Boże, lekcja z Dodgerem, przypomniał sobie nagle Eric. 
– Dobrze

, czekam w poniedziałek. 

Długo jeszcze stał przed domem, patrząc w perspektywę pustej ulicy. 

background image

Rozdział 4 

 

Kelly nie pracowała w soboty. Specjalnie tak ułożyła sobie zajęcia, by mieć 

czas dla siebie i swoich zwierząt. Doskonaliła tresurę trzech własnych dobermanów 

lub  przerabiała  z  nimi  ćwiczenia  utrwalające  ich  umiejętności.  Tym  razem 

wyjątkowo nie zaplanowała sobie nic do roboty. Obudziła się rano i leżała w łóżku, 

napawając się miłym poczuciem, że ma przed sobą cudowny, wolny dzień. 

Cudowny?  A  może  raczej  pusty,  pomyślała  nagle,  idąc  pod  prysznic. 

Wszystko z winy Erica Devane’a, który wywołał zamęt w jej duszy. 

Przymknęła oczy i podstawiła twarz pod strumienie ciepłej wody, pozwalając 

myślom  bujać  swobodnie.  Wyobrażała  sobie,  że  siedzą  tak  jak  wczoraj  przed 

płonącym kominkiem. Mężczyzna delikatnie wyjmuje jej z ręki kieliszek, odstawia 

go na stół, bierze ją w ramiona i... 

Dosyć!  Prychnęła  gniewnie  i  sięgnęła  po  szampon.  Z  jakiej  racji  miałaby 

sobie wyobrażać pocałunki Erica Devane’a? Tylko dlatego, że jego wargi były tak 

zmysłowe, iż nie mogła o nich zapomnieć? Dlatego, że polubiła jego towarzystwo i z 

zainteresowaniem słuchała, co ma do powiedzenia? 

Z  westchnieniem  uświadomiła  sobie,  że  od  bardzo  dawna  nie  marzyła  o 

żadnym mężczyźnie. Mało tego, nie myślała też o sobie jako o kobiecie, której ktoś 

mógłby  pożądać.  Przyczyny,  dla  których tak się  stało, nagle  okazały  się dziwnie 

nieważne. Eric obudził w niej uśpione pragnienia i musiała się jakoś z tym uporać. 

W końcu jest tylko klientem, który mi płaci, pomyślała trzeźwo, sięgając po 

ręcznik.  Nie  zwykła  mieszać  spraw  zawodowych  z  osobistymi  i  nadal  powinna 

przestrzegać tej zasady. 

Zadzwonił telefon. Boso pobiegła do holu, uspokajając po drodze łaszące się 

radośnie psy. 

Kiedy  po  chwili  odłożyła  słuchawkę,  umówiwszy  się  z  klientką  na 

popołudnie, czuła się wyraźnie rozczarowana, że nie zadzwonił Eric. 

Pracuj,  Kelly,  mruknęła  do  siebie,  ścierając  kałuże  wody  z  podłogi.  Praca 

zawsze pomagała. Wydawało się, że Olive Watson i Percival, zwariowany owczarek 
angielski, ok

ażą się znakomitym remedium na stan jej ducha. 

 
– 

Cholera, czy nie ma łatwiejszych sposobów zarabiania? – mruknęła Kelly 

przez zęby. 

Kiedy  inni  lenili  się  w  słoneczne  popołudnie,  ona  tkwiła  na  drzewie  kilka 

metrów  nad  ziemią,  wyciągnięta  na  gałęzi,  która  gięła  się  pod  jej  ciężarem. 

Ostrożnie, drapiąc się o korę, przeczołgała się jeszcze odrobinę do przodu, by skryć 

się w gęstwie liści. Potem, trzymając się kurczowo jedną ręką, drugą wyciągnęła z 

background image

kieszeni pistolet na wodę. 

Wreszcie uznała, że jest gotowa, i pomachała w stronę domu. Stojąca w oknie 

starsza pani dostrzegła ją i skinęła głową. W chwilę później otworzyły się drzwi i na 

trawnik w podskokach wybiegł Percival. Wyglądał jak wielka dziecinna zabawka z 

szarobiałego  futra.  Długa,  wypielęgnowana  sierść  unosiła  się  i  falowała  przy 

każdym ruchu. Pies hasał, poszczekując, ale zziajał się szybko i odszedł w cień, by 

się położyć. Kelly przewidywała ponuro, że zanosi się na długie czekanie. 

Los jej jednak sprzyjał. Żywy owczarek znudził się bezczynnością i popatrzył 

na klon, na którym się zaczaiła. Pokusa była wielka. Percival zaczął się podnosić, 

zerkając w stronę domu. Jednak Olive Watson zgodnie z instrukcją udawała, że jej 
nie ma. 

Pies otrząsnął się i powoli ruszył ku drzewu, dla niepoznaki obwąchując po 

drodze trawki. Kelly czujnie położyła palec na spuście. 

No chodź, chodź, kochany, zachęcała go w myśli. 

Percival zatrzymał się kilka metrów przed drzewem. Przez chwilę uważnie 

lustrował  pień,  wybierając  odpowiednie  miejsce,  a  potem  nagle,  z  gardłowym 

pomrukiem, skoczył do przodu i nabierając rozpędu, odbił się od ziemi. Wylądował 

w połowie pnia i zaczął błyskawicznie wdzierać się do góry, orząc pazurami korę. 

Nieprawdopodobne,  ale  piął  się  z  niemal  kocią  zręcznością.  Teraz  dopiero  Kelly 

uwierzyła Olive. Była tak zafascynowana wyczynem owczarka, że przez moment 

zapomniała o swoim zadaniu. 

Teraz wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie. 
–  Percival, nie wolno! – 

krzyknęła  i  wycelowawszy  mu  między  oczy, 

nacisnęła spust. – Nie! Niedobry pies! 

Percival zamarł zdumiony i straciwszy chwyt, zaczął się zsuwać. Teraz Kelly 

wycelowała mu w nos i strzelała, dopóki nie skończył się zapas wody. 

Kiedy tylko psi wyczynowiec znalazł się na ziemi, podwinął ogon i zwiał jak 

niepyszny,  nawet  nie  oglądając  się  za  siebie.  Widok  był  tak  komiczny,  że  Kelly 

zaczęła chichotać. Był to ogromny błąd. 

Pistolet wypadł jej z ręki i uderzył o ziemię, a gałąź zaczęła niebezpiecznie 

trzeszczeć. Usiłowała zahaczyć się mocniej nogami, ale były zbyt odrętwiałe i zwisła 

na rękach. W ostatniej chwili desperackim zrywem zdołała zaczepić stopę o sąsiedni 

konar, lecz nie udało się jej wrócić do poprzedniej pozycji, umożliwiającej zejście. 

Teraz pozostał tylko skok, na który nie miała ochoty. Nadwerężona kostka nadal 

dokuczała. 

– 

Co się stało, kochana? – dobiegł z dołu zatroskany głos starszej pani. – Czy 

te wyczyny to część planu? 

– 

Niezupełnie, Olive – uśmiechnęła się Kelly, robiąc dobrą minę do złej gry. 

background image

Czuła się jak długoręki gibon, którego widziała ostatnio na filmie przyrodniczym. 

– 

Może pożyczę drabinę od sąsiada? 

– 

Obawiam się, że nie ma na to czasu. Może raczej przynieś poduszkę. Nie, to 

też  nie  pomoże.  Po  prostu  skoczę  –  zdecydowała  bohatersko  Kelly,  opuszczając 

nogę i zawisając na rękach. Do ziemi nie było już tak daleko... 

–  Czy nie ma tam 

na  dole  czegoś,  na  czym  nie  powinnam  wylądować?  – 

zapytała jeszcze. 

– Nie, tylko ja, kochanie. 
– 

Może lepiej się odsuń, Olive. Uwaga, skaczę! 

Z  wolna  rozwarła  zaciśnięte  palce  i  po  krótkim  locie  ciężko  uderzyła  w 

ziemię. Jak było do przewidzenia, noga podwinęła się złośliwie i przeszył ją ostry 
ból w kostce. 

– 

Brawo, nie było tak źle – ucieszyła się pani Watson. 

– 

Nie  powiedziałabym  tego  –  syknęła  Kelly,  masując  nogę  i  oddychając 

głęboko, by zminimalizować ból. 

– 

Jeśli chcesz, obejrzę twoją kostkę – zaproponowała Olive. – Znam się trochę 

na tym. Zanim odeszłam na emeryturę, pracowałam jako pielęgniarka. 

– W szpitalu? 
– 

Nie, w szkole podstawowej. Nie masz pojęcia, ile razy te urwisy spadały z 

drzewa.... 

Kelly wstała i chichocząc pokuśtykała w stronę domu. Stanowczo za dużo 

zaczęło się dziać w jej życiu od czasu pojawienia się Erica Devane’a! 

 

Eric poświęcił całą sobotę na porządkowanie notatek, a w niedzielę napisał 

wreszcie ostateczną wersję pierwszych trzech rozdziałów. Zakończył pracę późno w 
nocy, obiecuj

ąc  sobie,  że  odeśpi.  Tymczasem  nazajutrz  rano  Dodger  wpadł  do 

sypialni z oślinioną piłką w pysku. 

–  O, nie, stary, nie ma mowy – 

burknął  Eric  i  naciągnął  kołdrę na  głowę, 

usiłując  dośnić  piękny  sen  o  smukłej  kobiecie  o  miodowych  włosach.  Właśnie 

wyciągnęła do niego rękę i... 

Mokra piłka wylądowała z plaśnięciem na poduszce tuż przy jego twarzy. 
– Alfa – 

wymamrotał Eric. – Psy respektują alfę. Dodger? 

Szczeniak patrzył na niego wyczekująco, przekrzywiając łeb. 
– 

Idź stąd! 

Krótki ogonek zareagował radosnym merdaniem na dźwięk głosu pana. 
– 

Draniu,  dlaczego  mnie  nie  słuchasz?  –  jęknął  Eric.  Odpowiedziało  mu 

basowe szczeknięcie. 

– Dobra, tym razem twoje na wierzchu – 

powiedział, siadając i zerkając na 

background image

zegarek. Za trzy godziny miała przyjechać Kelly. Uśmiechnął się, przypominając 

sobie  finał  poniedziałkowej  lekcji,  ale po  chwili pomyślał  o  piątku i spoważniał. 

Piękny sen nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Tamtego wieczoru sprawiała 

wrażenie, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od niego. A przecież nawet jej nie 

dotknął, choć bardzo tego pragnął. 

Musiał  przyznać,  że  zupełnie  inaczej  wyobrażał  sobie  zakończenie  tego 

wieczoru. Dlaczego odeszła tak nagle, jakby przed czymś uciekała? Nie ukrywał, że 

bardzo mu się podoba. Możliwe, że uznała to za zagrożenie. Ale w takim razie nie 

powinna była w ogóle przyjmować jego zaproszenia. 

Nagła  zmiana  w  jej  zachowaniu  nastąpiła,  gdy  opowiadał  o  swojej  pracy. 

Dlaczego?  Pytania  bez  odpowiedzi  się  mnożyły.  Eric  obiecał  sobie,  że  zrobi 

wszystko,  by  to  wyjaśnić.  Z  tym  postanowieniem  wstał  i  poszedł  pod  prysznic. 

Dodger wiernie deptał mu po piętach. 

 

Kiedy  tylko  Kelly  zatrzymała  dżipa  przed  domem  Erica,  pies  i  jego  pan 

wybiegli na werandę, by ją powitać. 

– 

Dzień  dobry.  Piękna  pogoda,  prawda?  –  powiedział  radośnie  Eric, 

podchodząc  do  wozu.  Kelly  zerknęła  na  niego  i  z  wrażenia  omal  nie  wypuściła 

kluczyków.  W  czarnej  bawełnianej  koszulce  i  dżinsach,  podkreślających 

wysportowaną sylwetkę, wyglądał po prostu porażająco. Po raz kolejny przekonała 

się, jak bardzo jest wrażliwa na jego męski urok. 

Nadrabiając  miną,  gniewnie  zmarszczyła  brwi  i  wysiadła,  trzaskając 

drzwiczkami. W tym samym momencie Dodger zaszczekał i Eric odwrócił się ku 

niemu. Widok, jaki ukazał się oczom Kelly, znów wywołał w niej dreszcz. 

Siedzenie spranych 

do  białości  spodni  było  tak  wytarte,  że  pękło  poniżej 

kieszeni, ukazując skrawek opalonej skóry, wyzierający stamtąd przy każdym ruchu. 

Efekt był wstrząsający. 

– 

Coś nie w porządku? – zapytał Eric, widząc jej minę. 

– 

Nie... tylko po prostu... zobaczyłam coś – wyjąkała. 

– 

Zauważyłem. 

Zdradziecki rumieniec wypłynął na jej policzki. Boże, czemu się tak peszy? 

Przecież to jego problem, nie jej. 

– 

Chyba  jednak  nie  zauważyłeś,  że  masz  spodnie  rozerwane  w  bardzo 

nieprzyzwoitym miejscu. 

– 

Och, naprawdę? – Pomacał się z tyłu. – Trudno, są stare. Tak bardzo ci to 

przeszkadza? 

– 

Ależ skąd – zapewniła szybko. Zbyt szybko. – Nieważne, zapomnij o tym, 

co  powiedziałam  –  dodała,  odwracając  wzrok.  Sama  miała  również  nadzieję 

background image

zapomnieć o podniecającym widoku. Niestety, Eric nie dał jej tej szansy. Podszedł 

do wozu i oparł się nonszalancko o dach, blokując jej drogę. 

Teraz muskularna, opięta czarną koszulką pierś była blisko, na poziomie jej 

oczu.  Kelly  poczuła  się  osaczona  bliskością  mężczyzny.  Uniosła  rękę,  jakby 

pragnęła...  właśnie,  odepchnąć  go  od  siebie  czy  przeciwnie,  przyciągnąć  jeszcze 

bliżej? Zmieszana, szybko cofnęła dłoń. 

– 

Też się zastanawiasz, prawda? – powiedział miękko. – Tylko nie zaprzeczaj, 

bo i tak nie uwierzę. 

Jego  spojrzenie  mówiło  więcej  niż  słowa.  Kelly  zaczęła  mieć  wyraźne 

trudności z oddychaniem. Napięta żyła pulsowała na jej szyi. 

– 

Są między nami pewne nie dokończone sprawy – szepnął i pogładziwszy ją 

końcami palców po policzku, uniósł jej podbródek zmuszając, by spojrzała mu w 
oczy. – 

Od piątku ciągle się zastanawiam, jak smakuje pocałunek z tobą. I myślę, że 

ty również. 

– Nie. Ja... 
– Nie? – 

Zniżył usta ku jej wargom. – Nie chcesz pocałunku? Nie myślałaś o 

nim? 

Kelly oblizała wargi, podniecona jego ciepłym oddechem. 

Dotknięcie  jego  warg  było  równie  lekkie  i  ulotne.  Gdyby  był  bardziej 

zachłanny, wyrwałaby się. Ale czy mogła spłoszyć motyla? Czy mogła zaprzeczyć, 

że z drżeniem czekała na tę chwilę? 

Przymknęła oczy i zarzuciła Ericowi ręce na szyję. Jego twarde, silne ciało 

cudownie kontrastowało z delikatnością pocałunku. 

Kiedy  po  raz  drugi  poszukał  jej  ust,  przywitała  go  czułym,  zapraszającym 

dotknięciem języka. Ciało jej płonęło, gdy wdychała świeży, męski zapach. Poczuła, 

jak palce Erica wsuwają się w jej włosy, i odrzuciła głowę do tyłu, przylegając do 

niego, aż napięte sutki wparły się w twardą pierś. 

Przygarnął ją do siebie z gardłowym pomrukiem, pochłaniając pocałunkiem 

chętne, gorące usta. Smukłe, sprężyste ciało drżało pod jego dotknięciem. Słońce 

oświetlało ich ciepłymi promieniami, wzmagając wewnętrzny żar. 

Powoli, bardzo powoli, Eric oderwał się od Kelly. Jeszcze na chwilę ujął jej 

twarz w dłonie, a potem odstąpił do tyłu. 

– 

Teraz  przynajmniej  wiem,  że  powód  był  zupełnie  inny  –  powiedział, 

bezskutecznie usiłując ukryć satysfakcję. 

– Jaki powód? – 

zapytała z roztargnieniem Kelly, jakby budziła się ze snu. 

– 

Powód, dla którego uciekłaś ode mnie w piątek wieczorem. 

– 

Nie uciekłam! – Błogi nastrój prysnął gwałtownie. Chciała się odsunąć, ale 

Eric  nadal  przypierał  ją  do  samochodu.  Oparła  mu  ręce  na  piersi,  pragnąc  go 

background image

odepchnąć, ale uwięził jej dłonie w swoich. 

– 

Nie? A jak byś to nazwała? Wzruszyła ramionami. 

– 

Po prostu źle się poczułam – skłamała, choć wiedziała, że kłamać nie umie. 

– Dziwne, tak nagle? – 

nie dowierzał. 

– Wiesz, jak to jest... 
–  Nie, nie wiem. – 

Był bezlitosny. – Może mi opowiesz, co się właściwie 

stało. 

Kelly spuściła oczy, by nie widzieć kuszących warg. 
– Szkoda czasu – 

powiedziała oschle, zdecydowanym ruchem odsuwając się, 

by odejść. – Przypominam, że czeka nas lekcja posłuszeństwa, która przyda się nie 
tylko twojemu... 

Eric gwałtownie chwycił ją za ramiona, zatrzymując w miejscu. 
– Czy na tym polega twój problem? – 

zapytał z błyskiem w oku. – Chciałabyś, 

żeby mężczyźni byli posłuszni jak twoje psy? 

– 

Oczywiście, że nie! Uśmiechnął się triumfalnie. 

– 

Więc wolimy słodkich brutali, tak? 

– To nie twój interes! – 

fuknęła, kryjąc zdradliwy, gorący dreszcz. 

– 

Kelly, teraz mówię poważnie. Znów ode mnie uciekłaś. Czego się boisz? 

– 

Niczego. W każdym razie nie ciebie. 

Już nie chciała, by jej dotykał. Nie mogła znieść myśli o dłoniach sunących po 

jej ciele. 

– 

Posłuchaj, jestem tutaj, bo tego wymaga moja praca – powiedziała twardo i 

zerknęła na zegarek. – Straciliśmy już dwadzieścia minut. Jeśli tak dalej pójdzie, 
Dodger nigdy... 

– Czy masz dzisiaj jeszcze inne lekcje? 
– Nie. 
– 

Wobec tego, jeśli pozwolisz, przedłużymy zajęcia o dwadzieścia minut – 

zaproponował, nie spuszczając uważnego wzroku z jej twarzy. Dziennikarski zmysł 

mówił mu, że coś jest nie w porządku, ale ciągle nie potrafił sprecyzować co. 

– 

Oczywiście zapłacę ci ekstra – dodał i odwróciwszy się, poszedł po smycz. 

Gwizdnął na psa, który, o dziwo, przybiegł posłusznie, przypiął, go i kazał mu siadać 
przy nodze. 

– 

Jesteśmy gotowi do lekcji – oznajmił. 

Kelly, choć z niechęcią, musiała przyznać, że obaj uczynili znaczne postępy. 

Najwyraźniej  zaczęli  się  doceniać,  co  ułatwiło  porozumienie.  Te  spostrzeżenia 

pozwoliły jej skupić się na pracy. Teraz przynajmniej sytuacja była jasna. 

– 

Nie musisz mi dodatkowo płacić. Często lekcje się przedłużają. Zwłaszcza 

jeśli... – przygryzła wargę, a potem uśmiechnęła się przewrotnie – wszyscy dobrze 

background image

się bawią. 

– 

O, ja się bawię świetnie. I mam wrażenie, że ty również. 

Przez chwilę rozważała różne celne riposty, ale po namyśle zrezygnowała z 

nich

. Przecież musiał wiedzieć, co czuła, kiedy trzymał ją w ramionach. Prowokował 

ją świadomie, polując na odpowiedzi, z których mógłby wysnuć jakieś wnioski. Nie 

zamierzała  mu  tego  ułatwiać.  Powody,  dla  których  zachowywała  się  tak,  a  nie 

inaczej, były jej prywatną sprawą. 

– 

Jak na kogoś, kto żyje z obserwacji i z pisania, powinieneś  mieć więcej 

wyczucia – 

stwierdziła kwaśno. 

– 

Dziwne, bo mój wydawca uważa, że potrafię być bardzo subtelny. 

– 

On cię najwidoczniej przecenia. 

– Ona – 

poprawił z uśmiechem. 

Kelly u

niosła brwi, ale pozostawiła informację bez komentarza. Zamiast tego 

zwróciła się ku Dodgerowi, który, wyraźnie znudzony, wiercił się u stóp Erica. 

– 

Może przejdziemy z nim na łąkę, dobrze? Będzie kojarzył to miejsce z... 

– Kelly? 

Urwała, zaskoczona. 
– Chc

iałbym widywać cię częściej. 

– 

Proszę bardzo, możemy się umówić na drugą lekcję w tygodniu. 

– 

Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Niestety, wiedziała. 

– 

Posłuchaj – powiedziała powoli. – Nie będę ukrywać, że podobasz mi się, 

Ericu Devane. Nie jestem jed

nak kobietą, która idzie z mężczyzną do łóżka tylko 

dlatego, że ją oczarował. Poza tym – dodała z naciskiem – nie mam ochoty na żadne 

zobowiązujące znajomości. 

– 

A niezobowiązujące? – zagadnął, w ostatniej chwili powściągając uśmiech. 

Prowokował ją z całą świadomością, ale nie czuł wyrzutów sumienia. Musi 

się  wreszcie  dowiedzieć,  co  gryzie  śliczną  Kelly  Ransome.  Uniki,  które  robiła, 

jedynie podsycały jego ciekawość. 

– 

Powinny  wystarczyć  nam  lekcje  z  Dodgerem  –  ucięła  chłodno  Kelly.  – 

Może wreszcie zaczniemy? 

background image

Rozdział 5 

 

Eric uznał, że lepiej będzie, jeśli pozwoli Kelly odpocząć od siebie. W końcu 

nie  był  już  młodzikiem  zaliczającym  podboje.  A  skoro  Kelly  nie  była  zdolna 

pogodzić się z faktem, że łaskawy los pcha ich ku sobie, trzeba będzie poczekać, aż 
zmieni zdanie. 

Uzbroiwszy się w cierpliwość, zagłębił się w pisanie. Pierwsze trzy rozdziały 

były gotowe, a dalsze zostały już naszkicowane. W swoim czasie opinia publiczna 

była dokładnie informowana przez prasę i telewizję o samym rabunku oraz ujęciu 
bandytów 

i  ich  procesie,  toteż  Eric  streścił  tylko  pobieżnie  przebieg  wydarzeń. 

Rewelacją jego książki miał być nowy, sensacyjny sposób ich opisania – jako relacja 

anonimowego  uczestnika  przestępstwa.  Ukoronowaniem  całej  historii,  jak  w 

prawdziwej bajce, miało być odzyskanie zaginionego złotego skarbu. 

Eric spędzał całe godziny na rozmowach z Larrym. Nagrywał je i dodatkowo 

robił notatki, nie pomijając żadnych szczegółów, nawet takich, które wydawały się 

nieistotne. Fakty, umiejętnie zestawione i uporządkowane wnikliwą dedukcją, miały 

przynieść rozwiązanie zagadki i sławę autora bestselleru. 

Nie  był  natomiast  specjalnie  przywiązany  do  swojego  bohatera.  Larry,  jak 

wielu ludzi z marginesu, z którymi Eric często miał do czynienia, był niezbyt bystry. 

Z zasady gardził normalną pracą, za to żył marzeniami. Jego jedyną ambicją było 

zdobywanie punktów w rozgrywce z systemem prawa, które starał się za wszelką 

cenę obejść, by zapewnić sobie łatwe życie. Nie zawsze mu się to udawało i jego 

więzienny  rejestr  był  spory,  chociaż  dotyczył  przestępstw  mniejszego  formatu. 

Przeważnie zwalniano go wcześniej za dobre sprawowanie. 

Obecnie mieszkał z siostrą i szwagrem. Przyczaił się, najwyraźniej nie chcąc 

prowokować  losu  i  przyjął  posadę  nocnego  stróża.  Eric  był  zadowolony,  gdyż 

przynajmniej  częściowo  uwalniało  go  to  od  dręczącego  dylematu.  Zawsze 

balansował  na  krawędzi  dziennikarskiej  odpowiedzialności,  świadom,  że 

informacje,  które  zdobył,  powinien  zgłosić  policji,  zanim  wykorzysta  je  jako 

sensację. 

Niemniej,  choć  Larry  nie  zajmował  się  teraz  działalnością  przestępczą, 

problem  pozostał.  Nieujawnienie  świadka  stanowiło  poważne  wykroczenie.  Z 

drugiej strony Eric doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli w najmniejszym stopniu 

zawiedzie zaufanie Larry’ego, człowiek ten zniknie i cała historia nigdy nie będzie 

miała zakończenia. 

Na  razie  układ,  jaki  wytworzył  się  między  nimi,  funkcjonował  sprawnie: 

Larry dostarczał Ericowi informacji, mając nadzieję, że reporter rozwiąże dla niego 

zagadkę zaginionego złota, zaś Eric je gromadził, niewiele dając w zamian. Życie 

background image

nauczyło go, że trzeba grać, trzymając karty przy piersi, a w tej grze, wiedząc, z kim 

ma do czynienia, był szczególnie ostrożny. Ani przez chwilę nie wierzył, że Smith to 
prawdziwe nazwisko Larry’ego. 

Wiedział,  że  jego  poszukiwania  posuwają  się  we  właściwym  kierunku. 

Dowodem  były  kolejne  dwa  telefony  z  pogróżkami.  Głos,  zawsze  ten  sam, 

wywoływał  w  nim  niejasne  skojarzenia.  Na  próżno  jednak  starał  się  sobie 

uświadomić jakie. W każdym razie udało mu się utrzymać szantażystę w dręczącej 

niepewności.  Igrał  z  ogniem,  który  mógł  w  każdej  chwili  wybuchnąć,  ale  o  to 

właśnie mu chodziło. 

W  sobotę  postanowił  pojechać  do  Nowego  Jorku.  Po  sześciu  dniach 

wyczerpującej  pracy  należała  mu  się  chwila  oddechu.  Najpierw  odwiedził  Jess. 

Wieczór  spędzili  wraz  z  kilkoma  przyjaciółmi  w  zadymionej  knajpce,  gdzie  trio 

znakomitych muzyków grało bluesa. 

Kiedy  dojeżdżał  do  Woodbury,  było  już  po  drugiej.  Eric  czuł  się  śpiący  i 

zmęczony. Jess i znajomi nie mogli się nadziwić, że człowiek, dla którego życie 
zaczy

nało się dopiero w nocy, już o dwunastej oświadczył, że musi wracać do domu. 

Najwyraźniej  przestawił  się  już  na  wiejski  tryb  życia  –  wczesne  kładzenie  się  i 

wstawanie o świcie. O dziwo, bardzo mu to odpowiadało. 

Z ulgą wysiadł z samochodu i ziewając rozprostował kości. Jeszcze pięć minut 

na spacerek Dodgera, pięć na rozebranie się i umycie – i wreszcie będzie w łóżku! 

Szybko  podszedł  do  drzwi  i  dopiero  kiedy  wyciągnął  klucze,  uświadomił 

sobie, że coś jest nie w porządku. Stanął, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. W 

domu panowała dziwna cisza, a przecież zawsze witał go Dodger. Już sam odgłos 

silnika wystarczył, by rzucał się ze szczekaniem do drzwi. 

Eric  wszedł  ostrożnie  i  zapalił  światło  w  holu.  Wszystko  wyglądało 

normalnie, ale nadal nie było śladu Dodgera. Jak zwykle skierował się do kuchni, ale 

gdy po drodze zerknął przez otwarte drzwi do salonu, zamarł ze zgrozy. 

Pokój był kompletnie zdewastowany. Stolik do kawy leżał przewrócony, a 

jedna z nóg była złamana. Obicie kanapy zwisało w strzępach, podarte i pocięte. 

Lustro na toaletce było stłuczone, a wyrzucone z regału książki walały się po całej 

podłodze. 

Eric zaklął i pobiegł do innych pomieszczeń. Kuchnia i jadalnia również nie 

zostały oszczędzone. Zawartość szafek i szuflad wyrzucono na podłogę, a na stole 

piętrzył  się  stos  pojemników,  z  których  wysypano  mąkę,  cukier,  makaron  i 

przyprawy. Wychodzące na taras oszklone drzwi były otwarte, a szyba stłuczona. 

Pies nadal nie dawał znaku życia. Eric zaniepokoił się nie na żarty. 
– 

Dodger? Gdzie jesteś? – wołał, na próżno zaglądając do spiżarni i piwnicy. 

Zaczął  nasłuchiwać  i  wreszcie  wydało  mu  się,  że  słyszy  niewyraźne  odgłosy 

background image

dobiegające z góry. Drapanie pazurów o drzwi? A może nieostrożne poruszenie się 

zaczajonego na górze złoczyńcy, który, nie zdążywszy uciec, szykował się do ataku? 

Powoli wycofał się do kuchni, podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer 

policji.  Oznajmiono  mu,  że  patrol  zjawi  się  w  ciągu  minuty  i  nakazano,  żeby 

natychmiast opuścił dom i czekał na ulicy. Rada była dobra, ale nie miał zamiaru się 

do  niej  stosować.  Przebiegł  do  salonu  i  uzbroiwszy  się  w  potężny  pogrzebacz  z 

kominka, chyłkiem ruszył po schodach. Obie sypialnie były ciemne, ale w pokoju, w 

którym urządził sobie gabinet do pracy, paliło się światło. Zakradł się tam ostrożnie. 

Bałagan  na  dole  był  niczym  w  porównaniu  ze  spustoszeniem,  jakiego 

dokonano tutaj. Z blatu biurka zgarnięto wszystkie papiery, a szuflady wyrzucono na 

podłogę.  Wszędzie  piętrzyły  się  w  bezładnych  stosach  teczki,  papiery  i  notatki. 

Ukoronowanie  dzieła  zniszczenia  stanowił  komputer,  zrzucony  ze  stolika  i 

zamieniony  w  kupkę  elektronicznego  gruzu.  Stłuczony  monitor,  zmiażdżona 

klawiatura  i  procesor,  z  którego  sterczały  powyrywane  druty,  były  dla  Erica 

najgorszym widokiem. Przez chwilę stał, bezsilnie zaciskając pięści, ale opanował 

się szybko. Będzie jeszcze czas ocenić straty. 

Szybko sprawdził sypialnie. Były puste. Została już tylko zamknięta łazienka. 

Nagle dobiegł go stamtąd dźwięk, na który tak długo czekał. 

Zaledwie uchylił drzwi, a już ciemne gładkie cielsko wyprysnęło ze środka, 

zbijając go z nóg. Pies i człowiek potoczyli się po podłodze. 

– 

Och, ty mój strażniku – szeptał Eric, na próżno broniąc się przed czułymi 

liźnięciami gorącego jęzora. – Cholernie się cieszę, że cię widzę, wiesz? 

Nagle Dodger nastaw

ił  uszu  i  zaczął  szczekać.  Przed  domem  błyskając 

światłami hamowały z piskiem policyjne wozy. 

 

Natarczywy sygnał wdarł się w senny mózg Kelly. Półprzytomnie sięgnęła po 

budzik i wyłączyła go, ale uparty dźwięk dręczył ją nadal. Otworzyła oczy. Było 

dziesięć po siódmej. 

– Telefon! – 

zaskrzeczał z dołu Maks. 

– Wiem! – 

odkrzyknęła ze złością, gramoląc się z łóżka. Zeszła do holu, pełna 

morderczych zamiarów wobec kogoś, kto śmiał zrobić jej pobudkę w niedzielę rano. 

Podniosła słuchawkę i burknęła coś wrogo. 

– C

ześć, Kelly, tu Eric. Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię, ale chciałem 

cię złapać, zanim wyjdziesz z domu. 

Eric? O co mu chodzi i dokąd miała wyjść? Walcząc z sennością, na próżno 

usiłowała sobie przypomnieć, czy byli umówieni. 

– 

Jesteś tam, Kelly? 

– Uhm, chyba tak – 

mruknęła. 

background image

– To dobrze. – 

W jego głosie brzmiała wyraźna ulga. 

– 

Dokąd miałabym wychodzić? 

– 

Nie wiem, gdziekolwiek. Może byłaś umówiona. 

– 

Skąd, spałam – powiedziała, tłumiąc ziewanie. – Co mogę dla ciebie zrobić? 

Po  długiej  chwili odezwał się tak  niskim,  uwodzicielskim  tonem,  że  Kelly 

miała wrażenie, iż śni erotyczny sen. 

– 

Powiedz mi, jeśli możesz, jak wygląda twoja nocna koszula? 

– Eric! 
– Kelly... 

Jeszcze chwila, a powiedziałaby mu, że ma na sobie bawełnianą wyciągniętą 

koszulkę,  ledwie  zakrywającą  uda,  ale  w  ostatniej  chwili  zwyciężył  zdrowy 

rozsądek. 

– 

Daj spokój, proszę. 

–  Dobrze  – 

westchnął.  –  To  był  tylko  odruch.  Kelly,  również  odruchowo, 

obciągnęła koszulkę. 

– 

Chyba nie dzwoniłeś z tego powodu, prawda? 

– 

Nie... ale dlaczego właściwie dzwoniłem? Zapomniałem... 

– 

To  może  zadzwonisz  jeszcze raz, kiedy  sobie przypomnisz  –  stwierdziła 

sucho, już zniecierpliwiona. 

– 

Nie muszę – powiedział, zmieniwszy nagle ton. – Przepraszam, ale jestem 

nieco wytrącony z równowagi. To się czasem zdarza ludziom, którzy przychodzą do 

domu i widzą, że został doszczętnie splądrowany. 

– Co takiego?! 
– 

Kiedy  wróciłem  o  drugiej  w  nocy,  stwierdziłem,  że  ktoś  się  włamał  i 

przewrócił wszystko do góry nogami. 

– To straszne! A co z Dodgerem? 
– 

Nic mu się nie stało, ale musiał najeść się strachu. Był zamknięty w łazience. 

Kelly,  jakkolwiek  mu  współczuła,  chętnie  zapytałaby  jeszcze,  gdzie 

podziewał się przez pół nocy. 

– 

Dlatego właśnie dzwonię – ciągnął. – Chcę cię wynająć. 

– 

Wynająć?  Mnie?  –  Zamrugała  ze  zdumienia.  Chyba  się  jeszcze  nie 

obudziła... 

– 

Policja  powiedziała,  że  muszę  zorganizować  sobie  system  ochrony, 

zwłaszcza  że  dom  stoi  w  odludnej  okolicy.  Nie  mogę  założyć  elektronicznych 

alarmów  bez  zgody  właścicieli  i  nie  mam  na  to  czasu.  Dlatego  postanowiłem 

zwrócić się do ciebie. 

– Potrzebujesz moich psów – 

domyśliła się. 

– 

Właśnie.  Wspominałaś,  że  masz dwa dobermany,  wytresowane lepiej  od 

background image

Dodgera, który pewnie polizał tego rabusia na powitanie. 

–  Dodger jest tylko szczeniakiem! – 

Kelly  natychmiast  stanęła  w  obronie 

sympatycznego rottweilera. 

– 

Dobrze, ale przecież nie mogę czekać, aż dorośnie. 

– 

Posłuchaj,  wezmę  psy  i  zaraz  do  ciebie  przyjadę.  Wtedy  pogadamy  – 

zaproponowała rzeczowo Kelly. 

– 

Cieszę się, że to mówisz. 

– 

Będę za pół godziny. Aha, Eric? 

– Tak? 
– 

Spałam  w  zwykłej  bawełnianej  koszulce.  Różowej  –  szepnęła i odłożyła 

słuchawkę, nim zdążył odpowiedzieć. 

 

W  pół  godziny  później  dżip  Kelly  zahamował  pod  domem  Erica.  Z  tyłu 

siedziały Teak i Thor, dwa wielkie dobermany o potężnych mięśniach prężących się 

pod lśniącą skórą i morderczych kłach, inteligentne i doskonale wytresowane. Tylko 

ktoś  kompletnie  pozbawiony  instynktu  samozachowawczego  mógłby  je 

zlekceważyć. 

Drzwi frontowe były otwarte zapraszająco. Za chwilę wypadł z nich Dodger, a 

za  nim  wyłonił się  Eric.  Na  jego  widok Kelly,  choć pełna  współczucia,  stała  się 

natychmiast czujna. Koci krok, szare oczy, patrzące spod strzechy jasnych włosów i 

dwudniowy zarost nadawały mu niebezpiecznie seksowny wygląd. 

– 

Widzę, że rzeczywiście potrzebujesz ochrony – powiedziała kpiąco. – Tak 

gościnnie otwarte drzwi zapraszają złodziei. 

– 

Teraz nie ma tu już nic do ukradzenia – powiedział, niedbałym wzruszeniem 

ramion  kryjąc  podekscytowanie,  narastające  od  momentu,  w  którym  usłyszał  o 

różowej koszulce. 

– 

Naprawdę jest aż tak źle? – zagadnęła, wchodząc do holu. Nagle wydał się 

jej mały i ciasny, jakby postać mężczyzny wypełniała całą przestrzeń. 

– 

Tak. Przygotuj się na piękny widok. 

Za chwilę stanęła na progu salonu i zamarła ze zgrozy. Praktycznie jedynie 

ściany były nietknięte. Teraz zrozumiała, czemu Eric tak spokojnie rozmawiał z nią 

przez  telefon.  Nie  było  już  sensu  rozpaczać.  Słowo  „wandalizm”  było  zbyt 

łagodnym określeniem na ten skandaliczny rozbój. 

– 

O Boże – wyszeptała. 

– 

Jeśli uważasz, że to jest straszne, to lepiej zajrzyj na górę. Harowałem tam 

od świtu, mimo to wszystko nadal wygląda jak po przejściu tornado – powiedział, 

stając  przy  niej.  Natychmiast  poczuła  spokój  i  siłę  promieniujące  z  jego  ciała. 

Zadrżała na myśl, że może mu grozić niebezpieczeństwo. – Hej, dobrze się czujesz? 

background image

– Tak – 

zapewniła słabym głosem, ale kolana tak jej drżały, że musiała usiąść 

na schodku. – 

Patrząc  na  nas,  można  by  powiedzieć,  że  to  mnie  spotkało 

nieszczęście, co? – uśmiechnęła się. 

Eric natychmiast ukląkł przy niej i chwycił jej dłonie w swoje. 
– 

Wybacz, nie powinienem przyprowadzać cię tutaj. Nie przypuszczałem, że 

ten widok aż tak... 

Kelly niecierpliwie pokręciła głową. Najbardziej wytrąciło ją z równowagi 

niejasne  przeczucie,  że  celem  tych  przestępczych  działań  był  sam  Eric.  Wolała 
jed

nak nie mówić tego głośno. 

– Czego oni szukali? – 

zapytała. 

– 

Moich notatek, jak sądzę – powiedział, wstając i wsuwając ręce w kieszenie. 

– 

Sądzisz? Tylko tyle? – Spojrzała na niego bystro. – Gdyby ktoś zrobił takie 

szkody w  moim domu, postarałabym się o coś bardziej konkretnego niż niejasne 

sądy. 

Eric zaczął przemierzać hol wielkimi krokami. 
– 

Szukali moich notatek i tego, co już napisałem. Zadowolona? – rzucił. 

– 

Nie, niezupełnie – odparła spokojnie. – Nie wiedziałam, że to, co piszesz, 

jest aż tak kontrowersyjne. 

– Nie jest. – 

Eric zmarszczył brwi, ganiąc się w duchu. Tak przyzwyczaił się 

zatajać przed Jess sprawy, które rozpracowywał, że teraz odruchowo robił to wobec 

Kelly. Ona jednak, w przeciwieństwie do jego siostry, nie dała się zbyć ogólnikami. 
– Nie jest kontrowersyjne przynajmniej dla tego, kto przestrzega prawa – 

dodał. 

– 

Maleńka, ale istotna różnica – zakpiła. Ku jej zdumieniu Eric odpowiedział 

porozumiewawczym  uśmiechem.  Stanowczo  miał  zbyt  dobry  humor  po  tak 

dramatycznych przejściach. 

– I co, zabrali te notatki? – 

drążyła dalej. 

– 

Na szczęście nie. Gorzej natomiast, że namierzyli mnie tutaj. Już wcześniej 

zorientowałem się, że zbierając materiały do książki, zdrowo nadepnąłem komuś na 

odcisk i zmusiłem go do pewnych ruchów. 

– Jakich ruchów? 
– 

Od  ponad  tygodnia  odbierałem  anonimowe  telefony.  Wiesz,  takie,  w 

których ktoś niewyraźnie bełkocze parę pogróżek, a potem odkłada słuchawkę. 

Kelly  przytaknęła,  przypominając  sobie  jego  minę,  kiedy  zastała  go 

rozmawiającego przez telefon. 

– Jak rozumi

em, nie wziąłeś tych gróźb poważnie? 

– 

Niezupełnie,  ale  przy  takich  sprawach,  jeśli  chcesz  naprawdę  czegoś  się 

dowiedzieć,  musisz  wsadzić  kij  w  mrowisko.  Byłbym  marnym  dziennikarzem, 

gdybym działał ostrożnie i w rękawiczkach. 

background image

Kelly zesztywniała. Jego słowa uderzyły niespodziewanie celnie. 
– 

I nie masz wyrzutów sumienia, że bez skrupułów ingerujesz w czyjeś życie? 

– 

Tego  nie  powiedziałem  –  zaprzeczył  ostrożnie,  wyczuwając,  że  Kelly 

przywiązuje ogromną wagę do jego odpowiedzi. Tak jak poprzednio, gdy zaczęła się 

rozmowa o jego zawodzie, momentalnie stała się czujna. – Zawsze uważam, by nie 

skrzywdzić niewinnych ludzi. Nie akceptuję dziennikarstwa goniącego za sensacją 

za  wszelką  cenę.  Wyrobiłem  sobie  zawodową  reputację  na  rzetelnych, 

udokumentowanych  reportażach.  Zawsze  tak  działam  i  teraz  mam  zamiar 

postępować podobnie. 

– Rozumiem – 

powiedziała, uspokojona. Mogła nie akceptować sposobu, w 

jaki  ten  człowiek  zarabiał na  życie,  ale  musiała  przyznać,  że  nabierała  dla  niego 
szacunku. 

– 

Drugą  moją  zasadą  –  kontynuował  –  jest  ostrożność.  Tutaj  okazała  się 

zbawienna.  Mam  zwyczaj  trzymać  wszystkie  ważne  materiały  w  teczce,  którą 

rzadko spuszczam z oka. Kiedy wczoraj pojechałem do Nowego Jorku, zabrałem ją 

ze sobą. Ten, kto splądrował mój dom, napracował się na próżno. 

– 

Byłeś w Nowym Jorku? 

– Uhm... Dlaczego pytasz? 
– 

Tak  sobie,  z  czystej  ciekawości  –  wyjaśniła,  siląc się na  lekki  ton.  Była 

wściekła na siebie za tę niezdrową ciekawość. Wzruszywszy ramionami, przeszła do 

salonu i machinalnie zaczęła zbierać poduszki z podłogi. Kiedy usłyszała głos Erica 

tuż przy uchu, aż podskoczyła z wrażenia. 

– 

Tak właśnie przypuszczałem – oznajmił z satysfakcją. – Pewnie chciałaś 

wiedzieć, czy mnie nie przypiliło, co? – Mrugnął do niej kpiąco. 

Och, jak nie lubiła takich cwaniaków! 
–  Nap

rawdę  uważasz,  że  nie  mam  nic  lepszego  do  roboty,  jak  tylko 

zastanawiać się, z kim i kiedy masz randki? – zaperzyła się. – Dla mnie mógłbyś 

umawiać się nawet z całą Legią Cudzoziemską! 

Była tak zabawna w swojej złości, że Eric ryknął śmiechem. 
– Obawiam si

ę, że nie mógłbym, bo tam są głównie mężczyźni, a do nich mnie 

raczej nie ciągnie. 

– 

Wiesz dobrze, co chciałam powiedzieć! 

– 

Jasne, że wiem – powiedział cicho. Kpiący ton ustąpił aksamitnej, łagodnej 

czułości. – Chciałaś powiedzieć, że bardzo cię obchodzi, co robiłem wczoraj w nocy 
i z kim. Jestem po prostu zachwycony twoim zainteresowaniem. 

Kelly usiłowała nie poddać się magii tego głosu, ale zdradziecki rumieniec 

palił  jej  policzki.  Szybko  przyklęknęła  na  dywanie  i  zaczęła  zbierać  książki, 

układając  je  w  stos.  Eric  natychmiast  znalazł  się  przy  niej  i  zaczął  pomagać.  W 

background image

następnej chwili sięgnęli po ten sam tom i ich dłonie się spotkały. 

Wiedziała, że zrobił to celowo, ale nie cofnęła ręki. Uniosła głowę i napotkała 

uważne spojrzenie mężczyzny. 

– 

Widzę, że wprost umierasz z ciekawości, by dowiedzieć się, co robiłem dziś 

w nocy – 

powiedział. – Ale nie zapytasz, prawda? 

Dostrzegła, że z trudem tłumi uśmiech. Sama miała podobne kłopoty, ale nie 

zamierzała dać mu satysfakcji. Zamiast tego spojrzała na niego najbardziej wrogo, 

jak tylko mogła. 

– Nie ma mowy. 
– 

Uparta jesteś. Ale ja lubię uparte kobiety. 

– 

Naprawdę? Z taką byłbyś szczęśliwy? – Uniosła brwi z niedowierzaniem. 

– 

Lubię również łagodne. 

– 

Musisz mieć ciekawe życie uczuciowe. 

– 

Oho, znów się zaczyna! 

– 

Co za „oho”? Przecież nic od ciebie nie chcę. 

– Kochana, chcesz, i to bardzo – 

szepnął i zaczął pieścić delikatnie kciukiem 

wnętrze jej dłoni. Kelly poczuła, jak w jej ciele rozlewa się fala gorąca. Wiedziała, że 

igra  z  ogniem,  ale  dawno  już  nie  czuła  się  tak  rozkosznie.  Przejął  ją  dreszcz 
oczekiwania. 

– 

I dostanę to? – zapytała z drżeniem. 

– Natychmiast. 

Pochyliła się ku niemu, kiedy właśnie wyciągnął ku niej ramiona. Przylgnęli 

do  siebie.  Eric  bez  żadnych  wstępów  zagarnął  jej  usta,  wyczarowując  w  nich 

językiem wspaniałe pieszczoty. 

Kiedy  całowali  się  po  raz  pierwszy,  namiętność  narastała  w  nich  powoli. 

Teraz ogarnęła ich nagłe, jakby czekała tylko na pierwszy sygnał pożądania. Kiedy 

Eric  obsypywał  pocałunkami  szyję  Kelly,  jej  ręce  zachłannie  objęły  go  w  pasie, 

przyciągając tam, gdzie narastał palący żar. 

Odszukała jego wargi i nęcąco przeciągnęła po nich językiem. Świat zamknął 

się dla niej w objęciach mężczyzny i cieple jego ciała. Nie chciała myśleć o niczym 

więcej, choćby później miała gorzko tego żałować. 

Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie, oboje byli zdyszani i drżący. 
– 

Nie  obchodzi  mnie,  z  kim  wtedy  byłeś  –  powiedziała  miękko  Kelly.  – 

Ważne, że nie było cię tutaj. Nic ci się nie stało i tylko to się liczy. 

Eric był oszołomiony, kiedy ujawniła swoje pożądanie. Teraz, kiedy okazała 

również troskę i czułość, był po prostu szczęśliwy. Niepewnym gestem odgarnął 

włosy z twarzy. 

– 

Dziękuję ci – wykrztusił. 

background image

– Za co? 
– 

Za to, że przyjechałaś, kiedy cię potrzebowałem. 

– 

Cieszę się, że mogłam ci... – zaczęła, ale nagle zerwała się na równe nogi. – 

O, Boże, psy! Przez cały czas siedziały zamknięte w samochodzie. 

Zaniepokojona  wybiegła  na  podjazd.  Na  całe  szczęście  z  przyzwyczajenia 

uchyliła szybę i dobermany miały przynajmniej czym oddychać. Kiedy otworzyła 
drz

wiczki, dysząc wypadły z dżipa i powitały ją, uszczęśliwione. Przykazawszy im, 

że mają łagodnie traktować Dodgera, poszła do kuchni, by nalać dla nich wody. 

– To moja wina – 

powiedziała zawstydzona, patrząc, jak łapczywie chłepczą. 

– 

Kiedy jestem z tobą, zapominam o myśleniu. 

– 

Nie przejmuj się – szepnął Eric, czule otaczając ją ramieniem. – Jeśli tylko 

nie będziesz zapominała o zmysłach, obejdziemy się bez myślenia. 

background image

Rozdział 6 

 

Spędzili cały dzień razem, choć nie planowali tego. Przedpołudnie upłynęło 

im 

na zajęciach z dobermanami. Kelly chciała, by zwierzęta przyzwyczaiły się do 

nowego otoczenia. Zademonstrowała też Ericowi najbardziej przydatne komendy. 

Był  wyraźnie  zdumiony  pilnością  i  skupieniem,  z  jakim  psy  wykonywały 

polecenia. Kelly patrzyła na nie z zadowoleniem. Mając Teaka i Thora na straży, 

Eric mógł spać spokojnie. 

– 

Czy one będą się tak zachowywać przez cały czas? 

– 

zapytał,  obserwując,  jak  dobermany  na  komendę  robią  dokładny  obchód 

posesji. 

– 

Tylko wtedy, gdy są, jak to się mówi, na służbie – wyjaśniła. – Kiedy je 

zwolnisz, zaczną się zachowywać jak inne psy. Najprawdopodobniej ułożą się w 

kącie i będą spać. To, jak długo mają być w gotowości, zależy wyłącznie od ciebie. 

Teraz  już  wiedzą,  że  mają  pilnować  tego  terenu  i  wierz  mi,  na  pewno  dobrze 

wypełnią swoje zadanie. 

– 

O, tak, nie chciałbym być na miejscu złodzieja. One sprawiają wrażenie, 

jakby mogły z łatwością rozerwać człowieka na strzępy. 

– 

Są do tego zdolne, ale tylko w teorii – powiedziała i zawołała psy, by wydać 

komendę  zwalniającą  je  z  obowiązków.  Thor  natychmiast ułożył  się u  jej  nóg, a 

Teak pobiegł do miski. – W praktyce ich tresura nie obejmuje ataku – ciągnęła. – Jest 

ogromna różnica pomiędzy psem, który poważnie traktuje swoje obowiązki, a psem 
agresywnym z natury. Moje dobermany 

są  nauczone,  że  mają  unieruchomić 

przeciwnika i pilnować go, aż zadecyduję, co chcę z nim zrobić. 

Eric uważnie słuchał jej słów. 
– 

Jesteś pewna, że uznają moją władzę i nie potraktują mnie jak smakowitego 

kąska? – zapytał z nie ukrywanym niepokojem. 

– Ale

ż skąd! – zaśmiała się. – Poczuj się tylko alfą i traktuj je konsekwentnie, 

ale z szacunkiem, a będą cię słuchać. 

Aby przekonać go o tym, poświęciła następną godzinę na wspólne ćwiczenia. 

Kiedy skończyli, Thor, Teak i Eric stanowili już zgrany zespół. 

– Wi

esz, z chęcią bym coś przekąsił – oznajmił Eric. 

– 

Chyba  będziemy  jedli na  podłodze –  zachichotała  Kelly,  pamiętając,  jak 

wygląda kuchnia. 

– 

Nie, pojedziemy do jakiegoś miłego lokalu. 

– 

Pojedziemy? I zostawimy cały ten bałagan? Chyba żartujesz – powiedziała, 

kierując się do kuchni. 

– 

O to się nie martw, posprzątam później. 

background image

– 

Typowo męskie nastawienie – mruknęła Kelly, szukając czegoś w szafkach. 

Wreszcie  znalazła  środki  czystości.  –  Zawrzyjmy  układ  –  zaproponowała.  – 

Najpierw posprzątamy, a potem zaprosisz mnie na obiad. 

– 

Uparta jesteś – stwierdził, biorąc z jej rąk szczotkę i szufelkę. 

Kelly wzruszyła ramionami i wziąwszy torbę na śmieci, ruszyła do salonu. 

Zaczęło się wielkie sprzątanie. Widok Erica uwijającego się pracowicie ze szczotką 

był doprawdy wzruszający. Nie tracił przy tym ani na chwilę nic ze swojej męskości, 

co sprawiło, że zerkała na niego bezustannie. Nie przepadała za domową krzątaniną. 

Zaoferowała mu pomoc tylko dlatego, że chciała z nim spędzić dzień i poznać go 
lepiej. 

Nie ma lekko, uśmiechnęła się, wspominając ulubione powiedzenie swojego 

ojca. 

– 

Hej, nie leń się – upomniał ją Eric, widząc, że patrzy na niego w zamyśleniu. 

– Kto nie pracuje, ten nie je. 

– 

Kto  według  ciebie  się leni?  Zaraz  się przekonamy!  Kiedy  wreszcie  dom 

został  doprowadzony  do  stanu  względnej  używalności,  żadne  nie  miało  siły  ani 

ochoty na wyjście. Odmrozili hamburgery, które znaleźli w lodówce, i upiekli je na 

ogrodowym grillu. Siedząc obok siebie, zmęczeni po ciężkiej pracy, czuli się jak 

para starych przyjaciół. 

– Chy

ba będę musiała już wracać – powiedziała wreszcie Kelly, wpatrując się 

w zachodzące za drzewami słońce. 

– Niestety. – 

Eric pokiwał głową i podał jej rękę. Ramię w ramię poszli do 

samochodu. Kiedy nadbiegł Dodger, Kelly wzięła go na ręce i wsadziła do dżipa. 

– 

Lepiej  wezmę  go  do  siebie,  żeby  nie  plątał  się  koło  dobermanów  – 

powiedziała. – Nie martw się, będzie miał u mnie dobrze. 

– 

W to nie wątpię – uśmiechnął się Eric. 

– W takim razie do zobaczenia, do jutra. – 

Kelly miała już wsiadać, ale ręka 

mężczyzny powstrzymała ją stanowczym ruchem. Spojrzała na niego zaskoczona. – 

Czyżbym zapomniała o czymś? 

– Tak – 

potwierdził niskim głosem, pochylając się ku niej i ujmując dłonią jej 

włosy z tyłu głowy. 

– 

Właśnie o tym. 

Pocałunek na pożegnanie był czuły i słodki, tak jak upojny wieczór, który 

wzmagał ich romantyczny nastrój. Dopiero po długiej chwili z żalem odsunęli się od 
siebie. 

Kelly wsiadła i uruchomiła silnik. 
– Jeszcze jedno – 

powiedział Eric, wsuwając głowę przez okienko. – Jest coś, 

o  czym  powinnaś  wiedzieć.  Pojechałem  do  Nowego  Jorku,  aby  zobaczyć  się  z 

background image

siostrą. 

Była zadowolona, że jej to wyjaśnił, choć, prawdę mówiąc, nie musiał czekać 

całego dnia. Wrzuciła bieg i mrugnęła do niego kpiąco. 

– 

Co  z  tobą,  miastowy  przystojniaku?  Nie  możesz  sobie  poderwać 

dziewczyny? – 

zapytała ze śmiechem i nie czekając na odpowiedź, odjechała. 

Odprowadzanie  tęsknym  wzrokiem  znikającego  w  dali  dżipa  stało  się  już 

chyba zwyczajem Erica. 

– 

Problem w tym, że chcę tylko jednej – westchnął i gwizdnął na psy. 

 
–  Bardzo dobrze –  poch

waliła  Kelly.  Była  jedenasta.  Eric  z  Dodgerem 

ćwiczyli pilnie w jej ogrodzie. 

– 

Wystarczy na dzisiaj. Tylko ładnie go pochwal. 

Zaledwie Eric odpiął smycz, Dodger pobiegł do Blossom. Bardzo zaprzyjaźnił 

się z młodą dobermanką. Kelly patrzyła na bawiące się psy i zazdrościła im radosnej 

beztroski. Nie powinna dopuszczać, by złe doświadczenia z przeszłości zatruwały jej 

życie. W miarę jak lepiej poznawała Erica, dochodziła do wniosku, że w niczym nie 

przypominał mężczyzny, z którym odruchowo go porównywała. Kiedyś zaufała i 

została zdradzona. Może tym razem, z Erikiem, będzie inaczej... 

– 

Czy coś się stało? 

Stanął przy niej. Włosy miał zmierzwione, gdyż w trakcie lekcji wiele razy 

przeczesywał je palcami. Szare oczy przybrały w świetle poranka odcień ulotnego 
p

asemka dymu. Serce Kelly uderzyło nierównym rytmem. Tak bardzo pragnęła, by 

tym razem wszystko się ułożyło. Spojrzała na niego z pełnym nadziei, radosnym 

uśmiechem. 

– 

Ależ skąd – odpowiedziała. – Co miałoby się stać? 

Czy  wiedziała,  jak  bardzo  jest  pociągająca,  gdy  tak  się  uśmiecha?  Eric 

delikatnie dotknął palcem zaczerwienionego czubka jej nosa. 

– 

Za bardzo się opaliłaś. Powinnaś to posmarować. 

– 

Przeważnie  zapominam  –  wzruszyła  ramionami.  Eric  pomyślał  o  swojej 

siostrze, która nigdy nie wychodziła na słońce bez ciemnych okularów i kapelusza z 

dużym rondem. 

– Jess zawsze mnie ostrzega przed fatalnymi skutkami opalania – 

powiedział. 

– Kto to jest Jess? 
–  Moja siostra, ta, która mieszka w Nowym Jorku. Jest moim najlepszym 

przyjacielem, a zarazem najgorszym wro

giem. Powinnaś ją kiedyś poznać. 

– 

Bardzo bym chciała. Czy nie miałbyś ochoty na drinka? – zapytała Kelly, 

kierując się w stronę domu. 

– 

Chętnie – zapewnił, doganiając ją w kilku krokach. – Nasze spotkania stają 

background image

się coraz bardziej niebezpieczne, wiesz? – szepnął, obejmując ją ramieniem. 

– I kto to mówi? – 

zaśmiała się. – A swoją drogą Dodger wiele traci, kiedy jest 

u mnie. Nie będziesz mógł ćwiczyć z nim w ciągu tygodnia. 

– 

Och, sądzę, że będzie szczęśliwy z tego powodu – roześmiał się Eric. – Mam 

nadzieję, że będzie jeszcze wiele okazji, żeby... 

– Okazji! Okazji! – 

zakrzyczał Maks z salonu. Eric drgnął, zaskoczony. 

– 

Kto to powiedział? 

– Maks – 

zachichotała Kelly, widząc jego minę. 

– A kto to jest Maks? – 

zapytał podejrzliwie. 

– Bardzo gadatliwy gwarek. 
–  Ach, rozumiem. – 

Zaciekawiony  Eric  zajrzał  do  salonu.  Ptak  siedział 

wczepiony pazurkami w oparcie krzesła, grzejąc się w słońcu i strosząc pióra. Na 

dywaniku obok drzemał ułożony w słonecznej plamie pręgowany kot. 

– 

Boże, toż to cała menażeria! Myślałem, że masz tylko psy. 

– Psy! – 

skrzeknął Maks. – Głupie psy! 

– 

Widzę,  że  ten  facet  nie  podziela  poglądów  kierownictwa  –  powiedział  z 

rozbawieniem Eric. 

– 

Niestety. Już dawno odkryłam, że Maksio mówi tylko to, co chce, i nie ma 

możliwości,  by  go  uciszyć.  Poczekaj  tylko,  aż  zacznie  katować  cię  własną 

interpretacją „As Time Goes By”. 

– 

Właśnie,  a  propos  czasu,  muszę  już  iść  –  stwierdził  Eric,  zerkając  na 

zegarek. 

– 

Już? 

– Przykro mi, ale jestem umówiony – 

powiedział ze znaczącym uśmiechem. – 

Ale  nie  martw  się,  będziemy  jeszcze  mieli  wiele  okazji,  by  kontynuować  naszą 

znajomość. 

– 

O jakiej znajomości mówisz? – zapytała, patrząc mu wyzywająco w oczy. 

Odwzajemnił spojrzenie. 

– 

O  tej,  która  zaczęła  się  w  piątkowy  wieczór  i  rozwija  się  aż  nazbyt 

klasycznie. Wiesz –  ja 

cię  całuję,  ty  mnie  całujesz,  a  potem  rozchodzimy  się  i 

udajemy, że ziemia wcale nie drgnęła. 

Kelly poczuła radosny dreszcz przenikający ją od stóp do głów. A może to 

tylko słowa? – zastanawiała się, choć bardzo chciałaby wierzyć, że pełne uwielbienia 
spoj

rzenie mężczyzny mówi prawdę. 

Nieświadomie odstąpiła o krok, zwiększając dystans między nimi. Jeszcze raz 

przeważył zdrowy rozsądek. 

– 

Ziemia drgnęła? – Zmarszczyła brwi. – Jako pisarz mógłbyś się zdobyć na 

bardziej oryginalne porównanie. 

background image

– 

Może jako pisarz mógłbym, ale mężczyzna, który tkwi we mnie, uważa je za 

najtrafniejsze. 

Ciepło, które ogarnęło Kelly, stało się żarem. 
– W takim razie – 

powiedziała powoli – co z tym zrobimy? 

Eric postąpił krok ku niej. 
– 

Myślałem  o  paru  rzeczach,  na  przykład  o...  Siatkowe  drzwi  odskoczyły 

gwałtownie  i  do  kuchni  wpadła  wielka  ciemna  kula.  Dodger  poślizgnął  się  na 

posadzce i z impetem podciął nogi swemu panu. 

– Ten potwór – 

burknął Eric przez zęby, gramoląc się z podłogi – nie ma za 

grosz zrozumienia dla uczuć. 

Pies, zoba

czywszy jego minę, błyskawicznie wycofał się na dwór. 

Kelly  ogarnęły  sprzeczne  uczucia.  Z  jednej  strony  klęła  niesfornego 

szczeniaka, który przerwał im urocze sam na sam, z drugiej zaś była zadowolona, że 

wybawił  ją  z  kłopotliwej  sytuacji.  Bo,  choć  pocałunki  Erica  zdawały  się  ósmym 

cudem świata, rozsądek podpowiadał, że powinna być ostrożniejsza. 

– 

Może ten potwór chciał ci delikatnie przypomnieć, że jesteś już spóźniony – 

stwierdziła. 

– 

Czyżbyś mnie wyrzucała? 

– 

Przypominam  ci  tylko  o twoich  obowiązkach.  Przecież  sam  mówiłeś,  że 

masz ważne spotkanie. 

– 

Owszem, ważne, ale może jeszcze poczekać. Nie odjadę, dopóki nie będę 

pewien, że wkrótce się zobaczymy. 

Świadomość, że temu mężczyźnie naprawdę na niej zależy, wywołała w Kelly 

najprostsze,  błogie  poczucie  szczęścia.  Pragnął  jej,  a  ona  odpowiadała  mu 

pragnieniem. Kiedy ostatnio doznawała takiego uczucia? 

Eric z napięciem czekał na odpowiedź. Zaczął się obawiać, że Kelly odrzuci 

go,  gdyż  był  zbyt  natarczywy  i  zbyt  zachłanny.  Ale  na  Boga,  ziemia  naprawdę 

drgnęła. I chyba nie tylko dla niego. 

– 

Może jutro? – nie wytrzymał. 

– Przykro mi, ale... 
– 

W takim razie środa? 

Kelly stanowczo pokręciła głową. 
– 

Mam oddać felieton. 

– Czwartek? 

Zaczął  się  gorączkowo  zastanawiać,  jaki  błąd  popełnił.  Przecież  ona  go 

wyraźnie zbywa! Był w rozpaczy. 

– 

Jestem dosłownie zawalona robotą, ale... 

– 

Piątek! – oświadczył Eric z determinacją. – To moja ostatnia propozycja. 

background image

– 

I jakże kusząca – uśmiechnęła się słodko Kelly. 

– 

Dziewczyno, nie drażnij się ze mną – mruknął groźnie. – Nie wmówisz mi, 

że pracujesz przez cały tydzień od rana do wieczora. 

– Niestety, tak. 
– 

Czy  to  delikatny  sposób  powiedzenia mi,  że  nie  chcesz  mnie  już  więcej 

widzieć? 

– 

Ależ skąd! – Kelly, widząc jego nieszczęśliwą minę, omal nie wybuchnęła 

śmiechem. – Próbowałam ci tylko powiedzieć, że ten tydzień jest wyjątkowy. W 

piątek  jadę  z  Blossom  do  Trumbull,  na  wystawę.  Mamy  wystąpić  w  pokazach 

tresury. Spędzimy tam cały dzień, więc... 

– Cudownie! – 

wykrzyknął Eric. – Jadę z tobą. 

– 

Naprawdę? 

– 

Tak. Będę trzymał za was kciuki. 

Teraz, kiedy ustalił termin spotkania, mógł zająć się swoimi sprawami. Ruszył 

do samochodu, ale zatrzymał go nagły wybuch śmiechu Kelly. Odwrócił się. Stała, 

niedbale oparta o framugę, a w brązowych oczach tańczyły iskierki rozbawienia. 

– Och, ty miast

owy przystojniaku, kiedy myślę o tobie, staję się niemoralna – 

powiedziała, zabawnie wznosząc oczy do nieba. 

Eric  oniemiał,  ale  opanował  się  szybko,  a  nawet  zdobył  się  na  łobuzerski 

uśmiech. Słowo daję, te dziewczyny z prowincji nie są złe! – pomyślał. 

Kel

ly oddała swój felieton dosłownie w ostatniej chwili. Zdarzyło się jej to po 

raz pierwszy. Systematyczność, którą narzuciła sobie wiele lat temu, gdzieś zniknęła 
– 

oczywiście z powodu Erica Devane’a. 

Jak mogła się skupić na problemach uczenia szczeniaków, by nie siusiały w 

domu, skoro jej myśli rozpraszał obraz wysokiej sylwetki w spranych dżinsach? Czy 

było  jej  winą,  że  co  chwila  wybiegała  wzrokiem  w  dal,  poza  ekran  komputera, 

przypominając sobie jasnowłosego mężczyznę, bawiącego się z psem na trawniku? 

Ki

edy w piątek rano obiekt jej marzeń pojawił się na progu, Kelly zdawało się, 

że od ostatniego spotkania upłynęły całe wieki. Szybko obrzuciła wzrokiem postać 

Erica  w  dżinsach,  bluzie  khaki  i  beżowej  koszulce  polo.  Jak  zwykle  wyglądał 

niepokojąco przystojnie. 

– 

Nigdy  nie  byłem  na  wystawie  psów  –  powiedział,  dostrzegając  jej 

spojrzenie. – 

Nie bardzo wiedziałem, jak się ubrać. Mam nadzieję, że to jakoś pasuje. 

– 

Świetnie  –  potwierdziła  z  zachwytem,  i  kolejny  raz  zganiła  się  za  brak 

ostrożności. Jeśli nie będzie uważać, ten facet pomyśli, że zupełnie zawrócił jej w 

głowie.  –  W  każdym  razie  nieźle  –  poprawiła  się.  –  Pojedziemy  moim  dżipem. 

Blossom już siedzi z tyłu. 

–  Jasne, nie ma sprawy. – 

Eric  miękkim  ruchem  wsunął  się  na  przednie 

background image

siedzenie. Z przyjemnością przyglądał się, jak Kelly prowadzi. Tak jak wszystko, 

czym się zajmowała, to także robiła sprawnie i bez trwonienia energii. Miał jednak 

wrażenie, że ten styl bycia, utrzymywany przez nią bardzo konsekwentnie, był tylko 

obrazem stworzonym na użytek otoczenia. 

Stopniowo  dostrzegał  szczegóły,  które  wyraźnie  nie  pasowały  do  jej 

powściągliwego, zdroworozsądkowego zachowania. 

Na  przykład  ten  gadający  ptak.  Albo  sposób,  w  jaki  naciskała  pedał  gazu, 

kiedy  tylko  szosa  była  pusta.  Albo  fantazyjnie  powiewająca  wokół  jej szyi 

turkusowa chustka, kontrastująca ze skromnym, praktycznym strojem. 

Albo płomień, jaki rozpalały w niej jego pocałunki... 

Z  pewnością  Kelly  Ransome  kryła  w  sobie  niejedną  tajemnicę.  Eric  z 

drżeniem  pomyślał  o  gorącym  temperamencie,  tak  starannie  tłumionym  przez 

chłodną inteligencję i opanowanie. 

Zapewne nie pozwoliła swemu życiu biec naturalnym torem, zgodnym z jej 

prawdziwą naturą. Zbyt wiele było w tej kobiecie sprzeczności. Zupełnie jak gdyby 

kiedyś  ustaliła  dla  siebie  wzorzec  zachowań  i  konsekwentnie  dopasowywała  do 

niego  swoją  osobowość.  Zdarzały  się  jednak  chwile,  gdy  zasłona  opadała, 

ujawniając głęboko skrywany smutek i niepewność. Kelly intrygowała Erica coraz 
bardziej. 

Podjechali  prosto  pod  namiot,  w  którym  miały  się  odbyć  pokazy  tresury. 

G

dyby  nie  Kelly,  Eric  natychmiast  straciłby  orientację  w  tłumie  ludzi  i 

szczekających psów, wśród tylu napisów, numerów, boksów, ringów i namiotów. 

Nawet nie zdawał sobie sprawy, że istnieje tyle ras psów – maleńkich i ogromnych, 

kosmatych i zupełnie łysych. Pomógł wyładować drucianą klatkę, w której siedziała 

dobermanka, dwa krzesełka i przenośną lodówkę. Kiedy wszystko zostało ustawione 

na wyznaczonym stanowisku, Kelly poszła odprowadzić samochód na parking. 

– 

Czy ten pies jest może z twojej klasy? – zapytał Eric, pokazując jamniczka, 

który, ciągnięty na smyczy, wykonywał ćwiczenia z miną męczennika. 

Kelly przyjrzała mu się fachowym okiem. 
–  Nie, on jest z kategorii „A” – 

czyli  początkujących.  Tam  są  psy,  które 

dopiero zaczęły się uczyć, i właściciele, którzy nigdy przedtem nie uczestniczyli w 
tresurze. 

– 

A gdzie startują twoi podopieczni? 

–  W „B” – 

kategorii  otwartej  i  w  użytkowej.  Otwarta  zaraz  się  zacznie,  a 

użytkowa startuje po południu – wyjaśniła, nerwowo bębniąc palcami po kolanie. – 

Niestety,  trochę  sobie  poczekamy.  Przyjechaliśmy  za  wcześnie,  ale  będzie  na  co 

popatrzeć. Jeśli jesteś głodny, to w lodówce są kanapki i... 

Urwała, widząc, że Eric przygląda się jej spod oka. 

background image

– 

Jesteś zdenerwowana, prawda? – zapytał. Jeszcze nie widział jej w takim 

stanie. 

– 

Ja? Ależ skąd! – zaprzeczyła żywo i zaczęła rozwiązywać chustkę na szyi, 

tylko po to, by po chwili zawiązać ją z powrotem. 

– Tak, ty. 
– Och... – 

Opuściła ręce i spojrzała na niego. – Może trochę. 

– 

Tak bardzo zależy ci na wygranej? 

–  Nie bardzo. Przecie

ż będzie jeszcze niejeden konkurs. To nie jest sprawa 

życia i śmierci – uśmiechnęła się z zawstydzeniem. – Wiem, że głupio się przejmuję. 

Byłam taka od dzieciństwa. Kiedy tylko wchodziło w grę jakieś współzawodnictwo, 

nie mogłam jeść ani spać. Po prostu kłębek nerwów. 

– 

Ale skoro się tak denerwujesz, po co bierzesz udział w zawodach? 

Na twarzy Kelly pojawiło się zdumienie. 
– 

Nie  jestem  tchórzem  i  nie  mam  zwyczaju  unikać  konfrontacji.  Nie 

mogłabym zrezygnować z czegoś, na czym mi zależy, tylko dlatego, że jest trudne. 
Przeciwnie, to mnie jeszcze bardziej zagrzewa do walki. 

– 

A  jednak  rzuciłaś  studia  –  powiedział  prowokująco  i  natychmiast  tego 

pożałował, widząc, że zbladła gwałtownie. 

– 

To była zupełnie inna sytuacja. 

Eric wiedział, że nie powinien naciskać, ale ciekawość zwyciężyła. 
– Dlaczego inna? 
– 

Pokazy tresury to  mój własny problem,  moja  własna bitwa, którą muszę 

wygrać. 

– 

Rezygnacja ze studiów nie była twoim problemem? 

Tym razem milczała tak długo, że stracił już nadzieję na odpowiedź. A jednak 

odezwała się w końcu, ale tak cicho, że z trudnością rozróżniał słowa. 

– 

Ta sprawa dotyczyła również innych ludzi. Bardzo kogoś skrzywdziłam i 

sama się przez to pogrążyłam. Możliwe, że spotkała mnie zasłużona kara. – Uniosła 

głowę i popatrzyła mu prosto w oczy. – Tyle tylko mogę ci powiedzieć. I proszę, 

żebyś więcej nie wracał do tej sprawy. 

– 

W porządku, jeśli sobie tego życzysz. 

– 

Proszę  państwa  o  uwagę!  –  Z  głośnika  zadudnił  głos  prowadzącego.  – 

Następujące numery zgłoszą się na ring... 

– 

Teraz  kolej  na  początkujących  z  „A”  –  powiedziała  Kelly,  wstając.  – 

Wyprowadzę Blossom i zrobię jej małą rozgrzewkę. 

Eric  patrzył,  jak  otwiera  klatkę,  przypina  suce  do  obroży  długą  linkę  i 

wychodzi z namiotu. Z jej spłoszonej miny wywnioskował, że chciałaby teraz być 
sama. Najw

yraźniej  potrącił  czułą  strunę.  Przeszłość  Kelly  musiała  kryć  jakąś 

background image

bolesną tajemnicę. 

Zastanawiając się nad tym, czekał na jej powrót. Wyglądało na to, że jakiś 

mężczyzna, może nawet będący jej pierwszą miłością, spowodował u niej głęboki 
uraz. Dobrze, al

e  czemu  czuła  się  winna?  „Bardzo  kogoś  skrzywdziłam”, 

powiedziała. I jeszcze to nazwisko. Ransome... Czemu wywoływało w jego głowie 

sygnał alarmowy? 

Kiedy  zobaczył  ją  wreszcie,  najwyraźniej  zdołała  zapanować  nad 

wspomnieniami. Wobec tego Eric również skupił się na bieżącej chwili. 

– 

Dostałam  już  numer  –  powiedziała,  odwracając  się,  by  mógł  zobaczyć 

okrągły kartonik z numerem sześćdziesiąt pięć przypięty na jej ramieniu. – Teraz 

idzie sześćdziesiąty trzeci, więc jeśli chcesz popatrzeć, przysuń się do ringu, bo jest 

tyle ludzi, że nic nie zobaczysz. 

Znów jest spięta, zauważył Eric, słuchając potoku jej słów. 
– 

Ile masz jeszcze czasu do występu? – zapytał. 

– Trzy albo cztery minuty. 
– To mnóstwo – 

stwierdził, po czym niespodziewanie wziął ją w ramiona i 

zaczął  całować,  osłaniając  sobą  przed  wzrokiem  ciekawskich.  Kiedy  wreszcie  ją 

puścił,  Kelly  rozejrzała  się  wokół,  oszołomiona,  niezdolna  od  razu  wrócić  do 

rzeczywistości. Smycz wysunęła się jej z palców, ale dobermanka leżała spokojnie. 

– Pewnie wszyscy na nas patrzyli? – 

zapytała nerwowo. 

– 

Skądże  –  uspokoił  ją  Eric,  choć  nie  był  tego  pewien,  gdyż  sam  miał 

zamknięte oczy. 

– 

Prosimy numer sześćdziesiąt pięć – rozległo się z głośnika. 

– 

Idę! – krzyknęła Kelly, rzucając szybką komendę Blossom. Eric pokazał jej 

wznie

siony kciuk i szybko przepchnął się do pierwszego rzędu widzów. Patrzył, jak 

Kelly wchodzi na ring i zamieniwszy kilka zdań z sędzią, odpina smycz i staje na 

środku ringu z Blossom siedzącą karnie u jej nogi. 

– Gotowi? – 

zapytał prowadzący. 

– Tak – powiedz

iała Kelly, zerkając na psa. – Zaczynajcie! 

Obserwujący je pilnie Eric był zachwycony. Wydawało się, że dobermanka 

radzi  sobie  świetnie.  Szybko  reagowała  na  wszystkie  komendy,  błyskawicznie 

aportowała gumowy krążek, płynnie skakała przez przeszkody, wysoko unosząc łeb. 

Zdawał sobie jednak sprawę, że czujne oko sędziów wychwyci każde potknięcie, 

każdy moment wahania. 

Bez względu na wynik był dumny z Kelly. Jeśli nawet była zdenerwowana, na 

arenie panowała nad sobą doskonale. Nie sposób było się domyślić po jej minie, czy 

zdarzyły się jakieś potknięcia. 

Kiedy Blossom wykonała ostatnie ćwiczenie, rozległy się oklaski. Serce Erica 

background image

drgnęło na widok Kelly, która szła ku niemu zaróżowiona z emocji i uśmiechnięta. 

– 

Widziałeś, jaka była cudowna? – krzyknęła, klepiąc zziajaną sukę po karku. 

Dobermanka wesoło zamerdała krótkim ogonem. 

– 

Była  fantastyczna  –  powiedział  Eric.  –  I  ty  też.  Kelly  wystarczyłaby 

pochwała dla Blossom. Ale Eric powiedział coś więcej, coś, co sprawiło, że słońce 

zaświeciło dla niej jaśniej. 

– Nap

rawdę ci się podobałam? – zapytała z przejęciem. 

Eric  znów  się  zdumiał.  Nie  polowała  na  komplementy  jak  inne  kobiety. 

Chciała jedynie potwierdzenia. 

– Tak – 

powiedział poważnie. – Naprawdę byłaś świetna. 

Kelly kiwnęła głową i odwróciła się szybko, by nie mógł zobaczyć jej twarzy. 

Jakim cudem tak szybko wyczuł, czego mi potrzeba? – zastanawiała się. Przecież 

znali się od niedawna. Mimo to zajął w jej życiu miejsce, jakiego nie zajął dotąd 

żaden mężczyzna. 

Ta  świadomość  powinna  ją  przerażać,  a  tymczasem  Kelly  zachowała  ją  w 

sobie jak talizman, mający jej przynieść szczęście w następnej serii pokazów. Po 

tresurze indywidualnej przyszła kolej na grupową – i znów Blossom królowała na 

ringu. Kiedy ogłoszono wyniki, okazało się, że zajęły z Kelly drugie miejsce. Było to 

naprawdę duże osiągnięcie, zważywszy na wyjątkowo ostrą konkurencję. 

Po krótkiej przerwie na lunch rozpoczęły się zawody w tresurze użytkowej. 

Zwycięstwo  w  tej  konkurencji  czy  nawet  uzyskanie  zielonej  wstęgi  było 

świadectwem szczególnych zdolności psa i kunsztu jego tresera. 

Od zwierzęcia wymagano nie tylko posłuchu, ale i samodzielnego myślenia. 

Kelly miała wystartować dopiero za godzinę. Nie była w stanie usiedzieć w 

namiocie,  więc  wyszła  na  zewnątrz  i  przemierzała  wielkimi  krokami  trawnik, 
powtarza

jąc w myśli kolejne komendy. 

– Potrzebujesz towarzystwa? 

Drgnęła,  zaskoczona.  Eric  stał  oparty  niedbale  o  słupek,  z  rękami 

skrzyżowanymi na piersi. 

– 

Wybacz,  że  tak  cię  zaniedbuję,  ale  potrzebna  mi  samotność,  by  się 

skoncentrować – powiedziała z przepraszającym uśmiechem. 

– 

Zdaje  się,  że  nie  tylko  teraz  potrzebujesz  samotności  –  zauważył, 

podchodząc bliżej. 

Przez  moment  myślała,  że  Eric  na  zamiar  powstrzymać  jej  nerwowe 

chodzenie, ale tylko zrównał z nią krok. 

– 

Nie jesteś przyzwyczajona, by polegać na kimś, prawda? 

– 

Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym to robić? 

– 

Rzeczywiście,  nie  ma  specjalnego  powodu  –  przyznał  z  dziwnym 

background image

uśmiechem  i  otoczył  ją  ramieniem.  Teraz  dopiero  poczuł,  jak  bardzo  jest 

zdenerwowana i spięta. Sam był dużo odporniejszy psychicznie i właściwie nie znał 
podobnych stanów. 

– 

Myślę, że powinnaś coś zjeść, inaczej zupełnie osłabniesz – powiedział z 

troską. – Masz jeszcze dużo czasu. 

– 

O, nie, tylko nie to. Jedzenie to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję, wierz 

mi. 

– A pierwsza? 
– Co takiego? 
– 

Kelly, przecież widzę, że jesteś kłębkiem nerwów. Co mogłoby choć trochę 

cię odprężyć? 

– 

Po prostu musiałabym już mieć za sobą te zawody. 

– 

Kochana, mogę ci pomóc, ale nie zdziałam cudów. Może wymyślisz coś 

jeszcze? 

Kelly zastanawiała się przez długą chwilę, a potem wzruszyła ramionami. 
– 

Nie  mam  pojęcia. Nikt  dotąd  nie proponował  mi  duchowego  wsparcia – 

wyznała szczerze. 

– 

Może dlatego, że sprawiasz wrażenie takiej cholernej Zosi Samosi. 

Rozbawił ją gderliwy ton, jakim wygłosił tę uwagę. 
– Bo tak

a właśnie jestem. Lubię być samodzielna. 

–  Bardzo zabawne. Mów do mnie jeszcze – 

mruknął. Kelly zatrzymała się 

gwałtownie i położyła mu ręce na ramionach. Może i doprowadza ją do szaleństwa, 

ale  przecież  szczerze  chce  mi  pomóc,  myślała  ze  wzruszeniem.  Chce  pomóc, 

ponieważ  zależy  mu  na  niej.  Ta  świadomość  wywołała  natychmiastowy,  słodki 

skurcz w podbrzuszu. Boże, czyżby runęła kolejna linia obrony? 

– Mów do mnie – 

poprosiła miękko. – Odwróć moją uwagę. Opowiedz mi o 

swojej książce. 

Wykorzystując całą swoją dziennikarską elokwencję, Eric zaczął opowiadać. 

Rozwijał  przed  Kelly  barwną,  choć  jeszcze  nie  dokończoną  opowieść  o  swojej 

wyprawie po złote runo. Opisał jej Larry’ego i streścił najważniejsze informacje, 

jakie od niego uzyskał. Zwierzał się szczerze z problemów, jakie napotykał przy 

pisaniu, i ze stresu, jaki wywoływała w nim obawa, że skarb nigdy się nie odnajdzie. 

Kelly szybko zapomniała o zawodach. Wsparta na ramieniu Erica, chłonęła 

fascynującą historię. Zadawała wnikliwe pytania, świadczące o tym, jak uważnie go 

słucha.  Trafność  jej  uwag  zachwyciła  Erica.  Sam,  studiując  materiały  od  wielu 

tygodni, stracił już dystans do sprawy i spostrzeżenia Kelly były dla niego wprost 
bezcenne. 

– 

Powiedz mi więcej o Larrym – poprosiła. – On jest kluczem do całej historii. 

background image

Musimy dobrze zrozumieć jego motywacje i sposób myślenia. 

Eric uśmiechnął się niedostrzegalnie, kiedy użyła zaimka „my”. Jednocześnie 

przez  cały  czas  zerkał  na  ring,  bo  Kelly,  pochłonięta  jego  opowieścią,  przestała 

zupełnie zwracać uwagę na otoczenie. Tymczasem zbliżała się pora występu. 

– 

Później ci o nim opowiem – obiecał, wskazując ruchem głowy na namiot. – 

Za chwilę będziesz miała trochę roboty. 

Kelly zdążyła jeszcze wyprowadzić Blossom i zrobić jej małą rozgrzewkę, 

kiedy wywołano ich numer. I choć dobermanka, nieco już zmęczona, nie zdołała 

powtórzyć  porannego  sukcesu,  zdobyła  zieloną  wstęgę,  co  było  wielkim 

osiągnięciem, dającym cenne punkty do kwalifikacji na stopień psa użytkowego. 

Eric  zaproponował,  że  będzie  prowadził  w  powrotnej  drodze,  co  Kelly 

przyjęła z wdzięcznością. Cieszyła się, że może siedzieć przy jego boku. 

– 

Dziękuję ci – powiedziała cicho, opierając mu głowę na ramieniu. 

– Za co? 
– 

Za  towarzystwo,  za  pomoc.  W  ogóle  za  to,  że  byłeś  ze  mną,  kiedy  cię 

potrzebowałam. 

– 

Zawsze możesz na mnie liczyć, Kelly – powiedział, odrywając na moment 

rękę od kierownicy, by musnąć palcami jej policzek. 

– 

Och, co za cudowny dzień – westchnęła z zachwytem. 

– 

Jeszcze się nie skończył. 

– Nie? – 

Zerknęła na niego, zabawnie przekrzywiając głowę. 

– Absolutnie nie – 

zapewnił. I choć pilnie wpatrywał się w drogę, widziała, że 

z trudnością ukrywa zadowolenie. 

background image

Rozdział 7 

 

Przez  całą  drogę  Kelly  zastanawiała  się,  co  może  oznaczać  to  stanowcze 

oświadczenie.  Zwykle  po  tak  prestiżowych  zawodach  uważała,  że  najważniejsze 

chwile dnia już minęły. Teraz jednak, kiedy Eric był przy niej, uświadomiła sobie, że 

mają jeszcze przed sobą całe popołudnie. Pamiętała, że w momentach najgorszego 

zdenerwowania przed występem jego obecność działała na nią jak balsam. 

Ale jego ma

gia sięgała dalej. Kelly uśmiechnęła się skrycie, przypominając 

sobie, jak wziął ją w ramiona i całował, nie zważając na ludzi w namiocie. To było 

szaleństwo,  które  przyprawiało  ją  o  zawrót  głowy.  Gdyby  reagowała  zgodnie  z 
zasadami swojego dawnego „ja”, po

winna  być  w  szoku.  A  tymczasem  w  chwilę 

później działała trzeźwo i sprawnie jak nigdy. 

Co  więcej,  marzyła,  by  zrobił  to  znowu,  i  myślała  o  jego  tajemniczych 

zamiarach.  Czemu,  choć  zawody  już  minęły,  czuła  rosnące  napięcie,  jakby 

powietrze w małej kabinie wozu naładowane było elektrycznością? 

Kiedy  zajechali  pod  dom,  szybko  wyskoczyła  z  dżipa  i  weszła  tylnymi 

drzwiami, by wypuścić Dodgera. Po chwili Eric już był w kuchni. 

– 

Powinniśmy coś zjeść – stwierdziła bez przekonania. Teraz, kiedy znaleźli 

się w domu, dręczące napięcie wzrosło. I nie było to typowe nerwowe odreagowanie 

po męczącym dniu. Jej ciało przenikał coraz wyraźniejszy dreszcz oczekiwania. – 

Ale muszę ci wyznać, że marna ze mnie kucharka – dodała. 

– Nie szkodzi – 

zapewnił beztrosko. 

– 

Oczywiście zrobię ci jeść, bo chociaż w ten sposób będę mogła wyrazić 

swoją wdzięczność. 

– 

Oczywiście – przytaknął gładko. 

Nie lubiła takich bezczelnych facetów. Jeśli jeszcze raz tak się uśmiechnie, 

zetrze mu ten grymas z tej jego przystojnej buzi! 

– 

Moglibyśmy zamówić coś chińskiego do domu. 

– 

Moglibyśmy. 

Tym razem posłała mu rozpaczliwe spojrzenie. 
– 

Nie dręcz mnie, bo umrę w rozterce – jęknęła. 

– 

Ja też. 

Niski, rozedrgany ton jego głosu sprawił, że znieruchomiała w oczekiwaniu i 

niepewności zarazem. Otworzyła usta, lecz nie padło nich ani jedno słowo. Myśli 

uleciały z głowy. Spojrzenie mężczyzny miało hipnotyczną siłę. 

– 

Przez cały tydzień nie mogłem przestać myśleć o tobie – powiedział cicho. – 

A dziś przez cały dzień marzyłem tylko, by objąć cię i poczuć, jak prężysz się w 

moich  ramionach.  Kiedy  całowałem  cię  tam,  w  namiocie  –  urwał  na  moment  z 

background image

przewrotnym uśmiechem – nie dałbym głowy, które z nas było bardziej zaskoczone 
– 

ty czy ja. Nie mam zwyczaju demonstrować publicznie swoich uczuć, ale wierz mi, 

w t

amtym momencie było mi dokładnie wszystko jedno. Po prostu nie mogłem się 

powstrzymać. Musiałem cię tulić, musiałem cię smakować. Kobieto, nigdy w życiu 

nie... Niewidzialne okowy paraliżujące Kelly opadły nagle, a jej usta rozchyliły się w 

kuszącym, zmysłowym uśmiechu. To było piękne, dlaczego więc nie miało trwać? 

– Na co w takim razie czekasz? – 

zapytała śmiało. 

– Na ciebie. 
–  Na mnie? – 

Znów  straciła  pewność.  Teraz  czuła,  jak  bardzo  brakuje  jej 

doświadczenia. 

– 

Chodź do mnie, Kelly. Powiedz mi, że pragniesz mnie tak bardzo jak ja 

ciebie – 

wyszeptał. 

To, o co prosił, choć proste, wydawało się Kelly niewykonalne. Czuła, że Eric 

daje jej szansę. Cokolwiek miałoby się stać później, nie mogłaby już powiedzieć, że 

stało się to wbrew jej woli. 

– Ja... Tak – 

wyjąkała. 

Eric  wyciągnął  ręce  i  w  jednej  chwili  znalazła  się  w  jego  ramionach,  tak 

naturalnie, jakby przynależała do nich od dawna. Pocałunek był z początku powolny 

i nieśmiały, jakby oboje nie całkiem mogli uwierzyć w to, co zaczęło się pomiędzy 
nimi. Stopnio

wo jednak nabierał żaru i spirala namiętności rozkręcała się szybko, 

wciągając ich w wir upojenia. Język Erica błądził w ustach Kelly. Podniecona, objęła 

mężczyznę i przyciągnęła do siebie, z radością wyczuwając sploty twardych mięśni, 

prężące się pod gorącą skórą. Cienkie płótno jego koszuli stało się nagle drażniącą 

przeszkodą, więc wsunęła ręce pod nią, by dotrzeć do nagiego ciała. Eric westchnął 

cicho i zaczął pieścić jej ciało niecierpliwymi dłońmi. 

Pragnęła tych pieszczot. Już nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego, 

co robi. Teraz, kiedy trwali, spleceni ze sobą, ważny był tylko on, wyczekujący, 
gotowy. 

Eric  okrywał  pocałunkami  twarz  i  szyję  Kelly,  zatopiwszy  palce  w  jej 

pachnących włosach. Rozedrgane ciało domagało się spełnienia. Nigdy nie pragnął 

kobiety z taką pasją. Spalała go jak płomień tętniący mu w żyłach. 

Drżącymi palcami rozwiązał turkusową chustkę i zachłannie dotknął krągłych 

piersi.  Kelly  gwałtownie  wciągnęła  powietrze  i  wygięła  się  w  łuk.  Zapomniana 

chusta jak barwny motyl opadła na ziemię. 

Ręce mężczyzny dotarły do jej brzucha, a potem śmiało wsunęły się między 

nogi.  Zacisnęła  uda,  więżąc  jego  palce,  pragnąc  zatrzymać  na  zawsze  ich 

ekscytującą pieszczotę. Fale gorąca mąciły jej myśli. 

Jeszcze byli ubrani, ale już niecierpliwe ręce Kelly zaczęły mocować się z 

background image

zapięciem jego dżinsów. Pomógł jej i jednej chwili spodnie i slipki zsunęły się na 

ziemię. W ich ślady poszła koszula – i oto stał przed nią nagi. Serce Kelly załomotało 

gwałtownie. 

Był  piękniejszy,  niż  sobie  wyobrażała,  doskonały  jak  klasyczna  rzeźba. 

Zachłannie oglądała każdy cal jego ciała, nie kryjąc zachwytu. 

– Teraz ty – 

powiedział miękko. Jego ręce poruszały się szybko i sprawnie, 

kiedy uwalniał ją z ubrania. Natychmiast przyciągnął ją ku sobie, rozpalając zmysły 

pocałunkiem.  Namiętnie,  jak  kotka,  otarła  się  o  niego,  ciesząc  się  szorstkim 

dotykiem twardych włosów na swojej gładkiej skórze. 

Kiedy odsunął się od niej, zaprotestowała gwałtownie, ale Eric sięgnął tylko 

do kieszonki dżinsów, by wyjąć z niej błyszczący pakiecik. Ucieszyła się, że myśli o 

jej bezpieczeństwie. 

Kelly zagryzła wargi, kiedy ujął ją pod pośladki i uniósłszy lekko jak piórko, 

oparł o kuchenny blat. Jego wargi powędrowały w dół, wzdłuż napiętego łuku szyi, 

ku twardym, wyczekującym sutkom. 

–  Teraz  – 

krzyknęła  bez  tchu,  przeniknięta  słodkim  dreszczem.  –  Eric, 

proszę.... 

Powoli  opuścił  ją  na  siebie,  wypełniając  ją  swoją  twardością.  To  było  tak 

wiele,  a  jednocześnie  tak  mało,  że  zapragnęła  więcej,  zapragnęła  wszystkiego. 

Ciężko dysząc, oplotła jego biodra nogami. Wtedy odszukał jej usta i wpił w nie 

szalony język. 

W jego ruchach nie było teraz nic z czułej łagodności. Zastąpiła ją pasja, żar i 

pierwotna namiętność. Splecione ciała drgały w narastającym rytmie, wiodącym do 
kompletnej zatraty. W jednej chwili oboj

e dotarli do krańca i uchwycili się siebie 

kurczowo, szarpani spazmami błogiego spełnienia. 

Zdyszane oddechy cichły stopniowo. Eric, podtrzymując Kelly, powoli osunął 

się wraz z nią na podłogę. Tam legli, objęci, z zamkniętymi oczami, przeżywając 
swoje szc

zęście. 

– 

Nie chce mi się gotować – mruknęła sennie Kelly. 

– I bardzo dobrze – 

zaśmiał się Eric. 

– Czy nie jestem samolubna? – 

zapytała, otwierając jedno oko. 

– 

Przeciwnie, jesteś rozkoszna – szepnął, przesiewając w palcach pasma jej 

włosów. 

Kelly uśmiechnęła się skrycie, wtulając twarz w zagłębienie jego ramienia. 

Jakie  to  miłe  być  słodką  i  rozkoszną  istotką!  Ona,  zawsze  tak  rzeczowa  i 

samodzielna, pozwalała się adorować. Kiedy ostatni raz ktoś tak się o nią troszczył? 

– 

Co powiesz na kąpiel? 

– 

Nie kąpię się, zawsze biorę prysznic. 

background image

– 

Nie ze mną, kochana. – Stanowczo pokręcił głową i wstał, nie wypuszczając 

jej  z  ramion.  Z  zachwytem  patrzyła,  jak  prężą  się  potężne  mięśnie  ud  i  ramion. 

Poniósł ją do łazienki, a kiedy ułożyli się w wannie, odkręcił kran. Woda zaczęła 

opływać ich ciepłym, rozkosznym strumieniem. 

– 

Masz piękne ciało – wyszeptał Eric, podkreślając palcem krągłość jej piersi. 

– 

Kocham jego gładkość, jego zapach... 

Kelly uśmiechnęła się do siebie z klasyczną, kobiecą satysfakcją. 
– 

Kocham każdy jego kawałek, a zwłaszcza ten pieprzyk... – ciągnął, wodząc 

ręką po wewnętrznej stronie jej uda. Kelly wygięła się rozkosznie. 

– Eric? 
– Hmm...? 
– 

Cieszę  się,  że  zrezygnowaliśmy  z  jedzenia  –  powiedziała,  muskając 

językiem brzeżek jego ucha. – Czuję się taka nasycona. 

 

Kiedy  wrócili  do  kuchni,  zapadał  już  zmrok.  Dodger  i  Blossom  siedziały 

smętnie  na  tarasie.  Kelly  wpuściła  je,  Eric  tymczasem  myszkował  po  lodówce, 

szukając czegoś do jedzenia. 

– Kozie mleko w proszku – 

odczytał nazwę na puszce. – A tu... Pedialyt? 

– 

Pokarm dla szczeniąt. Niedawno doglądałam pewnego miotu. 

– 

Suszona wątróbka. Brr, ohydne. Co ty właściwie jesz, jak jesteś głodna? 

– 

Czasami zdarza mi się robić zakupy – odparła nie zrażona i zaczęła nakładać 

pokarm do psich misek. –  Niestety, ostatnio 

się  zaniedbałam.  Jeśli  sobie  dobrze 

przypominam, obiecałam zrobić ci coś do jedzenia. 

– 

Pięknie, że jeszcze o tym pamiętasz. 

– 

Tylko nie wiem, czy zasłużyłeś na taki zaszczyt – dodała przekornie. 

– 

Naprawdę? – Oczy Erica zabłysły niebezpiecznie. Zaszedł ją od tyłu, gdy 

stała przy zlewie i otoczył ramionami. 

Kelly uwodzicielsko zamrugała rzęsami. Dawno się tak świetnie nie bawiła. 
– 

Musisz być niepoprawnym optymistą – zachichotała. 

– 

Mylisz się, kotku – wymruczał, całując ją w kark. 

– 

Myślę tylko o tym, żeby znów cię trzymać w ramionach. Ma pani na mnie 

cudowny wpływ, panno Ransome. 

Miała  już  na  końcu  języka  ciętą  odpowiedź,  ale  znów  rozbroił  ją  swoją 

czułością. 

Postawiła miski na blacie, odwróciła się ku niemu i oparła dłonie płasko na 

jego piersi. 

– 

Nikt nie mówił do mnie tak pięknie, wiesz? 

– 

szepnęła. 

background image

Eric przykrył dłonie Kelly swoimi i spojrzał jej głęboko w oczy. 
– 

Nikogo nie pragnąłem tak jak ciebie – powiedział cicho. 

– 

Ja też – szepnęła, gdy nagle zabrzmiał w jej głowie dzwonek alarmowy. Nie 

b

yła w stanie oderwać się od mężczyzny, ale cofnęła ręce. Komuś, kto tak jak ona żył 

w spokojnym tempie, nagłe przyspieszenie wydawało się zagrożeniem. 

– 

Chcę  się  z  tobą  widywać  –  mówił  Eric.  –  Często.  Nie tylko  wtedy,  gdy 

mamy lekcje. I nie tylko z ich powodu. 

Kelly  przeklinała  własną  nieufność.  Eric  Devane  był  kimś  wspaniałym  i 

dotychczas  w  niczym  nie  zawiódł  jej  zaufania.  Czy  koniecznie  musiała  słuchać 

ostrzegawczego  wewnętrznego  głosu?  Ten  mężczyzna  w  krótkim  czasie  zdołał 

sforsować linie obrony, które wznosiła od lat. Przyjęła go do swojego serca i do 

swojego łóżka. Teraz już za późno na wątpliwości. 

– 

Też bym chciała – powiedziała, tuląc się do niego. 

– 

Wspaniale. W takim razie pozostała jeszcze jedna rzecz. 

Kelly zmarszczyła brwi. 
– 

Wiem,  że  masz  wolne  weekendy,  ale  jutro  wyjątkowo  będę  zajęty. 

Musiałem  umówić  się  z  Larrym  na  kolejną  rozmowę,  choć  wierz  mi,  wolałbym 

spędzić ten czas z tobą. 

– 

Nie widzę problemu. Przecież towarzyszyłeś mi na wystawie psów, prawda? 

– 

To była zabawa, a tu chodzi o interesy. 

– Moja tresura to zabawa? 

Miała  rację,  oburzając  się.  A  jednak  nie  rozumiał,  dlaczego  chciała  mu 

towarzyszyć. 

– 

Naprawdę chcesz iść ze mną na tę rozmowę? 

– Tak. 
–  Larry jest bardzo nierówny – 

powiedział  szybko.  –  Przekazuje mi 

wiadomości tylko wtedy, kiedy ma ochotę. Dlatego uprzedzam, że przy pierwszej 

oznace niezadowolenia z jego strony będę cię musiał prosić, żebyś zostawiła nas 
samych. 

– 

Oczywiście, to zrozumiałe – zgodziła się natychmiast. 

 
–  Opowiedz mi jeszcze o Larrym – 

poprosiła Kelly, kiedy następnego dnia 

rankiem jechali saabem Erica do Waterbury. 

– 

A co chciałabyś wiedzieć? 

– Wszystko. 
– 

Nie przesadzaj, już za kwadrans będziemy na miejscu. 

–  Wystarczy czasu – 

uśmiechnęła  się.  –  Z tego, co dotychczas mi o nim 

opowiadałeś, widzę, że nie jest to zbyt skomplikowana osobowość. 

background image

Uwielbiała sposób, w jaki marszczył brwi, kiedy czuł się przyparty do muru. 

Uwielbiała zabawnie unoszący się kącik jego ust, kiedy usiłował się skoncentrować. 

Od  rana,  odkąd  po  nią  przyjechał,  zajmowała  się  obserwacją  jego 
char

akterystycznych zachowań. 

Rozczulił  ją,  przynosząc  w  prezencie  robione  polaroidem  zdjęcia  Thora  i 

Teaka, baraszkujących radośnie na kanapie w jego salonie. Inny mężczyzna na jego 

miejscu  przyniósłby  jej  kwiatki.  Podziękowałaby  i  włożyła je do wazonu, 

zapomniawszy o nich po chwili. Eric zdawał się jednak doskonale wyczuwać, co 

może naprawdę sprawić jej przyjemność. 

Wspaniały  nastrój,  w  jakim  była  od  rana,  był  również  jego  zasługą. 

Dotychczas uważała Waterbury za nudną dziurę, ale dzisiaj, kiedy była z Erikiem. 

odkryła nie znane uroki tej okolicy. Ponadto perspektywa spotkania z tajemniczym 

przestępcą podniecała ją jak kryminalna przygoda. 

– 

Masz  rację,  Larry  nie  jest  zbyt  lotny  –  przyznał  Eric.  –  Ale  może  być 

trudnym rozmówcą. To typ człowieka, który głęboko wierzy, że należy mu się sława 

i bogactwo i zupełnie nie potrafi zrozumieć, czemu jeszcze ich nie dostąpił. 

– A ty grasz na tej strunie. 
– 

Przynajmniej  usiłuję.  Teraz  Larry  mieszka  z siostrą i  szwagrem.  Pracuje 

jako nocny portier i szc

zerze nienawidzi swojego zajęcia. Jeśli książka się sprzeda, 

będzie miał oczywiście udział w zyskach. 

– 

Co będzie, jeśli znajdziesz złoto? 

– 

Wówczas otrzyma swoją część nagrody. Kelly przytaknęła z namysłem. 

– 

Stale mówisz mi, jakie on będzie miał z tego korzyści. Co daje ci w zamian? 

–  Bezcenne informacje – 

na  przykład  szczegóły  z  życia  innych  członków 

gangu, opisy ich spotkań i rozmów, prawdziwy przebieg napadu. 

– 

Wydaje mi się, byłbyś w stanie uzyskać je sam, gdybyś tylko dobrze się 

rozejrzał. 

–  To prawda  – 

przyznał  Eric,  podziwiając  jej  zdolność  do  wyciągania 

najbardziej oczywistych, zdroworozsądkowych wniosków. 

– 

Czy myślisz, że on ma jeszcze coś w zanadrzu? Eric wzruszył ramionami, 

zastanawiając się nad odpowiedzią. 

– 

Powiedzmy, że nie ufam mu w pełni. Kelly rozważała coś przez chwilę. 

– 

Opowiedz o tych pozostałych ludziach. 

– 

Poza  Larrym  było  ich  czterech.  Trzech  odsiaduje  teraz  swoje  wyroki  w 

Ossining. Czwarty, William „Buddy” Owens, zginął w strzelaninie. 

– 

Rozmawiałeś z tamtymi trzema? 

Na autostradz

ie  pojawił  się  zjazd  do  Waterbury.  Eric  zwolnił  i  zjechał  na 

boczną drogę. 

background image

– 

Kontaktowałem  się  z  nimi,  ale  niewiele  mi  to  dało.  Nie  chcieli  nawet 

rozmawiać  ze  mną  przez  telefon,  nie  mówiąc  już  o  widzeniu.  Mogę  tylko 

przypuszczać, że przynajmniej jeden z nich wie, gdzie jest schowane złoto, i kiedy 

tylko skończy odsiadkę, odzyska je. 

– 

Ile  będą  musieli  czekać?  –  zapytała  zaciekawiona.  Eric  kluczył  wśród 

wąskich uliczek nędznego przedmieścia. 

– 

Och, długo. Kiedy skradziona suma nie została odnaleziona, sędziowie nie 

są skłonni do łagodnych wyroków. Wręcz przeciwnie. 

– 

Chcesz powiedzieć, że osądzono ich zbyt surowo? 

– 

Nie, mają to, na co zasłużyli. 

– Wszyscy poza Larrym – 

zaznaczyła. 

– 

Zgadza się. 

Eric znalazł wolne miejsce na chodniku i zaparkował. Kiedy wyłączył silnik, 

odwrócił się do Kelly i poważnie popatrzył jej w oczy. 

– 

Wiem, o co chcesz zapytać, i od razu ci mówię, że nie mam zamiaru go 

bronić.  Choć  Larry  był  w  tym  gangu  tylko  pionkiem,  konkretnie  kierowcą,  jest 
równie winny jak oni wszyscy. 

– Dlaczego 

w takim razie nie powiadomiłeś o nim policji? 

– 

Nie mogłem. Dałem mu słowo. Poza tym nie wykryto jego udziału trzy lata 

temu,  a  kiedy  tamci  trzej  trafili  za  kratki,  zamknięto  sprawę  i  przestano  się  nią 

interesować,  uznawszy,  że  złoto  przepadło.  Zresztą  na wszelki wypadek 

uruchomiłem swoje kanały, żeby wybadać, co o tym sądzi policja z Connecticut. 

Dawno już przesłali te akta do archiwum. 

–  Rozumiem  – 

powiedziała  Kelly,  przypatrując  się  szeregowi  odrapanych, 

jednakowych domków. – Który to? 

Eric  wskazał  gestem  budynek,  który  pomimo  zacieków  i  brudnych  ścian 

wyróżniał się schludnie zamiecionym gankiem i klombem czerwonych pelargonii. 

– 

Larry pewnie jest sam. Zawsze stara się, by przy rozmowie nie było nikogo z 

rodziny. 

Kelly sięgnęła do klamki. 
– 

Możemy już iść? 

– 

Za chwilę. – Eric ujął jej dłoń i ścisnął znacząco. – Chciałbym, żebyś jeszcze 

raz się zastanowiła, zanim tam wejdziesz. Nie sądzę, by Larry był niebezpieczny. 

Inaczej nie zabrałbym cię z sobą. Z drugiej strony jest jasne, że komuś są wyraźnie 
nie 

w smak moje poszukiwania. Dlatego, jeśli tylko masz wątpliwości... 

– 

Nie  mam  żadnych  –  zapewniła  spokojnie  i  ponownie  położyła  rękę  na 

klamce. I tym razem Eric ją powstrzymał. 

– Co znowu? – 

zapytała zdziwiona. 

background image

– Nic – 

warknął przez zęby. Owszem, coś. Boże, co się z nim działo? On, stary 

wyga, zachowywał się jak troskliwa niańka! 

Teraz już wiedział, że popełnił błąd, zgadzając się, żeby z nim pojechała. Czuł 

to już wczoraj, ale nie potrafił odmówić. Tak bardzo pragnął jej obecności; bliskości, 

że pozwolił emocjom zapanować nad rozsądkiem. 

Jego  szefowie  i  koledzy  pokiwaliby  zapewne  z  politowaniem  głowami, 

widząc, jak psuje sobie robotę z powodu głupich sentymentów. A, do licha, nie dbał 

w tej chwili o książkę. Najważniejsza była Kelly. 

– 

Nie jesteś w to zamieszana i najlepiej by było, gdybyś poczekała na mnie w 

samochodzie – 

powiedział z troską. 

–  Ericu Devane – 

w  jej  głosie  pojawiło  się  zniecierpliwienie  –  skończ  te 

przemowy.  Idę  z  tobą.  Wycofam  się  jedynie  wtedy,  gdy  Larry  nie  będzie  chciał 

mówić w mojej obecności. I nie próbuj nawet... 

– Kelly, on mnie nie obchodzi, rozumiesz? – 

wybuchnął. – Ważne jest twoje 

bezpieczeństwo! 

Popatrzyła  na  niego  uważnie.  Jego  twarz,  tak  zwykle  spokojna,  była 

zatroskana i przejęta. Kelly, poruszona do głębi, ujęła go za rękę. 

– 

Nie martw się, wszystko będzie dobrze – powiedziała miękko. Teraz ona 

porozumiewawczo uścisnęła jego dłoń. 

Eric  patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę,  w  końcu  uśmiech  wygładził  jego 

napięte rysy. 

– 

Zachowuję się jak nadopiekuńczy idiota, prawda? 

– 

Jak wspaniały idiota – poprawiła go. 

– 

O, to już lepiej – zachichotał, wychodząc z wozu. Kiedy ruszyli alejką, Kelly 

wsunęła mu rękę pod ramię. 

– 

Lubię, jak się tak o mnie troszczysz – powiedziała. 

– 

To dobrze, ponieważ nie mógłbym przestać, nawet gdybym chciał. 

Mówiąc  te  słowa,  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  były  prawdziwe.  Uczucia, 

jakie  budziła  w  nim  ta  kobieta,  były  nowe  i  zdumiewające.  Odczuwał  ogromną 

potrzebę dokładnego ich przeanalizowania, lecz nie było już czasu. Teraz musiał się 

skupić. Miał ważną robotę do wykonania. 

Kelly  nacisnęła  dzwonek.  Larry  otworzył  natychmiast  i  cofnął  się,  robiąc 

zdumioną minę. 

– Co to za szprycha? – 

burknął, podejrzliwie mierząc ją wzrokiem. Nie ruszył 

się z progu, by ich wpuścić. 

– 

Przyjaciółka – wyjaśnił krótko Eric, powstrzymując się, by nie powiedzieć 

temu gburowi paru słów do słuchu. Poza tym,  jeśli drań będzie się tak lubieżnie 

gapić na Kelly, nie wytrzyma i da mu... 

background image

– 

Mam na imię Kelly – oznajmiła szybko, widząc, co się święci. Wyciągnęła 

rękę do Larry’ego i obdarzyła go najsłodszym z uśmiechów. Wahał się chwilę, a 

potem odwzajemnił powitanie. 

– 

Nie  miej  mi  za  złe,  że  tu przyjechałam,  ale  Eric opowiadał mi  o  tobie i 

koniecznie chciałam cię poznać – wyjaśniła przymilnie. – To, co opowiadasz, jest 

fascynujące. 

– 

Tak uważasz? – Larry dobrą chwilę wykonywał ciężką robotę myślową, aż 

w końcu odstąpił w tył, dając im znak, by weszli. 

Skierował ich do saloniku i wskazał kanapę, okrytą kolorowym pokrowcem. 

Panowie  zaczęli  cicho  rozmawiać,  a  Kelly  dyskretnie  rozglądała  się  po 

pokoju. Wid

ać  było,  że  w  tym  domu  musiano  się  zastanawiać  nad  każdym 

wydatkiem.  Niektóre  meble,  okryte  pokrowcami,  wydawały  się  nowe,  tak  jak 

kanapa, na której siedzieli. Inne były stare i odrapane. Jedyną ozdobą ściany był 

kolorowy kalendarz przedstawiający ukwieconą górską łąkę. 

Kiedy  zobaczyła,  że  Eric  wyciąga  notes,  przysunęła  się  bliżej,  pragnąc 

uczestniczyć w bardziej oficjalnej części rozmowy. 

– 

Jest  kilka  spraw,  do  których  chciałbym  wrócić  –  zaczął  Eric.  Chwilę 

przewracał  kartki,  aż  natrafił  na  właściwą  stronę.  –  O,  to.  Powiedziałeś,  że  po 

rabunku zabraliście złoto do Buddy’ego, tak? 

– 

Zgadza się – przytaknął Larry. Był chudym, wymizerowanym człowiekiem, 

o zapadniętych oczach i szczeciniastym, dawno nie golonym zaroście. Rozchełstana, 

brudnawa  koszula  ukazywała  chudą,  bladą  pierś.  Zęby  i  palce  miał  zażółcone 

nikotyną. Na jego przedramieniu wił się wytatuowany wąż. 

Przyjrzawszy mu się dokładnie, Kelly uznała, że nie chciałaby go spotkać w 

ciemnym zaułku. 

– 

To był hotelik na Elm, pod numerem 123, pokój 2B, tak? 

– 

Jak powiedziałeś, koleś. – Larry sięgnął do kieszonki na piersi i wyciągnął 

zmiętą paczkę tanich papierosów. Zapalił i zaciągnął się łapczywie. Momentalnie 

skrył go obłok duszącego dymu. 

– 

Cała wasza piątka tam była? 

– 

No a jak! Musieliśmy prędko zobaczyć, co mamy, nie? 

– 

Razem liczyliście te sztaby? 

Kelly słuchała zafascynowana, jak Eric odtwarza z Larrym dokładny przebieg 

wydarzeń. Teraz, widząc go przy pracy, zrozumiała, czemu odnosił sukcesy jako 

reporter.  Posiadał  rzadki  talent,  będący  kombinacją  żywej  inteligencji, otwartego 

umysłu i wyczucia ludzkiej natury. Rozmawiając z Larrym w tonie przyjacielskiej 

pogawędki, wyciągał z niego informacje dużo skuteczniej niż sędzia śledczy. 

– 

Z tego, co ty wiedziałeś, złoto nie opuściło tego pokoju, czy tak? 

background image

– Tak 

myślałem, ale coś musiało być na rzeczy, bo potem gliny przeczesały 

dokładnie całe to miejsce i nie znalazły nic. 

– 

Od czasu, kiedy byłeś w pokoju Buddy’ego zaraz po kradzieży, nie zjawiłeś 

się już tam więcej? 

– 

Nie, bo Buddy powiedział, że trzeba się przyczaić na kilka dni. Twierdził, że 

będzie bezpieczniej, jeśli nie zobaczą nas razem. 

– 

I z całym zaufaniem powierzyliście mu łup, by go przechował? 

– Jasne. – 

Długi słupek popiołu z papierosa złamał się i upadł na dywan. – 

Zrozum,  człowieku,  jeśli  nie  ufasz  kumplom,  z  którymi  idziesz  na  skok,  to  cała 
robota jest do... 

– 

Ale oni cię okłamali, Larry – głos Erica stał się nagle twardy. 

– 

Że niby jak? 

– 

Buddy powiedział, że musicie się rozproszyć, a potem zebrać znów, kiedy 

sprawa przyschnie, by podzielić złoto. A jednak, kiedy policja po paru dniach zrobiła 
nalot na ten hotel, byli tam wszyscy oprócz ciebie. 

– Dobra. – 

Mężczyzna podniósł się ciężko, podszedł do kominka i wściekłym 

ruchem zdusił papierosa przepełnionej popielniczce stojącej na gzymsie. – Nawet 
je

śli wtedy mnie przerobili, to ja mam teraz ostatnie słowo, nie? 

– 

To  zależy  –  powiedział  ostrożnie  Eric.  –  Nie  powiedziałeś  mi  jeszcze 

niczego, co mogłoby mnie naprowadzić na trop. 

Larry zniecierpliwiony potrząsnął głową. 
– 

Już ci mówiłem. Myślałem, że Buddy ma złoto u siebie. Tak nas zaczarował 

tym gadaniem, że nie spuści go z... 

– 

Ale policja przeszukała jego pokój i nic nie znalazła! 

– 

Ano,  nic  nie  znaleźli,  gady,  chociaż  przewrócili  mu  wszystko  do  góry 

nogami i nawet popruli materac – 

zachichotał ponuro Larry. 

Od dłuższego już czasu Kelly, słuchając go, miała niejasne wrażenie, że coś 

uszło uwagi Erica, coś bardzo ważnego. Nie słuchała już dalszych pytań, stawiając 

sobie w myśli własne. Kiedy Buddy mógł zabrać złoto? Dlaczego Larry uważał, że 
to on 

je zabrał? Czy mógłby wskazać jakieś miejsce nadające się jego zdaniem na 

kryjówkę? Czy... 

– Poczekajcie – 

wykrzyknęła nagle, gdyż uświadomiła sobie wreszcie, co ją 

dręczy.  Obaj  mężczyźni spojrzeli na  nią zdumieni.  Niecierpliwie  zwróciła  się  ku 
Larry’emu. 

– 

Powiedziałeś wcześniej, że byłeś u Buddy’ego tylko raz, tuż po kradzieży? 

– 

Tak było. 

– 

Skąd w takim razie wiesz, jak wyglądał ten pokój po rewizji? – zapytała 

triumfalnie, widząc kątem oka, jak Eric unosi brew. 

background image

– Bo... – 

zająknął się Larry i z zakłopotaniem poskrobał się w brodę. – Teraz, 

kiedy o to zapytałaś, to zaczęło mi się przypominać, że potem jeszcze raz tam byłem. 

Ale to i tak niczego nie zmienia, bo chłopców już dawno tam nie było. 

– 

A  dlaczego  wróciłeś  do  Buddy’ego?  –  zapytał  Eric,  włączając  dyktafon, 

leżący przed nim na stole. Larry nie protestował. Przyzwyczaił się już do tego stylu 
pracy. 

– 

Jackie, to znaczy moja siostra, namówiła mnie, żebym tam poszedł. To było 

po  tym,  jak  rozdmuchali  całą  historię  w  gazetach  i  pisali,  że  Buddy  nie  żyje. 

Właścicielka tego hotelu podniosła szum, że nikt jej nie zapłacił, a jeszcze narobili 

bałaganu i teraz musi to sprzątać, bo nie może wynająć. Wiec Jackie powiada: Idź 

tam,  Larry,  może  zostały  jakieś  jego  rzeczy,  to  je  zabierzesz.  Buddy  nie  był  w 

porządku,  ale  zawsze  to  kumpel.  Poszedłem  i  w  wielkim  pudle  przytachałem 

wszystko,  co  po  nim  zostało.  No  bo  kto  to  w  końcu  miał  zrobić,  skoro  tamtych 

zwinęli? – Wzruszył ramionami. – Zresztą w tym pudle są same śmiecie. 

Eric z trudem ukrywał podekscytowanie. Dziennikarski nos mówił mu, że jest 

na tropie. 

–  Gdzie masz ten karton, Larry? – 

zapytał  znudzonym  tonem,  jakby 

interesował się tym szczegółem wyłącznie z obowiązku. 

– 

O Jezu, nie wiem. Może w piwnicy... 

– 

Nie uważasz, że dla porządku należałoby przejrzeć te rzeczy? 

Larry podniósł się niechętnie z fotela. 
– 

Przecież mówiłem wam, że nic tam nie ma. Po co oglądać śmiecie? 

– 

A jednak chcielibyśmy rzucić na nie okiem – powiedział Eric. 

We trójkę zeszli do zagraconej piwnicy, ledwo oświetlonej brudną żarówką. 

Na  szczęście  wśród  rupieci  nie  było  wielu  pudeł  i  po  półgodzinie  poszukiwań 

natrafili na właściwe. Eric natychmiast wyjął je Larry’emu z rąk. 

– 

Jeśli pozwolisz – powiedział – zabierzemy je do i om u i tam spokojnie 

przejrzymy. 

– Dobra, bierzcie, na co mi ono. Przecie

ż mówiłem, że tam są tylko... 

– 

Śmieci  –  dokończyli  chórem  Eric  i  Kelly.  Pożegnali  się  z  Larrym  i 

załadowawszy karton do samochodu, odjechali w pośpiechu. 

– 

Myślisz, że to może być przełom w twoim śledztwie? – zapytała Kelly z 

ożywieniem. 

– Nie wiem. Przek

onamy się, kiedy dojedziemy do domu – odpowiedział Eric, 

cisnąc gaz. 

„My”, powtórzyła z zachwytem w myśli. Bardzo polubiła ten zaimek. Teraz 

stanowili z Erikiem zgrany zespół. To stwierdzenie również brzmiało zachwycająco. 

background image

Rozdział 8 

 

Po  godzinie  pracy  w  tumanach  kurzu  Kelly  była  skłonna  przyznać  rację 

Larry’emu. Zawartość pudła rzeczywiście wyglądała na śmieci. 

Dotychczas  zinwentaryzowali  dwie  flanelowe  koszule,  parę  dżinsów, 

grzebień z powyłamywanymi zębami, stare numery kolorowych magazynów i plik 
papierów – listów, rachunków i wycinków prasowych. Przejrzeli je bardzo starannie, 

jednak żaden nie wnosił niczego nowego do sprawy. Wreszcie, kiedy spod papierów 

zaczęło  prześwitywać  dno,  Eric  niecierpliwie  wsunął  pod  nie  rękę  i  natrafił  na 
jeszcze jeden przedmiot. 

–  Oto epokowe znalezisko! – 

zawołał  z  goryczą,  wznosząc  do  góry 

szczoteczkę do zębów ze śladami pleśni. 

– Ohyda – 

skrzywiła się Kelly. – Trzeba przyznać, ze Larry uczciwie wykonał 

swoją robotę – spakował dosłownie wszystko. 

– Tym lepiej dla nas – 

powiedział Eric i zaproponował, by podzielić zawartość 

kartonu  na  dwie  części  rzeczy  osobiste, które  będzie  można  wyrzucić,  i  papiery, 

które należy jeszcze raz przejrzeć. – Można z czystym sumieniem powiedzieć, że 

niczego nie przegapiliśmy – oznajmił, kładąc szczoteczkę na stosie ubrań. 

Na wszelki wypadek odwrócił jeszcze pudło do góry nogami i wytrząsnął je 

dokładnie.  I  wówczas  na  podłogę  wypadł  ze  stukiem  mały  przedmiot,  którego 

dotychczas  nie  zauważyli.  Była  to  figurka  starego  Chińczyka,  wyrzeźbiona  w 

kamieniu podobnym do marmuru, osadzona na grubej, prostokątnej podstawce. 

– 

A co sądzisz o tym? – zapytał, stawiając figurkę na podłodze. – Czy według 

ciebie  Buddy  był  wyznawcą  zen,  wielbicielem  sztuki  orientalnej,  a  może  tylko 

chińskiej kuchni? 

– Nic z tych rzeczy – 

oświadczyła Kelly, obejrzawszy uważnie bibelocik. – To 

jest  pieczątka.  Zobacz  –  odwróciła  figurkę  i  pokazała  mu  podstawę,  na  której 

wytłoczony był chiński napis. – Chińczycy używają tego jako swoistego talizmanu. 

Na podstawce możesz kazać wyryć swoje imię, jakiś symbol albo cokolwiek. Ma ci 

przynosić szczęście. 

– 

Jestem  pod  wrażeniem  –  stwierdził  Eric,  z  zainteresowaniem  studiując 

napis. – 

Skąd o tym wiesz? 

– 

Przypadek. Mój ojciec miał coś takiego na biurku i często dawał mi to do 

zabawy,  kiedy  byłam  mała.  Przyjaciel  przywiózł  mu  tę  pieczątkę  z  Hongkongu 

Znajdź papier i tusz albo atrament, dobrze? 

Tajemniczy symbol odbił się wyraźnie na białe; kartce. 
– Ciekawe, co on oznacza? – 

zapytał Eric, zerkając Kelly przez ramię. 

–  Nie mam p

ojęcia.  Chińczycy  posługują  się  tysiącem  symboli.  Może 

background image

oznaczać dosłownie wszystko. 

– 

Na przykład: „Złoto jest zakopane pod starym dębem”, tak? – roześmiał się, 

wodząc palcem po plątaninie cienkich linii. 

– 

Bez  przesady.  Mamy  tu  tylko  jeden  znak,  więc  może  symbolizować 

najwyżej  jedną  krótką  myśl.  Zresztą  widzisz,  że  figurka  jest  popękana  i 

poobtłukiwana. Musi być stara. Prawdopodobnie Buddy trzymał ją na szczęście, i 
tylko tyle. 

– 

Może.  –  Eric  ustawił  pieczątkę  na  biurku.  –  Ale na wszelki wypadek 

postaram s

ię o przetłumaczenie. 

– 

Dobra myśl. A co masz zamiar zrobić z resztą tych śmie... 

– 

Nie wymawiaj tego słowa! – ostrzegł ze śmiechem. 

Szybko zebrali papiery i włożyli je z powrotem do pudła. 
– 

Nie wiem jak ty, ale ja mam dosyć – powiedział Eric. 

– 

Ja też. Mam błogą nadzieję, że poczęstujesz mnie zimnym drinkiem. 

– Zobaczymy – 

powiedziała tajemniczo. 

Eric  zagryzł  wargi.  Obserwował  ją  przez  całe  przedpołudnie,  udając,  że 

koncentruje się na innych sprawach. Tymczasem prześladowała go myśl o słodkiej 

woni  jej  włosów  i  aksamitnej  gładkości  skóry.  Żadna  kobieta  nie  pociągała  go 

fizycznie aż tak bardzo. 

Kelly intrygowała go pod każdym względem. Czy sprawiła to aura tajemnicy, 

jaka  otaczała  jej  przeszłość?  Czy  błyskotliwość,  z  jaką  analizowała  zawiłe  wątki 
sprawy zra

bowanego złota? A może po prostu smukła, zmysłowa linia jej szyi, po 

której tak bardzo chciałby wędrować wargami...? 

– 

Przyglądasz mi się – stwierdziła cicho. 

– 

Zachwycam się tobą – powiedział niskim głosem i przyciągnął ją do siebie. 

Kelly  niecierpliwą  dłonią  sunęła  po  twardym  udzie  ku  zapięciu  dżinsów. 

Kiedy tam dotarła, Eric gwałtownie wciągnął oddech. 

– 

Jesteś gotowy – mruknęła z rozkosznym uśmiechem. 

Pochylił głowę i zaczął ją całować. Ich języki splotły się w namiętnym tańcu, 

a potem rozłączyły. Eric czule musnął wargami kąciki ust Kelly i zaczerwieniony od 

słońca czubek jej nosa. 

– 

Wiesz, że byłaś niesamowita tam, u Larry’ego? 

– 

powiedział. 

–  Mhm...  – 

przytaknęła  z  roztargnieniem,  zajęta  guzikami  jego  koszuli.  – 

Później mi opowiesz, dobrze? 

– 

szepnęła, ściągając mu ją z ramion. Nie pozostał dłużny i zajął się jej bluzką. 

Kształtne piersi otulała czarna koronka. Ten podniecający widok nieznośnie 

rozpalił jego żądzę. Zachłannie sięgnął rękami ku białym krągłościom. 

background image

– 

Jesteś... jesteś wspaniała... – wyszeptał zdławionym głosem. 

Rosnące napięcie wygięło ciało Kelly w łuk. Miękki pomruk wibrował jej w 

gardle. 

– 

Chodź... – wabiła. 

 

W  poniedziałek  rano,  w  porze,  kiedy  normalnie  miałaby  się  odbyć  lekcja 

Dodgera, Eric i Kelly pojechali do Waterbury. Po d

rodze  wstąpili  na  pocztę,  by 

wysłać odbitkę znaku z figurki do Nowego Jorku, do przyjaciela Erica, który znał 

chiński. 

Tym razem nie rozmawiali już z Larrym, lecz poświęcili czas na małą wizję 

lokalną.  Napad  na  bankową  furgonetkę  odbył  się  o  zmroku,  na  ruchliwej ulicy. 

Nawet teraz, po paru latach, znalazło się jeszcze dwóch sklepikarzy, którzy pamiętali 

całe zajście i chętnie o nim opowiedzieli. 

We wtorek po południu pojechali do hoteliku, w którym wówczas mieszkał 

Buddy, i ucięli sobie miłą pogawędkę z właścicielką, panią Baker. 

W  środę  wypili  kawę  w  ciemnym,  zadymionym  barze,  gdzie  narodziły  się 

plany napadu. 

W naturalny sposób Kelly stała się partnerką w śledztwie. Eric dostosowywał 

nawet pory własnych spotkań i wyjazdów do jej rozkładu dnia tak, by zawsze mogli 

być razem. Cieszył się jej towarzystwem i cenił jej wnikliwe spostrzeżenia, które 

okazały się niezmiernie pożyteczne. 

Kiedy  zaś  Kelly  pracowała  w  szkole  bądź  udzielała  lekcji  prywatnym 

klientom, Eric pisał. Albo przynajmniej wyobrażał sobie, że pisze. 

Tego  czwartkowego  popołudnia,  po  godzinie  siedzenia  przy  biurku,  na 

ekranie jego nowego komputera nie pojawiło się ani jedno zdanie. Jak zwykle nie 

mógł się skupić z powodu Kelly. Wkradała się w jego myśli z tą samą łatwością, z 

jaką wkradła się do jego serca. Im lepiej zaś ją poznawał, tym bardziej był świadom, 

jak mało o niej wie. 

Cały  ostatni  tydzień  praktycznie  się  nie  rozstawali,  pracując  razem, 

odpoczywając, śmiejąc się i kochając. Istniały sfery, w których Kelly nie miała przed 
nim tajemnic i lgn

ęła do niego z cudowną szczerością i zaufaniem. W innych zaś 

natykał się na zatrzaśnięte na głucho drzwi, kryjące bolesne tajemnice przeszłości. 

Wyraźnie  czuł,  że  dręczą  ją  nadal  i  nie  pozwalają  w  pełni  być  sobą,  nawet  jeśli 

oddawała mu swoje ciało. 

To nie 

jest  zwykła  ciekawość,  usprawiedliwiał  się  przed  sobą,  sięgając  po 

słuchawkę. Kiedy mężczyzna pozwala, by kobieta zawładnęła jego myślami do tego 

stopnia, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować, wtedy, do licha, ma prawo do 

wszelkich posunięć. 

background image

Zaczął  już  wystukiwać  numer,  ale  nagle  jego  ręka  znieruchomiała.  Twarz 

Kelly  stanęła  mu  przed  oczami  jak  żywa.  Twarz  kobiety,  którą  kochał.  Drgnął, 

uderzony  nagłym  skojarzeniem.  Oczywiście,  teraz  wszystko  stało  się  jasne. 

Zakochał się w Kelly Ransome. 

Skoro tak, 

miał prawo, a nawet obowiązek działać, by znieść bariery pilnie 

strzegące  świata  jej  przeszłości.  Zdecydowanymi  ruchami  wcisnął  sekwencję 
klawiszy. 

– 

„New York Times”, archiwum, słucham? – odezwał się głos. 

– Graham, stary koniu, to ty? – 

Eric odchylił się wraz z krzesłem i oparł nogi 

na biurku. 

– 

Eric! Jak ci się żyje w tej pustelni? 

– Powolutku. 
– To nie w twoim stylu, stary. 

Jak  najbardziej  w  moim,  pomyślał,  ale  nie  widział  sensu  w  tłumaczeniu 

koledze, jak szczęśliwy jest ostatnio w Woodbury. 

– 

Posłuchaj, czy mógłbyś mi wyświadczyć małą przysługę? – zapytał. 

– Gadaj. 
– 

Chcę, żebyś sprawdził jedno nazwisko. Ransome. Zanotuj: RANSOME. Nie 

potrafię powiedzieć dokładnie, o co chodzi, ale wydaje mi się dziwnie znajome. W 

każdym  razie  chodzi  o  drugą  połowę  la:  siedemdziesiątych  albo  wczesne 

osiemdziesiąte. Może być związane z Nowym Jorkiem, ale nie musi. 

– 

To niezwykle zawęża obszar poszukiwań – zachichotał Graham. 

Eric niecierpliwie zabębnił palcami w kolano. 
– 

Od czego są w końcu komputery i fachowcy tacy jak ty, co? 

– 

Dzięki za komplement. Podejrzewam,  że chcesz mieć to na wczoraj, jak 

zwykle? 

– 

Zgadza się. 

– 

Zobaczę, co się da zrobić – westchnął z rezygnacją Graham. 

– 

Dzięki. Masz u mnie kolację, jak tylko będę w mieście. 

– 

Trzymam za słowo. Cześć. 

Eric 

odłożył słuchawkę i przeciągnął się z zadowoleniem. Wreszcie zrobił coś 

konkretnego i poczuł się o wiele lepiej. Położył palce na klawiaturze, namyślał się 

przez chwilę, a potem zaczął pisać. Teraz, kiedy skrystalizowały się jego uczucia do 

Kelly, zyskał upragniony spokój i twórczą wenę. Jak burza przeleciał przez rozdział 

piąty  i  był  już  w  połowie  szóstego,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Drgnął,  słysząc 

natarczywy  sygnał.  Co  prawda  w  ostatnim  tygodniu  tajemniczy  szantażysta  nie 

odezwał się ani razu, ale nie mógł mieć pewności... 

Wydał komendę zachowującą tekst i sięgnął po słuchawkę. 

background image

– 

Devane, słucham. 

– 

Wygrzebałem  coś dla  ciebie –  zaczął Graham  bez  zbędnych  wstępów. – 

Niedużo tego, bo miałem za mało danych, ale może się przyda. 

– Dobra, dawaj. – Eric z nawyku s

ięgnął po notes. 

– 

Daniel  Ransome  ostro  poszedł  do  góry  na  Wall  Street  w  latach 

siedemdziesiątych. Pracował dla firmy inwestycyjnej Scuddera i Hope’a. 

–  Aha...  – 

mruknął Eric,  notując  pilnie. Teraz  zaczął kojarzyć.  W  tamtych 

latach zaczynał pracę jako młodszy redaktor w  „Timesie”, a  o całej historii było 

wtedy głośno. 

– 

W  osiemdziesiątym  roku  dobrała  im  się  do  skóry  Federalna  Komisja 

Handlu. Chodziło o sprzedawanie informacji o stanie finansowym przedsiębiorstw 

wchodzących  na  giełdę.  Wybuchł  wielki  skandal,  wiesz, naruszenie publicznego 
zaufania i tak dalej. 

– 

Dobrze, a na ile był w to wciągnięty Ransome? 

– 

Zależy, kogo by się spytało. Krążyło wiele sprzecznych opinii. Scudder i 

Hope bronili go, to jasne. Ale nie ma tu nic pewnego. Pamiętaj, że wszystko się 

działo  dziesięć  lat  temu.  W  każdym  razie  wytoczono  przeciwko  niemu  ciężkie 

działa,  ale  niczego  mu  nie  udowodniono.  Jednak  prasa  nie  popuściła.  Nie  dali 

przyschnąć sprawie i w końcu doprowadzili do tego, że Ransome był w środowisku 

spalony. Po trzech miesiącach sam podał się do dymisji. 

Eric zaczął zajadle gryźć koniec długopisu. 
– 

Masz coś o jego rodzinie? 

– 

Niewiele. Oszczędzono ich, gdyż nie mieli o niczym pojęcia. A więc żona, 

Betty, dobrze zakonserwowana, opalona blondynka – 

znasz ten typ. Zaangażowana 

po  uszy  w  działalność  charytatywną.  Jedno  dziecko,  córka  Kelly,  miała  wtedy 

dziewiętnaście lat. Mam jej zdjęcie, zrobione po procesie, ale jest niewyraźne. W 

każdym razie, sądząc po minie, musiała być tym wszystkim zdruzgotana. 

Eric przymknął oczy, usiłując opanować zamęt w głowie. 

Córka  Kelly...  musiała  być  zdruzgotana tym  wszystkim...  Suche,  rzeczowe 

sprawozdanie przydawało ponurości faktom. 

– 

Hej, jesteś tam jeszcze? 

– Tak. – 

Zmęczonym ruchem potarł czoło. 

– 

Czy to ci coś daje? 

– 

Tak. Stokrotne dzięki, Graham. 

– Nie ma za co, stary. 

Teraz już wiem, pomyślał Eric, powoli odkładając słuchawkę. 

Teraz  już  wiedział,  kiedy  zadano  Kelly  ten  okrutny  cios.  Teraz  rozumiał, 

dlaczego nie ufała dziennikarzom i co sprawiło, że musiała przerwać studia i zaszyć 

background image

się na prowincji. 

Po raz pierwszy w życiu Eric Devane, zawodowy łowca informacji, zaczął się 

zastanawiać, czy przypadkiem nie wie za dużo. 

 

A jednak następnego dnia już tak nie myślał. Poznanie bolesnej przeszłości 

Kelly mogło pomóc ją zmienić. Postanowił działać natychmiast. 

Oboje mieli wolny piątek, więc zaprosił ją do siebie na kolację. Z radością 

przyjęła zaproszenie. Eric przygotowywał się bardzo starannie. Wyszukane potrawy, 

dobre wino, pięknie nakryty stół, nastrojowe światło świec – nie pominął niczego, 

lecz  nie  wziął  pod  uwagę  punktualności  Kelly.  Kiedy  zadzwoniła  do  drzwi, 

komponował jeszcze wymyślną sałatkę ze szpinaku. 

– 

Wejdź! – zawołał. Thor i Teak zerwały się ze swoich posłań i z radosnym 

szczekaniem popędziły do drzwi. 

Eric w przyspieszonym tempi

e  mieszał  sałatkę,  słuchając,  jak  Kelly 

przemawia do psów. Skończył w samą porę, by nalać dwa kieliszki wina i wyjść z 
nimi do holu. 

Kelly, stojąca w ramie drzwi, rozświetlonej blaskiem zachodzącego słońca, 

wyglądała jak zjawisko. Po raz pierwszy widział ją w sukience. Była to sukienka z 

cienkiej białej bawełny, w prostym ludowym stylu, długa i powiewna, o okrągłym 

dekolcie  i  luźnej,  zbluzowanej  górze.  Szczupłą  talię  otaczała  szeroka, 

wielokolorowa szarfa. Stanik i dół sukni obszyte były barwnym ściegiem. Gdyby nie 

to,  wyglądałaby  jak  szata  dziewiczej  kapłanki.  Patrząc  na  twarz  Kelly,  Eric  ze 

zdumieniem dostrzegł na niej wyraz zawstydzenia i niepewności. Po tym wszystkim, 

co przeszli już razem, jeszcze nie była pewna, czy mu się podoba! Odstawił kieliszki 

podbiegł, by wziąć ją w ramiona. 

– 

Przepięknie wyglądasz – powiedział z nie skrywanym podziwem. 

– 

Och, dzięki – wyjąkała Kelly. Przez ułamek sekundy dręczyła ją obawa, czy 

nie popełniła błędu. Od tak dawna już nie stroiła się dla mężczyzny, że zwątpiła, czy 

potrafi jeszcze wyglądać kobieco i elegancko. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie 

na twarz Erica, by wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Dostrzegła zachwyt w jego 

oczach. Naprawdę uważał, że jest... piękna. 

Odsunął ją od siebie na odległość ramienia. 
– 

Piękna, to za mało powiedziane. – Popatrzył na nią z zachwytem. – Jesteś po 

prostu oszałamiająca. Zmieniłaś fryzurę? – Musnął palcami złote pasma. 

– 

Trochę. Właściwie podcięłam włosy, żeby lepiej się układały. 

Dostrzegł, że ma lekki makijaż, dyskretnie podkreślający jej naturalną urodę. 

Mimo tych wszystkich zmian była dawną Kelly, szczerą, otwartą, a jednocześnie 

upartą i zdecydowaną. 

background image

– 

Podoba mi się twoja suknia. 

– Jest nowa – 

wyznała. Eric sprawił, że znów poczuła się kobietą. Kobietą, 

która chce się podobać mężczyźnie. Chciała, żeby o tym wiedział. – Miałam trochę 

czasu dziś po południu i postanowiłam spędzić go w sklepach. 

– Masz dobry gust – 

uśmiechnął się i wziąwszy za rękę, poprowadził ją do 

salonu. – 

Otworzyłem wino. Mam nadzieję, że czerwone będzie ci odpowiadało. 

Kelly  wzięła  z  jego  rąk  kieliszek  i  upiła  łyk.  Ciemny,  rubinowy  burgund, 

cudownie  wytrawny  i  delikatny,  rozgrzewał  jej  gardło.  Popatrzyła  na  pięknie 

zastawiony stół. 

– 

Bardzo się napracowałeś. 

– 

Nie bardziej niż ty – powiedział, wpatrując się w nią intensywnie. Wreszcie, 

przypomniawszy sobie o obowiązkach gospodarza, poszedł do kuchni, by zabrać 

przyprawione  mięso i  położyć  je  na ogrodowym  grillu.  Kelly  podążyła  za nim  z 

kieliszkiem w ręku. 

– 

Wiesz, rozmawiałem z przyjacielem z Nowego Jorku – powiedział. – Tym, 

któremu wysłaliśmy chińską pieczątkę. 

– 

Aha, i co mówił? 

– 

Ten symbol oznacza szczęście i bogactwo. 

– 

Hm, to by nawet pasowało. 

– 

Owszem, ale cóż z tego? – westchnął, fachowo przewracając skwierczące 

płaty. 

– 

Nie wiem, ty mi powiedz. Przecież nie ja piszę tę książkę – zauważyła z 

przewrotnym uśmiechem. 

– 

Sam  chciałbym  wiedzieć  –  stwierdził  z  nieoczekiwaną  powagą.  – 

Rozpracowuję tę sprawę od trzech miesięcy, a jestem tak samo bliski odnalezienia 
skarbu jak na p

oczątku. 

– 

Tego nie możesz ocenić. Zebrałeś mnóstwo informacji. Zapewne zawierają 

ważne wątki, ale jeszcze nie połączyłeś ich ze sobą. 

– 

Możliwe. – Eric zdjął mięso z rusztu i rozłożył je na talerzach. – Ale jedną 

rzecz mogę ci powiedzieć z całą pewnością. 

– Co takiego? 

Przeszedł do salonu, postawił talerze na stole i odwrócił się do Kelly, biorąc ją 

w ramiona. 

– 

Dzisiaj  nie  mam  zamiaru  martwić  się  Larrym  Smithem,  świętej  pamięci 

Buddym  i  tym  całym  napadem  stulecia.  Słowem  –  musnął  wargami  jej  włosy  – 
jedyn

ym szczęściem, które mnie teraz interesuje, jest nasze szczęście. 

– 

Wznoszę  za  nie  toast  –  szepnęła,  przymykając  oczy  i  rozchylając 

zapraszająco wargi. 

background image

– 

Właśnie, toast – mruknął Eric, niechętnie odsuwając się od niej. – Jeśli teraz 

nie usiądziemy do stołu, to już nie zjemy kolacji. 

– 

Boże, jak ty się potrafisz szybko przestawić – westchnęła Kelly. 

Eric zabawnie wywrócił oczami. 
– 

I kto to mówi? Kobieta, która uwiodła mnie w kuchni! 

– 

Uwiodłam cię? Jeśli sobie przypominam, przystałeś na to ochoczo. 

–  Kochan

a, zawsze mam ochotę na te rzeczy z tobą. I jeśli będziemy dalej 

roztrząsać  ten  temat,  Thor  i  Teak  zyskają  wspaniałą  kolację  –  powiedział, 

spoglądając znacząco na stygnące porcje. 

–  Tak jak ostatnim razem – 

roześmiała  się,  przysuwając  sobie  krzesło.  – 

Musi

ałam się zadowolić masłem orzeszkowym i galaretką. 

– 

Biedactwo. Co do mnie, nie znoszę ani jednego, ani drugiego. 

Podał jej sałatkę i zaczęli jeść. Eric skrycie obserwował Kelly, jak zwykle 

pochłaniającą  wszystko  ze  zdrowym  apetytem.  Jeśli  się  już  na  coś  zdecydowała, 

robiła to do końca. Tak samo postępowała dawniej, pomyślał. Kiedy miała dosyć 

Nowego Jorku, wyjechała z miasta i bez żalu zostawiła je za sobą. Wiedząc o tym, 

przerwał  pocałunek  i  nakłonił  ją  do  kolacji.  Bardzo  pragnął  się  kochać  z  Kelly, 
jedna

k czuł, że muszą najpierw porozmawiać. 

Teraz bowiem, kiedy poznał bolesny sekret jej przeszłości, nie mógł już być 

taki beztroski. Świadomość, iż znał sprawy, z których Kelly nie miała ochoty mu się 

zwierzać, nakazywała mu wyjaśnić sytuację. Przedyskutować przeszłość na nowo, 

by zamknąć ją raz na zawsze. 

A jednak, choć bardzo tego pragnął, nie wiedział, jak nawiązać do tamtych lat. 

W czasie kolacji zagłębili się dyskusję o lidze baseballowej, a przy deserze Kelly 

opowiadała o swojej  rubryce  i listach,  jakie  dostaje  od  czytelników.  Eric obiecał 

sobie solennie, że zacznie temat przy kawie, ale parzył ją w kuchni tak długo, że 

kiedy wrócił, Kelly nie było już przy stole. 

– 

Hej, gdzie jesteś? 

– Tutaj. – 

Jej głos dobiegł z tarasu. – Noc jest taka piękna. Księżyc w pełni i 

tysiące gwiazd na czystym niebie. 

Postawił  filiżanki  na  stole  i  wyszedł  do  niej.  Po  upalnym  dniu  powiew 

nocnego wiatru działał cudownie orzeźwiająco. Eric usiadł obok Kelly na schodku 

tarasu i razem wpatrywali się w krajobraz, zalany srebrnym światłem. 

–  Wiesz  – 

powiedziała z rozmarzeniem, opierając mu głowę na ramieniu – 

czasami  zastanawiam  się,  ile  tracę,  żyjąc  tu,  w  Woodbury,  gdzie  życie  biegnie 

powoli i bez niespodzianek. Ale są też momenty takie jak ten, kiedy wiem, że nie 

chciałabym być w żadnym innym miejscu. 

– 

W każdym miejscu możesz czuć się dobrze, jeśli jesteś z właściwą osobą – 

background image

powiedział, przyciągając ją do siebie. 

– 

Może i tak. – Dotknięcie dłoni gładzącej jego szyję było miękkie i spokojne. 

Taki też był jej głos, kiedy znów się odezwała. – Przez bardzo długi czas uważałam, 

że ktoś taki nie istnieje. Raz tylko znalazłam szczęście, ale sama je zniszczyłam. 

Potem nie śmiałam już go szukać, uważając, że na nie nie zasłużyłam. 

– 

Zasłużyłaś na każde szczęście i nawet na coś więcej. Wiem, co przeszłaś i 

jak musiałaś się tym dręczyć przez te wszystkie lata... – Przestał mówić czując, jak 
Kelly sztywnieje w jego ramionach. 

Uniosła głowę. W półmroku widział, jak marszczy brwi i mierzy go wzrokiem 

spod zmrużonych powiek. 

– Wiem o twoim ojcu, Kelly. 
– Co takiego? 
– Wiem o firmie Scuddera i Hope’a. Wiem o aferze na Wall Street. 

Odsunęła  się,  jakby  jego  dotknięcie  mroziło  ją.  Chłodne  nocne  powietrze, 

którym jeszcze przed chwilą się rozkoszowała, wydało jej się nagle lodowate. 

– 

Skąd się dowiedziałeś? 

– 

To nieważne. 

– 

Dla mnie ważne! 

Nie  mógł  znieść  udręki  brzmiącej  w  jej  głosie.  Spodziewał  się,  że  będzie 

zaskoczona, nawet niezadowolona, ale nie był przygotowany na gniew i żal. 

– 

Kelly, chodź bliżej – szepnął, wyciągając ku niej rękę. – Porozmawiajmy... 

– 

Słyszę  cię  całkiem  dobrze  –  syknęła,  przyciskając  się  do  balustrady. 

Wiedział, że jeśli tylko zrobi ruch w jej stronę, poderwie się i ucieknie w ciemność. 

– 

Kelly, nie przejmuj się tak – uspokajał. 

– Daj mi spokój! 

Coś stało się z zaufaniem, które z taką troską pielęgnowała w sobie. I uczucia, 

na  które  pozwoliła  sobie  wbrew  głosowi  rozsądku,  gwałtownie  przycichły.  Z 

upiorną dokładnością powtarzała się już kiedyś odegrana scena. 

– 

Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, to proszę. Chcę wiedzieć, co wiesz o moim 

ojcu i skąd masz te informacje. 

Eric westchnął ciężko. Zbyt późno zorientował się, że popełnił błąd, ale nie 

miał już odwrotu. 

– 

Wiem, że twoim ojcem jest Daniel Ransome i że był zamieszany w aferę na 

Wall Street, związaną z przeciekiem informacji o stanie przedsiębiorstw. 

– 

Jak na dziennikarza o takiej sławie wywęszyłeś bardzo mało – powiedziała 

zgryźliwie. – A miałeś przecież wystarczająco dużo czasu. 

– 

Naprawdę  myślisz,  że  grzebałem  w  twoim  życiorysie,  od  kiedy  cię 

poznałem? – zapytał, niemile zatłoczony. 

background image

– 

A nie robiłeś tego? 

– 

Jasne, że nie! Dlaczego miałbym to robić? 

– 

Kto cię wie? – prychnęła wściekle. – Może szukałeś materiału do następnej 

książki? 

Gdyby  tylko  dała  mu  szansę,  mógłby  przyznać,  że  posunął  się  za  daleko. 

Jednak  irytacja  i  urażona  duma  wzięły  górę  nad  ostrożnością.  Teraz  był  równie 

wściekły, jak ona. 

– 

Od tamtej pory giełda przeżyła już kilkanaście skandali większego formatu. 

Dlaczego miałbym się podniecać jakąś starą historią? 

– 

Nie wiem, może to odruch zawodowy – wzruszyła ramionami. – Poznałam 

cię trochę i widzę, w jakim stylu pracujesz. Przydaje ci się każda, nawet najmniejsza 

informacja  i  każdy  kontakt.  A  mały  romansik  z  córką  przestępcy  może  być 

bezcennym materiałem. 

– 

Nie nazwałem twojego ojca przestępcą! 

Zamilkli, wy

czerpawszy  argumenty.  Kelly  uświadomiła  sobie  nagle,  że 

oczekiwała, by zaprzeczył oskarżeniu o romansowanie z nią z premedytacją. Nie 

zrobił  tego,  poprzestał  na  sprostowaniu  jednego  tylko  słowa.  Ostatnia  iskierka 

nadziei zgasła. Wraz nią rozpłynął się gniew, pozostawiając tylko poczucie rozpaczy 

i beznadziejności. 

– 

Jeśli nie obwiniasz mojego ojca o przestępstwo – powiedziała zmęczonym 

głosem – to jesteś jedynym dziennikarzem, który tego nie zrobił. 

Eric zaryzykował. Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. 
– 

Czy pozostali mylili się, Kelly? 

Podniosła  się  gwałtownie  i  stanęła  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi, 

wpatrzona w noc. 

– Co to ma za znaczenie? 
– 

Wiem, że dla ciebie duże. A jeśli tak, ma również dla mnie. 

– 

Nie wierzę ci. – Nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem. Ból przenikał ją jak 

okrutne  ostrze.  Zależało  jej  na  tym  mężczyźnie  i  była  tak  szalona,  że  liczyła  na 

wzajemność.  Tymczasem  widział  w  niej  tylko  źródło  informacji  do  następnej 

sensacyjnej książki. – Dostarczyłam ci niezłej zabawy, co? – zaśmiała się gorzko. – 

Naiwna panienka z prowincji, która dała się... 

– 

Kelly,  przestań!  –  przerwał  jej  ostro.  Płynnym,  błyskawicznym  ruchem 

uniósł się ze schodka i chwycił ją w ramiona, odwracając twarzą ku sobie. – Wcale 

tak nie było i dobrze o tym wiesz! 

– 

Czyżby? Może więc opowiesz mi swoją bajeczkę? Eric z zakłopotaniem 

przeczesał włosy palcami. 

– 

Nie chciałaś mi opowiedzieć niczego o sobie. Przyznaję, że coraz bardziej 

background image

mnie to ciekawiło. Później, kiedy się lepiej poznaliśmy, doszedłem do wniosku, że 
tajemnica, k

tórą kryjesz, coraz bardziej nas dzieli i domaga się wyjaśnienia. 

– 

Prosiłam  cię,  żebyś  uszanował  moją  prywatność.  Myślałam,  że...  – 

Gwałtowne łkanie nie pozwoliło jej dokończyć. – Myślałam, że ty jesteś inny, że 

mogę ci zaufać – dokończyła zdławionym głosem. 

– 

Inny niż kto? – nalegał, czując, że w odpowiedzi tkwi klucz do jej bolesnego 

sekretu. 

– 

Co, chcesz uzupełnić brakujące informacje? 

– 

Nie bądź śmieszna! 

– 

Mówię  najzupełniej  poważnie.  Skoro  nieświadomie  dostarczyłam  ci 

materiału  na  sensacyjną  książkę,  nie  chciałabym,  żebyś  przedstawił  mnie  w 

najgorszym świetle. 

– 

Przestań  wreszcie  mówić  o  pomyśle,  który  się  nigdy  nie  narodził  i  nie 

narodzi. Nie ma takiej książki. Jestem tylko ja, mężczyzna, któremu na tobie zależy – 

urwał i wziął głęboki oddech. – Mężczyzna, który cię kocha, Kelly. 

Myślała, że nic już jej nie zaskoczy, ale te słowa oszołomiły ją jak cios. Kocha 

ją? Eric Devane ją kocha? 

Nie,  to  niemożliwe.  Mężczyzna,  który  kocha,  nie  nadużyłby  jej  zaufania. 

Mężczyzna,  który  kocha,  nie  szperałby  bez  jej  wiedzy w najbardziej osobistych 

sprawach. I nie patrzyłby na nią tak jak on teraz – spod zmrużonych powiek, ze 

zmarszczonymi brwiami, z ustami zaciśniętymi w twardą linię. 

– 

Powiedziałem, że cię kocham – powtórzył Eric. 

– 

Słyszałam. 

– I...? 
– 

I myślę, że każde z nas ma inne pojęcie o tym, czym jest albo nie jest miłość. 

– 

Miłość oznacza dla mnie troskę o kogoś do tego stopnia, że gotów jestem 

zrobić wszystko, by zapewnić mu szczęście. 

– 

Chcesz mnie uzdrowić, ty dobroczyńco? 

– Do licha, Kelly, nie o to chodzi! 
– 

Pewnie myślisz, że jestem tak zaplątana w swojej przeszłości, że potrzebuję 

kogoś, kto by mnie od niej uwolnił? 

– 

Nie powiedziałem tego... 

– 

Wiem, co powiedziałeś – ucięła gorzko. – I wiem, czego chcesz. Chcesz 

znać historię, która zdarzyła się przed laty w mojej rodzinie. Ale nie tę, o której się 

dowiedziałeś, tylko tę inną, ukrytą. 

Już otwierał usta, ale uciszyła go ruchem dłoni. 
– 

Widzę, jak bardzo jest dla ciebie ważna, więc opowiem ci ją. 

background image

Rozdział 9 

 

Biała suknia Kelly jaśniała srebrzyście w blasku księżyca, a włosy nabrały 

odcienia  starego  złota.  Eric  wpatrywał  się  w  jej  profil,  odcinający  się  na  tle 

wygwieżdżonego  nieba.  Jeszcze  nigdy  nie  wydawała  mu  się  tak  kochana  i 

upragniona, a jednocześnie tak daleka. Miał wrażenie, że z każdą chwilą oddala się 

od niego bezpowrotnie. Czuł się całkowicie bezsilny, świadom, że nie może zrobić 

nic, co mogłoby ją zatrzymać. 

Było  mu  obojętne,  kim  był  jej  ojciec  i  jakie przestępstwo popełnił.  Po  raz 

pierwszy fakty i informacje nic d

la  niego  nie  znaczyły.  Jeśli  myślał  o  tamtych 

sprawach, to tylko dlatego, że miały rujnujący wpływ na życie Kelly i przyszłość, 

jaką planował dla niej i dla siebie. 

Miał tylko nadzieję, że jej szczera opowieść pomoże odpędzić demony, które 

ciągle  ją  prześladowały.  Ufał,  że  jeśli  Kelly  znajdzie  w  nim  uważnego  i 

współczującego słuchacza, znów zwróci się ku niemu. 

– 

Mój  ojciec  był  dobrym  człowiekiem  –  zaczęła  powoli.  –  W  całym  tym 

koszmarze, jakim dziennikarze uczynili nasze życie, rzadko o tym pamiętano. W 
ow

ym fatalnym roku osiemdziesiątym nie stał się nagle zły. Po prostu popełnił błąd. 

Miał swoją słabość i uległ jej. 

Odwróciła  się,  by  Eric  nie  mógł  widzieć  jej  twarzy.  Ręce  miała  ciągle 

skrzyżowane na piersi i kuliła się, jakby było jej zimno. Drgnęła, kiedy poczuła jego 

rękę na ramieniu. Gest był tak czuły i łagodny, że pokonała odruch ucieczki. 

– 

Wielu mężczyzn ma swoje słabości – ciągnęła. 

– 

Jedni są uzależnieni od alkoholu, inni od kobiet albo od hazardu. Czułym 

punktem mojego ojca były pieniądze. Zawsze uważał, że ma ich za mało. Przy czym 

nikt  w  rodzinie  nie  był  rozrzutny,  a  zwłaszcza  on.  Tak  ciężko  harował,  by 

powiększyć swoją fortunę, że nawet nie miał czasu z niej korzystać. 

– 

Tak, są tacy ludzie – powiedział cicho Eric. 

– 

Giełda jest dla nich wielką grą, a osiąganie zysków hazardem, z którego nie 

mogą się wyzwolić. 

Współczucie  w  jego  głosie  uspokoiło  emocje,  ale  jeszcze  bardziej  kojąco 

podziałało zrozumienie. Eric nie osądzał jej ojca pochopnie, jak czyniła to większość 

ludzi, lecz próbował pojąć jego motywacje. Nawet nie myśląc, co robi, oparła się o 

jego ramię. 

Eric uśmiechnął się w ciemności i cierpliwie czekał na dalszy ciąg. 
– 

Jak pewnie wiesz, Scudder i Hope byli w owych latach jedną z największych 

firm  inwestycyjnych.  Ojciec  należał  do  ścisłego  grona ich najlepszych 

pracowników, toteż miał dostęp do wszelkich informacji Kiedy stało się jasne, że 

background image

ktoś manipuluje sprzedażą akcji kompanii, którą Scudder i Hope właśnie mieli po 

cichu przejąć, znaleźli się tacy, którzy wskazali na mojego ojca. 

Kelly u

rwała na chwilę, zaciskając dłonie. 

– 

Nie potrafię ci powiedzieć, w jakim stopniu był wplątany w tę aferę. Nigdy 

nie  udało  mi  się  ustalić,  czy  sam  manipulował  czy  po  prostu  ułatwił  przeciek, 

niechcący czy za pieniądze. W każdym razie Scudder i Hope bardziej niż o wykrycie 

sprawcy  martwili się  o  utratę  wiarygodności firmy.  Zresztą  mój  ojciec  nigdy  nie 

przyznał się do winy ani też niczego mu nie udowodniono. Zobowiązał się tylko do 

pokrycia strat i na tym sprawa się zakończyła. 

Eric słuchał uważnie. Jak dotąd wszystko zgadzało się z tym, co sam pamiętał, 

i z doniesieniami Grahama. 

– 

I wtedy cała historia dostała się do prasy, tak? 

– 

zagadnął. 

– 

Tak, dziennikarze urządzili mu własny proces – stwierdziła z nienawiścią. – 

Dla tych drani z brukowców nie było ważne ani to, że ojca oczyszczono z zarzutów, 

ani to, że Scudder i Hope stanęli w jego obronie. Zszargali mu opinię i zrujnowali 

karierę. Zniszczyli wszystko, cokolwiek w życiu osiągnął. Zniszczyli jego samego i 
nas przy okazji. 

Eric przytaknął ze zrozumieniem. Znał ten mechanizm. Wiedział, jak szybko 

plotka albo posądzenie zbierają żniwo w środowisku takim jak Wall Street, gdzie z 

konieczności wszystko opiera się na zaufaniu do  firm i inwestorów. Najmniejsza 

choćby  fałszywa  iluzja,  sugerująca,  że  uczciwość  danego  człowieka  nie  jest  bez 

zarzutu, była w stanie doprowadzić go do ruiny. 

Kelly kurczowo zebrała w palcach fałdy sukni. 
– 

Czy  wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  budzisz  się  rano,  słysząc  tupot  reporterów 

zajmujących pozycje przy wejściu do twojego domu? Albo kiedy wyglądasz przez 

okno i widzisz ekipę telewizyjną, ustawiającą się na twoim trawniku? Kiedy ktoś 

grzebie w twoich śmieciach albo robi zdjęcia twojego psa? – wyrzuciła z siebie. 

Eric  w  milczeniu  pokręcił  głową.  Nawet  nie  chciał  sobie  przypominać,  ile 

razy sam brał udział w takich akcjach. Był z siebie dumny, gdyż wytrwale polował 

na fakty, których pożądali czytelnicy, i dostarczał sensacyjne informacje na pierwsze 

strony gazet. Nawet nie przyszło mu wtedy do głowy, by pomyśleć, co mogą czuć 

ofiary jego wścibstwa. Dopiero teraz uświadomiła mu to Kelly. 

– 

Powiem ci, co się wtedy czuje – mówiła gorzko. 

– 

Nienawiść,  bo  to  jest  podłe  i  nieludzkie.  Możesz  się  wyleczyć  z 

idealistycznych  mrzonek  na  temat  przyrodzonej  szlachetności  ludzkiej natury. 

Jeszcze teraz, kiedy pomyślę o tym, ręce same zaciskają mi się w pięści. 

– 

Ale kiedyś wreszcie dali wam spokój – zauważył nieśmiało. 

background image

– 

Owszem, tak się w końcu stało. Ale było już za późno. Ojciec był skończony 

na Wall Street. Jedyna rzecz, któr

a liczyła się w jego życiu, została mu zabrana. 

Scudder i Hope zapewnili mu wcześniejszą emeryturę. Wkrótce potem przeniósł się 

na Florydę. 

– 

A co z twoją matką? 

– 

Odeszła od niego – wyjaśniła spokojnie Kelly. 

– 

Myślę, że po prostu nie mogła znieść tej hańby. 

– 

A ty zrezygnowałaś z uczelni? 

– 

Czy miałam inne wyjście? Nie było już pieniędzy, a wszyscy wiedzieli, kim 

jestem.  Wytykano  mnie  palcami  w  całym  kampusie.  Nie śmiałam  pokazać się  w 

dyskotece  ani  nawet  w  czytelni.  Wtedy  postanowiłam  rzucić  Princeton  i  znaleźć 

sobie pracę. 

Pamiętała, jak chciała się zaszyć w lasach i na pustkowiu, tak by nikt jej nie 

rozpoznał. Woodbury okazało się idealnym miejscem, choć musiała zrezygnować z 

wielu rzeczy i zmienić się pod wieloma względami. Cóż, wszystko ma swoją cenę. I 

to zbyt wysoką. Zaczęła mieć dosyć. Ta rozmowa była zbyt bolesna. 

– 

Wiesz, lepiej już sobie pójdę – powiedziała z westchnieniem. 

– 

Zostań – poprosił zgnębiony. – Nie chcę, żebyś odchodziła. 

Kelly  nie  odpowiedziała.  Odsunęła  się  od  niego  tak,  by  nie  mógł  już  jej 

dotykać. Oddzieliła ich warstwa chłodnego, nocnego powietrza. 

– 

Nie mogę. 

Eric patrzył bezsilnie, jak znika za rogiem domu. 
–  Kelly?  – 

zawołał  jeszcze  raz,  przerażony  wizją,  w  której  odchodziła  na 

zawsze z jego życia. – Kelly? 

Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać, ale nakaz uczuć był silniejszy niż 

głos rozsądku. Zawahała się i przystanęła. Za chwilę znalazł się przy niej. 

– Bardzo mi przykro, Kelly. 

Teraz popatrzyła na niego i ze zdumieniem dostrzegła zgarbione ramiona i 

przygnębiony wyraz jego twarzy. 

– 

Nie musisz cierpieć za przewinienia mojego ojca – powiedziała. 

– 

Popełniłem  ogromny  błąd,  wtrącając  się  w  twoje  prywatne  sprawy. 

Przepraszam  – 

powiedział  pokornie,  obserwując  z  niepokojem  grę  uczuć  na  jej 

twarzy. 

Po raz pierwszy w życiu czuł się aż tak bezradny. Sytuacja wymykała mu się 

spod  kontroli.  Miał  poczucie,  że  zrobił  już  wszystko  co  w  jego  mocy.  Teraz 

ostateczna decyzja należała do niej. 

Kelly  odwróciła  się  i  odeszła,  czując  narastające  dławienie  w  gardle.  Jej 

ostatnie słowa, wymówione cicho i łagodnie, popłynęły ku niemu przez mrok. 

background image

– 

Ja też przepraszam... 

 

To niemożliwe, wmawiała sobie Kelly, że mały domek, zamieszkany przez 

dobermankę, koty, gwarka i zwariowanego rottweilera może się wydawać pusty. A 

jednak w ciągu kilku następnych dni uświadomiła sobie, że tak jest naprawdę. 

Wiedziała, kogo jej brakuje – Erica Devane’a i jego ożywczej, uzdrawiającej 

obecności,  która  wniosła  nową  jakość  do  jej  zastałego,  prowincjonalnego  życia. 

Bezcelowe okazało się wmawianie sobie, że wreszcie poznała się na tym człowieku i 

przejrzała jego podstępne zamiary. Było już za późno, o wiele za późno. 

Był zakłamany, arogancki, fałszywy. Z rozmysłem poderwał ją i węszył za jej 

plecami. A ona pokochała go, nie zważając na nic. 

To  nie  miało  sensu.  Jak  mogła  pokochać  człowieka,  który  świadomie  ją 

wykorzystywał? Jak mógł się jej podobać mężczyzna, któremu nie mogła ufać? Jak 

mogło dojść do tego, że nawet teraz, głęboko urażona i zła, marzyła o cieple jego 

czułych objęć? 

Przez  dwa  dni  Kelly  usiłowała  znaleźć  odpowiedzi  na  dręczące  pytania. 

Trzeciego dnia musiała przyznać, że nie znajduje żadnych. Postępowanie Erica było 

nie do przyjęcia i miała absolutne prawo, by pozbyć się go. 

Ta perspektywa wprawiała ją w rozpacz. 

Niektóre  kobiety  jedzą,  kiedy  są  w  depresji,  a  inne  śpią.  Kelly  szukała 

zapomnienia w szaleńczej pracy. Wieczorami krążyła po domu jak pantera w klatce. 

Kiedy  kładła  się  do  łóżka,  długo  jeszcze  nie  mogła  zasnąć  i  przewracała  się  na 
poduszce. 

Trzeciego wieczoru, choć o pierwszej w nocy nie spała jeszcze, nie od razu 

usłyszała, że dzwoni telefon. Kiedy wreszcie skojarzyła, o co chodzi, zdenerwowana 

wyskoczyła z łóżka. Musiało się coś stać, inaczej nikt nie telefonowałby o tak późnej 

godzinie. Szybko pobiegła do przedpokoju. 

– Halo? – 

powiedziała, mocno ściskając słuchawkę. 

– 

Przepraszam, że niepokoję cię w środku nocy. – Zadrżała, poznawszy głos 

Erica. 

– 

Nie szkodzi. Powiedz, co się stało? 

Eric usłyszał troskę w jej głosie i serce zabiło mu żywiej. Przez ostatnie trzy 

dni wmawiał sobie bezustannie, że wszystko się jakoś ułoży. W tej chwili skłonny 

był nawet w to uwierzyć. 

– 

Właściwie sam nie wiem – przyznał. – I w tym cały problem. Od dwudziestu 

minut  oba  dobermany  są  w  szale.  Biegają  po  domu,  warcząc  groźnie  jak  dwa 
tygrysy. 

– 

Co je mogło zdenerwować? 

background image

– 

Nie  mam  pojęcia.  Byłem  już  w  łóżku,  kiedy  się  to  wszystko  zaczęło. 

Wstałem i zapaliłem światła, również te na zewnątrz, ale niczego nie zauważyłem. A 

jednak psy nie dają się uspokoić. 

Obraz  Erica  leżącego  w  łóżku  na  moment  zajął  myśli  Kelly,  ale  szybko 

odpędziła je od siebie. Będzie mogła pomarzyć o tym później. 

– 

Teak jest jeszcze młody – zaczęła  mówić,  myśląc głośno – ale Thor ma 

ogromne doświadczenie. Nie podniósłby takiego alarmu bez ważnego powodu. 

– 

Ja też tak myślałem. Zachowywały się zawsze bardzo cicho, tak jakby ich 

nie było. 

– 

Może powinieneś wezwać policję – zasugerowała Kelly. – Powiedzieć im, 

że ktoś kręci się koło domu i poprosić, żeby przyjechali i sprawdzili. 

– 

Mógłbym to zrobić, ale prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę – wyznał. – 

Przeci

eż byli już raz u mnie. Nie chcę ich wzywać co chwila z byle powodu, bo mogę 

kiedyś naprawdę potrzebować pomocy. Zresztą z wiadomych względów wolałbym, 

żeby nie dociekali, dlaczego jestem prześladowany. 

Kelly namyślała się przez chwilę, rozważając jego argumenty. 
– 

Dobrze, w takim razie przyjadę – stwierdziła wreszcie. 

– 

Teraz, w środku nocy? 

– 

Jeśli trzeba... 

– 

Słuchaj, zadzwoniłem do ciebie po radę, ponieważ znasz swoje psy, ale nie 

miałem zamiaru cię wzywać. 

– 

I nie wezwałeś  mnie. Sama się na to zdecydowałam – ucięła krótko. Po 

trzech pustych, nudnych dniach poczuła, że rozpiera ją chęć działania. Kto by tam 

dbał o porę! 

– 

Jak rozumiem, sprawdziłeś już dom, więc będę musiała nakazać psom, by 

przeszukały teren – ciągnęła. – Jeśli nic nie znajdą, odwołam je. Te psy są mądre, ale 

nie doskonałe. Możliwe, że usiłują ci oznajmić, że po twoim dachu chodzi szop. 

Usłyszała  wyraźnie,  że  nabiera  powietrza,  by  zaprotestować,  więc  szybko 

odłożyła słuchawkę. Ubrała się błyskawicznie i po dziesięciu minutach jazdy była 

już pod domem Erica. Po włamaniu zainstalował dodatkową lampę i cały podjazd 

tonął w ostrym blasku. Światła paliły się też we wszystkich oknach. 

Jeszcze nie zdążyła wysiąść, a już pojawił się w drzwiach, ubrany jedynie w 

stare dżinsy, obcięte nad kolanami. Kelly, patrząc, jak idzie ku niej przez trawnik 

miękkim, kocim krokiem, poczuła dobrze znany dreszcz. W świetle lampy każdy 

mięsień jego silnego ciała rysował się wyraziście. Kiedy się zbliżył, Kelly mogła 

dostrzec inne szczegóły – nie golony zarost, sine kręgi pod oczami i zmierzwione 

włosy. Ze zdumieniem pojęła, że ostatnie trzy doby musiały być dla niego równie 

ciężkim przeżyciem jak dla niej. 

background image

Otworzył drzwiczki i objął ją, pomagając wysiąść. 
– 

Wejdźmy lepiej do środka, dopóki psy nie sprawdzą terenu. 

– Dobrze – 

przytaknęła bez tchu. 

Przez moment żadne z nich się nie ruszyło. Eric stał, chłonąc ją spojrzeniem, 

jakby chciał się upewnić, że naprawdę trzyma w ramionach żywą Kelly. Zapewne 

mu nie wybaczyła, ale to nieważne. Ważne, że przyjechała. 

Nie wiadomo, ile czasu by tak trwali, gdyby nie psy, które ze szczekaniem 

zbiegły z werandy, przywracając ich rzeczywistości. 

–  Teak, Thor, do nogi! – 

zawołała  Kelly.  Natychmiast  dwa  czarne  cielska 

przypadły posłusznie do jej nóg. Odsunęła się od Erica i przestała zwracać na niego 

uwagę. 

– Gotów – 

powiedziała cicho i dwie pary ostrych uszu czujnie wystrzeliły do 

przodu. Thor uniósł nos, wciągając wiatr. – Szukaj! – nakazała. 

Oba  dobermany  cicho  pobiegły  w  ciemność.  Kelly  i  Eric  ruszyli  w  stronę 

domu. 

– Co one zrob

ią, kiedy kogoś znajdą? 

– 

Przytrzymają go w miejscu i oznajmią szczekaniem, że coś mają. 

– 

I nie zaatakują? 

Kelly potrząsnęła głową, wpatrzona w ciemność. Psy zniknęły bez śladu. 
– 

Już  ci  mówiłam,  że  ich  tresura  jest  bardzo  przemyślana  –  wyjaśniła.  – 

Przec

ież  nikt  rozsądny  nie  pozwoli,  by  pies  atakował  bez  pytania,  zanim  pan 

sprawdzi, co albo kogo złapał. Pomyśl tylko, co by się działo, gdyby skauci urządzali 

sobie teraz nocny bieg w lesie, a psy nie znałyby nakazu? 

–  Tak, rozumiem – 

powiedział  Eric,  prowadząc  ją  do  środka  i  zamykając 

drzwi.  – 

Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  ile  różnych  komend  mogą  zrozumieć  te 

stworzenia. 

– 

O, wierz mi, one są niesamowicie bystre. Poza tym umieją słuchać uważnie i 

dokładnie wykonują polecenia. Niejeden szef chciałby mieć takich pracowników – 

powiedziała z uśmiechem. 

Dobermany wróciły dopiero po dziesięciu minutach, zdyszane, ale wyraźnie z 

siebie  zadowolone,  o  czym  świadczyły  radośnie  merdające  krótkie  ogony.  Kelly 

nalała im wody i nałożyła do misek solidne porcje psich biszkoptów. 

– 

Nie  wiem,  co  zaniepokoiło  je  wcześniej.  W  każdym  razie,  cokolwiek  to 

było, już zniknęło. 

– 

Bardzo się cieszę – powiedział Eric, wyjmując filiżanki z kredensu i karton 

mleka z lodówki. – 

Zaparzyłem świeżą kawę. Miałem się napić, bo wiem, że po tych 

prz

eżyciach i tak nie zasnę. Napijesz się ze mną? – zapytał niepewnie. Potrzebował 

jakiegokolwiek  pretekstu,  by  ją  zatrzymać.  Teraz,  kiedy  stwierdziła,  że  dom  jest 

background image

bezpieczny, mogła odjechać, tak jak zrobiła to trzy dni temu. Przecież przyjechała 
tutaj z pocz

ucia obowiązku, a nie po to, by się z nim zobaczyć. 

– 

Chętnie się napiję – powiedziała, budząc w nim dreszcz nadziei. 

No, przynajmniej nie ma ochoty od razu się mnie pozbyć, pomyślała z ulgą 

Kelly.  A  miałby  pełne  prawo  po tym,  jak  zachowała  się  ostatnio.  Ciągle  jeszcze 

miała do niego żal, ale gniew już minął. 

Mało  tego,  uświadomiła  sobie  nagle,  że  przeoczyła  pewną  ważną  rzecz. 

Widziała wyraźnie, że Eric musiał boleśnie przeżyć rozstanie, ale zapomniała, że już 

tamtego  wieczoru  próbował  ją  przeprosić.  Wtedy,  gdy  rzuciła  mu  w  twarz 

oskarżycielskie słowa, powiedział przecież, że jest mu przykro. A ona, dla której 

zaufanie było nieodłączną cechą miłości, zapomniała, że jest nią również zdolność 
do przebaczania. 

Oboje popełniliśmy błędy, pomyślała gorzko. Oboje dali się na ślepo ponieść 

emocjom, zapominając o innych uczuciach. Ale dzisiejszy wieczór przynosił szansę 

na wyjaśnienie nieporozumień i ostateczne puszczenie ich w niepamięć. Jeśli tylko 

się uda. Jeśli tylko... 

– Z mlekiem czy bez? 

Kelly drgnęła, wytrącona z zamyślenia, i zobaczyła Erica, podsuwającego jej 

parującą filiżankę. Szybko wyjęła mu ją z ręki. 

– 

Dziękuję, wolę bez mleka. 

Myślami była o tysiące mil stąd, zauważył. Prawdopodobnie marzy tylko, by 

znaleźć się jak najdalej od tego  miejsca i od niego. Wypije pewnie w pośpiechu 

kawę, podziękuje i odjedzie. 

Cóż, jeśli tak chce, nie powinien się sprzeciwiać. Bardzo pragnął, by została, 

ale jedynie z własnej woli, nie zaś zmuszona idiotycznymi nakazami uprzejmości. 

– 

Psy już się uspokoiły – powiedział – i ja też. Nie musisz tu zostawać, jeśli 

nie masz ochoty. 

Kelly powolnym ruchem odstawiła filiżankę na stolik. 
– 

Mam rozumieć, że mnie wypraszasz? 

– 

Ależ skąd, w żadnym... 

– 

Wcale nie miałabym do ciebie pretensji, wierz mi. Nagle zamilkli. Po raz 

pierwszy  tego  wieczoru  przestali  sondować  się  wzajemnie  i  głęboko,  uważnie 
popatrzyli sobie w oczy. 

– 

Wiem, że jesteś wściekła i rozżalona – powiedział po chwili Eric. – I masz 

po  temu  wszelkie  prawa.  Nie  powinienem  szperać  w  twojej  przeszłości.  Moje 

nawyki zawodowe nie są tu żadnym usprawiedliwieniem. Ale zło już się stało i mogę 

cię tylko prosić o wybaczenie... 

Kelly szybkim gestem położyła mu palec na ustach. 

background image

– 

To mnie powinno być przykro, nie tobie. Chcę ci wytłumaczyć, dlaczego... 

– 

Nie musisz mi nic tłumaczyć, naprawdę. 

– 

Owszem,  muszę  –  stwierdziła  spokojnie.  –  Nie  opowiedziałam  ci  wtedy 

całej  historii.  Tak,  tak  –  uśmiechnęła  się  przekornie,  widząc  zaskoczenie  w  jego 
wzroku. – 

Oczywiście nie skłamałam, ale też nie powiedziałam całej prawdy. 

– 

Nie chcę jej znać – rzucił, gwałtownie kręcąc głową. – Wiem już wszystko, 

co powinienem wiedzieć o tobie. Wiem, że cię kocham, Kelly, i to wystarczy. 

Przyjęła  te  słowa  z  ulgą  i  ogromną  radością.  Wiedziała  jednak,  że  czas 

odpowiedzieć na jego szczerość szczerością. 

– Nie, nie wystarczy – 

oświadczyła stanowczym tonem. 

Znów nieporozumienie, myślała. Chciał wiedzieć zbyt wiele, lecz i ona zbyt 

wiele ukrywała. Obarczała go winą za problemy, które były wyłącznie jej sprawą i 

wynikały z jej własnej winy. Czuła, że nadszedł moment, być może już spóźniony, w 

którym powinna ujawnić wszystko. 

– 

To  zajmie  mi  trochę  czasu  –  powiedziała  i  wziąwszy  Erica  za  rękę, 

poprowadziła go do salonu. Usiedli na kanapie. 

Jest bardzo zdenerwowana, stwierdził, patrząc, jak siada, podwijając nogi pod 

siebie. Zachowywała się jak w czasie pokazu tresury. Boże, czy ona naprawdę się 

obawia, że to, co opowie mu o sobie, osłabi jego uczucie? Impulsywnie uścisnął dłoń 

Kelly, dodając jej otuchy. 

– 

Kiedy  opowiadałam  ci  o  ojcu  –  zaczęła  –  powiedziałam,  że  to  nie  jego 

postępowanie zmarnowało nasze życie, lecz nagonka prasowa. 

Eric przytaknął w milczeniu. 
– 

Ale nie powiedziałam ci – bo nikomu o tym nie mówiłam – w jaki sposób 

pewien dziennik pierwszy uzyskał informacje o tej historii. 

Zamilkła, oddychając ciężko. Miała zdradzić tajemnicę, której nie znał nikt. 

Ponury sekret, z którym musiała żyć od wielu lat. 

– 

Nie mówiłam ci o tym – ciągnęła – z powodu wstydu i obrzydzenia do samej 

siebie. To ja zdradziłam mojego ojca i rzuciłam go na żer. Przeze mnie stracił posadę 

i skończył karierę. Przeze mnie rozpadło się małżeństwo rodziców. 

Uniosła głowę i popatrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami. 
– 

Ericu, wszystko, co się wtedy wydarzyło, było moją winą. 

background image

Rozdział 10 

 

– 

Wszystko było twoją winą? – Eric popatrzył na nią zdumiony. – O czym ty 

mówisz? 

Kelly dostrzegła niedowierzanie na jego twarzy. Mogła mieć tylko nadzieję, 

że nie zmieni się ono w niesmak, kiedy dojdzie do końca swojej opowieści. 

– 

Miałam dziewiętnaście lat, kiedy zaczęły się kłopoty ojca, ale byłam bardzo 

niedojrzała i naiwna. Do tej pory wychowywano mnie, jak to się mówi, pod kloszem. 

Nic złego nie spotkało mnie w życiu i byłam przekonana, że nigdy nie spotka. 

Eric  przytaknął  na  znak,  że  słucha,  ale  nie  komentował.  Kelly nerwowo 

wyłamywała  palce.  Widząc  to,  uspokajająco  ujął  jej  dłonie  w  swoje.  Ciągnęła 

opowieść już spokojniej. 

– 

Zaczęłam właśnie drugi rok w Princeton, kiedy zorientowałam się, że ojciec 

ma  jakieś  problemy.  Pewnego  dnia  zadzwoniłam  do  domu,  a  matka  wspomniała 

niejasno,  że  coś  się  dzieje.  Prawdę  mówiąc,  nie  przejęłam  się  tym  ani  nie 

zainteresowałam  tak,  jak  powinnam.  Ojciec  z  zasady  nie  rozmawiał  z  rodziną  o 

swojej  pracy  i  interesach.  Wiedziałam  tylko,  że  przeprowadza  ryzykowne 
transakcje. 

Zmarszczyła brwi, przypominając sobie tamte czasy. 
– 

Dlatego myślałam naiwnie, że to jeden z takich interesów, który niezbyt mu 

się udał. 

– 

Kiedy się dowiedziałaś, o co naprawdę chodzi? 

– 

Mniej więcej po sześciu tygodniach. Do tego czasu za każdym razem, kiedy 

rozmawiałam z ojcem, zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku. Nie miałam 

powodu mu nie wierzyć, tak samo jak nie miałam powodu, by przestać... – urwała 
nagle. 

– 

By przestać co? – nalegał łagodnie. 

– 

By przestać się spotykać z Howardem Marksem – dokończyła wreszcie. 

Eric  odruchowo  zacisnął  palce  na  dłoniach  Kelly,  a  potem  puścił  je 

gwałtownie. Howard Marks! Znał to nazwisko. Marks był reporterem i ich ścieżki 

nieraz się krzyżowały. Miał reputację dziennikarskiej hieny, w bezwzględny sposób 

węszącej za sensacją. Parł do przodu jak byk, niszcząc tych, którzy stawali mu na 
drodze. 

Ten  facet  musi  być  w  jego  wieku.  Dziesięć  lat  temu  obaj  byli  jeszcze 

ambitnymi debiutantami. Nagle Eric przypomniał sobie wszystko i przygryzł wargi. 

Marks  zaczynał  pracę  w  „Registerze”  i  nagle  wyjechał  do  góry  na  sensacyjnym 

artykule o skandalu Ransome’a. Ciekawe, czemu nie wziął się do tego wcześniej, 

kiedy jeszcze trwał proces? 

background image

– 

Nie wiedziałem, że znasz Howarda Marksa – powiedział powoli, z trudem 

opanowując  gniew.  Najchętniej  wybiegłby  teraz  do  samochodu,  pojechał  do 

Nowego Jorku, złapał tego typa i rozkwasił mu gębę. 

– 

Nie widziałam go od lat – wyjaśniła Kelly, siląc się na obojętny ton. – Po co 

mielibyśmy się spotykać, skoro dostał, czego chciał? 

Eric  nie  był  wcale  pewien,  czy  pragnie  znać  tę  historię  w  szczegółach. 

Wiedział jednak, że Kelly czuje wewnętrzną potrzebę zwierzeń. 

– 

Jak się poznaliście? – zagadnął, zachęcając ją do dalszego opowiadania. 

– Przypadkiem – 

stwierdziła z ironią. – Tak przynajmniej wydawało mi się z 

początku,  kiedy  uważałam  go  za  studenta.  Dopiero  później  zrozumiałam,  że 

przyszedł w piątek do pubu w kampusie, bo chciał mnie poderwać. 

Eric zacisnął boleśnie powieki, tłumiąc przekleństwo. Aż nazbyt dokładnie 

pamiętał,  jak  wyglądał  Howard.  Określenie  „wysoki,  ciemnowłosy i przystojny” 

znakomicie  do  niego  pasowało.  Miał  aktorską  prezencję  i  polot  telewizyjnego 

komentatora. Rzadko która kobieta potrafiła mu się oprzeć. A zwłaszcza dziewczyna 

tak naiwna i wrażliwa, jaką musiała być młodziutka Kelly. 

Tymczasem Kelly mówiła dalej, lecz jej spojrzenie uparcie uciekało w bok. 
– 

Zaczęliśmy się spotykać. Ale nawet kiedy dowiedziałam się, że Howard jest 

dziennikarzem, nie widziałam w tym nic złego. Przeciwnie, fakt, że był ode mnie 

starszy i miał tak prestiżowy zawód, czynił go jeszcze atrakcyjniejszym w moich 
oczach. 

– 

Zapewne pytał cię o ojca? 

– 

Tak, drobne, z pozoru niewinne pytania, na które odpowiadałam chętnie, 

niczego nie podejrzewając. Cieszyło mnie, że interesuje go moja osoba i wszystko, 

co jest ze mną związane – westchnęła, nawet po tylu latach nie mogąc się nadziwić 

własnej naiwności. – Oczywiście, oszukiwał mnie. Interesowałam go jedynie jako 

źródło informacji o skandalu, który zamierzał opisać. 

– 

Skandalu, o którym nic właściwie nie wiedziałaś. Kelly opuściła głowę, aż 

pasmo włosów opadło, zakrywając jej twarz. 

– 

Boże, jaka byłam głupia – szepnęła. 

– Wcale nie... 
– 

Mówił, że mnie kocha, a ja mu wierzyłam. 

Eric znów stłumił paskudne przekleństwo. Następnym razem, kiedy napotka 

na swojej drodze tego... Nie, do licha, to nieważne. W tej chwili liczy się tylko Kelly. 

– 

Byłaś młoda – powiedział łagodnie. – Naiwna i niedoświadczona. Nic nie 

zawiniłaś. 

– 

Howard chciał poznać moich rodziców – głos Kelly zadrżał i załamał się. 

Eric czułym gestem starł jej łzy z policzka. Zaczerpnęła głęboko powietrza i mówiła 

background image

dalej. 

– 

Zaprosiłam go do nas, rozumiesz? Przyprowadziłam do domu dziennikarza 

w czasie, kiedy ojciec na wszelkie sposoby unikał kontaktów z prasą. Ale rodzice 

zgodzili  się  i  przyjęli  go  miło,  bo  powiedziałam,  że  to  przyjaciel.  Zaufali  mi,  a 

tymczasem  wprowadziłam  do  domu  zdrajcę,  który  zdążył  podczas  tej  wizyty 

przeszukać papiery w biurku taty! 

Zimna wściekłość ogarnęła Erica. Bezsilnie zacisnął pięści. 
– I 

zaraz po tym popisał się swoim sensacyjnym artykułem, tak? 

Kelly kiwnęła głową. 
– 

Artykuł ukazał się w końcu tygodnia. Ojciec szalał, ale nie winił mnie za to, 

co się stało. Rozumiał, że zostałam oszukana. Pomimo to nigdy nie przestałam się 

obwiniać – stwierdziła gorzko, pochylając głowę jeszcze niżej. Kolejna łza spłynęła 
jej po policzku. 

Eric bez słowa objął Kelly i trwał tak przez długą chwilę, tuląc ją do piersi, aż 

wypłakała się do końca. 

– 

Nie będę ci mówił, że to, co zrobiłaś, było dobre – powiedział wreszcie, 

widząc, że się uspokoiła. – Ani też nie powiem ci, że było złe. Każdy popełnia błędy. 

Różnica polega jedynie na tym, że nie wszyscy zadręczają się winą przez całe życie. 

– 

Przecież ja się nie zadręczam – zaprotestowała Kelly, unosząc głowę. 

Twa

rz miała tak smutną, że patrzył na nią z bólem, ale wiedział, że musi być 

szczery. 

– 

Nie?  Dlaczego  w  takim  razie  skazałaś  się  dobrowolnie  na  wygnanie?  – 

zapytał. 

Kelly zesztywniała. 
– 

Po prostu wybrałam inny styl życia. 

– 

Chciałaś powiedzieć: bezpieczniejszy – zaznaczył z naciskiem. Myślał o jej 

bezpłciowych,  byle  jakich  strojach,  starannie  maskujących  urodę,  o  życiu  w 

towarzystwie zwierząt. Wszystkie elementy układanki zaczęły teraz pasować. – Styl 

życia, który utrzyma cię z daleka od problemów – dodał. 

– 

I co w tym złego? Znam aż za dobrze uroki życia w wielkim mieście i tak jak 

wiele osób, wybrałam spokój i ciszę. 

– 

Możliwe, ale to nie znaczy, że masz spędzić resztę życia, uciekając. 

– Ja nie uciekam! 
– 

Kobieto, uciekasz od pierwszego dnia, kiedy cię poznałem! 

– 

Może ci to wreszcie da do myślenia, miastowy przystojniaku... 

– 

A żebyś wiedziała – mruknął, patrząc na nią zaborczo. – Przekonałem się, że 

powinienem ścigać cię bardziej zajadle, zajączku. 

Kelly zamrugała zapuchniętymi powiekami. Wyglądała koszmarnie. Mimo to 

background image

obejmował ją coraz mocniej, wcale nie zniechęcony. 

Ofiarował jej troskę, pocieszenie i jeszcze coś więcej – zdroworozsądkowe 

podejście  do  życia.  Śmiałe  spojrzenie  w  przyszłość,  bez  oglądania  się  do  tyłu  i 

zadręczania. Może kiedyś podświadomie pragnęła współczucia, ale pojęła, że teraz 

go nie potrzebuje. Eric musiał to wyczuć i zmusił ją, by zmierzyła się z własnym 

problemem.  Dzięki  niemu  zdołała  odzyskać  coś  bardzo  ważnego  –  szacunek dla 
samej siebie. 

Kelly  zaczęła  ocierać  ostatnie  łzy,  ale  Eric  chwycił  ją  za  ręce.  Delikatnie, 

opuszkami palców obwiódł jej rysy, osuszając wilgotne smugi. Przymknęła oczy i 

ułożyła się w jego ramionach, westchnąwszy głęboko. 

Zaledwie wyczuła lekką zmianę jego pozycji, już muskał ustami jej wargi, 

szepcząc słowa miłości jak najczulsze zaklęcia. Szybkimi, niecierpliwymi ruchami 

rozchyliła koszulę i ciaśniej wtuliła się w jego ramiona. 

Należała do niego. Całkowicie i od zawsze. Dotąd nie zdawała sobie sprawy z 

tego nieuniknionego faktu. Teraz był równie oczywisty jak jej własne imię czy kolor 
oczu. 

Eric pewnym, zachłannym ruchem wsunął jej język w usta. Wiedział, co to 

namiętność, ale dopiero teraz poznawał wszystkie odcienie miłości. Ogień ich uczuć 

płonął jak zawsze, ale teraz świadomie go tłumił, by potem podsycić. Kiedy czubek 

języka Kelly łakomie przemknął po jego wargach, pociągnął ją za sobą na kanapę. 

Dłonie  Erica  zaczęły  krążyć  po  jej  ciele,  ciesząc  cię  podniecającymi 

krągłościami i wysmukłymi liniami. Kelly prężyła się, czując, że skóra płonie jej 

nieznośnie. Czuła każdy cal jego ciała pod sobą – zwartą masę napiętych mięśni i 

pulsującą  pożądaniem  męskość.  Chrapliwy  dźwięk  jego  oddechu  rozbrzmiewał 
echem w jej uszach. 

Uniosła się na łokciach i pochyliwszy głowę, okrywała pocałunkami każdy 

skr

awek szerokiej piersi. Chłonęła każdą woń, każdy smak, ciągle nienasycona, tak 

jakby nigdy nie kochała albo nie była kochana. Ich ciała dopasowały się do siebie w 

cudownie podniecający sposób. 

Dziś nauczyła się wielu rzeczy – o sobie, o Ericu, o nich dwojgu. Zapamięta je 

na zawsze, ale teraz, teraz liczy się tylko namiętność. 

Zawędrowała  ustami  niżej  i  dotknęła  językiem  jego  pępka,  zabawiając  się 

drażniącą  pieszczotą,  aż  dosłyszała  niski,  głuchy  jęk  pożądania.  Błyskawicznym 

ruchem szarpnęła suwak jego szortów, ściągając je w dół. 

– Kelly! – 

zachrypiał. – Co ty mi robisz? 

– Wszystko, co tylko przyjdzie mi na... 

Nie dał jej skończyć. Pochwycił jej przeguby i pociągnął prawie brutalnie ku 

sobie. 

background image

– 

Nie  tylko  ty  masz  pomysły  –  wyszeptał,  owiewając  jej  twarz  gorącym 

oddechem. 

Wystarczył jeden ruch, by koszulka Kelly pofrunęła na podłogę. Kiedy tylko 

ukazały się piersi, przypadł ustami do sutków. Wiła się w słodkiej udręce. 

Za  chwilę  do  koszulki  dołączyły  dżinsy,  szorty  i  inne  zbędne  części 

garderoby. Znów ułożyli się na kanapie, teraz już nadzy i drżący z oczekiwania. Eric 

wziął Kelly pod siebie, kolanem rozsunął jej uda i połączył się z nią jednym ruchem. 

Przyjęła go z radosnym westchnieniem. 

Strzała jasnego światła przecięła pokój, złocąc ich lśniące od potu ciała. Eric i 

Kelly uczcili nadejście nowego dnia miłosnym misterium. 

 

Budziła  się  powoli,  niechętnie  opuszczając  krainę  bajecznych  snów  o 

wieżach, księżniczkach i jeźdźcach na białych rumakach. Padający z okien blask 

kazał jej zmrużyć oczy. Musiało już być południe. Uniosła się na łokciu i rozejrzała 

wokół. Na poduszce widniał jeszcze odciśnięty ślad głowy Erica, a prześcieradła 

pachniały miłością, lecz łóżko było puste. 

Kelly  wstała,  ściągnęła  z  krzesła  męską  koszulę  i  założyła  ją,  podwijając 

rękawy. Bosa, przegarniając zaspanym gestem niesforne, opadające na czoło włosy, 

ruszyła korytarzem na poszukiwanie swojego księcia. 

– 

Dzień dobry – dobiegł ją ciepły, niski głos Erica. – Jak się spało? 

Odwróciła  się  i  zobaczyła,  że  siedzi  na  podłodze  w  swoim  gabinecie,  w 

niedbale zawiązanym szlafroku, pośród sterty papierów z pudła Buddy’ego Owensa. 

– 

Aż za dobrze – zaśmiała się, patrząc na zegar nad jego biurkiem. Była już 

druga. 

– 

Mam  nadzieję,  że  nie  masz  mi  za  złe...  –  Szerokim  gestem  ogarnął 

pobojowisko. – 

Spałaś tak smacznie, że nie miałem serca cię budzić, ale nie mogłem 

już wytrzymać w łóżku. Wiesz, ciągle mam wrażenie, że coś przeoczyliśmy. 

– 

Absolutnie nie mam ci za złe – powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem. 

Kochała w nim energię i twórczy zapał, z jakim traktował swoją pracę, toteż nie 

mogła  mieć  mu  za  złe  ciekawości,  która  kazała  mu  wyjść  z  łóżka  i  zająć  się 

pasjonującym problemem. 

– 

Jeśli masz gotową kawę, chętnie się z tobą napiję – dodała. 

– Stoi w kuchni – 

mruknął z roztargnieniem, przebiegając wzrokiem kolejny 

pożółkły wycinek. 

Uśmiechając  się  do  siebie,  Kelly  zeszła  do  kuchni  i  nalała  sobie  mocnej, 

pachnącej  kawy.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  jak  najszybciej 

wrócić do swoich zwierząt, ale uznała, że jeszcze wytrzymają same. Kiedy wróciła 
n

a górę, Eric ciągle coś czytał, marszcząc brwi. Usiłowała przycupnąć koło niego na 

background image

podłodze, ale nie było już miejsca. Ostrożnie odstawiła filiżankę na biurko i sięgnęła 

po stertę osobistych rzeczy Buddy’ego, chcąc odsunąć je na bok. Chińska figurka, 
posta

wiona  na  wierzchu,  zachwiała  się  gwałtownie.  Ciężki  bibelocik  zaczął  się 

zsuwać i Kelly złapała go w ostatniej chwili. 

Kiedy  układała  go  z  powrotem  na  starej,  flanelowej  koszuli,  coś  cicho 

zaszeleściło. 

– Co to? – 

zapytał Eric, czujnie unosząc głowę. Kelly ostrożnie rozpostarła 

koszulę na podłodze. 

– 

Coś tu jest – stwierdziła. – Przeszukiwałeś kieszenie? 

Eric  musiał  ze  wstydem  przyznać,  że  ta  oczywista  myśl  nie  przyszła  mu 

wcześniej do głowy. 

– 

Nie, interesowałem się tylko papierami, które były na wierzchu. 

– 

No  właśnie.  –  Kelly  wsunęła  palce  do  kieszonki  na  piersi  i  triumfalnie 

wyciągnęła złożony kawałek papieru. 

– Co to? – 

Eric natychmiast znalazł się przy niej, ciekawie zaglądając jej przez 

ramię. 

– 

Jakaś recepta? Nie, czekaj, to chyba... pokwitowanie za wykupienie miejsca 

na cmentarzu. 

– 

Rzeczywiście. „Cmentarz Southside w Waterbury, Connecticut. Wpłacono 

gotówką trzysta dolarów za działkę o rozmiarach sześć stóp na osiem, w północnej 
kwaterze” – 

odczytał na głos. 

–  Co za makabra – 

wzdrygnęła  się  Kelly.  –  Wyobraź  sobie,  że  kupujesz 

miejsce  na grób na  tydzień przed swoją śmiercią.  Myślisz,  że Buddy  miał  jakieś 
przeczucia? 

– 

Może. – Eric zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie. – 

Musiał wpaść na pomysł przejęcia łupu, kiedy rabunek był zaplanowany, więc mógł 

obawiać się, że... 

– Czekaj, zaraz! – 

przerwała mu nagle. – Przecież Larry powiedział, że Buddy 

nie  miał  żadnej  rodziny.  Pojechał,  by  zabrać  resztki  jego  dobytku,  bo  nie  było 

nikogo, kto mógłby to zrobić. 

Oczy Erica zabłysły podnieceniem. 
– 

Tak, masz rację. A potem, kiedy Buddy zginął... 

– 

Kto zajął się pogrzebem?! – wykrzyknęli jednocześnie. 

– 

To łatwo sprawdzić – powiedział, wstając i podchodząc do biurka. – Zaraz 

zadzwonię do Larry’ego i zapytam go. 

Wybrał numer i po krótkiej rozmowie odłożył słuchawkę. 
– I co? – 

niecierpliwiła się Kelly. 

– 

Pogrzeb urządziły żony pozostałych dwóch kumpli, siedzących w więzieniu. 

background image

Larry powiedział, że poczuwały się do tego. 

– No jasne! – 

prychnęła Kelly. – Były szczególnie wdzięczne Buddy’emu za 

to, że ich mężowie powędrowali za kratki. 

–  Wiem, wiem. – 

Eric pocierał nie ogoloną brodę. – Też wydaje mi się to 

dziwne. Ale nie zapominaj o złocie. 

– 

Och, nie ma obawy. Ale prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem, co ono ma w 

tym momencie wspólnego ze sprawą. 

– 

Załóżmy,  że  nie  tylko  Owens  wiedział,  gdzie  jest  ukryte.  To,  że  nic  nie 

powiedziano  Larry’emu,  nie  znaczy  jeszcze,  że  Buddy  nie  zdradził  czegoś 

pozostałym członkom gangu. 

– 

To im się i tak nie przyda w więzieniu. 

– 

Nie,  ale  przecież  nie  będą  tam  wiecznie,  a  perspektywa  stania  się 

milionerami po odsiadce może umilać im karę. 

Kelly rozważała przez chwilę jego hipotezę. 
– 

Zgoda,  można  przyjąć,  że  wizja  dostatniego  życia  wywołała  w  owych 

żonach  odruch  wdzięczności  dla  człowieka,  który  tak  przewidująco  zabezpieczył 

łup. Czy myślisz, że one wiedzą, gdzie jest schowane złoto? 

Tym razem Eric zdecydowanie zaprzeczył. 
– 

Jestem  niemal  pewien,  że  nie.  W  trakcie  mojej  pracy  często  spotykałem 

takich  facetów.  Zwykle  starają  się  jak  najmniej  mówić  swoim  żonom.  Kumple 
Buddy’ego mog

ą przypuszczać, że gdyby tylko ich kochające małżonki dostały złoto 

w swoje ręce, zaczęłyby nowe życie, dopóki mężowie siedzą jeszcze za kratkami. 

Zresztą... 

– No, co? 
– 

Pamiętasz, jak mówiłem ci o telefonach z pogróżkami? Od początku coś 

mnie w nich intrygowało. – Eric zabębnił palcami po biurku. – Głos był zawsze 

zniekształcony, ale teraz dochodzę do wniosku, że mógł należeć do kobiety. 

– 

Do kobiety, która nie chciała, żebyś odnalazł złoto przed jej mężem, tak? – 

poddała  domyślnie  Kelly,  wstając  z  klęczek.  Eric  natychmiast  pochwycił  ją  w 

objęcia, pocałował namiętnie i równie szybko puścił. 

– 

Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała oszołomiona. 

– 

A czy muszę mieć powód? 

– Nie, ale... 
– 

Dobrze. Jesteś tak bystra i dociekliwa, a do tego jeszcze ponętna, że... 

– Hmm... – 

rozmarzyła się, zalotnie patrząc mu w oczy. 

– 

Wyglądasz cholernie seksownie w mojej koszuli. Lepiej uważaj, kotku. 

– Bo co? – 

uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

– 

Zaraz ci pokażę! – zawołał, sięgając ku niej błyskawicznym ruchem. 

background image

– 

Później, kochanie – zachichotała, wywijając mu się zręcznie. 

 

Po godzinie, ubrani i odświeżeni wsiedli do samochodu i pojechali do domu 

Kelly, by nakarmić zwierzęta. Później wyruszyli do Waterbury. Tam, jak wynikało z 

notatek Erica, mieszkały rodziny dwóch członków gangu. 

– 

Jesteś  pewien,  że  nie  powinniśmy  najpierw  zadzwonić  do  tych  pań?  – 

zapytała Kelly. 

–  Wykluczone  – 

stwierdził  stanowczo.  –  Ich  mężowie  nie  chcieli  ze  mną 

rozmawiać,  więc  pewnie  i  one  nie  zechcą.  Jeśli  mamy  się  czegoś  dowiedzieć, 

musimy działać z zaskoczenia. 

–  Dobrze, skoro tak twierdzisz – 

zgodziła  się.  Nie  była  jednak  całkiem 

przekonana.  W  kwadrans  później  przyglądała  się  nie  bez  satysfakcji,  jak  Eric na 

próżno puka do zamkniętych na głucho drzwi. 

– 

Jeden  strzał  chybiony,  za  to  drugi  będzie  celny  –  powiedział  beztrosko, 

wsiadając do samochodu. 

– Masz dziwnie dobry humor – 

zauważyła. 

– 

Tak, bo czuję, że jesteśmy na tropie. Dziennikarski nos mi to mówi. 

Uśmiechnął się, widząc jej pełną powątpiewania minę i włączywszy radio, 

zaczął pogwizdywać w rytm przebojów z lat sześćdziesiątych. 

Jest niepoprawnym optymistą, pomyślała czule, popatrując na niego kątem 

oka. Ma w sobie entuzjazm, żywiołowość i radość życia. Chłonie każdy dzień całym 

sobą, zamieniając nawet zwykłe wydarzenia w fascynującą przygodę. 

Te  myśli  uzmysłowiły  jej,  jak  wiele  sama  straciła,  dzieląc  swoje  życie  na 

zaszufladkowane  odcinki,  do  których  broniła  dostępu  sobie  i  innym.  Dopóki  nie 

pojawił  się  Eric,  ze  swoim  zniewalającym  urokiem  i  uporem,  nie  zdawała  sobie 

nawet sprawy, że może być szczęśliwa. Była mu głęboko wdzięczna za cudowną 

odmianę własnego życia. 

I będę mu wdzięczna, nawet kiedy odejdzie, pomyślała rzewnie. 

Bo  nie  wątpiła,  że  będą  musieli  się  rozstać.  Kiedy  Eric  wyjaśni  wreszcie 

zagadkę i znajdzie złoto, nic już nie będzie trzymało go w Connecticut. Owszem, 

Nowy Jork nie jest daleko, ale pewnych odległości nie da się mierzyć w kilometrach. 

Nie  mogła  sobie  wyobrazić  swoich  dobermanów,  zamkniętych  w  mieszkaniu  na 

Manhattanie, tak samo jak nie mogła sobie wyobrazić Erica Devane’a, który rzuca 

swoją pracę i osiada na nudnej prowincji. 

Kelly odchyliła się w fotelu i przymknęła oczy. Na razie nie trzeba o tym 

myśleć. Książka nie jest jeszcze napisana... 

– 

No, jesteśmy na miejscu – oznajmił. 

Dzielnica, do której przyjechali, coś jej przypominała – te same rzędy małych 

background image

domków, na pierwszy rzut oka jednakowych. Eric zauważył jej pytające spojrzenie. 

– Larry mieszka dwa numery dalej – 

wyjaśnił. Kelly zastanawiała się nad tym, 

wychodząc z wozu. 

– 

Nie uważasz, że mógł sam próbować dowiedzieć się czegoś od tej kobiety, 

skoro są prawie sąsiadami? 

–  Niekoniecznie  – 

odparł,  idąc  pierwszy  przez  zarzucony  dziecięcymi 

zabawkami trawnik. – 

Nie sądzę, by Rita Flores zechciała go potraktować lepiej niż 

nas. 

Nacisnął dzwonek. W środku ryk telewizora mieszał się z płaczem dziecka. 

Nikt nie otwierał, więc zadzwonił jeszcze raz. 

– 

Dobrze, dobrze, już idę – rozległ się burkliwy głos. Drzwi otworzyły się i 

stanęła w nich kobieta o kilka lat młodsza od Kelly. W ramionach tuliła płaczące 
dziecko. 

– Nie mam och

oty nic kupować – oznajmiła, wyraźnie chcąc zatrzasnąć im 

drzwi przed nosem. 

– 

Nie jesteśmy domokrążcami, pani Flores – wyjaśnił Eric. 

Kobieta spojrzała na nich podejrzliwie. 
– 

Skąd znacie moje nazwisko? 

– 

Nazywam się Eric Devane i piszę książkę. Chciałbym... 

– 

Nie obchodzi mnie, co by pan chciał. 

Kelly  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu  na  widok  Erica,  który  z  zawziętą 

miną postąpił krok w przód. 

– 

Piszę książkę o rabunku złota Locktighta. 

– Marnujesz tylko czas, kochany – 

ucięła Rita Flores. – Nic o tym nie wiem. 

– 

Pani  mąż,  Joe  Flores,  był  jednym  z  uczestników  napadu  i  dostał  wyrok 

więzienia. Czy mogłaby pani poświęcić mi chwilkę, bym mógł zadać kilka pytań... 

– Po pierwsze – 

przerwała mu nerwowo – Joe jest niewinny. Wrobiono go i 

tyle. Po drugie, nie mam czasu – 

stwierdziła, znów sięgając do klamki. 

Drzwi już się zamykały, kiedy Kelly spróbowała ostatniej szansy. 
– 

Czy  mogłaby  nam  pani  powiedzieć,  dlaczego  zajęła  się  pani  pogrzebem 

Buddy’ego Owensa? 

Kobieta zawahała się, ale tylko na moment. 
– A, to co innego – 

uśmiechnęła się przymilnie. – Jeśli chcecie rozmawiać z 

Buddym,  to  przyjmuje  gości  na  cmentarzu  Clover  Lawn.  Jestem  pewna,  że  się 

ucieszy.  Zawsze  był  bardzo  towarzyski!  –  zachichotała,  zadowolona  z  własnego 

dowcipu,  i  z  rozmachem  zatrzasnęła  drzwi.  W  chwilę  później  usłyszeli  szczęk 
zasuwy. 

Eric westchnął i spojrzał porozumiewawczo na Kelly. 

background image

– 

Tak wygląda chleb powszedni dziennikarza – skrzywił się. 

– 

Ciekawe, czemu była aż tak wrogo nastawiona – zastanawiała się Kelly. – 

Co jej szkodziło porozmawiać? 

– M

yślę – powiedział z wolna – że właśnie w ten uprzejmy sposób dostarczyła 

nam informacji. 

– 

Chyba żartujesz, przecież nic nam nie powiedziała! 

– 

Wkrótce się przekonamy – stwierdził enigmatycznie i otworzył przed nią 

drzwiczki wozu. 

– 

Dokąd teraz jedziemy? 

– 

Na cmentarz, zgodnie z sugestią pani Flores. 

– 

Nie pora na makabryczne żarty. 

– 

Wcale  nie  żartuję  –  powiedział,  włączając  silnik.  –  To jest znakomity 

pomysł. 

A jednak na czerwonych światłach skręcił na południe. Kelly zerknęła przez 

okno. 

– 

Hej, przecież cmentarz jest w innej stronie miasta. 

– Wiem – 

przytaknął z dziwnym błyskiem w oku, ale jechał dalej. 

– 

Eric, przecież pani Flores mówiła, że... 

– 

Tak,  że  Buddy  Owens  został  tam  pochowany.  Nie  zapominaj  jednak  o 

kwicie, który znaleźliśmy w jego koszuli. 

– 

O, rany, faktycznie! Tam była mowa o cmentarzu Southside. 

– 

Właśnie. 

– 

Dobrze, ale to nie musi nic znaczyć – broniła się, próbując ukryć rosnące 

podekscytowanie.  – 

Może  ta  kobieta  nie  wiedziała,  że  wykupił  miejsce  gdzie 

indziej? 

– 

Może.  A  może  ten  grób  wcale  nie  jest  pusty.  Po  dziesięciu  minutach 

wjechali  na  rozległy  teren  cmentarza,  wymijając  po  drodze  idących  za  trumną 

żałobników. 

– 

Północna kwatera zaczyna się tu – powiedział Eric, parkując na głównej alei. 

– Wysiadamy. 

– 

Czego właściwie mamy szukać? 

– D

owiemy się, kiedy znajdziemy – powiedział, wzruszając ramionami. 

– 

Nie  jesteś  Sherlockiem  Holmesem,  mój  drogi  –  zauważyła  Kelly,  kiedy 

weszli miedzy rzędy nagrobków. – Nie lepiej byłoby iść do kancelarii i poprosić o 
plan? 

– 

Nie wiem, czy go nam udostępniliby, bo nie mamy przekonującego powodu, 

aby go żądać. Chodź, lepiej sprawdzimy sami. 

Wędrowali  z  wolna  alejkami,  sprawdzając  każdy  nagrobek.  Odczytywanie 

background image

inskrypcji tak wciągnęło Kelly, że omal nie wpadła na Erica, który zatrzymał się 
nagle. 

–  Czy widzisz to co ja? – 

zapytał  bez  tchu.  Kelly  odwróciła  się  powoli, 

podążając wzrokiem za jego spojrzeniem. 

Grób  przed  nimi  był  prosty  i  surowy.  Nie  zasadzono  przy  nim  żadnych 

kwiatów,  a  płyta  z  szarego  piaskowca  była  pusta  i  brudna.  Kiedy  jednak  Kelly 

przyjrzała się dokładniej, poczuła, że skóra jej cierpnie. 

Na  nagrobku  nie  było  napisu,  tylko  jeden  samotny  symbol.  Rozpoznała 

śmiałe,  sugestywne  linie  chińskiego  napisu.  Wiedziała,  że  oznacza  szczęście  i 

fortunę. 

Bo grobowiec oznaczono tym samym symbolem, który widnia

ł na talizmanie 

Buddy’ego Owensa. 

background image

Rozdział 11 

 

– Eureka – 

powiedziała Kelly dziwnie spokojnym tonem. 

– 

Wyjęłaś mi to z ust – stwierdził Eric, przykucając przy grobie. – 10 maja 

1987 – 

odczytał datę pod napisem. 

– 

Czy to właśnie dzień napadu? 

– Tak. 

Kelly w zamyśleniu powiodła palcem po wyrzeźbionych w kamieniu liniach. 

Nadal czuła dziwne mrowienie, zupełnie jak gdyby ktoś przyglądał się jej z ukrycia. 

Rozejrzała  się  ukradkiem,  ale  w  oddali  dostrzegła  tylko  rozchodzących  się 

żałobników. 

– I co teraz? – 

zapytała. Eric podniósł się z klęczek. 

– 

Będziemy kopać! 

– 

Chyba żartujesz! 

– Dlaczego? 
– 

Bo...  Chociażby  dlatego,  że  to  zabronione.  Nie  jesteśmy  hienami 

cmentarnymi. 

– To jest tylko pusty grobowiec. 
– 

Skąd ta pewność? 

Eric spojrzał na nią uważnie. 
– 

Może nie podejrzewasz, że tu zakopano złoto? 

– 

Jasne, że podejrzewam, ale ciekawe, czy zdołamy przekonać o tym władze. 

– 

Czy  akurat teraz musisz być  prawomyślna?  –  prychnął  zniecierpliwiony, 

pochylając się nad grobem i uważnie badając płytę. Wreszcie wstał i otrzepał ręce o 
spodnie. 

– 

Dobrze, skoro koniecznie chcesz być porządną obywatelką, powiedz mi, co 

mamy dalej robić? 

– 

Uważam, że powinniśmy iść na policję. Masz lepszy pomysł? 

Kilka razy musieli pytać o drogę, ale wreszcie znaleźli posterunek policji w 

Wa

terbury.  Dyżurny  zaprowadził  ich  do  przeszklonego  biura,  gdzie  przez  dobry 

kwadrans nikt się nimi nie interesował. 

Wreszcie,  kiedy  Eric  zaczął  już  chodzić  wielkimi  krokami  od  ściany  do 

ściany, pojawił się jakiś oficer z wyraźnie niechętną miną. 

–  Porucznik  Dolan  – 

przedstawił  się  krótko i  pokazał,  by  przysunęli  sobie 

krzesła do jego wielkiego biurka. – Dyżurny meldował mi, że chcieliście rozmawiać 

z kimś o sprawie Locktighta, tak? 

– Tak – 

zaczęła Kelly. – Właśnie piszemy książkę o... 

Dolan ze zniecierpliwie

niem machnął ręką. 

background image

– 

Jeśli chcecie informacji, zwróćcie się do działu dokumentacji, piętro niżej. 

–  My nie szukamy informacji – 

powiedział  spokojnie  Eric.  –  My je 

posiadamy, dlatego właśnie tu jesteśmy. 

Dolan spiorunował go wzrokiem. 
– 

Ta sprawa została zamknięta trzy lata temu. Żadne doniesienia nie są już 

nam potrzebne. 

– 

Czyżby? A nie chcielibyście wiedzieć, gdzie ukryto złoto? 

Choć we wzroku policjanta pojawił się nikły błysk zainteresowania, jego mina 

pozostała niewzruszona i sceptyczna. 

– 

Słucham – rzucił, sadowiąc się wygodniej za biurkiem. 

Eric przysunął się bliżej i pochylił ku niemu. 
– 

Z  różnych  powodów,  zbyt  skomplikowanych,  by  je  teraz  wyjaśniać, 

nabraliśmy  przekonania,  że  złoto  zostało  ukryte  w  pustym  grobie  na  cmentarzu 

Southside.  Dlatego  uważamy,  że  konieczne  jest  urzędowe  otwarcie  grobowca  i 

odzyskanie złota, zanim zostanie zabrane przez kogoś innego. 

– Konieczne, mówi pan? – 

Dolan podrapał się w brodę. – Powiedzmy, że ja 

będę  oceniał,  co  jest  konieczne.  A  teraz  zacznijmy  od  początku.  Jaką  dokładnie 

drogą wszedł pan w posiadanie tych informacji? 

Kelly  zacisnęła  zęby,  słysząc  rozbawienie  w  głosie  porucznika.  Nim  Eric 

zdążył odpowiedzieć, zwróciła się do Dolana. 

–  Pan Devane jest reporterem kryminalnym „The New York Timesa” – 

oznajmiła  z  dumą.  –  Uchodzi za jednego z najlepszych dziennikarzy w swojej 

specjalności.  Trzymiesięczne  wytrwałe  poszukiwania  naprowadziły  go  na  trop 

zaginionego złota. Myślę, że lepiej by było dla nas wszystkich, gdyby zechciał pan 

potraktować jego doniesienia z odpowiednią powagą. 

Eric spojrzał na nią z podziwem. Sam nieraz walczył o swoje racje, ale jeszcze 

nikt tak jak ona nie stanął w jego obronie. Zrobiła to w znakomitym stylu. Jeśli miał 

jeszcze  wątpliwości,  czy  akceptuje  jego  zawód,  w  tym  momencie  rozwiały  się 

całkowicie. Najchętniej wziąłby ją teraz w ramiona i pocałował. 

– Ach, ostry nowojorski reporter – 

uśmiechnął się zgryźliwie Dolan. – Jestem 

pod  wrażeniem.  Zaiste  szkoda,  że  nie  mieliśmy  pana  pod  ręką,  kiedy  tuzin 

najlepszych dochodzeniowców z New Haven męczył się nad tą sprawą. 

– 

Właśnie, szkoda! – odparowała Kelly, nie zwracając uwagi na ostrzegawcze 

spojrzenie Erica. Zgoda, dyplomacja nie jest jej mocną stroną, ale nie pozwoli, żeby 

lekceważył ją pierwszy lepszy policyjny głupek. 

– 

Wyjaśnienie, w jaki sposób zdobyliśmy informację, nie jest w tej chwili aż 

tak istotne. Najważniejsze, by policja zrobiła z niej właściwy użytek – oświadczył 
spokojnie Eric. – 

Zawiadamiam pana, poruczniku, że złoto jest ukryte na cmentarzu 

background image

Southside i mamy je zamiar odzyskać, choćby nawet własnymi siłami. 

– 

Ładnie pomyślane – powiedział Dolan. – Przychodzicie tutaj i oznajmiacie 

oficerowi policji, że zamierzacie złamać prawo. To oszczędzi nam roboty. 

Kiedy  w  kwadrans  później  wychodzili  z  posterunku,  Kelly  była  pełna 

podziwu dla Erica. 

Gdyby  wzięła  sprawę  w  swoje  ręce,  wypadliby  stamtąd  po 

minucie i pojechali do sklepu, by kupić łopatę. On tymczasem z tą samą spokojną 

rozwagą,  jaka  cechowała  jego  pracę,  zdołał  przekonać  sceptycznego  Dolana,  by 

zaprotokołował jego doniesienia. Porucznik,  choć niechętnie, obiecał również, że 

wystąpi do prokuratury o nakaz przeszukania grobu. Cała procedura miała jednak 

potrwać dwa dni. 

– 

Czy  nie  uważa  pan,  poruczniku  –  zapytała  Kelly  na  odchodnym  –  że 

należałoby posłać kogoś na cmentarz, by pilnował grobu? 

Dolan rzucił jej zjadliwe spojrzenie, aż nadto wyraźnie świadczące, że nie jest 

zwolennikiem równouprawnienia kobiet. 

– 

Radzę pani dobrze, niech pani nie przeciąga struny – pouczył ją lodowatym 

tonem. – 

Wystarczy, że ja dałem się wciągnąć w tę głupią zabawę w chowanego. Nie 

mam zamiaru ośmieszać się przed resztą wydziału. 

Eric i Kelly, uznawszy, że nie mają tu już czego szukać, opuścili jego biuro. 
– 

Wiesz, jestem naprawdę z ciebie dumna – oświadczyła, kiedy wsiedli do 

samochodu. 

Eric  odwrócił  się  ku  niej  i  ogarnął  Kelly  gorącym  spojrzeniem.  Odbłyski 

słońca lśniły  ciepłym  blaskiem  na  jej  miodowych  włosach i  złociły  gładką skórę 

policzków.  Była  uosobieniem  kobiecości,  zjawiskiem,  jakiego  nigdy  dotąd  nie 

spotkał. 

Jest jego partnerką w pracy i, choć może jeszcze o tym nie wie, towarzyszką 

życia.  Wydarzenia  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  upewniły  go  w  tym 

ostatecznie.  Teraz  musiał  tylko  przekonać  Kelly,  by  zechciała  zostać  z  nim  na 
zawsze. 

– 

Ja też jestem z ciebie dumny – powiedział cicho. 

– 

Naprawdę? A nie uważasz, że za bardzo się stawiałam? 

– 

Skąd, jesteś najpiękniejsza, kiedy się kłócisz. Masz taką cudowną, upartą 

linię  szczęki,  a  twoje  oczy  błyszczą  z  wściekłości  jak  gwiazdy  –  powiedział  z 
uczuciem. 

– 

Ericu Devane, zamknij się natychmiast – poprosiła z uroczystą kpiną. 

– 

Mam się zamknąć? – Zabawnie uniósł brew. 

– 

Wyśmiewasz się ze mnie, draniu! 

– 

Nie. Po prostu daję ci do zrozumienia, jak bardzo mnie podniecasz. 

–  Jak bardzo? Tak? – 

Przechyliła się i leciutko pocałowała go w usta. – A 

background image

może tak? – Objęła go w pasie i przyciągnęła do siebie, przytulając się do niego. 

– 

Dokładnie tak – powiedział ze ściśniętym gardłem, ledwo panując nad sobą. 

Do diabła, ta kobieta mogłaby uwieść nawet eunucha w haremie! 

Nie wytrzymał. Spadł wargami na jej usta, zachłannie zagarniając je językiem. 

Kelly odchyliła głowę do tyłu, prężąc się pod pieszczotą jego dłoni. Upojeni sobą, 
zatracili poczucie czasu i miejsca. 

– 

Coś takiego! – odezwał się nagle jakiś głos za ich plecami. – Człowiek w 

młodości zabawiał się na siedzeniach samochodów, ale nie przyszło mu do głowy, 

żeby to robić na policyjnym parkingu. 

Kelly podskoczyła z wrażenia, ale Eric zachował iście filozoficzny spokój. 

Nie  wypuszczając  jej  z  ramion,  powoli  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na 
posterunkowego, pochylonego nad okienkiem. 

– 

Czy coś nie w porządku, panie władzo? 

– 

To miejsce jest własnością publiczną, szanowni państwo. Lepiej, żebyście 

stąd odjechali. 

– 

Ależ oczywiście, właśnie mieliśmy ten zamiar – zapewnił Eric i przekręcił 

kluczyk w stacyjce. 

Uległość w jego głosie rozśmieszyła Kelly. 
– 

Wiesz,  oni  są  niesamowici  –  powiedziała.  –  Ukryte  złoto  nic  ich  nie 

obchodzi, za to nie przepuszczą żadnej całującej się parze. 

– 

Lepiej,  żebyście  stąd  odjechali  –  powiedział  Eric  przez  nos,  parodiując 

służbisty ton policjanta, po czym wrzucił bieg i ostro ruszył z miejsca. 

W  drodze  powrotnej  Kelly  w  milczeniu  patrzyła  na  przesuwający  się  za 

oknem  krajobraz.  Nie  mogła  się  pogodzić  z  myślą,  że  teraz,  kiedy  wyjaśnienie 

tajemnicy było o krok, mieliby czekać biernie, aż opieszała policja zdecyduje się 

działać. Erica musiało gnębić to samo. Kiedy zajechali pod dom, miał już gotowy 

pomysł, o czym wyraźnie świadczyła jego mina. 

– 

Posłuchaj, mamy dwa wyjścia – powiedział. – Pierwsze nie jest pozbawione 

uroku.  Moglibyśmy  przyrządzić  sobie  kolacyjkę,  a  potem,  nie  spiesząc  się, 

dokończyć to, co zaczęliśmy na parkingu. 

Kelly uśmiechnęła się rozkosznie. „Nie pozbawione uroku” – co za delikatne 

sformułowanie.  Miała  jednak  dziwne  przeczucie,  że  Eric  wybrałby  drugą 

możliwość. 

– A jakie jest drugie? 
–  Albo...  – 

powiedział powoli – moglibyśmy się przebrać w ciepłe rzeczy, 

zabrać ze sobą psa i wrócić na cmentarz, by pilnować grobu. 

– 

Bycie z tobą zaczynami się kojarzyć z bezsennymi nocami – westchnęła 

Kelly. 

background image

–  Dziwne, bo ostatniej nocy nie narzeka

łaś.  –  Kpiąco  przekrzywił  głowę. 

Teraz,  kiedy  już  był  pewien  jej  zgody,  wiedział,  że  wszystko  pójdzie  dobrze. 

Oczywiście, mógł iść tam sam albo zostać z nią w domu. To wyjście wydawało mu 

się jednak najlepsze. 

Będą mieli przed sobą całą noc. Wystarczy  mu czasu, by przekonać ją, że 

tworzą  stały  i  zgrany  zespół.  Będzie  miał  całą  noc,  by  porozmawiać  o  wspólnej 

przyszłości. Całą noc, by zebrać się na odwagę i wyjawić Kelly swoje zamiary. 

Nawet  w  najśmielszych  marzeniach  nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  się 

oświadczyć na cmentarzu, i to w nocy. Tak, ale zanim spotkał Kelly, nie wyobrażał 

sobie,  że  mógłby  się  oświadczyć  jakiejkolwiek  kobiecie.  A  miejsce  nie  ma 

najmniejszego  znaczenia.  Ważne,  że  nadszedł  właściwy  czas,  a  piękna  kobieta  u 

jego boku jest jedyną, której pragnie. 

 

W  godzinę  później  odjechali  dżipem,  zabierając  ze  sobą  Thora.  Przedtem 

zjedli szybką kolację i przygotowali prowiant na nocne czuwanie. Było już ciemno, 

kiedy  minęli  wysoką,  kutą  bramę.  Kelly  powoli  prowadziła  wąską  drogą, 

prowadzącą do północnej kwatery i zaparkowała pod cmentarnym murem, skąd było 

widać nagrobek Buddy’ego Owensa. 

Z trawy zaczęła podnosić się lekka mgła, przez którą widać było gwiazdy. 

Usadowili  się  w  samochodzie,  rozkładając  tylne  siedzenie,  żeby  Thor  mógł  się 

wygodnie ułożyć, i otworzyli okno, by słyszeć, co się dzieje wokół. 

Ku zaskoczeniu Erica Kelly wyjęła z torebki chińską figurkę. Przez chwilę 

obracała ją w palcach, a potem ustawiła na desce rozdzielczej. 

– 

Miałaś jakieś szczególne powody, by ją zabrać? – zapytał z zaciekawieniem. 

Kelly wzruszyła ramionami, sama nie bardzo wiedząc dlaczego. 
– 

Może przyniesie nam szczęście? 

– 

I majątek, co? 

– 

Może – uśmiechnęła się. – W każdym razie pasuje tutaj. 

– 

Też tak myślę. Skoro ten stary Chińczyk tak długo strzegł swojego sekretu, 

pomoże i nam strzec go jeszcze przez tę noc. 

Kelly była zdumiona, jak łatwo odgadł jej myśl. 
– Kto wie – 

powiedział powoli. – Może ten talizman przyniesie nam szczęście, 

którego najwyraźniej nie przyniósł Buddy’emu. 

Kelly  usiłowała  dojrzeć  w  mroku  rysy  jego  twarzy,  zastanawiając  się,  do 

czego zmierza cała ta rozmowa. Sprawiał wrażenie dziwnie napiętego. 

Eric tymczasem patrzył w mrok, wyzywając się w duchu od tchórzy. Kiedy 

wcześniej myślał o tej rozmowie, wydawało się, że pójdzie mu łatwo. A jednak, 

pomimo sprzyjających okoliczności, jego zawodowa elokwencja zawiodła. 

background image

– 

Powiedz mi, Kelly, kiedy zastanawiasz się nad przyszłością, jak widzisz w 

niej siebie? – 

zagadnął wreszcie niezbyt zręcznie. 

– 

Nie zastanawiam się nad przyszłością – odpowiedziała szybko. Nie kłamała. 

Zanim w jej życiu pojawił się Eric, nie miała w ogóle takiej potrzeby. Ułożyła sobie 

dni w regularny schemat i nie przewidywała żadnych zmian. Teraz z kolei wolała nie 

myśleć o przyszłości, bojąc się nieuchronnego rozstania. 

–  Ale na pewno marzysz... czasami – 

powiedział  cicho  Eric,  nieśmiało 

dotykając jej ramienia. 

– 

O czym? O tym, że moje felietony zdobędą Nagrodę Pulitzera czy że jeden z 

moich dobermanów zdobędzie tytuł Psa Roku? – zakpiła. 

– 

Niezupełnie.  –  Eric niespokojnie poprawił  się  na  siedzeniu.  Słowa,  tak 

zwykle posłuszne, nie chciały się sformować w zdania. A przecież wiedział, że mogą 

zaważyć na całym jego życiu. 

– 

Chodziło mi raczej o takie sprawy jak miejsce, gdzie chciałabyś mieszkać, 

czy coś, co mogłabyś jeszcze robić w życiu – brnął. No, wyrzuć to wreszcie z siebie, 

Devane, ponaglał się w myśli. Niestety, po raz kolejny zawiódł sam siebie, mówiąc 

zupełnie co innego: 

– 

Mogłabyś na przykład myśleć o powrocie na studia. Kelly wyprostowała się 

gwałtownie. 

– A po co mi 

one teraz do szczęścia? 

– 

Jesteś bardzo inteligentna. Myślałem, że żałujesz przerwanej nauki. 

Eric pocieszał się, że – jakkolwiek okrężną drogą – jednak dąży do celu. 
– 

Nie żałuję – powiedziała i zmarszczyła brwi, uderzona nagłą myślą. Czyżby 

chciał jej zasugerować, że powinna czymś się zająć, żeby wypełnić sobie czas po 

jego odejściu? 

Och,  przestań  się  tak  przejmować!  –  ofuknęła  się  w  myślach.  Czy  Eric 

naprawdę sądzi, że ona nie da sobie rady bez niego? Skoro udawało się jej do tej 

pory, uda się i później. 

–  To nie ma najmniejszego sensu – 

powiedziała  szorstko.  –  Dyplom z 

Princeton nie jest mi już potrzebny do szczęścia. 

– 

Nie musi być Princeton. Jest wiele innych uczelni, na przykład uniwersytet 

nowojorski czy Columbia – 

przekonywał. 

Kelly odwróciła się i spojrzała mu w oczy. 
– 

Eric, o co ci właściwie chodzi? Dlaczego nagle zacząłeś się troszczyć o moją 

edukację? 

Zaniepokoił się, widząc, że rozmowa przybiera coraz bardziej niekorzystny 

obrót. Postanowił spróbować innej taktyki. 

–  Dobrze, zostawmy w spokoju 

studia  i  porozmawiajmy  o  czymś  innym. 

background image

Gdzie na przykład chciałabyś mieszkać? 

– 

Jak to gdzie? W Woodbury. Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać innego 

miejsca. 

– 

W takim razie spróbuj wyobrazić sobie teraz. 

– 

Po co? Mam tu wszystko, czego potrzebuję. Oczywiście, dopóki jesteś ze 

mną, uzupełniła w myśli. 

– 

Naprawdę wszystko? 

– W tej chwili tak – 

powiedziała, wzdychając mimowolnie. 

– 

Ale mieliśmy mówić o najbliższych pięciu latach. 

– 

Nie będziemy o niczym mówić – prychnęła, na serio już zła. – Jak na kogoś, 

kto zarabia na życie składaniem słów w zdania, wyrażasz się wyjątkowo mętnie. Nie 

mam zielonego pojęcia, o co chodzi w tej całej rozmowie i zaczynam wątpić, czy ty 
sam wiesz! 

– 

Jasne,  że  wiem  –  zapewnił.  Teraz  albo  nigdy,  Devane,  ponaglił  się.  – 

Rozmowa 

dotyczy przyszłości i tego, co stanie się z nami – wyjaśnił gładko. 

Wreszcie  musiało  do  tego  dojść,  pomyślała  z  rozpaczą.  I  choć  próbowała 

przygotować się na tę chwilę, czuła, że nie jest gotowa. Może po prostu nigdy nie 

będzie. Jedynym sposobem odsunięcia egzekucji było uciszenie Erica. 

W desperacji pochyliła się ku niemu i zamknęła mu usta pocałunkiem. Przez 

ułamek sekundy, zaskoczony, próbował zaprotestować, ale za chwilę pochwycił ją w 

objęcia, gorąco odwzajemniając pocałunek. 

Z cichym westchnieniem Kel

ly  poddała  się  fali  pożądania.  Już  nie  miała 

wyboru, tak jak nie miała wyboru, gdy zakochała się w Ericu. Trudno, skoro musi 

odejść, należy się cieszyć każdą chwilą, która pozostała. Każdą cudowną... 

Niespodziewanie  z  tyłu  samochodu  rozległ  się  cichy  pomruk. Eric i Kelly 

odskoczyli od siebie. Thor stał na siedzeniu, wyprężony i gotowy do skoku. Ostre 

uszy czujnie łowiły każdy dźwięk. Warknął groźnie i zaczął drapać w drzwi. 

– Thor? – 

szepnęła Kelly, odwracając się ku niemu. – Co tam jest? 

Doberman wystawił pysk przez okno i węszył intensywnie. Gardło drgało mu 

tłumionym pomrukiem. 

– 

Nic nie widzę – powiedział Eric, próbując przeniknąć wzrokiem wilgotną 

mgłę. 

– 

Dlatego właśnie zabraliśmy Thora. Ma zmysły o wiele ostrzejsze od naszych 

– 

powiedziała Kelly, sięgając do klamki. 

Eric zdążył chwycić ją za rękę, zanim otworzyła drzwiczki. 
– Co robisz? – 

warknął. 

– 

Wychodzę. ^ I co dalej? 

– 

Mam zamiar sprawdzić, co się dzieje. 

background image

– 

Aha, a jeżeli okaże się, że ktoś węszy koło skrytki Buddy’ego, spełnisz po 

prostu swój oby

watelski obowiązek i złapiesz przestępcę, tak? 

Miał rację. Zaalarmowana reakcją Thora, zaczęła działać zbyt szybko. 
– 

Masz lepszy pomysł? – zapytała. 

– 

Właśnie myślę. 

– 

W takim razie pospiesz się. Jeżeli ktoś rzeczywiście tam jest, to na pewno 

wykopuje ter

az złoto – powiedziała, uspokajając podnieconego psa. 

Eric sięgnął do torby i wyjął latarkę. Dobre sobie, myśleć szybciej! Przecież 

wiedział, że trzeba się spieszyć. Tylko jak przekonać tę upartą kobietę, żeby została 
w wozie? 

– 

Nie możemy zmierzyć się z nim nie przygotowani. 

– 

Daj spokój, przecież właśnie po to mamy Thora – powiedziała i tak szybko 

otworzyła drzwiczki, że nie zdążył jej powstrzymać. Doberman wystrzelił w noc jak 

czarny  pocisk.  Przez  chwilę  węszył  koło  rzędu  nagrobków,  a  potem  zniknął  we 
mgle. 

– 

Chodź! – szepnęła, wyskakując z wozu. – Musimy iść za nim. 

Eric natychmiast znalazł się przy niej i przytrzymał ją mocno. 
– 

Zostań... ja pójdę – nakazał. 

– Nie ma mowy! – 

syknęła, szarpiąc się. 

– 

Ktoś musi pilnować samochodu. 

– 

Po co? Żeby nie ukradli radia? 

– 

Kelly, bądźże rozsądna – błagał, ale już go nie słuchała. Wyrwała mu się 

gwałtownym szarpnięciem i pobiegła w ciemność, skacząc przez groby. Za moment 

usłyszała przy uchu szybki oddech Erica. 

– Popatrz! – 

szepnął nagle, wskazując na lewo. – Tam! 

Kelly  przystanęła,  próbując  przeniknąć  wzrokiem  mglistą  ciemność  i 

zobaczyła zarys biegnącej, ubranej na czarno postaci, ściganej przez psa. Szybko 

nabrała tchu i gwizdnęła. Thor natychmiast zaniechał pościgu i skręcił ku nim. 

Dobiegli do gr

obu  i  stanęli  nad  nim,  zdyszani.  Eric  wyciągnął  latarkę  i 

oświetlił teren. 

Ktokolwiek tu był, wiedział dokładnie, co ma robić. W krótkim czasie zdołał 

wykopać  całkiem  pokaźny  dół.  Na  kupie  ziemi  obok  grobowca  leżał  porzucony 
szpadel. 

Eric przyklęknął na postumencie i zajrzał w ciemną jamę. Był coraz bardziej 

podekscytowany.  Zbliżał  się  moment  prawdy.  Uległ  Kelly  i  poprosił  o  pomoc 

policję, ale i tak... 

– 

Posuń się – usłyszał rozkazujący głos. Kelly stała za nim, z łopatą w ręku. – 

I poświeć mi – dodała. 

background image

Nig

dy  nie  kochał  jej  tak  jak  w  tym  momencie.  Była  kimś  więcej  niż  jego 

kochanką, była prawdziwym partnerem, wypróbowanym w każdej przygodzie. Była 

po prostu połową jego duszy. 

Pozostało mu tylko zrobić to, co kazała. 

Ostrze  szpadla  z  łatwością  zagłębiło  się  w  wilgotnej, poruszonej ziemi. 

Zmieniali się przy kopaniu, a Thor warował czujnie z boku. 

Kelly  właśnie  przejęła  latarkę,  kiedy  strumień  światła  wyłowił  z  dna  dołu 

metaliczny błysk. Łopata uderzyła w coś z łomotem. Eric, stojący po kolana w dole, 
wyprostowa

ł się powoli i spojrzał na Kelly z triumfalnym uśmiechem. 

– 

Tam naprawdę coś jest – wyszeptała bez tchu. 

– 

Oczywiście – powiedział, starannie maskując podniecenie. – Nie wątpiłem 

w to ani przez chwilę. 

– 

Oczywiście – odpowiedziała jak echo i roześmiała się. 

Eric wyskoczył z wykopu i odrzucił łopatę. Oboje pochylili się nad dołem i 

zaczęli po omacku odgarniać rękami ziemię, aż odsłoniła się pokrywa metalowej 

kasety.  Była  tak  ciężka,  że  Eric  z  najwyższym  trudem  zdołał  wytaszczyć  ją  na 

krawędź grobu. Kelly sięgnęła po latarkę. Smuga światła zatoczyła łuk po nocnym 

niebie. W tym samym momencie rozległ się ostry świst i coś przecięło powietrze 

miedzy ich głowami. Z kamiennego narożnika nagrobka posypały się ostre odłamki. 

Kelly oszołomiona potrząsnęła głową. 

– Co to, u licha...? 
– Padnij! – 

wrzasnął Eric, ale zanim zdążył zbić ją z nóg, drugi pocisk smagnął 

ciemność  z  upiornym  świstem.  Kelly  padła  jak  podcięte  drzewo.  Krwawa  mgła 

przesłoniła  Ericowi  wzrok.  Rzucił  się  ku  niej,  okrywając  ją  swoim  ciałem.  Nie 

zważał na stłumiony jęk. Być może wydał go sam. 

background image

Rozdział 12 

 

Eric  czuł,  jak  ciało  Kelly  wije  się  pod  nim,  więc  troskliwie  ogarnął  ją 

ramionami.  Na  szczęście  zaczęła  coś  mówić,  ale  stłumiony  potok  słów  był 

niezrozumiały.  Trudno,  dopóki  trwała  strzelanina,  nie  mógł  sprawdzić,  co  jej  się 

stało. 

Wreszcie, po  przedłużającej  się  ciszy  uznał,  że  napastnik  zrezygnował.  Na 

wszelki wypadek odczekał jeszcze minutę. Obok nich warował czujnie Thor, gotów 

do  natychmiastowej  akcji.  Fakt,  że  doberman  uznał,  iż  poczynania  Erica  nie 

zagrażają jego pani, świadczył o ogromnym zaufaniu. 

Nie było to jednak zaufanie całkowite, gdyż Thor warknął niespodziewanie. 

Eric, nie zwracając na niego uwagi, zaczął powoli zsuwać się z Kelly. Teraz nadeszła 

pora, by zbadać, jak bardzo została zraniona. 

– 

Złaź ze mnie, ty ciężki idioto! 

Głos  był  nadal  stłumiony,  ale  wyraźnie  wściekły.  Eric  był  wniebowzięty, 

jakby usłyszał najwspanialszy komplement. 

– 

Kelly, najdroższa, czy wszystko w porządku? 

– 

Byłoby  w  porządku,  gdyby  nie  siniaki,  których  mi  narobiłeś,  lądując  na 

mnie – 

burknęła. 

Natychmiast odsunął się na bok i spojrzał na nią ze zdumieniem. 
– 

Naprawdę cię nie trafili? 

– 

Jasne, że nie. – Kelly, uwolniona od jego ciężaru, zaczęła oczyszczać się z 

błota. – Skąd ci to przyszło do głowy? 

– 

Kiedy  zaczęto  strzelać...  –  Urwał,  z  drżeniem  przypominając  sobie  tę 

straszną myśl, że jeśli ta kobieta zginie, niema po co żyć. – I wtedy upadłaś, i... 

– 

Posłuchałam  tylko  twojego  rozkazu  i  usunęłam  się  z  linii  strzału.  – 

Spiorunowała go wzrokiem. – Też powinieneś to zrobić, zamiast rzucać się na mnie! 

Jesteś szalony, rozumiesz? Jak można... – z oburzenia zabrakło jej tchu. – Przecież 

mogli cię zastrzelić. 

Eric uśmiechnął się mimowolnie, widząc, jak jest przejęta i zagniewana. 
– 

Chodź tutaj – powiedział. 

Dostrzegła  błysk  w  jego  oku  i  odmownie  potrząsnęła  głową.  Musiał  być 

szalony, jeśli chciał się tu kochać. Chociaż... 

– 

No, chodź – powtórzył z naciskiem, wymownie poklepując dłonią trawę 

koło siebie. – Chcę, żebyś się skryła za nagrobkiem. A może już zapomniałaś, że 
kto

ś do nas strzelał? 

–  Nie, bynajmniej – 

odpowiedziała  urażonym  tonem,  sadowiąc  się  obok 

niego. – 

Ale zaczęłam się obawiać, czy ty nie zapomniałeś. 

background image

– 

Och, to, że uwielbiam przewracać cię na ziemię i całować do utraty tchu, nie 

oznacza  jeszcze,  że  nie  potrafię  zapanować  nad  sobą.  Przynajmniej  chwilowo  – 

dodał, mrugając do niej znacząco. 

– 

Nie bądź taki rozkoszny – ucięła, poważniejąc. 

– 

Nie wiem, czy zauważyłeś, że nasza sytuacja nie jest wesoła. 

– 

Zauważyłem, niestety – powiedział, ostrożnie wyglądając zza nagrobka. Nic 

jednak nie dostrzegł. 

– 

Ten ktoś trzyma nas w szachu. Co gorsza, używa pistoletu z tłumikiem, więc 

nie  możemy  liczyć,  że  strzały  zaalarmują  kogoś  na  tym  pustkowiu.  A  sami  nie 

jesteśmy uzbrojeni. 

– 

Zapomniałeś o Thorze. 

– 

Thor jest świetny, ale nawet on nie poradzi sobie z bronią. Myślę, że nie 

powinnaś go narażać. 

Niestety, miał rację. Ale z drugiej strony, co im pozostało? 
– 

Zastanówmy się – powiedziała. – Jeśli zostaniemy tutaj, powystrzela nas w 

końcu jak kaczki. Ucieczka również może być ryzykowna, ale daje pewne szanse, 

jeśli  ten ktoś nie  jest  zbyt  dobrym  strzelcem.  Zresztą,  sądząc z  filmów,  niełatwo 

trafić  w  biegnący  cel,  w  dodatku  po  ciemku.  Ale  to  oznacza  również,  że 

musielibyśmy zostawić złoto. 

– 

Nie  możemy...  –  zaczął  gwałtownie,  ale  nagle  umilkł.  Jak  mógł,  kiedy 

zagrożone było ich życie, myśleć o skarbie i o swojej książce? 

– 

Dokładnie to samo myślę – podchwyciła Kelly. 

– 

Nie zostawimy złota. 

– 

Tego nie powiedziałem. 

– 

Ale chciałeś powiedzieć. 

Nie było już sensu zaprzeczać i wdawać się w dalsze dyskusje. Eric wiedział, 

że trzeba działać. 

– 

Musimy się rozdzielić – powiedział twardo. – Ty zostaniesz tutaj z Thorem i 

ze złotem, a ja pójdę na zwiady i spróbuję... 

– Wykluczone. 
– 

Nawet nie dałaś mi dokończyć. 

– 

Nie interesuje mnie, co chcesz zrobić. I tak się nie zgadzam. 

Eric z desperacją zacisnął pięści. 
– 

Zrozum, nic innego nie wymyślimy, a czasu jest coraz mniej. Trzeba jakoś 

uziemić tego drania. 

– 

Słusznie, dlatego wysyłam Thora – powiedziała Kelly, gestem przywołując 

do siebie psa. 

Eric  wiedział,  jak  bardzo  przywiązana  jest  do  tego  zwierzęcia.  Mimo  to 

background image

skłonna była poświęcić Thora dla jego sprawy. 

– 

Proszę, nie rób tego – powiedział. 

Kelly  objęła  dobermana  za  szyję  i  szepnęła  mu  coś  do  ucha.  Krótki  ogon 

zame

rdał  radośnie.  Teraz,  kiedy  podjęła  już  decyzję,  poczuła  spokój.  Sama 

trenowała Thora, był jej najzdolniejszym wychowankiem. Mogła mieć nadzieję, że 

da sobie radę. 

–  Kelly  – 

nalegał z przejęciem Eric – to nie jest zabawa. On nic nie wie o 

broni. Może zostać postrzelony, a nawet zabity. Jeśli ja pójdę, zrobię to przynajmniej 

na własne ryzyko. 

– 

Nie będziesz ryzykował bez sensu. Już raz to zrobiłeś, kiedy zasłoniłeś mnie 

przed kulami. 

– 

Musiałem. Moje życie straciłoby sens, gdybyś zginęła. 

– 

Mogę  ci  powiedzieć  dokładnie  to  samo.  Postąpiłeś  tak,  jak  uważałeś  za 

słuszne. Teraz moja kolej – powiedziała, patrząc mu w oczy. 

Jeszcze raz przygarnęła psa i ucałowała go w nos. 
– 

Trzymaj się, Thor – wyszeptała wstając. Pies sprężył się, gotów do biegu. – 

Szukaj! – 

padła cicha komenda. Doberman zniknął w ciemności. 

Znów świsnęła kula. Eric zaklął i pociągnął Kelly za siebie. 
– 

Jeszcze jeden numer, a sam cię zabiję – syknął wściekle. 

Z irytacją wzruszyła ramionami i zaczęła pilnie nasłuchiwać. Dała psu czas, 

by mógł przeszukać teren, a potem odważyła się na następną komendę. 

– Thor, bierz! 

Z początku słyszeli tylko głuche uderzenia własnych serc. Znienacka ciszę 

przerwały dwa szybkie wystrzały, po których rozległ się podobny do jęku krzyk – 

nie wiadomo, ludzki czy zwierzęcy. I znów zapadła cisza. 

– Biegiem! – 

krzyknął Eric. 

Pochwycili  z  obu  stron  ciężką  skrzynkę  i  schyleni  pobiegli  w  kierunku,  z 

którego  strzelano.  Cienie  nagrobków  tańczyły  w  świetle  latarki.  Po  kilkunastu 

metrach  Kelly  poczuła,  że  za  chwilę  wypuści  uchwyt  z  odrętwiałych  palców. 

Wytężała słuch, ale słyszała tylko głuchy tupot ich stóp. 

– 

Gdzie oni są? – wysapał Eric. – Nie mogli odbiec daleko. 

Zwolnili, a potem zatrzymali się nagle, kiedy w kręgu światła coś metalicznie 

błysnęło. Na ścieżce leżał zgubiony pistolet. Eric kopnięciem odrzucił go w bok. 

Nagle Kelly usłyszała ciche warczenie. Puściła skrzynkę i wskazała Ericowi 

kierunek. Natychmiast skierował tam latarkę. 

Teraz zobaczyli swojego wroga. Stał skulony, oparty plecami  o cmentarny 

mur. Metr przed nim sie

dział Thor, szczerząc groźnie kły, w każdej chwili gotów 

skoczyć mu do gardła. 

background image

– To Larry – 

wyszeptał w osłupieniu Eric. 

– 

Odwołajcie go! – skrzeknął Larry. – Ten drań o mało mnie nie zagryzł. 

– 

To  całkiem  sprawiedliwe,  zważywszy,  że  ty  o  mało  nie  zabiłeś  nas  – 

zauważył Eric, idąc ku niemu. 

– 

Chciałem was tylko nastraszyć. Nie miałem zamiaru nikogo uszkodzić. 

– 

Zdaje się, że straszenie ludzi to twoja specjalność, co? To ty obrobiłeś mój 

dom? 

Larry nawet nie próbował zaprzeczać. 
– 

Nie miałem wyjścia. Nie chciałeś mi niczego powiedzieć, więc musiałem 

sam wybadać, jak blisko jesteś znalezienia złota. 

– 

Może wystarczyłoby, żebyś po prostu zapytał? 

– 

I tak nie puściłbyś farby. Znam cię. Podpuszczałeś mnie na gadanie, a sam 

nie  mówiłeś  ani słowa.  Na  szczęście  wpadłem  na  pomysł,  żeby  za  tobą  chodzić. 

Pewnie nawet nie wiesz, że mieliście towarzystwo dziś po południu? 

Kelly  przypomniała  sobie  dziwne  wrażenie,  że  ktoś  ich  śledził,  kiedy 

pierwszy raz byli przy grobie. Stanowczo powinna bardziej ufać swoim zmysłom. 

– No 

właśnie, nie wiesz – zachichotał Larry, widząc zdumioną minę Erica. – 

Ale  ja  też  nie  wiedziałem,  że  jesteś  taki  napalony  na  to  złoto.  Przerobiłeś  mnie. 

Dostarczyłem ci informacji i miałem prawo wiedzieć, co jest grane. 

– 

Miałeś prawo, dobre sobie! – prychnął Eric. – I może jeszcze powiesz, że 

jesteś niewinny? Od początku podejrzewałem, że kiedy tylko wskażę ci, gdzie jest 

złoto,  skradniesz  mi  je  sprzed  nosa.  Miałeś  mnie  za  naiwniaka,  co?  –  Groźnie 

przysunął się do Larry’ego, a potem skinął na Kelly. 

–  Thor  – 

powiedziała  cicho.  Pies  popatrzył  na  nią,  przekrzywiając  łeb.  – 

Chodź tu. 

Doberman  natychmiast  znalazł  się  przy  jej  nodze.  Larry  oderwał  plecy  od 

muru,  ale  Eric  błyskawicznie  chwycił  go  za  kurtkę  na  piersi,  uniemożliwiając 

ucieczkę. 

– Na twoim miejscu s

tałbym spokojnie – ostrzegł. – Chyba że chcesz, żebym 

zawołał psa. 

Larry westchnął zrezygnowany i przycupnął przy ścianie. 
– 

Gdybym pierwszy wykopał złoto, podzieliłbym się z tobą. Szczerze mówię. 

– 

Dobrze, będziesz mógł to powtórzyć policji. 

– Policji?! P

rzecież obiecałeś... Eric popatrzył na niego z pogardą. 

– 

Powiedziałem, że dopóki będziesz się trzymał prawa, nie zdradzę im, kto był 

moim  informatorem.  A  skoro  nie  dotrzymałeś  umowy,  ja  też  się  czuję  z  niej 
zwolniony. 

Odwrócił  się  do  Kelly,  która  uważnie  wodziła  rękami  po  ciele  psa, 

background image

sprawdzając, czy nie ma ran. 

– Co z nim? 
– 

Nie jest nawet zadraśnięty. 

– 

Wspaniale. W takim razie poproś go, żeby popilnował przez chwilę pana 

Smitha, bo mamy jeszcze coś do roboty, dobrze? 

Kelly wydała komendę i podeszła z Erikiem do skrzynki. 
– 

Zanim wezwiemy policję – powiedział – chciałbym upewnić się, czy złoto 

naprawdę tu jest. Pomożesz mi? 

Przyświecała  mu  latarką,  kiedy  mocował  się  z  zardzewiałym  zamkiem.  W 

końcu użył kamienia i wieko odskoczyło. Wstrzymując oddech, Kelly przykucnęła u 

boku  Erica.  Kiedy  otworzył  skrzynię,  wydała  głośny  okrzyk.  Blask  księżyca, 

przesiany przez mgłę, padł na równo ułożone złote sztaby. 

– 

Jakie piękne – szepnęła, wodząc palcem po gładkiej, zimnej powierzchni. 

– 

Piękne – przyznał. – I zabójcze. 

Zdumiał go własny spokój. Powinien triumfować, a przynajmniej się cieszyć 

– 

tymczasem  czuł  tylko  ogromną  ulgę.  Sprawa  została  rozwiązana,  a  Kelly  była 

bezpieczna. I tylko to się liczyło. 

Po raz pierwszy w życiu miał poczucie, że reportaż, który miał decydować o 

jego dalszej karierze, nie był wart ryzyka. Dawniej musiał martwić się tylko o siebie, 

co w praktyce znaczyło, że nie martwił się wcale. Teraz jednak, kiedy w jego życiu 

pojawiła się Kelly, wszystko wyglądało inaczej. 

– 

Kelly, idź – nakazał szorstko. – Musisz zadzwonić po policję. Niech szybko 

zabiorą te błyskotki, zanim wpędzą nas w nowe kłopoty. 

– 

Dobrze, już idę – powiedziała, zaskoczona jego nastrojem. Spodziewała się 

tonu triumfu, a nie zniecierpliwienia. 

Eric  zamknął  wieko  i  usiadł  na  grobowcu,  razem  z  Thorem  pilnując 

Larry’ego. Kelly pobiegła do dżipa. Na szczęście udało jej się szybko znaleźć nocny 

sklep, z którego zadzwoniła na posterunek. 

Po kwadransie cmentarną ciszę rozdarł ryk policyjnych syren. Kiedy zjawił 

się porucznik, Larry był już skuty i zabrany do wozu. Pistolet zabezpieczono jako 
dowód rzeczowy. 

 

Dolan podszedł do Erica i Kelly, nie spojrzawszy nawet na złoto. 
– 

Powinienem was oboje aresztować – oznajmił na powitanie. 

– Na jakiej podstawie? – 

zapytał spokojnie Eric, krzyżując ręce na piersi. 

Dolan machnął ręką w kierunku rozkopanego grobu. 
– 

Chyba nie chce mi pan wmówić, że ta skrzynka sama stamtąd wyskoczyła? 

– 

Rzeczywiście, ktoś jej pomógł. O szczegóły proszę spytać Larry’ego. To 

background image

jego łopata. 

Rzut oka na twarz Erica upewnił Dolana, że dalsze roztrząsanie tego wątku 

jest bezcelowe. 

– 

Liczył pan to? – zapytał, zerkając wymownie na złoto. 

– Tak. Jest wszystko. 
– 

Całe złoto... – Porucznik uważnie przypatrywał się zawartości skrzyni. – 

Jest pan pewien, że ani jedna sztaba nie zginęła? – zapytał nagle. 

– Jestem pewien. – 

Eric twardo popatrzył mu w oczy. Zbyt wieje wiedział o 

korupcji, by nie zorientować się, co mu proponują. – I prosiłbym o pokwitowanie – 

dodał znacząco. 

– Dostanie je pan – 

mruknął Dolan i z hukiem zatrzasnął wieko. – Sam już nie 

wiem, czy jest pan aż tak sprytny, czy aż tak głupi – powiedział i odwrócił się, by 

wydać rozkazy podwładnym. 

 

Kiedy  wymęczeni  drobiazgowym  przesłuchaniem  odjeżdżali  z  posterunku, 

niebo  na  wschodzie  zaczęło  blednąc.  Gdy  dojeżdżali  do  domu,  na  horyzoncie 

pojawiły się pierwsze promienie słońca. 

– 

Wiesz, że to jest śmieszne – powiedziała Kelly, kiedy weszli do holu. 

– Co takiego? – 

zapytał Eric, z ulgą rozsiadając się na kanapie w salonie. 

– 

Przez ostatnie dziesięć lat wmawiałam sobie, że lubię spokój i ciszę, a nie 

znoszę szaleństw. 

– A teraz? – 

zapytał miękko, przyciągając ją do siebie. 

–  Teraz  – 

powiedziała  z  rozmarzeniem,  wtulając  twarz  w  zagłębienie  jego 

ramienia – 

kiedy mam znów powrócić do swego dawnego życia, boję się, że będzie 

śmiertelnie nudne. 

– 

Kto powiedział, że masz wrócić do swojego dawnego życia? 

– 

A czy mam inne wyjście? 

– 

Zawsze są inne wyjścia. 

– 

Może  dla  ciebie,  ale  nie  dla  mnie  –  powiedziała,  otwierając  oczy.  – 

Pójdziesz tam, gdzie zaprowadzą cię twoje reportaże. A ja zostanę tutaj. Będę miała 

swoje psy, swoją pracę i... 

– 

Słowem wszystko, czego ci potrzeba do szczęścia, tak? – Nie był w stanie 

ukryć  goryczy.  Nawet  po  tym,  co  przeżyli,  nie  potrafiła  mu  zaufać  na  tyle,  by 

pomyśleć o wspólnej przyszłości. 

A jednak zaskoc

zyła go. W jednej chwili leżał na kanapie, a Kelly klęczała 

nad nim, przyciskając mu łokcie za głową i zniżając usta ku jego ustom. 

– 

Do szczęścia potrzeba mi ciebie – powiedziała z uśmiechem. 

– 

W takim razie zostań ze mną. 

background image

Delikatnie powiodła po jego wargach opuszkiem palca. 
– 

Chcę zostać z tobą. 

– 

Na jak długo? Spoważniała nagle. 

– 

Ja... Nie wiem. Przecież musisz odejść. 

– 

Kto ci naopowiadał takich bzdur? – zaśmiał się. 

– 

Rozwiązałeś już swoją zagadkę i masz teraz materiał na książkę, więc... 

– 

Mam też półroczny urlop – przypomniał spokojnie. – Zresztą, kto wie, może 

w ogóle przestanę pisać? 

Był tak rozbawiony i zadowolony z siebie, że powinna być zła. Ale błysk w 

jego oku kusił... 

– 

Ericu Devane, jeśli nie skończysz tej książki, to... 

Zabawnie uniósł brwi. 
– 

Widzę, że jednak myślisz o sławie i pieniądzach. 

– 

Sława i pieniądze to wyłącznie twoja sprawa – najeżyła się. 

– 

Nie tym razem, kochanie. Będziemy dzielić je ze sobą. 

– 

Dopóki nie skończy się twój urlop i nie znudzę ci się? 

– 

O, właśnie, w związku z tym mam następne pytanie. 

Kelly zmęczonym ruchem ułożyła się obok niego. 
– 

Jak  na  faceta,  który  nie  spał  całą  noc,  jesteś  strasznie  gadatliwy  – 

powiedziała z westchnieniem. 

– 

Ta strzelanina podziałała na mnie ożywczo – wyznał, mocniej przygarniając 

ją do siebie. – Notabene, co myślisz o hrabstwie Fairfield? 

– 

Ładne miejsce – przyznała ziewając. – Tylko bardzo drogie. 

– 

Przecież oboje pracujemy. Dałoby się to jakoś ułożyć. Ja miałbym godzinę 

drogi do Nowego Jorku, a ty tyle samo do swojej szkoły. Oczywiście musiałabyś się 

inaczej umawiać na prywatne lekcje... 

Kelly otrzeźwiała nagle i czujnie uniosła głowę. 
– O czym ty mówisz? 
– O nas. O tobie i o mnie. Razem. 
– W hrabstwie Fairfield? 
– 

Dobrze, jeśli nie chcesz, są jeszcze inne ładne miejsca w okolicy. Mógłbym 

dojeżdżać z Westchester, z Rockland, nawet z New Jersey. 

– Eric? 
– Hmm... 
– 

Kocham cię. 

– Wiem – 

przytaknął leniwie. 

Tym razem usiadła wyprostowana i popatrzyła na niego szeroko rozwartymi 

oczami. 

background image

– 

Ty wiesz? Co to ma znaczyć? Kiedy mówię, że cię kocham, masz mi tylko 

tyle do powiedzenia? 

Eric wyciągnął rękę i z powrotem przygarnął Kelly ku sobie. 
– 

Ja też cię kocham. 

– 

No, to już lepiej – mruknęła. 

– 

Świetnie, czy w takim razie możemy dalej planować naszą przyszłość? 

– 

Nie wiedziałam, że tym się właśnie zajmujemy. 

– 

Jasne. Teraz pogadajmy o ślubie. 

Tempo, jakie narzucił, przyprawiło ją o zawrót głowy. W tym samym tempie 

narastała w niej fala szczęścia – cudownego szczęścia, jakiego nie doznała w życiu. 

Nie znaczyło to jednak, że podda się łatwo. 

– O j

akim ślubie? – zapytała niewinnie. 

– Naszym. 
– 

Hola, jeszcze mi się nie oświadczyłeś. A może czekasz, aż ja to zrobię? 

– 

Nie, to męska sprawa – powiedział Eric i zanim zdążyła się zorientować, już 

klęczał przy kanapie. 

– 

Kocham cię, Kelly. Czy wyjdziesz za mnie? – zapytał z namaszczeniem. 

– 

Ja też cię kocham, Ericu – szepnęła, zsuwając się ku niemu. – I z największą 

przyjemnością wyjdę za ciebie. 

– 

Cała przyjemność – poprawił ją – jest po mojej stronie. 

Kelly zarzuciła u ramiona na szyję. 
– 

Pozwól, że pokłócimy się o to później – powiedziała, zamykając mu usta 

pocałunkiem. 


Document Outline