background image

LAURIEN BERENSON 

 
 
 

Miłość według Lucky 

 
 
 
 

Lucky In Love 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Zofia Dąbrowska 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 
–  Nie  przekonają  mnie  Ŝadne  twoje  argumenty.  Nie  mam  zamiaru 

pokazywać  się  na  grzbiecie  świni!  –  Lucky  Vanderholden  rzuciła  wściekłe 
spojrzenie  przedstawicielowi  agencji  reklamowej,  który  właśnie  wręczył  jej 
rachunek za usługi. – Koniec dyskusji. 

– AleŜ Lucky, zastanów się przez chwilę. – Ed Wharton mówił spokojnie, 

tonem perswazji. – To właśnie mógłby być haczyk, którego potrzebujesz. Zwróci 
uwagę i przyciągnie tłumy kupujących. 

–  Nie  bądź  śmieszny,  Ed  –  odpowiedziała  mu  niezbyt  grzecznie.  –  W 

dzisiejszych  czasach  ludzi  interesuje  to,  czy  wydają  pieniądze  z  sensem.  Chcą 
zapłacić  za  dobry  samochód  rozsądną  cenę,  a  do  tego  nie  przekona  ich  ktoś 
paradujący na grzbiecie świni. 

–  No,  nie  byłbym  taki  pewien.  W  przypadku  Loonie’ego  Louie  z 

Norristown ten chwyt reklamowy zdziałał cuda. 

–  Loonie  Louie  ma  mnóstwo  gruchotów  nadających  się  tylko  na  złom  i 

połowę  z  nich  sprzedaje  poniŜej  kosztów  –  stwierdziła  Lucky.  –  Ja  prowadzę 
zupełnie inne interesy. 

– Dla potencjalnych nabywców uŜywany samochód to po prostu uŜywany 

samochód. – Ed wzruszył ramionami. –  Chyba Ŝe zrobisz coś, co rzeczywiście 
wyróŜni twoją firmę, tak jak to zrobił Louie. Ma teraz więcej klientów, niŜ moŜe 
obsłuŜyć. – Ed zawiesił znacząco głos. – A tobie, Lucky, przydaliby się klienci. 

Rozmowa toczyła się w niewielkim kantorze, jedynym pokoju biurowym 

Lucky.  Młoda  kobieta  wstała  od  biurka  i  stanęła  przy  oknie  wychodzącym  na 
parking pełen dobrze utrzymanych, błyszczących, choć uŜywanych samochodów. 
W jednej kwestii przynajmniej, pomyślała w zadumie, Ed miał rację. Przydaliby 
się klienci.  Skład  jej  firmy,  „Najpiękniejsze  Modele  Minionych  Sezonów”,  był 
przepełniony. 

W ciągu ostatnich kilku miesięcy obroty bardzo spadły. Lucky upatrywała 

przyczyń tego stanu rzeczy w ogólnej recesji. W mieście podupadała nie tylko jej 
firma.  Niemniej  coś  trzeba  było  z  tym  zrobić.  Być  moŜe  potrzebowała 
rzeczywiście jakiejś chwytliwej reklamy. 

Pokiwała  głową,  odwracając  się  w  stronę  siedzącego  nadal  przy  biurku 

Eda. 

– Trzeba rozwaŜyć wykupienie czasu na kampanię reklamową w lokalnej 

telewizji – powiedziała z namysłem. 

–  To  rozumiem!  –  Ed  poderwał  się  z  krzesła.  –  Nie  będziesz  Ŝałowała, 

wierz mi, Ŝe... 

–  Ed  –  ton  jej  głosu  przygasił  ten  wybuch  entuzjazmu  –  mam  na  myśli 

nową formę reklamy. Nie powiedziałam, Ŝe godzę się na świnię. 

background image

–  Oczywiście,  Lucky.  –  Ed  błysnął  zębami  w  szerokim  uśmiechu.  –  Jak 

sobie Ŝyczysz. 

Po  wyjściu  agenta  Lucky  wróciła  do  biurka  i  wyjęła  z  szuflady  księgę 

rachunkową. Otworzyła gruby tom i zaczęła przerzucać strony. Zapisy z ostatnich 
sześciu  miesięcy  wyraźnie  wskazywały,  Ŝe  jej  wydatki  grubo  przekraczały 
dochody. JeŜeli nic się nie zmieni, firma znajdzie się w powaŜnych kłopotach. 

Nagle  dobiegł  ją  melodyjny  dźwięk  klaksonu.  CzyŜby  przyjechał  jakiś 

klient? Uniosła z nadzieją głowę akurat w momencie, gdy czekoladowo-srebrny 
rolls-royce mijał wjazd na jej parking, kierując się do następnej bramy. 

MoŜna  się  było  tego  spodziewać.  Posłała  spod  zmarszczonych  brwi 

spojrzenie w stronę sąsiedniego parkingu, naleŜącego do Automobilowego Domu 
Handlowego  Donahue.  Firma  ta  specjalizowała  się  w  sprzedaŜy  luksusowych 
wozów,  takich  marek  jak  BMW,  Mercedes  i  Rolls-Royce.  Działała  dopiero  od 
niedawna i wszystko świadczyło o tym, Ŝe świetnie prosperuje. 

Przez  cały  dzień  zajeŜdŜali  tam  klienci.  Samochody  prezentowane  w 

ogromnym,  oszklonym  salonie  wystawowym,  usytuowanym  dokładnie 
naprzeciw  jej  biura,  regularnie  wymieniano  na  nowe.  Z  końca  parkingu  Lucky 
widać  było  lśniące  garaŜe,  gdzie  armia  ubranych  w  wiśniowe  kombinezony 
mechaników, o imionach Fritz czy Gunter wypisanych na przypiętych do kieszeni 
plakietkach,  pracowała  nad  nieskazitelnymi  silnikami  nieskazitelnych 
samochodów. To robiło wraŜenie. 

Gdyby ona prowadziła podobny biznes, takie sąsiedztwo mogłoby działać 

deprymująco.  Na  szczęście  nigdy  jej  to  nie  nęciło.  Nie,  czuła  się  całkiem 
szczęśliwa  pośród  swoich  uŜywanych  samochodów,  z  których  Ŝaden  nie  był 
podobny do drugiego, a kaŜdy miał własną, niepowtarzalną historię. Odpowiadał 
jej równieŜ średniej wielkości teren wystawowy, porządnie zniwelowany i świeŜo 
wybrukowany,  choć  nie  mogący  się  poszczycić  przeszklonym  salonem.  Zaś 
zatrudniony  przez  nią  nieoceniony  mechanik,  Clem  Greeley,  który  potrafił 
naprawić wszystko, co poruszało się na kołach, prędzej padłby trupem, niŜ włoŜył 
wiśniowy kombinezon. 

Poza  tym  i  Automobilowy  Dom  Handlowy  teŜ  miał  swoje  kłopoty.  Na 

drugi  dzień  po  nabyciu  terenu  Donahue  otoczył  go  prawie  dwumetrowej 
wysokości płotem, zwieńczonym zwojami drutu pod napięciem. 

Rozmieszczono wiele ostrzegawczych napisów o zakazie wstępu, a nocą 

biegały tam dwa puszczone wolno dobermany. 

W takim otoczeniu nikt nie odwaŜyłby się dotknąć samochodu, za który nie 

mógłby zapłacić, dumała nadal Lucky. U niej było zupełnie inaczej. Kręcili się tu 
róŜni  ludzie,  począwszy  od  szesnastoletnich  wyrostków,  którym  sprawiało 
przyjemność  samo  oglądanie  wozów,  po  opuszczonych  przez  bliskich 
samotników, pragnących wymienić obszerne, rodzinne kombi na coś mniejszego. 

Wszyscy  byli  u  niej  mile  widziani,  witani  Ŝyczliwie  i  ciepło,  nawet 

background image

najmniejsze dzieci z lepkimi od słodyczy palcami. 

Niestety, myślała Lucky, uśmiechając się gorzko, ostatnio nie bardzo było 

kogo  witać.  Po  pięciu  latach  zadowalających,  jeśli  nawet  nie  zadziwiająco 
dobrych  wyników,  z  chwilą  otwarcia  w  sąsiedztwie  Automobilowego  Domu 
Handlowego zaczęły się kłopoty. Ale dlaczego? 

Lucky odsunęła stos rozrzuconych papierów, połoŜyła łokcie na biurku i 

podparła  podbródek  dłońmi.  MoŜe  to  miało  jakiś  związek  z  tym  wysokim, 
groźnie wyglądającym ogrodzeniem. Wprawdzie jej teren był dostępny, lecz taka 
konstrukcja  tuŜ  obok  mogła  dezorientować  jej  klientów.  A  nawet  onieśmielać. 
Poza tym ludzie, którzy kupowali u niej uŜywane samochody, lubili wałęsać się 
po  parkingu  w  poszukiwaniu  okazyjnego  zakupu,  a  potem  jeszcze  targować  o 
cenę. Na tego typu nabywców ostentacyjny luksus mógł działać zniechęcająco. 

Jeszcze  z  innego  względu  jej  firma  naraŜona  była  na  ponoszenie 

niekorzystnych  skutków  tak  bliskiego  sąsiedztwa  składu  nowych,  drogich 
samochodów.  Mijali  go  wszyscy,  którzy  jechali  do  niej  ze  śródmieścia.  Nie 
wiadomo,  co  przychodziło  im  do  głowy  na  widok  tego  przepychu.  Jedno  było 
niewątpliwe  –  na  pewno  nie  wizja  zrobienia  dobrego  interesu  na  kupnie 
uŜywanego samochodu. 

Oczywiście Lucky poznała juŜ Sama Donahue. Po raz pierwszy zobaczyła 

go, kiedy się tu sprowadził, a potem jeszcze widzieli się kilkakrotnie. Sąsiedzkie 
spotkania  były  nieuniknione,  lecz  do  tej  pory  ich  rozmowy  ograniczały  się  do 
wymiany formalnych grzeczności. 

Lucky  musiała  przyznać,  Ŝe  jako  męŜczyzna  wywarł  na  niej  wraŜenie. 

Wysoki  i  świetnie  zbudowany,  miał  gęste,  proste,  ciemnobrązowe  włosy. 
Podejrzewała  teŜ,  Ŝe przed  otwartym,  szczerym  spojrzeniem  jego szarych oczu 
niewiele  by  się  ukryło.  Był  niewątpliwie  inteligentny,  a  nieco  cyniczne 
skrzywienie warg sporo mówiło o jego poglądach na świat. 

Razem  wziąwszy,  wydawał  się  intrygujący  i  Ŝałowała,  Ŝe  po  pierwszym 

spotkaniu  nie  przejawił  ochoty  do  kontynuowania  ich  znajomości.  Lecz 
trzydziestoletnia  Lucky  nauczyła  się  juŜ  podchodzić  do  takich  spraw 
filozoficznie.  Doświadczenie  mówiło  jej,  Ŝe  sympatia  nie  zawsze  musi  być 
wzajemna  i  jeśli  Sam,  w  odróŜnieniu  od  niej,  w  czasie  ich  spotkań  nie  czuł 
przyspieszonego bicia serca, to trudno. Jego strata. 

Z cichym westchnieniem potrząsnęła głową. Na to nic nie mogła poradzić. 

Natomiast  waŜniejszą,  a  zarazem  pilną  sprawą  było  ratowanie  się  przed 
niekorzystnym dla jej firmy sąsiedztwem. Musiała podjąć jakieś działanie. 

Nagle  wpadł  jej  do  głowy  tak  zadziwiająco  prosty  pomysł,  Ŝe  nie 

rozumiała, jak mogła o tym nie pomyśleć wcześniej. 

Oczywiście,  jedynym  rozwiązaniem  była  walka  z  sąsiadem  jego  własną 

bronią.  Skoro  jej  samochody  wydawały  się  marne  w  porównaniu  ze 
sprzedawanymi  przez  Sama  Donahue,  zamiast  unikać  konfrontacji,  moŜe 

background image

naleŜałoby podkreślić róŜnice. 

Lucky  sięgnęła  szybko  po  słuchawkę  telefonu  i  nakręciła  numer  Eda. 

Wiedziała  juŜ,  jak  ma  brzmieć  slogan  jej  nowej  reklamy.  Choć  nadal  nie 
zamierzała paradować na grzbiecie świni! 

 
W  eleganckim,  wyłoŜonym  miękkim  dywanem  gabinecie,  za  wielkim 

dębowym  biurkiem  siedział  Sam  Donahue.  LeŜąca  przed  nim  księga handlowa 
była  otwarta  na  pustej  stronie,  telefon  milczał.  Sam  wyprostowany,  w 
szykownym garniturze, był gotów. Gotów do czego? – pomyślał. 

W  pokoju  było  chłodno  i  cicho,  jednostajny  szum  urządzeń 

klimatyzacyjnych tłumił wszelkie hałasy z zewnątrz. Przez boczne okno widział 
starszą  parę  rozmawiającą  na  parkingu  ze  sprzedawcą.  Zastanawiał  się  chwilę, 
czy ma wyjść z biura, lecz zrezygnował z tego pomysłu. Wszystko toczyło się bez 
zakłóceń, tego był pewny. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej? 

Ostatnie  osiemnaście  miesięcy  Ŝycia  poświęcił  przygotowaniom,  które 

miały  zapewnić  mu  sukces  w  interesach.  I  jeśli  wierzyć  liczbom  bilansu 
handlowego, jego trud się opłacił. 

Obecnie wszystko wskazywało na to, Ŝe Dom Handlowy Donahue staje się 

największym składem importowanych samochodów we wschodniej Pensylwanii. 

Po dziesięciu latach pracy dla innych Sam Donahue dokładnie wiedział, co 

ma robić, kiedy nadszedł czas otwarcia własnego przedsiębiorstwa. 

Najpierw  jako  bazę  operacyjną  wybrał  niewielkie  miasto  Cloverdale. 

Przede  wszystkim  dlatego,  Ŝe  leŜało  blisko  Filadelfii  i  głównej  magistrali 
kolejowej, a poza tym tutejsze tereny moŜna było kupić po umiarkowanej cenie. 
Mając  juŜ  potrzebny  plac,  zajął  się  sprawami  organizacyjnymi  związanymi  z 
zakupem  importowanych  samochodów  i  uruchomieniem  najlepszego  serwisu 
technicznego,  jaki  właściciele  zagranicznych  aut  mogli  sobie  tylko  wymarzyć. 
JuŜ  dawno  uwaŜał,  Ŝe  klient,  który  płaci  sporą  cenę  za  wóz  sprowadzony  z 
zagranicy, ma prawo do obsługi technicznej na najwyŜszym poziomie. Ściągnął 
więc najlepszych mechaników z Niemiec i zatrudnił sprzedawców gotowych, tak 
samo jak on, poświęcić się bez reszty pracy. 

Mechanicy Domu Handlowego Donahue potrafili sobie poradzić z kaŜdą 

naprawą. śaden sprzedawca nie oświadczył nigdy klientowi, Ŝe jakiś model czy 
kolor  samochodu  jest  nieosiągalny.  JeŜeli  nabywca  miał  określone  Ŝyczenie, 
musiało  być  zaspokojone,  choćby  Sam  Donahue  osobiście  musiał  przetrząsnąć 
całe wschodnie wybrzeŜe od Maine do Florydy. 

Dlatego w krótkim czasie rozeszła się wieść, Ŝe Dom Handlowy Donahue 

nie  tylko  ma  na  składzie  najnowsze  i  najbardziej  poszukiwane  modele 
samochodów, lecz takŜe gwarantuje ich niezawodną jakość. 

Nabywcy  zostali  zaskoczeni  takim  stylem  pracy,  gdyŜ  przyzwyczajeni 

byli,  Ŝe  handlowcy  zajmujący  się  sprzedaŜą  zagranicznych  samochodów 

background image

zachowywali  się  tak,  jakby  robili  im  łaskę,  wpisując  ich  zamówienia  na  długą 
listę oczekujących. Szybko teŜ się okazało, Ŝe klienci docenili wysiłek Sama. 

A był on niemały. Przez ostatnie półtora roku Sam zapomniał o prywatnym 

Ŝ

yciu.  Co  wcale  nie  oznaczało,  iŜ  Ŝałował  trudu,  który  włoŜył  w  swoje 

przedsięwzięcie.  Wręcz  przeciwnie,  była  to  podniecająca  przygoda.  Uwielbiał 
stawiać  czoło  wyzwaniom  i  zaangaŜował  się  całkowicie,  choć  nie  mógł  być 
pewien, czy na tym interesie noga mu się nie poślizgnie. 

Po pierwszych trzech miesiącach wiedział juŜ, Ŝe tak się nie stanie, więc 

teraz powinien upajać się swoim sukcesem. Dlaczego zatem nie odczuwał pełnej 
satysfakcji i uwaŜał, Ŝe czegoś mu zabrakło? 

Usłyszał  pośpieszne  pukanie  i  w  drzwiach  stanął  jeden  ze  starszych 

sprzedawców, Joe Saks. 

– Hej, szefie, chyba powinien pan to zobaczyć. 
– Co? – Słowa Joe’ego wytrąciły Sama z zadumy. 
–  Reklamę  w  telewizji.  –  Joe  ponaglał  Sama  gestem  dłoni.  –  Niech  pan 

szybko idzie, bo nie zdąŜymy. 

Sam ze zmarszczonymi brwiami podąŜył za sprzedawcą korytarzem. Gdy 

doszli do poczekalni, gdzie stał telewizor, trwał jeszcze wyświetlany przez jedną 
z lokalnych stacji program reklamowy. 

Na parkingu wypełnionym samochodami wszelkich marek i modeli stała 

kobieta o miłej powierzchowności, z kręconymi blond włosami. 

Sam zauwaŜył z niesmakiem, Ŝe wiele samochodów miało cenę wypisaną 

na szybie kawałkiem mydła. Skupił uwagę, gdyŜ kobieta zaczęła coś mówić. 

– Pamiętajcie – oznajmiła z uśmiechem – te drogie samochody są dobre dla 

ludzi, którzy mają duŜo pieniędzy do wyrzucenia. 

Sam zmruŜył oczy, bo właśnie obiektyw kamery został skierowany na inny 

parking,  gdzie  ustawione  były  mercedesy,  BMW...  To  był  jego  parking!  – 
uświadomił sobie, wstrząśnięty. Mruknął coś pod nosem. 

Teraz na ekranie pojawiła się twarz kobiety w zbliŜeniu. 
–  Natomiast  w  firmie  „Najpiękniejsze  Modele  Minionych  Sezonów” 

oferujemy dobrą jakość za dostępną cenę. Zajrzyjcie do nas. Nie zawiedziecie się. 

Obiektyw kamery powrócił na parking uŜywanych samochodów. 
–  Pamiętaj  –  mówiła  dalej  kobieta  –  wybierając  któryś  z  naszych 

Najpiękniejszych, nie będziesz musiał wydać królewskiej fortuny, Ŝeby wyjechać 
od nas jak król. 

– Niech mnie licho – mruknął Sam, gdy ekran się ściemnił. 
– Sądziłem, Ŝe to pana zainteresuje – pospieszył z wyjaśnieniem Joe. – Ja 

widziałem  tę  reklamę  po  raz  pierwszy,  ale  koledzy  twierdzą,  Ŝe  idzie  juŜ  cały 
tydzień. 

–  Cały  tydzień?!  Jak  ona  śmiała  wystąpić  z  czymś  podobnym!  –  Sam 

musiał panować nad głosem. 

background image

– Wie pan, jak to jest z lokalnymi stacjami, pozwalają na wszystko. Jeden 

facet z Norristown reklamował swoją firmę, siedząc cały czas na grzbiecie świni. 

Sam obrócił się ze złością do sprzedawcy, który dodał: 
– Dobrze, Ŝe nie zrobiła jeszcze czegoś gorszego. 
–  Według  mnie  to  było  wystarczająco  niewłaściwe.  Między  innymi 

sugerowała, Ŝe sprzedajemy samochody po bajońskich cenach. – Odwrócił się i 
ruszył do swego gabinetu. 

Joe  patrzył  na  plecy  oddalającego  się  szefa  i  pomyślał,  Ŝe  on,  Joe,  nie 

chciałby teraz znaleźć się w skórze Lucky Vanderholden. 

 
Sam wrócił do gabinetu. JuŜ po paru minutach doszedł do siebie i zajął się 

układaniem planu kontrataku. Wiedział, Ŝe nie wolno mu działać pochopnie. Ta 
kobieta  zaangaŜowała  w  reklamę  swój  czas  i  pieniądze.  Przekonanie  jej,  Ŝe 
powinna się wycofać, będzie wymagało pewnych starań. NiezaleŜnie od tego, jak 
trudne moŜe się to okazać, Lucky Vanderholden musi zrozumieć, Ŝe daleko nie 
zajedzie, jeŜeli będzie usiłowała poprawić stan swoich interesów jego kosztem. 
On jej po prostu na to nie pozwoli! 

Mimo  klimatyzacji  w  pokoju  nagle  zrobiło  się  dziwnie  gorąco.  Sam 

ś

ciągnął marynarkę i przerzucił ją niedbale na oparcie krzesła. Rozluźnił krawat. 

Uśmiechnął  się.  Po  męczącej  go  jeszcze  niedawno  nudzie  nie  został 

najmniejszy  ślad.  Nic  tak  nie  pobudza  szybkiego  krąŜenia  krwi  jak  wyzwanie. 
Oparł dłonie na biurku i usiłował przypomnieć sobie, co właściwie wie o swojej 
sąsiadce. 

Była  wysoka,  zgrabna,  a  złote  kręcone  włosy  tworzyły  jakby  świetlistą 

aureolę  wokół  jej  głowy.  Buzia  niesfornej  dziewczynki,  a  postawa  królowej. 
Jasna cera, rzęsy na końcach teŜ połyskujące złotem. Ciemne, brązowe oczy, na 
które  od  razu  zwrócił  uwagę.  Patrzyły  na  niego  uwaŜnie,  gdy  po  raz  pierwszy 
wymienili uścisk dłoni. 

Podobało mu się jej spojrzenie. Widać było, Ŝe jest stanowcza i zapewne 

nie ustąpiłaby nikomu, nie wyłączając jego. Uśmiechnął się lekko, gdyŜ pamiętał, 
Ŝ

e w czasie tego spotkania wydała mu się pociągająca. Szkoda, Ŝe był wtedy zbyt 

zajęty  i  nie  mógł  się  nią  bliŜej  zainteresować.  Teraz  juŜ  było  za  późno. 
Telewizyjna reklama nie pozostawiała Ŝadnych wątpliwości. 

No cóŜ, westchnął cicho. Na pewne rzeczy nie ma rady. 
 
Kiedy  Sam  Donahue  pojawił  się  w  drzwiach  kantoru,  Lucky  właśnie 

rozmawiała przez telefon. 

– Tak, Ed. – Przytrzymywała słuchawkę policzkiem przy ramieniu i gestem 

dłoni zaprosiła gościa do środka. – Wiem, Ed, znakomity oddźwięk. 

Sam  aŜ  mruknął  coś  pod  nosem  w  związku  z  takim  bezceremonialnym 

traktowaniem.  JeŜeli  ona  tak  samo  odnosi  się  do  swoich  klientów,  to  nic 

background image

dziwnego,  Ŝe  nie  osiąga  sukcesów  i  musi  uciekać  się  do  kopania  pod  kimś 
dołków. 

Wkroczył gwałtownie do małego pokoju i przez moment zastanawiał się, 

czy nie usiąść. Jednak jedyne wolne w tym pomieszczeniu, rozklekotane krzesło 
raczej nie wytrzymałoby jego cięŜaru. 

– Tak, Ed. Wiem – powtórzyła niecierpliwie, gdyŜ agent od reklamy nadal 

rozpływał się nad rezultatami jej nowej kampanii. 

Rzuciła spod oka ostroŜne spojrzenie na swego gościa. Po emisji reklamy 

spodziewała się jego wizyty. No i rzeczywiście przyszedł. Dlaczego więc nie była 
przygotowana do konfrontacji? 

Niestety,  ten  męŜczyzna  jej  się  podobał  i  to  stawiało  ją  w  trudnym 

połoŜeniu.  Wyglądał  na  człowieka,  który  potrafi  wykorzystać  cudzą  słabość. 
Wiedziała, Ŝe od pierwszej chwili musi rozmawiać z nim jak równy z równym. 

– Słuchaj, Ed – Lucky wyciągnęła rękę, Ŝeby przerwać połączenie – mam 

coś do załatwienia. To nie jest odpowiedni moment do dyskusji. Zadzwonię do 
ciebie, dobrze? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  odłoŜyła  słuchawkę.  Odetchnęła  głęboko  i 

spojrzała na Sama z promiennym uśmiechem. 

– Miło pana znowu widzieć, panie Donahue. Właściwie nie utrzymujemy 

sąsiedzkich stosunków. Kiedy to ostatnio... 

Sam mimowolnie odpowiedział jej uśmiechem. 
–  Jakiś  czas  temu  –  odparł  wymijająco.  Nie  powinna  się  domyślić,  Ŝe 

dobrze  pamięta,  kiedy  się  ostatnio  widzieli.  –  PrzejeŜdŜałem,  a  pani  usiłowała 
namówić jakąś starszą klientkę do kupna czerwonej corvetty. 

– Aaa, tak. – Lucky przechyliła się do tyłu na krześle. – Panią Obermann. 

Zatrąbił pan klaksonem i pokiwał mi ręką. 

–  Spieszyłem  się  –  odparł.  Zdziwił  się,  gdyŜ  odpowiedź  zabrzmiała  jak 

usprawiedliwienie, a jeszcze bardziej był zdumiony, Ŝe w zakłopotaniu przestąpił 
z nogi na nogę. Nie wolno mu okazywać zmieszania. 

–  Oczywiście  –  potwierdziła.  –  O  ile  mogę  zauwaŜyć,  sprzedaŜ 

luksusowych samochodów kwitnie. 

– Owszem – odparł niewyraźnie. Musi się wziąć w garść. – Czy kupiła ten 

samochód? 

Lucky  zauwaŜyła  ledwo  uchwytną  zmianę  w  jego  postawie,  bardziej 

twardy  wyraz  ust,  i  natychmiast  domyśliła  się,  co  to  zapowiada.  Instynkt 
nakazywał przeciwdziałanie. 

– Kto? 
Sam zmarszczył brwi. Po raz drugi jej nie docenił. 
– Pani Obermann. Czy kupiła czerwoną corvettę? 
–  Niestety,  –  Lucky  westchnęła.  Musi  się  mieć  na  baczności.  Oboje 

wiedzieli,  jaki  był  cel  jego  wizyty,  a  jeśli  on  myśli,  Ŝe  uśpi  jej  czujność 

background image

pogaduszką, nie będzie wyprowadzać go z błędu. 

–  Nie  odpowiadał  jej  ten  model.  –  Zachichotała  na  wspomnienie  tamtej 

sceny. – Szukała czarnego cadillaca. 

Sam  znowu  poczuł  zakłopotanie,  nie  był  tylko  pewien,  czy  wywołała  je 

odpowiedź  Lucky,  czy  dźwięk  jej  uroczego,  cichego  śmiechu.  NajwyŜszy  czas 
przystąpić do rzeczy. 

–  Niech  pani  posłucha  –  powiedział  stanowczym  tonem.  –  Niestety,  nie 

przyszedłem  tu  z  wizytą  sąsiedzką.  Chciałbym  pomówić  z  panią  na  temat 
reklamy, nadawanej w lokalnej telewizji. 

–  Tak?  –  Lucky  zagryzła  wargę.  Nie  zamierzała  ułatwiać  mu  sytuacji. 

Piorun uderzy prędzej czy później. I rzeczywiście. 

– Pani celowo zleciła nakręcenie jej w taki sposób? Lucky, choć z trudem, 

zdobyła się na błogi uśmiech. 

– Trudno sobie wyobrazić, Ŝe reklamę nadano przez przypadek. 
Sam  próbował  trzymać  swój  temperament  na  wodzy,  lecz  jej  spokój  go 

zirytował. 

– O to mi właśnie chodzi! I pani wie, co mam namyśli! 
– Ooo? – Uniosła pytająco brew do góry. 
– Przede wszystkim – zaczął – wykorzystała pani zdjęcia mojego parkingu 

bez zezwolenia. 

– Jest pan pewien, Ŝe to był pański parking? 
– No... oczywiście. 
Lucky mogła być z siebie dumna, Ŝe udawało się jej zachować spokój. 
– Czy widział pan swój salon wystawowy lub nazwę swojej firmy? 
– Nie, ale... 
– Czy został sfilmowany ktoś z pana personelu? 
– Nie przypominam sobie, jednak... 
–  To  skąd  ta  pewność,  Ŝe  sfilmowano  pana  teren?  –  uśmiechnęła  się 

chłodno. – Proszę mi nie mieć za złe tego, co powiem, lecz nie pan jeden handluje 
zagranicznymi samochodami w Pensylwanii. 

– Oczywiście – przyznał. – To nie zmienia faktu, Ŝe rozpoznałem mój skład 

i moje samochody. 

– Nie, nie zmienia – wycedziła powoli. – Natomiast istotne jest, czy pan 

potrafi to udowodnić. 

Na chwilę zapadła cisza, po czym Lucky dodała: 
– Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? 
–  Tak!  –  zagrzmiał.  Na  dźwięk  tak  podniesionego  głosu  jego  personel 

stałby  juŜ  na  baczność.  Dlaczego  ona  wcale  się  nie  przejmuje?  –  W  reklamie 
sugeruje się, Ŝe jedynie bogaczy stać na moje samochody. 

– No i co? 
– Co: „no i co”? 

background image

– Czy to nieprawda? 
–  Oczywiście,  Ŝe  nie!  –  warknął.  –  KaŜdy  moŜe  być  klientem  Domu 

Handlowego Donahue... 

– ...jeśli zdecyduje się zastawić swój dom dla zdobycia gotówki. 
– Zaraz, niech pani posłucha. – Cierpliwość Sama juŜ się wyczerpała. – Nie 

przyszedłem tutaj dyskutować o sprawach finansowych. Chodzi mi o to, Ŝe pani 
reklama szkodzi moim interesom, i oczekuję jej wycofania. 

– Obawiam się, Ŝe to niemoŜliwe. – Lucky starała się nadać swoim słowom 

pojednawczy  ton.  Wolałaby  mieć  w  tym  człowieku  przyjaciela  niŜ  wroga. 
Szkoda,  Ŝe  się  na  to  nie  zanosiło.  –  Ta  reklama  to  najlepsze,  co  przytrafiło  się 
mojej  firmie  w  ciągu  ostatnich  sześciu  miesięcy.  Przykro  mi  Ŝe  się  panu  nie 
podoba,  lecz  mnie  nie  stać  na  zaniechanie  prowadzenia  kampanii  reklamowej, 
która  okazała  się  sukcesem,  tylko  z  powodu  pana  osobistych  zachcianek.  Sam 
odchrząknął groźnie. 

– Nie tylko pani interesy wymagają ochrony – powiedział. – Jeśli się będzie 

pani upierała przy kontynuowaniu swojej akcji reklamowej, zostanę zmuszony do 
przedsięwzięcia pewnych kroków. 

– Jakich kroków? 
– Zna pani takie powiedzenie – Sam wzruszył ramionami – „w miłości i na 

wojnie wszystkie chwyty są dozwolone”. 

Poderwała się gwałtownie. 
– Pan mnie straszy? 
W odpowiedzi parsknął śmiechem, co ją doprowadziło do szału. 
–  Co  konkretnie  w  tym  przysłowiu  traktuje  pani  jako  groźbę?  –  zapytał 

niewinnym tonem. 

Lucky rzuciła mu piorunujące spojrzenie. 
– Nie boję się ciebie ani trochę, Samie Donahue. MoŜesz mi wierzyć, Ŝe juŜ 

przedtem dawałam sobie radę z męŜczyznami. 

–  Naprawdę?  –  uniósł  brew  do  góry.  –  Wobec  tego  z  niecierpliwością 

oczekuję nowego doświadczenia. – Odwrócił się i skierował w stronę drzwi. – Do 
zobaczenia na ringu. 

Lucky nie miała zamiaru zrezygnować z ostatniego słowa. 
– PołoŜę cię na łopatki. 
Wyszedł, a ona opadła z powrotem na krzesło. Kto mógł przypuszczać, Ŝe 

on  tak  się  tym  przejmie?  Jej  zamiarem  było  jedynie  podreperowanie  własnej 
firmy, nie chciała wywoływać trzeciej wojny światowej. 

Nic tak nie łączy sąsiadów jak solidny płot. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 
W  ciągu  następnych  kilku  dni  Lucky  z  trudnością  skupiała  myśli  na 

sprawach  zawodowych,  przy  czym  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe 
przyczyną tego stanu rzeczy był Sam Donahue. 

Choć go nie widywała, między ich parkingami dało się odczuwać napięcie, 

niemal  tak  rzeczywiste  jak  prąd  przepływający  przez  drut  na  płocie 
rozgraniczającym ich tereny. 

Lucky najbardziej nie cierpiała niejasnych sytuacji. Według własnej oceny 

wyszła zwycięsko z potyczki, która odbyła się u niej w biurze. Jednak nie łudziła 
się, Sam nie był człowiekiem, który przyjmuje poraŜkę z ukłonem wdzięczności. 
Nie  miała  wątpliwości,  Ŝe  pragnie  odwetu.  Ciekawe,  w  jaki  sposób  się  na  niej 
zemści? 

To tylko z powodu tej niepewności na myśl o nim czuła dziwne sensacje w 

okolicy serca. Tylko dlatego, zapewniała się, siedząc we wtorek rano w swoim 
kantorku. Nie było innego wyjaśnienia. Teraz, kiedy mieli sposobność wymienić 
ze  sobą  więcej  niŜ  kilka  zdawkowych  słów,  wiedziała,  dlaczego  wcześniej  nie 
udało im się nawiązać stosunków towarzyskich. 

Zdołała  się  juŜ  zorientować,  Ŝe  Sam  Donahue  jest  arogancki  i 

apodyktyczny. KtóŜ by się czuł przyjemnie w towarzystwie takiego człowieka? 
Szkoda, bo był taki przystojny. 

– Czy Lucky to pani? 
Wyrwana  z  rozmyślań  uniosła  głowę  i  zobaczyła  stojącą  w  drzwiach 

nastolatkę, ubraną we wzorzyste leginsy i obcisłą bluzkę. 

–  Tak.  –  Lucky  zerwała  się  z  krzesła  i  machinalnie  wygładziła  lnianą 

spódniczkę. – Czym mogę słuŜyć? 

– Nazywam się Heather Jacobson. Chciałabym kupić samochód. 
Lucky uśmiechnęła się i wyszła zza biurka. 
– Znalazłaś się we właściwym miejscu. 
–  Mam  nadzieję.  Mój  chłopak  twierdzi,  Ŝe  tutaj  ceny  są  najbardziej 

umiarkowane. Mówi, Ŝe pani jest twarda w interesach, ale uczciwa. Dlatego tu 
przyszłam. 

Lucky  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją,  w  jej  zawodzie  taka  opinia  była 

najwyŜszą pochwałą. 

– Miło mi – powiedziała. – MoŜe po prostu przejdziemy się i coś wpadnie 

ci w oko. 

–  Ten  by  się  dla  mnie  nadawał  –  oznajmiła  Heather,  stając  przed 

kabrioletem marki Fiat. 

Szósty  zmysł  zawsze  podpowiadał  Lucky,  czy  klient  jest  rzeczywiście 

zainteresowany  zakupem.  Tym  razem,  pomimo  stanowczego  stwierdzenia 

background image

dziewczyny, czuła, Ŝe zaraz wyłoni się jakieś „ale”. 

Zapowiedziało je głośne westchnienie Heather. 
– Jest pewien problem. Tata chce, Ŝebym kupiła samochód duŜy, mocny i 

czteroosobowy. UŜył określenia: „nie do zdarcia”. 

– Rozumiem – odpowiedziała Lucky, zastanawiając się, jakby tu pogodzić 

pragnienie  córki  z  wymogami  troskliwego  rodzica.  Rozejrzała  się  i  jej  wzrok 
rozjaśnił się na widok samochodu, który byłby idealnym modelem. 

– Chodź ze mną. – Wzięła Heather za ramię. – Coś ci pokaŜę. 
– Dobrze. – Heather niechętnie oderwała dłoń od połyskującego błotnika. – 

Gdzie idziemy? 

– Tu zaraz, niedaleko. – Lucky zatrzymała się koło płotu i z dumą wskazała 

ręką średnich rozmiarów samochód w kolorze ciemnopomarańczowym, którego 
wygląd nie odzwierciedlał w pełni jego dobrej kondycji. 

– Co to jest? – Heather patrzyła na samochód z powątpiewaniem. 
– BMW 2002 z 1973 roku. 
– To jest BMW? Lucky skinęła głową. 
– W tym czasie Niemcy takie właśnie produkowali. 
– AleŜ on jest pomarańczowy! 
– Najmodniejszy kolor we wczesnych latach siedemdziesiątych. – Lucky 

zdusiła chichot. 

– Ile pali? 
–  Dziewięć  litrów  na  sto  kilometrów  –  odparła  Lucky  z  zadowoleniem. 

Rozmowa  zmierzała  wreszcie  we  właściwym  kierunku.  Podeszły  do  drzwi 
samochodu. 

–  MoŜe  wsiądziesz  i  zobaczysz,  jak  się  w  nim  czujesz?  Zaraz  podniosę 

dach. 

Lucky  przyklękła  na  przednim  siedzeniu  rozgrzanego  na  słońcu 

samochodu i usiłowała dosięgnąć dźwigni uruchamiającej dach. W tym samym 
momencie  wyraźnie  poczuła  na  sobie  czyjś  wzrok.  Rzuciła  okiem  przez  tylne 
okno i okazało się, Ŝe jej podejrzenie było słuszne. Na sąsiednim parkingu przed 
salonem  wystawowym  stał  Sam  Donahue.  ChociaŜ  dzieliły  ich  rzędy 
samochodów, nie było wątpliwości, Ŝe patrzy na nią. 

AleŜ to atrakcyjny męŜczyzna, pomyślała. 
Sam,  jak  zwykle,  miał  na  sobie  eleganckie  ubranie.  Krój  podkreślał 

szerokie ramiona i wąską talię. Gołębi kolor znakomicie współgrał – niechętnie 
przyznała przed samą sobą, Ŝe to pamięta – z barwą jego oczu. 

Odwróciła się i wyprostowała, a wzrok Sama podąŜył za nią. Czy jej się 

zdawało, Ŝe temperatura powietrza podskoczyła o kilka stopni? 

– Proszę – powiedziała do Heather pospiesznie, otwierając przed nią drzwi 

– wskakuj i zastanów się, czy ci się podoba. 

–  Świetnie.  –  Heather  wsunęła  się  za  kierownicę  i  połoŜyła  stopy  na 

background image

pedałach. – Jest naprawdę wspaniały! Opowiem o nim tacie. 

Co  Sam  teraz  robi,  zastanawiała  się  Lucky  gorączkowo.  JuŜ  go  nie 

widziała,  lecz  dreszcz  na  karku  upewniał  ją,  Ŝe  nadal  jest  w  pobliŜu.  Chyba 
powinien mieć coś lepszego do roboty, niŜ ją podglądać. 

– Kiedy będę mogła go wypróbować? 
–  Słucham...?  –  Lucky  z  wysiłkiem  starała  się  zebrać  myśli.  – 

Wypróbować? 

– Przejechać się. 
Lucky  przykro  było  rozczarować  dziewczynę,  lecz  miała  niewzruszoną 

zasadę,  Ŝe  poza  obręb  parkingu  wydawała  samochód  tylko  rodzicom 
młodocianych nabywców. 

– MoŜe przyprowadzisz tatę w czasie weekendu – zasugerowała – i wtedy 

sobie pojeździsz. 

– Dobrze – zgodziła się Heather z rezygnacją. 
– Oczywiście. 
Lucky  nagle  spostrzegła,  Ŝe  Heather  zauwaŜyła  Sama.  Kiedy  bowiem 

wysiadła  z  samochodu  i  spojrzała  w  kierunku  sąsiedniego  parkingu,  sportowy 
BMW poszedł w jednej chwili w zapomnienie. I chociaŜ obiekt zainteresowania 
dziewczyny się zmienił, jej twarz wyraŜała identyczny zachwyt. 

– Ojej – jęknęła cicho. – Kto to? 
–  Sam  Donahue.  –  Wbrew  intencji  Lucky  jej  słowa  z  jakiejś  przyczyny 

zabrzmiały  nad  wyraz  sucho.  –  Jest  właścicielem  sąsiadującego  ze  mną 
przedsiębiorstwa handlowego. 

– MoŜe powinnam tam pójść i popatrzeć, co on ma na sprzedaŜ? 
– MoŜe powinnaś. – Lucky zachmurzyła się, zdziwiona nieoczekiwanym 

uczuciem irytacji. PrzecieŜ sąsiadujące ze sobą firmy w Ŝaden sposób nie mogły 
stanowić  dla  siebie  konkurencji.  Niech  sobie  Heather  tam  idzie.  Lucky  była 
pewna, Ŝe wróci do niej, jak tylko zobaczy ceny samochodów Sama. 

ZmruŜywszy  oczy  patrzyła  na  dziewczynę,  która  wysuwając  do  przodu 

biodra, szła przez parking w stronę swego samochodu. Lucky zastanawiała się, 
czy ona była kiedykolwiek tak pewna siebie. Pamiętała dobrze, Ŝe w tym wieku 
czuła się okropnie: zbyt dojrzała jak na dziecko, za młoda jak na dorosłą kobietę. 
Dzięki Bogu, miała to za sobą. 

Wróciła  myślą  do  teraźniejszości  i  nagle  jej  zły  nastrój  minął.  Sam  ją 

szpiegował. Powinna zrobić to samo. Byłoby interesujące obserwować, jak daje 
sobie  radę  z  nastolatką  o  wybujałej  zmysłowości  i  nieproporcjonalnej  do  niej 
ilości gotówki. 

Spojrzała  w  kierunku  Domu  Handlowego  Donahue,  po  czym  odwróciła 

głowę i roześmiała się. To mogło być zabawne. 

 
Sam  stał  w  spiekocie  juŜ  dobre  dziesięć  minut,  a  przecieŜ  nie  cierpiał 

background image

bezruchu.  Jednak  z  jakichś  powodów  obserwowanie  Lucky  Vanderholden, 
usiłującej sprzedać samochód, sprawiało mu przyjemność. 

Zupełnie go nie obchodziło, ile z tych uŜywanych potworków uda jej się 

upłynnić. Nie był teŜ skłonny do podpatrywania, jak się do tego zabiera, gdyŜ nie 
dowiedziałby się niczego nowego. Lecz przez cały czas właśnie to robił. I to z 
upodobaniem. 

Gwałtownym  ruchem  ściągnął  marynarkę  i  powiesił  ją  na  balustradzie. 

Odpiął guziki mankietów koszuli i podwinął do łokci rękawy, odsłaniając silne, 
dobrze umięśnione, lekko owłosione ręce. 

Zastanawiał się, jak to się dzieje, Ŝe Lucky tak dobrze znosi upał. ChociaŜ 

słońce  z  jednakową  intensywnością  przypiekało  na  obu  parkingach,  ona  robiła 
wraŜenie  świeŜego,  wysmukłego  Ŝonkila,  chłodzonego  powiewem  letniego 
wiatru.  Wyprostowana  i  szczupła,  promieniowała  królewskim  spokojem  i 
pogodą. 

A  co  by  było,  gdyby  tak  zmącił  nieco  jej  niewzruszone  opanowanie, 

pomyślał z lekkim uśmiechem. 

Odwróciła  głowę  i  ich  spojrzenia  się  spotkały.  Sam  wyprostował  się 

niedostrzegalnie.  Nie  wierzył  w  przeznaczenie,  a  jednak  w  ciągu  tych  kilku 
długich  chwil,  gdy  zatrzymali  na  sobie  wzrok,  miał  wraŜenie,  Ŝe  stało  się  coś 
nieodwołalnego. 

Lucky poruszyła w nim te wewnętrzne pokłady, które być moŜe zbyt długo 

były  uśpione.  Nie  pamiętał,  kiedy  czuł  się  tak  oŜywiony  i  pełen  energii,  jak  w 
czasie  ich  krótkiego  spotkania  w  jej  biurze.  W  równym  stopniu  jego  intelekt  i 
zmysły zostały pobudzone wyzwaniem, jakie mu rzuciła. 

Lucky mimo woli sprawiła, Ŝe Ŝycie na nowo stało się ciekawe. 
Przez  bramę  jego  parkingu  wjeŜdŜał  właśnie  mały  samochód.  Sam 

przyjrzał się osobie za kierownicą i rozpoznał w niej klientkę Lucky, nastolatkę w 
dość  ekscentrycznym  stroju,  z  rozwianymi  włosami.  Zatrzymała  się  przed 
salonem wystawowym i obwieściła swe przybycie dźwiękiem klaksonu. Jeszcze 
nie zdąŜyła wysiąść z samochodu, a juŜ zjawił się przy niej sprzedawca. Zanim 
weszli  do  wnętrza,  dziewczyna  rzuciła  w  kierunku  Sama  przelotne  spojrzenie, 
lecz on nie poświęcił jej więcej uwagi. 

Popatrzył w stronę, gdzie poprzednio widział Lucky. JuŜ jej tam nie było. 

Poszukał  wzrokiem  i  zobaczył,  Ŝe  wsiadła  do  pomarańczowego  samochodu  i 
usiłuje  zasunąć  uchylony  dach.  Pod  wpływem  nagłego  impulsu  ruszył  w  jej 
kierunku.  PrzecieŜ  wypomniała  mu,  Ŝe  nie  utrzymują  sąsiedzkich  stosunków. 
Była odpowiednia chwila, Ŝeby to naprawić. 

Doszedł  do  ogrodzenia.  Lucky  nadal  mocowała  się  z  dźwigienką 

podnoszącą  dach.  Urządzenie  ponownie  się  zacięło  i  Sam  z  trudem 
powstrzymywał uśmiech na widok dalszych wysiłków zaciśniętej w pięść drobnej 
dłoni. 

background image

– Teraz wystarczy tylko nacisnąć guziki – odezwał się uprzejmym tonem, 

opierając się o rozdzielające ich ogrodzenie z drucianej siatki. 

Uniosła głowę. Zaskoczył ją, gdyŜ była przekonana, Ŝe poszedł za Heather 

do  salonu  wystawowego.  MoŜe  nawet  miała  taką  nadzieję.  Tymczasem  stał 
zaledwie  kilka  kroków  od  niej:  opalony,  z  połyskującą  w  słońcu  ciemną 
czupryną.  Pewny  siebie,  zarozumiały  i  niewiarygodnie  przystojny,  jednym 
słowem  taki,  jakim  nie  miał  prawa  być  potencjalny  wróg.  On  jest  arogancki, 
przypomniała sobie, Ŝe tak go juŜ przecieŜ oceniła. I apodyktyczny. Wysiadła z 
samochodu. 

– Do czego słuŜą guziki? – spytała, zamykając drzwi samochodu. 
– Do podnoszenia i opuszczania dachu. Tak jest przynajmniej w nowszych 

modelach. 

–  Ach,  ci  Niemcy.  –  Lucky  z  ironicznym  podziwem  pokręciła  głową.  – 

Czego to oni nie wymyślą. 

– Nie moŜna lekcewaŜyć postępu. Ułatwia Ŝycie. 
– Z pewnością. Tylko czasami jego ostateczny koszt jest za wysoki. 
–  No,  nie  powiedziałbym  –  odparł  lekko.  Lucky  patrzyła  na  jego  palce 

zaciśnięte  na  siatce  ogrodzenia.  Były  długie,  szczupłe,  z  dobrze  utrzymanymi 
paznokciami o ładnym kształcie. – To zaleŜy od punktu widzenia. 

–  MoŜliwe.  –  Starała  się  mówić  obojętnym  tonem.  Do  tej  pory  Samowi 

nigdy nie przyszło do głowy, Ŝeby zatrzymać się przy ogrodzeniu na pogawędkę. 
Więc dlaczego zrobił to teraz? Co on knuje? 

Zmarszczyła  brwi.  Do  licha,  to  jakaś  mania  prześladowcza.  CóŜ  w  tym 

złego, Ŝe Sam stara się być przyjacielski? MoŜe jednak doszedł do wniosku, Ŝe jej 
reklama  nie  jest  wymierzona  przeciw  niemu.  Albo  w  ogóle  zapomniał  o  całej 
sprawie. 

– Jak idą interesy? – spytał Sam. 
–  Lepiej  –  odrzekła ostroŜnie.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  poruszają  się  ciągle  w 

pobliŜu zaminowanego pola. – A twoje? 

– Nie narzekam. 
– No tak. – Lucky przeniosła wzrok na sąsiedni, wymuskany parking. – Nie 

masz powodu. 

Sam spojrzał w tym samym kierunku i jego twarz stała się nagle surowa. 
–  Lucky,  nikt  niczego  nie  podarował  mi  w  prezencie.  Na  to  wszystko 

cięŜko zapracowałem. 

– Nigdy nie twierdziłam, Ŝe jest inaczej. 
Sam  był  zdziwiony,  Ŝe  ona  potrafi  mówić  tak  rozsądnie,  a  jednocześnie 

dawać  wyraźnie  do  zrozumienia,  iŜ  naprawdę  myśli  coś  wręcz  przeciwnego. 
Celowo go prowokuje, tak jak w czasie ich poprzedniego spotkania. Wtedy stracił 
nad sobą panowanie. Teraz nie popełni tego błędu. 

– Masz na wszystko gotową odpowiedź. 

background image

–  Wychowałam  się  z  ośmiorgiem  rodzeństwa.  W  mojej  rodzinie  ten, kto 

nie potrafił szybko się odciąć, przepadał z kretesem. 

– Ośmiorgiem?! – Nie powinien był okazać, Ŝe jest wprost zaszokowany. 

Odchrząknął i spróbował ponownie. – Twoi rodzice mieli ośmioro dzieci? 

– Licząc ze mną, dziewięcioro. 
– Rozumiem – powiedział. – To wyjaśniałoby niektóre sprawy. Myślę, Ŝe 

dlatego wymyśliłaś właśnie taką reklamę. 

– O czym ty mówisz? 
– Po prostu nie moŜna dziwić się osobie pochodzącej z tak licznej rodziny, 

Ŝ

e chce zwrócić na siebie uwagę. 

Lucky otworzyła ze zdumienia usta, lecz zaraz się opanowała. 
– Dziękuję, doktorze Freud. Dlaczego sprzedajesz samochody, skoro masz 

taki talent do psychoanalizy? 

– Daj spokój z ironią. – Sam nadal mówił spokojnie. – Musisz przyznać, Ŝe 

niewiele kobiet prowadzi skład uŜywanych samochodów, nie wspominając juŜ o 
występach w telewizji. 

Wśród  wszystkich  nadętych,  zachowujących  się  protekcjonalnie 

męŜczyzn, których Lucky znała, Sam Donahue zasługiwał na pierwszą lokatę. 

–  Zapewniam  cię,  Ŝe  kobieta,  która  zakłada  własne  przedsiębiorstwo 

handlowe i je reklamuje, jest całkiem normalna. 

–  Taaa  –  odparł  Sam  przeciągle.  –  Chodzi  mi  tylko  o  metody, 

pozostawiające nieco do Ŝyczenia. 

– Tak się składa, Ŝe są skuteczne – zareplikowała. Nie miała zamiaru mu 

się zwierzać, jak bardzo jej na tej skuteczności zaleŜało. – Tylko to się liczy. 

Lucky  dojrzała  kątem  oka  Heather  wychodzącą  z  salonu  wystawowego. 

Dziewczyna  była  wyraźnie  nie  w  humorze.  Najwidoczniej  w  przyspieszonym 
tempie  przerobiła  praktyczną  lekcję  matematyki.  Lucky  patrzyła  z  cichą 
satysfakcją na odjeŜdŜający samochód, bo chociaŜ Heather z hałasem zapuściła 
silnik na poŜegnanie, Sam nawet się nie odwrócił. 

–  Więc  mam  rozumieć,  Ŝe  wyznajesz  zasadę:  „cel  uświęca  środki”?  – 

zapytał. 

– Czasami – odparła z uśmiechem. 
– Zapamiętaj te słowa – powiedział cicho. 
–  Nie  ma  obaw,  będę  pamiętać  –  odrzekła  bardziej  z  zuchwałością  niŜ 

przekonaniem. 

Odwróciła się i odeszła. Stojąc nadal przy ogrodzeniu, Sam odprowadził ją 

rozbawionym  wzrokiem,  aŜ  zniknęła  w  drzwiach  kantoru.  Sądząc  po  jej 
energicznym  kroku,  zapewne  uznała,  Ŝe  został  pokonany.  Niech  sobie  jeszcze 
przez jakiś czas tak uwaŜa. 

 
Podczas następnych dni Lucky najbardziej męczyło pytanie, co się stało z 

background image

Samem, gdyŜ w ogóle nie było go widać. PrzecieŜ chyba nie mógł przepaść tak 
bez śladu. 

„Pan  Niewidzialny”,  myślała,  kierując  kpiące  spojrzenie  w  stronę 

wysokiego  płotu.  Lepiej  by  było,  gdyby  jego  przedłuŜająca  się  nieobecność 
oznaczała, Ŝe ma zamiar się stąd wynieść. Lecz Lucky była osobą zbyt trzeźwo 
myślącą,  aby  uwierzyć,  iŜ  zmusiła  go  do  rejterady.  Nie,  Sam  wyłoni  się  na 
powierzchnię i jeszcze przysporzy jej kłopotów. Tymczasem nie pozostawało nic, 
tylko czekać. 

W tej sytuacji przyjęła z radością zaproszenie Marete na sobotnią rodzinną 

kolację. U swej starszej siostry nie była juŜ kilka tygodni, a więc szmat czasu, jak 
na zwyczaje panujące w rodzinie Vanderholdenów. Mimo duŜej róŜnicy wieku 
pomiędzy  rodzeństwem  –  najmłodszy  brat  miał  dziewiętnaście,  a  najstarszy 
trzydzieści sześć lat – wszyscy byli nadal bardzo ze sobą zŜyci, co ułatwiał fakt, 
Ŝ

e mieszkali w pobliŜu siebie. 

Udzielali sobie porad, wspomagali się, a nade wszystko przyjaźnili się ze 

sobą.  Lucky,  najstarsza  niezamęŜna  dziewczyna  w  rodzinie,  musiała  znosić 
podejmowane  dość  energicznie  przez  rodzeństwo  próby  jej  wyswatania. 
Traktowała je jako zło konieczne, rekompensowane z nawiązką przez korzyści, 
jakie dawała liczna rodzina. 

Lucky przyjechała do Marete w sobotę wieczorem. Siostra, nie tracąc ani 

chwili,  pociągnęła  ją  do  kuchni,  gdzie  przygotowania  do  kolacji  były  juŜ  w 
pełnym  toku.  MąŜ  Marete,  Bob,  i  dwie  córeczki  zostali  przed  telewizorem  w 
salonie i oglądali jakiś konkurs. 

Marete niezwłocznie przystąpiła do rzeczy. 
– Jak tam sprawy uczuciowe? – spytała niby od niechcenia. 
–  Całkowita  posucha.  –  Lucky  usiadła  w  kącie  kuchni  i  zabrała  się  do 

obierania ogórka. – A twoje? 

– My jesteśmy dwanaście lat po ślubie. – Marete rzuciła siostrze przeciągłe 

spojrzenie. – Co ty sobie wyobraŜasz? 

–  śe  jest  wam  ze  sobą  bardzo  dobrze.  –  Lucky  starała  się  nie  okazać 

zazdrości.  Wiedziała,  Ŝe  mimo  upływu  lat  Marete  i  Bob  są  w  sobie  szaleńczo 
zakochani. Zsunęła plasterki ogórka do salaterki i sięgnęła po pomidor. 

–  To  prawda.  –  Marete  uśmiechnęła  się.  –  MałŜeństwo  jest  wspaniałym 

wynalazkiem. Powinnaś spróbować. 

– To mi się najbardziej w tobie podoba, Marete. Ze wszystkich braci i sióstr 

ty jesteś najbardziej subtelna. 

– A ty najbardziej uparta – odcięła się siostra. 
– Uparta? Czy to moja wina, Ŝe nie wyszłam za mąŜ? Popyt na moŜliwych 

męŜczyzn znacznie przewyŜsza podaŜ. Co według ciebie mam zrobić? Wywiesić 
w oknie kartkę: „Do wzięcia – wiadomość na miejscu?” 

–  Daj  spokój.  –  Marete  podsunęła  siostrze  pęczek  marchwi.  –  Ale 

background image

mogłabyś  być  trochę  bardziej  otwarta.  W  jaki  sposób  masz  spotkać  Tego 
Właściwego, skoro w ogóle nie umawiasz się na randki? 

Lucky skrzywiła się z niesmakiem. 
–  Sama  wiesz,  Ŝe  to  nie  takie  proste.  Kiedyś  się  umawiałam  i  co  z  tego 

wyszło?  Poznałam  tuziny  męŜczyzn,  a  nie  znalazłam  Tego  Właściwego. 
Spotkałam Pana Bawidamka, Pana Niedojdę, Pana Pracoholika... 

Marete wzniosła oczy ku niebu. Lucky udała, Ŝe tego nie widzi. 
–  Gdziekolwiek  się  ukrywa  Ten  Właściwy,  nie  udało  mi  się  go  dopaść, 

choć próbowałam. Poza tym, przy obecnym stanie moich interesów, nie stać mnie 
na marnowanie czasu. 

– To nie jest marnowanie czasu... 
Lucky  nie  zamierzała  przerywać  siostrzanego  wywodu,  choć  podobne 

kazania słyszała tyle razy, Ŝe mogłaby cytować słowo po słowie. Lecz kiedy juŜ 
Marete  zaczęła  mówić,  próby  zahamowania  tego  potoku  nie  miały  szans 
powodzenia.  Jako  starsza  siostra  bardzo  powaŜnie  traktowała  obowiązki 
„zastępcy  dowódcy”  pod  nieobecność  matki.  I  podobnie  jak  ona  wypowiadała 
swe opinie. Głośno. Przekonująco. Nie proszona. 

W telewizji zaczęły się reklamy. Lucky spojrzała przez otwarte drzwi na 

ekran.  Jej  reklamę  wyświetlano  przewaŜnie  w  ciągu  dnia,  jednak  Ed  Wharton 
wymógł  na  niej  wykupienie  droŜszego,  wieczornego  czasu.  Patrzyła  z 
zaciekawieniem, gdyŜ reklama dotyczyła handlu samochodami, a obraz wydał się 
jej bardzo znajomy... 

– Włącz głos – zawołała i pobiegła do salonu. Jej piwne oczy rozszerzyły 

się ze zdumienia na widok wypełniającej ekran, uśmiechniętej twarzy Sama. Do 
licha,  aleŜ  on  jest  fotogeniczny!  Kamera  jakby  uwydatniała  jeszcze  zarys  jego 
stanowczego podbródka, wyraziste rysy, no i ten uśmiech! Lucky poczuła ucisk w 
Ŝ

ołądku. Teraz Sam został uchwycony przez inną kamerę i przez krótki moment 

Lucky wydawało się, Ŝe patrzy wprost na nią, a jej serce zamarło. 

Jednak zaraz uświadomiła sobie, Ŝe właśnie o to chodziło. Bez wątpienia 

wszystkie kobiety we wschodniej Pensylwanii pomyślały to samo, co ona. 

–  Co  tam  się  dzieje?  –  Marete  równieŜ  weszła  do  salonu.  –  CzyŜby 

prowadzącej konkurs spadła spódnica? 

– Niestety, nie – odparł Bob – to tylko reklama. 
–  Mmm,  aleŜ  wyjątkowo  urodziwy  atleta.  –  Marete  pochyliła  się,  Ŝeby 

lepiej widzieć. – Cokolwiek sprzedaje, ma we mnie kupca. 

– Ciii – syknęła Lucky i wzmocniła głos. Reklama juŜ dobiegała końca i, 

jak  dotąd,  trudno  było  ją  nazwać  miłym  zaskoczeniem.  Sam  bardzo  zręcznie 
naśladował jej własny ton i styl. Wstrzymała oddech, czekając na zakończenie. 

Było gorsze, niŜ mogła przypuszczać. Kamera objęła teraz obiektywem jej 

parking. Samochody, filmowane w niekorzystnym świetle, prawie o zmroku, w 
porównaniu z pokazywanymi dopiero co modelami Domu Handlowego Donahue 

background image

musiały prezentować się gorzej. 

Lecz  Lucky  zacisnęła  pięści  dopiero  wtedy,  gdy  usłyszała  następujące 

słowa:  „Tam  teŜ  moŜesz  się  stać  właścicielem  samochodu.  Ale  pomyśl,  jazda 
samochodem  moŜe  być  niezapomnianym  przeŜyciem.  Zapewni  ci  je  tylko 
Automobilowy Dom Handlowy Donahue, który sprzedaje to, co najlepsze”. 

– Czy to nie był...? – zaczął Bob i spojrzał na Lucky niepewnie. 
– Oczywiście, Ŝe był! – krzyknęła Lucky ze złością. 
– Co takiego? – Marete nie mogła się zorientować, o co im chodzi. 
– Mój parking! – zawołała Lucky, wskazując ekran dramatycznym gestem. 

– Moje samochody! Wszystko moje! 

Marete spojrzała na siostrę z uznaniem. 
– On teŜ? 
– Kto? – spytała Lucky niezbyt przytomnie. 
–  No, ten...  –  Marete  pokazała  dłonią  ekran, na którym  teraz  widać  było 

wirujące,  kolorowe  koło  samochodu  na  tle  tłumu  wiwatującego  na  cześć 
reklamowanej firmy. – Wysoki, ciemnowłosy, przystojny... 

– Raczej wysoki, ciemnowłosy i nieznośny – fuknęła Lucky. 
Nadal z wściekłością wpatrywała się w telewizor, choć reklama juŜ dawno 

się skończyła. Wprost nie mogła uwierzyć, Ŝe Sam posunął się do czegoś takiego. 
Mogło mu się nie podobać to, co mówiła o jego samochodach, lecz przecieŜ nie 
kwestionowała  ich  jakości.  Jedynie  podkreślała  te  niebotyczne  ceny,  a  wnioski 
pozostawiła widzom. Sam przeciągnął strunę. Po jego reklamie tylko do kretyna 
nie dotarło, Ŝe jej samochody muszą być gorsze, poniewaŜ są uŜywane. A przy 
obecnych cenach aut, nawet uŜywanych, kto zdecyduje się na taki zakup, skoro 
podwaŜono ich jakość? 

Samie Donahue, pomyślała posępnie, zapłacisz mi za to! 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 
Lucky  wjechała  przez  bramę  Automobilowego  Domu  Handlowego 

Donahue  w  poniedziałek  punktualnie  o  dziewiątej  rano.  Zatrzymała  swą  małą, 
niebieską hondę przed salonem wystawowym i siedziała jeszcze przez chwilę za 
kierownicą, porządkując myśli. Nigdy przedtem tu się nie zapuszczała – bo i nie 
było  ku  temu  powodu  –  a  z  bliska  całość  robiła  nawet  bardziej  imponujące 
wraŜenie. 

Nowoczesny w kształcie salon wystawowy, zbudowany ze szkła i metalu, 

lśniący w porannym słońcu, stanowił doskonałą oprawę dla wystawionych w nim 
samochodów. 

Honorowe miejsce w witrynie zajmował kremowy rolls-royce. TuŜ za nim, 

po lewej, stał błyszczący mercedes benz turbo diesel, a po prawej jasnoczerwona 
limuzyna BMW. 

Lucky  zauwaŜyła  tylko  jedno  biurko,  za  to  kilka  eleganckich  foteli  z 

miękkimi,  skórzanymi  obiciami,  poustawianych  w  róŜnych  miejscach, 
zapewniało klientom maksimum komfortu. 

W jednym rogu salonu królował olbrzymi telewizor, koło niego na stoliku 

stał  magnetowid,  a  obok  leŜała  duŜa  kolekcja  kaset  wideo.  Nie  poŜałowano 
wydatków dla zdobycia nabywców, pomyślała z przekąsem. Jej klienci chyba by 
uciekli, gdyby im zaproponowała oglądanie filmów. 

Wysiadła z hondy i jej wzrok zatrzymał się na szeregach aut ustawionych 

na parkingu. Samochody miały czarne opony o gęsto rowkowanych bieŜnikach, a 
siedzenia i kierownice pokryte ochronną folią. Nalepki umieszczone na tylnych 
szybach  zapewniały  o  nieograniczonych  moŜliwościach  technicznych  i  innych 
luksusach. 

–  Ostentacyjny  pokaz  konsumpcji  –  mruknęła  pod  nosem.  Złość  utajona 

podskórnie od sobotniego wieczoru, wróciła z nową mocą. 

Przyjęła wojowniczą postawę i wkroczyła do salonu. 
–  Czym  mogę  słuŜyć?  –  spytał  młody,  opalony  męŜczyzna,  wyraźnie 

przejawiający  chęć  przypodobania  się  klientce.  Lucky  zmierzyła  go  chłodnym 
wzrokiem. 

– Gdzie mogę znaleźć Sama Donahue? 
–  Chyba  jest  u  siebie  w  biurze.  –  Spojrzał  w  stronę  zaplecza.  –  Mogę 

sprawdzić, panno...? 

– Nie potrzeba – Lucky ruszyła we wskazanym kierunku. – Sama to zrobię. 
Drzwi  do  czterech  pomieszczeń  po  obu  stronach  korytarza  były  otwarte. 

Lucky minęła pokoje biurowe i salę konferencyjną. Zatrzymała się przed piątym, 
zamkniętym. Zapukała głośno i weszła do środka. 

Sam Donahue siedział za szerokim biurkiem w samej koszuli. Marynarka 

background image

leŜała  na  stojącej  pod  ścianą  kanapie.  Z  odpiętym  guzikiem  kołnierzyka  i 
rozluźnionym węzłem krawata, pochylony nad plikiem papierów, najwidoczniej 
nie spodziewał się gości. 

Na  widok  wkraczającej  do  gabinetu  Lucky  podniósł  głowę,  a  jego  palce 

bębniące  po obwolucie księgi  handlowej  znieruchomiały.  Zobaczyła  w  szarych 
oczach zdumienie, które starał się ukryć. Nie omyliło jej pierwsze wraŜenie. Sam 
był  męŜczyzną,  który  niełatwo  rezygnuje  ze  swej  przewagi  w  jakiejkolwiek 
dziedzinie. 

Uśmiechnął się i miał zamiar wstać, lecz Lucky szybko go powstrzymała, – 

Proszę – energicznym ruchem postawiła paczkę na środku biurka – to dla ciebie. 

Sam  spojrzał  badawczo  na  pakunek.  Przed  nim  leŜało  coś  szczelnie 

owiniętego w woskowany papier. 

– Co to jest? 
– Tort. Witamy sąsiada w naszych stronach. 
O  mało  się  nie  roześmiał,  lecz  w  porę  uświadomił  sobie,  Ŝe  popełniłby 

wielki błąd. Odchrząknął i powiedział: 

– No cóŜ... dziękuję. 
–  Bardzo  proszę  –  odrzekła  ozięble.  Nie  wypowiedziała  jednak  głośno 

myśli, która odzwierciedlała jej uczucia: „mam nadzieję, Ŝe się udławisz”. 

Hm,  to  całkiem  nowe  podejście,  pomyślał  Sam.  Gdy  ją  zobaczył  w 

drzwiach,  nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  przyszła  w  sprawie  jego  reklamy.  A 
tymczasem... Po raz pierwszy w Ŝyciu nie wiedział, co myśleć. 

– W sobotę wieczorem byłam u siostry. – Lucky splotła przed sobą ramiona 

i rzucając wściekłe spojrzenie, dodała: – Byliśmy zaskoczeni twoim występem w 
telewizji. 

Sam pomyślał, Ŝe nadszedł właśnie moment, kiedy milczenie jest złotem. 

Wstał,  rozchylił  z  brzegu  woskowany  papier  i  zajrzał  do  środka.  Jego  oczom 
ukazała się gruba warstwa przełoŜonego kremem ciasta z karmelową polewą na 
wierzchu. 

– A zaraz potem musiałam się zabrać do pieczenia tortu! – Mówiła coraz 

bardziej  poirytowanym  głosem.  –  Tortu!  –  Powtórzyła,  jakby  nie  wierząc 
własnym słowom. – A to wszystko twoja wina. 

Sam zakrył ciasto papierem i usiadł z powrotem na krześle. 
– MoŜe to sobie jakoś wyjaśnimy. W sobotni wieczór zobaczyłaś mnie w 

telewizyjnej reklamie i ona z jakiejś przyczyny wywołała w tobie chęć upieczenia 
tortu? 

– W mojej siostrze – sprostowała. – Tylko raz spojrzała na ciebie i uznała, 

Ŝ

e  potrzebny  jest  tort.  Zobaczyła  twój  uśmiech  i  prawie  o  niczym  nie  mówiła 

przez cały wieczór, tylko o tobie. 

–  To  mi  pochlebia.  –  Sam  zrezygnował  z  dociekania  istoty  rzeczy  i 

postanowił zadowolić się komplementem. 

background image

–  Niesłusznie.  Marete  widzi  w  tobie  potencjalny  dodatek  do  rodziny 

Vanderholdenów. 

– Dodatek? 
– Moja siostra – Lucky  mówiła oschłym tonem – usiłuje wydać  mnie za 

mąŜ. 

– Za mnie? – Sama z lekka zatkało. 
Lucky obeszła biurko i przesuwała palcami po brzegu niskiej etaŜerki, na 

której stał drogi komputer. 

– Według niej jesteś odpowiednim kandydatem. Sam śledził ruch jej dłoni. 

Dotyk  palców  był  lekki,  pieszczotliwy,  prawie  zmysłowy.  Bez  trudu  potrafił 
wyobrazić sobie, jak te palce błądzą po jego ciele. 

Niewątpliwie starała się uśpić jego czujność. I nawet jej się to udawało. 
– Rozumiem, Ŝe widzisz w pomyśle siostry obosieczny miecz – odezwał 

się ostroŜnie. – A co z pozostałą siódemką rodzeństwa? Co oni o tym myślą? 

Spojrzała  na  niego  zdziwiona.  Nie  spodziewała  się,  Ŝe  zapamięta 

liczebność jej rodziny. To zresztą było bez znaczenia. 

Zachmurzona  wróciła  do  biurka.  Taka  solidna  zapora  między  nimi  była 

bardzo wskazana. 

– Nie zdąŜyła się jeszcze z nikim porozumieć. Widziała reklamę dopiero w 

zeszłą sobotę. 

No  tak,  reklama.  Wiedział,  Ŝe  ten  temat  powróci.  W  normalnych 

warunkach  uznałby  go  za  niebezpieczny.  Wobec  rysującej  się  alternatywy 
rozmowę o interesach przyjął wręcz z ulgą. 

– Co o niej sądzisz? – zapytał. Był ciekawy, czy powie szczerze, co myśli. 

Powiedziała. 

– Sądzę, Ŝe jest obrzydliwa. To był złośliwy numer. 
– Nie bardziej niŜ ten zastosowany przez ciebie. 
– O wiele bardziej. 
– Naprawdę? Dlaczego? 
– Dawałeś do zrozumienia – Lucky oparła dłonie o brzeg biurka – Ŝe moje 

samochody są marnej jakości. 

–  A  ty  –  odparł  Sam  spokojnie  –  Ŝe  sprzedaję  swoje  po  wygórowanych 

cenach. 

Pod wpływem jego spokoju narastała w niej wściekłość. Wyprostowała się 

i przyjęła postawę dumnej królowej. 

– Ja tego nie sugerowałam. To jest prawda. 
– W porządku. 
– Co w porządku? 
–  Ja  teŜ  powiedziałem  prawdę.  O  ile  pamiętam,  nie  uŜyłem  określenia 

„marna  jakość”.  –  Sam  uświadomił  sobie,  Ŝe  Lucky  Vanderholden  kolejny  raz 
udało się go podekscytować. Podobała mu się ta sytuacja. I Lucky teŜ. – Prawdę 

background image

mówiąc zupełnie nie wiem, dlaczego tak cię zdenerwowało... 

Oczy Lucky zrobiły się okrągłe ze złości. 
– Przede wszystkim naruszyłeś sferę mojej prywatności. 
Sam  w  milczeniu  pokiwał  głową.  Zastanawiał  się,  czy  ona  zdaje  sobie 

sprawę, jak bardzo efektownie wąska spódniczka opina pewne krągłe partie jej 
ciała... 

–  Nie  mówiąc  juŜ  o  nieetycznym  postępowaniu...  i  odsłania  długie, 

szczupłe nogi. Ciekawe, czy nosi pantofle na płaskich obcasach dla wygody, czy 
z powodu wysokiego wzrostu... 

– Sam! 
Zamrugał oczami i uniósł głowę. 
– Czy ty mnie słuchasz? 
– Oczywiście. 
–  Wobec  tego  –  ton  Lucky  stawał  się  coraz  bardziej  agresywny  –  skoro 

moje słowa nie zrobiły na tobie wraŜenia, powtarzam ci jeszcze raz najpowaŜniej 
w świecie: jeŜeli natychmiast nie wstrzymasz nadawania reklamy, zwrócę się w 
tej sprawie do mojego adwokata. 

Sam uchwycił dłońmi poręcze krzesła i podniósł się powoli. JuŜ dość długo 

pozwolił jej tkwić w przekonaniu, Ŝe ma nad nim przewagę. Być moŜe nawet za 
długo, zwaŜywszy na fakt, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa. 

– Nie robiłbym tego na twoim miejscu – powiedział cicho. 
– Nie przypominam sobie, Ŝebym pytała cię o opinię. 
– Nie mam zwyczaju czekać, aŜ mnie o nią zapytają. 
Gwałtownie wyszedł zza biurka i przyciągnął krzesło spod ściany. Ustawił 

je koło niej. 

– Siadaj. 
Lucky usiadła machinalnie i patrzyła, zaskoczona, jak Sam idzie w stronę 

drzwi. 

– Ale... 
– Zaraz wracam. 
Coś podobnego, pomyślała z gniewem, gdy zamknęły się za nim drzwi i 

zostawił ją samą. Co on sobie wyobraŜa? śe będzie tu siedzieć i czekać na jego 
powrót? Na to wyglądało. Rozmowa nie została zakończona. Niczego jeszcze nie 
ustalili. 

Właściwie  była  nawet  zadowolona  z  tej  chwili  wytchnienia.  Wprawdzie 

gabinetu Sama w Ŝadnym wypadku nie moŜna było nazwać małym, lecz bliskość 
tego męŜczyzny wydawała się jej niepokojąca, jakby oboje zostali uwięzieni w 
klatce.  Zarówno  wytrwanie  w  gniewie,  jak  i  skupienie  się  na  sprawach 
zawodowych wymagało od niej wysiłku. 

Masz  juŜ  swoje  lata  i  powinnaś  być  rozsądna,  strofowała  się  w  duchu. 

Niestety, wiek nie był tarczą chroniącą przed urokiem Sama, któremu wyraźnie 

background image

ulegała.  I  nad  tym  nie  potrafiła  zapanować.  To  właśnie  stanowiło  problem.  Na 
utratę panowania nie mogła sobie w Ŝadnym razie pozwolić. 

GdzieŜ  on  się  podział?  CzyŜby  tak  go  postraszyła  adwokatem? 

Przynajmniej zaczął jej słuchać. Pewnie poszedł po posiłki. Musi być gotowa na 
wszelką ewentualność. 

Usłyszała  odgłos  otwieranych  drzwi.  Odwróciła  się.  Sam  zamykał  je 

ramieniem, gdyŜ obie ręce miał zajęte. Spodziewała się, Ŝe moŜe przynieść jakieś 
dokumenty  albo  kasetę.  On  tymczasem  niósł  stos  serwetek,  nóŜ,  widelczyki  i 
dwie filiŜanki parującej kawy. 

– MoŜe być czarna? – zapytał, siadając na swoim miejscu. 
Lucy  automatycznie  skinęła  głową.  Nie  zwaŜając  na  jej  niedowierzające 

spojrzenie, Sam zdjął z tortu woskowany papier. 

– DuŜy kawałek czy mały? – spytał, szykując się do krojenia ciasta. 
Chyba sobie z niej Ŝartuje. 
– W ogóle, dziękuję. 
– Jesteś na diecie? – Ton był współczujący, lecz w kącikach warg błąkał się 

prowokacyjny uśmieszek. 

– Nie – odparła krótko. – Jestem zła. 
–  To  widzę.  –  Sam  ukrajał  dwa  grube  kawałki  i  ułoŜył  je  przed  nimi  na 

serwetkach. 

– Do licha, Sam, nie traktujesz mnie serio. 
– Przeciwnie. Odnoszę się do twego stanowiska całkiem powaŜnie. Jedynie 

nie bardzo wierzę w twoją groźbę, zwłaszcza Ŝe wpadłem dwa tygodnie temu na 
identyczny pomysł, ale go zarzuciłem. Oczywiście, moŜesz podjąć kroki prawne, 
lecz nie masz szansy wygrania ewentualnego procesu i oboje to wiemy. 

Z  pewnością  Sam  miał  rację.  Bacznie  przyglądała  się  jego  reklamie  i 

istotnie  jej  parking  został  sfilmowany  w  taki  sposób,  Ŝe  nie  moŜna  było 
zidentyfikować  właściciela,  podobnie  jak  zrobiono  to  w  jej  reklamówce. 
Wyskoczyła  ze  sprawą  sądową  tylko  dlatego,  Ŝe  była  zła.  A  przecieŜ  Sam,  nie 
tracąc czasu, odpłacił jej jedynie pięknym za nadobne. 

Przez  chwilę  daremnie  czekał,  aŜ  Lucky  zacznie  jeść,  po  czym  nabrał 

kawałek tortu na widelczyk. Uniósł dłoń do ust i zatrzymał ją w połowie drogi, 
jakby nagle coś go zastanowiło. 

Lucky zauwaŜyła ten moment wahania i uśmiechnęła się. 
– Nie wiesz, jak daleko mogę się posunąć? 
– Przyznaję, Ŝe mi to przemknęło przez myśl. 
– Nie bój się. Nic nie wybuchnie. Najgorsze, co ci się moŜe przydarzyć, to 

próchnica zębów w związku z duŜą zawartością cukru. 

Wierzył  jej,  choć  nie  wiedział  dlaczego.  Dotychczasowe  doświadczenie 

wskazywało, Ŝe za wszelką cenę chce mu dokuczyć. Powoli włoŜył kawałek tortu 
do ust. Piekielne ciasto było wilgotne i tłuste, a polewa bardzo słodka. Przełknął 

background image

je z uczuciem ulgi. Nie chciał jej rozczarować. To nie była w najmniejszej mierze 
pocieszająca myśl. Zmieszany, postanowił powrócić do towarzyskiej rozmowy. 

–  Jest  wspaniały  –  powiedział,  nabierając  następny  kawałek.  –  Muszę 

złoŜyć wyrazy uznania szefowi kuchni. 

– UwaŜaj sprawę za załatwioną – odparła. Rzuciła jeszcze krótkie, tęskne 

spojrzenie na nie tknięty przez nią kawałek tortu, sięgnęła po torebkę i wstała. 

– To ty upiekłaś? – Sam spojrzał na nią zaskoczony. 
Lucky musiała zacisnąć wargi, Ŝeby się nie roześmiać. 
– Marete potrafi jedynie przypalić ciasto z owocami. 
– Nie przestajesz mnie zadziwiać. Podeszła do drzwi i zatrzymała się. 
– To stary chwyt, wręcz z brodą. Na to mnie nie nabierzesz. 
– To zabawne, uwaŜasz, Ŝe ja wobec ciebie stosuję jakieś chwyty? 
Lucky  pomyślała,  Ŝe  jeśli  nie  ponosiła  jej  wyobraźnia,  nie  tylko  ona 

wyczuła jakiś ledwo uchwytny, podskórny prąd, niespokojnie wibrujący między 
nimi. 

–  Tak  naprawdę  –  powiedziała  –  nie  wydaje  mi  się,  Ŝeby  było  coś 

zabawnego w naszych stosunkach. 

Te  właśnie  słowa  wywołały  na  twarzy  Sama  uśmiech,  który  powoli 

rozświetlił jego oczy. 

Lucky zacisnęła bezwiednie dłoń na klamce, gdyŜ poczuła nieoczekiwanie 

zalewającą ją falę ciepła. 

Prawie w popłochu otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Ruszyła szybkim 

krokiem, lecz usłyszała jeszcze ostatnie słowa Sama. 

– To właśnie – mówił bardzo z siebie zadowolony – jest takie intrygujące. 
 
Przez całe przedpołudnie Lucky była ogromnie zajęta, a mimo to nie udało 

jej się przestać myśleć o oszałamiającym Automobilowym Domu Handlowym z 
sąsiedztwa. 

Po  wyjściu  z  gabinetu  Sama  rzuciła  okiem  na  ceny  samochodów 

wystawionych w salonie. Po prostu ją zamurowało. Wiedziała, Ŝe rolls-royce nie 
moŜe  być  tani,  lecz  sama  myśl  p  zapłaceniu  sześciocyfrowej  ceny  nawet  za 
wspaniale  wykonany  na  indywidualne  zamówienie  samochód  wprost  ją 
ś

mieszyła. 

Była przekonana, Ŝe ludzie, którzy potrzebowali tego rodzaju symbolu ich 

społecznej pozycji, nigdy nie docenią prawdziwego piękna. 

Wychowana  w  licznej  rodzinie,  przyjmowała  za  oczywisty  fakt,  Ŝe 

wszystko, co posiadała, było uŜywane. Ubrania, ksiąŜki, zabawki przechodziły z 
jednego dziecka na drugie i to wcale nie ujmowało im wartości. 

Przy tym nie uwaŜała, Ŝe obdarowywana była namiastkami. Przeciwnie, od 

najwcześniejszych lat nauczyła się doceniać na równi uŜyteczność przedmiotów, 
jak  i  ich  pochodzenie.  Nie  marzyła  o  nowych  rzeczach,  była  zachwyconą 

background image

wypłowiałymi  dŜinsami  oraz  ksiąŜkami  z  nagryzmolonymi,  pomocnymi 
notatkami na marginesach. Wiedziała, z jaką troską przechowywano zapakowane 
w  bibułki  miękkie  kocyki,  przeznaczone  dla  następnego  dziecka.  To  właśnie 
miało  znaczenie,  gdyŜ  osadzało  ją  w  konkretnej  rzeczywistości  i  nadawało  jej 
toŜsamość. 

Dlatego Lucky ceniła równieŜ uŜywane samochody. Przeszłość odciskała 

na nich swój ślad. 

Z zadumy wyrwał ją dzwonek telefonu. 
– Lucky? Tu Sam. 
Nie  musiał  się  przedstawiać.  Natychmiast  rozpoznała  cudowny,  głęboki 

tembr jego głosu. 

–  Dzwonię  w  związku  z  twoją  poranną  wizytą.  Właściwie  niczego  nie 

zdołaliśmy ustalić... 

–  Raczej  nie z  mojej  winy  –  wtrąciła szybko.  Nastąpiła  chwila  ciszy,  po 

czym usłyszała westchnienie. Była w nim jakaś nuta rezygnacji, jakby Sam nie 
mógł  pojąć,  dlaczego  ona  tak  wszystko  utrudnia.  Nagle  i  Lucky  pomyślała  to 
samo. 

– Słuchaj, nie telefonuję z wymówkami – mówił z namysłem. – Spróbujmy 

jeszcze raz, moŜe udałoby się nam dojść do porozumienia. 

– Jeszcze raz spróbować? – powtórzyła. Mogą w kółko rozmawiać, co nie 

znaczy, Ŝe kiedykolwiek im się uda. 

–  Chciałbym  się  zrewanŜować  za  tort.  Lucky,  zjedzmy  dzisiaj  razem 

kolację  i  porozmawiajmy.  Bez  podchodów,  bez  walki,  po  prostu  jak  sąsiedzi, 
którzy po przyjacielsku chcą rozwiązać drobne nieporozumienie. 

Właściwie powinna odmówić, ale nawet przez chwilę nie rozwaŜała takiej 

ewentualności. Zbyt duŜo było między nimi nie rozwiązanych kwestii. A biorąc 
pod  uwagę,  jak  wiele  ostatnio  czasu  spędziła  na  rozmyślaniu  o  Samie,  sprawy 
zawodowe mogły okazać się najmniej waŜne... 

– Lucky? 
– Przepraszam, właśnie się zastanawiałam. 
– JeŜeli ci nie odpowiada dzisiejszy wieczór... 
– W porządku. Bardzo chętnie zjem z tobą kolację. 
– Świetnie. – Wziął jej adres i uzgodnili godzinę spotkania. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 
Lucky zamierzała zamknąć biuro o piątej, gdyŜ chciała mieć więcej czasu 

na przygotowania do randki z Samem. Tymczasem po południu niespodziewanie 
pojawiło  się  wielu  klientów  i  ostatniego  załatwiła  dopiero  po  szóstej.  Potem 
musiała się przedzierać przez zatłoczone jezdnie, więc gdy wreszcie zaparkowała 
hondę  przed  swym  małym,  zbudowanym  w  wiktoriańskim  stylu  domem,  była 
zmordowana i zła. 

Weszła  po  schodach  na  werandę  i  chciała  wsunąć  klucz  do  zamka,  lecz 

okazało  się,  Ŝe  drzwi  są  uchylone.  Popchnęła  je  i  usłyszała  hałaśliwe  głosy 
dobiegające z telewizora. Pies Huckleberry, jeśli jej słuch nie myli. 

– Halo? – zawołała, stojąc nadal z wahaniem na progu. 
– O, dobrze, Ŝe wróciłaś! 
Wysoki, chudy  młodzieniec ze strzechą gęstych włosów koloru pszenicy 

biegł do Lucky długimi susami. Chwycił ją mocno w ramiona i zakręcił nią kilka 
razy w powietrzu. 

– Ken! Dlaczego nie jesteś na uczelni? Czy coś się stało? 
– Nie, wszystko w porządku. 
– Więc dlaczego... 
– Wiesz, jak to jest w akademiku. Czasami ma się ochotę uciec stamtąd na 

wieczór. Chyba nie masz mi za złe, Ŝe się u ciebie rozgościłem. 

–  Oczywiście,  Ŝe  nie  –  odparła  bez  wielkiego  przekonania.  Weszli  do 

pokoju. Na podłodze leŜały porozrzucane gazety, a na kanapie resztki sandwicza 
z serem. Lucy wyłączyła telewizor. 

– Jak się tu dostałeś? 
–  Rodzice  zawsze  trzymają  dodatkowe  klucze  na  półce  w  garaŜu.  Więc 

najpierw tam zajrzałem. 

– Znakomicie – mruknęła Lucky pod nosem. Wizyty rodzeństwa, choćby 

całkiem nieoczekiwane, sprawiały jej niezmiennie przyjemność. Tylko Ŝe akurat 
dzisiaj wieczorem miała głowę zajętą zupełnie czymś innym. 

Ken, nieświadomy rozterki siostry, opadł z powrotem na kanapę i połoŜył 

nogi na blacie stolika. 

– No i co z kolacją? 
– Kolacją? – Lucky wskazała głową talerz pełen okruchów. – Wygląda, Ŝe 

juŜ jadłeś. 

– To była tylko taka zakąska przed twoim powrotem. 
–  Oczywiście  –  potwierdziła  Lucky  raczej  dość  oschłym  tonem. 

Nienasycony  apetyt  jej  dziewiętnastoletniego  brata  miał  najlepsze  szanse 
przejścia  do  rodzinnej  legendy.  –  MoŜesz  jedynie  mieć  nadzieję,  Ŝe  znajdziesz 
pizzę w lodówce, bo ja wychodzę. Na randkę. 

background image

– Randkę? – Ken zerwał się z kanapy i pobiegł za Lucky na górę. – Z kim? 
– Nie znasz go. – Lucky rzuciła bratu przez ramię ostrzegawcze spojrzenie. 
–  Jak  się  nazywa?  –  nie  ustępował.  Weszli  do  sypialni  i  Ken  od  razu 

rozciągnął się na łóŜku. 

– Sam – odparła roztargniona, badając wzrokiem zawartość szafy. 
– Okropne imię. 
– Tak? – Lucky wyjęła granatową, płócienną sukienkę, zapinaną wysoko 

pod szyją, i rzuciła ją na krzesło. – Dlaczego? 

–  Najbardziej  solidne  i  godne  zaufania,  jakie  znam.  ZałoŜę  się,  Ŝe  jego 

właściciel to łysy czterdziestolatek. 

– Nic podobnego. Ma trzydzieści pięć lat i jest niezwykle przystojny. 
– To dlaczego, na litość boską, masz zamiar tak się ubrać? 
– Nie podoba ci się ta sukienka? 
–  Gdyby  jakaś  dziewczyna  przyszła  na  randkę  ze  mną  w  czymś  takim, 

wiedziałbym, Ŝe czekają mnie kłopoty. 

– Widziałam większość twoich dziewczyn. Wierz mi, to ty widocznie masz 

kłopoty. Mam randkę w interesach. – Lucky zdjęła spódnicę. 

– Randka w interesach? Jeszcze nigdy o czymś podobnym nie słyszałem. 

Wobec tego po co w ogóle umawiasz się z facetem? Nie wystarczy wysłać mu 
list? 

No właśnie, po co? – zastanawiała się Lucky, ściągając halkę. Najprostsza 

odpowiedź:  poniewaŜ  Sam  o  to  prosił.  Ale  prawdziwy  powód  był  inny.  Sam 
zachowywał  się  wprawdzie  wyzywająco  i  w  pracy  zawodowej  posługiwał  się 
irytującymi  metodami,  lecz  jednocześnie  był  najbardziej  interesującym 
męŜczyzną, jakiego spotkała od lat. Być moŜe stosunki między nimi wcale się nie 
poprawią.  Chyba  Ŝe  los  ma  wobec  nich  inne  zamiary.  Tak  czy  inaczej,  Lucky 
chciała się o tym przekonać. 

– Proszę. – Ken trzymał w ręku jedną z jej ulubionych sukienek, uszytą z 

lśniącego czerwonego jedwabiu. – WłóŜ tę. 

– Zachowujesz się zupełnie jak Marete. – Lucky sięgnęła z rezygnacją po 

jedwabną sukienkę. 

– StrzeŜ mnie, BoŜe. 
– No właśnie. Przepraszam cię, ale idę pod prysznic. Jeśli chcesz się na coś 

przydać, zejdź na dół i uprzątnij ten bałagan, zanim Sam się zjawi. 

– Dobrze, nie musisz się spieszyć. Zajmę się twoim gościem. 
MoŜe powinna była uznać te słowa za ostrzeŜenie, myślała Lucky, kiedy po 

kilkunastu minutach w pośpiechu schodziła do salonu. Gdy zadźwięczał dzwonek 
u  drzwi,  wychodziła  dopiero  spod  prysznica.  Nie  pozostało  nic  innego,  tylko 
polegać na zapewnieniu Kena i pozwolić mu odgrywać rolę gospodarza. Musiała 
się przecieŜ ubrać i zrobić makijaŜ. 

Lecz teraz, słysząc dochodzący z pokoju śmiech, była pewna, Ŝe popełniła 

background image

błąd. Lucky zbyt dobrze znała dziwaczne poczucie humoru brata, Ŝeby te odgłosy 
wesołości uwaŜać za dobry znak. 

Zatrzymała  się  w  drzwiach  salonu.  Sam  i  Ken  siedzieli  obok  siebie  na 

kanapie, a przed nimi na stoliku leŜał rozłoŜony gruby album fotograficzny. Ten, 
w którym trzymała zdjęcia z dzieciństwa, kiedy nosiła aparat na zębach i koński 
ogon. 

Uniosła  wzrok  na  Sama  i  ich  oczy  się  spotkały.  W  spojrzeniu  Sama 

widziała  rozbawienie  i...  sympatię.  Gdy  sobie  to  uświadomiła,  poczuła  drŜenie 
serca. Zaczerwieniła się, a potem całe jej ciało oblała gorąca fala. śałowała, Ŝe nie 
włoŜyła  granatowej  sukienki.  Czerwony  jedwab  był  cienki  i  przylegający  do 
ciała, a kolor zbyt wyzywający. 

Sam wstał z kanapy. 
– Ślicznie wyglądasz – powiedział ciepło. 
– Dziękuję – udało się jej wykrztusić. Zrobiła krok w jego stronę i co dalej? 

Powitanie go pocałunkiem byłoby z pewnością nie na miejscu, a uścisk dłoni teŜ 
nie wydawał się odpowiedni. Odetchnęła głęboko. RozwiąŜe ten problem inaczej. 

– Czy podać ci coś do picia? 
– JuŜ mu proponowałem – wtrącił się Ken. – Nie miał ochoty. 
Lucky  rzuciła  bratu  spod  oka  spojrzenie,  z  którego  wyczytał  rozkaz: 

„zmykaj”. Nie miał zamiaru. 

– Pokazywałem Samowi stare fotografie. 
–  Właśnie  widzę.  –  Lucky  podeszła  do  stolika  i  zamknęła  album.  –  Na 

pewno zrobiły na nim wraŜenie. 

– Najbardziej mu się podobało to, na którym grasz w hokeja na trawie. 
Lucky zamknęła oczy i stłumiła jęk. 
–  Zobaczyłem  cię  zupełnie  z  innej  strony  –  powiedział  Sam,  ledwo 

powstrzymując śmiech. – Z kijem w ręku wyglądałaś naprawdę groźnie. 

– Czasami zdarza mi się tak wyglądać i bez kija. 
– Lucky rzuciła bratu piorunujące spojrzenie. 
–  Czy  ta  sukienka  nie  jest  piękna?  –  Ken  włączył  się  beztrosko  do 

rozmowy. – Ja ją wybrałem. 

–  Rzeczywiście  świetna  –  potwierdził  Sam,  lustrując  Lucky  od  stóp  do 

głów. – Czy często wybierasz dla niej stroje? 

– Nie – odpowiedziała stanowczo za brata. Musi zapanować nad sobą i tą 

rozmową. – Czy moŜemy juŜ iść? 

– Oczywiście. 
Ku zdumieniu Lucky, Sam wziął ją za rękę. Jego długie palce splotły się z 

jej palcami i ścisnęły je delikatnie. Spojrzała mu w twarz. Rysy były oczywiście 
znajome, ale wyglądał jakoś inaczej. 

Ken odprowadził ich do drzwi. 
– A więc – zapytał – gdzie się wybieracie? 

background image

– Do mnie – odparł Sam, patrząc na Lucky. – Upiekłaś dla mnie tort, więc 

teraz pora na mój rewanŜ. 

– To brzmi wspaniale. – Lucky uśmiechnęła się ciepło. 
–  Rzeczywiście,  zwłaszcza  jak  na  pierwszą  randkę  –  dodał  Ken  z 

podziwem. 

Lucky  popatrzyła  na  niego  spod  zmarszczonych  brwi.  Gdyby  spojrzenie 

mogło zabijać... 

Ken usiłował pospiesznie zatuszować niezręczność. 
– Nie zrozum mnie źle – zwrócił się do Sama. – Nie łudź się, Ŝe z moją 

siostrą łatwo ci pójdzie. 

– To ostatnia rzecz, której mógłbym oczekiwać – roześmiał się Sam. – Jak 

dotąd  udowodniła,  Ŝe  jest  we  współŜyciu  najtrudniejszą  kobietą,  z  jaką 
kiedykolwiek miałem do czynienia. 

– Powstrzymaj się z takimi opiniami – poradziła mu Lucky. – JeŜeli tego 

się  po  mnie  spodziewasz  dzisiejszego  wieczoru,  gotowa  jestem  nie  zawieść 
twoich oczekiwań. 

Wyszli  na  werandę  i  Lucky  zobaczyła  srebrne  BMW  zaparkowane  przy 

krawęŜniku. Gdy juŜ siedzieli w samochodzie, Sam odezwał się pojednawczym 
tonem: 

– Nie chciałbym, Ŝeby nasze wcześniejsze nieporozumienia miały wpływ 

na nastrój w czasie kolacji. Dzisiaj wieczorem będziemy zachowywać się tak, jak 
przystało na sąsiadów. Porozmawiamy i postaramy się porozumieć. – Przekręcił 
kluczyk w stacyjce i rzucił Lucky spojrzenie z ukosa. 

Obserwowała,  jak  Sam  prowadzi  samochód.  Robił  to  z  takim  samym 

opanowaniem  i  sprawnością,  jaką  przejawiał  we  wszystkim.  Niewątpliwie  był 
pewnym siebie człowiekiem, musiała się z tym liczyć. 

Czy  ona  w  ogóle  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  jest  zmysłowa, 

zastanawiał się Sam. Reagowała spontanicznie, niemal prymitywnie, jej ruchy nie 
były bardziej wystudiowane niŜ kotki układającej się przed kominkiem. 

Sam  zwykle  w  czasie  jazdy  nie  prowadził  rozmów,  a  szczególnie  cenił 

kobiety, których nie trzeba było zabawiać nieustanną pogawędką. Lecz właśnie 
teraz  milczenie  wydało  mu  się  niestosowne.  W  czasie  ich  spotkań  poznał  juŜ 
Lucky  rozwścieczoną  i  tajemniczą.  Dziś  wieczór  dodałby  jeszcze  – 
uwodzicielską. 

Nie  do  wiary,  bo  w  gruncie  rzeczy  nic  jeszcze  o  niej  nie  wiedział. 

Zadeklarował rozejm, lecz nie wiadomo, czy Lucky go dotrzyma. O ile ją znał, 
będzie  chciała  rozmawiać  o  sprawach  zawodowych,  zaczną  się  kłócić  i 
prawdopodobnie kolacja całkiem się nie uda. 

JeŜeli  mieli  zaprzestać  wojny,  to  właśnie  nadarzała  się  okazja:  Lucky 

wydawała się tak łagodna i spokojna, pogodzona ze sobą i całym światem. 

–  Masz  bardzo  sympatycznego  brata.  –  Na  początek  wybrał  neutralny 

background image

temat. 

– W tym momencie jesteś w swoim odczuciu odosobniony. 
No tak, to był właśnie pierwszy przejaw jej łagodności, pomyślał, ale zaraz 

się uśmiechnął. Do licha, przecieŜ zawsze wolał wyzwania losu od tak zwanego 
ś

więtego spokoju. 

– Chciał jak najlepiej. 
– I dlatego – Lucky uniosła w górę brwi – wyciągnął mój album ze starymi 

fotografiami? 

– No, właściwie to nie zrobił tego tak od razu. 
–  Czuję,  Ŝe  będę  Ŝałowała  swojej  ciekawości,  ale  powiedz,  co  się  działo 

wcześniej? 

– Wypytywał mnie o moje widoki na przyszłość, intencje wobec ciebie i o 

stan mego zdrowia. 

Lucky zacisnęła zęby i wyprostowała się na siedzeniu. 
– I co mu powiedziałeś? 
– Odpowiedziałem zadowalająco na kaŜde z tych trzech pytań. 
– Kiedyś zamorduję tego chłopaka – skomentowała Lucky beznamiętnie. 

Sam skręcał właśnie w kierunku nowo wybudowanego osiedla mieszkaniowego. 
– Powinnam to zrobić juŜ wiele lat temu. 

– Nie wyglądasz na osobę zachowującą długo urazy. 
–  Nie  –  odparła  z  westchnieniem.  –  Pewnie  dlatego  Kenowi  udało  się 

przeŜyć.  My,  Vanderholdenowie,  niesłychanie  szybko  się  zapalamy,  ale  gniew 
przechodzi  nam  równie szybko.  Pół  Ŝycia  spędzamy  na  kłótniach,  a  drugie pół 
lamentując, Ŝe poświęcamy sobie za mało czasu. 

– W tak licznej rodzinie chyba niełatwo zorganizować częste spotkania. – 

Wjechali na wydzielony dla mieszkańców parking i BMW się zatrzymało. 

– Są dla nas ogromnie waŜne, więc bardzo się staramy znaleźć dla siebie 

czas.  Poza  tym  to  nie  takie  trudne,  bo  wszyscy  mieszkamy  blisko  siebie.  A  ty 
często widujesz się ze swoją rodziną? – spytała, wchodząc za Samem na schody. 

–  Raczej  nie.  Moja  matka i  ojczym  przeprowadzili się  do  Arizony  przed 

pięcioma  laty.  Utrzymujemy  głównie  kontakt  telefoniczny.  –  Nie  wydawał  się 
przejmować  takim  stanem  stosunków  rodzinnych,  które  dla  Lucky  oznaczały 
prawie osierocenie. – A ponadto – Sam otworzył drzwi mieszkania i wprowadził 
Lucky do środka – nie mam rodzeństwa. 

–  To  wyjaśniałoby  niektóre  sprawy.  –  Lucky  spojrzała  na  Sama 

zaciekawiona, czy przypomni sobie, Ŝe zrobił właśnie taką uwagę na wiadomość 
o jej licznej rodzinie. Pamiętał, poznała to po wyrazie jego twarzy. 

– Co by wyjaśniało? – spytał ostroŜnie. 
– śe uwaŜasz siebie za wszechwiedzącego. Nie byłeś krótko trzymany jako 

dziecko. 

– Być moŜe – odparł i dodał z Ŝartobliwą złośliwością: – Albo rzeczywiście 

background image

jestem wszechwiedzący. 

– Słaba szansa – roześmiała się. Nie po raz pierwszy Ŝałowała, Ŝe Sam jest 

tak  poraŜająco  przystojny.  Byłoby  jej  łatwiej  podtrzymywać  wobec  niego 
niechętne uczucia, gdyby miał czterdziestkę i łysinę. 

Mówiła  Samowi  prawdę,  nie  potrafiła  długo  chować  urazy.  Oddać  cios, 

wyładować  się  i  dać  spokój  –  to  był  jej  styl.  Jak  dotąd  zdawał  egzamin,  więc 
dlaczego miałaby się teraz zmieniać? 

–  Zapewniam  cię  w  kaŜdym  razie  o  jednym  –  przesłała  mu  szelmowski 

uśmiech – jeśli zapachy płynące z twojej kuchni są właściwą wskazówką, wiesz 
na pewno wszystko o gotowaniu. 

– Lubię dobrze zjeść. Jedno idzie z drugim w parze – odparł skromnie. 
Wskazał na sąsiadujący z holem salon, do którego schodziło się po dwóch 

stopniach. 

– Rozgość się, proszę. Zajrzę tylko do kuchni i sprawdzę, czy wszystko jest 

w porządku. 

Znalazła  się  w  obszernym  pokoju.  Na  podłodze  leŜał  miękki  dywan  w 

zimnym,  stalowym  kolorze.  Ściany  były  pomalowane  na  kremowo.  Taki  sam 
kolor miały skórzane fotele i sofa ustawione wokół niskiego stołu, wykonanego 
ze  szkła  i  metalu.  Na  nim,  dokładnie  pośrodku,  stała  niewielka,  nowoczesna 
rzeźba i nic więcej. 

Drugi szklany stolik i jedno krzesło z metalowych rurek tkwiły samotnie w 

kącie pokoju. Telewizor, zestaw stereofoniczny i inne elektroniczne urządzenia 
umieszczone  były  na  chromowanych  półkach.  Wszystkie  te  przedmioty  w 
przyćmionym  świetle  przywodziły  na  myśl  chłodne,  laboratoryjne  wnętrze. 
Lucky  pomyślała,  Ŝe  jeszcze  nigdy  w  Ŝyciu  nie  widziała  pomieszczenia  tak 
bardzo pozbawionego charakteru i anonimowego. A gdzie drobiazgi, czasopisma, 
ozdoby? Usiadła na kanapie i popadła w zadumę. 

Uznała, Ŝe z pewnością przyjemniej będzie w kuchni, jaka by ona nie była. 

Doszła  do  stopnia  w  chwili,  gdy  nagle  Sam  wyłonił  się  z  holu.  Nie  zdąŜył  się 
zatrzymać  i  zachwiał  na  schodkach.  Instynktownie  wyciągnął  ręce,  chwytając 
Lucky w ramiona. Ona odruchowo połoŜyła dłonie na jego biodrach. 

– Przepraszam – pospieszyła z usprawiedliwieniem. 
– Nie, to moja wina. – Choć to juŜ nie było konieczne, nie wypuszczał jej z 

ramion. Nadal teŜ czuł dotyk jej dłoni, lekki, lecz pewny. 

Wyobraźnia podsunęła mu nieprawdopodobną myśl, Ŝe Lucky trzyma tak 

dłonie, bo pragnie zbliŜenia ich ciał... Ta fantazja opanowała go tylko na krótki 
moment i pozostawiła po sobie jedynie napięcie mięśni. 

–  JuŜ  wszystko  w  porządku  –  odezwała  się  Lucky  cicho.  Powinna  się 

cofnąć, lecz z jakichś niewiadomych przyczyn nie poruszyła się. – MoŜesz wejść. 

– A ty wyjść. – Powoli przesunął kciukiem wzdłuŜ jej obojczyka. – Gdzie 

się wybierałaś? 

background image

– Ja... mmm... – Lucky odetchnęła głęboko i zmarszczyła brwi. Zwykle nie 

zdarzało  się  jej  zapomnieć  języka.  Ale  teŜ  nie  pamiętała,  aby  pod  wpływem 
dotyku męskiej dłoni, i to poprzez materiał sukienki, jej skóra zaczęła płonąć. 

– Szukałam ciebie. 
– Stęskniłaś się? – zapytał z uśmiechem. 
– Tak... – zaczęła, ale wycofała się. – Nie... Spojrzała mu w oczy i dojrzała 

w nich poŜądanie. 

Nie  wiedziała,  czy  rzeczywiście  wyraŜają  jego  pragnienie,  czy  jedynie 

odbijają  jej  własne.  A  potem  zobaczyła  jego  usta.  Pełne,  kształtne  i  lekko 
rozchylone. Jak zahipnotyzowana, nie miała siły oderwać od nich wzroku. 

Mijały sekundy, a oni trwali w bezruchu. Wreszcie Lucky nie wytrzymała 

tej niepewności. 

– Masz zamiar mnie pocałować, czy nie? 
Sam patrzył na nią przez długą chwilę, zanim odpowiedział jej pytaniem. 
– Chcesz tego? 
Tak!  –  wołało  jej  ciało.  Tak,  chciała  jego  pocałunku.  Pragnęła,  Ŝeby 

przyciągnął  ją  blisko  siebie,  trzymał  zamkniętą  w  objęciach  przy  muskularnej 
piersi i całował tak długo, aŜ zapomniałaby, Ŝe kiedyś mogło się to jej wydawać 
niedorzeczne. I Ŝeby zrobił to wszystko bez pytania jej o zgodę. 

– Nie – odparła z namysłem. – Chyba nie. – Uwolniła się z jego uścisku i 

wmawiała w siebie, Ŝe nie jest rozczarowana, choć sam tak łatwo zrezygnował. 

Do licha, była najbardziej irytującą osobą, jaką spotkał w Ŝyciu. Zazwyczaj 

potrafił  prawidłowo  odczytywać  sygnały,  wysyłane  do  niego  przez  kobiety.  Z 
Lucky było zupełnie inaczej. 

– To miał być jakiś test? 
– Na co? – Spojrzała na niego zdziwiona. 
– Ty mi odpowiedz. 
– Och, dajŜe spokój – Ŝachnęła się. Sama nie była pewna, czego od niego 

oczekuje.  Skoro  nie  potrafiła  zrozumieć  własnych  uczuć,  tym  bardziej  nie 
zamierzała się przed nim tłumaczyć. – Teraz juŜ wiem, dlaczego ciągle ze sobą 
walczymy. 

–  Tak?  Dlaczego?  –  Patrzył  na  jej  policzki  zabarwione  ciemnym 

rumieńcem,  na  piersi  unoszące  się  w  przyspieszonym  oddechu.  Gwałtownym 
ruchem  włoŜył  ręce  do  kieszeni.  Musiał  je  jakoś  uwięzić,  tak  bardzo  pragnął 
wziąć ją w ramiona. 

– PoniewaŜ jesteś arogancki, przekorny... 
–  UwaŜaj  –  ostrzegł  ją  Ŝartobliwie.  Na  szczęście  dla  niego  rozbawienie 

wzięło  górę  nad  poŜądaniem.  Lucky  nie  była  juŜ  pewna,  od  czego  właściwie 
zaczęła się ich kłótnia. 

–  Coś  ci  zaproponuję  –  powiedziała  ugodowo.  –  Ty  zapomnisz,  Ŝe 

kiedykolwiek widziałeś mój stary album, a ja spróbuję udawać, Ŝe twój salon... – 

background image

zamilkła raptownie, zmieszana, bo omal się nie wygadała. 

–  Co  z  moim  salonem?  –  Sam  rozejrzał  się  dookoła  i  utwierdził  w 

przekonaniu, Ŝe pokój wyglądał tak samo jak zawsze. 

– Nic – zapewniła go pospiesznie. – MoŜe byśmy... 
– Nie podoba ci się – stwierdził bez cienia wątpliwości. 
– Tego nie powiedziałam. 
– Nie musiałaś. To jest wypisane na twojej twarzy. 
– Nie o to chodzi. 
– Więc o co? 
Lucky wzięła głęboki oddech. 
– Jest okropny. 
–  No  cóŜ  –  głos  Sama  był  podejrzanie  spokojny  –  przynajmniej  jesteś 

szczera. 

– Nie zrozumiałeś mnie. Po prostu wszystko tu jest takie... nowe. 
– Rozumiem – odparł, choć najwyraźniej wcale tak nie było. – Wołałabyś 

meble z Armii Zbawienia? 

– Nie, wcale nie. 
– To pocieszające. 
Lucky  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nic  do  niego  nie  dotarło.  A  nagle  bardzo 

zapragnęła, Ŝeby ją zrozumiał. 

– Ten pokój nie ma w sobie ciepła, nie wzbudza Ŝadnych uczuć. Jakby był 

eksponatem w sklepie meblowym, przez nikogo nie zamieszkanym. 

Sam rozejrzał się w osłupieniu. Nigdy nie zastanawiał się, czy jego salon 

ma,  czy  nie  ma  w  sobie  ciepła.  Nawet  przez  moment  o  tym  nie  pomyślał. 
Pomieszczenie było po prostu wygodne i uŜyteczne. Z pewnością brakowało mu 
owego niefrasobliwego rozgardiaszu, jaki panował w mieszkaniu Lucky, lecz to 
jeszcze nie powód do tak zdecydowanego potępienia. 

– A gdzie są zdjęcia? – ciągnęła Lucky, wskazując na puste ściany. 
– Jakie zdjęcia? 
–  No,  twoich  rodziców,  twoje  własne  z  dawnych  lat:  z  pieskiem,  z 

kolegami po dyplomie, a nawet naguska na futrzaku. 

– Mam zdjęcie rodziców. – Zaskoczony uzmysłowił sobie, Ŝe się broni. 
– Jedno? 
– W sypialni. 
– Dobre i to na początek. 
Sam objął Lucky po przyjacielsku i poprowadził ją do kuchni. 
– Spójrz na to z innej strony: przynajmniej nie muszę się obawiać, Ŝe ktoś 

zapozna się z najbardziej krępującymi momentami mojej przeszłości. 

Lucky roześmiała się. Tu miał całkowicie rację. 
– Czy teraz masz zamiar mnie nakarmić? – spytała, zmieniając temat. 
– Mhm. Jesteś głodna? 

background image

– Straszliwie. 
–  To  dobrze.  –  Zaprosił  ją  do  stołu  pięknie  nakrytego  kryształami  i 

porcelaną. – Lubię towarzystwo ludzi, którzy potrafią docenić moje wysiłki. 

Lucky pomyślała, Ŝe najpewniej znajdzie się w ich gronie, kiedy szeroko 

otwartymi ze zdumienia oczami patrzyła na szereg parujących naczyń, które Sam 
ustawił  na  stole.  Do  głowy  jej  nie  przyszło,  Ŝe  on  naprawdę  potrafi  gotować. 
Człowiek, który tak wykłócał się z nią o sprawy zawodowe, raczej nie wyglądał 
na domatora. Ale się myliła. Tu, w kuchni, Sam był tak samo jak zawsze pewny 
siebie, opanowany i fachowy, nie tracąc przy tym ani joty ze swej męskości, która 
przyciągała ją jak magnes. 

– Lubisz włoskie potrawy? 
–  Uwielbiam.  –  Wciągnęła  głęboko  zapach  dania  podsuniętego  jej  przez 

Sama. – Sos boloński? 

– I spaghetti. 
– Kiedy to zdąŜyłeś zrobić? 
–  Prawdę  mówiąc,  niewiele  było  do  roboty.  –  Sam  nałoŜył  na  talerz 

makaron  z  sosem  i  postawił  go  przed  nią.  –  Miałem  w  domu  wszystko,  co 
potrzeba,  bo  zamierzałem  ugotować  sobie  taką  kolację.  Musiałem  tylko  zrobić 
więcej. 

Lucky zatrzymała podniesiony widelec w pół drogi. 
– Chcesz powiedzieć, Ŝe codziennie szykujesz sobie coś podobnego? 
– PrzewaŜnie. – Wzruszył ramionami. – Wprawdzie jadam samotnie, ale to 

nie znaczy, Ŝe mam połykać na chybcika byle jakie mroŜonki przed telewizorem. 

Lucky  zarumieniła  się,  gdyŜ  jej  wieczorne  posiłki  bardzo  często  właśnie 

tak wyglądały. 

– Będziesz wspaniałym męŜem. 
– Być moŜe – przyznał powściągliwym tonem. 
– Raczej nie palisz się do małŜeństwa. 
–  Chyba  nie.  –  Zabrał  się  do  jedzenia.  –  MoŜe  po  prostu  dotąd  nie 

spotkałem właściwej kobiety. 

Ciekawe,  Ŝe  ona  podobnie  odpowiadała  siostrze  nagabującej  ją  o 

małŜeństwo.  Teoria  o  bezcelowości  umawiania  się  na  randki  została 
potwierdzona. 

Przynajmniej  w  tej  jednej  kwestii  byli  zgodni.  Powinna  odczuwać 

zadowolenie,  a  tymczasem  jej  reakcja  była  akurat  odwrotna.  O  wiele  lepiej  się 
czuła, kiedy Sam odgrywał rolę, jaką ona mu wyznaczyła: człowieka, z którym 
łączą  ją  jedynie  interesy.  I  to  sprzeczne  pomyślała  z  ironią.  Miała  niejasne 
przeczucie,  Ŝe  wkroczenie  Sama  w  jej  Ŝycie  w  innym  charakterze 
spowodowałoby niezłe zamieszanie. 

Oczywiście  pod  warunkiem,  Ŝe  w  ogóle  by  mu  na  takie  wkroczenie 

pozwoliła, zapewniała się stanowczo w duchu. Ta wspólna kolacja odbywała się 

background image

w związku z ich sprawami zawodowymi. Mają przedyskutować sprawy kampanii 
reklamowej  i  dojść  do  jakichś  wniosków.  Nie  ma  w  tym  Ŝadnego 
niebezpieczeństwa. 

Oddając  się  z  zamiłowaniem  sybaryty  pochłanianiu  pyszności 

przygotowanych przez Sama, Lucky jakoś nie mogła się zdobyć na rozpoczęcie 
rozmowy  o  interesach.  Wydawało  się  jej  nieodpowiednie  poruszanie 
kontrowersyjnych  tematów  podczas  przeŜywania  takich  niezwykłych  rozkoszy 
podniebienia.  Jadła  więc  wszystko,  co  jej  podsuwał,  a  nawet  poprosiła  o 
dokładkę. 

Sam zaś pomyślał, Ŝe powinien był przewidzieć, w jakie tarapaty wpadnie 

przez  swoje  spaghetti.  Obserwował  Lucky  zabierającą  się  do  drugiej  porcji  z 
takim samym namiętnym zapałem jak do pierwszej. Ale nigdy nie przypuszczał, 
Ŝ

e ta potrawa moŜe wywołać zmysłowe skojarzenia. 

Co  chwilę  podnosił  wzrok,  by  przypatrzyć  się,  z  jakim  wdziękiem  i 

zwinnością Lucky zakręca długie pasma makaronu na widelec i niesie je do ust. 
Nie mógł wprost usiedzieć spokojnie na krześle obserwując, jak z przyjemnością 
wsuwa  makaron  między  wilgotne,  róŜowe  wargi,  a  potem  powoli  wyjmuje 
widelec z ust. Gdy kropla sosu zaczęła spływać jej po wardze, chciał podać jej 
serwetkę,  ale  ona  zlizała  sos  końcem  języka.  Doprowadzała  go  do  szaleństwa, 
tylko  w  zupełnie  inny  sposób,  niŜ  to  sobie  wcześniej  wyobraŜał.  Mieli 
rozmawiać,  dyskutować,  rozwiązywać  zawodowe  problemy.  Obawiał  się,  Ŝe 
będą się zawzięcie kłócić. Ale nawet przez moment nie zaświtała mu w głowie 
myśl, iŜ zapragnie pójść z nią do łóŜka. Od chwili gdy zdjął dłonie z jej ramion, 
pragnął tylko jednego – wziąć ją znowu w objęcia. 

Pomysł  był  czystym  szaleństwem.  A  fakt,  Ŝe  on,  Sam  Donahue,  zawsze 

rozwaŜny, o tym marzy, był jeszcze większym wariactwem. 

Przez  całe  Ŝycie  analizował  swe  moŜliwości,  by  potem  nakreślić  jasną 

wizję tego, do czego chciał dojść. 

Zawsze wybierał najbezpieczniejszą drogą wiodącą do celu. Zaś pochopne 

wiązanie się z jego upartą i porywczą sąsiadką nie miałoby nic wspólnego ani z 
rozsądkiem, ani z przezornością. 

Tego był całkiem pewny. Musi zwolnić tempo. I działać krok po kroku. Z 

trudem przystał na udzieloną sobie radę. 

Skończyli  jeść,  a  potem  posprzątali  kuchnię.  Przez  cały  czas  Sam 

prowadził  swobodną  rozmowę  na  neutralne  tematy.  Lucky  dostosowała  się  do 
jego  nastroju  i  reszta  wieczoru  upłynęła  bardzo  miło.  Zdecydowali,  Ŝe  nie 
powinni się zbyt długo zasiedzieć, bo oboje następnego dnia wstają wcześnie rano 
do pracy, więc Sam odwiózł Lucky do domu. 

Gdy  wysiedli  z  samochodu,  zobaczyli  światła  prawie  we  wszystkich 

oknach. Sam wziął Lucky za rękę i odprowadził do drzwi. Dochodzące dźwięki 
muzyki rockowej potwierdzały, Ŝe Ken nadal gości u siostry. 

background image

– I w rezultacie – Lucky zwróciła się do Sama – nie porozmawialiśmy o 

interesach. 

Ujął ją pod brodę ciepłymi, silnymi palcami. 
– MoŜe to i lepiej. 
– Dlaczego? – Zdziwiona, podniosła na niego oczy. 
– Wyświadcz mi przysługę – odparł cicho. Przez cały wieczór wytrwał we 

wstrzemięźliwości.  Niech  go  licho,  jeśli  nie  nadszedł  czas  na  postawienie 
następnego kroku. – Nie zadawaj więcej pytań. 

ZbliŜył  wargi do  jej  ust,  a  ona zamknęła oczy,  przysunęła się do niego i 

znalazła  w  jego  ramionach.  Zatraciła  się  całkowicie  w  tkliwości  tego  uścisku, 
otaczający ją świat przestał istnieć. 

Sam przyciskał delikatnie usta do jej warg, aŜ rozchyliła je, gorące i uległe. 

A potem zaczęła językiem pieścić jego wargi, oczekując pocałunku. 

Tego właśnie pragnęła, gdy w salonie Sam trzymał ją w ramionach, i teraz 

nie miała wątpliwości, Ŝe to, co czuła, było namiętnym poŜądaniem, któremu nie 
potrafiła się oprzeć. 

Półprzytomna, z cichym jękiem oddała się miłosnemu rytmowi pocałunku. 

Sam  przyciągnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  Ŝe  dotykali  się  piersiami  i  biodrami. 
Zaczął  pieścić  jej  plecy,  delikatnie  głaszcząc  ciało  poprzez  miękką,  jedwabną 
tkaninę. Z ust Lucky wydobyło się stłumione westchnienie i Sam ze wszystkich 
sił zapragnął spełnienia ich poŜądania. Zdrowy rozsądek nie miał juŜ prawa głosu 
i Sam przyznał się do tego przed sobą bez wyrzutów sumienia. 

Lecz w tej samej chwili, kiedy opanowała go ta zdradziecka myśl, zdarzyło 

się coś, wobec czego stanął bezradny. 

Na werandzie najpierw zapaliło się światło, a potem zaraz zgasło. 
Sam wymruczał przekleństwo. 
– Ken? 
Lucky natychmiast wyswobodziła się z jego objęć. 
– Obawiam się, Ŝe to on. 
W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie. 
–  Bardzo  was  przepraszam  –  rzekł  Ken  –  zdawało  mi  się,  Ŝe  słyszałem 

samochód, więc zapaliłem wam światło. Jeszcze raz przepraszam, nie chciałem 
przeszkadzać... 

– Nic nie szkodzi – ucięła krótko Lucky. Z kaŜdym słowem brata ulatywał 

romantyczny nastrój. – Właśnie się Ŝegnaliśmy. 

– To Ŝegnajcie się dalej. 
– Dzięki – odrzekł Sam. Chwycił klamkę i zamknął drzwi. Zostali sami. – 

Twój brat czuwa. 

– Właśnie. 
– Czy to znaczy, Ŝe nie zaleŜy mu na twoim zamąŜpójściu tak jak twojej 

siostrze? 

background image

– Chyba nie – mimowolnie roześmiała się. 
–  To  dobrze  –  powiedział  Sam  juŜ  właściwie  do  siebie,  schodząc  po 

schodach. – JeŜeli cały klan Vanderholdenów połączy się w swoich wysiłkach, 
Ŝ

eby mnie usidlić, mogę się spodziewać kłopotów. 

–  Sam!  –  zawołała  za  nim  Lucky.  –  Czy  masz  zamiar  wycofać  swój 

program reklamowy? 

Zatrzymał się i spojrzał na nią. 
– Nie. A ty? 
Lucky powoli pokręciła przecząco głową. 
– Cieszę się – stwierdził. 
– Naprawdę? 
Na twarzy Sama pojawił się uroczy półuśmiech, który przejął ją drŜeniem. 
–  Teraz,  kiedy  okazało  się,  jak  przyjemne  mogą  być  negocjacje,  byłoby 

szkoda tak nagle się pogodzić. 

Szkoda?  –  pomyślała  Lucky.  To  byłoby  wprost  niewybaczalne,  uznała  i 

weszła do domu. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 
– Zaufaj mi, Lucky, z przeciwnikiem trzeba walczyć jego własną bronią. 
Było  wczesne  poniedziałkowe  popołudnie.  Lucky  i  Ed  Wharton 

dyskutowali  kolejny  raz,  w  jakim  kierunku  ma  iść  jej  kampania  reklamowa. 
Spacerowali  po  parkingu.  Lucky  zatrzymała  się  i  spojrzała  niechętnie  na 
scenariusz reklamy. 

– Ale właśnie zastosowanie tej metody wywołało kłopoty. 
–  Właśnie  o  to  mi  chodzi.  Donahue  jako  człowiek  interesu  ma  olej  w 

głowie, trzeba mu przyznać. Atakowany nie poddaje się. 

– PrzecieŜ się nie poddaję. 
–  Nie?  –  Ed  aŜ  sapnął  ze  zdumienia.  –  Niestety,  jestem  innego  zdania, 

zresztą inni równieŜ. Musisz zareagować na jego reklamę. 

– Takie wyścigi nic nie dadzą, przeciwnie, jeszcze zaostrzą spór. Poza tym 

oprócz  ciebie  nikt  nie  zauwaŜył,  Ŝe  Sam  pokazał  mój  skład.  Muszę  przyznać, 
choć niechętnie, Ŝe chyba przesadziłam... 

– W reklamie nie istnieje nic takiego jak przesada. 
– Owszem, są nią za duŜe wydatki. Czas antenowy nie jest tani, dobrze o 

tym wiesz. 

– Oczywiście. Gdyby było inaczej, kaŜdy Tom, Dick i Louie mógłby się 

pokazać na telewizyjnym ekranie. Ale musisz przyznać, Ŝe reklama się opłaciła. 

Tak, musiała to przyznać. Choć nie na głos wobec Eda, którego jedynym 

celem  najwyraźniej  było  zachęcanie  jej  do  wydania  na  reklamę  wszystkich 
oszczędności.  Ale  Ed  się  nie  mylił.  Reklama  okazała  się  nadspodziewanie 
skuteczna. 

Napływali klienci i, co waŜniejsze, kupowali u niej samochody. Poza tym 

wielu  z  nich  wspominało,  Ŝe  widziało  ją  w  telewizji.  Stała  się  prawie  sławna. 
Jeden mały chłopiec poprosił ją nawet o autograf! 

Jedynym  niezadowolonym  był  Sam  Donahue.  Sam,  który  zaprosił  ją  na 

domową  kolację,  kiedy  to  mieli  rozmawiać  o  interesach,  potem  całował  ją  na 
werandzie tak, jak Ŝaden dotąd męŜczyzna, a teraz miał czelność nie odezwać się 
do niej przez całe cztery dni. 

–  Więc  co  zamierzasz?  –  nalegał  Ed.  PogrąŜona  w  myślach,  wzruszyła 

ramionami. 

– A co proponujesz? 
– Na początek nadanie programu w najlepszym czasie antenowym. 
– To zbyt kosztowne. 
– I jakiś nowy, ciekawy pomysł – ciągnął dalej Ed, jakby jej nie słyszał. – 

Nie moŜesz wyglądać jak skromna panienka. Mogłabyś się ubrać w coś bardziej 
dopasowanego, z większym dekoltem... 

background image

– Ja sprzedaję samochody, nie siebie – zadrwiła. 
– Widać, jak słabo orientujesz się w reklamowym biznesie. Nie zapominaj, 

Ŝ

e ja tu jestem ekspertem. 

– Ale ja płacę rachunki – odparła stanowczo. – Tymczasem nie będziemy 

niczego nowego wymyślać. 

– PoŜałujesz swojej decyzji. Chyba nie wyobraŜasz sobie, Ŝe Sam Donahue 

siedzi z załoŜonymi rękami. 

–  Szczerze  mówiąc,  nie  mam  pojęcia,  co  robi  –  powiedziała  z  pewną 

irytacją. – Ale wiem, Ŝe nie potrzebuję nowej reklamy. 

Sadowiąc w samochodzie swoją zwalistą postać, Ed nadal coś mruczał pod 

nosem na temat fatalnych konsekwencji decyzji Lucky. Odprowadziła wzrokiem 
odjeŜdŜający samochód i wróciła do biura. 

Przez  minione  cztery  dni  bezskutecznie  obiecywała  sobie,  Ŝe  nie  będzie 

myśleć  o  Samie  Donahue.  Wizyta  Eda  teŜ  nie  pomogła  jej  wytrwać  w  tym 
postanowieniu. 

W tym czasie wiele razy oglądała reklamę Sama. Niejednokrotnie łapała 

się na tym, iŜ przeskakuje z jednego lokalnego kanału na drugi, w nadziei Ŝe na 
nią  natrafi.  Oczywiście  tylko  po  to,  Ŝeby  wiedzieć,  w  jakim  zasięgu  była 
emitowana, zapewniała się stanowczo. 

Co jednak nie wyjaśniało, dlaczego za kaŜdym razem nie mogła oderwać 

oczu od ukazującej się na ekranie twarzy Sama? 

Bębniąc palcami po blacie biurka, wpatrywała się wściekłym wzrokiem w 

milczący  telefon.  Tak  bardzo  chciał  z  nią  porozmawiać  na  tematy  zawodowe. 
Wobec tego czemu nie zadzwonił, Ŝeby się umówić na rozmowę? 

MoŜe  niesprawiedliwie  go  oceniała.  Mogło  być  tysiąc  przyczyn  jego 

milczenia.  Przyciągnęła  telefon.  Skoro  Sam  nie  zadzwonił,  ona  to  zrobi. 
Postanowiła  go  zaprosić  na  giełdę  samochodową  odbywającą  się  w  czasie 
weekendu w Willow Grove. I tak się na nią wybierała, on zapewne teŜ. Nic więc 
nie  stoi  na  przeszkodzie,  Ŝeby  na  neutralnym  gruncie  spędzili  ze  sobą  trochę 
czasu i przekonali się, co z tego wyniknie. 

–  Automobilowy  Dom  Handlowy  Donahue  –  odezwał  się  w  słuchawce 

niezbyt przyjemny głos. 

–  Chciałabym  mówić  z  panem  Donahue.  –  Lucky  podała  nazwisko  i 

czekała tylko chwilę na połączenie. 

– Lucky? – odezwał się Sam. – Dobrze, Ŝe zadzwoniłaś. 
Przyznała mu w duchu rację w tym samym momencie, w którym usłyszała 

jego  głos.  Rozmowa  była  krótka,  lecz owocna.  Lucky  dowiedziała  się,  Ŝe  Sam 
spędził  ostatnie  trzy  dni  w  Wilmington  na  seminarium  poświęconym 
marketingowi i chętnie będzie jej towarzyszył na giełdzie, bo nigdy tam nie był. 

– Wezmę coś do zjedzenia – powiedziała na zakończenie – i zrobimy sobie 

piknik. 

background image

– Bardzo się cieszę na to spotkanie. 
Kolejny  krok,  pomyślał  Sam,  odkładając  słuchawkę.  Dobrze  byłoby 

ustalić, dokąd go właściwie prowadzi, zanim będzie za późno. 

 
W sobotę o wpół do dziewiątej rano Lucky była juŜ gotowa do wyjazdu. 

Zostało  jej  jeszcze  dwadzieścia  minut,  gdyŜ  miała  podjechać  po  Sama  o 
dziewiątej. W tym czasie dwukrotnie się przebrała i trzy razy zmieniała fryzurę, 
przekonując się jednocześnie stanowczo, Ŝe ani trochę nie ma tremy. 

Gdy  przyjechała  hondą  pod  jego  dom,  juŜ  na  nią  czekał.  Stwierdziła  z 

zadowoleniem,  Ŝe  po  raz  pierwszy  nie  włoŜył  wytwornego  garnituru.  Świetnie 
wyglądał  w  pulowerze  i  spodniach  w  kolorze  khaki  uwydatniających  jego 
szczupłe, lecz muskularne ciało. 

PoniewaŜ  był  daleko  i  nie  mógł  jej  usłyszeć,  pozwoliła  sobie  na  ciche 

westchnienie. 

Podszedł do samochodu i zapytał: 
– Kto prowadzi? 
– Ja cię zaprosiłam i za wszystko ponoszę odpowiedzialność. 
Znamienne,  Ŝe  teraz,  gdy  Sam  juŜ  usiadł  koło  niej,  uprzednie 

zdenerwowanie  całkiem  ustąpiło.  Ogarnęła  ją  po  prostu  radość,  Ŝe  znowu  są 
razem. 

–  Patrząc  na  ciebie  odnoszę  wraŜenie,  Ŝe  umawiałeś  się  na  randki  od 

wczesnego dzieciństwa. 

– Nic podobnego. Jako dziecko miałem nadwagę i do tego nosiłem okulary. 

W gimnazjum nigdy nie umawiałem się z dziewczynami, a i później nie za bardzo 
mi to wychodziło. 

Przerwał  raptownie  i  zmarszczył  brwi  w  zdumieniu.  Od  lat  nie  wracał 

myślą do tamtego nieśmiałego chłopca, którym był niegdyś. Nie przyznawał się 
do niego, a z pewnością nigdy wobec kobiety. Poczuł się nieswojo, niewątpliwie 
popełnił błąd. Ostatnią rzeczą, której by pragnął, była litość Lucky. 

Zanim  się  odezwała,  minęło  kilka  długich  chwil.  Dałby  więcej  niŜ 

przysłowiowy grosik za jej myśli. 

– To dlatego nie masz Ŝadnych swoich zdjęć? – spytała. – Nie podobałeś 

się sobie? 

– Częściowo, a moŜe nawet głównie dlatego. JuŜ wtedy wiedziałem, Ŝe nie 

będę dobrze wspominał mej młodości. 

– I do tego nie miałeś starszych braci, którzy mogliby wystąpić w twojej 

obronie. – Lucky zwróciła ku niemu spojrzenie. Z ulgą zauwaŜył złośliwy błysk 
w  jej  oczach.  –  Mimo  tak  niepomyślnych  początków,  wszystko  skończyło  się 
bardzo dobrze. 

Sam poczuł, jak opada z niego napięcie. Nie ścierpiałby myśli, Ŝe Lucky się 

nad nim uŜala. Z docinkami da sobie świetnie radę. 

background image

– Naprawdę? 
Spojrzała na niego spod oka. 
– Myślałam, Ŝe tylko kobiety są łase na komplementy. 
– Jak na wyzwoloną, nowoczesną kobietę hołdujesz wielu przesądom. 
–  Nie  martw  się  –  roześmiała  się  ubawiona.  –  Powołuję  się  na  nie  i 

odrzucam je z równą przyjemnością. 

– Będę o tym pamiętał. 
Wypowiedział te słowa powoli i ciepło, jakby obdarowywał ją pieszczotą. 

Siedzieli oddaleni od siebie prawie o pół metra, a Lucky przysięgłaby, Ŝe Sam jej 
dotyka. To niemoŜliwe, Ŝeby tylko pod wpływem jego głosu czuła gęsią skórkę 
na  plecach.  Spojrzała  w  jego  kierunku:  siedział  wyprostowany,  z  rękami  na 
kolanach. 

Jechali jakiś czas w milczeniu i dopiero kiedy skręcili na drogę wiodącą ku 

terenom targów, odezwał się: 

– Opowiedz mi coś o tej giełdzie. JeŜeli dobrze zrozumiałem, nie ma tam 

nowych samochodów. 

–  Nie.  Wyłącznie  uŜywane.  Niektóre  tak  stare,  Ŝe  moŜna  by  je  nazwać 

antykami.  A  wszystkie  są  w  pewien  sposób  wyjątkowe.  Ich  właściciele  to 
maniacy, którzy nie mogą oprzeć się okazji zaprezentowania swoich pojazdów. 
Kiedy  juŜ  ustawią  samochody  pogrupowane  według  modeli,  zaczynają  się 
rozglądać,  czy  nie  pojawiło  się  jakieś  nowe,  ciekawe  auto.  Większość  z  nich 
przychodzi,  Ŝeby  się  po  prostu  pokazać,  spotkać  z  ludźmi  o  tych  samych 
zainteresowaniach i dobrze się bawić. 

Patrząc przez okno, Sam pomyślał, Ŝe ich wyobraŜenia o dobrej zabawie 

róŜnią się diametralnie. Chętnie przyjął telefoniczne zaproszenie, gdyŜ po prostu 
chciał znowu zobaczyć Lucky. Nie zastanawiał się zbytnio nad miejscem randki. 
A pomysł z giełdą samochodową nawet go trochę zaciekawił. Jednak im więcej 
dowiadywał się o tej imprezie, tym mniej go ona pociągała. Przyjechał, bo Lucky 
tego chciała, lecz nie zamierzał udawać entuzjazmu. 

Przy bramie targów Lucky wykupiła bilety i wjechała na parking. Sam nie 

przejawiał ochoty do rozmowy, więc zaczęła się zastanawiać, czy zaproszenie go 
tutaj było dobrym pomysłem. 

Wprawdzie przede wszystkim chodziło jej o spotkanie z nim, lecz musiała 

przyznać,  Ŝe  kierował  nią  takŜe  inny  motyw.  NajwyŜszy  czas,  Ŝeby  ktoś 
uświadomił  mu,  jak  niesłuszne  są  jego  uprzedzenia  w  stosunku  do  uŜywanych 
samochodów, i udowodnił, Ŝe nie tylko nowe rzeczy są piękne i wartościowe. 

– Tędy. – Lucky prowadziła Sama w kierunku rozległego placu, na którym 

stały  rzędy  samochodów.  –  Są  poustawiane  według  alfabetu.  Wymień  markę, 
którą lubisz. 

– Nie, ty pierwsza – odparł. – Ty jesteś szefem. 
– Ford – oznajmiła stanowczo, ruszając szybko przed siebie. 

background image

Musiał  przyspieszyć  kroku,  bo  Lucky  nie  po  raz  pierwszy  wykazywała 

godny podziwu zapał. 

– Z jakiejś konkretnej przyczyny wybrałaś tę markę? 
–  Z  wielu  –  rozejrzała  się  i  uśmiechnęła.  –  Zaczniemy  od  Mustangów  i 

Thunderbirdów. A jeśli będziesz miał szczęście, moŜe zobaczysz Edsela. 

Wspaniale, pomyślał Sam. Miałby podziwiać efekty największej pomyłki 

w dziejach historii automobilizmu. Jednak po zastanowieniu doszedł do wniosku, 
Ŝ

e  istotnie  Edsel  mógłby  być  nieco  ciekawszy  od  reszty  wystawianych 

samochodów. Jak się mógł zorientować, zorganizowano tu coś w rodzaju zlotu 
entuzjastów  starych  gratów,  przerabianych  na  samochody  wyścigowe.  Zawsze 
unikał takich imprez jak ognia. 

Obserwował Lucky, która zatrzymywała się co krok, Ŝeby oczami pełnymi 

podziwu  przyjrzeć  się  dwukolorowym  karoseriom  lub  oponom  i  ozdobnym 
felgom.  Równie  chętnie  wścibiała  nos  pod  maskę  Camaro  z  sześćdziesiątego 
szóstego roku, jak kucała, Ŝeby zbadać cienkie koła roweru, dzieło fabryki Forda. 

Rozmawiała  z  właścicielami  i  zarzucała  ich  setkami  pytań,  a  Sam  nie 

wiedział,  czy  rozmówcy  wdawali  się  z  nią  w  dysputy  ze  względu  na  jej 
ciekawość, czy zgrabną figurę. Dość na tym, Ŝe w krótkim czasie została przyjęta 
do grona wystawców i dyskutowała z nimi jak równy z równym. 

Widząc,  jakie  wraŜenie  robi  jej  urok  i  inteligencja,  Sam  odczuł  jakby 

ukłucie bólu. Z pewnością nie była to zazdrość, zapewniał siebie stanowczo. Po 
raz  drugi  tego  ranka  przypomniał  sobie  tego  grubawego  czternastolatka, 
pozostającego, podobnie jak on teraz, poza zgraną grupą. To nie było przyjemne. 

Około  jedenastej  Lucky  pojęła  rozmiary  swego  błędu.  Około  południa 

sytuacja zaczęła ją denerwować. MoŜe Sam nie ma w ogóle zamiaru się do niej 
odzywać, złościła się w duchu, głaszcząc odnowioną karoserię wielkiego, starego 
chryslera.  Starała  się,  jak  mogła,  zainteresować  Sama  giełdą  i  włączyć  go  do 
rozmów.  Jak  przewodnik  pokazywała  mu  wszystkie  ciekawsze  modele.  A  on 
przez  cały  czas  ze  znudzonym  i  raczej  wzgardliwym  wyrazem  twarzy 
zachowywał ostentacyjną rezerwę. 

Kiedy rozmawiała z właścicielami samochodów, odchodził na bok. Kilka 

razy  zwróciła  się  do  niego  z  jakimś  pytaniem,  lecz  patrzył  obojętnie  gdzieś  w 
przestrzeń. Nie wiedziała, czego oczekiwał, jednak z pewnością spodziewał się 
czegoś innego. 

Zrezygnowana  i  rozczarowana,  zaproponowała,  Ŝeby  wrócili  do  hondy  i 

zjedli lunch. Wokół całe rodziny porozkładały koce w tym samym celu. Lucky 
modliła  się  w  duchu,  Ŝeby  wspólny  posiłek  nie  dopełnił  obrazu  klęski.  Skoro 
Sama nie bawiły stare samochody, moŜe chociaŜ będzie smakowało mu jedzenie. 

Wybrali miejsce pod okazałym wiązem. Lucky przyniosła stary, wojskowy 

koc, wiernie słuŜący jej na wycieczkach, i rozpakowała swe przysmaki. Usiedli, 
lecz  Lucky  nie  spieszyła  się  z  podjęciem  tematu,  który  ją  gnębił.  Patrzyła,  jak 

background image

Sam zjada bagietkę z pieczoną szynką, zagryzając serem brie, po czym otwiera 
wino i nalewa je do szklanek. Dopiero gdy z błogą miną zabrał się za winogrona, 
zaŜądała wyjaśnień. 

– Powiedz mi, co takiego zrobiłam? 
– Ty? – Sam spojrzał zdziwiony. – Nic. 
Taka odpowiedź wyprowadziła ją z równowagi. 
– Strasznie się tu męczyłeś. Chciałabym wiedzieć dlaczego? 
– Nic podobnego – zaczął odruchowo, lecz zaraz zamilkł. A więc wyczuła, 

Ŝ

e nie był zadowolony. To go zdziwiło. I zaniepokoiło. Kobiety, które znał, a w 

kaŜdym razie większość, nie interesowałyby się zbytnio złym nastrojem partnera, 
gdyby same się dobrze bawiły. Tymczasem wydawało się, Ŝe Lucky naprawdę się 
nim przejmuje. 

– Nie zapominaj, Ŝe mam braci – ostrzegła – i potrafię rozpoznać wygodne 

kłamstwa na odległość. 

–  Nie  powiedziałbym,  Ŝe  się  męczyłem...  Lucky  posmarowała  kawałek 

chleba masłem. 

– A co byś powiedział? 
– Po prostu – Sam szukał właściwych słów – czułem się jak ryba wyjęta z 

wody. Do tych wszystkich spraw mam zupełnie inny stosunek. Weź na przykład 
właściciela chevroleta z pięćdziesiątego czwartego, wiesz, myślę o kabriolecie. 

Z pełnymi ustami pokiwała głową. 
– Mówił tylko o tym, ile razy rozebrał silnik i na nowo złoŜył. I nadal nie 

uwaŜa, Ŝe go juŜ doprowadził do porządku. 

– Chodziło mu o to, Ŝe stare urządzenia wymagają wielu starań. 
– Właśnie – potwierdził. – JeŜeli tak uwielbia swój samochód, to dlaczego 

nie wmontuje do niego nowego silnika? Miałby naprawy z głowy. 

– Nie rozumiesz. On nie chce wypaczyć szlachetnego charakteru swojego 

samochodu. 

–  Szlachetnego  charakteru?  –  Sam  wybuchnął  śmiechem.  –  Mówimy  o 

samochodach, a nie o kandydatach na prezydenta. 

–  Sądziłam,  Ŝe  się  interesujesz  samochodami.  –  Lucky  juŜ  nie  ukrywała 

złości. – Dlatego cię tu zaprosiłam, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakim jesteś 
snobem. 

Sam pomyślał, Ŝe przepaść między nimi nigdy chyba nie była większa niŜ 

w  tej  właśnie  chwili.  Być  moŜe  zazdrościł  Lucky  łatwości,  z  jaką  zawierała 
znajomości  na  giełdzie.  On  nie  potrafiłby  się  na  to  zdobyć.  Zawsze  był  raczej 
samotnikiem, równieŜ w jakimś stopniu z wyboru, ale na pewno nie snobem. 

–  Przyznaj  się  –  napierała  na  niego  Lucky  –  tylko  dlatego  nie 

zainteresowałeś się tymi samochodami, bo nie zostały dopiero co wyładowane ze 
statku, na siedzeniach nie mają plastykowych pokrowców, a na szybie nalepki z 
wysoką ceną. 

background image

– Niesprawiedliwie mnie osądzasz. 
– CzyŜby? 
Zaczął wkładać do koszyka pozostałości piknikowej uczty. 
– Kiedy następnym razem będziesz z bezmyślnym zachwytem przyglądać 

się jakiemuś dwutonowemu chevroletowi, postaraj się to zrobić dokładniej. Nie 
ma nic wzniosłego w popękanych siedzeniach pokrytych winylową wykładziną i 
w zaduchu wnętrza cuchnącego niedopałkami papierosów. JeŜeli tylko snob chce, 
Ŝ

eby  samochody  były  nowocześniejsze  i  lepsze,  niech  ci  będzie.  Ja  w  kaŜdym 

razie nie widzę nic złego w dąŜeniu do ich udoskonalania. 

W milczeniu skończyli pakowanie piknikowego kosza. Lucky odniosła go 

do samochodu, a Sam wyrzucił odpadki do pojemnika. 

– Chcesz juŜ wracać? – spytała. 
–  Skoro  tu  jesteśmy  –  odparł  z  rezygnacją  –  moŜemy  obejrzeć  resztę 

samochodów. 

Lucky  pomyślała,  Ŝe  jej  mali  bracia,  prowadzeni  siłą  do  dentysty, 

wykazywali  większy  entuzjazm.  Lecz  niech  Sam  nie  sądzi,  Ŝe  zrobi  mu  tę 
uprzejmość  i  zaproponuje  powrót.  Taki  piękny,  pogodny  dzień  na  świeŜym 
powietrzu  i  ciekawa  impreza,  przy  boku  Sama  sprawiały  jej  ogromną 
przyjemność. Skoro jemu tu się nie podoba, jego strata. 

Znowu rozpoczęli wędrówkę pomiędzy szeregami samochodów, lecz gdy 

Lucky przystanęła przy fordzie Fairlane, który ją zainteresował, i chciała Sama o 
coś zapytać, on juŜ był daleko. 

W pewnej chwili zamierzał przejść do następnego szeregu i nagle stanął jak 

wryty. Zobaczył przed sobą chyba najpiękniejszy samochód, jaki kiedykolwiek 
widział. Był to rolls-royce Silver Shadow z 1960 roku w stonowanym, brązowym 
kolorze.  Karoserię  miał  ozdobioną  wielkimi  reflektorami  i  dekoracyjną  osłoną 
chłodnicy.  Na  masce  umieszczone  były  dumnie  rozwarte  skrzydła  –  znany 
wszystkim znak firmy. 

Przez moment tylko wpatrywał się w zachwycie, lecz zaraz podszedł bliŜej, 

jakby popychany jakąś magnetyczną siłą. 

– Niezły, co? 
Sam odwrócił się, gdyŜ właśnie koło niego stanął jakiś męŜczyzna. 
–  Tylko  ktoś,  kto  nie  ma  oczu,  mógłby  go  tak  określić.  Jest  przepiękny. 

Pański? 

MęŜczyzna skinął głową. 
– Czy mógłbym zobaczyć, jaki jest wewnątrz? 
– Bardzo proszę. 
Sam  wsunął  głowę  do  środka  i  wdychał  mocny,  świeŜy  zapach  skóry. 

Deska  rozdzielcza  z  mahoniu  lśniła  blaskiem  pięknie  utrzymanego,  starego 
drewna. Słychać było tykanie zegarka, wciąŜ sprawnego, mimo upływu niemal 
trzydziestu  lat.  Urządzenia  na  tablicy  rozdzielczej  były  przestarzałe,  lecz 

background image

jednocześnie zadziwiająco znajome. 

Wyprostował  się  z  uśmiechem  i  zaczął  wypytywać  właściciela  o  róŜne 

szczegóły techniczne. 

Lucky znalazła Sama w kilka minut później. Właśnie jeden z samochodów 

przykuł jej uwagę. Oczywiście, rolls-royce. Ale co za rolls-royce! Podeszła bliŜej 
i  zobaczyła  Sama  rozmawiającego  z  jakimś  męŜczyzną.  I  chociaŜ  w  czasie  ich 
rozmowy nie zdołała dojść do słowa, jej nastrój uległ radykalnej poprawie. MoŜe 
ten dzień nie będzie całkiem stracony. 

– Bałam się, Ŝe będę musiała wyciągać cię stąd siłą – zaŜartowała, kiedy po 

trzech kwadransach Sam wreszcie był gotów do wyjścia. 

–  To  przecieŜ  ty  chciałaś,  Ŝebym  się  zainteresował  uŜywanymi 

samochodami. 

– To prawda i cieszę się, Ŝe tak się stało. 
– Ten rolls-royce jest naprawdę dziełem sztuki. 
– ChociaŜ taki stary? 
– Data produkcji nie ma tu nic do rzeczy – zaczął, lecz nie skończył myśli. 

– A moŜe ty chciałabyś zrobić mi wykład? 

– Ja? – uśmiechnęła się filuternie. – SkądŜe. 
– Zabawne, przysiągłbym, Ŝe właśnie to samo zamierzałaś mi powiedzieć. 
– Nie zwykłam się chełpić, nawet jeśli się okazuje, Ŝe mam rację, co się 

przypadkiem często zdarza. 

–  Nie  przeciągaj  struny  –  ostrzegł  Ŝartobliwie  –  bo  przypomnę  ci,  ile 

obejrzeliśmy  fordów  i  chevroletów,  zanim  natrafiliśmy  na  egzemplarz  godny 
uwagi. 

– Piękno jest w oku patrzącego. 
– Masz rację, tylko Ŝe niektóre dzieci znajdują uznanie wyłącznie w oczach 

własnej matki. 

Stłumiła  chichot.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  pod  jej  wpływem  Sam  zmienił 

poglądy. Z drugiej strony, czy i on równieŜ nie miał racji? 

– Nie moŜna ci odmówić prawa do takiej opinii. 
– Miło mi to słyszeć, poniewaŜ... 
Rozmowa  się  urwała,  gdyŜ  ich  uwagę  zwróciła  głośno  płacząca  mała 

dziewczynka,  stojąca  samotnie  koło  jednego  z  samochodów.  Tuliła  do  piersi 
mocno zniszczonego, pluszowego pieska. Na widok zbliŜającej się pary dziecko 
uniosło oczy z nadzieją, lecz po chwili zaczęło znowu zawodzić. Lucky ukucnęła 
przy małej i spytała: 

– Zgubiłaś się? 
Dziewczynka  skinęła  głową,  wargi  jej  drŜały  od  powstrzymywanego 

płaczu. 

– Chcesz, Ŝebyśmy ci pomogli odnaleźć rodziców? Mała pomyślała przez 

chwilę i odetchnęła głęboko. 

background image

– Nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi. 
– Jesteś bardzo mądrą dziewczynką – pochwaliła ją Lucky. – Ale moŜe tym 

razem, wyjątkowo, zgodziłabyś się, jak myślisz? 

– Nie wiem... 
–  Coś  ci  powiem.  Nie  będziemy  mówić  o  tobie.  Opowiedz  mi  o  swoim 

piesku. Czy ma jakieś imię? 

Dziewczynka  nieśmiało  skinęła  główką.  Spojrzała  na  pieska,  potem  na 

Lucky, i najwyraźniej podjęła decyzję, gdyŜ podała jej zabawkę. 

–  Nazywa  się  Fluffy.  Chcesz  go  potrzymać?  Sam  przypatrywał  się  w 

milczeniu, jak Lucky bierze pieska i przytula go do siebie. Im więcej się o niej 
dowiadywał,  tym  mniej  go  dziwiło,  Ŝe  tak  sobie  dobrze  radziła  ze  sprzedaŜą 
starych samochodów. To zadziwiające, jak szybko potrafiła z kaŜdym nawiązać 
kontakt.  Była  taka  bezpośrednia,  tak  bardzo  się  wszystkim  przejmowała,  więc 
ludzie odpłacali jej zaufaniem. Nawet ta przestraszona czterolatka, która siedziała 
teraz u niej na kolanach i radośnie szczebiotała. 

Nagle  z  całą  jasnością  uprzytomnił  sobie,  Ŝe  Lucky  była  zupełnie 

wyjątkową  kobietą.  Jedną  z  tych,  których  sama  obecność  sprawiała,  Ŝe  Ŝycie 
otaczających ją ludzi ulegało zmianie. 

Pod jej wpływem i jego Ŝycie z całą pewnością się zmieni. Świadomość tej 

nagle odkrytej prawdy była w równym stopniu niepokojąca, jak i emocjonująca. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 
–  Chodźmy  do  megafonu  –  zaproponowała  Lucky.  –  Jestem  pewna,  Ŝe 

chętnie nadadzą komunikat. 

– Co? – Sam spojrzał na nią nie bardzo przytomnie. – Och, tak, naturalnie. 
Po  kilku  minutach  zgłosili  się  przeraŜeni,  szukający  dziecka  rodzice. 

Lucky odprowadziła wzrokiem oddalającą się szczęśliwą rodzinę. 

– Na nas teŜ chyba czas – powiedziała. – Obejrzeliśmy prawie wszystko. 
– Prawie? – Sam postanowił trochę się z nią podroczyć. – Wydaje mi się, Ŝe 

nie ominęliśmy nawet metra kwadratowego tego wielkiego składowiska. 

– Ale się opłaciło. Pomyśl tylko, gdybyśmy wyjechali zaraz po lunchu, nie 

zobaczyłbyś rollsa. 

– Na pewno jakoś bym przeŜył. 
–  Zgoda  –  odparła  lekkim  tonem.  –  No,  a  co  ze  mną?  To  była  czysta 

przyjemność patrzeć, jak zaczynasz płonąć miłością do starego, ale wspaniałego 
samochodu. MoŜe jednak nie zatraciłeś w sobie całkiem poczucia piękna. 

Usiłował  dać  jej  klapsa,  ale  zręcznie  mu  umknęła.  Uśmiechnęła  się 

wyzywająco. 

– Natomiast refleks juŜ cię raczej zawodzi. 
– UwaŜasz, Ŝe jestem stary? 
– AleŜ skąd, po prostu niemrawy. 
– Zaraz ci pokaŜę, kto tu jest niemrawy. 
Lecz Lucky nie czekała na spełnienie obietnicy i pognała na parking. Puścił 

się  za  nią  w  pogoń.  Zastanawiał  się,  kiedy  właściwie  ostatnio  zdarzyło  mu  się 
flirtować z kobietą. Jak dawno stracił nadzieję, Ŝe czyjeś towarzystwo moŜe dać 
mu radość? 

Gdy Lucky dotarła do ostatniego rzędu samochodów, znalazł się tuŜ za nią. 

Dobiegła  do  hondy,  a  on  ze  śmiechem  złapał  ją  w  ramiona,  opierając  ręce  na 
masce samochodu. 

– Przegrałeś – oznajmiła triumfalnie. Jej roześmiane oczy wskazywały, jak 

bardzo cieszy się ze zwycięstwa. 

Nigdy jeszcze nie wydawała mu się tak piękna. 
–  No,  nie  wiem.  To  zaleŜy  od  punktu  widzenia.  Uśmiech  Sama  był  tak 

ciepły i czuły, Ŝe Lucky bez zastanowienia uniosła dłoń i powiodła palcami po 
obrzeŜu jego ust. Dotknął ich językiem. Zdumiona i przestraszona, spojrzała mu 
w oczy. Jej dłoń znieruchomiała. 

W następnej chwili była juŜ w jego objęciach. Dłonie Lucky znalazły się na 

barkach  Sama  i  przez  moment  nie  wiedziała,  czy  chce  go  odepchnąć,  czy 
przyciągnąć do siebie. Ale gdy Sam pochylił głowę, wspięła się na palce, unosząc 
ku niemu twarz. 

background image

Pod wpływem pieszczoty jego warg i języka krew zaczęła w niej krąŜyć w 

szaleńczym rytmie. śar słonecznych promieni zlewał się w jedno z gorejącym i 
narastającym  z  kaŜdą  chwilą  poŜądaniem.  Sam  nie  odrywał  warg  od  jej  ust. 
Trzymał  ją  przy  sobie  owładnięty  głodem  tej  kobiety  i  namiętnością  wprost 
oszałamiającą swą siłą. Miał niezwykłe uczucie, Ŝe posiada do niej prawo, prawo 
do jej ciała, które, wtulone w niego, stało się jakby jego częścią. 

Jedną dłoń przesunął w pieszczocie ku jej piersi, a ona wydała cichy jęk. 

Jednak w tej samej chwili doszedł go inny odgłos: zbliŜających się kroków i coraz 
głośniejszej rozmowy. Powoli wracała świadomość otaczającego świata. A wraz 
z  nią  napłynęła  zatrwaŜająca  myśl,  jak  bardzo  dał  się  ponieść  emocjom. 
Wstrząśnięty,  rozgorączkowany,  odsunął  się  trochę  i  spojrzał  na  Lucky  spod 
półprzymkniętych powiek. Wstrzymał oddech, aŜ odzyskał nad sobą panowanie. 

– Przepraszam – powiedział ochrypłym głosem. 
– Nie zamierzałem się tak zachować. 
–  To  dziwne.  –  Przechyliła  nieco  głowę  i  przyjrzała  mu  się  z  uwagą.  – 

Mogłabym przysiąc, Ŝe to ty mnie całowałeś. 

– No właśnie. Nie myślałem, Ŝe sytuacja tak mi się wymknie spod kontroli. 
W  pociemniałych  oczach  Sama  nadal  tlił  się  ogień,  a  na  wargach  błąkał 

niepewny uśmiech. Lucky uświadomiła sobie z przeraŜeniem, iŜ marzy tylko o 
tym, Ŝeby  go znowu całować,  choćby  to miało  się dziać  na  środku parkingu  w 
pełnym świetle dnia. 

Tylko w jeden sposób mogła poradzić sobie z tą fantazją: musiała udawać, 

Ŝ

e zupełnie nie ma na to ochoty. 

– Nie wyglądasz na męŜczyznę, który przeprasza kobietę za pocałunek – 

odezwała  się  lekkim  tonem.  Przeszła  koło  Sama  i  stanęła  przy  drzwiach 
samochodu. 

Odpowiedział jej, gdy juŜ oboje w nim siedzieli. 
– Zgadza się, nie mam takiego zwyczaju. 
– To nie zaczynaj teraz go wprowadzać. 
Lucky włoŜyła kluczyk do stacyjki i w tym momencie poczuła dłoń Sama 

na swej ręce. 

– Nie wracajmy jeszcze do domu – poprosił. – Dzięki tobie spędziłem miły 

dzień. Chciałbym się zrewanŜować. Zjedz ze mną kolację. 

– Nie mogę. 
– MoŜe nie okazałem się zbytnio towarzyski. 
– Zdziwiło go, Ŝe się usprawiedliwia i tak bardzo nie chce jeszcze się z nią 

rozstać.  Zanim  zdąŜyła  odpowiedzieć,  dodał:  –  Ale  dzisiaj  wieczorem 
przyrzekam poprawę. Zapomnimy o samochodach, nie będziemy ich oglądać ani 
o nich dyskutować... 

– Niestety – przerwała mu. – Naprawdę nie mogę. Mam inne plany. 
– Rozumiem. 

background image

Z jego miny wywnioskowała, Ŝe jednak nie rozumie. Podejrzewał, iŜ jest 

umówiona z innym męŜczyzną, a to przypuszczenie było najdalsze od prawdy. 

– Mam rodzinne spotkanie. 
– Z Marete? 
Lucky przecząco pokręciła głową, więc próbował dalej zgadywać. 
– Z Kenem? 
– Z Halem – odparła z uśmiechem. – To mój brat, właśnie się oŜenił. On i 

jego  Ŝona  Betty  wyprawiają  dziś  wieczorem  przyjęcie  dla  całej  rodziny  z  tej 
okazji. Betty uwielbia gotować i chyba nie przeraŜają jej tłumy Vanderholdenów. 
A nawet... – Lucky zamyśliła się na chwilę. – MoŜe byś się do nas przyłączył, 
skoro masz wolny wieczór? W domu Hala znajdzie się zawsze miejsce dla jeszcze 
jednego gościa. 

– To niemoŜliwe – odrzekł szybko. 
– Dlaczego? Mówiłeś, Ŝe nie jesteś zajęty. 
– No nie, ale... 
– Strach cię obleciał? 
– SkądŜe! 
–  Zatem  sprawa  załatwiona.  –  Uruchomiła  silnik  i  uśmiechając  się  do 

siebie,  rozmyślała  o  czekającym  ich  wieczorze.  Wyjątkowo  urodziwy  atleta  w 
konfrontacji z całym klanem Vanderholdenów. Nie wiadomo, jak przebiegnie to 
spotkanie, ale na pewno będzie ciekawe. 

 
Sam zastanawiał się, w co się właściwie wplątał. Stał w ogrodzie na tyłach 

domu Hala i Betty koło baryłki z piwem i popijając zimny napój, rozglądał się 
dokoła  z  zaciekawieniem.  Wiedział,  Ŝe  Lucky  ma  duŜą  rodzinę,  lecz  nie 
spodziewał się takiego tłumu. WciąŜ nowi ludzie wychodzili z domu do ogrodu, 
gdzie  po  jednej  stronie  ustawiono  stoliki  i  krzesła,  zaś  po  drugiej  imponującej 
wielkości grill. 

Lucky  przedstawiła  Sama  wszystkim  obecnym.  Zapamiętał  imiona 

pierwszych dwóch tuzinów osób i chociaŜ jako były sprzedawca miał naprawdę 
dobrą pamięć, przy następnych zrezygnował z tego syzyfowego trudu. 

Łudził się tylko nadzieją, Ŝe Lucky będzie gdzieś w pobliŜu i pomoŜe mu w 

identyfikacji członków rodziny. 

Początkowo rzeczywiście tak było, do momentu gdy jedna z sióstr Lucky, 

chyba Isabel, zaciągnęła ją do kuchni, gdzie Ŝeńska część klanu Vanderholdenów 
pochłonięta była przygotowywaniem uczty. 

Zdany na własne domysły, oparty o pień klonu, obserwował zebranych. W 

krótkim czasie zorientował się, Ŝe wielu z nich przygląda mu się z nie mniejszym 
zainteresowaniem i to bynajmniej nie siląc się na dyskrecję. Vanderholdenowie 
raczej nie grzeszyli nadmiarem delikatności. Teraz juŜ wiedział, co czuje jeleń w 
dniu otwarcia sezonu łowieckiego. 

background image

Nagle  kątem  oka  spostrzegł  coś  ruszającego  się  w  powietrzu.  ZdąŜył 

uchylić  głowę  i  w  tej  samej  chwili  kolorowy,  szybujący  dysk  uderzył  w  pień 
drzewa, po czym upadł na ziemię. Biegnący za zabawką ośmiolatek zatrzymał się 
na widok Sama. 

– To twoje? – Sam ukucnął, Ŝeby podnieść czerwony krąŜek. 
– Taak. – Chłopiec spuścił głowę. 
–  Co  się  mówi,  Brad?  –  odezwał  się  męski  głos.  Sam  uniósł  głowę  i 

zobaczył Franka. O ile się nie myli, to był drugi po najstarszym brat Lucky. 

– Dobrze, Ŝe nie dostał pan w głowę – wybąkał chłopczyk. 
– Brad, nie o to mi chodziło – powiedział Frank powaŜnym tonem. 
– Przepraszam, to juŜ się nie powtórzy. 
– I co jeszcze? 
– Dziękuje. – Brad porwał dysk z ręki Sama i uciekł. 
– Miły chłopiec – rzekł prostując się Sam. 
– Czasami – przyznał Frank. Napełnił swój kufel piwem. – Ale nieraz jest 

jak wrzód na... 

– Frank – przerwała mu kobieta, która właśnie się zjawiła. – Jak moŜesz? 

Sam  pomyśli  sobie  Bóg  wie  co.  –  Zwróciła  się  do  Sama  z  przyjacielskim 
uśmiechem. 

– Cześć, jestem Marete. Do tej pory byłam w kuchni. 
– Aha. Zajmujesz się wypiekiem ciast. 
– Raczej zmuszam do tego innych – wzruszyła ramionami. – To Lucky jest 

specjalistką. 

Sam  przypomniał sobie,  Ŝe  Lucky  mówiła  mu,  jak  bardzo starsza siostra 

chce ją wyswatać, i z trudem powstrzymał uśmiech. 

–  StrzeŜ  się  Marete  –  ostrzegł  Sama  scenicznym  szeptem  Ken,  który 

równieŜ się do nich przyłączył. – Ona jest dobrą organizatorką. Nie przyznawaj 
się, Ŝe coś potrafisz, bo zaraz cię zatrudni. 

–  Umiejętności  nie  są  niezbędne  –  odpowiedziała  Marete  najmłodszemu 

bratu ze słodkim uśmiechem. 

– Jak trzeba będzie posprzątać, takŜe niewykwalifikowani znajdą pracę. 
– A nie mówiłem? – spytał Ken radośnie. 
– Gdybym mógł w czymś pomóc... – zaczął Sam. 
– W kaŜdym razie nie teraz – przerwał mu Frank. 
– Sam dopiero co przyjechał, a poza tym jest naszym gościem. I do tej pory 

nie mieliśmy okazji do rozmowy. 

– Co u was słychać? – powitał ich Hal, napełniając swój pusty kufel. 
–  Wszystko  świetnie  –  odparł  Ken  z  wesołym  uśmiechem.  –  Frank  ma 

zamiar poddać znajomego Lucky przesłuchaniu trzeciego stopnia. 

– Ciii – Marete zgromiła brata wzrokiem – nikt cię nie pyta o zdanie. 
–  Ale  musicie  przyznać,  Ŝe  Lucky  nie  przyprowadza  codziennie  swoich 

background image

znajomych do domu. 

– Ken – przerwał mu szybko Frank – chyba mama cię woła. 
– Nie słyszałem. 
– AleŜ tak. – Marete popchnęła Kena w stronę domu. – Idź i sprawdź. 
Na  widok  niezadowolonej  miny  młodego  człowieka  Sam  z  trudem 

utrzymał  powagę.  Frank  odezwał  się  dopiero  po  odejściu  brata.  –  No  więc 
powiedz, jak poznałeś moją siostrę? 

Tymczasem  w  ogrodzie  pojawiła  się  Lucky  i  równocześnie  grupa  spod 

baryłki połączyła się z gromadą otaczającą roŜen. OŜywiona dyskusja dotyczyła 
właściwego  czasu  smaŜenia  hamburgerów.  Sam  –  z  natury  małomówny  i 
powściągliwy – nie mógł pozostać na uboczu, gdyŜ Vanderholdenowie przyjęli 
go  do  swego  grona  z  takim  entuzjazmem,  jakby  był  dawno  nie  widzianym 
krewnym. Uznał, Ŝe są miłą, kochającą się rodziną, a rodzeństwo łączyły wprost 
niezwykle bliskie więzi. Nawet ich utarczki były sympatyczne i nie pozbawione 
humoru. A poza tym, mimo niepodzielnie panującego zamętu, stoliki zostały juŜ 
nakryte i kolacja przygotowana. 

– Jak to wszystko wytrzymujesz? – spytała Lucky, gdy nakładali na talerze 

stosy przekąsek. 

– Chyba całkiem nieźle. Ale nie odpowiadam za siebie, jeŜeli jeszcze jedna 

osoba spróbuje wybadać, jakie mam wobec ciebie zamiary. 

– Czy naprawdę robią coś takiego? – W jej głosie brzmiało niedowierzanie. 
–  Z  całą  otwartością.  –  Sam  sięgnął  łyŜką  po  kolejną  porcję  sałatki.  – 

Dlaczego jesteś taka zdziwiona? PrzecieŜ mówiłaś, Ŝe Marete chce cię wydać za 
mąŜ. 

–  Tak,  ale  miałam  nadzieję,  Ŝe  wykaŜą  trochę  taktu,  zwłaszcza  Ŝe  przez 

dziesięć minut w kuchni groziłam okaleczeniem kaŜdemu, kto ośmieli się coś na 
ten temat napomknąć. 

–  Dzięki  za  troskę.  Jednak  Franka  i  Hala  musiałaś  pominąć,  a  Betty  i 

Marete, jeśli nawet wysłuchały twojego wykładu, to się nim zbytnio nie przejęły. 

– Zaraz się przekonamy. 
Sam  rozpoznał  złośliwy  błysk  w  jej  oczach,  taki  sam  jak  wtedy,  gdy 

przyszła do niego z tortem. 

– Co chcesz zrobić? 
–  Zobaczysz.  –  Lucky  odstawiła  talerz  i  wzięła  ze  stołu  pustą  szklankę. 

Weszła na krzesło i uderzając w nią łyŜeczką zawołała: 

–  Czy  mogę  prosić  o  chwilę  uwagi?  Stopniowo  gwar  cichł,  aŜ  wreszcie 

wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę. 

–  Chciałabym  złoŜyć  oświadczenie.  Podobno  jesteście  ciekawi,  dlaczego 

przyprowadziłam ze sobą Sama Donahue? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest 
moim  przyjacielem  i  sąsiadem,  nikim  więcej.  Po  drugie...  –  poczekała,  aŜ 
zapadnie kompletna cisza – ...byliśmy głodni. 

background image

Zeszła  z  krzesła  wśród  pohukiwań  i  gwizdów.  Jakby  nieświadoma 

utkwionego  w  niej,  niedowierzającego  spojrzenia  Sama,  odłoŜyła  szklankę  i 
łyŜeczkę, po czym zabrała ze stołu swój talerz. 

–  Wprost  nie  mogę  uwierzyć  w  to,  co  zrobiłaś  –  udało  mu  się  w  końcu 

wykrztusić. 

– Dlaczego? 
– Czy rzeczywiście sądzisz, Ŝe twoje oświadczenie połoŜy kres domysłom? 
– Oczywiście, Ŝe nie – odparła niefrasobliwie. – Ale juŜ nikt nie ośmieli się 

ciebie wypytywać. To mnie się zaczną czepiać. 

– I co wtedy? 
– Spokojnie. Radzę sobie z moją rodziną juŜ przez długie lata. 
Do  tej  pory  Sam  nie  sądził,  Ŝe  nieprzewidywalne  zachowanie  moŜna 

uznawać  za  zaletę  charakteru.  Lecz  teraz,  myślał  w  zadumie,  idąc  z  Lucky  do 
stolika, przy  którym  mieli  usiąść do kolacji,  był  wręcz oczarowany  jej  odwagą 
spontanicznego  działania.  Podobnie  jak  poprzednio  niespodziewanie  dla  niego 
okazaną czułością wobec zagubionego dziecka. 

Lucky zdawała się zupełnie nie przejmować, Ŝe w efekcie jej niezwykłego 

wystąpienia  wszystkie  oczy  skierowały  się  w  ich  stronę.  Szła wyprostowana,  z 
podniesioną  głową,  choć  przy  stolikach,  które  mijali,  rozmowy  od  razu  cichły. 
Kiedy  juŜ  doszli  do  swojego  miejsca,  uniosła  dłoń  i  pogroziła  zebranym 
ostrzegawczo palcem. 

– Bądźcie grzeczni. Mamy gościa. – A zwracając się do Sama, powiedziała 

specjalnie głośno: – Zrobiłam, co mogłam. Oni nie mają złych zamiarów, są tylko 
najbardziej wścibską bandą pod słońcem. 

–  To  określenie  bardzo  mi  się  nie  podoba  –  zawołał  Hal,  gdy  Lucky  z 

Samem usiedli przy stoliku. 

– Być moŜe – odkrzyknęła Lucky. – Ale nie usłyszałam zaprzeczenia. 
Podniósł się gwar głosów i zgromadzeni z nowym zapałem rzucili się w 

wir  dalszych  rozmów.  Sam  zadowolony,  Ŝe  przestał  być  tematem  publicznej 
debaty,  uświadomił  sobie,  Ŝe  powoli,  lecz  nieuchronnie  poddawał  się  urokowi 
Lucky. Kto wie, co by się stało, gdyby nagle znaleźli się sami... 

– Proszę o uśmiech! 
Sam  podniósł  wzrok  i  zobaczył  wymierzony  w  siebie  obiektyw  aparatu 

fotograficznego,  który  trzymała  młoda,  drobna  kobieta  o  figlarnym  spojrzeniu, 
stojąca przy ich stoliku. 

–  Chyba  nie  poznałeś  jeszcze  Janice.  –  Lucky  uśmiechnęła  się  w  blasku 

flesza. – Jest samozwańczą kronikarką rodziny. Nigdzie nie rusza się bez aparatu. 

–  Dobrze  wychodzą  mi  zdjęcia  grupowe  –  stwierdziła  siostra  Lucky.  – 

Teraz teŜ kilka zrobię. 

Gderając dobrotliwie, zebrani zaczęli gromadzić się rodzinami. Janice nie 

czekając, aŜ się ustawią, starała się ich uchwycić w naturalnych sytuacjach. Hal 

background image

został utrwalony na kliszy, gdy właśnie Ŝartobliwie groził Betty kolbą kukurydzy 
tuŜ  przed  samym  jej  nosem.  Rodziców  Janice  sfotografowała  w  trakcie 
ukradkowego  pocałunku.  Kiedy  przyszła  pora  na  Sama  i  Lucky,  on  objął  ją  w 
pasie i połaskotał. 

Janice przyjrzała się Samowi i mrugnęła do Lucky wesoło. 
–  Nadaje  się  –  zawyrokowała  na  odchodnym.  Lucky  nie  mogła 

powstrzymać śmiechu na widok miny Sama. 

–  Ostrzegałam  cię.  Dla  mojej  rodziny  nie  ma  właściwie  Ŝadnych 

zastrzeŜonych sfer prywatności. 

–  Właśnie  to  zauwaŜyłem.  Umówiłem  się  z  jedną  z  Vanderholdenów,  a 

wydaje mi się, Ŝe mam randkę z całym klanem. 

– Nie przejmuj się. Przy odrobinie szczęścia niedługo ograniczymy się do 

znośnej liczby osób. 

Sam powiódł wokół sceptycznym spojrzeniem. 
– Naprawdę uwaŜasz, Ŝe oni wszyscy szybko się wyniosą? 
– Nie... – Głos Lucky zabrzmiał ciepło i trochę ochryple, jakby dźwięczała 

w nim zapowiedź jakiejś obietnicy. – My moŜemy to zrobić. 

Lucky  takŜe,  podobnie  jak  jej  krewni,  obserwowała  Sama  przez  cały 

wieczór,  z  tą  róŜnicą,  Ŝe  w  jej  wzroku  nie  było  ciekawości,  lecz  niekłamane 
uznanie.  Postawiła  Sama  w  dość  niezręcznym  połoŜeniu,  a  on  wyszedł  z  tego 
obronną  ręką.  Doskonale  wiedziała,  jak  bardzo  jej  bliscy  potrafią  onieśmielić 
kogoś obcego. Robiła, co mogła, Ŝeby Sama ochronić, a jej wysiłki okazały się w 
końcu zupełnie niepotrzebne. 

Był jak zwykle spokojny, grzeczny i całkowicie opanowany. I ta właśnie 

jego postawa pobudzała jej wyobraźnię, gdy rozmyślała o cudownej chwili, kiedy 
znajdą się tylko we dwoje. Pragnęła znowu trzymać go w ramionach, pozbawić 
tej maski, w której ukazywał się światu, i ponownie poczuć drŜenie jego ciała. 

Dotknęła palcami jego ramienia. 
– A moŜe wolałbyś zostać... 
W odpowiedzi usłyszała jedynie cichy, zmysłowy śmiech, pod wpływem 

którego jej serce zabiło jak oszalałe. 

Po dziesięciu minutach poŜegnali się i wyszli z przyjęcia. Wkrótce znaleźli 

się przed domem Sama. Nawet nie spytał, czy wejdzie, po prostu wziął ją za rękę 
i wprowadził do środka. 

– Chcesz się czegoś napić? – zapytał. 
– MoŜe być kawa? 
–  Oczywiście.  –  Poczęstował  Lucky  kruchymi  czekoladowymi 

ciasteczkami, jedno z nich włoŜył do ust i poszedł zaparzyć kawę. Jeśli chodzi o 
niego, jedzenie i picie były mało istotne, gdy juŜ wreszcie miał Lucky wyłącznie 
dla siebie. 

Przyniósł  kawę  i  usiedli  razem  na  sofie.  Lucky  mieszała  zawzięcie 

background image

łyŜeczką aromatyczny płyn. Tak bardzo chciała być tylko z Samem, a kiedy tak 
się  stało,  całkowicie  opuściła  ją  pewność  siebie.  Miała  sucho  w  ustach,  a  jej 
dłonie  były  zimne  i  spocone.  Nagle  doszła  do  wniosku,  Ŝe  rozmowa  będzie 
najbezpieczniejszym rozwiązaniem. 

– No więc – zaczęła z oŜywieniem – poznałeś całą moją rodzinę. Co o nich 

myślisz? 

– Nie mówmy teraz o nich. 
– Nie spodobali ci się? 
– Nie o to chodzi – odparł cicho. – W tym momencie to po prostu niewaŜne. 
– Och. – Lucky upiła łyk kawy. 
– Lucky, czy dobrze się czujesz? 
– Świetnie. – Jej głos dziwnie się załamał. 
– Właśnie widzę. – Kąciki ust Sama zadrŜały w uśmiechu, gdy wyjmował z 

jej rąk filiŜankę i stawiał na stoliku. 

Przypadkowe  dotknięcie  palców  Sama  wystarczyło,  Ŝeby  krew  zaczęła 

szybciej  krąŜyć  w  jej  Ŝyłach.  Nie  była  juŜ  zdenerwowana.  Całymi  tygodniami 
toczyła z Samem walkę, aŜ iskry leciały, a przecieŜ jednocześnie coraz bardziej ją 
pociągał, i wreszcie okazało się, Ŝe marzy tylko o uścisku jego ramion. 

Popatrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami. 
– I co teraz? 
Przysunął się do niej tak, Ŝe dotykali się biodrami i udami. Pogładził ją po 

policzku, a potem rozwichrzył jej włosy palcami. 

– Znasz odpowiedź. 
Znała, lecz chciała ją usłyszeć. 
– Powiedz mi. 
– Teraz – szepnął – będę cię całować. 
Powoli  zbliŜył  wargi  do  jej  ust.  Te  wargi  były  miękkie,  gorące  i  trochę 

pachniały  czekoladą.  Ich  dotyk  był  zdecydowany  i  elektryzujący.  Serce  Lucky 
odpowiedziało łomotem. 

Jak  to  się  stało,  myślała,  Ŝe  Sam  tak  szybko  wzbudził  w  niej  płomień 

poŜądania.  Zwłaszcza  Ŝe  ledwie  go  znała,  a  poza  tym  częściej  był  jej 
przeciwnikiem  niŜ  przyjacielem.  W  przeszłości tego typu odczucia narastały  w 
niej  powoli,  jako  naturalna konsekwencja  coraz  bardziej  zaŜyłych  stosunków z 
męŜczyzną.  A  mimo  to  jej  obecne  doznania  tak  się  miały  do  poprzednich 
doświadczeń, jak poŜar buszu do palącej się zapałki. 

Nie zamierzała się nad tym dłuŜej zastanawiać. Rozchyliła wargi i poddała 

się  zaborczej  i  pełnej  słodyczy  pieszczocie  jego  języka.  Tak,  tego  właśnie 
pragnęła, och, jak bardzo. 

Sam zanurzył palce w jej włosy, a potem przesuwał dłoń wzdłuŜ szyi, w 

stronę piersi. Lucky osunęła się na sofę i przyciągnęła go do siebie. Przywarł do 
niej z cichym jękiem. Jak dobrze, pomyślała. Miała wraŜenie, Ŝe jej ciało zostało 

background image

stworzone  dla  niego.  Westchnęła  z  rozkoszy,  gdy  Sam  objął  jej  pierś  dłonią. 
PołoŜyła  na  niej  swoją  i  przycisnęła  ją,  Ŝeby  jeszcze  spotęgować  cudowne 
doznanie. 

Wydawało  się,  Ŝe  Lucky  jest  oszołomiona  własną  pasją,  z  jaką 

odpowiadała  na  jego  pieszczoty...  i  nadal  w  głębi  duszy  niezdecydowana.  Sam 
odetchnął  głęboko,  oderwał  się  od  niej  i  usiadł.  Patrzył,  jak  Lucky  otwiera 
rozmarzone i  prawie nieprzytomne  oczy.  Wyciągnęła  ku niemu  rękę,  zawahała 
się i ujęła go za ramię. 

– Co się stało? 
– To nie w porządku. 
– Nie rozumiem. – Lucky równieŜ usiadła. – Myślałam, Ŝe ty... Ŝe my... – 

zamilkła na moment, po czym szybko zakończyła: – ...poŜądamy siebie. 

– Tak, Lucky – głos Sama był zdławiony – pragnę cię aŜ do bólu. Ale nie 

chcę cię uwieść. Obojgu nam potrzeba czasu, Ŝeby poznać nasze uczucia. 

Lucky  ze  zmarszczonymi  brwiami  rozwaŜała  jego  słowa.  Miał  rację. 

Została uwiedziona jego inteligencją, błyskotliwością, wraŜeniem, jakie na niej 
robiło jego zgrabne, szczupłe ciało, i urokiem szarych oczu. Lecz przecieŜ miała 
teŜ pewne zastrzeŜenia. 

Sam całkowicie róŜnił się od znanych jej w przeszłości męŜczyzn, którzy 

najpierw byli jej przyjaciółmi, a dopiero później kochankami. Wiedziała, czego 
moŜe  od  nich  oczekiwać,  czuła  się  z  nimi  bezpieczna.  A  jeśli  jej  ówczesne 
doznania seksualne były  jedynie nieco przyjemniejsze od trzęsienia ziemi, cóŜ, 
widocznie tak to musiało być. 

Z Samem wszystko wyglądało inaczej. Nie wiedziała, czego się moŜe po 

nim spodziewać. Pod względem intelektualnym stanowił dla niej wyzwanie. W 
sferze erotycznej potrafił jak nikt przyprawić ją o zawrót głowy. A uczucie? To 
się dopiero okaŜe. 

Demonstracyjnie  zaczęła  wygładzać  ubranie.  Gdyby  paliła,  to  właśnie 

teraz  byłby  wymarzony  moment  na  papierosa.  Sięgnęła  po  ciasteczko  jako 
namiastkę i popiła je letnią kawą. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 
– Ona znowu zaczyna! – Sam wpadł jak burza do salonu wystawowego z 

popołudniową gazetą w ręku. 

Joe  Saks,  starszy  sprzedawca,  podniósł  głowę  znad  leŜących  na  biurku 

faktur. 

– Kto? 
– Lucky Vanderholden, a któŜ by? Oczy Sama ciskały błyskawice. 
– Wymyśliła sobie nową formę reklamy. Spójrz na to. 
Gazeta  poszybowała  w  powietrzu  i  wylądowała  na  biurku,  rozrzucając 

porządnie  poukładane  stosy  rachunków.  Joe  posłusznie  przebiegł  wzrokiem 
nagłówki. 

– „Filadelfijskie zoo przygarnia osieroconego tygryska”. Co to ma... 
– Nie to – warknął Sam. – Tutaj. – Wskazał palcem na rzucające się w oczy 

ogłoszenie, zajmujące ćwierć strony. 

Joe przeczytał szybko pierwsze wiersze i spojrzał na Sama. 
– To jest zawiadomienie o jakimś letnim festynie. I co z tego? 
– Czytaj dalej. 
– Zapraszamy wszystkich i kaŜdego z osobna – czytał Joe na głos. – Będą 

klauni,  gry,  diabelski  młyn  i  inne  atrakcje.  Zabawa  dla  całej  rodziny...  –  Joe 
zmarszczył brwi. – Nadal nie rozumiem. 

–  Spójrz  na  adres  –  powiedział  Sam,  z  trudem  powstrzymując 

zniecierpliwienie. Pochylił się nad gazetą i wyręczył Joe’ego. – Odbędzie się przy 
Front Street numer 689 w siedzibie firmy Lucky Vanderholden „Najpiękniejsze 
Modele Minionych Sezonów”. 

Wzniósł oczy do nieba. 
–  Ona  ma  zamiar  urządzić  to  idiotyczne  przedstawienie  tuŜ  pod  naszym 

bokiem! 

–  Na  to  wygląda.  –  Joe  przeczytał  wskazany  przez  Sama  fragment 

ogłoszenia. 

– Chyba nie myśli o tym serio – rzekł Sam po chwili, lecz nawet w jego 

uszach to stwierdzenie nie zabrzmiało przekonująco. 

–  Ta  pani  zarabia  na  Ŝycie  sprzedaŜą  uŜywanych  samochodów.  Taka 

niezwykła forma promocji prawdopodobnie przysłuŜy się jej interesom. 

– A przy okazji przewróci wszystko do góry nogami w sąsiedztwie. 
– MoŜe wcale nie o to jej chodzi. 
– Przekonamy się o tym! – Sam wykręcił się na pięcie i ruszył ku drzwiom. 
– Gdyby był pan potrzebny... – zawołał za nim Joe. 
– Będę obok. 
Przy  takim  obrocie  spraw  trzeba  będzie  zrobić  furtkę  w  tym  piekielnym 

background image

płocie, pomyślał Sam ze złością, kierując się w stronę ulicy. 

Podczas  trzech  dni,  które  minęły  od  ostatniego  spotkania  z  Lucky,  jego 

myśli stale krąŜyły wokół jej osoby. Nawet w pracy, mimo niezwykłej zdolności 
koncentracji,  dzięki  której  zwykle  potrafił  skupić  się  wyłącznie  na  sprawach 
zawodowych, na obrzeŜach jego świadomości stale był obecny obraz Lucky. 

JuŜ kilkanaście razy sięgał po telefon i za kaŜdym razem cofał rękę. Lucky 

potrzebuje więcej czasu, aby przyzwyczaić się do myśli, Ŝe między nimi coś się 
waŜnego wydarzyło. I prawdę mówiąc, on takŜe. Musi stanąć twarzą w twarz z 
tym  nieoczekiwanym,  głębokim  uczuciem,  które  w  nim  wzbudziła.  Powinni 
zastanowić się oboje nad istotą ich znajomości i zdecydować, dokąd zmierzają. 
Być  moŜe,  Ŝe  w  ogóle  nic  ich  nie  będzie  łączyć  w  przyszłości.  Przynajmniej 
dopóki nie wyjaśnią sobie paru spraw. 

 
Lucky właśnie rozmawiała z mechanikiem, Clemem Greeleyem, w małym 

garaŜu na tyłach biura, kiedy wkroczył tam Donahue niczym Indianin na wojenną 
ś

cieŜkę. 

– Sam – powitała go – co za miła niespodzianka. 
– Niemiła. – Chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. – Muszę z 

tobą porozmawiać. Natychmiast. 

– Zaraz, chwileczkę – wtrącił się Clem. Nie podobała mu się mina intruza, 

a jeszcze mniej władczy uścisk jego dłoni na ramieniu szefowej. 

– Nie ma powodu do niepokoju – zapewniła go Lucky. – Sam Donahue i ja 

jesteśmy przyjaciółmi. 

– Nie wydaje się być przyjacielsko usposobiony. Lucky w duchu przyznała 

mu rację, lecz właśnie ze względu na niego udawała, Ŝe nic złego się nie dzieje. 

–  Clem,  to  jest  pan  Donahue,  nasz  sąsiad.  Sam,  przedstawiam  ci  Clema 

Greeleya, mego mechanika. 

Obaj męŜczyźni uścisnęli sobie dłonie, acz niechętnie. 
–  JeŜeli  nie  masz  nic  przeciwko  temu  –  mówił  Sam  z  wymuszoną 

układnością – to nalegałbym, Ŝebyś niezwłocznie porozumiała się ze mną w paru 
sprawach. 

–  Oczywiście.  –  Lucky  zwróciła  się  do  Clema.  –  I  tak  juŜ  właściwie 

skończyliśmy, prawda? 

Mechanik skinął głową. Odprowadził wychodzących z garaŜu wzrokiem i 

powiedział: 

– Gdybym był ci potrzebny, zawołaj. Jestem na miejscu. 
– Dziękuję, Clem. – Lucky odwróciła się i przesłała mu ciepły uśmiech. – 

Jestem pewna, Ŝe wszystko się wyjaśni. 

Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi kantoru, Lucky spojrzała na Sama 

wściekłym wzrokiem. 

– O co chodzi? Do głowy by mi nie przyszło, Ŝe potrafisz zachowywać się 

background image

jak jaskiniowiec. 

– I słusznie – odparł zachmurzony. Puścił ramię Lucky i z przeraŜeniem 

zobaczył czerwony ślad swoich palców. 

Zawsze  szczycił  się  opanowaniem  i  umiejętnością  powściągania  emocji, 

choćby  nawet  w  obliczu  najbardziej  oczywistej  prowokacji.  Wobec  Lucky  nie 
umiał zachować zwykłej powściągliwości. To go zbijało z tropu i niepokoiło. 

Lucky  przysiadła  na  krawędzi  biurka,  z  trudem  powstrzymując  się  od 

rozmasowania bolącej ręki. 

– CóŜ tak nie cierpiącego zwłoki cię sprowadza? 
– Jest pewna drobna kwestia związana z letnim festynem. – Sam przeszedł 

do sedna sprawy. Wypowiedział te słowa powoli i z naciskiem. 

– Słucham. 
–  W  dzisiejszej  gazecie  przeczytałem,  Ŝe  masz  zamiar  urządzić  taką 

zabawę. 

– To prawda. Czy widzisz w tym coś złego? 
– Coś?! – zagrzmiał Sam, nie wierząc własnym uszom. – Wszystko! 
Lucky  najchętniej  schowałaby  się  pod  biurkiem.  Nie  widziała  Sama  tak 

zagniewanego od ich pierwszej kłótni wywołanej telewizyjną reklamą. Ale wtedy 
była przygotowana na stawienie mu czoła. Tym razem w ogóle nie podejrzewała, 
Ŝ

e moŜe tak zareagować. 

Oparła dłonie o blat biurka i patrząc na Sama obojętnym wzrokiem, spytała 

po prostu: 

– Dlaczego? 
–  Po  pierwsze,  tego  typu  impreza  zamieni  całą  pobliską  okolicę  w  jakiś 

gigantyczny cyrk. 

– To nie będzie cyrk, tylko festyn – odpowiedziała spokojnie. 
Ona chyba udaje głupią. PrzecieŜ niemoŜliwe, Ŝeby nie wiedziała, o co mu 

chodzi. 

– Cyrk czy festyn, co za róŜnica? Tak czy siak ten pomysł jest śmieszny. 

Wytworzy niewłaściwy wizerunek... 

–  MoŜe  ty  tak  uwaŜasz.  –  Lucky  uśmiechnęła  się  lekko.  Teraz  juŜ 

zaczynała rozumieć jego obiekcje. Co wcale nie oznaczało, Ŝe się z nim zgadzała. 
– Moi klienci uwielbiają takie zabawy. 

Sam wymamrotał pod nosem przekleństwo. Tym razem miał do czynienia 

z inną stroną cechy, którą jeszcze tak niedawno u Lucky podziwiał – zdolnością 
spontanicznego  i  nieprzewidywalnego  zachowania.  No  tak,  pomyślał,  moŜna 
lekcewaŜyć niebezpieczeństwo, dopóki nie zagraŜa nam osobiście. 

Powinien był zainteresować się jakąś miłą księgową. Albo sympatyczną, 

uległą  bibliotekarką.  KaŜdą,  byle  nie  tą  piwnooką  blondynką,  która  miała 
szczególną  zdolność  wywoływania  wokół  siebie  zamętu  i  wykazywała 
wyjątkowy talent do działania mu na nerwy. 

background image

– To Ŝaden argument. Chyba nie sądzisz, Ŝe sobie z tym poradzisz? – raczej 

stwierdził, niŜ spytał. – Gdzie znajdziesz miejsce na to wszystko? 

–  Nie  ma  obaw.  Dzięki  reklamie  moje  zapasy  znacznie  zmalały.  W 

przeddzień festynu przestawię samochody na tyły parkingu i zyskam miejsce na 
stragany, diabelski młyn i zabawę. 

–  I  tak  ludzie  będą  się  wszędzie  włóczyć.  Nawet  jeśli  odstawisz 

samochody,  małe  dzieciaki  z  cukrową  watą  wdrapią  się  na  maski,  a  starsze 
powłaŜą do środka, Ŝeby się wszystkiemu przyjrzeć z bliska. 

– I co z tego? – Lucky obeszła dookoła biurko i usiadła na krześle. – W 

końcu  samochody  są  do  oglądania.  Nic  im  się  nie  stanie,  nawet  jak  się  trochę 
przybrudzą. 

Sama myśl, Ŝe jego lśniące auto mogłoby zostać potraktowane z podobną 

bezceremonialnością, była nie do przyjęcia. PrzecieŜ to niemoŜliwe, Ŝeby Lucky 
zupełnie nie przejmowała się swoimi samochodami. Powoli zaczynał rozumieć, 
Ŝ

e przegrywa tę bitwę, lecz ze zwykłego uporu nie zamierzał jeszcze się poddać. 

– A gdzie przyjezdni będą parkować samochody? 
Lucky  zastanawiała  się  przez  moment.  Sam  zadawał  jej  pytania  z 

przebiegłością  prowincjonalnego  prokuratora,  biorącego  świadka  w  krzyŜowy 
ogień  pytań.  Jednak  nie  poczuwała  się  do  Ŝadnej  winy  i  nie  zamierzała  się 
zachowywać, jakby zrobiła coś złego. 

–  Chyba  na  ulicy.  To  nie  jest  idealne  rozwiązanie,  ale  najlepsze  w  tych 

okolicznościach.  W  zeszłym  roku,  gdy  twój  teren  był  jeszcze  pusty,  wszyscy 
oczywiście tam parkowali, jednak teraz... 

– W zeszłym roku? Chcesz powiedzieć, Ŝe juŜ coś takiego urządzałaś? 
– Naturalnie, czterokrotnie. Jak dotąd, zawsze z duŜym powodzeniem. 
– Tak, oczywiście – warknął ze złością. JuŜ Ŝadne logiczne i przekonujące 

argumenty nie mogły zmienić jej decyzji. Lucky z pewnością zrealizuje ten swój 
zupełnie  niedorzeczny  pomysł,  a  on  najprawdopodobniej  teŜ  zostanie  w  to 
wplątany. 

Skierował się w stronę drzwi, lecz nie mógł sobie odmówić wystrzelenia 

poŜegnalnego pocisku. 

– Czego się nie robi dla niewielkiej, darmowej reklamy, co? 
Lucky zamarła. 
– Coś ty powiedział? 
– PrzecieŜ słyszałaś. – Sam zatrzymał się w progu i spojrzał w jej stronę. – 

JeŜeli  w  przyszłości  będziesz  zamierzała  urządzać  podobnie  zwariowaną  hecę, 
uprzedź mnie o tym, dobrze? 

– Hecę? – powtórzyła z niedowierzaniem. – UwaŜasz, Ŝe to rodzaj reklamy, 

która ma mi przysporzyć klientów? 

– A czy tak nie jest? Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 
–  Musisz  wiedzieć,  Ŝe  ten  festyn  nie  ma  nic  wspólnego  z  jakąkolwiek 

background image

reklamą. Chodzi o poparcie wyjątkowo szlachetnej idei. 

–  Jakiej  to?  Zgromadzenia  funduszy  na  reperację  uŜywanych 

samochodów? 

– Nie – odparła przez zaciśnięte zęby – dla Fundacji realizującej program 

„Cloverdale na rzecz wyrównania szans”. 

– Doskonała nazwa – powiedział z zadowoloną miną. – Czy ma zatem na 

celu doprowadzenie starych samochodów do pierwotnej sprawności? 

– Nie chodzi o samochody, Sam, lecz o dzieci. 
–  Lucky  z  satysfakcją  śledziła,  jak  pod  wpływem  jej  słów  zmienia  się 

wyraz twarzy Sama. 

– Jakie dzieci? 
–  No,  wiesz  –  Lucky  mówiła  celowo  lekkim  tonem  –  o  te  z  uboŜszych 

rodzin  ze  śródmieścia  Filadelfii.  Fundacja  chce  zapewnić  im  wakacje  poza 
miastem.  MoŜna  wynająć  domy  dla  całych  rodzin  albo  opłacić  koszt  letnich 
obozów. 

– I dlatego organizujesz festyn? – Sam z trudem wydobywał z siebie słowa. 
Lucky skinęła głową. 
– To dlaczego mi nie powiedziałaś? 
– Nie pytałeś. – Spojrzała na niego z wyrzutem. 
– Od kiedy to czekasz, aŜ cię zapytają? – Odpowiedział jej takim samym 

spojrzeniem. 

–  Dobrze,  moŜe  powinnam  była  o  tym  wspomnieć,  ale  zakładałam,  Ŝe 

wiesz, przecieŜ taki festyn odbywa się od pięciu lat. 

– Ale ja się tu sprowadziłem dopiero ubiegłej zimy – przypomniał. 
– Poza tym w ogłoszeniu była z pewnością mowa o programie Fundacji. 
Być  moŜe,  pomyślał  Sam.  Właściwie  nie  przeczytał  go  do  końca, 

wystarczyło nazwisko Lucky i adres, by się wściekł. 

– Czy teraz odwołasz te śmieszne zarzuty? 
– Nie ma mowy – odparł bez cienia wahania – nadal jestem zdania, Ŝe nie 

masz wystarczająco duŜo miejsca na taką imprezę. 

– W przeszłości nie było Ŝadnych kłopotów. 
– Nie było teŜ mojej firmy. A teraz jest. 
– Szkoda, Ŝe stoi to ogrodzenie... – zaczęła Lucky. 
– Lucky – przerwał jej – nawet o tym nie myśl. 
– Dobrze, nie dotknę twojego drogocennego płotu. 
– A co z ubezpieczeniem? – spytał nagle. 
– Załatwione. 
– A dodatkowe oświetlenie? Będzie potrzebne, jeŜeli festyn nie zakończy 

się przed zmrokiem. 

–  Zamówione.  –  Lucky  przemilczała,  Ŝe  w  ubiegłym  roku  zabawa 

skończyła się dobrze po północy. 

background image

– Ochroniarze. 
–  Umówieni.  Słuchaj,  Sam  –  Lucky  nie  próbowała  juŜ  ukryć  irytacji  – 

wiem, co robię. Zaufaj mi. 

– To samo powiedział kapitan „Titanica”. 
–  Chwała  mu  –  warknęła.  Narastała  w  niej  złość.  Sam  nie  miał  prawa 

traktować  jej  jak  nieobliczalne  dziecko,  które  trzeba  pilnować,  Ŝeby  nie 
wyrządziło szkody. PrzeŜyła zupełnie dobrze trzydzieści lat bez jego pomocy i 
jest nadzieja, Ŝe przez następnych trzydzieści teŜ się jej uda. 

Ostentacyjnie otworzyła szufladę biurka i wyjęła księgę rachunkową. 
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – odezwała się uszczypliwym tonem – 

chciałabym trochę popracować. 

– Naturalnie. – Pomachał jej ręką na poŜegnanie. 
 
Lucky rzeczywiście była dobrze przygotowana do festynu, jednak zostało 

jeszcze do załatwienia sporo drobnych spraw organizacyjnych. 

Następnego dnia rano prawie nie było klientów, więc zostawiła firmę na 

barkach Cierna i pojechała do siedziby Fundacji. Właśnie wchodziła na schody 
budynku, kiedy otworzyły się drzwi, a w nich ukazał się Sam. 

Czy  jego  obecność  w  tym  miejscu  jest  całkiem  przypadkowa?  – 

zastanawiała  się.  Czy  nie  wiąŜe  się  ze  sprawą  festynu?  Poprzedniego  dnia  nie 
bardzo  się  przejęła  awanturą.  A  moŜe  postanowił  poskarŜyć  się  kierownictwu 
Fundacji? – pomyślała prawie z przeraŜeniem. 

– Co tutaj robisz? – spytała bez wstępów. 
– Właśnie wychodzę – odparł z uśmiechem. Z zadowoleniem zauwaŜył, Ŝe 

teraz dla odmiany Lucky jest wytrącona z równowagi. Przytrzymał jej drzwi, lecz 
ona nadal stała na schodach. – Wchodzisz? 

–  Za  chwilę.  –  Popchnęła  drzwi  i  spojrzała  na  niego  podejrzliwie.  – 

Rozmawiałeś z ludźmi z Fundacji? 

–  Tak.  Bardzo  mili.  Opowiedzieli  mi  o  swoich  planach.  ZałoŜyli  sobie 

chwalebne cele. 

– Więc dlaczego chcesz mi przeszkodzić w organizowaniu festynu? 
– Ja? 
–  Tak.  Chyba  to  ty  wczoraj  wpadłeś  jak  bomba  do  mojego  biura  i 

grzmiałeś, aŜ się mury trzęsły. 

– Przyznaję, zareagowałem trochę zbyt porywczo. 
– Trochę?! – przerwała mu gwałtownie. 
– Wówczas nie wiedziałem, o co chodzi. Obecnie sytuacja się zmieniła. 
– A więc uwaŜasz urządzenie festynu za dobry pomysł? 
– Oczywiście, Ŝe nie. – Spojrzał na nią spod oka. – JeŜeli zrealizujesz swoje 

plany, nie zdziwiłbym się, gdyby nasze tereny zostały obrócone w perzynę. 

– Przyszedłeś tu na skargę? 

background image

–  Nie,  właściwie  zaproponowałem  swoją  pomoc.  Odpowiedziała  mu 

szybko, Ŝeby ukryć zdumienie. 

–  Jak  grzecznie  poprosisz,  na  pewno  pozwolą  ci  obsługiwać  stoisko  z 

napojami. 

–  Dzięki,  wezmę  tę  sugestię  pod  uwagę.  Ale  raczej  chodziło  mi  o  coś 

bardziej efektywnego. 

–  Udostępnisz  swój  parking?  –  spytała  z  nadzieją  w  głosie,  lecz  Sam 

potrząsnął przecząco głową. 

–  Byłoby  to  moŜliwe,  gdybyś  mnie  wcześniej  uprzedziła.  Niestety,  nie 

mam wolnego miejsca – odparł ze starannie ukrywaną ulgą. 

– Więc co zamierzasz zrobić? 
– Dom Handlowy Donahue ofiaruje samochód na loterię. 
– Jeden z twoich samochodów? 
–  No  a  z  czyich?  –  Sam  spojrzał  na  nią  łagodnie  jak  na  opóźnione  w 

rozwoju dziecko. 

– Poświęcisz mercedesa? 
–  Nie,  BMW.  Co  prawda,  jest  trochę  za  późno  na  właściwe 

rozreklamowanie  loterii,  ale  ludzie  z  Fundacji  uwaŜają,  Ŝe  jeszcze  się  uda 
rozprowadzić duŜo losów. 

– Pewno tak. – Lucky aŜ gwizdnęła cicho. – Wspaniałomyślny gest. 
–  Dla  dobra  sprawy.  Poza  tym  festyn  ma  się  odbyć  w  najbliŜszym 

sąsiedztwie mojej firmy, więc nie moŜemy pozostać całkiem bezczynni. 

–  Rozumiem  –  odparła  oschłym  tonem.  –  Gdybyś  nie  uczestniczył  w 

dobroczynnej imprezie, twoja kupiecka reputacja doznałaby uszczerbku. 

– To prawda – przyznał, jednak nie miał zamiaru połknąć haczyka, który 

mu podsuwała. – NiezaleŜnie od tego z ogromną przyjemnością przyjdziemy z 
pomocą. 

–  Czego  się  nie  robi  dla  niewielkiej,  darmowej  reklamy?  –  Lucky 

powtórzyła jego własne słowa. 

–  Biorąc  pod  uwagę  cenę  samochodu,  która  wynosi  dwadzieścia  pięć 

tysięcy dolarów, trudno by to było nazwać korzyścią za darmo. 

– Oczywiście. Nie wolno zapominać o ostatecznym bilansie. 
– Przez cały czas mnie prowokujesz. – Sam wpatrywał się w nią uwaŜnie. – 

Dlaczego? 

To  pytanie  ją  zastanowiło.  Słowne  potyczki  z  Samem  toczyła  niejako 

odruchowo, jakby broniąc się przed napiętą atmosferą, w jakiej zawsze odbywały 
się ich spotkania. Albo z nim walczyła, albo... Nie, o tej drugiej ewentualności 
zdecydowanie nie chciała myśleć. Zwłaszcza w tym momencie. 

Uniosła  wzrok  i  dostrzegła  w  oczach  Sama  cień  niepewności.  A  potem 

niepokoju.  Zawsze  był  wobec  niej  szczery.  Zasługiwał  na  szczerą  odpowiedź. 
Zdobyła się na odwagę. 

background image

– MoŜe w twoim towarzystwie jestem trochę onieśmielona – powiedziała 

cicho. 

– Ty, onieśmielona? – JuŜ miał się roześmiać, ale powstrzymał go wyraz 

jej  twarzy.  Do  licha,  chyba  mówiła  powaŜnie.  –  Co  mogłoby  speszyć  kobietę, 
która wychowała się z czterema braćmi? 

Zobaczył jej uśmiech: bezwiedny i bardzo kobiecy. 
– Jeśli choć przez moment sądziłeś, Ŝe traktuję cię jak brata, to znaczy, Ŝe 

musiałam wysyłać zupełnie niewłaściwe sygnały. 

Powstrzymał oddech, po czym odrzekł z wolna: 
– Nie... Nie sądziłem. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 
W sobotę Sam zatelefonował i zaskoczył Lucky pytaniem: 
– Czy lubisz gimnastykę? 
– Bardzo, o ile nie muszę jej sama uprawiać. 
–  Bzdura.  Nie  miałabyś  takiego  ciała,  gdybyś  tylko  siedziała  i  zajadała 

słodycze. Proponuję ci mały trening w moim klubie, a potem kolację. 

Ten tak od niechcenia wypowiedziany komplement wywołał rumieniec na 

jej twarzy. 

–  Weź  ze  sobą  kostium  gimnastyczny  –  ciągnął  dalej,  a  w  jego 

przyciszonym  głosie  brzmiała  zmysłowa  nuta  –  wiesz,  taki  raczej  seksowny, 
odsłaniający to i owo. ZałoŜę się, Ŝe masz piękne uda... 

– Sam! Zaśmiał się cicho. 
– ...ale chyba będę musiał zaczekać i przekonać się o tym osobiście. 
O BoŜe, pomyślała. Wystarczy jego głos, a moje ciało zaczyna płonąć. To, 

co  on  ze  mną  wyrabia,  powinno  być  prawnie  zakazane.  Albo,  westchnęła, 
opatentowane. 

– Lucky, jesteś tam jeszcze? 
– Mhm. 
– Ja czuję to samo. Do zobaczenia o szóstej. 
No tak, tylko Ŝe Lucky nie miała seksownego kostiumu gimnastycznego, a 

nawet,  prawdę  mówiąc,  Ŝadnego.  Rozwiązała  ten  problem  w  czasie  przerwy 
obiadowej.  Wybrała  się  do  miasta  i  kupiła  dwuczęściowy,  brązowy,  z 
metalicznym  połyskiem,  który  doskonale  uwydatniał  jej  zgrabne,  szczupłe 
kształty. 

Wróciła do pracy i do szóstej nie myślała więcej o wieczornej randce. 
Kiedy  miała  juŜ  zamykać  biuro,  zobaczyła  Sama  wychodzącego  z 

sąsiedniego  budynku,  więc  pomachała  mu  ręką.  Zabrała  przygotowaną  torbę, 
przekręciła klucz w drzwiach i wyszła przed parking. Czekała na chodniku, gdy 
Sam nadjechał. 

Wsiadła do samochodu. 
– Nareszcie początek weekendu – powitał ją radosnym uśmiechem. 
– Mów za siebie, ja jutro muszę pracować. 
– W niedzielę? 
– Nie dysponuję taką liczbą personelu jak ty – odparła bez cienia zawiści. – 

Najwięcej  papierkowej  roboty  załatwiam  w  czasie  weekendów.  Straciłam  juŜ 
zeszłą niedzielę. Nie mogę sobie pozwolić na kolejny wolny dzień. 

Gdy dojechali do klubu, Sam zostawił Lucky przy damskiej szatni i takŜe 

poszedł się przebrać. 

Odprowadziła go wzrokiem. Nawet w garniturze widać było, jak wspaniale 

background image

jest zbudowany, sama myśl o tym przyprawiała ją o zawrót głowy. A co będzie, 
kiedy się przebierze? 

WłoŜyła  w  szatni  kostium  i  przeglądając  się  w  olbrzymim,  bezlitośnie 

ujawniającym kaŜdy szczegół lustrze, stwierdziła, Ŝe jej nowy strój gimnastyczny 
jeszcze  mniej  zakrywa,  niŜ  się  jej  wydawało  w  sklepowej  przymierzalni. 
Rozejrzała  się  dookoła  ukradkiem.  Paradujące  po  szatni  panie  o  róŜnorodnych 
kształtach i w kostiumach mniej lub bardziej skąpych zupełnie nie przejmowały 
się tym, ile swego ciała ukaŜą światu. 

Ona  teŜ  nie  czułaby  się  skrępowana,  gdyby  nie  czekające  ją  spotkanie  z 

Samem.  To,  co  miała  na sobie,  raczej  niewiele pozostawiało wyobraźni.  Nagle 
uświadomiła sobie, jak niesłychanie jej zaleŜy na tym, Ŝeby mu się podobać. Co 
on  sobie  pomyśli,  moŜe  uzna,  Ŝe  w  pewnych  miejscach  ma  za  duŜo  ciała,  a  w 
innych za mało... 

Otworzyła drzwi szatni i zobaczyła Sama opartego o ścianę. W pierwszej 

chwili spuściła oczy, lecz zaraz uniosła wzrok pełen podziwu. Musiała głęboko 
odetchnąć.  Wyglądał  wspaniale, lepiej niŜ  się  mogła  spodziewać.  Nawet stojąc 
tak nieruchomo, emanował witalnością. Teraz, kiedy się przebrał, doskonale było 
widać, jak silne było jego szczupłe ciało. Stara, spłowiała bawełniana koszulka, 
przylegająca do piersi, uwydatniała muskuły i szczupłą talię. Równie znoszone 
szorty, opinające wąskie biodra, zakrywały tylko to, co konieczne. Miał zgrabne, 
mocne,  nieco  owłosione  nogi.  Nawet  jego  stopy  były  kształtne.  To  ostatnie 
spostrzeŜenie nieco Lucky przestraszyło. Jeśli zdarzyło się jej zwracać uwagę na 
stopy męŜczyzny, był to nieomylny znak czekających ją kłopotów. 

– O, jesteś. – Sam juŜ był przy niej. 
– Przepraszam, Ŝe musiałeś czekać. 
– Nie szkodzi. Warto było. – Jego szare oczy patrzyły na nią z uznaniem. 
Ta aluzja wystarczyła, Ŝeby cała stanęła w pąsach. 
– Nie bądź taki pewny. Klub sportowy nie jest miejscem, gdzie się czuję 

najlepiej. Mój występ moŜe okazać się całkowitą klapą. 

– Nie przypuszczam. 
Przechylił na bok głowę i przyglądał się jej z wyrozumiałym uśmiechem. 

Nagle, zupełnie niespodziewanie, zanurzył dłoń w jej włosy, przytrzymał głowę i 
jego  usta  zwarły  się  z  jej  ustami  w  krótkim,  gwałtownym  pocałunku.  Kiedy  ją 
puścił, był wyraźnie bardzo z siebie zadowolony. 

–  Dotychczas  byłaś  prowokująca,  denerwująca,  a  czasem  nawet  wręcz 

nieznośna, ale nigdy, Lucky, kochanie moje – zawiesił głos, jakby chciał, Ŝeby 
dotarły do niej te dwa czułe słowa – nie rozczarowałaś mnie. Sądzę, Ŝe to się nie 
zmieni. 

Lucky  bez  tchu,  z  lekko  rozchylonymi  wargami,  nie  mogąc  wydobyć  z 

siebie słowa, patrzyła na Sama idącego w stronę siłowni. 

– Gotowa? – rzucił przez ramię. 

background image

–  Gotowa.  –  Jak  na  skrzydłach  pobiegła  za  nim  i  dogoniła  go  przy 

drzwiach. 

 
Po  trzech  kwadransach  Lucky  doskonale  wiedziała,  w  jaki  sposób  Sam 

zachował  tak  świetną  sylwetkę.  W  odróŜnieniu  od  niej,  początkowo 
onieśmielonej  wyglądem  róŜnego  rodzaju  błyszczących  metalem  przyrządów 
gimnastycznych, Sam poruszał się między nimi z pewnością stałego bywalca. Po 
kolei pokazywał jej, do czego słuŜą, i ustawiał odpowiednią dla niej siłę. Starała 
się  skoncentrować  na  ćwiczeniach,  ale  tak  naprawdę  pochłonięta  była  osobą 
Sama. Dopiero teraz mogła odkryć piękno jego ciała w ruchu. 

Po  ostatniej  serii  ćwiczeń  na  jego  twarzy  pokazały  się  kropelki  potu. 

Lucky,  wręcz  zahipnotyzowana,  wpatrywała  się,  jak spływają  w  dół,  po  szyi, i 
zwilŜają sportową koszulkę, na której wystąpiła plama znikająca poza linią paska 
szortów.  Nieświadomie  zwilŜyła  językiem  suche  usta.  Jeszcze  nigdy  fizyczna 
obecność męŜczyzny nie zrobiła na niej tak wielkiego wraŜenia. Odgarnęła mu 
wilgotne włosy z czoła. Pragnęła Ŝaru jego ust. Chciała... 

– Skończone. – Sam odstawił ostroŜnie sztangę. – Wspaniały trening. 
– Mhm – zgodziła się słabym głosem – wspaniały. – Czuła, Ŝe nogi ma jak 

z waty. 

– Idziemy pod prysznic? 
O, tak. Chłodny prysznic. MoŜe dzięki niemu odzyska jakoś równowagę 

ducha. 

– Jestem gotowa. 
Sam z niewyraźną miną podąŜał za Lucky do szatni. Spod zmarszczonych 

brwi  obserwował  podniecający  ruch  jej  bioder.  Osobiście  jej  poradził,  Ŝeby 
włoŜyła seksowny strój sportowy, więc teraz mógł winić tylko siebie za to, Ŝe się 
czuł, jakby dostał obuchem w głowę. 

Czy  ona  w  ogóle  się  zorientowała,  jak  trudno  mu  było  skupić  się  na 

ć

wiczeniach, myślał. Czy uświadomiła sobie, Ŝe patrząc na jej napięte mięśnie i 

wyginające się, spręŜyste ciało chwilami pragnął porwać ją w ramiona i zanieść w 
jakieś ciemne i ustronne miejsce. 

Widok  ciała  Lucky,  tak  ponętnego  w  obcisłym  kostiumie,  sprawił,  Ŝe 

musiał uŜyć całej siły woli, Ŝeby nie zaproponować przerwania ćwiczeń. 

Wreszcie  je  zakończyli.  Będzie  ją  miał  tylko  dla  siebie.  Byle  jak 

najprędzej. 

Lucky  szybko  umyła  się  i  ubrała.  Widząc  tłum  kobiet  oczekujących  na 

suszarki  i  dostęp  do  lustra,  ułoŜyła  włosy  palcami  i  tylko  nałoŜyła  warstwę 
błyszczku na wargi. 

Sam juŜ czekał na nią przed drzwiami. 
– Pospieszyłeś się – zauwaŜyła, gdy zmierzali w stronę wyjścia. 
–  Nie  dziw  się,  przebywanie  wśród  nagich  męŜczyzn  jest  mało 

background image

podniecające, gdy czeka piękna kobieta. 

Lucky odwróciła głowę, Ŝeby ukryć uśmiech. CzyŜby nie tylko ona miała 

nietypowe przeŜycia w czasie treningu? 

– Gdzie teraz pójdziemy? 
Sam otworzył drzwi i przepuścił Lucky przed sobą. 
– Co powiesz na chińskie przysmaki? 
– Pycha! 
Restauracja,  którą  wybrał,  znajdowała  się  w  sąsiednim  miasteczku.  Była 

niewielka i raczej bezpretensjonalna, lecz tej pozornej przeciętności zaprzeczały 
tłumy jej entuzjastów tłoczących się przy drzwiach. 

Sam  skierował  samochód  za  róg  domu  do  bocznego  wejścia, 

prowadzącego wprost do kuchni. 

–  Och,  pan  Sam!  –  Chińczyk  doglądający  warzyw  smaŜących  się  w 

tłuszczu w ogromnym rondlu uniósł wzrok na widok wchodzącej pary. – Jak miło 
znowu pana widzieć. 

– Dobry wieczór, panie Kwan. – Obaj męŜczyźni wymienili niskie ukłony. 

W tej samej chwili otworzyły się wahadłowe drzwi i do kuchni wpadł identyczny 
Chińczyk, róŜniący się od pierwszego tylko tym, Ŝe trzymał w ręku kartę dań. 

– Pan Sam i urocza dama. – ZłoŜył równieŜ z uśmiechem głęboki ukłon. – 

Stolik jest przygotowany. 

–  Bliźniacy?  –  spytała  Lucky  szeptem,  podąŜając  za  drugim  panem 

Kwanem do jadalni. 

–  Jest  ich  trzech  –  odpowiedział  Sam  po  cichu.  –  Trzeci  prowadzi 

księgowość. 

– Jak ich odróŜniasz? 
– Wcale. 
Pan Kwan usadził ich przy stoliku i przyjął zamówienie na aperitify. Gdy 

odszedł, Lucky patrząc w stronę holu, gdzie ciągle czekali chętni goście, spytała: 

– Nie masz wyrzutów sumienia, Ŝe tak wepchnęliśmy się przed innymi? 
–  Nie  wepchnęliśmy  się.  Zamówiłem  stolik  telefonicznie.  Wejście 

kuchennymi drzwiami było po prostu wygodniejsze, to wszystko. 

Chwilę  później  pan  Kwan  przyniósł  napoje.  Wprawdzie  nadal  trzymał 

jadłospis, lecz im go nie podał. 

–  Wyjątkowa  przyjaciółka  pana  Sama  nie  obawia  się  –  oznajmił.  – 

Wybrałem dobre rzeczyBędzie smakować. 

–  Nie  mogę  się  wprost  doczekać  –  odparła  Lucky.  –  Jestem  pewna,  Ŝe 

potrawy będą wyborne. 

Po odejściu pana Kwana wyjęła z torebki niewielką białą kopertę. 
– Mam coś dla ciebie. 
– Co to jest? 
– Otwórz i zobacz. 

background image

W kopercie znajdowały się dwa zdjęcia, oba zrobione na przyjęciu u Hala. 

Na  pierwszym  Sam  rozpoznał  upozowaną  przed  Janice  scenę:  obejmował  i 
łaskotał śmiejącą się Lucky. Teraz zauwaŜył, Ŝe jej oczy miały wyraz radosnego 
zdziwienia. 

Drugie zdjęcie było całkowicie odmienne. Janice musiała uchwycić ich w 

chwili, gdy zupełnie nie byli tego świadomi. Stali gdzieś z boku, Lucky opierała 
głowę o jego ramię, a on gładził ją po włosach. Fotografia oddawała nastrój wręcz 
błogiego spokoju i ukojenia. 

Kiedy Lucky zobaczyła ją po raz pierwszy, była zdumiona. 
– Nigdy tak nie wyglądaliśmy – oznajmiła stanowczo, odsuwając zdjęcie 

na bok. – Kłóciliśmy się przez cały czas. 

–  Bujać  to  my,  ale  nie  nas.  –  To  był  jedyny  komentarz  Janice.  WłoŜyła 

zdjęcia do  koperty,  zakleiła  ją i napisała na niej  nazwisko  Sama.  –  Teraz  mam 
pewność, Ŝe doręczysz mu oba. MęŜczyźnie, który w mieszkaniu nie ma Ŝadnych 
fotografii, potrzebna jest wszelka moŜliwa pomoc. 

Wtedy Lucky była przekonana, Ŝe zdjęcia w ogóle Sama nie zainteresują, 

lecz teraz, kiedy zobaczyła, jak starannie układa je na stoliku, uświadomiła sobie, 
iŜ czeka ją niespodzianka. 

–  Wspaniałe  –  powiedział  cicho,  nieoczekiwanie  wzruszony  tym 

podarunkiem. 

– Które? 
–  Jedno i drugie.  – Nieświadomie  przesuwał  palcem  po brzegu  drugiego 

zdjęcia. Lucky zastanawiała się, czy Sam jest świadom, Ŝe się uśmiecha. – Czy 
Janice ma negatywy? 

– Tak, powiedziała, Ŝe moŜe je zniszczyć, jeśli sobie tego Ŝyczysz. 
–  Świetnie.  –  Sam  wskazał  pierwsze  zdjęcie.  –  To  doskonale  pasuje  na 

biurko  w  moim  gabinecie.  JeŜeli  kiedykolwiek  wplączesz  mnie  w  swoje 
knowania, ono mi przypomni, Ŝe przez chwilę miałem nad tobą przewagę. 

Roześmieli się oboje. 
– A co z drugim? 
– Ustawię je w sypialni, tuŜ koło łóŜka. 
Lucky poczuła ogarniającą ją falę upajającego rozmarzenia. Wydawało się 

jej,  Ŝe  w  niewysłowionym  spokoju  i  atmosferze  czułości  unosi  się  w  jakiejś 
cudownej przestrzeni, gdzie nic złego nie moŜe się stać. Ten nastrój nie opuszczał 
jej przez całą kolację, nie miała zielonego pojęcia, co właściwie jadła, poza tym, 
Ŝ

e wszystko było wspaniałe. 

Wprawdzie nie dali się namówić na deser, lecz pan Kwan przyniósł im na 

talerzu  dwa  ciasteczka  szczęścia,  w  których  ukryte  były  karteczki  z 
przepowiedniami. 

Lucky sięgnęła po pierwsze z brzegu. 
–  Na  ogół  są  to  tylko  idiotyczne  przysłowia,  ale  i  tak  nigdy  nie  potrafię 

background image

oprzeć  się  ciekawości.  –  Wyjęła  mały  kartonik  i  przeczytała:  –  „Zdobędziesz 
sławę”. Nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle. 

– Oczywiście, Ŝe dobrze. PrzecieŜ przyjemnie być sławnym. 
– Tak jak Jesse James czy jak Richard Nixon? Nie zawsze moŜna szczycić 

się rozgłosem. 

– Ty na pewno nie masz powodów do obaw. 
– Tak? A gdybym wzięła przykład z Loonie’ego Louie...? 
– Ani mi się waŜ – przerwał jej ze śmiechem. – Jeśli kiedyś zobaczę świnię 

biegającą po twoim parkingu, miej się na baczności. 

– Przed kim? 
Sam wolał nie odpowiadać na to pytanie i uznał, Ŝe najlepiej zmienić temat. 
–  Wiesz,  zastanawiałem  się  nad  twoim  imieniem.  Wszyscy  w  twojej 

rodzinie mają zupełnie zwyczajne, a ty... 

– ...trochę dziwne – dokończyła za niego. – To prawda. 
– Chyba ci nie nadano takiego na chrzcie? 
– Nie, skądŜe. 
– No więc? 
– To jest związane z pierwszymi literami imion dzieci w naszej rodzinie – 

wyjaśniła, zabierając się za ciasteczko. – Kiedy byliśmy mali, ktoś – chyba Frank 
– zauwaŜył, Ŝe imiona wszystkich dzieci układają się w porządku alfabetycznym: 
Emma, Frank, Geoff, Hal, Isabel, Janice, Ken i Marete. Brakowało tylko litery 
„L”,  a  moje  imię  nie  pasowało.  Wtedy  tata  powiedział:  „imię  niewaŜne, 
szczęściem  jest  mieć  ciebie”.  I  od  tej  pory  jako  szczęście  rodziny  zostałam 
nazwana Lucky. 

–  Ja  takŜe  uwaŜam,  Ŝe  szczęściem  jest  mieć  ciebie.  Uśmiechnęła  się 

radośnie. Było jej lekko na sercu, czuła się niewypowiedzianie szczęśliwa. 

–  Nie  przeczytałeś  jeszcze  swojej  wróŜby.  –  Podsunęła  mu  drugie 

ciasteczko. 

Wyciągnął kartonik. Przez chwilę wpatrywał się weń w milczeniu, a potem 

przeczytał wróŜbę na głos. 

– „Co na kogo czeka, to go nie ominie”. 
– PrzecieŜ to nie Ŝadna przepowiednia, tylko przysłowie. 
– Nie byłbym taki pewien – odparł cicho. – Nie jestem z natury cierpliwym 

człowiekiem, Lucky, a zdaje mi się, Ŝe na ciebie czekałem całe Ŝycie. 

Była poraŜona siłą ogarniającego ją uczucia. Nie wiedziała do tej chwili, Ŝe 

potrafiła czuć taką namiętność, jaką obudził w niej Sam. 

– Sam? 
Jego oczy lśniły w przyćmionym świetle blaskiem agatów. 
– Tak? 
– Jedźmy do domu. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 
– Ja teŜ mam na to ochotę. Sam wstał od stolika i podpisał rachunek, który 

jak za sprawą magii przyniesiono właśnie w tym momencie. 

Gdy  wyszli  z  restauracji,  świat  wydawał  się  być  owiany  czarowną 

atmosferą  tajemniczości  i  oczekiwania  czegoś  nadzwyczajnego,  co  miało  się 
zdarzyć jeszcze tego wieczoru. 

Wsiedli  do  BMW  i  ruszyli  przy  akompaniamencie  cichego  pomruku 

silnika. Lucky oparła głowę o zagłówek, pogrąŜona w cudownych marzeniach o 
chwilach mających niedługo nadejść. Czuła się teraz najszczęśliwszą kobietą na 
ziemi. 

Tym  większy  szok  przeŜyła  kilka  minut  później,  kiedy  nagle  z 

samochodem zaczęło się dziać coś niedobrego. 

Pierwszą oznaką kłopotów była wibracja i stukot silnika, który następnie 

na niewielkim wzniesieniu w ogóle odmówił posłuszeństwa. Od tego momentu 
sprawa z kaŜdą chwilą przybierała coraz gorszy obrót. 

– Czy uda się nam dotrzeć do Cloverdale? – spytała. 
–  Nie  sądzę.  –  Sam  jeszcze  przed  całkowitym  ustaniem  pracy  silnika 

usiłował  go  uregulować  pedałem  gazu  i  dźwignią  ssania.  Teraz  zapalił 
sygnalizacyjne  migacze,  rozjaśniające  nieco  mrok  panujący  na  ciemnej, 
opustoszałej szosie. – Niech to licho! 

Lucky rozejrzała się dookoła – nigdzie nie dostrzegła Ŝadnego światła. Sam 

wyjął spod siedzenia latarkę. 

– Wyjdę i rzucę na to okiem. 
– Pomogę ci. 
Spojrzał na nią i skinął głową. W otaczającej ich pomroce błyszczące oczy 

Lucky wydawały się ogromne. Z wyrazu jej twarzy mógł wyczytać niepokój. I 
coś jeszcze. Rozczarowanie? Bezwiednie pogłaskał ją po policzku. 

– Okropnie mi przykro. Diablo Ŝałuję, Ŝe tak się stało. 
–  Ja  teŜ.  –  Dotknęła  palcami  jego  dłoni.  –  MoŜe  sami  potrafimy  to 

naprawić. A jeśli reperacja nie potrwa zbyt długo... 

Nie dokończyła swej myśli. Nie musiała. Oboje wiedzieli, co zostało nie 

dopowiedziane i co – na szczęście – było ciągle jeszcze moŜliwe. 

Sam  podniósł  i  umocował  maskę.  Lucky  zapaliła  latarkę,  a  on  zaczął 

sprawdzać  mechanizm.  Zaglądając  ponad  jego  ramieniem  i  ona  takŜe  badała 
wzrokiem  elementy  silnika.  Dla  dziewczyny  wychowanej  z  czterema  braćmi 
urządzenia techniczne nie miały tajemnic. A obecność Sama była dodatkowym 
bodźcem: samochód musi być naprawiony i to szybko. 

Wszystkie  przewody  były  w  porządku.  RównieŜ  odgłosy  dochodzące  z 

silnika  przed  awarią  nie  wskazywały  na  ich  uszkodzenie.  Lucky  nieobecnym 

background image

wzrokiem patrzyła, jak Sam sprawdza kopułkę rozdzielacza i świece zapłonowe. 
Nie znalazł Ŝadnej usterki. 

– Dopływ paliwa – stwierdziła nagle. Sam uniósł głowę. 
– Co masz na myśli? 
– Przeanalizowałam objawy. ZałoŜę się, Ŝe masz w baku zanieczyszczoną 

benzynę, która pozatykała dysze. Poczekaj moment. – Skierowała snop światła na 
filtr paliwa. – Widzisz, jaki jest zabrudzony? 

–  Rzeczywiście  –  przyznał  Sam  bez  entuzjazmu  i  przyniósł  skrzynkę  z 

narzędziami. Lucky pogrzebała w niej i znalazła te, które były jej potrzebne. 

Zbyt uradowana odkryciem przyczyn awarii, nie wyczuła rezerwy w głosie 

Sama. Zabrała się do czyszczenia filtru, a on przyświecał jej latarką. 

A niech to diabli, pomyślał. Powinien się cieszyć, Ŝe uszkodzenie okazało 

się niegroźne. Poza tym przecieŜ opanowanie Lucky i jej umiejętność zaradzenia 
trudnej  sytuacji  były  godne  podziwu.  Lecz,  prawdę  mówiąc,  jego  odczucia  nie 
miały  nic  wspólnego  z  zadowoleniem.  Skrzywił  się  ponuro.  Był  tu  całkiem 
zbędny. Tak właśnie się czuł. I ani trochę mu się to nie podobało. 

Przyzwyczajony  do  samodzielności  i  niezaleŜności,  nigdy  łatwo  nie 

wyrzekał się tych atrybutów. Tymczasem Lucky zupełnie nie zastanowiła się nad 
tym,  w  jakiej  postawiła  go  sytuacji.  Z  typowym  dla  siebie  zdecydowaniem  po 
prostu zabrała się do roboty, całkowicie go pomijając, i teraz stał jak manekin, z tą 
cholerną latarką w ręce. 

Obserwując Lucky przy pracy, Sam usiłował bezskutecznie przywołać na 

nowo czuły i romantyczny nastrój, w jakim spędzili wieczór. Lucky potraktowała 
jego  uczucia  z  delikatnością  walca  drogowego,  odrzuciła  zarówno  odruchy 
opiekuńcze,  jak  i  miłosny  zapał.  Nic  nie  pozostawało  poza  uznaniem  dla  jej 
technicznych umiejętności, których – choć niechętnie – nie mógł jej odmówić. 

Niestety,  pomyślał  posępnie,  akurat  tego  rodzaju  zalety  nie  wywołują  u 

męŜczyzny pokusy pójścia z kobietą do łóŜka. 

– Zrobione – oznajmiła. – MoŜe wsiądziesz i wypróbujesz. 
Silnik działał bezbłędnie. Lucky schowała narzędzia na miejsce i usiadła 

koło Sama. 

–  Prawdopodobnie  przewody  takŜe  są  zanieczyszczone,  jutro  mechanik 

powinien je sprawdzić. Oczyściłam tylko filtr. 

– Dzięki za radę – odparł zimnym tonem – zastosuję się do niej. 
Rzuciła mu złe spojrzenie i trzasnęła zbyt mocno drzwiami. 
Tylko  idiota  mógłby  nie  zauwaŜyć  milczącej  dezaprobaty,  z  jaką  Sam 

obserwował ją w czasie reperacji samochodu. I tylko wariat mógłby mieć jeszcze 
nadzieję na zrealizowanie niemoŜliwych juŜ do spełnienia marzeń. 

Tak niedawno oboje byli szczęśliwi z poczucia łączących ich więzi. Teraz 

zapanowało między nimi głuche milczenie. Lucky zupełnie nie rozumiała, co się 
stało. 

background image

– No dobrze – powiedziała w końcu – wyduś to z siebie. 
Rzucił jej krótkie spojrzenie, po czym znowu skierował wzrok na szosę. 
– Co? 
– Od kilkunastu minut jesteś ponury. Chciałabym się dowiedzieć dlaczego. 
–  Chyba  przyczyna  jest  oczywista.  Zawsze  mi  mówiono,  Ŝe  wszystko 

naleŜy  robić  w  odpowiedniej  porze.  Ale  dopiero  teraz  ta  teza  została  tak 
przekonująco zilustrowana. 

Lucky połoŜyła mu dłoń na ramieniu. 
– To prawda, ale znowu jedziemy i nie jest tak bardzo późno. 
– Wystarczająco. – Sam zdawał sobie sprawę, Ŝe zachowuje się głupio, lecz 

nic nie mógł na to poradzić. – PrzecieŜ mówiłaś, Ŝe musisz wstać wcześnie rano. 

– To juŜ mój kłopot. 
Sam obrzucił ją gorzkim spojrzeniem. 
– Ty nie będziesz w kłopocie. Widziałem cię w akcji. Rzucasz się na pracę 

z szybkością torpedy i nie rozglądasz na boki. 

A więc o to chodziło. Lucky cofnęła dłoń i złoŜyła ręce na kolanach. 
– Nie spodobało ci się, Ŝe naprawiłam twój samochód. 
– Tego nie powiedziałem. 
– Nie musiałeś. – Westchnęła cicho, zastanawiając się, czy powinna była 

postąpić  inaczej.  Nigdy  nie  dostosowywała  swego  zachowania  do  wymogów 
Ŝ

adnego męŜczyzny. Nie zrobi tego nawet dla Sama. 

–  Wychowałam  się  w  domu  pełnym  chłopców,  zrozum.  Całe  sobotnie 

popołudnia spędzałam z nimi na reperowaniu starych samochodów. Przykro mi, 
jeŜeli  weszłam  ci  w  paradę,  ale  wiedziałam,  co  trzeba zrobić, i  na  myśl  mi  nie 
przyszło, Ŝe powinnam się trzymać od tego z daleka. To wszystko. 

To była prawda, nie miała Ŝadnych innych intencji, pomyślał Sam. Teraz 

irytację  zastąpiły  wyrzuty  sumienia.  Jak  to  juŜ  nieraz  bywało,  zwykłą 
przyjacielską przysługę wytłumaczył sobie opacznie i uznał za próbę zamachu na 
jego męskość. A ona nie zauwaŜyła jego uraŜonej godności, bo była tak cholernie 
zajęta naprawą! 

– Nie usprawiedliwiaj się – odparł szorstkim tonem – to ja powinienem cię 

przeprosić. – Właśnie podjechali przed jej dom. Objął dłonią jej szyję, a potem 
zagłębił palce we włosy. – Nic nie tłumaczy mego zachowania. No, moŜe trochę 
fakt, Ŝe zwykle bywam szefem. 

Lucky obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem. 
– Ja takŜe. 
Mimo wszystko Sam nie mógł się nie roześmiać. 
– Nie masz zamiaru potraktować mnie według taryfy ulgowej? 
– Nigdy. 
– Tego się właśnie obawiam. 
– To nieprawda – odparła z przekonaniem – takie postępowanie wzbudza w 

background image

tobie szacunek. 

–  Masz  rację.  –  Przyciągnął  ją  nieco  w  swoją  stronę.  –  Szanuję  cię.  W 

przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tutaj. 

Lucky wpatrywała się w jego wargi. 
– Za późno na pochlebstwa, Donahue. 
Uśmiechnął  się  do  niej  tym  niesamowicie  zmysłowym  uśmiechem,  pod 

wpływem którego całkowicie topniała. 

–  Jesteś  pewna?  –  spytał  zduszonym  głosem.  Lucky  poczuła  nagle 

ogarniający ją na nowo płomień poŜądania. Rumieniec wystąpił na jej policzki, a 
całe ciało zadrŜało w oczekiwaniu. 

– To zaleŜy. 
– Od czego? Spojrzała mu w oczy. 
– Od inwencji, z jaką będziesz mnie przekonywał o moich zaletach. 
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – przyrzekł. Pochylił się ku niej, ujął 

jej twarz w dłonie i ich usta przywarły do siebie. 

Lucky poczuła przejmujący dreszcz i zamknęła oczy. PołoŜyła mu dłonie 

na piersiach i zacisnęła w palcach materiał koszuli, Ŝeby przyciągnąć go jeszcze 
bliŜej. Poczuła ostry zapach męskiego ciała. Pod wpływem delikatnej pieszczoty 
jego języka znowu przebiegł ją dreszcz. 

Rozwarła wargi i przez długą chwilę, trwającą jakby ponad czasem, nic się 

nie  liczyło,  poza  tym  namiętnym,  upajającym  pocałunkiem.  Z  mięśniami 
napiętymi jak struny, oddychając nierówno, zatopił język w jej ustach, a palce we 
włosach. Ciągle była za daleko. Zniecierpliwiony, usiłował przeciągnąć ją na swe 
kolana, lecz mu się to nie udało w ciasnej przestrzeni samochodu. 

– Do licha! – mruknął. – To szaleństwo. 
Lucky powoli uniosła powieki i w świetle padających przez okno promieni 

księŜyca zobaczyła bolesny wyraz jego twarzy. 

– Sam... 
Z rozdraŜnieniem potrząsnął przecząco głową. Jeszcze jedno jej słowo, a 

straci nad sobą panowanie. 

–  Lepiej  odprowadzę  cię  do  domu,  dopóki  w  ogóle  jestem  w  stanie  się 

poruszać. 

– Ale Sam... 
I tym razem nie chciał jej słuchać, gwałtownym ruchem otworzył drzwi i 

wprost  wyskoczył  z  samochodu.  Lucky  obserwowała  go  z  rezygnacją.  JuŜ 
wcześniej  orzekł,  Ŝe  zrobiło  się  zbyt  późno  i  najwidoczniej  nic,  co  się  między 
nimi  wydarzyło,  nie  zmieniło  jego  nastawienia.  Podał  jej  rękę,  pomagając 
wysiąść z samochodu. 

–  Chyba  powinnam  być  wzruszona,  Ŝe  ze  względu  na  mnie  tak  się 

przejmujesz  późną  porą  –  odezwała  się,  kiedy  wchodzili  na  schody.  Sięgnęła 
kluczem do zamka i odwróciła się. Patrzył na nią niedowierzającym wzrokiem. 

background image

– Do licha, późną porą? – odparł przez zaciśnięte zęby. – Bałem się, Ŝeby 

znowu coś się nie zepsuło. 

Nic  z  tego  nie  rozumiała.  Stała  bez  ruchu,  więc  Sam  wyjął  klucz  z  jej 

bezwładnych palców i otworzył drzwi. Weszła do środka i niepewnie zapytała: 

– Czy to znaczy, Ŝe masz zamiar do mnie wstąpić? 
– Oczywiście, a ty myślałaś... – zamilkł, widząc jej niepewną minę. Ujął ją 

za ramię i delikatnie odwrócił ku sobie. – JeŜeli tylko ty teŜ tego chcesz. 

– Chcę – uśmiechnęła się drŜącymi wargami. 
– Jesteś pewna? 
– Całkowicie. 
Pochwycił ją na ręce, w dwóch susach znalazł się w holu, zatrzasnął drzwi 

nogą i podąŜył z nią w stronę schodów wiodących do sypialni. Lucky wdychała 
piŜmowy zapach mocnego ciała Sama, słyszała jego nierówny oddech i czuła, Ŝe 
on poŜąda jej tak samo, jak ona jego. Niosąc ją na górę, bezwiednie pieścił dłonią 
jej  biodro.  ZadrŜała  pod  wpływem  tej  delikatnej,  czułej  a  zarazem  erotycznej 
pieszczoty. 

Do sypialni Lucky prowadziły pierwsze drzwi na piętrze. Padające poprzez 

koronki  firanek  promienie  księŜyca,  jakby  utkane  ze  świetlistej  pajęczyny, 
oświetlały drogę do łóŜka. 

Sam  doszedł  do niego  i  nadal  trzymając  ją  wpół,  powoli  wysuwał  ramię 

spod jej ud. Ocierając się o jego ciało zmysłowym ruchem, stanęła na podłodze. 

Sam nie znał dotąd tak szaleńczego poŜądania. JuŜ wtedy, gdy całowali się 

w samochodzie, zawładnęło nim całkowicie. Nigdy bardziej nie pragnął Ŝadnej 
kobiety. Nigdy teŜ przedtem nie zdarzyło mu się tak porwać Ŝadnej kobiety swoją 
namiętnością. I nadal nie dowierzał, Ŝe tym razem tak się stało. Ale wiedział na 
pewno,  Ŝe  pragnie  trzymać  ją  w  ramionach  i  czuć  podniecenie  wtulonego  weń 
ciała. 

Stała przed nim i rozchyliwszy mu koszulę na piersiach, zaczęła je pieścić 

policzkami,  wargami  i  gorącym  oddechem.  Zafascynowana  gładką  skórą,  pod 
którą rysowały się silne muskuły, i ciemnymi włosami, muskającymi jej twarz, 
dotykała jego sutków, aŜ stwardniały pod jej palcami. Gorączkowe, pulsujące w 
jej  Ŝyłach  poŜądanie  stało  się  juŜ  bolesne,  czuła,  Ŝe  i  on  pragnie  jej  równie 
rozpaczliwie. 

– Lucky? – wyszeptał pytająco. 
– Tak – odparła cicho – och, tak! 
Rozbierali siebie nawzajem niecierpliwie, a gdy Sam zobaczył w świetle 

księŜyca  jej  małe,  jędrne  piersi,  a  potem  całe  ciało  jaśniejące  jak  alabaster, 
wyszeptał w zachwycie: 

– Wiedziałem, Ŝe jesteś taka. Cudownie doskonała. 
Po  chwili  leŜeli  juŜ  przy  sobie,  obdarowując  się  najczulszymi 

pieszczotami, aŜ wreszcie porwani zostali w inny wymiar istnienia. śadne z nich 

background image

nie wiedziało dotąd, Ŝe spełnienie moŜe być taką nieziemską ekstazą. 

Powoli cichły ich przyspieszone oddechy. Długo leŜeli w milczeniu. 
W  pewnej  chwili  Sam,  patrząc  na  Lucky  z  czułością,  odgarnął  z  jej 

wilgotnego  czoła  zwichrzone  włosy.  Miała  zamknięte  oczy,  lecz  na  twarzy 
malował się błogi wyraz. Z uśmiechem musnął ustami jej wargi. 

– Widzę, Ŝe jesteś z siebie zadowolona. 
– Właściwie – uchyliła jedno oko – jestem zadowolona z ciebie. 
– W tych okolicznościach – Sam uniósł się na łokciu – przyjmuję twe słowa 

jako komplement. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 
Nadeszła niedziela, dzień festynu. Impreza od początku okazała się bardzo 

udana i przebiegała bez Ŝadnych zakłóceń. 

W ciągu poprzedzającego ją tygodnia Sam celowo trzymał się na uboczu, 

gdyŜ  wiedział,  Ŝe  Lucky  jest  bardzo  zajęta,  a  nie  chciał  narzucać  się  ze  swoją 
pomocą, bo mogłaby ją potraktować jako wtrącanie się Sama w nie swoje sprawy. 
Natomiast  często  rozmawiali  przez  telefon,  a  Sam  obserwował  z  rosnącym 
podziwem,  jak  Lucky  świetnie  sobie  radzi  z  organizowaniem  zabawy. 
Rozwiązywała zarówno większe, jak i mniejsze trudności z tą samą niezawodną 
skutecznością, z jaką pokonywała zawsze wszelkie Ŝyciowe problemy. Był z niej 
dumny. 

W  ostatniej  chwili  udało  się  rozreklamować  loterię,  która  wzbudziła 

wielkie zainteresowanie, i w rezultacie sprzedano sporo losów. Samochód BMW, 
główna  nagroda,  stał  przez  całą  niedzielę  na  widocznym  miejscu,  pośrodku 
parkingu.  Za  radą  Sama  został  odgrodzony  błękitną  welwetową  liną,  Ŝeby  nie 
stanowił pokusy dla wścibskich rąk i lepkich palców. Zbierający się ciągle wokół 
niego  tłum  rzucał  tęskne  spojrzenia,  a  ustawiona  obok  budka,  w  której 
sprzedawano losy, była oblegana. 

Około ósmej wieczorem, kiedy miało odbyć się losowanie, zebrano kilka 

tysięcy dolarów, a podniecenie doszło do zenitu. 

Samochód wylosowała nauczycielka ze szkoły podstawowej w Cloverdale, 

co  obwieszczono  przy  dźwięku  fanfar.  Wzruszona  do  łez,  odebrała  na  podium 
kluczyki  z  rąk  Sama.  Natychmiast  otoczyła  ich  gromada  reporterów  lokalnych 
gazet, którzy po obfotografowaniu zwycięzczyni, zwrócili się do Sama, stojącego 
z Lucky nie opodal. 

– Panie Donahue, czy moŜemy prosić o kilka słów? 
–  Bardzo  proszę  –  uśmiechnął  się  uprzejmie  Sam.  Lucky  usiłowała 

wmieszać się w tłum, ale przytrzymał ją mocno za rękę. 

– Czy to prawda, Ŝe cały dochód z loterii fantowej jest przeznaczony dla 

Fundacji „Cloverdale na rzecz wyrównania szans”? 

– Tak. 
– To musi być spora suma. 
–  Jeszcze  nie  znamy  ostatecznej  kwoty  –  Sam  przesunął  Lucky  w  krąg 

ś

wiateł reflektorów – a będzie ona tylko częścią zysku z festynu. Cała impreza 

jest  zasługą  Lucky  Vanderholden,  która  tak  wspaniałomyślnie  poświęciła  tej 
sprawie mnóstwo czasu i nie szczędziła wysiłków, Ŝeby festyn doszedł do skutku. 

– Jeśli mowa o wspaniałomyślności... 
Posypały się pytania ze wszystkich stron i odpowiadali na nie oboje. Lucky 

zorientowała  się  szybko,  Ŝe  Sam  unika  tych,  które  dotyczyły  jego  udziału  w 

background image

imprezie.  Podkreślał  raczej  zasługi  innych  osób  i  w  ogóle  samej  Fundacji. 
Rzeczywiście  nie  wykorzystał  loterii  dla  swych  celów.  Chyba  był  nawet 
zadowolony, Ŝe udało mu się pomniejszyć własną rolę. 

– Muszę ci coś powiedzieć – odezwała się Lucky, gdy reporterzy juŜ sobie 

poszli. – Jesteś naprawdę bardzo miłym człowiekiem. 

Oczy Sama zalśniły rozbawieniem. 
– Miałaś jakieś wątpliwości? 
– Raz czy moŜe dwa. – Uchyliła się ze śmiechem, bo Sam szturchnął ją w 

bok i dodała: – Teraz juŜ trzy. 

Tak prześlicznie wyglądała roześmiana, więc gdy chciała zejść z podium, 

Sam zatrzymał ją i objął ramionami w mocnym uścisku. Zaraz jednak rozejrzał 
się i doszedł do wniosku, Ŝe okoliczności nie są sprzyjające. 

–  BoŜe  –  mruknął  cicho  –  ale  z  ciebie  kusicielka.  Lucky  czytała  w  jego 

oczach jak w otwartej księdze. 

– Ani mi się waŜ – ostrzegła Ŝartobliwie – całe miasto zatrzęsłoby się w 

posadach. 

–  Nie  mam  zamiaru  całować  cię  w  świetle  reflektorów.  –  Sam  objął  ją 

ramieniem,  gdy  schodzili  po  schodkach  z  podium.  –  Przyszedł  mi  do  głowy 
lepszy pomysł. 

– Gdzie? – spytała bez tchu. 
– Na szczycie diabelskiego młyna! 
Lucky usiłowała przybrać minę pełną godności, kiedy Sam wsunął do ręki 

obsługującemu  urządzenie  banknot  i  poprosił  o  uruchomienie  koła.  Wsiedli  do 
wagonika  i  zostali  uniesieni  pod  rozgwieŜdŜone  niebo.  Po  kilku  obrotach 
wagonik zatrzymał się na dole. 

– Wiesz, jesteś niebezpieczny – powiedziała ze śmiechem. 
– Wiem. – Wyciągnął ramiona, a Lucky przytuliła się do niego. Wydawało 

się jej, Ŝe nadal wzlatuje ku gwiazdom. 

 
Następnego  dnia  Lucky  zatelefonowała  do  Sama  zaraz  po  przyjściu  do 

biura. 

– Halo? – odezwał się mało sympatycznym, roztargnionym głosem. 
– To ja. 
W jednej chwili ton jego głosu uległ zmianie. 
– Właśnie myślałem o tobie. 
– To zabrzmiało zachęcająco. 
–  Tak.  Zastanawiałem  się,  co  by  się  stało,  gdyby  obsługujący  koło 

przytrzymał nas w wagoniku nieco dłuŜej. 

– Sam! – Lucky udawała oburzoną, ledwie wstrzymując śmiech. – Nigdy 

nie sądziłam, Ŝe moŜesz mieć takie ciągoty. 

– Ani ja – odparł z humorem. 

background image

–  Pozwól,  Ŝe  powiem,  z  czym  telefonuję  –  zmieniła  temat.  –  Mam  dla 

ciebie pewną propozycję. 

– Strzelaj. 
– Wolałabym nie przez telefon. MoŜesz mi poświęcić parę minut? 
– Oczywiście, zaraz u ciebie będę. 
Idąc do biura Lucky, podziwiał, jak szybko udało się jej doprowadzić teren 

do porządku. Prawie wszystkie stoiska i urządzenia wesołego miasteczka zostały 
w nocy wywiezione, a teraz pełna werwy ekipa usuwała pozostałe ślady zabawy. 

– Siadaj – wskazała mu krzesło. Wstała i wyszła zza biurka. 
–  A  więc  masz  dla  mnie  jakąś  propozycję.  Kiedy  zaczynasz  krąŜyć  po 

pokoju, przeczuwam kłopoty. 

– Ale ja nie krąŜę. 
– Jeszcze nie. 
– Chcesz się dowiedzieć, jaki mam pomysł, czy nie? Sam załoŜył ręce na 

piersiach. 

– Zamieniam się w słuch. 
To  jest  naprawdę  fantastyczny  pomysł,  zapewniała  się  w  duchu.  Więc 

dlaczego  jeszcze  się  waha?  Kiełkował  w  jej  podświadomości  od  owej  awarii 
samochodu Sama na drodze. W ciągu ubiegłego tygodnia doszła teŜ do wniosku, 
Ŝ

e współpracując ze sobą, jak przy festynie, razem mogą wiele dokonać. Z tego 

punktu widzenia przystąpienie do wspólnie prowadzonej działalności handlowej 
byłoby kolejnym wspaniałym osiągnięciem. śeby tylko Sam się zgodził. 

– Proponuję, abyśmy rozwaŜyli wspólne poprowadzenie pewnego biznesu. 
Tak  jak  przypuszczała,  Sam  uniósł  brwi  do  góry,  więc  zaczęła  szybko 

wyjaśniać mu swe racje. 

–  Rozmyślałam  o  tym,  jak  na  giełdzie  zachwyciłeś  się  tym  starym, 

pięknym rolls-royce’em, i przyszło mi go głowy, Ŝe tego typu samochód stanowi 
jakby pomost pomiędzy zupełnie odmiennymi rodzajami aut, którymi kaŜde z nas 
handluje. Nie był nowy, ale wspaniały, i patrząc na niego wcale nie podziwiałeś 
jego minionej świetności. On cię zauroczył jako nadal elegancki i wartościowy 
samochód. 

– To prawda. – ChociaŜ nie miał zielonego pojęcia, do czego ona zmierza, 

uznał, Ŝe powinien jej wysłuchać. 

–  Nie  wiem,  czy  się  orientujesz,  ilu  ludzi  interesuje  się  starymi 

samochodami.  Przywracanie  ich  do  pierwotnego  stanu  jest  bardzo  intratnym 
interesem. 

– Lucky, gdybym chciał handlować uŜywanymi samochodami... 
–  Nie  byle  jakimi  uŜywanymi  samochodami  –  przerwała,  zanim  zdołał 

dokończyć. – Chodzi o prawdziwe antyki, pojedyncze luksusowe modele, które 
utraciły  sprawność,  co  nie  znaczy,  Ŝe  nie  moŜna  ich  przywrócić  do  dawnej 
chwały.  Mam  na  myśli  wozy,  których  wartość  z  upływem  lat  nie  zmalała.  Po 

background image

naprawie byłyby jak nowe, a za takie skarby uzyskuje się pierwszorzędną cenę. 

Sam  zamyślił  się  na  chwilę.  Nigdy  w  najmniejszym  stopniu  nie 

interesowały  go  uŜywane  samochody.  Lecz  teraz,  wracając  pamięcią  do 
przepięknego rollsa, doszedł do wniosku, Ŝe propozycja jest kusząca. 

– Na jakich przesłankach opierasz załoŜenie, Ŝe nam się powiedzie? 
Lucky teraz juŜ krąŜyła po pokoju, gestykulując w podnieceniu. 
–  Twoi  mechanicy  znają  się  znakomicie  na  luksusowych,  zagranicznych 

samochodach. Clem potrafi naprawić i uruchomić kaŜde auto, choćby nie wiem 
jak  stare.  Ty  masz  dostęp  do  części  zamiennych  i  lakierów,  które  byłyby 
potrzebne,  a  ja  wiem,  kto  jest  najbardziej  zorientowanym  człowiekiem  w  tej 
branŜy. Dlaczego miałoby się nam nie udać? 

Sam  uświadomił  sobie,  Ŝe  się  uśmiecha,  słuchając  tego  płomiennego  i 

entuzjastycznego wywodu. Miał przed sobą uroczą kobietę interesu i patrzył na 
nią z radością. 

– Przemyślałaś juŜ główne zasady, a co z pozostałymi drobiazgami? 
– Mianowicie? 
–  Kto  będzie  prowadził  dokumentację,  kto  będzie  podejmował  decyzje? 

Trzeba ustalić na  samym  początku,  czy  musielibyśmy  konsultować się  ze  sobą 
przy załatwianiu transakcji, czy teŜ obdarzymy się zaufaniem. 

–  To  Ŝaden  problem.  Ja  na  pewno  zaakceptuję  kaŜdą  decyzję,  jaką 

podejmiesz.  Poza  tym,  jeśli  przyznamy  sobie  uprawnienia  do  samodzielnego 
działania, tym mniejsze prawdopodobieństwo, Ŝe coś ciekawego przegapimy. 

– Zgoda. 
– A jeśli chodzi o dokumentację, takŜe się nie upieram. Chciałbyś się tym 

zająć? 

Sam otaksował wiekową szafę na akta stojącą w kącie kantoru bezlitosnym 

spojrzeniem. 

– Tak, w moim biurze. 
– Świetnie. 
– Jest jeszcze jedna sprawa. Problemy zawodowe o mało juŜ nas kiedyś nie 

rozdzieliły. Czy nie obawiasz się, Ŝe to się moŜe powtórzyć? 

–  No  tak,  ale  pamiętam  teŜ,  Ŝe  nieźle  bawiliśmy  się  przy  negocjowaniu 

kompromisu. W sumie chyba warto podjąć takie ryzyko. 

Sam poczuł nagle, Ŝe Lucky zaraziła go swoim entuzjazmem. Jej pomysł 

rzeczywiście zasługiwał na uwagę. Uśmiechnął się. 

– Więc w jaki sposób będziemy zdobywać te samochody? 
– To znaczy, Ŝe się zgadzasz? Sam skinął głową. 
–  Ale  –  Lucky  zająknęła  się  ze  zdumienia  –  nawet  nie  uŜyłam  moich 

najmocniejszych argumentów. 

– Zachowaj je. Nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne. 
Nie  czekając,  aŜ  Sam  zmieni  zdanie,  Lucky  wyciągnęła  kartkę  papieru  i 

background image

szybko nabazgrała projekt ogłoszenia. 

– Clem ma nosa do okazyjnych zakupów i nie byłabym zdziwiona, gdyby 

upatrzył jeden lub dwa samochody. A tymczasem – podała Samowi papier – co 
byś powiedział na umieszczenie tego w „Inquirer”? 

– „Poszukiwane auta retro do remontu” – przeczytał na głos. – „Wszystkie 

modele, bez względu na wiek. Płacimy najwyŜsze ceny”. Takie ogłoszenie moŜe 
przyciągnąć uwagę, zwłaszcza wzmianka o cenach. A skoro o tym mowa – uniósł 
wzrok – które z nas wyłoŜy kapitał zakładowy na początek? 

– Obydwoje, oczywiście. Będziemy dzielić wydatki i zyski po połowie. – 

Posłała mu szelmowskie spojrzenie. – Genialny pomysł oddaję za darmo. 

– Aaa, dobrze, Ŝe powiedziałaś, mógłbym nie docenić tego gestu. 
– Einsteina teŜ nie wszyscy doceniali. 
– Na szczęście nie zajmował się uŜywanymi samochodami. – Sam włoŜył 

kartkę  papieru  do  kieszeni.  –  Jeśli  chcesz,  przekaŜę  to  do  załatwienia  w  moim 
biurze. Anons powinien się ukazać przed końcem tygodnia. 

– Naprawdę się zdecydowałeś? 
– Oczywiście, juŜ mówiłem. To dobry pomysł. 
– Wiem, ale spodziewałam się, Ŝe poprosisz o czas do namysłu, będziesz 

starał się zbadać sytuację na rynku, poczytać coś na ten temat. Miałam nadzieję, 
Ŝ

e w końcu się zgodzisz, ale tak szybko... no, po prostu zdumiałeś mnie. 

Prawdę  mówiąc,  on  teŜ  był  zdziwiony  swoim  postępowaniem.  Gdzie  się 

podziała  jego  wrodzona  roztropność,  którą  tak  się  szczycił,  gdzie  chłodna 
kalkulacja, bez której w przeszłości nie przystępował do interesów. Istotnie uznał 
pomysł za nęcący, lecz rzucanie się w całą tę sprawę z taką pochopnością było 
zupełnie nie w jego stylu. 

Znał tylko jedną osobę podejmującą decyzje tak impulsywnie... 
Spojrzał na Lucky zaczepnie. 
– To wszystko twoja wina. 
–  Nie  mam  najmniejszych  wątpliwości  –  zgodziła  się  szybko.  PoniewaŜ 

milczał, spytała: – Ale o co właściwie chodzi? 

Sam chwycił dłońmi brzeg biurka i pochylił się ku niej. 
–  Dopóki  cię  nie  spotkałem,  byłem  opanowanym,  racjonalnie  myślącym 

człowiekiem.  Zastanawiałem  się,  zanim  skoczyłem,  myślałem,  zanim  coś 
powiedziałem... 

– I myłeś zęby po kaŜdym posiłku? 
– Mówię powaŜnie – odburknął. – Jest tylko jedno wyjaśnienie: przez twój 

impet utraciłem całą swoją przezorność. 

– Nieszczęsna twoja dola. – Lucky powstrzymywała śmiech. 
– Powinno stać się odwrotnie – potrząsnął z irytacją głową. – To by było 

sensowne. 

– I stało się – zapewniła go ze śmiechem, lecz serio. – Odkąd poznałam 

background image

ciebie,  jestem  prawie  konserwatystką.  Niedługo  zacznę  nosić  spódniczki  w 
szkocką kratę i głosować na republikanów. 

Mruknął  coś  niezrozumiale.  Najwidoczniej  nie  był  przekonany  o  jej 

rzekomej  transformacji.  Zanim  jednak  zdołał  odpowiedzieć,  ich  rozmowę 
przerwał potęŜny brodacz, który wetknął głowę przez otwarte drzwi i zapytał: 

– Pani sprzedaje tu samochody? 
– Tak, ja. – Lucky poderwała się zza biurka. – Zaraz się panem zajmę. 
– Zanim się pani pofatyguje, proszę przyjąć do wiadomości, Ŝe na parkingu 

nie ma Ŝadnych samochodów. 

Przez  moment  patrzyła  na  niego  pustym  wzrokiem,  lecz  zaraz 

oprzytomniała. 

– Oczywiście. Musieliśmy przesunąć je na tyły w związku z festynem. Z 

przyjemnością pana zaprowadzę... 

– Proszę się nie spieszyć – machał ręką – i skończyć rozmowę, a ja je sobie 

obejrzę. 

– I tak juŜ muszę iść – powiedział Sam, gdy męŜczyzna się wycofał. – Tak 

się  jakoś  składa,  Ŝe  przy  tobie  zapominam  o  całym  świecie.  Między  innymi  o 
swojej firmie. 

– Nie wiem, czy to ma być komplement – odparła – ale chyba wątpliwości 

wytłumaczę na moją korzyść. 

– Słusznie. 
Lucky wyszła zza biurka, a Sam objął ją czule. Jego pocałunek był krótki, 

lecz zniewalający. Kiedy uwolnił ją z ramion, kolana uginały się pod nią. 

– Kolacja? – udało się jej wyszeptać drŜącym głosem. 
– O wpół do dziesiątej rano? Spojrzała na niego wyczekująco. 
–  Obawiam  się,  Ŝe  to  nie  będzie  moŜliwe.  –  W  jego  głosie  słychać  było 

prawdziwy Ŝal. Mimo to Lucky poczuła się głęboko rozczarowana. 

–  PrzyjeŜdŜa  do  miasta  mój  przyjaciel,  tylko  na  jeden  wieczór,  więc 

obiecałem, Ŝe się z nim spotkam. 

– To wspaniale. – Od razu wrócił jej humor. – Bardzo chętnie go poznam. 
– Chyba nie mówisz powaŜnie. Wiesz, co robią kumple z college’u, kiedy 

się  spotkają?  Przesiadują  godzinami  nad  piwem  i  wspominają  dawne,  dobre 
czasy. 

– Świetnie. – Lucky nie zamierzała rezygnować. Nie miała okazji poznać 

rodziny Sama, więc była zachwycona perspektywą spotkania z kimś, kto był mu 
bliski. – Będę siedzieć nad piwem i słuchać. 

– JeŜeli naprawdę tego chcesz... 
– Chcę. – Objęła go ramieniem i razem wyszli na parking. 
– Peter ma się zjawić o szóstej. Podjedziemy po ciebie. 
– Doskonale. – Lucky patrzyła, jak jej wspólnik długimi krokami zmierza 

w stronę ulicy. Jeśli jemu nigdy nie przyjdzie do głowy, Ŝeby rozebrać dzielące 

background image

ich ogrodzenie, to być moŜe ona o to się pokusi. Niechętnie oderwała wzrok od 
Sama i szybko ruszyła na tyły parkingu. MoŜe uda się jej coś sprzedać. 

 
PotęŜny brodacz kupił sędziwą toyotę, której Lucky usiłowała się pozbyć 

od kilku miesięcy. Samochód był wystarczająco obszerny, tak Ŝe masywne ciało 
nabywcy  mieściło  się  w  nim  swobodnie,  jednak  sądząc  po  odgłosach,  jakie 
wydawał silnik, toyota z największym wysiłkiem wiozła nowego właściciela w 
czasie próbnej jazdy. Niemniej klient był zadowolony ze swego wyboru, a Lucky 
wręcz zachwycona. 

W  zasadzie  nie  wierzyła  w  przesądy,  lecz  od  dawna  uwaŜała,  Ŝe  udana 

transakcja w poniedziałek rano zapowiada dobry tydzień. Co by się potwierdziło, 
gdyŜ po południu sprzedała drugi samochód. Dwa samochody sprzedane jednego 
dnia to rekord w dziejach firmy „Najpiękniejsze Modele Minionych Sezonów”, 
więc gdy przyszedł czas na zamknięcie biura, Lucky była w radosnym nastroju. 
W duŜej mierze z powodu udanych transakcji, lecz takŜe ze względu na Sama. Ile 
razy  o  nim  myślała,  zawsze  odczuwała  podekscytowanie.  A  gdy  przypomniała 
sobie, co przeŜywała w jego ramionach... 

Ostatnio Lucky uświadomiła sobie, Ŝe jest w nim zakochana. W pierwszej 

chwili  przyjęła  to  odkrycie  jako  najbardziej  naturalną  i  oczywistą  rzecz  pod 
słońcem. Lecz po zastanowieniu ogarnęły ją smutniejsze refleksje. Ona go kocha, 
jednak jeśli chodzi o jego uczucia, mogła się tylko ich domyślać. Miłość z wielu 
względów jest szalonym ryzykiem. Czy mogła mieć nadzieję na wzajemność ze 
strony męŜczyzny, który szczycił się swoją przezornością i rozwagą? 

Skoro nie potrafiła udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, postanowiła się 

nad  nim  dłuŜej  nie  zastanawiać.  Sięgnęła  po  raporty  księgowe  z  poprzedniego 
miesiąca i zagłębiła się w rachunkach, lecz po kilku chwilach usłyszała chrzęst 
opon  samochodu  Sama.  Zamknęła  księgę  rachunkową  i  wybiegła  mu  na 
spotkanie. 

Zupełnie  inaczej  wyobraŜała  sobie  przyjaciela  Sama,  Petera  DiNardo. 

Szczupły,  rudowłosy,  piegowaty,  wyglądał  bardzo  młodo.  Patrząc  w  jego 
marzycielskie niebieskie oczy, w których czaiły się iskierki uśmiechu, Lucky od 
pierwszej chwili nie miała wątpliwości, Ŝe się polubią. 

–  Pojadę  za  wami  swoim  samochodem  –  powiedziała,  gdy  zostali  sobie 

przedstawieni. – Nie będziecie musieli mnie odwozić. 

Po kilkunastu minutach dotarli do domu Sama i znaleźli się w jego kuchni. 

Gospodarz zgodnie z zapowiedzią poczęstował ich piwem, lecz ledwie zdąŜyli się 
usadowić, usłyszeli dzwonek u drzwi. Peter poderwał się, Ŝeby otworzyć. 

– Spodziewasz się jeszcze kogoś? – spytała Lucky. 
Sam rozluźnił węzeł krawata, zdjął go i rzucił na kuchenny blat. 
– Kolacji. 
–  Wstydź  się.  Przyjechał  do  ciebie twój  najlepszy  przyjaciel,  a  ty  tak  go 

background image

podejmujesz? 

–  To  był  mój  pomysł.  –  Peter  wrócił  z  dwoma  duŜymi  pudełkami 

aromatycznej pizzy. – Co moŜe być bardziej odpowiedniego do piwa? 

–  Zgadzam  się  z  tobą  całkowicie.  –  Lucky  z  błogim  westchnieniem 

wciągnęła  ponętny  zapach.  Pizza  przybrana  apetycznymi  dodatkami  wyglądała 
wspaniale. Sam podał talerze i serwetki, po czym cała trójka zabrała się ochoczo 
do  jedzenia.  Dopiero  po  zaspokojeniu  pierwszego  głodu  przyjaciele  zaczęli 
wspominać dawne czasy.  Lucky słuchała ich z przyjemnością i zaśmiewała się 
razem z nimi z opowieści o kolegach i profesorach ze studiów. 

–  Patrząc  na  niego  –  Peter  wskazał  Sama  widelcem  –  na  pewno  byś  nie 

pomyślała, Ŝe kiedyś nosił włosy do ramion. 

– To nieprawda – zaprotestował Sam stanowczo. 
– No, niech ci będzie, trochę krótsze. 
Na widok zakłopotanej miny Sama Lucky roześmiała się. 
– Być moŜe – ustąpił Sam. 
– Nie ma Ŝadnego „moŜe” – upierał się Peter. 
– Mogę to udowodnić zdjęciami. 
Lucky spojrzała na niego zaciekawiona. 
– Nie wziąłem ich ze sobą, ale w domu mam sporo. 
–  Czy  moŜesz  mi  jedno  przysłać?  –  spytała.  Sam  spojrzał  na  nią 

podejrzliwie. 

– Po co ci ono potrzebne? 
– Jeszcze nie wiem – odparła beztrosko. – A gdyby tak do szantaŜu? 

 

Lepiej się zastanów. Przypominam ci, Ŝe widziałem fotografie zrobione z 

okazji twojej matury. 

– Och, tak. – Lucky uśmiechnęła się do Petera przepraszająco. – Wycofuję 

się. 

– Rozumiem. – Peter przyglądał się im przez chwilę, po czym zwrócił się 

do Sama: – Wiesz, Lucky to kobieta dla ciebie. 

Lucky  poczuła,  Ŝe  się  czerwieni,  i  szybko  podniosła  do  ust  szklankę  z 

piwem. 

Peter zauwaŜył rumieniec i uśmiechnął się do niej. 
– Szkoda, Ŝe nie widziałaś niektórych jego flam. 
– Były ładne? 
– Trudno powiedzieć. Na ogół tak sztywne, jakby kij połknęły. 
– Powtórzę to twojej siostrze – usiłował się bronić Sam. 
–  PrzecieŜ  nigdy  nie  umawiałeś  się  na  randki  z  moją  siostrą.  TeŜ  coś!  – 

Peter sapnął z oburzenia. 

–  Nie?  –  głos  Sama  był  słodki  jak  miód.  –  A  pamiętasz  to  lato  w 

uzdrowisku na półwyspie Cape Cod, gdzie sobie dorabialiśmy w czasie wakacji? 

Wykłócali  się  na  ten  temat  ze  śmiechem,  aŜ  z  talerzy  zniknęły  resztki 

background image

drugiej pizzy. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 
–  Oto  on  –  oznajmiła  Lucky  z  satysfakcją.  Stała  z  Samem  przed 

dwudziestoletnim mercedesem. Został zakupiony przed paroma dniami i właśnie 
teraz przyholowany na jej parking. – Wspaniały początek. 

– Cieszę się, Ŝe tak uwaŜasz. – Sam pochylił się, Ŝeby zajrzeć do wnętrza, i 

natychmiast  tego  poŜałował.  Deska  rozdzielcza  była  całkiem  zniszczona,  a 
siedzenia pokryte wyleniałymi futrzakami. – Według mnie to ruina. 

– Trzeba włoŜyć w niego trochę pracy, przyznaję. 
– Trochę? 
– No, moŜe sporo. – Lucky pogłaskała delikatnie palcami spłowiały dach 

kabrioletu,  jakby  chciała  pocieszyć  krytykowane  przez  Sama  auto.  –  Ale  tego 
przecieŜ się właśnie wspólnie podjęliśmy. 

–  To  prawda  –  odparł.  Dobrze  pamiętał  motto,  jakie  jej  przyświecało: 

„Przywrócić stare samochody do ich dawnej chwały”. 

– Gdyby był w idealnym stanie, nie zrobilibyśmy na nim Ŝadnego interesu 

– zauwaŜyła przytomnie. 

–  Jaki  zysk  moŜna  mieć  z  samochodu,  którego  wartość  nie  przekracza 

dwóch tysięcy dolarów? 

–  Zaufaj  mi.  Po  remoncie  będzie  go  moŜna  sprzedać  za  dwadzieścia 

tysięcy. Z łatwością. 

Sam uśmiechnął się. Entuzjazm i optymizm Lucky były niezawodne. On 

teŜ się cieszył, widząc radość w jej błyszczących piwnych oczach. 

Oboje chcieli częściej ze sobą przebywać, lecz dostosowanie do siebie ich 

rozkładów  zajęć  okazało  się  trudniejsze,  niŜ  się  spodziewali.  Za  to  w  ciągu 
ostatnich dziesięciu dni spotykali  się na wspólnym  lunchu  w czasie przerwy  w 
pracy, gdyŜ jakoś udawało się im wygospodarować trochę czasu. 

Na podstawie doświadczeń z przeszłości Sam uwaŜał, Ŝe to akurat tyle, ile 

moŜe  z  jedną  kobietą  wytrzymać  bez  popadania  w  rutynę  i  nudę.  Początkowo 
zastanawiał  się,  czy  tak  częste  spotkania  nie  przyspieszą  rozwoju  stosunków 
między  nimi,  a  tym  samym  nie  doprowadzą  do  ich  niechybnego  końca. 
Tymczasem  Lucky  nie  przestawała  go  na  nowo  zadziwiać  i  zachwycać,  aŜ 
doszedł do wniosku, Ŝe w Ŝadnym wypadku nie grozi mu znudzenie. Kiedyś, gdy 
była  zajęta  i  nie  mogła  zjeść  z  nim  lunchu,  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  czekał  na 
spotkanie z nią jak na oŜywcze źródło w połowie cięŜkiego dnia pracy. 

Jeszcze kilka miesięcy temu nie umiałby sobie wyobrazić, Ŝe jakaś kobieta 

mogłaby znaczyć dla niego tyle co ona. Nigdy przedtem nie pozwoliłby sobie na 
uzaleŜnienie  się  od  kogokolwiek,  zresztą  i  teraz  by  do  tego  nie  dopuścił.  Lecz 
osoba Lucky zaczęła grać tak istotną rolę w jego Ŝyciu, Ŝe nie potrafił się od niej 
uwolnić, absorbowała jego uwagę nawet na odległość. 

background image

Powoli,  ale  skutecznie  pokonywała  jego  obronne  zasieki.  I  Sam  po  raz 

pierwszy,  choć  miał  się  za  człowieka  zdecydowanego,  nie  bardzo  wiedział,  co 
robić. Czy uciekać na złamanie karku, czy wyciągnąć do niej rękę? 

Stojąc  koło  mercedesa  Lucky  wpatrywała  się  w  Sama  spod  ocieniającej 

oczy dłoni. Była juŜ przyzwyczajona, Ŝe zdarzało mu się popadać w zamyślenie, i 
w takich przypadkach powstrzymywała się od zadawania pytań. 

Tym  razem  jednak  wyglądał  raczej  na  zmartwionego  niŜ  pochłoniętego 

waŜnymi problemami. 

–  Martwisz  się  o  swoje  pieniądze  ulokowane  w  naszym  wspólnym 

biznesie? 

–  AleŜ  skąd.  –  Sam  potrząsnął  głową,  wracając  do  rzeczywistości.  –  Na 

pewno masz rację, samochód będzie jak nowy. MoŜe Clem zająłby się silnikiem, 
a ja przysłałbym dwóch ludzi, Ŝeby popracowali nad skrzynią biegów. 

– Dobry pomysł. Wprawdzie mnie nie będzie, ale powiem Clemowi, Ŝe się 

zjawią. 

Spojrzał na nią zdziwiony, lecz zaraz sobie przypomniał. 
– Ach, tak, wybierasz się na wesele, o którym wszyscy mówili na przyjęciu 

u Hala. Na ile dni wyjeŜdŜasz? 

Ciekawe,  pomyślała.  Powinna  przeciwstawić  się  tej  władczej  nucie 

brzmiącej w jego głosie, a tymczasem była chyba zadowolona. 

– Nie będzie mnie do przyszłego poniedziałku. 
– Tak długo? 
– Mhm. – Zobaczyła, Ŝe zrobił kwaśną minę, więc dodała z uśmiechem: – 

Rozumiem, Ŝe nie moŜesz juŜ zmienić swoich planów i wybrać się ze mną. 

Zastanawiał się przez moment, lecz zaraz potrząsnął przecząco głową. 
– Raczej wolałbym aplikować sobie Vanderholdenów w nieco mniejszych 

dawkach niŜ weselne zgromadzenie. Poza tym nie mógłbym się teraz wyrwać na 
cztery dni. Nie zamykasz na ten czas firmy, prawda? 

– Nie Ŝartuj. 
–  Tak  myślałem.  Jeśli  chcesz,  mogę  polecić  któremuś  z  moich 

sprzedawców, Ŝeby popilnował twoich spraw. 

– Twój sprzedawca pracujący w firmie „Najpiękniejsze Modele Minionych 

Sezonów”? Pewno poczytałby to za plamę na honorze. 

Miesiąc  temu  nie  przyszłaby  mu  do  głowy  taka  propozycja,  a  zwłaszcza 

obrona  jej  zawodowych  interesów.  Z  zadowoleniem  uświadomiła  sobie,  Ŝe 
wreszcie zyskała w jego oczach aprobatę. Ciekawe, jak dalece? 

–  Dzięki,  ale  to  niepotrzebne.  Jest  taki  człowiek,  konkretnie  profesor. 

Prowadzi  wykłady  w  college’u  i  zawsze  mi  pomaga,  kiedy  muszę  gdzieś 
wyjechać. Porządkuje moje sprawy finansowe i twierdzi, Ŝe niektórzy moi klienci 
wręcz go fascynują. 

– Cieszę się, Ŝe wszystko sobie zorganizowałaś. – Sam nachmurzył się na 

background image

dźwięk  własnych  słów.  Wcale  nie  to  chciał  powiedzieć.  –  Mam  nadzieję,  Ŝe 
będziesz się świetnie bawiła – spróbował jeszcze raz. JuŜ było lepiej, lecz nie to 
miał na myśli. 

– Dzięki, spodziewam się, Ŝe będzie miło. 
– Pozdrów ode mnie rodzinę. 
Lucky  powstrzymała  uśmiech.  Nigdy  nie  widziała  Sama  tak 

zakłopotanego. To było zupełnie nowe doświadczenie. 

– Oczywiście, przekaŜę twoje pozdrowienia. – Po chwili zapytała: – Masz 

do mnie coś jeszcze? 

Z  wyczekującym  spojrzeniem  podniosła  ku  niemu  twarz.  Ujął  ją  w  obie 

dłonie. 

–  Będę  za  tobą  tęsknił  –  powiedział  cicho.  Lucky  połoŜyła  ręce  na  jego 

dłoniach. Naprawdę Ŝałowała, Ŝe Sam nie moŜe jej towarzyszyć. 

– Mnie teŜ będzie cię brakowało. 
– Oby tak było – odburknął groźnie. Zdziwiła go własna porywczość. 
–  Będzie.  –  Cichej  odpowiedzi  Lucky  towarzyszyło  jeszcze  cichsze 

westchnienie. 

 
Tak jak Lucky przewidywała, wesele jej kuzyna było hucznym przyjęciem. 

Z  grubsza  licząc,  około  połowa  z  dwustu  gości  była  ze  sobą  w  jakiś  sposób 
spokrewniona, a jeŜeli Vanderholdenowie potrafili coś dobrze robić, to właśnie 
urządzać  zabawy.  Lucky  jako  członek  bliskiej  rodziny  została  z  miejsca 
zatrudniona  przy  przygotowaniach  i  nie  miała  chwili  czasu  dla  siebie.  ZdąŜyła 
tylko wziąć prysznic przed samym przyjęciem, które trwało całą noc. Wcale się 
zresztą  nad  sobą  nie  uŜalała,  przeciwnie,  chętnie  we  wszystkim  pomagała,  bo 
czuła, Ŝe ostatnio ogromnie zaniedbała rodzinę, choć przecieŜ w pracy nie miała 
Ŝ

adnych  absorbujących  ją  kłopotów.  Postanowiła  więc  wykorzystać  dłuŜszy 

weekend  na  nadrobienie  zaległości  w  stosunkach  rodzinnych,  a  zwłaszcza  na 
wysłuchanie najświeŜszych ploteczek. 

Niemniej  z  pewną  ulgą  późnym  wieczorem  w  poniedziałek  skierowała 

swój  samochód  w  stronę  domu.  Po  dobrze  przespanej  nocy  we  wtorek  rano 
przybyła do biura wypoczęta i gotowa na wszystko. 

ZdąŜyła właśnie usiąść przy biurku, gdy usłyszała zatrzymujący się przed 

bramą samochód. W chwilę później w drzwiach ukazał się chudy młodzieniec w 
grubych okularach, ze strzechą jasnych włosów. Wszedł do biura i rozejrzał się 
dookoła. 

Lucky  po  latach  doświadczeń  zawodowych  potrafiła  od  razu  ocenić 

klienta.  Ten,  prawie  jeszcze  nastolatek,  nie  bardzo  wyglądał  na  nabywcę 
samochodu i był raczej speszony. 

Wstała szybko zza biurka z wyciągniętą dłonią, Ŝeby go trochę ośmielić. 
–  Jestem  Lucky  Vanderholden  –  uśmiechnęła  się  ciepło.  –  Czym  mogę 

background image

słuŜyć? 

– Ja... czytałem pani ogłoszenie. – Patrzył na jej dłoń przez chwilę pustym 

wzrokiem,  otarł  rękę  o  nogawkę  spodni  i  dopiero  wtedy  uchwycił  jej  palce  w 
krótkim uścisku. – Nazywam się Dewey Phillips. 

–  Miło  mi  cię  poznać,  Dewey.  –  Lucky  wskazała  mu  krzesło.  –  MoŜe 

zechcesz usiąść. 

–  Chyba  tak.  –  Przesunął  krzesło  w  stronę  biurka,  szurając  nim  po 

podłodze. 

– Dałam kilka ogłoszeń w prasie. Które masz na myśli? 
Dewey  poprawił okulary  na nosie i spojrzał na  Lucky  wzrokiem  pełnym 

nadziei. 

– To o kupnie starych samochodów. No, wie pani, najwyŜsze ceny. 
–  Taak –  zaczęła powoli  –  jestem  zainteresowana kupnem  samochodów. 

Ale  nie  chodzi  mi  o zwykłe,  stare  samochody,  szukam  naprawdę  zabytkowych 
modeli. 

– Mój jest właśnie taki. – Nagle twarz Deweya rozjaśniła się entuzjazmem, 

który  zadziwiająco  go  odmienił.  –  To  Thunderbird  z  1956  roku.  Ma 
ośmiocylindrowy 

silnik 

mocy 

202 

koni 

mechanicznych, 

to 

kabrioletli-muzyna... 

–  Uaaa!  –  Lucky  uniosła  dłoń,  Ŝeby  powstrzymać  potok  jego  słów.  – 

Wszystko brzmi cudownie. Chyba takiego właśnie szukam. Kiedy będę mogła go 
obejrzeć? 

– Zaraz. Stoi przed bramą. 
– Chcesz powiedzieć, Ŝe jest na chodzie? 
–  Oczywiście,  gdyby  nie  jeździł,  nie  bardzo  zasługiwałby  na  miano 

samochodu. 

Lucky wyszła z biura i stwierdziła, Ŝe samochód był jeszcze wspanialszy, 

niŜ to wynikało z opisu Deweya. Niewielki, kremowy, o ładnej linii, miał okna 
osadzone  w  metalowych  listwach,  a  nad  tylnym  zderzakiem  zapasową  oponę. 
Jednym słowem – marzenie. 

Lucky odetchnęła głęboko i zwróciła się zdumiona do chłopaka. 
– Chcesz naprawdę sprzedać taki samochód? 
– Oczywiście – odparł uraŜonym tonem. – W przeciwnym razie nie byłoby 

mnie tutaj. 

Coś się tu nie zgadzało, pomyślała Lucky, obserwując pełną wyrazu twarz 

Deweya,  ujawniającą  dwa  zupełnie  sprzeczne  ze  sobą  uczucia.  Kiedy  mówił  o 
wozie,  oŜywiał  się,  na  wzmiankę  o  jego  sprzedaŜy  wyraźnie  przygasał.  Nie 
wszystko jeszcze zostało powiedziane i Lucky była zdecydowana dowiedzieć się 
czegoś więcej. 

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, poproszę mego mechanika, Ŝeby go 

obejrzał, a my pójdziemy do biura i porozmawiamy, dobrze? 

background image

– Oczywiście. 
Wywołała  Cierna  z  garaŜu.  Dewey  wręczył  mu  kluczyki  i  z  trudem 

odrywając oczy od samochodu, podąŜył za Lucky do biura. 

– A więc – wyciągnęła kartkę papieru do zanotowania potrzebnych danych 

– skąd masz ten samochód? 

–  Od  ojca.  –  Dewey  machinalnie  przesuwał  palcami  po  bocznym  szwie 

spodni. 

– To był prezent? 
–  Właściwie  spadek,  ojciec  nie  Ŝyje.  –  Podniósł  na  nią  wzrok,  jakby 

uderzyła go jakaś myśl. – Niech się pani nie obawia, papiery są w porządku. 

Lucky skinęła głową i zrobiła notatkę. 
– Kiedy twój ojciec kupił ten samochód? 
– W 1956 roku, wprost ze składu. Musiał na niego oszczędzać przez trzy 

lata, ale zawsze powtarzał, Ŝe się opłaciło. 

Lucky zmarszczyła brwi w zamyśleniu. 
– Więc twoja rodzina miała go przeszło trzydzieści lat? 
– Taak. – Dewey pochylił nagle głowę. – Jest starszy ode mnie. 
– I masz zamiar go sprzedać? 
– Taak, pewnie. Dlatego tu jestem. 
– Ale nie bardzo cię to cieszy, prawda? Wzruszył bezradnie ramionami. 
– Nie mam wyboru. Mama jest chora. Potrzebne są pieniądze. 
Lucky  zrobiła  kolejną  notatkę,  gdy  w  drzwiach  ukazał  się  Clem.  W 

milczeniu  uniósł  do  góry  kciuk.  Skinęła  mu  głową  i  wróciła  spojrzeniem  do 
Deweya. Nagle wydał się jej jeszcze młodszy. Bardzo chciała mieć Thunderbirda, 
lecz jeszcze bardziej pragnęła, Ŝeby chłopak mógł go zatrzymać. 

– Czy to jedyny sposób zdobycia pieniędzy? – spytała łagodnie. – Czy tam, 

gdzie pracujesz, nie ma kasy zapomogowej? 

Dewey zdziwiony uniósł wzrok. 
–  Proszę  mi  wierzyć,  gdyby  była  jakaś  inna  moŜliwość...  –  Potrząsnął 

głową  z  rezygnacją.  –  Problem  polega  na  tym,  Ŝe  pracuję  samodzielnie, 
opracowuję programy komputerowe, wie pani? Dobrze mi idzie, nawet bardzo. I 
właśnie teraz rozwijam nowy pomysł. – Twarz Deweya ponownie się rozjaśniła. 
– JeŜeli go sprzedam, wynagrodzenie będzie wysokie. Właśnie juŜ prowadzę na 
ten temat rozmowy. 

–  A  moŜe  ludzie,  z  którymi  masz  zawrzeć  umowę,  daliby  ci  zaliczkę?  – 

podsunęła  Ŝyczliwie.  Ten  młody,  powaŜny  człowiek  przypominał  jej  trochę 
Kena, a nawet Hala. Nagle uzmysłowiła sobie, Ŝe bardziej pragnie przyjść mu z 
pomocą, niŜ zawrzeć korzystną transakcję. 

– To byłoby moŜliwe dopiero po podpisaniu kontraktu, a rozmowy mogą 

potrwać jeszcze wiele tygodni. Moja mama nie moŜe tak długo czekać. 

– Rozumiem. 

background image

– Ale tak sobie teraz pomyślałem... – Dewey spojrzał na Lucky z nadzieją – 

...Ŝe jak sprzedam swój program, to mógłbym tu wrócić, to znaczy, mam na myśli, 
Ŝ

e przecieŜ mógłbym odkupić samochód, chyba nic nie stałoby na przeszkodzie, 

prawda? 

–  No  nie  –  odparła  z  namysłem  –  pod  warunkiem,  Ŝe  jeszcze  byłby  do 

sprzedania. – Nie chciała mu mówić, Ŝe tak piękne auto długo nie pobędzie na 
składzie. 

– Więc widzi pani, moŜe się jeszcze wszystko dobrze ułoŜy. 
Przez wzgląd na Deweya zdołała się uśmiechnąć. 
– Być moŜe. To teraz przystąpmy do interesu. 
Sama określiła cenę, która wydawała się jej odpowiednia, gdyŜ Dewey nie 

potrafił wycenić samochodu i w ciągu kilku minut umowa została zawarta. Lucky 
wręczyła mu czek, a potem wyszła z nim na parking. Patrzyła, jak chłopak Ŝegna 
się ze swoim Thunderbirdem i idzie w kierunku przystanku autobusowego. 

W kantorze czekał na nią Clem. 
– Trochę pracy trzeba będzie włoŜyć w ten wóz – oznajmił. – Ale nieduŜo. 

JeŜeli chcesz, mogę się zaraz do niego zabrać. 

– Nie ma potrzeby – odparła stanowczo. – Chyba postoi tu trochę dłuŜej. 
– Nie takie cacko. Sprzeda się migiem. 
– MoŜe tak – odparła w zamyśleniu – a moŜe nie. 
Około  południa  zatelefonowała  do  Sama,  Ŝeby  sprawdzić,  czy  będzie 

wolny  w  porze  lunchu.  Po  czterech  dniach  nieobecności  chciała  się  z  nim  jak 
najszybciej zobaczyć. Tymczasem zamiast Sama odezwał się Joe Saks. 

– Sam polecił mi udzielić pani informacji. 
– Co się stało? 
–  Jest  chory,  ma  jakąś  infekcję  wirusową.  Wczoraj  nas  zawiadomił,  Ŝe 

przez parę dni go nie będzie. 

Lucky zaniepokoiła się. 
– To chyba nic powaŜnego, prawda? 
– Nie, prawdopodobnie grypa. Prosił, Ŝeby pani powiedzieć, Ŝe zadzwoni, 

jak się juŜ pozbiera i wstanie. 

– A kiedy wstanie? I kto się nim teraz opiekuje? 
–  Nie  mam  pojęcia.  Sam  w  czasie  choroby  zachowuje  się  jak  ranny 

niedźwiedź, nie chce niczyjej pomocy. 

– No, to się dopiero okaŜe – mruknęła pod nosem. Jeszcze zanim usłyszała 

buczenie sygnału w słuchawce, podjęła decyzję. 

Po pracy zrobiła zakupy, potem przez jakiś czas była zajęta gotowaniem. 

Około  siódmej  z  koszykiem  pełnym  jedzenia  wyruszyła  z  domu,  Ŝeby  złoŜyć 
choremu wizytę. 

Sam nie reagował na dzwonek do drzwi, więc Lucky zaczęła głośno pukać 

i zawołała: 

background image

– Sam?! To ja, Lucky! 
Po  dobrej  minucie  usłyszała  odgłos  otwieranego  zamka.  W  uchylonych 

drzwiach  ukazała  się  głowa  Sama.  Był  blady,  miał  załzawione  oczy  i  widok 
Lucky raczej nie sprawił mu szczególnej przyjemności. 

– Jestem chory – oznajmił. – Nie rozmawiałaś z Joe’em? 
–  Rozmawiałam  i  dlatego  tu  jestem.  –  Lucky  usiłowała  bezskutecznie 

otworzyć szerzej drzwi. Nawet nie drgnęły. – Nie wpuścisz mnie do środka? 

–  Nie.  –  MoŜe  ton  jego  głosu  miał  być  stanowczy,  ale  zabrzmiał  tylko 

zrzędliwie. 

– Jak masz zamiar się wyleczyć, skoro nikt się tobą nie zajmuje? 
–  Tak  jak  zawsze  –  odparł  powoli,  jakby  mówienie  przychodziło  mu  z 

wysiłkiem. – PoleŜę w łóŜku i wypocę się. 

– Bzdura. Przyniosłam ci sok i własnoręcznie ugotowaną moją niezwykłą 

zupę. Pozwól mi przynajmniej zostawić to w kuchni. 

Pokręcił przecząco głową. 
– Nie będę jadł, bo czuję się fatalnie. 
– Słuchaj, ja tylko... 
– Lucky! – Rzucił jej zbolałe spojrzenie. – Nie cierpię przyjmować gości w 

czasie choroby. 

–  Doskonale,  podobnie  jak  ja.  Nie  traktuj  mnie  jak  gościa,  tylko  jak 

pielęgniarkę. 

– Ja nie potrzebuję pielęgniarki. 
Tym  razem  go  zaskoczyła  i  popchnęła drzwi  tak,  Ŝe  mogła się  przez nie 

prześlizgnąć. 

– Czy ktoś juŜ ci mówił, Ŝe jesteś bardzo agresywną kobietą? 
– Kilka osób. Staram się nie zwracać na to uwagi. 
Teraz  stał  koło  niej  w  całej  okazałości  i  Lucky  uświadomiła  sobie  z 

pewnym niepokojem, Ŝe jego jedynym strojem były spodnie od piŜamy, zsunięte 
poniŜej pasa i ledwo trzymające się na szczupłych biodrach. Kiedy skierował się 
w  stronę  holu,  otwarcie  gapiła  się  na  to  ciało  z  całym  podziwem,  na  jaki 
niewątpliwie zasługiwało. 

Kichnął potęŜnie, co przypomniało jej o właściwym celu wizyty. 
– Czy zdajesz sobie sprawę, Ŝe mogę cię zarazić? 
– spytał gderliwie. 
– Zaryzykuję. 
– A poza tym – zatrzymał się w drzwiach sypialni – jesteś zdana na samą 

siebie, ja nie jestem w stanie cię zabawiać. 

– A kto cię o to prosi – burknęła pod nosem. Idąc w stronę kuchni rzuciła 

okiem do sypialni. Sam właśnie kładł się do łóŜka. 

Lucky przelała zupę do garnuszka, wstawiła go do kuchenki mikrofalowej i 

przygotowała pełną szklankę soku. 

background image

Wbrew protestom Sama była święcie przekonana, Ŝe trochę czułej troski 

dobrze  mu  zrobi.  Takiej,  jakiej  ona  doświadczała.  Wręcz  mile  wspominała 
choroby  przebyte  w  dzieciństwie.  Wszyscy  koło  niej  skakali  i  starali  się  ją 
kurować. 

A jeśli nie pomoŜe mu kobieca troskliwość, to jeszcze została uzdrawiająca 

moc cudotwórczego rosołu według receptury jej mamy. 

Ustawiła miseczkę zupy, szklankę soku i talerzyk krakersów na tacy. Gdy 

tylko przekroczyła próg sypialni, Sam otworzył jedno oko i oznajmił stanowczo: 

– Nie jestem głodny. 
–  Tak  ci  się  tylko  zdaje.  –  Lucky  ustawiła  tacę na  stoliku  stojącym  koło 

łóŜka i podłoŜyła Samowi pod plecy dodatkową poduszkę. – Siadaj. 

– Czy muszę? 
– Tak. 
– Nikt cię nie prosił, Ŝebyś odgrywała rolę Florence Nightingale – zrzędził 

dalej, siadając na łóŜku. 

–  Ciebie  równieŜ  nikt  nie  prosił,  Ŝebyś  zachowywał  się  jak  pięcioletnie 

dziecko,  a  jednak  wygląda  na  to,  Ŝe  nie  masz  zamiaru  przestać.  –  Lucky 
przestawiła tacę na łóŜko. – Teraz masz jeść. 

– Twoje podejście do chorego pozostawia wiele do Ŝyczenia. 
– Twoje zachowanie takŜe – odparła słodkim głosem. – Spróbuj zupy. 
Sam spojrzał na miseczkę sceptycznie. 
– Nie lubię zup. 
– Świetnie. – WłoŜyła mu łyŜkę do ręki. – Wcinaj. 
–  Chyba  nie  wierzysz  w  tę  bzdurę,  Ŝe  rosołem  moŜna  wyleczyć  kaŜdą 

chorobę. 

Wierzyła, ale nie było sensu dyskutować na ten temat. 
– Jeszcze nie straciłam całkiem cierpliwości. 
–  Robisz,  co  w  twojej  mocy,  Ŝeby  mi  uprzykrzyć  chorobę,  więc  chyba 

lepiej juŜ zgodzić się na wszystko i szybko wyzdrowieć. 

Powstrzymała  cisnącą  się  na  usta  ciętą  odpowiedź,  bo  Sam  właśnie 

zanurzył  łyŜkę  w  zupie  i  zaczął  jeść.  Niech  psioczy,  byleby  tylko  udało  jej  się 
wmusić  w  niego  trochę  pokarmu.  Musiał  być  naprawdę  bardzo  słaby,  gdyŜ 
zjedzenie rosołu i wypicie pół szklanki soku zajęło mu prawie piętnaście minut. 

Zabrała tacę, wyjęła dodatkową poduszkę, a Sam połoŜył się znuŜony. 
– Teraz odpoczywaj – powiedziała. – Zajrzę do ciebie za chwilę. 
– Mmm – wyraził zgodę. – Lucky? Zatrzymała się w drzwiach. 
– Dzięki. 
Więc ten cały trud nie poszedł na  marne, skoro w końcu padło to jedno, 

proste słowo, pomyślała, zmywając w kuchni naczynia. Potem poszła do salonu i 
zaczęła przeglądać jakiś ilustrowany tygodnik. No, cóŜ, Sam nie był winien, Ŝe 
nikt nie otaczał go troskliwością. Ani ona, Ŝe musiała ją okazać. 

background image

Pół godziny później zajrzała do sypialni. Spał spokojnie. Lecz gdy weszła 

do  niego  po  następnej  godzinie,  kołdra  i  poduszki  leŜały  na  podłodze,  a  on 
niespokojnie  przewracał  się  na  łóŜku.  PołoŜyła  mu  dłoń  na  czole  –  płonęło 
gorączką. 

Pobiegła do łazienki i w apteczce znalazła aspirynę. Wzięła dwie tabletki, 

szklankę wody i wróciła do sypialni. Sam był półprzytomny i cicho jęczał. 

– Musisz połknąć te pastylki. – Wsunęła mu ramię pod plecy i podparła go. 
– Co to jest? 
–  Aspiryna,  z  twojej  apteczki.  –  Podtrzymywała  go,  gdy  łykał  pigułki  i 

popijał je wodą, a potem ułoŜyła z powrotem na poduszkach. 

–  Przepraszam,  nie  jestem  najlepszym  gospodarzem  –  zamruczał 

niewyraźnie. 

Gdyby nie był w takim złym stanie, chyba by się roześmiała. 
– Nie martw się. Świetnie dajesz sobie radę. 
– Paskudnie się czuję. 
–  Wiem  –  powiedziała  cicho,  uspokajającym  tonem.  –  LeŜ  spokojnie, 

lekarstwo zaraz zacznie działać. Przyniosę ci zimny kompres. 

Znalazła  ręcznik  w  szafce  koło  umywalki  i  zmoczyła  go  zimną  wodą. 

Weszła  z  jasno  oświetlonej  łazienki  do  ciemnej  sypialni,  gdzie  ciało  Sama 
pośrodku łóŜka rysowało się jak ledwo widoczny cień. Gdy jej oczy przywykły 
do  mroku,  zobaczyła,  Ŝe  leŜy  na  plecach  z  jednym  ramieniem  ponad  głową  i 
zamkniętymi  oczami.  Druga  ręka  spoczywała  na  piersi,  palce  zaciskały  się  na 
brzegu prześcieradła. Zalała ją fala czułości na widok Sama umęczonego chorobą 
i  całkiem  bezbronnego.  Nic  nie  pozostało  z  jego  szorstkości,  którą  czasami 
okazywał światu. 

Była mu potrzebna, bez względu na to, czy zdawał sobie z tego sprawę, czy 

nie. Ten duŜy, silny i niezaleŜny męŜczyzna potrzebował jej pomocy. Doznawała 
dwóch uczuć naraz: współczucia i zadowolenia. 

Delikatnie  połoŜyła  mu  na  czole  chłodny  ręcznik.  Westchnął,  lecz  nie 

otworzył  oczu.  Przysiadła  na  brzegu  łóŜka.  Wypieki  zaczęły  stopniowo 
ustępować  z  policzków  Sama,  a  oddech  się  uspokajał.  Odgarnęła  mu  mokre 
kosmyki z czoła. 

– Mów do mnie – szepnął. 
– Chcesz usłyszeć bajkę na dobranoc? 
– Niekoniecznie. – Otworzył jedno oko. – Opowiedz, jak ci minął dzień. 
Nie  wyglądał  na  szczególnie  tym  zainteresowanego,  lecz  Lucky  z 

przyjemnością  spełniła  jego  Ŝyczenie.  Opowiedziała  mu  o  Deweyu  Phillipsie, 
którego piękny samochód stał teraz na tyłach jej parkingu. 

– Oczywiście – zakończyła swą relację – nie moŜemy go sprzedać. Musimy 

dać chłopcu wystarczająco duŜo czasu, Ŝeby stanął na nogi. 

– Chyba masz rację – odparł sennie. 

background image

– Wiedziałam, Ŝe się ze mną zgodzisz. 
Prawie od razu zapadł w drzemkę, a po krótkiej chwili juŜ smacznie spał. 

Lucky pochyliła się i lekko dotknęła ustami jego policzka. Jednodniowy zarost 
połaskotał jej wargi. Roześmiała się cicho i ogarnęła go tkliwym spojrzeniem. To 
tak jest, pomyślała, gdy się naprawdę kocha. Patrzy się na męŜczyznę i wie, Ŝe 
chce się z nim spędzić resztę Ŝycia. 

Sam poruszył się i przewrócił na drugi bok. 
– Niewdzięcznik – szepnęła czule. Wstała, wyszła z sypialni na palcach i 

zamknęła za sobą drzwi. 

 
Następnego dnia rano Lucky wstąpiła do Sama w drodze do pracy.  Tym 

razem,  gdy  otworzył  jej  drzwi,  widać  było,  Ŝe  jest  juŜ  o  wiele  silniejszy,  choć 
zaraz wrócił do łóŜka. 

– Widzę, Ŝe zrezygnowałaś z dalszego karmienia mnie zupą – powiedział z 

zadowoloną miną do Lucky idącej za nim do sypialni. 

–  Jeszcze  sporo  zostało  z  wczorajszego  dnia  –  oznajmiła,  odsuwając 

zasłony w oknach. 

– Na pewno. 
–  Masz  zamiar  podawać  w  wątpliwość  skuteczność  mojej  cudownej 

kuracji? – Lucy uniosła pytająco brwi. 

– Grypa zwykle mija. Mnie teŜ juŜ prawie przeszła. 
– Jasne. – Podeszła do łóŜka i poprawiła poduszki. 
– Daj z tym spokój. – Sam chwycił ją za rękę. 
– Z czym? – spojrzała na niego zdumiona. 
– Ze wszystkim, z całą tą krzątaniną. Nie moŜesz mi pozwolić pochorować 

w spokoju? 

Zastanawiała się przez długą chwilę. Jeszcze nie tak dawno, poprzedniego 

wieczora rozmyślała o swojej miłości do Sama, którą ujrzała w pełnym blasku. 
Teraz postanowiła ukryć ją tak głęboko, Ŝeby nawet on nie potrafił się domyślić 
jej istnienia. 

– Nie – odparła wreszcie. – Nie mogę. Podparty na poduszkach spojrzał na 

nią złym wzrokiem. 

–  Nie  chciałbym,  Ŝebyś  się  przeze  mnie  spóźniła  do  pracy.  –  Spojrzał 

wyraźnie na drzwi. 

– Dobrze, juŜ dobrze – rozłoŜyła ręce w geście kapitulacji. – Wychodzę. 
Osiągnął swój cel, ale jakoś nie sprawiło mu to przyjemności. To prawda, 

zachował  się  dość  grubiańsko,  ale  jego  ostentacyjnie  niegrzeczne  maniery  nie 
zrobiły na Lucky wraŜenia. 

– To cię po prostu dobija, prawda? – Stała juŜ w drzwiach. 
– Co? 
– śe jesteś od kogoś uzaleŜniony, choćby troszeczkę. – Zamknęła za sobą 

background image

drzwi. 

Lucky wtargnęła w jego Ŝycie nagle, jak grom z jasnego nieba, tak Ŝe w 

ogóle nie wiedział, co się z nim dzieje. 

Czy  moŜna  winić  go  za  to,  Ŝe  chciał  wreszcie  sam  pokierować 

wydarzeniami? 

Zapewne nie. Ale niepotrzebnie tak burczał. Chciała mu tylko pomóc. 
Kiedy zrobiła to poprzednio, pozwolił, Ŝeby głupi samochód stał się kością 

niezgody.  Tym  razem  nie  moŜe  popełnić  podobnego  błędu.  Wieczorem  ją 
przeprosi i wszystko naprawi. Pozostał mu cały dzień na rozmyślanie, jak ma się 
najlepiej do tego zabrać. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 
Przez całe przedpołudnie Lucky gratulowała sobie podjęcia decyzji, Ŝe nie 

odwiedzi  Sama  po  pracy,  zaś  całe  popołudnie  wyzywała  się  od  idiotek,  gdyŜ 
wiedziała, Ŝe do niego wstąpi. 

Prawdziwie  wyemancypowana  kobieta  powinna  powiedzieć  mu,  Ŝeby 

poszedł  do  diabła,  zapewniała  się  w  duchu.  Jednak  cichy,  wewnętrzny  głos 
zapytywał ją, która prawdziwie wyemancypowana kobieta zna na pamięć przepis 
mamy na rosół? Cały problem polegał na tym, Ŝe ona nie po to przyszła na świat, 
Ŝ

eby pozostawać obojętną na problemy innych. A teraz zamierzała się upewnić, 

czy Sam poczuł się lepiej. Choćby jej troska nie była mile widziana. 

Nie musiała dzwonić do drzwi, bo były nieco uchylone. Weszła i zawołała: 
– Sam! 
– JuŜ idę. – Wyszedł z kuchni ubrany w wypłowiałą koszulkę polo i obcisłe 

dŜinsy. Miał mokre włosy, był świeŜo ogolony, szedł spręŜystym krokiem i, o ile 
wzrok  Lucky  nie  mylił,  w  jego  spojrzeniu  dojrzała  podejrzanie  uwodzicielski 
błysk. 

Ta  zmiana  domagała  się  jakiegoś  komentarza,  lecz  Lucky  była  zbyt 

zdumiona. 

Podszedł  do  niej,  wyjął  z  jej  rąk  torebkę,  po  czym  wziął  ją  w  ramiona  i 

powitał gorącym pocałunkiem. 

Kiedy ją wreszcie wypuścił z objęć, stała jeszcze przez chwilę bez tchu i 

bez słowa. 

– Wstałeś – udało się jej w końcu wykrztusić. 
– To mi się właśnie w tobie podoba. – Sam uśmiechnął się i poprowadził ją 

za rękę do kuchni. – Jesteś bystra. 

–  Ale  przecieŜ  wczoraj  wieczorem...  –  Lucky  uświadomiła  sobie,  Ŝe  się 

zająknęła i nie bardzo wiedziała, czy jej zmieszanie wiąŜe się z niespodziewanym 
powrotem  Sama  do  zdrowia,  czy  teŜ  z  jego  niezaprzeczalnie  wzbudzającym 
poŜądanie wyglądem. – Wczoraj wydawało się, Ŝe jesteś obłoŜnie chory. 

Objął ją w pasie i posadził na jednym z kuchennych stołków. 
– To była czterdziestogodzinna infekcja. Przeszła. 
Ciągle trochę oszołomiona patrzyła, jak Sam otwiera lodówkę i schyla się, 

Ŝ

eby wyjąć duŜą miskę kruchej sałaty. DŜinsy jeszcze bardziej obcisnęły twarde 

mięśnie jego ud i Lucky poczuła nieoczekiwanie dreszcz podniecenia. 

– Skoro tak dobrze się czujesz... – powiedziała z wysiłkiem – to juŜ chyba 

nie jestem ci potrzebna. 

Sam  wyprostował  się  powoli  i  obrócił  ku  niej  twarz.  Patrzył  na  nią 

ciemnymi oczami, w których tlił się ogień. 

– Nie powiedziałbym tego... 

background image

– Ale dzisiaj rano... Skrzywił się na to wspomnienie. 
– Zachowałem się jak idiota. 
–  Tak.  –  Lucky  patrzyła,  jak  Sam  zamyka  nogą  drzwi  lodówki.  –  To 

prawda. 

– Mam nadzieję, Ŝe dzisiaj wieczorem mi przebaczysz. 
Zastanawiała  się  przez  chwilę.  Najwyraźniej  chciał,  Ŝeby  została. 

Uzmysłowiła sobie z radością, Ŝe i ona niczego bardziej nie pragnie. 

– ZałóŜmy. – Spojrzała w kierunku kuchenki i postanowiła zmienić temat. 

– Coś gotowałeś? 

Nabrał  z  duŜego  garnka  pomidorowego  sosu  i  podsunął  jej  do 

spróbowania. 

–  Niestety,  znowu  będzie  spaghetti,  bo  niczego  innego  nie  miałem  w 

lodówce. Co ty na to? 

–  Spaghetti  nigdy  mi  się  nie  znudzi.  –  Pociągnęła  nosem.  –  Chleb 

czosnkowy? 

– Pod warunkiem, Ŝe będziesz jadła razem ze mną. 
– Z przyjemnością. A jakie to ma znaczenie? 
–  Zasadnicze.  –  Sam  wyciągnął  rękę  i  pogłaskał  ją  delikatnie  nagim 

przedramieniem. Poczuła gęsią skórkę, a potem dreszcz przenikający całe ciało. – 
W przeciwnym razie nie ośmieliłbym się ciebie pocałować. 

– Masz zamiar... – Głos Lucky był drŜący i jakby zdyszany. Odchrząknęła i 

spróbowała jeszcze raz. – Zamierzasz mnie całować? 

– Lucky – powiedział cicho – przecieŜ wiesz. Jakoś udało im się nałoŜyć 

spaghetti  na  talerze,  a  talerze  ustawić  na  stole,  ale  zapomnieli  o  sałacie  i 
czosnkowym  chlebie,  który  opiekł  się  na  węgiel.  Nic  ich  nie  obchodziło  poza 
tym, Ŝe znowu byli razem. 

Sam starannie zawinął pasemko makaronu na widelec i podsunął jej do ust. 

Pomagając  sobie  koniuszkiem  języka,  wciągnęła  długie  nitki  i  zaczęła 
delektować się smakiem potrawy. 

– Cudowne – stwierdziła z błogim uśmiechem. 
– Tak – zgodził się Sam. Jego spojrzenie wędrujące od jej szyi do dekoltu 

nie pozostawiało wątpliwości, co miał na myśli. 

Westchnęła  cicho,  uszczęśliwiona,  Ŝe  Sam  wpatruje  się  w  nią 

zachwyconym  wzrokiem.  Nigdy  jeszcze  nie  była  obiektem  równie  silnej 
fascynacji i nie czuła się tak poŜądana. Prawie zakręciło się jej w głowie. WłoŜyła 
do ust drugą porcję makaronu. 

– Pyszne. 
Sam uniósł jej dłoń i ucałował po kolei kaŜdy palec. 
– To teŜ. 
Powoli  odłoŜyła  widelec  i  sięgnęła  po  kieliszek.  Pinot  Noir  miało 

ciemnoczerwoną barwę, było wytrawne, mocne, o charakterystycznym posmaku, 

background image

który  pozostawał na wargach.  Lucky  oblizała  je końcem  języka,  napawając  się 
aromatem wina. Kiedy uniosła głowę, ujrzała utkwione w nią spojrzenie Sama. 
Jego wargi były lekko rozchylone, oddech nierówny. 

– Nic nie zjadłeś – wskazała na talerz. 
– Nie jestem juŜ głodny. 
Ani  ja,  odpowiedziała  mu  w  duchu.  Jak  mogła  myśleć  o  jedzeniu? 

Zaledwie metr od niej siedział najbardziej pociągający męŜczyzna, jakiego znała 
w Ŝyciu, patrząc na nią tak, jakby była najbardziej godną poŜądania kobietą na 
ś

wiecie. Oddychała głęboko, bo wydawało się jej, Ŝe ma ściśnięte gardło. Czuła, 

jak obrzmiewają jej piersi, a stwardniałe sutki ocierają się o koronkowy staniczek. 

Obróciła  dłoń,  którą  Sam  ciągle  trzymał  i  przesunęła  palcami  po 

wewnętrznej, wraŜliwej skórze jego nadgarstka. 

– Jesteś pewny, Ŝe juŜ powróciłeś do sił? 
– Wypróbuj mnie – powiedział cicho, a towarzyszący tym słowom śmiech 

był trochę schrypnięty. 

Te słowa, śmiech i hipnotyczne spojrzenie podziałały na Lucky jak iskry 

wzniecające  płomień.  Czuła  się  obezwładniona  obecnością  Sama,  usidlona 
wywołanym  przez  niego  nastrojem.  Fala  Ŝaru  przenikała  całe  jej  ciało,  które 
stawało  się  bezwolne,  niemal  omdlałe.  Słyszała  tylko  głośne  bicie  własnego 
serca. A przecieŜ zaledwie dotykali się dłońmi. 

–  Sam?  –  wyszeptała  z  niedowierzaniem.  Wstał,  pociągnął  ją  za  rękę  i 

pochwycił w ramiona. 

Objęła go za szyję, a on zbliŜył usta do jej warg. Były rozchylone i czekały 

na niego tak samo jak całe jej ciało, drŜące z poŜądania. 

Sam zagłębił palce we włosy Lucky, przytrzymał głowę i jego język dopadł 

swej  zdobyczy.  Jej  wargi  pachnące  winem  odpowiedziały  namiętnie  na  tę 
pieszczotę. Wzrastające z kaŜdą chwilą upojenie ogarniało ich jak złocista mgła. 
Sam  nigdy,  z  Ŝadną  inną  kobietą  nie  doznawał  tak  wszechogarniającego 
pragnienia spełnienia. Pieszcząc jej plecy, przygarniał ją coraz bliŜej, dotykali się 
udami i piersiami i Sam czuł tuŜ przy sobie twarde sutki, spragnione jego dotyku. 

Lucky  przeczuwała,  Ŝe  ich  bliskość  wyzwoli  w  niej  pasję,  lecz  nie  była 

przygotowana na to, co się z nią teraz działo. Wypełniające ją dotąd pragnienie 
było  niczym  w  porównaniu  z  tą  szaloną,  płomienną  namiętnością,  której  się 
poddała. PoŜądała Sama, chciała się stopić z nim w jedno ciało, gdyŜ wiedziała, 
Ŝ

e i on pragnie tego równie Ŝarliwie, jak ona. 

–  Chodź  ze  mną  –  szepnął,  muskając  jej  szyję  gorącym  oddechem  –  bo 

zaraz znajdziemy się na podłodze. W sypialni zmienił prześcieradła i zasunął do 
połowy  zasłony.  Lucky  przeszła  kilka  kroków  po  posadzce,  na  której  ostatnie 
promienie  słońca  układały  mozaikę  światłocienia.  Zatrzymała  się.  Stojący  przy 
łóŜku Sam wyciągnął do niej rękę. 

– Lucky, chodź do mnie. 

background image

Tylko  na  to  czekała.  JuŜ  była  w  jego  ramionach  z  twarzą  uniesioną  ku 

niemu jak kwiat zwracający się do słońca. Niecierpliwymi palcami odpięła guziki 
koszulki i ściągnęła mu ją przez głowę. 

–  Masz  najpiękniejsze  ciało,  jakie  kiedykolwiek  widziałam  –  szeptała, 

chwytając lekko zębami w pieszczocie skórę jego umięśnionego barku. – Wczoraj 
wieczorem, kiedy otworzyłeś mi drzwi... – odetchnęła głęboko – gdybyś nie był 
taki chory, chyba bym się na ciebie rzuciła. 

–  Gdybym  nie  czuł  się  tak  fatalnie,  byłbym  szybszy  –  odparł  z  cichym 

ś

miechem.  –  Czy  wiesz,  ile  razy  na  dobę  spoglądałem  na  zegarek  w  czasie 

weekendu, kiedy cię tu nie było? Ile razy sięgałem po słuchawkę telefoniczną? Ile 
razy  musiałem  opierać  się  pokusie,  Ŝeby  nie  pojechać  po  ciebie  do  Scarsdale  i 
porwać ze sobą? 

Uśmiechnęła  się  szelmowsko.  Pod  palcami  muskającymi  jego  pierś 

poczuła napinające się mięśnie. 

– Zgorszyłbyś weselnych gości. 
– MoŜe. – Sam wsunął ręce pod jej bluzkę i zdjął ją. Powiódł zachłannym 

wzrokiem  po  obrzmiałych  z  poŜądania  piersiach,  wychylających  się  z 
przejrzystego staniczka. – Ale ty nie byłabyś zgorszona? 

– SkądŜe. – Potrząsnęła głową, a złote loki zawirowały wokół jej twarzy. – 

Mnie byś uszczęśliwił. 

I to była prawda. Kochała swoją rodzinę, lecz to uczucie nie mogło równać 

się z miłością, jaką w niej wzbudził Sam. 

Jej pieszczotliwe palce przesuwały się coraz niŜej. 
– Lucky – oddychał cięŜko – czy wiesz, co ty ze mną wyprawiasz? 
– Mhm – zamruczała cicho w odpowiedzi, nie bez pewnej dumy. 
Rozebrał ją szybko, a gdy stanęła przed nim naga, powiedział: 
– To najpiękniejszy widok na świecie. – Ujął w dłonie jej piersi i pochylił 

się ku nim. Lucky czuła jego włosy muskające jej szyję i nagle z jękiem odrzuciła 
w  tył  głowę,  bo  rozwarte  usta  Sama  przywarły  do  pręŜącego  się  sutka.  Miała 
wraŜenie,  Ŝe  przez  jej  ciało  przebiega  prąd,  objęła  głowę  Sama,  przytulała  ją 
coraz mocniej. Wydawało się jej, Ŝe juŜ dłuŜej nie zniesie napięcia wywołanego 
poŜądaniem. Nigdy przedtem nie doznawała podobnego uczucia, jakby była tylko 
częścią doskonałej całości, a odnalezienie niezbędnej do Ŝycia integracji mogło 
dokonać się tylko przez połączenie ich ciał. 

–  Pragnę  cię  –  szepnęła  namiętnie.  Sam  objął  ją  ramionami  i  powoli 

połoŜył na łóŜku. Zobaczył w jej oczach takie samo poŜądanie, jakie pulsowało w 
jego  Ŝyłach.  Więc  porwał  ją  za  sobą  w  krainę  przeŜyć,  których  nie  dało  się 
porównać  z  Ŝadnymi  innymi.  Znał  juŜ  namiętność,  lecz  nie  wiedział,  Ŝe  jest 
moŜliwe, by kaŜda cząstka jego ciała płonęła z rozkoszy. 

Lucky  juŜ  na  granicy  świadomości  pomyślała,  Ŝe  na  tego  męŜczyznę 

czekała przez całe Ŝycie. Obejmowała go ramionami i w jej uścisku zawierało się 

background image

wszystko, o czym dotąd tylko marzyła: ukochany człowiek i całkowite, miłosne 
spełnienie. 

Potem oboje powoli wracali do rzeczywistości. 
Lucky układając głowę na ramieniu Sama, uniosła ku niemu oczy. Oboje 

jednocześnie uśmiechnęli się do siebie z czułością. 

–  Sam,  kocham  cię  –  wyszeptała  sennym  głosem.  Przytuliła  policzek  do 

jego piersi i usnęła. 

 
Kiedy  się  obudziła,  w  sypialni  było  całkiem  ciemno.  Poczuła  na  sobie 

wzrok Sama. Oparty na łokciu przypatrywał się jej jakoś dziwnie. 

– Długo spałam? – spytała. 
–  Pół  godziny.  –  Powiódł  palcem  wzdłuŜ  linii  jej  ramienia  aŜ  do  szyi.  – 

Lubię na ciebie patrzeć. 

Uśmiechnęła  się.  Pomyślała,  Ŝe  on  teŜ  powinien  się  uśmiechać  po  tych 

cudownych  chwilach,  które  przeŜyli.  Tymczasem  na  jego  twarzy  malowało  się 
skupienie, niemal smutek, jakby jakaś myśl nie dawała mu spokoju. Jej uśmiech z 
wolna przygasł. ZauwaŜył to i otoczył ją uspokajająco ramieniem.  Uchyliła się 
instynktownie, nie chciała pocieszenia, skoro nie wiedziała, o co mu chodzi. 

– Czy powiedziałaś mi to z pełną świadomością? 
– Co? – popatrzyła na niego pytającym wzrokiem. Przyciągnął ją do siebie. 
– Ze mnie kochasz – odparł. 
–  Oczywiście.  –  Teraz  zauwaŜyła  w  jego  oczach  nowy  błysk  emocji  tak 

Ŝ

ywej i gwałtownej, Ŝe poczuła, jak coś ją dławi w gardle. 

– Powiedziałaś tak, jakby to było takie proste. 
– A nie jest? 
Lekko wzruszył ramionami, a ona delikatnie chwyciła go zębami za ucho. 

Musiał się roześmiać. 

– Nie dajesz mi trzeźwo myśleć. 
– Zawsze uwaŜałam, Ŝe trzeźwe myślenie jest przereklamowaną cnotą. 
Odsunął ją delikatnie. 
– MoŜe byśmy porozmawiali? 
– W tym momencie wolałabym robić coś bardziej atrakcyjnego. 
– Za chwilę. 
– Stałeś się nagle bardzo władczy. 
– Uznaj to za przywilej płci męskiej. 
– Nie wiedziałam, Ŝe męŜczyźni mają jakieś przywileje. 
– Lucky... – powiedział ostrzegawczym tonem. – Ja mówię powaŜnie. 
Oparła  poduszkę  o  ścianę  i  usiadła.  Prześcieradło,  którym  była  nakryta, 

zsunęło się z jej piersi. 

– Co chcesz mi powiedzieć? 
Ona  to  robi  celowo,  pomyślał,  wpatrując  się  w  jej  ponętne  kształty. 

background image

Nieświadomie zwilŜył językiem wyschnięte wargi. Ma zacząć przemowę, dobre 
sobie. 

– Droczysz się ze mną – wymamrotał. Podciągnął się i usiadł koło niej. 
–  Nic  podobnego  –  oznajmiła  pogodnie.  –  PrzecieŜ  zachęcam  cię  do 

rozmowy. 

– No tak – przerwał jej –  masz rację, przyznaję.  Wzniósł oczy do nieba, 

jakby  w  oczekiwaniu  na  boską  pomoc.  –  Lucky,  naprawdę  musimy  powaŜnie 
porozmawiać. 

– Cała zamieniam się w słuch. 
Z pewnym wysiłkiem przystąpił do rzeczy. 
– Wiesz, bardzo się róŜnimy – zaczął. 
– I dzięki Bogu. 
Rzucił jej karcące spojrzenie. 
–  Wychowałaś  się  w  duŜej  rodzinie  i  jesteś  przyzwyczajona  Ŝyć  w 

gromadzie.  U  mnie  wyglądało  to  inaczej.  Całe  Ŝycie  byłem  właściwie 
samotnikiem. I gdy jestem z kimś bardzo blisko... 

– Tak? Odetchnął głęboko. 
–  W  przeszłości  nie  utrzymywałem  z  ludźmi  bliŜszych  kontaktów.  Nie 

miałem na to czasu, a moŜe takŜe ochoty. Takie związki traktowałem zawsze jak 
luksus, a nie jak konieczność. 

Lucky uniosła na niego wzrok. 
– A teraz? 
– A teraz – odparł cicho – myślę, Ŝe zakochałem się w tobie. 
Jej  serce  zadrŜało  z  radości  przejmującej  i  niewypowiedzianie  błogiej. 

Lecz coś jeszcze nie zostało dopowiedziane. 

– Nie wyglądasz na uszczęśliwionego z tego powodu. 
– Prawdę mówiąc, nie jestem pewny, jak się z tym czuję. – Odpowiedź była 

uczciwa i rozbrajająco szczera. – To zaleŜy od tego, co będzie z nami dalej. 

Lucky uśmiechnęła się. 
– Czy musimy to rozstrzygnąć dzisiejszej nocy? 
–  Niekoniecznie  –  odparł.  –  Jak  juŜ  mówiłem,  bardzo  się  róŜnimy  i  być 

moŜe kaŜde z nas oczekuje czegoś innego. 

– Sam, ja niczego od ciebie nie oczekuję. 
– Nie? 
– Chciałabym jedynie, Ŝebyśmy byli ze sobą. 
– Codziennie? 
– Nie... 
– Co drugi dzień? 
– Sam! – wykrzyknęła z rozpaczą. – Co się z tobą dzieje? 
– Nie rozumiesz? – zapytał. – Dla ciebie miłość oznacza trwały związek. 
– A co w tym złego? 

background image

– Właściwie nic. 
PołoŜyła  głowę  na  ramieniu  Sama  i,  przesuwając  palcami  pomiędzy 

włosami na jego piersi, spytała: 

– A czym dla ciebie jest miłość? 
–  Nad  tym  się  właśnie  zastanawiam.  Nie  wiem,  bp  nigdy  przedtem  nie 

byłem  zakochany.  Wiem  tylko,  Ŝe  poczułem  się  nagle  tak,  jakbym  zabrnął  w 
ś

lepą uliczkę. 

Dłoń Lucky znieruchomiała. 
– Innymi słowy, pragniesz niezaleŜności. 
– Tak bym tego nie określił. 
– No to określ inaczej – zachęciła go. – Słucham. Przykrył jej dłoń swoją, 

ciepłą i silną. 

– Chciałbym, Ŝeby to, co nas łączy, rozwijało się powoli, krok po kroku. 

Nie rzucajmy się na oślep w coś, czego później moglibyśmy Ŝałować. 

Cokolwiek miałoby się stać, pomyślała Lucky z pełnym przekonaniem, nie 

Ŝ

ałowałaby ani sekundy przeŜytej z Samem. Lecz jednocześnie wiedziała, Ŝe on 

nie to chce usłyszeć. Nie, pragnie zapewnienia, Ŝe ona nie zamierza zabierać się 
za  sporządzanie  listy  gości  weselnych  i  zamawianie  kwiatów  na  kościelną 
uroczystość. Jej dłoń osunęła się niŜej... i jeszcze niŜej. 

Zamruczała zmysłowo jak zadowolona kotka. 
– Jeśli ty jesteś gotów zwolnić tempo, to ja takŜe. Pod wpływem pieszczoty 

jej palców Sam wstrzymał oddech. 

W jednej chwili przestał się zajmować analizą swej psychicznej kondycji, 

gdyŜ obudziły się w nim o wiele bardziej Ŝywiołowe uczucia. 

– Gotów jestem – wyjąkał – zgodzić się na wszystko, co będziesz chciała. 
Objął ją ramionami i przyciągnął mocno do siebie. Ona teŜ juŜ nie myślała 

o niczym innym, tylko o jego ustach, które zawładnęły jej ustami. Tymczasem 
właśnie tego chciała. 

Dopiero duŜo później, gdy Sam juŜ spał, powróciły pytania, na które trzeba 

było znaleźć odpowiedź. Do tej pory zawsze jej się wydawało, Ŝe miłość potrafi 
rozwiązać  wszystkie  problemy.  Teraz  okazało  się,  Ŝe  być  moŜe  nie  jest  taka 
wszechwładna. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 
Lucky  zawsze  miała  wraŜenie,  Ŝe  w  Cloverdale  gorące  lato  trwa  bardzo 

długo, lecz teraz ten czas jakby szybciej mijał. Upłynął juŜ lipiec. Obroty w jej 
firmie, jak zwykle w tym okresie, spadły, choć nadal nie mogła narzekać. 

W ubiegłym miesiącu kupili wspólnie z Samem trzy dalsze samochody, a 

pierwszy  po  remoncie  sprzedali  uszczęśliwionemu  kolekcjonerowi  starych  aut. 
Transakcja przyniosła spory zysk. 

Postanowili  to  uczcić.  Pojechali  do  Filadelfii,  gdzie  poszli  do  teatru,  a 

potem na kolację. Wrócili późno do Lucky. Cieszyło ją, Ŝe Sam czuje się u niej 
jak  u  siebie  w  domu.  Tak  właśnie  powinno  być,  myślała,  on  naleŜał  do  tego 
miejsca, a ono, dzięki jego obecności, stawało się prawdziwym domem. 

Nie  zamierzała  oczywiście  dzielić  się  z  nim  tymi  odczuciami;  bez 

wątpienia  byłyby  to  słowa,  które  najmniej  chciałby  od  niej  usłyszeć.  Jednak 
mimo nieustannej ostroŜności, z jaką podchodził do ich związku, zdarzało mu się 
czasem nawet ją zadziwić. Świadoma swych pragnień starała się ich nie ujawniać, 
choć  przychodziło  jej  to  z  niemałym  trudem.  I  to  właśnie  on  raczej  nalegał  na 
częstsze  spotkania.  On  ciągle  telefonował  i  wstępował  do  niej  pod  róŜnymi 
pretekstami. 

Nie wyglądało na to, Ŝe chce korzystać z owej bezcennej wolności, którą 

mu zostawiała. Mogła się tylko z tego cieszyć. 

Była na tyle mądra, Ŝe nie zamierzała dopuścić, aby wątpliwości związane 

z ich wspólną przyszłością zakłóciły radość, jaką czerpała z intymnej zaŜyłości z 
Samem.  A  on  albo  zrozumie,  Ŝe  trwały  związek  jest  niezbędny  do  Ŝycia  jak 
powietrze – bo ona właśnie w ten sposób to czuła – albo tak się nie stanie. Mogła 
mu jedynie dać więcej czasu na zastanowienie i podjęcie decyzji. 

Sam  wprost  od  drzwi  ruszył  do  kuchni,  więc  poszła  za  nim.  Z 

zaciekawieniem patrzyła, jak otwiera lodówkę i wyciąga coś z dolnej półki. 

– CzyŜbym widziała tego samego pana, który nie tak dawno nie mógł zjeść 

do końca swego sernika, bo był juŜ zbyt najedzony? 

– Wcale nie twierdziłem, Ŝe jestem przejedzony, chciałem tylko podzielić 

się z tobą. Nie wiem, czy ci juŜ mówiłem, Ŝe uwielbiam patrzeć, jak jesz i pijesz. 

– MoŜesz mi to jeszcze raz powtórzyć – uśmiechnęła się. 
– A ty jeszcze raz mi pokazać. – Trzymał w ręku butelkę Perrier Jouet. 
– Szampan? 
– Jeden z najlepszych. 
Lucky spojrzała na lodówkę. Nie przypominała sobie, Ŝeby kiedykolwiek 

chomikowała w niej drogiego szampana. 

– Skąd się tam wziął? 
–  WłoŜyłem  go,  kiedy  szykowałaś  się  na  górze  do  wyjścia.  –  Powoli 

background image

wyciągnął korek. 

–  Co za  wspaniały  pomysł.  –  Lucky  wyjęła  z  szafki dwa  kieliszki, które 

Sam napełnił. Ona tymczasem przyniosła z salonu opakowane w kolorowy papier 
pudełko. 

– Ja teŜ mam coś dla ciebie. 
Sam spojrzał zdziwiony. 
– Nie powinnaś była robić sobie kłopotu. 
– Co to by była za uroczystość bez prezentów? 
– Nie wiem. A jaka jest uroczystość bez prezentów? 
– spytał z uśmiechem. 
– Nudna. – Lucky uniosła kieliszek do ust. 
– Wspaniały. 
– Cieszę się, Ŝe ci smakuje. 
Wzięła Sama pod rękę i zaprowadziła do pokoju. 
– Wiesz, chyba mnie rozpieszczasz – powiedziała, gdy usiedli na kanapie. 

Chciał zaprotestować, lecz nie dopuściła go do słowa. – I proszę, nie przestawaj, 
ja to uwielbiam. 

–  Nie  mam  zamiaru,  chciałem  ci  tylko  powiedzieć,  Ŝe  to  ty  mnie 

rozpieszczasz. – PołoŜył rękę na oparciu kanapy i delikatnie gładził szyję Lucky 
pod włosami. 

– Ja? – spytała ze zdumieniem. – W jaki sposób? 
– W kaŜdy moŜliwy – odparł cicho. 
Ku  swemu  zaskoczeniu  zauwaŜył,  Ŝe  nie  wyglądała  na  przekonaną. 

CzyŜby rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy, jak wielki wpływ miała na jego 
Ŝ

ycie, jak bardzo jej pogodne, niefrasobliwe podejście do świata wpłynęło na jego 

postawę Ŝyciową? Dzięki niej wszystko stało się radośniejsze. Nauczyła go śmiać 
się,  inaczej  myśleć  i  czuć,  a  za  te  wszystkie  nauki  był  jej  w  równej  mierze 
wdzięczny. Rozpieszczanie było raczej nieodpowiednim słowem dla określenia 
darów, jakie od niej otrzymał. 

– Nie otworzysz pudełka? 
Sięgnął po nie z dziecinną uciechą, zdjął kokardę i ostroŜnie odłoŜył ją na 

bok, a potem powoli zaczął odwijać papier. 

Lucky patrzyła na niego z rozbawieniem. 
– Ja bym się tak z tym nie cackała – oznajmiła. 
–  A  czy  nikt  ci  nie  mówił,  Ŝe  oczekiwanie  na  przyjemność  to  połowa 

przyjemności? 

–  Nie  –  odparła  stanowczo.  –  Dla  mnie  połową  przyjemności  byłoby 

rozdarcie opakowania. 

Tymczasem spod papieru wyłoniło się niewielkie, prostokątne pudełko z 

nalepionym  zdjęciem  aparatu  fotograficznego.  Sam  wpatrywał  się  w  nie  przez 
chwilę, po czym wolno zdjął wieczko. 

background image

– JuŜ ci mówiłam, Ŝe nie masz prawie Ŝadnych fotografii. Teraz będziesz 

sam mógł je robić. Nawet włoŜyłam rolkę filmu, moŜesz zacząć od razu. 

–  Bardzo  ci  dziękuję  –  powiedział  cicho.  Patrzył  na  aparat  leŜący  na 

kolanach  i  pomyślał,  Ŝe  nigdy  nie  wpadłby  na  to,  Ŝeby  kupić  sobie  sprzęt 
fotograficzny, a teraz nic chyba nie mogłoby mu sprawić większej przyjemności. 
Uświadomił sobie, Ŝe Lucky właściwie zna go lepiej niŜ on siebie. Wziął aparat 
do rąk, odchylił się do tyłu, spojrzał w wizjer, ustawił obiektyw i powiedział: 

– Proszę o uśmiech. 
Lucky rozpromieniła się, a flesz błysnął z trzaskiem, prawie ich oślepiając. 
– Widzę, Ŝe będę musiał nabrać większej wprawy. – Sam nie był z siebie 

zadowolony. 

– O wiele większej – zaŜartowała. – MoŜe jutro... 
– Jutro? Dlaczego nie dzisiaj? – Ale... 
– Po prostu siedź tam, gdzie jesteś. 
– Sam... 
– Tym razem będzie dobrze, zobaczysz. – Wstał z kanapy i cofnął się parę 

kroków.  Przez  wizjer  zobaczył,  Ŝe  Lucky  rozpina  bluzkę.  Powoli  zaczęła  ją 
rozchylać, odsłaniając prowokacyjnie swe ponętne ciało. 

Uniósł głowę, usiłując nie poŜerać jej wzrokiem. 
– Co ty robisz? 
UłoŜyła się w pozycji półleŜącej na poduszkach. 
– Staram się dodać trochę interesujących akcentów. 
– Wystarczy – wyjąkał – bo obiektyw zajdzie mgłą. 
– Nie martw się. – Powoli przesuwała językiem po róŜowych wargach. – Z 

największą przyjemnością oczyszczę go za ciebie. 

– To propozycja współpracy? 
– Zgadnij. 
Sam ostroŜnie odłoŜył aparat na stolik. 
– Potem się tobą zajmę – powiedział do niego. Lucky zachichotała. 
–  Radziłabym  ci  nie  składać  takich  przyrzeczeń.  –  Wyciągnęła  do  Sama 

ramiona. 

 
Dwa  dni  później  Lucky  przystąpiła  do  pracy  w  wyjątkowo  wesołym 

nastroju.  Nawet  podśpiewywała  przy  przeglądaniu  poczty,  którą  właśnie 
dostarczono. Jak zwykle były tam róŜnorakie oferty, w tym jedna zachęcająca do 
kupna  nowego  oprogramowania  komputerowego  w  dziedzinie  zarządzania 
małymi  przedsiębiorstwami.  Zamierzała  wyrzucić  ulotkę,  gdy  nagle 
przypomniała sobie Deweya Phillipsa. 

Ciekawe,  czy  udało  mu  się  sprzedać  jego  oprogramowanie?  A  co 

waŜniejsze, czy z pomocą pieniędzy uzyskanych ze sprzedaŜy samochodu udało 
się wyleczyć jego matkę? 

background image

Wiedziała,  Ŝe  Clem  w  ubiegłym  tygodniu  pracował  nad  samochodem 

Deweya, lecz zapomniała sprawdzić, czy juŜ wszystko zostało zrobione. 

Zadowolona, Ŝe znalazła pretekst do wyjścia z biura, poszła do garaŜu. Na 

podnośniku  stał  dŜip,  a  Clem  oglądał  podwozie.  Na  dźwięk  jej  głosu  odwrócił 
głowę i wytarł zatłuszczone ręce o kombinezon. 

– Pęknięty resor – wyjaśnił. 
– Da się naprawić? – spytała, widząc ponury wyraz twarzy mechanika. 
– Wszystko się da, ale to będzie sporo kosztowało. 
Wzruszyła ramionami. CóŜ moŜna było na to poradzić? 
– Czy skończyłeś remont Thunderbirda, którym się zajmowałeś w zeszłym 

tygodniu? 

– Wszystko zrobione. 
– Gdzie on stoi? 
– W składzie Donahue, Helmut miał usunąć drobne uszkodzenia lakieru. 
– Jak działa silnik? 
–  Silnik  naszego  cudeńka  od  początku  nieźle  działał.  Teraz  –  dodał  z 

satysfakcją – prawie w ogóle go nie słychać. 

Lucky pomyślała, Ŝe właściwie mogłaby się przejść i obejrzeć samochód. 

Przy okazji zobaczyłaby się z Samem. 

Idąc najpierw po jednej stronie płotu, a potem po drugiej, przyglądała się 

uwaŜnie  samochodom  ustawionym  w  równych  rzędach  na  parkingu  Sama. 
Zobaczyła jaguara i porsche, które razem kupili do remontu, ale nigdzie nie mogła 
dostrzec Thunderbirda. 

Weszła do salonu wystawowego i skinąwszy ręką na powitanie Joe’emu, 

skierowała się do biura. Sam właśnie rozmawiał przez telefon. Na widok Lucky 
twarz  mu  się  rozjaśniła,  wskazał  jej  krzesło  i  po  paru  chwilach  zakończył 
rozmowę. 

– Przyszłam w sprawie Thunderbirda. 
– A o co chodzi? 
– Chciałam go obejrzeć. Clem mi powiedział, Ŝe jest tutaj, bo trzeba było 

zrobić jakieś poprawki lakieru. 

– Piękny – powiedział Sam. – Ten samochód był prawdziwą perłą. 
– Był? 
Sam przytaknął głową z zadowoloną miną. 
– Nic ci nie mówiłem, to miała być niespodzianka. Pewna para zjawiła się 

tu w czasie weekendu. W niedzielę wzięli samochód na próbną jazdę, a dzisiaj 
wrócili i kupili go. 

– Co zrobili? 
–  Dzisiaj  rano  kupili  samochód  –  powtórzył.  Zupełnie  nie  mógł  sobie 

wytłumaczyć jej reakcji. – Czy coś jest nie w porządku? 

–  Oczywiście.  I  to  bardzo  nie  w  porządku  –  krzyknęła  osłupiała.  –  Jak 

background image

mogłeś sprzedać ten samochód? 

– Myślałem, Ŝe na tym polega cały pomysł. 
– No tak... Ale ten samochód nie był na sprzedaŜ! Sam zaczął się irytować. 
– Dlaczego? 
– JuŜ ci przecieŜ o tym opowiadałam... – Lucky patrzyła na Sama, ale on 

był  najwyraźniej  zupełnie  zdezorientowany.  Widać  było,  Ŝe  nie  ma  zielonego 
pojęcia,  o  co  jej  chodzi.  –  Ten  samochód  naleŜał  do  Deweya  Phillipsa. 
Przypominasz sobie? 

Sam  zastanowił  się,  lecz  najwidoczniej  nazwisko  równieŜ  nic  mu  nie 

mówiło. 

– Co sobie powinienem przypomnieć? 
–  Tego  wieczoru,  kiedy  miałeś  grypę,  a  ja  przyszłam  z  rosołem, 

opowiedziałam  ci  całą  historię:  rodzina  Deweya  Phillipsa  miała  ten  samochód 
przez  bardzo  wiele  lat,  a  teraz  jego  matka  zachorowała...  –  zawiesiła  głos, 
czekając na reakcję Sama. – Niczego nie pamiętasz? 

Powoli pokręcił przecząco głową. 
–  Wiem  tylko,  Ŝe  opiekowała  się  mną  kobieta  o  dłoniach  samarytanki  i 

temperamencie sierŜanta prowadzącego musztrę. Nic więcej. 

– Być moŜe wybrałam nie najlepszą chwilę na wyjaśnienia. 
– Być moŜe? 
– No dobrze – westchnęła. – CóŜ, to i tak niczego nie zmieni. 
– MoŜe jednak spróbowałabyś – powiedział łagodnie, nadal nie rozumiejąc 

przyczyny  jej  zdenerwowania  –  wyjaśnić  mi  to  teraz,  kiedy  oboje  jesteśmy 
przytomni. 

Powoli i cierpliwie powtórzyła mu całą rozmowę z Deweyem. 
–  Rozumiesz  więc,  dlaczego  nie  zamierzałam  sprzedawać  samochodu  – 

zakończyła opowiadanie. 

Sam zamyślony kreślił jakieś zygzaki na leŜącym przed nim notesie. 
– Jeśli mam być szczery – odparł wreszcie – nie rozumiem. Skoro kupiłaś 

samochód  z  załoŜeniem,  Ŝe  go  nie  sprzedasz,  to  właściwie  udzieliłaś 
właścicielowi poŜyczki. Takie jest zadanie banków, nie twoje. MoŜe postąpiłaś 
altruistycznie, ale nierozsądnie. 

– Nic podobnego. – Lucky wyprostowała się na krześle, gotowa do boju. – 

Chcieliśmy zarabiać na naszych transakcjach i na tym samochodzie takŜe byśmy 
zarobili. 

– W jaki sposób? 
– Wliczylibyśmy w cenę samochodu koszt wykonanego remontu, tak jak 

zwykle. – Patrzyła na Sama rozgniewana. – Nie zamierzałam go odsprzedawać po 
tej samej cenie. Ani trzymać w nieskończoność. Ale uwaŜałam, Ŝe nic by się nie 
stało, gdyby tu postał do czasu, aŜ Dewey stanie na nogi. 

–  MoŜe  ty  tak  uwaŜałaś,  lecz  ja  jestem  odmiennego  zdania.  Mamy  do 

background image

czynienia  ze  specyficznym  rynkiem.  Nabywcy  takich drogich  samochodów nie 
zdarzają się codziennie. Trzeba być idiotą, Ŝeby odprawić z kwitkiem klienta z 
jakichś sentymentalnych powodów. 

– Sentymentalnych powodów? – Oczy Lucky były teraz szeroko otwarte. 
– Daj spokój. Nie chcesz chyba mi wmawiać, Ŝe twoja decyzja była słuszna 

z punktu widzenia naszych interesów. 

– Nie wiem. Ale na pewno właściwa z ludzkiego punktu widzenia. 
– MoŜe. – Sam wzruszył ramionami. – To sprawa zapatrywań. W kaŜdym 

razie samochód został sprzedany i gdybym nawet chciał się wycofać, choć wcale 
nie chcę, to i tak jest za późno. 

Lucky cofnęła się z krzesłem, Ŝeby znaleźć się dalej od Sama. Im dłuŜej 

rozmawiali  na  ten  temat,  tym  bardziej  pragnęła  zwiększyć  fizyczną  odległość 
między nimi, jakby dla podkreślenia emocjonalnej przepaści, która ich dzieliła. 

Nigdy dotąd róŜnica ich charakterów nie wydawała się tak wyrazista i nie 

do  pokonania.  Ten  konflikt  dotyczył  czegoś  więcej  niŜ  tylko  interesów 
zawodowych. Jaskrawo uprzytomnił jej to, o czym tak bardzo zawsze starała się 
zapomnieć: ona i Sam reprezentowali dwie zupełnie róŜne postawy Ŝyciowe. Jej 
do głowy by nie przyszło, Ŝe współczucie dla drugiego człowieka moŜe ustąpić 
przed kalkulacją finansową, gdy tymczasem Sam tak najwyraźniej rozumował. 

Poczuła przenikający do szpiku kości chłód. 
Do tego momentu wydawało jej się, Ŝe potrafi zaakceptować ich związek w 

obecnej  formie,  skoro  Sam  niechętnie  odnosił  się  do  planów  związanych  z  ich 
wspólną  przyszłością.  Lecz  teraz  wydarzyło  się  coś  gorszego  –  musiała 
ustosunkować się do jego sceptycyzmu czy nawet pogardy wobec wartości, które 
dla  niej  miały  pierwszorzędne  znaczenie.  Musi  zaraz  stąd  wyjść.  I  przemyśleć 
wszystko w samotności. 

Zerwała się z krzesła. 
–  Przykro  mi,  Ŝe  nie  moŜemy  dojść  do  porozumienia.  Sam  zmarszczył 

brwi. Widział, Ŝe Lucky była rozgniewana. 

No, cóŜ, moŜe pomieszał jej szyki, ale przecieŜ nie zrobił tego rozmyślnie. 

Mieli inną skalę wartości, to wszystko. Niech go diabli, jeŜeli wie, dlaczego ona 
jest taka pewna, Ŝe ma rację, a on się myli? Mimo to oczywiste było, Ŝe sprawa 
nie jest zamknięta. 

– Go powiesz na wspólną kolację? – spytał, gdy juŜ doszła do drzwi. 
Odwróciła  się  powoli  i  spojrzała  na  niego.  Nadal  siedział  przy  biurku. 

Ogarnęła  spojrzeniem  rozwichrzoną  czuprynę,  piękne,  szare  oczy  i  linię  ust, 
najbardziej  ponętnych,  jakie  widziała  w  Ŝyciu.  Nigdy  nie  kochała  tak  Ŝadnego 
męŜczyzny i pewno nigdy nie pokocha. Rozstanie z nim będzie najcięŜszym z jej 
dotychczasowych doświadczeń Ŝyciowych. 

– Przepraszam – odparła – ale jestem zajęta. Drzwi zamknęły się za nią, 

jakby coś się nieodwołalnie zakończyło. 

background image

 
Następnego  dnia,  we  wtorek,  Lucky  pracowała  do  późna.  W  środę  po 

prostu wyłączyła telefon. W czwartek Sam zatelefonował, lecz powiedziała mu, 
Ŝ

e  jest  niewyspana,  co  istotnie  było  prawdą,  i  nie  zgodziła  się  na  spotkanie. 

Prędzej czy później zrozumie, o co jej chodzi. Miała tylko nadzieję, Ŝe nastąpi to 
niedługo, bo jej siła woli była na wyczerpaniu. 

W  piątek  wieczorem  wałęsając  się  z  kąta  w  kąt  po  pustym  domu, 

zastanawiała się, czy bardziej dotkliwy jest ból po stracie tego, co ją do tej pory 
łączyło  z  Samem,  czy  smutek,  jakiego  doznawała  na  myśl,  Ŝe  jej  przyszłość 
potoczy się bez niego? Teraz uświadomiła sobie, iŜ nadzieje i marzenia wiązała z 
jakąś nie istniejącą fikcją. Nie oceniała Sama realistycznie, tylko łudziła się, Ŝe 
jest taki, jakim chciała go widzieć. I przyszło jej tego Ŝałować. 

Po prostu nie przyjmowała do wiadomości faktów, aŜ dopadły ją i zraniły. 

A naga prawda była bardzo prosta – Sam nie przywiązywał znaczenia do więzi 
rodzinnych, bez których ona nie potrafiła Ŝyć. 

Drgnęła  na  dźwięk  telefonicznego  dzwonka.  Sam  nie  odzywał  się  od 

dwudziestu czterech godzin i choć obawiała się rozmowy z nim, gdzieś w głębi 
serca tliło się optymistyczne przekonanie, Ŝe dopóki on z niej nie zrezygnował, 
jest jeszcze nadzieja. 

Podniosła słuchawkę i okazało się, Ŝe dzwoni Isabel, jej siostra. 
– Słuchaj, wiem, Ŝe cię późno zawiadamiam, ale znajomi zaprosili nas na 

kolację,  a  tak  się  składa  –  Isabel  mówiła  jednym  tchem  –  Ŝe  absolutnie  nie 
mogliśmy im odmówić, a ja juŜ nie znajdę nikogo, kto by został z bliźniakami, 
więc, Lucky, czy nie zechciałabyś... 

Lucky  uśmiechnęła  się  na  myśl  o  wrzaskliwych  dwuletnich  synkach 

siostry.  Evan  i  Quinn  potrafili  kaŜdego  doprowadzić  do  ostateczności,  lecz 
moŜliwe,  Ŝe  właśnie  czegoś  takiego  teraz  potrzebowała,  Ŝeby  uwolnić  się  od 
własnych kłopotów. 

– Oczywiście – odparła. – Nawet z przyjemnością wezmę ich do siebie. 
– Obawiam się, Ŝe moŜemy bardzo późno wrócić... 
– Nic nie szkodzi. Przywieź tylko ich piŜamy, trochę rzeczy na zmianę i 

jedną z tych ochronnych kratek, Ŝebym mogła zastawić nią łóŜko w gościnnym 
pokoju. 

–  Na  pewno  moŜesz  to  dla  mnie  zrobić?  –  Isabel  jeszcze  raz  chciała 

usłyszeć zapewnienie siostry. 

– Oczywiście. Bawcie się dobrze. 
Godzinę później Evan i Quinn siedzieli juŜ na kanapie w jej salonie. Evan z 

zadowoleniem  pił  sok  z  butelki  ze  smoczkiem,  a  Quinn,  przezywając  brata 
dzidziusiem, usiłował radzić sobie z filiŜanką. 

–  Posiedźcie  tu  grzecznie,  dobrze?  –  Lucky  obrzuciła  malców  bacznym 

spojrzeniem. – Pójdę tylko do kuchni wstawić spaghetti na kolację. 

background image

– Nie lubię getti – poinformował ją Quinn stanowczym tonem. 
– A co lubisz? 
– Winogrona. 
Zmarszczyła brwi. 
– Winogrona? 
Evan potwierdził opinię brata energicznym ruchem głowy. 
– I chrupki kukurydziane. 
Nie miała w domu ani winogron, ani chrupków. 
– A co powiecie na hot-dogi? 
– Hurra! – zawołał Quinn przy wtórze brata. – Hot-dogi! 
Lucky wyjmowała właśnie ugotowane parówki z wody, kiedy odezwał się 

dzwonek  przy  drzwiach.  Ze  szczypcami  w  jednej  ręce  i  uchwytem  rondelka  w 
drugiej  znieruchomiała,  zastanawiając  się,  co  ma  robić,  gdy  nagle  doszedł  ją 
głośny łoskot, a potem rozdzierający płacz. 

Rzuciła  wszystko  i  wybiegła  z  kuchni.  Pędząc  przeraŜona  przez  hol, 

zauwaŜyła  kątem  oka,  Ŝe  drzwi  wejściowe  są  otwarte,  a  Sam  z  naburmuszoną 
miną  idzie  w  jej  stronę.  Nie  miała  czasu  nawet  zareagować  na  jego  obecność, 
gdyŜ była juŜ na progu salonu. 

Odetchnęła  z  ulgą.  Nie  było  tak  źle,  jak  to  podsuwała  jej  wyobraźnia. 

Quinn siedział na podłodze obok przewróconego stolika i głośno płakał, a Evan, 
najwidoczniej mało wzruszony tarapatami brata, całkowicie był zaabsorbowany 
przeglądanym komiksem. 

Lucky uklękła i wzięła płaczące dziecko w objęcia. 
– Skaleczyłeś się? 
Chłopczyk potrząsnął przecząco głową. 
–  Stolik  się  przewrócił  i  cię  przestraszył,  tak?  Tym  razem  przytaknął  i 

powoli zaczaj się uspokajać. 

– Lucky? 
Podniosła  wzrok  i  zobaczyła  w  drzwiach  Sama.  Serce,  ten  zdradziecki 

organ, podskoczyło jej do gardła. Gdyby  nie dzieci, pewno rzuciłaby  mu się w 
ramiona. W tej sytuacji pomachała mu tylko drŜącą ręką. 

Sam obrzucił pokój niespokojnym spojrzeniem. 
– Czy wszystko w porządku? 
– Chyba tak – odparła, sadzając Quinna obok brata na kanapie. – Nie widzę 

ś

ladów krwi. 

– Krwi? 
–  Z  tymi  dwoma  nigdy  nie  wiadomo.  Sam  pokiwał  głową  ze 

zrozumieniem. 

– A kim oni są? 
– To Evan i Quinn Gilbertowie. Dzieci mojej siostry Isabel i jej męŜa Billa. 

Ale na tę jedną noc są moje. – Zdawała sobie sprawę, Ŝe plecie trochę bez sensu, 

background image

lecz  wiedziała,  Ŝe  jeśli  przestanie  mówić  o  dzieciach,  to  będzie  musiała 
zastanowić się nad innymi problemami. Po pierwsze, co Sam tu właściwie robi? 

A on, oparty o framugę drzwi, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie, z 

rozbawieniem obserwował, jak Lucky uspokaja kłócących się właśnie chłopców. 
Do tej chwili nie był pewny, dlaczego właściwie tu przyszedł. Teraz uświadomił 
sobie, Ŝe odpowiedź jest prosta. Nie miał wyboru. 

Jasne było, Ŝe Lucky unikała go przez ostatnie dni. Po ich kłótni usunęła 

się,  chciała  mu  dać  tyle  czasu,  ile  zapragnie.  Kiedyś  sądził,  Ŝe  jest  mu  to 
niezbędnie  potrzebne.  Tymczasem  okazało  się,  Ŝe  bez  Lucky  czas  wlókł  się 
niemiłosiernie i był tylko godzinami, które trzeba jakoś wypełnić. 

To  dziwne,  pomyślał,  przyzwyczaił  się  duŜo  czasu  spędzać  sam.  Był 

przekonany, Ŝe odpowiada mu taki styl bycia. Lecz miniony tydzień uzmysłowił 
mu,  Ŝe  jest  nie  tylko  sam,  ale  takŜe  samotny.  Tęsknił  za  tak  absorbującą  go 
obecnością  Lucky,  czuł  się  jakby  niepełny,  a  nigdy  dotąd  nie  zaznał  takiego 
uczucia. 

WciąŜ  nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  kłótnia  o  samochód  Deweya  tak  się 

zakończyła.  PrzecieŜ  zazwyczaj  przynajmniej  próbowali  przeanalizować 
przyczyny  róŜnicy  poglądów.  Tym  razem  Lucky  nie  dała  mu  nawet  takiej 
moŜliwości.  Dlatego  dzisiaj  wieczorem  chciał  z  nią  porozmawiać.  Nie  o 
interesach, lecz o nich samych. 

– Miałem zamiar zaprosić cię na kolację – powiedział, spoglądając ponuro 

na dzieci. – Widzę, Ŝe to nie wchodzi w rachubę. 

Lucky uśmiechnęła się. CóŜ mogła zrobić, Sam był jej gościem. 
– RóŜni ludzie i to bardziej stanowczy niŜ ja juŜ próbowali okiełznać ich w 

publicznych miejscach, ale bez skutku. Oczywiście, jeśli nalegasz... 

– Po namyśle chyba rezygnuję. Co masz na kolację? 
– Hot-dogi. Uśmiechnął się krzywo. 
–  Czy  nikt  ci  nie  mówił,  Ŝe  do  serca  męŜczyzny  droga  wiedzie  przez 

Ŝ

ołądek? 

– Spróbuj to wytłumaczyć tym maluchom. 
– JuŜ wszystko rozumiem. Hot-dogi: to jest to. 
– Dziwne – zastanawiała się głośno – nie przypominam sobie, Ŝebym cię 

zapraszała. 

Sam  wypróbował  swój  najbardziej  zniewalający  uśmiech.  Lucky 

odetchnęła głęboko i udawała, Ŝe rozwaŜa jeszcze pomysł wspólnej kolacji. Nie 
musiał wiedzieć, Ŝe juŜ ją rozbroił. Lecz najpierw powinna o coś zapytać. 

– Dlaczego tu przyszedłeś? 
Mógł  udzielić  dziesięciu  odpowiedzi.  Jednak  tylko  jedna  byłaby 

prawdziwa.  Wyciągnął do  Lucky  dłoń  i oplótł  jej  rękę swymi  długimi,  silnymi 
palcami. 

– Przyszedłem – odrzekł po prostu – bo cię kocham. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 
Po takiej odpowiedzi trudno jest wyrzucić męŜczyznę z domu, rozmyślała 

Lucky, kiedy w kuchni kończyła szykować kolację. Sam juŜ mówił, Ŝe ją kocha i 
choć ta deklaracja cieszyła, obawiała się, Ŝe dla kaŜdego z nich miłość oznacza 
zupełnie coś innego. 

Z  drugiej  strony,  skoro  los  zesłał  jej  do  pomocy  takiego  wyjątkowego 

atletę, czyŜ miała się temu sprzeciwiać? Minione pięć dni spędziła w prawdziwej 
udręce,  analizowała  sytuację  na  wszystkie  moŜliwe  sposoby  i  nie  znalazła 
Ŝ

adnego  sensownego  rozwiązania.  Postanowiła,  Ŝe  dziś  wieczorem  po  prostu 

miło spędzi czas. 

Podała kolację na kuchennym stole, lecz malcy rozrabiali i bez przerwy coś 

znajdowało się na podłodze. 

– Skąd bierzesz tyle cierpliwości? – dziwił się Sam, gdy Lucky kolejny raz 

schyliła się po plastykową butelkę z keczupem. 

– Przychodzi mi to całkiem łatwo. – Postawiła butelkę na stole i ponownie 

stanowczym ruchem nałoŜyła Quinnowi śliniaczek. – Ciągle sobie powtarzam, Ŝe 
to potrwa tylko parę godzin i jutro juŜ Isabel się nimi zajmie. 

–  A  jak  będziesz  miała  własne  dzieci?  Opieka  nad  nimi  zajmie  ci 

dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

– Nigdy nie uwaŜałam tego za problem i wierz mi, Ŝadna z matek, którą 

znam, nie myśli o dzieciach w taki sposób. Poza tym – celowo odwróciła się od 
niego  i  poprawiła  Evana  na  stołku  –  ty  sądzisz,  Ŝe  jestem  osobą  szalenie 
nowoczesną, a ja w istocie kieruję się całkiem staroświeckimi zasadami. Zanim 
będę miała dzieci, wyjdę za mąŜ i oboje z męŜem podzielimy się obowiązkami 
rodzicielskimi. 

A więc pokazała mu, gdzie jest jego miejsce, pomyślał Sam. Niewątpliwie 

to chciała osiągnąć. Snuła plany na przyszłość, lecz najwidoczniej nie zakładała, 
Ŝ

e on będzie odgrywał w nich jakąś rolę. I czyja to była wina? – zadał sobie ze 

złością pytanie. PrzecieŜ to on ciągle się wahał. On nalegał, Ŝeby się nie spieszyli. 
Lecz  skoro  nie  był  pewien  własnych  zamiarów,  skąd  mogła  wiedzieć,  czy 
zmierzają we właściwym kierunku? 

ś

uł w zamyśleniu kawałek hot-doga, lecz nagle ten wątek jego rozmyślań 

przerwała  pewna  wizja.  Oczyma  wyobraźni  zobaczył  Lucky  trzymającą  w 
objęciach  dziecko,  przytulającą  policzek  do  jego  miękkiej  buzi  i  nucącą  mu 
piosenkę.  Poczuł  gwałtowne,  ostre  ukłucie  zazdrości  na  myśl,  Ŝe  to  dziecko 
mogłoby naleŜeć do jakiegoś innego męŜczyzny. 

Do tej pory nigdy nie myślał o sobie jako o przyszłym ojcu. Ale teŜ wątpił, 

czy kiedykolwiek naprawdę się zakocha. A fakt, Ŝe kochał Lucky Vanderholden, 
nie ulegał Ŝadnej wątpliwości. To ona powoli, lecz z powodzeniem otwierała jego 

background image

serce  i  umysł  na  bogactwo  nowych  uczuć  i  perspektyw  Ŝyciowych.  Kiedyś 
przeraŜała  go  sama  myśl  o  złoŜeniu  przyrzeczenia  oznaczającego  związek  do 
końca  Ŝycia.  Teraz pojął,  Ŝe  bez  przyjęcia  na siebie takiego  zobowiązania  jego 
Ŝ

ycie zostanie pozbawione sensu. 

AŜ  wreszcie  przyszło  olśnienie.  PrzecieŜ  to  zobowiązanie,  którego  się 

obawiał, podjął juŜ we własnym sercu i tylko trzeba było ująć je w słowa. 

– Czy ostrzegałam cię, Ŝe musisz zapracować na kolację? 
Wyrwany  z  zamyślenia  spojrzał  na  Lucky.  Przyglądała  mu  się  uwaŜnie. 

Chciał  jej  teraz,  zaraz,  powiedzieć  o  tylu  waŜnych  sprawach,  których  nie 
powinien  juŜ  dłuŜej  odkładać.  Lecz  widząc  wpatrzone  w  nich  dwie  pary 
ciekawskich oczu, uznał, Ŝe jeszcze musi poczekać. 

– Jak dotąd, nie – odparł. 
– Szkoda. – Udawała zrezygnowaną, ale jej oczy lśniły niepokojąco. 
– Co masz na myśli? 
Najpierw podniosła ze stołka Evana, a potem Quinna. Chłopcy wybiegli z 

kuchni, radośnie pokrzykując. 

–  Masz  do  wyboru.  Albo  posprzątasz  kuchnię  –  uśmiechnęła  się,  bo  nie 

miała  wątpliwości,  co  wybierze  –  albo  zagonisz  tych  dwóch  dzikich  Indian  do 
kąpieli. 

Sprzątanie kuchni to dla niego nic nowego, był do tego przyzwyczajony, 

pewnie nawet bardziej niŜ ona, sądząc po ilości zamroŜonych kolacyjnych dań w 
jej  lodówce.  Zajęłoby  mu  to  chwilę.  A  jednak  ku  własnemu  zaskoczeniu 
powiedział: 

– Chyba powinnaś trochę odpocząć od dzieci. Zostań tutaj, a ja zabiorę je 

na górę. 

Dobrze  się  złoŜyło,  Ŝe  siedziała,  w  przeciwnym  razie  chyba  padłaby  z 

wraŜenia.  Gdy  wychodził  z  kuchni,  odprowadziła  go  osłupiałym  wzrokiem. 
Nadal się nie ruszała, oczekując na nieuchronny wrzask protestu dzieci. 

Po kilku minutach ciszy nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy odczuwać 

zawód, Ŝe jej pomoc nie jest potrzebna? Zajrzała do holu: nie było w nim nikogo, 
podobnie  jak  w  salonie.  Z  góry  zaś  dochodził  odgłos  napływającej  do  wanny 
wody i wesołe chichoty. 

To musi być jakaś sztuczka, pomyślała. 
–  Sam?  –  zawołała  –  czy  wszystko  w  porządku?  Dobiegł  ją  z  łazienki 

spokojny głos. 

– Tak, oczywiście. 
Pokręciła  ze  zdumieniem  głową  i,  mrucząc  pod  nosem,  powróciła  do 

jedynego zajęcia, które jej pozostało – zmywania naczyń. 

Sam  nie  wyobraŜał  sobie,  Ŝe  zupełnie  małe  dzieci  potrafią  tak  świetnie 

bawić się w wodzie. Nie miały tu swoich zabawek, więc uŜywały wszystkiego, co 
było pod ręką: butelek z szamponem i płynem do kąpieli, mydelniczki. KaŜdy z 

background image

tych  przedmiotów  stanowił  znakomity  oręŜ  w  prowadzonej  przez  bliźniaków 
bitwie.  Przy  minimum  mycia  i  maksimum  chlapania  toczyła  się  wojna  o 
panowanie nad wanną. 

Sam,  klęcząc  na  ziemi,  usiłował  wyłowić  z  wody  poprzez  góry  piany 

mydło.  Wyślizgnęło  mu  się  parę  razy,  więc  zrezygnował  z  westchnieniem  z 
dalszego  polowania.  MoŜe  chłopcy  nie  będą  najdokładniej  umyci,  ale 
przynajmniej się zmęczą. 

I  rzeczywiście,  po  paru  minutach  energia  malców  osłabła,  za  to  koszula 

Sama ociekała wodą, a włosy udekorowane były kłębkami piany. 

Wyciągnął korek z odpływu wanny, wyjął chłopców po kolei z wody, po 

czym owinął ich w grube, miękkie ręczniki. Wziął na ręce Quinna i w tej właśnie 
chwili weszła do łazienki Lucky, która zabrała Evana. Quinn z kciukiem w buzi 
połoŜył  główkę  na  ramieniu  Sama.  Poczuł  wzruszenie  i  mocniej  przytulił 
chłopczyka, zdumiony prostotą okazanego mu przez dziecko uczucia. 

Zastanawiał się, czy jemu, nawet w wieku Quinna, przychodziło to łatwo. 

Czy czuł się kiedykolwiek na tyle akceptowany, Ŝeby pozwolić sobie na okazanie 
całkowitego zaufania bez zastrzeŜeń? Wszystko zaleŜało od zaufania. A on nadal 
był ostroŜny, nawet wtedy, gdy uświadomił sobie, Ŝe kocha Lucky. Nie jej bał się 
uwierzyć, nie śmiał zaufać sobie. 

Odkąd  pamiętał,  zawsze  kierował  się  rozsądkiem  i  to  mu  wystarczało. 

Dopiero ostatnio odkrył, Ŝe pewne sprawy nie poddają się wyłącznie racjonalnej 
ocenie.  Logika  nie  tłumaczyła  miłości,  nie  dawała  odpowiedzi  na  pytanie: 
dlaczego tak mu jest dobrze z Lucky? Bał się tego uczucia, gdyŜ zakładał, Ŝe to 
zbyt ryzykowna gra, a jego nie stać na przegraną. 

Lecz od chwili pojawienia się Lucky w jego Ŝyciu zrozumiał, Ŝe wszystko 

stało się moŜliwe. 

Jak tylko uporają się z bliźniakami, otworzy przed nią swe serce. 
Chłopcy zmęczeni zabawą nie protestowali, gdy Lucky i Sam ubierali ich 

w  piŜamy  i  układali  do  łóŜka.  ZdąŜyli  zasnąć,  zanim  ciocia  i  jej  przyjaciel  po 
cichu wycofali się z pokoju. 

– Ułłłaaa – jęknął Sam. 
–  Czuję  dokładnie  to  samo.  –  Lucky  Ŝartobliwie  prztyknęła  palcem  w 

mokrą koszulę Sama. – Dobrze bawiłeś się w czasie kąpieli? 

– Tak, ale teraz mam nadzieję na jeszcze lepszą zabawę. 
Lucky  zastanawiała  się,  czy  to  tylko  gra  światła  na  twarzy  Sama,  czy 

rzeczywiście  jego  oczy  nagle  pociemniały  i  zapłonęły  dziwnym  blaskiem. 
Zacisnęła  palce  na  przemoczonej  koszuli  i  poczuła  pod  nią  twarde  mięśnie. 
PoŜądanie przepłynęło przez jej ciało gorącą falą. 

–  MoŜe  zaczniemy  od  tego,  Ŝe  pozbędziemy  się  twego  przemoczonego 

ubrania? – powiedziała schrypniętym szeptem. 

Sam pochylił się i uchwycił wargami jej ucho. 

background image

– Podobają mi się kobiety, które mają takie praktyczne podejście do Ŝycia. 
– A ja sądziłam, Ŝe nie moŜesz oprzeć się powabom mego ciała. 
– To teŜ – zamruczał. Nasłuchiwał przez moment. – A co z bliźniakami? 
–  Nie  martw  się.  –  Lucky  wzięła  Sama  za  rękę  i  prowadziła  w  stronę 

sypialni. – Kiedy wreszcie pójdą do łóŜka, śpią jak aniołki przez całą noc. 

– To brzmi obiecująco. 
– Ja myślę – uśmiechnęła się. 
Podczas  tych  czterech  dni  rozłąki  ani  przez  chwilę  nie  przestała  za  nim 

tęsknić. Teraz, gdy stanęli przy łóŜku, rzuciła się w jego ramiona, jakby się nigdy 
nie rozstawali. Sam objął ją w pasie i przyciągnął do siebie bardzo blisko. Uniosła 
ku niemu twarz, a jego wargi gorące i głodne przywarły do jej ust. Całowali się 
szaleńczo, do bólu. 

–  Tak  bardzo  mi  ciebie  brakowało  –  wyszeptała.  Zacisnęła  ręce  na  jego 

ramionach, jakby go chciała zatrzymać przy sobie na zawsze. 

– Jestem przy tobie – powiedział cicho – i pozostanę, dopóki będziesz mnie 

chciała. 

Zamknęła oczy, bo ich wargi znowu się spotkały. A potem, gdy juŜ nadzy 

leŜeli na łóŜku, odpowiadając Ŝarliwie na kaŜdą jego pieszczotę, dała się ponieść 
miłości aŜ do doskonałego jej spełnienia w rozkoszy. 

Przez  pewien  czas  odpoczywali  w  milczeniu.  Wreszcie  Lucky  uniosła 

głowę i spojrzała Samowi w oczy. 

– To niewiarygodne – szepnęła. 
– Po prostu mnie kochasz – odparł z nutą satysfakcji w głosie. 
– Jesteś dość zadowolony z siebie – zaśmiała się cicho. 
MoŜe rzeczywiście jego słowa tak zabrzmiały, lecz właśnie to dokładnie 

czuł. Pierwszy raz w Ŝyciu zrozumiał, co jest dla niego najwaŜniejsze. Dane mu 
było ukochaną, najwspanialszą kobietę na świecie, która go kochała, trzymać w 
ramionach. Będą juŜ teraz mogli cieszyć się sobą do końca Ŝycia. Jeszcze tylko 
musi jej to powiedzieć. 

– Wyjdź za mnie. 
Niewiele słów wyrwałoby Lucky z tego cudownego stanu, jaki zawładnął 

jej ciałem. Sam z nieomylną trafnością odnalazł te właściwe. 

– Co powiedziałeś? 
– Lucky, kocham cię i chcę, Ŝebyś wyszła za mnie za mąŜ. 
Zsunęła się z jego piersi. 
– Teraz? 
– No, moŜe nie natychmiast – ustąpił. – Chyba przedtem powinniśmy się 

ubrać. 

Potrząsnęła niecierpliwie głową. 
– Nie o to mi chodzi. Pytam, dlaczego oświadczyłeś mi się właśnie teraz? 
– Czy wybrałem jakiś niewłaściwy moment? 

background image

Westchnęła głęboko. Jak mu to wytłumaczyć? Sądziła, Ŝe niczego bardziej 

nie pragnie, niŜ usłyszeć te słowa. Obecnie, kiedy je wypowiedział, coś jej się nie 
zgadzało.  Kochała  Sama  wręcz  bezgranicznie  i  właśnie  dlatego  musiała 
dowiedzieć się, co go skłoniło do oświadczyn. 

– Wymusiłam to na tobie, tak? – spytała cicho. Sam zachmurzył się, nie 

takiej reakcji oczekiwał. 

– AleŜ nie. Skąd to podejrzenie? 
– Tęskniłeś za mną przez tych kilka dni, prawda? 
– Wiesz, Ŝe tak. – Ujął jej brodę i uniósł twarz do góry. – Lucky, kocham 

cię i uwielbiam być z tobą. 

–  A  widzisz?  Zacząłeś  myśleć  o  małŜeństwie  tylko  dlatego,  Ŝe  nie 

widywaliśmy się przez parę dni. A jak jesteśmy razem, dla ciebie najcenniejsza 
jest wolność. 

– Była – sprostował łagodnie – a to istotna róŜnica. Sześć miesięcy temu, a 

moŜe nawet jeszcze przed miesiącem, miałabyś rację. Ale teraz ja wiem lepiej niŜ 
ty, na czym mi naprawdę zaleŜy. Odkąd ciebie poznałem, wiele się nauczyłem, a 
między innymi tego, Ŝe niezaleŜność nic nie znaczy, jeŜeli jest się samotnym. – 
Zamilkł  i  spojrzał  jej  głęboko  w  oczy.  –  Pragnę,  abyś  zdjęła  ze  mnie  brzemię 
samotności. 

– Nie mogę – odparła przygnębiona i odwróciła od niego oczy. 
– Dlaczego? 
– Bo musiałabym Ŝyć ze świadomością, Ŝe zrobiłeś to dla mnie, Ŝeby mnie 

zadowolić. Ja teŜ duŜo o nas myślałam i wiele zrozumiałam. Nie moŜna wymagać 
od kogoś, Ŝeby był kimś innym, niŜ jest. Ty jesteś cudownym człowiekiem, ale... 

– Nie mów tak – poprosił. – Niczego na mnie nie wymuszałaś. 
– Po prostu staram się uchronić cię przed podjęciem nierozwaŜnej decyzji 

pod wpływem chwilowego uczuciowego impulsu. 

–  Mnie?  Doskonale  wiesz,  Ŝe  nigdy  w  Ŝyciu  nie  podejmowałem  decyzji 

pod wpływem uczuciowego impulsu. 

– Więc tym bardziej nie ma powodu teraz zaczynać. Panowanie nad głosem 

wymagało  duŜego  wysiłku,  lecz  jakoś  się  jej  udało.  Nie  miała  wyboru.  Nie 
powinna  w  takiej  chwili  popełnić  omyłki  i  pozwolić  na  jakiekolwiek 
niedomówienia. Na myśl, Ŝe męŜczyzna, którego kocha, Ŝałowałby swej decyzji 
do końca Ŝycia, ogarniał ją paniczny strach. 

Sam gwałtownie usiadł na łóŜku i oparł się plecami o twarde wezgłowie. 

Jego cierpliwość była na wyczerpaniu. 

– Dlaczego uwaŜasz, Ŝe oświadczyłem ci się bez zastanowienia? 
– A czy tak nie było? 
– Oczywiście, Ŝe nie. 
Lucky przewróciła się na brzuch i wsparła głowę na dłoniach. 
– Czy juŜ w chwili, gdy tu wszedłeś, miałeś zamiar mi się oświadczyć? 

background image

– No, niezupełnie. 
Milczenie Lucky mówiło samo za siebie. 
–  Chciałem  z  tobą  porozmawiać.  I  miałem  nadzieję,  Ŝe  ta  rozmowa 

skończy się w łóŜku. 

– Ale nie oczekiwałeś, Ŝe obudzisz się rano, będąc ze mną po słowie. Do 

diabła,  Sam!  –  Wzburzona  uderzyła  w  materac  zaciśniętą  pięścią.  –  Znam  cię 
dobrze i kocham, ale to nie w twoim stylu. 

–  A  jak  się  zachowałem  –  jeszcze  próbował  się  bronić  –  kiedy 

zaproponowałaś mi spółkę? 

–  To  zupełnie  co  innego,  jako  doświadczony  biznesmen  od  razu 

zorientowałeś się, Ŝe ma ona sens. 

– Więc to jest dobry przykład. Zaufałem swojej intuicji. 
– Nasz związek nie jest handlową transakcją – patrzyła na niego ze złością. 

– Ja po prostu nie mogę akceptować twoich pochopnych decyzji, których później 
będziesz Ŝałował. 

– Czy ja nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie? Potrząsnęła głową z 

uporem. 

– UwaŜam, Ŝe powinieneś się wycofać ze swej propozycji... 
– Oświadczyn nie cofam. 
–  ...do  czasu  kiedy  będziesz  ją  mógł  dobrze  przemyśleć  –  zakończyła 

stanowczo. 

– Czy mamy zsynchronizować nasze zegarki? – W jego głosie nie słychać 

było wesołej nuty. 

– To nie jest konieczne. 
– Chwała Bogu. – Mrucząc coś pod nosem, zsunął się niŜej. 
Kilka razy uderzył pięścią w poduszkę, zanim podsunął ją pod głowę, po 

czym obrócił się na bok i zaraz zasnął. 

Lucky pomyślała posępnie, Ŝe właśnie na to zasłuŜyła. Mówiła Samowi o 

sprawach niemiłych, ale przecieŜ trzeba było je poruszyć. Gdyby naprawdę chciał 
się  z  nią  oŜenić  i  rzeczywiście  myślał  o  spędzeniu  z  nią  reszty  Ŝycia,  to  nie 
powinien pozwolić, Ŝeby go od tego odwodziła. Wtedy byłaby pewna, Ŝe się myli. 

Do licha! Myśl, Ŝe mogła mieć rację, była nie do zniesienia. 
 
Sam  obudził  się,  kiedy  jasne  promienie  słońca  padały  juŜ  na  łóŜko. 

Spojrzał na zegarek. Rzeczywiście było późno, po ósmej.  Nic dziwnego, skoro 
przez większość nocy udawał, Ŝe śpi, a tak naprawdę sen nie przychodził. Miejsce 
po drugiej stronie łóŜka było jeszcze ciepłe, poduszka pachniała włosami Lucky, 
lecz jej nie było. Sądząc po hałasach dochodzących z dołu, karmiła bliźniaki. W 
pierwszej chwili chciał wciągnąć spodnie i zejść do nich, lecz zmienił zamiar. 

Zeszłej nocy istotnie udało jej się go zaskoczyć i pomieszać mu w głowie. 

Teraz, gdy przed nią stanie, musi być przytomny, czujny i ubrany. W kaŜdym calu 

background image

zasługujący na zaufanie, prawdomówny człowiek, za jakiego zresztą zawsze się 
uwaŜał. Powtórzy oświadczyny, a ona będzie musiała potraktować go powaŜnie. 

Piętnaście  minut  później  był  wykąpany,  ogolony  i  gotowy  na  wszelkie 

wyzwania  tego  świata.  Schodząc  po  schodach,  zorientował  się,  Ŝe  poziom 
decybeli  na  parterze  zdecydowanie  opadł.  Zamiast  podnieconych  głosików 
dwóch  berbeci,  słychać  było  chyba  rozmowę  dorosłych  osób.  Sam  stanął  w 
drzwiach kuchni i wszystko stało się jasne. 

– Dzień dobry – powitał go uprzejmie Bill. JeŜeli nawet był zdziwiony, Ŝe 

Sam wkracza do kuchni Lucky świeŜo wykąpany i ogolony, nie dał tego po sobie 
poznać. – Właśnie wpadłem po dzieciaki. Widzę, Ŝe oboje jakoś przeŜyliście. 

– Bardzo dobrze się bawiliśmy – odrzekł Sam szczerze. Podszedł do stołu i 

nalał sobie kawy. – Masz urocze dzieci. 

– Czasami – przyznał Bill z uśmiechem. – Chyba juŜ pójdę. Podrzucę je 

tylko do domu, bo zaraz wybieramy się z Frankiem i Halem na ryby. Pogoda jest 
doskonała,  więc  moŜe  coś  złapiemy  na  kolację.  –  Był  juŜ  w  drzwiach,  ale 
odwrócił się i powiedział: – Słuchaj, Sam, a moŜe byś się do nas przyłączył? 

– Ja? – Sam spojrzał na niego zdumiony. – Nigdy w Ŝyciu nie łowiłem ryb. 
– Znasz takie powiedzenie: co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. 
No właśnie, a Lucky zeszłej nocy mówiła mu coś zupełnie przeciwnego. 

JeŜeli  dobrze  pamiętał,  powiedziała,  Ŝe  skoro  nigdy  nie  działał  pod  wpływem 
emocji, to z pewnością teraz się nie zmienił. A więc ona uwaŜa, Ŝe jego nie stać na 
podejmowanie decyzji pod wpływem uczucia? To się jeszcze okaŜe! 

– Słusznie – odparł z przyjaznym uśmiechem. – Z przyjemnością pojadę z 

wami. 

–  Z  przyjemnością?  –  Lucky  zakrztusiła  się  kawą.  Sam  roześmiał  się  na 

widok przeraŜenia, malującego się na jej twarzy. 

– A dlaczego nie? – spytał, gdy Bill brał na ręce bliźniaki. – Znasz mnie 

przecieŜ, „spontaniczny” to mój przydomek. 

–  Nie  masz  pojęcia,  w  co  się  pakujesz.  Moi  bracia  to  doświadczeni 

wędkarze. Potrafią spędzić na jeziorze wiele godzin. 

– To świetnie. Kto wie, moŜe i ja coś złowię na kolację. 
– Albo wpadniesz do wody i dostaniesz zapalenia płuc. 
– No, no, no. Jeszcze wczoraj chciałaś zostawić mi jak najwięcej swobody. 

CzyŜbyś się wycofywała? 

– Oczywiście, Ŝe nie. Ja tylko... 
– Słucham? 
– To twoje Ŝycie i jesteś dość dorosły, Ŝeby wiedzieć, co robisz. 
– Właśnie – odparł, tym razem zupełnie powaŜnym tonem. – I przemyśl to, 

co powiedziałaś. – Musnął na poŜegnanie ustami jej wargi i podąŜył za Billem. 

Rzeczywiście rozmyślała o tym i to przez cały dzień pracy. Z pewnością 

Sam  był  wystarczająco  dorosły,  a  nawet  bardziej  niŜ  wystarczająco,  Ŝeby 

background image

decydować  d  sobie.  A  ona  nie  miała  prawa  ani  zresztą  ochoty  podejmować 
decyzji za niego. 

Jeśli naprawdę był przekonany, Ŝe chce ją poślubić, to odradzanie mu tego 

musiało być przejawem choroby umysłowej. Jak tylko Sam wróci, to właśnie mu 
powie. 

Była  pewna,  Ŝe  zaraz  po  powrocie  wpadnie  do  niej  albo  przynajmniej 

zadzwoni. Ale do szóstej, godziny zamknięcia biura, nie odezwał się. 

Wpatrywała  się  w  telefon  przez  kilka  długich  chwil  i  wreszcie  nakręciła 

numer  Franka.  I  usłyszała  wszystko,  co  chciała  wiedzieć.  Bracia  spędzili  cały 
dzień  na  jeziorze,  ale  Sam  wyjechał  zaraz  po  lunchu.  Frank  nie  widział  go  od 
wczesnego popołudnia i nie miał zielonego pojęcia, gdzie się teraz podziewa. 

Lucky  ze  złością  rzuciła  słuchawkę  na  widełki.  Pozostawić  męŜczyźnie 

swobodę, to jedno, a dać się wykorzystywać, to zupełnie inna rzecz. 

Martwiła się w drodze do domu, a tam poczuła się jeszcze gorzej. KaŜdy 

pokój przywodził jej na pamięć Sama, Salon przypominał o pierwszej randce. W 
kuchni  razem  szykowali  kolację,  rozmawiali,  śmiali  się.  A  sypialnia... 
wspomnienia wywołały rumieniec na jej policzkach. 

CzyŜby  Sam  przejął  się  jej  radą  i  zaczął  na  nowo  rozwaŜać  sprawę 

małŜeństwa? JeŜeli tak, to popełniła największy błąd swego Ŝycia. To ona go do 
siebie zniechęcała. Gdyby nie wrócił, jak zapełniałaby pozostałą po nim pustkę? 

Na dźwięk melodyjnego, lecz nieznanego klaksonu zerwała się na równe 

nogi. MoŜe to tylko jej poboŜne Ŝyczenie, ale musiała sprawdzić, czy to nie Sam. 

Podbiegła  do  frontowych  drzwi,  otworzyła  je  i  wpadła  prosto  w  jego 

ramiona. 

–  Co  za  miła  niespodzianka  –  uśmiechnął  się  –  miałem  nadzieję,  Ŝe 

będziesz zadowolona z  mojej  wizyty, lecz nie liczyłem na takie entuzjastyczne 
powitanie. 

– Jesteś – powiedziała trochę bez sensu. Przesunęła dłonie wzdłuŜ jego rąk, 

aŜ po ramiona. Miała ochotę go dotykać, Ŝeby upewnić się, Ŝe naprawdę wrócił. 

– Wejdź do środka. 
– Za moment. – Oczy Sama rzucały wesołe błyski. Jeśli nadal będzie się tak 

uśmiechał, to, na Boga, ona go tu wciągnie siłą... 

– Chcę ci coś pokazać. 
– Co? – Wyciągnęła szyję, ale uniósł ramię nad głowę i zasłonił jej widok. 
– Jeszcze nie. Najpierw muszę cię o coś zapytać. 
– Odpowiedź brzmi: „tak” – odparła bez wahania. 
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. 
– Och. – Z trudem ukryła rozczarowanie. – Więc słucham. 
– Co sądzisz o niekonwencjonalnych prezentach ślubnych? 
Spojrzała na niego kpiąco. 
– Masz na myśli zegar z kukułką zamiast tostera? 

background image

– Niezupełnie. 
– Samie Donahue, jeŜeli w tej chwili mi nie powiesz, o co chodzi – była juŜ 

naprawdę zła – to ci przyłoŜę. 

– Wierzę Ci. 
–  To  dobrze,  bo  jak  ktoś  się  wychował  z  czterema  braćmi,  to  ma  dobry 

prawy sierpowy. 

– Jeszcze się powstrzymaj – roześmiał się. – W ciągu całego mojego Ŝycia 

nie  łączyło  mnie  z  ludźmi  wiele  znaczących  więzi  –  zaczął  mówić  z  wolna.  – 
Zapewne po części z mojej własnej winy. Jako dziecko zachęcany byłem raczej 
do  współzawodnictwa  niŜ  do  przyjaźni.  W  miarę  jak  dorastałem,  zacząłem 
wyznaczać sobie dalekosięŜne cele na przyszłość. A poniewaŜ udawało mi się je 
realizować,  byłem  przekonany,  Ŝe  wystarczy  mi  płynąca  stąd  satysfakcja.  I 
pewnego  dnia  –  spojrzał  jej  głęboko  w  oczy  –  spotkałem  ciebie.  Przewróciłaś 
moje Ŝycie do góry nogami i uświadomiłem sobie, Ŝe ono juŜ nigdy nie będzie 
takie  jak  przedtem.  Usiłowałem  przekonywać  samego  siebie,  Ŝe  twoja  rodzina 
przytłacza  mnie  swoją  liczebnością,  ale  twoi  bliscy  pokazali  mi,  ile  miłości  i 
czułości ominęło mnie w Ŝyciu. 

– Wypad na ryby – powiedziała zduszonym głosem, gdyŜ właśnie uderzyła 

ją pewna myśl. – Moi bracia nie mogliby... 

– Mogli. 
– Och. 
– Nie przejmuj się – pocieszył ją. – Z najwyŜszą przyjemnością słuchałem, 

jak wychwalają cię pod niebiosa. 

–  Teraz  rozumiem,  Ŝe  po  takich  rekomendacjach  nie  spieszyłeś  się  z 

powrotem. 

–  To  akurat  nie  miało  z  nimi  nic  wspólnego.  Musiałem  załatwić  pewien 

interes. 

– Sądziłam, Ŝe nie pracujesz w soboty. 
– Nie, chodziło o sprawę prywatną. Przypomniała sobie jego wcześniejsze 

pytanie i nie potrafiła się powstrzymać. 

– Kupiłeś mi ślubny prezent! – wykrzyknęła z radością. Roześmiała się na 

widok miny Sama. Zgadła. 

–  Do  licha  –  mruknął  –  zawsze  jesteś  o  krok  przede  mną.  To  miała  być 

niespodzianka. 

–  Przepraszam  –  powiedziała  skruszona.  Teraz,  gdy  juŜ  wiedziała  na 

pewno, jak się sprawy mają, bawiła się wspaniale. – Więc, proszę, zadziw mnie. 

Sam  nie  odpowiedział,  tylko  poprowadził  ją  na  podjazd,  gdzie  w  cieniu 

garaŜu stał Thunderbird Deweya Phillipsa. 

– Skąd on się tu wziął? – Lucky stała z szeroko otwartymi ze zdumienia 

oczami. 

– Odkupiłem go – odrzekł z satysfakcją. Uniósł do góry rękę z kluczykami. 

background image

– Jest twój, moŜesz z nim robić, co chcesz. 

Lucky pogładziła maskę samochodu. 
–  Czy  bardzo  byłoby  ci  przykro  –  jej  głos  był  cichy  i  drŜący  –  gdybym 

chciała go sprzedać? 

–  Ani  trochę  –  zaśmiał  się.  –  Właściwie  byłbym  rozczarowany,  gdybyś 

miała inne zamiary. 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ale musiała zadać jeszcze jedno pytanie. 
– Dlaczego to zrobiłeś? 
– Dlaczego? – powtórzył bezmyślnie. 
–  No  tak  –  starała  się  mu  wyjaśnić.  –  Czy  tylko  chciałeś  zrobić  mi 

przyjemność, czy były jeszcze jakieś inne przyczyny? 

Sam zastanawiał się przez parę chwil, zanim odpowiedział: 
– Po trochu i jedno, i drugie. Wprawdzie nadal niezupełnie rozumiem twe 

nastawienie do tej transakcji i nie mogę powiedzieć, Ŝebym się całkowicie z tobą 
zgadzał,  ale  z  drugiej  strony  –  objął  ją  i  przyciągnął  do  siebie  –  wziąłem  pod 
uwagę,  Ŝe  mamy  przed  sobą  resztę  Ŝycia,  więc  zostało  ci  duŜo  czasu  na 
wytłumaczenie mi twojego punktu widzenia. 

Zalała ją fala takiej czułości, Ŝe ze wzruszenia nie mogła wydobyć słowa. I 

tylko  westchnęła  uszczęśliwiona,  zanim  ich  usta  połączyły  się  w  gorącym 
pocałunku, potwierdzającym bezmierność uczucia. 

Po długiej chwili wysunęła się z jego objęć. 
– Sam? 
– Hmm? 
– Czy ten samochód jest rzeczywiście ślubnym prezentem? 
– Oczywiście. Więc musisz powiedzieć „tak”, bo w przeciwnym razie... 
– Zatrzymasz go dla następnej narzeczonej? Roześmiał się. śycie z nią nie 

będzie łatwe. Ale na pewno nie grozi mu nuda.