LAURIEN BERENSON
Miłość według Lucky
Lucky In Love
Tłumaczyła: Zofia Dąbrowska
ROZDZIAŁ 1
– Nie przekonają mnie Ŝadne twoje argumenty. Nie mam zamiaru
pokazywać się na grzbiecie świni! – Lucky Vanderholden rzuciła wściekłe
spojrzenie przedstawicielowi agencji reklamowej, który właśnie wręczył jej
rachunek za usługi. – Koniec dyskusji.
– AleŜ Lucky, zastanów się przez chwilę. – Ed Wharton mówił spokojnie,
tonem perswazji. – To właśnie mógłby być haczyk, którego potrzebujesz. Zwróci
uwagę i przyciągnie tłumy kupujących.
– Nie bądź śmieszny, Ed – odpowiedziała mu niezbyt grzecznie. – W
dzisiejszych czasach ludzi interesuje to, czy wydają pieniądze z sensem. Chcą
zapłacić za dobry samochód rozsądną cenę, a do tego nie przekona ich ktoś
paradujący na grzbiecie świni.
– No, nie byłbym taki pewien. W przypadku Loonie’ego Louie z
Norristown ten chwyt reklamowy zdziałał cuda.
– Loonie Louie ma mnóstwo gruchotów nadających się tylko na złom i
połowę z nich sprzedaje poniŜej kosztów – stwierdziła Lucky. – Ja prowadzę
zupełnie inne interesy.
– Dla potencjalnych nabywców uŜywany samochód to po prostu uŜywany
samochód. – Ed wzruszył ramionami. – Chyba Ŝe zrobisz coś, co rzeczywiście
wyróŜni twoją firmę, tak jak to zrobił Louie. Ma teraz więcej klientów, niŜ moŜe
obsłuŜyć. – Ed zawiesił znacząco głos. – A tobie, Lucky, przydaliby się klienci.
Rozmowa toczyła się w niewielkim kantorze, jedynym pokoju biurowym
Lucky. Młoda kobieta wstała od biurka i stanęła przy oknie wychodzącym na
parking pełen dobrze utrzymanych, błyszczących, choć uŜywanych samochodów.
W jednej kwestii przynajmniej, pomyślała w zadumie, Ed miał rację. Przydaliby
się klienci. Skład jej firmy, „Najpiękniejsze Modele Minionych Sezonów”, był
przepełniony.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy obroty bardzo spadły. Lucky upatrywała
przyczyń tego stanu rzeczy w ogólnej recesji. W mieście podupadała nie tylko jej
firma. Niemniej coś trzeba było z tym zrobić. Być moŜe potrzebowała
rzeczywiście jakiejś chwytliwej reklamy.
Pokiwała głową, odwracając się w stronę siedzącego nadal przy biurku
Eda.
– Trzeba rozwaŜyć wykupienie czasu na kampanię reklamową w lokalnej
telewizji – powiedziała z namysłem.
– To rozumiem! – Ed poderwał się z krzesła. – Nie będziesz Ŝałowała,
wierz mi, Ŝe...
– Ed – ton jej głosu przygasił ten wybuch entuzjazmu – mam na myśli
nową formę reklamy. Nie powiedziałam, Ŝe godzę się na świnię.
– Oczywiście, Lucky. – Ed błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Jak
sobie Ŝyczysz.
Po wyjściu agenta Lucky wróciła do biurka i wyjęła z szuflady księgę
rachunkową. Otworzyła gruby tom i zaczęła przerzucać strony. Zapisy z ostatnich
sześciu miesięcy wyraźnie wskazywały, Ŝe jej wydatki grubo przekraczały
dochody. JeŜeli nic się nie zmieni, firma znajdzie się w powaŜnych kłopotach.
Nagle dobiegł ją melodyjny dźwięk klaksonu. CzyŜby przyjechał jakiś
klient? Uniosła z nadzieją głowę akurat w momencie, gdy czekoladowo-srebrny
rolls-royce mijał wjazd na jej parking, kierując się do następnej bramy.
MoŜna się było tego spodziewać. Posłała spod zmarszczonych brwi
spojrzenie w stronę sąsiedniego parkingu, naleŜącego do Automobilowego Domu
Handlowego Donahue. Firma ta specjalizowała się w sprzedaŜy luksusowych
wozów, takich marek jak BMW, Mercedes i Rolls-Royce. Działała dopiero od
niedawna i wszystko świadczyło o tym, Ŝe świetnie prosperuje.
Przez cały dzień zajeŜdŜali tam klienci. Samochody prezentowane w
ogromnym, oszklonym salonie wystawowym, usytuowanym dokładnie
naprzeciw jej biura, regularnie wymieniano na nowe. Z końca parkingu Lucky
widać było lśniące garaŜe, gdzie armia ubranych w wiśniowe kombinezony
mechaników, o imionach Fritz czy Gunter wypisanych na przypiętych do kieszeni
plakietkach, pracowała nad nieskazitelnymi silnikami nieskazitelnych
samochodów. To robiło wraŜenie.
Gdyby ona prowadziła podobny biznes, takie sąsiedztwo mogłoby działać
deprymująco. Na szczęście nigdy jej to nie nęciło. Nie, czuła się całkiem
szczęśliwa pośród swoich uŜywanych samochodów, z których Ŝaden nie był
podobny do drugiego, a kaŜdy miał własną, niepowtarzalną historię. Odpowiadał
jej równieŜ średniej wielkości teren wystawowy, porządnie zniwelowany i świeŜo
wybrukowany, choć nie mogący się poszczycić przeszklonym salonem. Zaś
zatrudniony przez nią nieoceniony mechanik, Clem Greeley, który potrafił
naprawić wszystko, co poruszało się na kołach, prędzej padłby trupem, niŜ włoŜył
wiśniowy kombinezon.
Poza tym i Automobilowy Dom Handlowy teŜ miał swoje kłopoty. Na
drugi dzień po nabyciu terenu Donahue otoczył go prawie dwumetrowej
wysokości płotem, zwieńczonym zwojami drutu pod napięciem.
Rozmieszczono wiele ostrzegawczych napisów o zakazie wstępu, a nocą
biegały tam dwa puszczone wolno dobermany.
W takim otoczeniu nikt nie odwaŜyłby się dotknąć samochodu, za który nie
mógłby zapłacić, dumała nadal Lucky. U niej było zupełnie inaczej. Kręcili się tu
róŜni ludzie, począwszy od szesnastoletnich wyrostków, którym sprawiało
przyjemność samo oglądanie wozów, po opuszczonych przez bliskich
samotników, pragnących wymienić obszerne, rodzinne kombi na coś mniejszego.
Wszyscy byli u niej mile widziani, witani Ŝyczliwie i ciepło, nawet
najmniejsze dzieci z lepkimi od słodyczy palcami.
Niestety, myślała Lucky, uśmiechając się gorzko, ostatnio nie bardzo było
kogo witać. Po pięciu latach zadowalających, jeśli nawet nie zadziwiająco
dobrych wyników, z chwilą otwarcia w sąsiedztwie Automobilowego Domu
Handlowego zaczęły się kłopoty. Ale dlaczego?
Lucky odsunęła stos rozrzuconych papierów, połoŜyła łokcie na biurku i
podparła podbródek dłońmi. MoŜe to miało jakiś związek z tym wysokim,
groźnie wyglądającym ogrodzeniem. Wprawdzie jej teren był dostępny, lecz taka
konstrukcja tuŜ obok mogła dezorientować jej klientów. A nawet onieśmielać.
Poza tym ludzie, którzy kupowali u niej uŜywane samochody, lubili wałęsać się
po parkingu w poszukiwaniu okazyjnego zakupu, a potem jeszcze targować o
cenę. Na tego typu nabywców ostentacyjny luksus mógł działać zniechęcająco.
Jeszcze z innego względu jej firma naraŜona była na ponoszenie
niekorzystnych skutków tak bliskiego sąsiedztwa składu nowych, drogich
samochodów. Mijali go wszyscy, którzy jechali do niej ze śródmieścia. Nie
wiadomo, co przychodziło im do głowy na widok tego przepychu. Jedno było
niewątpliwe – na pewno nie wizja zrobienia dobrego interesu na kupnie
uŜywanego samochodu.
Oczywiście Lucky poznała juŜ Sama Donahue. Po raz pierwszy zobaczyła
go, kiedy się tu sprowadził, a potem jeszcze widzieli się kilkakrotnie. Sąsiedzkie
spotkania były nieuniknione, lecz do tej pory ich rozmowy ograniczały się do
wymiany formalnych grzeczności.
Lucky musiała przyznać, Ŝe jako męŜczyzna wywarł na niej wraŜenie.
Wysoki i świetnie zbudowany, miał gęste, proste, ciemnobrązowe włosy.
Podejrzewała teŜ, Ŝe przed otwartym, szczerym spojrzeniem jego szarych oczu
niewiele by się ukryło. Był niewątpliwie inteligentny, a nieco cyniczne
skrzywienie warg sporo mówiło o jego poglądach na świat.
Razem wziąwszy, wydawał się intrygujący i Ŝałowała, Ŝe po pierwszym
spotkaniu nie przejawił ochoty do kontynuowania ich znajomości. Lecz
trzydziestoletnia Lucky nauczyła się juŜ podchodzić do takich spraw
filozoficznie. Doświadczenie mówiło jej, Ŝe sympatia nie zawsze musi być
wzajemna i jeśli Sam, w odróŜnieniu od niej, w czasie ich spotkań nie czuł
przyspieszonego bicia serca, to trudno. Jego strata.
Z cichym westchnieniem potrząsnęła głową. Na to nic nie mogła poradzić.
Natomiast waŜniejszą, a zarazem pilną sprawą było ratowanie się przed
niekorzystnym dla jej firmy sąsiedztwem. Musiała podjąć jakieś działanie.
Nagle wpadł jej do głowy tak zadziwiająco prosty pomysł, Ŝe nie
rozumiała, jak mogła o tym nie pomyśleć wcześniej.
Oczywiście, jedynym rozwiązaniem była walka z sąsiadem jego własną
bronią. Skoro jej samochody wydawały się marne w porównaniu ze
sprzedawanymi przez Sama Donahue, zamiast unikać konfrontacji, moŜe
naleŜałoby podkreślić róŜnice.
Lucky sięgnęła szybko po słuchawkę telefonu i nakręciła numer Eda.
Wiedziała juŜ, jak ma brzmieć slogan jej nowej reklamy. Choć nadal nie
zamierzała paradować na grzbiecie świni!
W eleganckim, wyłoŜonym miękkim dywanem gabinecie, za wielkim
dębowym biurkiem siedział Sam Donahue. LeŜąca przed nim księga handlowa
była otwarta na pustej stronie, telefon milczał. Sam wyprostowany, w
szykownym garniturze, był gotów. Gotów do czego? – pomyślał.
W pokoju było chłodno i cicho, jednostajny szum urządzeń
klimatyzacyjnych tłumił wszelkie hałasy z zewnątrz. Przez boczne okno widział
starszą parę rozmawiającą na parkingu ze sprzedawcą. Zastanawiał się chwilę,
czy ma wyjść z biura, lecz zrezygnował z tego pomysłu. Wszystko toczyło się bez
zakłóceń, tego był pewny. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej?
Ostatnie osiemnaście miesięcy Ŝycia poświęcił przygotowaniom, które
miały zapewnić mu sukces w interesach. I jeśli wierzyć liczbom bilansu
handlowego, jego trud się opłacił.
Obecnie wszystko wskazywało na to, Ŝe Dom Handlowy Donahue staje się
największym składem importowanych samochodów we wschodniej Pensylwanii.
Po dziesięciu latach pracy dla innych Sam Donahue dokładnie wiedział, co
ma robić, kiedy nadszedł czas otwarcia własnego przedsiębiorstwa.
Najpierw jako bazę operacyjną wybrał niewielkie miasto Cloverdale.
Przede wszystkim dlatego, Ŝe leŜało blisko Filadelfii i głównej magistrali
kolejowej, a poza tym tutejsze tereny moŜna było kupić po umiarkowanej cenie.
Mając juŜ potrzebny plac, zajął się sprawami organizacyjnymi związanymi z
zakupem importowanych samochodów i uruchomieniem najlepszego serwisu
technicznego, jaki właściciele zagranicznych aut mogli sobie tylko wymarzyć.
JuŜ dawno uwaŜał, Ŝe klient, który płaci sporą cenę za wóz sprowadzony z
zagranicy, ma prawo do obsługi technicznej na najwyŜszym poziomie. Ściągnął
więc najlepszych mechaników z Niemiec i zatrudnił sprzedawców gotowych, tak
samo jak on, poświęcić się bez reszty pracy.
Mechanicy Domu Handlowego Donahue potrafili sobie poradzić z kaŜdą
naprawą. śaden sprzedawca nie oświadczył nigdy klientowi, Ŝe jakiś model czy
kolor samochodu jest nieosiągalny. JeŜeli nabywca miał określone Ŝyczenie,
musiało być zaspokojone, choćby Sam Donahue osobiście musiał przetrząsnąć
całe wschodnie wybrzeŜe od Maine do Florydy.
Dlatego w krótkim czasie rozeszła się wieść, Ŝe Dom Handlowy Donahue
nie tylko ma na składzie najnowsze i najbardziej poszukiwane modele
samochodów, lecz takŜe gwarantuje ich niezawodną jakość.
Nabywcy zostali zaskoczeni takim stylem pracy, gdyŜ przyzwyczajeni
byli, Ŝe handlowcy zajmujący się sprzedaŜą zagranicznych samochodów
zachowywali się tak, jakby robili im łaskę, wpisując ich zamówienia na długą
listę oczekujących. Szybko teŜ się okazało, Ŝe klienci docenili wysiłek Sama.
A był on niemały. Przez ostatnie półtora roku Sam zapomniał o prywatnym
Ŝ
yciu. Co wcale nie oznaczało, iŜ Ŝałował trudu, który włoŜył w swoje
przedsięwzięcie. Wręcz przeciwnie, była to podniecająca przygoda. Uwielbiał
stawiać czoło wyzwaniom i zaangaŜował się całkowicie, choć nie mógł być
pewien, czy na tym interesie noga mu się nie poślizgnie.
Po pierwszych trzech miesiącach wiedział juŜ, Ŝe tak się nie stanie, więc
teraz powinien upajać się swoim sukcesem. Dlaczego zatem nie odczuwał pełnej
satysfakcji i uwaŜał, Ŝe czegoś mu zabrakło?
Usłyszał pośpieszne pukanie i w drzwiach stanął jeden ze starszych
sprzedawców, Joe Saks.
– Hej, szefie, chyba powinien pan to zobaczyć.
– Co? – Słowa Joe’ego wytrąciły Sama z zadumy.
– Reklamę w telewizji. – Joe ponaglał Sama gestem dłoni. – Niech pan
szybko idzie, bo nie zdąŜymy.
Sam ze zmarszczonymi brwiami podąŜył za sprzedawcą korytarzem. Gdy
doszli do poczekalni, gdzie stał telewizor, trwał jeszcze wyświetlany przez jedną
z lokalnych stacji program reklamowy.
Na parkingu wypełnionym samochodami wszelkich marek i modeli stała
kobieta o miłej powierzchowności, z kręconymi blond włosami.
Sam zauwaŜył z niesmakiem, Ŝe wiele samochodów miało cenę wypisaną
na szybie kawałkiem mydła. Skupił uwagę, gdyŜ kobieta zaczęła coś mówić.
– Pamiętajcie – oznajmiła z uśmiechem – te drogie samochody są dobre dla
ludzi, którzy mają duŜo pieniędzy do wyrzucenia.
Sam zmruŜył oczy, bo właśnie obiektyw kamery został skierowany na inny
parking, gdzie ustawione były mercedesy, BMW... To był jego parking! –
uświadomił sobie, wstrząśnięty. Mruknął coś pod nosem.
Teraz na ekranie pojawiła się twarz kobiety w zbliŜeniu.
– Natomiast w firmie „Najpiękniejsze Modele Minionych Sezonów”
oferujemy dobrą jakość za dostępną cenę. Zajrzyjcie do nas. Nie zawiedziecie się.
Obiektyw kamery powrócił na parking uŜywanych samochodów.
– Pamiętaj – mówiła dalej kobieta – wybierając któryś z naszych
Najpiękniejszych, nie będziesz musiał wydać królewskiej fortuny, Ŝeby wyjechać
od nas jak król.
– Niech mnie licho – mruknął Sam, gdy ekran się ściemnił.
– Sądziłem, Ŝe to pana zainteresuje – pospieszył z wyjaśnieniem Joe. – Ja
widziałem tę reklamę po raz pierwszy, ale koledzy twierdzą, Ŝe idzie juŜ cały
tydzień.
– Cały tydzień?! Jak ona śmiała wystąpić z czymś podobnym! – Sam
musiał panować nad głosem.
– Wie pan, jak to jest z lokalnymi stacjami, pozwalają na wszystko. Jeden
facet z Norristown reklamował swoją firmę, siedząc cały czas na grzbiecie świni.
Sam obrócił się ze złością do sprzedawcy, który dodał:
– Dobrze, Ŝe nie zrobiła jeszcze czegoś gorszego.
– Według mnie to było wystarczająco niewłaściwe. Między innymi
sugerowała, Ŝe sprzedajemy samochody po bajońskich cenach. – Odwrócił się i
ruszył do swego gabinetu.
Joe patrzył na plecy oddalającego się szefa i pomyślał, Ŝe on, Joe, nie
chciałby teraz znaleźć się w skórze Lucky Vanderholden.
Sam wrócił do gabinetu. JuŜ po paru minutach doszedł do siebie i zajął się
układaniem planu kontrataku. Wiedział, Ŝe nie wolno mu działać pochopnie. Ta
kobieta zaangaŜowała w reklamę swój czas i pieniądze. Przekonanie jej, Ŝe
powinna się wycofać, będzie wymagało pewnych starań. NiezaleŜnie od tego, jak
trudne moŜe się to okazać, Lucky Vanderholden musi zrozumieć, Ŝe daleko nie
zajedzie, jeŜeli będzie usiłowała poprawić stan swoich interesów jego kosztem.
On jej po prostu na to nie pozwoli!
Mimo klimatyzacji w pokoju nagle zrobiło się dziwnie gorąco. Sam
ś
ciągnął marynarkę i przerzucił ją niedbale na oparcie krzesła. Rozluźnił krawat.
Uśmiechnął się. Po męczącej go jeszcze niedawno nudzie nie został
najmniejszy ślad. Nic tak nie pobudza szybkiego krąŜenia krwi jak wyzwanie.
Oparł dłonie na biurku i usiłował przypomnieć sobie, co właściwie wie o swojej
sąsiadce.
Była wysoka, zgrabna, a złote kręcone włosy tworzyły jakby świetlistą
aureolę wokół jej głowy. Buzia niesfornej dziewczynki, a postawa królowej.
Jasna cera, rzęsy na końcach teŜ połyskujące złotem. Ciemne, brązowe oczy, na
które od razu zwrócił uwagę. Patrzyły na niego uwaŜnie, gdy po raz pierwszy
wymienili uścisk dłoni.
Podobało mu się jej spojrzenie. Widać było, Ŝe jest stanowcza i zapewne
nie ustąpiłaby nikomu, nie wyłączając jego. Uśmiechnął się lekko, gdyŜ pamiętał,
Ŝ
e w czasie tego spotkania wydała mu się pociągająca. Szkoda, Ŝe był wtedy zbyt
zajęty i nie mógł się nią bliŜej zainteresować. Teraz juŜ było za późno.
Telewizyjna reklama nie pozostawiała Ŝadnych wątpliwości.
No cóŜ, westchnął cicho. Na pewne rzeczy nie ma rady.
Kiedy Sam Donahue pojawił się w drzwiach kantoru, Lucky właśnie
rozmawiała przez telefon.
– Tak, Ed. – Przytrzymywała słuchawkę policzkiem przy ramieniu i gestem
dłoni zaprosiła gościa do środka. – Wiem, Ed, znakomity oddźwięk.
Sam aŜ mruknął coś pod nosem w związku z takim bezceremonialnym
traktowaniem. JeŜeli ona tak samo odnosi się do swoich klientów, to nic
dziwnego, Ŝe nie osiąga sukcesów i musi uciekać się do kopania pod kimś
dołków.
Wkroczył gwałtownie do małego pokoju i przez moment zastanawiał się,
czy nie usiąść. Jednak jedyne wolne w tym pomieszczeniu, rozklekotane krzesło
raczej nie wytrzymałoby jego cięŜaru.
– Tak, Ed. Wiem – powtórzyła niecierpliwie, gdyŜ agent od reklamy nadal
rozpływał się nad rezultatami jej nowej kampanii.
Rzuciła spod oka ostroŜne spojrzenie na swego gościa. Po emisji reklamy
spodziewała się jego wizyty. No i rzeczywiście przyszedł. Dlaczego więc nie była
przygotowana do konfrontacji?
Niestety, ten męŜczyzna jej się podobał i to stawiało ją w trudnym
połoŜeniu. Wyglądał na człowieka, który potrafi wykorzystać cudzą słabość.
Wiedziała, Ŝe od pierwszej chwili musi rozmawiać z nim jak równy z równym.
– Słuchaj, Ed – Lucky wyciągnęła rękę, Ŝeby przerwać połączenie – mam
coś do załatwienia. To nie jest odpowiedni moment do dyskusji. Zadzwonię do
ciebie, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź, odłoŜyła słuchawkę. Odetchnęła głęboko i
spojrzała na Sama z promiennym uśmiechem.
– Miło pana znowu widzieć, panie Donahue. Właściwie nie utrzymujemy
sąsiedzkich stosunków. Kiedy to ostatnio...
Sam mimowolnie odpowiedział jej uśmiechem.
– Jakiś czas temu – odparł wymijająco. Nie powinna się domyślić, Ŝe
dobrze pamięta, kiedy się ostatnio widzieli. – PrzejeŜdŜałem, a pani usiłowała
namówić jakąś starszą klientkę do kupna czerwonej corvetty.
– Aaa, tak. – Lucky przechyliła się do tyłu na krześle. – Panią Obermann.
Zatrąbił pan klaksonem i pokiwał mi ręką.
– Spieszyłem się – odparł. Zdziwił się, gdyŜ odpowiedź zabrzmiała jak
usprawiedliwienie, a jeszcze bardziej był zdumiony, Ŝe w zakłopotaniu przestąpił
z nogi na nogę. Nie wolno mu okazywać zmieszania.
– Oczywiście – potwierdziła. – O ile mogę zauwaŜyć, sprzedaŜ
luksusowych samochodów kwitnie.
– Owszem – odparł niewyraźnie. Musi się wziąć w garść. – Czy kupiła ten
samochód?
Lucky zauwaŜyła ledwo uchwytną zmianę w jego postawie, bardziej
twardy wyraz ust, i natychmiast domyśliła się, co to zapowiada. Instynkt
nakazywał przeciwdziałanie.
– Kto?
Sam zmarszczył brwi. Po raz drugi jej nie docenił.
– Pani Obermann. Czy kupiła czerwoną corvettę?
– Niestety, – Lucky westchnęła. Musi się mieć na baczności. Oboje
wiedzieli, jaki był cel jego wizyty, a jeśli on myśli, Ŝe uśpi jej czujność
pogaduszką, nie będzie wyprowadzać go z błędu.
– Nie odpowiadał jej ten model. – Zachichotała na wspomnienie tamtej
sceny. – Szukała czarnego cadillaca.
Sam znowu poczuł zakłopotanie, nie był tylko pewien, czy wywołała je
odpowiedź Lucky, czy dźwięk jej uroczego, cichego śmiechu. NajwyŜszy czas
przystąpić do rzeczy.
– Niech pani posłucha – powiedział stanowczym tonem. – Niestety, nie
przyszedłem tu z wizytą sąsiedzką. Chciałbym pomówić z panią na temat
reklamy, nadawanej w lokalnej telewizji.
– Tak? – Lucky zagryzła wargę. Nie zamierzała ułatwiać mu sytuacji.
Piorun uderzy prędzej czy później. I rzeczywiście.
– Pani celowo zleciła nakręcenie jej w taki sposób? Lucky, choć z trudem,
zdobyła się na błogi uśmiech.
– Trudno sobie wyobrazić, Ŝe reklamę nadano przez przypadek.
Sam próbował trzymać swój temperament na wodzy, lecz jej spokój go
zirytował.
– O to mi właśnie chodzi! I pani wie, co mam namyśli!
– Ooo? – Uniosła pytająco brew do góry.
– Przede wszystkim – zaczął – wykorzystała pani zdjęcia mojego parkingu
bez zezwolenia.
– Jest pan pewien, Ŝe to był pański parking?
– No... oczywiście.
Lucky mogła być z siebie dumna, Ŝe udawało się jej zachować spokój.
– Czy widział pan swój salon wystawowy lub nazwę swojej firmy?
– Nie, ale...
– Czy został sfilmowany ktoś z pana personelu?
– Nie przypominam sobie, jednak...
– To skąd ta pewność, Ŝe sfilmowano pana teren? – uśmiechnęła się
chłodno. – Proszę mi nie mieć za złe tego, co powiem, lecz nie pan jeden handluje
zagranicznymi samochodami w Pensylwanii.
– Oczywiście – przyznał. – To nie zmienia faktu, Ŝe rozpoznałem mój skład
i moje samochody.
– Nie, nie zmienia – wycedziła powoli. – Natomiast istotne jest, czy pan
potrafi to udowodnić.
Na chwilę zapadła cisza, po czym Lucky dodała:
– Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia?
– Tak! – zagrzmiał. Na dźwięk tak podniesionego głosu jego personel
stałby juŜ na baczność. Dlaczego ona wcale się nie przejmuje? – W reklamie
sugeruje się, Ŝe jedynie bogaczy stać na moje samochody.
– No i co?
– Co: „no i co”?
– Czy to nieprawda?
– Oczywiście, Ŝe nie! – warknął. – KaŜdy moŜe być klientem Domu
Handlowego Donahue...
– ...jeśli zdecyduje się zastawić swój dom dla zdobycia gotówki.
– Zaraz, niech pani posłucha. – Cierpliwość Sama juŜ się wyczerpała. – Nie
przyszedłem tutaj dyskutować o sprawach finansowych. Chodzi mi o to, Ŝe pani
reklama szkodzi moim interesom, i oczekuję jej wycofania.
– Obawiam się, Ŝe to niemoŜliwe. – Lucky starała się nadać swoim słowom
pojednawczy ton. Wolałaby mieć w tym człowieku przyjaciela niŜ wroga.
Szkoda, Ŝe się na to nie zanosiło. – Ta reklama to najlepsze, co przytrafiło się
mojej firmie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Przykro mi Ŝe się panu nie
podoba, lecz mnie nie stać na zaniechanie prowadzenia kampanii reklamowej,
która okazała się sukcesem, tylko z powodu pana osobistych zachcianek. Sam
odchrząknął groźnie.
– Nie tylko pani interesy wymagają ochrony – powiedział. – Jeśli się będzie
pani upierała przy kontynuowaniu swojej akcji reklamowej, zostanę zmuszony do
przedsięwzięcia pewnych kroków.
– Jakich kroków?
– Zna pani takie powiedzenie – Sam wzruszył ramionami – „w miłości i na
wojnie wszystkie chwyty są dozwolone”.
Poderwała się gwałtownie.
– Pan mnie straszy?
W odpowiedzi parsknął śmiechem, co ją doprowadziło do szału.
– Co konkretnie w tym przysłowiu traktuje pani jako groźbę? – zapytał
niewinnym tonem.
Lucky rzuciła mu piorunujące spojrzenie.
– Nie boję się ciebie ani trochę, Samie Donahue. MoŜesz mi wierzyć, Ŝe juŜ
przedtem dawałam sobie radę z męŜczyznami.
– Naprawdę? – uniósł brew do góry. – Wobec tego z niecierpliwością
oczekuję nowego doświadczenia. – Odwrócił się i skierował w stronę drzwi. – Do
zobaczenia na ringu.
Lucky nie miała zamiaru zrezygnować z ostatniego słowa.
– PołoŜę cię na łopatki.
Wyszedł, a ona opadła z powrotem na krzesło. Kto mógł przypuszczać, Ŝe
on tak się tym przejmie? Jej zamiarem było jedynie podreperowanie własnej
firmy, nie chciała wywoływać trzeciej wojny światowej.
Nic tak nie łączy sąsiadów jak solidny płot.
ROZDZIAŁ 2
W ciągu następnych kilku dni Lucky z trudnością skupiała myśli na
sprawach zawodowych, przy czym doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe
przyczyną tego stanu rzeczy był Sam Donahue.
Choć go nie widywała, między ich parkingami dało się odczuwać napięcie,
niemal tak rzeczywiste jak prąd przepływający przez drut na płocie
rozgraniczającym ich tereny.
Lucky najbardziej nie cierpiała niejasnych sytuacji. Według własnej oceny
wyszła zwycięsko z potyczki, która odbyła się u niej w biurze. Jednak nie łudziła
się, Sam nie był człowiekiem, który przyjmuje poraŜkę z ukłonem wdzięczności.
Nie miała wątpliwości, Ŝe pragnie odwetu. Ciekawe, w jaki sposób się na niej
zemści?
To tylko z powodu tej niepewności na myśl o nim czuła dziwne sensacje w
okolicy serca. Tylko dlatego, zapewniała się, siedząc we wtorek rano w swoim
kantorku. Nie było innego wyjaśnienia. Teraz, kiedy mieli sposobność wymienić
ze sobą więcej niŜ kilka zdawkowych słów, wiedziała, dlaczego wcześniej nie
udało im się nawiązać stosunków towarzyskich.
Zdołała się juŜ zorientować, Ŝe Sam Donahue jest arogancki i
apodyktyczny. KtóŜ by się czuł przyjemnie w towarzystwie takiego człowieka?
Szkoda, bo był taki przystojny.
– Czy Lucky to pani?
Wyrwana z rozmyślań uniosła głowę i zobaczyła stojącą w drzwiach
nastolatkę, ubraną we wzorzyste leginsy i obcisłą bluzkę.
– Tak. – Lucky zerwała się z krzesła i machinalnie wygładziła lnianą
spódniczkę. – Czym mogę słuŜyć?
– Nazywam się Heather Jacobson. Chciałabym kupić samochód.
Lucky uśmiechnęła się i wyszła zza biurka.
– Znalazłaś się we właściwym miejscu.
– Mam nadzieję. Mój chłopak twierdzi, Ŝe tutaj ceny są najbardziej
umiarkowane. Mówi, Ŝe pani jest twarda w interesach, ale uczciwa. Dlatego tu
przyszłam.
Lucky uśmiechnęła się z satysfakcją, w jej zawodzie taka opinia była
najwyŜszą pochwałą.
– Miło mi – powiedziała. – MoŜe po prostu przejdziemy się i coś wpadnie
ci w oko.
– Ten by się dla mnie nadawał – oznajmiła Heather, stając przed
kabrioletem marki Fiat.
Szósty zmysł zawsze podpowiadał Lucky, czy klient jest rzeczywiście
zainteresowany zakupem. Tym razem, pomimo stanowczego stwierdzenia
dziewczyny, czuła, Ŝe zaraz wyłoni się jakieś „ale”.
Zapowiedziało je głośne westchnienie Heather.
– Jest pewien problem. Tata chce, Ŝebym kupiła samochód duŜy, mocny i
czteroosobowy. UŜył określenia: „nie do zdarcia”.
– Rozumiem – odpowiedziała Lucky, zastanawiając się, jakby tu pogodzić
pragnienie córki z wymogami troskliwego rodzica. Rozejrzała się i jej wzrok
rozjaśnił się na widok samochodu, który byłby idealnym modelem.
– Chodź ze mną. – Wzięła Heather za ramię. – Coś ci pokaŜę.
– Dobrze. – Heather niechętnie oderwała dłoń od połyskującego błotnika. –
Gdzie idziemy?
– Tu zaraz, niedaleko. – Lucky zatrzymała się koło płotu i z dumą wskazała
ręką średnich rozmiarów samochód w kolorze ciemnopomarańczowym, którego
wygląd nie odzwierciedlał w pełni jego dobrej kondycji.
– Co to jest? – Heather patrzyła na samochód z powątpiewaniem.
– BMW 2002 z 1973 roku.
– To jest BMW? Lucky skinęła głową.
– W tym czasie Niemcy takie właśnie produkowali.
– AleŜ on jest pomarańczowy!
– Najmodniejszy kolor we wczesnych latach siedemdziesiątych. – Lucky
zdusiła chichot.
– Ile pali?
– Dziewięć litrów na sto kilometrów – odparła Lucky z zadowoleniem.
Rozmowa zmierzała wreszcie we właściwym kierunku. Podeszły do drzwi
samochodu.
– MoŜe wsiądziesz i zobaczysz, jak się w nim czujesz? Zaraz podniosę
dach.
Lucky przyklękła na przednim siedzeniu rozgrzanego na słońcu
samochodu i usiłowała dosięgnąć dźwigni uruchamiającej dach. W tym samym
momencie wyraźnie poczuła na sobie czyjś wzrok. Rzuciła okiem przez tylne
okno i okazało się, Ŝe jej podejrzenie było słuszne. Na sąsiednim parkingu przed
salonem wystawowym stał Sam Donahue. ChociaŜ dzieliły ich rzędy
samochodów, nie było wątpliwości, Ŝe patrzy na nią.
AleŜ to atrakcyjny męŜczyzna, pomyślała.
Sam, jak zwykle, miał na sobie eleganckie ubranie. Krój podkreślał
szerokie ramiona i wąską talię. Gołębi kolor znakomicie współgrał – niechętnie
przyznała przed samą sobą, Ŝe to pamięta – z barwą jego oczu.
Odwróciła się i wyprostowała, a wzrok Sama podąŜył za nią. Czy jej się
zdawało, Ŝe temperatura powietrza podskoczyła o kilka stopni?
– Proszę – powiedziała do Heather pospiesznie, otwierając przed nią drzwi
– wskakuj i zastanów się, czy ci się podoba.
– Świetnie. – Heather wsunęła się za kierownicę i połoŜyła stopy na
pedałach. – Jest naprawdę wspaniały! Opowiem o nim tacie.
Co Sam teraz robi, zastanawiała się Lucky gorączkowo. JuŜ go nie
widziała, lecz dreszcz na karku upewniał ją, Ŝe nadal jest w pobliŜu. Chyba
powinien mieć coś lepszego do roboty, niŜ ją podglądać.
– Kiedy będę mogła go wypróbować?
– Słucham...? – Lucky z wysiłkiem starała się zebrać myśli. –
Wypróbować?
– Przejechać się.
Lucky przykro było rozczarować dziewczynę, lecz miała niewzruszoną
zasadę, Ŝe poza obręb parkingu wydawała samochód tylko rodzicom
młodocianych nabywców.
– MoŜe przyprowadzisz tatę w czasie weekendu – zasugerowała – i wtedy
sobie pojeździsz.
– Dobrze – zgodziła się Heather z rezygnacją.
– Oczywiście.
Lucky nagle spostrzegła, Ŝe Heather zauwaŜyła Sama. Kiedy bowiem
wysiadła z samochodu i spojrzała w kierunku sąsiedniego parkingu, sportowy
BMW poszedł w jednej chwili w zapomnienie. I chociaŜ obiekt zainteresowania
dziewczyny się zmienił, jej twarz wyraŜała identyczny zachwyt.
– Ojej – jęknęła cicho. – Kto to?
– Sam Donahue. – Wbrew intencji Lucky jej słowa z jakiejś przyczyny
zabrzmiały nad wyraz sucho. – Jest właścicielem sąsiadującego ze mną
przedsiębiorstwa handlowego.
– MoŜe powinnam tam pójść i popatrzeć, co on ma na sprzedaŜ?
– MoŜe powinnaś. – Lucky zachmurzyła się, zdziwiona nieoczekiwanym
uczuciem irytacji. PrzecieŜ sąsiadujące ze sobą firmy w Ŝaden sposób nie mogły
stanowić dla siebie konkurencji. Niech sobie Heather tam idzie. Lucky była
pewna, Ŝe wróci do niej, jak tylko zobaczy ceny samochodów Sama.
ZmruŜywszy oczy patrzyła na dziewczynę, która wysuwając do przodu
biodra, szła przez parking w stronę swego samochodu. Lucky zastanawiała się,
czy ona była kiedykolwiek tak pewna siebie. Pamiętała dobrze, Ŝe w tym wieku
czuła się okropnie: zbyt dojrzała jak na dziecko, za młoda jak na dorosłą kobietę.
Dzięki Bogu, miała to za sobą.
Wróciła myślą do teraźniejszości i nagle jej zły nastrój minął. Sam ją
szpiegował. Powinna zrobić to samo. Byłoby interesujące obserwować, jak daje
sobie radę z nastolatką o wybujałej zmysłowości i nieproporcjonalnej do niej
ilości gotówki.
Spojrzała w kierunku Domu Handlowego Donahue, po czym odwróciła
głowę i roześmiała się. To mogło być zabawne.
Sam stał w spiekocie juŜ dobre dziesięć minut, a przecieŜ nie cierpiał
bezruchu. Jednak z jakichś powodów obserwowanie Lucky Vanderholden,
usiłującej sprzedać samochód, sprawiało mu przyjemność.
Zupełnie go nie obchodziło, ile z tych uŜywanych potworków uda jej się
upłynnić. Nie był teŜ skłonny do podpatrywania, jak się do tego zabiera, gdyŜ nie
dowiedziałby się niczego nowego. Lecz przez cały czas właśnie to robił. I to z
upodobaniem.
Gwałtownym ruchem ściągnął marynarkę i powiesił ją na balustradzie.
Odpiął guziki mankietów koszuli i podwinął do łokci rękawy, odsłaniając silne,
dobrze umięśnione, lekko owłosione ręce.
Zastanawiał się, jak to się dzieje, Ŝe Lucky tak dobrze znosi upał. ChociaŜ
słońce z jednakową intensywnością przypiekało na obu parkingach, ona robiła
wraŜenie świeŜego, wysmukłego Ŝonkila, chłodzonego powiewem letniego
wiatru. Wyprostowana i szczupła, promieniowała królewskim spokojem i
pogodą.
A co by było, gdyby tak zmącił nieco jej niewzruszone opanowanie,
pomyślał z lekkim uśmiechem.
Odwróciła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Sam wyprostował się
niedostrzegalnie. Nie wierzył w przeznaczenie, a jednak w ciągu tych kilku
długich chwil, gdy zatrzymali na sobie wzrok, miał wraŜenie, Ŝe stało się coś
nieodwołalnego.
Lucky poruszyła w nim te wewnętrzne pokłady, które być moŜe zbyt długo
były uśpione. Nie pamiętał, kiedy czuł się tak oŜywiony i pełen energii, jak w
czasie ich krótkiego spotkania w jej biurze. W równym stopniu jego intelekt i
zmysły zostały pobudzone wyzwaniem, jakie mu rzuciła.
Lucky mimo woli sprawiła, Ŝe Ŝycie na nowo stało się ciekawe.
Przez bramę jego parkingu wjeŜdŜał właśnie mały samochód. Sam
przyjrzał się osobie za kierownicą i rozpoznał w niej klientkę Lucky, nastolatkę w
dość ekscentrycznym stroju, z rozwianymi włosami. Zatrzymała się przed
salonem wystawowym i obwieściła swe przybycie dźwiękiem klaksonu. Jeszcze
nie zdąŜyła wysiąść z samochodu, a juŜ zjawił się przy niej sprzedawca. Zanim
weszli do wnętrza, dziewczyna rzuciła w kierunku Sama przelotne spojrzenie,
lecz on nie poświęcił jej więcej uwagi.
Popatrzył w stronę, gdzie poprzednio widział Lucky. JuŜ jej tam nie było.
Poszukał wzrokiem i zobaczył, Ŝe wsiadła do pomarańczowego samochodu i
usiłuje zasunąć uchylony dach. Pod wpływem nagłego impulsu ruszył w jej
kierunku. PrzecieŜ wypomniała mu, Ŝe nie utrzymują sąsiedzkich stosunków.
Była odpowiednia chwila, Ŝeby to naprawić.
Doszedł do ogrodzenia. Lucky nadal mocowała się z dźwigienką
podnoszącą dach. Urządzenie ponownie się zacięło i Sam z trudem
powstrzymywał uśmiech na widok dalszych wysiłków zaciśniętej w pięść drobnej
dłoni.
– Teraz wystarczy tylko nacisnąć guziki – odezwał się uprzejmym tonem,
opierając się o rozdzielające ich ogrodzenie z drucianej siatki.
Uniosła głowę. Zaskoczył ją, gdyŜ była przekonana, Ŝe poszedł za Heather
do salonu wystawowego. MoŜe nawet miała taką nadzieję. Tymczasem stał
zaledwie kilka kroków od niej: opalony, z połyskującą w słońcu ciemną
czupryną. Pewny siebie, zarozumiały i niewiarygodnie przystojny, jednym
słowem taki, jakim nie miał prawa być potencjalny wróg. On jest arogancki,
przypomniała sobie, Ŝe tak go juŜ przecieŜ oceniła. I apodyktyczny. Wysiadła z
samochodu.
– Do czego słuŜą guziki? – spytała, zamykając drzwi samochodu.
– Do podnoszenia i opuszczania dachu. Tak jest przynajmniej w nowszych
modelach.
– Ach, ci Niemcy. – Lucky z ironicznym podziwem pokręciła głową. –
Czego to oni nie wymyślą.
– Nie moŜna lekcewaŜyć postępu. Ułatwia Ŝycie.
– Z pewnością. Tylko czasami jego ostateczny koszt jest za wysoki.
– No, nie powiedziałbym – odparł lekko. Lucky patrzyła na jego palce
zaciśnięte na siatce ogrodzenia. Były długie, szczupłe, z dobrze utrzymanymi
paznokciami o ładnym kształcie. – To zaleŜy od punktu widzenia.
– MoŜliwe. – Starała się mówić obojętnym tonem. Do tej pory Samowi
nigdy nie przyszło do głowy, Ŝeby zatrzymać się przy ogrodzeniu na pogawędkę.
Więc dlaczego zrobił to teraz? Co on knuje?
Zmarszczyła brwi. Do licha, to jakaś mania prześladowcza. CóŜ w tym
złego, Ŝe Sam stara się być przyjacielski? MoŜe jednak doszedł do wniosku, Ŝe jej
reklama nie jest wymierzona przeciw niemu. Albo w ogóle zapomniał o całej
sprawie.
– Jak idą interesy? – spytał Sam.
– Lepiej – odrzekła ostroŜnie. Miała wraŜenie, Ŝe poruszają się ciągle w
pobliŜu zaminowanego pola. – A twoje?
– Nie narzekam.
– No tak. – Lucky przeniosła wzrok na sąsiedni, wymuskany parking. – Nie
masz powodu.
Sam spojrzał w tym samym kierunku i jego twarz stała się nagle surowa.
– Lucky, nikt niczego nie podarował mi w prezencie. Na to wszystko
cięŜko zapracowałem.
– Nigdy nie twierdziłam, Ŝe jest inaczej.
Sam był zdziwiony, Ŝe ona potrafi mówić tak rozsądnie, a jednocześnie
dawać wyraźnie do zrozumienia, iŜ naprawdę myśli coś wręcz przeciwnego.
Celowo go prowokuje, tak jak w czasie ich poprzedniego spotkania. Wtedy stracił
nad sobą panowanie. Teraz nie popełni tego błędu.
– Masz na wszystko gotową odpowiedź.
– Wychowałam się z ośmiorgiem rodzeństwa. W mojej rodzinie ten, kto
nie potrafił szybko się odciąć, przepadał z kretesem.
– Ośmiorgiem?! – Nie powinien był okazać, Ŝe jest wprost zaszokowany.
Odchrząknął i spróbował ponownie. – Twoi rodzice mieli ośmioro dzieci?
– Licząc ze mną, dziewięcioro.
– Rozumiem – powiedział. – To wyjaśniałoby niektóre sprawy. Myślę, Ŝe
dlatego wymyśliłaś właśnie taką reklamę.
– O czym ty mówisz?
– Po prostu nie moŜna dziwić się osobie pochodzącej z tak licznej rodziny,
Ŝ
e chce zwrócić na siebie uwagę.
Lucky otworzyła ze zdumienia usta, lecz zaraz się opanowała.
– Dziękuję, doktorze Freud. Dlaczego sprzedajesz samochody, skoro masz
taki talent do psychoanalizy?
– Daj spokój z ironią. – Sam nadal mówił spokojnie. – Musisz przyznać, Ŝe
niewiele kobiet prowadzi skład uŜywanych samochodów, nie wspominając juŜ o
występach w telewizji.
Wśród wszystkich nadętych, zachowujących się protekcjonalnie
męŜczyzn, których Lucky znała, Sam Donahue zasługiwał na pierwszą lokatę.
– Zapewniam cię, Ŝe kobieta, która zakłada własne przedsiębiorstwo
handlowe i je reklamuje, jest całkiem normalna.
– Taaa – odparł Sam przeciągle. – Chodzi mi tylko o metody,
pozostawiające nieco do Ŝyczenia.
– Tak się składa, Ŝe są skuteczne – zareplikowała. Nie miała zamiaru mu
się zwierzać, jak bardzo jej na tej skuteczności zaleŜało. – Tylko to się liczy.
Lucky dojrzała kątem oka Heather wychodzącą z salonu wystawowego.
Dziewczyna była wyraźnie nie w humorze. Najwidoczniej w przyspieszonym
tempie przerobiła praktyczną lekcję matematyki. Lucky patrzyła z cichą
satysfakcją na odjeŜdŜający samochód, bo chociaŜ Heather z hałasem zapuściła
silnik na poŜegnanie, Sam nawet się nie odwrócił.
– Więc mam rozumieć, Ŝe wyznajesz zasadę: „cel uświęca środki”? –
zapytał.
– Czasami – odparła z uśmiechem.
– Zapamiętaj te słowa – powiedział cicho.
– Nie ma obaw, będę pamiętać – odrzekła bardziej z zuchwałością niŜ
przekonaniem.
Odwróciła się i odeszła. Stojąc nadal przy ogrodzeniu, Sam odprowadził ją
rozbawionym wzrokiem, aŜ zniknęła w drzwiach kantoru. Sądząc po jej
energicznym kroku, zapewne uznała, Ŝe został pokonany. Niech sobie jeszcze
przez jakiś czas tak uwaŜa.
Podczas następnych dni Lucky najbardziej męczyło pytanie, co się stało z
Samem, gdyŜ w ogóle nie było go widać. PrzecieŜ chyba nie mógł przepaść tak
bez śladu.
„Pan Niewidzialny”, myślała, kierując kpiące spojrzenie w stronę
wysokiego płotu. Lepiej by było, gdyby jego przedłuŜająca się nieobecność
oznaczała, Ŝe ma zamiar się stąd wynieść. Lecz Lucky była osobą zbyt trzeźwo
myślącą, aby uwierzyć, iŜ zmusiła go do rejterady. Nie, Sam wyłoni się na
powierzchnię i jeszcze przysporzy jej kłopotów. Tymczasem nie pozostawało nic,
tylko czekać.
W tej sytuacji przyjęła z radością zaproszenie Marete na sobotnią rodzinną
kolację. U swej starszej siostry nie była juŜ kilka tygodni, a więc szmat czasu, jak
na zwyczaje panujące w rodzinie Vanderholdenów. Mimo duŜej róŜnicy wieku
pomiędzy rodzeństwem – najmłodszy brat miał dziewiętnaście, a najstarszy
trzydzieści sześć lat – wszyscy byli nadal bardzo ze sobą zŜyci, co ułatwiał fakt,
Ŝ
e mieszkali w pobliŜu siebie.
Udzielali sobie porad, wspomagali się, a nade wszystko przyjaźnili się ze
sobą. Lucky, najstarsza niezamęŜna dziewczyna w rodzinie, musiała znosić
podejmowane dość energicznie przez rodzeństwo próby jej wyswatania.
Traktowała je jako zło konieczne, rekompensowane z nawiązką przez korzyści,
jakie dawała liczna rodzina.
Lucky przyjechała do Marete w sobotę wieczorem. Siostra, nie tracąc ani
chwili, pociągnęła ją do kuchni, gdzie przygotowania do kolacji były juŜ w
pełnym toku. MąŜ Marete, Bob, i dwie córeczki zostali przed telewizorem w
salonie i oglądali jakiś konkurs.
Marete niezwłocznie przystąpiła do rzeczy.
– Jak tam sprawy uczuciowe? – spytała niby od niechcenia.
– Całkowita posucha. – Lucky usiadła w kącie kuchni i zabrała się do
obierania ogórka. – A twoje?
– My jesteśmy dwanaście lat po ślubie. – Marete rzuciła siostrze przeciągłe
spojrzenie. – Co ty sobie wyobraŜasz?
– śe jest wam ze sobą bardzo dobrze. – Lucky starała się nie okazać
zazdrości. Wiedziała, Ŝe mimo upływu lat Marete i Bob są w sobie szaleńczo
zakochani. Zsunęła plasterki ogórka do salaterki i sięgnęła po pomidor.
– To prawda. – Marete uśmiechnęła się. – MałŜeństwo jest wspaniałym
wynalazkiem. Powinnaś spróbować.
– To mi się najbardziej w tobie podoba, Marete. Ze wszystkich braci i sióstr
ty jesteś najbardziej subtelna.
– A ty najbardziej uparta – odcięła się siostra.
– Uparta? Czy to moja wina, Ŝe nie wyszłam za mąŜ? Popyt na moŜliwych
męŜczyzn znacznie przewyŜsza podaŜ. Co według ciebie mam zrobić? Wywiesić
w oknie kartkę: „Do wzięcia – wiadomość na miejscu?”
– Daj spokój. – Marete podsunęła siostrze pęczek marchwi. – Ale
mogłabyś być trochę bardziej otwarta. W jaki sposób masz spotkać Tego
Właściwego, skoro w ogóle nie umawiasz się na randki?
Lucky skrzywiła się z niesmakiem.
– Sama wiesz, Ŝe to nie takie proste. Kiedyś się umawiałam i co z tego
wyszło? Poznałam tuziny męŜczyzn, a nie znalazłam Tego Właściwego.
Spotkałam Pana Bawidamka, Pana Niedojdę, Pana Pracoholika...
Marete wzniosła oczy ku niebu. Lucky udała, Ŝe tego nie widzi.
– Gdziekolwiek się ukrywa Ten Właściwy, nie udało mi się go dopaść,
choć próbowałam. Poza tym, przy obecnym stanie moich interesów, nie stać mnie
na marnowanie czasu.
– To nie jest marnowanie czasu...
Lucky nie zamierzała przerywać siostrzanego wywodu, choć podobne
kazania słyszała tyle razy, Ŝe mogłaby cytować słowo po słowie. Lecz kiedy juŜ
Marete zaczęła mówić, próby zahamowania tego potoku nie miały szans
powodzenia. Jako starsza siostra bardzo powaŜnie traktowała obowiązki
„zastępcy dowódcy” pod nieobecność matki. I podobnie jak ona wypowiadała
swe opinie. Głośno. Przekonująco. Nie proszona.
W telewizji zaczęły się reklamy. Lucky spojrzała przez otwarte drzwi na
ekran. Jej reklamę wyświetlano przewaŜnie w ciągu dnia, jednak Ed Wharton
wymógł na niej wykupienie droŜszego, wieczornego czasu. Patrzyła z
zaciekawieniem, gdyŜ reklama dotyczyła handlu samochodami, a obraz wydał się
jej bardzo znajomy...
– Włącz głos – zawołała i pobiegła do salonu. Jej piwne oczy rozszerzyły
się ze zdumienia na widok wypełniającej ekran, uśmiechniętej twarzy Sama. Do
licha, aleŜ on jest fotogeniczny! Kamera jakby uwydatniała jeszcze zarys jego
stanowczego podbródka, wyraziste rysy, no i ten uśmiech! Lucky poczuła ucisk w
Ŝ
ołądku. Teraz Sam został uchwycony przez inną kamerę i przez krótki moment
Lucky wydawało się, Ŝe patrzy wprost na nią, a jej serce zamarło.
Jednak zaraz uświadomiła sobie, Ŝe właśnie o to chodziło. Bez wątpienia
wszystkie kobiety we wschodniej Pensylwanii pomyślały to samo, co ona.
– Co tam się dzieje? – Marete równieŜ weszła do salonu. – CzyŜby
prowadzącej konkurs spadła spódnica?
– Niestety, nie – odparł Bob – to tylko reklama.
– Mmm, aleŜ wyjątkowo urodziwy atleta. – Marete pochyliła się, Ŝeby
lepiej widzieć. – Cokolwiek sprzedaje, ma we mnie kupca.
– Ciii – syknęła Lucky i wzmocniła głos. Reklama juŜ dobiegała końca i,
jak dotąd, trudno było ją nazwać miłym zaskoczeniem. Sam bardzo zręcznie
naśladował jej własny ton i styl. Wstrzymała oddech, czekając na zakończenie.
Było gorsze, niŜ mogła przypuszczać. Kamera objęła teraz obiektywem jej
parking. Samochody, filmowane w niekorzystnym świetle, prawie o zmroku, w
porównaniu z pokazywanymi dopiero co modelami Domu Handlowego Donahue
musiały prezentować się gorzej.
Lecz Lucky zacisnęła pięści dopiero wtedy, gdy usłyszała następujące
słowa: „Tam teŜ moŜesz się stać właścicielem samochodu. Ale pomyśl, jazda
samochodem moŜe być niezapomnianym przeŜyciem. Zapewni ci je tylko
Automobilowy Dom Handlowy Donahue, który sprzedaje to, co najlepsze”.
– Czy to nie był...? – zaczął Bob i spojrzał na Lucky niepewnie.
– Oczywiście, Ŝe był! – krzyknęła Lucky ze złością.
– Co takiego? – Marete nie mogła się zorientować, o co im chodzi.
– Mój parking! – zawołała Lucky, wskazując ekran dramatycznym gestem.
– Moje samochody! Wszystko moje!
Marete spojrzała na siostrę z uznaniem.
– On teŜ?
– Kto? – spytała Lucky niezbyt przytomnie.
– No, ten... – Marete pokazała dłonią ekran, na którym teraz widać było
wirujące, kolorowe koło samochodu na tle tłumu wiwatującego na cześć
reklamowanej firmy. – Wysoki, ciemnowłosy, przystojny...
– Raczej wysoki, ciemnowłosy i nieznośny – fuknęła Lucky.
Nadal z wściekłością wpatrywała się w telewizor, choć reklama juŜ dawno
się skończyła. Wprost nie mogła uwierzyć, Ŝe Sam posunął się do czegoś takiego.
Mogło mu się nie podobać to, co mówiła o jego samochodach, lecz przecieŜ nie
kwestionowała ich jakości. Jedynie podkreślała te niebotyczne ceny, a wnioski
pozostawiła widzom. Sam przeciągnął strunę. Po jego reklamie tylko do kretyna
nie dotarło, Ŝe jej samochody muszą być gorsze, poniewaŜ są uŜywane. A przy
obecnych cenach aut, nawet uŜywanych, kto zdecyduje się na taki zakup, skoro
podwaŜono ich jakość?
Samie Donahue, pomyślała posępnie, zapłacisz mi za to!
ROZDZIAŁ 3
Lucky wjechała przez bramę Automobilowego Domu Handlowego
Donahue w poniedziałek punktualnie o dziewiątej rano. Zatrzymała swą małą,
niebieską hondę przed salonem wystawowym i siedziała jeszcze przez chwilę za
kierownicą, porządkując myśli. Nigdy przedtem tu się nie zapuszczała – bo i nie
było ku temu powodu – a z bliska całość robiła nawet bardziej imponujące
wraŜenie.
Nowoczesny w kształcie salon wystawowy, zbudowany ze szkła i metalu,
lśniący w porannym słońcu, stanowił doskonałą oprawę dla wystawionych w nim
samochodów.
Honorowe miejsce w witrynie zajmował kremowy rolls-royce. TuŜ za nim,
po lewej, stał błyszczący mercedes benz turbo diesel, a po prawej jasnoczerwona
limuzyna BMW.
Lucky zauwaŜyła tylko jedno biurko, za to kilka eleganckich foteli z
miękkimi, skórzanymi obiciami, poustawianych w róŜnych miejscach,
zapewniało klientom maksimum komfortu.
W jednym rogu salonu królował olbrzymi telewizor, koło niego na stoliku
stał magnetowid, a obok leŜała duŜa kolekcja kaset wideo. Nie poŜałowano
wydatków dla zdobycia nabywców, pomyślała z przekąsem. Jej klienci chyba by
uciekli, gdyby im zaproponowała oglądanie filmów.
Wysiadła z hondy i jej wzrok zatrzymał się na szeregach aut ustawionych
na parkingu. Samochody miały czarne opony o gęsto rowkowanych bieŜnikach, a
siedzenia i kierownice pokryte ochronną folią. Nalepki umieszczone na tylnych
szybach zapewniały o nieograniczonych moŜliwościach technicznych i innych
luksusach.
– Ostentacyjny pokaz konsumpcji – mruknęła pod nosem. Złość utajona
podskórnie od sobotniego wieczoru, wróciła z nową mocą.
Przyjęła wojowniczą postawę i wkroczyła do salonu.
– Czym mogę słuŜyć? – spytał młody, opalony męŜczyzna, wyraźnie
przejawiający chęć przypodobania się klientce. Lucky zmierzyła go chłodnym
wzrokiem.
– Gdzie mogę znaleźć Sama Donahue?
– Chyba jest u siebie w biurze. – Spojrzał w stronę zaplecza. – Mogę
sprawdzić, panno...?
– Nie potrzeba – Lucky ruszyła we wskazanym kierunku. – Sama to zrobię.
Drzwi do czterech pomieszczeń po obu stronach korytarza były otwarte.
Lucky minęła pokoje biurowe i salę konferencyjną. Zatrzymała się przed piątym,
zamkniętym. Zapukała głośno i weszła do środka.
Sam Donahue siedział za szerokim biurkiem w samej koszuli. Marynarka
leŜała na stojącej pod ścianą kanapie. Z odpiętym guzikiem kołnierzyka i
rozluźnionym węzłem krawata, pochylony nad plikiem papierów, najwidoczniej
nie spodziewał się gości.
Na widok wkraczającej do gabinetu Lucky podniósł głowę, a jego palce
bębniące po obwolucie księgi handlowej znieruchomiały. Zobaczyła w szarych
oczach zdumienie, które starał się ukryć. Nie omyliło jej pierwsze wraŜenie. Sam
był męŜczyzną, który niełatwo rezygnuje ze swej przewagi w jakiejkolwiek
dziedzinie.
Uśmiechnął się i miał zamiar wstać, lecz Lucky szybko go powstrzymała, –
Proszę – energicznym ruchem postawiła paczkę na środku biurka – to dla ciebie.
Sam spojrzał badawczo na pakunek. Przed nim leŜało coś szczelnie
owiniętego w woskowany papier.
– Co to jest?
– Tort. Witamy sąsiada w naszych stronach.
O mało się nie roześmiał, lecz w porę uświadomił sobie, Ŝe popełniłby
wielki błąd. Odchrząknął i powiedział:
– No cóŜ... dziękuję.
– Bardzo proszę – odrzekła ozięble. Nie wypowiedziała jednak głośno
myśli, która odzwierciedlała jej uczucia: „mam nadzieję, Ŝe się udławisz”.
Hm, to całkiem nowe podejście, pomyślał Sam. Gdy ją zobaczył w
drzwiach, nie miał wątpliwości, Ŝe przyszła w sprawie jego reklamy. A
tymczasem... Po raz pierwszy w Ŝyciu nie wiedział, co myśleć.
– W sobotę wieczorem byłam u siostry. – Lucky splotła przed sobą ramiona
i rzucając wściekłe spojrzenie, dodała: – Byliśmy zaskoczeni twoim występem w
telewizji.
Sam pomyślał, Ŝe nadszedł właśnie moment, kiedy milczenie jest złotem.
Wstał, rozchylił z brzegu woskowany papier i zajrzał do środka. Jego oczom
ukazała się gruba warstwa przełoŜonego kremem ciasta z karmelową polewą na
wierzchu.
– A zaraz potem musiałam się zabrać do pieczenia tortu! – Mówiła coraz
bardziej poirytowanym głosem. – Tortu! – Powtórzyła, jakby nie wierząc
własnym słowom. – A to wszystko twoja wina.
Sam zakrył ciasto papierem i usiadł z powrotem na krześle.
– MoŜe to sobie jakoś wyjaśnimy. W sobotni wieczór zobaczyłaś mnie w
telewizyjnej reklamie i ona z jakiejś przyczyny wywołała w tobie chęć upieczenia
tortu?
– W mojej siostrze – sprostowała. – Tylko raz spojrzała na ciebie i uznała,
Ŝ
e potrzebny jest tort. Zobaczyła twój uśmiech i prawie o niczym nie mówiła
przez cały wieczór, tylko o tobie.
– To mi pochlebia. – Sam zrezygnował z dociekania istoty rzeczy i
postanowił zadowolić się komplementem.
– Niesłusznie. Marete widzi w tobie potencjalny dodatek do rodziny
Vanderholdenów.
– Dodatek?
– Moja siostra – Lucky mówiła oschłym tonem – usiłuje wydać mnie za
mąŜ.
– Za mnie? – Sama z lekka zatkało.
Lucky obeszła biurko i przesuwała palcami po brzegu niskiej etaŜerki, na
której stał drogi komputer.
– Według niej jesteś odpowiednim kandydatem. Sam śledził ruch jej dłoni.
Dotyk palców był lekki, pieszczotliwy, prawie zmysłowy. Bez trudu potrafił
wyobrazić sobie, jak te palce błądzą po jego ciele.
Niewątpliwie starała się uśpić jego czujność. I nawet jej się to udawało.
– Rozumiem, Ŝe widzisz w pomyśle siostry obosieczny miecz – odezwał
się ostroŜnie. – A co z pozostałą siódemką rodzeństwa? Co oni o tym myślą?
Spojrzała na niego zdziwiona. Nie spodziewała się, Ŝe zapamięta
liczebność jej rodziny. To zresztą było bez znaczenia.
Zachmurzona wróciła do biurka. Taka solidna zapora między nimi była
bardzo wskazana.
– Nie zdąŜyła się jeszcze z nikim porozumieć. Widziała reklamę dopiero w
zeszłą sobotę.
No tak, reklama. Wiedział, Ŝe ten temat powróci. W normalnych
warunkach uznałby go za niebezpieczny. Wobec rysującej się alternatywy
rozmowę o interesach przyjął wręcz z ulgą.
– Co o niej sądzisz? – zapytał. Był ciekawy, czy powie szczerze, co myśli.
Powiedziała.
– Sądzę, Ŝe jest obrzydliwa. To był złośliwy numer.
– Nie bardziej niŜ ten zastosowany przez ciebie.
– O wiele bardziej.
– Naprawdę? Dlaczego?
– Dawałeś do zrozumienia – Lucky oparła dłonie o brzeg biurka – Ŝe moje
samochody są marnej jakości.
– A ty – odparł Sam spokojnie – Ŝe sprzedaję swoje po wygórowanych
cenach.
Pod wpływem jego spokoju narastała w niej wściekłość. Wyprostowała się
i przyjęła postawę dumnej królowej.
– Ja tego nie sugerowałam. To jest prawda.
– W porządku.
– Co w porządku?
– Ja teŜ powiedziałem prawdę. O ile pamiętam, nie uŜyłem określenia
„marna jakość”. – Sam uświadomił sobie, Ŝe Lucky Vanderholden kolejny raz
udało się go podekscytować. Podobała mu się ta sytuacja. I Lucky teŜ. – Prawdę
mówiąc zupełnie nie wiem, dlaczego tak cię zdenerwowało...
Oczy Lucky zrobiły się okrągłe ze złości.
– Przede wszystkim naruszyłeś sferę mojej prywatności.
Sam w milczeniu pokiwał głową. Zastanawiał się, czy ona zdaje sobie
sprawę, jak bardzo efektownie wąska spódniczka opina pewne krągłe partie jej
ciała...
– Nie mówiąc juŜ o nieetycznym postępowaniu... i odsłania długie,
szczupłe nogi. Ciekawe, czy nosi pantofle na płaskich obcasach dla wygody, czy
z powodu wysokiego wzrostu...
– Sam!
Zamrugał oczami i uniósł głowę.
– Czy ty mnie słuchasz?
– Oczywiście.
– Wobec tego – ton Lucky stawał się coraz bardziej agresywny – skoro
moje słowa nie zrobiły na tobie wraŜenia, powtarzam ci jeszcze raz najpowaŜniej
w świecie: jeŜeli natychmiast nie wstrzymasz nadawania reklamy, zwrócę się w
tej sprawie do mojego adwokata.
Sam uchwycił dłońmi poręcze krzesła i podniósł się powoli. JuŜ dość długo
pozwolił jej tkwić w przekonaniu, Ŝe ma nad nim przewagę. Być moŜe nawet za
długo, zwaŜywszy na fakt, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa.
– Nie robiłbym tego na twoim miejscu – powiedział cicho.
– Nie przypominam sobie, Ŝebym pytała cię o opinię.
– Nie mam zwyczaju czekać, aŜ mnie o nią zapytają.
Gwałtownie wyszedł zza biurka i przyciągnął krzesło spod ściany. Ustawił
je koło niej.
– Siadaj.
Lucky usiadła machinalnie i patrzyła, zaskoczona, jak Sam idzie w stronę
drzwi.
– Ale...
– Zaraz wracam.
Coś podobnego, pomyślała z gniewem, gdy zamknęły się za nim drzwi i
zostawił ją samą. Co on sobie wyobraŜa? śe będzie tu siedzieć i czekać na jego
powrót? Na to wyglądało. Rozmowa nie została zakończona. Niczego jeszcze nie
ustalili.
Właściwie była nawet zadowolona z tej chwili wytchnienia. Wprawdzie
gabinetu Sama w Ŝadnym wypadku nie moŜna było nazwać małym, lecz bliskość
tego męŜczyzny wydawała się jej niepokojąca, jakby oboje zostali uwięzieni w
klatce. Zarówno wytrwanie w gniewie, jak i skupienie się na sprawach
zawodowych wymagało od niej wysiłku.
Masz juŜ swoje lata i powinnaś być rozsądna, strofowała się w duchu.
Niestety, wiek nie był tarczą chroniącą przed urokiem Sama, któremu wyraźnie
ulegała. I nad tym nie potrafiła zapanować. To właśnie stanowiło problem. Na
utratę panowania nie mogła sobie w Ŝadnym razie pozwolić.
GdzieŜ on się podział? CzyŜby tak go postraszyła adwokatem?
Przynajmniej zaczął jej słuchać. Pewnie poszedł po posiłki. Musi być gotowa na
wszelką ewentualność.
Usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Odwróciła się. Sam zamykał je
ramieniem, gdyŜ obie ręce miał zajęte. Spodziewała się, Ŝe moŜe przynieść jakieś
dokumenty albo kasetę. On tymczasem niósł stos serwetek, nóŜ, widelczyki i
dwie filiŜanki parującej kawy.
– MoŜe być czarna? – zapytał, siadając na swoim miejscu.
Lucy automatycznie skinęła głową. Nie zwaŜając na jej niedowierzające
spojrzenie, Sam zdjął z tortu woskowany papier.
– DuŜy kawałek czy mały? – spytał, szykując się do krojenia ciasta.
Chyba sobie z niej Ŝartuje.
– W ogóle, dziękuję.
– Jesteś na diecie? – Ton był współczujący, lecz w kącikach warg błąkał się
prowokacyjny uśmieszek.
– Nie – odparła krótko. – Jestem zła.
– To widzę. – Sam ukrajał dwa grube kawałki i ułoŜył je przed nimi na
serwetkach.
– Do licha, Sam, nie traktujesz mnie serio.
– Przeciwnie. Odnoszę się do twego stanowiska całkiem powaŜnie. Jedynie
nie bardzo wierzę w twoją groźbę, zwłaszcza Ŝe wpadłem dwa tygodnie temu na
identyczny pomysł, ale go zarzuciłem. Oczywiście, moŜesz podjąć kroki prawne,
lecz nie masz szansy wygrania ewentualnego procesu i oboje to wiemy.
Z pewnością Sam miał rację. Bacznie przyglądała się jego reklamie i
istotnie jej parking został sfilmowany w taki sposób, Ŝe nie moŜna było
zidentyfikować właściciela, podobnie jak zrobiono to w jej reklamówce.
Wyskoczyła ze sprawą sądową tylko dlatego, Ŝe była zła. A przecieŜ Sam, nie
tracąc czasu, odpłacił jej jedynie pięknym za nadobne.
Przez chwilę daremnie czekał, aŜ Lucky zacznie jeść, po czym nabrał
kawałek tortu na widelczyk. Uniósł dłoń do ust i zatrzymał ją w połowie drogi,
jakby nagle coś go zastanowiło.
Lucky zauwaŜyła ten moment wahania i uśmiechnęła się.
– Nie wiesz, jak daleko mogę się posunąć?
– Przyznaję, Ŝe mi to przemknęło przez myśl.
– Nie bój się. Nic nie wybuchnie. Najgorsze, co ci się moŜe przydarzyć, to
próchnica zębów w związku z duŜą zawartością cukru.
Wierzył jej, choć nie wiedział dlaczego. Dotychczasowe doświadczenie
wskazywało, Ŝe za wszelką cenę chce mu dokuczyć. Powoli włoŜył kawałek tortu
do ust. Piekielne ciasto było wilgotne i tłuste, a polewa bardzo słodka. Przełknął
je z uczuciem ulgi. Nie chciał jej rozczarować. To nie była w najmniejszej mierze
pocieszająca myśl. Zmieszany, postanowił powrócić do towarzyskiej rozmowy.
– Jest wspaniały – powiedział, nabierając następny kawałek. – Muszę
złoŜyć wyrazy uznania szefowi kuchni.
– UwaŜaj sprawę za załatwioną – odparła. Rzuciła jeszcze krótkie, tęskne
spojrzenie na nie tknięty przez nią kawałek tortu, sięgnęła po torebkę i wstała.
– To ty upiekłaś? – Sam spojrzał na nią zaskoczony.
Lucky musiała zacisnąć wargi, Ŝeby się nie roześmiać.
– Marete potrafi jedynie przypalić ciasto z owocami.
– Nie przestajesz mnie zadziwiać. Podeszła do drzwi i zatrzymała się.
– To stary chwyt, wręcz z brodą. Na to mnie nie nabierzesz.
– To zabawne, uwaŜasz, Ŝe ja wobec ciebie stosuję jakieś chwyty?
Lucky pomyślała, Ŝe jeśli nie ponosiła jej wyobraźnia, nie tylko ona
wyczuła jakiś ledwo uchwytny, podskórny prąd, niespokojnie wibrujący między
nimi.
– Tak naprawdę – powiedziała – nie wydaje mi się, Ŝeby było coś
zabawnego w naszych stosunkach.
Te właśnie słowa wywołały na twarzy Sama uśmiech, który powoli
rozświetlił jego oczy.
Lucky zacisnęła bezwiednie dłoń na klamce, gdyŜ poczuła nieoczekiwanie
zalewającą ją falę ciepła.
Prawie w popłochu otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Ruszyła szybkim
krokiem, lecz usłyszała jeszcze ostatnie słowa Sama.
– To właśnie – mówił bardzo z siebie zadowolony – jest takie intrygujące.
Przez całe przedpołudnie Lucky była ogromnie zajęta, a mimo to nie udało
jej się przestać myśleć o oszałamiającym Automobilowym Domu Handlowym z
sąsiedztwa.
Po wyjściu z gabinetu Sama rzuciła okiem na ceny samochodów
wystawionych w salonie. Po prostu ją zamurowało. Wiedziała, Ŝe rolls-royce nie
moŜe być tani, lecz sama myśl p zapłaceniu sześciocyfrowej ceny nawet za
wspaniale wykonany na indywidualne zamówienie samochód wprost ją
ś
mieszyła.
Była przekonana, Ŝe ludzie, którzy potrzebowali tego rodzaju symbolu ich
społecznej pozycji, nigdy nie docenią prawdziwego piękna.
Wychowana w licznej rodzinie, przyjmowała za oczywisty fakt, Ŝe
wszystko, co posiadała, było uŜywane. Ubrania, ksiąŜki, zabawki przechodziły z
jednego dziecka na drugie i to wcale nie ujmowało im wartości.
Przy tym nie uwaŜała, Ŝe obdarowywana była namiastkami. Przeciwnie, od
najwcześniejszych lat nauczyła się doceniać na równi uŜyteczność przedmiotów,
jak i ich pochodzenie. Nie marzyła o nowych rzeczach, była zachwyconą
wypłowiałymi dŜinsami oraz ksiąŜkami z nagryzmolonymi, pomocnymi
notatkami na marginesach. Wiedziała, z jaką troską przechowywano zapakowane
w bibułki miękkie kocyki, przeznaczone dla następnego dziecka. To właśnie
miało znaczenie, gdyŜ osadzało ją w konkretnej rzeczywistości i nadawało jej
toŜsamość.
Dlatego Lucky ceniła równieŜ uŜywane samochody. Przeszłość odciskała
na nich swój ślad.
Z zadumy wyrwał ją dzwonek telefonu.
– Lucky? Tu Sam.
Nie musiał się przedstawiać. Natychmiast rozpoznała cudowny, głęboki
tembr jego głosu.
– Dzwonię w związku z twoją poranną wizytą. Właściwie niczego nie
zdołaliśmy ustalić...
– Raczej nie z mojej winy – wtrąciła szybko. Nastąpiła chwila ciszy, po
czym usłyszała westchnienie. Była w nim jakaś nuta rezygnacji, jakby Sam nie
mógł pojąć, dlaczego ona tak wszystko utrudnia. Nagle i Lucky pomyślała to
samo.
– Słuchaj, nie telefonuję z wymówkami – mówił z namysłem. – Spróbujmy
jeszcze raz, moŜe udałoby się nam dojść do porozumienia.
– Jeszcze raz spróbować? – powtórzyła. Mogą w kółko rozmawiać, co nie
znaczy, Ŝe kiedykolwiek im się uda.
– Chciałbym się zrewanŜować za tort. Lucky, zjedzmy dzisiaj razem
kolację i porozmawiajmy. Bez podchodów, bez walki, po prostu jak sąsiedzi,
którzy po przyjacielsku chcą rozwiązać drobne nieporozumienie.
Właściwie powinna odmówić, ale nawet przez chwilę nie rozwaŜała takiej
ewentualności. Zbyt duŜo było między nimi nie rozwiązanych kwestii. A biorąc
pod uwagę, jak wiele ostatnio czasu spędziła na rozmyślaniu o Samie, sprawy
zawodowe mogły okazać się najmniej waŜne...
– Lucky?
– Przepraszam, właśnie się zastanawiałam.
– JeŜeli ci nie odpowiada dzisiejszy wieczór...
– W porządku. Bardzo chętnie zjem z tobą kolację.
– Świetnie. – Wziął jej adres i uzgodnili godzinę spotkania.
ROZDZIAŁ 4
Lucky zamierzała zamknąć biuro o piątej, gdyŜ chciała mieć więcej czasu
na przygotowania do randki z Samem. Tymczasem po południu niespodziewanie
pojawiło się wielu klientów i ostatniego załatwiła dopiero po szóstej. Potem
musiała się przedzierać przez zatłoczone jezdnie, więc gdy wreszcie zaparkowała
hondę przed swym małym, zbudowanym w wiktoriańskim stylu domem, była
zmordowana i zła.
Weszła po schodach na werandę i chciała wsunąć klucz do zamka, lecz
okazało się, Ŝe drzwi są uchylone. Popchnęła je i usłyszała hałaśliwe głosy
dobiegające z telewizora. Pies Huckleberry, jeśli jej słuch nie myli.
– Halo? – zawołała, stojąc nadal z wahaniem na progu.
– O, dobrze, Ŝe wróciłaś!
Wysoki, chudy młodzieniec ze strzechą gęstych włosów koloru pszenicy
biegł do Lucky długimi susami. Chwycił ją mocno w ramiona i zakręcił nią kilka
razy w powietrzu.
– Ken! Dlaczego nie jesteś na uczelni? Czy coś się stało?
– Nie, wszystko w porządku.
– Więc dlaczego...
– Wiesz, jak to jest w akademiku. Czasami ma się ochotę uciec stamtąd na
wieczór. Chyba nie masz mi za złe, Ŝe się u ciebie rozgościłem.
– Oczywiście, Ŝe nie – odparła bez wielkiego przekonania. Weszli do
pokoju. Na podłodze leŜały porozrzucane gazety, a na kanapie resztki sandwicza
z serem. Lucy wyłączyła telewizor.
– Jak się tu dostałeś?
– Rodzice zawsze trzymają dodatkowe klucze na półce w garaŜu. Więc
najpierw tam zajrzałem.
– Znakomicie – mruknęła Lucky pod nosem. Wizyty rodzeństwa, choćby
całkiem nieoczekiwane, sprawiały jej niezmiennie przyjemność. Tylko Ŝe akurat
dzisiaj wieczorem miała głowę zajętą zupełnie czymś innym.
Ken, nieświadomy rozterki siostry, opadł z powrotem na kanapę i połoŜył
nogi na blacie stolika.
– No i co z kolacją?
– Kolacją? – Lucky wskazała głową talerz pełen okruchów. – Wygląda, Ŝe
juŜ jadłeś.
– To była tylko taka zakąska przed twoim powrotem.
– Oczywiście – potwierdziła Lucky raczej dość oschłym tonem.
Nienasycony apetyt jej dziewiętnastoletniego brata miał najlepsze szanse
przejścia do rodzinnej legendy. – MoŜesz jedynie mieć nadzieję, Ŝe znajdziesz
pizzę w lodówce, bo ja wychodzę. Na randkę.
– Randkę? – Ken zerwał się z kanapy i pobiegł za Lucky na górę. – Z kim?
– Nie znasz go. – Lucky rzuciła bratu przez ramię ostrzegawcze spojrzenie.
– Jak się nazywa? – nie ustępował. Weszli do sypialni i Ken od razu
rozciągnął się na łóŜku.
– Sam – odparła roztargniona, badając wzrokiem zawartość szafy.
– Okropne imię.
– Tak? – Lucky wyjęła granatową, płócienną sukienkę, zapinaną wysoko
pod szyją, i rzuciła ją na krzesło. – Dlaczego?
– Najbardziej solidne i godne zaufania, jakie znam. ZałoŜę się, Ŝe jego
właściciel to łysy czterdziestolatek.
– Nic podobnego. Ma trzydzieści pięć lat i jest niezwykle przystojny.
– To dlaczego, na litość boską, masz zamiar tak się ubrać?
– Nie podoba ci się ta sukienka?
– Gdyby jakaś dziewczyna przyszła na randkę ze mną w czymś takim,
wiedziałbym, Ŝe czekają mnie kłopoty.
– Widziałam większość twoich dziewczyn. Wierz mi, to ty widocznie masz
kłopoty. Mam randkę w interesach. – Lucky zdjęła spódnicę.
– Randka w interesach? Jeszcze nigdy o czymś podobnym nie słyszałem.
Wobec tego po co w ogóle umawiasz się z facetem? Nie wystarczy wysłać mu
list?
No właśnie, po co? – zastanawiała się Lucky, ściągając halkę. Najprostsza
odpowiedź: poniewaŜ Sam o to prosił. Ale prawdziwy powód był inny. Sam
zachowywał się wprawdzie wyzywająco i w pracy zawodowej posługiwał się
irytującymi metodami, lecz jednocześnie był najbardziej interesującym
męŜczyzną, jakiego spotkała od lat. Być moŜe stosunki między nimi wcale się nie
poprawią. Chyba Ŝe los ma wobec nich inne zamiary. Tak czy inaczej, Lucky
chciała się o tym przekonać.
– Proszę. – Ken trzymał w ręku jedną z jej ulubionych sukienek, uszytą z
lśniącego czerwonego jedwabiu. – WłóŜ tę.
– Zachowujesz się zupełnie jak Marete. – Lucky sięgnęła z rezygnacją po
jedwabną sukienkę.
– StrzeŜ mnie, BoŜe.
– No właśnie. Przepraszam cię, ale idę pod prysznic. Jeśli chcesz się na coś
przydać, zejdź na dół i uprzątnij ten bałagan, zanim Sam się zjawi.
– Dobrze, nie musisz się spieszyć. Zajmę się twoim gościem.
MoŜe powinna była uznać te słowa za ostrzeŜenie, myślała Lucky, kiedy po
kilkunastu minutach w pośpiechu schodziła do salonu. Gdy zadźwięczał dzwonek
u drzwi, wychodziła dopiero spod prysznica. Nie pozostało nic innego, tylko
polegać na zapewnieniu Kena i pozwolić mu odgrywać rolę gospodarza. Musiała
się przecieŜ ubrać i zrobić makijaŜ.
Lecz teraz, słysząc dochodzący z pokoju śmiech, była pewna, Ŝe popełniła
błąd. Lucky zbyt dobrze znała dziwaczne poczucie humoru brata, Ŝeby te odgłosy
wesołości uwaŜać za dobry znak.
Zatrzymała się w drzwiach salonu. Sam i Ken siedzieli obok siebie na
kanapie, a przed nimi na stoliku leŜał rozłoŜony gruby album fotograficzny. Ten,
w którym trzymała zdjęcia z dzieciństwa, kiedy nosiła aparat na zębach i koński
ogon.
Uniosła wzrok na Sama i ich oczy się spotkały. W spojrzeniu Sama
widziała rozbawienie i... sympatię. Gdy sobie to uświadomiła, poczuła drŜenie
serca. Zaczerwieniła się, a potem całe jej ciało oblała gorąca fala. śałowała, Ŝe nie
włoŜyła granatowej sukienki. Czerwony jedwab był cienki i przylegający do
ciała, a kolor zbyt wyzywający.
Sam wstał z kanapy.
– Ślicznie wyglądasz – powiedział ciepło.
– Dziękuję – udało się jej wykrztusić. Zrobiła krok w jego stronę i co dalej?
Powitanie go pocałunkiem byłoby z pewnością nie na miejscu, a uścisk dłoni teŜ
nie wydawał się odpowiedni. Odetchnęła głęboko. RozwiąŜe ten problem inaczej.
– Czy podać ci coś do picia?
– JuŜ mu proponowałem – wtrącił się Ken. – Nie miał ochoty.
Lucky rzuciła bratu spod oka spojrzenie, z którego wyczytał rozkaz:
„zmykaj”. Nie miał zamiaru.
– Pokazywałem Samowi stare fotografie.
– Właśnie widzę. – Lucky podeszła do stolika i zamknęła album. – Na
pewno zrobiły na nim wraŜenie.
– Najbardziej mu się podobało to, na którym grasz w hokeja na trawie.
Lucky zamknęła oczy i stłumiła jęk.
– Zobaczyłem cię zupełnie z innej strony – powiedział Sam, ledwo
powstrzymując śmiech. – Z kijem w ręku wyglądałaś naprawdę groźnie.
– Czasami zdarza mi się tak wyglądać i bez kija.
– Lucky rzuciła bratu piorunujące spojrzenie.
– Czy ta sukienka nie jest piękna? – Ken włączył się beztrosko do
rozmowy. – Ja ją wybrałem.
– Rzeczywiście świetna – potwierdził Sam, lustrując Lucky od stóp do
głów. – Czy często wybierasz dla niej stroje?
– Nie – odpowiedziała stanowczo za brata. Musi zapanować nad sobą i tą
rozmową. – Czy moŜemy juŜ iść?
– Oczywiście.
Ku zdumieniu Lucky, Sam wziął ją za rękę. Jego długie palce splotły się z
jej palcami i ścisnęły je delikatnie. Spojrzała mu w twarz. Rysy były oczywiście
znajome, ale wyglądał jakoś inaczej.
Ken odprowadził ich do drzwi.
– A więc – zapytał – gdzie się wybieracie?
– Do mnie – odparł Sam, patrząc na Lucky. – Upiekłaś dla mnie tort, więc
teraz pora na mój rewanŜ.
– To brzmi wspaniale. – Lucky uśmiechnęła się ciepło.
– Rzeczywiście, zwłaszcza jak na pierwszą randkę – dodał Ken z
podziwem.
Lucky popatrzyła na niego spod zmarszczonych brwi. Gdyby spojrzenie
mogło zabijać...
Ken usiłował pospiesznie zatuszować niezręczność.
– Nie zrozum mnie źle – zwrócił się do Sama. – Nie łudź się, Ŝe z moją
siostrą łatwo ci pójdzie.
– To ostatnia rzecz, której mógłbym oczekiwać – roześmiał się Sam. – Jak
dotąd udowodniła, Ŝe jest we współŜyciu najtrudniejszą kobietą, z jaką
kiedykolwiek miałem do czynienia.
– Powstrzymaj się z takimi opiniami – poradziła mu Lucky. – JeŜeli tego
się po mnie spodziewasz dzisiejszego wieczoru, gotowa jestem nie zawieść
twoich oczekiwań.
Wyszli na werandę i Lucky zobaczyła srebrne BMW zaparkowane przy
krawęŜniku. Gdy juŜ siedzieli w samochodzie, Sam odezwał się pojednawczym
tonem:
– Nie chciałbym, Ŝeby nasze wcześniejsze nieporozumienia miały wpływ
na nastrój w czasie kolacji. Dzisiaj wieczorem będziemy zachowywać się tak, jak
przystało na sąsiadów. Porozmawiamy i postaramy się porozumieć. – Przekręcił
kluczyk w stacyjce i rzucił Lucky spojrzenie z ukosa.
Obserwowała, jak Sam prowadzi samochód. Robił to z takim samym
opanowaniem i sprawnością, jaką przejawiał we wszystkim. Niewątpliwie był
pewnym siebie człowiekiem, musiała się z tym liczyć.
Czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest zmysłowa,
zastanawiał się Sam. Reagowała spontanicznie, niemal prymitywnie, jej ruchy nie
były bardziej wystudiowane niŜ kotki układającej się przed kominkiem.
Sam zwykle w czasie jazdy nie prowadził rozmów, a szczególnie cenił
kobiety, których nie trzeba było zabawiać nieustanną pogawędką. Lecz właśnie
teraz milczenie wydało mu się niestosowne. W czasie ich spotkań poznał juŜ
Lucky rozwścieczoną i tajemniczą. Dziś wieczór dodałby jeszcze –
uwodzicielską.
Nie do wiary, bo w gruncie rzeczy nic jeszcze o niej nie wiedział.
Zadeklarował rozejm, lecz nie wiadomo, czy Lucky go dotrzyma. O ile ją znał,
będzie chciała rozmawiać o sprawach zawodowych, zaczną się kłócić i
prawdopodobnie kolacja całkiem się nie uda.
JeŜeli mieli zaprzestać wojny, to właśnie nadarzała się okazja: Lucky
wydawała się tak łagodna i spokojna, pogodzona ze sobą i całym światem.
– Masz bardzo sympatycznego brata. – Na początek wybrał neutralny
temat.
– W tym momencie jesteś w swoim odczuciu odosobniony.
No tak, to był właśnie pierwszy przejaw jej łagodności, pomyślał, ale zaraz
się uśmiechnął. Do licha, przecieŜ zawsze wolał wyzwania losu od tak zwanego
ś
więtego spokoju.
– Chciał jak najlepiej.
– I dlatego – Lucky uniosła w górę brwi – wyciągnął mój album ze starymi
fotografiami?
– No, właściwie to nie zrobił tego tak od razu.
– Czuję, Ŝe będę Ŝałowała swojej ciekawości, ale powiedz, co się działo
wcześniej?
– Wypytywał mnie o moje widoki na przyszłość, intencje wobec ciebie i o
stan mego zdrowia.
Lucky zacisnęła zęby i wyprostowała się na siedzeniu.
– I co mu powiedziałeś?
– Odpowiedziałem zadowalająco na kaŜde z tych trzech pytań.
– Kiedyś zamorduję tego chłopaka – skomentowała Lucky beznamiętnie.
Sam skręcał właśnie w kierunku nowo wybudowanego osiedla mieszkaniowego.
– Powinnam to zrobić juŜ wiele lat temu.
– Nie wyglądasz na osobę zachowującą długo urazy.
– Nie – odparła z westchnieniem. – Pewnie dlatego Kenowi udało się
przeŜyć. My, Vanderholdenowie, niesłychanie szybko się zapalamy, ale gniew
przechodzi nam równie szybko. Pół Ŝycia spędzamy na kłótniach, a drugie pół
lamentując, Ŝe poświęcamy sobie za mało czasu.
– W tak licznej rodzinie chyba niełatwo zorganizować częste spotkania. –
Wjechali na wydzielony dla mieszkańców parking i BMW się zatrzymało.
– Są dla nas ogromnie waŜne, więc bardzo się staramy znaleźć dla siebie
czas. Poza tym to nie takie trudne, bo wszyscy mieszkamy blisko siebie. A ty
często widujesz się ze swoją rodziną? – spytała, wchodząc za Samem na schody.
– Raczej nie. Moja matka i ojczym przeprowadzili się do Arizony przed
pięcioma laty. Utrzymujemy głównie kontakt telefoniczny. – Nie wydawał się
przejmować takim stanem stosunków rodzinnych, które dla Lucky oznaczały
prawie osierocenie. – A ponadto – Sam otworzył drzwi mieszkania i wprowadził
Lucky do środka – nie mam rodzeństwa.
– To wyjaśniałoby niektóre sprawy. – Lucky spojrzała na Sama
zaciekawiona, czy przypomni sobie, Ŝe zrobił właśnie taką uwagę na wiadomość
o jej licznej rodzinie. Pamiętał, poznała to po wyrazie jego twarzy.
– Co by wyjaśniało? – spytał ostroŜnie.
– śe uwaŜasz siebie za wszechwiedzącego. Nie byłeś krótko trzymany jako
dziecko.
– Być moŜe – odparł i dodał z Ŝartobliwą złośliwością: – Albo rzeczywiście
jestem wszechwiedzący.
– Słaba szansa – roześmiała się. Nie po raz pierwszy Ŝałowała, Ŝe Sam jest
tak poraŜająco przystojny. Byłoby jej łatwiej podtrzymywać wobec niego
niechętne uczucia, gdyby miał czterdziestkę i łysinę.
Mówiła Samowi prawdę, nie potrafiła długo chować urazy. Oddać cios,
wyładować się i dać spokój – to był jej styl. Jak dotąd zdawał egzamin, więc
dlaczego miałaby się teraz zmieniać?
– Zapewniam cię w kaŜdym razie o jednym – przesłała mu szelmowski
uśmiech – jeśli zapachy płynące z twojej kuchni są właściwą wskazówką, wiesz
na pewno wszystko o gotowaniu.
– Lubię dobrze zjeść. Jedno idzie z drugim w parze – odparł skromnie.
Wskazał na sąsiadujący z holem salon, do którego schodziło się po dwóch
stopniach.
– Rozgość się, proszę. Zajrzę tylko do kuchni i sprawdzę, czy wszystko jest
w porządku.
Znalazła się w obszernym pokoju. Na podłodze leŜał miękki dywan w
zimnym, stalowym kolorze. Ściany były pomalowane na kremowo. Taki sam
kolor miały skórzane fotele i sofa ustawione wokół niskiego stołu, wykonanego
ze szkła i metalu. Na nim, dokładnie pośrodku, stała niewielka, nowoczesna
rzeźba i nic więcej.
Drugi szklany stolik i jedno krzesło z metalowych rurek tkwiły samotnie w
kącie pokoju. Telewizor, zestaw stereofoniczny i inne elektroniczne urządzenia
umieszczone były na chromowanych półkach. Wszystkie te przedmioty w
przyćmionym świetle przywodziły na myśl chłodne, laboratoryjne wnętrze.
Lucky pomyślała, Ŝe jeszcze nigdy w Ŝyciu nie widziała pomieszczenia tak
bardzo pozbawionego charakteru i anonimowego. A gdzie drobiazgi, czasopisma,
ozdoby? Usiadła na kanapie i popadła w zadumę.
Uznała, Ŝe z pewnością przyjemniej będzie w kuchni, jaka by ona nie była.
Doszła do stopnia w chwili, gdy nagle Sam wyłonił się z holu. Nie zdąŜył się
zatrzymać i zachwiał na schodkach. Instynktownie wyciągnął ręce, chwytając
Lucky w ramiona. Ona odruchowo połoŜyła dłonie na jego biodrach.
– Przepraszam – pospieszyła z usprawiedliwieniem.
– Nie, to moja wina. – Choć to juŜ nie było konieczne, nie wypuszczał jej z
ramion. Nadal teŜ czuł dotyk jej dłoni, lekki, lecz pewny.
Wyobraźnia podsunęła mu nieprawdopodobną myśl, Ŝe Lucky trzyma tak
dłonie, bo pragnie zbliŜenia ich ciał... Ta fantazja opanowała go tylko na krótki
moment i pozostawiła po sobie jedynie napięcie mięśni.
– JuŜ wszystko w porządku – odezwała się Lucky cicho. Powinna się
cofnąć, lecz z jakichś niewiadomych przyczyn nie poruszyła się. – MoŜesz wejść.
– A ty wyjść. – Powoli przesunął kciukiem wzdłuŜ jej obojczyka. – Gdzie
się wybierałaś?
– Ja... mmm... – Lucky odetchnęła głęboko i zmarszczyła brwi. Zwykle nie
zdarzało się jej zapomnieć języka. Ale teŜ nie pamiętała, aby pod wpływem
dotyku męskiej dłoni, i to poprzez materiał sukienki, jej skóra zaczęła płonąć.
– Szukałam ciebie.
– Stęskniłaś się? – zapytał z uśmiechem.
– Tak... – zaczęła, ale wycofała się. – Nie... Spojrzała mu w oczy i dojrzała
w nich poŜądanie.
Nie wiedziała, czy rzeczywiście wyraŜają jego pragnienie, czy jedynie
odbijają jej własne. A potem zobaczyła jego usta. Pełne, kształtne i lekko
rozchylone. Jak zahipnotyzowana, nie miała siły oderwać od nich wzroku.
Mijały sekundy, a oni trwali w bezruchu. Wreszcie Lucky nie wytrzymała
tej niepewności.
– Masz zamiar mnie pocałować, czy nie?
Sam patrzył na nią przez długą chwilę, zanim odpowiedział jej pytaniem.
– Chcesz tego?
Tak! – wołało jej ciało. Tak, chciała jego pocałunku. Pragnęła, Ŝeby
przyciągnął ją blisko siebie, trzymał zamkniętą w objęciach przy muskularnej
piersi i całował tak długo, aŜ zapomniałaby, Ŝe kiedyś mogło się to jej wydawać
niedorzeczne. I Ŝeby zrobił to wszystko bez pytania jej o zgodę.
– Nie – odparła z namysłem. – Chyba nie. – Uwolniła się z jego uścisku i
wmawiała w siebie, Ŝe nie jest rozczarowana, choć sam tak łatwo zrezygnował.
Do licha, była najbardziej irytującą osobą, jaką spotkał w Ŝyciu. Zazwyczaj
potrafił prawidłowo odczytywać sygnały, wysyłane do niego przez kobiety. Z
Lucky było zupełnie inaczej.
– To miał być jakiś test?
– Na co? – Spojrzała na niego zdziwiona.
– Ty mi odpowiedz.
– Och, dajŜe spokój – Ŝachnęła się. Sama nie była pewna, czego od niego
oczekuje. Skoro nie potrafiła zrozumieć własnych uczuć, tym bardziej nie
zamierzała się przed nim tłumaczyć. – Teraz juŜ wiem, dlaczego ciągle ze sobą
walczymy.
– Tak? Dlaczego? – Patrzył na jej policzki zabarwione ciemnym
rumieńcem, na piersi unoszące się w przyspieszonym oddechu. Gwałtownym
ruchem włoŜył ręce do kieszeni. Musiał je jakoś uwięzić, tak bardzo pragnął
wziąć ją w ramiona.
– PoniewaŜ jesteś arogancki, przekorny...
– UwaŜaj – ostrzegł ją Ŝartobliwie. Na szczęście dla niego rozbawienie
wzięło górę nad poŜądaniem. Lucky nie była juŜ pewna, od czego właściwie
zaczęła się ich kłótnia.
– Coś ci zaproponuję – powiedziała ugodowo. – Ty zapomnisz, Ŝe
kiedykolwiek widziałeś mój stary album, a ja spróbuję udawać, Ŝe twój salon... –
zamilkła raptownie, zmieszana, bo omal się nie wygadała.
– Co z moim salonem? – Sam rozejrzał się dookoła i utwierdził w
przekonaniu, Ŝe pokój wyglądał tak samo jak zawsze.
– Nic – zapewniła go pospiesznie. – MoŜe byśmy...
– Nie podoba ci się – stwierdził bez cienia wątpliwości.
– Tego nie powiedziałam.
– Nie musiałaś. To jest wypisane na twojej twarzy.
– Nie o to chodzi.
– Więc o co?
Lucky wzięła głęboki oddech.
– Jest okropny.
– No cóŜ – głos Sama był podejrzanie spokojny – przynajmniej jesteś
szczera.
– Nie zrozumiałeś mnie. Po prostu wszystko tu jest takie... nowe.
– Rozumiem – odparł, choć najwyraźniej wcale tak nie było. – Wołałabyś
meble z Armii Zbawienia?
– Nie, wcale nie.
– To pocieszające.
Lucky uświadomiła sobie, Ŝe nic do niego nie dotarło. A nagle bardzo
zapragnęła, Ŝeby ją zrozumiał.
– Ten pokój nie ma w sobie ciepła, nie wzbudza Ŝadnych uczuć. Jakby był
eksponatem w sklepie meblowym, przez nikogo nie zamieszkanym.
Sam rozejrzał się w osłupieniu. Nigdy nie zastanawiał się, czy jego salon
ma, czy nie ma w sobie ciepła. Nawet przez moment o tym nie pomyślał.
Pomieszczenie było po prostu wygodne i uŜyteczne. Z pewnością brakowało mu
owego niefrasobliwego rozgardiaszu, jaki panował w mieszkaniu Lucky, lecz to
jeszcze nie powód do tak zdecydowanego potępienia.
– A gdzie są zdjęcia? – ciągnęła Lucky, wskazując na puste ściany.
– Jakie zdjęcia?
– No, twoich rodziców, twoje własne z dawnych lat: z pieskiem, z
kolegami po dyplomie, a nawet naguska na futrzaku.
– Mam zdjęcie rodziców. – Zaskoczony uzmysłowił sobie, Ŝe się broni.
– Jedno?
– W sypialni.
– Dobre i to na początek.
Sam objął Lucky po przyjacielsku i poprowadził ją do kuchni.
– Spójrz na to z innej strony: przynajmniej nie muszę się obawiać, Ŝe ktoś
zapozna się z najbardziej krępującymi momentami mojej przeszłości.
Lucky roześmiała się. Tu miał całkowicie rację.
– Czy teraz masz zamiar mnie nakarmić? – spytała, zmieniając temat.
– Mhm. Jesteś głodna?
– Straszliwie.
– To dobrze. – Zaprosił ją do stołu pięknie nakrytego kryształami i
porcelaną. – Lubię towarzystwo ludzi, którzy potrafią docenić moje wysiłki.
Lucky pomyślała, Ŝe najpewniej znajdzie się w ich gronie, kiedy szeroko
otwartymi ze zdumienia oczami patrzyła na szereg parujących naczyń, które Sam
ustawił na stole. Do głowy jej nie przyszło, Ŝe on naprawdę potrafi gotować.
Człowiek, który tak wykłócał się z nią o sprawy zawodowe, raczej nie wyglądał
na domatora. Ale się myliła. Tu, w kuchni, Sam był tak samo jak zawsze pewny
siebie, opanowany i fachowy, nie tracąc przy tym ani joty ze swej męskości, która
przyciągała ją jak magnes.
– Lubisz włoskie potrawy?
– Uwielbiam. – Wciągnęła głęboko zapach dania podsuniętego jej przez
Sama. – Sos boloński?
– I spaghetti.
– Kiedy to zdąŜyłeś zrobić?
– Prawdę mówiąc, niewiele było do roboty. – Sam nałoŜył na talerz
makaron z sosem i postawił go przed nią. – Miałem w domu wszystko, co
potrzeba, bo zamierzałem ugotować sobie taką kolację. Musiałem tylko zrobić
więcej.
Lucky zatrzymała podniesiony widelec w pół drogi.
– Chcesz powiedzieć, Ŝe codziennie szykujesz sobie coś podobnego?
– PrzewaŜnie. – Wzruszył ramionami. – Wprawdzie jadam samotnie, ale to
nie znaczy, Ŝe mam połykać na chybcika byle jakie mroŜonki przed telewizorem.
Lucky zarumieniła się, gdyŜ jej wieczorne posiłki bardzo często właśnie
tak wyglądały.
– Będziesz wspaniałym męŜem.
– Być moŜe – przyznał powściągliwym tonem.
– Raczej nie palisz się do małŜeństwa.
– Chyba nie. – Zabrał się do jedzenia. – MoŜe po prostu dotąd nie
spotkałem właściwej kobiety.
Ciekawe, Ŝe ona podobnie odpowiadała siostrze nagabującej ją o
małŜeństwo. Teoria o bezcelowości umawiania się na randki została
potwierdzona.
Przynajmniej w tej jednej kwestii byli zgodni. Powinna odczuwać
zadowolenie, a tymczasem jej reakcja była akurat odwrotna. O wiele lepiej się
czuła, kiedy Sam odgrywał rolę, jaką ona mu wyznaczyła: człowieka, z którym
łączą ją jedynie interesy. I to sprzeczne pomyślała z ironią. Miała niejasne
przeczucie, Ŝe wkroczenie Sama w jej Ŝycie w innym charakterze
spowodowałoby niezłe zamieszanie.
Oczywiście pod warunkiem, Ŝe w ogóle by mu na takie wkroczenie
pozwoliła, zapewniała się stanowczo w duchu. Ta wspólna kolacja odbywała się
w związku z ich sprawami zawodowymi. Mają przedyskutować sprawy kampanii
reklamowej i dojść do jakichś wniosków. Nie ma w tym Ŝadnego
niebezpieczeństwa.
Oddając się z zamiłowaniem sybaryty pochłanianiu pyszności
przygotowanych przez Sama, Lucky jakoś nie mogła się zdobyć na rozpoczęcie
rozmowy o interesach. Wydawało się jej nieodpowiednie poruszanie
kontrowersyjnych tematów podczas przeŜywania takich niezwykłych rozkoszy
podniebienia. Jadła więc wszystko, co jej podsuwał, a nawet poprosiła o
dokładkę.
Sam zaś pomyślał, Ŝe powinien był przewidzieć, w jakie tarapaty wpadnie
przez swoje spaghetti. Obserwował Lucky zabierającą się do drugiej porcji z
takim samym namiętnym zapałem jak do pierwszej. Ale nigdy nie przypuszczał,
Ŝ
e ta potrawa moŜe wywołać zmysłowe skojarzenia.
Co chwilę podnosił wzrok, by przypatrzyć się, z jakim wdziękiem i
zwinnością Lucky zakręca długie pasma makaronu na widelec i niesie je do ust.
Nie mógł wprost usiedzieć spokojnie na krześle obserwując, jak z przyjemnością
wsuwa makaron między wilgotne, róŜowe wargi, a potem powoli wyjmuje
widelec z ust. Gdy kropla sosu zaczęła spływać jej po wardze, chciał podać jej
serwetkę, ale ona zlizała sos końcem języka. Doprowadzała go do szaleństwa,
tylko w zupełnie inny sposób, niŜ to sobie wcześniej wyobraŜał. Mieli
rozmawiać, dyskutować, rozwiązywać zawodowe problemy. Obawiał się, Ŝe
będą się zawzięcie kłócić. Ale nawet przez moment nie zaświtała mu w głowie
myśl, iŜ zapragnie pójść z nią do łóŜka. Od chwili gdy zdjął dłonie z jej ramion,
pragnął tylko jednego – wziąć ją znowu w objęcia.
Pomysł był czystym szaleństwem. A fakt, Ŝe on, Sam Donahue, zawsze
rozwaŜny, o tym marzy, był jeszcze większym wariactwem.
Przez całe Ŝycie analizował swe moŜliwości, by potem nakreślić jasną
wizję tego, do czego chciał dojść.
Zawsze wybierał najbezpieczniejszą drogą wiodącą do celu. Zaś pochopne
wiązanie się z jego upartą i porywczą sąsiadką nie miałoby nic wspólnego ani z
rozsądkiem, ani z przezornością.
Tego był całkiem pewny. Musi zwolnić tempo. I działać krok po kroku. Z
trudem przystał na udzieloną sobie radę.
Skończyli jeść, a potem posprzątali kuchnię. Przez cały czas Sam
prowadził swobodną rozmowę na neutralne tematy. Lucky dostosowała się do
jego nastroju i reszta wieczoru upłynęła bardzo miło. Zdecydowali, Ŝe nie
powinni się zbyt długo zasiedzieć, bo oboje następnego dnia wstają wcześnie rano
do pracy, więc Sam odwiózł Lucky do domu.
Gdy wysiedli z samochodu, zobaczyli światła prawie we wszystkich
oknach. Sam wziął Lucky za rękę i odprowadził do drzwi. Dochodzące dźwięki
muzyki rockowej potwierdzały, Ŝe Ken nadal gości u siostry.
– I w rezultacie – Lucky zwróciła się do Sama – nie porozmawialiśmy o
interesach.
Ujął ją pod brodę ciepłymi, silnymi palcami.
– MoŜe to i lepiej.
– Dlaczego? – Zdziwiona, podniosła na niego oczy.
– Wyświadcz mi przysługę – odparł cicho. Przez cały wieczór wytrwał we
wstrzemięźliwości. Niech go licho, jeśli nie nadszedł czas na postawienie
następnego kroku. – Nie zadawaj więcej pytań.
ZbliŜył wargi do jej ust, a ona zamknęła oczy, przysunęła się do niego i
znalazła w jego ramionach. Zatraciła się całkowicie w tkliwości tego uścisku,
otaczający ją świat przestał istnieć.
Sam przyciskał delikatnie usta do jej warg, aŜ rozchyliła je, gorące i uległe.
A potem zaczęła językiem pieścić jego wargi, oczekując pocałunku.
Tego właśnie pragnęła, gdy w salonie Sam trzymał ją w ramionach, i teraz
nie miała wątpliwości, Ŝe to, co czuła, było namiętnym poŜądaniem, któremu nie
potrafiła się oprzeć.
Półprzytomna, z cichym jękiem oddała się miłosnemu rytmowi pocałunku.
Sam przyciągnął ją do siebie tak mocno, Ŝe dotykali się piersiami i biodrami.
Zaczął pieścić jej plecy, delikatnie głaszcząc ciało poprzez miękką, jedwabną
tkaninę. Z ust Lucky wydobyło się stłumione westchnienie i Sam ze wszystkich
sił zapragnął spełnienia ich poŜądania. Zdrowy rozsądek nie miał juŜ prawa głosu
i Sam przyznał się do tego przed sobą bez wyrzutów sumienia.
Lecz w tej samej chwili, kiedy opanowała go ta zdradziecka myśl, zdarzyło
się coś, wobec czego stanął bezradny.
Na werandzie najpierw zapaliło się światło, a potem zaraz zgasło.
Sam wymruczał przekleństwo.
– Ken?
Lucky natychmiast wyswobodziła się z jego objęć.
– Obawiam się, Ŝe to on.
W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie.
– Bardzo was przepraszam – rzekł Ken – zdawało mi się, Ŝe słyszałem
samochód, więc zapaliłem wam światło. Jeszcze raz przepraszam, nie chciałem
przeszkadzać...
– Nic nie szkodzi – ucięła krótko Lucky. Z kaŜdym słowem brata ulatywał
romantyczny nastrój. – Właśnie się Ŝegnaliśmy.
– To Ŝegnajcie się dalej.
– Dzięki – odrzekł Sam. Chwycił klamkę i zamknął drzwi. Zostali sami. –
Twój brat czuwa.
– Właśnie.
– Czy to znaczy, Ŝe nie zaleŜy mu na twoim zamąŜpójściu tak jak twojej
siostrze?
– Chyba nie – mimowolnie roześmiała się.
– To dobrze – powiedział Sam juŜ właściwie do siebie, schodząc po
schodach. – JeŜeli cały klan Vanderholdenów połączy się w swoich wysiłkach,
Ŝ
eby mnie usidlić, mogę się spodziewać kłopotów.
– Sam! – zawołała za nim Lucky. – Czy masz zamiar wycofać swój
program reklamowy?
Zatrzymał się i spojrzał na nią.
– Nie. A ty?
Lucky powoli pokręciła przecząco głową.
– Cieszę się – stwierdził.
– Naprawdę?
Na twarzy Sama pojawił się uroczy półuśmiech, który przejął ją drŜeniem.
– Teraz, kiedy okazało się, jak przyjemne mogą być negocjacje, byłoby
szkoda tak nagle się pogodzić.
Szkoda? – pomyślała Lucky. To byłoby wprost niewybaczalne, uznała i
weszła do domu.
ROZDZIAŁ 5
– Zaufaj mi, Lucky, z przeciwnikiem trzeba walczyć jego własną bronią.
Było wczesne poniedziałkowe popołudnie. Lucky i Ed Wharton
dyskutowali kolejny raz, w jakim kierunku ma iść jej kampania reklamowa.
Spacerowali po parkingu. Lucky zatrzymała się i spojrzała niechętnie na
scenariusz reklamy.
– Ale właśnie zastosowanie tej metody wywołało kłopoty.
– Właśnie o to mi chodzi. Donahue jako człowiek interesu ma olej w
głowie, trzeba mu przyznać. Atakowany nie poddaje się.
– PrzecieŜ się nie poddaję.
– Nie? – Ed aŜ sapnął ze zdumienia. – Niestety, jestem innego zdania,
zresztą inni równieŜ. Musisz zareagować na jego reklamę.
– Takie wyścigi nic nie dadzą, przeciwnie, jeszcze zaostrzą spór. Poza tym
oprócz ciebie nikt nie zauwaŜył, Ŝe Sam pokazał mój skład. Muszę przyznać,
choć niechętnie, Ŝe chyba przesadziłam...
– W reklamie nie istnieje nic takiego jak przesada.
– Owszem, są nią za duŜe wydatki. Czas antenowy nie jest tani, dobrze o
tym wiesz.
– Oczywiście. Gdyby było inaczej, kaŜdy Tom, Dick i Louie mógłby się
pokazać na telewizyjnym ekranie. Ale musisz przyznać, Ŝe reklama się opłaciła.
Tak, musiała to przyznać. Choć nie na głos wobec Eda, którego jedynym
celem najwyraźniej było zachęcanie jej do wydania na reklamę wszystkich
oszczędności. Ale Ed się nie mylił. Reklama okazała się nadspodziewanie
skuteczna.
Napływali klienci i, co waŜniejsze, kupowali u niej samochody. Poza tym
wielu z nich wspominało, Ŝe widziało ją w telewizji. Stała się prawie sławna.
Jeden mały chłopiec poprosił ją nawet o autograf!
Jedynym niezadowolonym był Sam Donahue. Sam, który zaprosił ją na
domową kolację, kiedy to mieli rozmawiać o interesach, potem całował ją na
werandzie tak, jak Ŝaden dotąd męŜczyzna, a teraz miał czelność nie odezwać się
do niej przez całe cztery dni.
– Więc co zamierzasz? – nalegał Ed. PogrąŜona w myślach, wzruszyła
ramionami.
– A co proponujesz?
– Na początek nadanie programu w najlepszym czasie antenowym.
– To zbyt kosztowne.
– I jakiś nowy, ciekawy pomysł – ciągnął dalej Ed, jakby jej nie słyszał. –
Nie moŜesz wyglądać jak skromna panienka. Mogłabyś się ubrać w coś bardziej
dopasowanego, z większym dekoltem...
– Ja sprzedaję samochody, nie siebie – zadrwiła.
– Widać, jak słabo orientujesz się w reklamowym biznesie. Nie zapominaj,
Ŝ
e ja tu jestem ekspertem.
– Ale ja płacę rachunki – odparła stanowczo. – Tymczasem nie będziemy
niczego nowego wymyślać.
– PoŜałujesz swojej decyzji. Chyba nie wyobraŜasz sobie, Ŝe Sam Donahue
siedzi z załoŜonymi rękami.
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co robi – powiedziała z pewną
irytacją. – Ale wiem, Ŝe nie potrzebuję nowej reklamy.
Sadowiąc w samochodzie swoją zwalistą postać, Ed nadal coś mruczał pod
nosem na temat fatalnych konsekwencji decyzji Lucky. Odprowadziła wzrokiem
odjeŜdŜający samochód i wróciła do biura.
Przez minione cztery dni bezskutecznie obiecywała sobie, Ŝe nie będzie
myśleć o Samie Donahue. Wizyta Eda teŜ nie pomogła jej wytrwać w tym
postanowieniu.
W tym czasie wiele razy oglądała reklamę Sama. Niejednokrotnie łapała
się na tym, iŜ przeskakuje z jednego lokalnego kanału na drugi, w nadziei Ŝe na
nią natrafi. Oczywiście tylko po to, Ŝeby wiedzieć, w jakim zasięgu była
emitowana, zapewniała się stanowczo.
Co jednak nie wyjaśniało, dlaczego za kaŜdym razem nie mogła oderwać
oczu od ukazującej się na ekranie twarzy Sama?
Bębniąc palcami po blacie biurka, wpatrywała się wściekłym wzrokiem w
milczący telefon. Tak bardzo chciał z nią porozmawiać na tematy zawodowe.
Wobec tego czemu nie zadzwonił, Ŝeby się umówić na rozmowę?
MoŜe niesprawiedliwie go oceniała. Mogło być tysiąc przyczyn jego
milczenia. Przyciągnęła telefon. Skoro Sam nie zadzwonił, ona to zrobi.
Postanowiła go zaprosić na giełdę samochodową odbywającą się w czasie
weekendu w Willow Grove. I tak się na nią wybierała, on zapewne teŜ. Nic więc
nie stoi na przeszkodzie, Ŝeby na neutralnym gruncie spędzili ze sobą trochę
czasu i przekonali się, co z tego wyniknie.
– Automobilowy Dom Handlowy Donahue – odezwał się w słuchawce
niezbyt przyjemny głos.
– Chciałabym mówić z panem Donahue. – Lucky podała nazwisko i
czekała tylko chwilę na połączenie.
– Lucky? – odezwał się Sam. – Dobrze, Ŝe zadzwoniłaś.
Przyznała mu w duchu rację w tym samym momencie, w którym usłyszała
jego głos. Rozmowa była krótka, lecz owocna. Lucky dowiedziała się, Ŝe Sam
spędził ostatnie trzy dni w Wilmington na seminarium poświęconym
marketingowi i chętnie będzie jej towarzyszył na giełdzie, bo nigdy tam nie był.
– Wezmę coś do zjedzenia – powiedziała na zakończenie – i zrobimy sobie
piknik.
– Bardzo się cieszę na to spotkanie.
Kolejny krok, pomyślał Sam, odkładając słuchawkę. Dobrze byłoby
ustalić, dokąd go właściwie prowadzi, zanim będzie za późno.
W sobotę o wpół do dziewiątej rano Lucky była juŜ gotowa do wyjazdu.
Zostało jej jeszcze dwadzieścia minut, gdyŜ miała podjechać po Sama o
dziewiątej. W tym czasie dwukrotnie się przebrała i trzy razy zmieniała fryzurę,
przekonując się jednocześnie stanowczo, Ŝe ani trochę nie ma tremy.
Gdy przyjechała hondą pod jego dom, juŜ na nią czekał. Stwierdziła z
zadowoleniem, Ŝe po raz pierwszy nie włoŜył wytwornego garnituru. Świetnie
wyglądał w pulowerze i spodniach w kolorze khaki uwydatniających jego
szczupłe, lecz muskularne ciało.
PoniewaŜ był daleko i nie mógł jej usłyszeć, pozwoliła sobie na ciche
westchnienie.
Podszedł do samochodu i zapytał:
– Kto prowadzi?
– Ja cię zaprosiłam i za wszystko ponoszę odpowiedzialność.
Znamienne, Ŝe teraz, gdy Sam juŜ usiadł koło niej, uprzednie
zdenerwowanie całkiem ustąpiło. Ogarnęła ją po prostu radość, Ŝe znowu są
razem.
– Patrząc na ciebie odnoszę wraŜenie, Ŝe umawiałeś się na randki od
wczesnego dzieciństwa.
– Nic podobnego. Jako dziecko miałem nadwagę i do tego nosiłem okulary.
W gimnazjum nigdy nie umawiałem się z dziewczynami, a i później nie za bardzo
mi to wychodziło.
Przerwał raptownie i zmarszczył brwi w zdumieniu. Od lat nie wracał
myślą do tamtego nieśmiałego chłopca, którym był niegdyś. Nie przyznawał się
do niego, a z pewnością nigdy wobec kobiety. Poczuł się nieswojo, niewątpliwie
popełnił błąd. Ostatnią rzeczą, której by pragnął, była litość Lucky.
Zanim się odezwała, minęło kilka długich chwil. Dałby więcej niŜ
przysłowiowy grosik za jej myśli.
– To dlatego nie masz Ŝadnych swoich zdjęć? – spytała. – Nie podobałeś
się sobie?
– Częściowo, a moŜe nawet głównie dlatego. JuŜ wtedy wiedziałem, Ŝe nie
będę dobrze wspominał mej młodości.
– I do tego nie miałeś starszych braci, którzy mogliby wystąpić w twojej
obronie. – Lucky zwróciła ku niemu spojrzenie. Z ulgą zauwaŜył złośliwy błysk
w jej oczach. – Mimo tak niepomyślnych początków, wszystko skończyło się
bardzo dobrze.
Sam poczuł, jak opada z niego napięcie. Nie ścierpiałby myśli, Ŝe Lucky się
nad nim uŜala. Z docinkami da sobie świetnie radę.
– Naprawdę?
Spojrzała na niego spod oka.
– Myślałam, Ŝe tylko kobiety są łase na komplementy.
– Jak na wyzwoloną, nowoczesną kobietę hołdujesz wielu przesądom.
– Nie martw się – roześmiała się ubawiona. – Powołuję się na nie i
odrzucam je z równą przyjemnością.
– Będę o tym pamiętał.
Wypowiedział te słowa powoli i ciepło, jakby obdarowywał ją pieszczotą.
Siedzieli oddaleni od siebie prawie o pół metra, a Lucky przysięgłaby, Ŝe Sam jej
dotyka. To niemoŜliwe, Ŝeby tylko pod wpływem jego głosu czuła gęsią skórkę
na plecach. Spojrzała w jego kierunku: siedział wyprostowany, z rękami na
kolanach.
Jechali jakiś czas w milczeniu i dopiero kiedy skręcili na drogę wiodącą ku
terenom targów, odezwał się:
– Opowiedz mi coś o tej giełdzie. JeŜeli dobrze zrozumiałem, nie ma tam
nowych samochodów.
– Nie. Wyłącznie uŜywane. Niektóre tak stare, Ŝe moŜna by je nazwać
antykami. A wszystkie są w pewien sposób wyjątkowe. Ich właściciele to
maniacy, którzy nie mogą oprzeć się okazji zaprezentowania swoich pojazdów.
Kiedy juŜ ustawią samochody pogrupowane według modeli, zaczynają się
rozglądać, czy nie pojawiło się jakieś nowe, ciekawe auto. Większość z nich
przychodzi, Ŝeby się po prostu pokazać, spotkać z ludźmi o tych samych
zainteresowaniach i dobrze się bawić.
Patrząc przez okno, Sam pomyślał, Ŝe ich wyobraŜenia o dobrej zabawie
róŜnią się diametralnie. Chętnie przyjął telefoniczne zaproszenie, gdyŜ po prostu
chciał znowu zobaczyć Lucky. Nie zastanawiał się zbytnio nad miejscem randki.
A pomysł z giełdą samochodową nawet go trochę zaciekawił. Jednak im więcej
dowiadywał się o tej imprezie, tym mniej go ona pociągała. Przyjechał, bo Lucky
tego chciała, lecz nie zamierzał udawać entuzjazmu.
Przy bramie targów Lucky wykupiła bilety i wjechała na parking. Sam nie
przejawiał ochoty do rozmowy, więc zaczęła się zastanawiać, czy zaproszenie go
tutaj było dobrym pomysłem.
Wprawdzie przede wszystkim chodziło jej o spotkanie z nim, lecz musiała
przyznać, Ŝe kierował nią takŜe inny motyw. NajwyŜszy czas, Ŝeby ktoś
uświadomił mu, jak niesłuszne są jego uprzedzenia w stosunku do uŜywanych
samochodów, i udowodnił, Ŝe nie tylko nowe rzeczy są piękne i wartościowe.
– Tędy. – Lucky prowadziła Sama w kierunku rozległego placu, na którym
stały rzędy samochodów. – Są poustawiane według alfabetu. Wymień markę,
którą lubisz.
– Nie, ty pierwsza – odparł. – Ty jesteś szefem.
– Ford – oznajmiła stanowczo, ruszając szybko przed siebie.
Musiał przyspieszyć kroku, bo Lucky nie po raz pierwszy wykazywała
godny podziwu zapał.
– Z jakiejś konkretnej przyczyny wybrałaś tę markę?
– Z wielu – rozejrzała się i uśmiechnęła. – Zaczniemy od Mustangów i
Thunderbirdów. A jeśli będziesz miał szczęście, moŜe zobaczysz Edsela.
Wspaniale, pomyślał Sam. Miałby podziwiać efekty największej pomyłki
w dziejach historii automobilizmu. Jednak po zastanowieniu doszedł do wniosku,
Ŝ
e istotnie Edsel mógłby być nieco ciekawszy od reszty wystawianych
samochodów. Jak się mógł zorientować, zorganizowano tu coś w rodzaju zlotu
entuzjastów starych gratów, przerabianych na samochody wyścigowe. Zawsze
unikał takich imprez jak ognia.
Obserwował Lucky, która zatrzymywała się co krok, Ŝeby oczami pełnymi
podziwu przyjrzeć się dwukolorowym karoseriom lub oponom i ozdobnym
felgom. Równie chętnie wścibiała nos pod maskę Camaro z sześćdziesiątego
szóstego roku, jak kucała, Ŝeby zbadać cienkie koła roweru, dzieło fabryki Forda.
Rozmawiała z właścicielami i zarzucała ich setkami pytań, a Sam nie
wiedział, czy rozmówcy wdawali się z nią w dysputy ze względu na jej
ciekawość, czy zgrabną figurę. Dość na tym, Ŝe w krótkim czasie została przyjęta
do grona wystawców i dyskutowała z nimi jak równy z równym.
Widząc, jakie wraŜenie robi jej urok i inteligencja, Sam odczuł jakby
ukłucie bólu. Z pewnością nie była to zazdrość, zapewniał siebie stanowczo. Po
raz drugi tego ranka przypomniał sobie tego grubawego czternastolatka,
pozostającego, podobnie jak on teraz, poza zgraną grupą. To nie było przyjemne.
Około jedenastej Lucky pojęła rozmiary swego błędu. Około południa
sytuacja zaczęła ją denerwować. MoŜe Sam nie ma w ogóle zamiaru się do niej
odzywać, złościła się w duchu, głaszcząc odnowioną karoserię wielkiego, starego
chryslera. Starała się, jak mogła, zainteresować Sama giełdą i włączyć go do
rozmów. Jak przewodnik pokazywała mu wszystkie ciekawsze modele. A on
przez cały czas ze znudzonym i raczej wzgardliwym wyrazem twarzy
zachowywał ostentacyjną rezerwę.
Kiedy rozmawiała z właścicielami samochodów, odchodził na bok. Kilka
razy zwróciła się do niego z jakimś pytaniem, lecz patrzył obojętnie gdzieś w
przestrzeń. Nie wiedziała, czego oczekiwał, jednak z pewnością spodziewał się
czegoś innego.
Zrezygnowana i rozczarowana, zaproponowała, Ŝeby wrócili do hondy i
zjedli lunch. Wokół całe rodziny porozkładały koce w tym samym celu. Lucky
modliła się w duchu, Ŝeby wspólny posiłek nie dopełnił obrazu klęski. Skoro
Sama nie bawiły stare samochody, moŜe chociaŜ będzie smakowało mu jedzenie.
Wybrali miejsce pod okazałym wiązem. Lucky przyniosła stary, wojskowy
koc, wiernie słuŜący jej na wycieczkach, i rozpakowała swe przysmaki. Usiedli,
lecz Lucky nie spieszyła się z podjęciem tematu, który ją gnębił. Patrzyła, jak
Sam zjada bagietkę z pieczoną szynką, zagryzając serem brie, po czym otwiera
wino i nalewa je do szklanek. Dopiero gdy z błogą miną zabrał się za winogrona,
zaŜądała wyjaśnień.
– Powiedz mi, co takiego zrobiłam?
– Ty? – Sam spojrzał zdziwiony. – Nic.
Taka odpowiedź wyprowadziła ją z równowagi.
– Strasznie się tu męczyłeś. Chciałabym wiedzieć dlaczego?
– Nic podobnego – zaczął odruchowo, lecz zaraz zamilkł. A więc wyczuła,
Ŝ
e nie był zadowolony. To go zdziwiło. I zaniepokoiło. Kobiety, które znał, a w
kaŜdym razie większość, nie interesowałyby się zbytnio złym nastrojem partnera,
gdyby same się dobrze bawiły. Tymczasem wydawało się, Ŝe Lucky naprawdę się
nim przejmuje.
– Nie zapominaj, Ŝe mam braci – ostrzegła – i potrafię rozpoznać wygodne
kłamstwa na odległość.
– Nie powiedziałbym, Ŝe się męczyłem... Lucky posmarowała kawałek
chleba masłem.
– A co byś powiedział?
– Po prostu – Sam szukał właściwych słów – czułem się jak ryba wyjęta z
wody. Do tych wszystkich spraw mam zupełnie inny stosunek. Weź na przykład
właściciela chevroleta z pięćdziesiątego czwartego, wiesz, myślę o kabriolecie.
Z pełnymi ustami pokiwała głową.
– Mówił tylko o tym, ile razy rozebrał silnik i na nowo złoŜył. I nadal nie
uwaŜa, Ŝe go juŜ doprowadził do porządku.
– Chodziło mu o to, Ŝe stare urządzenia wymagają wielu starań.
– Właśnie – potwierdził. – JeŜeli tak uwielbia swój samochód, to dlaczego
nie wmontuje do niego nowego silnika? Miałby naprawy z głowy.
– Nie rozumiesz. On nie chce wypaczyć szlachetnego charakteru swojego
samochodu.
– Szlachetnego charakteru? – Sam wybuchnął śmiechem. – Mówimy o
samochodach, a nie o kandydatach na prezydenta.
– Sądziłam, Ŝe się interesujesz samochodami. – Lucky juŜ nie ukrywała
złości. – Dlatego cię tu zaprosiłam, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakim jesteś
snobem.
Sam pomyślał, Ŝe przepaść między nimi nigdy chyba nie była większa niŜ
w tej właśnie chwili. Być moŜe zazdrościł Lucky łatwości, z jaką zawierała
znajomości na giełdzie. On nie potrafiłby się na to zdobyć. Zawsze był raczej
samotnikiem, równieŜ w jakimś stopniu z wyboru, ale na pewno nie snobem.
– Przyznaj się – napierała na niego Lucky – tylko dlatego nie
zainteresowałeś się tymi samochodami, bo nie zostały dopiero co wyładowane ze
statku, na siedzeniach nie mają plastykowych pokrowców, a na szybie nalepki z
wysoką ceną.
– Niesprawiedliwie mnie osądzasz.
– CzyŜby?
Zaczął wkładać do koszyka pozostałości piknikowej uczty.
– Kiedy następnym razem będziesz z bezmyślnym zachwytem przyglądać
się jakiemuś dwutonowemu chevroletowi, postaraj się to zrobić dokładniej. Nie
ma nic wzniosłego w popękanych siedzeniach pokrytych winylową wykładziną i
w zaduchu wnętrza cuchnącego niedopałkami papierosów. JeŜeli tylko snob chce,
Ŝ
eby samochody były nowocześniejsze i lepsze, niech ci będzie. Ja w kaŜdym
razie nie widzę nic złego w dąŜeniu do ich udoskonalania.
W milczeniu skończyli pakowanie piknikowego kosza. Lucky odniosła go
do samochodu, a Sam wyrzucił odpadki do pojemnika.
– Chcesz juŜ wracać? – spytała.
– Skoro tu jesteśmy – odparł z rezygnacją – moŜemy obejrzeć resztę
samochodów.
Lucky pomyślała, Ŝe jej mali bracia, prowadzeni siłą do dentysty,
wykazywali większy entuzjazm. Lecz niech Sam nie sądzi, Ŝe zrobi mu tę
uprzejmość i zaproponuje powrót. Taki piękny, pogodny dzień na świeŜym
powietrzu i ciekawa impreza, przy boku Sama sprawiały jej ogromną
przyjemność. Skoro jemu tu się nie podoba, jego strata.
Znowu rozpoczęli wędrówkę pomiędzy szeregami samochodów, lecz gdy
Lucky przystanęła przy fordzie Fairlane, który ją zainteresował, i chciała Sama o
coś zapytać, on juŜ był daleko.
W pewnej chwili zamierzał przejść do następnego szeregu i nagle stanął jak
wryty. Zobaczył przed sobą chyba najpiękniejszy samochód, jaki kiedykolwiek
widział. Był to rolls-royce Silver Shadow z 1960 roku w stonowanym, brązowym
kolorze. Karoserię miał ozdobioną wielkimi reflektorami i dekoracyjną osłoną
chłodnicy. Na masce umieszczone były dumnie rozwarte skrzydła – znany
wszystkim znak firmy.
Przez moment tylko wpatrywał się w zachwycie, lecz zaraz podszedł bliŜej,
jakby popychany jakąś magnetyczną siłą.
– Niezły, co?
Sam odwrócił się, gdyŜ właśnie koło niego stanął jakiś męŜczyzna.
– Tylko ktoś, kto nie ma oczu, mógłby go tak określić. Jest przepiękny.
Pański?
MęŜczyzna skinął głową.
– Czy mógłbym zobaczyć, jaki jest wewnątrz?
– Bardzo proszę.
Sam wsunął głowę do środka i wdychał mocny, świeŜy zapach skóry.
Deska rozdzielcza z mahoniu lśniła blaskiem pięknie utrzymanego, starego
drewna. Słychać było tykanie zegarka, wciąŜ sprawnego, mimo upływu niemal
trzydziestu lat. Urządzenia na tablicy rozdzielczej były przestarzałe, lecz
jednocześnie zadziwiająco znajome.
Wyprostował się z uśmiechem i zaczął wypytywać właściciela o róŜne
szczegóły techniczne.
Lucky znalazła Sama w kilka minut później. Właśnie jeden z samochodów
przykuł jej uwagę. Oczywiście, rolls-royce. Ale co za rolls-royce! Podeszła bliŜej
i zobaczyła Sama rozmawiającego z jakimś męŜczyzną. I chociaŜ w czasie ich
rozmowy nie zdołała dojść do słowa, jej nastrój uległ radykalnej poprawie. MoŜe
ten dzień nie będzie całkiem stracony.
– Bałam się, Ŝe będę musiała wyciągać cię stąd siłą – zaŜartowała, kiedy po
trzech kwadransach Sam wreszcie był gotów do wyjścia.
– To przecieŜ ty chciałaś, Ŝebym się zainteresował uŜywanymi
samochodami.
– To prawda i cieszę się, Ŝe tak się stało.
– Ten rolls-royce jest naprawdę dziełem sztuki.
– ChociaŜ taki stary?
– Data produkcji nie ma tu nic do rzeczy – zaczął, lecz nie skończył myśli.
– A moŜe ty chciałabyś zrobić mi wykład?
– Ja? – uśmiechnęła się filuternie. – SkądŜe.
– Zabawne, przysiągłbym, Ŝe właśnie to samo zamierzałaś mi powiedzieć.
– Nie zwykłam się chełpić, nawet jeśli się okazuje, Ŝe mam rację, co się
przypadkiem często zdarza.
– Nie przeciągaj struny – ostrzegł Ŝartobliwie – bo przypomnę ci, ile
obejrzeliśmy fordów i chevroletów, zanim natrafiliśmy na egzemplarz godny
uwagi.
– Piękno jest w oku patrzącego.
– Masz rację, tylko Ŝe niektóre dzieci znajdują uznanie wyłącznie w oczach
własnej matki.
Stłumiła chichot. Wyglądało na to, Ŝe pod jej wpływem Sam zmienił
poglądy. Z drugiej strony, czy i on równieŜ nie miał racji?
– Nie moŜna ci odmówić prawa do takiej opinii.
– Miło mi to słyszeć, poniewaŜ...
Rozmowa się urwała, gdyŜ ich uwagę zwróciła głośno płacząca mała
dziewczynka, stojąca samotnie koło jednego z samochodów. Tuliła do piersi
mocno zniszczonego, pluszowego pieska. Na widok zbliŜającej się pary dziecko
uniosło oczy z nadzieją, lecz po chwili zaczęło znowu zawodzić. Lucky ukucnęła
przy małej i spytała:
– Zgubiłaś się?
Dziewczynka skinęła głową, wargi jej drŜały od powstrzymywanego
płaczu.
– Chcesz, Ŝebyśmy ci pomogli odnaleźć rodziców? Mała pomyślała przez
chwilę i odetchnęła głęboko.
– Nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi.
– Jesteś bardzo mądrą dziewczynką – pochwaliła ją Lucky. – Ale moŜe tym
razem, wyjątkowo, zgodziłabyś się, jak myślisz?
– Nie wiem...
– Coś ci powiem. Nie będziemy mówić o tobie. Opowiedz mi o swoim
piesku. Czy ma jakieś imię?
Dziewczynka nieśmiało skinęła główką. Spojrzała na pieska, potem na
Lucky, i najwyraźniej podjęła decyzję, gdyŜ podała jej zabawkę.
– Nazywa się Fluffy. Chcesz go potrzymać? Sam przypatrywał się w
milczeniu, jak Lucky bierze pieska i przytula go do siebie. Im więcej się o niej
dowiadywał, tym mniej go dziwiło, Ŝe tak sobie dobrze radziła ze sprzedaŜą
starych samochodów. To zadziwiające, jak szybko potrafiła z kaŜdym nawiązać
kontakt. Była taka bezpośrednia, tak bardzo się wszystkim przejmowała, więc
ludzie odpłacali jej zaufaniem. Nawet ta przestraszona czterolatka, która siedziała
teraz u niej na kolanach i radośnie szczebiotała.
Nagle z całą jasnością uprzytomnił sobie, Ŝe Lucky była zupełnie
wyjątkową kobietą. Jedną z tych, których sama obecność sprawiała, Ŝe Ŝycie
otaczających ją ludzi ulegało zmianie.
Pod jej wpływem i jego Ŝycie z całą pewnością się zmieni. Świadomość tej
nagle odkrytej prawdy była w równym stopniu niepokojąca, jak i emocjonująca.
ROZDZIAŁ 6
– Chodźmy do megafonu – zaproponowała Lucky. – Jestem pewna, Ŝe
chętnie nadadzą komunikat.
– Co? – Sam spojrzał na nią nie bardzo przytomnie. – Och, tak, naturalnie.
Po kilku minutach zgłosili się przeraŜeni, szukający dziecka rodzice.
Lucky odprowadziła wzrokiem oddalającą się szczęśliwą rodzinę.
– Na nas teŜ chyba czas – powiedziała. – Obejrzeliśmy prawie wszystko.
– Prawie? – Sam postanowił trochę się z nią podroczyć. – Wydaje mi się, Ŝe
nie ominęliśmy nawet metra kwadratowego tego wielkiego składowiska.
– Ale się opłaciło. Pomyśl tylko, gdybyśmy wyjechali zaraz po lunchu, nie
zobaczyłbyś rollsa.
– Na pewno jakoś bym przeŜył.
– Zgoda – odparła lekkim tonem. – No, a co ze mną? To była czysta
przyjemność patrzeć, jak zaczynasz płonąć miłością do starego, ale wspaniałego
samochodu. MoŜe jednak nie zatraciłeś w sobie całkiem poczucia piękna.
Usiłował dać jej klapsa, ale zręcznie mu umknęła. Uśmiechnęła się
wyzywająco.
– Natomiast refleks juŜ cię raczej zawodzi.
– UwaŜasz, Ŝe jestem stary?
– AleŜ skąd, po prostu niemrawy.
– Zaraz ci pokaŜę, kto tu jest niemrawy.
Lecz Lucky nie czekała na spełnienie obietnicy i pognała na parking. Puścił
się za nią w pogoń. Zastanawiał się, kiedy właściwie ostatnio zdarzyło mu się
flirtować z kobietą. Jak dawno stracił nadzieję, Ŝe czyjeś towarzystwo moŜe dać
mu radość?
Gdy Lucky dotarła do ostatniego rzędu samochodów, znalazł się tuŜ za nią.
Dobiegła do hondy, a on ze śmiechem złapał ją w ramiona, opierając ręce na
masce samochodu.
– Przegrałeś – oznajmiła triumfalnie. Jej roześmiane oczy wskazywały, jak
bardzo cieszy się ze zwycięstwa.
Nigdy jeszcze nie wydawała mu się tak piękna.
– No, nie wiem. To zaleŜy od punktu widzenia. Uśmiech Sama był tak
ciepły i czuły, Ŝe Lucky bez zastanowienia uniosła dłoń i powiodła palcami po
obrzeŜu jego ust. Dotknął ich językiem. Zdumiona i przestraszona, spojrzała mu
w oczy. Jej dłoń znieruchomiała.
W następnej chwili była juŜ w jego objęciach. Dłonie Lucky znalazły się na
barkach Sama i przez moment nie wiedziała, czy chce go odepchnąć, czy
przyciągnąć do siebie. Ale gdy Sam pochylił głowę, wspięła się na palce, unosząc
ku niemu twarz.
Pod wpływem pieszczoty jego warg i języka krew zaczęła w niej krąŜyć w
szaleńczym rytmie. śar słonecznych promieni zlewał się w jedno z gorejącym i
narastającym z kaŜdą chwilą poŜądaniem. Sam nie odrywał warg od jej ust.
Trzymał ją przy sobie owładnięty głodem tej kobiety i namiętnością wprost
oszałamiającą swą siłą. Miał niezwykłe uczucie, Ŝe posiada do niej prawo, prawo
do jej ciała, które, wtulone w niego, stało się jakby jego częścią.
Jedną dłoń przesunął w pieszczocie ku jej piersi, a ona wydała cichy jęk.
Jednak w tej samej chwili doszedł go inny odgłos: zbliŜających się kroków i coraz
głośniejszej rozmowy. Powoli wracała świadomość otaczającego świata. A wraz
z nią napłynęła zatrwaŜająca myśl, jak bardzo dał się ponieść emocjom.
Wstrząśnięty, rozgorączkowany, odsunął się trochę i spojrzał na Lucky spod
półprzymkniętych powiek. Wstrzymał oddech, aŜ odzyskał nad sobą panowanie.
– Przepraszam – powiedział ochrypłym głosem.
– Nie zamierzałem się tak zachować.
– To dziwne. – Przechyliła nieco głowę i przyjrzała mu się z uwagą. –
Mogłabym przysiąc, Ŝe to ty mnie całowałeś.
– No właśnie. Nie myślałem, Ŝe sytuacja tak mi się wymknie spod kontroli.
W pociemniałych oczach Sama nadal tlił się ogień, a na wargach błąkał
niepewny uśmiech. Lucky uświadomiła sobie z przeraŜeniem, iŜ marzy tylko o
tym, Ŝeby go znowu całować, choćby to miało się dziać na środku parkingu w
pełnym świetle dnia.
Tylko w jeden sposób mogła poradzić sobie z tą fantazją: musiała udawać,
Ŝ
e zupełnie nie ma na to ochoty.
– Nie wyglądasz na męŜczyznę, który przeprasza kobietę za pocałunek –
odezwała się lekkim tonem. Przeszła koło Sama i stanęła przy drzwiach
samochodu.
Odpowiedział jej, gdy juŜ oboje w nim siedzieli.
– Zgadza się, nie mam takiego zwyczaju.
– To nie zaczynaj teraz go wprowadzać.
Lucky włoŜyła kluczyk do stacyjki i w tym momencie poczuła dłoń Sama
na swej ręce.
– Nie wracajmy jeszcze do domu – poprosił. – Dzięki tobie spędziłem miły
dzień. Chciałbym się zrewanŜować. Zjedz ze mną kolację.
– Nie mogę.
– MoŜe nie okazałem się zbytnio towarzyski.
– Zdziwiło go, Ŝe się usprawiedliwia i tak bardzo nie chce jeszcze się z nią
rozstać. Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, dodał: – Ale dzisiaj wieczorem
przyrzekam poprawę. Zapomnimy o samochodach, nie będziemy ich oglądać ani
o nich dyskutować...
– Niestety – przerwała mu. – Naprawdę nie mogę. Mam inne plany.
– Rozumiem.
Z jego miny wywnioskowała, Ŝe jednak nie rozumie. Podejrzewał, iŜ jest
umówiona z innym męŜczyzną, a to przypuszczenie było najdalsze od prawdy.
– Mam rodzinne spotkanie.
– Z Marete?
Lucky przecząco pokręciła głową, więc próbował dalej zgadywać.
– Z Kenem?
– Z Halem – odparła z uśmiechem. – To mój brat, właśnie się oŜenił. On i
jego Ŝona Betty wyprawiają dziś wieczorem przyjęcie dla całej rodziny z tej
okazji. Betty uwielbia gotować i chyba nie przeraŜają jej tłumy Vanderholdenów.
A nawet... – Lucky zamyśliła się na chwilę. – MoŜe byś się do nas przyłączył,
skoro masz wolny wieczór? W domu Hala znajdzie się zawsze miejsce dla jeszcze
jednego gościa.
– To niemoŜliwe – odrzekł szybko.
– Dlaczego? Mówiłeś, Ŝe nie jesteś zajęty.
– No nie, ale...
– Strach cię obleciał?
– SkądŜe!
– Zatem sprawa załatwiona. – Uruchomiła silnik i uśmiechając się do
siebie, rozmyślała o czekającym ich wieczorze. Wyjątkowo urodziwy atleta w
konfrontacji z całym klanem Vanderholdenów. Nie wiadomo, jak przebiegnie to
spotkanie, ale na pewno będzie ciekawe.
Sam zastanawiał się, w co się właściwie wplątał. Stał w ogrodzie na tyłach
domu Hala i Betty koło baryłki z piwem i popijając zimny napój, rozglądał się
dokoła z zaciekawieniem. Wiedział, Ŝe Lucky ma duŜą rodzinę, lecz nie
spodziewał się takiego tłumu. WciąŜ nowi ludzie wychodzili z domu do ogrodu,
gdzie po jednej stronie ustawiono stoliki i krzesła, zaś po drugiej imponującej
wielkości grill.
Lucky przedstawiła Sama wszystkim obecnym. Zapamiętał imiona
pierwszych dwóch tuzinów osób i chociaŜ jako były sprzedawca miał naprawdę
dobrą pamięć, przy następnych zrezygnował z tego syzyfowego trudu.
Łudził się tylko nadzieją, Ŝe Lucky będzie gdzieś w pobliŜu i pomoŜe mu w
identyfikacji członków rodziny.
Początkowo rzeczywiście tak było, do momentu gdy jedna z sióstr Lucky,
chyba Isabel, zaciągnęła ją do kuchni, gdzie Ŝeńska część klanu Vanderholdenów
pochłonięta była przygotowywaniem uczty.
Zdany na własne domysły, oparty o pień klonu, obserwował zebranych. W
krótkim czasie zorientował się, Ŝe wielu z nich przygląda mu się z nie mniejszym
zainteresowaniem i to bynajmniej nie siląc się na dyskrecję. Vanderholdenowie
raczej nie grzeszyli nadmiarem delikatności. Teraz juŜ wiedział, co czuje jeleń w
dniu otwarcia sezonu łowieckiego.
Nagle kątem oka spostrzegł coś ruszającego się w powietrzu. ZdąŜył
uchylić głowę i w tej samej chwili kolorowy, szybujący dysk uderzył w pień
drzewa, po czym upadł na ziemię. Biegnący za zabawką ośmiolatek zatrzymał się
na widok Sama.
– To twoje? – Sam ukucnął, Ŝeby podnieść czerwony krąŜek.
– Taak. – Chłopiec spuścił głowę.
– Co się mówi, Brad? – odezwał się męski głos. Sam uniósł głowę i
zobaczył Franka. O ile się nie myli, to był drugi po najstarszym brat Lucky.
– Dobrze, Ŝe nie dostał pan w głowę – wybąkał chłopczyk.
– Brad, nie o to mi chodziło – powiedział Frank powaŜnym tonem.
– Przepraszam, to juŜ się nie powtórzy.
– I co jeszcze?
– Dziękuje. – Brad porwał dysk z ręki Sama i uciekł.
– Miły chłopiec – rzekł prostując się Sam.
– Czasami – przyznał Frank. Napełnił swój kufel piwem. – Ale nieraz jest
jak wrzód na...
– Frank – przerwała mu kobieta, która właśnie się zjawiła. – Jak moŜesz?
Sam pomyśli sobie Bóg wie co. – Zwróciła się do Sama z przyjacielskim
uśmiechem.
– Cześć, jestem Marete. Do tej pory byłam w kuchni.
– Aha. Zajmujesz się wypiekiem ciast.
– Raczej zmuszam do tego innych – wzruszyła ramionami. – To Lucky jest
specjalistką.
Sam przypomniał sobie, Ŝe Lucky mówiła mu, jak bardzo starsza siostra
chce ją wyswatać, i z trudem powstrzymał uśmiech.
– StrzeŜ się Marete – ostrzegł Sama scenicznym szeptem Ken, który
równieŜ się do nich przyłączył. – Ona jest dobrą organizatorką. Nie przyznawaj
się, Ŝe coś potrafisz, bo zaraz cię zatrudni.
– Umiejętności nie są niezbędne – odpowiedziała Marete najmłodszemu
bratu ze słodkim uśmiechem.
– Jak trzeba będzie posprzątać, takŜe niewykwalifikowani znajdą pracę.
– A nie mówiłem? – spytał Ken radośnie.
– Gdybym mógł w czymś pomóc... – zaczął Sam.
– W kaŜdym razie nie teraz – przerwał mu Frank.
– Sam dopiero co przyjechał, a poza tym jest naszym gościem. I do tej pory
nie mieliśmy okazji do rozmowy.
– Co u was słychać? – powitał ich Hal, napełniając swój pusty kufel.
– Wszystko świetnie – odparł Ken z wesołym uśmiechem. – Frank ma
zamiar poddać znajomego Lucky przesłuchaniu trzeciego stopnia.
– Ciii – Marete zgromiła brata wzrokiem – nikt cię nie pyta o zdanie.
– Ale musicie przyznać, Ŝe Lucky nie przyprowadza codziennie swoich
znajomych do domu.
– Ken – przerwał mu szybko Frank – chyba mama cię woła.
– Nie słyszałem.
– AleŜ tak. – Marete popchnęła Kena w stronę domu. – Idź i sprawdź.
Na widok niezadowolonej miny młodego człowieka Sam z trudem
utrzymał powagę. Frank odezwał się dopiero po odejściu brata. – No więc
powiedz, jak poznałeś moją siostrę?
Tymczasem w ogrodzie pojawiła się Lucky i równocześnie grupa spod
baryłki połączyła się z gromadą otaczającą roŜen. OŜywiona dyskusja dotyczyła
właściwego czasu smaŜenia hamburgerów. Sam – z natury małomówny i
powściągliwy – nie mógł pozostać na uboczu, gdyŜ Vanderholdenowie przyjęli
go do swego grona z takim entuzjazmem, jakby był dawno nie widzianym
krewnym. Uznał, Ŝe są miłą, kochającą się rodziną, a rodzeństwo łączyły wprost
niezwykle bliskie więzi. Nawet ich utarczki były sympatyczne i nie pozbawione
humoru. A poza tym, mimo niepodzielnie panującego zamętu, stoliki zostały juŜ
nakryte i kolacja przygotowana.
– Jak to wszystko wytrzymujesz? – spytała Lucky, gdy nakładali na talerze
stosy przekąsek.
– Chyba całkiem nieźle. Ale nie odpowiadam za siebie, jeŜeli jeszcze jedna
osoba spróbuje wybadać, jakie mam wobec ciebie zamiary.
– Czy naprawdę robią coś takiego? – W jej głosie brzmiało niedowierzanie.
– Z całą otwartością. – Sam sięgnął łyŜką po kolejną porcję sałatki. –
Dlaczego jesteś taka zdziwiona? PrzecieŜ mówiłaś, Ŝe Marete chce cię wydać za
mąŜ.
– Tak, ale miałam nadzieję, Ŝe wykaŜą trochę taktu, zwłaszcza Ŝe przez
dziesięć minut w kuchni groziłam okaleczeniem kaŜdemu, kto ośmieli się coś na
ten temat napomknąć.
– Dzięki za troskę. Jednak Franka i Hala musiałaś pominąć, a Betty i
Marete, jeśli nawet wysłuchały twojego wykładu, to się nim zbytnio nie przejęły.
– Zaraz się przekonamy.
Sam rozpoznał złośliwy błysk w jej oczach, taki sam jak wtedy, gdy
przyszła do niego z tortem.
– Co chcesz zrobić?
– Zobaczysz. – Lucky odstawiła talerz i wzięła ze stołu pustą szklankę.
Weszła na krzesło i uderzając w nią łyŜeczką zawołała:
– Czy mogę prosić o chwilę uwagi? Stopniowo gwar cichł, aŜ wreszcie
wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę.
– Chciałabym złoŜyć oświadczenie. Podobno jesteście ciekawi, dlaczego
przyprowadziłam ze sobą Sama Donahue? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest
moim przyjacielem i sąsiadem, nikim więcej. Po drugie... – poczekała, aŜ
zapadnie kompletna cisza – ...byliśmy głodni.
Zeszła z krzesła wśród pohukiwań i gwizdów. Jakby nieświadoma
utkwionego w niej, niedowierzającego spojrzenia Sama, odłoŜyła szklankę i
łyŜeczkę, po czym zabrała ze stołu swój talerz.
– Wprost nie mogę uwierzyć w to, co zrobiłaś – udało mu się w końcu
wykrztusić.
– Dlaczego?
– Czy rzeczywiście sądzisz, Ŝe twoje oświadczenie połoŜy kres domysłom?
– Oczywiście, Ŝe nie – odparła niefrasobliwie. – Ale juŜ nikt nie ośmieli się
ciebie wypytywać. To mnie się zaczną czepiać.
– I co wtedy?
– Spokojnie. Radzę sobie z moją rodziną juŜ przez długie lata.
Do tej pory Sam nie sądził, Ŝe nieprzewidywalne zachowanie moŜna
uznawać za zaletę charakteru. Lecz teraz, myślał w zadumie, idąc z Lucky do
stolika, przy którym mieli usiąść do kolacji, był wręcz oczarowany jej odwagą
spontanicznego działania. Podobnie jak poprzednio niespodziewanie dla niego
okazaną czułością wobec zagubionego dziecka.
Lucky zdawała się zupełnie nie przejmować, Ŝe w efekcie jej niezwykłego
wystąpienia wszystkie oczy skierowały się w ich stronę. Szła wyprostowana, z
podniesioną głową, choć przy stolikach, które mijali, rozmowy od razu cichły.
Kiedy juŜ doszli do swojego miejsca, uniosła dłoń i pogroziła zebranym
ostrzegawczo palcem.
– Bądźcie grzeczni. Mamy gościa. – A zwracając się do Sama, powiedziała
specjalnie głośno: – Zrobiłam, co mogłam. Oni nie mają złych zamiarów, są tylko
najbardziej wścibską bandą pod słońcem.
– To określenie bardzo mi się nie podoba – zawołał Hal, gdy Lucky z
Samem usiedli przy stoliku.
– Być moŜe – odkrzyknęła Lucky. – Ale nie usłyszałam zaprzeczenia.
Podniósł się gwar głosów i zgromadzeni z nowym zapałem rzucili się w
wir dalszych rozmów. Sam zadowolony, Ŝe przestał być tematem publicznej
debaty, uświadomił sobie, Ŝe powoli, lecz nieuchronnie poddawał się urokowi
Lucky. Kto wie, co by się stało, gdyby nagle znaleźli się sami...
– Proszę o uśmiech!
Sam podniósł wzrok i zobaczył wymierzony w siebie obiektyw aparatu
fotograficznego, który trzymała młoda, drobna kobieta o figlarnym spojrzeniu,
stojąca przy ich stoliku.
– Chyba nie poznałeś jeszcze Janice. – Lucky uśmiechnęła się w blasku
flesza. – Jest samozwańczą kronikarką rodziny. Nigdzie nie rusza się bez aparatu.
– Dobrze wychodzą mi zdjęcia grupowe – stwierdziła siostra Lucky. –
Teraz teŜ kilka zrobię.
Gderając dobrotliwie, zebrani zaczęli gromadzić się rodzinami. Janice nie
czekając, aŜ się ustawią, starała się ich uchwycić w naturalnych sytuacjach. Hal
został utrwalony na kliszy, gdy właśnie Ŝartobliwie groził Betty kolbą kukurydzy
tuŜ przed samym jej nosem. Rodziców Janice sfotografowała w trakcie
ukradkowego pocałunku. Kiedy przyszła pora na Sama i Lucky, on objął ją w
pasie i połaskotał.
Janice przyjrzała się Samowi i mrugnęła do Lucky wesoło.
– Nadaje się – zawyrokowała na odchodnym. Lucky nie mogła
powstrzymać śmiechu na widok miny Sama.
– Ostrzegałam cię. Dla mojej rodziny nie ma właściwie Ŝadnych
zastrzeŜonych sfer prywatności.
– Właśnie to zauwaŜyłem. Umówiłem się z jedną z Vanderholdenów, a
wydaje mi się, Ŝe mam randkę z całym klanem.
– Nie przejmuj się. Przy odrobinie szczęścia niedługo ograniczymy się do
znośnej liczby osób.
Sam powiódł wokół sceptycznym spojrzeniem.
– Naprawdę uwaŜasz, Ŝe oni wszyscy szybko się wyniosą?
– Nie... – Głos Lucky zabrzmiał ciepło i trochę ochryple, jakby dźwięczała
w nim zapowiedź jakiejś obietnicy. – My moŜemy to zrobić.
Lucky takŜe, podobnie jak jej krewni, obserwowała Sama przez cały
wieczór, z tą róŜnicą, Ŝe w jej wzroku nie było ciekawości, lecz niekłamane
uznanie. Postawiła Sama w dość niezręcznym połoŜeniu, a on wyszedł z tego
obronną ręką. Doskonale wiedziała, jak bardzo jej bliscy potrafią onieśmielić
kogoś obcego. Robiła, co mogła, Ŝeby Sama ochronić, a jej wysiłki okazały się w
końcu zupełnie niepotrzebne.
Był jak zwykle spokojny, grzeczny i całkowicie opanowany. I ta właśnie
jego postawa pobudzała jej wyobraźnię, gdy rozmyślała o cudownej chwili, kiedy
znajdą się tylko we dwoje. Pragnęła znowu trzymać go w ramionach, pozbawić
tej maski, w której ukazywał się światu, i ponownie poczuć drŜenie jego ciała.
Dotknęła palcami jego ramienia.
– A moŜe wolałbyś zostać...
W odpowiedzi usłyszała jedynie cichy, zmysłowy śmiech, pod wpływem
którego jej serce zabiło jak oszalałe.
Po dziesięciu minutach poŜegnali się i wyszli z przyjęcia. Wkrótce znaleźli
się przed domem Sama. Nawet nie spytał, czy wejdzie, po prostu wziął ją za rękę
i wprowadził do środka.
– Chcesz się czegoś napić? – zapytał.
– MoŜe być kawa?
– Oczywiście. – Poczęstował Lucky kruchymi czekoladowymi
ciasteczkami, jedno z nich włoŜył do ust i poszedł zaparzyć kawę. Jeśli chodzi o
niego, jedzenie i picie były mało istotne, gdy juŜ wreszcie miał Lucky wyłącznie
dla siebie.
Przyniósł kawę i usiedli razem na sofie. Lucky mieszała zawzięcie
łyŜeczką aromatyczny płyn. Tak bardzo chciała być tylko z Samem, a kiedy tak
się stało, całkowicie opuściła ją pewność siebie. Miała sucho w ustach, a jej
dłonie były zimne i spocone. Nagle doszła do wniosku, Ŝe rozmowa będzie
najbezpieczniejszym rozwiązaniem.
– No więc – zaczęła z oŜywieniem – poznałeś całą moją rodzinę. Co o nich
myślisz?
– Nie mówmy teraz o nich.
– Nie spodobali ci się?
– Nie o to chodzi – odparł cicho. – W tym momencie to po prostu niewaŜne.
– Och. – Lucky upiła łyk kawy.
– Lucky, czy dobrze się czujesz?
– Świetnie. – Jej głos dziwnie się załamał.
– Właśnie widzę. – Kąciki ust Sama zadrŜały w uśmiechu, gdy wyjmował z
jej rąk filiŜankę i stawiał na stoliku.
Przypadkowe dotknięcie palców Sama wystarczyło, Ŝeby krew zaczęła
szybciej krąŜyć w jej Ŝyłach. Nie była juŜ zdenerwowana. Całymi tygodniami
toczyła z Samem walkę, aŜ iskry leciały, a przecieŜ jednocześnie coraz bardziej ją
pociągał, i wreszcie okazało się, Ŝe marzy tylko o uścisku jego ramion.
Popatrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami.
– I co teraz?
Przysunął się do niej tak, Ŝe dotykali się biodrami i udami. Pogładził ją po
policzku, a potem rozwichrzył jej włosy palcami.
– Znasz odpowiedź.
Znała, lecz chciała ją usłyszeć.
– Powiedz mi.
– Teraz – szepnął – będę cię całować.
Powoli zbliŜył wargi do jej ust. Te wargi były miękkie, gorące i trochę
pachniały czekoladą. Ich dotyk był zdecydowany i elektryzujący. Serce Lucky
odpowiedziało łomotem.
Jak to się stało, myślała, Ŝe Sam tak szybko wzbudził w niej płomień
poŜądania. Zwłaszcza Ŝe ledwie go znała, a poza tym częściej był jej
przeciwnikiem niŜ przyjacielem. W przeszłości tego typu odczucia narastały w
niej powoli, jako naturalna konsekwencja coraz bardziej zaŜyłych stosunków z
męŜczyzną. A mimo to jej obecne doznania tak się miały do poprzednich
doświadczeń, jak poŜar buszu do palącej się zapałki.
Nie zamierzała się nad tym dłuŜej zastanawiać. Rozchyliła wargi i poddała
się zaborczej i pełnej słodyczy pieszczocie jego języka. Tak, tego właśnie
pragnęła, och, jak bardzo.
Sam zanurzył palce w jej włosy, a potem przesuwał dłoń wzdłuŜ szyi, w
stronę piersi. Lucky osunęła się na sofę i przyciągnęła go do siebie. Przywarł do
niej z cichym jękiem. Jak dobrze, pomyślała. Miała wraŜenie, Ŝe jej ciało zostało
stworzone dla niego. Westchnęła z rozkoszy, gdy Sam objął jej pierś dłonią.
PołoŜyła na niej swoją i przycisnęła ją, Ŝeby jeszcze spotęgować cudowne
doznanie.
Wydawało się, Ŝe Lucky jest oszołomiona własną pasją, z jaką
odpowiadała na jego pieszczoty... i nadal w głębi duszy niezdecydowana. Sam
odetchnął głęboko, oderwał się od niej i usiadł. Patrzył, jak Lucky otwiera
rozmarzone i prawie nieprzytomne oczy. Wyciągnęła ku niemu rękę, zawahała
się i ujęła go za ramię.
– Co się stało?
– To nie w porządku.
– Nie rozumiem. – Lucky równieŜ usiadła. – Myślałam, Ŝe ty... Ŝe my... –
zamilkła na moment, po czym szybko zakończyła: – ...poŜądamy siebie.
– Tak, Lucky – głos Sama był zdławiony – pragnę cię aŜ do bólu. Ale nie
chcę cię uwieść. Obojgu nam potrzeba czasu, Ŝeby poznać nasze uczucia.
Lucky ze zmarszczonymi brwiami rozwaŜała jego słowa. Miał rację.
Została uwiedziona jego inteligencją, błyskotliwością, wraŜeniem, jakie na niej
robiło jego zgrabne, szczupłe ciało, i urokiem szarych oczu. Lecz przecieŜ miała
teŜ pewne zastrzeŜenia.
Sam całkowicie róŜnił się od znanych jej w przeszłości męŜczyzn, którzy
najpierw byli jej przyjaciółmi, a dopiero później kochankami. Wiedziała, czego
moŜe od nich oczekiwać, czuła się z nimi bezpieczna. A jeśli jej ówczesne
doznania seksualne były jedynie nieco przyjemniejsze od trzęsienia ziemi, cóŜ,
widocznie tak to musiało być.
Z Samem wszystko wyglądało inaczej. Nie wiedziała, czego się moŜe po
nim spodziewać. Pod względem intelektualnym stanowił dla niej wyzwanie. W
sferze erotycznej potrafił jak nikt przyprawić ją o zawrót głowy. A uczucie? To
się dopiero okaŜe.
Demonstracyjnie zaczęła wygładzać ubranie. Gdyby paliła, to właśnie
teraz byłby wymarzony moment na papierosa. Sięgnęła po ciasteczko jako
namiastkę i popiła je letnią kawą.
ROZDZIAŁ 7
– Ona znowu zaczyna! – Sam wpadł jak burza do salonu wystawowego z
popołudniową gazetą w ręku.
Joe Saks, starszy sprzedawca, podniósł głowę znad leŜących na biurku
faktur.
– Kto?
– Lucky Vanderholden, a któŜ by? Oczy Sama ciskały błyskawice.
– Wymyśliła sobie nową formę reklamy. Spójrz na to.
Gazeta poszybowała w powietrzu i wylądowała na biurku, rozrzucając
porządnie poukładane stosy rachunków. Joe posłusznie przebiegł wzrokiem
nagłówki.
– „Filadelfijskie zoo przygarnia osieroconego tygryska”. Co to ma...
– Nie to – warknął Sam. – Tutaj. – Wskazał palcem na rzucające się w oczy
ogłoszenie, zajmujące ćwierć strony.
Joe przeczytał szybko pierwsze wiersze i spojrzał na Sama.
– To jest zawiadomienie o jakimś letnim festynie. I co z tego?
– Czytaj dalej.
– Zapraszamy wszystkich i kaŜdego z osobna – czytał Joe na głos. – Będą
klauni, gry, diabelski młyn i inne atrakcje. Zabawa dla całej rodziny... – Joe
zmarszczył brwi. – Nadal nie rozumiem.
– Spójrz na adres – powiedział Sam, z trudem powstrzymując
zniecierpliwienie. Pochylił się nad gazetą i wyręczył Joe’ego. – Odbędzie się przy
Front Street numer 689 w siedzibie firmy Lucky Vanderholden „Najpiękniejsze
Modele Minionych Sezonów”.
Wzniósł oczy do nieba.
– Ona ma zamiar urządzić to idiotyczne przedstawienie tuŜ pod naszym
bokiem!
– Na to wygląda. – Joe przeczytał wskazany przez Sama fragment
ogłoszenia.
– Chyba nie myśli o tym serio – rzekł Sam po chwili, lecz nawet w jego
uszach to stwierdzenie nie zabrzmiało przekonująco.
– Ta pani zarabia na Ŝycie sprzedaŜą uŜywanych samochodów. Taka
niezwykła forma promocji prawdopodobnie przysłuŜy się jej interesom.
– A przy okazji przewróci wszystko do góry nogami w sąsiedztwie.
– MoŜe wcale nie o to jej chodzi.
– Przekonamy się o tym! – Sam wykręcił się na pięcie i ruszył ku drzwiom.
– Gdyby był pan potrzebny... – zawołał za nim Joe.
– Będę obok.
Przy takim obrocie spraw trzeba będzie zrobić furtkę w tym piekielnym
płocie, pomyślał Sam ze złością, kierując się w stronę ulicy.
Podczas trzech dni, które minęły od ostatniego spotkania z Lucky, jego
myśli stale krąŜyły wokół jej osoby. Nawet w pracy, mimo niezwykłej zdolności
koncentracji, dzięki której zwykle potrafił skupić się wyłącznie na sprawach
zawodowych, na obrzeŜach jego świadomości stale był obecny obraz Lucky.
JuŜ kilkanaście razy sięgał po telefon i za kaŜdym razem cofał rękę. Lucky
potrzebuje więcej czasu, aby przyzwyczaić się do myśli, Ŝe między nimi coś się
waŜnego wydarzyło. I prawdę mówiąc, on takŜe. Musi stanąć twarzą w twarz z
tym nieoczekiwanym, głębokim uczuciem, które w nim wzbudziła. Powinni
zastanowić się oboje nad istotą ich znajomości i zdecydować, dokąd zmierzają.
Być moŜe, Ŝe w ogóle nic ich nie będzie łączyć w przyszłości. Przynajmniej
dopóki nie wyjaśnią sobie paru spraw.
Lucky właśnie rozmawiała z mechanikiem, Clemem Greeleyem, w małym
garaŜu na tyłach biura, kiedy wkroczył tam Donahue niczym Indianin na wojenną
ś
cieŜkę.
– Sam – powitała go – co za miła niespodzianka.
– Niemiła. – Chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. – Muszę z
tobą porozmawiać. Natychmiast.
– Zaraz, chwileczkę – wtrącił się Clem. Nie podobała mu się mina intruza,
a jeszcze mniej władczy uścisk jego dłoni na ramieniu szefowej.
– Nie ma powodu do niepokoju – zapewniła go Lucky. – Sam Donahue i ja
jesteśmy przyjaciółmi.
– Nie wydaje się być przyjacielsko usposobiony. Lucky w duchu przyznała
mu rację, lecz właśnie ze względu na niego udawała, Ŝe nic złego się nie dzieje.
– Clem, to jest pan Donahue, nasz sąsiad. Sam, przedstawiam ci Clema
Greeleya, mego mechanika.
Obaj męŜczyźni uścisnęli sobie dłonie, acz niechętnie.
– JeŜeli nie masz nic przeciwko temu – mówił Sam z wymuszoną
układnością – to nalegałbym, Ŝebyś niezwłocznie porozumiała się ze mną w paru
sprawach.
– Oczywiście. – Lucky zwróciła się do Clema. – I tak juŜ właściwie
skończyliśmy, prawda?
Mechanik skinął głową. Odprowadził wychodzących z garaŜu wzrokiem i
powiedział:
– Gdybym był ci potrzebny, zawołaj. Jestem na miejscu.
– Dziękuję, Clem. – Lucky odwróciła się i przesłała mu ciepły uśmiech. –
Jestem pewna, Ŝe wszystko się wyjaśni.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi kantoru, Lucky spojrzała na Sama
wściekłym wzrokiem.
– O co chodzi? Do głowy by mi nie przyszło, Ŝe potrafisz zachowywać się
jak jaskiniowiec.
– I słusznie – odparł zachmurzony. Puścił ramię Lucky i z przeraŜeniem
zobaczył czerwony ślad swoich palców.
Zawsze szczycił się opanowaniem i umiejętnością powściągania emocji,
choćby nawet w obliczu najbardziej oczywistej prowokacji. Wobec Lucky nie
umiał zachować zwykłej powściągliwości. To go zbijało z tropu i niepokoiło.
Lucky przysiadła na krawędzi biurka, z trudem powstrzymując się od
rozmasowania bolącej ręki.
– CóŜ tak nie cierpiącego zwłoki cię sprowadza?
– Jest pewna drobna kwestia związana z letnim festynem. – Sam przeszedł
do sedna sprawy. Wypowiedział te słowa powoli i z naciskiem.
– Słucham.
– W dzisiejszej gazecie przeczytałem, Ŝe masz zamiar urządzić taką
zabawę.
– To prawda. Czy widzisz w tym coś złego?
– Coś?! – zagrzmiał Sam, nie wierząc własnym uszom. – Wszystko!
Lucky najchętniej schowałaby się pod biurkiem. Nie widziała Sama tak
zagniewanego od ich pierwszej kłótni wywołanej telewizyjną reklamą. Ale wtedy
była przygotowana na stawienie mu czoła. Tym razem w ogóle nie podejrzewała,
Ŝ
e moŜe tak zareagować.
Oparła dłonie o blat biurka i patrząc na Sama obojętnym wzrokiem, spytała
po prostu:
– Dlaczego?
– Po pierwsze, tego typu impreza zamieni całą pobliską okolicę w jakiś
gigantyczny cyrk.
– To nie będzie cyrk, tylko festyn – odpowiedziała spokojnie.
Ona chyba udaje głupią. PrzecieŜ niemoŜliwe, Ŝeby nie wiedziała, o co mu
chodzi.
– Cyrk czy festyn, co za róŜnica? Tak czy siak ten pomysł jest śmieszny.
Wytworzy niewłaściwy wizerunek...
– MoŜe ty tak uwaŜasz. – Lucky uśmiechnęła się lekko. Teraz juŜ
zaczynała rozumieć jego obiekcje. Co wcale nie oznaczało, Ŝe się z nim zgadzała.
– Moi klienci uwielbiają takie zabawy.
Sam wymamrotał pod nosem przekleństwo. Tym razem miał do czynienia
z inną stroną cechy, którą jeszcze tak niedawno u Lucky podziwiał – zdolnością
spontanicznego i nieprzewidywalnego zachowania. No tak, pomyślał, moŜna
lekcewaŜyć niebezpieczeństwo, dopóki nie zagraŜa nam osobiście.
Powinien był zainteresować się jakąś miłą księgową. Albo sympatyczną,
uległą bibliotekarką. KaŜdą, byle nie tą piwnooką blondynką, która miała
szczególną zdolność wywoływania wokół siebie zamętu i wykazywała
wyjątkowy talent do działania mu na nerwy.
– To Ŝaden argument. Chyba nie sądzisz, Ŝe sobie z tym poradzisz? – raczej
stwierdził, niŜ spytał. – Gdzie znajdziesz miejsce na to wszystko?
– Nie ma obaw. Dzięki reklamie moje zapasy znacznie zmalały. W
przeddzień festynu przestawię samochody na tyły parkingu i zyskam miejsce na
stragany, diabelski młyn i zabawę.
– I tak ludzie będą się wszędzie włóczyć. Nawet jeśli odstawisz
samochody, małe dzieciaki z cukrową watą wdrapią się na maski, a starsze
powłaŜą do środka, Ŝeby się wszystkiemu przyjrzeć z bliska.
– I co z tego? – Lucky obeszła dookoła biurko i usiadła na krześle. – W
końcu samochody są do oglądania. Nic im się nie stanie, nawet jak się trochę
przybrudzą.
Sama myśl, Ŝe jego lśniące auto mogłoby zostać potraktowane z podobną
bezceremonialnością, była nie do przyjęcia. PrzecieŜ to niemoŜliwe, Ŝeby Lucky
zupełnie nie przejmowała się swoimi samochodami. Powoli zaczynał rozumieć,
Ŝ
e przegrywa tę bitwę, lecz ze zwykłego uporu nie zamierzał jeszcze się poddać.
– A gdzie przyjezdni będą parkować samochody?
Lucky zastanawiała się przez moment. Sam zadawał jej pytania z
przebiegłością prowincjonalnego prokuratora, biorącego świadka w krzyŜowy
ogień pytań. Jednak nie poczuwała się do Ŝadnej winy i nie zamierzała się
zachowywać, jakby zrobiła coś złego.
– Chyba na ulicy. To nie jest idealne rozwiązanie, ale najlepsze w tych
okolicznościach. W zeszłym roku, gdy twój teren był jeszcze pusty, wszyscy
oczywiście tam parkowali, jednak teraz...
– W zeszłym roku? Chcesz powiedzieć, Ŝe juŜ coś takiego urządzałaś?
– Naturalnie, czterokrotnie. Jak dotąd, zawsze z duŜym powodzeniem.
– Tak, oczywiście – warknął ze złością. JuŜ Ŝadne logiczne i przekonujące
argumenty nie mogły zmienić jej decyzji. Lucky z pewnością zrealizuje ten swój
zupełnie niedorzeczny pomysł, a on najprawdopodobniej teŜ zostanie w to
wplątany.
Skierował się w stronę drzwi, lecz nie mógł sobie odmówić wystrzelenia
poŜegnalnego pocisku.
– Czego się nie robi dla niewielkiej, darmowej reklamy, co?
Lucky zamarła.
– Coś ty powiedział?
– PrzecieŜ słyszałaś. – Sam zatrzymał się w progu i spojrzał w jej stronę. –
JeŜeli w przyszłości będziesz zamierzała urządzać podobnie zwariowaną hecę,
uprzedź mnie o tym, dobrze?
– Hecę? – powtórzyła z niedowierzaniem. – UwaŜasz, Ŝe to rodzaj reklamy,
która ma mi przysporzyć klientów?
– A czy tak nie jest? Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
– Musisz wiedzieć, Ŝe ten festyn nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek
reklamą. Chodzi o poparcie wyjątkowo szlachetnej idei.
– Jakiej to? Zgromadzenia funduszy na reperację uŜywanych
samochodów?
– Nie – odparła przez zaciśnięte zęby – dla Fundacji realizującej program
„Cloverdale na rzecz wyrównania szans”.
– Doskonała nazwa – powiedział z zadowoloną miną. – Czy ma zatem na
celu doprowadzenie starych samochodów do pierwotnej sprawności?
– Nie chodzi o samochody, Sam, lecz o dzieci.
– Lucky z satysfakcją śledziła, jak pod wpływem jej słów zmienia się
wyraz twarzy Sama.
– Jakie dzieci?
– No, wiesz – Lucky mówiła celowo lekkim tonem – o te z uboŜszych
rodzin ze śródmieścia Filadelfii. Fundacja chce zapewnić im wakacje poza
miastem. MoŜna wynająć domy dla całych rodzin albo opłacić koszt letnich
obozów.
– I dlatego organizujesz festyn? – Sam z trudem wydobywał z siebie słowa.
Lucky skinęła głową.
– To dlaczego mi nie powiedziałaś?
– Nie pytałeś. – Spojrzała na niego z wyrzutem.
– Od kiedy to czekasz, aŜ cię zapytają? – Odpowiedział jej takim samym
spojrzeniem.
– Dobrze, moŜe powinnam była o tym wspomnieć, ale zakładałam, Ŝe
wiesz, przecieŜ taki festyn odbywa się od pięciu lat.
– Ale ja się tu sprowadziłem dopiero ubiegłej zimy – przypomniał.
– Poza tym w ogłoszeniu była z pewnością mowa o programie Fundacji.
Być moŜe, pomyślał Sam. Właściwie nie przeczytał go do końca,
wystarczyło nazwisko Lucky i adres, by się wściekł.
– Czy teraz odwołasz te śmieszne zarzuty?
– Nie ma mowy – odparł bez cienia wahania – nadal jestem zdania, Ŝe nie
masz wystarczająco duŜo miejsca na taką imprezę.
– W przeszłości nie było Ŝadnych kłopotów.
– Nie było teŜ mojej firmy. A teraz jest.
– Szkoda, Ŝe stoi to ogrodzenie... – zaczęła Lucky.
– Lucky – przerwał jej – nawet o tym nie myśl.
– Dobrze, nie dotknę twojego drogocennego płotu.
– A co z ubezpieczeniem? – spytał nagle.
– Załatwione.
– A dodatkowe oświetlenie? Będzie potrzebne, jeŜeli festyn nie zakończy
się przed zmrokiem.
– Zamówione. – Lucky przemilczała, Ŝe w ubiegłym roku zabawa
skończyła się dobrze po północy.
– Ochroniarze.
– Umówieni. Słuchaj, Sam – Lucky nie próbowała juŜ ukryć irytacji –
wiem, co robię. Zaufaj mi.
– To samo powiedział kapitan „Titanica”.
– Chwała mu – warknęła. Narastała w niej złość. Sam nie miał prawa
traktować jej jak nieobliczalne dziecko, które trzeba pilnować, Ŝeby nie
wyrządziło szkody. PrzeŜyła zupełnie dobrze trzydzieści lat bez jego pomocy i
jest nadzieja, Ŝe przez następnych trzydzieści teŜ się jej uda.
Ostentacyjnie otworzyła szufladę biurka i wyjęła księgę rachunkową.
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – odezwała się uszczypliwym tonem –
chciałabym trochę popracować.
– Naturalnie. – Pomachał jej ręką na poŜegnanie.
Lucky rzeczywiście była dobrze przygotowana do festynu, jednak zostało
jeszcze do załatwienia sporo drobnych spraw organizacyjnych.
Następnego dnia rano prawie nie było klientów, więc zostawiła firmę na
barkach Cierna i pojechała do siedziby Fundacji. Właśnie wchodziła na schody
budynku, kiedy otworzyły się drzwi, a w nich ukazał się Sam.
Czy jego obecność w tym miejscu jest całkiem przypadkowa? –
zastanawiała się. Czy nie wiąŜe się ze sprawą festynu? Poprzedniego dnia nie
bardzo się przejęła awanturą. A moŜe postanowił poskarŜyć się kierownictwu
Fundacji? – pomyślała prawie z przeraŜeniem.
– Co tutaj robisz? – spytała bez wstępów.
– Właśnie wychodzę – odparł z uśmiechem. Z zadowoleniem zauwaŜył, Ŝe
teraz dla odmiany Lucky jest wytrącona z równowagi. Przytrzymał jej drzwi, lecz
ona nadal stała na schodach. – Wchodzisz?
– Za chwilę. – Popchnęła drzwi i spojrzała na niego podejrzliwie. –
Rozmawiałeś z ludźmi z Fundacji?
– Tak. Bardzo mili. Opowiedzieli mi o swoich planach. ZałoŜyli sobie
chwalebne cele.
– Więc dlaczego chcesz mi przeszkodzić w organizowaniu festynu?
– Ja?
– Tak. Chyba to ty wczoraj wpadłeś jak bomba do mojego biura i
grzmiałeś, aŜ się mury trzęsły.
– Przyznaję, zareagowałem trochę zbyt porywczo.
– Trochę?! – przerwała mu gwałtownie.
– Wówczas nie wiedziałem, o co chodzi. Obecnie sytuacja się zmieniła.
– A więc uwaŜasz urządzenie festynu za dobry pomysł?
– Oczywiście, Ŝe nie. – Spojrzał na nią spod oka. – JeŜeli zrealizujesz swoje
plany, nie zdziwiłbym się, gdyby nasze tereny zostały obrócone w perzynę.
– Przyszedłeś tu na skargę?
– Nie, właściwie zaproponowałem swoją pomoc. Odpowiedziała mu
szybko, Ŝeby ukryć zdumienie.
– Jak grzecznie poprosisz, na pewno pozwolą ci obsługiwać stoisko z
napojami.
– Dzięki, wezmę tę sugestię pod uwagę. Ale raczej chodziło mi o coś
bardziej efektywnego.
– Udostępnisz swój parking? – spytała z nadzieją w głosie, lecz Sam
potrząsnął przecząco głową.
– Byłoby to moŜliwe, gdybyś mnie wcześniej uprzedziła. Niestety, nie
mam wolnego miejsca – odparł ze starannie ukrywaną ulgą.
– Więc co zamierzasz zrobić?
– Dom Handlowy Donahue ofiaruje samochód na loterię.
– Jeden z twoich samochodów?
– No a z czyich? – Sam spojrzał na nią łagodnie jak na opóźnione w
rozwoju dziecko.
– Poświęcisz mercedesa?
– Nie, BMW. Co prawda, jest trochę za późno na właściwe
rozreklamowanie loterii, ale ludzie z Fundacji uwaŜają, Ŝe jeszcze się uda
rozprowadzić duŜo losów.
– Pewno tak. – Lucky aŜ gwizdnęła cicho. – Wspaniałomyślny gest.
– Dla dobra sprawy. Poza tym festyn ma się odbyć w najbliŜszym
sąsiedztwie mojej firmy, więc nie moŜemy pozostać całkiem bezczynni.
– Rozumiem – odparła oschłym tonem. – Gdybyś nie uczestniczył w
dobroczynnej imprezie, twoja kupiecka reputacja doznałaby uszczerbku.
– To prawda – przyznał, jednak nie miał zamiaru połknąć haczyka, który
mu podsuwała. – NiezaleŜnie od tego z ogromną przyjemnością przyjdziemy z
pomocą.
– Czego się nie robi dla niewielkiej, darmowej reklamy? – Lucky
powtórzyła jego własne słowa.
– Biorąc pod uwagę cenę samochodu, która wynosi dwadzieścia pięć
tysięcy dolarów, trudno by to było nazwać korzyścią za darmo.
– Oczywiście. Nie wolno zapominać o ostatecznym bilansie.
– Przez cały czas mnie prowokujesz. – Sam wpatrywał się w nią uwaŜnie. –
Dlaczego?
To pytanie ją zastanowiło. Słowne potyczki z Samem toczyła niejako
odruchowo, jakby broniąc się przed napiętą atmosferą, w jakiej zawsze odbywały
się ich spotkania. Albo z nim walczyła, albo... Nie, o tej drugiej ewentualności
zdecydowanie nie chciała myśleć. Zwłaszcza w tym momencie.
Uniosła wzrok i dostrzegła w oczach Sama cień niepewności. A potem
niepokoju. Zawsze był wobec niej szczery. Zasługiwał na szczerą odpowiedź.
Zdobyła się na odwagę.
– MoŜe w twoim towarzystwie jestem trochę onieśmielona – powiedziała
cicho.
– Ty, onieśmielona? – JuŜ miał się roześmiać, ale powstrzymał go wyraz
jej twarzy. Do licha, chyba mówiła powaŜnie. – Co mogłoby speszyć kobietę,
która wychowała się z czterema braćmi?
Zobaczył jej uśmiech: bezwiedny i bardzo kobiecy.
– Jeśli choć przez moment sądziłeś, Ŝe traktuję cię jak brata, to znaczy, Ŝe
musiałam wysyłać zupełnie niewłaściwe sygnały.
Powstrzymał oddech, po czym odrzekł z wolna:
– Nie... Nie sądziłem.
ROZDZIAŁ 8
W sobotę Sam zatelefonował i zaskoczył Lucky pytaniem:
– Czy lubisz gimnastykę?
– Bardzo, o ile nie muszę jej sama uprawiać.
– Bzdura. Nie miałabyś takiego ciała, gdybyś tylko siedziała i zajadała
słodycze. Proponuję ci mały trening w moim klubie, a potem kolację.
Ten tak od niechcenia wypowiedziany komplement wywołał rumieniec na
jej twarzy.
– Weź ze sobą kostium gimnastyczny – ciągnął dalej, a w jego
przyciszonym głosie brzmiała zmysłowa nuta – wiesz, taki raczej seksowny,
odsłaniający to i owo. ZałoŜę się, Ŝe masz piękne uda...
– Sam! Zaśmiał się cicho.
– ...ale chyba będę musiał zaczekać i przekonać się o tym osobiście.
O BoŜe, pomyślała. Wystarczy jego głos, a moje ciało zaczyna płonąć. To,
co on ze mną wyrabia, powinno być prawnie zakazane. Albo, westchnęła,
opatentowane.
– Lucky, jesteś tam jeszcze?
– Mhm.
– Ja czuję to samo. Do zobaczenia o szóstej.
No tak, tylko Ŝe Lucky nie miała seksownego kostiumu gimnastycznego, a
nawet, prawdę mówiąc, Ŝadnego. Rozwiązała ten problem w czasie przerwy
obiadowej. Wybrała się do miasta i kupiła dwuczęściowy, brązowy, z
metalicznym połyskiem, który doskonale uwydatniał jej zgrabne, szczupłe
kształty.
Wróciła do pracy i do szóstej nie myślała więcej o wieczornej randce.
Kiedy miała juŜ zamykać biuro, zobaczyła Sama wychodzącego z
sąsiedniego budynku, więc pomachała mu ręką. Zabrała przygotowaną torbę,
przekręciła klucz w drzwiach i wyszła przed parking. Czekała na chodniku, gdy
Sam nadjechał.
Wsiadła do samochodu.
– Nareszcie początek weekendu – powitał ją radosnym uśmiechem.
– Mów za siebie, ja jutro muszę pracować.
– W niedzielę?
– Nie dysponuję taką liczbą personelu jak ty – odparła bez cienia zawiści. –
Najwięcej papierkowej roboty załatwiam w czasie weekendów. Straciłam juŜ
zeszłą niedzielę. Nie mogę sobie pozwolić na kolejny wolny dzień.
Gdy dojechali do klubu, Sam zostawił Lucky przy damskiej szatni i takŜe
poszedł się przebrać.
Odprowadziła go wzrokiem. Nawet w garniturze widać było, jak wspaniale
jest zbudowany, sama myśl o tym przyprawiała ją o zawrót głowy. A co będzie,
kiedy się przebierze?
WłoŜyła w szatni kostium i przeglądając się w olbrzymim, bezlitośnie
ujawniającym kaŜdy szczegół lustrze, stwierdziła, Ŝe jej nowy strój gimnastyczny
jeszcze mniej zakrywa, niŜ się jej wydawało w sklepowej przymierzalni.
Rozejrzała się dookoła ukradkiem. Paradujące po szatni panie o róŜnorodnych
kształtach i w kostiumach mniej lub bardziej skąpych zupełnie nie przejmowały
się tym, ile swego ciała ukaŜą światu.
Ona teŜ nie czułaby się skrępowana, gdyby nie czekające ją spotkanie z
Samem. To, co miała na sobie, raczej niewiele pozostawiało wyobraźni. Nagle
uświadomiła sobie, jak niesłychanie jej zaleŜy na tym, Ŝeby mu się podobać. Co
on sobie pomyśli, moŜe uzna, Ŝe w pewnych miejscach ma za duŜo ciała, a w
innych za mało...
Otworzyła drzwi szatni i zobaczyła Sama opartego o ścianę. W pierwszej
chwili spuściła oczy, lecz zaraz uniosła wzrok pełen podziwu. Musiała głęboko
odetchnąć. Wyglądał wspaniale, lepiej niŜ się mogła spodziewać. Nawet stojąc
tak nieruchomo, emanował witalnością. Teraz, kiedy się przebrał, doskonale było
widać, jak silne było jego szczupłe ciało. Stara, spłowiała bawełniana koszulka,
przylegająca do piersi, uwydatniała muskuły i szczupłą talię. Równie znoszone
szorty, opinające wąskie biodra, zakrywały tylko to, co konieczne. Miał zgrabne,
mocne, nieco owłosione nogi. Nawet jego stopy były kształtne. To ostatnie
spostrzeŜenie nieco Lucky przestraszyło. Jeśli zdarzyło się jej zwracać uwagę na
stopy męŜczyzny, był to nieomylny znak czekających ją kłopotów.
– O, jesteś. – Sam juŜ był przy niej.
– Przepraszam, Ŝe musiałeś czekać.
– Nie szkodzi. Warto było. – Jego szare oczy patrzyły na nią z uznaniem.
Ta aluzja wystarczyła, Ŝeby cała stanęła w pąsach.
– Nie bądź taki pewny. Klub sportowy nie jest miejscem, gdzie się czuję
najlepiej. Mój występ moŜe okazać się całkowitą klapą.
– Nie przypuszczam.
Przechylił na bok głowę i przyglądał się jej z wyrozumiałym uśmiechem.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, zanurzył dłoń w jej włosy, przytrzymał głowę i
jego usta zwarły się z jej ustami w krótkim, gwałtownym pocałunku. Kiedy ją
puścił, był wyraźnie bardzo z siebie zadowolony.
– Dotychczas byłaś prowokująca, denerwująca, a czasem nawet wręcz
nieznośna, ale nigdy, Lucky, kochanie moje – zawiesił głos, jakby chciał, Ŝeby
dotarły do niej te dwa czułe słowa – nie rozczarowałaś mnie. Sądzę, Ŝe to się nie
zmieni.
Lucky bez tchu, z lekko rozchylonymi wargami, nie mogąc wydobyć z
siebie słowa, patrzyła na Sama idącego w stronę siłowni.
– Gotowa? – rzucił przez ramię.
– Gotowa. – Jak na skrzydłach pobiegła za nim i dogoniła go przy
drzwiach.
Po trzech kwadransach Lucky doskonale wiedziała, w jaki sposób Sam
zachował tak świetną sylwetkę. W odróŜnieniu od niej, początkowo
onieśmielonej wyglądem róŜnego rodzaju błyszczących metalem przyrządów
gimnastycznych, Sam poruszał się między nimi z pewnością stałego bywalca. Po
kolei pokazywał jej, do czego słuŜą, i ustawiał odpowiednią dla niej siłę. Starała
się skoncentrować na ćwiczeniach, ale tak naprawdę pochłonięta była osobą
Sama. Dopiero teraz mogła odkryć piękno jego ciała w ruchu.
Po ostatniej serii ćwiczeń na jego twarzy pokazały się kropelki potu.
Lucky, wręcz zahipnotyzowana, wpatrywała się, jak spływają w dół, po szyi, i
zwilŜają sportową koszulkę, na której wystąpiła plama znikająca poza linią paska
szortów. Nieświadomie zwilŜyła językiem suche usta. Jeszcze nigdy fizyczna
obecność męŜczyzny nie zrobiła na niej tak wielkiego wraŜenia. Odgarnęła mu
wilgotne włosy z czoła. Pragnęła Ŝaru jego ust. Chciała...
– Skończone. – Sam odstawił ostroŜnie sztangę. – Wspaniały trening.
– Mhm – zgodziła się słabym głosem – wspaniały. – Czuła, Ŝe nogi ma jak
z waty.
– Idziemy pod prysznic?
O, tak. Chłodny prysznic. MoŜe dzięki niemu odzyska jakoś równowagę
ducha.
– Jestem gotowa.
Sam z niewyraźną miną podąŜał za Lucky do szatni. Spod zmarszczonych
brwi obserwował podniecający ruch jej bioder. Osobiście jej poradził, Ŝeby
włoŜyła seksowny strój sportowy, więc teraz mógł winić tylko siebie za to, Ŝe się
czuł, jakby dostał obuchem w głowę.
Czy ona w ogóle się zorientowała, jak trudno mu było skupić się na
ć
wiczeniach, myślał. Czy uświadomiła sobie, Ŝe patrząc na jej napięte mięśnie i
wyginające się, spręŜyste ciało chwilami pragnął porwać ją w ramiona i zanieść w
jakieś ciemne i ustronne miejsce.
Widok ciała Lucky, tak ponętnego w obcisłym kostiumie, sprawił, Ŝe
musiał uŜyć całej siły woli, Ŝeby nie zaproponować przerwania ćwiczeń.
Wreszcie je zakończyli. Będzie ją miał tylko dla siebie. Byle jak
najprędzej.
Lucky szybko umyła się i ubrała. Widząc tłum kobiet oczekujących na
suszarki i dostęp do lustra, ułoŜyła włosy palcami i tylko nałoŜyła warstwę
błyszczku na wargi.
Sam juŜ czekał na nią przed drzwiami.
– Pospieszyłeś się – zauwaŜyła, gdy zmierzali w stronę wyjścia.
– Nie dziw się, przebywanie wśród nagich męŜczyzn jest mało
podniecające, gdy czeka piękna kobieta.
Lucky odwróciła głowę, Ŝeby ukryć uśmiech. CzyŜby nie tylko ona miała
nietypowe przeŜycia w czasie treningu?
– Gdzie teraz pójdziemy?
Sam otworzył drzwi i przepuścił Lucky przed sobą.
– Co powiesz na chińskie przysmaki?
– Pycha!
Restauracja, którą wybrał, znajdowała się w sąsiednim miasteczku. Była
niewielka i raczej bezpretensjonalna, lecz tej pozornej przeciętności zaprzeczały
tłumy jej entuzjastów tłoczących się przy drzwiach.
Sam skierował samochód za róg domu do bocznego wejścia,
prowadzącego wprost do kuchni.
– Och, pan Sam! – Chińczyk doglądający warzyw smaŜących się w
tłuszczu w ogromnym rondlu uniósł wzrok na widok wchodzącej pary. – Jak miło
znowu pana widzieć.
– Dobry wieczór, panie Kwan. – Obaj męŜczyźni wymienili niskie ukłony.
W tej samej chwili otworzyły się wahadłowe drzwi i do kuchni wpadł identyczny
Chińczyk, róŜniący się od pierwszego tylko tym, Ŝe trzymał w ręku kartę dań.
– Pan Sam i urocza dama. – ZłoŜył równieŜ z uśmiechem głęboki ukłon. –
Stolik jest przygotowany.
– Bliźniacy? – spytała Lucky szeptem, podąŜając za drugim panem
Kwanem do jadalni.
– Jest ich trzech – odpowiedział Sam po cichu. – Trzeci prowadzi
księgowość.
– Jak ich odróŜniasz?
– Wcale.
Pan Kwan usadził ich przy stoliku i przyjął zamówienie na aperitify. Gdy
odszedł, Lucky patrząc w stronę holu, gdzie ciągle czekali chętni goście, spytała:
– Nie masz wyrzutów sumienia, Ŝe tak wepchnęliśmy się przed innymi?
– Nie wepchnęliśmy się. Zamówiłem stolik telefonicznie. Wejście
kuchennymi drzwiami było po prostu wygodniejsze, to wszystko.
Chwilę później pan Kwan przyniósł napoje. Wprawdzie nadal trzymał
jadłospis, lecz im go nie podał.
– Wyjątkowa przyjaciółka pana Sama nie obawia się – oznajmił. –
Wybrałem dobre rzeczy. Będzie smakować.
– Nie mogę się wprost doczekać – odparła Lucky. – Jestem pewna, Ŝe
potrawy będą wyborne.
Po odejściu pana Kwana wyjęła z torebki niewielką białą kopertę.
– Mam coś dla ciebie.
– Co to jest?
– Otwórz i zobacz.
W kopercie znajdowały się dwa zdjęcia, oba zrobione na przyjęciu u Hala.
Na pierwszym Sam rozpoznał upozowaną przed Janice scenę: obejmował i
łaskotał śmiejącą się Lucky. Teraz zauwaŜył, Ŝe jej oczy miały wyraz radosnego
zdziwienia.
Drugie zdjęcie było całkowicie odmienne. Janice musiała uchwycić ich w
chwili, gdy zupełnie nie byli tego świadomi. Stali gdzieś z boku, Lucky opierała
głowę o jego ramię, a on gładził ją po włosach. Fotografia oddawała nastrój wręcz
błogiego spokoju i ukojenia.
Kiedy Lucky zobaczyła ją po raz pierwszy, była zdumiona.
– Nigdy tak nie wyglądaliśmy – oznajmiła stanowczo, odsuwając zdjęcie
na bok. – Kłóciliśmy się przez cały czas.
– Bujać to my, ale nie nas. – To był jedyny komentarz Janice. WłoŜyła
zdjęcia do koperty, zakleiła ją i napisała na niej nazwisko Sama. – Teraz mam
pewność, Ŝe doręczysz mu oba. MęŜczyźnie, który w mieszkaniu nie ma Ŝadnych
fotografii, potrzebna jest wszelka moŜliwa pomoc.
Wtedy Lucky była przekonana, Ŝe zdjęcia w ogóle Sama nie zainteresują,
lecz teraz, kiedy zobaczyła, jak starannie układa je na stoliku, uświadomiła sobie,
iŜ czeka ją niespodzianka.
– Wspaniałe – powiedział cicho, nieoczekiwanie wzruszony tym
podarunkiem.
– Które?
– Jedno i drugie. – Nieświadomie przesuwał palcem po brzegu drugiego
zdjęcia. Lucky zastanawiała się, czy Sam jest świadom, Ŝe się uśmiecha. – Czy
Janice ma negatywy?
– Tak, powiedziała, Ŝe moŜe je zniszczyć, jeśli sobie tego Ŝyczysz.
– Świetnie. – Sam wskazał pierwsze zdjęcie. – To doskonale pasuje na
biurko w moim gabinecie. JeŜeli kiedykolwiek wplączesz mnie w swoje
knowania, ono mi przypomni, Ŝe przez chwilę miałem nad tobą przewagę.
Roześmieli się oboje.
– A co z drugim?
– Ustawię je w sypialni, tuŜ koło łóŜka.
Lucky poczuła ogarniającą ją falę upajającego rozmarzenia. Wydawało się
jej, Ŝe w niewysłowionym spokoju i atmosferze czułości unosi się w jakiejś
cudownej przestrzeni, gdzie nic złego nie moŜe się stać. Ten nastrój nie opuszczał
jej przez całą kolację, nie miała zielonego pojęcia, co właściwie jadła, poza tym,
Ŝ
e wszystko było wspaniałe.
Wprawdzie nie dali się namówić na deser, lecz pan Kwan przyniósł im na
talerzu dwa ciasteczka szczęścia, w których ukryte były karteczki z
przepowiedniami.
Lucky sięgnęła po pierwsze z brzegu.
– Na ogół są to tylko idiotyczne przysłowia, ale i tak nigdy nie potrafię
oprzeć się ciekawości. – Wyjęła mały kartonik i przeczytała: – „Zdobędziesz
sławę”. Nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.
– Oczywiście, Ŝe dobrze. PrzecieŜ przyjemnie być sławnym.
– Tak jak Jesse James czy jak Richard Nixon? Nie zawsze moŜna szczycić
się rozgłosem.
– Ty na pewno nie masz powodów do obaw.
– Tak? A gdybym wzięła przykład z Loonie’ego Louie...?
– Ani mi się waŜ – przerwał jej ze śmiechem. – Jeśli kiedyś zobaczę świnię
biegającą po twoim parkingu, miej się na baczności.
– Przed kim?
Sam wolał nie odpowiadać na to pytanie i uznał, Ŝe najlepiej zmienić temat.
– Wiesz, zastanawiałem się nad twoim imieniem. Wszyscy w twojej
rodzinie mają zupełnie zwyczajne, a ty...
– ...trochę dziwne – dokończyła za niego. – To prawda.
– Chyba ci nie nadano takiego na chrzcie?
– Nie, skądŜe.
– No więc?
– To jest związane z pierwszymi literami imion dzieci w naszej rodzinie –
wyjaśniła, zabierając się za ciasteczko. – Kiedy byliśmy mali, ktoś – chyba Frank
– zauwaŜył, Ŝe imiona wszystkich dzieci układają się w porządku alfabetycznym:
Emma, Frank, Geoff, Hal, Isabel, Janice, Ken i Marete. Brakowało tylko litery
„L”, a moje imię nie pasowało. Wtedy tata powiedział: „imię niewaŜne,
szczęściem jest mieć ciebie”. I od tej pory jako szczęście rodziny zostałam
nazwana Lucky.
– Ja takŜe uwaŜam, Ŝe szczęściem jest mieć ciebie. Uśmiechnęła się
radośnie. Było jej lekko na sercu, czuła się niewypowiedzianie szczęśliwa.
– Nie przeczytałeś jeszcze swojej wróŜby. – Podsunęła mu drugie
ciasteczko.
Wyciągnął kartonik. Przez chwilę wpatrywał się weń w milczeniu, a potem
przeczytał wróŜbę na głos.
– „Co na kogo czeka, to go nie ominie”.
– PrzecieŜ to nie Ŝadna przepowiednia, tylko przysłowie.
– Nie byłbym taki pewien – odparł cicho. – Nie jestem z natury cierpliwym
człowiekiem, Lucky, a zdaje mi się, Ŝe na ciebie czekałem całe Ŝycie.
Była poraŜona siłą ogarniającego ją uczucia. Nie wiedziała do tej chwili, Ŝe
potrafiła czuć taką namiętność, jaką obudził w niej Sam.
– Sam?
Jego oczy lśniły w przyćmionym świetle blaskiem agatów.
– Tak?
– Jedźmy do domu.
ROZDZIAŁ 9
– Ja teŜ mam na to ochotę. Sam wstał od stolika i podpisał rachunek, który
jak za sprawą magii przyniesiono właśnie w tym momencie.
Gdy wyszli z restauracji, świat wydawał się być owiany czarowną
atmosferą tajemniczości i oczekiwania czegoś nadzwyczajnego, co miało się
zdarzyć jeszcze tego wieczoru.
Wsiedli do BMW i ruszyli przy akompaniamencie cichego pomruku
silnika. Lucky oparła głowę o zagłówek, pogrąŜona w cudownych marzeniach o
chwilach mających niedługo nadejść. Czuła się teraz najszczęśliwszą kobietą na
ziemi.
Tym większy szok przeŜyła kilka minut później, kiedy nagle z
samochodem zaczęło się dziać coś niedobrego.
Pierwszą oznaką kłopotów była wibracja i stukot silnika, który następnie
na niewielkim wzniesieniu w ogóle odmówił posłuszeństwa. Od tego momentu
sprawa z kaŜdą chwilą przybierała coraz gorszy obrót.
– Czy uda się nam dotrzeć do Cloverdale? – spytała.
– Nie sądzę. – Sam jeszcze przed całkowitym ustaniem pracy silnika
usiłował go uregulować pedałem gazu i dźwignią ssania. Teraz zapalił
sygnalizacyjne migacze, rozjaśniające nieco mrok panujący na ciemnej,
opustoszałej szosie. – Niech to licho!
Lucky rozejrzała się dookoła – nigdzie nie dostrzegła Ŝadnego światła. Sam
wyjął spod siedzenia latarkę.
– Wyjdę i rzucę na to okiem.
– Pomogę ci.
Spojrzał na nią i skinął głową. W otaczającej ich pomroce błyszczące oczy
Lucky wydawały się ogromne. Z wyrazu jej twarzy mógł wyczytać niepokój. I
coś jeszcze. Rozczarowanie? Bezwiednie pogłaskał ją po policzku.
– Okropnie mi przykro. Diablo Ŝałuję, Ŝe tak się stało.
– Ja teŜ. – Dotknęła palcami jego dłoni. – MoŜe sami potrafimy to
naprawić. A jeśli reperacja nie potrwa zbyt długo...
Nie dokończyła swej myśli. Nie musiała. Oboje wiedzieli, co zostało nie
dopowiedziane i co – na szczęście – było ciągle jeszcze moŜliwe.
Sam podniósł i umocował maskę. Lucky zapaliła latarkę, a on zaczął
sprawdzać mechanizm. Zaglądając ponad jego ramieniem i ona takŜe badała
wzrokiem elementy silnika. Dla dziewczyny wychowanej z czterema braćmi
urządzenia techniczne nie miały tajemnic. A obecność Sama była dodatkowym
bodźcem: samochód musi być naprawiony i to szybko.
Wszystkie przewody były w porządku. RównieŜ odgłosy dochodzące z
silnika przed awarią nie wskazywały na ich uszkodzenie. Lucky nieobecnym
wzrokiem patrzyła, jak Sam sprawdza kopułkę rozdzielacza i świece zapłonowe.
Nie znalazł Ŝadnej usterki.
– Dopływ paliwa – stwierdziła nagle. Sam uniósł głowę.
– Co masz na myśli?
– Przeanalizowałam objawy. ZałoŜę się, Ŝe masz w baku zanieczyszczoną
benzynę, która pozatykała dysze. Poczekaj moment. – Skierowała snop światła na
filtr paliwa. – Widzisz, jaki jest zabrudzony?
– Rzeczywiście – przyznał Sam bez entuzjazmu i przyniósł skrzynkę z
narzędziami. Lucky pogrzebała w niej i znalazła te, które były jej potrzebne.
Zbyt uradowana odkryciem przyczyn awarii, nie wyczuła rezerwy w głosie
Sama. Zabrała się do czyszczenia filtru, a on przyświecał jej latarką.
A niech to diabli, pomyślał. Powinien się cieszyć, Ŝe uszkodzenie okazało
się niegroźne. Poza tym przecieŜ opanowanie Lucky i jej umiejętność zaradzenia
trudnej sytuacji były godne podziwu. Lecz, prawdę mówiąc, jego odczucia nie
miały nic wspólnego z zadowoleniem. Skrzywił się ponuro. Był tu całkiem
zbędny. Tak właśnie się czuł. I ani trochę mu się to nie podobało.
Przyzwyczajony do samodzielności i niezaleŜności, nigdy łatwo nie
wyrzekał się tych atrybutów. Tymczasem Lucky zupełnie nie zastanowiła się nad
tym, w jakiej postawiła go sytuacji. Z typowym dla siebie zdecydowaniem po
prostu zabrała się do roboty, całkowicie go pomijając, i teraz stał jak manekin, z tą
cholerną latarką w ręce.
Obserwując Lucky przy pracy, Sam usiłował bezskutecznie przywołać na
nowo czuły i romantyczny nastrój, w jakim spędzili wieczór. Lucky potraktowała
jego uczucia z delikatnością walca drogowego, odrzuciła zarówno odruchy
opiekuńcze, jak i miłosny zapał. Nic nie pozostawało poza uznaniem dla jej
technicznych umiejętności, których – choć niechętnie – nie mógł jej odmówić.
Niestety, pomyślał posępnie, akurat tego rodzaju zalety nie wywołują u
męŜczyzny pokusy pójścia z kobietą do łóŜka.
– Zrobione – oznajmiła. – MoŜe wsiądziesz i wypróbujesz.
Silnik działał bezbłędnie. Lucky schowała narzędzia na miejsce i usiadła
koło Sama.
– Prawdopodobnie przewody takŜe są zanieczyszczone, jutro mechanik
powinien je sprawdzić. Oczyściłam tylko filtr.
– Dzięki za radę – odparł zimnym tonem – zastosuję się do niej.
Rzuciła mu złe spojrzenie i trzasnęła zbyt mocno drzwiami.
Tylko idiota mógłby nie zauwaŜyć milczącej dezaprobaty, z jaką Sam
obserwował ją w czasie reperacji samochodu. I tylko wariat mógłby mieć jeszcze
nadzieję na zrealizowanie niemoŜliwych juŜ do spełnienia marzeń.
Tak niedawno oboje byli szczęśliwi z poczucia łączących ich więzi. Teraz
zapanowało między nimi głuche milczenie. Lucky zupełnie nie rozumiała, co się
stało.
– No dobrze – powiedziała w końcu – wyduś to z siebie.
Rzucił jej krótkie spojrzenie, po czym znowu skierował wzrok na szosę.
– Co?
– Od kilkunastu minut jesteś ponury. Chciałabym się dowiedzieć dlaczego.
– Chyba przyczyna jest oczywista. Zawsze mi mówiono, Ŝe wszystko
naleŜy robić w odpowiedniej porze. Ale dopiero teraz ta teza została tak
przekonująco zilustrowana.
Lucky połoŜyła mu dłoń na ramieniu.
– To prawda, ale znowu jedziemy i nie jest tak bardzo późno.
– Wystarczająco. – Sam zdawał sobie sprawę, Ŝe zachowuje się głupio, lecz
nic nie mógł na to poradzić. – PrzecieŜ mówiłaś, Ŝe musisz wstać wcześnie rano.
– To juŜ mój kłopot.
Sam obrzucił ją gorzkim spojrzeniem.
– Ty nie będziesz w kłopocie. Widziałem cię w akcji. Rzucasz się na pracę
z szybkością torpedy i nie rozglądasz na boki.
A więc o to chodziło. Lucky cofnęła dłoń i złoŜyła ręce na kolanach.
– Nie spodobało ci się, Ŝe naprawiłam twój samochód.
– Tego nie powiedziałem.
– Nie musiałeś. – Westchnęła cicho, zastanawiając się, czy powinna była
postąpić inaczej. Nigdy nie dostosowywała swego zachowania do wymogów
Ŝ
adnego męŜczyzny. Nie zrobi tego nawet dla Sama.
– Wychowałam się w domu pełnym chłopców, zrozum. Całe sobotnie
popołudnia spędzałam z nimi na reperowaniu starych samochodów. Przykro mi,
jeŜeli weszłam ci w paradę, ale wiedziałam, co trzeba zrobić, i na myśl mi nie
przyszło, Ŝe powinnam się trzymać od tego z daleka. To wszystko.
To była prawda, nie miała Ŝadnych innych intencji, pomyślał Sam. Teraz
irytację zastąpiły wyrzuty sumienia. Jak to juŜ nieraz bywało, zwykłą
przyjacielską przysługę wytłumaczył sobie opacznie i uznał za próbę zamachu na
jego męskość. A ona nie zauwaŜyła jego uraŜonej godności, bo była tak cholernie
zajęta naprawą!
– Nie usprawiedliwiaj się – odparł szorstkim tonem – to ja powinienem cię
przeprosić. – Właśnie podjechali przed jej dom. Objął dłonią jej szyję, a potem
zagłębił palce we włosy. – Nic nie tłumaczy mego zachowania. No, moŜe trochę
fakt, Ŝe zwykle bywam szefem.
Lucky obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem.
– Ja takŜe.
Mimo wszystko Sam nie mógł się nie roześmiać.
– Nie masz zamiaru potraktować mnie według taryfy ulgowej?
– Nigdy.
– Tego się właśnie obawiam.
– To nieprawda – odparła z przekonaniem – takie postępowanie wzbudza w
tobie szacunek.
– Masz rację. – Przyciągnął ją nieco w swoją stronę. – Szanuję cię. W
przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tutaj.
Lucky wpatrywała się w jego wargi.
– Za późno na pochlebstwa, Donahue.
Uśmiechnął się do niej tym niesamowicie zmysłowym uśmiechem, pod
wpływem którego całkowicie topniała.
– Jesteś pewna? – spytał zduszonym głosem. Lucky poczuła nagle
ogarniający ją na nowo płomień poŜądania. Rumieniec wystąpił na jej policzki, a
całe ciało zadrŜało w oczekiwaniu.
– To zaleŜy.
– Od czego? Spojrzała mu w oczy.
– Od inwencji, z jaką będziesz mnie przekonywał o moich zaletach.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – przyrzekł. Pochylił się ku niej, ujął
jej twarz w dłonie i ich usta przywarły do siebie.
Lucky poczuła przejmujący dreszcz i zamknęła oczy. PołoŜyła mu dłonie
na piersiach i zacisnęła w palcach materiał koszuli, Ŝeby przyciągnąć go jeszcze
bliŜej. Poczuła ostry zapach męskiego ciała. Pod wpływem delikatnej pieszczoty
jego języka znowu przebiegł ją dreszcz.
Rozwarła wargi i przez długą chwilę, trwającą jakby ponad czasem, nic się
nie liczyło, poza tym namiętnym, upajającym pocałunkiem. Z mięśniami
napiętymi jak struny, oddychając nierówno, zatopił język w jej ustach, a palce we
włosach. Ciągle była za daleko. Zniecierpliwiony, usiłował przeciągnąć ją na swe
kolana, lecz mu się to nie udało w ciasnej przestrzeni samochodu.
– Do licha! – mruknął. – To szaleństwo.
Lucky powoli uniosła powieki i w świetle padających przez okno promieni
księŜyca zobaczyła bolesny wyraz jego twarzy.
– Sam...
Z rozdraŜnieniem potrząsnął przecząco głową. Jeszcze jedno jej słowo, a
straci nad sobą panowanie.
– Lepiej odprowadzę cię do domu, dopóki w ogóle jestem w stanie się
poruszać.
– Ale Sam...
I tym razem nie chciał jej słuchać, gwałtownym ruchem otworzył drzwi i
wprost wyskoczył z samochodu. Lucky obserwowała go z rezygnacją. JuŜ
wcześniej orzekł, Ŝe zrobiło się zbyt późno i najwidoczniej nic, co się między
nimi wydarzyło, nie zmieniło jego nastawienia. Podał jej rękę, pomagając
wysiąść z samochodu.
– Chyba powinnam być wzruszona, Ŝe ze względu na mnie tak się
przejmujesz późną porą – odezwała się, kiedy wchodzili na schody. Sięgnęła
kluczem do zamka i odwróciła się. Patrzył na nią niedowierzającym wzrokiem.
– Do licha, późną porą? – odparł przez zaciśnięte zęby. – Bałem się, Ŝeby
znowu coś się nie zepsuło.
Nic z tego nie rozumiała. Stała bez ruchu, więc Sam wyjął klucz z jej
bezwładnych palców i otworzył drzwi. Weszła do środka i niepewnie zapytała:
– Czy to znaczy, Ŝe masz zamiar do mnie wstąpić?
– Oczywiście, a ty myślałaś... – zamilkł, widząc jej niepewną minę. Ujął ją
za ramię i delikatnie odwrócił ku sobie. – JeŜeli tylko ty teŜ tego chcesz.
– Chcę – uśmiechnęła się drŜącymi wargami.
– Jesteś pewna?
– Całkowicie.
Pochwycił ją na ręce, w dwóch susach znalazł się w holu, zatrzasnął drzwi
nogą i podąŜył z nią w stronę schodów wiodących do sypialni. Lucky wdychała
piŜmowy zapach mocnego ciała Sama, słyszała jego nierówny oddech i czuła, Ŝe
on poŜąda jej tak samo, jak ona jego. Niosąc ją na górę, bezwiednie pieścił dłonią
jej biodro. ZadrŜała pod wpływem tej delikatnej, czułej a zarazem erotycznej
pieszczoty.
Do sypialni Lucky prowadziły pierwsze drzwi na piętrze. Padające poprzez
koronki firanek promienie księŜyca, jakby utkane ze świetlistej pajęczyny,
oświetlały drogę do łóŜka.
Sam doszedł do niego i nadal trzymając ją wpół, powoli wysuwał ramię
spod jej ud. Ocierając się o jego ciało zmysłowym ruchem, stanęła na podłodze.
Sam nie znał dotąd tak szaleńczego poŜądania. JuŜ wtedy, gdy całowali się
w samochodzie, zawładnęło nim całkowicie. Nigdy bardziej nie pragnął Ŝadnej
kobiety. Nigdy teŜ przedtem nie zdarzyło mu się tak porwać Ŝadnej kobiety swoją
namiętnością. I nadal nie dowierzał, Ŝe tym razem tak się stało. Ale wiedział na
pewno, Ŝe pragnie trzymać ją w ramionach i czuć podniecenie wtulonego weń
ciała.
Stała przed nim i rozchyliwszy mu koszulę na piersiach, zaczęła je pieścić
policzkami, wargami i gorącym oddechem. Zafascynowana gładką skórą, pod
którą rysowały się silne muskuły, i ciemnymi włosami, muskającymi jej twarz,
dotykała jego sutków, aŜ stwardniały pod jej palcami. Gorączkowe, pulsujące w
jej Ŝyłach poŜądanie stało się juŜ bolesne, czuła, Ŝe i on pragnie jej równie
rozpaczliwie.
– Lucky? – wyszeptał pytająco.
– Tak – odparła cicho – och, tak!
Rozbierali siebie nawzajem niecierpliwie, a gdy Sam zobaczył w świetle
księŜyca jej małe, jędrne piersi, a potem całe ciało jaśniejące jak alabaster,
wyszeptał w zachwycie:
– Wiedziałem, Ŝe jesteś taka. Cudownie doskonała.
Po chwili leŜeli juŜ przy sobie, obdarowując się najczulszymi
pieszczotami, aŜ wreszcie porwani zostali w inny wymiar istnienia. śadne z nich
nie wiedziało dotąd, Ŝe spełnienie moŜe być taką nieziemską ekstazą.
Powoli cichły ich przyspieszone oddechy. Długo leŜeli w milczeniu.
W pewnej chwili Sam, patrząc na Lucky z czułością, odgarnął z jej
wilgotnego czoła zwichrzone włosy. Miała zamknięte oczy, lecz na twarzy
malował się błogi wyraz. Z uśmiechem musnął ustami jej wargi.
– Widzę, Ŝe jesteś z siebie zadowolona.
– Właściwie – uchyliła jedno oko – jestem zadowolona z ciebie.
– W tych okolicznościach – Sam uniósł się na łokciu – przyjmuję twe słowa
jako komplement.
ROZDZIAŁ 10
Nadeszła niedziela, dzień festynu. Impreza od początku okazała się bardzo
udana i przebiegała bez Ŝadnych zakłóceń.
W ciągu poprzedzającego ją tygodnia Sam celowo trzymał się na uboczu,
gdyŜ wiedział, Ŝe Lucky jest bardzo zajęta, a nie chciał narzucać się ze swoją
pomocą, bo mogłaby ją potraktować jako wtrącanie się Sama w nie swoje sprawy.
Natomiast często rozmawiali przez telefon, a Sam obserwował z rosnącym
podziwem, jak Lucky świetnie sobie radzi z organizowaniem zabawy.
Rozwiązywała zarówno większe, jak i mniejsze trudności z tą samą niezawodną
skutecznością, z jaką pokonywała zawsze wszelkie Ŝyciowe problemy. Był z niej
dumny.
W ostatniej chwili udało się rozreklamować loterię, która wzbudziła
wielkie zainteresowanie, i w rezultacie sprzedano sporo losów. Samochód BMW,
główna nagroda, stał przez całą niedzielę na widocznym miejscu, pośrodku
parkingu. Za radą Sama został odgrodzony błękitną welwetową liną, Ŝeby nie
stanowił pokusy dla wścibskich rąk i lepkich palców. Zbierający się ciągle wokół
niego tłum rzucał tęskne spojrzenia, a ustawiona obok budka, w której
sprzedawano losy, była oblegana.
Około ósmej wieczorem, kiedy miało odbyć się losowanie, zebrano kilka
tysięcy dolarów, a podniecenie doszło do zenitu.
Samochód wylosowała nauczycielka ze szkoły podstawowej w Cloverdale,
co obwieszczono przy dźwięku fanfar. Wzruszona do łez, odebrała na podium
kluczyki z rąk Sama. Natychmiast otoczyła ich gromada reporterów lokalnych
gazet, którzy po obfotografowaniu zwycięzczyni, zwrócili się do Sama, stojącego
z Lucky nie opodal.
– Panie Donahue, czy moŜemy prosić o kilka słów?
– Bardzo proszę – uśmiechnął się uprzejmie Sam. Lucky usiłowała
wmieszać się w tłum, ale przytrzymał ją mocno za rękę.
– Czy to prawda, Ŝe cały dochód z loterii fantowej jest przeznaczony dla
Fundacji „Cloverdale na rzecz wyrównania szans”?
– Tak.
– To musi być spora suma.
– Jeszcze nie znamy ostatecznej kwoty – Sam przesunął Lucky w krąg
ś
wiateł reflektorów – a będzie ona tylko częścią zysku z festynu. Cała impreza
jest zasługą Lucky Vanderholden, która tak wspaniałomyślnie poświęciła tej
sprawie mnóstwo czasu i nie szczędziła wysiłków, Ŝeby festyn doszedł do skutku.
– Jeśli mowa o wspaniałomyślności...
Posypały się pytania ze wszystkich stron i odpowiadali na nie oboje. Lucky
zorientowała się szybko, Ŝe Sam unika tych, które dotyczyły jego udziału w
imprezie. Podkreślał raczej zasługi innych osób i w ogóle samej Fundacji.
Rzeczywiście nie wykorzystał loterii dla swych celów. Chyba był nawet
zadowolony, Ŝe udało mu się pomniejszyć własną rolę.
– Muszę ci coś powiedzieć – odezwała się Lucky, gdy reporterzy juŜ sobie
poszli. – Jesteś naprawdę bardzo miłym człowiekiem.
Oczy Sama zalśniły rozbawieniem.
– Miałaś jakieś wątpliwości?
– Raz czy moŜe dwa. – Uchyliła się ze śmiechem, bo Sam szturchnął ją w
bok i dodała: – Teraz juŜ trzy.
Tak prześlicznie wyglądała roześmiana, więc gdy chciała zejść z podium,
Sam zatrzymał ją i objął ramionami w mocnym uścisku. Zaraz jednak rozejrzał
się i doszedł do wniosku, Ŝe okoliczności nie są sprzyjające.
– BoŜe – mruknął cicho – ale z ciebie kusicielka. Lucky czytała w jego
oczach jak w otwartej księdze.
– Ani mi się waŜ – ostrzegła Ŝartobliwie – całe miasto zatrzęsłoby się w
posadach.
– Nie mam zamiaru całować cię w świetle reflektorów. – Sam objął ją
ramieniem, gdy schodzili po schodkach z podium. – Przyszedł mi do głowy
lepszy pomysł.
– Gdzie? – spytała bez tchu.
– Na szczycie diabelskiego młyna!
Lucky usiłowała przybrać minę pełną godności, kiedy Sam wsunął do ręki
obsługującemu urządzenie banknot i poprosił o uruchomienie koła. Wsiedli do
wagonika i zostali uniesieni pod rozgwieŜdŜone niebo. Po kilku obrotach
wagonik zatrzymał się na dole.
– Wiesz, jesteś niebezpieczny – powiedziała ze śmiechem.
– Wiem. – Wyciągnął ramiona, a Lucky przytuliła się do niego. Wydawało
się jej, Ŝe nadal wzlatuje ku gwiazdom.
Następnego dnia Lucky zatelefonowała do Sama zaraz po przyjściu do
biura.
– Halo? – odezwał się mało sympatycznym, roztargnionym głosem.
– To ja.
W jednej chwili ton jego głosu uległ zmianie.
– Właśnie myślałem o tobie.
– To zabrzmiało zachęcająco.
– Tak. Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby obsługujący koło
przytrzymał nas w wagoniku nieco dłuŜej.
– Sam! – Lucky udawała oburzoną, ledwie wstrzymując śmiech. – Nigdy
nie sądziłam, Ŝe moŜesz mieć takie ciągoty.
– Ani ja – odparł z humorem.
– Pozwól, Ŝe powiem, z czym telefonuję – zmieniła temat. – Mam dla
ciebie pewną propozycję.
– Strzelaj.
– Wolałabym nie przez telefon. MoŜesz mi poświęcić parę minut?
– Oczywiście, zaraz u ciebie będę.
Idąc do biura Lucky, podziwiał, jak szybko udało się jej doprowadzić teren
do porządku. Prawie wszystkie stoiska i urządzenia wesołego miasteczka zostały
w nocy wywiezione, a teraz pełna werwy ekipa usuwała pozostałe ślady zabawy.
– Siadaj – wskazała mu krzesło. Wstała i wyszła zza biurka.
– A więc masz dla mnie jakąś propozycję. Kiedy zaczynasz krąŜyć po
pokoju, przeczuwam kłopoty.
– Ale ja nie krąŜę.
– Jeszcze nie.
– Chcesz się dowiedzieć, jaki mam pomysł, czy nie? Sam załoŜył ręce na
piersiach.
– Zamieniam się w słuch.
To jest naprawdę fantastyczny pomysł, zapewniała się w duchu. Więc
dlaczego jeszcze się waha? Kiełkował w jej podświadomości od owej awarii
samochodu Sama na drodze. W ciągu ubiegłego tygodnia doszła teŜ do wniosku,
Ŝ
e współpracując ze sobą, jak przy festynie, razem mogą wiele dokonać. Z tego
punktu widzenia przystąpienie do wspólnie prowadzonej działalności handlowej
byłoby kolejnym wspaniałym osiągnięciem. śeby tylko Sam się zgodził.
– Proponuję, abyśmy rozwaŜyli wspólne poprowadzenie pewnego biznesu.
Tak jak przypuszczała, Sam uniósł brwi do góry, więc zaczęła szybko
wyjaśniać mu swe racje.
– Rozmyślałam o tym, jak na giełdzie zachwyciłeś się tym starym,
pięknym rolls-royce’em, i przyszło mi go głowy, Ŝe tego typu samochód stanowi
jakby pomost pomiędzy zupełnie odmiennymi rodzajami aut, którymi kaŜde z nas
handluje. Nie był nowy, ale wspaniały, i patrząc na niego wcale nie podziwiałeś
jego minionej świetności. On cię zauroczył jako nadal elegancki i wartościowy
samochód.
– To prawda. – ChociaŜ nie miał zielonego pojęcia, do czego ona zmierza,
uznał, Ŝe powinien jej wysłuchać.
– Nie wiem, czy się orientujesz, ilu ludzi interesuje się starymi
samochodami. Przywracanie ich do pierwotnego stanu jest bardzo intratnym
interesem.
– Lucky, gdybym chciał handlować uŜywanymi samochodami...
– Nie byle jakimi uŜywanymi samochodami – przerwała, zanim zdołał
dokończyć. – Chodzi o prawdziwe antyki, pojedyncze luksusowe modele, które
utraciły sprawność, co nie znaczy, Ŝe nie moŜna ich przywrócić do dawnej
chwały. Mam na myśli wozy, których wartość z upływem lat nie zmalała. Po
naprawie byłyby jak nowe, a za takie skarby uzyskuje się pierwszorzędną cenę.
Sam zamyślił się na chwilę. Nigdy w najmniejszym stopniu nie
interesowały go uŜywane samochody. Lecz teraz, wracając pamięcią do
przepięknego rollsa, doszedł do wniosku, Ŝe propozycja jest kusząca.
– Na jakich przesłankach opierasz załoŜenie, Ŝe nam się powiedzie?
Lucky teraz juŜ krąŜyła po pokoju, gestykulując w podnieceniu.
– Twoi mechanicy znają się znakomicie na luksusowych, zagranicznych
samochodach. Clem potrafi naprawić i uruchomić kaŜde auto, choćby nie wiem
jak stare. Ty masz dostęp do części zamiennych i lakierów, które byłyby
potrzebne, a ja wiem, kto jest najbardziej zorientowanym człowiekiem w tej
branŜy. Dlaczego miałoby się nam nie udać?
Sam uświadomił sobie, Ŝe się uśmiecha, słuchając tego płomiennego i
entuzjastycznego wywodu. Miał przed sobą uroczą kobietę interesu i patrzył na
nią z radością.
– Przemyślałaś juŜ główne zasady, a co z pozostałymi drobiazgami?
– Mianowicie?
– Kto będzie prowadził dokumentację, kto będzie podejmował decyzje?
Trzeba ustalić na samym początku, czy musielibyśmy konsultować się ze sobą
przy załatwianiu transakcji, czy teŜ obdarzymy się zaufaniem.
– To Ŝaden problem. Ja na pewno zaakceptuję kaŜdą decyzję, jaką
podejmiesz. Poza tym, jeśli przyznamy sobie uprawnienia do samodzielnego
działania, tym mniejsze prawdopodobieństwo, Ŝe coś ciekawego przegapimy.
– Zgoda.
– A jeśli chodzi o dokumentację, takŜe się nie upieram. Chciałbyś się tym
zająć?
Sam otaksował wiekową szafę na akta stojącą w kącie kantoru bezlitosnym
spojrzeniem.
– Tak, w moim biurze.
– Świetnie.
– Jest jeszcze jedna sprawa. Problemy zawodowe o mało juŜ nas kiedyś nie
rozdzieliły. Czy nie obawiasz się, Ŝe to się moŜe powtórzyć?
– No tak, ale pamiętam teŜ, Ŝe nieźle bawiliśmy się przy negocjowaniu
kompromisu. W sumie chyba warto podjąć takie ryzyko.
Sam poczuł nagle, Ŝe Lucky zaraziła go swoim entuzjazmem. Jej pomysł
rzeczywiście zasługiwał na uwagę. Uśmiechnął się.
– Więc w jaki sposób będziemy zdobywać te samochody?
– To znaczy, Ŝe się zgadzasz? Sam skinął głową.
– Ale – Lucky zająknęła się ze zdumienia – nawet nie uŜyłam moich
najmocniejszych argumentów.
– Zachowaj je. Nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne.
Nie czekając, aŜ Sam zmieni zdanie, Lucky wyciągnęła kartkę papieru i
szybko nabazgrała projekt ogłoszenia.
– Clem ma nosa do okazyjnych zakupów i nie byłabym zdziwiona, gdyby
upatrzył jeden lub dwa samochody. A tymczasem – podała Samowi papier – co
byś powiedział na umieszczenie tego w „Inquirer”?
– „Poszukiwane auta retro do remontu” – przeczytał na głos. – „Wszystkie
modele, bez względu na wiek. Płacimy najwyŜsze ceny”. Takie ogłoszenie moŜe
przyciągnąć uwagę, zwłaszcza wzmianka o cenach. A skoro o tym mowa – uniósł
wzrok – które z nas wyłoŜy kapitał zakładowy na początek?
– Obydwoje, oczywiście. Będziemy dzielić wydatki i zyski po połowie. –
Posłała mu szelmowskie spojrzenie. – Genialny pomysł oddaję za darmo.
– Aaa, dobrze, Ŝe powiedziałaś, mógłbym nie docenić tego gestu.
– Einsteina teŜ nie wszyscy doceniali.
– Na szczęście nie zajmował się uŜywanymi samochodami. – Sam włoŜył
kartkę papieru do kieszeni. – Jeśli chcesz, przekaŜę to do załatwienia w moim
biurze. Anons powinien się ukazać przed końcem tygodnia.
– Naprawdę się zdecydowałeś?
– Oczywiście, juŜ mówiłem. To dobry pomysł.
– Wiem, ale spodziewałam się, Ŝe poprosisz o czas do namysłu, będziesz
starał się zbadać sytuację na rynku, poczytać coś na ten temat. Miałam nadzieję,
Ŝ
e w końcu się zgodzisz, ale tak szybko... no, po prostu zdumiałeś mnie.
Prawdę mówiąc, on teŜ był zdziwiony swoim postępowaniem. Gdzie się
podziała jego wrodzona roztropność, którą tak się szczycił, gdzie chłodna
kalkulacja, bez której w przeszłości nie przystępował do interesów. Istotnie uznał
pomysł za nęcący, lecz rzucanie się w całą tę sprawę z taką pochopnością było
zupełnie nie w jego stylu.
Znał tylko jedną osobę podejmującą decyzje tak impulsywnie...
Spojrzał na Lucky zaczepnie.
– To wszystko twoja wina.
– Nie mam najmniejszych wątpliwości – zgodziła się szybko. PoniewaŜ
milczał, spytała: – Ale o co właściwie chodzi?
Sam chwycił dłońmi brzeg biurka i pochylił się ku niej.
– Dopóki cię nie spotkałem, byłem opanowanym, racjonalnie myślącym
człowiekiem. Zastanawiałem się, zanim skoczyłem, myślałem, zanim coś
powiedziałem...
– I myłeś zęby po kaŜdym posiłku?
– Mówię powaŜnie – odburknął. – Jest tylko jedno wyjaśnienie: przez twój
impet utraciłem całą swoją przezorność.
– Nieszczęsna twoja dola. – Lucky powstrzymywała śmiech.
– Powinno stać się odwrotnie – potrząsnął z irytacją głową. – To by było
sensowne.
– I stało się – zapewniła go ze śmiechem, lecz serio. – Odkąd poznałam
ciebie, jestem prawie konserwatystką. Niedługo zacznę nosić spódniczki w
szkocką kratę i głosować na republikanów.
Mruknął coś niezrozumiale. Najwidoczniej nie był przekonany o jej
rzekomej transformacji. Zanim jednak zdołał odpowiedzieć, ich rozmowę
przerwał potęŜny brodacz, który wetknął głowę przez otwarte drzwi i zapytał:
– Pani sprzedaje tu samochody?
– Tak, ja. – Lucky poderwała się zza biurka. – Zaraz się panem zajmę.
– Zanim się pani pofatyguje, proszę przyjąć do wiadomości, Ŝe na parkingu
nie ma Ŝadnych samochodów.
Przez moment patrzyła na niego pustym wzrokiem, lecz zaraz
oprzytomniała.
– Oczywiście. Musieliśmy przesunąć je na tyły w związku z festynem. Z
przyjemnością pana zaprowadzę...
– Proszę się nie spieszyć – machał ręką – i skończyć rozmowę, a ja je sobie
obejrzę.
– I tak juŜ muszę iść – powiedział Sam, gdy męŜczyzna się wycofał. – Tak
się jakoś składa, Ŝe przy tobie zapominam o całym świecie. Między innymi o
swojej firmie.
– Nie wiem, czy to ma być komplement – odparła – ale chyba wątpliwości
wytłumaczę na moją korzyść.
– Słusznie.
Lucky wyszła zza biurka, a Sam objął ją czule. Jego pocałunek był krótki,
lecz zniewalający. Kiedy uwolnił ją z ramion, kolana uginały się pod nią.
– Kolacja? – udało się jej wyszeptać drŜącym głosem.
– O wpół do dziesiątej rano? Spojrzała na niego wyczekująco.
– Obawiam się, Ŝe to nie będzie moŜliwe. – W jego głosie słychać było
prawdziwy Ŝal. Mimo to Lucky poczuła się głęboko rozczarowana.
– PrzyjeŜdŜa do miasta mój przyjaciel, tylko na jeden wieczór, więc
obiecałem, Ŝe się z nim spotkam.
– To wspaniale. – Od razu wrócił jej humor. – Bardzo chętnie go poznam.
– Chyba nie mówisz powaŜnie. Wiesz, co robią kumple z college’u, kiedy
się spotkają? Przesiadują godzinami nad piwem i wspominają dawne, dobre
czasy.
– Świetnie. – Lucky nie zamierzała rezygnować. Nie miała okazji poznać
rodziny Sama, więc była zachwycona perspektywą spotkania z kimś, kto był mu
bliski. – Będę siedzieć nad piwem i słuchać.
– JeŜeli naprawdę tego chcesz...
– Chcę. – Objęła go ramieniem i razem wyszli na parking.
– Peter ma się zjawić o szóstej. Podjedziemy po ciebie.
– Doskonale. – Lucky patrzyła, jak jej wspólnik długimi krokami zmierza
w stronę ulicy. Jeśli jemu nigdy nie przyjdzie do głowy, Ŝeby rozebrać dzielące
ich ogrodzenie, to być moŜe ona o to się pokusi. Niechętnie oderwała wzrok od
Sama i szybko ruszyła na tyły parkingu. MoŜe uda się jej coś sprzedać.
PotęŜny brodacz kupił sędziwą toyotę, której Lucky usiłowała się pozbyć
od kilku miesięcy. Samochód był wystarczająco obszerny, tak Ŝe masywne ciało
nabywcy mieściło się w nim swobodnie, jednak sądząc po odgłosach, jakie
wydawał silnik, toyota z największym wysiłkiem wiozła nowego właściciela w
czasie próbnej jazdy. Niemniej klient był zadowolony ze swego wyboru, a Lucky
wręcz zachwycona.
W zasadzie nie wierzyła w przesądy, lecz od dawna uwaŜała, Ŝe udana
transakcja w poniedziałek rano zapowiada dobry tydzień. Co by się potwierdziło,
gdyŜ po południu sprzedała drugi samochód. Dwa samochody sprzedane jednego
dnia to rekord w dziejach firmy „Najpiękniejsze Modele Minionych Sezonów”,
więc gdy przyszedł czas na zamknięcie biura, Lucky była w radosnym nastroju.
W duŜej mierze z powodu udanych transakcji, lecz takŜe ze względu na Sama. Ile
razy o nim myślała, zawsze odczuwała podekscytowanie. A gdy przypomniała
sobie, co przeŜywała w jego ramionach...
Ostatnio Lucky uświadomiła sobie, Ŝe jest w nim zakochana. W pierwszej
chwili przyjęła to odkrycie jako najbardziej naturalną i oczywistą rzecz pod
słońcem. Lecz po zastanowieniu ogarnęły ją smutniejsze refleksje. Ona go kocha,
jednak jeśli chodzi o jego uczucia, mogła się tylko ich domyślać. Miłość z wielu
względów jest szalonym ryzykiem. Czy mogła mieć nadzieję na wzajemność ze
strony męŜczyzny, który szczycił się swoją przezornością i rozwagą?
Skoro nie potrafiła udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, postanowiła się
nad nim dłuŜej nie zastanawiać. Sięgnęła po raporty księgowe z poprzedniego
miesiąca i zagłębiła się w rachunkach, lecz po kilku chwilach usłyszała chrzęst
opon samochodu Sama. Zamknęła księgę rachunkową i wybiegła mu na
spotkanie.
Zupełnie inaczej wyobraŜała sobie przyjaciela Sama, Petera DiNardo.
Szczupły, rudowłosy, piegowaty, wyglądał bardzo młodo. Patrząc w jego
marzycielskie niebieskie oczy, w których czaiły się iskierki uśmiechu, Lucky od
pierwszej chwili nie miała wątpliwości, Ŝe się polubią.
– Pojadę za wami swoim samochodem – powiedziała, gdy zostali sobie
przedstawieni. – Nie będziecie musieli mnie odwozić.
Po kilkunastu minutach dotarli do domu Sama i znaleźli się w jego kuchni.
Gospodarz zgodnie z zapowiedzią poczęstował ich piwem, lecz ledwie zdąŜyli się
usadowić, usłyszeli dzwonek u drzwi. Peter poderwał się, Ŝeby otworzyć.
– Spodziewasz się jeszcze kogoś? – spytała Lucky.
Sam rozluźnił węzeł krawata, zdjął go i rzucił na kuchenny blat.
– Kolacji.
– Wstydź się. Przyjechał do ciebie twój najlepszy przyjaciel, a ty tak go
podejmujesz?
– To był mój pomysł. – Peter wrócił z dwoma duŜymi pudełkami
aromatycznej pizzy. – Co moŜe być bardziej odpowiedniego do piwa?
– Zgadzam się z tobą całkowicie. – Lucky z błogim westchnieniem
wciągnęła ponętny zapach. Pizza przybrana apetycznymi dodatkami wyglądała
wspaniale. Sam podał talerze i serwetki, po czym cała trójka zabrała się ochoczo
do jedzenia. Dopiero po zaspokojeniu pierwszego głodu przyjaciele zaczęli
wspominać dawne czasy. Lucky słuchała ich z przyjemnością i zaśmiewała się
razem z nimi z opowieści o kolegach i profesorach ze studiów.
– Patrząc na niego – Peter wskazał Sama widelcem – na pewno byś nie
pomyślała, Ŝe kiedyś nosił włosy do ramion.
– To nieprawda – zaprotestował Sam stanowczo.
– No, niech ci będzie, trochę krótsze.
Na widok zakłopotanej miny Sama Lucky roześmiała się.
– Być moŜe – ustąpił Sam.
– Nie ma Ŝadnego „moŜe” – upierał się Peter.
– Mogę to udowodnić zdjęciami.
Lucky spojrzała na niego zaciekawiona.
– Nie wziąłem ich ze sobą, ale w domu mam sporo.
– Czy moŜesz mi jedno przysłać? – spytała. Sam spojrzał na nią
podejrzliwie.
– Po co ci ono potrzebne?
– Jeszcze nie wiem – odparła beztrosko. – A gdyby tak do szantaŜu?
–
Lepiej się zastanów. Przypominam ci, Ŝe widziałem fotografie zrobione z
okazji twojej matury.
– Och, tak. – Lucky uśmiechnęła się do Petera przepraszająco. – Wycofuję
się.
– Rozumiem. – Peter przyglądał się im przez chwilę, po czym zwrócił się
do Sama: – Wiesz, Lucky to kobieta dla ciebie.
Lucky poczuła, Ŝe się czerwieni, i szybko podniosła do ust szklankę z
piwem.
Peter zauwaŜył rumieniec i uśmiechnął się do niej.
– Szkoda, Ŝe nie widziałaś niektórych jego flam.
– Były ładne?
– Trudno powiedzieć. Na ogół tak sztywne, jakby kij połknęły.
– Powtórzę to twojej siostrze – usiłował się bronić Sam.
– PrzecieŜ nigdy nie umawiałeś się na randki z moją siostrą. TeŜ coś! –
Peter sapnął z oburzenia.
– Nie? – głos Sama był słodki jak miód. – A pamiętasz to lato w
uzdrowisku na półwyspie Cape Cod, gdzie sobie dorabialiśmy w czasie wakacji?
Wykłócali się na ten temat ze śmiechem, aŜ z talerzy zniknęły resztki
drugiej pizzy.
ROZDZIAŁ 11
– Oto on – oznajmiła Lucky z satysfakcją. Stała z Samem przed
dwudziestoletnim mercedesem. Został zakupiony przed paroma dniami i właśnie
teraz przyholowany na jej parking. – Wspaniały początek.
– Cieszę się, Ŝe tak uwaŜasz. – Sam pochylił się, Ŝeby zajrzeć do wnętrza, i
natychmiast tego poŜałował. Deska rozdzielcza była całkiem zniszczona, a
siedzenia pokryte wyleniałymi futrzakami. – Według mnie to ruina.
– Trzeba włoŜyć w niego trochę pracy, przyznaję.
– Trochę?
– No, moŜe sporo. – Lucky pogłaskała delikatnie palcami spłowiały dach
kabrioletu, jakby chciała pocieszyć krytykowane przez Sama auto. – Ale tego
przecieŜ się właśnie wspólnie podjęliśmy.
– To prawda – odparł. Dobrze pamiętał motto, jakie jej przyświecało:
„Przywrócić stare samochody do ich dawnej chwały”.
– Gdyby był w idealnym stanie, nie zrobilibyśmy na nim Ŝadnego interesu
– zauwaŜyła przytomnie.
– Jaki zysk moŜna mieć z samochodu, którego wartość nie przekracza
dwóch tysięcy dolarów?
– Zaufaj mi. Po remoncie będzie go moŜna sprzedać za dwadzieścia
tysięcy. Z łatwością.
Sam uśmiechnął się. Entuzjazm i optymizm Lucky były niezawodne. On
teŜ się cieszył, widząc radość w jej błyszczących piwnych oczach.
Oboje chcieli częściej ze sobą przebywać, lecz dostosowanie do siebie ich
rozkładów zajęć okazało się trudniejsze, niŜ się spodziewali. Za to w ciągu
ostatnich dziesięciu dni spotykali się na wspólnym lunchu w czasie przerwy w
pracy, gdyŜ jakoś udawało się im wygospodarować trochę czasu.
Na podstawie doświadczeń z przeszłości Sam uwaŜał, Ŝe to akurat tyle, ile
moŜe z jedną kobietą wytrzymać bez popadania w rutynę i nudę. Początkowo
zastanawiał się, czy tak częste spotkania nie przyspieszą rozwoju stosunków
między nimi, a tym samym nie doprowadzą do ich niechybnego końca.
Tymczasem Lucky nie przestawała go na nowo zadziwiać i zachwycać, aŜ
doszedł do wniosku, Ŝe w Ŝadnym wypadku nie grozi mu znudzenie. Kiedyś, gdy
była zajęta i nie mogła zjeść z nim lunchu, zdał sobie sprawę, Ŝe czekał na
spotkanie z nią jak na oŜywcze źródło w połowie cięŜkiego dnia pracy.
Jeszcze kilka miesięcy temu nie umiałby sobie wyobrazić, Ŝe jakaś kobieta
mogłaby znaczyć dla niego tyle co ona. Nigdy przedtem nie pozwoliłby sobie na
uzaleŜnienie się od kogokolwiek, zresztą i teraz by do tego nie dopuścił. Lecz
osoba Lucky zaczęła grać tak istotną rolę w jego Ŝyciu, Ŝe nie potrafił się od niej
uwolnić, absorbowała jego uwagę nawet na odległość.
Powoli, ale skutecznie pokonywała jego obronne zasieki. I Sam po raz
pierwszy, choć miał się za człowieka zdecydowanego, nie bardzo wiedział, co
robić. Czy uciekać na złamanie karku, czy wyciągnąć do niej rękę?
Stojąc koło mercedesa Lucky wpatrywała się w Sama spod ocieniającej
oczy dłoni. Była juŜ przyzwyczajona, Ŝe zdarzało mu się popadać w zamyślenie, i
w takich przypadkach powstrzymywała się od zadawania pytań.
Tym razem jednak wyglądał raczej na zmartwionego niŜ pochłoniętego
waŜnymi problemami.
– Martwisz się o swoje pieniądze ulokowane w naszym wspólnym
biznesie?
– AleŜ skąd. – Sam potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości. – Na
pewno masz rację, samochód będzie jak nowy. MoŜe Clem zająłby się silnikiem,
a ja przysłałbym dwóch ludzi, Ŝeby popracowali nad skrzynią biegów.
– Dobry pomysł. Wprawdzie mnie nie będzie, ale powiem Clemowi, Ŝe się
zjawią.
Spojrzał na nią zdziwiony, lecz zaraz sobie przypomniał.
– Ach, tak, wybierasz się na wesele, o którym wszyscy mówili na przyjęciu
u Hala. Na ile dni wyjeŜdŜasz?
Ciekawe, pomyślała. Powinna przeciwstawić się tej władczej nucie
brzmiącej w jego głosie, a tymczasem była chyba zadowolona.
– Nie będzie mnie do przyszłego poniedziałku.
– Tak długo?
– Mhm. – Zobaczyła, Ŝe zrobił kwaśną minę, więc dodała z uśmiechem: –
Rozumiem, Ŝe nie moŜesz juŜ zmienić swoich planów i wybrać się ze mną.
Zastanawiał się przez moment, lecz zaraz potrząsnął przecząco głową.
– Raczej wolałbym aplikować sobie Vanderholdenów w nieco mniejszych
dawkach niŜ weselne zgromadzenie. Poza tym nie mógłbym się teraz wyrwać na
cztery dni. Nie zamykasz na ten czas firmy, prawda?
– Nie Ŝartuj.
– Tak myślałem. Jeśli chcesz, mogę polecić któremuś z moich
sprzedawców, Ŝeby popilnował twoich spraw.
– Twój sprzedawca pracujący w firmie „Najpiękniejsze Modele Minionych
Sezonów”? Pewno poczytałby to za plamę na honorze.
Miesiąc temu nie przyszłaby mu do głowy taka propozycja, a zwłaszcza
obrona jej zawodowych interesów. Z zadowoleniem uświadomiła sobie, Ŝe
wreszcie zyskała w jego oczach aprobatę. Ciekawe, jak dalece?
– Dzięki, ale to niepotrzebne. Jest taki człowiek, konkretnie profesor.
Prowadzi wykłady w college’u i zawsze mi pomaga, kiedy muszę gdzieś
wyjechać. Porządkuje moje sprawy finansowe i twierdzi, Ŝe niektórzy moi klienci
wręcz go fascynują.
– Cieszę się, Ŝe wszystko sobie zorganizowałaś. – Sam nachmurzył się na
dźwięk własnych słów. Wcale nie to chciał powiedzieć. – Mam nadzieję, Ŝe
będziesz się świetnie bawiła – spróbował jeszcze raz. JuŜ było lepiej, lecz nie to
miał na myśli.
– Dzięki, spodziewam się, Ŝe będzie miło.
– Pozdrów ode mnie rodzinę.
Lucky powstrzymała uśmiech. Nigdy nie widziała Sama tak
zakłopotanego. To było zupełnie nowe doświadczenie.
– Oczywiście, przekaŜę twoje pozdrowienia. – Po chwili zapytała: – Masz
do mnie coś jeszcze?
Z wyczekującym spojrzeniem podniosła ku niemu twarz. Ujął ją w obie
dłonie.
– Będę za tobą tęsknił – powiedział cicho. Lucky połoŜyła ręce na jego
dłoniach. Naprawdę Ŝałowała, Ŝe Sam nie moŜe jej towarzyszyć.
– Mnie teŜ będzie cię brakowało.
– Oby tak było – odburknął groźnie. Zdziwiła go własna porywczość.
– Będzie. – Cichej odpowiedzi Lucky towarzyszyło jeszcze cichsze
westchnienie.
Tak jak Lucky przewidywała, wesele jej kuzyna było hucznym przyjęciem.
Z grubsza licząc, około połowa z dwustu gości była ze sobą w jakiś sposób
spokrewniona, a jeŜeli Vanderholdenowie potrafili coś dobrze robić, to właśnie
urządzać zabawy. Lucky jako członek bliskiej rodziny została z miejsca
zatrudniona przy przygotowaniach i nie miała chwili czasu dla siebie. ZdąŜyła
tylko wziąć prysznic przed samym przyjęciem, które trwało całą noc. Wcale się
zresztą nad sobą nie uŜalała, przeciwnie, chętnie we wszystkim pomagała, bo
czuła, Ŝe ostatnio ogromnie zaniedbała rodzinę, choć przecieŜ w pracy nie miała
Ŝ
adnych absorbujących ją kłopotów. Postanowiła więc wykorzystać dłuŜszy
weekend na nadrobienie zaległości w stosunkach rodzinnych, a zwłaszcza na
wysłuchanie najświeŜszych ploteczek.
Niemniej z pewną ulgą późnym wieczorem w poniedziałek skierowała
swój samochód w stronę domu. Po dobrze przespanej nocy we wtorek rano
przybyła do biura wypoczęta i gotowa na wszystko.
ZdąŜyła właśnie usiąść przy biurku, gdy usłyszała zatrzymujący się przed
bramą samochód. W chwilę później w drzwiach ukazał się chudy młodzieniec w
grubych okularach, ze strzechą jasnych włosów. Wszedł do biura i rozejrzał się
dookoła.
Lucky po latach doświadczeń zawodowych potrafiła od razu ocenić
klienta. Ten, prawie jeszcze nastolatek, nie bardzo wyglądał na nabywcę
samochodu i był raczej speszony.
Wstała szybko zza biurka z wyciągniętą dłonią, Ŝeby go trochę ośmielić.
– Jestem Lucky Vanderholden – uśmiechnęła się ciepło. – Czym mogę
słuŜyć?
– Ja... czytałem pani ogłoszenie. – Patrzył na jej dłoń przez chwilę pustym
wzrokiem, otarł rękę o nogawkę spodni i dopiero wtedy uchwycił jej palce w
krótkim uścisku. – Nazywam się Dewey Phillips.
– Miło mi cię poznać, Dewey. – Lucky wskazała mu krzesło. – MoŜe
zechcesz usiąść.
– Chyba tak. – Przesunął krzesło w stronę biurka, szurając nim po
podłodze.
– Dałam kilka ogłoszeń w prasie. Które masz na myśli?
Dewey poprawił okulary na nosie i spojrzał na Lucky wzrokiem pełnym
nadziei.
– To o kupnie starych samochodów. No, wie pani, najwyŜsze ceny.
– Taak – zaczęła powoli – jestem zainteresowana kupnem samochodów.
Ale nie chodzi mi o zwykłe, stare samochody, szukam naprawdę zabytkowych
modeli.
– Mój jest właśnie taki. – Nagle twarz Deweya rozjaśniła się entuzjazmem,
który zadziwiająco go odmienił. – To Thunderbird z 1956 roku. Ma
ośmiocylindrowy
silnik
o
mocy
202
koni
mechanicznych,
to
kabrioletli-muzyna...
– Uaaa! – Lucky uniosła dłoń, Ŝeby powstrzymać potok jego słów. –
Wszystko brzmi cudownie. Chyba takiego właśnie szukam. Kiedy będę mogła go
obejrzeć?
– Zaraz. Stoi przed bramą.
– Chcesz powiedzieć, Ŝe jest na chodzie?
– Oczywiście, gdyby nie jeździł, nie bardzo zasługiwałby na miano
samochodu.
Lucky wyszła z biura i stwierdziła, Ŝe samochód był jeszcze wspanialszy,
niŜ to wynikało z opisu Deweya. Niewielki, kremowy, o ładnej linii, miał okna
osadzone w metalowych listwach, a nad tylnym zderzakiem zapasową oponę.
Jednym słowem – marzenie.
Lucky odetchnęła głęboko i zwróciła się zdumiona do chłopaka.
– Chcesz naprawdę sprzedać taki samochód?
– Oczywiście – odparł uraŜonym tonem. – W przeciwnym razie nie byłoby
mnie tutaj.
Coś się tu nie zgadzało, pomyślała Lucky, obserwując pełną wyrazu twarz
Deweya, ujawniającą dwa zupełnie sprzeczne ze sobą uczucia. Kiedy mówił o
wozie, oŜywiał się, na wzmiankę o jego sprzedaŜy wyraźnie przygasał. Nie
wszystko jeszcze zostało powiedziane i Lucky była zdecydowana dowiedzieć się
czegoś więcej.
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, poproszę mego mechanika, Ŝeby go
obejrzał, a my pójdziemy do biura i porozmawiamy, dobrze?
– Oczywiście.
Wywołała Cierna z garaŜu. Dewey wręczył mu kluczyki i z trudem
odrywając oczy od samochodu, podąŜył za Lucky do biura.
– A więc – wyciągnęła kartkę papieru do zanotowania potrzebnych danych
– skąd masz ten samochód?
– Od ojca. – Dewey machinalnie przesuwał palcami po bocznym szwie
spodni.
– To był prezent?
– Właściwie spadek, ojciec nie Ŝyje. – Podniósł na nią wzrok, jakby
uderzyła go jakaś myśl. – Niech się pani nie obawia, papiery są w porządku.
Lucky skinęła głową i zrobiła notatkę.
– Kiedy twój ojciec kupił ten samochód?
– W 1956 roku, wprost ze składu. Musiał na niego oszczędzać przez trzy
lata, ale zawsze powtarzał, Ŝe się opłaciło.
Lucky zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
– Więc twoja rodzina miała go przeszło trzydzieści lat?
– Taak. – Dewey pochylił nagle głowę. – Jest starszy ode mnie.
– I masz zamiar go sprzedać?
– Taak, pewnie. Dlatego tu jestem.
– Ale nie bardzo cię to cieszy, prawda? Wzruszył bezradnie ramionami.
– Nie mam wyboru. Mama jest chora. Potrzebne są pieniądze.
Lucky zrobiła kolejną notatkę, gdy w drzwiach ukazał się Clem. W
milczeniu uniósł do góry kciuk. Skinęła mu głową i wróciła spojrzeniem do
Deweya. Nagle wydał się jej jeszcze młodszy. Bardzo chciała mieć Thunderbirda,
lecz jeszcze bardziej pragnęła, Ŝeby chłopak mógł go zatrzymać.
– Czy to jedyny sposób zdobycia pieniędzy? – spytała łagodnie. – Czy tam,
gdzie pracujesz, nie ma kasy zapomogowej?
Dewey zdziwiony uniósł wzrok.
– Proszę mi wierzyć, gdyby była jakaś inna moŜliwość... – Potrząsnął
głową z rezygnacją. – Problem polega na tym, Ŝe pracuję samodzielnie,
opracowuję programy komputerowe, wie pani? Dobrze mi idzie, nawet bardzo. I
właśnie teraz rozwijam nowy pomysł. – Twarz Deweya ponownie się rozjaśniła.
– JeŜeli go sprzedam, wynagrodzenie będzie wysokie. Właśnie juŜ prowadzę na
ten temat rozmowy.
– A moŜe ludzie, z którymi masz zawrzeć umowę, daliby ci zaliczkę? –
podsunęła Ŝyczliwie. Ten młody, powaŜny człowiek przypominał jej trochę
Kena, a nawet Hala. Nagle uzmysłowiła sobie, Ŝe bardziej pragnie przyjść mu z
pomocą, niŜ zawrzeć korzystną transakcję.
– To byłoby moŜliwe dopiero po podpisaniu kontraktu, a rozmowy mogą
potrwać jeszcze wiele tygodni. Moja mama nie moŜe tak długo czekać.
– Rozumiem.
– Ale tak sobie teraz pomyślałem... – Dewey spojrzał na Lucky z nadzieją –
...Ŝe jak sprzedam swój program, to mógłbym tu wrócić, to znaczy, mam na myśli,
Ŝ
e przecieŜ mógłbym odkupić samochód, chyba nic nie stałoby na przeszkodzie,
prawda?
– No nie – odparła z namysłem – pod warunkiem, Ŝe jeszcze byłby do
sprzedania. – Nie chciała mu mówić, Ŝe tak piękne auto długo nie pobędzie na
składzie.
– Więc widzi pani, moŜe się jeszcze wszystko dobrze ułoŜy.
Przez wzgląd na Deweya zdołała się uśmiechnąć.
– Być moŜe. To teraz przystąpmy do interesu.
Sama określiła cenę, która wydawała się jej odpowiednia, gdyŜ Dewey nie
potrafił wycenić samochodu i w ciągu kilku minut umowa została zawarta. Lucky
wręczyła mu czek, a potem wyszła z nim na parking. Patrzyła, jak chłopak Ŝegna
się ze swoim Thunderbirdem i idzie w kierunku przystanku autobusowego.
W kantorze czekał na nią Clem.
– Trochę pracy trzeba będzie włoŜyć w ten wóz – oznajmił. – Ale nieduŜo.
JeŜeli chcesz, mogę się zaraz do niego zabrać.
– Nie ma potrzeby – odparła stanowczo. – Chyba postoi tu trochę dłuŜej.
– Nie takie cacko. Sprzeda się migiem.
– MoŜe tak – odparła w zamyśleniu – a moŜe nie.
Około południa zatelefonowała do Sama, Ŝeby sprawdzić, czy będzie
wolny w porze lunchu. Po czterech dniach nieobecności chciała się z nim jak
najszybciej zobaczyć. Tymczasem zamiast Sama odezwał się Joe Saks.
– Sam polecił mi udzielić pani informacji.
– Co się stało?
– Jest chory, ma jakąś infekcję wirusową. Wczoraj nas zawiadomił, Ŝe
przez parę dni go nie będzie.
Lucky zaniepokoiła się.
– To chyba nic powaŜnego, prawda?
– Nie, prawdopodobnie grypa. Prosił, Ŝeby pani powiedzieć, Ŝe zadzwoni,
jak się juŜ pozbiera i wstanie.
– A kiedy wstanie? I kto się nim teraz opiekuje?
– Nie mam pojęcia. Sam w czasie choroby zachowuje się jak ranny
niedźwiedź, nie chce niczyjej pomocy.
– No, to się dopiero okaŜe – mruknęła pod nosem. Jeszcze zanim usłyszała
buczenie sygnału w słuchawce, podjęła decyzję.
Po pracy zrobiła zakupy, potem przez jakiś czas była zajęta gotowaniem.
Około siódmej z koszykiem pełnym jedzenia wyruszyła z domu, Ŝeby złoŜyć
choremu wizytę.
Sam nie reagował na dzwonek do drzwi, więc Lucky zaczęła głośno pukać
i zawołała:
– Sam?! To ja, Lucky!
Po dobrej minucie usłyszała odgłos otwieranego zamka. W uchylonych
drzwiach ukazała się głowa Sama. Był blady, miał załzawione oczy i widok
Lucky raczej nie sprawił mu szczególnej przyjemności.
– Jestem chory – oznajmił. – Nie rozmawiałaś z Joe’em?
– Rozmawiałam i dlatego tu jestem. – Lucky usiłowała bezskutecznie
otworzyć szerzej drzwi. Nawet nie drgnęły. – Nie wpuścisz mnie do środka?
– Nie. – MoŜe ton jego głosu miał być stanowczy, ale zabrzmiał tylko
zrzędliwie.
– Jak masz zamiar się wyleczyć, skoro nikt się tobą nie zajmuje?
– Tak jak zawsze – odparł powoli, jakby mówienie przychodziło mu z
wysiłkiem. – PoleŜę w łóŜku i wypocę się.
– Bzdura. Przyniosłam ci sok i własnoręcznie ugotowaną moją niezwykłą
zupę. Pozwól mi przynajmniej zostawić to w kuchni.
Pokręcił przecząco głową.
– Nie będę jadł, bo czuję się fatalnie.
– Słuchaj, ja tylko...
– Lucky! – Rzucił jej zbolałe spojrzenie. – Nie cierpię przyjmować gości w
czasie choroby.
– Doskonale, podobnie jak ja. Nie traktuj mnie jak gościa, tylko jak
pielęgniarkę.
– Ja nie potrzebuję pielęgniarki.
Tym razem go zaskoczyła i popchnęła drzwi tak, Ŝe mogła się przez nie
prześlizgnąć.
– Czy ktoś juŜ ci mówił, Ŝe jesteś bardzo agresywną kobietą?
– Kilka osób. Staram się nie zwracać na to uwagi.
Teraz stał koło niej w całej okazałości i Lucky uświadomiła sobie z
pewnym niepokojem, Ŝe jego jedynym strojem były spodnie od piŜamy, zsunięte
poniŜej pasa i ledwo trzymające się na szczupłych biodrach. Kiedy skierował się
w stronę holu, otwarcie gapiła się na to ciało z całym podziwem, na jaki
niewątpliwie zasługiwało.
Kichnął potęŜnie, co przypomniało jej o właściwym celu wizyty.
– Czy zdajesz sobie sprawę, Ŝe mogę cię zarazić?
– spytał gderliwie.
– Zaryzykuję.
– A poza tym – zatrzymał się w drzwiach sypialni – jesteś zdana na samą
siebie, ja nie jestem w stanie cię zabawiać.
– A kto cię o to prosi – burknęła pod nosem. Idąc w stronę kuchni rzuciła
okiem do sypialni. Sam właśnie kładł się do łóŜka.
Lucky przelała zupę do garnuszka, wstawiła go do kuchenki mikrofalowej i
przygotowała pełną szklankę soku.
Wbrew protestom Sama była święcie przekonana, Ŝe trochę czułej troski
dobrze mu zrobi. Takiej, jakiej ona doświadczała. Wręcz mile wspominała
choroby przebyte w dzieciństwie. Wszyscy koło niej skakali i starali się ją
kurować.
A jeśli nie pomoŜe mu kobieca troskliwość, to jeszcze została uzdrawiająca
moc cudotwórczego rosołu według receptury jej mamy.
Ustawiła miseczkę zupy, szklankę soku i talerzyk krakersów na tacy. Gdy
tylko przekroczyła próg sypialni, Sam otworzył jedno oko i oznajmił stanowczo:
– Nie jestem głodny.
– Tak ci się tylko zdaje. – Lucky ustawiła tacę na stoliku stojącym koło
łóŜka i podłoŜyła Samowi pod plecy dodatkową poduszkę. – Siadaj.
– Czy muszę?
– Tak.
– Nikt cię nie prosił, Ŝebyś odgrywała rolę Florence Nightingale – zrzędził
dalej, siadając na łóŜku.
– Ciebie równieŜ nikt nie prosił, Ŝebyś zachowywał się jak pięcioletnie
dziecko, a jednak wygląda na to, Ŝe nie masz zamiaru przestać. – Lucky
przestawiła tacę na łóŜko. – Teraz masz jeść.
– Twoje podejście do chorego pozostawia wiele do Ŝyczenia.
– Twoje zachowanie takŜe – odparła słodkim głosem. – Spróbuj zupy.
Sam spojrzał na miseczkę sceptycznie.
– Nie lubię zup.
– Świetnie. – WłoŜyła mu łyŜkę do ręki. – Wcinaj.
– Chyba nie wierzysz w tę bzdurę, Ŝe rosołem moŜna wyleczyć kaŜdą
chorobę.
Wierzyła, ale nie było sensu dyskutować na ten temat.
– Jeszcze nie straciłam całkiem cierpliwości.
– Robisz, co w twojej mocy, Ŝeby mi uprzykrzyć chorobę, więc chyba
lepiej juŜ zgodzić się na wszystko i szybko wyzdrowieć.
Powstrzymała cisnącą się na usta ciętą odpowiedź, bo Sam właśnie
zanurzył łyŜkę w zupie i zaczął jeść. Niech psioczy, byleby tylko udało jej się
wmusić w niego trochę pokarmu. Musiał być naprawdę bardzo słaby, gdyŜ
zjedzenie rosołu i wypicie pół szklanki soku zajęło mu prawie piętnaście minut.
Zabrała tacę, wyjęła dodatkową poduszkę, a Sam połoŜył się znuŜony.
– Teraz odpoczywaj – powiedziała. – Zajrzę do ciebie za chwilę.
– Mmm – wyraził zgodę. – Lucky? Zatrzymała się w drzwiach.
– Dzięki.
Więc ten cały trud nie poszedł na marne, skoro w końcu padło to jedno,
proste słowo, pomyślała, zmywając w kuchni naczynia. Potem poszła do salonu i
zaczęła przeglądać jakiś ilustrowany tygodnik. No, cóŜ, Sam nie był winien, Ŝe
nikt nie otaczał go troskliwością. Ani ona, Ŝe musiała ją okazać.
Pół godziny później zajrzała do sypialni. Spał spokojnie. Lecz gdy weszła
do niego po następnej godzinie, kołdra i poduszki leŜały na podłodze, a on
niespokojnie przewracał się na łóŜku. PołoŜyła mu dłoń na czole – płonęło
gorączką.
Pobiegła do łazienki i w apteczce znalazła aspirynę. Wzięła dwie tabletki,
szklankę wody i wróciła do sypialni. Sam był półprzytomny i cicho jęczał.
– Musisz połknąć te pastylki. – Wsunęła mu ramię pod plecy i podparła go.
– Co to jest?
– Aspiryna, z twojej apteczki. – Podtrzymywała go, gdy łykał pigułki i
popijał je wodą, a potem ułoŜyła z powrotem na poduszkach.
– Przepraszam, nie jestem najlepszym gospodarzem – zamruczał
niewyraźnie.
Gdyby nie był w takim złym stanie, chyba by się roześmiała.
– Nie martw się. Świetnie dajesz sobie radę.
– Paskudnie się czuję.
– Wiem – powiedziała cicho, uspokajającym tonem. – LeŜ spokojnie,
lekarstwo zaraz zacznie działać. Przyniosę ci zimny kompres.
Znalazła ręcznik w szafce koło umywalki i zmoczyła go zimną wodą.
Weszła z jasno oświetlonej łazienki do ciemnej sypialni, gdzie ciało Sama
pośrodku łóŜka rysowało się jak ledwo widoczny cień. Gdy jej oczy przywykły
do mroku, zobaczyła, Ŝe leŜy na plecach z jednym ramieniem ponad głową i
zamkniętymi oczami. Druga ręka spoczywała na piersi, palce zaciskały się na
brzegu prześcieradła. Zalała ją fala czułości na widok Sama umęczonego chorobą
i całkiem bezbronnego. Nic nie pozostało z jego szorstkości, którą czasami
okazywał światu.
Była mu potrzebna, bez względu na to, czy zdawał sobie z tego sprawę, czy
nie. Ten duŜy, silny i niezaleŜny męŜczyzna potrzebował jej pomocy. Doznawała
dwóch uczuć naraz: współczucia i zadowolenia.
Delikatnie połoŜyła mu na czole chłodny ręcznik. Westchnął, lecz nie
otworzył oczu. Przysiadła na brzegu łóŜka. Wypieki zaczęły stopniowo
ustępować z policzków Sama, a oddech się uspokajał. Odgarnęła mu mokre
kosmyki z czoła.
– Mów do mnie – szepnął.
– Chcesz usłyszeć bajkę na dobranoc?
– Niekoniecznie. – Otworzył jedno oko. – Opowiedz, jak ci minął dzień.
Nie wyglądał na szczególnie tym zainteresowanego, lecz Lucky z
przyjemnością spełniła jego Ŝyczenie. Opowiedziała mu o Deweyu Phillipsie,
którego piękny samochód stał teraz na tyłach jej parkingu.
– Oczywiście – zakończyła swą relację – nie moŜemy go sprzedać. Musimy
dać chłopcu wystarczająco duŜo czasu, Ŝeby stanął na nogi.
– Chyba masz rację – odparł sennie.
– Wiedziałam, Ŝe się ze mną zgodzisz.
Prawie od razu zapadł w drzemkę, a po krótkiej chwili juŜ smacznie spał.
Lucky pochyliła się i lekko dotknęła ustami jego policzka. Jednodniowy zarost
połaskotał jej wargi. Roześmiała się cicho i ogarnęła go tkliwym spojrzeniem. To
tak jest, pomyślała, gdy się naprawdę kocha. Patrzy się na męŜczyznę i wie, Ŝe
chce się z nim spędzić resztę Ŝycia.
Sam poruszył się i przewrócił na drugi bok.
– Niewdzięcznik – szepnęła czule. Wstała, wyszła z sypialni na palcach i
zamknęła za sobą drzwi.
Następnego dnia rano Lucky wstąpiła do Sama w drodze do pracy. Tym
razem, gdy otworzył jej drzwi, widać było, Ŝe jest juŜ o wiele silniejszy, choć
zaraz wrócił do łóŜka.
– Widzę, Ŝe zrezygnowałaś z dalszego karmienia mnie zupą – powiedział z
zadowoloną miną do Lucky idącej za nim do sypialni.
– Jeszcze sporo zostało z wczorajszego dnia – oznajmiła, odsuwając
zasłony w oknach.
– Na pewno.
– Masz zamiar podawać w wątpliwość skuteczność mojej cudownej
kuracji? – Lucy uniosła pytająco brwi.
– Grypa zwykle mija. Mnie teŜ juŜ prawie przeszła.
– Jasne. – Podeszła do łóŜka i poprawiła poduszki.
– Daj z tym spokój. – Sam chwycił ją za rękę.
– Z czym? – spojrzała na niego zdumiona.
– Ze wszystkim, z całą tą krzątaniną. Nie moŜesz mi pozwolić pochorować
w spokoju?
Zastanawiała się przez długą chwilę. Jeszcze nie tak dawno, poprzedniego
wieczora rozmyślała o swojej miłości do Sama, którą ujrzała w pełnym blasku.
Teraz postanowiła ukryć ją tak głęboko, Ŝeby nawet on nie potrafił się domyślić
jej istnienia.
– Nie – odparła wreszcie. – Nie mogę. Podparty na poduszkach spojrzał na
nią złym wzrokiem.
– Nie chciałbym, Ŝebyś się przeze mnie spóźniła do pracy. – Spojrzał
wyraźnie na drzwi.
– Dobrze, juŜ dobrze – rozłoŜyła ręce w geście kapitulacji. – Wychodzę.
Osiągnął swój cel, ale jakoś nie sprawiło mu to przyjemności. To prawda,
zachował się dość grubiańsko, ale jego ostentacyjnie niegrzeczne maniery nie
zrobiły na Lucky wraŜenia.
– To cię po prostu dobija, prawda? – Stała juŜ w drzwiach.
– Co?
– śe jesteś od kogoś uzaleŜniony, choćby troszeczkę. – Zamknęła za sobą
drzwi.
Lucky wtargnęła w jego Ŝycie nagle, jak grom z jasnego nieba, tak Ŝe w
ogóle nie wiedział, co się z nim dzieje.
Czy moŜna winić go za to, Ŝe chciał wreszcie sam pokierować
wydarzeniami?
Zapewne nie. Ale niepotrzebnie tak burczał. Chciała mu tylko pomóc.
Kiedy zrobiła to poprzednio, pozwolił, Ŝeby głupi samochód stał się kością
niezgody. Tym razem nie moŜe popełnić podobnego błędu. Wieczorem ją
przeprosi i wszystko naprawi. Pozostał mu cały dzień na rozmyślanie, jak ma się
najlepiej do tego zabrać.
ROZDZIAŁ 12
Przez całe przedpołudnie Lucky gratulowała sobie podjęcia decyzji, Ŝe nie
odwiedzi Sama po pracy, zaś całe popołudnie wyzywała się od idiotek, gdyŜ
wiedziała, Ŝe do niego wstąpi.
Prawdziwie wyemancypowana kobieta powinna powiedzieć mu, Ŝeby
poszedł do diabła, zapewniała się w duchu. Jednak cichy, wewnętrzny głos
zapytywał ją, która prawdziwie wyemancypowana kobieta zna na pamięć przepis
mamy na rosół? Cały problem polegał na tym, Ŝe ona nie po to przyszła na świat,
Ŝ
eby pozostawać obojętną na problemy innych. A teraz zamierzała się upewnić,
czy Sam poczuł się lepiej. Choćby jej troska nie była mile widziana.
Nie musiała dzwonić do drzwi, bo były nieco uchylone. Weszła i zawołała:
– Sam!
– JuŜ idę. – Wyszedł z kuchni ubrany w wypłowiałą koszulkę polo i obcisłe
dŜinsy. Miał mokre włosy, był świeŜo ogolony, szedł spręŜystym krokiem i, o ile
wzrok Lucky nie mylił, w jego spojrzeniu dojrzała podejrzanie uwodzicielski
błysk.
Ta zmiana domagała się jakiegoś komentarza, lecz Lucky była zbyt
zdumiona.
Podszedł do niej, wyjął z jej rąk torebkę, po czym wziął ją w ramiona i
powitał gorącym pocałunkiem.
Kiedy ją wreszcie wypuścił z objęć, stała jeszcze przez chwilę bez tchu i
bez słowa.
– Wstałeś – udało się jej w końcu wykrztusić.
– To mi się właśnie w tobie podoba. – Sam uśmiechnął się i poprowadził ją
za rękę do kuchni. – Jesteś bystra.
– Ale przecieŜ wczoraj wieczorem... – Lucky uświadomiła sobie, Ŝe się
zająknęła i nie bardzo wiedziała, czy jej zmieszanie wiąŜe się z niespodziewanym
powrotem Sama do zdrowia, czy teŜ z jego niezaprzeczalnie wzbudzającym
poŜądanie wyglądem. – Wczoraj wydawało się, Ŝe jesteś obłoŜnie chory.
Objął ją w pasie i posadził na jednym z kuchennych stołków.
– To była czterdziestogodzinna infekcja. Przeszła.
Ciągle trochę oszołomiona patrzyła, jak Sam otwiera lodówkę i schyla się,
Ŝ
eby wyjąć duŜą miskę kruchej sałaty. DŜinsy jeszcze bardziej obcisnęły twarde
mięśnie jego ud i Lucky poczuła nieoczekiwanie dreszcz podniecenia.
– Skoro tak dobrze się czujesz... – powiedziała z wysiłkiem – to juŜ chyba
nie jestem ci potrzebna.
Sam wyprostował się powoli i obrócił ku niej twarz. Patrzył na nią
ciemnymi oczami, w których tlił się ogień.
– Nie powiedziałbym tego...
– Ale dzisiaj rano... Skrzywił się na to wspomnienie.
– Zachowałem się jak idiota.
– Tak. – Lucky patrzyła, jak Sam zamyka nogą drzwi lodówki. – To
prawda.
– Mam nadzieję, Ŝe dzisiaj wieczorem mi przebaczysz.
Zastanawiała się przez chwilę. Najwyraźniej chciał, Ŝeby została.
Uzmysłowiła sobie z radością, Ŝe i ona niczego bardziej nie pragnie.
– ZałóŜmy. – Spojrzała w kierunku kuchenki i postanowiła zmienić temat.
– Coś gotowałeś?
Nabrał z duŜego garnka pomidorowego sosu i podsunął jej do
spróbowania.
– Niestety, znowu będzie spaghetti, bo niczego innego nie miałem w
lodówce. Co ty na to?
– Spaghetti nigdy mi się nie znudzi. – Pociągnęła nosem. – Chleb
czosnkowy?
– Pod warunkiem, Ŝe będziesz jadła razem ze mną.
– Z przyjemnością. A jakie to ma znaczenie?
– Zasadnicze. – Sam wyciągnął rękę i pogłaskał ją delikatnie nagim
przedramieniem. Poczuła gęsią skórkę, a potem dreszcz przenikający całe ciało. –
W przeciwnym razie nie ośmieliłbym się ciebie pocałować.
– Masz zamiar... – Głos Lucky był drŜący i jakby zdyszany. Odchrząknęła i
spróbowała jeszcze raz. – Zamierzasz mnie całować?
– Lucky – powiedział cicho – przecieŜ wiesz. Jakoś udało im się nałoŜyć
spaghetti na talerze, a talerze ustawić na stole, ale zapomnieli o sałacie i
czosnkowym chlebie, który opiekł się na węgiel. Nic ich nie obchodziło poza
tym, Ŝe znowu byli razem.
Sam starannie zawinął pasemko makaronu na widelec i podsunął jej do ust.
Pomagając sobie koniuszkiem języka, wciągnęła długie nitki i zaczęła
delektować się smakiem potrawy.
– Cudowne – stwierdziła z błogim uśmiechem.
– Tak – zgodził się Sam. Jego spojrzenie wędrujące od jej szyi do dekoltu
nie pozostawiało wątpliwości, co miał na myśli.
Westchnęła cicho, uszczęśliwiona, Ŝe Sam wpatruje się w nią
zachwyconym wzrokiem. Nigdy jeszcze nie była obiektem równie silnej
fascynacji i nie czuła się tak poŜądana. Prawie zakręciło się jej w głowie. WłoŜyła
do ust drugą porcję makaronu.
– Pyszne.
Sam uniósł jej dłoń i ucałował po kolei kaŜdy palec.
– To teŜ.
Powoli odłoŜyła widelec i sięgnęła po kieliszek. Pinot Noir miało
ciemnoczerwoną barwę, było wytrawne, mocne, o charakterystycznym posmaku,
który pozostawał na wargach. Lucky oblizała je końcem języka, napawając się
aromatem wina. Kiedy uniosła głowę, ujrzała utkwione w nią spojrzenie Sama.
Jego wargi były lekko rozchylone, oddech nierówny.
– Nic nie zjadłeś – wskazała na talerz.
– Nie jestem juŜ głodny.
Ani ja, odpowiedziała mu w duchu. Jak mogła myśleć o jedzeniu?
Zaledwie metr od niej siedział najbardziej pociągający męŜczyzna, jakiego znała
w Ŝyciu, patrząc na nią tak, jakby była najbardziej godną poŜądania kobietą na
ś
wiecie. Oddychała głęboko, bo wydawało się jej, Ŝe ma ściśnięte gardło. Czuła,
jak obrzmiewają jej piersi, a stwardniałe sutki ocierają się o koronkowy staniczek.
Obróciła dłoń, którą Sam ciągle trzymał i przesunęła palcami po
wewnętrznej, wraŜliwej skórze jego nadgarstka.
– Jesteś pewny, Ŝe juŜ powróciłeś do sił?
– Wypróbuj mnie – powiedział cicho, a towarzyszący tym słowom śmiech
był trochę schrypnięty.
Te słowa, śmiech i hipnotyczne spojrzenie podziałały na Lucky jak iskry
wzniecające płomień. Czuła się obezwładniona obecnością Sama, usidlona
wywołanym przez niego nastrojem. Fala Ŝaru przenikała całe jej ciało, które
stawało się bezwolne, niemal omdlałe. Słyszała tylko głośne bicie własnego
serca. A przecieŜ zaledwie dotykali się dłońmi.
– Sam? – wyszeptała z niedowierzaniem. Wstał, pociągnął ją za rękę i
pochwycił w ramiona.
Objęła go za szyję, a on zbliŜył usta do jej warg. Były rozchylone i czekały
na niego tak samo jak całe jej ciało, drŜące z poŜądania.
Sam zagłębił palce we włosy Lucky, przytrzymał głowę i jego język dopadł
swej zdobyczy. Jej wargi pachnące winem odpowiedziały namiętnie na tę
pieszczotę. Wzrastające z kaŜdą chwilą upojenie ogarniało ich jak złocista mgła.
Sam nigdy, z Ŝadną inną kobietą nie doznawał tak wszechogarniającego
pragnienia spełnienia. Pieszcząc jej plecy, przygarniał ją coraz bliŜej, dotykali się
udami i piersiami i Sam czuł tuŜ przy sobie twarde sutki, spragnione jego dotyku.
Lucky przeczuwała, Ŝe ich bliskość wyzwoli w niej pasję, lecz nie była
przygotowana na to, co się z nią teraz działo. Wypełniające ją dotąd pragnienie
było niczym w porównaniu z tą szaloną, płomienną namiętnością, której się
poddała. PoŜądała Sama, chciała się stopić z nim w jedno ciało, gdyŜ wiedziała,
Ŝ
e i on pragnie tego równie Ŝarliwie, jak ona.
– Chodź ze mną – szepnął, muskając jej szyję gorącym oddechem – bo
zaraz znajdziemy się na podłodze. W sypialni zmienił prześcieradła i zasunął do
połowy zasłony. Lucky przeszła kilka kroków po posadzce, na której ostatnie
promienie słońca układały mozaikę światłocienia. Zatrzymała się. Stojący przy
łóŜku Sam wyciągnął do niej rękę.
– Lucky, chodź do mnie.
Tylko na to czekała. JuŜ była w jego ramionach z twarzą uniesioną ku
niemu jak kwiat zwracający się do słońca. Niecierpliwymi palcami odpięła guziki
koszulki i ściągnęła mu ją przez głowę.
– Masz najpiękniejsze ciało, jakie kiedykolwiek widziałam – szeptała,
chwytając lekko zębami w pieszczocie skórę jego umięśnionego barku. – Wczoraj
wieczorem, kiedy otworzyłeś mi drzwi... – odetchnęła głęboko – gdybyś nie był
taki chory, chyba bym się na ciebie rzuciła.
– Gdybym nie czuł się tak fatalnie, byłbym szybszy – odparł z cichym
ś
miechem. – Czy wiesz, ile razy na dobę spoglądałem na zegarek w czasie
weekendu, kiedy cię tu nie było? Ile razy sięgałem po słuchawkę telefoniczną? Ile
razy musiałem opierać się pokusie, Ŝeby nie pojechać po ciebie do Scarsdale i
porwać ze sobą?
Uśmiechnęła się szelmowsko. Pod palcami muskającymi jego pierś
poczuła napinające się mięśnie.
– Zgorszyłbyś weselnych gości.
– MoŜe. – Sam wsunął ręce pod jej bluzkę i zdjął ją. Powiódł zachłannym
wzrokiem po obrzmiałych z poŜądania piersiach, wychylających się z
przejrzystego staniczka. – Ale ty nie byłabyś zgorszona?
– SkądŜe. – Potrząsnęła głową, a złote loki zawirowały wokół jej twarzy. –
Mnie byś uszczęśliwił.
I to była prawda. Kochała swoją rodzinę, lecz to uczucie nie mogło równać
się z miłością, jaką w niej wzbudził Sam.
Jej pieszczotliwe palce przesuwały się coraz niŜej.
– Lucky – oddychał cięŜko – czy wiesz, co ty ze mną wyprawiasz?
– Mhm – zamruczała cicho w odpowiedzi, nie bez pewnej dumy.
Rozebrał ją szybko, a gdy stanęła przed nim naga, powiedział:
– To najpiękniejszy widok na świecie. – Ujął w dłonie jej piersi i pochylił
się ku nim. Lucky czuła jego włosy muskające jej szyję i nagle z jękiem odrzuciła
w tył głowę, bo rozwarte usta Sama przywarły do pręŜącego się sutka. Miała
wraŜenie, Ŝe przez jej ciało przebiega prąd, objęła głowę Sama, przytulała ją
coraz mocniej. Wydawało się jej, Ŝe juŜ dłuŜej nie zniesie napięcia wywołanego
poŜądaniem. Nigdy przedtem nie doznawała podobnego uczucia, jakby była tylko
częścią doskonałej całości, a odnalezienie niezbędnej do Ŝycia integracji mogło
dokonać się tylko przez połączenie ich ciał.
– Pragnę cię – szepnęła namiętnie. Sam objął ją ramionami i powoli
połoŜył na łóŜku. Zobaczył w jej oczach takie samo poŜądanie, jakie pulsowało w
jego Ŝyłach. Więc porwał ją za sobą w krainę przeŜyć, których nie dało się
porównać z Ŝadnymi innymi. Znał juŜ namiętność, lecz nie wiedział, Ŝe jest
moŜliwe, by kaŜda cząstka jego ciała płonęła z rozkoszy.
Lucky juŜ na granicy świadomości pomyślała, Ŝe na tego męŜczyznę
czekała przez całe Ŝycie. Obejmowała go ramionami i w jej uścisku zawierało się
wszystko, o czym dotąd tylko marzyła: ukochany człowiek i całkowite, miłosne
spełnienie.
Potem oboje powoli wracali do rzeczywistości.
Lucky układając głowę na ramieniu Sama, uniosła ku niemu oczy. Oboje
jednocześnie uśmiechnęli się do siebie z czułością.
– Sam, kocham cię – wyszeptała sennym głosem. Przytuliła policzek do
jego piersi i usnęła.
Kiedy się obudziła, w sypialni było całkiem ciemno. Poczuła na sobie
wzrok Sama. Oparty na łokciu przypatrywał się jej jakoś dziwnie.
– Długo spałam? – spytała.
– Pół godziny. – Powiódł palcem wzdłuŜ linii jej ramienia aŜ do szyi. –
Lubię na ciebie patrzeć.
Uśmiechnęła się. Pomyślała, Ŝe on teŜ powinien się uśmiechać po tych
cudownych chwilach, które przeŜyli. Tymczasem na jego twarzy malowało się
skupienie, niemal smutek, jakby jakaś myśl nie dawała mu spokoju. Jej uśmiech z
wolna przygasł. ZauwaŜył to i otoczył ją uspokajająco ramieniem. Uchyliła się
instynktownie, nie chciała pocieszenia, skoro nie wiedziała, o co mu chodzi.
– Czy powiedziałaś mi to z pełną świadomością?
– Co? – popatrzyła na niego pytającym wzrokiem. Przyciągnął ją do siebie.
– Ze mnie kochasz – odparł.
– Oczywiście. – Teraz zauwaŜyła w jego oczach nowy błysk emocji tak
Ŝ
ywej i gwałtownej, Ŝe poczuła, jak coś ją dławi w gardle.
– Powiedziałaś tak, jakby to było takie proste.
– A nie jest?
Lekko wzruszył ramionami, a ona delikatnie chwyciła go zębami za ucho.
Musiał się roześmiać.
– Nie dajesz mi trzeźwo myśleć.
– Zawsze uwaŜałam, Ŝe trzeźwe myślenie jest przereklamowaną cnotą.
Odsunął ją delikatnie.
– MoŜe byśmy porozmawiali?
– W tym momencie wolałabym robić coś bardziej atrakcyjnego.
– Za chwilę.
– Stałeś się nagle bardzo władczy.
– Uznaj to za przywilej płci męskiej.
– Nie wiedziałam, Ŝe męŜczyźni mają jakieś przywileje.
– Lucky... – powiedział ostrzegawczym tonem. – Ja mówię powaŜnie.
Oparła poduszkę o ścianę i usiadła. Prześcieradło, którym była nakryta,
zsunęło się z jej piersi.
– Co chcesz mi powiedzieć?
Ona to robi celowo, pomyślał, wpatrując się w jej ponętne kształty.
Nieświadomie zwilŜył językiem wyschnięte wargi. Ma zacząć przemowę, dobre
sobie.
– Droczysz się ze mną – wymamrotał. Podciągnął się i usiadł koło niej.
– Nic podobnego – oznajmiła pogodnie. – PrzecieŜ zachęcam cię do
rozmowy.
– No tak – przerwał jej – masz rację, przyznaję. Wzniósł oczy do nieba,
jakby w oczekiwaniu na boską pomoc. – Lucky, naprawdę musimy powaŜnie
porozmawiać.
– Cała zamieniam się w słuch.
Z pewnym wysiłkiem przystąpił do rzeczy.
– Wiesz, bardzo się róŜnimy – zaczął.
– I dzięki Bogu.
Rzucił jej karcące spojrzenie.
– Wychowałaś się w duŜej rodzinie i jesteś przyzwyczajona Ŝyć w
gromadzie. U mnie wyglądało to inaczej. Całe Ŝycie byłem właściwie
samotnikiem. I gdy jestem z kimś bardzo blisko...
– Tak? Odetchnął głęboko.
– W przeszłości nie utrzymywałem z ludźmi bliŜszych kontaktów. Nie
miałem na to czasu, a moŜe takŜe ochoty. Takie związki traktowałem zawsze jak
luksus, a nie jak konieczność.
Lucky uniosła na niego wzrok.
– A teraz?
– A teraz – odparł cicho – myślę, Ŝe zakochałem się w tobie.
Jej serce zadrŜało z radości przejmującej i niewypowiedzianie błogiej.
Lecz coś jeszcze nie zostało dopowiedziane.
– Nie wyglądasz na uszczęśliwionego z tego powodu.
– Prawdę mówiąc, nie jestem pewny, jak się z tym czuję. – Odpowiedź była
uczciwa i rozbrajająco szczera. – To zaleŜy od tego, co będzie z nami dalej.
Lucky uśmiechnęła się.
– Czy musimy to rozstrzygnąć dzisiejszej nocy?
– Niekoniecznie – odparł. – Jak juŜ mówiłem, bardzo się róŜnimy i być
moŜe kaŜde z nas oczekuje czegoś innego.
– Sam, ja niczego od ciebie nie oczekuję.
– Nie?
– Chciałabym jedynie, Ŝebyśmy byli ze sobą.
– Codziennie?
– Nie...
– Co drugi dzień?
– Sam! – wykrzyknęła z rozpaczą. – Co się z tobą dzieje?
– Nie rozumiesz? – zapytał. – Dla ciebie miłość oznacza trwały związek.
– A co w tym złego?
– Właściwie nic.
PołoŜyła głowę na ramieniu Sama i, przesuwając palcami pomiędzy
włosami na jego piersi, spytała:
– A czym dla ciebie jest miłość?
– Nad tym się właśnie zastanawiam. Nie wiem, bp nigdy przedtem nie
byłem zakochany. Wiem tylko, Ŝe poczułem się nagle tak, jakbym zabrnął w
ś
lepą uliczkę.
Dłoń Lucky znieruchomiała.
– Innymi słowy, pragniesz niezaleŜności.
– Tak bym tego nie określił.
– No to określ inaczej – zachęciła go. – Słucham. Przykrył jej dłoń swoją,
ciepłą i silną.
– Chciałbym, Ŝeby to, co nas łączy, rozwijało się powoli, krok po kroku.
Nie rzucajmy się na oślep w coś, czego później moglibyśmy Ŝałować.
Cokolwiek miałoby się stać, pomyślała Lucky z pełnym przekonaniem, nie
Ŝ
ałowałaby ani sekundy przeŜytej z Samem. Lecz jednocześnie wiedziała, Ŝe on
nie to chce usłyszeć. Nie, pragnie zapewnienia, Ŝe ona nie zamierza zabierać się
za sporządzanie listy gości weselnych i zamawianie kwiatów na kościelną
uroczystość. Jej dłoń osunęła się niŜej... i jeszcze niŜej.
Zamruczała zmysłowo jak zadowolona kotka.
– Jeśli ty jesteś gotów zwolnić tempo, to ja takŜe. Pod wpływem pieszczoty
jej palców Sam wstrzymał oddech.
W jednej chwili przestał się zajmować analizą swej psychicznej kondycji,
gdyŜ obudziły się w nim o wiele bardziej Ŝywiołowe uczucia.
– Gotów jestem – wyjąkał – zgodzić się na wszystko, co będziesz chciała.
Objął ją ramionami i przyciągnął mocno do siebie. Ona teŜ juŜ nie myślała
o niczym innym, tylko o jego ustach, które zawładnęły jej ustami. Tymczasem
właśnie tego chciała.
Dopiero duŜo później, gdy Sam juŜ spał, powróciły pytania, na które trzeba
było znaleźć odpowiedź. Do tej pory zawsze jej się wydawało, Ŝe miłość potrafi
rozwiązać wszystkie problemy. Teraz okazało się, Ŝe być moŜe nie jest taka
wszechwładna.
ROZDZIAŁ 13
Lucky zawsze miała wraŜenie, Ŝe w Cloverdale gorące lato trwa bardzo
długo, lecz teraz ten czas jakby szybciej mijał. Upłynął juŜ lipiec. Obroty w jej
firmie, jak zwykle w tym okresie, spadły, choć nadal nie mogła narzekać.
W ubiegłym miesiącu kupili wspólnie z Samem trzy dalsze samochody, a
pierwszy po remoncie sprzedali uszczęśliwionemu kolekcjonerowi starych aut.
Transakcja przyniosła spory zysk.
Postanowili to uczcić. Pojechali do Filadelfii, gdzie poszli do teatru, a
potem na kolację. Wrócili późno do Lucky. Cieszyło ją, Ŝe Sam czuje się u niej
jak u siebie w domu. Tak właśnie powinno być, myślała, on naleŜał do tego
miejsca, a ono, dzięki jego obecności, stawało się prawdziwym domem.
Nie zamierzała oczywiście dzielić się z nim tymi odczuciami; bez
wątpienia byłyby to słowa, które najmniej chciałby od niej usłyszeć. Jednak
mimo nieustannej ostroŜności, z jaką podchodził do ich związku, zdarzało mu się
czasem nawet ją zadziwić. Świadoma swych pragnień starała się ich nie ujawniać,
choć przychodziło jej to z niemałym trudem. I to właśnie on raczej nalegał na
częstsze spotkania. On ciągle telefonował i wstępował do niej pod róŜnymi
pretekstami.
Nie wyglądało na to, Ŝe chce korzystać z owej bezcennej wolności, którą
mu zostawiała. Mogła się tylko z tego cieszyć.
Była na tyle mądra, Ŝe nie zamierzała dopuścić, aby wątpliwości związane
z ich wspólną przyszłością zakłóciły radość, jaką czerpała z intymnej zaŜyłości z
Samem. A on albo zrozumie, Ŝe trwały związek jest niezbędny do Ŝycia jak
powietrze – bo ona właśnie w ten sposób to czuła – albo tak się nie stanie. Mogła
mu jedynie dać więcej czasu na zastanowienie i podjęcie decyzji.
Sam wprost od drzwi ruszył do kuchni, więc poszła za nim. Z
zaciekawieniem patrzyła, jak otwiera lodówkę i wyciąga coś z dolnej półki.
– CzyŜbym widziała tego samego pana, który nie tak dawno nie mógł zjeść
do końca swego sernika, bo był juŜ zbyt najedzony?
– Wcale nie twierdziłem, Ŝe jestem przejedzony, chciałem tylko podzielić
się z tobą. Nie wiem, czy ci juŜ mówiłem, Ŝe uwielbiam patrzeć, jak jesz i pijesz.
– MoŜesz mi to jeszcze raz powtórzyć – uśmiechnęła się.
– A ty jeszcze raz mi pokazać. – Trzymał w ręku butelkę Perrier Jouet.
– Szampan?
– Jeden z najlepszych.
Lucky spojrzała na lodówkę. Nie przypominała sobie, Ŝeby kiedykolwiek
chomikowała w niej drogiego szampana.
– Skąd się tam wziął?
– WłoŜyłem go, kiedy szykowałaś się na górze do wyjścia. – Powoli
wyciągnął korek.
– Co za wspaniały pomysł. – Lucky wyjęła z szafki dwa kieliszki, które
Sam napełnił. Ona tymczasem przyniosła z salonu opakowane w kolorowy papier
pudełko.
– Ja teŜ mam coś dla ciebie.
Sam spojrzał zdziwiony.
– Nie powinnaś była robić sobie kłopotu.
– Co to by była za uroczystość bez prezentów?
– Nie wiem. A jaka jest uroczystość bez prezentów?
– spytał z uśmiechem.
– Nudna. – Lucky uniosła kieliszek do ust.
– Wspaniały.
– Cieszę się, Ŝe ci smakuje.
Wzięła Sama pod rękę i zaprowadziła do pokoju.
– Wiesz, chyba mnie rozpieszczasz – powiedziała, gdy usiedli na kanapie.
Chciał zaprotestować, lecz nie dopuściła go do słowa. – I proszę, nie przestawaj,
ja to uwielbiam.
– Nie mam zamiaru, chciałem ci tylko powiedzieć, Ŝe to ty mnie
rozpieszczasz. – PołoŜył rękę na oparciu kanapy i delikatnie gładził szyję Lucky
pod włosami.
– Ja? – spytała ze zdumieniem. – W jaki sposób?
– W kaŜdy moŜliwy – odparł cicho.
Ku swemu zaskoczeniu zauwaŜył, Ŝe nie wyglądała na przekonaną.
CzyŜby rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy, jak wielki wpływ miała na jego
Ŝ
ycie, jak bardzo jej pogodne, niefrasobliwe podejście do świata wpłynęło na jego
postawę Ŝyciową? Dzięki niej wszystko stało się radośniejsze. Nauczyła go śmiać
się, inaczej myśleć i czuć, a za te wszystkie nauki był jej w równej mierze
wdzięczny. Rozpieszczanie było raczej nieodpowiednim słowem dla określenia
darów, jakie od niej otrzymał.
– Nie otworzysz pudełka?
Sięgnął po nie z dziecinną uciechą, zdjął kokardę i ostroŜnie odłoŜył ją na
bok, a potem powoli zaczął odwijać papier.
Lucky patrzyła na niego z rozbawieniem.
– Ja bym się tak z tym nie cackała – oznajmiła.
– A czy nikt ci nie mówił, Ŝe oczekiwanie na przyjemność to połowa
przyjemności?
– Nie – odparła stanowczo. – Dla mnie połową przyjemności byłoby
rozdarcie opakowania.
Tymczasem spod papieru wyłoniło się niewielkie, prostokątne pudełko z
nalepionym zdjęciem aparatu fotograficznego. Sam wpatrywał się w nie przez
chwilę, po czym wolno zdjął wieczko.
– JuŜ ci mówiłam, Ŝe nie masz prawie Ŝadnych fotografii. Teraz będziesz
sam mógł je robić. Nawet włoŜyłam rolkę filmu, moŜesz zacząć od razu.
– Bardzo ci dziękuję – powiedział cicho. Patrzył na aparat leŜący na
kolanach i pomyślał, Ŝe nigdy nie wpadłby na to, Ŝeby kupić sobie sprzęt
fotograficzny, a teraz nic chyba nie mogłoby mu sprawić większej przyjemności.
Uświadomił sobie, Ŝe Lucky właściwie zna go lepiej niŜ on siebie. Wziął aparat
do rąk, odchylił się do tyłu, spojrzał w wizjer, ustawił obiektyw i powiedział:
– Proszę o uśmiech.
Lucky rozpromieniła się, a flesz błysnął z trzaskiem, prawie ich oślepiając.
– Widzę, Ŝe będę musiał nabrać większej wprawy. – Sam nie był z siebie
zadowolony.
– O wiele większej – zaŜartowała. – MoŜe jutro...
– Jutro? Dlaczego nie dzisiaj? – Ale...
– Po prostu siedź tam, gdzie jesteś.
– Sam...
– Tym razem będzie dobrze, zobaczysz. – Wstał z kanapy i cofnął się parę
kroków. Przez wizjer zobaczył, Ŝe Lucky rozpina bluzkę. Powoli zaczęła ją
rozchylać, odsłaniając prowokacyjnie swe ponętne ciało.
Uniósł głowę, usiłując nie poŜerać jej wzrokiem.
– Co ty robisz?
UłoŜyła się w pozycji półleŜącej na poduszkach.
– Staram się dodać trochę interesujących akcentów.
– Wystarczy – wyjąkał – bo obiektyw zajdzie mgłą.
– Nie martw się. – Powoli przesuwała językiem po róŜowych wargach. – Z
największą przyjemnością oczyszczę go za ciebie.
– To propozycja współpracy?
– Zgadnij.
Sam ostroŜnie odłoŜył aparat na stolik.
– Potem się tobą zajmę – powiedział do niego. Lucky zachichotała.
– Radziłabym ci nie składać takich przyrzeczeń. – Wyciągnęła do Sama
ramiona.
Dwa dni później Lucky przystąpiła do pracy w wyjątkowo wesołym
nastroju. Nawet podśpiewywała przy przeglądaniu poczty, którą właśnie
dostarczono. Jak zwykle były tam róŜnorakie oferty, w tym jedna zachęcająca do
kupna nowego oprogramowania komputerowego w dziedzinie zarządzania
małymi przedsiębiorstwami. Zamierzała wyrzucić ulotkę, gdy nagle
przypomniała sobie Deweya Phillipsa.
Ciekawe, czy udało mu się sprzedać jego oprogramowanie? A co
waŜniejsze, czy z pomocą pieniędzy uzyskanych ze sprzedaŜy samochodu udało
się wyleczyć jego matkę?
Wiedziała, Ŝe Clem w ubiegłym tygodniu pracował nad samochodem
Deweya, lecz zapomniała sprawdzić, czy juŜ wszystko zostało zrobione.
Zadowolona, Ŝe znalazła pretekst do wyjścia z biura, poszła do garaŜu. Na
podnośniku stał dŜip, a Clem oglądał podwozie. Na dźwięk jej głosu odwrócił
głowę i wytarł zatłuszczone ręce o kombinezon.
– Pęknięty resor – wyjaśnił.
– Da się naprawić? – spytała, widząc ponury wyraz twarzy mechanika.
– Wszystko się da, ale to będzie sporo kosztowało.
Wzruszyła ramionami. CóŜ moŜna było na to poradzić?
– Czy skończyłeś remont Thunderbirda, którym się zajmowałeś w zeszłym
tygodniu?
– Wszystko zrobione.
– Gdzie on stoi?
– W składzie Donahue, Helmut miał usunąć drobne uszkodzenia lakieru.
– Jak działa silnik?
– Silnik naszego cudeńka od początku nieźle działał. Teraz – dodał z
satysfakcją – prawie w ogóle go nie słychać.
Lucky pomyślała, Ŝe właściwie mogłaby się przejść i obejrzeć samochód.
Przy okazji zobaczyłaby się z Samem.
Idąc najpierw po jednej stronie płotu, a potem po drugiej, przyglądała się
uwaŜnie samochodom ustawionym w równych rzędach na parkingu Sama.
Zobaczyła jaguara i porsche, które razem kupili do remontu, ale nigdzie nie mogła
dostrzec Thunderbirda.
Weszła do salonu wystawowego i skinąwszy ręką na powitanie Joe’emu,
skierowała się do biura. Sam właśnie rozmawiał przez telefon. Na widok Lucky
twarz mu się rozjaśniła, wskazał jej krzesło i po paru chwilach zakończył
rozmowę.
– Przyszłam w sprawie Thunderbirda.
– A o co chodzi?
– Chciałam go obejrzeć. Clem mi powiedział, Ŝe jest tutaj, bo trzeba było
zrobić jakieś poprawki lakieru.
– Piękny – powiedział Sam. – Ten samochód był prawdziwą perłą.
– Był?
Sam przytaknął głową z zadowoloną miną.
– Nic ci nie mówiłem, to miała być niespodzianka. Pewna para zjawiła się
tu w czasie weekendu. W niedzielę wzięli samochód na próbną jazdę, a dzisiaj
wrócili i kupili go.
– Co zrobili?
– Dzisiaj rano kupili samochód – powtórzył. Zupełnie nie mógł sobie
wytłumaczyć jej reakcji. – Czy coś jest nie w porządku?
– Oczywiście. I to bardzo nie w porządku – krzyknęła osłupiała. – Jak
mogłeś sprzedać ten samochód?
– Myślałem, Ŝe na tym polega cały pomysł.
– No tak... Ale ten samochód nie był na sprzedaŜ! Sam zaczął się irytować.
– Dlaczego?
– JuŜ ci przecieŜ o tym opowiadałam... – Lucky patrzyła na Sama, ale on
był najwyraźniej zupełnie zdezorientowany. Widać było, Ŝe nie ma zielonego
pojęcia, o co jej chodzi. – Ten samochód naleŜał do Deweya Phillipsa.
Przypominasz sobie?
Sam zastanowił się, lecz najwidoczniej nazwisko równieŜ nic mu nie
mówiło.
– Co sobie powinienem przypomnieć?
– Tego wieczoru, kiedy miałeś grypę, a ja przyszłam z rosołem,
opowiedziałam ci całą historię: rodzina Deweya Phillipsa miała ten samochód
przez bardzo wiele lat, a teraz jego matka zachorowała... – zawiesiła głos,
czekając na reakcję Sama. – Niczego nie pamiętasz?
Powoli pokręcił przecząco głową.
– Wiem tylko, Ŝe opiekowała się mną kobieta o dłoniach samarytanki i
temperamencie sierŜanta prowadzącego musztrę. Nic więcej.
– Być moŜe wybrałam nie najlepszą chwilę na wyjaśnienia.
– Być moŜe?
– No dobrze – westchnęła. – CóŜ, to i tak niczego nie zmieni.
– MoŜe jednak spróbowałabyś – powiedział łagodnie, nadal nie rozumiejąc
przyczyny jej zdenerwowania – wyjaśnić mi to teraz, kiedy oboje jesteśmy
przytomni.
Powoli i cierpliwie powtórzyła mu całą rozmowę z Deweyem.
– Rozumiesz więc, dlaczego nie zamierzałam sprzedawać samochodu –
zakończyła opowiadanie.
Sam zamyślony kreślił jakieś zygzaki na leŜącym przed nim notesie.
– Jeśli mam być szczery – odparł wreszcie – nie rozumiem. Skoro kupiłaś
samochód z załoŜeniem, Ŝe go nie sprzedasz, to właściwie udzieliłaś
właścicielowi poŜyczki. Takie jest zadanie banków, nie twoje. MoŜe postąpiłaś
altruistycznie, ale nierozsądnie.
– Nic podobnego. – Lucky wyprostowała się na krześle, gotowa do boju. –
Chcieliśmy zarabiać na naszych transakcjach i na tym samochodzie takŜe byśmy
zarobili.
– W jaki sposób?
– Wliczylibyśmy w cenę samochodu koszt wykonanego remontu, tak jak
zwykle. – Patrzyła na Sama rozgniewana. – Nie zamierzałam go odsprzedawać po
tej samej cenie. Ani trzymać w nieskończoność. Ale uwaŜałam, Ŝe nic by się nie
stało, gdyby tu postał do czasu, aŜ Dewey stanie na nogi.
– MoŜe ty tak uwaŜałaś, lecz ja jestem odmiennego zdania. Mamy do
czynienia ze specyficznym rynkiem. Nabywcy takich drogich samochodów nie
zdarzają się codziennie. Trzeba być idiotą, Ŝeby odprawić z kwitkiem klienta z
jakichś sentymentalnych powodów.
– Sentymentalnych powodów? – Oczy Lucky były teraz szeroko otwarte.
– Daj spokój. Nie chcesz chyba mi wmawiać, Ŝe twoja decyzja była słuszna
z punktu widzenia naszych interesów.
– Nie wiem. Ale na pewno właściwa z ludzkiego punktu widzenia.
– MoŜe. – Sam wzruszył ramionami. – To sprawa zapatrywań. W kaŜdym
razie samochód został sprzedany i gdybym nawet chciał się wycofać, choć wcale
nie chcę, to i tak jest za późno.
Lucky cofnęła się z krzesłem, Ŝeby znaleźć się dalej od Sama. Im dłuŜej
rozmawiali na ten temat, tym bardziej pragnęła zwiększyć fizyczną odległość
między nimi, jakby dla podkreślenia emocjonalnej przepaści, która ich dzieliła.
Nigdy dotąd róŜnica ich charakterów nie wydawała się tak wyrazista i nie
do pokonania. Ten konflikt dotyczył czegoś więcej niŜ tylko interesów
zawodowych. Jaskrawo uprzytomnił jej to, o czym tak bardzo zawsze starała się
zapomnieć: ona i Sam reprezentowali dwie zupełnie róŜne postawy Ŝyciowe. Jej
do głowy by nie przyszło, Ŝe współczucie dla drugiego człowieka moŜe ustąpić
przed kalkulacją finansową, gdy tymczasem Sam tak najwyraźniej rozumował.
Poczuła przenikający do szpiku kości chłód.
Do tego momentu wydawało jej się, Ŝe potrafi zaakceptować ich związek w
obecnej formie, skoro Sam niechętnie odnosił się do planów związanych z ich
wspólną przyszłością. Lecz teraz wydarzyło się coś gorszego – musiała
ustosunkować się do jego sceptycyzmu czy nawet pogardy wobec wartości, które
dla niej miały pierwszorzędne znaczenie. Musi zaraz stąd wyjść. I przemyśleć
wszystko w samotności.
Zerwała się z krzesła.
– Przykro mi, Ŝe nie moŜemy dojść do porozumienia. Sam zmarszczył
brwi. Widział, Ŝe Lucky była rozgniewana.
No, cóŜ, moŜe pomieszał jej szyki, ale przecieŜ nie zrobił tego rozmyślnie.
Mieli inną skalę wartości, to wszystko. Niech go diabli, jeŜeli wie, dlaczego ona
jest taka pewna, Ŝe ma rację, a on się myli? Mimo to oczywiste było, Ŝe sprawa
nie jest zamknięta.
– Go powiesz na wspólną kolację? – spytał, gdy juŜ doszła do drzwi.
Odwróciła się powoli i spojrzała na niego. Nadal siedział przy biurku.
Ogarnęła spojrzeniem rozwichrzoną czuprynę, piękne, szare oczy i linię ust,
najbardziej ponętnych, jakie widziała w Ŝyciu. Nigdy nie kochała tak Ŝadnego
męŜczyzny i pewno nigdy nie pokocha. Rozstanie z nim będzie najcięŜszym z jej
dotychczasowych doświadczeń Ŝyciowych.
– Przepraszam – odparła – ale jestem zajęta. Drzwi zamknęły się za nią,
jakby coś się nieodwołalnie zakończyło.
Następnego dnia, we wtorek, Lucky pracowała do późna. W środę po
prostu wyłączyła telefon. W czwartek Sam zatelefonował, lecz powiedziała mu,
Ŝ
e jest niewyspana, co istotnie było prawdą, i nie zgodziła się na spotkanie.
Prędzej czy później zrozumie, o co jej chodzi. Miała tylko nadzieję, Ŝe nastąpi to
niedługo, bo jej siła woli była na wyczerpaniu.
W piątek wieczorem wałęsając się z kąta w kąt po pustym domu,
zastanawiała się, czy bardziej dotkliwy jest ból po stracie tego, co ją do tej pory
łączyło z Samem, czy smutek, jakiego doznawała na myśl, Ŝe jej przyszłość
potoczy się bez niego? Teraz uświadomiła sobie, iŜ nadzieje i marzenia wiązała z
jakąś nie istniejącą fikcją. Nie oceniała Sama realistycznie, tylko łudziła się, Ŝe
jest taki, jakim chciała go widzieć. I przyszło jej tego Ŝałować.
Po prostu nie przyjmowała do wiadomości faktów, aŜ dopadły ją i zraniły.
A naga prawda była bardzo prosta – Sam nie przywiązywał znaczenia do więzi
rodzinnych, bez których ona nie potrafiła Ŝyć.
Drgnęła na dźwięk telefonicznego dzwonka. Sam nie odzywał się od
dwudziestu czterech godzin i choć obawiała się rozmowy z nim, gdzieś w głębi
serca tliło się optymistyczne przekonanie, Ŝe dopóki on z niej nie zrezygnował,
jest jeszcze nadzieja.
Podniosła słuchawkę i okazało się, Ŝe dzwoni Isabel, jej siostra.
– Słuchaj, wiem, Ŝe cię późno zawiadamiam, ale znajomi zaprosili nas na
kolację, a tak się składa – Isabel mówiła jednym tchem – Ŝe absolutnie nie
mogliśmy im odmówić, a ja juŜ nie znajdę nikogo, kto by został z bliźniakami,
więc, Lucky, czy nie zechciałabyś...
Lucky uśmiechnęła się na myśl o wrzaskliwych dwuletnich synkach
siostry. Evan i Quinn potrafili kaŜdego doprowadzić do ostateczności, lecz
moŜliwe, Ŝe właśnie czegoś takiego teraz potrzebowała, Ŝeby uwolnić się od
własnych kłopotów.
– Oczywiście – odparła. – Nawet z przyjemnością wezmę ich do siebie.
– Obawiam się, Ŝe moŜemy bardzo późno wrócić...
– Nic nie szkodzi. Przywieź tylko ich piŜamy, trochę rzeczy na zmianę i
jedną z tych ochronnych kratek, Ŝebym mogła zastawić nią łóŜko w gościnnym
pokoju.
– Na pewno moŜesz to dla mnie zrobić? – Isabel jeszcze raz chciała
usłyszeć zapewnienie siostry.
– Oczywiście. Bawcie się dobrze.
Godzinę później Evan i Quinn siedzieli juŜ na kanapie w jej salonie. Evan z
zadowoleniem pił sok z butelki ze smoczkiem, a Quinn, przezywając brata
dzidziusiem, usiłował radzić sobie z filiŜanką.
– Posiedźcie tu grzecznie, dobrze? – Lucky obrzuciła malców bacznym
spojrzeniem. – Pójdę tylko do kuchni wstawić spaghetti na kolację.
– Nie lubię getti – poinformował ją Quinn stanowczym tonem.
– A co lubisz?
– Winogrona.
Zmarszczyła brwi.
– Winogrona?
Evan potwierdził opinię brata energicznym ruchem głowy.
– I chrupki kukurydziane.
Nie miała w domu ani winogron, ani chrupków.
– A co powiecie na hot-dogi?
– Hurra! – zawołał Quinn przy wtórze brata. – Hot-dogi!
Lucky wyjmowała właśnie ugotowane parówki z wody, kiedy odezwał się
dzwonek przy drzwiach. Ze szczypcami w jednej ręce i uchwytem rondelka w
drugiej znieruchomiała, zastanawiając się, co ma robić, gdy nagle doszedł ją
głośny łoskot, a potem rozdzierający płacz.
Rzuciła wszystko i wybiegła z kuchni. Pędząc przeraŜona przez hol,
zauwaŜyła kątem oka, Ŝe drzwi wejściowe są otwarte, a Sam z naburmuszoną
miną idzie w jej stronę. Nie miała czasu nawet zareagować na jego obecność,
gdyŜ była juŜ na progu salonu.
Odetchnęła z ulgą. Nie było tak źle, jak to podsuwała jej wyobraźnia.
Quinn siedział na podłodze obok przewróconego stolika i głośno płakał, a Evan,
najwidoczniej mało wzruszony tarapatami brata, całkowicie był zaabsorbowany
przeglądanym komiksem.
Lucky uklękła i wzięła płaczące dziecko w objęcia.
– Skaleczyłeś się?
Chłopczyk potrząsnął przecząco głową.
– Stolik się przewrócił i cię przestraszył, tak? Tym razem przytaknął i
powoli zaczaj się uspokajać.
– Lucky?
Podniosła wzrok i zobaczyła w drzwiach Sama. Serce, ten zdradziecki
organ, podskoczyło jej do gardła. Gdyby nie dzieci, pewno rzuciłaby mu się w
ramiona. W tej sytuacji pomachała mu tylko drŜącą ręką.
Sam obrzucił pokój niespokojnym spojrzeniem.
– Czy wszystko w porządku?
– Chyba tak – odparła, sadzając Quinna obok brata na kanapie. – Nie widzę
ś
ladów krwi.
– Krwi?
– Z tymi dwoma nigdy nie wiadomo. Sam pokiwał głową ze
zrozumieniem.
– A kim oni są?
– To Evan i Quinn Gilbertowie. Dzieci mojej siostry Isabel i jej męŜa Billa.
Ale na tę jedną noc są moje. – Zdawała sobie sprawę, Ŝe plecie trochę bez sensu,
lecz wiedziała, Ŝe jeśli przestanie mówić o dzieciach, to będzie musiała
zastanowić się nad innymi problemami. Po pierwsze, co Sam tu właściwie robi?
A on, oparty o framugę drzwi, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie, z
rozbawieniem obserwował, jak Lucky uspokaja kłócących się właśnie chłopców.
Do tej chwili nie był pewny, dlaczego właściwie tu przyszedł. Teraz uświadomił
sobie, Ŝe odpowiedź jest prosta. Nie miał wyboru.
Jasne było, Ŝe Lucky unikała go przez ostatnie dni. Po ich kłótni usunęła
się, chciała mu dać tyle czasu, ile zapragnie. Kiedyś sądził, Ŝe jest mu to
niezbędnie potrzebne. Tymczasem okazało się, Ŝe bez Lucky czas wlókł się
niemiłosiernie i był tylko godzinami, które trzeba jakoś wypełnić.
To dziwne, pomyślał, przyzwyczaił się duŜo czasu spędzać sam. Był
przekonany, Ŝe odpowiada mu taki styl bycia. Lecz miniony tydzień uzmysłowił
mu, Ŝe jest nie tylko sam, ale takŜe samotny. Tęsknił za tak absorbującą go
obecnością Lucky, czuł się jakby niepełny, a nigdy dotąd nie zaznał takiego
uczucia.
WciąŜ nie mógł uwierzyć, Ŝe kłótnia o samochód Deweya tak się
zakończyła. PrzecieŜ zazwyczaj przynajmniej próbowali przeanalizować
przyczyny róŜnicy poglądów. Tym razem Lucky nie dała mu nawet takiej
moŜliwości. Dlatego dzisiaj wieczorem chciał z nią porozmawiać. Nie o
interesach, lecz o nich samych.
– Miałem zamiar zaprosić cię na kolację – powiedział, spoglądając ponuro
na dzieci. – Widzę, Ŝe to nie wchodzi w rachubę.
Lucky uśmiechnęła się. CóŜ mogła zrobić, Sam był jej gościem.
– RóŜni ludzie i to bardziej stanowczy niŜ ja juŜ próbowali okiełznać ich w
publicznych miejscach, ale bez skutku. Oczywiście, jeśli nalegasz...
– Po namyśle chyba rezygnuję. Co masz na kolację?
– Hot-dogi. Uśmiechnął się krzywo.
– Czy nikt ci nie mówił, Ŝe do serca męŜczyzny droga wiedzie przez
Ŝ
ołądek?
– Spróbuj to wytłumaczyć tym maluchom.
– JuŜ wszystko rozumiem. Hot-dogi: to jest to.
– Dziwne – zastanawiała się głośno – nie przypominam sobie, Ŝebym cię
zapraszała.
Sam wypróbował swój najbardziej zniewalający uśmiech. Lucky
odetchnęła głęboko i udawała, Ŝe rozwaŜa jeszcze pomysł wspólnej kolacji. Nie
musiał wiedzieć, Ŝe juŜ ją rozbroił. Lecz najpierw powinna o coś zapytać.
– Dlaczego tu przyszedłeś?
Mógł udzielić dziesięciu odpowiedzi. Jednak tylko jedna byłaby
prawdziwa. Wyciągnął do Lucky dłoń i oplótł jej rękę swymi długimi, silnymi
palcami.
– Przyszedłem – odrzekł po prostu – bo cię kocham.
ROZDZIAŁ 14
Po takiej odpowiedzi trudno jest wyrzucić męŜczyznę z domu, rozmyślała
Lucky, kiedy w kuchni kończyła szykować kolację. Sam juŜ mówił, Ŝe ją kocha i
choć ta deklaracja cieszyła, obawiała się, Ŝe dla kaŜdego z nich miłość oznacza
zupełnie coś innego.
Z drugiej strony, skoro los zesłał jej do pomocy takiego wyjątkowego
atletę, czyŜ miała się temu sprzeciwiać? Minione pięć dni spędziła w prawdziwej
udręce, analizowała sytuację na wszystkie moŜliwe sposoby i nie znalazła
Ŝ
adnego sensownego rozwiązania. Postanowiła, Ŝe dziś wieczorem po prostu
miło spędzi czas.
Podała kolację na kuchennym stole, lecz malcy rozrabiali i bez przerwy coś
znajdowało się na podłodze.
– Skąd bierzesz tyle cierpliwości? – dziwił się Sam, gdy Lucky kolejny raz
schyliła się po plastykową butelkę z keczupem.
– Przychodzi mi to całkiem łatwo. – Postawiła butelkę na stole i ponownie
stanowczym ruchem nałoŜyła Quinnowi śliniaczek. – Ciągle sobie powtarzam, Ŝe
to potrwa tylko parę godzin i jutro juŜ Isabel się nimi zajmie.
– A jak będziesz miała własne dzieci? Opieka nad nimi zajmie ci
dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– Nigdy nie uwaŜałam tego za problem i wierz mi, Ŝadna z matek, którą
znam, nie myśli o dzieciach w taki sposób. Poza tym – celowo odwróciła się od
niego i poprawiła Evana na stołku – ty sądzisz, Ŝe jestem osobą szalenie
nowoczesną, a ja w istocie kieruję się całkiem staroświeckimi zasadami. Zanim
będę miała dzieci, wyjdę za mąŜ i oboje z męŜem podzielimy się obowiązkami
rodzicielskimi.
A więc pokazała mu, gdzie jest jego miejsce, pomyślał Sam. Niewątpliwie
to chciała osiągnąć. Snuła plany na przyszłość, lecz najwidoczniej nie zakładała,
Ŝ
e on będzie odgrywał w nich jakąś rolę. I czyja to była wina? – zadał sobie ze
złością pytanie. PrzecieŜ to on ciągle się wahał. On nalegał, Ŝeby się nie spieszyli.
Lecz skoro nie był pewien własnych zamiarów, skąd mogła wiedzieć, czy
zmierzają we właściwym kierunku?
ś
uł w zamyśleniu kawałek hot-doga, lecz nagle ten wątek jego rozmyślań
przerwała pewna wizja. Oczyma wyobraźni zobaczył Lucky trzymającą w
objęciach dziecko, przytulającą policzek do jego miękkiej buzi i nucącą mu
piosenkę. Poczuł gwałtowne, ostre ukłucie zazdrości na myśl, Ŝe to dziecko
mogłoby naleŜeć do jakiegoś innego męŜczyzny.
Do tej pory nigdy nie myślał o sobie jako o przyszłym ojcu. Ale teŜ wątpił,
czy kiedykolwiek naprawdę się zakocha. A fakt, Ŝe kochał Lucky Vanderholden,
nie ulegał Ŝadnej wątpliwości. To ona powoli, lecz z powodzeniem otwierała jego
serce i umysł na bogactwo nowych uczuć i perspektyw Ŝyciowych. Kiedyś
przeraŜała go sama myśl o złoŜeniu przyrzeczenia oznaczającego związek do
końca Ŝycia. Teraz pojął, Ŝe bez przyjęcia na siebie takiego zobowiązania jego
Ŝ
ycie zostanie pozbawione sensu.
AŜ wreszcie przyszło olśnienie. PrzecieŜ to zobowiązanie, którego się
obawiał, podjął juŜ we własnym sercu i tylko trzeba było ująć je w słowa.
– Czy ostrzegałam cię, Ŝe musisz zapracować na kolację?
Wyrwany z zamyślenia spojrzał na Lucky. Przyglądała mu się uwaŜnie.
Chciał jej teraz, zaraz, powiedzieć o tylu waŜnych sprawach, których nie
powinien juŜ dłuŜej odkładać. Lecz widząc wpatrzone w nich dwie pary
ciekawskich oczu, uznał, Ŝe jeszcze musi poczekać.
– Jak dotąd, nie – odparł.
– Szkoda. – Udawała zrezygnowaną, ale jej oczy lśniły niepokojąco.
– Co masz na myśli?
Najpierw podniosła ze stołka Evana, a potem Quinna. Chłopcy wybiegli z
kuchni, radośnie pokrzykując.
– Masz do wyboru. Albo posprzątasz kuchnię – uśmiechnęła się, bo nie
miała wątpliwości, co wybierze – albo zagonisz tych dwóch dzikich Indian do
kąpieli.
Sprzątanie kuchni to dla niego nic nowego, był do tego przyzwyczajony,
pewnie nawet bardziej niŜ ona, sądząc po ilości zamroŜonych kolacyjnych dań w
jej lodówce. Zajęłoby mu to chwilę. A jednak ku własnemu zaskoczeniu
powiedział:
– Chyba powinnaś trochę odpocząć od dzieci. Zostań tutaj, a ja zabiorę je
na górę.
Dobrze się złoŜyło, Ŝe siedziała, w przeciwnym razie chyba padłaby z
wraŜenia. Gdy wychodził z kuchni, odprowadziła go osłupiałym wzrokiem.
Nadal się nie ruszała, oczekując na nieuchronny wrzask protestu dzieci.
Po kilku minutach ciszy nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy odczuwać
zawód, Ŝe jej pomoc nie jest potrzebna? Zajrzała do holu: nie było w nim nikogo,
podobnie jak w salonie. Z góry zaś dochodził odgłos napływającej do wanny
wody i wesołe chichoty.
To musi być jakaś sztuczka, pomyślała.
– Sam? – zawołała – czy wszystko w porządku? Dobiegł ją z łazienki
spokojny głos.
– Tak, oczywiście.
Pokręciła ze zdumieniem głową i, mrucząc pod nosem, powróciła do
jedynego zajęcia, które jej pozostało – zmywania naczyń.
Sam nie wyobraŜał sobie, Ŝe zupełnie małe dzieci potrafią tak świetnie
bawić się w wodzie. Nie miały tu swoich zabawek, więc uŜywały wszystkiego, co
było pod ręką: butelek z szamponem i płynem do kąpieli, mydelniczki. KaŜdy z
tych przedmiotów stanowił znakomity oręŜ w prowadzonej przez bliźniaków
bitwie. Przy minimum mycia i maksimum chlapania toczyła się wojna o
panowanie nad wanną.
Sam, klęcząc na ziemi, usiłował wyłowić z wody poprzez góry piany
mydło. Wyślizgnęło mu się parę razy, więc zrezygnował z westchnieniem z
dalszego polowania. MoŜe chłopcy nie będą najdokładniej umyci, ale
przynajmniej się zmęczą.
I rzeczywiście, po paru minutach energia malców osłabła, za to koszula
Sama ociekała wodą, a włosy udekorowane były kłębkami piany.
Wyciągnął korek z odpływu wanny, wyjął chłopców po kolei z wody, po
czym owinął ich w grube, miękkie ręczniki. Wziął na ręce Quinna i w tej właśnie
chwili weszła do łazienki Lucky, która zabrała Evana. Quinn z kciukiem w buzi
połoŜył główkę na ramieniu Sama. Poczuł wzruszenie i mocniej przytulił
chłopczyka, zdumiony prostotą okazanego mu przez dziecko uczucia.
Zastanawiał się, czy jemu, nawet w wieku Quinna, przychodziło to łatwo.
Czy czuł się kiedykolwiek na tyle akceptowany, Ŝeby pozwolić sobie na okazanie
całkowitego zaufania bez zastrzeŜeń? Wszystko zaleŜało od zaufania. A on nadal
był ostroŜny, nawet wtedy, gdy uświadomił sobie, Ŝe kocha Lucky. Nie jej bał się
uwierzyć, nie śmiał zaufać sobie.
Odkąd pamiętał, zawsze kierował się rozsądkiem i to mu wystarczało.
Dopiero ostatnio odkrył, Ŝe pewne sprawy nie poddają się wyłącznie racjonalnej
ocenie. Logika nie tłumaczyła miłości, nie dawała odpowiedzi na pytanie:
dlaczego tak mu jest dobrze z Lucky? Bał się tego uczucia, gdyŜ zakładał, Ŝe to
zbyt ryzykowna gra, a jego nie stać na przegraną.
Lecz od chwili pojawienia się Lucky w jego Ŝyciu zrozumiał, Ŝe wszystko
stało się moŜliwe.
Jak tylko uporają się z bliźniakami, otworzy przed nią swe serce.
Chłopcy zmęczeni zabawą nie protestowali, gdy Lucky i Sam ubierali ich
w piŜamy i układali do łóŜka. ZdąŜyli zasnąć, zanim ciocia i jej przyjaciel po
cichu wycofali się z pokoju.
– Ułłłaaa – jęknął Sam.
– Czuję dokładnie to samo. – Lucky Ŝartobliwie prztyknęła palcem w
mokrą koszulę Sama. – Dobrze bawiłeś się w czasie kąpieli?
– Tak, ale teraz mam nadzieję na jeszcze lepszą zabawę.
Lucky zastanawiała się, czy to tylko gra światła na twarzy Sama, czy
rzeczywiście jego oczy nagle pociemniały i zapłonęły dziwnym blaskiem.
Zacisnęła palce na przemoczonej koszuli i poczuła pod nią twarde mięśnie.
PoŜądanie przepłynęło przez jej ciało gorącą falą.
– MoŜe zaczniemy od tego, Ŝe pozbędziemy się twego przemoczonego
ubrania? – powiedziała schrypniętym szeptem.
Sam pochylił się i uchwycił wargami jej ucho.
– Podobają mi się kobiety, które mają takie praktyczne podejście do Ŝycia.
– A ja sądziłam, Ŝe nie moŜesz oprzeć się powabom mego ciała.
– To teŜ – zamruczał. Nasłuchiwał przez moment. – A co z bliźniakami?
– Nie martw się. – Lucky wzięła Sama za rękę i prowadziła w stronę
sypialni. – Kiedy wreszcie pójdą do łóŜka, śpią jak aniołki przez całą noc.
– To brzmi obiecująco.
– Ja myślę – uśmiechnęła się.
Podczas tych czterech dni rozłąki ani przez chwilę nie przestała za nim
tęsknić. Teraz, gdy stanęli przy łóŜku, rzuciła się w jego ramiona, jakby się nigdy
nie rozstawali. Sam objął ją w pasie i przyciągnął do siebie bardzo blisko. Uniosła
ku niemu twarz, a jego wargi gorące i głodne przywarły do jej ust. Całowali się
szaleńczo, do bólu.
– Tak bardzo mi ciebie brakowało – wyszeptała. Zacisnęła ręce na jego
ramionach, jakby go chciała zatrzymać przy sobie na zawsze.
– Jestem przy tobie – powiedział cicho – i pozostanę, dopóki będziesz mnie
chciała.
Zamknęła oczy, bo ich wargi znowu się spotkały. A potem, gdy juŜ nadzy
leŜeli na łóŜku, odpowiadając Ŝarliwie na kaŜdą jego pieszczotę, dała się ponieść
miłości aŜ do doskonałego jej spełnienia w rozkoszy.
Przez pewien czas odpoczywali w milczeniu. Wreszcie Lucky uniosła
głowę i spojrzała Samowi w oczy.
– To niewiarygodne – szepnęła.
– Po prostu mnie kochasz – odparł z nutą satysfakcji w głosie.
– Jesteś dość zadowolony z siebie – zaśmiała się cicho.
MoŜe rzeczywiście jego słowa tak zabrzmiały, lecz właśnie to dokładnie
czuł. Pierwszy raz w Ŝyciu zrozumiał, co jest dla niego najwaŜniejsze. Dane mu
było ukochaną, najwspanialszą kobietę na świecie, która go kochała, trzymać w
ramionach. Będą juŜ teraz mogli cieszyć się sobą do końca Ŝycia. Jeszcze tylko
musi jej to powiedzieć.
– Wyjdź za mnie.
Niewiele słów wyrwałoby Lucky z tego cudownego stanu, jaki zawładnął
jej ciałem. Sam z nieomylną trafnością odnalazł te właściwe.
– Co powiedziałeś?
– Lucky, kocham cię i chcę, Ŝebyś wyszła za mnie za mąŜ.
Zsunęła się z jego piersi.
– Teraz?
– No, moŜe nie natychmiast – ustąpił. – Chyba przedtem powinniśmy się
ubrać.
Potrząsnęła niecierpliwie głową.
– Nie o to mi chodzi. Pytam, dlaczego oświadczyłeś mi się właśnie teraz?
– Czy wybrałem jakiś niewłaściwy moment?
Westchnęła głęboko. Jak mu to wytłumaczyć? Sądziła, Ŝe niczego bardziej
nie pragnie, niŜ usłyszeć te słowa. Obecnie, kiedy je wypowiedział, coś jej się nie
zgadzało. Kochała Sama wręcz bezgranicznie i właśnie dlatego musiała
dowiedzieć się, co go skłoniło do oświadczyn.
– Wymusiłam to na tobie, tak? – spytała cicho. Sam zachmurzył się, nie
takiej reakcji oczekiwał.
– AleŜ nie. Skąd to podejrzenie?
– Tęskniłeś za mną przez tych kilka dni, prawda?
– Wiesz, Ŝe tak. – Ujął jej brodę i uniósł twarz do góry. – Lucky, kocham
cię i uwielbiam być z tobą.
– A widzisz? Zacząłeś myśleć o małŜeństwie tylko dlatego, Ŝe nie
widywaliśmy się przez parę dni. A jak jesteśmy razem, dla ciebie najcenniejsza
jest wolność.
– Była – sprostował łagodnie – a to istotna róŜnica. Sześć miesięcy temu, a
moŜe nawet jeszcze przed miesiącem, miałabyś rację. Ale teraz ja wiem lepiej niŜ
ty, na czym mi naprawdę zaleŜy. Odkąd ciebie poznałem, wiele się nauczyłem, a
między innymi tego, Ŝe niezaleŜność nic nie znaczy, jeŜeli jest się samotnym. –
Zamilkł i spojrzał jej głęboko w oczy. – Pragnę, abyś zdjęła ze mnie brzemię
samotności.
– Nie mogę – odparła przygnębiona i odwróciła od niego oczy.
– Dlaczego?
– Bo musiałabym Ŝyć ze świadomością, Ŝe zrobiłeś to dla mnie, Ŝeby mnie
zadowolić. Ja teŜ duŜo o nas myślałam i wiele zrozumiałam. Nie moŜna wymagać
od kogoś, Ŝeby był kimś innym, niŜ jest. Ty jesteś cudownym człowiekiem, ale...
– Nie mów tak – poprosił. – Niczego na mnie nie wymuszałaś.
– Po prostu staram się uchronić cię przed podjęciem nierozwaŜnej decyzji
pod wpływem chwilowego uczuciowego impulsu.
– Mnie? Doskonale wiesz, Ŝe nigdy w Ŝyciu nie podejmowałem decyzji
pod wpływem uczuciowego impulsu.
– Więc tym bardziej nie ma powodu teraz zaczynać. Panowanie nad głosem
wymagało duŜego wysiłku, lecz jakoś się jej udało. Nie miała wyboru. Nie
powinna w takiej chwili popełnić omyłki i pozwolić na jakiekolwiek
niedomówienia. Na myśl, Ŝe męŜczyzna, którego kocha, Ŝałowałby swej decyzji
do końca Ŝycia, ogarniał ją paniczny strach.
Sam gwałtownie usiadł na łóŜku i oparł się plecami o twarde wezgłowie.
Jego cierpliwość była na wyczerpaniu.
– Dlaczego uwaŜasz, Ŝe oświadczyłem ci się bez zastanowienia?
– A czy tak nie było?
– Oczywiście, Ŝe nie.
Lucky przewróciła się na brzuch i wsparła głowę na dłoniach.
– Czy juŜ w chwili, gdy tu wszedłeś, miałeś zamiar mi się oświadczyć?
– No, niezupełnie.
Milczenie Lucky mówiło samo za siebie.
– Chciałem z tobą porozmawiać. I miałem nadzieję, Ŝe ta rozmowa
skończy się w łóŜku.
– Ale nie oczekiwałeś, Ŝe obudzisz się rano, będąc ze mną po słowie. Do
diabła, Sam! – Wzburzona uderzyła w materac zaciśniętą pięścią. – Znam cię
dobrze i kocham, ale to nie w twoim stylu.
– A jak się zachowałem – jeszcze próbował się bronić – kiedy
zaproponowałaś mi spółkę?
– To zupełnie co innego, jako doświadczony biznesmen od razu
zorientowałeś się, Ŝe ma ona sens.
– Więc to jest dobry przykład. Zaufałem swojej intuicji.
– Nasz związek nie jest handlową transakcją – patrzyła na niego ze złością.
– Ja po prostu nie mogę akceptować twoich pochopnych decyzji, których później
będziesz Ŝałował.
– Czy ja nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie? Potrząsnęła głową z
uporem.
– UwaŜam, Ŝe powinieneś się wycofać ze swej propozycji...
– Oświadczyn nie cofam.
– ...do czasu kiedy będziesz ją mógł dobrze przemyśleć – zakończyła
stanowczo.
– Czy mamy zsynchronizować nasze zegarki? – W jego głosie nie słychać
było wesołej nuty.
– To nie jest konieczne.
– Chwała Bogu. – Mrucząc coś pod nosem, zsunął się niŜej.
Kilka razy uderzył pięścią w poduszkę, zanim podsunął ją pod głowę, po
czym obrócił się na bok i zaraz zasnął.
Lucky pomyślała posępnie, Ŝe właśnie na to zasłuŜyła. Mówiła Samowi o
sprawach niemiłych, ale przecieŜ trzeba było je poruszyć. Gdyby naprawdę chciał
się z nią oŜenić i rzeczywiście myślał o spędzeniu z nią reszty Ŝycia, to nie
powinien pozwolić, Ŝeby go od tego odwodziła. Wtedy byłaby pewna, Ŝe się myli.
Do licha! Myśl, Ŝe mogła mieć rację, była nie do zniesienia.
Sam obudził się, kiedy jasne promienie słońca padały juŜ na łóŜko.
Spojrzał na zegarek. Rzeczywiście było późno, po ósmej. Nic dziwnego, skoro
przez większość nocy udawał, Ŝe śpi, a tak naprawdę sen nie przychodził. Miejsce
po drugiej stronie łóŜka było jeszcze ciepłe, poduszka pachniała włosami Lucky,
lecz jej nie było. Sądząc po hałasach dochodzących z dołu, karmiła bliźniaki. W
pierwszej chwili chciał wciągnąć spodnie i zejść do nich, lecz zmienił zamiar.
Zeszłej nocy istotnie udało jej się go zaskoczyć i pomieszać mu w głowie.
Teraz, gdy przed nią stanie, musi być przytomny, czujny i ubrany. W kaŜdym calu
zasługujący na zaufanie, prawdomówny człowiek, za jakiego zresztą zawsze się
uwaŜał. Powtórzy oświadczyny, a ona będzie musiała potraktować go powaŜnie.
Piętnaście minut później był wykąpany, ogolony i gotowy na wszelkie
wyzwania tego świata. Schodząc po schodach, zorientował się, Ŝe poziom
decybeli na parterze zdecydowanie opadł. Zamiast podnieconych głosików
dwóch berbeci, słychać było chyba rozmowę dorosłych osób. Sam stanął w
drzwiach kuchni i wszystko stało się jasne.
– Dzień dobry – powitał go uprzejmie Bill. JeŜeli nawet był zdziwiony, Ŝe
Sam wkracza do kuchni Lucky świeŜo wykąpany i ogolony, nie dał tego po sobie
poznać. – Właśnie wpadłem po dzieciaki. Widzę, Ŝe oboje jakoś przeŜyliście.
– Bardzo dobrze się bawiliśmy – odrzekł Sam szczerze. Podszedł do stołu i
nalał sobie kawy. – Masz urocze dzieci.
– Czasami – przyznał Bill z uśmiechem. – Chyba juŜ pójdę. Podrzucę je
tylko do domu, bo zaraz wybieramy się z Frankiem i Halem na ryby. Pogoda jest
doskonała, więc moŜe coś złapiemy na kolację. – Był juŜ w drzwiach, ale
odwrócił się i powiedział: – Słuchaj, Sam, a moŜe byś się do nas przyłączył?
– Ja? – Sam spojrzał na niego zdumiony. – Nigdy w Ŝyciu nie łowiłem ryb.
– Znasz takie powiedzenie: co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
No właśnie, a Lucky zeszłej nocy mówiła mu coś zupełnie przeciwnego.
JeŜeli dobrze pamiętał, powiedziała, Ŝe skoro nigdy nie działał pod wpływem
emocji, to z pewnością teraz się nie zmienił. A więc ona uwaŜa, Ŝe jego nie stać na
podejmowanie decyzji pod wpływem uczucia? To się jeszcze okaŜe!
– Słusznie – odparł z przyjaznym uśmiechem. – Z przyjemnością pojadę z
wami.
– Z przyjemnością? – Lucky zakrztusiła się kawą. Sam roześmiał się na
widok przeraŜenia, malującego się na jej twarzy.
– A dlaczego nie? – spytał, gdy Bill brał na ręce bliźniaki. – Znasz mnie
przecieŜ, „spontaniczny” to mój przydomek.
– Nie masz pojęcia, w co się pakujesz. Moi bracia to doświadczeni
wędkarze. Potrafią spędzić na jeziorze wiele godzin.
– To świetnie. Kto wie, moŜe i ja coś złowię na kolację.
– Albo wpadniesz do wody i dostaniesz zapalenia płuc.
– No, no, no. Jeszcze wczoraj chciałaś zostawić mi jak najwięcej swobody.
CzyŜbyś się wycofywała?
– Oczywiście, Ŝe nie. Ja tylko...
– Słucham?
– To twoje Ŝycie i jesteś dość dorosły, Ŝeby wiedzieć, co robisz.
– Właśnie – odparł, tym razem zupełnie powaŜnym tonem. – I przemyśl to,
co powiedziałaś. – Musnął na poŜegnanie ustami jej wargi i podąŜył za Billem.
Rzeczywiście rozmyślała o tym i to przez cały dzień pracy. Z pewnością
Sam był wystarczająco dorosły, a nawet bardziej niŜ wystarczająco, Ŝeby
decydować d sobie. A ona nie miała prawa ani zresztą ochoty podejmować
decyzji za niego.
Jeśli naprawdę był przekonany, Ŝe chce ją poślubić, to odradzanie mu tego
musiało być przejawem choroby umysłowej. Jak tylko Sam wróci, to właśnie mu
powie.
Była pewna, Ŝe zaraz po powrocie wpadnie do niej albo przynajmniej
zadzwoni. Ale do szóstej, godziny zamknięcia biura, nie odezwał się.
Wpatrywała się w telefon przez kilka długich chwil i wreszcie nakręciła
numer Franka. I usłyszała wszystko, co chciała wiedzieć. Bracia spędzili cały
dzień na jeziorze, ale Sam wyjechał zaraz po lunchu. Frank nie widział go od
wczesnego popołudnia i nie miał zielonego pojęcia, gdzie się teraz podziewa.
Lucky ze złością rzuciła słuchawkę na widełki. Pozostawić męŜczyźnie
swobodę, to jedno, a dać się wykorzystywać, to zupełnie inna rzecz.
Martwiła się w drodze do domu, a tam poczuła się jeszcze gorzej. KaŜdy
pokój przywodził jej na pamięć Sama, Salon przypominał o pierwszej randce. W
kuchni razem szykowali kolację, rozmawiali, śmiali się. A sypialnia...
wspomnienia wywołały rumieniec na jej policzkach.
CzyŜby Sam przejął się jej radą i zaczął na nowo rozwaŜać sprawę
małŜeństwa? JeŜeli tak, to popełniła największy błąd swego Ŝycia. To ona go do
siebie zniechęcała. Gdyby nie wrócił, jak zapełniałaby pozostałą po nim pustkę?
Na dźwięk melodyjnego, lecz nieznanego klaksonu zerwała się na równe
nogi. MoŜe to tylko jej poboŜne Ŝyczenie, ale musiała sprawdzić, czy to nie Sam.
Podbiegła do frontowych drzwi, otworzyła je i wpadła prosto w jego
ramiona.
– Co za miła niespodzianka – uśmiechnął się – miałem nadzieję, Ŝe
będziesz zadowolona z mojej wizyty, lecz nie liczyłem na takie entuzjastyczne
powitanie.
– Jesteś – powiedziała trochę bez sensu. Przesunęła dłonie wzdłuŜ jego rąk,
aŜ po ramiona. Miała ochotę go dotykać, Ŝeby upewnić się, Ŝe naprawdę wrócił.
– Wejdź do środka.
– Za moment. – Oczy Sama rzucały wesołe błyski. Jeśli nadal będzie się tak
uśmiechał, to, na Boga, ona go tu wciągnie siłą...
– Chcę ci coś pokazać.
– Co? – Wyciągnęła szyję, ale uniósł ramię nad głowę i zasłonił jej widok.
– Jeszcze nie. Najpierw muszę cię o coś zapytać.
– Odpowiedź brzmi: „tak” – odparła bez wahania.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
– Och. – Z trudem ukryła rozczarowanie. – Więc słucham.
– Co sądzisz o niekonwencjonalnych prezentach ślubnych?
Spojrzała na niego kpiąco.
– Masz na myśli zegar z kukułką zamiast tostera?
– Niezupełnie.
– Samie Donahue, jeŜeli w tej chwili mi nie powiesz, o co chodzi – była juŜ
naprawdę zła – to ci przyłoŜę.
– Wierzę Ci.
– To dobrze, bo jak ktoś się wychował z czterema braćmi, to ma dobry
prawy sierpowy.
– Jeszcze się powstrzymaj – roześmiał się. – W ciągu całego mojego Ŝycia
nie łączyło mnie z ludźmi wiele znaczących więzi – zaczął mówić z wolna. –
Zapewne po części z mojej własnej winy. Jako dziecko zachęcany byłem raczej
do współzawodnictwa niŜ do przyjaźni. W miarę jak dorastałem, zacząłem
wyznaczać sobie dalekosięŜne cele na przyszłość. A poniewaŜ udawało mi się je
realizować, byłem przekonany, Ŝe wystarczy mi płynąca stąd satysfakcja. I
pewnego dnia – spojrzał jej głęboko w oczy – spotkałem ciebie. Przewróciłaś
moje Ŝycie do góry nogami i uświadomiłem sobie, Ŝe ono juŜ nigdy nie będzie
takie jak przedtem. Usiłowałem przekonywać samego siebie, Ŝe twoja rodzina
przytłacza mnie swoją liczebnością, ale twoi bliscy pokazali mi, ile miłości i
czułości ominęło mnie w Ŝyciu.
– Wypad na ryby – powiedziała zduszonym głosem, gdyŜ właśnie uderzyła
ją pewna myśl. – Moi bracia nie mogliby...
– Mogli.
– Och.
– Nie przejmuj się – pocieszył ją. – Z najwyŜszą przyjemnością słuchałem,
jak wychwalają cię pod niebiosa.
– Teraz rozumiem, Ŝe po takich rekomendacjach nie spieszyłeś się z
powrotem.
– To akurat nie miało z nimi nic wspólnego. Musiałem załatwić pewien
interes.
– Sądziłam, Ŝe nie pracujesz w soboty.
– Nie, chodziło o sprawę prywatną. Przypomniała sobie jego wcześniejsze
pytanie i nie potrafiła się powstrzymać.
– Kupiłeś mi ślubny prezent! – wykrzyknęła z radością. Roześmiała się na
widok miny Sama. Zgadła.
– Do licha – mruknął – zawsze jesteś o krok przede mną. To miała być
niespodzianka.
– Przepraszam – powiedziała skruszona. Teraz, gdy juŜ wiedziała na
pewno, jak się sprawy mają, bawiła się wspaniale. – Więc, proszę, zadziw mnie.
Sam nie odpowiedział, tylko poprowadził ją na podjazd, gdzie w cieniu
garaŜu stał Thunderbird Deweya Phillipsa.
– Skąd on się tu wziął? – Lucky stała z szeroko otwartymi ze zdumienia
oczami.
– Odkupiłem go – odrzekł z satysfakcją. Uniósł do góry rękę z kluczykami.
– Jest twój, moŜesz z nim robić, co chcesz.
Lucky pogładziła maskę samochodu.
– Czy bardzo byłoby ci przykro – jej głos był cichy i drŜący – gdybym
chciała go sprzedać?
– Ani trochę – zaśmiał się. – Właściwie byłbym rozczarowany, gdybyś
miała inne zamiary.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ale musiała zadać jeszcze jedno pytanie.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Dlaczego? – powtórzył bezmyślnie.
– No tak – starała się mu wyjaśnić. – Czy tylko chciałeś zrobić mi
przyjemność, czy były jeszcze jakieś inne przyczyny?
Sam zastanawiał się przez parę chwil, zanim odpowiedział:
– Po trochu i jedno, i drugie. Wprawdzie nadal niezupełnie rozumiem twe
nastawienie do tej transakcji i nie mogę powiedzieć, Ŝebym się całkowicie z tobą
zgadzał, ale z drugiej strony – objął ją i przyciągnął do siebie – wziąłem pod
uwagę, Ŝe mamy przed sobą resztę Ŝycia, więc zostało ci duŜo czasu na
wytłumaczenie mi twojego punktu widzenia.
Zalała ją fala takiej czułości, Ŝe ze wzruszenia nie mogła wydobyć słowa. I
tylko westchnęła uszczęśliwiona, zanim ich usta połączyły się w gorącym
pocałunku, potwierdzającym bezmierność uczucia.
Po długiej chwili wysunęła się z jego objęć.
– Sam?
– Hmm?
– Czy ten samochód jest rzeczywiście ślubnym prezentem?
– Oczywiście. Więc musisz powiedzieć „tak”, bo w przeciwnym razie...
– Zatrzymasz go dla następnej narzeczonej? Roześmiał się. śycie z nią nie
będzie łatwe. Ale na pewno nie grozi mu nuda.