background image

LAURIEN BERENSON

Talizman

Talisman

Tłumaczyła: Małgorzata Fabianowska

background image

Rozdział 1

–  Wierzcie  mi,  kolczatka  nie  jest  średniowiecznym  narzędziem  tortur  –

powiedziała  Kelly  Ransome,  rozglądając  się  po  klasie,  by  sprawdzić,  jakie 
wrażenie  robi  na  słuchaczach  jej  wykład.  Szesnastu  właścicieli  psów 
zgromadzonych w sali Szkoły Tresury Ransome z uwagą chłonęło jej słowa. Był to 
pierwszy  wykład  letniego  semestru  i  na  razie  Kelly  mogła  być  zadowolona  –  w 
oczach kursantów dostrzegła prawdziwe zainteresowanie.

Nie łudziła się, że to wyłącznie jej niepozorna osoba przyciąga uwagę. Nie 

była  brzydka  –  miała  szczupłą,  zgrabną  sylwetkę,  delikatne  rysy,  łagodne 
orzechowe oczy i włosy w odcieniu miodu, ostrzyżone na pazia. Temu wyglądowi 
odpowiadał  sportowy,  swobodny  styl  ubioru  –  luźne  spodnie  khaki  i  bawełniana 
koszulka. Nie należała do osób, które przyciągają spojrzenia. Skupiał je natomiast 
wielki, czarny, potężnie umięśniony doberman, karnie siedzący u jej lewej nogi.

– Jak widzicie, Thor nosi kolczatkę i wcale nie wygląda na nieszczęśliwego 

– powiedziała, opuszczając rękę i drapiąc psa pomiędzy sterczącymi uszami.

Thor  zerknął  na  nią  z  uwielbieniem.  –  Oczywiście  obroża  musi  być 

właściwie  użyta.  Nie  może  dusić  psa,  ma  natomiast  wzmagać  jego  karność. 
Dlatego  stanowi  niezbędną  pomoc  w  tresurze,  zwłaszcza  psów,  dla  których 
wszystko, co się rusza, to nieprzyjaciel.

Nerwowy  śmieszek  przebiegł  po  sali  i  Kelly  wiedziała,  że  kontakt  został 

nawiązany.

– Na początek powiemy sobie o kilku podstawowych zasadach, które ułatwią 

wam porozumienie z ulubieńcami. Pierwszą komendą, jaką przećwiczymy, będzie 
„siad”. Zobaczycie, że nie jest to trudne.

Kelly  wyjaśniała,  demonstrując  ćwiczenia  z  Thorem.  Doberman  wypełniał 

jej  polecenia  wzorowo  i  z  ochotą,  dając  zebranym  znakomity  przykład  efektów 
treningu posłuszeństwa. Kiedy wszystko zostało już omówione, Kelly opuściła rękę 
z dłonią skierowaną w dół. Thor zareagował natychmiast, kładąc się karnie. Ręka 
wykonała  prawie  niedostrzegalny ruch  – i  oto  wielki  pies  posłusznie  ułożył  pysk 
między łapami w pozycji „waruj”.

Teraz  przyszła  kolej  na  kursantów  i  ich  pupilów.  Kelly  przyglądała  się  im 

uważnie. Wprawnym okiem wyróżniła trzy psy, które jej zdaniem będą wymagały 
specjalnej  uwagi  –  potężnego  husky  z  lekko  zezującymi  niebieskimi  oczami, 
dobermankę,  która  wyszczerzyła  kły,  zaledwie  weszła  do  sali,  i  półrocznego 
rottweilera, którego rozrośnięte ciało zabawnie kontrastowało z młodzieńczą chęcią 
do zabawy.

Ostatniej parze Kelly poświęciła najwięcej uwagi. Wyjątkowo zainteresował 

ją nie tylko pies, lecz także jego właściciel.

Zmarszczyła  brwi,  widząc,  jak  rozdokazywany  rottweiler  skacze  wokół 

swego pana, na próżno usiłującego przywołać go do porządku. Zerknęła szybko na 
innych, ale radzili sobie jak na początek zupełnie nieźle.

Teraz  mogła  spokojnie  przyjrzeć  się  mężczyźnie.  Już  wcześniej,  kiedy 

wchodził  do  sali,  zwróciła  uwagę  na  jego  koci,  sprężysty  krok  i  grzywę 
niesfornych,  jasnych  kędziorów.  Był  wysoki,  szczupły,  o  wąskich  biodrach, 

background image

opiętych ciasnymi dżinsami. Już to wystarczyło, by jej puls zaczął bić szybciej – a 
jeszcze  te  złote  loki!  Natomiast  twarz,  która  wyglądała  spod  nich,  była  tak 
skupiona  i  poważna,  że  niemal  psuło  to  jej  urodę.  Prosty  nos,  mocna  szczęka  i 
zdecydowane usta mówiły o uporze i solidności. Brwi miał równie jasne jak włosy, 
za  to  rzęsy  ciemne  i  gęste.  Koloru  oczu  nie  mogła  dostrzec,  gdyż  ich  spojrzenie 
skierowane było w dół, na niesfornego szczeniaka.

Eric. Eric Devane, przypomniała sobie dane z formularza.
Nagle mężczyzna uniósł głowę i napotkał jej spojrzenie. Oczy miał szare, w 

odcieniu  starego  srebra.  Na  ich  widok  Kelly  poczuła  dziwny  dreszcz.  Miała 
nadzieję,  że  Devane  odwróci  wzrok,  ale  wpatrywał  się  w  nią  uparcie.  Uniosła 
pytająco brwi.

Nagle  rozległo  się  donośne  „wuf”.  Mężczyzna  zachwiał  się,  szarpnięty 

smyczą. Kelly uśmiechnęła się z ulgą i przeszła do następnej pilnie ćwiczącej pary. 
Pomoc przyszła w samą porę.

Stało się, pomyślał Eric. Od początku nie wierzył w ten pomysł. Kiedy Jess 

zadzwoniła  z  Nowego  Jorku  z  wiadomością,  że  znalazła  treserkę  dla  Dodgera, 
próbował  ją  przekonać,  że  nie  powinna  organizować  mu  życia  wbrew  jego  woli. 
Niestety,  kiedy  ukochana  siostrzyczka  wkraczała  do  akcji,  logiczne  argumenty 
traciły moc.

Jess  zawsze  potrafiła  go  uszczęśliwić.  Kiedy  tylko  usłyszała,  że 

przeprowadza  się  do  małego,  sennego  Woodbury  w  stanie  Connecticut, 
natychmiast uznała, że potrzebny mu będzie pies – obrońca i towarzysz. Zupełnie 
jakby  przenosił  się  do  pustelni  w dzikich  lasach  Amazonii!  Gdyby  zamieszkał  w 
mieście,  natychmiast  zaproponowałaby  mu  kota.  To  byłoby jeszcze  do  przyjęcia. 
W  apartamentach  na  Manhattanie,  w  których  się  wychowali,  zawsze  trzymano 
jakieś  pokojowe  zwierzątka.  Ale  stan  Connecticut  kojarzył  się  jego  siostrze  z 
dziczą, w której wielki pies mógł być jedynym stróżem i kompanem.

Ów  „wielki  pies”  okazał  się  tłustym,  piszczącym  szczeniakiem,  którego 

sześć  tygodni  temu  znalazł  w  koszyku  na  progu.  Co  prawda  Dodger  rósł  jak  na 
drożdżach, ale na razie sprawiał same kłopoty.

Eric udał się na zajęcia do Szkoły Tresury Ransome bez większej nadziei, ale 

spodobała mu się Kelly i jej spokojne, racjonalne podejście do sprawy psiej nauki. 
Przyglądał  się  jej  z  przyjemnością,  gdyż  była  zupełnie  inna  niż  miejskie 
dziewczyny, które znał – zapatrzone w siebie i w swoje kariery. Zdążył już na tyle 
poznać  stosunki  na  prowincji,  by  zorientować  się,  iż  Kelly  różni  się  także  od 
większości tutejszych kobiet. Te bowiem korzystały z każdej okazji, by przenieść 
się  do  miasta,  a  jeśli  im  się  to  nie  udało,  młodo  wychodziły  za  mąż.  Wkrótce, 
otoczone gromadką dzieci, zapominały o swoich ambicjach albo też wplątywały się 
w zawiłe i męczące sprawy rozwodowe.

Eric  westchnął,  kolejny  raz  stwierdzając,  że  jego  własne  perspektywy  jako 

trzydziestodwuletniego kawalera wcale nie są lepsze.

W  zamyśleniu  popatrzył  na  Kelly  Ransome,  przechadzającą  się  po  sali. 

Miała zdecydowany krok i oszczędne ruchy kogoś, kto nie zwykł tracić energii na 
próżno. Z przyjemnością przyglądał się lśniącym, jasnym włosom i lekko opalonej, 

background image

nie  umalowanej  twarzy.  Spod  ciemnych  rzęs  bystro  patrzyły  orzechowe  oczy  ze 
złotawymi cętkami. Znów odruchowo porównał ją z nowojorskimi elegantkami w 
wytwornych strojach. Kelly Ransome była naturalna aż do przesady.

Sprawdzając  postępy  grupy,  Kelly  doszła  do  miejsca,  gdzie  stali  Eric  z 

Dodgerem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wysoki i silny jest ten mężczyzna. 
Sprawiał wrażenie kogoś, kto wie, czego chce, i zwykle to dostaje.

– Jakieś problemy? – zapytała.
Dodger,  zachwycony  nowym  towarzystwem,  natychmiast  podskoczył, 

usiłując  polizać  ją  po  twarzy. Zawstydzony  właściciel  próbował odciągnąć  go  na 
smyczy, ale szczeniak zignorował go, uparcie drapiąc łapami spodnie Kelly.

–  To  chyba  widać  –  mruknął  Eric  przez  zaciśnięte  zęby.  Na  liście  osób, 

wobec  których  najbardziej  obawiał  się  kompromitacji,  atrakcyjne  kobiety 
figurowały aa pierwszym miejscu.

–  Leżeć!  –  zakomenderowała  cichym,  lecz  stanowczym  głosem  i  mocno 

szarpnęła kolczatkę. Zaskoczony pies przysiadł u jej stóp.

Eric wydawał się równie zaskoczony jak jego pupilek.
– Użyłaś czarów, prawda?
– Nie, to tylko doświadczenie – uśmiechnęła się. – Pokazałam mu, gdzie jest 

jego miejsce w hierarchii. Problem polega na tym, że twój pies myśli, iż on tu jest 
panem.

– On nie myśli, on po prostu to wie.
– W takim razie musimy wyprowadzić go z błędu.
– Ha, łatwo ci mówić – westchnął Eric, wskazując ruchem głowy spokojnie 

leżącego Thora. – Z zazdrością patrzę na twojego dobermana. Wydaje się, jakby w 
ogóle nic go nie obchodziło.

Nie był pierwszą osobą, która tak myślała. Wiedziała, że nie obejdzie się bez 

wyjaśnień.

– Właściciel Thora chciał się go pozbyć – powiedziała powoli. – Kiedy go 

wzięłam, był  zaniedbany  i  tak  agresywny,  że  nawet  Towarzystwo  Ochrony  Praw 
Zwierząt zakwalifikowało go do uśpienia. Dopiero po pół roku mogłam mu zaufać 
na  tyle,  by  odwrócić  się  do  niego  plecami.  Po  następnych  sześciu  miesiącach 
przestał  uważać  każdego  człowieka  za  wroga,  a  każdego  innego  psa  za  łakomy 
kąsek do pożarcia. Teraz śpi ze mną w łóżku. Tak, panie Devane, początki bywają 
bardzo trudne – zakończyła i wyciągnęła rękę. Z ulgą oddał jej smycz.

– Mam na imię Eric.
Kelly  kiwnęła  głową,  ale  jej  uwaga  skupiona  już  była  na  psie.  Dodger 

zdawał się przewidywać, że coś się święci, gdyż znieruchomiał i czujnie zastrzygł 
uszami.

Eric stłumił pomruk niechęci. Ta czarodziejka nie zdążyła jeszcze nic zrobić, 

a  potwór  już  zmienił  się  aniołka.  Mało  tego,  w  brązowych  psich  oczach, 
wpatrzonych w treserkę, zobaczył głębokie uwielbienie.

– No dobrze, młodzieńcze – powiedziała energicznie Kelly, skracając smycz 

– zobaczymy, na co cię stać. Siad! – nakazała, chwytając kolczatkę i zaciskając ją. 
Jednocześnie  drugą  ręką  klapnęła  lekko  Dodgera  po  zadzie.  Rottweiler  usiadł 
prawie bez oporu.

background image

–  Dobry  piesek!  –  powiedziała  z  zadowoleniem,  luzując  kolczatkę.  Pies 

momentalnie  zerwał się  na nogi, radośnie  machając  krótkim ogonem. W nagrodę 
Kelly podrapała go za uszami.

–  Czy  nie  przesadziłaś  z  tymi  wyrazami  uznania?  Przecież  on  nie  zdążył 

jeszcze na dobre usiąść!

– Ale siedział przez moment i to się liczy. Zresztą nie zakazałam mu wstania 

– wyjaśniła.

– A właściwie dlaczego?
– Ponieważ nie wiedziałby, o co mi chodzi.
– Kazałaś mu siadać, choć też nie wiedział, o co chodzi – nie ustępował Eric.
– Jedna nowość wystarczy.
– I uważasz, że skoro na chwilę klapnął swoim tłustym zadkiem na podłogę, 

już należy mu się nagroda?

W odpowiedzi Kelly raz jeszcze kazała psu siadać, po czym nagrodziła dwie 

sekundy posłuszeństwa minutą pieszczot. Było jasne, że transakcja okazała się dla 
Dodgera bardzo korzystna.

– Teraz spróbuj ty – powiedziała, wręczając smycz Ericowi.
Miał nieodparte wrażenie, że każde z nich ma do czynienia z zupełnie innym 

psem.  Kiedy  ujął  smycz,  szczeniak  natychmiast  powrócił  do  swego  najbardziej 
nieznośnego wcielenia.

– Bądź stanowczy – doradziła. – Chwyć go krócej przy szyi. Musi czuć, że 

możesz w każdej chwili nad nim zapanować.

Mężczyzna spojrzał na nią bezradnie. Pasmo złotych włosów spadło mu na 

oczy. Kelly, ku  swojemu zaskoczeniu, poczuła nieodpartą ochotę, by odgarnąć je 
troskliwym ruchem.

Desperacja Erka przeszła w złość.
–  Gdybym  wiedział,  jak  to  robić, nie  byłoby  mnie  tu,  tylko siedziałbym w 

domu i patrzył, jak Dodger rozkopuje rabatki w ogrodzie – prychnął, gwałtownym 
ruchem odrzucając włosy z czoła.

Im bardziej się irytował, tym bardziej opanowana stawała się Kelly.
–  Nie  miej  do  mnie  pretensji,  próbowałam  ci  tylko  pomóc  –  powiedziała 

uspokajająco.

–  W  takim  razie  za  mało  próbowałaś!  Ten  potwór  zamienił  ostatnie  sześć 

tygodni  mojego  życia  w  istne  piekło  i  straciłem  już  nadzieję,  że  cokolwiek  się 
zmieni.

– Przecież dopiero zaczęliśmy...
–  Wiem! – wybuchnął, szarpiąc się  z psem, który kręcił się koło  jego nóg, 

ciasno oplątując je smyczą. – Wątpię, czy dotrwam do końca.

Kelly uśmiechnęła się na widok jego tragicznej miny i chwyciwszy Dodgera 

za obrożę, zmusiła go, by uwolnił swego pana z pułapki.

–  Stanowczo  zbyt  łagodnie  go  traktujesz  – powiedziała.  –  On  świetnie  to 

wyczuwa, dlatego cię wykorzystuje.

–  Wstrętny,  cwany  kundel  –  mruknął  Eric,  patrząc  wrogo  na  psa,  który 

siedział ziejąc radośnie, wyraźnie zadowolony z siebie.

–  Nie  cwany  kundel,  tylko  mądry  rottweiler  –  poprawiła  go.  –  A  to  duża 

background image

różnica.

– Nie widzę żadnej.
Kelly obejrzała się i dostrzegła, że reszta grupy, która przećwiczyła już siad, 

wyraźnie zaczyna się nudzić. Trzeba było kończyć tę rozmowę.

–  Rottweilery  są  hodowane  jako  psy  obronne.  Są  wprost  stworzone  do 

tresury – powiedziała szybko.

–  Naprawdę  myślisz,  że  Dodger  da  się  wytresować  na  psa  obronnego?  –

zapytał z wyraźnym zainteresowaniem.

Kelly spojrzała na niego czujnie. Zbyt wielu widziała już właścicieli dużych 

psów, którzy sądzili, że pewnym rasom wystarczy tylko twarde traktowanie i krótki 
amatorski trening, by stały się walecznymi obrońcami. A kiedy okazywało się, że 
wyhodowali agresywną bestię, która wymknęła się im spod kontroli, było z reguły 
za późno i nieszczęsne zwierzę nadawało się już tylko do uśpienia.

–  Dodger  jest  jeszcze  szczeniakiem  –  powiedziała  ostrożnie.  –  Ale 

stopniowo,  po  właściwej  tresurze,  ma  szansę  stać  się  bardzo  dobrym  psem 
obronnym. A dlaczego właściwie pytasz?

– Tak sobie – uśmiechnął się. – Z czystej ciekawości.
Kelly  zachowała  ten  uśmiech  w  pamięci,  kiedy  odeszła,  by  kontynuować 

wykład. Nie lubiła ludzi, którzy zadają istotne pytania, a potem kwitują odpowiedź 
wzruszeniem  ramion.  Wyglądało  na  to,  że  Eric  ma  powody,  by  interesować  się 
tresurą obronną. Powinna dowiedzieć się jakie, jeśli nie chciała, by jego rottweiler 
powiększył smutną statystykę psów zmarnowanych przez właścicieli.

Reszta  lekcji  minęła  szybko,  zwłaszcza  że  ostatnie  dziesięć  minut 

przeznaczyła na „swobodną zabawę”. W czasie, kiedy spuszczone ze smyczy psy 
szalały, mogła zamienić kilka słów z każdym z właścicieli. Jednak Eric odsunął się 
w  kąt  i  trzymając  krótko  Dodgera,  cierpliwie  czekał  na  koniec  przerwy.  Kelly, 
zajęta rozmową z tłustą nastolatką, która miała kłopoty z leniwym i równie tłustym 
bassetem, zerknęła na niego kątem oka i ze zdumieniem stwierdziła, że mężczyzna 
przygląda się jej badawczo.

Po nastolatce przyszła kolej na gadatliwą matronę i jej jamniczkę, a potem 

eleganckiego  starszego  pana  z  nienagannie  utrzymanym  szkockim  terierem  o 
dźwięcznym  imieniu  Kiltie.  Kelly  z  uśmiechem  odpowiadała  na  pytania  i 
cierpliwie udzielała wyjaśnień.

Świetnie  radzi  sobie  z  ludźmi,  pomyślał  Eric,  obserwując  ją  z  kąta. 

Spostrzegawczość przydawała się w pracy, podobnie jak umiejętność przelewania 
uwag i konstatacji na papier. Pracując przez lata jako reporter dla „The New York 
Timesa”,  miał  okazję  widzieć  przeróżne  rzeczy  –  poczynając  od  wyborów 
prezydenckich,  poprzez  krwawe  rozgrywki  gangów,  aż  do  pożarów  i  katastrof. 
Fascynował  go  świat,  ludzie  i  wydarzenia.  Teraz  jednak  najbardziej  interesowała 
go Kelly Ransome.

Choć  tak  się  różniła  od  nowojorskich  dziewczyn,  był  pewien,  że  nie 

wychowała się w tej małej, spokojnej mieścinie. Coś musiało ją tutaj sprowadzić, 
podobnie jak i jego. Ale co? Praca męża czy możliwość otwarcia szkoły? Zmrużył 
oczy, na próżno usiłując dojrzeć obrączkę na palcu treserki. Zaskoczyła go własna 
ciekawość.  Trudno  było  ukryć,  że  wykracza  poza  zwykłe  dziennikarskie 

background image

zainteresowanie. Czemu z taką ulgą stwierdził, że nie jest mężatką?

Musi ją jakoś o to zagadnąć. W końcu żyje z zadawania pytań. Gotów był od 

razu wprowadzić swój zamiar w czyn, ale nagle rozległo się basowe szczeknięcie 
Dodgera. Śmiertelnie znudzony, wyraźnie chciał dołączyć do ogólnej zabawy.

–  Uspokój  się!  –  syknął  wściekle  Eric.  Upomnienie  nie  poskutkowało.

Dodger miotał się i szczekał coraz donośniej.

–  Cicho!  –  nakazał  stanowczo  i  ostro  szarpnął  smyczą.  O  dziwo, 

podpowiedziany przez Kelly sposób okazał się skuteczny. Pies ucichł gwałtownie i 
spojrzał zdumiony na swego pana. A pan ujął go krótko przy szyi i kazał iść przy 
nodze.

– Moi drodzy, koniec przerwy, wracamy do pracy – oznajmiła Kelly, patrząc 

z niepokojem na Erica zmierzającego ku niej z Dodgerem.

– Jeśli ktoś jeszcze będzie miał do mnie pytania, zapraszam po zajęciach –

dodała szybko. Mężczyzna skinął głową i grzecznie stanął z psem w szeregu.

Po  kwadransie lekcja  była  skończona.  Kelly odczekała,  aż  wszyscy  wyjdą, 

zamknęła salę i wyprowadziła Thora na dziedziniec. Eric z Dodgerem już czekali. 
Rottweilerek  z  młodzieńczym  entuzjazmem  i  kompletnym  brakiem  instynktu 
samozachowawczego ruszył ku wielkiemu dobermanowi, napinając smycz na całą 
długość.  Napastowany  przez  szczeniaka  Thor  stał  z  miną  męczennika.  Kiedy 
Dodger  przewrócił  się  wiernopoddańczo  na  grzbiet,  wymachując  łapami  w 
powietrzu,  zerknął  z  rozpaczą  na  swoją  panią,  jakby  chciał  zapytać:  „Czy  ja 
naprawdę muszę go znosić?”

– Nie, nie musisz, jeśli nie chcesz – powiedziała Kelly i wskazała na murek. 

Thor wskoczył tam natychmiast. Szczeniak nie mógł go już dosięgnąć.

– Czego miałbym nie chcieć? – zdziwił się Eric.
– O, przepraszam, mówiłam do Thora. Chciał wiedzieć, czy musi zniżać się 

do poziomu takiego smarkacza, więc zapewniłam go, że nie.

– On chciał... wiedzieć? – Eric spojrzał na nią z dziwną miną.  – Wiem,  że 

prowadzisz specjalistyczną tresurę, ale nie przypuszczałem, że również uczysz psy 
mówić.

Na  policzki  Kelly  wypłynął  rumieniec.  Na  ogół  miała  do  czynienia  z 

typowymi  psiarzami,  którzy  natychmiast  pojęliby,  o  co  jej  chodzi,  i  którzy 
znakomicie  dogadywali  się  ze  swoimi  ulubieńcami.  Sądząc  z  reakcji  Erica,  na 
pewno był nowicjuszem w kręgu psich fanów.

– Thor ma bardzo  wyraziste  ślepia – powiedziała cicho. – Łatwo domyślić 

się, co czuje. Czy miałeś do mnie jakieś pytania? – wróciła do oficjalnego tonu.

– Tak, miałem. – Zerknął na jej smukłe palce o wypielęgnowanych, lecz nie 

lakierowanych paznokciach. – Nie nosisz obrączki – zauważył.

– Nie. O co właściwie chciałeś mnie zapytać? Milczał. Nagle stracił pewność 

siebie, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Zabawne, gdyby Kelly była nowojorską 
dziewczyną  o  ciętym  języku,  poszłoby  mu  dużo  łatwiej.  Tamte  były  jak  koty  –
zawsze spadały na cztery łapy. Ona zaś była równie uczciwa i prostolinijna, jak jej 
ukochane psy.

Eric nerwowo przyciągnął do siebie wiercącego się Dodgera.
– W broszurze informacyjnej napisałaś o indywidualnych lekcjach, podczas 

background image

których  pracujesz  tylko  z  wybranym  psem.  Sama  widzisz,  jaki  jest  Dodger. 
Zastanawiam się, czy taka forma tresury nie byłaby dla niego lepsza.

–  Owszem,  psom  w  jego  wieku  trudno  nieraz  wysiedzieć  w  klasie  –

powiedziała powoli, rozważając w myśli jego propozycję. Niepostrzeżenie ich oczy 
spotkały się. Nie odwróciła wzroku, wzruszyła tylko ramionami.

–  Jest  to  możliwe,  ale  pod  pewnymi  warunkami.  Po  pierwsze,  pracuję  nie 

tylko z psami, ale również z ich właścicielami. Pies i właściciel muszą się nauczyć, 
jak ze sobą współpracować.

– Świetnie – ucieszył się. – Tego właśnie potrzebujemy z Dodgerem.
– Poza tym indywidualne lekcje są dużo droższe.
– Och, to zrozumiałe.
Kelly  zmarszczyła  brwi,  słysząc  jego  lekki  ton.  Jak  na  człowieka,  który 

jeszcze niedawno rozpaczał z powodu swojego niesfornego ulubieńca, wydawał się 
dziwnie zadowolony z siebie.

– Na tyle drogie – zaznaczyła z naciskiem – że warto się zastanowić, czy nie 

pozostać w grupie.

–  Nie  wydaje  mi  się  –  stwierdził.  –  Pod  tym  względem  zgadzam  się  z 

Dodgerem.  Nie  lubię  tłumu.  Wolałbym  pracować  sam.  Jestem  do  tego 
przyzwyczajony.

Kelly  zagryzła  wargi.  Myśl  o  byciu  sam  na  sam  z  tym  niepokojącym 

mężczyzną  nie  napawała  jej  entuzjazmem.  Poza  tym  nie  potrzebowała 
dodatkowych  źródeł  dochodu.  Lista  osób  oczekujących  na  zapisy  była  długa. 
Odkąd  niemal  cały  nakład  jej  książki  „Zabawa  w  tresurę”  zniknął  z  lokalnych 
księgarń, nie narzekała na brak chętnych.

– Oczywiście decyzja należy do ciebie – powiedziała wreszcie. – W każdym 

razie,  jeśli  zdecydujesz  się  na  takie  lekcje,  odliczę  na  ich  poczet  sumę,  którą 
wpłaciłeś na kurs.

– Doskonale. Kiedy zaczynamy?
Kelly wyciągnęła z kieszeni kalendarzyk i zaczęła go uważnie wertować.
– Jeśli masz czas w ciągu dnia, możemy się umawiać w poniedziałki rano.
– W porządku. U mnie w domu czy mam przyjechać do ciebie?
– Nie, czekaj na mnie. Dodger będzie się czuł swobodniej na swoim terenie.
Eric  w  zamyśleniu  patrzył,  jak  Kelly  pakuje  się  i  odjeżdża.  Poniedziałek 

rano... Umawiał się na randki o różnych dziwnych porach. Dobrze, ale przecież to 
nie  była  randka.  Przesadziłeś,  stary,  skarcił  się  w  myśli,  roztargnionym  ruchem 
drapiąc psa za uszami.

– Dodger, chłopie, to może być początek pięknej przyjaźni – szepnął.

background image

Rozdział 2

–  A  wiec  to  jest  twoja  chata  w  puszczy  –  powiedziała  Jess  Devane, 

rozglądając się po salonie domu, który jej brat wynajął na pół roku.

W  rzeczywistości  budynek  nie  wyglądał  aż  tak  prymitywnie,  choć 

właściciele, modernizując go, starali się ocalić jak najwięcej z dawnych elementów, 
takich  jak  kominek  czy  drewniane,  ciemne  belki  sufitu,  tworząc  miłą,  a 
jednocześnie funkcjonalną całość.

Eric  wiedział  jednak,  że  wszystko,  co  nie  przypominało  nowoczesnych 

apartamentów  na  Manhattanie,  wydawało  się  jego  siostrze  kompletnym 
prymitywem.

– Nie przesadzaj, Jess, przecież to nie jest traperska chata – zaśmiał się.
Jess,  wyraźnie  nie  przekonana,  krytycznie  przyjrzała  się  jego  flanelowej 

koszuli  z  podwiniętymi  rękawami  i  wytartym  dżinsom.  Jej  aprobatę  wzbudził 
jedynie  najnowszy  model  telewizora  i  wideo  –  elementy  tak  dobrze  znanego  jej 
świata.

– No dobrze – zaczęła – powiedz mi teraz, po co właściwie wyniosłeś się do 

tej głuszy?

–  Naprawdę  nie  rozumiem,  dlaczego  uważasz,  że  Woodbury jest  na  końcu 

świata.  Owszem,  to  nie  Manhattan,  ale  mamy  tu  świetną  bibliotekę  i  teatr,  nie 
mówiąc  o  różnych  sklepach.  Zresztą  Nowy  Jork  jest  niecałe  dwie  godziny  jazdy 
stąd.

–  Dobrze,  przesadziłam,  może  Woodbury  nie  jest  aż  taką  dziurą  –

powiedziała bardziej ugodowym tonem. – Ale  wyznam ci  szczerze, braciszku, że 
nie rozumiem, dlaczego tak nagle porzuciłeś swój piękny apartament i wyjechałeś 
w lasy z jedną walizką.

– Dobrze wiesz dlaczego. Przeniosłem się tu, żeby pracować.
– Nie żartuj, przecież właśnie rzuciłeś pracę!
–  Niezupełnie.  W  redakcji  udzielono  mi  urlopu  na  pracę  twórczą  i  dzięki 

temu  będę  mógł  napisać  książkę.  To  cudowne,  Jess,  zawsze  o  tym  marzyłem! 
Wreszcie będę mógł stworzyć coś trwalszego niż artykuły, klecone w pośpiechu po 
nocach.

Przeszedł  do  kuchni  i  gestem  zaprosił  siostrę  do  jadalni.  Miał  nadzieję,  że 

kolacja,  którą  tak  starannie  przygotowywał,  pozwoli  na  zmianę  tematu  na 
przyjemniejszy. Jednak Jess nie dała się tak łatwo zbyć.

– Przecież równie dobrze mógłbyś pisać tę książkę w mieście – upierała się, 

nawet nie rzuciwszy okiem na popisową sałatkę z krabów. – Ludzie tak robią.

–  Nic  by  z  tego  nie  wyszło.  W  Nowym  Jorku  jest  zbyt  dużo  pokus,  zbyt 

wiele  rzeczy  by  mnie  rozpraszało.  Tu  jestem  wolny,  nie  poganiany  żadnymi 
terminami.  Zresztą człowiek, który dostarcza  mi  materiału do książki, mieszka w 
okolicy. To znacznie ułatwi nam współpracę.

– No właśnie – westchnęła Jess. – Dlaczego nie wziąłeś na warsztat jakiegoś 

mniej drażliwego tematu?

– I bezpieczniejszego, tak?
– Owszem. – Szare oczy siostry spojrzały na niego uważnie. – Nie mogłeś 

background image

zająć się przestępstwem, które już rozpracowano, a sprawców wsadzono za kratki?

–  Sprawa  napadu  na  furgonetkę  bankową  Locktighta  jest  już  zamknięta  –

przypomniał jej Eric. – Trzech ludzi zostało skazanych.

– Tak, a czwarty zginął, zastrzelony w bardzo podejrzanych okolicznościach 

– prychnęła Jess.

– Zresztą nikt z pozostałych nie przyznał się do winy i nie odzyskano nawet 

jednej sztaby złota. A teraz, po trzech latach, jakiś człowiek kontaktuje się z tobą, 
twierdząc, że  jest piątym  członkiem gangu,  i  chce  ci sprzedać pewną informację. 
Nie uważasz, że wszystko to razem jest mocno podejrzane?

– Jasne, że jest. Dlatego właśnie zaangażowałem się w tę sprawę.
Jess wyrzuciła ręce w górę w geście rozpaczy.
–  Czy  ten  facet  wyjaśnił  ci  chociaż,  dlaczego  spośród  setek  nowojorskich 

dziennikarzy wybrał właśnie ciebie?

– Larry powiedział, że podobały mu się  moje  artykuły. Uznał, że  może mi 

zaufać.

– Larry... Czy on ma chociaż nazwisko?
– Smith – uśmiechnął się Eric, przewidując jej reakcję.
– No jasne. – Jess z ubolewaniem pokiwała głową.
–  Facet  podaje  ci  nazwisko,  które  wypełnia  pół  książki  telefonicznej,  a  ty, 

naiwny braciszku, wierzysz mu bez zastrzeżeń.

– Jestem co  prawda twoim młodszym braciszkiem, ale  zapomniałaś, że nie 

mam  już  dwunastu  lat.  Zanim  zacząłem  z  nim  rozmawiać,  sprawdziłem  go 
dokładnie. – Sięgnął po dłoń siostry i uścisnął ją pocieszająco. – Doceniam twoją 
troskę, kochanie, ale wierz mi, umiem sam zadbać o siebie.

Jess  przytaknęła  z  rezygnacją.  Wiedziała,  że  przegrała.  Zawsze  tak  było. 

Mogła tłumaczyć, wściekać się i prosić, a Eric zawsze robił to, co sobie postanowił.

–  A  skoro  już  mówimy  o  dbaniu  o  siebie,  jak  tam  Dodger?  –  zagadnęła, 

starając się mówić jak najswobodniej.

– Sama zobacz. – Eric wskazał na widoczny przez okno trawnik. Pies ganiał, 

polując na zwierzynę, która zapewne istniała tylko w jego wyobraźni.

– Zdaje się, że ma dużo energii.
– Owszem. Ta jego energia niedługo wpędzi mnie do grobu.
–  Och,  nie  przesadzaj.  Jeśli  zdecydowałeś  się  osiąść  na  odludziu,  a  w 

dodatku  rozgryzać jakieś  mętne sprawy, musisz  mieć  obrońcę. Myślę, że  Dodger 
będzie wspaniałym stróżem.

– Z pewnością – przytaknął ponuro Eric. – Jest tylko jeden drobny problem, 

on chciałby mnie chronić przed wszystkim i wszystkimi. Obojętnie, czy to będzie 
listonosz, śmieciarz, czy wiewiórka lub ptak.

–  Mówiono  mi,  że  rottweilery  są  bardzo  pojętne  i  potrzeba  im  tylko 

odpowiedniego  wychowania.  Właśnie,  a  co  powiedziała  ta  treserka,  którą  ci 
znalazłam?

Eric pomyślał o Kelly i o umówionym spotkaniu.
–  Powiedziała,  że  nim  zostanie  dobrym  psem  obronnym,  musi  jeszcze 

dorosnąć i wiele się nauczyć.

Jess spojrzała na niego zmieszana.

background image

– A ja myślałam, że już się nadaje, bo jest taki duży...
– Wszystko, co jest większe od kota, wydaje ci się duże, siostrzyczko.
– To znaczy, że mój prezent sprawił ci tylko kłopot, tak?
Była to w dużym stopniu prawda, ale Eric nie chciał jej urazić. Jess zawsze 

miała jak najlepsze intencje.

– Ależ skąd, bardzo się cieszę, że tak się o mnie troszczysz – zapewnił.
– Jesteś niepoprawny – zaśmiała się Jess. – Eric Devane, szalejący reporter, 

którego  nie  wzruszy  nawet  trzęsienie  ziemi,  zaczyna  się  rozczulać  nad  swoją 
siostrzyczką. Słowo daję, wiejskie powietrze uderzyło ci do głowy!

Popatrzyli  na  siebie  i  parsknęli  śmiechem.  Resztę  czasu  poświęcili  na 

oplotkowanie  wspólnych  znajomych.  Jess  zrelacjonowała  bratu  najnowsze 
nowojorskie wydarzenia. Kiedy w godzinę później szykował się, by odwieźć ją na 
pociąg,  oboje  byli  w  znakomitych  humorach.  Zaledwie  Eric  zdążył  zamknąć 
frontowe drzwi, w głębi domu zaczął dzwonić telefon.

– Zejdź do samochodu – powiedział, pospiesznie obracając klucz w zamku. –

Zaraz przyjdę.

Potykając  się  o  Dodgera,  wpadł  do  holu  i  zdążył  podnieść  słuchawkę  po 

piątym  dzwonku.  Przez  kilka  sekund  panowała  cisza,  jakby  rozmówca  już  się 
wyłączył. Wreszcie odezwał się chrapliwy, niski głos.

– To ty jesteś ten dziennikarski pistolet, który wszędzie węszy?
Eric,  kompletnie  zaskoczony,  zastanawiał  się  nad  celną  odpowiedzią,  ale 

tajemniczy rozmówca nie dał mu szansy.

–  Lepiej  będzie  dla  ciebie,  jeżeli  przestaniesz  wsadzać  nos  w  nie  swoje 

sprawy! – zagroził.

– Kto mówi?
W odpowiedzi rozległ się trzask i połączenie zostało przerwane. Eric powoli, 

bardzo powoli odłożył słuchawkę.

– Kto to był? – zapytała Jessie, kiedy usadowił się za kierownicą.
– Nikt, jakaś pomyłka – rzucił niedbale, wciskając gaz.

Kelly spędziła pracowicie weekend, pisząc felieton do stałej kroniki porad w 

magazynie  „Mój  Pies”.  Resztę  czasu  poświęciła swojej  małej  menażerii  –  dwóm 
kotom,  birmańczykowi  i  przygarniętemu  dachowcowi,  trzem  dobermanom  i 
gwarkowi, egzotycznemu gadającemu ptakowi o imieniu Maks.

Kiedy  w  poniedziałek  rano  szykowała  się  do  wyjścia,  zaniepokojone 

zwierzaki chodziły za nią krok w krok.

– Hej, zwolnijcie obroty – upomniała je. – Wrócę niedługo i zajmę się wami.
Boso  podreptała  z  łazienki  do  garderoby,  pewnie  stawiając  stopy  na 

nierównej, skrzypiącej podłodze z desek. Jej niewielki dom pamiętał jeszcze czasy 
osadników.  Budowano  go  starannie  z  najlepszych  materiałów,  ale  pokolenia 
niedbałych  właścicieli  omal  nie  doprowadziły  solidnego  domostwa  do  ruiny. 
Jedynym  ich  osiągnięciem  było  dobudowanie  piętra  z  dwiema  sypialniami  i 
łazienką. Kiedy Kelly po  raz pierwszy przyjechała go  obejrzeć, dom od  roku stał 
pusty. Od razu pokochała go całą duszą, choć był szary i zaniedbany.

Poświęciła  cały  swój  wolny  czas  i  wszystkie  oszczędności,  by  przywrócić 

background image

domostwu  dawną  świetność.  Na  pierwszą  zimę  zaopatrzyła  się  w  pięć  kubłów 
farby  i  piecyk  na  drewno.  Wiosną  ogrodziła  teren  z  tyłu  domu  i  odmalowała 
werandę.  I  tak,  krok  po  kroku,  doprowadziła  to  miejsce  do  stanu,  którego 
przynajmniej nie musiała się wstydzić.

– Zwolnijcie obroty! – zaskrzeczał Maks, bujający się na drążku w klatce w 

kącie kuchni. – Wrócę, wrócę...

– Zamknij dziób, ty gaduło! – ofuknęła go.
– Zamknij dziób! – odparował, wzmacniając efekt przeraźliwym wrzaskiem.
Kelly uśmiechnęła się. Maksio musiał zawsze mieć ostatnie słowo.
Do  dziewiątej była  już  gotowa.  Ubrana w  tenisówki,  spłowiałe  dżinsy  i  za 

dużą  męską koszulę,  sięgającą  jej  do  kolan,  wskoczyła do  dżipa.  Eric  dzwonił  w 
sobotę  i  wyjaśnił  jej,  jak  ma  dojechać  do  jego  domu.  Głos  w  słuchawce  był  tak 
męski  i  seksowny,  że  mogłaby  go  słuchać  jeszcze  długo.  Myśl  o  zajęciach  z 
Erikiem  zaczęła  się  jej  coraz  bardziej  podobać.  Poza  tym  polubiła  Dodgera  i 
wyczuła  w  nim  świetny  materiał  na  psa  obronnego.  Zawsze  lubiła  pracować  z 
bystrymi i zdolnymi zwierzętami.

Kiedy  zajechała  pod  dom  Devane’a,  Eric  bawił  się  z  psem  na  trawniku  i 

właśnie  rzucił  mu  piłeczkę.  Rottweiler  momentalnie  skoczył  za  nią  i  złapał  ją 
pewnym chwytem szczęk, nim jeszcze odbiła się od ziemi. Kelly uśmiechnęła się z 
aprobatą, ale jego pan był niezbyt zadowolony.

– Mam kolejny problem – stwierdził. – Uwielbia ganiać za piłką, ale nigdy 

nie chce mi jej przynieść z powrotem. W rezultacie nabiegam się bardziej niż on.

–  Po  prostu  nie  rozumie,  czego  od  niego  chcesz  –  wyjaśniła.  –  Skoro  nie 

ustanowiłeś żadnych reguł.

– Moja siostra wspominała  mi  o tej  książce. Ma tytuł  „Zabawa  w tresurę”, 

prawda?

–  Tak.  To  podręcznik  tresury  dla  amatorów.  Wydawca  uznał,  że  jest  duże 

zapotrzebowanie na taką książkę. Ale nie napisałabym jej, gdyby nie namówił mnie 
do tego ojciec.

– Twój ojciec? A co on ma z tym wspólnego? Kelly spoważniała.
– To długa i nudna historia. Lepiej zacznijmy zajęcia. W końcu płacisz mi za 

tresowanie, nie za rozmówki.

– Ależ ja lubię z tobą rozmawiać – wyznał z rozbrajającą szczerością, która 

zaskoczyła  nawet  jego  samego.  Przez  lata  reporterskiej  pracy  wypytywanie  i 
wyciąganie  informacji  z  najbardziej  nawet  opornych  rozmówców  weszło  mu  w 
krew do tego stopnia, że wśród przyjaciół zyskał przydomek Sęp – żartobliwy, ale 
w  gruncie  rzeczy  dobrze  obrazujący  jego  bezwzględne  metody  zdobywania 
wiadomości  nadających  się  na  pierwsze  strony  gazet.  Ciekawe  jednak,  że  przy 
Kelly tracił swój dziennikarski pazur. Pozwalał rozmowie płynąć własnym torem, 
niczego nie drążył ani nie sondował.

– Kto wie? – mruknął cicho, na wpół do siebie. – Może uda ci się wydobyć 

człowieka z miejskiego spryciarza?

– Co takiego?
Eric uświadomił sobie, że Kelly patrzy na niego zdziwiona.
– Nic takiego. Ty mówisz do zwierząt, a mnie zdarza się mówić do siebie. 

background image

To obciążenie zawodowe.

– Rozumiem. A co ty właściwie robisz?
Chciał jej powiedzieć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Jak mógł się 

przyznać  wobec  kogoś,  kto  wydał  już  książkę,  że  po  sześciu  tygodniach  nie 
wyszedł poza trzy pierwsze rozdziały?

–  Jestem  wolnym  strzelcem  –  rzucił  niedbale,  mając  nadzieję,  że  to 

wystarczy.

Wystarczyło.  Wyraz  zakłopotania,  jaki  dostrzegła  na  twarzy  Erica, 

przemawiał  na  jego  korzyść.  Nie  lubiła  gładkich,  pewnych  siebie  facetów, 
mających na wszystko gotową odpowiedź.

– Może zaczniemy? – zapytał.
– Jeśli jesteś gotowy, to proszę bardzo – odparła z uśmiechem.

background image

Rozdział 3

– Jestem wykończony – westchnął Eric.
– To normalne – pocieszyła go Kelly. – Na początku każdy ma dosyć.
Lekcja  dobiegała  końca.  Dodger  zrobił  ogromne  postępy,  podobnie  zresztą 

jak  jego  pan.  Porozumienie  między  nimi  wzrosło  znacznie.  Kiedy  Kelly 
zaproponowała, by przerobili jeszcze jedno zadanie, Eric ożywił się nagle.

– Wiesz, najbardziej zależy mi na tym, żeby Dodger nauczył się reagować na 

wołanie  –  powiedział.  –  Można  dostać  szału,  kiedy  człowiek  się  śpieszy,  a  ten 
potwór nie raczy przyjść.

–  Prawdopodobnie  kojarzy  przychodzenie  z  zamknięciem  w  domu.  Czy 

próbowałeś wzmocnić  jego motywację  nagrodą? Czasami  garść psich sucharków, 
podetknięta w porę, może zdziałać cuda.

–  Sucharki?  Chyba  żartujesz!  Wczoraj  stałem  na  tarasie  i  kusiłem  go 

smakowitą kością, a on nawet na mnie nie spojrzał.

Wielu kursantów Kelly miało te kłopoty. Nauka przychodzenia na zawołanie 

należała  do  najtrudniejszych.  Zwykle  udawało  się  to,  kiedy  pies  i  właściciel 
osiągnęli już sukcesy w innych ćwiczeniach. Eric był jednak tak szczerze przejęty, 
że postanowiła udzielić mu rady.

Wyjaśniła, że pierwszym krokiem miało być puszczenie Dodgera na długiej, 

luźnej  lince.  Później  powinien  zawołać  psa  i  natychmiast  odbiec  w  odwrotną 
stronę,  prowokując  go  do  pogoni.  Gdyby  mimo  to  pies  nie  chciał  się  ruszyć, 
należało pociągnąć smycz.

Mina Erica świadczyła, że metoda niezbyt trafiła mu do przekonania.
–  Dodger  będzie  pojmować  ćwiczenie  jako  rodzaj  zabawy.  Przecież  to 

jeszcze szczeniak. Stosuję ten sposób od początku, od kiedy zostałam treserką.

– Tak? A kiedy nią zostałaś?
– Już dawno. Ale zapewniam cię, że nie było psa, który by się nie nauczył.
Eric wahał się jeszcze.
– Mogłabyś pokazać mi, jak to się robi?
–  Co,  masz  stracha?  –  zakpiła,  ale  wzięła  linkę  i  przypiąwszy  ją  psu 

pozwoliła, by się oddalił.

Z  początku  stała  nieruchomo,  wpatrując  się  w  szczeniaka,  który  zaczął 

zerkać na nią niepewnie. Wreszcie zawołała go i zaczęła szybko uciekać. Dodger 
ochoczo  podjął  pogoń.  Po  kilkunastu  krokach  zatrzymała  się  gwałtownie,  a  pies, 
uszczęśliwiony, przypadł jej do nóg. W nagrodę otrzymał solidną porcję pieszczot.

– No, widzisz, jakie to proste? Teraz spróbuj ty – powiedziała z uśmiechem.
Eric przejął linkę i poczekał, aż Dodger odejdzie. To jest proste, utwierdzał 

się w myśli.

Niestety, z wrażenia zapomniał zawołać. Przy drugim podejściu zapomniał, 

że trzeba odbiec. Za trzecim razem szczeniak zaplątał się beznadziejnie w smycz, a 
za  czwartym  i  ostatnim  Eric,  uciekając  na  taras,  potknął  się  o  schodek.  Był 
wściekły na siebie. Pod uważnym okiem Kelly zachowywał się jak ostatni fajtłapa.

– Chyba miałaś rację – wykrztusił wstając. – Jeszcze nie dojrzeliśmy do tego 

ćwiczenia.

background image

– Nonsens, po prostu nie miałeś szczęścia.
–  Tylko  tyle?  Wydaje  mi  się  raczej,  że  przeżywam  kryzys  z  powodu 

męskiego klimakterium – skrzywił się.

– Czyżby? Nie powiedziałabym, że masz już czterdziestkę na karku.
– Masz tyle lat, na ile się czujesz – stwierdził sentencjonalnie.
– Tresura psów również zależy od nastawienia. Jeśli wmówisz sobie, że nie 

potrafisz, nic nie wskórasz. Proste, nie?

Miło było się z nią droczyć. Była inteligentna i bardzo bezpośrednia. Czuł, 

że ta kobieta będzie dla niego wyzwaniem.

–  Wiesz,  mam  pomysł  –  zaproponowała  nagle.  –  Może  przerobimy  to 

wspólnie?

– Wspólnie?
– Tak, zobacz.
Stanęła przy nim i objęła dłonią przegub ręki trzymającej smycz.
– Kiedy policzę do trzech, robimy całe ćwiczenia razem, dobrze?
–  Dobrze  –  przytaknął  z  entuzjazmem,  widząc,  że  otwierają  się  przed  nim 

nowe,  zachwycające perspektywy.  Pal  licho  psi  trening, pomyślał i otoczył Kelly 
ramieniem, przygarniając ją do siebie. Z zachwytem wyczuł miękkie linie jej ciała i 
świeży zapach włosów. Och, ta samotność w lasach naprawdę dała mu się...

– Raz...
Kelly  zaczęła  odliczanie.  To  przywróciło  go  rzeczywistości.  Sprężył  się  w 

pełnym napięcia oczekiwaniu.

On to robi celowo, pomyślała. Nie ma innego wytłumaczenia. Mężczyzna o 

takim wyglądzie nie może być fajtłapą, który tuli się do niej, szukając oparcia.

– Dwa...
Dziwne,  wyraźnie  czuje się, jak bardzo  jest napięty. Dlaczego?  Przecież to 

zupełnie proste ćwiczenie. Fakt, spotykała nieraz przesadnie nerwowych klientów, 
ale...

– Trzy!
– Dodger, do nogi! – zawołały dwa głosy. Kelly wystartowała jak sprinterka. 

Eric spóźnił się o ułamki sekund. Na sympatycznym pysku Dodgera odmalowało 
się zdumienie. Pies zamarł na moment, nie rozumiejąc, co robią ci dziwni ludzie. 
Tymczasem linka  napięła  się  i  pociągnęła go  gwałtownie.  Rzucił  się  skokiem  do 
przodu i popędził ku nim. Jeszcze jeden skok i już udało mu się dopaść pana.

Eric  zachwiał  się,  kiedy  zwaliste  ciało  Dodgera  uderzyło  go  z  impetem  w 

pierś i nie zdoławszy zachować równowagi upadł, pociągając za sobą Kelly.

Przetoczyli się po trawie. Kelly szarpnęła się, czując ból w kostce, ale ciało 

mężczyzny przygniatało ją do ziemi.

Eric,  choć  oszołomiony  upadkiem,  martwił  się  tylko  o  swoją  towarzyszkę. 

Odepchnął Dodgera, który miłośnie przejechał mu jęzorem po twarzy, i przekręcił 
się na bok. Z ulgą stwierdził, że dziewczyna patrzy na niego jak zwykle trzeźwo i 
uważnie.

Spojrzeli  sobie  w  oczy i  zaczęli  się  śmiać,  zrazu  nieśmiało,  a  potem  coraz 

głośniej.

– No, dobrze – zachichotała Kelly. – Wracamy do „abc” tresury.

background image

Dokładnie  w  tym  samym  momencie  Eric  uświadomił  sobie,  jak  bardzo 

pragnie ją pocałować. Ta myśl musiała błąkać się na peryferiach jego świadomości 
na długo przedtem, nim ten zabawny wypadek zmienił ją w naglący impuls. Mimo 
to bał się mu ulec.

–  Nic  ci  się  nie  stało?  –  zapytał  z  troską,  jednocześnie  odsuwając  się  na 

bezpieczną odległość.

– W dziewięćdziesięciu pięciu procentach – nic.
– A co z pozostałymi pięcioma? Kelly usiadła, rozcierając bolącą kostkę.
–  Nie  wiem.  Na  razie  trudno  ocenić  –  stwierdziła.  Dziwne,  myślała 

gorączkowo. Przez jedną krótką chwilę oczekiwała pocałunku, gdyż jego usta były 
tak  blisko,  zbyt  blisko.  Kiedy  jednak  skwapliwie  odsunął  się  na  bok,  zwątpiła  w 
swoje odczucia i natychmiast uznała, że cierpi na przerost wyobraźni.

– Czy pozwolisz, że obejrzę twoją nogę?
– Nie, nie trzeba – powiedziała szybko, usiłując wstać.
– Może jest zwichnięta...
– A może to nawet złamanie spiralne – zakpiła i w tej samej chwili poczuła 

wyrzuty  sumienia.  Przecież  ten  człowiek  szczerze  się  o  nią  martwił  i  nie  było 
powodu,  by  robić  mu  przykrość.  Z  drugiej  strony  chciała  sama  odpowiadać  za 
swoje poczynania.

–  Daj  spokój,  nic  się  nie  stało  –  stwierdziła  bohatersko,  kuśtykając  ku 

domowi. – Na pewno zaraz mi przejdzie. Zadzwonię do ciebie w sprawie terminu 
następnej lekcji.

–  Dobrze,  ale  gdybym  nie  upadł  i  nie  pociągnął  cię  za  sobą,  nie 

przewróciłabyś się i...

–  Nie  jesteś  temu  winien,  to  był  mój  pomysł.  Najważniejsze,  że  Dodger 

nauczył się czegoś.

– Kelly, muszę ci to wynagrodzić. Zapraszam cię na kolację.
– To niepotrzebny wydatek!
– Może być tania kolacja. Co byś powiedziała na pizzę i wino?
Patrzył z takim wyczekiwaniem, że nie miała serca odmówić.
– Dobrze. Ale ja przyniosę wino.
– Odpowiada ci piątek wieczorem?

W  ciągu  wypełnionego  obowiązkami  tygodnia  Kelly  niemal  zapomniała  o 

Ericu i Dodgerze. Dopiero w piątek po południu, kiedy szykowała się na spotkanie, 
zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie się na nie zgodziła.

W  Woodbury  prowadziła  pracowity,  lecz  uregulowany  tryb  życia.  Lubiła 

swoją  samotność  i  niezależność.  Sama  ustalała  prawa,  którymi  rządziło  się  jej 
życie. Mężczyźni, z jakimi miała do czynienia, szybko to wyczuwali.

Tutaj sprawa wyglądała prosto – została zaproszona i przyjęła zaproszenie. 

Ale tylko z pozoru. Kelly miała dziwne przeczucie, że znajomość z tym mężczyzną 
rozwinie się inaczej niż zwykle.

Niecierpliwie  otworzyła  drzwi  garderoby.  Ulubione,  tak  dobrze  jej  znane 

ubrania  wisiały  równym  rzędem.  Wyjęła  sukienkę  koloru  khaki,  ale  po  namyśle 
odwiesiła  ją  z  powrotem.  Ten  sam  los  spotkał  sukienkę  dżinsową.  Niestety,  nie 

background image

miała  w  szafie  niczego,  w  czym  wyglądałaby  szykownie.  Cóż,  praca  treserki 
wymagała  prostych  i  wygodnych  ubrań.  Poza  tym  już  od  dawna  nie  spotkała 
nikogo, dla kogo warto było się stroić.

Może właśnie dla Erica? Przy nim zaczęła sobie uświadamiać, jak nudna jest 

rutyna  jej  codziennego  życia.  Po trzydziestych  urodzinach przestała  już liczyć na 
cudowną odmianę losu i pogodziła się z szarą rzeczywistością. Najwyższy czas, by 
wreszcie  coś  zmienić.  Kolacja  z  Erikiem  Devane’em  wydawała  się  dobrym 
początkiem.

Wreszcie  zdecydowała  się  na  czarne płócienne spodnie  i  kremowy, miękki 

sweterek. Rozczesała włosy, gęstą falą spadające jej na ramiona i uznała, że już jest 
gotowa. Zwierzęta były nakarmione. Włączyła radio, by nie czuły się osamotnione. 
Była  pewna,  że  Maks,  który  zasłynął  w  okolicy  popisowym  wykonaniem 
„Strangers in the Night”, powiększy swój bogaty repertuar o kolejne melodie.

Kiedy  podjechała  pod  dom  Erica,  zastała  drzwi  otwarte.  Zapukała  we 

framugę,  a  potem  zajrzała  do  przedpokoju.  Nigdzie  go  nie  było.  Zaczęła  się  już 
obawiać,  że  coś  się  stało  albo  też  pomyliła  dzień  i  godzinę,  kiedy  wreszcie 
zobaczyła, że Eric daje jej znaki z głębi holu.

Zorientowała  się,  że  rozmawia  w  salonie  przez  telefon.  Słyszała,  jak 

powiedział coś gniewnie, a potem z trzaskiem odłożył słuchawkę. Kiedy wyszedł 
do niej, sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

– Czy coś się stało? – zapytała z niepokojem.
– Nie, nic ważnego – zapewnił, ogarniając ją zachwyconym spojrzeniem. –

Ślicznie  wyglądasz  –  powiedział  cicho.  I  nie  był  to  pusty  komplement,  jakich 
tysiące prawił różnym kobietom. Kelly wyglądała naprawdę ślicznie. – Bardzo się 
cieszę, że przyszłaś – dodał.

Kelly  poczuła  dreszcz  radosnego  podniecenia,  którego  nie  doznawała  od 

bardzo dawna.

– Ja też dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że wino będzie odpowiednie 

do pizzy – powiedziała, wręczając mu butelkę kalifornijskiego burgunda.

Eric wziął wino i poprowadził ją do kuchni.
– Poczekaj chwilę, bo muszę jeszcze skończyć sałatkę. Pizza będzie gotowa 

za moment – powiedział. Kiedy na chwilę otworzył piekarnik, Kelly westchnęła z 
zachwytu.  Leżała  tam  najwspanialsza  pizza,  jaką  widziała  –  pachnąca,  oblana 
sosem  pomidorowym  i  stopioną  mozzarellą,  z  niezliczonymi  dodatkami  i 
przyprawami.

–  Poddaję  się  –  powiedziała.  –  Myślałam,  że  znam  wszystkie  pizzerie  w 

okolicy, ale nikt nie serwuje takiego arcydzieła. Zdradź mi, gdzie ją kupiłeś?

– Zrobiłem sam – przyznał się skromnie.
– Ty... sam?
– Ja sam – przytaknął, mieszając sos do sałatki.
–  Myślisz,  że  skoro  jestem  nowojorczykiem,  to  potrafię  tylko  zamawiać 

jedzenie w knajpie?

– Nie wiedziałam, że jesteś nowojorczykiem.
– Ano, jestem. I to rodowitym.
Nowy  Jork...  Choć  miasto  było  odległe  tylko  o  dwie  godziny  jazdy,  nie 

background image

odwiedzała go od lat.

– Czasem ciągnie mnie tam – westchnął. – A ty często bywasz w mieście?
– Nie. Prawdę mówiąc, nie byłam od lat.
– Ale...
–  Ale  co?  Niektórzy  lubią  tę  całą  nowojorską  sztuczność  i  obłudę,  a 

niektórzy jej nie cierpią. Ja wolę swoje Woodbury.

–  Sztuczność  i  obłuda?  Jeśli  tylko  tyle  wiesz  o  Manhattanie,  to  wiele 

straciłaś.

– Och, tak, tak – powiedziała niecierpliwie. – Te muzea, Broadway, butiki... 

Ale  wyobraź  sobie,  że  są  w  Ameryce  ludzie,  którzy  nie  widzieli  tych  cudów  i 
nieźle sobie żyją.

Eric zastanawiał się, dlaczego Kelly z taką niechęcią mówi o Nowym Jorku, 

ale uznał, że na razie lepiej będzie zmienić temat.

– Jesteś głodna? – zapytał, a kiedy przytaknęła, wręczył jej miskę z sałatką. –

Postaw ją w jadalni i zaczekaj na mnie. Zaraz będę gotowy.

Kiedy  wniósł  okazałą,  parującą  pizzę,  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy 

odpowiednio duża porcja wyląduje na jej talerzu.

–  Twoje  dzieło  wygląda  bosko  –  stwierdziła.  –  I  smakuje  bosko  –  dodała, 

spróbowawszy pierwszego kęsa.

Przez  następne  dziesięć  minut  jedli  w  milczeniu,  w  niemal  ekspresowym 

tempie. Wreszcie Eric odchylił się na oparcie krzesła i pociągnął długi łyk wina.

– Cóż, może teraz powiesz mi coś o sobie? – zagadnął, widząc, że również 

odsunęła talerz.

Kelly ujęła w palce smukłą nóżkę kieliszka. Promienie zachodzącego słońca 

zalśniły w rubinowym płynie.

– Co chciałbyś wiedzieć? – zapytała po długiej chwili. Wyczuł, żenię bardzo 

ma ochotę mówić o sobie.

– Zacznijmy od prostego pytania – jak stałaś się treserką psów?
– Kocham zwierzęta – odpowiedziała szybko. – Poza tym miałam niewielki 

wybór.

– A od jak dawna to robisz?
–  Już  dziesięć  lat.  Zaczęłam,  kiedy  miałam  dwadzieścia.  Musiałam 

zrezygnować  ze  studiów  z  powodów  finansowych.  Właśnie  szukano  asystenta 
weterynarza, więc się zgłosiłam.

– Gdzie studiowałaś?
– W Princeton.
– Ho, ho, musiałaś być zdolna!
– Nadal jestem. – Spokojnie popatrzyła mu w oczy. Ciekawość Erica rosła.
– Nie mogłaś skorzystać z jakichś form pomocy – chociażby stypendiów?
–  Moje  problemy  zaczęły  się  nagle,  w  środku  roku,  kiedy  już  wszystko 

zostało rozdane i przydzielone. Być może mogłabym wrócić później, za rok, ale... –
Zamilkła, w zamyśleniu obracając w palcach kieliszek.

– Ale nie wróciłaś.
– Nie.
– Co na to twoi rodzice?

background image

– Rodzice? – Drgnęła gwałtownie.
Eric zorientował się, że trafił w czuły punkt.
–  Mój  stary  chyba  by  mnie  zabił,  gdybym  zrezygnował  ze  studiów  –

stwierdził.

–  Myślę,  że...  mama  rozumiała,  dlaczego  to  zrobiłam.  W  każdym  razie 

niewiele mówiła o tej sprawie. Ale ojciec był ogromnie rozczarowany. Należy do 
osób,  które  stawiają poprzeczkę bardzo  wysoko  i  mają  wygórowane oczekiwania 
wobec innych.

Tak, pomyślała, ojciec był wściekły. Zarzucał jej, że marnuje swoje życie i 

talent.  Choć  wiedziała,  że  pewne  słowa  wypowiedział w złości, ciągle  nie  mogła 
mu wybaczyć. I kto wie? Może podświadomie odpłaciła mu w taki właśnie sposób. 
Bo on również ją rozczarował. Rozczarował bardzo boleśnie...

– Kelly, co się stało?
Troskliwy głos przywrócił ją rzeczywistości.
– Nic, naprawdę nic – zapewniła. – Ale odpowiedziałam już na wiele pytań i 

sądzę, że teraz kolej na ciebie.

– Dobra, strzelaj.
– Czym się zajmowałeś w Nowym Jorku i dlaczego już tego nie robisz?
– Kto ci powiedział, że nie?
Kelly zastanowiła się chwilę i pokręciła głową.
–  Nie  sprawiasz  wrażenia  kogoś,  kto  dojeżdża  do  pracy.  A  skoro  tak, 

musiałeś mieć powody, by przenieść się do Woodbury, prawda?

Eric postanowił podroczyć się z nią jeszcze trochę.
– Zaraz ci wyjaśnię, tylko sprzątnę ze stołu i zmyję naczynia – powiedział.
Nie  czekała  długo.  Uwinął  się  niespodziewanie  szybko  i  wkrótce  już 

siedzieli na wygodnej kanapie w salonie, przed płonącym kominkiem.

– No, dobrze, na czym to stanęliśmy?
– Miałeś mi powiedzieć, dlaczego się tu przeniosłeś.
– A, tak...
– Może to tajemnica?
– Nie skąd. Ja... po prostu piszę książkę. Kelly zesztywniała.
– Książkę? O czym?
Dziwne,  pomyślał,  obserwując  jej  twarz.  Przez  moment  wydawała  się 

prawie... przerażona. Ale dlaczego? Nie, musiał się pomylić.

–  Chętnie  ci  powiem,  ale  jeśli  pytasz  tylko  z  uprzejmości,  to  lepiej 

porozmawiajmy  o  pogodzie.  Takie  już  jest  męskie  ego,  że  wymaga  uwagi  –
zaśmiał się.

Lekki  ton  jego  głosu  uspokoił  Kelly.  Zareagowała  zbyt  emocjonalnie. 

Niestety, nawet po tylu latach okazała się nieodporna na dawne zmory.

– Szczerze, bardzo chciałabym wiedzieć – powiedziała, patrząc mu prosto w 

oczy.

– Słyszałaś o napadzie na furgonetkę opancerzoną Locktighta?
–  Trochę. To  było  chyba  trzy  lata  temu  i,  jeśli  dobrze  pamiętam,  śledztwo 

niczego nie wykazało.

– Wykazało, choć nigdy nie znaleziono złota.

background image

– Rzeczywiście.  I było czterech członków gangu. Zrobił się straszny szum, 

kiedy ich złapano.

– Było ich pięciu – sprostował z błyskiem w oku.
– Jak to?
– Piątego,  który  został  wciągnięty  w  tę  sprawę,  lecz  trzymał  się  z  boku, 

nigdy nie wykryto. Teraz chce mi o wszystkim opowiedzieć.

– Dlaczego chce ci opowiedzieć? – Kelly podejrzliwie zmarszczyła brwi. –

Jaki ma w tym cel?

Dziwnie ostry ton, którym zadała to pytanie, nie uszedł uwagi Erica. Czemu 

momentami tak się najeżała?

– Larry’emu chodzi o pieniądze. Dostał zaliczkę, ale należy mu się jeszcze 

pokaźny  udział.  Tymczasem,  jak  wspomniałem,  złoto  nie  zostało  znalezione.  On 
ma pewne podejrzenia, ale nie umie połączyć ich w całość. Teraz jest już pewien, 
że kumple od początku nie mieli zamiaru się z nim dzielić. Najchętniej odpłaciłby 
im tym samym, gdyby tylko odnalazł łup.

– Sądzę, że policja miałaby tutaj również coś do powiedzenia.
– Policja? – zdziwił się, a potem zaśmiał. – Ach, rozumiem, o co ci chodzi. 

Nie  martw  się,  nie  zamierzamy  z  Larrym  przywłaszczyć  sobie  skarbu. 
Towarzystwo  ubezpieczeniowe  wypłaciło  wtedy  odszkodowanie  i  teraz  złoto 
należy  do  niego.  Za  odzyskanie  go  wyznaczyli  bardzo  wysoką  nagrodę.  Widzisz 
więc, że jeśli wszystko się uda, sprawa będzie zupełnie legalna. Ja wydam książkę, 
Larry  dostanie  pieniądze  z  nagrody,  towarzystwo  przejmie  złoto  i  wszyscy  będą 
zadowoleni.

Mówił  z  entuzjazmem  i  przekonaniem,  które  udzieliły  się  Kelly.  Musiała 

przyznać, że cała historia jest pasjonująca.

Słońce  zaszło  i  na  dworze  zgęstniały  cienie.  W  intymnym  mroku  salonu, 

rozświetlanym  blaskiem  ognia,  ten  mężczyzna  stawał  się  niebezpiecznie 
pociągający. Przejął ją dreszcz podniecenia, którego nie doznawała od tak dawna...

– Myślę – powiedziała powoli – że to wspaniała sprawa.
Ciepły,  wibrujący  ton  jej  głosu  działał  na  Erica  jak  magnes.  Przysunął  się 

bliżej i położył ramię na oparciu kanapy, tuż za plecami Kelly.

–  Cieszę  się,  że  akceptujesz  mój  pomysł.  Ta  historia  jest  szansą,  o  której 

marzyłem od dawna. Praca reportera jest interesująca, ale...

Mówił  coraz  ciszej.  Kelly,  zaniepokojona,  usiadła  prosto  i  sięgnęła  po 

kieliszek.

– Nie wiedziałam, że byłeś reporterem – powiedziała równie cicho.
–  A  tak,  byłem  –  zająknął  się,  zaskoczony  nagłą  zmianą  jej  nastroju. 

Brązowe oczy patrzyły zimno, obojętnie. – Teraz mam urlop na pisanie książki.

– W jakiej gazecie pracujesz?
– W „New York Timesie”.
– Nieźle.
– Kelly, co się stało? – nie wytrzymał. – Nie rozumiem dlaczego nagle....
–  Nic  się  nie  stało  –  powiedziała,  podnosząc  się  nieco  chwiejnie.  Kostka, 

nadwerężona przy wspólnym upadku,  boleśnie dała  znać o  sobie. – Przepraszam, 
że jestem tak marnym kompanem, ale poczułam się już trochę zmęczona.

background image

– Mogę ci w czymś pomóc? – zapytał, wstając również i podając jej ramię.
– Nie, nie trzeba. Po prostu pojadę do domu i położę się spać. Miałam ciężki 

tydzień.

– Dobrze, w takim razie odprowadzę cię do samochodu.
Niechętnie  przyjęła  pomocne  ramię.  Ten  człowiek  był  dziennikarzem, 

żyjącym  z  rozgrzebywania  cudzych  sekretów  i  rozgłaszania  ich  światu.  I  nie 
wiedziałaby nawet o tym, gdyby nie przypadkowy zwrot w rozmowie. Sposób, w 
jaki zarabiał pieniądze, bynajmniej nie był jej obojętny.

– Kiedy się znów zobaczymy? – Pochylił się do okienka, gdy usadowiła się 

za kierownicą.

Kelly  zawahała  się.  Wiązała  z  tym  spotkaniem  wielkie  nadzieje,  a  teraz 

wszystko zostało zrujnowane. Co gorsza, z jej własnej winy. Niczego już nie mogła 
zmienić, niczego...

– W poniedziałek – powiedziała sucho. – Jeśli nie zmienisz terminu lekcji.
Boże, lekcja z Dodgerem, przypomniał sobie nagle Eric.
– Dobrze, czekam w poniedziałek.
Długo jeszcze stał przed domem, patrząc w perspektywę pustej ulicy.

background image

Rozdział 4

Kelly nie pracowała w soboty. Specjalnie tak ułożyła sobie zajęcia, by mieć 

czas dla siebie i swoich zwierząt. Doskonaliła tresurę trzech własnych dobermanów 
lub  przerabiała  z  nimi  ćwiczenia  utrwalające  ich  umiejętności.  Tym  razem 
wyjątkowo nie zaplanowała sobie nic do roboty. Obudziła się rano i leżała w łóżku, 
napawając się miłym poczuciem, że ma przed sobą cudowny, wolny dzień.

Cudowny?  A  może  raczej  pusty,  pomyślała  nagle,  idąc  pod  prysznic. 

Wszystko z winy Erica Devane’a, który wywołał zamęt w jej duszy.

Przymknęła  oczy  i  podstawiła  twarz  pod  strumienie  ciepłej  wody, 

pozwalając myślom bujać swobodnie. Wyobrażała sobie, że siedzą tak jak wczoraj 
przed  płonącym  kominkiem.  Mężczyzna  delikatnie  wyjmuje  jej  z  ręki  kieliszek, 
odstawia go na stół, bierze ją w ramiona i...

Dosyć!  Prychnęła  gniewnie  i  sięgnęła  po  szampon.  Z  jakiej  racji  miałaby 

sobie wyobrażać pocałunki Erica Devane’a? Tylko dlatego, że jego wargi były tak 
zmysłowe, iż nie mogła o nich zapomnieć? Dlatego, że polubiła jego towarzystwo i 
z zainteresowaniem słuchała, co ma do powiedzenia?

Z  westchnieniem  uświadomiła  sobie,  że  od  bardzo  dawna  nie  marzyła  o 

żadnym mężczyźnie. Mało tego, nie myślała też o sobie jako o kobiecie, której ktoś 
mógłby  pożądać.  Przyczyny,  dla  których  tak  się  stało,  nagle  okazały  się  dziwnie 
nieważne. Eric obudził w niej uśpione pragnienia i musiała się jakoś z tym uporać.

W końcu jest tylko klientem, który mi płaci, pomyślała trzeźwo, sięgając po 

ręcznik.  Nie  zwykła  mieszać  spraw  zawodowych  z  osobistymi  i  nadal  powinna 
przestrzegać tej zasady.

Zadzwonił telefon. Boso pobiegła do holu, uspokajając po drodze łaszące się 

radośnie psy.

Kiedy  po  chwili  odłożyła  słuchawkę,  umówiwszy  się  z  klientką  na 

popołudnie, czuła się wyraźnie rozczarowana, że nie zadzwonił Eric.

Pracuj,  Kelly,  mruknęła  do  siebie,  ścierając  kałuże  wody  z  podłogi.  Praca 

zawsze  pomagała.  Wydawało  się,  że  Olive  Watson  i  Percival,  zwariowany 
owczarek angielski, okażą się znakomitym remedium na stan jej ducha.

– Cholera, czy nie ma łatwiejszych sposobów zarabiania? – mruknęła Kelly 

przez zęby.

Kiedy  inni  lenili  się  w  słoneczne  popołudnie,  ona  tkwiła  na  drzewie  kilka 

metrów  nad  ziemią,  wyciągnięta  na  gałęzi,  która  gięła  się  pod  jej  ciężarem. 
Ostrożnie, drapiąc się o korę, przeczołgała się jeszcze odrobinę do przodu, by skryć 
się w gęstwie liści. Potem, trzymając się kurczowo jedną ręką, drugą wyciągnęła z 
kieszeni pistolet na wodę.

Wreszcie  uznała,  że  jest  gotowa,  i  pomachała  w  stronę  domu.  Stojąca  w 

oknie  starsza  pani  dostrzegła  ją  i  skinęła  głową.  W  chwilę  później  otworzyły  się 
drzwi i na trawnik w podskokach wybiegł Percival. Wyglądał jak wielka dziecinna 
zabawka z szarobiałego futra. Długa, wypielęgnowana sierść unosiła się i falowała 
przy  każdym  ruchu.  Pies  hasał,  poszczekując,  ale  zziajał  się  szybko  i  odszedł  w 
cień, by się położyć. Kelly przewidywała ponuro, że zanosi się na długie czekanie.

background image

Los  jej  jednak  sprzyjał.  Żywy  owczarek  znudził  się  bezczynnością  i 

popatrzył na klon, na którym się zaczaiła. Pokusa była wielka. Percival zaczął się 
podnosić,  zerkając  w  stronę  domu.  Jednak  Olive  Watson  zgodnie  z  instrukcją 
udawała, że jej nie ma.

Pies otrząsnął się i powoli ruszył ku drzewu, dla niepoznaki obwąchując po 

drodze trawki. Kelly czujnie położyła palec na spuście.

No chodź, chodź, kochany, zachęcała go w myśli.
Percival  zatrzymał  się  kilka  metrów  przed drzewem. Przez  chwilę  uważnie 

lustrował  pień,  wybierając  odpowiednie  miejsce,  a  potem  nagle,  z  gardłowym 
pomrukiem, skoczył do przodu i nabierając rozpędu, odbił się od ziemi. Wylądował 
w połowie pnia i zaczął błyskawicznie wdzierać się do góry, orząc pazurami korę. 
Nieprawdopodobne,  ale  piął  się  z  niemal  kocią  zręcznością.  Teraz  dopiero  Kelly 
uwierzyła Olive. Była tak zafascynowana wyczynem owczarka, że przez moment 
zapomniała o swoim zadaniu.

Teraz wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie.
–  Percival,  nie  wolno!  –  krzyknęła  i  wycelowawszy  mu  między  oczy, 

nacisnęła spust. – Nie! Niedobry pies!

Percival zamarł zdumiony i straciwszy chwyt, zaczął się zsuwać. Teraz Kelly 

wycelowała mu w nos i strzelała, dopóki nie skończył się zapas wody.

Kiedy tylko psi wyczynowiec znalazł się na ziemi, podwinął ogon i zwiał jak 

niepyszny,  nawet  nie  oglądając  się  za  siebie.  Widok  był  tak  komiczny,  że  Kelly 
zaczęła chichotać. Był to ogromny błąd.

Pistolet wypadł jej z ręki i uderzył o ziemię, a gałąź zaczęła niebezpiecznie 

trzeszczeć.  Usiłowała  zahaczyć  się  mocniej  nogami,  ale  były  zbyt  odrętwiałe  i 
zwisła na rękach. W ostatniej chwili desperackim zrywem zdołała zaczepić stopę o 
sąsiedni konar, lecz nie udało się jej wrócić do poprzedniej pozycji, umożliwiającej 
zejście. Teraz pozostał tylko skok, na który nie miała ochoty. Nadwerężona kostka 
nadal dokuczała.

– Co się stało, kochana? – dobiegł z dołu zatroskany głos starszej pani. – Czy 

te wyczyny to część planu?

– Niezupełnie, Olive – uśmiechnęła się Kelly, robiąc dobrą minę do złej gry. 

Czuła się jak długoręki gibon, którego widziała ostatnio na filmie przyrodniczym.

– Może pożyczę drabinę od sąsiada?
– Obawiam się, że nie ma na to czasu. Może raczej przynieś poduszkę. Nie, 

to też nie pomoże. Po prostu skoczę – zdecydowała bohatersko Kelly, opuszczając 
nogę i zawisając na rękach. Do ziemi nie było już tak daleko...

–  Czy  nie  ma  tam  na  dole  czegoś,  na  czym  nie  powinnam  wylądować?  –

zapytała jeszcze.

– Nie, tylko ja, kochanie.
– Może lepiej się odsuń, Olive. Uwaga, skaczę!
Z  wolna  rozwarła  zaciśnięte  palce  i  po  krótkim  locie  ciężko  uderzyła  w 

ziemię. Jak było do przewidzenia, noga podwinęła się złośliwie i przeszył ją ostry 
ból w kostce.

– Brawo, nie było tak źle – ucieszyła się pani Watson.
–  Nie  powiedziałabym  tego  –  syknęła  Kelly,  masując  nogę  i  oddychając 

background image

głęboko, by zminimalizować ból.

–  Jeśli  chcesz,  obejrzę  twoją  kostkę  –  zaproponowała  Olive.  –  Znam  się 

trochę na tym. Zanim odeszłam na emeryturę, pracowałam jako pielęgniarka.

– W szpitalu?
– Nie, w szkole podstawowej. Nie masz pojęcia, ile razy te urwisy spadały z 

drzewa....

Kelly  wstała  i  chichocząc  pokuśtykała  w  stronę  domu.  Stanowczo  za  dużo 

zaczęło się dziać w jej życiu od czasu pojawienia się Erica Devane’a!

Eric poświęcił całą sobotę na porządkowanie notatek, a w niedzielę napisał 

wreszcie ostateczną wersję pierwszych trzech rozdziałów. Zakończył pracę późno 
w  nocy, obiecując  sobie, że odeśpi.  Tymczasem  nazajutrz  rano Dodger  wpadł do 
sypialni z oślinioną piłką w pysku.

–  O,  nie,  stary,  nie  ma  mowy  –  burknął  Eric  i  naciągnął  kołdrę  na  głowę, 

usiłując  dośnić  piękny  sen  o  smukłej  kobiecie  o  miodowych  włosach.  Właśnie 
wyciągnęła do niego rękę i...

Mokra piłka wylądowała z plaśnięciem na poduszce tuż przy jego twarzy.
– Alfa – wymamrotał Eric. – Psy respektują alfę. Dodger?
Szczeniak patrzył na niego wyczekująco, przekrzywiając łeb.
– Idź stąd!
Krótki ogonek zareagował radosnym merdaniem na dźwięk głosu pana.
–  Draniu,  dlaczego  mnie  nie  słuchasz?  –  jęknął  Eric.  Odpowiedziało  mu 

basowe szczeknięcie.

– Dobra, tym razem twoje na wierzchu – powiedział, siadając i zerkając na 

zegarek.  Za trzy godziny  miała przyjechać Kelly. Uśmiechnął się, przypominając 
sobie  finał  poniedziałkowej  lekcji,  ale  po  chwili  pomyślał  o  piątku  i  spoważniał. 
Piękny sen nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Tamtego wieczoru sprawiała
wrażenie, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od niego. A przecież nawet jej nie 
dotknął, choć bardzo tego pragnął.

Musiał  przyznać,  że  zupełnie  inaczej  wyobrażał  sobie  zakończenie  tego 

wieczoru. Dlaczego odeszła tak nagle, jakby przed czymś uciekała? Nie ukrywał, 
że bardzo mu się podoba. Możliwe, że uznała to za zagrożenie. Ale w takim razie 
nie powinna była w ogóle przyjmować jego zaproszenia.

Nagła  zmiana  w  jej  zachowaniu  nastąpiła,  gdy  opowiadał  o  swojej  pracy. 

Dlaczego?  Pytania  bez  odpowiedzi  się  mnożyły.  Eric  obiecał  sobie,  że  zrobi 
wszystko,  by  to  wyjaśnić.  Z  tym  postanowieniem  wstał  i  poszedł  pod  prysznic. 
Dodger wiernie deptał mu po piętach.

Kiedy  tylko  Kelly  zatrzymała  dżipa  przed  domem  Erica,  pies  i  jego  pan 

wybiegli na werandę, by ją powitać.

–  Dzień  dobry.  Piękna  pogoda,  prawda?  –  powiedział  radośnie  Eric, 

podchodząc  do  wozu.  Kelly  zerknęła  na  niego  i  z  wrażenia  omal  nie  wypuściła 
kluczyków.  W  czarnej  bawełnianej  koszulce  i  dżinsach,  podkreślających 
wysportowaną sylwetkę, wyglądał po prostu porażająco. Po raz kolejny przekonała 
się, jak bardzo jest wrażliwa na jego męski urok.

background image

Nadrabiając  miną,  gniewnie  zmarszczyła  brwi  i  wysiadła,  trzaskając 

drzwiczkami. W tym samym momencie Dodger zaszczekał i Eric odwrócił się ku 
niemu. Widok, jaki ukazał się oczom Kelly, znów wywołał w niej dreszcz.

Siedzenie  spranych  do  białości  spodni  było  tak  wytarte,  że  pękło  poniżej 

kieszeni,  ukazując  skrawek  opalonej  skóry,  wyzierający  stamtąd  przy  każdym 
ruchu. Efekt był wstrząsający.

– Coś nie w porządku? – zapytał Eric, widząc jej minę.
– Nie... tylko po prostu... zobaczyłam coś – wyjąkała.
– Zauważyłem.
Zdradziecki rumieniec wypłynął na jej policzki. Boże, czemu się tak peszy? 

Przecież to jego problem, nie jej.

–  Chyba  jednak  nie  zauważyłeś,  że  masz  spodnie  rozerwane  w  bardzo 

nieprzyzwoitym miejscu.

– Och, naprawdę? – Pomacał się z tyłu. – Trudno, są stare. Tak bardzo ci to 

przeszkadza?

– Ależ skąd – zapewniła szybko. Zbyt szybko. – Nieważne, zapomnij o tym, 

co  powiedziałam  –  dodała,  odwracając  wzrok.  Sama  miała  również  nadzieję 
zapomnieć o podniecającym widoku. Niestety, Eric nie dał jej tej szansy. Podszedł 
do wozu i oparł się nonszalancko o dach, blokując jej drogę.

Teraz muskularna, opięta czarną koszulką pierś była blisko, na poziomie jej 

oczu.  Kelly  poczuła  się  osaczona  bliskością  mężczyzny.  Uniosła  rękę,  jakby 
pragnęła...  właśnie,  odepchnąć  go  od  siebie  czy  przeciwnie,  przyciągnąć  jeszcze 
bliżej? Zmieszana, szybko cofnęła dłoń.

–  Też  się  zastanawiasz,  prawda?  –  powiedział  miękko.  –  Tylko  nie 

zaprzeczaj, bo i tak nie uwierzę.

Jego  spojrzenie  mówiło  więcej  niż  słowa.  Kelly  zaczęła  mieć  wyraźne 

trudności z oddychaniem. Napięta żyła pulsowała na jej szyi.

– Są między nami pewne nie dokończone sprawy – szepnął i pogładziwszy ją 

końcami palców po policzku, uniósł jej podbródek zmuszając, by spojrzała mu w 
oczy. – Od piątku ciągle się zastanawiam, jak smakuje pocałunek z tobą. I myślę, 
że ty również.

– Nie. Ja...
– Nie? – Zniżył usta ku jej wargom. – Nie chcesz pocałunku? Nie myślałaś 

o nim?

Kelly oblizała wargi, podniecona jego ciepłym oddechem.
Dotknięcie  jego  warg  było  równie  lekkie  i  ulotne.  Gdyby  był  bardziej 

zachłanny, wyrwałaby się. Ale czy mogła spłoszyć motyla? Czy mogła zaprzeczyć, 
że z drżeniem czekała na tę chwilę?

Przymknęła oczy i zarzuciła Ericowi ręce na szyję. Jego twarde, silne ciało 

cudownie kontrastowało z delikatnością pocałunku.

Kiedy  po  raz  drugi  poszukał  jej  ust,  przywitała  go  czułym,  zapraszającym 

dotknięciem  języka.  Ciało  jej  płonęło,  gdy  wdychała  świeży,  męski  zapach. 
Poczuła,  jak  palce  Erica  wsuwają  się  w  jej  włosy,  i  odrzuciła  głowę  do  tyłu, 
przylegając do niego, aż napięte sutki wparły się w twardą pierś.

Przygarnął ją do siebie z gardłowym pomrukiem, pochłaniając pocałunkiem 

background image

chętne, gorące usta. Smukłe, sprężyste ciało drżało pod  jego dotknięciem. Słońce 
oświetlało ich ciepłymi promieniami, wzmagając wewnętrzny żar.

Powoli, bardzo powoli, Eric oderwał się od Kelly. Jeszcze na chwilę ujął jej 

twarz w dłonie, a potem odstąpił do tyłu.

–  Teraz  przynajmniej  wiem,  że  powód  był  zupełnie  inny  –  powiedział, 

bezskutecznie usiłując ukryć satysfakcję.

– Jaki powód? – zapytała z roztargnieniem Kelly, jakby budziła się ze snu.
– Powód, dla którego uciekłaś ode mnie w piątek wieczorem.
– Nie uciekłam! – Błogi nastrój prysnął gwałtownie. Chciała się odsunąć, ale 

Eric  nadal  przypierał  ją  do  samochodu.  Oparła  mu  ręce  na  piersi,  pragnąc  go 
odepchnąć, ale uwięził jej dłonie w swoich.

– Nie? A jak byś to nazwała? Wzruszyła ramionami.
– Po prostu źle się poczułam – skłamała, choć wiedziała, że kłamać nie umie.
– Dziwne, tak nagle? – nie dowierzał.
– Wiesz, jak to jest...
–  Nie,  nie  wiem.  –  Był  bezlitosny.  –  Może  mi  opowiesz,  co  się  właściwie 

stało.

Kelly spuściła oczy, by nie widzieć kuszących warg.
– Szkoda czasu – powiedziała oschle, zdecydowanym ruchem odsuwając się, 

by odejść. – Przypominam, że czeka nas lekcja posłuszeństwa, która przyda się nie 
tylko twojemu...

Eric gwałtownie chwycił ją za ramiona, zatrzymując w miejscu.
–  Czy  na  tym  polega  twój  problem?  –  zapytał  z  błyskiem  w  oku.  –

Chciałabyś, żeby mężczyźni byli posłuszni jak twoje psy?

– Oczywiście, że nie! Uśmiechnął się triumfalnie.
– Więc wolimy słodkich brutali, tak?
– To nie twój interes! – fuknęła, kryjąc zdradliwy, gorący dreszcz.
– Kelly, teraz mówię poważnie. Znów ode mnie uciekłaś. Czego się boisz?
– Niczego. W każdym razie nie ciebie.
Już nie chciała, by jej dotykał. Nie mogła znieść myśli o dłoniach sunących 

po jej ciele.

– Posłuchaj, jestem tutaj, bo tego wymaga moja praca – powiedziała twardo i 

zerknęła  na  zegarek.  –  Straciliśmy  już  dwadzieścia minut.  Jeśli tak dalej  pójdzie, 
Dodger nigdy...

– Czy masz dzisiaj jeszcze inne lekcje?
– Nie.
– Wobec tego, jeśli pozwolisz, przedłużymy zajęcia o dwadzieścia minut  –

zaproponował, nie spuszczając uważnego wzroku z jej twarzy. Dziennikarski zmysł 
mówił mu, że coś jest nie w porządku, ale ciągle nie potrafił sprecyzować co.

– Oczywiście zapłacę ci ekstra – dodał i odwróciwszy się, poszedł po smycz. 

Gwizdnął  na  psa,  który,  o  dziwo,  przybiegł  posłusznie,  przypiął,  go  i  kazał  mu 
siadać przy nodze.

– Jesteśmy gotowi do lekcji – oznajmił.
Kelly, choć z niechęcią, musiała przyznać, że obaj uczynili znaczne postępy. 

Najwyraźniej  zaczęli  się  doceniać,  co  ułatwiło  porozumienie.  Te  spostrzeżenia 

background image

pozwoliły jej skupić się na pracy. Teraz przynajmniej sytuacja była jasna.

– Nie musisz mi dodatkowo płacić. Często lekcje się przedłużają. Zwłaszcza 

jeśli... – przygryzła wargę, a potem uśmiechnęła się przewrotnie – wszyscy dobrze 
się bawią.

– O, ja się bawię świetnie. I mam wrażenie, że ty również.
Przez chwilę rozważała różne celne riposty, ale po namyśle zrezygnowała z 

nich.  Przecież  musiał  wiedzieć,  co  czuła,  kiedy  trzymał  ją  w  ramionach. 
Prowokował  ją  świadomie,  polując  na  odpowiedzi,  z  których  mógłby  wysnuć 
jakieś  wnioski.  Nie  zamierzała  mu  tego  ułatwiać.  Powody,  dla  których 
zachowywała się tak, a nie inaczej, były jej prywatną sprawą.

–  Jak  na  kogoś,  kto  żyje  z  obserwacji  i  z  pisania,  powinieneś  mieć  więcej 

wyczucia – stwierdziła kwaśno.

– Dziwne, bo mój wydawca uważa, że potrafię być bardzo subtelny.
– On cię najwidoczniej przecenia.
– Ona – poprawił z uśmiechem.
Kelly uniosła brwi, ale pozostawiła informację bez komentarza. Zamiast tego 

zwróciła się ku Dodgerowi, który, wyraźnie znudzony, wiercił się u stóp Erica.

– Może przejdziemy z nim na łąkę, dobrze? Będzie kojarzył to miejsce z...
– Kelly?
Urwała, zaskoczona.
– Chciałbym widywać cię częściej.
– Proszę bardzo, możemy się umówić na drugą lekcję w tygodniu.
– Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Niestety, wiedziała.
– Posłuchaj – powiedziała powoli. – Nie będę ukrywać, że podobasz mi się, 

Ericu Devane. Nie jestem jednak kobietą, która idzie z mężczyzną do łóżka tylko 
dlatego,  że  ją  oczarował.  Poza  tym  –  dodała  z  naciskiem  –  nie  mam  ochoty  na 
żadne zobowiązujące znajomości.

– A niezobowiązujące? – zagadnął, w ostatniej chwili powściągając uśmiech.
Prowokował ją z całą świadomością, ale nie czuł wyrzutów sumienia. Musi 

się  wreszcie  dowiedzieć,  co  gryzie  śliczną  Kelly  Ransome.  Uniki,  które  robiła, 
jedynie podsycały jego ciekawość.

–  Powinny  wystarczyć  nam  lekcje  z  Dodgerem  –  ucięła  chłodno  Kelly.  –

Może wreszcie zaczniemy?

background image

Rozdział 5

Eric uznał, że lepiej będzie, jeśli pozwoli Kelly odpocząć od siebie. W końcu 

nie  był  już  młodzikiem  zaliczającym  podboje.  A  skoro  Kelly  nie  była  zdolna 
pogodzić się z faktem, że łaskawy los pcha ich ku sobie, trzeba będzie poczekać, aż 
zmieni zdanie.

Uzbroiwszy się w cierpliwość, zagłębił się w pisanie. Pierwsze trzy rozdziały 

były gotowe, a dalsze zostały już naszkicowane. W swoim czasie opinia publiczna 
była dokładnie informowana przez prasę i telewizję o samym rabunku oraz ujęciu 
bandytów  i  ich  procesie,  toteż  Eric  streścił  tylko  pobieżnie  przebieg  wydarzeń. 
Rewelacją  jego  książki  miał  być  nowy,  sensacyjny  sposób  ich  opisania  –  jako 
relacja  anonimowego  uczestnika  przestępstwa.  Ukoronowaniem  całej  historii,  jak 
w prawdziwej bajce, miało być odzyskanie zaginionego złotego skarbu.

Eric spędzał całe godziny na rozmowach z Larrym. Nagrywał je i dodatkowo 

robił notatki, nie pomijając żadnych szczegółów, nawet takich, które wydawały się 
nieistotne.  Fakty,  umiejętnie  zestawione  i  uporządkowane  wnikliwą  dedukcją, 
miały przynieść rozwiązanie zagadki i sławę autora bestselleru.

Nie  był  natomiast  specjalnie  przywiązany  do  swojego  bohatera.  Larry,  jak 

wielu  ludzi  z  marginesu,  z  którymi  Eric  często  miał  do  czynienia,  był  niezbyt 
bystry. Z zasady gardził normalną pracą, za to żył marzeniami. Jego jedyną ambicją 
było  zdobywanie  punktów  w  rozgrywce  z  systemem  prawa,  które  starał  się  za 
wszelką cenę obejść, by zapewnić sobie łatwe życie. Nie zawsze mu się to udawało 
i  jego  więzienny  rejestr  był  spory,  chociaż  dotyczył  przestępstw  mniejszego 
formatu. Przeważnie zwalniano go wcześniej za dobre sprawowanie.

Obecnie mieszkał z siostrą i szwagrem. Przyczaił się, najwyraźniej nie chcąc 

prowokować  losu  i  przyjął  posadę  nocnego  stróża.  Eric  był  zadowolony,  gdyż 
przynajmniej  częściowo  uwalniało  go  to  od  dręczącego  dylematu.  Zawsze 
balansował  na  krawędzi  dziennikarskiej  odpowiedzialności,  świadom,  że 
informacje,  które  zdobył,  powinien  zgłosić  policji,  zanim  wykorzysta  je  jako 
sensację.

Niemniej,  choć  Larry  nie  zajmował  się  teraz  działalnością  przestępczą, 

problem  pozostał.  Nieujawnienie  świadka  stanowiło  poważne  wykroczenie.  Z 
drugiej  strony  Eric  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  jeśli  w  najmniejszym 
stopniu zawiedzie zaufanie Larry’ego, człowiek ten zniknie i cała historia nigdy nie 
będzie miała zakończenia.

Na  razie  układ,  jaki  wytworzył  się  między  nimi,  funkcjonował  sprawnie: 

Larry dostarczał Ericowi informacji, mając nadzieję, że reporter rozwiąże dla niego 
zagadkę zaginionego złota, zaś Eric je gromadził, niewiele dając w zamian. Życie 
nauczyło go, że trzeba grać, trzymając  karty przy piersi,  a w tej  grze, wiedząc, z 
kim  ma do  czynienia,  był  szczególnie ostrożny. Ani  przez  chwilę nie  wierzył,  że 
Smith to prawdziwe nazwisko Larry’ego.

Wiedział,  że  jego  poszukiwania  posuwają  się  we  właściwym  kierunku. 

Dowodem  były  kolejne  dwa  telefony  z  pogróżkami.  Głos,  zawsze  ten  sam, 
wywoływał  w  nim  niejasne  skojarzenia.  Na  próżno  jednak  starał  się  sobie 
uświadomić jakie. W każdym razie udało mu się utrzymać szantażystę w dręczącej 

background image

niepewności.  Igrał  z  ogniem,  który  mógł  w  każdej  chwili  wybuchnąć,  ale  o  to 
właśnie mu chodziło.

W  sobotę  postanowił  pojechać  do  Nowego  Jorku.  Po  sześciu  dniach 

wyczerpującej  pracy  należała  mu  się  chwila  oddechu.  Najpierw  odwiedził  Jess. 
Wieczór  spędzili  wraz  z  kilkoma  przyjaciółmi  w  zadymionej  knajpce,  gdzie  trio 
znakomitych muzyków grało bluesa.

Kiedy  dojeżdżał  do  Woodbury,  było  już  po  drugiej.  Eric  czuł  się  śpiący  i 

zmęczony.  Jess  i  znajomi  nie  mogli  się  nadziwić,  że  człowiek,  dla  którego  życie 
zaczynało  się  dopiero  w  nocy,  już  o  dwunastej  oświadczył,  że  musi  wracać  do 
domu. Najwyraźniej przestawił się  już na wiejski tryb  życia – wczesne  kładzenie 
się i wstawanie o świcie. O dziwo, bardzo mu to odpowiadało.

Z  ulgą  wysiadł  z  samochodu  i  ziewając  rozprostował  kości.  Jeszcze  pięć 

minut na spacerek Dodgera, pięć na rozebranie się i umycie – i wreszcie będzie w 
łóżku!

Szybko  podszedł  do  drzwi  i  dopiero  kiedy  wyciągnął  klucze,  uświadomił 

sobie, że coś jest nie w porządku. Stanął, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. 
W  domu  panowała  dziwna  cisza,  a  przecież  zawsze  witał  go  Dodger.  Już  sam 
odgłos silnika wystarczył, by rzucał się ze szczekaniem do drzwi.

Eric  wszedł  ostrożnie  i  zapalił  światło  w  holu.  Wszystko  wyglądało 

normalnie, ale nadal nie było śladu Dodgera. Jak zwykle skierował się do kuchni, 
ale gdy po drodze zerknął przez otwarte drzwi do salonu, zamarł ze zgrozy.

Pokój  był  kompletnie  zdewastowany.  Stolik  do  kawy  leżał  przewrócony,  a 

jedna  z  nóg była  złamana. Obicie  kanapy  zwisało  w  strzępach,  podarte  i  pocięte. 
Lustro na toaletce było stłuczone, a wyrzucone z regału książki walały się po całej 
podłodze.

Eric zaklął i pobiegł do innych pomieszczeń. Kuchnia i jadalnia również nie 

zostały oszczędzone. Zawartość szafek i szuflad wyrzucono na podłogę, a na stole 
piętrzył  się  stos  pojemników,  z  których  wysypano  mąkę,  cukier,  makaron  i 
przyprawy. Wychodzące na taras oszklone drzwi były otwarte, a szyba stłuczona.

Pies nadal nie dawał znaku życia. Eric zaniepokoił się nie na żarty.
– Dodger? Gdzie jesteś? – wołał, na próżno zaglądając do spiżarni i piwnicy. 

Zaczął  nasłuchiwać  i  wreszcie  wydało  mu  się,  że  słyszy  niewyraźne  odgłosy 
dobiegające z góry. Drapanie pazurów o drzwi? A może nieostrożne poruszenie się 
zaczajonego  na  górze  złoczyńcy,  który,  nie  zdążywszy  uciec,  szykował  się  do 
ataku?

Powoli wycofał się do kuchni, podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer 

policji.  Oznajmiono  mu,  że  patrol  zjawi  się  w  ciągu  minuty  i  nakazano,  żeby 
natychmiast opuścił dom i czekał na ulicy. Rada była dobra, ale nie miał zamiaru 
się do niej stosować. Przebiegł do salonu i uzbroiwszy się w potężny pogrzebacz z 
kominka, chyłkiem ruszył po schodach. Obie sypialnie były ciemne, ale w pokoju, 
w  którym  urządził  sobie  gabinet  do  pracy,  paliło  się  światło.  Zakradł  się  tam 
ostrożnie.

Bałagan  na  dole  był  niczym  w  porównaniu  ze  spustoszeniem,  jakiego 

dokonano tutaj. Z blatu biurka zgarnięto wszystkie papiery, a szuflady wyrzucono 
na podłogę. Wszędzie piętrzyły się w bezładnych stosach teczki, papiery i notatki. 

background image

Ukoronowanie  dzieła  zniszczenia  stanowił  komputer,  zrzucony  ze  stolika  i 
zamieniony  w  kupkę  elektronicznego  gruzu.  Stłuczony  monitor,  zmiażdżona 
klawiatura  i  procesor,  z  którego  sterczały  powyrywane  druty,  były  dla  Erica 
najgorszym widokiem. Przez chwilę stał, bezsilnie zaciskając pięści, ale opanował 
się szybko. Będzie jeszcze czas ocenić straty.

Szybko  sprawdził  sypialnie.  Były  puste.  Została  już  tylko  zamknięta 

łazienka. Nagle dobiegł go stamtąd dźwięk, na który tak długo czekał.

Zaledwie uchylił drzwi, a już ciemne gładkie cielsko wyprysnęło ze środka, 

zbijając go z nóg. Pies i człowiek potoczyli się po podłodze.

– Och, ty mój strażniku – szeptał Eric, na próżno broniąc się przed czułymi 

liźnięciami gorącego jęzora. – Cholernie się cieszę, że cię widzę, wiesz?

Nagle  Dodger  nastawił  uszu  i  zaczął  szczekać.  Przed  domem  błyskając 

światłami hamowały z piskiem policyjne wozy.

Natarczywy sygnał wdarł  się w senny  mózg Kelly. Półprzytomnie  sięgnęła 

po budzik i wyłączyła go, ale uparty dźwięk dręczył ją nadal. Otworzyła oczy. Było 
dziesięć po siódmej.

– Telefon! – zaskrzeczał z dołu Maks.
–  Wiem!  –  odkrzyknęła  ze  złością,  gramoląc  się  z  łóżka.  Zeszła  do  holu, 

pełna  morderczych  zamiarów  wobec  kogoś,  kto  śmiał  zrobić  jej  pobudkę  w 
niedzielę rano. Podniosła słuchawkę i burknęła coś wrogo.

– Cześć, Kelly, tu Eric. Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię, ale chciałem 

cię złapać, zanim wyjdziesz z domu.

Eric? O co mu chodzi i dokąd miała wyjść? Walcząc z sennością, na próżno 

usiłowała sobie przypomnieć, czy byli umówieni.

– Jesteś tam, Kelly?
– Uhm, chyba tak – mruknęła.
– To dobrze. – W jego głosie brzmiała wyraźna ulga.
– Dokąd miałabym wychodzić?
– Nie wiem, gdziekolwiek. Może byłaś umówiona.
–  Skąd,  spałam  –  powiedziała,  tłumiąc  ziewanie.  –  Co  mogę  dla  ciebie 

zrobić?

Po  długiej  chwili  odezwał  się  tak  niskim,  uwodzicielskim tonem,  że  Kelly 

miała wrażenie, iż śni erotyczny sen.

– Powiedz mi, jeśli możesz, jak wygląda twoja nocna koszula?
– Eric!
– Kelly...
Jeszcze chwila, a powiedziałaby mu, że ma na sobie bawełnianą wyciągniętą 

koszulkę,  ledwie  zakrywającą  uda,  ale  w  ostatniej  chwili  zwyciężył  zdrowy 
rozsądek.

– Daj spokój, proszę.
–  Dobrze  –  westchnął.  –  To  był  tylko  odruch.  Kelly,  również  odruchowo, 

obciągnęła koszulkę.

– Chyba nie dzwoniłeś z tego powodu, prawda?
– Nie... ale dlaczego właściwie dzwoniłem? Zapomniałem...

background image

–  To  może  zadzwonisz  jeszcze  raz,  kiedy  sobie  przypomnisz  –  stwierdziła 

sucho, już zniecierpliwiona.

– Nie muszę – powiedział, zmieniwszy nagle ton. – Przepraszam, ale jestem 

nieco wytrącony z równowagi. To się czasem zdarza ludziom, którzy przychodzą 
do domu i widzą, że został doszczętnie splądrowany.

– Co takiego?!
–  Kiedy  wróciłem  o  drugiej  w  nocy,  stwierdziłem,  że  ktoś  się  włamał  i 

przewrócił wszystko do góry nogami.

– To straszne! A co z Dodgerem?
–  Nic  mu  się  nie  stało,  ale  musiał  najeść  się  strachu.  Był  zamknięty  w 

łazience.

Kelly,  jakkolwiek  mu  współczuła,  chętnie  zapytałaby  jeszcze,  gdzie 

podziewał się przez pół nocy.

– Dlatego właśnie dzwonię – ciągnął. – Chcę cię wynająć.
–  Wynająć?  Mnie?  –  Zamrugała  ze  zdumienia.  Chyba  się  jeszcze  nie 

obudziła...

–  Policja  powiedziała,  że  muszę  zorganizować  sobie  system  ochrony, 

zwłaszcza  że  dom  stoi  w  odludnej  okolicy.  Nie  mogę  założyć  elektronicznych 
alarmów  bez  zgody  właścicieli  i  nie  mam  na  to  czasu.  Dlatego  postanowiłem 
zwrócić się do ciebie.

– Potrzebujesz moich psów – domyśliła się.
–  Właśnie.  Wspominałaś,  że  masz  dwa  dobermany,  wytresowane  lepiej  od 

Dodgera, który pewnie polizał tego rabusia na powitanie.

–  Dodger  jest  tylko  szczeniakiem!  –  Kelly  natychmiast  stanęła  w  obronie 

sympatycznego rottweilera.

– Dobrze, ale przecież nie mogę czekać, aż dorośnie.
–  Posłuchaj,  wezmę  psy  i  zaraz  do  ciebie  przyjadę.  Wtedy  pogadamy  –

zaproponowała rzeczowo Kelly.

– Cieszę się, że to mówisz.
– Będę za pół godziny. Aha, Eric?
– Tak?
–  Spałam  w  zwykłej  bawełnianej  koszulce.  Różowej  –  szepnęła  i  odłożyła 

słuchawkę, nim zdążył odpowiedzieć.

W  pół  godziny  później  dżip  Kelly  zahamował  pod  domem  Erica.  Z  tyłu 

siedziały  Teak  i  Thor,  dwa  wielkie dobermany o  potężnych  mięśniach prężących 
się pod lśniącą skórą i  morderczych kłach, inteligentne i doskonale wytresowane. 
Tylko  ktoś  kompletnie  pozbawiony  instynktu  samozachowawczego  mógłby  je 
zlekceważyć.

Drzwi frontowe były otwarte zapraszająco. Za chwilę wypadł z nich Dodger, 

a za nim wyłonił się Eric. Na jego widok Kelly, choć pełna współczucia, stała się 
natychmiast czujna. Koci krok, szare oczy, patrzące spod strzechy jasnych włosów 
i dwudniowy zarost nadawały mu niebezpiecznie seksowny wygląd.

– Widzę, że rzeczywiście potrzebujesz ochrony – powiedziała kpiąco. – Tak 

gościnnie otwarte drzwi zapraszają złodziei.

background image

–  Teraz  nie  ma  tu  już  nic  do  ukradzenia  –  powiedział,  niedbałym 

wzruszeniem ramion kryjąc podekscytowanie, narastające od momentu, w którym 
usłyszał o różowej koszulce.

– Naprawdę jest aż tak źle? – zagadnęła, wchodząc do holu. Nagle wydał się 

jej mały i ciasny, jakby postać mężczyzny wypełniała całą przestrzeń.

– Tak. Przygotuj się na piękny widok.
Za chwilę stanęła na progu salonu i zamarła ze zgrozy. Praktycznie jedynie 

ściany były nietknięte. Teraz zrozumiała, czemu Eric tak spokojnie rozmawiał z nią 
przez  telefon.  Nie  było  już  sensu  rozpaczać.  Słowo  „wandalizm”  było  zbyt 
łagodnym określeniem na ten skandaliczny rozbój.

– O Boże – wyszeptała.
– Jeśli uważasz, że to jest straszne, to lepiej zajrzyj na górę. Harowałem tam 

od świtu, mimo to wszystko nadal wygląda jak po przejściu tornado – powiedział, 
stając  przy  niej.  Natychmiast  poczuła  spokój  i  siłę  promieniujące  z  jego  ciała. 
Zadrżała  na  myśl,  że  może  mu  grozić  niebezpieczeństwo.  –  Hej,  dobrze  się 
czujesz?

–  Tak  –  zapewniła  słabym  głosem,  ale  kolana  tak  jej  drżały,  że  musiała 

usiąść  na  schodku.  –  Patrząc  na  nas,  można  by  powiedzieć,  że  to  mnie  spotkało 
nieszczęście, co? – uśmiechnęła się.

Eric natychmiast ukląkł przy niej i chwycił jej dłonie w swoje.
– Wybacz, nie powinienem przyprowadzać cię tutaj. Nie przypuszczałem, że 

ten widok aż tak...

Kelly  niecierpliwie  pokręciła  głową.  Najbardziej  wytrąciło  ją  z  równowagi 

niejasne  przeczucie,  że  celem  tych  przestępczych  działań  był  sam  Eric.  Wolała 
jednak nie mówić tego głośno.

– Czego oni szukali? – zapytała.
–  Moich  notatek,  jak  sądzę  –  powiedział,  wstając  i  wsuwając  ręce  w 

kieszenie.

– Sądzisz? Tylko tyle? – Spojrzała na niego bystro. – Gdyby ktoś zrobił takie 

szkody  w  moim domu,  postarałabym  się  o  coś  bardziej  konkretnego niż  niejasne 
sądy.

Eric zaczął przemierzać hol wielkimi krokami.
– Szukali moich notatek i tego, co już napisałem. Zadowolona? – rzucił.
– Nie, niezupełnie – odparła spokojnie. – Nie wiedziałam, że to, co piszesz, 

jest aż tak kontrowersyjne.

– Nie jest. – Eric zmarszczył brwi, ganiąc się w duchu. Tak przyzwyczaił się 

zatajać przed Jess sprawy, które rozpracowywał, że teraz odruchowo robił to wobec 
Kelly.  Ona  jednak,  w  przeciwieństwie  do  jego  siostry,  nie  dała  się  zbyć 
ogólnikami.  –  Nie  jest  kontrowersyjne  przynajmniej  dla  tego,  kto  przestrzega 
prawa – dodał.

– Maleńka, ale istotna różnica – zakpiła. Ku jej zdumieniu Eric odpowiedział 

porozumiewawczym  uśmiechem.  Stanowczo  miał  zbyt  dobry  humor  po  tak 
dramatycznych przejściach.

– I co, zabrali te notatki? – drążyła dalej.
– Na szczęście nie. Gorzej natomiast, że namierzyli mnie tutaj. Już wcześniej 

background image

zorientowałem  się,  że  zbierając  materiały  do  książki,  zdrowo  nadepnąłem  komuś 
na odcisk i zmusiłem go do pewnych ruchów.

– Jakich ruchów?
–  Od  ponad  tygodnia  odbierałem  anonimowe  telefony.  Wiesz,  takie,  w 

których ktoś niewyraźnie bełkocze parę pogróżek, a potem odkłada słuchawkę.

Kelly  przytaknęła,  przypominając  sobie  jego  minę,  kiedy  zastała  go 

rozmawiającego przez telefon.

– Jak rozumiem, nie wziąłeś tych gróźb poważnie?
–  Niezupełnie,  ale  przy  takich  sprawach,  jeśli  chcesz  naprawdę  czegoś  się 

dowiedzieć,  musisz  wsadzić  kij  w  mrowisko.  Byłbym  marnym  dziennikarzem, 
gdybym działał ostrożnie i w rękawiczkach.

Kelly zesztywniała. Jego słowa uderzyły niespodziewanie celnie.
–  I  nie  masz  wyrzutów  sumienia,  że  bez  skrupułów  ingerujesz  w  czyjeś 

życie?

–  Tego  nie  powiedziałem  –  zaprzeczył  ostrożnie,  wyczuwając,  że  Kelly 

przywiązuje ogromną wagę do jego odpowiedzi. Tak jak poprzednio, gdy zaczęła 
się rozmowa o jego zawodzie, momentalnie stała się czujna. – Zawsze uważam, by 
nie  skrzywdzić  niewinnych  ludzi.  Nie  akceptuję  dziennikarstwa  goniącego  za 
sensacją  za  wszelką  cenę.  Wyrobiłem  sobie  zawodową  reputację  na  rzetelnych, 
udokumentowanych  reportażach.  Zawsze  tak  działam  i  teraz  mam  zamiar 
postępować podobnie.

– Rozumiem – powiedziała, uspokojona. Mogła nie akceptować sposobu, w 

jaki  ten  człowiek  zarabiał  na  życie,  ale  musiała  przyznać,  że  nabierała  dla  niego 
szacunku.

–  Drugą  moją  zasadą  –  kontynuował  –  jest  ostrożność.  Tutaj  okazała  się 

zbawienna.  Mam  zwyczaj  trzymać  wszystkie  ważne  materiały  w  teczce,  którą 
rzadko spuszczam z oka. Kiedy wczoraj pojechałem do Nowego Jorku, zabrałem ją 
ze sobą. Ten, kto splądrował mój dom, napracował się na próżno.

– Byłeś w Nowym Jorku?
– Uhm... Dlaczego pytasz?
–  Tak  sobie,  z  czystej  ciekawości  –  wyjaśniła,  siląc  się  na  lekki  ton.  Była 

wściekła na siebie za tę niezdrową ciekawość. Wzruszywszy ramionami, przeszła 
do salonu i machinalnie zaczęła zbierać poduszki z podłogi. Kiedy usłyszała głos 
Erica tuż przy uchu, aż podskoczyła z wrażenia.

–  Tak właśnie przypuszczałem  –  oznajmił  z  satysfakcją. –  Pewnie chciałaś 

wiedzieć, czy mnie nie przypiliło, co? – Mrugnął do niej kpiąco.

Och, jak nie lubiła takich cwaniaków!
–  Naprawdę  uważasz,  że  nie  mam  nic  lepszego  do  roboty,  jak  tylko 

zastanawiać się, z kim i kiedy masz randki? – zaperzyła się. – Dla mnie mógłbyś 
umawiać się nawet z całą Legią Cudzoziemską!

Była tak zabawna w swojej złości, że Eric ryknął śmiechem.
–  Obawiam  się,  że  nie  mógłbym,  bo  tam  są  głównie  mężczyźni, a  do  nich 

mnie raczej nie ciągnie.

– Wiesz dobrze, co chciałam powiedzieć!
– Jasne, że wiem – powiedział cicho. Kpiący ton ustąpił aksamitnej, łagodnej 

background image

czułości.  –  Chciałaś  powiedzieć,  że  bardzo  cię  obchodzi,  co  robiłem  wczoraj  w 
nocy i z kim. Jestem po prostu zachwycony twoim zainteresowaniem.

Kelly usiłowała nie poddać się  magii tego głosu, ale  zdradziecki rumieniec 

palił  jej  policzki.  Szybko  przyklęknęła  na  dywanie  i  zaczęła  zbierać  książki, 
układając  je  w  stos.  Eric  natychmiast  znalazł  się  przy  niej  i  zaczął  pomagać.  W 
następnej chwili sięgnęli po ten sam tom i ich dłonie się spotkały.

Wiedziała,  że  zrobił  to  celowo,  ale  nie  cofnęła  ręki.  Uniosła  głowę  i 

napotkała uważne spojrzenie mężczyzny.

–  Widzę,  że  wprost  umierasz  z  ciekawości,  by  dowiedzieć  się,  co  robiłem 

dziś w nocy – powiedział. – Ale nie zapytasz, prawda?

Dostrzegła, że z trudem tłumi uśmiech. Sama miała podobne kłopoty, ale nie 

zamierzała dać mu satysfakcji. Zamiast tego spojrzała na niego najbardziej wrogo, 
jak tylko mogła.

– Nie ma mowy.
– Uparta jesteś. Ale ja lubię uparte kobiety.
– Naprawdę? Z taką byłbyś szczęśliwy? – Uniosła brwi z niedowierzaniem.
– Lubię również łagodne.
– Musisz mieć ciekawe życie uczuciowe.
– Oho, znów się zaczyna!
– Co za „oho”? Przecież nic od ciebie nie chcę.
– Kochana, chcesz, i to bardzo – szepnął i zaczął pieścić delikatnie kciukiem 

wnętrze jej dłoni. Kelly poczuła, jak w jej ciele rozlewa się fala gorąca. Wiedziała, 
że  igra  z  ogniem,  ale  dawno  już  nie  czuła  się  tak  rozkosznie.  Przejął  ją  dreszcz 
oczekiwania.

– I dostanę to? – zapytała z drżeniem.
– Natychmiast.
Pochyliła się ku niemu, kiedy właśnie wyciągnął ku niej ramiona. Przylgnęli 

do  siebie.  Eric  bez  żadnych  wstępów  zagarnął  jej  usta,  wyczarowując  w  nich 
językiem wspaniałe pieszczoty.

Kiedy  całowali  się  po  raz  pierwszy,  namiętność  narastała  w  nich  powoli. 

Teraz ogarnęła ich nagłe, jakby czekała tylko na pierwszy sygnał pożądania. Kiedy 
Eric  obsypywał  pocałunkami  szyję  Kelly,  jej  ręce  zachłannie  objęły  go  w  pasie, 
przyciągając tam, gdzie narastał palący żar.

Odszukała  jego  wargi  i  nęcąco  przeciągnęła  po  nich  językiem.  Świat 

zamknął się dla niej w objęciach mężczyzny i cieple jego ciała. Nie chciała myśleć 
o niczym więcej, choćby później miała gorzko tego żałować.

Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie, oboje byli zdyszani i drżący.
–  Nie  obchodzi  mnie,  z  kim  wtedy  byłeś  –  powiedziała  miękko  Kelly.  –

Ważne, że nie było cię tutaj. Nic ci się nie stało i tylko to się liczy.

Eric był oszołomiony, kiedy ujawniła swoje pożądanie. Teraz, kiedy okazała 

również  troskę  i  czułość,  był  po  prostu  szczęśliwy.  Niepewnym  gestem  odgarnął 
włosy z twarzy.

– Dziękuję ci – wykrztusił.
– Za co?
– Za to, że przyjechałaś, kiedy cię potrzebowałem.

background image

– Cieszę się, że mogłam ci... – zaczęła, ale nagle zerwała się na równe nogi. 

– O, Boże, psy! Przez cały czas siedziały zamknięte w samochodzie.

Zaniepokojona  wybiegła  na  podjazd.  Na  całe  szczęście  z  przyzwyczajenia 

uchyliła szybę i dobermany miały przynajmniej czym oddychać. Kiedy otworzyła 
drzwiczki, dysząc wypadły z dżipa i powitały ją, uszczęśliwione. Przykazawszy im, 
że mają łagodnie traktować Dodgera, poszła do kuchni, by nalać dla nich wody.

– To moja wina – powiedziała zawstydzona, patrząc, jak łapczywie chłepczą. 

– Kiedy jestem z tobą, zapominam o myśleniu.

– Nie przejmuj się – szepnął Eric, czule otaczając ją ramieniem. – Jeśli tylko 

nie będziesz zapominała o zmysłach, obejdziemy się bez myślenia.

background image

Rozdział 6

Spędzili cały dzień razem, choć nie planowali tego. Przedpołudnie upłynęło 

im na zajęciach z dobermanami. Kelly chciała, by zwierzęta przyzwyczaiły się do 
nowego otoczenia. Zademonstrowała też Ericowi najbardziej przydatne komendy.

Był  wyraźnie  zdumiony  pilnością  i  skupieniem,  z  jakim  psy  wykonywały 

polecenia. Kelly patrzyła na nie z zadowoleniem. Mając Teaka i Thora na straży, 
Eric mógł spać spokojnie.

– Czy one będą się tak zachowywać przez cały czas?
–  zapytał,  obserwując,  jak  dobermany  na  komendę  robią  dokładny  obchód 

posesji.

– Tylko wtedy, gdy są, jak to się mówi, na służbie – wyjaśniła. – Kiedy je 

zwolnisz,  zaczną  się  zachowywać  jak  inne  psy.  Najprawdopodobniej  ułożą  się  w 
kącie i będą spać. To, jak długo mają być w gotowości, zależy wyłącznie od ciebie. 
Teraz  już  wiedzą,  że  mają  pilnować  tego  terenu  i  wierz  mi,  na  pewno  dobrze 
wypełnią swoje zadanie.

– O, tak,  nie  chciałbym być na  miejscu złodzieja. One  sprawiają  wrażenie, 

jakby mogły z łatwością rozerwać człowieka na strzępy.

–  Są  do  tego  zdolne,  ale  tylko  w  teorii  –  powiedziała  i  zawołała  psy,  by 

wydać  komendę  zwalniającą  je  z  obowiązków.  Thor  natychmiast  ułożył  się  u  jej 
nóg,  a  Teak  pobiegł  do  miski.  –  W  praktyce  ich  tresura  nie  obejmuje  ataku  –
ciągnęła.  –  Jest  ogromna  różnica  pomiędzy  psem,  który  poważnie  traktuje  swoje 
obowiązki, a psem agresywnym z  natury.  Moje dobermany są  nauczone,  że mają 
unieruchomić przeciwnika i pilnować go, aż zadecyduję, co chcę z nim zrobić.

Eric uważnie słuchał jej słów.
–  Jesteś  pewna,  że  uznają  moją  władzę  i  nie  potraktują  mnie  jak 

smakowitego kąska? – zapytał z nie ukrywanym niepokojem.

–  Ależ  skąd!  –  zaśmiała  się.  –  Poczuj  się  tylko  alfą  i  traktuj  je 

konsekwentnie, ale z szacunkiem, a będą cię słuchać.

Aby  przekonać  go  o  tym,  poświęciła  następną  godzinę  na  wspólne 

ćwiczenia. Kiedy skończyli, Thor, Teak i Eric stanowili już zgrany zespół.

– Wiesz, z chęcią bym coś przekąsił – oznajmił Eric.
–  Chyba  będziemy  jedli  na  podłodze  –  zachichotała  Kelly,  pamiętając,  jak 

wygląda kuchnia.

– Nie, pojedziemy do jakiegoś miłego lokalu.
– Pojedziemy? I zostawimy cały ten bałagan? Chyba żartujesz – powiedziała, 

kierując się do kuchni.

– O to się nie martw, posprzątam później.
–  Typowo  męskie  nastawienie  –  mruknęła  Kelly,  szukając  czegoś  w 

szafkach.  Wreszcie  znalazła  środki  czystości.  –  Zawrzyjmy  układ  –
zaproponowała. – Najpierw posprzątamy, a potem zaprosisz mnie na obiad.

– Uparta jesteś – stwierdził, biorąc z jej rąk szczotkę i szufelkę.
Kelly wzruszyła ramionami  i  wziąwszy torbę na  śmieci, ruszyła  do  salonu. 

Zaczęło się wielkie sprzątanie. Widok Erica uwijającego się pracowicie ze szczotką 
był  doprawdy  wzruszający.  Nie  tracił  przy  tym  ani  na  chwilę  nic  ze  swojej 

background image

męskości, co sprawiło, że zerkała na niego bezustannie. Nie przepadała za domową 
krzątaniną. Zaoferowała mu pomoc tylko dlatego, że chciała z nim spędzić dzień i 
poznać go lepiej.

Nie ma lekko, uśmiechnęła się, wspominając ulubione powiedzenie swojego 

ojca.

–  Hej,  nie  leń  się  –  upomniał  ją  Eric,  widząc,  że  patrzy  na  niego  w 

zamyśleniu. – Kto nie pracuje, ten nie je.

–  Kto  według  ciebie  się  leni?  Zaraz  się  przekonamy!  Kiedy  wreszcie  dom 

został  doprowadzony  do  stanu  względnej  używalności,  żadne  nie  miało  siły  ani 
ochoty na wyjście. Odmrozili hamburgery, które znaleźli w lodówce, i upiekli je na 
ogrodowym grillu.  Siedząc obok siebie, zmęczeni po  ciężkiej pracy, czuli  się  jak 
para starych przyjaciół.

– Chyba będę musiała już wracać – powiedziała wreszcie Kelly, wpatrując 

się w zachodzące za drzewami słońce.

– Niestety. – Eric pokiwał głową i podał jej rękę. Ramię w ramię poszli do 

samochodu. Kiedy nadbiegł Dodger, Kelly wzięła go na ręce i wsadziła do dżipa.

–  Lepiej  wezmę  go  do  siebie,  żeby  nie  plątał  się  koło  dobermanów  –

powiedziała. – Nie martw się, będzie miał u mnie dobrze.

– W to nie wątpię – uśmiechnął się Eric.
– W takim razie do zobaczenia, do jutra. – Kelly miała już wsiadać, ale ręka 

mężczyzny powstrzymała ją stanowczym ruchem. Spojrzała na niego zaskoczona. 
– Czyżbym zapomniała o czymś?

– Tak – potwierdził niskim głosem, pochylając się ku niej i ujmując dłonią 

jej włosy z tyłu głowy.

– Właśnie o tym.
Pocałunek  na  pożegnanie  był  czuły  i  słodki,  tak  jak  upojny  wieczór,  który 

wzmagał ich romantyczny nastrój. Dopiero po długiej chwili z żalem odsunęli się 
od siebie.

Kelly wsiadła i uruchomiła silnik.
–  Jeszcze  jedno  –  powiedział  Eric,  wsuwając  głowę  przez  okienko.  –  Jest 

coś, o czym powinnaś wiedzieć. Pojechałem do Nowego Jorku, aby zobaczyć się z 
siostrą.

Była  zadowolona,  że  jej  to  wyjaśnił,  choć,  prawdę  mówiąc,  nie  musiał 

czekać całego dnia. Wrzuciła bieg i mrugnęła do niego kpiąco.

–  Co  z  tobą,  miastowy  przystojniaku?  Nie  możesz  sobie  poderwać 

dziewczyny? – zapytała ze śmiechem i nie czekając na odpowiedź, odjechała.

Odprowadzanie  tęsknym  wzrokiem  znikającego  w  dali  dżipa  stało  się  już 

chyba zwyczajem Erica.

– Problem w tym, że chcę tylko jednej – westchnął i gwizdnął na psy.

–  Bardzo  dobrze  –  pochwaliła  Kelly.  Była  jedenasta.  Eric  z  Dodgerem 

ćwiczyli pilnie w jej ogrodzie.

– Wystarczy na dzisiaj. Tylko ładnie go pochwal.
Zaledwie  Eric  odpiął  smycz,  Dodger  pobiegł  do  Blossom.  Bardzo 

zaprzyjaźnił  się  z  młodą  dobermanką.  Kelly  patrzyła  na  bawiące  się  psy  i 

background image

zazdrościła im radosnej beztroski. Nie powinna dopuszczać, by złe doświadczenia 
z przeszłości zatruwały jej życie. W miarę jak lepiej poznawała Erica, dochodziła 
do  wniosku,  że  w  niczym  nie  przypominał  mężczyzny,  z  którym  odruchowo  go 
porównywała.  Kiedyś  zaufała  i  została  zdradzona.  Może  tym  razem,  z  Erikiem, 
będzie inaczej...

– Czy coś się stało?
Stanął przy niej. Włosy miał zmierzwione, gdyż w trakcie lekcji wiele razy 

przeczesywał je palcami. Szare oczy przybrały w świetle poranka odcień ulotnego 
pasemka dymu. Serce Kelly uderzyło nierównym rytmem. Tak bardzo pragnęła, by 
tym razem  wszystko  się  ułożyło. Spojrzała na  niego  z pełnym nadziei,  radosnym 
uśmiechem.

– Ależ skąd – odpowiedziała. – Co miałoby się stać?
Czy  wiedziała,  jak  bardzo  jest  pociągająca,  gdy  tak  się  uśmiecha?  Eric 

delikatnie dotknął palcem zaczerwienionego czubka jej nosa.

– Za bardzo się opaliłaś. Powinnaś to posmarować.
–  Przeważnie  zapominam  –  wzruszyła  ramionami.  Eric  pomyślał  o  swojej 

siostrze, która nigdy nie wychodziła na słońce bez ciemnych okularów i kapelusza 
z dużym rondem.

–  Jess  zawsze  mnie  ostrzega  przed  fatalnymi  skutkami  opalania  –

powiedział.

– Kto to jest Jess?
–  Moja  siostra,  ta,  która  mieszka  w  Nowym  Jorku.  Jest  moim  najlepszym 

przyjacielem, a zarazem najgorszym wrogiem. Powinnaś ją kiedyś poznać.

– Bardzo bym chciała. Czy nie miałbyś ochoty na drinka? – zapytała Kelly, 

kierując się w stronę domu.

– Chętnie – zapewnił, doganiając ją w kilku krokach. – Nasze spotkania stają 

się coraz bardziej niebezpieczne, wiesz? – szepnął, obejmując ją ramieniem.

– I kto to mówi? – zaśmiała się. – A swoją drogą Dodger wiele traci, kiedy 

jest u mnie. Nie będziesz mógł ćwiczyć z nim w ciągu tygodnia.

–  Och,  sądzę,  że  będzie  szczęśliwy  z  tego  powodu  –  roześmiał  się  Eric.  –

Mam nadzieję, że będzie jeszcze wiele okazji, żeby...

– Okazji! Okazji! – zakrzyczał Maks z salonu. Eric drgnął, zaskoczony.
– Kto to powiedział?
– Maks – zachichotała Kelly, widząc jego minę.
– A kto to jest Maks? – zapytał podejrzliwie.
– Bardzo gadatliwy gwarek.
–  Ach,  rozumiem.  –  Zaciekawiony  Eric  zajrzał  do  salonu.  Ptak  siedział 

wczepiony pazurkami w oparcie krzesła, grzejąc się w słońcu i strosząc pióra. Na 
dywaniku obok drzemał ułożony w słonecznej plamie pręgowany kot.

– Boże, toż to cała menażeria! Myślałem, że masz tylko psy.
– Psy! – skrzeknął Maks. – Głupie psy!
–  Widzę,  że  ten  facet  nie  podziela  poglądów  kierownictwa  –  powiedział  z 

rozbawieniem Eric.

– Niestety. Już dawno odkryłam, że Maksio mówi tylko to, co chce, i nie ma 

możliwości,  by  go  uciszyć.  Poczekaj  tylko,  aż  zacznie  katować  cię  własną 

background image

interpretacją „As Time Goes By”.

–  Właśnie,  a  propos  czasu,  muszę  już  iść  –  stwierdził  Eric,  zerkając  na 

zegarek.

– Już?
– Przykro mi, ale jestem umówiony – powiedział ze znaczącym uśmiechem.

– Ale nie martw się, będziemy jeszcze mieli wiele okazji, by kontynuować naszą 
znajomość.

– O jakiej znajomości mówisz? – zapytała, patrząc mu wyzywająco w oczy. 

Odwzajemnił spojrzenie.

–  O  tej,  która  zaczęła  się  w  piątkowy  wieczór  i  rozwija  się  aż  nazbyt

klasycznie.  Wiesz  –  ja  cię  całuję,  ty  mnie  całujesz,  a  potem  rozchodzimy  się  i 
udajemy, że ziemia wcale nie drgnęła.

Kelly poczuła radosny dreszcz przenikający ją od stóp do głów. A może to 

tylko  słowa?  –  zastanawiała  się,  choć  bardzo  chciałaby  wierzyć,  że  pełne 
uwielbienia spojrzenie mężczyzny mówi prawdę.

Nieświadomie  odstąpiła  o  krok,  zwiększając  dystans  między  nimi.  Jeszcze 

raz przeważył zdrowy rozsądek.

– Ziemia drgnęła? – Zmarszczyła brwi. – Jako pisarz mógłbyś się zdobyć na 

bardziej oryginalne porównanie.

– Może jako pisarz mógłbym, ale mężczyzna, który tkwi we mnie, uważa je 

za najtrafniejsze.

Ciepło, które ogarnęło Kelly, stało się żarem.
– W takim razie – powiedziała powoli – co z tym zrobimy?
Eric postąpił krok ku niej.
–  Myślałem  o  paru  rzeczach,  na  przykład  o...  Siatkowe  drzwi  odskoczyły 

gwałtownie  i  do  kuchni  wpadła  wielka  ciemna  kula.  Dodger  poślizgnął  się  na 
posadzce i z impetem podciął nogi swemu panu.

– Ten potwór – burknął Eric przez zęby, gramoląc się z podłogi – nie ma za 

grosz zrozumienia dla uczuć.

Pies, zobaczywszy jego minę, błyskawicznie wycofał się na dwór.
Kelly  ogarnęły  sprzeczne  uczucia.  Z  jednej  strony  klęła  niesfornego 

szczeniaka, który przerwał im urocze sam na sam, z drugiej zaś była zadowolona, 
że wybawił ją z kłopotliwej sytuacji. Bo, choć pocałunki Erica zdawały się ósmym 
cudem świata, rozsądek podpowiadał, że powinna być ostrożniejsza.

– Może ten potwór chciał ci delikatnie przypomnieć, że jesteś już spóźniony 

– stwierdziła.

– Czyżbyś mnie wyrzucała?
–  Przypominam  ci  tylko  o  twoich  obowiązkach.  Przecież  sam  mówiłeś,  że 

masz ważne spotkanie.

– Owszem, ważne, ale może jeszcze poczekać. Nie odjadę, dopóki nie będę 

pewien, że wkrótce się zobaczymy.

Świadomość,  że  temu  mężczyźnie  naprawdę  na  niej  zależy,  wywołała  w 

Kelly  najprostsze,  błogie  poczucie  szczęścia.  Pragnął  jej,  a  ona  odpowiadała  mu 
pragnieniem. Kiedy ostatnio doznawała takiego uczucia?

Eric z napięciem czekał na odpowiedź. Zaczął się obawiać, że Kelly odrzuci 

background image

go,  gdyż  był  zbyt  natarczywy  i  zbyt  zachłanny.  Ale  na  Boga,  ziemia  naprawdę 
drgnęła. I chyba nie tylko dla niego.

– Może jutro? – nie wytrzymał.
– Przykro mi, ale...
– W takim razie środa?
Kelly stanowczo pokręciła głową.
– Mam oddać felieton.
– Czwartek?
Zaczął  się  gorączkowo  zastanawiać,  jaki  błąd  popełnił.  Przecież  ona  go 

wyraźnie zbywa! Był w rozpaczy.

– Jestem dosłownie zawalona robotą, ale...
– Piątek! – oświadczył Eric z determinacją. – To moja ostatnia propozycja.
– I jakże kusząca – uśmiechnęła się słodko Kelly.
– Dziewczyno, nie drażnij się ze mną – mruknął groźnie. – Nie wmówisz mi, 

że pracujesz przez cały tydzień od rana do wieczora.

– Niestety, tak.
–  Czy  to  delikatny  sposób  powiedzenia  mi,  że  nie  chcesz  mnie  już  więcej 

widzieć?

– Ależ skąd! – Kelly, widząc jego nieszczęśliwą minę, omal nie wybuchnęła 

śmiechem.  –  Próbowałam ci  tylko  powiedzieć, że  ten tydzień jest  wyjątkowy.  W 
piątek  jadę  z  Blossom  do  Trumbull,  na  wystawę.  Mamy  wystąpić  w  pokazach 
tresury. Spędzimy tam cały dzień, więc...

– Cudownie! – wykrzyknął Eric. – Jadę z tobą.
– Naprawdę?
– Tak. Będę trzymał za was kciuki.
Teraz,  kiedy  ustalił  termin  spotkania,  mógł  zająć  się  swoimi  sprawami. 

Ruszył  do  samochodu,  ale  zatrzymał  go  nagły  wybuch  śmiechu  Kelly.  Odwrócił 
się.  Stała,  niedbale  oparta  o  framugę,  a  w  brązowych  oczach  tańczyły  iskierki 
rozbawienia.

– Och, ty miastowy przystojniaku, kiedy myślę o tobie, staję się niemoralna 

– powiedziała, zabawnie wznosząc oczy do nieba.

Eric  oniemiał,  ale  opanował  się  szybko,  a  nawet  zdobył  się  na  łobuzerski 

uśmiech. Słowo daję, te dziewczyny z prowincji nie są złe! – pomyślał.

Kelly oddała swój felieton dosłownie w ostatniej chwili. Zdarzyło się jej to 

po  raz  pierwszy.  Systematyczność,  którą  narzuciła  sobie  wiele  lat  temu,  gdzieś 
zniknęła – oczywiście z powodu Erica Devane’a.

Jak mogła się skupić na problemach uczenia szczeniaków, by nie siusiały w 

domu,  skoro  jej  myśli  rozpraszał  obraz  wysokiej  sylwetki  w  spranych  dżinsach? 
Czy było jej winą, że co chwila wybiegała wzrokiem w dal, poza ekran komputera, 
przypominając sobie jasnowłosego mężczyznę, bawiącego się z psem na trawniku?

Kiedy w piątek rano obiekt jej marzeń pojawił się na progu, Kelly zdawało 

się,  że  od  ostatniego  spotkania  upłynęły  całe  wieki.  Szybko  obrzuciła  wzrokiem 
postać  Erica  w  dżinsach,  bluzie  khaki  i  beżowej  koszulce  polo.  Jak  zwykle 
wyglądał niepokojąco przystojnie.

–  Nigdy  nie  byłem  na  wystawie  psów  –  powiedział,  dostrzegając  jej 

background image

spojrzenie.  –  Nie  bardzo  wiedziałem,  jak  się  ubrać.  Mam  nadzieję,  że  to  jakoś 
pasuje.

–  Świetnie  –  potwierdziła  z  zachwytem,  i  kolejny  raz  zganiła  się  za  brak 

ostrożności. Jeśli nie będzie uważać, ten facet pomyśli, że zupełnie zawrócił jej w 
głowie.  –  W  każdym  razie  nieźle  –  poprawiła  się.  –  Pojedziemy  moim  dżipem. 
Blossom już siedzi z tyłu.

–  Jasne,  nie  ma  sprawy.  –  Eric  miękkim  ruchem  wsunął  się  na  przednie 

siedzenie. Z przyjemnością przyglądał się, jak Kelly prowadzi. Tak jak wszystko, 
czym się zajmowała, to także robiła sprawnie i bez trwonienia energii. Miał jednak 
wrażenie,  że  ten  styl  bycia,  utrzymywany  przez  nią  bardzo  konsekwentnie,  był 
tylko obrazem stworzonym na użytek otoczenia.

Stopniowo  dostrzegał  szczegóły,  które  wyraźnie  nie  pasowały  do  jej 

powściągliwego, zdroworozsądkowego zachowania.

Na  przykład  ten  gadający  ptak.  Albo  sposób,  w  jaki  naciskała  pedał  gazu, 

kiedy  tylko  szosa  była  pusta.  Albo  fantazyjnie  powiewająca  wokół  jej  szyi 
turkusowa chustka, kontrastująca ze skromnym, praktycznym strojem.

Albo płomień, jaki rozpalały w niej jego pocałunki...
Z  pewnością  Kelly  Ransome  kryła  w  sobie  niejedną  tajemnicę.  Eric  z 

drżeniem  pomyślał  o  gorącym  temperamencie,  tak  starannie  tłumionym  przez 
chłodną inteligencję i opanowanie.

Zapewne nie pozwoliła swemu życiu biec naturalnym torem, zgodnym z jej 

prawdziwą naturą. Zbyt wiele było w tej kobiecie sprzeczności. Zupełnie jak gdyby 
kiedyś  ustaliła  dla  siebie  wzorzec  zachowań  i  konsekwentnie  dopasowywała  do 
niego  swoją  osobowość.  Zdarzały  się  jednak  chwile,  gdy  zasłona  opadała, 
ujawniając głęboko skrywany smutek i niepewność. Kelly intrygowała Erica coraz 
bardziej.

Podjechali  prosto  pod  namiot,  w  którym  miały  się  odbyć  pokazy  tresury. 

Gdyby  nie  Kelly,  Eric  natychmiast  straciłby  orientację  w  tłumie  ludzi  i 
szczekających psów, wśród tylu napisów, numerów, boksów, ringów i namiotów. 
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że istnieje tyle ras psów – maleńkich i ogromnych, 
kosmatych  i  zupełnie  łysych.  Pomógł  wyładować  drucianą  klatkę,  w  której 
siedziała dobermanka, dwa krzesełka i przenośną lodówkę. Kiedy wszystko zostało 
ustawione  na  wyznaczonym  stanowisku,  Kelly  poszła  odprowadzić  samochód  na 
parking.

– Czy ten pies jest może z twojej klasy? – zapytał Eric, pokazując jamniczka, 

który, ciągnięty na smyczy, wykonywał ćwiczenia z miną męczennika.

Kelly przyjrzała mu się fachowym okiem.
–  Nie,  on  jest  z  kategorii  „A”  –  czyli  początkujących.  Tam  są  psy,  które 

dopiero zaczęły się uczyć, i właściciele, którzy nigdy przedtem nie uczestniczyli w 
tresurze.

– A gdzie startują twoi podopieczni?
–  W  „B”  –  kategorii  otwartej  i  w  użytkowej.  Otwarta  zaraz  się  zacznie,  a 

użytkowa startuje po południu – wyjaśniła, nerwowo bębniąc palcami po kolanie. –
Niestety,  trochę  sobie  poczekamy.  Przyjechaliśmy  za  wcześnie,  ale  będzie  na  co 
popatrzeć. Jeśli jesteś głodny, to w lodówce są kanapki i...

background image

Urwała, widząc, że Eric przygląda się jej spod oka.
– Jesteś zdenerwowana, prawda? – zapytał. Jeszcze nie widział jej w takim 

stanie.

– Ja? Ależ skąd! – zaprzeczyła żywo i zaczęła rozwiązywać chustkę na szyi, 

tylko po to, by po chwili zawiązać ją z powrotem.

– Tak, ty.
– Och... – Opuściła ręce i spojrzała na niego. – Może trochę.
– Tak bardzo zależy ci na wygranej?
– Nie bardzo. Przecież będzie jeszcze niejeden konkurs. To nie jest sprawa 

życia  i  śmierci  –  uśmiechnęła  się  z  zawstydzeniem.  –  Wiem,  że  głupio  się 
przejmuję.  Byłam  taka  od  dzieciństwa.  Kiedy  tylko  wchodziło  w  grę  jakieś 
współzawodnictwo, nie mogłam jeść ani spać. Po prostu kłębek nerwów.

– Ale skoro się tak denerwujesz, po co bierzesz udział w zawodach?
Na twarzy Kelly pojawiło się zdumienie.
–  Nie  jestem  tchórzem  i  nie  mam  zwyczaju  unikać  konfrontacji.  Nie 

mogłabym zrezygnować z czegoś, na czym mi zależy, tylko dlatego, że jest trudne. 
Przeciwnie, to mnie jeszcze bardziej zagrzewa do walki.

–  A  jednak  rzuciłaś  studia  –  powiedział  prowokująco  i  natychmiast  tego 

pożałował, widząc, że zbladła gwałtownie.

– To była zupełnie inna sytuacja.
Eric wiedział, że nie powinien naciskać, ale ciekawość zwyciężyła.
– Dlaczego inna?
–  Pokazy tresury  to  mój  własny  problem,  moja  własna  bitwa,  którą  muszę 

wygrać.

– Rezygnacja ze studiów nie była twoim problemem?
Tym  razem  milczała  tak  długo,  że  stracił  już  nadzieję  na  odpowiedź.  A 

jednak odezwała się w końcu, ale tak cicho, że z trudnością rozróżniał słowa.

– Ta sprawa dotyczyła również innych ludzi. Bardzo kogoś skrzywdziłam i 

sama  się  przez  to  pogrążyłam.  Możliwe,  że  spotkała  mnie  zasłużona  kara.  –
Uniosła głowę i popatrzyła mu prosto w oczy. – Tyle tylko mogę ci powiedzieć. I 
proszę, żebyś więcej nie wracał do tej sprawy.

– W porządku, jeśli sobie tego życzysz.
–  Proszę  państwa  o  uwagę!  –  Z  głośnika  zadudnił  głos  prowadzącego.  –

Następujące numery zgłoszą się na ring...

–  Teraz  kolej  na  początkujących  z  „A”  –  powiedziała  Kelly,  wstając.  –

Wyprowadzę Blossom i zrobię jej małą rozgrzewkę.

Eric  patrzył,  jak  otwiera  klatkę,  przypina  suce  do  obroży  długą  linkę  i 

wychodzi z namiotu. Z jej spłoszonej miny wywnioskował, że chciałaby teraz być 
sama.  Najwyraźniej  potrącił  czułą  strunę.  Przeszłość  Kelly  musiała  kryć  jakąś 
bolesną tajemnicę.

Zastanawiając się nad tym, czekał na jej powrót. Wyglądało na to, że jakiś 

mężczyzna, może nawet będący jej pierwszą miłością, spowodował u niej głęboki 
uraz.  Dobrze,  ale  czemu  czuła  się  winna?  „Bardzo  kogoś  skrzywdziłam”, 
powiedziała. I jeszcze to nazwisko. Ransome... Czemu wywoływało w jego głowie 
sygnał alarmowy?

background image

Kiedy  zobaczył  ją  wreszcie,  najwyraźniej  zdołała  zapanować  nad 

wspomnieniami. Wobec tego Eric również skupił się na bieżącej chwili.

–  Dostałam  już  numer  –  powiedziała,  odwracając  się,  by  mógł  zobaczyć 

okrągły kartonik z numerem sześćdziesiąt pięć przypięty na jej ramieniu. – Teraz 
idzie sześćdziesiąty trzeci, więc jeśli chcesz popatrzeć, przysuń się do ringu, bo jest 
tyle ludzi, że nic nie zobaczysz.

Znów jest spięta, zauważył Eric, słuchając potoku jej słów.
– Ile masz jeszcze czasu do występu? – zapytał.
– Trzy albo cztery minuty.
– To mnóstwo – stwierdził, po czym niespodziewanie wziął ją w ramiona i 

zaczął  całować,  osłaniając  sobą  przed  wzrokiem  ciekawskich.  Kiedy  wreszcie  ją 
puścił,  Kelly  rozejrzała  się  wokół,  oszołomiona,  niezdolna  od  razu  wrócić  do 
rzeczywistości. Smycz wysunęła się jej z palców, ale dobermanka leżała spokojnie.

– Pewnie wszyscy na nas patrzyli? – zapytała nerwowo.
–  Skądże  –  uspokoił  ją  Eric,  choć  nie  był  tego  pewien,  gdyż  sam  miał 

zamknięte oczy.

– Prosimy numer sześćdziesiąt pięć – rozległo się z głośnika.
–  Idę! – krzyknęła Kelly, rzucając  szybką komendę  Blossom.  Eric  pokazał 

jej wzniesiony kciuk i szybko przepchnął się do pierwszego rzędu widzów. Patrzył, 
jak Kelly wchodzi na ring i zamieniwszy kilka zdań z sędzią, odpina smycz i staje 
na środku ringu z Blossom siedzącą karnie u jej nogi.

– Gotowi? – zapytał prowadzący.
– Tak – powiedziała Kelly, zerkając na psa. – Zaczynajcie!
Obserwujący je pilnie Eric był zachwycony. Wydawało się, że dobermanka 

radzi  sobie  świetnie.  Szybko  reagowała  na  wszystkie  komendy,  błyskawicznie 
aportowała  gumowy  krążek,  płynnie  skakała  przez  przeszkody,  wysoko  unosząc 
łeb.  Zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  czujne  oko  sędziów  wychwyci  każde 
potknięcie, każdy moment wahania.

Bez względu na wynik był dumny z Kelly. Jeśli nawet była zdenerwowana, 

na arenie panowała nad sobą doskonale. Nie sposób było się domyślić po jej minie, 
czy zdarzyły się jakieś potknięcia.

Kiedy  Blossom  wykonała  ostatnie  ćwiczenie,  rozległy  się  oklaski.  Serce 

Erica  drgnęło  na  widok  Kelly,  która  szła  ku  niemu  zaróżowiona  z  emocji  i 
uśmiechnięta.

–  Widziałeś,  jaka  była  cudowna?  –  krzyknęła,  klepiąc  zziajaną  sukę  po 

karku. Dobermanka wesoło zamerdała krótkim ogonem.

–  Była  fantastyczna  –  powiedział  Eric.  –  I  ty  też.  Kelly  wystarczyłaby 

pochwała dla Blossom. Ale Eric powiedział coś więcej, coś, co sprawiło, że słońce 
zaświeciło dla niej jaśniej.

– Naprawdę ci się podobałam? – zapytała z przejęciem.
Eric  znów  się  zdumiał.  Nie  polowała  na  komplementy  jak  inne  kobiety. 

Chciała jedynie potwierdzenia.

– Tak – powiedział poważnie. – Naprawdę byłaś świetna.
Kelly  kiwnęła  głową  i  odwróciła  się  szybko,  by  nie  mógł  zobaczyć  jej 

twarzy.  Jakim cudem  tak  szybko  wyczuł,  czego  mi  potrzeba?  –  zastanawiała  się. 

background image

Przecież znali się od niedawna. Mimo to zajął w jej życiu miejsce, jakiego nie zajął 
dotąd żaden mężczyzna.

Ta  świadomość  powinna  ją  przerażać,  a  tymczasem  Kelly  zachowała  ją  w 

sobie  jak talizman,  mający jej przynieść szczęście w następnej serii pokazów. Po 
tresurze indywidualnej przyszła kolej na grupową – i znów Blossom królowała na 
ringu. Kiedy ogłoszono wyniki, okazało się, że zajęły z Kelly drugie miejsce. Było 
to naprawdę duże osiągnięcie, zważywszy na wyjątkowo ostrą konkurencję.

Po krótkiej przerwie na lunch rozpoczęły się zawody w tresurze użytkowej. 

Zwycięstwo  w  tej  konkurencji  czy  nawet  uzyskanie  zielonej  wstęgi  było 
świadectwem szczególnych zdolności psa i kunsztu jego tresera.

Od zwierzęcia wymagano nie tylko posłuchu, ale i samodzielnego myślenia.
Kelly miała wystartować dopiero za godzinę. Nie była w stanie usiedzieć w 

namiocie,  więc  wyszła  na  zewnątrz  i  przemierzała  wielkimi  krokami  trawnik, 
powtarzając w myśli kolejne komendy.

– Potrzebujesz towarzystwa?
Drgnęła,  zaskoczona.  Eric  stał  oparty  niedbale  o  słupek,  z  rękami 

skrzyżowanymi na piersi.

–  Wybacz,  że  tak  cię  zaniedbuję,  ale  potrzebna  mi  samotność,  by  się 

skoncentrować – powiedziała z przepraszającym uśmiechem.

–  Zdaje  się,  że  nie  tylko  teraz  potrzebujesz  samotności  –  zauważył, 

podchodząc bliżej.

Przez  moment  myślała,  że  Eric  na  zamiar  powstrzymać  jej  nerwowe 

chodzenie, ale tylko zrównał z nią krok.

– Nie jesteś przyzwyczajona, by polegać na kimś, prawda?
– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym to robić?
–  Rzeczywiście,  nie  ma  specjalnego  powodu  –  przyznał  z  dziwnym 

uśmiechem  i  otoczył  ją  ramieniem.  Teraz  dopiero  poczuł,  jak  bardzo  jest 
zdenerwowana  i  spięta.  Sam  był  dużo  odporniejszy  psychicznie  i  właściwie  nie 
znał podobnych stanów.

– Myślę, że powinnaś coś zjeść, inaczej zupełnie osłabniesz – powiedział z 

troską. – Masz jeszcze dużo czasu.

–  O,  nie,  tylko  nie  to.  Jedzenie  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  teraz  potrzebuję, 

wierz mi.

– A pierwsza?
– Co takiego?
–  Kelly,  przecież  widzę,  że  jesteś  kłębkiem  nerwów.  Co  mogłoby  choć 

trochę cię odprężyć?

– Po prostu musiałabym już mieć za sobą te zawody.
– Kochana, mogę  ci pomóc, ale  nie zdziałam cudów.  Może wymyślisz  coś 

jeszcze?

Kelly zastanawiała się przez długą chwilę, a potem wzruszyła ramionami.
–  Nie  mam  pojęcia.  Nikt  dotąd  nie  proponował  mi  duchowego  wsparcia  –

wyznała szczerze.

– Może dlatego, że sprawiasz wrażenie takiej cholernej Zosi Samosi.
Rozbawił ją gderliwy ton, jakim wygłosił tę uwagę.

background image

– Bo taka właśnie jestem. Lubię być samodzielna.
–  Bardzo  zabawne.  Mów  do  mnie  jeszcze –  mruknął. Kelly zatrzymała  się 

gwałtownie i położyła mu ręce na ramionach. Może i doprowadza ją do szaleństwa, 
ale  przecież  szczerze  chce  mi  pomóc,  myślała  ze  wzruszeniem.  Chce  pomóc, 
ponieważ  zależy  mu  na  niej.  Ta  świadomość  wywołała  natychmiastowy,  słodki 
skurcz w podbrzuszu. Boże, czyżby runęła kolejna linia obrony?

– Mów do mnie – poprosiła miękko. – Odwróć moją uwagę. Opowiedz mi o 

swojej książce.

Wykorzystując całą swoją dziennikarską elokwencję, Eric zaczął opowiadać. 

Rozwijał  przed  Kelly  barwną,  choć  jeszcze  nie  dokończoną  opowieść  o  swojej 
wyprawie  po  złote runo.  Opisał jej  Larry’ego  i  streścił  najważniejsze informacje, 
jakie  od  niego  uzyskał.  Zwierzał  się  szczerze  z  problemów,  jakie  napotykał przy 
pisaniu,  i  ze  stresu,  jaki  wywoływała  w  nim  obawa,  że  skarb  nigdy  się  nie 
odnajdzie.

Kelly szybko zapomniała o zawodach. Wsparta na ramieniu Erica, chłonęła 

fascynującą  historię.  Zadawała  wnikliwe  pytania,  świadczące  o  tym,  jak  uważnie 
go słucha. Trafność jej uwag zachwyciła Erica. Sam, studiując materiały od wielu 
tygodni, stracił już dystans do sprawy i spostrzeżenia Kelly były dla niego wprost 
bezcenne.

–  Powiedz  mi  więcej  o  Larrym  –  poprosiła.  –  On  jest  kluczem  do  całej 

historii. Musimy dobrze zrozumieć jego motywacje i sposób myślenia.

Eric  uśmiechnął  się  niedostrzegalnie,  kiedy  użyła  zaimka  „my”. 

Jednocześnie przez cały czas zerkał na ring, bo Kelly, pochłonięta jego opowieścią, 
przestała  zupełnie  zwracać  uwagę  na  otoczenie.  Tymczasem  zbliżała  się  pora 
występu.

– Później ci o nim opowiem – obiecał, wskazując ruchem głowy na namiot. –

Za chwilę będziesz miała trochę roboty.

Kelly zdążyła  jeszcze wyprowadzić  Blossom i  zrobić  jej  małą rozgrzewkę, 

kiedy wywołano ich numer. I  choć dobermanka,  nieco  już zmęczona, nie  zdołała 
powtórzyć  porannego  sukcesu,  zdobyła  zieloną  wstęgę,  co  było  wielkim 
osiągnięciem, dającym cenne punkty do kwalifikacji na stopień psa użytkowego.

Eric  zaproponował,  że  będzie  prowadził  w  powrotnej  drodze,  co  Kelly 

przyjęła z wdzięcznością. Cieszyła się, że może siedzieć przy jego boku.

– Dziękuję ci – powiedziała cicho, opierając mu głowę na ramieniu.
– Za co?
–  Za  towarzystwo,  za  pomoc.  W  ogóle  za  to,  że  byłeś  ze  mną,  kiedy  cię 

potrzebowałam.

– Zawsze możesz na mnie liczyć, Kelly – powiedział, odrywając na moment 

rękę od kierownicy, by musnąć palcami jej policzek.

– Och, co za cudowny dzień – westchnęła z zachwytem.
– Jeszcze się nie skończył.
– Nie? – Zerknęła na niego, zabawnie przekrzywiając głowę.
– Absolutnie nie – zapewnił. I choć pilnie wpatrywał się w drogę, widziała, 

że z trudnością ukrywa zadowolenie.

background image

Rozdział 7

Przez  całą  drogę  Kelly  zastanawiała  się,  co  może  oznaczać  to  stanowcze 

oświadczenie.  Zwykle  po  tak  prestiżowych  zawodach  uważała,  że  najważniejsze 
chwile dnia już minęły. Teraz jednak, kiedy Eric był przy niej, uświadomiła sobie, 
że  mają  jeszcze  przed  sobą  całe  popołudnie.  Pamiętała,  że  w  momentach 
najgorszego  zdenerwowania  przed  występem  jego  obecność  działała  na  nią  jak 
balsam.

Ale jego magia sięgała dalej. Kelly uśmiechnęła się skrycie, przypominając 

sobie, jak wziął ją w ramiona i całował, nie zważając na ludzi w namiocie. To było 
szaleństwo,  które  przyprawiało  ją  o  zawrót  głowy.  Gdyby  reagowała  zgodnie  z 
zasadami  swojego  dawnego  „ja”,  powinna  być  w  szoku.  A  tymczasem  w  chwilę 
później działała trzeźwo i sprawnie jak nigdy.

Co  więcej,  marzyła,  by  zrobił  to  znowu,  i  myślała  o  jego  tajemniczych 

zamiarach.  Czemu,  choć  zawody  już  minęły,  czuła  rosnące  napięcie,  jakby 
powietrze w małej kabinie wozu naładowane było elektrycznością?

Kiedy  zajechali  pod  dom,  szybko  wyskoczyła  z  dżipa  i  weszła  tylnymi 

drzwiami, by wypuścić Dodgera. Po chwili Eric już był w kuchni.

– Powinniśmy coś zjeść – stwierdziła bez przekonania. Teraz, kiedy znaleźli 

się  w  domu,  dręczące  napięcie  wzrosło.  I  nie  było  to  typowe  nerwowe 
odreagowanie  po  męczącym  dniu.  Jej  ciało  przenikał  coraz  wyraźniejszy  dreszcz 
oczekiwania. – Ale muszę ci wyznać, że marna ze mnie kucharka – dodała.

– Nie szkodzi – zapewnił beztrosko.
–  Oczywiście  zrobię  ci  jeść,  bo  chociaż  w  ten  sposób  będę mogła  wyrazić 

swoją wdzięczność.

– Oczywiście – przytaknął gładko.
Nie lubiła takich bezczelnych facetów. Jeśli jeszcze raz tak się uśmiechnie, 

zetrze mu ten grymas z tej jego przystojnej buzi!

– Moglibyśmy zamówić coś chińskiego do domu.
– Moglibyśmy.
Tym razem posłała mu rozpaczliwe spojrzenie.
– Nie dręcz mnie, bo umrę w rozterce – jęknęła.
– Ja też.
Niski, rozedrgany ton jego głosu sprawił, że znieruchomiała w oczekiwaniu i 

niepewności zarazem. Otworzyła usta, lecz nie padło nich ani jedno słowo. Myśli 
uleciały z głowy. Spojrzenie mężczyzny miało hipnotyczną siłę.

– Przez cały tydzień nie mogłem przestać myśleć o tobie – powiedział cicho. 

– A dziś przez cały dzień marzyłem tylko, by objąć cię i poczuć, jak prężysz się w 
moich  ramionach.  Kiedy  całowałem  cię  tam,  w  namiocie  –  urwał  na  moment  z 
przewrotnym uśmiechem – nie dałbym głowy, które z nas było bardziej zaskoczone 
– ty czy ja. Nie mam zwyczaju demonstrować publicznie swoich uczuć, ale wierz 
mi, w tamtym momencie było mi dokładnie wszystko jedno. Po prostu nie mogłem 
się  powstrzymać.  Musiałem  cię  tulić,  musiałem  cię  smakować. Kobieto,  nigdy w 
życiu  nie...  Niewidzialne  okowy  paraliżujące  Kelly  opadły  nagle,  a  jej  usta 
rozchyliły się w kuszącym, zmysłowym uśmiechu. To było piękne, dlaczego więc 

background image

nie miało trwać?

– Na co w takim razie czekasz? – zapytała śmiało.
– Na ciebie.
–  Na  mnie?  –  Znów  straciła  pewność.  Teraz  czuła,  jak  bardzo  brakuje  jej 

doświadczenia.

–  Chodź do  mnie, Kelly. Powiedz  mi, że  pragniesz  mnie  tak bardzo  jak  ja 

ciebie – wyszeptał.

To,  o  co  prosił,  choć  proste,  wydawało  się  Kelly  niewykonalne.  Czuła,  że 

Eric  daje  jej  szansę.  Cokolwiek  miałoby  się  stać  później,  nie  mogłaby  już 
powiedzieć, że stało się to wbrew jej woli.

– Ja... Tak – wyjąkała.
Eric  wyciągnął  ręce  i  w  jednej  chwili  znalazła  się  w  jego  ramionach,  tak 

naturalnie,  jakby  przynależała  do  nich  od  dawna.  Pocałunek  był  z  początku 
powolny i nieśmiały, jakby oboje nie całkiem mogli uwierzyć w to, co zaczęło się 
pomiędzy nimi. Stopniowo jednak nabierał żaru i spirala namiętności rozkręcała się 
szybko,  wciągając  ich  w  wir  upojenia.  Język  Erica  błądził  w  ustach  Kelly. 
Podniecona,  objęła  mężczyznę  i  przyciągnęła  do  siebie,  z  radością  wyczuwając 
sploty twardych mięśni, prężące się pod gorącą skórą. Cienkie płótno jego koszuli 
stało  się  nagle  drażniącą  przeszkodą,  więc  wsunęła  ręce  pod  nią,  by  dotrzeć  do 
nagiego ciała. Eric westchnął cicho i zaczął pieścić jej ciało niecierpliwymi dłońmi.

Pragnęła tych pieszczot. Już nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego, 

co  robi.  Teraz,  kiedy  trwali,  spleceni  ze  sobą,  ważny  był  tylko  on,  wyczekujący, 
gotowy.

Eric  okrywał  pocałunkami  twarz  i  szyję  Kelly,  zatopiwszy  palce  w  jej 

pachnących włosach. Rozedrgane ciało domagało się spełnienia. Nigdy nie pragnął 
kobiety z taką pasją. Spalała go jak płomień tętniący mu w żyłach.

Drżącymi  palcami  rozwiązał  turkusową  chustkę  i  zachłannie  dotknął 

krągłych  piersi.  Kelly  gwałtownie  wciągnęła  powietrze  i  wygięła  się  w  łuk. 
Zapomniana chusta jak barwny motyl opadła na ziemię.

Ręce mężczyzny dotarły do jej brzucha, a potem śmiało wsunęły się między 

nogi.  Zacisnęła  uda,  więżąc  jego  palce,  pragnąc  zatrzymać  na  zawsze  ich 
ekscytującą pieszczotę. Fale gorąca mąciły jej myśli.

Jeszcze  byli  ubrani, ale  już niecierpliwe  ręce Kelly zaczęły  mocować się  z 

zapięciem jego dżinsów. Pomógł jej i jednej chwili spodnie i slipki zsunęły się na 
ziemię.  W  ich  ślady  poszła  koszula  –  i  oto  stał  przed  nią  nagi.  Serce  Kelly 
załomotało gwałtownie.

Był  piękniejszy,  niż  sobie  wyobrażała,  doskonały  jak  klasyczna  rzeźba. 

Zachłannie oglądała każdy cal jego ciała, nie kryjąc zachwytu.

– Teraz ty – powiedział miękko. Jego ręce poruszały się szybko i sprawnie, 

kiedy  uwalniał  ją  z  ubrania.  Natychmiast  przyciągnął  ją  ku  sobie,  rozpalając 
zmysły pocałunkiem. Namiętnie, jak kotka, otarła się o niego, ciesząc się szorstkim 
dotykiem twardych włosów na swojej gładkiej skórze.

Kiedy odsunął się od niej, zaprotestowała gwałtownie, ale Eric sięgnął tylko 

do kieszonki dżinsów, by wyjąć z niej błyszczący pakiecik. Ucieszyła się, że myśli 
o jej bezpieczeństwie.

background image

Kelly zagryzła wargi, kiedy ujął ją pod pośladki i uniósłszy lekko jak piórko, 

oparł o kuchenny blat. Jego wargi powędrowały w dół, wzdłuż napiętego łuku szyi, 
ku twardym, wyczekującym sutkom.

–  Teraz  –  krzyknęła  bez  tchu,  przeniknięta  słodkim  dreszczem.  –  Eric, 

proszę....

Powoli  opuścił  ją  na  siebie,  wypełniając  ją  swoją  twardością.  To  było  tak 

wiele,  a  jednocześnie  tak  mało,  że  zapragnęła  więcej,  zapragnęła  wszystkiego. 
Ciężko dysząc, oplotła jego biodra nogami.  Wtedy odszukał jej usta  i wpił w nie 
szalony język.

W jego ruchach nie było teraz nic z czułej łagodności. Zastąpiła ją pasja, żar 

i pierwotna namiętność. Splecione ciała drgały w narastającym rytmie, wiodącym 
do  kompletnej  zatraty.  W  jednej  chwili  oboje  dotarli  do  krańca  i  uchwycili  się 
siebie kurczowo, szarpani spazmami błogiego spełnienia.

Zdyszane  oddechy  cichły  stopniowo.  Eric,  podtrzymując  Kelly,  powoli 

osunął  się  wraz  z  nią  na  podłogę.  Tam  legli,  objęci,  z  zamkniętymi  oczami, 
przeżywając swoje szczęście.

– Nie chce mi się gotować – mruknęła sennie Kelly.
– I bardzo dobrze – zaśmiał się Eric.
– Czy nie jestem samolubna? – zapytała, otwierając jedno oko.
– Przeciwnie, jesteś rozkoszna – szepnął, przesiewając w palcach pasma jej 

włosów.

Kelly uśmiechnęła się skrycie, wtulając twarz w zagłębienie jego ramienia. 

Jakie  to  miłe  być  słodką  i  rozkoszną  istotką!  Ona,  zawsze  tak  rzeczowa  i 
samodzielna,  pozwalała  się  adorować.  Kiedy  ostatni  raz  ktoś  tak  się  o  nią 
troszczył?

– Co powiesz na kąpiel?
– Nie kąpię się, zawsze biorę prysznic.
–  Nie  ze  mną,  kochana.  –  Stanowczo  pokręcił  głową  i  wstał,  nie 

wypuszczając jej z ramion. Z zachwytem patrzyła, jak prężą się potężne mięśnie ud 
i ramion. Poniósł ją do łazienki, a kiedy ułożyli się w wannie, odkręcił kran. Woda 
zaczęła opływać ich ciepłym, rozkosznym strumieniem.

–  Masz  piękne  ciało  –  wyszeptał  Eric,  podkreślając  palcem  krągłość  jej 

piersi. – Kocham jego gładkość, jego zapach...

Kelly uśmiechnęła się do siebie z klasyczną, kobiecą satysfakcją.
– Kocham każdy jego kawałek, a zwłaszcza ten pieprzyk... – ciągnął, wodząc 

ręką po wewnętrznej stronie jej uda. Kelly wygięła się rozkosznie.

– Eric?
– Hmm...?
–  Cieszę  się,  że  zrezygnowaliśmy  z  jedzenia  –  powiedziała,  muskając 

językiem brzeżek jego ucha. – Czuję się taka nasycona.

Kiedy  wrócili  do  kuchni,  zapadał  już  zmrok.  Dodger  i  Blossom  siedziały 

smętnie  na  tarasie.  Kelly  wpuściła  je,  Eric  tymczasem  myszkował  po  lodówce, 
szukając czegoś do jedzenia.

– Kozie mleko w proszku – odczytał nazwę na puszce. – A tu... Pedialyt?

background image

– Pokarm dla szczeniąt. Niedawno doglądałam pewnego miotu.
– Suszona wątróbka. Brr, ohydne. Co ty właściwie jesz, jak jesteś głodna?
–  Czasami  zdarza  mi  się  robić  zakupy  –  odparła  nie  zrażona  i  zaczęła 

nakładać pokarm do psich misek. – Niestety, ostatnio się zaniedbałam. Jeśli sobie 
dobrze przypominam, obiecałam zrobić ci coś do jedzenia.

– Pięknie, że jeszcze o tym pamiętasz.
– Tylko nie wiem, czy zasłużyłeś na taki zaszczyt – dodała przekornie.
– Naprawdę? – Oczy Erica zabłysły niebezpiecznie. Zaszedł ją od tyłu, gdy 

stała przy zlewie i otoczył ramionami.

Kelly uwodzicielsko zamrugała rzęsami. Dawno się tak świetnie nie bawiła.
– Musisz być niepoprawnym optymistą – zachichotała.
– Mylisz się, kotku – wymruczał, całując ją w kark.
– Myślę tylko o tym, żeby znów cię trzymać w ramionach. Ma pani na mnie 

cudowny wpływ, panno Ransome.

Miała  już  na  końcu  języka  ciętą  odpowiedź,  ale  znów  rozbroił  ją  swoją 

czułością.

Postawiła miski na blacie, odwróciła się ku niemu i oparła dłonie płasko na 

jego piersi.

– Nikt nie mówił do mnie tak pięknie, wiesz?
– szepnęła.
Eric przykrył dłonie Kelly swoimi i spojrzał jej głęboko w oczy.
– Nikogo nie pragnąłem tak jak ciebie – powiedział cicho.
–  Ja  też  – szepnęła,  gdy  nagle  zabrzmiał w jej  głowie  dzwonek alarmowy. 

Nie była w stanie oderwać się od mężczyzny, ale cofnęła ręce. Komuś, kto tak jak 
ona żył w spokojnym tempie, nagłe przyspieszenie wydawało się zagrożeniem.

–  Chcę  się  z  tobą  widywać  –  mówił  Eric.  – Często.  Nie  tylko  wtedy,  gdy 

mamy lekcje. I nie tylko z ich powodu.

Kelly  przeklinała  własną  nieufność.  Eric  Devane  był  kimś  wspaniałym  i 

dotychczas  w  niczym  nie  zawiódł  jej  zaufania.  Czy  koniecznie  musiała  słuchać 
ostrzegawczego  wewnętrznego  głosu?  Ten  mężczyzna  w  krótkim  czasie  zdołał 
sforsować  linie  obrony, które  wznosiła  od  lat.  Przyjęła  go  do  swojego  serca  i  do 
swojego łóżka. Teraz już za późno na wątpliwości.

– Też bym chciała – powiedziała, tuląc się do niego.
– Wspaniale. W takim razie pozostała jeszcze jedna rzecz.
Kelly zmarszczyła brwi.
–  Wiem,  że  masz  wolne  weekendy,  ale  jutro  wyjątkowo  będę  zajęty. 

Musiałem  umówić  się  z  Larrym  na  kolejną  rozmowę,  choć  wierz  mi,  wolałbym 
spędzić ten czas z tobą.

–  Nie  widzę  problemu.  Przecież  towarzyszyłeś  mi  na  wystawie  psów, 

prawda?

– To była zabawa, a tu chodzi o interesy.
– Moja tresura to zabawa?
Miała  rację,  oburzając  się.  A  jednak  nie  rozumiał,  dlaczego  chciała  mu 

towarzyszyć.

– Naprawdę chcesz iść ze mną na tę rozmowę?

background image

– Tak.
–  Larry  jest  bardzo  nierówny  –  powiedział  szybko.  –  Przekazuje  mi 

wiadomości tylko wtedy, kiedy ma ochotę. Dlatego uprzedzam, że przy pierwszej 
oznace niezadowolenia  z  jego  strony będę  cię  musiał  prosić,  żebyś zostawiła nas 
samych.

– Oczywiście, to zrozumiałe – zgodziła się natychmiast.

– Opowiedz mi jeszcze o Larrym – poprosiła Kelly, kiedy następnego dnia 

rankiem jechali saabem Erica do Waterbury.

– A co chciałabyś wiedzieć?
– Wszystko.
– Nie przesadzaj, już za kwadrans będziemy na miejscu.
–  Wystarczy  czasu  –  uśmiechnęła  się.  –  Z  tego,  co  dotychczas  mi  o  nim 

opowiadałeś, widzę, że nie jest to zbyt skomplikowana osobowość.

Uwielbiała sposób, w jaki marszczył brwi, kiedy czuł się przyparty do muru. 

Uwielbiała  zabawnie  unoszący  się  kącik  jego  ust,  kiedy  usiłował  się 
skoncentrować. Od rana, odkąd po nią przyjechał, zajmowała się obserwacją jego 
charakterystycznych zachowań.

Rozczulił  ją,  przynosząc  w  prezencie  robione  polaroidem  zdjęcia  Thora  i 

Teaka, baraszkujących radośnie na kanapie w jego salonie. Inny mężczyzna na jego 
miejscu  przyniósłby  jej  kwiatki.  Podziękowałaby  i  włożyła  je  do  wazonu, 
zapomniawszy o nich po chwili. Eric zdawał się  jednak doskonale wyczuwać,  co 
może naprawdę sprawić jej przyjemność.

Wspaniały  nastrój,  w  jakim  była  od  rana,  był  również  jego  zasługą. 

Dotychczas uważała Waterbury za nudną dziurę, ale dzisiaj, kiedy była z Erikiem. 
odkryła nie znane uroki tej okolicy. Ponadto perspektywa spotkania z tajemniczym 
przestępcą podniecała ją jak kryminalna przygoda.

–  Masz  rację,  Larry  nie  jest  zbyt  lotny  –  przyznał  Eric.  – Ale  może  być 

trudnym  rozmówcą.  To  typ  człowieka,  który  głęboko  wierzy,  że  należy  mu  się 
sława i bogactwo i zupełnie nie potrafi zrozumieć, czemu jeszcze ich nie dostąpił.

– A ty grasz na tej strunie.
–  Przynajmniej  usiłuję.  Teraz  Larry  mieszka  z  siostrą  i  szwagrem.  Pracuje 

jako nocny portier i szczerze nienawidzi swojego zajęcia. Jeśli książka się sprzeda, 
będzie miał oczywiście udział w zyskach.

– Co będzie, jeśli znajdziesz złoto?
– Wówczas otrzyma swoją część nagrody. Kelly przytaknęła z namysłem.
–  Stale  mówisz  mi,  jakie  on  będzie  miał  z  tego  korzyści.  Co  daje  ci  w 

zamian?

–  Bezcenne  informacje  –  na  przykład  szczegóły  z  życia  innych  członków 

gangu, opisy ich spotkań i rozmów, prawdziwy przebieg napadu.

– Wydaje  mi  się,  byłbyś w stanie  uzyskać je sam, gdybyś tylko  dobrze się 

rozejrzał.

–  To  prawda  –  przyznał  Eric,  podziwiając  jej  zdolność  do  wyciągania 

najbardziej oczywistych, zdroworozsądkowych wniosków.

– Czy myślisz, że on ma jeszcze coś w zanadrzu? Eric wzruszył ramionami, 

background image

zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Powiedzmy, że nie ufam mu w pełni. Kelly rozważała coś przez chwilę.
– Opowiedz o tych pozostałych ludziach.
–  Poza  Larrym  było  ich  czterech.  Trzech  odsiaduje  teraz  swoje  wyroki  w 

Ossining. Czwarty, William „Buddy” Owens, zginął w strzelaninie.

– Rozmawiałeś z tamtymi trzema?
Na  autostradzie  pojawił  się  zjazd  do  Waterbury.  Eric  zwolnił  i  zjechał  na 

boczną drogę.

–  Kontaktowałem  się  z  nimi,  ale  niewiele  mi  to  dało.  Nie  chcieli  nawet 

rozmawiać  ze  mną  przez  telefon,  nie  mówiąc  już  o  widzeniu.  Mogę  tylko 
przypuszczać, że przynajmniej jeden z nich wie, gdzie jest schowane złoto, i kiedy 
tylko skończy odsiadkę, odzyska je.

–  Ile  będą  musieli  czekać?  –  zapytała  zaciekawiona.  Eric  kluczył  wśród 

wąskich uliczek nędznego przedmieścia.

– Och, długo. Kiedy skradziona suma nie została odnaleziona, sędziowie nie 

są skłonni do łagodnych wyroków. Wręcz przeciwnie.

– Chcesz powiedzieć, że osądzono ich zbyt surowo?
– Nie, mają to, na co zasłużyli.
– Wszyscy poza Larrym – zaznaczyła.
– Zgadza się.
Eric znalazł wolne miejsce na chodniku i zaparkował. Kiedy wyłączył silnik, 

odwrócił się do Kelly i poważnie popatrzył jej w oczy.

– Wiem, o co  chcesz zapytać, i od razu ci mówię,  że nie mam zamiaru  go 

bronić.  Choć  Larry  był  w  tym  gangu  tylko  pionkiem,  konkretnie  kierowcą,  jest
równie winny jak oni wszyscy.

– Dlaczego w takim razie nie powiadomiłeś o nim policji?
– Nie mogłem. Dałem mu słowo. Poza tym nie wykryto jego udziału trzy lata 

temu,  a  kiedy  tamci  trzej  trafili  za  kratki,  zamknięto  sprawę  i  przestano  się  nią 
interesować,  uznawszy,  że  złoto  przepadło.  Zresztą  na  wszelki  wypadek 
uruchomiłem swoje  kanały, żeby wybadać, co  o tym sądzi  policja z  Connecticut. 
Dawno już przesłali te akta do archiwum.

–  Rozumiem  –  powiedziała  Kelly,  przypatrując  się  szeregowi  odrapanych, 

jednakowych domków. – Który to?

Eric  wskazał  gestem  budynek,  który  pomimo  zacieków  i  brudnych  ścian 

wyróżniał się schludnie zamiecionym gankiem i klombem czerwonych pelargonii.

– Larry pewnie jest sam. Zawsze stara się, by przy rozmowie nie było nikogo 

z rodziny.

Kelly sięgnęła do klamki.
– Możemy już iść?
–  Za  chwilę.  –  Eric  ujął  jej  dłoń  i  ścisnął  znacząco.  –  Chciałbym,  żebyś 

jeszcze  raz  się  zastanowiła,  zanim  tam  wejdziesz.  Nie  sądzę,  by  Larry  był 
niebezpieczny.  Inaczej  nie  zabrałbym  cię  z  sobą.  Z  drugiej  strony  jest  jasne,  że 
komuś  są  wyraźnie  nie  w  smak  moje  poszukiwania.  Dlatego,  jeśli  tylko  masz 
wątpliwości...

–  Nie  mam  żadnych  –  zapewniła  spokojnie  i  ponownie  położyła  rękę  na 

background image

klamce. I tym razem Eric ją powstrzymał.

– Co znowu? – zapytała zdziwiona.
–  Nic – warknął przez zęby. Owszem, coś. Boże, co się  z nim działo?  On, 

stary wyga, zachowywał się jak troskliwa niańka!

Teraz  już  wiedział,  że  popełnił  błąd,  zgadzając  się,  żeby  z  nim  pojechała. 

Czuł  to  już  wczoraj, ale  nie potrafił  odmówić. Tak bardzo  pragnął jej  obecności; 
bliskości, że pozwolił emocjom zapanować nad rozsądkiem.

Jego  szefowie  i  koledzy  pokiwaliby  zapewne  z  politowaniem  głowami, 

widząc,  jak  psuje  sobie  robotę  z  powodu  głupich  sentymentów.  A,  do  licha,  nie 
dbał w tej chwili o książkę. Najważniejsza była Kelly.

– Nie jesteś w to zamieszana i najlepiej by było, gdybyś poczekała na mnie 

w samochodzie – powiedział z troską.

–  Ericu  Devane  –  w  jej  głosie  pojawiło  się  zniecierpliwienie  –  skończ  te 

przemowy.  Idę  z  tobą.  Wycofam  się  jedynie  wtedy,  gdy  Larry  nie  będzie  chciał 
mówić w mojej obecności. I nie próbuj nawet...

– Kelly, on mnie nie obchodzi, rozumiesz? – wybuchnął. – Ważne jest twoje 

bezpieczeństwo!

Popatrzyła  na  niego  uważnie.  Jego  twarz,  tak  zwykle  spokojna,  była 

zatroskana i przejęta. Kelly, poruszona do głębi, ujęła go za rękę.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze – powiedziała miękko. Teraz ona 

porozumiewawczo uścisnęła jego dłoń.

Eric  patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę,  w  końcu  uśmiech  wygładził  jego 

napięte rysy.

– Zachowuję się jak nadopiekuńczy idiota, prawda?
– Jak wspaniały idiota – poprawiła go.
–  O,  to  już  lepiej  –  zachichotał,  wychodząc  z  wozu.  Kiedy  ruszyli  alejką, 

Kelly wsunęła mu rękę pod ramię.

– Lubię, jak się tak o mnie troszczysz – powiedziała.
– To dobrze, ponieważ nie mógłbym przestać, nawet gdybym chciał.
Mówiąc  te  słowa,  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  były  prawdziwe.  Uczucia, 

jakie  budziła  w  nim  ta  kobieta,  były  nowe  i  zdumiewające.  Odczuwał  ogromną 
potrzebę  dokładnego  ich  przeanalizowania,  lecz  nie  było  już czasu.  Teraz  musiał 
się skupić. Miał ważną robotę do wykonania.

Kelly  nacisnęła  dzwonek.  Larry  otworzył  natychmiast  i  cofnął  się,  robiąc 

zdumioną minę.

–  Co  to  za  szprycha?  –  burknął,  podejrzliwie  mierząc  ją  wzrokiem.  Nie 

ruszył się z progu, by ich wpuścić.

– Przyjaciółka – wyjaśnił krótko Eric, powstrzymując się, by nie powiedzieć 

temu  gburowi  paru  słów  do  słuchu.  Poza  tym,  jeśli  drań  będzie  się  tak  lubieżnie 
gapić na Kelly, nie wytrzyma i da mu...

– Mam na imię Kelly – oznajmiła szybko, widząc, co się święci. Wyciągnęła 

rękę do  Larry’ego i  obdarzyła go najsłodszym z uśmiechów. Wahał się chwilę, a 
potem odwzajemnił powitanie.

–  Nie  miej  mi  za  złe,  że  tu  przyjechałam,  ale  Eric  opowiadał  mi  o  tobie  i 

koniecznie chciałam cię poznać – wyjaśniła przymilnie. – To, co opowiadasz, jest 

background image

fascynujące.

– Tak uważasz? – Larry dobrą chwilę wykonywał ciężką robotę myślową, aż 

w końcu odstąpił w tył, dając im znak, by weszli.

Skierował ich do saloniku i wskazał kanapę, okrytą kolorowym pokrowcem.
Panowie  zaczęli  cicho  rozmawiać,  a  Kelly  dyskretnie  rozglądała  się  po 

pokoju.  Widać  było,  że  w  tym  domu  musiano  się  zastanawiać  nad  każdym 
wydatkiem.  Niektóre  meble,  okryte  pokrowcami,  wydawały  się  nowe,  tak  jak 
kanapa,  na  której  siedzieli.  Inne  były  stare  i  odrapane.  Jedyną  ozdobą  ściany  był 
kolorowy kalendarz przedstawiający ukwieconą górską łąkę.

Kiedy  zobaczyła,  że  Eric  wyciąga  notes,  przysunęła  się  bliżej,  pragnąc 

uczestniczyć w bardziej oficjalnej części rozmowy.

–  Jest  kilka  spraw,  do  których  chciałbym  wrócić  –  zaczął  Eric.  Chwilę 

przewracał  kartki,  aż  natrafił  na  właściwą  stronę.  –  O,  to.  Powiedziałeś,  że  po 
rabunku zabraliście złoto do Buddy’ego, tak?

–  Zgadza  się  –  przytaknął  Larry.  Był  chudym,  wymizerowanym 

człowiekiem,  o  zapadniętych  oczach  i  szczeciniastym,  dawno  nie  golonym 
zaroście.  Rozchełstana,  brudnawa  koszula  ukazywała  chudą,  bladą  pierś.  Zęby  i 
palce miał zażółcone nikotyną. Na jego przedramieniu wił się wytatuowany wąż.

Przyjrzawszy mu się dokładnie, Kelly uznała, że nie chciałaby go spotkać w 

ciemnym zaułku.

– To był hotelik na Elm, pod numerem 123, pokój 2B, tak?
– Jak powiedziałeś, koleś. – Larry sięgnął do kieszonki na piersi i wyciągnął 

zmiętą paczkę tanich papierosów. Zapalił i  zaciągnął się łapczywie.  Momentalnie 
skrył go obłok duszącego dymu.

– Cała wasza piątka tam była?
– No a jak! Musieliśmy prędko zobaczyć, co mamy, nie?
– Razem liczyliście te sztaby?
Kelly  słuchała  zafascynowana,  jak  Eric  odtwarza  z  Larrym  dokładny 

przebieg  wydarzeń.  Teraz,  widząc  go  przy  pracy,  zrozumiała,  czemu  odnosił 
sukcesy jako reporter. Posiadał rzadki talent, będący kombinacją żywej inteligencji, 
otwartego  umysłu  i  wyczucia  ludzkiej  natury.  Rozmawiając  z  Larrym  w  tonie 
przyjacielskiej pogawędki, wyciągał z niego informacje dużo skuteczniej niż sędzia 
śledczy.

– Z tego, co ty wiedziałeś, złoto nie opuściło tego pokoju, czy tak?
– Tak myślałem, ale coś musiało być na rzeczy, bo potem gliny przeczesały 

dokładnie całe to miejsce i nie znalazły nic.

–  Od  czasu,  kiedy  byłeś  w  pokoju  Buddy’ego  zaraz  po  kradzieży,  nie 

zjawiłeś się już tam więcej?

– Nie, bo Buddy powiedział, że trzeba się przyczaić na kilka dni. Twierdził, 

że będzie bezpieczniej, jeśli nie zobaczą nas razem.

– I z całym zaufaniem powierzyliście mu łup, by go przechował?
– Jasne. – Długi słupek popiołu z papierosa złamał się i upadł na dywan. –

Zrozum,  człowieku,  jeśli  nie  ufasz  kumplom,  z  którymi  idziesz  na  skok,  to  cała 
robota jest do...

– Ale oni cię okłamali, Larry – głos Erica stał się nagle twardy.

background image

– Że niby jak?
– Buddy powiedział, że musicie się rozproszyć, a potem zebrać znów, kiedy 

sprawa  przyschnie,  by  podzielić  złoto.  A  jednak,  kiedy  policja  po  paru  dniach 
zrobiła nalot na ten hotel, byli tam wszyscy oprócz ciebie.

–  Dobra.  –  Mężczyzna  podniósł  się  ciężko,  podszedł  do  kominka  i 

wściekłym  ruchem  zdusił  papierosa  przepełnionej  popielniczce  stojącej  na 
gzymsie. – Nawet jeśli wtedy mnie przerobili, to ja mam teraz ostatnie słowo, nie?

–  To  zależy  –  powiedział  ostrożnie  Eric.  –  Nie  powiedziałeś  mi  jeszcze 

niczego, co mogłoby mnie naprowadzić na trop.

Larry zniecierpliwiony potrząsnął głową.
–  Już  ci  mówiłem.  Myślałem,  że  Buddy  ma  złoto  u  siebie.  Tak  nas 

zaczarował tym gadaniem, że nie spuści go z...

– Ale policja przeszukała jego pokój i nic nie znalazła!
–  Ano,  nic  nie  znaleźli,  gady,  chociaż  przewrócili  mu  wszystko  do  góry 

nogami i nawet popruli materac – zachichotał ponuro Larry.

Od dłuższego już czasu Kelly, słuchając go, miała niejasne wrażenie, że coś 

uszło uwagi Erica, coś bardzo ważnego. Nie słuchała już dalszych pytań, stawiając 
sobie w myśli własne. Kiedy Buddy mógł zabrać złoto? Dlaczego Larry uważał, że 
to on je zabrał? Czy mógłby wskazać jakieś miejsce nadające się jego zdaniem na 
kryjówkę? Czy...

– Poczekajcie – wykrzyknęła nagle, gdyż uświadomiła sobie wreszcie, co ją 

dręczy.  Obaj  mężczyźni  spojrzeli  na  nią  zdumieni.  Niecierpliwie  zwróciła  się  ku 
Larry’emu.

– Powiedziałeś wcześniej, że byłeś u Buddy’ego tylko raz, tuż po kradzieży?
– Tak było.
– Skąd w takim razie wiesz, jak wyglądał ten pokój po  rewizji? – zapytała 

triumfalnie, widząc kątem oka, jak Eric unosi brew.

– Bo... – zająknął się Larry i z zakłopotaniem poskrobał się w brodę. – Teraz, 

kiedy  o  to  zapytałaś,  to  zaczęło  mi  się  przypominać,  że  potem  jeszcze  raz  tam 
byłem. Ale to i tak niczego nie zmienia, bo chłopców już dawno tam nie było.

–  A  dlaczego  wróciłeś  do  Buddy’ego?  –  zapytał  Eric,  włączając  dyktafon, 

leżący przed nim na stole. Larry nie protestował. Przyzwyczaił się już do tego stylu 
pracy.

–  Jackie,  to  znaczy  moja  siostra,  namówiła  mnie,  żebym  tam  poszedł.  To 

było po tym, jak rozdmuchali całą historię w gazetach i pisali, że Buddy nie żyje. 
Właścicielka tego hotelu podniosła szum, że nikt jej nie zapłacił, a jeszcze narobili 
bałaganu i teraz musi to sprzątać, bo nie może wynająć. Wiec Jackie powiada: Idź 
tam,  Larry,  może  zostały  jakieś  jego  rzeczy,  to  je  zabierzesz.  Buddy  nie  był  w 
porządku,  ale  zawsze  to  kumpel.  Poszedłem  i  w  wielkim  pudle  przytachałem 
wszystko,  co  po  nim  zostało.  No  bo  kto  to  w  końcu  miał  zrobić,  skoro  tamtych 
zwinęli? – Wzruszył ramionami. – Zresztą w tym pudle są same śmiecie.

Eric  z  trudem  ukrywał  podekscytowanie.  Dziennikarski  nos  mówił  mu,  że 

jest na tropie.

–  Gdzie  masz  ten  karton,  Larry?  –  zapytał  znudzonym  tonem,  jakby 

interesował się tym szczegółem wyłącznie z obowiązku.

background image

– O Jezu, nie wiem. Może w piwnicy...
– Nie uważasz, że dla porządku należałoby przejrzeć te rzeczy?
Larry podniósł się niechętnie z fotela.
– Przecież mówiłem wam, że nic tam nie ma. Po co oglądać śmiecie?
– A jednak chcielibyśmy rzucić na nie okiem – powiedział Eric.
We trójkę zeszli do zagraconej piwnicy, ledwo oświetlonej brudną żarówką. 

Na  szczęście  wśród  rupieci  nie  było  wielu  pudeł  i  po  półgodzinie  poszukiwań 
natrafili na właściwe. Eric natychmiast wyjął je Larry’emu z rąk.

–  Jeśli  pozwolisz – powiedział  –  zabierzemy je  do  i  om u  i  tam  spokojnie 

przejrzymy.

– Dobra, bierzcie, na co mi ono. Przecież mówiłem, że tam są tylko...
–  Śmieci  –  dokończyli  chórem  Eric  i  Kelly.  Pożegnali  się  z  Larrym  i 

załadowawszy karton do samochodu, odjechali w pośpiechu.

– Myślisz, że to może być przełom w twoim śledztwie? – zapytała Kelly z 

ożywieniem.

–  Nie  wiem.  Przekonamy  się,  kiedy  dojedziemy  do  domu  –  odpowiedział 

Eric, cisnąc gaz.

„My”, powtórzyła z zachwytem w myśli. Bardzo polubiła ten zaimek. Teraz 

stanowili  z  Erikiem  zgrany  zespół.  To  stwierdzenie  również  brzmiało 
zachwycająco.

background image

Rozdział 8

Po  godzinie  pracy  w  tumanach  kurzu  Kelly  była  skłonna  przyznać  rację 

Larry’emu. Zawartość pudła rzeczywiście wyglądała na śmieci.

Dotychczas  zinwentaryzowali  dwie  flanelowe  koszule,  parę  dżinsów, 

grzebień z powyłamywanymi zębami, stare numery kolorowych magazynów i plik 
papierów  –  listów,  rachunków  i  wycinków  prasowych.  Przejrzeli  je  bardzo 
starannie,  jednak  żaden  nie  wnosił  niczego  nowego  do  sprawy.  Wreszcie,  kiedy 
spod papierów zaczęło prześwitywać dno, Eric niecierpliwie wsunął pod nie rękę i
natrafił na jeszcze jeden przedmiot.

–  Oto  epokowe  znalezisko!  –  zawołał  z  goryczą,  wznosząc  do  góry 

szczoteczkę do zębów ze śladami pleśni.

–  Ohyda  –  skrzywiła  się  Kelly.  –  Trzeba  przyznać,  ze  Larry  uczciwie 

wykonał swoją robotę – spakował dosłownie wszystko.

–  Tym  lepiej  dla  nas  –  powiedział  Eric  i  zaproponował,  by  podzielić 

zawartość kartonu na dwie części rzeczy osobiste, które będzie można wyrzucić, i 
papiery,  które  należy  jeszcze  raz  przejrzeć.  –  Można  z  czystym  sumieniem 
powiedzieć, że niczego nie przegapiliśmy – oznajmił, kładąc szczoteczkę na stosie 
ubrań.

Na wszelki wypadek odwrócił jeszcze pudło do góry nogami i wytrząsnął je 

dokładnie.  I  wówczas  na  podłogę  wypadł  ze  stukiem  mały  przedmiot,  którego 
dotychczas  nie  zauważyli.  Była  to  figurka  starego  Chińczyka,  wyrzeźbiona  w 
kamieniu podobnym do marmuru, osadzona na grubej, prostokątnej podstawce.

–  A  co  sądzisz  o  tym?  –  zapytał,  stawiając  figurkę  na  podłodze.  –  Czy 

według  ciebie  Buddy  był  wyznawcą  zen,  wielbicielem sztuki  orientalnej,  a  może 
tylko chińskiej kuchni?

– Nic z tych rzeczy – oświadczyła Kelly, obejrzawszy uważnie bibelocik. –

To  jest pieczątka. Zobacz – odwróciła figurkę i pokazała mu  podstawę, na której 
wytłoczony był chiński napis. – Chińczycy używają tego jako swoistego talizmanu. 
Na podstawce możesz kazać wyryć swoje imię, jakiś symbol albo cokolwiek. Ma ci 
przynosić szczęście.

–  Jestem  pod  wrażeniem  –  stwierdził  Eric,  z  zainteresowaniem  studiując 

napis. – Skąd o tym wiesz?

– Przypadek. Mój ojciec miał coś takiego na biurku i często dawał mi to do 

zabawy,  kiedy  byłam  mała.  Przyjaciel  przywiózł  mu  tę  pieczątkę  z  Hongkongu 
Znajdź papier i tusz albo atrament, dobrze?

Tajemniczy symbol odbił się wyraźnie na białe; kartce.
– Ciekawe, co on oznacza? – zapytał Eric, zerkając Kelly przez ramię.
–  Nie  mam  pojęcia.  Chińczycy  posługują  się  tysiącem  symboli.  Może 

oznaczać dosłownie wszystko.

–  Na  przykład:  „Złoto  jest  zakopane pod  starym  dębem”,  tak?  –  roześmiał 

się, wodząc palcem po plątaninie cienkich linii.

–  Bez  przesady.  Mamy  tu  tylko  jeden  znak,  więc  może  symbolizować 

najwyżej  jedną  krótką  myśl.  Zresztą  widzisz,  że  figurka  jest  popękana  i 
poobtłukiwana. Musi być stara. Prawdopodobnie Buddy trzymał ją na szczęście, i 

background image

tylko tyle.

–  Może.  –  Eric  ustawił  pieczątkę  na  biurku.  –  Ale  na  wszelki  wypadek 

postaram się o przetłumaczenie.

– Dobra myśl. A co masz zamiar zrobić z resztą tych śmie...
– Nie wymawiaj tego słowa! – ostrzegł ze śmiechem.
Szybko zebrali papiery i włożyli je z powrotem do pudła.
– Nie wiem jak ty, ale ja mam dosyć – powiedział Eric.
– Ja też. Mam błogą nadzieję, że poczęstujesz mnie zimnym drinkiem.
– Zobaczymy – powiedziała tajemniczo.
Eric  zagryzł  wargi.  Obserwował  ją  przez  całe  przedpołudnie,  udając,  że 

koncentruje się na innych sprawach. Tymczasem prześladowała go myśl o słodkiej
woni  jej  włosów  i  aksamitnej  gładkości  skóry.  Żadna  kobieta  nie  pociągała  go 
fizycznie aż tak bardzo.

Kelly  intrygowała  go  pod  każdym  względem.  Czy  sprawiła  to  aura 

tajemnicy,  jaka  otaczała  jej  przeszłość?  Czy  błyskotliwość,  z  jaką  analizowała 
zawiłe wątki sprawy zrabowanego złota? A może po prostu smukła, zmysłowa linia 
jej szyi, po której tak bardzo chciałby wędrować wargami...?

– Przyglądasz mi się – stwierdziła cicho.
– Zachwycam się tobą – powiedział niskim głosem i przyciągnął ją do siebie.
Kelly  niecierpliwą  dłonią  sunęła  po  twardym  udzie  ku  zapięciu  dżinsów. 

Kiedy tam dotarła, Eric gwałtownie wciągnął oddech.

– Jesteś gotowy – mruknęła z rozkosznym uśmiechem.
Pochylił głowę i zaczął ją całować. Ich języki splotły się w namiętnym tańcu, 

a potem rozłączyły. Eric czule musnął wargami kąciki ust Kelly i zaczerwieniony 
od słońca czubek jej nosa.

– Wiesz, że byłaś niesamowita tam, u Larry’ego?
– powiedział.
–  Mhm...  –  przytaknęła  z  roztargnieniem,  zajęta  guzikami  jego  koszuli.  –

Później mi opowiesz, dobrze?

–  szepnęła,  ściągając  mu  ją  z  ramion.  Nie  pozostał  dłużny  i  zajął  się  jej 

bluzką.

Kształtne piersi otulała czarna koronka. Ten podniecający widok nieznośnie 

rozpalił jego żądzę. Zachłannie sięgnął rękami ku białym krągłościom.

– Jesteś... jesteś wspaniała... – wyszeptał zdławionym głosem.
Rosnące napięcie wygięło ciało Kelly w łuk. Miękki pomruk wibrował jej w 

gardle.

– Chodź... – wabiła.

W  poniedziałek  rano,  w  porze,  kiedy  normalnie  miałaby  się  odbyć  lekcja 

Dodgera,  Eric  i  Kelly  pojechali  do  Waterbury.  Po  drodze  wstąpili  na  pocztę,  by 
wysłać odbitkę znaku z figurki do Nowego Jorku, do przyjaciela Erica, który znał 
chiński.

Tym razem nie rozmawiali już z Larrym, lecz poświęcili czas na małą wizję 

lokalną.  Napad  na  bankową  furgonetkę  odbył  się  o  zmroku,  na  ruchliwej  ulicy. 
Nawet  teraz,  po  paru  latach,  znalazło  się  jeszcze  dwóch  sklepikarzy,  którzy 

background image

pamiętali całe zajście i chętnie o nim opowiedzieli.

We wtorek po południu pojechali do hoteliku, w którym wówczas mieszkał 

Buddy, i ucięli sobie miłą pogawędkę z właścicielką, panią Baker.

W  środę  wypili  kawę  w  ciemnym,  zadymionym  barze,  gdzie  narodziły  się 

plany napadu.

W  naturalny  sposób  Kelly  stała  się  partnerką  w  śledztwie.  Eric 

dostosowywał nawet pory własnych spotkań i wyjazdów do jej rozkładu dnia tak, 
by  zawsze  mogli  być  razem.  Cieszył  się  jej  towarzystwem  i  cenił  jej  wnikliwe 
spostrzeżenia, które okazały się niezmiernie pożyteczne.

Kiedy  zaś  Kelly  pracowała  w  szkole  bądź  udzielała  lekcji  prywatnym 

klientom, Eric pisał. Albo przynajmniej wyobrażał sobie, że pisze.

Tego  czwartkowego  popołudnia,  po  godzinie  siedzenia  przy  biurku,  na 

ekranie jego nowego komputera nie pojawiło się ani jedno zdanie. Jak zwykle nie 
mógł się skupić z powodu Kelly. Wkradała się w jego myśli z tą samą łatwością, z 
jaką  wkradła  się  do  jego  serca.  Im  lepiej  zaś  ją  poznawał,  tym  bardziej  był 
świadom, jak mało o niej wie.

Cały  ostatni  tydzień  praktycznie  się  nie  rozstawali,  pracując  razem, 

odpoczywając,  śmiejąc  się  i  kochając.  Istniały  sfery,  w  których  Kelly  nie  miała 
przed nim tajemnic i lgnęła do niego z cudowną szczerością i zaufaniem. W innych 
zaś  natykał  się  na  zatrzaśnięte  na  głucho  drzwi,  kryjące  bolesne  tajemnice 
przeszłości.  Wyraźnie  czuł,  że  dręczą  ją nadal  i  nie  pozwalają  w  pełni  być  sobą, 
nawet jeśli oddawała mu swoje ciało.

To  nie  jest  zwykła  ciekawość,  usprawiedliwiał  się  przed  sobą,  sięgając  po 

słuchawkę.  Kiedy  mężczyzna  pozwala,  by  kobieta  zawładnęła  jego  myślami  do 
tego  stopnia,  że  nie  jest  w  stanie  normalnie  funkcjonować,  wtedy,  do  licha,  ma 
prawo do wszelkich posunięć.

Zaczął  już  wystukiwać  numer,  ale  nagle  jego  ręka  znieruchomiała.  Twarz 

Kelly  stanęła  mu  przed  oczami  jak  żywa.  Twarz  kobiety,  którą  kochał.  Drgnął, 
uderzony  nagłym  skojarzeniem.  Oczywiście,  teraz  wszystko  stało  się  jasne. 
Zakochał się w Kelly Ransome.

Skoro tak, miał prawo, a nawet obowiązek działać, by znieść bariery pilnie 

strzegące  świata  jej  przeszłości.  Zdecydowanymi  ruchami  wcisnął  sekwencję 
klawiszy.

– „New York Times”, archiwum, słucham? – odezwał się głos.
– Graham, stary koniu, to ty? – Eric odchylił się wraz z krzesłem i oparł nogi 

na biurku.

– Eric! Jak ci się żyje w tej pustelni?
– Powolutku.
– To nie w twoim stylu, stary.
Jak  najbardziej  w  moim,  pomyślał,  ale  nie  widział  sensu  w  tłumaczeniu 

koledze, jak szczęśliwy jest ostatnio w Woodbury.

– Posłuchaj, czy mógłbyś mi wyświadczyć małą przysługę? – zapytał.
– Gadaj.
–  Chcę,  żebyś  sprawdził  jedno  nazwisko.  Ransome.  Zanotuj:  RANSOME. 

Nie  potrafię  powiedzieć  dokładnie,  o  co  chodzi,  ale  wydaje  mi  się  dziwnie 

background image

znajome.  W  każdym  razie  chodzi  o  drugą  połowę  la:  siedemdziesiątych  albo 
wczesne osiemdziesiąte. Może być związane z Nowym Jorkiem, ale nie musi.

– To niezwykle zawęża obszar poszukiwań – zachichotał Graham.
Eric niecierpliwie zabębnił palcami w kolano.
– Od czego są w końcu komputery i fachowcy tacy jak ty, co?
–  Dzięki  za  komplement.  Podejrzewam,  że  chcesz  mieć  to  na  wczoraj,  jak 

zwykle?

– Zgadza się.
– Zobaczę, co się da zrobić – westchnął z rezygnacją Graham.
– Dzięki. Masz u mnie kolację, jak tylko będę w mieście.
– Trzymam za słowo. Cześć.
Eric  odłożył  słuchawkę  i  przeciągnął  się  z  zadowoleniem.  Wreszcie  zrobił 

coś konkretnego i poczuł się o wiele lepiej. Położył palce na klawiaturze, namyślał 
się  przez  chwilę,  a  potem  zaczął  pisać.  Teraz,  kiedy  skrystalizowały  się  jego 
uczucia  do  Kelly, zyskał upragniony spokój  i  twórczą  wenę. Jak  burza przeleciał 
przez rozdział piąty i był już w połowie szóstego, kiedy zadzwonił telefon. Drgnął, 
słysząc natarczywy sygnał. Co prawda w ostatnim tygodniu tajemniczy szantażysta 
nie odezwał się ani razu, ale nie mógł mieć pewności...

Wydał komendę zachowującą tekst i sięgnął po słuchawkę.
– Devane, słucham.
–  Wygrzebałem  coś  dla  ciebie  –  zaczął  Graham  bez  zbędnych  wstępów.  –

Niedużo tego, bo miałem za mało danych, ale może się przyda.

– Dobra, dawaj. – Eric z nawyku sięgnął po notes.
–  Daniel  Ransome  ostro  poszedł  do  góry  na  Wall  Street  w  latach 

siedemdziesiątych. Pracował dla firmy inwestycyjnej Scuddera i Hope’a.

–  Aha...  –  mruknął  Eric,  notując  pilnie.  Teraz  zaczął  kojarzyć.  W  tamtych 

latach  zaczynał  pracę  jako  młodszy redaktor  w  „Timesie”,  a  o  całej  historii  było 
wtedy głośno.

–  W  osiemdziesiątym  roku  dobrała  im  się  do  skóry  Federalna  Komisja 

Handlu. Chodziło o sprzedawanie informacji o stanie finansowym przedsiębiorstw 
wchodzących  na  giełdę.  Wybuchł  wielki  skandal,  wiesz,  naruszenie  publicznego 
zaufania i tak dalej.

– Dobrze, a na ile był w to wciągnięty Ransome?
– Zależy, kogo by się spytało. Krążyło wiele sprzecznych opinii. Scudder i 

Hope  bronili  go,  to  jasne.  Ale  nie  ma tu  nic  pewnego.  Pamiętaj,  że  wszystko  się 
działo  dziesięć  lat  temu.  W  każdym  razie  wytoczono  przeciwko  niemu  ciężkie 
działa,  ale  niczego  mu  nie  udowodniono.  Jednak  prasa  nie  popuściła.  Nie  dali 
przyschnąć sprawie i w końcu doprowadzili do tego, że Ransome był w środowisku 
spalony. Po trzech miesiącach sam podał się do dymisji.

Eric zaczął zajadle gryźć koniec długopisu.
– Masz coś o jego rodzinie?
– Niewiele. Oszczędzono ich, gdyż nie mieli o niczym pojęcia. A więc żona, 

Betty, dobrze zakonserwowana, opalona blondynka – znasz ten typ. Zaangażowana 
po  uszy  w  działalność  charytatywną.  Jedno  dziecko,  córka  Kelly,  miała  wtedy 
dziewiętnaście lat. Mam jej zdjęcie, zrobione po procesie, ale jest niewyraźne. W 

background image

każdym razie, sądząc po minie, musiała być tym wszystkim zdruzgotana.

Eric przymknął oczy, usiłując opanować zamęt w głowie.
Córka  Kelly...  musiała  być  zdruzgotana  tym  wszystkim...  Suche,  rzeczowe 

sprawozdanie przydawało ponurości faktom.

– Hej, jesteś tam jeszcze?
– Tak. – Zmęczonym ruchem potarł czoło.
– Czy to ci coś daje?
– Tak. Stokrotne dzięki, Graham.
– Nie ma za co, stary.
Teraz już wiem, pomyślał Eric, powoli odkładając słuchawkę.
Teraz  już  wiedział,  kiedy  zadano  Kelly  ten  okrutny  cios.  Teraz  rozumiał, 

dlaczego  nie  ufała  dziennikarzom  i  co  sprawiło,  że  musiała  przerwać  studia  i 
zaszyć się na prowincji.

Po  raz pierwszy w życiu  Eric  Devane, zawodowy  łowca informacji,  zaczął 

się zastanawiać, czy przypadkiem nie wie za dużo.

A jednak następnego dnia już tak nie myślał. Poznanie bolesnej przeszłości 

Kelly mogło pomóc ją zmienić. Postanowił działać natychmiast.

Oboje mieli  wolny piątek, więc zaprosił ją do siebie na kolację. Z radością 

przyjęła  zaproszenie.  Eric  przygotowywał  się  bardzo  starannie.  Wyszukane 
potrawy, dobre wino, pięknie nakryty stół, nastrojowe światło świec – nie pominął 
niczego,  lecz  nie  wziął  pod  uwagę  punktualności  Kelly.  Kiedy  zadzwoniła  do 
drzwi, komponował jeszcze wymyślną sałatkę ze szpinaku.

– Wejdź! – zawołał. Thor i Teak zerwały się ze swoich posłań i z radosnym 

szczekaniem popędziły do drzwi.

Eric  w  przyspieszonym  tempie  mieszał  sałatkę,  słuchając,  jak  Kelly 

przemawia do psów. Skończył w samą porę, by nalać dwa kieliszki wina i wyjść z 
nimi do holu.

Kelly, stojąca w ramie drzwi, rozświetlonej blaskiem zachodzącego słońca, 

wyglądała jak zjawisko. Po raz pierwszy widział ją w sukience. Była to sukienka z 
cienkiej białej bawełny, w prostym ludowym stylu, długa i powiewna, o okrągłym 
dekolcie  i  luźnej,  zbluzowanej  górze.  Szczupłą  talię  otaczała  szeroka, 
wielokolorowa szarfa. Stanik i dół sukni obszyte były barwnym ściegiem. Gdyby 
nie to, wyglądałaby jak szata dziewiczej kapłanki. Patrząc na twarz Kelly, Eric ze 
zdumieniem  dostrzegł  na  niej  wyraz  zawstydzenia  i  niepewności.  Po  tym 
wszystkim,  co  przeszli  już  razem,  jeszcze  nie  była  pewna,  czy  mu  się  podoba! 
Odstawił kieliszki i podbiegł, by wziąć ją w ramiona.

– Przepięknie wyglądasz – powiedział z nie skrywanym podziwem.
–  Och, dzięki  –  wyjąkała  Kelly.  Przez  ułamek  sekundy  dręczyła  ją  obawa, 

czy  nie  popełniła  błędu.  Od  tak  dawna  już  nie  stroiła  się  dla  mężczyzny,  że 
zwątpiła,  czy  potrafi  jeszcze  wyglądać  kobieco  i  elegancko.  Wystarczyło  jednak 
jedno  spojrzenie  na  twarz  Erica,  by  wiedziała,  że  wszystko  będzie  dobrze. 
Dostrzegła zachwyt w jego oczach. Naprawdę uważał, że jest... piękna.

Odsunął ją od siebie na odległość ramienia.
– Piękna, to za mało powiedziane. – Popatrzył na nią z zachwytem. – Jesteś 

background image

po prostu oszałamiająca. Zmieniłaś fryzurę? – Musnął palcami złote pasma.

– Trochę. Właściwie podcięłam włosy, żeby lepiej się układały.
Dostrzegł, że ma lekki makijaż, dyskretnie podkreślający jej naturalną urodę. 

Mimo  tych wszystkich  zmian była  dawną Kelly, szczerą,  otwartą, a  jednocześnie 
upartą i zdecydowaną.

– Podoba mi się twoja suknia.
– Jest nowa – wyznała. Eric sprawił, że znów poczuła się kobietą. Kobietą, 

która chce się podobać mężczyźnie. Chciała, żeby o tym wiedział. – Miałam trochę 
czasu dziś po południu i postanowiłam spędzić go w sklepach.

– Masz dobry gust – uśmiechnął się i wziąwszy za rękę, poprowadził ją do 

salonu. – Otworzyłem wino. Mam nadzieję, że czerwone będzie ci odpowiadało.

Kelly  wzięła  z  jego  rąk  kieliszek  i  upiła  łyk.  Ciemny,  rubinowy  burgund, 

cudownie  wytrawny  i  delikatny,  rozgrzewał  jej  gardło.  Popatrzyła  na  pięknie 
zastawiony stół.

– Bardzo się napracowałeś.
–  Nie  bardziej  niż  ty  –  powiedział,  wpatrując  się  w  nią  intensywnie. 

Wreszcie,  przypomniawszy  sobie  o  obowiązkach  gospodarza,  poszedł  do  kuchni, 
by zabrać przyprawione mięso i położyć je na ogrodowym grillu. Kelly podążyła za 
nim z kieliszkiem w ręku.

– Wiesz, rozmawiałem z przyjacielem z Nowego Jorku – powiedział. – Tym, 

któremu wysłaliśmy chińską pieczątkę.

– Aha, i co mówił?
– Ten symbol oznacza szczęście i bogactwo.
– Hm, to by nawet pasowało.
– Owszem, ale cóż z tego? – westchnął, fachowo przewracając skwierczące 

płaty.

– Nie wiem, ty  mi powiedz. Przecież nie ja piszę tę książkę – zauważyła z 

przewrotnym uśmiechem.

–  Sam  chciałbym  wiedzieć  –  stwierdził  z  nieoczekiwaną  powagą.  –

Rozpracowuję tę sprawę od trzech miesięcy, a jestem tak samo bliski odnalezienia 
skarbu jak na początku.

– Tego nie możesz ocenić. Zebrałeś mnóstwo informacji. Zapewne zawierają 

ważne wątki, ale jeszcze nie połączyłeś ich ze sobą.

– Możliwe. – Eric zdjął mięso z rusztu i rozłożył je na talerzach. – Ale jedną 

rzecz mogę ci powiedzieć z całą pewnością.

– Co takiego?
Przeszedł do salonu, postawił talerze na stole i odwrócił się do Kelly, biorąc 

ją w ramiona.

–  Dzisiaj  nie  mam  zamiaru  martwić  się  Larrym  Smithem,  świętej  pamięci 

Buddym  i  tym  całym  napadem  stulecia.  Słowem  –  musnął  wargami  jej  włosy  –
jedynym szczęściem, które mnie teraz interesuje, jest nasze szczęście.

–  Wznoszę  za  nie  toast  –  szepnęła,  przymykając  oczy  i  rozchylając 

zapraszająco wargi.

–  Właśnie,  toast  –  mruknął  Eric,  niechętnie  odsuwając  się  od  niej.  –  Jeśli 

teraz nie usiądziemy do stołu, to już nie zjemy kolacji.

background image

– Boże, jak ty się potrafisz szybko przestawić – westchnęła Kelly.
Eric zabawnie wywrócił oczami.
– I kto to mówi? Kobieta, która uwiodła mnie w kuchni!
– Uwiodłam cię? Jeśli sobie przypominam, przystałeś na to ochoczo.
– Kochana, zawsze mam ochotę  na te rzeczy z  tobą. I jeśli będziemy dalej 

roztrząsać  ten  temat,  Thor  i  Teak  zyskają  wspaniałą  kolację  –  powiedział, 
spoglądając znacząco na stygnące porcje.

–  Tak  jak  ostatnim  razem  –  roześmiała  się,  przysuwając  sobie  krzesło.  –

Musiałam się zadowolić masłem orzeszkowym i galaretką.

– Biedactwo. Co do mnie, nie znoszę ani jednego, ani drugiego.
Podał  jej  sałatkę  i  zaczęli  jeść.  Eric  skrycie  obserwował  Kelly,  jak  zwykle 

pochłaniającą  wszystko  ze  zdrowym  apetytem.  Jeśli  się  już  na  coś  zdecydowała, 
robiła to do końca. Tak samo postępowała dawniej, pomyślał. Kiedy miała dosyć 
Nowego Jorku, wyjechała z miasta i bez żalu zostawiła je za sobą. Wiedząc o tym, 
przerwał  pocałunek  i  nakłonił  ją  do  kolacji.  Bardzo  pragnął  się  kochać  z  Kelly, 
jednak czuł, że muszą najpierw porozmawiać.

Teraz bowiem, kiedy poznał bolesny sekret jej przeszłości, nie mógł już być 

taki beztroski. Świadomość, iż znał sprawy, z których Kelly nie miała ochoty mu 
się  zwierzać,  nakazywała  mu  wyjaśnić  sytuację.  Przedyskutować  przeszłość  na 
nowo, by zamknąć ją raz na zawsze.

A jednak, choć bardzo tego pragnął, nie wiedział, jak nawiązać do tamtych 

lat.  W  czasie  kolacji  zagłębili  się  dyskusję  o  lidze  baseballowej,  a  przy  deserze 
Kelly  opowiadała  o  swojej  rubryce  i  listach,  jakie  dostaje  od  czytelników.  Eric 
obiecał  sobie  solennie,  że  zacznie  temat  przy  kawie,  ale  parzył  ją  w  kuchni  tak 
długo, że kiedy wrócił, Kelly nie było już przy stole.

– Hej, gdzie jesteś?
– Tutaj. – Jej głos dobiegł z tarasu. – Noc jest taka piękna. Księżyc w pełni i 

tysiące gwiazd na czystym niebie.

Postawił  filiżanki  na  stole  i  wyszedł  do  niej.  Po  upalnym  dniu  powiew 

nocnego wiatru działał cudownie orzeźwiająco. Eric usiadł obok Kelly na schodku 
tarasu i razem wpatrywali się w krajobraz, zalany srebrnym światłem.

– Wiesz – powiedziała z rozmarzeniem, opierając mu głowę na ramieniu –

czasami  zastanawiam  się,  ile  tracę,  żyjąc  tu,  w  Woodbury,  gdzie  życie  biegnie 
powoli i bez niespodzianek. Ale są też momenty takie jak ten, kiedy wiem, że nie 
chciałabym być w żadnym innym miejscu.

– W każdym miejscu możesz czuć się dobrze, jeśli jesteś z właściwą osobą –

powiedział, przyciągając ją do siebie.

–  Może  i  tak.  –  Dotknięcie  dłoni  gładzącej  jego  szyję  było  miękkie  i 

spokojne. Taki też był jej głos, kiedy znów się odezwała. – Przez bardzo długi czas 
uważałam,  że  ktoś  taki  nie  istnieje.  Raz  tylko  znalazłam  szczęście,  ale  sama  je 
zniszczyłam. Potem nie śmiałam już go szukać, uważając, że na nie nie zasłużyłam.

– Zasłużyłaś na każde szczęście i nawet na coś więcej. Wiem, co przeszłaś i 

jak musiałaś się tym dręczyć przez te wszystkie lata... – Przestał mówić czując, jak 
Kelly sztywnieje w jego ramionach.

Uniosła  głowę.  W  półmroku  widział,  jak  marszczy  brwi  i  mierzy  go 

background image

wzrokiem spod zmrużonych powiek.

– Wiem o twoim ojcu, Kelly.
– Co takiego?
– Wiem o firmie Scuddera i Hope’a. Wiem o aferze na Wall Street.
Odsunęła  się,  jakby  jego  dotknięcie  mroziło  ją.  Chłodne  nocne  powietrze, 

którym jeszcze przed chwilą się rozkoszowała, wydało jej się nagle lodowate.

– Skąd się dowiedziałeś?
– To nieważne.
– Dla mnie ważne!
Nie  mógł  znieść  udręki  brzmiącej  w  jej  głosie.  Spodziewał  się,  że  będzie 

zaskoczona, nawet niezadowolona, ale nie był przygotowany na gniew i żal.

– Kelly, chodź bliżej – szepnął, wyciągając ku niej rękę. – Porozmawiajmy...
–  Słyszę  cię  całkiem  dobrze  –  syknęła,  przyciskając  się  do  balustrady. 

Wiedział, że jeśli tylko zrobi ruch w jej stronę, poderwie się i ucieknie w ciemność.

– Kelly, nie przejmuj się tak – uspokajał.
– Daj mi spokój!
Coś  stało  się  z  zaufaniem,  które  z  taką  troską  pielęgnowała  w  sobie.  I 

uczucia, na które pozwoliła sobie wbrew głosowi rozsądku, gwałtownie przycichły. 
Z upiorną dokładnością powtarzała się już kiedyś odegrana scena.

– Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, to proszę. Chcę wiedzieć, co wiesz o moim 

ojcu i skąd masz te informacje.

Eric westchnął ciężko. Zbyt późno zorientował się, że popełnił błąd, ale nie 

miał już odwrotu.

– Wiem, że twoim ojcem jest Daniel Ransome i że był zamieszany w aferę 

na Wall Street, związaną z przeciekiem informacji o stanie przedsiębiorstw.

– Jak na dziennikarza o takiej sławie wywęszyłeś bardzo mało – powiedziała 

zgryźliwie. – A miałeś przecież wystarczająco dużo czasu.

–  Naprawdę  myślisz,  że  grzebałem  w  twoim  życiorysie,  od  kiedy  cię 

poznałem? – zapytał, niemile zatłoczony.

– A nie robiłeś tego?
– Jasne, że nie! Dlaczego miałbym to robić?
– Kto cię wie? – prychnęła wściekle. – Może szukałeś materiału do następnej 

książki?

Gdyby  tylko  dała  mu  szansę,  mógłby  przyznać,  że  posunął  się  za  daleko. 

Jednak  irytacja  i  urażona  duma  wzięły  górę  nad  ostrożnością.  Teraz  był  równie 
wściekły, jak ona.

–  Od  tamtej  pory  giełda  przeżyła  już  kilkanaście  skandali  większego 

formatu. Dlaczego miałbym się podniecać jakąś starą historią?

– Nie wiem, może to odruch zawodowy – wzruszyła ramionami. – Poznałam 

cię  trochę  i  widzę,  w  jakim  stylu  pracujesz.  Przydaje  ci  się  każda,  nawet 
najmniejsza informacja i każdy kontakt. A mały romansik z córką przestępcy może 
być bezcennym materiałem.

– Nie nazwałem twojego ojca przestępcą!
Zamilkli,  wyczerpawszy  argumenty.  Kelly  uświadomiła  sobie  nagle,  że 

oczekiwała,  by  zaprzeczył  oskarżeniu  o  romansowanie  z nią  z  premedytacją. Nie 

background image

zrobił  tego,  poprzestał  na  sprostowaniu  jednego  tylko  słowa.  Ostatnia  iskierka 
nadziei  zgasła.  Wraz  nią  rozpłynął  się  gniew,  pozostawiając  tylko  poczucie 
rozpaczy i beznadziejności.

– Jeśli nie obwiniasz mojego ojca o przestępstwo – powiedziała zmęczonym 

głosem – to jesteś jedynym dziennikarzem, który tego nie zrobił.

Eric zaryzykował. Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia.
– Czy pozostali mylili się, Kelly?
Podniosła  się  gwałtownie  i  stanęła  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi, 

wpatrzona w noc.

– Co to ma za znaczenie?
– Wiem, że dla ciebie duże. A jeśli tak, ma również dla mnie.
– Nie wierzę ci. – Nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem. Ból przenikał ją jak 

okrutne  ostrze.  Zależało  jej  na  tym  mężczyźnie  i  była  tak  szalona,  że  liczyła  na 
wzajemność.  Tymczasem  widział  w  niej  tylko  źródło  informacji  do  następnej 
sensacyjnej książki. – Dostarczyłam ci niezłej zabawy, co? – zaśmiała się gorzko. –
Naiwna panienka z prowincji, która dała się...

–  Kelly,  przestań!  –  przerwał  jej  ostro.  Płynnym,  błyskawicznym  ruchem 

uniósł się ze schodka i chwycił ją w ramiona, odwracając twarzą ku sobie. – Wcale 
tak nie było i dobrze o tym wiesz!

–  Czyżby?  Może  więc opowiesz  mi  swoją  bajeczkę?  Eric  z  zakłopotaniem 

przeczesał włosy palcami.

– Nie chciałaś mi opowiedzieć niczego o sobie. Przyznaję, że coraz bardziej 

mnie to ciekawiło. Później, kiedy się lepiej poznaliśmy, doszedłem do wniosku, że 
tajemnica, którą kryjesz, coraz bardziej nas dzieli i domaga się wyjaśnienia.

–  Prosiłam  cię,  żebyś  uszanował  moją  prywatność.  Myślałam,  że...  –

Gwałtowne łkanie nie pozwoliło jej dokończyć. – Myślałam, że ty jesteś inny, że 
mogę ci zaufać – dokończyła zdławionym głosem.

–  Inny  niż  kto?  –  nalegał,  czując,  że  w  odpowiedzi  tkwi  klucz  do  jej 

bolesnego sekretu.

– Co, chcesz uzupełnić brakujące informacje?
– Nie bądź śmieszna!
–  Mówię  najzupełniej  poważnie.  Skoro  nieświadomie  dostarczyłam  ci 

materiału  na  sensacyjną  książkę,  nie  chciałabym,  żebyś  przedstawił  mnie  w 
najgorszym świetle.

–  Przestań  wreszcie  mówić  o  pomyśle,  który  się  nigdy  nie  narodził  i  nie 

narodzi. Nie ma takiej książki. Jestem tylko ja, mężczyzna, któremu na tobie zależy 
– urwał i wziął głęboki oddech. – Mężczyzna, który cię kocha, Kelly.

Myślała,  że  nic  już  jej  nie  zaskoczy,  ale  te  słowa  oszołomiły  ją  jak  cios. 

Kocha ją? Eric Devane ją kocha?

Nie,  to  niemożliwe.  Mężczyzna,  który  kocha,  nie  nadużyłby  jej  zaufania. 

Mężczyzna,  który  kocha,  nie  szperałby  bez  jej  wiedzy  w  najbardziej  osobistych 
sprawach.  I nie patrzyłby na  nią  tak  jak  on  teraz  –  spod  zmrużonych  powiek,  ze 
zmarszczonymi brwiami, z ustami zaciśniętymi w twardą linię.

– Powiedziałem, że cię kocham – powtórzył Eric.
– Słyszałam.

background image

– I...?
–  I  myślę,  że  każde  z  nas  ma  inne  pojęcie  o  tym,  czym  jest  albo  nie  jest 

miłość.

– Miłość oznacza dla mnie troskę o kogoś do tego stopnia, że gotów jestem 

zrobić wszystko, by zapewnić mu szczęście.

– Chcesz mnie uzdrowić, ty dobroczyńco?
– Do licha, Kelly, nie o to chodzi!
–  Pewnie  myślisz,  że  jestem  tak  zaplątana  w  swojej  przeszłości,  że 

potrzebuję kogoś, kto by mnie od niej uwolnił?

– Nie powiedziałem tego...
– Wiem, co  powiedziałeś – ucięła gorzko. – I wiem, czego  chcesz. Chcesz 

znać historię, która zdarzyła się przed laty w mojej rodzinie. Ale nie tę, o której się
dowiedziałeś, tylko tę inną, ukrytą.

Już otwierał usta, ale uciszyła go ruchem dłoni.
– Widzę, jak bardzo jest dla ciebie ważna, więc opowiem ci ją.

background image

Rozdział 9

Biała  suknia Kelly jaśniała  srebrzyście w blasku  księżyca,  a  włosy nabrały 

odcienia  starego  złota.  Eric  wpatrywał  się  w  jej  profil,  odcinający  się  na  tle 
wygwieżdżonego  nieba.  Jeszcze  nigdy  nie  wydawała  mu  się  tak  kochana  i 
upragniona, a jednocześnie tak daleka. Miał wrażenie, że z każdą chwilą oddala się 
od niego bezpowrotnie. Czuł się całkowicie bezsilny, świadom, że nie może zrobić 
nic, co mogłoby ją zatrzymać.

Było  mu  obojętne,  kim  był  jej  ojciec  i  jakie  przestępstwo  popełnił.  Po  raz 

pierwszy  fakty  i  informacje  nic  dla  niego  nie  znaczyły.  Jeśli  myślał  o  tamtych 
sprawach, to tylko dlatego, że miały rujnujący wpływ na życie Kelly i przyszłość, 
jaką planował dla niej i dla siebie.

Miał tylko nadzieję, że jej szczera opowieść pomoże odpędzić demony, które 

ciągle  ją  prześladowały.  Ufał,  że  jeśli  Kelly  znajdzie  w  nim  uważnego  i 
współczującego słuchacza, znów zwróci się ku niemu.

–  Mój  ojciec  był  dobrym  człowiekiem  –  zaczęła  powoli.  –  W  całym  tym 

koszmarze,  jakim  dziennikarze  uczynili  nasze życie,  rzadko  o  tym pamiętano.  W 
owym  fatalnym  roku  osiemdziesiątym  nie  stał  się  nagle  zły.  Po  prostu  popełnił 
błąd. Miał swoją słabość i uległ jej.

Odwróciła  się,  by  Eric  nie  mógł  widzieć  jej  twarzy.  Ręce  miała  ciągle 

skrzyżowane  na  piersi  i  kuliła  się,  jakby  było  jej  zimno.  Drgnęła,  kiedy  poczuła 
jego rękę na ramieniu. Gest był tak czuły i łagodny, że pokonała odruch ucieczki.

– Wielu mężczyzn ma swoje słabości – ciągnęła.
– Jedni są uzależnieni od alkoholu, inni od kobiet albo od hazardu. Czułym 

punktem  mojego  ojca  były  pieniądze.  Zawsze  uważał,  że  ma  ich  za  mało.  Przy 
czym  nikt  w  rodzinie  nie  był  rozrzutny,  a  zwłaszcza  on.  Tak  ciężko  harował,  by 
powiększyć swoją fortunę, że nawet nie miał czasu z niej korzystać.

– Tak, są tacy ludzie – powiedział cicho Eric.
–  Giełda jest  dla nich wielką  grą,  a  osiąganie zysków  hazardem,  z  którego 

nie mogą się wyzwolić.

Współczucie  w  jego  głosie  uspokoiło  emocje,  ale  jeszcze  bardziej  kojąco 

podziałało  zrozumienie.  Eric  nie  osądzał  jej  ojca  pochopnie,  jak  czyniła  to 
większość ludzi, lecz próbował pojąć jego motywacje. Nawet nie myśląc, co robi, 
oparła się o jego ramię.

Eric uśmiechnął się w ciemności i cierpliwie czekał na dalszy ciąg.
–  Jak  pewnie  wiesz,  Scudder  i  Hope  byli  w  owych  latach  jedną  z 

największych  firm  inwestycyjnych.  Ojciec  należał  do  ścisłego  grona  ich 
najlepszych pracowników,  toteż  miał  dostęp  do  wszelkich informacji Kiedy  stało 
się  jasne,  że  ktoś  manipuluje  sprzedażą  akcji  kompanii,  którą  Scudder  i  Hope 
właśnie mieli po cichu przejąć, znaleźli się tacy, którzy wskazali na mojego ojca.

Kelly urwała na chwilę, zaciskając dłonie.
– Nie potrafię ci powiedzieć, w jakim stopniu był wplątany w tę aferę. Nigdy 

nie  udało  mi  się  ustalić,  czy  sam  manipulował  czy  po  prostu  ułatwił  przeciek, 
niechcący  czy  za  pieniądze.  W  każdym  razie  Scudder  i  Hope  bardziej  niż  o 
wykrycie  sprawcy  martwili  się  o  utratę  wiarygodności  firmy.  Zresztą  mój  ojciec 

background image

nigdy nie przyznał się do winy ani też niczego mu nie udowodniono. Zobowiązał 
się tylko do pokrycia strat i na tym sprawa się zakończyła.

Eric  słuchał  uważnie.  Jak  dotąd  wszystko  zgadzało  się  z  tym,  co  sam 

pamiętał, i z doniesieniami Grahama.

– I wtedy cała historia dostała się do prasy, tak?
– zagadnął.
– Tak, dziennikarze urządzili mu własny proces – stwierdziła z nienawiścią. 

–  Dla  tych  drani  z  brukowców  nie  było  ważne  ani  to,  że  ojca  oczyszczono  z 
zarzutów, ani to, że Scudder i Hope stanęli w jego obronie. Zszargali mu opinię i 
zrujnowali  karierę.  Zniszczyli  wszystko,  cokolwiek  w  życiu  osiągnął.  Zniszczyli 
jego samego i nas przy okazji.

Eric przytaknął ze zrozumieniem. Znał ten mechanizm. Wiedział, jak szybko 

plotka albo posądzenie zbierają żniwo w środowisku takim jak Wall Street, gdzie z 
konieczności  wszystko  opiera  się  na  zaufaniu  do firm i  inwestorów.  Najmniejsza 
choćby  fałszywa  iluzja,  sugerująca,  że  uczciwość  danego  człowieka  nie  jest  bez 
zarzutu, była w stanie doprowadzić go do ruiny.

Kelly kurczowo zebrała w palcach fałdy sukni.
–  Czy  wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  budzisz  się  rano,  słysząc  tupot  reporterów 

zajmujących pozycje przy wejściu do twojego domu? Albo kiedy wyglądasz przez 
okno i widzisz ekipę telewizyjną, ustawiającą się na twoim trawniku? Kiedy ktoś 
grzebie w twoich śmieciach albo robi zdjęcia twojego psa? – wyrzuciła z siebie.

Eric  w  milczeniu  pokręcił  głową.  Nawet  nie  chciał  sobie  przypominać,  ile 

razy sam brał udział w takich akcjach. Był z siebie dumny, gdyż wytrwale polował 
na  fakty,  których  pożądali  czytelnicy,  i  dostarczał  sensacyjne  informacje  na 
pierwsze  strony gazet.  Nawet nie  przyszło  mu  wtedy  do  głowy, by  pomyśleć, co 
mogą czuć ofiary jego wścibstwa. Dopiero teraz uświadomiła mu to Kelly.

– Powiem ci, co się wtedy czuje – mówiła gorzko.
–  Nienawiść,  bo  to  jest  podłe  i  nieludzkie.  Możesz  się  wyleczyć  z 

idealistycznych  mrzonek  na  temat  przyrodzonej  szlachetności  ludzkiej  natury. 
Jeszcze teraz, kiedy pomyślę o tym, ręce same zaciskają mi się w pięści.

– Ale kiedyś wreszcie dali wam spokój – zauważył nieśmiało.
–  Owszem,  tak  się  w  końcu  stało.  Ale  było  już  za  późno.  Ojciec  był 

skończony na Wall Street. Jedyna rzecz, która liczyła się w jego życiu, została mu 
zabrana.  Scudder  i  Hope  zapewnili  mu  wcześniejszą  emeryturę.  Wkrótce  potem 
przeniósł się na Florydę.

– A co z twoją matką?
– Odeszła od niego – wyjaśniła spokojnie Kelly.
– Myślę, że po prostu nie mogła znieść tej hańby.
– A ty zrezygnowałaś z uczelni?
–  Czy  miałam  inne  wyjście?  Nie  było  już  pieniędzy,  a  wszyscy  wiedzieli, 

kim jestem. Wytykano mnie palcami w całym kampusie. Nie śmiałam pokazać się 
w dyskotece ani nawet w czytelni. Wtedy postanowiłam rzucić Princeton i znaleźć 
sobie pracę.

Pamiętała, jak chciała się zaszyć w lasach i na pustkowiu, tak by nikt jej nie 

rozpoznał. Woodbury okazało się idealnym miejscem, choć musiała zrezygnować z 

background image

wielu rzeczy i zmienić się pod wieloma względami. Cóż, wszystko ma swoją cenę. 
I to zbyt wysoką. Zaczęła mieć dosyć. Ta rozmowa była zbyt bolesna.

– Wiesz, lepiej już sobie pójdę – powiedziała z westchnieniem.
– Zostań – poprosił zgnębiony. – Nie chcę, żebyś odchodziła.
Kelly  nie  odpowiedziała.  Odsunęła  się  od  niego  tak,  by  nie  mógł  już  jej 

dotykać. Oddzieliła ich warstwa chłodnego, nocnego powietrza.

– Nie mogę.
Eric patrzył bezsilnie, jak znika za rogiem domu.
–  Kelly?  –  zawołał  jeszcze  raz,  przerażony  wizją,  w  której  odchodziła  na 

zawsze z jego życia. – Kelly?

Wiedziała, że nie powinna się  zatrzymywać,  ale nakaz uczuć był silniejszy 

niż głos rozsądku. Zawahała się i przystanęła. Za chwilę znalazł się przy niej.

– Bardzo mi przykro, Kelly.
Teraz popatrzyła na  niego i  ze  zdumieniem dostrzegła  zgarbione ramiona  i 

przygnębiony wyraz jego twarzy.

– Nie musisz cierpieć za przewinienia mojego ojca – powiedziała.
–  Popełniłem  ogromny  błąd,  wtrącając  się  w  twoje  prywatne  sprawy. 

Przepraszam  –  powiedział  pokornie,  obserwując  z  niepokojem  grę  uczuć  na  jej 
twarzy.

Po raz pierwszy w życiu czuł się aż tak bezradny. Sytuacja wymykała mu się 

spod  kontroli.  Miał  poczucie,  że  zrobił  już  wszystko  co  w  jego  mocy.  Teraz 
ostateczna decyzja należała do niej.

Kelly  odwróciła  się  i  odeszła,  czując  narastające  dławienie  w  gardle.  Jej 

ostatnie słowa, wymówione cicho i łagodnie, popłynęły ku niemu przez mrok.

– Ja też przepraszam...

To niemożliwe, wmawiała sobie Kelly, że mały domek, zamieszkany przez 

dobermankę, koty, gwarka i zwariowanego rottweilera może się wydawać pusty. A 
jednak w ciągu kilku następnych dni uświadomiła sobie, że tak jest naprawdę.

Wiedziała, kogo jej brakuje – Erica Devane’a i jego ożywczej, uzdrawiającej 

obecności,  która  wniosła  nową  jakość  do  jej  zastałego,  prowincjonalnego  życia. 
Bezcelowe okazało się wmawianie sobie, że wreszcie poznała się na tym człowieku 
i przejrzała jego podstępne zamiary. Było już za późno, o wiele za późno.

Był zakłamany, arogancki, fałszywy. Z rozmysłem poderwał  ją i węszył za 

jej plecami. A ona pokochała go, nie zważając na nic.

To  nie  miało  sensu.  Jak  mogła  pokochać  człowieka,  który  świadomie  ją 

wykorzystywał? Jak mógł się jej podobać mężczyzna, któremu nie mogła ufać? Jak 
mogło dojść do tego, że nawet teraz, głęboko urażona i zła, marzyła o cieple jego 
czułych objęć?

Przez  dwa  dni  Kelly  usiłowała  znaleźć  odpowiedzi  na  dręczące  pytania. 

Trzeciego  dnia  musiała  przyznać,  że  nie  znajduje  żadnych.  Postępowanie  Erica 
było nie do przyjęcia i miała absolutne prawo, by pozbyć się go.

Ta perspektywa wprawiała ją w rozpacz.
Niektóre  kobiety  jedzą,  kiedy  są  w  depresji,  a  inne  śpią.  Kelly  szukała 

zapomnienia  w  szaleńczej  pracy.  Wieczorami  krążyła  po  domu  jak  pantera  w 

background image

klatce. Kiedy kładła się do łóżka, długo jeszcze nie mogła zasnąć i przewracała się 
na poduszce.

Trzeciego wieczoru, choć o pierwszej w nocy nie spała jeszcze, nie od razu 

usłyszała,  że  dzwoni  telefon.  Kiedy  wreszcie  skojarzyła,  o  co  chodzi, 
zdenerwowana  wyskoczyła  z  łóżka.  Musiało  się  coś  stać,  inaczej  nikt  nie 
telefonowałby o tak późnej godzinie. Szybko pobiegła do przedpokoju.

– Halo? – powiedziała, mocno ściskając słuchawkę.
– Przepraszam, że niepokoję cię w środku nocy. – Zadrżała, poznawszy głos 

Erica.

– Nie szkodzi. Powiedz, co się stało?
Eric usłyszał troskę w jej głosie i serce zabiło mu żywiej. Przez ostatnie trzy 

dni wmawiał sobie bezustannie, że wszystko się jakoś ułoży. W tej chwili skłonny 
był nawet w to uwierzyć.

–  Właściwie  sam  nie  wiem  –  przyznał.  –  I  w  tym  cały  problem.  Od 

dwudziestu  minut  oba  dobermany  są  w  szale. Biegają  po  domu,  warcząc  groźnie 
jak dwa tygrysy.

– Co je mogło zdenerwować?
–  Nie  mam  pojęcia.  Byłem  już  w  łóżku,  kiedy  się  to  wszystko  zaczęło. 

Wstałem i zapaliłem światła, również te na zewnątrz, ale niczego nie zauważyłem. 
A jednak psy nie dają się uspokoić.

Obraz  Erica  leżącego  w  łóżku  na  moment  zajął  myśli  Kelly,  ale  szybko 

odpędziła je od siebie. Będzie mogła pomarzyć o tym później.

–  Teak  jest  jeszcze  młody  –  zaczęła  mówić,  myśląc  głośno  –  ale  Thor  ma 

ogromne doświadczenie. Nie podniósłby takiego alarmu bez ważnego powodu.

– Ja też tak myślałem. Zachowywały się zawsze bardzo cicho, tak jakby ich 

nie było.

– Może powinieneś wezwać policję – zasugerowała Kelly. – Powiedzieć im, 

że ktoś kręci się koło domu i poprosić, żeby przyjechali i sprawdzili.

– Mógłbym to zrobić, ale prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę – wyznał. 

– Przecież byli już raz u mnie. Nie chcę ich wzywać co chwila z byle powodu, bo 
mogę  kiedyś  naprawdę  potrzebować  pomocy.  Zresztą  z  wiadomych  względów 
wolałbym, żeby nie dociekali, dlaczego jestem prześladowany.

Kelly namyślała się przez chwilę, rozważając jego argumenty.
– Dobrze, w takim razie przyjadę – stwierdziła wreszcie.
– Teraz, w środku nocy?
– Jeśli trzeba...
– Słuchaj, zadzwoniłem do ciebie po radę, ponieważ znasz swoje psy, ale nie 

miałem zamiaru cię wzywać.

–  I  nie  wezwałeś  mnie.  Sama  się  na  to  zdecydowałam  –  ucięła  krótko.  Po 

trzech pustych, nudnych dniach poczuła, że rozpiera ją chęć działania. Kto by tam 
dbał o porę!

– Jak rozumiem, sprawdziłeś już dom, więc będę musiała nakazać psom, by 

przeszukały teren – ciągnęła. – Jeśli nic nie znajdą, odwołam je. Te psy są mądre, 
ale nie doskonałe. Możliwe, że usiłują ci oznajmić, że po twoim dachu chodzi szop.

Usłyszała  wyraźnie,  że  nabiera  powietrza,  by  zaprotestować,  więc  szybko 

background image

odłożyła słuchawkę. Ubrała się błyskawicznie i po dziesięciu minutach jazdy była 
już pod domem Erica. Po włamaniu zainstalował dodatkową lampę i cały podjazd 
tonął w ostrym blasku. Światła paliły się też we wszystkich oknach.

Jeszcze nie zdążyła wysiąść, a już pojawił się w drzwiach, ubrany jedynie w 

stare dżinsy, obcięte nad kolanami. Kelly, patrząc, jak idzie ku niej przez trawnik 
miękkim, kocim krokiem, poczuła dobrze znany dreszcz. W świetle lampy  każdy 
mięsień jego silnego ciała rysował się wyraziście.  Kiedy się zbliżył, Kelly mogła 
dostrzec inne szczegóły – nie golony zarost, sine kręgi pod oczami i zmierzwione 
włosy. Ze zdumieniem pojęła, że ostatnie trzy doby musiały być dla niego równie 
ciężkim przeżyciem jak dla niej.

Otworzył drzwiczki i objął ją, pomagając wysiąść.
– Wejdźmy lepiej do środka, dopóki psy nie sprawdzą terenu.
– Dobrze – przytaknęła bez tchu.
Przez moment żadne z nich się nie ruszyło. Eric stał, chłonąc ją spojrzeniem, 

jakby chciał się upewnić, że naprawdę trzyma w ramionach żywą Kelly. Zapewne 
mu nie wybaczyła, ale to nieważne. Ważne, że przyjechała.

Nie wiadomo, ile czasu by tak trwali, gdyby nie psy, które ze szczekaniem 

zbiegły z werandy, przywracając ich rzeczywistości.

–  Teak,  Thor,  do  nogi!  –  zawołała  Kelly.  Natychmiast  dwa  czarne  cielska 

przypadły posłusznie do jej nóg. Odsunęła się od Erica i przestała zwracać na niego 
uwagę.

– Gotów – powiedziała cicho i dwie pary ostrych uszu czujnie wystrzeliły do 

przodu. Thor uniósł nos, wciągając wiatr. – Szukaj! – nakazała.

Oba  dobermany  cicho  pobiegły  w  ciemność.  Kelly  i  Eric  ruszyli  w  stronę 

domu.

– Co one zrobią, kiedy kogoś znajdą?
– Przytrzymają go w miejscu i oznajmią szczekaniem, że coś mają.
– I nie zaatakują?
Kelly potrząsnęła głową, wpatrzona w ciemność. Psy zniknęły bez śladu.
–  Już  ci  mówiłam,  że  ich  tresura  jest  bardzo  przemyślana  –  wyjaśniła.  –

Przecież  nikt  rozsądny  nie  pozwoli,  by  pies  atakował  bez  pytania,  zanim  pan 
sprawdzi,  co  albo  kogo  złapał.  Pomyśl  tylko,  co  by  się  działo,  gdyby  skauci 
urządzali sobie teraz nocny bieg w lesie, a psy nie znałyby nakazu?

–  Tak,  rozumiem  –  powiedział  Eric,  prowadząc  ją  do  środka  i  zamykając 

drzwi.  –  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  ile  różnych  komend  mogą  zrozumieć  te 
stworzenia.

– O, wierz mi, one są niesamowicie bystre. Poza tym umieją słuchać uważnie 

i dokładnie wykonują polecenia. Niejeden szef chciałby mieć takich pracowników 
– powiedziała z uśmiechem.

Dobermany wróciły dopiero po dziesięciu minutach, zdyszane, ale wyraźnie 

z siebie zadowolone, o czym świadczyły radośnie merdające krótkie ogony. Kelly 
nalała im wody i nałożyła do misek solidne porcje psich biszkoptów.

–  Nie  wiem,  co  zaniepokoiło  je  wcześniej.  W  każdym  razie,  cokolwiek  to 

było, już zniknęło.

– Bardzo się cieszę – powiedział Eric, wyjmując filiżanki z kredensu i karton 

background image

mleka  z  lodówki.  – Zaparzyłem  świeżą  kawę.  Miałem się  napić, bo  wiem,  że  po 
tych  przeżyciach  i  tak  nie  zasnę.  Napijesz  się  ze  mną?  –  zapytał  niepewnie. 
Potrzebował  jakiegokolwiek pretekstu,  by  ją  zatrzymać.  Teraz,  kiedy  stwierdziła, 
że dom jest bezpieczny, mogła odjechać, tak jak zrobiła to trzy dni temu. Przecież 
przyjechała tutaj z poczucia obowiązku, a nie po to, by się z nim zobaczyć.

– Chętnie się napiję – powiedziała, budząc w nim dreszcz nadziei.
No, przynajmniej nie ma ochoty od razu się mnie pozbyć, pomyślała z ulgą 

Kelly.  A  miałby  pełne  prawo  po  tym,  jak  zachowała  się  ostatnio.  Ciągle  jeszcze 
miała do niego żal, ale gniew już minął.

Mało  tego,  uświadomiła  sobie  nagle,  że  przeoczyła  pewną  ważną  rzecz.

Widziała wyraźnie, że Eric  musiał boleśnie przeżyć rozstanie, ale  zapomniała,  że 
już  tamtego  wieczoru  próbował  ją  przeprosić.  Wtedy,  gdy  rzuciła  mu  w  twarz 
oskarżycielskie słowa, powiedział przecież, że jest mu przykro.  A ona,  dla której 
zaufanie było nieodłączną cechą miłości, zapomniała, że jest nią również zdolność 
do przebaczania.

Oboje popełniliśmy błędy, pomyślała gorzko. Oboje dali się na ślepo ponieść 

emocjom,  zapominając  o  innych  uczuciach.  Ale  dzisiejszy  wieczór  przynosił 
szansę  na  wyjaśnienie  nieporozumień  i  ostateczne  puszczenie  ich  w  niepamięć. 
Jeśli tylko się uda. Jeśli tylko...

– Z mlekiem czy bez?
Kelly drgnęła, wytrącona z zamyślenia, i zobaczyła Erica, podsuwającego jej 

parującą filiżankę. Szybko wyjęła mu ją z ręki.

– Dziękuję, wolę bez mleka.
Myślami była o tysiące mil stąd, zauważył. Prawdopodobnie marzy tylko, by 

znaleźć  się  jak  najdalej  od  tego  miejsca  i  od  niego.  Wypije  pewnie  w  pośpiechu 
kawę, podziękuje i odjedzie.

Cóż, jeśli tak chce, nie powinien się sprzeciwiać. Bardzo pragnął, by została, 

ale jedynie z własnej woli, nie zaś zmuszona idiotycznymi nakazami uprzejmości.

– Psy już się uspokoiły – powiedział – i ja też. Nie musisz tu zostawać, jeśli 

nie masz ochoty.

Kelly powolnym ruchem odstawiła filiżankę na stolik.
– Mam rozumieć, że mnie wypraszasz?
– Ależ skąd, w żadnym...
– Wcale nie miałabym do ciebie pretensji, wierz mi. Nagle zamilkli. Po raz 

pierwszy  tego  wieczoru  przestali  sondować  się  wzajemnie  i  głęboko,  uważnie 
popatrzyli sobie w oczy.

– Wiem, że jesteś wściekła i rozżalona – powiedział po chwili Eric. – I masz 

po  temu  wszelkie  prawa.  Nie  powinienem  szperać  w  twojej  przeszłości.  Moje 
nawyki  zawodowe  nie  są  tu  żadnym  usprawiedliwieniem.  Ale  zło  już  się  stało  i 
mogę cię tylko prosić o wybaczenie...

Kelly szybkim gestem położyła mu palec na ustach.
– To mnie powinno być przykro, nie tobie. Chcę ci wytłumaczyć, dlaczego...
– Nie musisz mi nic tłumaczyć, naprawdę.
–  Owszem,  muszę  –  stwierdziła  spokojnie.  –  Nie  opowiedziałam  ci  wtedy 

całej  historii.  Tak,  tak  –  uśmiechnęła  się  przekornie,  widząc  zaskoczenie  w  jego 

background image

wzroku. – Oczywiście nie skłamałam, ale też nie powiedziałam całej prawdy.

– Nie chcę jej znać – rzucił, gwałtownie kręcąc głową. – Wiem już wszystko, 

co powinienem wiedzieć o tobie. Wiem, że cię kocham, Kelly, i to wystarczy.

Przyjęła  te  słowa  z  ulgą  i  ogromną  radością.  Wiedziała  jednak,  że  czas 

odpowiedzieć na jego szczerość szczerością.

– Nie, nie wystarczy – oświadczyła stanowczym tonem.
Znów nieporozumienie, myślała. Chciał wiedzieć zbyt wiele, lecz i ona zbyt 

wiele ukrywała. Obarczała go winą za problemy, które były wyłącznie jej sprawą i 
wynikały z jej własnej winy. Czuła, że nadszedł moment, być może już spóźniony, 
w którym powinna ujawnić wszystko.

–  To  zajmie  mi  trochę  czasu  –  powiedziała  i  wziąwszy  Erica  za  rękę,

poprowadziła go do salonu. Usiedli na kanapie.

Jest  bardzo  zdenerwowana,  stwierdził,  patrząc,  jak  siada,  podwijając  nogi 

pod siebie. Zachowywała się jak w czasie pokazu tresury. Boże, czy ona naprawdę 
się obawia, że to, co opowie mu o sobie, osłabi jego uczucie? Impulsywnie uścisnął 
dłoń Kelly, dodając jej otuchy.

–  Kiedy  opowiadałam  ci  o  ojcu  –  zaczęła  –  powiedziałam,  że  to  nie  jego 

postępowanie zmarnowało nasze życie, lecz nagonka prasowa.

Eric przytaknął w milczeniu.
– Ale nie powiedziałam ci – bo nikomu o tym nie mówiłam – w jaki sposób 

pewien dziennik pierwszy uzyskał informacje o tej historii.

Zamilkła, oddychając ciężko. Miała zdradzić tajemnicę, której nie znał nikt. 

Ponury sekret, z którym musiała żyć od wielu lat.

–  Nie  mówiłam  ci  o  tym  –  ciągnęła –  z  powodu  wstydu  i  obrzydzenia  do 

samej  siebie.  To  ja  zdradziłam  mojego  ojca  i  rzuciłam  go  na  żer.  Przeze  mnie 
stracił posadę i skończył karierę. Przeze mnie rozpadło się małżeństwo rodziców.

Uniosła głowę i popatrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami.
– Ericu, wszystko, co się wtedy wydarzyło, było moją winą.

background image

Rozdział 10

– Wszystko było twoją winą? – Eric popatrzył na nią zdumiony. – O czym ty 

mówisz?

Kelly dostrzegła niedowierzanie na jego twarzy. Mogła mieć tylko nadzieję, 

że nie zmieni się ono w niesmak, kiedy dojdzie do końca swojej opowieści.

–  Miałam  dziewiętnaście  lat,  kiedy  zaczęły  się  kłopoty  ojca,  ale  byłam 

bardzo niedojrzała i naiwna. Do tej pory wychowywano mnie, jak to się mówi, pod 
kloszem. Nic  złego  nie  spotkało  mnie  w  życiu  i  byłam  przekonana,  że  nigdy  nie 
spotka.

Eric  przytaknął  na  znak,  że  słucha,  ale  nie  komentował.  Kelly  nerwowo 

wyłamywała  palce.  Widząc  to,  uspokajająco  ujął  jej  dłonie  w  swoje.  Ciągnęła 
opowieść już spokojniej.

–  Zaczęłam  właśnie  drugi  rok  w  Princeton,  kiedy  zorientowałam  się,  że 

ojciec  ma  jakieś  problemy.  Pewnego  dnia  zadzwoniłam  do  domu,  a  matka 
wspomniała niejasno, że coś się dzieje. Prawdę mówiąc, nie przejęłam się tym ani 
nie zainteresowałam tak, jak powinnam. Ojciec z zasady nie rozmawiał z rodziną o 
swojej  pracy  i  interesach.  Wiedziałam  tylko,  że  przeprowadza  ryzykowne 
transakcje.

Zmarszczyła brwi, przypominając sobie tamte czasy.
–  Dlatego  myślałam  naiwnie,  że  to  jeden z  takich  interesów,  który  niezbyt 

mu się udał.

– Kiedy się dowiedziałaś, o co naprawdę chodzi?
–  Mniej  więcej  po  sześciu  tygodniach.  Do  tego  czasu  za  każdym  razem, 

kiedy  rozmawiałam  z  ojcem,  zapewniał  mnie,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Nie 
miałam powodu mu nie wierzyć, tak samo jak nie miałam powodu, by przestać... –
urwała nagle.

– By przestać co? – nalegał łagodnie.
– By przestać się spotykać z Howardem Marksem – dokończyła wreszcie.
Eric  odruchowo  zacisnął  palce  na  dłoniach  Kelly,  a  potem  puścił  je 

gwałtownie. Howard Marks! Znał to nazwisko. Marks był reporterem i ich ścieżki 
nieraz  się  krzyżowały.  Miał  reputację  dziennikarskiej  hieny,  w  bezwzględny 
sposób węszącej za sensacją. Parł do przodu jak byk, niszcząc tych, którzy stawali 
mu na drodze.

Ten  facet  musi  być  w  jego  wieku.  Dziesięć  lat  temu  obaj  byli  jeszcze 

ambitnymi  debiutantami.  Nagle  Eric  przypomniał  sobie  wszystko  i  przygryzł 
wargi.  Marks  zaczynał  pracę  w  „Registerze”  i  nagle  wyjechał  do  góry  na 
sensacyjnym artykule o skandalu Ransome’a. Ciekawe, czemu nie wziął się do tego 
wcześniej, kiedy jeszcze trwał proces?

– Nie wiedziałem, że znasz Howarda Marksa – powiedział powoli, z trudem 

opanowując  gniew.  Najchętniej  wybiegłby  teraz  do  samochodu,  pojechał  do 
Nowego Jorku, złapał tego typa i rozkwasił mu gębę.

– Nie widziałam go od lat – wyjaśniła Kelly, siląc się na obojętny ton. – Po 

co mielibyśmy się spotykać, skoro dostał, czego chciał?

Eric  nie  był  wcale  pewien,  czy  pragnie  znać  tę  historię  w  szczegółach. 

background image

Wiedział jednak, że Kelly czuje wewnętrzną potrzebę zwierzeń.

– Jak się poznaliście? – zagadnął, zachęcając ją do dalszego opowiadania.
– Przypadkiem – stwierdziła z ironią. – Tak przynajmniej wydawało mi się z 

początku,  kiedy  uważałam  go  za  studenta.  Dopiero  później  zrozumiałam,  że 
przyszedł w piątek do pubu w kampusie, bo chciał mnie poderwać.

Eric  zacisnął  boleśnie powieki,  tłumiąc  przekleństwo. Aż  nazbyt dokładnie 

pamiętał,  jak  wyglądał  Howard.  Określenie  „wysoki,  ciemnowłosy  i  przystojny” 
znakomicie  do  niego  pasowało.  Miał  aktorską  prezencję  i  polot  telewizyjnego 
komentatora.  Rzadko  która  kobieta  potrafiła  mu  się  oprzeć.  A  zwłaszcza 
dziewczyna tak naiwna i wrażliwa, jaką musiała być młodziutka Kelly.

Tymczasem Kelly mówiła dalej, lecz jej spojrzenie uparcie uciekało w bok.
–  Zaczęliśmy  się  spotykać.  Ale  nawet  kiedy  dowiedziałam  się,  że  Howard 

jest  dziennikarzem,  nie  widziałam  w  tym  nic  złego.  Przeciwnie,  fakt,  że  był  ode 
mnie  starszy  i  miał  tak  prestiżowy  zawód,  czynił  go  jeszcze  atrakcyjniejszym  w 
moich oczach.

– Zapewne pytał cię o ojca?
– Tak, drobne, z  pozoru niewinne pytania, na które odpowiadałam chętnie, 

niczego nie podejrzewając. Cieszyło mnie, że interesuje go moja osoba i wszystko, 
co jest ze mną związane – westchnęła, nawet po tylu latach nie mogąc się nadziwić 
własnej naiwności. – Oczywiście, oszukiwał mnie. Interesowałam go jedynie jako 
źródło informacji o skandalu, który zamierzał opisać.

– Skandalu, o którym nic właściwie nie wiedziałaś. Kelly opuściła głowę, aż 

pasmo włosów opadło, zakrywając jej twarz.

– Boże, jaka byłam głupia – szepnęła.
– Wcale nie...
– Mówił, że mnie kocha, a ja mu wierzyłam.
Eric znów stłumił paskudne przekleństwo. Następnym razem, kiedy napotka 

na  swojej  drodze  tego...  Nie,  do  licha,  to  nieważne.  W  tej  chwili  liczy  się  tylko 
Kelly.

– Byłaś młoda – powiedział łagodnie. – Naiwna i niedoświadczona. Nic nie 

zawiniłaś.

– Howard chciał poznać moich rodziców – głos Kelly zadrżał i załamał się. 

Eric  czułym  gestem  starł  jej  łzy  z  policzka.  Zaczerpnęła  głęboko  powietrza  i 
mówiła dalej.

– Zaprosiłam go do nas, rozumiesz? Przyprowadziłam do domu dziennikarza 

w czasie, kiedy ojciec na wszelkie sposoby unikał kontaktów z prasą. Ale rodzice 
zgodzili  się  i  przyjęli  go  miło,  bo  powiedziałam,  że  to  przyjaciel.  Zaufali  mi,  a 
tymczasem  wprowadziłam  do  domu  zdrajcę,  który  zdążył  podczas  tej  wizyty 
przeszukać papiery w biurku taty!

Zimna wściekłość ogarnęła Erica. Bezsilnie zacisnął pięści.
– I zaraz po tym popisał się swoim sensacyjnym artykułem, tak?
Kelly kiwnęła głową.
– Artykuł ukazał się w końcu tygodnia. Ojciec szalał, ale nie winił mnie za 

to, co się stało. Rozumiał, że zostałam oszukana. Pomimo to nigdy nie przestałam
się  obwiniać  –  stwierdziła  gorzko,  pochylając  głowę  jeszcze  niżej.  Kolejna  łza 

background image

spłynęła jej po policzku.

Eric bez słowa objął Kelly i trwał tak przez długą chwilę, tuląc ją do piersi, 

aż wypłakała się do końca.

– Nie będę ci  mówił, że to,  co zrobiłaś, było dobre – powiedział wreszcie, 

widząc,  że  się  uspokoiła.  –  Ani  też  nie  powiem  ci,  że  było  złe.  Każdy  popełnia 
błędy.  Różnica  polega  jedynie  na  tym, że  nie  wszyscy  zadręczają  się  winą przez 
całe życie.

– Przecież ja się nie zadręczam – zaprotestowała Kelly, unosząc głowę.
Twarz miała tak smutną, że patrzył na nią z bólem, ale wiedział, że musi być 

szczery.

–  Nie?  Dlaczego  w  takim  razie  skazałaś  się  dobrowolnie  na  wygnanie?  –

zapytał.

Kelly zesztywniała.
– Po prostu wybrałam inny styl życia.
–  Chciałaś  powiedzieć:  bezpieczniejszy  –  zaznaczył  z  naciskiem.  Myślał  o 

jej  bezpłciowych,  byle  jakich  strojach,  starannie  maskujących  urodę,  o  życiu  w 
towarzystwie  zwierząt.  Wszystkie  elementy  układanki  zaczęły  teraz  pasować.  –
Styl życia, który utrzyma cię z daleka od problemów – dodał.

– I co w tym złego? Znam aż za dobrze uroki życia w wielkim mieście i tak 

jak wiele osób, wybrałam spokój i ciszę.

– Możliwe, ale to nie znaczy, że masz spędzić resztę życia, uciekając.
– Ja nie uciekam!
– Kobieto, uciekasz od pierwszego dnia, kiedy cię poznałem!
– Może ci to wreszcie da do myślenia, miastowy przystojniaku...
– A żebyś wiedziała – mruknął, patrząc na nią zaborczo. – Przekonałem się, 

że powinienem ścigać cię bardziej zajadle, zajączku.

Kelly  zamrugała  zapuchniętymi  powiekami.  Wyglądała  koszmarnie.  Mimo 

to obejmował ją coraz mocniej, wcale nie zniechęcony.

Ofiarował  jej troskę, pocieszenie i  jeszcze coś  więcej – zdroworozsądkowe 

podejście  do  życia.  Śmiałe  spojrzenie  w  przyszłość,  bez  oglądania  się  do  tyłu  i 
zadręczania. Może kiedyś podświadomie pragnęła współczucia, ale pojęła, że teraz 
go nie potrzebuje. Eric musiał to wyczuć i zmusił ją, by zmierzyła się z własnym 
problemem.  Dzięki  niemu  zdołała  odzyskać  coś  bardzo  ważnego  –  szacunek  dla 
samej siebie.

Kelly  zaczęła  ocierać  ostatnie  łzy,  ale  Eric  chwycił  ją  za  ręce.  Delikatnie, 

opuszkami palców obwiódł jej rysy, osuszając wilgotne smugi. Przymknęła oczy i 
ułożyła się w jego ramionach, westchnąwszy głęboko.

Zaledwie  wyczuła  lekką  zmianę  jego  pozycji,  już  muskał ustami  jej  wargi,

szepcząc słowa miłości jak najczulsze zaklęcia. Szybkimi, niecierpliwymi ruchami 
rozchyliła koszulę i ciaśniej wtuliła się w jego ramiona.

Należała do niego. Całkowicie i od zawsze. Dotąd nie zdawała sobie sprawy 

z  tego nieuniknionego  faktu. Teraz był równie oczywisty jak jej  własne imię czy 
kolor oczu.

Eric pewnym, zachłannym ruchem wsunął jej język w usta. Wiedział, co to 

namiętność,  ale  dopiero  teraz  poznawał  wszystkie  odcienie  miłości.  Ogień  ich 

background image

uczuć płonął jak zawsze, ale teraz świadomie go tłumił, by potem podsycić. Kiedy 
czubek języka Kelly łakomie przemknął po jego wargach, pociągnął ją za sobą na 
kanapę.

Dłonie  Erica  zaczęły  krążyć  po  jej  ciele,  ciesząc  cię  podniecającymi 

krągłościami  i  wysmukłymi liniami. Kelly prężyła się, czując, że skóra płonie  jej 
nieznośnie. Czuła każdy cal jego ciała pod sobą – zwartą masę napiętych mięśni i 
pulsującą  pożądaniem  męskość.  Chrapliwy  dźwięk  jego  oddechu  rozbrzmiewał 
echem w jej uszach.

Uniosła się na łokciach i pochyliwszy głowę, okrywała pocałunkami każdy 

skrawek szerokiej piersi. Chłonęła każdą woń, każdy smak, ciągle nienasycona, tak 
jakby nigdy nie kochała albo nie była kochana. Ich ciała dopasowały się do siebie 
w cudownie podniecający sposób.

Dziś nauczyła się wielu rzeczy – o sobie, o Ericu, o nich dwojgu. Zapamięta 

je na zawsze, ale teraz, teraz liczy się tylko namiętność.

Zawędrowała  ustami  niżej  i  dotknęła  językiem  jego  pępka,  zabawiając  się 

drażniącą  pieszczotą,  aż  dosłyszała  niski,  głuchy  jęk  pożądania.  Błyskawicznym 
ruchem szarpnęła suwak jego szortów, ściągając je w dół.

– Kelly! – zachrypiał. – Co ty mi robisz?
– Wszystko, co tylko przyjdzie mi na...
Nie dał jej skończyć. Pochwycił jej przeguby i pociągnął prawie brutalnie ku 

sobie.

–  Nie  tylko  ty  masz  pomysły  –  wyszeptał,  owiewając  jej  twarz  gorącym 

oddechem.

Wystarczył jeden ruch, by koszulka Kelly pofrunęła na podłogę. Kiedy tylko 

ukazały się piersi, przypadł ustami do sutków. Wiła się w słodkiej udręce.

Za  chwilę  do  koszulki  dołączyły  dżinsy,  szorty  i  inne  zbędne  części 

garderoby.  Znów  ułożyli  się  na  kanapie,  teraz  już  nadzy  i  drżący  z  oczekiwania. 
Eric wziął Kelly pod siebie, kolanem rozsunął jej uda i połączył się z nią jednym 
ruchem. Przyjęła go z radosnym westchnieniem.

Strzała jasnego światła przecięła pokój, złocąc ich lśniące od potu ciała. Eric 

i Kelly uczcili nadejście nowego dnia miłosnym misterium.

Budziła  się  powoli,  niechętnie  opuszczając  krainę  bajecznych  snów  o 

wieżach,  księżniczkach  i  jeźdźcach  na  białych  rumakach.  Padający  z  okien  blask 
kazał jej zmrużyć oczy. Musiało już być południe. Uniosła się na łokciu i rozejrzała 
wokół.  Na  poduszce  widniał  jeszcze  odciśnięty ślad  głowy  Erica,  a  prześcieradła 
pachniały miłością, lecz łóżko było puste.

Kelly  wstała,  ściągnęła  z  krzesła  męską  koszulę  i  założyła  ją,  podwijając 

rękawy.  Bosa,  przegarniając  zaspanym  gestem  niesforne,  opadające  na  czoło 
włosy, ruszyła korytarzem na poszukiwanie swojego księcia.

– Dzień dobry – dobiegł ją ciepły, niski głos Erica. – Jak się spało?
Odwróciła  się  i  zobaczyła,  że  siedzi  na  podłodze  w  swoim  gabinecie,  w 

niedbale  zawiązanym  szlafroku,  pośród  sterty  papierów  z  pudła  Buddy’ego 
Owensa.

– Aż za dobrze – zaśmiała się, patrząc na zegar nad jego biurkiem. Była już 

background image

druga.

–  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  mi  za  złe...  –  Szerokim  gestem  ogarnął 

pobojowisko.  –  Spałaś  tak  smacznie,  że  nie  miałem  serca  cię  budzić,  ale  nie 
mogłem  już  wytrzymać  w  łóżku.  Wiesz,  ciągle  mam  wrażenie,  że  coś 
przeoczyliśmy.

– Absolutnie nie mam ci za złe – powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem. 

Kochała  w nim energię i  twórczy zapał, z  jakim traktował swoją pracę, toteż  nie 
mogła  mieć  mu  za  złe  ciekawości,  która  kazała  mu  wyjść  z  łóżka  i  zająć  się 
pasjonującym problemem.

– Jeśli masz gotową kawę, chętnie się z tobą napiję – dodała.
– Stoi w kuchni – mruknął z roztargnieniem, przebiegając wzrokiem kolejny 

pożółkły wycinek.

Uśmiechając  się  do  siebie,  Kelly  zeszła  do  kuchni  i  nalała  sobie  mocnej, 

pachnącej  kawy.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  jak  najszybciej 
wrócić do swoich zwierząt, ale uznała, że jeszcze wytrzymają same. Kiedy wróciła 
na górę, Eric ciągle coś czytał, marszcząc brwi. Usiłowała przycupnąć koło niego 
na  podłodze,  ale  nie  było  już  miejsca.  Ostrożnie  odstawiła  filiżankę  na  biurko  i 
sięgnęła po stertę osobistych rzeczy Buddy’ego, chcąc odsunąć je na bok. Chińska 
figurka,  postawiona  na  wierzchu,  zachwiała  się  gwałtownie.  Ciężki  bibelocik 
zaczął się zsuwać i Kelly złapała go w ostatniej chwili.

Kiedy  układała  go  z  powrotem  na  starej,  flanelowej  koszuli,  coś  cicho 

zaszeleściło.

– Co to? – zapytał Eric, czujnie unosząc głowę. Kelly ostrożnie rozpostarła 

koszulę na podłodze.

– Coś tu jest – stwierdziła. – Przeszukiwałeś kieszenie?
Eric  musiał  ze  wstydem  przyznać,  że  ta  oczywista  myśl  nie  przyszła  mu 

wcześniej do głowy.

– Nie, interesowałem się tylko papierami, które były na wierzchu.
–  No  właśnie.  –  Kelly  wsunęła  palce  do  kieszonki  na  piersi  i  triumfalnie 

wyciągnęła złożony kawałek papieru.

–  Co  to?  –  Eric  natychmiast  znalazł  się  przy  niej,  ciekawie  zaglądając  jej 

przez ramię.

–  Jakaś  recepta?  Nie,  czekaj,  to  chyba...  pokwitowanie  za  wykupienie 

miejsca na cmentarzu.

– Rzeczywiście. „Cmentarz Southside w Waterbury, Connecticut. Wpłacono 

gotówką trzysta dolarów za działkę o rozmiarach sześć stóp na osiem, w północnej 
kwaterze” – odczytał na głos.

–  Co  za  makabra  –  wzdrygnęła  się  Kelly.  – Wyobraź  sobie,  że  kupujesz 

miejsce  na  grób  na  tydzień  przed  swoją  śmiercią.  Myślisz,  że  Buddy  miał  jakieś 
przeczucia?

– Może. – Eric zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie. –

Musiał  wpaść  na  pomysł  przejęcia  łupu,  kiedy  rabunek  był  zaplanowany,  więc 
mógł obawiać się, że...

–  Czekaj,  zaraz!  –  przerwała  mu  nagle.  –  Przecież  Larry  powiedział,  że 

Buddy  nie  miał  żadnej  rodziny.  Pojechał,  by  zabrać  resztki  jego  dobytku,  bo  nie 

background image

było nikogo, kto mógłby to zrobić.

Oczy Erica zabłysły podnieceniem.
– Tak, masz rację. A potem, kiedy Buddy zginął...
– Kto zajął się pogrzebem?! – wykrzyknęli jednocześnie.
– To łatwo sprawdzić – powiedział, wstając i podchodząc do biurka. – Zaraz 

zadzwonię do Larry’ego i zapytam go.

Wybrał numer i po krótkiej rozmowie odłożył słuchawkę.
– I co? – niecierpliwiła się Kelly.
–  Pogrzeb  urządziły  żony  pozostałych  dwóch  kumpli,  siedzących  w 

więzieniu. Larry powiedział, że poczuwały się do tego.

– No jasne! – prychnęła Kelly. – Były szczególnie wdzięczne Buddy’emu za 

to, że ich mężowie powędrowali za kratki.

–  Wiem,  wiem. –  Eric  pocierał nie  ogoloną  brodę. –  Też  wydaje  mi się  to 

dziwne. Ale nie zapominaj o złocie.

– Och, nie ma obawy. Ale prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem, co ono ma 

w tym momencie wspólnego ze sprawą.

–  Załóżmy,  że  nie  tylko  Owens  wiedział,  gdzie  jest  ukryte.  To,  że  nic  nie 

powiedziano  Larry’emu,  nie  znaczy  jeszcze,  że  Buddy  nie  zdradził  czegoś 
pozostałym członkom gangu.

– To im się i tak nie przyda w więzieniu.
–  Nie,  ale  przecież  nie  będą  tam  wiecznie,  a  perspektywa  stania  się 

milionerami po odsiadce może umilać im karę.

Kelly rozważała przez chwilę jego hipotezę.
–  Zgoda,  można  przyjąć,  że  wizja  dostatniego  życia  wywołała  w  owych 

żonach  odruch  wdzięczności  dla  człowieka,  który  tak  przewidująco  zabezpieczył 
łup. Czy myślisz, że one wiedzą, gdzie jest schowane złoto?

Tym razem Eric zdecydowanie zaprzeczył.
–  Jestem  niemal  pewien,  że  nie.  W  trakcie  mojej  pracy  często  spotykałem 

takich  facetów.  Zwykle  starają  się  jak  najmniej  mówić  swoim  żonom.  Kumple 
Buddy’ego  mogą  przypuszczać,  że  gdyby  tylko  ich  kochające  małżonki  dostały 
złoto  w  swoje  ręce,  zaczęłyby  nowe  życie,  dopóki  mężowie  siedzą  jeszcze  za 
kratkami. Zresztą...

– No, co?
– Pamiętasz,  jak mówiłem ci  o telefonach z  pogróżkami? Od początku  coś 

mnie  w  nich  intrygowało.  –  Eric  zabębnił  palcami  po  biurku.  –  Głos  był  zawsze 
zniekształcony, ale teraz dochodzę do wniosku, że mógł należeć do kobiety.

– Do kobiety, która nie chciała, żebyś odnalazł złoto przed jej mężem, tak? –

poddała  domyślnie  Kelly,  wstając  z  klęczek.  Eric  natychmiast  pochwycił  ją  w 
objęcia, pocałował namiętnie i równie szybko puścił.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała oszołomiona.
– A czy muszę mieć powód?
– Nie, ale...
– Dobrze. Jesteś tak bystra i dociekliwa, a do tego jeszcze ponętna, że...
– Hmm... – rozmarzyła się, zalotnie patrząc mu w oczy.
– Wyglądasz cholernie seksownie w mojej koszuli. Lepiej uważaj, kotku.

background image

– Bo co? – uśmiechnęła się uwodzicielsko.
– Zaraz ci pokażę! – zawołał, sięgając ku niej błyskawicznym ruchem.
– Później, kochanie – zachichotała, wywijając mu się zręcznie.

Po godzinie, ubrani i odświeżeni wsiedli do samochodu i pojechali do domu 

Kelly, by nakarmić zwierzęta. Później wyruszyli do Waterbury. Tam, jak wynikało 
z notatek Erica, mieszkały rodziny dwóch członków gangu.

–  Jesteś  pewien,  że  nie  powinniśmy  najpierw  zadzwonić  do  tych  pań?  –

zapytała Kelly.

–  Wykluczone  –  stwierdził  stanowczo.  –  Ich  mężowie  nie  chcieli  ze  mną 

rozmawiać,  więc  pewnie  i  one  nie  zechcą.  Jeśli  mamy  się  czegoś  dowiedzieć, 
musimy działać z zaskoczenia.

–  Dobrze,  skoro  tak  twierdzisz  –  zgodziła  się.  Nie  była  jednak  całkiem 

przekonana.  W  kwadrans  później  przyglądała  się  nie  bez  satysfakcji,  jak  Eric  na 
próżno puka do zamkniętych na głucho drzwi.

–  Jeden  strzał  chybiony,  za  to  drugi  będzie  celny  –  powiedział  beztrosko, 

wsiadając do samochodu.

– Masz dziwnie dobry humor – zauważyła.
– Tak, bo czuję, że jesteśmy na tropie. Dziennikarski nos mi to mówi.
Uśmiechnął się,  widząc  jej  pełną  powątpiewania minę  i  włączywszy  radio, 

zaczął pogwizdywać w rytm przebojów z lat sześćdziesiątych.

Jest  niepoprawnym  optymistą,  pomyślała czule,  popatrując  na  niego  kątem 

oka.  Ma  w  sobie  entuzjazm,  żywiołowość  i  radość  życia.  Chłonie  każdy  dzień 
całym sobą, zamieniając nawet zwykłe wydarzenia w fascynującą przygodę.

Te  myśli  uzmysłowiły  jej,  jak  wiele  sama  straciła,  dzieląc  swoje  życie  na 

zaszufladkowane  odcinki,  do  których  broniła  dostępu  sobie  i  innym.  Dopóki  nie 
pojawił  się  Eric,  ze  swoim  zniewalającym  urokiem  i  uporem,  nie  zdawała  sobie 
nawet sprawy, że może być szczęśliwa. Była mu głęboko  wdzięczna za cudowną 
odmianę własnego życia.

I będę mu wdzięczna, nawet kiedy odejdzie, pomyślała rzewnie.
Bo  nie  wątpiła,  że  będą  musieli  się  rozstać.  Kiedy  Eric  wyjaśni  wreszcie 

zagadkę i znajdzie złoto, nic już nie będzie trzymało go w Connecticut. Owszem, 
Nowy  Jork  nie  jest  daleko,  ale  pewnych  odległości  nie  da  się  mierzyć  w 
kilometrach.  Nie  mogła  sobie  wyobrazić  swoich  dobermanów,  zamkniętych  w 
mieszkaniu  na  Manhattanie,  tak  samo  jak  nie  mogła  sobie  wyobrazić  Erica 
Devane’a, który rzuca swoją pracę i osiada na nudnej prowincji.

Kelly  odchyliła  się  w  fotelu  i  przymknęła  oczy.  Na  razie  nie  trzeba  o  tym 

myśleć. Książka nie jest jeszcze napisana...

– No, jesteśmy na miejscu – oznajmił.
Dzielnica,  do  której  przyjechali,  coś  jej  przypominała  –  te  same  rzędy 

małych  domków,  na  pierwszy  rzut  oka  jednakowych.  Eric  zauważył  jej  pytające 
spojrzenie.

–  Larry  mieszka  dwa  numery  dalej  –  wyjaśnił.  Kelly  zastanawiała  się  nad 

tym, wychodząc z wozu.

– Nie uważasz, że mógł sam próbować dowiedzieć się czegoś od tej kobiety, 

background image

skoro są prawie sąsiadami?

–  Niekoniecznie  –  odparł,  idąc  pierwszy  przez  zarzucony  dziecięcymi 

zabawkami trawnik. – Nie sądzę, by Rita Flores zechciała go potraktować lepiej niż 
nas.

Nacisnął dzwonek. W środku ryk telewizora mieszał się z płaczem dziecka. 

Nikt nie otwierał, więc zadzwonił jeszcze raz.

– Dobrze, dobrze, już idę – rozległ się burkliwy głos. Drzwi otworzyły się i 

stanęła w nich kobieta o kilka lat młodsza od Kelly. W ramionach tuliła płaczące 
dziecko.

– Nie mam ochoty nic kupować – oznajmiła, wyraźnie chcąc zatrzasnąć im 

drzwi przed nosem.

– Nie jesteśmy domokrążcami, pani Flores – wyjaśnił Eric.
Kobieta spojrzała na nich podejrzliwie.
– Skąd znacie moje nazwisko?
– Nazywam się Eric Devane i piszę książkę. Chciałbym...
– Nie obchodzi mnie, co by pan chciał.
Kelly  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu  na  widok  Erica,  który  z  zawziętą 

miną postąpił krok w przód.

– Piszę książkę o rabunku złota Locktighta.
– Marnujesz tylko czas, kochany – ucięła Rita Flores. – Nic o tym nie wiem.
–  Pani  mąż,  Joe  Flores,  był  jednym  z  uczestników  napadu  i  dostał  wyrok 

więzienia. Czy mogłaby pani poświęcić mi chwilkę, bym mógł zadać kilka pytań...

– Po pierwsze – przerwała mu nerwowo – Joe jest niewinny. Wrobiono go i 

tyle. Po drugie, nie mam czasu – stwierdziła, znów sięgając do klamki.

Drzwi już się zamykały, kiedy Kelly spróbowała ostatniej szansy.
–  Czy  mogłaby  nam  pani  powiedzieć,  dlaczego  zajęła  się  pani  pogrzebem 

Buddy’ego Owensa?

Kobieta zawahała się, ale tylko na moment.
– A, to co innego – uśmiechnęła się przymilnie. – Jeśli chcecie rozmawiać z 

Buddym,  to  przyjmuje  gości  na  cmentarzu  Clover  Lawn.  Jestem  pewna,  że  się 
ucieszy.  Zawsze  był  bardzo  towarzyski!  –  zachichotała,  zadowolona  z  własnego 
dowcipu,  i  z  rozmachem  zatrzasnęła  drzwi.  W  chwilę  później  usłyszeli  szczęk 
zasuwy.

Eric westchnął i spojrzał porozumiewawczo na Kelly.
– Tak wygląda chleb powszedni dziennikarza – skrzywił się.
– Ciekawe, czemu była aż tak wrogo nastawiona – zastanawiała się Kelly. –

Co jej szkodziło porozmawiać?

–  Myślę  –  powiedział  z  wolna  –  że  właśnie  w  ten  uprzejmy  sposób 

dostarczyła nam informacji.

– Chyba żartujesz, przecież nic nam nie powiedziała!
– Wkrótce się przekonamy – stwierdził enigmatycznie i otworzył przed nią 

drzwiczki wozu.

– Dokąd teraz jedziemy?
– Na cmentarz, zgodnie z sugestią pani Flores.
– Nie pora na makabryczne żarty.

background image

–  Wcale  nie  żartuję  –  powiedział,  włączając  silnik.  –  To  jest  znakomity 

pomysł.

A jednak na czerwonych światłach skręcił na południe. Kelly zerknęła przez 

okno.

– Hej, przecież cmentarz jest w innej stronie miasta.
– Wiem – przytaknął z dziwnym błyskiem w oku, ale jechał dalej.
– Eric, przecież pani Flores mówiła, że...
–  Tak,  że  Buddy  Owens  został  tam  pochowany.  Nie  zapominaj  jednak  o 

kwicie, który znaleźliśmy w jego koszuli.

– O, rany, faktycznie! Tam była mowa o cmentarzu Southside.
– Właśnie.
– Dobrze, ale to nie musi nic znaczyć – broniła się, próbując ukryć rosnące 

podekscytowanie.  –  Może  ta  kobieta  nie  wiedziała,  że  wykupił  miejsce  gdzie 
indziej?

–  Może.  A  może  ten  grób  wcale  nie  jest  pusty.  Po  dziesięciu  minutach 

wjechali  na  rozległy  teren  cmentarza,  wymijając  po  drodze  idących  za  trumną 
żałobników.

–  Północna kwatera  zaczyna  się  tu  –  powiedział  Eric, parkując  na  głównej 

alei. – Wysiadamy.

– Czego właściwie mamy szukać?
– Dowiemy się, kiedy znajdziemy – powiedział, wzruszając ramionami.
–  Nie  jesteś  Sherlockiem  Holmesem,  mój  drogi  –  zauważyła  Kelly,  kiedy 

weszli miedzy rzędy nagrobków. – Nie lepiej byłoby iść do kancelarii i poprosić o 
plan?

–  Nie  wiem,  czy  go  nam  udostępniliby,  bo  nie  mamy  przekonującego 

powodu, aby go żądać. Chodź, lepiej sprawdzimy sami.

Wędrowali  z  wolna  alejkami,  sprawdzając  każdy  nagrobek.  Odczytywanie 

inskrypcji tak wciągnęło Kelly, że omal nie  wpadła na  Erica, który zatrzymał się 
nagle.

–  Czy  widzisz  to  co  ja?  –  zapytał  bez  tchu.  Kelly  odwróciła  się  powoli, 

podążając wzrokiem za jego spojrzeniem.

Grób  przed  nimi  był  prosty  i  surowy.  Nie  zasadzono  przy  nim  żadnych 

kwiatów,  a  płyta  z  szarego  piaskowca  była  pusta  i  brudna.  Kiedy  jednak  Kelly 
przyjrzała się dokładniej, poczuła, że skóra jej cierpnie.

Na  nagrobku  nie  było  napisu,  tylko  jeden  samotny  symbol.  Rozpoznała 

śmiałe,  sugestywne  linie  chińskiego  napisu.  Wiedziała,  że  oznacza  szczęście  i 
fortunę.

Bo grobowiec oznaczono tym samym symbolem, który widniał na talizmanie 

Buddy’ego Owensa.

background image

Rozdział 11

– Eureka – powiedziała Kelly dziwnie spokojnym tonem.
– Wyjęłaś mi to z ust – stwierdził Eric, przykucając przy grobie. – 10 maja 

1987 – odczytał datę pod napisem.

– Czy to właśnie dzień napadu?
– Tak.
Kelly w zamyśleniu powiodła palcem po wyrzeźbionych w kamieniu liniach. 

Nadal  czuła  dziwne  mrowienie,  zupełnie  jak  gdyby  ktoś  przyglądał  się  jej  z 
ukrycia. Rozejrzała się ukradkiem, ale w oddali dostrzegła tylko rozchodzących się 
żałobników.

– I co teraz? – zapytała. Eric podniósł się z klęczek.
– Będziemy kopać!
– Chyba żartujesz!
– Dlaczego?
–  Bo...  Chociażby  dlatego,  że  to  zabronione.  Nie  jesteśmy  hienami 

cmentarnymi.

– To jest tylko pusty grobowiec.
– Skąd ta pewność?
Eric spojrzał na nią uważnie.
– Może nie podejrzewasz, że tu zakopano złoto?
– Jasne, że podejrzewam, ale ciekawe, czy zdołamy przekonać o tym władze.
–  Czy  akurat  teraz  musisz  być  prawomyślna?  –  prychnął  zniecierpliwiony, 

pochylając się nad grobem i uważnie badając płytę. Wreszcie wstał i otrzepał ręce 
o spodnie.

– Dobrze, skoro koniecznie chcesz być porządną obywatelką, powiedz mi, co 

mamy dalej robić?

– Uważam, że powinniśmy iść na policję. Masz lepszy pomysł?
Kilka razy musieli pytać o drogę, ale wreszcie znaleźli posterunek policji w 

Waterbury.  Dyżurny  zaprowadził  ich  do  przeszklonego  biura,  gdzie  przez  dobry 
kwadrans nikt się nimi nie interesował.

Wreszcie,  kiedy  Eric  zaczął  już  chodzić  wielkimi  krokami  od  ściany  do 

ściany, pojawił się jakiś oficer z wyraźnie niechętną miną.

–  Porucznik  Dolan  –  przedstawił  się  krótko  i  pokazał,  by  przysunęli  sobie 

krzesła  do  jego  wielkiego  biurka.  –  Dyżurny  meldował  mi,  że  chcieliście 
rozmawiać z kimś o sprawie Locktighta, tak?

– Tak – zaczęła Kelly. – Właśnie piszemy książkę o...
Dolan ze zniecierpliwieniem machnął ręką.
– Jeśli chcecie informacji, zwróćcie się do działu dokumentacji, piętro niżej.
–  My  nie  szukamy  informacji  –  powiedział  spokojnie  Eric.  –  My  je 

posiadamy, dlatego właśnie tu jesteśmy.

Dolan spiorunował go wzrokiem.
– Ta sprawa została zamknięta trzy lata temu. Żadne doniesienia nie są już 

nam potrzebne.

– Czyżby? A nie chcielibyście wiedzieć, gdzie ukryto złoto?

background image

Choć  we  wzroku  policjanta  pojawił  się  nikły  błysk  zainteresowania,  jego 

mina pozostała niewzruszona i sceptyczna.

– Słucham – rzucił, sadowiąc się wygodniej za biurkiem.
Eric przysunął się bliżej i pochylił ku niemu.
–  Z  różnych  powodów,  zbyt  skomplikowanych,  by  je  teraz  wyjaśniać, 

nabraliśmy  przekonania,  że  złoto  zostało  ukryte  w  pustym  grobie  na  cmentarzu 
Southside.  Dlatego  uważamy,  że  konieczne  jest  urzędowe  otwarcie  grobowca  i 
odzyskanie złota, zanim zostanie zabrane przez kogoś innego.

– Konieczne, mówi pan? – Dolan podrapał się w brodę. – Powiedzmy, że ja 

będę  oceniał,  co  jest  konieczne.  A  teraz  zacznijmy  od  początku.  Jaką  dokładnie 
drogą wszedł pan w posiadanie tych informacji?

Kelly  zacisnęła  zęby,  słysząc  rozbawienie  w  głosie  porucznika.  Nim  Eric 

zdążył odpowiedzieć, zwróciła się do Dolana.

–  Pan  Devane  jest  reporterem  kryminalnym  „The  New  York  Timesa”  –

oznajmiła  z  dumą.  –  Uchodzi  za  jednego  z  najlepszych  dziennikarzy  w  swojej 
specjalności.  Trzymiesięczne  wytrwałe  poszukiwania  naprowadziły  go  na  trop 
zaginionego złota. Myślę, że lepiej by było dla nas wszystkich, gdyby zechciał pan 
potraktować jego doniesienia z odpowiednią powagą.

Eric  spojrzał  na  nią  z  podziwem.  Sam  nieraz  walczył  o  swoje  racje,  ale 

jeszcze nikt tak jak ona nie stanął w jego obronie. Zrobiła to w znakomitym stylu. 
Jeśli  miał  jeszcze  wątpliwości,  czy  akceptuje  jego  zawód,  w  tym  momencie 
rozwiały się całkowicie. Najchętniej wziąłby ją teraz w ramiona i pocałował.

–  Ach,  ostry  nowojorski  reporter  –  uśmiechnął  się  zgryźliwie  Dolan.  –

Jestem pod wrażeniem. Zaiste szkoda, że nie mieliśmy pana pod ręką, kiedy tuzin 
najlepszych dochodzeniowców z New Haven męczył się nad tą sprawą.

–  Właśnie,  szkoda!  –  odparowała  Kelly,  nie  zwracając  uwagi  na 

ostrzegawcze spojrzenie Erica. Zgoda, dyplomacja nie jest jej mocną stroną, ale nie 
pozwoli, żeby lekceważył ją pierwszy lepszy policyjny głupek.

– Wyjaśnienie, w jaki sposób zdobyliśmy informację, nie jest w tej chwili aż 

tak istotne. Najważniejsze, by policja zrobiła z niej właściwy użytek – oświadczył 
spokojnie  Eric.  –  Zawiadamiam  pana,  poruczniku,  że  złoto  jest  ukryte  na 
cmentarzu Southside i mamy je zamiar odzyskać, choćby nawet własnymi siłami.

– Ładnie pomyślane – powiedział Dolan. – Przychodzicie tutaj i oznajmiacie 

oficerowi policji, że zamierzacie złamać prawo. To oszczędzi nam roboty.

Kiedy  w  kwadrans  później  wychodzili  z  posterunku,  Kelly  była  pełna 

podziwu  dla  Erica.  Gdyby  wzięła  sprawę  w  swoje  ręce,  wypadliby  stamtąd  po 
minucie i pojechali do sklepu, by kupić łopatę. On tymczasem z tą samą spokojną 
rozwagą,  jaka  cechowała  jego  pracę,  zdołał  przekonać  sceptycznego  Dolana,  by 
zaprotokołował  jego  doniesienia.  Porucznik,  choć  niechętnie,  obiecał  również,  że 
wystąpi do prokuratury o nakaz przeszukania grobu. Cała procedura miała jednak 
potrwać dwa dni.

–  Czy  nie  uważa  pan,  poruczniku  –  zapytała  Kelly  na  odchodnym  –  że 

należałoby posłać kogoś na cmentarz, by pilnował grobu?

Dolan  rzucił  jej  zjadliwe  spojrzenie,  aż  nadto  wyraźnie  świadczące,  że  nie 

jest zwolennikiem równouprawnienia kobiet.

background image

– Radzę pani dobrze, niech pani nie przeciąga struny – pouczył ją lodowatym 

tonem. – Wystarczy, że ja dałem się wciągnąć w tę głupią zabawę w chowanego. 
Nie mam zamiaru ośmieszać się przed resztą wydziału.

Eric i Kelly, uznawszy, że nie mają tu już czego szukać, opuścili jego biuro.
– Wiesz, jestem naprawdę z ciebie dumna – oświadczyła, kiedy wsiedli do 

samochodu.

Eric  odwrócił  się  ku  niej  i  ogarnął  Kelly  gorącym  spojrzeniem.  Odbłyski 

słońca  lśniły  ciepłym  blaskiem na  jej  miodowych  włosach  i  złociły  gładką  skórę 
policzków.  Była  uosobieniem  kobiecości,  zjawiskiem,  jakiego  nigdy  dotąd  nie 
spotkał.

Jest jego partnerką w pracy i, choć może jeszcze o tym nie wie, towarzyszką 

życia.  Wydarzenia  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  upewniły  go  w  tym 
ostatecznie.  Teraz  musiał  tylko  przekonać  Kelly,  by  zechciała  zostać  z  nim  na 
zawsze.

– Ja też jestem z ciebie dumny – powiedział cicho.
– Naprawdę? A nie uważasz, że za bardzo się stawiałam?
– Skąd, jesteś najpiękniejsza, kiedy się kłócisz. Masz taką cudowną, upartą 

linię  szczęki,  a  twoje  oczy  błyszczą  z  wściekłości  jak  gwiazdy  –  powiedział  z 
uczuciem.

– Ericu Devane, zamknij się natychmiast – poprosiła z uroczystą kpiną.
– Mam się zamknąć? – Zabawnie uniósł brew.
– Wyśmiewasz się ze mnie, draniu!
– Nie. Po prostu daję ci do zrozumienia, jak bardzo mnie podniecasz.
–  Jak bardzo? Tak? – Przechyliła się  i leciutko pocałowała go  w usta.  – A 

może tak? – Objęła go w pasie i przyciągnęła do siebie, przytulając się do niego.

–  Dokładnie  tak  –  powiedział  ze  ściśniętym  gardłem,  ledwo  panując  nad 

sobą. Do diabła, ta kobieta mogłaby uwieść nawet eunucha w haremie!

Nie  wytrzymał.  Spadł  wargami  na  jej  usta,  zachłannie  zagarniając  je 

językiem.  Kelly  odchyliła  głowę  do  tyłu,  prężąc  się  pod  pieszczotą  jego  dłoni. 
Upojeni sobą, zatracili poczucie czasu i miejsca.

– Coś takiego! – odezwał się nagle jakiś głos za ich plecami. – Człowiek w 

młodości zabawiał się na siedzeniach samochodów, ale nie przyszło mu do głowy, 
żeby to robić na policyjnym parkingu.

Kelly podskoczyła  z wrażenia,  ale  Eric  zachował iście  filozoficzny spokój. 

Nie  wypuszczając  jej  z  ramion,  powoli  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na 
posterunkowego, pochylonego nad okienkiem.

– Czy coś nie w porządku, panie władzo?
– To miejsce jest własnością publiczną, szanowni państwo. Lepiej, żebyście 

stąd odjechali.

– Ależ oczywiście, właśnie mieliśmy ten zamiar – zapewnił Eric i przekręcił 

kluczyk w stacyjce.

Uległość w jego głosie rozśmieszyła Kelly.
–  Wiesz,  oni  są  niesamowici  –  powiedziała.  –  Ukryte  złoto  nic  ich  nie 

obchodzi, za to nie przepuszczą żadnej całującej się parze.

–  Lepiej,  żebyście  stąd  odjechali  –  powiedział  Eric  przez  nos,  parodiując 

background image

służbisty ton policjanta, po czym wrzucił bieg i ostro ruszył z miejsca.

W  drodze  powrotnej  Kelly  w  milczeniu  patrzyła  na  przesuwający  się  za 

oknem  krajobraz.  Nie  mogła  się  pogodzić  z  myślą,  że  teraz,  kiedy  wyjaśnienie 
tajemnicy było  o  krok, mieliby czekać  biernie, aż opieszała policja zdecyduje się 
działać. Erica musiało gnębić to samo. Kiedy zajechali pod dom, miał już gotowy 
pomysł, o czym wyraźnie świadczyła jego mina.

–  Posłuchaj,  mamy  dwa  wyjścia  –  powiedział.  –  Pierwsze  nie  jest 

pozbawione uroku. Moglibyśmy przyrządzić sobie kolacyjkę, a potem, nie spiesząc 
się, dokończyć to, co zaczęliśmy na parkingu.

Kelly uśmiechnęła się rozkosznie. „Nie pozbawione uroku” – co za delikatne 

sformułowanie.  Miała  jednak  dziwne  przeczucie,  że  Eric  wybrałby  drugą 
możliwość.

– A jakie jest drugie?
–  Albo... –  powiedział powoli  –  moglibyśmy  się  przebrać  w ciepłe  rzeczy, 

zabrać ze sobą psa i wrócić na cmentarz, by pilnować grobu.

–  Bycie z  tobą  zaczynami się  kojarzyć z  bezsennymi nocami  –  westchnęła 

Kelly.

–  Dziwne,  bo  ostatniej  nocy  nie  narzekałaś.  –  Kpiąco  przekrzywił  głowę. 

Teraz,  kiedy  już  był  pewien  jej  zgody,  wiedział,  że  wszystko  pójdzie  dobrze. 
Oczywiście, mógł iść tam sam albo zostać z nią w domu. To wyjście wydawało mu 
się jednak najlepsze.

Będą  mieli  przed  sobą  całą  noc.  Wystarczy  mu  czasu,  by  przekonać  ją,  że 

tworzą  stały  i  zgrany  zespół.  Będzie  miał  całą  noc,  by  porozmawiać  o  wspólnej 
przyszłości. Całą noc, by zebrać się na odwagę i wyjawić Kelly swoje zamiary.

Nawet  w  najśmielszych  marzeniach  nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  się 

oświadczyć na cmentarzu, i to w nocy. Tak, ale zanim spotkał Kelly, nie wyobrażał 
sobie,  że  mógłby  się  oświadczyć  jakiejkolwiek  kobiecie.  A  miejsce  nie  ma 
najmniejszego  znaczenia.  Ważne,  że  nadszedł  właściwy  czas,  a  piękna  kobieta  u 
jego boku jest jedyną, której pragnie.

W  godzinę  później  odjechali  dżipem,  zabierając  ze  sobą  Thora.  Przedtem 

zjedli szybką kolację i przygotowali prowiant na nocne czuwanie. Było już ciemno, 
kiedy  minęli  wysoką,  kutą  bramę.  Kelly  powoli  prowadziła  wąską  drogą, 
prowadzącą  do  północnej  kwatery  i  zaparkowała  pod  cmentarnym  murem,  skąd 
było widać nagrobek Buddy’ego Owensa.

Z  trawy zaczęła  podnosić się  lekka  mgła,  przez którą  widać było gwiazdy. 

Usadowili  się  w  samochodzie,  rozkładając  tylne  siedzenie,  żeby  Thor  mógł  się 
wygodnie ułożyć, i otworzyli okno, by słyszeć, co się dzieje wokół.

Ku zaskoczeniu Erica Kelly wyjęła z torebki chińską figurkę. Przez chwilę 

obracała ją w palcach, a potem ustawiła na desce rozdzielczej.

–  Miałaś  jakieś  szczególne  powody,  by  ją  zabrać?  –  zapytał  z 

zaciekawieniem.

Kelly wzruszyła ramionami, sama nie bardzo wiedząc dlaczego.
– Może przyniesie nam szczęście?
– I majątek, co?

background image

– Może – uśmiechnęła się. – W każdym razie pasuje tutaj.
– Też tak myślę. Skoro ten stary Chińczyk tak długo strzegł swojego sekretu, 

pomoże i nam strzec go jeszcze przez tę noc.

Kelly była zdumiona, jak łatwo odgadł jej myśl.
–  Kto  wie  –  powiedział  powoli.  –  Może  ten  talizman  przyniesie  nam 

szczęście, którego najwyraźniej nie przyniósł Buddy’emu.

Kelly  usiłowała  dojrzeć  w  mroku  rysy  jego  twarzy,  zastanawiając  się,  do 

czego zmierza cała ta rozmowa. Sprawiał wrażenie dziwnie napiętego.

Eric tymczasem patrzył w mrok, wyzywając się w duchu od tchórzy. Kiedy 

wcześniej  myślał  o  tej  rozmowie,  wydawało  się,  że  pójdzie  mu  łatwo.  A  jednak, 
pomimo sprzyjających okoliczności, jego zawodowa elokwencja zawiodła.

– Powiedz mi, Kelly, kiedy zastanawiasz się nad przyszłością, jak widzisz w 

niej siebie? – zagadnął wreszcie niezbyt zręcznie.

–  Nie  zastanawiam  się  nad  przyszłością  –  odpowiedziała  szybko.  Nie 

kłamała.  Zanim  w  jej  życiu  pojawił  się  Eric,  nie  miała  w  ogóle  takiej  potrzeby. 
Ułożyła sobie dni w regularny schemat i nie przewidywała żadnych zmian. Teraz z 
kolei wolała nie myśleć o przyszłości, bojąc się nieuchronnego rozstania.

–  Ale  na  pewno  marzysz...  czasami  –  powiedział  cicho  Eric,  nieśmiało 

dotykając jej ramienia.

– O czym? O tym, że moje felietony zdobędą Nagrodę Pulitzera czy że jeden 

z moich dobermanów zdobędzie tytuł Psa Roku? – zakpiła.

–  Niezupełnie.  –  Eric  niespokojnie  poprawił  się  na  siedzeniu.  Słowa,  tak 

zwykle  posłuszne,  nie  chciały  się  sformować  w  zdania.  A  przecież  wiedział,  że 
mogą zaważyć na całym jego życiu.

– Chodziło mi raczej o takie sprawy jak miejsce, gdzie chciałabyś mieszkać, 

czy  coś,  co  mogłabyś  jeszcze  robić  w  życiu  –  brnął.  No,  wyrzuć  to  wreszcie  z 
siebie, Devane, ponaglał się w myśli. Niestety, po raz kolejny zawiódł sam siebie, 
mówiąc zupełnie co innego:

– Mogłabyś  na  przykład myśleć  o powrocie na  studia. Kelly wyprostowała 

się gwałtownie.

– A po co mi one teraz do szczęścia?
– Jesteś bardzo inteligentna. Myślałem, że żałujesz przerwanej nauki.
Eric pocieszał się, że – jakkolwiek okrężną drogą – jednak dąży do celu.
–  Nie  żałuję  –  powiedziała  i  zmarszczyła  brwi,  uderzona  nagłą  myślą. 

Czyżby chciał jej zasugerować, że powinna czymś się zająć, żeby wypełnić sobie 
czas po jego odejściu?

Och,  przestań  się  tak  przejmować!  –  ofuknęła  się  w  myślach.  Czy  Eric 

naprawdę sądzi, że ona nie da sobie rady bez niego? Skoro udawało się jej do tej 
pory, uda się i później.

–  To  nie  ma  najmniejszego  sensu  –  powiedziała  szorstko.  –  Dyplom  z 

Princeton nie jest mi już potrzebny do szczęścia.

– Nie musi być Princeton. Jest wiele innych uczelni, na przykład uniwersytet 

nowojorski czy Columbia – przekonywał.

Kelly odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
–  Eric,  o  co  ci  właściwie  chodzi?  Dlaczego  nagle  zacząłeś  się  troszczyć  o 

background image

moją edukację?

Zaniepokoił się, widząc, że rozmowa przybiera coraz bardziej niekorzystny 

obrót. Postanowił spróbować innej taktyki.

–  Dobrze,  zostawmy  w  spokoju  studia  i  porozmawiajmy  o  czymś  innym. 

Gdzie na przykład chciałabyś mieszkać?

–  Jak  to  gdzie?  W  Woodbury.  Nawet  nie  próbowałam  sobie  wyobrażać 

innego miejsca.

– W takim razie spróbuj wyobrazić sobie teraz.
– Po co? Mam tu wszystko, czego potrzebuję. Oczywiście, dopóki jesteś ze 

mną, uzupełniła w myśli.

– Naprawdę wszystko?
– W tej chwili tak – powiedziała, wzdychając mimowolnie.
– Ale mieliśmy mówić o najbliższych pięciu latach.
–  Nie  będziemy  o  niczym  mówić  –  prychnęła,  na  serio  już  zła.  –  Jak  na 

kogoś,  kto  zarabia  na  życie  składaniem  słów  w  zdania,  wyrażasz  się  wyjątkowo 
mętnie. Nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi w tej całej rozmowie i zaczynam 
wątpić, czy ty sam wiesz!

–  Jasne,  że  wiem  –  zapewnił.  Teraz  albo  nigdy,  Devane,  ponaglił  się.  –

Rozmowa dotyczy przyszłości i tego, co stanie się z nami – wyjaśnił gładko.

Wreszcie  musiało  do  tego  dojść,  pomyślała  z  rozpaczą.  I  choć  próbowała 

przygotować się na tę chwilę, czuła, że nie jest gotowa. Może po prostu nigdy nie 
będzie. Jedynym sposobem odsunięcia egzekucji było uciszenie Erica.

W desperacji pochyliła się ku niemu i zamknęła mu usta pocałunkiem. Przez 

ułamek sekundy, zaskoczony, próbował zaprotestować, ale za chwilę pochwycił ją 
w objęcia, gorąco odwzajemniając pocałunek.

Z  cichym  westchnieniem  Kelly  poddała  się  fali  pożądania.  Już  nie  miała 

wyboru, tak jak nie miała wyboru, gdy zakochała się w Ericu. Trudno, skoro musi 
odejść, należy się cieszyć każdą chwilą, która pozostała. Każdą cudowną...

Niespodziewanie  z  tyłu  samochodu  rozległ  się  cichy  pomruk.  Eric  i  Kelly 

odskoczyli od siebie. Thor stał na siedzeniu, wyprężony i gotowy do skoku. Ostre 
uszy czujnie łowiły każdy dźwięk. Warknął groźnie i zaczął drapać w drzwi.

– Thor? – szepnęła Kelly, odwracając się ku niemu. – Co tam jest?
Doberman  wystawił  pysk  przez  okno  i  węszył  intensywnie.  Gardło  drgało 

mu tłumionym pomrukiem.

– Nic nie widzę – powiedział Eric, próbując przeniknąć wzrokiem wilgotną 

mgłę.

–  Dlatego  właśnie  zabraliśmy  Thora.  Ma  zmysły  o  wiele  ostrzejsze  od 

naszych – powiedziała Kelly, sięgając do klamki.

Eric zdążył chwycić ją za rękę, zanim otworzyła drzwiczki.
– Co robisz? – warknął.
– Wychodzę. ^ I co dalej?
– Mam zamiar sprawdzić, co się dzieje.
– Aha, a jeżeli okaże się, że ktoś węszy koło skrytki Buddy’ego, spełnisz po 

prostu swój obywatelski obowiązek i złapiesz przestępcę, tak?

Miał rację. Zaalarmowana reakcją Thora, zaczęła działać zbyt szybko.

background image

– Masz lepszy pomysł? – zapytała.
– Właśnie myślę.
– W takim razie pospiesz się. Jeżeli ktoś rzeczywiście tam jest, to na pewno 

wykopuje teraz złoto – powiedziała, uspokajając podnieconego psa.

Eric sięgnął do torby i wyjął latarkę. Dobre sobie, myśleć szybciej! Przecież 

wiedział, że trzeba się spieszyć. Tylko jak przekonać tę upartą kobietę, żeby została 
w wozie?

– Nie możemy zmierzyć się z nim nie przygotowani.
– Daj spokój, przecież właśnie po to mamy Thora – powiedziała i tak szybko 

otworzyła  drzwiczki, że  nie  zdążył  jej  powstrzymać. Doberman  wystrzelił  w  noc 
jak czarny pocisk. Przez chwilę węszył koło rzędu nagrobków, a potem zniknął we 
mgle.

– Chodź! – szepnęła, wyskakując z wozu. – Musimy iść za nim.
Eric natychmiast znalazł się przy niej i przytrzymał ją mocno.
– Zostań... ja pójdę – nakazał.
– Nie ma mowy! – syknęła, szarpiąc się.
– Ktoś musi pilnować samochodu.
– Po co? Żeby nie ukradli radia?
– Kelly, bądźże rozsądna – błagał, ale już go nie słuchała. Wyrwała mu się 

gwałtownym  szarpnięciem  i  pobiegła  w  ciemność,  skacząc  przez  groby.  Za 
moment usłyszała przy uchu szybki oddech Erica.

– Popatrz! – szepnął nagle, wskazując na lewo. – Tam!
Kelly  przystanęła,  próbując  przeniknąć  wzrokiem  mglistą  ciemność  i 

zobaczyła  zarys biegnącej,  ubranej  na  czarno postaci, ściganej przez  psa.  Szybko 
nabrała tchu i gwizdnęła. Thor natychmiast zaniechał pościgu i skręcił ku nim.

Dobiegli  do  grobu  i  stanęli  nad  nim,  zdyszani.  Eric  wyciągnął  latarkę  i 

oświetlił teren.

Ktokolwiek tu był, wiedział dokładnie, co ma robić. W krótkim czasie zdołał 

wykopać  całkiem  pokaźny  dół.  Na  kupie  ziemi  obok  grobowca  leżał  porzucony 
szpadel.

Eric przyklęknął na postumencie i zajrzał w ciemną jamę. Był coraz bardziej 

podekscytowany.  Zbliżał  się  moment  prawdy.  Uległ  Kelly  i  poprosił  o  pomoc 
policję, ale i tak...

– Posuń się – usłyszał rozkazujący głos. Kelly stała za nim, z łopatą w ręku. 

– I poświeć mi – dodała.

Nigdy  nie  kochał  jej  tak  jak  w  tym  momencie.  Była  kimś  więcej  niż  jego 

kochanką,  była  prawdziwym  partnerem,  wypróbowanym  w  każdej  przygodzie. 
Była po prostu połową jego duszy.

Pozostało mu tylko zrobić to, co kazała.
Ostrze  szpadla  z  łatwością  zagłębiło  się  w  wilgotnej,  poruszonej  ziemi. 

Zmieniali się przy kopaniu, a Thor warował czujnie z boku.

Kelly  właśnie  przejęła  latarkę,  kiedy  strumień  światła  wyłowił  z  dna  dołu 

metaliczny  błysk.  Łopata  uderzyła  w  coś  z  łomotem.  Eric,  stojący  po  kolana  w 
dole, wyprostował się powoli i spojrzał na Kelly z triumfalnym uśmiechem.

– Tam naprawdę coś jest – wyszeptała bez tchu.

background image

– Oczywiście – powiedział, starannie maskując podniecenie. – Nie wątpiłem 

w to ani przez chwilę.

– Oczywiście – odpowiedziała jak echo i roześmiała się.
Eric wyskoczył z wykopu i odrzucił łopatę. Oboje pochylili się nad dołem i 

zaczęli po  omacku odgarniać  rękami  ziemię, aż  odsłoniła  się  pokrywa  metalowej 
kasety.  Była  tak  ciężka,  że  Eric  z  najwyższym  trudem  zdołał  wytaszczyć  ją  na 
krawędź grobu. Kelly sięgnęła po latarkę. Smuga światła zatoczyła łuk po nocnym 
niebie. W tym samym momencie rozległ się ostry świst i coś przecięło powietrze 
miedzy  ich  głowami.  Z  kamiennego  narożnika  nagrobka  posypały  się  ostre 
odłamki. Kelly oszołomiona potrząsnęła głową.

– Co to, u licha...?
–  Padnij!  –  wrzasnął  Eric,  ale  zanim  zdążył  zbić  ją  z  nóg,  drugi  pocisk 

smagnął ciemność z upiornym świstem. Kelly padła jak podcięte drzewo. Krwawa 
mgła  przesłoniła  Ericowi  wzrok.  Rzucił  się  ku  niej,  okrywając  ją  swoim  ciałem. 
Nie zważał na stłumiony jęk. Być może wydał go sam.

background image

Rozdział 12

Eric  czuł,  jak  ciało  Kelly  wije  się  pod  nim,  więc  troskliwie  ogarnął  ją 

ramionami.  Na  szczęście  zaczęła  coś  mówić,  ale  stłumiony  potok  słów  był 
niezrozumiały.  Trudno,  dopóki  trwała  strzelanina,  nie  mógł  sprawdzić,  co  jej  się 
stało.

Wreszcie,  po  przedłużającej  się  ciszy  uznał,  że  napastnik  zrezygnował.  Na 

wszelki  wypadek  odczekał  jeszcze  minutę.  Obok  nich  warował  czujnie  Thor, 
gotów do natychmiastowej akcji. Fakt, że doberman uznał, iż poczynania Erica nie 
zagrażają jego pani, świadczył o ogromnym zaufaniu.

Nie było to jednak zaufanie całkowite, gdyż Thor warknął niespodziewanie. 

Eric,  nie  zwracając  na  niego  uwagi,  zaczął  powoli  zsuwać  się  z  Kelly.  Teraz 
nadeszła pora, by zbadać, jak bardzo została zraniona.

– Złaź ze mnie, ty ciężki idioto!
Głos  był  nadal  stłumiony,  ale  wyraźnie  wściekły.  Eric  był  wniebowzięty, 

jakby usłyszał najwspanialszy komplement.

– Kelly, najdroższa, czy wszystko w porządku?
–  Byłoby  w  porządku,  gdyby  nie  siniaki,  których  mi  narobiłeś,  lądując  na 

mnie – burknęła.

Natychmiast odsunął się na bok i spojrzał na nią ze zdumieniem.
– Naprawdę cię nie trafili?
– Jasne, że nie. – Kelly, uwolniona od jego ciężaru, zaczęła oczyszczać się z 

błota. – Skąd ci to przyszło do głowy?

–  Kiedy  zaczęto  strzelać...  –  Urwał,  z  drżeniem  przypominając  sobie  tę 

straszną myśl, że jeśli ta kobieta zginie, niema po co żyć. – I wtedy upadłaś, i...

–  Posłuchałam  tylko  twojego  rozkazu  i  usunęłam  się  z  linii  strzału.  –

Spiorunowała  go  wzrokiem.  –  Też  powinieneś  to  zrobić,  zamiast  rzucać  się  na 
mnie!  Jesteś  szalony,  rozumiesz?  Jak  można...  –  z  oburzenia  zabrakło  jej  tchu. –
Przecież mogli cię zastrzelić.

Eric uśmiechnął się mimowolnie, widząc, jak jest przejęta i zagniewana.
– Chodź tutaj – powiedział.
Dostrzegła  błysk  w  jego  oku  i  odmownie  potrząsnęła  głową.  Musiał  być 

szalony, jeśli chciał się tu kochać. Chociaż...

–  No,  chodź  –  powtórzył  z  naciskiem,  wymownie  poklepując  dłonią  trawę 

koło siebie. – Chcę, żebyś się skryła za nagrobkiem. A może już zapomniałaś, że 
ktoś do nas strzelał?

–  Nie,  bynajmniej  –  odpowiedziała  urażonym  tonem,  sadowiąc  się  obok 

niego. – Ale zaczęłam się obawiać, czy ty nie zapomniałeś.

– Och, to, że uwielbiam przewracać cię na ziemię i całować do utraty tchu, 

nie oznacza jeszcze, że nie potrafię zapanować nad sobą. Przynajmniej chwilowo –
dodał, mrugając do niej znacząco.

– Nie bądź taki rozkoszny – ucięła, poważniejąc.
– Nie wiem, czy zauważyłeś, że nasza sytuacja nie jest wesoła.
–  Zauważyłem,  niestety  –  powiedział,  ostrożnie  wyglądając  zza  nagrobka. 

Nic jednak nie dostrzegł.

background image

–  Ten  ktoś  trzyma  nas  w  szachu.  Co  gorsza,  używa  pistoletu  z  tłumikiem, 

więc nie możemy liczyć, że strzały zaalarmują kogoś na tym pustkowiu. A sami nie 
jesteśmy uzbrojeni.

– Zapomniałeś o Thorze.
– Thor jest świetny, ale nawet on nie poradzi sobie z bronią. Myślę, że nie 

powinnaś go narażać.

Niestety, miał rację. Ale z drugiej strony, co im pozostało?
– Zastanówmy się – powiedziała. – Jeśli zostaniemy tutaj, powystrzela nas w 

końcu jak kaczki. Ucieczka również może być ryzykowna, ale daje pewne szanse, 
jeśli  ten  ktoś  nie  jest  zbyt  dobrym  strzelcem.  Zresztą,  sądząc  z  filmów,  niełatwo 
trafić  w  biegnący  cel,  w  dodatku  po  ciemku.  Ale  to  oznacza  również,  że 
musielibyśmy zostawić złoto.

–  Nie  możemy...  –  zaczął  gwałtownie,  ale  nagle  umilkł.  Jak  mógł,  kiedy 

zagrożone było ich życie, myśleć o skarbie i o swojej książce?

– Dokładnie to samo myślę – podchwyciła Kelly.
– Nie zostawimy złota.
– Tego nie powiedziałem.
– Ale chciałeś powiedzieć.
Nie było już sensu zaprzeczać i wdawać się w dalsze dyskusje. Eric wiedział, 

że trzeba działać.

– Musimy się rozdzielić – powiedział twardo. – Ty zostaniesz tutaj z Thorem 

i ze złotem, a ja pójdę na zwiady i spróbuję...

– Wykluczone.
– Nawet nie dałaś mi dokończyć.
– Nie interesuje mnie, co chcesz zrobić. I tak się nie zgadzam.
Eric z desperacją zacisnął pięści.
– Zrozum, nic innego nie wymyślimy, a czasu jest coraz mniej. Trzeba jakoś 

uziemić tego drania.

– Słusznie, dlatego wysyłam Thora – powiedziała Kelly, gestem przywołując 

do siebie psa.

Eric  wiedział,  jak  bardzo  przywiązana  jest  do  tego  zwierzęcia.  Mimo  to 

skłonna była poświęcić Thora dla jego sprawy.

– Proszę, nie rób tego – powiedział.
Kelly  objęła  dobermana  za  szyję  i  szepnęła  mu  coś  do  ucha.  Krótki  ogon 

zamerdał  radośnie.  Teraz,  kiedy  podjęła  już  decyzję,  poczuła  spokój.  Sama 
trenowała Thora, był jej najzdolniejszym wychowankiem. Mogła mieć nadzieję, że 
da sobie radę.

– Kelly – nalegał z przejęciem Eric – to nie jest zabawa. On nic nie wie o 

broni.  Może  zostać  postrzelony,  a  nawet  zabity.  Jeśli  ja  pójdę,  zrobię  to 
przynajmniej na własne ryzyko.

–  Nie  będziesz  ryzykował  bez  sensu.  Już  raz  to  zrobiłeś,  kiedy  zasłoniłeś 

mnie przed kulami.

– Musiałem. Moje życie straciłoby sens, gdybyś zginęła.
–  Mogę  ci  powiedzieć  dokładnie  to  samo.  Postąpiłeś  tak,  jak  uważałeś  za 

słuszne. Teraz moja kolej – powiedziała, patrząc mu w oczy.

background image

Jeszcze raz przygarnęła psa i ucałowała go w nos.
– Trzymaj się, Thor – wyszeptała wstając. Pies sprężył się, gotów do biegu. –

Szukaj! – padła cicha komenda. Doberman zniknął w ciemności.

Znów świsnęła kula. Eric zaklął i pociągnął Kelly za siebie.
– Jeszcze jeden numer, a sam cię zabiję – syknął wściekle.
Z irytacją wzruszyła ramionami i zaczęła pilnie nasłuchiwać. Dała psu czas, 

by mógł przeszukać teren, a potem odważyła się na następną komendę.

– Thor, bierz!
Z  początku  słyszeli  tylko  głuche  uderzenia  własnych  serc.  Znienacka  ciszę 

przerwały dwa szybkie wystrzały, po których rozległ się podobny do jęku krzyk –
nie wiadomo, ludzki czy zwierzęcy. I znów zapadła cisza.

– Biegiem! – krzyknął Eric.
Pochwycili  z  obu  stron  ciężką  skrzynkę  i  schyleni  pobiegli  w  kierunku,  z 

którego  strzelano.  Cienie  nagrobków  tańczyły  w  świetle  latarki.  Po  kilkunastu 
metrach  Kelly  poczuła,  że  za  chwilę  wypuści  uchwyt  z  odrętwiałych  palców. 
Wytężała słuch, ale słyszała tylko głuchy tupot ich stóp.

– Gdzie oni są? – wysapał Eric. – Nie mogli odbiec daleko.
Zwolnili,  a  potem  zatrzymali  się  nagle,  kiedy  w  kręgu  światła  coś 

metalicznie błysnęło. Na ścieżce leżał zgubiony pistolet. Eric kopnięciem odrzucił 
go w bok.

Nagle Kelly usłyszała ciche warczenie. Puściła skrzynkę i wskazała Ericowi 

kierunek. Natychmiast skierował tam latarkę.

Teraz  zobaczyli  swojego  wroga.  Stał  skulony, oparty  plecami  o  cmentarny 

mur. Metr przed nim siedział Thor, szczerząc groźnie kły, w każdej chwili gotów 
skoczyć mu do gardła.

– To Larry – wyszeptał w osłupieniu Eric.
– Odwołajcie go! – skrzeknął Larry. – Ten drań o mało mnie nie zagryzł.
–  To  całkiem  sprawiedliwe,  zważywszy,  że  ty  o  mało  nie  zabiłeś  nas  –

zauważył Eric, idąc ku niemu.

– Chciałem was tylko nastraszyć. Nie miałem zamiaru nikogo uszkodzić.
– Zdaje się, że straszenie ludzi to twoja specjalność, co? To ty obrobiłeś mój 

dom?

Larry nawet nie próbował zaprzeczać.
– Nie miałem wyjścia. Nie chciałeś mi niczego powiedzieć, więc musiałem 

sam wybadać, jak blisko jesteś znalezienia złota.

– Może wystarczyłoby, żebyś po prostu zapytał?
– I tak nie puściłbyś farby. Znam cię. Podpuszczałeś mnie na gadanie, a sam 

nie  mówiłeś  ani  słowa.  Na  szczęście  wpadłem  na  pomysł,  żeby  za  tobą  chodzić. 
Pewnie nawet nie wiesz, że mieliście towarzystwo dziś po południu?

Kelly  przypomniała  sobie  dziwne  wrażenie,  że  ktoś  ich  śledził,  kiedy 

pierwszy raz byli przy grobie. Stanowczo powinna bardziej ufać swoim zmysłom.

– No właśnie, nie wiesz – zachichotał Larry, widząc zdumioną minę Erica. –

Ale  ja  też  nie  wiedziałem,  że  jesteś  taki  napalony  na  to  złoto.  Przerobiłeś  mnie. 
Dostarczyłem ci informacji i miałem prawo wiedzieć, co jest grane.

– Miałeś prawo, dobre sobie! – prychnął Eric. – I może jeszcze powiesz, że 

background image

jesteś niewinny? Od początku podejrzewałem, że kiedy tylko wskażę ci, gdzie jest 
złoto,  skradniesz  mi  je  sprzed  nosa.  Miałeś  mnie  za  naiwniaka,  co?  –  Groźnie 
przysunął się do Larry’ego, a potem skinął na Kelly.

–  Thor  –  powiedziała  cicho.  Pies  popatrzył  na  nią,  przekrzywiając  łeb.  –

Chodź tu.

Doberman  natychmiast  znalazł  się  przy  jej  nodze.  Larry  oderwał  plecy  od 

muru,  ale  Eric  błyskawicznie  chwycił  go  za  kurtkę  na  piersi,  uniemożliwiając 
ucieczkę.

– Na twoim miejscu stałbym spokojnie – ostrzegł. – Chyba że chcesz, żebym 

zawołał psa.

Larry westchnął zrezygnowany i przycupnął przy ścianie.
–  Gdybym  pierwszy  wykopał  złoto,  podzieliłbym  się  z  tobą.  Szczerze 

mówię.

– Dobrze, będziesz mógł to powtórzyć policji.
– Policji?! Przecież obiecałeś... Eric popatrzył na niego z pogardą.
– Powiedziałem, że dopóki będziesz się trzymał prawa, nie zdradzę im, kto 

był  moim  informatorem.  A  skoro  nie  dotrzymałeś  umowy, ja  też  się  czuję z  niej 
zwolniony.

Odwrócił  się  do  Kelly,  która  uważnie  wodziła  rękami  po  ciele  psa, 

sprawdzając, czy nie ma ran.

– Co z nim?
– Nie jest nawet zadraśnięty.
– Wspaniale. W takim razie poproś go, żeby popilnował przez chwilę pana 

Smitha, bo mamy jeszcze coś do roboty, dobrze?

Kelly wydała komendę i podeszła z Erikiem do skrzynki.
– Zanim wezwiemy policję – powiedział – chciałbym upewnić się, czy złoto 

naprawdę tu jest. Pomożesz mi?

Przyświecała  mu  latarką,  kiedy  mocował  się  z  zardzewiałym  zamkiem.  W 

końcu użył kamienia i wieko odskoczyło. Wstrzymując oddech, Kelly przykucnęła 
u  boku  Erica.  Kiedy  otworzył  skrzynię,  wydała  głośny  okrzyk.  Blask  księżyca, 
przesiany przez mgłę, padł na równo ułożone złote sztaby.

– Jakie piękne – szepnęła, wodząc palcem po gładkiej, zimnej powierzchni.
– Piękne – przyznał. – I zabójcze.
Zdumiał go własny spokój. Powinien triumfować, a przynajmniej się cieszyć 

–  tymczasem  czuł  tylko  ogromną  ulgę.  Sprawa  została  rozwiązana,  a  Kelly  była 
bezpieczna. I tylko to się liczyło.

Po raz pierwszy w życiu miał poczucie, że reportaż, który miał decydować o 

jego  dalszej  karierze,  nie  był  wart  ryzyka.  Dawniej  musiał  martwić  się  tylko  o 
siebie,  co  w  praktyce  znaczyło,  że  nie  martwił  się  wcale.  Teraz  jednak,  kiedy  w 
jego życiu pojawiła się Kelly, wszystko wyglądało inaczej.

–  Kelly,  idź  –  nakazał  szorstko.  –  Musisz  zadzwonić  po  policję.  Niech 

szybko zabiorą te błyskotki, zanim wpędzą nas w nowe kłopoty.

– Dobrze, już idę – powiedziała, zaskoczona jego nastrojem. Spodziewała się 

tonu triumfu, a nie zniecierpliwienia.

Eric  zamknął  wieko  i  usiadł  na  grobowcu,  razem  z  Thorem  pilnując 

background image

Larry’ego.  Kelly  pobiegła  do  dżipa.  Na  szczęście  udało  jej  się  szybko  znaleźć 
nocny sklep, z którego zadzwoniła na posterunek.

Po kwadransie cmentarną ciszę rozdarł ryk policyjnych syren. Kiedy zjawił 

się porucznik, Larry był już skuty i zabrany do wozu. Pistolet zabezpieczono jako 
dowód rzeczowy.

Dolan podszedł do Erica i Kelly, nie spojrzawszy nawet na złoto.
– Powinienem was oboje aresztować – oznajmił na powitanie.
– Na jakiej podstawie? – zapytał spokojnie Eric, krzyżując ręce na piersi.
Dolan machnął ręką w kierunku rozkopanego grobu.
– Chyba nie chce mi pan wmówić, że ta skrzynka sama stamtąd wyskoczyła?
– Rzeczywiście,  ktoś jej pomógł.  O szczegóły proszę  spytać Larry’ego. To 

jego łopata.

Rzut oka na twarz Erica upewnił Dolana, że dalsze roztrząsanie tego wątku 

jest bezcelowe.

– Liczył pan to? – zapytał, zerkając wymownie na złoto.
– Tak. Jest wszystko.
–  Całe  złoto... –  Porucznik uważnie przypatrywał  się  zawartości skrzyni.  –

Jest pan pewien, że ani jedna sztaba nie zginęła? – zapytał nagle.

– Jestem pewien. – Eric twardo popatrzył mu w oczy. Zbyt wieje wiedział o 

korupcji, by nie zorientować się, co mu proponują. – I prosiłbym o pokwitowanie –
dodał znacząco.

– Dostanie je pan – mruknął Dolan i z hukiem zatrzasnął wieko. – Sam już 

nie wiem, czy jest pan aż tak sprytny, czy aż tak głupi – powiedział i odwrócił się, 
by wydać rozkazy podwładnym.

Kiedy  wymęczeni  drobiazgowym  przesłuchaniem  odjeżdżali  z  posterunku, 

niebo  na  wschodzie  zaczęło  blednąc.  Gdy  dojeżdżali  do  domu,  na  horyzoncie 
pojawiły się pierwsze promienie słońca.

– Wiesz, że to jest śmieszne – powiedziała Kelly, kiedy weszli do holu.
– Co takiego? – zapytał Eric, z ulgą rozsiadając się na kanapie w salonie.
– Przez ostatnie dziesięć lat wmawiałam sobie, że lubię spokój i ciszę, a nie 

znoszę szaleństw.

– A teraz? – zapytał miękko, przyciągając ją do siebie.
–  Teraz  –  powiedziała  z  rozmarzeniem,  wtulając  twarz  w  zagłębienie  jego 

ramienia – kiedy mam znów powrócić do swego dawnego życia, boję się, że będzie 
śmiertelnie nudne.

– Kto powiedział, że masz wrócić do swojego dawnego życia?
– A czy mam inne wyjście?
– Zawsze są inne wyjścia.
–  Może  dla  ciebie,  ale  nie  dla  mnie  –  powiedziała,  otwierając  oczy.  –

Pójdziesz  tam,  gdzie  zaprowadzą  cię  twoje  reportaże.  A  ja  zostanę  tutaj.  Będę 
miała swoje psy, swoją pracę i...

– Słowem wszystko, czego ci potrzeba do szczęścia, tak? – Nie był w stanie 

ukryć  goryczy.  Nawet  po  tym,  co  przeżyli,  nie  potrafiła  mu  zaufać  na  tyle,  by 

background image

pomyśleć o wspólnej przyszłości.

A jednak zaskoczyła go. W jednej chwili leżał na kanapie, a Kelly klęczała 

nad nim, przyciskając mu łokcie za głową i zniżając usta ku jego ustom.

– Do szczęścia potrzeba mi ciebie – powiedziała z uśmiechem.
– W takim razie zostań ze mną.
Delikatnie powiodła po jego wargach opuszkiem palca.
– Chcę zostać z tobą.
– Na jak długo? Spoważniała nagle.
– Ja... Nie wiem. Przecież musisz odejść.
– Kto ci naopowiadał takich bzdur? – zaśmiał się.
– Rozwiązałeś już swoją zagadkę i masz teraz materiał na książkę, więc...
–  Mam  też  półroczny  urlop  –  przypomniał  spokojnie.  –  Zresztą,  kto  wie, 

może w ogóle przestanę pisać?

Był tak rozbawiony i zadowolony z siebie, że powinna być zła. Ale błysk w 

jego oku kusił...

– Ericu Devane, jeśli nie skończysz tej książki, to...
Zabawnie uniósł brwi.
– Widzę, że jednak myślisz o sławie i pieniądzach.
– Sława i pieniądze to wyłącznie twoja sprawa – najeżyła się.
– Nie tym razem, kochanie. Będziemy dzielić je ze sobą.
– Dopóki nie skończy się twój urlop i nie znudzę ci się?
– O, właśnie, w związku z tym mam następne pytanie.
Kelly zmęczonym ruchem ułożyła się obok niego.
–  Jak  na  faceta,  który  nie  spał  całą  noc,  jesteś  strasznie  gadatliwy  –

powiedziała z westchnieniem.

–  Ta  strzelanina  podziałała  na  mnie  ożywczo  –  wyznał,  mocniej 

przygarniając ją do siebie. – Notabene, co myślisz o hrabstwie Fairfield?

– Ładne miejsce – przyznała ziewając. – Tylko bardzo drogie.
– Przecież oboje pracujemy. Dałoby się to jakoś ułożyć. Ja miałbym godzinę 

drogi do Nowego Jorku, a ty tyle samo do swojej szkoły. Oczywiście musiałabyś 
się inaczej umawiać na prywatne lekcje...

Kelly otrzeźwiała nagle i czujnie uniosła głowę.
– O czym ty mówisz?
– O nas. O tobie i o mnie. Razem.
– W hrabstwie Fairfield?
–  Dobrze,  jeśli  nie  chcesz,  są  jeszcze  inne  ładne  miejsca  w  okolicy. 

Mógłbym dojeżdżać z Westchester, z Rockland, nawet z New Jersey.

– Eric?
– Hmm...
– Kocham cię.
– Wiem – przytaknął leniwie.
Tym razem usiadła wyprostowana i popatrzyła na niego szeroko rozwartymi 

oczami.

– Ty wiesz? Co to ma znaczyć? Kiedy mówię, że cię kocham, masz mi tylko 

tyle do powiedzenia?

background image

Eric wyciągnął rękę i z powrotem przygarnął Kelly ku sobie.
– Ja też cię kocham.
– No, to już lepiej – mruknęła.
– Świetnie, czy w takim razie możemy dalej planować naszą przyszłość?
– Nie wiedziałam, że tym się właśnie zajmujemy.
– Jasne. Teraz pogadajmy o ślubie.
Tempo, jakie narzucił, przyprawiło ją o zawrót głowy. W tym samym tempie 

narastała w niej fala szczęścia – cudownego szczęścia, jakiego nie doznała w życiu. 
Nie znaczyło to jednak, że podda się łatwo.

– O jakim ślubie? – zapytała niewinnie.
– Naszym.
– Hola, jeszcze mi się nie oświadczyłeś. A może czekasz, aż ja to zrobię?
– Nie, to męska sprawa – powiedział Eric i zanim zdążyła się zorientować, 

już klęczał przy kanapie.

– Kocham cię, Kelly. Czy wyjdziesz za mnie? – zapytał z namaszczeniem.
–  Ja  też  cię  kocham,  Ericu  –  szepnęła,  zsuwając  się  ku  niemu.  –  I  z 

największą przyjemnością wyjdę za ciebie.

– Cała przyjemność – poprawił ją – jest po mojej stronie.
Kelly zarzuciła u ramiona na szyję.
– Pozwól, że pokłócimy się o to później – powiedziała, zamykając mu usta 

pocałunkiem.