background image

LAURIEN BERENSON 

 
 
 

Przypadkowy pasażer 

 
 
 
 

The Sweetheart Deal 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Małgorzata Kołodzińska 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 
Benjamin West nacisnął przycisk oznaczony literą „L” i czekał cierpliwie, 

aż drzwi zamkną się i winda zacznie zjeżdżać na dół. W lustrze widział odbicie 
swojej twarzy, której wyraziste rysy wyglądały nieco wojowniczo. Schylił się i 
postawił  walizkę  na  podłodze,  po  czym  poprawił  wiśniowy  szalik  i  starannie 
wygładził poły granatowego płaszcza. 

Problemy  i  sposoby  ich  rozwiązania,  pomyślał  zirytowany,  gdy  drzwi 

windy  otworzyły  się  na  parterze.  Czasami  zbyt  wiele  było  tych  pierwszych  i 
zdecydowanie za mało tych drugich. 

W  dni  takie  jak  ten  zastanawiał  się,  dlaczego  w  ogóle  zajął  się  handlem 

nieruchomościami  i  budownictwem.  Ostatnie  przedsięwzięcie  Bena,  budowa 
Westcon  Tower,  była  już  opóźniona  o  kilka  tygodni,  a  w  dodatku  robotnicy 
grozili  strajkiem.  Umowa  dotycząca  pewnej  posiadłości  na  Lower  West  Side, 
która  jeszcze  tego  ranka  wydawała  się  całkiem  pewna,  wieczorem  stanęła  pod 
znakiem zapytania. Na dodatek szofer Bena zadzwonił z lotniska Kennedy’ego z 
informacją,  że  z  powodu  korków  na  autostradzie  będzie  do  dyspozycji  za  parę 
godzin. Wszystko po staremu w Nowym Jorku. 

Gdyby tego wieczora pojawiły się jeszcze jakieś kłopoty, powinien zająć 

się nimi Donald, asystent Bena. Benjamin West zostawił wprawdzie wiadomość, 
gdzie  można  go  znaleźć,  ale  Uczył  na  to,  że  nie  będzie  już  potrzebny  do 
jutrzejszego  ranka.  Po  takim  dniu  jak  dzisiaj  bardziej  niż  zwykle  potrzebował 
ciszy i spokoju, które zapewniał wiejski dom w Wilton. 

– Dobry wieczór, panie West. 
Ben skinął głową odźwiernemu i wyszedł na ulicę. Lodowaty wiatr szalał 

między  drapaczami  chmur.  Portier  rozglądał  się  w  poszukiwaniu  czarnej 
limuzyny  marki  Lincoln,  która  zazwyczaj  oczekiwała  przy  krawężniku.  Tym 
razem jednak jej nie było. Zastanawiał się, czy powinien wezwać taksówkę, ale 
z  tego,  co  słyszał,  szef  równie  chętnie  korzystał  z  metra,  jak  z  samochodu. 
Trudno  zgadnąć,  czego  taki  człowiek  sobie  życzy.  Z  jego  twarzy  nie  dało  się 
niczego  wyczytać.  Biurowa  plotka  głosiła,  że  West  zawierał  transakcje  na 
miliony  dolarów  z  taką  samą  nonszalancją,  z  jaką  inni  podejmowali  decyzje 
dotyczące  wyboru  posiłku.  Zimnokrwisty  gad  –  oto  czym  był.  Teraz  pewnie 
nawet nie marzł. 

Odźwierny obserwował, jak West skręca za róg i znika, po czym wycofał 

się do budynku. Gdyby West potrzebował jego pomocy, poprosiłby o nią. W tej 
sytuacji  lepiej  było  pozostawić  rzeczy  własnemu  biegowi.  Taki  człowiek  z 
pewnością nie będzie miał kłopotów ze złapaniem taksówki. 

 

* * * 

background image

 
Zobaczyła go w świetle latami, gdy stał machając ręką. Wydawało się jej, 

ż

e  oczy  mężczyzny  utkwione  są  w  niej,  chociaż  nie  było  możliwe,  aby  mógł 

dostrzec cokolwiek w ciemnym wnętrzu taksówki. 

Dzisiejszej nocy było mało pracy. Od kilku minut Kate zastanawiała się, 

czy nie zostawić taksówki w garażu i nie pójść do domu, żeby chociaż trochę się 
przespać.  Praca  na  dwie  zmiany  –  i  to  już  od  stycznia  –  zaczynała  się  na  niej 
mścić.  Osiem  godzin  w  butiku  na  Upper  East  Side,  potem  następne  osiem  w 
taksówce...  Było  to  mordercze  tempo,  ale  gdyby  udało  jej  się  wytrzymać  do 
września, mogłaby zapłacić za trzeci rok studiów prawniczych na uniwersytecie 
w  Nowym  Jorku.  Jakoś  sobie  poradzi.  Zawsze  tak  było.  Warto  dążyć  do 
obranego  celu.  Nie  miała  wątpliwości,  o  co  chodzi  temu  mężczyźnie.  Był 
zdecydowany  złapać  taksówkę.  Trudno.  Ostatni  kurs  i  wreszcie  znajdzie  się  w 
domu. 

–  Dokąd  pan  chce  jechać?  –  zapytała.  Wzdrygnęła  się,  gdy  do  środka 

wdarł się podmuch zimnego powietrza. Automatycznie zerknęła w lusterko, aby 
przyjrzeć  się pasażerowi.  Kobieta prowadząca taksówkę  nocą w  Nowym  Jorku 
musi być ostrożna. Mężczyzna nie wyglądał niebezpiecznie. Zmierzwione przez 
wiatr  ciemne  włosy  były  starannie  przystrzyżone  i  świeżo  umyte.  Elegancki 
płaszcz uszyto z czystej wełny. Oprawiona w skórę aktówka, którą położył obok 
siebie,  wyglądała  na  kosztowną.  Widniały  na  niej  inicjały  BDW.  Pasażer 
wydawał  się  zamożnym  mężczyzną,  który  kwotę  równą  jej  zarobkom 
przeznaczał zapewne na napiwki. 

Znowu zerknęła na jego twarz. Rysy jakby znajome: mocna szczęka, nos 

o  szlachetnym  kształcie,  brązowe  oczy  okolone  długimi  rzęsami  i  gęste  brwi. 
Nagle uświadomiła sobie, skąd go zna. Jej spojrzenie powróciło do inicjałów na 
walizce.  To  był  on.  Na  ułamek  sekundy  oczy  Kate  rozszerzyły  się,  by  za 
moment przybrać swój zwykły wyraz. Obserwującemu ją Benowi spodobało się 
to.  Zazwyczaj  kobiety  reagowały  bardziej  emocjonalnie.  Niektóre  uśmiechały 
się  prowokująco  i  przysuwały  bliżej.  Inne  natychmiast  chciały  rozmawiać  o 
interesach.  Odkąd  „Cosmopolitan”  przyznał  mu  tytuł  Mężczyzny  Miesiąca,  a 
„Business Week” zamieścił jego zdjęcie na okładce, praktycznie nie miał chwili 
spokoju.  Tego  rodzaju  sława była  wątpliwym  zaszczytem,  bez  którego  mógłby 
się  znakomicie  obejść.  Zachowanie  kobiety  prowadzącej  taksówkę  było 
przyjemną  odmianą.  Nazywała  się  Kate  Hallaby,  jak  odczytał  z  licencji 
przyczepionej do tablicy rozdzielczej. 

–  Dokąd  pan  chce  jechać?  –  zapytała  ponownie.  Nie  odwróciła  się,  lecz 

ich spojrzenia zetknęły się w lusterku. Zwrócił uwagę na intensywnie niebieski 
kolor jej, oczu. Były duże i błyszczące. Patrzyła na niego wyjątkowo chłodno. 

Uznał,  że  dziewczyna  ma  ładną  twarz,  ale  jej  uroda  nie  rzucała  się  w 

oczy. Na ulicy pewnie by jej nie zauważył. Piegi na nosie i pełne usta sprawiały, 

background image

ż

e wyglądała bardzo młodo. 

Oderwał wzrok od lusterka i zaczął się jej przyglądać. 
Zauważył,  że  prawie  wszystkie  włosy  ukryła  pod  wytartą  baseballową 

czapeczką.  Kosmyki,  które  wymykały  się  spod  nakrycia  głowy,  miały  piękny 
kasztanowy odcień. Jeżeli dziewczyna umie prowadzić samochód równie dobrze 
jak wygląda, wkrótce powinien znaleźć się w domu. 

– Czy kurs poza miasto również wchodzi w grę? – zapytał. 
Nadzieja na miękkie łóżko i kubek gorącego kakao rozwiała się. Kate nie 

mogła odmówić. Przed siedzeniem dla pasażera widniała tabliczka informująca 
go o zakresie usług. 

– Tak, oczywiście – odpowiedziała niechętnie. – Licznik będzie włączony 

przez cały czas, a pod koniec kursu wezmę podwójną opłatę. Płaci pan także za 
wjazd na autostrady. 

–  Doskonale  –  skinął  głową  Ben.  –  Proszę  mnie  zawieźć  do  Wilton  w 

Connecticut. Wie pani, gdzie to jest? 

Kate  miała  zamiar  się  odwrócić,  by  spojrzeć  na  mężczyznę,  ale  się 

rozmyśliła. Wilton w Connecticut? Nawet o tej porze, późnym wieczorem, jazda 
zajmie co najmniej trzy godziny. Ale on oczywiście nawet nie zapytał, czy jej to 
odpowiada. Najwyraźniej w jego mniemaniu nie miała więcej praw niż wszyscy 
ci, których opłacał, żeby prześcigali się w dogadzaniu mu. 

– Oczywiście, proszę pana – warknęła i ujrzała, jak mężczyzna z irytacją 

unosi brwi. Uruchomiła silnik i zerknęła do tyłu, aby sprawdzić, czy droga jest 
wolna, po czym zjechała na ulicę. 

Dlaczego trafił mi się właśnie on? – złościła się w duchu, jadąc na północ 

w kierunku Madison Avenue. I dlaczego musi jechać aż do Connecticut? Nigdy 
by  się  nie  domyślił,  jak  bardzo  kusiło  ją,  żeby  zostawić  go  na  środku  ulicy  i 
zaproponować,  aby  poszedł  na  piechotę.  Jednak  gdyby  odważyła  się  na  coś 
podobnego,  jej  szef  Arnie  –  właściciel  niewielkiego  przedsiębiorstwa 
taksówkowego  –  udusiłby  ją  własnymi  rękami.  Już  jakiś  czas  temu  ostrzegł  ją 
przed nieodpowiednim zachowaniem. 

Kate  przyśpieszyła,  aby  przejechać  skrzyżowanie  na  żółtym  świetle  i 

skręciła  raptownie,  unikając  zderzenia  z  nieprawidłowo  skręcającą  taksówką. 
Zaklęła  dosadnie.  Słowa,  które  dobiegły  z  tylnego  siedzenia,  podczas  gdy 
samochód  zarzucił  gwałtownie,  były  równie  niecenzuralne.  Uśmiechnęła  się 
nieznacznie,  a  kiedy  zerknęła  w  lusterko,  ujrzała,  że  West  pochyla  się  nad 
otwartą teczką i usiłuje pracować. 

„Pracoholik” – tak pisano o nim w gazetach. Brukowa prasa napomykała 

również  o  bardziej  interesujących  faktach  z  jego  życia.  Jedno  było  pewne  – 
czego  by  się  Benjamin  West  nie  tknął,  zawsze  mu  się  udawało.  Zawarł  kilka 
największych  transakcji  w  historii  Nowego  Jorku  i  jego  podobizna 
błyskawicznie  znalazła  się  na  wszystkich  niemal  okładkach  pism  ukazujących 

background image

się  w  mieście.  Ten  człowiek  miał  olbrzymią  władzę,  zbyt  dużą  jak  na  jedną 
osobę. 

Kate 

przyśpieszyła 

samochód 

podskoczył 

na 

zakręcie. 

Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy wyjechali na autostradę. 

Samochód  zwolnił  i  Ben  ujrzał,  że  zbliżają  się  do  wjazdu  na  most 

Triborough. Kate bez słowa wyciągnęła rękę po pieniądze. 

–  No  cóż  –  Ben  nie  mógł  odmówić  sobie  zgryźliwej  uwagi.  –  Gdyby 

dojechała  pani  aż  do  mostu  Willis  Avenue,  moglibyśmy  zaoszczędzić  te 
pieniądze. 

–  Ma  pan  rację  –  zgodziła  się  Kate.  Wzięła  od  niego  monety,  po  czym 

nacisnęła pedał gazu. – Jestem jednak pewna, że może pan pozwolić sobie na tę 
stratę. 

Coś  podobnego,  pomyślał  Ben.  Nie  był  przyzwyczajony  do  tego,  żeby 

ktokolwiek  zwracał  się do niego  w tak  mało  uprzejmy  sposób,  a  już na pewno 
nie kobieta prowadząca taksówkę, która mogła wiedzieć o nim tylko to, o czym 
pisała prasa. 

– Proszę posłuchać. – Ben odsunął do końca dzielącą ich szybę i nachylił 

się ku dziewczynie. – Za kogo pani się uważa? Ma pani czelność mówić mi, jak 
mam wydawać swoje pieniądze? 

– To pan postanowił jechać z Nowego Jorku do Connecticut taksówką – 

zauważyła Kate. – To pana zachcianka, a nie moja. A poza tym... – zerknęła na 
niego  kątem  oka  –  jeżeli  może  pan  pozwolić  sobie  na  mieszkanie  w  Westcon, 
rozrzutność musi być pana dominującą cechą. 

Ben  sapnął  ze  złości.  Celowo  go  prowokowała.  Najważniejsi  ludzie  w 

mieście  począwszy  od  polityków,  a  skończywszy  na  przewodniczących 
zarządów  największych  firm,  obawiali  się  jego  gniewu,  ale  ją  to  zupełnie  nie 
obchodziło.  Kate  Hallaby  miała  zimną  krew.  Ponadto  fakt,  że  aby  z  nią 
rozmawiać,  musiał  siedzieć  na  brzegu  fotela,  jak  uczeń  w  gabinecie  dyrektora, 
nie wpływał korzystnie na jego samopoczucie. 

–  Jest  ogromna  różnica  między  wydawaniem  dużej  ilości  pieniędzy,  aby 

mieć pewność, że coś zostało dobrze zrobione, a rozrzutnością – burknął. 

– Z pewnością – łagodnie zgodziła się Kate. 
Zaczął  padać  gęsty,  mokry  śnieg.  Kate  włączyła  wycieraczki  i 

skoncentrowała  się  na  prowadzeniu  auta.  Ujmując  mocniej  kierownicę, 
zastanawiała się, czy czasem nie była zbyt nieuprzejma dla Westa. W końcu on 
osobiście nic jej nie zawinił i w gruncie rzeczy nic ją nie obchodził. Chodziło o 
to, co sobą uosabiał. Szczerze nie znosiła ludzi ze szczytów drabiny społecznej, 
którzy posiadali władzę, pozwalającą im podporządkowywać sobie innych. Nie 
zastanawiali się nawet, jak ich decyzje wpłyną na życie jednostek. Spotykała już 
tego  rodzaju  osobistości  –  oczywiście  mniej  wpływowe  –  kiedy  pięć  lat  temu, 
ś

wieżo  po  maturze,  zaczęła  pracować  w  biurze  porad  prawnych  w  dzielnicy 

background image

Bronx. 

Kate przekonała się, jak dalece ludzie z niższych klas zależą od bogatych. 

Ludzie  ci  byli  zbyt  biedni  lub  niewykształceni,  żeby  się  przeciwstawić. 
Potrzebowali  kogoś,  kto  będzie  wierzył  w  ich  racje:  kogoś,  kto  będzie  za  nich 
walczył. 

To  pierwsze  zadanie  było  łatwe,  drugie  wymagało  przygotowania.  Kate 

zaczęła  studiować  prawo,  żeby  dowiedzieć  się,  jak  bronić  pokrzywdzonych. 
Zdobywanie wiedzy nie było łatwe. Cztery długie lata godzenia zajęć na uczelni 
z  jedną  i  drugą  pracą,  oszczędzania  na  posiłkach  i  dzielenia  mieszkania  z 
przyjaciółką,  żeby  mniej  wydawać  na  komorne.  A  i  to  okazało  się  za  mało. 
Gdyby  wystarczyło  jej  pieniędzy,  zrobiłaby  dyplom  w  czerwcu.  W  tej  sytuacji 
postanowiła  spróbować  w  styczniu.  Jednak  w  takie  dni  jak  dzisiaj  zaczynała 
wątpić, czy dopnie celu. 

– Nie lubi mnie pani, prawda? 
Niespodziewane  pytanie  przerwało  jej  rozmyślania.  Kate  odwróciła  się  i 

ujrzała,  że  West  wciąż  pochyla  się  w  jej  kierunku.  Przyglądał  się  jej  bardzo 
uważnie. 

–  Nie  znam  pana,  panie  West.  Nie  potrafię  powiedzieć,  czy  pana  lubię, 

czy nie. 

– Zna pani moje nazwisko, chociaż się nie przedstawiłem. Domyślam się, 

ż

e musi pani wiedzieć o mnie także inne rzeczy. 

Kate wzruszyła ramionami. Doskonale rozumiała, co miał na myśli. 
–  Przypuszczam,  że  czytała  pani  o  sprawie  rozwodowej,  w  którą  byłem 

zamieszany.  „National  Investigator”  rozpisywał  się  o  tym  z  ogromną 
przyjemnością. 

Kate nie odwróciła się, ale słuchała uważnie. 
–  Niestety  –  ciągnął  Ben  –  ten  brukowiec  zapomniał  dodać,  że 

utrzymywałem  kontakty  nie  z  żoną,  lecz  z  mężem,  i  w  dodatku  czysto 
zawodowe. Ta kobieta uznała, że praca męża odciąga go od niej i podała moje 
nazwisko,  żeby  wzbudzić  sensację.  Udało  się  jej  i  została  gwiazdą  jednego 
wieczoru. Brukowa prasa tak całą historię opisała, jak byśmy mieli romans. 

Kto w Nowym Jorku nie słyszał o tej sprawie? Plotkarze uwielbiali takie 

sensacyjne  opowieści,  błyskawicznie  puszczali  je  w  obieg,  dodając  od  siebie 
kilka pikantnych szczegółów. 

–  Ciekawe,  dlaczego  pan  uważa,  że  powinnam  znać  tę  historię?  – 

odezwała  się  Kate  lekceważąco.  –  Czy  dlatego,  że  prowadzę  taksówkę?  Panie 
West, sądzi pan, że moje lektury ograniczają się do wątpliwej jakości pisemek? 

–  Oczywiście,  że  nie  –  szybko  odpowiedział  Ben.  Po  raz  kolejny 

przyparła go do muru i wcale mu się to nie podobało. – Myślałem tylko, że... 

– Wiem – przerwała mu Kate. – Sądzi pan, że taka mała, głupia kobietka 

jak  ja  nie  byłaby  w  stanie  zrozumieć  nawet  jednego  słowa  z  „Wall  Street 

background image

Journal”. 

– Wcale nie to miałem na  myśli. Do diabła, pani wmawia  mi coś, czego 

nie powiedziałem! 

– Doprawdy, Panie West? 
Nagłe  szarpnięcie  przykuło  uwagę  Kate.  Samochód  wjechał  na  lód  i 

wpadł  w  poślizg.  Oderwała  nogę  od  pedału  gazu  i  skręciła.  W  ciągu  kilku 
sekund znaleźli się z powrotem na autostradzie, ale serce Kate biło jak oszalałe. 

Ben westchnął, wpatrzony w słup, na którym omal nie wylądowali. 
– Byliśmy blisko – stwierdził. 
–  Zbyt  blisko  –  mruknęła  Kate.  Nie  pokonali  nawet  połowy  drogi,  a 

warunki pogarszały się z minuty na minutę. Zwolniła i wlekli się teraz – według 
nowojorskich  norm  –  jak  zmęczony  żółw.  Będzie  dobrze,  jeżeli  dojadą  do 
Wilton około północy. 

– Utkniemy w tym śniegu – powiedział Ben, obserwując jej rozpaczliwe 

wysiłki. – Nie ma pani jakiegoś urządzenia do usuwania śniegu? 

– Niestety, nie. – Kate nie odrywała spojrzenia od drogi. 
–  Arnie  nie  ma  zbyt  dużo  pieniędzy,  a  poza  tym  uważa,  że  w  Nowym 

Jorku śnieg nie pada. Nie ma prawa. 

–  Jeżeli  pani  tego  nie  zauważyła,  to  przypomnę,  że  nie  jesteśmy  już  w 

Nowym Jorku. 

Kate rzuciła mu urażone spojrzenie. Jej oczy mówiły wyraźnie: A czyja to 

wina? 

– W porządku, ma pani rację. Jazda taksówką do Connecticut akurat teraz 

nie była moim najlepszym pomysłem. 

Jeśli miały to być przeprosiny, to były mało przekonujące i zdecydowanie 

spóźnione.  Gdyby  West  wpadł  na  ten  pomysł  godzinę  temu,  leżałaby  teraz  w 
ciepłym łóżku, zamiast walczyć ze śnieżycą. 

–  Nie  zainteresował  się  pan  prognozą  pogody?  –  zapytała  ostro.  – 

Wiedziałby pan, że bezpieczniej byłoby jechać pociągiem. 

– A kto ma na to czas? – westchnął Ben, po czym spojrzał na nią uważnie. 

–  A  pani?  Siedząc  cały  dzień  w  tej  taksówce,  musiała  pani  coś  słyszeć  o 
zbliżającej się śnieżycy. 

– Pewnie bym słyszała – zgodziła się Kate – gdybym spędziła w taksówce 

cały dzień. Zaczynam pracę dopiero o szóstej. 

–  O  szóstej?  –  Ben  zesztywniał.  –  Niech  pani  mi  nie  mówi,  że  jest  pani 

jedną  z  tych  ambitnych  aktoreczek,  które  spędzają  całe  dnie  chodząc  na 
niezliczone zdjęcia próbne, po których zawsze odpadają? 

–  Niezupełnie  –  odparła  sucho  Kate.  –  Ale  domyślam  się,  dlaczego  pan 

tak uważa. Pan chyba sądzi, że kobieta stanowi tylko element dekoracyjny? 

– Nigdy nie wygłaszałem podobnych opinii! 
– Nie musiał pan. Pana postępowanie mówi samo za siebie. Nie czytałam 

background image

„National  Investigator”,  panie  West,  ale  zwykle  przeglądam  „Daily  News”,  w 
którym ukazał się artykuł Liz Smith o panu. 

–  Dobry  Boże!  –  Ben  ciężko  opadł  na  siedzenie.  Niespodziewanie  zdał 

sobie sprawę, że ich słowny pojedynek wydaje mu się interesujący. Dawno już 
nie  rozmawiał  z  równie  wygadaną  kobietą.  Oczywiście,  było  jeszcze  kilka 
rzeczy, których powinna się nauczyć. 

–  Nikt  pani  do  tej  pory  nie  informował,  że  kiedy  rozpoczyna  się  z  kimś 

walkę, obowiązuje zasada nazywania przeciwnika po imieniu? 

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
– A więc my walczymy, Ben? 
Spodobała mu się łatwość, z jaką zaczęła mówić mu po imieniu, i sposób, 

w jaki to imię wymówiła – zwięźle i pewnie. Jeszcze bardziej spodobał mu się 
jej uśmiech. 

–  Tak  mi  się  wydaje  –  odparł.  Ku  własnemu  zdumieniu,  wcale  nie  był 

tego pewien. Kiedy przyglądał się Kate, która przygryzając dolną wargę skupiła 
się na prowadzeniu, przyczyna niepewności wydała mu się nagle jasna. 

– Albo walczymy, albo flirtujemy. 
– Flirtujemy? – roześmiała się szczerze Kate. – Nie ma mowy! 
–  No,  no,  no.  –  Ben  usadowił  się  wygodnie  i  wziął  głęboki  oddech, 

zamierzając zadać celny cios. – Dobry gracz nie powinien oszukiwać. 

Kate  zesztywniała.  Już  po  raz  drugi  ją  zaskoczył.  Nie  miała  ochoty  na 

zawieranie  bliższej  znajomości  z  Benjaminem  Western,  ale  też  nie  chciała  być 
niegrzeczna. 

–  Przepraszam,  jeżeli  cię  uraziłam.  Jestem  pewna,  że  miliony  kobiet 

chciałyby z tobą flirtować. Kłopot w tym, że ja nie jestem jedną z nich. 

– To niedobrze. 
Kate  westchnęła  cicho.  W  cokolwiek  by  nie  grał,  nie  zamierzała 

podejmować tej gry.  Doskonale potrafił manipulować ludźmi.  Na tym przecież 
między  innymi  polegał  jego  zawód.  Nie  oznaczało  to  jednak,  że  ona  zatańczy 
jak on jej zagra. 

–  Muszę  zatankować  –  zmieniła  temat.  –  Będziemy  musieli  zjechać. 

Postaram się znaleźć czynną stację. 

–  Jasne  –  zgodził  się  Ben.  –  Wszystko,  co  zechcesz.  Dotarli  do 

samoobsługowej stacji. Kate wyskoczyła z samochodu i napełniła bak, po czym 
wysunęła rękę po pieniądze. 

– Kiedy ostatnio coś jadłaś? – zapytał Ben, gdy wróciła do auta. 
–  Jakiś  czas  temu  –  odpowiedziała  sucho  Kate.  Nie  widziała  potrzeby 

wyjaśniania  mu,  na  ilu  posiłkach  dzisiaj  zaoszczędziła.  –  Chyba  nie  chcesz, 
ż

ebyśmy się teraz zatrzymali? 

–  Jasne,  że  nie.  Ale  pomyślałem,  że  zanim  ruszymy,  moglibyśmy  kupić 

kilka pączków. Ja stawiam. 

background image

– Ostatni z wielkich rozrzutników – skomentowała Kate i była przyjemnie 

zaskoczona, widząc uśmiech na twarzy Bena Westa. 

– Ejże. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Jeżeli nie masz ochoty na 

ciepły, pyszny pączek, to już nie moja sprawa. 

–  W  porządku  –  roześmiała  się  Kate.  –  Skoro  tak  uprzejmie  zapraszasz. 

Proszę o jeden ciepły, pyszny pączek. 

Czekała  w  samochodzie,  podczas  gdy  Ben  poszedł  po  zakupy.  Gdy 

wrócił, wydawało się jej zupełnie naturalne, że usiadł na miejscu obok kierowcy 
zamiast z tyłu. Tak samo, jak naturalny był śmiech z faktu, że ich ręce zderzyły 
się, kiedy równocześnie sięgnęli po pączki. 

– Panie mają pierwszeństwo – nalegał Ben. 
– Nie, ty pierwszy. Wyjadę na autostradę i dopiero potem zjem. 
Gdy  znaleźli  się  już  na  drodze,  szybko  uporała  się  z  dwoma  pączkami, 

popijając je wodą mineralną. 

–  Podobają  mi  się  damy,  które  wiedzą,  jak  należy  jeść  –  zauważył  Ben, 

gdy Kate oblizywała palce z okruszków. 

–  A  mnie  podobają  się  mężczyźni,  którzy  nazywają  mnie  damą.  –  Kate 

chciała, aby zabrzmiało to żartobliwie, ale wyszło wręcz odwrotnie. 

Czuła,  że  patrzy  na  nią,  i  odwróciła  głowę,  by  odwzajemnić  jego 

spojrzenie. Wyraz twarzy Bena złagodniał, ostre linie zmiękły. Zniknął magnat 
–  pozostał  zwykły  mężczyzna.  Zaczęła  się  zastanawiać,  co  jeszcze  może  się 
zdarzyć. Przez krótką chwilę nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Gdyby  to  zrobiła,  być  może  zauważyłaby  lód.  Nie  mieli  żadnych  szans, 

gdy opony zaczęły się ślizgać i samochód stoczył się z drogi. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 
– Zobacz, co zrobiłeś! 
– Ja? – ryknął Ben. Wyjrzał przez okno i stwierdził, że tkwią w zaspie. – 

To ty wpakowałaś nas w ten rów. 

– Nigdzie nas nie wpakowałam. – Kate szybko wyłączyła silnik. – Wierz 

mi, zawinił samochód. 

– Zwalanie na samochód nic nie da. – Ben klął głośno, próbując otworzyć 

drzwi. 

–  To  wszystko  przez  nagłą  utratę  rozumu  –  mruknęła  do  siebie  Kate, 

przypominając sobie przeciągłe spojrzenie  sprzed kilku  minut. Patrząc teraz  na 
zaczerwienioną,  rozzłoszczoną  twarz  Bena,  nie  dostrzegła  na  niej  żadnych 
ś

ladów poprzedniej łagodności. Zresztą może jej się wtedy tylko wydawało? 

–  Zamierzam  się  wydostać  i  sprawdzić,  czy  wszystko  jest  tak  źle,  jak 

wygląda – burknął Ben. 

–  Nie  bądź  śmieszny.  –  Kate  zerknęła  na  jego  buty  z  drogiej,  miękkiej 

skóry.  Z  pewnością  nadawały  się  wyłącznie  do  chodzenia  po  dywanach.  – 
Zniszczysz sobie buty, a poza tym to ja jestem kierowcą i ja nas stąd wyciągnę. 

Wiedząc,  że  będzie  próbował  protestować,  Kate  otworzyła  drzwi  i 

pośpiesznie  wygramoliła  się  z  samochodu.  Było  gorzej,  niż  się  spodziewała. 
Obydwa  prawe  koła  zagrzebane  były  w  śniegu.  Nawet  gdyby  posiadali 
odpowiednie narzędzia – a przecież ich nie mieli – nie było żadnej gwarancji, że 
zdarte opony będą nadawać się do dalszej jazdy. 

Przedzierając  się  przez  zaspę,  Kate  dotarła  do  tylnej  części  samochodu  i 

oparła  się  o  karoserię.  Wóz  nawet  nie  drgnął.  Bez  wątpienia  znaleźli  się  w 
pułapce. 

Rozejrzała  się  po  okolicy.  Po  obu  stronach  szosy  rozciągał  się  las. 

Wcześniej mijali jakieś domy, tutaj jednak było pustkowie. 

– No i jak? – spytał Ben. 
–  Kiepsko.  Nawet  nie  próbuj  wychodzić.  Dzisiaj  już  nigdzie  nie 

pojedziemy. 

– Jesteś pewna? 
– Jak najbardziej. – Kate podeszła i wyjęła kluczyki ze stacyjki. – Opony 

są  zniszczone,  a samochód zarył  się głęboko  w  śniegu. Jedyne  narzędzia,  jakie 
posiadamy,  to  nasze  własne  ręce,  więc  odkopanie  samochodu  może  nam  zająć 
kilkanaście  godzin.  Najlepiej  będzie,  jeżeli  poczekamy  na  pług  śnieżny,  który 
przyjedzie jutro rano. 

–  Rozumiem  –  skrzywił  się  Ben.  Przekreślało  to  całkowicie  szanse  na 

spokojną  noc,  którą  zamierzał  spędzić  w  swoim  wiejskim  domu.  Zobaczył,  że 
Kate odchodzi. – Gdzie idziesz? 

background image

–  Chcę  sprawdzić,  czy  gaźnik  nie  jest  zapchany  –  wyjaśniła  Kate 

przyklęknąwszy  za  samochodem.  –  Będziemy  musieli  włączyć  silnik,  żeby  nie 
zamarznąć. 

–  A  co  z  bagażnikiem?  Może  znajdziesz  tam  coś,  co  mogłoby  się  nam 

przydać? 

– Właśnie zamierzałam sprawdzić. 
Ben  zatęsknił  do  swojej  smukłej  czarnej  limuzyny,  luksusowo 

wyposażonej,  począwszy  od  maleńkiej,  dobrze  zaopatrzonej  lodówki,  a 
skończywszy na odbiorniku telewizyjnym. Rozejrzał się po wnętrzu taksówki i 
potrząsnął głową z niesmakiem. 

– Hej! – krzyknęła Kate. Z jej głosu biło zadowolenie. Zatrzasnęła klapę 

od bagażnika i wśliznęła się do samochodu. – Znalazłam koc. 

Ben  przyjrzał  się  zniszczonej,  poplamionej  tkaninie,  którą  trzymała  w 

rękach. Wyglądało na to, że mole odwaliły kawał solidnej roboty. 

– I to wszystko? – zapytał. 
Uśmiech  zniknął  z  twarzy  Kate.  Radość  ustąpiła  miejsca  irytacji.  Wizja 

nocy spędzonej w środku szalejącej śnieżycy była dla niej równie nieprzyjemna 
jak dla niego, ale przynajmniej starała się robić dobrą minę do złej gry. 

–  Szczerze  mówiąc  –  burknęła  –  była  tam  jeszcze  opona  i  jakieś 

przewody, ale pomyślałam, że to cię raczej nie zainteresuje. 

Ben  przestał  się  złościć.  Przecież  w  końcu  to  nie  jej  wina,  że  byli 

uwięzieni w zaspie. Cóż, przynajmniej nie tylko jej wina. 

– Masz rację – przyznał, starając się, aby jego głos brzmiał uprzejmie. – 

Koc rzeczywiście bardzo się przyda. 

Kate spojrzała na niego z niesmakiem. 
– I to jeszcze jak, mądralo! Jeżeli jeszcze nie przyszło ci to do głowy, to 

wiedz,  że  nad  ranem  będzie  cholernie  zimno.  Gdyby  jednak  się  okazało,  że 
jesteś zbyt wybredny, aby skorzystać ze starego, wojskowego koca, to już twoja 
sprawa. Na pewno nie moja. 

Zdecydowanym ruchem owinęła się szczelnie kocem. 
–  Już  mi  lepiej  –  oznajmiła.  –  Cieplutko  i  przyjemnie.  Ben  obserwował, 

jak  Kate  stara  się  sprawiać  wrażenie  beztroskiej  i  zadowolonej,  ale  zachował 
uśmiech  dla  siebie.  Ta  dama  nie  pozwalała  z  siebie  kpić  –  nawet  jemu.  Z 
jakiegoś powodu bardzo mu się to podobało. 

–  Cóż  –  spytał  –  podzielimy  ostatniego  pączka,  czy  będziemy  rzucać 

monetą? 

Głód  dawał  się  Kate  we  znaki.  Pączki,  które  zjadła  wcześniej,  tylko 

zaostrzyły jej apetyt, a teraz żołądek gwałtownie domagał się jedzenia. 

– Dżentelmen zaofiarowałby mi całego pączka – spróbowała. 
Ben parsknął krótkim, urywanym śmiechem. 
– Dobrze się dla mnie składa, że nie zaliczam się do tej kategorii. Oboje 

background image

tu utkwiliśmy, kochanie, i każde z nas dba o własny interes. 

–  Doprawdy?  –  Kate  uniosła  brwi.  –  A  myślałam,  że  zasada  „najpierw 

kobiety i dzieci” bardziej pasuje do sytuacji. 

Ben pogrzebał w kieszeni i wyciągnął dziesięć centów. 
– Orzeł czy reszka? – zapytał podrzucając monetę w górę. – Ty pierwsza. 
Kate śledziła, jak Ben łapie monetę i kładzie ją na grzbiecie drugiej dłoni. 
– Reszka – powiedziała w końcu i uśmiechnęła się z zadowoleniem, kiedy 

Ben odsłonił monetę i okazało się, że wygrała. 

Wzięła  torebkę,  wyciągnęła  ostatniego  pączka  i  trzymała  go  przed  sobą, 

wpatrując się w niego z zachwytem niczym kolekcjoner studiujący rzadki okaz 
ze swoich zbiorów. 

–  Pewnie  nie  zgodzisz  się  na  jeszcze  dwa  rzuty?  Wygrywa  ten,  kto  trafi 

dwa razy na trzy. 

– Nie ma mowy. 
– A co powiesz o jeszcze jednym rzucie? Wszystko albo nic. 
– Wybacz, wielki rozrzutniku. – Kate zerknęła na jego puste dłonie. – Ale 

z tego miejsca nie widzę, żebyś miał coś do zaoferowania. 

– Cóż, na twoim miejscu nie byłbym taki pewien. – Ben ponownie sięgnął 

do kieszeni płaszcza. – Mogę nie mieć pączków, ale mam za to coś innego. 

Kate zastanawiała się, czy nie powinna czuć się urażona, ale tak naprawdę 

była rozbawiona. 

Przygwoździła go uważnym, ciężkim spojrzeniem. 
– Próbuje mnie pan przekupić, sir? 
– Może. – Ben niedbale otworzył portfel. 
Chociaż Kate postanowiła nie dać znać po sobie, jakie wrażenie zrobiła na 

niej  zawartość  portfela,  jej  oczy  rozszerzyły  się.  Od  początku  zamierzała 
podzielić się z nim pączkiem. Była pewna, że gdyby on wygrał, zachowałby się 
tak  samo.  Ale  teraz,  widząc  jak  Ben  niedbale  przerzuca  banknoty,  poczuła 
dziwny  ucisk  w  żołądku.  Ten  człowiek  miał  przy  sobie  wystarczająco  dużo 
pieniędzy, żeby opłacić cały semestr na uniwersytecie – pieniędzy, na które ona 
musiała zarabiać pracując dzień i noc i oszczędzając, ile się da. Chyba nie mówił 
serio? 

Do diabła z jej skrupułami! I tak nigdy się nie dowie. 
– Odłóż portfel – rzuciła przez zęby. 
– Go? – Ben ujrzał gniew w jej oczach. 
– Powiedziałam, odłóż go. Tu ci nie będą potrzebne pieniądze. Rozerwała 

pączek na dwie części. – Masz, weź. 

–  Nie.  Ty  wygrałaś.  Należy  do  ciebie,  chyba  że  wypracujemy  jakiś 

rozsądny kompromis. 

– Na litość boską! – Kate wepchnęła mu połówkę pączka w rękę. – Weź 

to, dobrze? 

background image

Ben przyjął pączka i jadł go powoli, wciąż patrząc na Kate. 
–  Wiem,  że  spędzanie  nocy  w  taki  sposób  nie  należy  do  przyjemności – 

powiedział,  gdy  oboje  skończyli  jeść.  –  Ale  może  mogłabyś  mi  wyjaśnić, 
dlaczego jesteś taka wściekła? 

– Nie wiem, o czym mówisz. 
– Jasne. Minutę wcześniej, omal mnie nie uderzyłaś. Gdybym nie przyjął 

tego pączka, pewnie wepchnęłabyś mi go do gardła. 

– Nie bądź śmieszny. Nigdy bym tego nie zrobiła. Ben był zaniepokojony 

łatwością, z jaką mu umykała. 

Przywykł  do  obcowania  z  ludźmi,  którzy  liczyli  się  z  jego  pozycją  i 

możliwościami, reagując na nie szacunkiem lub strachem. Dlaczego z tą – jego 
spojrzenie zlustrowało postać w dżinsach – z tą kobietą nie dawał sobie rady? 

– Słuchaj – ciągnął z irytacją. – Jestem równie zdenerwowany tą sytuacją 

jak ty. Ale wygląda na to, że będziemy musieli spędzić razem jeszcze jakiś czas. 
Moglibyśmy przynajmniej zachowywać się wobec siebie w uprzejmy sposób. 

–  Ja  zachowuję  się  bardzo  uprzejmie  –  warknęła  Kate.  Wiedziała,  że 

ulega  emocjom,  a  to  jeszcze  bardziej  ją  rozwścieczało.  –  I  będę  się  tak 
zachowywać, dopóki będziesz trzymał portfel w ukryciu. 

–  A  więc  to  o  to  chodzi.  –  Ben  odprężył  się.  –  Powiedz,  czy  chodzi 

konkretnie o moją skromną osobę, czy to ogólne uprzedzenie do każdego, komu 
przydarzy się mieć trochę pieniędzy? 

– Nie umiałabym nawet powiedzieć, ile to jest „trochę pieniędzy”. 
– Pierwszy milion przychodzi ciężko – wzruszył ramionami Ben. – Potem 

już wszystko jest łatwiejsze. 

Kate przyglądała mu się z niedowierzaniem. 
–  Widzisz?  Na  tym  właśnie  polega  cały  problem.  Masz  tak  dużo 

pieniędzy, że straciłeś kontakt z życiem, ze zwykłymi ludźmi. Pierwszy  milion 
przychodzi ciężko – powtórzyła i potrząsnęła głową. – Dosyć tego! 

– Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić. 
Ku  zdumieniu  Kate,  przeprosiny  brzmiały  szczerze.  Przecież  w  końcu 

powiedziała mu tylko prawdę. Czemu więc nagle poczuła się tak głupio? Miała 
rację czy nie? 

–  Nie  mówmy  już  o  tym.  –  Kate  otuliła  się  szczelniej  kocem.  Nie  była 

pewna,  czy  po  to,  aby  się  ogrzać,  czy  też  osłonić  przed  nim.  –  Chyba  jestem 
trochę zbyt drażliwa na tym punkcie. 

– Dlaczego? 
–  Jak  na  człowieka,  który  płaci  innym,  żeby  myśleli  za  niego,  zadajesz 

mnóstwo pytań. 

–  Czemu  nie?  –  odparł  Ben.  –  Mamy  mnóstwo  czasu  i  nic  do  roboty. 

Chyba  że  –  dodał,  przyglądając  się  parze  wydobywającej  się  z  jego  ust  przy 
każdym  słowie  –  chyba  że  chcesz  zająć  się  liczeniem  baranów,  zanim  całkiem 

background image

zamarzniemy. 

–  Jest  coraz  zimniej,  prawda?  –  Sięgnęła  do  kieszeni  dżinsów,  wyjęła 

kluczyki i włożyła je do stacyjki. – Na szczęście mamy pokaźny zapas benzyny. 
Możemy włączać silnik, kiedy nam się tylko spodoba. 

– To jedna możliwość? 
– A jest jakaś inna? – Kate odwróciła się w jego stronę. 
– Myślałem, że mogłabyś użyczyć mi kawałka koca. Ben uśmiechnął się 

rozbrajająco. Kate zabiło żywiej serce. Potraktowała to jako ostrzeżenie. 

–  Przecież  ci  proponowałam  –  przypomniała.  –  Ale,  o  ile  pamiętam, 

odrzuciłeś moją propozycję. 

– Zapytaj jeszcze raz. 
Głos  Bena  był  niski  i  zmysłowy.  Ostatnim  razem,  kiedy  użył  swojego 

czaru,  wpakowała  ich  do  rowu.  A  to  pewnie  było  drobnostką  w  porównaniu  z 
tym, co mogłoby wydarzyć się teraz. 

– Dlaczego wydaje mi się, że składasz mi propozycję nie do odrzucenia? 
– Może dlatego, że tak istotnie jest? Ben pociągnął za koc i rozłożył go. 
– Przesuń się – mruknął moszcząc się koło niej. – Jest mnóstwo miejsca 

dla  nas  obojga,  pod  warunkiem  że  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  że  będziemy 
trochę przytuleni. 

Przytuleni? To nie było właściwe słowo. Bardziej pasowało tu określenie: 

ś

ciśnięci, stłoczeni. 

–  Widzisz?  –  Ben  objął  ją  ramieniem  i  przyciągnął  do  siebie.  –  Miałem 

rację, że to dobry pomysł. 

– Rzeczywiście. 
– Jedna rzecz, która przemawia na korzyść tych starych taksówek, to ich 

miękkie i wygodne siedzenia. 

–  Ale  z  pewnością  nie  tak  wygodne  jak  te  w  twojej  limuzynie  – 

przypomniała  Kate.  Niezależnie  od  tego,  jak  czuła  się  w  tej  chwili,  bariery 
między nimi były nie do sforsowania. Żyli w dwóch różnych światach. – Pewnie 
ten twój lincoln nigdy nie wylądowałby w takim miejscu. 

–  Pewnie  nie  –  zgodził  się  Ben  i  przysunął  się  bliżej.  –  Ma  specjalne 

opony, dostosowane do jazdy po śniegu i lodzie. 

Kate spojrzała na niego  i  zobaczyła,  że się  uśmiecha.  Powoli  jej  niechęć 

ustępowała. Nie dopuszczała nawet myśli o tym, dlaczego tak się działo. 

–  A  poza  tym  –  ciągnął  Ben.  –  Jeżeli  jeszcze  tego  nie  zauważyłaś,  to 

wiedz,  że  jestem  człowiekiem,  który  uwielbia  trudności.  Lubię  sytuacje,  z 
których pozornie nie ma wyjścia, a które w efekcie mogę próbować obracać na 
własną korzyść. 

– O, doprawdy? – zachichotała Kate. – Cóż, proszę bardzo. Jeżeli możesz 

odnieść  jakąś  korzyść  z  siedzenia  w  taksówce  na  poboczu  podczas  nocnej 
ś

nieżycy, to moje gratulacje. 

background image

– Jeszcze sam nie wiem, co z tego wyniknie, ale nie wygląda to wcale tak 

ź

le. – Ben przysunął się jeszcze bliżej. – Daj spokój zmartwieniom i spróbuj się 

odprężyć. 

Odprężyć! Była zbyt odprężona. Nie chciała opierać się o Bena, wdychać 

zapachu  znakomitej  wody  toaletowej,  czuć  się  bezpiecznie  w  jego  ramionach. 
Ale jakoś nic nie mogła na to poradzić. 

Wstała  dziś  o  szóstej  rano,  pracowała  osiem  godzin  w  butiku,  a  potem 

zmagała  się  z  ruchem  ulicznym  na  Manhattanie.  Jej  ciało  domagało  się 
odpoczynku. Przymknęła oczy, słysząc, jak szepcze jej coś do ucha. 

– O wiele lepiej... 
Mężczyźni, pomyślała sennie Kate. Tak łatwo ich przejrzeć. 
– A teraz – ciągnął Ben tym samym łagodnym tonem – powiedz mi, skąd 

się bierze u ciebie ta niechęć do bogatych. 

Kate  otworzyła  oczy.  Powinna  była  się  domyślić,  że  ten  człowiek  nie 

zwykł  zostawiać  spraw  własnemu  biegowi.  Była  jednak  zbyt  zmęczona  i  zbyt 
ś

piąca, żeby się opierać i wykłócać. 

–  Budynek  O’Dwyera  –  powiedziała.  Poczuła,  że  Ben  zesztywniał.  – 

Połowa lat siedemdziesiątych. Pamiętasz? 

– Tak – odrzekł krótko i czekał, co Kate powie dalej. 
–  To  była  stara  kamienica  na  Brooklynie.  Moja  babcia  mieszkała  tam 

przez pięćdziesiąt lat, aż do momentu, kiedy dom został zburzony, aby mógł tam 
powstać  biurowiec.  Babcię  eksmitowano  –  westchnęła  z  goryczą  Kate.  – 
Podpisała papiery, których nie rozumiała, a które wcisnął jej człowiek pracujący 
dla jakiegoś potentata. 

– Projekt „West” – przypomniał cicho Ben. 
– Babcia zamieszkała z nami. Nie miała dokąd pójść. Wszystko, co się dla 

niej liczyło – sąsiedzi, sposób życia, niezależność – zniknęło w jednej chwili. 

– Przykro mi. 
– Mam nadzieję. Sytuacja pozwalała na wykorzystywanie biednych, a ty 

skorzystałeś z okazji. Ale to chyba nie jest powód do dumy. 

– Nie tylko lokatorzy zostali oszukani – zauważył Ben. Nie myślał o tym 

od  lat,  ale  wspomnienie  było  na  tyle  żywe,  że  znów  poczuł  wściekłość.  – 
Gdybym mógł cofnąć czas! Wtedy nic nie mogłem zrobić. 

–  Na  budynku  widniało  twoje  nazwisko.  Niezależnie  od  intencji,  to  ty 

jesteś odpowiedzialny. 

Ben wycofał się z podejmowania prób wyjaśnień i nagle Kate poczuła się 

odtrącona.  Nie  przywykła  do  takich  odczuć,  tym  bardziej  że  była  to  reakcja, 
jakiej najmniej spodziewała się w tych okolicznościach. 

Odezwała się zirytowana: 
–  Jesteś na  szczycie,  Ben,  i  widzisz  tylko  to,  co  chcesz  zobaczyć.  Wierz 

mi, że z dołu wygląda to o wiele mniej przyjemnie. 

background image

Jak  ona  śmie  oceniać  jego  życie?  Tak  naprawdę  niewiele  wie  o  tym,  co 

się  naprawdę  wtedy  wydarzyło.  Nawet  nie  raczyła  go  wysłuchać.  Z  góry 
postanowiła ocenić go jak najgorzej. 

–  Myśl  sobie,  co  chcesz  –  odpowiedział  zimno.  –  Nie  muszę 

usprawiedliwiać się przed nikim. 

– Nie, nie musisz. 
Co ją to obchodziło? Ben żył w swoim świecie, a ona w swoim. Ponadto z 

pewnością  niewiele  znaczyła  dla  niego  jej  opinia,  jeżeli  w  ogóle  znaczyła 
cokolwiek. A teraz była już zbyt zmęczona, aby ciągnąć to dłużej. 

Oparła się o siedzenie i zamknęła oczy. 
–  Posłuchaj,  czy  moglibyśmy  odłożyć  naszą  sprzeczkę  na  stosowniejszą 

porę? – zapytała. – Jestem piekielnie zmęczona. Jedynym moim pragnieniem w 
tej chwili jest zapaść w sen. 

Złość  Bena  wyparowała  natychmiast.  Kate  wyglądała  tak  krucho  i 

delikatnie. Blada skóra błyszczała w słabym świetle księżyca. Pod zamkniętymi 
oczami rysowały się głębokie cienie. 

W chwilę później Kate zaczęła oddychać głęboko i równo. Spała z głową 

opartą  na  siedzeniu.  Baseballowa  czapka  zsunęła  się,  uwalniając  gęste, 
kasztanowe  włosy,  które  spłynęły  swobodnie  na  ramiona.  Ben  miał  ochotę 
zanurzyć palce w ich połyskującej gęstwinie. 

Nagle, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, zaczął delikatnie gładzić 

jej  policzek.  Westchnęła  cicho,  ale  nie  obudziła  się.  Teraz  już  śmielej  Ben 
obrysowywał końcem palca kształt jej wydatnych ust. 

Ś

piąca  Królewna,  pomyślał  i  żachnął  się  lekko,  kiedy  uświadomił  sobie, 

ż

e  przy  takim  założeniu  jemu  przypada  rola  księcia.  Niech  Bóg  broni!  Tym 

bardziej  że  w  tej  bajkowej  księżniczce  była  łagodność,  której  próżno  byłoby 
szukać  u  Kate  Hallaby.  Nauczyła  się  walczyć  i  nauczyła  się  tego  nadzwyczaj 
dobrze. Przynajmniej jeśli chodzi o niego, nie przepuściła żadnej okazji. 

Wyraźnie go nie akceptowała. Wychodziła z siebie, żeby mu to okazać w 

sposób,  nie  pozostawiający  żadnych  złudzeń.  On  także  już  wiedział,  co  o  niej 
myśleć  –  wyszczekana  osóbka.  Różnili  się  od  siebie  pod  każdym  niemal 
względem.  Gdyby  nie  zbieg  okoliczności,  nigdy  by  się  nawet  nie  spotkali  i  po 
dzisiejszej nocy prawdopodobnie więcej się nie zobaczą. 

Nic dla siebie nawzajem nie znaczą, pomyślał stanowczo Ben. Byli tylko 

dwojgiem obcych ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tym samym miejscu 
i  czasie.  Dlaczego  więc  tak  bardzo  pragnął  pochylić  się  nad  nią  i  skraść 
pocałunek? 

I wtedy Kate poruszyła się we śnie i przybliżyła twarz do jego ramienia. 

Ben  objął  ją  mocno.  Delikatnie  ujął  róg  koca  i  otulił  dziewczynę  szczelnie  aż 
pod brodę. 

– Mmm. – Kate uśmiechnęła się sennie, przysuwając się jeszcze bliżej. – 

background image

Dobranoc, Barry. 

Barry! Ben sztywniejąc cofnął rękę. Żadna z jego kobiet nie pomyliła go z 

nikim innym. Ta myśl zaniepokoiła go. Żadna z jego kobiet? 

–  Kocham  cię  –  wymruczała  Kate  tym  samym  sennym  tonem  i  ku 

własnemu  zdumieniu  Ben  poczuł,  jak  ogarnia  go  ogromna  fala  czułości.  Ta 
deklaracja  poruszyła  w  nim  jakąś  ukrytą  strunę,  wzbudzając  emocje,  które 
powinny pozostać uśpione. 

Ujmując twarz Kate w dłonie, Ben pochylił się nad nią. Przez chwilę jego 

usta znajdowały się tuż nad jej wargami. Znów uśmiechnęła się sennie i wiedział 
już, że jest zgubiony. 

Usta  dziewczyny  były  gorące  i  chętne.  Kiedy  mocniej  przycisnął  wargi, 

Kate  natychmiast  zareagowała.  Przez  moment  poczuł  się  winny,  ale  uczucie to 
szybko zniknęło, gdy zaczęła oddawać mu pocałunki. Był oszołomiony. 

Nagle  Kate  odsunęła  się  od  niego.  Otworzyła  oczy  i  w  chwilę  potem 

próbowała zorientować się w sytuacji. 

– Ben? – spytała niemalże szeptem. 
– Jestem tutaj, Kate. Potrząsnęła nieznacznie głową. 
–  Widzę  –  powiedziała.  Rzeczywiście,  trudno  było  nie  zauważyć  tego, 

skoro  leżeli  przytuleni  do  siebie.  Nie  zważając  na  uśmiech  Bena,  powoli 
wyplątywała się z jego objęć. – Co... Kiedy... Czy my...? 

– Czy my... O co ci chodzi? 
– Nie wiem – przyznała Kate. – Chyba musiało mi się coś przyśnić. 
–  Nie  –  odpowiedział  cicho  Ben,  równie  zaskoczony  sytuacją  jak  ona.  – 

To chyba mnie się coś przyśniło. 

– Co? 
– Nieważne – odrzekł. W półmroku Kate dostrzegła jego uśmiech. – Śpij. 
– Nie mogę – zaprotestowała Kate, ale powieki już jej opadały. – Muszę 

czuwać, żeby włączać ogrzewanie. W przeciwnym wypadku zamarzniemy. 

– Nie przejmuj się. – Ben pogłaskał ją delikatnie po włosach. Zasypiając, 

Kate usłyszała z oddali jego głos. – Zaopiekuję się tobą. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 
– Hej, proszę pani! Proszę się obudzić! 
Kate  z  trudem  otworzyła  oczy.  Oślepił  ją  blask  porannego  słońca. 

Usłyszała stukanie. Co się tu działo? 

Benjamin  West  leżał  w  poprzek  siedzenia.  Głowa  i  ramiona  mężczyzny 

spoczywały  na  jej  udach.  Koc,  którym  oboje  byli  przykryci,  zsunął  się  na 
podłogę.  Wyglądało  na  to,  że  Benowi  jest  wyjątkowo  wygodnie.  Jedną  rękę 
przewiesił przez jej nogi, a drugą podpierał policzek. Ciemne włosy mężczyzny 
były zmierzwione, krawat rozluźniony. Na szczęce pojawił się cień zarostu. 

Wyglądał wspaniale. 
I co ona miała z tym robić? 
– Ejże, czy pani mnie słyszy? 
Kate podskoczyła, kiedy pukanie rozległo się tuż koło jej ucha. Odwróciła 

głowę  i  gwałtownie  zamrugała  oczami,  żeby  odgonić  zjawę.  Nic  to  jednak  nie 
pomogło. Nie zniknęła przyciśnięta do szyby rumiana twarz w futrzanej czapce. 
Gdyby nie szyba, dotykaliby się nosami. Nie opodal Kate ujrzała pług śnieżny. 
Nagle wszystko zaczęło nabierać sensu. 

– Potrzebuje pani pomocy czy nie? 
– Tak – krzyknęła Kate. – Oczywiście! Wyciągnęła rękę i uchyliła okno, 

wpuszczając  mroźne  powietrze  do  środka.  Usłyszała  cichy  pomruk.  Nawet  nie 
spojrzała w stronę Bena. Później z nim porozmawia. 

–  Mógłby  mnie  pan  stąd  wyciągnąć?  –  zapytała  z  niepokojem.  – 

Spędziliśmy całą noc w tej śnieżycy. 

– Drogę zamknięto o drugiej, dlatego nikt tędy wcześniej nie przejeżdżał. 

Ma pani linkę? 

– Może. – Kate odsunęła koc i wydostała się z samochodu. Nie obejrzała 

się i nie zamieniła z Benem ani słowa. Co zresztą miała mu powiedzieć? 

Nawet  jej  babcia  –  ekspert  od  etykiety  –  pewnie  nie  wiedziałaby,  jak 

powinna zachować się w takiej sytuacji. Było coś żenującego w tym, że spędziła 
noc w ramionach przypadkowo poznanego mężczyzny. A ponadto zaskoczyło ją 
odczucie, jakiego doznała budząc się obok Bena, zwłaszcza że noc wypełniona 
była takimi marzeniami... 

–  Zajrzę  do  bagażnika  –  poinformowała.  –  Wydaje  mi  się,  że  widziałam 

tam wczoraj linkę. 

Delikatny i puszysty śnieg sięgał jej aż po kostki. Nawet za pomocą linki 

wyciągnięcie samochodu nie będzie łatwe. 

Uniosła klapę i spostrzegła siedem metrów grubej linki. 
– Proszę – powiedziała. – Czy to będzie się nadawało? 
– Chyba nie ma innego wyjścia, prawda? – spytał jakiś głos tuż za nią. 

background image

Kate  wyprostowała  się  powoli.  Nie  musiała  sprawdzać,  kto  to  mówi. 

Kierowca nadal stał przy drzwiach, ale auto było puste. Zresztą kogo próbowała 
oszukać? Po wspólnie spędzonej nocy rozpoznałaby ten głos wszędzie. 

– Wstałeś – zauważyła błyskotliwie. 
– Bystra jesteś – odparł Ben. – Trzeba ci to przyznać. Nie musiała nawet 

patrzeć na niego, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. 

– Pomóc ci? 
– To nie jest konieczne. 
– Nie o to pytałem. 
– Zniszczysz buty... 
– Za późno, żeby się o to martwić. – Ben zerknął na oblepione śniegiem 

mokasyny. 

– Ale złapiesz zapalenie płuc... 
Wyciągnął rękę i wyjął z jej rąk splątaną linkę. Sprawnie owinął ją sobie 

dookoła ramienia. 

–  Zawsze  jesteś  rano  taka  kłótliwa?  Czy  dzisiaj  zaistniały  szczególne 

okoliczności? 

Kate spojrzała na niego ponuro. 
–  Dzisiaj  zaistniały  szczególne  okoliczności  –  rzuciła  ostro.  To  powinno 

mu zamknąć usta. I rzeczywiście. Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim 
ś

miechem. 

– Masz tupet, wiesz? – stwierdziła, po czym zatrzasnęła bagażnik. – Poza 

tym  jest  dla  mnie  kompletnie  niezrozumiałe,  jak  możesz  być  w  tak  dobrym 
humorze po takiej nocy. 

– To dar Boży. 
– Bez wątpienia. 
– A poza tym zazwyczaj jestem w wesołym nastroju. 
–  Jasne  –  odparowała  słodko  Kate.  –  Założę  się,  że  zaraz  spróbujesz 

sprzedać mi most brooklyński. 

– Jeżeli o to chodzi... 
Z niezrozumiałych powodów Kate była tak zirytowana, że chętnie by go 

uderzyła. Być może zrobiłaby to nawet, gdyby nie podszedł do nich kierowca. 

– Mam wam pomóc czy rezygnujecie? – zapytał zniecierpliwiony. – Nie 

będę tu tracił całego dnia. 

Kiedy  Ben  zajął  się  mocowaniem  linki,  Kate  naprowadzała  kierowcę 

pługa  w  pobliże  taksówki.  Gdy  oba  pojazdy  znalazły  się  w  dostatecznej 
odległości od siebie, dała znak do zatrzymania i przyłączyła się do Bena. 

– Usiądź za kierownicą i prowadź – rozkazał, gdy skończyli. – Ja popchnę 

z  tyłu.  Chociaż  ten  pług  ma  mocny  silnik,  to  jednak  podejrzewam,  że  będą 
kłopoty z wyciągnięciem nas stąd. 

–  Zgadzam  się  z  tobą  i  dlatego  uważam,  że  ty  właśnie  powinieneś 

background image

prowadzić, a ja pchać. 

– Nie bądź śmieszna. Jestem o wiele silniejszy. 
– Owszem – łagodnie zgodziła się Kate. – Ale twoje mokasyny są śliskie, 

a poza tym bez rękawiczek odmrozisz sobie ręce. 

Ben  zacisnął  usta  i  spojrzał  na  nią  gniewnie.  Nigdy  jeszcze  nie  spotkał 

kobiety, która by tak bardzo lubiła się sprzeciwiać. 

– Spróbuję – stwierdził. 
– Ale Ben... 
Otworzył drzwi i zdecydowanym ruchem wepchnął ją do taksówki. 
– To mi dopiero osiłek! – warknęła, ale mężczyzny już przy niej nie było. 
Ben  mamrocząc  wściekle  pod  nosem  odszedł  na  tył  samochodu. 

Poprzedniej  nocy  musiał  chyba  oszaleć!  Jak  mogła  oczarować  go  ta  uparta, 
zawzięta  kobieta?  Dzięki  Bogu,  że  już  nigdy  więcej  się  nie  zobaczą. 
Prawdopodobnie zwariowałby, gdyby ciągle miał z nią do czynienia. 

– Gotowi? – wrzasnął kierowca pługu. 
– Ruszamy! – odkrzyknął Ben. 
Kate  wystawiła  przez  okno  rękę  z  kciukiem  skierowanym  do  góry.  Przy 

akompaniamencie  wycia  silnika  pług  powoli  ruszył  z  miejsca.  Lina  pomiędzy 
pojazdami  napięła  się,  ale  taksówka  ani  drgnęła.  Koła  obracały  się  w  miejscu, 
chociaż Ben napierał na samochód całym ciężarem. 

W  końcu  koła  przestały  buksować  i  samochód  ruszył  do  przodu. 

Przejechał  kilka  metrów  i  stanął  kołysząc  się.  Wewnątrz  Kate  walczyła  z 
kierownicą,  podczas  gdy  pług  powoli  ciągnął  taksówkę,  aż  wreszcie  ustawił  ją 
na świeżo oczyszczonej drodze. 

Kate  westchnęła  z ulgą  i  wyłączyła  silnik,  po  czym  zerknęła  w  lusterko. 

Przez  chwilę  w  ogóle  nie  mogła  dostrzec  Bena.  Potem  uświadomiła  sobie,  że 
dwa ciemne przedmioty wystające z zaspy były jego stopami. 

Tłumiąc  chichot  otworzyła  drzwi  i  pobiegła  na  pomoc.  Szybko 

zorientowała  się,  że  jej  pasażer  jest  cały  i  zdrowy,  chociaż  uwięziony  w 
głębokim śniegu. 

– Jeżeli powiesz „A nie mówiłam”, kopnę cię – rzucił gniewnie Ben. 
–  Ani  mi  to  w  głowie.  –  Kate  podeszła  bliżej.  Kiedy  opony  złapały 

podłoże, Bena odrzuciło do tyłu i wylądował w zaspie śniegu. Wyglądało na to, 
ż

e im energiczniej próbował się z niej wydostać, tym głębiej zagrzebywał się w 

miękkim puchu. 

– Pomożesz mi wreszcie? 
– Zastanawiam się – uśmiechnęła się Kate. 
– Zastanawiaj się szybciej. Tu jest cholernie zimno. 
– Szkoda, że nie jesteś ubrany stosownie do sytuacji. Ben machnął nogą w 

jej kierunku. 

– Nie zapominaj, że cię ostrzegałem. 

background image

Kate zachichotała, ale przezornie cofnęła się. Nie wyglądał na kogoś, kto 

zamierza spełnić swoją groźbę, ale mógł zmienić zamiary. Kto wie? Myśl o tym 
sprawiła, że roześmiała się na całe gardło. 

– Boże, jak ty wyglądasz! Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego. 
– Szkoda, że nie trzymam rąk na twojej szyi – mruknął Ben. 
– Co? 
–  Nic,  nic  takiego  –  odpowiedział  uprzejmie.  Jeśli  ona  zaraz  nie 

wydostanie  go  stąd,  to  on...  co  może  zrobić?  Wyobraźnia  nie  zawiodła  go  – 
sięgnął po jedyną broń, jaką miał pod ręką. 

Kate  nie  od  razu  zorientowała  się  w  zamiarach  Bena.  Jeszcze  śmiała  się 

głośno, kiedy kula ze śniegu trafiła ją w czubek głowy. 

– Celny rzut. – Spojrzenie w kierunku Bena upewniło ją, że przygotowuje 

się do następnego. 

–  Potrafię  jeszcze  lepiej,  więc  może  mogłabyś  ponownie  rozważyć 

kwestię wydostania mnie stąd. 

–  Groźby?  –  Kate  starła  śnieg  z  policzka.  –  Mój  Boże,  jak  nisko 

upadliśmy. 

– I upadamy coraz niżej – poinformował ją Ben, zagłębiając się w śniegu. 

– A teraz pośpiesz się i pomóż mi. 

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. 
– Bez wątpienia. 
Powinienem  być  wściekły,  pomyślał  Ben,  kiedy  Kate  wyciągnęła 

wreszcie rękę i pomogła mu stanąć pewnie na nogach. 

Zawsze  uważał  gniew  za  uczucie  niepożądane,  dlatego  też  jego  motto 

brzmiało: Nie złość się, bądź zrównoważony. 

–  No,  no  –  mruknęła  Kate,  z  trudem  powstrzymując  się  od  śmiechu  na 

widok Bena. Zniknął bez śladu elegancki światowiec, a jego miejsce zajął ktoś 
zbliżony  wyglądem  do  człowieka  śniegu.  Trzymała  jego  rękę  w  swojej  dłoni, 
dopóki nie upewniła się, że złapał równowagę i nie grozi mu powtórny upadek. 
– Teraz już wszystko w porządku. 

– Niezupełnie. 
Nadal  nie  puszczał  jej  ręki.  Próbowała  uciec,  ale  było  za  późno.  Nagle 

poczuła za kołnierzem śnieg. Zaczęła krzyczeć. 

– Ty... ty podstępny szczurze! 
Odskoczyła  gwałtownie  i  zgarnęła  z  ziemi  biały  puch,  ugniatając  go 

szybko.  Czy  to  miał  być  jego  sposób  wyrażania  wdzięczności?  O,  tego  na 
pewno mu nie przepuści. 

Pierwsza  kula  uderzyła  go  w  środek  klatki  piersiowej,  zostawiając  dużą, 

białą  plamę,  ale następna tylko  musnęła ramię.  Zataczając się ze  śmiechu,  Ben 
rzucał w nią śnieżnymi kulami tak długo, aż Kate była niemal cała w śniegu. 

To ja powinnam mieć nad nim przewagę, pomyślała Kate. Przecież miała 

background image

zimowe  buty  i  rękawiczki.  Jednak  ze  zdeterminowanego  wyrazu  twarzy  Bena 
wyczytała,  że  nie  zamierza  tak  łatwo  się  poddać  i  to  stawiało  ich  na  równych 
pozycjach. 

Kate  gwałtownie  wciągnęła  powietrze,  gdy  niespodziewanie  trafiła  ją 

kula,  i  poczuła,  że  traci  równowagę.  Chwilę  później  siedziała  już  na  śniegu,  a 
Ben pochylał się nad nią z dłońmi pełnymi śnieżnych pocisków. 

– Nie zrobisz tego – zachichotała. 
– Czemu nie? – zdziwił się niewinnie. 
– Diabeł! 
–  Najpierw  osiłek,  potem  szczur  –  zauważył  Ben.  –  A  teraz  diabeł.  Na 

szczęście  nie  jestem  łasy  na  komplementy  Kate  westchnęła  głośno, 
przygotowując się na najgorsze. 

– No dalej! Jeżeli zamierzasz je rzucić, to zrób to i skończmy już z tym. 
Za chwilę jej ramiona i plecy obsypał śnieg. 
–  Chodź,  Kate.  –  Ben  wyciągnął  rękę.  –  Wstawaj.  Ujęła  podaną  dłoń  i 

pozwoliła, aby pociągnął ją w górę. 

Kilka  minut  wcześniej  ona  pomagała  mu  wstać, ale  od tej  chwili  coś  się 

między  nimi  zmieniło.  Może  sprawiła  to  obopólna  radość  towarzysząca 
niewinnej rywalizacji w bitwie na śnieżne pociski. 

Kiedy Kate stała już na nogach, Ben wciąż przyciągał ją ku sobie. Nagle 

znalazła  się  w  jego  ramionach.  Oparła  dłonie  o  jego  klatkę  piersiową. 
Dziewczyna podniosła głowę i ujrzała, że Ben przygląda się jej uważnie i czeka. 
Przytulał ją do siebie tak, jak gdyby nie było nic niezwykłego w tym, ze stoją po 
kolana w śniegu na poboczu jakiejś drogi, bez słowa wpatrując się w siebie. 

Tuż  obok  rozległ  się  ryk  silnika  pługa.  Kate  gwałtownie  odskoczyła  do 

tyłu.  Rozejrzała  się  dookoła  i  zobaczyła,  że  w  czasie  kiedy  oni  się 
przekomarzali, kierowca odwiązał linkę i położył ją na masce taksówki. 

– W ogóle o nim zapomniałam – mruknęła. 
–  Ja  też.  –  Ben  pomachał  ręką  w  stronę  odjeżdżającego  pługa.  W 

odpowiedzi kierowca zamrugał światłami. 

–  Nawet  mu  nie  podziękowaliśmy.  –  Kate  potrząsnęła  głową.  –  Pewnie 

uważa, że jesteśmy stuknięci. 

– Pewnie jesteśmy. 
Wahanie  w  jego  głosie  sprawiło,  że  uśmiechnęła  się  lekko.  Była 

zadowolona,  że  on  również  czuje  się  trochę  zakłopotany  całą  sytuacją  i  tą 
niespodziewaną bliskością między nimi. 

– Daj spokój – powiedziała, wbijając mu palec między żebra. – Przyznaj, 

ż

e mieliśmy dobrą zabawę. 

– Dziecinną – poprawił ostro Ben, po czym szybko uniósł rękę, jak gdyby 

chciał  powstrzymać  ewentualny  protest.  –  Jeśli  znów  chcesz  mnie  wyzywać, 
pójdę sobie. 

background image

– Ani mi to w głowie. Jeżeli nie potrafisz docenić dobrej zabawy, to już 

nie mój problem. 

– Sugerujesz, że mój? – Ben uniósł brwi. 
– Chyba nie ja pierwsza nazwałam ciebie „pracoholik” 
– I zapewne nie ostatnia. 
–  A  więc  mógłbyś  wziąć  to  sobie  do  serca.  –  Kate  otrzepała  spodnie  ze 

ś

niegu. – Badania wykazują, że ludzie, którzy potrafią beztrosko się bawić, żyją 

dłużej. 

– Podobnie jak bułgarscy wieśniacy, którzy żywią się jogurtem. 
– Może – zastanawiała się przez chwilę. – Ale to nie nimi przejmuję się w 

tej chwili. 

– A kim? Mną? – Ben z wysiłkiem ukrywał rozbawienie. 
– Ty mi płacisz – odpowiedziała Kate, jak gdyby to wszystko wyjaśniało. 
Ben  bezradnie  rozłożył  ręce.  Ona  mogłaby  tak  przez  cały  dzień.  Ta 

kobieta uwielbiała utarczki. Niezbędne jej były do życia tak, jak innym jedzenie. 
Przerwał te rozważania, kiedy zimna woda – pozostałość po roztopionym śniegu 
– spłynęła mu wzdłuż kręgosłupa – W porządku – powiedział w końcu. – Jeśli 
cię to uszczęśliwi, to się przyznam. To była dobra zabawa. Jesteś zadowolona? 

Kate przechyliła głowę. 

 

Jeszcze nie – odparła z uśmiechem. – Ale wkrótce będę. 

 

* * * 

 
W  kilka  minut  udało  im  się  wyprowadzić  taksówkę  na  główną  drogę. 

Kate rozgrzała silnik i włączyła ogrzewanie. 

Ubrania  zaczęły  schnąć  błyskawicznie  i  zapach  mokrej  wełny  wypełnił 

wnętrze samochodu. 

Chociaż  dochodziła  już  siódma,  autostrada  była  zadziwiająco  pusta. 

Kiedy Ben włączył radio, dowiedzieli się, że wszystkie szkoły i większość biur 
zamknięto.  Automobilistom  odradzano  jazdę  samochodem  ze  względu  na 
wyjątkowo złe warunki drogowe. 

–  To  oczywiste  –  powiedziała  Kate,  walcząc  ze  ślizgającym  się  autem. 

Zerknęła  na  Bena  i  widząc  wyraz  jego  twarzy,  dodała  szybko:  –  Nie  patrz  na 
mnie w ten sposób. Zazwyczaj jestem dobrym kierowcą. 

–  Z  pewnością  –  odparł  ciepło.  –  Nikt  by  sobie  z  tym  nie  poradził.  Na 

szczęście to już niedaleko. 

Kilka minut później skierował ją na boczną drogę prowadzącą do Wilton. 
– Żyjesz tu jak na odludziu, prawda? – zauważyła Kate, gdy Ben wskazał 

jej wąską dróżkę pomiędzy drzewami. 

– Przyjeżdżam tu, kiedy chcę uciec od wszystkiego. Nauczyłem się już, że 

jeśli ludzie mogą cię łatwo znaleźć, to na pewno to uczynią. 

background image

– Przecież są telefony. 
– Wyłączyłem je. 
– I faxy. 
– Nie ma dla nich miejsca w moim domu. – Posłał jej ostre spojrzenie. 
Uśmiechnęła  się,  słysząc,  jak  gwałtownie  wypowiedział  te  słowa,  i 

skupiła  się  na  prowadzeniu  samochodu.  Za  oszronionymi  drzewami  droga 
rozszerzała się, ukazując całe piękno okolicy. Przed nimi rozciągała się rozległa 
łąka.  Pokryta  świeżo  spadłym  śniegiem,  lśniła  w  bladym  słońcu.  Migotliwe 
błyski  przebiegały  po  niewielkiej  pokrytej  lodem  skałce.  Oblepione  szronem 
bezlistne  konary  drzew  połyskiwały  w  porannym  świetle.  Po  lewej  stronie  stał 
duży  dom,  zbudowany  z  czerwonej  cegły,  z  werandą  otoczoną  białymi 
kolumienkami.  Chociaż  był  piękny,  nie  dominował  nad  otoczeniem,  wtopiony 
harmonijnie w zachwycającą przyrodę w zimowej szacie. 

Auto  zatrzymało  się  przed  domem  i  Ben  wysiadł.  Kiedy  otworzył  tylne 

drzwi,  aby  wyjąć  walizkę,  Kate  odruchowo  zerknęła  na  licznik.  Wskazywał 
opłatę z poprzedniej nocy. Z nadmiaru wydarzeń zapomniała go rano włączyć. 

– Coś nie w porządku? – spytał mężczyzna, stając koło niej. 
– Nie. – Kate przełknęła ślinę, godząc się w myślach ze stratą. 
Ben spojrzał na licznik. 
– To niemożliwe – powiedział. 
– Jest to bliskie właściwej sumy. 
–  Nieprawda.  –  Wyprostował  się  i  wyjął  portfel,  wręczając  jej  kilka 

banknotów. 

– Chyba żartujesz! – parsknęła Kate, starając się nie patrzeć na pieniądze. 
– Dlaczego? 
– To za dużo. 
–  Nie  wydaje  mi  się.  –  Ben  zacisnął  dłoń  Kate  na  banknotach.  –  Nie 

zapominaj,  że  powinnaś  mierzyć  nie  tylko  odległość,  ale  także  upływ  czasu. 
Gdyby  licznik  był  włączony  przez  wszystkie  godziny,  pomyśl  tylko  o  kwocie, 
jaką bym zapłacił. 

– Właśnie taką zapłaciłeś. – Kate spojrzała na pieniądze. 
–  W  porządku.  Schowaj  je.  –  Ben  poczekał,  aż  to  uczyni,  po  czym 

otworzył  drzwi.  –  A  teraz  zapraszam  do  środka.  Chcę  ci  zaproponować 
ś

niadanie, zanim odjedziesz. 

–  Nie  mogę  –  zaprotestowała  Kate,  chociaż  już  wyciągnął  ją  z 

samochodu. 

– Dlaczego? 
– Muszę wracać. 
– Już, w tej chwili? 
Pewnie  powinien pozwolić  jej  odjechać. Czy  nie  czekał  na  to  przez  cały 

ranek?  Ale  z  jakiegoś  niewytłumaczalnego  powodu uznał,  że  ma  obowiązek  ją 

background image

zatrzymać.  Dobre  maniery,  doszedł  do  wniosku.  Dobre  maniery  i  zdrowy 
rozsądek.  Tylko  ktoś  pozbawiony  wyobraźni  mógłby  wracać  w  takich 
warunkach. 

– Tak – odpowiedziała Kate. – W tej chwili. 
– Nie chcę się z tobą sprzeczać. 
– Świetnie. Więc nie rób tego. 
Naprawdę  musiała  wracać.  Nie  mogła  się  spóźnić  do  butiku.  Poza  tym 

ona i Ben byli tylko przypadkowymi znajomymi i nie miała zamiaru się łudzić, 
ż

e jest inaczej. Skoro i tak mieli się rozstać, niech się to stanie jak najszybciej. 

–  Ale  z  pewnością  jesteś  głodna.  –  Kiedy  dotarli  do  szczytu  schodów, 

drzwi  otworzyły  się.  Spojrzenie  Bena  przesunęło  się  z  Kate  na  stojącego  w 
progu starszego, łysiejącego mężczyznę. – Dzień dobry, Parker. 

– Sir. – Mężczyzna skinął głową, patrząc na Kate, a potem na taksówkę. – 

Proszę wejść, a ja odwołam helikopter. 

– Jaki helikopter? – Korzystając z faktu, że Ben pogrążył się w rozmowie 

z Parkerem, Kate wysunęła dłoń z jego ręki. 

– Zorganizowałem małą ekipę poszukiwawczą. Zastanawiałem się, gdzie 

pan jest. 

– Jestem dorosły, Parker. 
Mężczyzna rzucił mu spojrzenie pełne urażonej godności. 
–  To  nie  zmienia  faktu,  że  pan  zaginął.  Wszystko  mogło  się  wydarzyć. 

Pomyślałem, że lepiej będzie sprawdzić. 

–  Zupełnie  słusznie  –  niechętnie  zgodził  się  Ben.  –  Więc  idź  i  odwołaj 

wszystko. Chwilowo sami o siebie zadbamy. Kiedy skończysz, podaj śniadanie 
w jadalni. 

Gdy odwrócił się do Kate, zobaczył uśmiech na twarzy dziewczyny. 
– Ekipa poszukiwawcza? – zapytała unosząc brwi. 
– Parker lubi przesadzać – wzruszył ramionami Ben. – Ma skłonność do 

dramatyzowania. 

Kate rozejrzała się po zdobionym sztukaterią holu. 
– Wygląda na to, że trafił we właściwe miejsce – stwierdziła. 
– Możesz sobie żartować do woli, ale tu jest przynajmniej sucho i ciepło. 

Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  wszystko  jest  pod  ręką.  –  Jego  spojrzenie  pobiegło 
niżej. – Pusty żołądek daje się we znaki, prawda? 

Rzeczywiście,  pomyślała  Kate,  ale  to  nie  jego  sprawa.  Ekipa 

poszukiwawcza, też coś! Jeżeli potrzebowałaby argumentu, który uświadomiłby 
jej dzielące ich różnice, to miała go na wyciągnięcie ręki. 

–  Posłuchaj.  –  Zrobiła  krok  do  tyłu.  –  Doceniam  twoją  troskliwość,  ale 

naprawdę muszę już jechać. 

– Jeżeli tego chcesz... – Ben zawiesił głos. 
– Tak. 

background image

– Przynajmniej pozwól mi zapakować ci ciasto albo owoce na drogę. 
Kate  była  przyjemnie  zaskoczona  tą  propozycją.  Nie  po  raz  pierwszy 

okazało  się,  że  żywy  Benjamin  West  różni  się  od  jej  wyobrażeń  o  nim.  Nagle 
poczuła, że uginają się pod nią kolana. Głód i brak snu dawał się porządnie we 
znaki. Stanęła w drzwiach, oddychając głęboko. Liczyła, że zimne powietrze ją 
orzeźwi. Ale było już za późno. Świat powoli ciemniał jej przed oczami. 

– Ben? – wyszeptała. 
Odwrócił się do niej i zobaczyła jego szeroko otwarte oczy. 
– Czy mógłbyś mnie złapać? 
Wyciągnął  ręce.  Był  to  ostatni  obraz,  jaki  utrwalił  się  w  pamięci  Kate, 

zanim zemdlała w jego ramionach. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 
Już  po  raz  drugi  w  ciągu  ostatnich  dwunastu  godzin  Kate  obudziła  się  z 

uczuciem,  że  nie  ma  pojęcia,  gdzie  się  znajduje.  Tym  razem  powrót  do 
rzeczywistości  zajął  jej  tylko  moment.  Usiadła  na  łóżku  i  rozejrzała  się  po 
gustownie umeblowanym pokoju. 

Zemdlałam,  przypomniała  sobie  z  westchnieniem,  i  Ben  mnie  złapał.  A 

teraz  była  prawdopodobnie  w  jednym  z  gościnnych  pokoi.  Budzik  na  szafce 
nocnej wskazywał siedemnastą trzydzieści. 

Zdumiewające,  jak  bardzo  pomogła  jej  dodatkowa  godzina  snu  w 

miękkim łóżku. Czuła się o wiele lepiej i była wściekle głodna. Problem łatwy 
do  rozwiązania.  Wystarczyło  zejść  na  dół  i  skorzystać  z  wcześniejszej  oferty 
Bena przed powrotem do miasta. 

Z cichym okrzykiem Kate wyskoczyła z łóżka. Ben chyba nie pozwolił jej 

tu spać cały dzień? Podeszła do okna. Za kępą drzew ujrzała zachodzące słońce. 

Kate schwyciła pulower i szybko wciągnęła go na siebie. 
– Dobrze by było rozwalić ten budzik – wycedziła przez zęby. – Pewnie 

jemu nigdy coś takiego się nie przytrafiło. 

Pomyślała  o  właścicielu  butiku.  Warunki  umowy  były  jasno 

sprecyzowane.  Jeśli  któraś  z  dziewcząt  nie  mogła  przyjść  do  pracy,  musiała 
przekonująco wyjaśnić przyczynę nieobecności i wskazać kogoś na zastępstwo. 
Dzisiaj Kate nie dopełniła żadnego z tych wymogów. 

Być  może  Ben  sądził,  że  wyświadcza  jej  przysługę,  pozwalając  na  tak 

długi  odpoczynek,  ale  to  go  wcale  nie  usprawiedliwia.  Podjął  decyzję  nie 
pytając jej o zdanie, a ona zapłaci utratą pracy. 

Kate otworzyła drzwi z czapką i płaszczem w dłoni. Na końcu korytarza 

dostrzegła schody i gniewnie mrucząc ruszyła w ich kierunku. 

 

* * * 

 
Ben odłożył słuchawkę telefonu i wyciągnął się w fotelu. Zastanawiał się, 

czy nie powinien pójść na górę i sprawdzić, co dzieje się z Kate. Fakt, że spała 
tak  długo  i  tak  głęboko,  potwierdził  jego  przekonanie,  że  słusznie  postąpił 
kładąc  ją  do  łóżka.  Była  kompletnie  wyczerpana,  chociaż  nie  zdawała  sobie  z 
tego sprawy. 

Kiedy  wczoraj  postanowił  pojechać  na  wieś,  nawet  przez  myśl  mu  nie 

przeszło, że spędzi tu cały dzień. Nie wpłynęło to niekorzystnie na jego interesy, 
ponieważ  większość  spraw  udało  mu  się  załatwić  telefonicznie,  a  pozostałe 
odłożył  na  następny  dzień.  Już  kilkakrotnie  sprawdzał,  czy  nic  nie  zakłóca  jej 
odpoczynku. Nie potrafił sobie odpowiedzieć, co go tam ciągnęło – z pewnością 

background image

głównie  troska  o  jej  zdrowie,  lecz  także  jakaś  dziwna  potrzeba,  aby  być  w  jej 
pobliżu. 

Kiedy poszedł na górę po raz pierwszy, długo stał w drzwiach, niezdolny 

do  podjęcia  jakiejkolwiek  decyzji.  Przed  wtargnięciem  powstrzymywało  go 
wspomnienie  ostatniej  nocy  w  samochodzie,  kiedy  trzymał  dziewczynę  w 
ramionach. Może obawiał się swoich pragnień? Nie odchodził, ponieważ widok 
spokojnie śpiącej Kate sprawiał mu niewytłumaczalną radość. 

Kate  wyzwalała  w  nim  opiekuńczość.  Czy  powodowała  to  jej  kruchość, 

tak  odczuwalna,  gdy  niósł  ją  po  schodach  na  górę?  Czy  też 
bezkompromisowość, z jaką podchodziła do życia, jak gdyby zdrowy rozsądek i 
troska  o  własne  bezpieczeństwo  były  ostatnimi  sprawami,  jakie  brała  pod 
uwagę?  Ben  nie  wiedział,  skąd  biorą  się  jego  odczucia  i  niepokoje. 
Przyzwyczajony  do  natychmiastowego  rozwiązywania  problemów,  był 
zaskoczony, że z tym nie może sobie poradzić, i postanowił na razie o tym nie 
myśleć. 

Odsunął  krzesło  i  szybkim  krokiem  podszedł  do  otwartych  drzwi. 

Wychodząc z pokoju ujrzał Kate schodzącą na dół. 

Cienie  pod  oczami  dziewczyny  zniknęły.  Długi  sen  usunął  ślady 

zmęczenia.  Złagodniały  zaostrzone  przedtem  rysy  twarzy.  Gęste  kasztanowe 
włosy,  wczoraj  schowane  pod  czapką,  spadały  teraz  puklami  na  ramiona. 
Ubranie miała pogniecione i na jednym z policzków odciśnięty ślad. 

Wszystko  to  nadawało  jej  wyraz  niezwykłej  dla  Kate  miękkości  i 

bezradności.  Już  po  chwili  wrażenie  prysło.  Dziewczyna  utkwiła  w  nim  zimne 
spojrzenie,  w  którym  z  pewnością  trudno  byłoby  doszukać  się  wdzięczności. 
Oparł się o poręcz w oczekiwaniu ataku z jej strony. 

Do diabła, pomyślała Kate, patrząc na niego ze smutkiem. Oto człowiek, 

którego  lekkomyślne  postępowanie  skomplikowało  jej  życie.  Powinna  być 
wściekła...  Nie,  ona  była  wściekła,  a  jednak  na  widok  Benjamina  Westa, 
czekającego u podnóża schodów, przebiegł ją lekki dreszcz. 

Wcale  nie  jestem  zadowolona,  że  go  widzę,  przekonywała  siebie.  Cóż, 

może  jednak  jestem...,  ale  naprawdę  tylko  trochę.  Na  przekór  tym  odczuciom, 
odezwała się podniesionym głosem: 

–  Jak  mogłeś  pozwolić  mi  spać  przez  cały  dzień?  Zobacz,  która  jest 

godzina! 

–  Siedemnasta  czterdzieści  pięć  –  obwieścił  Ben,  jak  gdyby  wszystko 

było w porządku. – A przy okazji, dobry wieczór. 

– Dobry? Nie ma w nim nic dobrego! 
Kate  odsunęła  się,  lecz  mimo  tego  stali  oddaleni  od  siebie  zaledwie  o 

kilka  centymetrów  i  dziewczyna  przez  cały  czas  miała  świadomość  jego 
bliskości. Bliskości, która robiła na niej zbyt silne wrażenie. Zadrżała, kiedy Ben 
sprawdzając godzinę musnął ją ramieniem. 

background image

Patrzyła na niego i myślała, jak bardzo różni się od większości mężczyzn, 

którzy tracili otaczającą ich aurę męskości i siły wraz z rozluźnieniem krawata i 
zdjęciem marynarki. Ben nawet w dżinsach i luźnym swetrze sprawiał wrażenie 
mocnego człowieka. 

– Coś nie w porządku? 
– Coś? – Kate spojrzała na niego ze złością. – Wszystko, a nie coś. 
– Jak to? 
– Przede wszystkim straciłam pracę. A poza tym, Arnie pewnie szaleje z 

niepokoju na myśl o tym, że zniknęłam bez śladu z taksówką... 

Ben podniósł rękę, żeby jej przerwać, i chyba był zaskoczony, że mu się 

to udało. 

–  Jeżeli  tylko  tym  się  przejmujesz,  to  możesz  się  uspokoić.  Dzwoniłem 

rano  do  Arniego  i  wyjaśniłem,  co  się  stało.  Przestał  się  denerwować,  kiedy 
przedstawiłem mu całą sytuację. 

Kate  aż  zmrużyła  oczy,  usiłując  wyobrazić  sobie  Arniego,  który  się  nie 

martwił, ponieważ zamartwianie się leżało w jego naturze. I co właściwie miał 
na myśli Ben mówiąc o „przedstawieniu sytuacji”? 

–  Kazał  ci  przekazać,  że  czeka  na  ciebie  –  ciągnął  Ben  –  ale  dopiero 

wtedy, kiedy będziesz wypoczęta i najedzona. 

– Tak powiedział? 
– Dokładnie. 
– Akurat! 
– Szczerze mówiąc, był bardzo wyrozumiały. – Ben nie zwracał uwagi na 

jej niedowierzanie. 

– Tak, kiedy mu powiedziałeś, jak się nazywasz – rzuciła oskarżycielskim 

tonem. 

– Oczywiście, że mu się przedstawiłem. Dlaczego nie? 
– Dlaczego nie? – powtórzyła Kate, żałując, że nie słyszała tej rozmowy. 

Arnie wyznawał zasadę zastraszania innych, demonstrując maniery sierżanta w 
koszarach.  Prawdopodobnie  po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu  znalazł  się  w 
odwrotnej niż zwykle sytuacji. Dla Benjamina Westa było to wyjątkowo proste. 
Wystarczyła magia jego nazwiska, aby Arnie zrezygnował ze swoich metod. 

–  W  każdym  razie  nie  straciłaś  pracy,  więc  możesz  przestać  się 

przejmować. 

Rozbawienie Kate zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. 
–  Nie  rozumiesz.  Taksówkę  prowadzę  tylko  w  nocy.  W  dzień pracuję  w 

butiku  na  Madison...  albo  raczej  powinnam  powiedzieć,  że  pracowałam  w 
butiku  na  Madison.  Chyba  że...  –  Nagle  uderzyła  ją  pewna  myśl.  –  Czy  w 
Nowym Jorku też padał śnieg? Może zamknęli ruch w mieście? 

Jej  twarz  była  tak  pełna  nadziei,  że  Ben  odczuł  wyraźną  przykrość  na 

myśl, że musi ją rozczarować. 

background image

–  Obawiam  się,  że  nie.  Największa  śnieżyca  dotknęła  Connecticut.  W 

Nowym Jorku prawie nie padało. 

– No cóż. – Kate z rezygnacją wzruszyła ramionami. – Zdaje się, że w ten 

sposób zakończyła się moja praca u pana Raphaela. 

– U kogo? 
– To właściciel butiku – wyjaśniła Kate, unikając spojrzenia Bena. – Nie 

patrz tak na mnie. To nie ja wybierałam mu imię. 

– Jego matka chyba też nie. 
–  Masz  rację.  Kiedyś  widziałam  jego  dokumenty.  Naprawdę  nazywa  się 

Melvin Schwartz. 

– To imię bardziej mi się podoba. 
–  Łatwo  ci  mówić.  Ty  nie  musisz  się  starać,  aby  sprzedać  elicie  na 

Manhattanie kosztowne sukienki. Wierz mi, wygląd jest bardzo ważny. 

– Wytłumacz to nieszczęsnej mamie Schwartz. 
– Jakiej nieszczęsnej mamie Schwartz? Dzięki hojności synka ma futro z 

norek i mieszkanie nad oceanem w Miami. Mając tak dobrze prosperującą firmę 
mógłby się nazywać Fido i też nie miałaby nic przeciwko temu. 

–  Jeżeli  interes  kwitnie,  dlaczego  jesteś  taka  pewna,  że  zostaniesz 

wyrzucona? 

–  Bo  takie  są  zasady  –  wyjaśniła  Kate.  –  Warunki  są  doskonałe,  a  to 

oznacza także, że zawsze jest mnóstwo chętnych pod ręką. Pan Raphael polega 
na  nas  i  płaci  bardzo  dobrze,  ale  dlatego  nie  toleruje  nie  usprawiedliwionych 
nieobecności. Jedno potknięcie i wylatujesz. 

Jako  pracodawca  Ben  akceptował  racje  właściciela  butiku,  ale  w  tej 

konkretnej sytuacji doskonale wiedział, że Kate nie zawiniła. 

– Mógłbym do niego zadzwonić – zaczął. 
– Nawet się nie waż. 
–  Przecież  to  moja  wina.  Nie  mogę  pozwolić,  żebyś  ty  ponosiła 

konsekwencje moich decyzji. 

– Nieważne. Nie chcę, żebyś się mieszał w moje życie. 
–  Jeśli  to,  co  mówisz,  ma  w  ogóle  jakiś  sens,  to  ja  go  nie  dostrzegam  – 

powiedział spokojnie Ben. 

–  Wiesz  dobrze,  co  mam  na  myśli.  –  Spojrzała  na  niego.  –  Zostaw  to 

mnie. Coś wymyślę. 

Wiedziała, że sobie poradzi. Zawsze tak było. Wszystko, do czego doszła, 

zawdzięczała sobie, co wcale nie oznaczało, że rodzice nie chcieli jej pomóc. Po 
prostu  mieli  ograniczone  możliwości.  Przyzwyczaiła  się  do  wysiłku  i 
pokonywania trudności. Czasem jednak nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby 
los był dla niej łaskawszy. 

Związała  włosy  i  schowała  je  pod  czapeczkę.  Ben  patrzył,  jak  wkłada 

płaszcz. 

background image

– Wybierasz się gdzieś? – zapytał. 
– Oczywiście, że się wybieram – mruknęła. – A co sobie myślałeś? 
– Że możesz być głodna. 
– Chcesz mnie zaprosić do stołu? 
– Parker czeka z pieczenią. 
Na myśl o pieczeni pociekła jej ślinka. A już myślała, że Ben najchętniej 

objada się homarami i kawiorem. 

– Z ziemniakami i marchewką? – zapytała łakomie. 
–  Z  ziemniakami,  marchewką...  –  zawiesił  głos  –  i  mnóstwem  sucharów 

do maczania w sosie. 

– Brzmi to cudownie. – Kate błyskawicznie ściągnęła płaszcz i powiesiła 

go na poręczy. – Prowadź. 

– Nie tak szybko. Czy mama nigdy ci nie mówiła, że siadanie do posiłku 

w nakryciu głowy jest w złym tonie? 

– Ta reguła dotyczy mężczyzn, a nie kobiet – poinformowała go Kate. 
–  To  jest  mój  dom  i  obowiązują  tu  moje  zasady.  –  Ben  powoli  zsunął 

czapkę  z  głowy  Kate.  Ciężkie  włosy  rozsypały  się  na  ramiona.  Były  lśniące, 
jedwabiste i nieprawdopodobnie gęste. Patrzył na nie, z trudem powstrzymując 
pragnienie, aby zanurzyć w nich palce. 

Czapka wylądowała na płaszczu. 
– Masz piękne włosy – powiedział Ben. – Dlaczego je ukrywasz? 
–  Kiedy  prowadzę  taksówkę,  wolę,  żeby  nie  było  to  takie  oczywiste,  że 

jestem kobietą. 

Ben  skinął  głową  ze  zrozumieniem  i  Kate  zobaczyła,  że  marszczy  brwi, 

jak  gdyby  przejął  się  tym,  co  powiedziała.  Czekała  teraz,  co  dalej  nastąpi. 
Zmobilizowała wszystkie rezerwy cierpliwości, a nie miała jej za wiele. 

– Idziesz? – Ben poruszył się. – Jadalnia jest tam. 
– Jasne – zapewniła go. Rozluźniła się i na jej twarzy pojawił się uśmiech. 
Chociaż na środku pokoju stał olbrzymi stół, nakryty został mały stolik w 

kąciku  tuż  obok  okna.  Piękny  widok  przestał  znaczyć  cokolwiek  dla  Kate  z 
chwilą,  gdy  spróbowała  pieczeni  Parkera.  Po  krótkim  czasie  nałożyła  sobie 
drugą  porcję.  Ben,  który  grzebał  widelcem  w  talerzu,  patrzył  na  nią  z  nie 
ukrywaną przyjemnością. 

– Cieszę się, że nie jesteś skrępowana – stwierdził, kiedy Parker przyniósł 

kawę, a oczy Kate zalśniły na wzmiankę o eklerach. 

–  Kto,  ja?  –  Kate  sowicie  dolała  śmietanki  do  kawy  i  osłodziła  dwiema 

czubatymi łyżeczkami cukru. – Chyba żartujesz. 

– Ach tak. – Ben uśmiechnął się. – Zupełnie zapomniałem. Przecież to ty 

omal nie przewróciłaś mnie na ziemię, żeby wejść w posiadanie pączka. 

Parker  ze  zdziwieniem  uniósł  brwi  i  postanowił  nie  opuszczać  jadalni, 

zanim nie usłyszy odpowiedzi. 

background image

– Ale dałam ci połowę, mimo że na to nie zasługiwałeś. Nawet z pełnymi 

ustami, Ben nie mógł pozostawić tego stwierdzenia bez odpowiedzi. 

– To już kwestia indywidualnej oceny – wykrztusił. 
– Oczywiście – odparła słodko Kate. – Tak jak wszystko. 
Ben  przesłał  Parkerowi  znaczące  spojrzenie.  Służący  wycofał  się, 

mamrocząc coś pod nosem. 

Kate  uniosła  eklera  i  z  lubością  wciągnęła  zapach  czekolady.  Na  razie 

pragnęła  tylko  wdychać  ten  aromat.  Dopiero  za  chwilę  rzuci  się  na  ciastko  i 
jeszcze obliże po nim palce. 

– Jedz – zachęcał ją Ben. – Jest jeszcze więcej w kuchni. 
– Nie chcę więcej. – Kate ugryzła ciastko i żuła je z błogą miną. – Jedno 

wystarczy. Po tym posiłku i tak na pewno utyję. 

– Chyba możesz sobie na to spokojnie pozwolić. 
–  Możliwe.  –  Kate  wzruszyła  ramionami,  nie  wykazując  zbytniego 

zainteresowania  tematem.  –  Poza  tym  dla  mnie  najważniejszy  jest  zapach. 
Czytałam gdzieś, że doznania węchowe pozostają najdłużej w pamięci. 

Ben odsunął talerz. Obserwowanie Kate było o wiele bardziej interesujące 

niż jedzenie. 

– A z jakim wspomnieniem wiąże się dla ciebie ten zapach? – zapytał. 
–  Dzieciństwa.  –  Ponownie  odgryzła  kęs.  –  Chłodne  wieczory,  ciepła 

kuchnia i świeże ciasto. 

– Pewnie twoja matka jest dobrą kucharką? 
–  Najlepszą  –  odrzekła,  po  czym  uśmiechnęła  się.  –  Każdy  tak  mówi, 

prawda? 

– Ja nie. Moja mama potrafiła spaprać nawet zupę z proszku. 
– Biedaku. Wolne dni kucharki musiały być dla ciebie piekłem. 
Ben otarł usta chusteczką. 
– Nie mieliśmy kucharki. 
– Gospodynię? 
– Pudło. 
–  A  więc  służącą?  –  Kate  spojrzała  łakomie  na  ciastko  leżące  przed 

Benem. Tłumiąc uśmiech, popchnął talerz w jej stronę. 

– Sprzątaczkę o imieniu Rosa. Przychodziła raz w tygodniu i jeśli nawet 

potrafiła gotować, nie dane mi było się o tym przekonać. 

– A ja myślałam... – Kate poczuła się nagle bardzo niezręcznie i zawiesiła 

głos. 

– Że jestem w czepku urodzony? 
– Coś w tym rodzaju. 
–  Tak  to  jest,  kiedy  się  wierzy  we  wszystko,  co  opublikują  gazety  – 

pokiwał  głową  Ben.  Dzięki  Bogu  miał  uśmiech  na  twarzy,  chociaż  mógł  się 
przecież rozzłościć. 

background image

– W porządku, przepraszam za wyciąganie pochopnych wniosków. – Kate 

wycelowała w niego wskazujący palec. 

– Niezbyt często to robię, więc masz wyjątkowe szczęście. 
– Uwierz mi, że zawsze mam. – Ben spojrzał na jej pusty talerz. – Jesteś 

pewna, że nie masz ochoty na jeszcze jednego eklera? 

– Na pewno nie, chociaż są świetne. Dziękuję. 
–  Odnoszę  wrażenie  –  zaczął  –  że  sporo  czasu  dzieli  cię  od  dni,  które 

spędzałaś w ciepłej kuchni i zajadałaś świeże ciasto. 

– To wspomnienia z dzieciństwa. – Spojrzała na niego. 
– A teraz jestem dorosła. 
– Widzę. – Ben powoli skinął głową. Nie zamierzał jej mówić, że w zbyt 

obszernym  swetrze  i  spranych  dżinsach  wygląda  jak  opuszczone  dziecko. 
Szybko odsunął od siebie tę myśl. – A więc pewnie nie mieszkasz już w domu. 

– Już od lat tam nie mieszkam – potrząsnęła głową. 
Z reguły nie odpowiadała na tak osobiste pytania, ale teraz nie widziała w 

tym nic niestosownego. Wyczuwała szczere i serdeczne zainteresowanie Bena. 

–  Wynajmuję  mieszkanie  w  mieście  wspólnie  z  pewną  dziewczyną.  – 

Kate przerwała na chwilę i uśmiechnęła się. 

– Ma na imię Maggie i jest zupełnie zwariowana. 
– Wyobrażam sobie. 
–  Jest  katoliczką.  Po  ukończeniu  szkoły  prowadzonej  przez  siostry 

zbuntowała się przeciwko zasadom tego wychowania. 

– Jestem pewien, że świetnie się dogadujecie. 
– Rzeczywiście. 
– A co z twoimi rodzicami? – spytał Ben. – Mieszkają tu jeszcze? 
–  Mama  miała  już  dosyć  Nowego  Jorku,  a  tata  uznał,  że  to  doskonały 

pretekst, żeby się przenieść do Las Vegas. 

Mógłby  się  założyć,  że  wychowanie  Kate  nie  było  tak  staranne  jak  jej 

przyjaciółki. 

– Wygląda na to, że z niego niezły hazardzista. 
–  To  prawda.  –  Uśmiechnęła  się.  –  I  jest  w  tym  dobry.  Często  się 

przechwala, że z kasyna przynosi więcej niż z pracy. 

–  Szczęściarz  –  zauważył  Ben.  Parker  wyrósł  jakby  spod  ziemi  i  zaczął 

sprzątać  talerze.  –  Powiedz  mi,  kiedy  zawita  tutaj,  żebym  mógł  ostrzec  moich 
łudzi w Atlantic City. 

–  Twoich  ludzi?  A  tak,  zapomniałam.  Hotel  i  Kasyno  Westcon  – 

największy kompleks wypoczynkowy na wybrzeżu. 

Ostatnie  zdanie  było  cytatem  zaczerpniętym  z  reklamy.  Ben  zastanawiał 

się, dlaczego wyglądała na zdenerwowaną po tym, gdy je wygłosiła. 

Kate odłożyła serwetkę i wstała. Podczas posiłku czuła się tak odprężona, 

ż

e  niemal  zapomniała  o  pozycji  społecznej  Bena.  Traktował  ją  jak interesującą 

background image

kobietę  i  miała  wrażenie,  że  znajduje  się  na  jednej  z  tych  rzadkich  pierwszych 
randek, kiedy ma się ochotę bliżej poznać mężczyznę, z którym właśnie spędza 
się czas. 

Ale  to  nie  była  randka  i  nie  mogła  się  spodziewać,  że  jeszcze 

kiedykolwiek zobaczy Bena. Wystarczyło pomyśleć o dzielących ich różnicach. 

–  Nie  przejmowałabym  się  na  twoim  miejscu  –  stwierdziła  sucho.  – 

Wielka wygrana dla niego jest zupełnie małą kwotą dla ciebie. 

Ben zastanawiał się, czy Kate zachowuje się tak z rozmysłem. Jej nastroje 

były zmienne jak wiatr. 

– Rozumiem, że wychodzisz? – zapytał. 
– Tak. Już czas, nie sądzisz? 
– Nie. 
Będzie mu jej brakowało. Po jej wyjściu pójdzie do biblioteki i dokończy 

wcześniej  rozpoczętą  pracę.  Tylko  że  bez  Kate  śpiącej  na  górze  dom  w  jakiś 
sposób opustoszeje. 

Będzie  miał  ciszę,  spokój,  to  wszystko,  po  co  zazwyczaj  przyjeżdżał  do 

Wilton. Tylko że dzisiaj nie wydało mu się to aż tak pociągające. 

–  Jeszcze  raz  chciałabym  podziękować  ci  za  obiad  –  powiedziała  Kate. 

Przeszła do holu, włożyła płaszcz i czapkę, po czym odwróciła się do niego. – 
Przepraszam, że krzyczałam na ciebie. 

–  Nieważne.  Byłoby  mi  bardzo  przyjemnie,  gdybyś  zechciała  zostać  na 

noc i pojechać jutro rano. 

– Nie, chyba nie mogę. – Nie było sensu przystawać na tę propozycję, tak 

samo, jak zastanawiać się, dlaczego to zrobił. Wyjdzie stąd i na tym skończy się 
ich krótka znajomość. Następnym razem zobaczy Benjamina Westa w dzienniku 
telewizyjnym,  opowiadającego  o swojej najnowszej  transakcji,  a  za kilka  lat te 
wspólne godziny będą tylko pogodnym wspomnieniem i niczym więcej. 

– Poza tym Arnie na mnie czeka – dodała. 
–  Przecież  nie  będziesz  jechała  po  nocy  tym  rozwalającym  się 

samochodem. 

Palce  Kate  zacisnęły  się  na  klamce.  Przez  witraże  w  drzwiach  widziała 

auto, tak bardzo nie pasujące do tego otoczenia. 

– Jasne, że będę. Na tym polega moja praca – odparła stanowczo. 
Przez lata Ben nauczył się ufać swojej intuicji. Zrozumiał, że kiedy Kate 

Hallaby wyjdzie z tego domu, nigdy więcej jej nie zobaczy. Powinno być mu to 
obojętne, ale tak nie było. Nie miał czasu, żeby zastanawiać się nad przyczyną 
swego stanu ducha. Zaryzykował. 

–  Zadzwoń  do  Nowego  Jorku  i  rzuć  tę  robotę.  Chcę,  żebyś  teraz 

pracowała dla mnie. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 
Kate  otworzyła  drzwi,  zanim  dotarł  do  niej  sens  słów  Bena.  Podmuch 

zimnego  powietrza  wpadł  do  holu.  Powoli  i  z  rozwagą  dziewczyna  zamknęła 
drzwi i spojrzała na niego– Co powiedziałeś? 

– Zaproponowałem ci pracę. 
– Dlaczego? 
Z  wielu  możliwych  i  skomplikowanych  odpowiedzi  Ben  wybrał 

najprostszą. 

– Ponieważ jej potrzebujesz. 
– Nie, to nieprawda. – Kate umilkła, żeby pozbierać myśli. – Arnie będzie 

wściekły, ale mnie nie zwolni. 

–  Wie,  co  robi.  –  Ben  poczuł  się  nieco  lepiej.  –  Ale  ja  też  wiem,  że 

kobieta,  która  pracuje  po  nocach  za  kiepskie  pieniądze,  potrzebuje  dobrze 
płatnej  pracy  w  zwykłych  godzinach,  tym  bardziej  że  nie  wiemy  jeszcze,  jak 
zachowa się pan Raphael. 

–  W  porządku,  może  rzeczywiście  moja  sytuacja  w  tej  chwili  nie  jest 

najlepsza, ale co to ciebie obchodzi? 

–  A  kto  mówi,  że  obchodzi?  –  odparował  Ben  i  ujrzał,  jak  twarz  Kate 

pokrywa  się  rumieńcem.  –  Po  prostu  szukam  szofera.  Ten,  którego  teraz 
zatrudniam, żeni się, a ponieważ jego narzeczona musi przenieść się do innego 
miasta, on jedzie razem z nią. 

– Opuszczając cię w potrzebie. 
– Otóż to. 
Akurat, pomyślała Kate. Wystarczyłoby przecież, żeby Ben zadzwonił do 

odpowiedniej agencji i w ciągu kilku godzin miałby nie jednego, a co najmniej 
kilku  licencjonowanych  kierowców.  Nawet  nie  musiałby  sam  się  fatygować, 
wystarczyło wydać polecenie. Działo się coś dziwnego, coś bardzo dziwnego. 

– Skąd wiesz, że mam odpowiednie kwalifikacje? – zapytała. 
–  Jeżeli  potrafisz  prowadzić  tę  nędzną  imitację  samochodu,  to  jestem 

pewien,  że  poradzisz  sobie  z  lincolnem.  Z  pewnością  lubisz  zajęcie  kierowcy. 
Gdyby  tak  nie  było,  nie  robiłabyś  tego  dotychczas.  No  i  przecież  znasz  Nowy 
Jork jak własną kieszeń. 

Miał rację, ale Kate wcale nie zamierzała tego potwierdzać. Podobnie jak 

nie chciała rezygnować z własnej niezależności dla wątpliwego zaszczytu, jakim 
była  posada  kierowcy  Benjamina  Westa.  Jego  propozycja  była  niemal 
uwłaczająca.  W  ciągu  ostatnich  godzin  Kate  cieszyła  się  jego  towarzystwem, 
traktowała  go  jak  niezwykle  atrakcyjnego  mężczyznę.  Okazało  się,  że  on  nie 
dostrzegł w niej kobiety, tylko kandydatkę na szofera. 

– Twoja propozycja  jest niezwykle atrakcyjna – stwierdziła ironicznie. – 

background image

Jestem pewna, że inni będą się zabijali o tę pracę, nie chciałabym więc odbierać 
im takiej szansy. 

Otworzyła  szeroko  drzwi  i  tym  razem  z  przyjemnością  powitała  zimne 

powietrze. 

– Chętnie jeszcze raz podziękowałabym ci za obiad – dodała. – Ale skoro 

okazało się, że była to rozmowa kwalifikacyjna, jestem nieco mniej wdzięczna. 

Ben wyszedł za nią na werandę. 
– Czy to znaczy, że odrzucasz moją ofertę? 
– Na to wygląda. 
– Nie zapytałaś nawet o wynagrodzenie. – Ben ze zdumieniem zdał sobie 

sprawę, że idzie za nią w stronę samochodu. – Ani o warunki pracy. 

–  To  nieważne.  –  Klamka  była  przeraźliwie  zimna.  Kate  sięgnęła  do 

kieszeni po rękawiczki. – Nie interesuje mnie to. 

– A powinno. 
– Kwestionujesz moją decyzję? – Wśliznęła się za kierownicę. 
–  Tak.  –  Ben  z  wysiłkiem  powstrzymał  się,  żeby  nie  dodać  „do  ciężkiej 

cholery”. Był rozdrażniony. Prawdopodobnie Kate Hallaby przyszła na świat po 
to,  aby  stale  wyprowadzać  go  z  równowagi.  Ta  kobieta  nie  miała  za  grosz 
zdrowego rozsądku. 

–  No  widzisz  –  powiedziała  łagodnie  Kate.  –  Na  pewno  nie  chciałbyś 

zatrudniać  kogoś,  kto  nie  potrafi  dokonać  właściwego  wyboru.  To  miłe,  że 
przedstawiłeś mi tę propozycję, ale jestem pewna, że nic dobrego by z tego nie 
wyniknęło. 

Zatrzasnęła  drzwi  i  włączyła  stacyjkę.  Silnik  zaskoczył  już  za  drugim 

razem. Zwalczyła w sobie pokusę, by jeszcze raz spojrzeć na Bena, i ruszyła. 

Może to najlepsze rozwiązanie, pomyślał Ben. Jutro, a najpóźniej za kilka 

dni zapomni o niej. Trzeba polecić Donaldowi, żeby znalazł nowego kierowcę. 
Nagle błysnęła mu myśl, że po raz pierwszy od dłuższego czasu spotkał kogoś, 
kto zupełnie nic od niego nie chciał. 

Wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. 
 

* * * 

 
–  Jak  myślisz,  czy  trzydzieści  pięć  metrów  kwadratowych  znaczy 

cokolwiek dla Benjamina Westa? 

Kate siedziała na podłodze, studiując gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o 

pracy  w  weekendy.  Podniosła  głowę  i  spojrzała  na  swoją  współlokatorkę, 
Maggie Jones, stojącą w drzwiach z olbrzymim koszem imponujących lilii. 

Przywitała ten widok z głębokim westchnieniem. 
– Przysięgam, że jeżeli on przyśle jeszcze choćby jeden kwiatek, któraś z 

nas  będzie  musiała  się  wyprowadzić  –  narzekała  Maggie.  Kwiaty  przysyłano 

background image

codziennie od powrotu Kate z Wilton. 

Pierwszy bukiet wsadziły do jedynego wazonu, jaki posiadały, a następne 

umieszczane  były  w  każdym  nadającym  się  do  tego  celu  naczyniu.  Teraz 
zaczynało już brakować miejsca w ich małym, dwupokojowym mieszkanku. W 
dodatku silny zapach kwiatów przyprawiał dziewczęta o ból głowy. 

–  Pozwoliłam  sobie  otworzyć  kopertę.  –  Maggie  wstawiła  lilie  do 

glinianego  pojemnika  i  ustawiła  je  na  podłodze.  –  Napisał  to,  co  zwykle: 
„Zadzwoń do mnie, Ben”. 

– Wrzuć kartkę tam, gdzie poprzednie – machnęła ręką Kate. 
– Co ja dostanę za bieganie w tę i z powrotem? 
–  Masz  kwiaty.  –  Kate  uśmiechnęła  się.  –  Sama  mówiłaś,  że  lubisz  je 

dostawać. Twierdziłaś, że to takie romantyczne. 

–  Nie  wiem,  czy  zauważyłaś,  że  żaden  z  tych  bukietów  nie  jest 

przeznaczony dla mnie – odparła Maggie. – Było to romantyczne na początku, 
teraz robi się cokolwiek dziwne. 

– Zgadzam się. – Kate rzuciła gazetę na kanapę. 
– To powiedz mu, żeby przestał. 
– Nie zadzwonię do Benjamina Westa. 
– Dlaczego? 
– Wyjaśniałam ci już – powiedziała podniesionym głosem  Kate. Maggie 

posiadała niezwykle przydatną dla niej umiejętność zapominania o tym, z czym 
się nie zgadzała. – Bo nie interesuje mnie ani on, ani to, co ma do powiedzenia. 

–  Gdyby  Benjamin  West  uganiał  się  za  mną,  już  wkrótce  byłabym 

współwłaścicielką Westcon Plaza. 

– Maggie, ten facet chce, żebym mu prowadziła samochód! 
– Kto by się przejmował szczegółami? Traktuj to jako dobry początek. 
– Początek czego? 
–  To  już  zależy  od  ciebie,  prawda?  Jak  sądzisz,  czy  Ben  West  często 

przesyła kwiaty ewentualnym pracownikom? 

Kate położyła się na podłodze. 
– Mogłabyś przynajmniej dać mu szansę. 
– Dałam  mu szansę. – Kate przypomniała sobie wspólną kolację i swoje 

późniejsze rozczarowanie. – I zobacz, do czego to doprowadziło. 

–  Rzeczywiście,  zapomniałam.  –  Maggie  rozejrzała  się  po  ukwieconym 

pokoju.  –  To  mnie  doprowadza  do  szaleństwa...  Ale  nie  zapominaj,  że  on  ci 
złożył  ofertę,  z  której  mogłabyś  skorzystać.  Wysoka  pensja,  dobre  warunki 
pracy... 

– Nie rozmawialiśmy o tym. 
–  Jestem  przekonana,  że  te  pieniądze  pozwoliłyby  ci  nieźle  żyć  i  przy 

okazji odłożyć na studia. – Maggie zmrużyła oczy. – Powiedziałaś mu, że został 
ci tylko jeden semestr? 

background image

– Szczerze mówiąc, nie. 
– Na litość boską, dlaczego? 
– Jakoś nie było okazji – uśmiechnęła się Kate. 
– A czy w ogóle poinformowałaś go, że studiujesz prawo? 
– Niezupełnie... 
–  Nic  nie  mów,  niech  zgadnę.  Pewnie  nie  miałaś  czasu.  Świetnie  to 

rozumiem. W końcu spędziłaś z nim tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdybyś 
miała do dyspozycji dwa dni albo jeszcze lepiej trzy... 

–  Przestaniesz  wreszcie?  –  Kate  próbowała  przybrać  groźny  ton,  ale  nie 

wytrzymała i zaczęła chichotać. 

– No to powiedz mi. 
– Nie chciałam o tym mówić. 
– Ależ dlaczego? 
–  Sama  nie  wiem.  Gdybym  powiedziała  mu  o  tych  studiach,  to  byłoby 

tak, jakbym chciała się dowartościować w jego oczach. Jak gdybym próbowała 
zrobić na nim wrażenie, o co z pewnością mi nie chodziło. 

–  Oczywiście,  że  nie  –  mruknęła  Maggie.  –  Właściwie  dlaczego 

ktokolwiek chciałby zrobić wrażenie na Benjaminie Weście? 

–  Dosyć  tego!  –  Kate  wstała  gwałtownie  i  ruszyła  w  stronę  szafy.  – 

Jeszcze jedno słowo i znajdę sobie nową współlokatorkę. 

– Nie możesz tego zrobić – zaoponowała Maggie. – Na umowie znajduje 

się również moje nazwisko. 

– Wobec tego sama się wyprowadzę. 
–  Gdzie?  Na  ulicę?  Ledwie  wystarcza  ci  na  opłatę  tego  mieszkania.  – 

Maggie przyglądała się, jak Kate wkłada kurtkę. – Gdzie idziesz? 

– Do pralni. Zapomniałaś, że w tym tygodniu moja kolej? 
–  Masz  ochotę  na  towarzystwo?  –  Nie  czekając  na  odpowiedź,  Maggie 

chwyciła jedną z dwóch dużych toreb stojących przy drzwiach. 

– Chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa? – Kate podniosła drugą torbę. 
–  Chyba  tak  –  uśmiechnęła  się  Maggie.  –  Ale  nie  martw  się.  Przyjdzie 

dzień, kiedy zmądrzejesz i zaczniesz myśleć tak jak ja. 

Kate wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je powoli. 

 

Tego się właśnie obawiam – powiedziała w końcu. 

 

* * * 

 
Ben  wprowadził  do  pamięci  komputera  dane,  nad  którymi  przed  chwilą 

pracował, i zamknął oczy. Przycisnął palce do skroni. Ból rozsadzał mu głowę. 

Włączył przycisk interkomu. 
– Jody, czy mogłabyś mi przynieść ze dwie aspiryny? – zapytał. 
– Oczywiście, panie West. Zaraz przyjdę. 

background image

Ben  odsunął  krzesło  i  wstał,  próbując  rozluźnić  mięśnie  karku.  Zapadał 

zmierzch. Wzdłuż Manhattanu zapalały się światła. Stanął przy jednym z dwóch 
ogromnych okien. 

Błyszczący Nowy Jork, miasto wiecznej obietnicy. Poniżej znajdowała się 

słynna  Piąta  Ulica.  Uświadomił  sobie,  jak  długą  drogę  przebył  w  ciągu 
trzydziestu  sześciu  lat.  Spróbował  wszystkiego,  co  to  miasto  miało  do 
zaoferowania, i nie żałował niczego. 

Ben popatrzył z góry na zatłoczoną ulicę. Ludzie śpieszyli się, samochody 

pędziły.  Widział  zmieniające  się  światła.  Był  zbyt  wysoko,  aby  słyszeć  ryk 
klaksonów,  ale  z  łatwością  mógł  to  sobie  wyobrazić.  Nowy  Jork był  hałaśliwy 
jak zwykle. 

Taksówka  minęła  autobus.  Ben  uśmiechnął  się  na  ten  widok.  Kate  lada 

moment zacznie pracę. Zapali napis „wolne” i zapewne z zapałem przyłączy się 
do walki o pasażerów. 

Zastanawiał  się,  czy  była  najedzona  i  wypoczęta.  Czy  szukała  zajęcia  i 

czy  ją  ktoś  w  końcu  zatrudnił.  Przez  ostatnie  sześć  dni  obiecywał  sobie  nie 
myśleć o niej więcej, ale jakoś nie mógł dotrzymać tego postanowienia. Wysyłał 
więc  kwiaty,  tuziny  kwiatów,  ale  ona  milczała.  Do  diabła,  powinien  przysyłać 
jej  steki.  Miałby  przynajmniej  pewność,  że  kładzie  się  spać  najedzona.  Ale 
wtedy wiedziałaby, że się o nią niepokoi i zastanawiałaby się, dlaczego tak się 
dzieje. Jak mógłby odpowiedzieć na to pytanie, skoro sam nie był pewien, skąd 
się bierze jego troska? 

Nagle rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. 
–  Proszę.  –  Ben  odwrócił  się  od  okna.  Spodziewał  się  sekretarki,  lecz 

zamiast niej ujrzał swojego asystenta. 

– Kiedy szedłem tutaj, Jody poprosiła mnie, żebym ci to przyniósł. 
Donald Rubin był drobnym, szczupłym mężczyzną po czterdziestce. Nosił 

rogowe okulary i zaczesywał włosy do przodu, aby ukryć postępującą łysinę. W 
ręce trzymał fiolkę aspiryny. 

–  Dziękuję.  –  Ben  podszedł  do  małego  barku  w  rogu  gabinetu.  Kiedy 

nalewał wodę do szklanki, zdał sobie sprawę, że ból głowy minął bez śladu. 

–  Właściwie  dlaczego  chciałeś  się  ze  mną  widzieć?  Donald  przysiadł  na 

skraju biurka. 

–  Ci  z  programu  „Słynni  ludzie”  czekają  na  dole  –  poinformował.  – 

Chcieliby przyjść tutaj. 

– Nie ma mowy. 
–  Obiecałeś  im,  że  będą  mogli  kręcić  w  Westcon  Plaza  –  zauważył 

Donald. Wiedział już, że Ben się nie zgodzi, ale przyrzekł Morganowi Peach, że 
zrobi wszystko, co w jego mocy. 

–  Znali  zasady.  Mogą  kręcić  wszędzie,  ale  nie  w  miejscu  pracy  i  w 

wynajmowanych częściach budynku. – Ben odłożył fiolkę. 

background image

–  Kilku  twoich  sławnych  lokatorów  pozwoliło  im  wejść  do  swoich 

apartamentów. 

Ben  potrząsnął  głową.  Nigdy  nie  przestawało  go  zdumiewać,  jak  daleko 

potrafią  posunąć  się  ludzie  w  pogoni  za  popularnością.  W  jego  sytuacji  brak 
prywatności był ceną, jaką płacił za swoją pozycję, ale z trudem to akceptował. 

– To już ich sprawa. 
– Pan Peach zastanawiał się, czy nie chciałbyś postąpić podobnie. 
Ben rzucił mu spojrzenie pełne nienawiści. 
–  Hej,  nie  patrz  tak  na  mnie.  Jestem  tylko  posłańcem  –  zaprotestował 

Donald. 

– Powinieneś wiedzieć, jak zareaguję. 
– On chciałby sfilmować tylko twoje biuro. 
–  Zatrudniłem  cię  chyba  wyłącznie  ze  względu  na  twoją  wytrwałość.  – 

Ben ciężko usiadł na krześle. 

–  Zapomniałeś  o  moim  doktoracie  na  Harvardzie  –  uśmiechnął  się 

Donald. 

–  A  tak.  No  więc idź  i  użyj  siły  swojego  intelektu  w  kontakcie  z  panem 

Peachem.  Niech  sobie  sfilmuje  fontannę  i  pozwól  mu  też  pomachać  kamerą  z 
windy. Stawiam jeden warunek, mają z tym dzisiaj skończyć. 

–  W  porządku.  –  Donald  wstał  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  –  Aha,  jeszcze 

jedno. 

Ben czekał, popijając powoli wodę. 
–  Kwiaty  dla...  –  Donald  pogrzebał  w  kieszeni  i  wyciągnął  stamtąd 

pognieciony świstek papieru – ...panny Kate Hallaby. Wysyłano je codziennie w 
tym  tygodniu,  z  wyjątkiem  dzisiejszego  dnia.  Chciałem  się  tylko  upewnić,  czy 
nie  zapomniałeś.  Wiem,  że  jest  już  późno,  ale  kwiaciarnia  przyjmie  jeszcze 
zamówienie... 

– Nie – przerwał Ben. – Nie zapomniałem. 
Donald zgniótł papier i wsadził go z powrotem do kieszeni. Znał nie tylko 

sprawy  zawodowe  Bena,  ale  także  jego  życie  osobiste.  Byli  przyjaciółmi  i 
Donald wiedział, że może sobie pozwolić teraz na kpiący uśmiech. 

– Nie powiesz chyba, że rezygnujesz? – zapytał. 
– A czy kiedykolwiek to zrobiłem? 
– Nigdy dotąd nie spotkałeś tak nieprzychylnie nastawionej damy. 
– To prawda. – Ben spoważniał. – Szkoda. 
– Ja bym tego tak nie ujął. – Uśmiech Donalda stał się jeszcze szerszy. – 

Kto to  jest  tym  razem?  Kobieta interesu,  socjalistka?  Hm...  Hallaby...  to  chyba 
australijskie nazwisko? 

Ben tylko czekał na ten moment. 
– Prowadzi taksówkę – wyjaśnił. 
– Co takiego? – Donald podszedł bliżej. – Przez chwilę wydawało mi się, 

background image

ż

e powiedziałeś, iż ona prowadzi taksówkę. 

–  Tak.  Ona  prowadzi  taksówkę.  Chciałem,  żeby  przejęła  obowiązki 

Milesa, kiedy on odejdzie. Niestety, widocznie ma inne plany. 

–  Rozumiem.  Cóż...  –  Donald  zakaszlał.  Teraz  przynajmniej  było  dla 

niego  jasne,  dlaczego  Ben  odrzucił  innych  kandydatów.  –  Sądzę,  że  kwiaty 
stanowią miły upominek. 

– Też mi się tak wydawało. 
 

* * * 

 
Gdy  Kate  rozpoczęła  pracę,  dzień  miał  się  już  ku  końcowi  i  było  nieco 

chłodniej,  lecz  mimo  to  otworzyła  szeroko  okno.  Nadarzała  się  okazja,  aby 
wreszcie poczuć wiatr we włosach, i Kate nie zamierzała jej zmarnować. 

Pierwszy kurs skierował ją na West Side, gdzie czekała ponad godzinę na 

następnego  pasażera.  Potem  trafiła się seria krótkich  kursów  ze  śródmieścia  na 
przedmieście  i  z  powrotem.  Prowadziła  w  milczeniu,  będąc  mimowolnym 
ś

wiadkiem  rozmów  i  wydarzeń  rozgrywających  się  za  jej  plecami.  Słyszała 

zażartą  kłótnię  ojca  i  syna,  przyglądała  się  rozszczebiotanej  zakochanej  parze, 
poleciła  restaurację  jakimś  turystom.  Wszystko  to  stanowiło  część  jej  życia 
zawodowego. 

Około  północy  wylądowała  w  Village.  Bez  specjalnej  nadziei  na  kurs 

powrotny  przyglądała  się  cichej  ulicy.  Już  miała  zrezygnować,  gdy  nagle  z 
cienia wyszedł mężczyzna, unosząc w górę jedną rękę. 

Kate  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Nawet  w  porządnej  dzielnicy  należało 

być  ostrożnym.  Mężczyzna  był  niski  i  krępy,  ubrany  w  luźne  spodnie  i 
powyciągany golf. Przez ramię miał przewieszoną zniszczoną skórzaną torbę. W 
słabym świetle latarni Kate zauważyła diamentowy kolczyk w lewym uchu. 

Podjechała  bliżej  i  przystanęła  pomiędzy  dwoma  zaparkowanymi 

samochodami, czekając, aż mężczyzna otworzy tylne drzwi i wsiądzie. 

–  To  tylko  parę  bloków  stąd  –  powiedział.  –  Mam  nadzieję,  że  nie  ma 

pani nic przeciwko temu. 

– Nie. – Kate włączyła licznik. – Dokąd? 
–  Jak  myślisz?  –  Pasażer  zachichotał  i  pochylił  się  w  jej  kierunku.  – 

Niezła jesteś. 

Kate  zesztywniała,  czując,  że  dotknął  jej  włosów  na  karku.  Skończyła 

kurs samoobrony i wiedziała, że najważniejsza jest pierwsza zasada. Ufaj swojej 
intuicji  –  jeżeli  wydaje  ci  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku,  to  prawdopodobnie 
masz rację. 

Powoli  i  ostrożnie  wyciągnęła  rękę  w  kierunku  radia,  jedynego  łącznika 

ze światem zewnętrznym. 

–  Tylko  to  włączę  i  jedziemy.  –  Starała  się,  żeby  jej  głos  brzmiał 

background image

spokojnie. 

– Nie. – To jedno słowo zmroziło jej krew w żyłach. 
– Ale... 
Ujrzała  rękę  trzymającą  mały  błyszczący  pistolet.  Nie  jest  zbyt  duży, 

pomyślała. Ale wystarczy całkiem niewielka kula, żeby zabić człowieka. 

– Nie dyskutuj. Nic nie mów i daj mi pieniądze. 
Kate bez słowa wyjęła metalową skrzynkę i podała ją mężczyźnie. 
– A teraz opróżnij kieszenie. 
Oddała  kluczyki,  prawo  jazdy  i  czterdzieści  dolarów  z  napiwków. 

Mężczyzna zgarnął pieniądze i machnął pistoletem w kierunku drzwi. 

– Wyjdź z samochodu! 
–  Dostałeś,  czego  chciałeś  –  powiedziała  głośno.  Serce  biło  jej  jak 

oszalałe,  ale  wiedziała,  że  za  żadną  cenę  nie  może  okazać  strachu.  –  Weź 
pieniądze i idź. 

–  Może  dostałem,  a  może  nie  –  zachichotał.  Widać  było,  że  napastnik 

rozkoszował się przewagą, jaką dawała mu broń. – Nie denerwuj mnie. Wyłaź z 
tego cholernego samochodu. 

–  Muszę  włączyć  ręczny  hamulec  –  zaoponowała  Kate.  Nie  chciała 

myśleć o tym, co się stanie, kiedy wysiądzie z samochodu. W ogóle nie chciała 
myśleć. 

–  To  włącz.  –  Zaczynał  się  niecierpliwić.  Jeżeli  będzie  miała  szczęście, 

zrobi się nieostrożny. – Potem daj mi kluczyki. 

Kate chwyciła hamulec dwoma palcami, a pozostałe zacisnęła na wiszącej 

obok żyłce, do której przymocowany był policyjny gwizdek o bardzo donośnym 
dźwięku. 

– Teraz hamuję – powiedziała. – I wysiadam. 
Kiedy  mężczyzna  wyciągnął  rękę  w  kierunku  drzwi,  Kate  zastygła  w 

oczekiwaniu. Gdyby  przynajmniej wystawił jedną nogę na zewnątrz, ruszyłaby 
błyskawicznie... ale nie zrobił tego. 

– Szybciej. 
–  Robię  to  tak  szybko,  jak  mogę.  –  Pociągnęła  za  dźwignię  i  zacisnęła 

dłoń na gwizdku w tym samym momencie. Następnie wyłączyła silnik i wyjęła 
kluczyki ze stacyjki. – Gdybyś odłożył pistolet, poszłoby sprawniej. 

Parsknął pogardliwie i uderzył w dzielącą ich przegrodę. 
– Wyłaź! 
Kiedy  dotknęła  nogą  chodnika,  natychmiast  znalazł  się  obok  niej.  Jedną 

ręką złapał  ją  za  ramię  tuż ponad łokciem,  drugą  wyrwał  kluczyki  i  wsunął do 
kieszeni. 

– A teraz cicho bądź! Przejdziemy się trochę. 
–  Dokąd?  –  Kate  czuła,  że  szczękają  jej  zęby.  Zrób  coś,  żeby  mówił, 

zaklinała samą siebie. Zrób coś, żeby myślał o czymś innym, i czekaj na okazję. 

background image

– Tędy. 
Aleja  biegła  pomiędzy  dwoma  budynkami.  Była  ciemna  i  wyludniona. 

Kate  wiedziała,  że  jeśli  opuszczą  ulicę,  nie  będzie  miała  żadnych  szans. 
Napastnik  nie  potrzebował  nawet  broni.  Prawdopodobnie  tak  samo  ocenił 
sytuację, ponieważ schował pistolet za pasek od spodni. 

Kate  oddychała  ciężko.  Postanowiła  zaryzykować.  Teraz  albo  nigdy. 

Nagle udała, że się potyka i upadła na kolana. 

– Co się dzieje, u diabła? – warknął mężczyzna. 
– Cholerna dziura – mruknęła. 
Nie puścił jej ramienia, kiedy upadała, i stracił równowagę. Kate modliła 

się,  żeby  to  wystarczyło.  Szarpnął  ją  mocno  do  góry  i  zanim  zdążył  się 
zorientować,  kopnęła  go  z  całej  siły  w  kostkę,  a  jej  ręce  zaciśnięte  w  pięści 
wylądowały na jego nosie. 

Usłyszała  chrzęst  i  ujrzała,  jak  krew  zaczyna  spływać  po  jego  twarzy  i 

swetrze. Rzuciła się w stronę oświetlonej części ulicy. Wsadziła gwizdek do ust 
i dmuchała do utraty tchu. 

– Dziwka! 
Gdyby  wyciągnął  pistolet,  sytuacja  stałaby  się  bardzo  groźna.  Jednak  on 

pobiegł w przeciwnym kierunku, jedną rękę trzymając przy twarzy, a w drugiej 
zaciskając zagrabione pieniądze. Oparła się o taksówkę. Drżała na całym ciele. 

Zza rogu wyjechał samochód policyjny i zatrzymał się tuż obok niej. 
– Nic się pani nie stało? 
Kate z wysiłkiem potrząsnęła przecząco głową. Policjant przyjrzał się jej 

uważniej. 

– Ale to pani gwizdała? 
– Tak. – Kate popatrzyła na niego nieprzytomnie. – To ja– Czy mogłaby 

pani powiedzieć, co się wydarzyło? Zacinając się opisała przebieg wydarzeń. 

W  taksówce  Kate  zorientowała  się,  że  nie  ma  kluczyków.  Policjanci 

zepchnęli  taksówkę  na  chodnik  i  zabrali  Kate  na  komisariat,  aby  złożyła 
formalne zeznanie. Kiedy wreszcie skończyła, na zewnątrz zaczynało już świtać. 
Jeszcze  dwukrotnie  musiała  podać  dokładny  opis  wypadków.  Zawiadomiono 
Arniego,  który  wysłał  do  Village  jednego  z  kierowców  z  zapasową  parą 
kluczyków.  Sierżant  poczęstował  Kate  gorącą  kawą  i  nie  omieszkał  dodać,  że 
miała piekielne szczęście. 

Kate  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  jednak  nie  czuła  się  dzięki  temu  ani 

trochę  lepiej.  Rozglądała  się  niespokojnie  jadąc  do  domu  autobusem,  a 
odległość  między  przystankiem  a  swoim  blokiem  pokonała  w  rekordowym 
tempie. Równie szybko wbiegła po schodach. 

Mieszkanie było puste. Kate starannie zamknęła drzwi, założyła łańcuch i 

rozejrzała  się  dokoła.  Na  stole  stał  dzbanek  z  kawą  i  pączki.  Ugryzła  parę 
kęsów,  po  czym  usiadła  w  fotelu  i  zastygła  bez  ruchu.  Stopniowo  wracała  do 

background image

równowagi. Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała. 

Minął  strach,  a  jego  miejsce  zajął  gniew  i  urażona  duma.  Została 

napadnięta  i  udało  jej  się  wyjść  z  tego  bez  szwanku.  Czy  wszystko  było  w 
porządku? 

Kogo próbowała oszukać? Tym razem poradziła sobie z napastnikiem. A 

jak  będzie  kiedy  indziej?  Przy  tej  pracy  istniało  duże  prawdopodobieństwo,  że 
sytuacja powtórzy się któregoś dnia. Nawet nie chciała o tym myśleć. 

Nadszedł  czas,  żeby  dokonać  wyboru.  Pamiętała  o  ofercie  Bena.  Może 

między  nimi  nic  nie  było,  tylko  ona  sobie  coś  wymyśliła?  Jednak  jeśli  kobieta 
patrzy na mężczyznę i czuje, że ziemia usuwa się jej spod nóg, propozycja pracy 
jest  ostatnią  rzeczą,  której  oczekuje.  Jednak  dla  Bena  wyglądało  to 
prawdopodobnie nieco inaczej. 

Miał szczęście, że nie zareagowałam gwałtowniej, pomyślała Kate. Ale i 

ona miała szczęście, gdyż dzięki temu propozycja ta była nadal otwarta. Chociaż 
może już nie, gdyż kwiaty przestały przychodzić. Był tylko jeden sposób, żeby 
się  przekonać.  Tuż  obok  solniczki  leżała  na  stole  mała,  nieporządna  kupka 
kartek.  Kate  wzięła  pierwszą  z  brzegu  i  położyła  przed  sobą.  Obok  ułożyła 
następną.  Gdy  skończyła,  kartki  utworzyły  linię  biegnącą  przez  całą  długość 
stołu. 

„Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – 

Ben” – widniało na każdej z nich. 

Patrzyła  na  nie  w  milczeniu.  Zgodzi  się  na  propozycję  Bena.  Będzie 

najlepszym  kierowcą,  jakiego  kiedykolwiek  miał.  Nawet  jeśli  nie  minie  jej 
fascynacja  tym  mężczyzną,  nikt  nie  musi  się  o  tym  dowiedzieć.  Zwłaszcza 
pracowity  pan  Benjamin  West  Westchnęła  i  rozsypała  leżące  przed  nią  kartki. 
Znała przecież ich treść na pamięć. Sięgnęła po słuchawkę. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 
Rozmowa  telefoniczna  była  krótka  i  rzeczowa.  Umówili  się  na  szóstą  w 

biurze. Ben zamierzał powiedzieć dużo więcej i gdy odłożył słuchawkę, poczuł 
się rozczarowany. Nie znał zbyt dobrze Kate Hallaby, ale w jej przypadku jedno 
było  pewne  –  należało  przygotować  się  na  nieoczekiwany  rozwój  wydarzeń. 
Powiedziała, że może przedyskutować jego propozycję, ale nie wspomniała, czy 
zechce ją przyjąć. Cały tydzień spędził na męczących zabiegach o zapewnienie 
jak  najkorzystniejszych  warunków  umowy  budowy  nocnego  klubu  na  Lower 
East Side. Sądził, że godzina spędzona z Kate Hallaby jest dokładnie tym, czego 
mu teraz potrzeba. Co jednak będzie, jeżeli ona tu wejdzie i nic się nie stanie? 
Jeżeli jego puls nie zacznie bić szybciej, a uścisk ręki pozostanie zdecydowany i 
obojętny? Może wtedy tylko mu się wydawało? 

Ben  zaznaczył  datę  w  kalendarzu.  Nawet  jeśli  spotkanie  nie  spełni  jego 

oczekiwań, to rzeczywiście potrzebuje szofera. 

 

* * * 

 
Garderoba Kate była, łagodnie mówiąc, dość skromna. Jako studentka nie 

potrzebowała wielu ubrań, a jako kierowca taksówki jeszcze mniej. Miała dwie 
czy trzy sukienki, które wkładała, gdy wybierała się do butiku. Zdecydowała, że 
wyglądałaby  w  nich  zbyt  oficjalnie.  Poza  tym  musiałaby  do  nich  założyć 
pończochy  i  szpilki,  a  na  to  już  zupełnie  nie  miała  ochoty.  W  końcu  wybrała 
sztruksowe spodnie i męską koszulę, którą kupiła na ciuchach. 

O piątej trzydzieści minęła recepcję w budynku, w którym znajdowało się 

biuro  Bena.  Strażnik  sprawdził  jej  nazwisko  na  liście,  po  czym  skierował  do 
prywatnej windy. Podróż na górę trwała krótko. Kate nie miała nawet czasu, aby 
przyjrzeć  się  pięknym  dywanom  i  ścianom  pokrytym  dębowym  drewnem. 
Zerknęła  jednak  w  lustro,  bezskutecznie  próbując  przygładzić  niesforne  włosy. 
Cóż,  albo  Ben  zgodzi  się  ją  przyjąć  taką,  jaka  jest,  albo  sprawa  zakończy  się, 
zanim się zaczęła. 

Gdy drzwi od windy otworzyły się, Kate ujrzała sekretarkę Bena. Była nią 

szczupła  blondynka  o  wysportowanej  sylwetce  i  twarzy  modelki.  Sukienka, 
którą miała na sobie, musiała kosztować mnóstwo pieniędzy. 

Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło. 
– Cześć, jestem Jody – przywitała się. – Wezmę pani płaszcz, a pani niech 

już wchodzi. Pan West czeka. 

Kate  spodziewała  się  zobaczyć  nowoczesne,  zimne  wnętrze.  Zaskoczona 

rozejrzała się wokół. Drewno w połączeniu z dywanami w pastelowych kolorach 
stwarzało wrażenie dyskretnej elegancji. Biurko Jody doskonale pasowałoby do 

background image

starego  angielskiego  dworu.  Na  ścianie  wisiał  obraz  Stubbsa.  Kate  obiecała 
sobie,  że  wychodząc  stąd  zatrzyma  się  i  dokładniej  go  obejrzy.  Teraz  tylko 
rzuciła nań okiem i poszła prosto do gabinetu Bena. 

Kiedy  weszła,  rozmawiał  przez  telefon.  Poinformowany  przez  Jody,  że 

Kate  jedzie  na  górę,  już  od  pięciu  minut  bezskutecznie  próbował  zakończyć 
rozmowę  z  Mortem  Silverburgiem.  Ponieważ  sprawa  nocnego  klubu  została 
omówiona,  Mort  szczebiotał  wesoło  o  przyjęciu,  które  zamierzał  wydać  pod 
koniec tygodnia. 

Ben nie musiał się specjalnie koncentrować, aby wtrącać „tak” lub „aha” 

w  odpowiednim  momencie.  Wstał  i  zapraszającym  gestem  zachęcił  Kate  do 
pozostania, szepcząc bezgłośnie „zaraz kończę”. 

Skinęła głową i rozejrzała się po gabinecie. Podeszła do ogromnych okien 

i  wyjrzała  na  zewnątrz.  Przyglądał się  jej,  gdy  zaczęła spacerować,  starając  się 
wyglądać zdecydowanie i pewnie. 

Z jakiegoś powodu – prawdopodobnie dlatego, że tylko w tym ją widział 

– Ben oczekiwał, że Kate zjawi się w dżinsach. Zamiast nich włożyła spodnie z 
tak delikatnego sztruksu, że wyglądał jak aksamit. Były bardzo obcisłe w talii i 
przy  kostkach,  a  w  pozostałych  miejscach  na  tyle  luźne,  żeby  rozbudzić  jego 
wyobraźnię. 

Miała na sobie olbrzymią męską koszulę. Gdyby włożyła ją inna kobieta, 

uznałby, że wygląda raczej dziwnie. Kate prezentowała się znakomicie. 

Ben pośpiesznie zakończył rozmowę. 
Kiedy odłożył słuchawkę, Kate odwróciła się w jego stronę. Potrzebowała 

tych kilku chwil, żeby ochłonąć. Nie spodziewała się, że widok tego mężczyzny 
tak  bardzo  na  nią  podziała.  Przedtem  wydawał  się  jej  pociągający,  teraz 
dosłownie zaparło jej dech. 

–  Panie  West.  –  Przeszła  przez  pokój  i  wyciągnęła  rękę.  –  Miło  mi,  że 

znów pana widzę. 

–  Zdaje  mi  się,  że  się  cofamy  –  przytrzymał  jej  dłoń  dłużej,  niż  tego 

wymagało powitanie. – Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, mówiłaś do mnie 
„Ben”. 

– Wtedy odrzuciłam pana propozycję. – Kate zrezygnowała z wyjaśniania 

tego, co wydawało się oczywiste. Podczas tych niezwykłych godzin spędzonych 
w  zaspie,  potem  w  jego  domu,  znajdowali  się  na  równych  sobie  pozycjach. 
Dzisiejszego popołudnia  układ  sił  się  zmienił. –  Ale  jeżeli  jest  ciągle  aktualna, 
to chętnie ją przyjmę. 

–  Porozmawiajmy.  –  Ben  wskazał  jej  krzesło.  –  Może  napijesz  się 

czegoś? Wody mineralnej? 

– Nie. Dziękuję. 
– Istotnie – zaczął – propozycja jest nadal aktualna. Pozwól, że opowiem 

ci trochę o tej pracy i zobaczymy, czy nadal będziesz nią zainteresowana. 

background image

Po  wczorajszych  dramatycznych  wydarzeniach  Kate  nie  bardzo  mogła 

wyobrazić sobie, co mogłoby ją zniechęcić. Postanowiła jednak wysłuchać go. 

–  Zatrudniam  dwóch  szoferów,  pracujących  na  zmianę.  Mam  już 

pracownika na  nocną  zmianę.  Szukam  kogoś, kto  będzie  pracował  w dzień, od 
siódmej rano do siódmej wieczorem. Nie znaczy to oczywiście, że masz jeździć 
całymi  dniami.  Czasami  w  ogóle  nie  potrzebuję  kierowcy.  Ale  kiedy  jestem  w 
mieście czy w okolicy, musisz być w tym czasie dyspozycyjna. 

– W porządku – skinęła głową Kate. 
–  Jeżeli  chodzi  o  pensję,  myślę,  że  uznasz  ją  za  całkiem  wysoką  – 

wymienił  sumę,  a  Kate  nerwowo  przełknęła  ślinę.  –  Oczywiście  dochodzą  do 
tego jeszcze rozmaite premie. 

– Oczywiście – mruknęła Kate, starając się nie myśleć o pieniądzach i o 

zmianach,  jakie  wprowadzą  w  jej  życiu.  Powtarzała  sobie,  że  nawet  teraz  nie 
musi  przyjmować  tej  pracy.  Wciąż  ma  możliwość  wyboru.  Ale  czy  może 
zrezygnować  z  wynagrodzenia  gwarantującego  regularne  odżywianie  i 
możliwość  odłożenia  pieniędzy  na  studia?  A  jak  poradzi  sobie  z  fascynacją 
Benem Western i świadomością, że będzie miał nad nią władzę? 

Postanowiła, że później będzie się o to martwić. 
– To właśnie wygląda na coś, czego szukam – zaczęła. – Nie przyniosłam 

referencji,  ale,  jak  pan  wie,  mam  trochę  doświadczenia.  Jestem  pewna,  że 
chciałby zadać mi pan kilka pytań... 

–  Tylko  jedno.  –  Ben  usiadł  wygodniej  i  skrzyżował  ręce.  –  Dlaczego 

zmieniłaś zdanie? 

Zaskoczył ją. Myślała, że zapyta ją o staż pracy albo o uprawnienia. Nie 

spodziewała się pytania, które przed chwilą padło. 

– Nic takiego się nie wydarzyło – machnęła niedbale ręką. 
– Daj spokój – parsknął. – Nie zgrywaj się. 
– Co masz na myśli? 
–  W  zeszłym  tygodniu  twój  cięty  język  powinien  zostać  zarejestrowany 

jako śmiertelna broń. Gdybym nie znał cię wcześniej, pomyślałbym, że trafiłaś 
tu dzisiaj prosto z klasztoru. Co się dzieje? 

Decyzja o przyjściu tutaj była dostatecznie trudna, a teraz Ben dodatkowo 

komplikował sytuację. 

– Może po prostu próbuję zrobić dobre wrażenie – powiedziała. 
– Do diabła! – Ben wstał i przeczesał włosy palcami. – Zrobiłaś świetne 

wrażenie w zeszłym tygodniu, a potem mnie spławiłaś. Co się stało od tamtego 
czasu? 

– Nic. 
– Czy Arnie cię zwolnił? 
–  Nie.  –  Kate  wyczuła,  że  Ben  stoi  tuż  obok  niej.  Podniosła  wzrok  i 

zobaczyła, że pochyla się nad nią, z rękami wspartymi na oparciach fotela. 

background image

– Powiedz, proszę, co się stało? – Jego głos był ciepły i łagodny. Gdyby 

był agresywny lub nalegał, wykręciłaby się od odpowiedzi. Umiała sobie radzić 
z siłą, lecz jego czułość rozbroiła ją. 

– Napadnięto mnie – wyjaśniła. 
– Co? 
–  Napadnięto.  –  Kate  zerknęła  na  niego.  –  Rozumiesz,  co  to  znaczy? 

Trzymano na muszce i obrabowano. 

– Dobry Boże! Kiedy? 
–  Wczoraj  w  nocy.  Właściwie  dzisiaj  nad  ranem.  –  Kate  potrząsnęła 

głową. Kosmyk włosów opadł jej na twarz, ale poprawiła go. Nie chciała mówić 
o  wypadku.  Wszystkie  uczucia  –  strach,  złość,  upokorzenie  –  były  nadal  zbyt 
silne. 

– Jesteś ranna? – Ben chciał ją przytulić i pocieszyć. Zrezygnował z tego 

pomysłu. Wyglądała na spiętą i zdenerwowaną. 

–  Nie  –  odpowiedziała  cicho  Kate.  –  Tylko  kilka  siniaków.  Czy 

moglibyśmy przestać o tym mówić? 

– Nie, nie moglibyśmy. 
Ben wyprostował się. Jego również dwukrotnie napadnięto. Nie należało 

to  do  rzadkości  na  ulicach  Nowego  Jorku.  Wiedział  dobrze,  że  po  takich 
przeżyciach  pozostawał  trudny  do  przezwyciężenia  strach  i  uraz,  więc  dlatego 
bał  się  o  Kate.  Czy  ten  człowiek  zrobił  jej  coś  jeszcze?  Poczuł  nieprzyjemny 
ucisk w żołądku. 

– Powiedz, co się stało – starał się mówić bardzo spokojnie. 
Kate znowu potrząsnęła głową, odrzucając włosy do tyłu. 
– Nic takiego. 
– Dla mnie to ważne. 
– Ale to nie pana sprawa. 
Wiedział, że poradzi sobie z dawną, gniewną, upartą Kate. Znów pochylił 

się nad nią. 

– Właśnie, że moja – powiedział. 
– Dlaczego? Dlatego, że chce mnie pan zatrudnić? 
– Nie. Dlatego, że martwię się o ciebie. 
– Też coś! – Kate odsunęła się od niego i wstała gwałtownie. – Pan mnie 

nawet nie zna. 

– Ale chciałbym. 
Spojrzała na niego z nagłym błyskiem w oczach. 
– Chce mnie pan zatrudnić – upewniła się. 
– Masz rację – przyznał Ben. – To także. 
– Dużo pan chce, panie West. 
–  Ben  –  powiedział  ostro.  –  Uzgodniliśmy,  że  będziesz  mówiła  do  mnie 

Ben. 

background image

– Nie, to pan tak zdecydował. Ale to ty tu rządzisz... Ben. 
Zignorował ironię w jej głosie. 
–  Czy  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z  tego,  że  jeżeli  nie  opowiesz,  co  się 

zdarzyło tej nocy, będzie cię to przez cały czas gnębiło? 

– Mówiłam już o tym. Policji, Arniemu... 
–  Ale  nie  mówiłaś  nikomu,  kto  naprawdę  troszczy  się  o  ciebie.  –  Ben 

obserwował,  jak  Kate  niespokojnie krąży  po  pokoju.  Każdy  krok  oddalał  ją od 
niego. – A co z twoją współlokatorką, ma na imię Maggie, prawda? 

– Pamiętasz wszystko, co usłyszysz? – Odwróciła się w jego kierunku. 
– Istotne rzeczy tak. 
Nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby być dla niego ważna. 

Stanęła  przy  oknie.  Nie  widzącym  wzrokiem  patrzyła  na  świat  w  dole.  Może 
jeśli opowie mu całą historię, wtedy Ben zostawi ją w spokoju. A przecież tego 
właśnie chciała, prawda? 

– To był pasażer – powiedziała cicho. – Wsiadł w Village. Nie wyglądał 

zbyt  groźnie.  –  Ben  zacisnął  ręce  w  pięści.  Zawsze  uważał  się  za  człowieka 
praktycznego, który akceptuje to, czego nie da się zmienić. Jednak wizja Kate, 
jeżdżącej  w  nocy  w  poszukiwaniu  pasażerów,  którzy  „nie  wyglądają  zbyt 
groźnie”,  napełniła  go  gniewem.  –  W  każdym  razie  się  pomyliłam.  Wyciągnął 
pistolet i wycelował we mnie. Zażądał pieniędzy. 

– Które mu dałaś. 
Kate podniosła wzrok i zobaczyła, że Ben znów stoi obok niej. 
– Nie jestem głupia. 
–  Przecież  nie  powiedziałem,  że  jesteś.  –  Tak  bardzo  chciał  ją  przytulić. 

Wiedział jednak, że byłby to niewybaczalny błąd. – I poszedł sobie? 

Zapadła długa cisza. 
– Powiedziałaś, że nic ci się nie stało – odezwał się w końcu Ben, powoli 

wymawiając słowa. 

Kate wzruszyła ramionami i odparła: 
–  Kazał  mi  wysiąść  z  taksówki.  Przed  nami  ciągnęła  się  aleja...  ciemna, 

pusta aleja. Wiedziałam, że kiedy się tam znajdziemy, nie będę miała szans. 

Ben skinął głową. 
–  Udałam,  że  się  potknęłam.  Na  szczęście,  on  nie  okazał  się  specjalnie 

bystry.  –  Śmiech  Kate  zabrzmiał  niewesoło.  –  Kiedy  stracił  równowagę, 
uderzyłam  go,  a  może  nawet  złamałam  mu  nos.  Potem  uciekłam.  Policja 
usłyszała mój gwizdek i przyjechała. To wszystko. 

Opis  był  raczej  oszczędny,  ale  Ben  z  łatwością  wyobraził  sobie 

dramatyzm sytuacji. 

– A więc udało ci się – powiedział. 
– Niezupełnie – mruknęła. – Uciekł z pieniędzmi. 
– Pieniądze można zastąpić innymi, ciebie nie. 

background image

– Powiedz to Arniemu. 
– Za mało troszczysz się o siebie, Kate. 
Ben stał tak blisko, że ich ramiona niemal się stykały. 
– Posłuchaj, nie rób z tego aż takiego dramatu. W gruncie rzeczy nic mi 

się nie stało, więc zostawmy to, dobrze? 

Ben wyciągnął rękę. Ujął Kate pod brodę i zbliżył jej twarz do swojej. 
–  Jeśli  nic  się  nie  stało,  to  dlaczego  nie  prowadzisz  dzisiaj  taksówki?  – 

zapytał. – Co tutaj robisz? 

–  Wiedziałam,  że  to  był  głupi  pomysł.  –  Kate  szarpnęła  się.  –  Nie 

powinnam tu przychodzić. 

Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. 
– W ogóle nie powinnam uwierzyć w to, że mógłbyś mnie zatrudnić. 
– Ta posada jest twoja, jeżeli nadal jesteś zdecydowana. 
– Przecież nie zatrudniłbyś kogoś, kto bez przerwy kłóciłby się z tobą. 
– Zatrudniłbym. 
– Dlaczego? 
Sam  nieraz  zadawał  sobie  to  pytanie  i  chociaż  święcie  wierzył  w  swój 

zdrowy rozsądek, nie mógł znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Zawahał się. 

– Ponieważ jesteś cholernie dobrym kierowcą, Kate. 
–  Co  drugi  kierowca  jest  cholernie  dobry.  –  Popatrzyła  na  niego 

sceptycznie. 

– Ale ja na innych kierowców nie chcę patrzeć przez cały dzień. 
– Zatrudniasz mnie z powodu mojego wyglądu? – uniosła w górę brwi. 
– Między innymi – przyznał. 
– A jakie są te inne przyczyny? 
Krok  po  kroku  podchodziła  coraz  bliżej.  Oczywiście  mógł  się  wycofać, 

ale nie brał tego pod uwagę. 

– Dajmy już temu spokój, dobrze? 
– A jeżeli się nie zgodzę? 
– Nie mam zwyczaju dyskutować z pracownikami, Kate. 
– Świetnie. – Skrzyżowała ręce. – Tylko że ja nie jestem jeszcze jednym z 

twoich pracowników. 

– Nie bądź bezczelna – warknął Ben. 
Przyjrzał  się  uważnie  jej  twarzy,  błękitnym  oczom  i  małemu  zadartemu 

noskowi, tak bardzo kontrastującemu z zawadiacko wysuniętą brodą. Jej pełne, 
nie  umalowane  usta  były  tak  kuszące...  Wiedział,  że  lada  moment  straci 
panowanie nad sobą... 

– Bo co? – zapytała zaczepnie. 
– Bo to. 
Jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wziął Kate w ramiona. 

Oddychała  ciężko.  Instynktownie  uniosła  twarz.  Ben  potrzebował  tej  zachęty. 

background image

Dotknął  jej  warg  swoimi.  Jedną  ręką  objął  ją  w  talii,  a  drugą  pieszczotliwie 
gładził włosy dziewczyny. Kate wiedziała, że powinna się cofnąć, lecz zamiast 
tego rozchyliła usta. 

Ben  oczekiwał,  że  Kate  zaprotestuje.  Może  nawet  trochę  na  to  liczył. 

Jednak  ona  przyciągnęła  go  do  siebie  z  taką  pasją,  że  wszystko  stało  się 
nieważne. Pozostała tylko rozkosz trzymania jej w ramionach. 

Czuł jej piersi przez materiał koszuli. Pragnął ich dotknąć. Pragnął jej tak 

bardzo,  że  gotów  był  ją  wziąć  natychmiast  nie  zważając  na  miejsce,  w  którym 
się znajdują. 

Jednak kiedy usiłował rozpiąć jej koszulę, Kate zaprotestowała: 
– Nie! 
Przez  dłuższy  czas  Ben  nie  poruszył  się.  Potem  powoli  opuścił  ręce  i 

cofnął się potrząsając głową. 

– Masz rację – powiedział cicho. 
Rację? Kate była wściekła. Czy w ogóle chciała mieć rację? Przynajmniej 

mógł się z nią spierać, tak jak robił to zawsze. Zapięła guzik, z którym wcześniej 
mocował się Ben. Żeby podkreślić ten gest, zapięła także guzik pod szyją. 

– No cóż, czy właśnie dlatego chciałeś mnie zatrudnić? 
– Poniekąd. 
– Poniekąd – mruknęła Kate. Miała ochotę nawrzeszczeć na niego, ale jak 

mogła to zrobić, skoro ona także ponosiła odpowiedzialność za to, co się przed 
chwilą  wydarzyło.  –  Nie  musiałeś  proponować  mi  pracy  w  formie  zapłaty  za 
„usługi” – dodała złośliwie. 

Ben odwrócił się w jej kierunku. 
– Będę ci płacił za prowadzenie samochodu, Kate. Za nic więcej. 
Akurat, pomyślała Kate. Nadal nie była przekonana. 
– Zaproszenie mnie gdziekolwiek byłoby mniej kosztowne. – Zerknęła na 

niego uważnie. 

– Ale ty potrzebujesz pracy – warknął. To brzmiało rozsądnie. 
– Niepotrzebny mi też mężczyzna korzystający z każdej okazji. 
– Świetnie. – Rozłożył ręce. – Nikt cię do niczego nie zmusza. 
– Sugerujesz mi, żebym zrezygnowała? 
–  Wyjaśniam  ci  tylko,  że  możesz  zrobić,  co  zechcesz.  Wybór  należy  do 

ciebie. –  Ben  opanował  do perfekcji sztukę  negocjacji  i  wiedział,  kiedy  opłaca 
się blefować. Dopóki się nie zorientuje, on będzie górą. 

Kate  zastanawiała  się  przez  kilka  minut.  Sytuacja  się  komplikowała. 

Znalazła się między młotem a kowadłem. Jeżeli odejdzie, to odejdzie z niczym. 
Lecz jeżeli pozostanie... cóż, to, co się stało, mogło się przecież powtórzyć. 

– Przyjmę tę pracę – zdecydowała. – Ale pod jednym warunkiem. 
– To znaczy? 
–  Nie  zamierzam...  Nie  będziemy...  –  Kate  usiłowała  znaleźć  właściwe 

background image

słowo. – Nie będziesz piekł dwóch pieczeni przy jednym ogniu. 

– W porządku. 
– W porządku? To wszystko, co masz mi do powiedzenia? 
– Postawiłaś warunek, a ja się zgodziłem. 
– A zatem załatwione. 
–  Na  to  wygląda.  –  Ben  podszedł  do  biurka  i  napisał  coś  na  kartce 

papieru.  –  Zadzwoń  jutro  pod  ten  numer.  Donald  jest  moim  asystentem. 
Omówisz z nim szczegóły. 

– Świetnie. Chyba już pójdę. 
– Pozwól, że cię odprowadzę. 
– To nie jest konieczne. 
–  Będę  spokojniejszy  –  stwierdził  stanowczo.  Wziął  ją  za  ramię  i 

skierował  w  stronę  drzwi.  –  Budynek  jest  już  pewnie  pusty,  a  na  ulicach 
ciemno... 

–  Jak  zwykle  w  nocy.  –  Kate  bezskutecznie  próbowała  wprawić  się  w 

bojowy nastrój. Samodzielność ułatwiała jej życie, ale odrobina troskliwości ze 
strony Bena z pewnością jej nie zaszkodzi. 

Ben  nie  próbował  nawet  odpowiadać.  Pomógł  włożyć  jej  płaszcz  i 

przeszli do windy. Postanowił, że odprowadzi Kate do taksówki i wróci jeszcze 
na  górę.  Jednak  im  bardziej  zbliżali  się  do  wyjścia,  tym  niechętniej  myślał  o 
rozstaniu. Nie pomagała świadomość, że już od przyszłego tygodnia Kate będzie 
jego  kierowcą  i  sporo  czasu  będą  spędzać  razem.  Pragnął  jej  obecności  teraz, 
dzisiejszego wieczoru. 

– Głodna? – zapytał, gdy drzwi windy otworzyły się na parterze. 
– Jak zwykle – spojrzała na niego zmieszana. – Chciałam powiedzieć... 
–  Dobrze  się  składa  –  wtrącił  gładko.  –  Ja  też  umieram  z  głodu.  Obok 

znajduje się miła kafejka, w której serwują doskonałe pastrami. 

– Niestety, nie mam pieniędzy – przyznała szczerze. Ben skinął głową w 

stronę portiera i zwrócił się do niej: 

– Nie przejmuj się, ja zapraszam. 
–  Chyba  nie  mogę...  –  Głos  Kate  ucichł,  kiedy  Ben  otworzył  drzwi 

kafejki. Owionął ich kuszący zapach potraw. 

–  Zgadza  się.  –  Uśmiechnął  się  szeroko  widząc  zdumiony  wyraz  jej 

twarzy. – Chyba nie możesz odmówić. 

Stanęli  na  końcu  krótkiej  kolejki  i  natychmiast  wdali  się  w  ożywioną 

dyskusję.  Ben  upierał  się  przy  pastrami,  Kate  optowała  za  wołowiną  z  puszki. 
On chciał sałatkę makaronową, ona jarzynową, on piwo Heineken, ona Beck. 

Nawet  kiedy  już  usiedli  przy  stoliku  i  zajęli  się  jedzeniem,  nadal  się 

sprzeczali. Od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Nie zgadzali się niemal we 
wszystkim,  począwszy  od  poglądów na politykę,  aż  do upodobań  w dziedzinie 
sportu czy filmu. 

background image

Stracili  poczucie  czasu.  Stoliki  opustoszały,  nowi  goście nie  przybywali, 

ale oni nawet tego nie zauważyli. 

O  godzinie  dziewiątej  pojawiła  się  tabliczka  z  napisem  „zamknięte”. 

Dopiero gdy pół godziny później przyszła sprzątaczka i zaczęła ustawiać krzesła 
na stołach, uświadomili sobie, że jest już późno. 

Zostawili solidny napiwek i śmiejąc się wyszli na ulicę. Nowy Jork mienił 

się niezliczoną ilością świateł. Ben wyciągnął rękę, żeby przywołać taksówkę. 

– Nie stać mnie na to – powiedziała Kate, gdy samochód zatrzymał się tuż 

przy nich. 

– Mnie stać. – Ben otworzył tylne drzwiczki. 
Kate zawahała się. O tej porze o wiele bezpieczniej było jechać taksówką 

niż metrem, ale nie chciała przyzwyczajać się do tego, że Ben wciąż za nią płaci. 

– Może dałbyś mi jakąś zaliczkę? – zaproponowała. – Niewielką. 
– Oczywiście. – Ben wręczył jej dziesięciodolarowy banknot. Zapłaciłby 

za nią z przyjemnością, ale potrafił uszanować jej dumę. 

– Dziękuję. – Ich spojrzenia się spotkały. Kate z trudem odwróciła wzrok. 

– Dziękuję za wszystko. 

– To ja dziękuję. 
Ben  pomógł  jej  wsiąść.  Kiedy  zamknęła  drzwi,  samochód  natychmiast 

ruszył.  Kate  energicznie  machała  do  niego  przez  okno.  Podniósł  rękę,  żeby 
odwzajemnić gest, ale taksówka zniknęła. 

Nagle Ben uświadomił sobie, że jest zimno, i szybkim krokiem ruszył w 

kierunku  Westcon  Plaza.  Po  krótkim  wahaniu  skierował  się  w  stronę  części 
mieszkalnej.  Chociaż  czekało na  niego  sporo  zajęć, nie  miał  ochoty  wracać  do 
biura. 

Nie  był  w  odpowiednim  nastroju.  Myśl  ta  wywołała  uśmiech  na  jego 

twarzy. Kiedy po raz ostatni zastanawiał się, w jakim jest nastroju? Z pewnością 
dawno temu. Inne kobiety starały się dostosować do niego, a Kate była po prostu 
sobą.  Samym  sposobem  bycia  jednocześnie  denerwującym  i  interesującym  – 
zdołała  wyciągnąć  go  z  jego  szklanej  wieży.  Przy  niej  wszystkie  sprawy 
nabierały nowego wymiaru. Ale czy Kate była odpowiednią kobietą dla niego? 
Nie  miał  pojęcia.  Wiedział  tylko  jedno,  że  zatrudnienie  jej  było  z  jego  strony 
albo  przebłyskiem  jasnowidzenia,  albo  najbardziej  idiotycznym  posunięciem, 
jakiego zdarzyło mu się kiedykolwiek dokonać. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 
–  Nie  możesz  mnie  tak  zostawić,  skarbie.  –  Głos  Arniego  z 

charakterystycznym,  brooklyńskim  akcentem  rozbrzmiewał  przez  telefon.  – 
Jeszcze parę wolnych dni i będziesz jak nowo narodzona. Wierz mi! 

– Już się tak czuję – odparła spokojnie Kate. Już od trzech dni wałkowali 

ten  temat.  –  Po  prostu  nie  chcę  jeździć  nocami  i  wozić  jakichś  podejrzanych 
facetów. 

–  Oczywiście,  że  nie  chcesz  –  zgodził  się  Arnie.  –  Doskonale  to 

rozumiem. 

No pewnie, pomyślała Kate. Nic, co dotychczas mówiła, nie robiło na nim 

najmniejszego  wrażenia.  Dlaczego  więc  teraz  miałoby  być  inaczej?  Musiała 
przyznać,  że  Arnie  zawsze  był  w  porządku,  mimo  że  nie  należał  do 
najsympatyczniejszych  szefów.  Kate  uważała,  że  musi  spokojnie  znieść 
wszystkie próby zatrzymania jej w zakładzie Arniego. Była mu to winna. 

–  Nie  będziesz  jeździła  nocami  –  orzekł  stanowczo.  –  Może  uda  mi  się 

wciągnąć cię na listę dzienną. 

– Dziękuję, ale nie. – Kate spojrzała na Maggie i zrobiła wymowny gest. 

–  Już  mam  dzienną  pracę.  Daj  ogłoszenie  do  gazety,  na  pewno  znajdziesz 
chętnych. 

– Na pewno, ale ja wolę ciebie. Jesteś bystra, dobrze mówisz po angielsku 

i nie pyskujesz. Jednym słowem, taksówkarz doskonały. 

– No, no, no, Arnie. Gdybym wcześniej wiedziała, że tak mnie doceniasz, 

poprosiłabym o podwyżkę. 

– Nie bądź taka mądra – odburknął Arnie. – Słuchaj, muszę już kończyć. 

Pamiętaj, że chodzi o dzienną pracę. Pomyśl o tym. 

Kate skrzywiła się, kiedy odłożył słuchawkę. 
–  Rozumiem,  że  twój  pan  i  władca  nie  chce  z  ciebie  zrezygnować  – 

krzyknęła Maggie z drugiego końca pokoju. 

Kate skinęła głową. 
–  Po  prostu  nie  może  pojąć,  jak  mogłabym  opuścić  tak  doskonałe 

przedsiębiorstwo. 

– Miło być niezastąpioną. 
–  Prawda?  –  Kate  podeszła  do  lodówki  i  nalała  sobie.  szklankę  soku 

pomarańczowego.  –  A  propos,  gdzie  się  podziewa  Josh?  Nie  przypominam 
sobie weekendu, którego nie spędzilibyście razem. 

–  W  drodze  do  Puerto  Rico  –  westchnęła  Maggie.  –  Sprawy  służbowe. 

Wraca dopiero w środę. 

– Biedactwo. Samotna w niedzielny wieczór. Do czego zmierza świat? 
Maggie chwyciła poduszkę i rzuciła we współlokatorkę. 

background image

– I kto to mówi? – syknęła. – Od miesięcy nie miałaś żadnej randki. 
– Od miesięcy nie miałam ani chwili wolnego czasu. 
– Miałaś mnóstwo czasu, kiedy kręcił się tutaj Barry. 
– Miałam wtedy zajęcia na uniwersytecie. 
– Rzeczywiście. – Maggie z ogromnym zainteresowaniem oglądała swoje 

paznokcie. – Jednego dnia przyszedł, drugiego zniknął. Nigdy nie powiedziałaś 
mi, dlaczego. 

Kate  oczami  duszy  ujrzała  Barry’ego.  Wysoki,  przystojny  mężczyzna  z 

opaloną  twarzą  i  chłopięcym  uśmiechem.  Razem  studiowali,  ale  Barry  zdał 
końcowe egzaminy w styczniu. Zeszłej zimy wierzyła, że jest w nim zakochana, 
i może nawet tak było. Mimo to porzucił ją. 

– Powiedzmy, że podobałam się Barry’emu jako przyszły prawnik, a nie 

jako kierowca taksówki. 

Maggie spojrzała na nią ze zdumieniem. 
–  Czy  to  nie  on  zawsze  wygłaszał  wzniosłe  przemowy  o  bezklasowym 

społeczeństwie? 

–  To  pasowało  do  reszty  jego  życiowych  celów  –  skinęła  głową  Kate.  – 

Skończyć studia, otrzymać posadę sędziego, a potem trafić do polityki. Nie miał 
nic  przeciwko  temu,  żebym  została  radcą  prawnym.  To  mieściło  się  w  jego 
planach.  Tylko  że  on  zdał  egzaminy,  a  ja  nie.  Nagle  okazało  się,  że  już  nie 
jesteśmy stworzoną dla siebie parą. 

Głośny  dzwonek  domofonu  przerwał  rozmowę.  Kate  z  ulgą  pośpieszyła 

do drzwi. 

– Przesyłka dla pani Kate Hallaby – usłyszała. 
– Już schodzę. 
– Nie ma potrzeby. Przyniosę na górę. Cztery c, prawda? 
Maggie  weszła  do  przedpokoju,  kiedy  Kate  nacisnęła  przycisk 

otwierający drzwi wejściowe. 

– Chyba to nie są kwiaty, prawda? – zapytała. 
–  Gorzej.  Kiedy  w  zeszłym  tygodniu  rozmawiałam  z  asystentem  Bena, 

kazał mi podać moje wymiary i powiedział, że przyślą mi uniform. 

– Naprawdę? – zachichotała Maggie. Wyszła na korytarz i przechyliła się 

przez  poręcz.  Posłaniec  był  już  na  trzecim  piętrze.  –  Proszę  się  pośpieszyć!  – 
krzyknęła. 

Kate  zajęła  się  napiwkiem,  a  Maggie  wzięła  paczkę  i  zaniosła  do 

mieszkania. 

– Pewnie to taki zestaw jak w mojej szkole – parsknęła. 
–  Mam  nadzieję,  że  nie.  –  Kate  otworzyła  pudło  i  znalazła  trzy  pary 

czarnych  wełnianych  spodni,  dwie  marynarki  w  tym  samym  kolorze,  sześć 
białych koszul i dwanaście par białych skarpetek. 

– Co takiego? – zachichotała Maggie. – Nie ma bielizny? 

background image

Znalazły  mniejsze  pudełko,  owinięte  w  miękki  papier.  W  środku  była 

płaska, czarna czapka. Szczerząc zęby Kate przymierzyła ją i pobiegła przejrzeć 
się w lustrze. 

– Nieźle – zadecydowała Maggie, która poszła za nią do łazienki. 
–  Ale  nie  rewelacyjnie.  –  Kate  przechylała  głowę  na  obie  strony.  – 

Przydałoby się coś do tego... 

– Na przykład olbrzymi emblemat z przodu? 
– Na przykład. 
Maggie obserwowała, jak Kate zdejmuje czapkę i rzuca ją przez długość 

pokoju. 

– Już masz mundurek – powiedziała. – Kiedy zaczynasz? 
– Jutro o siódmej rano. 
–  O  siódmej?  –  jęknęła  Maggie.  Sama  zaczynała  pracę  w  Bibliotece 

Publicznej  Nowego  Jorku  o  dziewiątej,  mogła  więc  spokojnie  spać  nawet  do 
ósmej. 

–  O  tej  porze  kończy  się  nocna  zmiana.  Mam  udać  się  do  garażu, 

sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku  z  samochodem,  i  czekać  na  dalsze 
instrukcje. 

– A jeżeli żadnych nie będzie? 
–  Wtedy  będę  się  nudzić.  –  Kate  uśmiechnęła  się  ironicznie.  –  Jak 

wszyscy dobrzy lokaje. 

 

* * * 

 
Ben  był  niezmiernie  przywiązany  do  swoich  zwyczajów.  Każdego  ranka 

budził  się  dokładnie  o  szóstej,  zgodnie  ze  swoim  wewnętrznym  zegarem.  Pół 
godziny poświęcał na ćwiczenia. Na wsi uprawiał biegi, w mieście musiały mu 
wystarczyć  hantle  i  rower  w  pokoju  treningowym.  O  szóstej  czterdzieści  pięć 
był już umyty, ogolony i ubrany. Parker serwował mu pierwszą filiżankę kawy 
razem z „Wall Street Journal”, drugą zaś z „New Jork Times”. 

O  siódmej  piętnaście  był  już  piętro  niżej,  w  swoim  biurze.  Donald 

zazwyczaj  przychodził  o  ósmej,  a  Jody  o  dziewiątej.  Ben  lubił  samotnie 
spędzane  poranki.  Telefony  milczały,  korytarze  były  puste.  Słychać  było  tylko 
ciche brzęczenie komputera. 

Poniedziałkowy  ranek  niczym  nie  różnił  się  od  pozostałych.  Panowała 

kojąca  cisza,  sprzyjająca  skupieniu.  Wszystkie  dzisiejsze  spotkania  były 
starannie  wynotowane.  Pierwsze  było  zaplanowane  na  dziewiątą.  Następne  co 
godzinę. 

Po  południu  miał  jechać  z  Donaldem  do  Queens,  aby  obejrzeć  pewien 

budynek blisko lotniska. O piątej zjawi się Mort Silverburg, a o szóstej czeka go 
spotkanie  z  burmistrzem  i  innymi  osobistościami  na  wernisażu  w  Museum  of 

background image

Modern  Art.  Zwykły  dzień,  niczym  nie  różniący  się  od  innych,  tyle  tylko,  że 
dziś Kate rozpoczyna pracę. 

Nie powinien o niej myśleć. Ale nie potrafił sobie tego zakazać. Domyślał 

się,  że  o  tej  porze  Kate  jest  już  pewnie  w  garażu,  rozmawia  ze  swoim 
zmiennikiem  i  pije  niesmaczną  kawę  z  automatu.  Ma  na  sobie  uniform,  który 
dostarczył Donald – czarny, skromny; tylko że Kate Hallaby nawet w worku na 
kartofle wyglądałaby efektownie. 

Niestety,  dzisiejszego  popołudnia  nie  miał  dla  niej  żadnego  zajęcia. 

Zastanawiał  się,  czy  nie  będzie  zniecierpliwiona  oczekując  daremnie.  Na  jej 
miejscu  pewnie  tak  by  się  czuł.  Ale  nie  był  na  jej  miejscu.  On  tu  przecież 
zarządzał,  ustalał  rozkład  dnia,  podejmował  decyzje,  jednak  dzisiaj...  czuł  się 
zniecierpliwiony i niespokojny jak diabli. 

Zaklął cicho i wstał zza biurka. Może po prostu zbyt ciężko pracował. Coś 

było  nie  w  porządku.  Kiedy  patrzył  w  kalendarz  wypełniony  nazwiskami 
znanych osób, nie odczuwał nic poza znużeniem. 

Zerknął na zegarek, była siódma trzydzieści Miał jeszcze mnóstwo czasu 

przed pierwszym spotkaniem, a  już nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie 
na poranny  spacer. Gdy  znalazł  się koło  wyjścia,  pogodził się  już  z  faktem,  że 
właściwie  idzie  zobaczyć  Kate.  Zastanawiał  się,  czy  nie  kupić  czegoś  na 
ś

niadanie.  To,  że  już  jadł,  nie  miało  znaczenia.  Kate  mogła  bez  trudu  zjeść  za 

dwoje. 

Wiedział,  że  garaż  znajduje  się  trzy  domy  dalej,  chociaż  nigdy  tam  nie 

był. Jeżeli był mu potrzebny samochód, szofer przyjeżdżał po niego. Przebył tę 
odległość w pięć minut. Kiedy stanął w otwartych drzwiach, strażnik popatrzył 
na niego, wyraźnie go nie rozpoznając. 

– Potrzebny mi lincoln – oznajmił Ben. 
Teraz strażnik zorientował się, z kim ma do czynienia. 
–  Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  nie  zawiadomiono  nas  –  powiedział.  – 

Zawsze wcześniej dostajemy informację. 

– Ale nie tym razem. – Ben rozejrzał się dokoła. – Gdzie jest mój szofer? 
–  Poszedł...  hm,  poszła  do  pokoju  wypoczynkowego.  Kiedy  otworzył 

drzwi, Kate oderwała wzrok od lektury. 

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Szybko schowała książkę i zerwała 

się na równe nogi. 

– Ben! Chciałam powiedzieć, panie West... co pan tu robi? 
Kate próbowała nie zwracać uwagi na przyśpieszone bicie serca. Liczyła 

na  to,  że  przed  kolejnym  spotkaniem  z  Benem  zdoła  przybrać  maskę  spokoju. 
Jednak  on  już  tu  był  i  wyglądał  świetnie  w  eleganckim  garniturze,  z  lekko 
rozwichrzonymi włosami. Dziewczyna była kompletnie zaskoczona. 

Zapięła żakiet i przeciągnęła ręką po włosach. 
–  Mówiono  mi,  że  jeśli  będzie  pan  potrzebował  samochodu,  to  pan 

background image

zadzwoni. Chyba nie zdążyłam jeszcze niczego przegapić. 

– Jadłaś już? 
– Dlaczego zawsze zadaje mi pan to pytanie? – Spojrzała na torbę w jego 

rękach. 

–  Bo  zawsze  jesteś  głodna.  –  Ben  uśmiechnął  się.  –  No  chodź. 

Wybierzemy się na przejażdżkę. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Kate pobiegła za nim. 
– Dokąd jedziemy? – zapytała. 
– Zobaczysz. 
– To znaczy dokąd? 
– Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że zadajesz zbyt dużo pytań? 
Lincoln  czekał  tuż  przy  wyjściu  z  budynku.  Kate  udało  się  wyprzedzić 

Bena na tyle, że otworzyła mu tylne drzwi. Ku jej irytacji, przemaszerował koło 
niej i zajął miejsce obok kierowcy. 

Spojrzała na niego ze złością i usadowiła się na swoim fotelu. 
– Jak mam prowadzić, skoro nie wiem, gdzie jedziemy? – zapytała. 
– Udawaj, że wiesz – uśmiechnął się Ben. 
Kate  pracowała  zaledwie  od  pięciu  minut,  ale  już  dostrzegła  największą 

niedogodność  nowego  zajęcia  –  nie  wolno  jej  było  przyłożyć  temu  facetowi, 
nawet wtedy, kiedy na to zasługiwał. 

Rozejrzała  się  i  zjechała  na  jezdnię  prowadzącą  na  zachód.  Koło  Piątej 

Ulicy  skręciła  na  północ,  minęła  Plaza  i  pojechała  wzdłuż  Central  Parku.  Ben 
wciąż milczał. Kiedy zatrzymała się na czerwonym świetle, z uwagą przyjrzała 
się swojemu pasażerowi. Nie lubiła uczucia niepewności. Zanim spotkała Bena, 
potrafiła  dokładnie  ocenić  sytuację  i  wiedziała,  dokąd  zmierza.  Kontrolowała 
się.  Teraz  nie  wiedziała,  co  za  chwilę  nastąpi.  Za  każdym  razem,  kiedy  na  nią 
patrzył,  rumieniła  się  i  serce  jej  zaczynało  bić  przyśpieszonym  rytmem. 
Oczywiście z jego winy. 

– Proszę posłuchać – odezwała się nieprzyjaźnie. – Powinien pan siedzieć 

z tyłu. 

– Wiem. 
– Przyjąłeś mnie do pracy, Ben, i zamierzam wykonywać ją najlepiej jak 

potrafię. Ale jak mogę zachowywać się oficjalnie w tych warunkach? 

A więc znowu mówiła mu po imieniu. Dobre i to na początek. Chyba że 

aż  tak  bardzo  nie  podobało  jej  się  jego  zachowanie,  że  nawet  tego  nie 
zauważyła. 

–  Jesteśmy  na  środkowym  pasie,  na  zatłoczonej  ulicy  –  zauważył,  nie 

mogąc ukryć rozbawienia w głosie. – Oczekujesz, że będę się teraz gramolił do 
tyłu? 

– Spróbuj. 
Ben zmierzył wzrokiem niewielką odległość między fotelem a sufitem. 

background image

– Chciałabyś? 
–  Chyba  tak.  –  Nie  miała  zamiaru  się  roześmiać,  ale  nie  mogła  się 

powstrzymać. 

–  Przykro  mi,  że  muszę  cię  rozczarować,  ale  mam  lepszy  pomysł.  – 

Machnął  ręką  w  kierunku  wjazdu  na  parking  przy  następnej  ulicy.  –  Skręć  na 
lewo. 

Kate  zakręciła  kierownicą  i  wjechała  wprost  przed  pędzące  samochody. 

Zewsząd rozległ się dźwięk klaksonów. Ben poruszył się na fotelu. 

–  Większość  ludzi  –  powiedział  –  prowadzi  limuzynę  ostrożniej  i  z 

większą finezją niż taksówkę. 

–  Większość  ludzi  –  odparowała  Kate  –  ma  na  wykonanie  takiego 

manewru trochę więcej czasu niż dwie sekundy. Co teraz? 

– Zaparkuj gdzieś. Gdziekolwiek. 
– Tak, sir. 
Po  minucie  Kate  zatrzymała  się  i  wyłączyła  silnik.  Miejsce,  które 

wybrała,  było  spokojne.  Po  obu  stronach  ulicy  ciągnęły  się  trawniki.  O  tak 
wczesnej porze znajdowali się tu tylko uprawiający jogging i właściciele psów. 
Chociaż nad wierzchołkami drzew wyraźnie było widać wieżowce Manhattanu, 
to odnosiło się wrażenie, że miasto znajduje się daleko stąd. 

–  No  cóż  –  powiedziała  Kate,  odwracając  się  w  stronę  Bena.  –  Zdałam 

egzamin na szofera? 

Diabli  wiedzą,  dlaczego  tak  go  pociągała.  Nigdy  dotąd  nie  spotkał 

kobiety,  która  równie  umiejętnie  potrafiłaby  zaleźć  mu  za  skórę  i  której 
sprawiałoby to aż taką przyjemność. 

– Ledwo, ledwo – mruknął. 
– Świetnie – uśmiechnęła się. – Możemy teraz coś zjeść? 
–  Chyba  tak  –  odpowiedział,  otwierając  torbę.  –  Jeśli  nadal  będziesz 

prowadziła w ten sposób, koniecznie muszę wzmocnić swoje siły. 

Kate już miała ciętą odpowiedź na końcu języka, ale zamknęła usta, kiedy 

zobaczyła,  co kryło się  w  torbie Bena.  Cebularze,  ser topiony  i  kilka  rodzajów 
ś

wieżych  owoców.  Dla  takiego  śniadania  gotowa  była  ogłosić  zawieszenie 

broni. 

–  Jest  też  masło.  –  Ben  sięgnął  w  głąb  torby  i  wyciągnął  jeszcze  kilka 

innych produktów. 

–  Smarowanie  cebularza  masłem  jest  świętokradztwem  –  stwierdziła 

Kate. 

– To samo mówił Nico. 
– Kto to jest? 
– Właściciel kafejki. Powiedział, że jeśli nie potrafisz właściwie docenić 

nowojorskiego  cebularza,  to  mam  cię  przyprowadzić  i  on  sam  ci  to  wszystko 
wyjaśni. Dodał, że jesteś niezła. 

background image

– Naprawdę? – ucieszyła się Kate. 
Ben wziął brzoskwinię i zatopił w niej zęby. 
–  Kiedy  go  poinformowałem,  że  pracujemy  razem,  poprosił  o  numer 

twojego telefonu. 

Kate uniosła brwi. 
– Dla Nico juniora – wyjaśnił. 
– Dla Nico juniora? – Z trudem przełknęła kawałek bułki. 
– Swojego syna. – Wprawdzie nie mógł jej dotykać, ale to nie znaczyło, 

ż

e nie mógł jej drażnić. Skończył jeść brzoskwinię i zabrał się za bułeczkę. – To 

miły młody Grek. Pomaga ojcu w interesie. 

– I co? – zapytała z niepokojem Kate. – Dałeś mu ten numer telefonu? 
–  Oczywiście,  że  nie.  Wyjaśniłem  mu,  że  nie  wiem,  czy  nie  jesteś 

przypadkiem z kimś związana. 

– Dzięki Bogu. 
– A więc – Ben zawahał się – jesteś czy nie? 
Kate  przechyliła  głowę  i  zaczęła  zastanawiać  się  nad  odpowiedzią  na  to 

pytanie. Jeszcze bardziej interesował ją powód, dla którego Ben je zadał. 

– Co to ma wspólnego z moją pracą? 
– Nic. 
Obawiała  się  takiej  odpowiedzi,  ale  w  gruncie  rzeczy  właśnie  to  chciała 

usłyszeć. A ponieważ nie mogła sobie poradzić z tak sprzecznymi odczuciami, 
postanowiła je na razie zignorować. 

– A więc nie masz prawa pytać. – Wysunęła do przodu brodę. 
Ben układał powoli kawałek łososia na ostatnim kęsie bułki. 
– Ale i tak pytam. 
– A jeżeli ci nie odpowiem? 
– Sam się dowiem. 
– Zawsze osiągasz to, czego chcesz? – spytała ze złością. 
– Zazwyczaj. 
– A ty? Masz jakąś przyjaciółkę, dziewczynę? 
– Odpowiem na twoje pytania, jeżeli ty odpowiesz na moje – uśmiechnął 

się Ben. 

– W porządku. 
–  No  więc  mam  przyjaciółki,  które  od  czasu  do  czasu  widuję,  ale  nie 

jestem z nikim związany na stałe. Chyba nawet chciałbym, żeby tak było, ale nie 
jestem. 

– Dlaczego byś chciał? – Kate odłożyła na bok jedzenie. 
–  Mam  trzydzieści  sześć  lat,  Kate.  Wbrew  temu,  co  myślisz,  jestem 

normalnym  facetem  i  chciałbym  mieć  żonę  i  dzieci,  zanim  nie  będę  na  to  za 
stary. 

Kate  postanowiła  nie  myśleć  o  jego  przyszłych  dzieciach  ani  o  jakiejś 

background image

wspaniałej blondynce, która mu je urodzi. 

– Co stoi na przeszkodzie? – zapytała. 
–  To  samo,  co  powstrzymuje  wszystkich  innych.  –  W  jego  głosie 

pobrzmiewało  zniecierpliwienie.  Nie  był  przyzwyczajony  do  osobistych 
zwierzeń i nie potrafił tego ukryć. – Nie miałem okazji, żeby się zakochać. 

– Czy to aż takie ważne? 
Ben  zebrał  opakowanie  pozostałe  po  śniadaniu  i  wsadził  je  do  torby. 

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili. 

–  Naprawdę  jesteś  taka  cyniczna,  Kate?  Czy  to  przedstawienie 

wyreżyserowane jest specjalnie dla mnie? 

– Niczego nie robię specjalnie dla ciebie – odgryzła się, urażona. 
– To mnie jakoś nie dziwi – odparł sucho. 
Kate  zagryzła  wargę  i  spojrzała  w  inną  stronę.  Zraniła  Bena,  chociaż 

wcale  nie  miała  takiego  zamiaru.  Pragnęła  tylko,  żeby  ich  konwersacja  była 
luźna,  beztroska  i  jak  widać,  pomyślała  zgryźliwie,  udało  jej  się  to  aż  nazbyt 
dobrze. 

–  Może  to  istotnie  przedstawienie  –  powiedziała  cicho.  Ben  spojrzał  na 

nią z uwagą. 

– Co takiego? 
– Mówiłam, że może rzeczywiście się zgrywałam. A może musiałam być 

twarda i naprawdę taka teraz jestem. 

Ben wyciągnął rękę i położył na dłoni Kate. Wyczuwał jej siłę, ale także i 

bezbronność.  Wspomniał,  jak  tamtej  nocy  spała  w  jego  ramionach.  Czy  to  się 
jeszcze kiedyś zdarzy? 

– Nowy Jork to okrutne miasto. Rządzi się wilczymi prawami. Każdy, kto 

chce dojść tu do czegoś, musi walczyć o swoje. Przetrwałaś, Kate, i możesz być 
z tego dumna. Niewielu jest ludzi, o których można to powiedzieć. 

Kate westchnęła. Chciała wierzyć w to, co powiedział. 
–  Co  sprawiło,  że  Benjamin  West  stał  się  uparty,  stanowczy, 

zdecydowany? – zapytała. 

– Taki się urodziłem. 
Dziewczyna  przejechała  palcem  po  przegubie  jego  ręki.  Sprawiło  jej 

przyjemność, że wydał się tym poruszony. 

– Nie, to nieprawda. 
– Skorumpowany już w dzieciństwie? 
– Może. 
Na chwilę zapadła cisza. 
– Ben? 
– Hm? 
– Opowiedz mi o budynku O’Dwyera. 
– Co masz na myśli? – Poruszył się niespokojnie. 

background image

– W zeszłym tygodniu byłam w czytelni. Rozumiesz, ambitny pracownik, 

który  chce  wiedzieć  jak  najwięcej  o  firmie  i  swoim  szefie.  Z  tego,  co 
przeczytałam,  wynika,  że  nie  był  to  twój  zwykły  sposób  postępowania  w 
interesach. 

– Chcesz mi dać szansę? – zapytał. 
– Może po prostu chcę cię przeprosić. 
– Może? 
– Jeszcze się nie dowiedziałam, jak wygląda ta sprawa z twojego punktu 

widzenia. 

– Rozumiem. – Ben cofnął rękę. Opinia Kate była dla niego ważna. 
– Na budynku było twoje nazwisko – przypomniała Kate. 
– Nie. – Ben spojrzał na nią. – Nazwisko mojego ojca. 
–  Więc  twój  ojciec  również  był  zamieszany  w  tę  sprawę?  –  zapytała  po 

chwili cicho. 

– Tak. West Development to jego firma, nie moja. 
– A więc nie jesteś odpowiedzialny za to, co się tam stało... 
– Tego nie powiedziałem – przerwał. Do diabła, wiedziała, gdzie uderzyć. 

– Jestem odpowiedzialny. 

Tym razem Kate wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego ramienia. 
– Powiedz – szepnęła. – Proszę. 
Ben westchnął. Wiedział, że już teraz nie uda mu się wykręcić. 
– To długa historia. 
– Mam czas. 
O tym akurat wiedział. 
–  Piętnaście  lat  temu  wszedłem  do  spółki  ojca  –  zaczął.  –  Kupiliśmy 

budynek  O’Dwyera,  żeby  go  wyremontować.  Przynajmniej  tak  mnie 
poinformowano. To było nasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie. Okazało się, 
ż

e  mój  ojciec  miał  inne  plany.  Wiedział,  że  się  sprzeciwię,  więc  mi  ich  nie 

przedstawił. Pewnego dnia wysłał mnie do New Jersey. Zdumiewające, ile może 
dokonać  w  ciągu  jednego  dnia  dobra  ekipa  zajmująca  się  wyburzeniami.  W 
każdym razie, kiedy wróciłem, budynku już nie było. 

– Co wtedy zrobiłeś? 
–  Zobaczyłem  się  z  nim.  –  Ben  zesztywniał  na  wspomnienie  tego 

spotkania. – Cały czas wrzeszczałem. Było oczywiście za późno. Stwierdził, że 
plany  musiały  zostać  zmienione.  Budynek  był  zbyt  stary  i  nie  nadawał  się  do 
remontu.  Zamiast  tego  mieliśmy  wybudować  nowoczesny  kompleks  z  częścią 
mieszkalną dla tych lokatorów, którzy chcieliby pozostać. 

– Ale tak się nie stało – zauważyła Kate. 
– Nie – przytaknął Ben. – Ale dopiero po pół roku zorientowałem się, że 

mnie  okłamał.  Zbył  mnie.  Powiedział,  że  już  nic  nie  mogą  zmienić.  Kiedy 
przejrzałem wszystkie dokumenty, okazało się, że  miał rację. Trzeba przyznać, 

background image

ż

e  był  wyjątkowo  sprytny.  Chociaż  moje  nazwisko  widniało  na  budynku 

O’Dwyera,  wszystko  tak  naprawdę  należało  do  ojca.  Poświęciłem  temu 
przedsięwzięciu rok pracy i zostałem z niczym. 

– To okropne! – Kate pomyślała o swojej rodzinie. Nie mieli zbyt wiele, 

ale  zawsze  wszystkim  się  dzielili.  Tymczasem  Ben  został  wykorzystany  przez 
własnego ojca. 

– Z pewnością twój ojciec wiedział, że coś ci się należy? – zapytała. 
– Nie zrujnował mnie, jeżeli o to ci chodzi – uśmiechnął się Ben. – Z jego 

punktu  widzenia  była  to  dla  mnie  pouczająca  lekcja,  którą  powinienem  dobrze 
zapamiętać. Zapłacił mi i dzięki temu mogłem założyć własną firmę. 

–  I  tak  uważam,  że  to  było  wstrętne  z  jego  strony.  Ben  uśmiechnął  się 

jeszcze szerzej.  Sprawiło  mu  przyjemność,  że  Kate  z taką pasją  stanęła  w  jego 
obronie. 

– Jednak w końcu mi się powiodło – powiedział. 
Kate  milczała.  Mogła,  przeprosić  Bena  za  to,  że  zbyt  pochopnie  go 

osądziła, ale on chyba tego nie oczekiwał. Chyba Ben w ogóle niczego od niej 
nie chciał, przynajmniej nie tego, co mogła mu ofiarować. 

– Będzie lepiej, jeżeli już wrócimy – odezwała się. 
– Czyżby? – zapytał Ben wyraźnie rozbawiony. – Śpieszysz się gdzieś? 
Otworzyła  usta,  po  czym  je  powoli  zamknęła.  Na  chwilę  zapomniała,  że 

to ona pracowała dla niego, i że to on wydawał polecenia. Pomyślała, że wiele 
czasu upłynie, zanim się do tego przyzwyczai. 

–  Przepraszam  –  powiedziała,  bezskutecznie  próbując  przybrać  pokorny 

ton. – Nie chciałam nadużywać... 

– Jeżeli uważasz, że czas już wracać, to pewnie masz rację. Wyrzuć mnie 

przed wejściem do Westcon Plaza, dobrze? 

Jechali  w  milczeniu,  a  Kate  wymyślała  sobie  w  duchu  od  najgorszych 

idiotek. Będzie  miała doprawdy nieprawdopodobne szczęście, jeżeli uda się jej 
utrzymać  tę  pracę  chociaż  przez  tydzień.  Oczyma  duszy  widziała,  jak  Arnie 
pęka ze śmiechu, gdy ona pokornie prosi go, aby przyjął ją z powrotem. 

–  Zahamuj  tutaj.  –  Ben  przerwał  jej  rozmyślania.  –  Wyskoczę  i 

przebiegnę przez ulicę. 

Kate rozejrzała się z powątpiewaniem. 
– Jesteś pewien? – zapytała. – Mogłabym podjechać z drugiej strony i... 
–  Tutaj.  –  Ben  uchylił  lekko  drzwi  i  spojrzał  na  nią  uważnie.  –  Chcę  ci 

przypomnieć,  że  umowa  zobowiązuje.  Odpowiedziałem  na  wszystkie  twoje 
pytania,  a  ty  na  żadne  z  moich.  Jesteś  wolna?  Mam  dać  Nico  numer  twojego 
telefonu? 

Serce Kate zabiło mocniej, gdy usłyszała pierwsze pytanie i zamarło przy 

drugim. 

– Tak – powiedziała. – I nie. – Uniosła drwiąco brwi. – Stanowczo nie. 

background image

Wysiadł  i  mocno  trzasnął  drzwiami.  Przez  chwilę  Kate  myślała,  że  nie 

odpowie,  ale  przeszedł  na  drugą  stronę  samochodu,  zupełnie  lekceważąc  ruch 
uliczny. 

Nagle pochylił się ku niej. 
Jego  usta  znajdowały  się  zaledwie  o  kilka  centymetrów  od  jej  warg. 

Wystarczyło unieść lekko głowę... Zastanawiała się nad tym przez moment, gdy 
nagle ujrzała olbrzymią ciężarówkę, pędzącą w ich stronę. 

– Wydaje mi się, że za chwilę będziesz martwy – zauważyła. 
–  Bzdura  –  odpowiedział  Ben,  ale  zerknął  w  tamtym  kierunku.  –  To 

Nowy Jork. 

Rozległo  się  głośne  trąbienie  klaksonu.  Ben  zaklął  i  uskoczył  w  stronę 

chodnika. Ciężarówka minęła go o kilka centymetrów. 

– Oferma! – wrzasnęła za nim Kate. Nawet się nie odwrócił. 
Ben  pośpiesznie  wszedł  do  budynku.  Krótka  jazda  windą  pozwoliła  mu 

przyczesać włosy i poprawić krawat, ale nie zdołał ukryć uśmiechu. Kiedy drzwi 
otworzyły się, wyszedł wprost na Jody i stojącego za nią Donalda. 

– Spóźnił się pan! – krzyknęła Jody. 
–  Nieprawda.  –  Ben  spojrzał  na  zegarek.  –  Jeszcze  nie  ma  dziewiątej,  a 

pierwsze spotkanie będzie dopiero o dziesiątej. 

– Ale... – zająknęła się Jody. – To znaczy... – umilkła i spojrzała błagalnie 

na Donalda. 

– Ona chce powiedzieć, że kiedy tu przyszliśmy, nie było cię w biurze. 
– A co, wybuchł pożar? – Ben rozejrzał się z zainteresowaniem. 
– Nie, oczywiście, że nie, tylko... 
–  No  to  w  czym  problem?  –  Wciąż  się  uśmiechając  Ben  minął  ich  i 

wszedł do gabinetu. 

Jody  wzruszyła  ramionami  i  usiadła  za  biurkiem.  Donald  pośpieszył  za 

Benem. 

– Telefonowano z kasyna. Cher odwołała występ – powiedział. 
Ben rozsiadł się wygodnie w fotelu. 
– Wciśnij na jej miejsce kogoś innego – rzucił. 
– Szkoda byłoby ją stracić. Ona może przyciągnąć mnóstwo ludzi. 
– O co poszło? O pieniądze? – zapytał Ben. 
–  Nie  –  potrząsnął  głową  Donald.  –  Myślę,  że  powodem  była  jakaś 

sprzeczka z szefem estrady. On chce ją przeprosić, ale lepiej byłoby, gdybyś ty 
zadzwonił i... 

– W porządku. – Ben zanotował coś w kalendarzu. – Zajmę się tym. 
– To chyba wszystko. – Nagle Donald zerknął uważnie na przyjaciela. – 

Dobrze się czujesz? 

– Świetnie. Jak nigdy dotąd. Dlaczego pytasz? 
– Sam nie wiem. Najpierw się spóźniasz, a potem nawet nie mrugniesz na 

background image

wiadomość,  że  słynna  gwiazda  wystawia  nas  do  wiatru.  Czy  jest  coś,  o  czym 
powinienem wiedzieć? 

– Nic a nic – odparł Ben tonem ucinającym jakąkolwiek dyskusję. 
Kiedy  Donald  wyszedł,  Ben  ponownie  zerknął  w  kalendarz,  notując  w 

pamięci nazwiska i mruknął z zadowoleniem. Może to wcale nie będzie taki zły 
dzień, pomyślał. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 
Kate  sądziła,  że  Ben  korzystał  z  samochodu  tak  często  wyłącznie  z 

powodu  brzydkiej  pogody.  Przecież  Donald  ostrzegał  ją,  że  większość  czasu 
będzie  spędzała  bezczynnie,  ponieważ  ich  wspólny  szef  lubi  przechadzki. 
Minęły  już  dwa  tygodnie,  a  jeszcze  nie  miała  okazji  się  nudzić.  Wręcz 
przeciwnie.  Dni  były  wypełnione  interesującymi  zleceniami,  począwszy  od 
przywożenia  z  lotniska  ważnych  gości  i  klientów  aż  po  poszukiwanie 
najlepszych  czekoladek  w  Nowym  Jorku.  Wraz  ze  swoim  chlebodawcą 
przemierzała lincolnem niezliczone kilometry. Ben miał wypełniony kalendarz i 
odbywał masę spotkań w interesach. 

Wciąż  nie  była  pewna,  czy  postąpiła  słusznie  przyjmując  propozycję 

Bena.  Sytuację  komplikował  fakt,  że  coraz  wyraźniej  zdawała  sobie  sprawę  ze 
swoich  uczuć  do  tego  mężczyzny.  Od  początku  wiedziała,  że  nie  ma  żadnych 
szans.  Zaakceptowała  ten  fakt  tak  samo  jak  wszystkie  inne  rozczarowania  i 
porażki w przeszłości. 

Kate  nie  należała  do  osób  rozdzielających  włos  na  czworo.  Nie  zwykła 

rozczulać  się  nad  sobą.  Cieszyła  się  tym,  co  miała.  Praca  była  interesująca, 
dobrze  płatna  i  co  najważniejsze,  bezpieczna.  Poza  tym  Kate  mogła  mnóstwo 
czasu spędzać w towarzystwie Bena. 

Jak  większość  szefów,  miał  swoje  nawyki  i  kaprysy.  Zachowywał  się 

jednak  bezpośrednio  i  sympatycznie.  Jedną  z  jego  charakterystycznych  cech 
była  niechęć  do  pozerstwa.  Gdy  miał  gości,  zajmował  w  samochodzie  tylne 
siedzenie i prowadził często ważne pertraktacje. Kiedy jednak byli sami, zawsze 
siadał obok niej, rozmawiał, gestykulował, czym zresztą rozpraszał Kate. 

Miał  zwyczaj  głośno  myśleć.  Wyciągał  plany  nowych  inwestycji  i 

opowiadał o nich Kate, która usiłowała skupić się na prowadzeniu auta. Jednak 
słuchała  zafascynowana,  gdy  wprowadzał  ją  w  tajniki  swoich  rozległych 
interesów,  choć  w  gruncie  rzeczy  niewiele  z  tego  rozumiała.  Mimo  to  potężny 
Benjamin  West  słuchał  jej  uważnie  i  zachęcał,  żeby  mówiła  wszystko,  co 
przyjdzie  jej  do  głowy  na  temat  omawianego  właśnie  zagadnienia.  Odkryła  z 
przyjemnością, że czasem brał pod uwagę jej punkt widzenia. Czym innym było 
studiowanie  prawa,  a  czym  innym  praktyczne  zastosowanie  zdobytych 
wiadomości, Ben przekazał Kate bezcenną wiedzę o handlu nieruchomościami i 
rozmaitych kruczkach prawnych. 

Po  raz  pierwszy  od  bardzo  długiego  czasu  dziewczyna  budziła  się 

codziennie z uśmiechem na twarzy. Na razie to wystarczało. 

 

* * * 

 

background image

Co  za  piekło,  pomyślał  Ben.  Dwa  nieznośne  tygodnie.  Musiał  być 

szalony,  gdy  postanowił  zatrudnić  Kate.  Jednak  nie  było  innego  sposobu,  aby 
mieć  ją  tak  często  w  pobliżu.  Od  początku  wzbudziła  jego  ciekawość.  Mało 
tego,  wyraźnie  go  pociągała.  Była  żywa,  inteligentna  i  błyskotliwa.  Nie 
onieśmielał jej tak jak innych kobiet. Bawiła go i kusiła. Był nią oczarowany. 

Zamiast proponować jej zajęcie u siebie, powinien umówić się na randkę. 

Sama  mu  to  powiedziała.  Nie  wiadomo  jednak,  czy  przyjęłaby  zaproszenie. 
Dlatego też zdecydował się zaangażować dziewczynę jako swojego kierowcę. 

Nigdy  nie  uważał  się  za  mężczyznę  przesadnie  opiekuńczego,  ale  Kate 

wyzwalała w nim takie instynkty. Pragnął się nią zająć i zrobił to. 

Oczywiście,  zupełnie  do  siebie  nie  pasowali.  Nawet  dziecko  mogłoby  to 

dostrzec.  Sądził,  że  codzienne  widywanie  się  sprawi,  że  przestanie  o  niej 
myśleć. Stało się wręcz odwrotnie. 

Kto  by  od  niej  oczekiwał  rozumienia  kruczków  prawnych  czy  też  zasad 

obrotu  nieruchomościami?  Wiedział,  że  Kate  jest  inteligentna,  ale  zaskoczony 
był  jej  głodem  informacji,  ciekawością świata.  Dzień po dniu  zdumiewała  go i 
wprawiała w zachwyt. I to był właśnie problem. 

Tamtego  wieczoru  w  biurze  postawiła  warunek,  na  który  się  zgodził. 

Niestety, pochopnie! Wiedział, że podoba się Kate, ale umowa zobowiązywała. 
Tyle, że wyraźnie miał już tego dosyć. Łapał się na tym, że nie może doczekać 
się spotkania z Kate. Przez cały czas pilnował się, żeby jej nie dotknąć. Sytuacja 
powoli  stawała  się  nie  do  wytrzymania.  Nigdy  nie  był  sentymentalny.  Zawsze 
do tej pory, gdy coś się nie udawało, szybko z tym kończył. Uznał, że teraz jest 
to również jedyne wyjście. 

 

* * * 

 
Kate  stała  w  sekretariacie  na  czterdziestym  pierwszym  piętrze  i  w 

milczeniu wpatrywała się w dębowe drzwi do gabinetu Bena. Było kilka minut 
po siódmej. Jody już dawno poszła do domu, a Donald minął Kate po drodze. 

– Jest u siebie – rzucił w przelocie. – Wejdź od razu. 
–  Jesteś  pewien,  że  chciał  się  osobiście  widzieć  ze  mną,  że  nie  chodzi  o 

kolejne polecenie? – zapytała niepewnie. 

– Tak – zapewnił Donald i wyszedł. Kate została sama. Dlaczego szef ją 

wezwał? Kiedy podniosła rękę, żeby zapukać, drzwi otworzyły się. 

– O, już jesteś – powitał ją Ben. – Wydawało mi się, że słyszę windę. 
Oszołomiona  Kate  przyglądała  mu  się  przez  chwilę.  Ciemne  włosy  były 

potargane,  a  krawat  niedbale  rozluźniony.  Nie  miał  na  sobie  marynarki. 
Podwinięte  rękawy  koszuli odsłaniały  silnie umięśnione przedramiona,  pokryte 
ciemnymi  włosami.  Luźne  spodnie  na  szelkach  podkreślały  jego  szczupłe 
biodra. 

background image

Wyglądał  niesłychanie  pociągająco.  Kate  poczuła,  że  ma  kolana  jak  z 

waty. 

–  Wejdź.  –  Ben  spojrzał  na  nią  i  zapytał  z  niepokojem:  –  Czy  coś  się 

stało? 

– Nie. Oczywiście, że nie. – Kate potrząsnęła przecząco głową. Ale kiedy 

weszła do gabinetu, przypomniała sobie pamiętny wieczór i chwilę, gdy wziął ją 
w ramiona. 

– Jesteś blada – stwierdził Ben z troską w głosie. – Czy podać ci coś? 
–  Czuję  się  świetnie.  –  Kilkakrotnie  szybko  zamrugała  powiekami.  – 

Naprawdę. 

–  Skoro  tak  twierdzisz.  –  Ben  wskazał  jej  krzesło,  po  czym  usiadł  na 

brzegu  biurka.  –  Poprosiłem  cię,  żebyś  przyszła,  bo  uważam,  że  powinniśmy 
porozmawiać. 

– O czym? 
Benjamin  West  brał  udział  w  spotkaniach  z  mężami  stanu  i  najbardziej 

znanymi osobami ze świata biznesu, ale nigdy – nawet przez moment – nie miał 
takiej pustki w głowie jak teraz. Nie miał pojęcia, jak ma rozmawiać z Kate. 

– Chodzi o naszą umowę – zaczaj wreszcie. – Nie sprawdza się. 
Kate  otworzyła  szeroko  oczy,  po  czym  szybko  spojrzała  w  inną  stronę. 

Do  diabła,  zamierzał  ją  zwolnić.  Układało  się  zbyt  dobrze,  aby  mogło  trwać 
wiecznie. 

– Popełniłem błąd – ciągnął Ben. – I gotów jestem przyjąć na siebie całą 

winę. 

– To nie był twój błąd. – Kate wstała. Skoro już po wszystkim, nie było 

powodu,  żeby  zostawać  tu  dłużej.  –  Nie  powinnam  była  przyjmować  twojej 
propozycji. Nie nadaję się do tej pracy, ale myślałam tylko o sobie, o tym, czego 
potrzebuję, czego chcę... 

– Kate? 
– Nie przerywaj mi. – Spojrzała na niego ze złością. 
– Ale po co właściwie to mówisz? 
–  Bo  odchodzę  –  warknęła  Kate.  Ten  facet  mógłby  się  trochę  postarać  i 

pohamować radość. – A co sobie myślałeś? 

Rozbawienie Bena zniknęło w jednej chwili. 
– Rezygnujesz z pracy? – zapytał poruszony. 
– A co za różnica? Przecież chcesz mnie zwolnić. 
– Nic podobnego. 
– Ale powiedziałeś... 
– Powiedziałem, że popełniłem błąd – przerwał jej Ben. – Ale nie dlatego, 

ż

e zatrudniłem cię. 

Pod Kate ugięły się nogi. Ponownie usiadła na krześle. 
– A więc dlaczego? – zapytała. 

background image

– Postawiłaś warunek i ja się zgodziłem. Pamiętasz? Kate powoli skinęła 

głową. 

– Zmieniłem zdanie. 
– Co... – Chrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Co to znaczy? 
Ben poczuł się nieco pewniej. 
– Pragnę cię, Kate. Do diabła, to żadna tajemnica, ale nie wiem, jak sobie 

z tym poradzić. Myślałem... myślałem, że jeśli będziemy się często widywali, to 
mi spowszedniejesz. 

Kate oparła się o poręcz i zdołała uśmiechnąć się z wysiłkiem. 
– Ben? 
– Uhm? 
– Jesteś beznadziejnym romantykiem. 
– Czy ty drwisz ze mnie? 
– Pozwolisz, że się nad tym zastanowię? 
Sądził, że panuje nad sobą, ale wyraźnie się łudził. Wyszedł zza biurka i 

zaczął chodzić po pokoju. 

– To nie jest dla mnie łatwe, Kate. 
– Widzę. 
– Byłoby lepiej, gdybyś przestała się śmiać. 
– Nie śmieję się z ciebie – wyznała uczciwie. – Śmieję się z nas obojga i z 

całej tej sytuacji. Musisz przyznać, że to idiotyczne. 

– Pewnie, że idiotyczne – przyznał. – A wszystko to twoja wina. 
Kate usiłowała przybrać poważny wyraz twarzy. 
– To znaczy, że ci nie przeszło? – zapytała. 
– Nie. 
– To dobrze. 
Ben przystanął i spojrzał na nią uważnie. 
– Co powiedziałaś? 
– Powiedziałam „dobrze”. Mnie też nie. 
–  To  już  coś  –  mruknął  pod  nosem.  Do  tej  pory  nie  spotkał  nikogo,  kto 

wyprowadzałby  go  z  równowagi  równie  szybko  jak  Kate  Hallaby.  Fakt,  że 
przychodziło jej to bez żadnego wysiłku, tylko dodatkowo pogarszał sytuację. 

–  Skoro  tak,  to co  teraz  zrobimy? –  zapytała  Kate.  Ben podszedł  bliżej i 

popatrzył na nią. 

– Wydaję przyjęcie w Wilton. Chciałbym, żebyś tam była. 
– Jako twój szofer? 
– Jako mój gość. 
– Nie – potrząsnęła stanowczo głową. – Wykluczone. 
– Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego po prostu nie zaprosiłem cię na randkę 

– przypomniał jej Ben. – Właśnie to robię. 

– Na przyjęcie? 

background image

– Wiesz dobrze, jak wygląda mój program dnia. Nie mam wiele wolnego 

czasu, nawet w weekendy. Jednak na moim stanowisku oczekuje się ode mnie, 
ż

e  będę  się  od  czasu  do  czasu  pokazywał.  To  przyjęcie  zaplanowałem  kilka 

tygodni temu. Nie będzie duże, tylko dwanaście osób... 

– To ma być nieduże przyjęcie? 
– Chciałbym cię tam zobaczyć, Kate. – Ben zignorował jej uwagę. – I to 

nie  za  kółkiem  lincolna.  W  niedzielę  wieczorem  wyjeżdżam  do  Londynu.  To 
chyba dobry pomysł. 

– Wcale nie jest dobry – Kate westchnęła z przygnębieniem. – Przecież to 

okropnie  kłopotliwe.  Jestem  twoim  kierowcą,  Ben.  Nie  mogę  pokazywać  się 
uczepiona twojego ramienia. 

–  Dlaczego  nie?  –  Ben  skrzyżował  ręce  z  pewnością  siebie  człowieka, 

który przywykł do ustanawiania swoich własnych reguł. 

Kusił ją, ale nie była na tyle szalona, żeby się zgodzić. 
– Kiedy wrócisz... – zaczęła. 
–  Spotykamy  się  w  ten  weekend  –  przerwał  stanowczo. Miała  szczęście, 

ż

e nie nalegał na dzisiejszy wieczór. Bardzo chciał, ale postanowił dać jej trochę 

czasu,  żeby  oswoiła  się  z  nową  sytuacją.  –  Przecież  kochasz  wieś.  Sama 
mówiłaś. 

– Nie uznajesz żadnych kompromisów, prawda? – zapytała. 
– Kiedy czegoś chcę, muszę to mieć – odpowiedział spokojnie. 
Kate  poczuła,  jak  dreszcz  przebiega  jej  po  plecach.  Pragnęła  Bena,  lecz 

jednocześnie  obawiała  się  go.  W  pewien  sposób  sprawował  władzę  nad  jej 
ż

yciem. Chciała wiedzieć, jak daleko jest zdolny się posunąć. 

– A jeżeli odmówię, to co? 
– Będę musiał cię przekonać, żebyś zmieniła zdanie. – Ben wyprostował 

się i sięgnął do kieszeni spodni. – Jak ci się ostatnio wiedzie, Kate? 

– Świetnie, dziękuję. – Spojrzała na niego ponuro. 
– Wiesz co? – uśmiechnął się. – Zagrajmy. 
Kate patrzyła, jak czyści rękawem dziesięciocentówkę. 
– Co dostanę, jeżeli wygram? – zapytała. 
– Co powiesz na weekend na wsi? 
– Spróbuj czegoś innego, spryciarzu – roześmiała się głośno. 
– Może podwyżkę? – Ben obracał monetę w dłoniach. 
– I tak za dobrze mi płacisz. 
– Naprawdę? – Zerknął na nią. – Muszę o tym pamiętać. 
– Zapomnij, że w ogóle coś takiego powiedziałam. Rzucaj. 
Ben podrzucił dziesiątkę w górę. 
– Ostatnim razem ty wybierałaś pierwsza, więc teraz moja kolej. – Złapał 

monetę i położył ją na przegubie ręki. 

– Stawiam na reszkę. 

background image

Kate patrzyła z napięciem, jak odsłaniał przegub. 
– Wyjedziemy w piątek o drugiej – zdecydował Ben. – Wpadnę po ciebie. 
Kate skinęła głową i sięgnęła po czapkę. 
–  Prowadzę,  czy  będę  miała  wolny  weekend?  Ben  spojrzał  na  nią 

zdumiony. 

– Nie musiałaś pytać o to, Kate. 
– Owszem, musiałam. 
Czy świadomie starała się wyprowadzić go z równowagi, czy też wyszło 

tak przypadkowo? 

– Pojedziemy jensenem – powiedział. – Ja prowadzę. 
–  W  porządku.  Będę  gotowa  o  drugiej.  –  Zatrzymała  się  na  chwilę.  – 

Rozumiem, że tę rundę ty wygrałeś. 

Spojrzenie Bena było czułe niczym spojrzenie kochanka. Kate poczuła, że 

mięknie, a całe jej ciało wypełnia przyjemne ciepło. To będzie szaleńcza walka. 

– Nie – mruknął Ben. – Oboje wygraliśmy. 
 

* * * 

 
– Dobrze, że nosimy ten sam rozmiar – orzekła Maggie. 
– Inaczej wyszłabyś na idiotkę. 
–  Pewnie  i  tak  wyjdę.  –  Kate  uważnie  przyglądała  się  stercie  ubrań 

leżących na łóżku. – I nie ma to nic wspólnego z tym, co będę miała na sobie. 
Co sądzisz o niebieskim swetrze? 

Maggie zlustrowała go krytycznym spojrzeniem. 
–  Zbyt  niewinny  –  stwierdziła.  –  Weź  ten  czerwony.  Tylko  nie  mów,  że 

już zaczynasz żałować. 

–  Nie  chodzi  o  Bena  –  powiedziała  Kate.  –  Tylko  o  przyjęcie.  A  co 

będzie, jeżeli znajdą się tam ludzie, którzy wiedzą, że jestem jego kierowcą? 

–  No  właśnie,  co?  –  Maggie  złożyła  czerwony  sweter  i  wsadziła  do 

walizki. 

– Nie uważasz, że to trochę dziwne? 
– Nie do mnie należy ocena – odparła Maggie. – Chociaż, według mnie, 

wszystko, co ci się przydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca, jest dziwne. Także 
i to, że wszechmocny Benjamin West ma na ciebie ochotę. 

– Nie przejmuj się. – Kate przybrała śmiertelnie poważny wyraz twarzy. – 

On ma nadzieję, że mu przejdzie. 

– Jak przelotna grypa? – zachichotała Maggie. 
–  Jak  niezbyt  długa  grypa  –  poprawiła  Kate.  Maggie  wyciągnęła  swoje 

koronkowe rajstopy i wcisnęła je do walizki przyjaciółki. 

–  Mam  tylko  nadzieję,  że  wiesz,  co  robisz  –  powiedziała.  –  Jesteś 

fantastyczna,  ale  facet  taki  jak  Benjamin  West...  sama  rozumiesz.  Postaraj  się 

background image

nie przywiązywać do tej sprawy zbyt dużej wagi. 

– Nie będę. – Kate zamknęła walizkę. – Ben to wspaniały człowiek. Jest 

chyba  najbardziej  niezwykłą  osobą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałam,  ale 
musiałabym  mieć  źle  w  głowie,  gdybym  uważała,  że  interesuje  się  mną 
poważnie. 

Rozległ  się  dźwięk  domofonu.  Kate  wpadła  do  łazienki,  żeby  rzucić 

okiem po raz ostatni w lustro, po czym złapała walizkę i zbiegła na dół. Cztery 
piętra niżej otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i wpadła prosto w ramiona 
Bena.  Ręce  mężczyzny  zatrzymały  ją.  Zrobił  krok  do  przodu  i  zamknął  ją  w 
mocnym  uścisku.  Poczuła  się  nieco  oszołomiona  i  z  trudem  usiłowała  złapać 
oddech. To dlatego, że biegłam tak szybko, pomyślała. To również wyjaśniało, 
dlaczego zachwiała się, kiedy ją puścił. 

–  Jak  zmieniasz  reguły  –  powiedziała  –  postaraj  się  nie  robić  z  ludzi 

idiotów. 

Ben uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony. 
– Masz coś przeciwko temu? – zapytał, biorąc od niej walizkę. 
– Ależ skąd. – Kate zatrzymała się na schodkach. Kiedy Ben wskazał ręką 

ciemnozielony  sportowy  samochód,  zaparkowany  na  środku  wąskiej  uliczki, 
ruszyła w tamtym kierunku. 

–  Chyba  mi  się  to  nawet  podoba  –  dodała.  Ben  poczuł  się  mile 

połechtany. 

–  Nigdy  nie  kłamiesz,  prawda  Kate?  –  zapytał  otwierając  bagażnik  i 

wsuwając tam jej walizkę. 

–  Jeżeli  nie  muszę,  to  nie.  –  Oparła  się  o  dach  samochodu  i  przejechała 

palcem po czarnym płótnie. – Czy można to opuścić? 

–  Oczywiście.  –  Ben  otworzył  drzwi,  po  czym  dodał  znacząco:  –  Ale 

tylko wtedy, kiedy jest ciepło na zewnątrz. 

Wyciągnął błyskawicznie, rękę i chwycił Kate za przegub. 
– Jesteś zdecydowana, prawda? – zapytał. 
– Bez wątpienia. – Czuła ciepło jego dłoni. 
– I uparta. 
– To też – westchnęła Kate. – Czy oddasz mi moją rękę? 
– Zastanawiam się. – Zastanawiał się również nad tym, czy nie wziąć jej 

natychmiast w ramiona. 

– Będziesz potrzebował obu rąk, żeby opuścić dach. Ben pokiwał głową i 

puścił jej rękę. 

– Będziemy o tym dyskutowali przez całą drogę do Wilton? – zapytał. 
– To zależy. 
– W takim razie ja się poddaję. 
– Świetnie. – Kate zatrzasnęła drzwiczki. 
– Jeśli zrobi ci się niedobrze – ostrzegł ją Ben – obetnę ci pensję. 

background image

–  W  porządku.  –  Uśmiechnęła  się,  kiedy  dach  został  wreszcie 

opuszczony. 

Ben włożył marynarkę i pomyślał, że jednak warto było opuścić ten dach. 

Nigdy przedtem nie zetknął się z taką kobietą jak Kate. Z kimś, kto wykłócałby 
się  w  jednej  chwili,  po  czym  w  następnej  wzdychał  z  dziecięcym  zachwytem. 
Było coś wyjątkowo pociągającego w zaangażowaniu, z jakim rzucała się w wir 
ż

ycia  i  jak  radośnie  potrafiła  cieszyć  się  najprostszymi  rzeczami.  Kiedy 

przebywał  z  nią,  również  zdawało  się  zmieniać  jego  podejście  do  życia. 
Przypominała  mu  o  tej  części  jego  natury,  którą  nieomal  utracił.  Tak  wiele 
spraw  traktował  obojętnie,  tak  wieloma  nie  miał  czasu  się  cieszyć.  W  walce  o 
osiągnięcie swoich celów zapomniał jak proste i radosne może być życie. I jak 
cudowne. 

Wnętrze  samochodu  okazało  się  przytulne.  W  schowku  znajdowało  się 

kilka taśm magnetofonowych, a w przenośnej lodówce za siedzeniem krakersy i 
parę  rodzajów  past  kanapkowych.  W  zamierzeniu  Bena  powolna  i  spokojna 
jazda  do  Wilton  miała  umożliwić  im  wprowadzenie  się  w  nastrój 
nadchodzącego weekendu. 

A więc stało się, pomyślał Ben, naciskając pedał gazu i odśpiewując wraz 

z  Kate  „Jumping  Jack  Flash”.  Czuł  się  niesłychanie  zadowolony  ze  swoich 
popisów wokalnych. 

Kiedy  wjechali  do  Connecticut,  Kate  poczuła  się  całkowicie  odprężona. 

Gdzieś po drodze rozwiały się jej wątpliwości. No i cóż się takiego stanie, jeżeli 
następne  dwa  dni  spędzi  z  tuzinem  ludzi,  z  którymi  nie  ma  absolutnie  nic 
wspólnego? Będzie tam Ben, a poza tym znajdzie jakiś sposób, żeby dać sobie 
radę. 

Kiedy  zaczęto  nadawać  reklamy,  przyciszyła  radio  i  zwróciła  twarz  w 

kierunku Bena. Jedną rękę trzymał na kierownicy, druga oparta była na dźwigni 
biegów.  Miał  długie  i  szczupłe  palce  ze  starannie  przyciętymi  paznokciami. 
Silne,  prawdziwie  męskie  dłonie,  pomyślała  Kate.  Benjamin  West  wiedział, 
czego chce i zdobywał to, co zamierzał. Prowadził samochód z pewnością siebie 
człowieka, który zawsze wie, co robi. 

– Kate – głos Bena przerwał te rozważania – jak się czujesz? 
– Cudownie. Nie masz pojęcia, jak taka jazda różni się od podróżowania 

autobusami czy metrem. 

– Chyba mam. – Ben zerknął w jej stronę. – A propos, czy ci mówiłem, że 

na przyjęciu będzie szef zakładów komunikacyjnych w Nowym Jorku? 

– Car metra? 
– Z żoną. 
–  Cudownie.  –  Kate  roześmiała  się  na  całe  gardło,  ale  szybko  odzyskała 

powagę.  –  Z  kim  jeszcze  ze  śmietanki  towarzyskiej  będę  miała  przyjemność 
rozmawiać i jeść? 

background image

– Z Bibi i Calvinem Latroux. To projektanci mody... 
– Wiem o tym – przerwała Kate. – Będę zbyt skromnie ubrana. 
–  Tym  bym  się  nie  martwił.  Oni  jak  zwykle  będą  zbyt  wystrojeni. 

Przyjdzie jeszcze sędzia Aldous Warren z małżonką. 

–  Chodzą  plotki,  że  zamierza  zrzucić  togę,  żeby  móc  startować  w 

wyborach na gubernatora w przyszłym roku. 

– To prawda. – Ben mrugnął do niej okiem. – Ale nie słyszałaś tego ode 

mnie.  Przypuszczam,  że  Al  przyprowadzi  jednego  ze  swoich  ludzi. 
Prawdopodobnie zajmie się nim Tabitha Bright. 

–  Najsłynniejsza  modelka  Bibi  i  Calvina  –  skomentowała  Kate.  – 

Widziałam  jej  zdjęcia.  Chyba  nie  ma  na  świecie  mężczyzny,  na  którym  nie 
zrobiłaby wrażenia. 

Zgarbiła  się.  Musiała  być  szalona,  gdy  sądziła,  że  da  sobie  jakoś  radę. 

Wypłynęła na zbyt głęboką wodę. Będzie miała szczęście, jeżeli nie utonie. 

Ben  kątem  oka  obserwował  Kate  i  zauważył  nagłą  zmianę  jej  nastroju. 

Gdyby  nie  znał  jej  lepiej,  pomyślałby,  że  jest  przerażona.  Jego  Kate,  która 
potrafiła  sobie  poradzić  z  uzbrojonym  napastnikiem,  wyglądała  teraz  tak,  jak 
gdyby odebrało jej mowę. 

Poprzednio  często  miał  dosyć  jej  przesadnej  pewności  siebie  i  ostrego 

języka. Teraz zdał sobie sprawę, że Kate wydawała się taka twarda nie dlatego, 
ż

e nic ją nie obchodziło, lecz dlatego, że wszystko obchodziło ją za bardzo. Pod 

szorstką skorupą kryła się delikatna i wrażliwa kobieta. Kobieta, która nie miała 
pojęcia, jak bardzo była zachwycająca. 

Kiedy  pojawiła  się  zielona  tablica,  Ben  nagle  podjął  decyzję.  Włączył 

migacz i skręcił na prawo. 

– Co robisz? – zapytała Kate. – Na tablicy był napis Greenwich. 
– No to chyba jadę do Greenwich. 
–  Widzę.  –  Kate  rozglądała  się  niespokojnie,  gdy  Ben  skierował 

samochód w stronę Round Hill Road. Po obu stronach otoczonej drzewami alei 
znajdowały się olbrzymie, eleganckie domy. 

– Masz coś przeciwko małej wycieczce? 
– Nie. – Kate pokręciła głową, całkiem oszołomiona. – To cudowne. 
Ben uśmiechnął się do siebie i jechał dalej. Gdy dotarli na przedmieście, 

zauważył puste miejsce pośrodku Greenwich Avenue i zaparkował tam jensena. 

– Co teraz? – zapytała Kate. 
– Przejdziemy się. 
– Słucham? 
–  No  wiesz...  rozejrzymy  się,  popatrzymy  na  wystawy.  –  Ben  nagle 

spoważniał  i  wziął  Kate  za  rękę.  –  Kiedy  dojedziemy  do  Wilton,  wszyscy  już 
tam będą. Tłum gości, no, może nie tłum, ale coś w tym rodzaju. Chyba jestem 
samolubny, ale chciałem jeszcze trochę mieć cię wyłącznie dla siebie. 

background image

Kate  uścisnęła  delikatnie  rękę  Bena.  Domyśliła  się,  dlaczego  to  zrobił. 

Widział,  jakie  wrażenie  wywarła  na  niej rozmowa  o gościach zaproszonych na 
przyjęcie i chciał jej dać trochę czasu, żeby się oswoiła z sytuacją. 

Później, kiedy Kate zastanawiała się nad chwilą, w której po raz pierwszy 

zrozumiała,  że  kocha  Benjamina  Westa,  pamiętała,  że  ogarnęło  ją  uczucie 
spokoju. Nigdy nie czuła się szczęśliwsza. 

– Wszystko w porządku? – zapytał Ben. 
–  Oczywiście.  –  Kate  spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczami.  – 

Naprawdę. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 
Ben  wziął  Kate  za  rękę.  Przechadzali  się  wzdłuż  pasażu  rozmawiając, 

ś

miejąc  się  i  przyglądając  witrynom  sklepów.  Kate  wzdychała  z  zachwytu  na 

widok kosztownych drobiazgów. 

– Może weszlibyśmy do środka? – zaproponował Ben, gdy zatrzymali się 

już po raz trzeci. 

– To nie jest konieczne – uśmiechnęła się Kate. – Tu jest mi doskonale. 
– Ale na pewno widziałaś coś, co chciałabyś posiadać. 
– Jasne, że tak. – Kate zerknęła na pięknie ułożone na wystawie wyroby 

ze skóry. – Ale to jeszcze nie znaczy, że zamierzam to kupić. 

– Dlaczego nie? 
– A dlaczego tak? Te wszystkie przedmioty są bardzo ładne, ale wcale ich 

nie potrzebuję. 

–  Nie  rozmawiamy  o  tym,  czego  potrzebujesz,  lecz  o  tym,  czego 

pragniesz. 

– Nic pilnego. – Kate wzruszyła ramionami. 
Nie  wyglądała  na  przygnębioną.  Wydawało  się  raczej,  że  akceptowała 

ż

ycie takim, jakie jest. 

Ben przypomniał sobie,  jak  jedna  z  jego przyjaciółek  niby  przypadkowo 

odwiedzała  w  jego  towarzystwie  sklepy  Cartiera  czy  Bulgari.  Nie  widział  nic 
złego  w  kupowaniu  kobietom  prezentów.  Czuły  się  wtedy  doceniane,  a  może 
nawet kochane. Nikomu to nie przeszkadzało. 

–  Nie  spotkałem  kobiety,  która  nie  lubiłaby  wydawać  pieniędzy  – 

odezwał się po chwili. 

– I mówiłeś, że to ja jestem cyniczna. 
–  Nie  jestem  cyniczny.  Jestem  realistą  –  zaprotestował  Ben.  Ujął  ją  za 

rękę  i  podprowadził  do  okna  wystawowego  sklepu  jubilerskiego.  –  Czy  to 
znaczy, że jeżeli obiecam ci kupić wszystko, o cokolwiek poprosisz, ty niczego 
nie będziesz chciała? 

– Cóż... – Na twarzy Kate pojawił się przelotny uśmiech. – Owszem, jest 

taka jedna rzecz. 

– Naprawdę? – Ben przypuszczał, że będzie zadowolony, ale nie wiedział, 

ż

e sprawi mu to aż taką radość. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak bardzo 

chciał ofiarować Kate coś, na co sama nie mogłaby sobie pozwolić. Coś, co już 
zawsze przypominałoby jej ten dzień i okres, który spędzili razem. 

– Zdradź tajemnicę. 
–  Tam.  –  Kate  wskazała  palcem.  Ben  popatrzył  w  tamtym  kierunku  i 

ujrzał cukiernię. – Chcę lody. 

– I to wszystko? 

background image

Kate zastanawiała się przez chwilę. 
– Mogłyby być w czekoladzie – powiedziała w końcu. Nie żartowała. Tuż 

pod  jej  nosem  leżał  zegarek  marki  Rolex,  a  obok  niego  szafir  wielkości 
dojrzałego winogrona. Jednak ona poprosiła o lody. To nieprawdopodobne. Nikt 
nie jest aż taki niewinny, a już z pewnością nie jego szorstka, wygadana Kate. 

– Czy wiesz, co wypuszczasz z rąk? – zapytał. 
– Oczywiście. – Kate nie zaszczyciła wystawy dodatkowym spojrzeniem. 

– No i co z tego? 

– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego tak postępujesz. 
Kate  rozejrzała  się  ostrożnie.  Na  trawniku  za  sklepami  stała  ławeczka. 

Złapała Bena za rękę i pociągnęła go w tamtą stronę. 

– Siadaj! – rozkazała. – Cokolwiek by się między nami nie wydarzyło – w 

ten weekend czy kiedy indziej – może się wydarzyć tylko z jednego powodu. Bo 
ja tego będę chciała. 

Gdyby  nie  była  tak  śmiertelnie  poważna,  Ben  próbowałby  się 

uśmiechnąć. 

– Czy ja nie mam nic do powiedzenia? – zapytał. 
–  Ty  masz  –  sapnęła,  czując  zbliżającą  się  zasadzkę.  –  Twój  portfel  nie. 

Nie można mnie kupić, Ben. 

Przez dłuższą chwilę Ben się nie odzywał. Nagle podniósł rękę i otoczył 

biodra  Kate.  Straciła  równowagę  i  raptownie  usiadła  mu  na  kolanach. 
Podtrzymał ją drugą ręką, po czym objął mocno i przytulił. 

– Nigdy nie uważałem, że można – szepnął. 
– Ale... – zaczęła Kate i umilkła. Nie była w stanie się gniewać, gdy Ben 

znajdował się tak blisko. 

Czuła twarde mięśnie jego ud. Popatrzyła na jego usta, zwilżyła wargi i z 

wysiłkiem próbowała przypomnieć sobie, jak się oddycha. 

– Przykro mi, jeżeli cię uraziłem – szepnął Ben. – Nie miałem zamiaru. 
Kate otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Czuła rękę 

Bena na swoim biodrze. Zadrżała w oczekiwaniu na pieszczotę. 

Ben zbliżył twarz do jej twarzy. 
– Nie tutaj – wykrztusiła. 
– Muszę. 
Dotknął  ustami  jej  warg.  Pocałunek  trwał  bardzo  długo.  Długo 

powstrzymywana  namiętność  ogarnęła  ją  z  całą  mocą.  Wiedziała,  że  nigdy  nie 
pragnęła  nikogo  tak  bardzo  jak  Bena.  Czuła  jego  ciepło  i  zapach.  Kiedy  język 
Bena znalazł się w jej ustach, jęknęła cicho z rozkoszy. 

Ben poczuł, że przeszywa go dreszcz pożądania. Powstrzymał się jednak 

od  zamknięcia  jej  w  ramionach  i  tylko  przejechał  kciukami  wzdłuż  jej 
policzków. 

– Miłe. – Kate powoli uniosła powieki. 

background image

– Miłe!? – Ben posadził ją obok na ławce. – Porażające. 
– Może nie powinieneś czekać tak długo. 
– Czekałem na ciebie – odparł. Kate uniosła ze zdziwieniem brwi. 
– Nie chciałem się śpieszyć – mruknął. – Wszystko się zmieniało między 

nami.  Pomyślałem,  że  będziesz  potrzebowała  czasu,  żeby  oswoić  się  z  nową 
sytuacją. 

– Rozumiem. – Oczy Kate błysnęły. – Wstawaj, idziemy. 
– Dokąd? 
–  Przede  wszystkim,  obiecałeś  mi  lody.  Potem  zabierzesz  mnie  do 

swojego domu i przekonam cię, jak bardzo już się oswoiłam. 

 

* * * 

 
Było  dopiero  parę  minut  po  piątej,  kiedy  Kate  i  Ben  pojawili  się  w 

Wilton.  Na  podjeździe  stał  okazały  mercedes.  Parker  wyciągał  walizki  z 
bagażnika.  Ben  chciał  przejechać  i  zaparkować  z  tyłu  domu,  lecz  Parker 
powstrzymał go ruchem dłoni. 

– Cieszę się, że pan już przybył, sir – powiedział, kiedy Ben zahamował. 

–  Donald  Rubin  przez  całe  popołudnie  próbował  skontaktować  się  z  panem. 
Wygląda  na  to,  że  to  jakaś  pilna  sprawa.  Czy  mam  teraz  pójść  i  zamówić 
rozmowę? 

– Nie, dziękuję. – Ben westchnął ciężko. – Sam się tym zajmę. 
Parker  skinął  głową  i  wraz  z  bagażem  skierował  się  do  drzwi.  Kate 

obserwowała  go  dotąd,  dopóki  nie  była  całkiem  pewna,  że  już  panuje  nad 
nerwami.  Przez  całe  popołudnie  znajdowała  się  w  stanie  euforii.  Teraz 
gwałtownie  powróciła  do  rzeczywistości.  Ben  robił  wszystko,  by  poczuła  się 
ważna  i  to  mu  się  udało.  Na  krótką  chwilę  zapomniała  o  jego  pozycji,  lecz 
znowu powróciła świadomość, jak wiele ich dzieli. Miał mnóstwo obowiązków i 
ważnych spraw, a w tej chwili dodatkowo jeszcze dom pełen gości. Przez kilka 
godzin  byli  tylko  we  dwoje,  ale  musiałaby  być  szalona  sądząc,  że  potrwa  to 
dłużej. 

–  Przykro  mi.  –  Ben  włączył  silnik  i  ruszył  wzdłuż  domu.  –  Donald  nie 

popuści. Skoro uważa, że coś jest ważne, to naprawdę muszę zadzwonić. 

– W porządku. Rozumiem. 
–  Naprawdę?  –  Ben  zaparkował  i  odwrócił  się  w  jej  stronę.  Jego  ręka, 

spoczywająca dotychczas na przekładni biegów, dotknęła jej uda. – To postaraj 
się  zrozumieć  jeszcze  coś.  Kiedy  skończę  rozmawiać  z  Donaldem,  pójdę 
przywitać się z gośćmi. I przez ten cały czas będę żałował, że nie jestem z tobą 
na  górze.  Będę  sobie  wyobrażał,  jak  wyglądasz  bez  ubrania.  Będę  myślał,  jak 
mruczysz,  kiedy  się  całujemy,  i  o  tym,  jak  cudownie  jest  czuć  puls  na  twojej 
szyi. Będę ściskał dłonie, przygotowywał drinki, prowadził banalne rozmowy i 

background image

przez cały ten czas się zastanawiał, jaka jesteś, nieśmiała czy wyzywająca? Czy 
obejmiesz  mnie  tymi  długimi  nogami?  Jak  smakujesz?  Chcę  cię  wziąć  w 
ramiona. – Ben pochylił się w stronę Kate i pocałował ją w rękę. 

– Lepiej już chodźmy – powiedziała. 
Kate  z  trudem  przełknęła  ślinę,  patrząc  jak  Ben  wysiada  i  otwiera 

bagażnik.  Nie  była  w  stanie  się  ruszyć.  Miała  szczęście,  że  po  tym  pocałunku 
mogła jeszcze myśleć. 

– Wyskakuj. – Ben stanął przy drzwiczkach. – Parker zaprowadzi cię do 

twojego  pokoju.  Jeżeli  masz  ochotę,  możesz  się  odświeżyć.  Jak  będziesz 
gotowa, zejdź do biblioteki. Zaczniemy od drinków. 

Kiedy  weszli  do  domu,  Ben  przeprosił  Kate  i  poszedł  do  gabinetu. 

Poczuła ulgę, gdy ujrzała Parkera. 

– O, panna Hallaby. Cieszę się, że udało się pani przyjechać. 
–  Dziękuję.  –  Kate  uśmiechnęła  się.  Parker  stał  niewzruszony. 

Prawdopodobnie  widział  już  tuziny  kobiet,  które  przychodziły  i  odchodziły, 
choć może nie w tak dziwnych okolicznościach jak ona. Ale skoro on zdawał się 
o tym nie pamiętać, nie zamierzała mu przypominać. 

– Pójdziemy na górę? – zapytał, biorąc od niej walizkę. 
– Oczywiście. 
Poprzednim  razem  Kate  korzystała  z  sypialni  położonej  u  szczytu 

schodów.  Teraz  Parker  minął  dwie  pary  drzwi  i  zatrzymał  się  przy  trzecich. 
Pokój był utrzymany w pogodnej kremowo-żółtej tonacji. W olbrzymich oknach 
furkotały  koronkowe  firanki.  Ogromne,  ozdobne  łoże  wydało  się  Kate 
stworzone do miłości. Uśmiechnęła się z zachwytem. Czuła się jednocześnie jak 
Kopciuszek i Alicja w Krainie Czarów. 

–  Czy  przysłać  kogoś,  żeby  pomógł  pani  się  rozpakować?  –  zapytał 

Parker. 

– Proszę się mną nie zajmować – roześmiała się Kate. – Poradzę sobie. 
–  W  takim  razie  zostawiam  panią.  Tutaj  jest  łazienka.  Będzie  ją  pani 

dzieliła  z  panną  Bright,  która  ma  pokój  po  drugiej  stronie.  Kiedy  będzie  pani 
gotowa,  proszę  zejść  na  dół.  Ostatnie  drzwi  po  lewej  stronie  prowadzą  do 
biblioteki. 

–  Dziękuję – powiedziała  Kate,  ale  Parker  już  zniknął.  Wyjęła  ubrania  z 

walizki  i  powiesiła  je  w  szafie.  Zrobiła  toaletę  i  włożyła  błękitną  sukienkę  z 
jedwabiu. Uszy ozdobiła parą dużych srebrnych kolczyków, dobrze widocznych 
wśród gęstych, kasztanowych loków. 

Kate  poprawiła  makijaż,  przeczesała  palcami  włosy  i  uznała,  że  jest 

gotowa.  Chociaż  nie  spotkała  nikogo  poza  Parkerem,  sądząc  po  ilości 
samochodów  większość  gości  przybyła  już  na  miejsce.  Na  myśl  o  tym,  że 
znajdzie  się  w  gronie  nowojorskiej  elity,  zrobiło  jej  się  słabo.  Szybko  jednak 
opanowała  się,  uniosła  brodę  i  pomaszerowała  w  kierunku  holu.  Kiedy  dotarła 

background image

do  podnóża  schodów,  usłyszała  gwar  rozmów  dobiegających  z  biblioteki. 
Stanęła w otwartych drzwiach i rozejrzała się dookoła. 

Pierwszą  osobą,  którą  zauważyła,  była  Tabitha,  wysoka  blondynka  o 

posągowej figurze, ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę. Tuż za nią stała słynna 
para wydawców, Peter i Anette Rand. W pobliżu rozmawiali sędzia Warren oraz 
Bibi  i  Calvin  Latroux.  Zdesperowana  utkwiła  spojrzenie  w  Benie.  Gawędził  z 
Bibi, ale popatrzył w jej stronę, jakby wyczuwając jej obecność. Uśmiechnął się 
zachęcająco. Kate drgnęła, gdy usłyszała głos Bibi Latroux. 

–  Cóż,  mój  drogi,  widzę,  że  utraciłam  twoje  zainteresowanie.  I  nic 

dziwnego. – Podeszła do Kate z pewnością siebie kogoś, kto przywykł do tego, 
ż

e jego polecenia są natychmiast wykonywane. – Nie stój w drzwiach, kochanie. 

Wejdź. Ben, przedstaw nas sobie. 

Bibi uważnie zlustrowała Kate. Jej spojrzenie, chociaż pełne ciekawości, 

nie  było  nieprzyjazne  i  Kate  poczuła  się  raźniej.  Ben  dokonał  prezentacji  i 
przygotował Kate drinka. Chwilę później Bibi odeszła i wreszcie zostali sami. 

–  Wyglądasz  cudownie  –  szepnął  Ben.  –  Czy  wiesz,  że  nigdy  dotąd  nie 

widziałem  cię  w  sukience?  –  Jego  spojrzenie  powędrowało  w  dół,  po  czym 
powoli  powróciło  do  twarzy.  –  Gdybym  wiedział,  co  tracę,  prawdopodobnie 
kazałbym zmienić krój uniformu. 

– Przestań. – Policzki Kate płonęły. – Nie waż się. 
– O co chodzi? – Ben wyglądał jak urażona niewinność. 
–  Wiesz  dobrze,  o  co  chodzi.  Nie  musisz  mnie  nawet  dotykać,  a  i  tak 

brakuje mi tchu i czuję, że słabnę. Przestań być taki czarujący. Pomóż mi. Jeżeli 
będziesz się tak dalej zachowywał, to ja... 

– Tak? 
– ...nie odpowiadam za to, co się wydarzy – dokończyła. 
– Intrygujesz mnie, Kate – uśmiechnął się Ben i dodał: – Jak zawsze. 
– Wcale nie próbuję cię intrygować, do diabła. Próbuję cię nastraszyć. 
–  Nigdy  bym  nie  zgadł.  –  Ben  mówił  poważnym  tonem,  ale  w  oczach 

błysnęły  wesołe  ogniki.  –  No  cóż,  skoro  jesteś  gościem,  muszę  chyba 
uszanować twoje życzenie. Jeżeli chcesz, możemy zmienić temat. 

– Świetnie – przytaknęła Kate. 
– O czym chcesz rozmawiać? 
–  O  czymkolwiek  –  powiedziała  z  rozpaczą  w  głosie.  W  tej  chwili  nie 

patrzył  na  nią,  ale  i  tak  czuła  się  zagrożona.  –  Donald!?  –  krzyknęła  z  ulgą  w 
głosie. – Dzwoniłeś do niego? 

Ben skinął głową, powoli sącząc drinka. 
– Pamiętasz, jak kilka tygodni temu wspominałem ci o projekcie nocnego 

klubu?  Teraz,  kiedy  przebrnęliśmy  przez  wszystkie  formalności,  Mort 
Silverburg  chce  natychmiast  rozpocząć  budowę.  Powiedział  Donaldowi,  że 
jeżeli nie zorganizuję ekipy do przyszłego tygodnia, to on się tym zajmie. 

background image

– Co w tym złego? 
–  Sam  nie  wiem,  ale  ten pośpiech  wydaje  mi  się podejrzany.  W  każdym 

razie  udało  mi  się  skontaktować  z  Mortem  i  zgodził  się  poczekać  jeszcze 
tydzień... 

–  Nie  masz  chyba  prawa  wyłączności  do  tej  ślicznej  damy,  Ben.  Daj 

szansę innym. 

Ben spojrzał na okrągłą, jowialną twarz sędziego Warrena. 
– Nic z tego, Al – powiedział. – Wiem, co robię. 
– Tak jak mój Al – odezwała się Maribeth Warren, pulchna uśmiechnięta 

brunetka. – Nigdy nie przepuści okazji, żeby pogadać z ewentualnym wyborcą. 

– Al Warren – przedstawił się sędzia, wyciągając rękę do Kate. – A to jest 

Maribeth. 

–  Miło  państwa  poznać  –  wymamrotała  Kate.  Jej  dłoń  zniknęła  w 

pulchnej ręce sędziego. 

–  Chyba  nie  miałeś  jeszcze  okazji  poznać  mojego  pomocnika,  Ben  – 

powiedział  sędzia.  –  Kręci  się  gdzieś  tutaj.  –  Rozejrzał  się  dookoła.  –  A,  tu 
jesteś, Barry. Chodź do nas, synu. 

Kate kątem oka dostrzegła grzywę blond włosów i szczupłą sylwetkę we 

włoskim garniturze. Zesztywniała zaskoczona. Barry Kingen odwrócił się i Kate 
stanęła z nim twarzą w twarz. 

Zauważyła,  że  wciąż  porusza  się  z  tym  samym  wdziękiem.  Typowy 

młody  człowiek  wspinający  się  po  szczeblach  kariery.  Nie  widziała  go  od 
stycznia,  od  tamtej  nocy,  kiedy  oświadczył,  że  nie  jest  dla  niego  odpowiednią 
dziewczyną, i odszedł. 

Starała się wymazać to wydarzenie z pamięci. Nie wiedziała przecież, że 

spotka  ponownie  Barry’ego.  Mój  Boże,  pomyślała,  dlaczego  tutaj?  Dlaczego 
teraz? 

– Panie West – Barry wyciągnął rękę – jestem zaszczycony. 
Jeszcze  jej  nie  zauważył.  No  jasne,  jego  oczy  utkwione  były  w  Benie. 

Zawsze potrafił wyczuć, komu należy okazać względy. 

Ben objął Kate, zamierzając przedstawić jej nowo przybyłego. 
– A to jest... 
– Barry – przerwała Kate, zanim Ben zdążył dokończyć zdanie. Czuła, że 

usta rozciągają się jej w nienaturalnym uśmiechu. – Miło cię znowu widzieć. 

Zawsze  zapamięta  wyraz,  jaki  przez  moment  malował  się  na  twarzy 

dawnego  przyjaciela.  Był  oszołomiony  i  jakby  lekko  przestraszony.  Jednak 
błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą. 

– Kate! – wykrzyknął. – Co za przemiła niespodzianka! 
Pochylił się i pocałował ją w policzek. Kate nie cofnęła się tylko dlatego, 

ż

e podtrzymywał ją Ben. 

– Coś takiego – zaśmiał się sędzia Warren. – Może jednak wcale nie masz 

background image

monopolu, Ben. 

Barry  uniósł  w  górę  brwi,  zaś  Kate  przygryzła  wargi.  Jak  mógł  kiedyś 

wydawać  się  jej  atrakcyjny?  To,  co  być  może  czuła  do  Barry’ego,  teraz 
nieodwołalnie należało do przeszłości. 

–  Chodziliśmy  razem  do  szkoły  –  wyjaśniła  zwracając  się  głównie  do 

Bena. – Ale nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu. 

–  Rozumiem.  –  Ben przyjrzał  się im  uważnie.  Rozpoznał  to imię.  –  Czy 

zostawić was samych, żebyście mogli porozmawiać o dawnych czasach? 

Kate otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Barry był szybszy. 
–  Ależ  skąd  –  powiedział  pośpiesznie.  –  Powspominamy  sobie  później. 

Teraz chciałbym bardzo usłyszeć pańską opinię na temat propozycji burmistrza 
dotyczącej pozbywania się toksycznych odpadów... 

Kate  słuchała  tylko  przez  moment.  Łatwo  było  przewidzieć,  co  zrobi 

Barry.  Barry  był  bardzo  ambitny.  Nie  zamierzał  tak  szybko  rezygnować  z 
nadarzającej  się  okazji.  Kate  skończyła  drinka  i  odeszła,  pozostawiając 
mężczyzn pogrążonych w ożywionej dyskusji. 

–  Okropne,  prawda?  –  rzuciła  Maribeth  idąc  za  nią  w  kierunku  baru.  – 

Mówią,  że  ma  to  być  zabawne  przyjęcie,  a  zanim  jeszcze  człowiek  zdąży  się 
rozpakować, już zaczynają gadać o tych nudziarstwach. 

Kate mruknęła coś niewyraźnie i nalała sobie kieliszek martini. W innych 

okolicznościach z przyjemnością przyłączyłaby się do rozmowy mężczyzn. Ale 
nie  dzisiejszego  wieczoru,  z  Benem  po  jednej  stronie  barykady,  sędzią 
Warrenem po przeciwnej i Barrym, uwijającym się pomiędzy jednym a drugim 
rozmówcą  w  daremnym  wysiłku  zadowolenia  obu  stron.  Nie,  taką  dyskusję 
mogła sobie spokojnie darować. 

Wzięła  w  rękę  kieliszek,  uzbroiła  się  w  uśmiech  i  ruszyła  w  kierunku 

innych gości. Ku jej zdumieniu zaopiekowała się nią Bibi Latroux i przedstawiła 
pozostałym  osobom.  Pół  godziny  później,  kiedy  rozpoczęła  się  kolacja,  Kate 
usiadła  przy  stole  z  Calvinem  po  lewej  i  architektem  Lawrence’em  Smithem-
Millerem  po  prawej  stronie.  Obaj  byli  niezwykle  zajmujący  i  dosłownie 
wychodzili z siebie, żeby niczego jej nie brakowało. 

Ben,  siedzący  dość  daleko,  z  zapałem  zabawiał  gości,  lecz  było 

oczywiste,  że  wciąż  myśli  o  Kate.  Kilka  razy  napotkała  jego  przeciągłe 
spojrzenie. W pewnym momencie pozwolił sobie nawet puścić do niej oko. Kate 
zakrztusiła się winem i natychmiast skierowała wzrok w inną stronę. Barry nie 
został  zaszczycony  uwagą  ani  jej,  ani  Bena.  Chociaż  posadzono  go  obok 
Tabithy, nikt nie zwracał na niego uwagi. 

Po posiłku goście przeszli na koniak do salonu, gdzie rozpalono ogień na 

kominku. Ben zaproponował, żeby zagrać w „Monopol”, ale został hałaśliwie i 
nadzwyczaj  zgodnie  wygwizdany.  Zamiast  tego  wszyscy  obecni  opowiedzieli 
się za grą towarzyską, polegającą na odgadywaniu słów. Mistrzynią okazała się 

background image

Tabitha.  Jej  interpretacja  „Kotki  na  gorącym,  blaszanym  dachu”  zebrała 
burzliwe oklaski. 

Około  północy  goście  zaczęli  rozchodzić  się  do  swoich  pokojów.  Kate 

rozejrzała  się  i  znalazła  Bena  przy  kominku,  pogrążonego  w  rozmowie  z 
Peterem Randem.  Wszystko w Benjaminie West wydawało się jej fascynujące. 
Bardzo chciała, żeby był z nią w tej chwili, ale mogła poczekać. Świadomość, że 
razem spędzą tę noc, na razie jej wystarczała. Ben spojrzał na nią w chwili, gdy 
właśnie  o  tym  myślała.  Napotkał  jej  wzrok  i  uśmiechnął  się.  Moment  później 
przeprosił Petera i podszedł do niej. 

–  Muszę  jeszcze  trochę  porozmawiać  z  Peterem.  Czy  mogłabyś  iść  na 

górę sama? 

Kate skinęła głową, nagle zawstydzona. 
– To nie potrwa długo – pocałował ją leciutko. – Obiecuję. 
– Czy wiesz... hm, w którym jestem pokoju? 
– Droga Kate, wyraźnie mnie nie doceniasz. – Oczy Bena błysnęły. 
– Po prostu nie chciałam, żebyś się zgubił – powiedziała. 
–  Nie  ma  mowy  –  wyszeptał.  Jego  usta  znajdowały  się  zaledwie  o  parę 

centymetrów od jej ucha. – Mój pokój jest po drugiej stronie korytarza. 

– Widzę, że opłaca się mieć znajomości – zachichotała Kate. 
– Jak zwykle. 
Za  nimi  rozległo  się  ciche  kaszlnięcie.  Kate  odwróciła  się.  W  pokoju 

pozostali tylko oni i Peter. Nie mogła zabierać więcej czasu Benowi, skoro miał 
jeszcze pewne sprawy do omówienia. 

– Idź już – powiedziała. – Skończ rozmowę, a ja będę czekała. 
Czuła  na  sobie  jego  spojrzenie,  kiedy  przechodziła  przez  pokój.  Wyszła 

na korytarz i wbiegła na schody z radosnym uśmiechem na twarzy. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 
W  swoim  pokoju  na  górze  Kate  zajęła  się  przygotowaniami  do 

nadchodzącej  nocy.  Włożyła  koszulę  nocną,  która  stanowiła  chyba  najbardziej 
uwodzicielski  element  jej  garderoby:  błyszcząca  satyna  z  mnóstwem 
delikatnych  koronek.  Na  ten  zwiewny  strój  narzuciła  delikatny  peniuar.  Nagle 
usłyszała dyskretne pukanie. 

– Proszę – powiedziała drżącym głosem i ruszyła w stronę drzwi. Gdy się 

otworzyły, stanęła jak wryta na środku pokoju, a uśmiech zamarł jej na ustach. 

– Coś podobnego. – Barry rozejrzał się dookoła i wyszczerzył zęby. – To 

się dopiero nazywa powitanie. 

Kate  w  milczeniu  przyglądała  się,  jak  mężczyzna  wchodzi  do  środka  i 

zamyka za sobą drzwi. 

– Czekałaś na mnie, prawda, Kate? 
Sama nie wiedziała, co jest gorsze – pytanie czy też pożądliwe spojrzenie, 

jakim ją obrzucił. 

–  Oczywiście,  że  nie.  –  Owinęła  się  szczelnie  peniuarem.  –  Co  ty  tu 

robisz? 

– Myślę, że wiesz. – Barry postąpił kilka kroków i dotknął jej ramion. 
Odsunęła się szybko i zapaliła lampkę na nocnym stoliku. 
–  Mylisz  się,  Barry.  To,  co  było  między  nami,  już  od  dawna  należy  do 

przeszłości. 

– Tęskniłem za tobą, Kate. 
–  Jasne.  To  te  twoje  bezustanne  telefony  i  listy  tak  mnie  wypłoszyły.  – 

Kate włączyła górne światło. 

– Byłem zajęty. 
– Jestem o tym przekonana. – Dziewczyna podeszła do drzwi i otworzyła 

je na oścież. – A teraz idź sobie i nadal bądź zajęty. 

– Ślicznie wyglądasz, Kate. 
W odpowiedzi wskazała ręką drzwi. Barry zignorował ten gest. 
–  Zauważyłem,  że  dziś  wieczorem  na  dole  nawiązało  się  między  nami 

dawne porozumienie. Nie powiesz mi, że niczego nie zauważyłaś. 

Jasne,  że  tak,  pomyślała  Kate.  Jej  odczucia  na  widok  Barry’ego 

oscylowały między szokiem a odrazą. 

–  Musiałaś  wiedzieć,  że  przyjdę  – nalegał.  –  Czekałaś przecież  na  mnie, 

prawda? 

Barry nigdy nie był specjalnie natrętny, ale tym razem wyraźnie nie chciał 

niczego pojąć. Czy będzie zmuszona siłą wyrzucić go z pokoju? 

– Mówię ci po raz ostatni. Nie jestem tobą zainteresowana. 
–  Więc  kto...?  –  Przez  jego  twarz  przemknął  błysk  zrozumienia.  –  Coś 

background image

takiego! Stanęłaś wreszcie na nogi, prawda? 

–  Do  diabła,  Barry!  –  krzyknęła  niecierpliwie.  –  Idź  już.  Teraz,  kiedy 

poskładał elementy układanki w całość, nie śpieszył się z wyjściem. 

–  Muszę  przyznać,  że  kiedy  zobaczyłem  cię  na  dole,  zastanawiałem  się, 

co  ty  tutaj  robisz.  Ale  przecież  zawsze  starałaś  się  wykorzystać  każdą  okazję. 
Uznałem,  że  udało  ci  się  pozyskać  pana  Westa  do  sponsorowania  tych  twoich 
idiotycznych projektów pomocy prawnej... 

–  Prowadzę  jego  samochód  –  przerwała  Kate.  Gotowa  była  zrobić 

cokolwiek,  byleby  wyniósł  się  stąd  jak  najprędzej.  –  To  właśnie  nas  łączy. 
Jestem szoferem Benjamina Westa. 

– Jasne – Barry roześmiał się głośno. – Pewnie. 
– Wierz albo nie, to twoja sprawa. Nie mam czasu na kłótnie i, szczerze 

mówiąc, nie interesuje mnie, co myślisz, pod warunkiem, że robisz to w swoim 
pokoju. 

– W porządku. – Barry wyprostował się. 
Kiedy  zniknął  za  progiem,  natychmiast  zatrzasnęła  za  nim  drzwi.  Miał 

tupet! Inna sprawa, że Barry zawsze uważał się za kogoś zupełnie wyjątkowego. 
Miał szczęście, że była w dobrym nastroju, kiedy się pojawił. Inaczej mogłoby 
jej przyjść do głowy, żeby... 

Znowu rozległo się pukanie do drzwi. Równie dyskretne jak poprzednio. 

Najwyraźniej  Barry  nie  potrafił  tak  łatwo  pogodzić  się  z  porażką.  Kate 
wyskoczyła z łóżka, przeszła energicznie przez pokój i otworzyła szeroko drzwi. 

– Czego znowu? – huknęła. 
–  Nic  tak  dobrze  nie  robi  jak  miłe  powitanie  –  odezwał  się  Ben.  Zrobił 

krok i zawahał się. – Może raczej wolałabyś, żebym poszedł? 

–  Nie,  oczywiście,  że  nie.  –  Kate  wzięła  go  za  ramię  i  wciągnęła  do 

ś

rodka. – Przepraszam, nie chciałam się wydzierać. Myślałam, że to ktoś inny. 

– Naprawdę? – Ben nie wydawał się zachwycony. – Kto? 
– Na litość boską – mruknęła Kate. Romantyczne plany legły w gruzach. 

Była  zarazem  zła  i  zakłopotana.  –  Barry  Kingen  wstąpił  tu  na  moment,  to 
wszystko – wyjaśniła niechętnie. 

– Twój dawny przyjaciel. 
Było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Kate skinęła głową. 
– Chciał odświeżyć dawną znajomość? 
– On tak. Ja nie. 
– Domyśliłem się ze sposobu, w jaki mnie przywitałaś – powiedział sucho 

Ben. Zdawał sobie sprawę, że Kate doskonale potrafi się obronić, ale nie mógł 
powstrzymać się od pytania: – Chcesz, żebym go odesłał do domu? 

Kate wyobraziła sobie, jaką wywołałoby to sensację. 
– Nie... oczywiście, że nie – odparła. 
– Jeżeli cię napastował... 

background image

– Nie – powtórzyła stanowczo. – Wierz mi, Barry nic, ale to nic mnie nie 

obchodzi. 

– Rozumiem. – Ben rozejrzał się dookoła. – Pełna iluminacja, prawda? 
– Nie waż się kpić. – Kate rzuciła mu mordercze spojrzenie. 
–  Powinnaś  być  zadowolona,  że  się  śmieję.  –  Ben  starał  się  mówić 

spokojnie.  –  Mógłbym  przecież  mieć  ochotę  poszukać  Kingena  i  udusić  go 
gołymi  rękami.  –  Zdjął  marynarkę  i  rzucił  ją  na  oparcie  krzesła.  –  Jest  jednak 
pewien powód, dla którego tego nie zrobię. 

– Jaki? 
Ben  podszedł  do  Kate  i  wziął  ją  w  ramiona.  Jego  ciało  było  ciepłe  i 

twarde. Przytuliła się i, oddychając głęboko, wchłaniała jego zapach. Głaskał ją 
delikatnie po włosach. 

– Naprawdę nie wiesz? – zapytał. 
– Powiedz – uniosła głowę. 
– Czekałem na tę chwilę od dni, tygodni, od zawsze, słodka Kate. Teraz 

nie mógłbym od ciebie odejść. 

– A więc zostań. I kochaj mnie, Ben. 
Pochylił  się  nad  nią  i  pocałował  najdelikatniej  jak  potrafił.  Czuł,  że 

płonie,  ale  starał  się  stłumić  ten  ogień.  Nie  chciał  się  śpieszyć.  Pragnął 
ofiarować jej dziś wszystko i przedłużać ich miłość w nieskończoność. 

Kate stanęła na palcach i oddała mu pocałunek. Ręce Bena spoczywały na 

jej biodrach. Ich ciężar podniecał ją. Odchyliła głowę i otworzyła lekko usta. 

–  Chciałem,  żeby  było  delikatnie  i  łagodnie  –  powiedział  urywanym 

głosem, przymykając oczy. 

– Mm – wymruczała Kate, całując go. – A ja, żeby szybko i gwałtownie. 
Ben  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  kobiety,  która  podniecałaby  go  tak  jak 

Kate, ani też takiej, którą bardziej pragnąłby zadowolić. 

–  Zasługujesz  na  najlepsze,  słodka  Kate  –  szepnął.  –  Romans  z  bajki, 

czułość... 

Podniosła ręce i rozwiązała Benowi krawat. Rzuciła go za siebie. 
– Mam najlepsze – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Mam ciebie. 
Ben  pocałował  ją  mocno,  niemal  brutalnie.  Kate  zdjęła  mu  koszulę. 

Dotykała  jego  barków  i  pleców.  Ciało  pod  jej  palcami  było  gładkie  i  gorące. 
Dotarła  do  torsu,  do  gęstwiny  ciemnych  włosów.  W  chwilę  później  ręce  Kate 
powędrowały do peniuaru, ale Ben przykrył je swoimi dłońmi. 

–  Nie  –  wymruczał. –  Pozwól,  że  ja  to zrobię.  Powoli  zdjął z jej  ramion 

peniuar  i  zsunął  cienkie  ramiączka  koszuli.  Kate  wstrzymała  oddech,  gdy  Ben 
pochylił się ku jej piersiom. Jego usta zaczęły wędrówkę po gładkiej skórze. W 
pewnym momencie Ben wyprostował się. Koszula Kate osunęła się na ziemię. 

– Słodka Kate – wyszeptał. Wziął dziewczynę na ręce i ułożył delikatnie 

na chłodnym prześcieradle. – Piękna, słodka Kate. 

background image

Przyglądała mu się, gdy zdejmował z siebie ubranie. Wcześniej żałowała, 

ż

e  pokój  nie  jest  pogrążony  w  ciemności,  ale  teraz  cieszyła  się,  że  może 

podziwiać  każdy  centymetr  wspaniałego  męskiego  ciała.  Ben  położył  się  obok 
niej. Pocałowali się, a ich ręce błądziły, szukały i dotykały. Kasztanowe włosy 
Kate  leżały  rozrzucone  na  poduszce.  Wargi  zwilgotniały,  a  oczy  przesłoniła 
namiętność. Zadrżała, gdy Ben zaczął pieścić jej piersi. Serce biło jak oszalałe. 

– Ben – wyszeptała, gdy uniósł nieco głowę. – Zapomniałam... 
– W porządku – usiadł i z kieszeni spodni wyciągnął foliowe opakowanie. 

– Ja pamiętałem. 

Kiedy wszedł w nią, Kate odczuła nie znaną jej do tej pory intensywność 

pożądania.  Zatraciła się  całkowicie  w  namiętnym  zbliżeniu. Chciała,  by  trwało 
wiecznie. Wspięła się na szczyty rozkoszy i w momencie ekstazy krzyknęła. W 
chwilę potem ciałem mężczyzny wstrząsnął potężny dreszcz. 

Przez  dłuższy  czas  leżeli  bez  ruchu.  Nie  dobiegały  do  ich  uszu  żadne 

dźwięki, widocznie wszyscy już spali. Kiedy odpoczęli, Ben sięgnął po kołdrę i 
przykrył  ich  oboje.  Nie  miał  zamiaru  wychodzić.  Kate  miała  mu  tyle  do 
powiedzenia! Nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu. Przytulała się do Bena 
przepełniona miłością. Zdawała sobie sprawę, że przeżyli coś wyjątkowego, coś 
niezwykłego. Zastanawiała się, czy Ben także zdaje sobie z tego sprawę. 

Mężczyzna spojrzał na nią. –  Za  chwilę będę  musiał  wrócić na  ziemię  – 

powiedział i uśmiechnął się. – Kto wie, może zresztą jeszcze nie. 

– To dobrze. – Kate pogładziła go pieszczotliwie po plecach. – Cieszę się, 

ż

e nie tylko ja czuję się tak, jakbym była w niebie. 

– Nie jestem za ciężki? – Ben uniósł się nieco na łokciach. 
– Nie – zacisnęła dłonie na jego ramionach. – Jesteś w sam raz. 
– Coś podobnego – uśmiechnął się. 
Kate  pomyślała,  że  ofiarował  jej  tak  wiele.  I  to  bez  żadnych  zastrzeżeń. 

Podarował  jej poczucie bezpieczeństwa, czułość i opiekę.  A  co ona  dała  mu  w 
zamian? 

Miłość,  to  na  pewno.  Ale  nie  szczerość.  Ukrywała  coś  przed  nim,  i  to 

celowo.  Teraz  dopiero  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  się  myliła.  Dziś 
oddali  sobie  ciała.  Któregoś  dnia  oddadzą  dusze.  Nawet,  jeśli  nie  była  jeszcze 
przygotowana na oświadczyny, postanowiła ofiarować mu to, co mogła – swoje 
zaufanie. 

– Ben? – wyszeptała. 
– Uhm? 
– Jest coś, o czym ci nie powiedziałam. 
–  Jest  mnóstwo  rzeczy,  o  których  mi  nie  mówiłaś.  –  Ben  oparł  się  na 

łokciu  i  popatrzył  jej  w  oczy.  –  Na  przykład,  jaki  jest  twój  ulubiony  kolor, 
ulubiona potrawa? Pracujesz nocą z wyboru czy z konieczności? – Pocałował ją 
delikatnie w szyję. – Nie wiedziałem, że masz łaskotki. 

background image

Cieszyło ją, że Ben jest w dobrym nastroju. 
–  Niebieski,  chipsy  i  z  konieczności  –  odparła.  –  Zgadza  się,  mam 

łaskotki. 

– Nie wierzę ci. Chipsy nie są niczyją ulubioną potrawą. 
– Moją są. 
– Zaraz mi powiesz, że lubisz prażoną kukurydzę. 
– Uwielbiam. 
– Mój Boże. W co ja się wpakowałem? 
– Za późno, żeby żałować. 
Ręka Bena powędrowała do jej piersi. 
– Ale nie za późno, żeby... – zamruczał. 
– Jesteś okropny. 
– Zobaczymy, co powiesz za pięć minut. 
– Za pięć minut nie będę w stanie otworzyć ust. 
– Nie przejmuj się. Ja też nie. 
–  Jesteś  najbardziej  rozpraszającym  uwagę  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek  spotkałam.  –  Złapała  go  za  ręce  i  czekała,  aż  podniesie  głowę  i 
spojrzy jej w oczy. – Próbuję ci coś przekazać. 

– Ja również. Roześmiała się mimo woli. 
–  Jest  coś,  o  czym  powinieneś  wiedzieć.  –  Kate  spoważniała.  –  Nie 

zawsze  byłam  taksówkarzem  czy  ekspedientką  w  butiku.  Zanim  w  styczniu 
oblałam egzamin, byłam studentką trzeciego roku prawa na uniwersytecie. 

– Wiem – odparł spokojnie. 
– Co takiego? 
–  Ze  względu  na  bezpieczeństwo  zawsze  zbieram  informacje  o  swoich 

bliskich  współpracownikach.  –  Niemal  przepraszająco  wzruszył  ramionami.  – 
Otrzymałem raport na twój temat. 

Zamierzała  wprawić  go  w  zdumienie.  Jednak  teraz  to  ona  była 

zaskoczona. 

– Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? – zapytała. 
–  Czekałem,  aż  ty  mi  się  zwierzysz.  Uznałem,  że  masz  wystarczająco 

ważne powody, dla których tego nie robisz. 

Kate przygryzła wargę. 
– Słucham? – nalegał. 
–  Chciałam,  żebyś  mnie  lubił  tylko  dla  mnie  samej  –  odezwała  się  po 

chwili. – Niezależnie od tego, kim jestem i co robię. Nie chciałam, żeby to miało 
jakiekolwiek znaczenie. 

–  Nie  miało.  –  Pogłaskał  ją  po  policzku  i  pocałował.  –  Byłem  po  prostu 

jeszcze bardziej zaintrygowany. 

– Uważasz, że jestem interesująca? 
– Nawet bardzo. – Tym razem nie drgnęła, gdy jego usta powędrowały do 

background image

jej szyi. – A także denerwująca. 

– Naprawdę? – Ponownie poczuła rozkoszne podniecenie. 
– Uhm. – Dotknął językiem jej piersi. Jego oddech był ciepły i wilgotny. 

– Czy mówiłem ci kiedyś, że nienawidzę zimna? 

– Nie, nigdy. Czy powinnam przeprosić za to, że cię ziębię? 
– Napraw to – powiedział niskim głosem. 
– Jak? 
– Rozgrzej mnie. 
 

* * * 

 
Kate obudziła się w pustym łóżku z uczuciem rozkosznego rozleniwienia. 

Niejasno pamiętała, że Ben wyśliznął się z pokoju przed świtem, pocałowawszy 
ją wcześniej na pożegnanie. 

– Zobaczymy się na śniadaniu, słodka Kate – wyszeptał. Uśmiechnęła się 

i natychmiast ponownie zasnęła. Gdy obudziła się ponownie, była ósma. 

Obiecała  sobie,  że  nie  będzie  niczego  żałowała.  Nie  było  sensu 

zastanawiać  się,  jak  czułaby  się  budząc  w  tym  domu,  w  tym  łóżku  ze 
ś

wiadomością, że tu jest jej miejsce. Nie tej jednej nocy, lecz już zawsze. Po co 

marnować czas i zastanawiać się nad czymś, co nie mogło się zdarzyć? 

Nie wierzyła w bajki ani w rycerzy na białych rumakach. Marzenia były 

przyjemne,  ale  tak  naprawdę liczył  się  tylko upór i  ciężka  praca.  Ten  weekend 
nie  miał  żadnego  związku  z  jej  normalnym  życiem.  Pomyśli  o  tym  później,  a 
teraz będzie cieszyła się tym, co jest. 

Wzięła  gorący  prysznic,  po  czym  nałożyła  szare  sztruksowe  spodnie  i 

sweter.  Zeszła  na  dół,  do  pokoju  śniadaniowego.  Mimo  że  stół  zastawiony  był 
dla sześciu osób, Kate zastała tylko jedną. 

Anette  Rand,  szczupła,  elegancka  blondynka  o  wydatnych  kościach 

policzkowych  i  przenikliwych  zielonych  oczach  piła  herbatę  i  przeglądała 
poranną prasę. Spojrzała na wchodzącą Kate i odłożyła na bok „Timesa”. 

– Dzięki Bogu, nareszcie jakaś przyjazna dusza. Powiedz Parkerowi, żeby 

usmażył ci jakieś jajka. A potem napij się kawy i porozmawiaj ze mną. 

Kate nalała sobie gorącej kawy i wzięła dwie bułeczki. 
– Gdzie pozostali? – zapytała. 
–  Czy  możesz  uwierzyć,  że  mężczyźni  wstali  o  świcie  i  poszli  grać  w 

golfa?  –  Anette  przewróciła  oczami.  –  Bibi  i  Maribeth  są  na  spacerze.  Tabitha 
jeszcze śpi. 

Kate zajęła miejsce przy stole. 
– Dobry Boże. – Anette zerknęła na zawartość talerza sąsiadki. – Muszę 

powiedzieć,  że  ci  zazdroszczę.  To  chyba  dlatego,  że  jesteś  taka  młoda.  Zanim 
skończyłam  trzydziestkę,  mogłam  jeść  absolutnie  wszystko.  –  Zaśmiała  się 

background image

ponuro. – Teraz pozostały mi tylko otręby i herbatka ziołowa. 

–  Mam  po  prostu  szczęście.  –  Kate  posmarowała  masłem  kawałek 

bułeczki. – Nigdy nie miałam problemów z wagą. 

– To widać – westchnęła Anette i spojrzała na Kate. – Nie miałyśmy zbyt 

wielu okazji, żeby porozmawiać wczoraj wieczorem. Peter twierdzi, że Ben jest 
tobą zupełnie oczarowany. Opowiedz mi wszystko. 

Kate zakrztusiła się nagle bułeczką. 
–  Przepraszam,  jestem  chyba  zbyt  wścibska.  –  Anette  wyglądała  na 

speszoną. – Nie daj się zamęczyć, ja zawsze tak się zachowuję. 

– Wcale mnie nie zamęczasz. 
–  Tworzymy  tak  niewielkie  kółko  towarzyskie.  Kiedy  pojawia  się  nowa 

twarz, jesteśmy wręcz zachwyceni, że mamy o kim plotkować. 

Kate zaczerwieniła się. 
–  Och,  kochanie.  –  Anette  zauważyła  jej  zakłopotanie.  –  Myślałam,  że 

wiesz, że rozmawiałyśmy głównie o tobie. Prawdę mówiąc, Bibi i ja uważamy, 
ż

e Ben był wczoraj niesłychanie czarujący. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby tak 

się zachowywał.  Nie  spuszczał  z  ciebie oczu przez cały  wieczór.  Tak  więc...  – 
Anette  wytarła  usta  serwetką.  –  Zacznijmy  od  początku.  Opowiedz  mi,  jak  się 
poznaliście. 

Nadszedł  moment,  którego  Kate  obawiała  się  najbardziej,  odkąd  Ben 

zaprosił ją tutaj. Wiedziała, że prędzej czy później padnie to pytanie. 

Nie  musiała  mówić  prawdy.  Potrafiła  wymyślać  różne  przekonujące 

historyjki, a teraz niewielkie kłamstewko byłoby niewątpliwie przydatne. Jednak 
nieomal  natychmiast  Kate  odrzuciła  tę  możliwość.  Nie  wstydziła  się  tego,  kim 
była, Ben również nie. Cóż mogła znaczyć opinia Anette? 

– Poznaliśmy się w Nowym Jorku – zaczęła. 
– To jasne. – Anette nalała sobie następną filiżankę kawy. – I co dalej? 
– Ben łapał taksówkę. 
– Jakie to romantyczne! I ty właśnie nią jechałaś? 
– Nie – odparła powoli Kate. – Ja ją prowadziłam. 
– Prowadzisz taksówkę? 
–  Teraz  już  nie.  Pracuję  dla  Bena.  Jestem  jego  szoferem.  Przez  dłuższą 

chwilę  Kate  w  skupieniu  zajmowała  się  swoją  kawą.  Nagle  usłyszała  szczery, 
dźwięczny śmiech Anette. 

– Kochanie, uważam, że to cudowne. 
– Naprawdę? – spojrzała na nią Kate. 
–  O  ile  się  nie  mylę,  nieposkromiony  Benjamin  West  napotkał  wreszcie 

swoją drugą połowę. 

– Dlaczego tak uważasz? – Kate sięgnęła po następną bułeczkę. 
–  Nie  zrozum  mnie  źle.  –  Anette  przysunęła  się  bliżej.  –  Znam  Bena  od 

lat.  Oczywiście  spotykał  się  z  kobietami,  nawet  bardzo  często.  Wszystkie  były 

background image

piękne i utalentowane. Widzieliśmy jednak, że był nimi śmiertelnie znudzony. 

–  Czyli  uważasz,  że  dla  odmiany  potrzeba  mu  kogoś,  kto  nie  jest  ani 

piękny, ani utalentowany? – zapytała. 

–  Wcale  nie  to  miałam  na  myśli!  Jesteś  równie  czarująca  jak  tamte 

kobiety, a jednak czymś się od nich różnisz. 

Szczerość Anette skłoniła Kate do tego, by otwarcie wyłożyć swoje karty. 
– Jestem biedna. To jest właśnie ta różnica. 
– Wątpię, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla Bena. 
– Czy to nie ty powiedziałaś przed chwilą, że trzymacie się w niewielkim 

kółku? Ja nie należę do tego towarzystwa – oświadczyła dobitnie. – I nigdy nie 
będę należała. 

– Nie bądź taka pewna. Dziecko drogie, czy ty uważasz, że my wszyscy 

wywodzimy  się  z  arystokratycznych  rodów?  Zanim  poznałam  Petera,  byłam 
fryzjerką. 

– Naprawdę? 
– Jasne, że tak. I to bardzo dobrą. 
– Ale wyglądasz tak... tak... 
– Wytwornie? – podsunęła Anette. 
– Właśnie. 
–  Moja  droga,  wydaję  dużo  pieniędzy  na  podtrzymanie  urody. 

Systematycznie  ćwiczę,  stosuję  masaże,  lifting,  czeszę  się  u  świetnych 
fryzjerów, ubieram u najlepszych krawców. Jak mogłabym inaczej wyglądać? 

Kate  uśmiechnęła  się,  czując,  że  z  minuty  na  minutę  coraz  bardziej  lubi 

Anette. 

–  Maribeth  zaczynała  jako  nauczycielka.  A  Bibi?  –  Anette  przerwała  i 

puściła oczko do Kate. – Umówmy się, że nie będziemy mówiły o tym, co robiła 
Bibi,  zanim  spotkała  Cala,  chyba  że  będziemy  w  wyjątkowo  plotkarskim 
nastroju. 

W  tym  momencie  zjawiła  się  Tabitha.  Była  jeszcze  zaspana,  ale 

wyglądała  bardzo  pięknie.  Rozmowa  zeszła  na  inne  tematy.  Wkrótce  nadeszła 
Rachel  Smith-Miller,  a  tuż  po  niej  Bibi  i  Maribeth.  Pokój  wypełnił  się,  wobec 
czego Kate wymknęła się nie zauważona. 

Nie  dlatego,  że  nie  lubiła  tych  kobiet  czy  nudziło  ją  ich  towarzystwo. 

Wręcz przeciwnie. Po prostu chciała być przez moment sama. Włożyła kurtkę i 
wyszła na zewnątrz. 

Chciała  być  sama  ze  swoimi  myślami  i  marzeniami.  Z  nadzieją  na 

szczęśliwe zakończenie. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 
Reszta weekendu minęła zbyt szybko. 
Mimo  że  dom  przepełniony  był  gośćmi,  Ben  i  Kate  niemal  cały  czas 

spędzali  razem.  Oczywiście  Ben  musiał  wypełniać  obowiązki  gospodarza,  ale 
starał  się,  by  Kate  zawsze  była  przy  nim.  Jej  natomiast  udało  się  pozyskać 
poparcie  i  aprobatę  pozostałych  kobiet.  Dbały  one  o  to,  by  ich  mężowie  nie 
zajmowali  Benowi  zbyt  wiele  czasu.  Ku  niepomiernej  uldze  Kate,  Barry 
zainteresował się Tabithą. 

W  sobotni  wieczór  urządzono  kolację  połączoną  z  tańcami.  Kate 

pogratulowała  sobie  w  duchu,  że  pożyczyła  od  Maggie  część  garderoby. 
Wybrała  granatową  sukienkę  z  dżerseju.  Jedyną  ozdobę  stanowiły  maleńkie 
kolczyki w kształcie perełek. 

Na  dzisiejszy  wieczór  Ben  zaprosił  dodatkowo  dwanaście  osób  i  miał  w 

związku z tym większe obowiązki. Przez cały czas jednak nie spuszczał z oczu 
Kate.  Przynosił  jej  drinki  i  przystawki,  włączał  do niemal  wszystkich  rozmów. 
Po kolacji wiele razy tańczyli. Kiedy ostatni z gości wreszcie wyszedł, udali się 
do pokoju Kate. 

Ben wziął Kate w ramiona. Zaczął ją pieścić delikatnie. Jego palce i język 

były zachłanne. 

Kate  zakręciło  się  w  głowie.  Ogarnęła  ją  taka  namiętność,  że  miała 

wrażenie,  że  cała  płonie.  Reagowała  na  pieszczoty  tak,  jakby  przez  całe  życie 
czekała tylko na tę chwilę i tego mężczyznę. 

Uniosła  ręce  i  rozwiązała  mu  krawat.  Guziki,  na  które  zapięta  była 

koszula, stanowiły wyzwanie. 

– Pozwól, że ci pomogę – szepnął, ale Kate odsunęła jego ręce. 
–  Teraz  moja  kolej.  –  Popchnięty  lekko,  Ben  usiadł  na  krześle.  Kate 

rozsunęła jego uda i uklękła między nimi. Uśmiechnęła się. – Jestem pewna, że 
jakoś dam sobie radę. 

Ben  westchnął,  gdy  odpięła  pierwszy  guzik,  rozsunęła  koszulę  i 

przycisnęła policzek do jego ciała. Przeszył go dreszcz pożądania. 

– Szczerze mówiąc – wykrztusił – zanim dotrzesz do końca, może już być 

za późno. 

Kate odpięła drugi i trzeci guzik. Przysunęła się bliżej i pocałowała jego 

umięśniony tors, ocierając się twarzą o gęste, ciemne włosy. 

– Doprowadzasz... mnie... do... szaleństwa... 
–  Świetnie  –  wymruczała  i  odpięła  kolejny  guzik.  Wsunęła  rękę  pod 

koszulę  Bena  i  głaskała  delikatnie  jego  sutki.  Słyszała  urywany  oddech 
mężczyzny. 

– Dosyć. 

background image

– Jeszcze nie skończyłam. 
– Owszem. 
Pośpiesznie zdarł z siebie koszulę. Wstał i pociągnął dziewczynę w górę. 

Kiedy złapała równowagę, puścił ją i dotknął supełka na jej ramieniu. 

– Co się stanie, jeżeli to rozwiążę? – zapytał. 
– Spróbuj, a zobaczysz. – Zwilżyła wargi. 
Chwilę później sukienka opadła na podłogę. Pomyślał, że nigdy dotąd nie 

widział  takiej  doskonałości.  Zdejmując  w  pośpiechu  resztę  ubrania,  nie 
spuszczał z niej wzroku. Po chwili wziął ją w ramiona i zaniósł do łóżka. Zsunął 
stanik, całując nabrzmiałe piersi dziewczyny. 

– Weź mnie – wyszeptała. 
–  Dobrze,  słodka  Kate.  –  Kiedy  zaczął  poruszać  się  rytmicznie,  Kate 

objęła  go  mocno  nogami,  dostosowując  się  do  jego  tempa.  Coraz  szybciej 
zdążali ku spełnieniu, a kiedy nadeszło, krzyknęli jednocześnie w ekstazie. 

 

* * * 

 
Późnym  niedzielnym  popołudniem  Ben  i  Kate  stali  w  progu,  machając 

Bibi i Calvinowi, którzy odjeżdżali ostami. 

– Nareszcie sami, najdroższa. – Ben znacząco spojrzał na Kate. 
Stojący za nimi Parker dyskretnie kaszlnął. 
– Spakowałem pana walizki, sir. Pozwolę sobie przypomnieć, że samolot 

odlatuje o szóstej. 

– Nie musisz mi przypominać. – Ben westchnął. 
–  O  szóstej?  Skoro  to  międzynarodowy  lot,  nie  masz  zbyt  wiele  czasu. 

Pójdę tylko po walizkę i możemy jechać. 

–  My?  –  Wyciągnął  rękę,  aby  zatrzymać  Kate,  ale  była  już  w  połowie 

holu. – Jacy my? 

– Ty i ja. A jak masz zamiar dostać się na lotnisko? 
– Parker mnie zawiezie. 
– Czyżbyś zapomniał, że to ja jestem twoim kierowcą? 
Przez chwilę Ben wyglądał na kompletnie zaskoczonego. Kate uznała, że 

ostatnie czterdzieści osiem godzin było niczym sen – teraz nadszedł czas, żeby 
się obudzić. 

Położyli bagaże z tyłu, a Ben usiadł za kierownicą. 
– Jeżeli chcesz, żebym prowadziła... – zaczęła Kate. 
– Nie chcę – odparł sucho. 
Cóż,  to  rzucone  ostrym  tonem  zdanie  przypomniało  Kate,  gdzie  jest  jej 

miejsce. A nawet jeśli nie całkiem, to zadania dopełniła długa jazda na lotnisko. 
Ben milczał, koncentrując się całkowicie na prowadzeniu i zwracając minimalną 
uwagę na jej próby nawiązania rozmowy. Z każdą chwilą Kate wpadała w coraz 

background image

gorszy nastrój. 

Kiedy dotarli do lotniska, Kate wysiadając z samochodu trzasnęła mocno 

drzwiami. 

– Wiem, jak się czujesz. – Ben wyjął bagaże. 
– Wątpię. 
– Jesteś wściekła. 
– Pewnie, że jestem. 
Popełnił  błąd.  Powinien  był  porozmawiać  z  nią  w  domu  –  w  chwili,  w 

której przypomniała mu, że jest jego szoferem. Sądził, że uda się im jakoś o tym 
zapomnieć.  Ofiarowała  mu  tak  dużo  w  ciągu  tych  dwóch  dni.  Nie  chciał  teraz 
tego stracić. 

–  Przykro  mi.  –  Postawił  walizkę  na  chodniku.  –  Naprawdę  nie  chcę 

jechać. Zwłaszcza teraz. Przez ostatnią godzinę zastanawiałem się, jak odwołać 
spotkanie,  ale  niczego  nie  wymyśliłem.  Zastanawiałem  się  też,  czy  nie  zabrać 
cię ze sobą, ale przez cały czas będę bardzo zajęty. To tylko parę dni. To będzie 
pięć najdłuższych dni w moim życiu, wierz mi. 

Ben wziął Kate za rękę i przyciągnął ją do siebie. Mijały ich samochody, 

trąbiły klaksony, lecz oni nie zwracali na otoczenie żadnej uwagi. 

– Powiedz, że będziesz za mną tęskniła. – Pogłaskał ją po twarzy. 
– Będę za tobą tęskniła. Pocałował ją mocno. 
– Pięć dni – powtórzył, kiedy bagażowy wziął jego walizkę. 
– Będę czekała. 
Ben zmieszał się z tłumem pasażerów. Po chwili straciła go z oczu. 
 

* * * 

 
Kate miała wolny tydzień. Było milion rzeczy, które należało zobaczyć w 

Nowym  Jorku  –  począwszy  od  przedstawień  teatralnych,  poprzez  wystawy  w 
galeriach,  na  najnowszych  filmach  skończywszy.  Miała  teraz  mnóstwo  czasu  i 
trochę  pieniędzy,  więc  bardzo  starannie  zaplanowała  sobie  nadchodzące  dni. 
Były  one  wypełnione  od  rana  do  późnego  wieczora.  Powinna  bawić  się 
szampańsko – nigdy jednak nie czuła się bardziej nieszczęśliwa. 

Gdyby  dwa  miesiące  wcześniej  zaproponowano  jej  płatny  urlop, 

uważałaby, że złapała pana Boga za nogi. Teraz dni ciągnęły się niemiłosiernie. 

Nie chciała o tym  myśleć, ale wiedziała, że musi. Ben okazał już, że nie 

jest mu obojętna, ale Kate zdawała sobie sprawę z tego, że to jej nie wystarczy. 
Pragnęła więcej. Pragnęła wszystkiego, o czym Ben nigdy nie wspominał, i o co 
ona nigdy nie pytała – miłości, szacunku i wzajemnych zobowiązań. Chciała, by 
uważał  ich  związek  za  coś  więcej  niż  za  grę,  o  wyniku  której  może 
zadecydować rzut monetą. 

Pragnęła  zbyt  wiele.  Jak  zwykle  zresztą.  Tym  razem  istniała  jednak 

background image

pewna  różnica,  gdyż  narzędzia,  którymi  posługiwała  się  w  przeszłości  –  spryt, 
upór i wytrwałość – były w tej chwili całkowicie bezużyteczne. 

Mogła mieć tylko nadzieję – teraz wszystko zależało od Bena. 
Ben zadzwonił w czwartek wieczorem. 
 

* * * 

 
Kate,  leżąc  w  szlafroku  na  łóżku,  przygotowywała  się  właśnie  do 

spędzenia  wieczoru  w  towarzystwie  klusek,  wieprzowiny  po  chińsku  i 
„Casablanki” w telewizji, gdy nagle usłyszała dzwonek telefonu. 

– Jak tam Londyn? – zapytała. 
– Mokry. A Nowy Jork? 
Nie chciało się jej ciągnąć tej zabawy. 
– Samotny – odpowiedziała. 
– Naprawdę? – Ben wyraźnie się ucieszył. – To jeszcze tylko dwadzieścia 

parę godzin. Właśnie o tym chciałem porozmawiać. 

– Wyjechać po ciebie na lotnisko? 
– Nie ma mowy. 
Kate zamilkła rozczarowana. 
–  Mam  lepszy  pomysł.  Włóż  najładniejszą  sukienkę,  a  ja  powiem 

Fosterowi, żeby mnie zawiózł prosto do ciebie. 

– Wychodzimy gdzieś? 
–  W  zasadzie  tak  –  odpowiedział  powoli.  –  Odbywa  się  przyjęcie,  na 

którym nie może mnie nie być. Pewne stowarzyszenie wybrało mnie Mężczyzną 
Roku.  Szczerze  mówiąc,  zupełnie  o  tym  zapomniałem.  Dobrze,  że  Donald  mi 
przypomniał. Ceremonia odbędzie się jutro wieczorem w Rainbow Room. 

Taki rozkład zajęć mógłby zwalić z nóg nawet najsilniejszego. 
– Nie będziesz przemęczony po podróży? – spytała Kate. 
– Pewnie tak. Postaram się przespać w samolocie. – Ben urwał na chwilę i 

zachichotał. – Mogłabyś włożyć tę granatową sukienkę, którą miałaś na sobie w 
zeszłym tygodniu. Gwarantuję, że to mnie skutecznie otrzeźwi. 

– Masz to u mnie – powiedziała. Nie było potrzeby wspominać mu, że to 

jedyna wyjściowa sukienka. 

– Świetnie. A więc do zobaczenia jutro wieczorem. 
– Dobranoc, Ben – szepnęła. – Słodkich snów. 
Po zakończeniu rozmowy Ben długo jeszcze wpatrywał się w słuchawkę. 

Słodkich snów, też coś! Jeżeli Kate będzie nadal obecna w jego myślach, to nie 
wiadomo, czy w ogóle uda mu się zasnąć. 

Już  dawno  temu  zorientował  się,  że  Kate  była  zupełnie  wyjątkowa.  Nie 

przewidywał  jednak,  że  tak  szybko  stanie  mu  się  ona  nieodzowna.  Była 
nieustającym  źródłem  sprzeczności  –  niespokojna  kobieta,  która  w  pewien 

background image

nieokreślony sposób stabilizowała jego życie. Nie pamiętał już, jak było, zanim 
się pojawiła. 

Czy  to  miłość?  Nie  był  pewien.  Dotychczas  zdarzały  mu  się  tylko 

przelotne  romanse.  Przed  Kate  nie  pojawiła  się  ani  jedna  kobieta,  której 
pragnąłby  podarować  coś  więcej.  A  teraz  wydawało  mu  się,  że  nie  może  dać 
wystarczająco wiele – ani też otrzymać tyle, ile by chciał. 

Pragnął, by Kate była zawsze z nim – dziś, jutro i każdego dnia. Chciał jej 

wyłącznie  dla  siebie.  Nawet  jeżeli  nie  była  to  miłość,  to  coś  bardzo  do  niej 
zbliżonego. 

Nigdy  nie  pozwoliła  mu  sobie  niczego  kupić.  Mimo  że  wtedy  czuł  się 

nieco urażony, teraz się cieszył. Znaczyło to, że pierwszym prezentem, jaki Kate 
od niego otrzyma, będzie pierścionek z diamentem, który zamierzał kupić rano 
w Knightsbridge. 

 

* * * 

 
–  Mam  nadzieję,  że  kolacja  nie  będzie  taka  okropna  –  Ben  objął 

ramieniem Kate. Znajdowali się na tylnym siedzeniu lincolna. Wdychał zapach 
ś

wieżo  umytych  włosów  dziewczyny.  Przyjechał  po  nią  dziesięć  minut 

wcześniej i nie potrafił powstrzymać się od tego, by jej ciągle nie dotykać. Kate 
zdawała się nie mieć nic przeciwko temu. 

–  Przecież  to  ty  jesteś  gościem  honorowym  –  przypomniała  przytulając 

się do niego. – Na pewno będzie wspaniale. 

–  Przyjęcie  może  się  przeciągnąć  –  mruknął.  Czuł  ciężar  pierścionka  w 

kieszeni.  Jak  na  razie,  była  to  jego  tajemnica.  Kiedy  znajdą  się  wreszcie  sami, 
zamierzał  wyjąć  go  i  oświadczyć  się  Kate.  –  Czy  myślisz,  że  zauważą,  jeśli 
wymkniemy się trochę wcześniej? 

– Jasne, że nie. Nie ma gościa honorowego – dlaczego ktokolwiek miałby 

to zauważyć? 

–  Chyba  masz  rację  –  westchnął  Ben  z  rezygnacją,  kiedy  Foster 

zaparkował  przed  wejściem  do  Rockefeller  Center.  Wysiadł  i  podał  rękę  Kate. 
Słyszał uwagi gapiów, którzy przystanęli, żeby popatrzeć na limuzynę. 

– Maudie, patrz! Słynna osobistość! 
– Kto to? 
– Nie mam pojęcia... 
– To ten West! – rozległ się przejęty kobiecy głos. – Czy nie jest słodki? 

Hej, Ben! Tutaj! 

– Jest niższy niż w telewizji... 
Ben ujął Kate za ramię i poprowadził do wejścia. Skierowali się w stronę 

windy. Dziewczyna drżała, więc przytulił ją do siebie. 

– Już wszystko w porządku – powiedział łagodnie. – Już ich nie ma. 

background image

– Dzięki Bogu. – Ku jego zdumieniu Kate zaczęła chichotać. – Dłużej już 

chyba  nie  udałoby  mi  się  zachować  powagi.  –  Spojrzała  na  niego  i  otworzyła 
szeroko oczy. – Hej, Ben! Tutaj! 

– Ta kobieta miała koło pięćdziesiątki. 
– I świetny gust. – Znowu zachichotała. – Czy to ci się często przytrafia? 
–  Zbyt  często.  –  Zirytowany,  przejechał  dłonią  po  włosach.  –  Jestem 

osobą publiczną, a to pociąga za sobą tego rodzaju sytuacje. 

– Czy to ci przeszkadza? 
– Czasami. – Wzruszył ramionami. – Najczęściej staram się nie zwracać 

uwagi. Chyba się już przyzwyczaiłem. 

– Nie jestem pewna, czy podoba mi się, że jakieś obce kobiety  mówią o 

tobie, że jesteś słodki – drażniła się. 

–  Na  twoim  miejscu  nie  przejmowałbym  się  tym  –  odparł  sucho.  –  Ta 

uważała, że jestem za niski. 

Kate wbiła mu palec w żebro, a on wsadził rękę pod jej płaszcz i zaczął ją 

łaskotać.  Śmiali  się  jeszcze,  gdy  drzwi  windy  nagle  się  otworzyły.  Niemal 
natychmiast zmieszali się z tłumem ludzi, z których większość pragnęła poznać 
Bena.  Uratował  ich  prezes  stowarzyszenia.  Zajęli  przeznaczone  dla  nich 
miejsca. Ceremonia się rozpoczęła. 

O  jedenastej  wieczorem  Kate  znała  już  prawdziwe  znaczenie  słów 

„nudny”  i  „nie  kończący  się”.  Po  kolacji,  która  składała  się  z  przypalonego 
kurczaka i nie dopieczonych ziemniaków, nastąpiła seria przydługich wystąpień. 
Ben  także  zabrał  głos.  Otrzymał  nagrodę,  pozował  do  zdjęć  i  potrząsnął  tak 
wielką liczbą rąk, że przestała je nawet liczyć. Bez wątpienia ten człowiek miał 
niewiarygodną kondycję. 

Kiedy  o  tym  myślała,  zobaczyła  nagle,  że  Ben  mruga do niej  –  powoli i 

wyraźnie.  Zastanawiała  się,  czy  cierpliwość  Bena  nie  jest  właśnie  na 
wyczerpaniu. 

Kate nie miała pojęcia, jak mu się to udało, ale niedługo potem pożegnał 

się  ze  wszystkimi,  odnalazł  ich  płaszcze  i  w  pośpiechu  wyprowadził  ją  z 
budynku.  Lincoln  czekał  zaparkowany  przy  krawężniku.  Foster  popijał  kawę  i 
czytał jakąś książkę, którą na ich widok szybko odłożył. 

Droga powrotna przebiegła w milczeniu. Gdy dotarli w okolice Westcon 

Plaza,  Kate  wysiadła  i  odetchnęła  głęboko  świeżym  powietrzem.  Ben  stanął 
koło  niej,  miał  już  pewność,  że  ona  jest  naprawdę  wszystkim,  czego 
potrzebował. 

– Piękna noc, prawda? 
– Cudowna. 
– Nie wchodźmy jeszcze. – Wziął ją za ramię. 
– Dokąd pójdziemy? 
– Zobaczysz. 

background image

Przed  nimi  rozpościerał  się  Central  Park.  Na  jego  południowym  krańcu 

znajdował  się  postój  dorożek.  O  tej  porze  była  tam  tylko  jedna.  Dorożkarz 
zamierzał  jechać  już  do  domu.  Na  widok  studolarowego  banknotu  zmienił 
zdanie. 

Ben pomógł Kate wsiąść, po czym okrył ich oboje pledem. 
Oczy Kate błyszczały, gdy dorożkarz cmoknął, a koń ruszył z miejsca. 
– Skąd wiedziałeś, że zawsze marzyłam o tym, żeby przejechać się jedną 

z tych dorożek? 

– Intuicja? – Ben objął ją mocno i przytulił do siebie. 
– O rany. Czasem wydaje mi się, że jesteś zbyt domyślny. 
– Czyżby? – Ben uniósł brwi. – A co ci się jeszcze wydaje? 
– Że i tak cię kocham. 
Milczeli  przez  chwilę.  Ben  ujął  podbródek  Kate  i  zbliżył  jej  twarz  do 

swojej. 

– Mówisz poważnie, Kate? 
Odpowiedź wyczytał w jej oczach. Serce biło mu jak oszalałe. 
– Tak. 
–  Najsłodsza  Kate.  –  Ben  pocałował  dziewczynę  delikatnie,  wręcz 

nieśmiało.  Kate  rozchyliła  wargi  i  przyciągnęła  go  bliżej.  Kilka  chwil  później, 
gdy Ben się odsunął, z trudnością łapała oddech. 

– Nie przestawaj – szepnęła. 
Ben znacząco spojrzał na plecy woźnicy. Wsunął rękę pod pled i dotknął 

jej uda. 

– Może to wcale nie był taki dobry pomysł. 
– Może nie. – Kate westchnęła głęboko, czując poruszającą się dłoń Bena. 

– Co on by pomyślał, gdybyśmy go poprosili, żeby nas odwiózł z powrotem? 

–  Że  się  nam  bardzo  spieszy.  –  Ben  uśmiechnął  się  i  powiedział 

dorożkarzowi,  żeby  zawrócił.  Ponownie  pocałował  Kate.  Gdy  się  od  siebie 
oderwali,  byli  już  blisko  Westcon  Plaza.  –  Czy  ten  przeklęty  koń  nie  mógłby 
ruszać się trochę szybciej? – mruknął. 

–  Wiedziałam,  że  uznasz  ten  środek  transportu  za  zbyt  prymitywny.  – 

Kate uśmiechnęła się. 

–  Och,  sam  nie  wiem.  –  Ben  pomógł  jej  wysiąść.  –  Czuję,  że  niedługo 

przekonasz się, jaki ja potrafię być prymitywny. 

 

* * * 

 
Następnego  ranka  Kate  obudziły  promienie  słońca.  Ben  nadal  spał  z 

jaśkiem wsuniętym pod głowę. Kate już wyciągnęła rękę, aby go pogłaskać, ale 
zmieniła  zamiar.  Po  ostatniej  nocy  Ben  z  całą  pewnością  potrzebował  dużo 
wypoczynku. 

background image

Gdy  po  przejażdżce  wpadli  do  apartamentu,  skierowali  się  wprost  do 

sypialni.  Ściągnęli  błyskawicznie  ubrania  i  niemal  natychmiast  znaleźli  się  w 
łóżku. 

Rozłąka tylko spotęgowała ich pożądanie. Intensywność doznań zupełnie 

oszołomiła Kate. Ben był i gwałtowny, i czuły. Doprowadzał ją niemal do kresu 
wytrzymałości. Przedłużał ich namiętność do granic możliwości. 

Gdy odpoczywali, Ben przytulił się do Kate. 
–  Która  jest  teraz  godzina  w  Londynie?  –  zapytała,  głaszcząc  go  po 

podbródku. 

–  Piąta  rano.  –  Ben  przypomniał  sobie  o  pierścionku  nadal 

spoczywającym w jego kieszeni i uśmiechnął się sennie. 

– Powinieneś spać. 
– Jeszcze nie. Mam coś dla ciebie. – Próbował wstać, ale Kate delikatnie 

zmusiła go, aby leżał spokojnie. 

– Cokolwiek by to nie było – powiedziała. – Może poczekać do rana. 
– Ale... 
–  Żadnych  ale.  –  Położyła  mu  palec  na  ustach  nakazując  milczenie.  – 

Kocham cię, Ben. 

Przyciągnął ją bliżej. 
–  Ja  też  cię  kocham  –  wymruczał.  Uścisnął  ją  mocno,  a  chwilę  później 

oboje już spali. 

Teraz,  kilka  godzin  później,  Kate  zastanawiała  się,  czy  Ben  po 

przebudzeniu  będzie  pamiętał  o  swojej  deklaracji.  Lepiej,  żeby  tak  było, 
pomyślała wyskakując z łóżka. 

Nałożyła szlafrok Bena i wyszła z sypialni. Postanowiła zaparzyć kawę i 

przynieść ją Benowi. 

Poprzedniej  nocy  nie  miała  właściwie  okazji  obejrzeć  mieszkania  Bena, 

postanowiła  więc  nadrobić  zaległości.  Przestronny  pokój  gościnny  zastawiony 
był  antykami,  biblioteka  natomiast  wyłożona  drewnem.  Po  trzech  nieudanych 
próbach  Kate  udało  się  odnaleźć  jadalnię.  Teraz  wystarczyło  tylko  popchnąć 
drzwi, żeby znaleźć się w kuchni. Zrobiła to i poczuła aromat świeżo zaparzonej 
kawy. Na blacie leżał „Sunday Times”, a na małym stoliczku obok okna nakryto 
dla jednej osoby. 

Nagle  otworzyły  się  drzwi  od  spiżarki  i  ukazał  się  w  nich  Parker  z 

pięciokilową torbą cukru. Kate wzdrygnęła się zaskoczona. 

– Omal nie dostałam przez pana ataku serca, Parker! – wykrzyknęła. 
– A ja przez panią. – Wyglądał na równie przestraszonego. – Nie miałem 

pojęcia, że jest tu jeszcze ktoś oprócz pana Westa. 

– Tak... Rozumiem. – Kate mocniej zawiązała pasek szlafroka. 
– Czy położyć jeszcze jedno nakrycie? – zapytał Parker. 
–  Nie...  –  Kate  rozejrzała  się i zauważyła  ekspres do kawy.  – Właściwie 

background image

przyszłam tylko po kawę. Czy mogłabym dostać dwie filiżanki i tacę? 

Szybko wróciła do sypialni. Przez uchylone drzwi dostrzegła, że Ben już 

się obudził i siedzi na łóżku. 

– Zastanawiałem się, gdzie jesteś. – Uśmiechnął się. 
–  Udało  mi  się  znaleźć  kuchnię  –  Odwzajemniła  uśmiech.  –  To  prawie 

trzy kilometry stąd. 

Postawiła tacę i usiadła obok Bena. 
– Czy mój apartament wydaje ci się za duży? 
–  Czy  ja  coś  mówię?  –  Zrobiła  minę  niewiniątka.  Ben  wpatrywał  się  w 

nią. Kate lekko zdenerwowana odstawiła kawę. 

– Czy coś się stało? 
– Ależ skąd. Wydaje mi się, że wprost przeciwnie. A jeżeli nie podoba ci 

się  moje  mieszkanie,  możesz  tu  wszystko  pozmieniać.  Przynajmniej  jest  dużo 
przestrzeni. 

– Ben – przerwała łagodnie. – O czym ty mówisz? Ujął jej dłoń. 
– Chcę, żebyś była szczęśliwa, Kate. Chcę też, żebyś została moją żoną. 
Oszołomiona,  patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Nagle  ogarnęła  ją  fala 

szczęścia. 

– Ty... ja... co? 
– Wyjdź za mnie, Kate – Ben sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd 

niewielkie pudełeczko.  Otworzył  je,  a oczom  Kate  ukazał się duży,  błyszczący 
brylant. 

– O mój Boże – westchnęła. – Czyli jednak nie mówiłeś przez sen. 
– Kiedy? 
–  Tej  nocy.  –  Kate  wciąż  wpatrywała  się  w  diament.  –  Powiedziałeś,  że 

mnie kochasz. Ale prawie zasypiałeś, więc nie byłam pewna, czy zdajesz sobie 
sprawę z tego, co mówisz. 

– Możesz być pewna. Nigdy nie byłem niczego bardziej pewny. Kocham 

cię, Kate. I chcę, żebyś już zawsze była ze mną. – Uśmiechnął się, wręczając jej 
pierścionek. – Możesz go dotknąć. Nie ugryzie cię. 

– To chyba największy diament, jaki kiedykolwiek widziałam. 
– Kiedyś przedstawię cię Elizabeth Taylor. – Ben wzruszył ramionami. 
Może  jego  niedbały  ton,  a  może  wartość  pierścionka  sprawiły,  że  Kate 

ogarnęły  wątpliwości.  Tego  ranka  obudziła  się  w  świecie  z  bajki:  wspaniały 
apartament, służący, no a teraz pierścionek. Wszystko działo się zbyt szybko. 

– Nie mogłabym nosić czegoś tak wielkiego. – Oddała mu pierścionek. – 

Czułabym się głupio. 

–  Kiedy  będziesz  już  moją  żoną  –  powiedział  łagodnie  –  będzie  w  sam 

raz.  –  Ujął  jej  lewą  rękę  i  wsunął  pierścionek  na  środkowy  palec.  –  Kochasz 
mnie, Kate? 

Spojrzała mu w oczy. Wzruszyło ją bijące z nich ciepło i troska. 

background image

– Wiesz, że tak – szepnęła. 
–  Więc  nic  innego  nie  ma  znaczenia.  Nie  odpowiedziałaś  mi  jeszcze. 

Wyjdziesz za mnie, Kate? 

Ben nie zdawał sobie sprawy z tego, że wstrzymywał oddech, dopóki nie 

ujrzał  uśmiechu  na  jej  twarzy.  Wiedział  już,  jaka  będzie  odpowiedź.  Kate 
uniosła się i pocałowała go lekko. 

– Tak, Ben – powiedziała cicho. – Wyjdę za ciebie. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 
Kate wyciągnęła ramiona i natychmiast znalazła się w objęciach Bena. 
– Odpowiada ci czerwiec? – mruknął całując ją w szyję – Kate roześmiała 

się. 

– A czy tobie odpowiada zaraz? 
– Niecierpliwa? – Wsunął rękę pod szlafrok i musnął jej piersi. – Podoba 

mi się ta twoja niecierpliwość. 

–  Spróbowałaby  ci  się  nie  podobać.  –  Westchnęła.  –  Czerwiec. 

Odpowiada mi. Wszystko mi odpowiada. 

– Im wcześniej, tym lepiej. – Ben uśmiechnął się. – Powiem adwokatowi, 

ż

eby przygotował dokumenty. 

Minęło  kilka  chwil, zanim  znaczenie  tych  słów  w  pełni  dotarło do  Kate. 

Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. 

– Jakie dokumenty? 
Ben uświadomił sobie, że popełnił nietakt. Kate patrzyła na niego szeroko 

rozwartymi oczami. 

– To zwykła umowa – powiedział w końcu. – Nic nadzwyczajnego. 
– Umowa przedmałżeńska? – Kate odsunęła się od niego. 
– Cóż... tak. 
–  I  to  nie  jest  dla  ciebie  nic  nadzwyczajnego?  –  Kate  była  wyraźnie 

zdenerwowana. 

–  To  tylko  kawałek  papieru,  który  zabezpieczy  nasze  interesy  w 

przyszłości. 

– Nasze interesy? – Kate usiadła i owinęła się ciasno szlafrokiem. 
–  Oczywiście.  Taki  dokument  stanowi,  co  każde  z  nas  wniosło  do 

małżeństwa i co z niego może wynieść. Będziesz świetnie zabezpieczona, Kate. 

Zdenerwowana uderzyła go mocno w ramię. 
– Będę świetnie zabezpieczona w przypadku rozwodu – krzyknęła. 
– Masz rację. 
– Więc w gruncie rzeczy uważasz, że nasze małżeństwo nie przetrwa. 
– Tego nie powiedziałem... 
–  Do  diabła,  Ben.  Wcale  nie  musiałeś  tego  mówić.  –  Kate  ściągnęła  z 

palca pierścionek. 

–  Nic  nie  rozumiesz.  To  tak  jak  ubezpieczenie.  Nie  chcę,  żeby  moje 

nieruchomości spłonęły, a mimo to wykupuję polisę. 

– Nie potrzebuję ubezpieczenia. Pragnę miłości i małżeństwa na zawsze, 

do grobowej deski. No i mężczyzny, który wierzy w taką miłość. 

–  Naprawdę  cię  kocham,  Kate  –  odrzekł  Ben.  –  I  wierzę  w  nas,  ale  nie 

lubię mieszać interesów ze sprawami prywatnymi. Próbowałem i nic dobrego z 

background image

tego  nie  wyszło.  Zrobiłbym  wszystko,  żeby  cię  uszczęśliwić  i  właśnie  dlatego 
chcę – nie, pragnę, żebyś się zgodziła spisać kontrakt. 

Kate wiedziała, że Ben wciąż pamięta tę nieszczęsną historię z ojcem, ale 

wcale  nie  czuła  się  przez  to  mniej  zraniona.  Nie  interesował  ją  żaden  kontrakt 
ani też pieniądze. Nie wyobrażała sobie małżeństwa bez wzajemnego zaufania. 

– Nie chcę twoich pieniędzy, Ben. Nigdy ich nie chciałam. 
– Wiem o tym. 
Kate wstała i pozbierała rozrzucone po podłodze ubranie. 
– Więc nie proś mnie, żebym podpisywała swoje marzenia. 
– Czy to znaczy, że odmawiasz? 
– Tak... chyba tak. 
– Do diabła, Kate – zaklął zdenerwowany. – Próbujesz mną manipulować. 
–  Nie,  wcale  nie  –  zaprzeczyła  idąc  do  łazienki.  –  Próbuję  cię  kochać, 

chociaż w tej chwili niesłychanie mi to utrudniasz. 

– Jesteś okropna! 
–  Chyba  oboje  jesteśmy  –  stwierdziła  ponuro.  Zamknęła  za  sobą  drzwi. 

Ben  zacisnął  dłoń  w  pięść  i  uderzył  nią  w  poduszkę.  Zapomniany  pierścionek 
upadł na podłogę. 

 

* * * 

 
Maggie  nie  zamykały  się  usta,  odkąd  Kate  wróciła  do  domu.  Dopiero 

przed chwilą Kate zdołała uciszyć ją morderczym spojrzeniem. 

Zdjęła z siebie sukienkę i cisnęła ją w kąt. 
– Słuchaj no – zaprotestowała Maggie. – To moja najlepsza sukienka. 
– Przepraszam – warknęła Kate nakładając stary podkoszulek. 
– Ciężka noc, co? – Maggie podniosła sukienkę i strzepnęła ją starannie. – 

Od razu widać. 

Prędzej czy później Maggie i tak wyciągnie od niej całą tę historię. Kate 

pomyślała, że chce mieć to już za sobą. 

– Ben zaproponował mi małżeństwo. 
– Boże święty! Będę druhną na weselu stulecia. 
– Nie będzie żadnego wesela. 
– Zamierzacie uciec po ślubie? Jakie to romantyczne! Dokąd cię zabiera? 

Na Riwierę? Na Bora Bora? 

– Nigdzie mnie nie zabiera. Nie wyjdę za niego. 
–  Nie  wyjdziesz  za  niego?  –  Maggie  złapała  się  palcami  za  ucho  i 

potrząsnęła nim dla większego efektu. – Czy mogłabyś powtórzyć? Chyba słuch 
mi się pogorszył. 

– Twój słuch jest w porządku. Ben poprosił mnie o rękę, a ja odrzuciłam 

jego oświadczyny. 

background image

–  Teraz  rozumiem  –  stwierdziła  Maggie.  –  Ze  mną  jest  wszystko  w 

porządku, to ty jesteś stuknięta. 

– Wcale nie stuknięta, tylko szalona – zaprotestowała Kate. 
– Wybacz, ale nie widzę różnicy. 
– Nie brak mi piątej klepki, tylko oszalałam ze złości. 
Ben twierdzi, że chce mnie poślubić, ale najpierw muszę podpisać umowę 

przedmałżeńską. 

– Więc? 
– Nie zamierzam tego robić. 
– Moja wspaniała dziewczynka. Rozsądna jak zwykle. 
Kate odwróciła się na pięcie. 
– Nie chodzi mi właściwie o sam dokument, tylko o fakt, że on uważa go 

za  potrzebny.  Jak  mogłabym  wyjść  za  mąż  za  mężczyznę,  który  już  planuje 
rozwód? 

–  Ben  jest  przecież  biznesmenem  –  zauważyła  rozsądnie  Maggie.  – 

Przygotowywanie  się  na  rozmaite  ewentualności  jest  jego  zawodowym 
nawykiem. Ale to wcale nie znaczy, że zakłada, iż coś takiego się zdarzy. 

Mniej  więcej  to  samo  mówił  wcześniej  Ben.  Kate  jednak  nie  była 

przekonana. Usiadła i nałożyła trampki. 

–  Biznesmen,  zawodowy  nawyk  –  powtórzyła.  –  A  co  się  za  tym  kryje? 

To,  że  mi  nie  wierzy.  Gdyby  tak  nie  było,  nie  uważałby  tego  kontraktu  za 
potrzebny. 

– Czy on cię kocha? 
– Twierdzi, że tak – odpowiedziała. 
–  To  chyba  niezły  początek  –  zauważyła  Maggie.  –  Mnóstwo  kobiet 

wyszłoby za niego bez miłości. 

– Ja nie jestem jedną z nich. 
– Dzięki Bogu. – Maggie patrzyła, jak Kate wstaje i idzie w stronę drzwi. 

– Dokąd się wybierasz? 

– Pobiegać. To najlepszy sposób na kłopoty. 
– Zamierzasz biegać w tę i z powrotem po schodach? – Maggie patrzyła 

na Kate ze zdumieniem. 

– Jasne, że nie. Idę do parku. Zrobię dziesięć okrążeń wokół jeziorka. 
– Przecież to ponad piętnaście kilometrów! 
– Powinno wystarczyć. – Kate otworzyła drzwi. 
– Kate Hallaby, w życiu nie przebiegłaś nawet metra! 
– Najwyższy czas zacząć. 
Maggie westchnęła dramatycznie i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu 

swoich trampek. 

– Jeżeli zamierzasz się zabić, mogę przynajmniej pozbierać szczątki. Ale 

ostrzegam  cię  –  pogroziła  Kate  palcem.  –  Zmieniłam  zdanie,  nie  będę  twoją 

background image

druhną. 

– Świetnie. 
– Zamierzam zostać damą dworu – mruknęła zawiązując sznurowadła. – 

Sama wybiorę sobie sukienkę. 

– Jak to? Nie wierzysz w mój dobry gust? 
–  Jeżeli  chodzi  o  wybór  mężczyzny,  to  tak.  –  Maggie  uśmiechnęła  się 

słodko.  –  Mniej  natomiast,  jeżeli  chodzi  o  postępowanie  z  nimi.  Wszyscy 
wiemy, jak świetnie sobie radzisz ze swoim obecnym mężczyzną... 

Kate mocno trzasnęła drzwiami. 
– Prowadź – krzyknęła za nią Maggie. – Lepiej, żebyśmy miały to już za 

sobą. 

 

* * * 

 
O  siódmej  rano  w  poniedziałek  Kate  była  już  w  garażu.  Nie  rozmawiali 

na temat jej pracy, więc uznała, że nic się nie zmieniło. Kate poszła do swojego 
pokoiku, otworzyła książkę i przygotowała się na czekanie. 

Nie trwało długo. 
–  Proszę  podjechać  pod  wejście  do  Westcon  Plaza  –  polecił  jej  Julio.  – 

Czeka na panią trzech mężczyzn. Jednym z nich jest pan West. Celem podróży 
jest budowa na przedmieściu. 

– Rozumiem. – Po pięciu minutach Kate była już na miejscu. 
Ben  zatrzymał  się,  gdy  jego  dwaj  towarzysze  sadowili  się  na  tylnym 

siedzeniu. 

–  Musimy  porozmawiać  –  zwrócił  się  do  dziewczyny.  –  Po  powrocie 

zaparkuj samochód i przyjdź do mojego biura. 

–  Tak,  sir!  –  warknęła  Kate,  zmrożona  jego  oficjalnym  tonem.  Z  całą 

pewnością  przygotował  już  ten  dokument  do  podpisania.  Życzę  szczęścia, 
pomyślała wślizgując się za kierownicę, będziesz go potrzebował. 

W końcu dotarli do miejsca przeznaczenia, którym okazał się plac na rogu 

ruchliwej  ulicy.  Wzdłuż  chodnika  biegł  druciany  płot  oznakowany  biało-
czerwonymi  napisami  informacyjnymi.  Na  środku  placu  widać  było  pracującą 
betoniarkę. Mężczyźni wysiedli z samochodu i udali się w tamtym kierunku. 

Kate zaparkowała obok hydrantu i czekała. Green i Silverburg rozmawiali 

z kierownikiem robót, a Ben z planami pod pachą zniknął w baraku, który służył 
za biuro. Wyłonił się stamtąd dopiero po godzinie. 

Podszedł  do  swoich  partnerów  i  wszyscy  trzej  skierowali  się  ku  bramie, 

kiedy nagle z baraku wychyliła się jakaś kobieta i przywołała Bena z powrotem. 
Tym  razem  spędził  tam  tylko  chwilę  i  przyłączył  do  oczekujących  przy 
samochodzie mężczyzn. 

–  Nie  mogę  z  wami  wracać  –  powiedział.  –  Mam  spotkanie  na 

background image

Dwudziestej Dziewiątej Ulicy. Kate, czy mogłabyś mnie tam podrzucić? Potem 
zawieź tych dżentelmenów tam, gdzie będą sobie życzyli. 

– Oczywiście. – Kate otworzyła drzwi, czekając, aż mężczyźni wsiądą do 

samochodu.  Najwyraźniej  jej  spotkanie  z  Benem  się  przesunie.  Nie  miało  to 
większego  znaczenia,  gdyż  i  tak  nie  planowała  zmieniać  zdania.  Pewnie  znów 
będą się kłócić, a do tego jej się tak bardzo nie śpieszyło. 

Zatrzymała  się  przy  rogu,  który  wskazał  jej  Ben,  i  oczekiwała  na  dalsze 

instrukcje od pozostałych pasażerów. W końcu Green pochylił się w jej stronę: 

– Central Park West, numer trzydzieści pięć. Kate posłusznie ruszyła. 
Przedzierała  się  przez  zatłoczone  ulice,  jednym  okiem  obserwując 

jezdnię,  drugim  zerkając  w  lusterko.  Chociaż  mężczyźni  rozmawiali 
przyciszonym  tonem,  było  dla  niej  jasne,  że  na  tylnym  siedzeniu  toczy  się 
zażarta  dyskusja.  Kiedy  skręciła  powoli  w  Columbus  Avenue,  głosy  przybrały 
na sile i udało się jej uchwycić niektóre zdania. 

– Jesteś stuknięty – warknął Silverburg. Kate nie zrozumiała odpowiedzi 

Greena, ale usłyszała jego głos chwilę później. 

– Spróbuj to powiedzieć inspektorowi. Pewnie, że to kupa forsy, ale i tak 

mamy to, czego chcieliśmy... – Przerwał, kiedy napotkał spojrzenie Kate. 

– Tutaj, proszę – powiedział Silverburg wyglądając przez okno. 
Kate  przystanęła  przy  chodniku.  Zanim  zdążyła  wysiąść,  żeby  otworzyć 

im  drzwi,  obaj  mężczyźni  zebrali  swoje  rzeczy  i  wydostali  się  z  samochodu. 
Green zatrzymał się obok niej i zmrużywszy oczy przyglądał się jej uważnie. Z 
całą  pewnością  chciał  się  dowiedzieć,  jak  wiele  usłyszała  i  ile  z  tego  była  w 
stanie  zrozumieć.  Kate  nie  miała  wątpliwości,  że  rozmowa  była  naprawdę 
ważna.  Napotkawszy  spojrzenie  Greena,  przybrała  tępą  minę  wydmuchując  z 
przejęciem  gumę  do  żucia.  Z  satysfakcją  ujrzała,  jak  Green  odwraca  się  z 
niesmakiem, lecz jednocześnie z ulgą na twarzy. 

Kate  zaczekała,  aż  obaj  zniknęli  w  tłumie  i  dopiero  wtedy  ruszyła. 

Ponieważ  wykonała  wszystkie  polecenia,  wróciła  do  garażu.  Telefon,  na  który 
oczekiwała, odezwał się godzinę później. 

W  pięć  minut  dotarła  do  Westcon  Plaza,  następne  dwie  spędziła  w 

windzie. Spodziewała się, że ujrzy Jody, lecz przy wejściu stał Ben. 

– Chodź – powiedział, łapiąc ją za ramię i ciągnąc wzdłuż korytarza. 
– Skąd ten pośpiech? – zapytała z trudem dotrzymując mu kroku. 
– Stąd. – Ben zatrzasnął drzwi od gabinetu i pocałował Kate gwałtownie, 

aż  czapka  zsunęła  się  jej  z  głowy.  Włosy  rozsypały  się  i  Ben  zagłębił  palce  w 
gęstych lokach. 

– Do diabła – wymruczał. – Wariuję przez ciebie. 
Kate,  wciśnięta  pomiędzy  drzwi  i  Bena,  poczuła  się  nagle  odprężona. 

Zniknęło  napięcie,  które  nie  opuszczało  jej  przez  ostatnie  dwadzieścia  cztery 
godziny. Dopóki będzie mu na niej zależało, dopóki będzie ją kochał, wszystko 

background image

da się ułożyć. 

–  Szaleństwo?  –  zapytała  niewinnie,  wysuwając  prowokująco  biodra.  – 

Tak to nazywasz? 

Ben zachichotał, delikatnie odsuwając jej już aktywne ręce. 
– Kate, zaprosiłem cię tu na rozmowę. 
–  Porozmawiamy...  Jasne,  że  porozmawiamy.  –  Uśmiechnęła  się.  – 

Później. 

– Kate! 
Nie słuchając protestów wsunęła palce za pasek. Przyciągnął ją do siebie i 

całował  zachłannie  usta,  szyję  i  ramiona  dziewczyny.  Czuł,  jak  Kate  drży  z 
pożądania. 

Kiedy  Ben  zamknął drzwi  na klucz,  Kate  rozpięła i  zsunęła  mu spodnie. 

Jego  ciało  było  twarde  i  gorące.  Pochyliła  się  i  pocałowała  kępkę  czarnych 
włosów nad pępkiem. 

Ben  czuł  jej  gorący  oddech  na  napiętych  mięśniach  brzucha.  Schwycił 

Kate  za  ramiona i pociągnął  do góry.  Pośpiesznie ściągnęli ubrania i przywarli 
do  siebie  gwałtownie.  Ben  podniósł  Kate  wysoko  i  oparł  o  siebie.  Oplotła 
nogami  jego  biodra.  Kiedy  Ben  zaczął  się  poruszać,  napięła  wszystkie  mięśnie 
wyginając  się  w  odpowiedzi.  Czuła  w  sobie  wszechogarniające  pożądanie, 
wszystko inne przestało być ważne. 

Ben  pocałunkiem  stłumił  okrzyk  rozkoszy  Kate.  Chwilę  później  sam 

zatracił się w uniesieniu. 

Po pewnym czasie zorientował się, że wciąż stoją przy drzwiach. 
– Założę się, że teraz uważasz, że już podpiszę te papiery – wymruczała. 
Ben roześmiał się i przytulił ją do siebie. 
– Mylisz się, moja słodka Kate. Nauczyłem się już, że o cokolwiek bym 

cię nie poprosił, z pewnością zrobisz coś wręcz przeciwnego. 

– Czy to znaczy, że zmieniłeś zdanie? 
–  Nie,  ale  zdecydowałem,  że  dam  ci  więcej  czasu.  Nie  możesz 

zaprzeczyć, że jesteśmy świetną parą i będziemy wspaniałym małżeństwem. 

Kate  wyśliznęła  się  z  objęć  Bena  i  zebrała  swoje  rzeczy.  Ubrała  się  i 

natychmiast  zmieniła  temat.  Rozmowa,  którą  przypadkiem  podsłuchała,  mogła 
być  dla  Bena  ważna.  Na  pewno  powinien  się  o  niej  dowiedzieć.  Słuchał  jej 
relacji w milczeniu z coraz bardziej ponurą miną. 

– Czy to na pewno wszystko? – zapytał, kiedy skończyła. 
Kate nałożyła buty i podniosła czapkę. 
–  Wszystko.  Mówili  cicho  i  słyszałam  tylko  fragmenty.  Wydaje  mi  się 

jednak, że rozmawiali o pieniądzach i o tym, że nie zamierzają informować cię o 
tej sprawie. 

Ben zaklął cicho. 
–  Wiedziałem,  że  coś  się  święci.  To  nie  trzymało  się  kupy.  Pozwolenie 

background image

nadeszło  błyskawicznie,  a  przecież  papiery  przetrzymywane  były  w  zarządzie 
miesiącami. 

– Co teraz zrobisz? – Kate wepchnęła włosy pod czapkę. 
Ben zmierzał w kierunku biurka. 
–  Wiem  już,  od  czego  zacząć.  Dzięki  tobie  znam  trop,  którym  podążę. 

Przecież nie tylko ci dwaj mają znajomości w rządzie. 

– Ben? 
Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. 
– Jeżeli twoi partnerzy kogoś przekupili, ty też jesteś w to zamieszany. 
– Wiem. Ale muszę zaryzykować. 
– Potrzebujesz pomocy? Potrząsnął przecząco głową. 
–  To  mój  problem.  Gdybyśmy  byli  małżeństwem  –  zawiesił  głos  – 

wszystko wyglądałoby inaczej. 

– To manipulacja. 
– Jestem tylko człowiekiem. – Wzruszył ramionami. 
– Nigdy nie uważałam inaczej. – Uśmiechnęła się promiennie. 
Ben sięgał już po słuchawkę telefoniczną. 
– Przypuszczam, że będę zajęty przez następnych parę dni. Pomyśl o nas, 

Kate. Pamiętaj, że wierzę w ciebie i pragnę, żebyś i ty uwierzyła we mnie. 

– Jesteś pewny, że wszystko będzie w porządku? – Kate otworzyła drzwi. 
– Będzie. – Ben zaczął wykręcać numer. – Zaufaj mi, Kate. 
– Ufam ci – szepnęła cicho i zamknęła za sobą drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 
Ben  był  rzeczywiście  zajęty.  Przez  kolejne  cztery  dni  Kate  woziła  go  z 

jednego końca miasta na drugi. Niepokoiła się o niego, lecz on sam nie wydawał 
się zmartwiony. Był mężczyzną, który nie obawia się kłopotów i podejmowania 
ryzyka. 

Ben dał  jej  czas na  zastanowienie się.  Widywali  się  codziennie,  ale  były 

to  oficjalne  spotkania  pracodawcy  i  pracownika.  Żadnych  pikników, 
romantycznych  kolacji,  mrugnięć  czy  ukradkowych  pieszczot.  Krótko  mówiąc, 
Kate nie czerpała z tych spotkań żadnej radości. 

W  tym  szaleństwie  Bena  była  jednak  metoda.  Czekał,  aż  Kate  podpisze 

ten  idiotyczny  kawałek  papieru.  Ona  sama  nie  miała  zamiaru  tego  robić, 
pragnęła przekonać go do swojego punktu widzenia. I zamierzała uczynić to już 
wkrótce,  kiedy  tylko  Ben  upora  się  z  kłopotami  zawodowymi.  W  końcu 
planowali  przecież  całe  swoje  przyszłe  życie,  więc  parę  dni  opóźnienia  nie 
miało większego znaczenia. 

W piątek rano do garażu zadzwonił Donald. 
– Wiesz, kto to jest Crash Armstrong? – zapytał. 
– Jasne – odpowiedziała Kate. Młody gwiazdor rockowy, wydał ostatnio 

trzy płyty, które zdobyły nagrody i ogromną popularność. 

– W tym tygodniu będzie występował w kasynie. Miał polecieć prosto do 

Atlantic  City,  ale  spóźnił  się  na  samolot  i  zjawi  się  na  lotnisku  Kennedy’ego. 
Chciałbym, żebyś pojechała po niego w południe i zawiozła go na wybrzeże. 

– Nie ma sprawy. 
W południe Kate pojechała na lotnisko. Zaparkowała samochód i wbiegła 

do środka. Z łatwością rozpoznała Crasha. Był wysokim, szczupłym mężczyzną 
o długich lśniących włosach i ostrych, nieco ptasich rysach. 

Niektórzy  z  przechodzących  zatrzymywali  się,  rozpoznając  znanego 

piosenkarza.  Kate  podbiegła,  licząc  na  to,  że  uda  się  jej  wyprowadzić  Crasha, 
zanim dopadną go fani. 

–  Cześć  –  powiedziała,  biorąc  jego  walizkę.  –  Jestem  twoim  kierowcą. 

Samochód czeka na zewnątrz. 

–  To  właśnie  ty  zawieziesz  mnie  do  Atlantic  City?  –  Na  jego  twarzy 

pojawił się uśmiech. – Kochanie, chyba mamy szczęście. Jak myślisz? 

–  Może.  –  Kate  odwzajemniła  uśmiech.  –  A  może  nie  –  dodała,  widząc 

trzy nastolatki zmierzające w ich kierunku. 

– To chyba zależy od tego, jak szybko uda się nam stąd wydostać. 
– Zdaję się na ciebie. – Crash ujął ją za ramię. 
Kiedy dotarli do samochodu, Crash zajął miejsce obok kierowcy. 
–  Z  tyłu  byłoby  ci  wygodniej  –  zauważyła  Kate.  –  Znajdziesz  tam 

background image

telewizor, lodówkę. Poza tym mógłbyś się przespać. 

–  Nie  przejmuj  się  mną,  nie  muszę  dużo  spać.  Bardziej  zależy  mi  na 

towarzystwie. – Usadowił się wygodniej. – Będziesz w Atlantic City przez cały 
weekend? 

– Tylko dzisiaj. – Potrząsnęła głową. – Wracam jutro rano. 
– Mogłabyś przyjść na mój występ. 
– Może. – Uśmiechnęła się. – Będzie dobry? 
– Dobry?! Genialny! 
– W takim razie przyjdę. 
– Przyjdź. Przypilnuję, żebyś dostała wejściówkę. – Zdjął czapkę z głowy 

dziewczyny i gęste włosy rozsypały się na ramionach. 

– Zabierz rękę z mojej szyi. – Kate nie odrywała wzroku od jezdni. 
– Dlaczego? 
– Bo tego sobie życzę. 
– Masz piękne włosy. Rzuciła mu ostre spojrzenie. 
– Mężczyzna, z którym się spotykam, też tak uważa – powiedziała. 
– Aha. – Crash cofnął rękę. 
Przez kilka minut jechali w milczeniu. Kate postanowiła podjąć rozmowę. 

Czekała ich długa wspólna podróż. 

– Zawsze to robisz? – zapytała. 
– Co masz na myśli? 
– Zgrywasz się. 
–  Nie  zawsze  –  uśmiechnął  się,  –  To  część  twojego  wizerunku 

publicznego, prawda? 

–  Pewnie  –  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  –  To  właśnie  ta  część,  którą 

lubię najbardziej. 

– Chyba nie masz zbyt wielu przyjaciół wśród kobiet? 
– Chyba nie – zgodził się Crash pogodnie. – A kto ma na to czas? 
– Ty. Mamy przed sobą jeszcze cztery godziny drogi. 
– Naprawdę nie chcesz, żebym cię uwiódł? 
W jego głosie słychać było rozczarowanie. Niewątpliwie przyzwyczaił się 

już  do  tego,  że  kobiety  nie  są  w  stanie  mu  się  oprzeć.  Kate  potrząsnęła 
przecząco głową. 

– Ten twój facet... czy to poważne? – zapytał. 
– Bardzo. 
– Kochasz go? 
Kate zerknęła na niego ze złością. 
– A czy to twoja sprawa? 
– Jasne. – Uśmiechnął się przekornie. – Obliczam swoje szanse. 
– Uwierz mi na słowo, nie masz żadnych. 
– No cóż, wierzę. – Crash wyciągnął się wygodnie. – Czy on cię kocha? 

background image

– Tak mi się wydaje. 
– Prawdziwa miłość. Jakie to słodkie. Pisałem o tym piosenki. 
– Pisałeś też piosenki o kłamstwach i zdradzie. 
–  A  więc  podobają  ci  się  moje  utwory?  –  Sprawiał  wrażenie 

zadowolonego. 

– Niektóre. Te o miłości. – Kate włączyła migacz i skręciła w lewo. 
– Jesteś romantyczna. 
– Lubię szczęśliwe zakończenie. 
–  Ja  wolę  smutne.  Mają  więcej  wspólnego  z  prawdziwym  życiem. 

Pomyśl,  ile  osób  się  rozstaje  i  dlaczego  tak  się  dzieje.  Prawdopodobnie 
większość z nich nawet nie próbuje włożyć trochę trudu w utrzymanie swojego 
związku.  Ludzie  chcą,  żeby  wszystko  przyszło  samo.  Nie  uznają  odmiennych 
racji, nie starają się zrozumieć siebie nawzajem. 

Chociaż  rozmowa  zeszła  wkrótce  na  inne  tematy,  słowa  Crasha 

dźwięczały  w  głowie  Kate  przez  resztę  drogi.  Dotarli  wreszcie  do  miejsca 
przeznaczenia  i  dziewczyna  była  wolna.  Zmieniła  ubranie  i  postanowiła 
przespacerować  się  po  promenadzie.  Zjadła  kolację  w  małym  barku  nad 
brzegiem  oceanu,  po  czym  wróciła  do  hotelu  na  występ  Crasha.  Już  przy 
pierwszej  piosence  przypomniało  jej  się  wszystko,  co  mówił  w  samochodzie  o 
wzajemnych stosunkach pomiędzy dwojgiem ludzi. Czy odnosiło się to również 
do  niej  i  do  Bena?  Czy  byli  aż  tak  przekonani  o  swoich  racjach,  że  mogli 
poświęcić  swój  związek?  Z  całą  pewnością  oboje  byli  uparci  i  oczekiwali,  że 
druga strona się podporządkuje. 

Nagle  przypomniała  sobie  ich  spotkanie  na  początku  tygodnia,  gdy 

powiedziała  Benowi  o  rozmowie  podsłuchanej  w  samochodzie.  Wypytywał  ją 
bardzo  dokładnie,  ale  nie  zakwestionował  nawet  jednego  słowa.  Zresztą  nigdy 
nie  okazał  jej  braku  zaufania.  Wierzył  w  nią.  Powiedział  to  wyraźnie,  kiedy 
rozstawali  się  tamtego  wieczoru.  To  ona  powinna  teraz  nauczyć  się  wierzyć  w 
niego. 

Ku swemu zdumieniu ujrzała teraz jasno, że to nie w Bena wątpiła, lecz w 

siebie.  Była  przerażona  głębią  własnych  uczuć  i  nie  chciała  uwierzyć,  że  Ben 
mógł  odczuwać  podobnie.  Nie  była  przecież  nikim  nadzwyczajnym.  Żadnym 
Kopciuszkiem  zamienionym  przez  dobrą  wróżkę  w  piękną  królewnę,  lecz  po 
prostu zwykłą Kate Hallaby z Brooklynu. Oskarżyła Bena, że bierze pod uwagę 
rozwód, a czy to nie ona właśnie nie wierzyła w trwałość tego związku? Gdyby 
jej  wiara  w  to  małżeństwo  była  dostatecznie  silna,  jakie  znaczenie  miałoby 
podpisanie tego kawałka papieru? 

Zawsze  była  dumna  ze  swojego  rozsądku  i  odwagi.  Gdzie  podziały  się 

teraz, kiedy  potrzebowała  ich najbardziej?  Co gorsze, przez  swój  upór naraziła 
na niebezpieczeństwo to, co się naprawdę liczyło w jej życiu – miłość Bena. 

Podpisze ten przeklęty dokument i niech Ben zamknie go w swoim sejfie. 

background image

Przy  odrobinie  wysiłku,  szczypcie  szczęścia  i  mnóstwie  kompromisów,  wyjmą 
go stamtąd i spalą w pięćdziesiątą rocznicę. 

Crash  śpiewał  ostatnią  piosenkę,  kiedy  Kate  opuściła  salę.  Pobiegła  na 

górę i zebrała swój skromny bagaż do walizki. Jeżeli będzie szybko jechała, to 
już o pierwszej w nocy powinna dotrzeć do Nowego Jorku. Ben pewnie będzie 
już w łóżku. 

Może go obudzi, a może nie... po prostu położy się obok niego i zaczeka. 

W każdym razie będzie to pamiętna noc. 

 

* * * 

 
Ben  odłożył  słuchawkę  telefonu  i  usiadł  wygodnie,  uśmiechając  się  z 

zadowoleniem. W końcu udało się wszystko załatwić pomyślnie. Miał pewność, 
ż

e  nie  będą  nachodzić  go  przedstawiciele  prawa  ani  też  nie  przeczyta 

sensacyjnych nagłówków na swój temat w prasie. 

Okazało się, że jego partnerzy w interesach rzeczywiście dawali łapówki. 

Wczoraj ostatecznie i nieodwołalnie zakończyła się współpraca Bena z Greenem 
i  Silverburgiem.  Wykupił  ich  udziały  i  na  razie  wstrzymał  roboty  budowlane. 
Miał teraz wreszcie czas dla Kate. 

Sądził, że tydzień wystarczy, aby nabrała rozsądku i zmieniła zdanie. Nie 

przypuszczał,  że  sam  może  dojść  do  innych  wniosków.  Ostatnich  pięć  dni 
uświadomiło  mu,  jak  bardzo  jej  potrzebował.  Na  swoich  warunkach?  Na  jej 
warunkach? Na jakichkolwiek warunkach! 

Przed  poznaniem  Kate  życie  wypełniała  mu  praca.  Uwielbiał  ryzyko 

towarzyszące  podejmowaniu  decyzji,  ciągłe  podróże  w  interesach.  Praca 
stanowiła nieomal jego hobby. Teraz wszystko się zmieniło. 

Do  diabła  z  całą  tą  umową!  Kate  stanowiła  przecież  jego  drugą 

odnalezioną  połowę.  Nie  potrafił  i  nie  chciał  od  niej  odejść.  Jeżeli  nie  będzie 
miał  Kate,  równie  dobrze  może  nie  mieć niczego.  Jeżeli będzie  ją  miał, będzie 
miał wszystko. 

Wciąż  miał  zaręczynowy  pierścionek.  Donald  wspominał,  że  Kate  jest 

teraz  w  Atlantic  City.  Jeżeli  się  pośpieszy,  dotrze  tam  za  jakieś  trzy  godziny. 
Odnajdzie  Kate  i  założy  jej  ten  pierścionek  na  palec...  tam,  gdzie  było  jego 
miejsce. Nie dopuści do żadnych dyskusji, żadnych kłótni. 

Pół  godziny  później  Ben  znajdował  się  na  Garden  State  Parkway,  skąd 

zamierzał  pojechać  na  południe.  Jednak  gdy  zadzwonił  do  hotelu, 
poinformowano go, że Kate Hallaby już się wymeldowała. 

– Dokąd pojechała? – zapytał. 
–  Słyszałem,  jak  mówiła  coś  o  powrocie  do  domu  –  wymamrotał 

niewyraźnie recepcjonista. – Potem już jej nie widziałem. 

Ben zastanawiał się przez chwilę, po czym zadzwonił do Donalda. 

background image

–  Mam  nadzieję,  że  w  niczym  nie  przeszkodziłem  –  zaczął,  w  pełni 

ś

wiadomy późnej pory. 

– Przeszkodziłeś – odpowiedział Donald. – O co chodzi? 
Ben uśmiechnął się. 
– W poniedziałek rano możesz sobie przyznać podwyżkę – rzucił. – Ale 

teraz chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. 

 

* * * 

 
Kate dojeżdżała właśnie do Long Branch, kiedy w samochodzie odezwał 

się telefon. Była w podróży już od dwóch godzin. Pochłonięta była tylko jednym 
pragnieniem,  aby  jak  najszybciej  dostać  się  do  Nowego  Jorku.  Telefon  o  tej 
porze był ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała. 

Podniosła słuchawkę. 
– Kate? Mówi Donald. Mam dla ciebie wezwanie. 
– Nie, nie masz – sprzeciwiła się stanowczo. – To nie jest moja zmiana. 
– Daj spokój, przecież i tak jesteś w samochodzie. 
– Jestem o godzinę drogi od miasta, Donald. Będziesz musiał zaczekać. 
– Wcale nie. Chciałbym, żebyś po drodze zabrała pasażera. Z restauracji 

na Garden State. On już czeka. 

– Czy komuś zepsuł się samochód? 
– Coś w tym rodzaju – wymruczał niepewnie Donald. – Zaparkuj tam, a 

on już cię znajdzie. 

– Kto? – zapytała Kate, ale połączenie zostało przerwane. 
Odwiesiła  powoli  słuchawkę.  Gdyby  tylko  wiedziała,  gdzie  jest  teraz 

Donald, oddzwoniłaby i powiedziała mu, co o tym myśli. Takie opóźnienie! 

Po  dziesięciu  minutach  ujrzała  znak  drogowy.  Niechętnie  włączyła 

migacz.  Przejechała  obok  restauracji  i  przystanęła  na  jasno  oświetlonym 
parkingu. Ledwo zdążyła wyłączyć silnik, kiedy ktoś otworzył drzwi od strony 
pasażera. 

– Witaj, Kate – powiedział cicho Ben. 
Zdumienie,  miłość  i  nadzieja  przepełniły  ją  całą.  Nie  była  w  stanie 

wykrztusić ani jednego słowa, ale jej uśmiech mówił wszystko. 

Ben usiadł obok Kate i zamknął drzwi. Zgasło światełko nad ich głowami 

i siedzieli teraz niemal po ciemku. 

– Czy kurs poza miasto również wchodzi w grę? – zapytał. 
Kate uśmiechnęła się i pocałowała go leciutko. 
– Zabiorę pana wszędzie, gdzie tylko pan zechce. Ben wziął ją w ramiona, 

a ona przytuliła się do niego z całej siły, jak gdyby chciała w nich pozostać na 
zawsze. Nie wiedziała o tym, że wcale nie zamierzał jej wypuścić. 

– Trudno byłoby mi odrzucić taką propozycję – powiedział. 

background image

– Mam nadzieję – Kate uniosła głowę. – Myślałam... 
– Nawet nie próbuj mi o tym mówić – przerwał Ben. – Im więcej myślisz, 

tym gwałtowniej się kłócimy. Nie będę się już z tobą spierał, Kate. I nie będę cię 
ś

cigał po całym mieście. Wychodzisz za mnie i koniec. 

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
– Czy to rozkaz? 
– Tak! Nie... to chyba prośba. 
– Akurat. 
– Znowu się ze mnie śmiejesz. 
– Nie – zaprzeczyła. – Cieszę się... 
Ujrzała, jak Ben sięga do kieszeni i wyjmuje pierścionek. Już po raz drugi 

nie mogła powstrzymać zachwytu na widok brylantu. 

Ben ujął Kate za rękę i wsunął pierścionek na jej palec. 
–  Właśnie  tu  powinien  się  znajdować  i  tu  pozostanie.  Teraz  jesteś  moja, 

Kate. Na zawsze. 

– A ty jesteś mój. – Popatrzyła na ich połączone dłonie. 
– Najwyższy czas, żebyś to zrozumiała. – Podobał mu się jej władczy ton. 

– A co do tej umowy... 

– Podpiszę, jak tylko wrócimy – pośpiesznie zapewniła Kate. 
– ...podarłem ją. 
Oboje zamilkli i patrzyli na siebie. 
– Znaczysz dla mnie więcej niż cokolwiek na świecie – zaczął cicho Ben. 

–  Z  całą  pewnością  nie  można  tego  mierzyć  dolarami  i  centami.  Miałaś  rację. 
Nigdy nie powinienem był pozwolić, aby coś takiego stanęło nam na drodze. 

–  Nie.  To ty  miałeś rację  – poprawiła go Kate. –  Zajęło to  trochę czasu, 

zanim  uświadomiłam  sobie,  że  kiedy  oskarżałam  cię  o  brak  zaufania,  tak 
naprawdę  starałam  się  ukryć  fakt,  że sama  w  siebie nie  wierzę.  –  Uśmiechnęła 
się szeroko.  –  Kto  wie?  Może  to  był  chwilowy  obłęd?  Ale  to minęło  i  możesz 
napisać nowy dokument, bo i tak nie pozwolę ci odejść. 

– To jakieś błędne koło – zauważył. 
–  Do  diabła!  –  Udawała,  że  patrzy  na  niego  ze  złością.  –  Próbuję  iść  na 

kompromis, więc, na litość boską, nie utrudniaj mi tego. 

– Nawet bym się nie ośmielił. Czy będziesz się ze mną kłóciła przez całą 

drogę do ołtarza? 

– Pewnie tak. – Oczy Kate błysnęły w ciemności. – Chociaż w tym twoim 

kontrakcie będzie z pewnością jakaś klauzula na ten temat. 

– Nie możesz sobie darować, co? 
– Nie ma mowy. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. – Posłuchaj, dam 

ci taką samą szansę, jaką ty mi kiedyś dałeś. Zagramy. Wyjdzie reszka i będzie 
tak, jak ty chcesz. Orzeł – tak jak ja. 

– Ale... 

background image

– Żadnych ale. – Wyciągnęła rękę. – Daj monetę. 
– Jeżeli nalegasz... – Wyciągnął dziesięciocentówkę. 
Kate  wzięła  monetę  i  rzuciła  do  góry.  Złapała  ją  i  spojrzała  na  Bena. 

Zastanowił ją niezwykle niewinny wyraz jego twarzy. Odniosła wrażenie, że coś 
knuje. Oderwała dłoń i ujrzała reszkę. 

– Wygląda na to, że wygrałeś – powiedziała. 
–  Niezupełnie.  –  Ben  kciukiem  przewrócił  monetę  na  drugą  stronę. 

Oczom Kate ukazała się... druga reszka. 

– Jesteś mi winien podwyżkę – zauważyła. 
– Nie ma sprawy – uśmiechnął się. – A ty mi pączka. 
– Wspaniały układ. 
– Doskonały. 
Oboje spojrzeli na rozciągającą się przed nimi pustą drogę. 
– Chyba zatoczyliśmy pełne koło – powiedziała. 
– Pierwsze z wielu. – Pochylił się nad nią. – Trzymaj się  mocno, słodka 

Kate. Ruszamy.