background image

LAURIEN BERENSON

Przypadkowy pasażer

The Sweetheart Deal

Tłumaczyła: Małgorzata Kołodzińska

background image

ROZDZIAŁ 1

Benjamin West nacisnął przycisk oznaczony literą „L” i czekał cierpliwie, 

aż drzwi zamkną się i winda zacznie zjeżdżać na dół. W lustrze widział odbicie 

swojej twarzy, której wyraziste rysy wyglądały nieco wojowniczo. Schylił się i 

postawił walizkę na podłodze, po czym poprawił wiśniowy szalik i starannie 

wygładził poły granatowego płaszcza.

Problemy   i   sposoby   ich   rozwiązania,   pomyślał   zirytowany,   gdy   drzwi 

windy otworzyły się na parterze. Czasami zbyt wiele było tych pierwszych i 

zdecydowanie za mało tych drugich.

W dni takie jak ten zastanawiał się, dlaczego w ogóle zajął się handlem 

nieruchomościami   i   budownictwem.   Ostatnie   przedsięwzięcie   Bena,   budowa 

Westcon Tower, była już opóźniona o kilka tygodni, a w dodatku robotnicy 

grozili strajkiem. Umowa dotycząca pewnej posiadłości na Lower West Side, 

która jeszcze tego ranka wydawała się całkiem pewna, wieczorem stanęła pod 

znakiem zapytania. Na dodatek szofer Bena zadzwonił z lotniska Kennedy’ego z 

informacją, że z powodu korków na autostradzie będzie do dyspozycji za parę 

godzin. Wszystko po staremu w Nowym Jorku.

Gdyby tego wieczora pojawiły się jeszcze jakieś kłopoty, powinien zająć 

się nimi Donald, asystent Bena. Benjamin West zostawił wprawdzie wiadomość, 

gdzie   można   go   znaleźć,   ale   Uczył   na   to,   że   nie   będzie   już   potrzebny   do 

jutrzejszego ranka. Po takim dniu jak dzisiaj bardziej niż zwykle potrzebował 

ciszy i spokoju, które zapewniał wiejski dom w Wilton.

– Dobry wieczór, panie West.

Ben skinął głową odźwiernemu i wyszedł na ulicę. Lodowaty wiatr szalał 

między   drapaczami   chmur.   Portier   rozglądał   się   w   poszukiwaniu   czarnej 

limuzyny marki Lincoln, która zazwyczaj oczekiwała przy krawężniku. Tym 

razem jednak jej nie było. Zastanawiał się, czy powinien wezwać taksówkę, ale 

z  tego,  co  słyszał,  szef  równie   chętnie  korzystał  z  metra,  jak  z  samochodu. 

background image

Trudno zgadnąć, czego taki człowiek sobie życzy. Z jego twarzy nie dało się 

niczego   wyczytać.   Biurowa   plotka   głosiła,   że   West   zawierał   transakcje   na 

miliony dolarów z taką samą nonszalancją, z jaką inni podejmowali decyzje 

dotyczące wyboru posiłku. Zimnokrwisty gad – oto czym był. Teraz pewnie 

nawet nie marzł.

Odźwierny obserwował, jak West skręca za róg i znika, po czym wycofał 

się do budynku. Gdyby West potrzebował jego pomocy, poprosiłby o nią. W tej 

sytuacji   lepiej   było   pozostawić   rzeczy   własnemu   biegowi.   Taki   człowiek   z 

pewnością nie będzie miał kłopotów ze złapaniem taksówki.

* * *

Zobaczyła go w świetle latami, gdy stał machając ręką. Wydawało się jej, 

że oczy mężczyzny utkwione są w niej, chociaż nie było możliwe, aby mógł 

dostrzec cokolwiek w ciemnym wnętrzu taksówki.

Dzisiejszej nocy było mało pracy. Od kilku minut Kate zastanawiała się, 

czy nie zostawić taksówki w garażu i nie pójść do domu, żeby chociaż trochę się 

przespać. Praca na dwie zmiany – i to już od stycznia – zaczynała się na niej 

mścić. Osiem godzin w butiku na Upper East Side, potem następne osiem w 

taksówce... Było to mordercze tempo, ale gdyby udało jej się wytrzymać do 

września, mogłaby zapłacić za trzeci rok studiów prawniczych na uniwersytecie 

w   Nowym   Jorku.   Jakoś   sobie   poradzi.   Zawsze   tak   było.   Warto   dążyć   do 

obranego   celu.   Nie   miała   wątpliwości,   o   co   chodzi   temu   mężczyźnie.   Był 

zdecydowany złapać taksówkę. Trudno. Ostatni kurs i wreszcie znajdzie się w 

domu.

– Dokąd pan chce jechać? – zapytała. Wzdrygnęła się, gdy do środka 

wdarł się podmuch zimnego powietrza. Automatycznie zerknęła w lusterko, aby 

przyjrzeć się pasażerowi. Kobieta prowadząca taksówkę nocą w Nowym Jorku 

musi być ostrożna. Mężczyzna nie wyglądał niebezpiecznie. Zmierzwione przez 

background image

wiatr ciemne  włosy  były  starannie   przystrzyżone  i  świeżo  umyte.  Elegancki 

płaszcz uszyto z czystej wełny. Oprawiona w skórę aktówka, którą położył obok 

siebie,   wyglądała   na   kosztowną.   Widniały   na   niej   inicjały   BDW.   Pasażer 

wydawał   się   zamożnym   mężczyzną,   który   kwotę   równą   jej   zarobkom 

przeznaczał zapewne na napiwki.

Znowu zerknęła na jego twarz. Rysy jakby znajome: mocna szczęka, nos 

o szlachetnym kształcie, brązowe oczy okolone długimi rzęsami i gęste brwi. 

Nagle uświadomiła sobie, skąd go zna. Jej spojrzenie powróciło do inicjałów na 

walizce.   To   był   on.   Na   ułamek   sekundy   oczy   Kate   rozszerzyły   się,   by   za 

moment przybrać swój zwykły wyraz. Obserwującemu ją Benowi spodobało się 

to. Zazwyczaj kobiety reagowały bardziej emocjonalnie. Niektóre uśmiechały 

się  prowokująco   i   przysuwały   bliżej.   Inne   natychmiast   chciały   rozmawiać   o 

interesach. Odkąd „Cosmopolitan” przyznał mu tytuł Mężczyzny Miesiąca, a 

„Business Week” zamieścił jego zdjęcie na okładce, praktycznie nie miał chwili 

spokoju. Tego rodzaju sława była wątpliwym zaszczytem, bez którego mógłby 

się   znakomicie   obejść.   Zachowanie   kobiety   prowadzącej   taksówkę   było 

przyjemną   odmianą.   Nazywała   się   Kate   Hallaby,   jak   odczytał   z   licencji 

przyczepionej do tablicy rozdzielczej.

– Dokąd pan chce jechać? – zapytała ponownie. Nie odwróciła się, lecz 

ich spojrzenia zetknęły się w lusterku. Zwrócił uwagę na intensywnie niebieski 

kolor jej, oczu. Były duże i błyszczące. Patrzyła na niego wyjątkowo chłodno.

Uznał, że dziewczyna ma ładną twarz, ale jej uroda nie rzucała się w oczy. 

Na ulicy pewnie by jej nie zauważył. Piegi na nosie i pełne usta sprawiały, że 

wyglądała bardzo młodo.

Oderwał wzrok od lusterka i zaczął się jej przyglądać.

Zauważył, że prawie wszystkie włosy ukryła pod wytartą baseballową 

czapeczką. Kosmyki, które wymykały się spod nakrycia głowy, miały piękny 

kasztanowy odcień. Jeżeli dziewczyna umie prowadzić samochód równie dobrze 

jak wygląda, wkrótce powinien znaleźć się w domu.

background image

– Czy kurs poza miasto również wchodzi w grę? – zapytał.

Nadzieja na miękkie łóżko i kubek gorącego kakao rozwiała się. Kate nie 

mogła odmówić. Przed siedzeniem dla pasażera widniała tabliczka informująca 

go o zakresie usług.

– Tak, oczywiście – odpowiedziała niechętnie. – Licznik będzie włączony 

przez cały czas, a pod koniec kursu wezmę podwójną opłatę. Płaci pan także za 

wjazd na autostrady.

– Doskonale – skinął głową Ben. – Proszę mnie zawieźć do Wilton w 

Connecticut. Wie pani, gdzie to jest?

Kate   miała   zamiar   się   odwrócić,   by   spojrzeć   na   mężczyznę,   ale   się 

rozmyśliła. Wilton w Connecticut? Nawet o tej porze, późnym wieczorem, jazda 

zajmie co najmniej trzy godziny. Ale on oczywiście nawet nie zapytał, czy jej to 

odpowiada. Najwyraźniej w jego mniemaniu nie miała więcej praw niż wszyscy 

ci, których opłacał, żeby prześcigali się w dogadzaniu mu.

– Oczywiście, proszę pana – warknęła i ujrzała, jak mężczyzna z irytacją 

unosi brwi. Uruchomiła silnik i zerknęła do tyłu, aby sprawdzić, czy droga jest 

wolna, po czym zjechała na ulicę.

Dlaczego trafił mi się właśnie on? – złościła się w duchu, jadąc na północ 

w kierunku Madison Avenue. I dlaczego musi jechać aż do Connecticut? Nigdy 

by się nie domyślił, jak bardzo kusiło ją, żeby zostawić go na środku ulicy i 

zaproponować,  aby  poszedł  na  piechotę.  Jednak  gdyby  odważyła  się  na   coś 

podobnego,   jej   szef   Arnie   –   właściciel   niewielkiego   przedsiębiorstwa 

taksówkowego – udusiłby ją własnymi rękami. Już jakiś czas temu ostrzegł ją 

przed nieodpowiednim zachowaniem.

Kate   przyśpieszyła,   aby   przejechać   skrzyżowanie   na   żółtym   świetle   i 

skręciła raptownie, unikając zderzenia z nieprawidłowo skręcającą taksówką. 

Zaklęła   dosadnie.   Słowa,   które   dobiegły   z   tylnego   siedzenia,   podczas   gdy 

samochód   zarzucił   gwałtownie,   były   równie   niecenzuralne.   Uśmiechnęła   się 

nieznacznie,   a   kiedy   zerknęła   w   lusterko,   ujrzała,   że   West   pochyla   się   nad 

background image

otwartą teczką i usiłuje pracować.

„Pracoholik” – tak pisano o nim w gazetach. Brukowa prasa napomykała 

również o bardziej interesujących faktach z jego życia. Jedno było pewne – 

czego by się Benjamin West nie tknął, zawsze mu się udawało. Zawarł kilka 

największych   transakcji   w   historii   Nowego   Jorku   i   jego   podobizna 

błyskawicznie znalazła się na wszystkich niemal okładkach pism ukazujących 

się w mieście. Ten człowiek miał olbrzymią władzę, zbyt dużą jak na jedną 

osobę.

Kate   przyśpieszyła   i   samochód   podskoczył   na   zakręcie.   Z 

Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy wyjechali na autostradę.

Samochód   zwolnił   i   Ben   ujrzał,   że   zbliżają   się   do   wjazdu   na   most 

Triborough. Kate bez słowa wyciągnęła rękę po pieniądze.

– No cóż – Ben nie mógł odmówić sobie zgryźliwej uwagi. – Gdyby 

dojechała   pani   aż   do   mostu   Willis   Avenue,   moglibyśmy   zaoszczędzić   te 

pieniądze.

– Ma pan rację – zgodziła się Kate. Wzięła od niego monety, po czym 

nacisnęła pedał gazu. – Jestem jednak pewna, że może pan pozwolić sobie na tę 

stratę.

Coś podobnego, pomyślał Ben. Nie był przyzwyczajony do tego, żeby 

ktokolwiek zwracał się do niego w tak mało uprzejmy sposób, a już na pewno 

nie kobieta prowadząca taksówkę, która mogła wiedzieć o nim tylko to, o czym 

pisała prasa.

– Proszę posłuchać. – Ben odsunął do końca dzielącą ich szybę i nachylił 

się ku dziewczynie. – Za kogo pani się uważa? Ma pani czelność mówić mi, jak 

mam wydawać swoje pieniądze?

– To pan postanowił jechać z Nowego Jorku do Connecticut taksówką – 

zauważyła Kate. – To pana zachcianka, a nie moja. A poza tym... – zerknęła na 

niego kątem oka – jeżeli może pan pozwolić sobie na mieszkanie w Westcon, 

rozrzutność musi być pana dominującą cechą.

background image

Ben sapnął ze złości. Celowo go prowokowała. Najważniejsi ludzie w 

mieście   począwszy   od   polityków,   a   skończywszy   na   przewodniczących 

zarządów największych firm, obawiali się jego gniewu, ale ją to zupełnie nie 

obchodziło.   Kate   Hallaby   miała   zimną   krew.   Ponadto   fakt,   że   aby   z   nią 

rozmawiać, musiał siedzieć na brzegu fotela, jak uczeń w gabinecie dyrektora, 

nie wpływał korzystnie na jego samopoczucie.

– Jest ogromna różnica między wydawaniem dużej ilości pieniędzy, aby 

mieć pewność, że coś zostało dobrze zrobione, a rozrzutnością – burknął.

– Z pewnością – łagodnie zgodziła się Kate.

Zaczął   padać   gęsty,   mokry   śnieg.   Kate   włączyła   wycieraczki   i 

skoncentrowała   się   na   prowadzeniu   auta.   Ujmując   mocniej   kierownicę, 

zastanawiała się, czy czasem nie była zbyt nieuprzejma dla Westa. W końcu on 

osobiście nic jej nie zawinił i w gruncie rzeczy nic ją nie obchodził. Chodziło o 

to, co sobą uosabiał. Szczerze nie znosiła ludzi ze szczytów drabiny społecznej, 

którzy posiadali władzę, pozwalającą im podporządkowywać sobie innych. Nie 

zastanawiali się nawet, jak ich decyzje wpłyną na życie jednostek. Spotykała już 

tego rodzaju osobistości – oczywiście mniej wpływowe – kiedy pięć lat temu, 

świeżo po maturze, zaczęła pracować w biurze porad prawnych w dzielnicy 

Bronx.

Kate przekonała się, jak dalece ludzie z niższych klas zależą od bogatych. 

Ludzie   ci   byli   zbyt   biedni   lub   niewykształceni,   żeby   się   przeciwstawić. 

Potrzebowali kogoś, kto będzie wierzył w ich racje: kogoś, kto będzie za nich 

walczył.

To pierwsze zadanie było łatwe, drugie wymagało przygotowania. Kate 

zaczęła   studiować   prawo,   żeby   dowiedzieć   się,   jak   bronić   pokrzywdzonych. 

Zdobywanie wiedzy nie było łatwe. Cztery długie lata godzenia zajęć na uczelni 

z   jedną   i   drugą   pracą,   oszczędzania   na   posiłkach   i   dzielenia   mieszkania   z 

przyjaciółką, żeby mniej wydawać na komorne. A i to okazało się za mało. 

Gdyby wystarczyło jej pieniędzy, zrobiłaby dyplom w czerwcu. W tej sytuacji 

background image

postanowiła spróbować w styczniu. Jednak w takie dni jak dzisiaj zaczynała 

wątpić, czy dopnie celu.

– Nie lubi mnie pani, prawda?

Niespodziewane pytanie przerwało jej rozmyślania. Kate odwróciła się i 

ujrzała, że West wciąż pochyla się w jej kierunku. Przyglądał się jej bardzo 

uważnie.

– Nie znam pana, panie West. Nie potrafię powiedzieć, czy pana lubię, 

czy nie.

– Zna pani moje nazwisko, chociaż się nie przedstawiłem. Domyślam się, 

że musi pani wiedzieć o mnie także inne rzeczy.

Kate wzruszyła ramionami. Doskonale rozumiała, co miał na myśli.

– Przypuszczam, że czytała pani o sprawie rozwodowej, w którą byłem 

zamieszany.   „National   Investigator”   rozpisywał   się   o   tym   z   ogromną 

przyjemnością.

Kate nie odwróciła się, ale słuchała uważnie.

–   Niestety   –   ciągnął   Ben   –   ten   brukowiec   zapomniał   dodać,   że 

utrzymywałem   kontakty   nie   z   żoną,   lecz   z   mężem,   i   w   dodatku   czysto 

zawodowe. Ta kobieta uznała, że praca męża odciąga go od niej i podała moje 

nazwisko,   żeby   wzbudzić   sensację.   Udało   się   jej   i   została   gwiazdą   jednego 

wieczoru. Brukowa prasa tak całą historię opisała, jak byśmy mieli romans.

Kto w Nowym Jorku nie słyszał o tej sprawie? Plotkarze uwielbiali takie 

sensacyjne opowieści, błyskawicznie puszczali je w obieg, dodając od siebie 

kilka pikantnych szczegółów.

–   Ciekawe,   dlaczego   pan   uważa,   że   powinnam   znać   tę   historię?   – 

odezwała się Kate lekceważąco. – Czy dlatego, że prowadzę taksówkę? Panie 

West, sądzi pan, że moje lektury ograniczają się do wątpliwej jakości pisemek?

–   Oczywiście,   że   nie   –   szybko   odpowiedział   Ben.   Po   raz   kolejny 

przyparła go do muru i wcale mu się to nie podobało. – Myślałem tylko, że...

– Wiem – przerwała mu Kate. – Sądzi pan, że taka mała, głupia kobietka 

background image

jak   ja   nie   byłaby   w   stanie   zrozumieć   nawet   jednego   słowa   z   „Wall   Street 

Journal”.

– Wcale nie to miałem na myśli. Do diabła, pani wmawia mi coś, czego 

nie powiedziałem!

– Doprawdy, Panie West?

Nagłe   szarpnięcie   przykuło   uwagę   Kate.   Samochód   wjechał   na   lód   i 

wpadł   w   poślizg.   Oderwała   nogę   od   pedału   gazu   i   skręciła.  W  ciągu   kilku 

sekund znaleźli się z powrotem na autostradzie, ale serce Kate biło jak oszalałe.

Ben westchnął, wpatrzony w słup, na którym omal nie wylądowali.

– Byliśmy blisko – stwierdził.

–   Zbyt   blisko   –   mruknęła   Kate.   Nie   pokonali   nawet   połowy   drogi,   a 

warunki pogarszały się z minuty na minutę. Zwolniła i wlekli się teraz – według 

nowojorskich   norm   –   jak   zmęczony   żółw.   Będzie   dobrze,   jeżeli   dojadą   do 

Wilton około północy.

– Utkniemy w tym śniegu – powiedział Ben, obserwując jej rozpaczliwe 

wysiłki. – Nie ma pani jakiegoś urządzenia do usuwania śniegu?

– Niestety, nie. – Kate nie odrywała spojrzenia od drogi.

– Arnie nie ma zbyt dużo pieniędzy, a poza tym uważa, że w Nowym 

Jorku śnieg nie pada. Nie ma prawa.

– Jeżeli pani tego nie zauważyła, to przypomnę, że nie jesteśmy już w 

Nowym Jorku.

Kate rzuciła mu urażone spojrzenie. Jej oczy mówiły wyraźnie: A czyja to 

wina?

– W porządku, ma pani rację. Jazda taksówką do Connecticut akurat teraz 

nie była moim najlepszym pomysłem.

Jeśli miały to być przeprosiny, to były mało przekonujące i zdecydowanie 

spóźnione. Gdyby West wpadł na ten pomysł godzinę temu, leżałaby teraz w 

ciepłym łóżku, zamiast walczyć ze śnieżycą.

–   Nie   zainteresował   się   pan   prognozą   pogody?   –   zapytała   ostro.   – 

background image

Wiedziałby pan, że bezpieczniej byłoby jechać pociągiem.

– A kto ma na to czas? – westchnął Ben, po czym spojrzał na nią uważnie. 

–  A  pani?   Siedząc   cały   dzień   w   tej   taksówce,   musiała   pani   coś   słyszeć   o 

zbliżającej się śnieżycy.

– Pewnie bym słyszała – zgodziła się Kate – gdybym spędziła w taksówce 

cały dzień. Zaczynam pracę dopiero o szóstej.

– O szóstej? – Ben zesztywniał. – Niech pani mi nie mówi, że jest pani 

jedną   z   tych   ambitnych   aktoreczek,   które   spędzają   całe   dnie   chodząc   na 

niezliczone zdjęcia próbne, po których zawsze odpadają?

– Niezupełnie – odparła sucho Kate. – Ale domyślam się, dlaczego pan 

tak uważa. Pan chyba sądzi, że kobieta stanowi tylko element dekoracyjny?

– Nigdy nie wygłaszałem podobnych opinii!

– Nie musiał pan. Pana postępowanie mówi samo za siebie. Nie czytałam 

„National Investigator”, panie West, ale zwykle przeglądam „Daily News”, w 

którym ukazał się artykuł Liz Smith o panu.

– Dobry Boże! – Ben ciężko opadł na siedzenie. Niespodziewanie zdał 

sobie sprawę, że ich słowny pojedynek wydaje mu się interesujący. Dawno już 

nie   rozmawiał   z   równie   wygadaną   kobietą.   Oczywiście,   było   jeszcze   kilka 

rzeczy, których powinna się nauczyć.

– Nikt pani do tej pory nie informował, że kiedy rozpoczyna się z kimś 

walkę, obowiązuje zasada nazywania przeciwnika po imieniu?

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– A więc my walczymy, Ben?

Spodobała mu się łatwość, z jaką zaczęła mówić mu po imieniu, i sposób, 

w jaki to imię wymówiła – zwięźle i pewnie. Jeszcze bardziej spodobał mu się 

jej uśmiech.

– Tak mi się wydaje – odparł. Ku własnemu zdumieniu, wcale nie był 

tego pewien. Kiedy przyglądał się Kate, która przygryzając dolną wargę skupiła 

się na prowadzeniu, przyczyna niepewności wydała mu się nagle jasna.

background image

– Albo walczymy, albo flirtujemy.

– Flirtujemy? – roześmiała się szczerze Kate. – Nie ma mowy!

–   No,   no,   no.   –   Ben   usadowił   się   wygodnie   i   wziął   głęboki   oddech, 

zamierzając zadać celny cios. – Dobry gracz nie powinien oszukiwać.

Kate zesztywniała. Już po raz drugi ją zaskoczył. Nie miała ochoty na 

zawieranie bliższej znajomości z Benjaminem Western, ale też nie chciała być 

niegrzeczna.

–   Przepraszam,   jeżeli   cię   uraziłam.   Jestem   pewna,   że   miliony   kobiet 

chciałyby z tobą flirtować. Kłopot w tym, że ja nie jestem jedną z nich.

– To niedobrze.

Kate   westchnęła   cicho.   W   cokolwiek   by   nie   grał,   nie   zamierzała 

podejmować tej gry. Doskonale potrafił manipulować ludźmi. Na tym przecież 

między innymi polegał jego zawód. Nie oznaczało to jednak, że ona zatańczy 

jak on jej zagra.

–   Muszę   zatankować   –   zmieniła   temat.   –   Będziemy   musieli   zjechać. 

Postaram się znaleźć czynną stację.

–   Jasne   –   zgodził   się   Ben.   –   Wszystko,   co   zechcesz.   Dotarli   do 

samoobsługowej stacji. Kate wyskoczyła z samochodu i napełniła bak, po czym 

wysunęła rękę po pieniądze.

– Kiedy ostatnio coś jadłaś? – zapytał Ben, gdy wróciła do auta.

– Jakiś czas temu – odpowiedziała sucho Kate. Nie widziała potrzeby 

wyjaśniania  mu, na ilu posiłkach dzisiaj zaoszczędziła. – Chyba nie chcesz, 

żebyśmy się teraz zatrzymali?

– Jasne, że nie. Ale pomyślałem, że zanim ruszymy, moglibyśmy kupić 

kilka pączków. Ja stawiam.

– Ostatni z wielkich rozrzutników – skomentowała Kate i była przyjemnie 

zaskoczona, widząc uśmiech na twarzy Bena Westa.

– Ejże. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Jeżeli nie masz ochoty na 

ciepły, pyszny pączek, to już nie moja sprawa.

background image

– W porządku – roześmiała się Kate. – Skoro tak uprzejmie zapraszasz. 

Proszę o jeden ciepły, pyszny pączek.

Czekała   w   samochodzie,   podczas   gdy   Ben   poszedł   po   zakupy.   Gdy 

wrócił, wydawało się jej zupełnie naturalne, że usiadł na miejscu obok kierowcy 

zamiast z tyłu. Tak samo, jak naturalny był śmiech z faktu, że ich ręce zderzyły 

się, kiedy równocześnie sięgnęli po pączki.

– Panie mają pierwszeństwo – nalegał Ben.

– Nie, ty pierwszy. Wyjadę na autostradę i dopiero potem zjem.

Gdy znaleźli się już na drodze, szybko uporała się z dwoma pączkami, 

popijając je wodą mineralną.

– Podobają mi się damy, które wiedzą, jak należy jeść – zauważył Ben, 

gdy Kate oblizywała palce z okruszków.

– A mnie podobają się mężczyźni, którzy nazywają mnie damą. – Kate 

chciała, aby zabrzmiało to żartobliwie, ale wyszło wręcz odwrotnie.

Czuła,   że   patrzy   na   nią,   i   odwróciła   głowę,   by   odwzajemnić   jego 

spojrzenie. Wyraz twarzy Bena złagodniał, ostre linie zmiękły. Zniknął magnat – 

pozostał   zwykły   mężczyzna.   Zaczęła   się   zastanawiać,   co   jeszcze   może   się 

zdarzyć. Przez krótką chwilę nie mogła oderwać od niego wzroku.

Gdyby to zrobiła, być może zauważyłaby lód. Nie mieli żadnych szans, 

gdy opony zaczęły się ślizgać i samochód stoczył się z drogi.

background image

ROZDZIAŁ 2

– Zobacz, co zrobiłeś!

– Ja? – ryknął Ben. Wyjrzał przez okno i stwierdził, że tkwią w zaspie. – 

To ty wpakowałaś nas w ten rów.

– Nigdzie nas nie wpakowałam. – Kate szybko wyłączyła silnik. – Wierz 

mi, zawinił samochód.

– Zwalanie na samochód nic nie da. – Ben klął głośno, próbując otworzyć 

drzwi.

– To wszystko  przez nagłą  utratę rozumu –  mruknęła do  siebie  Kate, 

przypominając sobie przeciągłe spojrzenie sprzed kilku minut. Patrząc teraz na 

zaczerwienioną,   rozzłoszczoną   twarz   Bena,   nie   dostrzegła   na   niej   żadnych 

śladów poprzedniej łagodności. Zresztą może jej się wtedy tylko wydawało?

– Zamierzam się wydostać i sprawdzić, czy wszystko jest tak źle, jak 

wygląda – burknął Ben.

– Nie bądź śmieszny. – Kate zerknęła na jego buty z drogiej, miękkiej 

skóry.   Z   pewnością   nadawały   się   wyłącznie   do   chodzenia   po   dywanach.   – 

Zniszczysz sobie buty, a poza tym to ja jestem kierowcą i ja nas stąd wyciągnę.

Wiedząc,   że   będzie   próbował   protestować,   Kate   otworzyła   drzwi   i 

pośpiesznie wygramoliła się z samochodu. Było gorzej, niż się spodziewała. 

Obydwa   prawe   koła   zagrzebane   były   w   śniegu.   Nawet   gdyby   posiadali 

odpowiednie narzędzia – a przecież ich nie mieli – nie było żadnej gwarancji, że 

zdarte opony będą nadawać się do dalszej jazdy.

Przedzierając się przez zaspę, Kate dotarła do tylnej części samochodu i 

oparła   się  o   karoserię. Wóz   nawet  nie   drgnął.   Bez   wątpienia   znaleźli   się   w 

pułapce.

Rozejrzała   się   po   okolicy.   Po   obu   stronach   szosy   rozciągał   się   las. 

Wcześniej mijali jakieś domy, tutaj jednak było pustkowie.

background image

– No i jak? – spytał Ben.

–   Kiepsko.   Nawet   nie   próbuj   wychodzić.   Dzisiaj   już   nigdzie   nie 

pojedziemy.

– Jesteś pewna?

– Jak najbardziej. – Kate podeszła i wyjęła kluczyki ze stacyjki. – Opony 

są zniszczone, a samochód zarył się głęboko w śniegu. Jedyne narzędzia, jakie 

posiadamy, to nasze własne ręce, więc odkopanie samochodu może nam zająć 

kilkanaście godzin. Najlepiej będzie, jeżeli poczekamy na pług śnieżny, który 

przyjedzie jutro rano.

– Rozumiem – skrzywił się Ben. Przekreślało to całkowicie szanse na 

spokojną noc, którą zamierzał spędzić w swoim wiejskim domu. Zobaczył, że 

Kate odchodzi. – Gdzie idziesz?

–   Chcę   sprawdzić,   czy   gaźnik   nie   jest   zapchany   –   wyjaśniła   Kate 

przyklęknąwszy za samochodem. – Będziemy musieli włączyć silnik, żeby nie 

zamarznąć.

– A co z bagażnikiem? Może znajdziesz tam coś, co mogłoby się nam 

przydać?

– Właśnie zamierzałam sprawdzić.

Ben   zatęsknił   do   swojej   smukłej   czarnej   limuzyny,   luksusowo 

wyposażonej,   począwszy   od   maleńkiej,   dobrze   zaopatrzonej   lodówki,   a 

skończywszy na odbiorniku telewizyjnym. Rozejrzał się po wnętrzu taksówki i 

potrząsnął głową z niesmakiem.

– Hej! – krzyknęła Kate. Z jej głosu biło zadowolenie. Zatrzasnęła klapę 

od bagażnika i wśliznęła się do samochodu. – Znalazłam koc.

Ben   przyjrzał   się   zniszczonej,   poplamionej   tkaninie,   którą   trzymała   w 

rękach. Wyglądało na to, że mole odwaliły kawał solidnej roboty.

– I to wszystko? – zapytał.

Uśmiech zniknął z twarzy Kate. Radość ustąpiła miejsca irytacji. Wizja 

nocy spędzonej w środku szalejącej śnieżycy była dla niej równie nieprzyjemna 

background image

jak dla niego, ale przynajmniej starała się robić dobrą minę do złej gry.

–   Szczerze   mówiąc   –   burknęła   –   była   tam   jeszcze   opona   i   jakieś 

przewody, ale pomyślałam, że to cię raczej nie zainteresuje.

Ben   przestał   się   złościć.   Przecież   w   końcu   to   nie   jej   wina,   że   byli 

uwięzieni w zaspie. Cóż, przynajmniej nie tylko jej wina.

– Masz rację – przyznał, starając się, aby jego głos brzmiał uprzejmie. – 

Koc rzeczywiście bardzo się przyda.

Kate spojrzała na niego z niesmakiem.

– I to jeszcze jak, mądralo! Jeżeli jeszcze nie przyszło ci to do głowy, to 

wiedz, że nad ranem będzie cholernie zimno. Gdyby jednak się okazało, że 

jesteś zbyt wybredny, aby skorzystać ze starego, wojskowego koca, to już twoja 

sprawa. Na pewno nie moja.

Zdecydowanym ruchem owinęła się szczelnie kocem.

– Już mi lepiej – oznajmiła. – Cieplutko i przyjemnie. Ben obserwował, 

jak Kate stara się sprawiać wrażenie beztroskiej i zadowolonej, ale zachował 

uśmiech   dla   siebie.   Ta   dama   nie   pozwalała   z   siebie   kpić   –   nawet   jemu.   Z 

jakiegoś powodu bardzo mu się to podobało.

–   Cóż   –   spytał   –   podzielimy   ostatniego   pączka,   czy   będziemy   rzucać 

monetą?

Głód   dawał   się   Kate   we   znaki.   Pączki,   które   zjadła   wcześniej,   tylko 

zaostrzyły jej apetyt, a teraz żołądek gwałtownie domagał się jedzenia.

– Dżentelmen zaofiarowałby mi całego pączka – spróbowała.

Ben parsknął krótkim, urywanym śmiechem.

– Dobrze się dla mnie składa, że nie zaliczam się do tej kategorii. Oboje 

tu utkwiliśmy, kochanie, i każde z nas dba o własny interes.

– Doprawdy? – Kate uniosła brwi. – A myślałam, że zasada „najpierw 

kobiety i dzieci” bardziej pasuje do sytuacji.

Ben pogrzebał w kieszeni i wyciągnął dziesięć centów.

– Orzeł czy reszka? – zapytał podrzucając monetę w górę. – Ty pierwsza.

background image

Kate śledziła, jak Ben łapie monetę i kładzie ją na grzbiecie drugiej dłoni.

– Reszka – powiedziała w końcu i uśmiechnęła się z zadowoleniem, kiedy 

Ben odsłonił monetę i okazało się, że wygrała.

Wzięła torebkę, wyciągnęła ostatniego pączka i trzymała go przed sobą, 

wpatrując się w niego z zachwytem niczym kolekcjoner studiujący rzadki okaz 

ze swoich zbiorów.

– Pewnie nie zgodzisz się na jeszcze dwa rzuty? Wygrywa ten, kto trafi 

dwa razy na trzy.

– Nie ma mowy.

– A co powiesz o jeszcze jednym rzucie? Wszystko albo nic.

– Wybacz, wielki rozrzutniku. – Kate zerknęła na jego puste dłonie. – Ale 

z tego miejsca nie widzę, żebyś miał coś do zaoferowania.

– Cóż, na twoim miejscu nie byłbym taki pewien. – Ben ponownie sięgnął 

do kieszeni płaszcza. – Mogę nie mieć pączków, ale mam za to coś innego.

Kate zastanawiała się, czy nie powinna czuć się urażona, ale tak naprawdę 

była rozbawiona.

Przygwoździła go uważnym, ciężkim spojrzeniem.

– Próbuje mnie pan przekupić, sir?

– Może. – Ben niedbale otworzył portfel.

Chociaż Kate postanowiła nie dać znać po sobie, jakie wrażenie zrobiła 

na niej zawartość portfela, jej oczy rozszerzyły się. Od początku zamierzała 

podzielić się z nim pączkiem. Była pewna, że gdyby on wygrał, zachowałby się 

tak   samo.  Ale   teraz,   widząc   jak   Ben   niedbale   przerzuca   banknoty,   poczuła 

dziwny   ucisk   w   żołądku.  Ten   człowiek   miał   przy   sobie   wystarczająco   dużo 

pieniędzy, żeby opłacić cały semestr na uniwersytecie – pieniędzy, na które ona 

musiała   zarabiać   pracując   dzień   i   noc   i   oszczędzając,   ile   się   da.   Chyba   nie 

mówił serio?

Do diabła z jej skrupułami! I tak nigdy się nie dowie.

– Odłóż portfel – rzuciła przez zęby.

background image

– Go? – Ben ujrzał gniew w jej oczach.

– Powiedziałam, odłóż go. Tu ci nie będą potrzebne pieniądze. Rozerwała 

pączek na dwie części. – Masz, weź.

–   Nie.   Ty   wygrałaś.   Należy   do   ciebie,   chyba   że   wypracujemy   jakiś 

rozsądny kompromis.

– Na litość boską! – Kate wepchnęła mu połówkę pączka w rękę. – Weź 

to, dobrze?

Ben przyjął pączka i jadł go powoli, wciąż patrząc na Kate.

– Wiem, że spędzanie nocy w taki sposób nie należy do przyjemności – 

powiedział,   gdy   oboje   skończyli   jeść.   –  Ale   może   mogłabyś   mi   wyjaśnić, 

dlaczego jesteś taka wściekła?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Jasne. Minutę wcześniej, omal mnie nie uderzyłaś. Gdybym nie przyjął 

tego pączka, pewnie wepchnęłabyś mi go do gardła.

– Nie bądź śmieszny. Nigdy bym tego nie zrobiła. Ben był zaniepokojony 

łatwością, z jaką mu umykała.

Przywykł   do   obcowania   z   ludźmi,   którzy   liczyli   się   z   jego   pozycją   i 

możliwościami, reagując na nie szacunkiem lub strachem. Dlaczego z tą – jego 

spojrzenie zlustrowało postać w dżinsach – z tą kobietą nie dawał sobie rady?

– Słuchaj – ciągnął z irytacją. – Jestem równie zdenerwowany tą sytuacją 

jak ty. Ale wygląda na to, że będziemy musieli spędzić razem jeszcze jakiś czas. 

Moglibyśmy przynajmniej zachowywać się wobec siebie w uprzejmy sposób.

– Ja zachowuję się bardzo uprzejmie – warknęła Kate. Wiedziała, że ulega 

emocjom, a to jeszcze bardziej ją rozwścieczało. – I będę się tak zachowywać, 

dopóki będziesz trzymał portfel w ukryciu.

–  A więc  to  o  to  chodzi.  –  Ben  odprężył  się.  –  Powiedz,  czy  chodzi 

konkretnie o moją skromną osobę, czy to ogólne uprzedzenie do każdego, komu 

przydarzy się mieć trochę pieniędzy?

– Nie umiałabym nawet powiedzieć, ile to jest „trochę pieniędzy”.

background image

– Pierwszy milion przychodzi ciężko – wzruszył ramionami Ben. – Potem 

już wszystko jest łatwiejsze.

Kate przyglądała mu się z niedowierzaniem.

–   Widzisz?   Na   tym   właśnie   polega   cały   problem.   Masz   tak   dużo 

pieniędzy, że straciłeś kontakt z życiem, ze zwykłymi ludźmi. Pierwszy milion 

przychodzi ciężko – powtórzyła i potrząsnęła głową. – Dosyć tego!

– Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić.

Ku  zdumieniu  Kate,  przeprosiny  brzmiały  szczerze.  Przecież  w  końcu 

powiedziała mu tylko prawdę. Czemu więc nagle poczuła się tak głupio? Miała 

rację czy nie?

– Nie mówmy już o tym. – Kate otuliła się szczelniej kocem. Nie była 

pewna, czy po to, aby się ogrzać, czy też osłonić przed nim. – Chyba jestem 

trochę zbyt drażliwa na tym punkcie.

– Dlaczego?

– Jak na człowieka, który płaci innym, żeby myśleli za niego, zadajesz 

mnóstwo pytań.

– Czemu nie? – odparł Ben. – Mamy mnóstwo czasu i nic do roboty. 

Chyba że – dodał, przyglądając się parze wydobywającej się z jego ust przy 

każdym słowie – chyba że chcesz zająć się liczeniem baranów, zanim całkiem 

zamarzniemy.

– Jest coraz zimniej, prawda? – Sięgnęła do kieszeni dżinsów, wyjęła 

kluczyki i włożyła je do stacyjki. – Na szczęście mamy pokaźny zapas benzyny. 

Możemy włączać silnik, kiedy nam się tylko spodoba.

– To jedna możliwość?

– A jest jakaś inna? – Kate odwróciła się w jego stronę.

– Myślałem, że mogłabyś użyczyć mi kawałka koca. Ben uśmiechnął się 

rozbrajająco. Kate zabiło żywiej serce. Potraktowała to jako ostrzeżenie.

–   Przecież   ci   proponowałam   –   przypomniała.   –  Ale,   o   ile   pamiętam, 

odrzuciłeś moją propozycję.

background image

– Zapytaj jeszcze raz.

Głos Bena był niski i zmysłowy. Ostatnim razem, kiedy użył swojego 

czaru, wpakowała ich do rowu. A to pewnie było drobnostką w porównaniu z 

tym, co mogłoby wydarzyć się teraz.

– Dlaczego wydaje mi się, że składasz mi propozycję nie do odrzucenia?

– Może dlatego, że tak istotnie jest? Ben pociągnął za koc i rozłożył go.

– Przesuń się – mruknął moszcząc się koło niej. – Jest mnóstwo miejsca 

dla nas obojga, pod warunkiem że nie masz nic przeciwko temu, że będziemy 

trochę przytuleni.

Przytuleni? To nie było właściwe słowo. Bardziej pasowało tu określenie: 

ściśnięci, stłoczeni.

– Widzisz? – Ben objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. – Miałem 

rację, że to dobry pomysł.

– Rzeczywiście.

– Jedna rzecz, która przemawia na korzyść tych starych taksówek, to ich 

miękkie i wygodne siedzenia.

–   Ale   z   pewnością   nie   tak   wygodne   jak   te   w   twojej   limuzynie   – 

przypomniała   Kate.   Niezależnie   od   tego,   jak   czuła   się   w   tej   chwili,   bariery 

między nimi były nie do sforsowania. Żyli w dwóch różnych światach. – Pewnie 

ten twój lincoln nigdy nie wylądowałby w takim miejscu.

– Pewnie nie – zgodził się Ben i przysunął się bliżej. – Ma specjalne 

opony, dostosowane do jazdy po śniegu i lodzie.

Kate spojrzała na niego i zobaczyła, że się uśmiecha. Powoli jej niechęć 

ustępowała. Nie dopuszczała nawet myśli o tym, dlaczego tak się działo.

– A poza tym – ciągnął Ben. – Jeżeli jeszcze tego nie zauważyłaś, to 

wiedz,   że   jestem   człowiekiem,   który   uwielbia   trudności.   Lubię   sytuacje,   z 

których pozornie nie ma wyjścia, a które w efekcie mogę próbować obracać na 

własną korzyść.

– O, doprawdy? – zachichotała Kate. – Cóż, proszę bardzo. Jeżeli możesz 

background image

odnieść   jakąś   korzyść   z   siedzenia   w   taksówce   na   poboczu   podczas   nocnej 

śnieżycy, to moje gratulacje.

– Jeszcze sam nie wiem, co z tego wyniknie, ale nie wygląda to wcale tak 

źle. – Ben przysunął się jeszcze bliżej. – Daj spokój zmartwieniom i spróbuj się 

odprężyć.

Odprężyć! Była zbyt odprężona. Nie chciała opierać się o Bena, wdychać 

zapachu znakomitej wody toaletowej, czuć się bezpiecznie w jego ramionach. 

Ale jakoś nic nie mogła na to poradzić.

Wstała dziś o szóstej rano, pracowała osiem godzin w butiku, a potem 

zmagała   się   z   ruchem   ulicznym   na   Manhattanie.   Jej   ciało   domagało   się 

odpoczynku. Przymknęła oczy, słysząc, jak szepcze jej coś do ucha.

– O wiele lepiej...

Mężczyźni, pomyślała sennie Kate. Tak łatwo ich przejrzeć.

– A teraz – ciągnął Ben tym samym łagodnym tonem – powiedz mi, skąd 

się bierze u ciebie ta niechęć do bogatych.

Kate otworzyła oczy. Powinna była się domyślić, że  ten człowiek nie 

zwykł zostawiać spraw własnemu biegowi. Była jednak zbyt zmęczona i zbyt 

śpiąca, żeby się opierać i wykłócać.

–   Budynek   O’Dwyera   –   powiedziała.   Poczuła,   że   Ben   zesztywniał.   – 

Połowa lat siedemdziesiątych. Pamiętasz?

– Tak – odrzekł krótko i czekał, co Kate powie dalej.

– To była stara kamienica na Brooklynie. Moja  babcia mieszkała tam 

przez pięćdziesiąt lat, aż do momentu, kiedy dom został zburzony, aby mógł tam 

powstać   biurowiec.   Babcię   eksmitowano   –   westchnęła   z   goryczą   Kate.   – 

Podpisała papiery, których nie rozumiała, a które wcisnął jej człowiek pracujący 

dla jakiegoś potentata.

– Projekt „West” – przypomniał cicho Ben.

– Babcia zamieszkała z nami. Nie miała dokąd pójść. Wszystko, co się dla 

niej liczyło – sąsiedzi, sposób życia, niezależność – zniknęło w jednej chwili.

background image

– Przykro mi.

– Mam nadzieję. Sytuacja pozwalała na wykorzystywanie biednych, a ty 

skorzystałeś z okazji. Ale to chyba nie jest powód do dumy.

– Nie tylko lokatorzy zostali oszukani – zauważył Ben. Nie myślał o tym 

od   lat,   ale   wspomnienie   było   na   tyle   żywe,   że   znów   poczuł   wściekłość.   – 

Gdybym mógł cofnąć czas! Wtedy nic nie mogłem zrobić.

– Na budynku widniało twoje nazwisko. Niezależnie od intencji, to ty 

jesteś odpowiedzialny.

Ben wycofał się z podejmowania prób wyjaśnień i nagle Kate poczuła się 

odtrącona. Nie przywykła do takich odczuć, tym bardziej że była to reakcja, 

jakiej najmniej spodziewała się w tych okolicznościach.

Odezwała się zirytowana:

– Jesteś na szczycie, Ben, i widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć. Wierz 

mi, że z dołu wygląda to o wiele mniej przyjemnie.

Jak ona śmie oceniać jego życie? Tak naprawdę niewiele wie o tym, co się 

naprawdę   wtedy   wydarzyło.   Nawet   nie   raczyła   go   wysłuchać.   Z   góry 

postanowiła ocenić go jak najgorzej.

–   Myśl   sobie,   co   chcesz   –   odpowiedział   zimno.   –   Nie   muszę 

usprawiedliwiać się przed nikim.

– Nie, nie musisz.

Co ją to obchodziło? Ben żył w swoim świecie, a ona w swoim. Ponadto z 

pewnością   niewiele   znaczyła   dla   niego   jej   opinia,   jeżeli   w   ogóle   znaczyła 

cokolwiek. A teraz była już zbyt zmęczona, aby ciągnąć to dłużej.

Oparła się o siedzenie i zamknęła oczy.

– Posłuchaj, czy moglibyśmy odłożyć naszą sprzeczkę na stosowniejszą 

porę? – zapytała. – Jestem piekielnie zmęczona. Jedynym moim pragnieniem w 

tej chwili jest zapaść w sen.

Złość   Bena   wyparowała   natychmiast.   Kate   wyglądała   tak   krucho   i 

delikatnie. Blada skóra błyszczała w słabym świetle księżyca. Pod zamkniętymi 

background image

oczami rysowały się głębokie cienie.

W chwilę później Kate zaczęła oddychać głęboko i równo. Spała z głową 

opartą   na   siedzeniu.   Baseballowa   czapka   zsunęła   się,   uwalniając   gęste, 

kasztanowe   włosy,   które   spłynęły   swobodnie   na   ramiona.   Ben   miał   ochotę 

zanurzyć palce w ich połyskującej gęstwinie.

Nagle, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, zaczął delikatnie gładzić 

jej   policzek.   Westchnęła   cicho,   ale   nie   obudziła   się.   Teraz   już   śmielej   Ben 

obrysowywał końcem palca kształt jej wydatnych ust.

Śpiąca Królewna, pomyślał i żachnął się lekko, kiedy uświadomił sobie, 

że przy takim założeniu jemu przypada rola księcia. Niech Bóg broni! Tym 

bardziej że w tej bajkowej księżniczce była łagodność, której próżno byłoby 

szukać u Kate Hallaby. Nauczyła się walczyć i nauczyła się tego nadzwyczaj 

dobrze. Przynajmniej jeśli chodzi o niego, nie przepuściła żadnej okazji.

Wyraźnie go nie akceptowała. Wychodziła z siebie, żeby mu to okazać w 

sposób, nie pozostawiający żadnych złudzeń. On także już wiedział, co o niej 

myśleć   –   wyszczekana   osóbka.   Różnili   się   od   siebie   pod   każdym   niemal 

względem. Gdyby nie zbieg okoliczności, nigdy by się nawet nie spotkali i po 

dzisiejszej nocy prawdopodobnie więcej się nie zobaczą.

Nic dla siebie nawzajem nie znaczą, pomyślał stanowczo Ben. Byli tylko 

dwojgiem obcych ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tym samym miejscu 

i   czasie.   Dlaczego   więc   tak   bardzo   pragnął   pochylić   się   nad   nią   i   skraść 

pocałunek?

I wtedy Kate poruszyła się we śnie i przybliżyła twarz do jego ramienia. 

Ben objął ją mocno. Delikatnie ujął róg koca i otulił dziewczynę szczelnie aż 

pod brodę.

– Mmm. – Kate uśmiechnęła się sennie, przysuwając się jeszcze bliżej. – 

Dobranoc, Barry.

Barry! Ben sztywniejąc cofnął rękę. Żadna z jego kobiet nie pomyliła go z 

nikim innym. Ta myśl zaniepokoiła go. Żadna z jego kobiet?

background image

–   Kocham   cię   –   wymruczała   Kate   tym   samym   sennym   tonem   i   ku 

własnemu   zdumieniu   Ben   poczuł,   jak   ogarnia   go   ogromna   fala   czułości.  Ta 

deklaracja   poruszyła   w   nim   jakąś   ukrytą   strunę,   wzbudzając   emocje,   które 

powinny pozostać uśpione.

Ujmując twarz Kate w dłonie, Ben pochylił się nad nią. Przez chwilę jego 

usta znajdowały się tuż nad jej wargami. Znów uśmiechnęła się sennie i wiedział 

już, że jest zgubiony.

Usta dziewczyny były gorące i chętne. Kiedy mocniej przycisnął wargi, 

Kate natychmiast zareagowała. Przez moment poczuł się winny, ale uczucie to 

szybko zniknęło, gdy zaczęła oddawać mu pocałunki. Był oszołomiony.

Nagle Kate odsunęła się od niego. Otworzyła oczy i w chwilę potem 

próbowała zorientować się w sytuacji.

– Ben? – spytała niemalże szeptem.

– Jestem tutaj, Kate. Potrząsnęła nieznacznie głową.

– Widzę – powiedziała. Rzeczywiście, trudno było nie zauważyć tego, 

skoro   leżeli   przytuleni   do   siebie.   Nie   zważając   na   uśmiech   Bena,   powoli 

wyplątywała się z jego objęć. – Co... Kiedy... Czy my...?

– Czy my... O co ci chodzi?

– Nie wiem – przyznała Kate. – Chyba musiało mi się coś przyśnić.

– Nie – odpowiedział cicho Ben, równie zaskoczony sytuacją jak ona. – 

To chyba mnie się coś przyśniło.

– Co?

– Nieważne – odrzekł. W półmroku Kate dostrzegła jego uśmiech. – Śpij.

– Nie mogę – zaprotestowała Kate, ale powieki już jej opadały. – Muszę 

czuwać, żeby włączać ogrzewanie. W przeciwnym wypadku zamarzniemy.

– Nie przejmuj się. – Ben pogłaskał ją delikatnie po włosach. Zasypiając, 

Kate usłyszała z oddali jego głos. – Zaopiekuję się tobą.

background image

ROZDZIAŁ 3

– Hej, proszę pani! Proszę się obudzić!

Kate   z   trudem   otworzyła   oczy.   Oślepił   ją   blask   porannego   słońca. 

Usłyszała stukanie. Co się tu działo?

Benjamin West leżał w poprzek siedzenia. Głowa i ramiona mężczyzny 

spoczywały   na   jej   udach.   Koc,   którym   oboje   byli   przykryci,   zsunął   się   na 

podłogę. Wyglądało na to, że Benowi jest wyjątkowo wygodnie. Jedną rękę 

przewiesił przez jej nogi, a drugą podpierał policzek. Ciemne włosy mężczyzny 

były zmierzwione, krawat rozluźniony. Na szczęce pojawił się cień zarostu.

Wyglądał wspaniale.

I co ona miała z tym robić?

– Ejże, czy pani mnie słyszy?

Kate podskoczyła, kiedy pukanie rozległo się tuż koło jej ucha. Odwróciła 

głowę i gwałtownie zamrugała oczami, żeby odgonić zjawę. Nic to jednak nie 

pomogło. Nie zniknęła przyciśnięta do szyby rumiana twarz w futrzanej czapce. 

Gdyby nie szyba, dotykaliby się nosami. Nie opodal Kate ujrzała pług śnieżny. 

Nagle wszystko zaczęło nabierać sensu.

– Potrzebuje pani pomocy czy nie?

– Tak – krzyknęła Kate. – Oczywiście! Wyciągnęła rękę i uchyliła okno, 

wpuszczając mroźne powietrze do środka. Usłyszała cichy pomruk. Nawet nie 

spojrzała w stronę Bena. Później z nim porozmawia.

–   Mógłby   mnie   pan   stąd   wyciągnąć?   –   zapytała   z   niepokojem.   – 

Spędziliśmy całą noc w tej śnieżycy.

– Drogę zamknięto o drugiej, dlatego nikt tędy wcześniej nie przejeżdżał. 

Ma pani linkę?

– Może. – Kate odsunęła koc i wydostała się z samochodu. Nie obejrzała 

się i nie zamieniła z Benem ani słowa. Co zresztą miała mu powiedzieć?

background image

Nawet  jej babcia  –  ekspert od  etykiety  – pewnie  nie wiedziałaby, jak 

powinna zachować się w takiej sytuacji. Było coś żenującego w tym, że spędziła 

noc w ramionach przypadkowo poznanego mężczyzny. A ponadto zaskoczyło ją 

odczucie, jakiego doznała budząc się obok Bena, zwłaszcza że noc wypełniona 

była takimi marzeniami...

– Zajrzę do bagażnika – poinformowała. – Wydaje mi się, że widziałam 

tam wczoraj linkę.

Delikatny i puszysty śnieg sięgał jej aż po kostki. Nawet za pomocą linki 

wyciągnięcie samochodu nie będzie łatwe.

Uniosła klapę i spostrzegła siedem metrów grubej linki.

– Proszę – powiedziała. – Czy to będzie się nadawało?

– Chyba nie ma innego wyjścia, prawda? – spytał jakiś głos tuż za nią.

Kate   wyprostowała   się   powoli.   Nie   musiała   sprawdzać,   kto   to   mówi. 

Kierowca nadal stał przy drzwiach, ale auto było puste. Zresztą kogo próbowała 

oszukać? Po wspólnie spędzonej nocy rozpoznałaby ten głos wszędzie.

– Wstałeś – zauważyła błyskotliwie.

– Bystra jesteś – odparł Ben. – Trzeba ci to przyznać. Nie musiała nawet 

patrzeć na niego, żeby wiedzieć, że się uśmiecha.

– Pomóc ci?

– To nie jest konieczne.

– Nie o to pytałem.

– Zniszczysz buty...

– Za późno, żeby się o to martwić. – Ben zerknął na oblepione śniegiem 

mokasyny.

– Ale złapiesz zapalenie płuc...

Wyciągnął rękę i wyjął z jej rąk splątaną linkę. Sprawnie owinął ją sobie 

dookoła ramienia.

–   Zawsze   jesteś   rano   taka   kłótliwa?   Czy   dzisiaj   zaistniały   szczególne 

okoliczności?

background image

Kate spojrzała na niego ponuro.

– Dzisiaj zaistniały szczególne okoliczności – rzuciła ostro. To powinno 

mu zamknąć usta. I rzeczywiście. Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim 

śmiechem.

– Masz tupet, wiesz? – stwierdziła, po czym zatrzasnęła bagażnik. – Poza 

tym jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, jak możesz być w tak dobrym 

humorze po takiej nocy.

– To dar Boży.

– Bez wątpienia.

– A poza tym zazwyczaj jestem w wesołym nastroju.

–   Jasne   –   odparowała   słodko   Kate.   –   Założę   się,   że   zaraz   spróbujesz 

sprzedać mi most brooklyński.

– Jeżeli o to chodzi...

Z niezrozumiałych powodów Kate była tak zirytowana, że chętnie by go 

uderzyła. Być może zrobiłaby to nawet, gdyby nie podszedł do nich kierowca.

– Mam wam pomóc czy rezygnujecie? – zapytał zniecierpliwiony. – Nie 

będę tu tracił całego dnia.

Kiedy   Ben   zajął   się   mocowaniem   linki,   Kate   naprowadzała   kierowcę 

pługa   w   pobliże   taksówki.   Gdy   oba   pojazdy   znalazły   się   w   dostatecznej 

odległości od siebie, dała znak do zatrzymania i przyłączyła się do Bena.

– Usiądź za kierownicą i prowadź – rozkazał, gdy skończyli. – Ja popchnę 

z tyłu. Chociaż  ten pług ma mocny silnik, to jednak podejrzewam, że będą 

kłopoty z wyciągnięciem nas stąd.

–   Zgadzam   się   z   tobą   i   dlatego   uważam,   że   ty   właśnie   powinieneś 

prowadzić, a ja pchać.

– Nie bądź śmieszna. Jestem o wiele silniejszy.

– Owszem – łagodnie zgodziła się Kate. – Ale twoje mokasyny są śliskie, 

a poza tym bez rękawiczek odmrozisz sobie ręce.

Ben zacisnął usta i spojrzał na nią gniewnie. Nigdy jeszcze nie spotkał 

background image

kobiety, która by tak bardzo lubiła się sprzeciwiać.

– Spróbuję – stwierdził.

– Ale Ben...

Otworzył drzwi i zdecydowanym ruchem wepchnął ją do taksówki.

– To mi dopiero osiłek! – warknęła, ale mężczyzny już przy niej nie było.

Ben   mamrocząc   wściekle   pod   nosem   odszedł   na   tył   samochodu. 

Poprzedniej  nocy   musiał   chyba  oszaleć!  Jak   mogła  oczarować  go   ta  uparta, 

zawzięta   kobieta?   Dzięki   Bogu,   że   już   nigdy   więcej   się   nie   zobaczą. 

Prawdopodobnie zwariowałby, gdyby ciągle miał z nią do czynienia.

– Gotowi? – wrzasnął kierowca pługu.

– Ruszamy! – odkrzyknął Ben.

Kate wystawiła przez okno rękę z kciukiem skierowanym do góry. Przy 

akompaniamencie wycia silnika pług powoli ruszył z miejsca. Lina pomiędzy 

pojazdami napięła się, ale taksówka ani drgnęła. Koła obracały się w miejscu, 

chociaż Ben napierał na samochód całym ciężarem.

W   końcu   koła   przestały   buksować   i   samochód   ruszył   do   przodu. 

Przejechał   kilka   metrów   i   stanął   kołysząc   się.   Wewnątrz   Kate   walczyła   z 

kierownicą, podczas gdy pług powoli ciągnął taksówkę, aż wreszcie ustawił ją 

na świeżo oczyszczonej drodze.

Kate westchnęła z ulgą i wyłączyła silnik, po czym zerknęła w lusterko. 

Przez chwilę w ogóle nie mogła dostrzec Bena. Potem uświadomiła sobie, że 

dwa ciemne przedmioty wystające z zaspy były jego stopami.

Tłumiąc   chichot   otworzyła   drzwi   i   pobiegła   na   pomoc.   Szybko 

zorientowała   się,   że   jej   pasażer   jest   cały   i   zdrowy,   chociaż   uwięziony   w 

głębokim śniegu.

– Jeżeli powiesz „A nie mówiłam”, kopnę cię – rzucił gniewnie Ben.

–  Ani   mi   to   w   głowie.   –   Kate   podeszła   bliżej.   Kiedy   opony   złapały 

podłoże, Bena odrzuciło do tyłu i wylądował w zaspie śniegu. Wyglądało na to, 

że im energiczniej próbował się z niej wydostać, tym głębiej zagrzebywał się w 

background image

miękkim puchu.

– Pomożesz mi wreszcie?

– Zastanawiam się – uśmiechnęła się Kate.

– Zastanawiaj się szybciej. Tu jest cholernie zimno.

– Szkoda, że nie jesteś ubrany stosownie do sytuacji. Ben machnął nogą 

w jej kierunku.

– Nie zapominaj, że cię ostrzegałem.

Kate zachichotała, ale przezornie cofnęła się. Nie wyglądał na kogoś, kto 

zamierza spełnić swoją groźbę, ale mógł zmienić zamiary. Kto wie? Myśl o tym 

sprawiła, że roześmiała się na całe gardło.

– Boże, jak ty wyglądasz! Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego.

– Szkoda, że nie trzymam rąk na twojej szyi – mruknął Ben.

– Co?

–   Nic,   nic   takiego   –   odpowiedział   uprzejmie.   Jeśli   ona   zaraz   nie 

wydostanie go stąd, to on... co może zrobić? Wyobraźnia nie zawiodła go – 

sięgnął po jedyną broń, jaką miał pod ręką.

Kate nie od razu zorientowała się w zamiarach Bena. Jeszcze śmiała się 

głośno, kiedy kula ze śniegu trafiła ją w czubek głowy.

– Celny rzut. – Spojrzenie w kierunku Bena upewniło ją, że przygotowuje 

się do następnego.

–   Potrafię   jeszcze   lepiej,   więc   może   mogłabyś   ponownie   rozważyć 

kwestię wydostania mnie stąd.

–   Groźby?   –   Kate   starła   śnieg   z   policzka.   –   Mój   Boże,   jak   nisko 

upadliśmy.

– I upadamy coraz niżej – poinformował ją Ben, zagłębiając się w śniegu. 

– A teraz pośpiesz się i pomóż mi.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

– Bez wątpienia.

Powinienem   być   wściekły,   pomyślał   Ben,   kiedy   Kate   wyciągnęła 

background image

wreszcie rękę i pomogła mu stanąć pewnie na nogach.

Zawsze uważał gniew za uczucie niepożądane, dlatego też jego motto 

brzmiało: Nie złość się, bądź zrównoważony.

– No, no – mruknęła Kate, z trudem powstrzymując się od śmiechu na 

widok Bena. Zniknął bez śladu elegancki światowiec, a jego miejsce zajął ktoś 

zbliżony wyglądem do człowieka śniegu. Trzymała jego rękę w swojej dłoni, 

dopóki nie upewniła się, że złapał równowagę i nie grozi mu powtórny upadek. 

– Teraz już wszystko w porządku.

– Niezupełnie.

Nadal nie puszczał jej ręki. Próbowała uciec, ale było za późno. Nagle 

poczuła za kołnierzem śnieg. Zaczęła krzyczeć.

– Ty... ty podstępny szczurze!

Odskoczyła   gwałtownie   i   zgarnęła   z   ziemi   biały   puch,   ugniatając   go 

szybko.   Czy   to   miał   być   jego   sposób   wyrażania   wdzięczności?   O,   tego   na 

pewno mu nie przepuści.

Pierwsza kula uderzyła go w środek klatki piersiowej, zostawiając dużą, 

białą plamę, ale następna tylko musnęła ramię. Zataczając się ze śmiechu, Ben 

rzucał w nią śnieżnymi kulami tak długo, aż Kate była niemal cała w śniegu.

To ja powinnam mieć nad nim przewagę, pomyślała Kate. Przecież miała 

zimowe buty i rękawiczki. Jednak ze zdeterminowanego wyrazu twarzy Bena 

wyczytała, że nie zamierza tak łatwo się poddać i to stawiało ich na równych 

pozycjach.

Kate   gwałtownie   wciągnęła   powietrze,   gdy   niespodziewanie   trafiła   ją 

kula, i poczuła, że traci równowagę. Chwilę później siedziała już na śniegu, a 

Ben pochylał się nad nią z dłońmi pełnymi śnieżnych pocisków.

– Nie zrobisz tego – zachichotała.

– Czemu nie? – zdziwił się niewinnie.

– Diabeł!

– Najpierw osiłek, potem szczur – zauważył Ben. – A teraz diabeł. Na 

background image

szczęście   nie   jestem   łasy   na   komplementy   Kate   westchnęła   głośno, 

przygotowując się na najgorsze.

– No dalej! Jeżeli zamierzasz je rzucić, to zrób to i skończmy już z tym.

Za chwilę jej ramiona i plecy obsypał śnieg.

– Chodź, Kate. – Ben wyciągnął rękę. – Wstawaj. Ujęła podaną dłoń i 

pozwoliła, aby pociągnął ją w górę.

Kilka minut wcześniej ona pomagała mu wstać, ale od tej chwili coś się 

między   nimi   zmieniło.   Może   sprawiła   to   obopólna   radość   towarzysząca 

niewinnej rywalizacji w bitwie na śnieżne pociski.

Kiedy Kate stała już na nogach, Ben wciąż przyciągał ją ku sobie. Nagle 

znalazła   się   w   jego   ramionach.   Oparła   dłonie   o   jego   klatkę   piersiową. 

Dziewczyna podniosła głowę i ujrzała, że Ben przygląda się jej uważnie i czeka. 

Przytulał ją do siebie tak, jak gdyby nie było nic niezwykłego w tym, ze stoją po 

kolana w śniegu na poboczu jakiejś drogi, bez słowa wpatrując się w siebie.

Tuż obok rozległ się ryk silnika pługa. Kate gwałtownie odskoczyła do 

tyłu.   Rozejrzała   się   dookoła   i   zobaczyła,   że   w   czasie   kiedy   oni   się 

przekomarzali, kierowca odwiązał linkę i położył ją na masce taksówki.

– W ogóle o nim zapomniałam – mruknęła.

–   Ja   też.   –   Ben   pomachał   ręką   w   stronę   odjeżdżającego   pługa.   W 

odpowiedzi kierowca zamrugał światłami.

– Nawet mu nie podziękowaliśmy. – Kate potrząsnęła głową. – Pewnie 

uważa, że jesteśmy stuknięci.

– Pewnie jesteśmy.

Wahanie   w   jego   głosie   sprawiło,   że   uśmiechnęła   się   lekko.   Była 

zadowolona,   że   on   również   czuje   się   trochę   zakłopotany   całą   sytuacją   i   tą 

niespodziewaną bliskością między nimi.

– Daj spokój – powiedziała, wbijając mu palec między żebra. – Przyznaj, 

że mieliśmy dobrą zabawę.

– Dziecinną – poprawił ostro Ben, po czym szybko uniósł rękę, jak gdyby 

background image

chciał powstrzymać ewentualny protest. – Jeśli znów chcesz mnie wyzywać, 

pójdę sobie.

– Ani mi to w głowie. Jeżeli nie potrafisz docenić dobrej zabawy, to już 

nie mój problem.

– Sugerujesz, że mój? – Ben uniósł brwi.

– Chyba nie ja pierwsza nazwałam ciebie „pracoholik”

– I zapewne nie ostatnia.

– A więc mógłbyś wziąć to sobie do serca. – Kate otrzepała spodnie ze 

śniegu. – Badania wykazują, że ludzie, którzy potrafią beztrosko się bawić, żyją 

dłużej.

– Podobnie jak bułgarscy wieśniacy, którzy żywią się jogurtem.

– Może – zastanawiała się przez chwilę. – Ale to nie nimi przejmuję się w 

tej chwili.

– A kim? Mną? – Ben z wysiłkiem ukrywał rozbawienie.

– Ty mi płacisz – odpowiedziała Kate, jak gdyby to wszystko wyjaśniało.

Ben   bezradnie   rozłożył   ręce.   Ona   mogłaby   tak   przez   cały   dzień.   Ta 

kobieta uwielbiała utarczki. Niezbędne jej były do życia tak, jak innym jedzenie. 

Przerwał te rozważania, kiedy zimna woda – pozostałość po roztopionym śniegu 

– spłynęła mu wzdłuż kręgosłupa – W porządku – powiedział w końcu. – Jeśli 

cię to uszczęśliwi, to się przyznam. To była dobra zabawa. Jesteś zadowolona?

Kate przechyliła głowę.

– Jeszcze nie – odparła z uśmiechem. – Ale wkrótce będę.

* * *

W kilka minut udało im się wyprowadzić taksówkę na główną drogę. 

Kate rozgrzała silnik i włączyła ogrzewanie.

Ubrania zaczęły schnąć błyskawicznie i zapach mokrej wełny wypełnił 

wnętrze samochodu.

background image

Chociaż   dochodziła   już   siódma,   autostrada   była   zadziwiająco   pusta. 

Kiedy Ben włączył radio, dowiedzieli się, że wszystkie szkoły i większość biur 

zamknięto.   Automobilistom   odradzano   jazdę   samochodem   ze   względu   na 

wyjątkowo złe warunki drogowe.

– To oczywiste – powiedziała Kate, walcząc ze ślizgającym się autem. 

Zerknęła na Bena i widząc wyraz jego twarzy, dodała szybko: – Nie patrz na 

mnie w ten sposób. Zazwyczaj jestem dobrym kierowcą.

– Z pewnością – odparł ciepło. – Nikt by sobie z tym nie poradził. Na 

szczęście to już niedaleko.

Kilka minut później skierował ją na boczną drogę prowadzącą do Wilton.

– Żyjesz tu jak na odludziu, prawda? – zauważyła Kate, gdy Ben wskazał 

jej wąską dróżkę pomiędzy drzewami.

– Przyjeżdżam tu, kiedy chcę uciec od wszystkiego. Nauczyłem się już, 

że jeśli ludzie mogą cię łatwo znaleźć, to na pewno to uczynią.

– Przecież są telefony.

– Wyłączyłem je.

– I faxy.

– Nie ma dla nich miejsca w moim domu. – Posłał jej ostre spojrzenie.

Uśmiechnęła   się,   słysząc,   jak   gwałtownie   wypowiedział   te   słowa,   i 

skupiła   się   na   prowadzeniu   samochodu.   Za   oszronionymi   drzewami   droga 

rozszerzała się, ukazując całe piękno okolicy. Przed nimi rozciągała się rozległa 

łąka.   Pokryta   świeżo   spadłym   śniegiem,   lśniła   w   bladym   słońcu.   Migotliwe 

błyski przebiegały po niewielkiej pokrytej lodem skałce. Oblepione szronem 

bezlistne konary drzew połyskiwały w porannym świetle. Po lewej stronie stał 

duży   dom,   zbudowany   z   czerwonej   cegły,   z   werandą   otoczoną   białymi 

kolumienkami. Chociaż był piękny, nie dominował nad otoczeniem, wtopiony 

harmonijnie w zachwycającą przyrodę w zimowej szacie.

Auto zatrzymało się przed domem i Ben wysiadł. Kiedy otworzył tylne 

drzwi,   aby   wyjąć   walizkę,   Kate   odruchowo   zerknęła   na   licznik.  Wskazywał 

background image

opłatę z poprzedniej nocy. Z nadmiaru wydarzeń zapomniała go rano włączyć.

– Coś nie w porządku? – spytał mężczyzna, stając koło niej.

– Nie. – Kate przełknęła ślinę, godząc się w myślach ze stratą.

Ben spojrzał na licznik.

– To niemożliwe – powiedział.

– Jest to bliskie właściwej sumy.

–   Nieprawda.   –   Wyprostował   się   i   wyjął   portfel,   wręczając   jej   kilka 

banknotów.

– Chyba żartujesz! – parsknęła Kate, starając się nie patrzeć na pieniądze.

– Dlaczego?

– To za dużo.

– Nie wydaje mi się. – Ben zacisnął dłoń Kate na banknotach. – Nie 

zapominaj, że powinnaś mierzyć nie tylko odległość, ale także upływ czasu. 

Gdyby licznik był włączony przez wszystkie godziny, pomyśl tylko o kwocie, 

jaką bym zapłacił.

– Właśnie taką zapłaciłeś. – Kate spojrzała na pieniądze.

–   W   porządku.   Schowaj   je.   –   Ben   poczekał,   aż   to   uczyni,   po   czym 

otworzył   drzwi.   –   A   teraz   zapraszam   do   środka.   Chcę   ci   zaproponować 

śniadanie, zanim odjedziesz.

–   Nie   mogę   –   zaprotestowała   Kate,   chociaż   już   wyciągnął   ją   z 

samochodu.

– Dlaczego?

– Muszę wracać.

– Już, w tej chwili?

Pewnie powinien pozwolić jej odjechać. Czy nie czekał na to przez cały 

ranek? Ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu uznał, że ma obowiązek ją 

zatrzymać.   Dobre   maniery,   doszedł   do   wniosku.   Dobre   maniery   i   zdrowy 

rozsądek.   Tylko   ktoś   pozbawiony   wyobraźni   mógłby   wracać   w   takich 

warunkach.

background image

– Tak – odpowiedziała Kate. – W tej chwili.

– Nie chcę się z tobą sprzeczać.

– Świetnie. Więc nie rób tego.

Naprawdę musiała wracać. Nie mogła się spóźnić do butiku. Poza tym 

ona i Ben byli tylko przypadkowymi znajomymi i nie miała zamiaru się łudzić, 

że jest inaczej. Skoro i tak mieli się rozstać, niech się to stanie jak najszybciej.

– Ale z pewnością jesteś głodna. – Kiedy dotarli do szczytu schodów, 

drzwi otworzyły się. Spojrzenie  Bena  przesunęło  się  z  Kate na  stojącego w 

progu starszego, łysiejącego mężczyznę. – Dzień dobry, Parker.

– Sir. – Mężczyzna skinął głową, patrząc na Kate, a potem na taksówkę. – 

Proszę wejść, a ja odwołam helikopter.

– Jaki helikopter? – Korzystając z faktu, że Ben pogrążył się w rozmowie 

z Parkerem, Kate wysunęła dłoń z jego ręki.

– Zorganizowałem małą ekipę poszukiwawczą. Zastanawiałem się, gdzie 

pan jest.

– Jestem dorosły, Parker.

Mężczyzna rzucił mu spojrzenie pełne urażonej godności.

– To nie zmienia faktu, że pan zaginął. Wszystko mogło się wydarzyć. 

Pomyślałem, że lepiej będzie sprawdzić.

– Zupełnie słusznie – niechętnie zgodził się Ben. – Więc idź i odwołaj 

wszystko. Chwilowo sami o siebie zadbamy. Kiedy skończysz, podaj śniadanie 

w jadalni.

Gdy odwrócił się do Kate, zobaczył uśmiech na twarzy dziewczyny.

– Ekipa poszukiwawcza? – zapytała unosząc brwi.

– Parker lubi przesadzać – wzruszył ramionami Ben. – Ma skłonność do 

dramatyzowania.

Kate rozejrzała się po zdobionym sztukaterią holu.

– Wygląda na to, że trafił we właściwe miejsce – stwierdziła.

– Możesz sobie żartować do woli, ale tu jest przynajmniej sucho i ciepło. 

background image

Nie mówiąc już o tym, że wszystko jest pod ręką. – Jego spojrzenie pobiegło 

niżej. – Pusty żołądek daje się we znaki, prawda?

Rzeczywiście,   pomyślała   Kate,   ale   to   nie   jego   sprawa.   Ekipa 

poszukiwawcza, też coś! Jeżeli potrzebowałaby argumentu, który uświadomiłby 

jej dzielące ich różnice, to miała go na wyciągnięcie ręki.

– Posłuchaj. – Zrobiła krok do tyłu. – Doceniam twoją troskliwość, ale 

naprawdę muszę już jechać.

– Jeżeli tego chcesz... – Ben zawiesił głos.

– Tak.

– Przynajmniej pozwól mi zapakować ci ciasto albo owoce na drogę.

Kate   była   przyjemnie   zaskoczona   tą   propozycją.   Nie   po   raz   pierwszy 

okazało się, że żywy Benjamin West różni się od jej wyobrażeń o nim. Nagle 

poczuła, że uginają się pod nią kolana. Głód i brak snu dawał się porządnie we 

znaki. Stanęła w drzwiach, oddychając głęboko. Liczyła, że zimne powietrze ją 

orzeźwi. Ale było już za późno. Świat powoli ciemniał jej przed oczami.

– Ben? – wyszeptała.

Odwrócił się do niej i zobaczyła jego szeroko otwarte oczy.

– Czy mógłbyś mnie złapać?

Wyciągnął ręce. Był to ostatni obraz, jaki utrwalił się w pamięci Kate, 

zanim zemdlała w jego ramionach.

background image

ROZDZIAŁ 4

Już po raz drugi w ciągu ostatnich dwunastu godzin Kate obudziła się z 

uczuciem,   że   nie   ma   pojęcia,   gdzie   się   znajduje.   Tym   razem   powrót   do 

rzeczywistości   zajął   jej   tylko   moment.   Usiadła   na   łóżku   i   rozejrzała   się   po 

gustownie umeblowanym pokoju.

Zemdlałam, przypomniała sobie z westchnieniem, i Ben mnie złapał. A 

teraz była prawdopodobnie w jednym z gościnnych pokoi. Budzik na szafce 

nocnej wskazywał siedemnastą trzydzieści.

Zdumiewające,   jak   bardzo   pomogła   jej   dodatkowa   godzina   snu   w 

miękkim łóżku. Czuła się o wiele lepiej i była wściekle głodna. Problem łatwy 

do rozwiązania. Wystarczyło zejść na dół i skorzystać z wcześniejszej oferty 

Bena przed powrotem do miasta.

Z cichym okrzykiem Kate wyskoczyła z łóżka. Ben chyba nie pozwolił jej 

tu spać cały dzień? Podeszła do okna. Za kępą drzew ujrzała zachodzące słońce.

Kate schwyciła pulower i szybko wciągnęła go na siebie.

– Dobrze by było rozwalić ten budzik – wycedziła przez zęby. – Pewnie 

jemu nigdy coś takiego się nie przytrafiło.

Pomyślała   o   właścicielu   butiku.   Warunki   umowy   były   jasno 

sprecyzowane. Jeśli  któraś  z  dziewcząt nie  mogła przyjść  do  pracy, musiała 

przekonująco wyjaśnić przyczynę nieobecności i wskazać kogoś na zastępstwo. 

Dzisiaj Kate nie dopełniła żadnego z tych wymogów.

Być może Ben sądził, że wyświadcza jej przysługę, pozwalając na tak 

długi   odpoczynek,   ale   to   go   wcale   nie   usprawiedliwia.   Podjął   decyzję   nie 

pytając jej o zdanie, a ona zapłaci utratą pracy.

Kate otworzyła drzwi z czapką i płaszczem w dłoni. Na końcu korytarza 

dostrzegła schody i gniewnie mrucząc ruszyła w ich kierunku.

background image

* * *

Ben odłożył słuchawkę telefonu i wyciągnął się w fotelu. Zastanawiał się, 

czy nie powinien pójść na górę i sprawdzić, co dzieje się z Kate. Fakt, że spała 

tak   długo   i   tak   głęboko,   potwierdził   jego   przekonanie,   że   słusznie   postąpił 

kładąc ją do łóżka. Była kompletnie wyczerpana, chociaż nie zdawała sobie z 

tego sprawy.

Kiedy wczoraj postanowił pojechać na wieś, nawet przez myśl mu nie 

przeszło, że spędzi tu cały dzień. Nie wpłynęło to niekorzystnie na jego interesy, 

ponieważ   większość   spraw   udało   mu   się   załatwić   telefonicznie,   a   pozostałe 

odłożył na następny dzień. Już kilkakrotnie sprawdzał, czy nic nie zakłóca jej 

odpoczynku. Nie potrafił sobie odpowiedzieć, co go tam ciągnęło – z pewnością 

głównie troska o jej zdrowie, lecz także jakaś dziwna potrzeba, aby być w jej 

pobliżu.

Kiedy poszedł na górę po raz pierwszy, długo stał w drzwiach, niezdolny 

do   podjęcia   jakiejkolwiek   decyzji.   Przed   wtargnięciem   powstrzymywało   go 

wspomnienie   ostatniej   nocy   w   samochodzie,   kiedy   trzymał   dziewczynę   w 

ramionach. Może obawiał się swoich pragnień? Nie odchodził, ponieważ widok 

spokojnie śpiącej Kate sprawiał mu niewytłumaczalną radość.

Kate wyzwalała w nim opiekuńczość. Czy powodowała to jej kruchość, 

tak   odczuwalna,   gdy   niósł   ją   po   schodach   na   górę?   Czy   też 

bezkompromisowość, z jaką podchodziła do życia, jak gdyby zdrowy rozsądek i 

troska   o   własne   bezpieczeństwo   były   ostatnimi   sprawami,   jakie   brała   pod 

uwagę?   Ben   nie   wiedział,   skąd   biorą   się   jego   odczucia   i   niepokoje. 

Przyzwyczajony   do   natychmiastowego   rozwiązywania   problemów,   był 

zaskoczony, że z tym nie może sobie poradzić, i postanowił na razie o tym nie 

myśleć.

Odsunął   krzesło   i   szybkim   krokiem   podszedł   do   otwartych   drzwi. 

Wychodząc z pokoju ujrzał Kate schodzącą na dół.

background image

Cienie   pod   oczami   dziewczyny   zniknęły.   Długi   sen   usunął   ślady 

zmęczenia.   Złagodniały   zaostrzone   przedtem   rysy   twarzy.   Gęste   kasztanowe 

włosy,   wczoraj   schowane   pod   czapką,   spadały   teraz   puklami   na   ramiona. 

Ubranie miała pogniecione i na jednym z policzków odciśnięty ślad.

Wszystko   to   nadawało   jej   wyraz   niezwykłej   dla   Kate   miękkości   i 

bezradności. Już po chwili wrażenie prysło. Dziewczyna utkwiła w nim zimne 

spojrzenie, w którym z pewnością trudno byłoby doszukać się wdzięczności. 

Oparł się o poręcz w oczekiwaniu ataku z jej strony.

Do diabła, pomyślała Kate, patrząc na niego ze smutkiem. Oto człowiek, 

którego   lekkomyślne   postępowanie   skomplikowało   jej   życie.   Powinna   być 

wściekła...   Nie,   ona   była   wściekła,   a   jednak   na   widok   Benjamina   Westa, 

czekającego u podnóża schodów, przebiegł ją lekki dreszcz.

Wcale nie jestem zadowolona, że go widzę, przekonywała siebie. Cóż, 

może jednak jestem..., ale naprawdę tylko trochę. Na przekór tym odczuciom, 

odezwała się podniesionym głosem:

–   Jak   mogłeś   pozwolić   mi   spać   przez   cały   dzień?   Zobacz,   która   jest 

godzina!

–  Siedemnasta   czterdzieści  pięć   –  obwieścił  Ben,  jak  gdyby  wszystko 

było w porządku. – A przy okazji, dobry wieczór.

– Dobry? Nie ma w nim nic dobrego!

Kate odsunęła się, lecz mimo tego stali oddaleni od siebie zaledwie o 

kilka   centymetrów   i   dziewczyna   przez   cały   czas   miała   świadomość   jego 

bliskości. Bliskości, która robiła na niej zbyt silne wrażenie. Zadrżała, kiedy 

Ben sprawdzając godzinę musnął ją ramieniem.

Patrzyła na niego i myślała, jak bardzo różni się od większości mężczyzn, 

którzy tracili otaczającą ich aurę męskości i siły wraz z rozluźnieniem krawata i 

zdjęciem marynarki. Ben nawet w dżinsach i luźnym swetrze sprawiał wrażenie 

mocnego człowieka.

– Coś nie w porządku?

background image

– Coś? – Kate spojrzała na niego ze złością. – Wszystko, a nie coś.

– Jak to?

– Przede wszystkim straciłam pracę. A poza tym, Arnie pewnie szaleje z 

niepokoju na myśl o tym, że zniknęłam bez śladu z taksówką...

Ben podniósł rękę, żeby jej przerwać, i chyba był zaskoczony, że mu się 

to udało.

– Jeżeli tylko tym się przejmujesz, to możesz się uspokoić. Dzwoniłem 

rano   do  Arniego   i  wyjaśniłem,   co   się   stało.   Przestał   się   denerwować,   kiedy 

przedstawiłem mu całą sytuację.

Kate aż zmrużyła oczy, usiłując wyobrazić sobie Arniego, który się nie 

martwił, ponieważ zamartwianie się leżało w jego naturze. I co właściwie miał 

na myśli Ben mówiąc o „przedstawieniu sytuacji”?

– Kazał ci przekazać, że czeka na ciebie – ciągnął Ben – ale dopiero 

wtedy, kiedy będziesz wypoczęta i najedzona.

– Tak powiedział?

– Dokładnie.

– Akurat!

– Szczerze mówiąc, był bardzo wyrozumiały. – Ben nie zwracał uwagi na 

jej niedowierzanie.

– Tak, kiedy mu powiedziałeś, jak się nazywasz – rzuciła oskarżycielskim 

tonem.

– Oczywiście, że mu się przedstawiłem. Dlaczego nie?

– Dlaczego nie? – powtórzyła Kate, żałując, że nie słyszała tej rozmowy. 

Arnie wyznawał zasadę zastraszania innych, demonstrując maniery sierżanta w 

koszarach. Prawdopodobnie po raz pierwszy od długiego czasu znalazł się w 

odwrotnej niż zwykle sytuacji. Dla Benjamina Westa było to wyjątkowo proste. 

Wystarczyła magia jego nazwiska, aby Arnie zrezygnował ze swoich metod.

–   W   każdym   razie   nie   straciłaś   pracy,   więc   możesz   przestać   się 

przejmować.

background image

Rozbawienie Kate zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.

– Nie rozumiesz. Taksówkę prowadzę tylko w nocy. W dzień pracuję w 

butiku   na   Madison...   albo   raczej   powinnam   powiedzieć,   że   pracowałam   w 

butiku  na   Madison.   Chyba  że...  –   Nagle   uderzyła   ją   pewna   myśl.  –   Czy  w 

Nowym Jorku też padał śnieg? Może zamknęli ruch w mieście?

Jej twarz była tak pełna nadziei, że Ben odczuł wyraźną przykrość na 

myśl, że musi ją rozczarować.

– Obawiam się, że nie. Największa śnieżyca dotknęła Connecticut. W 

Nowym Jorku prawie nie padało.

– No cóż. – Kate z rezygnacją wzruszyła ramionami. – Zdaje się, że w ten 

sposób zakończyła się moja praca u pana Raphaela.

– U kogo?

– To właściciel butiku – wyjaśniła Kate, unikając spojrzenia Bena. – Nie 

patrz tak na mnie. To nie ja wybierałam mu imię.

– Jego matka chyba też nie.

– Masz rację. Kiedyś widziałam jego dokumenty. Naprawdę nazywa się 

Melvin Schwartz.

– To imię bardziej mi się podoba.

–   Łatwo   ci   mówić.   Ty   nie   musisz   się   starać,   aby   sprzedać   elicie   na 

Manhattanie kosztowne sukienki. Wierz mi, wygląd jest bardzo ważny.

– Wytłumacz to nieszczęsnej mamie Schwartz.

– Jakiej nieszczęsnej mamie Schwartz? Dzięki hojności synka ma futro z 

norek i mieszkanie nad oceanem w Miami. Mając tak dobrze prosperującą firmę 

mógłby się nazywać Fido i też nie miałaby nic przeciwko temu.

–   Jeżeli   interes   kwitnie,   dlaczego   jesteś   taka   pewna,   że   zostaniesz 

wyrzucona?

– Bo takie są zasady – wyjaśniła Kate. – Warunki są doskonałe, a to 

oznacza także, że zawsze jest mnóstwo chętnych pod ręką. Pan Raphael polega 

na nas i płaci bardzo dobrze, ale dlatego nie toleruje nie usprawiedliwionych 

background image

nieobecności. Jedno potknięcie i wylatujesz.

Jako   pracodawca   Ben   akceptował   racje   właściciela   butiku,   ale   w   tej 

konkretnej sytuacji doskonale wiedział, że Kate nie zawiniła.

– Mógłbym do niego zadzwonić – zaczął.

– Nawet się nie waż.

–   Przecież   to   moja   wina.   Nie   mogę   pozwolić,   żebyś   ty   ponosiła 

konsekwencje moich decyzji.

– Nieważne. Nie chcę, żebyś się mieszał w moje życie.

– Jeśli to, co mówisz, ma w ogóle jakiś sens, to ja go nie dostrzegam – 

powiedział spokojnie Ben.

– Wiesz dobrze, co mam na myśli. – Spojrzała na niego. – Zostaw to 

mnie. Coś wymyślę.

Wiedziała, że sobie poradzi. Zawsze tak było. Wszystko, do czego doszła, 

zawdzięczała sobie, co wcale nie oznaczało, że rodzice nie chcieli jej pomóc. Po 

prostu   mieli   ograniczone   możliwości.   Przyzwyczaiła   się   do   wysiłku   i 

pokonywania trudności. Czasem jednak nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby 

los był dla niej łaskawszy.

Związała włosy i schowała je pod czapeczkę. Ben patrzył, jak wkłada 

płaszcz.

– Wybierasz się gdzieś? – zapytał.

– Oczywiście, że się wybieram – mruknęła. – A co sobie myślałeś?

– Że możesz być głodna.

– Chcesz mnie zaprosić do stołu?

– Parker czeka z pieczenią.

Na myśl o pieczeni pociekła jej ślinka. A już myślała, że Ben najchętniej 

objada się homarami i kawiorem.

– Z ziemniakami i marchewką? – zapytała łakomie.

– Z ziemniakami, marchewką... – zawiesił głos – i mnóstwem sucharów 

do maczania w sosie.

background image

– Brzmi to cudownie. – Kate błyskawicznie ściągnęła płaszcz i powiesiła 

go na poręczy. – Prowadź.

– Nie tak szybko. Czy mama nigdy ci nie mówiła, że siadanie do posiłku 

w nakryciu głowy jest w złym tonie?

– Ta reguła dotyczy mężczyzn, a nie kobiet – poinformowała go Kate.

– To jest mój dom i obowiązują tu moje zasady. – Ben powoli zsunął 

czapkę z głowy Kate. Ciężkie włosy rozsypały się na ramiona. Były lśniące, 

jedwabiste i nieprawdopodobnie gęste. Patrzył na nie, z trudem powstrzymując 

pragnienie, aby zanurzyć w nich palce.

Czapka wylądowała na płaszczu.

– Masz piękne włosy – powiedział Ben. – Dlaczego je ukrywasz?

– Kiedy prowadzę taksówkę, wolę, żeby nie było to takie oczywiste, że 

jestem kobietą.

Ben skinął głową ze zrozumieniem i Kate zobaczyła, że marszczy brwi, 

jak   gdyby   przejął   się   tym,   co   powiedziała.   Czekała   teraz,   co   dalej   nastąpi. 

Zmobilizowała wszystkie rezerwy cierpliwości, a nie miała jej za wiele.

– Idziesz? – Ben poruszył się. – Jadalnia jest tam.

– Jasne – zapewniła go. Rozluźniła się i na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Chociaż na środku pokoju stał olbrzymi stół, nakryty został mały stolik w 

kąciku tuż obok okna. Piękny widok przestał znaczyć cokolwiek dla Kate z 

chwilą,   gdy   spróbowała   pieczeni   Parkera.   Po   krótkim   czasie   nałożyła   sobie 

drugą   porcję.   Ben,   który   grzebał   widelcem   w   talerzu,   patrzył   na   nią   z   nie 

ukrywaną przyjemnością.

– Cieszę się, że nie jesteś skrępowana – stwierdził, kiedy Parker przyniósł 

kawę, a oczy Kate zalśniły na wzmiankę o eklerach.

– Kto, ja? – Kate sowicie dolała śmietanki do kawy i osłodziła dwiema 

czubatymi łyżeczkami cukru. – Chyba żartujesz.

– Ach tak. – Ben uśmiechnął się. – Zupełnie zapomniałem. Przecież to ty 

omal nie przewróciłaś mnie na ziemię, żeby wejść w posiadanie pączka.

background image

Parker ze zdziwieniem uniósł brwi i postanowił nie opuszczać jadalni, 

zanim nie usłyszy odpowiedzi.

– Ale dałam ci połowę, mimo że na to nie zasługiwałeś. Nawet z pełnymi 

ustami, Ben nie mógł pozostawić tego stwierdzenia bez odpowiedzi.

– To już kwestia indywidualnej oceny – wykrztusił.

– Oczywiście – odparła słodko Kate. – Tak jak wszystko.

Ben   przesłał   Parkerowi   znaczące   spojrzenie.   Służący   wycofał   się, 

mamrocząc coś pod nosem.

Kate uniosła eklera i z lubością wciągnęła zapach czekolady. Na razie 

pragnęła tylko wdychać ten aromat. Dopiero za chwilę rzuci się na ciastko i 

jeszcze obliże po nim palce.

– Jedz – zachęcał ją Ben. – Jest jeszcze więcej w kuchni.

– Nie chcę więcej. – Kate ugryzła ciastko i żuła je z błogą miną. – Jedno 

wystarczy. Po tym posiłku i tak na pewno utyję.

– Chyba możesz sobie na to spokojnie pozwolić.

–   Możliwe.   –   Kate   wzruszyła   ramionami,   nie   wykazując   zbytniego 

zainteresowania   tematem.   –   Poza   tym   dla   mnie   najważniejszy   jest   zapach. 

Czytałam gdzieś, że doznania węchowe pozostają najdłużej w pamięci.

Ben odsunął talerz. Obserwowanie Kate było o wiele bardziej interesujące 

niż jedzenie.

– A z jakim wspomnieniem wiąże się dla ciebie ten zapach? – zapytał.

–   Dzieciństwa.   –   Ponownie   odgryzła   kęs.   –   Chłodne   wieczory,   ciepła 

kuchnia i świeże ciasto.

– Pewnie twoja matka jest dobrą kucharką?

– Najlepszą – odrzekła, po czym uśmiechnęła się. – Każdy tak mówi, 

prawda?

– Ja nie. Moja mama potrafiła spaprać nawet zupę z proszku.

– Biedaku. Wolne dni kucharki musiały być dla ciebie piekłem.

Ben otarł usta chusteczką.

background image

– Nie mieliśmy kucharki.

– Gospodynię?

– Pudło.

–  A  więc   służącą?   –   Kate   spojrzała   łakomie   na   ciastko   leżące   przed 

Benem. Tłumiąc uśmiech, popchnął talerz w jej stronę.

– Sprzątaczkę o imieniu Rosa. Przychodziła raz w tygodniu i jeśli nawet 

potrafiła gotować, nie dane mi było się o tym przekonać.

– A ja myślałam... – Kate poczuła się nagle bardzo niezręcznie i zawiesiła 

głos.

– Że jestem w czepku urodzony?

– Coś w tym rodzaju.

–  Tak   to   jest,   kiedy   się   wierzy   we   wszystko,   co   opublikują   gazety   – 

pokiwał głową Ben. Dzięki Bogu miał uśmiech na twarzy, chociaż mógł się 

przecież rozzłościć.

– W porządku, przepraszam za wyciąganie pochopnych wniosków. – Kate 

wycelowała w niego wskazujący palec.

– Niezbyt często to robię, więc masz wyjątkowe szczęście.

– Uwierz mi, że zawsze mam. – Ben spojrzał na jej pusty talerz. – Jesteś 

pewna, że nie masz ochoty na jeszcze jednego eklera?

– Na pewno nie, chociaż są świetne. Dziękuję.

– Odnoszę wrażenie – zaczął – że sporo czasu dzieli cię od dni, które 

spędzałaś w ciepłej kuchni i zajadałaś świeże ciasto.

– To wspomnienia z dzieciństwa. – Spojrzała na niego.

– A teraz jestem dorosła.

– Widzę. – Ben powoli skinął głową. Nie zamierzał jej mówić, że w zbyt 

obszernym   swetrze   i   spranych   dżinsach   wygląda   jak   opuszczone   dziecko. 

Szybko odsunął od siebie tę myśl. – A więc pewnie nie mieszkasz już w domu.

– Już od lat tam nie mieszkam – potrząsnęła głową.

Z reguły nie odpowiadała na tak osobiste pytania, ale teraz nie widziała w 

background image

tym nic niestosownego. Wyczuwała szczere i serdeczne zainteresowanie Bena.

–  Wynajmuję   mieszkanie   w   mieście   wspólnie   z   pewną   dziewczyną.   – 

Kate przerwała na chwilę i uśmiechnęła się.

– Ma na imię Maggie i jest zupełnie zwariowana.

– Wyobrażam sobie.

–   Jest   katoliczką.   Po   ukończeniu   szkoły   prowadzonej   przez   siostry 

zbuntowała się przeciwko zasadom tego wychowania.

– Jestem pewien, że świetnie się dogadujecie.

– Rzeczywiście.

– A co z twoimi rodzicami? – spytał Ben. – Mieszkają tu jeszcze?

– Mama miała już dosyć Nowego Jorku, a tata uznał, że to doskonały 

pretekst, żeby się przenieść do Las Vegas.

Mógłby się założyć, że wychowanie Kate nie było tak staranne jak jej 

przyjaciółki.

– Wygląda na to, że z niego niezły hazardzista.

–   To   prawda.   –   Uśmiechnęła   się.   –   I   jest   w   tym   dobry.   Często   się 

przechwala, że z kasyna przynosi więcej niż z pracy.

– Szczęściarz – zauważył Ben. Parker wyrósł jakby spod ziemi i zaczął 

sprzątać talerze. – Powiedz mi, kiedy zawita tutaj, żebym mógł ostrzec moich 

łudzi w Atlantic City.

–   Twoich   ludzi?   A   tak,   zapomniałam.   Hotel   i   Kasyno   Westcon   – 

największy kompleks wypoczynkowy na wybrzeżu.

Ostatnie zdanie było cytatem zaczerpniętym z reklamy. Ben zastanawiał 

się, dlaczego wyglądała na zdenerwowaną po tym, gdy je wygłosiła.

Kate odłożyła serwetkę i wstała. Podczas posiłku czuła się tak odprężona, 

że niemal zapomniała o pozycji społecznej Bena. Traktował ją jak interesującą 

kobietę i miała wrażenie, że znajduje się na jednej z tych rzadkich pierwszych 

randek, kiedy ma się ochotę bliżej poznać mężczyznę, z którym właśnie spędza 

się czas.

background image

Ale   to   nie   była   randka   i   nie   mogła   się   spodziewać,   że   jeszcze 

kiedykolwiek zobaczy Bena. Wystarczyło pomyśleć o dzielących ich różnicach.

–   Nie   przejmowałabym   się   na   twoim   miejscu   –   stwierdziła   sucho.   – 

Wielka wygrana dla niego jest zupełnie małą kwotą dla ciebie.

Ben zastanawiał się, czy Kate zachowuje się tak z rozmysłem. Jej nastroje 

były zmienne jak wiatr.

– Rozumiem, że wychodzisz? – zapytał.

– Tak. Już czas, nie sądzisz?

– Nie.

Będzie mu jej brakowało. Po jej wyjściu pójdzie do biblioteki i dokończy 

wcześniej rozpoczętą pracę. Tylko że bez Kate śpiącej na górze dom w jakiś 

sposób opustoszeje.

Będzie miał ciszę, spokój, to wszystko, po co zazwyczaj przyjeżdżał do 

Wilton. Tylko że dzisiaj nie wydało mu się to aż tak pociągające.

– Jeszcze raz chciałabym podziękować ci za obiad – powiedziała Kate. 

Przeszła do holu, włożyła płaszcz i czapkę, po czym odwróciła się do niego. – 

Przepraszam, że krzyczałam na ciebie.

– Nieważne. Byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybyś zechciała zostać na 

noc i pojechać jutro rano.

– Nie, chyba nie mogę. – Nie było sensu przystawać na tę propozycję, tak 

samo, jak zastanawiać się, dlaczego to zrobił. Wyjdzie stąd i na tym skończy się 

ich krótka znajomość. Następnym razem zobaczy Benjamina Westa w dzienniku 

telewizyjnym, opowiadającego o swojej najnowszej transakcji, a za kilka lat te 

wspólne godziny będą tylko pogodnym wspomnieniem i niczym więcej.

– Poza tym Arnie na mnie czeka – dodała.

–   Przecież   nie   będziesz   jechała   po   nocy   tym   rozwalającym   się 

samochodem.

Palce Kate zacisnęły się na klamce. Przez witraże w drzwiach widziała 

auto, tak bardzo nie pasujące do tego otoczenia.

background image

– Jasne, że będę. Na tym polega moja praca – odparła stanowczo.

Przez lata Ben nauczył się ufać swojej intuicji. Zrozumiał, że kiedy Kate 

Hallaby wyjdzie z tego domu, nigdy więcej jej nie zobaczy. Powinno być mu to 

obojętne, ale tak nie było. Nie miał czasu, żeby zastanawiać się nad przyczyną 

swego stanu ducha. Zaryzykował.

–   Zadzwoń   do   Nowego   Jorku   i   rzuć   tę   robotę.   Chcę,   żebyś   teraz 

pracowała dla mnie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Kate otworzyła drzwi, zanim dotarł do niej sens słów Bena. Podmuch 

zimnego powietrza wpadł do holu. Powoli i z rozwagą dziewczyna zamknęła 

drzwi i spojrzała na niego– Co powiedziałeś?

– Zaproponowałem ci pracę.

– Dlaczego?

Z   wielu   możliwych   i   skomplikowanych   odpowiedzi   Ben   wybrał 

najprostszą.

– Ponieważ jej potrzebujesz.

– Nie, to nieprawda. – Kate umilkła, żeby pozbierać myśli. – Arnie będzie 

wściekły, ale mnie nie zwolni.

– Wie, co robi. – Ben poczuł się nieco lepiej. – Ale ja też wiem, że 

kobieta,   która   pracuje   po   nocach   za   kiepskie   pieniądze,   potrzebuje   dobrze 

płatnej pracy w zwykłych godzinach, tym bardziej że nie wiemy jeszcze, jak 

zachowa się pan Raphael.

– W porządku, może rzeczywiście moja sytuacja w tej chwili nie jest 

najlepsza, ale co to ciebie obchodzi?

– A kto mówi, że obchodzi? – odparował Ben i ujrzał, jak twarz Kate 

pokrywa   się   rumieńcem.   –   Po   prostu   szukam   szofera.   Ten,   którego   teraz 

zatrudniam, żeni się, a ponieważ jego narzeczona musi przenieść się do innego 

miasta, on jedzie razem z nią.

– Opuszczając cię w potrzebie.

– Otóż to.

Akurat, pomyślała Kate. Wystarczyłoby przecież, żeby Ben zadzwonił do 

odpowiedniej agencji i w ciągu kilku godzin miałby nie jednego, a co najmniej 

kilku  licencjonowanych  kierowców.   Nawet   nie  musiałby  sam  się  fatygować, 

wystarczyło wydać polecenie. Działo się coś dziwnego, coś bardzo dziwnego.

background image

– Skąd wiesz, że mam odpowiednie kwalifikacje? – zapytała.

–   Jeżeli   potrafisz   prowadzić   tę   nędzną   imitację   samochodu,   to   jestem 

pewien, że poradzisz sobie z lincolnem. Z pewnością lubisz zajęcie kierowcy. 

Gdyby tak nie było, nie robiłabyś tego dotychczas. No i przecież znasz Nowy 

Jork jak własną kieszeń.

Miał rację, ale Kate wcale nie zamierzała tego potwierdzać. Podobnie jak 

nie chciała rezygnować z własnej niezależności dla wątpliwego zaszczytu, jakim 

była   posada   kierowcy   Benjamina   Westa.   Jego   propozycja   była   niemal 

uwłaczająca. W ciągu ostatnich godzin Kate cieszyła się jego towarzystwem, 

traktowała go jak niezwykle atrakcyjnego mężczyznę. Okazało się, że on nie 

dostrzegł w niej kobiety, tylko kandydatkę na szofera.

– Twoja propozycja jest niezwykle atrakcyjna – stwierdziła ironicznie. – 

Jestem pewna, że inni będą się zabijali o tę pracę, nie chciałabym więc odbierać 

im takiej szansy.

Otworzyła szeroko drzwi i tym razem z przyjemnością powitała zimne 

powietrze.

– Chętnie jeszcze raz podziękowałabym ci za obiad – dodała. – Ale skoro 

okazało się, że była to rozmowa kwalifikacyjna, jestem nieco mniej wdzięczna.

Ben wyszedł za nią na werandę.

– Czy to znaczy, że odrzucasz moją ofertę?

– Na to wygląda.

– Nie zapytałaś nawet o wynagrodzenie. – Ben ze zdumieniem zdał sobie 

sprawę, że idzie za nią w stronę samochodu. – Ani o warunki pracy.

–  To   nieważne.   –   Klamka   była   przeraźliwie   zimna.   Kate   sięgnęła   do 

kieszeni po rękawiczki. – Nie interesuje mnie to.

– A powinno.

– Kwestionujesz moją decyzję? – Wśliznęła się za kierownicę.

– Tak. – Ben z wysiłkiem powstrzymał się, żeby nie dodać „do ciężkiej 

cholery”. Był rozdrażniony. Prawdopodobnie Kate Hallaby przyszła na świat po 

background image

to,   aby   stale   wyprowadzać   go   z   równowagi.  Ta   kobieta   nie   miała   za   grosz 

zdrowego rozsądku.

– No widzisz – powiedziała łagodnie Kate. – Na pewno nie chciałbyś 

zatrudniać   kogoś,   kto   nie   potrafi   dokonać   właściwego   wyboru.  To   miłe,   że 

przedstawiłeś mi tę propozycję, ale jestem pewna, że nic dobrego by z tego nie 

wyniknęło.

Zatrzasnęła  drzwi  i  włączyła  stacyjkę.  Silnik  zaskoczył  już  za  drugim 

razem. Zwalczyła w sobie pokusę, by jeszcze raz spojrzeć na Bena, i ruszyła.

Może to najlepsze rozwiązanie, pomyślał Ben. Jutro, a najpóźniej za kilka 

dni zapomni o niej. Trzeba polecić Donaldowi, żeby znalazł nowego kierowcę. 

Nagle błysnęła mu myśl, że po raz pierwszy od dłuższego czasu spotkał kogoś, 

kto zupełnie nic od niego nie chciał.

Wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi.

* * *

–   Jak   myślisz,   czy   trzydzieści   pięć   metrów   kwadratowych   znaczy 

cokolwiek dla Benjamina Westa?

Kate siedziała na podłodze, studiując gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o 

pracy   w   weekendy.   Podniosła   głowę   i   spojrzała   na   swoją   współlokatorkę, 

Maggie Jones, stojącą w drzwiach z olbrzymim koszem imponujących lilii.

Przywitała ten widok z głębokim westchnieniem.

– Przysięgam, że jeżeli on przyśle jeszcze choćby jeden kwiatek, któraś z 

nas będzie musiała się wyprowadzić – narzekała Maggie. Kwiaty przysyłano 

codziennie od powrotu Kate z Wilton.

Pierwszy bukiet wsadziły do jedynego wazonu, jaki posiadały, a następne 

umieszczane   były   w   każdym   nadającym   się   do   tego   celu   naczyniu.   Teraz 

zaczynało już brakować miejsca w ich małym, dwupokojowym mieszkanku. W 

dodatku silny zapach kwiatów przyprawiał dziewczęta o ból głowy.

background image

–   Pozwoliłam   sobie   otworzyć   kopertę.   –   Maggie   wstawiła   lilie   do 

glinianego   pojemnika   i   ustawiła   je   na   podłodze.   –   Napisał   to,   co   zwykle: 

„Zadzwoń do mnie, Ben”.

– Wrzuć kartkę tam, gdzie poprzednie – machnęła ręką Kate.

– Co ja dostanę za bieganie w tę i z powrotem?

– Masz kwiaty. – Kate uśmiechnęła się. – Sama mówiłaś, że lubisz je 

dostawać. Twierdziłaś, że to takie romantyczne.

–   Nie   wiem,   czy   zauważyłaś,   że   żaden   z   tych   bukietów   nie   jest 

przeznaczony dla mnie – odparła Maggie. – Było to romantyczne na początku, 

teraz robi się cokolwiek dziwne.

– Zgadzam się. – Kate rzuciła gazetę na kanapę.

– To powiedz mu, żeby przestał.

– Nie zadzwonię do Benjamina Westa.

– Dlaczego?

– Wyjaśniałam ci już – powiedziała podniesionym głosem Kate. Maggie 

posiadała niezwykle przydatną dla niej umiejętność zapominania o tym, z czym 

się nie zgadzała. – Bo nie interesuje mnie ani on, ani to, co ma do powiedzenia.

–   Gdyby   Benjamin   West   uganiał   się   za   mną,   już   wkrótce   byłabym 

współwłaścicielką Westcon Plaza.

– Maggie, ten facet chce, żebym mu prowadziła samochód!

– Kto by się przejmował szczegółami? Traktuj to jako dobry początek.

– Początek czego?

– To już zależy od ciebie, prawda? Jak sądzisz, czy Ben West często 

przesyła kwiaty ewentualnym pracownikom?

Kate położyła się na podłodze.

– Mogłabyś przynajmniej dać mu szansę.

– Dałam mu szansę. – Kate przypomniała sobie wspólną kolację i swoje 

późniejsze rozczarowanie. – I zobacz, do czego to doprowadziło.

– Rzeczywiście, zapomniałam. – Maggie rozejrzała się po ukwieconym 

background image

pokoju. – To mnie doprowadza do szaleństwa... Ale nie zapominaj, że on ci 

złożył   ofertę,   z   której   mogłabyś   skorzystać.   Wysoka   pensja,   dobre   warunki 

pracy...

– Nie rozmawialiśmy o tym.

– Jestem przekonana, że te pieniądze pozwoliłyby ci nieźle żyć i przy 

okazji odłożyć na studia. – Maggie zmrużyła oczy. – Powiedziałaś mu, że został 

ci tylko jeden semestr?

– Szczerze mówiąc, nie.

– Na litość boską, dlaczego?

– Jakoś nie było okazji – uśmiechnęła się Kate.

– A czy w ogóle poinformowałaś go, że studiujesz prawo?

– Niezupełnie...

–   Nic   nie   mów,   niech   zgadnę.   Pewnie   nie   miałaś   czasu.   Świetnie   to 

rozumiem. W końcu spędziłaś z nim tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdybyś 

miała do dyspozycji dwa dni albo jeszcze lepiej trzy...

– Przestaniesz wreszcie? – Kate próbowała przybrać groźny ton, ale nie 

wytrzymała i zaczęła chichotać.

– No to powiedz mi.

– Nie chciałam o tym mówić.

– Ależ dlaczego?

– Sama nie wiem. Gdybym powiedziała mu o tych studiach, to byłoby 

tak, jakbym chciała się dowartościować w jego oczach. Jak gdybym próbowała 

zrobić na nim wrażenie, o co z pewnością mi nie chodziło.

–   Oczywiście,   że   nie   –   mruknęła   Maggie.   –   Właściwie   dlaczego 

ktokolwiek chciałby zrobić wrażenie na Benjaminie Weście?

–   Dosyć   tego!   –   Kate   wstała   gwałtownie   i   ruszyła   w   stronę   szafy.   – 

Jeszcze jedno słowo i znajdę sobie nową współlokatorkę.

– Nie możesz tego zrobić – zaoponowała Maggie. – Na umowie znajduje 

się również moje nazwisko.

background image

– Wobec tego sama się wyprowadzę.

– Gdzie? Na ulicę? Ledwie wystarcza ci na opłatę tego mieszkania. – 

Maggie przyglądała się, jak Kate wkłada kurtkę. – Gdzie idziesz?

– Do pralni. Zapomniałaś, że w tym tygodniu moja kolej?

– Masz ochotę na towarzystwo? – Nie czekając na odpowiedź, Maggie 

chwyciła jedną z dwóch dużych toreb stojących przy drzwiach.

– Chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa? – Kate podniosła drugą torbę.

– Chyba tak – uśmiechnęła się Maggie. – Ale nie martw się. Przyjdzie 

dzień, kiedy zmądrzejesz i zaczniesz myśleć tak jak ja.

Kate wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je powoli.

– Tego się właśnie obawiam – powiedziała w końcu.

* * *

Ben wprowadził do pamięci komputera dane, nad którymi przed chwilą 

pracował, i zamknął oczy. Przycisnął palce do skroni. Ból rozsadzał mu głowę.

Włączył przycisk interkomu.

– Jody, czy mogłabyś mi przynieść ze dwie aspiryny? – zapytał.

– Oczywiście, panie West. Zaraz przyjdę.

Ben odsunął krzesło i wstał, próbując rozluźnić mięśnie karku. Zapadał 

zmierzch. Wzdłuż Manhattanu zapalały się światła. Stanął przy jednym z dwóch 

ogromnych okien.

Błyszczący Nowy Jork, miasto wiecznej obietnicy. Poniżej znajdowała się 

słynna   Piąta   Ulica.   Uświadomił   sobie,   jak   długą   drogę   przebył   w   ciągu 

trzydziestu   sześciu   lat.   Spróbował   wszystkiego,   co   to   miasto   miało   do 

zaoferowania, i nie żałował niczego.

Ben popatrzył z góry na zatłoczoną ulicę. Ludzie śpieszyli się, samochody 

pędziły.  Widział   zmieniające   się   światła.   Był   zbyt   wysoko,   aby   słyszeć   ryk 

klaksonów, ale z łatwością mógł to sobie wyobrazić. Nowy Jork był hałaśliwy 

background image

jak zwykle.

Taksówka minęła autobus. Ben uśmiechnął się na ten widok. Kate lada 

moment zacznie pracę. Zapali napis „wolne” i zapewne z zapałem przyłączy się 

do walki o pasażerów.

Zastanawiał się, czy była najedzona i wypoczęta. Czy szukała zajęcia i 

czy ją ktoś w końcu zatrudnił. Przez ostatnie sześć dni obiecywał sobie nie 

myśleć o niej więcej, ale jakoś nie mógł dotrzymać tego postanowienia. Wysyłał 

więc kwiaty, tuziny kwiatów, ale ona milczała. Do diabła, powinien przysyłać jej 

steki. Miałby przynajmniej pewność, że kładzie się spać najedzona. Ale wtedy 

wiedziałaby, że się o nią niepokoi i zastanawiałaby się, dlaczego tak się dzieje. 

Jak mógłby odpowiedzieć na to pytanie, skoro sam nie był pewien, skąd się 

bierze jego troska?

Nagle rozległo się dyskretne pukanie do drzwi.

– Proszę. – Ben odwrócił się od okna. Spodziewał się sekretarki, lecz 

zamiast niej ujrzał swojego asystenta.

– Kiedy szedłem tutaj, Jody poprosiła mnie, żebym ci to przyniósł.

Donald   Rubin   był   drobnym,   szczupłym   mężczyzną   po   czterdziestce. 

Nosił rogowe okulary i zaczesywał włosy do przodu, aby ukryć postępującą 

łysinę. W ręce trzymał fiolkę aspiryny.

– Dziękuję. – Ben podszedł do małego barku w rogu gabinetu. Kiedy 

nalewał wodę do szklanki, zdał sobie sprawę, że ból głowy minął bez śladu.

– Właściwie dlaczego chciałeś się ze mną widzieć? Donald przysiadł na 

skraju biurka.

–   Ci   z   programu   „Słynni   ludzie”   czekają   na   dole   –   poinformował.   – 

Chcieliby przyjść tutaj.

– Nie ma mowy.

–   Obiecałeś   im,   że   będą   mogli   kręcić   w   Westcon   Plaza   –   zauważył 

Donald. Wiedział już, że Ben się nie zgodzi, ale przyrzekł Morganowi Peach, że 

zrobi wszystko, co w jego mocy.

background image

–   Znali   zasady.   Mogą   kręcić   wszędzie,   ale   nie   w   miejscu   pracy   i   w 

wynajmowanych częściach budynku. – Ben odłożył fiolkę.

–   Kilku   twoich   sławnych   lokatorów   pozwoliło   im   wejść   do   swoich 

apartamentów.

Ben potrząsnął głową. Nigdy nie przestawało go zdumiewać, jak daleko 

potrafią posunąć się ludzie w pogoni za popularnością. W jego sytuacji brak 

prywatności był ceną, jaką płacił za swoją pozycję, ale z trudem to akceptował.

– To już ich sprawa.

– Pan Peach zastanawiał się, czy nie chciałbyś postąpić podobnie.

Ben rzucił mu spojrzenie pełne nienawiści.

– Hej, nie patrz tak na mnie. Jestem tylko posłańcem – zaprotestował 

Donald.

– Powinieneś wiedzieć, jak zareaguję.

– On chciałby sfilmować tylko twoje biuro.

– Zatrudniłem cię chyba wyłącznie ze względu na twoją wytrwałość. – 

Ben ciężko usiadł na krześle.

–   Zapomniałeś   o   moim   doktoracie   na   Harvardzie   –   uśmiechnął   się 

Donald.

– A tak. No więc idź i użyj siły swojego intelektu w kontakcie z panem 

Peachem. Niech sobie sfilmuje fontannę i pozwól mu też pomachać kamerą z 

windy. Stawiam jeden warunek, mają z tym dzisiaj skończyć.

– W porządku. – Donald wstał i ruszył w stronę drzwi. – Aha, jeszcze 

jedno.

Ben czekał, popijając powoli wodę.

–   Kwiaty   dla...   –   Donald   pogrzebał   w   kieszeni   i   wyciągnął   stamtąd 

pognieciony świstek papieru – ...panny Kate Hallaby. Wysyłano je codziennie w 

tym tygodniu, z wyjątkiem dzisiejszego dnia. Chciałem się tylko upewnić, czy 

nie   zapomniałeś.  Wiem,   że   jest   już   późno,   ale   kwiaciarnia   przyjmie   jeszcze 

zamówienie...

background image

– Nie – przerwał Ben. – Nie zapomniałem.

Donald zgniótł papier i wsadził go z powrotem do kieszeni. Znał nie tylko 

sprawy   zawodowe   Bena,   ale   także   jego   życie   osobiste.   Byli   przyjaciółmi   i 

Donald wiedział, że może sobie pozwolić teraz na kpiący uśmiech.

– Nie powiesz chyba, że rezygnujesz? – zapytał.

– A czy kiedykolwiek to zrobiłem?

– Nigdy dotąd nie spotkałeś tak nieprzychylnie nastawionej damy.

– To prawda. – Ben spoważniał. – Szkoda.

– Ja bym tego tak nie ujął. – Uśmiech Donalda stał się jeszcze szerszy. – 

Kto to jest tym razem? Kobieta interesu, socjalistka? Hm... Hallaby... to chyba 

australijskie nazwisko?

Ben tylko czekał na ten moment.

– Prowadzi taksówkę – wyjaśnił.

– Co takiego? – Donald podszedł bliżej. – Przez chwilę wydawało mi się, 

że powiedziałeś, iż ona prowadzi taksówkę.

–   Tak.   Ona   prowadzi   taksówkę.   Chciałem,   żeby   przejęła   obowiązki 

Milesa, kiedy on odejdzie. Niestety, widocznie ma inne plany.

–   Rozumiem.   Cóż...   –   Donald   zakaszlał.  Teraz   przynajmniej   było   dla 

niego   jasne,   dlaczego   Ben   odrzucił   innych   kandydatów.   –   Sądzę,   że   kwiaty 

stanowią miły upominek.

– Też mi się tak wydawało.

* * *

Gdy Kate rozpoczęła pracę, dzień miał się już ku końcowi i było nieco 

chłodniej,   lecz   mimo   to   otworzyła   szeroko   okno.   Nadarzała   się   okazja,   aby 

wreszcie poczuć wiatr we włosach, i Kate nie zamierzała jej zmarnować.

Pierwszy kurs skierował ją na West Side, gdzie czekała ponad godzinę na 

następnego pasażera. Potem trafiła się seria krótkich kursów ze śródmieścia na 

background image

przedmieście   i   z   powrotem.   Prowadziła   w   milczeniu,   będąc   mimowolnym 

świadkiem   rozmów   i   wydarzeń   rozgrywających   się   za   jej   plecami.   Słyszała 

zażartą kłótnię ojca i syna, przyglądała się rozszczebiotanej zakochanej parze, 

poleciła   restaurację   jakimś   turystom.  Wszystko   to   stanowiło   część   jej   życia 

zawodowego.

Około   północy   wylądowała   w  Village.   Bez   specjalnej   nadziei   na   kurs 

powrotny   przyglądała   się   cichej   ulicy.   Już   miała   zrezygnować,   gdy   nagle   z 

cienia wyszedł mężczyzna, unosząc w górę jedną rękę.

Kate przyjrzała mu się uważnie. Nawet w porządnej dzielnicy należało 

być   ostrożnym.   Mężczyzna   był   niski   i   krępy,   ubrany   w   luźne   spodnie   i 

powyciągany golf. Przez ramię miał przewieszoną zniszczoną skórzaną torbę. W 

słabym świetle latarni Kate zauważyła diamentowy kolczyk w lewym uchu.

Podjechała   bliżej   i   przystanęła   pomiędzy   dwoma   zaparkowanymi 

samochodami, czekając, aż mężczyzna otworzy tylne drzwi i wsiądzie.

– To tylko parę bloków stąd – powiedział. – Mam nadzieję, że nie ma pani 

nic przeciwko temu.

– Nie. – Kate włączyła licznik. – Dokąd?

–  Jak  myślisz?   –  Pasażer zachichotał  i  pochylił  się  w  jej  kierunku.  – 

Niezła jesteś.

Kate zesztywniała, czując, że dotknął jej włosów na karku. Skończyła 

kurs samoobrony i wiedziała, że najważniejsza jest pierwsza zasada. Ufaj swojej 

intuicji – jeżeli wydaje ci się, że coś jest nie w porządku, to prawdopodobnie 

masz rację.

Powoli i ostrożnie wyciągnęła rękę w kierunku radia, jedynego łącznika 

ze światem zewnętrznym.

–   Tylko   to   włączę   i   jedziemy.   –   Starała   się,   żeby   jej   głos   brzmiał 

spokojnie.

– Nie. – To jedno słowo zmroziło jej krew w żyłach.

– Ale...

background image

Ujrzała   rękę   trzymającą   mały   błyszczący   pistolet.   Nie   jest   zbyt   duży, 

pomyślała. Ale wystarczy całkiem niewielka kula, żeby zabić człowieka.

– Nie dyskutuj. Nic nie mów i daj mi pieniądze.

Kate bez słowa wyjęła metalową skrzynkę i podała ją mężczyźnie.

– A teraz opróżnij kieszenie.

Oddała   kluczyki,   prawo   jazdy   i   czterdzieści   dolarów   z   napiwków. 

Mężczyzna zgarnął pieniądze i machnął pistoletem w kierunku drzwi.

– Wyjdź z samochodu!

–   Dostałeś,   czego   chciałeś   –   powiedziała   głośno.   Serce   biło   jej   jak 

oszalałe,   ale   wiedziała,   że   za   żadną   cenę   nie   może   okazać   strachu.   –   Weź 

pieniądze i idź.

– Może dostałem, a może nie – zachichotał. Widać było, że napastnik 

rozkoszował się przewagą, jaką dawała mu broń. – Nie denerwuj mnie. Wyłaź z 

tego cholernego samochodu.

–   Muszę   włączyć   ręczny   hamulec   –   zaoponowała   Kate.   Nie   chciała 

myśleć o tym, co się stanie, kiedy wysiądzie z samochodu. W ogóle nie chciała 

myśleć.

– To włącz. – Zaczynał się niecierpliwić. Jeżeli będzie miała szczęście, 

zrobi się nieostrożny. – Potem daj mi kluczyki.

Kate chwyciła hamulec dwoma palcami, a pozostałe zacisnęła na wiszącej 

obok żyłce, do której przymocowany był policyjny gwizdek o bardzo donośnym 

dźwięku.

– Teraz hamuję – powiedziała. – I wysiadam.

Kiedy   mężczyzna   wyciągnął   rękę   w   kierunku   drzwi,   Kate   zastygła   w 

oczekiwaniu. Gdyby przynajmniej wystawił jedną nogę na zewnątrz, ruszyłaby 

błyskawicznie... ale nie zrobił tego.

– Szybciej.

– Robię to tak szybko, jak mogę. – Pociągnęła za dźwignię i zacisnęła 

dłoń na gwizdku w tym samym momencie. Następnie wyłączyła silnik i wyjęła 

background image

kluczyki ze stacyjki. – Gdybyś odłożył pistolet, poszłoby sprawniej.

Parsknął pogardliwie i uderzył w dzielącą ich przegrodę.

– Wyłaź!

Kiedy dotknęła nogą chodnika, natychmiast znalazł się obok niej. Jedną 

ręką złapał ją za ramię tuż ponad łokciem, drugą wyrwał kluczyki i wsunął do 

kieszeni.

– A teraz cicho bądź! Przejdziemy się trochę.

– Dokąd? – Kate czuła, że szczękają jej zęby. Zrób coś, żeby mówił, 

zaklinała samą siebie. Zrób coś, żeby myślał o czymś innym, i czekaj na okazję.

– Tędy.

Aleja biegła pomiędzy dwoma budynkami. Była ciemna i wyludniona. 

Kate   wiedziała,   że   jeśli   opuszczą   ulicę,   nie   będzie   miała   żadnych   szans. 

Napastnik   nie   potrzebował   nawet   broni.   Prawdopodobnie   tak   samo   ocenił 

sytuację, ponieważ schował pistolet za pasek od spodni.

Kate   oddychała   ciężko.   Postanowiła   zaryzykować.   Teraz   albo   nigdy. 

Nagle udała, że się potyka i upadła na kolana.

– Co się dzieje, u diabła? – warknął mężczyzna.

– Cholerna dziura – mruknęła.

Nie puścił jej ramienia, kiedy upadała, i stracił równowagę. Kate modliła 

się,   żeby   to   wystarczyło.   Szarpnął   ją   mocno   do   góry   i   zanim   zdążył   się 

zorientować, kopnęła go z całej siły w kostkę, a jej ręce zaciśnięte w pięści 

wylądowały na jego nosie.

Usłyszała chrzęst i ujrzała, jak krew zaczyna spływać po jego twarzy i 

swetrze. Rzuciła się w stronę oświetlonej części ulicy. Wsadziła gwizdek do ust 

i dmuchała do utraty tchu.

– Dziwka!

Gdyby wyciągnął pistolet, sytuacja stałaby się bardzo groźna. Jednak on 

pobiegł w przeciwnym kierunku, jedną rękę trzymając przy twarzy, a w drugiej 

zaciskając zagrabione pieniądze. Oparła się o taksówkę. Drżała na całym ciele.

background image

Zza rogu wyjechał samochód policyjny i zatrzymał się tuż obok niej.

– Nic się pani nie stało?

Kate z wysiłkiem potrząsnęła przecząco głową. Policjant przyjrzał się jej 

uważniej.

– Ale to pani gwizdała?

– Tak. – Kate popatrzyła na niego nieprzytomnie. – To ja– Czy mogłaby 

pani powiedzieć, co się wydarzyło? Zacinając się opisała przebieg wydarzeń.

W   taksówce   Kate   zorientowała   się,   że   nie   ma   kluczyków.   Policjanci 

zepchnęli   taksówkę   na   chodnik   i   zabrali   Kate   na   komisariat,   aby   złożyła 

formalne zeznanie. Kiedy wreszcie skończyła, na zewnątrz zaczynało już świtać. 

Jeszcze   dwukrotnie  musiała  podać  dokładny   opis   wypadków.  Zawiadomiono 

Arniego,   który   wysłał   do   Village   jednego   z   kierowców   z   zapasową   parą 

kluczyków. Sierżant poczęstował Kate gorącą kawą i nie omieszkał dodać, że 

miała piekielne szczęście.

Kate zdawała sobie z tego sprawę, jednak nie czuła się dzięki temu ani 

trochę   lepiej.   Rozglądała   się   niespokojnie   jadąc   do   domu   autobusem,   a 

odległość   między   przystankiem   a   swoim   blokiem   pokonała   w   rekordowym 

tempie. Równie szybko wbiegła po schodach.

Mieszkanie było puste. Kate starannie zamknęła drzwi, założyła łańcuch i 

rozejrzała   się   dokoła.   Na   stole   stał   dzbanek   z   kawą   i   pączki.   Ugryzła   parę 

kęsów, po czym usiadła w fotelu i zastygła bez ruchu. Stopniowo wracała do 

równowagi. Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała.

Minął   strach,   a   jego   miejsce   zajął   gniew   i   urażona   duma.   Została 

napadnięta i udało jej się wyjść z tego bez szwanku. Czy wszystko było w 

porządku?

Kogo próbowała oszukać? Tym razem poradziła sobie z napastnikiem. A 

jak będzie kiedy indziej? Przy tej pracy istniało duże prawdopodobieństwo, że 

sytuacja powtórzy się któregoś dnia. Nawet nie chciała o tym myśleć.

Nadszedł czas, żeby dokonać wyboru. Pamiętała o ofercie Bena. Może 

background image

między nimi nic nie było, tylko ona sobie coś wymyśliła? Jednak jeśli kobieta 

patrzy na mężczyznę i czuje, że ziemia usuwa się jej spod nóg, propozycja pracy 

jest   ostatnią   rzeczą,   której   oczekuje.   Jednak   dla   Bena   wyglądało   to 

prawdopodobnie nieco inaczej.

Miał szczęście, że nie zareagowałam gwałtowniej, pomyślała Kate. Ale i 

ona miała szczęście, gdyż dzięki temu propozycja ta była nadal otwarta. Chociaż 

może już nie, gdyż kwiaty przestały przychodzić. Był tylko jeden sposób, żeby 

się   przekonać.   Tuż   obok   solniczki   leżała   na   stole   mała,   nieporządna   kupka 

kartek.  Kate   wzięła   pierwszą   z   brzegu  i  położyła   przed   sobą.   Obok  ułożyła 

następną. Gdy skończyła, kartki utworzyły linię biegnącą przez całą długość 

stołu.

„Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – 

Ben” – widniało na każdej z nich.

Patrzyła   na   nie   w   milczeniu.   Zgodzi   się   na   propozycję   Bena.   Będzie 

najlepszym   kierowcą,   jakiego   kiedykolwiek   miał.   Nawet   jeśli   nie   minie   jej 

fascynacja   tym   mężczyzną,   nikt   nie   musi   się   o   tym   dowiedzieć.   Zwłaszcza 

pracowity pan Benjamin West Westchnęła i rozsypała leżące przed nią kartki. 

Znała przecież ich treść na pamięć. Sięgnęła po słuchawkę.

background image

ROZDZIAŁ 6

Rozmowa telefoniczna była krótka i rzeczowa. Umówili się na szóstą w 

biurze. Ben zamierzał powiedzieć dużo więcej i gdy odłożył słuchawkę, poczuł 

się rozczarowany. Nie znał zbyt dobrze Kate Hallaby, ale w jej przypadku jedno 

było pewne – należało przygotować się na nieoczekiwany rozwój wydarzeń. 

Powiedziała, że może przedyskutować jego propozycję, ale nie wspomniała, czy 

zechce ją przyjąć. Cały tydzień spędził na męczących zabiegach o zapewnienie 

jak najkorzystniejszych warunków umowy budowy nocnego klubu na Lower 

East Side. Sądził, że godzina spędzona z Kate Hallaby jest dokładnie tym, czego 

mu teraz potrzeba. Co jednak będzie, jeżeli ona tu wejdzie i nic się nie stanie? 

Jeżeli jego puls nie zacznie bić szybciej, a uścisk ręki pozostanie zdecydowany i 

obojętny? Może wtedy tylko mu się wydawało?

Ben zaznaczył datę w kalendarzu. Nawet jeśli spotkanie nie spełni jego 

oczekiwań, to rzeczywiście potrzebuje szofera.

* * *

Garderoba Kate była, łagodnie mówiąc, dość skromna. Jako studentka nie 

potrzebowała wielu ubrań, a jako kierowca taksówki jeszcze mniej. Miała dwie 

czy trzy sukienki, które wkładała, gdy wybierała się do butiku. Zdecydowała, że 

wyglądałaby   w   nich   zbyt   oficjalnie.   Poza   tym   musiałaby   do   nich   założyć 

pończochy i szpilki, a na to już zupełnie nie miała ochoty. W końcu wybrała 

sztruksowe spodnie i męską koszulę, którą kupiła na ciuchach.

O piątej trzydzieści minęła recepcję w budynku, w którym znajdowało się 

biuro Bena. Strażnik sprawdził jej nazwisko na liście, po czym skierował do 

prywatnej windy. Podróż na górę trwała krótko. Kate nie miała nawet czasu, aby 

przyjrzeć   się   pięknym   dywanom   i   ścianom   pokrytym   dębowym   drewnem. 

background image

Zerknęła jednak w lustro, bezskutecznie próbując przygładzić niesforne włosy. 

Cóż, albo Ben zgodzi się ją przyjąć taką, jaka jest, albo sprawa zakończy się, 

zanim się zaczęła.

Gdy drzwi od windy otworzyły się, Kate ujrzała sekretarkę Bena. Była nią 

szczupła   blondynka   o   wysportowanej   sylwetce   i   twarzy   modelki.   Sukienka, 

którą miała na sobie, musiała kosztować mnóstwo pieniędzy.

Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło.

– Cześć, jestem Jody – przywitała się. – Wezmę pani płaszcz, a pani niech 

już wchodzi. Pan West czeka.

Kate spodziewała się zobaczyć nowoczesne, zimne wnętrze. Zaskoczona 

rozejrzała   się   wokół.   Drewno   w   połączeniu   z   dywanami   w   pastelowych 

kolorach   stwarzało   wrażenie   dyskretnej   elegancji.   Biurko   Jody   doskonale 

pasowałoby do starego angielskiego dworu. Na ścianie wisiał obraz Stubbsa. 

Kate obiecała sobie, że wychodząc stąd zatrzyma się i dokładniej go obejrzy. 

Teraz tylko rzuciła nań okiem i poszła prosto do gabinetu Bena.

Kiedy weszła, rozmawiał przez telefon. Poinformowany przez Jody, że 

Kate jedzie na górę, już od pięciu minut bezskutecznie próbował zakończyć 

rozmowę   z   Mortem   Silverburgiem.   Ponieważ   sprawa   nocnego   klubu   została 

omówiona, Mort szczebiotał wesoło o przyjęciu, które zamierzał wydać pod 

koniec tygodnia.

Ben nie musiał się specjalnie koncentrować, aby wtrącać „tak” lub „aha” 

w  odpowiednim   momencie.  Wstał  i   zapraszającym  gestem  zachęcił   Kate  do 

pozostania, szepcząc bezgłośnie „zaraz kończę”.

Skinęła głową i rozejrzała się po gabinecie. Podeszła do ogromnych okien 

i wyjrzała na zewnątrz. Przyglądał się jej, gdy zaczęła spacerować, starając się 

wyglądać zdecydowanie i pewnie.

Z jakiegoś powodu – prawdopodobnie dlatego, że tylko w tym ją widział 

– Ben oczekiwał, że Kate zjawi się w dżinsach. Zamiast nich włożyła spodnie z 

tak delikatnego sztruksu, że wyglądał jak aksamit. Były bardzo obcisłe w talii i 

background image

przy kostkach, a w pozostałych miejscach na tyle luźne, żeby rozbudzić jego 

wyobraźnię.

Miała na sobie olbrzymią męską koszulę. Gdyby włożyła ją inna kobieta, 

uznałby, że wygląda raczej dziwnie. Kate prezentowała się znakomicie.

Ben pośpiesznie zakończył rozmowę.

Kiedy odłożył słuchawkę, Kate odwróciła się w jego stronę. Potrzebowała 

tych kilku chwil, żeby ochłonąć. Nie spodziewała się, że widok tego mężczyzny 

tak   bardzo   na   nią   podziała.   Przedtem   wydawał   się   jej   pociągający,   teraz 

dosłownie zaparło jej dech.

– Panie West. – Przeszła przez pokój i wyciągnęła rękę. – Miło mi, że 

znów pana widzę.

– Zdaje mi się, że się cofamy – przytrzymał jej dłoń dłużej, niż tego 

wymagało powitanie. – Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, mówiłaś do mnie 

„Ben”.

– Wtedy odrzuciłam pana propozycję. – Kate zrezygnowała z wyjaśniania 

tego, co wydawało się oczywiste. Podczas tych niezwykłych godzin spędzonych 

w zaspie, potem w jego domu, znajdowali się na równych sobie pozycjach. 

Dzisiejszego popołudnia układ sił się zmienił. – Ale jeżeli jest ciągle aktualna, to 

chętnie ją przyjmę.

– Porozmawiajmy. – Ben wskazał jej krzesło. – Może napijesz się czegoś? 

Wody mineralnej?

– Nie. Dziękuję.

– Istotnie – zaczął – propozycja jest nadal aktualna. Pozwól, że opowiem 

ci trochę o tej pracy i zobaczymy, czy nadal będziesz nią zainteresowana.

Po  wczorajszych   dramatycznych  wydarzeniach  Kate   nie   bardzo  mogła 

wyobrazić sobie, co mogłoby ją zniechęcić. Postanowiła jednak wysłuchać go.

–   Zatrudniam   dwóch   szoferów,   pracujących   na   zmianę.   Mam   już 

pracownika na nocną zmianę. Szukam kogoś, kto będzie pracował w dzień, od 

siódmej rano do siódmej wieczorem. Nie znaczy to oczywiście, że masz jeździć 

background image

całymi dniami. Czasami w ogóle nie potrzebuję kierowcy. Ale kiedy jestem w 

mieście czy w okolicy, musisz być w tym czasie dyspozycyjna.

– W porządku – skinęła głową Kate.

–   Jeżeli   chodzi   o   pensję,   myślę,   że   uznasz   ją   za   całkiem   wysoką   – 

wymienił sumę, a Kate nerwowo przełknęła ślinę. – Oczywiście dochodzą do 

tego jeszcze rozmaite premie.

– Oczywiście – mruknęła Kate, starając się nie myśleć o pieniądzach i o 

zmianach, jakie wprowadzą w jej życiu. Powtarzała sobie, że nawet teraz nie 

musi   przyjmować   tej   pracy.   Wciąż   ma   możliwość   wyboru.   Ale   czy   może 

zrezygnować   z   wynagrodzenia   gwarantującego   regularne   odżywianie   i 

możliwość   odłożenia   pieniędzy   na   studia?  A  jak   poradzi   sobie   z   fascynacją 

Benem Western i świadomością, że będzie miał nad nią władzę?

Postanowiła, że później będzie się o to martwić.

– To właśnie wygląda na coś, czego szukam – zaczęła. – Nie przyniosłam 

referencji,   ale,   jak   pan   wie,   mam   trochę   doświadczenia.   Jestem   pewna,   że 

chciałby zadać mi pan kilka pytań...

– Tylko jedno. – Ben usiadł wygodniej i skrzyżował ręce. – Dlaczego 

zmieniłaś zdanie?

Zaskoczył ją. Myślała, że zapyta ją o staż pracy albo o uprawnienia. Nie 

spodziewała się pytania, które przed chwilą padło.

– Nic takiego się nie wydarzyło – machnęła niedbale ręką.

– Daj spokój – parsknął. – Nie zgrywaj się.

– Co masz na myśli?

– W zeszłym tygodniu twój cięty język powinien zostać zarejestrowany 

jako śmiertelna broń. Gdybym nie znał cię wcześniej, pomyślałbym, że trafiłaś 

tu dzisiaj prosto z klasztoru. Co się dzieje?

Decyzja o przyjściu tutaj była dostatecznie trudna, a teraz Ben dodatkowo 

komplikował sytuację.

– Może po prostu próbuję zrobić dobre wrażenie – powiedziała.

background image

– Do diabła! – Ben wstał i przeczesał włosy palcami. – Zrobiłaś świetne 

wrażenie w zeszłym tygodniu, a potem mnie spławiłaś. Co się stało od tamtego 

czasu?

– Nic.

– Czy Arnie cię zwolnił?

– Nie. – Kate wyczuła, że Ben stoi tuż obok niej. Podniosła wzrok i 

zobaczyła, że pochyla się nad nią, z rękami wspartymi na oparciach fotela.

– Powiedz, proszę, co się stało? – Jego głos był ciepły i łagodny. Gdyby 

był agresywny lub nalegał, wykręciłaby się od odpowiedzi. Umiała sobie radzić 

z siłą, lecz jego czułość rozbroiła ją.

– Napadnięto mnie – wyjaśniła.

– Co?

– Napadnięto. – Kate  zerknęła na niego. – Rozumiesz, co to znaczy? 

Trzymano na muszce i obrabowano.

– Dobry Boże! Kiedy?

–  Wczoraj   w   nocy.   Właściwie   dzisiaj   nad   ranem.   –   Kate   potrząsnęła 

głową. Kosmyk włosów opadł jej na twarz, ale poprawiła go. Nie chciała mówić 

o wypadku. Wszystkie uczucia – strach, złość, upokorzenie – były nadal zbyt 

silne.

– Jesteś ranna? – Ben chciał ją przytulić i pocieszyć. Zrezygnował z tego 

pomysłu. Wyglądała na spiętą i zdenerwowaną.

–   Nie   –   odpowiedziała   cicho   Kate.   –   Tylko   kilka   siniaków.   Czy 

moglibyśmy przestać o tym mówić?

– Nie, nie moglibyśmy.

Ben wyprostował się. Jego również dwukrotnie napadnięto. Nie należało 

to   do   rzadkości   na   ulicach   Nowego   Jorku.   Wiedział   dobrze,   że   po   takich 

przeżyciach pozostawał trudny do przezwyciężenia strach i uraz, więc dlatego 

bał się o Kate. Czy ten człowiek zrobił jej coś jeszcze? Poczuł nieprzyjemny 

ucisk w żołądku.

background image

– Powiedz, co się stało – starał się mówić bardzo spokojnie.

Kate znowu potrząsnęła głową, odrzucając włosy do tyłu.

– Nic takiego.

– Dla mnie to ważne.

– Ale to nie pana sprawa.

Wiedział, że poradzi sobie z dawną, gniewną, upartą Kate. Znów pochylił 

się nad nią.

– Właśnie, że moja – powiedział.

– Dlaczego? Dlatego, że chce mnie pan zatrudnić?

– Nie. Dlatego, że martwię się o ciebie.

– Też coś! – Kate odsunęła się od niego i wstała gwałtownie. – Pan mnie 

nawet nie zna.

– Ale chciałbym.

Spojrzała na niego z nagłym błyskiem w oczach.

– Chce mnie pan zatrudnić – upewniła się.

– Masz rację – przyznał Ben. – To także.

– Dużo pan chce, panie West.

– Ben – powiedział ostro. – Uzgodniliśmy, że będziesz mówiła do mnie 

Ben.

– Nie, to pan tak zdecydował. Ale to ty tu rządzisz... Ben.

Zignorował ironię w jej głosie.

– Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jeżeli nie opowiesz, co się 

zdarzyło tej nocy, będzie cię to przez cały czas gnębiło?

– Mówiłam już o tym. Policji, Arniemu...

– Ale nie mówiłaś nikomu, kto naprawdę troszczy się o ciebie. – Ben 

obserwował, jak Kate niespokojnie krąży po pokoju. Każdy krok oddalał ją od 

niego. – A co z twoją współlokatorką, ma na imię Maggie, prawda?

– Pamiętasz wszystko, co usłyszysz? – Odwróciła się w jego kierunku.

– Istotne rzeczy tak.

background image

Nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby być dla niego ważna. 

Stanęła przy oknie. Nie widzącym wzrokiem patrzyła na świat w dole. Może 

jeśli opowie mu całą historię, wtedy Ben zostawi ją w spokoju. A przecież tego 

właśnie chciała, prawda?

– To był pasażer – powiedziała cicho. – Wsiadł w Village. Nie wyglądał 

zbyt groźnie. – Ben zacisnął ręce w pięści. Zawsze uważał się za człowieka 

praktycznego, który akceptuje to, czego nie da się zmienić. Jednak wizja Kate, 

jeżdżącej   w   nocy   w   poszukiwaniu   pasażerów,   którzy   „nie   wyglądają   zbyt 

groźnie”, napełniła go gniewem. – W każdym razie się pomyliłam. Wyciągnął 

pistolet i wycelował we mnie. Zażądał pieniędzy.

– Które mu dałaś.

Kate podniosła wzrok i zobaczyła, że Ben znów stoi obok niej.

– Nie jestem głupia.

– Przecież nie powiedziałem, że jesteś. – Tak bardzo chciał ją przytulić. 

Wiedział jednak, że byłby to niewybaczalny błąd. – I poszedł sobie?

Zapadła długa cisza.

– Powiedziałaś, że nic ci się nie stało – odezwał się w końcu Ben, powoli 

wymawiając słowa.

Kate wzruszyła ramionami i odparła:

– Kazał mi wysiąść z taksówki. Przed nami ciągnęła się aleja... ciemna, 

pusta aleja. Wiedziałam, że kiedy się tam znajdziemy, nie będę miała szans.

Ben skinął głową.

– Udałam, że się potknęłam. Na szczęście, on nie okazał się specjalnie 

bystry.   –   Śmiech   Kate   zabrzmiał   niewesoło.   –   Kiedy   stracił   równowagę, 

uderzyłam   go,   a   może   nawet   złamałam   mu   nos.   Potem   uciekłam.   Policja 

usłyszała mój gwizdek i przyjechała. To wszystko.

Opis   był   raczej   oszczędny,   ale   Ben   z   łatwością   wyobraził   sobie 

dramatyzm sytuacji.

– A więc udało ci się – powiedział.

background image

– Niezupełnie – mruknęła. – Uciekł z pieniędzmi.

– Pieniądze można zastąpić innymi, ciebie nie.

– Powiedz to Arniemu.

– Za mało troszczysz się o siebie, Kate.

Ben stał tak blisko, że ich ramiona niemal się stykały.

– Posłuchaj, nie rób z tego aż takiego dramatu. W gruncie rzeczy nic mi 

się nie stało, więc zostawmy to, dobrze?

Ben wyciągnął rękę. Ujął Kate pod brodę i zbliżył jej twarz do swojej.

– Jeśli nic się nie stało, to dlaczego nie prowadzisz dzisiaj taksówki? – 

zapytał. – Co tutaj robisz?

–   Wiedziałam,   że   to   był   głupi   pomysł.   –   Kate   szarpnęła   się.   –   Nie 

powinnam tu przychodzić.

Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.

– W ogóle nie powinnam uwierzyć w to, że mógłbyś mnie zatrudnić.

– Ta posada jest twoja, jeżeli nadal jesteś zdecydowana.

– Przecież nie zatrudniłbyś kogoś, kto bez przerwy kłóciłby się z tobą.

– Zatrudniłbym.

– Dlaczego?

Sam nieraz zadawał sobie to pytanie i chociaż święcie wierzył w swój 

zdrowy rozsądek, nie mógł znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Zawahał się.

– Ponieważ jesteś cholernie dobrym kierowcą, Kate.

–   Co   drugi   kierowca   jest   cholernie   dobry.   –   Popatrzyła   na   niego 

sceptycznie.

– Ale ja na innych kierowców nie chcę patrzeć przez cały dzień.

– Zatrudniasz mnie z powodu mojego wyglądu? – uniosła w górę brwi.

– Między innymi – przyznał.

– A jakie są te inne przyczyny?

Krok po kroku podchodziła coraz bliżej. Oczywiście mógł się wycofać, 

ale nie brał tego pod uwagę.

background image

– Dajmy już temu spokój, dobrze?

– A jeżeli się nie zgodzę?

– Nie mam zwyczaju dyskutować z pracownikami, Kate.

– Świetnie. – Skrzyżowała ręce. – Tylko że ja nie jestem jeszcze jednym z 

twoich pracowników.

– Nie bądź bezczelna – warknął Ben.

Przyjrzał się uważnie jej twarzy, błękitnym oczom i małemu zadartemu 

noskowi, tak bardzo kontrastującemu z zawadiacko wysuniętą brodą. Jej pełne, 

nie   umalowane   usta   były   tak   kuszące...   Wiedział,   że   lada   moment   straci 

panowanie nad sobą...

– Bo co? – zapytała zaczepnie.

– Bo to.

Jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wziął Kate w ramiona. 

Oddychała ciężko. Instynktownie uniosła twarz. Ben potrzebował tej zachęty. 

Dotknął jej warg swoimi. Jedną ręką objął ją w talii, a drugą pieszczotliwie 

gładził włosy dziewczyny. Kate wiedziała, że powinna się cofnąć, lecz zamiast 

tego rozchyliła usta.

Ben  oczekiwał,  że  Kate  zaprotestuje.  Może  nawet  trochę  na  to liczył. 

Jednak   ona   przyciągnęła   go   do   siebie   z   taką   pasją,   że   wszystko   stało   się 

nieważne. Pozostała tylko rozkosz trzymania jej w ramionach.

Czuł jej piersi przez materiał koszuli. Pragnął ich dotknąć. Pragnął jej tak 

bardzo, że gotów był ją wziąć natychmiast nie zważając na miejsce, w którym 

się znajdują.

Jednak kiedy usiłował rozpiąć jej koszulę, Kate zaprotestowała:

– Nie!

Przez dłuższy czas Ben nie poruszył się. Potem powoli opuścił ręce i 

cofnął się potrząsając głową.

– Masz rację – powiedział cicho.

Rację? Kate była wściekła. Czy w ogóle chciała mieć rację? Przynajmniej 

background image

mógł   się   z   nią   spierać,   tak   jak   robił   to   zawsze.   Zapięła   guzik,   z   którym 

wcześniej mocował się Ben. Żeby podkreślić ten gest, zapięła także guzik pod 

szyją.

– No cóż, czy właśnie dlatego chciałeś mnie zatrudnić?

– Poniekąd.

– Poniekąd – mruknęła Kate. Miała ochotę nawrzeszczeć na niego, ale jak 

mogła to zrobić, skoro ona także ponosiła odpowiedzialność za to, co się przed 

chwilą wydarzyło. – Nie musiałeś proponować mi pracy w formie zapłaty za 

„usługi” – dodała złośliwie.

Ben odwrócił się w jej kierunku.

– Będę ci płacił za prowadzenie samochodu, Kate. Za nic więcej.

Akurat, pomyślała Kate. Nadal nie była przekonana.

– Zaproszenie mnie gdziekolwiek byłoby mniej kosztowne. – Zerknęła na 

niego uważnie.

– Ale ty potrzebujesz pracy – warknął. To brzmiało rozsądnie.

– Niepotrzebny mi też mężczyzna korzystający z każdej okazji.

– Świetnie. – Rozłożył ręce. – Nikt cię do niczego nie zmusza.

– Sugerujesz mi, żebym zrezygnowała?

– Wyjaśniam ci tylko, że możesz zrobić, co zechcesz. Wybór należy do 

ciebie. – Ben opanował do perfekcji sztukę negocjacji i wiedział, kiedy opłaca 

się blefować. Dopóki się nie zorientuje, on będzie górą.

Kate   zastanawiała   się   przez   kilka   minut.   Sytuacja   się   komplikowała. 

Znalazła się między młotem a kowadłem. Jeżeli odejdzie, to odejdzie z niczym. 

Lecz jeżeli pozostanie... cóż, to, co się stało, mogło się przecież powtórzyć.

– Przyjmę tę pracę – zdecydowała. – Ale pod jednym warunkiem.

– To znaczy?

– Nie zamierzam... Nie będziemy... – Kate usiłowała znaleźć właściwe 

słowo. – Nie będziesz piekł dwóch pieczeni przy jednym ogniu.

– W porządku.

background image

– W porządku? To wszystko, co masz mi do powiedzenia?

– Postawiłaś warunek, a ja się zgodziłem.

– A zatem załatwione.

–   Na   to   wygląda.   –   Ben   podszedł   do   biurka   i   napisał   coś   na   kartce 

papieru.   –   Zadzwoń   jutro   pod   ten   numer.   Donald   jest   moim   asystentem. 

Omówisz z nim szczegóły.

– Świetnie. Chyba już pójdę.

– Pozwól, że cię odprowadzę.

– To nie jest konieczne.

–   Będę   spokojniejszy   –   stwierdził   stanowczo.   Wziął   ją   za   ramię   i 

skierował   w   stronę   drzwi.   –   Budynek   jest   już   pewnie   pusty,   a   na   ulicach 

ciemno...

– Jak zwykle w nocy. – Kate bezskutecznie próbowała wprawić się w 

bojowy nastrój. Samodzielność ułatwiała jej życie, ale odrobina troskliwości ze 

strony Bena z pewnością jej nie zaszkodzi.

Ben   nie   próbował   nawet   odpowiadać.   Pomógł   włożyć   jej   płaszcz   i 

przeszli do windy. Postanowił, że odprowadzi Kate do taksówki i wróci jeszcze 

na górę. Jednak im bardziej zbliżali się do wyjścia, tym niechętniej myślał o 

rozstaniu. Nie pomagała świadomość, że już od przyszłego tygodnia Kate będzie 

jego kierowcą i sporo czasu będą spędzać razem. Pragnął jej obecności teraz, 

dzisiejszego wieczoru.

– Głodna? – zapytał, gdy drzwi windy otworzyły się na parterze.

– Jak zwykle – spojrzała na niego zmieszana. – Chciałam powiedzieć...

– Dobrze się składa – wtrącił gładko. – Ja też umieram z głodu. Obok 

znajduje się miła kafejka, w której serwują doskonałe pastrami.

– Niestety, nie mam pieniędzy – przyznała szczerze. Ben skinął głową w 

stronę portiera i zwrócił się do niej:

– Nie przejmuj się, ja zapraszam.

–   Chyba   nie   mogę...   –   Głos   Kate   ucichł,   kiedy   Ben   otworzył   drzwi 

background image

kafejki. Owionął ich kuszący zapach potraw.

–   Zgadza   się.   –   Uśmiechnął   się   szeroko   widząc   zdumiony   wyraz   jej 

twarzy. – Chyba nie możesz odmówić.

Stanęli  na  końcu  krótkiej  kolejki i  natychmiast  wdali  się  w  ożywioną 

dyskusję. Ben upierał się przy pastrami, Kate optowała za wołowiną z puszki. 

On chciał sałatkę makaronową, ona jarzynową, on piwo Heineken, ona Beck.

Nawet   kiedy   już   usiedli   przy   stoliku   i   zajęli   się   jedzeniem,   nadal   się 

sprzeczali. Od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Nie zgadzali się niemal we 

wszystkim, począwszy od poglądów na politykę, aż do upodobań w dziedzinie 

sportu czy filmu.

Stracili poczucie czasu. Stoliki opustoszały, nowi goście nie przybywali, 

ale oni nawet tego nie zauważyli.

O   godzinie   dziewiątej   pojawiła   się   tabliczka   z   napisem   „zamknięte”. 

Dopiero gdy pół godziny później przyszła sprzątaczka i zaczęła ustawiać krzesła 

na stołach, uświadomili sobie, że jest już późno.

Zostawili solidny napiwek i śmiejąc się wyszli na ulicę. Nowy Jork mienił 

się niezliczoną ilością świateł. Ben wyciągnął rękę, żeby przywołać taksówkę.

– Nie stać mnie na to – powiedziała Kate, gdy samochód zatrzymał się tuż 

przy nich.

– Mnie stać. – Ben otworzył tylne drzwiczki.

Kate zawahała się. O tej porze o wiele bezpieczniej było jechać taksówką 

niż metrem, ale nie chciała przyzwyczajać się do tego, że Ben wciąż za nią 

płaci.

– Może dałbyś mi jakąś zaliczkę? – zaproponowała. – Niewielką.

– Oczywiście. – Ben wręczył jej dziesięciodolarowy banknot. Zapłaciłby 

za nią z przyjemnością, ale potrafił uszanować jej dumę.

– Dziękuję. – Ich spojrzenia się spotkały. Kate z trudem odwróciła wzrok. 

– Dziękuję za wszystko.

– To ja dziękuję.

background image

Ben pomógł jej wsiąść. Kiedy zamknęła drzwi, samochód natychmiast 

ruszył.   Kate   energicznie   machała   do   niego   przez   okno.   Podniósł   rękę,   żeby 

odwzajemnić gest, ale taksówka zniknęła.

Nagle Ben uświadomił sobie, że jest zimno, i szybkim krokiem ruszył w 

kierunku  Westcon   Plaza.   Po   krótkim   wahaniu   skierował   się   w   stronę   części 

mieszkalnej. Chociaż czekało na niego sporo zajęć, nie miał ochoty wracać do 

biura.

Nie  był  w  odpowiednim  nastroju.  Myśl  ta  wywołała  uśmiech  na  jego 

twarzy. Kiedy po raz ostatni zastanawiał się, w jakim jest nastroju? Z pewnością 

dawno   temu.  Inne  kobiety   starały   się   dostosować  do   niego,   a  Kate   była   po 

prostu   sobą.   Samym   sposobem   bycia   jednocześnie   denerwującym   i 

interesującym – zdołała wyciągnąć go z jego szklanej wieży. Przy niej wszystkie 

sprawy nabierały nowego wymiaru. Ale czy Kate była odpowiednią kobietą dla 

niego? Nie miał pojęcia. Wiedział tylko jedno, że zatrudnienie jej było z jego 

strony   albo   przebłyskiem   jasnowidzenia,   albo   najbardziej   idiotycznym 

posunięciem, jakiego zdarzyło mu się kiedykolwiek dokonać.

background image

ROZDZIAŁ 7

–   Nie   możesz   mnie   tak   zostawić,   skarbie.   –   Głos   Arniego   z 

charakterystycznym,   brooklyńskim   akcentem   rozbrzmiewał   przez   telefon.   – 

Jeszcze parę wolnych dni i będziesz jak nowo narodzona. Wierz mi!

– Już się tak czuję – odparła spokojnie Kate. Już od trzech dni wałkowali 

ten temat. – Po prostu nie chcę jeździć nocami i wozić jakichś podejrzanych 

facetów.

–   Oczywiście,   że   nie   chcesz   –   zgodził   się   Arnie.   –   Doskonale   to 

rozumiem.

No pewnie, pomyślała Kate. Nic, co dotychczas mówiła, nie robiło na nim 

najmniejszego   wrażenia.   Dlaczego   więc   teraz   miałoby   być   inaczej?   Musiała 

przyznać,   że   Arnie   zawsze   był   w   porządku,   mimo   że   nie   należał   do 

najsympatyczniejszych   szefów.   Kate   uważała,   że   musi   spokojnie   znieść 

wszystkie próby zatrzymania jej w zakładzie Arniego. Była mu to winna.

– Nie będziesz jeździła nocami – orzekł stanowczo. – Może uda mi się 

wciągnąć cię na listę dzienną.

– Dziękuję, ale nie. – Kate spojrzała na Maggie i zrobiła wymowny gest. 

–   Już   mam   dzienną   pracę.   Daj   ogłoszenie   do   gazety,   na   pewno   znajdziesz 

chętnych.

– Na pewno, ale ja wolę ciebie. Jesteś bystra, dobrze mówisz po angielsku 

i nie pyskujesz. Jednym słowem, taksówkarz doskonały.

– No, no, no, Arnie. Gdybym wcześniej wiedziała, że tak mnie doceniasz, 

poprosiłabym o podwyżkę.

– Nie bądź taka mądra – odburknął Arnie. – Słuchaj, muszę już kończyć. 

Pamiętaj, że chodzi o dzienną pracę. Pomyśl o tym.

Kate skrzywiła się, kiedy odłożył słuchawkę.

–   Rozumiem,   że   twój   pan   i   władca   nie   chce   z   ciebie   zrezygnować   – 

background image

krzyknęła Maggie z drugiego końca pokoju.

Kate skinęła głową.

–   Po   prostu   nie   może   pojąć,   jak   mogłabym   opuścić   tak   doskonałe 

przedsiębiorstwo.

– Miło być niezastąpioną.

–   Prawda?   –   Kate   podeszła   do   lodówki   i   nalała   sobie.   szklankę   soku 

pomarańczowego. – A propos, gdzie się podziewa Josh? Nie przypominam sobie 

weekendu, którego nie spędzilibyście razem.

– W drodze do Puerto Rico – westchnęła Maggie. – Sprawy służbowe. 

Wraca dopiero w środę.

– Biedactwo. Samotna w niedzielny wieczór. Do czego zmierza świat?

Maggie chwyciła poduszkę i rzuciła we współlokatorkę.

– I kto to mówi? – syknęła. – Od miesięcy nie miałaś żadnej randki.

– Od miesięcy nie miałam ani chwili wolnego czasu.

– Miałaś mnóstwo czasu, kiedy kręcił się tutaj Barry.

– Miałam wtedy zajęcia na uniwersytecie.

– Rzeczywiście. – Maggie z ogromnym zainteresowaniem oglądała swoje 

paznokcie. – Jednego dnia przyszedł, drugiego zniknął. Nigdy nie powiedziałaś 

mi, dlaczego.

Kate oczami duszy ujrzała Barry’ego. Wysoki, przystojny mężczyzna z 

opaloną   twarzą   i   chłopięcym   uśmiechem.   Razem   studiowali,   ale   Barry   zdał 

końcowe egzaminy w styczniu. Zeszłej zimy wierzyła, że jest w nim zakochana, 

i może nawet tak było. Mimo to porzucił ją.

– Powiedzmy, że podobałam się Barry’emu jako przyszły prawnik, a nie 

jako kierowca taksówki.

Maggie spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Czy to nie on zawsze wygłaszał wzniosłe przemowy o bezklasowym 

społeczeństwie?

– To pasowało do reszty jego życiowych celów – skinęła głową Kate. – 

background image

Skończyć studia, otrzymać posadę sędziego, a potem trafić do polityki. Nie miał 

nic przeciwko  temu, żebym została  radcą  prawnym. To mieściło się w  jego 

planach. Tylko że on zdał egzaminy, a ja nie. Nagle okazało się, że już nie 

jesteśmy stworzoną dla siebie parą.

Głośny dzwonek domofonu przerwał rozmowę. Kate z ulgą pośpieszyła 

do drzwi.

– Przesyłka dla pani Kate Hallaby – usłyszała.

– Już schodzę.

– Nie ma potrzeby. Przyniosę na górę. Cztery c, prawda?

Maggie   weszła   do   przedpokoju,   kiedy   Kate   nacisnęła   przycisk 

otwierający drzwi wejściowe.

– Chyba to nie są kwiaty, prawda? – zapytała.

– Gorzej. Kiedy w zeszłym tygodniu rozmawiałam z asystentem Bena, 

kazał mi podać moje wymiary i powiedział, że przyślą mi uniform.

– Naprawdę? – zachichotała Maggie. Wyszła na korytarz i przechyliła się 

przez poręcz. Posłaniec był już na trzecim piętrze. – Proszę się pośpieszyć! – 

krzyknęła.

Kate   zajęła   się   napiwkiem,   a   Maggie   wzięła   paczkę   i   zaniosła   do 

mieszkania.

– Pewnie to taki zestaw jak w mojej szkole – parsknęła.

–  Mam  nadzieję,  że  nie.   –  Kate   otworzyła  pudło   i  znalazła  trzy   pary 

czarnych   wełnianych   spodni,   dwie   marynarki   w   tym   samym   kolorze,   sześć 

białych koszul i dwanaście par białych skarpetek.

– Co takiego? – zachichotała Maggie. – Nie ma bielizny?

Znalazły   mniejsze   pudełko,   owinięte   w   miękki   papier.  W  środku   była 

płaska, czarna czapka. Szczerząc zęby Kate przymierzyła ją i pobiegła przejrzeć 

się w lustrze.

– Nieźle – zadecydowała Maggie, która poszła za nią do łazienki.

–  Ale   nie   rewelacyjnie.   –   Kate   przechylała   głowę   na   obie   strony.   – 

background image

Przydałoby się coś do tego...

– Na przykład olbrzymi emblemat z przodu?

– Na przykład.

Maggie obserwowała, jak Kate zdejmuje czapkę i rzuca ją przez długość 

pokoju.

– Już masz mundurek – powiedziała. – Kiedy zaczynasz?

– Jutro o siódmej rano.

–   O   siódmej?   –   jęknęła   Maggie.   Sama   zaczynała   pracę   w   Bibliotece 

Publicznej Nowego Jorku o dziewiątej, mogła więc spokojnie spać nawet do 

ósmej.

–   O   tej   porze   kończy   się   nocna   zmiana.   Mam   udać   się   do   garażu, 

sprawdzić,   czy   wszystko   w   porządku   z   samochodem,   i   czekać   na   dalsze 

instrukcje.

– A jeżeli żadnych nie będzie?

–   Wtedy   będę   się   nudzić.   –   Kate   uśmiechnęła   się   ironicznie.   –   Jak 

wszyscy dobrzy lokaje.

* * *

Ben był niezmiernie przywiązany do swoich zwyczajów. Każdego ranka 

budził się dokładnie o szóstej, zgodnie ze swoim wewnętrznym zegarem. Pół 

godziny poświęcał na ćwiczenia. Na wsi uprawiał biegi, w mieście musiały mu 

wystarczyć hantle i rower w pokoju treningowym. O szóstej czterdzieści pięć 

był już umyty, ogolony i ubrany. Parker serwował mu pierwszą filiżankę kawy 

razem z „Wall Street Journal”, drugą zaś z „New Jork Times”.

O   siódmej   piętnaście   był   już   piętro   niżej,   w   swoim   biurze.   Donald 

zazwyczaj   przychodził   o   ósmej,   a   Jody   o   dziewiątej.   Ben   lubił   samotnie 

spędzane poranki. Telefony milczały, korytarze były puste. Słychać było tylko 

ciche brzęczenie komputera.

background image

Poniedziałkowy ranek niczym nie różnił się od pozostałych. Panowała 

kojąca   cisza,   sprzyjająca   skupieniu.   Wszystkie   dzisiejsze   spotkania   były 

starannie wynotowane. Pierwsze było zaplanowane na dziewiątą. Następne co 

godzinę.

Po południu miał jechać z Donaldem do Queens, aby obejrzeć pewien 

budynek blisko lotniska. O piątej zjawi się Mort Silverburg, a o szóstej czeka go 

spotkanie z burmistrzem i innymi osobistościami na wernisażu w Museum of 

Modern Art. Zwykły dzień, niczym nie różniący się od innych, tyle tylko, że 

dziś Kate rozpoczyna pracę.

Nie powinien o niej myśleć. Ale nie potrafił sobie tego zakazać. Domyślał 

się,   że   o   tej   porze   Kate   jest   już   pewnie   w   garażu,   rozmawia   ze   swoim 

zmiennikiem i pije niesmaczną kawę z automatu. Ma na sobie uniform, który 

dostarczył Donald – czarny, skromny; tylko że Kate Hallaby nawet w worku na 

kartofle wyglądałaby efektownie.

Niestety,   dzisiejszego   popołudnia   nie   miał   dla   niej   żadnego   zajęcia. 

Zastanawiał się, czy nie będzie zniecierpliwiona oczekując  daremnie. Na jej 

miejscu  pewnie  tak  by  się  czuł. Ale  nie  był  na  jej  miejscu.  On  tu  przecież 

zarządzał, ustalał rozkład dnia, podejmował decyzje, jednak dzisiaj... czuł się 

zniecierpliwiony i niespokojny jak diabli.

Zaklął cicho i wstał zza biurka. Może po prostu zbyt ciężko pracował. 

Coś było nie w porządku. Kiedy patrzył w kalendarz wypełniony nazwiskami 

znanych osób, nie odczuwał nic poza znużeniem.

Zerknął na zegarek, była siódma trzydzieści Miał jeszcze mnóstwo czasu 

przed pierwszym spotkaniem, a już nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie 

na poranny spacer. Gdy znalazł się koło wyjścia, pogodził się już z faktem, że 

właściwie   idzie   zobaczyć   Kate.   Zastanawiał   się,   czy   nie   kupić   czegoś   na 

śniadanie. To, że już jadł, nie miało znaczenia. Kate mogła bez trudu zjeść za 

dwoje.

Wiedział, że garaż znajduje się trzy domy dalej, chociaż nigdy tam nie 

background image

był. Jeżeli był mu potrzebny samochód, szofer przyjeżdżał po niego. Przebył tę 

odległość w pięć minut. Kiedy stanął w otwartych drzwiach, strażnik popatrzył 

na niego, wyraźnie go nie rozpoznając.

– Potrzebny mi lincoln – oznajmił Ben.

Teraz strażnik zorientował się, z kim ma do czynienia.

– Przykro mi, proszę pana, ale nie zawiadomiono nas – powiedział. – 

Zawsze wcześniej dostajemy informację.

– Ale nie tym razem. – Ben rozejrzał się dokoła. – Gdzie jest mój szofer?

–   Poszedł...   hm,   poszła   do   pokoju   wypoczynkowego.   Kiedy   otworzył 

drzwi, Kate oderwała wzrok od lektury.

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Szybko schowała książkę i zerwała 

się na równe nogi.

– Ben! Chciałam powiedzieć, panie West... co pan tu robi?

Kate próbowała nie zwracać uwagi na przyśpieszone bicie serca. Liczyła 

na to, że przed kolejnym spotkaniem z Benem zdoła przybrać maskę spokoju. 

Jednak   on   już   tu   był   i  wyglądał   świetnie   w   eleganckim   garniturze,   z   lekko 

rozwichrzonymi włosami. Dziewczyna była kompletnie zaskoczona.

Zapięła żakiet i przeciągnęła ręką po włosach.

–   Mówiono   mi,   że   jeśli   będzie   pan   potrzebował   samochodu,   to   pan 

zadzwoni. Chyba nie zdążyłam jeszcze niczego przegapić.

– Jadłaś już?

– Dlaczego zawsze zadaje mi pan to pytanie? – Spojrzała na torbę w jego 

rękach.

–   Bo   zawsze   jesteś   głodna.   –   Ben   uśmiechnął   się.   –   No   chodź. 

Wybierzemy się na przejażdżkę.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Kate pobiegła za nim.

– Dokąd jedziemy? – zapytała.

– Zobaczysz.

– To znaczy dokąd?

background image

– Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że zadajesz zbyt dużo pytań?

Lincoln czekał tuż przy wyjściu z budynku. Kate udało się wyprzedzić 

Bena na tyle, że otworzyła mu tylne drzwi. Ku jej irytacji, przemaszerował koło 

niej i zajął miejsce obok kierowcy.

Spojrzała na niego ze złością i usadowiła się na swoim fotelu.

– Jak mam prowadzić, skoro nie wiem, gdzie jedziemy? – zapytała.

– Udawaj, że wiesz – uśmiechnął się Ben.

Kate pracowała zaledwie od pięciu minut, ale już dostrzegła największą 

niedogodność nowego zajęcia – nie wolno jej było przyłożyć temu facetowi, 

nawet wtedy, kiedy na to zasługiwał.

Rozejrzała się i zjechała na jezdnię prowadzącą na zachód. Koło Piątej 

Ulicy skręciła na północ, minęła Plaza i pojechała wzdłuż Central Parku. Ben 

wciąż milczał. Kiedy zatrzymała się na czerwonym świetle, z uwagą przyjrzała 

się swojemu pasażerowi. Nie lubiła uczucia niepewności. Zanim spotkała Bena, 

potrafiła dokładnie ocenić sytuację i wiedziała, dokąd zmierza. Kontrolowała 

się. Teraz nie wiedziała, co za chwilę nastąpi. Za każdym razem, kiedy na nią 

patrzył,   rumieniła   się   i   serce   jej   zaczynało   bić   przyśpieszonym   rytmem. 

Oczywiście z jego winy.

– Proszę posłuchać – odezwała się nieprzyjaźnie. – Powinien pan siedzieć 

z tyłu.

– Wiem.

– Przyjąłeś mnie do pracy, Ben, i zamierzam wykonywać ją najlepiej jak 

potrafię. Ale jak mogę zachowywać się oficjalnie w tych warunkach?

A więc znowu mówiła mu po imieniu. Dobre i to na początek. Chyba że 

aż   tak   bardzo   nie   podobało   jej   się   jego   zachowanie,   że   nawet   tego   nie 

zauważyła.

– Jesteśmy na środkowym pasie, na zatłoczonej ulicy – zauważył, nie 

mogąc ukryć rozbawienia w głosie. – Oczekujesz, że będę się teraz gramolił do 

tyłu?

background image

– Spróbuj.

Ben zmierzył wzrokiem niewielką odległość między fotelem a sufitem.

– Chciałabyś?

–   Chyba   tak.   –   Nie   miała   zamiaru   się   roześmiać,   ale   nie   mogła   się 

powstrzymać.

–   Przykro   mi,   że   muszę   cię   rozczarować,   ale   mam   lepszy   pomysł.   – 

Machnął ręką w kierunku wjazdu na parking przy następnej ulicy. – Skręć na 

lewo.

Kate zakręciła kierownicą i wjechała wprost przed pędzące samochody. 

Zewsząd rozległ się dźwięk klaksonów. Ben poruszył się na fotelu.

–   Większość   ludzi   –   powiedział   –   prowadzi   limuzynę   ostrożniej   i   z 

większą finezją niż taksówkę.

–   Większość   ludzi   –   odparowała   Kate   –   ma   na   wykonanie   takiego 

manewru trochę więcej czasu niż dwie sekundy. Co teraz?

– Zaparkuj gdzieś. Gdziekolwiek.

– Tak, sir.

Po   minucie   Kate   zatrzymała   się   i   wyłączyła   silnik.   Miejsce,   które 

wybrała,   było   spokojne.   Po   obu   stronach   ulicy   ciągnęły   się   trawniki.   O   tak 

wczesnej porze znajdowali się tu tylko uprawiający jogging i właściciele psów. 

Chociaż nad wierzchołkami drzew wyraźnie było widać wieżowce Manhattanu, 

to odnosiło się wrażenie, że miasto znajduje się daleko stąd.

– No cóż – powiedziała Kate, odwracając się w stronę Bena. – Zdałam 

egzamin na szofera?

Diabli   wiedzą,   dlaczego   tak   go   pociągała.   Nigdy   dotąd   nie   spotkał 

kobiety,   która   równie   umiejętnie   potrafiłaby   zaleźć   mu   za   skórę   i   której 

sprawiałoby to aż taką przyjemność.

– Ledwo, ledwo – mruknął.

– Świetnie – uśmiechnęła się. – Możemy teraz coś zjeść?

–   Chyba   tak   –   odpowiedział,   otwierając   torbę.   –   Jeśli   nadal   będziesz 

background image

prowadziła w ten sposób, koniecznie muszę wzmocnić swoje siły.

Kate już miała ciętą odpowiedź na końcu języka, ale zamknęła usta, kiedy 

zobaczyła, co kryło się w torbie Bena. Cebularze, ser topiony i kilka rodzajów 

świeżych   owoców.   Dla   takiego   śniadania   gotowa   była   ogłosić   zawieszenie 

broni.

– Jest też masło. – Ben sięgnął w głąb torby i wyciągnął jeszcze kilka 

innych produktów.

–   Smarowanie   cebularza   masłem   jest   świętokradztwem   –   stwierdziła 

Kate.

– To samo mówił Nico.

– Kto to jest?

– Właściciel kafejki. Powiedział, że jeśli nie potrafisz właściwie docenić 

nowojorskiego cebularza, to mam cię przyprowadzić i on sam ci to wszystko 

wyjaśni. Dodał, że jesteś niezła.

– Naprawdę? – ucieszyła się Kate.

Ben wziął brzoskwinię i zatopił w niej zęby.

–   Kiedy   go   poinformowałem,   że   pracujemy   razem,   poprosił   o   numer 

twojego telefonu.

Kate uniosła brwi.

– Dla Nico juniora – wyjaśnił.

– Dla Nico juniora? – Z trudem przełknęła kawałek bułki.

– Swojego syna. – Wprawdzie nie mógł jej dotykać, ale to nie znaczyło, 

że nie mógł jej drażnić. Skończył jeść brzoskwinię i zabrał się za bułeczkę. – To 

miły młody Grek. Pomaga ojcu w interesie.

– I co? – zapytała z niepokojem Kate. – Dałeś mu ten numer telefonu?

–   Oczywiście,   że   nie.   Wyjaśniłem   mu,   że   nie   wiem,   czy   nie   jesteś 

przypadkiem z kimś związana.

– Dzięki Bogu.

– A więc – Ben zawahał się – jesteś czy nie?

background image

Kate przechyliła głowę i zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią na to 

pytanie. Jeszcze bardziej interesował ją powód, dla którego Ben je zadał.

– Co to ma wspólnego z moją pracą?

– Nic.

Obawiała się takiej odpowiedzi, ale w gruncie rzeczy właśnie to chciała 

usłyszeć. A ponieważ nie mogła sobie poradzić z tak sprzecznymi odczuciami, 

postanowiła je na razie zignorować.

– A więc nie masz prawa pytać. – Wysunęła do przodu brodę.

Ben układał powoli kawałek łososia na ostatnim kęsie bułki.

– Ale i tak pytam.

– A jeżeli ci nie odpowiem?

– Sam się dowiem.

– Zawsze osiągasz to, czego chcesz? – spytała ze złością.

– Zazwyczaj.

– A ty? Masz jakąś przyjaciółkę, dziewczynę?

– Odpowiem na twoje pytania, jeżeli ty odpowiesz na moje – uśmiechnął 

się Ben.

– W porządku.

– No więc mam przyjaciółki, które od czasu do czasu widuję, ale nie 

jestem z nikim związany na stałe. Chyba nawet chciałbym, żeby tak było, ale nie 

jestem.

– Dlaczego byś chciał? – Kate odłożyła na bok jedzenie.

–   Mam   trzydzieści   sześć   lat,   Kate.   Wbrew   temu,   co   myślisz,   jestem 

normalnym facetem i chciałbym mieć żonę i dzieci, zanim nie będę na to za 

stary.

Kate postanowiła nie myśleć o jego przyszłych dzieciach ani o jakiejś 

wspaniałej blondynce, która mu je urodzi.

– Co stoi na przeszkodzie? – zapytała.

–   To   samo,   co   powstrzymuje   wszystkich   innych.   –   W   jego   głosie 

background image

pobrzmiewało   zniecierpliwienie.   Nie   był   przyzwyczajony   do   osobistych 

zwierzeń i nie potrafił tego ukryć. – Nie miałem okazji, żeby się zakochać.

– Czy to aż takie ważne?

Ben   zebrał   opakowanie   pozostałe   po   śniadaniu   i   wsadził   je   do   torby. 

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

–   Naprawdę   jesteś   taka   cyniczna,   Kate?   Czy   to   przedstawienie 

wyreżyserowane jest specjalnie dla mnie?

– Niczego nie robię specjalnie dla ciebie – odgryzła się, urażona.

– To mnie jakoś nie dziwi – odparł sucho.

Kate   zagryzła   wargę   i   spojrzała   w   inną   stronę.   Zraniła   Bena,   chociaż 

wcale nie miała takiego zamiaru. Pragnęła tylko, żeby ich konwersacja była 

luźna, beztroska i jak widać, pomyślała zgryźliwie, udało jej się to aż nazbyt 

dobrze.

– Może to istotnie przedstawienie – powiedziała cicho. Ben spojrzał na 

nią z uwagą.

– Co takiego?

– Mówiłam, że może rzeczywiście się zgrywałam. A może musiałam być 

twarda i naprawdę taka teraz jestem.

Ben wyciągnął rękę i położył na dłoni Kate. Wyczuwał jej siłę, ale także i 

bezbronność. Wspomniał, jak tamtej nocy spała w jego ramionach. Czy to się 

jeszcze kiedyś zdarzy?

– Nowy Jork to okrutne miasto. Rządzi się wilczymi prawami. Każdy, kto 

chce dojść tu do czegoś, musi walczyć o swoje. Przetrwałaś, Kate, i możesz być 

z tego dumna. Niewielu jest ludzi, o których można to powiedzieć.

Kate westchnęła. Chciała wierzyć w to, co powiedział.

–   Co   sprawiło,   że   Benjamin   West   stał   się   uparty,   stanowczy, 

zdecydowany? – zapytała.

– Taki się urodziłem.

Dziewczyna   przejechała   palcem   po   przegubie   jego   ręki.   Sprawiło   jej 

background image

przyjemność, że wydał się tym poruszony.

– Nie, to nieprawda.

– Skorumpowany już w dzieciństwie?

– Może.

Na chwilę zapadła cisza.

– Ben?

– Hm?

– Opowiedz mi o budynku O’Dwyera.

– Co masz na myśli? – Poruszył się niespokojnie.

– W zeszłym tygodniu byłam w czytelni. Rozumiesz, ambitny pracownik, 

który   chce   wiedzieć   jak   najwięcej   o   firmie   i   swoim   szefie.   Z   tego,   co 

przeczytałam,   wynika,   że   nie   był   to   twój   zwykły   sposób   postępowania   w 

interesach.

– Chcesz mi dać szansę? – zapytał.

– Może po prostu chcę cię przeprosić.

– Może?

– Jeszcze się nie dowiedziałam, jak wygląda ta sprawa z twojego punktu 

widzenia.

– Rozumiem. – Ben cofnął rękę. Opinia Kate była dla niego ważna.

– Na budynku było twoje nazwisko – przypomniała Kate.

– Nie. – Ben spojrzał na nią. – Nazwisko mojego ojca.

– Więc twój ojciec również był zamieszany w tę sprawę? – zapytała po 

chwili cicho.

– Tak. West Development to jego firma, nie moja.

– A więc nie jesteś odpowiedzialny za to, co się tam stało...

– Tego nie powiedziałem – przerwał. Do diabła, wiedziała, gdzie uderzyć. 

– Jestem odpowiedzialny.

Tym razem Kate wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego ramienia.

– Powiedz – szepnęła. – Proszę.

background image

Ben westchnął. Wiedział, że już teraz nie uda mu się wykręcić.

– To długa historia.

– Mam czas.

O tym akurat wiedział.

–  Piętnaście   lat  temu  wszedłem do  spółki  ojca  –  zaczął.  –  Kupiliśmy 

budynek   O’Dwyera,   żeby   go   wyremontować.   Przynajmniej   tak   mnie 

poinformowano. To było nasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie. Okazało się, 

że mój ojciec miał inne plany. Wiedział, że się sprzeciwię, więc mi ich nie 

przedstawił. Pewnego dnia wysłał mnie do New Jersey. Zdumiewające, ile może 

dokonać  w  ciągu  jednego  dnia  dobra   ekipa  zajmująca  się  wyburzeniami. W 

każdym razie, kiedy wróciłem, budynku już nie było.

– Co wtedy zrobiłeś?

–   Zobaczyłem   się   z   nim.   –   Ben   zesztywniał   na   wspomnienie   tego 

spotkania. – Cały czas wrzeszczałem. Było oczywiście za późno. Stwierdził, że 

plany musiały zostać zmienione. Budynek był zbyt stary i nie nadawał się do 

remontu. Zamiast tego mieliśmy wybudować nowoczesny kompleks z częścią 

mieszkalną dla tych lokatorów, którzy chcieliby pozostać.

– Ale tak się nie stało – zauważyła Kate.

– Nie – przytaknął Ben. – Ale dopiero po pół roku zorientowałem się, że 

mnie   okłamał.   Zbył   mnie.   Powiedział,   że   już   nic   nie   mogą   zmienić.   Kiedy 

przejrzałem wszystkie dokumenty, okazało się, że miał rację. Trzeba przyznać, 

że   był   wyjątkowo   sprytny.   Chociaż   moje   nazwisko   widniało   na   budynku 

O’Dwyera,   wszystko   tak   naprawdę   należało   do   ojca.   Poświęciłem   temu 

przedsięwzięciu rok pracy i zostałem z niczym.

– To okropne! – Kate pomyślała o swojej rodzinie. Nie mieli zbyt wiele, 

ale zawsze wszystkim się dzielili. Tymczasem Ben został wykorzystany przez 

własnego ojca.

– Z pewnością twój ojciec wiedział, że coś ci się należy? – zapytała.

– Nie zrujnował mnie, jeżeli o to ci chodzi – uśmiechnął się Ben. – Z jego 

background image

punktu widzenia była to dla mnie pouczająca lekcja, którą powinienem dobrze 

zapamiętać. Zapłacił mi i dzięki temu mogłem założyć własną firmę.

– I tak uważam, że to było wstrętne z jego strony. Ben uśmiechnął się 

jeszcze szerzej. Sprawiło mu przyjemność, że Kate z taką pasją stanęła w jego 

obronie.

– Jednak w końcu mi się powiodło – powiedział.

Kate   milczała.   Mogła,   przeprosić   Bena   za   to,   że   zbyt   pochopnie   go 

osądziła, ale on chyba tego nie oczekiwał. Chyba Ben w ogóle niczego od niej 

nie chciał, przynajmniej nie tego, co mogła mu ofiarować.

– Będzie lepiej, jeżeli już wrócimy – odezwała się.

– Czyżby? – zapytał Ben wyraźnie rozbawiony. – Śpieszysz się gdzieś?

Otworzyła usta, po czym je powoli zamknęła. Na chwilę zapomniała, że 

to ona pracowała dla niego, i że to on wydawał polecenia. Pomyślała, że wiele 

czasu upłynie, zanim się do tego przyzwyczai.

– Przepraszam – powiedziała, bezskutecznie próbując przybrać pokorny 

ton. – Nie chciałam nadużywać...

– Jeżeli uważasz, że czas już wracać, to pewnie masz rację. Wyrzuć mnie 

przed wejściem do Westcon Plaza, dobrze?

Jechali w milczeniu, a Kate wymyślała sobie w duchu od najgorszych 

idiotek. Będzie miała doprawdy nieprawdopodobne szczęście, jeżeli uda się jej 

utrzymać tę pracę chociaż przez tydzień. Oczyma duszy widziała, jak Arnie 

pęka ze śmiechu, gdy ona pokornie prosi go, aby przyjął ją z powrotem.

–   Zahamuj   tutaj.   –   Ben   przerwał   jej   rozmyślania.   –   Wyskoczę   i 

przebiegnę przez ulicę.

Kate rozejrzała się z powątpiewaniem.

– Jesteś pewien? – zapytała. – Mogłabym podjechać z drugiej strony i...

– Tutaj. – Ben uchylił lekko drzwi i spojrzał na nią uważnie. – Chcę ci 

przypomnieć,   że   umowa   zobowiązuje.   Odpowiedziałem   na   wszystkie   twoje 

pytania, a ty na żadne z moich. Jesteś wolna? Mam dać Nico numer twojego 

background image

telefonu?

Serce Kate zabiło mocniej, gdy usłyszała pierwsze pytanie i zamarło przy 

drugim.

– Tak – powiedziała. – I nie. – Uniosła drwiąco brwi. – Stanowczo nie.

Wysiadł i mocno trzasnął drzwiami. Przez chwilę Kate myślała, że nie 

odpowie, ale przeszedł na drugą stronę samochodu, zupełnie lekceważąc ruch 

uliczny.

Nagle pochylił się ku niej.

Jego   usta   znajdowały   się   zaledwie   o   kilka   centymetrów   od   jej   warg. 

Wystarczyło unieść lekko głowę... Zastanawiała się nad tym przez moment, gdy 

nagle ujrzała olbrzymią ciężarówkę, pędzącą w ich stronę.

– Wydaje mi się, że za chwilę będziesz martwy – zauważyła.

– Bzdura – odpowiedział Ben, ale zerknął w tamtym kierunku. – To Nowy 

Jork.

Rozległo się głośne trąbienie klaksonu. Ben zaklął i uskoczył w stronę 

chodnika. Ciężarówka minęła go o kilka centymetrów.

– Oferma! – wrzasnęła za nim Kate. Nawet się nie odwrócił.

Ben pośpiesznie wszedł do budynku. Krótka jazda windą pozwoliła mu 

przyczesać   włosy   i   poprawić   krawat,   ale   nie   zdołał   ukryć   uśmiechu.   Kiedy 

drzwi otworzyły się, wyszedł wprost na Jody i stojącego za nią Donalda.

– Spóźnił się pan! – krzyknęła Jody.

– Nieprawda. – Ben spojrzał na zegarek. – Jeszcze nie ma dziewiątej, a 

pierwsze spotkanie będzie dopiero o dziesiątej.

– Ale... – zająknęła się Jody. – To znaczy... – umilkła i spojrzała błagalnie 

na Donalda.

– Ona chce powiedzieć, że kiedy tu przyszliśmy, nie było cię w biurze.

– A co, wybuchł pożar? – Ben rozejrzał się z zainteresowaniem.

– Nie, oczywiście, że nie, tylko...

–  No   to  w   czym   problem?   – Wciąż   się   uśmiechając   Ben   minął  ich   i 

background image

wszedł do gabinetu.

Jody wzruszyła ramionami i usiadła za biurkiem. Donald pośpieszył za 

Benem.

– Telefonowano z kasyna. Cher odwołała występ – powiedział.

Ben rozsiadł się wygodnie w fotelu.

– Wciśnij na jej miejsce kogoś innego – rzucił.

– Szkoda byłoby ją stracić. Ona może przyciągnąć mnóstwo ludzi.

– O co poszło? O pieniądze? – zapytał Ben.

–   Nie   –   potrząsnął   głową   Donald.   –   Myślę,   że   powodem   była   jakaś 

sprzeczka z szefem estrady. On chce ją przeprosić, ale lepiej byłoby, gdybyś ty 

zadzwonił i...

– W porządku. – Ben zanotował coś w kalendarzu. – Zajmę się tym.

– To chyba wszystko. – Nagle Donald zerknął uważnie na przyjaciela. – 

Dobrze się czujesz?

– Świetnie. Jak nigdy dotąd. Dlaczego pytasz?

– Sam nie wiem. Najpierw się spóźniasz, a potem nawet nie mrugniesz na 

wiadomość, że słynna gwiazda wystawia nas do wiatru. Czy jest coś, o czym 

powinienem wiedzieć?

– Nic a nic – odparł Ben tonem ucinającym jakąkolwiek dyskusję.

Kiedy Donald wyszedł, Ben ponownie zerknął w kalendarz, notując w 

pamięci nazwiska i mruknął z zadowoleniem. Może to wcale nie będzie taki zły 

dzień, pomyślał.

background image

ROZDZIAŁ 8

Kate   sądziła,   że   Ben   korzystał   z   samochodu   tak   często   wyłącznie   z 

powodu brzydkiej pogody. Przecież Donald ostrzegał ją, że większość czasu 

będzie   spędzała   bezczynnie,   ponieważ   ich   wspólny   szef   lubi   przechadzki. 

Minęły   już   dwa   tygodnie,   a   jeszcze   nie   miała   okazji   się   nudzić.   Wręcz 

przeciwnie.   Dni   były   wypełnione   interesującymi   zleceniami,   począwszy   od 

przywożenia   z   lotniska   ważnych   gości   i   klientów   aż   po   poszukiwanie 

najlepszych   czekoladek   w   Nowym   Jorku.   Wraz   ze   swoim   chlebodawcą 

przemierzała lincolnem niezliczone kilometry. Ben miał wypełniony kalendarz i 

odbywał masę spotkań w interesach.

Wciąż   nie   była   pewna,   czy   postąpiła   słusznie   przyjmując   propozycję 

Bena. Sytuację komplikował fakt, że coraz wyraźniej zdawała sobie sprawę ze 

swoich uczuć do tego mężczyzny. Od początku wiedziała, że nie ma żadnych 

szans.   Zaakceptowała   ten   fakt   tak   samo   jak   wszystkie   inne   rozczarowania   i 

porażki w przeszłości.

Kate nie należała do osób rozdzielających włos na czworo. Nie zwykła 

rozczulać  się  nad sobą.  Cieszyła się tym,  co miała.  Praca była  interesująca, 

dobrze płatna i co najważniejsze, bezpieczna. Poza tym Kate mogła mnóstwo 

czasu spędzać w towarzystwie Bena.

Jak   większość   szefów,   miał   swoje   nawyki   i   kaprysy.   Zachowywał   się 

jednak   bezpośrednio   i  sympatycznie.   Jedną   z   jego   charakterystycznych   cech 

była niechęć do pozerstwa. Gdy miał gości, zajmował w samochodzie tylne 

siedzenie i prowadził często ważne pertraktacje. Kiedy jednak byli sami, zawsze 

siadał obok niej, rozmawiał, gestykulował, czym zresztą rozpraszał Kate.

Miał   zwyczaj   głośno   myśleć.   Wyciągał   plany   nowych   inwestycji   i 

opowiadał o nich Kate, która usiłowała skupić się na prowadzeniu auta. Jednak 

słuchała   zafascynowana,   gdy   wprowadzał   ją   w   tajniki   swoich   rozległych 

background image

interesów, choć w gruncie rzeczy niewiele z tego rozumiała. Mimo to potężny 

Benjamin   West   słuchał   jej   uważnie   i   zachęcał,   żeby   mówiła   wszystko,   co 

przyjdzie jej do głowy na temat omawianego właśnie zagadnienia. Odkryła z 

przyjemnością, że czasem brał pod uwagę jej punkt widzenia. Czym innym było 

studiowanie   prawa,   a   czym   innym   praktyczne   zastosowanie   zdobytych 

wiadomości, Ben przekazał Kate bezcenną wiedzę o handlu nieruchomościami i 

rozmaitych kruczkach prawnych.

Po   raz   pierwszy   od   bardzo   długiego   czasu   dziewczyna   budziła   się 

codziennie z uśmiechem na twarzy. Na razie to wystarczało.

* * *

Co   za   piekło,   pomyślał   Ben.   Dwa   nieznośne   tygodnie.   Musiał   być 

szalony, gdy postanowił zatrudnić Kate. Jednak nie było innego sposobu, aby 

mieć ją tak często w pobliżu. Od początku wzbudziła jego ciekawość. Mało 

tego,   wyraźnie   go   pociągała.   Była   żywa,   inteligentna   i   błyskotliwa.   Nie 

onieśmielał jej tak jak innych kobiet. Bawiła go i kusiła. Był nią oczarowany.

Zamiast proponować jej zajęcie u siebie, powinien umówić się na randkę. 

Sama   mu   to   powiedziała.   Nie   wiadomo   jednak,   czy   przyjęłaby   zaproszenie. 

Dlatego też zdecydował się zaangażować dziewczynę jako swojego kierowcę.

Nigdy nie uważał się za mężczyznę przesadnie opiekuńczego, ale Kate 

wyzwalała w nim takie instynkty. Pragnął się nią zająć i zrobił to.

Oczywiście, zupełnie do siebie nie pasowali. Nawet dziecko mogłoby to 

dostrzec.   Sądził,   że   codzienne   widywanie   się   sprawi,   że   przestanie   o   niej 

myśleć. Stało się wręcz odwrotnie.

Kto by od niej oczekiwał rozumienia kruczków prawnych czy też zasad 

obrotu nieruchomościami? Wiedział, że Kate jest inteligentna, ale zaskoczony 

był jej głodem informacji, ciekawością świata. Dzień po dniu zdumiewała go i 

wprawiała w zachwyt. I to był właśnie problem.

background image

Tamtego   wieczoru   w   biurze   postawiła   warunek,   na   który   się   zgodził. 

Niestety, pochopnie! Wiedział, że podoba się Kate, ale umowa zobowiązywała. 

Tyle, że wyraźnie miał już tego dosyć. Łapał się na tym, że nie może doczekać 

się spotkania z Kate. Przez cały czas pilnował się, żeby jej nie dotknąć. Sytuacja 

powoli stawała się nie do wytrzymania. Nigdy nie był sentymentalny. Zawsze 

do tej pory, gdy coś się nie udawało, szybko z tym kończył. Uznał, że teraz jest 

to również jedyne wyjście.

* * *

Kate   stała   w   sekretariacie   na   czterdziestym   pierwszym   piętrze   i   w 

milczeniu wpatrywała się w dębowe drzwi do gabinetu Bena. Było kilka minut 

po siódmej. Jody już dawno poszła do domu, a Donald minął Kate po drodze.

– Jest u siebie – rzucił w przelocie. – Wejdź od razu.

– Jesteś pewien, że chciał się osobiście widzieć ze mną, że nie chodzi o 

kolejne polecenie? – zapytała niepewnie.

– Tak – zapewnił Donald i wyszedł. Kate została sama. Dlaczego szef ją 

wezwał? Kiedy podniosła rękę, żeby zapukać, drzwi otworzyły się.

– O, już jesteś – powitał ją Ben. – Wydawało mi się, że słyszę windę.

Oszołomiona Kate przyglądała mu się przez chwilę. Ciemne włosy były 

potargane,   a   krawat   niedbale   rozluźniony.   Nie   miał   na   sobie   marynarki. 

Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały silnie umięśnione przedramiona, pokryte 

ciemnymi   włosami.   Luźne   spodnie   na   szelkach   podkreślały   jego   szczupłe 

biodra.

Wyglądał  niesłychanie   pociągająco.   Kate   poczuła,   że  ma   kolana   jak  z 

waty.

– Wejdź. – Ben spojrzał na nią i zapytał z niepokojem: – Czy coś się 

stało?

– Nie. Oczywiście, że nie. – Kate potrząsnęła przecząco głową. Ale kiedy 

background image

weszła do gabinetu, przypomniała sobie pamiętny wieczór i chwilę, gdy wziął ją 

w ramiona.

– Jesteś blada – stwierdził Ben z troską w głosie. – Czy podać ci coś?

–   Czuję   się   świetnie.   –   Kilkakrotnie   szybko   zamrugała   powiekami.   – 

Naprawdę.

– Skoro tak twierdzisz. – Ben wskazał jej krzesło, po czym usiadł na 

brzegu biurka. – Poprosiłem cię, żebyś przyszła, bo uważam, że powinniśmy 

porozmawiać.

– O czym?

Benjamin West brał udział w spotkaniach z mężami stanu i najbardziej 

znanymi osobami ze świata biznesu, ale nigdy – nawet przez moment – nie miał 

takiej pustki w głowie jak teraz. Nie miał pojęcia, jak ma rozmawiać z Kate.

– Chodzi o naszą umowę – zaczaj wreszcie. – Nie sprawdza się.

Kate otworzyła szeroko oczy, po czym szybko spojrzała w inną stronę. Do 

diabła,   zamierzał   ją   zwolnić.   Układało   się   zbyt   dobrze,   aby   mogło   trwać 

wiecznie.

– Popełniłem błąd – ciągnął Ben. – I gotów jestem przyjąć na siebie całą 

winę.

– To nie był twój błąd. – Kate wstała. Skoro już po wszystkim, nie było 

powodu, żeby zostawać tu dłużej. – Nie powinnam była przyjmować twojej 

propozycji. Nie nadaję się do tej pracy, ale myślałam tylko o sobie, o tym, czego 

potrzebuję, czego chcę...

– Kate?

– Nie przerywaj mi. – Spojrzała na niego ze złością.

– Ale po co właściwie to mówisz?

– Bo odchodzę – warknęła Kate. Ten facet mógłby się trochę postarać i 

pohamować radość. – A co sobie myślałeś?

Rozbawienie Bena zniknęło w jednej chwili.

– Rezygnujesz z pracy? – zapytał poruszony.

background image

– A co za różnica? Przecież chcesz mnie zwolnić.

– Nic podobnego.

– Ale powiedziałeś...

– Powiedziałem, że popełniłem błąd – przerwał jej Ben. – Ale nie dlatego, 

że zatrudniłem cię.

Pod Kate ugięły się nogi. Ponownie usiadła na krześle.

– A więc dlaczego? – zapytała.

– Postawiłaś warunek i ja się zgodziłem. Pamiętasz? Kate powoli skinęła 

głową.

– Zmieniłem zdanie.

– Co... – Chrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Co to znaczy?

Ben poczuł się nieco pewniej.

– Pragnę cię, Kate. Do diabła, to żadna tajemnica, ale nie wiem, jak sobie 

z tym poradzić. Myślałem... myślałem, że jeśli będziemy się często widywali, to 

mi spowszedniejesz.

Kate oparła się o poręcz i zdołała uśmiechnąć się z wysiłkiem.

– Ben?

– Uhm?

– Jesteś beznadziejnym romantykiem.

– Czy ty drwisz ze mnie?

– Pozwolisz, że się nad tym zastanowię?

Sądził, że panuje nad sobą, ale wyraźnie się łudził. Wyszedł zza biurka i 

zaczął chodzić po pokoju.

– To nie jest dla mnie łatwe, Kate.

– Widzę.

– Byłoby lepiej, gdybyś przestała się śmiać.

– Nie śmieję się z ciebie – wyznała uczciwie. – Śmieję się z nas obojga i z 

całej tej sytuacji. Musisz przyznać, że to idiotyczne.

– Pewnie, że idiotyczne – przyznał. – A wszystko to twoja wina.

background image

Kate usiłowała przybrać poważny wyraz twarzy.

– To znaczy, że ci nie przeszło? – zapytała.

– Nie.

– To dobrze.

Ben przystanął i spojrzał na nią uważnie.

– Co powiedziałaś?

– Powiedziałam „dobrze”. Mnie też nie.

– To już coś – mruknął pod nosem. Do tej pory nie spotkał nikogo, kto 

wyprowadzałby   go   z   równowagi   równie   szybko   jak   Kate   Hallaby.   Fakt,   że 

przychodziło jej to bez żadnego wysiłku, tylko dodatkowo pogarszał sytuację.

– Skoro tak, to co teraz zrobimy? – zapytała Kate. Ben podszedł bliżej i 

popatrzył na nią.

– Wydaję przyjęcie w Wilton. Chciałbym, żebyś tam była.

– Jako twój szofer?

– Jako mój gość.

– Nie – potrząsnęła stanowczo głową. – Wykluczone.

– Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego po prostu nie zaprosiłem cię na randkę 

– przypomniał jej Ben. – Właśnie to robię.

– Na przyjęcie?

– Wiesz dobrze, jak wygląda mój program dnia. Nie mam wiele wolnego 

czasu, nawet w weekendy. Jednak na moim stanowisku oczekuje się ode mnie, 

że będę się od czasu do czasu pokazywał. To przyjęcie zaplanowałem kilka 

tygodni temu. Nie będzie duże, tylko dwanaście osób...

– To ma być nieduże przyjęcie?

– Chciałbym cię tam zobaczyć, Kate. – Ben zignorował jej uwagę. – I to 

nie za kółkiem lincolna. W niedzielę wieczorem wyjeżdżam do Londynu. To 

chyba dobry pomysł.

– Wcale nie jest dobry – Kate westchnęła z przygnębieniem. – Przecież to 

okropnie kłopotliwe. Jestem twoim kierowcą, Ben. Nie mogę pokazywać się 

background image

uczepiona twojego ramienia.

– Dlaczego nie? – Ben skrzyżował ręce z pewnością siebie człowieka, 

który przywykł do ustanawiania swoich własnych reguł.

Kusił ją, ale nie była na tyle szalona, żeby się zgodzić.

– Kiedy wrócisz... – zaczęła.

– Spotykamy się w ten weekend – przerwał stanowczo. Miała szczęście, 

że nie nalegał na dzisiejszy wieczór. Bardzo chciał, ale postanowił dać jej trochę 

czasu,   żeby   oswoiła   się   z   nową   sytuacją.   –   Przecież   kochasz   wieś.   Sama 

mówiłaś.

– Nie uznajesz żadnych kompromisów, prawda? – zapytała.

– Kiedy czegoś chcę, muszę to mieć – odpowiedział spokojnie.

Kate poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Pragnęła Bena, lecz 

jednocześnie   obawiała   się   go.  W   pewien   sposób   sprawował   władzę   nad   jej 

życiem. Chciała wiedzieć, jak daleko jest zdolny się posunąć.

– A jeżeli odmówię, to co?

– Będę musiał cię przekonać, żebyś zmieniła zdanie. – Ben wyprostował 

się i sięgnął do kieszeni spodni. – Jak ci się ostatnio wiedzie, Kate?

– Świetnie, dziękuję. – Spojrzała na niego ponuro.

– Wiesz co? – uśmiechnął się. – Zagrajmy.

Kate patrzyła, jak czyści rękawem dziesięciocentówkę.

– Co dostanę, jeżeli wygram? – zapytała.

– Co powiesz na weekend na wsi?

– Spróbuj czegoś innego, spryciarzu – roześmiała się głośno.

– Może podwyżkę? – Ben obracał monetę w dłoniach.

– I tak za dobrze mi płacisz.

– Naprawdę? – Zerknął na nią. – Muszę o tym pamiętać.

– Zapomnij, że w ogóle coś takiego powiedziałam. Rzucaj.

Ben podrzucił dziesiątkę w górę.

– Ostatnim razem ty wybierałaś pierwsza, więc teraz moja kolej. – Złapał 

background image

monetę i położył ją na przegubie ręki.

– Stawiam na reszkę.

Kate patrzyła z napięciem, jak odsłaniał przegub.

– Wyjedziemy w piątek o drugiej – zdecydował Ben. – Wpadnę po ciebie.

Kate skinęła głową i sięgnęła po czapkę.

–   Prowadzę,   czy   będę   miała   wolny   weekend?   Ben   spojrzał   na   nią 

zdumiony.

– Nie musiałaś pytać o to, Kate.

– Owszem, musiałam.

Czy świadomie starała się wyprowadzić go z równowagi, czy też wyszło 

tak przypadkowo?

– Pojedziemy jensenem – powiedział. – Ja prowadzę.

– W porządku. Będę gotowa o drugiej. – Zatrzymała się na chwilę. – 

Rozumiem, że tę rundę ty wygrałeś.

Spojrzenie Bena było czułe niczym spojrzenie kochanka. Kate poczuła, że 

mięknie, a całe jej ciało wypełnia przyjemne ciepło. To będzie szaleńcza walka.

– Nie – mruknął Ben. – Oboje wygraliśmy.

* * *

– Dobrze, że nosimy ten sam rozmiar – orzekła Maggie.

– Inaczej wyszłabyś na idiotkę.

–   Pewnie   i   tak   wyjdę.   –   Kate   uważnie   przyglądała   się   stercie   ubrań 

leżących na łóżku. – I nie ma to nic wspólnego z tym, co będę miała na sobie. 

Co sądzisz o niebieskim swetrze?

Maggie zlustrowała go krytycznym spojrzeniem.

– Zbyt niewinny – stwierdziła. – Weź ten czerwony. Tylko nie mów, że 

już zaczynasz żałować.

– Nie chodzi o Bena – powiedziała Kate. – Tylko o przyjęcie. A co będzie, 

background image

jeżeli znajdą się tam ludzie, którzy wiedzą, że jestem jego kierowcą?

–   No   właśnie,   co?   –   Maggie   złożyła   czerwony   sweter   i   wsadziła   do 

walizki.

– Nie uważasz, że to trochę dziwne?

– Nie do mnie należy ocena – odparła Maggie. – Chociaż, według mnie, 

wszystko, co ci się przydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca, jest dziwne. Także 

i to, że wszechmocny Benjamin West ma na ciebie ochotę.

– Nie przejmuj się. – Kate przybrała śmiertelnie poważny wyraz twarzy. – 

On ma nadzieję, że mu przejdzie.

– Jak przelotna grypa? – zachichotała Maggie.

– Jak niezbyt długa grypa – poprawiła Kate. Maggie wyciągnęła swoje 

koronkowe rajstopy i wcisnęła je do walizki przyjaciółki.

–   Mam   tylko   nadzieję,   że   wiesz,   co   robisz   –   powiedziała.   –   Jesteś 

fantastyczna, ale facet taki jak Benjamin West... sama rozumiesz. Postaraj się 

nie przywiązywać do tej sprawy zbyt dużej wagi.

– Nie będę. – Kate zamknęła walizkę. – Ben to wspaniały człowiek. Jest 

chyba   najbardziej   niezwykłą   osobą,   jaką   kiedykolwiek   spotkałam,   ale 

musiałabym   mieć   źle   w   głowie,   gdybym   uważała,   że   interesuje   się   mną 

poważnie.

Rozległ   się   dźwięk   domofonu.   Kate   wpadła   do   łazienki,   żeby   rzucić 

okiem po raz ostatni w lustro, po czym złapała walizkę i zbiegła na dół. Cztery 

piętra niżej otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i wpadła prosto w ramiona 

Bena. Ręce mężczyzny zatrzymały ją. Zrobił krok do przodu i zamknął ją w 

mocnym uścisku. Poczuła się nieco oszołomiona i z trudem usiłowała złapać 

oddech. To dlatego, że biegłam tak szybko, pomyślała. To również wyjaśniało, 

dlaczego zachwiała się, kiedy ją puścił.

– Jak zmieniasz reguły – powiedziała  – postaraj się nie robić z ludzi 

idiotów.

Ben uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony.

background image

– Masz coś przeciwko temu? – zapytał, biorąc od niej walizkę.

– Ależ skąd. – Kate zatrzymała się na schodkach. Kiedy Ben wskazał ręką 

ciemnozielony   sportowy   samochód,   zaparkowany   na   środku   wąskiej   uliczki, 

ruszyła w tamtym kierunku.

– Chyba mi się to nawet podoba – dodała. Ben poczuł się mile połechtany.

–   Nigdy   nie   kłamiesz,   prawda   Kate?   –   zapytał   otwierając   bagażnik   i 

wsuwając tam jej walizkę.

– Jeżeli nie muszę, to nie. – Oparła się o dach samochodu i przejechała 

palcem po czarnym płótnie. – Czy można to opuścić?

– Oczywiście. – Ben otworzył drzwi, po czym dodał znacząco: – Ale 

tylko wtedy, kiedy jest ciepło na zewnątrz.

Wyciągnął błyskawicznie, rękę i chwycił Kate za przegub.

– Jesteś zdecydowana, prawda? – zapytał.

– Bez wątpienia. – Czuła ciepło jego dłoni.

– I uparta.

– To też – westchnęła Kate. – Czy oddasz mi moją rękę?

– Zastanawiam się. – Zastanawiał się również nad tym, czy nie wziąć jej 

natychmiast w ramiona.

– Będziesz potrzebował obu rąk, żeby opuścić dach. Ben pokiwał głową i 

puścił jej rękę.

– Będziemy o tym dyskutowali przez całą drogę do Wilton? – zapytał.

– To zależy.

– W takim razie ja się poddaję.

– Świetnie. – Kate zatrzasnęła drzwiczki.

– Jeśli zrobi ci się niedobrze – ostrzegł ją Ben – obetnę ci pensję.

– W porządku. – Uśmiechnęła się, kiedy dach został wreszcie opuszczony.

Ben włożył marynarkę i pomyślał, że jednak warto było opuścić ten dach. 

Nigdy przedtem nie zetknął się z taką kobietą jak Kate. Z kimś, kto wykłócałby 

się w jednej chwili, po czym w następnej wzdychał z dziecięcym zachwytem. 

background image

Było coś wyjątkowo pociągającego w zaangażowaniu, z jakim rzucała się w wir 

życia   i   jak   radośnie   potrafiła   cieszyć   się   najprostszymi   rzeczami.   Kiedy 

przebywał   z   nią,   również   zdawało   się   zmieniać   jego   podejście   do   życia. 

Przypominała mu o tej części jego natury, którą nieomal utracił. Tak wiele spraw 

traktował   obojętnie,   tak   wieloma   nie   miał   czasu   się   cieszyć.   W   walce   o 

osiągnięcie swoich celów zapomniał jak proste i radosne może być życie. I jak 

cudowne.

Wnętrze samochodu okazało się przytulne. W schowku znajdowało się 

kilka taśm magnetofonowych, a w przenośnej lodówce za siedzeniem krakersy i 

parę   rodzajów   past   kanapkowych.  W  zamierzeniu   Bena   powolna   i   spokojna 

jazda do Wilton miała umożliwić im wprowadzenie się w nastrój nadchodzącego 

weekendu.

A więc stało się, pomyślał Ben, naciskając pedał gazu i odśpiewując wraz 

z   Kate   „Jumping   Jack   Flash”.   Czuł   się   niesłychanie   zadowolony   ze   swoich 

popisów wokalnych.

Kiedy wjechali do Connecticut, Kate poczuła się całkowicie odprężona. 

Gdzieś po drodze rozwiały się jej wątpliwości. No i cóż się takiego stanie, jeżeli 

następne   dwa   dni   spędzi   z   tuzinem   ludzi,   z   którymi   nie   ma   absolutnie   nic 

wspólnego? Będzie tam Ben, a poza tym znajdzie jakiś sposób, żeby dać sobie 

radę.

Kiedy zaczęto nadawać reklamy, przyciszyła radio i zwróciła twarz w 

kierunku Bena. Jedną rękę trzymał na kierownicy, druga oparta była na dźwigni 

biegów.   Miał   długie   i   szczupłe   palce   ze   starannie   przyciętymi   paznokciami. 

Silne,   prawdziwie   męskie   dłonie,   pomyślała   Kate.   Benjamin   West   wiedział, 

czego chce i zdobywał to, co zamierzał. Prowadził samochód z pewnością siebie 

człowieka, który zawsze wie, co robi.

– Kate – głos Bena przerwał te rozważania – jak się czujesz?

– Cudownie. Nie masz pojęcia, jak taka jazda różni się od podróżowania 

autobusami czy metrem.

background image

– Chyba mam. – Ben zerknął w jej stronę. – A propos, czy ci mówiłem, że 

na przyjęciu będzie szef zakładów komunikacyjnych w Nowym Jorku?

– Car metra?

– Z żoną.

– Cudownie. – Kate roześmiała się na całe gardło, ale szybko odzyskała 

powagę. – Z kim jeszcze ze śmietanki towarzyskiej będę miała przyjemność 

rozmawiać i jeść?

– Z Bibi i Calvinem Latroux. To projektanci mody...

– Wiem o tym – przerwała Kate. – Będę zbyt skromnie ubrana.

–   Tym   bym   się   nie   martwił.   Oni   jak   zwykle   będą   zbyt   wystrojeni. 

Przyjdzie jeszcze sędzia Aldous Warren z małżonką.

–   Chodzą   plotki,   że   zamierza   zrzucić   togę,   żeby   móc   startować   w 

wyborach na gubernatora w przyszłym roku.

– To prawda. – Ben mrugnął do niej okiem. – Ale nie słyszałaś tego ode 

mnie.   Przypuszczam,   że   Al   przyprowadzi   jednego   ze   swoich   ludzi. 

Prawdopodobnie zajmie się nim Tabitha Bright.

–   Najsłynniejsza   modelka   Bibi   i   Calvina   –   skomentowała   Kate.   – 

Widziałam  jej   zdjęcia.   Chyba   nie  ma   na  świecie   mężczyzny,  na   którym   nie 

zrobiłaby wrażenia.

Zgarbiła się. Musiała być szalona, gdy sądziła, że da sobie jakoś radę. 

Wypłynęła na zbyt głęboką wodę. Będzie miała szczęście, jeżeli nie utonie.

Ben kątem oka obserwował Kate i zauważył nagłą zmianę jej nastroju. 

Gdyby   nie   znał   jej   lepiej,   pomyślałby,   że   jest   przerażona.   Jego   Kate,   która 

potrafiła sobie poradzić z uzbrojonym napastnikiem, wyglądała teraz tak, jak 

gdyby odebrało jej mowę.

Poprzednio często miał dosyć jej przesadnej pewności siebie i ostrego 

języka. Teraz zdał sobie sprawę, że Kate wydawała się taka twarda nie dlatego, 

że nic ją nie obchodziło, lecz dlatego, że wszystko obchodziło ją za bardzo. Pod 

szorstką skorupą kryła się delikatna i wrażliwa kobieta. Kobieta, która nie miała 

background image

pojęcia, jak bardzo była zachwycająca.

Kiedy pojawiła się zielona tablica, Ben nagle podjął decyzję. Włączył 

migacz i skręcił na prawo.

– Co robisz? – zapytała Kate. – Na tablicy był napis Greenwich.

– No to chyba jadę do Greenwich.

–   Widzę.   –   Kate   rozglądała   się   niespokojnie,   gdy   Ben   skierował 

samochód w stronę Round Hill Road. Po obu stronach otoczonej drzewami alei 

znajdowały się olbrzymie, eleganckie domy.

– Masz coś przeciwko małej wycieczce?

– Nie. – Kate pokręciła głową, całkiem oszołomiona. – To cudowne.

Ben uśmiechnął się do siebie i jechał dalej. Gdy dotarli na przedmieście, 

zauważył puste miejsce pośrodku Greenwich Avenue i zaparkował tam jensena.

– Co teraz? – zapytała Kate.

– Przejdziemy się.

– Słucham?

–   No   wiesz...   rozejrzymy   się,   popatrzymy   na   wystawy.   –   Ben   nagle 

spoważniał i wziął Kate za rękę. – Kiedy dojedziemy do Wilton, wszyscy już 

tam będą. Tłum gości, no, może nie tłum, ale coś w tym rodzaju. Chyba jestem 

samolubny, ale chciałem jeszcze trochę mieć cię wyłącznie dla siebie.

Kate uścisnęła delikatnie rękę Bena. Domyśliła się, dlaczego to zrobił. 

Widział, jakie wrażenie wywarła na niej rozmowa o gościach zaproszonych na 

przyjęcie i chciał jej dać trochę czasu, żeby się oswoiła z sytuacją.

Później, kiedy Kate zastanawiała się nad chwilą, w której po raz pierwszy 

zrozumiała,   że   kocha   Benjamina   Westa,   pamiętała,   że   ogarnęło   ją   uczucie 

spokoju. Nigdy nie czuła się szczęśliwsza.

– Wszystko w porządku? – zapytał Ben.

–   Oczywiście.   –   Kate   spojrzała   na   niego   błyszczącymi   oczami.   – 

Naprawdę.

background image

ROZDZIAŁ 9

Ben wziął Kate za rękę. Przechadzali się wzdłuż pasażu rozmawiając, 

śmiejąc się i przyglądając witrynom sklepów. Kate wzdychała z zachwytu na 

widok kosztownych drobiazgów.

– Może weszlibyśmy do środka? – zaproponował Ben, gdy zatrzymali się 

już po raz trzeci.

– To nie jest konieczne – uśmiechnęła się Kate. – Tu jest mi doskonale.

– Ale na pewno widziałaś coś, co chciałabyś posiadać.

– Jasne, że tak. – Kate zerknęła na pięknie ułożone na wystawie wyroby 

ze skóry. – Ale to jeszcze nie znaczy, że zamierzam to kupić.

– Dlaczego nie?

– A dlaczego tak? Te wszystkie przedmioty są bardzo ładne, ale wcale ich 

nie potrzebuję.

–   Nie   rozmawiamy   o   tym,   czego   potrzebujesz,   lecz   o   tym,   czego 

pragniesz.

– Nic pilnego. – Kate wzruszyła ramionami.

Nie wyglądała na  przygnębioną. Wydawało  się  raczej, że akceptowała 

życie takim, jakie jest.

Ben przypomniał sobie, jak jedna z jego przyjaciółek niby przypadkowo 

odwiedzała w jego towarzystwie sklepy Cartiera czy Bulgari. Nie widział nic 

złego w kupowaniu kobietom prezentów. Czuły się wtedy doceniane, a może 

nawet kochane. Nikomu to nie przeszkadzało.

– Nie spotkałem kobiety, która nie lubiłaby wydawać pieniędzy – odezwał 

się po chwili.

– I mówiłeś, że to ja jestem cyniczna.

– Nie jestem cyniczny. Jestem realistą – zaprotestował Ben. Ujął ją za 

rękę   i   podprowadził   do   okna   wystawowego   sklepu   jubilerskiego.   –   Czy   to 

background image

znaczy, że jeżeli obiecam ci kupić wszystko, o cokolwiek poprosisz, ty niczego 

nie będziesz chciała?

– Cóż... – Na twarzy Kate pojawił się przelotny uśmiech. – Owszem, jest 

taka jedna rzecz.

– Naprawdę? – Ben przypuszczał, że będzie zadowolony, ale nie wiedział, 

że sprawi mu to aż taką radość. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak bardzo 

chciał ofiarować Kate coś, na co sama nie mogłaby sobie pozwolić. Coś, co już 

zawsze przypominałoby jej ten dzień i okres, który spędzili razem.

– Zdradź tajemnicę.

– Tam. – Kate wskazała  palcem. Ben popatrzył w tamtym kierunku i 

ujrzał cukiernię. – Chcę lody.

– I to wszystko?

Kate zastanawiała się przez chwilę.

– Mogłyby być w czekoladzie – powiedziała w końcu. Nie żartowała. Tuż 

pod   jej   nosem   leżał   zegarek   marki   Rolex,   a   obok   niego   szafir   wielkości 

dojrzałego winogrona. Jednak ona poprosiła o lody. To nieprawdopodobne. Nikt 

nie jest aż taki niewinny, a już z pewnością nie jego szorstka, wygadana Kate.

– Czy wiesz, co wypuszczasz z rąk? – zapytał.

– Oczywiście. – Kate nie zaszczyciła wystawy dodatkowym spojrzeniem. 

– No i co z tego?

– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego tak postępujesz.

Kate rozejrzała się ostrożnie. Na trawniku za sklepami stała ławeczka. 

Złapała Bena za rękę i pociągnęła go w tamtą stronę.

– Siadaj! – rozkazała. – Cokolwiek by się między nami nie wydarzyło – w 

ten weekend czy kiedy indziej – może się wydarzyć tylko z jednego powodu. Bo 

ja tego będę chciała.

Gdyby   nie   była   tak   śmiertelnie   poważna,   Ben   próbowałby   się 

uśmiechnąć.

– Czy ja nie mam nic do powiedzenia? – zapytał.

background image

– Ty masz – sapnęła, czując zbliżającą się zasadzkę. – Twój portfel nie. 

Nie można mnie kupić, Ben.

Przez dłuższą chwilę Ben się nie odzywał. Nagle podniósł rękę i otoczył 

biodra   Kate.   Straciła   równowagę   i   raptownie   usiadła   mu   na   kolanach. 

Podtrzymał ją drugą ręką, po czym objął mocno i przytulił.

– Nigdy nie uważałem, że można – szepnął.

– Ale... – zaczęła Kate i umilkła. Nie była w stanie się gniewać, gdy Ben 

znajdował się tak blisko.

Czuła twarde mięśnie jego ud. Popatrzyła na jego usta, zwilżyła wargi i z 

wysiłkiem próbowała przypomnieć sobie, jak się oddycha.

– Przykro mi, jeżeli cię uraziłem – szepnął Ben. – Nie miałem zamiaru.

Kate otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Czuła rękę 

Bena na swoim biodrze. Zadrżała w oczekiwaniu na pieszczotę.

Ben zbliżył twarz do jej twarzy.

– Nie tutaj – wykrztusiła.

– Muszę.

Dotknął   ustami   jej   warg.   Pocałunek   trwał   bardzo   długo.   Długo 

powstrzymywana namiętność ogarnęła ją z całą mocą. Wiedziała, że nigdy nie 

pragnęła nikogo tak bardzo jak Bena. Czuła jego ciepło i zapach. Kiedy język 

Bena znalazł się w jej ustach, jęknęła cicho z rozkoszy.

Ben poczuł, że przeszywa go dreszcz pożądania. Powstrzymał się jednak 

od   zamknięcia   jej   w   ramionach   i   tylko   przejechał   kciukami   wzdłuż   jej 

policzków.

– Miłe. – Kate powoli uniosła powieki.

– Miłe!? – Ben posadził ją obok na ławce. – Porażające.

– Może nie powinieneś czekać tak długo.

– Czekałem na ciebie – odparł. Kate uniosła ze zdziwieniem brwi.

– Nie chciałem się śpieszyć – mruknął. – Wszystko się zmieniało między 

nami. Pomyślałem, że będziesz potrzebowała czasu, żeby oswoić się z nową 

background image

sytuacją.

– Rozumiem. – Oczy Kate błysnęły. – Wstawaj, idziemy.

– Dokąd?

–   Przede   wszystkim,   obiecałeś   mi   lody.   Potem   zabierzesz   mnie   do 

swojego domu i przekonam cię, jak bardzo już się oswoiłam.

* * *

Było   dopiero   parę   minut   po   piątej,   kiedy   Kate   i   Ben   pojawili   się   w 

Wilton.   Na   podjeździe   stał   okazały   mercedes.   Parker   wyciągał   walizki   z 

bagażnika.   Ben   chciał   przejechać   i   zaparkować   z   tyłu   domu,   lecz   Parker 

powstrzymał go ruchem dłoni.

– Cieszę się, że pan już przybył, sir – powiedział, kiedy Ben zahamował. 

– Donald Rubin przez całe popołudnie próbował skontaktować się z panem. 

Wygląda   na   to,   że   to   jakaś   pilna   sprawa.   Czy   mam   teraz   pójść   i   zamówić 

rozmowę?

– Nie, dziękuję. – Ben westchnął ciężko. – Sam się tym zajmę.

Parker   skinął   głową   i   wraz   z   bagażem   skierował   się   do   drzwi.   Kate 

obserwowała   go   dotąd,   dopóki   nie   była   całkiem   pewna,   że   już   panuje   nad 

nerwami.   Przez   całe   popołudnie   znajdowała   się   w   stanie   euforii.   Teraz 

gwałtownie powróciła do rzeczywistości. Ben robił wszystko, by poczuła się 

ważna i to mu się udało. Na krótką chwilę zapomniała o jego pozycji, lecz 

znowu powróciła świadomość, jak wiele ich dzieli. Miał mnóstwo obowiązków i 

ważnych spraw, a w tej chwili dodatkowo jeszcze dom pełen gości. Przez kilka 

godzin byli tylko we dwoje, ale musiałaby być szalona sądząc, że potrwa to 

dłużej.

– Przykro mi. – Ben włączył silnik i ruszył wzdłuż domu. – Donald nie 

popuści. Skoro uważa, że coś jest ważne, to naprawdę muszę zadzwonić.

– W porządku. Rozumiem.

background image

– Naprawdę? – Ben zaparkował i odwrócił się w jej stronę. Jego ręka, 

spoczywająca dotychczas na przekładni biegów, dotknęła jej uda. – To postaraj 

się   zrozumieć   jeszcze   coś.   Kiedy   skończę   rozmawiać   z   Donaldem,   pójdę 

przywitać się z gośćmi. I przez ten cały czas będę żałował, że nie jestem z tobą 

na górze. Będę sobie wyobrażał, jak wyglądasz bez ubrania. Będę myślał, jak 

mruczysz, kiedy się całujemy, i o tym, jak cudownie jest czuć puls na twojej 

szyi. Będę ściskał dłonie, przygotowywał drinki, prowadził banalne rozmowy i 

przez cały ten czas się zastanawiał, jaka jesteś, nieśmiała czy wyzywająca? Czy 

obejmiesz   mnie   tymi   długimi   nogami?   Jak   smakujesz?   Chcę   cię   wziąć   w 

ramiona. – Ben pochylił się w stronę Kate i pocałował ją w rękę.

– Lepiej już chodźmy – powiedziała.

Kate   z   trudem   przełknęła   ślinę,   patrząc   jak   Ben   wysiada   i   otwiera 

bagażnik. Nie była w stanie się ruszyć. Miała szczęście, że po tym pocałunku 

mogła jeszcze myśleć.

– Wyskakuj. – Ben stanął przy drzwiczkach. – Parker zaprowadzi cię do 

twojego   pokoju.   Jeżeli   masz   ochotę,   możesz   się   odświeżyć.   Jak   będziesz 

gotowa, zejdź do biblioteki. Zaczniemy od drinków.

Kiedy   weszli   do   domu,   Ben   przeprosił   Kate   i   poszedł   do   gabinetu. 

Poczuła ulgę, gdy ujrzała Parkera.

– O, panna Hallaby. Cieszę się, że udało się pani przyjechać.

–   Dziękuję.   –   Kate   uśmiechnęła   się.   Parker   stał   niewzruszony. 

Prawdopodobnie   widział   już   tuziny   kobiet,   które   przychodziły   i   odchodziły, 

choć może nie w tak dziwnych okolicznościach jak ona. Ale skoro on zdawał się 

o tym nie pamiętać, nie zamierzała mu przypominać.

– Pójdziemy na górę? – zapytał, biorąc od niej walizkę.

– Oczywiście.

Poprzednim   razem   Kate   korzystała   z   sypialni   położonej   u   szczytu 

schodów. Teraz Parker minął dwie pary drzwi i zatrzymał się przy trzecich. 

Pokój był utrzymany w pogodnej kremowo-żółtej tonacji. W olbrzymich oknach 

background image

furkotały   koronkowe   firanki.   Ogromne,   ozdobne   łoże   wydało   się   Kate 

stworzone do miłości. Uśmiechnęła się z zachwytem. Czuła się jednocześnie jak 

Kopciuszek i Alicja w Krainie Czarów.

–   Czy   przysłać   kogoś,   żeby   pomógł   pani   się   rozpakować?   –   zapytał 

Parker.

– Proszę się mną nie zajmować – roześmiała się Kate. – Poradzę sobie.

–  W  takim  razie   zostawiam  panią.  Tutaj   jest   łazienka.   Będzie   ją  pani 

dzieliła z panną Bright, która ma pokój po drugiej stronie. Kiedy będzie pani 

gotowa,   proszę   zejść   na   dół.   Ostatnie   drzwi   po   lewej   stronie   prowadzą   do 

biblioteki.

– Dziękuję – powiedziała Kate, ale Parker już zniknął. Wyjęła ubrania z 

walizki i powiesiła je w szafie. Zrobiła toaletę i włożyła błękitną sukienkę z 

jedwabiu. Uszy ozdobiła parą dużych srebrnych kolczyków, dobrze widocznych 

wśród gęstych, kasztanowych loków.

Kate   poprawiła   makijaż,   przeczesała   palcami   włosy   i   uznała,   że   jest 

gotowa.   Chociaż   nie   spotkała   nikogo   poza   Parkerem,   sądząc   po   ilości 

samochodów   większość   gości   przybyła   już   na   miejsce.   Na   myśl   o   tym,   że 

znajdzie się w gronie nowojorskiej elity, zrobiło jej się słabo. Szybko jednak 

opanowała się, uniosła brodę i pomaszerowała w kierunku holu. Kiedy dotarła 

do   podnóża   schodów,   usłyszała   gwar   rozmów   dobiegających   z   biblioteki. 

Stanęła w otwartych drzwiach i rozejrzała się dookoła.

Pierwszą   osobą,   którą   zauważyła,   była   Tabitha,   wysoka   blondynka   o 

posągowej figurze, ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę. Tuż za nią stała słynna 

para wydawców, Peter i Anette Rand. W pobliżu rozmawiali sędzia Warren oraz 

Bibi i Calvin Latroux. Zdesperowana utkwiła spojrzenie w Benie. Gawędził z 

Bibi, ale popatrzył w jej stronę, jakby wyczuwając jej obecność. Uśmiechnął się 

zachęcająco. Kate drgnęła, gdy usłyszała głos Bibi Latroux.

–   Cóż,   mój   drogi,   widzę,   że   utraciłam   twoje   zainteresowanie.   I   nic 

dziwnego. – Podeszła do Kate z pewnością siebie kogoś, kto przywykł do tego, 

background image

że jego polecenia są natychmiast wykonywane. – Nie stój w drzwiach, kochanie. 

Wejdź. Ben, przedstaw nas sobie.

Bibi uważnie zlustrowała Kate. Jej spojrzenie, chociaż pełne ciekawości, 

nie   było   nieprzyjazne   i   Kate   poczuła   się   raźniej.   Ben   dokonał   prezentacji   i 

przygotował Kate drinka. Chwilę później Bibi odeszła i wreszcie zostali sami.

– Wyglądasz cudownie – szepnął Ben. – Czy wiesz, że nigdy dotąd nie 

widziałem cię w sukience? – Jego spojrzenie powędrowało w dół, po czym 

powoli powróciło do twarzy. – Gdybym wiedział, co tracę, prawdopodobnie 

kazałbym zmienić krój uniformu.

– Przestań. – Policzki Kate płonęły. – Nie waż się.

– O co chodzi? – Ben wyglądał jak urażona niewinność.

– Wiesz dobrze, o co chodzi. Nie musisz mnie nawet dotykać, a i tak 

brakuje mi tchu i czuję, że słabnę. Przestań być taki czarujący. Pomóż mi. Jeżeli 

będziesz się tak dalej zachowywał, to ja...

– Tak?

– ...nie odpowiadam za to, co się wydarzy – dokończyła.

– Intrygujesz mnie, Kate – uśmiechnął się Ben i dodał: – Jak zawsze.

– Wcale nie próbuję cię intrygować, do diabła. Próbuję cię nastraszyć.

– Nigdy bym nie zgadł. – Ben mówił poważnym tonem, ale w oczach 

błysnęły   wesołe   ogniki.   –   No   cóż,   skoro   jesteś   gościem,   muszę   chyba 

uszanować twoje życzenie. Jeżeli chcesz, możemy zmienić temat.

– Świetnie – przytaknęła Kate.

– O czym chcesz rozmawiać?

– O czymkolwiek – powiedziała z rozpaczą w głosie. W tej chwili nie 

patrzył na nią, ale i tak czuła się zagrożona. – Donald!? – krzyknęła z ulgą w 

głosie. – Dzwoniłeś do niego?

Ben skinął głową, powoli sącząc drinka.

– Pamiętasz, jak kilka tygodni temu wspominałem ci o projekcie nocnego 

klubu?   Teraz,   kiedy   przebrnęliśmy   przez   wszystkie   formalności,   Mort 

background image

Silverburg   chce   natychmiast   rozpocząć   budowę.   Powiedział   Donaldowi,   że 

jeżeli nie zorganizuję ekipy do przyszłego tygodnia, to on się tym zajmie.

– Co w tym złego?

– Sam nie wiem, ale ten pośpiech wydaje mi się podejrzany. W każdym 

razie   udało   mi   się   skontaktować   z   Mortem   i   zgodził   się   poczekać   jeszcze 

tydzień...

–   Nie   masz   chyba   prawa   wyłączności   do   tej   ślicznej   damy,   Ben.   Daj 

szansę innym.

Ben spojrzał na okrągłą, jowialną twarz sędziego Warrena.

– Nic z tego, Al – powiedział. – Wiem, co robię.

– Tak jak mój Al – odezwała się Maribeth Warren, pulchna uśmiechnięta 

brunetka. – Nigdy nie przepuści okazji, żeby pogadać z ewentualnym wyborcą.

– Al Warren – przedstawił się sędzia, wyciągając rękę do Kate. – A to jest 

Maribeth.

–   Miło   państwa   poznać   –   wymamrotała   Kate.   Jej   dłoń   zniknęła   w 

pulchnej ręce sędziego.

–   Chyba   nie   miałeś   jeszcze   okazji   poznać   mojego   pomocnika,   Ben   – 

powiedział sędzia. – Kręci się gdzieś tutaj. – Rozejrzał się dookoła. – A, tu 

jesteś, Barry. Chodź do nas, synu.

Kate kątem oka dostrzegła grzywę blond włosów i szczupłą sylwetkę we 

włoskim garniturze. Zesztywniała zaskoczona. Barry Kingen odwrócił się i Kate 

stanęła z nim twarzą w twarz.

Zauważyła,   że   wciąż   porusza   się   z   tym   samym   wdziękiem.   Typowy 

młody   człowiek   wspinający   się   po   szczeblach   kariery.   Nie   widziała   go   od 

stycznia, od tamtej nocy, kiedy oświadczył, że nie jest dla niego odpowiednią 

dziewczyną, i odszedł.

Starała się wymazać to wydarzenie z pamięci. Nie wiedziała przecież, że 

spotka ponownie Barry’ego. Mój Boże, pomyślała, dlaczego tutaj? Dlaczego 

teraz?

background image

– Panie West – Barry wyciągnął rękę – jestem zaszczycony.

Jeszcze jej nie zauważył. No jasne, jego oczy utkwione były w Benie. 

Zawsze potrafił wyczuć, komu należy okazać względy.

Ben objął Kate, zamierzając przedstawić jej nowo przybyłego.

– A to jest...

– Barry – przerwała Kate, zanim Ben zdążył dokończyć zdanie. Czuła, że 

usta rozciągają się jej w nienaturalnym uśmiechu. – Miło cię znowu widzieć.

Zawsze   zapamięta   wyraz,   jaki   przez   moment   malował   się   na   twarzy 

dawnego   przyjaciela.   Był   oszołomiony   i   jakby   lekko   przestraszony.   Jednak 

błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą.

– Kate! – wykrzyknął. – Co za przemiła niespodzianka!

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Kate nie cofnęła się tylko dlatego, 

że podtrzymywał ją Ben.

– Coś takiego – zaśmiał się sędzia Warren. – Może jednak wcale nie masz 

monopolu, Ben.

Barry uniósł w górę brwi, zaś Kate przygryzła wargi. Jak mógł kiedyś 

wydawać   się   jej   atrakcyjny?   To,   co   być   może   czuła   do   Barry’ego,   teraz 

nieodwołalnie należało do przeszłości.

– Chodziliśmy razem do szkoły – wyjaśniła zwracając się głównie do 

Bena. – Ale nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu.

– Rozumiem. – Ben przyjrzał się im uważnie. Rozpoznał to imię. – Czy 

zostawić was samych, żebyście mogli porozmawiać o dawnych czasach?

Kate otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Barry był szybszy.

– Ależ skąd – powiedział pośpiesznie. – Powspominamy sobie później. 

Teraz chciałbym bardzo usłyszeć pańską opinię na temat propozycji burmistrza 

dotyczącej pozbywania się toksycznych odpadów...

Kate   słuchała   tylko   przez   moment.   Łatwo   było   przewidzieć,   co   zrobi 

Barry.   Barry   był   bardzo   ambitny.   Nie   zamierzał   tak   szybko   rezygnować   z 

nadarzającej   się   okazji.   Kate   skończyła   drinka   i   odeszła,   pozostawiając 

background image

mężczyzn pogrążonych w ożywionej dyskusji.

– Okropne, prawda? – rzuciła Maribeth idąc za nią w kierunku baru. – 

Mówią, że ma to być zabawne przyjęcie, a zanim jeszcze człowiek zdąży się 

rozpakować, już zaczynają gadać o tych nudziarstwach.

Kate mruknęła coś niewyraźnie i nalała sobie kieliszek martini. W innych 

okolicznościach z przyjemnością przyłączyłaby się do rozmowy mężczyzn. Ale 

nie   dzisiejszego   wieczoru,   z   Benem   po   jednej   stronie   barykady,   sędzią 

Warrenem po przeciwnej i Barrym, uwijającym się pomiędzy jednym a drugim 

rozmówcą   w   daremnym   wysiłku   zadowolenia   obu   stron.   Nie,   taką   dyskusję 

mogła sobie spokojnie darować.

Wzięła w rękę kieliszek, uzbroiła się w uśmiech i ruszyła w kierunku 

innych gości. Ku jej zdumieniu zaopiekowała się nią Bibi Latroux i przedstawiła 

pozostałym osobom. Pół godziny później, kiedy rozpoczęła się kolacja, Kate 

usiadła przy stole z Calvinem po lewej i architektem Lawrence’em Smithem-

Millerem   po   prawej   stronie.   Obaj   byli   niezwykle   zajmujący   i   dosłownie 

wychodzili z siebie, żeby niczego jej nie brakowało.

Ben,   siedzący   dość   daleko,   z   zapałem   zabawiał   gości,   lecz   było 

oczywiste,   że   wciąż   myśli   o   Kate.   Kilka   razy   napotkała   jego   przeciągłe 

spojrzenie. W pewnym momencie pozwolił sobie nawet puścić do niej oko. Kate 

zakrztusiła się winem i natychmiast skierowała wzrok w inną stronę. Barry nie 

został   zaszczycony   uwagą   ani   jej,   ani   Bena.   Chociaż   posadzono   go   obok 

Tabithy, nikt nie zwracał na niego uwagi.

Po posiłku goście przeszli na koniak do salonu, gdzie rozpalono ogień na 

kominku. Ben zaproponował, żeby zagrać w „Monopol”, ale został hałaśliwie i 

nadzwyczaj zgodnie wygwizdany. Zamiast tego wszyscy obecni opowiedzieli 

się za grą towarzyską, polegającą na odgadywaniu słów. Mistrzynią okazała się 

Tabitha.   Jej   interpretacja   „Kotki   na   gorącym,   blaszanym   dachu”   zebrała 

burzliwe oklaski.

Około północy goście zaczęli rozchodzić się do swoich pokojów. Kate 

background image

rozejrzała   się   i   znalazła   Bena   przy   kominku,   pogrążonego   w   rozmowie   z 

Peterem Randem. Wszystko w Benjaminie West wydawało się jej fascynujące. 

Bardzo chciała, żeby był z nią w tej chwili, ale mogła poczekać. Świadomość, 

że razem spędzą tę noc, na razie jej wystarczała. Ben spojrzał na nią w chwili, 

gdy   właśnie   o   tym   myślała.   Napotkał   jej   wzrok   i   uśmiechnął   się.   Moment 

później przeprosił Petera i podszedł do niej.

– Muszę jeszcze trochę porozmawiać z Peterem. Czy mogłabyś iść na 

górę sama?

Kate skinęła głową, nagle zawstydzona.

– To nie potrwa długo – pocałował ją leciutko. – Obiecuję.

– Czy wiesz... hm, w którym jestem pokoju?

– Droga Kate, wyraźnie mnie nie doceniasz. – Oczy Bena błysnęły.

– Po prostu nie chciałam, żebyś się zgubił – powiedziała.

– Nie ma mowy – wyszeptał. Jego usta znajdowały się zaledwie o parę 

centymetrów od jej ucha. – Mój pokój jest po drugiej stronie korytarza.

– Widzę, że opłaca się mieć znajomości – zachichotała Kate.

– Jak zwykle.

Za  nimi   rozległo   się   ciche   kaszlnięcie.   Kate   odwróciła   się.  W  pokoju 

pozostali tylko oni i Peter. Nie mogła zabierać więcej czasu Benowi, skoro miał 

jeszcze pewne sprawy do omówienia.

– Idź już – powiedziała. – Skończ rozmowę, a ja będę czekała.

Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy przechodziła przez pokój. Wyszła 

na korytarz i wbiegła na schody z radosnym uśmiechem na twarzy.

background image

ROZDZIAŁ 10

W   swoim   pokoju   na   górze   Kate   zajęła   się   przygotowaniami   do 

nadchodzącej nocy. Włożyła koszulę nocną, która stanowiła chyba najbardziej 

uwodzicielski   element   jej   garderoby:   błyszcząca   satyna   z   mnóstwem 

delikatnych koronek. Na ten zwiewny strój narzuciła delikatny peniuar. Nagle 

usłyszała dyskretne pukanie.

– Proszę – powiedziała drżącym głosem i ruszyła w stronę drzwi. Gdy się 

otworzyły, stanęła jak wryta na środku pokoju, a uśmiech zamarł jej na ustach.

– Coś podobnego. – Barry rozejrzał się dookoła i wyszczerzył zęby. – To 

się dopiero nazywa powitanie.

Kate w milczeniu przyglądała się, jak mężczyzna wchodzi do środka i 

zamyka za sobą drzwi.

– Czekałaś na mnie, prawda, Kate?

Sama nie wiedziała, co jest gorsze – pytanie czy też pożądliwe spojrzenie, 

jakim ją obrzucił.

–  Oczywiście,  że  nie.  –  Owinęła  się  szczelnie  peniuarem.  –  Co  ty  tu 

robisz?

– Myślę, że wiesz. – Barry postąpił kilka kroków i dotknął jej ramion.

Odsunęła się szybko i zapaliła lampkę na nocnym stoliku.

– Mylisz się, Barry. To, co było między nami, już od dawna należy do 

przeszłości.

– Tęskniłem za tobą, Kate.

– Jasne. To te twoje bezustanne telefony i listy tak mnie wypłoszyły. – 

Kate włączyła górne światło.

– Byłem zajęty.

– Jestem o tym przekonana. – Dziewczyna podeszła do drzwi i otworzyła 

je na oścież. – A teraz idź sobie i nadal bądź zajęty.

background image

– Ślicznie wyglądasz, Kate.

W odpowiedzi wskazała ręką drzwi. Barry zignorował ten gest.

– Zauważyłem, że dziś wieczorem na dole nawiązało się między nami 

dawne porozumienie. Nie powiesz mi, że niczego nie zauważyłaś.

Jasne,   że   tak,   pomyślała   Kate.   Jej   odczucia   na   widok   Barry’ego 

oscylowały między szokiem a odrazą.

– Musiałaś wiedzieć, że przyjdę – nalegał. – Czekałaś przecież na mnie, 

prawda?

Barry nigdy nie był specjalnie natrętny, ale tym razem wyraźnie nie chciał 

niczego pojąć. Czy będzie zmuszona siłą wyrzucić go z pokoju?

– Mówię ci po raz ostatni. Nie jestem tobą zainteresowana.

– Więc kto...? – Przez jego twarz przemknął błysk zrozumienia. – Coś 

takiego! Stanęłaś wreszcie na nogi, prawda?

– Do diabła, Barry! – krzyknęła niecierpliwie. – Idź już. Teraz, kiedy 

poskładał elementy układanki w całość, nie śpieszył się z wyjściem.

– Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem cię na dole, zastanawiałem się, 

co ty tutaj robisz. Ale przecież zawsze starałaś się wykorzystać każdą okazję. 

Uznałem, że udało ci się pozyskać pana Westa do sponsorowania tych twoich 

idiotycznych projektów pomocy prawnej...

–   Prowadzę   jego   samochód   –   przerwała   Kate.   Gotowa   była   zrobić 

cokolwiek,   byleby   wyniósł   się   stąd   jak   najprędzej.   –  To   właśnie   nas   łączy. 

Jestem szoferem Benjamina Westa.

– Jasne – Barry roześmiał się głośno. – Pewnie.

– Wierz albo nie, to twoja sprawa. Nie mam czasu na kłótnie i, szczerze 

mówiąc, nie interesuje mnie, co myślisz, pod warunkiem, że robisz to w swoim 

pokoju.

– W porządku. – Barry wyprostował się.

Kiedy zniknął za progiem, natychmiast zatrzasnęła za nim drzwi. Miał 

tupet! Inna sprawa, że Barry zawsze uważał się za kogoś zupełnie wyjątkowego. 

background image

Miał szczęście, że była w dobrym nastroju, kiedy się pojawił. Inaczej mogłoby 

jej przyjść do głowy, żeby...

Znowu rozległo się pukanie do drzwi. Równie dyskretne jak poprzednio. 

Najwyraźniej   Barry   nie   potrafił   tak   łatwo   pogodzić   się   z   porażką.   Kate 

wyskoczyła z łóżka, przeszła energicznie przez pokój i otworzyła szeroko drzwi.

– Czego znowu? – huknęła.

– Nic tak dobrze nie robi jak miłe powitanie – odezwał się Ben. Zrobił 

krok i zawahał się. – Może raczej wolałabyś, żebym poszedł?

– Nie,  oczywiście,  że nie.  – Kate wzięła go  za  ramię  i wciągnęła do 

środka. – Przepraszam, nie chciałam się wydzierać. Myślałam, że to ktoś inny.

– Naprawdę? – Ben nie wydawał się zachwycony. – Kto?

– Na litość boską – mruknęła Kate. Romantyczne plany legły w gruzach. 

Była   zarazem   zła   i   zakłopotana.   –   Barry   Kingen   wstąpił   tu   na   moment,   to 

wszystko – wyjaśniła niechętnie.

– Twój dawny przyjaciel.

Było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Kate skinęła głową.

– Chciał odświeżyć dawną znajomość?

– On tak. Ja nie.

– Domyśliłem się ze sposobu, w jaki mnie przywitałaś – powiedział sucho 

Ben. Zdawał sobie sprawę, że Kate doskonale potrafi się obronić, ale nie mógł 

powstrzymać się od pytania: – Chcesz, żebym go odesłał do domu?

Kate wyobraziła sobie, jaką wywołałoby to sensację.

– Nie... oczywiście, że nie – odparła.

– Jeżeli cię napastował...

– Nie – powtórzyła stanowczo. – Wierz mi, Barry nic, ale to nic mnie nie 

obchodzi.

– Rozumiem. – Ben rozejrzał się dookoła. – Pełna iluminacja, prawda?

– Nie waż się kpić. – Kate rzuciła mu mordercze spojrzenie.

–   Powinnaś   być   zadowolona,   że   się   śmieję.   –   Ben   starał   się   mówić 

background image

spokojnie.   –   Mógłbym   przecież   mieć   ochotę   poszukać   Kingena   i   udusić   go 

gołymi rękami. – Zdjął marynarkę i rzucił ją na oparcie krzesła. – Jest jednak 

pewien powód, dla którego tego nie zrobię.

– Jaki?

Ben  podszedł  do  Kate  i  wziął  ją  w  ramiona.  Jego  ciało  było  ciepłe   i 

twarde. Przytuliła się i, oddychając głęboko, wchłaniała jego zapach. Głaskał ją 

delikatnie po włosach.

– Naprawdę nie wiesz? – zapytał.

– Powiedz – uniosła głowę.

– Czekałem na tę chwilę od dni, tygodni, od zawsze, słodka Kate. Teraz 

nie mógłbym od ciebie odejść.

– A więc zostań. I kochaj mnie, Ben.

Pochylił   się   nad   nią   i   pocałował   najdelikatniej   jak   potrafił.   Czuł,   że 

płonie,   ale   starał   się   stłumić   ten   ogień.   Nie   chciał   się   śpieszyć.   Pragnął 

ofiarować jej dziś wszystko i przedłużać ich miłość w nieskończoność.

Kate stanęła na palcach i oddała mu pocałunek. Ręce Bena spoczywały na 

jej biodrach. Ich ciężar podniecał ją. Odchyliła głowę i otworzyła lekko usta.

–   Chciałem,   żeby   było   delikatnie   i   łagodnie   –   powiedział   urywanym 

głosem, przymykając oczy.

– Mm – wymruczała Kate, całując go. – A ja, żeby szybko i gwałtownie.

Ben nigdy jeszcze nie spotkał kobiety, która podniecałaby go tak jak Kate, 

ani też takiej, którą bardziej pragnąłby zadowolić.

– Zasługujesz na najlepsze, słodka Kate – szepnął. – Romans z bajki, 

czułość...

Podniosła ręce i rozwiązała Benowi krawat. Rzuciła go za siebie.

– Mam najlepsze – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Mam ciebie.

Ben   pocałował   ją   mocno,   niemal   brutalnie.   Kate   zdjęła   mu   koszulę. 

Dotykała jego barków i pleców. Ciało pod jej palcami było gładkie i gorące. 

Dotarła do torsu, do gęstwiny ciemnych włosów. W chwilę później ręce Kate 

background image

powędrowały do peniuaru, ale Ben przykrył je swoimi dłońmi.

– Nie – wymruczał. – Pozwól, że ja to zrobię. Powoli zdjął z jej ramion 

peniuar i zsunął cienkie ramiączka koszuli. Kate wstrzymała oddech, gdy Ben 

pochylił się ku jej piersiom. Jego usta zaczęły wędrówkę po gładkiej skórze. W 

pewnym momencie Ben wyprostował się. Koszula Kate osunęła się na ziemię.

– Słodka Kate – wyszeptał. Wziął dziewczynę na ręce i ułożył delikatnie 

na chłodnym prześcieradle. – Piękna, słodka Kate.

Przyglądała mu się, gdy zdejmował z siebie ubranie. Wcześniej żałowała, 

że   pokój   nie   jest   pogrążony   w   ciemności,   ale   teraz   cieszyła   się,   że   może 

podziwiać każdy centymetr wspaniałego męskiego ciała. Ben położył się obok 

niej. Pocałowali się, a ich ręce błądziły, szukały i dotykały. Kasztanowe włosy 

Kate   leżały   rozrzucone   na   poduszce.  Wargi   zwilgotniały,   a   oczy   przesłoniła 

namiętność. Zadrżała, gdy Ben zaczął pieścić jej piersi. Serce biło jak oszalałe.

– Ben – wyszeptała, gdy uniósł nieco głowę. – Zapomniałam...

– W porządku – usiadł i z kieszeni spodni wyciągnął foliowe opakowanie. 

– Ja pamiętałem.

Kiedy wszedł w nią, Kate odczuła nie znaną jej do tej pory intensywność 

pożądania. Zatraciła się całkowicie w namiętnym zbliżeniu. Chciała, by trwało 

wiecznie. Wspięła się na szczyty rozkoszy i w momencie ekstazy krzyknęła. W 

chwilę potem ciałem mężczyzny wstrząsnął potężny dreszcz.

Przez dłuższy czas leżeli bez ruchu. Nie dobiegały do ich uszu żadne 

dźwięki, widocznie wszyscy już spali. Kiedy odpoczęli, Ben sięgnął po kołdrę i 

przykrył   ich   oboje.   Nie   miał   zamiaru   wychodzić.   Kate   miała   mu   tyle   do 

powiedzenia! Nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu. Przytulała się do Bena 

przepełniona miłością. Zdawała sobie sprawę, że przeżyli coś wyjątkowego, coś 

niezwykłego. Zastanawiała się, czy Ben także zdaje sobie z tego sprawę.

Mężczyzna spojrzał na nią. – Za chwilę będę musiał wrócić na ziemię – 

powiedział i uśmiechnął się. – Kto wie, może zresztą jeszcze nie.

– To dobrze. – Kate pogładziła go pieszczotliwie po plecach. – Cieszę się, 

background image

że nie tylko ja czuję się tak, jakbym była w niebie.

– Nie jestem za ciężki? – Ben uniósł się nieco na łokciach.

– Nie – zacisnęła dłonie na jego ramionach. – Jesteś w sam raz.

– Coś podobnego – uśmiechnął się.

Kate pomyślała, że ofiarował jej tak wiele. I to bez żadnych zastrzeżeń. 

Podarował jej poczucie bezpieczeństwa, czułość i opiekę. A co ona dała mu w 

zamian?

Miłość, to na pewno. Ale nie szczerość. Ukrywała coś przed nim, i to 

celowo. Teraz dopiero zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się myliła. Dziś 

oddali sobie ciała. Któregoś dnia oddadzą dusze. Nawet, jeśli nie była jeszcze 

przygotowana na oświadczyny, postanowiła ofiarować mu to, co mogła – swoje 

zaufanie.

– Ben? – wyszeptała.

– Uhm?

– Jest coś, o czym ci nie powiedziałam.

– Jest mnóstwo rzeczy, o których mi nie mówiłaś. – Ben oparł się na 

łokciu i  popatrzył  jej w  oczy.  – Na  przykład, jaki  jest  twój ulubiony  kolor, 

ulubiona potrawa? Pracujesz nocą z wyboru czy z konieczności? – Pocałował ją 

delikatnie w szyję. – Nie wiedziałem, że masz łaskotki.

Cieszyło ją, że Ben jest w dobrym nastroju.

–   Niebieski,   chipsy   i   z   konieczności   –   odparła.   –   Zgadza   się,   mam 

łaskotki.

– Nie wierzę ci. Chipsy nie są niczyją ulubioną potrawą.

– Moją są.

– Zaraz mi powiesz, że lubisz prażoną kukurydzę.

– Uwielbiam.

– Mój Boże. W co ja się wpakowałem?

– Za późno, żeby żałować.

Ręka Bena powędrowała do jej piersi.

background image

– Ale nie za późno, żeby... – zamruczał.

– Jesteś okropny.

– Zobaczymy, co powiesz za pięć minut.

– Za pięć minut nie będę w stanie otworzyć ust.

– Nie przejmuj się. Ja też nie.

–   Jesteś   najbardziej   rozpraszającym   uwagę   mężczyzną,   jakiego 

kiedykolwiek spotkałam. – Złapała go za ręce i czekała, aż podniesie głowę i 

spojrzy jej w oczy. – Próbuję ci coś przekazać.

– Ja również. Roześmiała się mimo woli.

–   Jest   coś,   o   czym   powinieneś   wiedzieć.   –   Kate   spoważniała.   –   Nie 

zawsze   byłam   taksówkarzem   czy   ekspedientką   w   butiku.   Zanim   w   styczniu 

oblałam egzamin, byłam studentką trzeciego roku prawa na uniwersytecie.

– Wiem – odparł spokojnie.

– Co takiego?

– Ze względu na bezpieczeństwo zawsze zbieram informacje o swoich 

bliskich współpracownikach. – Niemal przepraszająco wzruszył ramionami. – 

Otrzymałem raport na twój temat.

Zamierzała   wprawić   go   w   zdumienie.   Jednak   teraz   to   ona   była 

zaskoczona.

– Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? – zapytała.

– Czekałem, aż ty mi się zwierzysz. Uznałem, że masz wystarczająco 

ważne powody, dla których tego nie robisz.

Kate przygryzła wargę.

– Słucham? – nalegał.

– Chciałam, żebyś mnie lubił tylko dla mnie samej – odezwała się po 

chwili. – Niezależnie od tego, kim jestem i co robię. Nie chciałam, żeby to miało 

jakiekolwiek znaczenie.

– Nie miało. – Pogłaskał ją po policzku i pocałował. – Byłem po prostu 

jeszcze bardziej zaintrygowany.

background image

– Uważasz, że jestem interesująca?

– Nawet bardzo. – Tym razem nie drgnęła, gdy jego usta powędrowały do 

jej szyi. – A także denerwująca.

– Naprawdę? – Ponownie poczuła rozkoszne podniecenie.

– Uhm. – Dotknął językiem jej piersi. Jego oddech był ciepły i wilgotny. – 

Czy mówiłem ci kiedyś, że nienawidzę zimna?

– Nie, nigdy. Czy powinnam przeprosić za to, że cię ziębię?

– Napraw to – powiedział niskim głosem.

– Jak?

– Rozgrzej mnie.

* * *

Kate obudziła się w pustym łóżku z uczuciem rozkosznego rozleniwienia. 

Niejasno pamiętała, że Ben wyśliznął się z pokoju przed świtem, pocałowawszy 

ją wcześniej na pożegnanie.

– Zobaczymy się na śniadaniu, słodka Kate – wyszeptał. Uśmiechnęła się 

i natychmiast ponownie zasnęła. Gdy obudziła się ponownie, była ósma.

Obiecała   sobie,   że   nie   będzie   niczego   żałowała.   Nie   było   sensu 

zastanawiać   się,   jak   czułaby   się   budząc   w   tym   domu,   w   tym   łóżku   ze 

świadomością, że tu jest jej miejsce. Nie tej jednej nocy, lecz już zawsze. Po co 

marnować czas i zastanawiać się nad czymś, co nie mogło się zdarzyć?

Nie wierzyła w bajki ani w rycerzy na białych rumakach. Marzenia były 

przyjemne, ale tak naprawdę liczył się tylko upór i ciężka praca. Ten weekend 

nie miał żadnego związku z jej normalnym życiem. Pomyśli o tym później, a 

teraz będzie cieszyła się tym, co jest.

Wzięła gorący prysznic, po czym nałożyła szare sztruksowe spodnie i 

sweter. Zeszła na dół, do pokoju śniadaniowego. Mimo że stół zastawiony był 

dla sześciu osób, Kate zastała tylko jedną.

background image

Anette   Rand,   szczupła,   elegancka   blondynka   o   wydatnych   kościach 

policzkowych   i   przenikliwych   zielonych   oczach   piła   herbatę   i   przeglądała 

poranną prasę. Spojrzała na wchodzącą Kate i odłożyła na bok „Timesa”.

– Dzięki Bogu, nareszcie jakaś przyjazna dusza. Powiedz Parkerowi, żeby 

usmażył ci jakieś jajka. A potem napij się kawy i porozmawiaj ze mną.

Kate nalała sobie gorącej kawy i wzięła dwie bułeczki.

– Gdzie pozostali? – zapytała.

– Czy możesz uwierzyć, że mężczyźni wstali o świcie i poszli grać w 

golfa? – Anette przewróciła oczami. – Bibi i Maribeth są na spacerze. Tabitha 

jeszcze śpi.

Kate zajęła miejsce przy stole.

– Dobry Boże. – Anette zerknęła na zawartość talerza sąsiadki. – Muszę 

powiedzieć, że ci zazdroszczę. To chyba dlatego, że jesteś taka młoda. Zanim 

skończyłam   trzydziestkę,   mogłam   jeść   absolutnie   wszystko.   –   Zaśmiała   się 

ponuro. – Teraz pozostały mi tylko otręby i herbatka ziołowa.

–   Mam   po   prostu   szczęście.   –   Kate   posmarowała   masłem   kawałek 

bułeczki. – Nigdy nie miałam problemów z wagą.

– To widać – westchnęła Anette i spojrzała na Kate. – Nie miałyśmy zbyt 

wielu okazji, żeby porozmawiać wczoraj wieczorem. Peter twierdzi, że Ben jest 

tobą zupełnie oczarowany. Opowiedz mi wszystko.

Kate zakrztusiła się nagle bułeczką.

–   Przepraszam,   jestem   chyba   zbyt   wścibska.   –  Anette   wyglądała   na 

speszoną. – Nie daj się zamęczyć, ja zawsze tak się zachowuję.

– Wcale mnie nie zamęczasz.

– Tworzymy tak niewielkie kółko towarzyskie. Kiedy pojawia się nowa 

twarz, jesteśmy wręcz zachwyceni, że mamy o kim plotkować.

Kate zaczerwieniła się.

– Och, kochanie. – Anette zauważyła jej zakłopotanie. – Myślałam, że 

wiesz, że rozmawiałyśmy głównie o tobie. Prawdę mówiąc, Bibi i ja uważamy, 

background image

że Ben był wczoraj niesłychanie czarujący. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby tak 

się zachowywał. Nie spuszczał z ciebie oczu przez cały wieczór. Tak więc... – 

Anette wytarła usta serwetką. – Zacznijmy od początku. Opowiedz mi, jak się 

poznaliście.

Nadszedł   moment,   którego   Kate   obawiała   się   najbardziej,   odkąd   Ben 

zaprosił ją tutaj. Wiedziała, że prędzej czy później padnie to pytanie.

Nie   musiała   mówić   prawdy.   Potrafiła   wymyślać   różne   przekonujące 

historyjki, a teraz niewielkie kłamstewko byłoby niewątpliwie przydatne. Jednak 

nieomal natychmiast Kate odrzuciła tę możliwość. Nie wstydziła się tego, kim 

była, Ben również nie. Cóż mogła znaczyć opinia Anette?

– Poznaliśmy się w Nowym Jorku – zaczęła.

– To jasne. – Anette nalała sobie następną filiżankę kawy. – I co dalej?

– Ben łapał taksówkę.

– Jakie to romantyczne! I ty właśnie nią jechałaś?

– Nie – odparła powoli Kate. – Ja ją prowadziłam.

– Prowadzisz taksówkę?

– Teraz już nie. Pracuję dla Bena. Jestem jego szoferem. Przez dłuższą 

chwilę Kate w skupieniu zajmowała się swoją kawą. Nagle usłyszała szczery, 

dźwięczny śmiech Anette.

– Kochanie, uważam, że to cudowne.

– Naprawdę? – spojrzała na nią Kate.

– O ile się nie mylę, nieposkromiony Benjamin West napotkał wreszcie 

swoją drugą połowę.

– Dlaczego tak uważasz? – Kate sięgnęła po następną bułeczkę.

– Nie zrozum mnie źle. – Anette przysunęła się bliżej. – Znam Bena od 

lat. Oczywiście spotykał się z kobietami, nawet bardzo często. Wszystkie były 

piękne i utalentowane. Widzieliśmy jednak, że był nimi śmiertelnie znudzony.

– Czyli uważasz, że dla odmiany potrzeba mu kogoś, kto nie jest ani 

piękny, ani utalentowany? – zapytała.

background image

–   Wcale   nie   to   miałam   na   myśli!   Jesteś   równie   czarująca   jak   tamte 

kobiety, a jednak czymś się od nich różnisz.

Szczerość Anette skłoniła Kate do tego, by otwarcie wyłożyć swoje karty.

– Jestem biedna. To jest właśnie ta różnica.

– Wątpię, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla Bena.

– Czy to nie ty powiedziałaś przed chwilą, że trzymacie się w niewielkim 

kółku? Ja nie należę do tego towarzystwa – oświadczyła dobitnie. – I nigdy nie 

będę należała.

– Nie bądź taka pewna. Dziecko drogie, czy ty uważasz, że my wszyscy 

wywodzimy  się   z  arystokratycznych  rodów?  Zanim  poznałam  Petera,   byłam 

fryzjerką.

– Naprawdę?

– Jasne, że tak. I to bardzo dobrą.

– Ale wyglądasz tak... tak...

– Wytwornie? – podsunęła Anette.

– Właśnie.

–   Moja   droga,   wydaję   dużo   pieniędzy   na   podtrzymanie   urody. 

Systematycznie   ćwiczę,   stosuję   masaże,   lifting,   czeszę   się   u   świetnych 

fryzjerów, ubieram u najlepszych krawców. Jak mogłabym inaczej wyglądać?

Kate uśmiechnęła się, czując, że z minuty na minutę coraz bardziej lubi 

Anette.

– Maribeth zaczynała jako nauczycielka. A Bibi? – Anette przerwała i 

puściła oczko do Kate. – Umówmy się, że nie będziemy mówiły o tym, co robiła 

Bibi,   zanim   spotkała   Cala,   chyba   że   będziemy   w   wyjątkowo   plotkarskim 

nastroju.

W   tym   momencie   zjawiła   się   Tabitha.   Była   jeszcze   zaspana,   ale 

wyglądała bardzo pięknie. Rozmowa zeszła na inne tematy. Wkrótce nadeszła 

Rachel Smith-Miller, a tuż po niej Bibi i Maribeth. Pokój wypełnił się, wobec 

czego Kate wymknęła się nie zauważona.

background image

Nie dlatego, że nie lubiła tych kobiet czy nudziło ją ich towarzystwo. 

Wręcz przeciwnie. Po prostu chciała być przez moment sama. Włożyła kurtkę i 

wyszła na zewnątrz.

Chciała   być   sama   ze   swoimi   myślami   i   marzeniami.   Z   nadzieją   na 

szczęśliwe zakończenie.

background image

ROZDZIAŁ 11

Reszta weekendu minęła zbyt szybko.

Mimo  że  dom  przepełniony  był  gośćmi,  Ben  i  Kate   niemal  cały  czas 

spędzali razem. Oczywiście Ben musiał wypełniać obowiązki gospodarza, ale 

starał   się,   by  Kate   zawsze   była  przy   nim.   Jej  natomiast   udało   się   pozyskać 

poparcie i aprobatę pozostałych kobiet. Dbały one o to, by ich mężowie nie 

zajmowali   Benowi   zbyt   wiele   czasu.   Ku   niepomiernej   uldze   Kate,   Barry 

zainteresował się Tabithą.

W   sobotni   wieczór   urządzono   kolację   połączoną   z   tańcami.   Kate 

pogratulowała   sobie   w   duchu,   że   pożyczyła   od   Maggie   część   garderoby. 

Wybrała   granatową   sukienkę   z   dżerseju.   Jedyną   ozdobę   stanowiły   maleńkie 

kolczyki w kształcie perełek.

Na dzisiejszy wieczór Ben zaprosił dodatkowo dwanaście osób i miał w 

związku z tym większe obowiązki. Przez cały czas jednak nie spuszczał z oczu 

Kate. Przynosił jej drinki i przystawki, włączał do niemal wszystkich rozmów. 

Po kolacji wiele razy tańczyli. Kiedy ostatni z gości wreszcie wyszedł, udali się 

do pokoju Kate.

Ben wziął Kate w ramiona. Zaczął ją pieścić delikatnie. Jego palce i język 

były zachłanne.

Kate   zakręciło   się   w   głowie.   Ogarnęła   ją   taka   namiętność,   że   miała 

wrażenie, że cała płonie. Reagowała na pieszczoty tak, jakby przez całe życie 

czekała tylko na tę chwilę i tego mężczyznę.

Uniosła   ręce   i   rozwiązała   mu   krawat.   Guziki,   na   które   zapięta   była 

koszula, stanowiły wyzwanie.

– Pozwól, że ci pomogę – szepnął, ale Kate odsunęła jego ręce.

–  Teraz   moja   kolej.   –   Popchnięty   lekko,   Ben   usiadł   na   krześle.   Kate 

rozsunęła jego uda i uklękła między nimi. Uśmiechnęła się. – Jestem pewna, że 

background image

jakoś dam sobie radę.

Ben   westchnął,   gdy   odpięła   pierwszy   guzik,   rozsunęła   koszulę   i 

przycisnęła policzek do jego ciała. Przeszył go dreszcz pożądania.

– Szczerze mówiąc – wykrztusił – zanim dotrzesz do końca, może już być 

za późno.

Kate odpięła drugi i trzeci guzik. Przysunęła się bliżej i pocałowała jego 

umięśniony tors, ocierając się twarzą o gęste, ciemne włosy.

– Doprowadzasz... mnie... do... szaleństwa...

–   Świetnie   –   wymruczała   i   odpięła   kolejny   guzik.   Wsunęła   rękę   pod 

koszulę   Bena   i   głaskała   delikatnie   jego   sutki.   Słyszała   urywany   oddech 

mężczyzny.

– Dosyć.

– Jeszcze nie skończyłam.

– Owszem.

Pośpiesznie zdarł z siebie koszulę. Wstał i pociągnął dziewczynę w górę. 

Kiedy złapała równowagę, puścił ją i dotknął supełka na jej ramieniu.

– Co się stanie, jeżeli to rozwiążę? – zapytał.

– Spróbuj, a zobaczysz. – Zwilżyła wargi.

Chwilę później sukienka opadła na podłogę. Pomyślał, że nigdy dotąd nie 

widział   takiej   doskonałości.   Zdejmując   w   pośpiechu   resztę   ubrania,   nie 

spuszczał z niej wzroku. Po chwili wziął ją w ramiona i zaniósł do łóżka. Zsunął 

stanik, całując nabrzmiałe piersi dziewczyny.

– Weź mnie – wyszeptała.

–   Dobrze,   słodka   Kate.   –   Kiedy   zaczął   poruszać   się   rytmicznie,   Kate 

objęła   go   mocno   nogami,   dostosowując   się   do   jego   tempa.   Coraz   szybciej 

zdążali ku spełnieniu, a kiedy nadeszło, krzyknęli jednocześnie w ekstazie.

* * *

background image

Późnym niedzielnym popołudniem Ben i Kate stali w progu, machając 

Bibi i Calvinowi, którzy odjeżdżali ostami.

– Nareszcie sami, najdroższa. – Ben znacząco spojrzał na Kate.

Stojący za nimi Parker dyskretnie kaszlnął.

– Spakowałem pana walizki, sir. Pozwolę sobie przypomnieć, że samolot 

odlatuje o szóstej.

– Nie musisz mi przypominać. – Ben westchnął.

– O szóstej? Skoro to międzynarodowy lot, nie masz zbyt wiele czasu. 

Pójdę tylko po walizkę i możemy jechać.

– My? – Wyciągnął rękę, aby zatrzymać Kate, ale była już w połowie 

holu. – Jacy my?

– Ty i ja. A jak masz zamiar dostać się na lotnisko?

– Parker mnie zawiezie.

– Czyżbyś zapomniał, że to ja jestem twoim kierowcą?

Przez chwilę Ben wyglądał na kompletnie zaskoczonego. Kate uznała, że 

ostatnie czterdzieści osiem godzin było niczym sen – teraz nadszedł czas, żeby 

się obudzić.

Położyli bagaże z tyłu, a Ben usiadł za kierownicą.

– Jeżeli chcesz, żebym prowadziła... – zaczęła Kate.

– Nie chcę – odparł sucho.

Cóż, to rzucone ostrym tonem zdanie przypomniało Kate, gdzie jest jej 

miejsce. A nawet jeśli nie całkiem, to zadania dopełniła długa jazda na lotnisko. 

Ben milczał, koncentrując się całkowicie na prowadzeniu i zwracając minimalną 

uwagę na jej próby nawiązania rozmowy. Z każdą chwilą Kate wpadała w coraz 

gorszy nastrój.

Kiedy dotarli do lotniska, Kate wysiadając z samochodu trzasnęła mocno 

drzwiami.

– Wiem, jak się czujesz. – Ben wyjął bagaże.

– Wątpię.

background image

– Jesteś wściekła.

– Pewnie, że jestem.

Popełnił błąd. Powinien był porozmawiać z nią w domu – w chwili, w 

której przypomniała mu, że jest jego szoferem. Sądził, że uda się im jakoś o tym 

zapomnieć. Ofiarowała mu tak dużo w ciągu tych dwóch dni. Nie chciał teraz 

tego stracić.

–  Przykro  mi.  –  Postawił  walizkę   na  chodniku.  –  Naprawdę  nie  chcę 

jechać. Zwłaszcza teraz. Przez ostatnią godzinę zastanawiałem się, jak odwołać 

spotkanie, ale niczego nie wymyśliłem. Zastanawiałem się też, czy nie zabrać 

cię ze sobą, ale przez cały czas będę bardzo zajęty. To tylko parę dni. To będzie 

pięć najdłuższych dni w moim życiu, wierz mi.

Ben wziął Kate za rękę i przyciągnął ją do siebie. Mijały ich samochody, 

trąbiły klaksony, lecz oni nie zwracali na otoczenie żadnej uwagi.

– Powiedz, że będziesz za mną tęskniła. – Pogłaskał ją po twarzy.

– Będę za tobą tęskniła. Pocałował ją mocno.

– Pięć dni – powtórzył, kiedy bagażowy wziął jego walizkę.

– Będę czekała.

Ben zmieszał się z tłumem pasażerów. Po chwili straciła go z oczu.

* * *

Kate miała wolny tydzień. Było milion rzeczy, które należało zobaczyć w 

Nowym Jorku – począwszy od przedstawień teatralnych, poprzez wystawy w 

galeriach, na najnowszych filmach skończywszy. Miała teraz mnóstwo czasu i 

trochę   pieniędzy,   więc   bardzo  starannie   zaplanowała  sobie  nadchodzące   dni. 

Były   one   wypełnione   od   rana   do   późnego   wieczora.   Powinna   bawić   się 

szampańsko – nigdy jednak nie czuła się bardziej nieszczęśliwa.

Gdyby   dwa   miesiące   wcześniej   zaproponowano   jej   płatny   urlop, 

uważałaby, że złapała pana Boga za nogi. Teraz dni ciągnęły się niemiłosiernie.

background image

Nie chciała o tym myśleć, ale wiedziała, że musi. Ben okazał już, że nie 

jest mu obojętna, ale Kate zdawała sobie sprawę z tego, że to jej nie wystarczy. 

Pragnęła więcej. Pragnęła wszystkiego, o czym Ben nigdy nie wspominał, i o co 

ona nigdy nie pytała – miłości, szacunku i wzajemnych zobowiązań. Chciała, by 

uważał   ich   związek   za   coś   więcej   niż   za   grę,   o   wyniku   której   może 

zadecydować rzut monetą.

Pragnęła zbyt wiele. Jak zwykle zresztą. Tym razem istniała jednak pewna 

różnica, gdyż narzędzia, którymi posługiwała się w przeszłości – spryt, upór i 

wytrwałość – były w tej chwili całkowicie bezużyteczne.

Mogła mieć tylko nadzieję – teraz wszystko zależało od Bena.

Ben zadzwonił w czwartek wieczorem.

* * *

Kate,   leżąc   w   szlafroku   na   łóżku,   przygotowywała   się   właśnie   do 

spędzenia   wieczoru   w   towarzystwie   klusek,   wieprzowiny   po   chińsku   i 

„Casablanki” w telewizji, gdy nagle usłyszała dzwonek telefonu.

– Jak tam Londyn? – zapytała.

– Mokry. A Nowy Jork?

Nie chciało się jej ciągnąć tej zabawy.

– Samotny – odpowiedziała.

– Naprawdę? – Ben wyraźnie się ucieszył. – To jeszcze tylko dwadzieścia 

parę godzin. Właśnie o tym chciałem porozmawiać.

– Wyjechać po ciebie na lotnisko?

– Nie ma mowy.

Kate zamilkła rozczarowana.

–   Mam   lepszy   pomysł.   Włóż   najładniejszą   sukienkę,   a   ja   powiem 

Fosterowi, żeby mnie zawiózł prosto do ciebie.

– Wychodzimy gdzieś?

background image

– W zasadzie tak – odpowiedział powoli. – Odbywa się przyjęcie, na 

którym nie może mnie nie być. Pewne stowarzyszenie wybrało mnie Mężczyzną 

Roku. Szczerze mówiąc, zupełnie o tym zapomniałem. Dobrze, że Donald mi 

przypomniał. Ceremonia odbędzie się jutro wieczorem w Rainbow Room.

Taki rozkład zajęć mógłby zwalić z nóg nawet najsilniejszego.

– Nie będziesz przemęczony po podróży? – spytała Kate.

– Pewnie tak. Postaram się przespać w samolocie. – Ben urwał na chwilę i 

zachichotał. – Mogłabyś włożyć tę granatową sukienkę, którą miałaś na sobie w 

zeszłym tygodniu. Gwarantuję, że to mnie skutecznie otrzeźwi.

– Masz to u mnie – powiedziała. Nie było potrzeby wspominać mu, że to 

jedyna wyjściowa sukienka.

– Świetnie. A więc do zobaczenia jutro wieczorem.

– Dobranoc, Ben – szepnęła. – Słodkich snów.

Po zakończeniu rozmowy Ben długo jeszcze wpatrywał się w słuchawkę. 

Słodkich snów, też coś! Jeżeli Kate będzie nadal obecna w jego myślach, to nie 

wiadomo, czy w ogóle uda mu się zasnąć.

Już dawno temu zorientował się, że Kate była zupełnie wyjątkowa. Nie 

przewidywał   jednak,   że   tak   szybko   stanie   mu   się   ona   nieodzowna.   Była 

nieustającym   źródłem   sprzeczności   –   niespokojna   kobieta,   która   w   pewien 

nieokreślony sposób stabilizowała jego życie. Nie pamiętał już, jak było, zanim 

się pojawiła.

Czy   to   miłość?   Nie   był   pewien.   Dotychczas   zdarzały   mu   się   tylko 

przelotne   romanse.   Przed   Kate   nie   pojawiła   się   ani   jedna   kobieta,   której 

pragnąłby podarować coś więcej. A teraz wydawało mu się, że nie może dać 

wystarczająco wiele – ani też otrzymać tyle, ile by chciał.

Pragnął, by Kate była zawsze z nim – dziś, jutro i każdego dnia. Chciał jej 

wyłącznie dla siebie. Nawet jeżeli nie była to miłość, to coś bardzo do niej 

zbliżonego.

Nigdy nie pozwoliła mu sobie niczego kupić. Mimo że wtedy czuł się 

background image

nieco urażony, teraz się cieszył. Znaczyło to, że pierwszym prezentem, jaki Kate 

od niego otrzyma, będzie pierścionek z diamentem, który zamierzał kupić rano 

w Knightsbridge.

* * *

–   Mam   nadzieję,   że   kolacja   nie   będzie   taka   okropna   –   Ben   objął 

ramieniem Kate. Znajdowali się na tylnym siedzeniu lincolna. Wdychał zapach 

świeżo   umytych   włosów   dziewczyny.   Przyjechał   po   nią   dziesięć   minut 

wcześniej i nie potrafił powstrzymać się od tego, by jej ciągle nie dotykać. Kate 

zdawała się nie mieć nic przeciwko temu.

– Przecież to ty jesteś gościem honorowym – przypomniała przytulając 

się do niego. – Na pewno będzie wspaniale.

– Przyjęcie może się przeciągnąć – mruknął. Czuł ciężar pierścionka w 

kieszeni. Jak na razie, była to jego tajemnica. Kiedy znajdą się wreszcie sami, 

zamierzał wyjąć go i oświadczyć się Kate. – Czy myślisz, że zauważą, jeśli 

wymkniemy się trochę wcześniej?

– Jasne, że nie. Nie ma gościa honorowego – dlaczego ktokolwiek miałby 

to zauważyć?

–   Chyba   masz   rację   –   westchnął   Ben   z   rezygnacją,   kiedy   Foster 

zaparkował przed wejściem do Rockefeller Center. Wysiadł i podał rękę Kate. 

Słyszał uwagi gapiów, którzy przystanęli, żeby popatrzeć na limuzynę.

– Maudie, patrz! Słynna osobistość!

– Kto to?

– Nie mam pojęcia...

– To ten West! – rozległ się przejęty kobiecy głos. – Czy nie jest słodki? 

Hej, Ben! Tutaj!

– Jest niższy niż w telewizji...

Ben ujął Kate za ramię i poprowadził do wejścia. Skierowali się w stronę 

background image

windy. Dziewczyna drżała, więc przytulił ją do siebie.

– Już wszystko w porządku – powiedział łagodnie. – Już ich nie ma.

– Dzięki Bogu. – Ku jego zdumieniu Kate zaczęła chichotać. – Dłużej już 

chyba nie udałoby mi się zachować powagi. – Spojrzała na niego i otworzyła 

szeroko oczy. – Hej, Ben! Tutaj!

– Ta kobieta miała koło pięćdziesiątki.

– I świetny gust. – Znowu zachichotała. – Czy to ci się często przytrafia?

–   Zbyt   często.   –   Zirytowany,   przejechał   dłonią   po   włosach.   –   Jestem 

osobą publiczną, a to pociąga za sobą tego rodzaju sytuacje.

– Czy to ci przeszkadza?

– Czasami. – Wzruszył ramionami. – Najczęściej staram się nie zwracać 

uwagi. Chyba się już przyzwyczaiłem.

– Nie jestem pewna, czy podoba mi się, że jakieś obce kobiety mówią o 

tobie, że jesteś słodki – drażniła się.

– Na twoim miejscu nie przejmowałbym się tym – odparł sucho. – Ta 

uważała, że jestem za niski.

Kate wbiła mu palec w żebro, a on wsadził rękę pod jej płaszcz i zaczął ją 

łaskotać.   Śmiali   się   jeszcze,   gdy   drzwi   windy   nagle   się   otworzyły.   Niemal 

natychmiast zmieszali się z tłumem ludzi, z których większość pragnęła poznać 

Bena.   Uratował   ich   prezes   stowarzyszenia.   Zajęli   przeznaczone   dla   nich 

miejsca. Ceremonia się rozpoczęła.

O   jedenastej   wieczorem   Kate   znała   już   prawdziwe   znaczenie   słów 

„nudny” i „nie kończący się”. Po kolacji, która składała się z przypalonego 

kurczaka i nie dopieczonych ziemniaków, nastąpiła seria przydługich wystąpień. 

Ben także zabrał głos. Otrzymał nagrodę, pozował do zdjęć i potrząsnął tak 

wielką liczbą rąk, że przestała je nawet liczyć. Bez wątpienia ten człowiek miał 

niewiarygodną kondycję.

Kiedy o tym myślała, zobaczyła nagle, że Ben mruga do niej – powoli i 

wyraźnie.   Zastanawiała   się,   czy   cierpliwość   Bena   nie   jest   właśnie   na 

background image

wyczerpaniu.

Kate nie miała pojęcia, jak mu się to udało, ale niedługo potem pożegnał 

się   ze   wszystkimi,   odnalazł   ich   płaszcze   i   w   pośpiechu   wyprowadził   ją   z 

budynku. Lincoln czekał zaparkowany przy krawężniku. Foster popijał kawę i 

czytał jakąś książkę, którą na ich widok szybko odłożył.

Droga powrotna przebiegła w milczeniu. Gdy dotarli w okolice Westcon 

Plaza,  Kate wysiadła  i odetchnęła  głęboko  świeżym  powietrzem. Ben stanął 

koło   niej,   miał   już   pewność,   że   ona   jest   naprawdę   wszystkim,   czego 

potrzebował.

– Piękna noc, prawda?

– Cudowna.

– Nie wchodźmy jeszcze. – Wziął ją za ramię.

– Dokąd pójdziemy?

– Zobaczysz.

Przed nimi rozpościerał się Central Park. Na jego południowym krańcu 

znajdował   się   postój   dorożek.   O   tej   porze   była   tam   tylko   jedna.   Dorożkarz 

zamierzał   jechać   już   do   domu.   Na   widok   studolarowego   banknotu   zmienił 

zdanie.

Ben pomógł Kate wsiąść, po czym okrył ich oboje pledem.

Oczy Kate błyszczały, gdy dorożkarz cmoknął, a koń ruszył z miejsca.

– Skąd wiedziałeś, że zawsze marzyłam o tym, żeby przejechać się jedną 

z tych dorożek?

– Intuicja? – Ben objął ją mocno i przytulił do siebie.

– O rany. Czasem wydaje mi się, że jesteś zbyt domyślny.

– Czyżby? – Ben uniósł brwi. – A co ci się jeszcze wydaje?

– Że i tak cię kocham.

Milczeli przez chwilę. Ben ujął podbródek Kate i zbliżył jej twarz do 

swojej.

– Mówisz poważnie, Kate?

background image

Odpowiedź wyczytał w jej oczach. Serce biło mu jak oszalałe.

– Tak.

–   Najsłodsza   Kate.   –   Ben   pocałował   dziewczynę   delikatnie,   wręcz 

nieśmiało. Kate rozchyliła wargi i przyciągnęła go bliżej. Kilka chwil później, 

gdy Ben się odsunął, z trudnością łapała oddech.

– Nie przestawaj – szepnęła.

Ben znacząco spojrzał na plecy woźnicy. Wsunął rękę pod pled i dotknął 

jej uda.

– Może to wcale nie był taki dobry pomysł.

– Może nie. – Kate westchnęła głęboko, czując poruszającą się dłoń Bena. 

– Co on by pomyślał, gdybyśmy go poprosili, żeby nas odwiózł z powrotem?

–   Że   się   nam   bardzo   spieszy.   –   Ben   uśmiechnął   się   i   powiedział 

dorożkarzowi,   żeby   zawrócił.   Ponownie   pocałował   Kate.   Gdy   się   od   siebie 

oderwali, byli już blisko Westcon Plaza. – Czy ten przeklęty koń nie mógłby 

ruszać się trochę szybciej? – mruknął.

– Wiedziałam, że uznasz ten środek transportu za zbyt prymitywny. – 

Kate uśmiechnęła się.

– Och, sam nie wiem. – Ben pomógł jej wysiąść. – Czuję, że niedługo 

przekonasz się, jaki ja potrafię być prymitywny.

* * *

Następnego   ranka   Kate   obudziły   promienie   słońca.   Ben   nadal   spał   z 

jaśkiem wsuniętym pod głowę. Kate już wyciągnęła rękę, aby go pogłaskać, ale 

zmieniła   zamiar.   Po   ostatniej   nocy   Ben   z   całą   pewnością   potrzebował   dużo 

wypoczynku.

Gdy   po   przejażdżce   wpadli   do   apartamentu,   skierowali   się   wprost   do 

sypialni. Ściągnęli błyskawicznie ubrania i niemal natychmiast znaleźli się w 

łóżku.

background image

Rozłąka tylko spotęgowała ich pożądanie. Intensywność doznań zupełnie 

oszołomiła Kate. Ben był i gwałtowny, i czuły. Doprowadzał ją niemal do kresu 

wytrzymałości. Przedłużał ich namiętność do granic możliwości.

Gdy odpoczywali, Ben przytulił się do Kate.

–   Która   jest   teraz   godzina   w   Londynie?   –   zapytała,   głaszcząc   go   po 

podbródku.

–   Piąta   rano.   –   Ben   przypomniał   sobie   o   pierścionku   nadal 

spoczywającym w jego kieszeni i uśmiechnął się sennie.

– Powinieneś spać.

– Jeszcze nie. Mam coś dla ciebie. – Próbował wstać, ale Kate delikatnie 

zmusiła go, aby leżał spokojnie.

– Cokolwiek by to nie było – powiedziała. – Może poczekać do rana.

– Ale...

– Żadnych ale. – Położyła mu palec na ustach nakazując milczenie. – 

Kocham cię, Ben.

Przyciągnął ją bliżej.

– Ja też cię kocham – wymruczał. Uścisnął ją mocno, a chwilę później 

oboje już spali.

Teraz,   kilka   godzin   później,   Kate   zastanawiała   się,   czy   Ben   po 

przebudzeniu   będzie   pamiętał   o   swojej   deklaracji.   Lepiej,   żeby   tak   było, 

pomyślała wyskakując z łóżka.

Nałożyła szlafrok Bena i wyszła z sypialni. Postanowiła zaparzyć kawę i 

przynieść ją Benowi.

Poprzedniej nocy nie miała właściwie okazji obejrzeć mieszkania Bena, 

postanowiła więc nadrobić zaległości. Przestronny pokój gościnny zastawiony 

był antykami, biblioteka natomiast wyłożona drewnem. Po trzech nieudanych 

próbach Kate udało się odnaleźć jadalnię. Teraz wystarczyło tylko popchnąć 

drzwi, żeby znaleźć się w kuchni. Zrobiła to i poczuła aromat świeżo zaparzonej 

kawy. Na blacie leżał „Sunday Times”, a na małym stoliczku obok okna nakryto 

background image

dla jednej osoby.

Nagle   otworzyły   się   drzwi   od   spiżarki   i   ukazał   się   w   nich   Parker   z 

pięciokilową torbą cukru. Kate wzdrygnęła się zaskoczona.

– Omal nie dostałam przez pana ataku serca, Parker! – wykrzyknęła.

– A ja przez panią. – Wyglądał na równie przestraszonego. – Nie miałem 

pojęcia, że jest tu jeszcze ktoś oprócz pana Westa.

– Tak... Rozumiem. – Kate mocniej zawiązała pasek szlafroka.

– Czy położyć jeszcze jedno nakrycie? – zapytał Parker.

– Nie... – Kate rozejrzała się i zauważyła ekspres do kawy. – Właściwie 

przyszłam tylko po kawę. Czy mogłabym dostać dwie filiżanki i tacę?

Szybko wróciła do sypialni. Przez uchylone drzwi dostrzegła, że Ben już 

się obudził i siedzi na łóżku.

– Zastanawiałem się, gdzie jesteś. – Uśmiechnął się.

– Udało mi się znaleźć kuchnię – Odwzajemniła uśmiech. – To prawie 

trzy kilometry stąd.

Postawiła tacę i usiadła obok Bena.

– Czy mój apartament wydaje ci się za duży?

– Czy ja coś mówię? – Zrobiła minę niewiniątka. Ben wpatrywał się w 

nią. Kate lekko zdenerwowana odstawiła kawę.

– Czy coś się stało?

– Ależ skąd. Wydaje mi się, że wprost przeciwnie. A jeżeli nie podoba ci 

się moje mieszkanie, możesz tu wszystko pozmieniać. Przynajmniej jest dużo 

przestrzeni.

– Ben – przerwała łagodnie. – O czym ty mówisz? Ujął jej dłoń.

– Chcę, żebyś była szczęśliwa, Kate. Chcę też, żebyś została moją żoną.

Oszołomiona,   patrzyła   na   niego   w   milczeniu.   Nagle   ogarnęła   ją   fala 

szczęścia.

– Ty... ja... co?

– Wyjdź za mnie, Kate – Ben sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd 

background image

niewielkie pudełeczko. Otworzył je, a oczom Kate ukazał się duży, błyszczący 

brylant.

– O mój Boże – westchnęła. – Czyli jednak nie mówiłeś przez sen.

– Kiedy?

– Tej nocy. – Kate wciąż wpatrywała się w diament. – Powiedziałeś, że 

mnie kochasz. Ale prawie zasypiałeś, więc nie byłam pewna, czy zdajesz sobie 

sprawę z tego, co mówisz.

– Możesz być pewna. Nigdy nie byłem niczego bardziej pewny. Kocham 

cię, Kate. I chcę, żebyś już zawsze była ze mną. – Uśmiechnął się, wręczając jej 

pierścionek. – Możesz go dotknąć. Nie ugryzie cię.

– To chyba największy diament, jaki kiedykolwiek widziałam.

– Kiedyś przedstawię cię Elizabeth Taylor. – Ben wzruszył ramionami.

Może jego niedbały ton, a może wartość pierścionka sprawiły, że Kate 

ogarnęły wątpliwości. Tego ranka obudziła się w świecie z bajki: wspaniały 

apartament, służący, no a teraz pierścionek. Wszystko działo się zbyt szybko.

– Nie mogłabym nosić czegoś tak wielkiego. – Oddała mu pierścionek. – 

Czułabym się głupio.

– Kiedy będziesz już moją żoną – powiedział łagodnie – będzie w sam 

raz. – Ujął jej lewą rękę i wsunął pierścionek na środkowy palec. – Kochasz 

mnie, Kate?

Spojrzała mu w oczy. Wzruszyło ją bijące z nich ciepło i troska.

– Wiesz, że tak – szepnęła.

–  Więc   nic   innego   nie   ma   znaczenia.   Nie   odpowiedziałaś   mi   jeszcze. 

Wyjdziesz za mnie, Kate?

Ben nie zdawał sobie sprawy z tego, że wstrzymywał oddech, dopóki nie 

ujrzał   uśmiechu   na   jej   twarzy.   Wiedział   już,   jaka   będzie   odpowiedź.   Kate 

uniosła się i pocałowała go lekko.

– Tak, Ben – powiedziała cicho. – Wyjdę za ciebie.

background image

ROZDZIAŁ 12

Kate wyciągnęła ramiona i natychmiast znalazła się w objęciach Bena.

– Odpowiada ci czerwiec? – mruknął całując ją w szyję – Kate roześmiała 

się.

– A czy tobie odpowiada zaraz?

– Niecierpliwa? – Wsunął rękę pod szlafrok i musnął jej piersi. – Podoba 

mi się ta twoja niecierpliwość.

–   Spróbowałaby   ci   się   nie   podobać.   –   Westchnęła.   –   Czerwiec. 

Odpowiada mi. Wszystko mi odpowiada.

– Im wcześniej, tym lepiej. – Ben uśmiechnął się. – Powiem adwokatowi, 

żeby przygotował dokumenty.

Minęło kilka chwil, zanim znaczenie tych słów w pełni dotarło do Kate. 

Nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

– Jakie dokumenty?

Ben uświadomił sobie, że popełnił nietakt. Kate patrzyła na niego szeroko 

rozwartymi oczami.

– To zwykła umowa – powiedział w końcu. – Nic nadzwyczajnego.

– Umowa przedmałżeńska? – Kate odsunęła się od niego.

– Cóż... tak.

–   I   to   nie   jest   dla   ciebie   nic   nadzwyczajnego?   –   Kate   była   wyraźnie 

zdenerwowana.

–   To   tylko   kawałek   papieru,   który   zabezpieczy   nasze   interesy   w 

przyszłości.

– Nasze interesy? – Kate usiadła i owinęła się ciasno szlafrokiem.

–   Oczywiście.   Taki   dokument   stanowi,   co   każde   z   nas   wniosło   do 

małżeństwa i co z niego może wynieść. Będziesz świetnie zabezpieczona, Kate.

Zdenerwowana uderzyła go mocno w ramię.

background image

– Będę świetnie zabezpieczona w przypadku rozwodu – krzyknęła.

– Masz rację.

– Więc w gruncie rzeczy uważasz, że nasze małżeństwo nie przetrwa.

– Tego nie powiedziałem...

– Do diabła, Ben. Wcale nie musiałeś tego mówić. – Kate ściągnęła z 

palca pierścionek.

–   Nic   nie   rozumiesz.  To   tak   jak   ubezpieczenie.   Nie   chcę,   żeby   moje 

nieruchomości spłonęły, a mimo to wykupuję polisę.

– Nie potrzebuję ubezpieczenia. Pragnę miłości i małżeństwa na zawsze, 

do grobowej deski. No i mężczyzny, który wierzy w taką miłość.

– Naprawdę cię kocham, Kate – odrzekł Ben. – I wierzę w nas, ale nie 

lubię mieszać interesów ze sprawami prywatnymi. Próbowałem i nic dobrego z 

tego nie wyszło. Zrobiłbym wszystko, żeby cię uszczęśliwić i właśnie dlatego 

chcę – nie, pragnę, żebyś się zgodziła spisać kontrakt.

Kate wiedziała, że Ben wciąż pamięta tę nieszczęsną historię z ojcem, ale 

wcale nie czuła się przez to mniej zraniona. Nie interesował ją żaden kontrakt 

ani też pieniądze. Nie wyobrażała sobie małżeństwa bez wzajemnego zaufania.

– Nie chcę twoich pieniędzy, Ben. Nigdy ich nie chciałam.

– Wiem o tym.

Kate wstała i pozbierała rozrzucone po podłodze ubranie.

– Więc nie proś mnie, żebym podpisywała swoje marzenia.

– Czy to znaczy, że odmawiasz?

– Tak... chyba tak.

– Do diabła, Kate – zaklął zdenerwowany. – Próbujesz mną manipulować.

– Nie, wcale nie – zaprzeczyła idąc do łazienki. – Próbuję cię kochać, 

chociaż w tej chwili niesłychanie mi to utrudniasz.

– Jesteś okropna!

– Chyba oboje jesteśmy – stwierdziła ponuro. Zamknęła za sobą drzwi. 

Ben zacisnął dłoń w pięść i uderzył nią w poduszkę. Zapomniany pierścionek 

background image

upadł na podłogę.

* * *

Maggie nie zamykały się usta, odkąd Kate wróciła do domu. Dopiero 

przed chwilą Kate zdołała uciszyć ją morderczym spojrzeniem.

Zdjęła z siebie sukienkę i cisnęła ją w kąt.

– Słuchaj no – zaprotestowała Maggie. – To moja najlepsza sukienka.

– Przepraszam – warknęła Kate nakładając stary podkoszulek.

– Ciężka noc, co? – Maggie podniosła sukienkę i strzepnęła ją starannie. – 

Od razu widać.

Prędzej czy później Maggie i tak wyciągnie od niej całą tę historię. Kate 

pomyślała, że chce mieć to już za sobą.

– Ben zaproponował mi małżeństwo.

– Boże święty! Będę druhną na weselu stulecia.

– Nie będzie żadnego wesela.

– Zamierzacie uciec po ślubie? Jakie to romantyczne! Dokąd cię zabiera? 

Na Riwierę? Na Bora Bora?

– Nigdzie mnie nie zabiera. Nie wyjdę za niego.

–   Nie   wyjdziesz   za   niego?   –   Maggie   złapała   się   palcami   za   ucho   i 

potrząsnęła nim dla większego efektu. – Czy mogłabyś powtórzyć? Chyba słuch 

mi się pogorszył.

– Twój słuch jest w porządku. Ben poprosił mnie o rękę, a ja odrzuciłam 

jego oświadczyny.

–   Teraz   rozumiem   –   stwierdziła   Maggie.   –   Ze   mną   jest   wszystko   w 

porządku, to ty jesteś stuknięta.

– Wcale nie stuknięta, tylko szalona – zaprotestowała Kate.

– Wybacz, ale nie widzę różnicy.

– Nie brak mi piątej klepki, tylko oszalałam ze złości.

background image

Ben twierdzi, że chce mnie poślubić, ale najpierw muszę podpisać umowę 

przedmałżeńską.

– Więc?

– Nie zamierzam tego robić.

– Moja wspaniała dziewczynka. Rozsądna jak zwykle.

Kate odwróciła się na pięcie.

– Nie chodzi mi właściwie o sam dokument, tylko o fakt, że on uważa go 

za potrzebny. Jak mogłabym wyjść za mąż za mężczyznę, który już planuje 

rozwód?

–   Ben   jest   przecież   biznesmenem   –   zauważyła   rozsądnie   Maggie.   – 

Przygotowywanie   się   na   rozmaite   ewentualności   jest   jego   zawodowym 

nawykiem. Ale to wcale nie znaczy, że zakłada, iż coś takiego się zdarzy.

Mniej   więcej   to   samo   mówił   wcześniej   Ben.   Kate   jednak   nie   była 

przekonana. Usiadła i nałożyła trampki.

– Biznesmen, zawodowy nawyk – powtórzyła. – A co się za tym kryje? 

To,   że   mi   nie   wierzy.   Gdyby   tak   nie   było,   nie   uważałby   tego   kontraktu   za 

potrzebny.

– Czy on cię kocha?

– Twierdzi, że tak – odpowiedziała.

–   To   chyba   niezły   początek   –   zauważyła   Maggie.   –   Mnóstwo   kobiet 

wyszłoby za niego bez miłości.

– Ja nie jestem jedną z nich.

– Dzięki Bogu. – Maggie patrzyła, jak Kate wstaje i idzie w stronę drzwi. 

– Dokąd się wybierasz?

– Pobiegać. To najlepszy sposób na kłopoty.

– Zamierzasz biegać w tę i z powrotem po schodach? – Maggie patrzyła 

na Kate ze zdumieniem.

– Jasne, że nie. Idę do parku. Zrobię dziesięć okrążeń wokół jeziorka.

– Przecież to ponad piętnaście kilometrów!

background image

– Powinno wystarczyć. – Kate otworzyła drzwi.

– Kate Hallaby, w życiu nie przebiegłaś nawet metra!

– Najwyższy czas zacząć.

Maggie westchnęła dramatycznie i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu 

swoich trampek.

– Jeżeli zamierzasz się zabić, mogę przynajmniej pozbierać szczątki. Ale 

ostrzegam cię – pogroziła Kate palcem. – Zmieniłam zdanie, nie będę twoją 

druhną.

– Świetnie.

– Zamierzam zostać damą dworu – mruknęła zawiązując sznurowadła. – 

Sama wybiorę sobie sukienkę.

– Jak to? Nie wierzysz w mój dobry gust?

– Jeżeli chodzi o wybór mężczyzny, to tak. – Maggie uśmiechnęła się 

słodko.   –   Mniej   natomiast,   jeżeli   chodzi   o   postępowanie   z   nimi.   Wszyscy 

wiemy, jak świetnie sobie radzisz ze swoim obecnym mężczyzną...

Kate mocno trzasnęła drzwiami.

– Prowadź – krzyknęła za nią Maggie. – Lepiej, żebyśmy miały to już za 

sobą.

* * *

O siódmej rano w poniedziałek Kate była już w garażu. Nie rozmawiali 

na temat jej pracy, więc uznała, że nic się nie zmieniło. Kate poszła do swojego 

pokoiku, otworzyła książkę i przygotowała się na czekanie.

Nie trwało długo.

– Proszę podjechać pod wejście do Westcon Plaza – polecił jej Julio. – 

Czeka na panią trzech mężczyzn. Jednym z nich jest pan West. Celem podróży 

jest budowa na przedmieściu.

– Rozumiem. – Po pięciu minutach Kate była już na miejscu.

background image

Ben   zatrzymał   się,   gdy   jego   dwaj   towarzysze   sadowili   się   na   tylnym 

siedzeniu.

–  Musimy   porozmawiać  –   zwrócił  się  do   dziewczyny.   –  Po   powrocie 

zaparkuj samochód i przyjdź do mojego biura.

– Tak, sir! – warknęła Kate, zmrożona jego oficjalnym tonem. Z całą 

pewnością   przygotował   już   ten   dokument   do   podpisania.   Życzę   szczęścia, 

pomyślała wślizgując się za kierownicę, będziesz go potrzebował.

W końcu dotarli do miejsca przeznaczenia, którym okazał się plac na rogu 

ruchliwej   ulicy.   Wzdłuż   chodnika   biegł   druciany   płot   oznakowany   biało-

czerwonymi napisami informacyjnymi. Na środku placu widać było pracującą 

betoniarkę. Mężczyźni wysiedli z samochodu i udali się w tamtym kierunku.

Kate zaparkowała obok hydrantu i czekała. Green i Silverburg rozmawiali 

z kierownikiem robót, a Ben z planami pod pachą zniknął w baraku, który służył 

za biuro. Wyłonił się stamtąd dopiero po godzinie.

Podszedł do swoich partnerów i wszyscy trzej skierowali się ku bramie, 

kiedy nagle z baraku wychyliła się jakaś kobieta i przywołała Bena z powrotem. 

Tym   razem   spędził   tam   tylko   chwilę   i   przyłączył   do   oczekujących   przy 

samochodzie mężczyzn.

–   Nie   mogę   z   wami   wracać   –   powiedział.   –   Mam   spotkanie   na 

Dwudziestej Dziewiątej Ulicy. Kate, czy mogłabyś mnie tam podrzucić? Potem 

zawieź tych dżentelmenów tam, gdzie będą sobie życzyli.

– Oczywiście. – Kate otworzyła drzwi, czekając, aż mężczyźni wsiądą do 

samochodu. Najwyraźniej jej spotkanie z Benem się przesunie. Nie miało to 

większego znaczenia, gdyż i tak nie planowała zmieniać zdania. Pewnie znów 

będą się kłócić, a do tego jej się tak bardzo nie śpieszyło.

Zatrzymała się przy rogu, który wskazał jej Ben, i oczekiwała na dalsze 

instrukcje od pozostałych pasażerów. W końcu Green pochylił się w jej stronę:

– Central Park West, numer trzydzieści pięć. Kate posłusznie ruszyła.

Przedzierała   się   przez   zatłoczone   ulice,   jednym   okiem   obserwując 

background image

jezdnię,   drugim   zerkając   w   lusterko.   Chociaż   mężczyźni   rozmawiali 

przyciszonym   tonem,   było   dla   niej   jasne,   że   na   tylnym   siedzeniu   toczy   się 

zażarta dyskusja. Kiedy skręciła powoli w Columbus Avenue, głosy przybrały 

na sile i udało się jej uchwycić niektóre zdania.

– Jesteś stuknięty – warknął Silverburg. Kate nie zrozumiała odpowiedzi 

Greena, ale usłyszała jego głos chwilę później.

– Spróbuj to powiedzieć inspektorowi. Pewnie, że to kupa forsy, ale i tak 

mamy to, czego chcieliśmy... – Przerwał, kiedy napotkał spojrzenie Kate.

– Tutaj, proszę – powiedział Silverburg wyglądając przez okno.

Kate przystanęła przy chodniku. Zanim zdążyła wysiąść, żeby otworzyć 

im drzwi, obaj mężczyźni zebrali swoje rzeczy i wydostali się z samochodu. 

Green zatrzymał się obok niej i zmrużywszy oczy przyglądał się jej uważnie. Z 

całą pewnością chciał się dowiedzieć, jak wiele usłyszała i ile z tego była w 

stanie   zrozumieć.   Kate   nie   miała   wątpliwości,   że   rozmowa   była   naprawdę 

ważna. Napotkawszy spojrzenie Greena, przybrała tępą minę wydmuchując z 

przejęciem   gumę   do   żucia.   Z   satysfakcją   ujrzała,   jak   Green   odwraca   się   z 

niesmakiem, lecz jednocześnie z ulgą na twarzy.

Kate   zaczekała,   aż   obaj   zniknęli   w   tłumie   i   dopiero   wtedy   ruszyła. 

Ponieważ wykonała wszystkie polecenia, wróciła do garażu. Telefon, na który 

oczekiwała, odezwał się godzinę później.

W   pięć   minut   dotarła   do   Westcon   Plaza,   następne   dwie   spędziła   w 

windzie. Spodziewała się, że ujrzy Jody, lecz przy wejściu stał Ben.

– Chodź – powiedział, łapiąc ją za ramię i ciągnąc wzdłuż korytarza.

– Skąd ten pośpiech? – zapytała z trudem dotrzymując mu kroku.

– Stąd. – Ben zatrzasnął drzwi od gabinetu i pocałował Kate gwałtownie, 

aż czapka zsunęła się jej z głowy. Włosy rozsypały się i Ben zagłębił palce w 

gęstych lokach.

– Do diabła – wymruczał. – Wariuję przez ciebie.

Kate,   wciśnięta   pomiędzy   drzwi   i   Bena,   poczuła   się   nagle   odprężona. 

background image

Zniknęło napięcie, które nie opuszczało jej przez ostatnie dwadzieścia cztery 

godziny. Dopóki będzie mu na niej zależało, dopóki będzie ją kochał, wszystko 

da się ułożyć.

– Szaleństwo? – zapytała niewinnie, wysuwając prowokująco biodra. – 

Tak to nazywasz?

Ben zachichotał, delikatnie odsuwając jej już aktywne ręce.

– Kate, zaprosiłem cię tu na rozmowę.

–   Porozmawiamy...   Jasne,   że   porozmawiamy.   –   Uśmiechnęła   się.   – 

Później.

– Kate!

Nie słuchając protestów wsunęła palce za pasek. Przyciągnął ją do siebie i 

całował zachłannie usta, szyję i ramiona dziewczyny. Czuł, jak Kate drży z 

pożądania.

Kiedy Ben zamknął drzwi na klucz, Kate rozpięła i zsunęła mu spodnie. 

Jego ciało  było  twarde  i  gorące.  Pochyliła  się  i  pocałowała  kępkę  czarnych 

włosów nad pępkiem.

Ben czuł jej gorący oddech na napiętych mięśniach brzucha. Schwycił 

Kate za ramiona i pociągnął do góry. Pośpiesznie ściągnęli ubrania i przywarli 

do   siebie   gwałtownie.   Ben   podniósł   Kate   wysoko   i   oparł   o   siebie.   Oplotła 

nogami jego biodra. Kiedy Ben zaczął się poruszać, napięła wszystkie mięśnie 

wyginając   się   w   odpowiedzi.   Czuła   w   sobie   wszechogarniające   pożądanie, 

wszystko inne przestało być ważne.

Ben   pocałunkiem   stłumił   okrzyk   rozkoszy   Kate.   Chwilę   później   sam 

zatracił się w uniesieniu.

Po pewnym czasie zorientował się, że wciąż stoją przy drzwiach.

– Założę się, że teraz uważasz, że już podpiszę te papiery – wymruczała.

Ben roześmiał się i przytulił ją do siebie.

– Mylisz się, moja słodka Kate. Nauczyłem się już, że o cokolwiek bym 

cię nie poprosił, z pewnością zrobisz coś wręcz przeciwnego.

background image

– Czy to znaczy, że zmieniłeś zdanie?

–   Nie,   ale   zdecydowałem,   że   dam   ci   więcej   czasu.   Nie   możesz 

zaprzeczyć, że jesteśmy świetną parą i będziemy wspaniałym małżeństwem.

Kate wyśliznęła się z objęć Bena i zebrała swoje rzeczy. Ubrała się i 

natychmiast zmieniła temat. Rozmowa, którą przypadkiem podsłuchała, mogła 

być dla Bena ważna. Na pewno powinien się o niej dowiedzieć. Słuchał jej 

relacji w milczeniu z coraz bardziej ponurą miną.

– Czy to na pewno wszystko? – zapytał, kiedy skończyła.

Kate nałożyła buty i podniosła czapkę.

– Wszystko. Mówili cicho i słyszałam tylko fragmenty. Wydaje mi się 

jednak, że rozmawiali o pieniądzach i o tym, że nie zamierzają informować cię o 

tej sprawie.

Ben zaklął cicho.

– Wiedziałem, że coś się święci. To nie trzymało się kupy. Pozwolenie 

nadeszło błyskawicznie, a przecież papiery przetrzymywane były w zarządzie 

miesiącami.

– Co teraz zrobisz? – Kate wepchnęła włosy pod czapkę.

Ben zmierzał w kierunku biurka.

– Wiem już, od czego zacząć. Dzięki tobie znam trop, którym podążę. 

Przecież nie tylko ci dwaj mają znajomości w rządzie.

– Ben?

Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.

– Jeżeli twoi partnerzy kogoś przekupili, ty też jesteś w to zamieszany.

– Wiem. Ale muszę zaryzykować.

– Potrzebujesz pomocy? Potrząsnął przecząco głową.

–   To   mój   problem.   Gdybyśmy   byli   małżeństwem   –   zawiesił   głos   – 

wszystko wyglądałoby inaczej.

– To manipulacja.

– Jestem tylko człowiekiem. – Wzruszył ramionami.

background image

– Nigdy nie uważałam inaczej. – Uśmiechnęła się promiennie.

Ben sięgał już po słuchawkę telefoniczną.

– Przypuszczam, że będę zajęty przez następnych parę dni. Pomyśl o nas, 

Kate. Pamiętaj, że wierzę w ciebie i pragnę, żebyś i ty uwierzyła we mnie.

– Jesteś pewny, że wszystko będzie w porządku? – Kate otworzyła drzwi.

– Będzie. – Ben zaczął wykręcać numer. – Zaufaj mi, Kate.

– Ufam ci – szepnęła cicho i zamknęła za sobą drzwi.

background image

ROZDZIAŁ 13

Ben był rzeczywiście zajęty. Przez kolejne cztery dni Kate woziła go z 

jednego końca miasta na drugi. Niepokoiła się o niego, lecz on sam nie wydawał 

się zmartwiony. Był mężczyzną, który nie obawia się kłopotów i podejmowania 

ryzyka.

Ben dał jej czas na zastanowienie się. Widywali się codziennie, ale były 

to   oficjalne   spotkania   pracodawcy   i   pracownika.   Żadnych   pikników, 

romantycznych kolacji, mrugnięć czy ukradkowych pieszczot. Krótko mówiąc, 

Kate nie czerpała z tych spotkań żadnej radości.

W tym szaleństwie Bena była jednak metoda. Czekał, aż Kate podpisze 

ten   idiotyczny   kawałek   papieru.   Ona   sama   nie   miała   zamiaru   tego   robić, 

pragnęła przekonać go do swojego punktu widzenia. I zamierzała uczynić to już 

wkrótce,   kiedy   tylko   Ben   upora   się   z   kłopotami   zawodowymi.   W   końcu 

planowali   przecież   całe   swoje   przyszłe   życie,   więc   parę   dni   opóźnienia   nie 

miało większego znaczenia.

W piątek rano do garażu zadzwonił Donald.

– Wiesz, kto to jest Crash Armstrong? – zapytał.

– Jasne – odpowiedziała Kate. Młody gwiazdor rockowy, wydał ostatnio 

trzy płyty, które zdobyły nagrody i ogromną popularność.

– W tym tygodniu będzie występował w kasynie. Miał polecieć prosto do 

Atlantic City, ale spóźnił się na samolot i zjawi się na lotnisku Kennedy’ego. 

Chciałbym, żebyś pojechała po niego w południe i zawiozła go na wybrzeże.

– Nie ma sprawy.

W południe Kate pojechała na lotnisko. Zaparkowała samochód i wbiegła 

do środka. Z łatwością rozpoznała Crasha. Był wysokim, szczupłym mężczyzną 

o długich lśniących włosach i ostrych, nieco ptasich rysach.

Niektórzy   z   przechodzących   zatrzymywali   się,   rozpoznając   znanego 

background image

piosenkarza. Kate podbiegła, licząc na to, że uda się jej wyprowadzić Crasha, 

zanim dopadną go fani.

– Cześć – powiedziała, biorąc jego walizkę. – Jestem twoim kierowcą. 

Samochód czeka na zewnątrz.

–  To  właśnie  ty  zawieziesz  mnie  do  Atlantic  City?  –  Na  jego  twarzy 

pojawił się uśmiech. – Kochanie, chyba mamy szczęście. Jak myślisz?

– Może. – Kate odwzajemniła uśmiech. – A może nie – dodała, widząc 

trzy nastolatki zmierzające w ich kierunku.

– To chyba zależy od tego, jak szybko uda się nam stąd wydostać.

– Zdaję się na ciebie. – Crash ujął ją za ramię.

Kiedy dotarli do samochodu, Crash zajął miejsce obok kierowcy.

–   Z   tyłu   byłoby   ci   wygodniej   –   zauważyła   Kate.   –   Znajdziesz   tam 

telewizor, lodówkę. Poza tym mógłbyś się przespać.

– Nie przejmuj się mną, nie muszę dużo spać. Bardziej zależy mi na 

towarzystwie. – Usadowił się wygodniej. – Będziesz w Atlantic City przez cały 

weekend?

– Tylko dzisiaj. – Potrząsnęła głową. – Wracam jutro rano.

– Mogłabyś przyjść na mój występ.

– Może. – Uśmiechnęła się. – Będzie dobry?

– Dobry?! Genialny!

– W takim razie przyjdę.

– Przyjdź. Przypilnuję, żebyś dostała wejściówkę. – Zdjął czapkę z głowy 

dziewczyny i gęste włosy rozsypały się na ramionach.

– Zabierz rękę z mojej szyi. – Kate nie odrywała wzroku od jezdni.

– Dlaczego?

– Bo tego sobie życzę.

– Masz piękne włosy. Rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Mężczyzna, z którym się spotykam, też tak uważa – powiedziała.

– Aha. – Crash cofnął rękę.

background image

Przez kilka minut jechali w milczeniu. Kate postanowiła podjąć rozmowę. 

Czekała ich długa wspólna podróż.

– Zawsze to robisz? – zapytała.

– Co masz na myśli?

– Zgrywasz się.

–   Nie   zawsze   –   uśmiechnął   się,   –   To   część   twojego   wizerunku 

publicznego, prawda?

– Pewnie – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To właśnie ta część, którą 

lubię najbardziej.

– Chyba nie masz zbyt wielu przyjaciół wśród kobiet?

– Chyba nie – zgodził się Crash pogodnie. – A kto ma na to czas?

– Ty. Mamy przed sobą jeszcze cztery godziny drogi.

– Naprawdę nie chcesz, żebym cię uwiódł?

W jego głosie słychać było rozczarowanie. Niewątpliwie przyzwyczaił się 

już   do   tego,   że   kobiety   nie   są   w   stanie   mu   się   oprzeć.   Kate   potrząsnęła 

przecząco głową.

– Ten twój facet... czy to poważne? – zapytał.

– Bardzo.

– Kochasz go?

Kate zerknęła na niego ze złością.

– A czy to twoja sprawa?

– Jasne. – Uśmiechnął się przekornie. – Obliczam swoje szanse.

– Uwierz mi na słowo, nie masz żadnych.

– No cóż, wierzę. – Crash wyciągnął się wygodnie. – Czy on cię kocha?

– Tak mi się wydaje.

– Prawdziwa miłość. Jakie to słodkie. Pisałem o tym piosenki.

– Pisałeś też piosenki o kłamstwach i zdradzie.

–   A   więc   podobają   ci   się   moje   utwory?   –   Sprawiał   wrażenie 

zadowolonego.

background image

– Niektóre. Te o miłości. – Kate włączyła migacz i skręciła w lewo.

– Jesteś romantyczna.

– Lubię szczęśliwe zakończenie.

–   Ja   wolę   smutne.   Mają   więcej   wspólnego   z   prawdziwym   życiem. 

Pomyśl,   ile   osób   się   rozstaje   i   dlaczego   tak   się   dzieje.   Prawdopodobnie 

większość z nich nawet nie próbuje włożyć trochę trudu w utrzymanie swojego 

związku. Ludzie chcą, żeby wszystko przyszło samo. Nie uznają odmiennych 

racji, nie starają się zrozumieć siebie nawzajem.

Chociaż   rozmowa   zeszła   wkrótce   na   inne   tematy,   słowa   Crasha 

dźwięczały   w   głowie   Kate   przez   resztę   drogi.   Dotarli   wreszcie   do   miejsca 

przeznaczenia   i   dziewczyna   była   wolna.   Zmieniła   ubranie   i   postanowiła 

przespacerować   się   po   promenadzie.   Zjadła   kolację   w   małym   barku   nad 

brzegiem   oceanu,   po   czym   wróciła   do   hotelu   na   występ   Crasha.   Już   przy 

pierwszej piosence przypomniało jej się wszystko, co mówił w samochodzie o 

wzajemnych stosunkach pomiędzy dwojgiem ludzi. Czy odnosiło się to również 

do   niej   i   do   Bena?   Czy   byli   aż   tak   przekonani  o   swoich   racjach,   że   mogli 

poświęcić swój związek? Z całą pewnością oboje byli uparci i oczekiwali, że 

druga strona się podporządkuje.

Nagle   przypomniała   sobie   ich   spotkanie   na   początku   tygodnia,   gdy 

powiedziała Benowi o rozmowie podsłuchanej w samochodzie. Wypytywał ją 

bardzo dokładnie, ale nie zakwestionował nawet jednego słowa. Zresztą nigdy 

nie okazał jej braku zaufania. Wierzył w nią. Powiedział to wyraźnie, kiedy 

rozstawali się tamtego wieczoru. To ona powinna teraz nauczyć się wierzyć w 

niego.

Ku swemu zdumieniu ujrzała teraz jasno, że to nie w Bena wątpiła, lecz w 

siebie. Była przerażona głębią własnych uczuć i nie chciała uwierzyć, że Ben 

mógł odczuwać podobnie. Nie była przecież nikim nadzwyczajnym. Żadnym 

Kopciuszkiem zamienionym przez dobrą wróżkę w piękną królewnę, lecz po 

prostu zwykłą Kate Hallaby z Brooklynu. Oskarżyła Bena, że bierze pod uwagę 

background image

rozwód, a czy to nie ona właśnie nie wierzyła w trwałość tego związku? Gdyby 

jej   wiara   w   to   małżeństwo   była   dostatecznie   silna,   jakie   znaczenie   miałoby 

podpisanie tego kawałka papieru?

Zawsze była dumna ze swojego rozsądku i odwagi. Gdzie podziały się 

teraz, kiedy potrzebowała ich najbardziej? Co gorsze, przez swój upór naraziła 

na niebezpieczeństwo to, co się naprawdę liczyło w jej życiu – miłość Bena.

Podpisze ten przeklęty dokument i niech Ben zamknie go w swoim sejfie. 

Przy odrobinie wysiłku, szczypcie szczęścia i mnóstwie kompromisów, wyjmą 

go stamtąd i spalą w pięćdziesiątą rocznicę.

Crash śpiewał ostatnią piosenkę, kiedy Kate opuściła salę. Pobiegła na 

górę i zebrała swój skromny bagaż do walizki. Jeżeli będzie szybko jechała, to 

już o pierwszej w nocy powinna dotrzeć do Nowego Jorku. Ben pewnie będzie 

już w łóżku.

Może go obudzi, a może nie... po prostu położy się obok niego i zaczeka. 

W każdym razie będzie to pamiętna noc.

* * *

Ben   odłożył   słuchawkę   telefonu   i   usiadł   wygodnie,   uśmiechając   się   z 

zadowoleniem. W końcu udało się wszystko załatwić pomyślnie. Miał pewność, 

że   nie   będą   nachodzić   go   przedstawiciele   prawa   ani   też   nie   przeczyta 

sensacyjnych nagłówków na swój temat w prasie.

Okazało się, że jego partnerzy w interesach rzeczywiście dawali łapówki. 

Wczoraj ostatecznie i nieodwołalnie zakończyła się współpraca Bena z Greenem 

i Silverburgiem. Wykupił ich udziały i na razie wstrzymał roboty budowlane. 

Miał teraz wreszcie czas dla Kate.

Sądził, że tydzień wystarczy, aby nabrała rozsądku i zmieniła zdanie. Nie 

przypuszczał,   że   sam   może   dojść   do   innych   wniosków.   Ostatnich   pięć   dni 

uświadomiło mu, jak bardzo jej potrzebował. Na swoich warunkach? Na jej 

background image

warunkach? Na jakichkolwiek warunkach!

Przed   poznaniem   Kate   życie   wypełniała   mu   praca.   Uwielbiał   ryzyko 

towarzyszące   podejmowaniu   decyzji,   ciągłe   podróże   w   interesach.   Praca 

stanowiła nieomal jego hobby. Teraz wszystko się zmieniło.

Do   diabła   z   całą   tą   umową!   Kate   stanowiła   przecież   jego   drugą 

odnalezioną połowę. Nie potrafił i nie chciał od niej odejść. Jeżeli nie będzie 

miał Kate, równie dobrze może nie mieć niczego. Jeżeli będzie ją miał, będzie 

miał wszystko.

Wciąż miał zaręczynowy pierścionek. Donald wspominał, że Kate jest 

teraz w Atlantic City. Jeżeli się pośpieszy, dotrze tam za jakieś trzy godziny. 

Odnajdzie Kate i założy jej ten pierścionek na palec... tam, gdzie było jego 

miejsce. Nie dopuści do żadnych dyskusji, żadnych kłótni.

Pół godziny później Ben znajdował się na Garden State Parkway, skąd 

zamierzał   pojechać   na   południe.   Jednak   gdy   zadzwonił   do   hotelu, 

poinformowano go, że Kate Hallaby już się wymeldowała.

– Dokąd pojechała? – zapytał.

–   Słyszałem,   jak   mówiła   coś   o   powrocie   do   domu   –   wymamrotał 

niewyraźnie recepcjonista. – Potem już jej nie widziałem.

Ben zastanawiał się przez chwilę, po czym zadzwonił do Donalda.

–   Mam   nadzieję,   że   w   niczym   nie   przeszkodziłem   –   zaczął,   w   pełni 

świadomy późnej pory.

– Przeszkodziłeś – odpowiedział Donald. – O co chodzi?

Ben uśmiechnął się.

– W poniedziałek rano możesz sobie przyznać podwyżkę – rzucił. – Ale 

teraz chcę, żebyś coś dla mnie zrobił.

* * *

Kate dojeżdżała właśnie do Long Branch, kiedy w samochodzie odezwał 

background image

się telefon. Była w podróży już od dwóch godzin. Pochłonięta była tylko jednym 

pragnieniem, aby jak najszybciej dostać się do Nowego Jorku. Telefon o tej 

porze był ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała.

Podniosła słuchawkę.

– Kate? Mówi Donald. Mam dla ciebie wezwanie.

– Nie, nie masz – sprzeciwiła się stanowczo. – To nie jest moja zmiana.

– Daj spokój, przecież i tak jesteś w samochodzie.

– Jestem o godzinę drogi od miasta, Donald. Będziesz musiał zaczekać.

– Wcale nie. Chciałbym, żebyś po drodze zabrała pasażera. Z restauracji 

na Garden State. On już czeka.

– Czy komuś zepsuł się samochód?

– Coś w tym rodzaju – wymruczał niepewnie Donald. – Zaparkuj tam, a 

on już cię znajdzie.

– Kto? – zapytała Kate, ale połączenie zostało przerwane.

Odwiesiła   powoli   słuchawkę.   Gdyby   tylko   wiedziała,   gdzie   jest   teraz 

Donald, oddzwoniłaby i powiedziała mu, co o tym myśli. Takie opóźnienie!

Po   dziesięciu   minutach   ujrzała   znak   drogowy.   Niechętnie   włączyła 

migacz.   Przejechała   obok   restauracji   i   przystanęła   na   jasno   oświetlonym 

parkingu. Ledwo zdążyła wyłączyć silnik, kiedy ktoś otworzył drzwi od strony 

pasażera.

– Witaj, Kate – powiedział cicho Ben.

Zdumienie,   miłość   i   nadzieja   przepełniły   ją   całą.   Nie   była   w   stanie 

wykrztusić ani jednego słowa, ale jej uśmiech mówił wszystko.

Ben usiadł obok Kate i zamknął drzwi. Zgasło światełko nad ich głowami 

i siedzieli teraz niemal po ciemku.

– Czy kurs poza miasto również wchodzi w grę? – zapytał.

Kate uśmiechnęła się i pocałowała go leciutko.

– Zabiorę pana wszędzie, gdzie tylko pan zechce. Ben wziął ją w ramiona, 

a ona przytuliła się do niego z całej siły, jak gdyby chciała w nich pozostać na 

background image

zawsze. Nie wiedziała o tym, że wcale nie zamierzał jej wypuścić.

– Trudno byłoby mi odrzucić taką propozycję – powiedział.

– Mam nadzieję – Kate uniosła głowę. – Myślałam...

– Nawet nie próbuj mi o tym mówić – przerwał Ben. – Im więcej myślisz, 

tym gwałtowniej się kłócimy. Nie będę się już z tobą spierał, Kate. I nie będę cię 

ścigał po całym mieście. Wychodzisz za mnie i koniec.

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Czy to rozkaz?

– Tak! Nie... to chyba prośba.

– Akurat.

– Znowu się ze mnie śmiejesz.

– Nie – zaprzeczyła. – Cieszę się...

Ujrzała, jak Ben sięga do kieszeni i wyjmuje pierścionek. Już po raz drugi 

nie mogła powstrzymać zachwytu na widok brylantu.

Ben ujął Kate za rękę i wsunął pierścionek na jej palec.

– Właśnie tu powinien się znajdować i tu pozostanie. Teraz jesteś moja, 

Kate. Na zawsze.

– A ty jesteś mój. – Popatrzyła na ich połączone dłonie.

– Najwyższy czas, żebyś to zrozumiała. – Podobał mu się jej władczy ton. 

– A co do tej umowy...

– Podpiszę, jak tylko wrócimy – pośpiesznie zapewniła Kate.

– ...podarłem ją.

Oboje zamilkli i patrzyli na siebie.

– Znaczysz dla mnie więcej niż cokolwiek na świecie – zaczął cicho Ben. 

– Z całą pewnością nie można tego mierzyć dolarami i centami. Miałaś rację. 

Nigdy nie powinienem był pozwolić, aby coś takiego stanęło nam na drodze.

– Nie. To ty miałeś rację – poprawiła go Kate. – Zajęło to trochę czasu, 

zanim   uświadomiłam   sobie,   że   kiedy   oskarżałam   cię   o   brak   zaufania,   tak 

naprawdę starałam się ukryć fakt, że sama w siebie nie wierzę. – Uśmiechnęła 

background image

się szeroko. – Kto wie? Może to był chwilowy obłęd? Ale to minęło i możesz 

napisać nowy dokument, bo i tak nie pozwolę ci odejść.

– To jakieś błędne koło – zauważył.

– Do diabła! – Udawała, że patrzy na niego ze złością. – Próbuję iść na 

kompromis, więc, na litość boską, nie utrudniaj mi tego.

– Nawet bym się nie ośmielił. Czy będziesz się ze mną kłóciła przez całą 

drogę do ołtarza?

– Pewnie tak. – Oczy Kate błysnęły w ciemności. – Chociaż w tym twoim 

kontrakcie będzie z pewnością jakaś klauzula na ten temat.

– Nie możesz sobie darować, co?

– Nie ma mowy. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. – Posłuchaj, dam ci 

taką samą szansę, jaką ty mi kiedyś dałeś. Zagramy. Wyjdzie reszka i będzie tak, 

jak ty chcesz. Orzeł – tak jak ja.

– Ale...

– Żadnych ale. – Wyciągnęła rękę. – Daj monetę.

– Jeżeli nalegasz... – Wyciągnął dziesięciocentówkę.

Kate wzięła monetę i rzuciła do góry. Złapała ją i spojrzała na Bena. 

Zastanowił ją niezwykle niewinny wyraz jego twarzy. Odniosła wrażenie, że coś 

knuje. Oderwała dłoń i ujrzała reszkę.

– Wygląda na to, że wygrałeś – powiedziała.

–   Niezupełnie.   –   Ben   kciukiem   przewrócił   monetę   na   drugą   stronę. 

Oczom Kate ukazała się... druga reszka.

– Jesteś mi winien podwyżkę – zauważyła.

– Nie ma sprawy – uśmiechnął się. – A ty mi pączka.

– Wspaniały układ.

– Doskonały.

Oboje spojrzeli na rozciągającą się przed nimi pustą drogę.

– Chyba zatoczyliśmy pełne koło – powiedziała.

– Pierwsze z wielu. – Pochylił się nad nią. – Trzymaj się mocno, słodka 

background image

Kate. Ruszamy.


Document Outline