background image

LAURIEN BERENSON 

 
 
 

Przypadkowy pasażer 

 
 
 
 

The Sweetheart Deal 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Małgorzata Kołodzińska 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Benjamin West nacisnął przycisk oznaczony literą „L” i czekał cierpliwie, 

aż drzwi zamkną się i winda zacznie zjeżdżać na dół. W lustrze widział odbicie 

swojej twarzy, której wyraziste rysy wyglądały nieco wojowniczo. Schylił się i 

postawił  walizkę  na  podłodze,  po  czym  poprawił  wiśniowy  szalik  i  starannie 

wygładził poły granatowego płaszcza. 

Problemy i sposoby ich rozw

iązania,  pomyślał  zirytowany,  gdy  drzwi 

windy  otworzyły  się  na  parterze.  Czasami  zbyt  wiele  było  tych  pierwszych  i 

zdecydowanie za mało tych drugich. 

W dni takie jak ten zastanawiał się, dlaczego w ogóle zajął się handlem 

nieruchomościami  i  budownictwem.  Ostatnie  przedsięwzięcie  Bena,  budowa 

Westcon  Tower,  była  już  opóźniona  o  kilka  tygodni,  a  w  dodatku  robotnicy 

grozili  strajkiem.  Umowa  dotycząca  pewnej  posiadłości  na  Lower  West  Side, 

która jeszcze tego ranka wydawała się całkiem pewna, wieczorem stanęła pod 

znakiem zapytania. Na dodatek szofer Bena zadzwonił z lotniska Kennedy’ego z 

informacją, że z powodu korków na autostradzie będzie do dyspozycji za parę 
godzin. Wszystko po staremu w Nowym Jorku. 

Gdyby tego wieczora pojawiły się jeszcze jakieś kłopoty, powinien zająć 

się nimi Donald, asystent Bena. Benjamin West zostawił wprawdzie wiadomość, 

gdzie  można  go  znaleźć,  ale  Uczył  na  to,  że  nie  będzie  już  potrzebny  do 

jutrzejszego  ranka.  Po  takim  dniu  jak  dzisiaj  bardziej  niż  zwykle potrzebował 
ciszy i spokoju

, które zapewniał wiejski dom w Wilton. 

– Dobry wieczór, panie West. 

Ben skinął głową odźwiernemu i wyszedł na ulicę. Lodowaty wiatr szalał 

między  drapaczami  chmur.  Portier  rozglądał  się  w  poszukiwaniu  czarnej 
limuzyny marki Lincoln, która zazwyczaj oczeki

wała  przy  krawężniku.  Tym 

razem jednak jej nie było. Zastanawiał się, czy powinien wezwać taksówkę, ale z 

tego, co słyszał, szef równie chętnie korzystał z metra, jak z samochodu. Trudno 

zgadnąć, czego taki człowiek sobie życzy. Z jego twarzy nie dało się niczego 

wyczytać.  Biurowa  plotka  głosiła,  że  West  zawierał  transakcje  na  miliony 

dolarów z taką samą nonszalancją, z jaką inni podejmowali decyzje dotyczące 

wyboru  posiłku.  Zimnokrwisty  gad  –  oto  czym  był.  Teraz  pewnie  nawet  nie 

marzł. 

Odźwierny obserwował, jak West skręca za róg i znika, po czym wycofał 

się do budynku. Gdyby West potrzebował jego pomocy, poprosiłby o nią. W tej 

sytuacji  lepiej  było  pozostawić  rzeczy  własnemu  biegowi.  Taki  człowiek  z 

pewnością nie będzie miał kłopotów ze złapaniem taksówki. 

 

* * * 

background image

 

Zobaczyła go w świetle latami, gdy stał machając ręką. Wydawało się jej, 

że  oczy  mężczyzny  utkwione  są  w  niej,  chociaż  nie  było  możliwe,  aby  mógł 

dostrzec cokolwiek w ciemnym wnętrzu taksówki. 

Dzisiejszej nocy było mało pracy. Od kilku minut Kate zastanawiała się, 

czy nie zostawić taksówki w garażu i nie pójść do domu, żeby chociaż trochę się 

przespać. Praca na dwie zmiany – i to już od stycznia – zaczynała się na niej 

mścić.  Osiem  godzin  w  butiku  na  Upper  East  Side,  potem  następne  osiem  w 

taksówce...  Było  to  mordercze  tempo,  ale  gdyby  udało  jej  się  wytrzymać  do 

września, mogłaby zapłacić za trzeci rok studiów prawniczych na uniwersytecie 

w Nowym Jorku. Jakoś sobie poradzi. Zawsze tak było. Warto dążyć do obranego 
celu. 

Nie miała wątpliwości, o co chodzi temu mężczyźnie. Był zdecydowany 

złapać taksówkę. Trudno. Ostatni kurs i wreszcie znajdzie się w domu. 

– 

Dokąd pan chce jechać? – zapytała. Wzdrygnęła się, gdy do środka wdarł 

się  podmuch  zimnego  powietrza.  Automatycznie  zerknęła  w  lusterko,  aby 

przyjrzeć się pasażerowi. Kobieta prowadząca taksówkę nocą w Nowym Jorku 

musi być ostrożna. Mężczyzna nie wyglądał niebezpiecznie. Zmierzwione przez 

wiatr  ciemne  włosy  były  starannie  przystrzyżone  i  świeżo  umyte.  Elegancki 

płaszcz uszyto z czystej wełny. Oprawiona w skórę aktówka, którą położył obok 

siebie,  wyglądała  na  kosztowną.  Widniały  na  niej  inicjały  BDW.  Pasażer 

wydawał się zamożnym mężczyzną, który kwotę równą jej zarobkom przeznaczał 
zapewne na napiwki. 

Znowu zerknęła na jego twarz. Rysy jakby znajome: mocna szczęka, nos o 

szlachetnym kształcie, brązowe oczy okolone długimi rzęsami i gęste brwi. Nagle 

uświadomiła sobie, skąd go zna. Jej spojrzenie powróciło do inicjałów na walizce. 

To był on. Na ułamek sekundy oczy Kate rozszerzyły się, by za moment przybrać 

swój  zwykły  wyraz.  Obserwującemu  ją  Benowi  spodobało  się  to.  Zazwyczaj 

kobiety reagowały bardziej emocjonalnie. Niektóre uśmiechały się prowokująco i 

przysuwały  bliżej.  Inne  natychmiast  chciały  rozmawiać  o  interesach.  Odkąd 

„Cosmopolitan”  przyznał  mu  tytuł  Mężczyzny  Miesiąca,  a  „Business  Week” 

zamieścił  jego  zdjęcie  na  okładce,  praktycznie  nie  miał  chwili  spokoju.  Tego 

rodzaju sława była wątpliwym zaszczytem, bez którego mógłby się znakomicie 

obejść.  Zachowanie  kobiety  prowadzącej  taksówkę  było  przyjemną  odmianą. 

Nazywała  się  Kate  Hallaby,  jak  odczytał  z  licencji  przyczepionej  do  tablicy 
rozdzielczej. 

– 

Dokąd pan chce jechać? – zapytała ponownie. Nie odwróciła się, lecz ich 

spojrzenia zetknęły się w lusterku. Zwrócił uwagę na intensywnie niebieski kolor 

jej, oczu. Były duże i błyszczące. Patrzyła na niego wyjątkowo chłodno. 

Uznał, że dziewczyna ma ładną twarz, ale jej uroda nie rzucała się w oczy. 

Na ulicy pewnie by jej nie zauważył. Piegi na nosie i pełne usta sprawiały, że 

wyglądała bardzo młodo. 

background image

Oderwał wzrok od lusterka i zaczął się jej przyglądać. 

Zauważył,  że  prawie  wszystkie  włosy  ukryła  pod  wytartą  baseballową 

czapeczką.  Kosmyki,  które  wymykały  się  spod  nakrycia  głowy,  miały  piękny 

kasztanowy odcień. Jeżeli dziewczyna umie prowadzić samochód równie dobrze 

jak wygląda, wkrótce powinien znaleźć się w domu. 

– 

Czy kurs poza miasto również wchodzi w grę? – zapytał. 

Nadzieja na miękkie łóżko i kubek gorącego kakao rozwiała się. Kate nie 

mogła odmówić. Przed siedzeniem dla pasażera widniała tabliczka informująca 

go o zakresie usług. 

– 

Tak, oczywiście – odpowiedziała niechętnie. – Licznik będzie włączony 

przez cały czas, a pod koniec kursu wezmę podwójną opłatę. Płaci pan także za 
wjazd na autostrady. 

–  Doskonale  – 

skinął  głową  Ben.  –  Proszę  mnie  zawieźć  do  Wilton  w 

Connecticut. Wie pani, gdzie to jest? 

Kate  miała  zamiar  się  odwrócić,  by  spojrzeć  na  mężczyznę,  ale  się 

rozmyśliła. Wilton w Connecticut? Nawet o tej porze, późnym wieczorem, jazda 
zajmie co najmniej trzy godziny. Al

e on oczywiście nawet nie zapytał, czy jej to 

odpowiada. Najwyraźniej w jego mniemaniu nie miała więcej praw niż wszyscy 

ci, których opłacał, żeby prześcigali się w dogadzaniu mu. 

– 

Oczywiście, proszę pana – warknęła i ujrzała, jak mężczyzna z irytacją 

uno

si brwi. Uruchomiła silnik i zerknęła do tyłu, aby sprawdzić, czy droga jest 

wolna, po czym zjechała na ulicę. 

Dlaczego trafił mi się właśnie on? – złościła się w duchu, jadąc na północ w 

kierunku Madison Avenue. I dlaczego musi jechać aż do Connecticut? Nigdy by 

się  nie  domyślił,  jak  bardzo  kusiło  ją,  żeby  zostawić  go  na  środku  ulicy  i 

zaproponować,  aby  poszedł  na  piechotę.  Jednak  gdyby  odważyła  się  na  coś 
podobnego, jej szef Arnie – 

właściciel  niewielkiego  przedsiębiorstwa 

taksówkowego  – 

udusiłby ją własnymi rękami. Już jakiś czas temu ostrzegł ją 

przed nieodpowiednim zachowaniem. 

Kate  przyśpieszyła,  aby  przejechać  skrzyżowanie  na  żółtym  świetle  i 

skręciła  raptownie,  unikając  zderzenia  z  nieprawidłowo  skręcającą  taksówką. 

Zaklęła  dosadnie.  Słowa,  które  dobiegły  z  tylnego  siedzenia,  podczas  gdy 

samochód  zarzucił  gwałtownie,  były  równie  niecenzuralne.  Uśmiechnęła  się 

nieznacznie, a kiedy zerknęła w lusterko, ujrzała, że West pochyla się nad otwartą 

teczką i usiłuje pracować. 

„Pracoholik” – tak pisano o nim w 

gazetach. Brukowa prasa napomykała 

również o bardziej interesujących faktach z jego życia. Jedno było pewne – czego 

by  się  Benjamin  West  nie  tknął,  zawsze  mu  się  udawało.  Zawarł  kilka 

największych transakcji w historii Nowego Jorku i jego podobizna błyskawicznie 

znalazła się na wszystkich niemal okładkach pism ukazujących się w mieście. 

Ten człowiek miał olbrzymią władzę, zbyt dużą jak na jedną osobę. 

background image

Kate  przyśpieszyła  i  samochód  podskoczył  na  zakręcie.  Z 

Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy wyjechali na autostradę. 

Samochód  zwolnił  i  Ben  ujrzał,  że  zbliżają  się  do  wjazdu  na  most 

Triborough. Kate bez słowa wyciągnęła rękę po pieniądze. 

– 

No  cóż  –  Ben  nie  mógł  odmówić  sobie  zgryźliwej  uwagi.  –  Gdyby 

dojechała  pani  aż  do  mostu  Willis  Avenue,  moglibyśmy  zaoszczędzić  te 

pieniądze. 

– 

Ma pan  rację –  zgodziła  się  Kate.  Wzięła od niego  monety,  po  czym 

nacisnęła pedał gazu. – Jestem jednak pewna, że może pan pozwolić sobie na tę 

stratę. 

Coś  podobnego,  pomyślał  Ben.  Nie  był  przyzwyczajony  do  tego,  żeby 

ktokolwiek zwracał się do niego w tak mało uprzejmy sposób, a już na pewno nie 

kobieta prowadząca taksówkę, która mogła wiedzieć o nim tylko to, o czym pisała 
prasa. 

– 

Proszę posłuchać. – Ben odsunął do końca dzielącą ich szybę i nachylił 

się ku dziewczynie. – Za kogo pani się uważa? Ma pani czelność mówić mi, jak 

mam wydawać swoje pieniądze? 

– 

To pan postanowił jechać z Nowego Jorku do Connecticut taksówką – 

zauważyła Kate. – To pana zachcianka, a nie moja. A poza tym... – zerknęła na 

niego kątem oka – jeżeli może pan pozwolić sobie na mieszkanie w Westcon, 

rozrzutność musi być pana dominującą cechą. 

Ben  sapnął  ze  złości.  Celowo  go  prowokowała.  Najważniejsi  ludzie  w 

mieście począwszy od polityków, a skończywszy na przewodniczących zarządów 

największych firm, obawiali się jego gniewu, ale ją to zupełnie nie obchodziło. 

Kate Hallaby miała zimną krew. Ponadto fakt, że aby z nią rozmawiać, musiał 

siedzieć  na  brzegu  fotela,  jak  uczeń  w  gabinecie  dyrektora,  nie  wpływał 
korzystnie na jego samopoczucie. 

– 

Jest ogromna różnica między wydawaniem dużej ilości pieniędzy, aby 

mieć pewność, że coś zostało dobrze zrobione, a rozrzutnością – burknął. 

– 

Z pewnością – łagodnie zgodziła się Kate. 

Zaczął  padać  gęsty,  mokry  śnieg.  Kate  włączyła  wycieraczki  i 

skoncentrowała  się  na  prowadzeniu  auta.  Ujmując  mocniej  kierownicę, 

zastanawiała się, czy czasem nie była zbyt nieuprzejma dla Westa. W końcu on 

osobiście nic jej nie zawinił i w gruncie rzeczy nic ją nie obchodził. Chodziło o to, 

co  sobą  uosabiał.  Szczerze  nie  znosiła  ludzi  ze  szczytów  drabiny  społecznej, 

którzy posiadali władzę, pozwalającą im podporządkowywać sobie innych. Nie 

zastanawiali się nawet, jak ich decyzje wpłyną na życie jednostek. Spotykała już 

tego rodzaju osobistości – oczywiście mniej wpływowe – kiedy pięć lat temu, 

świeżo  po  maturze,  zaczęła  pracować  w  biurze  porad  prawnych  w  dzielnicy 
Bronx. 

Kate przekonała się, jak dalece ludzie z niższych klas zależą od bogatych. 

background image

Ludzie  ci  byli  zbyt  biedni  lub  niewykształceni,  żeby  się  przeciwstawić. 

Potrzebowali kogoś, kto będzie wierzył w ich racje: kogoś, kto będzie za nich 

walczył. 

To  pierwsze  zadanie  było  łatwe,  drugie  wymagało  przygotowania.  Kate 

zaczęła  studiować  prawo,  żeby  dowiedzieć  się,  jak  bronić  pokrzywdzonych. 

Zdobywanie wiedzy nie było łatwe. Cztery długie lata godzenia zajęć na uczelni z 

jedną  i  drugą  pracą,  oszczędzania  na  posiłkach  i  dzielenia  mieszkania  z 

przyjaciółką, żeby mniej wydawać na komorne. A i to okazało się za mało. Gdyby 

wystarczyło  jej  pieniędzy,  zrobiłaby  dyplom  w  czerwcu.  W  tej  sytuacji 

postanowiła  spróbować  w  styczniu.  Jednak  w  takie  dni  jak  dzisiaj  zaczynała 

wątpić, czy dopnie celu. 

– Nie lubi mnie pani, prawda? 

Niespodziewane pytanie przerwało jej rozmyślania. Kate odwróciła się i 

ujrzała,  że  West  wciąż  pochyla  się  w  jej  kierunku.  Przyglądał  się  jej bardzo 

uważnie. 

– 

Nie znam pana, panie West. Nie potrafię powiedzieć, czy pana lubię, czy 

nie. 

– 

Zna pani moje nazwisko, chociaż się nie przedstawiłem. Domyślam się, 

że musi pani wiedzieć o mnie także inne rzeczy. 

Kate wzruszyła ramionami. Doskonale rozumiała, co miał na myśli. 
– 

Przypuszczam, że  czytała pani o sprawie rozwodowej, w którą byłem 

zamieszany.  „National  Investigator”  rozpisywał  się  o  tym  z  ogromną 

przyjemnością. 

Kate nie odwróciła się, ale słuchała uważnie. 
–  Niestety  – 

ciągnął  Ben  –  ten brukowiec  zapomniał  dodać,  że 

utrzymywałem kontakty nie z żoną, lecz z mężem, i w dodatku czysto zawodowe. 

Ta kobieta uznała, że praca męża odciąga go od niej i podała moje nazwisko, żeby 

wzbudzić sensację. Udało się jej i została gwiazdą jednego wieczoru. Brukowa 

prasa tak całą historię opisała, jak byśmy mieli romans. 

Kto w Nowym Jorku nie słyszał o tej sprawie? Plotkarze uwielbiali takie 

sensacyjne  opowieści,  błyskawicznie  puszczali  je  w  obieg,  dodając  od  siebie 

kilka pikantnych szczegółów. 

– Ciekawe, dlacz

ego pan uważa, że powinnam znać tę historię? – odezwała 

się Kate lekceważąco. – Czy dlatego, że prowadzę taksówkę? Panie West, sądzi 

pan, że moje lektury ograniczają się do wątpliwej jakości pisemek? 

– 

Oczywiście, że nie – szybko odpowiedział Ben. Po raz kolejny przyparła 

go do muru i wcale mu się to nie podobało. – Myślałem tylko, że... 

– Wiem – 

przerwała mu Kate. – Sądzi pan, że taka mała, głupia kobietka 

jak ja nie byłaby w stanie zrozumieć nawet jednego słowa z „Wall Street Journal”. 

– 

Wcale nie to miałem na myśli. Do diabła, pani wmawia mi coś, czego nie 

powiedziałem! 

background image

– Doprawdy, Panie West? 

Nagłe szarpnięcie przykuło uwagę Kate. Samochód wjechał na lód i wpadł 

w  poślizg.  Oderwała  nogę  od  pedału  gazu  i  skręciła.  W  ciągu  kilku  sekund 

znaleźli się z powrotem na autostradzie, ale serce Kate biło jak oszalałe. 

Ben westchnął, wpatrzony w słup, na którym omal nie wylądowali. 
– 

Byliśmy blisko – stwierdził. 

–  Zbyt blisko – 

mruknęła  Kate.  Nie  pokonali  nawet  połowy  drogi,  a 

warunki pogarszały się z minuty na minutę. Zwolniła i wlekli się teraz – według 
nowojorskich norm – 

jak zmęczony żółw. Będzie dobrze, jeżeli dojadą do Wilton 

około północy. 

– 

Utkniemy w tym śniegu – powiedział Ben, obserwując jej rozpaczliwe 

wysiłki. – Nie ma pani jakiegoś urządzenia do usuwania śniegu? 

– Niestety, nie. – 

Kate nie odrywała spojrzenia od drogi. 

– 

Arnie nie ma zbyt dużo pieniędzy, a poza tym uważa, że w Nowym Jorku 

śnieg nie pada. Nie ma prawa. 

– 

Jeżeli  pani  tego  nie  zauważyła,  to  przypomnę,  że  nie  jesteśmy  już  w 

Nowym Jorku. 

Kate rzuciła mu urażone spojrzenie. Jej oczy mówiły wyraźnie: A czyja to 

wina? 

– 

W porządku, ma pani rację. Jazda taksówką do Connecticut akurat teraz 

nie była moim najlepszym pomysłem. 

Jeśli miały to być przeprosiny, to były mało przekonujące i zdecydowanie 

spóźnione.  Gdyby  West  wpadł  na  ten  pomysł  godzinę  temu,  leżałaby  teraz  w 

ciepłym łóżku, zamiast walczyć ze śnieżycą. 

– 

Nie  zainteresował  się  pan  prognozą  pogody?  –  zapytała  ostro.  – 

Wiedziałby pan, że bezpieczniej byłoby jechać pociągiem. 

– A kto ma na to czas? – 

westchnął Ben, po czym spojrzał na nią uważnie. – 

A pani? Siedząc cały dzień w tej taksówce, musiała pani coś słyszeć o zbliżającej 

się śnieżycy. 

– 

Pewnie bym słyszała – zgodziła się Kate – gdybym spędziła w taksówce 

cały dzień. Zaczynam pracę dopiero o szóstej. 

–  O szóstej? – 

Ben zesztywniał. – Niech pani mi nie mówi, że jest pani 

jedną  z  tych  ambitnych  aktoreczek,  które  spędzają  całe  dnie  chodząc  na 

niezliczone zdjęcia próbne, po których zawsze odpadają? 

– 

Niezupełnie – odparła sucho Kate. – Ale domyślam się, dlaczego pan tak 

uważa. Pan chyba sądzi, że kobieta stanowi tylko element dekoracyjny? 

– 

Nigdy nie wygłaszałem podobnych opinii! 

– 

Nie musiał pan. Pana postępowanie mówi samo za siebie. Nie czytałam 

„National Investigator”, panie West, ale 

zwykle  przeglądam  „Daily  News”,  w 

którym ukazał się artykuł Liz Smith o panu. 

– 

Dobry  Boże!  –  Ben  ciężko  opadł  na  siedzenie.  Niespodziewanie  zdał 

background image

sobie sprawę, że ich słowny pojedynek wydaje mu się interesujący. Dawno już 

nie rozmawiał z równie wygadaną kobietą. Oczywiście, było jeszcze kilka rzeczy, 

których powinna się nauczyć. 

– 

Nikt pani do tej pory nie informował, że kiedy rozpoczyna się z kimś 

walkę, obowiązuje zasada nazywania przeciwnika po imieniu? 

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
– 

A więc my walczymy, Ben? 

Spodobała mu się łatwość, z jaką zaczęła mówić mu po imieniu, i sposób, 

w jaki to imię wymówiła – zwięźle i pewnie. Jeszcze bardziej spodobał mu się jej 

uśmiech. 

– 

Tak mi się wydaje – odparł. Ku własnemu zdumieniu, wcale nie był tego 

pewien. K

iedy przyglądał się Kate, która przygryzając dolną wargę skupiła się na 

prowadzeniu, przyczyna niepewności wydała mu się nagle jasna. 

– Albo walczymy, albo flirtujemy. 
– Flirtujemy? – 

roześmiała się szczerze Kate. – Nie ma mowy! 

–  No, no, no. –  Ben usadowi

ł  się  wygodnie  i  wziął  głęboki  oddech, 

zamierzając zadać celny cios. – Dobry gracz nie powinien oszukiwać. 

Kate  zesztywniała.  Już  po  raz  drugi  ją  zaskoczył.  Nie  miała  ochoty  na 

zawieranie bliższej znajomości z Benjaminem Western, ale też nie chciała być 
niegrzeczna. 

– 

Przepraszam,  jeżeli  cię  uraziłam.  Jestem  pewna,  że  miliony  kobiet 

chciałyby z tobą flirtować. Kłopot w tym, że ja nie jestem jedną z nich. 

– To niedobrze. 

Kate  westchnęła  cicho.  W  cokolwiek  by  nie  grał,  nie  zamierzała 

podejmować tej gry. Doskonale potrafił manipulować ludźmi. Na tym przecież 

między innymi polegał jego zawód. Nie oznaczało to jednak, że ona zatańczy jak 
on jej zagra. 

– 

Muszę  zatankować  –  zmieniła  temat.  –  Będziemy  musieli  zjechać. 

Postaram się znaleźć czynną stację. 

–  Jasne  –  zg

odził  się  Ben.  –  Wszystko, co zechcesz. Dotarli do 

samoobsługowej stacji. Kate wyskoczyła z samochodu i napełniła bak, po czym 

wysunęła rękę po pieniądze. 

– 

Kiedy ostatnio coś jadłaś? – zapytał Ben, gdy wróciła do auta. 

– 

Jakiś  czas  temu  –  odpowiedziała  sucho  Kate.  Nie  widziała  potrzeby 

wyjaśniania  mu,  na  ilu  posiłkach  dzisiaj  zaoszczędziła.  –  Chyba nie chcesz, 

żebyśmy się teraz zatrzymali? 

– 

Jasne, że nie. Ale pomyślałem, że zanim ruszymy, moglibyśmy kupić 

kilka pączków. Ja stawiam. 

– Ostatni z wielkich rozrzutników – 

skomentowała Kate i była przyjemnie 

zaskoczona, widząc uśmiech na twarzy Bena Westa. 

– 

Ejże. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Jeżeli nie masz ochoty na 

background image

ciepły, pyszny pączek, to już nie moja sprawa. 

– 

W porządku – roześmiała się Kate. – Skoro tak uprzejmie zapraszasz. 

Proszę o jeden ciepły, pyszny pączek. 

Czekała w samochodzie, podczas gdy Ben poszedł po zakupy. Gdy wrócił, 

wydawało się jej zupełnie naturalne, że usiadł na miejscu obok kierowcy zamiast 

z tyłu. Tak samo, jak naturalny był śmiech z faktu, że ich ręce zderzyły się, kiedy 

równocześnie sięgnęli po pączki. 

– 

Panie mają pierwszeństwo – nalegał Ben. 

– 

Nie, ty pierwszy. Wyjadę na autostradę i dopiero potem zjem. 

Gdy  znaleźli  się  już  na  drodze,  szybko  uporała  się  z  dwoma  pączkami, 

popijając je wodą mineralną. 

– 

Podobają mi się damy, które wiedzą, jak należy jeść – zauważył Ben, gdy 

Kate oblizywała palce z okruszków. 

– 

A  mnie podobają się mężczyźni, którzy nazywają  mnie damą.  – Kate 

chciała, aby zabrzmiało to żartobliwie, ale wyszło wręcz odwrotnie. 

Czuła,  że  patrzy  na  nią,  i  odwróciła  głowę,  by  odwzajemnić  jego 

spojrzenie. Wyraz twarzy Bena złagodniał, ostre linie zmiękły. Zniknął magnat – 

pozostał  zwykły  mężczyzna.  Zaczęła  się  zastanawiać,  co  jeszcze  może  się 

zdarzyć. Przez krótką chwilę nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Gdyby to zrobiła, być może zauważyłaby lód. Nie mieli żadnych szans, gdy 

opony zaczęły się ślizgać i samochód stoczył się z drogi. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 
– 

Zobacz, co zrobiłeś! 

– Ja? – 

ryknął Ben. Wyjrzał przez okno i stwierdził, że tkwią w zaspie. – To 

ty wpakowałaś nas w ten rów. 

– 

Nigdzie nas nie wpakowałam. – Kate szybko wyłączyła silnik. – Wierz 

mi, zawinił samochód. 

– Zwalanie na samochód nic nie da. – 

Ben klął głośno, próbując otworzyć 

drzwi. 

–  To wszystko przez nag

łą  utratę  rozumu  –  mruknęła  do  siebie  Kate, 

przypominając sobie przeciągłe spojrzenie sprzed kilku minut. Patrząc teraz na 

zaczerwienioną, rozzłoszczoną twarz Bena, nie dostrzegła na niej żadnych śladów 

poprzedniej łagodności. Zresztą może jej się wtedy tylko wydawało? 

– 

Zamierzam  się  wydostać  i  sprawdzić,  czy  wszystko  jest  tak  źle,  jak 

wygląda – burknął Ben. 

– 

Nie  bądź  śmieszny.  –  Kate  zerknęła  na  jego  buty  z  drogiej,  miękkiej 

skóry.  Z  pewnością  nadawały  się  wyłącznie  do  chodzenia  po  dywanach.  – 
Zniszczysz 

sobie buty, a poza tym to ja jestem kierowcą i ja nas stąd wyciągnę. 

Wiedząc,  że  będzie  próbował  protestować,  Kate  otworzyła  drzwi  i 

pośpiesznie  wygramoliła  się  z  samochodu.  Było  gorzej,  niż  się  spodziewała. 

Obydwa  prawe  koła  zagrzebane  były  w  śniegu.  Nawet gdyby posiadali 

odpowiednie narzędzia – a przecież ich nie mieli – nie było żadnej gwarancji, że 

zdarte opony będą nadawać się do dalszej jazdy. 

Przedzierając się przez zaspę, Kate dotarła do tylnej części samochodu i 

oparła  się  o  karoserię.  Wóz  nawet  nie  drgnął.  Bez  wątpienia  znaleźli  się  w 

pułapce. 

Rozejrzała  się  po  okolicy.  Po  obu  stronach  szosy  rozciągał  się  las. 

Wcześniej mijali jakieś domy, tutaj jednak było pustkowie. 

– No i jak? – 

spytał Ben. 

– 

Kiepsko.  Nawet  nie  próbuj  wychodzić.  Dzisiaj  już  nigdzie nie 

pojedziemy. 

– 

Jesteś pewna? 

– Jak najbardziej. – 

Kate podeszła i wyjęła kluczyki ze stacyjki. – Opony są 

zniszczone,  a  samochód  zarył  się  głęboko  w  śniegu.  Jedyne  narzędzia,  jakie 

posiadamy, to nasze własne ręce, więc odkopanie samochodu może nam zająć 

kilkanaście  godzin.  Najlepiej  będzie,  jeżeli  poczekamy  na  pług  śnieżny,  który 
przyjedzie jutro rano. 

–  Rozumiem  – 

skrzywił  się  Ben.  Przekreślało  to  całkowicie  szanse  na 

spokojną noc, którą zamierzał spędzić w swoim wiejskim domu. Zobaczył, że 
Kate odchodzi. – Gdzie idziesz? 

background image

– 

Chcę  sprawdzić,  czy  gaźnik  nie  jest  zapchany  –  wyjaśniła  Kate 

przyklęknąwszy za samochodem. – Będziemy musieli włączyć silnik, żeby nie 

zamarznąć. 

– 

A  co  z  bagażnikiem?  Może  znajdziesz  tam  coś,  co  mogłoby  się  nam 

przydać? 

– W

łaśnie zamierzałam sprawdzić. 

Ben  zatęsknił  do  swojej  smukłej  czarnej  limuzyny,  luksusowo 

wyposażonej,  począwszy  od  maleńkiej,  dobrze  zaopatrzonej  lodówki,  a 

skończywszy na odbiorniku telewizyjnym. Rozejrzał się po wnętrzu taksówki i 

potrząsnął głową z niesmakiem. 

– Hej! – 

krzyknęła Kate. Z jej głosu biło zadowolenie. Zatrzasnęła klapę od 

bagażnika i wśliznęła się do samochodu. – Znalazłam koc. 

Ben  przyjrzał  się  zniszczonej,  poplamionej  tkaninie,  którą  trzymała  w 

rękach. Wyglądało na to, że mole odwaliły kawał solidnej roboty. 

– I to wszystko? – 

zapytał. 

Uśmiech  zniknął  z twarzy  Kate.  Radość ustąpiła  miejsca irytacji.  Wizja 

nocy spędzonej w środku szalejącej śnieżycy była dla niej równie nieprzyjemna 

jak dla niego, ale przynajmniej starała się robić dobrą minę do złej gry. 

– 

Szczerze mówiąc – burknęła – była tam jeszcze opona i jakieś przewody, 

ale pomyślałam, że to cię raczej nie zainteresuje. 

Ben przestał się złościć. Przecież w końcu to nie jej wina, że byli uwięzieni 

w zaspie. Cóż, przynajmniej nie tylko jej wina. 

– 

Masz rację – przyznał, starając się, aby jego głos brzmiał uprzejmie. – 

Koc rzeczywiście bardzo się przyda. 

Kate spojrzała na niego z niesmakiem. 
– 

I to jeszcze jak, mądralo! Jeżeli jeszcze nie przyszło ci to do głowy, to 

wiedz, że nad ranem będzie cholernie zimno. Gdyby jednak się okazało, że jesteś 

zbyt wybredny, aby skorzystać ze starego, wojskowego koca, to już twoja sprawa. 
Na pewno nie moja. 

Zdecydowanym ruchem owinęła się szczelnie kocem. 
– 

Już mi lepiej – oznajmiła. – Cieplutko i przyjemnie. Ben obserwował, jak 

Kate stara się sprawiać wrażenie beztroskiej i zadowolonej, ale zachował uśmiech 

dla siebie. Ta dama nie pozwalała z siebie kpić – nawet jemu. Z jakiegoś powodu 

bardzo mu się to podobało. 

– 

Cóż  –  spytał  –  podzielimy  ostatniego  pączka,  czy  będziemy  rzucać 

monetą? 

Głód  dawał  się  Kate  we  znaki.  Pączki,  które  zjadła  wcześniej,  tylko 

zaostrzyły jej apetyt, a teraz żołądek gwałtownie domagał się jedzenia. 

– 

Dżentelmen zaofiarowałby mi całego pączka – spróbowała. 

Ben parsknął krótkim, urywanym śmiechem. 
– 

Dobrze się dla mnie składa, że nie zaliczam się do tej kategorii. Oboje tu 

background image

utkwiliśmy, kochanie, i każde z nas dba o własny interes. 

–  Doprawdy?  – 

Kate  uniosła  brwi.  –  A  myślałam,  że  zasada  „najpierw 

kobiety i dzieci” bardziej pasuje do sytuacji. 

Ben pogrzebał w kieszeni i wyciągnął dziesięć centów. 
– 

Orzeł czy reszka? – zapytał podrzucając monetę w górę. – Ty pierwsza. 

Kate śledziła, jak Ben łapie monetę i kładzie ją na grzbiecie drugiej dłoni. 
– Reszka – 

powiedziała w końcu i uśmiechnęła się z zadowoleniem, kiedy 

Ben odsłonił monetę i okazało się, że wygrała. 

Wzięła torebkę, wyciągnęła ostatniego pączka i trzymała go przed sobą, 

wpatrując się w niego z zachwytem niczym kolekcjoner studiujący rzadki okaz ze 
swoich zbiorów. 

–  Pewnie nie zg

odzisz się na jeszcze dwa rzuty? Wygrywa ten, kto trafi 

dwa razy na trzy. 

– Nie ma mowy. 
– A co powiesz o jeszcze jednym rzucie? Wszystko albo nic. 
– Wybacz, wielki rozrzutniku. – 

Kate zerknęła na jego puste dłonie. – Ale z 

tego miejsca nie widzę, żebyś miał coś do zaoferowania. 

– 

Cóż, na twoim miejscu nie byłbym taki pewien. – Ben ponownie sięgnął 

do kieszeni płaszcza. – Mogę nie mieć pączków, ale mam za to coś innego. 

Kate zastanawiała się, czy nie powinna czuć się urażona, ale tak naprawdę 

była rozbawiona. 

Przygwoździła go uważnym, ciężkim spojrzeniem. 
– 

Próbuje mnie pan przekupić, sir? 

– 

Może. – Ben niedbale otworzył portfel. 

Chociaż Kate postanowiła nie dać znać po sobie, jakie wrażenie zrobiła na 

niej  zawartość  portfela,  jej  oczy  rozszerzyły  się.  Od  początku  zamierzała 

podzielić się z nim pączkiem. Była pewna, że gdyby on wygrał, zachowałby się 

tak samo. Ale teraz, widząc jak Ben niedbale przerzuca banknoty, poczuła dziwny 

ucisk w żołądku. Ten człowiek miał przy sobie wystarczająco dużo pieniędzy, 

żeby  opłacić  cały  semestr na uniwersytecie –  pieniędzy,  na  które ona  musiała 

zarabiać pracując dzień i noc i oszczędzając, ile się da. Chyba nie mówił serio? 

Do diabła z jej skrupułami! I tak nigdy się nie dowie. 
– 

Odłóż portfel – rzuciła przez zęby. 

– Go? – Be

n ujrzał gniew w jej oczach. 

– 

Powiedziałam, odłóż go. Tu ci nie będą potrzebne pieniądze. Rozerwała 

pączek na dwie części. – Masz, weź. 

– 

Nie.  Ty  wygrałaś.  Należy  do  ciebie,  chyba  że  wypracujemy  jakiś 

rozsądny kompromis. 

– 

Na litość boską! – Kate wepchnęła mu połówkę pączka w rękę. – Weź to, 

dobrze? 

Ben przyjął pączka i jadł go powoli, wciąż patrząc na Kate. 

background image

– 

Wiem, że spędzanie nocy w taki sposób nie należy do przyjemności – 

powiedział,  gdy  oboje  skończyli  jeść.  –  Ale  może  mogłabyś  mi  wyjaśnić, 
dlaczego j

esteś taka wściekła? 

– Nie wiem, o czym mówisz. 
– 

Jasne. Minutę wcześniej, omal mnie nie uderzyłaś. Gdybym nie przyjął 

tego pączka, pewnie wepchnęłabyś mi go do gardła. 

– 

Nie bądź śmieszny. Nigdy bym tego nie zrobiła. Ben był zaniepokojony 

łatwością, z jaką mu umykała. 

Przywykł  do  obcowania  z  ludźmi,  którzy  liczyli  się  z  jego  pozycją  i 

możliwościami, reagując na nie szacunkiem lub strachem. Dlaczego z tą – jego 

spojrzenie zlustrowało postać w dżinsach – z tą kobietą nie dawał sobie rady? 

– 

Słuchaj – ciągnął z irytacją. – Jestem równie zdenerwowany tą sytuacją 

jak ty. Ale wygląda na to, że będziemy musieli spędzić razem jeszcze jakiś czas. 

Moglibyśmy przynajmniej zachowywać się wobec siebie w uprzejmy sposób. 

– 

Ja zachowuję się bardzo uprzejmie – warknęła Kate. Wiedziała, że ulega 

emocjom, a to jeszcze bardziej ją rozwścieczało. – I będę się tak zachowywać, 

dopóki będziesz trzymał portfel w ukryciu. 

– 

A  więc  to  o  to  chodzi.  –  Ben  odprężył  się.  –  Powiedz, czy chodzi 

konkretnie o moją skromną osobę, czy to ogólne uprzedzenie do każdego, komu 

przydarzy się mieć trochę pieniędzy? 

– 

Nie umiałabym nawet powiedzieć, ile to jest „trochę pieniędzy”. 

– 

Pierwszy milion przychodzi ciężko – wzruszył ramionami Ben. – Potem 

już wszystko jest łatwiejsze. 

Kate przyglądała mu się z niedowierzaniem. 
– 

Widzisz? Na tym właśnie polega cały problem. Masz tak dużo pieniędzy, 

że straciłeś kontakt z życiem, ze zwykłymi ludźmi. Pierwszy milion przychodzi 

ciężko – powtórzyła i potrząsnęła głową. – Dosyć tego! 

– 

Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić. 

Ku  zdumieniu  Kate,  przeprosiny  brzmiały  szczerze.  Przecież  w  końcu 

powiedziała mu tylko prawdę. Czemu więc nagle poczuła się tak głupio? Miała 

rację czy nie? 

– 

Nie  mówmy  już  o  tym.  –  Kate  otuliła się szczelniej  kocem.  Nie  była 

pewna, czy po to

,  aby  się  ogrzać,  czy  też  osłonić  przed  nim.  –  Chyba jestem 

trochę zbyt drażliwa na tym punkcie. 

– Dlaczego? 
– 

Jak  na  człowieka,  który  płaci  innym,  żeby  myśleli  za  niego,  zadajesz 

mnóstwo pytań. 

– Czemu nie? – 

odparł Ben. – Mamy mnóstwo czasu i nic do roboty. Chyba 

że – dodał, przyglądając się parze wydobywającej się z jego ust przy każdym 

słowie  –  chyba  że  chcesz  zająć  się  liczeniem  baranów,  zanim  całkiem 
zamarzniemy. 

background image

–  Jest coraz zimniej, prawda? – 

Sięgnęła  do  kieszeni  dżinsów,  wyjęła 

kluczyki i włożyła je do stacyjki. – Na szczęście mamy pokaźny zapas benzyny. 

Możemy włączać silnik, kiedy nam się tylko spodoba. 

– 

To jedna możliwość? 

– 

A jest jakaś inna? – Kate odwróciła się w jego stronę. 

– 

Myślałem, że mogłabyś użyczyć mi kawałka koca. Ben uśmiechnął się 

rozbrajająco. Kate zabiło żywiej serce. Potraktowała to jako ostrzeżenie. 

– 

Przecież  ci  proponowałam  –  przypomniała.  –  Ale,  o  ile  pamiętam, 

odrzuciłeś moją propozycję. 

– Zapytaj jeszcze raz. 

Głos  Bena  był  niski  i  zmysłowy.  Ostatnim  razem,  kiedy  użył  swojego 

czaru, wpakowała ich do rowu. A to pewnie było drobnostką w porównaniu z 

tym, co mogłoby wydarzyć się teraz. 

– 

Dlaczego wydaje mi się, że składasz mi propozycję nie do odrzucenia? 

– 

Może dlatego, że tak istotnie jest? Ben pociągnął za koc i rozłożył go. 

– 

Przesuń się – mruknął moszcząc się koło niej. – Jest mnóstwo miejsca dla 

nas obojga, pod warunkiem że nie masz nic przeciwko temu, że będziemy trochę 
przytuleni. 

Przytuleni? To nie było właściwe słowo. Bardziej pasowało tu określenie: 

ściśnięci, stłoczeni. 

–  Widzisz?  – 

Ben objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. – Miałem 

rację, że to dobry pomysł. 

– 

Rzeczywiście. 

– 

Jedna rzecz, która przemawia na korzyść tych starych taksówek, to ich 

miękkie i wygodne siedzenia. 

– 

Ale  z  pewnością  nie  tak  wygodne  jak  te w twojej limuzynie – 

przypomniała  Kate.  Niezależnie  od  tego,  jak  czuła  się  w  tej  chwili,  bariery 

między nimi były nie do sforsowania. Żyli w dwóch różnych światach. – Pewnie 

ten twój lincoln nigdy nie wylądowałby w takim miejscu. 

– Pewnie nie – 

zgodził się Ben i przysunął się bliżej. – Ma specjalne opony, 

dostosowane do jazdy po śniegu i lodzie. 

Kate spojrzała na niego i zobaczyła, że się uśmiecha. Powoli jej niechęć 

ustępowała. Nie dopuszczała nawet myśli o tym, dlaczego tak się działo. 

– A poza tym – 

ciągnął Ben. – Jeżeli jeszcze tego nie zauważyłaś, to wiedz, 

że  jestem  człowiekiem,  który  uwielbia  trudności.  Lubię  sytuacje,  z  których 

pozornie nie ma wyjścia, a które w efekcie mogę próbować obracać na własną 

korzyść. 

– O, doprawdy? – 

zachichotała Kate. – Cóż, proszę bardzo. Jeżeli możesz 

odnieść  jakąś  korzyść  z  siedzenia  w  taksówce  na  poboczu  podczas  nocnej 

śnieżycy, to moje gratulacje. 

– 

Jeszcze sam nie wiem, co z tego wyniknie, ale nie wygląda to wcale tak 

background image

źle. – Ben przysunął się jeszcze bliżej. – Daj spokój zmartwieniom i spróbuj się 

odprężyć. 

Odprężyć! Była zbyt odprężona. Nie chciała opierać się o Bena, wdychać 

zapachu znakomitej wody toaletowej, czuć się bezpiecznie w jego ramionach. Ale 

jakoś nic nie mogła na to poradzić. 

Wstała  dziś  o  szóstej  rano,  pracowała  osiem  godzin  w  butiku,  a  potem 

zmagała  się  z  ruchem  ulicznym  na  Manhattanie.  Jej  ciało  domagało  się 

odpoczynku. Przymknęła oczy, słysząc, jak szepcze jej coś do ucha. 

– O wiele lepiej... 

Mężczyźni, pomyślała sennie Kate. Tak łatwo ich przejrzeć. 
– A teraz – 

ciągnął Ben tym samym łagodnym tonem – powiedz mi, skąd 

się bierze u ciebie ta niechęć do bogatych. 

Kate  otworzyła  oczy.  Powinna  była  się  domyślić,  że  ten  człowiek  nie 

zwykł  zostawiać spraw  własnemu  biegowi.  Była  jednak zbyt  zmęczona i  zbyt 

śpiąca, żeby się opierać i wykłócać. 

–  Budynek O’Dwyera – 

powiedziała.  Poczuła,  że  Ben  zesztywniał.  – 

Połowa lat siedemdziesiątych. Pamiętasz? 

– Tak – 

odrzekł krótko i czekał, co Kate powie dalej. 

– 

To była stara kamienica na Brooklynie. Moja babcia mieszkała tam przez 

pięćdziesiąt  lat,  aż  do  momentu,  kiedy  dom  został  zburzony,  aby  mógł  tam 

powstać  biurowiec.  Babcię  eksmitowano  –  westchnęła  z  goryczą  Kate.  – 

Podpisała papiery, których nie rozumiała, a które wcisnął jej człowiek pracujący 

dla jakiegoś potentata. 

– Projekt „West” – 

przypomniał cicho Ben. 

– 

Babcia zamieszkała z nami. Nie miała dokąd pójść. Wszystko, co się dla 

niej liczyło – sąsiedzi, sposób życia, niezależność – zniknęło w jednej chwili. 

– Przykro mi. 
– 

Mam nadzieję. Sytuacja pozwalała na wykorzystywanie biednych, a ty 

skorzystałeś z okazji. Ale to chyba nie jest powód do dumy. 

– Nie tylko lokatorzy zostali oszukani – 

zauważył Ben. Nie myślał o tym 

od lat, ale wspomnienie było na tyle żywe, że znów poczuł wściekłość. – Gdybym 

mógł cofnąć czas! Wtedy nic nie mogłem zrobić. 

– 

Na  budynku  widniało  twoje  nazwisko.  Niezależnie  od  intencji,  to  ty 

jesteś odpowiedzialny. 

Ben wycofał się z podejmowania prób wyjaśnień i nagle Kate poczuła się 

odtrącona. Nie przywykła do takich odczuć, tym bardziej że była to reakcja, jakiej 

najmniej spodziewała się w tych okolicznościach. 

Odezwała się zirytowana: 
– 

Jesteś na szczycie, Ben, i widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć. Wierz mi, 

że z dołu wygląda to o wiele mniej przyjemnie. 

Jak ona śmie oceniać jego życie? Tak naprawdę niewiele wie o tym, co się 

background image

naprawdę wtedy wydarzyło. Nawet nie raczyła go wysłuchać. Z góry postanowiła 

ocenić go jak najgorzej. 

– 

Myśl  sobie,  co  chcesz  –  odpowiedział  zimno.  –  Nie  muszę 

usprawiedliwiać się przed nikim. 

– Nie, nie musisz. 

Co ją to obchodziło? Ben żył w swoim świecie, a ona w swoim. Ponadto z 

pewnością  niewiele  znaczyła  dla  niego  jej  opinia,  jeżeli  w  ogóle  znaczyła 

cokolwiek. A teraz była już zbyt zmęczona, aby ciągnąć to dłużej. 

Oparła się o siedzenie i zamknęła oczy. 
– 

Posłuchaj, czy moglibyśmy odłożyć naszą sprzeczkę na stosowniejszą 

porę? – zapytała. – Jestem piekielnie zmęczona. Jedynym moim pragnieniem w 

tej chwili jest zapaść w sen. 

Złość  Bena  wyparowała  natychmiast.  Kate  wyglądała  tak  krucho  i 

delikatnie. Blada skóra b

łyszczała w słabym świetle księżyca. Pod zamkniętymi 

oczami rysowały się głębokie cienie. 

W chwilę później Kate zaczęła oddychać głęboko i równo. Spała z głową 

opartą  na  siedzeniu.  Baseballowa  czapka  zsunęła  się,  uwalniając  gęste, 

kasztanowe  włosy,  które  spłynęły  swobodnie  na  ramiona.  Ben  miał  ochotę 

zanurzyć palce w ich połyskującej gęstwinie. 

Nagle, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, zaczął delikatnie gładzić jej 

policzek.  Westchnęła  cicho,  ale  nie  obudziła  się.  Teraz  już  śmielej  Ben 

obrysowywał końcem palca kształt jej wydatnych ust. 

Śpiąca Królewna, pomyślał i żachnął się lekko, kiedy uświadomił sobie, że 

przy takim założeniu jemu przypada rola księcia. Niech Bóg broni! Tym bardziej 

że w tej bajkowej księżniczce była łagodność, której próżno byłoby szukać u Kate 

Hallaby.  Nauczyła  się  walczyć  i  nauczyła  się  tego  nadzwyczaj  dobrze. 

Przynajmniej jeśli chodzi o niego, nie przepuściła żadnej okazji. 

Wyraźnie go nie akceptowała. Wychodziła z siebie, żeby mu to okazać w 

sposób, nie pozostawiający żadnych złudzeń. On także już wiedział, co o niej 

myśleć  –  wyszczekana  osóbka.  Różnili  się  od  siebie  pod  każdym  niemal 

względem. Gdyby nie zbieg okoliczności, nigdy by się nawet nie spotkali i po 

dzisiejszej nocy prawdopodobnie więcej się nie zobaczą. 

Nic dla siebi

e nawzajem nie znaczą, pomyślał stanowczo Ben. Byli tylko 

dwojgiem obcych ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tym samym miejscu i 

czasie. Dlaczego więc tak bardzo pragnął pochylić się nad nią i skraść pocałunek? 

I wtedy Kate poruszyła się we śnie i przybliżyła twarz do jego ramienia. 

Ben objął ją mocno. Delikatnie ujął róg koca i otulił dziewczynę szczelnie aż pod 

brodę. 

– Mmm. – 

Kate uśmiechnęła się sennie, przysuwając się jeszcze bliżej. – 

Dobranoc, Barry. 

Barry! Ben sztywniejąc cofnął rękę. Żadna z jego kobiet nie pomyliła go z 

background image

nikim innym. Ta myśl zaniepokoiła go. Żadna z jego kobiet? 

– 

Kocham  cię  –  wymruczała  Kate  tym  samym  sennym  tonem  i  ku 

własnemu  zdumieniu  Ben  poczuł,  jak  ogarnia  go  ogromna  fala  czułości.  Ta 

deklaracja  poruszyła  w  nim  jakąś  ukrytą  strunę,  wzbudzając  emocje,  które 

powinny pozostać uśpione. 

Ujmując twarz Kate w dłonie, Ben pochylił się nad nią. Przez chwilę jego 

usta znajdowały się tuż nad jej wargami. Znów uśmiechnęła się sennie i wiedział 

już, że jest zgubiony. 

Usta dziewczyny b

yły gorące i chętne. Kiedy mocniej przycisnął wargi, 

Kate natychmiast zareagowała. Przez moment poczuł się winny, ale uczucie to 

szybko zniknęło, gdy zaczęła oddawać mu pocałunki. Był oszołomiony. 

Nagle  Kate  odsunęła  się  od  niego.  Otworzyła  oczy  i  w  chwilę  potem 

próbowała zorientować się w sytuacji. 

– Ben? – 

spytała niemalże szeptem. 

– 

Jestem tutaj, Kate. Potrząsnęła nieznacznie głową. 

– 

Widzę  –  powiedziała.  Rzeczywiście,  trudno  było  nie  zauważyć  tego, 

skoro  leżeli  przytuleni  do  siebie.  Nie  zważając  na  uśmiech Bena, powoli 

wyplątywała się z jego objęć. – Co... Kiedy... Czy my...? 

– Czy my... O co ci chodzi? 
– Nie wiem – 

przyznała Kate. – Chyba musiało mi się coś przyśnić. 

– Nie – 

odpowiedział cicho Ben, równie zaskoczony sytuacją jak ona. – To 

chyba mnie się coś przyśniło. 

– Co? 
– 

Nieważne – odrzekł. W półmroku Kate dostrzegła jego uśmiech. – Śpij. 

– 

Nie mogę – zaprotestowała Kate, ale powieki już jej opadały. – Muszę 

czuwać, żeby włączać ogrzewanie. W przeciwnym wypadku zamarzniemy. 

– 

Nie przejmuj się. – Ben pogłaskał ją delikatnie po włosach. Zasypiając, 

Kate usłyszała z oddali jego głos. – Zaopiekuję się tobą. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 
– 

Hej, proszę pani! Proszę się obudzić! 

Kate  z  trudem  otworzyła  oczy.  Oślepił  ją  blask  porannego  słońca. 

Usłyszała stukanie. Co się tu działo? 

Benjamin West leżał w poprzek siedzenia. Głowa i ramiona mężczyzny 

spoczywały  na  jej  udach.  Koc,  którym  oboje  byli  przykryci,  zsunął  się  na 

podłogę.  Wyglądało  na  to,  że  Benowi  jest  wyjątkowo  wygodnie.  Jedną  rękę 

przewiesił przez jej nogi, a drugą podpierał policzek. Ciemne włosy mężczyzny 

były zmierzwione, krawat rozluźniony. Na szczęce pojawił się cień zarostu. 

Wyglądał wspaniale. 

I co ona miała z tym robić? 
– 

Ejże, czy pani mnie słyszy? 

Kate podskoczyła, kiedy pukanie rozległo się tuż koło jej ucha. Odwróciła 

głowę i gwałtownie zamrugała oczami, żeby odgonić zjawę. Nic to jednak nie 

pomogło. Nie zniknęła przyciśnięta do szyby rumiana twarz w futrzanej czapce. 

Gdyby nie szyba, dotykaliby się nosami. Nie opodal Kate ujrzała pług śnieżny. 
Nagle ws

zystko zaczęło nabierać sensu. 

– Potrzebuje pani pomocy czy nie? 
– Tak – 

krzyknęła Kate. – Oczywiście! Wyciągnęła rękę i uchyliła okno, 

wpuszczając mroźne powietrze do środka. Usłyszała cichy pomruk. Nawet nie 

spojrzała w stronę Bena. Później z nim porozmawia. 

– 

Mógłby  mnie  pan  stąd  wyciągnąć?  –  zapytała  z  niepokojem.  – 

Spędziliśmy całą noc w tej śnieżycy. 

– 

Drogę zamknięto o drugiej, dlatego nikt tędy wcześniej nie przejeżdżał. 

Ma pani linkę? 

– 

Może. – Kate odsunęła koc i wydostała się z samochodu. Nie obejrzała 

się i nie zamieniła z Benem ani słowa. Co zresztą miała mu powiedzieć? 

Nawet jej babcia –  ekspert od etykiety – 

pewnie  nie  wiedziałaby,  jak 

powinna zachować się w takiej sytuacji. Było coś żenującego w tym, że spędziła 
noc w ramionach przypadkowo po

znanego mężczyzny. A ponadto zaskoczyło ją 

odczucie, jakiego doznała budząc się obok Bena, zwłaszcza że noc wypełniona 

była takimi marzeniami... 

– 

Zajrzę do bagażnika – poinformowała. – Wydaje mi się, że widziałam 

tam wczoraj linkę. 

Delikatny i puszysty śnieg sięgał jej aż po kostki. Nawet za pomocą linki 

wyciągnięcie samochodu nie będzie łatwe. 

Uniosła klapę i spostrzegła siedem metrów grubej linki. 
– 

Proszę – powiedziała. – Czy to będzie się nadawało? 

– 

Chyba nie ma innego wyjścia, prawda? – spytał jakiś głos tuż za nią. 

background image

Kate  wyprostowała  się  powoli.  Nie  musiała  sprawdzać,  kto  to  mówi. 

Kierowca nadal stał przy drzwiach, ale auto było puste. Zresztą kogo próbowała 

oszukać? Po wspólnie spędzonej nocy rozpoznałaby ten głos wszędzie. 

– 

Wstałeś – zauważyła błyskotliwie. 

– 

Bystra jesteś – odparł Ben. – Trzeba ci to przyznać. Nie musiała nawet 

patrzeć na niego, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. 

– Pomóc ci? 
– To nie jest konieczne. 
– 

Nie o to pytałem. 

– Zniszczysz buty... 
– 

Za późno, żeby się o to martwić. – Ben zerknął na oblepione śniegiem 

mokasyny. 

– 

Ale złapiesz zapalenie płuc... 

Wyciągnął rękę i wyjął z jej rąk splątaną linkę. Sprawnie owinął ją sobie 

dookoła ramienia. 

– 

Zawsze  jesteś  rano  taka  kłótliwa?  Czy  dzisiaj  zaistniały  szczególne 

okoliczności? 

Kate spojrzała na niego ponuro. 
– 

Dzisiaj zaistniały szczególne okoliczności – rzuciła ostro. To powinno 

mu zamknąć usta. I rzeczywiście. Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim 

śmiechem. 

– Masz tupet, wiesz? – 

stwierdziła, po czym zatrzasnęła bagażnik. – Poza 

tym  jest  dla  mnie  kompletnie  niezrozumiałe,  jak  możesz  być  w  tak  dobrym 
humorze po takiej nocy. 

– 

To dar Boży. 

– 

Bez wątpienia. 

– 

A poza tym zazwyczaj jestem w wesołym nastroju. 

–  Jasne  – 

odparowała  słodko  Kate.  –  Założę  się,  że  zaraz  spróbujesz 

sp

rzedać mi most brooklyński. 

– 

Jeżeli o to chodzi... 

Z niezrozumiałych powodów Kate była tak zirytowana, że chętnie by go 

uderzyła. Być może zrobiłaby to nawet, gdyby nie podszedł do nich kierowca. 

– Mam wam pomóc czy rezygnujecie? – 

zapytał zniecierpliwiony. – Nie 

będę tu tracił całego dnia. 

Kiedy Ben zajął się mocowaniem linki, Kate naprowadzała kierowcę pługa 

w pobliże taksówki. Gdy oba pojazdy znalazły się w dostatecznej odległości od 

siebie, dała znak do zatrzymania i przyłączyła się do Bena. 

– 

Usiądź za kierownicą i prowadź – rozkazał, gdy skończyli. – Ja popchnę z 

tyłu. Chociaż ten pług ma mocny silnik, to jednak podejrzewam, że będą kłopoty 

z wyciągnięciem nas stąd. 

– 

Zgadzam  się  z  tobą  i  dlatego  uważam,  że  ty  właśnie  powinieneś 

background image

prowadzić, a ja pchać. 

– 

Nie bądź śmieszna. Jestem o wiele silniejszy. 

– Owszem – 

łagodnie zgodziła się Kate. – Ale twoje mokasyny są śliskie, a 

poza tym bez rękawiczek odmrozisz sobie ręce. 

Ben  zacisnął  usta  i  spojrzał  na  nią  gniewnie.  Nigdy  jeszcze  nie  spotkał 

kobiety, która 

by tak bardzo lubiła się sprzeciwiać. 

– 

Spróbuję – stwierdził. 

– Ale Ben... 

Otworzył drzwi i zdecydowanym ruchem wepchnął ją do taksówki. 
– 

To mi dopiero osiłek! – warknęła, ale mężczyzny już przy niej nie było. 

Ben  mamrocząc  wściekle  pod  nosem  odszedł  na  tył  samochodu. 

Poprzedniej  nocy  musiał  chyba  oszaleć!  Jak  mogła  oczarować  go  ta  uparta, 

zawzięta  kobieta?  Dzięki  Bogu,  że  już  nigdy  więcej  się  nie  zobaczą. 

Prawdopodobnie zwariowałby, gdyby ciągle miał z nią do czynienia. 

– Gotowi? – 

wrzasnął kierowca pługu. 

– Ruszamy! – 

odkrzyknął Ben. 

Kate wystawiła przez okno rękę z kciukiem skierowanym do góry. Przy 

akompaniamencie  wycia  silnika  pług  powoli  ruszył  z  miejsca.  Lina  pomiędzy 

pojazdami napięła się, ale taksówka ani drgnęła. Koła obracały się w miejscu, 
choc

iaż Ben napierał na samochód całym ciężarem. 

W końcu koła przestały buksować i samochód ruszył do przodu. Przejechał 

kilka  metrów  i  stanął  kołysząc  się.  Wewnątrz  Kate  walczyła  z  kierownicą, 

podczas  gdy  pług  powoli  ciągnął  taksówkę,  aż  wreszcie  ustawił  ją  na  świeżo 
oczyszczonej drodze. 

Kate westchnęła z ulgą i wyłączyła silnik, po czym zerknęła w lusterko. 

Przez chwilę w ogóle nie mogła dostrzec Bena. Potem uświadomiła sobie, że dwa 

ciemne przedmioty wystające z zaspy były jego stopami. 

Tłumiąc  chichot  otworzyła  drzwi  i  pobiegła  na  pomoc.  Szybko 

zorientowała się, że jej pasażer jest cały i zdrowy, chociaż uwięziony w głębokim 

śniegu. 

– 

Jeżeli powiesz „A nie mówiłam”, kopnę cię – rzucił gniewnie Ben. 

– 

Ani mi to w głowie. – Kate podeszła bliżej. Kiedy opony złapały podłoże, 

Bena odrzuciło do tyłu i wylądował w zaspie śniegu. Wyglądało na to, że im 

energiczniej  próbował  się  z  niej  wydostać,  tym  głębiej  zagrzebywał  się  w 

miękkim puchu. 

– 

Pomożesz mi wreszcie? 

– 

Zastanawiam się – uśmiechnęła się Kate. 

– 

Zastanawiaj się szybciej. Tu jest cholernie zimno. 

– 

Szkoda, że nie jesteś ubrany stosownie do sytuacji. Ben machnął nogą w 

jej kierunku. 

– 

Nie zapominaj, że cię ostrzegałem. 

background image

Kate zachichotała, ale przezornie cofnęła się. Nie wyglądał na kogoś, kto 

za

mierza spełnić swoją groźbę, ale mógł zmienić zamiary. Kto wie? Myśl o tym 

sprawiła, że roześmiała się na całe gardło. 

– 

Boże, jak ty wyglądasz! Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego. 

– 

Szkoda, że nie trzymam rąk na twojej szyi – mruknął Ben. 

– Co? 
– Nic, nic takiego – 

odpowiedział uprzejmie. Jeśli ona zaraz nie wydostanie 

go stąd, to on... co może zrobić? Wyobraźnia nie zawiodła go – sięgnął po jedyną 

broń, jaką miał pod ręką. 

Kate nie od razu zorientowała się w zamiarach Bena. Jeszcze śmiała się 

głośno, kiedy kula ze śniegu trafiła ją w czubek głowy. 

– Celny rzut. – 

Spojrzenie w kierunku Bena upewniło ją, że przygotowuje 

się do następnego. 

– 

Potrafię jeszcze lepiej, więc może mogłabyś ponownie rozważyć kwestię 

wydostania mnie stąd. 

– 

Groźby? – Kate starła śnieg z policzka. – Mój Boże, jak nisko upadliśmy. 

– 

I upadamy coraz niżej – poinformował ją Ben, zagłębiając się w śniegu. – 

A teraz pośpiesz się i pomóż mi. 

– 

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. 

– 

Bez wątpienia. 

Powinienem być wściekły, pomyślał Ben, kiedy Kate wyciągnęła wreszcie 

rękę i pomogła mu stanąć pewnie na nogach. 

Zawsze  uważał  gniew  za  uczucie  niepożądane,  dlatego  też  jego  motto 

brzmiało: Nie złość się, bądź zrównoważony. 

–  No, no – 

mruknęła  Kate,  z  trudem  powstrzymując  się  od  śmiechu  na 

widok Bena. Zniknął bez śladu elegancki światowiec, a jego miejsce zajął ktoś 

zbliżony  wyglądem  do  człowieka  śniegu.  Trzymała  jego  rękę  w  swojej  dłoni, 

dopóki nie upewniła się, że złapał równowagę i nie grozi mu powtórny upadek. – 

Teraz już wszystko w porządku. 

– 

Niezupełnie. 

Nadal  nie  puszczał  jej  ręki.  Próbowała  uciec,  ale  było  za  późno.  Nagle 

poczuła za kołnierzem śnieg. Zaczęła krzyczeć. 

– 

Ty... ty podstępny szczurze! 

Odskoczyła  gwałtownie  i  zgarnęła  z  ziemi  biały  puch,  ugniatając  go 

szybko. Czy to mia

ł być jego sposób wyrażania wdzięczności? O, tego na pewno 

mu nie przepuści. 

Pierwsza kula uderzyła go w środek klatki piersiowej, zostawiając dużą, 

białą plamę, ale następna tylko musnęła ramię. Zataczając się ze śmiechu, Ben 

rzucał w nią śnieżnymi kulami tak długo, aż Kate była niemal cała w śniegu. 

To ja powinnam mieć nad nim przewagę, pomyślała Kate. Przecież miała 

zimowe  buty  i  rękawiczki.  Jednak  ze  zdeterminowanego  wyrazu  twarzy  Bena 

background image

wyczytała, że nie zamierza tak łatwo się poddać i to stawiało ich na równych 
pozycjach. 

Kate gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy niespodziewanie trafiła ją kula, 

i  poczuła,  że  traci  równowagę.  Chwilę  później  siedziała  już  na  śniegu,  a  Ben 

pochylał się nad nią z dłońmi pełnymi śnieżnych pocisków. 

– Nie zrobisz tego – 

zachichotała. 

– Czemu nie? – 

zdziwił się niewinnie. 

– 

Diabeł! 

– 

Najpierw  osiłek,  potem  szczur  –  zauważył  Ben.  –  A  teraz  diabeł.  Na 

szczęście  nie  jestem  łasy  na  komplementy  Kate  westchnęła  głośno, 

przygotowując się na najgorsze. 

– 

No dalej! Jeżeli zamierzasz je rzucić, to zrób to i skończmy już z tym. 

Za chwilę jej ramiona i plecy obsypał śnieg. 
– 

Chodź,  Kate.  –  Ben  wyciągnął  rękę.  –  Wstawaj.  Ujęła  podaną  dłoń  i 

pozwoliła, aby pociągnął ją w górę. 

Kilka minut wcześniej ona pomagała mu wstać, ale od tej chwili coś się 

między  nimi  zmieniło.  Może  sprawiła  to  obopólna  radość  towarzysząca 

niewinnej rywalizacji w bitwie na śnieżne pociski. 

Kiedy Kate stała już na nogach, Ben wciąż przyciągał ją ku sobie. Nagle 

znalazła  się  w  jego  ramionach.  Oparła  dłonie  o  jego  klatkę  piersiową. 

Dziewczyna podniosła głowę i ujrzała, że Ben przygląda się jej uważnie i czeka. 

Przytulał ją do siebie tak, jak gdyby nie było nic niezwykłego w tym, ze stoją po 

kolana w śniegu na poboczu jakiejś drogi, bez słowa wpatrując się w siebie. 

Tuż  obok  rozległ  się  ryk  silnika  pługa.  Kate  gwałtownie odskoczyła  do 

tyłu. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że w czasie kiedy oni się przekomarzali, 

kierowca odwiązał linkę i położył ją na masce taksówki. 

– 

W ogóle o nim zapomniałam – mruknęła. 

–  Ja 

też.  –  Ben  pomachał  ręką  w  stronę  odjeżdżającego  pługa.  W 

odpowiedzi kierowca zamrugał światłami. 

– 

Nawet  mu  nie podziękowaliśmy.  –  Kate  potrząsnęła głową.  –  Pewnie 

uważa, że jesteśmy stuknięci. 

– 

Pewnie jesteśmy. 

Wahanie  w  jego  głosie  sprawiło,  że  uśmiechnęła  się  lekko.  Była 

zadowolona,  że  on  również  czuje  się  trochę  zakłopotany  całą  sytuacją  i  tą 

niespodziewaną bliskością między nimi. 

– Daj spokój – 

powiedziała, wbijając mu palec między żebra. – Przyznaj, 

że mieliśmy dobrą zabawę. 

– 

Dziecinną – poprawił ostro Ben, po czym szybko uniósł rękę, jak gdyby 

chciał  powstrzymać  ewentualny  protest.  –  Jeśli  znów  chcesz  mnie  wyzywać, 

pójdę sobie. 

– 

Ani mi to w głowie. Jeżeli nie potrafisz docenić dobrej zabawy, to już nie 

background image

mój problem. 

– 

Sugerujesz, że mój? – Ben uniósł brwi. 

– 

Chyba nie ja pierwsza nazwałam ciebie „pracoholik” 

– I zapewne nie ostatnia. 
– 

A więc mógłbyś wziąć to sobie do serca. – Kate otrzepała spodnie ze 

śniegu. – Badania wykazują, że ludzie, którzy potrafią beztrosko się bawić, żyją 

dłużej. 

– Podobni

e jak bułgarscy wieśniacy, którzy żywią się jogurtem. 

– 

Może – zastanawiała się przez chwilę. – Ale to nie nimi przejmuję się w 

tej chwili. 

– 

A kim? Mną? – Ben z wysiłkiem ukrywał rozbawienie. 

– 

Ty mi płacisz – odpowiedziała Kate, jak gdyby to wszystko wyjaśniało. 

Ben bezradnie rozłożył ręce. Ona mogłaby tak przez cały dzień. Ta kobieta 

uwielbiała utarczki. Niezbędne jej były do życia tak, jak innym jedzenie. Przerwał 

te rozważania, kiedy zimna woda – pozostałość po roztopionym śniegu – spłynęła 

mu  wzdłuż  kręgosłupa  –  W  porządku  –  powiedział  w  końcu.  –  Jeśli  cię  to 

uszczęśliwi, to się przyznam. To była dobra zabawa. Jesteś zadowolona? 

Kate przechyliła głowę. 
–  Jeszcze nie – 

odparła z uśmiechem. – Ale wkrótce będę. 

 

* * * 

 
W k

ilka minut udało im się wyprowadzić taksówkę na główną drogę. Kate 

rozgrzała silnik i włączyła ogrzewanie. 

Ubrania  zaczęły  schnąć  błyskawicznie  i  zapach  mokrej  wełny  wypełnił 

wnętrze samochodu. 

Chociaż dochodziła już siódma, autostrada była zadziwiająco pusta. Kiedy 

Ben  włączył  radio,  dowiedzieli  się,  że  wszystkie  szkoły  i  większość  biur 

zamknięto.  Automobilistom  odradzano  jazdę  samochodem  ze  względu  na 

wyjątkowo złe warunki drogowe. 

–  To oczywiste – 

powiedziała  Kate,  walcząc  ze  ślizgającym  się  autem. 

Zerkn

ęła na Bena i widząc wyraz jego twarzy, dodała szybko: – Nie patrz na mnie 

w ten sposób. Zazwyczaj jestem dobrym kierowcą. 

– 

Z  pewnością  –  odparł  ciepło.  –  Nikt  by  sobie  z  tym  nie  poradził.  Na 

szczęście to już niedaleko. 

Kilka minut później skierował ją na boczną drogę prowadzącą do Wilton. 
– 

Żyjesz tu jak na odludziu, prawda? – zauważyła Kate, gdy Ben wskazał 

jej wąską dróżkę pomiędzy drzewami. 

– 

Przyjeżdżam tu, kiedy chcę uciec od wszystkiego. Nauczyłem się już, że 

jeśli ludzie mogą cię łatwo znaleźć, to na pewno to uczynią. 

– 

Przecież są telefony. 

background image

– 

Wyłączyłem je. 

– I faxy. 
– Nie ma dla nich miejsca w moim domu. – 

Posłał jej ostre spojrzenie. 

Uśmiechnęła się, słysząc, jak gwałtownie wypowiedział te słowa, i skupiła 

się na  prowadzeniu  samochodu.  Za  oszronionymi  drzewami  droga  rozszerzała 

się, ukazując całe piękno okolicy. Przed nimi rozciągała się rozległa łąka. Pokryta 

świeżo spadłym śniegiem, lśniła w bladym słońcu. Migotliwe błyski przebiegały 
po niewielkiej pokrytej 

lodem skałce. Oblepione szronem bezlistne konary drzew 

połyskiwały w porannym świetle. Po lewej stronie stał duży dom, zbudowany z 

czerwonej cegły, z werandą otoczoną białymi kolumienkami. Chociaż był piękny, 

nie dominował nad otoczeniem, wtopiony harmonijnie w zachwycającą przyrodę 
w zimowej szacie. 

Auto zatrzymało się przed domem i Ben  wysiadł. Kiedy otworzył tylne 

drzwi,  aby  wyjąć  walizkę,  Kate  odruchowo  zerknęła  na  licznik.  Wskazywał 

opłatę z poprzedniej nocy. Z nadmiaru wydarzeń zapomniała go rano włączyć. 

– 

Coś nie w porządku? – spytał mężczyzna, stając koło niej. 

– Nie. – 

Kate przełknęła ślinę, godząc się w myślach ze stratą. 

Ben spojrzał na licznik. 
– 

To niemożliwe – powiedział. 

– 

Jest to bliskie właściwej sumy. 

–  Nieprawda.  – 

Wyprostował  się  i  wyjął  portfel,  wręczając  jej  kilka 

banknotów. 

– 

Chyba żartujesz! – parsknęła Kate, starając się nie patrzeć na pieniądze. 

– Dlaczego? 
– 

To za dużo. 

– 

Nie  wydaje  mi  się.  –  Ben  zacisnął  dłoń  Kate  na  banknotach.  –  Nie 

zapominaj,  że  powinnaś  mierzyć  nie  tylko  odległość,  ale  także  upływ  czasu. 

Gdyby licznik był włączony przez wszystkie godziny, pomyśl tylko o kwocie, 

jaką bym zapłacił. 

– 

Właśnie taką zapłaciłeś. – Kate spojrzała na pieniądze. 

– 

W porządku. Schowaj je. – Ben poczekał, aż to uczyni, po czym otworzył 

drzwi. – 

A teraz zapraszam do środka. Chcę ci zaproponować śniadanie, zanim 

odjedziesz. 

– 

Nie mogę – zaprotestowała Kate, chociaż już wyciągnął ją z samochodu. 

– Dlaczego? 
– 

Muszę wracać. 

– 

Już, w tej chwili? 

Pewnie powinien pozwolić jej odjechać. Czy nie czekał na to przez cały 

ranek? Ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu uznał, że ma obowiązek ją 

zatrzymać.  Dobre  maniery,  doszedł  do  wniosku.  Dobre  maniery  i  zdrowy 

rozsądek.  Tylko  ktoś  pozbawiony  wyobraźni  mógłby  wracać  w  takich 

background image

warunkach. 

– Tak – odpowie

działa Kate. – W tej chwili. 

– 

Nie chcę się z tobą sprzeczać. 

– 

Świetnie. Więc nie rób tego. 

Naprawdę musiała wracać. Nie mogła się spóźnić do butiku. Poza tym ona 

i Ben byli tylko przypadkowymi znajomymi i nie miała zamiaru się łudzić, że jest 
inaczej. Sk

oro i tak mieli się rozstać, niech się to stanie jak najszybciej. 

– 

Ale  z  pewnością  jesteś  głodna.  –  Kiedy dotarli do szczytu schodów, 

drzwi otworzyły się. Spojrzenie Bena przesunęło się z Kate na stojącego w progu 

starszego, łysiejącego mężczyznę. – Dzień dobry, Parker. 

– Sir. – 

Mężczyzna skinął głową, patrząc na Kate, a potem na taksówkę. – 

Proszę wejść, a ja odwołam helikopter. 

– Jaki helikopter? – 

Korzystając z faktu, że Ben pogrążył się w rozmowie z 

Parkerem, Kate wysunęła dłoń z jego ręki. 

– Zorganizo

wałem małą ekipę poszukiwawczą. Zastanawiałem się, gdzie 

pan jest. 

– 

Jestem dorosły, Parker. 

Mężczyzna rzucił mu spojrzenie pełne urażonej godności. 
– 

To  nie  zmienia  faktu,  że  pan  zaginął.  Wszystko  mogło  się  wydarzyć. 

Pomyślałem, że lepiej będzie sprawdzić. 

– 

Zupełnie  słusznie  –  niechętnie  zgodził  się  Ben.  –  Więc  idź  i  odwołaj 

wszystko. Chwilowo sami o siebie zadbamy. Kiedy skończysz, podaj śniadanie w 
jadalni. 

Gdy odwrócił się do Kate, zobaczył uśmiech na twarzy dziewczyny. 
– Ekipa poszukiwawcza? – 

zapytała unosząc brwi. 

– 

Parker lubi przesadzać – wzruszył ramionami Ben. – Ma skłonność do 

dramatyzowania. 

Kate rozejrzała się po zdobionym sztukaterią holu. 
– 

Wygląda na to, że trafił we właściwe miejsce – stwierdziła. 

– 

Możesz sobie żartować do woli, ale tu jest przynajmniej sucho i ciepło. 

Nie mówiąc już o tym, że wszystko jest pod ręką. – Jego spojrzenie pobiegło 

niżej. – Pusty żołądek daje się we znaki, prawda? 

Rzeczywiście,  pomyślała  Kate,  ale  to  nie  jego  sprawa.  Ekipa 

poszukiwawcza, też coś! Jeżeli potrzebowałaby argumentu, który uświadomiłby 

jej dzielące ich różnice, to miała go na wyciągnięcie ręki. 

– 

Posłuchaj.  –  Zrobiła  krok  do  tyłu.  –  Doceniam  twoją  troskliwość,  ale 

naprawdę muszę już jechać. 

– 

Jeżeli tego chcesz... – Ben zawiesił głos. 

– Tak. 
– Przyna

jmniej pozwól mi zapakować ci ciasto albo owoce na drogę. 

Kate  była  przyjemnie  zaskoczona  tą  propozycją.  Nie  po  raz  pierwszy 

background image

okazało się, że żywy Benjamin West różni się od jej wyobrażeń o nim. Nagle 

poczuła, że uginają się pod nią kolana. Głód i brak snu dawał się porządnie we 

znaki. Stanęła w drzwiach, oddychając głęboko. Liczyła, że zimne powietrze ją 

orzeźwi. Ale było już za późno. Świat powoli ciemniał jej przed oczami. 

– Ben? – 

wyszeptała. 

Odwrócił się do niej i zobaczyła jego szeroko otwarte oczy. 
– 

Czy mógłbyś mnie złapać? 

Wyciągnął  ręce.  Był  to  ostatni  obraz,  jaki  utrwalił  się  w  pamięci  Kate, 

zanim zemdlała w jego ramionach. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Już po raz drugi w ciągu ostatnich dwunastu godzin Kate obudziła się z 

uczuciem,  że  nie  ma  pojęcia,  gdzie  się  znajduje. Tym razem powrót do 

rzeczywistości  zajął  jej  tylko  moment.  Usiadła  na  łóżku  i  rozejrzała  się  po 
gustownie umeblowanym pokoju. 

Zemdlałam,  przypomniała sobie  z  westchnieniem,  i  Ben  mnie  złapał.  A 

teraz  była  prawdopodobnie  w  jednym  z  gościnnych  pokoi.  Budzik na szafce 

nocnej wskazywał siedemnastą trzydzieści. 

Zdumiewające, jak bardzo pomogła jej dodatkowa godzina snu w miękkim 

łóżku.  Czuła  się  o  wiele  lepiej  i  była  wściekle  głodna.  Problem  łatwy  do 

rozwiązania. Wystarczyło zejść na dół i skorzystać z wcześniejszej oferty Bena 
przed powrotem do miasta. 

Z cichym okrzykiem Kate wyskoczyła z łóżka. Ben chyba nie pozwolił jej 

tu spać cały dzień? Podeszła do okna. Za kępą drzew ujrzała zachodzące słońce. 

Kate schwyciła pulower i szybko wciągnęła go na siebie. 
– 

Dobrze by było rozwalić ten budzik – wycedziła przez zęby. – Pewnie 

jemu nigdy coś takiego się nie przytrafiło. 

Pomyślała  o  właścicielu  butiku.  Warunki  umowy  były  jasno 

sprecyzowane.  Jeśli  któraś  z  dziewcząt  nie  mogła  przyjść  do  pracy,  musiała 

przekonująco wyjaśnić przyczynę nieobecności i wskazać kogoś na zastępstwo. 

Dzisiaj Kate nie dopełniła żadnego z tych wymogów. 

Być może Ben sądził, że wyświadcza jej przysługę, pozwalając na tak długi 

odpoczynek, ale to go wcale nie usprawiedliwia. Podjął decyzję nie pytając jej o 

zdanie, a ona zapłaci utratą pracy. 

Kate otworzyła drzwi z czapką i płaszczem w dłoni. Na końcu korytarza 

dostrzegła schody i gniewnie mrucząc ruszyła w ich kierunku. 

 

* * * 

 

Ben odłożył słuchawkę telefonu i wyciągnął się w fotelu. Zastanawiał się, 

czy nie powinien pójść na górę i sprawdzić, co dzieje się z Kate. Fakt, że spała tak 

długo i tak głęboko, potwierdził jego przekonanie, że słusznie postąpił kładąc ją 

do łóżka. Była kompletnie wyczerpana, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. 

K

iedy  wczoraj  postanowił  pojechać  na  wieś,  nawet  przez  myśl  mu  nie 

przeszło, że spędzi tu cały dzień. Nie wpłynęło to niekorzystnie na jego interesy, 

ponieważ  większość  spraw  udało  mu  się  załatwić  telefonicznie,  a  pozostałe 

odłożył na następny  dzień. Już kilkakrotnie sprawdzał, czy nic nie zakłóca jej 

odpoczynku. Nie potrafił sobie odpowiedzieć, co go tam ciągnęło – z pewnością 

głównie troska o jej zdrowie, lecz także jakaś dziwna potrzeba, aby być w jej 

background image

pobliżu. 

Kiedy poszedł na górę po raz pierwszy, długo stał w drzwiach, niezdolny 

do  podjęcia  jakiejkolwiek  decyzji.  Przed  wtargnięciem  powstrzymywało  go 

wspomnienie  ostatniej  nocy  w  samochodzie,  kiedy  trzymał  dziewczynę  w 

ramionach. Może obawiał się swoich pragnień? Nie odchodził, ponieważ widok 

spokojnie śpiącej Kate sprawiał mu niewytłumaczalną radość. 

Kate wyzwalała w nim opiekuńczość. Czy powodowała to jej kruchość, tak 

odczuwalna, gdy niósł ją po schodach na górę? Czy też bezkompromisowość, z 

jaką  podchodziła  do  życia,  jak  gdyby  zdrowy  rozsądek  i  troska  o  własne 

bezpieczeństwo  były  ostatnimi  sprawami,  jakie  brała  pod  uwagę?  Ben  nie 

wiedział,  skąd  biorą  się  jego  odczucia  i  niepokoje.  Przyzwyczajony  do 

natychmiastowego  rozwiązywania  problemów,  był  zaskoczony,  że  z  tym  nie 

może sobie poradzić, i postanowił na razie o tym nie myśleć. 

Odsunął  krzesło  i  szybkim  krokiem  podszedł  do  otwartych  drzwi. 

Wychodząc z pokoju ujrzał Kate schodzącą na dół. 

Cienie  pod  oczami  dziewczyny  zniknęły.  Długi  sen  usunął  ślady 

zmęczenia.  Złagodniały  zaostrzone  przedtem  rysy  twarzy.  Gęste  kasztanowe 

włosy, wczoraj schowane pod czapką, spadały teraz puklami na ramiona. Ubranie 

miała pogniecione i na jednym z policzków odciśnięty ślad. 

Wszystko  to  nadawało  jej  wyraz  niezwykłej  dla  Kate  miękkości  i 

bezradności. Już po chwili wrażenie prysło. Dziewczyna utkwiła w nim zimne 

spojrzenie,  w  którym  z  pewnością  trudno  byłoby  doszukać  się  wdzięczności. 

Oparł się o poręcz w oczekiwaniu ataku z jej strony. 

Do diabła, pomyślała Kate, patrząc na niego ze smutkiem. Oto człowiek, 

którego  lekkomyślne  postępowanie  skomplikowało  jej  życie.  Powinna  być 

wściekła...  Nie,  ona  była  wściekła,  a  jednak  na  widok  Benjamina  Westa, 

czekającego u podnóża schodów, przebiegł ją lekki dreszcz. 

Wcale  nie  jestem  zadowolona,  że  go  widzę,  przekonywała  siebie.  Cóż, 

może jednak jestem..., ale naprawdę tylko trochę. Na przekór tym odczuciom, 

odezwała się podniesionym głosem: 

– 

Jak  mogłeś  pozwolić  mi  spać  przez  cały  dzień?  Zobacz,  która  jest 

godzina! 

– 

Siedemnasta czterdzieści pięć – obwieścił Ben, jak gdyby wszystko było 

w porządku. – A przy okazji, dobry wieczór. 

– Dobry? Nie ma w nim nic dobrego! 

Kate odsunęła się, lecz mimo tego stali oddaleni od siebie zaledwie o kilka 

centymetrów  i  dziewczyna  przez  cały  czas  miała  świadomość  jego  bliskości. 

Bliskości,  która  robiła  na  niej  zbyt  silne  wrażenie.  Zadrżała,  kiedy  Ben 

sprawdzając godzinę musnął ją ramieniem. 

Patrzyła na niego i myślała, jak bardzo różni się od większości mężczyzn, 

którzy tracili otaczającą ich aurę męskości i siły wraz z rozluźnieniem krawata i 

background image

zdjęciem marynarki. Ben nawet w dżinsach i luźnym swetrze sprawiał wrażenie 

mocnego człowieka. 

– 

Coś nie w porządku? 

– 

Coś? – Kate spojrzała na niego ze złością. – Wszystko, a nie coś. 

– Jak to? 
– 

Przede wszystkim straciłam pracę. A poza tym, Arnie pewnie szaleje z 

niepokoju n

a myśl o tym, że zniknęłam bez śladu z taksówką... 

Ben podniósł rękę, żeby jej przerwać, i chyba był zaskoczony, że mu się to 

udało. 

– 

Jeżeli tylko  tym  się  przejmujesz,  to  możesz się uspokoić.  Dzwoniłem 

rano  do  Arniego  i  wyjaśniłem,  co  się  stało.  Przestał  się  denerwować,  kiedy 

przedstawiłem mu całą sytuację. 

Kate  aż zmrużyła  oczy,  usiłując  wyobrazić  sobie  Arniego, który  się nie 

martwił, ponieważ zamartwianie się leżało w jego naturze. I co właściwie miał na 

myśli Ben mówiąc o „przedstawieniu sytuacji”? 

– K

azał ci przekazać, że czeka na ciebie – ciągnął Ben – ale dopiero wtedy, 

kiedy będziesz wypoczęta i najedzona. 

– 

Tak powiedział? 

– 

Dokładnie. 

– Akurat! 
– 

Szczerze mówiąc, był bardzo wyrozumiały. – Ben nie zwracał uwagi na 

jej niedowierzanie. 

– Tak, kiedy m

u powiedziałeś, jak się nazywasz – rzuciła oskarżycielskim 

tonem. 

– 

Oczywiście, że mu się przedstawiłem. Dlaczego nie? 

– Dlaczego nie? – 

powtórzyła Kate, żałując, że nie słyszała tej rozmowy. 

Arnie wyznawał zasadę zastraszania innych, demonstrując maniery sierżanta w 

koszarach.  Prawdopodobnie  po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu  znalazł  się  w 

odwrotnej niż zwykle sytuacji. Dla Benjamina Westa było to wyjątkowo proste. 

Wystarczyła magia jego nazwiska, aby Arnie zrezygnował ze swoich metod. 

– 

W  każdym  razie  nie  straciłaś  pracy,  więc  możesz  przestać  się 

przejmować. 

Rozbawienie Kate zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. 
– 

Nie rozumiesz. Taksówkę prowadzę tylko w nocy. W dzień pracuję w 

butiku na Madison... albo raczej powinnam powiedzieć, że pracowałam w butiku 

na Madison. Chyba że... – Nagle uderzyła ją pewna myśl. – Czy w Nowym Jorku 

też padał śnieg? Może zamknęli ruch w mieście? 

Jej twarz była tak pełna nadziei, że Ben odczuł wyraźną przykrość na myśl, 

że musi ją rozczarować. 

– 

Obawiam  się,  że  nie.  Największa  śnieżyca  dotknęła  Connecticut.  W 

Nowym Jorku prawie nie padało. 

background image

– 

No cóż. – Kate z rezygnacją wzruszyła ramionami. – Zdaje się, że w ten 

sposób zakończyła się moja praca u pana Raphaela. 

– U kogo? 
– 

To właściciel butiku – wyjaśniła Kate, unikając spojrzenia Bena. – Nie 

patrz tak na mnie. To nie ja wybierałam mu imię. 

– 

Jego matka chyba też nie. 

– 

Masz rację. Kiedyś widziałam jego dokumenty. Naprawdę nazywa się 

Melvin Schwartz. 

– 

To imię bardziej mi się podoba. 

– 

Łatwo  ci  mówić.  Ty  nie  musisz  się  starać,  aby  sprzedać  elicie  na 

Manhattanie kosztowne sukienki. Wierz mi, wygląd jest bardzo ważny. 

– 

Wytłumacz to nieszczęsnej mamie Schwartz. 

– 

Jakiej nieszczęsnej mamie Schwartz? Dzięki hojności synka ma futro z 

norek i mieszkanie nad oceanem w Miami. Mając tak dobrze prosperującą firmę 

mógłby się nazywać Fido i też nie miałaby nic przeciwko temu. 

– 

Jeżeli  interes  kwitnie,  dlaczego  jesteś  taka  pewna,  że  zostaniesz 

wyrzucona? 

– 

Bo  takie  są  zasady  –  wyjaśniła  Kate.  –  Warunki  są  doskonałe,  a  to 

oznacza także, że zawsze jest mnóstwo chętnych pod ręką. Pan Raphael polega na 

nas  i  płaci  bardzo  dobrze,  ale  dlatego  nie  toleruje  nie  usprawiedliwionych 

nieobecności. Jedno potknięcie i wylatujesz. 

Jako  pracodawca  Ben  akceptował  racje  właściciela butiku, ale w tej 

konkretnej sytuacji doskonale wiedział, że Kate nie zawiniła. 

– 

Mógłbym do niego zadzwonić – zaczął. 

– 

Nawet się nie waż. 

– 

Przecież  to  moja  wina.  Nie  mogę  pozwolić,  żebyś  ty  ponosiła 

konsekwencje moich decyzji. 

– 

Nieważne. Nie chcę, żebyś się mieszał w moje życie. 

– 

Jeśli to, co mówisz, ma w ogóle jakiś sens, to ja go nie dostrzegam – 

powiedział spokojnie Ben. 

– 

Wiesz dobrze, co mam na myśli. – Spojrzała na niego. – Zostaw to mnie. 

Coś wymyślę. 

Wiedziała, że sobie poradzi. Zawsze tak było. Wszystko, do czego doszła, 

zawdzięczała sobie, co wcale nie oznaczało, że rodzice nie chcieli jej pomóc. Po 

prostu  mieli  ograniczone  możliwości.  Przyzwyczaiła  się  do  wysiłku  i 

pokonywania trudności. Czasem jednak nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby 

los był dla niej łaskawszy. 

Związała  włosy  i  schowała  je  pod  czapeczkę.  Ben  patrzył,  jak  wkłada 

płaszcz. 

– 

Wybierasz się gdzieś? – zapytał. 

– 

Oczywiście, że się wybieram – mruknęła. – A co sobie myślałeś? 

background image

– 

Że możesz być głodna. 

– 

Chcesz mnie zaprosić do stołu? 

– 

Parker czeka z pieczenią. 

Na myśl o pieczeni pociekła jej ślinka. A już myślała, że Ben najchętniej 

objada się homarami i kawiorem. 

– 

Z ziemniakami i marchewką? – zapytała łakomie. 

– 

Z ziemniakami, marchewką... – zawiesił głos – i mnóstwem sucharów do 

maczania w sosie. 

– Brzmi to cudownie. – 

Kate błyskawicznie ściągnęła płaszcz i powiesiła 

go na poręczy. – Prowadź. 

– 

Nie tak szybko. Czy mama nigdy ci nie mówiła, że siadanie do posiłku w 

nakryciu głowy jest w złym tonie? 

– 

Ta reguła dotyczy mężczyzn, a nie kobiet – poinformowała go Kate. 

– 

To  jest  mój  dom  i  obowiązują  tu  moje  zasady.  –  Ben  powoli  zsunął 

czapkę  z  głowy  Kate.  Ciężkie  włosy  rozsypały  się  na  ramiona.  Były  lśniące, 

jedwabiste i nieprawdopodobnie gęste. Patrzył na nie, z trudem powstrzymując 

pragnienie, aby zanurzyć w nich palce. 

Czapka wylądowała na płaszczu. 
– 

Masz piękne włosy – powiedział Ben. – Dlaczego je ukrywasz? 

– 

Kiedy prowadzę taksówkę, wolę, żeby nie było to takie oczywiste, że 

jestem kobietą. 

Ben skinął głową ze zrozumieniem i Kate zobaczyła, że marszczy brwi, jak 

gdyby  przejął  się  tym,  co  powiedziała.  Czekała  teraz,  co  dalej  nastąpi. 

Zmobilizowała wszystkie rezerwy cierpliwości, a nie miała jej za wiele. 

– Idziesz? – 

Ben poruszył się. – Jadalnia jest tam. 

– Jasne – 

zapewniła go. Rozluźniła się i na jej twarzy pojawił się uśmiech. 

Chociaż na środku pokoju stał olbrzymi stół, nakryty został mały stolik w 

kąciku  tuż  obok  okna.  Piękny  widok  przestał  znaczyć  cokolwiek  dla  Kate  z 

chwilą, gdy spróbowała pieczeni Parkera. Po krótkim czasie nałożyła sobie drugą 

porcję.  Ben, który  grzebał  widelcem  w  talerzu,  patrzył  na nią z  nie ukrywaną 

przyjemnością. 

– 

Cieszę się, że nie jesteś skrępowana – stwierdził, kiedy Parker przyniósł 

kawę, a oczy Kate zalśniły na wzmiankę o eklerach. 

–  Kto, ja? – 

Kate sowicie dolała śmietanki do kawy i osłodziła dwiema 

czubatymi łyżeczkami cukru. – Chyba żartujesz. 

– Ach tak. – 

Ben uśmiechnął się. – Zupełnie zapomniałem. Przecież to ty 

omal nie przewróciłaś mnie na ziemię, żeby wejść w posiadanie pączka. 

P

arker  ze  zdziwieniem  uniósł  brwi  i  postanowił  nie  opuszczać  jadalni, 

zanim nie usłyszy odpowiedzi. 

– 

Ale dałam ci połowę, mimo że na to nie zasługiwałeś. Nawet z pełnymi 

ustami, Ben nie mógł pozostawić tego stwierdzenia bez odpowiedzi. 

background image

– 

To już kwestia indywidualnej oceny – wykrztusił. 

– 

Oczywiście – odparła słodko Kate. – Tak jak wszystko. 

Ben  przesłał  Parkerowi  znaczące  spojrzenie.  Służący  wycofał  się, 

mamrocząc coś pod nosem. 

Kate  uniosła  eklera  i  z  lubością  wciągnęła  zapach  czekolady.  Na  razie 

pragnęła  tylko  wdychać  ten  aromat.  Dopiero  za  chwilę  rzuci  się  na  ciastko  i 

jeszcze obliże po nim palce. 

– Jedz – 

zachęcał ją Ben. – Jest jeszcze więcej w kuchni. 

– 

Nie chcę więcej. – Kate ugryzła ciastko i żuła je z błogą miną. – Jedno 

wystarczy. Po tym posiłku i tak na pewno utyję. 

– 

Chyba możesz sobie na to spokojnie pozwolić. 

– 

Możliwe.  –  Kate  wzruszyła  ramionami,  nie  wykazując  zbytniego 

zainteresowania tematem. – 

Poza  tym  dla  mnie  najważniejszy  jest  zapach. 

Czytałam gdzieś, że doznania węchowe pozostają najdłużej w pamięci. 

Ben odsunął talerz. Obserwowanie Kate było o wiele bardziej interesujące 

niż jedzenie. 

– 

A z jakim wspomnieniem wiąże się dla ciebie ten zapach? – zapytał. 

– 

Dzieciństwa.  –  Ponownie  odgryzła  kęs.  –  Chłodne  wieczory,  ciepła 

kuchnia i świeże ciasto. 

– 

Pewnie twoja matka jest dobrą kucharką? 

– 

Najlepszą  –  odrzekła,  po  czym  uśmiechnęła  się.  –  Każdy  tak  mówi, 

prawda? 

– 

Ja nie. Moja mama potrafiła spaprać nawet zupę z proszku. 

– 

Biedaku. Wolne dni kucharki musiały być dla ciebie piekłem. 

Ben otarł usta chusteczką. 
– 

Nie mieliśmy kucharki. 

– 

Gospodynię? 

– 

Pudło. 

– 

A więc służącą? – Kate spojrzała łakomie na ciastko leżące przed Benem. 

Tłumiąc uśmiech, popchnął talerz w jej stronę. 

– 

Sprzątaczkę o imieniu Rosa. Przychodziła raz w tygodniu i jeśli nawet 

potrafiła gotować, nie dane mi było się o tym przekonać. 

– 

A ja myślałam... – Kate poczuła się nagle bardzo niezręcznie i zawiesiła 

głos. 

– 

Że jestem w czepku urodzony? 

– 

Coś w tym rodzaju. 

– 

Tak to jest, kiedy się wierzy we wszystko, co opublikują gazety – pokiwał 

głową  Ben.  Dzięki  Bogu  miał  uśmiech  na  twarzy,  chociaż  mógł  się  przecież 

rozzłościć. 

– 

W porządku, przepraszam za wyciąganie pochopnych wniosków. – Kate 

wycelowała w niego wskazujący palec. 

background image

– 

Niezbyt często to robię, więc masz wyjątkowe szczęście. 

– 

Uwierz mi, że zawsze mam. – Ben spojrzał na jej pusty talerz. – Jesteś 

pewna, że nie masz ochoty na jeszcze jednego eklera? 

– 

Na pewno nie, chociaż są świetne. Dziękuję. 

– 

Odnoszę  wrażenie  –  zaczął  –  że  sporo  czasu  dzieli  cię  od  dni,  które 

spędzałaś w ciepłej kuchni i zajadałaś świeże ciasto. 

– 

To wspomnienia z dzieciństwa. – Spojrzała na niego. 

– 

A teraz jestem dorosła. 

– 

Widzę. – Ben powoli skinął głową. Nie zamierzał jej mówić, że w zbyt 

obszernym swetrze i spranych dżinsach wygląda jak opuszczone dziecko. Szybko 

odsunął od siebie tę myśl. – A więc pewnie nie mieszkasz już w domu. 

– 

Już od lat tam nie mieszkam – potrząsnęła głową. 

Z reguły nie odpowiadała na tak osobiste pytania, ale teraz nie widziała w 

tym nic niestosownego. Wyczuwała szczere i serdeczne zainteresowanie Bena. 

– 

Wynajmuję mieszkanie w mieście wspólnie z pewną dziewczyną. – Kate 

przerwała na chwilę i uśmiechnęła się. 

– 

Ma na imię Maggie i jest zupełnie zwariowana. 

– 

Wyobrażam sobie. 

– 

Jest  katoliczką.  Po  ukończeniu  szkoły  prowadzonej przez siostry 

zbuntowała się przeciwko zasadom tego wychowania. 

– 

Jestem pewien, że świetnie się dogadujecie. 

– 

Rzeczywiście. 

– A co z twoimi rodzicami? – 

spytał Ben. – Mieszkają tu jeszcze? 

– 

Mama  miała  już  dosyć  Nowego  Jorku,  a  tata  uznał,  że  to  doskonały 

pretekst, żeby się przenieść do Las Vegas. 

Mógłby  się  założyć,  że  wychowanie  Kate  nie  było  tak  staranne  jak  jej 

przyjaciółki. 

– 

Wygląda na to, że z niego niezły hazardzista. 

–  To prawda. – 

Uśmiechnęła  się.  –  I  jest  w  tym  dobry.  Często  się 

przechwa

la, że z kasyna przynosi więcej niż z pracy. 

– 

Szczęściarz – zauważył Ben. Parker wyrósł jakby spod ziemi i zaczął 

sprzątać talerze. – Powiedz mi, kiedy zawita tutaj, żebym mógł ostrzec moich 

łudzi w Atlantic City. 

– 

Twoich  ludzi?  A  tak,  zapomniałam.  Hotel  i Kasyno Westcon – 

największy kompleks wypoczynkowy na wybrzeżu. 

Ostatnie zdanie było cytatem zaczerpniętym z reklamy. Ben zastanawiał 

się, dlaczego wyglądała na zdenerwowaną po tym, gdy je wygłosiła. 

Kate odłożyła serwetkę i wstała. Podczas posiłku czuła się tak odprężona, 

że niemal zapomniała o pozycji społecznej Bena. Traktował ją jak interesującą 

kobietę i miała wrażenie, że znajduje się na jednej z tych rzadkich pierwszych 

randek, kiedy ma się ochotę bliżej poznać mężczyznę, z którym właśnie spędza 

background image

s

ię czas. 

Ale to nie była randka i nie mogła się spodziewać, że jeszcze kiedykolwiek 

zobaczy Bena. Wystarczyło pomyśleć o dzielących ich różnicach. 

– 

Nie przejmowałabym się na twoim miejscu – stwierdziła sucho. – Wielka 

wygrana dla niego jest zupełnie małą kwotą dla ciebie. 

Ben zastanawiał się, czy Kate zachowuje się tak z rozmysłem. Jej nastroje 

były zmienne jak wiatr. 

– 

Rozumiem, że wychodzisz? – zapytał. 

– 

Tak. Już czas, nie sądzisz? 

– Nie. 

Będzie mu jej brakowało. Po jej wyjściu pójdzie do biblioteki i dokończy 

wcześniej  rozpoczętą  pracę.  Tylko  że  bez  Kate  śpiącej  na  górze  dom  w  jakiś 
sposób opustoszeje. 

Będzie miał ciszę, spokój, to wszystko, po co zazwyczaj przyjeżdżał do 

Wilton. Tylko że dzisiaj nie wydało mu się to aż tak pociągające. 

–  Jeszcze raz ch

ciałabym  podziękować  ci  za  obiad  –  powiedziała  Kate. 

Przeszła do holu, włożyła płaszcz i czapkę, po czym odwróciła się do niego. – 

Przepraszam, że krzyczałam na ciebie. 

– 

Nieważne. Byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybyś zechciała zostać na noc 

i pojechać jutro rano. 

– 

Nie, chyba nie mogę. – Nie było sensu przystawać na tę propozycję, tak 

samo, jak zastanawiać się, dlaczego to zrobił. Wyjdzie stąd i na tym skończy się 

ich krótka znajomość. Następnym razem zobaczy Benjamina Westa w dzienniku 
telewizyjnym, opowia

dającego o swojej najnowszej transakcji, a za kilka lat te 

wspólne godziny będą tylko pogodnym wspomnieniem i niczym więcej. 

– Poza tym Arnie na mnie czeka – 

dodała. 

– 

Przecież  nie  będziesz  jechała  po  nocy  tym  rozwalającym  się 

samochodem. 

Palce Kate zacisn

ęły  się  na  klamce.  Przez  witraże  w  drzwiach  widziała 

auto, tak bardzo nie pasujące do tego otoczenia. 

– 

Jasne, że będę. Na tym polega moja praca – odparła stanowczo. 

Przez lata Ben nauczył się ufać swojej intuicji. Zrozumiał, że kiedy Kate 

Hallaby wyjdzie 

z tego domu, nigdy więcej jej nie zobaczy. Powinno być mu to 

obojętne, ale tak nie było. Nie miał czasu, żeby zastanawiać się nad przyczyną 

swego stanu ducha. Zaryzykował. 

– 

Zadzwoń do Nowego Jorku i rzuć tę robotę. Chcę, żebyś teraz pracowała 

dla mnie. 

background image

R

OZDZIAŁ 5 

 

Kate  otworzyła  drzwi,  zanim  dotarł  do  niej  sens  słów  Bena.  Podmuch 

zimnego  powietrza  wpadł  do  holu.  Powoli  i  z  rozwagą  dziewczyna  zamknęła 

drzwi i spojrzała na niego– Co powiedziałeś? 

– 

Zaproponowałem ci pracę. 

– Dlaczego? 

Z  wielu  możliwych  i  skomplikowanych  odpowiedzi  Ben  wybrał 

najprostszą. 

– 

Ponieważ jej potrzebujesz. 

– Nie, to nieprawda. – 

Kate umilkła, żeby pozbierać myśli. – Arnie będzie 

wściekły, ale mnie nie zwolni. 

– Wie, co robi. – 

Ben poczuł się nieco lepiej. – Ale ja też wiem, że kobieta, 

która pracuje po nocach za kiepskie pieniądze, potrzebuje dobrze płatnej pracy w 

zwykłych godzinach, tym bardziej że nie wiemy jeszcze, jak zachowa się pan 
Raphael. 

– 

W  porządku,  może  rzeczywiście  moja  sytuacja  w  tej  chwili  nie  jest 

najlepsza, ale co to ciebie obchodzi? 

– 

A  kto  mówi,  że  obchodzi?  –  odparował  Ben  i  ujrzał,  jak  twarz  Kate 

pokrywa  się  rumieńcem.  –  Po prostu szukam szofera. Ten, którego teraz 

zatrudniam, żeni się, a ponieważ jego narzeczona musi przenieść się do innego 
miasta, on jed

zie razem z nią. 

– 

Opuszczając cię w potrzebie. 

– 

Otóż to. 

Akurat, pomyślała Kate. Wystarczyłoby przecież, żeby Ben zadzwonił do 

odpowiedniej agencji i w ciągu kilku godzin miałby nie jednego, a co najmniej 
kilku licencjonowanych kierowców. Nawet nie musia

łby  sam  się  fatygować, 

wystarczyło wydać polecenie. Działo się coś dziwnego, coś bardzo dziwnego. 

– 

Skąd wiesz, że mam odpowiednie kwalifikacje? – zapytała. 

– 

Jeżeli  potrafisz  prowadzić  tę  nędzną  imitację  samochodu,  to  jestem 

pewien, że poradzisz sobie z lincolnem.  Z pewnością lubisz zajęcie kierowcy. 

Gdyby tak nie było, nie robiłabyś tego dotychczas. No i przecież znasz Nowy Jork 

jak własną kieszeń. 

Miał rację, ale Kate wcale nie zamierzała tego potwierdzać. Podobnie jak 

nie chciała rezygnować z własnej niezależności dla wątpliwego zaszczytu, jakim 

była  posada  kierowcy  Benjamina  Westa.  Jego  propozycja  była  niemal 

uwłaczająca.  W  ciągu  ostatnich  godzin  Kate  cieszyła  się  jego  towarzystwem, 

traktowała  go  jak  niezwykle  atrakcyjnego  mężczyznę.  Okazało  się,  że  on  nie 

dostrzegł w niej kobiety, tylko kandydatkę na szofera. 

– Twoja propozycja jest niezwykle atrakcyjna – 

stwierdziła ironicznie. – 

background image

Jestem pewna, że inni będą się zabijali o tę pracę, nie chciałabym więc odbierać 
im takiej szansy. 

Otworzyła  szeroko  drzwi  i  tym  razem  z  przyjemnością  powitała  zimne 

powietrze. 

– 

Chętnie jeszcze raz podziękowałabym ci za obiad – dodała. – Ale skoro 

okazało się, że była to rozmowa kwalifikacyjna, jestem nieco mniej wdzięczna. 

Ben wyszedł za nią na werandę. 
– 

Czy to znaczy, że odrzucasz moją ofertę? 

– 

Na to wygląda. 

– 

Nie zapytałaś nawet o wynagrodzenie. – Ben ze zdumieniem zdał sobie 

sprawę, że idzie za nią w stronę samochodu. – Ani o warunki pracy. 

– 

To  nieważne.  –  Klamka  była  przeraźliwie  zimna.  Kate  sięgnęła  do 

kieszeni po rękawiczki. – Nie interesuje mnie to. 

– A powinno. 
– 

Kwestionujesz moją decyzję? – Wśliznęła się za kierownicę. 

–  Tak.  – 

Ben z wysiłkiem powstrzymał się, żeby nie dodać „do ciężkiej 

cholery”. Był rozdrażniony. Prawdopodobnie Kate Hallaby przyszła na świat po 

to,  aby  stale  wyprowadzać  go  z  równowagi.  Ta  kobieta  nie  miała  za  grosz 

zdrowego rozsądku. 

–  No widzisz – 

powiedziała  łagodnie  Kate.  –  Na  pewno  nie  chciałbyś 

zatrudniać  kogoś,  kto  nie  potrafi  dokonać  właściwego  wyboru.  To  miłe,  że 

przedstawiłeś mi tę propozycję, ale jestem pewna, że nic dobrego by z tego nie 

wyniknęło. 

Zatrzasnęła  drzwi  i  włączyła  stacyjkę.  Silnik  zaskoczył  już  za  drugim 

razem. Zwalczyła w sobie pokusę, by jeszcze raz spojrzeć na Bena, i ruszyła. 

Może to najlepsze rozwiązanie, pomyślał Ben. Jutro, a najpóźniej za kilka 

dni zapomni o niej. Trzeba polecić Donaldowi, żeby znalazł nowego kierowcę. 

Nagle błysnęła mu myśl, że po raz pierwszy od dłuższego czasu spotkał kogoś, 

kto zupełnie nic od niego nie chciał. 

Wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. 
 

* * * 

 
– 

Jak  myślisz,  czy  trzydzieści  pięć  metrów  kwadratowych  znaczy 

cokolwiek dla Benjamina Westa? 

Kate siedziała na podłodze, studiując gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o 

pracy w weekendy. Podniosła głowę i spojrzała na swoją współlokatorkę, Maggie 

Jones, stojącą w drzwiach z olbrzymim koszem imponujących lilii. 

Przywitała ten widok z głębokim westchnieniem. 
– 

Przysięgam, że jeżeli on przyśle jeszcze choćby jeden kwiatek, któraś z 

nas  będzie  musiała  się  wyprowadzić  –  narzekała  Maggie.  Kwiaty  przysyłano 

background image

codziennie od powrotu Kate z Wilton. 

Pierwszy bukiet wsadziły do jedynego wazonu, jaki posiadały, a następne 

umieszczane  były  w  każdym  nadającym  się  do  tego  celu  naczyniu.  Teraz 

zaczynało już brakować miejsca w ich małym, dwupokojowym mieszkanku. W 

dodatku silny zapach kwiatów przyprawiał dziewczęta o ból głowy. 

– 

Pozwoliłam  sobie  otworzyć  kopertę.  –  Maggie  wstawiła  lilie  do 

glinianego  pojemnika  i  ustawiła  je  na  podłodze.  –  Napisał  to,  co  zwykle: 

„Zadzwoń do mnie, Ben”. 

– 

Wrzuć kartkę tam, gdzie poprzednie – machnęła ręką Kate. 

– 

Co ja dostanę za bieganie w tę i z powrotem? 

–  Masz kwiaty. – 

Kate  uśmiechnęła  się.  –  Sama  mówiłaś,  że  lubisz  je 

dostawać. Twierdziłaś, że to takie romantyczne. 

– 

Nie  wiem,  czy  zauważyłaś,  że  żaden  z  tych  bukietów  nie  jest 

przeznaczony dla mnie – 

odparła Maggie. – Było to romantyczne na początku, 

teraz robi się cokolwiek dziwne. 

– 

Zgadzam się. – Kate rzuciła gazetę na kanapę. 

– 

To powiedz mu, żeby przestał. 

– 

Nie zadzwonię do Benjamina Westa. 

– Dlaczego? 
– 

Wyjaśniałam ci już – powiedziała podniesionym głosem Kate. Maggie 

posiadała niezwykle przydatną dla niej umiejętność zapominania o tym, z czym 

się nie zgadzała. – Bo nie interesuje mnie ani on, ani to, co ma do powiedzenia. 

– 

Gdyby  Benjamin  West  uganiał  się  za  mną,  już  wkrótce  byłabym 

współwłaścicielką Westcon Plaza. 

– 

Maggie, ten facet chce, żebym mu prowadziła samochód! 

– 

Kto by się przejmował szczegółami? Traktuj to jako dobry początek. 

– 

Początek czego? 

– 

To  już  zależy  od  ciebie,  prawda?  Jak  sądzisz,  czy  Ben  West  często 

przesyła kwiaty ewentualnym pracownikom? 

Kate położyła się na podłodze. 
– 

Mogłabyś przynajmniej dać mu szansę. 

– 

Dałam mu szansę. – Kate przypomniała sobie wspólną kolację i swoje 

późniejsze rozczarowanie. – I zobacz, do czego to doprowadziło. 

–  Rzeczyw

iście,  zapomniałam.  –  Maggie  rozejrzała  się  po  ukwieconym 

pokoju. – 

To mnie doprowadza do szaleństwa... Ale nie zapominaj, że on ci złożył 

ofertę, z której mogłabyś skorzystać. Wysoka pensja, dobre warunki pracy... 

– 

Nie rozmawialiśmy o tym. 

– 

Jestem  przekonana,  że  te  pieniądze  pozwoliłyby  ci  nieźle  żyć  i  przy 

okazji odłożyć na studia. – Maggie zmrużyła oczy. – Powiedziałaś mu, że został 
ci tylko jeden semestr? 

– 

Szczerze mówiąc, nie. 

background image

– 

Na litość boską, dlaczego? 

– 

Jakoś nie było okazji – uśmiechnęła się Kate. 

– 

A czy w ogóle poinformowałaś go, że studiujesz prawo? 

– 

Niezupełnie... 

– 

Nic  nie  mów,  niech  zgadnę.  Pewnie  nie  miałaś  czasu.  Świetnie  to 

rozumiem. W końcu spędziłaś z nim tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdybyś 

miała do dyspozycji dwa dni albo jeszcze lepiej trzy... 

–  Przestaniesz wreszcie? – 

Kate próbowała przybrać groźny ton, ale nie 

wytrzymała i zaczęła chichotać. 

– No to powiedz mi. 
– 

Nie chciałam o tym mówić. 

– 

Ależ dlaczego? 

– 

Sama nie wiem. Gdybym powiedziała mu o tych studiach, to byłoby tak, 

jakbym chciała się dowartościować w jego oczach. Jak gdybym próbowała zrobić 

na nim wrażenie, o co z pewnością mi nie chodziło. 

– 

Oczywiście,  że  nie  –  mruknęła  Maggie.  –  Właściwie  dlaczego 

ktokolwiek chciałby zrobić wrażenie na Benjaminie Weście? 

– 

Dosyć tego! – Kate wstała gwałtownie i ruszyła w stronę szafy. – Jeszcze 

jedno słowo i znajdę sobie nową współlokatorkę. 

– 

Nie możesz tego zrobić – zaoponowała Maggie. – Na umowie znajduje 

się również moje nazwisko. 

– 

Wobec tego sama się wyprowadzę. 

– 

Gdzie?  Na  ulicę?  Ledwie  wystarcza  ci  na  opłatę  tego  mieszkania.  – 

Maggie przyglądała się, jak Kate wkłada kurtkę. – Gdzie idziesz? 

– 

Do pralni. Zapomniałaś, że w tym tygodniu moja kolej? 

– 

Masz  ochotę  na  towarzystwo?  –  Nie  czekając  na  odpowiedź,  Maggie 

chwyciła jedną z dwóch dużych toreb stojących przy drzwiach. 

– 

Chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa? – Kate podniosła drugą torbę. 

–  Chyba tak – 

uśmiechnęła  się  Maggie.  –  Ale  nie  martw  się.  Przyjdzie 

dzień, kiedy zmądrzejesz i zaczniesz myśleć tak jak ja. 

Kate wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je powoli. 
– 

Tego się właśnie obawiam – powiedziała w końcu. 

 

* * * 

 

Ben wprowadził do pamięci komputera dane, nad którymi przed chwilą 

pracował, i zamknął oczy. Przycisnął palce do skroni. Ból rozsadzał mu głowę. 

Włączył przycisk interkomu. 
– 

Jody, czy mogłabyś mi przynieść ze dwie aspiryny? – zapytał. 

– 

Oczywiście, panie West. Zaraz przyjdę. 

Ben  odsunął  krzesło  i  wstał,  próbując  rozluźnić  mięśnie  karku.  Zapadał 

background image

zmierzch. Wzdłuż Manhattanu zapalały się światła. Stanął przy jednym z dwóch 
ogromnych okien. 

Błyszczący Nowy Jork, miasto wiecznej obietnicy. Poniżej znajdowała się 

słynna  Piąta  Ulica.  Uświadomił  sobie,  jak  długą  drogę  przebył  w  ciągu 

trzydziestu  sześciu  lat.  Spróbował  wszystkiego,  co  to  miasto  miało  do 

zaoferowania, i nie żałował niczego. 

Ben popatrzył z góry na zatłoczoną ulicę. Ludzie śpieszyli się, samochody 

pędziły.  Widział  zmieniające  się  światła.  Był  zbyt  wysoko,  aby  słyszeć  ryk 

klaksonów, ale z łatwością mógł to sobie wyobrazić. Nowy Jork był hałaśliwy jak 
zwykle. 

Taksówka  minęła  autobus.  Ben  uśmiechnął  się  na  ten  widok.  Kate  lada 

moment zacznie pracę. Zapali napis „wolne” i zapewne z zapałem przyłączy się 

do walki o pasażerów. 

Zastanawiał się, czy była najedzona i wypoczęta. Czy szukała zajęcia i czy 

ją ktoś w końcu zatrudnił. Przez ostatnie sześć dni obiecywał sobie nie myśleć o 

niej  więcej,  ale  jakoś  nie  mógł  dotrzymać  tego  postanowienia.  Wysyłał  więc 

kwiaty, tuziny kwiatów, ale ona milczała. Do diabła, powinien przysyłać jej steki. 

Miałby  przynajmniej  pewność,  że  kładzie  się  spać  najedzona.  Ale  wtedy 

wiedziałaby, że się o nią niepokoi i zastanawiałaby się, dlaczego tak się dzieje. 

Jak mógłby odpowiedzieć na to pytanie, skoro sam nie był pewien, skąd się bierze 
jego troska? 

Nagle rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. 
– 

Proszę.  –  Ben  odwrócił  się  od  okna.  Spodziewał  się  sekretarki,  lecz 

zamiast niej ujrzał swojego asystenta. 

– 

Kiedy szedłem tutaj, Jody poprosiła mnie, żebym ci to przyniósł. 

Donald Rubin był drobnym, szczupłym mężczyzną po czterdziestce. Nosił 

rogowe okulary i zaczesywał włosy do przodu, aby ukryć postępującą łysinę. W 

ręce trzymał fiolkę aspiryny. 

– 

Dziękuję.  –  Ben  podszedł  do  małego  barku  w  rogu  gabinetu.  Kiedy 

nalewał wodę do szklanki, zdał sobie sprawę, że ból głowy minął bez śladu. 

– 

Właściwie dlaczego chciałeś się ze mną widzieć? Donald przysiadł na 

skraju biurka. 

– 

Ci  z  programu  „Słynni  ludzie”  czekają  na  dole  –  poinformował.  – 

Chcieliby przyjść tutaj. 

– Nie ma mowy. 
– 

Obiecałeś im, że będą mogli kręcić w Westcon Plaza – zauważył Donald. 

Wiedział już, że Ben się nie zgodzi, ale przyrzekł Morganowi Peach, że zrobi 
wszystko, co w jego mocy. 

– 

Znali  zasady.  Mogą  kręcić  wszędzie,  ale  nie  w  miejscu  pracy  i  w 

wynajmowanych częściach budynku. – Ben odłożył fiolkę. 

– 

Kilku  twoich  sławnych  lokatorów  pozwoliło  im  wejść  do  swoich 

background image

apartamentów. 

Ben potrząsnął głową. Nigdy nie przestawało go zdumiewać, jak daleko 

potrafią  posunąć  się  ludzie  w  pogoni  za  popularnością.  W  jego  sytuacji  brak 

prywatności był ceną, jaką płacił za swoją pozycję, ale z trudem to akceptował. 

– 

To już ich sprawa. 

– 

Pan Peach zastanawiał się, czy nie chciałbyś postąpić podobnie. 

Ben rzucił mu spojrzenie pełne nienawiści. 
– 

Hej,  nie  patrz  tak  na  mnie.  Jestem  tylko  posłańcem  –  zaprotestował 

Donald. 

– 

Powinieneś wiedzieć, jak zareaguję. 

– 

On chciałby sfilmować tylko twoje biuro. 

– 

Zatrudniłem cię chyba wyłącznie ze względu na twoją wytrwałość. – Ben 

ciężko usiadł na krześle. 

– 

Zapomniałeś o moim doktoracie na Harvardzie – uśmiechnął się Donald. 

– 

A tak. No więc idź i użyj siły swojego intelektu w kontakcie z panem 

Peachem. Niech sobie sfilmuje fontannę i pozwól mu też pomachać kamerą z 

windy. Stawiam jeden warunek, mają z tym dzisiaj skończyć. 

– 

W  porządku.  –  Donald  wstał  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  –  Aha, jeszcze 

jedno. 

Ben 

czekał, popijając powoli wodę. 

–  Kwiaty dla... – 

Donald  pogrzebał  w  kieszeni  i  wyciągnął  stamtąd 

pognieciony świstek papieru – ...panny Kate Hallaby. Wysyłano je codziennie w 

tym tygodniu, z wyjątkiem dzisiejszego dnia. Chciałem się tylko upewnić, czy nie 

zapomniałeś.  Wiem,  że  jest  już  późno,  ale  kwiaciarnia  przyjmie  jeszcze 
zamówienie... 

– Nie – 

przerwał Ben. – Nie zapomniałem. 

Donald zgniótł papier i wsadził go z powrotem do kieszeni. Znał nie tylko 

sprawy zawodowe Bena, ale także jego życie osobiste. Byli przyjaciółmi i Donald 

wiedział, że może sobie pozwolić teraz na kpiący uśmiech. 

– 

Nie powiesz chyba, że rezygnujesz? – zapytał. 

– 

A czy kiedykolwiek to zrobiłem? 

– 

Nigdy dotąd nie spotkałeś tak nieprzychylnie nastawionej damy. 

– To prawda. – 

Ben spoważniał. – Szkoda. 

– 

Ja bym tego tak nie ujął. – Uśmiech Donalda stał się jeszcze szerszy. – 

Kto to jest tym razem? Kobieta interesu, socjalistka? Hm... Hallaby... to chyba 
australijskie nazwisko? 

Ben tylko czekał na ten moment. 
– 

Prowadzi taksówkę – wyjaśnił. 

– Co takiego? – 

Donald podszedł bliżej. – Przez chwilę wydawało mi się, 

że powiedziałeś, iż ona prowadzi taksówkę. 

– 

Tak. Ona prowadzi taksówkę. Chciałem, żeby przejęła obowiązki Milesa, 

background image

kiedy on odejdzie. Niestety, widocznie ma inne plany. 

– Rozumiem. Có

ż... – Donald zakaszlał. Teraz przynajmniej było dla niego 

jasne, dlaczego Ben odrzucił innych kandydatów. – Sądzę, że kwiaty stanowią 

miły upominek. 

– 

Też mi się tak wydawało. 

 

* * * 

 

Gdy Kate rozpoczęła pracę, dzień miał się już ku końcowi i było nieco 

chłodniej,  lecz  mimo  to  otworzyła  szeroko  okno.  Nadarzała  się  okazja,  aby 

wreszcie poczuć wiatr we włosach, i Kate nie zamierzała jej zmarnować. 

Pierwszy kurs skierował ją na West Side, gdzie czekała ponad godzinę na 

następnego pasażera. Potem trafiła się seria krótkich kursów ze śródmieścia na 

przedmieście  i  z  powrotem.  Prowadziła  w  milczeniu,  będąc  mimowolnym 

świadkiem  rozmów  i  wydarzeń  rozgrywających  się  za  jej  plecami.  Słyszała 

zażartą kłótnię ojca i syna, przyglądała się rozszczebiotanej zakochanej parze, 

poleciła  restaurację  jakimś  turystom.  Wszystko  to  stanowiło  część  jej  życia 
zawodowego. 

Około  północy  wylądowała  w  Village.  Bez  specjalnej  nadziei  na  kurs 

powrotny przyglądała się cichej ulicy. Już miała zrezygnować, gdy nagle z cienia 

wyszedł mężczyzna, unosząc w górę jedną rękę. 

Kate przyjrzała mu się uważnie. Nawet w porządnej dzielnicy należało być 

ostrożnym. Mężczyzna był niski i krępy, ubrany w luźne spodnie i powyciągany 

golf.  Przez  ramię  miał  przewieszoną  zniszczoną  skórzaną  torbę.  W  słabym 

świetle latarni Kate zauważyła diamentowy kolczyk w lewym uchu. 

Podjechała  bliżej  i  przystanęła  pomiędzy  dwoma  zaparkowanymi 

samochodami, czekając, aż mężczyzna otworzy tylne drzwi i wsiądzie. 

– 

To tylko parę bloków stąd – powiedział. – Mam nadzieję, że nie ma pani 

nic przeciwko temu. 

– Nie. – 

Kate włączyła licznik. – Dokąd? 

– 

Jak myślisz? – Pasażer zachichotał i pochylił się w jej kierunku. – Niezła 

jesteś. 

Kate zesztywniała, czując, że dotknął jej włosów na karku. Skończyła kurs 

samoobrony  i  wiedziała,  że  najważniejsza  jest  pierwsza  zasada.  Ufaj  swojej 
intuicji – 

jeżeli wydaje ci się, że coś jest nie w porządku, to prawdopodobnie masz 

rację. 

Powoli i ostrożnie wyciągnęła rękę w kierunku radia, jedynego łącznika ze 

światem zewnętrznym. 

– 

Tylko to włączę i jedziemy. – Starała się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. 

– Nie. – 

To jedno słowo zmroziło jej krew w żyłach. 

– Ale... 

background image

Ujrzała  rękę  trzymającą  mały  błyszczący  pistolet.  Nie  jest  zbyt  duży, 

pomyślała. Ale wystarczy całkiem niewielka kula, żeby zabić człowieka. 

– 

Nie dyskutuj. Nic nie mów i daj mi pieniądze. 

Kate bez słowa wyjęła metalową skrzynkę i podała ją mężczyźnie. 
– 

A teraz opróżnij kieszenie. 

Oddała  kluczyki,  prawo  jazdy  i  czterdzieści  dolarów  z  napiwków. 

Mężczyzna zgarnął pieniądze i machnął pistoletem w kierunku drzwi. 

– 

Wyjdź z samochodu! 

– 

Dostałeś, czego chciałeś – powiedziała głośno. Serce biło jej jak oszalałe, 

ale wiedziała, że za żadną cenę nie może okazać strachu. – Weź pieniądze i idź. 

– 

Może  dostałem,  a  może  nie  –  zachichotał.  Widać  było,  że  napastnik 

rozkoszował się przewagą, jaką dawała mu broń. – Nie denerwuj mnie. Wyłaź z 
tego cholernego samochodu. 

– 

Muszę włączyć ręczny hamulec – zaoponowała Kate. Nie chciała myśleć 

o tym, co się stanie, kiedy wysiądzie z samochodu. W ogóle nie chciała myśleć. 

– 

To włącz. – Zaczynał się niecierpliwić. Jeżeli będzie  miała szczęście, 

zrobi się nieostrożny. – Potem daj mi kluczyki. 

Kate chwyciła hamulec dwoma palcami, a pozostałe zacisnęła na wiszącej 

obok żyłce, do której przymocowany był policyjny gwizdek o bardzo donośnym 

dźwięku. 

– 

Teraz hamuję – powiedziała. – I wysiadam. 

Kiedy  mężczyzna  wyciągnął  rękę  w  kierunku  drzwi,  Kate  zastygła  w 

oczekiwaniu. Gdyby przynajmniej wystawił jedną nogę na zewnątrz, ruszyłaby 

błyskawicznie... ale nie zrobił tego. 

– Szybciej. 
– 

Robię to tak szybko, jak mogę. – Pociągnęła za dźwignię i zacisnęła dłoń 

na  gwizdku  w  tym  samym  momencie.  Następnie  wyłączyła  silnik  i  wyjęła 
kluczyki ze stacyjki. – 

Gdybyś odłożył pistolet, poszłoby sprawniej. 

Parsknął pogardliwie i uderzył w dzielącą ich przegrodę. 
– 

Wyłaź! 

Kiedy dotknęła nogą chodnika, natychmiast znalazł się obok niej. Jedną 

ręką złapał ją za ramię tuż ponad łokciem, drugą wyrwał kluczyki i wsunął do 
kieszeni. 

– 

A teraz cicho bądź! Przejdziemy się trochę. 

– 

Dokąd?  –  Kate czuła,  że  szczękają  jej  zęby.  Zrób  coś,  żeby  mówił, 

zaklinała samą siebie. Zrób coś, żeby myślał o czymś innym, i czekaj na okazję. 

– 

Tędy. 

Aleja  biegła  pomiędzy  dwoma  budynkami.  Była  ciemna  i  wyludniona. 

Kate  wiedziała,  że  jeśli  opuszczą  ulicę,  nie  będzie  miała  żadnych  szans. 

Napastnik  nie  potrzebował  nawet  broni.  Prawdopodobnie  tak  samo  ocenił 

sytuację, ponieważ schował pistolet za pasek od spodni. 

background image

Kate oddychała ciężko. Postanowiła zaryzykować. Teraz albo nigdy. Nagle 

udała, że się potyka i upadła na kolana. 

– 

Co się dzieje, u diabła? – warknął mężczyzna. 

– Cholerna dziura – 

mruknęła. 

Nie puścił jej ramienia, kiedy upadała, i stracił równowagę. Kate modliła 

się,  żeby  to  wystarczyło.  Szarpnął  ją  mocno  do  góry  i  zanim  zdążył  się 

zorientować,  kopnęła  go  z  całej  siły  w  kostkę,  a  jej  ręce  zaciśnięte  w  pięści 

wylądowały na jego nosie. 

Usłyszała  chrzęst  i  ujrzała,  jak  krew  zaczyna  spływać  po  jego  twarzy  i 

swetrze. Rzuciła się w stronę oświetlonej części ulicy. Wsadziła gwizdek do ust i 

dmuchała do utraty tchu. 

– Dziwka! 

Gdyby wyciągnął pistolet, sytuacja stałaby się bardzo groźna. Jednak on 

pobiegł w przeciwnym kierunku, jedną rękę trzymając przy twarzy, a w drugiej 

zaciskając zagrabione pieniądze. Oparła się o taksówkę. Drżała na całym ciele. 

Zza rogu wyjechał samochód policyjny i zatrzymał się tuż obok niej. 
– 

Nic się pani nie stało? 

Kate z wysiłkiem potrząsnęła przecząco głową. Policjant przyjrzał się jej 

uważniej. 

– 

Ale to pani gwizdała? 

– Tak. – 

Kate popatrzyła na niego nieprzytomnie. – To ja– Czy mogłaby 

pani p

owiedzieć, co się wydarzyło? Zacinając się opisała przebieg wydarzeń. 

W  taksówce  Kate  zorientowała  się,  że  nie  ma  kluczyków.  Policjanci 

zepchnęli taksówkę na chodnik i zabrali Kate na komisariat, aby złożyła formalne 

zeznanie. Kiedy wreszcie skończyła, na zewnątrz zaczynało już świtać. Jeszcze 

dwukrotnie  musiała  podać  dokładny  opis  wypadków.  Zawiadomiono  Arniego, 

który  wysłał  do  Village  jednego  z  kierowców  z  zapasową  parą  kluczyków. 

Sierżant poczęstował Kate gorącą kawą i nie omieszkał dodać, że miała piekielne 

szczęście. 

Kate zdawała sobie z tego sprawę, jednak nie czuła się dzięki temu ani 

trochę lepiej. Rozglądała się niespokojnie jadąc do domu autobusem, a odległość 

między przystankiem a swoim blokiem pokonała w rekordowym tempie. Równie 

szybko wbiegła po schodach. 

Mieszkanie było puste. Kate starannie zamknęła drzwi, założyła łańcuch i 

rozejrzała się dokoła. Na stole stał dzbanek z kawą i pączki. Ugryzła parę kęsów, 

po czym usiadła w fotelu i zastygła bez ruchu. Stopniowo wracała do równowagi. 

Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała. 

Minął  strach,  a  jego  miejsce  zajął  gniew  i  urażona  duma.  Została 

napadnięta  i  udało  jej  się  wyjść  z  tego  bez  szwanku.  Czy  wszystko  było  w 

porządku? 

Kogo próbowała oszukać? Tym razem poradziła sobie z napastnikiem. A 

background image

jak będzie kiedy indziej? Przy tej pracy istniało duże prawdopodobieństwo, że 

sytuacja powtórzy się któregoś dnia. Nawet nie chciała o tym myśleć. 

Nadszedł  czas,  żeby  dokonać  wyboru.  Pamiętała  o  ofercie  Bena.  Może 

między nimi nic nie było, tylko ona sobie coś wymyśliła? Jednak jeśli kobieta 

patrzy na mężczyznę i czuje, że ziemia usuwa się jej spod nóg, propozycja pracy 

jest  ostatnią  rzeczą,  której  oczekuje.  Jednak  dla  Bena  wyglądało  to 
prawdopodobnie nieco inaczej. 

Miał szczęście, że nie zareagowałam gwałtowniej, pomyślała Kate. Ale i 

ona miała szczęście, gdyż dzięki temu propozycja ta była nadal otwarta. Chociaż 

może już nie, gdyż kwiaty przestały przychodzić. Był tylko jeden sposób, żeby się 

przekonać. Tuż obok solniczki leżała na stole mała, nieporządna kupka kartek. 

Kate wzięła pierwszą z brzegu i położyła przed sobą. Obok ułożyła następną. Gdy 

skończyła, kartki utworzyły linię biegnącą przez całą długość stołu. 

„Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – 

Ben” – 

widniało na każdej z nich. 

P

atrzyła  na  nie  w  milczeniu.  Zgodzi  się  na  propozycję  Bena.  Będzie 

najlepszym  kierowcą,  jakiego  kiedykolwiek  miał.  Nawet  jeśli  nie  minie  jej 

fascynacja  tym  mężczyzną,  nikt  nie  musi  się  o  tym  dowiedzieć.  Zwłaszcza 

pracowity pan Benjamin West Westchnęła i rozsypała leżące przed nią kartki. 

Znała przecież ich treść na pamięć. Sięgnęła po słuchawkę. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Rozmowa telefoniczna była krótka i rzeczowa. Umówili się na szóstą w 

biurze. Ben zamierzał powiedzieć dużo więcej i gdy odłożył słuchawkę, poczuł 

się rozczarowany. Nie znał zbyt dobrze Kate Hallaby, ale w jej przypadku jedno 

było  pewne  –  należało  przygotować  się  na  nieoczekiwany  rozwój  wydarzeń. 

Powiedziała, że może przedyskutować jego propozycję, ale nie wspomniała, czy 

zechce ją przyjąć. Cały tydzień spędził na męczących zabiegach o zapewnienie 
jak najkorzystniejszych warunków umowy budowy nocnego klubu na Lower East 

Side. Sądził, że godzina spędzona z Kate Hallaby jest dokładnie tym, czego mu 

teraz potrzeba. Co jednak będzie, jeżeli ona tu wejdzie i nic się nie stanie? Jeżeli 

jego  puls  nie  zacznie  bić  szybciej,  a  uścisk  ręki  pozostanie  zdecydowany  i 

obojętny? Może wtedy tylko mu się wydawało? 

Ben zaznaczył datę w kalendarzu. Nawet jeśli spotkanie nie spełni jego 

oczekiwań, to rzeczywiście potrzebuje szofera. 

 

* * * 

 

Garderoba Kate była, łagodnie mówiąc, dość skromna. Jako studentka nie 

potrzebowała wielu ubrań, a jako kierowca taksówki jeszcze mniej. Miała dwie 

czy trzy sukienki, które wkładała, gdy wybierała się do butiku. Zdecydowała, że 

wyglądałaby  w  nich  zbyt  oficjalnie.  Poza  tym  musiałaby  do  nich  założyć 

pończochy  i  szpilki,  a  na  to  już  zupełnie  nie  miała  ochoty.  W  końcu  wybrała 

sztruksowe spodnie i męską koszulę, którą kupiła na ciuchach. 

O piątej trzydzieści minęła recepcję w budynku, w którym znajdowało się 

biuro  Bena.  Strażnik  sprawdził  jej  nazwisko  na  liście,  po  czym  skierował  do 

prywatnej windy. Podróż na górę trwała krótko. Kate nie miała nawet czasu, aby 

przyjrzeć  się  pięknym  dywanom  i  ścianom  pokrytym  dębowym  drewnem. 

Zerknęła jednak w lustro, bezskutecznie próbując przygładzić niesforne włosy. 

Cóż, albo Ben zgodzi się ją przyjąć taką, jaka jest, albo sprawa zakończy się, 

zanim się zaczęła. 

Gdy drzwi od windy otworzyły się, Kate ujrzała sekretarkę Bena. Była nią 

szczupła blondynka o wysportowanej sylwetce i twarzy modelki. Sukienka, którą 

miała na sobie, musiała kosztować mnóstwo pieniędzy. 

Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło. 
– 

Cześć, jestem Jody – przywitała się. – Wezmę pani płaszcz, a pani niech 

już wchodzi. Pan West czeka. 

Kate spodziewała się zobaczyć nowoczesne, zimne wnętrze. Zaskoczona 

rozejrzała się wokół. Drewno w połączeniu z dywanami w pastelowych kolorach 

stwarzało wrażenie dyskretnej elegancji. Biurko Jody doskonale pasowałoby do 

background image

starego angielskiego dworu. Na ścianie wisiał obraz Stubbsa. Kate obiecała sobie, 

że wychodząc stąd zatrzyma się i dokładniej go obejrzy. Teraz tylko rzuciła nań 

okiem i poszła prosto do gabinetu Bena. 

Kiedy  weszła,  rozmawiał  przez  telefon.  Poinformowany  przez  Jody,  że 

Kate  jedzie  na  górę,  już  od  pięciu  minut  bezskutecznie  próbował  zakończyć 

rozmowę  z  Mortem  Silverburgiem.  Ponieważ  sprawa  nocnego  klubu  została 

omówiona,  Mort  szczebiotał  wesoło  o  przyjęciu,  które  zamierzał  wydać  pod 
koniec tygodnia. 

Ben nie musiał się specjalnie koncentrować, aby wtrącać „tak” lub „aha” w 

odpowiednim  momencie.  Wstał  i  zapraszającym  gestem  zachęcił  Kate  do 

pozostania, szepcząc bezgłośnie „zaraz kończę”. 

Skinęła głową i rozejrzała się po gabinecie. Podeszła do ogromnych okien i 

wyjrzała  na  zewnątrz.  Przyglądał  się  jej,  gdy  zaczęła  spacerować,  starając  się 

wyglądać zdecydowanie i pewnie. 

Z jakiegoś powodu – prawdopodobnie dlatego, że tylko w tym ją widział – 

Ben oczekiwał, że Kate zjawi się w dżinsach. Zamiast nich włożyła spodnie z tak 

delikatnego sztruksu, że wyglądał jak aksamit. Były bardzo obcisłe w talii i przy 

kostkach,  a  w  pozostałych  miejscach  na  tyle  luźne,  żeby  rozbudzić  jego 

wyobraźnię. 

Miała na sobie olbrzymią męską koszulę. Gdyby włożyła ją inna kobieta, 

uznałby, że wygląda raczej dziwnie. Kate prezentowała się znakomicie. 

Ben pośpiesznie zakończył rozmowę. 

Kiedy odłożył słuchawkę, Kate odwróciła się w jego stronę. Potrzebowała 

tych kilku chwil, żeby ochłonąć. Nie spodziewała się, że widok tego mężczyzny 

tak  bardzo  na  nią  podziała.  Przedtem  wydawał  się  jej  pociągający,  teraz 

dosłownie zaparło jej dech. 

– Panie West. – 

Przeszła przez pokój i wyciągnęła rękę. – Miło mi, że znów 

pana widzę. 

– 

Zdaje  mi  się,  że  się  cofamy  –  przytrzymał  jej  dłoń  dłużej,  niż  tego 

wymagało powitanie. – Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, mówiłaś do mnie 
„Ben”. 

– 

Wtedy odrzuciłam pana propozycję. – Kate zrezygnowała z wyjaśniania 

tego, co wydawało się oczywiste. Podczas tych niezwykłych godzin spędzonych 

w  zaspie,  potem  w  jego  domu,  znajdowali  się  na  równych  sobie  pozycjach. 

Dzisiejszego popołudnia układ sił się zmienił. – Ale jeżeli jest ciągle aktualna, to 

chętnie ją przyjmę. 

– Porozmawiajmy. – 

Ben wskazał jej krzesło. – Może napijesz się czegoś? 

Wody mineralnej? 

– 

Nie. Dziękuję. 

– Istotnie – 

zaczął – propozycja jest nadal aktualna. Pozwól, że opowiem ci 

trochę o tej pracy i zobaczymy, czy nadal będziesz nią zainteresowana. 

background image

Po  wczorajszych  dramatycznych  wydarzeniach  Kate  nie  bardzo  mogła 

wyobrazić sobie, co mogłoby ją zniechęcić. Postanowiła jednak wysłuchać go. 

–  Zatrudniam dwóch szoferów, pracu

jących  na  zmianę.  Mam  już 

pracownika na nocną zmianę. Szukam kogoś, kto będzie pracował w dzień, od 

siódmej rano do siódmej wieczorem. Nie znaczy to oczywiście, że masz jeździć 

całymi dniami. Czasami w ogóle nie potrzebuję kierowcy. Ale kiedy jestem w 

mieście czy w okolicy, musisz być w tym czasie dyspozycyjna. 

– 

W porządku – skinęła głową Kate. 

– 

Jeżeli chodzi o pensję, myślę, że uznasz ją za całkiem wysoką – wymienił 

sumę, a Kate nerwowo przełknęła ślinę. – Oczywiście dochodzą do tego jeszcze 
rozmaite premie. 

– 

Oczywiście – mruknęła Kate, starając się nie myśleć o pieniądzach i o 

zmianach, jakie wprowadzą w jej życiu. Powtarzała sobie, że nawet teraz nie musi 

przyjmować tej pracy. Wciąż ma możliwość wyboru. Ale czy może zrezygnować 
z wynagrodzenia gwarantu

jącego regularne odżywianie i możliwość odłożenia 

pieniędzy  na  studia?  A  jak  poradzi  sobie  z  fascynacją  Benem  Western  i 

świadomością, że będzie miał nad nią władzę? 

Postanowiła, że później będzie się o to martwić. 
– 

To właśnie wygląda na coś, czego szukam – zaczęła. – Nie przyniosłam 

referencji,  ale,  jak  pan  wie,  mam  trochę  doświadczenia.  Jestem  pewna,  że 

chciałby zadać mi pan kilka pytań... 

–  Tylko jedno. – 

Ben  usiadł  wygodniej  i  skrzyżował  ręce.  –  Dlaczego 

zmieniłaś zdanie? 

Zaskoczył ją. Myślała, że zapyta ją o staż pracy albo o uprawnienia. Nie 

spodziewała się pytania, które przed chwilą padło. 

– 

Nic takiego się nie wydarzyło – machnęła niedbale ręką. 

– Daj spokój – 

parsknął. – Nie zgrywaj się. 

– 

Co masz na myśli? 

– 

W zeszłym tygodniu twój cięty język powinien zostać zarejestrowany 

jako śmiertelna broń. Gdybym nie znał cię wcześniej, pomyślałbym, że trafiłaś tu 

dzisiaj prosto z klasztoru. Co się dzieje? 

Decyzja o przyjściu tutaj była dostatecznie trudna, a teraz Ben dodatkowo 

komplikował sytuację. 

– 

Może po prostu próbuję zrobić dobre wrażenie – powiedziała. 

– 

Do diabła! – Ben wstał i przeczesał włosy palcami. – Zrobiłaś świetne 

wrażenie w zeszłym tygodniu, a potem mnie spławiłaś. Co się stało od tamtego 
czasu? 

– Nic. 
– 

Czy Arnie cię zwolnił? 

–  Nie.  –  Kate 

wyczuła,  że  Ben  stoi  tuż  obok  niej.  Podniosła  wzrok  i 

zobaczyła, że pochyla się nad nią, z rękami wspartymi na oparciach fotela. 

background image

– 

Powiedz, proszę, co się stało? – Jego głos był ciepły i łagodny. Gdyby był 

agresywny lub nalegał, wykręciłaby się od odpowiedzi. Umiała sobie radzić z 

siłą, lecz jego czułość rozbroiła ją. 

– 

Napadnięto mnie – wyjaśniła. 

– Co? 
– 

Napadnięto.  –  Kate  zerknęła  na  niego.  –  Rozumiesz, co to znaczy? 

Trzymano na muszce i obrabowano. 

– 

Dobry Boże! Kiedy? 

– 

Wczoraj w nocy. Właściwie dzisiaj nad ranem. – Kate potrząsnęła głową. 

Kosmyk  włosów  opadł  jej  na  twarz,  ale  poprawiła  go.  Nie  chciała  mówić  o 
wypadku. Wszystkie uczucia – 

strach, złość, upokorzenie – były nadal zbyt silne. 

– 

Jesteś ranna? – Ben chciał ją przytulić i pocieszyć. Zrezygnował z tego 

pomysłu. Wyglądała na spiętą i zdenerwowaną. 

–  Nie  – 

odpowiedziała  cicho  Kate.  –  Tylko kilka siniaków. Czy 

moglibyśmy przestać o tym mówić? 

– 

Nie, nie moglibyśmy. 

Ben wyprostował się. Jego również dwukrotnie napadnięto. Nie należało to 

do  rzadkości  na  ulicach  Nowego  Jorku.  Wiedział  dobrze,  że  po  takich 

przeżyciach pozostawał trudny do przezwyciężenia strach i uraz, więc dlatego bał 

się o Kate. Czy ten człowiek zrobił jej coś jeszcze? Poczuł nieprzyjemny ucisk w 

żołądku. 

– Powiedz, co s

ię stało – starał się mówić bardzo spokojnie. 

Kate znowu potrząsnęła głową, odrzucając włosy do tyłu. 
– Nic takiego. 
– 

Dla mnie to ważne. 

– Ale to nie pana sprawa. 

Wiedział, że poradzi sobie z dawną, gniewną, upartą Kate. Znów pochylił 

się nad nią. 

– 

Właśnie, że moja – powiedział. 

– 

Dlaczego? Dlatego, że chce mnie pan zatrudnić? 

– 

Nie. Dlatego, że martwię się o ciebie. 

– 

Też coś! – Kate odsunęła się od niego i wstała gwałtownie. – Pan mnie 

nawet nie zna. 

– 

Ale chciałbym. 

Spojrzała na niego z nagłym błyskiem w oczach. 
– 

Chce mnie pan zatrudnić – upewniła się. 

– 

Masz rację – przyznał Ben. – To także. 

– 

Dużo pan chce, panie West. 

–  Ben – 

powiedział ostro. – Uzgodniliśmy, że będziesz mówiła do mnie 

Ben. 

– 

Nie, to pan tak zdecydował. Ale to ty tu rządzisz... Ben. 

background image

Zignorował ironię w jej głosie. 
– 

Czy  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z  tego,  że  jeżeli  nie  opowiesz,  co  się 

zdarzyło tej nocy, będzie cię to przez cały czas gnębiło? 

– 

Mówiłam już o tym. Policji, Arniemu... 

– 

Ale  nie  mówiłaś  nikomu,  kto  naprawdę  troszczy  się  o ciebie. –  Ben 

obserwował, jak Kate niespokojnie krąży po pokoju. Każdy krok oddalał ją od 
niego. – 

A co z twoją współlokatorką, ma na imię Maggie, prawda? 

– 

Pamiętasz wszystko, co usłyszysz? – Odwróciła się w jego kierunku. 

– Istotne rzeczy tak. 
Nawet n

ie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby być dla niego ważna. 

Stanęła przy oknie. Nie widzącym wzrokiem patrzyła na świat w dole. Może jeśli 

opowie  mu  całą  historię,  wtedy  Ben  zostawi  ją  w  spokoju.  A  przecież  tego 

właśnie chciała, prawda? 

– 

To był pasażer – powiedziała cicho. – Wsiadł w Village. Nie wyglądał 

zbyt  groźnie.  –  Ben  zacisnął  ręce  w  pięści.  Zawsze  uważał  się  za  człowieka 

praktycznego, który akceptuje to, czego nie da się zmienić. Jednak wizja Kate, 

jeżdżącej  w  nocy  w  poszukiwaniu  pasażerów,  którzy  „nie  wyglądają  zbyt 

groźnie”, napełniła go gniewem. – W każdym razie się pomyliłam. Wyciągnął 

pistolet i wycelował we mnie. Zażądał pieniędzy. 

– 

Które mu dałaś. 

Kate podniosła wzrok i zobaczyła, że Ben znów stoi obok niej. 
– 

Nie jestem głupia. 

–  Przeci

eż nie powiedziałem, że jesteś. – Tak bardzo chciał ją przytulić. 

Wiedział jednak, że byłby to niewybaczalny błąd. – I poszedł sobie? 

Zapadła długa cisza. 
– 

Powiedziałaś, że nic ci się nie stało – odezwał się w końcu Ben, powoli 

wymawiając słowa. 

Kate wzru

szyła ramionami i odparła: 

– 

Kazał mi wysiąść z taksówki. Przed nami ciągnęła się aleja... ciemna, 

pusta aleja. Wiedziałam, że kiedy się tam znajdziemy, nie będę miała szans. 

Ben skinął głową. 
– 

Udałam,  że  się  potknęłam.  Na  szczęście,  on  nie  okazał  się  specjalnie 

bystry.  – 

Śmiech  Kate  zabrzmiał  niewesoło.  –  Kiedy  stracił  równowagę, 

uderzyłam go, a może nawet złamałam mu nos. Potem uciekłam. Policja usłyszała 

mój gwizdek i przyjechała. To wszystko. 

Opis był raczej oszczędny, ale Ben z łatwością wyobraził sobie dramatyzm 

sytuacji. 

– 

A więc udało ci się – powiedział. 

– 

Niezupełnie – mruknęła. – Uciekł z pieniędzmi. 

– 

Pieniądze można zastąpić innymi, ciebie nie. 

– Powiedz to Arniemu. 

background image

– 

Za mało troszczysz się o siebie, Kate. 

Ben stał tak blisko, że ich ramiona niemal się stykały. 
– 

Posłuchaj, nie rób z tego aż takiego dramatu. W gruncie rzeczy nic mi się 

nie stało, więc zostawmy to, dobrze? 

Ben wyciągnął rękę. Ujął Kate pod brodę i zbliżył jej twarz do swojej. 
– 

Jeśli  nic  się nie stało,  to dlaczego nie prowadzisz  dzisiaj taksówki? – 

zapytał. – Co tutaj robisz? 

– 

Wiedziałam,  że  to  był  głupi  pomysł.  –  Kate  szarpnęła  się.  –  Nie 

powinnam tu przychodzić. 

Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. 
– 

W ogóle nie powinnam uwierzyć w to, że mógłbyś mnie zatrudnić. 

– 

Ta posada jest twoja, jeżeli nadal jesteś zdecydowana. 

– 

Przecież nie zatrudniłbyś kogoś, kto bez przerwy kłóciłby się z tobą. 

– 

Zatrudniłbym. 

– Dlaczego? 

Sam  nieraz  zadawał  sobie  to  pytanie  i  chociaż  święcie  wierzył  w  swój 

zdrowy rozsądek, nie mógł znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Zawahał się. 

– 

Ponieważ jesteś cholernie dobrym kierowcą, Kate. 

–  Co drugi kierowca jest cholernie dobry. – 

Popatrzyła  na  niego 

sceptycznie. 

– 

Ale ja na innych kierowców nie chcę patrzeć przez cały dzień. 

– Zatrudniasz mnie 

z powodu mojego wyglądu? – uniosła w górę brwi. 

– 

Między innymi – przyznał. 

– 

A jakie są te inne przyczyny? 

Krok po kroku podchodziła coraz bliżej. Oczywiście mógł się wycofać, ale 

nie brał tego pod uwagę. 

– 

Dajmy już temu spokój, dobrze? 

– 

A jeżeli się nie zgodzę? 

– 

Nie mam zwyczaju dyskutować z pracownikami, Kate. 

– 

Świetnie. – Skrzyżowała ręce. – Tylko że ja nie jestem jeszcze jednym z 

twoich pracowników. 

– 

Nie bądź bezczelna – warknął Ben. 

Przyjrzał się uważnie jej twarzy, błękitnym oczom i  małemu zadartemu 

noskowi, tak bardzo kontrastującemu z zawadiacko wysuniętą brodą. Jej pełne, 

nie  umalowane  usta  były  tak  kuszące...  Wiedział,  że  lada  moment  straci 

panowanie nad sobą... 

– Bo co? – 

zapytała zaczepnie. 

– Bo to. 

Jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wziął Kate w ramiona. 

Oddychała  ciężko.  Instynktownie  uniosła  twarz.  Ben  potrzebował  tej  zachęty. 

Dotknął  jej  warg  swoimi.  Jedną  ręką  objął  ją  w  talii,  a  drugą  pieszczotliwie 

background image

gładził włosy dziewczyny. Kate wiedziała, że powinna się cofnąć, lecz zamiast 

tego rozchyliła usta. 

Ben  oczekiwał,  że  Kate  zaprotestuje.  Może  nawet  trochę  na  to  liczył. 

Jednak ona przyciągnęła go do siebie z taką pasją, że wszystko stało się nieważne. 

Pozostała tylko rozkosz trzymania jej w ramionach. 

Czuł jej piersi przez materiał koszuli. Pragnął ich dotknąć. Pragnął jej tak 

bardzo, że gotów był ją wziąć natychmiast nie zważając na miejsce, w którym się 

znajdują. 

Jednak kiedy usiłował rozpiąć jej koszulę, Kate zaprotestowała: 
– Nie! 

Przez dłuższy czas Ben nie poruszył się. Potem powoli opuścił ręce i cofnął 

się potrząsając głową. 

– 

Masz rację – powiedział cicho. 

Rację? Kate była wściekła. Czy w ogóle chciała mieć rację? Przynajmniej 

mógł się z nią spierać, tak jak robił to zawsze. Zapięła guzik, z którym wcześniej 

mocował się Ben. Żeby podkreślić ten gest, zapięła także guzik pod szyją. 

– 

No cóż, czy właśnie dlatego chciałeś mnie zatrudnić? 

– 

Poniekąd. 

– 

Poniekąd – mruknęła Kate. Miała ochotę nawrzeszczeć na niego, ale jak 

mogła to zrobić, skoro ona także ponosiła odpowiedzialność za to, co się przed 

chwilą  wydarzyło.  –  Nie  musiałeś  proponować  mi  pracy  w  formie  zapłaty  za 

„usługi” – dodała złośliwie. 

Ben odwrócił się w jej kierunku. 
– 

Będę ci płacił za prowadzenie samochodu, Kate. Za nic więcej. 

Akurat, pomyślała Kate. Nadal nie była przekonana. 
– 

Zaproszenie mnie gdziekolwiek byłoby mniej kosztowne. – Zerknęła na 

niego uważnie. 

– Ale ty potrzebujesz pracy – 

warknął. To brzmiało rozsądnie. 

– 

Niepotrzebny mi też mężczyzna korzystający z każdej okazji. 

– 

Świetnie. – Rozłożył ręce. – Nikt cię do niczego nie zmusza. 

– 

Sugerujesz mi, żebym zrezygnowała? 

– 

Wyjaśniam ci tylko, że możesz zrobić, co zechcesz. Wybór należy do 

ciebie. – 

Ben opanował do perfekcji sztukę negocjacji i wiedział, kiedy opłaca się 

blefować. Dopóki się nie zorientuje, on będzie górą. 

Kate  zastanawiała  się  przez  kilka  minut.  Sytuacja  się  komplikowała. 

Znalazła się między młotem a kowadłem. Jeżeli odejdzie, to odejdzie z niczym. 

Lecz jeżeli pozostanie... cóż, to, co się stało, mogło się przecież powtórzyć. 

– Przyj

mę tę pracę – zdecydowała. – Ale pod jednym warunkiem. 

– To znaczy? 
– 

Nie  zamierzam...  Nie  będziemy...  –  Kate  usiłowała  znaleźć  właściwe 

słowo. – Nie będziesz piekł dwóch pieczeni przy jednym ogniu. 

background image

– 

W porządku. 

– 

W porządku? To wszystko, co masz mi do powiedzenia? 

– 

Postawiłaś warunek, a ja się zgodziłem. 

– 

A zatem załatwione. 

– 

Na to wygląda. – Ben podszedł do biurka i napisał coś na kartce papieru. 

– 

Zadzwoń jutro pod ten numer. Donald jest moim asystentem. Omówisz z nim 

szczegóły. 

– 

Świetnie. Chyba już pójdę. 

– 

Pozwól, że cię odprowadzę. 

– To nie jest konieczne. 
– 

Będę spokojniejszy – stwierdził stanowczo. Wziął ją za ramię i skierował 

w stronę drzwi. – Budynek jest już pewnie pusty, a na ulicach ciemno... 

–  Jak zwykle w nocy. –  Kate bezskutecznie pró

bowała  wprawić  się  w 

bojowy nastrój. Samodzielność ułatwiała jej życie, ale odrobina troskliwości ze 

strony Bena z pewnością jej nie zaszkodzi. 

Ben nie próbował nawet odpowiadać. Pomógł włożyć jej płaszcz i przeszli 

do windy. Postanowił, że odprowadzi Kate do taksówki i wróci jeszcze na górę. 

Jednak im bardziej zbliżali się do wyjścia, tym niechętniej myślał o rozstaniu. Nie 

pomagała świadomość, że już od przyszłego tygodnia Kate będzie jego kierowcą i 

sporo  czasu  będą  spędzać  razem.  Pragnął  jej  obecności  teraz, dzisiejszego 
wieczoru. 

– 

Głodna? – zapytał, gdy drzwi windy otworzyły się na parterze. 

– Jak zwykle – 

spojrzała na niego zmieszana. – Chciałam powiedzieć... 

– 

Dobrze  się  składa  –  wtrącił  gładko.  –  Ja  też  umieram  z  głodu.  Obok 

znajduje się miła kafejka, w której serwują doskonałe pastrami. 

– 

Niestety, nie mam pieniędzy – przyznała szczerze. Ben skinął głową w 

stronę portiera i zwrócił się do niej: 

– 

Nie przejmuj się, ja zapraszam. 

– 

Chyba nie mogę... – Głos Kate ucichł, kiedy Ben otworzył drzwi kafejki. 

Owionął ich kuszący zapach potraw. 

– 

Zgadza się. – Uśmiechnął się szeroko widząc zdumiony wyraz jej twarzy. 

– 

Chyba nie możesz odmówić. 

Stanęli  na  końcu  krótkiej  kolejki  i  natychmiast  wdali  się  w  ożywioną 

dyskusję. Ben upierał się przy pastrami, Kate optowała za wołowiną z puszki. On 

chciał sałatkę makaronową, ona jarzynową, on piwo Heineken, ona Beck. 

Nawet  kiedy  już  usiedli  przy  stoliku  i  zajęli  się  jedzeniem,  nadal  się 

sprzeczali. Od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Nie zgadzali się niemal we 
wszystk

im, począwszy od poglądów na politykę, aż do upodobań w dziedzinie 

sportu czy filmu. 

Stracili poczucie czasu. Stoliki opustoszały, nowi goście nie przybywali, 

ale oni nawet tego nie zauważyli. 

background image

O  godzinie  dziewiątej  pojawiła  się  tabliczka  z  napisem  „zamknięte”. 

Dopiero gdy pół godziny później przyszła sprzątaczka i zaczęła ustawiać krzesła 

na stołach, uświadomili sobie, że jest już późno. 

Zostawili solidny napiwek i śmiejąc się wyszli na ulicę. Nowy Jork mienił 

się niezliczoną ilością świateł. Ben wyciągnął rękę, żeby przywołać taksówkę. 

– 

Nie stać mnie na to – powiedziała Kate, gdy samochód zatrzymał się tuż 

przy nich. 

– 

Mnie stać. – Ben otworzył tylne drzwiczki. 

Kate zawahała się. O tej porze o wiele bezpieczniej było jechać taksówką 

niż metrem, ale nie chciała przyzwyczajać się do tego, że Ben wciąż za nią płaci. 

– 

Może dałbyś mi jakąś zaliczkę? – zaproponowała. – Niewielką. 

– 

Oczywiście. – Ben wręczył jej dziesięciodolarowy banknot. Zapłaciłby 

za nią z przyjemnością, ale potrafił uszanować jej dumę. 

– 

Dziękuję. – Ich spojrzenia się spotkały. Kate z trudem odwróciła wzrok. – 

Dziękuję za wszystko. 

– 

To ja dziękuję. 

Ben  pomógł  jej  wsiąść.  Kiedy  zamknęła  drzwi,  samochód  natychmiast 

ruszył.  Kate  energicznie  machała  do  niego  przez  okno.  Podniósł  rękę,  żeby 
odwzaj

emnić gest, ale taksówka zniknęła. 

Nagle Ben uświadomił sobie, że jest zimno, i szybkim krokiem ruszył w 

kierunku  Westcon  Plaza.  Po  krótkim  wahaniu  skierował  się  w  stronę  części 

mieszkalnej. Chociaż czekało na niego sporo zajęć, nie miał ochoty wracać do 
biura. 

Nie  był  w  odpowiednim  nastroju.  Myśl  ta  wywołała  uśmiech  na  jego 

twarzy. Kiedy po raz ostatni zastanawiał się, w jakim jest nastroju? Z pewnością 

dawno temu. Inne kobiety starały się dostosować do niego, a Kate była po prostu 

sobą.  Samym  sposobem  bycia  jednocześnie  denerwującym  i  interesującym  – 

zdołała wyciągnąć go z jego szklanej wieży. Przy niej wszystkie sprawy nabierały 

nowego wymiaru. Ale czy Kate była odpowiednią kobietą dla niego? Nie miał 

pojęcia.  Wiedział  tylko  jedno,  że  zatrudnienie  jej  było z jego strony albo 

przebłyskiem jasnowidzenia, albo najbardziej idiotycznym posunięciem, jakiego 

zdarzyło mu się kiedykolwiek dokonać. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 
– 

Nie  możesz  mnie  tak  zostawić,  skarbie.  –  Głos  Arniego  z 

charakterystycznym,  brooklyńskim  akcentem  rozbrzmiewał  przez  telefon.  – 

Jeszcze parę wolnych dni i będziesz jak nowo narodzona. Wierz mi! 

– 

Już się tak czuję – odparła spokojnie Kate. Już od trzech dni wałkowali 

ten temat. – 

Po  prostu  nie  chcę  jeździć  nocami  i  wozić  jakichś  podejrzanych 

facetów. 

– 

Oczywiście, że nie chcesz – zgodził się Arnie. – Doskonale to rozumiem. 

No pewnie, pomyślała Kate. Nic, co dotychczas mówiła, nie robiło na nim 

najmniejszego  wrażenia.  Dlaczego  więc  teraz  miałoby  być  inaczej?  Musiała 

przyznać,  że  Arnie  zawsze  był  w  porządku,  mimo  że  nie  należał  do 

najsympatyczniejszych  szefów.  Kate  uważała,  że  musi  spokojnie  znieść 

wszystkie próby zatrzymania jej w zakładzie Arniego. Była mu to winna. 

– 

Nie będziesz jeździła nocami – orzekł stanowczo. – Może uda mi się 

wciągnąć cię na listę dzienną. 

– 

Dziękuję, ale nie. – Kate spojrzała na Maggie i zrobiła wymowny gest. – 

Już mam dzienną pracę. Daj ogłoszenie do gazety, na pewno znajdziesz chętnych. 

– 

Na pewno, ale ja wolę ciebie. Jesteś bystra, dobrze mówisz po angielsku i 

ni

e pyskujesz. Jednym słowem, taksówkarz doskonały. 

– 

No, no, no, Arnie. Gdybym wcześniej wiedziała, że tak mnie doceniasz, 

poprosiłabym o podwyżkę. 

– 

Nie bądź taka mądra – odburknął Arnie. – Słuchaj, muszę już kończyć. 

Pamiętaj, że chodzi o dzienną pracę. Pomyśl o tym. 

Kate skrzywiła się, kiedy odłożył słuchawkę. 
– 

Rozumiem,  że  twój  pan  i  władca  nie  chce  z  ciebie  zrezygnować  – 

krzyknęła Maggie z drugiego końca pokoju. 

Kate skinęła głową. 
– 

Po  prostu  nie  może  pojąć,  jak  mogłabym  opuścić  tak  doskonałe 

przedsiębiorstwo. 

– 

Miło być niezastąpioną. 

–  Prawda?  – 

Kate  podeszła  do  lodówki  i  nalała  sobie.  szklankę  soku 

pomarańczowego. – A propos, gdzie się podziewa Josh? Nie przypominam sobie 

weekendu, którego nie spędzilibyście razem. 

–  W drodze do Puerto Rico –  westch

nęła  Maggie.  –  Sprawy  służbowe. 

Wraca dopiero w środę. 

– 

Biedactwo. Samotna w niedzielny wieczór. Do czego zmierza świat? 

Maggie chwyciła poduszkę i rzuciła we współlokatorkę. 
– I kto to mówi? – 

syknęła. – Od miesięcy nie miałaś żadnej randki. 

– 

Od miesięcy nie miałam ani chwili wolnego czasu. 

background image

– 

Miałaś mnóstwo czasu, kiedy kręcił się tutaj Barry. 

– 

Miałam wtedy zajęcia na uniwersytecie. 

– 

Rzeczywiście. – Maggie z ogromnym zainteresowaniem oglądała swoje 

paznokcie. – 

Jednego dnia przyszedł, drugiego zniknął. Nigdy nie powiedziałaś 

mi, dlaczego. 

Kate  oczami  duszy  ujrzała  Barry’ego.  Wysoki,  przystojny  mężczyzna  z 

opaloną  twarzą  i  chłopięcym  uśmiechem.  Razem  studiowali,  ale  Barry  zdał 

końcowe egzaminy w styczniu. Zeszłej zimy wierzyła, że jest w nim zakochana, i 

może nawet tak było. Mimo to porzucił ją. 

– 

Powiedzmy, że podobałam się Barry’emu jako przyszły prawnik, a nie 

jako kierowca taksówki. 

Maggie spojrzała na nią ze zdumieniem. 
– 

Czy  to  nie  on  zawsze  wygłaszał  wzniosłe  przemowy  o  bezklasowym 

społeczeństwie? 

– 

To pasowało do reszty jego życiowych celów – skinęła głową Kate. – 

Skończyć studia, otrzymać posadę sędziego, a potem trafić do polityki. Nie miał 

nic  przeciwko  temu,  żebym  została  radcą  prawnym.  To  mieściło  się  w  jego 

planach.  Tylko  że  on  zdał  egzaminy,  a  ja  nie.  Nagle  okazało  się,  że  już  nie 

jesteśmy stworzoną dla siebie parą. 

Głośny dzwonek domofonu przerwał rozmowę. Kate z ulgą pośpieszyła do 

drzwi. 

– 

Przesyłka dla pani Kate Hallaby – usłyszała. 

– 

Już schodzę. 

– 

Nie ma potrzeby. Przyniosę na górę. Cztery c, prawda? 

Maggie weszła do przedpokoju, kiedy Kate nacisnęła przycisk otwierający 

drzwi wejściowe. 

– 

Chyba to nie są kwiaty, prawda? – zapytała. 

– 

Gorzej.  Kiedy  w  zeszłym  tygodniu  rozmawiałam  z  asystentem  Bena, 

kazał mi podać moje wymiary i powiedział, że przyślą mi uniform. 

– 

Naprawdę? – zachichotała Maggie. Wyszła na korytarz i przechyliła się 

przez poręcz. Posłaniec był już na trzecim piętrze.  – Proszę się pośpieszyć! – 

krzyknęła. 

Kate  zajęła  się  napiwkiem,  a  Maggie  wzięła  paczkę  i  zaniosła  do 

mieszkania. 

– Pewnie to taki zestaw jak w mojej szkole – 

parsknęła. 

– 

Mam  nadzieję,  że  nie.  –  Kate  otworzyła  pudło  i  znalazła  trzy  pary 

czarnych  wełnianych  spodni,  dwie  marynarki  w  tym  samym  kolorze,  sześć 

białych koszul i dwanaście par białych skarpetek. 

– Co takiego? – 

zachichotała Maggie. – Nie ma bielizny? 

Znalazły  mniejsze  pudełko,  owinięte  w  miękki  papier.  W  środku  była 

płaska, czarna czapka. Szczerząc zęby Kate przymierzyła ją i pobiegła przejrzeć 

background image

się w lustrze. 

– 

Nieźle – zadecydowała Maggie, która poszła za nią do łazienki. 

–  Ale nie rewelacyjnie. – 

Kate  przechylała  głowę  na  obie  strony.  – 

Przydałoby się coś do tego... 

– 

Na przykład olbrzymi emblemat z przodu? 

– 

Na przykład. 

Maggie obserwowała, jak Kate zdejmuje czapkę i rzuca ją przez długość 

pokoju. 

– 

Już masz mundurek – powiedziała. – Kiedy zaczynasz? 

– Jutro o siódmej rano. 
–  O siódmej? – 

jęknęła  Maggie.  Sama  zaczynała  pracę  w  Bibliotece 

Publicznej  Nowego  Jorku  o  dziewiątej,  mogła  więc  spokojnie  spać  nawet  do 
ósmej. 

– 

O  tej  porze  kończy  się  nocna  zmiana.  Mam  udać  się  do  garażu, 

sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku  z  samochodem,  i  czekać  na  dalsze 
instrukcje. 

– 

A jeżeli żadnych nie będzie? 

– 

Wtedy będę się nudzić. – Kate uśmiechnęła się ironicznie. – Jak wszyscy 

dobrzy lokaje. 

 

* * * 

 

Ben był niezmiernie przywiązany do swoich zwyczajów. Każdego ranka 

budził  się  dokładnie  o  szóstej,  zgodnie  ze  swoim  wewnętrznym  zegarem.  Pół 

godziny poświęcał na ćwiczenia. Na wsi uprawiał biegi, w mieście musiały mu 

wystarczyć hantle i rower w pokoju treningowym. O szóstej czterdzieści pięć był 

już umyty, ogolony i ubrany. Parker serwował mu pierwszą filiżankę kawy razem 

z „Wall Street Journal”, drugą zaś z „New Jork Times”. 

O  siódmej  piętnaście  był  już  piętro  niżej,  w  swoim  biurze.  Donald 

zazwyczaj przychodził o ósmej, a Jody o dziewiątej. Ben lubił samotnie spędzane 

poranki.  Telefony  milczały,  korytarze  były  puste.  Słychać  było  tylko  ciche 

brzęczenie komputera. 

Poniedziałkowy  ranek  niczym  nie  różnił  się  od  pozostałych.  Panowała 

kojąca cisza, sprzyjająca skupieniu. Wszystkie dzisiejsze spotkania były starannie 

wynotowane. Pierwsze było zaplanowane na dziewiątą. Następne co godzinę. 

Po  południu  miał  jechać  z  Donaldem  do  Queens,  aby  obejrzeć  pewien 

budynek blisko lotniska. O piątej zjawi się Mort Silverburg, a o szóstej czeka go 

spotkanie  z  burmistrzem  i  innymi  osobistościami  na  wernisażu  w  Museum  of 

Modern Art. Zwykły dzień, niczym nie różniący się od innych, tyle tylko, że dziś 

Kate rozpoczyna pracę. 

Nie powinien o niej myśleć. Ale nie potrafił sobie tego zakazać. Domyślał 

background image

się,  że  o  tej  porze  Kate  jest  już  pewnie  w  garażu,  rozmawia  ze  swoim 

zmiennikiem  i  pije  niesmaczną kawę  z  automatu.  Ma  na  sobie  uniform,  który 

dostarczył Donald – czarny, skromny; tylko że Kate Hallaby nawet w worku na 

kartofle wyglądałaby efektownie. 

Niestety,  dzisiejszego  popołudnia  nie  miał  dla  niej  żadnego  zajęcia. 

Zastanawiał  się,  czy  nie  będzie  zniecierpliwiona  oczekując  daremnie.  Na  jej 

miejscu  pewnie  tak  by  się  czuł.  Ale  nie  był  na  jej  miejscu.  On  tu  przecież 

zarządzał,  ustalał  rozkład  dnia,  podejmował  decyzje,  jednak  dzisiaj...  czuł  się 
zniecierpliwiony i niespokojny jak diabli. 

Zaklął cicho i wstał zza biurka. Może po prostu zbyt ciężko pracował. Coś 

było nie w porządku. Kiedy patrzył w kalendarz wypełniony nazwiskami znanych 
osób, nie odc

zuwał nic poza znużeniem. 

Zerknął na zegarek, była siódma trzydzieści Miał jeszcze mnóstwo czasu 

przed pierwszym spotkaniem, a już nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie na 

poranny  spacer.  Gdy  znalazł  się  koło  wyjścia,  pogodził  się  już  z  faktem,  że 

właściwie  idzie  zobaczyć  Kate.  Zastanawiał  się,  czy  nie  kupić  czegoś  na 

śniadanie. To, że już jadł, nie miało znaczenia. Kate mogła bez trudu zjeść za 
dwoje. 

Wiedział, że garaż znajduje się trzy domy dalej, chociaż nigdy tam nie był. 

Jeżeli  był  mu  potrzebny  samochód,  szofer  przyjeżdżał  po  niego.  Przebył  tę 

odległość w pięć minut. Kiedy stanął w otwartych drzwiach, strażnik popatrzył na 

niego, wyraźnie go nie rozpoznając. 

– Potrzebny mi lincoln – 

oznajmił Ben. 

Teraz strażnik zorientował się, z kim ma do czynienia. 
– 

Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  nie  zawiadomiono  nas  –  powiedział.  – 

Zawsze wcześniej dostajemy informację. 

– Ale nie tym razem. – 

Ben rozejrzał się dokoła. – Gdzie jest mój szofer? 

– 

Poszedł...  hm,  poszła  do  pokoju  wypoczynkowego.  Kiedy  otworzył 

drzwi

, Kate oderwała wzrok od lektury. 

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Szybko schowała książkę i zerwała 

się na równe nogi. 

– 

Ben! Chciałam powiedzieć, panie West... co pan tu robi? 

Kate próbowała nie zwracać uwagi na przyśpieszone bicie serca. Liczyła 

n

a to, że przed kolejnym spotkaniem z Benem zdoła przybrać maskę spokoju. 

Jednak  on  już  tu  był  i  wyglądał  świetnie  w  eleganckim  garniturze,  z  lekko 

rozwichrzonymi włosami. Dziewczyna była kompletnie zaskoczona. 

Zapięła żakiet i przeciągnęła ręką po włosach. 
– 

Mówiono  mi,  że  jeśli  będzie  pan  potrzebował  samochodu,  to  pan 

zadzwoni. Chyba nie zdążyłam jeszcze niczego przegapić. 

– 

Jadłaś już? 

– Dlaczego zawsze zadaje mi pan to pytanie? – 

Spojrzała na torbę w jego 

background image

rękach. 

– 

Bo zawsze jesteś głodna. – Ben uśmiechnął się. – No chodź. Wybierzemy 

się na przejażdżkę. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Kate pobiegła za nim. 
– 

Dokąd jedziemy? – zapytała. 

– Zobaczysz. 
– 

To znaczy dokąd? 

– 

Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że zadajesz zbyt dużo pytań? 

Lincoln  czekał  tuż  przy  wyjściu  z  budynku.  Kate  udało  się  wyprzedzić 

Bena na tyle, że otworzyła mu tylne drzwi. Ku jej irytacji, przemaszerował koło 

niej i zajął miejsce obok kierowcy. 

Spojrzała na niego ze złością i usadowiła się na swoim fotelu. 
– 

Jak mam prowadzić, skoro nie wiem, gdzie jedziemy? – zapytała. 

– 

Udawaj, że wiesz – uśmiechnął się Ben. 

Kate pracowała zaledwie od pięciu minut, ale już dostrzegła największą 

niedogodność  nowego  zajęcia  –  nie  wolno  jej  było  przyłożyć  temu  facetowi, 

nawet wtedy, kiedy na to zasługiwał. 

Rozejrzała  się  i  zjechała  na  jezdnię  prowadzącą  na  zachód.  Koło  Piątej 

Ulicy skręciła na północ, minęła Plaza i pojechała wzdłuż Central Parku. Ben 

wciąż milczał. Kiedy zatrzymała się na czerwonym świetle, z uwagą przyjrzała 

się swojemu pasażerowi. Nie lubiła uczucia niepewności. Zanim spotkała Bena, 

potrafiła dokładnie ocenić sytuację i wiedziała, dokąd zmierza. Kontrolowała się. 

Teraz nie wiedziała, co za chwilę nastąpi. Za każdym razem, kiedy na nią patrzył, 

rumieniła się i serce jej zaczynało bić przyśpieszonym rytmem. Oczywiście z jego 
winy. 

– 

Proszę posłuchać – odezwała się nieprzyjaźnie. – Powinien pan siedzieć z 

tyłu. 

– Wiem. 
– 

Przyjąłeś mnie do pracy, Ben, i zamierzam wykonywać ją najlepiej jak 

potrafię. Ale jak mogę zachowywać się oficjalnie w tych warunkach? 

A więc znowu mówiła mu po imieniu. Dobre i to na początek. Chyba że aż 

tak bardzo nie podobało jej się jego zachowanie, że nawet tego nie zauważyła. 

– 

Jesteśmy  na  środkowym  pasie,  na  zatłoczonej  ulicy  –  zauważył,  nie 

mogąc ukryć rozbawienia w głosie. – Oczekujesz, że będę się teraz gramolił do 

tyłu? 

– Spróbuj. 

Ben zmierzył wzrokiem niewielką odległość między fotelem a sufitem. 
– 

Chciałabyś? 

–  Chyba tak. – 

Nie  miała  zamiaru  się  roześmiać,  ale  nie  mogła  się 

powstrzymać. 

– 

Przykro  mi,  że  muszę  cię  rozczarować,  ale  mam  lepszy  pomysł.  – 

background image

Machnął ręką w kierunku wjazdu na parking przy następnej ulicy.  – Skręć na 
lewo. 

Kate  zakręciła  kierownicą i  wjechała  wprost  przed  pędzące  samochody. 

Zewsząd rozległ się dźwięk klaksonów. Ben poruszył się na fotelu. 

– 

Większość ludzi – powiedział – prowadzi limuzynę ostrożniej i z większą 

finezją niż taksówkę. 

– 

Większość ludzi – odparowała Kate – ma na wykonanie takiego manewru 

trochę więcej czasu niż dwie sekundy. Co teraz? 

– 

Zaparkuj gdzieś. Gdziekolwiek. 

– Tak, sir. 

Po minucie Kate zatrzymała się i wyłączyła silnik. Miejsce, które wybrała, 

było spokojne. Po obu stronach ulicy ciągnęły się trawniki. O tak wczesnej porze 

znajdowali  się  tu  tylko  uprawiający  jogging  i  właściciele  psów.  Chociaż  nad 

wierzchołkami drzew wyraźnie było widać wieżowce Manhattanu, to odnosiło się 

wrażenie, że miasto znajduje się daleko stąd. 

– 

No cóż – powiedziała Kate, odwracając się w stronę Bena.  – Zdałam 

egzamin na szofera? 

Diabli wiedzą, dlaczego tak go pociągała. Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, 

która równie umiejętnie potrafiłaby zaleźć mu za skórę i której sprawiałoby to aż 

taką przyjemność. 

– Ledwo, ledwo – 

mruknął. 

– 

Świetnie – uśmiechnęła się. – Możemy teraz coś zjeść? 

–  Chyba tak – 

odpowiedział,  otwierając  torbę.  –  Jeśli  nadal  będziesz 

prowadziła w ten sposób, koniecznie muszę wzmocnić swoje siły. 

Kate już miała ciętą odpowiedź na końcu języka, ale zamknęła usta, kiedy 

zobaczyła, co kryło się w torbie Bena. Cebularze, ser topiony i kilka rodzajów 

świeżych owoców. Dla takiego śniadania gotowa była ogłosić zawieszenie broni. 

– 

Jest  też  masło.  –  Ben  sięgnął  w  głąb  torby  i  wyciągnął  jeszcze  kilka 

innych produktów. 

– 

Smarowanie cebularza masłem jest świętokradztwem – stwierdziła Kate. 

– 

To samo mówił Nico. 

– Kto to jest? 
– 

Właściciel kafejki. Powiedział, że jeśli nie potrafisz właściwie docenić 

nowojorskiego  cebularza,  to  mam  cię  przyprowadzić  i  on  sam  ci  to  wszystko 

wyjaśni. Dodał, że jesteś niezła. 

– 

Naprawdę? – ucieszyła się Kate. 

Ben wziął brzoskwinię i zatopił w niej zęby. 
–  Kiedy 

go  poinformowałem,  że  pracujemy  razem,  poprosił  o  numer 

twojego telefonu. 

Kate uniosła brwi. 
– Dla Nico juniora – 

wyjaśnił. 

background image

– Dla Nico juniora? – 

Z trudem przełknęła kawałek bułki. 

– Swojego syna. – 

Wprawdzie nie mógł jej dotykać, ale to nie znaczyło, że 

n

ie mógł jej drażnić. Skończył jeść brzoskwinię i zabrał się za bułeczkę. – To miły 

młody Grek. Pomaga ojcu w interesie. 

– I co? – 

zapytała z niepokojem Kate. – Dałeś mu ten numer telefonu? 

– 

Oczywiście,  że  nie.  Wyjaśniłem  mu,  że  nie  wiem,  czy  nie  jesteś 

pr

zypadkiem z kimś związana. 

– 

Dzięki Bogu. 

– 

A więc – Ben zawahał się – jesteś czy nie? 

Kate przechyliła głowę i zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią na to 

pytanie. Jeszcze bardziej interesował ją powód, dla którego Ben je zadał. 

– Co to ma wspólnego z m

oją pracą? 

– Nic. 

Obawiała się takiej odpowiedzi, ale w gruncie rzeczy właśnie to chciała 

usłyszeć. A ponieważ nie mogła sobie poradzić z tak sprzecznymi odczuciami, 

postanowiła je na razie zignorować. 

– 

A więc nie masz prawa pytać. – Wysunęła do przodu brodę. 

Ben układał powoli kawałek łososia na ostatnim kęsie bułki. 
– Ale i tak pytam. 
– 

A jeżeli ci nie odpowiem? 

– 

Sam się dowiem. 

– 

Zawsze osiągasz to, czego chcesz? – spytała ze złością. 

– Zazwyczaj. 
– 

A ty? Masz jakąś przyjaciółkę, dziewczynę? 

– 

Odpowiem na twoje pytania, jeżeli ty odpowiesz na moje – uśmiechnął 

się Ben. 

– 

W porządku. 

– 

No więc mam przyjaciółki, które od czasu do czasu widuję, ale nie jestem 

z nikim związany na stałe. Chyba nawet chciałbym, żeby tak było, ale nie jestem. 

– Dlacze

go byś chciał? – Kate odłożyła na bok jedzenie. 

– 

Mam  trzydzieści  sześć  lat,  Kate.  Wbrew  temu,  co  myślisz,  jestem 

normalnym facetem i chciałbym mieć żonę i dzieci, zanim nie będę na to za stary. 

Kate  postanowiła  nie  myśleć  o  jego  przyszłych  dzieciach  ani  o  jakiejś 

wspaniałej blondynce, która mu je urodzi. 

– Co stoi na przeszkodzie? – 

zapytała. 

–  To samo, co powstrzymuje wszystkich innych. – 

W  jego  głosie 

pobrzmiewało  zniecierpliwienie.  Nie  był  przyzwyczajony  do  osobistych 

zwierzeń i nie potrafił tego ukryć. – Nie miałem okazji, żeby się zakochać. 

– 

Czy to aż takie ważne? 

Ben  zebrał  opakowanie  pozostałe  po  śniadaniu  i  wsadził  je  do  torby. 

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili. 

background image

– 

Naprawdę  jesteś  taka  cyniczna,  Kate?  Czy  to  przedstawienie 

wyreżyserowane jest specjalnie dla mnie? 

– 

Niczego nie robię specjalnie dla ciebie – odgryzła się, urażona. 

– 

To mnie jakoś nie dziwi – odparł sucho. 

Kate zagryzła wargę i spojrzała w inną stronę. Zraniła Bena, chociaż wcale 

nie  miała  takiego  zamiaru.  Pragnęła  tylko,  żeby  ich  konwersacja  była  luźna, 

beztroska i jak widać, pomyślała zgryźliwie, udało jej się to aż nazbyt dobrze. 

– 

Może to istotnie przedstawienie – powiedziała cicho. Ben spojrzał na nią 

z uwagą. 

– Co takiego? 
– 

Mówiłam, że może rzeczywiście się zgrywałam. A może musiałam być 

twarda i naprawdę taka teraz jestem. 

Ben wyciągnął rękę i położył na dłoni Kate. Wyczuwał jej siłę, ale także i 

bezbronność. Wspomniał, jak tamtej nocy spała w jego ramionach. Czy to się 

jeszcze kiedyś zdarzy? 

– Nowy Jork to okrutne miasto. Rz

ądzi się wilczymi prawami. Każdy, kto 

chce dojść tu do czegoś, musi walczyć o swoje. Przetrwałaś, Kate, i możesz być z 

tego dumna. Niewielu jest ludzi, o których można to powiedzieć. 

Kate westchnęła. Chciała wierzyć w to, co powiedział. 
– 

Co  sprawiło,  że  Benjamin  West  stał  się  uparty,  stanowczy, 

zdecydowany? – 

zapytała. 

– 

Taki się urodziłem. 

Dziewczyna  przejechała  palcem  po  przegubie  jego  ręki.  Sprawiło  jej 

przyjemność, że wydał się tym poruszony. 

– Nie, to nieprawda. 
– 

Skorumpowany już w dzieciństwie? 

– Mo

że. 

Na chwilę zapadła cisza. 
– Ben? 
– Hm? 
– Opowiedz mi o budynku O’Dwyera. 
– 

Co masz na myśli? – Poruszył się niespokojnie. 

– 

W zeszłym tygodniu byłam w czytelni. Rozumiesz, ambitny pracownik, 

który  chce  wiedzieć  jak  najwięcej  o  firmie  i  swoim  szefie.  Z  tego, co 

przeczytałam,  wynika,  że  nie  był  to  twój  zwykły  sposób  postępowania  w 
interesach. 

– 

Chcesz mi dać szansę? – zapytał. 

– 

Może po prostu chcę cię przeprosić. 

– 

Może? 

– 

Jeszcze się nie dowiedziałam, jak wygląda ta sprawa z twojego punktu 

widzenia. 

background image

– Rozumiem. – 

Ben cofnął rękę. Opinia Kate była dla niego ważna. 

– 

Na budynku było twoje nazwisko – przypomniała Kate. 

– Nie. – 

Ben spojrzał na nią. – Nazwisko mojego ojca. 

– 

Więc twój ojciec również był zamieszany w tę sprawę? – zapytała po 

chwili cicho. 

– Tak. West Development to jego firma, nie moja. 
– 

A więc nie jesteś odpowiedzialny za to, co się tam stało... 

– 

Tego nie powiedziałem – przerwał. Do diabła, wiedziała, gdzie uderzyć. 

– Jestem odpowiedzialny. 

Tym razem Kate wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego ramienia. 
– Powiedz – 

szepnęła. – Proszę. 

Ben westchnął. Wiedział, że już teraz nie uda mu się wykręcić. 
– 

To długa historia. 

– Mam czas. 

O tym akurat wiedział. 
– 

Piętnaście  lat  temu  wszedłem  do  spółki  ojca  –  zaczął.  –  Kupiliśmy 

budynek  O’Dwyera,  żeby  go  wyremontować.  Przynajmniej  tak  mnie 

poinformowano. To było nasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie. Okazało się, 

że  mój  ojciec  miał  inne  plany.  Wiedział,  że  się  sprzeciwię,  więc  mi  ich  nie 

przedstawił. Pewnego dnia wysłał mnie do New Jersey. Zdumiewające, ile może 

dokonać  w  ciągu  jednego  dnia  dobra  ekipa  zajmująca  się  wyburzeniami.  W 

każdym razie, kiedy wróciłem, budynku już nie było. 

– 

Co wtedy zrobiłeś? 

– 

Zobaczyłem  się  z  nim.  –  Ben  zesztywniał  na  wspomnienie  tego 

spotkania. – 

Cały czas wrzeszczałem. Było oczywiście za późno. Stwierdził, że 

plany  musiały  zostać  zmienione.  Budynek  był  zbyt  stary  i  nie  nadawał  się do 

remontu.  Zamiast  tego  mieliśmy  wybudować  nowoczesny  kompleks  z  częścią 

mieszkalną dla tych lokatorów, którzy chcieliby pozostać. 

– Ale ta

k się nie stało – zauważyła Kate. 

– Nie – 

przytaknął Ben. – Ale dopiero po pół roku zorientowałem się, że 

mnie  okłamał.  Zbył  mnie.  Powiedział,  że  już  nic  nie  mogą  zmienić.  Kiedy 

przejrzałem wszystkie dokumenty, okazało się, że miał rację. Trzeba przyznać, że 

był wyjątkowo sprytny. Chociaż moje nazwisko widniało na budynku O’Dwyera, 

wszystko tak naprawdę należało do ojca. Poświęciłem temu przedsięwzięciu rok 

pracy i zostałem z niczym. 

– To okropne! – 

Kate pomyślała o swojej rodzinie. Nie mieli zbyt wiele, ale 

zawsze  wszystkim  się  dzielili.  Tymczasem  Ben  został  wykorzystany  przez 

własnego ojca. 

– 

Z pewnością twój ojciec wiedział, że coś ci się należy? – zapytała. 

– 

Nie zrujnował mnie, jeżeli o to ci chodzi – uśmiechnął się Ben. – Z jego 

punktu widzenia była to dla mnie pouczająca lekcja, którą powinienem dobrze 

background image

zapamiętać. Zapłacił mi i dzięki temu mogłem założyć własną firmę. 

– 

I  tak  uważam,  że  to  było  wstrętne  z  jego  strony.  Ben  uśmiechnął  się 

jeszcze szerzej. Sprawiło mu przyjemność, że Kate z taką pasją stanęła w jego 
obronie. 

– 

Jednak w końcu mi się powiodło – powiedział. 

Kate  milczała.  Mogła,  przeprosić  Bena  za  to,  że  zbyt  pochopnie  go 

osądziła, ale on chyba tego nie oczekiwał. Chyba Ben w ogóle niczego od niej nie 

chciał, przynajmniej nie tego, co mogła mu ofiarować. 

– 

Będzie lepiej, jeżeli już wrócimy – odezwała się. 

– 

Czyżby? – zapytał Ben wyraźnie rozbawiony. – Śpieszysz się gdzieś? 

Otworzyła usta, po czym je powoli zamknęła. Na chwilę zapomniała, że to 

ona pracowała dla niego, i że to on wydawał polecenia. Pomyślała, że wiele czasu 

upłynie, zanim się do tego przyzwyczai. 

–  Przepraszam  – 

powiedziała,  bezskutecznie  próbując przybrać  pokorny 

ton. – 

Nie chciałam nadużywać... 

– 

Jeżeli uważasz, że czas już wracać, to pewnie masz rację. Wyrzuć mnie 

przed wejściem do Westcon Plaza, dobrze? 

Jechali  w  milczeniu,  a  Kate  wymyślała  sobie  w  duchu  od  najgorszych 

idiotek. Będzie miała doprawdy nieprawdopodobne szczęście, jeżeli uda się jej 

utrzymać tę pracę chociaż przez tydzień. Oczyma duszy widziała, jak Arnie pęka 
ze 

śmiechu, gdy ona pokornie prosi go, aby przyjął ją z powrotem. 

– Zahamuj tutaj. – 

Ben przerwał jej rozmyślania. – Wyskoczę i przebiegnę 

przez ulicę. 

Kate rozejrzała się z powątpiewaniem. 
– 

Jesteś pewien? – zapytała. – Mogłabym podjechać z drugiej strony i... 

–  Tutaj.  – 

Ben uchylił lekko drzwi i spojrzał na nią uważnie. – Chcę ci 

przypomnieć,  że  umowa  zobowiązuje.  Odpowiedziałem  na  wszystkie  twoje 

pytania,  a  ty  na  żadne  z  moich.  Jesteś  wolna?  Mam  dać  Nico  numer  twojego 
telefonu? 

Serce Kate zabiło mocniej, gdy usłyszała pierwsze pytanie i zamarło przy 

drugim. 

– Tak – 

powiedziała. – I nie. – Uniosła drwiąco brwi. – Stanowczo nie. 

Wysiadł  i  mocno  trzasnął  drzwiami.  Przez  chwilę  Kate  myślała,  że  nie 

odpowie,  ale  przeszedł  na  drugą  stronę  samochodu,  zupełnie  lekceważąc  ruch 
uliczny. 

Nagle pochylił się ku niej. 

Jego  usta  znajdowały  się  zaledwie  o  kilka  centymetrów  od  jej  warg. 

Wystarczyło unieść lekko głowę... Zastanawiała się nad tym przez moment, gdy 

nagle ujrzała olbrzymią ciężarówkę, pędzącą w ich stronę. 

– Wyd

aje mi się, że za chwilę będziesz martwy – zauważyła. 

– Bzdura – 

odpowiedział Ben, ale zerknął w tamtym kierunku. – To Nowy 

background image

Jork. 

Rozległo  się  głośne  trąbienie  klaksonu.  Ben  zaklął  i  uskoczył  w  stronę 

chodnika. Ciężarówka minęła go o kilka centymetrów. 

– Oferma! – 

wrzasnęła za nim Kate. Nawet się nie odwrócił. 

Ben pośpiesznie  wszedł do  budynku.  Krótka  jazda  windą  pozwoliła  mu 

przyczesać włosy i poprawić krawat, ale nie zdołał ukryć uśmiechu. Kiedy drzwi 

otworzyły się, wyszedł wprost na Jody i stojącego za nią Donalda. 

– 

Spóźnił się pan! – krzyknęła Jody. 

–  Nieprawda.  – 

Ben spojrzał na zegarek. – Jeszcze nie ma dziewiątej, a 

pierwsze spotkanie będzie dopiero o dziesiątej. 

– Ale... – 

zająknęła się Jody. – To znaczy... – umilkła i spojrzała błagalnie 

na Donalda. 

– 

Ona chce powiedzieć, że kiedy tu przyszliśmy, nie było cię w biurze. 

– 

A co, wybuchł pożar? – Ben rozejrzał się z zainteresowaniem. 

– 

Nie, oczywiście, że nie, tylko... 

– No to w czym problem? – 

Wciąż się uśmiechając Ben minął ich i wszedł 

do gabinetu. 

Jody  wzruszyła  ramionami  i  usiadła  za  biurkiem.  Donald  pośpieszył  za 

Benem. 

– 

Telefonowano z kasyna. Cher odwołała występ – powiedział. 

Ben rozsiadł się wygodnie w fotelu. 
– 

Wciśnij na jej miejsce kogoś innego – rzucił. 

– 

Szkoda byłoby ją stracić. Ona może przyciągnąć mnóstwo ludzi. 

– 

O co poszło? O pieniądze? – zapytał Ben. 

–  Nie  – 

potrząsnął  głową  Donald.  –  Myślę,  że  powodem  była  jakaś 

sprzeczka z szefem estrady. On chce ją przeprosić, ale lepiej byłoby, gdybyś ty 

zadzwonił i... 

– 

W porządku. – Ben zanotował coś w kalendarzu. – Zajmę się tym. 

– To chyba wszystko. – 

Nagle Donald zerknął uważnie na przyjaciela. – 

Dobrze się czujesz? 

– 

Świetnie. Jak nigdy dotąd. Dlaczego pytasz? 

– 

Sam nie wiem. Najpierw się spóźniasz, a potem nawet nie mrugniesz na 

wiadomość,  że słynna  gwiazda  wystawia nas  do  wiatru.  Czy  jest  coś, o  czym 

powinienem wiedzieć? 

– Nic a nic – 

odparł Ben tonem ucinającym jakąkolwiek dyskusję. 

Kiedy  Donald  wyszedł,  Ben  ponownie  zerknął  w  kalendarz,  notując  w 

pamięci nazwiska i mruknął z zadowoleniem. Może to wcale nie będzie taki zły 

dzień, pomyślał. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Kate sądziła, że Ben korzystał z samochodu tak często wyłącznie z powodu 

brzydkiej  pogody.  Przecież  Donald  ostrzegał  ją,  że  większość  czasu  będzie 

spędzała bezczynnie, ponieważ ich wspólny szef lubi przechadzki. Minęły już 

dwa tygodnie, a jeszcze nie miała okazji się nudzić. Wręcz przeciwnie. Dni były 

wypełnione  interesującymi  zleceniami,  począwszy  od  przywożenia  z  lotniska 

ważnych gości i klientów aż po poszukiwanie najlepszych czekoladek w Nowym 

Jorku.  Wraz  ze  swoim  chlebodawcą  przemierzała  lincolnem  niezliczone 

kilometry. Ben miał wypełniony kalendarz i odbywał masę spotkań w interesach. 

Wciąż nie była pewna, czy postąpiła słusznie przyjmując propozycję Bena. 

Sytuację komplikował fakt, że coraz wyraźniej zdawała sobie sprawę ze swoich 

uczuć  do  tego  mężczyzny.  Od  początku  wiedziała,  że  nie  ma  żadnych  szans. 

Zaakceptowała ten fakt tak samo jak wszystkie inne rozczarowania i porażki w 

przeszłości. 

Kate  nie  należała  do  osób  rozdzielających  włos  na  czworo.  Nie  zwykła 

rozczulać się nad sobą. Cieszyła się tym, co miała. Praca była interesująca, dobrze 

płatna  i  co  najważniejsze,  bezpieczna.  Poza  tym  Kate  mogła  mnóstwo  czasu 

spędzać w towarzystwie Bena. 

Jak  większość  szefów,  miał  swoje  nawyki  i  kaprysy.  Zachowywał  się 

jednak bezpośrednio i sympatycznie. Jedną z jego charakterystycznych cech była 

niechęć do pozerstwa. Gdy miał gości, zajmował w samochodzie tylne siedzenie i 

prowadził często ważne pertraktacje. Kiedy jednak byli sami, zawsze siadał obok 

niej, rozmawiał, gestykulował, czym zresztą rozpraszał Kate. 

Miał  zwyczaj  głośno  myśleć.  Wyciągał  plany  nowych  inwestycji  i 

opowiadał o nich Kate, która usiłowała skupić się na prowadzeniu auta. Jednak 

słuchała  zafascynowana,  gdy  wprowadzał  ją  w  tajniki  swoich  rozległych 

interesów, choć w gruncie rzeczy niewiele z tego rozumiała. Mimo to potężny 

Benjamin  West  słuchał  jej  uważnie  i  zachęcał,  żeby  mówiła  wszystko,  co 

przyjdzie  jej  do  głowy  na  temat  omawianego  właśnie  zagadnienia.  Odkryła  z 

przyjemnością, że czasem brał pod uwagę jej punkt widzenia. Czym innym było 
studiowanie prawa, a czym innym praktyczne zastosowanie zdobytych 

wiadomości, Ben przekazał Kate bezcenną wiedzę o handlu nieruchomościami i 
rozmaitych kruczkach prawnych. 

Po raz pierwszy od bardz

o  długiego  czasu  dziewczyna  budziła  się 

codziennie z uśmiechem na twarzy. Na razie to wystarczało. 

 

* * * 

 

Co za piekło, pomyślał Ben. Dwa nieznośne tygodnie. Musiał być szalony, 

background image

gdy postanowił zatrudnić Kate. Jednak nie było innego sposobu, aby mieć ją tak 

często w pobliżu. Od początku wzbudziła jego ciekawość. Mało tego, wyraźnie 

go pociągała. Była żywa, inteligentna i błyskotliwa. Nie onieśmielał jej tak jak 

innych kobiet. Bawiła go i kusiła. Był nią oczarowany. 

Zamiast proponować jej zajęcie u siebie, powinien umówić się na randkę. 

Sama  mu  to  powiedziała.  Nie  wiadomo  jednak,  czy  przyjęłaby  zaproszenie. 

Dlatego też zdecydował się zaangażować dziewczynę jako swojego kierowcę. 

Nigdy  nie  uważał  się  za  mężczyznę  przesadnie  opiekuńczego,  ale  Kate 

wyzwalała w nim takie instynkty. Pragnął się nią zająć i zrobił to. 

Oczywiście, zupełnie do siebie nie pasowali. Nawet dziecko mogłoby to 

dostrzec. Sądził, że codzienne widywanie się sprawi, że przestanie o niej myśleć. 

Stało się wręcz odwrotnie. 

Kto by od niej oczekiw

ał rozumienia kruczków prawnych czy też zasad 

obrotu nieruchomościami? Wiedział, że Kate jest inteligentna, ale zaskoczony był 

jej  głodem  informacji,  ciekawością  świata.  Dzień  po  dniu  zdumiewała  go  i 

wprawiała w zachwyt. I to był właśnie problem. 

Tamtego w

ieczoru  w  biurze  postawiła  warunek,  na  który  się  zgodził. 

Niestety, pochopnie! Wiedział, że podoba się Kate, ale umowa zobowiązywała. 

Tyle, że wyraźnie miał już tego dosyć. Łapał się na tym, że nie może doczekać się 

spotkania z Kate. Przez cały czas pilnował się, żeby jej nie dotknąć. Sytuacja 

powoli stawała się nie do wytrzymania. Nigdy nie był sentymentalny. Zawsze do 

tej pory, gdy coś się nie udawało, szybko z tym kończył. Uznał, że teraz jest to 

również jedyne wyjście. 

 

* * * 

 

Kate  stała  w  sekretariacie  na  czterdziestym  pierwszym  piętrze  i  w 

milczeniu wpatrywała się w dębowe drzwi do gabinetu Bena. Było kilka minut po 

siódmej. Jody już dawno poszła do domu, a Donald minął Kate po drodze. 

– Jest u siebie – 

rzucił w przelocie. – Wejdź od razu. 

– 

Jesteś pewien, że chciał się osobiście widzieć ze mną, że nie chodzi o 

kolejne polecenie? – 

zapytała niepewnie. 

– Tak – 

zapewnił Donald i wyszedł. Kate została sama. Dlaczego szef ją 

wezwał? Kiedy podniosła rękę, żeby zapukać, drzwi otworzyły się. 

– 

O, już jesteś – powitał ją Ben. – Wydawało mi się, że słyszę windę. 

Oszołomiona Kate przyglądała mu się przez chwilę. Ciemne włosy były 

potargane,  a  krawat  niedbale  rozluźniony.  Nie  miał  na  sobie  marynarki. 

Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały silnie umięśnione przedramiona, pokryte 

ciemnymi włosami. Luźne spodnie na szelkach podkreślały jego szczupłe biodra. 

Wyglądał niesłychanie pociągająco. Kate poczuła, że ma kolana jak z waty. 
– 

Wejdź. – Ben spojrzał na nią i zapytał z niepokojem: – Czy coś się stało? 

background image

– 

Nie. Oczywiście, że nie. – Kate potrząsnęła przecząco głową. Ale kiedy 

weszła do gabinetu, przypomniała sobie pamiętny wieczór i chwilę, gdy wziął ją 
w ramiona. 

– 

Jesteś blada – stwierdził Ben z troską w głosie. – Czy podać ci coś? 

– 

Czuję  się  świetnie.  –  Kilkakrotnie  szybko  zamrugała  powiekami.  – 

Naprawdę. 

– Skoro tak twierdzisz. – 

Ben wskazał jej krzesło, po czym usiadł na brzegu 

biurka.  – 

Poprosiłem  cię,  żebyś  przyszła,  bo  uważam,  że  powinniśmy 

porozmawiać. 

– O czym? 

Benjamin  West  brał  udział  w  spotkaniach  z  mężami  stanu i najbardziej 

znanymi osobami ze świata biznesu, ale nigdy – nawet przez moment – nie miał 

takiej pustki w głowie jak teraz. Nie miał pojęcia, jak ma rozmawiać z Kate. 

– 

Chodzi o naszą umowę – zaczaj wreszcie. – Nie sprawdza się. 

Kate otworzyła szeroko oczy, po czym szybko spojrzała w inną stronę. Do 

diabła,  zamierzał  ją  zwolnić.  Układało  się  zbyt  dobrze,  aby  mogło  trwać 
wiecznie. 

– 

Popełniłem błąd – ciągnął Ben. – I gotów jestem przyjąć na siebie całą 

winę. 

– 

To nie był twój błąd. – Kate wstała. Skoro już po wszystkim, nie było 

powodu,  żeby  zostawać  tu  dłużej.  –  Nie  powinnam  była  przyjmować  twojej 

propozycji. Nie nadaję się do tej pracy, ale myślałam tylko o sobie, o tym, czego 

potrzebuję, czego chcę... 

– Kate? 
– Nie przerywaj mi. – 

Spojrzała na niego ze złością. 

– 

Ale po co właściwie to mówisz? 

– 

Bo odchodzę – warknęła Kate. Ten facet mógłby się trochę postarać i 

pohamować radość. – A co sobie myślałeś? 

Rozbawienie Bena zniknęło w jednej chwili. 
– Rezygnujesz z pracy? – 

zapytał poruszony. 

– A co za ró

żnica? Przecież chcesz mnie zwolnić. 

– Nic podobnego. 
– 

Ale powiedziałeś... 

– 

Powiedziałem, że popełniłem błąd – przerwał jej Ben. – Ale nie dlatego, 

że zatrudniłem cię. 

Pod Kate ugięły się nogi. Ponownie usiadła na krześle. 
– 

A więc dlaczego? – zapytała. 

– 

Postawiłaś warunek i ja się zgodziłem. Pamiętasz? Kate powoli skinęła 

głową. 

– 

Zmieniłem zdanie. 

– Co... – 

Chrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Co to znaczy? 

background image

Ben poczuł się nieco pewniej. 
– 

Pragnę cię, Kate. Do diabła, to żadna tajemnica, ale nie wiem, jak sobie z 

tym poradzić. Myślałem... myślałem, że jeśli będziemy się często widywali, to mi 
spowszedniejesz. 

Kate oparła się o poręcz i zdołała uśmiechnąć się z wysiłkiem. 
– Ben? 
– Uhm? 
– 

Jesteś beznadziejnym romantykiem. 

– Czy ty drwisz ze mnie? 
– 

Pozwolisz, że się nad tym zastanowię? 

Sądził, że panuje nad sobą, ale wyraźnie się łudził. Wyszedł zza biurka i 

zaczął chodzić po pokoju. 

– 

To nie jest dla mnie łatwe, Kate. 

– 

Widzę. 

– 

Byłoby lepiej, gdybyś przestała się śmiać. 

– 

Nie śmieję się z ciebie – wyznała uczciwie. – Śmieję się z nas obojga i z 

całej tej sytuacji. Musisz przyznać, że to idiotyczne. 

– 

Pewnie, że idiotyczne – przyznał. – A wszystko to twoja wina. 

Kate usiłowała przybrać poważny wyraz twarzy. 
– 

To znaczy, że ci nie przeszło? – zapytała. 

– Nie. 
– To dobrze. 

Ben przystanął i spojrzał na nią uważnie. 
– 

Co powiedziałaś? 

– 

Powiedziałam „dobrze”. Mnie też nie. 

– 

To już coś – mruknął pod nosem. Do tej pory nie spotkał nikogo, kto 

wyprowadzałby  go  z  równowagi  równie  szybko  jak  Kate  Hallaby.  Fakt,  że 

przychodziło jej to bez żadnego wysiłku, tylko dodatkowo pogarszał sytuację. 

– Skoro tak, to co teraz zrobimy? – 

zapytała Kate. Ben podszedł bliżej i 

popatrzył na nią. 

– 

Wydaję przyjęcie w Wilton. Chciałbym, żebyś tam była. 

– Jako twój szofer? 
– Jak

o mój gość. 

– Nie – 

potrząsnęła stanowczo głową. – Wykluczone. 

– 

Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego po prostu nie zaprosiłem cię na randkę – 

przypomniał jej Ben. – Właśnie to robię. 

– 

Na przyjęcie? 

– 

Wiesz dobrze, jak wygląda mój program dnia. Nie mam wiele wolnego 

czasu, nawet w weekendy. Jednak na moim stanowisku oczekuje się ode mnie, że 

będę się od czasu do czasu pokazywał. To przyjęcie zaplanowałem kilka tygodni 

temu. Nie będzie duże, tylko dwanaście osób... 

background image

– 

To ma być nieduże przyjęcie? 

– 

Chciałbym cię tam zobaczyć, Kate. – Ben zignorował jej uwagę. – I to nie 

za kółkiem lincolna. W niedzielę wieczorem wyjeżdżam do Londynu. To chyba 

dobry pomysł. 

– Wcale nie jest dobry – 

Kate westchnęła z przygnębieniem. – Przecież to 

okrop

nie  kłopotliwe.  Jestem  twoim  kierowcą,  Ben.  Nie  mogę  pokazywać  się 

uczepiona twojego ramienia. 

–  Dlaczego nie? – 

Ben  skrzyżował  ręce  z  pewnością  siebie  człowieka, 

który przywykł do ustanawiania swoich własnych reguł. 

Kusił ją, ale nie była na tyle szalona, żeby się zgodzić. 
– Kiedy wrócisz... – 

zaczęła. 

– 

Spotykamy się w ten weekend – przerwał stanowczo. Miała szczęście, że 

nie nalegał na dzisiejszy wieczór. Bardzo chciał, ale postanowił dać jej trochę 

czasu, żeby oswoiła się z nową sytuacją. – Przecież kochasz wieś. Sama mówiłaś. 

– 

Nie uznajesz żadnych kompromisów, prawda? – zapytała. 

– 

Kiedy czegoś chcę, muszę to mieć – odpowiedział spokojnie. 

Kate poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Pragnęła Bena, lecz 

jednocześnie  obawiała  się  go.  W  pewien  sposób  sprawował  władzę  nad  jej 

życiem. Chciała wiedzieć, jak daleko jest zdolny się posunąć. 

– 

A jeżeli odmówię, to co? 

– 

Będę musiał cię przekonać, żebyś zmieniła zdanie. – Ben wyprostował 

się i sięgnął do kieszeni spodni. – Jak ci się ostatnio wiedzie, Kate? 

– 

Świetnie, dziękuję. – Spojrzała na niego ponuro. 

– Wiesz co? – 

uśmiechnął się. – Zagrajmy. 

Kate patrzyła, jak czyści rękawem dziesięciocentówkę. 
– 

Co dostanę, jeżeli wygram? – zapytała. 

– Co powiesz na weekend na wsi? 
– 

Spróbuj czegoś innego, spryciarzu – roześmiała się głośno. 

– 

Może podwyżkę? – Ben obracał monetę w dłoniach. 

– 

I tak za dobrze mi płacisz. 

– 

Naprawdę? – Zerknął na nią. – Muszę o tym pamiętać. 

– 

Zapomnij, że w ogóle coś takiego powiedziałam. Rzucaj. 

Ben podrzucił dziesiątkę w górę. 
– Os

tatnim razem ty wybierałaś pierwsza, więc teraz moja kolej. – Złapał 

monetę i położył ją na przegubie ręki. 

– 

Stawiam na reszkę. 

Kate patrzyła z napięciem, jak odsłaniał przegub. 
– 

Wyjedziemy w piątek o drugiej – zdecydował Ben. – Wpadnę po ciebie. 

Kate skinęła głową i sięgnęła po czapkę. 
– 

Prowadzę,  czy  będę  miała  wolny  weekend?  Ben  spojrzał  na  nią 

zdumiony. 

background image

– 

Nie musiałaś pytać o to, Kate. 

– 

Owszem, musiałam. 

Czy świadomie starała się wyprowadzić go z równowagi, czy też wyszło 

tak przypadkowo? 

– Pojedziemy jensenem – 

powiedział. – Ja prowadzę. 

– 

W  porządku.  Będę  gotowa  o  drugiej.  –  Zatrzymała  się  na  chwilę.  – 

Rozumiem, że tę rundę ty wygrałeś. 

Spojrzenie Bena było czułe niczym spojrzenie kochanka. Kate poczuła, że 

mięknie, a całe jej ciało wypełnia przyjemne ciepło. To będzie szaleńcza walka. 

– Nie – 

mruknął Ben. – Oboje wygraliśmy. 

 

* * * 

 
– 

Dobrze, że nosimy ten sam rozmiar – orzekła Maggie. 

– 

Inaczej wyszłabyś na idiotkę. 

– 

Pewnie  i  tak  wyjdę.  –  Kate  uważnie  przyglądała  się  stercie  ubrań 

leżących na łóżku. – I nie ma to nic wspólnego z tym, co będę miała na sobie. Co 

sądzisz o niebieskim swetrze? 

Maggie zlustrowała go krytycznym spojrzeniem. 
– Zbyt niewinny – 

stwierdziła. – Weź ten czerwony. Tylko nie mów, że już 

zaczynasz żałować. 

– Nie chodzi o Bena – 

powiedziała Kate. – Tylko o przyjęcie. A co będzie, 

jeżeli znajdą się tam ludzie, którzy wiedzą, że jestem jego kierowcą? 

– 

No właśnie, co? – Maggie złożyła czerwony sweter i wsadziła do walizki. 

– 

Nie uważasz, że to trochę dziwne? 

– Nie do mnie nale

ży ocena – odparła Maggie. – Chociaż, według mnie, 

wszystko, co ci się przydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca, jest dziwne. Także i 

to, że wszechmocny Benjamin West ma na ciebie ochotę. 

– 

Nie przejmuj się. – Kate przybrała śmiertelnie poważny wyraz twarzy. – 

On ma nadzieję, że mu przejdzie. 

– Jak przelotna grypa? – 

zachichotała Maggie. 

– 

Jak  niezbyt  długa  grypa  –  poprawiła  Kate.  Maggie  wyciągnęła  swoje 

koronkowe rajstopy i wcisnęła je do walizki przyjaciółki. 

– 

Mam  tylko  nadzieję,  że  wiesz,  co  robisz  –  powiedziała.  –  Jesteś 

fantastyczna, ale facet taki jak Benjamin West... sama rozumiesz. Postaraj się nie 

przywiązywać do tej sprawy zbyt dużej wagi. 

– 

Nie będę. – Kate zamknęła walizkę. – Ben to wspaniały człowiek. Jest 

chyba  najbardziej  niezwykłą  osobą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałam,  ale 

musiałabym mieć źle w głowie, gdybym uważała, że interesuje się mną poważnie. 

Rozległ się dźwięk domofonu. Kate wpadła do łazienki, żeby rzucić okiem 

po raz ostatni w lustro, po czym złapała walizkę i zbiegła na dół. Cztery piętra 

background image

niżej otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i wpadła prosto w ramiona Bena. 

Ręce mężczyzny zatrzymały ją. Zrobił krok do przodu i zamknął ją w mocnym 

uścisku. Poczuła się nieco oszołomiona i z trudem usiłowała złapać oddech. To 

dlatego,  że  biegłam  tak  szybko,  pomyślała.  To  również  wyjaśniało,  dlaczego 

zachwiała się, kiedy ją puścił. 

– 

Jak  zmieniasz  reguły  –  powiedziała  –  postaraj  się  nie  robić  z  ludzi 

idiotów. 

Ben uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony. 
– 

Masz coś przeciwko temu? – zapytał, biorąc od niej walizkę. 

– 

Ależ skąd. – Kate zatrzymała się na schodkach. Kiedy Ben wskazał ręką 

ciemnozielony  sportowy  samochód,  zaparkowany  na  środku  wąskiej  uliczki, 

ruszyła w tamtym kierunku. 

– 

Chyba mi się to nawet podoba – dodała. Ben poczuł się mile połechtany. 

– 

Nigdy  nie  kłamiesz,  prawda  Kate?  –  zapytał  otwierając  bagażnik  i 

wsuwając tam jej walizkę. 

– 

Jeżeli nie muszę, to nie. – Oparła się o dach samochodu i przejechała 

palcem po czarnym płótnie. – Czy można to opuścić? 

– 

Oczywiście. – Ben otworzył drzwi, po czym dodał znacząco: – Ale tylko 

wtedy, kiedy jest ciepło na zewnątrz. 

Wyciągnął błyskawicznie, rękę i chwycił Kate za przegub. 
– 

Jesteś zdecydowana, prawda? – zapytał. 

– 

Bez wątpienia. – Czuła ciepło jego dłoni. 

– I uparta. 
– 

To też – westchnęła Kate. – Czy oddasz mi moją rękę? 

– 

Zastanawiam się. – Zastanawiał się również nad tym, czy nie wziąć jej 

natychmiast w ramiona. 

– 

Będziesz potrzebował obu rąk, żeby opuścić dach. Ben pokiwał głową i 

puścił jej rękę. 

– 

Będziemy o tym dyskutowali przez całą drogę do Wilton? – zapytał. 

– 

To zależy. 

– 

W takim razie ja się poddaję. 

– 

Świetnie. – Kate zatrzasnęła drzwiczki. 

– 

Jeśli zrobi ci się niedobrze – ostrzegł ją Ben – obetnę ci pensję. 

– 

W porządku. – Uśmiechnęła się, kiedy dach został wreszcie opuszczony. 

Ben włożył marynarkę i pomyślał, że jednak warto było opuścić ten dach. 

Nigdy przedtem nie zetknął się z taką kobietą jak Kate. Z kimś, kto wykłócałby 

się w jednej chwili, po czym w następnej wzdychał z dziecięcym zachwytem. 

Było coś wyjątkowo pociągającego w zaangażowaniu, z jakim rzucała się w wir 

życia  i  jak  radośnie  potrafiła  cieszyć  się  najprostszymi  rzeczami.  Kiedy 

przebywał  z  nią,  również  zdawało  się  zmieniać  jego  podejście  do  życia. 

Przypominała mu o tej części jego natury, którą nieomal utracił. Tak wiele spraw 

background image

traktował  obojętnie,  tak  wieloma  nie  miał  czasu  się  cieszyć.  W  walce  o 

osiągnięcie swoich celów zapomniał jak proste i radosne może być życie. I jak 
cudowne. 

Wnętrze  samochodu  okazało  się  przytulne.  W  schowku  znajdowało  się 

kilka taśm magnetofonowych, a w przenośnej lodówce za siedzeniem krakersy i 

parę rodzajów past kanapkowych. W zamierzeniu Bena powolna i spokojna jazda 

do  Wilton  miała  umożliwić  im  wprowadzenie  się  w  nastrój  nadchodzącego 
weekendu. 

A więc stało się, pomyślał Ben, naciskając pedał gazu i odśpiewując wraz z 

Kate  „Jumping  Jack  Flash”.  Czuł  się  niesłychanie  zadowolony  ze  swoich 
popisów wokalnych. 

Kiedy  wjechali do  Connecticut,  Kate poczuła  się całkowicie odprężona. 

Gdzieś po drodze rozwiały się jej wątpliwości. No i cóż się takiego stanie, jeżeli 

następne  dwa  dni  spędzi  z  tuzinem  ludzi,  z  którymi  nie  ma  absolutnie  nic 

wspólnego? Będzie tam Ben, a poza tym znajdzie jakiś sposób, żeby dać sobie 

radę. 

Kiedy  zaczęto  nadawać  reklamy,  przyciszyła  radio  i  zwróciła  twarz  w 

kierunku 

Bena. Jedną rękę trzymał na kierownicy, druga oparta była na dźwigni 

biegów. Miał długie i szczupłe palce ze starannie przyciętymi paznokciami. Silne, 

prawdziwie męskie dłonie, pomyślała Kate. Benjamin West wiedział, czego chce 

i zdobywał to, co zamierzał. Prowadził samochód z pewnością siebie człowieka, 
który zawsze wie, co robi. 

– Kate – 

głos Bena przerwał te rozważania – jak się czujesz? 

– 

Cudownie. Nie masz pojęcia, jak taka jazda różni się od podróżowania 

autobusami czy metrem. 

– Chyba mam. – Ben zerkn

ął w jej stronę. – A propos, czy ci mówiłem, że 

na przyjęciu będzie szef zakładów komunikacyjnych w Nowym Jorku? 

– Car metra? 
– 

Z żoną. 

–  Cudownie. – 

Kate roześmiała się na całe gardło, ale szybko odzyskała 

powagę.  –  Z  kim  jeszcze  ze  śmietanki  towarzyskiej  będę  miała  przyjemność 

rozmawiać i jeść? 

– Z Bibi i Calvinem Latroux. To projektanci mody... 
– Wiem o tym – 

przerwała Kate. – Będę zbyt skromnie ubrana. 

– 

Tym bym się nie martwił. Oni jak zwykle będą zbyt wystrojeni. Przyjdzie 

jeszcze sędzia Aldous Warren z małżonką. 

– 

Chodzą plotki, że zamierza zrzucić togę, żeby móc startować w wyborach 

na gubernatora w przyszłym roku. 

– To prawda. – 

Ben mrugnął do niej okiem. – Ale nie słyszałaś tego ode 

mnie.  Przypuszczam,  że  Al  przyprowadzi  jednego  ze  swoich  ludzi. 
Pr

awdopodobnie zajmie się nim Tabitha Bright. 

background image

– 

Najsłynniejsza  modelka  Bibi  i  Calvina  –  skomentowała  Kate.  – 

Widziałam  jej  zdjęcia.  Chyba  nie  ma  na  świecie  mężczyzny,  na  którym  nie 

zrobiłaby wrażenia. 

Zgarbiła  się.  Musiała  być  szalona,  gdy  sądziła,  że  da  sobie  jakoś  radę. 

Wypłynęła na zbyt głęboką wodę. Będzie miała szczęście, jeżeli nie utonie. 

Ben  kątem  oka  obserwował  Kate  i  zauważył  nagłą  zmianę  jej  nastroju. 

Gdyby  nie  znał  jej  lepiej,  pomyślałby,  że  jest  przerażona.  Jego  Kate,  która 

potrafiła  sobie  poradzić  z  uzbrojonym  napastnikiem,  wyglądała  teraz  tak,  jak 

gdyby odebrało jej mowę. 

Poprzednio  często  miał  dosyć  jej  przesadnej  pewności  siebie  i  ostrego 

języka. Teraz zdał sobie sprawę, że Kate wydawała się taka twarda nie dlatego, że 

nic ją nie obchodziło, lecz dlatego, że wszystko obchodziło ją za bardzo. Pod 

szorstką skorupą kryła się delikatna i wrażliwa kobieta. Kobieta, która nie miała 

pojęcia, jak bardzo była zachwycająca. 

Kiedy  pojawiła  się  zielona  tablica,  Ben  nagle  podjął  decyzję.  Włączył 

migacz i sk

ręcił na prawo. 

– Co robisz? – 

zapytała Kate. – Na tablicy był napis Greenwich. 

– 

No to chyba jadę do Greenwich. 

– 

Widzę. – Kate rozglądała się niespokojnie, gdy Ben skierował samochód 

w stronę Round Hill Road. Po obu stronach otoczonej drzewami alei znajdowały 

się olbrzymie, eleganckie domy. 

– 

Masz coś przeciwko małej wycieczce? 

– Nie. – 

Kate pokręciła głową, całkiem oszołomiona. – To cudowne. 

Ben uśmiechnął się do siebie i jechał dalej. Gdy dotarli na przedmieście, 

zauważył puste miejsce pośrodku Greenwich Avenue i zaparkował tam jensena. 

– Co teraz? – 

zapytała Kate. 

– 

Przejdziemy się. 

– 

Słucham? 

– 

No  wiesz...  rozejrzymy  się,  popatrzymy  na  wystawy.  –  Ben nagle 

spoważniał i wziął Kate za rękę. – Kiedy dojedziemy do Wilton, wszyscy już tam 

będą.  Tłum  gości,  no,  może  nie  tłum,  ale  coś  w  tym  rodzaju.  Chyba  jestem 

samolubny, ale chciałem jeszcze trochę mieć cię wyłącznie dla siebie. 

Kate  uścisnęła  delikatnie  rękę  Bena.  Domyśliła  się,  dlaczego  to  zrobił. 

Widział, jakie wrażenie wywarła na niej rozmowa o gościach zaproszonych na 

przyjęcie i chciał jej dać trochę czasu, żeby się oswoiła z sytuacją. 

Później, kiedy Kate zastanawiała się nad chwilą, w której po raz pierwszy 

zrozumiała,  że  kocha  Benjamina  Westa,  pamiętała,  że  ogarnęło  ją  uczucie 
spokoju. Nigdy nie c

zuła się szczęśliwsza. 

– 

Wszystko w porządku? – zapytał Ben. 

– 

Oczywiście.  –  Kate  spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczami.  – 

Naprawdę. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Ben  wziął  Kate  za  rękę.  Przechadzali  się  wzdłuż  pasażu  rozmawiając, 

śmiejąc  się  i  przyglądając  witrynom  sklepów.  Kate  wzdychała  z  zachwytu  na 
widok kosztownych drobiazgów. 

– 

Może weszlibyśmy do środka? – zaproponował Ben, gdy zatrzymali się 

już po raz trzeci. 

– To nie jest konieczne – 

uśmiechnęła się Kate. – Tu jest mi doskonale. 

– 

Ale na pewno widziałaś coś, co chciałabyś posiadać. 

– 

Jasne, że tak. – Kate zerknęła na pięknie ułożone na wystawie wyroby ze 

skóry. – 

Ale to jeszcze nie znaczy, że zamierzam to kupić. 

– Dlaczego nie? 
– 

A dlaczego tak? Te wszystkie przedmioty są bardzo ładne, ale wcale ich 

nie potrzebuj

ę. 

– Nie rozmawiamy o tym, czego potrzebujesz, lecz o tym, czego pragniesz. 
– Nic pilnego. – 

Kate wzruszyła ramionami. 

Nie  wyglądała  na  przygnębioną.  Wydawało  się  raczej,  że  akceptowała 

życie takim, jakie jest. 

Ben przypomniał sobie, jak jedna z jego przyjaciółek niby przypadkowo 

odwiedzała  w  jego  towarzystwie  sklepy  Cartiera  czy  Bulgari.  Nie  widział  nic 

złego  w  kupowaniu  kobietom  prezentów.  Czuły  się  wtedy  doceniane,  a  może 

nawet kochane. Nikomu to nie przeszkadzało. 

– 

Nie spotkałem kobiety, która nie lubiłaby wydawać pieniędzy – odezwał 

się po chwili. 

– 

I mówiłeś, że to ja jestem cyniczna. 

– 

Nie jestem cyniczny. Jestem realistą – zaprotestował Ben. Ujął ją za rękę 

i podprowadził do okna wystawowego sklepu jubilerskiego. – Czy to znaczy, że 

jeżeli obiecam ci kupić wszystko, o cokolwiek poprosisz, ty niczego nie będziesz 

chciała? 

– 

Cóż... – Na twarzy Kate pojawił się przelotny uśmiech. – Owszem, jest 

taka jedna rzecz. 

– 

Naprawdę? – Ben przypuszczał, że będzie zadowolony, ale nie wiedział, 

że sprawi mu to aż taką radość. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak bardzo 

chciał ofiarować Kate coś, na co sama nie mogłaby sobie pozwolić. Coś, co już 

zawsze przypominałoby jej ten dzień i okres, który spędzili razem. 

– 

Zdradź tajemnicę. 

– Tam. – 

Kate wskazała palcem. Ben popatrzył w tamtym kierunku i ujrzał 

cukiernię. – Chcę lody. 

– I to wszystko? 

Kate zastanawiała się przez chwilę. 

background image

– 

Mogłyby być w czekoladzie – powiedziała w końcu. Nie żartowała. Tuż 

pod  jej  nosem  leżał  zegarek  marki  Rolex,  a  obok  niego  szafir  wielkości 

dojrzałego winogrona. Jednak ona poprosiła o lody. To nieprawdopodobne. Nikt 

nie jest aż taki niewinny, a już z pewnością nie jego szorstka, wygadana Kate. 

– 

Czy wiesz, co wypuszczasz z rąk? – zapytał. 

– 

Oczywiście. – Kate nie zaszczyciła wystawy dodatkowym spojrzeniem. – 

No i co z tego? 

– 

Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego tak postępujesz. 

Kate  rozejrzała  się  ostrożnie.  Na  trawniku  za  sklepami  stała  ławeczka. 

Złapała Bena za rękę i pociągnęła go w tamtą stronę. 

– Siadaj! – 

rozkazała. – Cokolwiek by się między nami nie wydarzyło – w 

ten weekend czy kiedy indziej – 

może się wydarzyć tylko z jednego powodu. Bo 

ja tego będę chciała. 

Gdyby nie była tak śmiertelnie poważna, Ben próbowałby się uśmiechnąć. 
– Czy ja nie mam nic do powiedzenia? – 

zapytał. 

– Ty masz – 

sapnęła, czując zbliżającą się zasadzkę. – Twój portfel nie. Nie 

można mnie kupić, Ben. 

Przez dłuższą chwilę Ben się nie odzywał. Nagle podniósł rękę i otoczył 

biodra Kate. Straciła równowagę i raptownie usiadła mu na kolanach. Podtrzymał 

ją drugą ręką, po czym objął mocno i przytulił. 

– 

Nigdy nie uważałem, że można – szepnął. 

– Ale... – 

zaczęła Kate i umilkła. Nie była w stanie się gniewać, gdy Ben 

znajdował się tak blisko. 

Czuła twarde mięśnie jego ud. Popatrzyła na jego usta, zwilżyła wargi i z 

wysiłkiem próbowała przypomnieć sobie, jak się oddycha. 

– 

Przykro mi, jeżeli cię uraziłem – szepnął Ben. – Nie miałem zamiaru. 

Kate otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Czuła rękę 

Bena na swoim biodrze. Zadrżała w oczekiwaniu na pieszczotę. 

Ben zbliżył twarz do jej twarzy. 
– Nie tutaj – 

wykrztusiła. 

– 

Muszę. 

Dotknął  ustami  jej  warg.  Pocałunek  trwał  bardzo  długo.  Długo 

powstrzymywana namiętność ogarnęła ją z całą mocą. Wiedziała, że nigdy nie 

pragnęła nikogo tak bardzo jak Bena. Czuła jego ciepło i zapach. Kiedy język 

Bena znalazł się w jej ustach, jęknęła cicho z rozkoszy. 

Ben poczuł, że przeszywa go dreszcz pożądania. Powstrzymał się jednak 

od zamknięcia jej w ramionach i tylko przejechał kciukami wzdłuż jej policzków. 

– 

Miłe. – Kate powoli uniosła powieki. 

– 

Miłe!? – Ben posadził ją obok na ławce. – Porażające. 

– 

Może nie powinieneś czekać tak długo. 

– 

Czekałem na ciebie – odparł. Kate uniosła ze zdziwieniem brwi. 

background image

– 

Nie chciałem się śpieszyć – mruknął. – Wszystko się zmieniało między 

nami. Po

myślałem,  że  będziesz  potrzebowała  czasu,  żeby  oswoić  się  z  nową 

sytuacją. 

– Rozumiem. – 

Oczy Kate błysnęły. – Wstawaj, idziemy. 

– 

Dokąd? 

– 

Przede wszystkim, obiecałeś mi lody. Potem zabierzesz mnie do swojego 

domu i przekonam cię, jak bardzo już się oswoiłam. 

 

* * * 

 

Było dopiero parę minut po piątej, kiedy Kate i Ben pojawili się w Wilton. 

Na podjeździe stał okazały mercedes. Parker wyciągał walizki z bagażnika. Ben 

chciał przejechać i zaparkować z tyłu domu, lecz Parker powstrzymał go ruchem 

dłoni. 

– Cie

szę się, że pan już przybył, sir – powiedział, kiedy Ben zahamował. – 

Donald  Rubin  przez  całe  popołudnie  próbował  skontaktować  się  z  panem. 

Wygląda  na  to,  że  to  jakaś  pilna  sprawa.  Czy  mam  teraz  pójść  i  zamówić 

rozmowę? 

– 

Nie, dziękuję. – Ben westchnął ciężko. – Sam się tym zajmę. 

Parker  skinął  głową  i  wraz  z  bagażem  skierował  się  do  drzwi.  Kate 

obserwowała  go  dotąd,  dopóki  nie  była  całkiem  pewna,  że  już  panuje  nad 

nerwami.  Przez  całe  popołudnie  znajdowała  się  w  stanie  euforii.  Teraz 

gwałtownie  powróciła  do  rzeczywistości.  Ben  robił  wszystko,  by  poczuła  się 

ważna i to mu się udało. Na krótką chwilę zapomniała o jego pozycji, lecz znowu 

powróciła  świadomość,  jak  wiele  ich  dzieli.  Miał  mnóstwo  obowiązków  i 

ważnych spraw, a w tej chwili dodatkowo jeszcze dom pełen gości. Przez kilka 

godzin  byli  tylko  we  dwoje,  ale  musiałaby  być  szalona  sądząc,  że  potrwa  to 

dłużej. 

–  Przykro mi. – 

Ben włączył silnik i ruszył wzdłuż domu. – Donald nie 

popuści. Skoro uważa, że coś jest ważne, to naprawdę muszę zadzwonić. 

– 

W porządku. Rozumiem. 

– 

Naprawdę?  –  Ben  zaparkował  i  odwrócił  się  w  jej  stronę.  Jego  ręka, 

spoczywająca dotychczas na przekładni biegów, dotknęła jej uda. – To postaraj 

się  zrozumieć  jeszcze  coś.  Kiedy  skończę  rozmawiać  z  Donaldem,  pójdę 

przywitać się z gośćmi. I przez ten cały czas będę żałował, że nie jestem z tobą na 

górze.  Będę  sobie  wyobrażał,  jak  wyglądasz  bez  ubrania.  Będę  myślał,  jak 

mruczysz, kiedy się całujemy, i o tym, jak cudownie jest czuć puls na twojej szyi. 

Będę ściskał dłonie, przygotowywał drinki, prowadził banalne rozmowy i przez 

cały  ten  czas  się  zastanawiał,  jaka  jesteś,  nieśmiała  czy  wyzywająca?  Czy 

obejmiesz mnie tymi długimi nogami? Jak smakujesz? Chcę cię wziąć w ramiona. 
– 

Ben pochylił się w stronę Kate i pocałował ją w rękę. 

background image

– 

Lepiej już chodźmy – powiedziała. 

Kate z trudem przełknęła ślinę, patrząc jak Ben wysiada i otwiera bagażnik. 

Nie była w stanie się ruszyć. Miała szczęście, że po tym pocałunku mogła jeszcze 

myśleć. 

– Wyskakuj. – 

Ben stanął przy drzwiczkach. – Parker zaprowadzi cię do 

twojego pokoju. Jeżeli masz ochotę, możesz się odświeżyć. Jak będziesz gotowa, 

zejdź do biblioteki. Zaczniemy od drinków. 

Kiedy weszli do domu, Ben przeprosił Kate i poszedł do gabinetu. Poczuła 

ulgę, gdy ujrzała Parkera. 

– 

O, panna Hallaby. Cieszę się, że udało się pani przyjechać. 

– 

Dziękuję.  –  Kate  uśmiechnęła  się.  Parker  stał  niewzruszony. 

Prawdopodobnie widział już tuziny kobiet, które przychodziły i odchodziły, choć 

może nie w tak dziwnych okolicznościach jak ona. Ale skoro on zdawał się o tym 
nie pa

miętać, nie zamierzała mu przypominać. 

– 

Pójdziemy na górę? – zapytał, biorąc od niej walizkę. 

– 

Oczywiście. 

Poprzednim  razem  Kate  korzystała  z  sypialni  położonej  u  szczytu 

schodów. Teraz Parker minął dwie pary drzwi i zatrzymał się przy trzecich. Pokój 
by

ł  utrzymany  w  pogodnej  kremowo-żółtej  tonacji.  W  olbrzymich  oknach 

furkotały koronkowe firanki. Ogromne, ozdobne łoże wydało się Kate stworzone 

do miłości. Uśmiechnęła się z zachwytem. Czuła się jednocześnie jak Kopciuszek 
i Alicja w Krainie Czarów. 

– Czy 

przysłać kogoś, żeby pomógł pani się rozpakować? – zapytał Parker. 

– 

Proszę się mną nie zajmować – roześmiała się Kate. – Poradzę sobie. 

– 

W  takim  razie  zostawiam  panią.  Tutaj  jest  łazienka.  Będzie  ją  pani 

dzieliła  z  panną  Bright,  która  ma  pokój  po  drugiej  stronie.  Kiedy  będzie  pani 

gotowa,  proszę  zejść  na  dół.  Ostatnie  drzwi  po  lewej  stronie  prowadzą  do 
biblioteki. 

– 

Dziękuję – powiedziała Kate, ale Parker już zniknął. Wyjęła ubrania z 

walizki  i  powiesiła  je  w  szafie.  Zrobiła  toaletę  i  włożyła  błękitną  sukienkę  z 

jedwabiu. Uszy ozdobiła parą dużych srebrnych kolczyków, dobrze widocznych 

wśród gęstych, kasztanowych loków. 

Kate  poprawiła  makijaż,  przeczesała  palcami  włosy  i  uznała,  że  jest 

gotowa.  Chociaż  nie  spotkała  nikogo  poza  Parkerem,  sądząc  po  ilości 
sa

mochodów  większość  gości  przybyła  już  na  miejsce.  Na  myśl  o  tym,  że 

znajdzie  się  w  gronie  nowojorskiej  elity,  zrobiło  jej  się  słabo.  Szybko  jednak 

opanowała się, uniosła brodę i pomaszerowała w kierunku holu. Kiedy dotarła do 

podnóża schodów, usłyszała gwar rozmów dobiegających z biblioteki. Stanęła w 

otwartych drzwiach i rozejrzała się dookoła. 

Pierwszą  osobą,  którą  zauważyła,  była  Tabitha,  wysoka  blondynka  o 

posągowej figurze, ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę. Tuż za nią stała słynna 

background image

para wydawcó

w, Peter i Anette Rand. W pobliżu rozmawiali sędzia Warren oraz 

Bibi i Calvin Latroux. Zdesperowana utkwiła spojrzenie w Benie. Gawędził z 

Bibi, ale popatrzył w jej stronę, jakby wyczuwając jej obecność. Uśmiechnął się 

zachęcająco. Kate drgnęła, gdy usłyszała głos Bibi Latroux. 

– 

Cóż,  mój  drogi,  widzę,  że  utraciłam  twoje  zainteresowanie.  I  nic 

dziwnego. – 

Podeszła do Kate z pewnością siebie kogoś, kto przywykł do tego, że 

jego polecenia są natychmiast wykonywane. – Nie stój w drzwiach, kochanie. 

Wejdź. Ben, przedstaw nas sobie. 

Bibi uważnie zlustrowała Kate. Jej spojrzenie, chociaż pełne ciekawości, 

nie  było  nieprzyjazne  i  Kate  poczuła  się  raźniej.  Ben  dokonał  prezentacji  i 

przygotował Kate drinka. Chwilę później Bibi odeszła i wreszcie zostali sami. 

– 

Wyglądasz cudownie – szepnął Ben. – Czy wiesz, że nigdy dotąd nie 

widziałem  cię  w  sukience?  –  Jego  spojrzenie  powędrowało  w  dół,  po  czym 

powoli  powróciło  do  twarzy.  –  Gdybym  wiedział,  co  tracę,  prawdopodobnie 

kazałbym zmienić krój uniformu. 

– 

Przestań. – Policzki Kate płonęły. – Nie waż się. 

– O co chodzi? – 

Ben wyglądał jak urażona niewinność. 

– 

Wiesz  dobrze,  o  co  chodzi.  Nie  musisz  mnie  nawet  dotykać,  a  i  tak 

brakuje mi tchu i czuję, że słabnę. Przestań być taki czarujący. Pomóż mi. Jeżeli 

będziesz się tak dalej zachowywał, to ja... 

– Tak? 
– 

...nie odpowiadam za to, co się wydarzy – dokończyła. 

– Intrygujesz mnie, Kate – 

uśmiechnął się Ben i dodał: – Jak zawsze. 

– 

Wcale nie próbuję cię intrygować, do diabła. Próbuję cię nastraszyć. 

– 

Nigdy  bym  nie  zgadł.  –  Ben  mówił  poważnym  tonem,  ale  w  oczach 

błysnęły wesołe ogniki. – No cóż, skoro jesteś gościem, muszę chyba uszanować 

twoje życzenie. Jeżeli chcesz, możemy zmienić temat. 

– 

Świetnie – przytaknęła Kate. 

– 

O czym chcesz rozmawiać? 

–  O czymkolwiek – 

powiedziała  z  rozpaczą  w  głosie.  W  tej  chwili  nie 

patrzył na nią, ale i tak czuła się zagrożona. – Donald!? – krzyknęła z ulgą w 

głosie. – Dzwoniłeś do niego? 

Ben skinął głową, powoli sącząc drinka. 
– 

Pamiętasz, jak kilka tygodni temu wspominałem ci o projekcie nocnego 

klubu? Teraz, kiedy przebrnęliśmy przez wszystkie formalności, Mort Silverburg 

chce  natychmiast  rozpocząć  budowę.  Powiedział  Donaldowi,  że  jeżeli  nie 

zorganizuję ekipy do przyszłego tygodnia, to on się tym zajmie. 

– 

Co w tym złego? 

– Sam nie wiem, ale ten 

pośpiech wydaje mi się podejrzany. W każdym 

razie  udało  mi  się  skontaktować  z  Mortem  i  zgodził  się  poczekać  jeszcze 

tydzień... 

background image

– 

Nie masz chyba prawa wyłączności do tej ślicznej damy, Ben. Daj szansę 

innym. 

Ben spojrzał na okrągłą, jowialną twarz sędziego Warrena. 
– Nic z tego, Al – 

powiedział. – Wiem, co robię. 

– Tak jak mój Al – 

odezwała się Maribeth Warren, pulchna uśmiechnięta 

brunetka. – 

Nigdy nie przepuści okazji, żeby pogadać z ewentualnym wyborcą. 

– Al Warren – 

przedstawił się sędzia, wyciągając rękę do Kate. – A to jest 

Maribeth. 

– 

Miło państwa poznać – wymamrotała Kate. Jej dłoń zniknęła w pulchnej 

ręce sędziego. 

– 

Chyba  nie  miałeś  jeszcze  okazji  poznać  mojego  pomocnika,  Ben  – 

powiedział sędzia. – Kręci się gdzieś tutaj. – Rozejrzał się dookoła. – A, tu jesteś, 

Barry. Chodź do nas, synu. 

Kate kątem oka dostrzegła grzywę blond włosów i szczupłą sylwetkę we 

włoskim garniturze. Zesztywniała zaskoczona. Barry Kingen odwrócił się i Kate 

stanęła z nim twarzą w twarz. 

Zauważyła, że wciąż porusza się z tym samym wdziękiem. Typowy młody 

człowiek wspinający się po szczeblach kariery. Nie widziała go od stycznia, od 

tamtej nocy, kiedy oświadczył, że nie jest dla niego odpowiednią dziewczyną, i 

odszedł. 

Starała się wymazać to wydarzenie z pamięci. Nie wiedziała przecież, że 

spotka  ponownie  Barry’ego.  Mój  Boże,  pomyślała,  dlaczego  tutaj?  Dlaczego 
teraz? 

– Panie West – 

Barry wyciągnął rękę – jestem zaszczycony. 

Jeszcze  jej  nie  zauważył.  No  jasne,  jego  oczy  utkwione  były  w  Benie. 

Zawsze potrafił wyczuć, komu należy okazać względy. 

Ben objął Kate, zamierzając przedstawić jej nowo przybyłego. 
– A to jest... 
– Barry – 

przerwała Kate, zanim Ben zdążył dokończyć zdanie. Czuła, że 

usta rozciągają się jej w nienaturalnym uśmiechu. – Miło cię znowu widzieć. 

Zawsze zap

amięta  wyraz,  jaki  przez  moment  malował  się  na  twarzy 

dawnego  przyjaciela.  Był  oszołomiony  i  jakby  lekko  przestraszony.  Jednak 

błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą. 

– Kate! – 

wykrzyknął. – Co za przemiła niespodzianka! 

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Kate nie cofnęła się tylko dlatego, że 

podtrzymywał ją Ben. 

– 

Coś takiego – zaśmiał się sędzia Warren. – Może jednak wcale nie masz 

monopolu, Ben. 

Barry  uniósł  w  górę  brwi,  zaś  Kate  przygryzła  wargi.  Jak  mógł  kiedyś 

wydawać  się  jej  atrakcyjny?  To,  co  być  może  czuła  do  Barry’ego,  teraz 

nieodwołalnie należało do przeszłości. 

background image

– 

Chodziliśmy razem do szkoły – wyjaśniła zwracając się głównie do Bena. 

– 

Ale nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu. 

–  Rozumiem.  – 

Ben przyjrzał się im uważnie. Rozpoznał to imię. – Czy 

zostawić was samych, żebyście mogli porozmawiać o dawnych czasach? 

Kate otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Barry był szybszy. 
– 

Ależ  skąd  –  powiedział  pośpiesznie.  –  Powspominamy  sobie  później. 

Teraz chciałbym bardzo usłyszeć pańską opinię na temat propozycji burmistrza 

dotyczącej pozbywania się toksycznych odpadów... 

Kate  słuchała  tylko  przez  moment.  Łatwo  było  przewidzieć,  co  zrobi 

Barry.  Barry  był  bardzo  ambitny.  Nie  zamierzał  tak  szybko  rezygnować  z 

nadarzającej się okazji. Kate skończyła drinka i odeszła, pozostawiając mężczyzn 

pogrążonych w ożywionej dyskusji. 

–  Okropne, prawda? – 

rzuciła  Maribeth  idąc  za  nią  w  kierunku  baru.  – 

Mówią,  że  ma  to  być  zabawne  przyjęcie,  a  zanim  jeszcze  człowiek  zdąży  się 

rozpakować, już zaczynają gadać o tych nudziarstwach. 

Kate mruknęła coś niewyraźnie i nalała sobie kieliszek martini. W innych 

okolicznościach z przyjemnością przyłączyłaby się do rozmowy mężczyzn. Ale 

nie dzisiejszego wieczoru, z Benem po jednej stronie barykady, sędzią Warrenem 
po przeci

wnej i Barrym, uwijającym się pomiędzy jednym a drugim rozmówcą w 

daremnym  wysiłku  zadowolenia  obu  stron.  Nie,  taką  dyskusję  mogła  sobie 

spokojnie darować. 

Wzięła  w  rękę  kieliszek,  uzbroiła  się  w  uśmiech  i  ruszyła  w  kierunku 

innych gości. Ku jej zdumieniu zaopiekowała się nią Bibi Latroux i przedstawiła 

pozostałym  osobom.  Pół  godziny  później,  kiedy  rozpoczęła  się  kolacja,  Kate 

usiadła  przy  stole  z  Calvinem  po  lewej  i  architektem  Lawrence’em 
Smithem-

Millerem po prawej stronie. Obaj byli niezwykle zajmujący i dosłownie 

wychodzili z siebie, żeby niczego jej nie brakowało. 

Ben, siedzący dość daleko, z zapałem zabawiał gości, lecz było oczywiste, 

że  wciąż  myśli  o  Kate.  Kilka  razy  napotkała  jego  przeciągłe  spojrzenie.  W 

pewnym momencie pozwolił sobie nawet puścić do niej oko. Kate zakrztusiła się 

winem  i  natychmiast  skierowała  wzrok  w  inną  stronę.  Barry  nie  został 

zaszczycony uwagą ani jej, ani Bena. Chociaż posadzono go obok Tabithy, nikt 

nie zwracał na niego uwagi. 

Po posiłku goście przeszli na koniak do salonu, gdzie rozpalono ogień na 

kominku. Ben zaproponował, żeby zagrać w „Monopol”, ale został hałaśliwie i 

nadzwyczaj zgodnie wygwizdany. Zamiast tego wszyscy obecni opowiedzieli się 

za  grą  towarzyską,  polegającą  na  odgadywaniu  słów.  Mistrzynią  okazała  się 
Tabit

ha. Jej interpretacja „Kotki na gorącym, blaszanym dachu” zebrała burzliwe 

oklaski. 

Około  północy  goście  zaczęli  rozchodzić  się  do  swoich  pokojów.  Kate 

rozejrzała się i znalazła Bena przy kominku, pogrążonego w rozmowie z Peterem 

background image

Randem. Wszystko w Benjami

nie West wydawało się jej fascynujące. Bardzo 

chciała, żeby był z nią w tej chwili, ale mogła poczekać. Świadomość, że razem 

spędzą tę noc, na razie jej wystarczała. Ben spojrzał na nią w chwili, gdy właśnie 

o tym myślała. Napotkał jej wzrok i uśmiechnął się. Moment później przeprosił 

Petera i podszedł do niej. 

– 

Muszę jeszcze trochę porozmawiać z Peterem. Czy mogłabyś iść na górę 

sama? 

Kate skinęła głową, nagle zawstydzona. 
– 

To nie potrwa długo – pocałował ją leciutko. – Obiecuję. 

– Czy wiesz... hm, w którym jestem pokoju? 
– 

Droga Kate, wyraźnie mnie nie doceniasz. – Oczy Bena błysnęły. 

– 

Po prostu nie chciałam, żebyś się zgubił – powiedziała. 

–  Nie ma mowy – 

wyszeptał. Jego usta znajdowały się zaledwie o parę 

centymetrów od jej ucha. – Mój pokój jest po drugiej stronie korytarza. 

– 

Widzę, że opłaca się mieć znajomości – zachichotała Kate. 

– Jak zwykle. 

Za  nimi  rozległo  się  ciche  kaszlnięcie.  Kate  odwróciła  się.  W  pokoju 

pozostali tylko oni i Peter. Nie mogła zabierać więcej czasu Benowi, skoro miał 
jeszcze pewne sprawy do omówienia. 

– 

Idź już – powiedziała. – Skończ rozmowę, a ja będę czekała. 

Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy przechodziła przez pokój. Wyszła na 

korytarz i wbiegła na schody z radosnym uśmiechem na twarzy. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 
W swoi

m  pokoju  na  górze  Kate  zajęła  się  przygotowaniami  do 

nadchodzącej nocy. Włożyła koszulę nocną, która stanowiła chyba najbardziej 

uwodzicielski element jej garderoby: błyszcząca satyna z mnóstwem delikatnych 

koronek.  Na  ten  zwiewny  strój  narzuciła  delikatny  peniuar.  Nagle  usłyszała 
dyskretne pukanie. 

– 

Proszę – powiedziała drżącym głosem i ruszyła w stronę drzwi. Gdy się 

otworzyły, stanęła jak wryta na środku pokoju, a uśmiech zamarł jej na ustach. 

– 

Coś podobnego. – Barry rozejrzał się dookoła i wyszczerzył zęby. – To 

się dopiero nazywa powitanie. 

Kate  w  milczeniu  przyglądała  się,  jak  mężczyzna  wchodzi  do  środka  i 

zamyka za sobą drzwi. 

– 

Czekałaś na mnie, prawda, Kate? 

Sama nie wiedziała, co jest gorsze – pytanie czy też pożądliwe spojrzenie, 

jakim ją obrzucił. 

– 

Oczywiście, że nie. – Owinęła się szczelnie peniuarem. – Co ty tu robisz? 

– 

Myślę, że wiesz. – Barry postąpił kilka kroków i dotknął jej ramion. 

Odsunęła się szybko i zapaliła lampkę na nocnym stoliku. 
– 

Mylisz się, Barry.  To, co było  między  nami, już od dawna należy do 

przeszłości. 

– 

Tęskniłem za tobą, Kate. 

– 

Jasne. To te twoje bezustanne telefony i listy tak mnie wypłoszyły. – Kate 

włączyła górne światło. 

– 

Byłem zajęty. 

– Jestem o tym przekonana. – 

Dziewczyna podeszła do drzwi i otworzyła je 

na oścież. – A teraz idź sobie i nadal bądź zajęty. 

– 

Ślicznie wyglądasz, Kate. 

W odpowiedzi wskazała ręką drzwi. Barry zignorował ten gest. 
– 

Zauważyłem,  że  dziś  wieczorem  na  dole  nawiązało  się  między  nami 

dawne porozumienie. Nie powiesz mi, że niczego nie zauważyłaś. 

Jasne, że tak, pomyślała Kate. Jej odczucia na widok Barry’ego oscylowały 

między szokiem a odrazą. 

– 

Musiałaś wiedzieć, że przyjdę – nalegał. – Czekałaś przecież na mnie, 

prawda? 

Barry nigdy nie był specjalnie natrętny, ale tym razem wyraźnie nie chciał 

niczego pojąć. Czy będzie zmuszona siłą wyrzucić go z pokoju? 

– 

Mówię ci po raz ostatni. Nie jestem tobą zainteresowana. 

– 

Więc  kto...?  –  Przez  jego  twarz  przemknął  błysk  zrozumienia.  –  Coś 

takiego! Stanęłaś wreszcie na nogi, prawda? 

background image

–  Do di

abła,  Barry!  –  krzyknęła  niecierpliwie.  –  Idź  już.  Teraz,  kiedy 

poskładał elementy układanki w całość, nie śpieszył się z wyjściem. 

– 

Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem cię na dole, zastanawiałem się, co 

ty  tutaj  robisz.  Ale  przecież  zawsze  starałaś  się  wykorzystać  każdą  okazję. 

Uznałem, że udało ci się pozyskać pana Westa do sponsorowania tych twoich 
idiotycznych projektów pomocy prawnej... 

– 

Prowadzę  jego  samochód  –  przerwała  Kate.  Gotowa  była  zrobić 

cokolwiek, byleby wyniósł się stąd jak najprędzej. – To właśnie nas łączy. Jestem 
szoferem Benjamina Westa. 

– Jasne – 

Barry roześmiał się głośno. – Pewnie. 

– 

Wierz albo nie, to twoja sprawa. Nie mam czasu na kłótnie i, szczerze 

mówiąc, nie interesuje mnie, co myślisz, pod warunkiem, że robisz to w swoim 
pokoju. 

– 

W porządku. – Barry wyprostował się. 

Kiedy  zniknął  za  progiem,  natychmiast  zatrzasnęła  za  nim  drzwi.  Miał 

tupet! Inna sprawa, że Barry zawsze uważał się za kogoś zupełnie wyjątkowego. 

Miał szczęście, że była w dobrym nastroju, kiedy się pojawił. Inaczej mogłoby jej 

przyjść do głowy, żeby... 

Znowu rozległo się pukanie do drzwi. Równie dyskretne jak poprzednio. 

Najwyraźniej  Barry  nie  potrafił  tak  łatwo  pogodzić  się  z  porażką.  Kate 

wyskoczyła z łóżka, przeszła energicznie przez pokój i otworzyła szeroko drzwi. 

– Czego znowu? – 

huknęła. 

– 

Nic tak dobrze nie robi jak miłe powitanie – odezwał się Ben. Zrobił krok 

i zawahał się. – Może raczej wolałabyś, żebym poszedł? 

– 

Nie, oczywiście, że nie. – Kate wzięła go za ramię i wciągnęła do środka. 

– Przepraszam, ni

e chciałam się wydzierać. Myślałam, że to ktoś inny. 

– 

Naprawdę? – Ben nie wydawał się zachwycony. – Kto? 

– 

Na litość boską – mruknęła Kate. Romantyczne plany legły w gruzach. 

Była  zarazem  zła  i  zakłopotana.  –  Barry  Kingen  wstąpił  tu  na  moment,  to 
wszystko – 

wyjaśniła niechętnie. 

– Twój dawny przyjaciel. 

Było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Kate skinęła głową. 
– 

Chciał odświeżyć dawną znajomość? 

– On tak. Ja nie. 
– 

Domyśliłem się ze sposobu, w jaki mnie przywitałaś – powiedział sucho 

Ben. Zdawał sobie sprawę, że Kate doskonale potrafi się obronić, ale nie mógł 

powstrzymać się od pytania: – Chcesz, żebym go odesłał do domu? 

Kate wyobraziła sobie, jaką wywołałoby to sensację. 
– 

Nie... oczywiście, że nie – odparła. 

– 

Jeżeli cię napastował... 

– Nie – powtórz

yła stanowczo. – Wierz mi, Barry nic, ale to nic mnie nie 

background image

obchodzi. 

– Rozumiem. – 

Ben rozejrzał się dookoła. – Pełna iluminacja, prawda? 

– 

Nie waż się kpić. – Kate rzuciła mu mordercze spojrzenie. 

– 

Powinnaś  być  zadowolona,  że  się  śmieję.  –  Ben  starał  się  mówić 

spokojnie.  – 

Mógłbym  przecież  mieć  ochotę  poszukać  Kingena  i  udusić  go 

gołymi rękami. – Zdjął marynarkę i rzucił ją na oparcie krzesła. – Jest jednak 

pewien powód, dla którego tego nie zrobię. 

– Jaki? 

Ben podszedł do Kate i wziął ją w ramiona. Jego ciało było ciepłe i twarde. 

Przytuliła się i, oddychając głęboko, wchłaniała jego zapach. Głaskał ją delikatnie 

po włosach. 

– 

Naprawdę nie wiesz? – zapytał. 

– Powiedz – 

uniosła głowę. 

– 

Czekałem na tę chwilę od dni, tygodni, od zawsze, słodka Kate. Teraz nie 

mógłbym od ciebie odejść. 

– 

A więc zostań. I kochaj mnie, Ben. 

Pochylił się nad nią i pocałował najdelikatniej jak potrafił. Czuł, że płonie, 

ale starał się stłumić ten ogień. Nie chciał się śpieszyć. Pragnął ofiarować jej dziś 

wszystko i przedłużać ich miłość w nieskończoność. 

Kate stanęła na palcach i oddała mu pocałunek. Ręce Bena spoczywały na 

jej biodrach. Ich ciężar podniecał ją. Odchyliła głowę i otworzyła lekko usta. 

– 

Chciałem,  żeby  było  delikatnie  i  łagodnie  –  powiedział  urywanym 

głosem, przymykając oczy. 

– Mm – 

wymruczała Kate, całując go. – A ja, żeby szybko i gwałtownie. 

Ben nigdy jeszcze nie spotkał kobiety, która podniecałaby go tak jak Kate, 

ani też takiej, którą bardziej pragnąłby zadowolić. 

– 

Zasługujesz  na  najlepsze,  słodka  Kate  –  szepnął.  –  Romans z bajki, 

czułość... 

Podniosła ręce i rozwiązała Benowi krawat. Rzuciła go za siebie. 
– Mam najlepsze – 

powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Mam ciebie. 

Ben  pocałował  ją  mocno,  niemal  brutalnie.  Kate  zdjęła  mu  koszulę. 

Dotykała  jego  barków  i  pleców.  Ciało  pod  jej  palcami  było  gładkie  i  gorące. 

Dotarła do torsu, do gęstwiny ciemnych włosów. W chwilę później ręce Kate 

powędrowały do peniuaru, ale Ben przykrył je swoimi dłońmi. 

–  Nie – 

wymruczał. – Pozwól, że ja to zrobię. Powoli zdjął z jej ramion 

peniuar i zsunął cienkie ramiączka koszuli. Kate wstrzymała oddech, gdy Ben 

pochylił się ku jej piersiom. Jego usta zaczęły wędrówkę po gładkiej skórze. W 

pewnym momencie Ben wyprostował się. Koszula Kate osunęła się na ziemię. 

– 

Słodka Kate – wyszeptał. Wziął dziewczynę na ręce i ułożył delikatnie na 

chłodnym prześcieradle. – Piękna, słodka Kate. 

Przyglądała mu się, gdy zdejmował z siebie ubranie. Wcześniej żałowała, 

background image

że  pokój  nie  jest  pogrążony  w  ciemności,  ale  teraz  cieszyła  się,  że  może 

podziwiać każdy centymetr wspaniałego męskiego ciała. Ben położył się obok 

niej. Pocałowali się, a ich ręce błądziły, szukały i dotykały. Kasztanowe włosy 

Kate  leżały  rozrzucone  na  poduszce.  Wargi  zwilgotniały,  a  oczy  przesłoniła 

namiętność. Zadrżała, gdy Ben zaczął pieścić jej piersi. Serce biło jak oszalałe. 

– Ben – 

wyszeptała, gdy uniósł nieco głowę. – Zapomniałam... 

– 

W porządku – usiadł i z kieszeni spodni wyciągnął foliowe opakowanie. 

– 

Ja pamiętałem. 

Kiedy wszedł w nią, Kate odczuła nie znaną jej do tej pory intensywność 

pożądania. Zatraciła się całkowicie w namiętnym zbliżeniu. Chciała, by trwało 

wiecznie. Wspięła się na szczyty rozkoszy i w momencie ekstazy krzyknęła. W 

chwilę potem ciałem mężczyzny wstrząsnął potężny dreszcz. 

Przez  dłuższy  czas  leżeli  bez  ruchu.  Nie  dobiegały  do  ich  uszu  żadne 

dźwięki, widocznie wszyscy już spali. Kiedy odpoczęli, Ben sięgnął po kołdrę i 

przykrył  ich  oboje.  Nie  miał  zamiaru  wychodzić.  Kate  miała  mu  tyle  do 

powiedzenia! Nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu. Przytulała się do Bena 

przepełniona miłością. Zdawała sobie sprawę, że przeżyli coś wyjątkowego, coś 

niezwykłego. Zastanawiała się, czy Ben także zdaje sobie z tego sprawę. 

Mężczyzna spojrzał na nią. – Za chwilę będę musiał wrócić na ziemię – 

powiedział i uśmiechnął się. – Kto wie, może zresztą jeszcze nie. 

– To dobrze. – 

Kate pogładziła go pieszczotliwie po plecach. – Cieszę się, 

że nie tylko ja czuję się tak, jakbym była w niebie. 

– 

Nie jestem za ciężki? – Ben uniósł się nieco na łokciach. 

– Nie – 

zacisnęła dłonie na jego ramionach. – Jesteś w sam raz. 

– 

Coś podobnego – uśmiechnął się. 

Kate pomyślała, że ofiarował jej tak wiele. I to bez żadnych zastrzeżeń. 

Podarował jej poczucie bezpieczeństwa, czułość i opiekę. A co ona dała mu w 
zamian? 

Miłość,  to  na  pewno.  Ale  nie  szczerość.  Ukrywała  coś  przed  nim,  i  to 

celowo.  Teraz  dopiero  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  się  myliła.  Dziś 

oddali sobie ciała. Któregoś dnia oddadzą dusze. Nawet, jeśli nie była jeszcze 

przygotowana na oświadczyny, postanowiła ofiarować mu to, co mogła – swoje 
zaufanie. 

– Ben? – 

wyszeptała. 

– Uhm? 
– 

Jest coś, o czym ci nie powiedziałam. 

– 

Jest mnóstwo rzeczy, o których mi nie mówiłaś. – Ben oparł się na łokciu 

i  popatrzył  jej  w  oczy.  –  Na  przykład,  jaki  jest twój ulubiony  kolor,  ulubiona 
p

otrawa? Pracujesz nocą z wyboru czy z konieczności? – Pocałował ją delikatnie 

w szyję. – Nie wiedziałem, że masz łaskotki. 

Cieszyło ją, że Ben jest w dobrym nastroju. 

background image

– 

Niebieski, chipsy i z konieczności – odparła. – Zgadza się, mam łaskotki. 

– 

Nie wierzę ci. Chipsy nie są niczyją ulubioną potrawą. 

– 

Moją są. 

– 

Zaraz mi powiesz, że lubisz prażoną kukurydzę. 

– Uwielbiam. 
– 

Mój Boże. W co ja się wpakowałem? 

– 

Za późno, żeby żałować. 

Ręka Bena powędrowała do jej piersi. 
– 

Ale nie za późno, żeby... – zamruczał. 

– 

Jesteś okropny. 

– 

Zobaczymy, co powiesz za pięć minut. 

– 

Za pięć minut nie będę w stanie otworzyć ust. 

– 

Nie przejmuj się. Ja też nie. 

– 

Jesteś  najbardziej  rozpraszającym  uwagę  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek spotkałam. –  Złapała go za ręce i czekała, aż podniesie głowę i 
spojrzy jej w oczy. – 

Próbuję ci coś przekazać. 

– 

Ja również. Roześmiała się mimo woli. 

– 

Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć. – Kate spoważniała. – Nie zawsze 

byłam  taksówkarzem  czy  ekspedientką  w  butiku.  Zanim  w  styczniu  oblałam 
egza

min, byłam studentką trzeciego roku prawa na uniwersytecie. 

– Wiem – 

odparł spokojnie. 

– Co takiego? 
– 

Ze  względu  na  bezpieczeństwo  zawsze  zbieram  informacje  o  swoich 

bliskich  współpracownikach.  –  Niemal  przepraszająco  wzruszył  ramionami.  – 

Otrzymałem raport na twój temat. 

Zamierzała wprawić go w zdumienie. Jednak teraz to ona była zaskoczona. 
– 

Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? – zapytała. 

– 

Czekałem,  aż  ty  mi  się  zwierzysz.  Uznałem,  że  masz  wystarczająco 

ważne powody, dla których tego nie robisz. 

K

ate przygryzła wargę. 

– 

Słucham? – nalegał. 

– 

Chciałam,  żebyś  mnie  lubił  tylko  dla  mnie  samej  –  odezwała  się  po 

chwili. – 

Niezależnie od tego, kim jestem i co robię. Nie chciałam, żeby to miało 

jakiekolwiek znaczenie. 

– 

Nie miało. – Pogłaskał ją po policzku i pocałował. – Byłem po prostu 

jeszcze bardziej zaintrygowany. 

– 

Uważasz, że jestem interesująca? 

– Nawet bardzo. – 

Tym razem nie drgnęła, gdy jego usta powędrowały do 

jej szyi. – 

A także denerwująca. 

– 

Naprawdę? – Ponownie poczuła rozkoszne podniecenie. 

– Uhm. – 

Dotknął językiem jej piersi. Jego oddech był ciepły i wilgotny. – 

background image

Czy mówiłem ci kiedyś, że nienawidzę zimna? 

– 

Nie, nigdy. Czy powinnam przeprosić za to, że cię ziębię? 

– Napraw to – 

powiedział niskim głosem. 

– Jak? 
– Rozgrzej mnie. 
 

* * * 

 
Kate 

obudziła się w pustym łóżku z uczuciem rozkosznego rozleniwienia. 

Niejasno pamiętała, że Ben wyśliznął się z pokoju przed świtem, pocałowawszy 

ją wcześniej na pożegnanie. 

– 

Zobaczymy się na śniadaniu, słodka Kate – wyszeptał. Uśmiechnęła się i 

natychmiast 

ponownie zasnęła. Gdy obudziła się ponownie, była ósma. 

Obiecała sobie, że nie będzie niczego żałowała. Nie było sensu zastanawiać 

się, jak czułaby się budząc w tym domu, w tym łóżku ze świadomością, że tu jest 

jej  miejsce.  Nie  tej  jednej  nocy,  lecz  już  zawsze.  Po  co  marnować  czas  i 

zastanawiać się nad czymś, co nie mogło się zdarzyć? 

Nie wierzyła w bajki ani w rycerzy na białych rumakach. Marzenia były 

przyjemne, ale tak naprawdę liczył się tylko upór i ciężka praca. Ten weekend nie 

miał żadnego związku z jej normalnym życiem. Pomyśli o tym później, a teraz 

będzie cieszyła się tym, co jest. 

Wzięła  gorący  prysznic,  po  czym  nałożyła  szare  sztruksowe  spodnie  i 

sweter. Zeszła na dół, do pokoju śniadaniowego. Mimo że stół zastawiony był dla 

sześciu osób, Kate zastała tylko jedną. 

Anette  Rand,  szczupła,  elegancka  blondynka  o  wydatnych  kościach 

policzkowych  i  przenikliwych  zielonych  oczach  piła  herbatę  i  przeglądała 

poranną prasę. Spojrzała na wchodzącą Kate i odłożyła na bok „Timesa”. 

– 

Dzięki Bogu, nareszcie jakaś przyjazna dusza. Powiedz Parkerowi, żeby 

usmażył ci jakieś jajka. A potem napij się kawy i porozmawiaj ze mną. 

Kate nalała sobie gorącej kawy i wzięła dwie bułeczki. 
– Gdzie pozostali? – 

zapytała. 

– 

Czy  możesz  uwierzyć,  że  mężczyźni  wstali  o  świcie  i  poszli  grać  w 

golfa?  – 

Anette przewróciła oczami. – Bibi i Maribeth są na spacerze. Tabitha 

jeszcze śpi. 

Kate zajęła miejsce przy stole. 
– 

Dobry Boże. – Anette zerknęła na zawartość talerza sąsiadki. – Muszę 

powiedzieć, że ci zazdroszczę. To chyba dlatego, że jesteś taka młoda. Zanim 

skończyłam  trzydziestkę,  mogłam  jeść  absolutnie  wszystko.  –  Zaśmiała  się 
ponuro. – 

Teraz pozostały mi tylko otręby i herbatka ziołowa. 

– 

Mam  po  prostu  szczęście.  –  Kate  posmarowała  masłem  kawałek 

bułeczki. – Nigdy nie miałam problemów z wagą. 

background image

– 

To widać – westchnęła Anette i spojrzała na Kate. – Nie miałyśmy zbyt 

wielu okazji, żeby porozmawiać wczoraj wieczorem. Peter twierdzi, że Ben jest 

tobą zupełnie oczarowany. Opowiedz mi wszystko. 

Kate zakrztusiła się nagle bułeczką. 
– 

Przepraszam,  jestem  chyba  zbyt  wścibska.  –  Anette  wyglądała  na 

speszoną. – Nie daj się zamęczyć, ja zawsze tak się zachowuję. 

– 

Wcale mnie nie zamęczasz. 

– 

Tworzymy tak niewielkie kółko towarzyskie. Kiedy pojawia się nowa 

twarz, jesteśmy wręcz zachwyceni, że mamy o kim plotkować. 

Kate zaczerwieniła się. 
–  Och, kochanie. – 

Anette  zauważyła  jej  zakłopotanie.  –  Myślałam,  że 

wiesz, że rozmawiałyśmy głównie o tobie. Prawdę mówiąc, Bibi i ja uważamy, że 

Ben był wczoraj niesłychanie czarujący. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby tak się 

zachowywał. Nie spuszczał z ciebie oczu przez cały wieczór. Tak więc... – Anette 

wytarła  usta  serwetką.  –  Zacznijmy  od  początku.  Opowiedz  mi,  jak  się 

poznaliście. 

Nadszedł  moment,  którego  Kate  obawiała  się  najbardziej,  odkąd  Ben 

zaprosił ją tutaj. Wiedziała, że prędzej czy później padnie to pytanie. 

Nie  musiała  mówić  prawdy.  Potrafiła  wymyślać  różne  przekonujące 

historyjki, a teraz niewielkie kłamstewko byłoby niewątpliwie przydatne. Jednak 
nieomal natychmiast Kate odrzu

ciła tę możliwość. Nie wstydziła się tego, kim 

była, Ben również nie. Cóż mogła znaczyć opinia Anette? 

– 

Poznaliśmy się w Nowym Jorku – zaczęła. 

– To jasne. – 

Anette nalała sobie następną filiżankę kawy. – I co dalej? 

– 

Ben łapał taksówkę. 

– Jakie to roman

tyczne! I ty właśnie nią jechałaś? 

– Nie – 

odparła powoli Kate. – Ja ją prowadziłam. 

– 

Prowadzisz taksówkę? 

– 

Teraz  już  nie.  Pracuję  dla  Bena.  Jestem  jego  szoferem.  Przez  dłuższą 

chwilę Kate w skupieniu zajmowała się swoją kawą. Nagle usłyszała szczery, 

dźwięczny śmiech Anette. 

– 

Kochanie, uważam, że to cudowne. 

– 

Naprawdę? – spojrzała na nią Kate. 

– 

O ile się nie mylę, nieposkromiony Benjamin West napotkał wreszcie 

swoją drugą połowę. 

– 

Dlaczego tak uważasz? – Kate sięgnęła po następną bułeczkę. 

– 

Nie zrozum mnie źle. – Anette przysunęła się bliżej. – Znam Bena od lat. 

Oczywiście spotykał się z kobietami, nawet bardzo często. Wszystkie były piękne 

i utalentowane. Widzieliśmy jednak, że był nimi śmiertelnie znudzony. 

– 

Czyli  uważasz,  że  dla  odmiany  potrzeba  mu  kogoś,  kto  nie  jest  ani 

piękny, ani utalentowany? – zapytała. 

background image

– 

Wcale nie to miałam na myśli! Jesteś równie czarująca jak tamte kobiety, 

a jednak czymś się od nich różnisz. 

Szczerość Anette skłoniła Kate do tego, by otwarcie wyłożyć swoje karty. 
– 

Jestem biedna. To jest właśnie ta różnica. 

– 

Wątpię, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla Bena. 

– 

Czy to nie ty powiedziałaś przed chwilą, że trzymacie się w niewielkim 

kółku? Ja nie należę do tego towarzystwa – oświadczyła dobitnie. – I nigdy nie 

będę należała. 

– 

Nie bądź taka pewna. Dziecko drogie, czy ty uważasz, że my wszyscy 

wywodzimy  się  z  arystokratycznych  rodów?  Zanim  poznałam  Petera,  byłam 

fryzjerką. 

– 

Naprawdę? 

– 

Jasne, że tak. I to bardzo dobrą. 

– 

Ale wyglądasz tak... tak... 

– Wytwornie? – po

dsunęła Anette. 

– 

Właśnie. 

– 

Moja  droga,  wydaję  dużo  pieniędzy  na  podtrzymanie  urody. 

Systematycznie ćwiczę, stosuję masaże, lifting, czeszę się u świetnych fryzjerów, 

ubieram u najlepszych krawców. Jak mogłabym inaczej wyglądać? 

Kate uśmiechnęła się, czując, że z minuty na minutę coraz bardziej lubi 

Anette. 

– 

Maribeth  zaczynała  jako  nauczycielka.  A  Bibi?  –  Anette  przerwała  i 

puściła oczko do Kate. – Umówmy się, że nie będziemy mówiły o tym, co robiła 

Bibi,  zanim  spotkała  Cala,  chyba  że  będziemy  w  wyjątkowo  plotkarskim 
nastroju. 

W tym momencie zjawiła się Tabitha. Była jeszcze zaspana, ale wyglądała 

bardzo  pięknie.  Rozmowa  zeszła  na  inne  tematy.  Wkrótce  nadeszła  Rachel 
Smith-

Miller, a tuż po niej Bibi i Maribeth. Pokój wypełnił się, wobec czego Kate 

wymknęła się nie zauważona. 

Nie  dlatego,  że  nie  lubiła  tych  kobiet  czy  nudziło  ją  ich  towarzystwo. 

Wręcz przeciwnie. Po prostu chciała być przez moment sama. Włożyła kurtkę i 

wyszła na zewnątrz. 

Chciała  być  sama  ze  swoimi  myślami  i  marzeniami.  Z  nadzieją  na 

szczęśliwe zakończenie. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Reszta weekendu minęła zbyt szybko. 

Mimo  że  dom  przepełniony  był  gośćmi,  Ben  i  Kate  niemal  cały  czas 

spędzali  razem.  Oczywiście  Ben  musiał  wypełniać  obowiązki  gospodarza,  ale 

starał  się,  by  Kate  zawsze  była  przy  nim.  Jej  natomiast  udało  się  pozyskać 

poparcie  i  aprobatę  pozostałych  kobiet.  Dbały  one  o  to,  by  ich  mężowie  nie 
zajmowali Benowi zbyt wiele czasu. Ku niepomiernej uldze Kate, Barry 

zainteresował się Tabithą. 

W  sobotni  wieczór  urządzono  kolację  połączoną  z  tańcami.  Kate 

pogratulowała sobie w duchu, że pożyczyła od Maggie część garderoby. Wybrała 

granatową sukienkę z dżerseju. Jedyną ozdobę stanowiły maleńkie kolczyki w 

kształcie perełek. 

Na dzisiejszy wieczór Ben zaprosił dodatkowo dwanaście osób i miał w 

związku z tym większe obowiązki. Przez cały czas jednak nie spuszczał z oczu 

Kate. Przynosił jej drinki i przystawki, włączał do niemal wszystkich rozmów. Po 

kolacji wiele razy tańczyli. Kiedy ostatni z gości wreszcie wyszedł, udali się do 
pokoju Kate. 

Ben wziął Kate w ramiona. Zaczął ją pieścić delikatnie. Jego palce i język 

były zachłanne. 

Kate  zakręciło  się  w  głowie.  Ogarnęła  ją  taka  namiętność,  że  miała 

wrażenie, że cała płonie. Reagowała na pieszczoty tak, jakby przez całe życie 

czekała tylko na tę chwilę i tego mężczyznę. 

Uniosła ręce i rozwiązała mu krawat. Guziki, na które zapięta była koszula, 

stanowiły wyzwanie. 

– 

Pozwól, że ci pomogę – szepnął, ale Kate odsunęła jego ręce. 

–  Teraz moja kolej. – 

Popchnięty  lekko,  Ben  usiadł  na  krześle.  Kate 

rozsunęła jego uda i uklękła między nimi. Uśmiechnęła się. – Jestem pewna, że 

jakoś dam sobie radę. 

Ben  westchnął,  gdy  odpięła  pierwszy  guzik,  rozsunęła  koszulę  i 

przycisnęła policzek do jego ciała. Przeszył go dreszcz pożądania. 

– 

Szczerze mówiąc – wykrztusił – zanim dotrzesz do końca, może już być 

za późno. 

Kate odpięła drugi i trzeci guzik. Przysunęła się bliżej i pocałowała jego 

umięśniony tors, ocierając się twarzą o gęste, ciemne włosy. 

– 

Doprowadzasz... mnie... do... szaleństwa... 

– 

Świetnie  –  wymruczała  i  odpięła  kolejny  guzik.  Wsunęła  rękę  pod 

koszulę  Bena  i  głaskała  delikatnie  jego  sutki.  Słyszała  urywany  oddech 

mężczyzny. 

– 

Dosyć. 

background image

– 

Jeszcze nie skończyłam. 

– Owszem. 

Pośpiesznie zdarł z siebie koszulę. Wstał i pociągnął dziewczynę w górę. 

Kiedy złapała równowagę, puścił ją i dotknął supełka na jej ramieniu. 

– 

Co się stanie, jeżeli to rozwiążę? – zapytał. 

– Spróbuj, a zobaczysz. – 

Zwilżyła wargi. 

Chwilę później sukienka opadła na podłogę. Pomyślał, że nigdy dotąd nie 

widział takiej doskonałości. Zdejmując w pośpiechu resztę ubrania, nie spuszczał 

z niej wzroku. Po chwili wziął ją w ramiona i zaniósł do łóżka. Zsunął stanik, 

całując nabrzmiałe piersi dziewczyny. 

– 

Weź mnie – wyszeptała. 

– 

Dobrze, słodka Kate. – Kiedy zaczął poruszać się rytmicznie, Kate objęła 

go mocno no

gami, dostosowując się do jego tempa. Coraz szybciej zdążali ku 

spełnieniu, a kiedy nadeszło, krzyknęli jednocześnie w ekstazie. 

 

* * * 

 

Późnym niedzielnym popołudniem Ben i Kate stali w progu, machając Bibi 

i Calvinowi, którzy odjeżdżali ostami. 

– Nareszc

ie sami, najdroższa. – Ben znacząco spojrzał na Kate. 

Stojący za nimi Parker dyskretnie kaszlnął. 
– 

Spakowałem pana walizki, sir. Pozwolę sobie przypomnieć, że samolot 

odlatuje o szóstej. 

– 

Nie musisz mi przypominać. – Ben westchnął. 

–  O szó

stej?  Skoro  to  międzynarodowy  lot,  nie  masz  zbyt  wiele  czasu. 

Pójdę tylko po walizkę i możemy jechać. 

– My? – 

Wyciągnął rękę, aby zatrzymać Kate, ale była już w połowie holu. 

– Jacy my? 

– 

Ty i ja. A jak masz zamiar dostać się na lotnisko? 

– Parker mnie zawiezie. 
– 

Czyżbyś zapomniał, że to ja jestem twoim kierowcą? 

Przez chwilę Ben wyglądał na kompletnie zaskoczonego. Kate uznała, że 

ostatnie czterdzieści osiem godzin było niczym sen – teraz nadszedł czas, żeby się 

obudzić. 

Położyli bagaże z tyłu, a Ben usiadł za kierownicą. 
– 

Jeżeli chcesz, żebym prowadziła... – zaczęła Kate. 

– 

Nie chcę – odparł sucho. 

Cóż,  to  rzucone  ostrym  tonem  zdanie  przypomniało  Kate,  gdzie  jest  jej 

miejsce. A nawet jeśli nie całkiem, to zadania dopełniła długa jazda na lotnisko. 
Ben mi

lczał, koncentrując się całkowicie na prowadzeniu i zwracając minimalną 

uwagę na jej próby nawiązania rozmowy. Z każdą chwilą Kate wpadała w coraz 

background image

gorszy nastrój. 

Kiedy dotarli do lotniska, Kate wysiadając z samochodu trzasnęła mocno 

drzwiami. 

– Wiem, jak 

się czujesz. – Ben wyjął bagaże. 

– 

Wątpię. 

– 

Jesteś wściekła. 

– 

Pewnie, że jestem. 

Popełnił  błąd.  Powinien  był  porozmawiać  z  nią  w  domu  –  w chwili, w 

której przypomniała mu, że jest jego szoferem. Sądził, że uda się im jakoś o tym 

zapomnieć. Ofiarowała mu tak dużo w ciągu tych dwóch dni. Nie chciał teraz 

tego stracić. 

– Przykro mi. – 

Postawił walizkę na chodniku. – Naprawdę nie chcę jechać. 

Zwłaszcza  teraz.  Przez  ostatnią  godzinę  zastanawiałem  się,  jak  odwołać 

spotkanie, ale niczego nie wymyśliłem. Zastanawiałem się też, czy nie zabrać cię 

ze sobą, ale przez cały czas będę bardzo zajęty. To tylko parę dni. To będzie pięć 

najdłuższych dni w moim życiu, wierz mi. 

Ben wziął Kate za rękę i przyciągnął ją do siebie. Mijały ich samochody, 

trąbiły klaksony, lecz oni nie zwracali na otoczenie żadnej uwagi. 

– 

Powiedz, że będziesz za mną tęskniła. – Pogłaskał ją po twarzy. 

– 

Będę za tobą tęskniła. Pocałował ją mocno. 

– 

Pięć dni – powtórzył, kiedy bagażowy wziął jego walizkę. 

– 

Będę czekała. 

Ben zmieszał się z tłumem pasażerów. Po chwili straciła go z oczu. 
 

* * * 

 

Kate miała wolny tydzień. Było milion rzeczy, które należało zobaczyć w 

Nowym Jorku – 

począwszy  od  przedstawień  teatralnych,  poprzez  wystawy  w 

galeriach, na najnowszych filmach skończywszy. Miała teraz mnóstwo czasu i 

trochę pieniędzy, więc bardzo starannie zaplanowała sobie nadchodzące dni. Były 

one wypełnione od rana do późnego wieczora. Powinna bawić się szampańsko – 

nigdy jednak nie czuła się bardziej nieszczęśliwa. 

Gdyby  dwa  miesiące  wcześniej  zaproponowano  jej  płatny  urlop, 

uważałaby, że złapała pana Boga za nogi. Teraz dni ciągnęły się niemiłosiernie. 

Nie chciała o tym myśleć, ale wiedziała, że musi. Ben okazał już, że nie jest 

mu  obojętna,  ale  Kate  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  to  jej  nie  wystarczy. 

Pragnęła więcej. Pragnęła wszystkiego, o czym Ben nigdy nie wspominał, i o co 

ona nigdy nie pytała – miłości, szacunku i wzajemnych zobowiązań. Chciała, by 

uważał ich związek za coś więcej niż za grę, o wyniku której może zadecydować 

rzut monetą. 

Pragnęła zbyt wiele. Jak zwykle zresztą. Tym razem istniała jednak pewna 

background image

różnica, gdyż narzędzia, którymi posługiwała się w przeszłości – spryt, upór i 

wytrwałość – były w tej chwili całkowicie bezużyteczne. 

Mogła mieć tylko nadzieję – teraz wszystko zależało od Bena. 

Ben zadzwonił w czwartek wieczorem. 
 

* * * 

 

Kate, leżąc w szlafroku na łóżku, przygotowywała się właśnie do spędzenia 

wieczoru  w  towarzystwie  klusek,  wieprzowiny  po  chińsku  i  „Casablanki”  w 

telewizji, gdy nagle usłyszała dzwonek telefonu. 

– Jak tam Londyn? – 

zapytała. 

– Mokry. A Nowy Jork? 

Nie chciało się jej ciągnąć tej zabawy. 
– Samotny – 

odpowiedziała. 

– 

Naprawdę? – Ben wyraźnie się ucieszył. – To jeszcze tylko dwadzieścia 

parę godzin. Właśnie o tym chciałem porozmawiać. 

– 

Wyjechać po ciebie na lotnisko? 

– Nie ma mowy. 

Kate zamilkła rozczarowana. 
– 

Mam  lepszy  pomysł.  Włóż  najładniejszą  sukienkę,  a  ja  powiem 

Fosterowi, żeby mnie zawiózł prosto do ciebie. 

– 

Wychodzimy gdzieś? 

–  W zasadzie tak – 

odpowiedział  powoli.  –  Odbywa  się  przyjęcie,  na 

którym ni

e może mnie nie być. Pewne stowarzyszenie wybrało mnie Mężczyzną 

Roku.  Szczerze  mówiąc,  zupełnie  o tym  zapomniałem.  Dobrze,  że  Donald  mi 

przypomniał. Ceremonia odbędzie się jutro wieczorem w Rainbow Room. 

Taki rozkład zajęć mógłby zwalić z nóg nawet najsilniejszego. 
– 

Nie będziesz przemęczony po podróży? – spytała Kate. 

– 

Pewnie tak. Postaram się przespać w samolocie. – Ben urwał na chwilę i 

zachichotał. – Mogłabyś włożyć tę granatową sukienkę, którą miałaś na sobie w 

zeszłym tygodniu. Gwarantuję, że to mnie skutecznie otrzeźwi. 

– Masz to u mnie – 

powiedziała. Nie było potrzeby wspominać mu, że to 

jedyna wyjściowa sukienka. 

– 

Świetnie. A więc do zobaczenia jutro wieczorem. 

– Dobranoc, Ben – 

szepnęła. – Słodkich snów. 

Po zakończeniu rozmowy Ben długo jeszcze wpatrywał się w słuchawkę. 

Słodkich snów, też coś! Jeżeli Kate będzie nadal obecna w jego myślach, to nie 

wiadomo, czy w ogóle uda mu się zasnąć. 

Już dawno temu zorientował się, że Kate była zupełnie wyjątkowa. Nie 

przewidywał  jednak,  że  tak  szybko  stanie  mu  się  ona  nieodzowna.  Była 

nieustającym  źródłem  sprzeczności  –  niespokojna kobieta, która w pewien 

background image

nieokreślony sposób stabilizowała jego życie. Nie pamiętał już, jak było, zanim 

się pojawiła. 

Czy to miłość? Nie był pewien. Dotychczas zdarzały mu się tylko przelotne 

romanse.  Przed  Kate  nie  pojawiła  się  ani  jedna  kobieta,  której  pragnąłby 

podarować coś więcej. A teraz wydawało mu się, że nie może dać wystarczająco 
wiele – 

ani też otrzymać tyle, ile by chciał. 

Pragnął, by Kate była zawsze z nim – dziś, jutro i każdego dnia. Chciał jej 

wyłącznie  dla  siebie.  Nawet  jeżeli  nie  była  to  miłość,  to  coś  bardzo  do  niej 

zbliżonego. 

Nigdy nie pozwoliła mu sobie niczego kupić. Mimo że wtedy czuł się nieco 

urażony, teraz się cieszył. Znaczyło to, że pierwszym prezentem, jaki Kate od 

niego otrzyma, będzie pierścionek z diamentem, który zamierzał kupić rano w 
Knightsbridge. 

 

* * * 

 
– 

Mam nadzieję, że kolacja nie będzie taka okropna – Ben objął ramieniem 

Kate.  Znajdowali  się  na  tylnym  siedzeniu  lincolna.  Wdychał  zapach  świeżo 

umytych włosów dziewczyny. Przyjechał po nią dziesięć minut wcześniej i nie 

potrafił powstrzymać się od tego, by jej ciągle nie dotykać. Kate zdawała się nie 

mieć nic przeciwko temu. 

– 

Przecież to ty jesteś gościem honorowym – przypomniała przytulając się 

do niego. – 

Na pewno będzie wspaniale. 

– 

Przyjęcie  może  się  przeciągnąć  –  mruknął.  Czuł  ciężar  pierścionka  w 

kieszeni. Jak na razie, była to jego tajemnica. Kiedy znajdą się wreszcie sami, 

zamierzał  wyjąć  go  i  oświadczyć  się  Kate.  –  Czy  myślisz,  że  zauważą,  jeśli 

wymkniemy się trochę wcześniej? 

– 

Jasne, że nie. Nie ma gościa honorowego – dlaczego ktokolwiek miałby 

to zauważyć? 

– 

Chyba masz rację – westchnął Ben z rezygnacją, kiedy Foster zaparkował 

przed wejściem do Rockefeller Center. Wysiadł i podał rękę Kate. Słyszał uwagi 

gapiów, którzy przystanęli, żeby popatrzeć na limuzynę. 

– 

Maudie, patrz! Słynna osobistość! 

– Kto to? 
– 

Nie mam pojęcia... 

– To ten West! – 

rozległ się przejęty kobiecy głos. – Czy nie jest słodki? 

Hej, Ben! Tutaj! 

– Jest n

iższy niż w telewizji... 

Ben ujął Kate za ramię i poprowadził do wejścia. Skierowali się w stronę 

windy. Dziewczyna drżała, więc przytulił ją do siebie. 

– 

Już wszystko w porządku – powiedział łagodnie. – Już ich nie ma. 

background image

– 

Dzięki Bogu. – Ku jego zdumieniu Kate zaczęła chichotać. – Dłużej już 

chyba nie udałoby  mi się zachować powagi.  – Spojrzała na niego i otworzyła 
szeroko oczy. – Hej, Ben! Tutaj! 

– 

Ta kobieta miała koło pięćdziesiątki. 

– 

I świetny gust. – Znowu zachichotała. – Czy to ci się często przytrafia? 

– 

Zbyt często. – Zirytowany, przejechał dłonią po włosach. – Jestem osobą 

publiczną, a to pociąga za sobą tego rodzaju sytuacje. 

– Czy to ci przeszkadza? 
– Czasami. – 

Wzruszył ramionami. – Najczęściej staram się nie zwracać 

uwagi. Chyba się już przyzwyczaiłem. 

– 

Nie jestem pewna, czy podoba mi się, że jakieś obce kobiety mówią o 

tobie, że jesteś słodki – drażniła się. 

– 

Na  twoim  miejscu  nie  przejmowałbym  się  tym  –  odparł  sucho.  –  Ta 

uważała, że jestem za niski. 

Kate wbiła mu palec w żebro, a on wsadził rękę pod jej płaszcz i zaczął ją 

łaskotać.  Śmiali  się  jeszcze,  gdy  drzwi  windy  nagle  się  otworzyły.  Niemal 

natychmiast zmieszali się z tłumem ludzi, z których większość pragnęła poznać 

Bena. Uratował ich prezes stowarzyszenia. Zajęli przeznaczone dla nich miejsca. 

Ceremonia się rozpoczęła. 

O jedenastej wieczorem Kate znała już prawdziwe znaczenie słów „nudny” 

i „nie kończący się”. Po kolacji, która składała się z przypalonego kurczaka i nie 

dopieczonych  ziemniaków,  nastąpiła  seria  przydługich  wystąpień.  Ben  także 

zabrał głos. Otrzymał nagrodę, pozował do zdjęć i potrząsnął tak wielką liczbą 

rąk, że przestała je nawet liczyć. Bez wątpienia ten człowiek miał niewiarygodną 

kondycję. 

Kiedy o tym myślała, zobaczyła nagle, że Ben mruga do niej – powoli i 

wyraźnie.  Zastanawiała  się,  czy  cierpliwość  Bena  nie  jest  właśnie  na 
wyczerpaniu. 

Kate nie miała pojęcia, jak mu się to udało, ale niedługo potem pożegnał się 

ze wszystkimi, odnalazł ich płaszcze i w pośpiechu wyprowadził ją z budynku. 

Lincoln czekał zaparkowany przy krawężniku. Foster popijał kawę i czytał jakąś 

książkę, którą na ich widok szybko odłożył. 

Droga powrotna przebiegła w milczeniu. Gdy dotarli w okolice Westcon 

Plaza, Kate wysiadła i odetchnęła głęboko świeżym powietrzem. Ben stanął koło 
nie

j, miał już pewność, że ona jest naprawdę wszystkim, czego potrzebował. 

– 

Piękna noc, prawda? 

– Cudowna. 
– 

Nie wchodźmy jeszcze. – Wziął ją za ramię. 

– 

Dokąd pójdziemy? 

– Zobaczysz. 

Przed  nimi  rozpościerał  się  Central  Park.  Na  jego  południowym  krańcu 

background image

znajd

ował  się  postój  dorożek.  O  tej  porze  była  tam  tylko  jedna.  Dorożkarz 

zamierzał jechać już do domu. Na widok studolarowego banknotu zmienił zdanie. 

Ben pomógł Kate wsiąść, po czym okrył ich oboje pledem. 

Oczy Kate błyszczały, gdy dorożkarz cmoknął, a koń ruszył z miejsca. 
– 

Skąd wiedziałeś, że zawsze marzyłam o tym, żeby przejechać się jedną z 

tych dorożek? 

– Intuicja? – 

Ben objął ją mocno i przytulił do siebie. 

– 

O rany. Czasem wydaje mi się, że jesteś zbyt domyślny. 

– 

Czyżby? – Ben uniósł brwi. – A co ci się jeszcze wydaje? 

– 

Że i tak cię kocham. 

Milczeli  przez  chwilę.  Ben  ujął  podbródek  Kate  i  zbliżył  jej  twarz  do 

swojej. 

– 

Mówisz poważnie, Kate? 

Odpowiedź wyczytał w jej oczach. Serce biło mu jak oszalałe. 
– Tak. 
– 

Najsłodsza  Kate.  –  Ben  pocałował  dziewczynę  delikatnie,  wręcz 

nieśmiało. Kate rozchyliła wargi i przyciągnęła go bliżej. Kilka chwil później, 

gdy Ben się odsunął, z trudnością łapała oddech. 

– Nie przestawaj – 

szepnęła. 

Ben znacząco spojrzał na plecy woźnicy. Wsunął rękę pod pled i dotknął 

jej uda. 

– 

Może to wcale nie był taki dobry pomysł. 

– 

Może nie. – Kate westchnęła głęboko, czując poruszającą się dłoń Bena. 

– 

Co on by pomyślał, gdybyśmy go poprosili, żeby nas odwiózł z powrotem? 

– 

Że  się  nam  bardzo  spieszy.  –  Ben  uśmiechnął  się  i  powiedział 

dorożkarzowi,  żeby  zawrócił.  Ponownie  pocałował  Kate.  Gdy  się  od  siebie 

oderwali,  byli  już  blisko  Westcon  Plaza.  –  Czy  ten  przeklęty  koń  nie  mógłby 

ruszać się trochę szybciej? – mruknął. 

– 

Wiedziałam, że uznasz ten środek transportu za zbyt prymitywny. – Kate 

uśmiechnęła się. 

–  Och, sam nie wiem. – 

Ben  pomógł  jej  wysiąść.  –  Czuję,  że  niedługo 

przekonasz się, jaki ja potrafię być prymitywny. 

 

* * * 

 

Następnego  ranka  Kate  obudziły  promienie  słońca.  Ben  nadal  spał  z 

jaśkiem wsuniętym pod głowę. Kate już wyciągnęła rękę, aby go pogłaskać, ale 

zmieniła  zamiar.  Po  ostatniej  nocy  Ben  z  całą  pewnością  potrzebował  dużo 
wypoczynku. 

Gdy  po  przejażdżce  wpadli  do  apartamentu,  skierowali  się  wprost  do 

sypialni.  Ściągnęli  błyskawicznie  ubrania  i  niemal  natychmiast  znaleźli  się  w 

background image

łóżku. 

Rozłąka tylko spotęgowała ich pożądanie. Intensywność doznań zupełnie 

oszołomiła Kate. Ben był i gwałtowny, i czuły. Doprowadzał ją niemal do kresu 

wytrzymałości. Przedłużał ich namiętność do granic możliwości. 

Gdy odpoczywali, Ben pr

zytulił się do Kate. 

–  Która jest teraz godzina w Londynie? – 

zapytała,  głaszcząc  go  po 

podbródku. 

– 

Piąta rano. – Ben przypomniał sobie o pierścionku nadal spoczywającym 

w jego kieszeni i uśmiechnął się sennie. 

– 

Powinieneś spać. 

– 

Jeszcze nie. Mam coś dla ciebie. – Próbował wstać, ale Kate delikatnie 

zmusiła go, aby leżał spokojnie. 

– 

Cokolwiek by to nie było – powiedziała. – Może poczekać do rana. 

– Ale... 
– 

Żadnych  ale.  –  Położyła  mu  palec  na  ustach  nakazując  milczenie.  – 

Kocham cię, Ben. 

Przyciągnął ją bliżej. 
– 

Ja też  cię  kocham  –  wymruczał.  Uścisnął  ją  mocno,  a  chwilę  później 

oboje już spali. 

Teraz,  kilka  godzin  później,  Kate  zastanawiała  się,  czy  Ben  po 

przebudzeniu  będzie  pamiętał  o  swojej  deklaracji.  Lepiej,  żeby  tak  było, 

pomyślała wyskakując z łóżka. 

Nałożyła szlafrok Bena i wyszła z sypialni. Postanowiła zaparzyć kawę i 

przynieść ją Benowi. 

Poprzedniej nocy nie  miała właściwie okazji obejrzeć mieszkania Bena, 

postanowiła  więc  nadrobić  zaległości.  Przestronny  pokój  gościnny  zastawiony 

był  antykami,  biblioteka  natomiast  wyłożona  drewnem.  Po  trzech  nieudanych 

próbach  Kate  udało  się  odnaleźć  jadalnię.  Teraz  wystarczyło  tylko  popchnąć 

drzwi, żeby znaleźć się w kuchni. Zrobiła to i poczuła aromat świeżo zaparzonej 

kawy. Na blacie leżał „Sunday Times”, a na małym stoliczku obok okna nakryto 
dla jednej osoby. 

Nagle  otworzyły  się  drzwi  od  spiżarki  i  ukazał  się  w  nich  Parker  z 

pięciokilową torbą cukru. Kate wzdrygnęła się zaskoczona. 

– 

Omal nie dostałam przez pana ataku serca, Parker! – wykrzyknęła. 

– A ja p

rzez panią. – Wyglądał na równie przestraszonego. – Nie miałem 

pojęcia, że jest tu jeszcze ktoś oprócz pana Westa. 

– Tak... Rozumiem. – 

Kate mocniej zawiązała pasek szlafroka. 

– 

Czy położyć jeszcze jedno nakrycie? – zapytał Parker. 

– Nie... – Kate rozejrza

ła się i zauważyła ekspres do kawy. – Właściwie 

przyszłam tylko po kawę. Czy mogłabym dostać dwie filiżanki i tacę? 

Szybko wróciła do sypialni. Przez uchylone drzwi dostrzegła, że Ben już 

background image

się obudził i siedzi na łóżku. 

– 

Zastanawiałem się, gdzie jesteś. – Uśmiechnął się. 

– 

Udało mi się znaleźć kuchnię – Odwzajemniła uśmiech. – To prawie trzy 

kilometry stąd. 

Postawiła tacę i usiadła obok Bena. 
– 

Czy mój apartament wydaje ci się za duży? 

– 

Czy ja coś mówię? – Zrobiła minę niewiniątka. Ben wpatrywał się w nią. 

Kate lekko zdenerwowana odstawiła kawę. 

– 

Czy coś się stało? 

– 

Ależ skąd. Wydaje mi się, że wprost przeciwnie. A jeżeli nie podoba ci 

się  moje  mieszkanie,  możesz  tu  wszystko  pozmieniać.  Przynajmniej  jest  dużo 
przestrzeni. 

– Ben – 

przerwała łagodnie. – O czym ty mówisz? Ujął jej dłoń. 

– 

Chcę, żebyś była szczęśliwa, Kate. Chcę też, żebyś została moją żoną. 

Oszołomiona,  patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Nagle  ogarnęła  ją  fala 

szczęścia. 

– Ty... ja... co? 
– 

Wyjdź za mnie, Kate – Ben sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd 

niewielkie pudełeczko. Otworzył je, a oczom Kate ukazał się duży, błyszczący 
brylant. 

– 

O mój Boże – westchnęła. – Czyli jednak nie mówiłeś przez sen. 

– Kiedy? 
–  Tej nocy. – 

Kate wciąż wpatrywała się w diament. – Powiedziałeś, że 

mnie kochasz. A

le prawie zasypiałeś, więc nie byłam pewna, czy zdajesz sobie 

sprawę z tego, co mówisz. 

– 

Możesz być pewna. Nigdy nie byłem niczego bardziej pewny. Kocham 

cię, Kate. I chcę, żebyś już zawsze była ze mną. – Uśmiechnął się, wręczając jej 

pierścionek. – Możesz go dotknąć. Nie ugryzie cię. 

– 

To chyba największy diament, jaki kiedykolwiek widziałam. 

– 

Kiedyś przedstawię cię Elizabeth Taylor. – Ben wzruszył ramionami. 

Może  jego  niedbały  ton,  a  może  wartość  pierścionka  sprawiły,  że  Kate 

ogarnęły  wątpliwości.  Tego  ranka  obudziła  się  w  świecie  z  bajki:  wspaniały 

apartament, służący, no a teraz pierścionek. Wszystko działo się zbyt szybko. 

– 

Nie mogłabym nosić czegoś tak wielkiego. – Oddała mu pierścionek. – 

Czułabym się głupio. 

– 

Kiedy będziesz już moją żoną – powiedział łagodnie – będzie w sam raz. 

– 

Ujął jej lewą rękę i wsunął pierścionek na środkowy palec. – Kochasz mnie, 

Kate? 

Spojrzała mu w oczy. Wzruszyło ją bijące z nich ciepło i troska. 
– 

Wiesz, że tak – szepnęła. 

– 

Więc  nic  innego  nie  ma  znaczenia.  Nie  odpowiedziałaś  mi  jeszcze. 

background image

Wyjdziesz za mnie, Kate? 

Ben nie zdawał sobie sprawy z tego, że wstrzymywał oddech, dopóki nie 

ujrzał uśmiechu na jej twarzy. Wiedział już, jaka będzie odpowiedź. Kate uniosła 

się i pocałowała go lekko. 

– Tak, Ben – 

powiedziała cicho. – Wyjdę za ciebie. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Kate wyciągnęła ramiona i natychmiast znalazła się w objęciach Bena. 
– Odpowiada ci czerwiec? – 

mruknął całując ją w szyję – Kate roześmiała 

się. 

– A czy tobie odpowiada zaraz? 
– Niecierpliwa? – 

Wsunął rękę pod szlafrok i musnął jej piersi. – Podoba 

mi się ta twoja niecierpliwość. 

– 

Spróbowałaby ci się nie podobać. – Westchnęła. – Czerwiec. Odpowiada 

mi. Wszystko mi odpowiada. 

– 

Im wcześniej, tym lepiej. – Ben uśmiechnął się. – Powiem adwokatowi, 

żeby przygotował dokumenty. 

Minęło kilka chwil, zanim znaczenie tych słów w pełni dotarło do Kate. 

Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. 

– Jakie dokumenty? 

Ben uświadomił sobie, że popełnił nietakt. Kate patrzyła na niego szeroko 

rozwartymi oczami. 

– 

To zwykła umowa – powiedział w końcu. – Nic nadzwyczajnego. 

– 

Umowa przedmałżeńska? – Kate odsunęła się od niego. 

– 

Cóż... tak. 

–  I to nie jest dla ciebie nic nadzwyczajnego? – 

Kate  była  wyraźnie 

zdenerwowana. 

– 

To  tylko  kawałek  papieru,  który  zabezpieczy  nasze  interesy  w 

przyszłości. 

– Nasze interesy? – 

Kate usiadła i owinęła się ciasno szlafrokiem. 

– 

Oczywiście.  Taki  dokument  stanowi,  co  każde  z  nas  wniosło  do 

małżeństwa i co z niego może wynieść. Będziesz świetnie zabezpieczona, Kate. 

Zdenerwowana uderzyła go mocno w ramię. 
– B

ędę świetnie zabezpieczona w przypadku rozwodu – krzyknęła. 

– 

Masz rację. 

– 

Więc w gruncie rzeczy uważasz, że nasze małżeństwo nie przetrwa. 

– 

Tego nie powiedziałem... 

– 

Do diabła, Ben. Wcale nie musiałeś tego mówić. – Kate ściągnęła z palca 

pierścionek. 

– 

Nic  nie  rozumiesz.  To  tak  jak  ubezpieczenie.  Nie  chcę,  żeby  moje 

nieruchomości spłonęły, a mimo to wykupuję polisę. 

– 

Nie potrzebuję ubezpieczenia. Pragnę miłości i małżeństwa na zawsze, 

do grobowej deski. No i mężczyzny, który wierzy w taką miłość. 

– Nap

rawdę cię kocham, Kate – odrzekł Ben. – I wierzę w nas, ale nie lubię 

mieszać interesów ze sprawami prywatnymi. Próbowałem i nic dobrego z tego nie 

background image

wyszło. Zrobiłbym wszystko, żeby cię uszczęśliwić i właśnie dlatego chcę – nie, 

pragnę, żebyś się zgodziła spisać kontrakt. 

Kate wiedziała, że Ben wciąż pamięta tę nieszczęsną historię z ojcem, ale 

wcale nie czuła się przez to mniej zraniona. Nie interesował ją żaden kontrakt ani 

też pieniądze. Nie wyobrażała sobie małżeństwa bez wzajemnego zaufania. 

– 

Nie chcę twoich pieniędzy, Ben. Nigdy ich nie chciałam. 

– Wiem o tym. 

Kate wstała i pozbierała rozrzucone po podłodze ubranie. 
– 

Więc nie proś mnie, żebym podpisywała swoje marzenia. 

– 

Czy to znaczy, że odmawiasz? 

– Tak... chyba tak. 
– 

Do diabła, Kate – zaklął zdenerwowany. – Próbujesz mną manipulować. 

–  Nie, wcale nie – 

zaprzeczyła  idąc  do  łazienki.  –  Próbuję  cię  kochać, 

chociaż w tej chwili niesłychanie mi to utrudniasz. 

– 

Jesteś okropna! 

– 

Chyba oboje jesteśmy – stwierdziła ponuro. Zamknęła za sobą drzwi. 

Ben zac

isnął dłoń w pięść i uderzył nią w poduszkę. Zapomniany pierścionek 

upadł na podłogę. 

 

* * * 

 

Maggie nie zamykały się usta, odkąd Kate wróciła do domu. Dopiero przed 

chwilą Kate zdołała uciszyć ją morderczym spojrzeniem. 

Zdjęła z siebie sukienkę i cisnęła ją w kąt. 
– 

Słuchaj no – zaprotestowała Maggie. – To moja najlepsza sukienka. 

– Przepraszam – 

warknęła Kate nakładając stary podkoszulek. 

– 

Ciężka noc, co? – Maggie podniosła sukienkę i strzepnęła ją starannie. – 

Od razu widać. 

Prędzej czy później Maggie i tak wyciągnie od niej całą tę historię. Kate 

pomyślała, że chce mieć to już za sobą. 

– 

Ben zaproponował mi małżeństwo. 

– 

Boże święty! Będę druhną na weselu stulecia. 

– 

Nie będzie żadnego wesela. 

– 

Zamierzacie uciec po ślubie? Jakie to romantyczne! Dokąd cię zabiera? 

Na Riwierę? Na Bora Bora? 

– 

Nigdzie mnie nie zabiera. Nie wyjdę za niego. 

–  Nie wyjdziesz za niego? – 

Maggie  złapała  się  palcami  za  ucho  i 

potrząsnęła nim dla większego efektu. – Czy mogłabyś powtórzyć? Chyba słuch 

mi się pogorszył. 

– 

Twój słuch jest w porządku. Ben poprosił mnie o rękę, a ja odrzuciłam 

jego oświadczyny. 

background image

–  Teraz rozumiem – 

stwierdziła  Maggie.  –  Ze  mną  jest  wszystko  w 

porządku, to ty jesteś stuknięta. 

– 

Wcale nie stuknięta, tylko szalona – zaprotestowała Kate. 

– Wyba

cz, ale nie widzę różnicy. 

– 

Nie brak mi piątej klepki, tylko oszalałam ze złości. 

Ben twierdzi, że chce mnie poślubić, ale najpierw muszę podpisać umowę 

przedmałżeńską. 

– 

Więc? 

– 

Nie zamierzam tego robić. 

– 

Moja wspaniała dziewczynka. Rozsądna jak zwykle. 

Kate odwróciła się na pięcie. 
– 

Nie chodzi mi właściwie o sam dokument, tylko o fakt, że on uważa go za 

potrzebny. Jak mogłabym wyjść za mąż za mężczyznę, który już planuje rozwód? 

– 

Ben  jest  przecież  biznesmenem  –  zauważyła  rozsądnie  Maggie.  – 

Przygotowy

wanie  się  na  rozmaite  ewentualności  jest  jego  zawodowym 

nawykiem. Ale to wcale nie znaczy, że zakłada, iż coś takiego się zdarzy. 

Mniej  więcej  to  samo  mówił  wcześniej  Ben.  Kate  jednak  nie  była 

przekonana. Usiadła i nałożyła trampki. 

– Biznesmen, zawodowy nawyk – 

powtórzyła. – A co się za tym kryje? To, 

że mi nie wierzy. Gdyby tak nie było, nie uważałby tego kontraktu za potrzebny. 

– 

Czy on cię kocha? 

– 

Twierdzi, że tak – odpowiedziała. 

– 

To  chyba  niezły  początek  –  zauważyła  Maggie.  –  Mnóstwo kobiet 

wyszłoby za niego bez miłości. 

– 

Ja nie jestem jedną z nich. 

– 

Dzięki Bogu. – Maggie patrzyła, jak Kate wstaje i idzie w stronę drzwi. – 

Dokąd się wybierasz? 

– 

Pobiegać. To najlepszy sposób na kłopoty. 

– 

Zamierzasz biegać w tę i z powrotem po schodach? – Maggie patrzyła na 

Kate ze zdumieniem. 

– 

Jasne, że nie. Idę do parku. Zrobię dziesięć okrążeń wokół jeziorka. 

– 

Przecież to ponad piętnaście kilometrów! 

– 

Powinno wystarczyć. – Kate otworzyła drzwi. 

– 

Kate Hallaby, w życiu nie przebiegłaś nawet metra! 

– 

Najwyższy czas zacząć. 

Maggie westchnęła dramatycznie i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu 

swoich trampek. 

– 

Jeżeli zamierzasz się zabić, mogę przynajmniej pozbierać szczątki. Ale 

ostrzegam  cię  –  pogroziła  Kate  palcem.  –  Zmieniłam  zdanie,  nie  będę  twoją 

druhną. 

– 

Świetnie. 

background image

– 

Zamierzam zostać damą dworu – mruknęła zawiązując sznurowadła. – 

Sama wybiorę sobie sukienkę. 

– Jak to? Nie wierzysz w mój dobry gust? 
– 

Jeżeli  chodzi  o  wybór  mężczyzny,  to  tak.  –  Maggie  uśmiechnęła  się 

słodko. – Mniej natomiast, jeżeli chodzi o postępowanie z nimi. Wszyscy wiemy, 

jak świetnie sobie radzisz ze swoim obecnym mężczyzną... 

Kate mocno trzasnęła drzwiami. 
– 

Prowadź – krzyknęła za nią Maggie. – Lepiej, żebyśmy miały to już za 

sobą. 

 

* * * 

 

O siódmej rano w poniedziałek Kate była już w garażu. Nie rozmawiali na 

temat  jej  pracy,  więc  uznała,  że nic  się nie  zmieniło.  Kate poszła  do swojego 

pokoiku, otworzyła książkę i przygotowała się na czekanie. 

Nie trwało długo. 
– 

Proszę podjechać pod wejście do Westcon Plaza  – polecił jej Julio. – 

Czeka na panią trzech mężczyzn. Jednym z nich jest pan West. Celem podróży 

jest budowa na przedmieściu. 

– Rozumiem. – 

Po pięciu minutach Kate była już na miejscu. 

Ben  zatrzymał  się,  gdy  jego  dwaj  towarzysze  sadowili  się  na  tylnym 

siedzeniu. 

– 

Musimy  porozmawiać  –  zwrócił  się  do  dziewczyny.  –  Po powrocie 

zaparkuj samochód i przyjdź do mojego biura. 

–  Tak, sir! – 

warknęła  Kate,  zmrożona  jego  oficjalnym  tonem.  Z  całą 

pewnością  przygotował  już  ten  dokument  do  podpisania.  Życzę  szczęścia, 

pomyślała wślizgując się za kierownicę, będziesz go potrzebował. 

W końcu dotarli do miejsca przeznaczenia, którym okazał się plac na rogu 

ruchliwej  ulicy.  Wzdłuż  chodnika  biegł  druciany  płot  oznakowany 

biało-czerwonymi  napisami  informacyjnymi.  Na  środku  placu  widać  było 

pracującą  betoniarkę.  Mężczyźni  wysiedli  z  samochodu  i  udali  się  w  tamtym 
kierunku. 

Kate zaparkowała obok hydrantu i czekała. Green i Silverburg rozmawiali 

z kierownikiem robót, a Ben z planami pod pachą zniknął w baraku, który służył 

za biuro. Wyłonił się stamtąd dopiero po godzinie. 

Podszedł do swoich partnerów i wszyscy trzej skierowali się ku bramie, 

kiedy nagle z baraku wychyliła się jakaś kobieta i przywołała Bena z powrotem. 

Tym  razem  spędził  tam  tylko  chwilę  i  przyłączył  do  oczekujących  przy 
s

amochodzie mężczyzn. 

– 

Nie mogę z wami wracać – powiedział. – Mam spotkanie na Dwudziestej 

Dziewiątej Ulicy. Kate, czy mogłabyś mnie tam podrzucić? Potem zawieź tych 

background image

dżentelmenów tam, gdzie będą sobie życzyli. 

– 

Oczywiście. – Kate otworzyła drzwi, czekając, aż mężczyźni wsiądą do 

samochodu.  Najwyraźniej  jej  spotkanie  z  Benem  się  przesunie.  Nie  miało  to 

większego znaczenia, gdyż i tak nie planowała zmieniać zdania. Pewnie znów 

będą się kłócić, a do tego jej się tak bardzo nie śpieszyło. 

Zatrzymała się przy rogu, który wskazał jej Ben, i oczekiwała na dalsze 

instrukcje od pozostałych pasażerów. W końcu Green pochylił się w jej stronę: 

– 

Central Park West, numer trzydzieści pięć. Kate posłusznie ruszyła. 

Przedzierała się przez zatłoczone ulice, jednym okiem obserwując jezdnię, 

drugim  zerkając  w  lusterko.  Chociaż  mężczyźni  rozmawiali  przyciszonym 

tonem, było dla niej jasne, że na tylnym  siedzeniu toczy się zażarta dyskusja. 

Kiedy skręciła powoli w Columbus Avenue, głosy przybrały na sile i udało się jej 

uchwycić niektóre zdania. 

– 

Jesteś stuknięty – warknął Silverburg. Kate nie zrozumiała odpowiedzi 

Greena, ale usłyszała jego głos chwilę później. 

– 

Spróbuj to powiedzieć inspektorowi. Pewnie, że to kupa forsy, ale i tak 

mamy to, czego chcieliśmy... – Przerwał, kiedy napotkał spojrzenie Kate. 

– 

Tutaj, proszę – powiedział Silverburg wyglądając przez okno. 

Kate przystanęła przy chodniku. Zanim zdążyła wysiąść, żeby otworzyć im 

drzwi, obaj mężczyźni zebrali swoje rzeczy i wydostali się z samochodu. Green 

zatrzymał się obok niej i zmrużywszy oczy przyglądał się jej uważnie. Z całą 

pewnością chciał się dowiedzieć, jak wiele usłyszała i ile z tego była w stanie 

zrozumieć.  Kate  nie  miała  wątpliwości,  że  rozmowa  była  naprawdę  ważna. 

Napotkawszy spojrzenie Greena, przybrała tępą minę wydmuchując z przejęciem 

gumę do żucia. Z satysfakcją ujrzała, jak Green odwraca się z niesmakiem, lecz 

jednocześnie z ulgą na twarzy. 

Kate  zaczekała,  aż  obaj  zniknęli  w  tłumie  i  dopiero  wtedy  ruszyła. 

Ponieważ wykonała wszystkie polecenia, wróciła do garażu. Telefon, na który 

oczekiwała, odezwał się godzinę później. 

W pięć minut dotarła do Westcon Plaza, następne dwie spędziła w windzie. 

Spodziewała się, że ujrzy Jody, lecz przy wejściu stał Ben. 

– 

Chodź – powiedział, łapiąc ją za ramię i ciągnąc wzdłuż korytarza. 

– 

Skąd ten pośpiech? – zapytała z trudem dotrzymując mu kroku. 

– 

Stąd. – Ben zatrzasnął drzwi od gabinetu i pocałował Kate gwałtownie, 

aż czapka zsunęła się jej z głowy. Włosy rozsypały się i Ben zagłębił palce w 

gęstych lokach. 

– 

Do diabła – wymruczał. – Wariuję przez ciebie. 

Kate,  wciśnięta  pomiędzy  drzwi  i  Bena,  poczuła  się  nagle  odprężona. 

Zniknęło  napięcie,  które  nie  opuszczało  jej  przez  ostatnie  dwadzieścia  cztery 

godziny. Dopóki będzie mu na niej zależało, dopóki będzie ją kochał, wszystko 

da się ułożyć. 

background image

– 

Szaleństwo?  –  zapytała  niewinnie,  wysuwając  prowokująco  biodra.  – 

Tak to nazywasz? 

Ben zachichotał, delikatnie odsuwając jej już aktywne ręce. 
– 

Kate, zaprosiłem cię tu na rozmowę. 

– 

Porozmawiamy...  Jasne,  że  porozmawiamy.  –  Uśmiechnęła  się.  – 

Później. 

– Kate! 

Nie słuchając protestów wsunęła palce za pasek. Przyciągnął ją do siebie i 

całował  zachłannie  usta,  szyję  i  ramiona  dziewczyny.  Czuł,  jak  Kate  drży  z 

pożądania. 

Kiedy Ben zamknął drzwi na klucz, Kate rozpięła i zsunęła mu spodnie. 

Jego  ciało  było  twarde  i  gorące.  Pochyliła  się  i  pocałowała  kępkę  czarnych 

włosów nad pępkiem. 

Ben czuł jej gorący oddech na napiętych mięśniach brzucha. Schwycił Kate 

za  ramiona  i  pociągnął  do  góry.  Pośpiesznie  ściągnęli  ubrania  i  przywarli  do 

siebie gwałtownie. Ben podniósł Kate wysoko i oparł o siebie. Oplotła nogami 

jego biodra. Kiedy Ben zaczął się poruszać, napięła wszystkie mięśnie wyginając 

się w odpowiedzi. Czuła w sobie wszechogarniające pożądanie, wszystko inne 

przestało być ważne. 

Ben  pocałunkiem  stłumił  okrzyk  rozkoszy  Kate.  Chwilę  później  sam 

zatracił się w uniesieniu. 

Po pewnym czasie zorientował się, że wciąż stoją przy drzwiach. 
– 

Założę się, że teraz uważasz, że już podpiszę te papiery – wymruczała. 

Ben roześmiał się i przytulił ją do siebie. 
– 

Mylisz się, moja słodka Kate. Nauczyłem się już, że o cokolwiek bym cię 

nie poprosił, z pewnością zrobisz coś wręcz przeciwnego. 

– 

Czy to znaczy, że zmieniłeś zdanie? 

– 

Nie, ale zdecydowałem, że dam ci więcej czasu. Nie możesz zaprzeczyć, 

że jesteśmy świetną parą i będziemy wspaniałym małżeństwem. 

Kate  wyśliznęła  się  z  objęć  Bena  i  zebrała  swoje  rzeczy.  Ubrała  się  i 

natychmiast zmieniła temat. Rozmowa, którą przypadkiem podsłuchała, mogła 

być dla Bena ważna. Na pewno powinien się o niej dowiedzieć. Słuchał jej relacji 

w milczeniu z coraz bardziej ponurą miną. 

– Czy to na pewno wszystko? – 

zapytał, kiedy skończyła. 

Kate nałożyła buty i podniosła czapkę. 
– 

Wszystko.  Mówili  cicho  i  słyszałam  tylko  fragmenty.  Wydaje  mi  się 

jednak, że rozmawiali o pieniądzach i o tym, że nie zamierzają informować cię o 
tej sprawie. 

Ben zaklął cicho. 
– 

Wiedziałem, że coś się święci. To nie trzymało się kupy. Pozwolenie 

nadeszło  błyskawicznie,  a  przecież  papiery  przetrzymywane  były  w  zarządzie 

background image

miesiącami. 

– Co teraz zrobisz? – 

Kate wepchnęła włosy pod czapkę. 

Ben zmierzał w kierunku biurka. 
– 

Wiem  już,  od  czego  zacząć.  Dzięki  tobie  znam  trop,  którym  podążę. 

Przecież nie tylko ci dwaj mają znajomości w rządzie. 

– Ben? 

Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. 
– 

Jeżeli twoi partnerzy kogoś przekupili, ty też jesteś w to zamieszany. 

– 

Wiem. Ale muszę zaryzykować. 

– 

Potrzebujesz pomocy? Potrząsnął przecząco głową. 

– 

To  mój  problem.  Gdybyśmy  byli  małżeństwem  –  zawiesił  głos  – 

wszystko wyglądałoby inaczej. 

– To manipulacja. 
– 

Jestem tylko człowiekiem. – Wzruszył ramionami. 

– 

Nigdy nie uważałam inaczej. – Uśmiechnęła się promiennie. 

Ben sięgał już po słuchawkę telefoniczną. 
– 

Przypuszczam, że będę zajęty przez następnych parę dni. Pomyśl o nas, 

Kate. Pamiętaj, że wierzę w ciebie i pragnę, żebyś i ty uwierzyła we mnie. 

– 

Jesteś pewny, że wszystko będzie w porządku? – Kate otworzyła drzwi. 

– 

Będzie. – Ben zaczął wykręcać numer. – Zaufaj mi, Kate. 

– Ufam ci – 

szepnęła cicho i zamknęła za sobą drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Ben  był  rzeczywiście  zajęty.  Przez  kolejne  cztery  dni  Kate  woziła  go z 

jednego końca miasta na drugi. Niepokoiła się o niego, lecz on sam nie wydawał 

się zmartwiony. Był mężczyzną, który nie obawia się kłopotów i podejmowania 
ryzyka. 

Ben dał jej czas na zastanowienie się. Widywali się codziennie, ale były to 

oficjalne  spotkania  pracodawcy  i  pracownika.  Żadnych  pikników, 

romantycznych kolacji, mrugnięć czy ukradkowych pieszczot. Krótko mówiąc, 

Kate nie czerpała z tych spotkań żadnej radości. 

W tym szaleństwie Bena była jednak metoda. Czekał, aż Kate podpisze ten 

idiotyczny kawałek papieru. Ona sama nie miała zamiaru tego robić, pragnęła 

przekonać go do swojego punktu widzenia. I zamierzała uczynić to już wkrótce, 

kiedy tylko Ben upora się z kłopotami zawodowymi. W końcu planowali przecież 

całe  swoje  przyszłe  życie,  więc  parę  dni  opóźnienia  nie  miało  większego 
znaczenia. 

W piątek rano do garażu zadzwonił Donald. 
– Wiesz, kto to jest Crash Armstrong? – 

zapytał. 

– Jasne – 

odpowiedziała Kate. Młody gwiazdor rockowy, wydał ostatnio 

trzy płyty, które zdobyły nagrody i ogromną popularność. 

– 

W tym tygodniu będzie występował w kasynie. Miał polecieć prosto do 

Atlantic City, ale spóźnił się na samolot i zjawi się na lotnisku Kennedy’ego. 

Chciałbym, żebyś pojechała po niego w południe i zawiozła go na wybrzeże. 

– Nie ma sprawy. 

W południe Kate pojechała na lotnisko. Zaparkowała samochód i wbiegła 

do środka. Z łatwością rozpoznała Crasha. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o 

długich lśniących włosach i ostrych, nieco ptasich rysach. 

N

iektórzy  z  przechodzących  zatrzymywali  się,  rozpoznając  znanego 

piosenkarza. Kate podbiegła, licząc na to, że uda się jej wyprowadzić Crasha, 

zanim dopadną go fani. 

– 

Cześć  –  powiedziała,  biorąc  jego  walizkę.  –  Jestem  twoim  kierowcą. 

Samochód czeka na zewn

ątrz. 

– 

To  właśnie  ty  zawieziesz  mnie  do  Atlantic  City?  –  Na jego twarzy 

pojawił się uśmiech. – Kochanie, chyba mamy szczęście. Jak myślisz? 

– 

Może. – Kate odwzajemniła uśmiech. – A może nie – dodała, widząc trzy 

nastolatki zmierzające w ich kierunku. 

– To 

chyba zależy od tego, jak szybko uda się nam stąd wydostać. 

– 

Zdaję się na ciebie. – Crash ujął ją za ramię. 

Kiedy dotarli do samochodu, Crash zajął miejsce obok kierowcy. 
– 

Z  tyłu  byłoby  ci  wygodniej  –  zauważyła  Kate.  –  Znajdziesz tam 

background image

telewizor, lodówkę. Poza tym mógłbyś się przespać. 

– 

Nie  przejmuj  się  mną,  nie  muszę  dużo  spać.  Bardziej  zależy  mi  na 

towarzystwie. – 

Usadowił się wygodniej. – Będziesz w Atlantic City przez cały 

weekend? 

– Tylko dzisiaj. – 

Potrząsnęła głową. – Wracam jutro rano. 

– 

Mogłabyś przyjść na mój występ. 

– 

Może. – Uśmiechnęła się. – Będzie dobry? 

– Dobry?! Genialny! 
– 

W takim razie przyjdę. 

– 

Przyjdź. Przypilnuję, żebyś dostała wejściówkę. – Zdjął czapkę z głowy 

dziewczyny i gęste włosy rozsypały się na ramionach. 

– 

Zabierz rękę z mojej szyi. – Kate nie odrywała wzroku od jezdni. 

– Dlaczego? 
– 

Bo tego sobie życzę. 

– 

Masz piękne włosy. Rzuciła mu ostre spojrzenie. 

– 

Mężczyzna, z którym się spotykam, też tak uważa – powiedziała. 

– Aha. – 

Crash cofnął rękę. 

Przez kilka minut jechali 

w milczeniu. Kate postanowiła podjąć rozmowę. 

Czekała ich długa wspólna podróż. 

– Zawsze to robisz? – 

zapytała. 

– 

Co masz na myśli? 

– 

Zgrywasz się. 

– Nie zawsze – 

uśmiechnął się, – To część twojego wizerunku publicznego, 

prawda? 

–  Pewnie  – 

uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To właśnie ta część, którą 

lubię najbardziej. 

– 

Chyba nie masz zbyt wielu przyjaciół wśród kobiet? 

– Chyba nie – 

zgodził się Crash pogodnie. – A kto ma na to czas? 

– 

Ty. Mamy przed sobą jeszcze cztery godziny drogi. 

– 

Naprawdę nie chcesz, żebym cię uwiódł? 

W jego głosie słychać było rozczarowanie. Niewątpliwie przyzwyczaił się 

już do tego, że kobiety nie są w stanie mu się oprzeć. Kate potrząsnęła przecząco 

głową. 

– 

Ten twój facet... czy to poważne? – zapytał. 

– Bardzo. 
– Kochasz go? 
Kate 

zerknęła na niego ze złością. 

– A czy to twoja sprawa? 
– Jasne. – 

Uśmiechnął się przekornie. – Obliczam swoje szanse. 

– 

Uwierz mi na słowo, nie masz żadnych. 

– 

No cóż, wierzę. – Crash wyciągnął się wygodnie. – Czy on cię kocha? 

background image

– 

Tak mi się wydaje. 

– 

Prawdziwa miłość. Jakie to słodkie. Pisałem o tym piosenki. 

– 

Pisałeś też piosenki o kłamstwach i zdradzie. 

– 

A więc podobają ci się moje utwory? – Sprawiał wrażenie zadowolonego. 

– 

Niektóre. Te o miłości. – Kate włączyła migacz i skręciła w lewo. 

– Jeste

ś romantyczna. 

– 

Lubię szczęśliwe zakończenie. 

– 

Ja wolę smutne. Mają więcej wspólnego z prawdziwym życiem. Pomyśl, 

ile osób się rozstaje i dlaczego tak się dzieje. Prawdopodobnie większość z nich 

nawet nie próbuje włożyć trochę trudu w utrzymanie swojego związku. Ludzie 

chcą, żeby wszystko przyszło samo. Nie uznają odmiennych racji, nie starają się 

zrozumieć siebie nawzajem. 

Chociaż rozmowa zeszła wkrótce na inne tematy, słowa Crasha dźwięczały 

w głowie Kate przez resztę drogi. Dotarli wreszcie do miejsca przeznaczenia i 

dziewczyna była wolna. Zmieniła ubranie i postanowiła przespacerować się po 

promenadzie.  Zjadła  kolację  w  małym  barku  nad  brzegiem  oceanu,  po  czym 

wróciła do hotelu na występ Crasha. Już przy pierwszej piosence przypomniało 

jej się wszystko, co mówił w samochodzie o wzajemnych stosunkach pomiędzy 

dwojgiem ludzi. Czy odnosiło się to również do niej i do Bena? Czy byli aż tak 

przekonani o swoich racjach, że mogli poświęcić swój związek? Z całą pewnością 

oboje byli uparci i oczekiwali, że druga strona się podporządkuje. 

Nagle  przypomniała  sobie  ich  spotkanie  na  początku  tygodnia,  gdy 

powiedziała  Benowi o  rozmowie  podsłuchanej  w  samochodzie.  Wypytywał  ją 

bardzo dokładnie, ale nie zakwestionował nawet jednego słowa. Zresztą nigdy nie 

okazał  jej  braku  zaufania.  Wierzył  w  nią.  Powiedział  to  wyraźnie,  kiedy 

rozstawali się tamtego wieczoru. To ona powinna teraz nauczyć się wierzyć w 
niego. 

Ku swemu zdumieniu ujrzała teraz jasno, że to nie w Bena wątpiła, lecz w 

siebie.  Była  przerażona  głębią  własnych uczuć  i nie  chciała uwierzyć,  że  Ben 

mógł  odczuwać  podobnie.  Nie  była  przecież  nikim  nadzwyczajnym.  Żadnym 

Kopciuszkiem  zamienionym  przez  dobrą  wróżkę  w  piękną  królewnę,  lecz  po 

prostu zwykłą Kate Hallaby z Brooklynu. Oskarżyła Bena, że bierze pod uwagę 
roz

wód, a czy to nie ona właśnie nie wierzyła w trwałość tego związku? Gdyby jej 

wiara  w  to  małżeństwo  była  dostatecznie  silna,  jakie  znaczenie  miałoby 

podpisanie tego kawałka papieru? 

Zawsze  była  dumna  ze  swojego  rozsądku  i  odwagi.  Gdzie  podziały  się 

teraz, 

kiedy potrzebowała ich najbardziej? Co gorsze, przez swój upór naraziła na 

niebezpieczeństwo to, co się naprawdę liczyło w jej życiu – miłość Bena. 

Podpisze ten przeklęty dokument i niech Ben zamknie go w swoim sejfie. 

Przy odrobinie wysiłku, szczypcie szczęścia i mnóstwie kompromisów, wyjmą go 

stamtąd i spalą w pięćdziesiątą rocznicę. 

background image

Crash śpiewał ostatnią piosenkę, kiedy Kate opuściła salę. Pobiegła na górę 

i zebrała swój skromny bagaż do walizki. Jeżeli będzie szybko jechała, to już o 
pierwszej w nocy p

owinna dotrzeć do Nowego Jorku. Ben pewnie będzie już w 

łóżku. 

Może go obudzi, a może nie... po prostu położy się obok niego i zaczeka. W 

każdym razie będzie to pamiętna noc. 

 

* * * 

 

Ben  odłożył  słuchawkę  telefonu  i  usiadł  wygodnie,  uśmiechając  się  z 

zadow

oleniem. W końcu udało się wszystko załatwić pomyślnie. Miał pewność, 

że  nie  będą  nachodzić  go  przedstawiciele  prawa  ani  też  nie  przeczyta 

sensacyjnych nagłówków na swój temat w prasie. 

Okazało się, że jego partnerzy w interesach rzeczywiście dawali łapówki. 

Wczoraj ostatecznie i nieodwołalnie zakończyła się współpraca Bena z Greenem i 

Silverburgiem. Wykupił ich udziały i na razie wstrzymał roboty budowlane. Miał 
teraz wreszcie czas dla Kate. 

Sądził, że tydzień wystarczy, aby nabrała rozsądku i zmieniła zdanie. Nie 

przypuszczał,  że  sam  może  dojść  do  innych  wniosków.  Ostatnich  pięć  dni 

uświadomiło  mu,  jak  bardzo  jej  potrzebował.  Na  swoich  warunkach?  Na  jej 
warunkach? Na jakichkolwiek warunkach! 

Przed  poznaniem  Kate  życie  wypełniała  mu  praca.  Uwielbiał  ryzyko 

towarzyszące  podejmowaniu  decyzji,  ciągłe  podróże  w  interesach.  Praca 

stanowiła nieomal jego hobby. Teraz wszystko się zmieniło. 

Do diabła z całą tą umową! Kate stanowiła przecież jego drugą odnalezioną 

połowę. Nie potrafił i nie chciał od niej odejść. Jeżeli nie będzie miał Kate, równie 

dobrze może nie mieć niczego. Jeżeli będzie ją miał, będzie miał wszystko. 

Wciąż  miał  zaręczynowy  pierścionek.  Donald  wspominał,  że  Kate  jest 

teraz  w  Atlantic  City.  Jeżeli  się  pośpieszy,  dotrze  tam  za  jakieś  trzy godziny. 

Odnajdzie  Kate  i  założy  jej  ten  pierścionek  na  palec...  tam,  gdzie  było  jego 

miejsce. Nie dopuści do żadnych dyskusji, żadnych kłótni. 

Pół  godziny  później  Ben  znajdował  się  na  Garden  State  Parkway,  skąd 

zamierzał  pojechać  na  południe.  Jednak  gdy  zadzwonił  do  hotelu, 

poinformowano go, że Kate Hallaby już się wymeldowała. 

– 

Dokąd pojechała? – zapytał. 

– 

Słyszałem,  jak  mówiła  coś  o  powrocie  do  domu  –  wymamrotał 

niewyraźnie recepcjonista. – Potem już jej nie widziałem. 

Ben zastanawiał się przez chwilę, po czym zadzwonił do Donalda. 
– 

Mam  nadzieję,  że  w  niczym  nie  przeszkodziłem  –  zaczął,  w  pełni 

świadomy późnej pory. 

– 

Przeszkodziłeś – odpowiedział Donald. – O co chodzi? 

background image

Ben uśmiechnął się. 
– 

W poniedziałek rano możesz sobie przyznać podwyżkę – rzucił. – Ale 

teraz chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. 

 

* * * 

 

Kate dojeżdżała właśnie do Long Branch, kiedy w samochodzie odezwał 

się telefon. Była w podróży już od dwóch godzin. Pochłonięta była tylko jednym 

pragnieniem, aby jak najszybciej dostać się do Nowego Jorku. Telefon o tej porze 

był ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała. 

Podniosła słuchawkę. 
– Kate? Mówi Donald. Mam dla ciebie wezwanie. 
– Nie, nie masz – 

sprzeciwiła się stanowczo. – To nie jest moja zmiana. 

– 

Daj spokój, przecież i tak jesteś w samochodzie. 

– 

Jestem o godzinę drogi od miasta, Donald. Będziesz musiał zaczekać. 

– 

Wcale nie. Chciałbym, żebyś po drodze zabrała pasażera. Z restauracji na 

Garden State. On już czeka. 

– 

Czy komuś zepsuł się samochód? 

– 

Coś w tym rodzaju – wymruczał niepewnie Donald. – Zaparkuj tam, a on 

już cię znajdzie. 

– Kto? – 

zapytała Kate, ale połączenie zostało przerwane. 

Odwiesiła  powoli  słuchawkę.  Gdyby  tylko  wiedziała,  gdzie  jest  teraz 

Donald, oddzwoniłaby i powiedziała mu, co o tym myśli. Takie opóźnienie! 

Po dzies

ięciu minutach ujrzała znak drogowy. Niechętnie włączyła migacz. 

Przejechała obok restauracji i przystanęła na jasno oświetlonym parkingu. Ledwo 

zdążyła wyłączyć silnik, kiedy ktoś otworzył drzwi od strony pasażera. 

– Witaj, Kate – 

powiedział cicho Ben. 

Zdumienie,  miłość  i  nadzieja  przepełniły  ją  całą.  Nie  była  w  stanie 

wykrztusić ani jednego słowa, ale jej uśmiech mówił wszystko. 

Ben usiadł obok Kate i zamknął drzwi. Zgasło światełko nad ich głowami i 

siedzieli teraz niemal po ciemku. 

– Czy kurs poza mia

sto również wchodzi w grę? – zapytał. 

Kate uśmiechnęła się i pocałowała go leciutko. 
– 

Zabiorę pana wszędzie, gdzie tylko pan zechce. Ben wziął ją w ramiona, 

a ona przytuliła się do niego z całej siły, jak gdyby chciała w nich pozostać na 
zawsze. Nie wiedz

iała o tym, że wcale nie zamierzał jej wypuścić. 

– 

Trudno byłoby mi odrzucić taką propozycję – powiedział. 

– 

Mam nadzieję – Kate uniosła głowę. – Myślałam... 

– 

Nawet nie próbuj mi o tym mówić – przerwał Ben. – Im więcej myślisz, 

tym gwałtowniej się kłócimy. Nie będę się już z tobą spierał, Kate. I nie będę cię 

ścigał po całym mieście. Wychodzisz za mnie i koniec. 

background image

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
– Czy to rozkaz? 
– 

Tak! Nie... to chyba prośba. 

– Akurat. 
– 

Znowu się ze mnie śmiejesz. 

– Nie – 

zaprzeczyła. – Cieszę się... 

Ujrzała, jak Ben sięga do kieszeni i wyjmuje pierścionek. Już po raz drugi 

nie mogła powstrzymać zachwytu na widok brylantu. 

Ben ujął Kate za rękę i wsunął pierścionek na jej palec. 
– 

Właśnie tu powinien się znajdować i tu pozostanie. Teraz jesteś moja, 

Kate. Na zawsze. 

– 

A ty jesteś mój. – Popatrzyła na ich połączone dłonie. 

– 

Najwyższy czas, żebyś to zrozumiała. – Podobał mu się jej władczy ton. – 

A co do tej umowy... 

– 

Podpiszę, jak tylko wrócimy – pośpiesznie zapewniła Kate. 

– 

...podarłem ją. 

Oboje zamilkli i patrzyli na siebie. 
– 

Znaczysz dla mnie więcej niż cokolwiek na świecie – zaczął cicho Ben. – 

Z całą pewnością nie można tego mierzyć dolarami i centami. Miałaś rację. Nigdy 

nie powinienem był pozwolić, aby coś takiego stanęło nam na drodze. 

– 

Nie. To ty miałeś rację – poprawiła go Kate. – Zajęło to trochę czasu, 

zanim  uświadomiłam  sobie,  że  kiedy  oskarżałam  cię  o  brak  zaufania,  tak 

naprawdę starałam się ukryć fakt, że sama w siebie nie wierzę. – Uśmiechnęła się 
szeroko. – Kto wie? Mo

że to był chwilowy obłęd? Ale to minęło i możesz napisać 

nowy dokument, bo i tak nie pozwolę ci odejść. 

– 

To jakieś błędne koło – zauważył. 

– 

Do diabła! – Udawała, że patrzy na niego ze złością. – Próbuję iść na 

kompromis, więc, na litość boską, nie utrudniaj mi tego. 

– 

Nawet bym się nie ośmielił. Czy będziesz się ze mną kłóciła przez całą 

drogę do ołtarza? 

– Pewnie tak. – 

Oczy Kate błysnęły w ciemności. – Chociaż w tym twoim 

kontrakcie będzie z pewnością jakaś klauzula na ten temat. 

– 

Nie możesz sobie darować, co? 

– Nie ma mowy. – 

Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. – Posłuchaj, dam ci 

taką samą szansę, jaką ty mi kiedyś dałeś. Zagramy. Wyjdzie reszka i będzie tak, 

jak ty chcesz. Orzeł – tak jak ja. 

– Ale... 
– 

Żadnych ale. – Wyciągnęła rękę. – Daj monetę. 

– 

Jeżeli nalegasz... – Wyciągnął dziesięciocentówkę. 

Kate  wzięła  monetę  i  rzuciła  do  góry.  Złapała  ją  i  spojrzała  na  Bena. 

Zastanowił ją niezwykle niewinny wyraz jego twarzy. Odniosła wrażenie, że coś 

background image

knuje. Oderwała dłoń i ujrzała reszkę. 

– Wy

gląda na to, że wygrałeś – powiedziała. 

– 

Niezupełnie. – Ben kciukiem przewrócił monetę na drugą stronę. Oczom 

Kate ukazała się... druga reszka. 

– 

Jesteś mi winien podwyżkę – zauważyła. 

– Nie ma sprawy – 

uśmiechnął się. – A ty mi pączka. 

– 

Wspaniały układ. 

– 

Doskonały. 

Oboje spojrzeli na rozciągającą się przed nimi pustą drogę. 
– 

Chyba zatoczyliśmy pełne koło – powiedziała. 

– Pierwsze z wielu. – 

Pochylił się nad nią. – Trzymaj się mocno, słodka 

Kate. Ruszamy. 

 


Document Outline