background image

LAURIEN BERENSON

Talizman

Talisman

Tłumaczyła: Małgorzata Fabianowska

background image

Rozdział 1

–   Wierzcie   mi,   kolczatka   nie   jest   średniowiecznym   narzędziem   tortur   – 

powiedziała   Kelly   Ransome,   rozglądając   się   po   klasie,   by   sprawdzić,   jakie 

wrażenie   robi   na   słuchaczach   jej   wykład.   Szesnastu   właścicieli   psów 

zgromadzonych w sali Szkoły Tresury Ransome z uwagą chłonęło jej słowa. Był to 

pierwszy wykład letniego semestru i na razie Kelly mogła być zadowolona – w 

oczach kursantów dostrzegła prawdziwe zainteresowanie.

Nie łudziła się, że to wyłącznie jej niepozorna osoba przyciąga uwagę. Nie 

była   brzydka   –   miała   szczupłą,   zgrabną   sylwetkę,   delikatne   rysy,   łagodne 

orzechowe oczy i włosy w odcieniu miodu, ostrzyżone na pazia. Temu wyglądowi 

odpowiadał sportowy, swobodny styl ubioru – luźne spodnie khaki i bawełniana 

koszulka. Nie należała do osób, które przyciągają spojrzenia. Skupiał je natomiast 

wielki, czarny, potężnie umięśniony doberman, karnie siedzący u jej lewej nogi.

– Jak widzicie, Thor nosi kolczatkę i wcale nie wygląda na nieszczęśliwego 

– powiedziała, opuszczając rękę i drapiąc psa pomiędzy sterczącymi uszami.

Thor   zerknął   na   nią   z   uwielbieniem.   –   Oczywiście   obroża   musi   być 

właściwie   użyta.   Nie   może   dusić   psa,   ma   natomiast   wzmagać   jego   karność. 

Dlatego   stanowi   niezbędną   pomoc   w   tresurze,   zwłaszcza   psów,   dla   których 

wszystko, co się rusza, to nieprzyjaciel.

Nerwowy śmieszek przebiegł po sali i Kelly wiedziała, że kontakt został 

nawiązany.

– Na początek powiemy sobie o kilku podstawowych zasadach, które ułatwią 

wam porozumienie z ulubieńcami. Pierwszą komendą, jaką przećwiczymy, będzie 

„siad”. Zobaczycie, że nie jest to trudne.

Kelly wyjaśniała, demonstrując ćwiczenia z Thorem. Doberman wypełniał 

jej polecenia wzorowo i z ochotą, dając zebranym znakomity przykład efektów 

background image

treningu posłuszeństwa. Kiedy wszystko zostało już omówione, Kelly opuściła rękę 

z dłonią skierowaną w dół. Thor zareagował natychmiast, kładąc się karnie. Ręka 

wykonała prawie niedostrzegalny ruch – i oto wielki pies posłusznie ułożył pysk 

między łapami w pozycji „waruj”.

Teraz przyszła kolej na kursantów i ich pupilów. Kelly przyglądała się im 

uważnie. Wprawnym okiem wyróżniła trzy psy, które jej zdaniem będą wymagały 

specjalnej   uwagi   –   potężnego   husky   z   lekko   zezującymi   niebieskimi   oczami, 

dobermankę,   która   wyszczerzyła   kły,   zaledwie   weszła   do   sali,   i   półrocznego 

rottweilera, którego rozrośnięte ciało zabawnie kontrastowało z młodzieńczą chęcią 

do zabawy.

Ostatniej parze Kelly poświęciła najwięcej uwagi. Wyjątkowo zainteresował 

ją nie tylko pies, lecz także jego właściciel.

Zmarszczyła   brwi,   widząc,   jak   rozdokazywany   rottweiler   skacze   wokół 

swego pana, na próżno usiłującego przywołać go do porządku. Zerknęła szybko na 

innych, ale radzili sobie jak na początek zupełnie nieźle.

Teraz   mogła   spokojnie   przyjrzeć   się   mężczyźnie.   Już   wcześniej,   kiedy 

wchodził   do   sali,   zwróciła   uwagę   na   jego   koci,   sprężysty   krok   i   grzywę 

niesfornych,   jasnych   kędziorów.   Był   wysoki,   szczupły,   o   wąskich   biodrach, 

opiętych ciasnymi dżinsami. Już to wystarczyło, by jej puls zaczął bić szybciej – a 

jeszcze   te   złote   loki!   Natomiast   twarz,   która   wyglądała   spod   nich,   była   tak 

skupiona i poważna, że niemal psuło to jej urodę. Prosty nos, mocna szczęka i 

zdecydowane usta mówiły o uporze i solidności. Brwi miał równie jasne jak włosy, 

za to rzęsy ciemne i gęste. Koloru oczu nie mogła dostrzec, gdyż ich spojrzenie 

skierowane było w dół, na niesfornego szczeniaka.

Eric. Eric Devane, przypomniała sobie dane z formularza.

Nagle mężczyzna uniósł głowę i napotkał jej spojrzenie. Oczy miał szare, w 

odcieniu   starego   srebra.   Na   ich   widok   Kelly   poczuła   dziwny   dreszcz.   Miała 

background image

nadzieję,   że   Devane   odwróci   wzrok,   ale   wpatrywał   się   w   nią   uparcie.   Uniosła 

pytająco brwi.

Nagle   rozległo   się   donośne   „wuf”.   Mężczyzna   zachwiał   się,   szarpnięty 

smyczą. Kelly uśmiechnęła się z ulgą i przeszła do następnej pilnie ćwiczącej pary. 

Pomoc przyszła w samą porę.

Stało się, pomyślał Eric. Od początku nie wierzył w ten pomysł. Kiedy Jess 

zadzwoniła   z   Nowego  Jorku   z   wiadomością,   że   znalazła   treserkę   dla   Dodgera, 

próbował ją przekonać, że nie powinna organizować mu życia wbrew jego woli. 

Niestety,   kiedy   ukochana   siostrzyczka   wkraczała   do   akcji,   logiczne   argumenty 

traciły moc.

Jess   zawsze   potrafiła   go   uszczęśliwić.   Kiedy   tylko   usłyszała,   że 

przeprowadza się do małego, sennego Woodbury w stanie Connecticut, natychmiast 

uznała,   że   potrzebny   mu   będzie   pies   –   obrońca   i   towarzysz.   Zupełnie   jakby 

przenosił się do pustelni w dzikich lasach Amazonii! Gdyby zamieszkał w mieście, 

natychmiast   zaproponowałaby   mu   kota.   To   byłoby   jeszcze   do   przyjęcia.   W 

apartamentach na Manhattanie, w których się wychowali, zawsze trzymano jakieś 

pokojowe zwierzątka. Ale stan Connecticut kojarzył się jego siostrze z dziczą, w 

której wielki pies mógł być jedynym stróżem i kompanem.

Ów   „wielki   pies”   okazał   się   tłustym,   piszczącym   szczeniakiem,   którego 

sześć tygodni temu znalazł w koszyku na progu. Co prawda Dodger rósł jak na 

drożdżach, ale na razie sprawiał same kłopoty.

Eric udał się na zajęcia do Szkoły Tresury Ransome bez większej nadziei, ale 

spodobała mu się Kelly i jej spokojne, racjonalne podejście do sprawy psiej nauki. 

Przyglądał   się   jej   z   przyjemnością,   gdyż   była   zupełnie   inna   niż   miejskie 

dziewczyny, które znał – zapatrzone w siebie i w swoje kariery. Zdążył już na tyle 

poznać   stosunki   na   prowincji,   by   zorientować   się,   iż   Kelly   różni   się   także   od 

background image

większości tutejszych kobiet. Te bowiem korzystały z każdej okazji, by przenieść 

się do miasta, a jeśli im się to nie udało, młodo wychodziły za mąż. Wkrótce, 

otoczone gromadką dzieci, zapominały o swoich ambicjach albo też wplątywały się 

w zawiłe i męczące sprawy rozwodowe.

Eric westchnął, kolejny raz stwierdzając, że jego własne perspektywy jako 

trzydziestodwuletniego kawalera wcale nie są lepsze.

W   zamyśleniu   popatrzył   na   Kelly   Ransome,   przechadzającą   się   po   sali. 

Miała zdecydowany krok i oszczędne ruchy kogoś, kto nie zwykł tracić energii na 

próżno. Z przyjemnością przyglądał się lśniącym, jasnym włosom i lekko opalonej, 

nie umalowanej twarzy. Spod ciemnych rzęs bystro patrzyły orzechowe oczy ze 

złotawymi cętkami. Znów odruchowo porównał ją z nowojorskimi elegantkami w 

wytwornych strojach. Kelly Ransome była naturalna aż do przesady.

Sprawdzając   postępy   grupy,   Kelly   doszła   do   miejsca,   gdzie   stali   Eric   z 

Dodgerem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wysoki i silny jest ten mężczyzna. 

Sprawiał wrażenie kogoś, kto wie, czego chce, i zwykle to dostaje.

– Jakieś problemy? – zapytała.

Dodger,   zachwycony   nowym   towarzystwem,   natychmiast   podskoczył, 

usiłując polizać ją po twarzy. Zawstydzony właściciel próbował odciągnąć go na 

smyczy, ale szczeniak zignorował go, uparcie drapiąc łapami spodnie Kelly.

– To chyba  widać  – mruknął Eric  przez  zaciśnięte  zęby.  Na  liście  osób, 

wobec   których   najbardziej   obawiał   się   kompromitacji,   atrakcyjne   kobiety 

figurowały aa pierwszym miejscu.

–   Leżeć!   –   zakomenderowała   cichym,   lecz   stanowczym   głosem   i   mocno 

szarpnęła kolczatkę. Zaskoczony pies przysiadł u jej stóp.

Eric wydawał się równie zaskoczony jak jego pupilek.

– Użyłaś czarów, prawda?

– Nie, to tylko doświadczenie – uśmiechnęła się. – Pokazałam mu, gdzie jest 

background image

jego miejsce w hierarchii. Problem polega na tym, że twój pies myśli, iż on tu jest 

panem.

– On nie myśli, on po prostu to wie.

– W takim razie musimy wyprowadzić go z błędu.

– Ha, łatwo ci mówić – westchnął Eric, wskazując ruchem głowy spokojnie 

leżącego Thora. – Z zazdrością patrzę na twojego dobermana. Wydaje się, jakby w 

ogóle nic go nie obchodziło.

Nie był pierwszą osobą, która tak myślała. Wiedziała, że nie obejdzie się bez 

wyjaśnień.

– Właściciel Thora chciał się go pozbyć – powiedziała powoli. – Kiedy go 

wzięłam, był zaniedbany i tak agresywny, że nawet Towarzystwo Ochrony Praw 

Zwierząt zakwalifikowało go do uśpienia. Dopiero po pół roku mogłam mu zaufać 

na   tyle,   by   odwrócić   się   do   niego   plecami.   Po   następnych   sześciu   miesiącach 

przestał uważać każdego człowieka za wroga, a każdego innego psa za łakomy 

kąsek do pożarcia. Teraz śpi ze mną w łóżku. Tak, panie Devane, początki bywają 

bardzo trudne – zakończyła i wyciągnęła rękę. Z ulgą oddał jej smycz.

– Mam na imię Eric.

Kelly   kiwnęła   głową,   ale   jej   uwaga   skupiona   już   była   na   psie.   Dodger 

zdawał się przewidywać, że coś się święci, gdyż znieruchomiał i czujnie zastrzygł 

uszami.

Eric stłumił pomruk niechęci. Ta czarodziejka nie zdążyła jeszcze nic zrobić, 

a   potwór   już   zmienił   się   aniołka.   Mało   tego,   w   brązowych   psich   oczach, 

wpatrzonych w treserkę, zobaczył głębokie uwielbienie.

– No dobrze, młodzieńcze – powiedziała energicznie Kelly, skracając smycz 

– zobaczymy, na co cię stać. Siad! – nakazała, chwytając kolczatkę i zaciskając ją. 

Jednocześnie   drugą   ręką   klapnęła   lekko   Dodgera   po   zadzie.   Rottweiler   usiadł 

prawie bez oporu.

background image

–   Dobry   piesek!   –   powiedziała   z   zadowoleniem,   luzując   kolczatkę.   Pies 

momentalnie zerwał się na nogi, radośnie machając krótkim ogonem. W nagrodę 

Kelly podrapała go za uszami.

– Czy nie przesadziłaś z tymi wyrazami uznania? Przecież on nie zdążył 

jeszcze na dobre usiąść!

– Ale siedział przez moment i to się liczy. Zresztą nie zakazałam mu wstania 

– wyjaśniła.

– A właściwie dlaczego?

– Ponieważ nie wiedziałby, o co mi chodzi.

– Kazałaś mu siadać, choć też nie wiedział, o co chodzi – nie ustępował Eric.

– Jedna nowość wystarczy.

– I uważasz, że skoro na chwilę klapnął swoim tłustym zadkiem na podłogę, 

już należy mu się nagroda?

W odpowiedzi Kelly raz jeszcze kazała psu siadać, po czym nagrodziła dwie 

sekundy posłuszeństwa minutą pieszczot. Było jasne, że transakcja okazała się dla 

Dodgera bardzo korzystna.

– Teraz spróbuj ty – powiedziała, wręczając smycz Ericowi.

Miał nieodparte wrażenie, że każde z nich ma do czynienia z zupełnie innym 

psem.  Kiedy  ujął smycz, szczeniak natychmiast  powrócił do  swego najbardziej 

nieznośnego wcielenia.

– Bądź stanowczy – doradziła. – Chwyć go krócej przy szyi. Musi czuć, że 

możesz w każdej chwili nad nim zapanować.

Mężczyzna spojrzał na nią bezradnie. Pasmo złotych włosów spadło mu na 

oczy. Kelly, ku swojemu zaskoczeniu, poczuła nieodpartą ochotę, by odgarnąć je 

troskliwym ruchem.

Desperacja Erka przeszła w złość.

– Gdybym wiedział, jak to robić, nie byłoby mnie tu, tylko siedziałbym w 

background image

domu i patrzył, jak Dodger rozkopuje rabatki w ogrodzie – prychnął, gwałtownym 

ruchem odrzucając włosy z czoła.

Im bardziej się irytował, tym bardziej opanowana stawała się Kelly.

– Nie miej do mnie pretensji, próbowałam ci tylko pomóc – powiedziała 

uspokajająco.

– W takim razie za mało próbowałaś! Ten potwór zamienił ostatnie sześć 

tygodni mojego życia w istne piekło i straciłem już nadzieję, że cokolwiek się 

zmieni.

– Przecież dopiero zaczęliśmy...

– Wiem! – wybuchnął, szarpiąc się z psem, który kręcił się koło jego nóg, 

ciasno oplątując je smyczą. – Wątpię, czy dotrwam do końca.

Kelly uśmiechnęła się na widok jego tragicznej miny i chwyciwszy Dodgera 

za obrożę, zmusiła go, by uwolnił swego pana z pułapki.

– Stanowczo zbyt łagodnie go traktujesz – powiedziała. – On świetnie to 

wyczuwa, dlatego cię wykorzystuje.

–  Wstrętny,   cwany   kundel   –   mruknął   Eric,   patrząc   wrogo   na   psa,   który 

siedział ziejąc radośnie, wyraźnie zadowolony z siebie.

– Nie cwany kundel, tylko mądry rottweiler – poprawiła go. – A to duża 

różnica.

– Nie widzę żadnej.

Kelly obejrzała się i dostrzegła, że reszta grupy, która przećwiczyła już siad, 

wyraźnie zaczyna się nudzić. Trzeba było kończyć tę rozmowę.

–   Rottweilery   są   hodowane   jako   psy   obronne.   Są   wprost   stworzone   do 

tresury – powiedziała szybko.

– Naprawdę myślisz, że Dodger da się wytresować na psa obronnego? – 

zapytał z wyraźnym zainteresowaniem.

Kelly spojrzała na niego czujnie. Zbyt wielu widziała już właścicieli dużych 

background image

psów, którzy sądzili, że pewnym rasom wystarczy tylko twarde traktowanie i krótki 

amatorski trening, by stały się walecznymi obrońcami. A kiedy okazywało się, że 

wyhodowali agresywną bestię, która wymknęła się im spod kontroli, było z reguły 

za późno i nieszczęsne zwierzę nadawało się już tylko do uśpienia.

–   Dodger   jest   jeszcze   szczeniakiem   –   powiedziała   ostrożnie.   –   Ale 

stopniowo,   po   właściwej   tresurze,   ma   szansę   stać   się   bardzo   dobrym   psem 

obronnym. A dlaczego właściwie pytasz?

– Tak sobie – uśmiechnął się. – Z czystej ciekawości.

Kelly zachowała ten uśmiech w pamięci, kiedy odeszła, by kontynuować 

wykład. Nie lubiła ludzi, którzy zadają istotne pytania, a potem kwitują odpowiedź 

wzruszeniem ramion. Wyglądało na to, że Eric ma powody, by interesować się 

tresurą obronną. Powinna dowiedzieć się jakie, jeśli nie chciała, by jego rottweiler 

powiększył smutną statystykę psów zmarnowanych przez właścicieli.

Reszta   lekcji   minęła   szybko,   zwłaszcza   że   ostatnie   dziesięć   minut 

przeznaczyła na „swobodną zabawę”. W czasie, kiedy spuszczone ze smyczy psy 

szalały, mogła zamienić kilka słów z każdym z właścicieli. Jednak Eric odsunął się 

w kąt i trzymając krótko Dodgera, cierpliwie czekał na koniec przerwy. Kelly, 

zajęta rozmową z tłustą nastolatką, która miała kłopoty z leniwym i równie tłustym 

bassetem, zerknęła na niego kątem oka i ze zdumieniem stwierdziła, że mężczyzna 

przygląda się jej badawczo.

Po nastolatce przyszła kolej na gadatliwą matronę i jej jamniczkę, a potem 

eleganckiego   starszego   pana   z   nienagannie   utrzymanym   szkockim   terierem   o 

dźwięcznym   imieniu   Kiltie.   Kelly   z   uśmiechem   odpowiadała   na   pytania   i 

cierpliwie udzielała wyjaśnień.

Świetnie   radzi   sobie   z   ludźmi,   pomyślał   Eric,   obserwując   ją   z   kąta. 

Spostrzegawczość przydawała się w pracy, podobnie jak umiejętność przelewania 

uwag i konstatacji na papier. Pracując przez lata jako reporter dla „The New York 

background image

Timesa”,   miał   okazję   widzieć   przeróżne   rzeczy   –   poczynając   od   wyborów 

prezydenckich,   poprzez   krwawe   rozgrywki   gangów,   aż   do   pożarów   i   katastrof. 

Fascynował go świat, ludzie i wydarzenia. Teraz jednak najbardziej interesowała go 

Kelly Ransome.

Choć   tak   się   różniła   od   nowojorskich   dziewczyn,   był   pewien,   że   nie 

wychowała się w tej małej, spokojnej mieścinie. Coś musiało ją tutaj sprowadzić, 

podobnie jak i jego. Ale co? Praca męża czy możliwość otwarcia szkoły? Zmrużył 

oczy, na próżno usiłując dojrzeć obrączkę na palcu treserki. Zaskoczyła go własna 

ciekawość.   Trudno   było   ukryć,   że   wykracza   poza   zwykłe   dziennikarskie 

zainteresowanie. Czemu z taką ulgą stwierdził, że nie jest mężatką?

Musi ją jakoś o to zagadnąć. W końcu żyje z zadawania pytań. Gotów był od 

razu wprowadzić swój zamiar w czyn, ale nagle rozległo się basowe szczeknięcie 

Dodgera. Śmiertelnie znudzony, wyraźnie chciał dołączyć do ogólnej zabawy.

–   Uspokój   się!   –   syknął   wściekle   Eric.   Upomnienie   nie   poskutkowało. 

Dodger miotał się i szczekał coraz donośniej.

–   Cicho!   –   nakazał   stanowczo   i   ostro   szarpnął   smyczą.   O   dziwo, 

podpowiedziany przez Kelly sposób okazał się skuteczny. Pies ucichł gwałtownie i 

spojrzał zdumiony na swego pana. A pan ujął go krótko przy szyi i kazał iść przy 

nodze.

– Moi drodzy, koniec przerwy, wracamy do pracy – oznajmiła Kelly, patrząc 

z niepokojem na Erica zmierzającego ku niej z Dodgerem.

– Jeśli ktoś jeszcze będzie miał do mnie pytania, zapraszam po zajęciach – 

dodała szybko. Mężczyzna skinął głową i grzecznie stanął z psem w szeregu.

Po kwadransie lekcja była skończona. Kelly odczekała, aż wszyscy wyjdą, 

zamknęła salę i wyprowadziła Thora na dziedziniec. Eric z Dodgerem już czekali. 

Rottweilerek   z   młodzieńczym   entuzjazmem   i   kompletnym   brakiem   instynktu 

samozachowawczego ruszył ku wielkiemu dobermanowi, napinając smycz na całą 

background image

długość.   Napastowany   przez   szczeniaka   Thor   stał   z   miną   męczennika.   Kiedy 

Dodger   przewrócił   się   wiernopoddańczo   na   grzbiet,   wymachując   łapami   w 

powietrzu,   zerknął   z   rozpaczą   na   swoją   panią,   jakby   chciał   zapytać:   „Czy   ja 

naprawdę muszę go znosić?”

– Nie, nie musisz, jeśli nie chcesz – powiedziała Kelly i wskazała na murek. 

Thor wskoczył tam natychmiast. Szczeniak nie mógł go już dosięgnąć.

– Czego miałbym nie chcieć? – zdziwił się Eric.

– O, przepraszam, mówiłam do Thora. Chciał wiedzieć, czy musi zniżać się 

do poziomu takiego smarkacza, więc zapewniłam go, że nie.

– On chciał... wiedzieć? – Eric spojrzał na nią z dziwną miną. – Wiem, że 

prowadzisz specjalistyczną tresurę, ale nie przypuszczałem, że również uczysz psy 

mówić.

Na   policzki   Kelly   wypłynął   rumieniec.   Na   ogół   miała   do   czynienia   z 

typowymi   psiarzami,   którzy   natychmiast   pojęliby,   o   co   jej   chodzi,   i   którzy 

znakomicie   dogadywali   się   ze   swoimi   ulubieńcami.   Sądząc   z   reakcji   Erica,   na 

pewno był nowicjuszem w kręgu psich fanów.

– Thor ma bardzo wyraziste ślepia – powiedziała cicho. – Łatwo domyślić 

się, co czuje. Czy miałeś do mnie jakieś pytania? – wróciła do oficjalnego tonu.

– Tak, miałem. – Zerknął na jej smukłe palce o wypielęgnowanych, lecz nie 

lakierowanych paznokciach. – Nie nosisz obrączki – zauważył.

– Nie. O co właściwie chciałeś mnie zapytać? Milczał. Nagle stracił pewność 

siebie, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Zabawne, gdyby Kelly była nowojorską 

dziewczyną o ciętym języku, poszłoby mu dużo łatwiej. Tamte były jak koty – 

zawsze spadały na cztery łapy. Ona zaś była równie uczciwa i prostolinijna, jak jej 

ukochane psy.

Eric nerwowo przyciągnął do siebie wiercącego się Dodgera.

– W broszurze informacyjnej napisałaś o indywidualnych lekcjach, podczas 

background image

których   pracujesz   tylko   z   wybranym   psem.   Sama   widzisz,   jaki   jest   Dodger. 

Zastanawiam się, czy taka forma tresury nie byłaby dla niego lepsza.

–   Owszem,   psom   w   jego   wieku   trudno   nieraz   wysiedzieć   w   klasie   – 

powiedziała powoli, rozważając w myśli jego propozycję. Niepostrzeżenie ich oczy 

spotkały się. Nie odwróciła wzroku, wzruszyła tylko ramionami.

– Jest to możliwe, ale pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, pracuję nie 

tylko z psami, ale również z ich właścicielami. Pies i właściciel muszą się nauczyć, 

jak ze sobą współpracować.

– Świetnie – ucieszył się. – Tego właśnie potrzebujemy z Dodgerem.

– Poza tym indywidualne lekcje są dużo droższe.

– Och, to zrozumiałe.

Kelly   zmarszczyła   brwi,   słysząc   jego   lekki   ton.   Jak   na   człowieka,   który 

jeszcze niedawno rozpaczał z powodu swojego niesfornego ulubieńca, wydawał się 

dziwnie zadowolony z siebie.

– Na tyle drogie – zaznaczyła z naciskiem – że warto się zastanowić, czy nie 

pozostać w grupie.

–   Nie   wydaje   mi   się   –   stwierdził.   –   Pod   tym   względem   zgadzam   się   z 

Dodgerem.   Nie   lubię   tłumu.   Wolałbym   pracować   sam.   Jestem   do   tego 

przyzwyczajony.

Kelly   zagryzła   wargi.   Myśl   o   byciu   sam   na   sam   z   tym   niepokojącym 

mężczyzną   nie   napawała   jej   entuzjazmem.   Poza   tym   nie   potrzebowała 

dodatkowych   źródeł   dochodu.   Lista   osób   oczekujących   na   zapisy   była   długa. 

Odkąd  niemal  cały  nakład  jej  książki  „Zabawa   w  tresurę”  zniknął  z  lokalnych 

księgarń, nie narzekała na brak chętnych.

– Oczywiście decyzja należy do ciebie – powiedziała wreszcie. – W każdym 

razie,   jeśli   zdecydujesz   się   na   takie   lekcje,   odliczę   na   ich   poczet   sumę,   którą 

wpłaciłeś na kurs.

background image

– Doskonale. Kiedy zaczynamy?

Kelly wyciągnęła z kieszeni kalendarzyk i zaczęła go uważnie wertować.

– Jeśli masz czas w ciągu dnia, możemy się umawiać w poniedziałki rano.

– W porządku. U mnie w domu czy mam przyjechać do ciebie?

– Nie, czekaj na mnie. Dodger będzie się czuł swobodniej na swoim terenie.

Eric w zamyśleniu patrzył, jak Kelly pakuje się i odjeżdża. Poniedziałek 

rano... Umawiał się na randki o różnych dziwnych porach. Dobrze, ale przecież to 

nie była randka. Przesadziłeś, stary, skarcił się w myśli, roztargnionym ruchem 

drapiąc psa za uszami.

– Dodger, chłopie, to może być początek pięknej przyjaźni – szepnął.

background image

Rozdział 2

–   A   wiec   to   jest   twoja   chata   w   puszczy   –   powiedziała   Jess   Devane, 

rozglądając się po salonie domu, który jej brat wynajął na pół roku.

W   rzeczywistości   budynek   nie   wyglądał   aż   tak   prymitywnie,   choć 

właściciele, modernizując go, starali się ocalić jak najwięcej z dawnych elementów, 

takich   jak   kominek   czy   drewniane,   ciemne   belki   sufitu,   tworząc   miłą,   a 

jednocześnie funkcjonalną całość.

Eric   wiedział   jednak,   że   wszystko,   co   nie   przypominało   nowoczesnych 

apartamentów   na   Manhattanie,   wydawało   się   jego   siostrze   kompletnym 

prymitywem.

– Nie przesadzaj, Jess, przecież to nie jest traperska chata – zaśmiał się.

Jess,   wyraźnie   nie   przekonana,   krytycznie   przyjrzała   się   jego   flanelowej 

koszuli   z   podwiniętymi   rękawami   i   wytartym   dżinsom.   Jej   aprobatę   wzbudził 

jedynie najnowszy model telewizora i wideo – elementy tak dobrze znanego jej 

świata.

– No dobrze – zaczęła – powiedz mi teraz, po co właściwie wyniosłeś się do 

tej głuszy?

– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego uważasz, że Woodbury jest na końcu 

świata. Owszem, to nie Manhattan, ale mamy tu świetną bibliotekę i teatr, nie 

mówiąc o różnych sklepach. Zresztą Nowy Jork jest niecałe dwie godziny jazdy 

stąd.

–   Dobrze,   przesadziłam,   może   Woodbury   nie   jest   aż   taką   dziurą   – 

powiedziała bardziej ugodowym tonem. – Ale wyznam ci szczerze, braciszku, że 

nie rozumiem, dlaczego tak nagle porzuciłeś swój piękny apartament i wyjechałeś 

w lasy z jedną walizką.

background image

– Dobrze wiesz dlaczego. Przeniosłem się tu, żeby pracować.

– Nie żartuj, przecież właśnie rzuciłeś pracę!

– Niezupełnie. W redakcji udzielono mi urlopu na pracę twórczą i dzięki 

temu   będę   mógł   napisać   książkę.  To   cudowne,   Jess,   zawsze   o   tym   marzyłem! 

Wreszcie będę mógł stworzyć coś trwalszego niż artykuły, klecone w pośpiechu po 

nocach.

Przeszedł do kuchni i gestem zaprosił siostrę do jadalni. Miał nadzieję, że 

kolacja,   którą   tak   starannie   przygotowywał,   pozwoli   na   zmianę   tematu   na 

przyjemniejszy. Jednak Jess nie dała się tak łatwo zbyć.

– Przecież równie dobrze mógłbyś pisać tę książkę w mieście – upierała się, 

nawet nie rzuciwszy okiem na popisową sałatkę z krabów. – Ludzie tak robią.

– Nic by z tego nie wyszło. W Nowym Jorku jest zbyt dużo pokus, zbyt 

wiele   rzeczy   by   mnie   rozpraszało.   Tu   jestem   wolny,   nie   poganiany   żadnymi 

terminami. Zresztą człowiek, który dostarcza mi materiału do książki, mieszka w 

okolicy. To znacznie ułatwi nam współpracę.

– No właśnie – westchnęła Jess. – Dlaczego nie wziąłeś na warsztat jakiegoś 

mniej drażliwego tematu?

– I bezpieczniejszego, tak?

– Owszem. – Szare oczy siostry spojrzały na niego uważnie. – Nie mogłeś 

zająć się przestępstwem, które już rozpracowano, a sprawców wsadzono za kratki?

– Sprawa napadu na furgonetkę bankową Locktighta jest już zamknięta – 

przypomniał jej Eric. – Trzech ludzi zostało skazanych.

– Tak, a czwarty zginął, zastrzelony w bardzo podejrzanych okolicznościach 

– prychnęła Jess.

– Zresztą nikt z pozostałych nie przyznał się do winy i nie odzyskano nawet 

jednej sztaby złota. A teraz, po trzech latach, jakiś człowiek kontaktuje się z tobą, 

twierdząc, że jest piątym członkiem gangu, i chce ci sprzedać pewną informację. 

background image

Nie uważasz, że wszystko to razem jest mocno podejrzane?

– Jasne, że jest. Dlatego właśnie zaangażowałem się w tę sprawę.

Jess wyrzuciła ręce w górę w geście rozpaczy.

– Czy ten facet wyjaśnił ci chociaż, dlaczego spośród setek nowojorskich 

dziennikarzy wybrał właśnie ciebie?

– Larry powiedział, że podobały mu się moje artykuły. Uznał, że może mi 

zaufać.

– Larry... Czy on ma chociaż nazwisko?

– Smith – uśmiechnął się Eric, przewidując jej reakcję.

– No jasne. – Jess z ubolewaniem pokiwała głową.

– Facet podaje ci nazwisko, które wypełnia pół książki telefonicznej, a ty, 

naiwny braciszku, wierzysz mu bez zastrzeżeń.

– Jestem co prawda twoim młodszym braciszkiem, ale zapomniałaś, że nie 

mam   już   dwunastu   lat.   Zanim   zacząłem   z   nim   rozmawiać,   sprawdziłem   go 

dokładnie. – Sięgnął po dłoń siostry i uścisnął ją pocieszająco. – Doceniam twoją 

troskę, kochanie, ale wierz mi, umiem sam zadbać o siebie.

Jess  przytaknęła   z   rezygnacją.  Wiedziała,   że   przegrała.   Zawsze   tak   było. 

Mogła tłumaczyć, wściekać się i prosić, a Eric zawsze robił to, co sobie postanowił.

– A skoro już mówimy o dbaniu o siebie, jak tam Dodger? – zagadnęła, 

starając się mówić jak najswobodniej.

– Sama zobacz. – Eric wskazał na widoczny przez okno trawnik. Pies ganiał, 

polując na zwierzynę, która zapewne istniała tylko w jego wyobraźni.

– Zdaje się, że ma dużo energii.

– Owszem. Ta jego energia niedługo wpędzi mnie do grobu.

–   Och,   nie   przesadzaj.   Jeśli   zdecydowałeś   się   osiąść   na   odludziu,   a   w 

dodatku rozgryzać jakieś mętne sprawy, musisz mieć obrońcę. Myślę, że Dodger 

będzie wspaniałym stróżem.

background image

– Z pewnością – przytaknął ponuro Eric. – Jest tylko jeden drobny problem, 

on chciałby mnie chronić przed wszystkim i wszystkimi. Obojętnie, czy to będzie 

listonosz, śmieciarz, czy wiewiórka lub ptak.

–   Mówiono   mi,   że   rottweilery   są   bardzo   pojętne   i   potrzeba   im   tylko 

odpowiedniego   wychowania.   Właśnie,   a   co   powiedziała   ta   treserka,   którą   ci 

znalazłam?

Eric pomyślał o Kelly i o umówionym spotkaniu.

–   Powiedziała,   że   nim   zostanie   dobrym   psem   obronnym,   musi   jeszcze 

dorosnąć i wiele się nauczyć.

Jess spojrzała na niego zmieszana.

– A ja myślałam, że już się nadaje, bo jest taki duży...

– Wszystko, co jest większe od kota, wydaje ci się duże, siostrzyczko.

– To znaczy, że mój prezent sprawił ci tylko kłopot, tak?

Była to w dużym stopniu prawda, ale Eric nie chciał jej urazić. Jess zawsze 

miała jak najlepsze intencje.

– Ależ skąd, bardzo się cieszę, że tak się o mnie troszczysz – zapewnił.

– Jesteś niepoprawny – zaśmiała się Jess. – Eric Devane, szalejący reporter, 

którego   nie   wzruszy   nawet   trzęsienie   ziemi,   zaczyna   się   rozczulać   nad   swoją 

siostrzyczką. Słowo daję, wiejskie powietrze uderzyło ci do głowy!

Popatrzyli   na   siebie   i   parsknęli   śmiechem.   Resztę   czasu   poświęcili   na 

oplotkowanie   wspólnych   znajomych.   Jess   zrelacjonowała   bratu   najnowsze 

nowojorskie wydarzenia. Kiedy w godzinę później szykował się, by odwieźć ją na 

pociąg,   oboje   byli   w   znakomitych   humorach.   Zaledwie   Eric   zdążył   zamknąć 

frontowe drzwi, w głębi domu zaczął dzwonić telefon.

– Zejdź do samochodu – powiedział, pospiesznie obracając klucz w zamku. 

– Zaraz przyjdę.

Potykając się o Dodgera, wpadł do holu i zdążył podnieść słuchawkę po 

background image

piątym   dzwonku.   Przez   kilka   sekund   panowała   cisza,   jakby   rozmówca   już   się 

wyłączył. Wreszcie odezwał się chrapliwy, niski głos.

– To ty jesteś ten dziennikarski pistolet, który wszędzie węszy?

Eric,   kompletnie   zaskoczony,   zastanawiał   się   nad   celną   odpowiedzią,   ale 

tajemniczy rozmówca nie dał mu szansy.

–   Lepiej   będzie   dla   ciebie,   jeżeli   przestaniesz   wsadzać   nos   w   nie   swoje 

sprawy! – zagroził.

– Kto mówi?

W odpowiedzi rozległ się trzask i połączenie zostało przerwane. Eric powoli, 

bardzo powoli odłożył słuchawkę.

– Kto to był? – zapytała Jessie, kiedy usadowił się za kierownicą.

– Nikt, jakaś pomyłka – rzucił niedbale, wciskając gaz.

Kelly spędziła pracowicie weekend, pisząc felieton do stałej kroniki porad w 

magazynie „Mój Pies”. Resztę czasu poświęciła swojej małej menażerii – dwóm 

kotom,   birmańczykowi   i   przygarniętemu   dachowcowi,   trzem   dobermanom   i 

gwarkowi, egzotycznemu gadającemu ptakowi o imieniu Maks.

Kiedy   w   poniedziałek   rano   szykowała   się   do   wyjścia,   zaniepokojone 

zwierzaki chodziły za nią krok w krok.

– Hej, zwolnijcie obroty – upomniała je. – Wrócę niedługo i zajmę się wami.

Boso   podreptała   z   łazienki   do   garderoby,   pewnie   stawiając   stopy   na 

nierównej, skrzypiącej podłodze z desek. Jej niewielki dom pamiętał jeszcze czasy 

osadników.   Budowano   go   starannie   z   najlepszych   materiałów,   ale   pokolenia 

niedbałych   właścicieli   omal   nie   doprowadziły   solidnego   domostwa   do   ruiny. 

Jedynym   ich   osiągnięciem   było   dobudowanie   piętra   z   dwiema   sypialniami   i 

łazienką. Kiedy Kelly po raz pierwszy przyjechała go obejrzeć, dom od roku stał 

pusty. Od razu pokochała go całą duszą, choć był szary i zaniedbany.

background image

Poświęciła cały swój wolny czas i wszystkie oszczędności, by przywrócić 

domostwu   dawną   świetność.   Na   pierwszą   zimę   zaopatrzyła   się   w   pięć   kubłów 

farby   i   piecyk   na   drewno.   Wiosną   ogrodziła   teren   z   tyłu   domu   i   odmalowała 

werandę.   I   tak,   krok   po   kroku,   doprowadziła   to   miejsce   do   stanu,   którego 

przynajmniej nie musiała się wstydzić.

– Zwolnijcie obroty! – zaskrzeczał Maks, bujający się na drążku w klatce w 

kącie kuchni. – Wrócę, wrócę...

– Zamknij dziób, ty gaduło! – ofuknęła go.

– Zamknij dziób! – odparował, wzmacniając efekt przeraźliwym wrzaskiem.

Kelly uśmiechnęła się. Maksio musiał zawsze mieć ostatnie słowo.

Do dziewiątej była już gotowa. Ubrana w tenisówki, spłowiałe dżinsy i za 

dużą męską koszulę, sięgającą jej do kolan, wskoczyła do dżipa. Eric dzwonił w 

sobotę i wyjaśnił jej, jak ma dojechać do jego domu. Głos w słuchawce był tak 

męski   i   seksowny,   że   mogłaby   go   słuchać   jeszcze   długo.   Myśl   o   zajęciach   z 

Erikiem   zaczęła   się   jej   coraz   bardziej   podobać.   Poza   tym   polubiła   Dodgera   i 

wyczuła  w  nim  świetny  materiał  na  psa  obronnego.  Zawsze  lubiła   pracować  z 

bystrymi i zdolnymi zwierzętami.

Kiedy zajechała pod dom Devane’a, Eric bawił się z psem na trawniku i 

właśnie   rzucił   mu   piłeczkę.   Rottweiler   momentalnie   skoczył   za   nią   i   złapał   ją 

pewnym chwytem szczęk, nim jeszcze odbiła się od ziemi. Kelly uśmiechnęła się z 

aprobatą, ale jego pan był niezbyt zadowolony.

– Mam kolejny problem – stwierdził. – Uwielbia ganiać za piłką, ale nigdy 

nie chce mi jej przynieść z powrotem. W rezultacie nabiegam się bardziej niż on.

– Po prostu nie rozumie, czego od niego chcesz – wyjaśniła. – Skoro nie 

ustanowiłeś żadnych reguł.

– Moja siostra wspominała mi o tej książce. Ma tytuł „Zabawa w tresurę”, 

prawda?

background image

– Tak. To podręcznik tresury dla amatorów. Wydawca uznał, że jest duże 

zapotrzebowanie na taką książkę. Ale nie napisałabym jej, gdyby nie namówił mnie 

do tego ojciec.

– Twój ojciec? A co on ma z tym wspólnego? Kelly spoważniała.

– To długa i nudna historia. Lepiej zacznijmy zajęcia. W końcu płacisz mi za 

tresowanie, nie za rozmówki.

– Ależ ja lubię z tobą rozmawiać – wyznał z rozbrajającą szczerością, która 

zaskoczyła   nawet   jego   samego.   Przez   lata   reporterskiej   pracy   wypytywanie   i 

wyciąganie informacji z najbardziej nawet opornych rozmówców weszło mu w 

krew do tego stopnia, że wśród przyjaciół zyskał przydomek Sęp – żartobliwy, ale 

w   gruncie   rzeczy   dobrze   obrazujący   jego   bezwzględne   metody   zdobywania 

wiadomości nadających  się  na  pierwsze   strony  gazet.  Ciekawe  jednak,  że  przy 

Kelly tracił swój dziennikarski pazur. Pozwalał rozmowie płynąć własnym torem, 

niczego nie drążył ani nie sondował.

– Kto wie? – mruknął cicho, na wpół do siebie. – Może uda ci się wydobyć 

człowieka z miejskiego spryciarza?

– Co takiego?

Eric uświadomił sobie, że Kelly patrzy na niego zdziwiona.

– Nic takiego. Ty mówisz do zwierząt, a mnie zdarza się mówić do siebie. To 

obciążenie zawodowe.

– Rozumiem. A co ty właściwie robisz?

Chciał jej powiedzieć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Jak mógł się 

przyznać   wobec   kogoś,   kto   wydał   już   książkę,   że   po   sześciu   tygodniach   nie 

wyszedł poza trzy pierwsze rozdziały?

–   Jestem   wolnym   strzelcem   –   rzucił   niedbale,   mając   nadzieję,   że   to 

wystarczy.

Wystarczyło.   Wyraz   zakłopotania,   jaki   dostrzegła   na   twarzy   Erica, 

background image

przemawiał   na   jego   korzyść.   Nie   lubiła   gładkich,   pewnych   siebie   facetów, 

mających na wszystko gotową odpowiedź.

– Może zaczniemy? – zapytał.

– Jeśli jesteś gotowy, to proszę bardzo – odparła z uśmiechem.

background image

Rozdział 3

– Jestem wykończony – westchnął Eric.

– To normalne – pocieszyła go Kelly. – Na początku każdy ma dosyć.

Lekcja dobiegała końca. Dodger zrobił ogromne postępy, podobnie zresztą 

jak   jego   pan.   Porozumienie   między   nimi   wzrosło   znacznie.   Kiedy   Kelly 

zaproponowała, by przerobili jeszcze jedno zadanie, Eric ożywił się nagle.

– Wiesz, najbardziej zależy mi na tym, żeby Dodger nauczył się reagować na 

wołanie – powiedział. – Można dostać szału, kiedy człowiek się śpieszy, a ten 

potwór nie raczy przyjść.

–   Prawdopodobnie   kojarzy   przychodzenie   z   zamknięciem   w   domu.   Czy 

próbowałeś wzmocnić jego motywację nagrodą? Czasami garść psich sucharków, 

podetknięta w porę, może zdziałać cuda.

–   Sucharki?   Chyba   żartujesz!   Wczoraj   stałem   na   tarasie   i   kusiłem   go 

smakowitą kością, a on nawet na mnie nie spojrzał.

Wielu kursantów Kelly miało te kłopoty. Nauka przychodzenia na zawołanie 

należała   do   najtrudniejszych.   Zwykle   udawało   się   to,   kiedy   pies   i   właściciel 

osiągnęli już sukcesy w innych ćwiczeniach. Eric był jednak tak szczerze przejęty, 

że postanowiła udzielić mu rady.

Wyjaśniła, że pierwszym krokiem miało być puszczenie Dodgera na długiej, 

luźnej   lince.   Później   powinien   zawołać   psa   i   natychmiast   odbiec   w   odwrotną 

stronę,   prowokując   go   do   pogoni.   Gdyby   mimo   to   pies   nie   chciał   się   ruszyć, 

należało pociągnąć smycz.

Mina Erica świadczyła, że metoda niezbyt trafiła mu do przekonania.

–   Dodger   będzie   pojmować   ćwiczenie   jako   rodzaj   zabawy.   Przecież   to 

jeszcze szczeniak. Stosuję ten sposób od początku, od kiedy zostałam treserką.

background image

– Tak? A kiedy nią zostałaś?

– Już dawno. Ale zapewniam cię, że nie było psa, który by się nie nauczył.

Eric wahał się jeszcze.

– Mogłabyś pokazać mi, jak to się robi?

–   Co,   masz   stracha?   –   zakpiła,   ale   wzięła   linkę   i   przypiąwszy   ją   psu 

pozwoliła, by się oddalił.

Z   początku   stała   nieruchomo,   wpatrując   się   w   szczeniaka,   który   zaczął 

zerkać na nią niepewnie. Wreszcie zawołała go i zaczęła szybko uciekać. Dodger 

ochoczo podjął pogoń. Po kilkunastu krokach zatrzymała się gwałtownie, a pies, 

uszczęśliwiony, przypadł jej do nóg. W nagrodę otrzymał solidną porcję pieszczot.

– No, widzisz, jakie to proste? Teraz spróbuj ty – powiedziała z uśmiechem.

Eric przejął linkę i poczekał, aż Dodger odejdzie. To jest proste, utwierdzał 

się w myśli.

Niestety, z wrażenia zapomniał zawołać. Przy drugim podejściu zapomniał, 

że trzeba odbiec. Za trzecim razem szczeniak zaplątał się beznadziejnie w smycz, a 

za   czwartym   i   ostatnim   Eric,   uciekając   na   taras,   potknął   się   o   schodek.   Był 

wściekły na siebie. Pod uważnym okiem Kelly zachowywał się jak ostatni fajtłapa.

– Chyba miałaś rację – wykrztusił wstając. – Jeszcze nie dojrzeliśmy do tego 

ćwiczenia.

– Nonsens, po prostu nie miałeś szczęścia.

–   Tylko   tyle?   Wydaje   mi   się   raczej,   że   przeżywam   kryzys   z   powodu 

męskiego klimakterium – skrzywił się.

– Czyżby? Nie powiedziałabym, że masz już czterdziestkę na karku.

– Masz tyle lat, na ile się czujesz – stwierdził sentencjonalnie.

– Tresura psów również zależy od nastawienia. Jeśli wmówisz sobie, że nie 

potrafisz, nic nie wskórasz. Proste, nie?

Miło było się z nią droczyć. Była inteligentna i bardzo bezpośrednia. Czuł, 

background image

że ta kobieta będzie dla niego wyzwaniem.

–   Wiesz,   mam   pomysł   –   zaproponowała   nagle.   –   Może   przerobimy   to 

wspólnie?

– Wspólnie?

– Tak, zobacz.

Stanęła przy nim i objęła dłonią przegub ręki trzymającej smycz.

– Kiedy policzę do trzech, robimy całe ćwiczenia razem, dobrze?

– Dobrze – przytaknął z entuzjazmem, widząc, że otwierają się przed nim 

nowe, zachwycające perspektywy. Pal licho psi trening, pomyślał i otoczył Kelly 

ramieniem, przygarniając ją do siebie. Z zachwytem wyczuł miękkie linie jej ciała i 

świeży zapach włosów. Och, ta samotność w lasach naprawdę dała mu się...

– Raz...

Kelly zaczęła odliczanie. To przywróciło go rzeczywistości. Sprężył się w 

pełnym napięcia oczekiwaniu.

On to robi celowo, pomyślała. Nie ma innego wytłumaczenia. Mężczyzna o 

takim wyglądzie nie może być fajtłapą, który tuli się do niej, szukając oparcia.

– Dwa...

Dziwne, wyraźnie czuje się, jak bardzo jest napięty. Dlaczego? Przecież to 

zupełnie proste ćwiczenie. Fakt, spotykała nieraz przesadnie nerwowych klientów, 

ale...

– Trzy!

– Dodger, do nogi! – zawołały dwa głosy. Kelly wystartowała jak sprinterka. 

Eric spóźnił się o ułamki sekund. Na sympatycznym pysku Dodgera odmalowało 

się zdumienie. Pies zamarł na moment, nie rozumiejąc, co robią ci dziwni ludzie. 

Tymczasem linka napięła się i pociągnęła go gwałtownie. Rzucił się skokiem do 

przodu i popędził ku nim. Jeszcze jeden skok i już udało mu się dopaść pana.

Eric zachwiał się, kiedy zwaliste ciało Dodgera uderzyło go z impetem w 

background image

pierś i nie zdoławszy zachować równowagi upadł, pociągając za sobą Kelly.

Przetoczyli się po trawie. Kelly szarpnęła się, czując ból w kostce, ale ciało 

mężczyzny przygniatało ją do ziemi.

Eric, choć oszołomiony upadkiem, martwił się tylko o swoją towarzyszkę. 

Odepchnął Dodgera, który miłośnie przejechał mu jęzorem po twarzy, i przekręcił 

się na bok. Z ulgą stwierdził, że dziewczyna patrzy na niego jak zwykle trzeźwo i 

uważnie.

Spojrzeli sobie w oczy i zaczęli się śmiać, zrazu nieśmiało, a potem coraz 

głośniej.

– No, dobrze – zachichotała Kelly. – Wracamy do „abc” tresury.

Dokładnie   w   tym   samym   momencie   Eric   uświadomił   sobie,   jak   bardzo 

pragnie ją pocałować. Ta myśl musiała błąkać się na peryferiach jego świadomości 

na długo przedtem, nim ten zabawny wypadek zmienił ją w naglący impuls. Mimo 

to bał się mu ulec.

– Nic ci się nie stało? – zapytał z troską, jednocześnie odsuwając się na 

bezpieczną odległość.

– W dziewięćdziesięciu pięciu procentach – nic.

– A co z pozostałymi pięcioma? Kelly usiadła, rozcierając bolącą kostkę.

–   Nie   wiem.   Na   razie   trudno   ocenić   –   stwierdziła.   Dziwne,   myślała 

gorączkowo. Przez jedną krótką chwilę oczekiwała pocałunku, gdyż jego usta były 

tak blisko, zbyt blisko. Kiedy jednak skwapliwie odsunął się na bok, zwątpiła w 

swoje odczucia i natychmiast uznała, że cierpi na przerost wyobraźni.

– Czy pozwolisz, że obejrzę twoją nogę?

– Nie, nie trzeba – powiedziała szybko, usiłując wstać.

– Może jest zwichnięta...

– A może to nawet złamanie spiralne – zakpiła i w tej samej chwili poczuła 

wyrzuty sumienia. Przecież  ten człowiek szczerze  się  o nią  martwił i nie  było 

background image

powodu, by robić mu przykrość. Z drugiej strony chciała sama odpowiadać za 

swoje poczynania.

–   Daj   spokój,   nic   się   nie   stało   –   stwierdziła   bohatersko,   kuśtykając   ku 

domowi. – Na pewno zaraz mi przejdzie. Zadzwonię do ciebie w sprawie terminu 

następnej lekcji.

–   Dobrze,   ale   gdybym   nie   upadł   i   nie   pociągnął   cię   za   sobą,   nie 

przewróciłabyś się i...

– Nie jesteś temu winien, to był mój pomysł. Najważniejsze, że Dodger 

nauczył się czegoś.

– Kelly, muszę ci to wynagrodzić. Zapraszam cię na kolację.

– To niepotrzebny wydatek!

– Może być tania kolacja. Co byś powiedziała na pizzę i wino?

Patrzył z takim wyczekiwaniem, że nie miała serca odmówić.

– Dobrze. Ale ja przyniosę wino.

– Odpowiada ci piątek wieczorem?

W ciągu wypełnionego obowiązkami tygodnia Kelly niemal zapomniała o 

Ericu i Dodgerze. Dopiero w piątek po południu, kiedy szykowała się na spotkanie, 

zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie się na nie zgodziła.

W Woodbury   prowadziła   pracowity,   lecz   uregulowany   tryb   życia.   Lubiła 

swoją   samotność   i   niezależność.   Sama   ustalała   prawa,   którymi   rządziło   się   jej 

życie. Mężczyźni, z jakimi miała do czynienia, szybko to wyczuwali.

Tutaj sprawa wyglądała prosto – została zaproszona i przyjęła zaproszenie. 

Ale tylko z pozoru. Kelly miała dziwne przeczucie, że znajomość z tym mężczyzną 

rozwinie się inaczej niż zwykle.

Niecierpliwie  otworzyła   drzwi   garderoby.   Ulubione,  tak   dobrze  jej   znane 

ubrania wisiały równym rzędem. Wyjęła sukienkę koloru khaki, ale po namyśle 

background image

odwiesiła ją z powrotem. Ten sam los spotkał sukienkę dżinsową. Niestety, nie 

miała   w   szafie   niczego,   w   czym   wyglądałaby   szykownie.   Cóż,   praca   treserki 

wymagała   prostych   i   wygodnych   ubrań.   Poza   tym   już   od   dawna   nie   spotkała 

nikogo, dla kogo warto było się stroić.

Może właśnie dla Erica? Przy nim zaczęła sobie uświadamiać, jak nudna jest 

rutyna jej codziennego życia. Po trzydziestych urodzinach przestała już liczyć na 

cudowną odmianę losu i pogodziła się z szarą rzeczywistością. Najwyższy czas, by 

wreszcie   coś   zmienić.   Kolacja   z   Erikiem   Devane’em   wydawała   się   dobrym 

początkiem.

Wreszcie zdecydowała się na czarne płócienne spodnie i kremowy, miękki 

sweterek. Rozczesała włosy, gęstą falą spadające jej na ramiona i uznała, że już jest 

gotowa. Zwierzęta były nakarmione. Włączyła radio, by nie czuły się osamotnione. 

Była   pewna,   że   Maks,   który   zasłynął   w   okolicy   popisowym   wykonaniem 

„Strangers in the Night”, powiększy swój bogaty repertuar o kolejne melodie.

Kiedy   podjechała   pod   dom   Erica,   zastała   drzwi   otwarte.   Zapukała   we 

framugę, a potem zajrzała do przedpokoju. Nigdzie go nie było. Zaczęła się już 

obawiać,   że   coś   się   stało   albo   też   pomyliła   dzień   i   godzinę,   kiedy   wreszcie 

zobaczyła, że Eric daje jej znaki z głębi holu.

Zorientowała   się,   że   rozmawia   w   salonie   przez   telefon.   Słyszała,   jak 

powiedział coś gniewnie, a potem z trzaskiem odłożył słuchawkę. Kiedy wyszedł 

do niej, sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

– Czy coś się stało? – zapytała z niepokojem.

– Nie, nic ważnego – zapewnił, ogarniając ją zachwyconym spojrzeniem. – 

Ślicznie   wyglądasz   –   powiedział   cicho.   I   nie   był   to   pusty   komplement,   jakich 

tysiące prawił różnym kobietom. Kelly wyglądała naprawdę ślicznie. – Bardzo się 

cieszę, że przyszłaś – dodał.

Kelly   poczuła   dreszcz   radosnego   podniecenia,   którego   nie   doznawała   od 

background image

bardzo dawna.

– Ja też dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że wino będzie odpowiednie 

do pizzy – powiedziała, wręczając mu butelkę kalifornijskiego burgunda.

Eric wziął wino i poprowadził ją do kuchni.

– Poczekaj chwilę, bo muszę jeszcze skończyć sałatkę. Pizza będzie gotowa 

za moment – powiedział. Kiedy na chwilę otworzył piekarnik, Kelly westchnęła z 

zachwytu.   Leżała   tam   najwspanialsza   pizza,   jaką   widziała   –   pachnąca,   oblana 

sosem   pomidorowym   i   stopioną   mozzarellą,   z   niezliczonymi   dodatkami   i 

przyprawami.

– Poddaję się – powiedziała. – Myślałam, że znam wszystkie pizzerie w 

okolicy, ale nikt nie serwuje takiego arcydzieła. Zdradź mi, gdzie ją kupiłeś?

– Zrobiłem sam – przyznał się skromnie.

– Ty... sam?

– Ja sam – przytaknął, mieszając sos do sałatki.

–   Myślisz,   że   skoro   jestem   nowojorczykiem,   to   potrafię   tylko   zamawiać 

jedzenie w knajpie?

– Nie wiedziałam, że jesteś nowojorczykiem.

– Ano, jestem. I to rodowitym.

Nowy   Jork...   Choć   miasto   było   odległe   tylko   o   dwie   godziny   jazdy,   nie 

odwiedzała go od lat.

– Czasem ciągnie mnie tam – westchnął. – A ty często bywasz w mieście?

– Nie. Prawdę mówiąc, nie byłam od lat.

– Ale...

–   Ale   co?   Niektórzy   lubią   tę   całą   nowojorską   sztuczność   i   obłudę,   a 

niektórzy jej nie cierpią. Ja wolę swoje Woodbury.

–   Sztuczność   i   obłuda?   Jeśli   tylko   tyle   wiesz   o   Manhattanie,   to   wiele 

straciłaś.

background image

– Och, tak, tak – powiedziała niecierpliwie. – Te muzea, Broadway, butiki... 

Ale wyobraź sobie, że są w Ameryce ludzie, którzy nie widzieli tych cudów i nieźle 

sobie żyją.

Eric zastanawiał się, dlaczego Kelly z taką niechęcią mówi o Nowym Jorku, 

ale uznał, że na razie lepiej będzie zmienić temat.

– Jesteś głodna? – zapytał, a kiedy przytaknęła, wręczył jej miskę z sałatką. – 

Postaw ją w jadalni i zaczekaj na mnie. Zaraz będę gotowy.

Kiedy   wniósł   okazałą,   parującą   pizzę,   nie   mogła   się   doczekać,   kiedy 

odpowiednio duża porcja wyląduje na jej talerzu.

– Twoje dzieło wygląda bosko – stwierdziła. – I smakuje bosko – dodała, 

spróbowawszy pierwszego kęsa.

Przez następne dziesięć minut jedli w milczeniu, w niemal ekspresowym 

tempie. Wreszcie Eric odchylił się na oparcie krzesła i pociągnął długi łyk wina.

– Cóż, może teraz powiesz mi coś o sobie? – zagadnął, widząc, że również 

odsunęła talerz.

Kelly ujęła w palce smukłą nóżkę kieliszka. Promienie zachodzącego słońca 

zalśniły w rubinowym płynie.

– Co chciałbyś wiedzieć? – zapytała po długiej chwili. Wyczuł, żenię bardzo 

ma ochotę mówić o sobie.

– Zacznijmy od prostego pytania – jak stałaś się treserką psów?

– Kocham zwierzęta – odpowiedziała szybko. – Poza tym miałam niewielki 

wybór.

– A od jak dawna to robisz?

–   Już   dziesięć   lat.   Zaczęłam,   kiedy   miałam   dwadzieścia.   Musiałam 

zrezygnować   ze   studiów   z   powodów   finansowych.   Właśnie   szukano   asystenta 

weterynarza, więc się zgłosiłam.

– Gdzie studiowałaś?

background image

– W Princeton.

– Ho, ho, musiałaś być zdolna!

– Nadal jestem. – Spokojnie popatrzyła mu w oczy. Ciekawość Erica rosła.

– Nie mogłaś skorzystać z jakichś form pomocy – chociażby stypendiów?

–   Moje   problemy   zaczęły   się   nagle,   w   środku   roku,   kiedy   już   wszystko 

zostało rozdane i przydzielone. Być może mogłabym wrócić później, za rok, ale... – 

Zamilkła, w zamyśleniu obracając w palcach kieliszek.

– Ale nie wróciłaś.

– Nie.

– Co na to twoi rodzice?

– Rodzice? – Drgnęła gwałtownie.

Eric zorientował się, że trafił w czuły punkt.

–   Mój   stary   chyba   by   mnie   zabił,   gdybym   zrezygnował   ze   studiów   – 

stwierdził.

–   Myślę,   że...   mama   rozumiała,   dlaczego   to   zrobiłam.   W   każdym   razie 

niewiele mówiła o tej sprawie. Ale ojciec był ogromnie rozczarowany. Należy do 

osób, które stawiają poprzeczkę bardzo wysoko i mają wygórowane oczekiwania 

wobec innych.

Tak, pomyślała, ojciec był wściekły. Zarzucał jej, że marnuje swoje życie i 

talent. Choć wiedziała, że pewne słowa wypowiedział w złości, ciągle nie mogła 

mu wybaczyć. I kto wie? Może podświadomie odpłaciła mu w taki właśnie sposób. 

Bo on również ją rozczarował. Rozczarował bardzo boleśnie...

– Kelly, co się stało?

Troskliwy głos przywrócił ją rzeczywistości.

– Nic, naprawdę nic – zapewniła. – Ale odpowiedziałam już na wiele pytań i 

sądzę, że teraz kolej na ciebie.

– Dobra, strzelaj.

background image

– Czym się zajmowałeś w Nowym Jorku i dlaczego już tego nie robisz?

– Kto ci powiedział, że nie?

Kelly zastanowiła się chwilę i pokręciła głową.

–   Nie   sprawiasz   wrażenia   kogoś,   kto   dojeżdża   do   pracy.  A  skoro   tak, 

musiałeś mieć powody, by przenieść się do Woodbury, prawda?

Eric postanowił podroczyć się z nią jeszcze trochę.

– Zaraz ci wyjaśnię, tylko sprzątnę ze stołu i zmyję naczynia – powiedział.

Nie   czekała   długo.   Uwinął   się   niespodziewanie   szybko   i   wkrótce   już 

siedzieli na wygodnej kanapie w salonie, przed płonącym kominkiem.

– No, dobrze, na czym to stanęliśmy?

– Miałeś mi powiedzieć, dlaczego się tu przeniosłeś.

– A, tak...

– Może to tajemnica?

– Nie skąd. Ja... po prostu piszę książkę. Kelly zesztywniała.

– Książkę? O czym?

Dziwne,   pomyślał,   obserwując   jej   twarz.   Przez   moment   wydawała   się 

prawie... przerażona. Ale dlaczego? Nie, musiał się pomylić.

–   Chętnie   ci   powiem,   ale   jeśli   pytasz   tylko   z   uprzejmości,   to   lepiej 

porozmawiajmy o pogodzie. Takie już jest męskie ego, że wymaga uwagi – zaśmiał 

się.

Lekki   ton   jego   głosu   uspokoił   Kelly.   Zareagowała   zbyt   emocjonalnie. 

Niestety, nawet po tylu latach okazała się nieodporna na dawne zmory.

– Szczerze, bardzo chciałabym wiedzieć – powiedziała, patrząc mu prosto w 

oczy.

– Słyszałaś o napadzie na furgonetkę opancerzoną Locktighta?

– Trochę. To było chyba trzy lata temu i, jeśli dobrze pamiętam, śledztwo 

niczego nie wykazało.

background image

– Wykazało, choć nigdy nie znaleziono złota.

– Rzeczywiście. I było czterech członków gangu. Zrobił się straszny szum, 

kiedy ich złapano.

– Było ich pięciu – sprostował z błyskiem w oku.

– Jak to?

– Piątego, który został wciągnięty w tę sprawę, lecz trzymał się z boku, 

nigdy nie wykryto. Teraz chce mi o wszystkim opowiedzieć.

– Dlaczego chce ci opowiedzieć? – Kelly podejrzliwie zmarszczyła brwi. – 

Jaki ma w tym cel?

Dziwnie ostry ton, którym zadała to pytanie, nie uszedł uwagi Erica. Czemu 

momentami tak się najeżała?

– Larry’emu chodzi o pieniądze. Dostał zaliczkę, ale należy mu się jeszcze 

pokaźny udział. Tymczasem, jak wspomniałem, złoto nie zostało znalezione. On 

ma pewne podejrzenia, ale nie umie połączyć ich w całość. Teraz jest już pewien, 

że kumple od początku nie mieli zamiaru się z nim dzielić. Najchętniej odpłaciłby 

im tym samym, gdyby tylko odnalazł łup.

– Sądzę, że policja miałaby tutaj również coś do powiedzenia.

– Policja? – zdziwił się, a potem zaśmiał. – Ach, rozumiem, o co ci chodzi. 

Nie   martw   się,   nie   zamierzamy   z   Larrym   przywłaszczyć   sobie   skarbu. 

Towarzystwo   ubezpieczeniowe   wypłaciło   wtedy   odszkodowanie   i   teraz   złoto 

należy do niego. Za odzyskanie go wyznaczyli bardzo wysoką nagrodę. Widzisz 

więc, że jeśli wszystko się uda, sprawa będzie zupełnie legalna. Ja wydam książkę, 

Larry dostanie pieniądze z nagrody, towarzystwo przejmie złoto i wszyscy będą 

zadowoleni.

Mówił z entuzjazmem i przekonaniem, które udzieliły się Kelly. Musiała 

przyznać, że cała historia jest pasjonująca.

Słońce zaszło i na dworze zgęstniały cienie. W intymnym mroku salonu, 

background image

rozświetlanym   blaskiem   ognia,   ten   mężczyzna   stawał   się   niebezpiecznie 

pociągający. Przejął ją dreszcz podniecenia, którego nie doznawała od tak dawna...

– Myślę – powiedziała powoli – że to wspaniała sprawa.

Ciepły, wibrujący ton jej głosu działał na Erica jak magnes. Przysunął się 

bliżej i położył ramię na oparciu kanapy, tuż za plecami Kelly.

– Cieszę się, że akceptujesz mój pomysł. Ta historia jest szansą, o której 

marzyłem od dawna. Praca reportera jest interesująca, ale...

Mówił   coraz   ciszej.   Kelly,   zaniepokojona,   usiadła   prosto   i   sięgnęła   po 

kieliszek.

– Nie wiedziałam, że byłeś reporterem – powiedziała równie cicho.

–   A   tak,   byłem   –   zająknął   się,   zaskoczony   nagłą   zmianą   jej   nastroju. 

Brązowe oczy patrzyły zimno, obojętnie. – Teraz mam urlop na pisanie książki.

– W jakiej gazecie pracujesz?

– W „New York Timesie”.

– Nieźle.

– Kelly, co się stało? – nie wytrzymał. – Nie rozumiem dlaczego nagle....

– Nic się nie stało – powiedziała, podnosząc się nieco chwiejnie. Kostka, 

nadwerężona przy wspólnym upadku, boleśnie dała znać o sobie. – Przepraszam, 

że jestem tak marnym kompanem, ale poczułam się już trochę zmęczona.

– Mogę ci w czymś pomóc? – zapytał, wstając również i podając jej ramię.

– Nie, nie trzeba. Po prostu pojadę do domu i położę się spać. Miałam ciężki 

tydzień.

– Dobrze, w takim razie odprowadzę cię do samochodu.

Niechętnie   przyjęła   pomocne   ramię.   Ten   człowiek   był   dziennikarzem, 

żyjącym   z   rozgrzebywania   cudzych   sekretów   i   rozgłaszania   ich   światu.   I   nie 

wiedziałaby nawet o tym, gdyby nie przypadkowy zwrot w rozmowie. Sposób, w 

jaki zarabiał pieniądze, bynajmniej nie był jej obojętny.

background image

– Kiedy się znów zobaczymy? – Pochylił się do okienka, gdy usadowiła się 

za kierownicą.

Kelly   zawahała   się.  Wiązała   z   tym   spotkaniem   wielkie   nadzieje,   a   teraz 

wszystko zostało zrujnowane. Co gorsza, z jej własnej winy. Niczego już nie mogła 

zmienić, niczego...

– W poniedziałek – powiedziała sucho. – Jeśli nie zmienisz terminu lekcji.

Boże, lekcja z Dodgerem, przypomniał sobie nagle Eric.

– Dobrze, czekam w poniedziałek.

Długo jeszcze stał przed domem, patrząc w perspektywę pustej ulicy.

background image

Rozdział 4

Kelly nie pracowała w soboty. Specjalnie tak ułożyła sobie zajęcia, by mieć 

czas dla siebie i swoich zwierząt. Doskonaliła tresurę trzech własnych dobermanów 

lub   przerabiała   z   nimi   ćwiczenia   utrwalające   ich   umiejętności.   Tym   razem 

wyjątkowo nie zaplanowała sobie nic do roboty. Obudziła się rano i leżała w łóżku, 

napawając się miłym poczuciem, że ma przed sobą cudowny, wolny dzień.

Cudowny?   A   może   raczej   pusty,   pomyślała   nagle,   idąc   pod   prysznic. 

Wszystko z winy Erica Devane’a, który wywołał zamęt w jej duszy.

Przymknęła   oczy   i   podstawiła   twarz   pod   strumienie   ciepłej   wody, 

pozwalając myślom bujać swobodnie. Wyobrażała sobie, że siedzą tak jak wczoraj 

przed płonącym kominkiem. Mężczyzna delikatnie wyjmuje jej z ręki kieliszek, 

odstawia go na stół, bierze ją w ramiona i...

Dosyć! Prychnęła gniewnie i sięgnęła po szampon. Z jakiej racji miałaby 

sobie wyobrażać pocałunki Erica Devane’a? Tylko dlatego, że jego wargi były tak 

zmysłowe, iż nie mogła o nich zapomnieć? Dlatego, że polubiła jego towarzystwo i 

z zainteresowaniem słuchała, co ma do powiedzenia?

Z   westchnieniem  uświadomiła  sobie,  że  od   bardzo  dawna   nie   marzyła   o 

żadnym mężczyźnie. Mało tego, nie myślała też o sobie jako o kobiecie, której ktoś 

mógłby pożądać. Przyczyny, dla których tak się stało, nagle okazały się dziwnie 

nieważne. Eric obudził w niej uśpione pragnienia i musiała się jakoś z tym uporać.

W końcu jest tylko klientem, który mi płaci, pomyślała trzeźwo, sięgając po 

ręcznik. Nie zwykła mieszać spraw zawodowych z osobistymi i nadal powinna 

przestrzegać tej zasady.

Zadzwonił telefon. Boso pobiegła do holu, uspokajając po drodze łaszące się 

radośnie psy.

background image

Kiedy   po   chwili   odłożyła   słuchawkę,   umówiwszy   się   z   klientką   na 

popołudnie, czuła się wyraźnie rozczarowana, że nie zadzwonił Eric.

Pracuj, Kelly, mruknęła do siebie, ścierając kałuże wody z podłogi. Praca 

zawsze   pomagała.   Wydawało   się,   że   Olive   Watson   i   Percival,   zwariowany 

owczarek angielski, okażą się znakomitym remedium na stan jej ducha.

– Cholera, czy nie ma łatwiejszych sposobów zarabiania? – mruknęła Kelly 

przez zęby.

Kiedy inni lenili się w słoneczne popołudnie, ona tkwiła na drzewie kilka 

metrów   nad   ziemią,   wyciągnięta   na   gałęzi,   która   gięła   się   pod   jej   ciężarem. 

Ostrożnie, drapiąc się o korę, przeczołgała się jeszcze odrobinę do przodu, by skryć 

się w gęstwie liści. Potem, trzymając się kurczowo jedną ręką, drugą wyciągnęła z 

kieszeni pistolet na wodę.

Wreszcie uznała, że jest gotowa, i pomachała w stronę domu. Stojąca w 

oknie starsza pani dostrzegła ją i skinęła głową. W chwilę później otworzyły się 

drzwi i na trawnik w podskokach wybiegł Percival. Wyglądał jak wielka dziecinna 

zabawka z szarobiałego futra. Długa, wypielęgnowana sierść unosiła się i falowała 

przy każdym ruchu. Pies hasał, poszczekując, ale zziajał się szybko i odszedł w 

cień, by się położyć. Kelly przewidywała ponuro, że zanosi się na długie czekanie.

Los   jej   jednak   sprzyjał.   Żywy   owczarek   znudził   się   bezczynnością   i 

popatrzył na klon, na którym się zaczaiła. Pokusa była wielka. Percival zaczął się 

podnosić,   zerkając   w   stronę   domu.   Jednak   Olive   Watson   zgodnie   z   instrukcją 

udawała, że jej nie ma.

Pies otrząsnął się i powoli ruszył ku drzewu, dla niepoznaki obwąchując po 

drodze trawki. Kelly czujnie położyła palec na spuście.

No chodź, chodź, kochany, zachęcała go w myśli.

Percival zatrzymał się kilka metrów przed drzewem. Przez chwilę uważnie 

background image

lustrował   pień,   wybierając   odpowiednie   miejsce,   a   potem   nagle,   z   gardłowym 

pomrukiem, skoczył do przodu i nabierając rozpędu, odbił się od ziemi. Wylądował 

w połowie pnia i zaczął błyskawicznie wdzierać się do góry, orząc pazurami korę. 

Nieprawdopodobne, ale piął się z niemal kocią zręcznością. Teraz dopiero Kelly 

uwierzyła Olive. Była tak zafascynowana wyczynem owczarka, że przez moment 

zapomniała o swoim zadaniu.

Teraz wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie.

–   Percival,   nie   wolno!   –   krzyknęła   i   wycelowawszy   mu   między   oczy, 

nacisnęła spust. – Nie! Niedobry pies!

Percival zamarł zdumiony i straciwszy chwyt, zaczął się zsuwać. Teraz Kelly 

wycelowała mu w nos i strzelała, dopóki nie skończył się zapas wody.

Kiedy tylko psi wyczynowiec znalazł się na ziemi, podwinął ogon i zwiał jak 

niepyszny, nawet nie oglądając się za siebie. Widok był tak komiczny, że Kelly 

zaczęła chichotać. Był to ogromny błąd.

Pistolet wypadł jej z ręki i uderzył o ziemię, a gałąź zaczęła niebezpiecznie 

trzeszczeć.  Usiłowała   zahaczyć  się  mocniej   nogami,  ale   były   zbyt  odrętwiałe   i 

zwisła na rękach. W ostatniej chwili desperackim zrywem zdołała zaczepić stopę o 

sąsiedni konar, lecz nie udało się jej wrócić do poprzedniej pozycji, umożliwiającej 

zejście. Teraz pozostał tylko skok, na który nie miała ochoty. Nadwerężona kostka 

nadal dokuczała.

– Co się stało, kochana? – dobiegł z dołu zatroskany głos starszej pani. – Czy 

te wyczyny to część planu?

– Niezupełnie, Olive – uśmiechnęła się Kelly, robiąc dobrą minę do złej gry. 

Czuła się jak długoręki gibon, którego widziała ostatnio na filmie przyrodniczym.

– Może pożyczę drabinę od sąsiada?

– Obawiam się, że nie ma na to czasu. Może raczej przynieś poduszkę. Nie, 

to też nie pomoże. Po prostu skoczę – zdecydowała bohatersko Kelly, opuszczając 

background image

nogę i zawisając na rękach. Do ziemi nie było już tak daleko...

– Czy nie ma tam na dole czegoś, na czym nie powinnam wylądować? – 

zapytała jeszcze.

– Nie, tylko ja, kochanie.

– Może lepiej się odsuń, Olive. Uwaga, skaczę!

Z   wolna  rozwarła   zaciśnięte  palce   i   po  krótkim   locie   ciężko  uderzyła   w 

ziemię. Jak było do przewidzenia, noga podwinęła się złośliwie i przeszył ją ostry 

ból w kostce.

– Brawo, nie było tak źle – ucieszyła się pani Watson.

–  Nie  powiedziałabym  tego  –  syknęła  Kelly,  masując  nogę  i  oddychając 

głęboko, by zminimalizować ból.

– Jeśli chcesz, obejrzę twoją kostkę – zaproponowała Olive. – Znam się 

trochę na tym. Zanim odeszłam na emeryturę, pracowałam jako pielęgniarka.

– W szpitalu?

– Nie, w szkole podstawowej. Nie masz pojęcia, ile razy te urwisy spadały z 

drzewa....

Kelly wstała i chichocząc pokuśtykała w stronę domu. Stanowczo za dużo 

zaczęło się dziać w jej życiu od czasu pojawienia się Erica Devane’a!

Eric poświęcił całą sobotę na porządkowanie notatek, a w niedzielę napisał 

wreszcie ostateczną wersję pierwszych trzech rozdziałów. Zakończył pracę późno 

w nocy, obiecując sobie, że odeśpi. Tymczasem nazajutrz rano Dodger wpadł do 

sypialni z oślinioną piłką w pysku.

– O, nie, stary, nie ma mowy – burknął Eric i naciągnął kołdrę na głowę, 

usiłując   dośnić   piękny   sen   o  smukłej  kobiecie   o  miodowych  włosach. Właśnie 

wyciągnęła do niego rękę i...

Mokra piłka wylądowała z plaśnięciem na poduszce tuż przy jego twarzy.

background image

– Alfa – wymamrotał Eric. – Psy respektują alfę. Dodger?

Szczeniak patrzył na niego wyczekująco, przekrzywiając łeb.

– Idź stąd!

Krótki ogonek zareagował radosnym merdaniem na dźwięk głosu pana.

– Draniu, dlaczego mnie nie słuchasz? – jęknął Eric. Odpowiedziało mu 

basowe szczeknięcie.

– Dobra, tym razem twoje na wierzchu – powiedział, siadając i zerkając na 

zegarek. Za trzy godziny miała przyjechać Kelly. Uśmiechnął się, przypominając 

sobie finał poniedziałkowej lekcji, ale po chwili pomyślał o piątku i spoważniał. 

Piękny sen nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Tamtego wieczoru sprawiała 

wrażenie, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od niego. A przecież nawet jej nie 

dotknął, choć bardzo tego pragnął.

Musiał   przyznać,   że   zupełnie   inaczej   wyobrażał   sobie   zakończenie   tego 

wieczoru. Dlaczego odeszła tak nagle, jakby przed czymś uciekała? Nie ukrywał, 

że bardzo mu się podoba. Możliwe, że uznała to za zagrożenie. Ale w takim razie 

nie powinna była w ogóle przyjmować jego zaproszenia.

Nagła zmiana w jej zachowaniu nastąpiła, gdy opowiadał o swojej pracy. 

Dlaczego?   Pytania   bez   odpowiedzi   się   mnożyły.   Eric   obiecał   sobie,   że   zrobi 

wszystko, by to wyjaśnić. Z tym postanowieniem wstał i poszedł pod prysznic. 

Dodger wiernie deptał mu po piętach.

Kiedy tylko Kelly zatrzymała dżipa przed domem Erica, pies i jego pan 

wybiegli na werandę, by ją powitać.

–   Dzień   dobry.   Piękna   pogoda,   prawda?   –   powiedział   radośnie   Eric, 

podchodząc do wozu. Kelly zerknęła na niego i z wrażenia omal nie wypuściła 

kluczyków.   W   czarnej   bawełnianej   koszulce   i   dżinsach,   podkreślających 

wysportowaną sylwetkę, wyglądał po prostu porażająco. Po raz kolejny przekonała 

background image

się, jak bardzo jest wrażliwa na jego męski urok.

Nadrabiając   miną,   gniewnie   zmarszczyła   brwi   i   wysiadła,   trzaskając 

drzwiczkami. W tym samym momencie Dodger zaszczekał i Eric odwrócił się ku 

niemu. Widok, jaki ukazał się oczom Kelly, znów wywołał w niej dreszcz.

Siedzenie spranych do białości spodni było tak wytarte, że pękło poniżej 

kieszeni,   ukazując   skrawek   opalonej   skóry,   wyzierający   stamtąd   przy   każdym 

ruchu. Efekt był wstrząsający.

– Coś nie w porządku? – zapytał Eric, widząc jej minę.

– Nie... tylko po prostu... zobaczyłam coś – wyjąkała.

– Zauważyłem.

Zdradziecki rumieniec wypłynął na jej policzki. Boże, czemu się tak peszy? 

Przecież to jego problem, nie jej.

–   Chyba   jednak   nie   zauważyłeś,   że   masz   spodnie   rozerwane   w   bardzo 

nieprzyzwoitym miejscu.

– Och, naprawdę? – Pomacał się z tyłu. – Trudno, są stare. Tak bardzo ci to 

przeszkadza?

– Ależ skąd – zapewniła szybko. Zbyt szybko. – Nieważne, zapomnij o tym, 

co   powiedziałam   –   dodała,   odwracając   wzrok.   Sama   miała   również   nadzieję 

zapomnieć o podniecającym widoku. Niestety, Eric nie dał jej tej szansy. Podszedł 

do wozu i oparł się nonszalancko o dach, blokując jej drogę.

Teraz muskularna, opięta czarną koszulką pierś była blisko, na poziomie jej 

oczu.   Kelly   poczuła   się   osaczona   bliskością   mężczyzny.   Uniosła   rękę,   jakby 

pragnęła... właśnie, odepchnąć go od siebie czy przeciwnie, przyciągnąć jeszcze 

bliżej? Zmieszana, szybko cofnęła dłoń.

–   Też   się   zastanawiasz,   prawda?   –   powiedział   miękko.   –   Tylko   nie 

zaprzeczaj, bo i tak nie uwierzę.

Jego   spojrzenie   mówiło   więcej   niż   słowa.   Kelly   zaczęła   mieć   wyraźne 

background image

trudności z oddychaniem. Napięta żyła pulsowała na jej szyi.

– Są między nami pewne nie dokończone sprawy – szepnął i pogładziwszy ją 

końcami palców po policzku, uniósł jej podbródek zmuszając, by spojrzała mu w 

oczy. – Od piątku ciągle się zastanawiam, jak smakuje pocałunek z tobą. I myślę, 

że ty również.

– Nie. Ja...

– Nie? – Zniżył usta ku jej wargom. – Nie chcesz pocałunku? Nie myślałaś 

o nim?

Kelly oblizała wargi, podniecona jego ciepłym oddechem.

Dotknięcie   jego   warg   było   równie   lekkie   i   ulotne.   Gdyby   był   bardziej 

zachłanny, wyrwałaby się. Ale czy mogła spłoszyć motyla? Czy mogła zaprzeczyć, 

że z drżeniem czekała na tę chwilę?

Przymknęła oczy i zarzuciła Ericowi ręce na szyję. Jego twarde, silne ciało 

cudownie kontrastowało z delikatnością pocałunku.

Kiedy po raz drugi poszukał jej ust, przywitała go czułym, zapraszającym 

dotknięciem   języka.   Ciało   jej   płonęło,   gdy   wdychała   świeży,   męski   zapach. 

Poczuła,   jak   palce   Erica   wsuwają   się   w   jej   włosy,   i   odrzuciła   głowę   do   tyłu, 

przylegając do niego, aż napięte sutki wparły się w twardą pierś.

Przygarnął ją do siebie z gardłowym pomrukiem, pochłaniając pocałunkiem 

chętne, gorące usta. Smukłe, sprężyste ciało drżało pod jego dotknięciem. Słońce 

oświetlało ich ciepłymi promieniami, wzmagając wewnętrzny żar.

Powoli, bardzo powoli, Eric oderwał się od Kelly. Jeszcze na chwilę ujął jej 

twarz w dłonie, a potem odstąpił do tyłu.

–   Teraz   przynajmniej   wiem,   że   powód   był   zupełnie   inny   –   powiedział, 

bezskutecznie usiłując ukryć satysfakcję.

– Jaki powód? – zapytała z roztargnieniem Kelly, jakby budziła się ze snu.

– Powód, dla którego uciekłaś ode mnie w piątek wieczorem.

background image

– Nie uciekłam! – Błogi nastrój prysnął gwałtownie. Chciała się odsunąć, ale 

Eric   nadal   przypierał   ją   do   samochodu.   Oparła   mu   ręce   na   piersi,   pragnąc   go 

odepchnąć, ale uwięził jej dłonie w swoich.

– Nie? A jak byś to nazwała? Wzruszyła ramionami.

– Po prostu źle się poczułam – skłamała, choć wiedziała, że kłamać nie umie.

– Dziwne, tak nagle? – nie dowierzał.

– Wiesz, jak to jest...

– Nie, nie wiem. – Był bezlitosny. – Może mi opowiesz, co się właściwie 

stało.

Kelly spuściła oczy, by nie widzieć kuszących warg.

– Szkoda czasu – powiedziała oschle, zdecydowanym ruchem odsuwając się, 

by odejść. – Przypominam, że czeka nas lekcja posłuszeństwa, która przyda się nie 

tylko twojemu...

Eric gwałtownie chwycił ją za ramiona, zatrzymując w miejscu.

–   Czy   na   tym   polega   twój   problem?   –   zapytał   z   błyskiem   w   oku.   – 

Chciałabyś, żeby mężczyźni byli posłuszni jak twoje psy?

– Oczywiście, że nie! Uśmiechnął się triumfalnie.

– Więc wolimy słodkich brutali, tak?

– To nie twój interes! – fuknęła, kryjąc zdradliwy, gorący dreszcz.

– Kelly, teraz mówię poważnie. Znów ode mnie uciekłaś. Czego się boisz?

– Niczego. W każdym razie nie ciebie.

Już nie chciała, by jej dotykał. Nie mogła znieść myśli o dłoniach sunących 

po jej ciele.

– Posłuchaj, jestem tutaj, bo tego wymaga moja praca – powiedziała twardo i 

zerknęła na zegarek. – Straciliśmy już dwadzieścia minut. Jeśli tak dalej pójdzie, 

Dodger nigdy...

– Czy masz dzisiaj jeszcze inne lekcje?

background image

– Nie.

– Wobec tego, jeśli pozwolisz, przedłużymy zajęcia o dwadzieścia minut – 

zaproponował, nie spuszczając uważnego wzroku z jej twarzy. Dziennikarski zmysł 

mówił mu, że coś jest nie w porządku, ale ciągle nie potrafił sprecyzować co.

– Oczywiście zapłacę ci ekstra – dodał i odwróciwszy się, poszedł po smycz. 

Gwizdnął na psa, który, o dziwo, przybiegł posłusznie, przypiął, go i kazał mu 

siadać przy nodze.

– Jesteśmy gotowi do lekcji – oznajmił.

Kelly, choć z niechęcią, musiała przyznać, że obaj uczynili znaczne postępy. 

Najwyraźniej   zaczęli   się   doceniać,   co   ułatwiło   porozumienie.   Te   spostrzeżenia 

pozwoliły jej skupić się na pracy. Teraz przynajmniej sytuacja była jasna.

– Nie musisz mi dodatkowo płacić. Często lekcje się przedłużają. Zwłaszcza 

jeśli... – przygryzła wargę, a potem uśmiechnęła się przewrotnie – wszyscy dobrze 

się bawią.

– O, ja się bawię świetnie. I mam wrażenie, że ty również.

Przez chwilę rozważała różne celne riposty, ale po namyśle zrezygnowała z 

nich.   Przecież   musiał   wiedzieć,   co   czuła,   kiedy   trzymał   ją   w   ramionach. 

Prowokował   ją   świadomie,   polując   na   odpowiedzi,   z   których   mógłby   wysnuć 

jakieś   wnioski.   Nie   zamierzała   mu   tego   ułatwiać.   Powody,   dla   których 

zachowywała się tak, a nie inaczej, były jej prywatną sprawą.

– Jak na kogoś, kto żyje z obserwacji i z pisania, powinieneś mieć więcej 

wyczucia – stwierdziła kwaśno.

– Dziwne, bo mój wydawca uważa, że potrafię być bardzo subtelny.

– On cię najwidoczniej przecenia.

– Ona – poprawił z uśmiechem.

Kelly uniosła brwi, ale pozostawiła informację bez komentarza. Zamiast tego 

zwróciła się ku Dodgerowi, który, wyraźnie znudzony, wiercił się u stóp Erica.

background image

– Może przejdziemy z nim na łąkę, dobrze? Będzie kojarzył to miejsce z...

– Kelly?

Urwała, zaskoczona.

– Chciałbym widywać cię częściej.

– Proszę bardzo, możemy się umówić na drugą lekcję w tygodniu.

– Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Niestety, wiedziała.

– Posłuchaj – powiedziała powoli. – Nie będę ukrywać, że podobasz mi się, 

Ericu Devane. Nie jestem jednak kobietą, która idzie z mężczyzną do łóżka tylko 

dlatego, że ją oczarował. Poza tym – dodała z naciskiem – nie mam ochoty na 

żadne zobowiązujące znajomości.

– A niezobowiązujące? – zagadnął, w ostatniej chwili powściągając uśmiech.

Prowokował ją z całą świadomością, ale nie czuł wyrzutów sumienia. Musi 

się wreszcie dowiedzieć, co gryzie śliczną Kelly Ransome. Uniki, które robiła, 

jedynie podsycały jego ciekawość.

– Powinny wystarczyć nam lekcje z Dodgerem – ucięła chłodno Kelly. – 

Może wreszcie zaczniemy?

background image

Rozdział 5

Eric uznał, że lepiej będzie, jeśli pozwoli Kelly odpocząć od siebie. W końcu 

nie   był   już   młodzikiem   zaliczającym   podboje.  A  skoro   Kelly   nie   była   zdolna 

pogodzić się z faktem, że łaskawy los pcha ich ku sobie, trzeba będzie poczekać, aż 

zmieni zdanie.

Uzbroiwszy się w cierpliwość, zagłębił się w pisanie. Pierwsze trzy rozdziały 

były gotowe, a dalsze zostały już naszkicowane. W swoim czasie opinia publiczna 

była dokładnie informowana przez prasę i telewizję o samym rabunku oraz ujęciu 

bandytów i ich procesie, toteż Eric streścił tylko pobieżnie przebieg wydarzeń. 

Rewelacją   jego   książki   miał   być   nowy,   sensacyjny   sposób   ich   opisania   –   jako 

relacja anonimowego uczestnika przestępstwa. Ukoronowaniem całej historii, jak 

w prawdziwej bajce, miało być odzyskanie zaginionego złotego skarbu.

Eric spędzał całe godziny na rozmowach z Larrym. Nagrywał je i dodatkowo 

robił notatki, nie pomijając żadnych szczegółów, nawet takich, które wydawały się 

nieistotne.   Fakty,   umiejętnie   zestawione   i   uporządkowane   wnikliwą   dedukcją, 

miały przynieść rozwiązanie zagadki i sławę autora bestselleru.

Nie był natomiast specjalnie przywiązany do swojego bohatera. Larry, jak 

wielu  ludzi  z  marginesu,   z  którymi  Eric  często  miał  do  czynienia,  był  niezbyt 

bystry. Z zasady gardził normalną pracą, za to żył marzeniami. Jego jedyną ambicją 

było  zdobywanie  punktów  w  rozgrywce  z  systemem  prawa,  które  starał  się  za 

wszelką cenę obejść, by zapewnić sobie łatwe życie. Nie zawsze mu się to udawało 

i   jego   więzienny   rejestr   był   spory,   chociaż   dotyczył   przestępstw   mniejszego 

formatu. Przeważnie zwalniano go wcześniej za dobre sprawowanie.

Obecnie mieszkał z siostrą i szwagrem. Przyczaił się, najwyraźniej nie chcąc 

prowokować   losu   i   przyjął   posadę   nocnego   stróża.   Eric   był   zadowolony,   gdyż 

background image

przynajmniej   częściowo   uwalniało   go   to   od   dręczącego   dylematu.   Zawsze 

balansował   na   krawędzi   dziennikarskiej   odpowiedzialności,   świadom,   że 

informacje,   które   zdobył,   powinien   zgłosić   policji,   zanim   wykorzysta   je   jako 

sensację.

Niemniej,   choć   Larry   nie   zajmował   się   teraz   działalnością   przestępczą, 

problem   pozostał.   Nieujawnienie   świadka   stanowiło   poważne   wykroczenie.   Z 

drugiej   strony   Eric   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   jeśli   w   najmniejszym 

stopniu zawiedzie zaufanie Larry’ego, człowiek ten zniknie i cała historia nigdy nie 

będzie miała zakończenia.

Na razie układ, jaki wytworzył się między nimi, funkcjonował sprawnie: 

Larry dostarczał Ericowi informacji, mając nadzieję, że reporter rozwiąże dla niego 

zagadkę zaginionego złota, zaś Eric je gromadził, niewiele dając w zamian. Życie 

nauczyło go, że trzeba grać, trzymając karty przy piersi, a w tej grze, wiedząc, z 

kim ma do czynienia, był szczególnie ostrożny. Ani przez chwilę nie wierzył, że 

Smith to prawdziwe nazwisko Larry’ego.

Wiedział,   że   jego   poszukiwania   posuwają   się   we   właściwym   kierunku. 

Dowodem   były   kolejne   dwa   telefony   z   pogróżkami.   Głos,   zawsze   ten   sam, 

wywoływał   w   nim   niejasne   skojarzenia.   Na   próżno   jednak   starał   się   sobie 

uświadomić jakie. W każdym razie udało mu się utrzymać szantażystę w dręczącej 

niepewności. Igrał z ogniem, który mógł w każdej chwili wybuchnąć, ale o to 

właśnie mu chodziło.

W   sobotę   postanowił   pojechać   do   Nowego   Jorku.   Po   sześciu   dniach 

wyczerpującej pracy należała mu się chwila oddechu. Najpierw odwiedził Jess. 

Wieczór spędzili wraz z kilkoma przyjaciółmi w zadymionej knajpce, gdzie trio 

znakomitych muzyków grało bluesa.

Kiedy dojeżdżał do Woodbury, było już po drugiej. Eric czuł się śpiący i 

zmęczony. Jess i znajomi nie mogli się nadziwić, że człowiek, dla którego życie 

background image

zaczynało się dopiero w nocy, już o dwunastej oświadczył, że musi wracać do 

domu. Najwyraźniej przestawił się już na wiejski tryb życia – wczesne kładzenie 

się i wstawanie o świcie. O dziwo, bardzo mu to odpowiadało.

Z ulgą wysiadł z samochodu i ziewając rozprostował kości. Jeszcze pięć 

minut na spacerek Dodgera, pięć na rozebranie się i umycie – i wreszcie będzie w 

łóżku!

Szybko podszedł do drzwi i dopiero kiedy wyciągnął klucze, uświadomił 

sobie, że coś jest nie w porządku. Stanął, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. 

W domu panowała dziwna cisza,  a przecież  zawsze  witał go  Dodger. Już   sam 

odgłos silnika wystarczył, by rzucał się ze szczekaniem do drzwi.

Eric   wszedł   ostrożnie   i   zapalił   światło   w   holu.   Wszystko   wyglądało 

normalnie, ale nadal nie było śladu Dodgera. Jak zwykle skierował się do kuchni, 

ale gdy po drodze zerknął przez otwarte drzwi do salonu, zamarł ze zgrozy.

Pokój był kompletnie zdewastowany. Stolik do kawy leżał przewrócony, a 

jedna z nóg była złamana. Obicie kanapy zwisało w strzępach, podarte i pocięte. 

Lustro na toaletce było stłuczone, a wyrzucone z regału książki walały się po całej 

podłodze.

Eric zaklął i pobiegł do innych pomieszczeń. Kuchnia i jadalnia również nie 

zostały oszczędzone. Zawartość szafek i szuflad wyrzucono na podłogę, a na stole 

piętrzył   się   stos   pojemników,   z   których   wysypano   mąkę,   cukier,   makaron   i 

przyprawy. Wychodzące na taras oszklone drzwi były otwarte, a szyba stłuczona.

Pies nadal nie dawał znaku życia. Eric zaniepokoił się nie na żarty.

– Dodger? Gdzie jesteś? – wołał, na próżno zaglądając do spiżarni i piwnicy. 

Zaczął   nasłuchiwać   i   wreszcie   wydało   mu   się,   że   słyszy   niewyraźne   odgłosy 

dobiegające z góry. Drapanie pazurów o drzwi? A może nieostrożne poruszenie się 

zaczajonego   na   górze   złoczyńcy,   który,   nie   zdążywszy   uciec,   szykował   się   do 

ataku?

background image

Powoli wycofał się do kuchni, podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer 

policji.   Oznajmiono   mu,   że   patrol   zjawi   się   w   ciągu   minuty   i   nakazano,   żeby 

natychmiast opuścił dom i czekał na ulicy. Rada była dobra, ale nie miał zamiaru 

się do niej stosować. Przebiegł do salonu i uzbroiwszy się w potężny pogrzebacz z 

kominka, chyłkiem ruszył po schodach. Obie sypialnie były ciemne, ale w pokoju, 

w   którym   urządził   sobie   gabinet   do   pracy,   paliło   się   światło.   Zakradł   się   tam 

ostrożnie.

Bałagan   na   dole   był   niczym   w   porównaniu   ze   spustoszeniem,   jakiego 

dokonano tutaj. Z blatu biurka zgarnięto wszystkie papiery, a szuflady wyrzucono 

na podłogę. Wszędzie piętrzyły się w bezładnych stosach teczki, papiery i notatki. 

Ukoronowanie   dzieła   zniszczenia   stanowił   komputer,   zrzucony   ze   stolika   i 

zamieniony   w   kupkę   elektronicznego   gruzu.   Stłuczony   monitor,   zmiażdżona 

klawiatura   i   procesor,   z   którego   sterczały   powyrywane   druty,   były   dla   Erica 

najgorszym widokiem. Przez chwilę stał, bezsilnie zaciskając pięści, ale opanował 

się szybko. Będzie jeszcze czas ocenić straty.

Szybko   sprawdził   sypialnie.   Były   puste.   Została   już   tylko   zamknięta 

łazienka. Nagle dobiegł go stamtąd dźwięk, na który tak długo czekał.

Zaledwie uchylił drzwi, a już ciemne gładkie cielsko wyprysnęło ze środka, 

zbijając go z nóg. Pies i człowiek potoczyli się po podłodze.

– Och, ty mój strażniku – szeptał Eric, na próżno broniąc się przed czułymi 

liźnięciami gorącego jęzora. – Cholernie się cieszę, że cię widzę, wiesz?

Nagle   Dodger   nastawił   uszu   i   zaczął   szczekać.   Przed   domem   błyskając 

światłami hamowały z piskiem policyjne wozy.

Natarczywy sygnał wdarł się w senny mózg Kelly. Półprzytomnie sięgnęła 

po budzik i wyłączyła go, ale uparty dźwięk dręczył ją nadal. Otworzyła oczy. Było 

dziesięć po siódmej.

background image

– Telefon! – zaskrzeczał z dołu Maks.

– Wiem! – odkrzyknęła ze złością, gramoląc się z łóżka. Zeszła do holu, 

pełna   morderczych   zamiarów   wobec   kogoś,   kto   śmiał   zrobić   jej   pobudkę   w 

niedzielę rano. Podniosła słuchawkę i burknęła coś wrogo.

– Cześć, Kelly, tu Eric. Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię, ale chciałem 

cię złapać, zanim wyjdziesz z domu.

Eric? O co mu chodzi i dokąd miała wyjść? Walcząc z sennością, na próżno 

usiłowała sobie przypomnieć, czy byli umówieni.

– Jesteś tam, Kelly?

– Uhm, chyba tak – mruknęła.

– To dobrze. – W jego głosie brzmiała wyraźna ulga.

– Dokąd miałabym wychodzić?

– Nie wiem, gdziekolwiek. Może byłaś umówiona.

–   Skąd,   spałam   –   powiedziała,   tłumiąc   ziewanie.   –   Co   mogę   dla   ciebie 

zrobić?

Po długiej chwili odezwał się tak niskim, uwodzicielskim tonem, że Kelly 

miała wrażenie, iż śni erotyczny sen.

– Powiedz mi, jeśli możesz, jak wygląda twoja nocna koszula?

– Eric!

– Kelly...

Jeszcze chwila, a powiedziałaby mu, że ma na sobie bawełnianą wyciągniętą 

koszulkę,   ledwie   zakrywającą   uda,   ale   w   ostatniej   chwili   zwyciężył   zdrowy 

rozsądek.

– Daj spokój, proszę.

– Dobrze – westchnął. – To był tylko odruch. Kelly, również odruchowo, 

obciągnęła koszulkę.

– Chyba nie dzwoniłeś z tego powodu, prawda?

background image

– Nie... ale dlaczego właściwie dzwoniłem? Zapomniałem...

– To może zadzwonisz jeszcze raz, kiedy sobie przypomnisz – stwierdziła 

sucho, już zniecierpliwiona.

– Nie muszę – powiedział, zmieniwszy nagle ton. – Przepraszam, ale jestem 

nieco wytrącony z równowagi. To się czasem zdarza ludziom, którzy przychodzą 

do domu i widzą, że został doszczętnie splądrowany.

– Co takiego?!

–   Kiedy   wróciłem   o   drugiej   w   nocy,   stwierdziłem,   że   ktoś   się   włamał   i 

przewrócił wszystko do góry nogami.

– To straszne! A co z Dodgerem?

–   Nic   mu   się   nie   stało,   ale   musiał   najeść   się   strachu.   Był   zamknięty   w 

łazience.

Kelly,   jakkolwiek   mu   współczuła,   chętnie   zapytałaby   jeszcze,   gdzie 

podziewał się przez pół nocy.

– Dlatego właśnie dzwonię – ciągnął. – Chcę cię wynająć.

–   Wynająć?   Mnie?   –   Zamrugała   ze   zdumienia.   Chyba   się   jeszcze   nie 

obudziła...

–   Policja   powiedziała,   że   muszę   zorganizować   sobie   system   ochrony, 

zwłaszcza   że   dom   stoi   w   odludnej   okolicy.   Nie   mogę   założyć   elektronicznych 

alarmów   bez   zgody   właścicieli   i   nie   mam   na   to   czasu.   Dlatego   postanowiłem 

zwrócić się do ciebie.

– Potrzebujesz moich psów – domyśliła się.

– Właśnie. Wspominałaś, że masz dwa dobermany, wytresowane lepiej od 

Dodgera, który pewnie polizał tego rabusia na powitanie.

– Dodger jest tylko szczeniakiem! – Kelly natychmiast stanęła w obronie 

sympatycznego rottweilera.

– Dobrze, ale przecież nie mogę czekać, aż dorośnie.

background image

–   Posłuchaj,   wezmę   psy   i   zaraz   do   ciebie   przyjadę.  Wtedy   pogadamy   – 

zaproponowała rzeczowo Kelly.

– Cieszę się, że to mówisz.

– Będę za pół godziny. Aha, Eric?

– Tak?

– Spałam w zwykłej bawełnianej koszulce. Różowej – szepnęła i odłożyła 

słuchawkę, nim zdążył odpowiedzieć.

W pół godziny później dżip Kelly zahamował pod domem Erica. Z tyłu 

siedziały Teak i Thor, dwa wielkie dobermany o potężnych mięśniach prężących się 

pod   lśniącą   skórą   i   morderczych   kłach,   inteligentne   i   doskonale   wytresowane. 

Tylko   ktoś   kompletnie   pozbawiony   instynktu   samozachowawczego   mógłby   je 

zlekceważyć.

Drzwi frontowe były otwarte zapraszająco. Za chwilę wypadł z nich Dodger, 

a za nim wyłonił się Eric. Na jego widok Kelly, choć pełna współczucia, stała się 

natychmiast czujna. Koci krok, szare oczy, patrzące spod strzechy jasnych włosów 

i dwudniowy zarost nadawały mu niebezpiecznie seksowny wygląd.

– Widzę, że rzeczywiście potrzebujesz ochrony – powiedziała kpiąco. – Tak 

gościnnie otwarte drzwi zapraszają złodziei.

–   Teraz   nie   ma   tu   już   nic   do   ukradzenia   –   powiedział,   niedbałym 

wzruszeniem ramion kryjąc podekscytowanie, narastające od momentu, w którym 

usłyszał o różowej koszulce.

– Naprawdę jest aż tak źle? – zagadnęła, wchodząc do holu. Nagle wydał się 

jej mały i ciasny, jakby postać mężczyzny wypełniała całą przestrzeń.

– Tak. Przygotuj się na piękny widok.

Za chwilę stanęła na progu salonu i zamarła ze zgrozy. Praktycznie jedynie 

ściany były nietknięte. Teraz zrozumiała, czemu Eric tak spokojnie rozmawiał z nią 

background image

przez   telefon.   Nie   było   już   sensu   rozpaczać.   Słowo   „wandalizm”   było   zbyt 

łagodnym określeniem na ten skandaliczny rozbój.

– O Boże – wyszeptała.

– Jeśli uważasz, że to jest straszne, to lepiej zajrzyj na górę. Harowałem tam 

od świtu, mimo to wszystko nadal wygląda jak po przejściu tornado – powiedział, 

stając   przy   niej.   Natychmiast   poczuła   spokój   i   siłę   promieniujące   z   jego   ciała. 

Zadrżała   na   myśl,   że   może   mu   grozić   niebezpieczeństwo.   –   Hej,   dobrze   się 

czujesz?

– Tak – zapewniła słabym głosem, ale kolana tak jej drżały, że musiała usiąść 

na   schodku.   –   Patrząc   na   nas,   można   by   powiedzieć,   że   to   mnie   spotkało 

nieszczęście, co? – uśmiechnęła się.

Eric natychmiast ukląkł przy niej i chwycił jej dłonie w swoje.

– Wybacz, nie powinienem przyprowadzać cię tutaj. Nie przypuszczałem, że 

ten widok aż tak...

Kelly niecierpliwie pokręciła głową. Najbardziej wytrąciło ją z równowagi 

niejasne  przeczucie, że celem tych przestępczych działań był sam Eric. Wolała 

jednak nie mówić tego głośno.

– Czego oni szukali? – zapytała.

–   Moich   notatek,   jak   sądzę   –   powiedział,   wstając   i   wsuwając   ręce   w 

kieszenie.

– Sądzisz? Tylko tyle? – Spojrzała na niego bystro. – Gdyby ktoś zrobił takie 

szkody w moim domu, postarałabym się o coś bardziej konkretnego niż niejasne 

sądy.

Eric zaczął przemierzać hol wielkimi krokami.

– Szukali moich notatek i tego, co już napisałem. Zadowolona? – rzucił.

– Nie, niezupełnie – odparła spokojnie. – Nie wiedziałam, że to, co piszesz, 

jest aż tak kontrowersyjne.

background image

– Nie jest. – Eric zmarszczył brwi, ganiąc się w duchu. Tak przyzwyczaił się 

zatajać przed Jess sprawy, które rozpracowywał, że teraz odruchowo robił to wobec 

Kelly. Ona jednak, w przeciwieństwie do jego siostry, nie dała się zbyć ogólnikami. 

– Nie jest kontrowersyjne przynajmniej dla tego, kto przestrzega prawa – dodał.

– Maleńka, ale istotna różnica – zakpiła. Ku jej zdumieniu Eric odpowiedział 

porozumiewawczym   uśmiechem.   Stanowczo   miał   zbyt   dobry   humor   po   tak 

dramatycznych przejściach.

– I co, zabrali te notatki? – drążyła dalej.

– Na szczęście nie. Gorzej natomiast, że namierzyli mnie tutaj. Już wcześniej 

zorientowałem się, że zbierając materiały do książki, zdrowo nadepnąłem komuś 

na odcisk i zmusiłem go do pewnych ruchów.

– Jakich ruchów?

–   Od   ponad   tygodnia   odbierałem   anonimowe   telefony.   Wiesz,   takie,   w 

których ktoś niewyraźnie bełkocze parę pogróżek, a potem odkłada słuchawkę.

Kelly   przytaknęła,   przypominając   sobie   jego   minę,   kiedy   zastała   go 

rozmawiającego przez telefon.

– Jak rozumiem, nie wziąłeś tych gróźb poważnie?

– Niezupełnie, ale przy takich sprawach, jeśli chcesz naprawdę czegoś się 

dowiedzieć,   musisz   wsadzić   kij   w   mrowisko.   Byłbym   marnym   dziennikarzem, 

gdybym działał ostrożnie i w rękawiczkach.

Kelly zesztywniała. Jego słowa uderzyły niespodziewanie celnie.

–  I  nie   masz   wyrzutów   sumienia,   że  bez  skrupułów   ingerujesz   w  czyjeś 

życie?

–   Tego   nie   powiedziałem   –   zaprzeczył   ostrożnie,   wyczuwając,   że   Kelly 

przywiązuje ogromną wagę do jego odpowiedzi. Tak jak poprzednio, gdy zaczęła 

się rozmowa o jego zawodzie, momentalnie stała się czujna. – Zawsze uważam, by 

nie   skrzywdzić   niewinnych   ludzi.   Nie   akceptuję   dziennikarstwa   goniącego   za 

background image

sensacją za wszelką cenę. Wyrobiłem sobie  zawodową reputację na rzetelnych, 

udokumentowanych   reportażach.   Zawsze   tak   działam   i   teraz   mam   zamiar 

postępować podobnie.

– Rozumiem – powiedziała, uspokojona. Mogła nie akceptować sposobu, w 

jaki ten człowiek zarabiał na życie, ale musiała przyznać, że nabierała dla niego 

szacunku.

– Drugą moją zasadą – kontynuował – jest ostrożność. Tutaj okazała się 

zbawienna.   Mam   zwyczaj   trzymać   wszystkie   ważne   materiały   w   teczce,   którą 

rzadko spuszczam z oka. Kiedy wczoraj pojechałem do Nowego Jorku, zabrałem ją 

ze sobą. Ten, kto splądrował mój dom, napracował się na próżno.

– Byłeś w Nowym Jorku?

– Uhm... Dlaczego pytasz?

– Tak sobie, z czystej ciekawości – wyjaśniła, siląc się na lekki ton. Była 

wściekła na siebie za tę niezdrową ciekawość. Wzruszywszy ramionami, przeszła 

do salonu i machinalnie zaczęła zbierać poduszki z podłogi. Kiedy usłyszała głos 

Erica tuż przy uchu, aż podskoczyła z wrażenia.

– Tak właśnie przypuszczałem – oznajmił z satysfakcją. – Pewnie chciałaś 

wiedzieć, czy mnie nie przypiliło, co? – Mrugnął do niej kpiąco.

Och, jak nie lubiła takich cwaniaków!

–   Naprawdę   uważasz,   że   nie   mam   nic   lepszego   do   roboty,   jak   tylko 

zastanawiać się, z kim i kiedy masz randki? – zaperzyła się. – Dla mnie mógłbyś 

umawiać się nawet z całą Legią Cudzoziemską!

Była tak zabawna w swojej złości, że Eric ryknął śmiechem.

– Obawiam się, że nie mógłbym, bo tam są głównie mężczyźni, a do nich 

mnie raczej nie ciągnie.

– Wiesz dobrze, co chciałam powiedzieć!

– Jasne, że wiem – powiedział cicho. Kpiący ton ustąpił aksamitnej, łagodnej 

background image

czułości. – Chciałaś powiedzieć, że bardzo cię obchodzi, co robiłem wczoraj w 

nocy i z kim. Jestem po prostu zachwycony twoim zainteresowaniem.

Kelly usiłowała nie poddać się magii tego głosu, ale zdradziecki rumieniec 

palił   jej   policzki.   Szybko   przyklęknęła   na   dywanie   i   zaczęła   zbierać   książki, 

układając je w stos. Eric natychmiast znalazł się przy niej i zaczął pomagać. W 

następnej chwili sięgnęli po ten sam tom i ich dłonie się spotkały.

Wiedziała,   że   zrobił   to   celowo,   ale   nie   cofnęła   ręki.   Uniosła   głowę   i 

napotkała uważne spojrzenie mężczyzny.

– Widzę, że wprost umierasz z ciekawości, by dowiedzieć się, co robiłem 

dziś w nocy – powiedział. – Ale nie zapytasz, prawda?

Dostrzegła, że z trudem tłumi uśmiech. Sama miała podobne kłopoty, ale nie 

zamierzała dać mu satysfakcji. Zamiast tego spojrzała na niego najbardziej wrogo, 

jak tylko mogła.

– Nie ma mowy.

– Uparta jesteś. Ale ja lubię uparte kobiety.

– Naprawdę? Z taką byłbyś szczęśliwy? – Uniosła brwi z niedowierzaniem.

– Lubię również łagodne.

– Musisz mieć ciekawe życie uczuciowe.

– Oho, znów się zaczyna!

– Co za „oho”? Przecież nic od ciebie nie chcę.

– Kochana, chcesz, i to bardzo – szepnął i zaczął pieścić delikatnie kciukiem 

wnętrze jej dłoni. Kelly poczuła, jak w jej ciele rozlewa się fala gorąca. Wiedziała, 

że igra z ogniem, ale dawno już nie czuła się tak rozkosznie. Przejął ją dreszcz 

oczekiwania.

– I dostanę to? – zapytała z drżeniem.

– Natychmiast.

Pochyliła się ku niemu, kiedy właśnie wyciągnął ku niej ramiona. Przylgnęli 

background image

do   siebie.   Eric   bez   żadnych   wstępów   zagarnął   jej   usta,   wyczarowując   w   nich 

językiem wspaniałe pieszczoty.

Kiedy całowali się po raz pierwszy, namiętność narastała w nich powoli. 

Teraz ogarnęła ich nagłe, jakby czekała tylko na pierwszy sygnał pożądania. Kiedy 

Eric obsypywał pocałunkami szyję Kelly, jej ręce zachłannie objęły go w pasie, 

przyciągając tam, gdzie narastał palący żar.

Odszukała   jego   wargi   i   nęcąco   przeciągnęła   po   nich   językiem.   Świat 

zamknął się dla niej w objęciach mężczyzny i cieple jego ciała. Nie chciała myśleć 

o niczym więcej, choćby później miała gorzko tego żałować.

Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie, oboje byli zdyszani i drżący.

– Nie obchodzi mnie, z kim wtedy byłeś – powiedziała miękko Kelly. – 

Ważne, że nie było cię tutaj. Nic ci się nie stało i tylko to się liczy.

Eric był oszołomiony, kiedy ujawniła swoje pożądanie. Teraz, kiedy okazała 

również troskę i czułość, był po prostu szczęśliwy. Niepewnym gestem odgarnął 

włosy z twarzy.

– Dziękuję ci – wykrztusił.

– Za co?

– Za to, że przyjechałaś, kiedy cię potrzebowałem.

– Cieszę się, że mogłam ci... – zaczęła, ale nagle zerwała się na równe nogi. 

– O, Boże, psy! Przez cały czas siedziały zamknięte w samochodzie.

Zaniepokojona wybiegła na podjazd. Na całe szczęście z przyzwyczajenia 

uchyliła szybę i dobermany miały przynajmniej czym oddychać. Kiedy otworzyła 

drzwiczki, dysząc wypadły z dżipa i powitały ją, uszczęśliwione. Przykazawszy im, 

że mają łagodnie traktować Dodgera, poszła do kuchni, by nalać dla nich wody.

– To moja wina – powiedziała zawstydzona, patrząc, jak łapczywie chłepczą. 

– Kiedy jestem z tobą, zapominam o myśleniu.

– Nie przejmuj się – szepnął Eric, czule otaczając ją ramieniem. – Jeśli tylko 

background image

nie będziesz zapominała o zmysłach, obejdziemy się bez myślenia.

background image

Rozdział 6

Spędzili cały dzień razem, choć nie planowali tego. Przedpołudnie upłynęło 

im na zajęciach z dobermanami. Kelly chciała, by zwierzęta przyzwyczaiły się do 

nowego otoczenia. Zademonstrowała też Ericowi najbardziej przydatne komendy.

Był wyraźnie zdumiony pilnością i skupieniem, z jakim psy wykonywały 

polecenia. Kelly patrzyła na nie z zadowoleniem. Mając Teaka i Thora na straży, 

Eric mógł spać spokojnie.

– Czy one będą się tak zachowywać przez cały czas?

– zapytał, obserwując, jak dobermany na komendę robią dokładny obchód 

posesji.

– Tylko wtedy, gdy są, jak to się mówi, na służbie – wyjaśniła. – Kiedy je 

zwolnisz, zaczną się zachowywać jak inne psy. Najprawdopodobniej ułożą się w 

kącie i będą spać. To, jak długo mają być w gotowości, zależy wyłącznie od ciebie. 

Teraz   już   wiedzą,   że   mają   pilnować   tego   terenu   i   wierz   mi,   na   pewno   dobrze 

wypełnią swoje zadanie.

– O, tak, nie chciałbym być na miejscu złodzieja. One sprawiają wrażenie, 

jakby mogły z łatwością rozerwać człowieka na strzępy.

– Są do tego zdolne, ale tylko w teorii – powiedziała i zawołała psy, by 

wydać komendę zwalniającą je z obowiązków. Thor natychmiast ułożył się u jej 

nóg,  a Teak  pobiegł  do  miski.  – W  praktyce  ich  tresura  nie  obejmuje  ataku  – 

ciągnęła. – Jest ogromna różnica pomiędzy psem, który poważnie traktuje swoje 

obowiązki, a psem agresywnym z natury. Moje dobermany są nauczone, że mają 

unieruchomić przeciwnika i pilnować go, aż zadecyduję, co chcę z nim zrobić.

Eric uważnie słuchał jej słów.

–   Jesteś   pewna,   że   uznają   moją   władzę   i   nie   potraktują   mnie   jak 

background image

smakowitego kąska? – zapytał z nie ukrywanym niepokojem.

–   Ależ   skąd!   –   zaśmiała   się.   –   Poczuj   się   tylko   alfą   i   traktuj   je 

konsekwentnie, ale z szacunkiem, a będą cię słuchać.

Aby   przekonać   go   o   tym,   poświęciła   następną   godzinę   na   wspólne 

ćwiczenia. Kiedy skończyli, Thor, Teak i Eric stanowili już zgrany zespół.

– Wiesz, z chęcią bym coś przekąsił – oznajmił Eric.

– Chyba będziemy jedli na podłodze – zachichotała Kelly, pamiętając, jak 

wygląda kuchnia.

– Nie, pojedziemy do jakiegoś miłego lokalu.

–   Pojedziemy?   I   zostawimy   cały   ten   bałagan?   Chyba   żartujesz   – 

powiedziała, kierując się do kuchni.

– O to się nie martw, posprzątam później.

–   Typowo   męskie   nastawienie   –   mruknęła   Kelly,   szukając   czegoś   w 

szafkach. Wreszcie znalazła środki czystości. – Zawrzyjmy układ – zaproponowała. 

– Najpierw posprzątamy, a potem zaprosisz mnie na obiad.

– Uparta jesteś – stwierdził, biorąc z jej rąk szczotkę i szufelkę.

Kelly wzruszyła ramionami i wziąwszy torbę na śmieci, ruszyła do salonu. 

Zaczęło się wielkie sprzątanie. Widok Erica uwijającego się pracowicie ze szczotką 

był   doprawdy   wzruszający.   Nie   tracił   przy   tym   ani   na   chwilę   nic   ze   swojej 

męskości, co sprawiło, że zerkała na niego bezustannie. Nie przepadała za domową 

krzątaniną. Zaoferowała mu pomoc tylko dlatego, że chciała z nim spędzić dzień i 

poznać go lepiej.

Nie ma lekko, uśmiechnęła się, wspominając ulubione powiedzenie swojego 

ojca.

–   Hej,   nie   leń   się   –   upomniał   ją   Eric,   widząc,   że   patrzy   na   niego   w 

zamyśleniu. – Kto nie pracuje, ten nie je.

– Kto według ciebie się leni? Zaraz się przekonamy! Kiedy wreszcie dom 

background image

został doprowadzony do stanu względnej używalności, żadne nie miało siły ani 

ochoty na wyjście. Odmrozili hamburgery, które znaleźli w lodówce, i upiekli je na 

ogrodowym grillu. Siedząc obok siebie, zmęczeni po ciężkiej pracy, czuli się jak 

para starych przyjaciół.

– Chyba będę musiała już wracać – powiedziała wreszcie Kelly, wpatrując 

się w zachodzące za drzewami słońce.

– Niestety. – Eric pokiwał głową i podał jej rękę. Ramię w ramię poszli do 

samochodu. Kiedy nadbiegł Dodger, Kelly wzięła go na ręce i wsadziła do dżipa.

–   Lepiej   wezmę   go   do   siebie,   żeby   nie   plątał   się   koło   dobermanów   – 

powiedziała. – Nie martw się, będzie miał u mnie dobrze.

– W to nie wątpię – uśmiechnął się Eric.

– W takim razie do zobaczenia, do jutra. – Kelly miała już wsiadać, ale ręka 

mężczyzny powstrzymała ją stanowczym ruchem. Spojrzała na niego zaskoczona. 

– Czyżbym zapomniała o czymś?

– Tak – potwierdził niskim głosem, pochylając się ku niej i ujmując dłonią 

jej włosy z tyłu głowy.

– Właśnie o tym.

Pocałunek na pożegnanie był czuły i słodki, tak jak upojny wieczór, który 

wzmagał ich romantyczny nastrój. Dopiero po długiej chwili z żalem odsunęli się 

od siebie.

Kelly wsiadła i uruchomiła silnik.

– Jeszcze jedno – powiedział Eric, wsuwając głowę przez okienko. – Jest 

coś, o czym powinnaś wiedzieć. Pojechałem do Nowego Jorku, aby zobaczyć się z 

siostrą.

Była   zadowolona,   że   jej   to   wyjaśnił,   choć,   prawdę   mówiąc,   nie   musiał 

czekać całego dnia. Wrzuciła bieg i mrugnęła do niego kpiąco.

–   Co   z   tobą,   miastowy   przystojniaku?   Nie   możesz   sobie   poderwać 

background image

dziewczyny? – zapytała ze śmiechem i nie czekając na odpowiedź, odjechała.

Odprowadzanie tęsknym wzrokiem znikającego w dali dżipa stało się już 

chyba zwyczajem Erica.

– Problem w tym, że chcę tylko jednej – westchnął i gwizdnął na psy.

–   Bardzo   dobrze   –   pochwaliła   Kelly.   Była   jedenasta.   Eric   z   Dodgerem 

ćwiczyli pilnie w jej ogrodzie.

– Wystarczy na dzisiaj. Tylko ładnie go pochwal.

Zaledwie   Eric   odpiął   smycz,   Dodger   pobiegł   do   Blossom.   Bardzo 

zaprzyjaźnił   się   z   młodą   dobermanką.   Kelly   patrzyła   na   bawiące   się   psy   i 

zazdrościła im radosnej beztroski. Nie powinna dopuszczać, by złe doświadczenia 

z przeszłości zatruwały jej życie. W miarę jak lepiej poznawała Erica, dochodziła 

do wniosku, że w niczym nie przypominał mężczyzny, z którym odruchowo go 

porównywała. Kiedyś zaufała i została zdradzona. Może tym razem, z Erikiem, 

będzie inaczej...

– Czy coś się stało?

Stanął przy niej. Włosy miał zmierzwione, gdyż w trakcie lekcji wiele razy 

przeczesywał je palcami. Szare oczy przybrały w świetle poranka odcień ulotnego 

pasemka dymu. Serce Kelly uderzyło nierównym rytmem. Tak bardzo pragnęła, by 

tym razem wszystko się ułożyło. Spojrzała na niego z pełnym nadziei, radosnym 

uśmiechem.

– Ależ skąd – odpowiedziała. – Co miałoby się stać?

Czy   wiedziała,   jak   bardzo   jest   pociągająca,   gdy   tak   się   uśmiecha?   Eric 

delikatnie dotknął palcem zaczerwienionego czubka jej nosa.

– Za bardzo się opaliłaś. Powinnaś to posmarować.

– Przeważnie zapominam – wzruszyła ramionami. Eric pomyślał o swojej 

siostrze, która nigdy nie wychodziła na słońce bez ciemnych okularów i kapelusza 

background image

z dużym rondem.

–   Jess   zawsze   mnie   ostrzega   przed   fatalnymi   skutkami   opalania   – 

powiedział.

– Kto to jest Jess?

– Moja siostra, ta, która mieszka w Nowym Jorku. Jest moim najlepszym 

przyjacielem, a zarazem najgorszym wrogiem. Powinnaś ją kiedyś poznać.

– Bardzo bym chciała. Czy nie miałbyś ochoty na drinka? – zapytała Kelly, 

kierując się w stronę domu.

– Chętnie – zapewnił, doganiając ją w kilku krokach. – Nasze spotkania stają 

się coraz bardziej niebezpieczne, wiesz? – szepnął, obejmując ją ramieniem.

– I kto to mówi? – zaśmiała się. – A swoją drogą Dodger wiele traci, kiedy 

jest u mnie. Nie będziesz mógł ćwiczyć z nim w ciągu tygodnia.

– Och, sądzę, że będzie szczęśliwy z tego powodu – roześmiał się Eric. – 

Mam nadzieję, że będzie jeszcze wiele okazji, żeby...

– Okazji! Okazji! – zakrzyczał Maks z salonu. Eric drgnął, zaskoczony.

– Kto to powiedział?

– Maks – zachichotała Kelly, widząc jego minę.

– A kto to jest Maks? – zapytał podejrzliwie.

– Bardzo gadatliwy gwarek.

–  Ach,   rozumiem.   –   Zaciekawiony   Eric   zajrzał   do   salonu.   Ptak   siedział 

wczepiony pazurkami w oparcie krzesła, grzejąc się w słońcu i strosząc pióra. Na 

dywaniku obok drzemał ułożony w słonecznej plamie pręgowany kot.

– Boże, toż to cała menażeria! Myślałem, że masz tylko psy.

– Psy! – skrzeknął Maks. – Głupie psy!

– Widzę, że ten facet nie podziela poglądów kierownictwa – powiedział z 

rozbawieniem Eric.

– Niestety. Już dawno odkryłam, że Maksio mówi tylko to, co chce, i nie ma 

background image

możliwości,   by   go   uciszyć.   Poczekaj   tylko,   aż   zacznie   katować   cię   własną 

interpretacją „As Time Goes By”.

–  Właśnie,   a   propos   czasu,   muszę   już   iść   –   stwierdził   Eric,   zerkając   na 

zegarek.

– Już?

– Przykro mi, ale jestem umówiony – powiedział ze znaczącym uśmiechem. 

– Ale nie martw się, będziemy jeszcze mieli wiele okazji, by kontynuować naszą 

znajomość.

– O jakiej znajomości mówisz? – zapytała, patrząc mu wyzywająco w oczy. 

Odwzajemnił spojrzenie.

–   O   tej,   która   zaczęła   się   w   piątkowy   wieczór   i   rozwija   się   aż   nazbyt 

klasycznie. Wiesz – ja cię całuję, ty mnie całujesz, a potem rozchodzimy się i 

udajemy, że ziemia wcale nie drgnęła.

Kelly poczuła radosny dreszcz przenikający ją od stóp do głów. A może to 

tylko   słowa?   –   zastanawiała   się,   choć   bardzo   chciałaby   wierzyć,   że   pełne 

uwielbienia spojrzenie mężczyzny mówi prawdę.

Nieświadomie odstąpiła o krok, zwiększając dystans między nimi. Jeszcze 

raz przeważył zdrowy rozsądek.

– Ziemia drgnęła? – Zmarszczyła brwi. – Jako pisarz mógłbyś się zdobyć na 

bardziej oryginalne porównanie.

– Może jako pisarz mógłbym, ale mężczyzna, który tkwi we mnie, uważa je 

za najtrafniejsze.

Ciepło, które ogarnęło Kelly, stało się żarem.

– W takim razie – powiedziała powoli – co z tym zrobimy?

Eric postąpił krok ku niej.

– Myślałem o paru rzeczach, na przykład o... Siatkowe drzwi odskoczyły 

gwałtownie   i   do   kuchni   wpadła   wielka   ciemna   kula.   Dodger   poślizgnął   się   na 

background image

posadzce i z impetem podciął nogi swemu panu.

– Ten potwór – burknął Eric przez zęby, gramoląc się z podłogi – nie ma za 

grosz zrozumienia dla uczuć.

Pies, zobaczywszy jego minę, błyskawicznie wycofał się na dwór.

Kelly   ogarnęły   sprzeczne   uczucia.   Z   jednej   strony   klęła   niesfornego 

szczeniaka, który przerwał im urocze sam na sam, z drugiej zaś była zadowolona, 

że wybawił ją z kłopotliwej sytuacji. Bo, choć pocałunki Erica zdawały się ósmym 

cudem świata, rozsądek podpowiadał, że powinna być ostrożniejsza.

– Może ten potwór chciał ci delikatnie przypomnieć, że jesteś już spóźniony 

– stwierdziła.

– Czyżbyś mnie wyrzucała?

– Przypominam ci tylko o twoich obowiązkach. Przecież sam mówiłeś, że 

masz ważne spotkanie.

– Owszem, ważne, ale może jeszcze poczekać. Nie odjadę, dopóki nie będę 

pewien, że wkrótce się zobaczymy.

Świadomość,   że   temu   mężczyźnie   naprawdę   na   niej   zależy,   wywołała   w 

Kelly najprostsze, błogie poczucie szczęścia. Pragnął jej, a ona odpowiadała mu 

pragnieniem. Kiedy ostatnio doznawała takiego uczucia?

Eric z napięciem czekał na odpowiedź. Zaczął się obawiać, że Kelly odrzuci 

go, gdyż był zbyt natarczywy i zbyt zachłanny. Ale na Boga, ziemia naprawdę 

drgnęła. I chyba nie tylko dla niego.

– Może jutro? – nie wytrzymał.

– Przykro mi, ale...

– W takim razie środa?

Kelly stanowczo pokręciła głową.

– Mam oddać felieton.

– Czwartek?

background image

Zaczął   się   gorączkowo   zastanawiać,   jaki   błąd   popełnił.   Przecież   ona   go 

wyraźnie zbywa! Był w rozpaczy.

– Jestem dosłownie zawalona robotą, ale...

– Piątek! – oświadczył Eric z determinacją. – To moja ostatnia propozycja.

– I jakże kusząca – uśmiechnęła się słodko Kelly.

– Dziewczyno, nie drażnij się ze mną – mruknął groźnie. – Nie wmówisz mi, 

że pracujesz przez cały tydzień od rana do wieczora.

– Niestety, tak.

– Czy to delikatny sposób powiedzenia mi, że nie chcesz mnie już więcej 

widzieć?

– Ależ skąd! – Kelly, widząc jego nieszczęśliwą minę, omal nie wybuchnęła 

śmiechem. – Próbowałam ci tylko powiedzieć, że ten tydzień jest wyjątkowy. W 

piątek  jadę  z  Blossom  do Trumbull,  na  wystawę.  Mamy  wystąpić  w   pokazach 

tresury. Spędzimy tam cały dzień, więc...

– Cudownie! – wykrzyknął Eric. – Jadę z tobą.

– Naprawdę?

– Tak. Będę trzymał za was kciuki.

Teraz,   kiedy   ustalił   termin   spotkania,   mógł   zająć   się   swoimi   sprawami. 

Ruszył do samochodu, ale zatrzymał go nagły wybuch śmiechu Kelly. Odwrócił 

się.   Stała,   niedbale   oparta   o   framugę,   a   w   brązowych   oczach   tańczyły   iskierki 

rozbawienia.

– Och, ty miastowy przystojniaku, kiedy myślę o tobie, staję się niemoralna 

– powiedziała, zabawnie wznosząc oczy do nieba.

Eric oniemiał, ale opanował się szybko, a nawet zdobył się na łobuzerski 

uśmiech. Słowo daję, te dziewczyny z prowincji nie są złe! – pomyślał.

Kelly oddała swój felieton dosłownie w ostatniej chwili. Zdarzyło się jej to 

po raz pierwszy. Systematyczność, którą narzuciła sobie wiele lat temu, gdzieś 

background image

zniknęła – oczywiście z powodu Erica Devane’a.

Jak mogła się skupić na problemach uczenia szczeniaków, by nie siusiały w 

domu, skoro jej myśli rozpraszał obraz wysokiej sylwetki w spranych dżinsach? 

Czy było jej winą, że co chwila wybiegała wzrokiem w dal, poza ekran komputera, 

przypominając sobie jasnowłosego mężczyznę, bawiącego się z psem na trawniku?

Kiedy w piątek rano obiekt jej marzeń pojawił się na progu, Kelly zdawało 

się, że od ostatniego spotkania upłynęły całe wieki. Szybko obrzuciła wzrokiem 

postać   Erica   w   dżinsach,   bluzie   khaki   i   beżowej   koszulce   polo.   Jak   zwykle 

wyglądał niepokojąco przystojnie.

–   Nigdy   nie   byłem   na   wystawie   psów   –   powiedział,   dostrzegając   jej 

spojrzenie. – Nie bardzo wiedziałem, jak się ubrać. Mam nadzieję, że to jakoś 

pasuje.

– Świetnie – potwierdziła z zachwytem, i kolejny raz zganiła się za brak 

ostrożności. Jeśli nie będzie uważać, ten facet pomyśli, że zupełnie zawrócił jej w 

głowie. – W każdym razie nieźle – poprawiła się. – Pojedziemy moim dżipem. 

Blossom już siedzi z tyłu.

– Jasne, nie ma sprawy. – Eric miękkim ruchem wsunął się na przednie 

siedzenie. Z przyjemnością przyglądał się, jak Kelly prowadzi. Tak jak wszystko, 

czym się zajmowała, to także robiła sprawnie i bez trwonienia energii. Miał jednak 

wrażenie, że ten styl bycia, utrzymywany przez nią bardzo konsekwentnie, był 

tylko obrazem stworzonym na użytek otoczenia.

Stopniowo   dostrzegał   szczegóły,   które   wyraźnie   nie   pasowały   do   jej 

powściągliwego, zdroworozsądkowego zachowania.

Na przykład ten gadający ptak. Albo sposób, w jaki naciskała pedał gazu, 

kiedy   tylko   szosa   była   pusta.   Albo   fantazyjnie   powiewająca   wokół   jej   szyi 

turkusowa chustka, kontrastująca ze skromnym, praktycznym strojem.

Albo płomień, jaki rozpalały w niej jego pocałunki...

background image

Z   pewnością   Kelly   Ransome   kryła   w   sobie   niejedną   tajemnicę.   Eric   z 

drżeniem   pomyślał   o   gorącym   temperamencie,   tak   starannie   tłumionym   przez 

chłodną inteligencję i opanowanie.

Zapewne nie pozwoliła swemu życiu biec naturalnym torem, zgodnym z jej 

prawdziwą naturą. Zbyt wiele było w tej kobiecie sprzeczności. Zupełnie jak gdyby 

kiedyś ustaliła dla siebie wzorzec zachowań i konsekwentnie dopasowywała do 

niego   swoją   osobowość.   Zdarzały   się   jednak   chwile,   gdy   zasłona   opadała, 

ujawniając głęboko skrywany smutek i niepewność. Kelly intrygowała Erica coraz 

bardziej.

Podjechali prosto pod namiot, w którym miały się odbyć pokazy tresury. 

Gdyby   nie   Kelly,   Eric   natychmiast   straciłby   orientację   w   tłumie   ludzi   i 

szczekających psów, wśród tylu napisów, numerów, boksów, ringów i namiotów. 

Nawet nie zdawał sobie sprawy, że istnieje tyle ras psów – maleńkich i ogromnych, 

kosmatych   i   zupełnie   łysych.   Pomógł   wyładować   drucianą   klatkę,   w   której 

siedziała dobermanka, dwa krzesełka i przenośną lodówkę. Kiedy wszystko zostało 

ustawione na wyznaczonym stanowisku, Kelly poszła odprowadzić samochód na 

parking.

– Czy ten pies jest może z twojej klasy? – zapytał Eric, pokazując jamniczka, 

który, ciągnięty na smyczy, wykonywał ćwiczenia z miną męczennika.

Kelly przyjrzała mu się fachowym okiem.

– Nie, on jest z kategorii „A” – czyli początkujących. Tam są psy, które 

dopiero zaczęły się uczyć, i właściciele, którzy nigdy przedtem nie uczestniczyli w 

tresurze.

– A gdzie startują twoi podopieczni?

– W „B” – kategorii otwartej i w użytkowej. Otwarta zaraz się zacznie, a 

użytkowa startuje po południu – wyjaśniła, nerwowo bębniąc palcami po kolanie. – 

Niestety, trochę sobie poczekamy. Przyjechaliśmy za wcześnie, ale będzie na co 

background image

popatrzeć. Jeśli jesteś głodny, to w lodówce są kanapki i...

Urwała, widząc, że Eric przygląda się jej spod oka.

– Jesteś zdenerwowana, prawda? – zapytał. Jeszcze nie widział jej w takim 

stanie.

– Ja? Ależ skąd! – zaprzeczyła żywo i zaczęła rozwiązywać chustkę na szyi, 

tylko po to, by po chwili zawiązać ją z powrotem.

– Tak, ty.

– Och... – Opuściła ręce i spojrzała na niego. – Może trochę.

– Tak bardzo zależy ci na wygranej?

– Nie bardzo. Przecież będzie jeszcze niejeden konkurs. To nie jest sprawa 

życia   i   śmierci   –   uśmiechnęła   się   z   zawstydzeniem.   –   Wiem,   że   głupio   się 

przejmuję.   Byłam   taka   od   dzieciństwa.   Kiedy   tylko   wchodziło   w   grę   jakieś 

współzawodnictwo, nie mogłam jeść ani spać. Po prostu kłębek nerwów.

– Ale skoro się tak denerwujesz, po co bierzesz udział w zawodach?

Na twarzy Kelly pojawiło się zdumienie.

–   Nie   jestem   tchórzem   i   nie   mam   zwyczaju   unikać   konfrontacji.   Nie 

mogłabym zrezygnować z czegoś, na czym mi zależy, tylko dlatego, że jest trudne. 

Przeciwnie, to mnie jeszcze bardziej zagrzewa do walki.

–  A  jednak   rzuciłaś   studia   –   powiedział   prowokująco   i   natychmiast   tego 

pożałował, widząc, że zbladła gwałtownie.

– To była zupełnie inna sytuacja.

Eric wiedział, że nie powinien naciskać, ale ciekawość zwyciężyła.

– Dlaczego inna?

– Pokazy tresury to mój własny problem, moja własna bitwa, którą muszę 

wygrać.

– Rezygnacja ze studiów nie była twoim problemem?

Tym   razem   milczała   tak   długo,   że   stracił   już   nadzieję   na   odpowiedź.  A 

background image

jednak odezwała się w końcu, ale tak cicho, że z trudnością rozróżniał słowa.

– Ta sprawa dotyczyła również innych ludzi. Bardzo kogoś skrzywdziłam i 

sama   się   przez   to   pogrążyłam.   Możliwe,   że   spotkała   mnie   zasłużona   kara.   – 

Uniosła głowę i popatrzyła mu prosto w oczy. – Tyle tylko mogę ci powiedzieć. I 

proszę, żebyś więcej nie wracał do tej sprawy.

– W porządku, jeśli sobie tego życzysz.

– Proszę państwa o uwagę! – Z głośnika zadudnił głos prowadzącego. – 

Następujące numery zgłoszą się na ring...

–   Teraz   kolej   na   początkujących   z   „A”   –   powiedziała   Kelly,   wstając.   – 

Wyprowadzę Blossom i zrobię jej małą rozgrzewkę.

Eric   patrzył,   jak   otwiera   klatkę,   przypina   suce   do   obroży   długą   linkę   i 

wychodzi z namiotu. Z jej spłoszonej miny wywnioskował, że chciałaby teraz być 

sama.   Najwyraźniej   potrącił   czułą   strunę.   Przeszłość   Kelly   musiała   kryć   jakąś 

bolesną tajemnicę.

Zastanawiając się nad tym, czekał na jej powrót. Wyglądało na to, że jakiś 

mężczyzna, może nawet będący jej pierwszą miłością, spowodował u niej głęboki 

uraz.   Dobrze,   ale   czemu   czuła   się   winna?   „Bardzo   kogoś   skrzywdziłam”, 

powiedziała. I jeszcze to nazwisko. Ransome... Czemu wywoływało w jego głowie 

sygnał alarmowy?

Kiedy   zobaczył   ją   wreszcie,   najwyraźniej   zdołała   zapanować   nad 

wspomnieniami. Wobec tego Eric również skupił się na bieżącej chwili.

– Dostałam już  numer – powiedziała, odwracając się, by mógł zobaczyć 

okrągły kartonik z numerem sześćdziesiąt pięć przypięty na jej ramieniu. – Teraz 

idzie sześćdziesiąty trzeci, więc jeśli chcesz popatrzeć, przysuń się do ringu, bo jest 

tyle ludzi, że nic nie zobaczysz.

Znów jest spięta, zauważył Eric, słuchając potoku jej słów.

– Ile masz jeszcze czasu do występu? – zapytał.

background image

– Trzy albo cztery minuty.

– To mnóstwo – stwierdził, po czym niespodziewanie wziął ją w ramiona i 

zaczął całować, osłaniając sobą przed wzrokiem ciekawskich. Kiedy wreszcie ją 

puścił,   Kelly   rozejrzała   się   wokół,   oszołomiona,   niezdolna   od   razu   wrócić   do 

rzeczywistości. Smycz wysunęła się jej z palców, ale dobermanka leżała spokojnie.

– Pewnie wszyscy na nas patrzyli? – zapytała nerwowo.

–   Skądże   –   uspokoił   ją   Eric,   choć   nie   był   tego   pewien,   gdyż   sam   miał 

zamknięte oczy.

– Prosimy numer sześćdziesiąt pięć – rozległo się z głośnika.

– Idę! – krzyknęła Kelly, rzucając szybką komendę Blossom. Eric pokazał jej 

wzniesiony kciuk i szybko przepchnął się do pierwszego rzędu widzów. Patrzył, jak 

Kelly wchodzi na ring i zamieniwszy kilka zdań z sędzią, odpina smycz i staje na 

środku ringu z Blossom siedzącą karnie u jej nogi.

– Gotowi? – zapytał prowadzący.

– Tak – powiedziała Kelly, zerkając na psa. – Zaczynajcie!

Obserwujący je pilnie Eric był zachwycony. Wydawało się, że dobermanka 

radzi   sobie   świetnie.   Szybko   reagowała   na   wszystkie   komendy,   błyskawicznie 

aportowała gumowy krążek, płynnie skakała przez przeszkody, wysoko unosząc 

łeb.   Zdawał   sobie   jednak   sprawę,   że   czujne   oko   sędziów   wychwyci   każde 

potknięcie, każdy moment wahania.

Bez względu na wynik był dumny z Kelly. Jeśli nawet była zdenerwowana, 

na arenie panowała nad sobą doskonale. Nie sposób było się domyślić po jej minie, 

czy zdarzyły się jakieś potknięcia.

Kiedy   Blossom   wykonała   ostatnie   ćwiczenie,   rozległy   się   oklaski.   Serce 

Erica   drgnęło   na   widok   Kelly,   która   szła   ku   niemu   zaróżowiona   z   emocji   i 

uśmiechnięta.

–   Widziałeś,   jaka   była   cudowna?   –   krzyknęła,   klepiąc   zziajaną   sukę   po 

background image

karku. Dobermanka wesoło zamerdała krótkim ogonem.

–   Była   fantastyczna   –   powiedział   Eric.   –   I   ty   też.   Kelly   wystarczyłaby 

pochwała dla Blossom. Ale Eric powiedział coś więcej, coś, co sprawiło, że słońce 

zaświeciło dla niej jaśniej.

– Naprawdę ci się podobałam? – zapytała z przejęciem.

Eric   znów   się   zdumiał.   Nie   polowała   na   komplementy   jak   inne   kobiety. 

Chciała jedynie potwierdzenia.

– Tak – powiedział poważnie. – Naprawdę byłaś świetna.

Kelly   kiwnęła   głową   i   odwróciła   się   szybko,   by   nie   mógł   zobaczyć   jej 

twarzy. Jakim cudem tak szybko wyczuł, czego mi potrzeba? – zastanawiała się. 

Przecież znali się od niedawna. Mimo to zajął w jej życiu miejsce, jakiego nie zajął 

dotąd żaden mężczyzna.

Ta świadomość powinna ją przerażać, a tymczasem Kelly zachowała ją w 

sobie jak talizman, mający jej przynieść szczęście w następnej serii pokazów. Po 

tresurze indywidualnej przyszła kolej na grupową – i znów Blossom królowała na 

ringu. Kiedy ogłoszono wyniki, okazało się, że zajęły z Kelly drugie miejsce. Było 

to naprawdę duże osiągnięcie, zważywszy na wyjątkowo ostrą konkurencję.

Po krótkiej przerwie na lunch rozpoczęły się zawody w tresurze użytkowej. 

Zwycięstwo   w   tej   konkurencji   czy   nawet   uzyskanie   zielonej   wstęgi   było 

świadectwem szczególnych zdolności psa i kunsztu jego tresera.

Od zwierzęcia wymagano nie tylko posłuchu, ale i samodzielnego myślenia.

Kelly miała wystartować dopiero za godzinę. Nie była w stanie usiedzieć w 

namiocie,   więc   wyszła   na   zewnątrz   i   przemierzała   wielkimi   krokami   trawnik, 

powtarzając w myśli kolejne komendy.

– Potrzebujesz towarzystwa?

Drgnęła,   zaskoczona.   Eric   stał   oparty   niedbale   o   słupek,   z   rękami 

skrzyżowanymi na piersi.

background image

–   Wybacz,   że   tak   cię   zaniedbuję,   ale   potrzebna   mi   samotność,   by   się 

skoncentrować – powiedziała z przepraszającym uśmiechem.

–   Zdaje   się,   że   nie   tylko   teraz   potrzebujesz   samotności   –   zauważył, 

podchodząc bliżej.

Przez   moment   myślała,   że   Eric   na   zamiar   powstrzymać   jej   nerwowe 

chodzenie, ale tylko zrównał z nią krok.

– Nie jesteś przyzwyczajona, by polegać na kimś, prawda?

– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym to robić?

–   Rzeczywiście,   nie   ma   specjalnego   powodu   –   przyznał   z   dziwnym 

uśmiechem   i   otoczył   ją   ramieniem.   Teraz   dopiero   poczuł,   jak   bardzo   jest 

zdenerwowana i spięta. Sam był dużo odporniejszy psychicznie i właściwie nie 

znał podobnych stanów.

– Myślę, że powinnaś coś zjeść, inaczej zupełnie osłabniesz – powiedział z 

troską. – Masz jeszcze dużo czasu.

– O, nie, tylko nie to. Jedzenie to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję, 

wierz mi.

– A pierwsza?

– Co takiego?

– Kelly, przecież widzę, że jesteś kłębkiem nerwów. Co mogłoby choć trochę 

cię odprężyć?

– Po prostu musiałabym już mieć za sobą te zawody.

– Kochana, mogę ci pomóc, ale nie zdziałam cudów. Może wymyślisz coś 

jeszcze?

Kelly zastanawiała się przez długą chwilę, a potem wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia. Nikt dotąd nie proponował mi duchowego wsparcia – 

wyznała szczerze.

– Może dlatego, że sprawiasz wrażenie takiej cholernej Zosi Samosi.

background image

Rozbawił ją gderliwy ton, jakim wygłosił tę uwagę.

– Bo taka właśnie jestem. Lubię być samodzielna.

– Bardzo zabawne. Mów do mnie jeszcze – mruknął. Kelly zatrzymała się 

gwałtownie i położyła mu ręce na ramionach. Może i doprowadza ją do szaleństwa, 

ale   przecież   szczerze   chce   mi   pomóc,   myślała   ze   wzruszeniem.   Chce   pomóc, 

ponieważ  zależy  mu  na  niej. Ta  świadomość   wywołała  natychmiastowy,  słodki 

skurcz w podbrzuszu. Boże, czyżby runęła kolejna linia obrony?

– Mów do mnie – poprosiła miękko. – Odwróć moją uwagę. Opowiedz mi o 

swojej książce.

Wykorzystując całą swoją dziennikarską elokwencję, Eric zaczął opowiadać. 

Rozwijał przed Kelly barwną, choć jeszcze nie dokończoną opowieść o swojej 

wyprawie po złote runo. Opisał jej Larry’ego i streścił najważniejsze informacje, 

jakie od niego uzyskał. Zwierzał się szczerze z problemów, jakie napotykał przy 

pisaniu,   i   ze   stresu,   jaki   wywoływała   w   nim   obawa,   że   skarb   nigdy   się   nie 

odnajdzie.

Kelly szybko zapomniała o zawodach. Wsparta na ramieniu Erica, chłonęła 

fascynującą historię. Zadawała wnikliwe pytania, świadczące o tym, jak uważnie 

go słucha. Trafność jej uwag zachwyciła Erica. Sam, studiując materiały od wielu 

tygodni, stracił już dystans do sprawy i spostrzeżenia Kelly były dla niego wprost 

bezcenne.

– Powiedz mi więcej o Larrym – poprosiła. – On jest  kluczem do całej 

historii. Musimy dobrze zrozumieć jego motywacje i sposób myślenia.

Eric   uśmiechnął   się   niedostrzegalnie,   kiedy   użyła   zaimka   „my”. 

Jednocześnie przez cały czas zerkał na ring, bo Kelly, pochłonięta jego opowieścią, 

przestała   zupełnie   zwracać   uwagę   na   otoczenie.   Tymczasem   zbliżała   się   pora 

występu.

– Później ci o nim opowiem – obiecał, wskazując ruchem głowy na namiot. 

background image

– Za chwilę będziesz miała trochę roboty.

Kelly zdążyła jeszcze wyprowadzić Blossom i zrobić jej małą rozgrzewkę, 

kiedy wywołano ich numer. I choć dobermanka, nieco już zmęczona, nie zdołała 

powtórzyć   porannego   sukcesu,   zdobyła   zieloną   wstęgę,   co   było   wielkim 

osiągnięciem, dającym cenne punkty do kwalifikacji na stopień psa użytkowego.

Eric   zaproponował,   że   będzie   prowadził   w   powrotnej   drodze,   co   Kelly 

przyjęła z wdzięcznością. Cieszyła się, że może siedzieć przy jego boku.

– Dziękuję ci – powiedziała cicho, opierając mu głowę na ramieniu.

– Za co?

– Za towarzystwo, za pomoc. W ogóle za to, że byłeś ze mną, kiedy cię 

potrzebowałam.

– Zawsze możesz na mnie liczyć, Kelly – powiedział, odrywając na moment 

rękę od kierownicy, by musnąć palcami jej policzek.

– Och, co za cudowny dzień – westchnęła z zachwytem.

– Jeszcze się nie skończył.

– Nie? – Zerknęła na niego, zabawnie przekrzywiając głowę.

– Absolutnie nie – zapewnił. I choć pilnie wpatrywał się w drogę, widziała, 

że z trudnością ukrywa zadowolenie.

background image

Rozdział 7

Przez całą drogę Kelly zastanawiała się, co może oznaczać to stanowcze 

oświadczenie. Zwykle po tak prestiżowych zawodach uważała, że najważniejsze 

chwile dnia już minęły. Teraz jednak, kiedy Eric był przy niej, uświadomiła sobie, 

że   mają   jeszcze   przed   sobą   całe   popołudnie.   Pamiętała,   że   w   momentach 

najgorszego  zdenerwowania  przed  występem jego  obecność   działała  na  nią  jak 

balsam.

Ale jego magia sięgała dalej. Kelly uśmiechnęła się skrycie, przypominając 

sobie, jak wziął ją w ramiona i całował, nie zważając na ludzi w namiocie. To było 

szaleństwo, które przyprawiało ją o zawrót głowy. Gdyby reagowała zgodnie z 

zasadami swojego dawnego „ja”, powinna być w szoku. A tymczasem w chwilę 

później działała trzeźwo i sprawnie jak nigdy.

Co   więcej,   marzyła,   by   zrobił   to   znowu,   i   myślała   o   jego   tajemniczych 

zamiarach.   Czemu,   choć   zawody   już   minęły,   czuła   rosnące   napięcie,   jakby 

powietrze w małej kabinie wozu naładowane było elektrycznością?

Kiedy   zajechali   pod   dom,   szybko   wyskoczyła   z   dżipa   i   weszła   tylnymi 

drzwiami, by wypuścić Dodgera. Po chwili Eric już był w kuchni.

– Powinniśmy coś zjeść – stwierdziła bez przekonania. Teraz, kiedy znaleźli 

się   w   domu,   dręczące   napięcie   wzrosło.   I   nie   było   to   typowe   nerwowe 

odreagowanie po męczącym dniu. Jej ciało przenikał coraz wyraźniejszy dreszcz 

oczekiwania. – Ale muszę ci wyznać, że marna ze mnie kucharka – dodała.

– Nie szkodzi – zapewnił beztrosko.

– Oczywiście zrobię ci jeść, bo chociaż w ten sposób będę mogła wyrazić 

swoją wdzięczność.

– Oczywiście – przytaknął gładko.

background image

Nie lubiła takich bezczelnych facetów. Jeśli jeszcze raz tak się uśmiechnie, 

zetrze mu ten grymas z tej jego przystojnej buzi!

– Moglibyśmy zamówić coś chińskiego do domu.

– Moglibyśmy.

Tym razem posłała mu rozpaczliwe spojrzenie.

– Nie dręcz mnie, bo umrę w rozterce – jęknęła.

– Ja też.

Niski, rozedrgany ton jego głosu sprawił, że znieruchomiała w oczekiwaniu i 

niepewności zarazem. Otworzyła usta, lecz nie padło nich ani jedno słowo. Myśli 

uleciały z głowy. Spojrzenie mężczyzny miało hipnotyczną siłę.

– Przez cały tydzień nie mogłem przestać myśleć o tobie – powiedział cicho. 

– A dziś przez cały dzień marzyłem tylko, by objąć cię i poczuć, jak prężysz się w 

moich ramionach. Kiedy całowałem cię tam, w namiocie – urwał na moment z 

przewrotnym uśmiechem – nie dałbym głowy, które z nas było bardziej zaskoczone 

– ty czy ja. Nie mam zwyczaju demonstrować publicznie swoich uczuć, ale wierz 

mi, w tamtym momencie było mi dokładnie wszystko jedno. Po prostu nie mogłem 

się powstrzymać. Musiałem cię tulić, musiałem cię smakować. Kobieto, nigdy w 

życiu   nie...   Niewidzialne   okowy   paraliżujące   Kelly   opadły   nagle,   a   jej   usta 

rozchyliły się w kuszącym, zmysłowym uśmiechu. To było piękne, dlaczego więc 

nie miało trwać?

– Na co w takim razie czekasz? – zapytała śmiało.

– Na ciebie.

– Na mnie? – Znów straciła pewność. Teraz czuła, jak bardzo brakuje jej 

doświadczenia.

– Chodź do mnie, Kelly. Powiedz mi, że pragniesz mnie tak bardzo jak ja 

ciebie – wyszeptał.

To, o co prosił, choć proste, wydawało się Kelly niewykonalne. Czuła, że 

background image

Eric   daje   jej   szansę.   Cokolwiek   miałoby   się   stać   później,   nie   mogłaby   już 

powiedzieć, że stało się to wbrew jej woli.

– Ja... Tak – wyjąkała.

Eric wyciągnął ręce i w jednej chwili znalazła się w jego ramionach, tak 

naturalnie,   jakby   przynależała   do   nich   od   dawna.   Pocałunek   był   z   początku 

powolny i nieśmiały, jakby oboje nie całkiem mogli uwierzyć w to, co zaczęło się 

pomiędzy nimi. Stopniowo jednak nabierał żaru i spirala namiętności rozkręcała się 

szybko,   wciągając   ich   w   wir   upojenia.   Język   Erica   błądził   w   ustach   Kelly. 

Podniecona, objęła mężczyznę i przyciągnęła do siebie, z radością wyczuwając 

sploty twardych mięśni, prężące się pod gorącą skórą. Cienkie płótno jego koszuli 

stało się nagle drażniącą przeszkodą, więc wsunęła ręce pod nią, by dotrzeć do 

nagiego ciała. Eric westchnął cicho i zaczął pieścić jej ciało niecierpliwymi dłońmi.

Pragnęła tych pieszczot. Już nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego, 

co robi. Teraz, kiedy trwali, spleceni ze sobą, ważny był tylko on, wyczekujący, 

gotowy.

Eric   okrywał   pocałunkami   twarz   i   szyję   Kelly,   zatopiwszy   palce   w   jej 

pachnących włosach. Rozedrgane ciało domagało się spełnienia. Nigdy nie pragnął 

kobiety z taką pasją. Spalała go jak płomień tętniący mu w żyłach.

Drżącymi   palcami   rozwiązał   turkusową   chustkę   i   zachłannie   dotknął 

krągłych   piersi.   Kelly   gwałtownie   wciągnęła   powietrze   i   wygięła   się   w   łuk. 

Zapomniana chusta jak barwny motyl opadła na ziemię.

Ręce mężczyzny dotarły do jej brzucha, a potem śmiało wsunęły się między 

nogi.   Zacisnęła   uda,   więżąc   jego   palce,   pragnąc   zatrzymać   na   zawsze   ich 

ekscytującą pieszczotę. Fale gorąca mąciły jej myśli.

Jeszcze byli ubrani, ale już niecierpliwe ręce Kelly zaczęły mocować się z 

zapięciem jego dżinsów. Pomógł jej i jednej chwili spodnie i slipki zsunęły się na 

ziemię.   W   ich   ślady   poszła   koszula   –   i   oto   stał   przed   nią   nagi.   Serce   Kelly 

background image

załomotało gwałtownie.

Był   piękniejszy,   niż   sobie   wyobrażała,   doskonały   jak   klasyczna   rzeźba. 

Zachłannie oglądała każdy cal jego ciała, nie kryjąc zachwytu.

– Teraz ty – powiedział miękko. Jego ręce poruszały się szybko i sprawnie, 

kiedy   uwalniał   ją   z   ubrania.   Natychmiast   przyciągnął   ją   ku   sobie,   rozpalając 

zmysły pocałunkiem. Namiętnie, jak kotka, otarła się o niego, ciesząc się szorstkim 

dotykiem twardych włosów na swojej gładkiej skórze.

Kiedy odsunął się od niej, zaprotestowała gwałtownie, ale Eric sięgnął tylko 

do kieszonki dżinsów, by wyjąć z niej błyszczący pakiecik. Ucieszyła się, że myśli 

o jej bezpieczeństwie.

Kelly zagryzła wargi, kiedy ujął ją pod pośladki i uniósłszy lekko jak piórko, 

oparł o kuchenny blat. Jego wargi powędrowały w dół, wzdłuż napiętego łuku szyi, 

ku twardym, wyczekującym sutkom.

–   Teraz   –   krzyknęła   bez   tchu,   przeniknięta   słodkim   dreszczem.   –   Eric, 

proszę....

Powoli opuścił ją na siebie, wypełniając ją swoją twardością. To było tak 

wiele,   a   jednocześnie   tak   mało,   że   zapragnęła   więcej,   zapragnęła   wszystkiego. 

Ciężko dysząc, oplotła jego biodra nogami. Wtedy odszukał jej usta i wpił w nie 

szalony język.

W jego ruchach nie było teraz nic z czułej łagodności. Zastąpiła ją pasja, żar 

i pierwotna namiętność. Splecione ciała drgały w narastającym rytmie, wiodącym 

do kompletnej zatraty. W jednej chwili oboje dotarli do krańca i uchwycili się 

siebie kurczowo, szarpani spazmami błogiego spełnienia.

Zdyszane   oddechy   cichły   stopniowo.   Eric,   podtrzymując   Kelly,   powoli 

osunął   się   wraz   z   nią   na   podłogę.   Tam   legli,   objęci,   z   zamkniętymi   oczami, 

przeżywając swoje szczęście.

– Nie chce mi się gotować – mruknęła sennie Kelly.

background image

– I bardzo dobrze – zaśmiał się Eric.

– Czy nie jestem samolubna? – zapytała, otwierając jedno oko.

– Przeciwnie, jesteś rozkoszna – szepnął, przesiewając w palcach pasma jej 

włosów.

Kelly uśmiechnęła się skrycie, wtulając twarz w zagłębienie jego ramienia. 

Jakie   to   miłe   być   słodką   i   rozkoszną   istotką!   Ona,   zawsze   tak   rzeczowa   i 

samodzielna,   pozwalała   się   adorować.   Kiedy   ostatni   raz   ktoś   tak   się   o   nią 

troszczył?

– Co powiesz na kąpiel?

– Nie kąpię się, zawsze biorę prysznic.

–   Nie   ze   mną,   kochana.   –   Stanowczo   pokręcił   głową   i   wstał,   nie 

wypuszczając jej z ramion. Z zachwytem patrzyła, jak prężą się potężne mięśnie ud 

i ramion. Poniósł ją do łazienki, a kiedy ułożyli się w wannie, odkręcił kran. Woda 

zaczęła opływać ich ciepłym, rozkosznym strumieniem.

–   Masz   piękne   ciało   –   wyszeptał   Eric,   podkreślając   palcem   krągłość   jej 

piersi. – Kocham jego gładkość, jego zapach...

Kelly uśmiechnęła się do siebie z klasyczną, kobiecą satysfakcją.

– Kocham każdy jego kawałek, a zwłaszcza ten pieprzyk... – ciągnął, wodząc 

ręką po wewnętrznej stronie jej uda. Kelly wygięła się rozkosznie.

– Eric?

– Hmm...?

–   Cieszę   się,   że   zrezygnowaliśmy   z   jedzenia   –   powiedziała,   muskając 

językiem brzeżek jego ucha. – Czuję się taka nasycona.

Kiedy wrócili do kuchni, zapadał już zmrok. Dodger i Blossom siedziały 

smętnie na tarasie. Kelly wpuściła je, Eric tymczasem myszkował po lodówce, 

szukając czegoś do jedzenia.

background image

– Kozie mleko w proszku – odczytał nazwę na puszce. – A tu... Pedialyt?

– Pokarm dla szczeniąt. Niedawno doglądałam pewnego miotu.

– Suszona wątróbka. Brr, ohydne. Co ty właściwie jesz, jak jesteś głodna?

–   Czasami   zdarza   mi   się   robić   zakupy   –   odparła   nie   zrażona   i   zaczęła 

nakładać pokarm do psich misek. – Niestety, ostatnio się zaniedbałam. Jeśli sobie 

dobrze przypominam, obiecałam zrobić ci coś do jedzenia.

– Pięknie, że jeszcze o tym pamiętasz.

– Tylko nie wiem, czy zasłużyłeś na taki zaszczyt – dodała przekornie.

– Naprawdę? – Oczy Erica zabłysły niebezpiecznie. Zaszedł ją od tyłu, gdy 

stała przy zlewie i otoczył ramionami.

Kelly uwodzicielsko zamrugała rzęsami. Dawno się tak świetnie nie bawiła.

– Musisz być niepoprawnym optymistą – zachichotała.

– Mylisz się, kotku – wymruczał, całując ją w kark.

– Myślę tylko o tym, żeby znów cię trzymać w ramionach. Ma pani na mnie 

cudowny wpływ, panno Ransome.

Miała   już   na   końcu   języka   ciętą   odpowiedź,   ale   znów   rozbroił   ją   swoją 

czułością.

Postawiła miski na blacie, odwróciła się ku niemu i oparła dłonie płasko na 

jego piersi.

– Nikt nie mówił do mnie tak pięknie, wiesz?

– szepnęła.

Eric przykrył dłonie Kelly swoimi i spojrzał jej głęboko w oczy.

– Nikogo nie pragnąłem tak jak ciebie – powiedział cicho.

– Ja też – szepnęła, gdy nagle zabrzmiał w jej głowie dzwonek alarmowy. 

Nie była w stanie oderwać się od mężczyzny, ale cofnęła ręce. Komuś, kto tak jak 

ona żył w spokojnym tempie, nagłe przyspieszenie wydawało się zagrożeniem.

– Chcę się z tobą widywać – mówił Eric. – Często. Nie tylko wtedy, gdy 

background image

mamy lekcje. I nie tylko z ich powodu.

Kelly   przeklinała   własną   nieufność.   Eric   Devane   był   kimś   wspaniałym   i 

dotychczas w niczym nie zawiódł jej zaufania. Czy koniecznie musiała słuchać 

ostrzegawczego   wewnętrznego   głosu?  Ten   mężczyzna   w   krótkim   czasie   zdołał 

sforsować linie obrony, które wznosiła od lat. Przyjęła go do swojego serca i do 

swojego łóżka. Teraz już za późno na wątpliwości.

– Też bym chciała – powiedziała, tuląc się do niego.

– Wspaniale. W takim razie pozostała jeszcze jedna rzecz.

Kelly zmarszczyła brwi.

–   Wiem,   że   masz   wolne   weekendy,   ale   jutro   wyjątkowo   będę   zajęty. 

Musiałem umówić się z Larrym na kolejną rozmowę, choć wierz mi, wolałbym 

spędzić ten czas z tobą.

–   Nie   widzę   problemu.   Przecież   towarzyszyłeś   mi   na   wystawie   psów, 

prawda?

– To była zabawa, a tu chodzi o interesy.

– Moja tresura to zabawa?

Miała   rację,   oburzając   się.  A  jednak   nie   rozumiał,   dlaczego   chciała   mu 

towarzyszyć.

– Naprawdę chcesz iść ze mną na tę rozmowę?

– Tak.

–   Larry   jest   bardzo   nierówny   –   powiedział   szybko.   –   Przekazuje   mi 

wiadomości tylko wtedy, kiedy ma ochotę. Dlatego uprzedzam, że przy pierwszej 

oznace niezadowolenia z jego strony będę cię musiał prosić, żebyś zostawiła nas 

samych.

– Oczywiście, to zrozumiałe – zgodziła się natychmiast.

– Opowiedz mi jeszcze o Larrym – poprosiła Kelly, kiedy następnego dnia 

background image

rankiem jechali saabem Erica do Waterbury.

– A co chciałabyś wiedzieć?

– Wszystko.

– Nie przesadzaj, już za kwadrans będziemy na miejscu.

– Wystarczy czasu – uśmiechnęła się. – Z tego, co dotychczas mi o nim 

opowiadałeś, widzę, że nie jest to zbyt skomplikowana osobowość.

Uwielbiała sposób, w jaki marszczył brwi, kiedy czuł się przyparty do muru. 

Uwielbiała   zabawnie   unoszący   się   kącik   jego   ust,   kiedy   usiłował   się 

skoncentrować. Od rana, odkąd po nią przyjechał, zajmowała się obserwacją jego 

charakterystycznych zachowań.

Rozczulił ją, przynosząc w prezencie robione polaroidem zdjęcia Thora i 

Teaka, baraszkujących radośnie na kanapie w jego salonie. Inny mężczyzna na jego 

miejscu   przyniósłby   jej   kwiatki.   Podziękowałaby   i   włożyła   je   do   wazonu, 

zapomniawszy o nich po chwili. Eric zdawał się jednak doskonale wyczuwać, co 

może naprawdę sprawić jej przyjemność.

Wspaniały   nastrój,   w   jakim   była   od   rana,   był   również   jego   zasługą. 

Dotychczas uważała Waterbury za nudną dziurę, ale dzisiaj, kiedy była z Erikiem. 

odkryła nie znane uroki tej okolicy. Ponadto perspektywa spotkania z tajemniczym 

przestępcą podniecała ją jak kryminalna przygoda.

– Masz rację, Larry nie jest zbyt lotny – przyznał Eric. – Ale może być 

trudnym rozmówcą. To typ człowieka, który głęboko wierzy, że należy mu się 

sława i bogactwo i zupełnie nie potrafi zrozumieć, czemu jeszcze ich nie dostąpił.

– A ty grasz na tej strunie.

– Przynajmniej usiłuję. Teraz Larry mieszka z siostrą i szwagrem. Pracuje 

jako nocny portier i szczerze nienawidzi swojego zajęcia. Jeśli książka się sprzeda, 

będzie miał oczywiście udział w zyskach.

– Co będzie, jeśli znajdziesz złoto?

background image

– Wówczas otrzyma swoją część nagrody. Kelly przytaknęła z namysłem.

–  Stale   mówisz   mi,  jakie   on  będzie  miał   z  tego   korzyści.   Co   daje  ci  w 

zamian?

– Bezcenne informacje – na przykład szczegóły z życia innych członków 

gangu, opisy ich spotkań i rozmów, prawdziwy przebieg napadu.

– Wydaje mi się, byłbyś w stanie uzyskać je sam, gdybyś tylko dobrze się 

rozejrzał.

–   To   prawda   –   przyznał   Eric,   podziwiając   jej   zdolność   do   wyciągania 

najbardziej oczywistych, zdroworozsądkowych wniosków.

– Czy myślisz, że on ma jeszcze coś w zanadrzu? Eric wzruszył ramionami, 

zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Powiedzmy, że nie ufam mu w pełni. Kelly rozważała coś przez chwilę.

– Opowiedz o tych pozostałych ludziach.

– Poza Larrym było ich czterech. Trzech odsiaduje teraz swoje wyroki w 

Ossining. Czwarty, William „Buddy” Owens, zginął w strzelaninie.

– Rozmawiałeś z tamtymi trzema?

Na autostradzie pojawił się zjazd do Waterbury. Eric zwolnił i zjechał na 

boczną drogę.

– Kontaktowałem się z  nimi, ale  niewiele  mi to dało. Nie  chcieli nawet 

rozmawiać   ze   mną   przez   telefon,   nie   mówiąc   już   o   widzeniu.   Mogę   tylko 

przypuszczać, że przynajmniej jeden z nich wie, gdzie jest schowane złoto, i kiedy 

tylko skończy odsiadkę, odzyska je.

–   Ile   będą   musieli   czekać?   –   zapytała   zaciekawiona.   Eric   kluczył   wśród 

wąskich uliczek nędznego przedmieścia.

– Och, długo. Kiedy skradziona suma nie została odnaleziona, sędziowie nie 

są skłonni do łagodnych wyroków. Wręcz przeciwnie.

– Chcesz powiedzieć, że osądzono ich zbyt surowo?

background image

– Nie, mają to, na co zasłużyli.

– Wszyscy poza Larrym – zaznaczyła.

– Zgadza się.

Eric znalazł wolne miejsce na chodniku i zaparkował. Kiedy wyłączył silnik, 

odwrócił się do Kelly i poważnie popatrzył jej w oczy.

– Wiem, o co chcesz zapytać, i od razu ci mówię, że nie mam zamiaru go 

bronić. Choć Larry był w tym gangu tylko pionkiem, konkretnie kierowcą, jest 

równie winny jak oni wszyscy.

– Dlaczego w takim razie nie powiadomiłeś o nim policji?

– Nie mogłem. Dałem mu słowo. Poza tym nie wykryto jego udziału trzy 

lata temu, a kiedy tamci trzej trafili za kratki, zamknięto sprawę i przestano się nią 

interesować,   uznawszy,   że   złoto   przepadło.   Zresztą   na   wszelki   wypadek 

uruchomiłem swoje kanały, żeby wybadać, co o tym sądzi policja z Connecticut. 

Dawno już przesłali te akta do archiwum.

– Rozumiem – powiedziała Kelly, przypatrując się szeregowi odrapanych, 

jednakowych domków. – Który to?

Eric  wskazał  gestem  budynek,   który   pomimo  zacieków  i   brudnych   ścian 

wyróżniał się schludnie zamiecionym gankiem i klombem czerwonych pelargonii.

– Larry pewnie jest sam. Zawsze stara się, by przy rozmowie nie było nikogo 

z rodziny.

Kelly sięgnęła do klamki.

– Możemy już iść?

– Za chwilę. – Eric ujął jej dłoń i ścisnął znacząco. – Chciałbym, żebyś 

jeszcze   raz   się   zastanowiła,   zanim   tam   wejdziesz.   Nie   sądzę,   by   Larry   był 

niebezpieczny. Inaczej nie zabrałbym cię z sobą. Z drugiej strony jest jasne, że 

komuś   są   wyraźnie   nie   w   smak   moje   poszukiwania.   Dlatego,   jeśli   tylko   masz 

wątpliwości...

background image

– Nie mam żadnych – zapewniła spokojnie i ponownie położyła rękę na 

klamce. I tym razem Eric ją powstrzymał.

– Co znowu? – zapytała zdziwiona.

– Nic – warknął przez zęby. Owszem, coś. Boże, co się z nim działo? On, 

stary wyga, zachowywał się jak troskliwa niańka!

Teraz już wiedział, że popełnił błąd, zgadzając się, żeby z nim pojechała. 

Czuł to już wczoraj, ale nie potrafił odmówić. Tak bardzo pragnął jej obecności; 

bliskości, że pozwolił emocjom zapanować nad rozsądkiem.

Jego   szefowie   i   koledzy   pokiwaliby   zapewne   z   politowaniem   głowami, 

widząc, jak psuje sobie robotę z powodu głupich sentymentów. A, do licha, nie dbał 

w tej chwili o książkę. Najważniejsza była Kelly.

– Nie jesteś w to zamieszana i najlepiej by było, gdybyś poczekała na mnie 

w samochodzie – powiedział z troską.

– Ericu Devane – w jej głosie pojawiło się zniecierpliwienie – skończ te 

przemowy. Idę z tobą. Wycofam się jedynie wtedy, gdy Larry nie będzie chciał 

mówić w mojej obecności. I nie próbuj nawet...

– Kelly, on mnie nie obchodzi, rozumiesz? – wybuchnął. – Ważne jest twoje 

bezpieczeństwo!

Popatrzyła   na   niego   uważnie.   Jego   twarz,   tak   zwykle   spokojna,   była 

zatroskana i przejęta. Kelly, poruszona do głębi, ujęła go za rękę.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze – powiedziała miękko. Teraz ona 

porozumiewawczo uścisnęła jego dłoń.

Eric patrzył na nią przez długą chwilę, w końcu uśmiech wygładził jego 

napięte rysy.

– Zachowuję się jak nadopiekuńczy idiota, prawda?

– Jak wspaniały idiota – poprawiła go.

– O, to już lepiej – zachichotał, wychodząc z wozu. Kiedy ruszyli alejką, 

background image

Kelly wsunęła mu rękę pod ramię.

– Lubię, jak się tak o mnie troszczysz – powiedziała.

– To dobrze, ponieważ nie mógłbym przestać, nawet gdybym chciał.

Mówiąc te słowa, uświadomił sobie, jak bardzo były prawdziwe. Uczucia, 

jakie budziła w nim ta kobieta, były nowe i zdumiewające. Odczuwał ogromną 

potrzebę dokładnego ich przeanalizowania, lecz nie było już czasu. Teraz musiał 

się skupić. Miał ważną robotę do wykonania.

Kelly nacisnęła dzwonek. Larry otworzył natychmiast i cofnął się, robiąc 

zdumioną minę.

–   Co   to   za   szprycha?   –   burknął,   podejrzliwie   mierząc   ją   wzrokiem.   Nie 

ruszył się z progu, by ich wpuścić.

– Przyjaciółka – wyjaśnił krótko Eric, powstrzymując się, by nie powiedzieć 

temu gburowi paru słów do słuchu. Poza tym, jeśli drań będzie się tak lubieżnie 

gapić na Kelly, nie wytrzyma i da mu...

– Mam na imię Kelly – oznajmiła szybko, widząc, co się święci. Wyciągnęła 

rękę do Larry’ego i obdarzyła go najsłodszym z uśmiechów. Wahał się chwilę, a 

potem odwzajemnił powitanie.

– Nie miej mi za złe, że tu przyjechałam, ale Eric opowiadał mi o tobie i 

koniecznie chciałam cię poznać – wyjaśniła przymilnie. – To, co opowiadasz, jest 

fascynujące.

– Tak uważasz? – Larry dobrą chwilę wykonywał ciężką robotę myślową, aż 

w końcu odstąpił w tył, dając im znak, by weszli.

Skierował ich do saloniku i wskazał kanapę, okrytą kolorowym pokrowcem.

Panowie   zaczęli   cicho   rozmawiać,   a   Kelly   dyskretnie   rozglądała   się   po 

pokoju.   Widać   było,   że   w   tym   domu   musiano   się   zastanawiać   nad   każdym 

wydatkiem.   Niektóre   meble,   okryte   pokrowcami,   wydawały   się   nowe,   tak   jak 

kanapa, na której siedzieli. Inne były stare i odrapane. Jedyną ozdobą ściany był 

background image

kolorowy kalendarz przedstawiający ukwieconą górską łąkę.

Kiedy   zobaczyła,   że   Eric   wyciąga   notes,   przysunęła   się   bliżej,   pragnąc 

uczestniczyć w bardziej oficjalnej części rozmowy.

–   Jest   kilka   spraw,   do   których   chciałbym   wrócić   –   zaczął   Eric.   Chwilę 

przewracał kartki, aż natrafił na właściwą stronę. – O, to. Powiedziałeś, że po 

rabunku zabraliście złoto do Buddy’ego, tak?

–   Zgadza   się   –   przytaknął   Larry.   Był   chudym,   wymizerowanym 

człowiekiem,   o   zapadniętych   oczach   i   szczeciniastym,   dawno   nie   golonym 

zaroście. Rozchełstana, brudnawa koszula ukazywała chudą, bladą pierś. Zęby i 

palce miał zażółcone nikotyną. Na jego przedramieniu wił się wytatuowany wąż.

Przyjrzawszy mu się dokładnie, Kelly uznała, że nie chciałaby go spotkać w 

ciemnym zaułku.

– To był hotelik na Elm, pod numerem 123, pokój 2B, tak?

– Jak powiedziałeś, koleś. – Larry sięgnął do kieszonki na piersi i wyciągnął 

zmiętą paczkę tanich papierosów. Zapalił i zaciągnął się łapczywie. Momentalnie 

skrył go obłok duszącego dymu.

– Cała wasza piątka tam była?

– No a jak! Musieliśmy prędko zobaczyć, co mamy, nie?

– Razem liczyliście te sztaby?

Kelly   słuchała   zafascynowana,   jak   Eric   odtwarza   z   Larrym   dokładny 

przebieg   wydarzeń.   Teraz,   widząc   go   przy   pracy,   zrozumiała,   czemu   odnosił 

sukcesy jako reporter. Posiadał rzadki talent, będący kombinacją żywej inteligencji, 

otwartego   umysłu   i   wyczucia   ludzkiej   natury.   Rozmawiając   z   Larrym   w   tonie 

przyjacielskiej pogawędki, wyciągał z niego informacje dużo skuteczniej niż sędzia 

śledczy.

– Z tego, co ty wiedziałeś, złoto nie opuściło tego pokoju, czy tak?

– Tak myślałem, ale coś musiało być na rzeczy, bo potem gliny przeczesały 

background image

dokładnie całe to miejsce i nie znalazły nic.

–   Od   czasu,   kiedy   byłeś   w   pokoju   Buddy’ego   zaraz   po   kradzieży,   nie 

zjawiłeś się już tam więcej?

– Nie, bo Buddy powiedział, że trzeba się przyczaić na kilka dni. Twierdził, 

że będzie bezpieczniej, jeśli nie zobaczą nas razem.

– I z całym zaufaniem powierzyliście mu łup, by go przechował?

– Jasne. – Długi słupek popiołu z papierosa złamał się i upadł na dywan. – 

Zrozum, człowieku, jeśli nie ufasz kumplom, z którymi idziesz na skok, to cała 

robota jest do...

– Ale oni cię okłamali, Larry – głos Erica stał się nagle twardy.

– Że niby jak?

– Buddy powiedział, że musicie się rozproszyć, a potem zebrać znów, kiedy 

sprawa   przyschnie,   by   podzielić   złoto.  A  jednak,   kiedy   policja   po   paru   dniach 

zrobiła nalot na ten hotel, byli tam wszyscy oprócz ciebie.

–   Dobra.   –   Mężczyzna   podniósł   się   ciężko,   podszedł   do   kominka   i 

wściekłym   ruchem   zdusił   papierosa   przepełnionej   popielniczce   stojącej   na 

gzymsie. – Nawet jeśli wtedy mnie przerobili, to ja mam teraz ostatnie słowo, nie?

–  To   zależy   –   powiedział   ostrożnie   Eric.   –   Nie   powiedziałeś   mi   jeszcze 

niczego, co mogłoby mnie naprowadzić na trop.

Larry zniecierpliwiony potrząsnął głową.

–   Już   ci   mówiłem.   Myślałem,   że   Buddy   ma   złoto   u   siebie.   Tak   nas 

zaczarował tym gadaniem, że nie spuści go z...

– Ale policja przeszukała jego pokój i nic nie znalazła!

–  Ano,  nic   nie  znaleźli,  gady,   chociaż   przewrócili   mu  wszystko   do  góry 

nogami i nawet popruli materac – zachichotał ponuro Larry.

Od dłuższego już czasu Kelly, słuchając go, miała niejasne wrażenie, że coś 

uszło uwagi Erica, coś bardzo ważnego. Nie słuchała już dalszych pytań, stawiając 

background image

sobie w myśli własne. Kiedy Buddy mógł zabrać złoto? Dlaczego Larry uważał, że 

to on je zabrał? Czy mógłby wskazać jakieś miejsce nadające się jego zdaniem na 

kryjówkę? Czy...

– Poczekajcie – wykrzyknęła nagle, gdyż uświadomiła sobie wreszcie, co ją 

dręczy. Obaj mężczyźni spojrzeli na nią zdumieni. Niecierpliwie zwróciła się ku 

Larry’emu.

– Powiedziałeś wcześniej, że byłeś u Buddy’ego tylko raz, tuż po kradzieży?

– Tak było.

– Skąd w takim razie wiesz, jak wyglądał ten pokój po rewizji? – zapytała 

triumfalnie, widząc kątem oka, jak Eric unosi brew.

– Bo... – zająknął się Larry i z zakłopotaniem poskrobał się w brodę. – Teraz, 

kiedy o to zapytałaś, to zaczęło mi się przypominać, że potem jeszcze raz tam 

byłem. Ale to i tak niczego nie zmienia, bo chłopców już dawno tam nie było.

– A dlaczego wróciłeś do Buddy’ego? – zapytał Eric, włączając dyktafon, 

leżący przed nim na stole. Larry nie protestował. Przyzwyczaił się już do tego stylu 

pracy.

– Jackie, to znaczy moja siostra, namówiła mnie, żebym tam poszedł. To 

było po tym, jak rozdmuchali całą historię w gazetach i pisali, że Buddy nie żyje. 

Właścicielka tego hotelu podniosła szum, że nikt jej nie zapłacił, a jeszcze narobili 

bałaganu i teraz musi to sprzątać, bo nie może wynająć. Wiec Jackie powiada: Idź 

tam, Larry, może zostały jakieś jego rzeczy, to je zabierzesz. Buddy nie był w 

porządku,   ale   zawsze   to   kumpel.   Poszedłem   i   w   wielkim   pudle   przytachałem 

wszystko, co po nim zostało. No bo kto to w końcu miał zrobić, skoro tamtych 

zwinęli? – Wzruszył ramionami. – Zresztą w tym pudle są same śmiecie.

Eric z trudem ukrywał podekscytowanie. Dziennikarski nos mówił mu, że 

jest na tropie.

–   Gdzie   masz   ten   karton,   Larry?   –   zapytał   znudzonym   tonem,   jakby 

background image

interesował się tym szczegółem wyłącznie z obowiązku.

– O Jezu, nie wiem. Może w piwnicy...

– Nie uważasz, że dla porządku należałoby przejrzeć te rzeczy?

Larry podniósł się niechętnie z fotela.

– Przecież mówiłem wam, że nic tam nie ma. Po co oglądać śmiecie?

– A jednak chcielibyśmy rzucić na nie okiem – powiedział Eric.

We trójkę zeszli do zagraconej piwnicy, ledwo oświetlonej brudną żarówką. 

Na   szczęście   wśród   rupieci   nie   było   wielu   pudeł   i   po   półgodzinie   poszukiwań 

natrafili na właściwe. Eric natychmiast wyjął je Larry’emu z rąk.

– Jeśli pozwolisz – powiedział – zabierzemy je do i om u i tam spokojnie 

przejrzymy.

– Dobra, bierzcie, na co mi ono. Przecież mówiłem, że tam są tylko...

–   Śmieci   –   dokończyli   chórem   Eric   i   Kelly.   Pożegnali   się   z   Larrym   i 

załadowawszy karton do samochodu, odjechali w pośpiechu.

– Myślisz, że to może być przełom w twoim śledztwie? – zapytała Kelly z 

ożywieniem.

– Nie wiem. Przekonamy się, kiedy dojedziemy do domu – odpowiedział 

Eric, cisnąc gaz.

„My”, powtórzyła z zachwytem w myśli. Bardzo polubiła ten zaimek. Teraz 

stanowili   z   Erikiem   zgrany   zespół.   To   stwierdzenie   również   brzmiało 

zachwycająco.

background image

Rozdział 8

Po   godzinie   pracy   w   tumanach   kurzu   Kelly   była   skłonna   przyznać   rację 

Larry’emu. Zawartość pudła rzeczywiście wyglądała na śmieci.

Dotychczas   zinwentaryzowali   dwie   flanelowe   koszule,   parę   dżinsów, 

grzebień z powyłamywanymi zębami, stare numery kolorowych magazynów i plik 

papierów   –   listów,   rachunków   i   wycinków   prasowych.   Przejrzeli   je   bardzo 

starannie, jednak żaden nie wnosił niczego nowego do sprawy. Wreszcie, kiedy 

spod papierów zaczęło prześwitywać dno, Eric niecierpliwie wsunął pod nie rękę i 

natrafił na jeszcze jeden przedmiot.

–   Oto   epokowe   znalezisko!   –   zawołał   z   goryczą,   wznosząc   do   góry 

szczoteczkę do zębów ze śladami pleśni.

–   Ohyda   –   skrzywiła   się   Kelly.   –   Trzeba   przyznać,   ze   Larry   uczciwie 

wykonał swoją robotę – spakował dosłownie wszystko.

–   Tym   lepiej   dla   nas   –   powiedział   Eric   i   zaproponował,   by   podzielić 

zawartość kartonu na dwie części rzeczy osobiste, które będzie można wyrzucić, i 

papiery,   które   należy   jeszcze   raz   przejrzeć.   –   Można   z   czystym   sumieniem 

powiedzieć, że niczego nie przegapiliśmy – oznajmił, kładąc szczoteczkę na stosie 

ubrań.

Na wszelki wypadek odwrócił jeszcze pudło do góry nogami i wytrząsnął je 

dokładnie.   I   wówczas   na   podłogę   wypadł   ze   stukiem   mały   przedmiot,   którego 

dotychczas   nie   zauważyli.   Była   to   figurka   starego   Chińczyka,   wyrzeźbiona   w 

kamieniu podobnym do marmuru, osadzona na grubej, prostokątnej podstawce.

–  A  co   sądzisz   o   tym?   –   zapytał,   stawiając   figurkę   na   podłodze.   –   Czy 

według ciebie Buddy był wyznawcą zen, wielbicielem sztuki orientalnej, a może 

tylko chińskiej kuchni?

background image

– Nic z tych rzeczy – oświadczyła Kelly, obejrzawszy uważnie bibelocik. – 

To jest pieczątka. Zobacz – odwróciła figurkę i pokazała mu podstawę, na której 

wytłoczony był chiński napis. – Chińczycy używają tego jako swoistego talizmanu. 

Na podstawce możesz kazać wyryć swoje imię, jakiś symbol albo cokolwiek. Ma ci 

przynosić szczęście.

–  Jestem  pod  wrażeniem  –   stwierdził  Eric,   z   zainteresowaniem  studiując 

napis. – Skąd o tym wiesz?

– Przypadek. Mój ojciec miał coś takiego na biurku i często dawał mi to do 

zabawy, kiedy byłam mała. Przyjaciel przywiózł mu tę pieczątkę z Hongkongu 

Znajdź papier i tusz albo atrament, dobrze?

Tajemniczy symbol odbił się wyraźnie na białe; kartce.

– Ciekawe, co on oznacza? – zapytał Eric, zerkając Kelly przez ramię.

–   Nie   mam   pojęcia.   Chińczycy   posługują   się   tysiącem   symboli.   Może 

oznaczać dosłownie wszystko.

– Na przykład: „Złoto jest zakopane pod starym dębem”, tak? – roześmiał 

się, wodząc palcem po plątaninie cienkich linii.

–   Bez   przesady.   Mamy   tu   tylko   jeden   znak,   więc   może   symbolizować 

najwyżej   jedną   krótką   myśl.   Zresztą   widzisz,   że   figurka   jest   popękana   i 

poobtłukiwana. Musi być stara. Prawdopodobnie Buddy trzymał ją na szczęście, i 

tylko tyle.

–   Może.   –   Eric   ustawił   pieczątkę   na   biurku.   –  Ale   na   wszelki   wypadek 

postaram się o przetłumaczenie.

– Dobra myśl. A co masz zamiar zrobić z resztą tych śmie...

– Nie wymawiaj tego słowa! – ostrzegł ze śmiechem.

Szybko zebrali papiery i włożyli je z powrotem do pudła.

– Nie wiem jak ty, ale ja mam dosyć – powiedział Eric.

– Ja też. Mam błogą nadzieję, że poczęstujesz mnie zimnym drinkiem.

background image

– Zobaczymy – powiedziała tajemniczo.

Eric   zagryzł   wargi.   Obserwował   ją   przez   całe   przedpołudnie,   udając,   że 

koncentruje się na innych sprawach. Tymczasem prześladowała go myśl o słodkiej 

woni jej włosów i aksamitnej gładkości skóry. Żadna kobieta  nie pociągała go 

fizycznie aż tak bardzo.

Kelly   intrygowała   go   pod   każdym   względem.   Czy   sprawiła   to   aura 

tajemnicy,   jaka   otaczała   jej   przeszłość?   Czy   błyskotliwość,   z   jaką   analizowała 

zawiłe wątki sprawy zrabowanego złota? A może po prostu smukła, zmysłowa linia 

jej szyi, po której tak bardzo chciałby wędrować wargami...?

– Przyglądasz mi się – stwierdziła cicho.

– Zachwycam się tobą – powiedział niskim głosem i przyciągnął ją do siebie.

Kelly niecierpliwą  dłonią sunęła  po twardym udzie  ku  zapięciu  dżinsów. 

Kiedy tam dotarła, Eric gwałtownie wciągnął oddech.

– Jesteś gotowy – mruknęła z rozkosznym uśmiechem.

Pochylił głowę i zaczął ją całować. Ich języki splotły się w namiętnym tańcu, 

a potem rozłączyły. Eric czule musnął wargami kąciki ust Kelly i zaczerwieniony 

od słońca czubek jej nosa.

– Wiesz, że byłaś niesamowita tam, u Larry’ego?

– powiedział.

– Mhm... – przytaknęła z roztargnieniem, zajęta guzikami jego koszuli. – 

Później mi opowiesz, dobrze?

– szepnęła, ściągając mu ją z ramion. Nie pozostał dłużny i zajął się jej 

bluzką.

Kształtne piersi otulała czarna koronka. Ten podniecający widok nieznośnie 

rozpalił jego żądzę. Zachłannie sięgnął rękami ku białym krągłościom.

– Jesteś... jesteś wspaniała... – wyszeptał zdławionym głosem.

Rosnące napięcie wygięło ciało Kelly w łuk. Miękki pomruk wibrował jej w 

background image

gardle.

– Chodź... – wabiła.

W poniedziałek rano, w porze, kiedy normalnie miałaby się odbyć lekcja 

Dodgera, Eric i Kelly pojechali do Waterbury. Po drodze wstąpili na pocztę, by 

wysłać odbitkę znaku z figurki do Nowego Jorku, do przyjaciela Erica, który znał 

chiński.

Tym razem nie rozmawiali już z Larrym, lecz poświęcili czas na małą wizję 

lokalną. Napad na bankową furgonetkę odbył się o zmroku, na ruchliwej ulicy. 

Nawet   teraz,   po   paru   latach,   znalazło   się   jeszcze   dwóch   sklepikarzy,   którzy 

pamiętali całe zajście i chętnie o nim opowiedzieli.

We wtorek po południu pojechali do hoteliku, w którym wówczas mieszkał 

Buddy, i ucięli sobie miłą pogawędkę z właścicielką, panią Baker.

W środę wypili kawę w ciemnym, zadymionym barze, gdzie narodziły się 

plany napadu.

W   naturalny   sposób   Kelly   stała   się   partnerką   w   śledztwie.   Eric 

dostosowywał nawet pory własnych spotkań i wyjazdów do jej rozkładu dnia tak, 

by zawsze mogli być razem. Cieszył się jej towarzystwem i cenił jej wnikliwe 

spostrzeżenia, które okazały się niezmiernie pożyteczne.

Kiedy   zaś   Kelly   pracowała   w   szkole   bądź   udzielała   lekcji   prywatnym 

klientom, Eric pisał. Albo przynajmniej wyobrażał sobie, że pisze.

Tego   czwartkowego   popołudnia,   po   godzinie   siedzenia   przy   biurku,   na 

ekranie jego nowego komputera nie pojawiło się ani jedno zdanie. Jak zwykle nie 

mógł się skupić z powodu Kelly. Wkradała się w jego myśli z tą samą łatwością, z 

jaką   wkradła   się   do   jego   serca.   Im   lepiej   zaś   ją   poznawał,   tym   bardziej   był 

świadom, jak mało o niej wie.

Cały   ostatni   tydzień   praktycznie   się   nie   rozstawali,   pracując   razem, 

background image

odpoczywając, śmiejąc się i kochając. Istniały sfery, w których Kelly nie miała 

przed nim tajemnic i lgnęła do niego z cudowną szczerością i zaufaniem. W innych 

zaś   natykał   się   na   zatrzaśnięte   na   głucho   drzwi,   kryjące   bolesne   tajemnice 

przeszłości. Wyraźnie czuł, że dręczą ją nadal i nie pozwalają w pełni być sobą, 

nawet jeśli oddawała mu swoje ciało.

To nie jest zwykła ciekawość, usprawiedliwiał się przed sobą, sięgając po 

słuchawkę. Kiedy mężczyzna pozwala, by kobieta zawładnęła jego myślami do 

tego stopnia, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować, wtedy, do licha, ma 

prawo do wszelkich posunięć.

Zaczął już wystukiwać numer, ale nagle jego ręka znieruchomiała. Twarz 

Kelly stanęła mu przed oczami jak żywa. Twarz kobiety, którą kochał. Drgnął, 

uderzony   nagłym   skojarzeniem.   Oczywiście,   teraz   wszystko   stało   się   jasne. 

Zakochał się w Kelly Ransome.

Skoro tak, miał prawo, a nawet obowiązek działać, by znieść bariery pilnie 

strzegące   świata   jej   przeszłości.   Zdecydowanymi   ruchami   wcisnął   sekwencję 

klawiszy.

– „New York Times”, archiwum, słucham? – odezwał się głos.

– Graham, stary koniu, to ty? – Eric odchylił się wraz z krzesłem i oparł nogi 

na biurku.

– Eric! Jak ci się żyje w tej pustelni?

– Powolutku.

– To nie w twoim stylu, stary.

Jak   najbardziej   w   moim,   pomyślał,   ale   nie   widział   sensu   w   tłumaczeniu 

koledze, jak szczęśliwy jest ostatnio w Woodbury.

– Posłuchaj, czy mógłbyś mi wyświadczyć małą przysługę? – zapytał.

– Gadaj.

– Chcę, żebyś sprawdził jedno nazwisko. Ransome. Zanotuj: RANSOME. 

background image

Nie   potrafię   powiedzieć   dokładnie,   o   co   chodzi,   ale   wydaje   mi   się   dziwnie 

znajome.   W   każdym   razie   chodzi   o   drugą   połowę   la:   siedemdziesiątych   albo 

wczesne osiemdziesiąte. Może być związane z Nowym Jorkiem, ale nie musi.

– To niezwykle zawęża obszar poszukiwań – zachichotał Graham.

Eric niecierpliwie zabębnił palcami w kolano.

– Od czego są w końcu komputery i fachowcy tacy jak ty, co?

– Dzięki za komplement. Podejrzewam, że chcesz mieć to na wczoraj, jak 

zwykle?

– Zgadza się.

– Zobaczę, co się da zrobić – westchnął z rezygnacją Graham.

– Dzięki. Masz u mnie kolację, jak tylko będę w mieście.

– Trzymam za słowo. Cześć.

Eric odłożył słuchawkę i przeciągnął się z zadowoleniem. Wreszcie zrobił 

coś konkretnego i poczuł się o wiele lepiej. Położył palce na klawiaturze, namyślał 

się   przez   chwilę,   a   potem   zaczął   pisać.   Teraz,   kiedy   skrystalizowały   się   jego 

uczucia do Kelly, zyskał upragniony spokój i twórczą wenę. Jak burza przeleciał 

przez rozdział piąty i był już w połowie szóstego, kiedy zadzwonił telefon. Drgnął, 

słysząc natarczywy sygnał. Co prawda w ostatnim tygodniu tajemniczy szantażysta 

nie odezwał się ani razu, ale nie mógł mieć pewności...

Wydał komendę zachowującą tekst i sięgnął po słuchawkę.

– Devane, słucham.

– Wygrzebałem coś dla ciebie – zaczął Graham bez zbędnych wstępów. – 

Niedużo tego, bo miałem za mało danych, ale może się przyda.

– Dobra, dawaj. – Eric z nawyku sięgnął po notes.

–   Daniel   Ransome   ostro   poszedł   do   góry   na   Wall   Street   w   latach 

siedemdziesiątych. Pracował dla firmy inwestycyjnej Scuddera i Hope’a.

– Aha... – mruknął Eric, notując pilnie. Teraz zaczął kojarzyć. W tamtych 

background image

latach zaczynał pracę jako młodszy redaktor w „Timesie”, a o całej historii było 

wtedy głośno.

–   W   osiemdziesiątym   roku   dobrała   im   się   do   skóry   Federalna   Komisja 

Handlu. Chodziło o sprzedawanie informacji o stanie finansowym przedsiębiorstw 

wchodzących na giełdę. Wybuchł wielki skandal, wiesz, naruszenie publicznego 

zaufania i tak dalej.

– Dobrze, a na ile był w to wciągnięty Ransome?

– Zależy, kogo by się spytało. Krążyło wiele sprzecznych opinii. Scudder i 

Hope bronili go, to jasne. Ale nie ma tu nic pewnego. Pamiętaj, że wszystko się 

działo  dziesięć   lat  temu.  W  każdym  razie   wytoczono   przeciwko  niemu   ciężkie 

działa,   ale   niczego   mu   nie   udowodniono.   Jednak   prasa   nie   popuściła.   Nie   dali 

przyschnąć sprawie i w końcu doprowadzili do tego, że Ransome był w środowisku 

spalony. Po trzech miesiącach sam podał się do dymisji.

Eric zaczął zajadle gryźć koniec długopisu.

– Masz coś o jego rodzinie?

– Niewiele. Oszczędzono ich, gdyż nie mieli o niczym pojęcia. A więc żona, 

Betty, dobrze zakonserwowana, opalona blondynka – znasz ten typ. Zaangażowana 

po   uszy   w   działalność   charytatywną.   Jedno   dziecko,   córka   Kelly,   miała   wtedy 

dziewiętnaście lat. Mam jej zdjęcie, zrobione po procesie, ale jest niewyraźne. W 

każdym razie, sądząc po minie, musiała być tym wszystkim zdruzgotana.

Eric przymknął oczy, usiłując opanować zamęt w głowie.

Córka Kelly... musiała być zdruzgotana tym wszystkim... Suche, rzeczowe 

sprawozdanie przydawało ponurości faktom.

– Hej, jesteś tam jeszcze?

– Tak. – Zmęczonym ruchem potarł czoło.

– Czy to ci coś daje?

– Tak. Stokrotne dzięki, Graham.

background image

– Nie ma za co, stary.

Teraz już wiem, pomyślał Eric, powoli odkładając słuchawkę.

Teraz już wiedział, kiedy zadano Kelly ten okrutny cios. Teraz rozumiał, 

dlaczego   nie   ufała   dziennikarzom   i   co   sprawiło,   że   musiała   przerwać   studia   i 

zaszyć się na prowincji.

Po raz pierwszy w życiu Eric Devane, zawodowy łowca informacji, zaczął 

się zastanawiać, czy przypadkiem nie wie za dużo.

A jednak następnego dnia już tak nie myślał. Poznanie bolesnej przeszłości 

Kelly mogło pomóc ją zmienić. Postanowił działać natychmiast.

Oboje mieli wolny piątek, więc zaprosił ją do siebie na kolację. Z radością 

przyjęła   zaproszenie.   Eric   przygotowywał   się   bardzo   starannie.   Wyszukane 

potrawy, dobre wino, pięknie nakryty stół, nastrojowe światło świec – nie pominął 

niczego,   lecz   nie   wziął   pod   uwagę   punktualności   Kelly.   Kiedy   zadzwoniła   do 

drzwi, komponował jeszcze wymyślną sałatkę ze szpinaku.

– Wejdź! – zawołał. Thor i Teak zerwały się ze swoich posłań i z radosnym 

szczekaniem popędziły do drzwi.

Eric   w   przyspieszonym   tempie   mieszał   sałatkę,   słuchając,   jak   Kelly 

przemawia do psów. Skończył w samą porę, by nalać dwa kieliszki wina i wyjść z 

nimi do holu.

Kelly, stojąca w ramie drzwi, rozświetlonej blaskiem zachodzącego słońca, 

wyglądała jak zjawisko. Po raz pierwszy widział ją w sukience. Była to sukienka z 

cienkiej białej bawełny, w prostym ludowym stylu, długa i powiewna, o okrągłym 

dekolcie   i   luźnej,   zbluzowanej   górze.   Szczupłą   talię   otaczała   szeroka, 

wielokolorowa szarfa. Stanik i dół sukni obszyte były barwnym ściegiem. Gdyby 

nie to, wyglądałaby jak szata dziewiczej kapłanki. Patrząc na twarz Kelly, Eric ze 

zdumieniem   dostrzegł   na   niej   wyraz   zawstydzenia   i   niepewności.   Po   tym 

background image

wszystkim, co przeszli już razem, jeszcze nie była pewna, czy mu się podoba! 

Odstawił kieliszki i podbiegł, by wziąć ją w ramiona.

– Przepięknie wyglądasz – powiedział z nie skrywanym podziwem.

– Och, dzięki – wyjąkała Kelly. Przez ułamek sekundy dręczyła ją obawa, 

czy   nie   popełniła   błędu.   Od   tak   dawna   już   nie   stroiła   się   dla   mężczyzny,   że 

zwątpiła, czy potrafi jeszcze wyglądać kobieco i elegancko. Wystarczyło jednak 

jedno   spojrzenie   na   twarz   Erica,   by   wiedziała,   że   wszystko   będzie   dobrze. 

Dostrzegła zachwyt w jego oczach. Naprawdę uważał, że jest... piękna.

Odsunął ją od siebie na odległość ramienia.

– Piękna, to za mało powiedziane. – Popatrzył na nią z zachwytem. – Jesteś 

po prostu oszałamiająca. Zmieniłaś fryzurę? – Musnął palcami złote pasma.

– Trochę. Właściwie podcięłam włosy, żeby lepiej się układały.

Dostrzegł, że ma lekki makijaż, dyskretnie podkreślający jej naturalną urodę. 

Mimo tych wszystkich zmian była dawną Kelly, szczerą, otwartą, a jednocześnie 

upartą i zdecydowaną.

– Podoba mi się twoja suknia.

– Jest nowa – wyznała. Eric sprawił, że znów poczuła się kobietą. Kobietą, 

która chce się podobać mężczyźnie. Chciała, żeby o tym wiedział. – Miałam trochę 

czasu dziś po południu i postanowiłam spędzić go w sklepach.

– Masz dobry gust – uśmiechnął się i wziąwszy za rękę, poprowadził ją do 

salonu. – Otworzyłem wino. Mam nadzieję, że czerwone będzie ci odpowiadało.

Kelly wzięła z jego rąk kieliszek i upiła łyk. Ciemny, rubinowy burgund, 

cudownie   wytrawny   i   delikatny,   rozgrzewał   jej   gardło.   Popatrzyła   na   pięknie 

zastawiony stół.

– Bardzo się napracowałeś.

–   Nie   bardziej   niż   ty   –   powiedział,   wpatrując   się   w   nią   intensywnie. 

Wreszcie, przypomniawszy sobie o obowiązkach gospodarza, poszedł do kuchni, 

background image

by zabrać przyprawione mięso i położyć je na ogrodowym grillu. Kelly podążyła za 

nim z kieliszkiem w ręku.

– Wiesz, rozmawiałem z przyjacielem z Nowego Jorku – powiedział. – Tym, 

któremu wysłaliśmy chińską pieczątkę.

– Aha, i co mówił?

– Ten symbol oznacza szczęście i bogactwo.

– Hm, to by nawet pasowało.

– Owszem, ale cóż z tego? – westchnął, fachowo przewracając skwierczące 

płaty.

– Nie wiem, ty mi powiedz. Przecież nie ja piszę tę książkę – zauważyła z 

przewrotnym uśmiechem.

–   Sam   chciałbym   wiedzieć   –   stwierdził   z   nieoczekiwaną   powagą.   – 

Rozpracowuję tę sprawę od trzech miesięcy, a jestem tak samo bliski odnalezienia 

skarbu jak na początku.

– Tego nie możesz ocenić. Zebrałeś mnóstwo informacji. Zapewne zawierają 

ważne wątki, ale jeszcze nie połączyłeś ich ze sobą.

– Możliwe. – Eric zdjął mięso z rusztu i rozłożył je na talerzach. – Ale jedną 

rzecz mogę ci powiedzieć z całą pewnością.

– Co takiego?

Przeszedł do salonu, postawił talerze na stole i odwrócił się do Kelly, biorąc 

ją w ramiona.

– Dzisiaj nie mam zamiaru martwić się Larrym Smithem, świętej pamięci 

Buddym i tym całym napadem stulecia. Słowem – musnął wargami jej włosy – 

jedynym szczęściem, które mnie teraz interesuje, jest nasze szczęście.

–   Wznoszę   za   nie   toast   –   szepnęła,   przymykając   oczy   i   rozchylając 

zapraszająco wargi.

– Właśnie, toast – mruknął Eric, niechętnie odsuwając się od niej. – Jeśli 

background image

teraz nie usiądziemy do stołu, to już nie zjemy kolacji.

– Boże, jak ty się potrafisz szybko przestawić – westchnęła Kelly.

Eric zabawnie wywrócił oczami.

– I kto to mówi? Kobieta, która uwiodła mnie w kuchni!

– Uwiodłam cię? Jeśli sobie przypominam, przystałeś na to ochoczo.

– Kochana, zawsze mam ochotę na te rzeczy z tobą. I jeśli będziemy dalej 

roztrząsać   ten   temat,   Thor   i   Teak   zyskają   wspaniałą   kolację   –   powiedział, 

spoglądając znacząco na stygnące porcje.

– Tak jak ostatnim razem – roześmiała się, przysuwając sobie krzesło. – 

Musiałam się zadowolić masłem orzeszkowym i galaretką.

– Biedactwo. Co do mnie, nie znoszę ani jednego, ani drugiego.

Podał jej sałatkę i zaczęli jeść. Eric skrycie obserwował Kelly, jak zwykle 

pochłaniającą wszystko ze zdrowym apetytem. Jeśli się już na coś zdecydowała, 

robiła to do końca. Tak samo postępowała dawniej, pomyślał. Kiedy miała dosyć 

Nowego Jorku, wyjechała z miasta i bez żalu zostawiła je za sobą. Wiedząc o tym, 

przerwał pocałunek i nakłonił ją do kolacji. Bardzo pragnął się kochać z Kelly, 

jednak czuł, że muszą najpierw porozmawiać.

Teraz bowiem, kiedy poznał bolesny sekret jej przeszłości, nie mógł już być 

taki beztroski. Świadomość, iż znał sprawy, z których Kelly nie miała ochoty mu 

się   zwierzać,   nakazywała   mu   wyjaśnić   sytuację.   Przedyskutować   przeszłość   na 

nowo, by zamknąć ją raz na zawsze.

A jednak, choć bardzo tego pragnął, nie wiedział, jak nawiązać do tamtych 

lat. W czasie kolacji zagłębili się dyskusję o lidze baseballowej, a przy deserze 

Kelly opowiadała o swojej rubryce i listach, jakie dostaje od czytelników. Eric 

obiecał sobie solennie, że zacznie temat przy kawie, ale parzył ją w kuchni tak 

długo, że kiedy wrócił, Kelly nie było już przy stole.

– Hej, gdzie jesteś?

background image

– Tutaj. – Jej głos dobiegł z tarasu. – Noc jest taka piękna. Księżyc w pełni i 

tysiące gwiazd na czystym niebie.

Postawił   filiżanki   na   stole   i   wyszedł   do   niej.   Po   upalnym   dniu   powiew 

nocnego wiatru działał cudownie orzeźwiająco. Eric usiadł obok Kelly na schodku 

tarasu i razem wpatrywali się w krajobraz, zalany srebrnym światłem.

– Wiesz – powiedziała z rozmarzeniem, opierając mu głowę na ramieniu – 

czasami  zastanawiam  się,  ile   tracę,  żyjąc  tu,  w Woodbury,  gdzie  życie   biegnie 

powoli i bez niespodzianek. Ale są też momenty takie jak ten, kiedy wiem, że nie 

chciałabym być w żadnym innym miejscu.

– W każdym miejscu możesz czuć się dobrze, jeśli jesteś z właściwą osobą – 

powiedział, przyciągając ją do siebie.

–   Może   i   tak.   –   Dotknięcie   dłoni   gładzącej   jego   szyję   było   miękkie   i 

spokojne. Taki też był jej głos, kiedy znów się odezwała. – Przez bardzo długi czas 

uważałam, że ktoś taki nie istnieje. Raz tylko znalazłam szczęście, ale sama je 

zniszczyłam. Potem nie śmiałam już go szukać, uważając, że na nie nie zasłużyłam.

– Zasłużyłaś na każde szczęście i nawet na coś więcej. Wiem, co przeszłaś i 

jak musiałaś się tym dręczyć przez te wszystkie lata... – Przestał mówić czując, jak 

Kelly sztywnieje w jego ramionach.

Uniosła   głowę.   W   półmroku   widział,   jak   marszczy   brwi   i   mierzy   go 

wzrokiem spod zmrużonych powiek.

– Wiem o twoim ojcu, Kelly.

– Co takiego?

– Wiem o firmie Scuddera i Hope’a. Wiem o aferze na Wall Street.

Odsunęła się, jakby jego dotknięcie mroziło ją. Chłodne nocne powietrze, 

którym jeszcze przed chwilą się rozkoszowała, wydało jej się nagle lodowate.

– Skąd się dowiedziałeś?

– To nieważne.

background image

– Dla mnie ważne!

Nie mógł znieść udręki brzmiącej w jej głosie. Spodziewał się, że będzie 

zaskoczona, nawet niezadowolona, ale nie był przygotowany na gniew i żal.

– Kelly, chodź bliżej – szepnął, wyciągając ku niej rękę. – Porozmawiajmy...

–   Słyszę   cię   całkiem   dobrze   –   syknęła,   przyciskając   się   do   balustrady. 

Wiedział, że jeśli tylko zrobi ruch w jej stronę, poderwie się i ucieknie w ciemność.

– Kelly, nie przejmuj się tak – uspokajał.

– Daj mi spokój!

Coś   stało   się   z   zaufaniem,   które   z   taką   troską   pielęgnowała   w   sobie.   I 

uczucia, na które pozwoliła sobie wbrew głosowi rozsądku, gwałtownie przycichły. 

Z upiorną dokładnością powtarzała się już kiedyś odegrana scena.

– Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, to proszę. Chcę wiedzieć, co wiesz o moim 

ojcu i skąd masz te informacje.

Eric westchnął ciężko. Zbyt późno zorientował się, że popełnił błąd, ale nie 

miał już odwrotu.

– Wiem, że twoim ojcem jest Daniel Ransome i że był zamieszany w aferę 

na Wall Street, związaną z przeciekiem informacji o stanie przedsiębiorstw.

– Jak na dziennikarza o takiej sławie wywęszyłeś bardzo mało – powiedziała 

zgryźliwie. – A miałeś przecież wystarczająco dużo czasu.

–   Naprawdę   myślisz,   że   grzebałem   w   twoim   życiorysie,   od   kiedy   cię 

poznałem? – zapytał, niemile zatłoczony.

– A nie robiłeś tego?

– Jasne, że nie! Dlaczego miałbym to robić?

– Kto cię wie? – prychnęła wściekle. – Może szukałeś materiału do następnej 

książki?

Gdyby tylko dała mu szansę, mógłby przyznać, że posunął się za daleko. 

Jednak irytacja i urażona duma wzięły górę nad ostrożnością. Teraz był równie 

background image

wściekły, jak ona.

–   Od   tamtej   pory   giełda   przeżyła   już   kilkanaście   skandali   większego 

formatu. Dlaczego miałbym się podniecać jakąś starą historią?

– Nie wiem, może to odruch zawodowy – wzruszyła ramionami. – Poznałam 

cię   trochę   i   widzę,   w   jakim   stylu   pracujesz.   Przydaje   ci   się   każda,   nawet 

najmniejsza informacja i każdy kontakt. A mały romansik z córką przestępcy może 

być bezcennym materiałem.

– Nie nazwałem twojego ojca przestępcą!

Zamilkli,   wyczerpawszy   argumenty.   Kelly   uświadomiła   sobie   nagle,   że 

oczekiwała, by zaprzeczył oskarżeniu o romansowanie z nią z premedytacją. Nie 

zrobił   tego,   poprzestał   na   sprostowaniu   jednego   tylko   słowa.   Ostatnia   iskierka 

nadziei   zgasła.   Wraz   nią   rozpłynął   się   gniew,   pozostawiając   tylko   poczucie 

rozpaczy i beznadziejności.

– Jeśli nie obwiniasz mojego ojca o przestępstwo – powiedziała zmęczonym 

głosem – to jesteś jedynym dziennikarzem, który tego nie zrobił.

Eric zaryzykował. Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia.

– Czy pozostali mylili się, Kelly?

Podniosła   się   gwałtownie   i   stanęła   z   rękami   skrzyżowanymi   na   piersi, 

wpatrzona w noc.

– Co to ma za znaczenie?

– Wiem, że dla ciebie duże. A jeśli tak, ma również dla mnie.

– Nie wierzę ci. – Nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem. Ból przenikał ją jak 

okrutne ostrze. Zależało jej na tym mężczyźnie i była tak szalona, że liczyła na 

wzajemność.   Tymczasem   widział   w   niej   tylko   źródło   informacji   do   następnej 

sensacyjnej książki. – Dostarczyłam ci niezłej zabawy, co? – zaśmiała się gorzko. – 

Naiwna panienka z prowincji, która dała się...

– Kelly, przestań! – przerwał jej ostro. Płynnym, błyskawicznym ruchem 

background image

uniósł się ze schodka i chwycił ją w ramiona, odwracając twarzą ku sobie. – Wcale 

tak nie było i dobrze o tym wiesz!

– Czyżby? Może więc opowiesz mi swoją bajeczkę? Eric z zakłopotaniem 

przeczesał włosy palcami.

– Nie chciałaś mi opowiedzieć niczego o sobie. Przyznaję, że coraz bardziej 

mnie to ciekawiło. Później, kiedy się lepiej poznaliśmy, doszedłem do wniosku, że 

tajemnica, którą kryjesz, coraz bardziej nas dzieli i domaga się wyjaśnienia.

–   Prosiłam   cię,   żebyś   uszanował   moją   prywatność.   Myślałam,   że...   – 

Gwałtowne łkanie nie pozwoliło jej dokończyć. – Myślałam, że ty jesteś inny, że 

mogę ci zaufać – dokończyła zdławionym głosem.

–   Inny   niż   kto?   –   nalegał,   czując,   że   w   odpowiedzi   tkwi   klucz   do   jej 

bolesnego sekretu.

– Co, chcesz uzupełnić brakujące informacje?

– Nie bądź śmieszna!

–   Mówię   najzupełniej   poważnie.   Skoro   nieświadomie   dostarczyłam   ci 

materiału   na   sensacyjną   książkę,   nie   chciałabym,   żebyś   przedstawił   mnie   w 

najgorszym świetle.

– Przestań wreszcie mówić o pomyśle, który się nigdy nie narodził i nie 

narodzi. Nie ma takiej książki. Jestem tylko ja, mężczyzna, któremu na tobie zależy 

– urwał i wziął głęboki oddech. – Mężczyzna, który cię kocha, Kelly.

Myślała, że nic już jej nie zaskoczy, ale te słowa oszołomiły ją jak cios. 

Kocha ją? Eric Devane ją kocha?

Nie, to niemożliwe. Mężczyzna, który kocha, nie nadużyłby jej zaufania. 

Mężczyzna, który kocha, nie szperałby bez jej wiedzy w najbardziej osobistych 

sprawach. I nie patrzyłby na nią tak jak on teraz – spod zmrużonych powiek, ze 

zmarszczonymi brwiami, z ustami zaciśniętymi w twardą linię.

– Powiedziałem, że cię kocham – powtórzył Eric.

background image

– Słyszałam.

– I...?

– I myślę, że każde z nas ma inne pojęcie o tym, czym jest albo nie jest 

miłość.

– Miłość oznacza dla mnie troskę o kogoś do tego stopnia, że gotów jestem 

zrobić wszystko, by zapewnić mu szczęście.

– Chcesz mnie uzdrowić, ty dobroczyńco?

– Do licha, Kelly, nie o to chodzi!

–   Pewnie   myślisz,   że   jestem   tak   zaplątana   w   swojej   przeszłości,   że 

potrzebuję kogoś, kto by mnie od niej uwolnił?

– Nie powiedziałem tego...

– Wiem, co powiedziałeś – ucięła gorzko. – I wiem, czego chcesz. Chcesz 

znać historię, która zdarzyła się przed laty w mojej rodzinie. Ale nie tę, o której się 

dowiedziałeś, tylko tę inną, ukrytą.

Już otwierał usta, ale uciszyła go ruchem dłoni.

– Widzę, jak bardzo jest dla ciebie ważna, więc opowiem ci ją.

background image

Rozdział 9

Biała suknia Kelly jaśniała srebrzyście w blasku księżyca, a włosy nabrały 

odcienia   starego   złota.   Eric   wpatrywał   się   w   jej   profil,   odcinający   się   na   tle 

wygwieżdżonego   nieba.   Jeszcze   nigdy   nie   wydawała   mu   się   tak   kochana   i 

upragniona, a jednocześnie tak daleka. Miał wrażenie, że z każdą chwilą oddala się 

od niego bezpowrotnie. Czuł się całkowicie bezsilny, świadom, że nie może zrobić 

nic, co mogłoby ją zatrzymać.

Było mu obojętne, kim był jej ojciec i jakie przestępstwo popełnił. Po raz 

pierwszy fakty i informacje nic dla niego nie znaczyły. Jeśli myślał o tamtych 

sprawach, to tylko dlatego, że miały rujnujący wpływ na życie Kelly i przyszłość, 

jaką planował dla niej i dla siebie.

Miał tylko nadzieję, że jej szczera opowieść pomoże odpędzić demony, które 

ciągle   ją   prześladowały.   Ufał,   że   jeśli   Kelly   znajdzie   w   nim   uważnego   i 

współczującego słuchacza, znów zwróci się ku niemu.

– Mój ojciec był dobrym człowiekiem – zaczęła powoli. – W całym tym 

koszmarze, jakim dziennikarze uczynili nasze życie, rzadko o tym pamiętano. W 

owym fatalnym roku osiemdziesiątym nie stał się nagle zły. Po prostu popełnił 

błąd. Miał swoją słabość i uległ jej.

Odwróciła   się,   by   Eric   nie   mógł   widzieć   jej   twarzy.   Ręce   miała   ciągle 

skrzyżowane na piersi i kuliła się, jakby było jej zimno. Drgnęła, kiedy poczuła 

jego rękę na ramieniu. Gest był tak czuły i łagodny, że pokonała odruch ucieczki.

– Wielu mężczyzn ma swoje słabości – ciągnęła.

– Jedni są uzależnieni od alkoholu, inni od kobiet albo od hazardu. Czułym 

punktem mojego ojca były pieniądze. Zawsze uważał, że ma ich za mało. Przy 

czym nikt w rodzinie nie był rozrzutny, a zwłaszcza on. Tak ciężko harował, by 

background image

powiększyć swoją fortunę, że nawet nie miał czasu z niej korzystać.

– Tak, są tacy ludzie – powiedział cicho Eric.

– Giełda jest dla nich wielką grą, a osiąganie zysków hazardem, z którego 

nie mogą się wyzwolić.

Współczucie w jego głosie uspokoiło emocje, ale jeszcze bardziej kojąco 

podziałało   zrozumienie.   Eric   nie   osądzał   jej   ojca   pochopnie,   jak   czyniła   to 

większość ludzi, lecz próbował pojąć jego motywacje. Nawet nie myśląc, co robi, 

oparła się o jego ramię.

Eric uśmiechnął się w ciemności i cierpliwie czekał na dalszy ciąg.

–   Jak   pewnie   wiesz,   Scudder   i   Hope   byli   w   owych   latach   jedną   z 

największych   firm   inwestycyjnych.   Ojciec   należał   do   ścisłego   grona   ich 

najlepszych pracowników, toteż miał dostęp do wszelkich informacji Kiedy stało 

się   jasne,   że   ktoś   manipuluje   sprzedażą   akcji   kompanii,   którą   Scudder   i   Hope 

właśnie mieli po cichu przejąć, znaleźli się tacy, którzy wskazali na mojego ojca.

Kelly urwała na chwilę, zaciskając dłonie.

– Nie potrafię ci powiedzieć, w jakim stopniu był wplątany w tę aferę. Nigdy 

nie udało mi się ustalić, czy sam manipulował czy po prostu ułatwił przeciek, 

niechcący   czy   za   pieniądze.   W   każdym   razie   Scudder   i   Hope   bardziej   niż   o 

wykrycie sprawcy martwili się o utratę wiarygodności firmy. Zresztą mój ojciec 

nigdy nie przyznał się do winy ani też niczego mu nie udowodniono. Zobowiązał 

się tylko do pokrycia strat i na tym sprawa się zakończyła.

Eric   słuchał   uważnie.   Jak   dotąd   wszystko   zgadzało   się   z   tym,   co   sam 

pamiętał, i z doniesieniami Grahama.

– I wtedy cała historia dostała się do prasy, tak?

– zagadnął.

– Tak, dziennikarze urządzili mu własny proces – stwierdziła z nienawiścią. 

–   Dla   tych   drani   z   brukowców   nie   było   ważne   ani   to,   że   ojca   oczyszczono   z 

background image

zarzutów, ani to, że Scudder i Hope stanęli w jego obronie. Zszargali mu opinię i 

zrujnowali karierę. Zniszczyli wszystko, cokolwiek w życiu osiągnął. Zniszczyli 

jego samego i nas przy okazji.

Eric przytaknął ze zrozumieniem. Znał ten mechanizm. Wiedział, jak szybko 

plotka albo posądzenie zbierają żniwo w środowisku takim jak Wall Street, gdzie z 

konieczności wszystko opiera się na zaufaniu do  firm i inwestorów. Najmniejsza 

choćby fałszywa iluzja, sugerująca, że uczciwość danego człowieka nie jest bez 

zarzutu, była w stanie doprowadzić go do ruiny.

Kelly kurczowo zebrała w palcach fałdy sukni.

– Czy wiesz, jak to jest, kiedy budzisz się rano, słysząc tupot reporterów 

zajmujących pozycje przy wejściu do twojego domu? Albo kiedy wyglądasz przez 

okno i widzisz ekipę telewizyjną, ustawiającą się na twoim trawniku? Kiedy ktoś 

grzebie w twoich śmieciach albo robi zdjęcia twojego psa? – wyrzuciła z siebie.

Eric w milczeniu pokręcił głową. Nawet nie chciał sobie przypominać, ile 

razy sam brał udział w takich akcjach. Był z siebie dumny, gdyż wytrwale polował 

na   fakty,   których   pożądali   czytelnicy,   i   dostarczał   sensacyjne   informacje   na 

pierwsze strony gazet. Nawet nie przyszło mu wtedy do głowy, by pomyśleć, co 

mogą czuć ofiary jego wścibstwa. Dopiero teraz uświadomiła mu to Kelly.

– Powiem ci, co się wtedy czuje – mówiła gorzko.

–   Nienawiść,   bo   to   jest   podłe   i   nieludzkie.   Możesz   się   wyleczyć   z 

idealistycznych   mrzonek   na   temat   przyrodzonej   szlachetności   ludzkiej   natury. 

Jeszcze teraz, kiedy pomyślę o tym, ręce same zaciskają mi się w pięści.

– Ale kiedyś wreszcie dali wam spokój – zauważył nieśmiało.

–   Owszem,   tak   się   w   końcu   stało.  Ale   było   już   za   późno.   Ojciec   był 

skończony na Wall Street. Jedyna rzecz, która liczyła się w jego życiu, została mu 

zabrana. Scudder i Hope zapewnili mu wcześniejszą emeryturę. Wkrótce potem 

przeniósł się na Florydę.

background image

– A co z twoją matką?

– Odeszła od niego – wyjaśniła spokojnie Kelly.

– Myślę, że po prostu nie mogła znieść tej hańby.

– A ty zrezygnowałaś z uczelni?

– Czy miałam inne wyjście? Nie było już pieniędzy, a wszyscy wiedzieli, 

kim jestem. Wytykano mnie palcami w całym kampusie. Nie śmiałam pokazać się 

w dyskotece ani nawet w czytelni. Wtedy postanowiłam rzucić Princeton i znaleźć 

sobie pracę.

Pamiętała, jak chciała się zaszyć w lasach i na pustkowiu, tak by nikt jej nie 

rozpoznał. Woodbury okazało się idealnym miejscem, choć musiała zrezygnować z 

wielu rzeczy i zmienić się pod wieloma względami. Cóż, wszystko ma swoją cenę. 

I to zbyt wysoką. Zaczęła mieć dosyć. Ta rozmowa była zbyt bolesna.

– Wiesz, lepiej już sobie pójdę – powiedziała z westchnieniem.

– Zostań – poprosił zgnębiony. – Nie chcę, żebyś odchodziła.

Kelly nie odpowiedziała. Odsunęła się od niego tak, by nie mógł już jej 

dotykać. Oddzieliła ich warstwa chłodnego, nocnego powietrza.

– Nie mogę.

Eric patrzył bezsilnie, jak znika za rogiem domu.

– Kelly? – zawołał jeszcze raz, przerażony wizją, w której odchodziła na 

zawsze z jego życia. – Kelly?

Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać, ale nakaz uczuć był silniejszy 

niż głos rozsądku. Zawahała się i przystanęła. Za chwilę znalazł się przy niej.

– Bardzo mi przykro, Kelly.

Teraz popatrzyła na niego i ze zdumieniem dostrzegła zgarbione ramiona i 

przygnębiony wyraz jego twarzy.

– Nie musisz cierpieć za przewinienia mojego ojca – powiedziała.

–   Popełniłem   ogromny   błąd,   wtrącając   się   w   twoje   prywatne   sprawy. 

background image

Przepraszam – powiedział pokornie, obserwując z niepokojem grę uczuć na jej 

twarzy.

Po raz pierwszy w życiu czuł się aż tak bezradny. Sytuacja wymykała mu się 

spod   kontroli.   Miał   poczucie,   że   zrobił   już   wszystko   co   w   jego   mocy.   Teraz 

ostateczna decyzja należała do niej.

Kelly odwróciła  się  i odeszła,  czując  narastające  dławienie  w  gardle.  Jej 

ostatnie słowa, wymówione cicho i łagodnie, popłynęły ku niemu przez mrok.

– Ja też przepraszam...

To niemożliwe, wmawiała sobie Kelly, że mały domek, zamieszkany przez 

dobermankę, koty, gwarka i zwariowanego rottweilera może się wydawać pusty. A 

jednak w ciągu kilku następnych dni uświadomiła sobie, że tak jest naprawdę.

Wiedziała, kogo jej brakuje – Erica Devane’a i jego ożywczej, uzdrawiającej 

obecności, która wniosła nową jakość do jej zastałego, prowincjonalnego życia. 

Bezcelowe okazało się wmawianie sobie, że wreszcie poznała się na tym człowieku 

i przejrzała jego podstępne zamiary. Było już za późno, o wiele za późno.

Był zakłamany, arogancki, fałszywy. Z rozmysłem poderwał ją i węszył za 

jej plecami. A ona pokochała go, nie zważając na nic.

To   nie   miało   sensu.   Jak   mogła   pokochać   człowieka,   który   świadomie   ją 

wykorzystywał? Jak mógł się jej podobać mężczyzna, któremu nie mogła ufać? Jak 

mogło dojść do tego, że nawet teraz, głęboko urażona i zła, marzyła o cieple jego 

czułych objęć?

Przez   dwa   dni   Kelly   usiłowała   znaleźć   odpowiedzi   na   dręczące   pytania. 

Trzeciego dnia  musiała przyznać, że nie znajduje żadnych. Postępowanie Erica 

było nie do przyjęcia i miała absolutne prawo, by pozbyć się go.

Ta perspektywa wprawiała ją w rozpacz.

Niektóre   kobiety   jedzą,   kiedy   są   w   depresji,   a   inne   śpią.   Kelly   szukała 

background image

zapomnienia   w   szaleńczej   pracy.   Wieczorami   krążyła   po   domu   jak   pantera   w 

klatce. Kiedy kładła się do łóżka, długo jeszcze nie mogła zasnąć i przewracała się 

na poduszce.

Trzeciego wieczoru, choć o pierwszej w nocy nie spała jeszcze, nie od razu 

usłyszała,   że   dzwoni   telefon.   Kiedy   wreszcie   skojarzyła,   o   co   chodzi, 

zdenerwowana   wyskoczyła   z   łóżka.   Musiało   się   coś   stać,   inaczej   nikt   nie 

telefonowałby o tak późnej godzinie. Szybko pobiegła do przedpokoju.

– Halo? – powiedziała, mocno ściskając słuchawkę.

– Przepraszam, że niepokoję cię w środku nocy. – Zadrżała, poznawszy głos 

Erica.

– Nie szkodzi. Powiedz, co się stało?

Eric usłyszał troskę w jej głosie i serce zabiło mu żywiej. Przez ostatnie trzy 

dni wmawiał sobie bezustannie, że wszystko się jakoś ułoży. W tej chwili skłonny 

był nawet w to uwierzyć.

–   Właściwie   sam   nie   wiem   –   przyznał.   –   I   w   tym   cały   problem.   Od 

dwudziestu minut oba dobermany są w szale. Biegają po domu, warcząc groźnie 

jak dwa tygrysy.

– Co je mogło zdenerwować?

–   Nie   mam   pojęcia.   Byłem   już   w   łóżku,   kiedy   się   to   wszystko   zaczęło. 

Wstałem i zapaliłem światła, również te na zewnątrz, ale niczego nie zauważyłem. 

A jednak psy nie dają się uspokoić.

Obraz   Erica   leżącego   w   łóżku   na   moment   zajął  myśli   Kelly,   ale   szybko 

odpędziła je od siebie. Będzie mogła pomarzyć o tym później.

– Teak jest jeszcze młody – zaczęła mówić, myśląc głośno – ale Thor ma 

ogromne doświadczenie. Nie podniósłby takiego alarmu bez ważnego powodu.

– Ja też tak myślałem. Zachowywały się zawsze bardzo cicho, tak jakby ich 

nie było.

background image

– Może powinieneś wezwać policję – zasugerowała Kelly. – Powiedzieć im, 

że ktoś kręci się koło domu i poprosić, żeby przyjechali i sprawdzili.

– Mógłbym to zrobić, ale prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę – wyznał. 

– Przecież byli już raz u mnie. Nie chcę ich wzywać co chwila z byle powodu, bo 

mogę   kiedyś   naprawdę   potrzebować   pomocy.   Zresztą   z   wiadomych   względów 

wolałbym, żeby nie dociekali, dlaczego jestem prześladowany.

Kelly namyślała się przez chwilę, rozważając jego argumenty.

– Dobrze, w takim razie przyjadę – stwierdziła wreszcie.

– Teraz, w środku nocy?

– Jeśli trzeba...

– Słuchaj, zadzwoniłem do ciebie po radę, ponieważ znasz swoje psy, ale nie 

miałem zamiaru cię wzywać.

– I nie wezwałeś mnie. Sama się na to zdecydowałam – ucięła krótko. Po 

trzech pustych, nudnych dniach poczuła, że rozpiera ją chęć działania. Kto by tam 

dbał o porę!

– Jak rozumiem, sprawdziłeś już dom, więc będę musiała nakazać psom, by 

przeszukały teren – ciągnęła. – Jeśli nic nie znajdą, odwołam je. Te psy są mądre, 

ale nie doskonałe. Możliwe, że usiłują ci oznajmić, że po twoim dachu chodzi szop.

Usłyszała wyraźnie, że nabiera powietrza, by zaprotestować, więc szybko 

odłożyła słuchawkę. Ubrała się błyskawicznie i po dziesięciu minutach jazdy była 

już pod domem Erica. Po włamaniu zainstalował dodatkową lampę i cały podjazd 

tonął w ostrym blasku. Światła paliły się też we wszystkich oknach.

Jeszcze nie zdążyła wysiąść, a już pojawił się w drzwiach, ubrany jedynie w 

stare dżinsy, obcięte nad kolanami. Kelly, patrząc, jak idzie ku niej przez trawnik 

miękkim, kocim krokiem, poczuła dobrze znany dreszcz. W świetle lampy każdy 

mięsień jego silnego ciała rysował się wyraziście. Kiedy się zbliżył, Kelly mogła 

dostrzec inne szczegóły – nie golony zarost, sine kręgi pod oczami i zmierzwione 

background image

włosy. Ze zdumieniem pojęła, że ostatnie trzy doby musiały być dla niego równie 

ciężkim przeżyciem jak dla niej.

Otworzył drzwiczki i objął ją, pomagając wysiąść.

– Wejdźmy lepiej do środka, dopóki psy nie sprawdzą terenu.

– Dobrze – przytaknęła bez tchu.

Przez moment żadne z nich się nie ruszyło. Eric stał, chłonąc ją spojrzeniem, 

jakby chciał się upewnić, że naprawdę trzyma w ramionach żywą Kelly. Zapewne 

mu nie wybaczyła, ale to nieważne. Ważne, że przyjechała.

Nie wiadomo, ile czasu by tak trwali, gdyby nie psy, które ze szczekaniem 

zbiegły z werandy, przywracając ich rzeczywistości.

– Teak, Thor, do nogi! – zawołała Kelly. Natychmiast dwa czarne cielska 

przypadły posłusznie do jej nóg. Odsunęła się od Erica i przestała zwracać na niego 

uwagę.

– Gotów – powiedziała cicho i dwie pary ostrych uszu czujnie wystrzeliły do 

przodu. Thor uniósł nos, wciągając wiatr. – Szukaj! – nakazała.

Oba dobermany cicho pobiegły w ciemność. Kelly i Eric ruszyli w stronę 

domu.

– Co one zrobią, kiedy kogoś znajdą?

– Przytrzymają go w miejscu i oznajmią szczekaniem, że coś mają.

– I nie zaatakują?

Kelly potrząsnęła głową, wpatrzona w ciemność. Psy zniknęły bez śladu.

– Już ci mówiłam, że ich tresura jest bardzo przemyślana – wyjaśniła. – 

Przecież   nikt   rozsądny   nie   pozwoli,   by   pies   atakował   bez   pytania,   zanim   pan 

sprawdzi,   co   albo   kogo   złapał.   Pomyśl   tylko,   co   by   się   działo,   gdyby   skauci 

urządzali sobie teraz nocny bieg w lesie, a psy nie znałyby nakazu?

– Tak, rozumiem – powiedział Eric, prowadząc ją do środka i zamykając 

drzwi.   –   Nie   zdawałem   sobie   sprawy,   ile   różnych   komend   mogą   zrozumieć   te 

background image

stworzenia.

–   O,   wierz   mi,   one   są   niesamowicie   bystre.   Poza   tym   umieją   słuchać 

uważnie   i   dokładnie   wykonują   polecenia.   Niejeden   szef   chciałby   mieć   takich 

pracowników – powiedziała z uśmiechem.

Dobermany wróciły dopiero po dziesięciu minutach, zdyszane, ale wyraźnie 

z siebie zadowolone, o czym świadczyły radośnie merdające krótkie ogony. Kelly 

nalała im wody i nałożyła do misek solidne porcje psich biszkoptów.

– Nie wiem, co zaniepokoiło je wcześniej. W każdym razie, cokolwiek to 

było, już zniknęło.

– Bardzo się cieszę – powiedział Eric, wyjmując filiżanki z kredensu i karton 

mleka z lodówki. – Zaparzyłem świeżą kawę. Miałem się napić, bo wiem, że po 

tych   przeżyciach   i   tak   nie   zasnę.   Napijesz   się   ze   mną?   –   zapytał   niepewnie. 

Potrzebował jakiegokolwiek pretekstu, by ją zatrzymać. Teraz, kiedy stwierdziła, 

że dom jest bezpieczny, mogła odjechać, tak jak zrobiła to trzy dni temu. Przecież 

przyjechała tutaj z poczucia obowiązku, a nie po to, by się z nim zobaczyć.

– Chętnie się napiję – powiedziała, budząc w nim dreszcz nadziei.

No, przynajmniej nie ma ochoty od razu się mnie pozbyć, pomyślała z ulgą 

Kelly. A miałby pełne prawo po tym, jak zachowała się ostatnio. Ciągle jeszcze 

miała do niego żal, ale gniew już minął.

Mało   tego,   uświadomiła   sobie   nagle,   że   przeoczyła   pewną   ważną   rzecz. 

Widziała wyraźnie, że Eric musiał boleśnie przeżyć rozstanie, ale zapomniała, że 

już   tamtego   wieczoru   próbował   ją   przeprosić.  Wtedy,   gdy   rzuciła   mu   w   twarz 

oskarżycielskie słowa, powiedział przecież, że jest mu przykro. A ona, dla której 

zaufanie było nieodłączną cechą miłości, zapomniała, że jest nią również zdolność 

do przebaczania.

Oboje popełniliśmy błędy, pomyślała gorzko. Oboje dali się na ślepo ponieść 

emocjom, zapominając o innych uczuciach. Ale dzisiejszy wieczór przynosił szansę 

background image

na wyjaśnienie nieporozumień i ostateczne puszczenie ich w niepamięć. Jeśli tylko 

się uda. Jeśli tylko...

– Z mlekiem czy bez?

Kelly drgnęła, wytrącona z zamyślenia, i zobaczyła Erica, podsuwającego jej 

parującą filiżankę. Szybko wyjęła mu ją z ręki.

– Dziękuję, wolę bez mleka.

Myślami była o tysiące mil stąd, zauważył. Prawdopodobnie marzy tylko, by 

znaleźć się jak najdalej od tego miejsca i od niego. Wypije pewnie w pośpiechu 

kawę, podziękuje i odjedzie.

Cóż, jeśli tak chce, nie powinien się sprzeciwiać. Bardzo pragnął, by została, 

ale jedynie z własnej woli, nie zaś zmuszona idiotycznymi nakazami uprzejmości.

– Psy już się uspokoiły – powiedział – i ja też. Nie musisz tu zostawać, jeśli 

nie masz ochoty.

Kelly powolnym ruchem odstawiła filiżankę na stolik.

– Mam rozumieć, że mnie wypraszasz?

– Ależ skąd, w żadnym...

– Wcale nie miałabym do ciebie pretensji, wierz mi. Nagle zamilkli. Po raz 

pierwszy   tego   wieczoru   przestali   sondować   się   wzajemnie   i   głęboko,   uważnie 

popatrzyli sobie w oczy.

– Wiem, że jesteś wściekła i rozżalona – powiedział po chwili Eric. – I masz 

po   temu   wszelkie   prawa.   Nie   powinienem   szperać   w   twojej   przeszłości.   Moje 

nawyki zawodowe nie są tu żadnym usprawiedliwieniem. Ale zło już się stało i 

mogę cię tylko prosić o wybaczenie...

Kelly szybkim gestem położyła mu palec na ustach.

– To mnie powinno być przykro, nie tobie. Chcę ci wytłumaczyć, dlaczego...

– Nie musisz mi nic tłumaczyć, naprawdę.

– Owszem, muszę – stwierdziła spokojnie. – Nie opowiedziałam ci wtedy 

background image

całej historii. Tak, tak – uśmiechnęła się przekornie, widząc zaskoczenie w jego 

wzroku. – Oczywiście nie skłamałam, ale też nie powiedziałam całej prawdy.

– Nie chcę jej znać – rzucił, gwałtownie kręcąc głową. – Wiem już wszystko, 

co powinienem wiedzieć o tobie. Wiem, że cię kocham, Kelly, i to wystarczy.

Przyjęła   te   słowa   z   ulgą   i   ogromną   radością.  Wiedziała   jednak,   że   czas 

odpowiedzieć na jego szczerość szczerością.

– Nie, nie wystarczy – oświadczyła stanowczym tonem.

Znów nieporozumienie, myślała. Chciał wiedzieć zbyt wiele, lecz i ona zbyt 

wiele ukrywała. Obarczała go winą za problemy, które były wyłącznie jej sprawą i 

wynikały z jej własnej winy. Czuła, że nadszedł moment, być może już spóźniony, 

w którym powinna ujawnić wszystko.

–   To   zajmie   mi   trochę   czasu   –   powiedziała   i   wziąwszy   Erica   za   rękę, 

poprowadziła go do salonu. Usiedli na kanapie.

Jest bardzo zdenerwowana, stwierdził, patrząc, jak siada, podwijając nogi 

pod siebie. Zachowywała się jak w czasie pokazu tresury. Boże, czy ona naprawdę 

się obawia, że to, co opowie mu o sobie, osłabi jego uczucie? Impulsywnie uścisnął 

dłoń Kelly, dodając jej otuchy.

– Kiedy opowiadałam ci o ojcu – zaczęła – powiedziałam, że to nie jego 

postępowanie zmarnowało nasze życie, lecz nagonka prasowa.

Eric przytaknął w milczeniu.

– Ale nie powiedziałam ci – bo nikomu o tym nie mówiłam – w jaki sposób 

pewien dziennik pierwszy uzyskał informacje o tej historii.

Zamilkła, oddychając ciężko. Miała zdradzić tajemnicę, której nie znał nikt. 

Ponury sekret, z którym musiała żyć od wielu lat.

– Nie mówiłam ci o tym – ciągnęła – z powodu wstydu i obrzydzenia do 

samej siebie. To ja zdradziłam mojego ojca i rzuciłam go na żer. Przeze mnie stracił 

posadę i skończył karierę. Przeze mnie rozpadło się małżeństwo rodziców.

background image

Uniosła głowę i popatrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami.

– Ericu, wszystko, co się wtedy wydarzyło, było moją winą.

background image

Rozdział 10

– Wszystko było twoją winą? – Eric popatrzył na nią zdumiony. – O czym ty 

mówisz?

Kelly dostrzegła niedowierzanie na jego twarzy. Mogła mieć tylko nadzieję, 

że nie zmieni się ono w niesmak, kiedy dojdzie do końca swojej opowieści.

–   Miałam   dziewiętnaście   lat,   kiedy   zaczęły   się   kłopoty   ojca,   ale   byłam 

bardzo niedojrzała i naiwna. Do tej pory wychowywano mnie, jak to się mówi, pod 

kloszem. Nic złego nie spotkało mnie w życiu i byłam przekonana, że nigdy nie 

spotka.

Eric   przytaknął   na   znak,   że   słucha,   ale   nie   komentował.   Kelly   nerwowo 

wyłamywała   palce.  Widząc   to,   uspokajająco   ujął   jej   dłonie   w   swoje.   Ciągnęła 

opowieść już spokojniej.

–   Zaczęłam   właśnie   drugi   rok   w   Princeton,   kiedy   zorientowałam   się,   że 

ojciec   ma   jakieś   problemy.   Pewnego   dnia   zadzwoniłam   do   domu,   a   matka 

wspomniała niejasno, że coś się dzieje. Prawdę mówiąc, nie przejęłam się tym ani 

nie zainteresowałam tak, jak powinnam. Ojciec z zasady nie rozmawiał z rodziną o 

swojej   pracy   i   interesach.   Wiedziałam   tylko,   że   przeprowadza   ryzykowne 

transakcje.

Zmarszczyła brwi, przypominając sobie tamte czasy.

– Dlatego myślałam naiwnie, że to jeden z takich interesów, który niezbyt 

mu się udał.

– Kiedy się dowiedziałaś, o co naprawdę chodzi?

– Mniej więcej po sześciu tygodniach. Do tego czasu za każdym razem, 

kiedy rozmawiałam z ojcem, zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku. Nie 

miałam powodu mu nie wierzyć, tak samo jak nie miałam powodu, by przestać... – 

background image

urwała nagle.

– By przestać co? – nalegał łagodnie.

– By przestać się spotykać z Howardem Marksem – dokończyła wreszcie.

Eric   odruchowo   zacisnął   palce   na   dłoniach   Kelly,   a   potem   puścił   je 

gwałtownie. Howard Marks! Znał to nazwisko. Marks był reporterem i ich ścieżki 

nieraz się krzyżowały. Miał reputację dziennikarskiej hieny, w bezwzględny sposób 

węszącej za sensacją. Parł do przodu jak byk, niszcząc tych, którzy stawali mu na 

drodze.

Ten   facet   musi   być   w   jego   wieku.   Dziesięć   lat   temu   obaj   byli   jeszcze 

ambitnymi   debiutantami.   Nagle   Eric   przypomniał   sobie   wszystko   i   przygryzł 

wargi.   Marks   zaczynał   pracę   w   „Registerze”   i   nagle   wyjechał   do   góry   na 

sensacyjnym artykule o skandalu Ransome’a. Ciekawe, czemu nie wziął się do tego 

wcześniej, kiedy jeszcze trwał proces?

– Nie wiedziałem, że znasz Howarda Marksa – powiedział powoli, z trudem 

opanowując   gniew.   Najchętniej   wybiegłby   teraz   do   samochodu,   pojechał   do 

Nowego Jorku, złapał tego typa i rozkwasił mu gębę.

– Nie widziałam go od lat – wyjaśniła Kelly, siląc się na obojętny ton. – Po 

co mielibyśmy się spotykać, skoro dostał, czego chciał?

Eric   nie   był   wcale   pewien,   czy   pragnie   znać   tę   historię   w   szczegółach. 

Wiedział jednak, że Kelly czuje wewnętrzną potrzebę zwierzeń.

– Jak się poznaliście? – zagadnął, zachęcając ją do dalszego opowiadania.

– Przypadkiem – stwierdziła z ironią. – Tak przynajmniej wydawało mi się z 

początku,   kiedy   uważałam   go   za   studenta.   Dopiero   później   zrozumiałam,   że 

przyszedł w piątek do pubu w kampusie, bo chciał mnie poderwać.

Eric zacisnął boleśnie powieki, tłumiąc przekleństwo. Aż nazbyt dokładnie 

pamiętał, jak wyglądał Howard. Określenie „wysoki, ciemnowłosy i przystojny” 

znakomicie   do   niego   pasowało.   Miał   aktorską   prezencję   i   polot   telewizyjnego 

background image

komentatora.   Rzadko   która   kobieta   potrafiła   mu   się   oprzeć.   A   zwłaszcza 

dziewczyna tak naiwna i wrażliwa, jaką musiała być młodziutka Kelly.

Tymczasem Kelly mówiła dalej, lecz jej spojrzenie uparcie uciekało w bok.

– Zaczęliśmy się spotykać. Ale nawet kiedy dowiedziałam się, że Howard 

jest dziennikarzem, nie widziałam w tym nic złego. Przeciwnie, fakt, że był ode 

mnie starszy i miał tak prestiżowy zawód, czynił go jeszcze atrakcyjniejszym w 

moich oczach.

– Zapewne pytał cię o ojca?

– Tak, drobne, z pozoru niewinne pytania, na które odpowiadałam chętnie, 

niczego nie podejrzewając. Cieszyło mnie, że interesuje go moja osoba i wszystko, 

co jest ze mną związane – westchnęła, nawet po tylu latach nie mogąc się nadziwić 

własnej naiwności. – Oczywiście, oszukiwał mnie. Interesowałam go jedynie jako 

źródło informacji o skandalu, który zamierzał opisać.

– Skandalu, o którym nic właściwie nie wiedziałaś. Kelly opuściła głowę, aż 

pasmo włosów opadło, zakrywając jej twarz.

– Boże, jaka byłam głupia – szepnęła.

– Wcale nie...

– Mówił, że mnie kocha, a ja mu wierzyłam.

Eric znów stłumił paskudne przekleństwo. Następnym razem, kiedy napotka 

na swojej drodze tego... Nie, do licha, to nieważne. W tej chwili liczy się tylko 

Kelly.

– Byłaś młoda – powiedział łagodnie. – Naiwna i niedoświadczona. Nic nie 

zawiniłaś.

– Howard chciał poznać moich rodziców – głos Kelly zadrżał i załamał się. 

Eric   czułym   gestem   starł   jej   łzy   z   policzka.   Zaczerpnęła   głęboko   powietrza   i 

mówiła dalej.

– Zaprosiłam go do nas, rozumiesz? Przyprowadziłam do domu dziennikarza 

background image

w czasie, kiedy ojciec na wszelkie sposoby unikał kontaktów z prasą. Ale rodzice 

zgodzili się i przyjęli go miło, bo powiedziałam, że to przyjaciel. Zaufali mi, a 

tymczasem   wprowadziłam   do   domu   zdrajcę,   który   zdążył   podczas   tej   wizyty 

przeszukać papiery w biurku taty!

Zimna wściekłość ogarnęła Erica. Bezsilnie zacisnął pięści.

– I zaraz po tym popisał się swoim sensacyjnym artykułem, tak?

Kelly kiwnęła głową.

– Artykuł ukazał się w końcu tygodnia. Ojciec szalał, ale nie winił mnie za 

to, co się stało. Rozumiał, że zostałam oszukana. Pomimo to nigdy nie przestałam 

się obwiniać   –  stwierdziła  gorzko,  pochylając  głowę  jeszcze   niżej.  Kolejna  łza 

spłynęła jej po policzku.

Eric bez słowa objął Kelly i trwał tak przez długą chwilę, tuląc ją do piersi, 

aż wypłakała się do końca.

– Nie będę ci mówił, że to, co zrobiłaś, było dobre – powiedział wreszcie, 

widząc, że się uspokoiła. – Ani też nie powiem ci, że było złe. Każdy popełnia 

błędy. Różnica polega jedynie na tym, że nie wszyscy zadręczają się winą przez 

całe życie.

– Przecież ja się nie zadręczam – zaprotestowała Kelly, unosząc głowę.

Twarz miała tak smutną, że patrzył na nią z bólem, ale wiedział, że musi być 

szczery.

– Nie? Dlaczego w takim razie skazałaś się dobrowolnie na wygnanie? – 

zapytał.

Kelly zesztywniała.

– Po prostu wybrałam inny styl życia.

– Chciałaś powiedzieć: bezpieczniejszy – zaznaczył z naciskiem. Myślał o 

jej bezpłciowych, byle jakich strojach, starannie maskujących urodę, o życiu w 

towarzystwie zwierząt. Wszystkie elementy układanki zaczęły teraz pasować. – 

background image

Styl życia, który utrzyma cię z daleka od problemów – dodał.

– I co w tym złego? Znam aż za dobrze uroki życia w wielkim mieście i tak 

jak wiele osób, wybrałam spokój i ciszę.

– Możliwe, ale to nie znaczy, że masz spędzić resztę życia, uciekając.

– Ja nie uciekam!

– Kobieto, uciekasz od pierwszego dnia, kiedy cię poznałem!

– Może ci to wreszcie da do myślenia, miastowy przystojniaku...

– A żebyś wiedziała – mruknął, patrząc na nią zaborczo. – Przekonałem się, 

że powinienem ścigać cię bardziej zajadle, zajączku.

Kelly zamrugała zapuchniętymi powiekami. Wyglądała koszmarnie. Mimo 

to obejmował ją coraz mocniej, wcale nie zniechęcony.

Ofiarował jej troskę, pocieszenie i jeszcze coś więcej – zdroworozsądkowe 

podejście do życia. Śmiałe spojrzenie w przyszłość, bez oglądania się do tyłu i 

zadręczania. Może kiedyś podświadomie pragnęła współczucia, ale pojęła, że teraz 

go nie potrzebuje. Eric musiał to wyczuć i zmusił ją, by zmierzyła się z własnym 

problemem. Dzięki niemu zdołała odzyskać coś bardzo ważnego – szacunek dla 

samej siebie.

Kelly zaczęła ocierać ostatnie łzy, ale Eric chwycił ją za ręce. Delikatnie, 

opuszkami palców obwiódł jej rysy, osuszając wilgotne smugi. Przymknęła oczy i 

ułożyła się w jego ramionach, westchnąwszy głęboko.

Zaledwie wyczuła lekką zmianę jego pozycji, już muskał ustami jej wargi, 

szepcząc słowa miłości jak najczulsze zaklęcia. Szybkimi, niecierpliwymi ruchami 

rozchyliła koszulę i ciaśniej wtuliła się w jego ramiona.

Należała do niego. Całkowicie i od zawsze. Dotąd nie zdawała sobie sprawy 

z tego nieuniknionego faktu. Teraz był równie oczywisty jak jej własne imię czy 

kolor oczu.

Eric pewnym, zachłannym ruchem wsunął jej język w usta. Wiedział, co to 

background image

namiętność,   ale   dopiero   teraz   poznawał   wszystkie   odcienie   miłości.   Ogień   ich 

uczuć płonął jak zawsze, ale teraz świadomie go tłumił, by potem podsycić. Kiedy 

czubek języka Kelly łakomie przemknął po jego wargach, pociągnął ją za sobą na 

kanapę.

Dłonie   Erica   zaczęły   krążyć   po   jej   ciele,   ciesząc   cię   podniecającymi 

krągłościami i wysmukłymi liniami. Kelly prężyła się, czując, że skóra płonie jej 

nieznośnie. Czuła każdy cal jego ciała pod sobą – zwartą masę napiętych mięśni i 

pulsującą   pożądaniem   męskość.   Chrapliwy   dźwięk   jego   oddechu   rozbrzmiewał 

echem w jej uszach.

Uniosła się na łokciach i pochyliwszy głowę, okrywała pocałunkami każdy 

skrawek szerokiej piersi. Chłonęła każdą woń, każdy smak, ciągle nienasycona, tak 

jakby nigdy nie kochała albo nie była kochana. Ich ciała dopasowały się do siebie 

w cudownie podniecający sposób.

Dziś nauczyła się wielu rzeczy – o sobie, o Ericu, o nich dwojgu. Zapamięta 

je na zawsze, ale teraz, teraz liczy się tylko namiętność.

Zawędrowała ustami niżej i dotknęła językiem jego pępka, zabawiając się 

drażniącą pieszczotą, aż dosłyszała niski, głuchy jęk pożądania. Błyskawicznym 

ruchem szarpnęła suwak jego szortów, ściągając je w dół.

– Kelly! – zachrypiał. – Co ty mi robisz?

– Wszystko, co tylko przyjdzie mi na...

Nie dał jej skończyć. Pochwycił jej przeguby i pociągnął prawie brutalnie ku 

sobie.

– Nie tylko ty masz pomysły – wyszeptał, owiewając jej twarz gorącym 

oddechem.

Wystarczył jeden ruch, by koszulka Kelly pofrunęła na podłogę. Kiedy tylko 

ukazały się piersi, przypadł ustami do sutków. Wiła się w słodkiej udręce.

Za   chwilę   do   koszulki   dołączyły   dżinsy,   szorty   i   inne   zbędne   części 

background image

garderoby. Znów ułożyli się na kanapie, teraz już nadzy i drżący z oczekiwania. 

Eric wziął Kelly pod siebie, kolanem rozsunął jej uda i połączył się z nią jednym 

ruchem. Przyjęła go z radosnym westchnieniem.

Strzała jasnego światła przecięła pokój, złocąc ich lśniące od potu ciała. Eric 

i Kelly uczcili nadejście nowego dnia miłosnym misterium.

Budziła   się   powoli,   niechętnie   opuszczając   krainę   bajecznych   snów   o 

wieżach, księżniczkach i jeźdźcach na białych rumakach. Padający z okien blask 

kazał jej zmrużyć oczy. Musiało już być południe. Uniosła się na łokciu i rozejrzała 

wokół. Na poduszce widniał jeszcze odciśnięty ślad głowy Erica, a prześcieradła 

pachniały miłością, lecz łóżko było puste.

Kelly wstała, ściągnęła z krzesła męską koszulę i założyła ją, podwijając 

rękawy. Bosa, przegarniając zaspanym gestem niesforne, opadające na czoło włosy, 

ruszyła korytarzem na poszukiwanie swojego księcia.

– Dzień dobry – dobiegł ją ciepły, niski głos Erica. – Jak się spało?

Odwróciła się i zobaczyła, że siedzi na podłodze w swoim gabinecie, w 

niedbale   zawiązanym   szlafroku,   pośród   sterty   papierów   z   pudła   Buddy’ego 

Owensa.

– Aż za dobrze – zaśmiała się, patrząc na zegar nad jego biurkiem. Była już 

druga.

–   Mam   nadzieję,   że   nie   masz   mi   za   złe...   –   Szerokim   gestem   ogarnął 

pobojowisko.   –   Spałaś   tak   smacznie,   że   nie   miałem   serca   cię   budzić,   ale   nie 

mogłem   już   wytrzymać   w   łóżku.   Wiesz,   ciągle   mam   wrażenie,   że   coś 

przeoczyliśmy.

– Absolutnie nie mam ci za złe – powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem. 

Kochała w nim energię i twórczy zapał, z jakim traktował swoją pracę, toteż nie 

mogła   mieć   mu   za   złe   ciekawości,   która   kazała   mu   wyjść   z   łóżka   i   zająć   się 

background image

pasjonującym problemem.

– Jeśli masz gotową kawę, chętnie się z tobą napiję – dodała.

– Stoi w kuchni – mruknął z roztargnieniem, przebiegając wzrokiem kolejny 

pożółkły wycinek.

Uśmiechając się do siebie, Kelly zeszła do kuchni i nalała sobie mocnej, 

pachnącej kawy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna jak najszybciej 

wrócić do swoich zwierząt, ale uznała, że jeszcze wytrzymają same. Kiedy wróciła 

na górę, Eric ciągle coś czytał, marszcząc brwi. Usiłowała przycupnąć koło niego 

na podłodze, ale nie było już miejsca. Ostrożnie odstawiła filiżankę na biurko i 

sięgnęła po stertę osobistych rzeczy Buddy’ego, chcąc odsunąć je na bok. Chińska 

figurka,   postawiona   na   wierzchu,   zachwiała   się   gwałtownie.   Ciężki   bibelocik 

zaczął się zsuwać i Kelly złapała go w ostatniej chwili.

Kiedy   układała   go   z   powrotem   na   starej,   flanelowej   koszuli,   coś   cicho 

zaszeleściło.

– Co to? – zapytał Eric, czujnie unosząc głowę. Kelly ostrożnie rozpostarła 

koszulę na podłodze.

– Coś tu jest – stwierdziła. – Przeszukiwałeś kieszenie?

Eric musiał ze wstydem przyznać, że ta oczywista myśl nie przyszła mu 

wcześniej do głowy.

– Nie, interesowałem się tylko papierami, które były na wierzchu.

– No właśnie. – Kelly wsunęła palce do kieszonki na piersi i triumfalnie 

wyciągnęła złożony kawałek papieru.

– Co to? – Eric natychmiast znalazł się przy niej, ciekawie zaglądając jej 

przez ramię.

–   Jakaś   recepta?   Nie,   czekaj,   to   chyba...   pokwitowanie   za   wykupienie 

miejsca na cmentarzu.

– Rzeczywiście. „Cmentarz Southside w Waterbury, Connecticut. Wpłacono 

background image

gotówką trzysta dolarów za działkę o rozmiarach sześć stóp na osiem, w północnej 

kwaterze” – odczytał na głos.

– Co za makabra – wzdrygnęła się Kelly. – Wyobraź sobie, że kupujesz 

miejsce na grób na tydzień przed swoją śmiercią. Myślisz, że Buddy miał jakieś 

przeczucia?

– Może. – Eric zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie. – 

Musiał  wpaść   na  pomysł  przejęcia  łupu,  kiedy  rabunek  był  zaplanowany,  więc 

mógł obawiać się, że...

–   Czekaj,   zaraz!  –   przerwała   mu   nagle.   –   Przecież   Larry   powiedział,   że 

Buddy nie miał żadnej rodziny. Pojechał, by zabrać resztki jego dobytku, bo nie 

było nikogo, kto mógłby to zrobić.

Oczy Erica zabłysły podnieceniem.

– Tak, masz rację. A potem, kiedy Buddy zginął...

– Kto zajął się pogrzebem?! – wykrzyknęli jednocześnie.

– To łatwo sprawdzić – powiedział, wstając i podchodząc do biurka. – Zaraz 

zadzwonię do Larry’ego i zapytam go.

Wybrał numer i po krótkiej rozmowie odłożył słuchawkę.

– I co? – niecierpliwiła się Kelly.

–   Pogrzeb   urządziły   żony   pozostałych   dwóch   kumpli,   siedzących   w 

więzieniu. Larry powiedział, że poczuwały się do tego.

– No jasne! – prychnęła Kelly. – Były szczególnie wdzięczne Buddy’emu za 

to, że ich mężowie powędrowali za kratki.

– Wiem, wiem. – Eric pocierał nie ogoloną brodę. – Też wydaje mi się to 

dziwne. Ale nie zapominaj o złocie.

– Och, nie ma obawy. Ale prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem, co ono ma 

w tym momencie wspólnego ze sprawą.

– Załóżmy, że nie tylko Owens wiedział, gdzie jest ukryte. To, że nic nie 

background image

powiedziano   Larry’emu,   nie   znaczy   jeszcze,   że   Buddy   nie   zdradził   czegoś 

pozostałym członkom gangu.

– To im się i tak nie przyda w więzieniu.

–   Nie,   ale   przecież   nie   będą   tam   wiecznie,   a   perspektywa   stania   się 

milionerami po odsiadce może umilać im karę.

Kelly rozważała przez chwilę jego hipotezę.

–   Zgoda,   można   przyjąć,   że   wizja   dostatniego   życia   wywołała   w   owych 

żonach odruch wdzięczności dla człowieka, który tak przewidująco zabezpieczył 

łup. Czy myślisz, że one wiedzą, gdzie jest schowane złoto?

Tym razem Eric zdecydowanie zaprzeczył.

– Jestem niemal pewien, że nie. W trakcie mojej pracy często spotykałem 

takich  facetów.  Zwykle   starają  się   jak  najmniej  mówić  swoim  żonom.  Kumple 

Buddy’ego mogą przypuszczać, że gdyby tylko ich kochające małżonki dostały 

złoto   w   swoje   ręce,   zaczęłyby   nowe   życie,   dopóki   mężowie   siedzą   jeszcze   za 

kratkami. Zresztą...

– No, co?

– Pamiętasz, jak mówiłem ci o telefonach z pogróżkami? Od początku coś 

mnie w nich intrygowało. – Eric zabębnił palcami po biurku. – Głos był zawsze 

zniekształcony, ale teraz dochodzę do wniosku, że mógł należeć do kobiety.

– Do kobiety, która nie chciała, żebyś odnalazł złoto przed jej mężem, tak? – 

poddała   domyślnie   Kelly,   wstając   z   klęczek.   Eric   natychmiast   pochwycił   ją   w 

objęcia, pocałował namiętnie i równie szybko puścił.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała oszołomiona.

– A czy muszę mieć powód?

– Nie, ale...

– Dobrze. Jesteś tak bystra i dociekliwa, a do tego jeszcze ponętna, że...

– Hmm... – rozmarzyła się, zalotnie patrząc mu w oczy.

background image

– Wyglądasz cholernie seksownie w mojej koszuli. Lepiej uważaj, kotku.

– Bo co? – uśmiechnęła się uwodzicielsko.

– Zaraz ci pokażę! – zawołał, sięgając ku niej błyskawicznym ruchem.

– Później, kochanie – zachichotała, wywijając mu się zręcznie.

Po godzinie, ubrani i odświeżeni wsiedli do samochodu i pojechali do domu 

Kelly, by nakarmić zwierzęta. Później wyruszyli do Waterbury. Tam, jak wynikało 

z notatek Erica, mieszkały rodziny dwóch członków gangu.

– Jesteś  pewien, że nie powinniśmy najpierw zadzwonić do tych pań?  – 

zapytała Kelly.

– Wykluczone – stwierdził stanowczo. – Ich mężowie nie chcieli ze mną 

rozmawiać,   więc   pewnie   i   one   nie   zechcą.   Jeśli   mamy   się   czegoś   dowiedzieć, 

musimy działać z zaskoczenia.

–   Dobrze,   skoro   tak   twierdzisz   –   zgodziła   się.   Nie   była   jednak   całkiem 

przekonana. W kwadrans później przyglądała się nie bez satysfakcji, jak Eric na 

próżno puka do zamkniętych na głucho drzwi.

– Jeden strzał chybiony, za to drugi będzie celny – powiedział beztrosko, 

wsiadając do samochodu.

– Masz dziwnie dobry humor – zauważyła.

– Tak, bo czuję, że jesteśmy na tropie. Dziennikarski nos mi to mówi.

Uśmiechnął się, widząc jej pełną powątpiewania minę i włączywszy radio, 

zaczął pogwizdywać w rytm przebojów z lat sześćdziesiątych.

Jest niepoprawnym optymistą, pomyślała czule, popatrując na niego kątem 

oka. Ma  w sobie entuzjazm, żywiołowość  i radość  życia. Chłonie każdy dzień 

całym sobą, zamieniając nawet zwykłe wydarzenia w fascynującą przygodę.

Te myśli uzmysłowiły jej, jak wiele sama straciła, dzieląc swoje życie na 

zaszufladkowane odcinki, do których broniła dostępu sobie i innym. Dopóki nie 

background image

pojawił się Eric, ze swoim zniewalającym urokiem i uporem, nie zdawała sobie 

nawet sprawy, że może być szczęśliwa. Była mu głęboko wdzięczna za cudowną 

odmianę własnego życia.

I będę mu wdzięczna, nawet kiedy odejdzie, pomyślała rzewnie.

Bo nie wątpiła, że będą musieli się rozstać. Kiedy Eric wyjaśni wreszcie 

zagadkę i znajdzie złoto, nic już nie będzie trzymało go w Connecticut. Owszem, 

Nowy   Jork   nie   jest   daleko,   ale   pewnych   odległości   nie   da   się   mierzyć   w 

kilometrach.   Nie   mogła   sobie   wyobrazić   swoich   dobermanów,   zamkniętych   w 

mieszkaniu   na   Manhattanie,   tak   samo   jak   nie   mogła   sobie   wyobrazić   Erica 

Devane’a, który rzuca swoją pracę i osiada na nudnej prowincji.

Kelly odchyliła się w fotelu i przymknęła oczy. Na razie nie trzeba o tym 

myśleć. Książka nie jest jeszcze napisana...

– No, jesteśmy na miejscu – oznajmił.

Dzielnica,   do   której   przyjechali,   coś   jej   przypominała   –   te   same   rzędy 

małych domków, na pierwszy rzut oka jednakowych. Eric zauważył jej pytające 

spojrzenie.

– Larry mieszka dwa numery dalej – wyjaśnił. Kelly zastanawiała się nad 

tym, wychodząc z wozu.

– Nie uważasz, że mógł sam próbować dowiedzieć się czegoś od tej kobiety, 

skoro są prawie sąsiadami?

–   Niekoniecznie   –   odparł,   idąc   pierwszy   przez   zarzucony   dziecięcymi 

zabawkami trawnik. – Nie sądzę, by Rita Flores zechciała go potraktować lepiej niż 

nas.

Nacisnął dzwonek. W środku ryk telewizora mieszał się z płaczem dziecka. 

Nikt nie otwierał, więc zadzwonił jeszcze raz.

– Dobrze, dobrze, już idę – rozległ się burkliwy głos. Drzwi otworzyły się i 

stanęła w nich kobieta o kilka lat młodsza od Kelly. W ramionach tuliła płaczące 

background image

dziecko.

– Nie mam ochoty nic kupować – oznajmiła, wyraźnie chcąc zatrzasnąć im 

drzwi przed nosem.

– Nie jesteśmy domokrążcami, pani Flores – wyjaśnił Eric.

Kobieta spojrzała na nich podejrzliwie.

– Skąd znacie moje nazwisko?

– Nazywam się Eric Devane i piszę książkę. Chciałbym...

– Nie obchodzi mnie, co by pan chciał.

Kelly nie mogła powstrzymać uśmiechu na widok Erica, który z zawziętą 

miną postąpił krok w przód.

– Piszę książkę o rabunku złota Locktighta.

– Marnujesz tylko czas, kochany – ucięła Rita Flores. – Nic o tym nie wiem.

– Pani mąż, Joe Flores, był jednym z uczestników napadu i dostał wyrok 

więzienia. Czy mogłaby pani poświęcić mi chwilkę, bym mógł zadać kilka pytań...

– Po pierwsze – przerwała mu nerwowo – Joe jest niewinny. Wrobiono go i 

tyle. Po drugie, nie mam czasu – stwierdziła, znów sięgając do klamki.

Drzwi już się zamykały, kiedy Kelly spróbowała ostatniej szansy.

– Czy mogłaby nam pani powiedzieć, dlaczego zajęła się pani pogrzebem 

Buddy’ego Owensa?

Kobieta zawahała się, ale tylko na moment.

– A, to co innego – uśmiechnęła się przymilnie. – Jeśli chcecie rozmawiać z 

Buddym, to przyjmuje gości na cmentarzu Clover Lawn. Jestem pewna, że się 

ucieszy. Zawsze był bardzo towarzyski! – zachichotała, zadowolona z własnego 

dowcipu,   i   z   rozmachem   zatrzasnęła   drzwi.  W  chwilę   później   usłyszeli   szczęk 

zasuwy.

Eric westchnął i spojrzał porozumiewawczo na Kelly.

– Tak wygląda chleb powszedni dziennikarza – skrzywił się.

background image

– Ciekawe, czemu była aż tak wrogo nastawiona – zastanawiała się Kelly. – 

Co jej szkodziło porozmawiać?

–   Myślę   –   powiedział   z   wolna   –   że   właśnie   w   ten   uprzejmy   sposób 

dostarczyła nam informacji.

– Chyba żartujesz, przecież nic nam nie powiedziała!

– Wkrótce się przekonamy – stwierdził enigmatycznie i otworzył przed nią 

drzwiczki wozu.

– Dokąd teraz jedziemy?

– Na cmentarz, zgodnie z sugestią pani Flores.

– Nie pora na makabryczne żarty.

–  Wcale   nie   żartuję   –   powiedział,   włączając   silnik.   –  To   jest   znakomity 

pomysł.

A jednak na czerwonych światłach skręcił na południe. Kelly zerknęła przez 

okno.

– Hej, przecież cmentarz jest w innej stronie miasta.

– Wiem – przytaknął z dziwnym błyskiem w oku, ale jechał dalej.

– Eric, przecież pani Flores mówiła, że...

– Tak, że Buddy Owens został tam pochowany. Nie zapominaj jednak o 

kwicie, który znaleźliśmy w jego koszuli.

– O, rany, faktycznie! Tam była mowa o cmentarzu Southside.

– Właśnie.

– Dobrze, ale to nie musi nic znaczyć – broniła się, próbując ukryć rosnące 

podekscytowanie.   –   Może   ta   kobieta   nie   wiedziała,   że   wykupił   miejsce   gdzie 

indziej?

–   Może.  A  może   ten   grób   wcale   nie   jest   pusty.   Po   dziesięciu   minutach 

wjechali   na   rozległy   teren   cmentarza,   wymijając   po   drodze   idących   za   trumną 

żałobników.

background image

– Północna kwatera zaczyna się tu – powiedział Eric, parkując na głównej 

alei. – Wysiadamy.

– Czego właściwie mamy szukać?

– Dowiemy się, kiedy znajdziemy – powiedział, wzruszając ramionami.

– Nie jesteś Sherlockiem Holmesem, mój drogi – zauważyła Kelly, kiedy 

weszli miedzy rzędy nagrobków. – Nie lepiej byłoby iść do kancelarii i poprosić o 

plan?

–   Nie   wiem,   czy   go   nam   udostępniliby,   bo   nie   mamy   przekonującego 

powodu, aby go żądać. Chodź, lepiej sprawdzimy sami.

Wędrowali z wolna alejkami, sprawdzając każdy nagrobek. Odczytywanie 

inskrypcji tak wciągnęło Kelly, że omal nie wpadła na Erica, który zatrzymał się 

nagle.

– Czy widzisz to co ja? – zapytał bez tchu. Kelly odwróciła się powoli, 

podążając wzrokiem za jego spojrzeniem.

Grób   przed   nimi   był   prosty   i   surowy.   Nie   zasadzono   przy   nim   żadnych 

kwiatów, a płyta z szarego piaskowca była pusta i brudna. Kiedy jednak Kelly 

przyjrzała się dokładniej, poczuła, że skóra jej cierpnie.

Na   nagrobku   nie   było   napisu,   tylko   jeden   samotny   symbol.   Rozpoznała 

śmiałe,   sugestywne   linie   chińskiego   napisu.   Wiedziała,   że   oznacza   szczęście   i 

fortunę.

Bo grobowiec oznaczono tym samym symbolem, który widniał na talizmanie 

Buddy’ego Owensa.

background image

Rozdział 11

– Eureka – powiedziała Kelly dziwnie spokojnym tonem.

– Wyjęłaś mi to z ust – stwierdził Eric, przykucając przy grobie. – 10 maja 

1987 – odczytał datę pod napisem.

– Czy to właśnie dzień napadu?

– Tak.

Kelly w zamyśleniu powiodła palcem po wyrzeźbionych w kamieniu liniach. 

Nadal   czuła   dziwne   mrowienie,   zupełnie   jak   gdyby   ktoś   przyglądał   się   jej   z 

ukrycia. Rozejrzała się ukradkiem, ale w oddali dostrzegła tylko rozchodzących się 

żałobników.

– I co teraz? – zapytała. Eric podniósł się z klęczek.

– Będziemy kopać!

– Chyba żartujesz!

– Dlaczego?

–   Bo...   Chociażby   dlatego,   że   to   zabronione.   Nie   jesteśmy   hienami 

cmentarnymi.

– To jest tylko pusty grobowiec.

– Skąd ta pewność?

Eric spojrzał na nią uważnie.

– Może nie podejrzewasz, że tu zakopano złoto?

– Jasne, że podejrzewam, ale ciekawe, czy zdołamy przekonać o tym władze.

– Czy akurat teraz musisz być prawomyślna? – prychnął zniecierpliwiony, 

pochylając się nad grobem i uważnie badając płytę. Wreszcie wstał i otrzepał ręce o 

spodnie.

– Dobrze, skoro koniecznie chcesz być porządną obywatelką, powiedz mi, co 

background image

mamy dalej robić?

– Uważam, że powinniśmy iść na policję. Masz lepszy pomysł?

Kilka razy musieli pytać o drogę, ale wreszcie znaleźli posterunek policji w 

Waterbury. Dyżurny zaprowadził ich do przeszklonego biura, gdzie przez dobry 

kwadrans nikt się nimi nie interesował.

Wreszcie,   kiedy   Eric   zaczął   już   chodzić   wielkimi   krokami   od   ściany   do 

ściany, pojawił się jakiś oficer z wyraźnie niechętną miną.

– Porucznik Dolan – przedstawił się krótko i pokazał, by przysunęli sobie 

krzesła   do   jego   wielkiego   biurka.   –   Dyżurny   meldował   mi,   że   chcieliście 

rozmawiać z kimś o sprawie Locktighta, tak?

– Tak – zaczęła Kelly. – Właśnie piszemy książkę o...

Dolan ze zniecierpliwieniem machnął ręką.

– Jeśli chcecie informacji, zwróćcie się do działu dokumentacji, piętro niżej.

–   My   nie   szukamy   informacji   –   powiedział   spokojnie   Eric.   –   My   je 

posiadamy, dlatego właśnie tu jesteśmy.

Dolan spiorunował go wzrokiem.

– Ta sprawa została zamknięta trzy lata temu. Żadne doniesienia nie są już 

nam potrzebne.

– Czyżby? A nie chcielibyście wiedzieć, gdzie ukryto złoto?

Choć we wzroku policjanta pojawił się nikły błysk zainteresowania, jego 

mina pozostała niewzruszona i sceptyczna.

– Słucham – rzucił, sadowiąc się wygodniej za biurkiem.

Eric przysunął się bliżej i pochylił ku niemu.

–   Z   różnych   powodów,   zbyt   skomplikowanych,   by   je   teraz   wyjaśniać, 

nabraliśmy przekonania, że złoto zostało ukryte w pustym grobie na cmentarzu 

Southside.   Dlatego   uważamy,   że   konieczne   jest   urzędowe   otwarcie   grobowca   i 

odzyskanie złota, zanim zostanie zabrane przez kogoś innego.

background image

– Konieczne, mówi pan? – Dolan podrapał się w brodę. – Powiedzmy, że ja 

będę oceniał, co jest konieczne. A teraz zacznijmy od początku. Jaką dokładnie 

drogą wszedł pan w posiadanie tych informacji?

Kelly zacisnęła zęby, słysząc rozbawienie w głosie porucznika. Nim Eric 

zdążył odpowiedzieć, zwróciła się do Dolana.

–   Pan   Devane   jest   reporterem   kryminalnym   „The   New  York   Timesa”   – 

oznajmiła z dumą. – Uchodzi za jednego z najlepszych dziennikarzy w swojej 

specjalności.   Trzymiesięczne   wytrwałe   poszukiwania   naprowadziły   go   na   trop 

zaginionego złota. Myślę, że lepiej by było dla nas wszystkich, gdyby zechciał pan 

potraktować jego doniesienia z odpowiednią powagą.

Eric spojrzał na  nią z  podziwem.  Sam nieraz  walczył  o swoje racje,  ale 

jeszcze nikt tak jak ona nie stanął w jego obronie. Zrobiła to w znakomitym stylu. 

Jeśli   miał   jeszcze   wątpliwości,   czy   akceptuje   jego   zawód,   w   tym   momencie 

rozwiały się całkowicie. Najchętniej wziąłby ją teraz w ramiona i pocałował.

–  Ach,   ostry   nowojorski   reporter   –   uśmiechnął   się   zgryźliwie   Dolan.   – 

Jestem pod wrażeniem. Zaiste szkoda, że nie mieliśmy pana pod ręką, kiedy tuzin 

najlepszych dochodzeniowców z New Haven męczył się nad tą sprawą.

–   Właśnie,   szkoda!   –   odparowała   Kelly,   nie   zwracając   uwagi   na 

ostrzegawcze spojrzenie Erica. Zgoda, dyplomacja nie jest jej mocną stroną, ale nie 

pozwoli, żeby lekceważył ją pierwszy lepszy policyjny głupek.

– Wyjaśnienie, w jaki sposób zdobyliśmy informację, nie jest w tej chwili aż 

tak istotne. Najważniejsze, by policja zrobiła z niej właściwy użytek – oświadczył 

spokojnie   Eric.   –   Zawiadamiam   pana,   poruczniku,   że   złoto   jest   ukryte   na 

cmentarzu Southside i mamy je zamiar odzyskać, choćby nawet własnymi siłami.

– Ładnie pomyślane – powiedział Dolan. – Przychodzicie tutaj i oznajmiacie 

oficerowi policji, że zamierzacie złamać prawo. To oszczędzi nam roboty.

Kiedy   w   kwadrans   później   wychodzili   z   posterunku,   Kelly   była   pełna 

background image

podziwu dla Erica. Gdyby wzięła sprawę w swoje ręce, wypadliby stamtąd po 

minucie i pojechali do sklepu, by kupić łopatę. On tymczasem z tą samą spokojną 

rozwagą, jaka cechowała jego pracę, zdołał przekonać sceptycznego Dolana, by 

zaprotokołował jego doniesienia. Porucznik, choć niechętnie, obiecał również, że 

wystąpi do prokuratury o nakaz przeszukania grobu. Cała procedura miała jednak 

potrwać dwa dni.

–   Czy   nie   uważa   pan,   poruczniku   –   zapytała   Kelly   na   odchodnym   –   że 

należałoby posłać kogoś na cmentarz, by pilnował grobu?

Dolan rzucił jej zjadliwe spojrzenie, aż nadto wyraźnie świadczące, że nie 

jest zwolennikiem równouprawnienia kobiet.

–   Radzę   pani   dobrze,   niech   pani   nie   przeciąga   struny   –   pouczył   ją 

lodowatym tonem. – Wystarczy, że ja dałem się wciągnąć w tę głupią zabawę w 

chowanego. Nie mam zamiaru ośmieszać się przed resztą wydziału.

Eric i Kelly, uznawszy, że nie mają tu już czego szukać, opuścili jego biuro.

– Wiesz, jestem naprawdę z ciebie dumna – oświadczyła, kiedy wsiedli do 

samochodu.

Eric odwrócił się ku niej i ogarnął Kelly gorącym spojrzeniem. Odbłyski 

słońca lśniły ciepłym blaskiem na jej miodowych włosach i złociły gładką skórę 

policzków.   Była   uosobieniem   kobiecości,   zjawiskiem,   jakiego   nigdy   dotąd   nie 

spotkał.

Jest jego partnerką w pracy i, choć może jeszcze o tym nie wie, towarzyszką 

życia.   Wydarzenia   ostatnich   dwudziestu   czterech   godzin   upewniły   go   w   tym 

ostatecznie.  Teraz   musiał   tylko   przekonać   Kelly,   by   zechciała   zostać   z   nim  na 

zawsze.

– Ja też jestem z ciebie dumny – powiedział cicho.

– Naprawdę? A nie uważasz, że za bardzo się stawiałam?

– Skąd, jesteś najpiękniejsza, kiedy się kłócisz. Masz taką cudowną, upartą 

background image

linię szczęki, a twoje oczy błyszczą z  wściekłości jak gwiazdy – powiedział z 

uczuciem.

– Ericu Devane, zamknij się natychmiast – poprosiła z uroczystą kpiną.

– Mam się zamknąć? – Zabawnie uniósł brew.

– Wyśmiewasz się ze mnie, draniu!

– Nie. Po prostu daję ci do zrozumienia, jak bardzo mnie podniecasz.

– Jak bardzo? Tak? – Przechyliła się i leciutko pocałowała go w usta. – A 

może tak? – Objęła go w pasie i przyciągnęła do siebie, przytulając się do niego.

– Dokładnie tak – powiedział ze ściśniętym gardłem, ledwo panując nad 

sobą. Do diabła, ta kobieta mogłaby uwieść nawet eunucha w haremie!

Nie   wytrzymał.   Spadł   wargami   na   jej   usta,   zachłannie   zagarniając   je 

językiem. Kelly odchyliła głowę do tyłu, prężąc się pod pieszczotą jego dłoni. 

Upojeni sobą, zatracili poczucie czasu i miejsca.

– Coś takiego! – odezwał się nagle jakiś głos za ich plecami. – Człowiek w 

młodości zabawiał się na siedzeniach samochodów, ale nie przyszło mu do głowy, 

żeby to robić na policyjnym parkingu.

Kelly podskoczyła z wrażenia, ale Eric zachował iście filozoficzny spokój. 

Nie   wypuszczając   jej   z   ramion,   powoli   odwrócił   głowę   i   popatrzył   na 

posterunkowego, pochylonego nad okienkiem.

– Czy coś nie w porządku, panie władzo?

– To miejsce jest własnością publiczną, szanowni państwo. Lepiej, żebyście 

stąd odjechali.

– Ależ oczywiście, właśnie mieliśmy ten zamiar – zapewnił Eric i przekręcił 

kluczyk w stacyjce.

Uległość w jego głosie rozśmieszyła Kelly.

–   Wiesz,   oni   są   niesamowici   –   powiedziała.   –   Ukryte   złoto   nic   ich   nie 

obchodzi, za to nie przepuszczą żadnej całującej się parze.

background image

– Lepiej, żebyście stąd odjechali – powiedział Eric przez nos, parodiując 

służbisty ton policjanta, po czym wrzucił bieg i ostro ruszył z miejsca.

W  drodze   powrotnej   Kelly   w   milczeniu   patrzyła   na   przesuwający   się   za 

oknem krajobraz. Nie mogła się pogodzić z myślą, że teraz, kiedy wyjaśnienie 

tajemnicy było o krok, mieliby czekać biernie, aż opieszała policja zdecyduje się 

działać. Erica musiało gnębić to samo. Kiedy zajechali pod dom, miał już gotowy 

pomysł, o czym wyraźnie świadczyła jego mina.

–   Posłuchaj,   mamy   dwa   wyjścia   –   powiedział.   –   Pierwsze   nie   jest 

pozbawione uroku. Moglibyśmy przyrządzić sobie kolacyjkę, a potem, nie spiesząc 

się, dokończyć to, co zaczęliśmy na parkingu.

Kelly uśmiechnęła się rozkosznie. „Nie pozbawione uroku” – co za delikatne 

sformułowanie.   Miała   jednak   dziwne   przeczucie,   że   Eric   wybrałby   drugą 

możliwość.

– A jakie jest drugie?

– Albo... – powiedział powoli – moglibyśmy się przebrać w ciepłe rzeczy, 

zabrać ze sobą psa i wrócić na cmentarz, by pilnować grobu.

– Bycie z tobą zaczynami się kojarzyć z bezsennymi nocami – westchnęła 

Kelly.

– Dziwne, bo ostatniej nocy nie narzekałaś. – Kpiąco przekrzywił głowę. 

Teraz,   kiedy   już   był   pewien   jej   zgody,   wiedział,   że   wszystko   pójdzie   dobrze. 

Oczywiście, mógł iść tam sam albo zostać z nią w domu. To wyjście wydawało mu 

się jednak najlepsze.

Będą mieli przed sobą całą noc. Wystarczy mu czasu, by przekonać ją, że 

tworzą stały i zgrany zespół. Będzie miał całą noc, by porozmawiać o wspólnej 

przyszłości. Całą noc, by zebrać się na odwagę i wyjawić Kelly swoje zamiary.

Nawet   w   najśmielszych   marzeniach   nie   wyobrażał   sobie,   że   mógłby   się 

oświadczyć na cmentarzu, i to w nocy. Tak, ale zanim spotkał Kelly, nie wyobrażał 

background image

sobie,   że   mógłby   się   oświadczyć   jakiejkolwiek   kobiecie.   A   miejsce   nie   ma 

najmniejszego znaczenia. Ważne, że nadszedł właściwy czas, a piękna kobieta u 

jego boku jest jedyną, której pragnie.

W godzinę później odjechali dżipem, zabierając ze sobą Thora. Przedtem 

zjedli szybką kolację i przygotowali prowiant na nocne czuwanie. Było już ciemno, 

kiedy   minęli   wysoką,   kutą   bramę.   Kelly   powoli   prowadziła   wąską   drogą, 

prowadzącą do północnej kwatery i zaparkowała pod cmentarnym murem, skąd 

było widać nagrobek Buddy’ego Owensa.

Z trawy zaczęła podnosić się lekka mgła, przez którą widać było gwiazdy. 

Usadowili się w samochodzie, rozkładając tylne siedzenie, żeby Thor mógł się 

wygodnie ułożyć, i otworzyli okno, by słyszeć, co się dzieje wokół.

Ku zaskoczeniu Erica Kelly wyjęła z torebki chińską figurkę. Przez chwilę 

obracała ją w palcach, a potem ustawiła na desce rozdzielczej.

–   Miałaś   jakieś   szczególne   powody,   by   ją   zabrać?   –   zapytał   z 

zaciekawieniem.

Kelly wzruszyła ramionami, sama nie bardzo wiedząc dlaczego.

– Może przyniesie nam szczęście?

– I majątek, co?

– Może – uśmiechnęła się. – W każdym razie pasuje tutaj.

– Też tak myślę. Skoro ten stary Chińczyk tak długo strzegł swojego sekretu, 

pomoże i nam strzec go jeszcze przez tę noc.

Kelly była zdumiona, jak łatwo odgadł jej myśl.

–   Kto   wie   –   powiedział   powoli.   –   Może   ten   talizman   przyniesie   nam 

szczęście, którego najwyraźniej nie przyniósł Buddy’emu.

Kelly usiłowała dojrzeć w mroku rysy jego twarzy, zastanawiając się, do 

czego zmierza cała ta rozmowa. Sprawiał wrażenie dziwnie napiętego.

background image

Eric tymczasem patrzył w mrok, wyzywając się w duchu od tchórzy. Kiedy 

wcześniej myślał o tej rozmowie, wydawało się, że pójdzie mu łatwo. A jednak, 

pomimo sprzyjających okoliczności, jego zawodowa elokwencja zawiodła.

– Powiedz mi, Kelly, kiedy zastanawiasz się nad przyszłością, jak widzisz w 

niej siebie? – zagadnął wreszcie niezbyt zręcznie.

–   Nie   zastanawiam   się   nad   przyszłością   –   odpowiedziała   szybko.   Nie 

kłamała. Zanim w jej życiu pojawił się Eric, nie miała w ogóle takiej potrzeby. 

Ułożyła sobie dni w regularny schemat i nie przewidywała żadnych zmian. Teraz z 

kolei wolała nie myśleć o przyszłości, bojąc się nieuchronnego rozstania.

–  Ale   na   pewno   marzysz...   czasami   –   powiedział   cicho   Eric,   nieśmiało 

dotykając jej ramienia.

– O czym? O tym, że moje felietony zdobędą Nagrodę Pulitzera czy że jeden 

z moich dobermanów zdobędzie tytuł Psa Roku? – zakpiła.

– Niezupełnie. – Eric niespokojnie poprawił się na siedzeniu. Słowa, tak 

zwykle posłuszne, nie chciały się sformować w zdania. A przecież wiedział, że 

mogą zaważyć na całym jego życiu.

– Chodziło mi raczej o takie sprawy jak miejsce, gdzie chciałabyś mieszkać, 

czy coś, co mogłabyś jeszcze robić w życiu – brnął. No, wyrzuć to wreszcie z 

siebie, Devane, ponaglał się w myśli. Niestety, po raz kolejny zawiódł sam siebie, 

mówiąc zupełnie co innego:

– Mogłabyś na przykład myśleć o powrocie na studia. Kelly wyprostowała 

się gwałtownie.

– A po co mi one teraz do szczęścia?

– Jesteś bardzo inteligentna. Myślałem, że żałujesz przerwanej nauki.

Eric pocieszał się, że – jakkolwiek okrężną drogą – jednak dąży do celu.

–   Nie   żałuję   –   powiedziała   i   zmarszczyła   brwi,   uderzona   nagłą   myślą. 

Czyżby chciał jej zasugerować, że powinna czymś się zająć, żeby wypełnić sobie 

background image

czas po jego odejściu?

Och,   przestań   się   tak   przejmować!   –   ofuknęła   się   w   myślach.   Czy   Eric 

naprawdę sądzi, że ona nie da sobie rady bez niego? Skoro udawało się jej do tej 

pory, uda się i później.

–   To   nie   ma   najmniejszego   sensu   –   powiedziała   szorstko.   –   Dyplom   z 

Princeton nie jest mi już potrzebny do szczęścia.

– Nie musi być Princeton. Jest wiele innych uczelni, na przykład uniwersytet 

nowojorski czy Columbia – przekonywał.

Kelly odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

– Eric, o co ci właściwie chodzi? Dlaczego nagle zacząłeś się troszczyć o 

moją edukację?

Zaniepokoił się, widząc, że rozmowa przybiera coraz bardziej niekorzystny 

obrót. Postanowił spróbować innej taktyki.

– Dobrze, zostawmy w spokoju studia i porozmawiajmy o czymś innym. 

Gdzie na przykład chciałabyś mieszkać?

–   Jak   to   gdzie?   W   Woodbury.   Nawet   nie   próbowałam   sobie   wyobrażać 

innego miejsca.

– W takim razie spróbuj wyobrazić sobie teraz.

– Po co? Mam tu wszystko, czego potrzebuję. Oczywiście, dopóki jesteś ze 

mną, uzupełniła w myśli.

– Naprawdę wszystko?

– W tej chwili tak – powiedziała, wzdychając mimowolnie.

– Ale mieliśmy mówić o najbliższych pięciu latach.

– Nie będziemy o niczym mówić – prychnęła, na serio już zła. – Jak na 

kogoś, kto zarabia na życie składaniem słów w zdania, wyrażasz się wyjątkowo 

mętnie. Nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi w tej całej rozmowie i zaczynam 

wątpić, czy ty sam wiesz!

background image

–   Jasne,   że   wiem   –   zapewnił.  Teraz   albo   nigdy,   Devane,   ponaglił   się.   – 

Rozmowa dotyczy przyszłości i tego, co stanie się z nami – wyjaśnił gładko.

Wreszcie musiało do tego dojść, pomyślała z rozpaczą. I choć próbowała 

przygotować się na tę chwilę, czuła, że nie jest gotowa. Może po prostu nigdy nie 

będzie. Jedynym sposobem odsunięcia egzekucji było uciszenie Erica.

W desperacji pochyliła się ku niemu i zamknęła mu usta pocałunkiem. Przez 

ułamek sekundy, zaskoczony, próbował zaprotestować, ale za chwilę pochwycił ją 

w objęcia, gorąco odwzajemniając pocałunek.

Z cichym westchnieniem Kelly poddała się fali pożądania. Już nie miała 

wyboru, tak jak nie miała wyboru, gdy zakochała się w Ericu. Trudno, skoro musi 

odejść, należy się cieszyć każdą chwilą, która pozostała. Każdą cudowną...

Niespodziewanie z tyłu samochodu rozległ się cichy pomruk. Eric i Kelly 

odskoczyli od siebie. Thor stał na siedzeniu, wyprężony i gotowy do skoku. Ostre 

uszy czujnie łowiły każdy dźwięk. Warknął groźnie i zaczął drapać w drzwi.

– Thor? – szepnęła Kelly, odwracając się ku niemu. – Co tam jest?

Doberman wystawił pysk przez okno i węszył intensywnie. Gardło drgało 

mu tłumionym pomrukiem.

– Nic nie widzę – powiedział Eric, próbując przeniknąć wzrokiem wilgotną 

mgłę.

–   Dlatego   właśnie   zabraliśmy   Thora.   Ma   zmysły   o   wiele   ostrzejsze   od 

naszych – powiedziała Kelly, sięgając do klamki.

Eric zdążył chwycić ją za rękę, zanim otworzyła drzwiczki.

– Co robisz? – warknął.

– Wychodzę. ^ I co dalej?

– Mam zamiar sprawdzić, co się dzieje.

– Aha, a jeżeli okaże się, że ktoś węszy koło skrytki Buddy’ego, spełnisz po 

prostu swój obywatelski obowiązek i złapiesz przestępcę, tak?

background image

Miał rację. Zaalarmowana reakcją Thora, zaczęła działać zbyt szybko.

– Masz lepszy pomysł? – zapytała.

– Właśnie myślę.

– W takim razie pospiesz się. Jeżeli ktoś rzeczywiście tam jest, to na pewno 

wykopuje teraz złoto – powiedziała, uspokajając podnieconego psa.

Eric sięgnął do torby i wyjął latarkę. Dobre sobie, myśleć szybciej! Przecież 

wiedział, że trzeba się spieszyć. Tylko jak przekonać tę upartą kobietę, żeby została 

w wozie?

– Nie możemy zmierzyć się z nim nie przygotowani.

– Daj spokój, przecież właśnie po to mamy Thora – powiedziała i tak szybko 

otworzyła drzwiczki, że nie zdążył jej powstrzymać. Doberman wystrzelił w noc 

jak czarny pocisk. Przez chwilę węszył koło rzędu nagrobków, a potem zniknął we 

mgle.

– Chodź! – szepnęła, wyskakując z wozu. – Musimy iść za nim.

Eric natychmiast znalazł się przy niej i przytrzymał ją mocno.

– Zostań... ja pójdę – nakazał.

– Nie ma mowy! – syknęła, szarpiąc się.

– Ktoś musi pilnować samochodu.

– Po co? Żeby nie ukradli radia?

– Kelly, bądźże rozsądna – błagał, ale już go nie słuchała. Wyrwała mu się 

gwałtownym   szarpnięciem   i   pobiegła   w   ciemność,   skacząc   przez   groby.   Za 

moment usłyszała przy uchu szybki oddech Erica.

– Popatrz! – szepnął nagle, wskazując na lewo. – Tam!

Kelly   przystanęła,   próbując   przeniknąć   wzrokiem   mglistą   ciemność   i 

zobaczyła zarys biegnącej, ubranej na czarno postaci, ściganej przez psa. Szybko 

nabrała tchu i gwizdnęła. Thor natychmiast zaniechał pościgu i skręcił ku nim.

Dobiegli   do   grobu   i   stanęli   nad   nim,   zdyszani.   Eric   wyciągnął   latarkę   i 

background image

oświetlił teren.

Ktokolwiek tu był, wiedział dokładnie, co ma robić. W krótkim czasie zdołał 

wykopać całkiem pokaźny dół. Na kupie ziemi obok grobowca leżał porzucony 

szpadel.

Eric przyklęknął na postumencie i zajrzał w ciemną jamę. Był coraz bardziej 

podekscytowany.   Zbliżał   się   moment   prawdy.   Uległ   Kelly   i   poprosił   o   pomoc 

policję, ale i tak...

– Posuń się – usłyszał rozkazujący głos. Kelly stała za nim, z łopatą w ręku. 

– I poświeć mi – dodała.

Nigdy nie kochał jej tak jak w tym momencie. Była kimś więcej niż jego 

kochanką,   była   prawdziwym   partnerem,   wypróbowanym   w   każdej   przygodzie. 

Była po prostu połową jego duszy.

Pozostało mu tylko zrobić to, co kazała.

Ostrze   szpadla   z   łatwością   zagłębiło   się   w   wilgotnej,   poruszonej   ziemi. 

Zmieniali się przy kopaniu, a Thor warował czujnie z boku.

Kelly właśnie przejęła latarkę, kiedy strumień światła wyłowił z dna dołu 

metaliczny błysk. Łopata uderzyła w coś z łomotem. Eric, stojący po kolana w 

dole, wyprostował się powoli i spojrzał na Kelly z triumfalnym uśmiechem.

– Tam naprawdę coś jest – wyszeptała bez tchu.

– Oczywiście – powiedział, starannie maskując podniecenie. – Nie wątpiłem 

w to ani przez chwilę.

– Oczywiście – odpowiedziała jak echo i roześmiała się.

Eric wyskoczył z wykopu i odrzucił łopatę. Oboje pochylili się nad dołem i 

zaczęli po omacku odgarniać rękami ziemię, aż odsłoniła się pokrywa metalowej 

kasety. Była tak ciężka, że Eric z najwyższym trudem zdołał wytaszczyć ją na 

krawędź grobu. Kelly sięgnęła po latarkę. Smuga światła zatoczyła łuk po nocnym 

niebie. W tym samym momencie rozległ się ostry świst i coś przecięło powietrze 

background image

miedzy   ich   głowami.   Z   kamiennego   narożnika   nagrobka   posypały   się   ostre 

odłamki. Kelly oszołomiona potrząsnęła głową.

– Co to, u licha...?

–  Padnij! –  wrzasnął  Eric,  ale  zanim  zdążył  zbić  ją  z  nóg,  drugi  pocisk 

smagnął ciemność z upiornym świstem. Kelly padła jak podcięte drzewo. Krwawa 

mgła przesłoniła Ericowi wzrok. Rzucił się ku niej, okrywając ją swoim ciałem. 

Nie zważał na stłumiony jęk. Być może wydał go sam.

background image

Rozdział 12

Eric   czuł,   jak   ciało   Kelly   wije   się   pod   nim,   więc   troskliwie   ogarnął   ją 

ramionami.   Na   szczęście   zaczęła   coś   mówić,   ale   stłumiony   potok   słów   był 

niezrozumiały. Trudno, dopóki trwała strzelanina, nie mógł sprawdzić, co jej się 

stało.

Wreszcie, po przedłużającej się ciszy uznał, że napastnik zrezygnował. Na 

wszelki wypadek odczekał jeszcze minutę. Obok nich warował czujnie Thor, gotów 

do   natychmiastowej   akcji.   Fakt,   że   doberman   uznał,   iż   poczynania   Erica   nie 

zagrażają jego pani, świadczył o ogromnym zaufaniu.

Nie było to jednak zaufanie całkowite, gdyż Thor warknął niespodziewanie. 

Eric,   nie   zwracając   na   niego   uwagi,   zaczął   powoli   zsuwać   się   z   Kelly.   Teraz 

nadeszła pora, by zbadać, jak bardzo została zraniona.

– Złaź ze mnie, ty ciężki idioto!

Głos był nadal stłumiony, ale wyraźnie wściekły. Eric był wniebowzięty, 

jakby usłyszał najwspanialszy komplement.

– Kelly, najdroższa, czy wszystko w porządku?

– Byłoby w porządku, gdyby nie siniaki, których mi narobiłeś, lądując na 

mnie – burknęła.

Natychmiast odsunął się na bok i spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Naprawdę cię nie trafili?

– Jasne, że nie. – Kelly, uwolniona od jego ciężaru, zaczęła oczyszczać się z 

błota. – Skąd ci to przyszło do głowy?

–   Kiedy   zaczęto   strzelać...   –   Urwał,   z   drżeniem   przypominając   sobie   tę 

straszną myśl, że jeśli ta kobieta zginie, niema po co żyć. – I wtedy upadłaś, i...

–   Posłuchałam   tylko   twojego   rozkazu   i   usunęłam   się   z   linii   strzału.   – 

background image

Spiorunowała go wzrokiem. – Też powinieneś to zrobić, zamiast rzucać się na 

mnie! Jesteś szalony, rozumiesz? Jak można... – z oburzenia zabrakło jej tchu. – 

Przecież mogli cię zastrzelić.

Eric uśmiechnął się mimowolnie, widząc, jak jest przejęta i zagniewana.

– Chodź tutaj – powiedział.

Dostrzegła błysk w jego oku i odmownie potrząsnęła głową. Musiał być 

szalony, jeśli chciał się tu kochać. Chociaż...

– No, chodź – powtórzył z naciskiem, wymownie poklepując dłonią trawę 

koło siebie. – Chcę, żebyś się skryła za nagrobkiem. A może już zapomniałaś, że 

ktoś do nas strzelał?

–   Nie,   bynajmniej   –   odpowiedziała   urażonym   tonem,   sadowiąc   się   obok 

niego. – Ale zaczęłam się obawiać, czy ty nie zapomniałeś.

– Och, to, że uwielbiam przewracać cię na ziemię i całować do utraty tchu, 

nie oznacza jeszcze, że nie potrafię zapanować nad sobą. Przynajmniej chwilowo – 

dodał, mrugając do niej znacząco.

– Nie bądź taki rozkoszny – ucięła, poważniejąc.

– Nie wiem, czy zauważyłeś, że nasza sytuacja nie jest wesoła.

– Zauważyłem, niestety – powiedział, ostrożnie wyglądając zza nagrobka. 

Nic jednak nie dostrzegł.

– Ten ktoś trzyma nas w szachu. Co gorsza, używa pistoletu z tłumikiem, 

więc nie możemy liczyć, że strzały zaalarmują kogoś na tym pustkowiu. A sami nie 

jesteśmy uzbrojeni.

– Zapomniałeś o Thorze.

– Thor jest świetny, ale nawet on nie poradzi sobie z bronią. Myślę, że nie 

powinnaś go narażać.

Niestety, miał rację. Ale z drugiej strony, co im pozostało?

– Zastanówmy się – powiedziała. – Jeśli zostaniemy tutaj, powystrzela nas w 

background image

końcu jak kaczki. Ucieczka również może być ryzykowna, ale daje pewne szanse, 

jeśli ten ktoś nie jest zbyt dobrym strzelcem. Zresztą, sądząc z filmów, niełatwo 

trafić   w   biegnący   cel,   w   dodatku   po   ciemku.   Ale   to   oznacza   również,   że 

musielibyśmy zostawić złoto.

– Nie możemy... – zaczął gwałtownie, ale nagle umilkł. Jak mógł, kiedy 

zagrożone było ich życie, myśleć o skarbie i o swojej książce?

– Dokładnie to samo myślę – podchwyciła Kelly.

– Nie zostawimy złota.

– Tego nie powiedziałem.

– Ale chciałeś powiedzieć.

Nie było już sensu zaprzeczać i wdawać się w dalsze dyskusje. Eric wiedział, 

że trzeba działać.

– Musimy się rozdzielić – powiedział twardo. – Ty zostaniesz tutaj z Thorem 

i ze złotem, a ja pójdę na zwiady i spróbuję...

– Wykluczone.

– Nawet nie dałaś mi dokończyć.

– Nie interesuje mnie, co chcesz zrobić. I tak się nie zgadzam.

Eric z desperacją zacisnął pięści.

– Zrozum, nic innego nie wymyślimy, a czasu jest coraz mniej. Trzeba jakoś 

uziemić tego drania.

– Słusznie, dlatego wysyłam Thora – powiedziała Kelly, gestem przywołując 

do siebie psa.

Eric   wiedział,   jak   bardzo   przywiązana   jest   do   tego   zwierzęcia.   Mimo   to 

skłonna była poświęcić Thora dla jego sprawy.

– Proszę, nie rób tego – powiedział.

Kelly objęła dobermana za szyję i szepnęła mu coś do ucha. Krótki ogon 

zamerdał   radośnie.   Teraz,   kiedy   podjęła   już   decyzję,   poczuła   spokój.   Sama 

background image

trenowała Thora, był jej najzdolniejszym wychowankiem. Mogła mieć nadzieję, że 

da sobie radę.

– Kelly – nalegał z przejęciem Eric – to nie jest zabawa. On nic nie wie o 

broni.   Może   zostać   postrzelony,   a   nawet   zabity.   Jeśli   ja   pójdę,   zrobię   to 

przynajmniej na własne ryzyko.

– Nie będziesz ryzykował bez sensu. Już raz to zrobiłeś, kiedy zasłoniłeś 

mnie przed kulami.

– Musiałem. Moje życie straciłoby sens, gdybyś zginęła.

– Mogę ci powiedzieć dokładnie to samo. Postąpiłeś tak, jak uważałeś za 

słuszne. Teraz moja kolej – powiedziała, patrząc mu w oczy.

Jeszcze raz przygarnęła psa i ucałowała go w nos.

– Trzymaj się, Thor – wyszeptała wstając. Pies sprężył się, gotów do biegu. – 

Szukaj! – padła cicha komenda. Doberman zniknął w ciemności.

Znów świsnęła kula. Eric zaklął i pociągnął Kelly za siebie.

– Jeszcze jeden numer, a sam cię zabiję – syknął wściekle.

Z irytacją wzruszyła ramionami i zaczęła pilnie nasłuchiwać. Dała psu czas, 

by mógł przeszukać teren, a potem odważyła się na następną komendę.

– Thor, bierz!

Z początku słyszeli tylko głuche uderzenia własnych serc. Znienacka ciszę 

przerwały dwa szybkie wystrzały, po których rozległ się podobny do jęku krzyk – 

nie wiadomo, ludzki czy zwierzęcy. I znów zapadła cisza.

– Biegiem! – krzyknął Eric.

Pochwycili z obu stron ciężką skrzynkę i schyleni pobiegli w kierunku, z 

którego   strzelano.   Cienie   nagrobków   tańczyły   w   świetle   latarki.   Po   kilkunastu 

metrach   Kelly   poczuła,   że   za   chwilę   wypuści   uchwyt   z   odrętwiałych   palców. 

Wytężała słuch, ale słyszała tylko głuchy tupot ich stóp.

– Gdzie oni są? – wysapał Eric. – Nie mogli odbiec daleko.

background image

Zwolnili,   a   potem   zatrzymali   się   nagle,   kiedy   w   kręgu   światła   coś 

metalicznie błysnęło. Na ścieżce leżał zgubiony pistolet. Eric kopnięciem odrzucił 

go w bok.

Nagle Kelly usłyszała ciche warczenie. Puściła skrzynkę i wskazała Ericowi 

kierunek. Natychmiast skierował tam latarkę.

Teraz zobaczyli swojego wroga. Stał skulony, oparty plecami o cmentarny 

mur. Metr przed nim siedział Thor, szczerząc groźnie kły, w każdej chwili gotów 

skoczyć mu do gardła.

– To Larry – wyszeptał w osłupieniu Eric.

– Odwołajcie go! – skrzeknął Larry. – Ten drań o mało mnie nie zagryzł.

–  To   całkiem   sprawiedliwe,   zważywszy,   że   ty   o   mało   nie   zabiłeś   nas   – 

zauważył Eric, idąc ku niemu.

– Chciałem was tylko nastraszyć. Nie miałem zamiaru nikogo uszkodzić.

– Zdaje się, że straszenie ludzi to twoja specjalność, co? To ty obrobiłeś mój 

dom?

Larry nawet nie próbował zaprzeczać.

– Nie miałem wyjścia. Nie chciałeś mi niczego powiedzieć, więc musiałem 

sam wybadać, jak blisko jesteś znalezienia złota.

– Może wystarczyłoby, żebyś po prostu zapytał?

– I tak nie puściłbyś farby. Znam cię. Podpuszczałeś mnie na gadanie, a sam 

nie mówiłeś ani słowa. Na szczęście wpadłem na pomysł, żeby za tobą chodzić. 

Pewnie nawet nie wiesz, że mieliście towarzystwo dziś po południu?

Kelly   przypomniała   sobie   dziwne   wrażenie,   że   ktoś   ich   śledził,   kiedy 

pierwszy raz byli przy grobie. Stanowczo powinna bardziej ufać swoim zmysłom.

– No właśnie, nie wiesz – zachichotał Larry, widząc zdumioną minę Erica. – 

Ale ja też nie wiedziałem, że jesteś taki napalony na to złoto. Przerobiłeś mnie. 

Dostarczyłem ci informacji i miałem prawo wiedzieć, co jest grane.

background image

– Miałeś prawo, dobre sobie! – prychnął Eric. – I może jeszcze powiesz, że 

jesteś niewinny? Od początku podejrzewałem, że kiedy tylko wskażę ci, gdzie jest 

złoto, skradniesz  mi je sprzed nosa. Miałeś  mnie za naiwniaka, co? – Groźnie 

przysunął się do Larry’ego, a potem skinął na Kelly.

– Thor – powiedziała cicho. Pies popatrzył na nią, przekrzywiając łeb. – 

Chodź tu.

Doberman natychmiast znalazł się przy jej nodze. Larry oderwał plecy od 

muru,   ale   Eric   błyskawicznie   chwycił   go   za   kurtkę   na   piersi,   uniemożliwiając 

ucieczkę.

– Na twoim miejscu stałbym spokojnie – ostrzegł. – Chyba że chcesz, żebym 

zawołał psa.

Larry westchnął zrezygnowany i przycupnął przy ścianie.

–   Gdybym   pierwszy   wykopał   złoto,   podzieliłbym   się   z   tobą.   Szczerze 

mówię.

– Dobrze, będziesz mógł to powtórzyć policji.

– Policji?! Przecież obiecałeś... Eric popatrzył na niego z pogardą.

– Powiedziałem, że dopóki będziesz się trzymał prawa, nie zdradzę im, kto 

był moim informatorem. A skoro nie dotrzymałeś umowy, ja też się czuję z niej 

zwolniony.

Odwrócił   się   do   Kelly,   która   uważnie   wodziła   rękami   po   ciele   psa, 

sprawdzając, czy nie ma ran.

– Co z nim?

– Nie jest nawet zadraśnięty.

– Wspaniale. W takim razie poproś go, żeby popilnował przez chwilę pana 

Smitha, bo mamy jeszcze coś do roboty, dobrze?

Kelly wydała komendę i podeszła z Erikiem do skrzynki.

– Zanim wezwiemy policję – powiedział – chciałbym upewnić się, czy złoto 

background image

naprawdę tu jest. Pomożesz mi?

Przyświecała mu latarką, kiedy mocował się z zardzewiałym zamkiem. W 

końcu użył kamienia i wieko odskoczyło. Wstrzymując oddech, Kelly przykucnęła 

u boku Erica. Kiedy otworzył skrzynię, wydała głośny okrzyk. Blask księżyca, 

przesiany przez mgłę, padł na równo ułożone złote sztaby.

– Jakie piękne – szepnęła, wodząc palcem po gładkiej, zimnej powierzchni.

– Piękne – przyznał. – I zabójcze.

Zdumiał go własny spokój. Powinien triumfować, a przynajmniej się cieszyć 

– tymczasem czuł tylko ogromną ulgę. Sprawa została rozwiązana, a Kelly była 

bezpieczna. I tylko to się liczyło.

Po raz pierwszy w życiu miał poczucie, że reportaż, który miał decydować o 

jego dalszej karierze, nie był wart ryzyka. Dawniej musiał martwić się tylko o 

siebie, co w praktyce znaczyło, że nie martwił się wcale. Teraz jednak, kiedy w 

jego życiu pojawiła się Kelly, wszystko wyglądało inaczej.

–   Kelly,   idź   –   nakazał   szorstko.   –   Musisz   zadzwonić   po   policję.   Niech 

szybko zabiorą te błyskotki, zanim wpędzą nas w nowe kłopoty.

– Dobrze, już idę – powiedziała, zaskoczona jego nastrojem. Spodziewała się 

tonu triumfu, a nie zniecierpliwienia.

Eric   zamknął   wieko   i   usiadł   na   grobowcu,   razem   z   Thorem   pilnując 

Larry’ego.  Kelly  pobiegła   do  dżipa.  Na  szczęście  udało  jej  się  szybko  znaleźć 

nocny sklep, z którego zadzwoniła na posterunek.

Po kwadransie cmentarną ciszę rozdarł ryk policyjnych syren. Kiedy zjawił 

się porucznik, Larry był już skuty i zabrany do wozu. Pistolet zabezpieczono jako 

dowód rzeczowy.

Dolan podszedł do Erica i Kelly, nie spojrzawszy nawet na złoto.

– Powinienem was oboje aresztować – oznajmił na powitanie.

background image

– Na jakiej podstawie? – zapytał spokojnie Eric, krzyżując ręce na piersi.

Dolan machnął ręką w kierunku rozkopanego grobu.

– Chyba nie chce mi pan wmówić, że ta skrzynka sama stamtąd wyskoczyła?

– Rzeczywiście, ktoś jej pomógł. O szczegóły proszę spytać Larry’ego. To 

jego łopata.

Rzut oka na twarz Erica upewnił Dolana, że dalsze roztrząsanie tego wątku 

jest bezcelowe.

– Liczył pan to? – zapytał, zerkając wymownie na złoto.

– Tak. Jest wszystko.

– Całe złoto... – Porucznik uważnie przypatrywał się zawartości skrzyni. – 

Jest pan pewien, że ani jedna sztaba nie zginęła? – zapytał nagle.

– Jestem pewien. – Eric twardo popatrzył mu w oczy. Zbyt wieje wiedział o 

korupcji, by nie zorientować się, co mu proponują. – I prosiłbym o pokwitowanie – 

dodał znacząco.

– Dostanie je pan – mruknął Dolan i z hukiem zatrzasnął wieko. – Sam już 

nie wiem, czy jest pan aż tak sprytny, czy aż tak głupi – powiedział i odwrócił się, 

by wydać rozkazy podwładnym.

Kiedy wymęczeni drobiazgowym przesłuchaniem odjeżdżali z posterunku, 

niebo   na   wschodzie   zaczęło   blednąc.   Gdy   dojeżdżali   do   domu,   na   horyzoncie 

pojawiły się pierwsze promienie słońca.

– Wiesz, że to jest śmieszne – powiedziała Kelly, kiedy weszli do holu.

– Co takiego? – zapytał Eric, z ulgą rozsiadając się na kanapie w salonie.

– Przez ostatnie dziesięć lat wmawiałam sobie, że lubię spokój i ciszę, a nie 

znoszę szaleństw.

– A teraz? – zapytał miękko, przyciągając ją do siebie.

– Teraz – powiedziała z rozmarzeniem, wtulając twarz w zagłębienie jego 

background image

ramienia – kiedy mam znów powrócić do swego dawnego życia, boję się, że będzie 

śmiertelnie nudne.

– Kto powiedział, że masz wrócić do swojego dawnego życia?

– A czy mam inne wyjście?

– Zawsze są inne wyjścia.

–   Może   dla   ciebie,   ale   nie   dla   mnie   –   powiedziała,   otwierając   oczy.   – 

Pójdziesz tam, gdzie zaprowadzą cię twoje reportaże. A ja zostanę tutaj. Będę miała 

swoje psy, swoją pracę i...

– Słowem wszystko, czego ci potrzeba do szczęścia, tak? – Nie był w stanie 

ukryć goryczy. Nawet po tym, co przeżyli, nie potrafiła mu zaufać na tyle, by 

pomyśleć o wspólnej przyszłości.

A jednak zaskoczyła go. W jednej chwili leżał na kanapie, a Kelly klęczała 

nad nim, przyciskając mu łokcie za głową i zniżając usta ku jego ustom.

– Do szczęścia potrzeba mi ciebie – powiedziała z uśmiechem.

– W takim razie zostań ze mną.

Delikatnie powiodła po jego wargach opuszkiem palca.

– Chcę zostać z tobą.

– Na jak długo? Spoważniała nagle.

– Ja... Nie wiem. Przecież musisz odejść.

– Kto ci naopowiadał takich bzdur? – zaśmiał się.

– Rozwiązałeś już swoją zagadkę i masz teraz materiał na książkę, więc...

– Mam też półroczny urlop – przypomniał spokojnie. – Zresztą, kto wie, 

może w ogóle przestanę pisać?

Był tak rozbawiony i zadowolony z siebie, że powinna być zła. Ale błysk w 

jego oku kusił...

– Ericu Devane, jeśli nie skończysz tej książki, to...

Zabawnie uniósł brwi.

background image

– Widzę, że jednak myślisz o sławie i pieniądzach.

– Sława i pieniądze to wyłącznie twoja sprawa – najeżyła się.

– Nie tym razem, kochanie. Będziemy dzielić je ze sobą.

– Dopóki nie skończy się twój urlop i nie znudzę ci się?

– O, właśnie, w związku z tym mam następne pytanie.

Kelly zmęczonym ruchem ułożyła się obok niego.

–   Jak   na   faceta,   który   nie   spał   całą   noc,   jesteś   strasznie   gadatliwy   – 

powiedziała z westchnieniem.

–   Ta   strzelanina   podziałała   na   mnie   ożywczo   –   wyznał,   mocniej 

przygarniając ją do siebie. – Notabene, co myślisz o hrabstwie Fairfield?

– Ładne miejsce – przyznała ziewając. – Tylko bardzo drogie.

– Przecież oboje pracujemy. Dałoby się to jakoś ułożyć. Ja miałbym godzinę 

drogi do Nowego Jorku, a ty tyle samo do swojej szkoły. Oczywiście musiałabyś 

się inaczej umawiać na prywatne lekcje...

Kelly otrzeźwiała nagle i czujnie uniosła głowę.

– O czym ty mówisz?

– O nas. O tobie i o mnie. Razem.

– W hrabstwie Fairfield?

– Dobrze, jeśli nie chcesz, są jeszcze inne ładne miejsca w okolicy. Mógłbym 

dojeżdżać z Westchester, z Rockland, nawet z New Jersey.

– Eric?

– Hmm...

– Kocham cię.

– Wiem – przytaknął leniwie.

Tym razem usiadła wyprostowana i popatrzyła na niego szeroko rozwartymi 

oczami.

– Ty wiesz? Co to ma znaczyć? Kiedy mówię, że cię kocham, masz mi tylko 

background image

tyle do powiedzenia?

Eric wyciągnął rękę i z powrotem przygarnął Kelly ku sobie.

– Ja też cię kocham.

– No, to już lepiej – mruknęła.

– Świetnie, czy w takim razie możemy dalej planować naszą przyszłość?

– Nie wiedziałam, że tym się właśnie zajmujemy.

– Jasne. Teraz pogadajmy o ślubie.

Tempo, jakie narzucił, przyprawiło ją o zawrót głowy. W tym samym tempie 

narastała w niej fala szczęścia – cudownego szczęścia, jakiego nie doznała w życiu. 

Nie znaczyło to jednak, że podda się łatwo.

– O jakim ślubie? – zapytała niewinnie.

– Naszym.

– Hola, jeszcze mi się nie oświadczyłeś. A może czekasz, aż ja to zrobię?

– Nie, to męska sprawa – powiedział Eric i zanim zdążyła się zorientować, 

już klęczał przy kanapie.

– Kocham cię, Kelly. Czy wyjdziesz za mnie? – zapytał z namaszczeniem.

–   Ja   też   cię   kocham,   Ericu   –   szepnęła,   zsuwając   się   ku   niemu.   –   I   z 

największą przyjemnością wyjdę za ciebie.

– Cała przyjemność – poprawił ją – jest po mojej stronie.

Kelly zarzuciła u ramiona na szyję.

– Pozwól, że pokłócimy się o to później – powiedziała, zamykając mu usta 

pocałunkiem.


Document Outline