background image

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY V 

 

KSIĘŻYCOWA NOC 

 

ROZDZIAŁ 1. 
 
Bóle  porodowe  uderzyły  w  Mali  pod  koniec  lutego.  Stała  właśnie,  przygotowując 

południowy  posiłek,  gdy  poczuła  je  niczym  cios  w  krzyż.  Ponieważ  nie  oczekiwała  dziecka 
przed  końcem  marca,  a  żadne  objawy  nie  zapowiadały,  że  dzieje  się  coś  szczególnego, 
dopiero  po  chwili  zrozumiała,  co  to  może  oznaczać.  Po  śmierci  Johana,  inaczej  niż  w 
pierwszych  miesiącach  ciąży,  nawet  nie  chorowała.  Od  czasu  do  czasu  czuła  zmęczenie  i 
lekki ból w krzyżu, ale to przecież nic dziwnego w tym stanie.  

Oparła  się  o  stół  i  próbowała  oddychać  normalnie.  Powoli  ból  minął,  ale  ona  nadal  stała 

pochylona, spływając potem. 

-  Coś się dzieje? - spytała Ane, zauważając nagle jej pozycję. - Chyba nie jesteś chora? 
Mali powoli wyprostowała się i spojrzała na nią. 
-    Boże  drogi!  -  wykrzyknęła  Ane.  -  Wyglądasz  jak  zjawa!  Co  się  stało,  Mali?  Przecież 

chyba nie dziecko...? 

-  Nie wiem - odparła Mali, przyjmując wyciągniętą dłoń Ane. - Możliwe, że tylko... 
Nowy ból uderzył ją w plecy, niemal ścinając z nóg. 
-  Pomóż mi, Ingeborg, zrób miejsce na kanapie! Musimy ją tam położyć, przynajmniej na 

razie - rzuciła zdenerwowana Ane, pomagając Mali przejść na miejsce. - Jak się czujesz? 

Mali  spojrzała  na  Ane.  Jak  to  dobrze,  że  nadal  służy  w  Stornes  po  Bożym  Narodzeniu, 

mimo  że  wyszła  za  Aslaka  i  przeniosła  się  z  nim  do  własnej  zagrody.  Zawsze  czuła  coś 
innego  względem  Ane  niż  Ingeborg.  Nie  żeby  miała  coś  do  zarzucenia  tej  drugiej,  nie. 
Ingeborg  była  młodsza  i  stale  rozpraszały  ją  różne  sprawy,  między  innymi  mężczyźni.  Ane 
interesował tylko Aslak, poza tym była silna, lojalna i nie narzekała. Mali zdała sobie sprawę, 
ż

e nie spytała jej jeszcze, czy aby nie jest w ciąży. Brała pod uwagę taką możliwość, która nie 

oznaczała  przecież  odejścia  Ane  ze  Stornes.  Tak  brzmiała  umowa,  którą  zawarli  jeszcze  za 
ż

ycia Johana: działka ziemi w zamian za to, że Ane pozostanie w służbie. 

-  Gdzie jest Sivert? - spytała nerwowo Mali. 
-    Ubrałam  go  i  wysłałam  na  dwór  -  odparła  Ingeborg,  patrząc  na  panią  ze  strachem  w 

oczach. - Mężczyźni wrócili właśnie z lasu, a on chciał pomóc wyprzęgać konie. 

-  Może powinnam przejść na strych, zanim oni tu wejdą - stwierdziła Mali, podnosząc się 

z trudem. - Nie chcę przestraszyć Siverta, a i oni nie... 

Urwała  nagle,  gdy  przeszył  ją  nowy  skurcz.  Nie  miała  już  wątpliwości:  to  są  skurcze 

porodowe.  Poród  się  zaczął,  i  to  miesiąc  wcześniej,  niż  Mali  oczekiwała.  Dziecku,  które 
niemal  cudem  utrzymało  się  w  niej,  mimo  że  chorowała  i  była  bita  przez  Johana,  nagle 
zaczęło  się  spieszyć  do  wyjścia  na  świat.  Więc  może  jednak  je  stracę,  pomyślała 
oszołomiona. Przecież nie może być donoszone. A przedwcześnie urodzone dziecko w środku 
zimy...  

Drzwi się otwarły i wszedł Havard, a tuż za nim Sivert. 
-  Co się stało? - spytał Havard, podchodząc do kanapy. - Zachorowałaś, Mali? 

background image

Ujął jej lodowatą dłoń w swoją i spojrzał zaniepokojony. Sivert przydreptał za nim i objął 

ją za szyję. 

-  Co to, mamo? Leżysz? 
Mali zdjęła jego ramiona i odsunęła delikatnie. Musi wziąć się w garść! Uśmiechnęła się i 

poklepała syna po zaczerwienionym od mrozu policzku. 

-  Wygląda na to, że dzidziusiowi zaczęło się spieszyć, by cię poznać - powiedziała. - Nie 

zostanie w moim brzuchu na zawsze, wiesz przecież. 

-  Ale... - Havard odwrócił się w stronę Ane. - Czy to nie za wcześnie? 
Ane pokiwała głową i spojrzała znacząco w stronę Siverta. 
-    Nie  powinniśmy  go  przestraszyć  -  powiedziała  cicho  do  Havarda.  -  Ale  tak,  jest  za 

wcześnie  i  według  mnie  nie  całkiem  normalnie.  Kiedy  Sivert  przychodził  na  świat,  tak  nie 
było. Może ja się za bardzo na tym nie znam, ale na pewno jest za wcześnie. 

Mali  przywarła  nagle  do  ręki  Havarda,  bo  nowy  skurcz  sprawił,  że  aż  stęknęła.  Havard 

ukląkł przy kanapie, objął Mali. Gdy już się rozluźniła, otarł dłonią jej spoconą twarz. 

-  Sprowadźcie akuszerkę i lekarza - polecił, nie odwracając się. - Nastaw wodę, Ingeborg. 

A ty,  Ane, pomóż przejść Mali do sypialni. Tu nie jest dobre miejsce dla kobiety, która ma 
rodzić. 

Sivert stał za plecami Havarda, wpatrzony w matkę przestraszonymi, wielkimi oczami. 
-    Nic  takiego  się  nie  dzieje,  Sivert  -  powiedziała  Mali  uspokajająco.  -  Właśnie  w  ten 

sposób rodzą się dzieci. Ale to i tak potrwa jakiś czas, więc może Gudmund zawiózłby cię do 
Innstad, co ty na to? Możesz tam zostać i pobawić się z Olausem i dziewczynkami... 

-  Ja się nie bawię z dziewczynami - rzucił Sivert dumnie, zapominając na chwilę, że się 

boi o matkę. 

-  No to pobawisz się z Olausem - powiedziała  Mali, unosząc się na łokciu. - Ubierz go, 

Ingeborg,  i  zadzwoń  do  Innstad.  Jestem  pewna,  że  Margrethe  go  przyjmie,  ale  zadzwoń. 
Powiedz Gudmundowi, by w drodze powrotnej zabrał akuszerkę. 

-  Nie, to pochłonie zbyt dużo czasu - sprzeciwił się Havard. - Ja po nią pojadę. 
Mali chciała protestować, ale gdy napotkała jego pełne lęku spojrzenie, zmilczała. 
-  Wszystko pójdzie dobrze, Havard - zapewniła cicho. - Nie musisz się... 
-  To dużo przed czasem, a ty... Nie chcę, żeby ci stało się coś złego - wyszeptał tak cicho, 

ż

e tylko ona go słyszała. - I dziecku też nie, oczywiście. Ale ty, Mali... 

Zanim  zdołała  mu  odpowiedzieć,  nowy  skurcz  przeszedł  przez  nią  niczym  fala 

powodziowa. Mali z całej siły przywarła desperacko do Havarda. 

-  To naprawdę toczy się zbyt szybko – powiedziała Ane i z niepokojem patrzyła, jak Mali 

z trudem łapie powietrze. - Przecież skurcze nie są takie silne od samego początku, prawda? 

Mali opadła na oparcie, blada i zlana potem. 
-  Jedźcie już z Sivertem - rzuciła cicho do Ane. - I masz rację, to idzie zbyt szybko. To nie 

jest normalne. 

Ingeborg  wzięła  chłopca  na  kolana  i  zaczęła  mu  wkładać  ciepłe  ubranie.  Przekazała 

pozdrowienia z Innstad i że oczywiście mogą go tam przyjąć.  

-  Ale twoja siostra była zaniepokojona, gdy powiedziałam, dlaczego chcemy przysłać do 

niej Siverta. Pytała, czy nie potrzebujesz pomocy i czy ma przyjechać. 

Mali z trudem wstała i oparła się ciężko o Havarda. Odruchowo spojrzała w stronę pieca. 

Ane zdążyła już postawić na ogniu duży kocioł z wodą. 

-    Masz  rację,  potrzebuję  akuszerki  bardzo  szybko  -  zwróciła  się  do  mężczyzny,  nie 

odpowiadając  na  pytanie  Ingeborg.  -  Dobrze,  że  po  nią  pojedziesz.  Ale  czy  jest  w  domu?  - 
zaniepokoiła się nagle. 

-  Tak, jest - odparła Ane. - Dzwoniłam do niej, siedzi gotowa i czeka na wóz. Doktor też 

przyjedzie, ale nie tak zaraz. 

-  Nie tak zaraz - powtórzył Havard z przekąsem. - Dlaczegóż to? 

background image

-    Pewnie  jest  zajęty  -  mruknęła  Mali.  -  To  u  niego  normalne.  Najważniejsza  jest 

akuszerka. Niech Gudmund wstąpi po Johannę z Viken, gdy już odwiezie Siverta. Będę pod 
dobrą opieką, jeśli one obie przyjadą. Chodźmy na górę, Ane, zanim mnie znów złapie. 

Pochyliła  się  nad  Sivertem,  pocałowała  go  i  pogłaskała  po  włosach.  Powiedziała,  by  był 

grzeczny.  Przez  głowę  przeleciała  jej  myśl,  że  może  go  już  nigdy  nie  zobaczyć.  Myśl  ta 
sprawiła, że nogi się pod nią ugięły i musiała złapać się oparcia krzesła, na którym siedziała 
Ingeborg z malcem. Przecież aż tak źle nie musi pójść, pomyślała, czując jednak, jak strach 
ś

ciska ją za gardło. Bo przecież nie działo się normalnie, to pewne. 

Pocałowała syna jeszcze raz, przytuliła, czując łzy  pod powiekami. Ujęła  Ane pod rękę  i 

poszła w kierunku drzwi. 

-    Tylko  nie  zamęcz  konia,  Havard  -  rzuciła  przez  ramię.  -  Na  pewno  będzie  dobrze  - 

dodała z przekonaniem, którego wcale nie czuła. Ane zamknęła za nimi drzwi. 

Na  górze  nic  nie  było  przygotowane  do  porodu,  więc  Mali  usiadła  na  krześle,  a  Ane 

zaczęła wyciągać z szuflad i szaf to, co potrzebne. Pod koc i prześcieradła podłożyła warstwę 
gazet. Wreszcie Mali z trudem weszła do łóżka. W ostatniej chwili, jak się okazało, gdyż po 
kolejnym skurczu poczuła, że coś mokrego spływa jej po nogach. 

-    Boże  jedyny,  dopomóż  -  wykrztusiła,  podnosząc  się  na  łokciach,  gdy  skurcz  zelżał.  - 

Czy to krew, czy odeszły wody? 

Gdy  spojrzała  po  sobie,  stwierdziła,  że  po  prześcieradle  rozlała  się  krew  zmieszana  z 

wodami płodowymi. Przez chwilę panika zupełnie ją sparaliżowała. Opadła na łóżko, zakryła 
ramieniem twarz i zaczęła płakać. 

-    Mali,  no  co  ty  -  powiedziała  bezradnie  Ane  i  spróbowała  ją  objąć.  -  Nie  płacz,  bo  nie 

wiem, co robić. Ty zawsze byłaś taka silna. Nie płacz, słyszysz? 

Słowa  służącej  powoli  docierały  do  otumanionej  głowy  Mali.  Przetarła  wierzchem  dłoni 

twarz.  Wiedziała,  że  Ane  ma  rację:  jeśli  się  podda,  panika  ogarnie  także  Ane.  Wszyscy 
przywykli, że to Mali zachowuje spokój i rozsądek, że to ona rozwiązuje wszelkie problemy. 
Wzięła z rąk Ane mokrą szmatkę i przetarła swoją gorącą, zalaną łzami twarz. 

-  Spokojnie, Ane - powiedziała ochrypłym szeptem, biorąc tamtą za rękę i ściskając lekko. 

- Ja po prostu... Ale już będzie dobrze, chociaż wiem, że nie wszystko jest tak, jak powinno. 
Na  pewno  jest  za  wcześnie,  jesteśmy  w  środku  mroźnej  zimy,  no  i  poród  idzie  za  szybko. 
Trudno  będzie  utrzymać  dziecko  przy  życiu,  musimy  to  sobie  powiedzieć.  O  ile  przyjdzie 
ż

ywe na świat - dodała powoli. 

-  Ale tobie nic nie grozi, Mali? - spytała Ane gorączkowo, patrząc na panią ze strachem w 

oczach. - To znaczy... Nie, nie powinnam tego mówić, ale się boję - wyszeptała przerażona. - 
Nawet  jeśli  dziecko  umrze,  to  ty  nie...  Tobie  nic  nie  grozi,  prawda?  -  dodała  błagalnym 
tonem. 

Mali zamknęła oczy. To właśnie ją gnębiło. Czuła jednak, że jest silna i ma żelazną wolę 

przeżycia,  choćby  dla  Siverta.  Myśl,  że  mógłby  zostać  zupełnie  sam  w  Stornes,  była  nie  do 
zniesienia.  Więc  niezależnie  od  tego,  jak  trudne  mogą  się  okazać  najbliższe  godziny,  ona 
musi trzymać się życia. Dla Siverta, powtarzała. 

Wzdrygnęła  się,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  zupełnie  nie  bierze  pod  uwagę  nowego 

dziecka,  że  nie  myślała,  jak  to  z  nim  będzie,  gdyby  ona  umarła.  Dobry  Boże,  oby  nie 
spowodowała  śmierci  dziecka  swoimi  złymi  myślami!  Przecież  pragnęła  go!  Ale  czy 
naprawdę? 

Drzwi się otworzyły i weszła zdenerwowana Beret. 
-  Co tu się znowu dzieje? - spytała nienaturalnie wysokim głosem. - Nikt nic mi nie mówi, 

choć rozumiem, że coś się stało. Takie zamieszanie na dziedzińcu... A gdy spytałam Ingeborg, 
to... 

Ane,  która  właśnie  zmieniała  prześcieradło  pod  Mali,  wzdrygnęła  się,  jakby  została 

przyłapana na knowaniu przeciw starej gospodyni. 

background image

-  Nie chciałam cię niepotrzebnie straszyć - powiedziała Mali, unosząc się lekko, by pomóc 

Ane.  -  Jest  za  wcześnie i  miałam  nadzieję,  że  to  fałszywy  alarm.  Że  minie,  jeśli  się  położę. 
Ale obawiam się, że jednak się zaczęło.  

Beret  podeszła  do  łóżka  i  zauważyła  stos  mokrych,  zakrwawionych  prześcieradeł  na 

podłodze. Oczy rozszerzyły się jej ze strachu. 

-    Czy  wody  już  odeszły?  I  ty  krwawisz?  Boże  jedyny,  będzie  jeszcze  jedna  tragedia  - 

zaczęła lamentować. 

-  Już i tak jest źle, więc chociaż ty przestań krakać! - rzuciła Mali ostro. - Oczywiście, jest 

za  wcześnie,  wody  odeszły  i  trochę  krwawię,  a  bóle  są  za  silne  i  za  częste.  Może  nie  jest 
najlepiej, Beret. Ale ani dziecko, ani ja jeszcze nie umarliśmy! 

Beret stała jak sparaliżowana, wpatrzona w synową. Po chwili opadła na krzesło i ukryła 

twarz w dłoniach. 

-    Tak  czekałam  na  to  dziecko  -  wyszeptała.  -  Straciłam  i  męża,  i  syna  w  ciągu  jednego 

roku,  i  nie  wiem,  czy  jestem  w  stanie  znieść  jeszcze  jedną  stratę.  Myślałam,  że  w  tym 
maleństwie przetrwa coś z Johana, a tak... 

Mali  nie  chciało  się  odpowiadać,  że  tu  chodzi  także  o  jej  życie,  a  nie  tylko  o 

wytęsknionego  przez  Beret  następcę  Johana.  Ale  chwycił  ją  kolejny  skurcz,  silniejszy  od 
poprzednich.  Zwinęła  się,  stękając  z  bólu  i  rozpaczy.  Ane  stała,  nie  wiedząc,  co  ma  robić. 
Beret nagle się ocknęła, odsunęła służącą i przytrzymała Mali, starając się pomóc przetrwać 
ten ból. Gdy minął, pozwoliła synowej opaść na poduszki i otarła mokrą szmatką jej spoconą 
twarz. Już się uspokoiła, tylko w oczach pozostał strach. 

-    Kiedy  wreszcie  będzie  akuszerka?  -  spytała  Beret,  patrząc  na  Ane.  -  Zejdź  na  dół  i 

zobacz,  czy  nie  jadą.  Boję  się,  że  to  już  zaraz!  Dołóż  do  pieca.  Musimy  mieć  dużo  gorącej 
wody - rzuciła. 

Ane  wybiegła,  a  Beret  zmoczyła  szmatkę  i  ponownie  otarła  czoło  Mali,  która  leżała,  na 

wpół drzemiąc, zupełnie wyczerpana. Mali miała wrażenie, że kolejne skurcze rozrywają jej 
ciało, i czekała na skurcze parte.  

Wtedy  już  pójdzie  szybko,  pocieszała  się  blado.  Zmówiła  modlitwę,  by  akuszerka 

przybyła, zanim to nastąpi. Pomoc samej Beret i Ane nie wystarczy, tyle wiedziała. 

Pierwszy  skurcz  party  i  akuszerka  nadeszli  jednocześnie.  Mali  trzymała  się  kolumienek 

przy oparciu łóżka i bezskutecznie próbowała powstrzymać bóle. W jej otumanionej głowie 
powstała  myśl,  że  może  uda  jej  się  to  wszystko  opóźnić,  jeśli  się  postara.  Ale  skurcz 
przypominał osunięcie się zbocza w górach. Spiął jej brzuch, który stwardniał niczym kamień 
i bezlitośnie przesuwał dziecko w dół. Mali poddała się i zawyła z bólu i ze strachu. 

-  No, no, Mali, już jestem - powiedziała akuszerka i oderwała jej dłonie od kolumienek, 

gdy skurcz minął. 

Mali otworzyła oczy. Pot sprawiał, że widziała jak przez mgłę. Schwyciła dłoń położnej i 

przywarła do niej. 

-  Dzięki Bogu, że jesteś - wyszeptała. - Tak się boję. Wszystko idzie nie tak, za wcześnie i 

za szybko... 

-  Za wcześnie i za szybko, to prawda - potwierdziła akuszerka, ocierając jej pot. - Dużo 

wiesz o porodach, więc nie będę owijać w bawełnę. Życie dziecka jest zagrożone, to pewne. 
Wiesz, że ja zawsze walczę o dziecko, ale jeśli będę miała wybierać pomiędzy jego życiem a 
twoim, to... 

-    Co  ty  mówisz!  -  zaprotestowała  Beret.  -  Nie  chcesz  ratować  dziecka  Johana?  Ja 

straciłam... 

-    Będę  ratowała  oboje,  jeśli  dam  radę  -  odparła  kobieta,  wpatrując  się  w  Beret.  -  Ale 

najważniejsze w takiej sytuacji nie jest ratowanie dziecka, które może będzie na wpół żywe. 
Albo już martwe. - Otarła twarz Mali i dodała: - Musisz zdawać sobie sprawę, że jeśli urodzi 

background image

się  żywe,  to  i  tak  nie  ma  dużych  szans.  A  jedno  jest  pewne,  że  bez  matki  i  jej  pokarmu  na 
pewno jest stracone. Ja zawsze się staram i o dziecko, i o matkę, teraz też. Ale powinnaś... 

-  Nie mogę - jęknęła Beret. - To dziecko ma być pociechą za syna, którego straciłam. Nie 

zniosę, jeśli i ono... 

-    Uważam,  że  powinnaś  zejść  na  dół  -  rzuciła  akuszerka  ostro.  -  Tutaj  nikomu  nie 

pomagasz, a najmniej Mali, chyba tyle rozumiesz. Przyślij tu Ane. 

-  Chcę tu być - zaprotestowała Beret. - Ja chcę... 
-  Będzie, jak ja chcę. - Niemal popchnęła starszą panią w stronę drzwi. - Nastaw kawę i 

weź się w garść! Tu nie chodzi o twoje życie. 

Zanim otworzyła, weszła Johanna z Viken, wnosząc ze sobą chłód mrozu. 
-    Dzięki  Bogu  -  odetchnęła  akuszerka,  wypychając  jednocześnie  Beret  na  korytarz.  - 

Nikogo  bardziej  nie  chciałam  widzieć  -  mówiła,  pomagając  staruszce  zdjąć  szal.  -  Nie  jest 
dobrze, a jeszcze ta Beret... 

Krzyk bólu Mali powstrzymał ich dalszą rozmowę. Kobiety podbiegły do jej łóżka. 
-  Nie dam rady - wykrztusiła rodząca, na wpół unosząc się z posłania. - Nie wytrzymam 

tego. Już nie mogę. Chcę umrzeć! 

-    Jeszcze  czego!  -  rzuciła  akuszerka,  wymierzając  Mali  policzek.  -  Masz  walczyć, 

dziewczyno!  Nie  chcę  słyszeć  więcej  ani  jednego  słowa,  że  nie  dasz  rady  czy  nie  chcesz, 
ż

ebyś wiedziała. Walcz! 

Mali opadła na plecy, oszołomiona. 
-  Masz w sobie więcej siły niż ktokolwiek inny, przecież wiesz - mówiła dalej kobieta. - 

Użyj jej teraz! Same nie damy rady, jeśli nie pomożesz.  

Mali  widziała  tylko  szarą,  niewyraźną  sylwetkę  mówiącej.  Była  potwornie  zmęczona. 

Skurcze  sprawiały  taki  ból,  że  strach  przed  następnym  powodował  u  niej  mdłości.  Poród 
Siverta też był trudny, ale nie do porównania z tym, który przeżywała teraz. 

Sivert,  pomyślała  otępiała.  Jej  syn  nie  może  zostać  sierotą!  Miał  tylko  ją,  bo  został 

spłodzony  w  grzechu  i  tajemnicy.  Już  i  tak  jego  życie  było  trudne,  a  jeśli  jeszcze  by  teraz 
umarła... 

-    Pomóżcie  mi  obie  -  wyszeptała,  chwytając  akuszerkę  za  rękę.  -  Nie  poddam  się, 

obiecuję. 

-    No,  wiedziałam  -  mruknęła  pod  nosem  kobieta  i  pogłaskała  Mali  po  policzku.  - 

Pomożemy wszystkie trzy. 

Silne  skurcze  parte  następowały  szybko  po  sobie  i  po  półgodzinie  dziecko  przyszło  na 

ś

wiat.  Niebieskoliliowy  kształt  wyskoczył  razem  z  resztką  wód  i  krwią.  Mali  nie  chciała 

nawet  spojrzeć.  Opadła  na  posłanie  i  czuła,  że  unosi  się  gdzieś  pod  sufitem.  Bóle  ustały, 
panowała  cisza. Powoli uświadamiała sobie, że  nie powinno być tak cicho. Dziecko zwykle 
krzyczy...  Powoli  obróciła  głowę,  ale  nic  się  nie  zmieniło.  A  więc  ono  nie  żyje,  pomyślała 
zrezygnowana. Może to i lepiej, wszystkim byłoby tak łatwiej. 

Nagle zrozumiała, że nigdy nie pragnęła tego dziecka, dziecka Johana, tylko że nigdy nie 

odważyła się do tego przyznać. To nie było dziecko miłości, tylko dziecko poczęte przemocą 
i  rosnące  przez  pierwsze  miesiące  w  brzuchu  dręczonej  matki.  Jaki  człowiek  z  niego 
wyrośnie,  zwłaszcza  jeśli  jego  ojcem  jest  Johan?  Mali  oblizała  spieczone,  popękane  wargi  i 
oddała się błogiemu uczuciu unoszenia się ponad łóżkiem, bez odczuwania bólu. Nagle ciszę 
przerwał słaby płacz dziecka. Mali wzdrygnęła się. Z trudem otworzyła oczy i uniosła się na 
łokciach. Pokój wirował wokół niej, poczuła, że zaraz zwymiotuje. Jakaś szara postać zbliżyła 
się do niej: akuszerka z zawiniątkiem w ramionach. 

-    Oto  twój  syn,  Mali  -  rzekła  cicho,  wzruszona.  -  Biedny  chudziaczek,  nie  wygląda 

najlepiej  po  tej  ciężkiej  drodze  na  świat.  Ale  chłopak  musi  być  wytrzymały,  bo  przeżył. 
Uważam,  że  Bóg  ma  w  tym  jakiś  cel.  Może  za  wcześnie  tak  mówić,  ale  czuję  w  dziwny 
sposób, że mały da radę. Nie należy do tych, którzy się od razu poddają, o nie. 

background image

Złożyła  tłumoczek  w  ramiona  położnicy.  Mali  przetarła  piekące  oczy  i  spojrzała  na 

dziecko,  na  jego  malutką,  czerwonosiną  twarzyczkę,  na  główkę  zdeformowaną  przez  zbyt 
gwałtowny poród, na małe piąstki zaciekle bijące powietrze. 

-  Czy jest normalnie zbudowany? - wyszeptała, ogarnięta nagłym strachem. 
-  Całkowicie! Główka wróci do normy za kilka dni. Pomyśl, przez co jego ciało niedawno 

przeszło! 

Tak, właśnie, pomyślała Mali i pogładziła palcem pomarszczoną twarzyczkę. 
Mały  był  tak  niepodobny  do  Siverta!  Sivert  urodził  się  duży,  ładny  i  z  masą  czarnych 

włosów.  Ten  tutaj  był  chudy,  prawie  siny  i  z  kilkoma  jasnymi  kosmykami  na  łysej  główce. 
Był tak podobny do Johana, że Mali poczuła gęsią skórkę. Nagle ogarnęły ją mdłości i zanim 
ktokolwiek  zareagował,  zwymiotowała  na  łóżko,  po  czym  zaczęła  cicho  płakać.  Łzy  kapały 
na noworodka. Akuszerka szybko go odebrała i wytarła najgorsze. Nie było czasu na zmianę 
ubrania,  bo  kobiety  dostrzegły,  że  zaczęła  krwawić.  Akuszerka  rzuciła  się  do  ugniatania 
brzucha Mali, która straciła przytomność. 

Ile czasu upłynęło, nie wiedziała. Powoli uniosła powieki. 
-  Dzięki Bogu! - wyszeptała akuszerka. - Bałam się, że nie wrócisz. Minął kwadrans... 
Ciepłymi, delikatnymi dłońmi zdjęła z niej wilgotną, śmierdzącą koszulę i rzuciła na stos 

prześcieradeł.  Mali  leżała,  rozkoszując  się  ciepłem  wody,  którą  ją  myto,  tym,  że  ktoś  o  nią 
dba.  Nagle  przypomniała  sobie  o  dziecku.  Dostrzegła  Johannę  siedzącą  z  becikiem  blisko 
pieca. 

-  Żyje jeszcze? - spytała niepewnie. 
-  Żyjecie oboje, ty i dziecko, i to jest naprawdę cud - odparła akuszerka. Pot perlił jej się 

na  czole.  -  Nie  dawałam  wam  wielkich  szans,  gdy  cię  zobaczyłam.  Ale  powtarzam  to,  co 
zawsze  o  tobie  mówiłam:  że  nie  jesteś  taka  jak  inne  kobiety,  Mali  Stornes.  To  dlatego  ten 
maluch jeszcze żyje. Coś odziedziczył po matce, to pewne, choć na oko podobny najbardziej 
do ojca. Beret będzie szczęśliwa - zachichotała. - Tak bardzo pragnęła drugiego Johana! No, o 
ile mały przeżyje. 

Mali  ponownie  dostała  synka  i  przystawiła  go  do  wezbranej  pokarmem  piersi.  Leżała, 

patrząc na małego, gdy nagle jakby coś zimnego złapało ją za gardło i zaczęło dusić strachem, 
rozpaczą  i  gryzącym  poczuciem  winy.  To  jest  także  jej  syn,  myślała  z  desperacją.  Ona 
obdarzy  go  ciepłem  i  miłością,  której  Johan  nigdy  nie  zaznał.  Wyrośnie  na  dobrego  i 
szczęśliwego  chłopca.  Myśl,  że  on  nigdy  nie  otrzyma  dziedzictwa,  które  właściwie  to  jemu 
powinno przypadać, odepchnęła. Spróbowała skłonić małego do ssania, ale był tak osłabiony, 
ż

e sutek wypadał mu z ust, a on zasypiał. Mali zrozumiała, że jest bardzo słaby i że upłyną 

dni, a może tygodnie, zanim poczują pewność, że przeżyje. 

Gdy  po  raz  pierwszy  dali  jej  w  ramiona  Siverta,  serce  jej  przepełniła  miłość  tak  wielka, 

jakiej nigdy wcześniej nie znała. Teraz chciała jedynie spać... 

Gnębił  ją  wstyd  i  poczucie  winy.  Próżno  oczekiwała  ciepłej  fali  macierzyńskiej  miłości. 

Zamknęła  oczy,  próbując  wywołać  w  sobie  ciepłe  uczucia  do  nowo  narodzonego,  ale  czuła 
tylko pustkę. Wybuchła płaczem. Co się z nią dzieje? Co z niej za matka, że nie umie kochać 
własnego dziecka? 

-  Ja... nie wiem, czy jestem w stanie go kochać - zaszlochała, chwytając akuszerkę za rękę. 

- Nie wiem, czy... Nic nie czuję... 

-    No,  no,  już.  To  normalne,  że  tak  się  czujesz  po  tak  trudnym  i  ciężkim  porodzie  - 

odpowiedziała  akuszerka  uspokajającym  tonem,  głaszcząc  Mali  po  potarganych  włosach.  - 
Oczywiście,  że  kochasz  synka,  ale  jesteś  teraz  wyczerpana.  Nie,  nie  powinnaś  się  obawiać, 
Mali,  że  nie  masz  w  sobie  miłości  macierzyńskiej.  Nie  ma  lepszej  matki  niż  ta,  którą  ma 
Sivert Stornes! - Pogłaskała ją po policzku i uśmiechnęła się. - To przyjdzie, przyjdzie. 

-  Naprawdę? - pomyślała Mali zmęczona. Naprawdę?  
 

background image

ROZDZIAŁ 2. 
 
Mali  zadziwiająco  szybko  stanęła  na  nogi.  Niektóre  kobiety  leżałyby  tygodniami  po  tak 

ciężkim porodzie. Ona, mimo że nie czuła się jeszcze zupełnie sprawna, wstała po niecałym 
tygodniu. 

Nie mogła już leżeć sama na poddaszu z chudym, niemrawym niemowlęciem przy boku. 

Czuła, jakby w ścianach wokół nich tkwiła pogarda i potępienie, co powodowało w niej stałe 
poczucie winy i wstydu. Bo niezależnie od tego, jak bardzo próbowała, nie umiała wywołać w 
sobie  uczuć  macierzyńskich.  Przeciwnie:  z  każdym  mijającym  dniem  czuła  coraz  większą 
pustkę i rozpacz. Nie miała apetytu i źle spała, co nie wpływało dobrze na jej pokarm. 

Gdy się urodził Sivert, jej piersi przepełniało mleko. Teraz było go coraz mniej. W panice 

próbowała wyciskać mleko z obolałych piersi, by pomóc małemu. Słyszała, że pokarmu jest 
więcej, gdy piersi są dokładnie opróżniane. Ale mały źle ssał i nie wyglądało, by cokolwiek 
przybierał na wadze. Mali wydawało się, że wręcz chudł. Z płaczem ugniatała piersi, próbując 
skłonić syna do ssania. Jeśli ma umrzeć, niech umrze od razu, pomyślała pewnego dnia, gdy 
był  wyjątkowo  niemrawy  i  gdy  pierś  coraz  wysuwała  mu  się  ze  słabych  ust.  Patrzenie  na 
synka, bardziej nieżywego niż żywego, było dla niej torturą, której nie mogła już znieść. 

Wieczorem  po  narodzinach  odbył  się  domowy  chrzest.  Uznano  to  za  konieczne,  skoro 

mały  był  tak  słaby.  Mali  domyślała  się,  że  nikt  nie  dawał  mu  szansy  przeżycia  choćby 
tygodnia.  Zwłaszcza  Beret  nie  potrafiła  się  opanować.  Gdy  weszła  zobaczyć  małego, 
rozpłakała się głośno. 

-    Zupełnie,  jakbym  widziała  Johana!  -  szlochała,  gładząc  noworodka.  -  Bóg  wysłuchał 

moich próśb! 

-    Jeśli  masz  takie  dobre  stosunki  z  Panem  Bogiem,  poproś,  by  mały  przeżył  -  rzuciła 

akuszerka. - Ani z nim, ani z jego matką nie jest najlepiej, powinnaś to wiedzieć. 

Beret opadła na krzesło i załamała ręce. 
-  On nie może umrzeć - wyszeptała. - Stornes znów ma Johana w tym dziecku, widzicie 

przecież? To zupełnie niepojęte, że bracia mogą być aż tak niepodobni - dodała nagle. - Ten 
jest jak skóra zdjęta z ojca, a Sivert... 

Tak,  na  pewno  jeszcze  usłyszymy  to  wiele  razy,  jeśli  on  przeżyje,  pomyślała  Mali 

zmęczona.  Bo  słowa  Beret  były  prawdą.  Długo  można  by  szukać  bardziej  niepodobnych  do 
siebie  dzieci.  Ale  teraz  nie  miała  sił  na  dyskusję.  Wymyśli  coś  na  zamknięcie  ludziom  ust 
później, jeśli będzie potrzeba. 

-  Oczywiście dostanie imię ojca - rzuciła Beret w trakcie przygotowań do ceremonii. 
Mali spodziewała się, że nie da się tego ominąć. Tak powinno być i w propozycji Beret nie 

było nic dziwnego. Ale myśl, że miałaby znów jakiegoś Johana przy sobie, była dla Mali nie 
do  zniesienia.  Z  tym  imieniem  wiązało  się  tyle  złego.  Może  łatwiej  pokocha  syna,  jeśli  nie 
będzie nosił imienia ojca? Ale tego nie mogła powiedzieć na głos. 

Wpadła na pomysł nadania mu dwóch imion, mimo że było to rzadkością. Poza Brit - Mali 

w  Innstad  nie  było  innych  przypadków.  Jej  narodzinom  towarzyszyły  szczególne 
okoliczności. Teraz jest podobnie, pomyślała Mali. 

-  Oczywiście, że otrzyma imię ojca - rzekła cicho, nie patrząc na Beret. - Ale skoro może 

być moim ostatnim dzieckiem, chciałabym, by nosił także imię mojego ojca. Chciałabym go 
nazwać Ola Johan. 

Beret utkwiła w niej niedowierzające spojrzenie. 
-    Ola  Johan?  To  nie  będzie  nazwanie  go  po  Johanie.  A  z  twoim  ojcem...  -  Wstała  i 

podeszła  do  okna.  -  Na  pewno  znów  wyjdziesz  za  mąż  -  rzuciła  po  chwili.  -  Czuję,  że 
będziesz miała więcej dzieci, ale już nie będą naszej krwi. Możesz nazywać je, jak chcesz, ale 
ten ma mieć imię ojca. Nie uważam, by to podlegało dyskusji. 

background image

-  Jak  możesz  wiedzieć, czy  będę  miała  więcej  dzieci  -  odparła  Mali  cicho.  -  Jeśli  nawet, 

skąd wiadomo, że to będą synowie? A on przecież nie stanie się mniej synem swego ojca, gdy 
dostanie jeszcze imię Ola. 

-  To dziwne nosić dwa imiona, wiesz przecież dobrze - rzuciła Beret ostrym tonem. - Jeśli 

już, to niech będzie Johan Ola. Imię ojca powinno być pierwsze. 

Ale  akurat  tego  Mali  chciała  uniknąć.  Jeśli  będzie  Ola  Johan,  będzie  mogła  nazywać  go 

Ola,  choć  wiedziała,  że  nie  będzie  to  mile  widziane.  Ale  tę  walkę  stoczy  we  właściwym 
czasie.  Teraz  musiała  przeprowadzić  swoją  wolę,  zanim  nadjedzie  Nikolai,  by  ochrzcić 
dziecko. Imię, które mu nada, wpisze do księgi parafialnej. 

Otrzymał  imiona  Ola  Johan  Stornes.  Beret  miała  zaciśnięte  usta,  gdy  Nikolai  polał  wodą 

ś

więconą  główkę  małego  w  imię  Ojca,  i  Syna,  i  Ducha  Świętego.  Możliwe,  że  w  ogóle  nie 

było  się  o  co  kłócić,  pomyślała  Mali.  Biedaczek  był  tak  słaby,  że  mało  prawdopodobne,  by 
przeżył noc. Ale dla Beret miało to znaczenie, nawet gdyby umarł. Bo od tej pory będzie miał 
imię Ola Johan Stornes, a tego Beret nie chciała. 

-  Cudowne? - powtórzyła Mali z niedowierzaniem. - Dlaczego? 
-  Ja myślę, że to cud, że ten mały szkrab żyje - odparła Ane. - Miał ciężki poród, twoje 

ż

ycie  też  było  zagrożone.  To  było  straszne.  Nawet  akuszerka  nie  dawała  mu  wiele  szans.  I 

sądzę, że się uratował. Naprawdę jest w nim coś niezwykłego, coś... nieziemskiego - rzuciła, 
rumieniąc się. - Nic złego nie mam na myśli - dodała szybko. - To cud, że żyje. 

-  Tak, zgadzam się - odparła Mali spokojnie. - To cud, że on żyje, mimo że jeszcze nic nie 

wiadomo. Ale jest twardy... 

Mimo że Mali nie odzyskała jeszcze w pełni sił, wstanie z łóżka dobrze jej zrobiło. Kładła 

się do karmienia z małym kilka razy w ciągu dnia, ale poza tym było mu dobrze w kołysce 
stojącej w pobliżu pieca. 

Siverta pochłaniał nowy braciszek. Stał często, zapatrzony w stworzenie leżące w kołysce i 

płaczące  od  czasu  do  czasu.  Dla  Siverta  Ola  Johan  było  zbyt  długim  i  trudnym  imieniem, 
wymyślił  więc  krótsze:  „Oja".  Mali  uznała,  że  tak  było  najlepiej,  i  wkrótce  wszyscy  na 
dworze nazywali małego Oja. Wszyscy poza Beret. Ona konsekwentnie mówiła Ola Johan, z 
naciskiem na drugie imię, co sprawiało, że pierwsze stawało się niemal niesłyszalne. Ale Mali 
przyjmowała to spokojnie. Sivert nieświadomie rozwiązał za nią ten problem. 

Zarówno  Ane,  jak  i  Ingeborg  często  podchodziły  do  kołyski,  by  spojrzeć  na  dziecko. 

Parobcy zerknęli raz czy drugi, ale bez entuzjazmu. Rzucili tylko, że podobny do ojca. Nawet 
oni mogli to przyznać, mruknęli. 

-    Tak,  trzeba  być  ślepym,  by  tego  nie  widzieć  -  powiedziała  Ane,  pochylając  się  nad 

kołyską. - To cudowne dziecko.  

Mężczyzną  najbardziej  zainteresowanym  noworodkiem  był  Havard.  Gdy  Mali  kładła  się 

na kanapie i ktoś miał podać jej syna, często on to robił. Ostrożnie wyjmował Oję z kołyski i 
przenosił do matki. 

-  Można by pomyśleć, że nic innego nie robiłeś, tylko opiekowałeś się takimi maluchami - 

rzuciła  z  uśmiechem  Mali  pewnego  razu.  -  Rzadko  mężczyźni  mają  odwagę  wziąć  na  ręce 
noworodka. Może masz gdzieś takiego na boku? - zażartowała. 

Havard  nie  odpowiedział,  przekazał  tylko  małego  Mali  i  patrzył  na  nich  poważnymi 

oczami. 

-  Też uważam, że to mały twardziel - powiedział cicho. - Uparty jak ojciec, i tak podobny, 

ż

e...  –  Przerwał  i  przeczesał  dłonią  włosy.  -  Jesteś  teraz  szczęśliwa,  Mali?  -  spytał, 

przysiadając  na  skraju  kanapy,  tak  blisko,  że  Mali  z  wrażenia  poczuła  pot  spływający  po 
plecach. - Cieszysz się, że masz coś po mężu? 

Mali zerknęła na niego. 
-  Miałam już Siverta - rzuciła. - Więc i tak mam coś po Johanie, nawet jeśli ten mały... 

background image

Havard spojrzał na Mali i pogłaskał Oję po  główce tak, że jego ciepłe  palce dotknęły jej 

dłoni. 

-  Sivert... zupełnie nie jest podobny do Johana. Zapominam, że to jego syn! Ale ten tutaj... 

Zupełnie niczym wcielenie Johana. Myślałem, że może ty... 

Mali  nerwowo  otuliła  małego  kocykiem,  unikając  spojrzenia  Havarda.  On  zbyt  wiele 

rozumie,  pomyślała  z  lekką  paniką.  Przypomniała  sobie,  że  kiedyś  mu  powiedziała,  że 
wystarczy jej jedno małżeństwo, że nie zniesie, by znów kolejny mężczyzna nad nią panował. 
Havard  najwyraźniej  o  tym  nie  zapomniał  i  zapewne  rozumiał,  że  Oja  nie  był  owocem 
miłości. Ale Sivert... Co miał na myśli, mówiąc  to o Sivercie? Sugerował, że Sivert nie jest 
dzieckiem Johana? 

-  Jestem wdzięczna za obu synów, których mam z Johanem - powiedziała cicho, patrząc 

mu w oczy. - Są niepodobni, to prawda, ale krew w nich płynie ta sama. 

Havard uśmiechnął się i pogładził ją przelotnie po policzku. 
-  Nie miałem nic innego na myśli - zapewnił. - Chciałem tylko wiedzieć, czy jesteś teraz 

szczęśliwa. Czy to ważne dla ciebie, że ten malec jest tak podobny do swego ojca, gdy jego 
już nie ma na świecie? 

-  Wygląd nic dla mnie nie znaczy - odparła Mali cicho. - Do kogo jest podobny albo nie. 

Wszystkich  innych  niezwykle  to  zajmuje.  Ale  może  to  normalne,  gdy  rodzą  się  synowie  na 
dworach, wtedy ma to znaczenie. To bzdury - dodała. - On jest tym, kim jest! 

-  Ale czy jesteś szczęśliwa? 
Pokiwała głową, nie patrząc na niego.  
Havard wstał i wyszedł.  
Gdy  Mali  mogła  już  usiąść  do  jedzenia  razem  z  innymi  przy  stole,  wszystko  zaczęło  jej 

bardziej  smakować.  Jednak  nadal  chudła.  Havard  nie  spuszczał  z  niej  zaniepokojonego 
spojrzenia,  ale  Mali  nic  nie  mówiła.  Siedziała  w  kącie  kanapy  z  szalem  owiniętym  wokół 
siebie i małego Oi i przysłuchiwała się rozmowom. 

Nadal  mówiono  o  pożarach,  które  dotknęły  w  styczniu  Bergen  i  Molde.  Gorsza  sytuacja 

była  w  Bergen,  ale  i  tak  w  Molde  ponad  tysiąc  osób  pozbawione  zostało  dachu  nad  głową. 
Ogień  w  Bergen  zaprószyli  dwaj  mężczyźni,  idący  z  zapaloną  świeczką  przez  podcienie 
oberży  Berstad.  W  Molde  przyczyną  był  piorun.  Gudmund  powyrywał  z  gazet  zdjęcia  i 
artykuły.  Sivert  nie  mógł  się  nimi  nasycić,  choć  zdjęcia  oglądał  z  ukrytym  lękiem.  Policzki 
mu pałały. 

-    Nie  wolno  chodzić  z  nieosłoniętym  ogniem  -  powiedział  pewnego  popołudnia,  gdy 

rozmowa ponownie zeszła na pożary. - Tak mówi mama. 

-  No i widzisz, ile mama miała racji - odparł Havard, biorąc chłopca na kolana. - Pomyśl, 

jaki to był pożar, i to przez tych dwóch panów ze świeczką. 

Unikał tematu pioruna, który spowodował pożar w drugim mieście, pewnie po to, by Sivert 

nie zaczął się bać burzy, myślała Mali. Ale Sivert jednak to pamiętał. 

-    Czy  piorun  jest  niebezpieczny?  -  spytał,  bawiąc  się  włosami  Havarda.  -  Często 

widziałem pioruny. I słyszałem grzmoty. 

-    Nie,  nie  powinieneś  bać  się  ani  pioruna,  ani  grzmotu  -  odpowiedział  mężczyzna.  - 

Rzadko  powodują  pożar.  Oczywiście,  czasem  się  zdarza,  ale  nie  możemy  bać  się 
wszystkiego, co może być niebezpieczne. Zapomnimy wtedy, jak to dobrze jest żyć. 

-  Uważasz, że dobrze jest żyć? - upewniał się chłopiec poważnym tonem. 
-  Tak, najczęściej tak uważam - uśmiechnął się Havard, burząc czuprynę małego. - Teraz 

na przykład uważam, że to wspaniale, że twoja mama już się dobrze czuje i może siedzieć z 
nami w pokoju, jak kiedyś. 

Sivert  uśmiechnął  się  szeroko,  zeskoczył  z  kolan  mężczyzny  i  podszedł  do  matki 

półleżącej na kanapie. Położył się blisko niej, przytulił buzię do becika braciszka i poklepał 
go. Nagle spojrzał na Mali. 

background image

-  Ale kochasz mnie jeszcze, mamo? - spytał powoli. - Nie kochasz tylko Oi, prawda? 
Mali  objęła  syna  i  przytuliła  go,  chowając  twarz  w  jego  ciemnych  lokach.  Jej  serce 

przepełniała miłość, którą jakże pragnęła odczuwać także wobec młodszego syna. A nadal nie 
czuła nic i to ją przygnębiało. 

-    No  co  ty,  Sivercie  Stornes?  -  Uśmiechnęła  się  i  pocałowała  krągły  policzek 

pierworodnego. - Kocham cię tak bardzo, że nie wiem. Nie jest tak, że możemy kochać tylko 
jedną osobę. W naszym sercu jest miejsce dla wielu. Ty zawsze będziesz w nim miał miejsce 
tylko dla siebie, którego ci nikt nie odbierze. A teraz Oja ma też swoje miejsce - dodała, nie 
patrząc na Havarda. 

-  Czy tata miał też swoje miejsce? - spytał Sivert, owijając wokół palca pasmo jej włosów. 
Mali  tak  zaskoczyło  to  pytanie,  że  prawie  się  wzdrygnęła.  Zadziwiające,  nad  czym  ten 

mały się zastanawiał, pomyślała, ukrywając płonące policzki we włosach syna. 

-  Tak, miał - odparła cicho. 
-    Ale  teraz  to  miejsce  jest  wolne  -  zastanawiał  się  Sivert  -  bo  on  nie  żyje.  Powinniśmy 

znaleźć kogoś na to miejsce, nie uważasz? 

Na krótki moment Mali napotkała iskrzące spojrzenie niebieskich oczu Havarda i poczuła 

dziwną  słabość.  Czuła,  że  nadal  płoną  jej  policzki  z  dziwnego  zażenowania.  Gdy  Sivert  się 
rozkręci... Potargała mu włosy i odparła z uśmiechem: 

-  Gdy kogoś takiego znajdziesz, daj mi znać. Ale wiesz, nie zapomina się tak łatwo tych, 

którzy  odeszli.  W  jakiś  sposób  zawsze  mamy  ich  w  swoich  sercach,  tak  jak  babcię.  Nie 
zapomniałeś jej, prawda? 

Sivert pokręcił głową w zamyśleniu i spojrzał na matkę. 
-  Nie, ale myślę, że mam całkiem duże serce, bo mam w nim wiele osób - oświadczył z 

powagą. 

-  Wierzę ci - uśmiechnęła się Mali. - Tacy dobrzy chłopcy jak ty zwykle mają duże serca. 
-  Ty też masz duże serce, Havard? - zainteresował się Sivert. 
-  Tak, chyba też mam - potwierdził mężczyzna. - Od kiedy przybyłem do Stornes, ty masz 

w nim całkiem spore miejsce. Ale jeszcze zostało trochę miejsca, co najmniej na jedną osobę 
- dodał, zerkając na Mali. 

Ona nie odwzajemniła jego spojrzenia, przygładziła tylko nerwowym ruchem włosy. 
-  Zaraz nam znikniesz - rzucił pewnego dnia Havard, obejmując Mali w talii. - Mogę cię 

objąć w pasie dwiema dłońmi. Powinnaś jeść, skoro karmisz jeszcze kogoś. 

Mali  aż  drgnęła  pod  dotykiem  jego  ciepłych,  silnych  dłoni.  Obawiała  się  też,  że  ktoś  ich 

zobaczy. 

-  Jakoś to będzie - odparła, wywijając się z jego rąk. 
-  O co chodzi? Boisz się mnie? 
Mali poczuła, że robi się jej gorąco. Unikała jego wzroku. 
-  Nie, nie boję się - zapewniła. - Ale nigdy nie wiadomo, co inni pomyślą... 
-    Ty  się  tego  boisz?  -  spytał  żartobliwie,  ujmując  ją  pod  brodę  i  obracając  jej  twarz  ku 

swojej. - Nie wierzę ci. 

Przytrzymał  jej  spojrzenie  na  krótką  chwilę,  w  czasie  której  Mali  czuła,  jakby  tonęła  w 

jego  błękitnych  oczach.  Znów  ogarnęła  ją  przedziwna  potrzeba  przytulenia  się  do  niego,  do 
jego szczupłego, silnego i ciepłego ciała. Zapragnęła poczuć obejmujące ją ramiona Havarda i 
uwierzyć, że ktoś się nią zaopiekuje. 

Bez słowa odwróciła się gwałtownie, ale serce biło jej mocno, a nogi miała dziwnie słabe. 

Havard zajmował spore miejsce w jej sercu, przyznawała, ale przecież już od dawna. Jednak 
coś zaczynało się zmieniać, musiała to przyznać, choć za bardzo nie rozumiała co. Przerażało 
ją  to.  Pewnie  dlatego,  że  czuła  się  ogólnie  osłabiona  i  wyzuta  z  sił.  Wtedy  łatwo  pomylić 
przyjaźń z innymi uczuciami, pomyślała. Tak się nie powinno stać. Tak się nie może stać... 

background image

Chudy,  drobny  Oja  trzymał  się  życia.  Stopniowo  zaczął  lepiej  ssać,  co  spowodowało,  że 

Mali miała więcej pokarmu. Gdy kalendarz wskazywał marzec, wszyscy zauważyli, że mały 
przybrał na wadze. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło, ale Mali zaczęła wierzyć w słowa 
akuszerki, że mały da sobie radę.  Zasinienie, które utrzymywało się całkiem długo, znikło i 
Oja  stał  się  różowy  jak  inne  niemowlęta.  Nawet  wyrosło  mu  więcej  włosów.  Miał  duże, 
ciemne oczy, których spojrzenie przenikało Mali na wskroś. Widziała w nim wyrzut, że nie 
kocha go jak Siverta. W takich chwilach, gdy leżała z synkiem na poddaszu, a on wpatrywał 
się w nią, płakała z ustami przy jego główce. 

-  Przecież kocham cię, Oja - szeptała. - Będę cię kochać. Jesteś niewinnym biedactwem, a 

ja twoją mamą. Jeśli się tylko lepiej poznamy... 

Jego  małe  paluszki  złapały  kosmyk  jej  włosów  i  pociągnęły.  Naprawdę  jest  silniejszy, 

pomyślała,  rozluźniając  jego  chwyt.  Otarła  łzy,  które  spadły  na  jego  główkę,  i  z 
westchnieniem opadła na posłanie. Jakoś to będzie, pomyślała. Akuszerka miała rację, powrót 
do  siebie  po  tak  gwałtownym  porodzie  wymaga  czasu.  To  normalne,  powiedziała.  Mimo  to 
Mali  odczuwała  zawsze  jakiś  niepokój,  że  nie  kocha  Oi  wystarczająco  mocno.  Leżała, 
obserwując światło księżyca na belkach sufitu, i zastanawiała się, za co może być to kara. 

Wreszcie  mogli  zacząć  przyjmować  gości  w  Stornes.  Sąsiedzi  czekali z niecierpliwością, 

by  zobaczyć  nowe  dziecko.  Jednak  ani  Mali,  ani  Oja  nie  byli  dostatecznie  silni,  by  przyjąć 
wszystkich  naraz.  Najpierw  przybyli  najbliżsi  z  Buvika  i  Innstad,  pozostali  mieli  jeszcze 
poczekać. 

Matka  Mali  wzruszyła  się,  gdy  usłyszała,  że  wnuka  nazwano  także  na  cześć  dziadka  ze 

strony matki. Mali poprosiła ją jednak, by nie mówiła o tym w obecności Beret. 

-  Kochanie - przestraszyła się matka. - Nie podobało jej się to? 
-  Chciała, by chłopiec nosił tylko imię Johana - odparła Mali. - Niczego innego nie można 

było oczekiwać. 

-  No to powinnaś tak zrobić. - Matka rozejrzała się wokół z obawą, czy nikt ich nie słyszy. 

- Nie warto drażnić Beret, tyle przeszła... 

-  Ale ja chciałam, by mały nosił także imię mojego ojca - powiedziała z naciskiem Mali. - 

I tak jest za późno, już jest po domowym chrzcie i już ma imię, z którego będzie dumny, gdy 
dorośnie. - Mali miała na myśli głównie „Ola"... - Już się zresztą ułożyło, bo od kiedy Sivert 
zaczął  na  niego  mówić  Oja,  wszyscy  tak  mówią.  Oprócz  Beret,  ale  na  to  nic  nie  poradzę. 
Matka stała, patrząc na małego w kołysce. 

-  Co słychać u ojca? - spytała Mali. - Jak się wam mieszka w nowym domu? 
Nowy dom w Buvika skończono przed jesienią i rodzice przeprowadzili się przed Bożym 

Narodzeniem.  Odremontowano  też  i  zmodernizowano  stary  dom,  i  najstarszy  brat  Mali 
wprowadził się tam z żoną, Anną. Wzięli ślub tydzień po porodzie Mali, więc oczywiście nie 
była na weselu, ale cieszyła się na myśl, że pojedzie złożyć życzenia nowożeńcom i obejrzy 
nowe porządki w obejściu. 

-  Jeszcze to do nas nie dociera - odparła matka z uśmiechem. - Nie można tak po prostu 

odzwyczaić się od życia w starym domu. Ale mamy teraz łatwiej, no i tak blisko do swoich. 
Anna  Bjarnego  jest  dla  nas  taka  miła!  Naprawdę  Bjarne  znalazł  dobrą  żonę.  Myślę,  że 
wszystko będzie dobrze. 

-    A  ojciec?  -  powtórzyła  Mali,  zerkając  na  ojca,  który  rozmawiał  z  Havardem.  -  Jak  się 

ma? 

Zauważyła od razu po ich wejściu, że ojciec schudł i nie wydawał się zdrowy. Jego twarz 

przybrała jakiś szarawy odcień i Mali słyszała, że szybko oddycha. Wspomniała swoją wizytę 
przedświąteczną  w  zeszłym  roku,  gdy  ojciec  z  takim  zapałem  pokazywał  jej,  gdzie  zbuduje 
ich  nowy  dom.  Już  wtedy  domyśliła  się,  że  ma  problemy  z  sercem.  Dotrzymała  jednak 
obietnicy i nic nikomu nie powiedziała. Jego stan raczej się nie pogorszył, przynajmniej nic 

background image

takiego  nie  słyszała.  W  tym  roku  nie  była  u  nich  przed  świętami  z  powodu  mrozu  i  swojej 
ciąży. Ciekawa była, czy ojciec dotrzymał obietnicy i poszedł do lekarza. 

-  Tak jak zwykle - odparła matka, gładząc wnuczka po policzku. - Może za dużo pracuje. 

Mówiłam mu, że nie jest już młody, ale on nie słucha. Wiesz, jaki jest. Ale niepokoi mnie to, 
ż

e często jest zmęczony i zdyszany. 

-  Był u lekarza? 
-  Kto, ojciec? - Matka zaśmiała się cicho. - Słyszałaś, by ojciec kiedykolwiek poszedł do 

lekarza? Nie, ojciec nie ma zaufania do wiedzy lekarskiej. Mówi: „Ten, kto idzie do doktora, 
za dwa tygodnie nie żyje". Jest o tym przekonany, więc nie da się go zmusić... 

Nie poruszały więcej tego tematu, lecz Mali lękała się o ojca. Niepokoiła ją też Margrethe. 

Siostra wydawała się wesoła i w dobrej formie, ale jak na kobietę, która za kilka tygodni ma 
termin porodu, miała zbyt mały brzuch. Ale może to dlatego, że pamiętała ją z ostatniej ciąży, 
gdy jej brzuch mieścił bliźnięta. Może oznacza to tylko, że będzie miała jedno dziecko? 

-  Jak się masz po tym wszystkim? - spytała Margrethe, pomagając w sprzątaniu stołu po 

kawie. - Jesteś za szczupła. Czy w ogóle coś jesz? 

-  Oczywiście, że tak -  uśmiechnęła się Mali. -  Już mi o wiele lepiej. Ale tym razem nie 

było  łatwo,  o  nie.  Nikt  nie  ma  apetytu,  gdy  chodzi  i  się  zamartwia,  czy  dziecko  przeżyje. 
Znasz ten stan? Oja naprawdę był w słabej formie, bałam się o niego. 

-    A  jest  już  taki  słodki  -  odrzekła  siostra.  -  Ale  doprawdy,  jakże  podobny  do  ojca!  Aż 

przeszedł mnie dreszcz, gdy go zobaczyłam. 

Ja tak mam ciągle, pomyślała Mali, zmywając filiżanki.  
-  Jak się czujesz? - spytała, spoglądając na młodszą siostrę. - Wkrótce twoja kolej, co? 
Przez twarz Margrethe przebiegł cień. Nerwowym ruchem przygładziła włosy. 
-  Co się dzieje? - Mali objęła ją. 
-    Nie,  pewnie  nic  takiego...  ale  trochę  krwawiłam  w  zeszłym  tygodniu.  Myślałam,  że  to 

znak zbliżającego się porodu, ale nic się nie działo. Pewnie to nic takiego? - spytała, patrząc 
na starszą siostrę z nadzieją. 

Mali zrobiło się gorąco. Krwawienia zawsze oznaczały coś poważnego, tyle wiedziała. 
-  Czujesz ruchy? - spytała, kładąc dłoń na brzuchu siostry. 
-  Ja... tak sądzę  - szepnęła Margrethe, zwracając na nią oczy pełne łez.  - Ale nie jestem 

pewna. Wcześniej było bardziej ruchliwe, ale może teraz ma mniej miejsca, nie uważasz? 

-  Może i tak - odparła Mali, choć wiedziała, że to nieprawda. - Sądzę, że Bengt powinien 

zawieźć cię do akuszerki. Badanie pod koniec ciąży nie zawadzi. 

-  O nie, nie chcę go niepokoić! - zaprotestowała siostra. - On i tak się boi, że coś ze mną 

może się stać, wiesz, jaki on jest... 

-    Tak,  wiem.  Dlatego  powinien  jeszcze  chętniej  cię  do  niej  zawieźć  -  powiedziała  Mali 

spokojnym  tonem.  -  Prawdopodobnie  wszystko  jest  w  porządku,  ale  warto  sprawdzić.  Jeśli 
coś się dzieje, lepiej to wiedzieć wcześniej niż... 

-    Coś  się  dzieje...  -  powtórzyła  Margrethe,  wpijając  wzrok  w  Mali.  Oczy  jej  błagały  o 

pocieszenie,  lecz  Mali  nie  umiała  kłamać.  Życie  siostry  znaczyło  dla  niej  więcej,  niż  gdyby 
miała odjechać stąd z fałszywą nadzieją. 

-    Nie  mówię,  że  coś  się  dzieje  złego  -  powiedziała,  gładząc  siostrę  po  policzku.  -  Chcę 

tylko, żebyś się zbadała. Jeśli nie dla mnie, zrób to dla Bengta i trójki dzieci, które już macie. 
Oni cię potrzebują, wiesz przecież. 

-  O czym tak szepczecie? 
Ż

adna  nie  zauważyła,  że  podszedł  do  nich  Bengt.  Margrethe  aż  podskoczyła  i 

zaczerwieniła się po czoło. Patrzyła na Mali błagalnym spojrzeniem, by nic nie mówiła. 

-  Chciałabym, byś zawiózł Margrethe do akuszerki, Bengt - rzekła Mali. 
Margrethe jakby zapadła się w sobie. 
Bengt spojrzał na żonę z przestrachem i objął ją. 

background image

-  Co takiego? - spytał cicho. - Coś się dzieje złego? Nic nie mówiła... 
-  Zapewne nie - odparła Mali. - Ale mówię właśnie Margrethe, że najwyżej przejedziecie 

się na próżno. Przecież to nic takiego, prawda, Bengt? 

-  Oczywiście, że pojedziemy, skoro Mali tak mówi. Ale nic nie mówiłaś, że... 
-    To  nic  takiego  -  zapewniła  Margrethe  cicho.  Mali  czuła,  że  jest  na  nią  zła.  -  To  Mali 

uważa... 

-  Mali nam zawsze pomagała - rzekł Bengt spokojnie. - Zrobimy tak, jak mówi. Ona chce 

naszego dobra, przecież wiesz, moja Margrethe. Ja też tego chcę. Jesteś dla mnie najdroższą 
osobą na całym świecie - powiedział, przytulając mocno żonę. 

Margrethe uśmiechnęła się i spojrzała na niego rozjaśnionymi oczami. 
-  Skoro tak chcesz - powiedziała cicho. 
Mali  była  spocona  i  wymęczona,  gdy  już  wszyscy  odjechali.  Zostawiła  sprzątanie  i 

zmywanie w rękach Ane i Ingeborg i podeszła do stołu, przy którym siedział Sivert i Havard. 
Chłopiec bawił się drewnianym konikiem, którego wystrugał dla niego Gudmund. 

-  Czas do łóżka - powiedziała, targając włosy synkowi. - Chodź, pójdę z tobą. 
Ale Sivert nie chciał się jeszcze kłaść. 
-  A jeśli cię zaniosę na górę razem z konikiem? - spytał Havard. - Moglibyśmy zrobić mu 

stajnię pod kołdrą, żeby spał dziś z tobą. 

Taka propozycja spotkała się z lepszym przyjęciem. Mali czuła, że to ona powinna położyć 

Siverta,  jednak  nie  zaprotestowała.  Była  tak  zmęczona...  Nogi  miała  niczym  z  ołowiu. 
Dlatego  siedziała  tylko  na  stołku  przy  oknie,  podczas  gdy  Havard  zdjął z  Siverta  odświętne 
ubranie  i  okrył  go  kołdrą.  Gdy  usłyszała,  że  konik  ma  już  stajnię  i  że  powiedzieli  mu 
dobranoc, wstała sztywno i podeszła do łóżka. 

-  Śpij dobrze - powiedziała cicho i pocałowała syna. - Dobrej nocy tobie i konikowi. 
-  Czy Havard może mnie jeszcze kiedyś położyć spać? - spytał Sivert, nadal obejmując ją 

za szyję. - Ja lubię Havarda, mamo. 

-  Tak, wszyscy go lubimy - odparła Mali. - Ale Havard... 
-    Chętnie  położę  cię  jeszcze  kiedyś  spać,  Sivert  -  powiedział  mężczyzna  -  o  ile  twoja 

mama też tu będzie. 

Mali  odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego,  na  iskrzące  spojrzenie  niebieskich  oczu,  na  miły 

uśmiech, mocne białe zęby.  Boże, dopomóż, pomyślała, wspierając się  na oparciu łóżka, on 
staje się zbyt bliski... Ale nic nie powiedziała. 

-  Mamo, czy on może... 
-  Tak, chyba tak - odrzekła cicho. - Ale teraz już śpij, synku.  
Na korytarzu Havard złapał ją za ramię i przytrzymał mocno. 
-  Nie chcesz, bym kładł go spać? 
-  To nie to, Havard - odpowiedziała. - Ja się bardzo cieszę, że on... że ty... Ale ja się... 
-  Boisz się, tak? Boisz się, że zbyt się tu zadomowię? 
Mali  nie  była  w  stanie  spojrzeć  mu  w  oczy,  stała  tylko,  mnąc  palcami  kołnierzyk. 

Możliwe,  że  nie  jego  się  bała,  ale  siebie  samej.  Ostatnio  czuła  się  tak  słaba  i  pozbawiona 
woli...  Gdy  uniósł  jej  twarz  ku  górze,  chciała  uciec.  Ale  nogi  miała  niczym  przyklejone  do 
podłogi. 

-  Wszyscy potrzebujemy trochę ciepła w życiu, Mali - wyszeptał. - Nawet ty. Możliwe, że 

ty nawet więcej niż inni, bo nie sądzę, żebyś otrzymywała je ostatnio. Nie będę się narzucał, 
obiecałem  i  dotrzymam  tej  obietnicy.  Widzę  tylko,  że  jesteś  zmęczona  i  samotna,  i  że 
potrzebujesz kogoś. A ja jestem twoim przyjacielem, sama tak powiedziałaś. 

Mali  chciała  coś  odpowiedzieć,  ale  nie  mogła  wydobyć  ani  jednego  słowa.  Jej  oczy 

wypełniły łzy. On miał rację. To właśnie było tak trudne z Havardem, że rozumiał więcej, niż 
powinien.  Gdy  jego  usta  dotknęły  miękko  jej  ust,  wsparła  się  o  niego.  Zamknęła  oczy  i 
napawała  się  ciepłem  jego  ciała.  Jego  dłonie  objęły  ją  w  talii  i  przytuliły  mocniej.  Przez 

background image

chwilę stali tak, mocno przytuleni. Jego usta nie żądały więcej, dłonie trzymały ją mocno, ale 
i delikatnie. Nagle Mali opamiętała się i chciała się uwolnić z uścisku. 

-    Mali,  Mali  -  wyszeptał  z  ustami  przy  jej  włosach.  -  Czego  się  tak  obawiasz?  Ja  chcę 

tylko twojego dobra. 

Chciała  mu  odpowiedzieć,  ale  gdy  uniosła  twarz,  jego  usta  znów  znalazły  jej  usta.  Tym 

razem  żądały  więcej,  tak  samo  jak  dłonie.  Gładziły  ją  po  plecach,  po  głowie,  mocniej 
przycisnęły.  Mali  nagle  poczuła,  że  Havard  jest  podniecony,  i  gwałtownie  zaczerpnęła 
powietrza. Drżące ciepło rozeszło się po jej podbrzuszu i poczuła, że mleko płynie jej z piersi. 
Czy to byłoby złe, gdyby ona... 

-  Tego nie było w umowie, Havard - rzuciła nagle, łapiąc go za ręce i odsuwając się. 
Nie odpowiedział, przeczesał tylko włosy palcami. Patrzył na nią. Nadal jest zbyt szczupła, 

pomyślał, lecz poza tym jeszcze piękniejsza niż wcześniej: prosta i giętka niczym trzcina, ze 
wspaniałymi włosami i ciemnymi oczami. 

-  Czy będę mógł to powtórzyć? - spytał cicho. 
Odwróciła  się  gwałtownie,  chciała  mu  ostro  odpowiedzieć.  Jej  uczucia  były  jednym 

wielkim chaosem. 

-  Mam na myśli, czy będę mógł położyć Siverta spać - dodał z uśmiechem. 
Mali  podeszła  do  schodów.  Dogonił  ją,  zanim  postawiła  stopę  na  najwyższym  stopniu,  i 

dotknął lekko jej ramienia. 

-  Jesteś na mnie zła? - rzucił cicho. 
Odwróciła się i spojrzała na niego. Pogłaskała go po policzku i powoli pokręciła głową. 
-    Pewnie  powinnam,  ale  nie  jestem  -  powiedziała.  -  Nie  jest  łatwo  złościć  się  na  ciebie, 

Havard. Ale my... 

-  Mamy umowę - dokończył za nią. - Nie zapomniałem o niej, mimo że najchętniej... 
Tej nocy Margrethe urodziła martwą dziewczynkę. 
 
ROZDZIAŁ 3. 
 
Wraz z kwietniem nadeszło upragnione ciepło i słońce. Półsenne muchy tłukły się o szyby, 

potok  za  pralnią  bełkotał  pod  lodem,  wielkie  pranie  leżało  rozłożone  do  wybielenia  na 
resztkach  śniegu  niczym  spadłe  z  nieba  anioły.  Lód  i  śnieg  topniały  w  oczach.  Pod 
nasłonecznionymi  ścianami  budynków  bywało  tak  ciepło,  że  i  okrycia  głowy,  i  wierzchnie 
warstwy ubrania lądowały na ławce. 

Mali siedziała przy spiżarni z twarzą zwróconą ku słońcu. Oparta o ścianę, rozkoszowała 

się ciepłem, które wypełniało jej ciało. I zranioną, samotną duszę, dodała w myślach i poczuła 
napływające łzy. O wiele łatwiej jej przychodziły od czasu urodzenia Oi, sama nie wiedziała, 
dlaczego.  Może  dlatego,  że  nadal  miała  wyrzuty  sumienia,  że  nie  dość  kocha  tego  malca. 
Kochała go, oczywiście. Już urósł i nabrał ciała, uśmiechał się do niej. Czuła coś do niego, to 
pewne.  Ale  nie  dawało  się  tego  porównać  z  wszechogarniającą,  nieziemską  miłością  do 
Siverta, na pewno nie. 

Długo sobie powtarzała, że miłość nadejdzie sama, że - jak mówiła akuszerka - nie było jej 

łatwo po tak ciężkim porodzie. Ale to nieprawda, myślała. Czuła, że Oja jest bardziej synem 
Johana niż jej, zwłaszcza ze względu na podobieństwo. Przecież nic na to nie mógł poradzić, 
biedaczek.  Byle  nie  stał  się  do  niego  podobny  z  charakteru!  O  to  Mali  chciała  najbardziej 
zadbać. Wydobędzie z niego najlepsze cechy, weźmie go pod swoje skrzydła, będzie o niego 
walczyła  i  go  broniła,  bo  jest  za  niego  całkowicie  odpowiedzialna.  Ale  kochać  go  tak 
naprawdę,  bez  żadnych  zastrzeżeń,  jak  Siverta,  nigdy  nie  potrafi.  Ta  świadomość  ją 
prześladowała. 

Siedziała  tak,  na  wpół  drzemiąc  w  słońcu.  Aż  podskoczyła,  gdy  dobiegł  ją  odgłos  sań 

zajeżdżających  na  dziedziniec.  Gdy  przymrużyła  oślepione  światłem  oczy,  rozpoznała 

background image

Margrethe i Olausa. Sivert też ich dostrzegł z okna izby i słyszała, że Ane z trudem udaje się 
go ubrać. Mali wstała i podeszła na powitanie siostry. 

-  Ależ miło, że przyjechaliście - powiedziała, zsadzając Olausa. - Biegnij do domu, Sivert 

już się ubiera! 

Margrethe podjechała do ściany stodoły i uwiązała konia. 
-  Nie chcesz wprowadzić go do środka? - spytała Mali. 
-  Nie, na słońcu jest ciepło, niech sobie stoi - odparła Margrethe, zeskakując z sań. - Nie 

zostaniemy  zresztą  długo.  Jest  już  kwiecień  i  nasi  mali  dziedzice  niedługo  mają  urodziny. 
Pomyślałam, że możemy porozmawiać, jak je urządzić. No i jeszcze mama. W maju skończy 
pięćdziesiąt lat! 

Mali  przyjrzała  się  siostrze.  Już  minął  miesiąc,  od  kiedy  tak  nieoczekiwanie  urodziła 

nieżywą  córkę.  Mali  dowiedziała  się  dopiero  następnego  dnia,  a  pojechała  do  niej  po  kilku 
dniach. Margrethe leżała w łóżku, oczywiście bardzo przygnębiona. Wszyscy pogrążeni byli 
w  smutku,  że  dziecko,  na  które  tak  czekali,  nie  żyło.  Ale  tak  już  się  działo  w  życiu.  Do 
rzadkości  należały  przypadki,  gdy  wszystkie  urodzone  dzieci  przeżywały.  Mali  powiedziała 
to siostrze. Chciała też napomknąć, że powodem mogło być zbyt szybkie zajście w ciążę po 
bliźniaczkach, lecz dała spokój. Dołożyłaby siostrze wyrzutów sumienia, a przecież nie była 
tego tak pewna. Takie rzeczy po prostu się zdarzają. 

-  Jak się masz? - Mali objęła siostrę. - Czujesz się już lepiej? 
-    Trochę  tak  -  przyznała  Margrethe  powoli.  -  Ale  co  noc  śni  mi  się  córeczka,  której  nie 

dane było żyć. Czy to moja wina...? 

-    Twoja  wina?  -  Mali  przytuliła  ją.  -  Oczywiście,  że  nie  twoja,  co  za  głupstwa!  Tak  się 

czasem  zdarza,  i  już.  Tak  naprawdę  obie  jesteśmy  szczęściarami.  Przecież  to  istny  cud,  że 
bliźniaczki przeżyły. Tak jak Oja. Nie, to nie twoja wina, nie powinnaś tak myśleć ani przez 
chwilę! 

-  Ale to było... Powinniśmy dłużej odczekać z Bengtem... 
-  Przecież są takie, które zachodzą w ciążę co roku - rzuciła Mali. - Może nie wszystkie 

dzieci  przeżywają,  to  prawda.  Nawet  gdybyś  urodziła  tylko  jedno  dziecko,  też  nie  byłoby 
pewne, że dorośnie. To zależy od wielu rzeczy, wiesz. 

Margrethe spojrzała na nią oczami pełnymi łez. 
-  Tak chciałam z tobą o tym porozmawiać - szepnęła. - Było mi potem tak źle... 
-  Ale Bengt chyba nic ci nie powiedział... 
-  O nie, Bengt był dla mnie bardzo dobry, powiedział, że najważniejsze, że ja przeżyłam. 

Ż

e  może  z  dzieckiem  było  coś  nie  tak,  i  może  lepiej,  że  nie  żyło.  Że  możemy  mieć  więcej 

dzieci.  

Tak, na pewno możecie, pomyślała Mali, ale lepiej trochę z tym poczekać. Powiedziała to 

Margrethe ostatnio, ale to przecież było ich życie i ich wybór. 

Sivert i Olaus wybiegli z impetem na dwór. 
-  Ulepimy bałwana przy spiżarni! - zawołał Sivert. - Ane powiedziała, że da nam marchew 

na nos, jak będzie gotowy! 

-    My  siedzimy  przy  pralni!  -  krzyknęła  za  nimi  Mali.  -  Jeśli  nas  nie  będzie,  znaczy,  że 

weszłyśmy  do  środka.  O  ile  chcesz  posiedzieć  trochę  na  słońcu  -  zwróciła  się  do  siostry.  - 
Znajdę jakiś pled, żebyś nie zmarzła. 

-  Chętnie posiedzę na słońcu - odparła Margrethe. -To wspaniałe, że wreszcie jest ciepło. I 

jasno. 

-  Właśnie o tym samym myślałam - rzekła Mali. - To była długa i ciężka zima. 
-    Tak,  ja  nie  powinnam  pewnie  narzekać  w  porównaniu  z  tym,  co  ty  przeszłaś,  Mali  - 

powiedziała  Margrethe.  -  Najpierw  stary  Sivert,  potem  Johan. Ja  nie  wiem,  co  bym  zrobiła, 
gdybym straciła Bengta. Chyba bym też umarła! 

Mali nie odpowiedziała, wyjęła pledy i rozłożyła przy nasłonecznionej ścianie pralni. 

background image

-  Ty zawsze byłaś najsilniejsza z nas sióstr - mówiła dalej Margrethe. - No, Eli jest silna, 

na pewno, ale ty... Jakbyś wszystko potrafiła znieść. Jak to robisz? 

-  Ty też jesteś silna - zaprotestowała Mali. - Pewnie nie znalazłaby się druga dziewczyna, 

która  jak  ty  wyjechałaby  z  domu,  gdyby  odkryła,  że  jest  w  ciąży.  To  musiał  być  dla  ciebie 
straszny rok, ale przetrwałaś! Więc nie opowiadaj mi, kto tu jest najsilniejszy, dobrze? 

Margrethe odgarnęła włosy. 
-  Tak, nie chciałabym, żeby taki rok się powtórzył - westchnęła. - Gdy o tym myślę, sama 

nie  rozumiem,  jak  temu  podołałam.  Wiesz,  chodziło  o  wstyd,  który  przyniosłabym  ojcu  i 
matce... Nie widziałam innej drogi. Ale w końcu wróciłam do domu, bo już nie mogłam dalej. 
No i teraz jest mi cudownie, ale ty... 

Odwróciła się w stronę siostry, która siedziała z zamkniętymi oczami, oparta o ścianę. 
-  Wiem, że to nie moja sprawa, ale zaczęłam się zastanawiać... Ten twój ślub z Johanem 

został tak szybko postanowiony. Czy ty... byłaś z nim szczęśliwa? 

Mali  poczuła,  jak  oblewa  ją  fala  gorąca.  Im  mniej  mówiło  się  o  dawnych  czasach,  tym 

lepiej, pomyślała. 

-  Masz całkowitą rację, że to nie twoja sprawa - odparła, nie otwierając oczu - tylko moja. 

Wyszłam za niego z własnej woli i pozostałam jego żoną aż do jego śmierci. Czy byłam z nim 
szczęśliwa,  dotyczyło  tylko  jego  i  mnie.  Czym  właściwie  jest  szczęście?  Można  być 
szczęśliwym, mimo że nie jest się tak szaleńczo zakochanym jak ty i Bengt. Nie żałuję wam 
tego szczęścia, ale uważam, że nie każdemu jest przeznaczone, sama wiesz. Miałam dobrego 
męża,  jestem  panią  dużego  dworu,  mam  syna,  którego  kocham  ponad  wszystko.  To  też  jest 
szczęście... 

-  Masz dwóch synów... 
Mali poczerwieniała i, zakłopotana, poprawiła włosy. 
-    Tak,  nie  zapomniałam  o  Oi  -  zaśmiała  się  nerwowo.  -  Oczywiście,  że  nie.  Ale  był  tak 

słaby  i  mały,  źle  ssał...  Starałam  się  za  bardzo  do  niego  nie  przywiązywać,  bo  nie  byłam 
pewna,  czy  przeżyje.  Pewnie  wytworzyłam  jakiś  dystans  wobec  niego,  na  wypadek  gdyby 
umarł.  Byłoby  mi  ciężko,  tak  szybko  po  śmierci  jego  ojca...  -  dodała,  czując,  jak  płoną  jej 
policzki od własnego kłamstwa. 

-  Ja tak nie czułam przy bliźniaczkach – zamyśliła się Margrethe. - Wiedziałam, że mogą 

umrzeć,  mimo  to  kochałam  je  aż  do  bólu.  Nie  mogłam  nic  poradzić,  tak  było.  Nie  umiem 
wytworzyć dystansu jak ty. 

Mali  nie  odpowiedziała.  Odwróciła  płonącą  wstydem  twarz  od  siostry.  Nie  miałaby 

ż

adnego problemu z miłością do Oi, gdyby był synem Jo, myślała często. Nie przynosiło to 

ulgi  jej  wyrzutom  sumienia...  Traktowała  Oję  jako  dziecko  poczęte  przez gwałt.  Pewnie  tak 
było.  Jednak  nie  rozumiała,  dlaczego  czuje  wobec  niego  tak  mało.  Przecież  w  pierwszym 
okresie życia w Stornes marzyła o dziecku z Johanem! 

Jednak  nienawiść  do  Johana  rosła  w  niej  wraz  z  upływem  lat.  Pogarda  wobec  niego, 

poniżenie, któremu ją poddawał, to wszystko coś w niej zmieniło. Gdyby jednak to było tylko 
to, może by bardziej kochała jego dziecko. Ale Johan zabił Jo i jednocześnie zabił coś w niej. 
Ona zawsze będzie kochała Jo i jego dziecko. Ich troje: Jo, Sivert i ona, stanowiło całość. Tak 
często myślała tej zimy. Wiedziała, że to źle wobec Oi, ale nie mogła na to poradzić: on nie 
należał do nich... 

-  Może tak się stało, bym dała radę przez to przejść - powiedziała Mali cicho, odwracając 

się  do  siostry.  -  Dopiero  teraz  mogę  odważyć  się  myśleć,  że  Oja  przeżyje.  Ale  jest  coś 
szczególnego przy pierworodnym - dodała. - Ja w każdym razie tak czuję bez względu na to, 
czy to źle, czy dobrze. 

-    A  może?  -  zamyśliła  się  Margrethe.  -  Ja  chyba  też  czuję  do  Olausa  coś  szczególnego. 

Oczywiście,  kocham  też  dziewczynki,  ale  Olaus,  tak...  -  Oczy  siostry  przybrały  marzący 
wyraz i Margrethe posłała Mali nieśmiały uśmiech. - Prawie zawsze przychodzi mi na myśl... 

background image

Poczerwieniała gwałtownie.  
Mali poklepała ją po policzku.  
-    Cieszę  się,  że  jesteś  szczęśliwa,  Margrethe  -  rzekła.  -  Że  się  odnaleźliście  z  Bengtem. 

Mało kto tak do siebie pasuje jak wy. 

-  Ale ty nie chcesz wyjść znów za mąż... 
-    W  każdym  razie  nie  spieszy  mi  się  -  odparła  Mali.  -  Teraz  mam  tak  dobrą  pomoc  w 

gospodarstwie, że nie potrzebuję męża. Ale co się kiedyś zdarzy, nie wiem. Nie myślę o tym. 

-    Wielu  myśli  o  tobie,  wiem  -  rzuciła  Margrethe,  zerkając  szelmowsko  na  siostrę.  - 

Słyszałam o takim i innym... 

-    Na  razie  ja  nikogo  nie  chcę  -  ucięła  Mali.  -  Nie  wyjdę  za  mąż  tylko  dlatego,  by  mieć 

męża. Bo i po co? 

-  Nie, ty nie - odpowiedziała siostra, wstając. -  Ale ty nie jesteś jak inne kobiety. Jesteś 

niemal zbyt silna, Mali. Nikogo nie potrzebujesz. 

Mali  także  wstała  i  zaczęła  strzepywać  pledy.  Rzuciła  je  na  ławkę  w  pralni  i  zamknęła 

drzwi. Objęła siostrę za ramiona. 

-    Potrzebuję  moich  dzieci,  ciebie  i  mojej  rodziny.  Nie  możesz  w  to  nigdy  wątpić, 

Margrethe – oświadczyła z powagą. - Ale może nikogo więcej, to prawda. W każdym razie na 
pewno nie męża. 

Lubię być wolna, chciała dodać, i nie chcę męża, który może mi rozkazywać, wyżywać się 

i  dręczyć.  Ale  nie  dodała.  Siostrę  by  to  zszokowało  i  zrozumiałaby,  że  Mali  było  źle  z 
Johanem, w łóżku i poza nim. Najlepiej, jak o tym nie wspomni. 

 
W niedzielę czternastego maja Brit Buvik skończyła pięćdziesiąt lat. Dzień ten obchodziła 

w  Buvika  cała  rodzina,  dorośli  i  dzieci.  Eli  i  Johannes  przyjechali  z  małym  Martinusem, 
pyzatym  chłopczykiem  podobnym  do  matki.  Miał  już  dziesięć  miesięcy  i  był  mistrzem 
raczkowania. Eli po ciąży nie straciła dodatkowych kilogramów, ale nie wydawało się, by to 
jej przeszkadzało. Sprawiała wrażenie zrównoważonej i spokojnej. 

Z  Innstad  przyjechali  Bengt  z  Margrethe  ze  swoją  trójką.  Pękali  z  dumy,  patrząc  na 

swojego ruchliwego trzylatka i śliczne dziewczynki. Mali przyjechała z synami i Havardem. 

Nie  chciała  jechać  taki  kawał  drogi  sama.  Havard  zaofiarował  się,  że  ją  podwiezie.  Nie 

zostanie na przyjęciu, lecz przyjedzie po nich wieczorem. Ale oczywiście Brit nie zgodziła się 
na to i zaprosiła Havarda, by został. Mali nie podobało się to. Wolała, by nikt nie pomyślał, że 
Havard  uzyskał  inną  pozycję  w  Stornes  niż  przewidziana  w  umowie.  Jednak  jej  mama  była 
zachwycona.  Nie  ukrywała,  że  cieszyłaby  się,  gdyby  Mali  wyszła  za  tego  przystojnego, 
porządnego i czarującego zarządcę. 

-    Ojej,  jaki  on  miły,  ten  Havard  -  szepnęła  do  Mali  z  uśmiechem.  -  I  jaką  ma  rękę  do 

twoich dzieci! Jeszcze nie widziałam mężczyzny, który by... 

Mali uściskała matkę, powstrzymując w ten sposób jej dalsze słowa. 
-  Znam jego zalety, mamo - powiedziała. - Jestem wdzięczna, że pracuje w Stornes. Ale 

nic poza tym. 

-    Ale  może  będzie  -  odparła  matka,  wodząc  spojrzeniem  za  Havardem.  -  Potrzebujesz 

męża, dziecko. 

Mali nie odpowiedziała, nie chciała psuć świątecznego nastroju. 
W Buvika zrobiło się bardzo porządnie po rozbudowie i remoncie. Matka z dumą pokazała 

jej ich nowy dom, a ciężarna Anna oprowadziła po reszcie domu. Że też w Buvika zapanował 
taki  dobrobyt,  pomyślała  Mali,  rozglądając  się  wokół.  Bardzo  się  cieszyła,  zwłaszcza  ze 
względu  na  matkę  i  ojca.  Nigdy  nie  zapomni  czasów,  gdy  ojciec  znalazł  się  na  skraju 
bankructwa, a matka, wychudła, z niepokojem wypatrywała nowego dnia. Długi, niepewność 
jutra... Nie, nie mogła wtedy podjąć innej decyzji, bo pewnie miałaby więcej istnień ludzkich 
na sumieniu. 

background image

Po obiedzie Mali wzięła wózek z Oja i ruszyła w dół ścieżką, by uśpić małego. Oja poza 

domem,  gdy  nie  miał  swojej  kołyski,  najlepiej  spał  w  wózku.  Majowy  dzień  był  cichy  i 
ciepły. Pszczoły brzęczały, rumianki bielały na łące. Gdy dotarła na koniec zbocza, zawróciła, 
bo zobaczyła nadjeżdżający wóz konny z powożącym mężczyzną. 

-  Czyżby to... Mali? 
Odwróciła się. Ten głos... Spojrzała na mężczyznę. Ciemnowłosy, przystojny, z opadającą 

na czoło grzywką, którą odgarniał w sposób, który zaczął jej kogoś przypominać. 

-  To ty, Magnar! - powiedziała, zatrzymując się. - Minęło tyle lat... 
Zeskoczył  z  kozła.  Gdy  się  zbliżył,  Mali  dostrzegła,  że  lata  pozostawiły  ślad  na  jego 

przystojnej twarzy. Sprawiał wrażenie przyciężkiego, uwydatnił mu się brzuch. Ale jego oczy 
były  prawie  takie  same,  te  same,  które  wywoływały  u  niej  zmysłowe  sny.  Teraz  jego 
spojrzenie było wilgotne i nieco nieostre. 

Kiedyś  chciała  mu  się  oddać,  w  każdym  razie  marzyła,  by  zrobił  coś  jeszcze  poza 

pocałunkami  i  niezgrabnymi,  zbyt  mocnymi  pieszczotami.  On  jako  pierwszy  dotknął  i 
całował jej nagie piersi... 

Gdy zbliżył się, poczuła jego wódczany oddech.  
W samym środku niedzieli! Co się z nim stało, skoro robił coś takiego, i to pewnie nie po 

raz pierwszy, sądząc po wyglądzie. Odsunęła się, złapała za rączkę wózka i chciała iść dalej. 

-  Nie spiesz się tak bardzo, skoro spotykamy się po latach, Mali - powiedział, kładąc dłoń 

na jej ramieniu. - Myślałem dużo o tobie... 

Mali spojrzała mu w oczy. Nie wyglądał na szczęśliwego, choć miał żonę i dzieci. 
-    Ja  też  o  tobie  myślałam  -  rzuciła  lekkim  tonem.  -  Tak  już  jest,  gdy  jest  się  młodym  i 

zakochanym.  Ale tak nagle odszedłeś. Nie byłam wystarczająco dobra  dla twoich rodziców, 
prawda? Albo znalazłeś inną? 

Magnar kopał kamyki leżące przy drodze i odgarnął nieposłuszną grzywkę. 
-  Raczej... rodzice - mruknął. - Twojemu ojcu się wtedy nie wiodło i powiedzieli, że... 
-    Ależ  Magnar  -  powiedziała  Mali  spokojnie.  -  To  było  tak  dawno  temu.  Wszystko  już 

zapomniane! 

Spojrzał  na  nią.  Słońce  sprawiło,  że  jej  jasne  włosy  zaświeciły  niczym  złoto,  a  oczy 

wydawały  mu  się  większe  i  ciemniejsze,  niż  pamiętał.  Była  tak  ładna,  że  aż  przeszedł  go 
dreszcz.  Spojrzał  na  jej  bluzkę,  na  wypełniające  ją  piersi,  przypomniał  sobie,  że  kiedyś  ich 
dotykał i całował. Poczuł fizyczne podniecenie i postawił stopę na kamieniu, by je ukryć. 

-    I  tak  dobrze  wyszłaś  za  mąż,  Mali  -  rzucił.  -  Pani  w  Stornes...  Tak,  mogę  zrozumieć, 

dlaczego  Johan  cię  chciał,  nawet  bez  posagu.  Ale  miałaś  być  moja...  -  dodał  z  błyskiem  w 
oku. 

-  Słyszałam, że masz żonę i kilkoro dzieci – zauważyła lekkim tonem. - Więc też nieźle ci 

się ułożyło. A może nie, skoro czuć od ciebie wódkę w niedzielne przedpołudnie?  

-    Ja  chciałem  ciebie  -  powtórzył,  nie  zważając  na  jej  słowa,  nie  spuszczając  z  niej 

spojrzenia.  -  Ale  nie  jest  za  późno,  Mali.  Jeszcze  czas,  by  dostać  to,  czego  wtedy  nie 
dostałem. Słyszałem, że owdowiałaś, a ja... 

-  A ty jesteś żonaty - ucięła Mali chłodno. - Poza tym wszystko się zmieniło. Czas zrobił 

swoje. Ale miło było cię zobaczyć. Powodzenia - powiedziała, odwracając się. 

Nagle poczuła, że chwycił ją wpół. Puściła wózek, bo Magnar uniósł ją z ziemi i pociągnął 

za kwitnący krzak głogu przy drodze. Rzucił na ziemię i przygniótł sobą. Czuła jego gorące, 
żą

dające  usta,  podczas  gdy  dłonie  rozrywały  jej  bluzkę,  aż  guziki  pryskały  na  boki.  Przez 

chwilę  Mali  jakby  sparaliżowało.  Lekki  wiatr  owiał  jej  nagie  piersi,  poczuła  usta  Magnara 
wokół  jednego  sutka.  Przez  sekundę  przeszedł  ją  słodki  dreszcz,  jednak  nagle  ocknęła  się  i 
wbiła kolano między jego nogi. Magnar jęknął i zsunął się z niej. Zerwała się, zebrała bluzkę 
w garść i przejechała drżącą dłonią przez włosy. 

background image

-    Ty  wstrętna  świnio  -  zasyczała,  kopiąc  go.  -  Co  z  ciebie  za  człowiek?  Co  ty  sobie 

myślisz, że tak po prostu możesz... 

-  Sama tego chciałaś - wyszlochał. - Czułem to! 
-    Chyba  masz  zbyt  bujną  wyobraźnię,  Magnar  -  rzuciła  Mali  lodowatym  tonem.  -  Nie 

chciałabym cię, nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na ziemi. Nic o tym nie mów, to i ja 
nie powiem. Ale jeśli usłyszę jakieś plotki, wiedz, że cię usadzę. Pamiętaj, że nie jestem już 
biedną Mali Buvik. Jestem panią w Stornes! Więc uważaj, ty obrzydliwcze. 

Złapała  za  wózek  i  zaczęła  szybko  iść  w  górę.  W  połowie  drogi  usłyszała  za  sobą  tętent 

kopyt.  Zwolniła  i  obejrzała  się  powoli.  Serce  czuła  w  gardle,  biło  jak  szalone.  Co  on  sobie 
wyobraża? Czy ona w jakiś sposób go zachęciła? Nie, wiedziała, że nie. On musiał postradać 
rozum! Wiedziała z gorzkiego doświadczenia, że pijani tracą hamulce... 

Próbowała  przygładzić  włosy  i  dokładniej  zasłonić  piersi,  jednak  zbyt  wiele  guzików 

odpadło. Musi poprosić Annę, by pożyczyła jej bluzkę. Powie jej, że... Właśnie, co jej powie? 

-  Bałem się o ciebie. Długo cię nie było. Mali wzdrygnęła się. Był to głos Havarda. 
-  Co się stało? - spytał, obróciwszy ją ku sobie. Otworzył szeroko oczy, gdy dostrzegł jej 

zniszczoną bluzkę i rozczochrane włosy. 

-  Co się stało? - powtórzył zmienionym  głosem, pełnym niedowierzania, strachu i jakby 

gniewu. 

-  Ja... spotkałam dawnego znajomego - wyjąkała Mali. - Znałam go, gdy byłam młoda, i...  
-  I co, wróciliście do dawnych sztuczek?  
Mali wymierzyła mu policzek. 
-  Co ty sobie myślisz! - rzuciła wściekła. - Był całkiem... Zresztą, nieważne, to nie twoja 

sprawa. Idź sobie, nie chcę cię widzieć! - dodała drżącymi ustami. 

Nagle wybuchła płaczem. Była w szoku, czuła się zbrukana. Wszystkie wspomnienia nocy 

z Johanem stanęły jej przed oczami. Padła na kolana, zanosząc się płaczem. 

-    Mali,  Mali,  wybacz  mi  -  wyszeptał  Havard,  podnosząc  ją  i  przytulając.  -  Ja  tak  nie 

myślałem, tylko... straciłem głowę, gdy zrozumiałem, że ktoś mógłby... 

Mali oparła się o niego i płakała. 
-  Zrobił ci coś? 
Pokręciła  głową,  co  sprawiło,  że  warkocz  całkiem  się  rozluźnił  i  włosy  rozsypały  się 

złocistą  kaskadą  po  jej  plecach.  Havard  dostrzegł  jej  półnagie  piersi  i  ostrożnie  położył  na 
jednej dłoń. 

-  Nie, Havard - szepnęła Mali. - Nie... 
Pochylił się i wziął w usta jej sutek, a dłonie zatopił w jej włosach. Mali stała na drżących 

nogach. Wsparła się o Havarda. Ktoś musi się mną zaopiekować, pomyślała otępiała, ktoś taki 
jak  on,  dla  kogo  coś  znaczę  i  kto  chce  mojego  dobra.  Jego  usta  odnalazły  jej  usta,  ciepłe 
dłonie pieściły jej piersi. Jak dobrze, pomyślała, dobrze i bezpiecznie. Dlatego, że to Havard. 

Odstawił  wózek  ze  śpiącym  Oja  pod  drzewo,  wziął  ją  na  ręce  i  ruszył  w  kierunku  łąki. 

Niech to się stanie, pomyślała Mali zmęczona i zamknęła oczy. Czuła pulsowanie podbrzusza 
i rozchodzącą się stamtąd falę ciepła. Nagle Oja zaczął rozdzierająco płakać. Podziałało to na 
Mali  jak  kubeł  zimnej  wody.  Wysunęła  się  z  ramion  Havarda  i  podbiegła  do  wózka. 
Drżącymi rękami wyjęła dziecko i zaczęła kołysać. Oja uspokoił się szybko i Mali ostrożnie 
go odłożyła. Nadal drżącymi, lodowatymi dłońmi Mali poprawiła włosy i bluzkę, spinając ją 
srebrną broszą, którą miała przy szyi. Cały czas czuła obecność Havarda za swoimi plecami, 
jednak  jej  nie  dotykał.  W  końcu  wzięła  szal  z  wózka  i  otuliła  się  nim.  Wystarczy.  Poprosi 
Annę  o  pożyczenie  bluzki,  choć  nadal  nie  wiedziała,  jak  wytłumaczy  swój  wygląd.  Ale  coś 
jeszcze wymyśli. Schwyciła rączkę wózka i zaczęła pchać go pod górę. 

-  Daj mi - rzucił Havard cicho. - Przykro mi, że... Ale jest mi trudno, Mali. Jesteś taka... 
Spojrzała mu w oczy. Były pełne skruchy. 

background image

-    Nie  powinieneś  tego  robić  -  powiedziała.  –  Mam  do  ciebie  zaufanie,  Havard.  Jeśli  nie 

dajesz rady, powinieneś się wyprowadzić ze Stornes.  

Pokiwał głową powoli. Spojrzeniem prosił o wybaczenie. 
-  Ja... Jesteś najładniejsza na świecie... Ale nie powinienem tego robić. Obiecałem... 
Mali patrzyła na niego. Miała świadomość, że wina nie leży tylko po jego stronie, choć bez 

wątpienia wykorzystał fakt, że była w szoku, przestraszona i zrozpaczona. Nie wie, co by się 
stało, gdyby Oja nie zaczął płakać. Oboje byli winni. Nie uspokoiło jej to, wręcz przeciwnie: 
zaniepokoiło bardziej, niż chciała przyznać. Jej ciało nie było tak nieczułe, jak myślała. 

-  Mogę popchać wózek? - spytał. 
-  Dobrze - powiedziała, ujmując rączkę po swojej stronie. - I zapomnijmy o tamtym... 
Pokiwał  głową,  unikając  jej  wzroku.  Przebywanie  z  nią  tak  blisko  okazało  się  dla  niego 

trudniejsze,  niż  myślał,  gdy  godził  się  na  pracę  w  Stornes.  Czuł  się  chory  z  tęsknoty  i 
pożądania,  z  miłości,  o  której  nie  sądził,  że  nim  zawładnie.  Mali  była  tak  blisko,  a  jednak 
nieosiągalna.  Jak  długo  zdoła  tak  żyć?  Może  naprawdę  będzie  musiał  opuścić  Stornes,  jeśli 
tak będzie najlepiej dla nich obojga? 

Mali jakby czytała w jego myślach. Zatrzymała się nagle i spytała: 
-  Zostaniesz w Stornes, Havardzie? Potrzebuję cię, wiesz przecież. 
Havard  pokiwał  głową.  Tak,  zostanie,  skoro  ona  go  o  to  prosi.  Nie  zawiedzie  jej  i  nie 

pozwoli,  by  inny  mężczyzna  zajął  jego  miejsce.  Ale  ona  nie  rozumiała  chyba,  jakiej  ofiary 
wymagała. Dziwiło go to, bo przecież nie była złym człowiekiem. 

-  Dziękuję - powiedziała i poklepała go po przyjacielsku po dłoni. 
Poszli dalej. 
  
ROZDZIAŁ 4. 
 
Trwała pełnia lata. Dni były ciepłe i pełne woni, długie wieczory zachwycały grą kolorów 

na powierzchni fiordu i nad ciemnymi górami, noce były jasne i ciche. Plony zapowiadały się 
wspaniale. Wszystko rosło w oczach. 

W  Stornes  praca  szła  zwykłym  rytmem,  mimo  braku  gospodarza.  Havard  dawał  sobie 

ś

wietnie  radę.  Ciągle  w  ruchu,  planował  robotę  i  dbał  o  wszystko.  Wszyscy  go  doceniali  i 

lubili,  bo  nigdy  nie  okazywał  wyższości.  Miał  szczególną  cechę:  sprawiał,  że  ludzie  dobrze 
się  czuli  w  jego  towarzystwie,  nawet  w  trakcie  intensywnej  pracy.  Szedł  za  tym  szacunek 
wobec niego jako człowieka. Nie zabiegał o to, ale tak po prostu było. 

Czasami  Mali  stwierdzała,  że  nigdy  wcześniej  nie  panował  w  gospodarstwie  lepszy 

porządek. Co piątek siadali z Havardem nad rachunkami i planowali zadania na nadchodzący 
tydzień,  mimo  że  Mali  nie  uważała  tego  za  niezbędne.  Była  całkowicie  przekonana,  że 
Havard zna się na robocie, do której był zatrudniony. 

-    Ty  rozumiesz  to  o  wiele  lepiej  niż  ja  -  powiedziała,  gdy  pewnego  piątku  wszedł  do 

kuchni z naręczem papierów i ksiąg rachunkowych. - Sam to zrób, mam do ciebie zaufanie, 
wiesz przecież. Wszystko idzie dobrze, każdy to widzi. To dzięki tobie - dodała. 

Ale  on  trzymał  się  swego.  Chciał,  by  brała  udział  w  planowaniu,  by  pokazać  jej  i 

wszystkim,  że  to  ona  tu  rządzi,  że  jest  tego  świadom  i  to  respektuje.  Mali  zrozumiała,  że 
ważne  jest  dla  niego,  by  nikt  nie  mógł  powiedzieć,  że  pozwala  sobie  na  zbyt  wiele.  Ze  nie 
przekracza granic umowy. 

-    Zróbmy  to  razem  -  odparł.  -  Możliwe,  że  kiedyś  będziesz  zadowolona,  że  umiesz 

planować i prowadzić rachunki. Nie jest pewne, że będę tu na gospodarstwie całą wieczność - 
dodał, nie patrząc na nią. 

Nie rozmawiali o tym, co wydarzyło się  wtedy  w Buvika. Havard był  miły, towarzyski i 

pracowity i tak samo chętnie zajmował się Sivertem. Tylko wobec niej zwiększył dystans. A 
może  sobie  to  tylko  wyobraziła?  Ale  czuła,  że  nie  może  już  do  niego  iść  ze  wszystkimi 

background image

problemami, że on nie chce przebywać z nią zbyt blisko. Właściwie go rozumiała. Nie można 
mieć  wszystkiego.  Po  wydarzeniu  w  Buvika  wiedziała,  że  Havard  nie  zadowoli  się  już 
okruchami. Jeśli ma coś mieć, to albo wszystko, albo nic. 

Zdarzało się, że czuła na sobie jego spojrzenie, gdy wydawało mu się, że ona nie patrzy. 

Jednak  gdy  spoglądała  na  niego,  udawał,  że  jest  zajęty  czymś  innym.  Niech  i  tak  będzie, 
pomyślała. Potrzebowała dobrego pracownika i zarządcy, i to jej zapewniał. Mogła się obejść 
bez zaufania i bliskości pomiędzy nimi. Rozumiała, że jemu nie jest łatwo. Sama tęskniła za 
jego  ciepłem,  uściskiem,  może  za  łagodnym  pocałunkiem  na  poddaszu.  Gdy  tego  już  nie 
otrzymywała, czuła, jak było to dla niej ważne - o ile sama mogła ustanawiać granice. Czuła 
się wtedy żywa i kochana, serce biło mocniej, a nawet ogarniała ją gorąca i dziwna tęsknota, 
do której nie chciała się sama przed sobą przyznać. Bo nadal nie chciała wychodzić za mąż, 
choć pewnie nikt nie rozumiał, dlaczego. Nie brakowało mężczyzn, którzy chętnie widzieliby 
się w tej roli. Ale sama myśl, że miałaby znów ulec woli mężczyzny, sprawiała, że okrywała 
się gęsią skórką, choć wyczuwała, że małżeństwo z Havardem byłoby inne niż z Johanem. 

Mimo  to  nigdy  nie  będzie  tak,  jakby  tego  pragnęła.  Nadal  marzyła  o  Jo,  choć  myślała  o 

nim rzadziej. Na zawsze miał swoje miejsce w jej sercu. Wszystkich mężczyzn porównywała 
z nim i żaden nie wytrzymywał tego porównania, nawet Havard. Nikt nie mógł równać się z 
Jo, myślała Mali, siedząc oparta o ścianę szopy  nad morzem.  Znów zaczęła tu przychodzić, 
choć przysięgała w dniu śmierci Jo, że nigdy tego nie zrobi. W tym dniu, w którym sama o 
mało nie wskoczyła do fiordu... Ale nawet Mali musiała przyznać, że czas, o ile nie leczy - to 
przynajmniej zabliźnia ranę. Wtedy daje się żyć... 

Sivert cały dzień był w ruchu, zwykle trzymając się Havarda. Mały wyciągnął się bardzo 

przez  ostatnią  zimę,  pomyślała  Mali,  patrząc  na  syna  skaczącego  po  kępach  trawy  i 
kamieniach.  Miał  w  sobie  zwinność  kota.  Gdy  stanął  w  słońcu  i  uśmiechnął  się  do  niej 
szarozielonymi, iskrzącymi oczami, z widocznymi mocnymi, mlecznymi zębami, z ciemnymi 
włosami w szalonym nieładzie, coś aż ją kłuło. Był tak podobny do Jo! I w przeciwieństwie 
do  Oi,  który  ledwo  różowiał  w  słońcu,  skóra  Siverta  była  złocistobrązowa  na  długo  przed 
nocą świętojańską. 

Oja świetnie się rozwijał, jak już zaczął jeść i mógł przebywać na dworze. Mali sama nie 

wierzyła,  że  ten  różowiutki,  jasnowłosy  niemowlak  o  krągłych  policzkach  był  tym  samym 
chudziakiem, którego urodziła w lutym i któremu mało kto dawał szanse życia. 

Oja  był  poważniejszym  dzieckiem  niż  Sivert,  już  teraz  mogli  to  stwierdzić.  Sivert 

gaworzył i uśmiechał się do wszystkich, natomiast Oja najpierw oceniał, długo wpatrując się 
w nową osobę ciemnymi oczami. Uśmiechał się rzadko. 

-  Johan też był taki jako dziecko - mówiła Beret, patrząc na wnuka błyszczącymi oczami. - 

To niesamowite, jaki on jest do niego podobny. To dla mnie zbawienie, że on przeżył. 

Nadal okazywała, że kocha Siverta, ale on nawet nie mógł się równać z Oja. Beret zawsze 

była przy niemowlęciu, nosiła je na ręku, brała na kolana i śpiewała piosenki. Jeśli obie, Mali 
i Beret, podeszły do jego kołyski, Oja wyciągał rączki do babci. Nie żeby Mali żałowała Beret 
tego pocieszenia, które najwyraźniej stanowił dla niej wnuk, ale jednak odczuwała w takich 
razach jakieś ukłucie. 

Sivert pochłonięty był zbieraniem chrustu i drew na wielkie ognisko świętojańskie, które 

zgodnie  z  tradycją  mieli  rozpalić  na  cyplu  przy  Stornes.  Pomagały  mu  dzieci  z  pozostałych 
dworów  i  zagród.  To  Havard  wpadł  na  pomysł  zajęcia  tym  dzieci.  Niemało  soku  poszło  na 
ugaszenie pragnienia malców, umorusanych kurzem i żywicą. Wszyscy mówili o wieczorze, 
gdy będą mogli zostać tak długo, jak zechcą, zapalą wielkie ognisko i będą jedli tyle ciastek i 
pili tyle soku, ile zmieszczą. Takie wspaniałości nie zdarzały się zbyt często. 

-  Będą też kanapki - pochwalił się Sivert gromadce dzieci.  
Mali słyszała go przez otwarte okno salonu.  
- Nie tylko ciastka, nie. 

background image

-  Moja mama upiecze herbatniki - odezwało się któreś.  
 -  Dasz spróbować? - spytał Sivert. - Dam ci wtedy kanapkę. 
Mali  nie  dosłyszała  odpowiedzi,  bo  nadszedł  Havard  i  zaczął  chwalić  dzieci  za  dobrze 

wykonaną pracę. 

-    To  chyba  będzie  największe  ognisko,  jakie  kiedykolwiek  rozpalono  w  Stornes  -  rzekł 

Havard. - Ależ to będzie noc świętojańska, mówię wam! 

Przez  lata  ognisko  świętojańskie  na  cyplu  Stornes  stało  się  tradycją  w  okolicy.  Dorośli  i 

dzieci  z  dworów  i  zagród  spotykali  się  tam,  niosąc  koszyki  z  jedzeniem.  Oczywiście,  o  ile 
pogoda pozwalała. A jeśli nawet pogoda nie zdołała zagnać niektórych do domu, czyniły to 
meszki.  W  łagodne,  wilgotne  letnie  wieczory  potrafiły  doprowadzić  ludzi  do  szaleństwa. 
Małe, niemal niewidoczne, nagle były wszędzie: we włosach, w uszach i pod powiekami, pod 
ubraniem.  Czasami  było  ich  tak  wiele,  że  tworzyły  obłok  nad  głową.  Nic  nie  dawało 
odganianie:  były  wszędzie.  Tak,  meszki  potrafiły  zepsuć  więcej  wieczorów  świętojańskich 
niż zła pogoda, myślała Mali. 

Ale  wszystkie  oznaki  na  niebie  i  ziemi  zapowiadały  piękny  wieczór.  Sivert  już  od  rana 

szalał  z  podniecenia.  Co  kwadrans  pytał,  która  godzina,  aż  wreszcie  Mali  wysłała  go,  by 
posprzątał w szopie na drewno. Skrzywił się, ale przynajmniej zniknął. Gdy Mali po jakimś 
czasie  wyszła  do  niego,  nie  znalazła  go  w  szopie.  Siedział  na  dużym  kamieniu  przy 
strumieniu za pralnią i puszczał łódki z kory. Pokręciła głową, ale uśmiechnęła się. To było 
dla  niego  tak  typowe.  Nie  miał  zamiłowania  do  pracy,  uznawał  ją  za  nudną.  Istniało  tyle 
zabawniejszych zajęć! Oprócz puszczania łódek lubił chodzić po łące i zbierać dla niej kwiaty 
albo  leżeć  na  sianie  w  stodole  i  obserwować  jaskółki,  które  lepiły  gniazda  wysoko  pod 
dachem.  Zawsze  wiedział,  w  którym  gnieździe  są  już  młode.  Czasem  przychodził  do  niej, 
płacząc,  z  nieżywym  pisklęciem,  który  zbyt  wcześnie  odważyło  się  na  skok  i  kończyło  na 
klepisku stodoły. Wtedy Mali musiała odłożyć swoje zajęcia, znaleźć kartonik i pójść z synem 
na  pogrzeb.  Na  tyłach  domu  Sivert  urządził  mały  cmentarzyk,  gdzie  oprócz  piskląt  grzebał 
martwe  myszy  czy  rozjechane  dżdżownice  i  stawiał  na  ich  grobach  koślawe  krzyże.  Jego 
niezwykła  więź  ze  wszystkimi  żywymi  stworzeniami  stawała  się  z  każdym  rokiem 
mocniejsza, zauważyła Mali. 

Po  zakończeniu  obrządku  w  oborach  ludzie  zaczęli  napływać  w  kierunku  cypla  Stornes. 

Był  niezwykle  ciepły  i  piękny  letni  wieczór,  tak  jasny,  że  niemal  nie  warto  było  zapalać 
ogniska.  Jednak,  oczywiście,  zapalono  je  zgodnie  z  tradycją  i  ku  radości  dzieci,  także  tych 
najmłodszych, aby miały czas się nim nacieszyć, zanim zasną. 

Mali  siedziała  razem  z  Margrethe,  Bengtem,  Ane  i  Aslakiem.  Rozglądała  się  trochę  za 

Havardem,  ale  go  nigdzie  nie  dostrzegała.  Dziwne,  pomyślała,  nic  nie  mówił,  że  go  nie 
będzie. Właściwie w ogóle nie wspominał o wieczorze... 

-  Jak się macie, nowożeńcy, tam pod lasem? - spytała Margrethe, spoglądając na Ane. 
Ane  poczerwieniała  i  zaczęła  kręcić  źdźbło  trawy  w  palcach.  Aslak  uśmiechnął  się 

bezradnie. 

-  Dobrze - odparta w końcu Ane. - Urządziliśmy się... 
-  Słyszałam, że nie ty będziesz w tym roku na letnim pastwisku? - pytała dalej Margrethe. 
- To pierwszy raz od wielu lat, - mówiła Mali. 
Aslak objął ramieniem Ane i odchrząknął. 
-    Mali  obiecała,  że  Ane  zostanie  na  gospodarstwie  tego  lata.  Mnie  to  nie  martwi,  o  nie. 

Inaczej widziałbym ją tylko w niedziele, no i... 

-  Tak, na pewno byłoby ci trudno - zaśmiał się Bengt dobrodusznie. - Najlepiej przecież 

mieć żonę w łóżku każdej nocy, zgadzam się! 

Aslak  poczerwieniał  i  spuścił  wzrok.  Nadal  mocno  obejmował  Ane.  Mali  pochwyciła  jej 

spojrzenie i nagle zrozumiała to, nad czym zastanawiała się przez ostatnie tygodnie. Ane jadła 
mniej niż zwykle, była blada mimo słońca i częściej biegała do wychodka. 

background image

-    Może  jesteś  ciężarna,  Ane?  -  spytała,  dotykając  jej  ramienia.  -  Jak  się  tak  zastanowię, 

wszystko by na to wskazywało. Ale jakoś na to nie wpadłam, dopiero teraz... 

Ane spojrzała na nią promiennymi oczami i z rumieńcami na policzkach. Potem zerknęła 

na Aslaka i splotła swoje palce z jego. 

-  Tak, jest - obwieścił dumnie Aslak. - Więc tym lepiej, że nie pojedzie na pastwisko. To 

ciężka praca i baliśmy się, że coś mogłoby się stać... 

-  Nigdy bym cię nie wysłała na pastwisko w tym stanie! - Mali poklepała Ane po plecach. 

-  Ależ  wspaniałe  wiadomości  w  ten  wieczór  świętojański.  Gratuluję  wam  obojgu!  Tak,  to 
wielka  zmiana  dla  was,  no  i  dla  nas  w  Stornes.  Ale  zostaniesz  z  nami,  Ane,  jak  obiecałaś? 
Dziecko będziesz mogła zabierać ze sobą, przecież kołyska jest wolna. 

-  O tak, oczywiście, że zostanę w Stornes - rzuciła Ane szybko. - Przecież mamy umowę. 

A dla dziecka będzie dobrze mieć towarzystwo Siverta i Oi. Nie mogłoby być lepiej! 

-    Kiedy  go  oczekujesz,  Ane?  -  spytała  Margrethe.  -  Bo  nic  po  tobie  nie  znać.  Choć 

rzeczywiście nie widuję cię zbyt często - dodała z uśmiechem. 

-    Myślę,  że  to  będzie  podarunek  na  Boże  Narodzenie  -  odparła  Ane.  -  Wspaniały 

podarunek. O ile wszystko dobrze pójdzie - dodała, zerkając na Margrethe. 

Na  pewno  pomyślała  o  jej  martwym  noworodku,  albo  i  o  gwałtownym  porodzie  Mali, 

którego  była  świadkiem.  Takie  przeżycia  zostają  w  pamięci  kobiety,  która  ma  przed  sobą 
pierwszy poród. 

-    Zajmiemy  się  tobą,  Ane  -  uśmiechnęła  się  Mali  uspokajająco.  -  Wszystko  pójdzie

 

dobrze. 

Nagle dostrzegła spojrzenie, które Margrethe posłała Bengtowi. Było tak pełne słodyczy i 

czułości, że Mali już wiedziała, że prawdą jest to, czego się obawiała. 

-  Ty też jesteś brzemienna - powiedziała cicho, patrząc na siostrę. 
-    Zostałaś  jasnowidzem,  czy  co?  -  spytał  Bengt,  ale  czuła,  że  był  lekko  zażenowany.  - 

Skąd wiesz? My dopiero się zaczęliśmy domyślać... 

- Nie, ja... 
Mali przerwała. Miała wielką ochotę krzyczeć. Czy oni nie mogą trochę bardziej panować 

nad  sobą?  Pewnie  nie,  pomyślała,  skoro  są  nadal  tak  zakochani.  Przecież  sama  straciła 
rozsądek, gdy Jo przybył do Stornes. Wiedziała, że to, co robi, to grzech, ale nic jej nie mogło 
powstrzymać.  To  samo  się  powtórzyło,  gdy  niespodziewanie  odwiedził  ją  jesienią  na 
pastwisku.  Oddała  mu  się  w  dzikiej  ekstazie,  nie  bacząc  na  konsekwencje.  Więc  może  nie 
jestem  ani  trochę  lepsza  od  Margrethe,  pomyślała.  Raczej  gorsza.  Konsekwencje  tego 
ostatniego  razu  były...  śmiertelne.  Bo  siostra  jest  przynajmniej  żoną  tego,  z  którym  śpi.  Ale 
Margrethe będzie miała dziecko przed upływem roku po stracie poprzedniego! 

-  Nie mieliśmy takiego zamiaru - tłumaczyła się młodsza siostra, a policzki jej płonęły. - 

Ale  skoro  ty...  Nie,  to  nie  będzie  dla  nas  bożonarodzeniowy  podarunek.  Dziecko  urodzi  się 
pod koniec stycznia, tak sądzę. 

O Boże jedyny, o czym oni myśleli? Przecież Margrethe będzie wycieńczona. Oczywiście, 

jest zdrowa i młoda, ale niemal bez przerwy w ciąży! Wzdrygnęła się. Gruźlica znów zbierała 
ofiary  w  pobliskich  wsiach,  a  imała  się  najsłabszych...  Mali  nagle  poczuła  dłoń  siostry  na 
ramieniu. 

-  Nie bądź zła... 
-    Nie  jestem  zła  -  odpowiedziała  Mali,  otaczając  młodszą  ramieniem.  -  Dlaczego 

miałabym  być  zła?  Wiem  przecież,  jak  kochacie  swoje  dzieci.  I  jesteście  młodzi  i  zdrowi. 
Nie,  nie  jestem  zła  -  dodała.  -  Jeśli  już,  to  tylko  się  o  ciebie  niepokoję,  że  będziesz 
wymęczona... 

-  Zaopiekuję się nią - obiecał Bengt. - Ona będzie już tylko dla ozdoby, naprawdę. 

background image

Co  ty  tam  wiesz,  pomyślała  Mali.  Młoda  gospodyni  w  dużym  dworze,  z  trójką  małych 

dzieci, która miałaby być tylko dla ozdoby! To niemożliwe. Nie, wszyscy mężczyźni są tacy 
sami. Gdy już znajdą się w łóżku, myślą tylko tym, co mają między nogami, a nie głową! 

Iskry  strzelały  z  wielkiego  ogniska  tak,  że  musieli  się  odsunąć.  Żar  buchał.  Pęki  iskier 

wylatywały w niebo za każdym razem, gdy na pół wypalona belka padała na ziemię. Dzieci 
piszczały  z  radości.  Mali  próbowała  nadążyć  spojrzeniem  za  Sivertem,  ale  było  to 
niemożliwe.  

Biegał,  umorusany  i  podniecony,  zbierał  patyki  i  dorzucał  do  ogniska  w  nadziei,  że 

wieczór się nigdy nie skończy. 

Jedna  z  przechodzących  obok  dziewcząt  z  Oppstad  włożyła  Mali  na  głowę  wianek  z 

rumianków, dzwonków i żółtych traw. 

-    Naprawdę  dla  mnie?  -  spytała  Mali  z  uśmiechem.  -  Jest  dla  mnie  zbyt  ładny.  To  ty 

powinnaś go nosić, młoda i śliczna. 

-  Nie, to dla ciebie, bo może wyjdziesz za mąż - zaśmiała się dziewczyna. - Moja mama 

mówi,  że  dziewczyna,  która  ma  wianek  na  głowie  w  wieczór  świętojański,  wyjdzie  za  mąż 
przed końcem roku. 

-  No, to mamy się na co cieszyć - zaśmiał się Bengt. - Zobaczymy, czy w Stornes będzie 

wesele na święta. To miła perspektywa! 

Mali nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się do dziewczyny i zostawiła wianek na głowie. Nie 

wierzyła w przesądy, więc mogła go zatrzymać. Żaden wianek nie spowoduje, że wyjdzie za 
mąż! 

-  Chyba cieszycie się na próżno - rzekła. - Zamierzam być wolna i swobodna, by pomagać 

choćby w przyjmowaniu waszych dzieci na świat. 

-    Możesz  dać  radę  obu  sprawom  -  uśmiechnął  się  szwagier.  -  Właściwie  nie  rozumiem, 

dlaczego jeszcze jesteś wolna, skoro jesteś co najmniej tak samo ładna jak twoja siostra, a to 
niemało - dodał, patrząc na nią z nieskrywanym podziwem. 

Bo była ładna w tym wianku. W blasku ogniska jej włosy lśniły niczym stare złoto, a skóra 

sprawiała wrażenie złocistego jedwabiu. Wiele spojrzeń śledziło jej postać: wyprostowaną jak 
ś

wieca, wąską w talii i z bujnym biustem. Właściwie nigdy nie wyglądała piękniej, pomyślał 

Bengt, i to pomimo tego, co przeszła przez ostatni rok. 

Mali poczuła, że się rumieni z radości i zażenowania. Rzadko myślała o swoim wyglądzie, 

ale gdy Bengt ją pochwalił, poczuła, że to miłe. 

-  Ja też powinnam chyba tego chcieć - rzuciła lekko. - Ale nie chcę, i mówię to jasno. A 

teraz może zmienimy temat? 

Wtedy  dostrzegła  Havarda.  Szedł  wzdłuż  brzegu  razem  z  Laurą  Granvold,  córką  we 

dworze Oppstad. Była dużo młodsza od swojego brata, Edvarda, który miał już żonę i dzieci. 
Jej  narodziny  były  dużą  niespodzianką  i  radością  dla  rodziców.  Ile  mogła  mieć  lat, 
zastanawiała się Mali. Siedemnaście, osiemnaście? I jakim cudem Havard spacerował właśnie 
z nią? Uświadomiła sobie, że Havard zawarł dużo znajomości, od kiedy  zaczął pracować w 
Stornes,  i  że  często  bywał  z  jakimiś  sprawami  w  Oppstad.  Ale  żeby  spacerować  z  Laurą  w 
taki wieczór? Coś skurczyło jej się w brzuchu. Na widok tych dwojga, dziewczyny od czasu 
do  czasu  otaczanej  ramieniem  przez  mężczyznę.  Mali  oblała  się  żarem,  choć  nie  wiedziała, 
dlaczego. Przecież Havard, jako kawaler, mógł sobie być, z kim chciał. Jej nic do tego. Mimo 
to... Mali nie mogła oderwać od nich spojrzenia. 

-  No proszę, oto Havard - Bengt wskazał dłonią. - I ma ze sobą kobietę. Wygląda na to, że 

na noc świętojańską - zaśmiał się. 

-   Bengt! - upomniała  go żona żartobliwym tonem. - Nawet jeśli idzie razem z  Laurą, to 

niekoniecznie znaczy, że on... że on... A może jest coś między nimi, Mali? 

Mali wzdrygnęła się.  

background image

-    Ja  o  niczym  nie  wiem  -  odparła,  unikając  wzroku  siostry.  -  W  ogóle  nie  wiem,  z  kim 

Havard się widuje w czasie wolnym.  

-    W  każdym  razie  znalazł  sobie  niezłą  dziewczynę  -  rzucił  Bengt.  -  Laura  wyrosła  na 

całkiem ładną pannę, to pewne. Ale jest strasznie młoda. 

-  I ty to mówisz! - zaśmiała się Margrethe. - Ja byłam młodsza, kiedy ty... 
Bengt zaczerwienił się gwałtownie i zaczął częstować wszystkich ciastkami.  
Havard i Laura dotarli do cypla i zaczęli podchodzić w górę. 
-    To  tu  jest  przyjęcie,  widzę  -  zauważył  Havard  wcale  niezmieszany.  -  Znajdzie  się 

miejsce dla nas? 

-  Oczywiście, oczywiście - powiedział Bengt, przesuwając się. - Mamy miejsce, ciastka i 

sok. Czekamy na kawę. Peder Plassen gotuje wielki czajnik kawy, podobno czarnej jak smoła. 
- Mrugnął do Havarda. - Ale nie odmówisz czegoś przezroczystego dolanego do niej, prawda? 

-  No nie, to należy do nocy świętojańskiej - uśmiechnął się Havard. - A ty zostałaś panną 

młodą? - powiedział, dotykając wianka Mali. - Gdzie jest ten szczęśliwiec? Ci, z którymi tu 
siedzisz, mają już żony, o ile wiem. 

Mali zalała się rumieńcem. Gwałtownym ruchem zerwała wianek z głowy. 
-  Dostałam go - oznajmiła. - Mówią, że ta, która ma wianek w czasie nocy świętojańskiej, 

wyjdzie za mąż przed końcem roku? Więc pewnie on bardziej pasuje tobie - dodała z lekką 
ironią w głosie i włożyła wianek na głowę Laury. 

Laura  zaśmiała  się,  zażenowana,  ale  poprawiła  wianek  spoczywający  na  jej  długich, 

rozpuszczonych włosach. Ona naprawdę ładnie wyrosła, zauważyła Mali.  

Nie jest już dziewczynką, ale dojrzałą młodą kobietą o wspaniałych kształtach rysujących 

się pod niebieską sukienką. 

Laura rzuciła szelmowskie spojrzenie na Havarda. Było w nim tyle uczucia i czułości, że 

Mali aż przeszedł dreszcz. 

-  Jest mi w nim ładnie? - spytała cicho, dotykając dłoni mężczyzny. 
-    Ładnie  -  uśmiechnął  się  Havard.  -  Jest  ci  ładnie  i  z  wiankiem,  i  bez  -  dodał,  urywając 

jeden rumianek z jej wianka i zatykając go w dziurkę koszuli. 

Miał wiele rozpiętych guzików, niemal aż do pasa, widać było jego złocistą skórę. A może 

nie zapiął koszuli po tym, jak ją zdjął? - pomyślała Mali nagle. Myśl, że może on kochał się z 
Laurą gdzieś na brzegu morza, zanim tu przyszli, sprawiła, że Mali osłabła. A przecież nic jej 
do tego! Jednak czuła zazdrość palącą jej serce, mimo że gdyby chciała Havarda, mogłaby go 
mieć w każdej chwili, na pewno przed dzisiejszym wieczorem. On nigdy nie ukrywał, że jej 
pragnie,  a  ona  go  odrzucała.  Teraz  czuła,  że  go  pragnie,  o  ile  nie  musiałaby  wychodzić  za 
niego za mąż. 

Ale  niech  tam!  Nigdy  nie  odda  swej  wolności,  nie  po  tym,  co  przeżyła.  Bo  wszystkim 

chodzi o małżeństwo, Havardowi także. A tego ona nie chciała. Zresztą, wygląda na to, że i 
tak za późno żałować, pomyślała, zerkając z ukosa na Laurę, przytuloną do torsu Havarda. A 
niech tam, pomyślała ponownie, ale poczuła łzy napływające do oczu. 

Powoli  zapadał  zmrok.  Góry  pałały  w  łunie  zachodzącego  słońca.  W  wodach  fiordu 

odbijały się puchate obłoczki o złotych i purpurowych brzegach. Ognisko dogasało.  

-  Cóż, poszukam Siverta i idę do domu - rzuciła Mali nagle i wstała. - I tak siedziałam za 

długo. Beret opiekuje się Oja, a miałam go nakarmić jakiś czas temu. 

-  Tak, a my poszukajmy Olausa - zgodziła się Margrethe. - Dawno powinien być w łóżku, 

no ale wieczór świętojański jest tylko raz do roku. 

Siostry podeszły  razem  do ogniska. Sivert nie  chciał nawet słyszeć o powrocie, mimo że 

był tak zmęczony, że ledwo stał na nogach. To samo było z Olausem. 

Mali wzięła syna na ręce i powiedziała stanowczo, że już koniec wieczoru. Wszyscy idą do 

domu, i koniec dyskusji. Sivert na tyle dobrze ją znał, że rozumiał, że na nic protesty. Uwiesił 
się, ciężki i zmęczony, na jej szyi i popłakiwał. 

background image

Mali  pożegnała  się  z  obecnymi  i  ruszyła  w  kierunku  domu.  Gdy  była  w  połowie  drogi, 

usłyszała za sobą czyjeś kroki. Obejrzała się, lekko przestraszona. To był Havard. Sam. 

-  Pomyślałem, że potrzebujesz pomocy w niesieniu Siverta - powiedział. - Jest dla ciebie 

za ciężki. 

-    Dam  sobie  radę  -  rzuciła,  ruszając  dalej.  -  A  ty  masz  kogoś,  kto  czeka,  byś  go 

odprowadził do domu. 

-  Naprawdę? 
Usłyszała po jego głosie, że się uśmiecha, a ona miała ochotę odgryźć sobie język za to, że 

się zdradziła ze swoją zazdrością. Nagle poczuła, że coś spoczęło na jej włosach. Zatrzymała 
się i dotknęła. Był to wianek. 

-    To  twój  wianek,  o  ile  wiem  -  przypomniał.  -  Uznałem,  że  powinnaś  go  dostać  z 

powrotem. Połóż go pod poduszką, to przyśni ci się ten, za którego wyjdziesz za mąż. Moja 
mama tak mówiła. 

Bez  pytania  wziął  z  jej  ramion  Siverta,  przytulił  i  zaczął  iść.  Mali  stała  jeszcze  chwilę, 

skubiąc  więdnący  już  wianek.  Ruszyła  dalej  z  wiankiem  w  dłoni.  Nie  chciała,  by  Beret  ją 
zobaczyła przystrojoną. 

Tej  nocy  Mali  śnił  się  Havard.  Nadszedł  brzegiem  morza.  Miał  rozpiętą  koszulę  i 

uśmiechał się do niej iskrzącymi, niebieskimi oczami i mocnymi, białymi zębami. 

Na przyzbie letni wiatr bawił się przywiędłymi kwiatami wianka.  
 
ROZDZIAŁ 5. 
 
W dni poprzedzające wyjście ludzi i zwierząt na letnie pastwisko w Stornes wrzała praca. 

Ingeborg z wypiekami na twarzy biegała tam i z powrotem. Za nią chodziła Ane, tłumacząc, 
pouczając i upominając. 

-  Nigdy mi to nie wyjdzie - narzekała Ingeborg. - Czy nie możesz jednak pojechać, Ane? 
-  Nie, ona na pewno nie może - odparła Mali stanowczo. - A ty, jeśli się tylko uspokoisz, 

zrozumiesz, że dasz radę. Nie będziesz tam sama. Są jeszcze trzy dziewczyny  do pomocy z 
innych gospodarstw. Weź się w garść, dziewczyno - dodała bez specjalnej nadziei. 

Załadowano  wielki  wóz,  który  miał  przewieźć  ładunek  przez  łąki  i  bagna.  Latem  na 

pastwisko mieli przychodzić ludzie po masło i sery, a zanosić jedzenie i inne rzeczy, których 
dziewczyny  mogły  potrzebować.  Jednak  najważniejsze  rzeczy  miały  pojechać  właśnie  tym 
pierwszym transportem. 

-  Ja też jadę, ja też jadę - triumfował Sivert rozgłośnie. - Jestem duży, pozwolili mi. A ty 

jesteś mały i musisz zostać w domu - zwrócił się do leżącego w kołysce Oi. - Ale opowiem ci 
wszystko, gdy wrócę. O ile nie będziesz spał - dodał. - Ty ciągle śpisz. 

-    Tak,  my  z  Olą  Johanem  zostaniemy  tu,  by  pilnować  domu  -  uśmiechnęła  się  Beret.  - 

Masz rację, on jest za mały. A ja za stara. 

-  Tak, jesteś za stara, babciu - potwierdził chłopiec. Spojrzał na nią z zastanowieniem. - Za 

trudno by ci było iść. I myślę, że byłabyś za ciężka dla Simy. Bo ja będę jechał na Simie, jest 
do mnie przyzwyczajona. 

-  Tak, od ciebie można usłyszeć słowa prawdy - przyznała Beret, gładząc go po głowie. 
W  ciągu  ostatniego  roku  wiele  osób  zwracało  uwagę  na  wiek  Beret,  pomyślała  Mali, 

zerkając na teściową. Jej twarz wychudła, w ciemnych włosach pojawiły się siwe pasma. Ale 
nadal trzymała się prosto, a sokole spojrzenie i ostry język były nadal w użyciu, choć nie tak 
często jak kiedyś. 

-    Tam  jest  daleko,  więc  lepiej,  jak  zostaniesz  w  domu  -  mówił  dalej  Sivert  z  troską  w 

głosie. - Powinnaś opiekować się Oja. On nawet nie umie sam jeść. 

-    Ależ  ty  jesteś,  Sivercie  -  rzekła  Beret,  posyłając  wnukowi  jeden  z  jej  nader  rzadkich 

uśmiechów. - Zupełnie niepodobny do ojca, ale i tak niezły... 

background image

-  Dlaczego nie jestem podobny do ojca? - spytał malec, spoglądając na babkę poważnie. 
Mali  pakowała  właśnie  chleb  i  resztę  jedzenia  do  skrzynki  przy  stole  kuchennym  i 

udawała, że nie słucha, ale serce waliło jej coraz mocniej. 

-    Dlaczego,  dlaczego  -  odparła  Beret  wymijająco.  -  Tego  się  nie  wie.  Jesteś  bardziej 

podobny do matki, po prostu tak jest. 

-  A to źle? - spytał Sivert, wspinając się babci na kolana i sięgając po broszę, którą miała 

pod szyją. 

Beret zaśmiała się, gładząc go po plecach.  
-  Nie, to nic złego. Poza tym jesteś też podobny  do mnie,  gdy  byłam  mała. Też miałam 

ciemne  włosy,  jak  ty.  Nie,  to  nic  złego,  że  nie  jesteś  podobny  do  ojca.  I  tak  jesteś  moim 
wnusiem. Ale Oja... - Spojrzała w kierunku kołyski. - Oja wygląda zupełnie jak tata, gdy był 
mały. 

-  Bardziej kochasz Oję? - spytał Sivert. Broda zaczynała mu się trząść. - Nie kochasz mnie 

już? 

Beret  powróciła  wzrokiem  na  wnuka  siedzącego  na  jej  kolanach,  na  jego  złocistą  skórę, 

ładne  szarozielone  oczy  i  ciemne,  kręcone  włosy.  Coś  było  w  nim  znajomego,  przypominał 
jej  kogoś...  Może  tylko  zdjęcie  jej  samej  z  dzieciństwa?  Na  pewno  był  ładny,  pomyślała, 
gładząc go po krągłym policzku. Ładny i bystry. 

-  Jesteś na pewno podobny do taty w tym, że jesteś takim jak on mądralą. No i oczywiście, 

ż

e cię kocham - dodała miłym tonem. - Przecież dobrze o tym wiesz, mały Cyganie! 

Mali  aż  się  wzdrygnęła,  a  serce  skoczyło  jej  do  gardła.  „Cygan",  skąd  Beret  przyszło  do 

głowy,  by  go  tak  nazwać?  Ręce  zaczęły  jej  się  tak  trząść,  że  aż  upuściła  chleb  na  ziemię. 
Szybko  kucnęła,  kryjąc  się  za  skrzynią.  Przecież  to  nic  nie  znaczy,  starała  się  uspokoić. 
Przecież tak się czasem mówiło o chłopcach, którzy zachowywali się podobnie jak Sivert, z 
jego pomysłami i dokazywaniem. Beret na pewno to miała na myśli, a nie Cyganów. 

Mimo to Mali zrobiło się nieprzyjemnie. 
Wczesnym lipcowym rankiem ruszył w góry całkiem spory pochód zwierząt i ludzi. Rosa 

perliła  się  jeszcze  na  trawach,  a  drzewa  lasu  przy  Inndal  rzucały  długi  cień.  Krowy 
zatrzymywały  się  coraz,  by  zjeść  pęk  soczystej  trawy,  więc  parobcy  i  pastuszkowie  często 
musieli zbaczać na mokradła, by je wygonić. 

Gudmund  byt  odpowiedzialny  za  transport  towarów,  pozostali  za  zwierzęta.  Havard 

prowadził Simę, którą obciążono dwoma workami i Sivertem. Chłopiec siedział wysoko jak 
książątko, obserwując i komentując wszystko, co zobaczył. 

-    Nie  ma  odwrotu  -  powiedziała  Ingeborg  do  Mali.  -  Okropnie  się  boję,  że  nie  poradzę 

sobie tak dobrze jak Ane - zaczęła znów narzekanie. 

-  Nikt tego nie oczekuje - odparła Mali uspokajająco, nie licząc już, który to raz. - Nie w 

pierwszym  roku.  Ale  jestem  pewna,  że  dasz  sobie  świetnie  radę.  Zobaczysz,  w  przyszłym 
roku będziecie się kłócić z Ane, która z was ma jechać. To ciężka praca, ale nie znam żadnej 
dziewczyny, której się to nie spodobało. Żyje się tam swobodnie, to coś innego niż codzienna 
praca na gospodarstwie. Jestem więcej niż pewna, że spodoba ci się taka odmiana. 

-  A Ane jest w ciąży - Ingeborg zerknęła z ukosa na Mali. 
Nowina  rozeszła  się  po  dworze  już  jakiś  czas  temu  i  wiadomo  było,  że  to  też  było 

powodem, by Ane nie jechała. 

-  W przyszłym roku nie będzie mogła jechać z niemowlakiem - dodała. 
-    Tak,  masz  rację  -  rzekła  Mali.  -  Więc  pewnie  i  ty  pojedziesz  w  przyszłym  roku,  o  ile 

sama nie znajdziesz j męża i nie zajdziesz w ciążę, zanim się zdążymy obejrzeć! 

Ingeborg zaróżowiła się lekko.  
Mali  wiedziała,  że  dziewczyna  nie  odmówiłaby  żadnemu z  adoratorów,  zwłaszcza  że  nie 

miała ich wielu. Ingeborg nie była brzydka, ale do piękności nie należała. Silnie zbudowana, z 
brązowymi włosami ściągniętymi do tyłu cienkim warkoczykiem. Zupełnie pozbawiona była 

background image

wdzięku,  tego  szczególnego  promieniowania,  które  przyciągało  mężczyzn  do  kobiety.  Ale 
wyróżniała  się  pracowitością,  więc  ten,  który  by  ją  zechciał,  miałby  na  pewno  dobrą 
gospodynię.  A  przecież  na  pewno  są  tacy  mężczyźni,  dla  których  jest  to  ważniejsze  niż 
wygląd. Poza tym ona wcale nie była brzydka, tylko pospolita i ze skłonnością do narzekania. 
Chociaż mężczyźni nie lubili narzekań... 

-  Tak, będą was odwiedzać, wiem - uśmiechnęła się Mali. - Uważaj tylko! 
-  Nie, mnie na pewno nie - stwierdziła Ingeborg. 
-    Patrz  na  to  jaśniej,  to  pomoże  -  westchnęła  Mali.  Przeszła  do  przodu  i  dogoniła  Simę. 

Pociągnęła Siverta lekko za stopę. 

-    Co  słychać  u  wodza?  -  spytała.  -  Widziałeś  jakiegoś  niedźwiedzia  czy  inne  dzikie 

zwierzę? 

-  Nie, tylko zająca - odparł syn, patrząc na nią rozjaśnionymi oczami. - I widziałem duży, 

stary  korzeń,  który  wyglądał  zupełnie  jak  troll,  ale  nie  był  trollem  -  dodał  uspokajającym 
tonem. - To był tylko korzeń, prawda, Havard? 

-    Tak,  to  na  pewno  był  tylko  korzeń  -  uśmiechnął  się  Havard.  -  Ale  Sivert  ma  rację: 

wyglądał jak troll. 

Havard  zdjął  koszulę  i  słońce  połyskiwało  na  jego  spoconej  skórze.  Jest  dobrze 

zbudowany, pomyślała Mali, zerkając na szerokie barki, muskularne ramiona, płaski brzuch i 
wąskie  biodra.  Szła  tak  blisko,  że  czuła  jego  zapach.  To  był  zapach  potu,  lecz  z  domieszką 
ziół, ciepła... Zapach mężczyzny, pomyślała, odsuwając się od niego. 

-  Uważam, że powinnaś iść z nami przez most, aby Havard mógł uważać, byś nie wpadła 

do  wodospadu  -  Sivert  odezwał  się  tonem  mądrali  znad  grzywy  Simy.  -  W  wodospadzie 
mieszka wodnik, mówiła Ane, a on musi zebrać dziesięć ładnych kobiet. 

-  Naprawdę Ane tak powiedziała? - spytała Mali z uśmiechem. 
-  Tak, masz rację, Sivert - powiedział Havard. - Musimy uważać na twoją mamę. Wodnik 

nie mógłby znaleźć ładniejszej kobiety, gdyby ona wpadła do wody. 

Mali odwróciła się, zarumieniona, ale nic nie odpowiedziała. 
Za każdym razem, gdy Sivert mógł wybrać się w góry, był szczególnie podekscytowany. 

Jego oczy dostrzegały najdrobniejsze szczegóły, a usta się nie zamykały. 

-  Chyba musisz mieć zamęt w głowie - zwróciła się Mali do Havarda. - Kiedy już zacznie 

mówić... 

-  Nic nie szkodzi - uśmiechnął się  Havard. - Uważam, że to wspaniale, gdy  dziecko ma 

taką  radość;  z  przyrody.  Większość  jej  nie  zauważa,  ani  dorośli,  ani  dzieci  nie  widzą  tej 
wspaniałości wokół nich. Możliwe, że dlatego, że w niej wyrośli i się przyzwyczaili. A Sivert 
jest inny. Ciekawe, skąd to ma, ale jest naprawdę wyjątkowy. 

Mali  pokiwała  głową.  Otarła  pot  z  czoła.  Słońce  grzało,  było  duszno.  Może  owieje  nas 

wiatr od morza,  gdy dojdziemy  wyżej, pomyślała Mali, dotykając  guzików bluzki. Zerknęła 
ukosem na Havarda i rozpięła trzy najwyższe. 

-    Nie  wiedziałem,  że  będziesz  iść  na  pastwisko  -  rzekł  Havard.  -  Mogłaś  sobie  na  to 

pozwolić? 

-    Tak,  chciałam  się  upewnić,  że  Ingeborg  da  radę  się  urządzić.  To  jej  pierwsze  lato  - 

odpowiedziała  Mali.  -  Poza  tym  chciałam,  by  Sivert  też  przeżył  taką  wyprawę.  On  zresztą 
cieszyłby  się  z  każdej  wyprawy  -  dodała,  przytrzymując  gałąź,  która  wystawała  na  drogę.  - 
Chcę jeszcze sprawdzić moroszkowe miejsca, zanim zaczną dojrzewać. 

To było tylko pół prawdy. Oczywiście, że czuła odpowiedzialność za Ingeborg, że chciała 

dać  Sivertowi  wyprawę  na  letnie  pastwisko,  na  którą  się  cieszył  już  od  dawna.  Ale 
najważniejsze  było  pragnienie  ujrzenia  miejsca,  w  którym  zginął  Jo.  Potrzebowała  tego  od 
czasu, gdy go wtedy przynieśli. 

Jakiś czas myślała, by zrezygnować, że to, co minęło, powinno spoczywać w spokoju. Ale 

czuła palącą potrzebę dotarcia do tego miejsca po to, by się pożegnać z Jo. Gdyby istniał jakiś 

background image

grób, który by mogła odwiedzać, byłoby inaczej. Nawet nie wiedziała, gdzie jest jego grób, i 
nie mogła o to nikogo spytać. On umarł z jej powodu, dlatego chciała się z nim pożegnać tam, 
pod  urwiskiem.  Czuła,  że  nie  zazna  spokoju,  póki  tego  nie  zrobi,  że  to  nie  było  tylko 
ż

yczenie, ale i powinność. 

Wczesnym  rankiem,  zanim  ktokolwiek  wstał,  poszła  zerwać  wielki  bukiet  polnych 

kwiatów. Zaniosła je do pokoju i uplotła wianek, skrapiając go gorącymi łzami. Ukryła go w 
starej poszewce, którą wzięła ze sobą. Przecież mogła mieć coś na wypadek, gdyby znalazła 
jagody. 

Myśl o samotnej wycieczce do urwiska wprawiała ją w drżenie. Nie wiedziała, co poczuje, 

gdy  tam  się  znajdzie.  Ale  nie  miała  wyboru.  To  była  ostatnia  rzecz,  którą  mogła  zrobić  dla 
mężczyzny,  którego  kochała  ponad  wszystko  i  którego  doprowadziła  do  śmierci.  Nie  znała 
lepszego miejsca, w którym mogłaby położyć wianek i błagać o wybaczenie, niż to, w którym 
umarł. Może sama odnajdzie tam spokój. Ale pewna nie była...  

Z  komina  letniej  zagrody  Innstad  unosił  się  dym,  gdy  wreszcie  dotarli  na  miejsce.  Mali 

wiedziała, że ich transport wyruszył poprzedniego dnia. Trzy pozostałe zagrody miały zostać 
obsadzone  najpóźniej  do  jutra.  Pastuszkowie  pognali  dalej  krowy  i  owce.  Zwierzęta  także 
poczuły  wolność,  biegały,  ryczały  i  beczały,  aż  trudno  je  było  utrzymać  w  stadzie.  Żaden  z 
pastuszków  nie  wątpił,  że  one  także  cieszą  się  ze  swobody  na  letnim  pastwisku  przez  dwa 
miesiące. Chcieli je pognać jak najdalej przed pierwszym wieczorem w letniej stajni. 

Sivert twierdził, że może pójść z nimi i poganiać zwierzęta, ale Mali się sprzeciwiła. 
-    Oni  idą  daleko  -  wyjaśniła.  -  Ale  za  parę  lat  możesz  popracować  jako  pastuszek  przy 

naszych  zwierzętach.  Potrzeba  takich  jak  ty,  którzy  nie  boją  się  ani  niedźwiedzi,  ani  trolli  - 
dodała, ukrywając uśmiech. 

Sivert  uznał  jej  argumenty.  Parobcy  z  Havardem  zaczęli  zdejmować  bagaże  z  wozu. 

Ingeborg rozpaliła w piecu, wstawiła wodę na kawę i zaczęła przygotowywać posiłek. 

-  No, to ja idę - rzuciła Mali. - Mam ze sobą jedzenie, zjem po drodze. To kawał drogi, 

więc ruszam. 

-  Naprawdę chcesz iść całkiem sama? - zaniepokoił się Havard. - Przecież możesz spotkać 

niedźwiedzia albo rosomaka... 

-  Jeśli pastuszkowie mogą chodzić sami, to ja też - odparła, unikając jego spojrzenia. - No 

i chyba nie sądzisz, bym chciała zdradzać komukolwiek, gdzie są moje pola moroszek. Sama 
szukałam ich parę lat. Wrócę późno, więc możecie zacząć schodzić, zanim wrócę. Sama trafię 
do Stornes. 

Widziała,  że  Havardowi  nie  podobało  się  takie  rozwiązanie,  ale  już  nic  nie  powiedział. 

Sivert  jednak  złapał  ją  za  spódnicę  i  nagle  zaczął  marudzić,  że  też  chce  z  nią  iść. 
Wytłumaczyła  mu,  że  to  ciężko  i  daleko,  ale że gdy  będzie  starszy,  weźmie  go  ze  sobą.  Na 
szczęście  mały  gaduła  szybko  znalazł  inne,  interesujące  rzeczy  na  pastwisku  i  osoby,  które 
mógł zaczepić. Poza tym w dole drogi usłyszeli porykiwania i pokrzykiwania. Kolejna grupa 
dochodziła na miejsce. 

-  Ojej! - zawołał Sivert. - Idą następni! 
-  Uważaj na niego, dobrze? - poprosiła Mali Havarda. - Miałam prosić o to Ingeborg, ale 

ona jest dziś zbyt rozbiegana, bym mogła na niej polegać. Zabierzesz go do domu wieczorem 
z Simą, a tam zajmie się nim Ane, już z nią rozmawiałam. Beret nie spuszcza oczu z Oi, więc 
o niego jestem spokojna. 

-    Oczywiście,  zajmę  się  nim  -  odparł  Havard.  -  Ale  jak  długo  zamierzasz  tam  być?  Nie 

sądziłem, że możesz na tak długo zostawić Oję, skoro... 

Zerknął na jej piersi i lekko się zaczerwienił.  
Mali też. Dłonią zebrała rozchyloną bluzkę. 
-  Zrobiłam tak, że on... ma mleko - rzuciła lekko zawstydzona. - Poza tym zaczął już jeść 

inne rzeczy. Beret da radę równie dobrze jak ja. 

background image

Havard pokiwał głową. 
-  To jak długo zamierzasz tam być? - powtórzył pytanie. - Dziś mamy czas, więc możemy 

na ciebie poczekać, w każdym razie Sivert i ja. Gudmund musi zaraz wracać, ale... 

-  Havard, już nieraz byłam w górach - powiedziała Mali. - Miło, że o mnie myślisz, ale też 

jedź. Nie wiem, ile mi to zajmie, na pewno kilka godzin - dodała wymijająco. - Ale nie lubię 
pilnować czasu, gdy jestem w górach. 

W zamieszaniu, które powstało, gdy zwierzęta i ludzie z Oppstad zjawili się na pastwisku, 

Mali znikła niepostrzeżenie. 

Szła  tak,  by  jak  najszybciej  zniknąć  z  pola  widzenia  ludzi  na  pastwisku.  Ominęła 

Seterhaugen  i  zniknęła  za  nim.  Przed  nią  otworzył  się  krajobraz  zwieńczony  szczytem 
Stortind.  Nie  wydawało  się,  by  to  daleko,  ale  Mali  wiedziała,  że  to  złudzenie.  Droga  była 
trudna i wiodła przez gęste zarośla i rozległe bagna. 

Usiadła  na  kamieniu  i  aż  do  pasa  rozpięła  bluzkę.  Było  ciepło,  a  ona  szła  szybko.  Nie 

obawiała się, że kogoś spotka, o tej porze roku nikt nie chodził w góry. Dopiero jesienią wielu 
chodziło  zbierać  dojrzewające  moroszki,  najcenniejsze  ze  wszystkich  rodzajów  jagód.  Od 
kiedy  Mali  zamieszkała  w  Stornes,  chodziła  zbierać  moroszki  do  wąskiej  doliny  leżącej 
między Stortind a górami po jej drugiej stronie, oddzielającymi ich od Innvik, miejscowości 
leżącej  przy  końcu  drugiego  ramienia  fiordu.  Ale  znalazła  też  inne  miejsca,  na  przykład  u 
podnóża  Aksla,  mniejszego  szczytu  łączącego  się  ze  Stortind.  Mimo  że  nigdy  nie  była  na 
szczycie żadnej z tych gór, wiedziała, że ścieżka na szczyt Stortind wiedzie wzdłuż Aksla. 

Wyjęła  chleb  i  zabrała  się  do  jedzenia,  spoglądając  w  górę.  Stortind  skąpany  w 

promieniach  słońca  zawsze  ją  zachwycał.  Wzrok  jej  przeszedł  wschodnim  stokiem.  U 
podnóża Aksla było urwisko. Pogrążone w cieniu, sprawiało ponure wrażenie. Mali przeszedł 
dreszcz.  Spory  kawałek  w  górę  urwiska  znajdowała  się  duża,  płaska  półka.  To  pewnie  tam 
zatrzymał  się  Johan  z Jo,  bo  stamtąd  schodziło  urwisko.  Nikt  nie  przeżyłby  upadku  z  takiej 
wysokości. 

Jakim  sposobem  Johan  zrzucił  Jo?  Ta  myśl  nie  dawała  Mali  spokoju  od  czasu  tamtego 

fatalnego popołudnia. Jego nienawiść musiała być bezgraniczna, myślała, a jedzenie rosło jej 
w ustach. Nienawiść, złość i podłość. I to ona je wyzwoliła, ona i jej miłość, którą czuła do 
Jo. I grzech, który popełniła, którego rezultatem jest Sivert. Ale mimo to... 

Nawet  jeśli  ktoś  tak  bardzo  nienawidzi,  ma  w  głębi  sumienia  jakąś  granicę,  której  nie 

przekroczy: nie odbierze komuś życia. Ale Johan jej nie miał. Gdy ujrzał Jo i Siverta razem 
na  łące  i  w  końcu  zrozumiał  prawdę  o  tym,  którego  przez  cały  czas  uważał  za  syna,  nie 
potrafił  zapanować  nad  sobą.  Tylu  osób  wtedy  nienawidził:  Jo,  jej  i  nawet  pewnie  Siverta, 
owocu  tej  miłości,  o  którą  zawsze  zabiegał,  a  której  nawet  nie  posmakował.  Babcia  to 
wiedziała,  wiedziała,  że  Johan  ma  w  sobie  pokłady  zła,  znała  mroczne  zakamarki  w  duszy 
wnuka.  Dlatego  tak  bardzo  bała  się  tego,  co  może  się  stać.  Mali  cieszyła  się,  że  babcia  nie 
dożyła chwili, w której nienawiść, której tak się bała, doprowadziła do tragedii. 

Mali  strzepnęła  okruchy  i  poszła  dalej.  Często  napotykała  spore  bagna,  które  musiała 

okrążać,  co  przedłużało  jej  trasę.  Spojrzała  na  słońce  i  oceniła,  że  dochodzi  druga.  Tamci 
pewnie  już  wracają  do  domu,  pomyślała.  I  dobrze.  Nie  będzie  pewnie  miała  ochoty  do 
rozmowy po tym, co zamierza zrobić. Dobrze, że będzie długo szła z powrotem. Byle nie tak 
długo, by zaczęli się zastanawiać, co tak naprawdę robiła w górach.  

Serce  waliło  jej  ciężko  w  piersiach,  gdy  dotarła  na  dno  urwiska,  w  cień.  Gdzieś  tutaj 

musiał upaść Jo. Przeszła tam i z powrotem, spojrzała w górę na wystającą półkę i spróbowała 
wyobrazić sobie, gdzie mógł spaść. 

Nagłe  zatrzymała  się.  Coś  błysnęło  pomiędzy  kamieniami.  Ukucnęła,  sięgnęła  dłonią  i 

znalazła  scyzoryk:  mały,  gładki,  ładny  scyzoryk  w  srebrnej  oprawie.  Podniosła,  obróciła  na 
wszystkie strony i przycisnęła do ust. 

background image

To  był  scyzoryk,  który  często  widziała  w  dłoniach  Jo.  Opowiadał,  że  wymienił  się  na 

niego  dawno  temu.  Sam  wyrył  inicjały  „J.  K.".  Mali  nie  wiedziała,  co  oznacza  „K”.  Nagle 
uświadomiła sobie, że nigdy nie spytała go o nazwisko. 

Siedziała  tak,  gdy  nagle  ogarnął  ją  płacz.  Padła  na  kamienie  i  oddała  się  tęsknocie, 

rozpaczy,  smutkowi  i  gniewowi.  Powinna  z  nim  pojechać,  myślała.  Ktoś,  kogo  spotkało  to 
niepojęte  szczęście  napotkania  wielkiej  miłości,  nigdy  nie  powinien  pozwolić  jej  odejść. 
Nigdy,  bez  względu  na  cenę.  Ale  ona  to  zrobiła,  pozwoliła,  by  odeszła  miłość  razem  z  Jo. 
Nagle  uklękła  i  zaczęła  krzyczeć  dziko,  z  gorzką  świadomością,  że  już  nigdy  nie  odzyska 
tego, co straciła z własnej winy. 

-  Jo! Jo! - wołała rozpaczliwie. - Jo! Jo! 
Od ciemnych gór odbiło się echo i wołało: Jo, Jo, Jo... 
Powoli otworzyła poszewkę i wyjęła wianek. Nie był już świeży i ładny jak rano, niektóre 

płatki się pozaginały. Postarała się  go poprawić,  oderwać zwiędłe główki. Przytuliła wianek 
do piersi. 

-  Kocham cię - wyszeptała powoli, ze spojrzeniem zwróconym na jasne niebo. - Kocham 

cię  bardziej  niż  jakiegokolwiek  człowieka,  byłam  i  jestem  twoja.  Ale  nie  mogłam  się 
odważyć. Nie mogłam... Znów wstrząsnął nią szloch. 

-  Wybacz mi, Jo. Wybacz! - wyszeptała i przetarła dłonią gorącą, mokrą twarz. 
-    To  ty  nie  chciałaś,  odezwał  się  w  niej  jakiś  głos.  Nie  chciałaś  wystarczająco  mocno. 

Wtedy nie pozwoliłabyś mu odejść. Nawet tego  ostatniego razu, gdy przyszedł do ciebie na 
pastwisko i pokazałaś mu jego syna, nie pojechałabyś z nim, nawet gdyby był wolny. Bo nie 
kochałaś  go  wystarczająco  mocno.  Chciałaś  mieć  wszystko:  i  jego,  i  Stornes.  Ale  nikt  nie 
dostaje wszystkiego za darmo. 

-  To nieprawda - spierała się sama ze sobą. - To nie dlatego... 
Ale już sama nie wiedziała. 
-    Dlaczego  wybrałaś  Johana  i  Stornes,  pytał  wewnętrzny  głos,  skoro  kochałaś  Jo  ponad 

wszystko? Bo... bo... Nie, nie mogła już o tym myśleć. 

Powoli zaczęła zbierać kamienie i układać z nich mały kopczyk. Położyła na nim wianek, 

splotła  dłonie  i  odmówiła  Ojcze  nasz.  Gdy  wstawała,  wzięła  mały  kamyk.  Weźmie  go  ze 
sobą. Kamyk i scyzoryk. Wstała na nogi, sztywna i zmarznięta. Gdy przyszła, była spocona. 
Teraz  marzła  tak,  że  aż  szczękała  zębami.  Nie  tylko  dlatego,  że  siedziała  w  cieniu.  To  był 
chłód, który pochodził zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. 

Przez moment stała i patrzyła na kopczyk i wianek, którym szarpał wiatr. Zerknęła znów 

na pogrążone w cieniu urwisko. Wzrok przesłaniał jej łzy. Wiedziała, że jest tu po raz ostatni, 
ż

e coś przekreśliła. To, co zostanie jej ze smutku i tęsknoty, będzie żyło w niej. 

Odwróciła się gwałtownie i zaczęła wracać.  
  
ROZDZIAŁ 6. 
 
Fala upału uderzyła w Mali, jak tylko wyszła z cienia wielkiej góry na otwartą przestrzeń. 

Mimo  to  marzła  nadal.  Szła,  potykając  się,  na  ciężkich  nogach.  Czuła  się  całkiem  pusta, 
zlodowaciała i śmiertelnie zmęczona. Tak jakby chwila, którą spędziła w miejscu śmierci Jo, 
wyssała z niej wszystkie siły. 

Było  zadziwiająco  bezwietrznie,  nawet  najlżejszy  powiew  nie  dochodził  z  gór.  Mali 

spojrzała  na  słońce  i  dostrzegła,  że  przysłoniła  je  lekka  mgiełka.  Wzdrygnęła  się,  gdy 
uświadomiła  sobie,  jak  nisko  stoi.  Musi  być  co  najmniej  czwarta,  pomyślała  w  panice  i 
zaczęła biec. Straciła poczucie czasu. Przyszło jej nagle na myśl, że mogą zacząć jej szukać. 

Ź

le  stanęła  i  upadła  jak  długa.  Leżała  tak,  z  twarzą  pośród  mchów,  i  czuła,  jakby  miała 

ciało  z  ołowiu.  Nie  była  w  stanie  się  podnieść.  Znów  opanował  ją  płacz.  Leżała  niczym 
nieżywa i płakała w głos. Nigdy nie przypuszczała, że aż tak mocno to przeżyje. Gdy ujrzała 

background image

miejsce śmierci Jo, miniona tragedia stanęła jej przed oczami. Blizny po ranach na jej duszy 
popękały i czuła, że krwawią obficie. Czuła niezmierzony smutek, większy nawet niż wtedy, 
gdy dowiedziała się o śmierci Jo. Wtedy rozpacz mieszała się z nienawiścią do Johana. Wtedy 
jakby  nie  mogła  pojąć  prawdy,  nie  chciała  jej  przyjąć.  Musiała  chronić  siebie  i  Siverta  w 
czasie dni, które potem nastąpiły. I nocy. Tych straszliwych nocy... 

Dopiero  dziś  dotarł  do  niej  wymiar  tragedii,  do  jakiej  doszło  w  tych  górach.  Widok 

ciemnego,  kamienistego  urwiska  wbił  jej  się  w  pamięć.  Miała  nadzieję,  że  to  będzie  jak 
odwiedzenie  grobu  ukochanego  i  pożegnanie  się  z  nim  na  zawsze.  Że  gdy  położy  kwiaty  i 
powspomina  Jo,  zazna  ukojenia.  Zamiast  tego  z  jeszcze  większą  mocą  wypłynęła  na 
powierzchnię rozpacz. Nie wiedziała, czy będzie w stanie to unieść. 

Straciła  poczucie,  jak  długo  tak  leżała.  Powoli  wstała,  otrzepała  się  z  grubsza  i  ruszyła 

dalej. Seterhaugen wydawało się tak odległe, a od niego było daleko do szop. No i jeszcze w 
dół  do  Stornes.  Czuła  przemożną  chęć  położenia  się  w  mchu  i  pozostania  na  miejscu, 
przespania  wszystkiego.  Zapomnieć,  pomyślała,  ocierając  łzy.  Chciała  spać,  a  przede 
wszystkim  zapomnieć.  Ale  wspomnienia  prześladowały  ją  niczym  koszmar,  gdy  tak  szła 
przez mokradła, w przemoczonych butach i z coraz cięższym skrajem spódnicy. 

Przez  cały  czas  stał  jej  przed  oczami  Jo:  jego  brązowe,  szczupłe  ciało,  iskrzące 

szarozielone  oczy  i  promienny  uśmiech.  Jakże  go  kochałam,  pomyślała  z  bólem,  kochałam 
ponad  wszystko.  Pozwoliła  mu  odjechać  nie  dlatego,  że  myślała  o  sobie,  wręcz  przeciwnie. 
Przecież poświęciła miłość, by chronić innych! Gdyby to tylko dotyczyło jej samej, więcej niż 
chętnie  wyrzekłaby  się  wszystkiego.  Ale  wplątani  w  to  byli  jeszcze  inni.  Babcia  też  tak 
powiedziała: że wiele niewinnych osób musiałoby przez nią cierpieć.  

To dlatego odmówiłam, myślała, ocierając wciąż płynące łzy, dlatego poświęciłam i Jo, i 

miłość.  Tak,  jak  się  poświęciła,  mówiąc  „tak"  Johanowi.  Nie  było  to  zgodne  z  jej  wolą,  ale 
uczyniła to dla rodziny. 

Wszystko robiła dla innych i dlatego wszystko straciła. Wszystko oprócz Siverta. Myśl o 

synu przeszyła ją niczym strzała. Poczuła, że kocha ponad wszystko to dziecko miłości. Tylko 
on  jej  pozostał  po  miłości  jej  życia.  On  i  pierścionek.  A  teraz  jeszcze  scyzoryk,  pomyślała, 
gładząc chłodny metal. 

Gdy okrążyła Seterhaugen, była tak zmęczona, że się słaniała. Nagle uświadomiła sobie, że 

ktoś  ku  niej  idzie.  Zmrużyła  piekące,  zapłakane  oczy,  lecz  widziała  tylko  niewyraźną 
sylwetkę.  Przez  chwilę  wydawało  się  jej,  że  to  Jo,  i  wyciągnęła  rękę  w  jego  stronę.  Ale  Jo 
przecież nie żyje, nie żyje... 

-    Co,  u  licha,  wyprawiasz?  -  spytał  Havard  z  bliska.  -  Wiesz,  która  godzina?  Nie 

rozumiesz, że się o ciebie boimy, że już myślałem, że... 

Zatrzymał się i wpatrzył w Mali. Dostrzegł, że ma brudną twarz i zapłakane oczy. Włosy 

się  rozpuściły  i  otaczały  złocistą  chmurą  jej  głowę.  Bluzkę  miała  rozpiętą  do  pasa,  a  brzeg 
spódnicy  tak  ciężki,  że  ciągnął  się  po  ziemi.  Na  chwilę  pochwycił  spojrzenie  Mali  i  aż  się 
wzdrygnął. Nigdy nie widział tak bezdennego smutku. Wyglądało, że w oczach ukochanej nie 
ma już życia. 

-  Ależ Mali - powiedział cicho. - Moja Mali, co się stało? 
Wściekłość, która się w nim gotowała, wyparowała w sekundę. Wypełniło go współczucie. 

Wyciągnął do niej ramiona, a ona w nie wpadła. Havard stracił równowagę, nieprzygotowany 
na taki impet, i upadli, turlając się po mchu.  Leżał, obejmując jej szczupłe ciało wstrząsane 
łkaniem. 

-  Spotkałaś kogoś? - spytał przestraszony, odgarniając jej włosy z twarzy. - Ktoś zrobił ci 

krzywdę? 

Pokręciła głową przecząco, ale tylko wtuliła się mocniej i nie przestawała płakać. 
-    Ale  co  się  dzieje? Jesteś  całkiem...  Powiedz,  co  się  dzieje,  Mali,  na  pewno  nikogo  nie 

spotkałaś? 

background image

- Tylko dawne duchy - wykrztusiła ledwo dosłyszalnie. 
Nie  zrozumiał,  co  ma  na  myśli,  lecz  nadal  ją  obejmował.  Mali  powoli  przestała  płakać. 

Spróbował uwolnić się od jej ramion zaciśniętych na jego karku, lecz nie puszczała. 

-  Nie zostawiaj mnie, Havardzie - wyszeptała z desperacją. - Nie mam nikogo, i ja... Nie 

mam nikogo, Havardzie... 

Havard poczuł jej miękkie ciało wtulone w jego ciało, jej gorący oddech owiewający mu 

szyję, jędrne piersi naciskające na jego tors. 

-  Mali... 
Odchyliła  głowę  i  spojrzała  na  niego.  Potem  przyciągnęła  jego  twarz  do  swojej  i 

pocałowała  dziko,  z  desperacją.  Dłonie  rozpoczęły  wędrówkę  pod  jego  koszulą,  gładziły 
brzuch i plecy, rozpięły pasek i powędrowały w dół, aż stęknął z podniecenia. 

Coś  się z  nią  stało  w  tych  górach,  pomyślał  znów,  tylko  nie  wiedział  co.  Musiało  to  być 

jednak coś, co nią wstrząsnęło, ponieważ zachowywała się jak szalona.  Bo ta kobieta, która 
wczepiła się w niego i niemal prosiła, by ją wziął, nie była tą samą dumną, silną Mali, jaką 
znał. Tą, która trzymała go na odległość i nigdy nie traciła panowania nad sobą...  

 
Posłał Gudmunda w drogę, gdy wszyscy zjedli, rozładowali ładunek i wnieśli wszystko do 

szopy. Nadjechali też z Oppstad. Havard zaczął rozważać, czy nie wrócić już z Sivertem, ale 
ten biegał zadowolony między przybyszami i nie chciał słyszeć o powrocie. 

-  Przecież nie możemy schodzić, zanim mama nie wróci, prawda? - spytał. 
-    Ona  powiedziała,  że  powinniśmy  tak  zrobić  -  odpowiedział  Havard.  -  Ona  ma  do 

przejścia długą drogę. To potrwa, wiesz. 

-    Przecież  możemy  tu  zostać  -  Sivert  patrzył  na  niego  prosząco.  -  Mama  się  strasznie 

ucieszy, że na nią zaczekaliśmy. 

Havard  poddał  się.  Wiedział,  że  nie  zaznałby  spokoju,  gdyby  wrócił.  Już  wtedy  zaczął 

niespokojnie  wypatrywać  w  górę  ścieżki.  Sivert  tymczasem  beztrosko  biegał  od  szopy  do 
szopy, częstowany smakołykami. 

W miarę upływu godzin Havard stawał się coraz bardziej niespokojny. 
-    Mali  miała  być  tak  długo?  -  spytała  Ingeborg.  -  Sądziłam,  że  tylko  zajrzy  na  pole 

moroszek... 

-    Raczej  to  właśnie  robi  -  odparł  Havard  szorstko.  -  Ale  miała  się  nie  spieszyć.  Nie  tak 

często ma wychodne, prawda? 

-  Byle tylko coś się jej nie stało - powiedziała Ingeborg z troską w głosie. - Nie powinna 

iść sama... 

Havard  pomógł  przybyszom  rozładować  wozy,  wypił  dużo  kawy  i  usiłował  zachowywać 

spokój.  Ale  jego  wzrok  coraz  to  biegł  ku  wzgórzu  Seterhaugen.  To  stamtąd  powinna  się 
zjawić, pomyślał po raz kolejny.  

W końcu nawet Sivert się zmęczył. 
-  Dlaczego mama nie wraca? - spytał, wdrapując się na kolana Havarda i wkładając kciuk 

do ust. Już dawno tego nie robił. 

-  Tego nie wiem - odparł Havard, targając mu czuprynę. Chciał go uspokoić. - Ale wyjdę 

jej naprzeciw. Ty zostań z Ingeborg, a ja zaraz ją znajdę. Na pewno nie jest daleko. 

I  poszedł, z bijącym sercem, tak zaniepokojony  i rozgniewany, że aż z trudem oddychał. 

Jak ona mogła tak zapomnieć o czasie! Do tego stopnia nie przejmować się innymi! Przecież 
musiała  rozumieć,  że  Sivert  zacznie  o  nią  pytać.  No  i  dawno  już  powinna  być  w  Stornes  i 
nakarmić Oję. 

A  może  coś  się  stało...  Sama  myśl  go  osłabiła.  Kochał  ją  już  od  tylu  lat.  Pragnął  jej  od 

czasu,  gdy  wyszła  za  Johana.  Odchodził  od  zmysłów  z  zazdrości,  widząc  tego  mężczyznę 
obejmującego  ją  z  miną  właściciela  i  patrzącego  na  nią  z  pożądliwością.  Tego,  który  mógł 

background image

wziąć ją do sypialni, kiedy tylko chciał. Mógł jej dotykać, posiadać, mógł ją mieć nagą przy 
sobie... 

Myśl o nich dwojgu w łóżku niejednej nocy odbierała mu sen. Długi czas trzymał się od 

Mali  z  dala,  dopóki  nie  dostrzegł,  że  pomiędzy  małżonkami  nie  układa  się  najlepiej. 
Odgrywali swoje role dobrze, ale Havard domyślał się prawdy po fragmentach pijackiej gadki 
Johana w czasie wieczorów z jego ojcem. 

-    Jest  babą  z  piekła  rodem  -  słyszał  Johana  użalającego  się  nad  sobą.  -  Tej  dziewczyny 

nigdy nie dostajesz, Oddleivie, ją musisz brać siłą, żeby coś z tego było. Jest zimna jak lód, 
mimo  że  dałem  jej  wszystko:  wspaniałe  gospodarstwo,  dobrobyt,  nazwisko.  Wariuję,  boją 
mam, mogę z niej zerwać ubrania i ją wziąć, ale nie mogę jej mieć. Nigdy jej mieć! Nigdy, 
słyszysz? Leży tylko pode mną jak kłoda drewna...  

Havard słyszał potem „dobre" rady ojca i czerwienił się ze wstydu. Jeśli Johan poszedł za 

tymi radami, Havard mógł dobrze zrozumieć chłód w spojrzeniu Mali, gdy patrzyła na męża, i 
oczywistą niechęć wobec jego dotyku. Myślał przez jakiś czas, że ona tego nie wytrzyma, ale 
dała  radę:  dumnie  wyprostowana  i  z  uniesionym  czołem.  Tylko  jej  oczy  stawały  się 
mroczniejsze z każdym rokiem, ciemne i pełne czegoś, co przypominało nienawiść. No i on 
sam  zaczął  jej  dotykać  w  przelocie,  gdy  spotykali  się  gdzieś  na  zewnątrz  w  czasie  przyjęć. 
Trzymała  go  na  dystans,  ale  czuł,  że  ceni  go  jako  przyjaciela.  Ale  on  nie  chciał  nim  być.  I 
powoli dochodziło do sytuacji, które dawały mu nadzieję... Gdy ona też oddychała szybciej... 

Szedł  przez  mokradła,  przypominając  sobie  każdą  z  tych  scen.  Mógł  wtedy  jej  dotknąć, 

przytulić, dotknąć jej piersi i nawet całować. Po czymś takim leżał długo w nocy i wyobrażał 
sobie,  że  ją  bierze,  czuł  jej  delikatne  ciało,  bujne  piersi...  Ale  nigdy  nie  wydarzyło  się  nic 
więcej. 

Gdy Johan zmarł, ucieszył się. Teraz mogła nadejść jego kolej. Pochodził z dobrego rodu i 

miał jej co zaoferować. Poza tym nie czuł do niej tylko pożądania. Kochał ją aż do bólu. Gdy 
otrzymał  propozycję  pracy  w  Stornes,  był  przekonany,  że  była  to  możliwość  konkurów, 
zanim  inni  dostaliby  szansę.  Zamiast  tego  otrzymał  kontrakt  i  informację,  że  Mali  nie 
zamierza wychodzić za mąż ani za niego, ani za nikogo innego. To go prawie przerosło. 

Najpierw  chciał  odmówić.  Ale  pomyślał,  że  jeśli  będzie  na  miejscu,  to  ona  właśnie  do 

niego  przyjdzie,  gdy  będzie  potrzebowała  czułości  od  mężczyzny.  Kochał  ją  już  od  tak 
dawna,  że  nauczył  się  cierpliwości.  Jego  ojciec  tłumaczył  mu,  że  nie  może  pracować  jako 
parobek u tej „zarozumiałej wdowy". Musi myśleć o tym, kim jest! 

Ale dla niego nie miało to znaczenia. Jedyne, co się liczyło, to Mali. Na początku myślał o 

małżeństwie z nią, potem już rzadziej. To przyjdzie samo, myślał, jeśli w końcu będzie mógł 
obdarzyć  ją  tą  bezgraniczną  miłością,  którą  czuł.  Bo  jeśli  da  jej  czułość,  ciepło  i  przyjaźń, 
możliwe, że z czasem ona go też pokocha. Ta nadzieja sprawiła, że został w Stornes. 

 
-    Marznę  -  wyszeptała  Mali,  pociągając  go  na  siebie.  -  Marznę  i  nie  mam  nikogo  - 

powtórzyła ze szlochem. 

-  Masz mnie - odpowiedział, gładząc ją po policzku. - Ile razy ci już mówiłem, że jestem 

twój? 

-  Kochasz mnie? 
-  Tak - potwierdził, dotykając ustami jej policzka. - Zawsze kochałem. Dla mnie nie ma 

nikogo innego poza tobą, ale ty nie chciałaś... 

Nie  pamiętał,  kto  zaczął  pierwszy  ściągać  ubranie,  pamiętał  tylko,  że  oboje  szybko 

oddychali.  Jej  usta  były  uchylone,  miękkie  i  chętne,  a  gdy  pochylił  się  ku  jej  piersiom, 
wygięła się ku niemu. 

Gdy  podciągnął  jej  spódnicę,  Mali  nie  protestowała.  Pozwoliła,  by  zdjął  jej  bieliznę,  i 

nawet pomogła mu w tym. Havard puścił ją i ukląkł. Zdarł z siebie koszulę i rozpiął spodnie. 
Przez  chwilę  zatrzymał  się  i  patrzył  na  nią,  półnagą,  leżącą  przed  nim.  Łzy  wypełniły  mu 

background image

oczy.  To  było  wspaniałe.  Tyle  marzył  o  tej  chwili,  śnił  i  niemal  stracił  nadzieję,  że  ona 
nadejdzie... 

  -Mali... 
-  Nic nie mów! - powiedziała, pociągając go na siebie. - Bierz mnie! Kochaj...  
Spojrzała  na  niego  i  dostrzegła  jego  wypełnione  łzami  oczy.  Przez  chwilę  myślała,  że  to 

ź

le,  że  go  wykorzystuje.  Lubiła  go,  zawsze  go  lubiła,  ale  go  nie  kochała.  To  nie  było  w 

porządku. Ale odsunęła od siebie tę myśl. Mówiła prawdę: nie miała nikogo. To, co przeżyła 
tego  dnia  na  dnie  urwiska,  gniotło  ją  niczym  ciężki  głaz.  Nie  miała  nikogo.  Nie  sądziła,  że 
będzie  kogokolwiek  potrzebować,  ale  tęsknota  za  Jo  i  utracona  miłość  pozostawiły  w  niej 
przeogromną pustkę; pustkę, którą ktoś musiał zapełnić. Nadarzył się Havard... 

Wszedł  w  nią  z  jękiem  rozkoszy.  Była  wilgotna  i  gładka,  oddychała  szybko.  Jej  dłonie 

objęły jego pośladki i docisnęły, jakby chciała, by wszedł jak najgłębiej. Zbliżenie nie miało 
w sobie nic ze słodyczy i delikatności, tak jak marzył. Zamiast tego rozwinęło się w szalony 
galop  ukrywanych,  gorących  pragnień,  nad  którymi  żadne  z  nich  nie  miało  kontroli.  Mali 
pospieszała  go  jeszcze  bardziej,  jej  paznokcie  orały  mu  plecy,  a  podbrzusze  unosiło  się  ku 
niemu wygięte w łuk. Było w tym coś z desperacji, pomyślał, ale to była jego ostatnia myśl. 
Wszystko zniknęło poza intensywnym uczuciem żądzy i miłości, dziwnej wdzięczności, która 
wyciskała mu łzy z oczu. Z przytłumionym stęknięciem i iskrzącym światłem pod powiekami 
eksplodował w niej. 

Przez  długą  chwilę  tylko  leżeli,  on  nadal  uniesiony  nad  nią.  Wreszcie  podparł  się  na 

jednym łokciu i spojrzał na nią. Mali leżała z zamkniętymi oczami i spod powiek płynęły jej 
łzy. 

-  Czemu płaczesz, kochanie? - spytał, całując jej miękkie usta. - Nie możesz teraz płakać. 

Coś cię bolało? 

Pokręciła  powoli  głową.  Uniosła  powieki  i  spojrzała  na  niego.  Aż  się  wzdrygnął,  gdy 

zobaczył wyraz jej oczu. 

-  Nie chciałaś tego? 
Mali pogładziła go po twarzy i przyciągnęła do siebie. 
-  Chciałam - szepnęła mu do ucha. - To ja tego chciałam. 
-  Ja zawsze tego chciałem - odpowiedział. - Ciebie chciałem. I że mogłem... 
Odsunęła go i usiadła. Obciągnęła spódnicę i zaczęła zapinać bluzkę. Włosy zasłoniły jej 

twarz. 

-    Kocham  cię  -  wyszeptał,  obejmując  dłońmi  jej  twarz.  -  To  nie  tylko  dlatego,  że  cię 

pragnąłem... Kocham cię, Mali. 

-    Wiem  -  odparła,  unikając  jego  spojrzenia.  -  Jesteś  dobrym  człowiekiem,  Havardzie,  o 

wiele lepszym niż ja. Bo ja... nie sądzę, żebym mogła kogoś jeszcze pokochać. 

Odczuł te słowa jak uderzenie w brzuch. Wpatrzył się w nią, całkiem zaskoczony. 
-  To dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego pozwoliłaś, bym... 
-  Potrzebowałam cię - odpowiedziała cicho. 
-    Potrzebowałaś  mnie  -  powtórzył.  -  Co  masz  na  myśli?  Że  ja...  że  to  nic  dla  ciebie  nie 

znaczyło, poza tym, że... 

Wzięła  go  za  dłoń,  przyłożyła  ją  do  ust  i  ucałowała  gorącymi  wargami.  Jej  oczy  płonęły 

czymś, czego nie rozumiał. 

-    To  znaczyło  dla  mnie  więcej,  niż  możesz  pojąć  -  zapewniła  cicho.  -  Ale  wiem,  co  do 

mnie czujesz, i może to nie było właściwe, że ci pozwoliłam... Ale tak cię potrzebowałam - 
powtórzyła powoli. - Czy nie możemy zostawić tego na jakiś czas, Havardzie? Nie pytaj mnie 
o nic, bo nie mam dla ciebie odpowiedzi. 

Wstała,  uporządkowała  ubranie,  na  wpół  odwrócona.  Zebrała  włosy  i  upięła  kilkoma 

szpilkami, które udało jej się znaleźć w gęstwinie włosów. Powoli zaczęła schodzić w dół. 

background image

Havard stał i patrzył za nią. W sercu czuł chaos. Dopiero co był szczęśliwy, sądził, że ona 

wreszcie  zrozumiała,  że  go  kocha.  Że  dlatego  mu  się  oddała.  Ale  teraz  rozumiał,  że  to  nie 
miłość  nią  powodowała,  że  to  coś  innego.  Czy  kobiety  mogą  być  takie?  Porządne,  darzone 
szacunkiem kobiety? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Gdy dogonił Mali, wziął ją za rękę. 

-    Nie  będę  o  nic  pytał  -  powiedział.  -  Rozumiem,  że  mnie  nie  kochasz,  ale  że  mimo  to 

mnie  potrzebujesz.  Stało  się  tak,  bo  nawet  ty  potrzebujesz  teraz  ciepła,  bo  inaczej  byś 
zamarzła. Nie pytam - powtórzył. - Po prostu sądzę, że tak jest. 

-  Jesteś mi najbliższy zaraz po Sivercie - szepnęła, gładząc go po policzku. - Rozumiem, 

ż

e możesz sądzić, że cię wykorzystałam, że ja... że jestem... 

Zerknęła  na  niego,  rumieniąc  się.  Nie  odpowiedział  jej  od  razu.  Ona  nie  chce  za  niego 

wyjść, tyle rozumiał. Ale nie rozumiał tego, że kobieta taka jak Mali mogła się oddać z takim 
zapamiętaniem, ale bez miłości. Lecz najwyraźniej tak było. Spojrzał na nią. Poczuł ssanie w 
podbrzuszu i przemożną chęć położenia jej znowu w mech, czy chciała, czy nie. Ale wiedział, 
ż

e tego nie zrobi. Nie wbrew jej woli. Nie tak, jak robił to Johan. Jednocześnie wiedział, że 

jeśli będzie go jeszcze chciała - czy potrzebowała, jak mówiła - to on ją przyjmie. 

To  na  pewno  nie  było  w  porządku  dla  żadnego  z  nich.  Czuł,  że  to  niegodne,  że  ona  go 

wykorzystuje  bez  miłości.  Ale  on  ma  czas,  bo  nie  pragnie  żadnej  innej.  Nawet  okruchy  od 
Mali były lepsze od czegokolwiek innego, choć czul, że to trochę zawstydzające. Niegodne. 
Dla nich obojga... 

Nagle  uderzyła  go  myśl,  że  ona  mogła  zajść  w  ciążę.  Co  wtedy  zrobi?  Chyba  nie  zabije 

nienarodzonego dziecka, poczętego z rozkoszy? 

Spojrzał na nią i uświadomił sobie, że wcale jej nie zna. 
 
ROZDZIAŁ 7. 
 
Beret  nie  żałowała  surowych  słów,  gdy  Mali  w  końcu  dotarła  do  Stornes  z  Havardem  i 

Sivertem. Wyszła do nich, by powiedzieć, co sądzi, zwłaszcza o Mali. 

-    O  czym,  u  licha,  myślałaś,  dziewczyno?  -  spytała,  ciskając  gromy  z  oczu.  -  Całkiem 

zapomniałaś, że masz jeszcze jedno dziecko? 

-  Przepraszam - wyszeptała Mali. - Poszłam za daleko, a potem... 
Beret  popatrzyła  na  nią,  na  jej  rozczochrane  włosy,  mokrą  spódnicę  i  zabłocone  buty. 

Nawet dla niej było jasne, że Mali pada ze zmęczenia. Ale było w niej coś jeszcze, pomyślała 
Beret, jakaś rezygnacja, której nigdy wcześniej u niej nie widziała. 

-  No już dobrze, bałam się o was - powiedziała nieco spokojniej. - Gudmund wrócił już 

tak dawno, no i przecież jest Ola Johan... Zresztą dał sobie radę na mleku, które zostawiłaś - 
dodała z oporem. 

-    Dziękuję.  Jestem  pewna,  że  dobrze  się  nim  zajęłaś.  Był  w  najlepszych  rękach. 

Przepraszam za kłopot i że cię przestraszyłam. Nie chciałam...  

Mali poczuła na sobie wzrok Ane, gdy dawała Sivertowi kolację. 
-  Jesteś taka blada - zauważyła służąca, przechodząc koło niej po raz któryś. - Nie jesteś 

aby chora? Nic ci się chyba nie stało? 

-  Nie, jestem tylko strasznie zmęczona - odpowiedziała, nie patrząc Ane w oczy. - Głupio 

zrobiłam, że poszłam tak daleko, ale... Czas mi jakoś przeleciał. Nie wyglądało tak daleko, ale 
się pomyliłam. To było dalej, niż przypuszczałam. 

Ane pokiwała głową i już nie pytała, ale Mali czuła, że ona swoje wie. 
-  Beret była zła - rzuciła Mali. - Rozumiem ją. Ale z Oja wszystko poszło dobrze, prawda? 
-    Beret  była  zachwycona  -  uśmiechnęła  się  Ane.  -To  był  dla  niej  dzień  spełnionych 

marzeń.  Miała  Oję  tylko  dla  siebie,  mogła  mu  śpiewać  i  nosić,  ile  chciała.  Nie,  nie  było 
ż

adnych kłopotów. Pod koniec stała się niespokojna, gdy tak długo nie wracaliście. Może nie 

background image

lubi cię najbardziej na świecie, ale jesteś matką jej wnuków i panią w Stornes. Ona nie życzy 
ci źle, już nie. 

Mali  udało  się  w  końcu  położyć  Siverta  po  opowiedzeniu  mu  po  raz  kolejny,  jak  to 

zabłądziła,  ile  dużych  bagien  musiała  okrążyć  i  że  czas  po  prostu  jej  uciekł.  To  dlatego 
wróciła tak późno. 

-    Bałem  się,  że  cię  porwał  niedźwiedź  -  powiedział  Sivert,  patrząc  na  nią  zmęczonymi 

oczami. - Albo troll - dodał, mrużąc powieki. 

-    No  chyba  nie  troll.  -  Mali  pocałowała  syna.  -  Przecież  trolli  nie  ma,  dobrze  wiesz.  A 

niedźwiedź...  Nie,  ja  musiałam  wrócić  -  powiedziała,  przykładając  policzek  do  policzka 
chłopca. - Myślałeś, że nie wrócę? Nigdy, Sivercie, nigdy.  

-  Ale następnym razem pójdę z tobą - zarzucił jej ręce na szyję. - Havard też powiedział, 

ż

e potrzebujesz kogoś, kto się będzie tobą opiekował. My, mężczyźni... 

-  Tak, oczywiście - uśmiechnęła się Mali. - Wy, mężczyźni... 
-  To Havard cię znalazł - mruknął Sivert i ziewnął rozgłośnie. - Havard cię uratował. 
Mali poczuła, że się rumieni. Tak, to Havard ją znalazł. Ale czy uratował, to inna sprawa. 
Sivert zasnął, zanim dośpiewała do końca pierwszą kołysankę. Wstała sztywno i podeszła 

do okna. Gdy ich nie było, przybył tabor cygański. Podobno był już u nich, powiedziała Ane. 
Mali oblała się potem, gdy to usłyszała. A jeśli jest wśród nich siostra Jo? Mimo że zmęczona 
do granic, Mali poszła do stodoły. Co zrobi, jeśli będzie tam jego siostra, nie wiedziała. Jeśli 
zobaczy Siverta... 

Ale to nie był tabor Karoline. Mali rozpoznała niektórych starszych, ale reszty nie. 
-  To ty jesteś Mali Stornes, prawda? 
Mali wzdrygnęła się i obróciła. Za nią stał jeden z tych starszych mężczyzn, którego znała 

z widzenia. 

-  Tak, to ja - odparła z rezerwą. 
-    Karoline  prosiła  mnie,  bym  przekazał  ci  wiadomość,  że  ciotka  Jo  nie  żyje.  Umarła  w 

zimie na zapalenie płuc, no i była stara - powiedział. - I tak nie przyszła do siebie po tym, co 
zdarzyło się z Jo. On tu pracował kilka lat temu i w zeszłym roku spadł z urwiska. Był wtedy 
razem z gospodarzem, prawda? 

Mali pokiwała głową. 
-    Wiele  osób  żałowało  Jo  -  dodał  mężczyzna.  –  Był  świetnym  towarzyszem,  jednym  z 

najlepszych. Jego wdowie też było ciężko...  

-  Rozumiem - powiedziała Mali. - To był straszny wypadek. Pozdrów Karolinę ode mnie. 

Spotkałam ją tylko raz, gdy jej tabor był w Innstad, i nie znam jej zbyt dobrze. Nie wiesz, czy 
będzie tu tego lata? 

Wtedy  będzie  musiała  usunąć  jej  z  oczu  Siverta,  pomyślała.  On  uwielbiał  Cyganów  i 

spędzał z nimi dużo czasu. Mali nie mogła go powstrzymywać, to wzbudziłoby podejrzenia. 
Ale zawsze się bała, gdy przybywał tabor, bała się, że ktoś dostrzeże podobieństwo Siverta do 
nich, bała się pytań, na które nie mogła odpowiedzieć. 

Przez chwilę pomyślała, że skoro ciotka Jo nie żyje, nie ma się czego bać. Zresztą nigdy 

nie  musiała,  bo  ona  kochała  Jo  równie  mocno,  jak  babcia  ją.  To  także  dlatego  pokazała  jej 
Siverta  tego  dnia,  gdy  zginął  Jo.  Teraz  się  cieszyła,  że  to  zrobiła.  Była  jednak  pewna,  że 
więcej osób niż Karolinę dostrzeże podobieństwo między dziedzicem Stornes a Jo. 

Ale  przecież  nie  mogła  ukrywać  syna  przed  wszystkimi  taborami  pojawiającymi  się  w 

okolicy,  więc  już  tak  musiało  być,  pomyślała  zmęczona.  Podejrzenie,  że  Sivert  mógłby  być 
synem  Jo,  jednego  z  nich,  także  dla  nich  było  tak  niewiarygodne,  że  nigdy  by  go  nie 
wypowiedzieli.  W  każdym  razie  nie  w  Stornes.  A  o  czym  rozmawiali  gdzie  indziej,  to  ich 
sprawa. Cyganie nie rozpowiadali plotek. Nigdy nie słyszała, by mówili coś nieprzychylnego 
o gospodarzach, u których się zatrzymywali, mimo że na pewno słyszeli i widzieli niejedno. 

background image

Wtedy  straciliby  możliwość  ponownej  gościny.  Byli  zależni  od  schronienia  i  pracy,  którą 
dostawali w gospodarstwach. Na utratę tego nie mogli sobie pozwolić. 

Mali  poszła  do  sypialni  po  czyste  ubrania.  Stanęła  w  otwartym  oknie.  Jej  spojrzenie 

skierowało  się  w  kierunku  szopy  na  łodzie.  W  sercu  poczuła  głuchy  ból.  To  już  minęło, 
pomyślała.  Dziś  ostatecznie  pożegnała  się  z  Jo,  marzeniami  i  miłością.  Czy  to  dlatego  tak 
bezwstydnie  oddała  się  Havardowi?  Wspomnienie  tego,  co  wydarzyło  się  na  Seterhaugen, 
wprawiło  jej  serce  w  szybsze  bicie.  Była  zrozpaczona,  spragniona  do  szaleństwa  kogoś,  kto 
mógłby jej dać ciepło i pocieszenie. I sprawiło jej to przyjemność, mimo całego bólu. Nadal 
nie rozumiała, czemu tak wykorzystała Havarda, jak mogło jej to przyjść na myśl po tym, jak 
pożegnała  się  z  Jo?  Ale  nie  miała  takiego  zamiaru,  jeśli  w  ogóle  można  mówić  o 
jakimkolwiek zamiarze z jej strony. Teraz czuła, jakby zdradziła Jo na jego grobie. A Havard 
był taki miły... Nie powinna jednak wykorzystywać jego uczucia wobec niej. Rozumiała, że z 
jego strony to poważne. A jeśli znów się zdarzy... 

Ale  Mali  nie  sądziła,  by  to  znów  się  wydarzyło.  Za  bardzo  lubiła  Havarda  i  nie  chciała 

wyrządzić mu krzywdy. Takim zachowaniem jak dziś krzywdziła go, bo wiedziała, że on to 
traktował  poważnie,  a  ona  nie.  Dlatego  powinna  trzymać  się  od  niego  z  daleka.  Jeśli  znów 
odda się mężczyźnie i może nawet za niego wyjdzie, powinien to być ktoś, kto obudzi w niej 
pożądanie, tak jak Jo. Sprawi, że zapomni o czasie i przestrzeni. A taki Havard nie był. Był 
dla niej tak dobry tam w górach, widziała, że płakał. Zasługiwał na kogoś lepszego niż ona. 
Powie mu to i przeprosi za to, co zrobiła. Poprosi, by zapomniał, bo to się już nie powtórzy. I 
jeśli jeszcze będzie potrzebowała mężczyzny, lepiej, by znalazła innego. 

A jeśli wydarzenie z gór będzie miało skutki? Ta myśl przyszła jej do głowy dopiero teraz 

i wstrząsnęła nią. Minione lata przekonały ją, że z trudem zachodzi w ciążę, skoro dopiero po 
tak długim czasie doczekała się potomka Johana. Ale z Jo...  

Pot wystąpił jej na czoło i zacisnęła nerwowo dłonie. Przecież to nie mogło się zdarzyć? 

Nadal  karmi  Oję  piersią,  więc  jest  chroniona.  Do  pewnego  stopnia.  Przecież  były  kobiety, 
które  rodziły  dzieci  rok  po  roku  i  karmiły  jedno,  póki  następne  nie  przejmowało  piersi. 
Przecież tak było z Margrethe. Nie była bezpieczna mimo dziecka u piersi. 

Zrobi sobie napar, pomyślała. Wśród rzeczy, których się nauczyła od Johanny, był napar, 

który mógł „oczyścić macicę", jak mówiła stara. Z wahaniem podzieliła się recepturą z Mali, 
bo dla Johanny każde życie było święte. Ale zdawała sobie sprawę, na co mogły być narażone 
biedne dziewczyny ze strony bogatych gospodarzy i silnych mężczyzn. Często brano je siłą i 
nie miały nikogo, by je obronił. W takich wypadkach zdarzało się, że Johanną robiła im ten 
napar,  jeśli  biedaczki  zdążyły  powiedzieć  jej  na  czas.  Działał  dzień  lub  dwa  po  gwałcie, 
potem  już  nie.  Właściwie  Mali  nie  wiedziała,  czy  on  rzeczywiście  działa,  ale  musiała 
spróbować. 

Boże jedyny, pomyślała, ocierając spocone czoło. Musiała dziś chyba postradać rozum... 
Mali wzięła duże wiadro gorącej wody i poszła do pralni. Napełniła ceber wodą, wykąpała 

się i umyła włosy. Ciepła woda ukoiła ból zmęczonych mięśni, więc siedziała w niej długo, aż 
niemal zasnęła. Zerwała się, gdy usłyszała głosy na podwórzu. Zamoczyła w wodzie brudne 
ubrania i włożyła czyste. 

Powiedziała  wcześnie  wszystkim  dobranoc,  unikając  wzroku  Havarda,  wzięła  Oję  z 

kołyski  i  poszła  na  poddasze.  Gdy  nakarmiła  i  przewinęła  małego,  a  on  zasnął  przy  niej, 
leżała  bezsennie  i  patrzyła  w  sufit.  Miała  w  sobie  niepokój,  który  nie  dawał  jej  zasnąć.  W 
końcu  wstała,  owinęła  się  szalem  i  usiadła  przy  oknie.  Ze  stodoły  dobiegała  muzyka 
skrzypiec. Mali siedziała tak, z głową w dłoniach, i słuchała kuszących tonów, czuła zapach 
morza i letniej nocy, i wspominała. 

Dostrzegła  Havarda,  który  szedł  przez  ogród  z  koszulą  w  ręku  i  ręcznikiem 

przewieszonym przez szyję. Najwyraźniej on też poczuł potrzebę umycia się po długim dniu 
w  górach,  pomyślała.  Nagłe  zdecydowała  się,  że  porozmawia  z  nim  poważnie.  Jeśli  ma  to 

background image

zrobić,  nie  było  powodu,  by  czekać.  Może  nie  wypadało  iść  do  męskiej  sypialni,  mając  na 
sobie tylko koszulę nocną i szal, ale nie było wiele miejsc, w których mogła z nim rozmawiać 
na osobności. Dookoła ludzkie oczy i uszy. 

Co  by  powiedziano,  gdyby  zobaczono  ją,  jak  idzie  do  sypialni  Havarda,  wolała  nie 

wiedzieć. Ale to było mało prawdopodobne. Ona sama poszła na górę już dwie godziny temu, 
a dawno nie słyszała ani Beret, ani służących. Na pewno już śpią, więc jeśli będzie cicho... 

Uchyliła drzwi i nasłuchiwała kroków Havarda na schodach. Gdy usłyszała, że zamyka za 

sobą drzwi sypialni, przebiegła na bosaka, zapukała i wśliznęła się do środka. 

Havard  siedział  na  stołku  i  zdejmował  buty.  Mali  położyła  palec  na  ustach,  by  nic  nie 

powiedział. W domu było tak cicho... 

-  Pomyślałam, że skoro my... Chcę z tobą porozmawiać - wyszeptała. - Może nie wypada 

wchodzić  do  sypialni  mężczyzny  w  ten  sposób,  ale  trudno  znaleźć  miejsce,  by  pogadać  w 
cztery oczy. Więc... 

Nie odpowiadał, siedział tylko i patrzył na nią. Jego twarz chowała się w cieniu, więc nie 

widziała  go  dobrze.  Ale  oczy  dostrzegała.  Były  ciemne  i  iskrzące.  A  może  to  tylko  odbicie 
ś

wiatła? Nie zaciągnął zasłon i światło księżyca oświetlało wnętrze pokoju. 

Muzykę  skrzypiec  słychać  tu  było  jeszcze  wyraźniej,  bo  okno  wychodziło  na  stronę 

stodoły. Mali poznała melodię, był to powolny walc, ale nie znała jego tytułu. 

-  Powinnam z tobą porozmawiać - powtórzyła cicho, otulając się ciaśniej szalem. - To, co 

dziś zrobiłam, Havardzie... nie powinnam... 

Nie mogła dalej mówić i spojrzała na niego bezradnie. On wstał powoli, zsunął na podłogę 

ręcznik  i  koszulę  i  zrzucił  buty.  Podszedł  do  niej.  To  nie  było  światło  księżyca,  pomyślała, 
czując, jak mocno bije jej serce, jego oczy naprawdę iskrzą w półmroku! 

-  Havardzie, co robisz... 
Położył palec na jej ustach. Zdjął z niej szal, mimo że usiłowała go przytrzymać. Ale była 

dziwnie słaba. 

-    Czy  tańczyłaś  kiedyś  nago  w  świetle  księżyca,  Mali  Stornes?  -  wyszeptał  prosto  w  jej 

ucho, muskając ustami jej policzek. 

Nie była w stanie odpowiedzieć, stała tylko i czuła serce bijące w gardle. Havard był inny 

niż zwykle, takiego go nie znała. 

-  Tańczyłaś? - powtórzył. 
-  Havardzie, ja chciałam... 
-    A  ja  chcę  zatańczyć  z  tobą  w  świetle  księżyca  -  przerwał  jej  z  uśmiechem  i  objął 

ramionami. 

Nie wiedziała, jak to się stało, ale zdjął z niej koszulę. Nie protestowała. Nie wiedziała nic 

poza tym, że czuła podniecenie, gdy przyciągnął ją nagą do siebie i zaczął się z nią obracać w 
powolnym  walcu.  Jego  usta  nakryły  jej  usta,  a  dłonie  pieściły  tak,  że  aż  wzdychała  z 
rozkoszy. 

Przecież to nie tak miało być, pomyślała zmieszana, próbując się wyzwolić. Przyciągnął ją 

mocniej,  jednocześnie  zrzucił  spodnie  i  przytulił  ją  mocno  do  swojego  nagiego,  ciepłego 
ciała.  Pomyślała  o  tym,  co  chciała  mu  powiedzieć:  że  ani  nie  chce,  ani  może...  Że  to,  co 
zdarzyło się w górach, nie może się powtórzyć. Że nie jest mężczyzną, który sprawia, że drży 
z pożądania. Tak myślała. Teraz stała na nogach tylko dlatego, że on ją trzymał. 

Bez  słowa  podniósł  ją  i  położył  na  łóżku.  Jego  usta  muskały  jej  ciało  niczym  skrzydła 

motyla i sprawiły, że drżała z takiego podniecenia, jakiego doświadczyła wcześniej w nocy z 
Jo  nad  morzem.  Jego  język  stawał  się  na  zmianę  twardy  i  miękki,  bawił  się  jej  sutkami, 
schodził w dół brzucha, dalej po wewnętrznej stronie ud... Gdy rozsunął jej nogi, poddała się 
z westchnieniem. Przyjęła go z niewysłowioną radością i pozwoliła na to, co chciał. Że też on 
tak  umie,  pomyślała  oszołomiona  i  wplątała  palce  w  jego  włosy.  Były  nadal  wilgotne  po 
kąpieli w morzu, czuła smak soli, gdy lizała go po szyi i torsie. 

background image

Gdy wreszcie w nią wszedł, jęknęła z rozkoszy. Położył dłoń na jej usta i szepnął „cicho” 

do jej ucha. Poruszał się powoli i leniwie, pozwalał jej rozkoszować się każdym pchnięciem. 
Wreszcie ujął jej pośladki i wbijał się mocniej, aż stęknęła. Światło księżyca igrało na suficie. 
Mali  zamknęła  oczy  i  pozwoliła  się  porwać  lawie  dzikiego  i  zmysłowego  pożądania.  Nigdy 
nie sądziła, że to jej się jeszcze przydarzy... 

Gdy odzyskała oddech, walc się skończył. Na wietrze szeleściły liście gruszy przytulonej 

do ściany domu. Chyba wiatr zmienił kierunek, pomyślała Mali leniwie. 

-  Mali... - Havard przyciągnął ją do siebie i zbliżył usta do jej czoła. - Mali, chcesz...  
Nagle  odzyskała  jasność  umysłu  i  zaczęła  szukać  czegoś  do  okrycia  nagiego  ciała.  Boże 

jedyny, znów to zrobili! I tym razem nie wyniknęło to z potrzeby pocieszenia, lecz z dzikiej 
żą

dzy. Uwiódł ją tak, jak nigdy nie przypuszczała, że potrafi. Jej ciało ją zdradziło i przystało 

na szaleństwo. Jaką kobietą była naprawdę? Ladacznicą? 

-  Mali... - poczuła jego głos niczym powiew w uchu. - Kocham cię, wiesz o tym. I teraz... 

Chcesz... 

Położyła dłoń na jego ustach i przyciągnęła jego głowę do swoich piersi. 
Skrzypce znów zaczęły grać. Muzyka wpadła przez otwarte okno razem z zapachem morza 

i wodorostów. 

-  Nie pytaj mnie, Havardzie - wyszeptała Mali. – Nie pytaj... 
 
ROZDZIAŁ 8. 
 
Lipiec przeszedł w sierpień. Dni były ciepłe i pełne letnich zapachów, a pola zboża zaczęły 

przebłyskiwać złotem, mimo że do żniw pozostał jeszcze miesiąc. 

Pewnego popołudnia Mali farbowała wełnę w pralni. Nagle dostrzegła cień, który padł na 

podłogę  przez  otwarte  drzwi.  Odwróciła  się  gwałtownie  i  spojrzała  prosto  w  oczy  Havarda. 
Rumieniec zalał jej twarz i spuściła wzrok. 

Od czasu szalonej nocy w jego sypialni obchodzili się z dala jak dwa kocury. Zachowywali 

się  normalnie,  ale  często  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie.  Nigdy  jednak  o  nic  nie  pytał  ani 
niepotrzebnie nie dotykał. Po prostu był taki jak zawsze: uśmiechnięty, pracowity i miły dla 
wszystkich. 

Przynajmniej Sivert kochał go na pewno, pomyślała Mali z goryczą. Ale rozumiała, że jest 

to łatwe, o ile się przed tym nie broni. 

Bała  się,  że  on  odejdzie  ze  Stornes,  skoro  mu  znów  odmówiła.  Jednak  pozostał.  Płynęły 

dni,  a  żadne  z  nich  ani  słowem  nie  wspomniało  tej  nocy.  Ale  czasami,  gdy  ich  dłonie  się 
zetknęły przy podawaniu półmiska przy stole, Mali zalewała się rumieńcem. Jak jakaś płocha 
dziewczyna, upominała się w myślach, usiłując ukryć drżenie rąk. 

-  Strasznie gorący dzień na farbowanie wełny - powiedział Havard, wchodząc do pralni. 
Miał mokre włosy, a krople wody lśniły jeszcze na jego twarzy. Otaczał go zapach słonej 

wody. Na pewno kąpał się w morzu, pomyślała Mali. 

-  Już dawno to postanowiłam - rzuciła Mali. - Muszę robić takie rzeczy w dni, kiedy nie 

mam więcej zajęć. No i poza tym dobrze dziś wyschnie. 

-  Lepiej poszłabyś ze mną się wykąpać - uśmiechnął się. 
Odwróciła  się  i  zaczęła  mieszać  w  garze,  w  którym  farbowała  się  wełna.  Nie  chciała 

patrzeć mu w oczy. Nagle poczuła jego dłoń na karku i zesztywniała. 

-  Co robisz? - spytała, gdy obrócił ją ku sobie. - Nie powinieneś... 
-    Chcę  tylko  zobaczyć,  jak  dziś  wyglądasz  -  powiedział,  odgarniając  jej  włosy  ze 

spoconego  czoła.  -  Unikasz  mnie,  jakbym  zarażał  dziwną  chorobą.  Przecież  nie  możesz  się 
mnie bać - dodał, zaglądając jej w oczy. 

background image

-  Nie boję się ciebie - rzuciła Mali dziwnie zdyszana i wzięła go za rękę, by się uwolnić. - 

Dlaczego miałabym się ciebie bać? - Serce biło jej jak oszalałe, czuła się osłabiona. - Przecież 
powiedziałam, że nie chcę... nie chcę wychodzić za mąż. 

-  Ja o to nie pytałem, prawda? 
Jego błękitne oczy iskrzyły. 
-    Nie...  -  Mali  nie  udało  się  uwolnić  od  jego  dłoni  i  stali  nadal  blisko  siebie.  -  Nie,  nie 

pytałeś, ale sądziłam, że... 

-  Że znów się oświadczę - dokończył za nią. - Nie, coś ty? Ja dostałem już odpowiedź na 

to pytanie. 

Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Zamknęła oczy, zanim jego usta dotknęły jej ust. 

Wiedziała,  że  to  nastąpi,  i  wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie  temu  zapobiec.  I  nie  będzie 
chciała... 

Jego  usta  zsunęły  się  na  jej  szyję,  ku  rozpiętej  bluzce.  Powoli  rozsunął  bluzkę  na  boki  i 

dotknął jej piersi. Mali gwałtownie nabrała powietrza i spróbowała się uwolnić. 

-  Nie chcę tego, Havardzie - wyszeptała. - Tak nie można, ja nie chcę... 
Nie  zwracał  uwagi  na  jej  słowa,  tylko  rozsunął  bluzkę  jeszcze  szerzej.  Gdy  poczuła  na 

sutkach  jego  ciepły  oddech,  z  ust  jej  wyrwał  się  jęk.  Nogi  dziwnie  osłabły  i  nie  myśląc,  co 
robi, splotła dłonie na jego karku. 

-  Havardzie, nie chcę - wyszeptała ochryple i przycisnęła się do niego z całej siły. - Nie 

chcę... 

- Tak, tego właśnie chcesz - powiedział cicho. - Oboje tego chcemy. 
Nie  pamiętała,  jak  to  się  stało,  ale  w  pralni  zapadł  półmrok.  Chyba  zamknął  drzwi, 

pomyślała oszołomiona. 

Wziął ją na ręce i zaniósł na ławę. Próbowała się podnieść, ale położył ją z powrotem. Nie 

gwałtownie,  ale  stanowczo.  Leżała,  patrząc  na  niego.  Dłonie  Havarda  weszły  pod  jej 
spódnicę, wtedy położyła na nich swoją dłoń. 

-  Nie - wyszeptała cicho, unosząc się ku niemu.  
-  Dlaczego mówisz „nie", kiedy masz na myśli „tak"? - wyszeptał wprost do jej ucha. 
Nie  potrafiła  odpowiedzieć.  I  nagle  jakby  puściła  w  niej  tama.  Poddała  się  całkowicie,  i 

nawet  pomagała  ściągnąć  mu  ubranie.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  w  nią  wejdzie.  Nigdy 
jeszcze  nie  czuła  tak  zwierzęcego  pożądania,  które  nie  potrzebowało  słów  ani  uprzednich 
pieszczot. Była wilgotna i chętna, wygięła się ku niemu,  gdy wreszcie w  nią wszedł. Nigdy 
nie było lepiej, pomyślała, jęcząc z rozkoszy, nigdy... 

Gdy on już opadł na nią, przejęła inicjatywę. Jej łono nadal było nienasycone i nie chciało 

zakończyć przyjemności. Jej usta odnalazły jego usta, a dłoń odszukała jego wiotką męskość. 
Efekt był taki, jakby dotknęła go żywym ogniem. 

-    Co  robisz?  -  stęknął,  zesztywniały  od  jej  dotyku.  -  Mała  wiedźmo!  Czy  to  nie  ty  nie 

chciałaś? 

-  Chcę - wyszeptała Mali zdyszana. - Chcę więcej! 
Zaśmiał się, pokazując mocne, białe zęby, i pochylił się nad nią. Z jego mokrych włosów 

kapała morska woda na jej twarz. Ugryzł ją lekko w szyję, w pełne piersi i sterczące sutki, aż 
traciła oddech z rozkoszy. Jego męskość w jej dłoni znów stała się twarda jak skała. 

-  Wpuść mnie - wyszeptał. 
Mali cofnęła rękę i otworzyła się przed nim niczym kwiat ku wiosennemu słońcu. 
Po wszystkim Havard zsunął się na kolana przy ławie i obejmował ją, dopóki nie odzyskali 

równego  oddechu.  Odwróciła  głowę,  znów  zażenowana.  Jaką  kobietą  była,  że  wyczyniała 
takie rzeczy? Albo wyjdzie za niego za mąż, albo będzie się trzymała od niego z daleka. Ale 
nie była w stanie trzymać się od niego z daleka,  nie w takiej sytuacji. Jej własne pożądanie 
gubiło  ją,  gdy  tylko  on  jej  dotykał.  No  to  w  takim  razie  go  kocha?  Możliwe,  że  tak,  ale 
niewystarczająco. Nie na tyle, by go poślubić i pożegnać marzenie... 

background image

Leżała, zastanawiając się, jak teraz będzie w stanie spojrzeć mu w oczy. Co powie. Ale on 

nie  czekał.  Przelotnie  musnął  ustami  jej  policzek  i  zanim  się  zorientowała,  zniknął.  Drzwi 
pralni zostawił uchylone. 

Mali unikała jego spojrzenia podczas kolacji. Była zawstydzona i zmieszana. Mimo to nie 

ż

ałowała  tego,  co  zdarzyło  się  w  pralni.  Sama  myśl  o  Havardzie  sprawiała,  że  zalewała  się 

rumieńcem. Ale przecież to nie może trwać! A jeśli ktoś się dowie? Mimo że Beret i pewnie 
wszyscy  inni  uważają,  że  byłoby  w  porządku,  gdyby  wyszła  za  Havarda,  to  na  pewno  nie 
uznają  za  właściwe,  jeśli  ciągle  będzie  lądowała  z  nim  w  łóżku.  To  nie  uchodziło,  i  Mali 
wiedziała o tym bardzo dobrze. 

Dlatego  trzeba  położyć  temu  koniec,  pomyślała  Mali,  rzucając  ukradkowe  spojrzenie  na 

Havarda.  Przeszył  ją  słodki  dreszcz,  gdy  ujrzała  jego  opaloną,  przystojną  twarz,  włosy 
wyblakłe na słońcu, wrażliwe usta. I jego dłonie... Zadziwiało ją, że jego przywykłe do pracy 
dłonie  mogły  być  takie...  Delikatne  i  odważne  zarazem.  Nigdy  nie  podejrzewała,  że  on 
wiedział tak wiele o kobietach i o tym, co może sprawiać im przyjemność. W każdym razie 
jej, pomyślała i znów zalał ją rumieniec. Pochyliła się niżej nad talerzem. 

Wiedziała, że nie wszystkie kobiety są takie jak ona. Może to ona miała silniejszy popęd 

niż  inne,  taki,  nad  którym  nie  panowała  -  o  ile  ktoś  potrafił  ją  rozpalić.  Nie,  musi  z  tym 
skończyć! To nieprzyzwoite i niegodne. 

Nagle  Havard  uniósł  wzrok  i  ich  oczy  się  spotkały.  Mali  aż  upuściła  łyżkę  z  wrażenia  i 

zanim się po nią schyliła, on już zdążył ją jej podać. 

-  Dziękuję - powiedziała cicho, unikając jego spojrzenia. 
Nie odpowiedział, ale wyczuła, że się uśmiecha.  
Tego wieczora Sivert bardziej niż zwykle opierał się przed pójściem spać. Już było późno, 

gdy Mali powiedziała stanowczo, że już dosyć i że ma iść na górę. 

-  Ale ja jeszcze tylko... 
-  Nie, zrobisz to jutro - ucięła Mali i wzięła go za rękę. - Już noc. 
-  A Oja jeszcze leży w  kołysce - protestował. -  A przecież jest mały. Dlaczego jego nie 

kładziesz? 

-  On śpi dużo w ciągu dnia, przecież wiesz - odpowiedziała. - Takie maluchy często jedzą 

i  dużo  śpią.  Ja  go  kładę,  gdy  ty  już  śpisz.  No  chodź  już,  Sivert.  -  Mali  zaczynała  tracić 
cierpliwość. Pociągnęła go za rękę i podniosła z podłogi, gdzie siedział wśród zabawek. 

-  Ja nie chcę... - marudził. Dolna warga zaczęła mu się trząść. - Nie chcę... 
-  A jeśli ja będę twoim koniem i zaniosę cię do łóżka? - wtrącił Havard. - Możesz siedzieć 

na moim grzbiecie. 

-    Tak,  jeśli  Havard  mnie  położy,  to  tak  -  powiedział  Sivert,  rzucając  matce  spojrzenie 

pełne triumfu. 

Wiedziała,  że  nie  powinna  na  to  pozwolić.  Nawet  jeśli  Havard  położy  Siverta  do  łóżka, 

ona i tak będzie musiała tam pójść, by pocałować synka na dobranoc. A na pewno nie chciała 
znaleźć się sam na sam z Havardem, a zwłaszcza nie przy sypialni. Mimo to pokiwała głową. 

-  Przyjdę za chwilę powiedzieć ci dobranoc - rzuciła. - I masz być w łóżku! Ale później 

nie chcę słyszeć o takim zachowaniu jak teraz. Nawet nie próbuj. 

Havard wsadził Siverta na plecy i poszli na górę, pogrążeni w rozmowie. Mali popatrzyła 

za nimi, kręcąc głową. Sivert wkraczał chyba w wiek przekory. Wszyscy narzekali na dzieci 
w tym wieku i chyba tylko ona miała nadzieję, że Siverta to ominie. Myliła się.  

-  Według mnie to dobrze, że Sivert tak się przywiązał do Havarda - odezwała się Ane, gdy 

zostały same. - Całkiem zastąpił Johana. 

-  Nie wiem, na ile to dobre - odparła Mali. - A jeśli odejdzie, jak zniesie to Sivert? 
-  Ale przecież nie odchodzi, prawda? - przestraszyła się Ane. - Wydaje się, że dobrze mu 

w Stornes. Sam ciągle to powtarza. 

background image

-    Przecież  może  nadejść  dzień,  kiedy  znajdzie  sobie  kobietę  i  będzie  chciał  się  żenić  - 

rzuciła  Mali,  zaczynając  sprzątać  po  Sivercie.  -  Zobaczymy  wtedy  tylko  podeszwy  jego 
butów! 

-    Tak,  wiele  chętnie  by  go  przyjęło  -  westchnęła  Ingeborg  znad  zmywania.  -  Jest  tak 

strasznie miły i przystojny - dodała z westchnieniem tęsknoty w głosie. 

-    Sama  go  weź,  Mali  -  uśmiechnęła  się  Ane.  -  Nietrudno  dostrzec,  że  patrzy  na  ciebie 

przychylnie. 

-  Głupstwa - rzuciła Mali, rumieniąc się. 
-  Na pewno nie - poparła Ane Ingeborg. - Sama widziałam! 
-  Ja nie chcę wychodzić za mąż - ucięła Mali. - Chyba powiedziałam to jasno. 
-    Tak,  powiedziałaś  to  zaraz  potem,  jak  Johan  umarł  -  odparła  Ane.  -  Może  dlatego,  że 

byłaś wtedy zdenerwowana. Przecież można zmienić zdanie. A Havard... 

-  Ale ja nie zmieniłam zdania - Mali objęła Ane. - Po prostu nie chcę znów wychodzić za 

mąż.  Ale  jeśli  już,  to  masz  rację,  że  Havard  byłby  dobrym  kandydatem  z  wielu  względów. 
Ale kto powiedział, że on mnie chce? 

-  Jeśli w to wątpisz, to jesteś ślepa - uśmiechnęła się Ane. - Na oboje oczu. Dobranoc!  
Mali miała nadzieję, że Havard zejdzie na dół, ale już nie mogła dłużej czekać. 
-  Zerknij na Oję - poprosiła Ingeborg. - Skoczę tylko powiedzieć Sivertowi dobranoc. 
I zniknęła za drzwiami, z bijącym sercem i lodowatymi dłońmi. 
Zatrzymała się na chwilę przed pokojem Siverta. Z wewnątrz dobiegał niski głos Havarda i 

jasny  śmiech  jej  syna,  ale  nie  dosłyszała,  o  czym  rozmawiają.  Otworzyła  drzwi  i  weszła. 
Dwie pary oczu wpatrzyły się w nią, aż ze zmieszania zaczęła skubać skraj fartucha. 

-  No dobrze - powiedziała, unikając wzroku mężczyzny. - Widzę, że Havardowi udało się 

wpakować cię do łóżka. 

-    I  opowiedział  mi  dwie  przygody  -  obwieścił  Sivert  z  jaśniejącymi  oczami.  -  Spotkał 

niedźwiedzia, wiedziałaś, mamo? Naprawdę wielkiego niedźwiedzia, i on... 

-    Nie,  nie  wiedziałam  -  przerwała  mu  Mali  i  podeszła  do  łóżka.  -  On  nie  opowiada  mi 

wszystkiego. 

Havard  potargał  czuprynę  małego  i  wstał  z  krzesła.  Mali  uważała,  by  nie  dotknąć 

mężczyzny, gdy pochyliła się nad synem i ucałowała jego krągły, ciepły policzek. 

-    Śpij  dobrze,  synku  -  powiedziała  cicho.  -  Ale  bądź  pewny  jednego:  Havard  ma  inne 

rzeczy do roboty niż cię kłaść, więc tak nie będzie zawsze. Nic nie pomogą płacze - dodała 
tonem ostrzeżenia. - Nie chcę żadnego marudzenia. 

Sivert oplótł ramionami jej szyję i Mali poczuła jego ciepły oddech przy swoim uchu. 
-  Ale czy nie będzie mógł... 
-  Tak, czasem - odparła. - Gdy będzie miał czas i gdy będzie chciał. 
-    On  chce  -  oświadczył  chłopiec  triumfująco.  -  Powiedział  mi  to.  Prawda,  że  chcesz, 

Havardzie?  

-  Pewnie, że chcę - rzucił mężczyzna. - Ale to mama decyduje, wiesz przecież. 
Mali, nadal pochylona nad łóżkiem, miała nadzieję, że Havard wyjdzie przed nią. Ale stał 

nadal. W końcu uwolniła się z ramion syna i wyprostowała. 

-  Dobranoc - powtórzyła. - Śpij dobrze. 
Havard otworzył przed nią drzwi i przytrzymał. Nie mogła uniknąć otarcia się o niego w 

przejściu. Poszła szybko korytarzem. 

-  Dziękuję za pomoc - rzuciła przez ramię. - To było miłe z twojej strony. 
-  Nie, ja sam tego chciałem - odparł, stojąc zadziwiająco blisko niej. - Lubię Siverta. Jest 

dobrym  chłopcem  i  sądzę,  że  dobrze  mu  robi  przebywanie  z  mężczyzną  po  tym,  jak  stracił 
swojego ojca. 

-    Tylko  nie  zapominaj,  że  nie  jesteś  jego  ojcem  -  burknęła  Mali,  zatrzymując  się  i 

odwracając ku niemu. -To ważne dla was obu. 

background image

-  Nie musisz mi o tym przypominać - odparł spokojnie. - Czego się obawiasz, Mali? Nie 

możesz tak po prostu odprężyć się i cieszyć życiem, a nie czuwać,  czy ktoś nie wchodzi na 
twoje  terytorium?  Ja  nigdy  nie  zrobię  niczego,  czego  ty  nie  chcesz,  i  nie  będę  cię  męczył 
pytaniami. Ale nie możesz zapobiec, by Sivert mnie pokochał, bo już to zrobił. Dla niego nie 
stanowi to problemu - dodał z naciskiem w głosie. 

  Nie  chciałam  być  niewdzięczna  -  powiedziała  Mali,  spuszczając  oczy.  -  Pomagasz  nam 

wszystkim,  Havardzie,  i  ja  się  bardzo  cieszę,  że  Sivert  miał  w  tobie  oparcie  w  tym  czasie. 
Bardziej się boję o to, by nie cierpiał, gdy odejdziesz - dodała, nerwowo poprawiając włosy. 

-  Ja nie mam planów, by stąd odejść - odparł. - Chyba że ty będziesz tego chciała.  
-    Ja  nie  chcę  -  rzuciła  Mali,  podnosząc  na  niego  wzrok.  -  Ale  nie  możemy  dalej...  To 

znaczy, powinniśmy... 

-  Co powinniśmy? - spytał, a w oczach pojawił się błysk. 
-  Powinniśmy przestać... 
Zalała się rumieńcem i poszła w kierunku schodów. Nagle poczuła jego dłoń na ramieniu. 

Obrócił ją ku sobie. 

-    Czy  ja  kiedykolwiek  zrobiłem  coś,  czego  ty  sama  nie  chciałaś?  -  spytał,  stojąc  blisko 

niej. Ujął jej podbródek i uniósł do góry, by spojrzeć jej w oczy. - Zrobiłem? 

-  Nie - szepnęła Mali. - Nie, ja tego nie mówiłam. Ale powinniśmy... 
-    Tak,  to  zrozumiałem  -  odparł,  odsuwając  się.  -  Chciałem  tylko  wiedzieć,  że  nie 

sprawiłem ci jakiejś przykrości. 

Mali powoli pokręciła głową. 
-  Nie utrudniaj, Mali - powiedział Havard spokojnie. - Daj sobie prawo do życia. Bo o to 

tu chodzi, by żyć... Żyć teraz, Mali. 

Jego dłoń pogładziła jej policzek, po czym Havard obrócił się i poszedł do swojej sypialni.  
 
ROZDZIAŁ 9. 
 
Tej jesieni był urodzaj czarnych jagód. Sivert ciągle wracał z umorusaną buzią i dłońmi, bo 

nie trzeba było daleko odejść, by je znaleźć. Poza tym często udawało mu się zwabić którąś 
ze  służących,  by  poszła  z  nim  dalej,  i  wracał  do  domu  z  pełnym  brzuchem  i  jagodami 
nawleczonymi  na  źdźbła  traw.  Mali  zauważyła,  że  nawet  Havard  po  zakończonej  pracy 
czasem chodził z nim do lasu. Stała wtedy i patrzyła za nimi, za wysokim mężczyzną i małym 
chłopcem,  i  serce  wypełniała  jej  wdzięczność  wobec  Havarda,  że  poświęcał  swój  czas  jej 
synowi.  Mimo  że  miał  prawo  być  niezadowolony,  że  wszystko  dzieje  się  na  jej  warunkach. 
Ale  nie  dawał  tego  poznać  ani  jej,  ani  ludziom  na  gospodarstwie,  ani  zwłaszcza  Sivertowi. 
Coraz częściej uderzało Mali, jak on jest miły, tak zupełnie bezinteresownie miły. Wprawiało 
ją  to  w  onieśmielenie  i  przelotne  wyrzuty  sumienia.  Może...  może  mogłaby...  Ta  myśl 
przechodziła jej coraz częściej przez głowę. 

Mali zadzwoniła do Margrethe i zaproponowała, by któregoś przedpołudnia zrobiły sobie 

wolne i z synami poszły na jagody do lasu. Mogą wziąć ze sobą jedzenie i sok i spędzić miło 
czas.  Wiedziała,  że  Sivert  uwielbiał  takie  wyprawy,  a  poza  tym  mogła  nazbierać  jagód  na 
przetwory, dobre do naleśników i na chleb w czasie zimy. Margrethe nie odmówiła. 

Dzień był słoneczny i bezwietrzny, powietrze przejrzyste. W słońcu czuło się ciepło, ale w 

cieniu dawało się zauważyć, że nadchodzi jesień. Ale wkrótce Mali zaczynała być wdzięczna 
za każdy odcinek cienia, gdy tak szli wzdłuż łąk i pól. Rozpięła bluzkę i odgarnęła włosy z 
wilgotnego czoła. 

-  Jak ci idzie? - spytała, odwracając się do siostry. - Nie za ciężko? 
Margrethe zatrzymała się i uśmiechnęła. 
-  Ależ skąd! Czuję się tak sprawna jak nigdy. Ten maluch dobrze się obchodzi ze swoją 

mamą - powiedziała, gładząc się po lekkim zaokrągleniu brzucha. 

background image

-  Dobrze to słyszeć - Mali odpowiedziała uśmiechem. - Widać po tobie, że jesteś zupełnie 

inna niż w ostatniej ciąży. 

To  nie  był  czczy  komplement.  Margrethe  stała,  oświetlona  sierpniowym  słońcem.  Jej 

jedwabista  skóra  zyskała  złocisty  blask  po  lecie,  włosy  błyszczały,  grube  i  gładkie,  błękitne 
oczy promieniały. Mali chętnie przyznała, że siostra wyglądała ładniej niż kiedykolwiek. Na 
bardziej szczęśliwą, jeśli to w ogóle możliwe w jej związku z Bengtem. 

Margrethe jakby czytała w jej myślach. 
-  Jeśli się zastanawiasz, jak nam jest razem, mogę tylko powiedzieć, że każdy dzień jest 

jak w raju. Zwłaszcza teraz - dodała, zalewając się rumieńcem. - Nie musimy już myśleć, że 
mogę zajść w ciążę, i nie musimy... no wiesz, uważać...  

Mali zaśmiała się i objęła młodszą siostrę. 
-  Ech, wy dwoje! - westchnęła. - Ale cieszę się z twojego każdego dnia w raju. Bardzo się 

cieszę, że zeszliście się z Bengtem. 

-    A  ty?  -  spytała  Margrethe  i  spojrzała  na  siostrę  badawczo.  -  Nadal  twierdzisz,  że  nie 

chcesz żadnego mężczyzny? 

-    Mam  Havarda  -  rzuciła  Mali,  odwracając  się  i  zaczynając  iść.  -  Trudno  o  lepszego 

gospodarza od niego. 

-  Tak, wiem, ale ja mam na myśli mężczyznę... do łóżka. 
Mali  cieszyła  się,  że  jest  odwrócona  do  siostry  plecami,  bo  nie  tylko  ciepło  słońca 

sprawiło, że poczerwieniała aż po szyję. 

-  Możesz sądzić, co chcesz, ale daję radę bez tego - odparła, choć tchu jej brakło, gdy tak 

kłamała. 

-  Ale Havard... - Margrethe nie chciała tak łatwo się poddać - mógłby się nadać do czegoś 

więcej niż tylko jako zarządca. Jest przystojny i dobry. A ty zawsze go lubiłaś, tak mówiłaś. 

Mali nie odpowiedziała, tylko parła w górę. Ich synkowie byli już daleko przed nimi. 
-    No  i  Havard  jest  w  ciebie  zapatrzony  –  mówiła  Margrethe  coraz  bardziej  zdyszana.  - 

Wszyscy to widzą, a on tego nie ukrywa. Jak on może chodzić koło ciebie codziennie i nie... 

Mali zatrzymała się i odwróciła. 
-  Nie mówmy więcej o tym - ucięła. - W Stornes idzie zupełnie dobrze w tym układzie z 

Havardem. I już. 

-  Nie,  ja  nie  chciałam  się  wtrącać  -  broniła  się  siostra.  -  Chcę  po  prostu,  żebyś  była 

szczęśliwa... 

-  No i jestem - zaśmiała się Mali w nieco wymuszony sposób.  
-  Ale nie zdarza się, że... że chcesz... że masz ochotę... - Margrethe wsparła rękami krzyż i 

wpatrzyła się w starszą siostrę. 

-  Nie, nic nie zauważyłam - odpowiedziała, nie patrząc jej w oczy. - Mam wszystko, czego 

pragnę. 

I to przecież prawda, pomyślała z ironią, ale nikt nie musi wiedzieć, że Havard posłużył jej 

nie tylko za zarządcę. Nawet Margrethe. Porządne kobiety nie robią tak jak ona. Ale teraz to 
już koniec, tak postanowiła. Lepiej skończyć, póki zabawa jeszcze trwa. 

Gdy weszły do lasu pod wysokie jodły, ujrzały, że rosnące pod nimi jagodowiska pełne są 

dojrzałych  jagód.  Sivert  i  Olaus  zapiszczeli  z  radości  i  rzucili  się  na  kolana  w  środek  tej 
wspaniałości. Zrywali garściami jagody i pakowali do ust, nie zwracając uwagi, że jedzą też 
listki.  Mali  i  Margrethe  usiadły  na  polance,  oparły  się  o  pień  większego  drzewa  i  zaczęły 
wyciągać jedzenie. 

-    Powinni  zaraz  coś  zjeść  -  uśmiechnęła  się  Mali,  obserwując  małych  łakomczuchów.  - 

Inaczej nic dziś nie zjedzą poza jagodami. 

Margrethe patrzyła na nich jaśniejącymi oczami. 

background image

-    Ależ  czas  leci  -  powiedziała.  -  Zobacz,  jak  wyrośli.  Któż  by  pomyślał,  że  każda  z  nas 

osiądzie  na  dwóch  z  największych  gospodarstw  w  Inndalen,  wyjdzie  dobrze  za  mąż,  urodzi 
dzieci... Jak to nigdy nie wiadomo, co się zdarzy - dodała z zamyślonym spojrzeniem. 

-  No i dobrze - ucięła Mali. - Dobrze, że nie wiemy nic o przyszłości. Powinniśmy brać 

dany dzień takim, jaki jest. 

Margrethe  spojrzała  na  nią  zdziwiona,  ale  nic  nie  odpowiedziała.  Wyłożyły  zawiniątka  z 

jedzeniem i otworzyły butelki z sokiem.  

-  Chodźcie, chłopcy, jedzenie! - zawołała Mali. - Powinniście coś zjeść, zanim napchacie 

się jagodami. 

Gdy  nie  uzyskała  odpowiedzi,  wstała  i  spojrzała  w  ich  kierunku.  Ciemno-  i  jasnowłosa 

głowa pochylone były nad jagodowiskiem. Obaj chłopcy byli tak zajęci pochłanianiem jagód, 
ż

e niemal ze sobą nie rozmawiali. 

-    Chodźcie!  -  powtórzyła.  -  Potem  będziecie  mogli  zbierać,  ile  chcecie.  Jeszcze  nie 

wracamy do domu. 

Zobaczyła,  że  Olaus  się  podnosi  i  mówi  coś  do  Siverta.  Ten  odwrócił  się  i  spojrzał  na 

matkę,  ale  potem  coś  przykuło  jego  wzrok.  Mali  zobaczyła,  jak  pochyla  się  nad  korzeniem 
leżącym  na  słońcu.  Nie  zdążyła  usiąść,  gdy  dziki  wrzask  poderwał  je  na  równe  nogi.  Sivert 
stał z lewą ręką wyciągniętą przed siebie i krzyczał. 

-  Co się stało? - krzyknęła Mali, biegnąc ku niemu. - Uderzyłeś się? 
Nie odpowiedział, nadal szlochając. Olaus odsunął się od niego, patrząc wielkimi oczami. 
-  Co się stało? - spytała zdyszana Mali, gdy do nich dobiegła. - Co się mu stało, Olaus? 
-  To nie był patyk - powiedział mały. - On się ruszał. 
Mali  schwyciła  rękę  Siverta.  Powyżej  łokcia  widniały  dwa  wyraźne,  czerwone  ślady  po 

ugryzieniu.  Uświadomiła  sobie,  że  to  ugryzienie  węża.  Ten  korzeń  to  była  żmija!  Poczuła 
ogarniający ją paniczny strach i złapała Siverta w objęcia. 

Ze  żmijami  nie  ma  żartów,  zwłaszcza  gdy  ukąszą  dzieci  oraz  gdy  zranią  tak  wysoko  jak 

Siverta. Tyle pamiętała. W dodatku to lewa ręka! Bliżej do serca, mówili ludzie. 

-  Co się stało? - spytała Margrethe, gdy dotarła do nich. - Sivert się uderzył? 
-  Nie. Ugryzła go żmija - rzuciła Mali ochrypłym głosem i spojrzała na siostrę z rozpaczą.  
-  Żmija - powtórzyła Margrethe z niedowierzaniem. - Gdzie? 
Mali pokazała jej ramię syna, gdzie widniały dwie czerwone dziurki. Ramię zaczynało już 

puchnąć. 

-  Boże drogi, co robić? Jesteśmy tak daleko od domu... 
Olaus zrozumiał, że dzieje się coś złego, i też zaczął płakać. Objął nogi  matki i zanurzył 

twarz w jej spódnicę. Wzięła go na ręce, próbując uspokoić. 

-  No już... - powiedziała cicho. - Siverta ugryzła... 
-  To był patyk - zaszlochał Olaus. - Żywy patyk! Mali otrząsnęła się z szoku. Przez chwilę 

czuła  się  sparaliżowana  strachem  i  niezdolna  do  żadnej  decyzji.  Teraz  uniosła  spódnicę  i 
urwała pas materiału z halki. 

-  Co ty robisz? - Margrethe spojrzała na siostrę, jakby ta postradała zmysły. 
-    Trzeba  przewiązać  ramię  powyżej  ugryzienia  -  rzuciła  Mali,  obwiązując  mocno  ramię 

Siverta. - Wtedy jad się nie przemieszcza. Przynajmniej nie tak szybko - dodała. - Słyszałam, 
ż

e  można  zrobić  nacięcie,  wyssać  truciznę,  ale  nie  wiem,  jak  to  zrobić.  Nigdy  tego  nie 

przeżyłam - dodała bezradnie. - Zresztą nie mam nic ostrego, a i tak bałabym się pogorszyć 
sprawę. 

Spuchnięte  ramię,  dodatkowo  przewiązane  płóciennym  paskiem,  najwyraźniej  bolało 

Siverta, bo płakał rozdzierająco. Gdy usłyszał słowa Mali o nacięciu, wpadł w histerię. 

-  Nie tnij mnie, mamo! - zaszlochał. - Nie tnij! 

background image

-    Nie,  nie  będę  -  Mali  otarła  jego  zapłakaną  twarz.  -  Oczywiście,  że  nie,  kochanie  - 

wyszeptała zrozpaczona i przytuliła go. - Zbierz rzeczy i schodź sama - rzuciła do Margrethe. 
- Ja biegnę z nim na dół. Musi jak najszybciej jechać do lekarza po surowicę, bo inaczej... 

Nie  skończyła,  tylko  wzięła  syna  na  ręce  i  pobiegła.  To  była  ciężka  i  długa  droga. 

Popłakujący Sivert wisiał jej ciężko na szyi. Objął ją prawą ręką tak mocno, że prawie dławił. 
Był  też  ciężki,  a  teren  nierówny.  Gdy  w  końcu  dotarła  do  letnich  obór,  zatrzymała  się  na 
chwilę,  by  złapać  oddech.  Była  zlana  potem,  włosy  się  rozpuściły  i  otaczały  ją  chmurą. 
Ledwo trzymała się na nogach. Jednak gdy zerknęła na lewe ramię syna, rzuciła się naprzód. 
Ramię spuchło jeszcze bardziej i zaczęło sinieć. Sivert oddychał nierówno i walczył o każdy 
oddech. 

Mali  stękała  z  wysiłku  i  strasznego  zmęczenia.  Boże,  musi  się  udać,  pomyślała  z 

desperacją.  Słyszała  o  ludziach  ugryzionych  przez  węża,  którzy  przeżyli.  Ale  też  o  takich, 
zwłaszcza dzieciach, którym się nie udało. Kiedy dotrą do lekarza? Nie wiedziała, skąd miała 
siły, ale biegła chyba najszybciej w życiu. 

Havard  stał  na  podwórzu,  rozsiodłując  konia,  gdy  wbiegła.  Przerażony  upuścił  wszystko, 

co miał w rękach, i podbiegł do niej. 

-  Co się dzieje? - spytał, patrząc w jej oszalałe oczy. - Co jest, Mali? 
Odebrał  od  niej  Siverta,  a  Mali  osunęła  się  na  ziemię.  Nie  mogła  złapać  oddechu,  by 

cokolwiek  powiedzieć,  ale  nie  było  to  potrzebne.  Havard  dostrzegł  rękę  Siverta  i  zrozumiał 
wszystko. 

-    Cholera  ciężka  -  zaklął  i  przytulił  chłopca.  -  Musimy  jechać  do  doktora  -  powiedział, 

oddając go Mali. - Siedźcie tu spokojnie, a ja... 

Pobiegł do domu, zanim skończył zdanie. Wrócił z finką, a Ane za nim. 
-  Znajdź Gudmunda i powiedz, że ma zaprząc konia do wozu - rzucił do służącej.  
Pochylił się nad Sivertem i pogłaskał go po buzi. 
-  Wąż wpuścił w ciebie jad - powiedział spokojnie. - Pojedziemy do doktora, a on da ci 

coś,  co  zabije  jad  węża.  Ale  teraz  muszę  wyciągnąć  z  twojej  ręki  jak  najwięcej  tego  jadu. 
Rozumiesz? 

Sivert wpatrzył się w niego wielkimi oczami. 
-  Zrobię małe nacięcie w skórze - mówił dalej Havard - i wyssę wszystko, co się da. To 

może trochę boleć, ale jesteś już dużym chłopcem, prawda? Zniesiesz to? 

Sivert  chciał  zaprotestować,  lecz  spokojny  głos  Havarda  podziałał  na  niego.  Wolno 

pokiwał głową, ale gdy zobaczył ostrze finki, zmienił zdanie. Próbował ukryć się u Mali, ale 
nie zdążył. Havard złapał go za ramię i zrobił nacięcie pomiędzy śladami ugryzienia. Pochylił 
się nad ranką, ssał i wypluwał, ssał i wypluwał. Sivert płakał wniebogłosy i wyrywał się, ale 
Mali trzymała go mocno. 

-    A  jeśli  masz  jakąś  ranę  w  ustach?  -  wyszeptała  przerażona,  patrząc  na  mężczyznę.  - 

Wtedy jad cię zatruje! 

-  Dam sobie radę - uciął. - Tu chodzi o Siverta. Aha, opaliłem nóż - dodał. 
Wstał  i  podbiegł  do  Gudmunda,  który  zaprzągł  konia.  Ane  podeszła  do  Mali  i  otuliła 

kocem  Siverta.  Leżał  z  półprzymkniętymi  oczami  i  oddychał  nierówno,  ale  już  nie  płakał. 
Oczy Ane rozszerzyły się, gdy zobaczyła ramię chłopca. 

-  Zmoczę szmatkę - rzuciła. - Może pomóc na opuchliznę. 
Opuchlizna  to  jedno,  pomyślała  Mali.  Ona  nie  była  niebezpieczna,  tylko  jad,  który  już 

dostał  się  do  krwi.  Pytanie,  ile  jadu  udało  się  wyssać  Havardowi.  Mali  kołysała  syna  i 
próbowała się do niego uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko dziwny grymas.  

-  Tyle zamieszania, widzisz? - powiedziała z udawanym spokojem. - Ale ten wąż wpuścił 

w ciebie jad, to dlatego ręka ci spuchła i cię boli, i dlatego Havard starał się go wyssać. Chciał 
ci  pomóc.  Ale  doktor  ma  lekarstwo,  które  jest  mocniejsze  od  jadu,  i  dlatego  teraz  do  niego 
pojedziemy. Będzie dobrze... 

background image

-  Boli... - Sivert znów zaczął popłakiwać. - Ja muszę... 
Zanim  skończył,  zwymiotował  wprost  przed  siebie.  Mali  próbowała  się  odsunąć,  ale 

większość granatowego strumienia wylądowała na niej. Gdy Ane nadbiegła ze szmatką, użyły 
jej do czyszczenia ich obojga. 

-  Gdzie jest  Ingeborg? - spytała Mali. -  Zawołaj, by przyniosła więcej ręczników. Mogą 

nam się przydać po drodze. 

-  Dzwoniła do doktora - odparła Ane. - Jest w gabinecie i wie, że jedziecie. 
Nadbiegł Havard i wziął Siverta na ręce. 
-  Siadaj do wozu - polecił Mali. - Zawiń go w koc, bo może mieć dreszcze. No i trzymaj 

się mocno - dorzucił. - Będę ostro gonił konia. 

Dzień  przechodził  w  wieczór.  Zachodzące  słońce  barwiło  góry  na  czerwono,  a  lekki 

wietrzyk przynosił przez okno zapach morza i wodorostów. Mali siedziała przy łóżku Siverta 
od czasu, kiedy wrócili od lekarza. 

Starszy  pan  zmarszczył  brwi  z  zastanowieniem,  gdy  ujrzał  spuchnięte  ramię,  lecz  nie 

powiedział wiele. Ranę przemył i opatrzył, a Sivert dostał dawkę surowicy. 

-  Będzie dobrze, prawda? - spytała Mali cicho, patrząc na lekarza błagalnie. 
-    Powinno  być  -  odparł.  -  Chłopak  wygląda  na  silnego.  Ale  dawno  nie  widziałem  tak 

gwałtownej reakcji na ukąszenie żmii. Czy jest uczulony? 

-  Niczego nie zauważyłam... 
W  drodze  do  domu  trzymała  syna  w  ramionach  i  modliła  się.  Tylko  nie  Sivert,  błagała, 

tylko  nie  Sivert.  Ale  dławił  ją  potworny  strach,  gdy  głaskała  go  po  rozpalonym  czole  i 
słyszała  świszczący,  urywany  oddech.  Musiała  użyć  wszystkich  sił,  by  nie  płakać.  On  nie 
może się bać, i pomyślała, zagryzając usta do krwi. 

-  Jak z nim? - spytał Havard, odwracając się ku nim. 
-  Nie wiem - odparła cicho, patrząc na niego z rozpaczą. - Tak się boję, Havard. 
-  Będzie dobrze - rzucił. - Musi być dobrze - dodał przez zaciśnięte zęby i pogonił konia. 
Beret zaglądała kilka razy na poddasze, siadała i patrzyła bezradnie. 
-  Wyzdrowieje, prawda? - spytała słabym głosem. 
-    Jeszcze  nie  wiadomo  -  odparła  Mali  cicho.  -  Zobaczymy.  Ale  doktor  powiedział,  że 

surowica powinna zadziałać przez wieczór. O ile zadziała... 

-    Ja  się  zajmuję  Oja  -  powiedziała  Beret.  -  Ale  zejdź  na  dół  go  nakarmić,  gdy  będziesz 

mogła. 

-  Tak, ale nie odejdę od Siverta. Lepiej przynieś mi Oję, tu go nakarmię. 
Wzdrygnęła się, gdy drzwi się otworzyły. To był Havard. Zaglądał już wiele razy. Stanął 

przy łóżku bez słowa i patrzył na chłopca. Mali odszukała jego dłoń i uścisnęła.  

-  Dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła... 
-  Wtedy Gudmund albo ktoś inny by ci pomógł - przerwał jej Havard. 
Mali pokręciła powoli głową i przycisnęła jego dłoń do ust. 
-    Nie,  nikt  nie  zrobiłby  tego,  co  ty  -  powiedziała,  a  łzy  spływały  po  jego  dłoni.  -  Nie 

przeżyję,  jeśli  stracę  Siverta  -  dodała  zduszonym  głosem.  -  Nie  przeżyję...  On  jest  dla  mnie 
najdroższy... 

-  Rozumiem, ale go nie stracisz - odparł Havard, obejmując jej ramiona. - Już mu lepiej. 
Mali spojrzała na niego. 
-  Lepiej? Skąd wiesz? Przecież tylko leży i... 
-    Już  nie  jest  gorący  i  śpi  spokojnie.  Oddycha  normalnie,  a  to  znaczy,  że  jad  przestaje 

działać. Najgorsze minęło! Ręka będzie go bolała przez kilka dni, ale to wytrzyma. Najgorsze 
minęło - dodał z przekonaniem. 

Mali  położyła  dłoń  na  czole  syna.  Było  ciepłe,  ale  nie  gorące  i  spocone  jak  wcześniej. 

Może  na  chwilę  sama  zasnęła,  bo  nie  zauważyła,  że  on  śpi  spokojnie.  Oddychał  równo  i 
niemal niesłyszalnie, a puls bił regularnie pod skórą szyi. 

background image

Mali  powoli  opadła  na  łóżko  i  załkała  bezgłośnie.  Całym  jej  ciałem  wstrząsał  szloch. 

Havard ukląkł przy niej, objął ją i głaskał uspokajająco po plecach. 

-  No już, już, Mali - wyszeptał. - Jesteś wykończona, dlatego tak reagujesz. Uspokój się - 

dodał, gdy zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego. 

Trwali tak, aż się uspokoiła. W końcu wyprostowała się i przetarła dłonią zapłakaną twarz. 

Wpatrzyła  się  w  jego  oczy  i  wzięła  go  znów  za  rękę.  Ale  nic  nie  powiedziała.  Siedzieli tak 
razem długo, czas się jakby zatrzymał. Powoli zapadał zmrok. Nagle Sivert otworzył oczy.  

-    Dlaczego  tu  siedzicie  w  nocy?  -  spytał,  patrząc  na  nich  zaspanym  wzrokiem.  -  Chcę 

ciasta... 

Zanim Mali dobiegła do niego z kawałkiem ciasta, znów zasnął. 
- No, możesz się teraz położyć - powiedział Havard. - Potrzebujesz tego.  Z Sivertem już 

dobrze. A Beret wzięła Oję do siebie na noc, miałem ci przekazać. 

-  Nie odejdę od niego. Chcę tu zostać. 
-  To ja przy nim posiedzę - odparł Havard spokojnie. - Jesteś wykończona, blada jak duch. 

Ja tu posiedzę i zawołam cię, jakby co. 

Mali nagle poczuła, jak potwornie jest zmęczona. Powoli wstała, niezdecydowana. 
-  Idź już - pogonił ją. - Okaż mi zaufanie, co? 
I  poszła,  niechętnie  i  osłabiona  strachem.  W  sypialnie  zrzuciła  nieświeże  ubranie, 

półprzytomna umyła się i padła na łóżko. Sen ogarnął ją szybko i przyniósł jakże oczekiwany 
spokój dla duszy i odpoczynek dla obolałego ciała. 

Obudziła się gwałtownie, gdy ktoś jej dotknął. To Havard  okrywał ją kołdrą. Nie zrobiła 

tego  przed  zaśnięciem,  pomyślała  zmieszana  i  poczuła,  że  marznie.  Odkryła  wtedy,  że  nie 
tylko o tym zapomniała. Była naga. 

-  Coś się stało? - spytała, otulając się kołdrą. 
-    Nie,  Sivert  śpi  spokojnie.  Nie  ma  gorączki  i  oddycha  normalnie.  Nie  musisz  się  już 

niepokoić, Mali. Wszystko jest w porządku. 

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  z  wdzięczności  i  pocałowała.  Czuła  ogromną  potrzebę 

podziękowania temu człowiekowi, który uratował jej syna. 

-  Połóż się obok mnie - wyszeptała.  
-    Chciałem  wracać  do  siebie  -  rzucił  Havard  wymijająco.  -  Już  niedługo  czwarta, 

powinienem się przespać choć kilka godzin, zanim... 

-    Możesz  spać  jutro  cały  dzień,  jeśli  chcesz  -  uśmiechnęła  się  Mali,  przepełniona 

szczęściem, i pociągnęła go ku sobie. - Och, Havardzie, Havardzie... 

Nagle zaczęła gwałtownie ściągać z niego koszulę i rozpinać pasek. On położył dłoń na jej 

ręce i zatrzymał ją. 

-  Nie wiesz, co robisz, Mali - powiedział cicho. - Najlepiej będzie, jak pójdę. 
Ale ona się nie poddała. Oddech Havarda stał się szybki. On nie spuszczał z niej wzroku. 

Gdy  już  leżał  nagi  obok  niej,  ustami  gładziła  jego  tors,  płaski  brzuch...  Przytrzymał  ją  za 
włosy, gdy chciała zejść niżej. 

-  Ja tego chcę - wyszeptała cicho, spoglądając na niego. - Chcę, Havardzie. 
Powoli uniosła się i położyła na nim. Nigdy tego wcześniej nie robiła, nie z własnej woli, 

pomyślała mgliście. Pochyliła się nad nim, pocałowała delikatnie w usta i ocierała się swoim 
gorącym, nagim ciałem o jego ciało. 

-  Boże - wyszeptał. - Mali, co ty robisz... 
Pomogła mu dostać się na miejsce i powoli zaczęła się poruszać. Jego dłonie odgarnęły jej 

włosy i ujęły jej pełne piersi. Już nie mógł leżeć spokojnie, tylko wychodził jej na spotkanie 
każdym  pchnięciem.  Mali  odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  łapała  oddech  z  rozkoszy,  tracąc 
ś

wiadomość, gdzie jest. Wreszcie osunęła się na niego. 

Po  chwili  Havard  zebrał  ubranie  i  bez  słowa  zniknął  za  drzwiami.  Mali  włożyła  koszulę 

nocną  i  wśliznęła  się  do  pokoju  Siverta.  Havard  miał  rację,  od  razu  to  zauważyła.  Chłopiec 

background image

spał  spokojnie  i  mocno.  Przeżyje!  Pochyliła  się  i  pocałowała  synka  ostrożnie,  by  go  nie 
obudzić.  Wróciła  do  swojego  łóżka.  Pachniało  Havardem,  pomyślała,  naciągając  kołdrę. 
Havardem  i  kochaniem.  Zalała  ją  fala  gorąca  na  wspomnienie  tego,  co  robili,  ale  odwróciła 
się na bok i zamknęła oczy. Ten mężczyzna uratował Siverta! 

  
ROZDZIAŁ 10. 
 
Wrzesień zaczął się ulewnymi deszczami i wiatrem burzącym fale fiordu. 
Wszyscy  myśleli  o  zbożu.  Było  już  dojrzałe  i  musiało  zostać  zżęte  przed  pierwszymi 

przymrozkami. Gdy udawało się skończyć inne prace i zboże dojrzało, starali się rozpoczynać 
ż

niwa już w sierpniu. Wrzesień bywał kapryśny. Mógł przynieść zarówno nocne przymrozki, 

jak i pełne słońca dni niczym w lecie. 

Padało całymi dniami. Havard wychodził na pola od razu po śniadaniu, by zobaczyć, czy 

deszcz  i  wiatr  nie  wyrządziły  szkód  w  ciągu  nocy,  czy  dojrzałe  zboże  nie  wyległo.  Wtedy 
plony  byłyby  wątpliwe.  Ale  na  szczęście  kierunek  wiatru  był  korzystny  i  zboże  stało,  choć 
kłosy były ciężkie od deszczu. 

-  Tak, dziś też stoi - powiedział Havard, gdy wrócił pewnego dnia na obiad. - Ale pogoda 

powinna się już odmienić. Nie możemy dużo dłużej czekać. 

Podszedł do okna i spojrzał na fiord i ciężką mgłę schodzącą nisko po zboczach gór. 
-  O tej porze zwykle zaczyna wiać od lądu - powiedział bardziej do siebie. - W domu w 

Gjelstad  ojciec  zawsze  mówił,  że  można  czekać  spokojnie,  gdy  pada  na  początku  września, 
choć zboże jeszcze niezżęte. Mawiał, że niedźwiedź nie chodzi spać na mokrym mchu. 

-  Jaki niedźwiedź? - spytał od razu Sivert, obejmując go za nogi.  
Mężczyzna wziął go na ręce. 
-    Żaden  konkretny  -  odparł,  targając  mu  włosy.  -  Ale  wiesz,  że  misie  robią  sobie 

legowisko,  w  którym  śpią  całą  zimę.  A  mokry  mech  się  do  tego  nie  nadaje.  Więc  my  teraz 
czekamy  na  pogodę,  by  zebrać  zboże,  a  niedźwiedź  czeka,  by  wysechł  mech  na  jego 
legowisko. 

-  A czym się przykrywa? 
-  Niczego nie potrzebuje. Ma gęste futro i ono mu wystarcza. 
-    Wieczorem  jest  pełnia  -  rzucił  Gudmund,  podchodząc  do  okna.  -  Pogoda  zmienia  się 

przy  pełni,  więc  możemy  mieć  nadzieję,  że  teraz  też. Już  dłużej  nie  można  z  taką  pogodą  - 
dodał, drapiąc się w głowę. 

Tej nocy Mali przebudziła się, nie wiedząc czemu. Oja spał przy niej spokojnie, w domu 

panowała cisza. Uświadomiła sobie, co ją obudziło. Wiatr. Uderzenia wiatru od lądu unosiły 
firanki. Już nie padało. 

Wstała  i  podeszła  do  okna.  Zapatrzyła  się  na  niezwykły  widok.  Wiatr  rozgonił  mgłę  i 

chmury,  jedynie  małe,  uparte  chmurki  unosiły  się  przy  szczytach  gór  oblanych  światłem 
księżyca. Czarne wody fiordu połyskiwały srebrem. Zboże było uratowane, westchnęła z ulgą 
Mali i wróciła do ciepłego łóżka. 

To  zupełnie  inny  świat,  pomyślała  Mali,  gdy  rano  wyszła  na  dół  z  Oja  na  ręku.  Przez 

dłuższy czas słoty musiała rano zapalać lampy, by zrobić śniadanie. Teraz pierwsze promienie 
słońca lśniły w oknach. Z mokrych pól unosiła się mgła. Gdy uchyliła drzwi i wyjrzała, było 
tak  pięknie,  że  aż  westchnęła.  Kolory  jesieni  płonęły  na  łąkach  i  na  drzewach,  a  Stortind 
przybrał białą czapę na szczycie. Wrzesień to piękny miesiąc, zawsze tak uważała. 

-    Ani  o  dzień  za  wcześnie  -  stwierdził  Havard,  gdy  usiedli  do  stołu.  -  Dziś  damy  zbożu 

wyschnąć w słońcu, a jutro zaczynamy żąć. 

-  Czyli uda się uratować zbiory i w tym roku - powiedziała Mali, spoglądając na niego. - 

Prawda? 

background image

Ich  spojrzenia  zetknęły  się  na  chwilę  i  Mali,  jak  zwykle,  poczerwieniała.  Trzymała  się  z 

dala  od  niego  po  tamtej  nocy,  gdy  zaciągnęła  go  do  łóżka,  a  i  on  nie  wspomniał  o  niej 
słowem.  Zachowywał  się  normalnie,  ale  Mali  czuła  czasem  jego  spojrzenie  na  plecach,  gdy 
szła z Sivertem na górę. 

-    Tak,  prawda  -  potwierdził  z  uśmiechem.  –  Wiatr  od  lądu  daje  dobrą  pogodę  i  suche 

powietrze, więc jesteśmy uratowani. O ile się nie odmieni w czasie tych dwóch tygodni. Tyle 
czasu  potrzebujemy,  co  najmniej.  -  Skinął  głową  w  kierunku  Ane,  która  podeszła  z 
dzbankiem kawy. - Potomek rośnie, jak widzę – uśmiechnął się. - Dobrze się czujesz? 

Ane  zarumieniła  się  i  zerknęła  na  niego  z  nieśmiałym  uśmiechem.  Mężczyźni  rzadko 

pytali  o  zdrowie  ciężarne  służące.  Ale  Havard  był  inny  niż  wszyscy  mężczyźni,  pomyślała 
Mali. 

-    Dobrze,  dziękuję  -  odparła  Ane.  -  Czuję  się  w  pełni  sił.  I  mam  nadzieję,  że  nadal  tak 

będzie - dodała, zerkając na Mali. 

-    Ale  nie  musisz  się  przemęczać  -  powiedziała  Mali.  -  Czeka  nas  zaraz  dużo  ciężkiej 

pracy,  mycie  i  strzyżenie  owiec,  potem  ubój.  Będziesz się  oszczędzała  przez  tę  jesień,  Ane. 
Już  umówiłam  się  z  dziewczyną  z  okolic  Buvika,  że  przyjdzie  tu  z  pomocą  od  przyszłego 
miesiąca.  Ale  miejsce  w  tym  domu  jest  nadal  twoje  -  dodała,  widząc  niepewność  w  oczach 
służącej. - Możesz tu być, jak długo chcesz, i wrócić, gdy już powrócisz do sił po porodzie. 
Dziecko możesz zabierać ze sobą, już ci mówiłam. Przecież kołyska jest wolna. 

Ane uśmiechnęła się z wdzięcznością. 
-    Nie  tak  źle  pracować  w  Stornes,  co?  -  rzucił  Havard  z  uśmiechem.  -  Pani  tutaj  jest 

szczodra. 

-  Tak, na pewno - potwierdziła Ane. 
Tylko  Mali  odczytała  aluzję  w  słowach  Havarda  i  zaczerwieniła  się,  gdy  spojrzał  na  nią. 

Zaraz potem wstał, a Ane i Ingeborg zaczęły sprzątać ze stołu. 

-    Dziś  ostrzymy  sierpy  -  rzucił  do  Mali  -  a  potem  zawozimy  stojaki  na  pola,  by  już 

czekały. Jutro pracujemy cały dzień, choć to sobota - dodał, patrząc na parobków. - Szkoda, 
ż

e nie możemy skorzystać z niedzieli, jak już doczekaliśmy się pogody. 

Stojaki na zboże różniły się od tych na siano tym, że miały pozostawione kawałki gałęzi na 

dole po to, by pierwszy snop nie dotykał ziemi i nie gnił. Zwykle na jednym stojaku mieściło 
się siedem snopów. 

Dla  kobiet  były  to  też  pracowite  dni,  bo  to  one  szły  za  mężczyznami  żnącymi  zboże, 

wiązały je w snopy i kładły na stojaki. Mali pomyślała, że poprosi Beret, by zaopiekowała się 
Oja,  bo  Sivert  na  pewno  pójdzie  w  pole  ze  wszystkimi.  Ane  będzie  pracowała  krócej,  za  to 
zajmie się gotowaniem. 

Piątek  był  dniem  prania  i  pieczenia  chleba.  Chlebem  Mali  zajmowała  się  osobiście,  a 

pranie pozostawiała służącym. Gdy ciasto rosło, Mali wykorzystywała czas na tkanie. Tkała, 
kiedy  tylko  miała  okazję.  Ale  pani  domu  z  dwojgiem  dzieci  nie  zawsze  było  łatwo  znaleźć 
wolną chwilę, mimo że tkanie stawało się dla niej coraz ważniejsze. Zdawała sobie sprawę, że 
ma  uzdolnienia  w  tym  kierunku,  i  coraz  bardziej  ją  to  fascynowało.  Już  miała  gotowe  trzy 
duże kilimy, choć nie za bardzo wiedziała, co z nimi zrobić. Na ścianie salonu już nic więcej 
nie mogło się zmieścić. Ale zawsze może dać je w prezencie z ważniejszej okazji. 

Tkanie  stało  się  dla  niej  czymś  więcej  niż  przyjemnością.  Stało  się  czymś,  co  musiała 

robić,  prawie  jak  powołanie,  pomyślała  z  uśmiechem.  Goście,  gdy  przyjeżdżali  do  Stornes, 
prosili,  by  mogli  zobaczyć  jej  prace.  Mali  czuła  wtedy  zażenowanie,  lecz  ku  jej  radości  i 
zaskoczeniu  ludzie  kupowali  i  zamawiali  u  niej  wyroby.  I  nie  szczędzili słów  pochwały,  co 
rzadkie u ludzi z tych stron. 

Pewnego razu,  gdy tkała w pokoju na poddaszu, przyszedł do niej Havard. Jedna z krów 

miała  się  cielić,  ale  coś  go  zaniepokoiło  i  zamierzał  dzwonić  po  weterynarza,  lecz  najpierw 
chciał spytać ją o zdanie. 

background image

-  Ale oczywiście, że dzwoń - rzuciła Mali, nie przerywając pracy, choć palce jej zadrżały. 

- Przecież wiesz, czy to konieczne. 

-  Mamy umowę o współpracy - odparł spokojnie. - Przecież ją podpisywałem, prawda? 
-  Tak, to prawda, podpisali umowę przed Bożym Narodzeniem. Ale od tamtej pory wiele 

się zmieniło, i to pod wieloma względami. Już nie musiała myśleć o pracy w gospodarstwie, 
bo  wszystkim  bez  specjalnego  wysiłku  zajmował  się  Havard.  Byłaby  całkiem  bezradna, 
gdyby on zniknął. 

-  Zdolna jesteś - powiedział, stojąc za nią. - Mama zawsze cię chwaliła, pamiętam. 
-    To  ona  pierwsza  dała  mi  spróbować  tkania  na  krosnach  -  rzuciła  Mali.  -  Beret  nie 

dopuszczała  mnie  nawet  do  tkania  dywaników,  gdy  tu  przybyłam.  Teraz  też  nie  jest 
zachwycona moimi pracami, ale już nic nie mówi. 

-  Pewnie zrozumiała, że to na wiele się nie zda - zaśmiał się Havard. - To, czego chcesz, 

po prostu robisz - dodał. 

Mali czuła jego bliskość tak intensywnie, że aż spociły jej się dłonie. 
-  Co masz na myśli? - spytała, nadal się nie odwracając. 
-  Tylko to, co powiedziałem. 
-    Z  tkania  na  pewno  nie  zrezygnuję  -  rzuciła  Mali.  - Jestem  wdzięczna  twojej  matce,  że 

mnie nauczyła. Nauczyłam się też wiele od babci. Bez niej bym nie tkała, to pewne. A twoja 
matka to dobry człowiek, tak w ogóle. 

-  W przeciwieństwie do mojego ojca, prawda? - zaśmiał się Havard cicho. - Tak, zgadzam 

się z tobą w pełni. 

Przez krótką chwilę Mali zastanawiała się, co ma na myśli, ale nie spytała. O pewne rzeczy 

lepiej nie pytać i o nich nie mówić. 

Ustalili z Havardem, że zadzwoni po weterynarza, i zaraz potem wyszedł z pokoju, nawet 

jej nie dotykając. Mali czuła jednak, że chciała tego, choć to nie miało sensu.  

-  Mali, telefon! - zawołała Ane, aż echo poszło po schodach. 
Mali wstała od krosien, zebrała spódnicę i zeszła po schodach. 
-  Tak, słucham. 
-    Mówi  Knut  Rostad,  dyrektor  banku  w  Ora  -  odezwał  się  głos  w  słuchawce.  -  Czy 

rozmawiam z Mali Stornes? 

-    Tak,  to  ja  -  odpowiedziała  Mali,  czując  ogarniający  ją  niepokój.  Czegóż  mógł  od  niej 

chcieć dyrektor banku? Przecież dbali o porządek w rachunkach i nie mieli żadnych zatargów 
z bankiem. Ojciec, pomyślała nagle.  Boże jedyny, a może coś z Buvika? Może ojciec wziął 
pożyczkę na nowy dom, albo... Ale przecież nie dzwoniliby wtedy do niej. Ona nie może być 
odpowiedzialna za ekonomiczne decyzje ani ojca, ani braci. 

-    Proszę  mnie  posłuchać  -  mówił  dalej.  -  Mieliśmy  dzisiaj  zebranie  i  jednym  z  tematów 

była  dekoracja  lokalu  naszego  banku.  Na  razie  nie  przywiązywaliśmy  do  tego  zbyt  dużej 
wagi,  przyznaję.  Ale  uznaliśmy,  że  musimy  go  jakoś  ozdobić,  a  komitet  uważał,  że 
powinniśmy także wspierać miejscową sztukę. I wtedy padło pani nazwisko. Pani tka kilimy, 
prawda? 

Mali zadrżała: z ulgi, że to nic złego, i z radości, że dyrektor banku jest zainteresowany jej 

pracami! To niewiarygodne. 

-  Halo, słyszy mnie pani? 
-  Tak, tak - odchrząknęła Mali. - Po prostu jestem... To taka niespodzianka - dodała. 
Dyrektor zaśmiał się. 
-  Pani już sprzedawała swoje kilimy, prawda? Nakrycie ołtarza w kościele to pani dzieło, 

słyszałem.  Czy  byłoby  możliwe,  by  ktoś  z  komitetu  przyjechał  do  Stornes  i  obejrzał  pani 
prace? Wtedy zdecydowalibyśmy, czy weźmiemy coś z gotowych, ale raczej zamówilibyśmy 
coś nowego. 

-  Oczywiście, możecie państwo przyjechać, zapraszam. 

background image

-  Zadzwonię w takim razie w przyszłym tygodniu - powiedział dyrektor. - I umówimy się 

na wizytę jeszcze przed sobotą. Czy to pani odpowiada? 

Przez  moment  Mali  pomyślała  o  żniwach,  ale  przecież  taka  wizyta  nie  potrwa  długo,  a 

możliwe, że do końca przyszłego tygodnia i tak skończą. A takiej okazji nie mogła stracić. 

-    Tak,  oczywiście  -  odparła.  -  I  dziękuję.  To  dla  mnie  zaszczyt  -  dodała,  czując  dumę  i 

radość. 

-  Ja też dziękuję, do usłyszenia. - Dyrektor Rostad odłożył słuchawkę. 
Mali  stała  przez  chwilę  i  tylko  się  uśmiechała.  W  końcu  otworzyła  drzwi  salonu.  Ane 

nakrywała tam do obiadu, a Ingeborg sprzątała na poddaszu. 

-  Chyba ciasto na chleb już przerosło - rzuciła Ane, odwracając się do gospodyni. - Co się 

stało? Dlaczego tak się uśmiechasz? 

Mali objęła w pasie Ane i okręciła ją wokół siebie w radosnym tańcu. 
-  Dzwonił dyrektor banku w Ora - powiedziała. - Chcą przyjechać i zamówić u mnie kilim 

do powieszenia w banku. No, jeśli im się spodobają moje prace - dodała. 

-    Coś  takiego!  -  Ane  spojrzała  na  nią  zaskoczona.  -  I  to  w  banku!  Wspaniale,  Mali! 

Będziesz sławna! 

-    Nie,  no  nie  wiem  -  odparła,  zakasując  rękawy,  by  wyrobić  ciasto.  -  I  tak  miło,  że 

zadzwonił. Przecież to jeszcze nic nie znaczy. Ci miastowi są dziwni... 

-  Nie, na pewno zamówią - stwierdziła Ane stanowczo. - Jesteś zbyt skromna. Słyszałam 

nieraz,  co  ludzie  mówią  o  twoich  kilimach.  Ale  żeby  tacy  oficjele  się  nimi  zainteresowali... 
Nie, wspaniale! Żadna nie usłyszała, że ktoś wchodzi. 

-  Co tu się dzieje? - spytała Beret ostro. - Słychać was aż w sieni. 
-    Dzwonił  dyrektor  banku  w  Ora  -  odparła  Ane  z  uśmiechem.  -  Chcą  zamówić  u  Mali 

kilim do przystrojenia lokalu. Czy to nie cudowne? 

Beret uniosła brwi. Zaimponowało jej, że dzwonił sam dyrektor banku, ale nie dała tego po 

sobie poznać. Nigdy nie mogła pogodzić się z tym, że Mali tka i że to zajmuje jej czas. Mali 
wiedziała jednak, że ona jej po prostu zazdrości i niechętnie widzi, że synowa odnosi sukcesy 
na tym polu. 

-  Przyszłam tylko po to, by zobaczyć, czy zdążyłaś już upiec chleb - rzuciła, wpatrując się 

w Mali. – Chcę z tobą porozmawiać. 

O  co  może  jej  chodzić?  -  zastanawiała  się  Mali,  wyrabiając  osiem  dużych  bochenków  i 

układając je w formach. Ostatnio panował pomiędzy nią a teściową spokój, nie miała pojęcia, 
o co może jej chodzić. Zostawiła chleby do wyrośnięcia i umyła ręce. 

-  Nie sądzę, by nasza rozmowa trwała długo - rzuciła do Ane. - Ale w razie czego wstaw 

je do pieca, dobrze? No i spojrzyj na dzieci - dodała, zerkając na Oję śpiącego w kołysce. Za 
mało  czasu  mu  poświęca,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Często  zostawia  go  pod  opieką  Beret 
lub Ane, ale to z powodu obowiązków! Ale może nie tylko. Dla Siverta zawsze miała czas i 
rzadko powierzała go obcym. 

Westchnęła.  Oja  stanowił  dla  niej  źródło  wyrzutów  sumienia.  Musi  coś  z  tym  zrobić, 

pomyślała. 

Beret siedziała w bujanym fotelu i robiła na drutach. 
-  Siadaj - wskazała na kanapę. 
Mali  posłuchała,  choć  poczuła  lekki  niepokój.  Beret  nie  była  w  najlepszym  nastroju  i  na 

pewno nie będzie jej chwaliła. 

-  Wiesz, że byłam zadowolona, gdy powiedziałaś, że nie chcesz znów wychodzić za mąż - 

zaczęła  starsza  pani.  -  W  każdym  razie  nie  od  razu.  Sądziłam,  że  to  dlatego,  że...  chciałaś 
uczcić  pamięć  Johana.  I  wydawało  mi  się,  że  dobrym  rozwiązaniem  było  sprowadzenie 
Havarda. On jest mądry i pracowity, nadal tak uważam. - Przerwała i zadzwoniła drutami. - Ja 
na pewno się starzeję - mówiła dalej, wpatrując się w Mali - ale jeszcze nie jestem ani ślepa, 

background image

ani  głucha,  mimo  że  tak  pewnie  sądzisz.  Słyszałam  niejeden  raz,  że  byłaś  u  Havarda  w 
sypialni! 

Mali poczerwieniała gwałtownie i spuściła wzrok. Nienawidziła uczucia, że jest u Beret na 

cenzurowanym.  Ale  Beret  z  pewnością  nasłuchiwała  wszelkich  odgłosów  z  sypialni  od 
pierwszego dnia, kiedy  Mali przybyła do Stornes, a teraz jej sypialnia na poddaszu nie była 
tak bardzo odległa od sypialni Havarda. Powinna była o tym pamiętać... 

-  Co ja robię, to moja sprawa - rzuciła. - Jestem dorosła. 
-    Ale  rozsądku  nie  masz  -  odparła  Beret  gwałtownie.  -  Co  ludzie  powiedzą  na  to,  że 

wdowa ze Stornes spędza noce... 

-    To  ty  musiałabyś  to  im  powiedzieć  -  przerwała  Mali.  -  Nie  słyszałam,  by  ktoś  we 

dworze... 

-  A co mieliby mówić? To służący, wiesz dobrze. Ale oni też słyszą i widzą. Na pewno o 

tym wiedzą! 

-  Co wiedzą? - Mali spojrzała na teściową wyzywająco. 
-    Że  pani  ze  Stornes  to  nic  innego  tylko  bezwstydna  dziewka!  -  prychnęła  Beret.  - 

Sprowadzisz  wstyd  na  dwór  i  nas  wszystkich.  Nie  myślisz  nawet  o  dzieciach?  Nie  chcę,  by 
ktoś powiedział, że synowie Johana... 

Mali  nic  nie  odpowiedziała.  Nawet  nie  wiedziała  za  bardzo,  co  ma  odpowiedzieć.  Do 

pewnego  stopnia  rozumiała  oburzenie  teściowej.  To,  że  była  w  łóżku  z  Havardem,  i  to 
niejeden  raz,  nie  uchodziło.  Sama  to  musiała  przyznać,  choć  nie  cierpiała,  gdy  ją 
krytykowano, a szczególnie gdy robiła to Beret. Ona chyba specjalnie nie spała, by czuwać, 
czy na poddaszu nie dzieje się nic zdrożnego. 

-  Co na to powiesz? - spytała ostro Beret, a jej druty zadźwięczały. 
-  Nic - odparła Mali. - To... to się nie powtórzy. 
-  Jest tylko jedna rzecz, którą możesz zrobić, zanim będzie z tego skandal - powiedziała 

Beret.  -  Wyjdź  za  Havarda.  To  odpowiedni  kandydat.  Ja  przeżyję  fakt,  że  to  on  zajmie 
miejsce Johana, byle stało się to w przyzwoity sposób. 

-  Ale ja mówiłam, że nie chcę... 
-  Uważaj, co mówisz, Mali Stornes - rzuciła Beret cicho i groźnie. - Jeżeli chodzisz z nim 

do łóżka, to mam nadzieję, że rozumiesz, że powinnaś za niego wyjść. Nie chcemy, byś coś 
jeszcze zniszczyła tu we dworze. Synowie Johana nie będą mieli puszczalskiej matki, to jest 
jasne. 

-    Zniszczyłam?  -  spytała  Mali  drżącym  głosem.  -  Co  masz  na  myśli,  mówiąc,  że  coś 

zniszczyłam? Wiesz, że to nieprawda. Wręcz przeciwnie, nigdy nie... 

-  Można zniszczyć ludzi - odparła Beret, patrząc złym spojrzeniem na Mali.  
Mali wstała, zdenerwowana. 
-  Coś jeszcze? 
-  Nie, ale liczę na to, że zrozumiałaś, co masz robić. A właściwie co z ciebie za kobieta, 

by iść do łóżka z zarządcą? Można zacząć się zastanawiać... 

Mali  poczuła,  że  zalewa  ją  fala  gorąca.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  pragnęła,  było,  by  Beret 

zaczęła  się  „zastanawiać".  Wyszła,  nieco  za  mocno  zamykając  za  sobą  drzwi.  Brakło  jej 
oddechu ze strachu, złości i uczucia przekory. Nie chce wychodzić za mąż, nawet za Havarda! 
Ale  rozumiała,  że  nie  powinna  już  mu  się  oddawać.  Nie  miała  usprawiedliwienia.  Będzie 
trzymała  dystans  właściwy  dla  wdowy  ze  Stornes.  Może  gdy  sytuacja  się  j  uspokoi,  Beret 
odstąpi od swego pomysłu małżeństwa. Przecież tylko Beret wiedziała... 

Uderzyło ją ponownie, że nie powinna niedoceniać teściowej. Żyły w stanie swego rodzaju 

zawieszenia broni, od kiedy umarł Johan i Havard przybył na gospodarstwo. Powinna jednak 
wiedzieć,  że  ona  wykorzysta  każdą  okazję  do  skrytykowania  Mali.  Od  tej  pory  nie  będzie 
miała do niej zaufania, zwłaszcza jeśli chodzi o mężczyzn. To nie było dobre, bo jeśli Beret 

background image

zwątpi  w  moralność  Mali,  w  najgorszym  wypadku  może  zacząć  patrzeć  ,  badawczym 
wzrokiem na Siverta... 

Co za chaos, pomyślała Mali, odgarniając włosy z czoła spoconymi dłońmi. Czas pomoże, 

musi mieć taką nadzieję. Przez moment pożałowała, że już nigdy nie będzie mogła przytulić 
się  do  Havarda.  Już  nigdy  nie  pozwoli  sobie  na  ciepło,  bliskość  i  rozkosz.  Ale  to  musi  się 
skończyć, pomyślała i wróciła do salonu. 

Przy obiedzie Ane z szerokim uśmiechem wspomniała, że dzwonił sam dyrektor banku. 
-    No,  wreszcie  ktoś  zauważył  twoje  prace  -  powiedział  Havard.  -  Jesteś  bardzo  zdolna, 

mówiłem ci.  

Mali poróżowiała z radości i zerknęła na niego.  
Havard uśmiechnął się do niej, sięgnął po jej dłoń i uścisnął. 
-  Gratuluję - powiedział. - To wspaniałe. 
Mali poczuła ciepło płynące z ręki, którą tak dobrze znała, i zarumieniła się. Cofnęła dłoń. 

Wspomnienie słów Beret sprawiło, że bała się dotyku Havarda. 

-    Dziękuję,  ale  jeszcze  nie  wiadomo,  czy  coś  z  tego  będzie  -  broniła  się.  -  Możliwe,  że 

nawet nie zadzwonią. 

-    Na  pewno  będzie  -  zapewnił  ją  Havard.  -  Rostad  nie  zawraca  ludziom  głowy  bez 

powodu, na pewno zadzwoni. 

Gdy następnego wieczora Mali położyła Siverta spać i szła korytarzem poddasza, drzwi do 

pokoju  Havarda  uchyliły  się.  Mężczyzna  wyszedł,  odświeżony,  w  białej  koszuli  i 
odświętnych spodniach. Był tak przystojny, że Mali aż zakłuło w sercu. 

-  Ależ ładnie wyglądasz w sobotę - powiedziała. Przecież mogła z nim chyba rozmawiać, 

nawet na korytarzu poddasza. Beret tego nie powinna jej mieć za złe. 

-  Człowiek powinien się stroić, gdy wychodzi - odparł z uśmiechem Havard, zamykając 

drzwi. 

Mali poczuła jakby uderzenie w żołądek. Sądziła, że przebrał się na wieczór tutaj. Wcale 

się nie spodziewała, że on mógłby gdzieś wyjść. 

Po  wieczorze  świętojańskim,  który  spędził  z  Laurą  z  Oppstad,  nie  wyglądało  na  to,  by  z 

kimś wychodził. Zajeżdżał czasem do Innstad, jak mówiła Margrethe. Dobrze dogadywał się 
z Bengtem. Zdarzało się, że nie było go wieczorem, ale przecież się nad tym nie zastanawiała. 

Sądziła,  że...  Tak,  co  właściwie  sądziła?  Że  Havarda  zadowolą  chwile,  które  czasem  mu 

poświęcała? Że tak go fascynowała, że wystarczały mu te rzadkie razy, gdy oddawała mu się, 
za  każdym  razem  zaznaczając,  że  to  ostatni  raz?  Po  tym  miał  prawo  robić  to,  co  chce, 
zwłaszcza teraz, gdy nie mogła sobie pozwolić nawet na jego uścisk. - Idziesz na zabawę? - 
spytała, usiłując zachować spokój, choć serce biło jej w gardle. 

-  Zabawę? Nie, idę na spotkanie z kimś - odpowiedział, przeciągając dłonią przez włosy. - 

Ale może będzie wesoło, kto wie? 

Uśmiechnął się, aż błysnęły białe zęby. 
Mali zebrała spódnicę i zaczęła schodzić po schodach. 
-  Nie, właściwie to nie moja sprawa - rzuciła, choć wszystko w niej się burzyło. 
Myśl  o  Havardzie  z  jakąś  inną  sprawiła,  że  czuła  niechęć  i  coś,  co  przypominało... 

zazdrość, pomyślała zdziwiona. 

-  Tak, to prawda. To nie twoja sprawa. 
Gdy doszli do drzwi na dole, złapał ją mocno za łokieć i odwrócił ku sobie. Usiłowała się 

wyrwać, ale trzymał ją mocno. 

-  Jesteś na mnie zła? - spytał z dobroduszną ironią w głosie. 
Zdenerwowało ją, że najwyraźniej ją przejrzał. 
-  Zła? - spytała. - Nie mam przecież powodu. Dlaczego tak uważasz? 
-    Wydajesz  się  zdenerwowana  -  powiedział,  odgarniając  luźne  kosmyki  włosów  z  jej 

twarzy. - No, to idę. 

background image

-  Pozdrów, jeśli to ktoś znajomy - rzuciła, czując, że chętnie odgryzłaby sobie za to język. 
-  Dobrze, pozdrowię - odparł z uśmiechem. - Doprawdy pozdrowię. 
Mali leżała bezsennie.  Myślała o słowach Beret. Gdyby teściowa niczego nie zauważyła, 

pewnie  znów  wylądowałaby  w  łóżku  Havarda.  Musiała  to  przyznać,  mimo  że  stale  się 
zastrzegała, że to ostatni raz. Ale on rozbudził w niej instynkty, które nią targały, pomyślała, 
czerwieniejąc. Teraz musiała się pilnować. 

Za  każdym  razem,  gdy  usłyszała  jakiś  odgłos,  sztywniała.  Czy  to  drzwi?  Czy  Havard 

wrócił? Ale to był tylko wiatr. Nie opuszczała jej myśl o tym, gdzie i z kim on był. Czy może 
nadal  spotykał  się  z  Laurą?  Jeżeli  nawet  tak,  miał  do  tego  prawo.  Do  kochania,  kogo  chce. 
Ona  nie  miała  mu  nic  do  zaoferowania,  ciągle  mu  to  powtarzała.  Oddawała  mu  się  z 
pożądania.  Nie  chciała  za  niego  wychodzić,  ale  kochać  się  z  nim  chciała.  Nie  można  mieć 
wszystkiego! 

A  może  była  puszczalska,  jak  twierdziła  Beret?  Prześladowało  ją  to.  Powinna  przecież 

zrozumieć, że Havardowi na dłuższą metę to nie wystarczy. Więc może i dobrze, że znalazł 
sobie kogoś. Uciszy to wszystkie plotki na ich temat. 

Zerwała się, gdy usłyszała wołanie Siverta. 
-  Co się dzieje? - spytała, pochylając się nad jego łóżkiem. 
Zarzucił jej ręce na szyję i przytulił się mocno. 
-  Wielki niedźwiedź chciał mnie zjeść - zaszlochał. - Stał tam przy oknie! Błyszczały mu 

oczy... 

-  Śniło ci się - szepnęła Mali. - Nie ma tu żadnego niedźwiedzia, wiesz przecież. Śniło ci 

się, mój mały. 

Uwolniła się delikatnie z jego objęć i podeszła do okna. 
-  Już sobie poszedł - mruknął chłopiec. 
-  Nigdy go tu nie było - uśmiechnęła się matka. - Śniło ci się tylko. Śpij już, posiedzę przy 

tobie. 

-  Zaśpiewaj mi - poprosił cienkim głosikiem. - Zaśpiewaj jedną piosenkę.  
Mali  okryła  go  kołdrą  i  pocałowała.  Zaczęła  śpiewać  piosenkę,  którą  najbardziej  lubił. 

Zanim skończyła, on zasnął. Pogłaskała go po policzku i wyszła cicho. 

Wyrwał jej się zdławiony krzyk, bo za drzwiami stał człowiek. W ciemności nie wiedziała, 

kto to. 

-  Cicho - powiedział Havard, kładąc dłoń na jej ustach. - Obudzisz cały dom. 
-  To dlaczego mnie straszysz? - wyszeptała zła. - Nie wiedziałam, że tu będziesz w środku 

nocy. 

-  Słyszałem, że woła cię Sivert, więc czekam, by powiedzieć ci dobranoc - wyszeptał. 
Mali zadrżała. W korytarzu było zimno, a ona stała w samej koszuli. Ale drżała nie tylko z 

zimna. Myśl, że Beret mogła wszystko słyszeć, wzbudzała w niej strach. 

-    Marzniesz  -  stwierdził  Havard,  przyciągając  ją  do  siebie.  -  Chodź  do  mnie,  to  cię 

ogrzeję. 

-  Nie dostałeś wszystkiego, czego chciałeś, w ten jeden wieczór? - spytała przez zaciśnięte 

zęby. - Nie myśl sobie, że ja chcę... 

Ale  chciała.  Gdy  jego  dłonie  zaczęły  sunąć  po  jej  ciele,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 

pozwoliła się podnieść. Zapomniała o Beret i jej groźbach.  

Havard zaniósł ją na swoje łóżko, zrzucił ubranie i położył się obok niej. 
-  Masz pozdrowienia - szepnął jej do ucha. 
Mali zesztywniała i usiłowała się odsunąć, ale przytrzymał ją. 
-  Od twojej siostry i Bengta - dodał, drażniąc się z nią. - Żałowali, że nie przyjechałaś. 
Mali wpatrzyła się wielkimi oczami w pochyloną nad nią twarz. 
-  Byłeś w Innstad? - spytała bez tchu. - Nie byłeś razem z... 

background image

Nie  odpowiedział.  Jego  usta  przykryły  jej  usta.  Mali  zamknęła  oczy  z  westchnieniem. 

Zdjął z niej koszulę i poczuła chłodne, wrześniowe powietrze. Sutki jej zesztywniały. 

-  Havard, ja... 
-  Co mówisz? - mruknął koło jej policzka. 
Nie  skończyła.  Prawie  powiedziała,  że  go  kocha.  Że  wyjdzie  za  niego,  bo  nie  zniesie 

myśli,  że  on  znajdzie  inną.  No  i  z  powodu  Beret.  Czy  nasłuchiwała  pod  ich  drzwiami? 
Całkiem możliwe... 

Palce Havarda odnalazły najwrażliwsze miejsce, a ona przykryła usta dłonią, by nie jęczeć 

głośno  z  rozkoszy.  Więc  i  tak  mu  tego  nie  powiedziała,  zamiast  tego  przyciągnęła  go  do 
siebie gwałtownie i ofiarowała usta i ciało. Miłość poczeka... 

  
ROZDZIAŁ 11. 
 
Pogoda  trzymała  się  przez  kolejne  tygodnie.  Wrześniowe  dni  były  klarowne  niczym 

kryształ, a wspaniałość jesiennych barw oszałamiała. Zboże schło na stojakach i już po ledwo 
czternastu dniach zaczęli je zwozić do stodoły. Snopy układali w dawny sposób: ciasno przy 
ś

cianie i kłosami w dół, jedne na drugich. W ten sposób ani ptaki, ani myszy nie mogły się 

częstować cennym ziarnem. Póki trwała ładna pogoda, mieli jeszcze dużo innych prac w polu. 
Dopiero  gdy  zaczynały  padać  porządne  deszcze  i  potok  przy  pralni  wzbierał,  włączali  koło 
wodne i wyciągali młockarnię. Wtedy oddzielali ziarno od słomy i zsypywali je do worków, 
które  potem  przewozili do  spichrza  i  wysypywali  do  większych  zbiorników.  Późną  jesienią, 
albo nawet wczesną zimą, dzwonili do młyna i umawiali się na mielenie mąki. 

Sivert był ciągle razem ze wszystkimi: i na polu, i w stodole. Wciąż chciał być tam, gdzie 

coś  się  działo.  Jak  zwykle  zadawał  masę  pytań,  co  czasem  irytowało  pracujących.  Zwykle 
przyczepiał się do Havarda, ale on wykazywał wobec niego anielską cierpliwość. 

-    Znajdź  sobie  teraz  coś  do  roboty,  Sivercie  -  powiedziała  Mali  pewnego  dnia,  gdy 

ładowali snopy na wóz. - Havard nie ma czasu, by... 

-    Nie,  ja  sam  powiem,  kiedy  nie  będę  miał  dla  niego  czasu  -  przerwał  jej  Havard,  nie 

patrząc na nią. 

Od  czasu  tej  sobotniej  nocy,  gdy  znów  znalazła  się  z  nim  w łóżku,  Mali  chodziła  jak  po 

rozżarzonych  węglach.  Bała  się,  że  Beret  coś  zauważyła.  Ale,  jak  na  razie,  nic  nie 
powiedziała. Albo czekała, że ogłoszą ślub. 

Ś

lub coraz częściej gościł w myślach Mali nie dlatego, że Beret o nim wspomniała, ale że 

sama  zaczynała  się  czuć  jak  byle  dziewka.  Poza  tym  zastanawiała  się,  co  by  było,  gdyby 
pewnego  dnia  Havard  rzucił  pracę  w  Stornes.  To  równałoby  się  katastrofie,  choć  pewnie 
znalazłaby innego zarządcę. Nie brakło przecież kawalerów równie dobrego pochodzenia jak 
Havard, którzy nie tracili nadziei, że dostaną i wdowę ze Stornes, i dwór. W końcu nadal była 
wolna, a Havard nadal pracował jako rządca. 

Ale nikt nie mógł go zastąpić, pomyślała Mali, pod ; żadnym względem. Jak by to przeżył 

Sivert, który po i śmierci Johana przelał na Havarda całe zaufanie i miłość. Nie mogła na coś 
takiego narażać swojego dziecka. A jeśli chodzi o nią... 

Sama  myśl  o  ślubie  kłuła  ją  boleśnie,  choć  jednocześnie  coś  ciężkiego  i  słodkiego 

rozlewało się po jej ciele. Ona też nie  chciała  go stracić, to musiała uczciwie przyznać. Nie 
zniosłaby myśli, że ma inną kobietę, nie po tych szalonych chwilach, które ze sobą spędzili. 
Chciałaby  przeżyć  ich  więcej,  czuła  to,  gdy  zawadzała  o  niego  spojrzeniem  lub  gdy 
przypadkiem  dotykała.  Czerwieniała  wtedy  jak  uczennica  i  miękły  jej  kolana.  Czy  to  była 
miłość? 

Ale przecież Jo... Jo i to, co przeżyli razem. To zawsze żyło gdzieś w jej sercu.  
I tak mijały tygodnie, a ona chodziła niepewna i niespokojna. 

background image

Dyrektor banku miał przybyć do Stornes razem z trzema innymi osobami. Mali niemal nie 

wierzyła  własnym  uszom,  gdy  zadzwonił.  Głos  jej  drżał  lekko,  gdy  ustalała  termin.  Zleciła 
Ane i Ingeborg sprzątanie i pieczenie, a sama przeniosła gotowe prace z poddasza do pralni. 
U powały wisiała tam w grubych zwojach ufarbowana wełna. Mali czuła się podniecona jak 
mała dziewczynka i wiele razy sprawdzała, czy wszystko wygląda jak należy 

-  To zrobi wrażenie, na pewno - odezwał się za jej plecami Havard tego popołudnia, gdy 

oczekiwali gości. - Jesteś zdolna, Mali. 

Jak zwykle pochwała ucieszyła ją i zmieszała. Ale Havard nigdy nie mówił niczego innego 

niż to, co myśli. 

-  Naprawdę? - spytała, odwracając się ku niemu. - Nie jestem szkolona, i ja... 
-  Nie wszyscy muszą się uczyć z książek - odrzekł, biorąc w rękę mniejszy kilim, który 

przewiesiła przez poręcz. - Niektórzy, jak ty, po prostu mają to w sobie. 

-  Dziękuję - powiedziała cicho, biorąc go za rękę. - Potrzebowałam takich słów teraz, bo 

czuję, jakbym miała motyle w brzuchu - uśmiechnęła się. 

Nagle Havard objął ją za szyję i przyciągnął do siebie. 
-  To ty jesteś najpiękniejszym motylem – zapewnił cicho, patrząc jej w oczy. - Gdybym 

mógł, złapałbym cię i trzymał w dłoni, choć tak się nie robi z motylami, bo umierają. Nie, one 
powinny przyjść z własnej woli. 

Mali stała i czuła jego zapach, jego ciepło... 
-  Nie możemy...  
-  Czego nie możemy? Zawsze mówisz, że nie możemy, ale gdy cię dotknę, to... 
-  Przecież wiesz - Mali przerwała. - Ja nie chcę... 
-  Dlaczego aż tak nie chcesz się wiązać? Czy małżeństwo z Johanem było aż tak złe? 
-  To nie twój problem - rzuciła zdyszana, próbując się uwolnić. - To moja sprawa. 
Gdy  ją  puścił,  stała,  patrząc  na  niego.  Tęsknota  aż  w  niej  wolała,  ale  nie  mogła  jej 

usłuchać. Kolejny raz. 

-  Havardzie... 
Patrzyła  na  niego  nadal.  Dlaczego  tak  się  broni?  Przecież  go  lubiła,  nawet  kochała, 

pożądała go prawie ciągle. Gdyby się zgodziła, rozwiązałoby to tyle problemów. Jednak coś 
ją powstrzymywało. 

Nagle  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  pocałowała  gwałtownie.  Przycisnęła  się  do  niego  i 

wplątała dłonie w jego włosy. Drżała. 

-    Uważam,  że  powinnaś  się  zdecydować,  czego  chcesz,  Mali  Stornes  -  powiedział, 

zdejmując z karku jej ręce. - Bardzo cię kocham, wiesz przecież. Ale nie mogę być dla ciebie 
zabawką, po którą sięgasz, kiedy chcesz. Nie zniosę tego dłużej. 

Poczerwieniała ze wstydu. Znów zachowała się  nieprzystojnie, pomyślała i odwróciła się 

od niego. 

-  Nie chciałam - szepnęła. - Przykro mi... 
-  Mali, Mali... 
Jego ramiona objęły ją od tyłu. Mali oparła się o niego. Odwrócił ją do siebie i pocałował 

długim, gorącym pocałunkiem, który sprawił, że straciła oddech. Jego ręce zaczęły wędrówkę 
po jej ciele, a ona odchyliła głowę do tyłu i jęknęła. Ktoś otworzył drzwi pralni, i odskoczyli 
od siebie jak oparzeni. To była Ane. 

-  Nadjeżdżają ci z banku - rzuciła, patrząc na nich badawczo. - Nie słyszałaś powozu? 
-  Nie, ja... Drzwi były zamknięte, a my rozmawialiśmy o... 
Mali spojrzała bezradnie na Havarda. 
-  Rozmawialiśmy o sztuce - rzekł z uśmiechem. - Ale wpuśćmy ich teraz do Mali, a my 

chodźmy do domu, Ane. 

I poszli. 

background image

Rostad i jego towarzystwo, mężczyzna i dwie kobiety, nie szczędzili pochwał. Chodzili po 

pralni  i  oglądali  wszystko,  co  utkała.  Zwłaszcza  jedna  z  kobiet  dopytywała  się  o  techniki, 
jakich używała Mali. 

-  Tak, nie znam się na tym - powiedziała, biorąc w ręce bardziej wyszukaną robotę - ale 

moja babka tkała podobne rzeczy. To przypomina mi jeden z jej wzorów... 

-    To  się  nazywa  tęczowe  łóżko  -  wyjaśniła  Mali,  zarumieniona.  -  Na  spodzie  technika 

krzyżykowa, a wierzch - jak nazwa wskazuje - inspirowany tęczą. 

-  A to? - spytał dyrektor. 
-  To jest kapa na łóżko - wytłumaczyła Mali. - Kładzie się ją albo osobno na futrzak, albo 

naszywa na niego. Można ją też kłaść na fotel bujany, zwłaszcza zimą. Częściej spotyka się je 
na północy regionu. 

-    Lubi  pani  kolory  -  odezwała  się  druga  z  kobiet,  stojąca  przed  kilimem.  -  Szczególnie 

niebieski,  jak  widzę.  Widywałam  już  wcześniej  kilimy,  ale  nigdy  nie  widziałam  tak 
niewiarygodnych odcieni niebieskiego. Jak je pani uzyskuje? 

Przez  moment  Mali  przypomniały  się  wszystkie  nocniki  opróżniane  do  kadzi,  w  której 

uzyskiwała niebieski barwnik, i poczerwieniała.  

-  Wolałabym o tym nie mówić - odparta. - Nie chcę być nieuprzejma, ale... 
-    Nie,  nie,  oczywiście  -  zaśmiał  się  dyrektor.  -  Rozumiemy  przecież,  że  chce  pani 

zachować  swoje  tajemnice.  Ale  muszę  przyznać,  Mali  Stornes,  że  jest  pani  o  wiele 
zdolniejsza,  niż  przypuszczałem,  mimo  że  słyszałem  dużo  dobrego  o  pani  pracach.  Ale  to 
wszystko zaimponowało mi. Co wy na to? 

Pozostali byli z nim zgodni, i po półgodzinie ustalono zamówienie. 
-    Pani  zdecyduje  o  motywie  -  powiedział  Rostad.  -  Pani  jest  artystką,  więc  jestem 

całkowicie przekonany, że będzie dobrze. Doprawdy, nie przypuszczałem, że jest pani aż tak 
zdolna  -  dodał,  posyłając  jej  spojrzenie,  w  którym  poza  podziwem  dla  jej  prac  było  coś 
jeszcze. 

Gdy pili kawę w salonie, weszła Beret.  
Rostad wstał, z galanterią ujął starszą panią za rękę i ukłonił się lekko. 
-  Tak, słyszałem, że ostatnio mieliście tu dużo zmartwień. Ale widzę, że jakoś się ułożyło. 

No i jestem pod wrażeniem prac pani Mali. 

Beret zacisnęła usta, ale nie zaprotestowała. Przyjęła propozycję wypicia kawy z gośćmi. 

Pewnie po to przyszła, pomyślała Mali, by się mogła pochwalić, że piła kawę z dyrektorem 
banku, a nie po to, by wysłuchiwać pochwał pod adresem synowej. 

W dniu, kiedy całe zboże znalazło się pod dachem, Mali przyniosła ze spiżarni kiełbaski na 

obiad, mimo że to był środek tygodnia. Uważała, że wszyscy zasłużyli na nagrodę. Pracowali 
ciężko i nie narzekali na późne godziny, ani parobcy, ani służące. Wszyscy bali się, że pogoda 
może się zmienić i zniszczyć plony. Mali uważała, że dobrą pracę należy nagradzać. Mało kto 
słyszał o takim daniu w czasie tygodnia, lecz Mali była przekonana, że to się opłaci. 

-    Aż  na  korytarzu  pachnie  niedzielnym  obiadem  -  powiedział  Havard,  który  pierwszy 

zjawił się na obiad. - Wielkie nieba, kiełbaski i tłuczone ziemniaki w środę? 

Mali  zarumieniła  się  i  biegała  tylko  między  kuchnią  a  stołem  z  półmiskami.  Ane 

odpowiedziała za nią. 

-    To  Mali  postanowiła  -  rzekła,  z  coraz  większym  trudem  manewrując  swoim  rosnącym 

brzuchem.  -  Mówi,  że  zasłużyliśmy  na  lepszy  obiad,  nawet  we  środę,  bo  dobrze 
pracowaliśmy. 

-    Nie,  zawsze  dobrze  pracujecie  -  rzuciła  Mali,  nie  podnosząc  wzroku.  -  Dziś  po  prostu 

zwieźliście zboże, więc... 

-    Nie,  ja  nie  mam  nic  przeciwko  takiemu  obiadowi  -  powiedział  Gudmund,  patrząc 

łakomie na półmiski z kiełbaskami i parującymi ziemniakami. - Wspaniałe rzeczy! 

background image

Havard  podszedł  do  zlewu,  by  umyć  ręce,  i  otarł  się  w  przelocie  o  biodro  Mali.  Ona  aż 

podskoczyła. 

-    Co  się  tak  boisz?  -  spytał  cicho,  by  tylko  ona  słyszała.  -  Ostatnio  się  nie  bałaś,  o  ile 

pamiętam? 

-  Cicho - szepnęła, zerkając do tyłu. - Nie chcę, by się domyślili... 
-  Chyba za późno, Mali - powiedział, nie zakręcając kranu. Ona zbyt głośno przestawiała 

garnki. - Nikt tu nie jest głupi, nie sądzisz chyba? Wszyscy mają oczy i uszy. 

Niemal upuściła półmisek z wrażenia 
-  Co masz na myśli? Słyszałeś, by ktoś... 
Havard nie odpowiedział, tylko spokojnie wytarł ręce. Gdy mijał Mali, położył na chwilę 

dłoń  na  jej  piersi  i  zaraz  podszedł  do  stołu.  Mali  stała  w  miejscu  z  bijącym  sercem  i  na 
miękkich nogach. 

-  Czułam zapach kiełbasek, ale nie mogłam w to uwierzyć - rzekła Beret, zanim jeszcze 

zamknęła za sobą drzwi. - Co też się tu dzieje? Przecież dziś mamy środę, o ile wiem? 

-  Jest okazja do świętowania - odpowiedziała Ane, zerkając na Mali. 
-    Co  takiego  świętujesz?  -  spytała  Beret,  świdrują  Mali  zaciekawionym  spojrzeniem.  - 

Jakieś nowiny? 

-    Tak,  przecież  dziś  zwieźliśmy  całe  zboże  -  odparł  Mali.  -  Dzięki  temu,  że  wszyscy 

ciężko  pracowali  prze  ostatnie  tygodnie.  W  ogóle  mamy  szczęście  do  pracowników  w 
Stornes, więc pomyślałam, że... 

Beret zacisnęła usta. 
-    Tutaj  zawsze  mieliśmy  dobrych  pracowników  -  rzuciła.  -  Ale  z  tego  powodu  nie 

marnotrawimy niedzielnego jedzenia. To jeden z powodów dobrobytu tym gospodarstwie. 

-    Na  pewno  nie  zbiedniejemy,  jeśli  zjemy  dziś  na  obiad  kiełbaski  -  powiedziała  Mali.  - 

Sądziłam,  że  zjesz  dziś  z  nami  -  dodała,  udając,  że  nie  zauważa  niechętnego  spojrzenia 
teściowej.  Pewnie  zawiodła  się,  że  nie  ogłosili  ślubu.  -  Przecież  ty  też  się  do  tego 
przyczyniłaś, Beret. Co bym zrobiła, gdybyś nie zajmowała się Oja? 

-  No tak. Opieka nad Olą Johanem to czysta przyjemność - odparła Beret udobruchana i 

podeszła do kołyski,  gdzie Oja leżał wsparty  o dwie poduszki, by mógł obserwować, co się 
dzieje. 

Mali wspomniała, że Siverta w tym wieku nie można już było utrzymać w kołysce. Kręcił 

się tak, że bała się, że wypadnie. Oja był spokojniejszy. Siedział sobie, byle miał w łapce coś 
do  gryzienia.  Gdy  Beret  do  niego  podeszła,  rozjaśnił  się  w  uśmiechu  i  wyciągnął  do  niej 
rączki. Beret bez wahania wzięła go na ręce. 

-    Ależ  on  jest  podobny  do  ojca,  ten  Ola  Johan  -  uśmiechnęła  się,  przykładając  twarz  do 

jego buzi. - Jesteś moim wnusiem. Moją pociechą - dodała, zerkając z ukosa na Mali. 

-  A ja, babciu? - spytał Sivert, pociągając ją za spódnicę. - Ja nie jestem twoim wnusiem? 
Beret poczerwieniała i pogłaskała go szybko po głowie. 
-  Oczywiście, że jesteś - powiedziała. - Ale już jesteś duży. No i nie jesteś tak podobny do 

ojca - dodała, odwracając się. 

W  Mali  się  zagotowało.  Dlaczego  ona  zawsze  musi  to  powtarzać?  Sivert  zawsze  potem 

smutniał  i  pytał,  dlaczego  babcia  tak  mówi.  Mali  nigdy  nie  umiała  podać  dobrego 
wytłumaczenia. Poza tym wszyscy zaczynali się wtedy wpatrywać w obu chłopców z nowym 
zainteresowaniem i wynajdywać różnice pomiędzy nimi. Musi w końcu o tym porozmawiać z 
Beret, postanowiła zirytowana. 

Wreszcie  zasiedli  do  stołu.  Jedzenie  bez  wątpienia  wszystkim  smakowało.  Sivert 

pałaszował, aż wreszcie stęknął i położył się na ławie. 

-  Siedź grzecznie, Sivercie - upomniała go Mali. -Nie kładziemy się przy stole. 
-  Ale ja tak się najadłem, że nie mogę siedzieć - poskarżył się chłopiec. 
-  To nie powinieneś tyle jeść - odparła Mali spokojnie. - Usiądź. 

background image

-  To nic takiego - rzuciła Beret, patrząc na nią dziwnie. - Są gorsze rzeczy niż kładzenie 

się przy stole...  

Znowu zaczyna, pomyślała Mali, czując, jak palą ją policzki. Tak, Beret łatwiej zniesie, że 

Sivert kładzie się przy stole, niż że ona kładzie się do łóżka z Havardem! Udała jednak, że nie 
słyszy. 

-  Usiądź - syknęła do Siverta, który wreszcie usłuchał. 
Gdy  Mali  sprzątała  ze  stołu,  chowając  resztki  do  misek,  które  miała  zanieść  do  piwnicy, 

nagle  ogarnęła  ją  fala  mdłości,  a  zimny  pot  wystąpił  na  czoło.  Zmieszana,  przetarła  dłonią 
czoło  i  napiła  się  wody.  Ale  nudności  nie  ustępowały,  a  dodatkowo  poczuła  taki  zawrót 
głowy, że aż oparła się o ścianę. Wzięła szybko kilka misek i wyszła na dwór. Może to jakaś 
zaraza,  pomyślała,  odstawiając  naczynia,  choć  nie  słyszała,  by  w  okolicy  ktoś  chorował,  a 
takie  wieści  rozprzestrzeniały  się  szybko.  Zapach  jedzenia  uderzył  ją  nagle  i  rzuciła  się  do 
wyjścia. Nie dobiegła nawet do pralni, gdy zaczęła wymiotować. 

Zgięta wpół oparła się o ścianę pralni. Gdy wreszcie była w stanie się wyprostować, przed 

oczami pojawiły jej się  mroczki i wydało jej się, że trawa faluje. Ponownie ogarnęła ją fala 
mdłości.  Zdążyła  schować  się  za  pralnię,  gdzie  ostatnie  resztki  obiadu  wylądowały  między 
gałęziami. Na koniec pluła tylko żółcią.  Zeszła  na płaski kamień przy strumieniu i przetarła 
twarz zimną wodą, przepłukała usta i umyła ręce. 

Cóż  ona  podała  na  ten  obiad,  pomyślała,  siadając  na  kamieniu.  Przecież  nie 

zwymiotowałaby  od  razu  po  dobrym  obiedzie!  Oby  kiełbaski  nie  okazały  się  zepsute,  bo 
wtedy  wszyscy  by  się  pochorowali.  Zerknęła  za  siebie,  czy  nie  ma  nikogo  w  drodze  do 
ustępu,  jednak  zbocze  zasłaniało  jej  widok.  I  dobrze,  bo  znaczyło  to,  że  jej  też  nikt  nie 
widział. Miała nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja, a kiełbaski były dobre. Przecież 
zostały i uwędzone, i ugotowane, i nikt wcześniej z ich powodu nie chorował. To na pewno... 

Nagle oprzytomniała. Drżącymi, lodowatymi dłońmi zakryła twarz i jęknęła. Pozostali na 

pewno  się  nie  pochorują,  bo  jedzenie  było  dobre.  To  z  nią  jest  coś  nie  tak!  Jest  znowu  w 
ciąży! 

Gdy raz to sobie uświadomiła, nie wątpiła dłużej. Myślała o takiej możliwości wcześniej, 

nawet za pierwszym razem na pastwisku w lipcu. Pocieszała się wtedy, że nadal karmi Oję, a 
to chroni przed ciążą. A potem po prostu zapomniała, wierząc, że jest bezpieczna. 

Nadal  karmiła  Oję  piersią,  ale  tylko  rano  i  wieczorem.  Miała  już  mniej  pokarmu,  ale 

przecież  nadal  karmiła!  Nie  mogła  zajść  w  ciążę!  Może  to  jednak  nie  to,  pomyślała 
zrezygnowana. Po porodzie nie miała krwawienia, co wydawało jej się dziwne, bo po Sivercie 
wróciło po czterech miesiącach. Oja niedługo kończy osiem miesięcy. Oczywiście te sprawy 
różnie  wyglądały  u  różnych  kobiet,  niektórym  miesiączka  wracała  po  kilku  miesiącach,  u 
innych mógł minąć i rok. Dlatego nie przychodził jej na myśl inny powód. 

Który to mógł być miesiąc? Nie miała pojęcia. Jeśli zaszła w ciążę już po pierwszym razie, 

byłby to drugi miesiąc. Przy poprzednich ciążach zaczynała się czuć źle dopiero po miesiącu. 
Skoro nie mogła tego obliczyć według krwawienia... 

Siedziała, zatopiona w myślach, i nie usłyszała, że ktoś nadchodzi. 
-  Co się dzieje? 
Mali aż podskoczyła, gdy usłyszała za sobą głos Havarda. 
-  Tak nagle wyszłaś... 
-    Ja...  źle  się  poczułam  -  odparła,  nie  odwracając  się.  -  To  pewnie  kara  za  to,  że 

odważyłam się podać kiełbaski w środku tygodnia - zażartowała, próbując się zaśmiać. 

Wyszedł jej bardziej szloch niż śmiech. Oparła głowę o podciągnięte kolana. Poczuła, że 

Havard usiadł koło niej. 

-    Chora  jesteś?  -  spytał,  obejmując  ją  ramieniem.  -  Jesteś  blada  jak  kreda  -  dodał, 

odgarniając jej wilgotne włosy. - Czoło masz gorące. Masz gorączkę? 

background image

-    Nie  -  ucięła  Mali.  -  Po  prostu  jedzenie  mi  nie  posłużyło.  Może  się  zdarzyć  każdemu  - 

dodała ostrym tonem. 

Nie odpowiedział. Nadal ją obejmował. Mali zreflektowała się, że powinna już wracać, bo 

inaczej zaczną jej szukać. Gdyby zobaczyli ją siedzącą tak z Havardem, mieliby powody do 
plotek.  Poczuła,  że  w  całej  swojej  rozpaczy  musi  się  uśmiechnąć:  przecież  plotki  i  tak 
wkrótce  powstaną,  gdy  wdowa  ze  Stornes  zacznie  chodzić  z  coraz  większym  brzuchem! 
Uświadomiła sobie, że nie może do tego dopuścić. Nie może ściągnąć takiego wstydu ani na 
siebie,  ani  na  synów,  ani  na  Stornes!  Musi  jak  najszybciej  wyjść  za  Havarda.  Jeśli  ktoś  się 
doliczy, że dziecko zostało poczęte przed ślubem, nie będzie z tego sprawy, gdy już i tak będą 
małżeństwem. 

Zerwała długie źdźbło trawy i zaczęła je nerwowo obracać w palcach. 
-  Havardzie, ja... 
Spojrzała  na  niego.  Jak  ma  mu  to  powiedzieć?  Poczuła  się  nagle  jak  prostaczka.  Havard 

był kimś do zaspokajania jej potrzeb, zawsze to powtarzała. A teraz będzie musiała poprosić 
go, by się z nią ożenił! Nie wątpiła, że nadal ją kocha. Ale zdawała sobie sprawę, że wolałby 
usłyszeć jej zgodę na małżeństwo, gdyby nie był to jedyny sposób uratowania jej czci. Teraz 
też tego pragnęła: by powiedzieć mu „tak", zanim wiedziała to, co wie. Bo przecież go kocha! 
Na swój sposób... 

-    Co  tam?  -  spytał  Havard,  unosząc  jej  podbródek.  -  Wyglądasz  jak  mała  dziewczynka 

przyłapana na kłamstwie. 

Nie  mógł  tego  lepiej  ująć,  pomyślała  Mali,  zalewając  się  rumieńcem.  Właśnie  tak  się 

czuła. 

-  Ja... jestem w ciąży. 
Zapadła  cisza.  Havard  puścił  ją  i  zapatrzył  się  w  potok.  Mali  nagle  poczuła  strach 

ś

ciskający jej gardło. A jeśli on jej nie zachce? 

-  To dlatego się źle poczułaś? - powiedział w końcu, spoglądając na nią. - Wygląda na to, 

ż

e ja pierwszy mogę ci pogratulować. 

Wyczuła  w  jego  głosie  jakiś  ton,  który  ją  zaniepokoił.  -  Nie  mogliśmy  spodziewać  się 

niczego innego - mruknęła cicho. 

-    To  raczej  ty  się  tego  nie  spodziewałaś  -  odparł,  rzucając  kamyki  do  potoku.  -  Pewnie 

miałaś nadzieję, że będziesz miała w łóżku, kogo chcesz, bez żadnych problemów. Bo to teraz 
jest dla ciebie problem, czy nie to starasz się mi powiedzieć. 

-  Problem... - szepnęła Mali. - Ja... miałam nadzieję, że ty... 
-    Że  będę  skakał  z  radości?  -  spytał  spokojnym  tonem.  -  Że  będę  dziękować  ci  na 

kolanach,  że  wreszcie  stałem  się  poważnym  kandydatem  na  męża,  a  nie  tylko  tym,  którego 
czasem wypożyczasz sobie do łóżka? Przecież nie chciałaś ślubu, prawda? 

Mali  pochyliła  głowę  i  zapłakała.  Wszystko,  co  mówił,  to  prawda,  ale  nie  sądziła,  że  to 

powie. Nie w ten sposób. I że spojrzy na to z tej strony. Ale przecież tak było! Uświadomiła 
sobie, że on tak musiał się czuć: dobry na kochanka, a nie na męża. 

-  Nie płacz - objął ją. - Kochanie moje, nie płacz. Wiem, byłem zbyt ostry, ale... 
Przytuliła twarz do jego szyi.  
-  Masz do tego prawo - wyszlochała. - Zachowywałam się jak... jak... 
-  To przecież nie tylko twoja wina - powiedział, gładząc ją po plecach. - Sam mogłem nad 

sobą  bardziej  panować,  ale...  Wiesz,  że  ja  zawsze...  Że  nie  chciałem  nikogo  innego,  tylko 
ciebie. 

Siedzieli przez chwilę, ciasno przytuleni, nie mówiąc nic. 
-    Wiedz  w  każdym  razie,  że  nigdy  nie  chodziło  mi  o  gospodarstwo  -  rzucił  Havard.  - 

Czułbym do ciebie to samo, gdybyś nadal mieszkała w Buvika. 

Uniosła  ku  niemu  zapłakaną  twarz  i  spojrzała  mu  w  oczy.  Włosy  jej  się  rozpuściły,  a  na 

policzki wróciły kolory. 

background image

-  Wiem, kim jesteś, Havardzie - powiedziała cicho. - W tym wypadku nie masz się czego 

wstydzić, to ja... Ale wiedz jedno, że nie wylądowałabym w twoim łóżku, gdybym do ciebie 
nic nie czuła. Musisz mi wierzyć. Ale po Johanie... - Przełknęła ślinę. Łzy nadal płynęły po 
jej  twarzy.  -  Nie  sądziłam,  że  będę  się  czuła  na  siłach  wyjść  za  kogokolwiek  za  mąż  - 
wyszeptała.  -  O  tylu  rzeczach  nie  wiesz...  Myślałam  poza  tym,  że  nie  mam  w  sobie  uczuć, 
które  ty...  Ale  ty  nie  jesteś  taki  jak  Johan  -  dodała  gwałtownie  i  wtuliła  w  niego  twarz.  Jej 
ciałem wstrząsał rozpaczliwy płacz. 

-  Mali, moja Mali - powiedział Havard, odsuwając ją. - Spójrz na mnie.  
Popatrzyła  na  niego  przez  zasłonę  łez  i  dostrzegła,  że  jego  oczy  błyszczą  radością. 

Radością i miłością. 

-  Czy ty... kochasz mnie jeszcze trochę mimo to? - wyszeptała, obejmując go za szyję. - 

Ożenisz się ze mną, mimo że ja... 

-  Właśnie dlatego - uśmiechnął się. - Dlatego, że ty jesteś Mali, na dobre i na złe. Zawsze 

wiedziałem, że nie jesteś słodka i naiwna, ale kochałem cię od pierwszego lata, gdy przybyłaś 
do Gjelstad. Miałem nadzieję, że poprosisz mnie o pomoc po śmierci Johana. Że może mnie 
zechcesz. Ale rozumiem. Pewnie masz gorzkie wspomnienia. Przeżyłaś więcej złego niż... 

Pochylił się i pocałował delikatnie. Odgarnął jej włosy. Spojrzenie jego jaśniało. 
-  Nosisz moje dziecko - wyszeptał ochrypłym ze wzruszenia głosem. - To cud! 
Skoczył na równe nogi, pociągając ją za sobą. Obrócił wokół siebie, krzycząc z radości jak 

chłopak. Mali zakręciło się w głowie. Przytrzymała się go mocno, by nie upaść. 

-  Ożenisz się ze mną? - spytała, patrząc mu w oczy. 
Zaśmiał się, spoglądając na nią figlarnie. 
-  Muszę się zastanowić... 
-  Havardzie! Mówię poważnie! - powiedziała Mali, mierzwiąc mu włosy. - Chcesz... 
-  No pewnie, dziewczyno - zaśmiał się, przytulając ją mocno. - No pewnie!  
  
ROZDZIAŁ 12. 
 
W sobotę osiemnastego listopada Mali po raz drugi wyszła za mąż. 
Dzień był pogodny i chłodny. Gdy rano odsłoniła zasłony, aż westchnęła z zachwytu. Po 

dniach  pochmurnych  i  zamglonych  nagły  mróz  pokrył  wszystko  szadzią.  Blade  słońce 
błyszczało w milionach kryształków lodu, zupełnie jakby natura przez całą noc stroiła się na 
ten wielki dzień. To musi być dobry znak dla tego małżeństwa, pomyślała Mali. 

Nowinę przyjęto wszędzie z wielką radością. 
-    Czekałam  na  to,  tak  -  rzuciła  podniecona  Ingeborg  znad  zmywania.  -  Wiedziałam,  że 

wcześniej czy później to nastąpi. 

-    Skąd  taka  pewność?  -  spytała  Mali,  która  karmiła  łyżeczką  Oję.  -  Przecież  mówiłam, 

ż

e... 

-  Ale często słyszałam was... - Ingeborg poczerwieniała i spojrzała na Mali przerażona. - 

Nie, nie podsłuchiwałam, ale gdy w domu jest tak cicho, że... 

Teraz poczerwieniała Mali i pochyliła się nad talerzem kaszki. A więc Havard miał rację, 

ż

e  wszyscy  w  gospodarstwie  muszą  o  nich  wiedzieć.  Mali  myślała,  że  tylko  Beret,  ale  się 

myliła. 

-  Przecież nie tylko ja śpię na poddaszu - rzuciła Mali. - Nie wiem, o czym mówisz. 
Ingeborg nie odpowiedziała, zmywając dalej. Ale w oczach miała iskierki śmiechu. 
Beret  przyjęła  nowinę  aprobującym  skinieniem  głowy  w  stronę  Havarda  i  chłodnym 

spojrzeniem skierowanym do Mali. Widać było  jednak, że cieszy się, że synowa posłuchała 
jej rady. 

-    Chcielibyśmy,  by  ślub  odbył  się  jeszcze  przed  świętami  -  rzuciła  Mali,  bawiąc  się 

nerwowo  serwetką  na  stole.  -  Wiemy,  że  to  gorący  okres,  ale  jeśli  uwiniemy  się  z  wełną  i 

background image

ubojem, damy radę. Bo ani Havard, ani ja nie chcemy dużego wesela - dodała. - Tylko obie 
rodziny. 

-  Przecież się nie spieszy  - zaprotestowała Beret, nieświadoma prawdy. - Ślub w środku 

uboju, topienia świec i czyszczenia wełny? Przecież tak się nie robi! 

-  Ale my tak zrobimy - obwieścił Havard, ściskając dłoń Mali. - Wszystko będzie dobrze, 

Beret. Zdążymy ze wszystkim przed świętami. 

Beret zacisnęła usta i oparła się w fotelu. 
-  Wydawać by się mogło, że wam się spieszy - stwierdziła, wbijając spojrzenie w Mali. - 

Może macie powody? 

Mali poczerwieniała i spuściła wzrok. 
-  Pragnąłem tego, od kiedy tu przybyłem – wyznał Havard z rozbrajającym uśmiechem - 

Więc gdy Mali w końcu się zgodziła, ja ustaliłem datę. Gdyby to całkiem ode mnie zależało, 
ś

lub  mógłby  być  i  jutro  -  zaśmiał  się.  -  Nie  chcemy  długo  czekać.  Poza  tym  Mali  nie  chce 

zamieszania. Jest przecież wdową. 

Beret  pokiwała  głową,  ale  dobrze  przypatrzyła  się  Mali.  Nie  całkiem  uwierzyła 

tłumaczeniu Havarda, ale dała już spokój.  

Mali westchnęła bezgłośnie i z wdzięcznością uścisnęła dłoń mężczyzny. 
Sivert był zachwycony. Uwiesił się na szyi Havarda, a buzia mu się nie zamykała. 
-  To zostaniesz tu na zawsze - paplał zadowolony.  -  Będziesz mógł mnie kłaść spać tak 

często, jak chcesz, bo już nie tylko mama będzie rządzić, prawda? 

Havard zaśmiał się. 
-  To już wiesz, jak to działa? - spytał, burząc włosy chłopca. - Tak, będę cię kładł częściej 

spać. Ale nie myśl, że mama już nie będzie miała nic do powiedzenia. Będziemy decydować 
wspólnie. Tak jest najlepiej. 

-  Ale będziesz moim ojcem, Havardzie? - spytał Sivert poważnym tonem. - Bo ja nie mam 

ojca. On jest gwiazdką na niebie. 

-  Nie, ty masz ojca - odparł Havard spokojnie, napotykając spojrzenie Mali. - Johan jest 

twoim  ojcem,  mimo  że  nie  żyje.  Ważne  jest,  byś  wiedział,  czyim  jesteś  synem.  Wszyscy 
musimy  to  wiedzieć.  Johan  jest  twoim  ojcem.  Ja  mogę  spróbować  nim  być  dla  ciebie. 
Chciałbym tego. 

-  Ja też! - Sivert zarzucił mu ręce na szyję. - Chcesz, by Havard był moim nowym ojcem, 

prawda, mamo? 

-  Tak, chcę - odparła Mali. - Nie mógłbyś mieć nikogo lepszego, to pewne. 
Myślała o słowach Havarda, że ważne jest wiedzieć, czyim jest się synem. Nie czuła się z 

tym dobrze. Nie powinna wchodzić w to małżeństwo z tyloma tajemnicami. Ale nie widziała 
innej drogi. Co się stało, to się nie odstanie. Nawet Havardowi nie mogła opowiedzieć o Jo, i 
nie wszystko o życiu z Johanem. Niech przeszłoś pozostanie przeszłością. Powinna postarać 
się z wszystkich sił o dobre życie z Havardem. Może wreszcie nastanie spokój? 

Tego wieczora Havard przyszedł do jej sypialni.  
Mali przełożyła Oję do kołyski, a Havard położył się do jej łóżka. 
-    Przecież  jeszcze  nie  mamy  ślubu  -  wyszeptała  przytulając  się  do  jego  ciepłego, 

szczupłego ciała. Przecież to grzech... 

-    Trochę  grzechu  więcej  czy  mniej  już  nie  robi  różnicy  -  zaśmiał  się  Havard,  wsuwając 

rękę pod jej koszulę nocną. - Sądziłaś, że poczekam do nocy poślubnej? 

Mali  nie  odpowiedziała,  tym  bardziej  że  zakrył  jej  usta  swoimi  ustami  i  całował.  Ciepłe 

dłonie pieściły jej sutki, gładziły po brzuchu i rozsunęły uda. 

-  Czy mogę zaszkodzić dziecku? - spytał nagle, zaniepokojony. 
Mali pokręciła głową z bijącym sercem. Przebiegło jej przez myśl, przez co przeszedł Oja, 

gdy  rósł  w  jej  brzuchu...  Gładziła  plecy  i  jędrne  pośladki  Havarda.  Uniósł  się  na  łokciach  i 
spojrzał na nią. 

background image

-    Wiesz,  jak  ja...  wiesz,  że  nigdy  nie  sądziłem,  że  do  kogokolwiek  będę  czuł  to,  co  do 

ciebie - powiedział cicho. - Dla mnie istniałaś tylko ty, zawsze. Nikogo bym tak nie pokochał. 

Mali  nie  odpowiedziała.  Nie  mogła  powiedzieć  mu  tego  samego,  i  to  nie  ze  względu  na 

Johana.  Chodziło  o  Jo, o  którym  Havard  nie  wiedział.  Dla  niej  istniał  tylko  Jo,  aż  do  teraz. 
Myślała  właśnie  tak  jak  Havard,  że  nikogo  nie  jest  w  stanie  pokochać  tak  jak  Jo.  Czuła,  że 
nadal tak jest, mimo że drżała z podniecenia pod dłońmi innego mężczyzny. 

Wyciągnęła ręce za głowę i dała ściągnąć z siebie koszulę. W migającym świetle świecy 

klęczał  nad  nią  i  przyglądał  się  jej,  nagiej.  Jego  dłonie  gładziły  każdy  fragment  jej  ciała. 
Pochylił się i zasypał ją deszczem pocałunków. Całował wnętrze jej ud, aż jęknęła, łapiąc go 
za włosy. Powoli rozchylił całkiem jej uda i dotknął językiem jej najintymniejszego punktu. 

Nigdy nie lubiła, gdy robił to Johan. Teraz leżała, otwarta, i chciała, by nigdy nie przestał. 

Nagle język wszedł do wnętrza jej ciała. Wzdrygnęła się, tego nie znała. Ale wkrótce zalała ją 
rozkosz, zniknęło poczucie czasu i miejsca, w uszach szumiało. 

Gdy  wreszcie  wszedł  w  nią,  przyciągnęła  jego  głowę  i  pocałowała  mocno.  Całowała 

własne soki, pomyślała. Objęła go nogami i oddała się ekstazie. 

Mali nie chciała włożyć swojej pierwszej sukni ślubnej. Zamówiła krawca, który uszył jej 

prostą,  czarną  sukienkę  z  dobrej  wełny.  Kupiła  też  nowy,  duży  koronkowy  kołnierz.  Nic 
starego nie wejdzie z nią w to małżeństwo. W każdym razie nic z ubrania, pomyślała z ironią. 

-  Dlatego pytam ciebie. Mali Stornes: czy chcesz pojąć... 
Nagle przypomniał jej się poprzedni ślub, ten straszny dzień, kiedy chciała krzyczeć „nie", 

a nie mogła. A przecież było to przed okropną nocą poślubną, która obróciła jej małżeństwo 
w ruinę, zanim jeszcze przetrwało dobę.  

Tym  razem  odpowiedziała  „tak"  pewnym,  jasnym  głosem.  Gdy  ksiądz  nakazał  im  podać 

sobie  ręce  znak  tej  obietnicy,  którą  złożyli  wobec  Boga  i  ludzi,  uniosła  wzrok  na  Havarda. 
Ogarnęła  ją  ciepła  fala  radości  i  uścisnęła  jego  dłonie.  Będzie  go  kochała  i  szanowała, 
pomyślała, on na to zasługuje. Lepszego mężczyzny nie mogła dostać, skoro Jo nie żył. Tym 
razem wszystko pójdzie dobrze, jeśli tylko uda się nie wracać do przeszłości. 

Gdy pochód weselny wyjechał z lasu, ujrzeli przed sobą całą dolinę Inndalen roziskrzoną 

słońcem  odbijającym  się  w  kryształkach  lodu.  Nawet  Stortind  miał  na  sobie  jakby  welon. 
Wody fiordu były spokojne, flaga na maszcie Stornes ledwo się poruszała na słabym wietrze. 

-    Teraz  Stornes  jest  nasze  -  powiedziała  Mali,  przytulając  się  do  Havarda.  -  Ty  jesteś 

panem Stornes. 

Powoli pokiwał głową. Patrzył na bogate gospodarstwo rozciągające się przed nimi. 
-    Tak,  chyba  tak  -  powiedział.  -  Ale  nigdy  nie  będzie  całkiem  moje.  Będę  je  dobrze 

prowadził,  póki  starczy  mi  sił,  ale  dziedzica  ma  już  zapewnionego.  Wiesz  o  tym.  Jeśli 
mielibyśmy  syna,  nie  będzie  miał  praw  dziedziczenia.  To  Sivert  jest  dziedzicem,  a  po  nim 
Oja. 

Mali skubnęła swój szal i podciągnęła derkę. Też o tym myślała. Mimo że wyszła teraz za 

Havarda,  będzie  tak,  jak  zawsze  chciała:  jej  półcygańskie  dziecko  odziedziczy  Stornes. 
Gdyby  małżeństwo  mogło  cokolwiek  pod  tym  względem  zmienić,  nie  wyszłaby  za  mąż,  w 
ciąży  czy  nie.  Bo  cena,  którą  zapłaciła  za  prawo  Siverta  do  Stornes,  była  zbyt  wysoka. 
Wyższa niż cokolwiek innego.  

-    Jest  ci  z  tym  źle?  -  spytała,  zerkając  na  niego.  -  Nie  czujesz  się  panem  we  własnym 

dworze? 

-  Nie, to nie tak - uśmiechnął się, całując ją w zimny czubek nosa. - Możliwe, że czułbym 

się gorzej, gdyby to na gospodarstwie mi zależało. Ale tak nigdy nie było. To ciebie zawsze 
chciałem. Będziemy nim zarządzać razem. Wykarmimy i te dzieci, które nam się urodzą. 

-  Dzieci? - podchwyciła Mali. - Nie wystarczy to jedno, które już jest w drodze? 
-  Powinno się przyjmować to, co się dostaje - uśmiechnął się Havard zaczepnie. - Przecież 

jest to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, co robimy... 

background image

-    Ech,  Havardzie  -  zaśmiała  się  Mali,  rumieniąc  się.  -  Przecież  nie  możemy  stawać  w 

zawody z Bengtem i Margrethe! 

Wzięła  jego  dłoń  i  przyłożyła  do  zimnego  policzka.  W  głębi  duszy  czuła  lekki  niepokój. 

Nie chciała mieć więcej dzieci. Troje na pewno wystarczy. Ale ponieważ wydawało się, że z 
Havardem  łatwo  zachodzi  w  ciążę,  musiała  brać  to  pod  uwagę.  Porozmawia  z Johanną,  czy 
nie ma jakiegoś naparu, który zapobiegałby poczęciu. A może po prostu powinni trzymać na 
wodzy swoje chęci i ograniczać się do bezpiecznych okresów? Mali wciągnęła w płuca zimne 
powietrze i pozwoliła, by troski uleciały z wiatrem. 

-  Jesteś teraz szczęśliwa? 
Havard ujął ją pod brodę i zajrzał w oczy z powagą. 
-  Tak, jestem - odparła. - Dziękuję Bogu, że mogę być szczęśliwą panną młodą. 
-  Przedtem nie byłaś? 
-  Nie - powiedziała cicho. - To pierwszy raz.  
Wesele było przyjemne, zupełnie inne niż to z Johanem. Na radość Mali cieniem kładł się 

jedynie fakt, że po jej lewej stronie przy stole siedział jej nowy teść. 

Ruth Gjelstad mówiła, że od razu, kiedy się dowiedziała, była szczęśliwa, że się pobierają. 

Gdy zdejmowali z siebie okrycia w korytarzu, Ruth objęła Mali, wzruszona do łez. 

-  Że też w końcu została z was para - rzekła. - Nie wiem, czy wolałabym widzieć inną na 

twoim miejscu. 

-  A ja wiem - wtrącił pan z Gjelstad. - Ta dziewczyna nie jest taka, jaka się wydaje. Ale 

dwór jest apetyczny - dodał ze śmiechem. - A ty trzymaj ją mocno w cuglach od pierwszego 
dnia - trącił łokciem syna. - Ta klaczka, z którą masz teraz ciągnąć wóz, powinna chodzić na 
krótkich wodzach. 

Mali  bała  się,  że  Havard  odpowie  coś  ostro  ojcu,  ale  tak  się  nie  stało.  Sama  nawet  się 

zaśmiała,  choć  najchętniej  uderzyłaby  tego  złośliwca.  Zrozumiała,  że  w  żaden  sposób  nie 
powinna  drażnić  teścia.  Nie  miała  pojęcia,  ile  on  wiedział  i  ile  zła  chciał  jej  zadać,  nawet 
mimo tego, że została jego synową. 

Przez krótką chwilę ich spojrzenia się zetknęły. W jego małych, złych oczach była żądza, 

która  ją  przeraziła.  Wiedziała,  że  nadal  zaciągał  na  siano  niejedną  dziewkę.  Chyba  nie 
zamierzał dobierać się do żony własnego syna? Tak, on mógł, pomyślała Mali. Po nim można 
się było wszystkiego spodziewać. 

Nagle ogarnął ją strach. A jeśli on czekał z ujawnieniem tego, co wiedział, aż do jej ślubu z 

Havardem?  Jeśli  wiedział  coś  o  Sivercie,  powie  to  właśnie  teraz:  że  dziedzic  Stornes  to 
bękart!  Cygańskie  dziecko,  a  nie  syn  Johana,  jak  wpisano  w  księdze  parafialnej.  Że  biedny 
Johan został oszukany, tak jak wszyscy inni. To, że zniszczyłby tym samym małżeństwo Mali 
i Havarda, nie miało dla niego znaczenia. On chciał ją zniszczyć, tego chciał zawsze. 

Mimo to nie mogła uwierzyć, że byłby  w stanie to zrobić. Jeśli naprawdę wiedział coś o 

Sivercie  i  udałoby  mu  się  odebrać  jego  prawo  do  dziedziczenia,  to  przecież  następny  byłby 
Oja,  a  nie  Havard.  Ale  gospodarz  Gjelstad  na  pewno  o  tym  nie  myślał.  Jego  myślom 
przyświecał jeden cel: uderzyć w nią i jej cygańskie dziecko. 

Zadrżała i weszła do odświętnie przystrojonej izby. 
Sprzątnęli po kawie, by można było potańczyć. Nie zaproszono tak wielu gości, jak zwykle 

na  weselach  w  dużych  dworach,  więc  gdy  przybysze  rozdzielili  się  na  dwie  izby,  zostało 
sporo  miejsca  na  tańce.  Normalnie  tańczono  by  w  stodole,  ale  teraz  zimno  na  to  nie 
pozwalało. Beret zmarszczyła brwi, gdy o tym wspomnieli, ale nie protestowała. 

-  Czy mogę prosić...? 
Przed Mali pojawił się Havard z wyciągniętą rękę. 
-  Ale przecież Trygve nie zaczął jeszcze grać! - uśmiechnęła się Mali, dając się podnieść z 

krzesła. - Przecież nie możemy zacząć tańczyć bez muzyki! 

background image

-    Będzie  muzyka  -  stwierdził  Havard,  obejmując  ją  w  talii.  -  Powiedziałem  mu,  że  chcę 

zatańczyć pierwszy taniec z moją żoną. On czeka. 

Mali uśmiechnęła się do Havarda. Pięknie wyglądał w ciemnym garniturze i śnieżnobiałej 

koszuli z wysokim kołnierzykiem. Skórę miał nadal ogorzałą po lecie. Jego oczy wydawały 
się jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle, a gęste włosy lśniły w blasku lamp. Poczuła ciepło 
i dziwną słabość, gdy poprowadził ją do zamaszystego polsa.  

Późno  wieczorem  Mali  poszła  na  poddasze  zajrzeć  do  synów.  Oja  zasnął  już  wcześniej, 

lecz Sivert mógł zostać na dole tak długo, jak chciał. Zmęczony zasnął w końcu na kanapie i 
zaniesiono go na  górę.  Mali stanęła nad jego łóżkiem i patrzyła na uśpionego chłopca. Spał 
mocno, z wypiekami na  policzkach, rozczochrany  i nadal  w odświętnej koszuli. Nie chciała 
go budzić, by ją zdjąć. 

Zerknęła  do  pokoju  przyszykowanego  dla  niej  i  Havarda.  Widok  ustrojonego  łóżka 

sprawił,  że  przeszedł  ją dreszcz. Już  niedługo  będą  mogli  tu  przyjść...  W  drugim  łóżku  spał 
Oja. Mali westchnęła i pogłaskała go po włoskach. Już wkrótce będzie spał sam, pomyślała. 
Ona chętniej będzie dzieliła łoże z Havardem niż z synem Johana. A gdy urodzi się dziecko, 
Oja przeniesie się do pokoju Siverta. 

Przetarła  twarz  nad  miską  z  wodą  i  poprawiła  włosy.  Nagle  ktoś  otworzył  drzwi  i  Mali 

odwróciła się. 

-  Havardzie... 
-  Pomyślałem sobie, że jako jego ojciec... 
Mali zesztywniała, patrząc na Oddleiva Gjelstada. Pewnie zauważył, że wyszła, i poszedł 

za nią. 

-  Co tu robisz? - syknęła. - Wynoś się! 
Zanim  się  zorientowała,  popchnął  ją  na  łóżko  i  przygniótł  sobą.  Jego  dłonie  zaczęły 

grzebać  pod  jej  halkami.  Przez  krótką  chwilę  Mali  leżała  sparaliżowana  strachem.  Potem 
zaczęła  go  odpychać,  ale  stary  był  silny,  silniejszy,  niż  przypuszczała.  Leżał  na  niej, zionąc 
alkoholem, a jego palce brutalnie wpijały się w jej intymne części ciała. 

-  Co robisz? - stęknęła. - Zwariowałeś! 
-  Zawsze miałem na ciebie ochotę - wydyszał prosto w jej ucho. - Tamtego lata udało ci 

się, ale tym razem nie przepuszczę. Dlaczego ja nie miałbym cię mieć, skoro dopuszczasz tylu 
innych?  Przecież  nie  spałaś  tylko  z  Johanem  i moim  synem,  choć  biedny  Johan  chciał  w  to 
wierzyć.  Havard  też  wierzy,  że  jest  twoim  drugim.  -  Zaśmiał  się  ochryple,  trzymając  w 
ż

elaznym uścisku jedną dłonią obie jej ręce nad głową Mali. - Ale ty i ja wiemy, że było ich 

więcej, prawda, Mali? - śmiał się z diabelskim błyskiem w oku. 

Mali poczuła, że ciemnieje jej w oczach. Próbowała się wyrwać, ale jej opór dodawał mu 

tylko podniecenia i nieludzkich sił. Podciągnął jej spódnicę i halki i zaczął ściągać jej majtki. 

Później nie wiedziała, skąd wzięła na to siły, ale udało jej się zgiąć kolano i uderzyć go w 

krocze. Wrzasnął, puścił ją i zwinął się z bólu. Mali zwinnie wyskoczyła z łóżka, podbiegła 
do komody i złapała ciężki świecznik. Zgasiła świeczkę i podeszła do mężczyzny. 

-    Jeśli  mnie  tylko  dotkniesz,  zabiję  cię  –  wysyczała  zdyszana.  -  I  nie  sądź,  że  się  nie 

odważę. Zabiję cię. Powinnam to zrobić dawno temu! 

Zsunął się z łóżka, zgięty wpół i z obiema rękami wciśniętymi między nogi. Musiałam go 

dobrze trafić, pomyślała. Gdy uniósł twarz, był blady, a oczy lśniły iście diabelską mocą. Mali 
aż się cofnęła. 

-  Jesteś piekielną babą - wyszeptał ochryple. - Myślisz, że uda ci się ze wszystkim. Ale tu 

się przeliczyłaś, Mali Stornes. Ja cię w końcu dorwę. 

-    Co  z  ciebie  za  człowiek?  -  spytała  Mali  cicho.  -  Naprawdę  chciałeś  mnie  zgwałcić  w 

dzień mojego ślubu z twoim synem? 

Uniosła w górę świecznik, gdy Gjelstad zrobił krok w jej stronę. 
-  Ty nie jesteś człowiekiem - syknęła. - Jesteś diabłem wcielonym. Sprawię, że Havard...  

background image

-  Chyba będzie lepiej dla ciebie trzymać Havarda z dala - zachichotał złośliwie. - Bo jeśli 

powiesz o tym choćby słowo, powiem wszystkim, co ja wiem. I wtedy to nie ja wyjdę na tym 
najgorzej, sama wiesz najlepiej... 

Mali poczuła, jak ściska jej się gardło. 
-  Nie wiem, co miałbyś opowiedzieć... 
-  Mały dziedzic śpi dobrze? - spytał, wbijając w nią złe spojrzenie. - Nie niszcz jego snu 

ani dziedzictwa, Mali. To byłoby bardzo źle... 

-  Wyjdź. - Odsunęła się, by mógł przejść. - Znikaj z mojego życia, ty diable. I nie próbuj 

nigdy więcej, bo nigdy mnie nie dostaniesz. Nigdy. 

-  Nie mów tak - rzucił. - Może jedna przysługa warta drugiej, gdy dojdzie co do czego... 
Mali stała z bijącym głośno sercem, gdy wyszedł. Czuła się zbrukana i otępiała ze strachu. 

On coś wiedział, tyle zrozumiała. Ale jak wiele? I czy naprawdę chce zniszczyć tylu ludzi, w 
tym  i  własnego  syna,  by  zmusić  ją  do  padnięcia  na  kolana?  Nie,  on  sugerował  rodzaj 
„handlu". Nie, nigdy! Nigdy nie odda się temu staremu wieprzowi. Raczej go zabije! 

Z trudem się uspokoiła. Gdy wróciła na dół, podeszła do siostry i szwagra. 
-  Twój mąż myślał, że uciekłaś, i to przed nocą poślubną - uśmiechnął się Bengt. 
-  Nie, byłam u dzieci - odparła, wykręcając lodowate palce. - No i trochę się ogarnęłam, 

bo  przecież  powinnam  się  podobać  mojemu  mężowi,  zwłaszcza  dziś  -  uśmiechnęła  się  z 
trudem. 

-  O to możesz być spokojna - rzekła Margrethe, patrząc na nią z podziwem. - Jesteś piękna 

niczym  obraz.  Mali  odwzajemniła  jej  uśmiech  i  rozejrzała  się  po  izbie.  Kilka  par  tańczyło, 
inni siedzieli i rozmawiali. Najstarsi goście już opuścili wesele. 

-    Zmarzłam  na  tym  poddaszu  -  zwróciła  się  Mali  do  Bengta.  -  Nie  masz  łyczka  czegoś 

mocniejszego, szwagrze? Podejrzewam, że trzymasz coś w zanadrzu. 

-    Pierwszy  raz  słyszę,  byś  prosiła  o  coś  takiego  -  uśmiechnął  się  Bengt,  wyciągając  na 

wpół pustą butelkę. - Ale pamiętam, ślub szarpie nerwy - dodał, obejmując żonę i klepiąc ją 
po wypukłym brzuchu. 

Mali  wzięła  butelkę  i  pociągnęła  porządny  łyk.  Aż  zakaszlała,  bo  trunek  był  mocny. 

Jednak wódka wlała w nią ciepło i ukoiła nerwy. Po jeszcze jednym łyku oddała butelkę. 

-  Dzięki, potrzebowałam tego - powiedziała. - No, idę szukać męża. 
Ale  to  Havard  pierwszy  ją  znalazł.  Gdy  poczuła  nagle  ramiona  obejmujące  ją  w  talii, 

wzdrygnęła się i obróciła gwałtownie, przerażona, czy nie ujrzy twarzy teścia. 

-    Co  się  dzieje?  -  spytał  Havard,  przyciągając  ją  do  siebie.  -  Ty  drżysz!  Wyglądasz  jak 

osaczona sarna. 

Mali przytuliła się do niego na moment. 
-  Chyba zaczynam być  zmęczona - wyznała cicho. - To był długi dzień i ja... tęsknię za 

łóżkiem - dodała, ściskając jego dłoń. 

Była  to  prawda,  choć  on  odczytał  ją  inaczej,  bo  uśmiechnął  się  i  pogładził  po  plecach 

swymi  ciepłymi  dłońmi.  Oczywiście,  że  go  pragnęła,  także  tej  nocy.  Jednak  najbardziej 
marzyła w tej chwili, by móc się do niego przytulić i poczuć bezpiecznie. I mieć świadomość, 
ż

e  on  ją  kocha  bez  względu  na  wszystko.  Ale  czy  nadal  by  ją  kochał,  gdyby  jego  ojciec 

rozpuścił swoje rewelacje? Czy Havard stałby u jej boku, gdyby dowiedział się, że jego żona 
puściła  się  z  Cyganem,  a  potem  sprawiła,  że  wszyscy  uwierzyli,  że  Sivert  pochodzi  z  rodu 
Stornes? Żołądek podszedł jej do gardła, gdy przypomniała sobie incydent na poddaszu. Nie 
chciała myśleć o groźbach teścia. 

-    Tak,  jesteś  zmęczona,  widzę  -  szepnął  Havard.  -  Zaraz  sobie  pójdziemy,  ale  najpierw 

chcę zatańczyć z moją żoną na dobranoc. Dasz radę? 

Pokiwała  głową,  a  on  podszedł  do  skrzypka  i  powiedział  mu  coś.  Wrócił  do  niej,  objął 

jedną ręką w talii, a drugą ujął jej lodowatą dłoń. Rozległa się muzyka, a on poprowadził ją w 
powolnym walcu. 

background image

Dopiero  po  chwili  Mali  zorientowała  się,  że  już  wcześniej  go  tańczyli.  Spojrzała  w  oczy 

Havarda, a on uśmiechnął się przebiegle. 

-  Nasz walc - szepnął. - Pamiętasz? 
Pokiwała  głową  powoli  i  przytuliła  się  do  niego  całym  ciałem.  Ostatnim  razem,  gdy  go 

tańczyli, była naga... 

-    Och,  Havardzie  -  szepnęła,  patrząc  na  niego  ze  łzami  w  oczach.  -  Tak  cię  kocham. 

Obiecaj  mi,  że  zawsze  będziesz  ze  mną,  nieważne,  co  się  stanie.  Ja  cię  potrzebuję. 
Obiecujesz, Havardzie? 

-  Obiecuję - odparł cicho. - Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię kiedykolwiek opuścić. 
Bo  nie  wiesz  wszystkiego,  pomyślała  Mali.  Oparła  głowę  o  jego  ramię  i  znów  poczuła 

strach jak twardą kulę w żołądku. Nie wiesz wszystkiego... 

  
ROZDZIAŁ 13. 
 
Pomimo zamieszania związanego ze ślubem stało się tak, jak Havard powiedział: zdążyli 

ze wszystkim przed świętami Bożego Narodzenia. 

Mięso  zasolono,  świece  wytopiono,  a  czyszczenie  wełny  przeszło  weselej  niż  zwykle. 

Odbyło  się  w  tym  roku  w  Oppstad,  kilka  tygodni  po  ślubie  Mali.  Oczywiście  ślub  był 
głównym tematem rozmów. Wszystkie kobiety cieszyły się, że Mali ma nowego męża. 

-  I to jakiego męża! - uśmiechnęła się Margrethe. -Trudno o takiego drugiego jak Havard 

Gjelstad. Nie, Havard Stornes - poprawiła się. - Przyjął przecież nazwisko od gospodarstwa? 
Taki jest zwyczaj, prawda? 

-  Tak, zrobił to - powiedziała Mali. - Nie wiem, czy jego ojciec był tym zachwycony, bo 

nadal  uważa,  że  Havard  to  jeden  z  Gjelstadów.  Ale  taki  jest  zwyczaj.  No  i  jest  dobrym 
człowiekiem - dodała. 

Jedyną  osobą,  która  nie  brała  udziału  w  tej  rozmowie,  była  Laura,  najmłodsza  córka  w 

Oppstad.  Siedziała  nad  swoją  robotą  z  pochyloną  głową.  Mali  wspomniała  wieczór 
ś

więtojański,  gdy  Havard  nadszedł  brzegiem  morza,  otaczając  ramieniem  Laurę.  Pamiętała 

gorące  spojrzenia,  które  dziewczyna  mu  posyłała,  i  nagle  zastanowiła  się,  co  zaszło  wtedy 
między nimi. 

Havard, gdy go ostrożnie wypytywała, mówił, że nic takiego. Może dla niego nie, ale z jej 

strony mogło to być poważne. Dziewczyna schudła, zauważyła Mali kątem oka. 

-  Co u ciebie? - spytała ją Mali, gdy w przerwie piły kawę. - Jakie masz plany? 
Przez chwilę ich spojrzenia zetknęły się i Mali uderzył chłód bijący z oczu młodej kobiety. 
-    Można  mieć  różne  plany  -  rzuciła  Laura.  -  Ale  zdarza  się,  że  nie  idzie  tak,  jak  się 

planuje. A co będę robiła? To chyba nie twoja sprawa. 

Mali poczerwieniała. 
-  Nie zamierzałam do niczego się wtrącać - odparła cicho. - Ale zrozumiałam, że... Jesteś 

jeszcze młoda, Lauro... 

-    A  co  to  ma  do  rzeczy?  -  ucięła  dziewczyna.  -  Ty  i  tak  zawsze  przeprowadzisz  swoją 

wolę, Mali. Powinnam to wiedzieć. Popełniłam błąd, nie przypuszczałam, że postanowiłaś go 
wziąć za męża. Wszyscy mówili, że nie chcesz wychodzić za mąż. 

-    Jeśli  chcesz  powiedzieć,  że  zabrałam  ci  Havarda,  to  nieprawda  -  odparła  Mali.  -  Nie 

wiedziałam, że ty... według słów Havarda nie było między wami... niczego. 

-  Doprawdy? 
Laura utkwiła w Mali wzrok i odrzuciła na plecy długie włosy. 
-  Tak, tak mówił Havard - dodała Mali bezradnie. - Powiedział, że... 
-    Sądzisz,  że  powiedziałby  ci  o  nas,  skoro  mógł  dostać  ciebie  i  Stornes  na  dokładkę? 

Musiałby być głupi. Ja nie mam żadnego dworu do zaoferowania. Miałam tylko... tylko siebie 
- dodała, rumieniąc się.  

background image

Mali  nie  odpowiedziała.  Poczuła  tylko  ssącą  niepewność.  Wstała.  Co  ta  dziewczyna 

wygadywała?  Sugerowała,  że  ona  i  Havard...  To  nie  mogła  być  prawda!  Mali  podeszła  do 
zlewu, drżącymi rękami wzięła szklankę i nalała zimnej wody. 

Chyba  nie  mógł  z  nią  się  przespać?  Przecież  by  nie  skłamał.  Poza  tym  to  jeszcze 

dziewczyna, pomyślała, rzucając spojrzenie na postać na krześle. Wyładniała, Mali zauważyła 
to już wtedy. Była ładna, kształtna i kusząca. Ale czy Havard... 

I  tak  nie  miała  z  tym  nic  wspólnego,  upomniała  się  w  myślach.  Był  wtedy  wolny  i  miał 

prawo  robić,  co  chce.  Nagle  aż  ją  zamroczyło.  Jeśli  był  z  Laurą  na  trawie  czy  gdzie  tam, 
dziewczyna mogła być w ciąży! Nie, byłoby już po niej widać, pomyślała, przesuwając mokrą 
dłonią  po  czole.  A  może?  Zależy,  jak  długo  oni...  byli  razem.  Mogli  być,  dopóki  ona  nie 
odkryła, że jest w ciąży! 

Ale  on  przecież  powiedział...  Tak,  co  on  właściwie  powiedział?  Mali  poczuła  palącą 

zazdrość.  Odprowadziła  Laurę  wzrokiem,  gdy  ta  wstała  pozbierać  filiżanki  po  kawie.  Była 
szczupła w talii, nic nie było znać. Ale po niej też nie było nic znać! Młode dziewczyny, które 
jeszcze nie rodziły, długo mogły chodzić szczupłe, nawet do czwartego miesiąca. Musiała go 
o  to  znów  spytać,  pomyślała.  Musiała  to  wiedzieć,  choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie 
powinna. To, co było pomiędzy nimi, to już przeszłość. 

Gdy położyli się do łóżka, Havard przyciągnął ją do siebie i odgarnął jej włosy. 
-  Co z tobą? - spytał. - Nie jesteś taka jak zwykle, od kiedy wróciłaś z Oppstad. Źle się 

czujesz? 

Mali  leżała  przez  chwilę,  milcząc.  Czuła,  że  nie  powinna  pytać  Havarda  o  Laurę,  bo  to 

jego  sprawa.  A  gdyby  tak  on  spróbował  wypytywać  ją?  Nie  podobałoby  jej  się  to,  o  nie! 
Mimo to zazdrość i niepewność nie dawały jej spokoju. 

-  Nie, dobrze - odparła, przytulając się do niego. -Ale ja... ja... 
-  Powiedz wreszcie - uśmiechnął się. - Coś cię gryzie, widzę to. 
-  Spotkałam Laurę - zaczęła Mali powoli, wtulając twarz w jego szyję, by nie widział jej 

rumieńców. - I ona... nie była zadowolona, że to ja za ciebie wyszłam. 

Nie  odpowiedział,  leżał  tylko,  obejmując  ją.  Mali  w  końcu  odsunęła  się  i  spojrzała  na 

niego. On patrzył na nią spokojnie. 

-  Wiem, że nic mi do tego - mruknęła Mali z zażenowaniem. - Byłeś wtedy kawalerem i 

mogłeś robić to, co chciałeś. Ale ja widziałam wtedy w noc świętojańską, gdy przyszedłeś z 
Laurą, że ona... 

Zamilkła, nie wiedząc, jak ma spytać o to, co ją najbardziej gnębiło.  
Havard bynajmniej jej nie pomagał. 
-  Laura chyba myślała wiele o tobie - mówiła dalej, bawiąc się guzikiem koszuli, w której 

spał. - Powiedziała, że... Zasugerowała, że wy dwoje... że wy... 

-  A co to jest właściwie? - spytał nagle. - Przesłuchanie? 
-  Nie, nie, to nie tak, ale... 
-    Sądziłem,  że  już  rozmawialiśmy  o  Laurze  -  powiedział.  -  I  masz  rację,  to  nie  twoja 

sprawa.  Ale  rozumiem,  o  co  chcesz  spytać:  czy  ją  miałem,  czy  nie.  A  co  za  różnica?  Nie 
zdradziłem cię w każdym razie, bo niezależnie od tego, co się między nami zdarzyło, było to, 
zanim uznałaś mnie za odpowiedniego kandydata na męża! 

Mali dosłyszała irytację w jego głosie i skuliła się.  
-    I  pytałaś  mnie  już  o  to  raz.  Powiedziałem  ci  wtedy,  że  między  nami  nie  było  nic 

poważnego. Ale co, nie wierzysz mi? Chcesz szczegółów? 

-  Nie, wierzę -  wyszeptała, zarzucając mu ręce  na szyję. - Nie powinnam pytać,  ale ja... 

chyba jestem zazdrosna - dodała, czując łzy pod powiekami. 

Havard leżał chwilę bez słowa. Potem uniósł się na łokciu i spojrzał na nią. 

background image

-    Zazdrosna  -  mruknął,  ujmując  jej  podbródek  i  zmuszając,  by  na  niego  spojrzała.  -  Nie 

wiem,  Mali.  Może  tylko  chcesz  mieć  kontrolę  nad  wszystkim.  Nie  podoba  ci  się  myśl,  że 
mógłbym mieć Laurę. 

-  Pomyślałam tylko, że jeśli ona... jeśli jest... 
-    W  ciąży  -  dokończył.  W  jego  oczach  coś  zabłysło,  nie  wiedziała,  czy  złość,  czy 

rozbawienie. - Nie jest - rzekł spokojnie. - Więc skandalu nie będzie, a już z pewnością nie z 
tego powodu. A teraz nie chcę więcej o tym mówić - uciął. - Laura Granvold jest przeszłością. 
W każdym razie dla mnie. Powinna więc być przeszłością i dla ciebie. 

Mali leżała bez ruchu i czuła łzy spływające po policzkach. Słowa Havarda bolały. A może 

jednak jej nie kochał? Bo dlaczego by tak mówił? 

Przecież wiedziała, że miał przed nią inne kobiety, świadczyły o tym jego umiejętności w 

łóżku. Coś innego byłoby nienormalne, skoro jest tak przystojny! Wcześniej nie zastanawiała 
się nad tym. Ale ta Laura... 

Ta zarozumiała młódka, pomyślała Mali z niechęcią. Nie chciała, by Havard porównywał 

ją z tą ładną i szczupłą dziewczyną, która może nawet była dziewicą. A ona... Dziewictwa na 
pewno nie mogła mu ofiarować. 

Aż się wzdrygnęła,  gdy  poczuła jego dłoń wsuwającą się pod koszulę nocną. Chciała się 

odsunąć. 

-  Ale z ciebie gąska - wyszeptał z uśmiechem. – Czy naprawdę możesz być zazdrosna o 

taką dzierlatkę jak Laura? Nie sądziłem, że w ogóle możesz być zazdrosna... 

Jego usta przykryły jej usta, dłonie powędrowały wzdłuż brzucha, po okrągłych biodrach i 

rozdzieliły  jej  uda.  Mali  oddała  się  pieszczotom,  choć  właściwie  nie  chciała.  Powinien  jej 
odpowiedzieć, pomyślała. Ale on wiedział, jak ją podniecić, by tylko wzdychała z tęsknoty, 
by  go poczuć jak najbliżej.  I  gdy wreszcie, jakby od niechcenia, wszedł w nią, pękła w niej 
tama. Przeszła ją fala najwyższej rozkoszy, zanim jeszcze zdążył się poruszyć. 

Oszalała  z  podniecenia  zaplotła  na  nim  nogi  i  przyciągnęła  go  mocno  do  siebie.  Nigdy 

jeszcze nie była tak chętna, tak rozgrzana. Uświadomiła sobie, że to właśnie z powodu Laury 
i  myśli,  że  oni  robili  to  razem.  Widok  ich  nagich,  splecionych  ciał  stanął  jak  żywy  w  jej 
wyobraźni. Niemal słyszała jęki Laury, niemal widziała Havarda, jak rozdziela jej uda, jak... 

Uniosła się i przewróciła na niego, zaczęła pieścić jego ciało, ustami skubała i ssała jego 

brodawki, aż wzdychał z przyjemności. Czubkiem języka dotknęła jego męskości, a wtedy aż 
się  wzdrygnął,  przerzucił  ją  na  prześcieradło  i  położył  na  niej.  Nigdy  jeszcze  ich  jazda  nie 
była bardziej szalona! Gdy wreszcie opadł obok niej, zdyszany. Mali z uśmiechem pogładziła 
go po policzku. 

-  Jestem wystarczająco dobra, wiem - wyszeptała równie zdyszana. 
Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie. Sięgnął po jej włosy i rozpostarł  nad nimi niczym 

zasłonę. 

-  To tego się bałaś? Nikt nie jest lepszy, wiesz o tym, ty huldro - powiedział cicho. - Nie 

chcę żadnej innej. Dla mnie istniejesz tylko ty, teraz i zawsze. 

Mali  westchnęła  i  przesunęła  ustami  po  szyi  Havarda.  A  niech  tam  tę  Laurę,  pomyślała 

leniwie, cała miękka i ciepła z rozkoszy. 

-    Nigdy  zresztą  jej  nie  miałem  -  wyszeptał  w  jej  ucho.  -  Nigdy.  Jak  mogłaś  tak  myśleć, 

gąsko! 

Dwa tygodnie przed Bożym  Narodzeniem przyszła do Stornes nowa służąca, która miała 

pomagać  do  czasu,  gdy  Ane  wróci  po  porodzie.  Nazywała  się  Sigrid.  Pochodziła  z  małego 
gospodarstwa z głębi fiordu. Była wysoką, szczupłą dziewczyną o ciemnych, gęstych włosach 
i szarych oczach. 

Ingeborg  martwiła  się,  jak  będzie  się  jej  pracować  z  kimś  innym  niż  Ane,  ale  wkrótce 

okazało się, że znalazły wspólny język. Sigrid była pogodna i często się śmiała. Emanowała 
dobrym humorem od pierwszego dnia, choć czuła pewnie na sobie szacujące spojrzenie Ane. 

background image

Ane była jeszcze w Stornes, choć już bardzo ciężka i z bolącym krzyżem. Nie pracowała już 
tak dobrze, więc Mali cieszyła się z nowej służącej, choć tego nie powiedziała. 

-  No, możesz już wziąć wolne, Ane – powiedziała Mali, gdy już pokazały Sigrid jej łóżko 

w pokoju Ingeborg. - Odpocznij przed porodem. 

-  Mogę zostać jeszcze kilka dni - zaprotestowała Ane. - Lepiej, jeśli ja wprowadzę Sigrid 

w  obowiązki.  Boję  się  być  sama  w  domu.  A  jeśli  się  zacznie,  gdy  Aslaka  nie  będzie?  Co 
zrobię? 

-    Myślałam  o  tym  -  rzekła  Mali.  -  Zauważysz,  że  się  zaczyna,  zanim  jeszcze  będzie  się 

spieszyło. Jeśli będziesz sama, wywieś płachtę na kiju. Widzę stąd twój dom, więc przyjdę. 

To  uspokoiło  Ane.  Po  trzech  dniach  pobytu  Sigrid  Ane  została  już  w  domu.  Pomimo  że 

domownikom z początku brakowało Ane, wszystko poszło dobrze i z Sigrid. Była pracowita i 
szybka. Mali zauważyła, że Gudmund nie może oderwać od niej oczu, i pomyślała, że musi 
mieć na niego oko. Nie mieli już więcej miejsca na nowe domy dla służby, i nie chciała tracić 
dobrego parobka, gdyby musiał się żenić. Może to stałoby się szybko, bo nigdy nie widziała, 
by Gudmund aż tak potykał się o własne nogi, gdy tylko Sigrid się do niego uśmiechała. 

Dwa  dni  przed  Wigilią  Mali  pomagała  przy  narodzinach  dużej  i  zdrowej  dziewczynki  w 

małym  domku  Ane  i  Aslaka.  Wszystko  poszło  dobrze,  a  akuszerka  była  zadowolona  i  z 
dziecka,  i  z  matki.  Pewnie  małej  uda  się  przetrwać  zimę.  Trudno  było  o  szczęśliwszych 
rodziców niż Ane i Aslak, pomyślała Mali, kładąc dziewczynkę w ramiona matki. 

-  Nie wiedziałam, że to aż tak się czuje - powiedziała Ane ze łzami w oczach. - Czy ona to 

nie cud? 

-    Największy  cud,  o  jakim  wiem  -  potwierdził  Aslak  grubym  ze  wzruszenia  głosem.  - 

Będziemy o nią dbać jak o skarb, zawsze. 

Styczeń zaczął się straszliwą niepogodą. Wiatr gwizdał w kominach i szarpał okiennicami. 

Ś

nieg padał nieprzerwanie. Mało kto odważył się wyjść na zewnątrz. Mężczyźni nie jeździli 

do  lasu  przez  kilka  dni,  więc  wykorzystywali  wolne  chwile  na  naprawę  narzędzi  i  inne 
zajęcia, na które zwykle nie mieli czasu. 

W piecu palono na okrągło i Mali musiała ciągle pilnować, by Oja się nie oparzył. Zaczął 

chodzić w święta, wcześniej, niż oczekiwała. Beret nie posiadała się z dumy i nie szczędziła 
słów pochwał, jak on jest podobny do ojca i jak to Johan też był mądry i zręczny jako malec. 
To może wtedy był mądry, pomyślała Mali złośliwie. No, gospodarzem był dobrym, musiała 
przyznać. Pewnie dlatego, że miał dobry wzór w swoim ojcu. 

Oja spał nadal w sypialni Mali i Havarda, ale najczęściej osobno. Mali otulała go dobrze i 

zostawiała w jednym łóżku, a sama szła do łóżka Havarda. Ale w noce niepogody wstawała 
nieraz, by sprawdzić, czy mały jest okryty i czy nie marznie. 

Zdarzało  się,  że  w  tych  nocnych  godzinach  stawała  nad  nim  i  wpatrywała  się  w  niego, 

kucała  i  odgarniała  jasnobrązowe  włoski  z  jego  czoła.  Wyładniał  przez  ten  niecały  rok, 
zauważyła. Buzia stała się okrągła, a oczy jasnoniebieskie. Gdy się uśmiechał i wyciągał do 
niej  rączki,  czuła  w  sercu  ciepło.  Przytulała  go  i  całowała  w  szyję,  a  on  gulgotał  z  radości. 
Oczywiście, że go kochała. Choć bardziej kochała tylko pierworodnego... 

Pewnego wieczoru, gdy szykowali się spać, ktoś zapukał mocno w drzwi. Mali poderwała 

się, przestraszona. Kto mógł przybywać w tak straszną niepogodę? Strach ścisnął ją za gardło. 
Zanim zdążyli otworzyć, do środka wpadł Bengt. Był zaśnieżony od stóp do głów i szczękał 
zębami z zimna. 

-  Ależ Bengt! - Mali podbiegła do niego. - Co się stało? Dlaczego przyjeżdżasz tak późno? 

Nie  mogłeś  zadzwonić?  -  Nagle  przypomniała  sobie  o  stanie  Margrethe  i  pobladła.  -  Coś  z 
Margrethe, tak? Dlaczego nie dzwoniłeś? - prawie krzyczała. 

-  Telefon nie działa - odparł. - Wiatr musiał zerwać przewody. Musisz nas uratować i tym 

razem, Mali. Twoja siostra ma już skurcze, a nie mogę sprowadzić ani akuszerki, ani doktora. 
Ledwo tu dojechałem... 

background image

Mali  zrobiło  się  gorąco.  Ech,  te  porody  na  Innstad!  Czy  wszystkie  muszą  przypadać  na 

najczarniejszą zimę? Odwróciła się do Havarda. 

-  Muszę... 
-  Oczywiście, że musisz jechać - powiedział. - Powiem Ingeborg, by czuwała nad dziećmi. 

Ja jadę z wami. Może się przydam, choć nie wiem, do czego. Ale pojadę. 

-    Naprawdę?  -  Bengt  uścisnął  dłoń  szwagra.  -  To  wspaniale.  Tym  razem  będziesz  i 

akuszerką, i doktorem, Mali. Jesteś naszą jedyną nadzieją... 

Mali nigdy nie zapomni tej nocy.  
Margrethe zapłakała z ulgi i wdzięczności, gdy teściowa wprowadziła Mali do jej sypialni. 
-  O, Mali, Mali - wyszlochała, spocona i blada. - Co zrobimy? 
-  Co zrobimy? - powtórzyła Mali, przytulając siostrę. -  Zrobimy wszystko, by przyszedł 

na świat nowy mieszkaniec Innstad, o ile wiem. 

-  Ale akuszerka i doktor... 
-    Tym  razem  damy  sobie  radę  bez  nich  -  powiedziała  Mali  spokojnie,  mimo  że  serce 

waliło jej ze strachu. Przecież akuszerką nie była, choć pomagała przy kilku porodach. 

Jeśli  ma  się  udać,  wszystko  musi  pójść  normalnie,  a  dziecko  musi  być  silne  i  zdrowe. 

Ż

aden słabeusz nie przetrwa tak ciężkiej zimy.  Bo jak Margrethe przeżyłaby  śmierć jeszcze 

jednego dziecka, Mali wolała nie myśleć. 

Jedna  ze  służących  weszła  dołożyć  drew  do  pieca  i  uciekła,  rzuciwszy  przerażone 

spojrzenie na Margrethe wyjącą z bólu podczas kolejnego skurczu. 

-  Nie dam rady - wyszeptała Margrethe, ściskając dłoń Mali. - Nie dam rady... 
-    Bzdury  -  ucięła  Mali,  odchyliła  kołdrę  i  zbadała  siostrę.  -  Wszystko  idzie,  jak  należy, 

zaraz powinny przyjść skurcze parte. Wtedy nie możesz mówić, że nie dasz rady. Musisz dać 
radę! Słyszysz, musisz! 

Nie  wiadomo,  czy  faza  rozwarcia  przebiegła  zbyt  szybko,  czy  dziecko  było  większe  niż 

zwykle, w każdym razie skurcze parte niczego nie dały poza nowymi krzykami Margrethe. 

-  Sprowadź Bengta, Halldis - rzuciła Mali, odgarniając włosy i prostując obolałe plecy. 
Zauważyła, jak starsza pani skurczyła się w sobie, i przypomniała sobie ostatni raz, gdy o 

to poprosiła. Wtedy Bengt miał się pożegnać z rodzącą Eline. 

-  Nie chodzi o jej życie, Halldis - powiedziała spokojnie. - Potrzebuję Bengta, by dodał jej 

odwagi. Ona się poddaje, a tego jej nie wolno. 

Wkrótce nadszedł Bengt, blady i spięty. 
-  Damy radę, Bengt - powiedziała Mali uspokajającym tonem i poklepała go po ramieniu. 

-  Usiądź  za  Margrethe  w  łóżku  i  obejmij  ją.  Gdy  nadejdą  skurcze,  pomóż  jej  przeć. 
Rozumiesz? Ona potrzebuje twojej siły. Pomocy... 

Nic nie odpowiedział, zdjął tylko buty i wszedł do łóżka żony.  
Margrethe spojrzała na niego nieprzytomnie.  
-  Przecież nie uchodzi, by mąż był przy... 
-    Nieważne,  co  uchodzi  —  odparł  i  delikatnie  odgarnął  włosy  z  jej  spoconego  czoła.  - 

Zrobimy tak, jak Mali każe, i na pewno będzie dobrze. 

Mali  zerknęła  na  niego  i  uśmiechnęła  się  przelotnie.  Dorósł  z  latami  ten  Bengt,  musiała 

przyznać. Nie był już tym samym przerażonym  biedakiem, którego wezwała do umierającej 
Eline. Teraz zrobiłby wszystko, o co by go poprosiła, byle uratować Margrethe. Taka była siła 
miłości... 

Blade światło poranka zaczęło przenikać przez zasłony, gdy Margrethe urodziła syna. Mali 

schwyciła go, zacisnęła pępowinę i szybko przecięła. Zaniosła dziecko na stolik przy piecu i 
wytarła ze śluzu i krwi, po czym uniosła za nóżki głową do dołu i dała klapsa w pośladki. W 
odpowiedzi otrzymała wściekły krzyk. 

-    Dziecko  żyje  -  wyszeptał  Bengt  i  przytulił  twarz  do  twarzy  Margrethe.  -  Słyszysz, 

dziecko żyje! 

background image

-    Tak,  żyje  -  zaśmiała  się  Mali  w  glos.  -  Macie  dużego,  zdrowego  chłopaka  z  silnymi 

płucami. Złośnik z niego, przekonacie się! 

Owinęła noworodka w ciepły kocyk i położyła w ramiona Margrethe, której łzy spływały 

po policzkach. 

-  O, Mali, Mali, jak mam ci dziękować - wyszeptała, łapiąc ją za dłoń. - Bez ciebie... 
-    To  ty  wykonałaś  całą  robotę  -  odparła  Mali  z  uśmiechem.  -  No  i  ty  też  byłeś  bardzo 

potrzebny, Bengt. Naprawdę dorosłeś przez te lata. 

Ich  oczy  spotkały  się  na  chwilę  ponad  głową  położnicy.  Pomyśleli  o  tym  samym.  Potem 

Bengt uśmiechnął się do niej z wyrazem szczęścia w niebieskich oczach.  

-  Dziękuję - wyciągnął dłoń do jej dłoni. - Z ciebie też wspaniała kobieta, Mali. Już wielu 

w naszej wiosce ma za co ci dziękować. Przybyłaś do nas jako obca i na pewno nie było ci 
lekko na początku, to wiem. Ale teraz jesteś jedną z nas. Tak mówią wszyscy. 

Ciekawe, jak długo to potrwa, pomyślała Mali, sprzątając zakrwawione prześcieradła. Jeśli 

kiedykolwiek ktoś ze wsi się dowie, co ona zrobiła, nie będzie już jedną z nich. Odwrócą się 
do  niej  plecami  i  zaczną  gadać,  że  wreszcie  dostała  to,  na  co  zasługuje.  W  każdym  razie 
większość. Nie, nigdy nie będzie jedną z nich. 

Zadrżała i odsunęła strach od siebie. 
Nagle wyprostowała się i położyła dłoń na brzuchu. Stała tak, z niewidzącym spojrzeniem 

skierowanym jakby w głąb siebie, nasłuchując czegoś, co tylko ona mogła usłyszeć. 

Dziecko, które nosiła, poruszyło się.