background image

Anne-Lise Boge

Saga

Grzech 

Pierworodny

część 5

Księżycowa noc

background image

ROZDZIAŁ 1

Bóle porodowe uderzyły w Mali pod koniec lutego. Stała właśnie, 

przygotowując południowy posiłek, gdy poczuła je niczym cios w krzyż. Ponieważ 

nie oczekiwała dziecka przed końcem marca, a żadne objawy nie zapowiadały, że 

dzieje się coś szczególnego, dopiero po chwili zrozumiała, co to może oznaczać. Po 

śmierci Johana, inaczej niż w pierwszych miesiącach ciąży, nawet nie chorowała. Od 

czasu do czasu czuła zmęczenie i lekki ból w krzyżu, ale to przecież nic dziwnego w 

tym stanie. 

Oparła się o stół i próbowała oddychać normalnie. Powoli ból minął, ale ona 

nadal stała pochylona, spływając potem.

- Coś się dzieje? - spytała Ane, zauważając nagle jej pozycję. - Chyba nie 

jesteś chora?

Mali powoli wyprostowała się i spojrzała na nią.

Boże drogi! - wykrzyknęła Ane. - Wyglądasz jak zjawa! Co się stało, Mali? 

Przecież chyba nie dziecko...?

Nie wiem - odparła Mali, przyjmując wyciągniętą dłoń Ane. - Możliwe, że 

tylko...

Nowy ból uderzył ją w plecy, niemal ścinając z nóg.

- Pomóż mi, Ingeborg, zrób miejsce na kanapie! Musimy ją tam położyć, 

przynajmniej na razie - rzuciła zdenerwowana Ane, pomagając Mali przejść na 

miejsce. -Jak się czujesz?

Mali spojrzała na Ane. Jak to dobrze, że nadal służy w Stornes po Bożym 

Narodzeniu, mimo że wyszła za Aslaka i przeniosła się z nim do własnej zagrody. 

Zawsze czuła coś innego względem Ane niż Ingeborg. Nie żeby miała coś do 

zarzucenia tej drugiej, nie. Ingeborg była młodsza i stale rozpraszały ją różne sprawy, 

między innymi mężczyźni. Ane interesował tylko Aslak, poza tym była silna, lojalna 

i nie narzekała. Mali zdała sobie sprawę, że nie spytała jej jeszcze, czy aby nie jest w 

ciąży. Brała pod uwagę taką możliwość, która nie oznaczała przecież odejścia Ane ze 

Stornes. Tak brzmiała umowa, którą zawarli jeszcze za życia Johana: działka ziemi w 

zamian za to, że Ane pozostanie w służbie.

Gdzie jest Sivert? - spytała nerwowo Mali.

Ubrałam go i wysłałam na dwór - odparła Ingeborg, patrząc na panią ze 

strachem w oczach. - Mężczyźni wrócili właśnie z lasu, a on chciał pomóc wyprzęgać 

background image

konie.

-Może powinnam przejść na strych, zanim oni tu wejdą - stwierdziła Mali, 

podnosząc się z trudem. - Nie chcę przestraszyć Siverta, a i oni nie...

Urwała nagle, gdy przeszył ją nowy skurcz. Nie miała już wątpliwości: to są 

skurcze porodowe. Poród się zaczął, i to miesiąc wcześniej, niż Mali oczekiwała. 

Dziecku, które niemal cudem utrzymało się w niej, mimo że chorowała i była bita 

przez Johana, nagle zaczęło się spieszyć do wyjścia na świat. Więc może jednak je 

stracę, pomyślała oszołomiona. Przecież nie może być donoszone. A przedwcześnie 

urodzone dziecko w środku zimy... 

Drzwi się otwarły i wszedł Havard, a tuż za nim Sivert.

- Co się stało? - spytał Havard, podchodząc do kanapy. - Zachorowałaś, Mali?

Ujął jej lodowatą dłoń w swoją i spojrzał zaniepokojony. Sivert przydreptał za 

nim i objął ją za szyję.

- Co to, mamo? Leżysz?

Mali zdjęła jego ramiona i odsunęła delikatnie. Musi wziąć się w garść! 

Uśmiechnęła się i poklepała syna po zaczerwienionym od mrozu policzku.

Wygląda na to, że dzidziusiowi zaczęło się spieszyć, by cię poznać - 

powiedziała. - Nie zostanie w moim brzuchu na zawsze, wiesz przecież.

Ale... - Havard odwrócił się w stronę Ane. - Czy to nie za wcześnie?

Ane pokiwała głową i spojrzała znacząco w stronę Siverta.

- Nie powinniśmy go przestraszyć - powiedziała cicho do Havarda. - Ale tak, 

jest za wcześnie i według mnie nie całkiem normalnie. Kiedy Sivert przychodził na 

świat, tak nie było. Może ja się za bardzo na tym nie znam, ale na pewno jest za 

wcześnie.

Mali przywarła nagle do ręki Havarda, bo nowy skurcz sprawił, że aż 

stęknęła. Havard ukląkł przy kanapie, objął Mali. Gdy już się rozluźniła, otarł dłonią 

jej spoconą twarz.

- Sprowadźcie akuszerkę i lekarza - polecił, nie odwracając się. - Nastaw 

wodę, Ingeborg. A ty, Ane, pomóż przejść Mali do sypialni. Tu nie jest dobre miejsce 

dla kobiety, która ma rodzić.

Sivert stał za plecami Havarda, wpatrzony w matkę przestraszonymi, 

wielkimi oczami.

- Nic takiego się nie dzieje, Sivert - powiedziała Mali uspokajająco. - Właśnie 

w ten sposób rodzą się dzieci. Ale to i tak potrwa jakiś czas, więc może Gudmund 

background image

zawiózłby cię do Innstad, co ty na to? Możesz tam zostać i pobawić się z Olausem i 

dziewczynkami...

-Ja się nie bawię z dziewczynami - rzucił Sivert dumnie, zapominając na 

chwilę, że się boi o matkę.

No to pobawisz się z Olausem - powiedziała Mali, unosząc się na łokciu. - 

Ubierz go, Ingeborg, i zadzwoń do Innstad. Jestem pewna, że Margrethe go przyjmie, 

ale zadzwoń. Powiedz Gudmundowi, by w drodze powrotnej zabrał akuszerkę.

Nie, to pochłonie zbyt dużo czasu - sprzeciwił się Havard. - Ja po nią pojadę.

Mali chciała protestować, ale gdy napotkała jego pełne lęku spojrzenie, 

zmilczała.

Wszystko pójdzie dobrze, Havard - zapewniła cicho. - Nie musisz się...

To dużo przed czasem, a ty... Nie chcę, żeby ci stało się coś złego - 

wyszeptał tak cicho, że tylko ona go słyszała. -1 dziecku też nie, oczywiście. Ale ty, 

Mali...

Zanim zdołała mu odpowiedzieć, nowy skurcz przeszedł przez nią niczym fala 

powodziowa. Mali z całej siły przywarła desperacko do Havarda.

- To naprawdę toczy się zbyt szybko – powiedziała Ane i z niepokojem 

patrzyła, jak Mali z trudem łapie powietrze. - Przecież skurcze nie są takie silne od 

samego początku, prawda?

Mali opadła na oparcie, blada i zlana potem.

- Jedźcie już z Sivertem - rzuciła cicho do Ane. - I masz rację, to idzie zbyt 

szybko. To nie jest normalne.

Ingeborg wzięła chłopca na kolana i zaczęła mu wkładać ciepłe ubranie. 

Przekazała pozdrowienia z Innstad i że oczywiście mogą go tam przyjąć. 

- Ale twoja siostra była zaniepokojona, gdy powiedziałam, dlaczego chcemy 

przysłać do niej Siverta. Pytała, czy nie potrzebujesz pomocy i czy ma przyjechać.

Mali z trudem wstała i oparła się ciężko o Havarda. Odruchowo spojrzała w 

stronę pieca. Ane zdążyła już postawić na ogniu duży kocioł z wodą.

Masz rację, potrzebuję akuszerki bardzo szybko -zwróciła się do mężczyzny, 

nie odpowiadając na pytanie Ingeborg. - Dobrze, że po nią pojedziesz. Ale czy jest w 

domu? - zaniepokoiła się nagle.

Tak, jest - odparła Ane. - Dzwoniłam do niej, siedzi gotowa i czeka na wóz. 

Doktor też przyjedzie, ale nie tak zaraz.

background image

Nie tak zaraz - powtórzył Havard z przekąsem. -Dlaczegóż to?

Pewnie jest zajęty - mruknęła Mali. - To u niego normalne. Najważniejsza 

jest akuszerka. Niech Gudmund wstąpi po Johannę z Viken, gdy już odwiezie Siverta. 

Będę pod dobrą opieką, jeśli one obie przyjadą. Chodźmy na górę, Ane, zanim mnie 

znów złapie.

Pochyliła się nad Sivertem, pocałowała go i pogłaskała po włosach. 

Powiedziała, by był grzeczny. Przez głowę przeleciała jej myśl, że może go już nigdy 

nie zobaczyć. Myśl ta sprawiła, że nogi się pod nią ugięły i musiała złapać się oparcia 

krzesła, na którym siedziała Ingeborg z malcem. Przecież aż tak źle nie musi pójść, 

pomyślała, czując jednak, jak strach ściska ją za gardło. Bo przecież nie działo się 

normalnie, to pewne.

Pocałowała syna jeszcze raz, przytuliła, czując łzy pod powiekami. Ujęła Ane 

pod rękę i poszła w kierunku drzwi.

- Tylko nie zamęcz konia, Havard - rzuciła przez ramię. - Na pewno będzie 

dobrze - dodała z przekonaniem, którego wcale nie czuła. Ane zamknęła za nimi 

drzwi.

Na górze nic nie było przygotowane do porodu, więc Mali usiadła na krześle, 

a Ane zaczęła wyciągać z szuflad i szaf to, co potrzebne. Pod koc i prześcieradła 

podłożyła warstwę gazet. Wreszcie Mali z trudem weszła do łóżka. W ostatniej 

chwili, jak się okazało, gdyż po kolejnym skurczu poczuła, że coś mokrego spływa jej 

po nogach.

-Boże jedyny, dopomóż - wykrztusiła, podnosząc się na łokciach, gdy skurcz 

zelżał. - Czy to krew, czy odeszły wody?

Gdy spojrzała po sobie, stwierdziła, że po prześcieradle rozlała się krew 

zmieszana z wodami płodowymi. Przez chwilę panika zupełnie ją sparaliżowała. 

Opadła na łóżko, zakryła ramieniem twarz i zaczęła płakać.

- Mali, no co ty - powiedziała bezradnie Ane i spróbowała ją objąć. - Nie 

płacz, bo nie wiem, co robić. Ty zawsze byłaś taka silna. Nie płacz, słyszysz?

Słowa służącej powoli docierały do otumanionej głowy Mali. Przetarła 

wierzchem dłoni twarz. Wiedziała, że Ane ma rację: jeśli się podda, panika ogarnie 

także Ane. Wszyscy przywykli, że to Mali zachowuje spokój i rozsądek, że to ona 

rozwiązuje wszelkie problemy. Wzięła z rąk Ane mokrą szmatkę i przetarła swoją 

gorącą, zalaną łzami twarz.

background image

- Spokojnie, Ane - powiedziała ochrypłym szeptem, biorąc tamtą za rękę i 

ściskając lekko. - Ja po prostu... Ale już będzie dobrze, chociaż wiem, że nie 

wszystko jest tak, jak powinno. Na pewno jest za wcześnie, jesteśmy w środku 

mroźnej zimy, no i poród idzie za szybko. Trudno będzie utrzymać dziecko przy 

życiu, musimy to sobie powiedzieć. O ile przyjdzie żywe na świat - dodała powoli.

- Ale tobie nic nie grozi, Mali? - spytała Ane gorączkowo, patrząc na panią ze 

strachem w oczach. - To znaczy... Nie, nie powinnam tego mówić, ale się boję - 

wyszeptała przerażona. - Nawet jeśli dziecko umrze, to ty nie... Tobie nic nie grozi, 

prawda? - dodała błagalnym tonem.

Mali zamknęła oczy. To właśnie ją gnębiło. Czuła jednak, że jest silna i ma 

żelazną wolę przeżycia, choćby dla Siverta. Myśl, że mógłby zostać zupełnie sam w 

Stornes, była nie do zniesienia. Więc niezależnie od tego, jak trudne mogą się okazać 

najbliższe godziny, ona musi trzymać się życia. Dla Siverta, powtarzała.

Wzdrygnęła się, gdy uświadomiła sobie, że zupełnie nie bierze pod uwagę 

nowego dziecka, że nie myślała, jak to z nim będzie, gdyby ona umarła. Dobry Boże, 

oby nie spowodowała śmierci dziecka swoimi złymi myślami! Przecież pragnęła go! 

Ale czy naprawdę?

Drzwi się otworzyły i weszła zdenerwowana Beret.

- Co tu się znowu dzieje? - spytała nienaturalnie wysokim głosem. - Nikt nic 

mi nie mówi, choć rozumiem, że coś się stało. Takie zamieszanie na dziedzińcu... A 

gdy spytałam Ingeborg, to...

Ane, która właśnie zmieniała prześcieradło pod Mali, wzdrygnęła się, jakby 

została przyłapana na knowaniu przeciw starej gospodyni.

- Nie chciałam cię niepotrzebnie straszyć - powiedziała Mali, unosząc się 

lekko, by pomóc Ane. - Jest za wcześnie i miałam nadzieję, że to fałszywy alarm. Że 

minie, jeśli się położę. Ale obawiam się, że jednak się zaczęło. 

Beret podeszła do łóżka i zauważyła stos mokrych, zakrwawionych 

prześcieradeł na podłodze. Oczy rozszerzyły się jej ze strachu.

Czy wody już odeszły? I ty krwawisz? Boże jedyny, będzie jeszcze jedna 

tragedia - zaczęła lamentować.

Już i tak jest źle, więc chociaż ty przestań krakać! -rzuciła Mali ostro. - 

Oczywiście, jest za wcześnie, wody odeszły i trochę krwawię, a bóle są za silne i za 

częste. Może nie jest najlepiej, Beret. Ale ani dziecko, ani ja jeszcze nie umarliśmy!

Beret stała jak sparaliżowana, wpatrzona w synową. Po chwili opadła na 

background image

krzesło i ukryła twarz w dłoniach.

- Tak czekałam na to dziecko - wyszeptała. - Straciłam i męża, i syna w ciągu 

jednego roku, i nie wiem, czy jestem w stanie znieść jeszcze jedną stratę. Myślałam, 

że w tym maleństwie przetrwa coś z Johana, a tak...

Mali nie chciało się odpowiadać, że tu chodzi także o jej życie, a nie tylko o 

wytęsknionego przez Beret następcę Johana. Ale chwycił ją kolejny skurcz, silniejszy 

od poprzednich. Zwinęła się, stękając z bólu i rozpaczy. Ane stała, nie wiedząc, co 

ma robić. Beret nagle się ocknęła, odsunęła służącą i przytrzymała Mali, starając się 

pomóc przetrwać ten ból. Gdy minął, pozwoliła synowej opaść na poduszki i otarła 

mokrą szmatką jej spoconą twarz. Już się uspokoiła, tylko w oczach pozostał strach.

- Kiedy wreszcie będzie akuszerka? - spytała Beret, patrząc na Ane. - Zejdź na 

dół i zobacz, czy nie jadą. Boję się, że to już zaraz! Dołóż do pieca. Musimy mieć 

dużo gorącej wody - rzuciła.

Ane wybiegła, a Beret zmoczyła szmatkę i ponownie otarła czoło Mali, która 

leżała, na wpół drzemiąc, zupełnie wyczerpana. Mali miała wrażenie, że kolejne 

skurcze rozrywają jej ciało, i czekała na skurcze parte. 

Wtedy już pójdzie szybko, pocieszała się blado. Zmówiła modlitwę, by 

akuszerka przybyła, zanim to nastąpi. Pomoc samej Beret i Ane nie wystarczy, tyle 

wiedziała.

Pierwszy skurcz party i akuszerka nadeszli jednocześnie. Mali trzymała się 

kolumienek przy oparciu łóżka i bezskutecznie próbowała powstrzymać bóle. W jej 

otumanionej głowie powstała myśl, że może uda jej się to wszystko opóźnić, jeśli się 

postara. Ale skurcz przypominał osunięcie się zbocza w górach. Spiął jej brzuch, 

który stwardniał niczym kamień i bezlitośnie przesuwał dziecko w dół. Mali poddała 

się i zawyła z bólu i ze strachu.

- No, no, Mali, już jestem - powiedziała akuszerka i oderwała jej dłonie od 

kolumienek, gdy skurcz minął.

Mali otworzyła oczy. Pot sprawiał, że widziała jak przez mgłę. Schwyciła 

dłoń położnej i przywarła do niej.

Dzięki Bogu, że jesteś - wyszeptała. - Tak się boję. Wszystko idzie nie tak, 

za wcześnie i za szybko...

Za wcześnie i za szybko, to prawda - potwierdziła akuszerka, ocierając jej 

pot. - Dużo wiesz o porodach, więc nie będę owijać w bawełnę. Życie dziecka jest 

background image

zagrożone, to pewne. Wiesz, że ja zawsze walczę o dziecko, ale jeśli będę miała 

wybierać pomiędzy jego życiem a twoim, to...

Co ty mówisz! - zaprotestowała Beret. - Nie chcesz ratować dziecka 

Johana? Ja straciłam...

Będę ratowała oboje, jeśli dam radę - odparła kobieta, wpatrując się w Beret. - Ale 

najważniejsze w takiej sytuacji nie jest ratowanie dziecka, które może będzie na wpół 

żywe. Albo już martwe. - Otarła twarz Mali i dodała: - Musisz zdawać sobie sprawę, 

że jeśli urodzi się żywe, to i tak nie ma dużych szans. A jedno jest pewne, że bez 

matki i jej pokarmu na pewno jest stracone. Ja zawsze się staram i o dziecko, i o 

matkę, teraz też. Ale powinnaś...

Nie mogę -jęknęła Beret. - To dziecko ma być pociechą za syna, którego 

straciłam. Nie zniosę, jeśli i ono...

Uważam, że powinnaś zejść na dół - rzuciła akuszerka ostro. - Tutaj nikomu 

nie pomagasz, a najmniej Mali, chyba tyle rozumiesz. Przyślij tu Ane.

Chcę tu być - zaprotestowała Beret. - Ja chcę...

Będzie, jak ja chcę. - Niemal popchnęła starszą panią w stronę drzwi. - 

Nastaw kawę i weź się w garść! Tu nie chodzi o twoje życie.

Zanim otworzyła, weszła Johanna z Viken, wnosząc ze sobą chłód mrozu.

- Dzięki Bogu - odetchnęła akuszerka, wypychając jednocześnie Beret na 

korytarz. - Nikogo bardziej nie chciałam widzieć - mówiła, pomagając staruszce 

zdjąć szal. - Nie jest dobrze, a jeszcze ta Beret...

Krzyk bólu Mali powstrzymał ich dalszą rozmowę. Kobiety podbiegły do jej 

łóżka.

- Nie dam rady - wykrztusiła rodząca, na wpół unosząc się z posłania. - Nie 

wytrzymam tego. Już nie mogę. Chcę umrzeć!

-Jeszcze czego! - rzuciła akuszerka, wymierzając Mali policzek. - Masz 

walczyć, dziewczyno! Nie chcę słyszeć więcej ani jednego słowa, że nie dasz rady 

czy nie chcesz, żebyś wiedziała. Walcz!

Mali opadła na plecy, oszołomiona.

- Masz w sobie więcej siły niż ktokolwiek inny, przecież wiesz - mówiła dalej 

kobieta. - Użyj jej teraz! Same nie damy rady, jeśli nie pomożesz. 

Mali widziała tylko szarą, niewyraźną sylwetkę mówiącej. Była potwornie 

zmęczona. Skurcze sprawiały taki ból, że strach przed następnym powodował u niej 

background image

mdłości. Poród Siverta też był trudny, ale nie do porównania z tym, który przeżywała 

teraz.

Sivert, pomyślała otępiała. Jej syn nie może zostać sierotą! Miał tylko ją, bo 

został spłodzony w grzechu i tajemnicy. Już i tak jego życie było trudne, a jeśli 

jeszcze by teraz umarła...

- Pomóżcie mi obie - wyszeptała, chwytając akuszerkę za rękę. - Nie poddam 

się, obiecuję.

-No, wiedziałam - mruknęła pod nosem kobieta i pogłaskała Mali po policzku. 

- Pomożemy wszystkie trzy.

Silne skurcze parte następowały szybko po sobie i po półgodzinie dziecko 

przyszło na świat. Niebieskoliliowy kształt wyskoczył razem z resztką wód i krwią. 

Mali nie chciała nawet spojrzeć. Opadła na posłanie i czuła, że unosi się gdzieś pod 

sufitem. Bóle ustały, panowała cisza. Powoli uświadamiała sobie, że nie powinno być 

tak cicho. Dziecko zwykle krzyczy... Powoli obróciła głowę, ale nic się nie zmieniło. 

A więc ono nie żyje, pomyślała zrezygnowana. Może to i lepiej, wszystkim byłoby 

tak łatwiej.

Nagle zrozumiała, że nigdy nie pragnęła tego dziecka, dziecka Johana, tylko 

że nigdy nie odważyła się do tego przyznać. To nie było dziecko miłości, tylko 

dziecko poczęte przemocą i rosnące przez pierwsze miesiące w brzuchu dręczonej 

matki. Jaki człowiek z niego wyrośnie, zwłaszcza jeśli jego ojcem jest Johan? Mali 

oblizała spieczone, popękane wargi i oddała się błogiemu uczuciu unoszenia się 

ponad łóżkiem, bez odczuwania bólu. Nagle ciszę przerwał słaby płacz dziecka. Mali 

wzdrygnęła się. Z trudem otworzyła oczy i uniosła się na łokciach. Pokój wirował 

wokół niej, poczuła, że zaraz zwymiotuje. Jakaś szara postać zbliżyła się do niej: 

akuszerka z zawiniątkiem w ramionach.

- Oto twój syn, Mali - rzekła cicho, wzruszona. - Biedny chudziaczek, nie 

wygląda najlepiej po tej ciężkiej drodze na świat. Ale chłopak musi być wytrzymały, 

bo przeżył. Uważam, że Bóg ma w tym jakiś cel. Może za wcześnie tak mówić, ale 

czuję w dziwny sposób, że mały da radę. Nie należy do tych, którzy się od razu 

poddają, o nie.

Złożyła tłumoczek w ramiona położnicy. Mali przetarła piekące oczy i 

spojrzała na dziecko, na jego malutką, czerwonosiną twarzyczkę, na główkę 

zdeformowaną przez zbyt gwałtowny poród, na małe piąstki zaciekle bijące 

background image

powietrze.

Czy jest normalnie zbudowany? - wyszeptała, ogarnięta nagłym strachem.

Całkowicie! Główka wróci do normy za kilka dni. Pomyśl, przez co jego 

ciało niedawno przeszło!

Tak, właśnie, pomyślała Mali i pogładziła palcem pomarszczoną twarzyczkę.

Mały był tak niepodobny do Siverta! Sivert urodził się duży, ładny i z masą 

czarnych włosów. Ten tutaj był chudy, prawie siny i z kilkoma jasnymi kosmykami 

na łysej główce. Był tak podobny do Johana, że Mali poczuła gęsią skórkę. Nagle 

ogarnęły ją mdłości i zanim ktokolwiek zareagował, zwymiotowała na łóżko, po 

czym zaczęła cicho płakać. Łzy kapały na noworodka. Akuszerka szybko go odebrała 

i wytarła najgorsze. Nie było czasu na zmianę ubrania, bo kobiety dostrzegły, że 

zaczęła krwawić. Akuszerka rzuciła się do ugniatania brzucha Mali, która straciła 

przytomność.

Ile czasu upłynęło, nie wiedziała. Powoli uniosła powieki.

- Dzięki Bogu! - wyszeptała akuszerka. - Bałam się, że nie wrócisz. Minął 

kwadrans...

Ciepłymi, delikatnymi dłońmi zdjęła z niej wilgotną, śmierdzącą koszulę i 

rzuciła na stos prześcieradeł. Mali leżała, rozkoszując się ciepłem wody, którą ją 

myto, tym, że ktoś o nią dba. Nagle przypomniała sobie o dziecku. Dostrzegła 

Johannę siedzącą z becikiem blisko pieca.

Żyje jeszcze? - spytała niepewnie.

Żyjecie oboje, ty i dziecko, i to jest naprawdę cud -odparła akuszerka. Pot 

perlił jej się na czole. - Nie dawałam wam wielkich szans, gdy cię zobaczyłam. Ale 

powtarzam to, co zawsze o tobie mówiłam: że nie jesteś taka jak inne kobiety, Mali 

Stornes. To dlatego ten maluch jeszcze żyje. Coś odziedziczył po matce, to pewne, 

choć na oko podobny najbardziej do ojca. Beret będzie szczęśliwa - zachichotała. - 

Tak bardzo pragnęła drugiego Johana! No, o ile mały przeżyje.

Mali ponownie dostała synka i przystawiła go do wezbranej pokarmem piersi. 

Leżała, patrząc na małego, gdy nagle jakby coś zimnego złapało ją za gardło i zaczęło 

dusić strachem, rozpaczą i gryzącym poczuciem winy. To jest także jej syn, myślała z 

desperacją. Ona obdarzy go ciepłem i miłością, której Johan nigdy nie zaznał. 

Wyrośnie na dobrego i szczęśliwego chłopca. Myśl, że on nigdy nie otrzyma 

dziedzictwa, które właściwie to jemu powinno przypadać, odepchnęła. Spróbowała 

skłonić małego do ssania, ale był tak osłabiony, że sutek wypadał mu z ust, a on 

background image

zasypiał. Mali zrozumiała, że jest bardzo słaby i że upłyną dni, a może tygodnie, 

zanim poczują pewność, że przeżyje.

Gdy po raz pierwszy dali jej w ramiona Siverta, serce jej przepełniła miłość 

tak wielka, jakiej nigdy wcześniej nie znała. Teraz chciała jedynie spać...

Gnębił ją wstyd i poczucie winy. Próżno oczekiwała ciepłej fali 

macierzyńskiej miłości. Zamknęła oczy, próbując wywołać w sobie ciepłe uczucia do 

nowo narodzonego, ale czuła tylko pustkę. Wybuchła płaczem. Co się z nią dzieje? 

Co z niej za matka, że nie umie kochać własnego dziecka?

Ja... nie wiem, czy jestem w stanie go kochać - za-szlochała, chwytając 

akuszerkę za rękę. - Nie wiem, czy... Nic nie czuję...

No, no, już. To normalne, że tak się czujesz po tak trudnym i ciężkim 

porodzie - odpowiedziała akuszerka uspokajającym tonem, głaszcząc Mali po 

potarganych włosach. - Oczywiście, że kochasz synka, ale jesteś teraz wyczerpana. 

Nie, nie powinnaś się obawiać, Mali, że nie masz w sobie miłości macierzyńskiej. Nie 

ma lepszej matki niż ta, którą ma Sivert Stornes! - Pogłaskała ją po policzku i 

uśmiechnęła się. - To przyjdzie, przyjdzie.

Naprawdę? - pomyślała Mali zmęczona. Naprawdę? 

background image

ROZDZIAŁ 2

Mali zadziwiająco szybko stanęła na nogi. Niektóre kobiety leżałyby 

tygodniami po tak ciężkim porodzie. Ona, mimo że nie czuła się jeszcze zupełnie 

sprawna, wstała po niecałym tygodniu.

Nie mogła już leżeć sama na poddaszu z chudym, niemrawym niemowlęciem 

przy boku. Czuła, jakby w ścianach wokół nich tkwiła pogarda i potępienie, co 

powodowało w niej stałe poczucie winy i wstydu. Bo niezależnie od tego, jak bardzo 

próbowała, nie umiała wywołać w sobie uczuć macierzyńskich. Przeciwnie: z każdym 

mijającym dniem czuła coraz większą pustkę i rozpacz. Nie miała apetytu i źle spała, 

co nie wpływało dobrze na jej pokarm.

Gdy się urodził Sivert, jej piersi przepełniało mleko. Teraz było go coraz 

mniej. W panice próbowała wyciskać mleko z obolałych piersi, by pomóc małemu. 

Słyszała, że pokarmu jest więcej, gdy piersi są dokładnie opróżniane. Ale mały źle 

ssał i nie wyglądało, by cokolwiek przybierał na wadze. Mali wydawało się, że wręcz 

chudł. Z płaczem ugniatała piersi, próbując skłonić syna do ssania. Jeśli ma umrzeć, 

niech umrze od razu, pomyślała pewnego dnia, gdy był wyjątkowo niemrawy i gdy 

pierś coraz wysuwała mu się ze słabych ust. Patrzenie na synka, bardziej nieżywego 

niż żywego, było dla niej torturą, której nie mogła już znieść.

Wieczorem po narodzinach odbył się domowy chrzest. Uznano to za 

konieczne, skoro mały był tak słaby. Mali domyślała się, że nikt nie dawał mu szansy 

przeżycia choćby tygodnia. Zwłaszcza Beret nie potrafiła się opanować. Gdy weszła 

zobaczyć małego, rozpłakała się głośno.

Zupełnie, jakbym widziała Johana! - szlochała, gładząc noworodka. - Bóg 

wysłuchał moich próśb!

Jeśli masz takie dobre stosunki z Panem Bogiem, poproś, by mały przeżył - 

rzuciła akuszerka. - Ani z nim, ani z jego matką nie jest najlepiej, powinnaś to 

wiedzieć.

Beret opadła na krzesło i załamała ręce.

- On nie może umrzeć - wyszeptała. - Stornes znów ma Johana w tym dziecku, 

widzicie przecież? To zupełnie niepojęte, że bracia mogą być aż tak niepodobni - 

dodała nagle. - Ten jest jak skóra zdjęta z ojca, a Sivert...

background image

Tak, na pewno jeszcze usłyszymy to wiele razy, jeśli on przeżyje, pomyślała 

Mali zmęczona. Bo słowa Beret były prawdą. Długo można by szukać bardziej 

niepodobnych do siebie dzieci. Ale teraz nie miała sił na dyskusję. Wymyśli coś na 

zamknięcie ludziom ust później, jeśli będzie potrzeba.

- Oczywiście dostanie imię ojca - rzuciła Beret w trakcie przygotowań do 

ceremonii.

Mali spodziewała się, że nie da się tego ominąć. Tak powinno być i w 

propozycji Beret nie było nic dziwnego. Ale myśl, że miałaby znów jakiegoś Johana 

przy sobie, była dla Mali nie do zniesienia. Z tym imieniem wiązało się tyle złego. 

Może łatwiej pokocha syna, jeśli nie będzie nosił imienia ojca? Ale tego nie mogła 

powiedzieć na głos.

Wpadła na pomysł nadania mu dwóch imion, mimo że było to rzadkością. 

Poza Brit -Mali w Innstad nie było innych przypadków. Jej narodzinom towarzyszyły 

szczególne okoliczności. Teraz jest podobnie, pomyślała Mali.

- Oczywiście, że otrzyma imię ojca - rzekła cicho, nie patrząc na Beret. - Ale 

skoro może być moim ostatnim dzieckiem, chciałabym, by nosił także imię mojego 

ojca. Chciałabym go nazwać Ola Johan.

Beret utkwiła w niej niedowierzające spojrzenie.

Ola Johan? To nie będzie nazwanie go po Johanie. A z twoim ojcem... - 

Wstała i podeszła do okna. - Na pewno znów wyjdziesz za mąż - rzuciła po chwili. -

Czuję, że będziesz miała więcej dzieci, ale już nie będą naszej krwi. Możesz nazywać 

je, jak chcesz, ale ten ma mieć imię ojca. Nie uważam, by to podlegało dyskusji.

Jak możesz wiedzieć, czy będę miała więcej dzieci - odparła Mali cicho. - 

Jeśli nawet, skąd wiadomo, że to będą synowie? A on przecież nie stanie się mniej 

synem swego ojca, gdy dostanie jeszcze imię Ola.

-To dziwne nosić dwa imiona, wiesz przecież dobrze - rzuciła Beret ostrym 

tonem. - Jeśli już, to niech będzie Johan Ola. Imię ojca powinno być pierwsze.

Ale akurat tego Mali chciała uniknąć. Jeśli będzie Ola Johan, będzie mogła 

nazywać go Ola, choć wiedziała, że nie będzie to mile widziane. Ale tę walkę stoczy 

we właściwym czasie. Teraz musiała przeprowadzić swoją wolę, zanim nadjedzie 

Nikolai, by ochrzcić dziecko. Imię, które mu nada, wpisze do księgi parafialnej.

Otrzyma! imiona Ola Johan Stornes. Beret miała zaciśnięte usta, gdy Nikolai 

polał wodą święconą główkę małego w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. 

Możliwe, że w ogóle nie było się o co kłócić, pomyślała Mali. Biedaczek był tak 

background image

słaby, że mało prawdopodobne, by przeżył noc. Ale dla Beret miało to znaczenie, 

nawet gdyby umarł. Bo od tej pory będzie miał imię Ola Johan Stornes, a tego Beret 

nie chciała.

Cudowne? - powtórzyła Mali z niedowierzaniem. -Dlaczego?

Ja myślę, że to cud, że ten mały szkrab żyje - odparła Ane. - Miał ciężki 

poród, twoje życie też było zagrożone. To było straszne. Nawet akuszerka nie dawała 

mu wiele szans. I sądzę, że się uratował. Naprawdę jest w nim coś niezwykłego, coś... 

nieziemskiego - rzuciła, rumieniąc się. - Nic złego nie mam na myśli - dodała szybko. 

- To cud, że żyje.

Tak, zgadzam się - odparła Mali spokojnie. - To cud, że on żyje, mimo że 

jeszcze nic nie wiadomo. Ale jest twardy...

Mimo że Mali nie odzyskała jeszcze w pełni sił, wstanie z łóżka dobrze jej 

zrobiło. Kładła się do karmienia z małym kilka razy w ciągu dnia, ale poza tym było 

mu dobrze w kołysce stojącej w pobliżu pieca.

Siverta pochłaniał nowy braciszek. Stał często, zapatrzony w stworzenie 

leżące w kołysce i płaczące od czasu do czasu. Dla Siverta Ola Johan było zbyt 

długim i trudnym imieniem, wymyślił więc krótsze: „Oja". Mali uznała, że tak było 

najlepiej, i wkrótce wszyscy na dworze nazywali małego Oja. Wszyscy poza Beret. 

Ona konsekwentnie mówiła Ola Johan, z naciskiem na drugie imię, co sprawiało, że 

pierwsze stawało się niemal niesłyszalne. Ale Mali przyjmowała to spokojnie. Sivert 

nieświadomie rozwiązał za nią ten problem.

Zarówno Ane, jak i Ingeborg często podchodziły do kołyski, by spojrzeć na 

dziecko. Parobcy zerknęli raz czy drugi, ale bez entuzjazmu. Rzucili tylko, że 

podobny do ojca. Nawet oni mogli to przyznać, mruknęli.

- Tak, trzeba być ślepym, by tego nie widzieć - powiedziała Ane, pochylając 

się nad kołyską. - To cudowne dziecko. 

Mężczyzną najbardziej zainteresowanym noworodkiem był Havard. Gdy Mali 

kładła się na kanapie i ktoś miał podać jej syna, często on to robił. Ostrożnie 

wyjmował Oję z kołyski i przenosił do matki.

- Można by pomyśleć, że nic innego nie robiłeś, tylko opiekowałeś się takimi 

maluchami - rzuciła z uśmiechem Mali pewnego razu. - Rzadko mężczyźni mają 

background image

odwagę wziąć na ręce noworodka. Może masz gdzieś takiego na boku? - zażartowała.

Havard nie odpowiedział, przekazał tylko małego Mali i patrzył na nich 

poważnymi oczami.

- Też uważam, że to mały twardziel - powiedział cicho. - Uparty jak ojciec, i 

tak podobny, że... – Przerwał i przeczesał dłonią włosy. - Jesteś teraz szczęśliwa, 

Mali? - spytał, przysiadając na skraju kanapy, tak blisko, że Mali z wrażenia poczuła 

pot spływający po plecach. - Cieszysz się, że masz coś po mężu?

Mali zerknęła na niego.

- Miałam już Siverta - rzuciła. - Więc i tak mam coś po Johanie, nawet jeśli 

ten mały...

Havard spojrzał na Mali i pogłaskał Oję po główce tak, że jego ciepłe palce 

dotknęły jej dłoni.

- Sivert... zupełnie nie jest podobny do Johana. Zapominam, że to jego syn! 

Ale ten tutaj... Zupełnie niczym wcielenie Johana. Myślałem, że może ty...

Mali nerwowo otuliła małego kocykiem, unikając spojrzenia Havarda. On 

zbyt wiele rozumie, pomyślała z lekką paniką. Przypomniała sobie, że kiedyś mu 

powiedziała, że wystarczy jej jedno małżeństwo, że nie zniesie, by znów kolejny 

mężczyzna nad nią panował. Havard najwyraźniej o tym nie zapomniał i zapewne 

rozumiał, że Oja nie był owocem miłości. Ale Sivert... Co miał na myśli, mówiąc to o 

Sivercie? Sugerował, że Sivert nie jest dzieckiem Johana?

-Jestem wdzięczna za obu synów, których mam z Johanem - powiedziała 

cicho, patrząc mu w oczy. - Są niepodobni, to prawda, ale krew w nich płynie ta 

sama.

Havard uśmiechnął się i pogładził ją przelotnie po policzku.

Nie miałem nic innego na myśli - zapewnił. - Chciałem tylko wiedzieć, czy 

jesteś teraz szczęśliwa. Czy to ważne dla ciebie, że ten malec jest tak podobny do 

swego ojca, gdy jego już nie ma na świecie?

Wygląd nic dla mnie nie znaczy - odparła Mali cicho. - Do kogo jest 

podobny albo nie. Wszystkich innych niezwykle to zajmuje. Ale może to normalne, 

gdy rodzą się synowie na dworach, wtedy ma to znaczenie. To bzdury - dodała. - On 

jest tym, kim jest!

Ale czy jesteś szczęśliwa?

Pokiwała głową, nie patrząc na niego. Havard wstał i wyszedł. 

Gdy Mali mogła już usiąść do jedzenia razem z innymi przy stole, wszystko 

background image

zaczęło jej bardziej smakować. Jednak nadal chudła. Havard nie spuszczał z niej 

zaniepokojonego spojrzenia, ale Mali nic nie mówiła. Siedziała w kącie kanapy z 

szalem owiniętym wokół siebie i małego Oi i przysłuchiwała się rozmowom.

Nadal mówiono ó pożarach, które dotknęły w styczniu Bergen i Molde. 

Gorsza sytuacja była w Bergen, ale i tak w Molde ponad tysiąc osób pozbawione 

zostało dachu nad głową. Ogień w Bergen zaprószyli dwaj mężczyźni, idący z 

zapaloną świeczką przez podcienie oberży Berstad. W Molde przyczyną był piorun. 

Gudmund powyrywał z gazet zdjęcia i artykuły. Sivert nie mógł się nimi nasycić, 

choć zdjęcia oglądał z ukrytym lękiem. Policzki mu pałały.

Nie wolno chodzić z nieosłoniętym ogniem - powiedział pewnego 

popołudnia, gdy rozmowa ponownie zeszła na pożary. - Tak mówi mama.

No i widzisz, ile mama miała racji - odparł Havard, biorąc chłopca na 

kolana. - Pomyśl, jaki to był pożar, i to przez tych dwóch panów ze świeczką.

Unikał tematu pioruna, który spowodował pożar w drugim mieście, pewnie po 

to, by Sivert nie zaczął się bać burzy, myślała Mali. Ale Sivert jednak to pamiętał.

Czy piorun jest niebezpieczny? - spytał, bawiąc się włosami Havarda. - 

Często widziałem pioruny. I słyszałem grzmoty.

Nie, nie powinieneś bać się ani pioruna, ani grzmotu - odpowiedział 

mężczyzna. - Rzadko powodują pożar. Oczywiście, czasem się zdarza, ale nie 

możemy bać się wszystkiego, co może być niebezpieczne. Zapomnimy wtedy, jak to 

dobrze jest żyć.

Uważasz, że dobrze jest żyć? - upewniał się chłopiec poważnym tonem.

Tak, najczęściej tak uważam - uśmiechnął się Havard, burząc czuprynę 

małego. - Teraz na przykład uważam, że to wspaniale, że twoja mama już się dobrze 

czuje i może siedzieć z nami w pokoju, jak kiedyś.

Sivert uśmiechnął się szeroko, zeskoczył z kolan mężczyzny i podszedł do 

matki półleżącej na kanapie. Położył się blisko niej, przytulił buzię do becika 

braciszka i poklepał go. Nagle spojrzał na Mali.

- Ale kochasz mnie jeszcze, mamo? - spytał powoli. - Nie kochasz tylko Oi, 

prawda?

Mali objęła syna i przytuliła go, chowając twarz w jego ciemnych lokach. Jej 

serce przepełniała miłość, którą jakże pragnęła odczuwać także wobec młodszego 

syna. A nadal nie czuła nic i to ją przygnębiało.

background image

No co ty, Sivercie Stornes? - Uśmiechnęła się i pocałowała krągły policzek 

pierworodnego. - Kocham cię tak bardzo, że nie wiem. Nie jest tak, że możemy 

kochać tylko jedną osobę. W naszym sercu jest miejsce dla wielu. Ty zawsze 

będziesz w nim miał miejsce tylko dla siebie, którego ci nikt nie odbierze. A teraz 

Oja ma też swoje miejsce - dodała, nie patrząc na Havarda.

Czy tata miał też swoje miejsce? - spytał Sivert, owijając wokół palca 

pasmo jej włosów.

Mali tak zaskoczyło to pytanie, że prawie się wzdrygnęła. Zadziwiające, nad 

czym ten mały się zastanawiał, pomyślała, ukrywając płonące policzki we włosach 

syna.

Tak, miał - odparła cicho.

Ale teraz to miejsce jest wolne - zastanawiał się Sivert - bo on nie żyje. 

Powinniśmy znaleźć kogoś na to miejsce, nie uważasz?

Na krótki moment Mali napotkała iskrzące spojrzenie niebieskich oczu 

Havarda i poczuła dziwną słabość. Czuła, że nadal płoną jej policzki z dziwnego 

zażenowania. Gdy Sivert się rozkręci... Potargała mu włosy i odparła z uśmiechem:

- Gdy kogoś takiego znajdziesz, daj mi znać. Ale wiesz, nie zapomina się tak 

łatwo tych, którzy odeszli. W jakiś sposób zawsze mamy ich w swoich sercach, tak 

jak babcię. Nie zapomniałeś jej, prawda?

Sivert pokręcił głową w zamyśleniu i spojrzał na matkę.

- Nie, ale myślę, że mam całkiem duże serce, bo mam w nim wiele osób - 

oświadczył z powagą.

Wierzę ci - uśmiechnęła się Mali. - Tacy dobrzy chłopcy jak ty zwykle mają 

duże serca.

Ty też masz duże serce, Havard? - zainteresował się Sivert.

Tak, chyba też mam - potwierdził mężczyzna. - Od kiedy przybyłem do 

Stornes, ty masz w nim całkiem spore miejsce. Ale jeszcze zostało trochę miejsca, co 

najmniej na jedną osobę - dodał, zerkając na Mali.

Ona nie odwzajemniła jego spojrzenia, przygładziła tylko nerwowym ruchem 

włosy.

- Zaraz nam znikniesz - rzucił pewnego dnia Havard, obejmując Mali w talii. - 

Mogę cię objąć w pasie dwiema dłońmi. Powinnaś jeść, skoro karmisz jeszcze kogoś.

background image

Mali aż drgnęła pod dotykiem jego ciepłych, silnych dłoni. Obawiała się też, 

że ktoś ich zobaczy.

Jakoś to będzie - odparła, wywijając się z jego rąk.

O co chodzi? Boisz się mnie?

Mali poczuła, że robi się jej gorąco. Unikała jego wzroku.

- Nie, nie boję się - zapewniła. - Ale nigdy nie wiadomo, co inni pomyślą...

- Ty się tego boisz? - spytał żartobliwie, ujmując ją pod brodę i obracając jej 

twarz ku swojej. - Nie wierzę ci.

Przytrzymał jej spojrzenie na krótką chwilę, w czasie której Mali czuła, jakby 

tonęła w jego błękitnych oczach. Znów ogarnęła ją przedziwna potrzeba przytulenia 

się do niego, do jego szczupłego, silnego i ciepłego ciała. Zapragnęła poczuć 

obejmujące ją ramiona Havarda i uwierzyć, że ktoś się nią zaopiekuje.

Bez słowa odwróciła się gwałtownie, ale serce biło jej mocno, a nogi miała 

dziwnie słabe. Havard zajmował spore miejsce w jej sercu, przyznawała, ale przecież 

już od dawna. Jednak coś zaczynało się zmieniać, musiała to przyznać, choć za 

bardzo nie rozumiała co. Przerażało ją to. Pewnie dlatego, że czuła się ogólnie 

osłabiona i wyzuta z sił. Wtedy łatwo pomylić przyjaźń z innymi uczuciami, 

pomyślała. Tak się nie powinno stać. Tak się nie może stać...

Chudy, drobny Oja trzymał się życia. Stopniowo zaczął lepiej ssać, co 

spowodowało, że Mali miała więcej pokarmu. Gdy kalendarz wskazywał marzec, 

wszyscy zauważyli, że mały przybrał na wadze. Niebezpieczeństwo jeszcze nie 

minęło, ale Mali zaczęła wierzyć w słowa akuszerki, że mały da sobie radę. 

Zasinienie, które utrzymywało się całkiem długo, znikło i Oja stał się różowy jak inne 

niemowlęta. Nawet wyrosło mu więcej włosów. Miał duże, ciemne oczy, których 

spojrzenie przenikało Mali na wskroś. Widziała w nim wyrzut, że nie kocha go jak 

Siverta. W takich chwilach, gdy leżała z synkiem na poddaszu, a on wpatrywał się w 

nią, płakała z ustami przy jego główce.

- Przecież kocham cię, Oja - szeptała. - Będę cię kochać. Jesteś niewinnym 

biedactwem, a ja twoją mamą. Jeśli się tylko lepiej poznamy...

Jego małe paluszki złapały kosmyk jej włosów i pociągnęły. Naprawdę jest 

silniejszy, pomyślała, rozluźniając jego chwyt. Otarła łzy, które spadły na jego 

główkę, i z westchnieniem opadła na posłanie. Jakoś to będzie, pomyślała. Akuszerka 

miała rację, powrót do siebie po tak gwałtownym porodzie wymaga czasu. To 

background image

normalne, powiedziała. Mimo to Mali odczuwała zawsze jakiś niepokój, że nie kocha 

Oi wystarczająco mocno. Leżała, obserwując światło księżyca na belkach sufitu, i 

zastanawiała się, za co może być to kara.

Wreszcie mogli zacząć przyjmować gości w Stornes. Sąsiedzi czekali z 

niecierpliwością, by zobaczyć nowe dziecko. Jednak ani Mali, ani Oja nie byli 

dostatecznie silni, by przyjąć wszystkich naraz. Najpierw przybyli najbliżsi z Buvika 

i Innstad, pozostali mieli jeszcze poczekać.

Matka Mali wzruszyła się, gdy usłyszała, że wnuka nazwano także na cześć 

dziadka ze strony matki. Mali poprosiła ją jednak, by nie mówiła o tym w obecności 

Beret.

Kochanie - przestraszyła się matka. - Nie podobało jej się to?

Chciała, by chłopiec nosił tylko imię Johana - odparła Mali. - Niczego 

innego nie można było oczekiwać.

No to powinnaś tak zrobić. - Matka rozejrzała się wokół z obawą, czy nikt 

ich nie słyszy. - Nie warto drażnić Beret, tyle przeszła...

Ale ja chciałam, by mały nosił także imię mojego ojca - powiedziała z 

naciskiem Mali. - I tak jest za późno, już jest po domowym chrzcie i już ma imię, z 

którego będzie dumny, gdy dorośnie. - Mali miała na myśli głównie „Ola"... - Już się 

zresztą ułożyło, bo od kiedy Sivert zaczął na niego mówić Oja, wszyscy tak mówią. 

Oprócz Beret, ale na to nic nie poradzę. Matka stała, patrząc na małego w kołysce.

- Co słychać u ojca? - spytała Mali. - Jak się wam mieszka w nowym domu?

Nowy dom w Buvika skończono przed jesienią i rodzice przeprowadzili się 

przed Bożym Narodzeniem. Odremontowano też i zmodernizowano stary dom, i 

najstarszy brat Mali wprowadził się tam z żoną, Anną. Wzięli ślub tydzień po 

porodzie Mali, więc oczywiście nie była na weselu, ale cieszyła się na myśl, że 

pojedzie złożyć życzenia nowożeńcom i obejrzy nowe porządki w obejściu.

- Jeszcze to do nas nie dociera - odparła matka z uśmiechem. - Nie można tak 

po prostu odzwyczaić się od życia w starym domu. Ale mamy teraz łatwiej, no i tak 

blisko do swoich. Anna Bjarnego jest dla nas taka miła! Naprawdę Bjarne znalazł 

dobrą żonę. Myślę, że wszystko będzie dobrze.

- A ojciec? - powtórzyła Mali, zerkając na ojca, który rozmawiał z Havardem. 

- Jak się ma?

background image

Zauważyła od razu po ich wejściu, że ojciec schudł i nie wydawał się zdrowy. 

Jego twarz przybrała jakiś szarawy odcień i Mali słyszała, że szybko oddycha. 

Wspomniała swoją wizytę przedświąteczną w zeszłym roku, gdy ojciec z takim 

zapałem pokazywał jej, gdzie zbuduje ich nowy dom. Już wtedy domyśliła się, że ma 

problemy z sercem. Dotrzymała jednak obietnicy i nic nikomu nie powiedziała. Jego 

stan raczej się nie pogorszył, przynajmniej nic takiego nie słyszała. W tym roku nie 

była u nich przed świętami z powodu mrozu i swojej ciąży. Ciekawa była, czy ojciec 

dotrzymał obietnicy i poszedł do lekarza.

Tak jak zwykle - odparła matka, gładząc wnuczka po policzku. - Może za 

dużo pracuje. Mówiłam mu, że nie jest już młody, ale on nie słucha. Wiesz, jaki jest. 

Ale niepokoi mnie to, że często jest zmęczony i zdyszany.

Był u lekarza?

Kto, ojciec? - Matka zaśmiała się cicho. - Słyszałaś, by ojciec kiedykolwiek 

poszedł do lekarza? Nie, ojciec nie ma zaufania do wiedzy lekarskiej. Mówi: „Ten, 

kto idzie do doktora, za dwa tygodnie nie żyje". Jest o tym przekonany, więc nie da 

się go zmusić...

Nie poruszały więcej tego tematu, lecz Mali lękała się o ojca. Niepokoiła ją 

też Margrethe. Siostra wydawała się wesoła i w dobrej formie, ale jak na kobietę, 

która za kilka tygodni ma termin porodu, miała zbyt mały brzuch. Ale może to 

dlatego, że pamiętała ją z ostatniej ciąży, gdy jej brzuch mieścił bliźnięta. Może 

oznacza to tylko, że będzie miała jedno dziecko?

Jak się masz po tym wszystkim? - spytała Margrethe, pomagając w 

sprzątaniu stołu po kawie. - Jesteś za szczupła. Czy w ogóle coś jesz?

Oczywiście, że tak - uśmiechnęła się Mali. - Już mi o wiele lepiej. Ale tym 

razem nie było łatwo, o nie. Nikt nie ma apetytu, gdy chodzi i się zamartwia, czy 

dziecko przeżyje. Znasz ten stan? Oja naprawdę był w słabej formie, bałam się o 

niego.

A jest już taki słodki - odrzekła siostra. - Ale doprawdy, jakże podobny do 

ojca! Aż przeszedł mnie dreszcz, gdy go zobaczyłam.

Ja tak mam ciągle, pomyślała Mali, zmywając filiżanki. 

- Jak się czujesz? - spytała, spoglądając na młodszą siostrę. - Wkrótce twoja 

kolej, co?

Przez twarz Margrethe przebiegł cień. Nerwowym ruchem przygładziła 

background image

włosy.

- Co się dzieje? - Mali objęła ją.

-Nie, pewnie nic takiego... ale trochę krwawiłam w zeszłym tygodniu. 

Myślałam, że to znak zbliżającego się porodu, ale nic się nie działo. Pewnie to nic 

takiego? - spytała, patrząc na starszą siostrę z nadzieją.

Mali zrobiło się gorąco. Krwawienia zawsze oznaczały coś poważnego, tyle 

wiedziała.

- Czujesz ruchy? - spytała, kładąc dłoń na brzuchu siostry.

-Ja... tak sądzę - szepnęła Margrethe, zwracając na nią oczy pełne łez. - Ale 

nie jestem pewna. Wcześniej było bardziej ruchliwe, ale może teraz ma mniej 

miejsca, nie uważasz?

Może i tak - odparła Mali, choć wiedziała, że to nieprawda. - Sądzę, że 

Bengt powinien zawieźć cię do akuszerki. Badanie pod koniec ciąży nie zawadzi.

O nie, nie chcę go niepokoić! - zaprotestowała siostra. - On i tak się boi, że 

coś ze mną może się stać, wiesz, jaki on jest...

Tak, wiem. Dlatego powinien jeszcze chętniej cię do niej zawieźć - 

powiedziała Mali spokojnym tonem. -Prawdopodobnie wszystko jest w porządku, ale 

warto sprawdzić. Jeśli coś się dzieje, lepiej to wiedzieć wcześniej niż...

Coś się dzieje... - powtórzyła Margrethe, wpijając wzrok w Mali. Oczy jej 

błagały o pocieszenie, lecz Mali nie umiała kłamać. Zycie siostry znaczyło dla niej 

więcej, niż gdyby miała odjechać stąd z fałszywą nadzieją.

Nie mówię, że coś się dzieje złego - powiedziała, gładząc siostrę po 

policzku. - Chcę tylko, żebyś się zbadała. Jeśli nie dla mnie, zrób to dla Bengta i 

trójki dzieci, które już macie. Oni cię potrzebują, wiesz przecież.

- O czym tak szepczecie?

Żadna nie zauważyła, że podszedł do nich Bengt. Margrethe aż podskoczyła i 

zaczerwieniła się po czoło. Patrzyła na Mali błagalnym spojrzeniem, by nic nie 

mówiła.

- Chciałabym, byś zawiózł Margrethe do akuszerki, Bengt - rzekła Mali.

Margrethe jakby zapadła się w sobie.

Bengt spojrzał na żonę z przestrachem i objął ją.

Co takiego? - spytał cicho. - Coś się dzieje złego? Nic nie mówiła...

Zapewne nie - odparła Mali. - Ale mówię właśnie Margrethe, że najwyżej 

background image

przejedziecie się na próżno. Przecież to nic takiego, prawda, Bengt?

Oczywiście, że pojedziemy, skoro Mali tak mówi. Ale nic nie mówiłaś, że...

To nic takiego - zapewniła Margrethe cicho. Mali czuła, że jest na nią zła. - 

To Mali uważa...

Mali nam zawsze pomagała - rzekł Bengt spokojnie. - Zrobimy tak, jak 

mówi. Ona chce naszego dobra, przecież wiesz, moja Margrethe. Ja też tego chcę. 

Jesteś dla mnie najdroższą osobą na całym świecie - powiedział, przytulając mocno 

żonę.

Margrethe uśmiechnęła się i spojrzała na niego rozjaśnionymi oczami.

- Skoro tak chcesz - powiedziała cicho.

Mali była spocona i wymęczona, gdy już wszyscy odjechali. Zostawiła 

sprzątanie i zmywanie w rękach Ane i Ingeborg i podeszła do stołu, przy którym 

siedział Sivert i Havard. Chłopiec bawił się drewnianym konikiem, którego 

wystrugał dla niego Gudmund.

- Czas do łóżka - powiedziała, targając włosy synkowi. - Chodź, pójdę z tobą.

Ale Sivert nie chciał się jeszcze kłaść.

- A jeśli cię zaniosę na górę razem z konikiem? - spytał Havard. - 

Moglibyśmy zrobić mu stajnię pod kołdrą, żeby spał dziś z tobą.

Taka propozycja spotkała się z lepszym przyjęciem. Mali czuła, że to ona 

powinna położyć Siverta, jednak nie zaprotestowała. Była tak zmęczona... Nogi 

miała niczym z ołowiu. Dlatego siedziała tylko na stołku przy oknie, podczas gdy 

Havard zdjął z Siverta odświętne ubranie i okrył go kołdrą. Gdy usłyszała, że konik 

ma już stajnię i że powiedzieli mu dobranoc, wstała sztywno i podeszła do łóżka.

- Śpij dobrze - powiedziała cicho i pocałowała syna. - Dobrej nocy tobie i 

konikowi.

-Czy Havard może mnie jeszcze kiedyś położyć spać? - spytał Sivert, nadal 

obejmując ją za szyję. - Ja lubię Havarda, mamo.

- Tak, wszyscy go lubimy - odparła Mali. - Ale Havard...

- Chętnie położę cię jeszcze kiedyś spać, Sivert - powiedział mężczyzna - o ile 

twoja mama też tu będzie.

Mali odwróciła się i spojrzała na niego, na iskrzące spojrzenie niebieskich 

oczu, na miły uśmiech, mocne białe zęby. Boże, dopomóż, pomyślała, wspierając się 

background image

na oparciu łóżka, on staje się zbyt bliski... Ale nic nie powiedziała.

Mamo, czy on może...

Tak, chyba tak - odrzekła cicho. - Ale teraz już śpij, synku. 

Na korytarzu Havard złapał ją za ramię i przytrzymał mocno.

Nie chcesz, bym kładł go spać?

To nie to, Havard - odpowiedziała. - Ja się bardzo cieszę, że on... że ty... 

Aleja się...

Boisz się, tak? Boisz się, że zbyt się tu zadomowię?

Mali nie była w stanie spojrzeć mu w oczy, stała tylko, mnąc palcami 

kołnierzyk. Możliwe, że nie jego się bała, ale siebie samej. Ostatnio czuła się tak 

słaba i pozbawiona woli... Gdy uniósł jej twarz ku górze, chciała uciec. Ale nogi 

miała niczym przyklejone do podłogi.

- Wszyscy potrzebujemy trochę ciepła w życiu, Mali - wyszeptał. - Nawet ty. 

Możliwe, że ty nawet więcej niż inni, bo nie sądzę, żebyś otrzymywała je ostatnio. 

Nie będę się narzucał, obiecałem i dotrzymam tej obietnicy. Widzę tylko, że jesteś 

zmęczona i samotna, i że potrzebujesz kogoś. A ja jestem twoim przyjacielem, sama 

tak powiedziałaś.

Mali chciała coś odpowiedzieć, ale nie mogła wydobyć ani jednego słowa. Jej 

oczy wypełniły łzy. On miał rację. To właśnie było tak trudne z Havardem, że 

rozumiał więcej, niż powinien. Gdy jego usta dotknęły miękko jej ust, wsparła się o 

niego. Zamknęła oczy i napawała się ciepłem jego ciała. Jego dłonie objęły ją w talii 

i przytuliły mocniej. Przez chwilę stali tak, mocno przytuleni. Jego usta nie żądały 

więcej, dłonie trzymały ją mocno, ale i delikatnie. Nagle Mali opamiętała się i chciała 

się uwolnić z uścisku.

- Mali, Mali - wyszeptał z ustami przy jej włosach. - Czego się tak obawiasz? 

Ja chcę tylko twojego dobra.

Chciała mu odpowiedzieć, ale gdy uniosła twarz, jego usta znów znalazły jej 

usta. Tym razem żądały więcej, tak samo jak dłonie. Gładziły ją po plecach, po 

głowie, mocniej przycisnęły. Mali nagle poczuła, że Havard jest podniecony, i 

gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Drżące ciepło rozeszło się po jej podbrzuszu i 

poczuła, że mleko płynie jej z piersi. Czy to byłoby złe, gdyby ona...

- Tego nie było w umowie, Havard - rzuciła nagle, łapiąc go za ręce i 

odsuwając się.

background image

Nie odpowiedział, przeczesał tylko włosy palcami. Patrzył na nią. Nadal jest 

zbyt szczupła, pomyślał, lecz poza tym jeszcze piękniejsza niż wcześniej: prosta i 

giętka niczym trzcina, ze wspaniałymi włosami i ciemnymi oczami.

- Czy będę mógł to powtórzyć? - spytał cicho.

Odwróciła się gwałtownie, chciała mu ostro odpowiedzieć. Jej uczucia były 

jednym wielkim chaosem.

- Mam na myśli, czy będę mógł położyć Siverta spać - dodał z uśmiechem.

Mali podeszła do schodów. Dogonił ją, zanim postawiła stopę na najwyższym 

stopniu, i dotknął lekko jej ramienia.

- Jesteś na mnie zła? - rzucił cicho.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Pogłaskała go po policzku i powoli 

pokręciła głową.

Pewnie powinnam, ale nie jestem - powiedziała. -Nie jest łatwo złościć się 

na ciebie, Havard. Ale my...

Mamy umowę - dokończył za nią. - Nie zapomniałem o niej, mimo że 

najchętniej...

Tej nocy Margrethe urodziła martwą dziewczynkę.

background image

ROZDZIAŁ 3

Wraz z kwietniem nadeszło upragnione ciepło i słońce. Półsenne muchy tłukły 

się o szyby, potok za pralnią bełkotał pod lodem, wielkie pranie leżało rozłożone do 

wybielenia na resztkach śniegu niczym spadłe z nieba anioły. Lód i śnieg topniały w 

oczach. Pod nasłonecznionymi ścianami budynków bywało tak ciepło, że i okrycia 

głowy, i wierzchnie warstwy ubrania lądowały na ławce.

Mali siedziała przy spiżarni z twarzą zwróconą ku słońcu. Oparta o ścianę, 

rozkoszowała się ciepłem, które wypełniało jej ciało. I zranioną, samotną duszę, 

dodała w myślach i poczuła napływające łzy. O wiele łatwiej jej przychodziły od 

czasu urodzenia Oi, sama nie wiedziała, dlaczego. Może dlatego, że nadal miała 

wyrzuty sumienia, że nie dość kocha tego malca. Kochała go, oczywiście. Już urósł i 

nabrał ciała, uśmiechał się do niej. Czuła coś do niego, to pewne. Ale nie dawało się 

tego porównać z wszechogarniającą, nieziemską miłością do Siverta, na pewno nie.

Długo sobie powtarzała, że miłość nadejdzie sama, że - jak mówiła akuszerka 

- nie było jej łatwo po tak ciężkim porodzie. Ale to nieprawda, myślała. Czuła, że Oja 

jest bardziej synem Johana niż jej, zwłaszcza ze względu na podobieństwo. Przecież 

nic na to nie mógł poradzić, biedaczek. Byle nie stał się do niego podobny z 

charakteru! O to Mali chciała najbardziej zadbać. Wydobędzie z niego najlepsze 

cechy, weźmie go pod swoje skrzydła, będzie o niego walczyła i go broniła, bo jest za 

niego całkowicie odpowiedzialna. Ale kochać go tak naprawdę, bez żadnych 

zastrzeżeń, jak Siverta, nigdy nie potrafi. Ta świadomość ją prześladowała.

Siedziała tak, na wpół drzemiąc w słońcu. Aż podskoczyła, gdy dobiegł ją 

odgłos sań zajeżdżających na dziedziniec. Gdy przymrużyła oślepione światłem oczy, 

rozpoznała Margrethe i Olausa. Sivert też ich dostrzegł z okna izby i słyszała, że Ane 

z trudem udaje się go ubrać. Mali wstała i podeszła na powitanie siostry.

- Ależ miło, że przyjechaliście - powiedziała, zsadzając Olausa. - Biegnij do 

domu, Sivert już się ubiera!

Margrethe podjechała do ściany stodoły i uwiązała konia.

- Nie chcesz wprowadzić go do środka? - spytała Mali.

- Nie, na słońcu jest ciepło, niech sobie stoi - odparła Margrethe, zeskakując z 

sań. - Nie zostaniemy zresztą długo. Jest już kwiecień i nasi mali dziedzice niedługo 

mają urodziny. Pomyślałam, że możemy porozmawiać, jak je urządzić. No i jeszcze 

background image

mama. W maju skończy

pięćdziesiąt lat!

Mali przyjrzała się siostrze. Już minął miesiąc, od kiedy tak nieoczekiwanie 

urodziła nieżywą córkę. Mali dowiedziała się dopiero następnego dnia, a pojechała do 

niej po kilku dniach. Margrethe leżała w łóżku, oczywiście bardzo przygnębiona. 

Wszyscy pogrążeni byli w smutku, że dziecko, na które tak czekali, nie żyło. Ale tak 

już się działo w życiu. Do rzadkości należały przypadki, gdy wszystkie urodzone 

dzieci przeżywały. Mali powiedziała to siostrze. Chciała też napomknąć, że powodem 

mogło być zbyt szybkie zajście w ciążę po bliźniaczkach, lecz dała spokój. 

Dołożyłaby siostrze wyrzutów sumienia, a przecież nie była tego tak pewna. Takie 

rzeczy po prostu się zdarzają.

Jak się masz? - Mali objęła siostrę. - Czujesz się już lepiej?

Trochę tak - przyznała Margrethe powoli. - Ale co noc śni mi się córeczka, 

której nie dane było żyć. Czy to moja wina...?

Twoja wina? - Mali przytuliła ją. - Oczywiście, że nie twoja, co za 

głupstwa! Tak się czasem zdarza, i już. Tak naprawdę obie jesteśmy szczęściarami. 

Przecież to istny cud, że bliźniaczki przeżyły. Tak jak Oja. Nie, to nie twoja wina, nie 

powinnaś tak myśleć ani przez chwilę!

Ale to było... Powinniśmy dłużej odczekać z Bengtem...

Przecież są takie, które zachodzą w ciążę co roku -rzuciła Mali. - Może nie 

wszystkie dzieci przeżywają, to prawda. Nawet gdybyś urodziła tylko jedno dziecko, 

też nie byłoby pewne, że dorośnie. To zależy od wielu rzeczy, wiesz.

Margrethe spojrzała na nią oczami pełnymi łez.

Tak chciałam z tobą o tym porozmawiać - szepnęła. - Było mi potem tak 

źle...

Ale Bengt chyba nic ci nie powiedział...

-O nie, Bengt był dla mnie bardzo dobry, powiedział, że najważniejsze, że ja 

przeżyłam. Że może z dzieckiem było coś nie tak, i może lepiej, że nie żyło. Że 

możemy mieć więcej dzieci. 

Tak, na pewno możecie, pomyślała Mali, ale lepiej trochę z tym poczekać. 

Powiedziała to Margrethe ostatnio, ale to przecież było ich życie i ich wybór.

Sivert i Olaus wybiegli z impetem na dwór.

Ulepimy bałwana przy spiżarni! - zawołał Sivert. -Ane powiedziała, że da 

background image

nam marchew na nos, jak będzie gotowy!

My siedzimy przy pralni! - krzyknęła za nimi Mali. - Jeśli nas nie będzie, 

znaczy, że weszłyśmy do środka. O ile chcesz posiedzieć trochę na słońcu - zwróciła 

się do siostry. - Znajdę jakiś pled, żebyś nie zmarzła.

Chętnie posiedzę na słońcu - odparła Margrethe. -To wspaniałe, że wreszcie 

jest ciepło. I jasno.

Właśnie o tym samym myślałam - rzekła Mali. -To była długa i ciężka zima.

Tak, ja nie powinnam pewnie narzekać w porównaniu z tym, co ty przeszłaś, 

Mali - powiedziała Margrethe. - Najpierw stary Sivert, potem Johan. Ja nie wiem, co 

bym zrobiła, gdybym straciła Bengta. Chyba bym też umarła!

Mali nie odpowiedziała, wyjęła pledy i rozłożyła przy nasłonecznionej ścianie 

pralni.

Ty zawsze byłaś najsilniejsza z nas sióstr - mówiła dalej Margrethe. - No, 

Eli jest silna, na pewno, ale ty... Jakbyś wszystko potrafiła znieść. Jak to robisz?

Ty też jesteś silna - zaprotestowała Mali. - Pewnie nie znalazłaby się druga 

dziewczyna, która jak ty wyjechałaby z domu, gdyby odkryła, że jest w ciąży. To 

musiał być dla ciebie straszny rok, ale przetrwałaś! Więc nie opowiadaj mi, kto tu jest 

najsilniejszy, dobrze?

Margrethe odgarnęła włosy.

- Tak, nie chciałabym, żeby taki rok się powtórzył - westchnęła. - Gdy o tym 

myślę, sama nie rozumiem, jak temu podołałam. Wiesz, chodziło o wstyd, który 

przyniosłabym ojcu i matce... Nie widziałam innej drogi. Ale w końcu wróciłam do 

domu, bo już nie mogłam dalej. No i teraz jest mi cudownie, ale ty...

Odwróciła się w stronę siostry, która siedziała z zamkniętymi oczami, oparta o 

ścianę.

- Wiem, że to nie moja sprawa, ale zaczęłam się zastanawiać... Ten twój ślub z 

Johanem został tak szybko postanowiony. Czy ty... byłaś z nim szczęśliwa?

Mali poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Im mniej mówiło się o dawnych 

czasach, tym lepiej, pomyślała.

Masz całkowitą rację, że to nie twoja sprawa - odparła, nie otwierając oczu - 

tylko moja. Wyszłam za niego z własnej woli i pozostałam jego żoną aż do jego 

śmierci. Czy byłam z nim szczęśliwa, dotyczyło tylko jego i mnie. Czym właściwie 

jest szczęście? Można być szczęśliwym, mimo że nie jest się tak szaleńczo 

background image

zakochanym jak ty i Bengt. Nie żałuję wam tego szczęścia, ale uważam, że nie 

każdemu jest przeznaczone, sama wiesz. Miałam dobrego męża, jestem panią dużego 

dworu, mam syna, którego kocham ponad wszystko. To też jest szczęście...

Masz dwóch synów...

Mali poczerwieniała i, zakłopotana, poprawiła włosy.

Tak, nie zapomniałam o Oi - zaśmiała się nerwowo. - Oczywiście, że nie. 

Ale był tak słaby i mały, źle ssał... Starałam się za bardzo do niego nie 

przywiązywać, bo nie byłam pewna, czy przeżyje. Pewnie wytworzyłam jakiś 

dystans wobec niego, na wypadek gdyby umarł. Byłoby mi ciężko, tak szybko po 

śmierci jego ojca... - dodała, czując, jak płoną jej policzki od własnego kłamstwa.

Ja tak nie czułam przy bliźniaczkach – zamyśliła się Margrethe. - 

Wiedziałam, że mogą umrzeć, mimo to kochałam je aż do bólu. Nie mogłam nic 

poradzić, tak było. Nie umiem wytworzyć dystansu jak ty.

Mali nie odpowiedziała. Odwróciła płonącą wstydem twarz od siostry. Nie 

miałaby żadnego problemu z miłością do Oi, gdyby był synem Jo, myślała często. 

Nie przynosiło to ulgi jej wyrzutom sumienia... Traktowała Oję jako dziecko poczęte 

przez gwałt. Pewnie tak było. Jednak nie rozumiała, dlaczego czuje wobec niego tak 

mało. Przecież w pierwszym okresie życia w Stornes marzyła o dziecku z Johanem!

Jednak nienawiść do Johana rosła w niej wraz z upływem lat. Pogarda wobec 

niego, poniżenie, któremu ją poddawał, to wszystko coś w niej zmieniło. Gdyby 

jednak to było tylko to, może by bardziej kochała jego dziecko. Ale Johan zabił Jo i 

jednocześnie zabił coś w niej. Ona zawsze będzie kochała Jo i jego dziecko. Ich troje: 

Jo, Sivert i ona, stanowiło całość. Tak często myślała tej zimy. Wiedziała, że to źle 

wobec Oi, ale nie mogła na to poradzić: on nie należał do nich...

Może tak się stało, bym dała radę przez to przejść -powiedziała Mali cicho, 

odwracając się do siostry. - Dopiero teraz mogę odważyć się myśleć, że Oja przeżyje. 

Ale jest coś szczególnego przy pierworodnym - dodała. - Ja w każdym razie tak czuję 

bez względu na to, czy to źle, czy dobrze.

A może? - zamyśliła się Margrethe. - Ja chyba też czuję do Olausa coś 

szczególnego. Oczywiście, kocham też dziewczynki, ale Olaus, tak... - Oczy siostry 

przybrały marzący wyraz i Margrethe posłała Mali nieśmiały uśmiech. - Prawie 

zawsze przychodzi mi na myśl...

Poczerwieniała gwałtownie. Mali poklepała ją po policzku. 

background image

Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, Margrethe - rzekła. -Że się odnaleźliście z 

Bengtem. Mało kto tak do siebie pasuje jak wy.

Ale ty nie chcesz wyjść znów za mąż...

W każdym razie nie spieszy mi się - odparła Mali. -Teraz mam tak dobrą 

pomoc w gospodarstwie, że nie potrzebuję męża. Ale co się kiedyś zdarzy, nie wiem. 

Nie myślę o tym.

- Wielu myśli o tobie, wiem - rzuciła Margrethe, zerkając szelmowsko na 

siostrę. - Słyszałam o takim i innym...

Na razie ja nikogo nie chcę - ucięła Mali. - Nie wyjdę za mąż tylko dlatego, 

by mieć męża. Bo i po co?

Nie, ty nie - odpowiedziała siostra, wstając. - Ale ty nie jesteś jak inne 

kobiety. Jesteś niemal zbyt silna, Mali. Nikogo nie potrzebujesz.

Mali także wstała i zaczęła strzepywać pledy. Rzuciła je na ławkę w pralni i 

zamknęła drzwi. Objęła siostrę za ramiona.

- Potrzebuję moich dzieci, ciebie i mojej rodziny. Nie możesz w to nigdy 

wątpić, Margrethe – oświadczyła z powagą. - Ale może nikogo więcej, to prawda. W 

każdym razie na pewno nie męża.

Lubię być wolna, chciała dodać, i nie chcę męża, który może mi rozkazywać, 

wyżywać się i dręczyć. Ale nie dodała. Siostrę by to zszokowało i zrozumiałaby, że 

Mali było źle z Johanem, w łóżku i poza nim. Najlepiej, jak o tym nie wspomni.

W niedzielę czternastego maja Brit Buvik skończyła pięćdziesiąt lat. Dzień 

ten obchodziła w Buvika cała rodzina, dorośli i dzieci. Eli i Johannes przyjechali z 

małym Martinusem, pyzatym chłopczykiem podobnym do matki. Miał już dziesięć 

miesięcy i był mistrzem raczkowania. Eli po ciąży nie straciła dodatkowych 

kilogramów, ale nie wydawało się, by to jej przeszkadzało. Sprawiała wrażenie 

zrównoważonej i spokojnej.

Z Innstad przyjechali Bengt z Margrethe ze swoją trójką. Pękali z dumy, 

patrząc na swojego ruchliwego trzylatka i śliczne dziewczynki. Mali przyjechała z 

synami i Havardem.

Nie chciała jechać taki kawał drogi sama. Havard zaofiarował się, że ją 

background image

podwiezie. Nie zostanie na przyjęciu, lecz przyjedzie po nich wieczorem. Ale 

oczywiście Brit nie zgodziła się na to i zaprosiła Havarda, by został. Mali nie 

podobało się to. Wolała, by nikt nie pomyślał, że Havard uzyskał inną pozycję w 

Stornes niż przewidziana w umowie. Jednak jej mama była zachwycona. Nie 

ukrywała, że cieszyłaby się, gdyby Mali wyszła za tego przystojnego, porządnego i 

czarującego zarządcę.

- Ojej, jaki on miły, ten Havard - szepnęła do Mali z uśmiechem. -1 jaką ma 

rękę do twoich dzieci! Jeszcze nie widziałam mężczyzny, który by...

Mali uściskała matkę, powstrzymując w ten sposób jej dalsze słowa.

Znam jego zalety, mamo - powiedziała. - Jestem wdzięczna, że pracuje w 

Stornes. Ale nic poza tym.

Ale może będzie - odparła matka, wodząc spojrzeniem za Havardem. - 

Potrzebujesz męża, dziecko.

Mali nie odpowiedziała, nie chciała psuć świątecznego nastroju.

W Buvika zrobiło się bardzo porządnie po rozbudowie i remoncie. Matka z 

dumą pokazała jej ich nowy dom, a ciężarna Anna oprowadziła po reszcie domu. Że 

też w Buvika zapanował taki dobrobyt, pomyślała Mali, rozglądając się wokół. 

Bardzo się cieszyła, zwłaszcza ze względu na matkę i ojca. Nigdy nie zapomni 

czasów, gdy ojciec znalazł się na skraju bankructwa, a matka, wychudła, z 

niepokojem wypatrywała nowego dnia. Długi, niepewność jutra... Nie, nie mogła 

wtedy podjąć innej decyzji, bo pewnie miałaby więcej istnień ludzkich na sumieniu.

Po obiedzie Mali wzięła wózek z Oja i ruszyła w dół ścieżką, by uśpić 

małego. Oja poza domem, gdy nie miał swojej kołyski, najlepiej spał w wózku. 

Majowy dzień był cichy i ciepły. Pszczoły brzęczały, rumianki bielały na łące. Gdy 

dotarła na koniec zbocza, zawróciła, bo zobaczyła nadjeżdżający wóz konny z 

powożącym mężczyzną.

- Czyżby to... Mali?

Odwróciła się. Ten głos... Spojrzała na mężczyznę. Ciemnowłosy, przystojny, 

z opadającą na czoło grzywką, którą odgarniał w sposób, który zaczął jej kogoś 

przypominać.

- To ty, Magnar! - powiedziała, zatrzymując się. - Minęło tyle lat...

Zeskoczył z kozła. Gdy się zbliżył, Mali dostrzegła, że lata pozostawiły ślad 

background image

na jego przystojnej twarzy. Sprawiał wrażenie przyciężkiego, uwydatnił mu się 

brzuch. Ale jego oczy były prawie takie same, te same, które wywoływały u niej 

zmysłowe sny. Teraz jego spojrzenie było wilgotne i nieco nieostre.

Kiedyś chciała mu się oddać, w każdym razie marzyła, by zrobił coś jeszcze 

poza pocałunkami i niezgrabnymi, zbyt mocnymi pieszczotami. On jako pierwszy 

dotknął i całował jej nagie piersi...

Gdy zbliżył się, poczuła jego wódczany oddech. 

W samym środku niedzieli! Co się z nim stało, skoro robił coś takiego, i to 

pewnie nie po raz pierwszy, sądząc po wyglądzie. Odsunęła się, złapała za rączkę 

wózka i chciała iść dalej.

- Nie spiesz się tak bardzo, skoro spotykamy się po latach, Mali - powiedział, 

kładąc dłoń na jej ramieniu. - Myślałem dużo o tobie...

Mali spojrzała mu w oczy. Nie wyglądał na szczęśliwego, choć miał żonę i 

dzieci.

- Ja też o tobie myślałam - rzuciła lekkim tonem. - Tak już jest, gdy jest się 

młodym i zakochanym. Ale tak nagle odszedłeś. Nie byłam wystarczająco dobra dla 

twoich rodziców, prawda? Albo znalazłeś inną?

Magnar kopał kamyki leżące przy drodze i odgarnął nieposłuszną grzywkę.

Raczej... rodzice - mruknął. - Twojemu ojcu się wtedy nie wiodło i 

powiedzieli, że...

Ależ Magnar - powiedziała Mali spokojnie. - To było tak dawno temu. 

Wszystko już zapomniane!

Spojrzał na nią. Słońce sprawiło, że jej jasne włosy zaświeciły niczym złoto, a 

oczy wydawały mu się większe i ciemniejsze, niż pamiętał. Była tak ładna, że aż 

przeszedł go dreszcz. Spojrzał na jej bluzkę, na wypełniające ją piersi, przypomniał 

sobie, że kiedyś ich dotykał i całował. Poczuł fizyczne podniecenie i postawił stopę 

na kamieniu, by je ukryć.

- I tak dobrze wyszłaś za mąż, Mali - rzucił. - Pani w Stornes... Tak, mogę 

zrozumieć, dlaczego Johan cię chciał, nawet bez posagu. Ale miałaś być moja... - 

dodał z błyskiem w oku.

- Słyszałam, że masz żonę i kilkoro dzieci – zauważyła lekkim tonem. - Więc 

też nieźle ci się ułożyło. A może nie, skoro czuć od ciebie wódkę w niedzielne 

przedpołudnie? 

Ja chciałem ciebie - powtórzył, nie zważając na jej słowa, nie spuszczając z 

background image

niej spojrzenia. - Ale nie jest za późno, Mali. Jeszcze czas, by dostać to, czego wtedy 

nie dostałem. Słyszałem, że owdowiałaś, a ja...

A ty jesteś żonaty - ucięła Mali chłodno. - Poza tym wszystko się zmieniło. 

Czas zrobił swoje. Ale miło było cię zobaczyć. Powodzenia - powiedziała, 

odwracając się.

Nagle poczuła, że chwycił ją wpół. Puściła wózek, bo Magnar uniósł ją z 

ziemi i pociągnął za kwitnący krzak głogu przy drodze. Rzucił na ziemię i przygniótł 

sobą. Czuła jego gorące, żądające usta, podczas gdy dłonie rozrywały jej bluzkę, aż 

guziki pryskały na boki. Przez chwilę Mali jakby sparaliżowało. Lekki wiatr owiał jej 

nagie piersi, poczuła usta Magnara wokół jednego sutka. Przez sekundę przeszedł ją 

słodki dreszcz, jednak nagle ocknęła się i wbiła kolano między jego nogi. Magnar 

jęknął i zsunął się z niej. Zerwała się, zebrała bluzkę w garść i przejechała drżącą 

dłonią przez włosy.

- Ty wstrętna świnio - zasyczała, kopiąc go. - Co z ciebie za człowiek? Co ty 

sobie myślisz, że tak po prostu możesz...

Sama tego chciałaś - wyszlochał. - Czułem to!

Chyba masz zbyt bujną wyobraźnię, Magnar - rzuciła Mali lodowatym 

tonem. - Nie chciałabym cię, nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na ziemi. Nic o 

tym nie mów, to i ja nie powiem. Ale jeśli usłyszę jakieś plotki, wiedz, że cię usadzę. 

Pamiętaj, że nie jestem już biedną Mali Buvik. Jestem panią w Stornes! Więc uważaj, 

ty obrzydliwcze.

Złapała za wózek i zaczęła szybko iść w górę. W połowie drogi usłyszała za 

sobą tętent kopyt. Zwolniła i obejrzała się powoli. Serce czuła w gardle, biło jak 

szalone. Co on sobie wyobraża? Czy ona w jakiś sposób go zachęciła? Nie, 

wiedziała, że nie. On musiał postradać rozum! Wiedziała z gorzkiego doświadczenia, 

że pijani tracą hamulce...

Próbowała przygładzić włosy i dokładniej zasłonić piersi, jednak zbyt wiele 

guzików odpadło. Musi poprosić Annę, by pożyczyła jej bluzkę. Powie jej, że... 

Właśnie, co jej powie?

Bałem się o ciebie. Długo cię nie było. Mali wzdrygnęła się. Był to 

głos Havarda.

Co się stało? - spytał, obróciwszy ją ku sobie. Otworzył szeroko oczy, gdy 

dostrzegł jej zniszczoną

bluzkę i rozczochrane włosy.

background image

- Co się stało? - powtórzył zmienionym głosem, pełnym niedowierzania, 

strachu i jakby gniewu.

- Ja... spotkałam dawnego znajomego - wyjąkała Mali. - Znałam go, gdy 

byłam młoda, i... - I co, wróciliście do dawnych sztuczek? Mali wymierzyła mu 

policzek.

- Co ty sobie myślisz! - rzuciła wściekła. - Był całkiem... Zresztą, nieważne, to 

nie twoja sprawa. Idź sobie, nie chcę cię widzieć! - dodała drżącymi ustami.

Nagle wybuchła płaczem. Była w szoku, czuła się zbrukana. Wszystkie 

wspomnienia nocy z Johanem stanęły jej przed oczami. Padła na kolana, zanosząc się 

płaczem.

- Mali, Mali, wybacz mi - wyszeptał Havard, podnosząc ją i przytulając. - Ja 

tak nie myślałem, tylko... straciłem głowę, gdy zrozumiałem, że ktoś mógłby...

Mali oparła się o niego i płakała.

- Zrobił ci coś?

Pokręciła głową, co sprawiło, że warkocz całkiem się rozluźnił i włosy 

rozsypały się złocistą kaskadą po jej plecach. Havard dostrzegł jej półnagie piersi i 

ostrożnie położył na jednej dłoń.

- Nie, Havard - szepnęła Mali. - Nie...

Pochylił się i wziął w usta jej sutek, a dłonie zatopił w jej włosach. Mali stała 

na drżących nogach. Wsparła się o Havarda. Ktoś musi się mną zaopiekować, 

pomyślała otępiała, ktoś taki jak on, dla kogo coś znaczę i kto chce mojego dobra. 

Jego usta odnalazły jej usta, ciepłe dłonie pieściły jej piersi. Jak dobrze, pomyślała, 

dobrze i bezpiecznie. Dlatego, że to Havard.

Odstawił wózek ze śpiącym Oja pod drzewo, wziął ją na ręce i ruszył w 

kierunku łąki. Niech to się stanie, pomyślała Mali zmęczona i zamknęła oczy. Czuła 

pulsowanie podbrzusza i rozchodzącą się stamtąd falę ciepła. Nagle Oja zaczął 

rozdzierająco płakać. Podziałało to na Mali jak kubeł zimnej wody. Wysunęła się z 

ramion Havarda i podbiegła do wózka. Drżącymi rękami wyjęła dziecko i zaczęła 

kołysać. Oja uspokoił się szybko i Mali ostrożnie go odłożyła. Nadal drżącymi, 

lodowatymi dłońmi Mali poprawiła włosy i bluzkę, spinając ją srebrną broszą, którą 

miała przy szyi. Cały czas czuła obecność Havarda za swoimi plecami, jednak jej nie 

dotykał. W końcu wzięła szal z wózka i otuliła się nim. Wystarczy. Poprosi Annę o 

pożyczenie bluzki, choć nadal nie wiedziała, jak wytłumaczy swój wygląd. Ale coś 

jeszcze wymyśli. Schwyciła rączkę wózka i zaczęła pchać go pod górę.

background image

- Daj mi - rzucił Havard cicho. - Przykro mi, że... Ale jest mi trudno, Mali. 

Jesteś taka...

Spojrzała mu w oczy. Były pełne skruchy.

- Nie powinieneś tego robić - powiedziała. – Mam do ciebie zaufanie, Havard. 

Jeśli nie dajesz rady, powinieneś się wyprowadzić ze Stornes. 

Pokiwał głową powoli. Spojrzeniem prosił o wybaczenie.

- Ja... Jesteś najładniejsza na świecie... Ale nie powinienem tego robić. 

Obiecałem...

Mali patrzyła na niego. Miała świadomość, że wina nie leży tylko po jego 

stronie, choć bez wątpienia wykorzystał fakt, że była w szoku, przestraszona i 

zrozpaczona. Nie wie, co by się stało, gdyby Oja nie zaczął płakać. Oboje byli winni. 

Nie uspokoiło jej to, wręcz przeciwnie: zaniepokoiło bardziej, niż chciała przyznać. 

Jej ciało nie było tak nieczułe, jak myślała.

Mogę popchać wózek? - spytał.

Dobrze - powiedziała, ujmując rączkę po swojej stronie. -1 zapomnijmy o 

tamtym...

Pokiwał głową, unikając jej wzroku. Przebywanie z nią tak blisko okazało się 

dla niego trudniejsze, niż myślał, gdy godził się na pracę w Stornes. Czuł się chory z 

tęsknoty i pożądania, z miłości, o której nie sądził, że nim zawładnie. Mali była tak 

blisko, a jednak nieosiągalna. Jak długo zdoła tak żyć? Może naprawdę będzie musiał 

opuścić Stornes, jeśli tak będzie najlepiej dla nich obojga?

Mali jakby czytała w jego myślach. Zatrzymała się nagle i spytała:

- Zostaniesz w Stornes, Havardzie? Potrzebuję cię, wiesz przecież.

Havard pokiwał głową. Tak, zostanie, skoro ona go o to prosi. Nie zawiedzie 

jej i nie pozwoli, by inny mężczyzna zajął jego miejsce. Ale ona nie rozumiała chyba, 

jakiej ofiary wymagała. Dziwiło go to, bo przecież nie była złym człowiekiem.

- Dziękuję - powiedziała i poklepała go po przyjacielsku po dłoni.

Poszli dalej.

ROZDZIAŁ 4

Trwała pełnia lata. Dni były ciepłe i pełne woni, długie wieczory zachwycały 

grą kolorów na powierzchni fiordu i nad ciemnymi górami, noce były jasne i ciche. 

Plony zapowiadały się wspaniale. Wszystko rosło w oczach.

background image

W Stornes praca szła zwykłym rytmem, mimo braku gospodarza. Havard 

dawał sobie świetnie radę. Ciągle w ruchu, planował robotę i dbał o wszystko. 

Wszyscy go doceniali i lubili, bo nigdy nie okazywał wyższości. Miał szczególną 

cechę: sprawiał, że ludzie dobrze się czuli w jego towarzystwie, nawet w trakcie 

intensywnej pracy. Szedł za tym szacunek wobec niego jako człowieka. Nie zabiegał 

o to, ale tak po prostu było.

Czasami Mali stwierdzała, że nigdy wcześniej nie panował w gospodarstwie 

lepszy porządek. Co piątek siadali z Havardem nad rachunkami i planowali zadania 

na nadchodzący tydzień, mimo że Mali nie uważała tego za niezbędne. Była 

całkowicie przekonana, że Havard zna się na robocie, do której był zatrudniony.

- Ty rozumiesz to o wiele lepiej niż ja - powiedziała, gdy pewnego piątku 

wszedł do kuchni z naręczem papierów i ksiąg rachunkowych. - Sam to zrób, mam do 

ciebie zaufanie, wiesz przecież. Wszystko idzie dobrze, każdy to widzi. To dzięki 

tobie - dodała.

Ale on trzymał się swego. Chciał, by brała udział w planowaniu, by pokazać 

jej i wszystkim, że to ona tu rządzi, że jest tego świadom i to respektuje. Mali 

zrozumiała, że ważne jest dla niego, by nikt nie mógł powiedzieć, że pozwala sobie 

na zbyt wiele. Ze nie przekracza granic umowy.

- Zróbmy to razem - odparł. - Możliwe, że kiedyś będziesz zadowolona, że 

umiesz planować i prowadzić rachunki. Nie jest pewne, że będę tu na gospodarstwie 

całą wieczność - dodał, nie patrząc na nią.

Nie rozmawiali o tym, co wydarzyło się wtedy w Buvika. Havard był miły, 

towarzyski i pracowity i tak samo chętnie zajmował się Sivertem. Tylko wobec niej 

zwiększył dystans. A może sobie to tylko wyobraziła? Ale czuła, że nie może już do 

niego iść ze wszystkimi problemami, że on nie chce przebywać z nią zbyt blisko. 

Właściwie go rozumiała. Nie można mieć wszystkiego. Po wydarzeniu w Buvika 

wiedziała, że Havard nie zadowoli się już okruchami. Jeśli ma coś mieć, to albo 

wszystko, albo nic.

Zdarzało się, że czuła na sobie jego spojrzenie, gdy wydawało mu się, że ona 

nie patrzy. Jednak gdy spoglądała na niego, udawał, że jest zajęty czymś innym. 

Niech i tak będzie, pomyślała. Potrzebowała dobrego pracownika i zarządcy, i to jej 

zapewniał. Mogła się obejść bez zaufania i bliskości pomiędzy nimi. Rozumiała, że 

jemu nie jest łatwo. Sama tęskniła za jego ciepłem, uściskiem, może za łagodnym 

pocałunkiem na poddaszu. Gdy tego już nie otrzymywała, czuła, jak było to dla niej 

background image

ważne - o ile sama mogła ustanawiać granice. Czuła się wtedy żywa i kochana, serce 

biło mocniej, a nawet ogarniała ją gorąca i dziwna tęsknota, do której nie chciała się 

sama przed sobą przyznać. Bo nadal nie chciała wychodzić za mąż, choć pewnie nikt 

nie rozumiał, dlaczego. Nie brakowało mężczyzn, którzy chętnie widzieliby się w tej 

roli. Ale sama myśl, że miałaby znów ulec woli mężczyzny, sprawiała, że okrywała 

się gęsią skórką, choć wyczuwała, że małżeństwo z Havardem byłoby inne niż z 

Johanem.

Mimo to nigdy nie będzie tak, jakby tego pragnęła. Nadal marzyła o Jo, choć 

myślała o nim rzadziej. Na zawsze miał swoje miejsce w jej sercu. Wszystkich 

mężczyzn porównywała z nim i żaden nie wytrzymywał tego porównania, nawet 

Havard. Nikt nie mógł równać się z Jo, myślała Mali, siedząc oparta o ścianę szopy 

nad morzem. Znów zaczęła tu przychodzić, choć przysięgała w dniu śmierci Jo, że 

nigdy tego nie zrobi. W tym dniu, w którym sama o mało nie wskoczyła do fiordu... 

Ale nawet Mali musiała przyznać, że czas, o ile nie leczy - to przynajmniej zabliźnia 

ranę. Wtedy daje się żyć...

Sivert cały dzień był w ruchu, zwykle trzymając się Havarda. Mały wyciągnął 

się bardzo przez ostatnią zimę, pomyślała Mali, patrząc na syna skaczącego po 

kępach trawy i kamieniach. Miał w sobie zwinność kota. Gdy stanął w słońcu i 

uśmiechnął się do niej szarozielonymi, iskrzącymi oczami, z widocznymi mocnymi, 

mlecznymi zębami, z ciemnymi włosami w szalonym nieładzie, coś aż ją kłuło. Był 

tak podobny do Jo! I w przeciwieństwie do Oi, który ledwo różowiał w słońcu, skóra 

Siverta była złocistobrązowa na długo przed nocą świętojańską.

Oja świetnie się rozwijał, jak już zaczął jeść i mógł przebywać na dworze. 

Mali sama nie wierzyła, że ten różowiutki, jasnowłosy niemowlak o krągłych 

policzkach był tym samym chudziakiem, którego urodziła w lutym i któremu mało 

kto dawał szanse życia.

Oja był poważniejszym dzieckiem niż Sivert, już teraz mogli to stwierdzić. 

Sivert gaworzył i uśmiechał się do wszystkich, natomiast Oja najpierw oceniał, długo 

wpatrując się w nową osobę ciemnymi oczami. Uśmiechał się rzadko.

- Johan też był taki jako dziecko - mówiła Beret, patrząc na wnuka 

błyszczącymi oczami. - To niesamowite, jaki on jest do niego podobny. To dla mnie 

zbawienie, że on przeżył.

Nadal okazywała, że kocha Siverta, ale on nawet nie mógł się równać z Oja. 

Beret zawsze była przy niemowlęciu, nosiła je na ręku, brała na kolana i śpiewała 

background image

piosenki. Jeśli obie, Mali i Beret, podeszły do jego kołyski, Oja wyciągał rączki do 

babci. Nie żeby Mali żałowała Beret tego pocieszenia, które najwyraźniej stanowił 

dla niej wnuk, ale jednak odczuwała w takich razach jakieś ukłucie.

Sivert pochłonięty był zbieraniem chrustu i drew na wielkie ognisko 

świętojańskie, które zgodnie z tradycją mieli rozpalić na cyplu przy Stornes. 

Pomagały mu dzieci z pozostałych dworów i zagród. To Havard wpadł na pomysł 

zajęcia tym dzieci. Niemało soku poszło na ugaszenie pragnienia malców, 

umorusanych kurzem i żywicą. Wszyscy mówili o wieczorze, gdy będą mogli zostać 

tak długo, jak zechcą, zapalą wielkie ognisko i będą jedli tyle ciastek i pili tyle soku, 

ile zmieszczą. Takie wspaniałości nie zdarzały się zbyt często.

Będą też kanapki - pochwalił się Sivert gromadce dzieci. Mali słyszała go 

przez otwarte okno salonu. -Nie tylko ciastka, nie.

Moja mama upiecze herbatniki - odezwało się któreś. 

 Dasz spróbować? - spytał Sivert. - Dam ci wtedy kanapkę.

Mali nie dosłyszała odpowiedzi, bo nadszedł Havard i zaczął chwalić dzieci za 

dobrze wykonaną pracę.

- To chyba będzie największe ognisko, jakie kiedykolwiek rozpalono w 

Stornes - rzekł Havard. - Ależ to będzie noc świętojańska, mówię wam!

Przez lata ognisko świętojańskie na cyplu Stornes stało się tradycją w okolicy. 

Dorośli i dzieci z dworów i zagród spotykali się tam, niosąc koszyki z jedzeniem. 

Oczywiście, o ile pogoda pozwalała. A jeśli nawet pogoda nie zdołała zagnać 

niektórych do domu, czyniły to meszki. W łagodne, wilgotne letnie wieczory 

potrafiły doprowadzić ludzi do szaleństwa. Małe, niemal niewidoczne, nagle były 

wszędzie: we włosach, w uszach i pod powiekami, pod ubraniem. Czasami było ich 

tak wiele, że tworzyły obłok nad głową. Nic nie dawało odganianie: były wszędzie. 

Tak, meszki potrafiły zepsuć więcej wieczorów świętojańskich niż zła pogoda, 

myślała Mali.

Ale wszystkie oznaki na niebie i ziemi zapowiadały piękny wieczór. Sivert już 

od rana szalał z podniecenia. Co kwadrans pytał, która godzina, aż wreszcie Mali 

wysłała go, by posprzątał w szopie na drewno. Skrzywił się, ale przynajmniej zniknął. 

Gdy Mali po jakimś czasie wyszła do niego, nie znalazła go w szopie. Siedział na 

dużym kamieniu przy strumieniu za pralnią i puszczał łódki z kory. Pokręciła głową, 

background image

ale uśmiechnęła się. To było dla niego tak typowe. Nie miał zamiłowania do pracy, 

uznawał ją za nudną. Istniało tyle zabawniejszych zajęć! Oprócz puszczania łódek 

lubił chodzić po łące i zbierać dla niej kwiaty albo leżeć na sianie w stodole i 

obserwować jaskółki, które lepiły gniazda wysoko pod dachem. Zawsze wiedział, w 

którym gnieździe są już młode. Czasem przychodził do niej, płacząc, z nieżywym 

pisklęciem, który zbyt wcześnie odważyło się na skok i kończyło na klepisku stodoły. 

Wtedy Mali musiała odłożyć swoje zajęcia, znaleźć kartonik i pójść z synem na 

pogrzeb. Na tyłach domu Sivert urządził mały cmentarzyk, gdzie oprócz piskląt 

grzebał martwe myszy czy rozjechane dżdżownice i stawiał na ich grobach koślawe 

krzyże. Jego niezwykła więź ze wszystkimi żywymi stworzeniami stawała się z 

każdym rokiem mocniejsza, zauważyła Mali.

Po zakończeniu obrządku w oborach ludzie zaczęli napływać w kierunku 

cypla Stornes. Był niezwykle ciepły i piękny letni wieczór, tak jasny, że niemal nie 

warto było zapalać ogniska. Jednak, oczywiście, zapalono je zgodnie z tradycją i ku 

radości dzieci, także tych najmłodszych, aby miały czas się nim nacieszyć, zanim 

zasną.

Mali siedziała razem z Margrethe, Bengtem, Ane i Aslakiem. Rozglądała się 

trochę za Havardem, ale go nigdzie nie dostrzegała. Dziwne, pomyślała, nic nie 

mówił, że go nie będzie. Właściwie w ogóle nie wspominał o wieczorze...

- Jak się macie, nowożeńcy, tam pod lasem? - spytała Margrethe, spoglądając 

na Ane.

Ane poczerwieniała i zaczęła kręcić źdźbło trawy w palcach. Aslak 

uśmiechnął się bezradnie.

Dobrze - odparta w końcu Ane. - Urządziliśmy się...

Słyszałam, że nie ty będziesz w tym roku na letnim pastwisku? - pytała dalej 

Margrethe. - To pierwszy raz od wielu lat, mówiła Mali.

Aslak objął ramieniem Ane i odchrząknął.

-Mali obiecała, że Ane zostanie na gospodarstwie tego lata. Mnie to nie 

martwi, o nie. Inaczej widziałbym ją tylko w niedziele, no i...

- Tak, na pewno byłoby ci trudno - zaśmiał się Bengt dobrodusznie. - 

Najlepiej przecież mieć żonę w łóżku każdej nocy, zgadzam się!

Aslak poczerwieniał i spuścił wzrok. Nadal mocno obejmował Ane. Mali 

background image

pochwyciła jej spojrzenie i nagle zrozumiała to, nad czym zastanawiała się przez 

ostatnie tygodnie. Ane jadła mniej niż zwykle, była blada mimo słońca i częściej 

biegała do wychodka.

- Może jesteś ciężarna, Ane? - spytała, dotykając jej ramienia. - Jak się tak 

zastanowię, wszystko by na to wskazywało. Ale jakoś na to nie wpadłam, dopiero 

teraz...

Ane spojrzała na nią promiennymi oczami i z rumieńcami na policzkach. 

Potem zerknęła na Aslaka i splotła swoje palce z jego.

Tak, jest - obwieścił dumnie Aslak. - Więc tym lepiej, że nie pojedzie na 

pastwisko. To ciężka praca i baliśmy się, że coś mogłoby się stać...

Nigdy bym cię nie wysłała na pastwisko w tym stanie! - Mali poklepała Ane 

po plecach. - Ależ wspaniałe wiadomości w ten wieczór świętojański. Gratuluję wam 

obojgu! Tak, to wielka zmiana dla was, no i dla nas w Stornes. Ale zostaniesz z nami, 

Ane, jak obiecałaś? Dziecko będziesz mogła zabierać ze sobą, przecież kołyska jest 

wolna.

O tak, oczywiście, że zostanę w Stornes - rzuciła Ane szybko. - Przecież 

mamy umowę. A dla dziecka będzie dobrze mieć towarzystwo Siverta i Oi. Nie 

mogłoby być lepiej!

Kiedy go oczekujesz, Ane? - spytała Margrethe. -Bo nic po tobie nie znać. 

Choć rzeczywiście nie widuję cię zbyt często - dodała z uśmiechem.

Myślę, że to będzie podarunek na Boże Narodzenie - odparła Ane. - 

Wspaniały podarunek. O ile wszystko dobrze pójdzie - dodała, zerkając na 

Margrethe.

Na pewno pomyślała o jej martwym noworodku, albo i o gwałtownym 

porodzie Mali, którego była świadkiem. Takie przeżycia zostają w pamięci kobiety, 

która ma przed sobą pierwszy poród.

- Zajmiemy się tobą, Ane - uśmiechnęła się Mali uspokajająco. - Wszystko 

pójdzie dobrze.

Nagle dostrzegła spojrzenie, które Margrethe posłała Bengtowi. Było tak 

pełne słodyczy i czułości, że Mali już wiedziała, że prawdą jest to, czego się 

obawiała.

Ty też jesteś brzemienna - powiedziała cicho, patrząc na siostrę.

Zostałaś jasnowidzem, czy co? - spytał Bengt, ale czuła, że był lekko 

background image

zażenowany. - Skąd wiesz? My dopiero się zaczęliśmy domyślać...

-Nie, ja...

Mali przerwała. Miała wielką ochotę krzyczeć. Czy oni nie mogą trochę 

bardziej panować nad sobą? Pewnie nie, pomyślała, skoro są nadal tak zakochani. 

Przecież sama straciła rozsądek, gdy Jo przybył do Stornes. Wiedziała, że to, co robi, 

to grzech, ale nic jej nie mogło powstrzymać. To samo się powtórzyło, gdy 

niespodziewanie odwiedził ją jesienią na pastwisku. Oddała mu się w dzikiej ekstazie, 

nie bacząc na konsekwencje. Więc może nie jestem ani trochę lepsza od Margrethe, 

pomyślała. Raczej gorsza. Konsekwencje tego ostatniego razu były... śmiertelne. Bo 

siostra jest przynajmniej żoną tego, z którym śpi. Ale Margrethe będzie miała dziecko 

przed upływem roku po stracie poprzedniego!

- Nie mieliśmy takiego zamiaru - tłumaczyła się młodsza siostra, a policzki jej 

płonęły. - Ale skoro ty... Nie, to nie będzie dla nas bożonarodzeniowy podarunek. 

Dziecko urodzi się pod koniec stycznia, tak sądzę.

O Boże jedyny, o czym oni myśleli? Przecież Margrethe będzie wycieńczona. 

Oczywiście, jest zdrowa i młoda, ale niemal bez przerwy w ciąży! Wzdrygnęła się. 

Gruźlica znów zbierała ofiary w pobliskich wsiach, a imała się najsłabszych... Mali 

nagle poczuła dłoń siostry na ramieniu.

- Nie bądź zła...

- Nie jestem zła - odpowiedziała Mali, otaczając młodszą ramieniem. - 

Dlaczego miałabym być zła? Wiem przecież, jak kochacie swoje dzieci. I jesteście 

młodzi i zdrowi. Nie, nie jestem zła - dodała. - Jeśli już, to tylko się o ciebie 

niepokoję, że będziesz wymęczona...

- Zaopiekuję się nią - obiecał Bengt. - Ona będzie już tylko dla ozdoby, 

naprawdę.

Co ty tam wiesz, pomyślała Mali. Młoda gospodyni w dużym dworze, z trójką 

małych dzieci, która miałaby być tylko dla ozdoby! To niemożliwe. Nie, wszyscy 

mężczyźni są tacy sami. Gdy już znajdą się w łóżku, myślą tylko tym, co mają 

między nogami, a nie głową!

Iskry strzelały z wielkiego ogniska tak, że musieli się odsunąć. Żar buchał. 

Pęki iskier wylatywały w niebo za każdym razem, gdy na pół wypalona belka padała 

na ziemię. Dzieci piszczały z radości. Mali próbowała nadążyć spojrzeniem za 

background image

Sivertem, ale było to niemożliwe. 

Biegał, umorusany i podniecony, zbierał patyki i dorzucał do ogniska w 

nadziei, że wieczór się nigdy nie skończy.

Jedna z przechodzących obok dziewcząt z Oppstad włożyła Mali na głowę 

wianek z rumianków, dzwonków i żółtych traw.

- Naprawdę dla mnie? - spytała Mali z uśmiechem. - Jest dla mnie zbyt ładny. 

To ty powinnaś go nosić, młoda i śliczna.

Nie, to dla ciebie, bo może wyjdziesz za mąż - zaśmiała się dziewczyna. - 

Moja mama mówi, że dziewczyna, która ma wianek na głowie w wieczór 

świętojański, wyjdzie za mąż przed końcem roku.

No, to mamy się na co cieszyć - zaśmiał się Bengt. -Zobaczymy, czy w 

Stornes będzie wesele na święta. To miła perspektywa!

Mali nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się do dziewczyny i zostawiła wianek 

na głowie. Nie wierzyła w przesądy, więc mogła go zatrzymać. Żaden wianek nie 

spowoduje, że wyjdzie za mąż!

Chyba cieszycie się na próżno - rzekła. - Zamierzam być wolna i swobodna, 

by pomagać choćby w przyjmowaniu waszych dzieci na świat.

Możesz dać radę obu sprawom - uśmiechnął się szwagier. - Właściwie nie 

rozumiem, dlaczego jeszcze jesteś wolna, skoro jesteś co najmniej tak samo ładna jak 

twoja siostra, a to niemało - dodał, patrząc na nią z nieskrywanym podziwem.

Bo była ładna w tym wianku. W blasku ogniska jej włosy lśniły niczym stare 

złoto, a skóra sprawiała wrażenie złocistego jedwabiu. Wiele spojrzeń śledziło jej 

postać: wyprostowaną jak świeca, wąską w talii i z bujnym biustem. Właściwie nigdy 

nie wyglądała piękniej, pomyślał Bengt, i to pomimo tego, co przeszła przez ostatni 

rok.

Mali poczuła, że się rumieni z radości i zażenowania. Rzadko myślała o 

swoim wyglądzie, ale gdy Bengt ją pochwalił, poczuła, że to miłe.

- Ja też powinnam chyba tego chcieć - rzuciła lekko. - Ale nie chcę, i mówię 

to jasno. A teraz może zmienimy temat?

Wtedy dostrzegła Havarda. Szedł wzdłuż brzegu razem z Laurą Granvold, 

córką we dworze Oppstad. Była dużo młodsza od swojego brata, Edvarda, który miał 

już żonę i dzieci. Jej narodziny były dużą niespodzianką i radością dla rodziców. Ile 

background image

mogła mieć lat, zastanawiała się Mali. Siedemnaście, osiemnaście? I jakim cudem 

Havard spacerował właśnie z nią? Uświadomiła sobie, że Havard zawarł dużo 

znajomości, od kiedy zaczął pracować w Stornes, i że często bywał z jakimiś 

sprawami w Oppstad. Ale żeby spacerować z Laurą w taki wieczór? Coś skurczyło jej 

się w brzuchu. Na widok tych dwojga, dziewczyny od czasu do czasu otaczanej 

ramieniem przez mężczyznę. Mali oblała się żarem, choć nie wiedziała, dlaczego. 

Przecież Havard, jako kawaler, mógł sobie być, z kim chciał. Jej nic do tego. Mimo 

to... Mali nie mogła oderwać od nich spojrzenia.

No proszę, oto Havard - Bengt wskazał dłonią. -I ma ze sobą kobietę. 

Wygląda na to, że na noc świętojańską - zaśmiał się.

Bengt! - upomniała go żona żartobliwym tonem. -Nawet jeśli idzie razem z 

Laurą, to niekoniecznie znaczy, że on... że on... A może jest coś między nimi, Mali?

Mali wzdrygnęła się. 

- Ja o niczym nie wiem - odparła, unikając wzroku siostry. - W ogóle nie 

wiem, z kim Havard się widuje w czasie wolnym. W każdym razie znalazł sobie 

niezłą dziewczynę -rzucił Bengt. - Laura wyrosła na całkiem ładną pannę, to pewne. 

Ale jest strasznie młoda.

- I ty to mówisz! - zaśmiała się Margrethe. - Ja byłam młodsza, kiedy ty...

Bengt zaczerwienił się gwałtownie i zaczął częstować wszystkich ciastkami. 

Havard i Laura dotarli do cypla i zaczęli podchodzić w górę.

To tu jest przyjęcie, widzę - zauważył Havard wcale niezmieszany. - 

Znajdzie się miejsce dla nas?

Oczywiście, oczywiście - powiedział Bengt, przesuwając się. - Mamy 

miejsce, ciastka i sok. Czekamy na kawę. Peder Plassen gotuje wielki czajnik kawy, 

podobno czarnej jak smoła. - Mrugnął do Havarda. - Ale nie odmówisz czegoś 

przezroczystego dolanego do niej, prawda?

No nie, to należy do nocy świętojańskiej -uśmiechnął się Havard. - A ty 

zostałaś panną młodą? -powiedział, dotykając wianka Mali. - Gdzie jest ten 

szczęśliwiec? Ci, z którymi tu siedzisz, mają już żony, o ile wiem.

Mali zalała się rumieńcem. Gwałtownym ruchem zerwała wianek z głowy.

- Dostałam go - oznajmiła. - Mówią, że ta, która ma wianek w czasie nocy 

świętojańskiej, wyjdzie za mąż przed końcem roku? Więc pewnie on bardziej pasuje 

tobie - dodała z lekką ironią w głosie i włożyła wianek na głowę Laury.

Laura zaśmiała się, zażenowana, ale poprawiła wianek spoczywający na jej 

background image

długich, rozpuszczonych włosach. Ona naprawdę ładnie wyrosła, zauważyła Mali. 

Nie jest już dziewczynką, ale dojrzałą młodą kobietą o wspaniałych kształtach 

rysujących się pod niebieską sukienką.

Laura rzuciła szelmowskie spojrzenie na Havarda. Było w nim tyle uczucia i 

czułości, że Mali aż przeszedł dreszcz.

Jest mi w nim ładnie? - spytała cicho, dotykając dłoni mężczyzny.

Ładnie - uśmiechnął się Havard. - Jest ci ładnie i z wiankiem, i bez - dodał, 

urywając jeden rumianek z jej wianka i zatykając go w dziurkę koszuli.

Miał wiele rozpiętych guzików, niemal aż do pasa, widać było jego złocistą 

skórę. A może nie zapiął koszuli po tym, jak ją zdjął? - pomyślała Mali nagle. Myśl, 

że może on kochał się z Laurą gdzieś na brzegu morza, zanim tu przyszli, sprawiła, że 

Mali osłabła. A przecież nic jej do tego! Jednak czuła zazdrość palącą jej serce, mimo 

że gdyby chciała Havarda, mogłaby go mieć w każdej chwili, na pewno przed 

dzisiejszym wieczorem. On nigdy nie ukrywał, że jej pragnie, a ona go odrzucała. 

Teraz czuła, że go pragnie, o ile nie musiałaby wychodzić za niego za mąż.

Ale niech tam! Nigdy nie odda swej wolności, nie po tym, co przeżyła. Bo 

wszystkim chodzi o małżeństwo, Havardowi także. A tego ona nie chciała. Zresztą, 

wygląda na to, że i tak za późno żałować, pomyślała, zerkając z ukosa na Laurę, 

przytuloną do torsu Havarda. A niech tam, pomyślała ponownie, ale poczuła łzy 

napływające do oczu.

Powoli zapadał zmrok. Góry pałały w łunie zachodzącego słońca. W wodach 

fiordu odbijały się puchate obłoczki o złotych i purpurowych brzegach. Ognisko 

dogasało. 

- Cóż, poszukam Siverta i idę do domu - rzuciła Mali nagle i wstała. -1 tak 

siedziałam za długo. Beret opiekuje się Oja, a miałam go nakarmić jakiś czas temu.

Tak, a my poszukajmy Olausa - zgodziła się Margrethe. - Dawno powinien 

być w łóżku, no ale wieczór świętojański jest tylko raz do roku.

Siostry podeszły razem do ogniska. Sivert nie chciał nawet słyszeć o 

powrocie, mimo że był tak zmęczony, że ledwo stał na nogach. To samo było z 

Olausem.

Mali wzięła syna na ręce i powiedziała stanowczo, że już koniec wieczoru. 

Wszyscy idą do domu, i koniec dyskusji. Sivert na tyle dobrze ją znał, że rozumiał, że 

na nic protesty. Uwiesił się, ciężki i zmęczony, na jej szyi i popłakiwał.

Mali pożegnała się z obecnymi i ruszyła w kierunku domu. Gdy była w 

background image

połowie drogi, usłyszała za sobą czyjeś kroki. Obejrzała się, lekko przestraszona. To 

był Havard. Sam.

Pomyślałem, że potrzebujesz pomocy w niesieniu Siverta - powiedział. - Jest 

dla ciebie za ciężki.

Dam sobie radę - rzuciła, ruszając dalej. - A ty masz kogoś, kto czeka, byś 

go odprowadził do domu.

Naprawdę?

Usłyszała po jego głosie, że się uśmiecha, a ona miała ochotę odgryźć sobie 

język za to, że się zdradziła ze swoją zazdrością. Nagle poczuła, że coś spoczęło na 

jej włosach. Zatrzymała się i dotknęła. Był to wianek.

- To twój wianek, o ile wiem - przypomniał. - Uznałem, że powinnaś go 

dostać z powrotem. Połóż go pod poduszką, to przyśni ci się ten, za którego 

wyjdziesz za mąż. Moja mama tak mówiła.

Bez pytania wziął z jej ramion Siverta, przytulił i zaczął iść. Mali stała jeszcze 

chwilę, skubiąc więdnący już wianek. Ruszyła dalej z wiankiem w dłoni. Nie chciała, 

by Beret ją zobaczyła przystrojoną.

Tej nocy Mali śnił się Havard. Nadszedł brzegiem morza. Miał rozpiętą 

koszulę i uśmiechał się do niej iskrzącymi, niebieskimi oczami i mocnymi, białymi 

zębami.

Na przyzbie letni wiatr bawił się przywiędłymi kwiatami wianka. 

background image

ROZDZIAŁ 5

W dni poprzedzające wyjście ludzi i zwierząt na letnie pastwisko w Stornes 

wrzała praca. Ingeborg z wypiekami na twarzy biegała tam i z powrotem. Za nią 

chodziła Ane, tłumacząc, pouczając i upominając.

Nigdy mi to nie wyjdzie - narzekała Ingeborg. - Czy nie możesz jednak 

pojechać, Ane?

Nie, ona na pewno nie może - odparła Mali stanowczo. - A ty, jeśli się tylko 

uspokoisz, zrozumiesz, że dasz radę. Nie będziesz tam sama. Są jeszcze trzy 

dziewczyny do pomocy z innych gospodarstw. Weź się w garść, dziewczyno - dodała 

bez specjalnej nadziei.

Załadowano wielki wóz, który miał przewieźć ładunek przez łąki i bagna. 

Latem na pastwisko mieli przychodzić ludzie po masło i sery, a zanosić jedzenie i 

inne rzeczy, których dziewczyny mogły potrzebować. Jednak najważniejsze rzeczy 

miały pojechać właśnie tym pierwszym transportem.

- Ja też jadę, ja też jadę - triumfował Sivert rozgłośnie. - Jestem duży, 

pozwolili mi. A ty jesteś mały i musisz zostać w domu - zwrócił się do leżącego w 

kołysce Oi. - Ale opowiem ci wszystko, gdy wrócę. O ile nie będziesz spał - dodał. - 

Ty ciągle śpisz.

Tak, my z Olą Johanem zostaniemy tu, by pilnować domu - uśmiechnęła się 

Beret. - Masz rację, on jest za mały. A ja za stara.

Tak, jesteś za stara, babciu - potwierdził chłopiec. Spojrzał na nią z 

zastanowieniem. - Za trudno by ci było iść. I myślę, że byłabyś za ciężka dla Simy. 

Boja będę jechał na Simie, jest do mnie przyzwyczajona.

-Tak, od ciebie można usłyszeć słowa prawdy -przyznała Beret, gładząc go po 

głowie.

W ciągu ostatniego roku wiele osób zwracało uwagę na wiek Beret, pomyślała 

Mali, zerkając na teściową. Jej twarz wychudła, w ciemnych włosach pojawiły się 

siwe pasma. Ale nadal trzymała się prosto, a sokole spojrzenie i ostry język były 

nadal w użyciu, choć nie tak często jak kiedyś.

Tam jest daleko, więc lepiej, jak zostaniesz w domu - mówił dalej Sivert z 

troską w głosie. - Powinnaś opiekować się Oja. On nawet nie umie sam jeść.

Ależ ty jesteś, Sivercie - rzekła Beret, posyłając wnukowi jeden z jej nader 

background image

rzadkich uśmiechów. - Zupełnie niepodobny do ojca, ale i tak niezły...

Dlaczego nie jestem podobny do ojca? - spytał malec, spoglądając na babkę 

poważnie.

Mali pakowała właśnie chleb i resztę jedzenia do skrzynki przy stole 

kuchennym i udawała, że nie słucha, ale serce waliło jej coraz mocniej.

Dlaczego, dlaczego - odparła Beret wymijająco. -Tego się nie wie. Jesteś 

bardziej podobny do matki, po prostu tak jest.

A to źle? - spytał Sivert, wspinając się babci na kolana i sięgając po broszę, 

którą miała pod szyją.

Beret zaśmiała się, gładząc go po plecach. 

Nie, to nic złego. Poza tym jesteś też podobny do mnie, gdy byłam mała. 

Też miałam ciemne włosy, jak ty. Nie, to nic złego, że nie jesteś podobny do ojca. I 

tak jesteś moim wnusiem. Ale Oja... - Spojrzała w kierunku kołyski. - Oja wygląda 

zupełnie jak tata, gdy był mały.

Bardziej kochasz Oję? - spytał Sivert. Broda zaczynała mu się trząść. - Nie 

kochasz mnie już?

Beret powróciła wzrokiem na wnuka siedzącego na jej kolanach, na jego 

złocistą skórę, ładne szarozielone oczy i ciemne, kręcone włosy. Coś było w nim 

znajomego, przypominał jej kogoś... Może tylko zdjęcie jej samej z dzieciństwa? Na 

pewno był ładny, pomyślała, gładząc go po krągłym policzku. Ładny i bystry.

- Jesteś na pewno podobny do taty w tym, że jesteś takim jak on mądralą. No i 

oczywiście, że cię kocham - dodała miłym tonem. - Przecież dobrze o tym wiesz, 

mały Cyganie!

Mali aż się wzdrygnęła, a serce skoczyło jej do gardła. „Cygan", skąd Beret 

przyszło do głowy, by go tak nazwać? Ręce zaczęły jej się tak trząść, że aż upuściła 

chleb na ziemię. Szybko kucnęła, kryjąc się za skrzynią. Przecież to nic nie znaczy, 

starała się uspokoić. Przecież tak się czasem mówiło o chłopcach, którzy 

zachowywali się podobnie jak Sivert, z jego pomysłami i dokazywaniem. Beret na 

pewno to miała na myśli, a nie Cyganów.

Mimo to Mali zrobiło się nieprzyjemnie.

Wczesnym lipcowym rankiem ruszył w góry całkiem spory pochód zwierząt i 

ludzi. Rosa perliła się jeszcze na trawach, a drzewa lasu przy Inndal rzucały długi 

background image

cień. Krowy zatrzymywały się coraz, by zjeść pęk soczystej trawy, więc parobcy i 

pastuszkowie często musieli zbaczać na mokradła, by je wygonić.

Gudmund byt odpowiedzialny za transport towarów, pozostali za zwierzęta. 

Havard prowadził Simę, którą obciążono dwoma workami i Sivertem. Chłopiec się- I 

dział wysoko jak książątko, obserwując i komentując wszystko, co zobaczył.

Nie ma odwrotu - powiedziała Ingeborg do Mali. -Okropnie się boję, że 

nie poradzę sobie tak dobrze jak Ane - zaczęła znów narzekanie.

Nikt tego nie oczekuje - odparła Mali uspokajająco, nie licząc już, który to 

raz. - Nie w pierwszym roku. Ale jestem pewna, że dasz sobie świetnie radę. 

Zobaczysz, w przyszłym roku będziecie się kłócić z Ane, która z was ma jechać. To 

ciężka praca, ale nie znam żadnej dziewczyny, której się to nie spodobało. Żyje się 

tam swobodnie, to coś innego niż codzienna praca na gospodarstwie. Jestem więcej 

niż pewna, że spodoba ci się taka odmiana.

A Ane jest w ciąży - Ingeborg zerknęła z ukosa na Mali.

Nowina rozeszła się po dworze już jakiś czas temu i wiadomo było, że to też 

było powodem, by Ane nie jechała.

W przyszłym roku nie będzie mogła jechać z niemowlakiem - dodała.

Tak, masz rację - rzekła Mali. - Więc pewnie i ty pojedziesz w przyszłym 

roku, o ile sama nie znajdziesz j męża i nie zajdziesz w ciążę, zanim się zdążymy 

obejrzeć!

Ingeborg zaróżowiła się lekko. Mali wiedziała, że dziewczyna nie 

odmówiłaby żadnemu z adoratorów, zwłaszcza że nie miała ich wielu. Ingeborg nie 

była brzydka, ale do piękności nie należała. Silnie zbudowana, z brązowymi włosami 

ściągniętymi do tyłu cienkim warkoczykiem. Zupełnie pozbawiona była wdzięku, 

tego szczególnego promieniowania, które przyciągało mężczyzn do kobiety. Ale 

wyróżniała się pracowitością, więc ten, który by ją zechciał, miałby na pewno dobrą 

gospodynię. A przecież na pewno są tacy mężczyźni, dla których jest to ważniejsze 

niż wygląd. Poza tym ona wcale nie była brzydka, tylko pospolita i ze skłonnością do 

narzekania. Chociaż mężczyźni nie lubili narzekań...

Tak, będą was odwiedzać, wiem - uśmiechnęła się Mali. - Uważaj tylko!

Nie, mnie na pewno nie - stwierdziła Ingeborg.

- Patrz na to jaśniej, to pomoże - westchnęła Mali. Przeszła do przodu i 

dogoniła Simę. Pociągnęła Siverta lekko za stopę.

background image

Co słychać u wodza? - spytała. - Widziałeś jakiegoś niedźwiedzia czy inne 

dzikie zwierzę?

Nie, tylko zająca - odparł syn, patrząc na nią rozjaśnionymi oczami. - I 

widziałem duży, stary korzeń, który wyglądał zupełnie jak troll, ale nie był trollem -

dodał uspokajającym tonem. - To był tylko korzeń, prawda, Havard?

Tak, to na pewno był tylko korzeń - uśmiechnął się Havard. - Ale Sivert ma 

rację: wyglądał jak troll.

Havard zdjął koszulę i słońce połyskiwało na jego spoconej skórze. Jest 

dobrze zbudowany, pomyślała Mali, zerkając na szerokie barki, muskularne ramiona, 

płaski brzuch i wąskie biodra. Szła tak blisko, że czuła jego zapach. To był zapach 

potu, lecz z domieszką ziół, ciepła... Zapach mężczyzny, pomyślała, odsuwając się od 

niego.

- Uważam, że powinnaś iść z nami przez most, aby Havard mógł uważać, byś 

nie wpadła do wodospadu - Sivert odezwał się tonem mądrali znad grzywy Simy. -W 

wodospadzie mieszka wodnik, mówiła Ane, a on musi zebrać dziesięć ładnych kobiet.

Naprawdę Ane tak powiedziała? - spytała Mali z uśmiechem.

Tak, masz rację, Sivert - powiedział Havard. - Musimy uważać na twoją 

mamę. Wodnik nie mógłby zna- I leźć ładniejszej kobiety, gdyby ona wpadła do 

wody.

Mali odwróciła się, zarumieniona, ale nic nie odpowiedziała.

Za każdym razem, gdy Sivert mógł wybrać się w góry, był szczególnie 

podekscytowany. Jego oczy dostrzegały najdrobniejsze szczegóły, a usta się nie 

zamykały.

Chyba musisz mieć zamęt w głowie - zwróciła się Mali do Havarda. - Kiedy 

już zacznie mówić...

Nic nie szkodzi - uśmiechnął się Havard. - Uważam, że to wspaniale, gdy 

dziecko ma taką radość; z przyrody. Większość jej nie zauważa, ani dorośli, ani dzieci 

nie widzą tej wspaniałości wokół nich. Możliwe, że dlatego, że w niej wyrośli i się 

przyzwyczaili. A Sivert jest inny. Ciekawe, skąd to ma, ale jest naprawdę wyjątkowy.

Mali pokiwała głową. Otarła pot z czoła. Słońce grzało, było duszno. Może 

owieje nas wiatr od morza, gdy dojdziemy wyżej, pomyślała Mali, dotykając guzików 

bluzki. Zerknęła ukosem na Havarda i rozpięła trzy najwyższe.

- Nie wiedziałem, że będziesz iść na pastwisko -rzekł Havard. - Mogłaś 

background image

sobie na to pozwolić?

- Tak, chciałam się upewnić, że Ingeborg da radę się urządzić. To jej 

pierwsze lato - odpowiedziała Mali. - Poza tym chciałam, by Sivert też przeżył taką 

wyprawę. On zresztą cieszyłby się z każdej wyprawy - dodała, przytrzymując gałąź, 

która wystawała na drogę. - Chcę jeszcze sprawdzić moroszkowe miejsca, zanim 

zaczną dojrzewać.

To było tylko pół prawdy. Oczywiście, że czuła odpowiedzialność za 

Ingeborg, że chciała dać Sivertowi wyprawę na letnie pastwisko, na którą się cieszył 

już od dawna. Ale najważniejsze było pragnienie ujrzenia miejsca, w którym zginął 

Jo. Potrzebowała tego od czasu, gdy go wtedy przynieśli.

Jakiś czas myślała, by zrezygnować, że to, co minęło, powinno spoczywać w 

spokoju. Ale czuła palącą potrzebę dotarcia do tego miejsca po to, by się pożegnać z 

Jo. Gdyby istniał jakiś grób, który by mogła odwiedzać, byłoby inaczej. Nawet nie 

wiedziała, gdzie jest jego grób, i nie mogła o to nikogo spytać. On umarł z jej 

powodu, dlatego chciała się z nim pożegnać tam, pod urwiskiem. Czuła, że nie zazna 

spokoju, póki tego nie zrobi, że to nie było tylko życzenie, ale i powinność.

Wczesnym rankiem, zanim ktokolwiek wstał, poszła zerwać wielki bukiet 

polnych kwiatów. Zaniosła je do pokoju i uplotła wianek, skrapiając go gorącymi 

łzami. Ukryła go w starej poszewce, którą wzięła ze sobą. Przecież mogła mieć coś 

na wypadek, gdyby znalazła jagody.

Myśl o samotnej wycieczce do urwiska wprawiała ją w drżenie. Nie 

wiedziała, co poczuje, gdy tam się znajdzie. Ale nie miała wyboru. To była ostatnia 

rzecz, którą mogła zrobić dla mężczyzny, którego kochała ponad wszystko i którego 

doprowadziła do śmierci. Nie znała lepszego miejsca, w którym mogłaby położyć 

wianek i błagać o wybaczenie, niż to, w którym umarł. Może sama odnajdzie tam 

spokój. Ale pewna nie była... 

Z komina letniej zagrody Innstad unosił się dym, gdy wreszcie dotarli na 

miejsce. Mali wiedziała, że ich transport wyruszył poprzedniego dnia. Trzy pozostałe 

zagrody miały zostać obsadzone najpóźniej do jutra. Pastuszkowie pognali dalej 

krowy i owce. Zwierzęta także poczuły wolność, biegały, ryczały i beczały, aż trudno 

je było utrzymać w stadzie. Żaden z pastuszków nie wątpił, że one także cieszą się ze 

swobody na letnim pastwisku przez dwa miesiące. Chcieli je pognać jak najdalej 

przed pierwszym wieczorem w letniej stajni.

background image

Sivert twierdził, że może pójść z nimi i poganiać zwierzęta, ale Mali się 

sprzeciwiła.

- Oni idą daleko - wyjaśniła. - Ale za parę lat możesz popracować jako 

pastuszek przy naszych zwierzętach. Potrzeba takich jak ty, którzy nie boją się ani 

niedźwiedzi, ani trolli - dodała, ukrywając uśmiech.

Sivert uznał jej argumenty. Parobcy z Havardem zaczęli zdejmować bagaże z 

wozu. Ingeborg rozpaliła w piecu, wstawiła wodę na kawę i zaczęła przygotowywać 

posiłek.

No, to ja idę - rzuciła Mali. - Mam ze sobą jedzenie, zjem po drodze. To 

kawał drogi, więc ruszam.

Naprawdę chcesz iść całkiem sama? - zaniepokoił się Havard. - Przecież 

możesz spotkać niedźwiedzia albo rosomaka...

Jeśli pastuszkowie mogą chodzić sami, to ja też -odparła, unikając jego 

spojrzenia. - No i chyba nie sądzisz, bym chciała zdradzać komukolwiek, gdzie są 

moje pola moroszek. Sama szukałam ich parę lat. Wrócę późno, więc możecie zacząć 

schodzić, zanim wrócę. Sama trafię do Stornes.

Widziała, że Havardowi nie podobało się takie rozwiązanie, ale już nic nie 

powiedział. Sivert jednak złapał ją za spódnicę i nagle zaczął marudzić, że też chce z 

nią iść. Wytłumaczyła mu, że to ciężko i daleko, ale że gdy będzie starszy, weźmie 

go ze sobą. Na szczęście mały gaduła szybko znalazł inne, interesujące rzeczy na 

pastwisku i osoby, które mógł zaczepić. Poza tym w dole drogi usłyszeli porykiwania 

i pokrzykiwania. Kolejna grupa dochodziła na miejsce.

Ojej! - zawołał Sivert. - Idą następni!

Uważaj na niego, dobrze? - poprosiła Mali Havarda. - Miałam prosić o to 

Ingeborg, ale ona jest dziś zbyt rozbiegana, bym mogła na niej polegać. Zabierzesz go 

do domu wieczorem z Simą, a tam zajmie się nim Ane, już z nią rozmawiałam. Beret 

nie spuszcza oczu z Oi, więc o niego jestem spokojna.

Oczywiście, zajmę się nim - odparł Havard. - Ale jak długo zamierzasz tam 

być? Nie sądziłem, że możesz na tak długo zostawić Oję, skoro...

Zerknął na jej piersi i lekko się zaczerwienił. Mali też. Dłonią zebrała 

rozchyloną bluzkę.

- Zrobiłam tak, że on... ma mleko - rzuciła lekko zawstydzona. - Poza tym 

zaczął już jeść inne rzeczy. Beret da radę równie dobrze jak ja.

background image

Havard pokiwał głową.

To jak długo zamierzasz tam być? - powtórzył pytanie. - Dziś mamy czas, 

więc możemy na ciebie poczekać, w każdym razie Sivert i ja. Gudmund musi zaraz 

wracać, ale...

Havard, już nieraz byłam w górach - powiedziała Mali. - Miło, że o mnie 

myślisz, ale też jedź. Nie wiem, ile mi to zajmie, na pewno kilka godzin - dodała 

wymijająco. - Ale nie lubię pilnować czasu, gdy jestem w górach.

W zamieszaniu, które powstało, gdy zwierzęta i ludzie z Oppstad zjawili się 

na pastwisku, Mali znikła niepostrzeżenie.

Szła tak, by jak najszybciej zniknąć z pola widzenia ludzi na pastwisku. 

Ominęła Seterhaugen i zniknęła za nim. Przed nią otworzył się krajobraz zwieńczony 

szczytem Stortind. Nie wydawało się, by to daleko, ale Mali wiedziała, że to 

złudzenie. Droga była trudna i wiodła przez gęste zarośla i rozległe bagna.

Usiadła na kamieniu i aż do pasa rozpięła bluzkę. Było ciepło, a ona szła 

szybko. Nie obawiała się, że kogoś spotka, o tej porze roku nikt nie chodził w góry. 

Dopiero jesienią wielu chodziło zbierać dojrzewające moroszki, najcenniejsze ze 

wszystkich rodzajów jagód. Od kiedy Mali zamieszkała w Stornes, chodziła zbierać 

moroszki do wąskiej doliny leżącej między Stortind a górami po jej drugiej stronie, 

oddzielającymi ich od Innvik, miejscowości leżącej przy końcu drugiego ramienia 

fiordu. Ale znalazła też inne miejsca, na przykład u podnóża Aksla, mniejszego 

szczytu łączącego się ze Stortind. Mimo że nigdy nie była na szczycie żadnej z tych 

gór, wiedziała, że ścieżka na szczyt Stortind wiedzie wzdłuż Aksla.

Wyjęła chleb i zabrała się do jedzenia, spoglądając w górę. Stortind skąpany w

promieniach słońca zawsze ją zachwycał. Wzrok jej przeszedł wschodnim stokiem. U 

podnóża Aksla było urwisko. Pogrążone w cieniu, sprawiało ponure wrażenie. Mali 

przeszedł dreszcz. Spory kawałek w górę urwiska znajdowała się duża, płaska półka. 

To pewnie tam zatrzymał się Johan z Jo, bo stamtąd schodziło urwisko. Nikt nie 

przeżyłby upadku z takiej wysokości.

Jakim sposobem Johan zrzucił Jo? Ta myśl nie dawała Mali spokoju od czasu 

tamtego fatalnego popołudnia. Jego nienawiść musiała być bezgraniczna, myślała, a 

jedzenie rosło jej w ustach. Nienawiść, złość i podłość. I to ona je wyzwoliła, ona i jej 

miłość, którą czuła do Jo. I grzech, który popełniła, którego rezultatem jest Sivert. Ale

mimo to...

background image

Nawet jeśli ktoś tak bardzo nienawidzi, ma w głębi sumienia jakąś granicę, 

której nie przekroczy: nie odbierze komuś życia. Ale Johan jej nie miał. Gdy ujrzał Jo 

i Siverta razem na łące i w końcu zrozumiał prawdę o tym, którego przez cały czas 

uważał za syna, nie potrafił zapanować nad sobą. Tylu osób wtedy nienawidził: Jo, jej 

i nawet pewnie Siverta, owocu tej miłości, o którą zawsze zabiegał, a której nawet nie 

posmakował. Babcia to wiedziała, wiedziała, że Johan ma w sobie pokłady zła, znała 

mroczne zakamarki w duszy wnuka. Dlatego tak bardzo bała się tego, co może się 

stać. Mali cieszyła się, że babcia nie dożyła chwili, w której nienawiść, której tak się 

bała, doprowadziła do tragedii.

Mali strzepnęła okruchy i poszła dalej. Często napotykała spore bagna, które 

musiała okrążać, co przedłużało jej trasę. Spojrzała na słońce i oceniła, że dochodzi 

druga. Tamci pewnie już wracają do domu, pomyślała. I dobrze. Nie będzie pewnie 

miała ochoty do rozmowy po tym, co zamierza zrobić. Dobrze, że będzie długo szła z 

powrotem. Byle nie tak długo, by zaczęli się zastanawiać, co tak naprawdę robiła w 

górach. 

Serce waliło jej ciężko w piersiach, gdy dotarła na dno urwiska, w cień. 

Gdzieś tutaj musiał upaść Jo. Przeszła tam i z powrotem, spojrzała w górę na 

wystającą półkę i spróbowała wyobrazić sobie, gdzie mógł spaść.

Nagłe zatrzymała się. Coś błysnęło pomiędzy kamieniami. Ukucnęła, sięgnęła 

dłonią i znalazła scyzoryk: mały, gładki, ładny scyzoryk w srebrnej oprawie. 

Podniosła, obróciła na wszystkie strony i przycisnęła do ust.

To był scyzoryk, który często widziała w dłoniach Jo. Opowiadał, że wymienił 

się na niego dawno temu. Sam wyrył inicjały „J. K.". Mali nie wiedziała, co oznacza 

„K'\ Nagle uświadomiła sobie, że nigdy nie spytała go o nazwisko.

Siedziała tak, gdy nagle ogarnął ją płacz. Padła na kamienie i oddała się 

tęsknocie, rozpaczy, smutkowi i gniewowi. Powinna z nim pojechać, myślała. Ktoś, 

kogo spotkało to niepojęte szczęście napotkania wielkiej miłości, nigdy nie powinien 

pozwolić jej odejść. Nigdy, bez względu na cenę. Ale ona to zrobiła, pozwoliła, by 

odeszła miłość razem z Jo. Nagle uklękła i zaczęła krzyczeć dziko, z gorzką 

świadomością, że już nigdy nie odzyska tego, co straciła z własnej winy.

- Jo! Jo! - wołała rozpaczliwie. - Jo! Jo!

Od ciemnych gór odbiło się echo i wołało: Jo, Jo, Jo...

background image

Powoli otworzyła poszewkę i wyjęła wianek. Nie był już świeży i ładny jak 

rano, niektóre płatki się pozaginały. Postarała się go poprawić, oderwać zwiędłe 

główki. Przytuliła wianek do piersi.

- Kocham cię - wyszeptała powoli, ze spojrzeniem zwróconym na jasne niebo. 

- Kocham cię bardziej niż jakiegokolwiek człowieka, byłam i jestem twoja. Ale nie 

mogłam się odważyć. Nie mogłam... Znów wstrząsnął nią szloch.

- Wybacz mi, Jo. Wybacz! - wyszeptała i przetarła dłonią gorącą, mokrą 

twarz.

To ty nie chciałaś, odezwał się w niej jakiś głos. Nie chciałaś wystarczająco 

mocno. Wtedy nie pozwoliłabyś mu odejść. Nawet tego ostatniego razu, gdy 

przyszedł do ciebie na pastwisko i pokazałaś mu jego syna, nie pojechałabyś z nim, 

nawet gdyby był wolny. Bo nie kochałaś go wystarczająco mocno. Chciałaś mieć 

wszystko: i jego, i Stornes. Ale nikt nie dostaje wszystkiego za darmo.

- To nieprawda - spierała się sama ze sobą. - To nie dlatego...

Ale już sama nie wiedziała.

Dlaczego wybrałaś Johana i Stornes, pytał wewnętrzny głos, skoro kochałaś Jo

ponad wszystko? Bo... bo... Nie, nie mogła już o tym myśleć.

Powoli zaczęła zbierać kamienie i układać z nich mały kopczyk. Położyła na 

nim wianek, splotła dłonie i odmówiła Ojcze nasz. Gdy wstawała, wzięła mały 

kamyk. Weźmie go ze sobą. Kamyk i scyzoryk. Wstała na nogi, sztywna i zmarznięta. 

Gdy przyszła, była spocona. Teraz marzła tak, że aż szczękała zębami. Nie tylko 

dlatego, że siedziała w cieniu. To był chłód, który pochodził zarówno z zewnątrz, jak 

i wewnątrz.

Przez moment stała i patrzyła na kopczyk i wianek, którym szarpał wiatr. 

Zerknęła znów na pogrążone w cieniu urwisko. Wzrok przesłaniał jej łzy. Wiedziała, 

że jest tu po raz ostatni, że coś przekreśliła. To, co zostanie jej ze smutku i tęsknoty, 

będzie żyło w niej.

Odwróciła się gwałtownie i zaczęła wracać. 

background image

ROZDZIAŁ 6

Fala upału uderzyła w Mali, jak tylko wyszła z cienia wielkiej góry na otwartą 

przestrzeń. Mimo to marzła nadal. Szła, potykając się, na ciężkich nogach. Czuła się 

całkiem pusta, zlodowaciała i śmiertelnie zmęczona. Tak jakby chwila, którą spędziła 

w miejscu śmierci Jo, wyssała z niej wszystkie siły.

Było zadziwiająco bezwietrznie, nawet najlżejszy powiew nie dochodził z gór. 

Mali spojrzała na słońce i dostrzegła, że przysłoniła je lekka mgiełka. Wzdrygnęła 

się, gdy uświadomiła sobie, jak nisko stoi. Musi być co najmniej czwarta, pomyślała 

w panice i zaczęła biec. Straciła poczucie czasu. Przyszło jej nagle na myśl, że mogą 

zacząć jej szukać.

Źle stanęła i upadła jak długa. Leżała tak, z twarzą pośród mchów, i czuła, 

jakby miała ciało z ołowiu. Nie była w stanie się podnieść. Znów opanował ją płacz. 

Leżała niczym nieżywa i płakała w głos. Nigdy nie przypuszczała, że aż tak mocno to 

przeżyje. Gdy ujrzała miejsce śmierci Jo, miniona tragedia stanęła jej przed oczami. 

Blizny po ranach na jej duszy popękały i czuła, że krwawią obficie. Czuła 

niezmierzony smutek, większy nawet niż wtedy, gdy dowiedziała się o śmierci Jo. 

Wtedy rozpacz mieszała się z nienawiścią do Johana. Wtedy jakby nie mogła pojąć 

prawdy, nie chciała jej przyjąć. Musiała chronić siebie i Siverta w czasie dni, które 

potem nastąpiły. I nocy. Tych straszliwych nocy...

Dopiero dziś dotarł do niej wymiar tragedii, do jakiej doszło w tych górach. 

Widok ciemnego, kamienistego urwiska wbił jej się w pamięć. Miała nadzieję, że to 

będzie jak odwiedzenie grobu ukochanego i pożegnanie się z nim na zawsze. Że gdy 

położy kwiaty i powspomina Jo, zazna ukojenia. Zamiast tego z jeszcze większą 

mocą wypłynęła na powierzchnię rozpacz. Nie wiedziała, czy będzie w stanie to 

unieść.

Straciła poczucie, jak długo tak leżała. Powoli wstała, otrzepała się z grubsza i 

ruszyła dalej. Seterhaugen wydawało się tak odległe, a od niego było daleko do szop. 

No i jeszcze w dół do Stornes. Czuła przemożną chęć położenia się w mchu i 

pozostania na miejscu, przespania wszystkiego. Zapomnieć, pomyślała, ocierając łzy. 

Chciała spać, a przede wszystkim zapomnieć. Ale wspomnienia prześladowały ją 

niczym koszmar, gdy tak szła przez mokradła, w przemoczonych butach i z coraz 

cięższym skrajem spódnicy.

Przez cały czas stał jej przed oczami Jo: jego brązowe, szczupłe ciało, 

background image

iskrzące szarozielone oczy i promienny uśmiech. Jakże go kochałam, pomyślała z 

bólem, kochałam ponad wszystko. Pozwoliła mu odjechać nie dlatego, że myślała o 

sobie, wręcz przeciwnie. Przecież poświęciła miłość, by chronić innych! Gdyby to 

tylko dotyczyło jej samej, więcej niż chętnie wyrzekłaby się wszystkiego. Ale 

wplątani w to byli jeszcze inni. Babcia też tak powiedziała: że wiele niewinnych osób 

musiałoby przez nią cierpieć. 

To dlatego odmówiłam, myślała, ocierając wciąż płynące łzy, dlatego 

poświęciłam i Jo, i miłość. Tak, jak się poświęciła, mówiąc „tak" Johanowi. Nie było 

to zgodne z jej wolą, ale uczyniła to dla rodziny.

Wszystko robiła dla innych i dlatego wszystko straciła. Wszystko oprócz 

Siverta. Myśl o synu przeszyła ją niczym strzała. Poczuła, że kocha ponad wszystko 

to dziecko miłości. Tylko on jej pozostał po miłości jej życia. On i pierścionek. A 

teraz jeszcze scyzoryk, pomyślała, gładząc chłodny metal.

Gdy okrążyła Seterhaugen, była tak zmęczona, że się słaniała. Nagle 

uświadomiła sobie, że ktoś ku niej idzie. Zmrużyła piekące, zapłakane oczy, lecz 

widziała tylko niewyraźną sylwetkę. Przez chwilę wydawało się jej, że to Jo, i 

wyciągnęła rękę w jego stronę. Ale Jo przecież nie żyje, nie żyje...

- Co, u licha, wyprawiasz? - spytał Havard z bliska. - Wiesz, która godzina? 

Nie rozumiesz, że się o ciebie boimy, że już myślałem, że...

Zatrzymał się i wpatrzył w Mali. Dostrzegł, że ma brudną twarz i zapłakane 

oczy. Włosy się rozpuściły i otaczały złocistą chmurą jej głowę. Bluzkę miała 

rozpiętą do pasa, a brzeg spódnicy tak ciężki, że ciągnął się po ziemi. Na chwilę 

pochwycił spojrzenie Mali i aż się wzdrygnął. Nigdy nie widział tak bezdennego 

smutku. Wyglądało, że w oczach ukochanej nie ma już życia.

- Ależ Mali - powiedział cicho. - Moja Mali, co się stało?

Wściekłość, która się w nim gotowała, wyparowała w sekundę. Wypełniło go 

współczucie. Wyciągnął do niej ramiona, a ona w nie wpadła. Havard stracił 

równowagę, nieprzygotowany na taki impet, i upadli, turlając się po mchu. Leżał, 

obejmując jej szczupłe ciało wstrząsane łkaniem.

- Spotkałaś kogoś? - spytał przestraszony, odgarniając jej włosy z twarzy. - 

Ktoś zrobił ci krzywdę?

Pokręciła głową przecząco, ale tylko wtuliła się mocniej i nie przestawała 

płakać.

background image

- Ale co się dzieje? Jesteś całkiem... Powiedz, co się dzieje, Mali, na pewno 

nikogo nie spotkałaś?

- Tylko dawne duchy - wykrztusiła ledwo dosłyszalnie.

Nie zrozumiał, co ma na myśli, lecz nadal ją obejmował. Mali powoli 

przestała płakać. Spróbował uwolnić się od jej ramion zaciśniętych na jego karku, 

lecz nie puszczała.

- Nie zostawiaj mnie, Havardzie - wyszeptała z desperacją. - Nie mam nikogo, 

i ja... Nie mam nikogo, Havardzie...

Havard poczuł jej miękkie ciało wtulone w jego ciało, jej gorący oddech 

owiewający mu szyję, jędrne piersi naciskające na jego tors.

- Mali...

Odchyliła głowę i spojrzała na niego. Potem przyciągnęła jego twarz do 

swojej i pocałowała dziko, z desperacją. Dłonie rozpoczęły wędrówkę pod jego 

koszulą, gładziły brzuch i plecy, rozpięły pasek i powędrowały w dół, aż stęknął z 

podniecenia.

Coś się z nią stało w tych górach, pomyślał znów, tylko nie wiedział co. 

Musiało to być jednak coś, co nią wstrząsnęło, ponieważ zachowywała się jak 

szalona. Bo ta kobieta, która wczepiła się w niego i niemal prosiła, by ją wziął, nie 

była tą samą dumną, silną Mali, jaką znał. Tą, która trzymała go na odległość i nigdy 

nie traciła panowania nad sobą... 

Posłał Gudmunda w drogę, gdy wszyscy zjedli, rozładowali ładunek i wnieśli 

wszystko do szopy. Nadjechali też z Oppstad. Havard zaczął rozważać, czy nie 

wrócić już z Sivertem, ale ten biegał zadowolony między przybyszami i nie chciał 

słyszeć o powrocie.

Przecież nie możemy schodzić, zanim mama nie wróci, prawda? - spytał.

Ona powiedziała, że powinniśmy tak zrobić - odpowiedział Havard. - Ona 

ma do przejścia długą drogę. To potrwa, wiesz.

Przecież możemy tu zostać - Sivert patrzył na niego prosząco. - Mama się 

strasznie ucieszy, że na nią zaczekaliśmy.

Havard poddał się. Wiedział, że nie zaznałby spokoju, gdyby wrócił. Już 

wtedy zaczął niespokojnie wypatrywać w górę ścieżki. Sivert tymczasem beztrosko 

biegał od szopy do szopy, częstowany smakołykami.

W miarę upływu godzin Havard stawał się coraz bardziej niespokojny.

Mali miała być tak długo? - spytała Ingeborg. - Sądziłam, że tylko zajrzy na 

background image

pole moroszek...

Raczej to właśnie robi - odparł Havard szorstko. -Ale miała się nie spieszyć. 

Nie tak często ma wychodne, prawda?

Byle tylko coś się jej nie stało - powiedziała Ingeborg z troską w głosie. - 

Nie powinna iść sama...

Havard pomógł przybyszom rozładować wozy, wypił dużo kawy i usiłował 

zachowywać spokój. Ale jego wzrok coraz to biegł ku wzgórzu Seterhaugen. To 

stamtąd powinna się zjawić, pomyślał po raz kolejny. 

W końcu nawet Sivert się zmęczył.

- Dlaczego mama nie wraca? - spytał, wdrapując się na kolana Havarda i 

wkładając kciuk do ust. Już dawno tego nie robił.

- Tego nie wiem - odparł Havard, targając mu czuprynę. Chciał go uspokoić. - 

Ale wyjdę jej naprzeciw. Ty zostań z Ingeborg, a ja zaraz ją znajdę. Na pewno nie 

jest daleko.

I poszedł, z bijącym sercem, tak zaniepokojony i rozgniewany, że aż z trudem 

oddychał. Jak ona mogła tak zapomnieć o czasie! Do tego stopnia nie przejmować się 

innymi! Przecież musiała rozumieć, że Sivert zacznie o nią pytać. No i dawno już 

powinna być w Stornes i nakarmić Oję.

A może coś się stało... Sama myśl go osłabiła. Kochał ją już od tylu lat. 

Pragnął jej od czasu, gdy wyszła za Johana. Odchodził od zmysłów z zazdrości, 

widząc tego mężczyznę obejmującego ją z miną właściciela i patrzącego na nią z 

pożądliwością. Tego, który mógł wziąć ją do sypialni, kiedy tylko chciał. Mógł jej 

dotykać, posiadać, mógł ją mieć nagą przy sobie...

Myśl o nich dwojgu w łóżku niejednej nocy odbierała mu sen. Długi czas 

trzymał się od Mali z dala, dopóki nie dostrzegł, że pomiędzy małżonkami nie układa 

się najlepiej. Odgrywali swoje role dobrze, ale Havard domyślał się prawdy po 

fragmentach pijackiej gadki Johana w czasie wieczorów z jego ojcem.

- Jest babą z piekła rodem - słyszał Johana użalającego się nad sobą. - Tej 

dziewczyny nigdy nie dostajesz, Oddleivie, ją musisz brać siłą, żeby coś z tego było. 

Jest zimna jak lód, mimo że dałem jej wszystko: wspaniałe gospodarstwo, dobrobyt, 

nazwisko. Wariuję, boją mam, mogę z niej zerwać ubrania i ją wziąć, ale nie mogę jej 

mieć. Nigdy jej mieć! Nigdy, słyszysz? Leży tylko pode mną jak kłoda drewna... 

Havard słyszał potem „dobre" rady ojca i czerwienił się ze wstydu. Jeśli Johan 

poszedł za tymi radami, Havard mógł dobrze zrozumieć chłód w spojrzeniu Mali, gdy 

background image

patrzyła na męża, i oczywistą niechęć wobec jego dotyku. Myślał przez jakiś czas, że 

ona tego nie wytrzyma, ale dała radę: dumnie wyprostowana i z uniesionym czołem. 

Tylko jej oczy stawały się mroczniejsze z każdym rokiem, ciemne i pełne czegoś, co 

przypominało nienawiść. No i on sam zaczął jej dotykać w przelocie, gdy spotykali 

się gdzieś na zewnątrz w czasie przyjęć. Trzymała go na dystans, ale czuł, że ceni go 

jako przyjaciela. Ale on nie chciał nim być. I powoli dochodziło do sytuacji, które 

dawały mu nadzieję... Gdy ona też oddychała szybciej...

Szedł przez mokradła, przypominając sobie każdą z tych scen. Mógł wtedy jej 

dotknąć, przytulić, dotknąć jej piersi i nawet całować. Po czymś takim leżał długo w 

nocy i wyobrażał sobie, że ją bierze, czuł jej delikatne ciało, bujne piersi... Ale nigdy 

nie wydarzyło się nic więcej.

Gdy Johan zmarł, ucieszył się. Teraz mogła nadejść jego kolej. Pochodził z 

dobrego rodu i miał jej co zaoferować. Poza tym nie czuł do niej tylko pożądania. 

Kochał ją aż do bólu. Gdy otrzymał propozycję pracy w Stornes, był przekonany, że 

była to możliwość konkurów, zanim inni dostaliby szansę. Zamiast tego otrzymał 

kontrakt i informację, że Mali nie zamierza wychodzić za mąż ani za niego, ani za 

nikogo innego. To go prawie przerosło.

Najpierw chciał odmówić. Ale pomyślał, że jeśli będzie na miejscu, to ona 

właśnie do niego przyjdzie, gdy będzie potrzebowała czułości od mężczyzny. Kochał 

ją już od tak dawna, że nauczył się cierpliwości. Jego ojciec tłumaczył mu, że nie 

może pracować jako parobek u tej „zarozumiałej wdowy". Musi myśleć o tym, kim 

jest!

Ale dla niego nie miało to znaczenia. Jedyne, co się liczyło, to Mali. Na 

początku myślał o małżeństwie z nią, potem już rzadziej. To przyjdzie samo, myślał, 

jeśli w końcu będzie mógł obdarzyć ją tą bezgraniczną miłością, którą czuł. Bo jeśli 

da jej czułość, ciepło i przyjaźń, możliwe, że z czasem ona go też pokocha. Ta 

nadzieja sprawiła, że został w Stornes.

Marznę - wyszeptała Mali, pociągając go na siebie. -Marznę i nie mam 

nikogo - powtórzyła ze szlochem.

Masz mnie - odpowiedział, gładząc ją po policzku. - Ile razy ci już 

mówiłem, że jestem twój?

Kochasz mnie?

background image

Tak ~ potwierdził, dotykając ustami jej policzka. -Zawsze kochałem. Dla 

mnie nie ma nikogo innego poza tobą, ale ty nie chciałaś...

Nie pamiętał, kto zaczął pierwszy ściągać ubranie, pamiętał tylko, że oboje 

szybko oddychali. Jej usta były uchylone, miękkie i chętne, a gdy pochylił się ku jej 

piersiom, wygięła się ku niemu.

Gdy podciągnął jej spódnicę, Mali nie protestowała. Pozwoliła, by zdjął jej 

bieliznę, i nawet pomogła mu w tym. Havard puścił ją i ukląkł. Zdarł z siebie koszulę 

i rozpiął spodnie. Przez chwilę zatrzymał się i patrzył na nią, półnagą, leżącą przed 

nim. Łzy wypełniły mu oczy. To było wspaniałe. Tyle marzył o tej chwili, śnił i 

niemal stracił nadzieję, że ona nadejdzie...

-Mali...

- Nic nie mów! - powiedziała, pociągając go na siebie. - Bierz mnie! Kochaj... 

Spojrzała na niego i dostrzegła jego wypełnione łzami oczy. Przez chwilę 

myślała, że to źle, że go wykorzystuje. Lubiła go, zawsze go lubiła, ale go nie 

kochała. To nie było w porządku. Ale odsunęła od siebie tę myśl. Mówiła prawdę: nie 

miała nikogo. To, co przeżyła tego dnia na dnie urwiska, gniotło ją niczym ciężki 

głaz. Nie miała nikogo. Nie sądziła, że będzie kogokolwiek potrzebować, ale tęsknota 

za Jo i utracona miłość pozostawiły w niej przeogromną pustkę; pustkę, którą ktoś 

musiał zapełnić. Nadarzył się Havard...

Wszedł w nią z jękiem rozkoszy. Była wilgotna i gładka, oddychała szybko. 

Jej dłonie objęły jego pośladki i docisnęły, jakby chciała, by wszedł jak najgłębiej. 

Zbliżenie nie miało w sobie nic ze słodyczy i delikatności, tak jak marzył. Zamiast 

tego rozwinęło się w szalony galop ukrywanych, gorących pragnień, nad którymi 

żadne z nich nie miało kontroli. Mali pospieszała go jeszcze bardziej, jej paznokcie 

orały mu plecy, a podbrzusze unosiło się ku niemu wygięte w łuk. Było w tym coś z 

desperacji, pomyślał, ale to była jego ostatnia myśl. Wszystko zniknęło poza 

intensywnym uczuciem żądzy i miłości, dziwnej wdzięczności, która wyciskała mu 

łzy z oczu. Z przytłumionym stęknięciem i iskrzącym światłem pod powiekami 

eksplodował w niej.

Przez długą chwilę tylko leżeli, on nadal uniesiony nad nią. Wreszcie podparł 

się na jednym łokciu i spojrzał na nią. Mali leżała z zamkniętymi oczami i spod 

powiek płynęły jej łzy.

-Czemu płaczesz, kochanie? - spytał, całując jej miękkie usta. - Nie możesz 

teraz płakać. Coś cię bolało?

background image

Pokręciła powoli głową. Uniosła powieki i spojrzała na niego. Aż się 

wzdrygnął, gdy zobaczył wyraz jej oczu.

- Nie chciałaś tego?

Mali pogładziła go po twarzy i przyciągnęła do siebie.

Chciałam - szepnęła mu do ucha. - To ja tego chciałam.

Ja zawsze tego chciałem - odpowiedział. - Ciebie chciałem. I że mogłem...

Odsunęła go i usiadła. Obciągnęła spódnicę i zaczęła zapinać bluzkę. Włosy 

zasłoniły jej twarz.

-Kocham cię - wyszeptał, obejmując dłońmi jej twarz. - To nie tylko dlatego, 

że cię pragnąłem... Kocham cię, Mali.

- Wiem - odparła, unikając jego spojrzenia. – Jesteś dobrym człowiekiem, 

Havardzie, o wiele lepszym niż ja. Boja... nie sądzę, żebym mogła kogoś jeszcze 

pokochać.

Odczuł te słowa jak uderzenie w brzuch. Wpatrzył się w nią, całkiem 

zaskoczony.

To dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego pozwoliłaś, bym...

Potrzebowałam cię - odpowiedziała cicho.

Potrzebowałaś mnie - powtórzył. - Co masz na myśli? Że ja... że to nic dla 

ciebie nie znaczyło, poza tym, że...

Wzięła go za dłoń, przyłożyła ją do ust i ucałowała gorącymi wargami. Jej 

oczy płonęły czymś, czego nie rozumiał.

- To znaczyło dla mnie więcej, niż możesz pojąć - zapewniła cicho. - Ale 

wiem, co do mnie czujesz, i może to nie było właściwe, że ci pozwoliłam... Ale tak 

cię potrzebowałam - powtórzyła powoli. - Czy nie możemy zostawić tego na jakiś 

czas, Havardzie? Nie pytaj mnie o nic, bo nie mam dla ciebie odpowiedzi.

Wstała, uporządkowała ubranie, na wpół odwrócona. Zebrała włosy i upięła 

kilkoma szpilkami, które udało jej się znaleźć w gęstwinie włosów. Powoli zaczęła 

schodzić w dół.

Havard stał i patrzył za nią. W sercu czuł chaos. Dopiero co był szczęśliwy, 

sądził, że ona wreszcie zrozumiała, że go kocha. Że dlatego mu się oddała. Ale teraz 

rozumiał, że to nie miłość nią powodowała, że to coś innego. Czy kobiety mogą być 

takie? Porządne, darzone szacunkiem kobiety? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Gdy 

dogonił Mali, wziął ją za rękę.

background image

Nie będę o nic pytał - powiedział. - Rozumiem, że mnie nie kochasz, ale że 

mimo to mnie potrzebujesz. Stało się tak, bo nawet ty potrzebujesz teraz ciepła, bo 

inaczej byś zamarzła. Nie pytam - powtórzył. - Po prostu sądzę, że tak jest.

Jesteś mi najbliższy zaraz po Sivercie - szepnęła, gładząc go po policzku. - 

Rozumiem, że możesz sądzić, że cię wykorzystałam, że ja... że jestem...

Zerknęła na niego, rumieniąc się. Nie odpowiedział jej od razu. Ona nie chce 

za niego wyjść, tyle rozumiał. Ale nie rozumiał tego, że kobieta taka jak Mali mogła 

się oddać z takim zapamiętaniem, ale bez miłości. Lecz najwyraźniej tak było. 

Spojrzał na nią. Poczuł ssanie w podbrzuszu i przemożną chęć położenia jej znowu w 

mech, czy chciała, czy nie. Ale wiedział, że tego nie zrobi. Nie wbrew jej woli. Nie 

tak, jak robił to Johan. Jednocześnie wiedział, że jeśli będzie go jeszcze chciała - czy 

potrzebowała, jak mówiła - to on ją przyjmie.

To na pewno nie było w porządku dla żadnego z nich. Czuł, że to niegodne, że 

ona go wykorzystuje bez miłości. Ale on ma czas, bo nie pragnie żadnej innej. Nawet 

okruchy od Mali były lepsze od czegokolwiek innego, choć czul, że to trochę 

zawstydzające. Niegodne. Dla nich obojga...

Nagle uderzyła go myśl, że ona mogła zajść w ciążę. Co wtedy zrobi? Chyba 

nie zabije nienarodzonego dziecka, poczętego z rozkoszy?

Spojrzał na nią i uświadomi! sobie, że wcale jej nie zna.

ROZDZIAŁ 7

Beret nie żałowała surowych słów, gdy Mali w końcu dotarła do Stornes z 

Havardem i Sivertem. Wyszła do nich, by powiedzieć, co sądzi, zwłaszcza o Mali.

O czym, u licha, myślałaś, dziewczyno? - spytała, ciskając gromy z oczu. - 

Całkiem zapomniałaś, że masz jeszcze jedno dziecko?

Przepraszam - wyszeptała Mali. - Poszłam za daleko, a potem...

Beret popatrzyła na nią, na jej rozczochrane włosy, mokrą spódnicę i 

background image

zabłocone buty. Nawet dla niej było jasne, że Mali pada ze zmęczenia. Ale było w 

niej coś jeszcze, pomyślała Beret, jakaś rezygnacja, której nigdy wcześniej u niej nie 

widziała.

No już dobrze, bałam się o was - powiedziała nieco spokojniej. - Gudmund 

wrócił już tak dawno, no i przecież jest Ola Johan... Zresztą dał sobie radę na mleku, 

które zostawiłaś - dodała z oporem.

Dziękuję. Jestem pewna, że dobrze się nim zajęłaś. Był w najlepszych 

rękach. Przepraszam za kłopot i że cię przestraszyłam. Nie chciałam... 

Mali poczuła na sobie wzrok Ane, gdy dawała Sivertowi kolację.

- Jesteś taka blada - zauważyła służąca, przechodząc koło niej po raz któryś. 

- Nie jesteś aby chora? Nic ci się chyba nie stało?

- Nie, jestem tylko strasznie zmęczona - odpowiedziała, nie patrząc Ane w 

oczy. - Głupio zrobiłam, że poszłam tak daleko, ale... Czas mi jakoś przeleciał. Nie 

wyglądało tak daleko, ale się pomyliłam. To było dalej, niż przypuszczałam.

Ane pokiwała głową i już nie pytała, ale Mali czuła, że ona swoje wie.

Beret była zła - rzuciła Mali. - Rozumiem ją. Ale z Oja wszystko poszło 

dobrze, prawda?

Beret była zachwycona - uśmiechnęła się Ane. -To był dla niej dzień 

spełnionych marzeń. Miała Oję tylko dla siebie, mogła mu śpiewać i nosić, ile 

chciała. Nie, nie było żadnych kłopotów. Pod koniec stała się niespokojna, gdy tak 

długo nie wracaliście. Może nie lubi cię najbardziej na świecie, ale jesteś matką jej 

wnuków i panią w Stornes. Ona nie życzy ci źle, już nie.

Mali udało się w końcu położyć Siverta po opowiedzeniu mu po raz kolejny, 

jak to zabłądziła, ile dużych bagien musiała okrążyć i że czas po prostu jej uciekł. 

To dlatego wróciła tak późno.

Bałem się, że cię porwał niedźwiedź - powiedział Sivert, patrząc na nią 

zmęczonymi oczami. - Albo troll -dodał, mrużąc powieki.

No chyba nie troll. - Mali pocałowała syna. - Przecież trolli nie ma, dobrze 

wiesz. A niedźwiedź... Nie, ja musiałam wrócić - powiedziała, przykładając 

policzek do policzka chłopca. - Myślałeś, że nie wrócę? Nigdy, Sivercie, nigdy. 

Ale następnym razem pójdę z tobą - zarzucił jej ręce na szyję. - Havard też 

powiedział, że potrzebujesz kogoś, kto się będzie tobą opiekował. My, mężczyźni...

Tak, oczywiście - uśmiechnęła się Mali. - Wy, mężczyźni...

background image

To Havard cię znalazł - mruknął Sivert i ziewnął rozgłośnie. - Havard cię 

uratował.

Mali poczuła, że się rumieni. Tak, to Havard ją znalazł. Ale czy uratował, to 

inna sprawa.

Sivert zasnął, zanim dośpiewała do końca pierwszą kołysankę. Wstała 

sztywno i podeszła do okna. Gdy ich nie było, przybył tabor cygański. Podobno był 

już u nich, powiedziała Ane. Mali oblała się potem, gdy to usłyszała. A jeśli jest 

wśród nich siostra Jo? Mimo że zmęczona do granic, Mali poszła do stodoły. Co 

zrobi, jeśli będzie tam jego siostra, nie wiedziała. Jeśli zobaczy Siverta...

Ale to nie był tabor Karolinę. Mali rozpoznała niektórych starszych, ale reszty 

nie.

- To ty jesteś Mali Stornes, prawda?

Mali wzdrygnęła się i obróciła. Za nią stał jeden z tych starszych mężczyzn, 

którego znała z widzenia.

- Tak, to ja - odparła z rezerwą.

- Karoline prosiła mnie, bym przekazał ci wiadomość, że ciotka Jo nie żyje. 

Umarła w zimie na zapalenie płuc, no i była stara - powiedział. - I tak nie przyszła do 

siebie po tym, co zdarzyło się z Jo. On tu pracował kilka lat temu i w zeszłym roku 

spadł z urwiska. Był wtedy razem z gospodarzem, prawda?

Mali pokiwała głową.

- Wiele osób żałowało Jo - dodał mężczyzna. – Był świetnym towarzyszem, 

jednym z najlepszych. Jego wdowie też było ciężko... 

- Rozumiem - powiedziała Mali. - To był straszny wypadek. Pozdrów 

Karolinę ode mnie. Spotkałam ją tylko raz, gdy jej tabor był w Innstad, i nie znam jej 

zbyt dobrze. Nie wiesz, czy będzie tu tego lata?

Wtedy będzie musiała usunąć jej z oczu Siverta, pomyślała. On uwielbiał 

Cyganów i spędzał z nimi dużo czasu. Mali nie mogła go powstrzymywać, to 

wzbudziłoby podejrzenia. Ale zawsze się bała, gdy przybywał tabor, bała się, że 

ktoś dostrzeże podobieństwo Siverta do nich, bała się pytań, na które nie mogła 

odpowiedzieć.

Przez chwilę pomyślała, że skoro ciotka Jo nie żyje, nie ma się czego bać. 

Zresztą nigdy nie musiała, bo ona kochała Jo równie mocno, jak babcia ją. To także 

dlatego pokazała jej Siverta tego dnia, gdy zginął Jo. Teraz się cieszyła, że to 

zrobiła. Była jednak pewna, że więcej osób niż Karolinę dostrzeże podobieństwo 

background image

między dziedzicem Stornes a Jo.

Ale przecież nie mogła ukrywać syna przed wszystkimi taborami 

pojawiającymi się w okolicy, więc już tak musiało być, pomyślała zmęczona. 

Podejrzenie, że Sivert mógłby być synem Jo, jednego z nich, także dla nich było tak 

niewiarygodne, że nigdy by go nie wypowiedzieli. W każdym razie nie w Stornes. 

A o czym rozmawiali gdzie indziej, to ich sprawa. Cyganie nie rozpowiadali plotek. 

Nigdy nie słyszała, by mówili coś nieprzychylnego o gospodarzach, u których się 

zatrzymywali, mimo że na pewno słyszeli i widzieli niejedno. Wtedy straciliby 

możliwość ponownej gościny. Byli zależni od schronienia i pracy, którą dostawali 

w gospodarstwach. Na utratę tego nie mogli sobie pozwolić.

Mali poszła do sypialni po czyste ubrania. Stanęła w otwartym oknie. Jej 

spojrzenie skierowało się w kie-  I runku szopy na łodzie. W sercu poczuła głuchy 

ból. To już minęło, pomyślała. Dziś ostatecznie pożegnała się z Jo, marzeniami i 

miłością. Czy to dlatego tak bezwstydnie oddała się Havardowi? Wspomnienie tego, 

co wydarzyło się na Seterhaugen, wprawiło jej serce w szybsze bicie. Była 

zrozpaczona, spragniona do szaleństwa kogoś, kto mógłby jej dać ciepło i 

pocieszenie. I sprawiło jej to przyjemność, mimo całego bólu. Nadal nie rozumiała, 

czemu tak wykorzystała Havarda, jak mogło jej to przyjść na myśl po tym, jak 

pożegnała się z Jo? Ale nie miała takiego zamiaru, jeśli w ogóle można mówić o 

jakimkolwiek zamiarze z jej strony. Teraz czuła, jakby zdradziła Jo na jego grobie. A 

Havard był taki miły... Nie powinna jednak wykorzystywać jego uczucia wobec niej. 

Rozumiała, że z jego strony to poważne. A jeśli znów się zdarzy...

Ale Mali nie sądziła, by to znów się wydarzyło. Za bardzo lubiła Havarda i 

nie chciała wyrządzić mu krzywdy. Takim zachowaniem jak dziś krzywdziła go, bo 

wiedziała, że on to traktował poważnie, a ona nie. Dlatego powinna trzymać się od 

niego z daleka. Jeśli znów odda się mężczyźnie i może nawet za niego wyjdzie, 

powinien to być ktoś, kto obudzi w niej pożądanie, tak jak Jo. Sprawi, że zapomni o 

czasie i przestrzeni. A taki Havard nie był. Był dla niej tak dobry tam w górach, 

widziała, że płakał. Zasługiwał na kogoś lepszego niż ona. Powie mu to i przeprosi za 

to, co zrobiła. Poprosi, by zapomniał, bo to się już nie powtórzy. I jeśli jeszcze będzie 

potrzebowała mężczyzny, lepiej, by znalazła innego.

A jeśli wydarzenie z gór będzie miało skutki? Ta myśl przyszła jej do głowy 

dopiero teraz i wstrząsnęła nią. Minione lata przekonały ją, że z trudem zachodzi w 

ciążę, skoro dopiero po tak długim czasie doczekała się potomka Johana. Ale z Jo... 

background image

Pot wystąpił jej na czoło i zacisnęła nerwowo dłonie. Przecież to nie mogło 

się zdarzyć? Nadal karmi Oję piersią, więc jest chroniona. Do pewnego stopnia. 

Przecież były kobiety, które rodziły dzieci rok po roku i karmiły jedno, póki następne 

nie przejmowało piersi. Przecież tak było z Margrethe. Nie była bezpieczna mimo 

dziecka u piersi.

Zrobi sobie napar, pomyślała. Wśród rzeczy, których się nauczyła od Johanny, 

był napar, który mógł „oczyścić macicę", jak mówiła stara. Z wahaniem podzieliła się 

recepturą z Mali, bo dla Johanny każde życie było święte. Ale zdawała sobie sprawę, 

na co mogły być narażone biedne dziewczyny ze strony bogatych gospodarzy i 

silnych mężczyzn. Często brano je siłą i nie miały nikogo, by je obronił. W takich 

wypadkach zdarzało się, że Johanną robiła im ten napar, jeśli biedaczki zdążyły 

powiedzieć jej na czas. Działał dzień lub dwa po gwałcie, potem już nie. Właściwie 

Mali nie wiedziała, czy on rzeczywiście działa, ale musiała spróbować.

Boże jedyny, pomyślała, ocierając spocone czoło. Musiała dziś chyba 

postradać rozum...

Mali wzięła duże wiadro gorącej wody i poszła do pralni. Napełniła ceber 

wodą, wykąpała się i umyła włosy. Ciepła woda ukoiła ból zmęczonych mięśni, więc 

siedziała w niej długo, aż niemal zasnęła. Zerwała się, gdy usłyszała głosy na 

podwórzu. Zamoczyła w wodzie brudne ubrania i włożyła czyste.

Powiedziała wcześnie wszystkim dobranoc, unikając wzroku Havarda, wzięła 

Oję z kołyski i poszła na poddasze. Gdy nakarmiła i przewinęła małego, a on zasnął 

przy niej, leżała bezsennie i patrzyła w sufit. Miała w sobie niepokój, który nie dawał 

jej zasnąć. W końcu wstała, owinęła się szalem i usiadła przy oknie. Ze stodoły 

dobiegała muzyka skrzypiec. Mali siedziała tak, z głową w dłoniach, i słuchała 

kuszących tonów, czuła zapach morza i letniej nocy, i wspominała.

Dostrzegła Havarda, który szedł przez ogród z koszulą w ręku i ręcznikiem 

przewieszonym przez szyję. Najwyraźniej on też poczuł potrzebę umycia się po 

długim dniu w górach, pomyślała. Nagłe zdecydowała się, że porozmawia z nim 

poważnie. Jeśli ma to zrobić, nie było powodu, by czekać. Może nie wypadało iść do 

męskiej sypialni, mając na sobie tylko koszulę nocną i szal, ale nie było wiele miejsc, 

w których mogła z nim rozmawiać na osobności. Dookoła ludzkie oczy i uszy.

Co by powiedziano, gdyby zobaczono ją, jak idzie do sypialni Havarda, 

wolała nie wiedzieć. Ale to było mało prawdopodobne. Ona sama poszła na górę już 

background image

dwie godziny temu, a dawno nie słyszała ani Beret, ani służących. Na pewno już śpią, 

więc jeśli będzie cicho...

Uchyliła drzwi i nasłuchiwała kroków Havarda na schodach. Gdy usłyszała, 

że zamyka za sobą drzwi sypialni, przebiegła na bosaka, zapukała i wśliznęła się do 

środka.

Havard siedział na stołku i zdejmował buty. Mali położyła palec na ustach, by 

nic nie powiedział. W domu było tak cicho...

- Pomyślałam, że skoro my... Chcę z tobą porozmawiać - wyszeptała. - Może 

nie wypada wchodzić do sypialni mężczyzny w ten sposób, ale trudno znaleźć 

miejsce, by pogadać w cztery oczy. Więc...

Nie odpowiadał, siedział tylko i patrzył na nią. Jego twarz chowała się w 

cieniu, więc nie widziała go dobrze. Ale oczy dostrzegała. Były ciemne i iskrzące. A 

może to tylko odbicie światła? Nie zaciągnął zasłon i światło księżyca oświetlało 

wnętrze pokoju.

Muzykę skrzypiec słychać tu było jeszcze wyraźniej, bo okno wychodziło na 

stronę stodoły. Mali poznała melodię, był to powolny walc, ale nie znała jego tytułu.

- Powinnam z tobą porozmawiać - powtórzyła cicho, otulając się ciaśniej 

szalem. - To, co dziś zrobiłam, Havardzie... nie powinnam...

Nie mogła dalej mówić i spojrzała na niego bezradnie. On wstał powoli, 

zsunął na podłogę ręcznik i koszulę i zrzucił buty. Podszedł do niej. To nie było 

światło księżyca, pomyślała, czując, jak mocno bije jej serce, jego oczy naprawdę 

iskrzą w półmroku!

- Havardzie, co robisz...

Położył palec na jej ustach. Zdjął z niej szal, mimo że usiłowała go 

przytrzymać. Ale była dziwnie słaba.

- Czy tańczyłaś kiedyś nago w świetle księżyca, Mali Stornes? - wyszeptał 

prosto w jej ucho, muskając ustami jej policzek.

Nie była w stanie odpowiedzieć, stała tylko i czuła serce bijące w gardle. 

Havard był inny niż zwykle, takiego go nie znała.

Tańczyłaś? - powtórzył.

Havardzie, ja chciałam...

A ja chcę zatańczyć z tobą w świetle księżyca -przerwał jej z uśmiechem i 

objął ramionami.

Nie wiedziała, jak to się stało, ale zdjął z niej koszulę. Nie protestowała. Nie 

background image

wiedziała nic poza tym, że czuła podniecenie, gdy przyciągnął ją nagą do siebie i 

zaczął się z nią obracać w powolnym walcu. Jego usta nakryły jej usta, a dłonie 

pieściły tak, że aż wzdychała z rozkoszy.

Przecież to nie tak miało być, pomyślała zmieszana, próbując się wyzwolić. 

Przyciągnął ją mocniej, jednocześnie zrzucił spodnie i przytulił ją mocno do swojego 

nagiego, ciepłego ciała. Pomyślała o tym, co chciała mu powiedzieć: że ani nie chce, 

ani może... Że to, co zdarzyło się w górach, nie może się powtórzyć. Że nie jest 

mężczyzną, który sprawia, że drży z pożądania. Tak myślała. Teraz stała na nogach 

tylko dlatego, że on ją trzymał.

Bez słowa podniósł ją i położył na łóżku. Jego usta muskały jej ciało niczym 

skrzydła motyla i sprawiły, że drżała z takiego podniecenia, jakiego doświadczyła 

wcześniej w nocy z Jo nad morzem. Jego język stawał się na zmianę twardy i miękki, 

bawił się jej sutkami, schodził w dół brzucha, dalej po wewnętrznej stronie ud... Gdy 

rozsunął jej nogi, poddała się z westchnieniem. Przyjęła go z niewysłowioną radością 

i pozwoliła na to, co chciał. Że też on tak umie, pomyślała oszołomiona i wplątała 

palce w jego włosy. Były nadal wilgotne po kąpieli w morzu, czuła smak soli, gdy 

lizała go po szyi i torsie.

Gdy wreszcie w nią wszedł, jęknęła z rozkoszy. Położył dłoń na jej usta i 

szepnął „cicho” do jej ucha. Poruszał się powoli i leniwie, pozwalał jej rozkoszować 

się każdym pchnięciem. Wreszcie ujął jej pośladki i wbijał się mocniej, aż stęknęła. 

Światło księżyca igrało na suficie. Mali zamknęła oczy i pozwoliła się porwać lawie 

dzikiego i zmysłowego pożądania. Nigdy nie sądziła, że to jej się jeszcze przydarzy...

Gdy odzyskała oddech, walc się skończył. Na wietrze szeleściły liście gruszy 

przytulonej do ściany domu. Chyba wiatr zmienił kierunek, pomyślała Mali leniwie.

- Mali... - Havard przyciągnął ją do siebie i zbliżył usta do jej czoła. - Mali, 

chcesz... 

Nagle odzyskała jasność umysłu i zaczęła szukać czegoś do okrycia nagiego 

ciała. Boże jedyny, znów to zrobili! I tym razem nie wyniknęło to z potrzeby 

pocieszenia, lecz z dzikiej żądzy. Uwiódł ją tak, jak nigdy nie przypuszczała, że 

potrafi. Jej ciało ją zdradziło i przystało na szaleństwo. Jaką kobietą była naprawdę? 

Ladacznicą?

- Mali... - poczuła jego głos niczym powiew w uchu. - Kocham cię, wiesz o 

tym. I teraz... Chcesz...

Położyła dłoń na jego ustach i przyciągnęła jego głowę do swoich piersi.

background image

Skrzypce znów zaczęły grać. Muzyka wpadła przez otwarte okno razem z 

zapachem morza i wodorostów.

- Nie pytaj mnie, Havardzie - wyszeptała Mali. – Nie pytaj...

background image

ROZDZIAŁ 8

Lipiec przeszedł w sierpień. Dni były ciepłe i pełne letnich zapachów, a pola 

zboża zaczęły przebłyskiwać złotem, mimo że do żniw pozostał jeszcze miesiąc.

Pewnego popołudnia Mali farbowała wełnę w pralni. Nagle dostrzegła cień, 

który padł na podłogę przez otwarte drzwi. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała 

prosto w oczy Havarda. Rumieniec zalał jej twarz i spuściła wzrok.

Od czasu szalonej nocy w jego sypialni obchodzili się z dala jak dwa kocury. 

Zachowywali się normalnie, ale często czuła na sobie jego spojrzenie. Nigdy jednak o 

nic nie pytał ani niepotrzebnie nie dotykał. Po prostu był taki jak zawsze: 

uśmiechnięty, pracowity i miły dla wszystkich.

Przynajmniej Sivert kochał go na pewno, pomyślała Mali z goryczą. Ale 

rozumiała, że jest to łatwe, o ile się przed tym nie broni.

Bała się, że on odejdzie ze Stornes, skoro mu znów odmówiła. Jednak 

pozostał. Płynęły dni, a żadne z nich ani słowem nie wspomniało tej nocy. Ale 

czasami, gdy ich dłonie się zetknęły przy podawaniu półmiska przy stole, Mali 

zalewała się rumieńcem. Jak jakaś płocha dziewczyna, upominała się w myślach, 

usiłując ukryć drżenie rąk.

- Strasznie gorący dzień na farbowanie wełny - powiedział Havard, wchodząc 

do pralni.

Miał mokre włosy, a krople wody lśniły jeszcze na jego twarzy. Otaczał go 

zapach słonej wody. Na pewno kąpał się w morzu, pomyślała Mali.

Już dawno to postanowiłam - rzuciła Mali. - Muszę robić takie rzeczy w dni, 

kiedy nie mam więcej zajęć. No i poza tym dobrze dziś wyschnie.

Lepiej poszłabyś ze mną się wykąpać - uśmiechnął się.

Odwróciła się i zaczęła mieszać w garze, w którym farbowała się wełna. Nie 

chciała patrzeć mu w oczy. Nagle poczuła jego dłoń na karku i zesztywniała.

Co robisz? - spytała, gdy obrócił ją ku sobie. - Nie powinieneś...

Chcę tylko zobaczyć, jak dziś wyglądasz - powiedział, odgarniając jej włosy 

ze spoconego czoła. - Unikasz mnie, jakbym zarażał dziwną chorobą. Przecież nie 

możesz się mnie bać - dodał, zaglądając jej w oczy.

Nie boję się ciebie - rzuciła Mali dziwnie zdyszana i wzięła go za rękę, by 

się uwolnić. - Dlaczego miałabym się ciebie bać? - Serce biło jej jak oszalałe, czuła 

background image

się osłabiona. - Przecież powiedziałam, że nie chcę... nie chcę wychodzić za mąż.

- Ja o to nie pytałem, prawda?

Jego błękitne oczy iskrzyły.

Nie... - Mali nie udało się uwolnić od jego dłoni i stali nadal blisko siebie. - 

Nie, nie pytałeś, ale sądziłam, że...

Że znów się oświadczę - dokończył za nią. - Nie, coś ty? Ja dostałem już 

odpowiedź na to pytanie.

Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Zamknęła oczy, zanim jego usta 

dotknęły jej ust. Wiedziała, że to nastąpi, i wiedziała, że nie będzie w stanie temu 

zapobiec. I nie będzie chciała...

Jego usta zsunęły się na jej szyję, ku rozpiętej bluzce. Powoli rozsunął bluzkę 

na boki i dotknął jej piersi. Mali gwałtownie nabrała powietrza i spróbowała się 

uwolnić.

- Nie chcę tego, Havardzie - wyszeptała. - Tak nie można, ja nie chcę...

Nie zwracał uwagi na jej słowa, tylko rozsunął bluzkę jeszcze szerzej. Gdy 

poczuła na sutkach jego ciepły oddech, z ust jej wyrwał się jęk. Nogi dziwnie osłabły 

i nie myśląc, co robi, splotła dłonie na jego karku.

- Havardzie, nie chcę - wyszeptała ochryple i przycisnęła się do niego z całej 

siły. - Nie chcę...

-Tak, tego właśnie chcesz - powiedział cicho. -Oboje tego chcemy.

Nie pamiętała, jak to się stało, ale w pralni zapadł półmrok. Chyba zamknął 

drzwi, pomyślała oszołomiona.

Wziął ją na ręce i zaniósł na ławę. Próbowała się podnieść, ale położył ją z 

powrotem. Nie gwałtownie, ale stanowczo. Leżała, patrząc na niego. Dłonie Havarda 

weszły pod jej spódnicę, wtedy położyła na nich swoją dłoń.

- Nie - wyszeptała cicho, unosząc się ku niemu. 

- Dlaczego mówisz „nie", kiedy masz na myśli „tak"? - wyszeptał wprost do 

jej ucha.

Nie potrafiła odpowiedzieć. I nagle jakby puściła w niej tama. Poddała się 

całkowicie, i nawet pomagała ściągnąć mu ubranie. Nie mogła się doczekać, kiedy w 

nią wejdzie. Nigdy jeszcze nie czuła tak zwierzęcego pożądania, które nie 

potrzebowało słów ani uprzednich pieszczot. Była wilgotna i chętna, wygięła się ku 

niemu, gdy wreszcie w nią wszedł. Nigdy nie było lepiej, pomyślała, jęcząc z 

rozkoszy, nigdy...

background image

Gdy on już opadł na nią, przejęła inicjatywę. Jej łono nadal było nienasycone i 

nie chciało zakończyć przyjemności. Jej usta odnalazły jego usta, a dłoń odszukała 

jego wiotką męskość. Efekt był taki, jakby dotknęła go żywym ogniem.

- Co robisz? - stęknął, zesztywniały od jej dotyku. - Mała wiedźmo! Czy to nie 

ty nie chciałaś?

- Chcę - wyszeptała Mali zdyszana. - Chcę więcej!

Zaśmiał się, pokazując mocne, białe zęby, i pochylił się nad nią. Z jego 

mokrych włosów kapała morska woda na jej twarz. Ugryzł ją lekko w szyję, w pełne 

piersi i sterczące sutki, aż traciła oddech z rozkoszy. Jego męskość w jej dłoni znów 

stała się twarda jak skała.

- Wpuść mnie - wyszeptał.

Mali cofnęła rękę i otworzyła się przed nim niczym kwiat ku wiosennemu 

słońcu.

Po wszystkim Havard zsunął się na kolana przy ławie i obejmował ją, dopóki 

nie odzyskali równego oddechu. Odwróciła głowę, znów zażenowana. Jaką kobietą 

była, że wyczyniała takie rzeczy? Albo wyjdzie za niego za mąż, albo będzie się 

trzymała od niego z daleka. Ale nie była w stanie trzymać się od niego z daleka, nie w 

takiej sytuacji. Jej własne pożądanie gubiło ją, gdy tylko on jej dotykał. No to w 

takim razie go kocha? Możliwe, że tak, ale niewystarczająco. Nie na tyle, by go 

poślubić i pożegnać marzenie...

Leżała, zastanawiając się, jak teraz będzie w stanie spojrzeć mu w oczy. Co 

powie. Ale on nie czekał. Przelotnie musnął ustami jej policzek i zanim się 

zorientowała, zniknął. Drzwi pralni zostawił uchylone.

Mali unikała jego spojrzenia podczas kolacji. Była zawstydzona i zmieszana. 

Mimo to nie żałowała tego, co zdarzyło się w pralni. Sama myśl o Havardzie 

sprawiała, że zalewała się rumieńcem. Ale przecież to nie może trwać! A jeśli ktoś się 

dowie? Mimo że Beret i pewnie wszyscy inni uważają, że byłoby w porządku, gdyby 

wyszła za Havarda, to na pewno nie uznają za właściwe, jeśli ciągle będzie lądowała 

z nim w łóżku. To nie uchodziło, i Mali wiedziała o tym bardzo dobrze.

Dlatego trzeba położyć temu koniec, pomyślała Mali, rzucając ukradkowe 

spojrzenie na Havarda. Przeszył ją słodki dreszcz, gdy ujrzała jego opaloną, 

przystojną twarz, włosy wyblakłe na słońcu, wrażliwe usta. I jego dłonie... 

Zadziwiało ją, że jego przywykłe do pracy dłonie mogły być takie... Delikatne i 

background image

odważne zarazem. Nigdy nie podejrzewała, że on wiedział tak wiele o kobietach i o 

tym, co może sprawiać im przyjemność. W każdym razie jej, pomyślała i znów zalał 

ją rumieniec. Pochyliła się niżej nad talerzem.

Wiedziała, że nie wszystkie kobiety są takie jak ona. Może to ona miała 

silniejszy popęd niż inne, taki, nad którym nie panowała - o ile ktoś potrafił ją 

rozpalić. Nie, musi z tym skończyć! To nieprzyzwoite i niegodne.

Nagle Havard uniósł wzrok i ich oczy się spotkały. Mali aż upuściła łyżkę z 

wrażenia i zanim się po nią schyliła, on już zdążył ją jej podać.

- Dziękuję - powiedziała cicho, unikając jego spojrzenia.

Nie odpowiedział, ale wyczuła, że się uśmiecha. 

Tego wieczora Sivert bardziej niż zwykle opierał się przed pójściem spać. Już było 

późno, gdy Mali powiedziała stanowczo, że już dosyć i że ma iść na górę.

Ale ja jeszcze tylko...

Nie, zrobisz to jutro - ucięła Mali i wzięła go za rękę. - Już noc.

A Oja jeszcze leży w kołysce - protestował. -A przecież jest mały. Dlaczego 

jego nie kładziesz?

On śpi dużo w ciągu dnia, przecież wiesz - odpowiedziała. - Takie maluchy 

często jedzą i dużo śpią. Ja go kładę, gdy ty już śpisz. No chodź już, Sivert. - Mali 

zaczynała tracić cierpliwość. Pociągnęła go za rękę i podniosła z podłogi, gdzie 

siedział wśród zabawek.

Ja nie chcę... - marudził. Dolna warga zaczęła mu się trząść. - Nie chcę...

A jeśli ja będę twoim koniem i zaniosę cię do łóżka? - wtrącił Havard. - 

Możesz siedzieć na moim grzbiecie.

Tak, jeśli Havard mnie położy, to tak - powiedział Sivert, rzucając matce 

spojrzenie pełne triumfu.

Wiedziała, że nie powinna na to pozwolić. Nawet jeśli Havard położy Siverta 

do łóżka, ona i tak będzie musiała tam pójść, by pocałować synka na dobranoc. A na 

pewno nie chciała znaleźć się sam na sam z Havardem, a zwłaszcza nie przy sypialni. 

Mimo to pokiwała głową.

- Przyjdę za chwilę powiedzieć ci dobranoc - rzuciła. - I masz być w łóżku! 

Ale później nie chcę słyszeć o takim zachowaniu jak teraz. Nawet nie próbuj.

Havard wsadził Siverta na plecy i poszli na górę, pogrążeni w rozmowie. Mali 

popatrzyła za nimi, kręcąc głową. Sivert wkraczał chyba w wiek przekory. Wszyscy 

background image

narzekali na dzieci w tym wieku i chyba tylko ona miała nadzieję, że Siverta to 

ominie. Myliła się. 

Według mnie to dobrze, że Sivert tak się przywiązał do Havarda - odezwała 

się Ane, gdy zostały same. -Całkiem zastąpił Johana.

Nie wiem, na ile to dobre - odparła Mali. - A jeśli odejdzie, jak zniesie to 

Sivert?

Ale przecież nie odchodzi, prawda? - przestraszyła się Ane. - Wydaje się, że 

dobrze mu w Stornes. Sam ciągle to powtarza.

Przecież może nadejść dzień, kiedy znajdzie sobie kobietę i będzie chciał się 

żenić - rzuciła Mali, zaczynając sprzątać po Sivercie. - Zobaczymy wtedy tylko 

podeszwy jego butów!

Tak, wiele chętnie by go przyjęło - westchnęła Ingeborg znad zmywania. - 

Jest tak strasznie miły i przystojny - dodała z westchnieniem tęsknoty w głosie.

Sama go weź, Mali - uśmiechnęła się Ane. - Nietrudno dostrzec, że patrzy 

na ciebie przychylnie.

Głupstwa - rzuciła Mali, rumieniąc się.

Na pewno nie - poparła Ane Ingeborg. - Sama widziałam!

Ja nie chcę wychodzić za mąż - ucięła Mali. - Chyba powiedziałam to jasno.

Tak, powiedziałaś to zaraz potem, jak Johan umarł -odparła Ane. - Może 

dlatego, że byłaś wtedy zdenerwowana. Przecież można zmienić zdanie. A Havard...

Ale ja nie zmieniłam zdania - Mali objęła Ane. -Po prostu nie chcę znów 

wychodzić za mąż. Ale jeśli już, to masz rację, że Havard byłby dobrym kandydatem 

z wielu względów. Ale kto powiedział, że on mnie chce?

Jeśli w to wątpisz, to jesteś ślepa - uśmiechnęła się Ane. - Na oboje oczu. 

Dobranoc! 

Mali miała nadzieję, że Havard zejdzie na dół, ale już nie mogła dłużej 

czekać.

- Zerknij na Oję - poprosiła Ingeborg. - Skoczę tylko powiedzieć Sivertowi 

dobranoc.

I zniknęła za drzwiami, z bijącym sercem i lodowatymi dłońmi.

Zatrzymała się na chwilę przed pokojem Siverta. Z wewnątrz dobiegał niski 

background image

głos Havarda i jasny śmiech jej syna, ale nie dosłyszała, o czym rozmawiają. 

Otworzyła drzwi i weszła. Dwie pary oczu wpatrzyły się w nią, aż ze zmieszania 

zaczęła skubać skraj fartucha.

- No dobrze - powiedziała, unikając wzroku mężczyzny. - Widzę, że 

Havardowi udało się wpakować cię do łóżka.

- I opowiedział mi dwie przygody - obwieścił Sivert z jaśniejącymi oczami. - 

Spotkał niedźwiedzia, wiedziałaś, mamo? Naprawdę wielkiego niedźwiedzia, i on...

- Nie, nie wiedziałam - przerwała mu Mali i podeszła do łóżka. - On nie 

opowiada mi wszystkiego.

Havard potargał czuprynę małego i wstał z krzesła. Mali uważała, by nie 

dotknąć mężczyzny, gdy pochyliła się nad synem i ucałowała jego krągły, ciepły 

policzek.

- Śpij dobrze, synku - powiedziała cicho. - Ale bądź pewny jednego: Havard 

ma inne rzeczy do roboty niż cię kłaść, więc tak nie będzie zawsze. Nic nie pomogą 

płacze - dodała tonem ostrzeżenia. - Nie chcę żadnego marudzenia.

Sivert oplótł ramionami jej szyję i Mali poczuła jego ciepły oddech przy 

swoim uchu.

- Ale czy nie będzie mógł...

-Tak, czasem - odparła. - Gdy będzie miał czas i gdy będzie chciał.

- On chce - oświadczył chłopiec triumfująco. - Powiedział mi to. Prawda, że 

chcesz, Havardzie? 

- Pewnie, że chcę - rzucił mężczyzna. - Ale to mama decyduje, wiesz przecież.

Mali, nadal pochylona nad łóżkiem, miała nadzieję, że Havard wyjdzie przed 

nią. Ale stał nadal. W końcu uwolniła się z ramion syna i wyprostowała.

- Dobranoc - powtórzyła. - Spij dobrze.

Havard otworzył przed nią drzwi i przytrzymał. Nie mogła uniknąć otarcia się 

o niego w przejściu. Poszła szybko korytarzem.

Dziękuję za pomoc - rzuciła przez ramię. - To było miłe z twojej strony.

Nie, ja sam tego chciałem - odparł, stojąc zadziwiająco blisko niej. - Lubię 

Siverta. Jest dobrym chłopcem i sądzę, że dobrze mu robi przebywanie z mężczyzną 

po tym, jak stracił swojego ojca.

Tylko nie zapominaj, że nie jesteś jego ojcem -burknęła Mali, zatrzymując 

się i odwracając ku niemu. -To ważne dla was obu.

Nie musisz mi o tym przypominać - odparł spokojnie. - Czego się obawiasz, 

background image

Mali? Nie możesz tak po prostu odprężyć się i cieszyć życiem, a nie czuwać, czy ktoś 

nie wchodzi na twoje terytorium? Ja nigdy nie zrobię niczego, czego ty nie chcesz, i 

nie będę cię męczył pytaniami. Ale nie możesz zapobiec, by Sivert mnie pokochał, bo 

już to zrobił. Dla niego nie stanowi to problemu - dodał z naciskiem w głosie.

Nie chciałam być niewdzięczna - powiedziała Mali, spuszczając oczy. - 

Pomagasz nam wszystkim, Havardzie, i ja się bardzo cieszę, że Sivert miał w tobie 

oparcie w tym czasie. Bardziej się boję o to, by nie cierpiał, gdy odejdziesz - dodała, 

nerwowo poprawiając włosy.

Ja nie mam planów, by stąd odejść - odparł. - Chyba że ty będziesz tego 

chciała. 

Ja nie chcę - rzuciła Mali, podnosząc na niego wzrok. - Ale nie możemy 

dalej... To znaczy, powinniśmy...

Co powinniśmy? - spytał, a w oczach pojawił się błysk.

Powinniśmy przestać...

Zalała się rumieńcem i poszła w kierunku schodów. Nagle poczuła jego dłoń 

na ramieniu. Obrócił ją ku sobie.

Czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś, czego ty sama nie chciałaś? - spytał, 

stojąc blisko niej. Ujął jej podbródek i uniósł do góry, by spojrzeć jej w oczy. - 

Zrobiłem?

Nie - szepnęła Mali. - Nie, ja tego nie mówiłam. Ale powinniśmy...

Tak, to zrozumiałem - odparł, odsuwając się. -Chciałem tylko wiedzieć, że 

nie sprawiłem ci jakiejś przykrości.

Mali powoli pokręciła głową.

- Nie utrudniaj, Mali - powiedział Havard spokojnie. - Daj sobie prawo do 

życia. Bo o to tu chodzi, by żyć... Żyć teraz, Mali.

Jego dłoń pogładziła jej policzek, po czym Havard obrócił się i poszedł do 

swojej sypialni. 

background image

ROZDZIAŁ 9

Tej jesieni był urodzaj czarnych jagód. Sivert ciągle wracał z umorusaną buzią 

i dłońmi, bo nie trzeba było daleko odejść, by je znaleźć. Poza tym często udawało 

mu się zwabić którąś ze służących, by poszła z nim dalej, i wracał do domu z pełnym 

brzuchem i jagodami nawleczonymi na źdźbła traw. Mali zauważyła, że nawet 

Havard po zakończonej pracy czasem chodził z nim do lasu. Stała wtedy i patrzyła za 

nimi, za wysokim mężczyzną i małym chłopcem, i serce wypełniała jej wdzięczność 

wobec Havarda, że poświęcał swój czas jej synowi. Mimo że miał prawo być 

niezadowolony, że wszystko dzieje się na jej warunkach. Ale nie dawał tego poznać 

ani jej, ani ludziom na gospodarstwie, ani zwłaszcza Sivertowi. Coraz częściej 

uderzało Mali, jak on jest miły, tak zupełnie bezinteresownie miły. Wprawiało ją to w 

onieśmielenie i przelotne wyrzuty sumienia. Może... może mogłaby... Ta myśl 

przechodziła jej coraz częściej przez głowę.

Mali zadzwoniła do Margrethe i zaproponowała, by któregoś przedpołudnia 

zrobiły sobie wolne i z synami poszły na jagody do lasu. Mogą wziąć ze sobą 

jedzenie i sok i spędzić milo czas. Wiedziała, że Sivert uwielbiał takie wyprawy, a 

poza tym mogła nazbierać jagód na przetwory, dobre do naleśników i na chleb w 

czasie zimy. Margrethe nie odmówiła.

Dzień był słoneczny i bezwietrzny, powietrze przejrzyste. W słońcu czuło się 

ciepło, ale w cieniu dawało się zauważyć, że nadchodzi jesień. Ale wkrótce Mali 

zaczynała być wdzięczna za każdy odcinek cienia, gdy tak szli wzdłuż łąk i pól. 

Rozpięła bluzkę i odgarnęła włosy z wilgotnego czoła.

- Jak ci idzie? - spytała, odwracając się do siostry. - Nie za ciężko?

Margrethe zatrzymała się i uśmiechnęła.

Ależ skąd! Czuję się tak sprawna jak nigdy. Ten maluch dobrze się obchodzi 

ze swoją mamą - powiedziała, gładząc się po lekkim zaokrągleniu brzucha.

Dobrze to słyszeć - Mali odpowiedziała uśmiechem. -Widać po tobie, że 

jesteś zupełnie inna niż w ostatniej ciąży.

To nie był czczy komplement. Margrethe stała, oświetlona sierpniowym 

słońcem. Jej jedwabista skóra zyskała złocisty blask po lecie, włosy błyszczały, grube 

i gładkie, błękitne oczy promieniały. Mali chętnie przyznała, że siostra wyglądała 

background image

ładniej niż kiedykolwiek. T na bardziej szczęśliwą, jeśli to w ogóle możliwe w jej 

związku z Bengtem.

Margrethe jakby czytała w jej myślach.

- Jeśli się zastanawiasz, jak nam jest razem, mogę tylko powiedzieć, że każdy 

dzień jest jak w raju. Zwłaszcza teraz - dodała, zalewając się rumieńcem. - Nie 

musimy już myśleć, że mogę zajść w ciążę, i nie musimy... no wiesz, uważać... 

Mali zaśmiała się i objęła młodszą siostrę.

Ech, wy dwoje! - westchnęła. - Ale cieszę się z twojego każdego dnia w 

raju. Bardzo się cieszę, że zeszliście się z Bengtem.

A ty? - spytała Margrethe i spojrzała na siostrę badawczo. - Nadal 

twierdzisz, że nie chcesz żadnego mężczyzny?

Mam Havarda - rzuciła Mali, odwracając się i zaczynając iść. - Trudno o 

lepszego gospodarza od niego.

Tak, wiem, ale ja mam na myśli mężczyznę... do łóżka.

Mali cieszyła się, że jest odwrócona do siostry plecami, bo nie tylko ciepło 

słońca sprawiło, że poczerwieniała aż po szyję.

Możesz sądzić, co chcesz, ale daję radę bez tego -odparła, choć tchu jej 

brakło, gdy tak kłamała.

Ale Havard... - Margrethe nie chciała tak łatwo się poddać - mógłby się 

nadać do czegoś więcej niż tylko jako zarządca. Jest przystojny i dobry. A ty zawsze 

go lubiłaś, tak mówiłaś.

Mali nie odpowiedziała, tylko parła w górę. Ich synkowie byli już daleko 

przed nimi.

- No i Havard jest w ciebie zapatrzony – mówiła Margrethe coraz bardziej 

zdyszana. - Wszyscy to widzą, a on tego nie ukrywa. Jak on może chodzić koło ciebie 

codziennie i nie...

Mali zatrzymała się i odwróciła.

- Nie mówmy więcej o tym - ucięła. - W Stornes idzie zupełnie dobrze w tym 

układzie z Havardem. I już.

-Nie, ja nie chciałam się wtrącać - broniła się siostra. - Chcę po prostu, żebyś 

była szczęśliwa...

- No i jestem - zaśmiała się Mali w nieco wymuszony sposób. 

- Ale nie zdarza się, że... że chcesz... że masz ochotę... - Margrethe wsparła 

background image

rękami krzyż i wpatrzyła się w starszą siostrę.

Nie, nic nie zauważyłam - odpowiedziała, nie patrząc jej w oczy. - Mam 

wszystko, czego pragnę.

I to przecież prawda, pomyślała z ironią, ale nikt nie musi wiedzieć, że Havard 

posłużył jej nie tylko za zarządcę. Nawet Margrethe. Porządne kobiety nie robią tak 

jak ona. Ale teraz to już koniec, tak postanowiła. Lepiej skończyć, póki zabawa 

jeszcze trwa.

Gdy weszły do lasu pod wysokie jodły, ujrzały, że rosnące pod nimi 

jagodowiska pełne są dojrzałych jagód. Sivert i Olaus zapiszczeli z radości i rzucili 

się na kolana w środek tej wspaniałości. Zrywali garściami jagody i pakowali do ust, 

nie zwracając uwagi, że jedzą też listki. Mali i Margrethe usiadły na polance, oparły 

się o pień większego drzewa i zaczęły wyciągać jedzenie.

- Powinni zaraz coś zjeść - uśmiechnęła się Mali, obserwując małych 

łakomczuchów. - Inaczej nic dziś nie zjedzą poza jagodami.

Margrethe patrzyła na nich jaśniejącymi oczami.

Ależ czas leci - powiedziała. - Zobacz, jak wyrośli. Któż by pomyślał, że 

każda z nas osiądzie na dwóch z największych gospodarstw w Inndalen, wyjdzie 

dobrze za mąż, urodzi dzieci... Jak to nigdy nie wiadomo, co się zdarzy - dodała z 

zamyślonym spojrzeniem.

No i dobrze - ucięła Mali. - Dobrze, że nie wiemy nic o przyszłości. 

Powinniśmy brać dany dzień takim, jaki jest.

Margrethe spojrzała na nią zdziwiona, ale nic nie odpowiedziała. Wyłożyły 

zawiniątka z jedzeniem i otworzyły butelki z sokiem. 

- Chodźcie, chłopcy, jedzenie! - zawołała Mali. - Powinniście coś zjeść, 

zanim napchacie się jagodami.

Gdy nie uzyskała odpowiedzi, wstała i spojrzała w ich kierunku. Ciemno- i 

jasnowłosa głowa pochylone były nad jagodowiskiem. Obaj chłopcy byli tak zajęci 

pochłanianiem jagód, że niemal ze sobą nie rozmawiali.

- Chodźcie! - powtórzyła. - Potem będziecie mogli zbierać, ile chcecie. 

Jeszcze nie wracamy do domu.

Zobaczyła, że Olaus się podnosi i mówi coś do Siverta. Ten odwrócił się i 

spojrzał na matkę, ale potem coś przykuło jego wzrok. Mali zobaczyła, jak pochyla 

background image

się nad korzeniem leżącym na słońcu. Nie zdążyła usiąść, gdy dziki wrzask poderwał 

je na równe nogi. Sivert stał z lewą ręką wyciągniętą przed siebie i krzyczał.

- Co się stało? - krzyknęła Mali, biegnąc ku niemu. - Uderzyłeś się?

Nie odpowiedział, nadal szlochając. Olaus odsunął się od niego, patrząc 

wielkimi oczami.

Co się stało? - spytała zdyszana Mali, gdy do nich dobiegła. - Co się mu 

stało, Olaus?

To nie był patyk - powiedział mały. - On się ruszał.

Mali schwyciła rękę Siverta. Powyżej łokcia widniały dwa wyraźne, czerwone 

ślady po ugryzieniu. Uświadomiła sobie, że to ugryzienie węża. Ten korzeń to była 

żmija! Poczuła ogarniający ją paniczny strach i złapała Siverta w objęcia.

Ze żmijami nie ma żartów, zwłaszcza gdy ukąszą dzieci oraz gdy zranią tak 

wysoko jak Siverta. Tyle pamiętała. W dodatku to lewa ręka! Bliżej do serca, mówili 

ludzie.

Co się stało? - spytała Margrethe, gdy dotarła do nich. - Sivert się uderzył?

Nie. Ugryzła go żmija - rzuciła Mali ochrypłym głosem i spojrzała na siostrę 

z rozpaczą. 

Żmija - powtórzyła Margrethe z niedowierzaniem. - Gdzie?

Mali pokazała jej ramię syna, gdzie widniały dwie czerwone dziurki. Ramię 

zaczynało już puchnąć.

- Boże drogi, co robić? Jesteśmy tak daleko od domu...

Olaus zrozumiał, że dzieje się coś złego, i też zaczął płakać. Objął nogi matki i 

zanurzył twarz w jej spódnicę. Wzięła go na ręce, próbując uspokoić.

No już... - powiedziała cicho. - Siverta ugryzła...

To był patyk - zaszlochał Olaus. - Żywy patyk! Mali otrząsnęła się z szoku. 

Przez chwilę czuła się

sparaliżowana strachem i niezdolna do żadnej decyzji. Teraz uniosła spódnicę 

i urwała pas materiału z halki.

Co ty robisz? - Margrethe spojrzała na siostrę, jakby ta postradała zmysły.

Trzeba przewiązać ramię powyżej ugryzienia - rzuciła Mali, obwiązując 

mocno ramię Siverta. - Wtedy jad się nie przemieszcza. Przynajmniej nie tak szybko - 

dodała. - Słyszałam, że można zrobić nacięcie, wyssać truciznę, ale nie wiem, jak to 

zrobić. Nigdy tego nie przeżyłam - dodała bezradnie. - Zresztą nie mam nic ostrego, a 

background image

i tak bałabym się pogorszyć sprawę.

Spuchnięte ramię, dodatkowo przewiązane płóciennym paskiem, najwyraźniej 

bolało Siverta, bo płakał rozdzierająco. Gdy usłyszał słowa Mali o nacięciu, wpadł w 

histerię.

Nie tnij mnie, mamo! - zaszlochał. - Nie tnij!

Nie, nie będę - Mali otarła jego zapłakaną twarz. -Oczywiście, że nie, 

kochanie - wyszeptała zrozpaczona i przytuliła go. - Zbierz rzeczy i schodź sama - 

rzuciła do Margrethe. - Ja biegnę z nim na dół. Musi jak najszybciej jechać do lekarza 

po surowicę, bo inaczej...

Nie skończyła, tylko wzięła syna na ręce i pobiegła. To była ciężka i długa 

droga. Popłakujący Sivert wisiał jej ciężko na szyi. Objął ją prawą ręką tak mocno, że 

prawie dławił. Był też ciężki, a teren nierówny. Gdy w końcu dotarła do letnich obór, 

zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Była zlana potem, włosy się rozpuściły i 

otaczały ją chmurą. Ledwo trzymała się na nogach. Jednak gdy zerknęła na lewe 

ramię syna, rzuciła się naprzód. Ramię spuchło jeszcze bardziej i zaczęło sinieć. 

Sivert oddychał nierówno i walczył o każdy oddech.

Mali stękała z wysiłku i strasznego zmęczenia. Boże, musi się udać, 

pomyślała z desperacją. Słyszała o ludziach ugryzionych przez węża, którzy przeżyli. 

Ale też o takich, zwłaszcza dzieciach, którym się nie udało. Kiedy dotrą do lekarza? 

Nie wiedziała, skąd miała siły, ale biegła chyba najszybciej w życiu.

Havard stal na podwórzu, rozsiodłując konia, gdy wbiegła. Przerażony upuścił 

wszystko, co miał w rękach, i podbiegł do niej.

- Co się dzieje? - spytał, patrząc w jej oszalałe oczy. - Co jest, Mali?

Odebrał od niej Siverta, a Mali osunęła się na ziemię. Nie mogła złapać 

oddechu, by cokolwiek powiedzieć, ale nie było to potrzebne. Havard dostrzegł rękę 

Siverta i zrozumiał wszystko.

- Cholera ciężka - zaklął i przytulił chłopca. - Musimy jechać do doktora - 

powiedział, oddając go Mali. - Siedźcie tu spokojnie, a ja...

Pobiegł do domu, zanim skończył zdanie. Wrócił z finką, a Ane za nim.

- Znajdź Gudmunda i powiedz, że ma zaprząc konia do wozu - rzucił do 

służącej. 

Pochylił się nad Sivertem i pogłaskał go po buzi.

background image

- Wąż wpuścił w ciebie jad - powiedział spokojnie. -Pojedziemy do doktora, a 

on da ci coś, co zabije jad węża. Ale teraz muszę wyciągnąć z twojej ręki jak 

najwięcej tego jadu. Rozumiesz?

Sivert wpatrzył się w niego wielkimi oczami.

- Zrobię małe nacięcie w skórze - mówił dalej Havard - i wyssę wszystko, co 

się da. To może trochę boleć, ale jesteś już dużym chłopcem, prawda? Zniesiesz to?

Sivert chciał zaprotestować, lecz spokojny głos Havarda podziałał na niego. 

Wolno pokiwał głową, ale gdy zobaczył ostrze finki, zmienił zdanie. Próbował ukryć 

się u Mali, ale nie zdążył. Havard złapał go za ramię i zrobił nacięcie pomiędzy 

śladami ugryzienia. Pochylił się nad ranką, ssał i wypluwał, ssał i wypluwał. Sivert 

płakał wniebogłosy i wyrywał się, ale Mali trzymała go mocno.

A jeśli masz jakąś ranę w ustach? - wyszeptała przerażona, patrząc na 

mężczyznę. - Wtedy jad cię zatruje!

Dam sobie radę - uciął. - Tu chodzi o Siverta. Aha, opaliłem nóż - dodał.

Wstał i podbiegł do Gudmunda, który zaprzągł konia. Ane podeszła do Mali i 

otuliła kocem Siverta. Leżał z półprzymkniętymi oczami i oddychał nierówno, ale już 

nie płakał. Oczy Ane rozszerzyły się, gdy zobaczyła ramię chłopca.

- Zmoczę szmatkę - rzuciła. - Może pomóc na opuchliznę.

Opuchlizna to jedno, pomyślała Mali. Ona nie była niebezpieczna, tylko jad, 

który już dostał się do krwi. Pytanie, ile jadu udało się wyssać Havardowi. Mali 

kołysała syna i próbowała się do niego uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko dziwny 

grymas. 

Tyle zamieszania, widzisz? - powiedziała z udawanym spokojem. - Ale ten 

wąż wpuścił w ciebie jad, to dlatego ręka ci spuchła i cię boli, i dlatego Havard starał 

się go wyssać. Chciał ci pomóc. Ale doktor ma lekarstwo, które jest mocniejsze od 

jadu, i dlatego teraz do niego pojedziemy. Będzie dobrze...

Boli... - Sivert znów zaczął popłakiwać. - Ja muszę...

Zanim skończył, zwymiotował wprost przed siebie. Mali próbowała się 

odsunąć, ale większość granatowego strumienia wylądowała na niej. Gdy Ane 

nadbiegła ze szmatką, użyły jej do czyszczenia ich obojga.

Gdzie jest Ingeborg? - spytała Mali. - Zawołaj, by przyniosła więcej 

ręczników. Mogą nam się przydać po drodze.

Dzwoniła do doktora - odparła Ane. - Jest w gabinecie i wie, że jedziecie.

background image

Nadbiegł Havard i wziął Siverta na ręce.

- Siadaj do wozu - polecił Mali. - Zawiń go w koc, bo może mieć dreszcze. No 

i trzymaj się mocno - dorzucił. - Będę ostro gonił konia.

Dzień przechodził w wieczór. Zachodzące słońce barwiło góry na czerwono, a 

lekki wietrzyk przynosił przez okno zapach morza i wodorostów. Mali siedziała przy 

łóżku Siverta od czasu, kiedy wrócili od lekarza.

Starszy pan zmarszczył brwi z zastanowieniem, gdy ujrzał spuchnięte ramię, 

lecz nie powiedział wiele. Ranę przemył i opatrzył, a Sivert dostał dawkę surowicy.

- Będzie dobrze, prawda? - spytała Mali cicho, patrząc na lekarza błagalnie.

- Powinno być - odparł. - Chłopak wygląda na silnego. Ale dawno nie 

widziałem tak gwałtownej reakcji na ukąszenie żmii. Czy jest uczulony?

- Niczego nie zauważyłam...

W drodze do domu trzymała syna w ramionach i modliła się. Tylko nie Sivert, 

błagała, tylko nie Sivert. Ale dławił ją potworny strach, gdy głaskała go po 

rozpalonym j czole i słyszała świszczący, urywany oddech. Musiała użyć wszystkich 

sił, by nie płakać. On nie może się bać, i pomyślała, zagryzając usta do krwi.

Jak z nim? - spytał Havard, odwracając się ku nim.

Nie wiem - odparła cicho, patrząc na niego z rozpaczą. - Tak się boję, 

Havard.

Będzie dobrze - rzucił. - Musi być dobrze - dodał przez zaciśnięte zęby i 

pogonił konia.

Beret zaglądała kilka razy na poddasze, siadała i patrzyła bezradnie.

Wyzdrowieje, prawda? - spytała słabym głosem.

Jeszcze nie wiadomo - odparła Mali cicho. - Zobaczymy. Ale doktor 

powiedział, że surowica powinna zadziałać przez wieczór. O ile zadziała...

Ja się zajmuję Oja - powiedziała Beret. - Ale zejdź na dół go nakarmić, 

gdy będziesz mogła.

Tak, ale nie odejdę od Siverta. Lepiej przynieś mi Oję, tu go nakarmię.

background image

Wzdrygnęła się, gdy drzwi się otworzyły. To był Havard. Zaglądał już wiele 

razy. Stanął przy łóżku bez słowa i patrzył na chłopca. Mali odszukała jego dłoń i 

uścisnęła. 

- Dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła...

- Wtedy Gudmund albo ktoś inny by ci pomógł -przerwał jej Havard.

Mali pokręciła powoli głową i przycisnęła jego dłoń do ust.

- Nie, nikt nie zrobiłby tego, co ty - powiedziała, a łzy spływały po jego dłoni. 

- Nie przeżyję, jeśli stracę Siverta - dodała zduszonym głosem. - Nie przeżyję... On 

jest dla mnie najdroższy...

- Rozumiem, ale go nie stracisz - odparł Havard, obejmując jej ramiona. - Już 

mu lepiej.

Mali spojrzała na niego.

Lepiej? Skąd wiesz? Przecież tylko leży i...

Już nie jest gorący i śpi spokojnie. Oddycha normalnie, a to znaczy, że jad 

przestaje działać. Najgorsze minęło! Ręka będzie go bolała przez kilka dni, ale to 

wytrzyma. Najgorsze minęło - dodał z przekonaniem.

Mali położyła dłoń na czole syna. Było ciepłe, ale nie gorące i spocone jak 

wcześniej. Może na chwilę sama zasnęła, bo nie zauważyła, że on śpi spokojnie. 

Oddychał równo i niemal niesłyszalnie, a puls bił regularnie pod skórą szyi.

Mali powoli opadła na łóżko i załkała bezgłośnie. Całym jej ciałem wstrząsał 

szloch. Havard ukląkł przy niej, objął ją i głaskał uspokajająco po plecach.

- No już, już, Mali - wyszeptał. - Jesteś wykończona, dlatego tak reagujesz. 

Uspokój się - dodał, gdy zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego.

Trwali tak, aż się uspokoiła. W końcu wyprostowała się i przetarła dłonią 

zapłakaną twarz. Wpatrzyła się w jego oczy i wzięła go znów za rękę. Ale nic nie 

powiedziała. Siedzieli tak razem długo, czas się jakby zatrzymał. Powoli zapadał 

zmrok. Nagle Sivert otworzył oczy. 

- Dlaczego tu siedzicie w nocy? - spytał, patrząc na nich zaspanym wzrokiem. 

- Chcę ciasta...

Zanim Mali dobiegła do niego z kawałkiem ciasta, znów zasnął.

-No, możesz się teraz położyć - powiedział Havard. - Potrzebujesz tego. Z 

Sivertem już dobrze. A Beret wzięła Oję do siebie na noc, miałem ci przekazać.

background image

Nie odejdę od niego. Chcę tu zostać.

To ja przy nim posiedzę - odparł Havard spokojnie. - Jesteś wykończona, 

blada jak duch. Ja tu posiedzę i zawołam cię, jakby co.

Mali nagle poczuła, jak potwornie jest zmęczona. Powoli wstała, 

niezdecydowana.

- Idź już - pogonił ją. - Okaż mi zaufanie, co?

I poszła, niechętnie i osłabiona strachem. W sypialnie zrzuciła nieświeże 

ubranie, półprzytomna umyła się i padła na łóżko. Sen ogarnął ją szybko i przyniósł 

jakże oczekiwany spokój dla duszy i odpoczynek dla obolałego ciała.

Obudziła się gwałtownie, gdy ktoś jej dotknął. To Havard okrywał ją kołdrą. 

Nie zrobiła tego przed zaśnięciem, pomyślała zmieszana i poczuła, że marznie. 

Odkryła wtedy, że nie tylko o tym zapomniała. Była naga.

Coś się stało? - spytała, otulając się kołdrą.

Nie, Sivert śpi spokojnie. Nie ma gorączki i oddycha normalnie. Nie musisz 

się już niepokoić, Mali. Wszystko jest w porządku.

Zarzuciła mu ręce na szyję z wdzięczności i pocałowała. Czuła ogromną 

potrzebę podziękowania temu człowiekowi, który uratował jej syna.

- Połóż się obok mnie - wyszeptała. 

Chciałem wracać do siebie - rzucił Havard wymijająco. - Już niedługo 

czwarta, powinienem się przespać choć kilka godzin, zanim...

Możesz spać jutro cały dzień, jeśli chcesz - uśmiechnęła się Mali, 

przepełniona szczęściem, i pociągnęła go ku sobie. - Och, Havardzie, Havardzie...

Nagle zaczęła gwałtownie ściągać z niego koszulę i rozpinać pasek. On 

położył dłoń na jej ręce i zatrzymał ją.

- Nie wiesz, co robisz, Mali - powiedział cicho. -Najlepiej będzie, jak pójdę.

Ale ona się nie poddała. Oddech Havarda stał się szybki. On nie spuszczał z 

niej wzroku. Gdy już leżał nagi obok niej, ustami gładziła jego tors, płaski brzuch... 

Przytrzymał ją za włosy, gdy chciała zejść niżej.

-Ja tego chcę - wyszeptała cicho, spoglądając na niego. - Chcę, Havardzie.

Powoli uniosła się i położyła na nim. Nigdy tego wcześniej nie robiła, nie z 

własnej woli, pomyślała mgliście. Pochyliła się nad nim, pocałowała delikatnie w 

usta i ocierała się swoim gorącym, nagim ciałem o jego ciało.

background image

- Boże - wyszeptał. - Mali, co ty robisz...

Pomogła mu dostać się na miejsce i powoli zaczęła się poruszać. Jego dłonie 

odgarnęły jej włosy i ujęły jej pełne piersi. Już nie mógł leżeć spokojnie, tylko 

wychodził jej na spotkanie każdym pchnięciem. Mali odrzuciła głowę do tyłu i łapała 

oddech z rozkoszy, tracąc świadomość, gdzie jest. Wreszcie osunęła się na niego.

Po chwili Havard zebrał ubranie i bez słowa zniknął za drzwiami. Mali 

włożyła koszulę nocną i wśliznęła się do pokoju Siverta. Havard miał rację, od razu 

to zauważyła. Chłopiec spał spokojnie i mocno. Przeżyje! Pochyliła się i pocałowała 

synka ostrożnie, by go nie obudzić. Wróciła do swojego łóżka. Pachniało Havardem, 

pomyślała, naciągając kołdrę. Havardem i kochaniem. Zalała ją fala gorąca na 

wspomnienie tego, co robili, ale odwróciła się na bok i zamknęła oczy. Ten 

mężczyzna uratował Siverta!

background image

ROZDZIAŁ 10

Wrzesień zaczął się ulewnymi deszczami i wiatrem burzącym fale fiordu.

Wszyscy myśleli o zbożu. Było już dojrzałe i musiało zostać zżęte przed 

pierwszymi przymrozkami. Gdy udawało się skończyć inne prace i zboże dojrzało, 

starali się rozpoczynać żniwa już w sierpniu. Wrzesień bywał kapryśny. Mógł 

przynieść zarówno nocne przymrozki, jak i pełne słońca dni niczym w lecie.

Padało całymi dniami. Havard wychodził na pola od razu po śniadaniu, by 

zobaczyć, czy deszcz i wiatr nie wyrządziły szkód w ciągu nocy, czy dojrzałe zboże 

nie wyległo. Wtedy plony byłyby wątpliwe. Ale na szczęście kierunek wiatru był 

korzystny i zboże stało, choć kłosy były ciężkie od deszczu.

- Tak, dziś też stoi - powiedział Havard, gdy wrócił pewnego dnia na obiad. - 

Ale pogoda powinna się już odmienić. Nie możemy dużo dłużej czekać.

Podszedł do okna i spojrzał na fiord i ciężką mgłę schodzącą nisko po 

zboczach gór.

- O tej porze zwykle zaczyna wiać od lądu - powiedział bardziej do siebie. - W 

domu w Gjelstad ojciec zawsze mówił, że można czekać spokojnie, gdy pada na 

początku września, choć zboże jeszcze niezżęte. Mawiał, że niedźwiedź nie chodzi 

spać na mokrym mchu.

Jaki niedźwiedź? - spytał od razu Sivert, obejmując go za nogi. Mężczyzna 

wziął go na ręce.

Żaden konkretny - odparł, targając mu włosy. - Ale wiesz, że misie robią 

sobie legowisko, w którym śpią całą zimę. A mokry mech się do tego nie nadaje. 

Więc my teraz czekamy na pogodę, by zebrać zboże, a niedźwiedź czeka, by wysechł 

mech na jego legowisko.

A czym się przykrywa?

Niczego nie potrzebuje. Ma gęste futro i ono mu wystarcza.

Wieczorem jest pełnia - rzucił Gudmund, podchodząc do okna. - Pogoda 

zmienia się przy pełni, więc możemy mieć nadzieję, że teraz też. Już dłużej nie 

można z taką pogodą - dodał, drapiąc się w głowę.

Tej nocy Mali przebudziła się, nie wiedząc czemu. Oja spał przy niej 

spokojnie, w domu panowała cisza. Uświadomiła sobie, co ją obudziło. Wiatr. 

Uderzenia wiatru od lądu unosiły firanki. Już nie padało.

background image

Wstała i podeszła do okna. Zapatrzyła się na niezwykły widok. Wiatr rozgonił 

mgłę i chmury, jedynie małe, uparte chmurki unosiły się przy szczytach gór oblanych 

światłem księżyca. Czarne wody fiordu połyskiwały srebrem. Zboże było uratowane, 

westchnęła z ulgą Mali i wróciła do ciepłego łóżka.

To zupełnie inny świat, pomyślała Mali, gdy rano wyszła na dół z Oja na ręku. 

Przez dłuższy czas słoty musiała rano zapalać lampy, by zrobić śniadanie. Teraz 

pierwsze promienie słońca lśniły w oknach. Z mokrych pól unosiła się mgła. Gdy 

uchyliła drzwi i wyjrzała, było tak pięknie, że aż westchnęła. Kolory jesieni płonęły 

na łąkach i na drzewach, a Stortind przybrał białą czapę na szczycie. Wrzesień to 

piękny miesiąc, zawsze tak uważała.

Ani o dzień za wcześnie - stwierdził Havard, gdy usiedli do stołu. - Dziś 

damy zbożu wyschnąć w słońcu, a jutro zaczynamy żąć.

Czyli uda się uratować zbiory i w tym roku - powiedziała Mali, spoglądając 

na niego. - Prawda?

Ich spojrzenia zetknęły się na chwilę i Mali, jak zwykle, poczerwieniała. 

Trzymała się z dala od niego po tamtej nocy, gdy zaciągnęła go do łóżka, a i on nie 

wspomniał o niej słowem. Zachowywał się normalnie, ale Mali czuła czasem jego 

spojrzenie na plecach, gdy szła z Sivertem na górę.

- Tak, prawda - potwierdził z uśmiechem. – Wiatr od lądu daje dobrą pogodę i 

suche powietrze, więc jesteśmy uratowani. O ile się nie odmieni w czasie tych dwóch 

tygodni. Tyle czasu potrzebujemy, co najmniej. - Skinął głową w kierunku Ane, która 

podeszła z dzbankiem kawy. - Potomek rośnie, jak widzę – uśmiechnął się. - Dobrze 

się czujesz?

Ane zarumieniła się i zerknęła na niego z nieśmiałym uśmiechem. Mężczyźni 

rzadko pytali o zdrowie ciężarne służące. Ale Havard był inny niż wszyscy 

mężczyźni, pomyślała Mali.

Dobrze, dziękuję - odparła Ane. - Czuję się w pełni sił. I mam nadzieję, że 

nadal tak będzie - dodała, zerkając na Mali.

Ale nie musisz się przemęczać - powiedziała Mali. -Czeka nas zaraz dużo 

ciężkiej pracy, mycie i strzyżenie owiec, potem ubój. Będziesz się oszczędzała przez 

tę jesień, Ane. Już umówiłam się z dziewczyną z okolic Buvika, że przyjdzie tu z 

pomocą od przyszłego miesiąca. Ale miejsce w tym domu jest nadal twoje - dodała, 

background image

widząc niepewność w oczach służącej. - Możesz tu być, jak długo chcesz, i wrócić, 

gdy już powrócisz do sił po porodzie. Dziecko możesz zabierać ze sobą, już ci 

mówiłam. Przecież kołyska jest wolna.

Ane uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Nie tak źle pracować w Stornes, co? - rzucił Havard z uśmiechem. - Pani 

tutaj jest szczodra.

Tak, na pewno - potwierdziła Ane.

Tylko Mali odczytała aluzję w słowach Havarda i zaczerwieniła się, gdy 

spojrzał na nią. Zaraz potem wstał, a Ane i Ingeborg zaczęły sprzątać ze stołu.

- Dziś ostrzymy sierpy - rzucił do Mali - a potem zawozimy stojaki na pola, 

by już czekały. Jutro pracujemy cały dzień, choć to sobota - dodał, patrząc na 

parobków. - Szkoda, że nie możemy skorzystać z niedzieli, jak już doczekaliśmy się 

pogody.

Stojaki na zboże różniły się od tych na siano tym, że miały pozostawione 

kawałki gałęzi na dole po to, by pierwszy snop nie dotykał ziemi i nie gnił. Zwykle 

na jednym stojaku mieściło się siedem snopów.

Dla kobiet były to też pracowite dni, bo to one szły za mężczyznami żnącymi 

zboże, wiązały je w snopy i kładły na stojaki. Mali pomyślała, że poprosi Beret, by 

zaopiekowała się Oja, bo Sivert na pewno pójdzie w pole ze wszystkimi. Ane będzie 

pracowała krócej, za to zajmie się gotowaniem.

Piątek był dniem prania i pieczenia chleba. Chlebem Mali zajmowała się 

osobiście, a pranie pozostawiała służącym. Gdy ciasto rosło, Mali wykorzystywała 

czas na tkanie. Tkała, kiedy tylko miała okazję. Ale pani domu z dwojgiem dzieci nie 

zawsze było łatwo znaleźć wolną chwilę, mimo że tkanie stawało się dla niej coraz 

ważniejsze. Zdawała sobie sprawę, że ma uzdolnienia w tym kierunku, i coraz 

bardziej ją to fascynowało. Już miała gotowe trzy duże kilimy, choć nie za bardzo 

wiedziała, co z nimi zrobić. Na ścianie salonu już nic więcej nie mogło się zmieścić. 

Ale zawsze może dać je w prezencie z ważniejszej okazji.

Tkanie stało się dla niej czymś więcej niż przyjemnością. Stało się czymś, co 

musiała robić, prawie jak powołanie, pomyślała z uśmiechem. Goście, gdy 

przyjeżdżali do Stornes, prosili, by mogli zobaczyć jej prace. Mali czuła wtedy 

background image

zażenowanie, lecz ku jej radości i zaskoczeniu ludzie kupowali i zamawiali u niej 

wyroby. I nie szczędzili słów pochwały, co rzadkie u ludzi z tych stron.

Pewnego razu, gdy tkała w pokoju na poddaszu, przyszedł do niej Havard. 

Jedna z krów miała się cielić, ale coś go zaniepokoiło i zamierzał dzwonić po 

weterynarza, lecz najpierw chciał spytać ją o zdanie.

Ale oczywiście, że dzwoń - rzuciła Mali, nie przerywając pracy, choć palce 

jej zadrżały. - Przecież wiesz, czy to konieczne.

Mamy umowę o współpracy - odparł spokojnie. -Przecież ją podpisywałem, 

prawda?

Tak, to prawda, podpisali umowę przed Bożym Narodzeniem. Ale od tamtej 

pory wiele się zmieniło, i to pod wieloma względami. Już nie musiała myśleć o pracy 

w gospodarstwie, bo wszystkim bez specjalnego wysiłku zajmował się Havard. 

Byłaby całkiem bezradna, gdyby on zniknął.

Zdolna jesteś - powiedział, stojąc za nią. - Mama zawsze cię chwaliła, 

pamiętam.

To ona pierwsza dała mi spróbować tkania na krosnach - rzuciła Mali. - 

Beret nie dopuszczała mnie nawet do tkania dywaników, gdy tu przybyłam. Teraz też 

nie jest zachwycona moimi pracami, ale już nic nie mówi.

Pewnie zrozumiała, że to na wiele się nie zda - zaśmiał się Havard. - To, 

czego chcesz, po prostu robisz - dodał.

Mali czuła jego bliskość tak intensywnie, że aż spociły jej się dłonie.

Co masz na myśli? - spytała, nadal się nie odwracając.

Tylko to, co powiedziałem.

Z tkania na pewno nie zrezygnuję - rzuciła Mali. -Jestem wdzięczna twojej 

matce, że mnie nauczyła. Nauczyłam się też wiele od babci. Bez niej bym nie tkała, to 

pewne. A twoja matka to dobry człowiek, tak w ogóle.

-W przeciwieństwie do mojego ojca, prawda? - zaśmiał się Havard cicho. - 

Tak, zgadzam się z tobą w pełni.

Przez krótką chwilę Mali zastanawiała się, co ma na myśli, ale nie spytała. O 

pewne rzeczy lepiej nie pytać i o nich nie mówić.

Ustalili z Havardem, że zadzwoni po weterynarza, i zaraz potem wyszedł z 

pokoju, nawet jej nie dotykając. Mali czuła jednak, że chciała tego, choć to nie miało 

background image

sensu. 

- Mali, telefon! - zawołała Ane, aż echo poszło po schodach.

Mali wstała od krosien, zebrała spódnicę i zeszła po schodach.

Tak, słucham.

Mówi Knut Rostad, dyrektor banku w Ora - odezwał się głos w słuchawce. - 

Czy rozmawiam z Mali Stornes?

Tak, to ja - odpowiedziała Mali, czując ogarniający ją niepokój. Czegóż 

mógł od niej chcieć dyrektor banku? Przecież dbali o porządek w rachunkach i nie 

mieli żadnych zatargów z bankiem. Ojciec, pomyślała nagle. Boże jedyny, a może coś 

z Buvika? Może ojciec wziął pożyczkę na nowy dom, albo... Ale przecież nie 

dzwoniliby wtedy do niej. Ona nie może być odpowiedzialna za ekonomiczne decyzje 

ani ojca, ani braci.

Proszę mnie posłuchać - mówił dalej. - Mieliśmy dzisiaj zebranie i jednym z 

tematów była dekoracja lokalu naszego banku. Na razie nie przywiązywaliśmy do 

tego zbyt dużej wagi, przyznaję. Ale uznaliśmy, że musimy go jakoś ozdobić, a 

komitet uważał, że powinniśmy także wspierać miejscową sztukę. I wtedy padło pani 

nazwisko. Pani tka kilimy, prawda?

Mali zadrżała: z ulgi, że to nic złego, i z radości, że dyrektor banku jest 

zainteresowany jej pracami! To niewiarygodne.

Halo, słyszy mnie pani?

Tak, tak - odchrząknęła Mali. - Po prostu jestem... To taka niespodzianka - 

dodała.

Dyrektor zaśmiał się.

- Pani już sprzedawała swoje kilimy, prawda? Nakrycie ołtarza w kościele to 

pani dzieło, słyszałem. Czy byłoby możliwe, by ktoś z komitetu przyjechał do 

Stornes i obejrzał pani prace? Wtedy zdecydowalibyśmy, czy weźmiemy coś z 

gotowych, ale raczej zamówilibyśmy coś nowego.

Oczywiście, możecie państwo przyjechać, zapraszam.

Zadzwonię w takim razie w przyszłym tygodniu -powiedział dyrektor. -1 

umówimy się na wizytę jeszcze przed sobotą. Czy to pani odpowiada?

Przez moment Mali pomyślała o żniwach, ale przecież taka wizyta nie potrwa 

długo, a możliwe, że do końca przyszłego tygodnia i tak skończą. A takiej okazji nie 

background image

mogła stracić.

- Tak, oczywiście - odparła. - I dziękuję. To dla mnie zaszczyt - dodała, 

czując dumę i radość.

- Ja też dziękuję, do usłyszenia. - Dyrektor Rostad odłożył słuchawkę.

Mali stała przez chwilę i tylko się uśmiechała. W końcu otworzyła drzwi 

salonu. Ane nakrywała tam do obiadu, a Ingeborg sprzątała na poddaszu.

- Chyba ciasto na chleb już przerosło - rzuciła Ane, odwracając się do 

gospodyni. - Co się stało? Dlaczego tak się uśmiechasz?

Mali objęła w pasie Ane i okręciła ją wokół siebie w radosnym tańcu.

-Dzwonił dyrektor banku w 0ra - powiedziała. -Chcą przyjechać i zamówić u 

mnie kilim do powieszenia w banku. No, jeśli im się spodobają moje prace - dodała.

Coś takiego! - Ane spojrzała na nią zaskoczona. -I to w banku! Wspaniale, 

Mali! Będziesz sławna!

Nie, no nie wiem - odparła, zakasując rękawy, by wyrobić ciasto. -1 tak 

miło, że zadzwonił. Przecież to jeszcze nic nie znaczy. Ci miastowi są dziwni...

Nie, na pewno zamówią - stwierdziła Ane stanowczo. - Jesteś zbyt skromna. 

Słyszałam nieraz, co ludzie mówią o twoich kilimach. Ale żeby tacy oficjele się nimi 

zainteresowali... Nie, wspaniale! Żadna nie usłyszała, że ktoś wchodzi.

- Co tu się dzieje? - spytała Beret ostro. – Słychać was aż w sieni.

-Dzwonił dyrektor banku w 0ra - odparła Ane z uśmiechem. - Chcą zamówić u 

Mali kilim do przystrojenia lokalu. Czy to nie cudowne?

Beret uniosła brwi. Zaimponowało jej, że dzwonił sam dyrektor banku, ale nie 

dała tego po sobie poznać. Nigdy nie mogła pogodzić się z tym, że Mali tka i że to 

zajmuje jej czas. Mali wiedziała jednak, że ona jej po prostu zazdrości i niechętnie 

widzi, że synowa odnosi sukcesy na tym polu.

- Przyszłam tylko po to, by zobaczyć, czy zdążyłaś już upiec chleb - rzuciła, 

wpatrując się w Mali. – Chcę z tobą porozmawiać.

O co może jej chodzić? - zastanawiała się Mali, wyrabiając osiem dużych 

bochenków i układając je w formach. Ostatnio panował pomiędzy nią a teściową 

spokój, nie miała pojęcia, o co może jej chodzić. Zostawiła chleby do wyrośnięcia i 

umyła ręce.

- Nie sądzę, by nasza rozmowa trwała długo - rzuciła do Ane. - Ale w razie 

czego wstaw je do pieca, dobrze? No i spojrzyj na dzieci - dodała, zerkając na Oję 

śpiącego w kołysce. Za mało czasu mu poświęca, przemknęło jej przez myśl. Często 

background image

zostawia go pod opieką Beret lub Ane, ale to z powodu obowiązków! Ale może nie 

tylko. Dla Siverta zawsze miała czas i rzadko powierzała go obcym.

Westchnęła. Oja stanowił dla niej źródło wyrzutów sumienia. Musi coś z tym 

zrobić, pomyślała.

Beret siedziała w bujanym fotelu i robiła na drutach.

- Siadaj - wskazała na kanapę.

Mali posłuchała, choć poczuła lekki niepokój. Beret nie była w najlepszym 

nastroju i na pewno nie będzie jej chwaliła.

- Wiesz, że byłam zadowolona, gdy powiedziałaś, że nie chcesz znów 

wychodzić za mąż - zaczęła starsza pani. - W każdym razie nie od razu. Sądziłam, że 

to dlatego, że... chciałaś uczcić pamięć Johana. I wydawało mi się, że dobrym 

rozwiązaniem było sprowadzenie Havarda. On jest mądry i pracowity, nadal tak 

uważam. - Przerwała i zadzwoniła drutami. - Ja na pewno się starzeję - mówiła dalej, 

wpatrując się w Mali - ale jeszcze nie jestem ani ślepa, ani głucha, mimo że tak 

pewnie sądzisz. Słyszałam niejeden raz, że byłaś u Havarda w sypialni!

Mali poczerwieniała gwałtownie i spuściła wzrok. Nienawidziła uczucia, że 

jest u Beret na cenzurowanym. Ale Beret z pewnością nasłuchiwała wszelkich 

odgłosów z sypialni od pierwszego dnia, kiedy Mali przybyła do Stornes, a teraz jej 

sypialnia na poddaszu nie była tak bardzo odległa od sypialni Havarda. Powinna była 

o tym pamiętać...

Co ja robię, to moja sprawa - rzuciła. - Jestem dorosła.

Ale rozsądku nie masz - odparła Beret gwałtownie. - Co ludzie powiedzą na 

to, że wdowa ze Stornes spędza noce...

To ty musiałabyś to im powiedzieć - przerwała Mali. -Nie słyszałam, by ktoś 

we dworze...

A co mieliby mówić? To służący, wiesz dobrze. Ale oni też słyszą i widzą. 

Na pewno o tym wiedzą!

Co wiedzą? - Mali spojrzała na teściową wyzywająco.

Że pani ze Stornes to nic innego tylko bezwstydna dziewka! - prychnęła 

Beret. - Sprowadzisz wstyd na dwór i nas wszystkich. Nie myślisz nawet o dzieciach? 

Nie chcę, by ktoś powiedział, że synowie Johana...

Mali nic nie odpowiedziała. Nawet nie wiedziała za bardzo, co ma 

odpowiedzieć. Do pewnego stopnia rozumiała oburzenie teściowej. To, że była w 

background image

łóżku z Hazardem, i to niejeden raz, nie uchodziło. Sama to musiała przyznać, choć 

nie cierpiała, gdy ją krytykowano, a szczególnie gdy robiła to Beret. Ona chyba 

specjalnie nie spała, by czuwać, czy na poddaszu nie dzieje się nic zdrożnego.

Co na to powiesz? - spytała ostro Beret, a jej druty zadźwięczały.

Nic - odparła Mali. - To... to się nie powtórzy.

Jest tylko jedna rzecz, którą możesz zrobić, zanim będzie z tego skandal - 

powiedziała Beret. - Wyjdź za Havarda. To odpowiedni kandydat. Ja przeżyję fakt, że 

to on zajmie miejsce Johana, byle stało się to w przyzwoity sposób.

Ale ja mówiłam, że nie chcę...

Uważaj, co mówisz, Mali Stornes - rzuciła Beret cicho i groźnie. - Jeżeli 

chodzisz z nim do łóżka, to mam nadzieję, że rozumiesz, że powinnaś za niego wyjść. 

Nie chcemy, byś coś jeszcze zniszczyła tu we dworze. Synowie Johana nie będą mieli 

puszczalskiej matki, to jest jasne.

Zniszczyłam? - spytała Mali drżącym głosem. - Co masz na myśli, mówiąc, 

że coś zniszczyłam? Wiesz, że to nieprawda. Wręcz przeciwnie, nigdy nie...

-Można zniszczyć ludzi - odparła Beret, patrząc złym spojrzeniem na Mali. 

Mali wstała, zdenerwowana.

Coś jeszcze?

Nie, ale liczę na to, że zrozumiałaś, co masz robić. A właściwie co z ciebie 

za kobieta, by iść do łóżka z zarządcą? Można zacząć się zastanawiać...

Mali poczuła, że zalewa ją fala gorąca. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było, 

by Beret zaczęła się „zastanawiać". Wyszła, nieco za mocno zamykając za sobą 

drzwi. Brakło jej oddechu ze strachu, złości i uczucia przekory. Nie chce wychodzić 

za mąż, nawet za Havarda! Ale rozumiała, że nie powinna już mu się oddawać. Nie 

miała usprawiedliwienia. Będzie trzymała dystans właściwy dla wdowy ze Stornes. 

Może gdy sytuacja się j uspokoi, Beret odstąpi od swego pomysłu małżeństwa. 

Przecież tylko Beret wiedziała...

Uderzyło ją ponownie, że nie powinna niedoceniać teściowej. Żyły w stanie 

swego rodzaju zawieszenia broni, od kiedy umarł Johan i Havard przybył na 

gospodarstwo. Powinna jednak wiedzieć, że ona wykorzysta każdą okazję do 

skrytykowania Mali. Od tej pory nie będzie miała do niej zaufania, zwłaszcza jeśli 

chodzi o mężczyzn. To nie było dobre, bo jeśli Beret zwątpi w moralność Mali, w 

najgorszym wypadku może zacząć patrzeć , badawczym wzrokiem na Siverta...

background image

Co za chaos, pomyślała Mali, odgarniając włosy z czoła spoconymi dłońmi. 

Czas pomoże, musi mieć taką nadzieję. Przez moment pożałowała, że już nigdy nie 

będzie mogła przytulić się do Havarda. Już nigdy nie pozwoli sobie na ciepło, 

bliskość i rozkosz. Ale to musi się skończyć, pomyślała i wróciła do salonu.

Przy obiedzie Ane z szerokim uśmiechem wspomniała, że dzwonił sam 

dyrektor banku.

- No, wreszcie ktoś zauważył twoje prace - powiedział Havard. - Jesteś bardzo 

zdolna, mówiłem ci. 

Mali poróżowiała z radości i zerknęła na niego. Havard uśmiechnął się do 

niej, sięgnął po jej dłoń i uścisnął.

- Gratuluję - powiedział. - To wspaniałe.

Mali poczuła ciepło płynące z ręki, którą tak dobrze znała, i zarumieniła się. 

Cofnęła dłoń. Wspomnienie słów Beret sprawiło, że bała się dotyku Havarda.

Dziękuję, ale jeszcze nie wiadomo, czy coś z tego będzie - broniła się. - 

Możliwe, że nawet nie zadzwonią.

Na pewno będzie - zapewnił ją Havard. - Rostad nie zawraca ludziom głowy 

bez powodu, na pewno zadzwoni.

Gdy następnego wieczora Mali położyła Siverta spać i szła korytarzem 

poddasza, drzwi do pokoju Havarda uchyliły się. Mężczyzna wyszedł, odświeżony, w 

białej koszuli i odświętnych spodniach. Był tak przystojny, że Mali aż zakłuło w 

sercu.

-Ależ ładnie wyglądasz w sobotę - powiedziała. Przecież mogła z nim chyba 

rozmawiać, nawet na korytarzu poddasza. Beret tego nie powinna jej mieć za złe.

- Człowiek powinien się stroić, gdy wychodzi - odparł z uśmiechem Havard, 

zamykając drzwi.

Mali poczuła jakby uderzenie w żołądek. Sądziła, że przebrał się na wieczór 

tutaj. Wcale się nie spodziewała, że on mógłby gdzieś wyjść.

Po wieczorze świętojańskim, który spędził z Laurą z Oppstad, nie wyglądało 

na to, by z kimś wychodził. Zajeżdżał czasem do Innstad, jak mówiła Margrethe. 

Dobrze dogadywał się z Bengtem. Zdarzało się, że nie było go wieczorem, ale 

przecież się nad tym nie zastanawiała.

background image

Sądziła, że... Tak, co właściwie sądziła? Że Havarda zadowolą chwile, które 

czasem mu poświęcała? Że tak go fascynowała, że wystarczały mu te rzadkie razy, 

gdy oddawała mu się, za każdym razem zaznaczając, że to ostatni raz? Po tym miał 

prawo robić to, co chce, zwłaszcza teraz, gdy nie mogła sobie pozwolić nawet na 

jego uścisk. -Idziesz na zabawę? - spytała, usiłując zachować spokój, choć serce biło 

jej w gardle.

- Zabawę? Nie, idę na spotkanie z kimś - odpowiedział, przeciągając dłonią 

przez włosy. - Ale może będzie wesoło, kto wie?

Uśmiechnął się, aż błysnęły białe zęby.

Mali zebrała spódnicę i zaczęła schodzić po schodach.

- Nie, właściwie to nie moja sprawa - rzuciła, choć wszystko w niej się 

burzyło.

Myśl o Havardzie z jakąś inną sprawiła, że czuła niechęć i coś, co 

przypominało... zazdrość, pomyślała zdziwiona.

- Tak, to prawda. To nie twoja sprawa.

Gdy doszli do drzwi na dole, złapał ją mocno za łokieć i odwrócił ku sobie. 

Usiłowała się wyrwać, ale trzymał ją mocno.

- Jesteś na mnie zła? - spytał z dobroduszną ironią w głosie.

Zdenerwowało ją, że najwyraźniej ją przejrzał.

Zła? - spytała. - Nie mam przecież powodu. Dlaczego tak uważasz?

Wydajesz się zdenerwowana - powiedział, odgarniając luźne kosmyki 

włosów z jej twarzy. - No, to idę.

Pozdrów, jeśli to ktoś znajomy - rzuciła, czując, że chętnie odgryzłaby sobie 

za to język.

Dobrze, pozdrowię - odparł z uśmiechem. - Doprawdy pozdrowię.

Mali leżała bezsennie. Myślała o słowach Beret. Gdyby teściowa niczego nie 

zauważyła, pewnie znów wylądowałaby w łóżku Havarda. Musiała to przyznać, 

mimo że stale się zastrzegała, że to ostatni raz. Ale on rozbudził w niej instynkty, 

które nią targały, pomyślała, czerwieniejąc. Teraz musiała się pilnować.

Za każdym razem, gdy usłyszała jakiś odgłos, sztywniała. Czy to drzwi? Czy 

Havard wrócił? Ale to był tylko wiatr. Nie opuszczała jej myśl o tym, gdzie i z kim 

on był. Czy może nadal spotykał się z Laurą? Jeżeli nawet tak, miał do tego prawo. 

background image

Do kochania, kogo chce. Ona nie miała mu nic do zaoferowania, ciągle mu to 

powtarzała. Oddawała mu się z pożądania. Nie chciała za niego wychodzić, ale 

kochać się z nim chciała. Nie można mieć wszystkiego!

A może była puszczalska, jak twierdziła Beret? Prześladowało ją to. Powinna 

przecież zrozumieć, że Hazardowi na dłuższą metę to nie wystarczy. Więc może i 

dobrze, że znalazł sobie kogoś. Uciszy to wszystkie plotki na ich temat.

Zerwała się, gdy usłyszała wołanie Siverta.

- Co się dzieje? - spytała, pochylając się nad jego łóżkiem.

Zarzucił jej ręce na szyję i przytulił się mocno.

Wielki niedźwiedź chciał mnie zjeść - zaszlochał. -Stał tam przy oknie! 

Błyszczały mu oczy...

Śniło ci się - szepnęła Mali. - Nie ma tu żadnego niedźwiedzia, wiesz 

przecież. Śniło ci się, mój mały.

Uwolniła się delikatnie z jego objęć i podeszła do okna.

Już sobie poszedł - mruknął chłopiec.

Nigdy go tu nie było - uśmiechnęła się matka. -Śniło ci się tylko. Śpij już, 

posiedzę przy tobie.

Zaśpiewaj mi - poprosił cienkim głosikiem. - Zaśpiewaj jedną piosenkę. 

Mali okryła go kołdrą i pocałowała. Zaczęła śpiewać piosenkę, którą 

najbardziej lubił. Zanim skończyła, on zasnął. Pogłaskała go po policzku i wyszła 

cicho.

Wyrwał jej się zdławiony krzyk, bo za drzwiami stał człowiek. W ciemności 

nie wiedziała, kto to.

Cicho - powiedział Havard, kładąc dłoń na jej ustach. - Obudzisz cały dom.

To dlaczego mnie straszysz? - wyszeptała zła. - Nie wiedziałam, że tu 

będziesz w środku nocy.

Słyszałem, że woła cię Sivert, więc czekam, by powiedzieć ci dobranoc - 

wyszeptał.

Mali zadrżała. W korytarzu było zimno, a ona stała w samej koszuli. Ale 

drżała nie tylko z zimna. Myśl, że Beret mogła wszystko słyszeć, wzbudzała w niej 

strach.

Marzniesz - stwierdził Havard, przyciągając ją do siebie. - Chodź do mnie, 

to cię ogrzeję.

background image

Nie dostałeś wszystkiego, czego chciałeś, w ten jeden wieczór? - spytała 

przez zaciśnięte zęby. - Nie myśl sobie, że ja chcę...

Ale chciała. Gdy jego dłonie zaczęły sunąć po jej ciele, zarzuciła mu ręce na 

szyję i pozwoliła się podnieść. Zapomniała o Beret i jej groźbach. Havard zaniósł ją 

na swoje łóżko, zrzucił ubranie i położył się obok niej.

- Masz pozdrowienia - szepnął jej do ucha.

Mali zesztywniała i usiłowała się odsunąć, ale przytrzymał ją.

- Od twojej siostry i Bengta - dodał, drażniąc się z nią. - Żałowali, że nie 

przyjechałaś.

Mali wpatrzyła się wielkimi oczami w pochyloną nad nią twarz.

- Byłeś w Innstad? - spytała bez tchu. - Nie byłeś razem z...

Nie odpowiedział. Jego usta przykryły jej usta. Mali zamknęła oczy z 

westchnieniem. Zdjął z niej koszulę i poczuła chłodne, wrześniowe powietrze. Sutki 

jej zesztywniały.

-Havard, ja...

- Co mówisz? - mruknął koło jej policzka.

Nie skończyła. Prawie powiedziała, że go kocha. Że wyjdzie za niego, bo nie 

zniesie myśli, że on znajdzie inną. No i z powodu Beret. Czy nasłuchiwała pod ich 

drzwiami? Całkiem możliwe...

Palce Havarda odnalazły najwrażliwsze miejsce, a ona przykryła usta dłonią, 

by nie jęczeć głośno z rozkoszy. Więc i tak mu tego nie powiedziała, zamiast tego 

przyciągnęła go do siebie gwałtownie i ofiarowała usta i ciało. Miłość poczeka...

background image

ROZDZIAŁ 11

Pogoda trzymała się przez kolejne tygodnie. Wrześniowe dni były klarowne 

niczym kryształ, a wspaniałość jesiennych barw oszałamiała. Zboże schło na 

stojakach i już po ledwo czternastu dniach zaczęli je zwozić do stodoły. Snopy 

układali w dawny sposób: ciasno przy ścianie i kłosami w dół, jedne na drugich. W 

ten sposób ani ptaki, ani myszy nie mogły się częstować cennym ziarnem. Póki trwała 

ładna pogoda, mieli jeszcze dużo innych prac w polu. Dopiero gdy zaczynały padać 

porządne deszcze i potok przy pralni wzbierał, włączali koło wodne i wyciągali 

młockarnię. Wtedy oddzielali ziarno od słomy i zsypywali je do worków, które potem 

przewozili do spichrza i wysypywali do większych zbiorników. Późną jesienią, albo 

nawet wczesną zimą, dzwonili do młyna i umawiali się na mielenie mąki.

Sivert był ciągle razem ze wszystkimi: i na polu, i w stodole. Wciąż chciał być 

tam, gdzie coś się działo. Jak zwykle zadawał masę pytań, co czasem irytowało 

pracujących. Zwykle przyczepiał się do Havarda, ale on wykazywał wobec niego 

anielską cierpliwość.

- Znajdź sobie teraz coś do roboty, Sivercie - powiedziała Mali pewnego dnia, 

gdy ładowali snopy na wóz. -Havard nie ma czasu, by...

- Nie, ja sam powiem, kiedy nie będę miał dla niego czasu - przerwał jej 

Havard, nie patrząc na nią.

Od czasu tej sobotniej nocy, gdy znów znalazła się z nim w łóżku, Mali 

chodziła jak po rozżarzonych węglach. Bała się, że Beret coś zauważyła. Ale, jak na 

razie, nic nie powiedziała. Albo czekała, że ogłoszą ślub.

Ślub coraz częściej gościł w myślach Mali nie dlatego, że Beret o nim 

wspomniała, ale że sama zaczynała się czuć jak byle dziewka. Poza tym 

zastanawiała się, co by było, gdyby pewnego dnia Havard rzucił pracę w Stornes. 

To równałoby się katastrofie, choć pewnie znalazłaby innego zarządcę. Nie brakło 

przecież kawalerów równie dobrego pochodzenia jak Havard, którzy nie tracili 

nadziei, że dostaną i wdowę ze Stornes, i dwór. W końcu nadal była wolna, a 

Havard nadal pracował jako rządca.

Ale nikt nie mógł go zastąpić, pomyślała Mali, pod ; żadnym względem. Jak 

by to przeżył Sivert, który po i śmierci Johana przelał na Havarda całe zaufanie i 

miłość. Nie mogła na coś takiego narażać swojego dziecka. A jeśli chodzi o nią...

Sama myśl o ślubie kłuła ją boleśnie, choć jednocześnie coś ciężkiego i 

background image

słodkiego rozlewało się po jej ciele. Ona też nie chciała go stracić, to musiała 

uczciwie przyznać. Nie zniosłaby myśli, że ma inną kobietę, nie po tych szalonych 

chwilach, które ze sobą spędzili. Chciałaby przeżyć ich więcej, czuła to, gdy 

zawadzała o niego spojrzeniem lub gdy przypadkiem dotykała. Czerwieniała wtedy 

jak uczennica i miękły jej kolana. Czy to była miłość?

Ale przecież Jo... Jo i to, co przeżyli razem. To zawsze żyło gdzieś w jej 

sercu. 

I tak mijały tygodnie, a ona chodziła niepewna i niespokojna.

Dyrektor banku miał przybyć do Stornes razem z trzema innymi osobami. 

Mali niemal nie wierzyła własnym uszom, gdy zadzwonił. Głos jej drżał lekko, gdy 

ustalała termin. Zleciła Ane i Ingeborg sprzątanie i pieczenie, a sama przeniosła 

gotowe prace z poddasza do pralni. U powały wisiała tam w grubych zwojach 

ufarbowana wełna. Mali czuła się podniecona jak mała dziewczynka i wiele razy 

sprawdzała, czy wszystko wygląda jak należy

- To zrobi wrażenie, na pewno - odezwał się za jej plecami Havard tego 

popołudnia, gdy oczekiwali gości. - Jesteś zdolna, Mali.

Jak zwykle pochwała ucieszyła ją i zmieszała. Ale Havard nigdy nie mówił 

niczego innego niż to, co myśli.

Naprawdę? - spytała, odwracając się ku niemu. -Nie jestem szkolona, i ja...

Nie wszyscy muszą się uczyć z książek - odrzekł, biorąc w rękę mniejszy 

kilim, który przewiesiła przez poręcz. - Niektórzy, jak ty, po prostu mają to w sobie.

Dziękuję - powiedziała cicho, biorąc go za rękę. -Potrzebowałam takich 

słów teraz, bo czuję, jakbym miała motyle w brzuchu - uśmiechnęła się.

Nagle Havard objął ją za szyję i przyciągnął do siebie.

- To ty jesteś najpiękniejszym motylem – zapewnił cicho, patrząc jej w oczy. - 

Gdybym mógł, złapałbym cię i trzymał w dłoni, choć tak się nie robi z motylami, bo 

umierają. Nie, one powinny przyjść z własnej woli.

Mali stała i czuła jego zapach, jego ciepło...

- Nie możemy... 

- Czego nie możemy? Zawsze mówisz, że nie możemy, ale gdy cię dotknę, 

to...

Przecież wiesz - Mali przerwała. - Ja nie chcę...

background image

Dlaczego aż tak nie chcesz się wiązać? Czy małżeństwo z Johanem było aż 

tak złe?

To nie twój problem - rzuciła zdyszana, próbując się uwolnić. - To moja 

sprawa.

Gdy ją puścił, stała, patrząc na niego. Tęsknota aż w niej wolała, ale nie 

mogła jej usłuchać. Kolejny raz.

- Havardzie...

Patrzyła na niego nadal. Dlaczego tak się broni? Przecież go lubiła, nawet 

kochała, pożądała go prawie ciągle. Gdyby się zgodziła, rozwiązałoby to tyle 

problemów. Jednak coś ją powstrzymywało.

Nagle zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała gwałtownie. Przycisnęła się do 

niego i wplątała dłonie w jego włosy. Drżała.

- Uważam, że powinnaś się zdecydować, czego chcesz, Mali Stornes - 

powiedział, zdejmując z karku jej ręce. - Bardzo cię kocham, wiesz przecież. Ale nie 

mogę być dla ciebie zabawką, po którą sięgasz, kiedy chcesz. Nie zniosę tego dłużej.

Poczerwieniała ze wstydu. Znów zachowała się nieprzystojnie, pomyślała i 

odwróciła się od niego.

Nie chciałam - szepnęła. - Przykro mi...

Mali, Mali...

Jego ramiona objęły ją od tyłu. Mali oparła się o niego. Odwrócił ją do siebie 

i pocałował długim, gorącym pocałunkiem, który sprawił, że straciła oddech. Jego 

ręce zaczęły wędrówkę po jej ciele, a ona odchyliła głowę do tyłu i jęknęła. Ktoś 

otworzył drzwi pralni, i odskoczyli od siebie jak oparzeni. To była Ane.

- Nadjeżdżają ci z banku - rzuciła, patrząc na nich badawczo. - Nie słyszałaś 

powozu?

- Nie, ja... Drzwi były zamknięte, a my rozmawialiśmy o...

Mali spojrzała bezradnie na Havarda.

- Rozmawialiśmy o sztuce - rzeki z uśmiechem. - Ale wpuśćmy ich teraz do 

Mali, a my chodźmy do domu, Ane.

I poszli.

Rostad i jego towarzystwo, mężczyzna i dwie kobiety, nie szczędzili pochwał. 

Chodzili po pralni i oglądali wszystko, co utkała. Zwłaszcza jedna z kobiet 

background image

dopytywała się o techniki, jakich używała Mali.

Tak, nie znam się na tym - powiedziała, biorąc w ręce bardziej wyszukaną 

robotę - ale moja babka tkała podobne rzeczy. To przypomina mi jeden z jej 

wzorów...

To się nazywa tęczowe łóżko - wyjaśniła Mali, zarumieniona. - Na spodzie 

technika krzyżykowa, a wierzch -jak nazwa wskazuje - inspirowany tęczą.

A to? - spytał dyrektor.

To jest kapa na łóżko - wytłumaczyła Mali. - Kładzie się ją albo osobno na 

futrzak, albo naszywa na niego. Można ją też kłaść na fotel bujany, zwłaszcza zimą. 

Częściej spotyka się je na północy regionu.

Lubi pani kolory - odezwała się druga z kobiet, stojąca przed kilimem. - 

Szczególnie niebieski, jak widzę. Widywałam już wcześniej kilimy, ale nigdy nie 

widziałam tak niewiarygodnych odcieni niebieskiego. Jak je pani uzyskuje?

Przez moment Mali przypomniały się wszystkie nocniki opróżniane do kadzi, 

w której uzyskiwała niebieski barwnik, i poczerwieniała. 

- Wolałabym o tym nie mówić - odparta. - Nie chcę być nieuprzejma, ale...

Nie, nie, oczywiście - zaśmiał się dyrektor. - Rozumiemy przecież, że chce 

pani zachować swoje tajemnice. Ale muszę przyznać, Mali Stornes, że jest pani o 

wiele zdolniejsza, niż przypuszczałem, mimo że słyszałem dużo dobrego o pani 

pracach. Ale to wszystko zaimponowało mi. Co wy na to?

Pozostali byli z nim zgodni, i po półgodzinie ustalono zamówienie.

- Pani zdecyduje o motywie - powiedział Rostad. - Pani jest artystką, więc 

jestem całkowicie przekonany, że będzie dobrze. Doprawdy, nie przypuszczałem, że 

jest pani aż tak zdolna - dodał, posyłając jej spojrzenie, w którym poza podziwem dla 

jej prac było coś jeszcze.

Gdy pili kawę w salonie, weszła Beret. Rostad wstał, z galanterią ujął starszą 

panią za rękę i ukłonił się lekko.

- Tak, słyszałem, że ostatnio mieliście tu dużo zmartwień. Ale widzę, że jakoś 

się ułożyło. No i jestem pod wrażeniem prac pani Mali.

Beret zacisnęła usta, ale nie zaprotestowała. Przyjęła propozycję wypicia 

kawy z gośćmi. Pewnie po to przyszła, pomyślała Mali, by się mogła pochwalić, że 

piła kawę z dyrektorem banku, a nie po to, by wysłuchiwać pochwał pod adresem 

synowej.

background image

W dniu, kiedy całe zboże znalazło się pod dachem, Mali przyniosła ze 

spiżarni kiełbaski na obiad, mimo że to był środek tygodnia. Uważała, że wszyscy 

zasłużyli na nagrodę. Pracowali ciężko i nie narzekali na późne godziny, ani parobcy, 

ani służące. Wszyscy bali się, że pogoda może się zmienić i zniszczyć plony. Mali 

uważała, że dobrą pracę należy nagradzać. Mało kto słyszał o takim daniu w czasie 

tygodnia, lecz Mali była przekonana, że to się opłaci.

- Aż na korytarzu pachnie niedzielnym obiadem - powiedział Havard, który 

pierwszy zjawił się na obiad. - Wielkie nieba, kiełbaski i tłuczone ziemniaki w środę?

Mali zarumieniła się i biegała tylko między kuchnią a stołem z półmiskami. 

Ane odpowiedziała za nią.

-To Mali postanowiła - rzekła, z coraz większym trudem manewrując swoim 

rosnącym brzuchem. - Mówi, że zasłużyliśmy na lepszy obiad, nawet we środę, bo 

dobrze pracowaliśmy.

Nie, zawsze dobrze pracujecie - rzuciła Mali, nie podnosząc wzroku. - Dziś 

po prostu zwieźliście zboże, więc...

Nie, ja nie mam nic przeciwko takiemu obiadowi -powiedział Gudmund, 

patrząc łakomie na półmiski z kiełbaskami i parującymi ziemniakami. - Wspaniałe 

rzeczy!

Havard podszedł do zlewu, by umyć ręce, i otarł się w przelocie o biodro 

Mali. Ona aż podskoczyła.

Co się tak boisz? - spytał cicho, by tylko ona słyszała. - Ostatnio się nie 

bałaś, o ile pamiętam?

Cicho - szepnęła, zerkając do tyłu. - Nie chcę, by się domyślili...

Chyba za późno, Mali - powiedział, nie zakręcając kranu. Ona zbyt głośno 

przestawiała garnki. - Nikt tu nie jest głupi, nie sądzisz chyba? Wszyscy mają oczy i 

uszy.

Niemal upuściła półmisek z wrażenia

- Co masz na myśli? Słyszałeś, by ktoś...

Havard nie odpowiedział, tylko spokojnie wytarł ręce. Gdy mijał Mali, 

położył na chwilę dłoń na jej piersi i zaraz podszedł do stołu. Mali stała w miejscu z 

bijącym sercem i na miękkich nogach.

-Czułam zapach kiełbasek, ale nie mogłam w to uwierzyć - rzekła Beret, 

background image

zanim jeszcze zamknęła za sobą drzwi. - Co też się tu dzieje? Przecież dziś mamy 

środę, o ile wiem?

Jest okazja do świętowania - odpowiedziała Ane, zerkając na Mali.

Co takiego świętujesz? - spytała Beret, świdrują Mali zaciekawionym 

spojrzeniem. - Jakieś nowiny?

Tak, przecież dziś zwieźliśmy całe zboże - odparł Mali. - Dzięki temu, że 

wszyscy ciężko pracowali prze ostatnie tygodnie. W ogóle mamy szczęście do 

pracowników w Stornes, więc pomyślałam, że...

Beret zacisnęła usta.

-Tutaj zawsze mieliśmy dobrych pracowników -rzuciła. - Ale z tego powodu 

nie marnotrawimy ni dzielnego jedzenia. To jeden z powodów dobrobytu tym 

gospodarstwie.

-Na pewno nie zbiedniejemy, jeśli zjemy dziś na obiad kiełbaski - powiedziała 

Mali. - Sądziłam, że zjesz dziś z nami - dodała, udając, że nie zauważa niechętnego 

spojrzenia teściowej. Pewnie zawiodła się, że nie ogłosili ślubu. - Przecież ty też się 

do tego przyczyniłaś, Beret. Co bym zrobiła, gdybyś nie zajmowała się Oja?

- No tak. Opieka nad Olą Johanem to czysta przyjemność - odparła Beret 

udobruchana i podeszła do kołyski, gdzie Oja leżał wsparty o dwie poduszki, by mógł

obserwować, co się dzieje.

Mali wspomniała, że Siverta w tym wieku nie można już było utrzymać w 

kołysce. Kręcił się tak, że bała się, że wypadnie. Oja był spokojniejszy. Siedział 

sobie, byle miał w łapce coś do gryzienia. Gdy Beret do niego podeszła, rozjaśnił się 

w uśmiechu i wyciągnął do niej rączki. Beret bez wahania wzięła go na ręce.

Ależ on jest podobny do ojca, ten Ola Johan -uśmiechnęła się, przykładając 

twarz do jego buzi. - Jesteś moim wnusiem. Moją pociechą - dodała, zerkając z ukosa 

na Mali.

A ja, babciu? - spytał Sivert, pociągając ją za spódnicę. - Ja nie jestem 

twoim wnusiem?

Beret poczerwieniała i pogłaskała go szybko po głowie.

- Oczywiście, że jesteś - powiedziała. - Ale już jesteś duży. No i nie jesteś tak 

podobny do ojca - dodała, odwracając się.

W Mali się zagotowało. Dlaczego ona zawsze musi to powtarzać? Sivert 

zawsze potem smutniał i pytał, dlaczego babcia tak mówi. Mali nigdy nie umiała 

podać dobrego wytłumaczenia. Poza tym wszyscy zaczynali się wtedy wpatrywać w 

background image

obu chłopców z nowym zainteresowaniem i wynajdywać różnice pomiędzy nimi. 

Musi w końcu o tym porozmawiać z Beret, postanowiła zirytowana.

Wreszcie zasiedli do stołu. Jedzenie bez wątpienia wszystkim smakowało. 

Sivert pałaszował, aż wreszcie stęknął i położył się na ławie.

Siedź grzecznie, Sivercie - upomniała go Mali. -Nie kładziemy się przy 

stole.

Ale ja tak się najadłem, że nie mogę siedzieć - poskarżył się chłopiec.

To nie powinieneś tyle jeść - odparła Mali spokojnie. - Usiądź.

To nic takiego - rzuciła Beret, patrząc na nią dziwnie. - Są gorsze rzeczy niż 

kładzenie się przy stole... 

Znowu zaczyna, pomyślała Mali, czując, jak palą ją policzki. Tak, Beret 

łatwiej zniesie, że Sivert kładzie się przy stole, niż że ona kładzie się do łóżka z 

Havardem! Udała jednak, że nie słyszy.

- Usiądź - syknęła do Siverta, który wreszcie usłuchał.

Gdy Mali sprzątała ze stołu, chowając resztki do misek, które miała zanieść do 

piwnicy, nagle ogarnęła ją fala mdłości, a zimny pot wystąpił na czoło. Zmieszana, 

przetarła dłonią czoło i napiła się wody. Ale nudności nie ustępowały, a dodatkowo 

poczuła taki zawrót głowy, że aż oparła się o ścianę. Wzięła szybko kilka misek i 

wyszła na dwór. Może to jakaś zaraza, pomyślała, odstawiając naczynia, choć nie 

słyszała, by w okolicy ktoś chorował, a takie wieści rozprzestrzeniały się szybko. 

Zapach jedzenia uderzył ją nagle i rzuciła się do wyjścia. Nie dobiegła nawet do 

pralni, gdy zaczęła wymiotować.

Zgięta wpół oparła się o ścianę pralni. Gdy wreszcie była w stanie się 

wyprostować, przed oczami pojawiły jej się mroczki i wydało jej się, że trawa faluje. 

Ponownie ogarnęła ją fala mdłości. Zdążyła schować się za pralnię, gdzie ostatnie 

resztki obiadu wylądowały między gałęziami. Na koniec pluła tylko żółcią. Zeszła na 

płaski kamień przy strumieniu i przetarła twarz zimną wodą, przepłukała usta i umyła 

ręce.

Cóż ona podała na ten obiad, pomyślała, siadając na kamieniu. Przecież nie 

zwymiotowałaby od razu po dobrym obiedzie! Oby kiełbaski nie okazały się zepsute, 

bo wtedy wszyscy by się pochorowali. Zerknęła za siebie, czy nie ma nikogo w 

drodze do ustępu, jednak zbocze zasłaniało jej widok. I dobrze, bo znaczyło to, że jej 

background image

też nikt nie widział. Miała nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja, a kiełbaski 

były dobre. Przecież zostały i uwędzone, i ugotowane, i nikt wcześniej z ich powodu 

nie chorował! To na pewno...

Nagle oprzytomniała. Drżącymi, lodowatymi dłońmi zakryła twarz i jęknęła. 

Pozostali na pewno się nie pochorują, bo jedzenie było dobre. To z nią jest coś nie 

tak! Jest znowu w ciąży!

Gdy raz to sobie uświadomiła, nie wątpiła dłużej. Myślała o takiej możliwości 

wcześniej, nawet za pierwszym razem na pastwisku w lipcu. Pocieszała się wtedy, że 

nadal karmi Oję, a to chroni przed ciążą. A potem po prostu zapomniała, wierząc, że 

jest bezpieczna.

Nadal karmiła Oję piersią, ale tylko rano i wieczorem. Miała już mniej 

pokarmu, ale przecież nadal karmiła! Nie mogła zajść w ciążę! Może to jednak nie to, 

pomyślała zrezygnowana. Po porodzie nie miała krwawienia, co wydawało jej się 

dziwne, bo po Sivercie wróciło po czterech miesiącach. Oja niedługo kończy osiem 

miesięcy. Oczywiście te sprawy różnie wyglądały u różnych kobiet, niektórym 

miesiączka wracała po kilku miesiącach, u innych mógł minąć i rok. Dlatego nie 

przychodził jej na myśl inny powód.

Który to mógł być miesiąc? Nie miała pojęcia. Jeśli zaszła w ciążę już po 

pierwszym razie, byłby to drugi miesiąc. Przy poprzednich ciążach zaczynała się czuć 

źle dopiero po miesiącu. Skoro nie mogła tego obliczyć według krwawienia...

Siedziała, zatopiona w myślach, i nie usłyszała, że ktoś nadchodzi.

- Co się dzieje?

Mali aż podskoczyła, gdy usłyszała za sobą głos Havarda.

- Tak nagle wyszłaś...

- Ja... źle się poczułam - odparła, nie odwracając się. - To pewnie kara za to, 

że odważyłam się podać kiełbaski w środku tygodnia - zażartowała, próbując się 

zaśmiać.

Wyszedł jej bardziej szloch niż śmiech. Oparła głowę o podciągnięte kolana. 

Poczuła, że Havard usiadł koło niej.

Chora jesteś? - spytał, obejmując ją ramieniem. -Jesteś blada jak kreda - 

dodał, odgarniając jej wilgotne włosy. - Czoło masz gorące. Masz gorączkę?

Nie - ucięła Mali. - Po prostu jedzenie mi nie posłużyło. Może się zdarzyć 

każdemu - dodała ostrym tonem.

Nie odpowiedział. Nadal ją obejmował. Mali zreflektowała się, że powinna 

background image

już wracać, bo inaczej zaczną jej szukać. Gdyby zobaczyli ją siedzącą tak z 

Havardem, mieliby powody do plotek. Poczuła, że w całej swojej rozpaczy musi się 

uśmiechnąć: przecież plotki i tak wkrótce powstaną, gdy wdowa ze Stornes zacznie 

chodzić z coraz większym brzuchem! Uświadomiła sobie, że nie może do tego 

dopuścić. Nie może ściągnąć takiego wstydu ani na siebie, ani na synów, ani na 

Stornes! Musi jak najszybciej wyjść za Havarda. Jeśli ktoś się doliczy, że dziecko 

zostało poczęte przed ślubem, nie będzie z tego sprawy, gdy już i tak będą 

małżeństwem.

Zerwała długie źdźbło trawy i zaczęła je nerwowo obracać w palcach.

- Havardzie, ja...

Spojrzała na niego. Jak ma mu to powiedzieć? Poczuła się nagle jak 

prostaczka. Havard był kimś do zaspokajania jej potrzeb, zawsze to powtarzała. A 

teraz będzie musiała poprosić go, by się z nią ożenił! Nie wątpiła, że nadal ją kocha. 

Ale zdawała sobie sprawę, że wolałby usłyszeć jej zgodę na małżeństwo, gdyby nie 

był to jedyny sposób uratowania jej czci. Teraz też tego pragnęła: by powiedzieć mu 

„tak", zanim wiedziała to, co wie. Bo przecież go kocha! Na swój sposób...

- Co tam? - spytał Havard, unosząc jej podbródek. - Wyglądasz jak mała 

dziewczynka przyłapana na kłamstwie.

Nie mógł tego lepiej ująć, pomyślała Mali, zalewając się rumieńcem. Właśnie 

tak się czuła.

- Ja... jestem w ciąży.

Zapadła cisza. Havard puścił ją i zapatrzył się w potok. Mali nagle poczuła 

strach ściskający jej gardło. A jeśli on jej nie zachce?

- To dlatego się źle poczułaś? - powiedział w końcu, spoglądając na nią. - 

Wygląda na to, że ja pierwszy mogę ci pogratulować.

Wyczuła w jego głosie jakiś ton, który ją zaniepokoił. -Nie mogliśmy 

spodziewać się niczego innego -mruknęła cicho.

To raczej ty się tego nie spodziewałaś - odparł, rzucając kamyki do potoku. - 

Pewnie miałaś nadzieję, że będziesz miała w łóżku, kogo chcesz, bez żadnych 

problemów. Bo to teraz jest dla ciebie problem, czy nie to starasz się mi powiedzieć.

Problem... - szepnęła Mali. - Ja... miałam nadzieję, że ty...

Że będę skakał z radości? - spytał spokojnym tonem. - Że będę dziękować ci 

na kolanach, że wreszcie stałem się poważnym kandydatem na męża, a nie tylko tym, 

którego czasem wypożyczasz sobie do łóżka? Przecież nie chciałaś ślubu, prawda?

background image

Mali pochyliła głowę i zapłakała. Wszystko, co mówił, to prawda, ale nie 

sądziła, że to powie. Nie w ten sposób. I że spojrzy na to z tej strony. Ale przecież tak 

było! Uświadomiła sobie, że on tak musiał się czuć: dobry na kochanka, a nie na 

męża.

- Nie płacz - objął ją. - Kochanie moje, nie płacz. Wiem, byłem zbyt ostry, 

ale...

Przytuliła twarz do jego szyi. -Masz do tego prawo - wyszlochała. - 

Zachowywałam się jak... jak...

- To przecież nie tylko twoja wina - powiedział, gładząc ją po plecach. - Sam 

mogłem nad sobą bardziej panować, ale... Wiesz, że ja zawsze... Że nie chciałem 

nikogo innego, tylko ciebie.

Siedzieli przez chwilę, ciasno przytuleni, nie mówiąc nic.

- Wiedz w każdym razie, że nigdy nie chodziło mi o gospodarstwo - rzucił 

Havard. - Czułbym do ciebie to samo, gdybyś nadal mieszkała w Buvika.

Uniosła ku niemu zapłakaną twarz i spojrzała mu w oczy. Włosy jej się 

rozpuściły, a na policzki wróciły kolory.

-Wiem, kim jesteś, Havardzie - powiedziała cicho. -W tym wypadku nie masz 

się czego wstydzić, to ja... Ale wiedz jedno, że nie wylądowałabym w twoim łóżku, 

gdybym do ciebie nic nie czuła. Musisz mi wierzyć. Ale po Johanie... - Przełknęła 

ślinę. Łzy nadal płynęły po jej twarzy. - Nie sądziłam, że będę się czuła na siłach 

wyjść za kogokolwiek za mąż - wyszeptała. - O tylu rzeczach nie wiesz... Myślałam 

poza tym, że nie mam w sobie uczuć, które ty... Ale ty nie jesteś taki jak Johan - 

dodała gwałtownie i wtuliła w niego twarz. Jej ciałem wstrząsał rozpaczliwy płacz.

- Mali, moja Mali - powiedział Havard, odsuwając ją. - Spójrz na mnie. 

Popatrzyła na niego przez zasłonę łez i dostrzegła, że jego oczy błyszczą 

radością. Radością i miłością.

Czy ty... kochasz mnie jeszcze trochę mimo to? -wyszeptała, obejmując go 

za szyję. - Ożenisz się ze mną, mimo że ja...

Właśnie dlatego - uśmiechnął się. - Dlatego, że ty jesteś Mali, na dobre i na 

złe. Zawsze wiedziałem, że nie jesteś słodka i naiwna, ale kochałem cię od 

pierwszego lata, gdy przybyłaś do Gjelstad. Miałem nadzieję, że poprosisz mnie o 

pomoc po śmierci Johana. Że może mnie zechcesz. Ale rozumiem. Pewnie masz 

gorzkie wspomnienia. Przeżyłaś więcej złego niż...

Pochylił się i pocałował delikatnie. Odgarnął jej włosy. Spojrzenie jego 

background image

jaśniało.

- Nosisz moje dziecko - wyszeptał ochrypłym ze wzruszenia głosem. - To cud!

Skoczył na równe nogi, pociągając ją za sobą. Obrócił wokół siebie, krzycząc 

z radości jak chłopak. Mali zakręciło się w głowie. Przytrzymała się go mocno, by nie 

upaść.

- Ożenisz się ze mną? - spytała, patrząc mu w oczy.

Zaśmiał się, spoglądając na nią figlarnie.

- Muszę się zastanowić...

Havardzie! Mówię poważnie! - powiedziała Mali, mierzwiąc mu włosy. - 

Chcesz...

No pewnie, dziewczyno - zaśmiał się, przytulając ją mocno. - No pewnie! 

background image

ROZDZIAŁ 12

W sobotę osiemnastego listopada Mali po raz drugi wyszła za mąż.

Dzień był pogodny i chłodny. Gdy rano odsłoniła zasłony, aż westchnęła z 

zachwytu. Po dniach pochmurnych i zamglonych nagły mróz pokrył wszystko 

szadzią. Blade słońce błyszczało w milionach kryształków lodu, zupełnie jakby 

natura przez całą noc stroiła się na ten wielki dzień. To musi być dobry znak dla tego 

małżeństwa, pomyślała Mali.

Nowinę przyjęto wszędzie z wielką radością.

Czekałam na to, tak - rzuciła podniecona Ingeborg znad zmywania. - 

Wiedziałam, że wcześniej czy później to nastąpi.

Skąd taka pewność? - spytała Mali, która karmiła łyżeczką Oję. - Przecież 

mówiłam, że...

Ale często słyszałam was... - Ingeborg poczerwieniała i spojrzała na Mali 

przerażona. - Nie, nie podsłuchiwałam, ale gdy w domu jest tak cicho, że...

Teraz poczerwieniała Mali i pochyliła się nad talerzem kaszki. A więc Havard 

miał rację, że wszyscy w gospodarstwie muszą o nich wiedzieć. Mali myślała, że 

tylko Beret, ale się myliła.

- Przecież nie tylko ja śpię na poddaszu - rzuciła Mali. - Nie wiem, o czym 

mówisz.

Ingeborg nie odpowiedziała, zmywając dalej. Ale w oczach miała iskierki 

śmiechu.

Beret przyjęła nowinę aprobującym skinieniem głowy w stronę Havarda i 

chłodnym spojrzeniem skierowanym do Mali. Widać było jednak, że cieszy się, że 

synowa posłuchała jej rady.

- Chcielibyśmy, by ślub odbył się jeszcze przed świętami - rzuciła Mali, 

bawiąc się nerwowo serwetką na stole. - Wiemy, że to gorący okres, ale jeśli 

uwiniemy się z wełną i ubojem, damy radę. Bo ani Havard, ani ja nie chcemy dużego 

wesela - dodała. - Tylko obie rodziny.

- Przecież się nie spieszy - zaprotestowała Beret, nieświadoma prawdy. - Ślub 

background image

w środku uboju, topienia świec i czyszczenia wełny? Przecież tak się nie robi!

- Ale my tak zrobimy - obwieścił Havard, ściskając dłoń Mali. - Wszystko 

będzie dobrze, Beret. Zdążymy ze wszystkim przed świętami.

Beret zacisnęła usta i oparła się w fotelu.

-Wydawać by się mogło, że wam się spieszy -stwierdziła, wbijając spojrzenie 

w Mali. - Może macie powody?

Mali poczerwieniała i spuściła wzrok.

- Pragnąłem tego, od kiedy tu przybyłem – wyznał Havard z rozbrajającym 

uśmiechem - Więc gdy Mali w końcu się zgodziła, ja ustaliłem datę. Gdyby to 

całkiem ode mnie zależało, ślub mógłby być i jutro - zaśmiał się. - Nie chcemy długo 

czekać. Poza tym Mali nie chce zamieszania. Jest przecież wdową.

Beret pokiwała głową, ale dobrze przypatrzyła się Mali. Nie całkiem 

uwierzyła tłumaczeniu Havarda, ale dała już spokój. Mali westchnęła bezgłośnie i z 

wdzięcznością uścisnęła dłoń mężczyzny.

Sivert był zachwycony. Uwiesił się na szyi Havarda, a buzia mu się nie 

zamykała.

- To zostaniesz tu na zawsze - paplał zadowolony. - Będziesz mógł mnie kłaść 

spać tak często, jak chcesz, bo już nie tylko mama będzie rządzić, prawda?

Havard zaśmiał się.

To już wiesz, jak to działa? - spytał, burząc włosy chłopca. - Tak, będę cię 

kładł częściej spać. Ale nie myśl, że mama już nie będzie miała nic do powiedzenia. 

Będziemy decydować wspólnie. Tak jest najlepiej.

Ale będziesz moim ojcem, Havardzie? - spytał Sivert poważnym tonem. - 

Bo ja nie mam ojca. On jest gwiazdką na niebie.

Nie, ty masz ojca - odparł Havard spokojnie, napotykając spojrzenie Mali. - 

Johan jest twoim ojcem, mimo że nie żyje. Ważne jest, byś wiedział, czyim jesteś 

synem. Wszyscy musimy to wiedzieć. Johan jest twoim ojcem. Ja mogę spróbować 

nim być dla ciebie. Chciałbym tego.

Ja też! - Sivert zarzucił mu ręce na szyję. - Chcesz, by Havard był moim 

nowym ojcem, prawda, mamo?

Tak, chcę - odparła Mali. - Nie mógłbyś mieć nikogo lepszego, to pewne.

Myślała o słowach Havarda, że ważne jest wiedzieć, czyim jest się synem. 

Nie czuła się z tym dobrze. Nie powinna wchodzić w to małżeństwo z tyloma 

tajemnicami. Ale nie widziała innej drogi. Co się stało, to się nie odstanie. Nawet 

background image

Havardowi nie mogła opowiedzieć o Jo, i nie wszystko o życiu z Johanem. Niech 

przeszłoś pozostanie przeszłością. Powinna postarać się z wszystkich sił o dobre 

życie z Havardem. Może wreszcie nastanie spokój?

Tego wieczora Havard przyszedł do jej sypialni. Ma przełożyła Oję do 

kołyski, a Havard położył się do jej łóżka.

Przecież jeszcze nie mamy ślubu - wyszeptał przytulając się do jego 

ciepłego, szczupłego ciała. Przecież to grzech...

Trochę grzechu więcej czy mniej już nie robi różnicy - zaśmiał się Havard, 

wsuwając rękę pod jej koszulę nocną. - Sądziłaś, że poczekam do nocy poślubnej?

Mali nie odpowiedziała, tym bardziej że zakrył jej usta swoimi ustami i 

całował. Ciepłe dłonie pieściły jej sutki, gładziły po brzuchu i rozsunęły uda.

- Czy mogę zaszkodzić dziecku? - spytał nagle, zaniepokojony.

Mali pokręciła głową z bijącym sercem. Przebiegło jej przez myśl, przez co 

przeszedł Oja, gdy rósł w jej brzuchu... Gładziła plecy i jędrne pośladki Havarda. 

Uniósł się na łokciach i spojrzał na nią.

- Wiesz, jak ja... wiesz, że nigdy nie sądziłem, że do kogokolwiek będę czuł 

to, co do ciebie - powiedział cicho. - Dla mnie istniałaś tylko ty, zawsze. Nikogo bym 

tak nie pokochał.

Mali nie odpowiedziała. Nie mogła powiedzieć mu tego samego, i to nie ze 

względu na Johana. Chodziło o Jo, o którym Havard nie wiedział. Dla niej istniał 

tylko Jo, aż do teraz. Myślała właśnie tak jak Havard, że nikogo nie jest w stanie 

pokochać tak jak Jo. Czuła, że nadal tak jest, mimo że drżała z podniecenia pod 

dłońmi innego mężczyzny.

Wyciągnęła ręce za głowę i dała ściągnąć z siebie koszulę. W migającym 

świetle świecy klęczał nad nią i przyglądał się jej, nagiej. Jego dłonie gładziły każdy 

fragment jej ciała. Pochylił się i zasypał ją deszczem pocałunków. Całował wnętrze 

jej ud, aż jęknęła, łapiąc go za włosy. Powoli rozchylił całkiem jej uda i dotknął 

językiem jej najintymniejszego punktu.

Nigdy nie lubiła, gdy robił to Johan. Teraz leżała, otwarta, i chciała, by nigdy 

nie przestał. Nagle język wszedł do wnętrza jej ciała. Wzdrygnęła się, tego nie znała. 

Ale wkrótce zalała ją rozkosz, zniknęło poczucie czasu i miejsca, w uszach szumiało.

Gdy wreszcie wszedł w nią, przyciągnęła jego głowę i pocałowała mocno. 

Całowała własne soki, pomyślała. Objęła go nogami i oddała się ekstazie.

background image

Mali nie chciała włożyć swojej pierwszej sukni ślubnej. Zamówiła krawca, 

który uszył jej prostą, czarną sukienkę z dobrej wełny. Kupiła też nowy, duży 

koronkowy kołnierz. Nic starego nie wejdzie z nią w to małżeństwo. W każdym razie 

nic z ubrania, pomyślała z ironią.

- Dlatego pytam ciebie. Mali Stornes: czy chcesz pojąć...

Nagle przypomniał jej się poprzedni ślub, ten straszny dzień, kiedy chciała 

krzyczeć „nie", a nie mogła. A przecież było to przed okropną nocą poślubną, która 

obróciła jej małżeństwo w ruinę, zanim jeszcze przetrwało dobę. 

Tym razem odpowiedziała „tak" pewnym, jasnym głosem. Gdy ksiądz nakazał 

im podać sobie ręce znak tej obietnicy, którą złożyli wobec Boga i lud uniosła wzrok 

na Havarda. Ogarnęła ją ciepła fala radości i uścisnęła jego dłonie. Będzie go kochała 

i szanowała, pomyślała, on na to zasługuje. Lepszego mężczyzny nie mogła dostać, 

skoro Jo nie żył. Tym razem wszystko pójdzie dobrze, jeśli tylko uda się nie wracać 

do przeszłości.

Gdy pochód weselny wyjechał z lasu, ujrzeli przed sobą całą dolinę Inndalen 

roziskrzoną słońcem odbijającym się w kryształkach lodu. Nawet Stortind miał na 

sobie jakby welon. Wody fiordu były spokojne, flaga na maszcie Stornes ledwo się 

poruszała na słabym wietrze.

- Teraz Stornes jest nasze - powiedziała Mali, przytulając się do Havarda. - Ty 

jesteś panem Stornes.

Powoli pokiwał głową. Patrzył na bogate gospodarstwo rozciągające się przed 

nimi.

- Tak, chyba tak - powiedział. - Ale nigdy nie będzie całkiem moje. Będę je 

dobrze prowadził, póki starczy mi sił, ale dziedzica ma już zapewnionego. Wiesz o 

tym. Jeśli mielibyśmy syna, nie będzie miał praw dziedziczenia. To Sivert jest 

dziedzicem, a po nim Oja.

Mali skubnęła swój szal i podciągnęła derkę. Też o tym myślała. Mimo że 

wyszła teraz za Havarda, będzie tak, jak zawsze chciała: jej półcygańskie dziecko 

odziedziczy Stornes. Gdyby małżeństwo mogło cokolwiek pod tym względem 

zmienić, nie wyszłaby za mąż, w ciąży czy nie. Bo cena, którą zapłaciła za prawo 

background image

Siverta do Stornes, była zbyt wysoka. Wyższa niż cokolwiek innego. 

Jest ci z tym źle? - spytała, zerkając na niego. - Nie czujesz się panem we 

własnym dworze?

Nie, to nie tak - uśmiechnął się, całując ją w zimny czubek nosa. - Możliwe, 

że czułbym się gorzej, gdyby to na gospodarstwie mi zależało. Ale tak nigdy nie było. 

To ciebie zawsze chciałem. Będziemy nim zarządzać razem. Wykarmimy i te dzieci, 

które nam się urodzą.

-Dzieci? - podchwyciła Mali. - Nie wystarczy to jedno, które już jest w 

drodze?

Powinno się przyjmować to, co się dostaje - uśmiechnął się Havard 

zaczepnie. - Przecież jest to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, co robimy...

Ech, Havardzie - zaśmiała się Mali, rumieniąc się. - Przecież nie możemy 

stawać w zawody z Bengtem i Margrethe!

Wzięła jego dłoń i przyłożyła do zimnego policzka. W głębi duszy czuła lekki 

niepokój. Nie chciała mieć więcej dzieci. Troje na pewno wystarczy. Ale ponieważ 

wydawało się, że z Havardem łatwo zachodzi w ciążę, musiała brać to pod uwagę. 

Porozmawia z Johanną, czy nie ma jakiegoś naparu, który zapobiegałby poczęciu. A 

może po prostu powinni trzymać na wodzy swoje chęci i ograniczać się do 

bezpiecznych okresów? Mali wciągnęła w płuca zimne powietrze i pozwoliła, by 

troski uleciały z wiatrem.

- Jesteś teraz szczęśliwa?

Havard ujął ją pod brodę i zajrzał w oczy z powagą.

Tak, jestem - odparła. - Dziękuję Bogu, że mogę być szczęśliwą panną 

młodą.

Przedtem nie byłaś?

Nie - powiedziała cicho. - To pierwszy raz. 

Wesele było przyjemne, zupełnie inne niż to z Johanem. Na radość Mali 

cieniem kładł się jedynie fakt, że po jej lewej stronie przy stole siedział jej nowy teść.

Ruth Gjelstad mówiła, że od razu, kiedy się dowiedziała, była szczęśliwa, że 

się pobierają. Gdy zdejmowali z siebie okrycia w korytarzu, Ruth objęła Mali, 

wzruszona do łez.

Że też w końcu została z was para - rzekła. - Nie wiem, czy wolałabym 

background image

widzieć inną na twoim miejscu.

A ja wiem - wtrącił pan z Gjelstad. - Ta dziewczyna nie jest taka, jaka się 

wydaje. Ale dwór jest apetyczny - dodał ze śmiechem. - A ty trzymaj ją mocno w 

cuglach od pierwszego dnia - trącił łokciem syna. - Ta klaczka, z którą masz teraz 

ciągnąć wóz, powinna chodzić na krótkich wodzach.

Mali bała się, że Havard odpowie coś ostro ojcu, ale tak się nie stało. Sama 

nawet się zaśmiała, choć najchętniej uderzyłaby tego złośliwca. Zrozumiała, że w 

żaden sposób nie powinna drażnić teścia. Nie miała pojęcia, ile on wiedział i ile zła 

chciał jej zadać, nawet mimo tego, że została jego synową.

Przez krótką chwilę ich spojrzenia się zetknęły. W jego małych, złych oczach 

była żądza, która ją przeraziła. Wiedziała, że nadal zaciągał na siano niejedną 

dziewkę. Chyba nie zamierzał dobierać się do żony własnego syna? Tak, on mógł, 

pomyślała Mali. Po nim można się było wszystkiego spodziewać.

Nagle ogarnął ją strach. A jeśli on czekał z ujawnieniem tego, co wiedział, aż 

do jej ślubu z Havardem? Jeśli wiedział coś o Sivercie, powie to właśnie teraz: że 

dziedzic Stornes to bękart! Cygańskie dziecko, a nie syn Johana, jak wpisano w 

księdze parafialnej. Że biedny Johan został oszukany, tak jak wszyscy inni. To, że 

zniszczyłby tym samym małżeństwo Mali i Havarda, nie miało dla niego znaczenia. 

On chciał ją zniszczyć, tego chciał zawsze.

Mimo to nie mogła uwierzyć, że byłby w stanie to zrobić. Jeśli naprawdę 

wiedział coś o Sivercie i udałoby mu się odebrać jego prawo do dziedziczenia, to 

przecież następny byłby Oja, a nie Havard. Ale gospodarz Gjelstad na pewno o tym 

nie myślał. Jego myślom przyświecał jeden cel: uderzyć w nią i jej cygańskie 

dziecko.

Zadrżała i weszła do odświętnie przystrojonej izby.

Sprzątnęli po kawie, by można było potańczyć. Nie zaproszono tak wielu 

gości, jak zwykle na weselach w dużych dworach, więc gdy przybysze rozdzielili się 

na dwie izby, zostało sporo miejsca na tańce. Normalnie tańczono by w stodole, ale 

teraz zimno na to nie pozwalało. Beret zmarszczyła brwi, gdy o tym wspomnieli, ale 

nie protestowała.

- Czy mogę prosić...?

Przed Mali pojawił się Havard z wyciągniętą rękę.

background image

- Ale przecież Trygve nie zaczął jeszcze grać! -uśmiechnęła się Mali, dając się 

podnieść z krzesła. -Przecież nie możemy zacząć tańczyć bez muzyki!

- Będzie muzyka - stwierdził Havard, obejmując ją w talii. - Powiedziałem 

mu, że chcę zatańczyć pierwszy taniec z moją żoną. On czeka.

Mali uśmiechnęła się do Havarda. Pięknie wyglądał w ciemnym garniturze i 

śnieżnobiałej koszuli z wysokim kołnierzykiem. Skórę miał nadal ogorzałą po lecie. 

Jego oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle, a gęste włosy lśniły 

w blasku lamp. Poczuła ciepło i dziwną słabość, gdy poprowadził ją do zamaszystego 

polsa. 

Późno wieczorem Mali poszła na poddasze zajrzeć do synów. Oja zasnął już 

wcześniej, lecz Sivert mógł zostać na dole tak długo, jak chciał. Zmęczony zasnął w 

końcu na kanapie i zaniesiono go na górę. Mali stanęła nad jego łóżkiem i patrzyła na 

uśpionego chłopca. Spał mocno, z wypiekami na policzkach, rozczochrany i nadal w 

odświętnej koszuli. Nie chciała go budzić, by ją zdjąć.

Zerknęła do pokoju przyszykowanego dla niej i Havarda. Widok ustrojonego 

łóżka sprawił, że przeszedł ją dreszcz. Już niedługo będą mogli tu przyjść... W 

drugim łóżku spał Oja. Mali westchnęła i pogłaskała go po włoskach. Już wkrótce 

będzie spał sam, pomyślała. Ona chętniej będzie dzieliła łoże z Havardem niż z 

synem Johana. A gdy urodzi się dziecko, Oja przeniesie się do pokoju Siverta.

Przetarła twarz nad miską z wodą i poprawiła włosy. Nagle ktoś otworzył 

drzwi i Mali odwróciła się.

Havardzie...

Pomyślałem sobie, że jako jego ojciec...

Mali zesztywniała, patrząc na Oddleiva Gjelstada. Pewnie zauważył, że 

wyszła, i poszedł za nią.

- Co tu robisz? - syknęła. - Wynoś się!

Zanim się zorientowała, popchnął ją na łóżko i przygniótł sobą. Jego dłonie 

zaczęły grzebać pod jej halkami. Przez krótką chwilę Mali leżała sparaliżowana 

strachem. Potem zaczęła go odpychać, ale stary był silny, silniejszy, niż 

przypuszczała. Leżał na niej, zionąc alkoholem, a jego palce brutalnie wpijały się w 

jej intymne części ciała.

Co robisz? - stęknęła. - Zwariowałeś!

Zawsze miałem na ciebie ochotę - wydyszał prosto w jej ucho. - Tamtego 

lata udało ci się, ale tym razem nie przepuszczę. Dlaczego ja nie miałbym cię mieć, 

background image

skoro dopuszczasz tylu innych? Przecież nie spałaś tylko z Johanem i moim synem, 

choć biedny Johan chciał w to wierzyć. Havard też wierzy, że jest twoim drugim. - 

Zaśmiał się ochryple, trzymając w żelaznym uścisku jedną dłonią obie jej ręce nad 

głową Mali. - Ale ty i ja wiemy, że było ich więcej, prawda, Mali? - śmiał się z 

diabelskim błyskiem w oku.

Mali poczuła, że ciemnieje jej w oczach. Próbowała się wyrwać, ale jej opór 

dodawał mu tylko podniecenia i nieludzkich sił. Podciągnął jej spódnicę i halki i 

zaczął ściągać jej majtki.

Później nie wiedziała, skąd wzięła na to siły, ale udało jej się zgiąć kolano i 

uderzyć go w krocze. Wrzasnął, puścił ją i zwinął się z bólu. Mali zwinnie 

wyskoczyła z łóżka, podbiegła do komody i złapała ciężki świecznik. Zgasiła 

świeczkę i podeszła do mężczyzny.

- Jeśli mnie tylko dotkniesz, zabiję cię – wysyczała zdyszana. - I nie sądź, że 

się nie odważę. Zabiję cię. Powinnam to zrobić dawno temu!

Zsunął się z łóżka, zgięty wpół i z obiema rękami wciśniętymi między nogi. 

Musiałam go dobrze trafić, pomyślała. Gdy uniósł twarz, był blady, a oczy lśniły iście 

diabelską mocą. Mali aż się cofnęła.

Jesteś piekielną babą - wyszeptał ochryple. - Myślisz, że uda ci się ze 

wszystkim. Ale tu się przeliczyłaś, Mali Stornes. Ja cię w końcu dorwę.

Co z ciebie za człowiek? - spytała Mali cicho. - Naprawdę chciałeś mnie 

zgwałcić w dzień mojego ślubu z twoim synem?

Uniosła w górę świecznik, gdy Gjelstad zrobił krok w jej stronę.

- Ty nie jesteś człowiekiem - syknęła. - Jesteś diabłem wcielonym. Sprawię, 

że Havard... 

-Chyba będzie lepiej dla ciebie trzymać Havarda z dala - zachichotał 

złośliwie. - Bo jeśli powiesz o tym choćby słowo, powiem wszystkim, co ja wiem. I 

wtedy to nie ja wyjdę na tym najgorzej, sama wiesz najlepiej...

Mali poczuła, jak ściska jej się gardło.

-Nie wiem, co miałbyś opowiedzieć...

Mały dziedzic śpi dobrze? - spytał, wbijając w nią złe spojrzenie. - Nie 

niszcz jego snu ani dziedzictwa, Mali. To byłoby bardzo źle...

Wyjdź. - Odsunęła się, by mógł przejść. - Znikaj z mojego życia, ty diable. I 

nie próbuj nigdy więcej, bo nigdy mnie nie dostaniesz. Nigdy.

Nie mów tak - rzucił. - Może jedna przysługa warta drugiej, gdy dojdzie co 

background image

do czego...

Mali stała z bijącym głośno sercem, gdy wyszedł. Czuła się zbrukana i 

otępiała ze strachu.

On coś wiedział, tyle zrozumiała. Ale jak wiele? I czy naprawdę chce 

zniszczyć tylu ludzi, w tym i własnego syna, by zmusić ją do padnięcia na kolana?

Nie, on sugerował rodzaj „handlu". Nie, nigdy! Nigdy nie odda się temu 

staremu wieprzowi. Raczej go zabije!

Z trudem się uspokoiła. Gdy wróciła na dół, podeszła do siostry i szwagra.

Twój mąż myślał, że uciekłaś, i to przed nocą poślubną - uśmiechnął się 

Bengt.

Nie, byłam u dzieci - odparła, wykręcając lodowate palce. - No i trochę się 

ogarnęłam, bo przecież powinnam się podobać mojemu mężowi, zwłaszcza dziś -

uśmiechnęła się z trudem.

O to możesz być spokojna - rzekła Margrethe, patrząc na nią z podziwem. - 

Jesteś piękna niczym obraz. Mali odwzajemniła jej uśmiech i rozejrzała się po izbie. 

Kilka par tańczyło, inni siedzieli i rozmawiali. Najstarsi goście już opuścili wesele.

Zmarzłam na tym poddaszu - zwróciła się Mali do Bengta. - Nie masz 

łyczka czegoś mocniejszego, szwagrze? Podejrzewam, że trzymasz coś w zanadrzu.

Pierwszy raz słyszę, byś prosiła o coś takiego -uśmiechnął się Bengt, 

wyciągając na wpół pustą butelkę. - Ale pamiętam, ślub szarpie nerwy - dodał, 

obejmując żonę i klepiąc ją po wypukłym brzuchu.

Mali wzięła butelkę i pociągnęła porządny łyk. Aż zakaszlała, bo trunek był 

mocny. Jednak wódka wlała w nią ciepło i ukoiła nerwy. Po jeszcze jednym łyku 

oddała butelkę.

- Dzięki, potrzebowałam tego - powiedziała. - No, idę szukać męża.

Ale to Havard pierwszy ją znalazł. Gdy poczuła nagle ramiona obejmujące ją 

w talii, wzdrygnęła się i obróciła gwałtownie, przerażona, czy nie ujrzy twarzy teścia.

- Co się dzieje? - spytał Havard, przyciągając ją do siebie. - Ty drżysz! 

Wyglądasz jak osaczona sarna.

Mali przytuliła się do niego na moment.

- Chyba zaczynam być zmęczona - wyznała cicho. – To był długi dzień i ja... 

tęsknię za łóżkiem - dodała, ściskając jego dłoń.

background image

Była to prawda, choć on odczytał ją inaczej, bo uśmiechnął się i pogładził po 

plecach swymi ciepłymi dłońmi. Oczywiście, że go pragnęła, także tej nocy. Jednak 

najbardziej marzyła w tej chwili, by móc się do niego przytulić i poczuć bezpiecznie. 

I mieć świadomość, że on ją kocha bez względu na wszystko. Ale czy nadal by ją 

kochał, gdyby jego ojciec rozpuści! swoje rewelacje? Czy Havard stałby u jej boku, 

gdyby dowiedział się, że jego żona puściła się z Cyganem, a potem sprawiła, że 

wszyscy uwierzyli, że Sivert pochodzi z rodu Stornes? Żołądek podszedł jej do 

gardła, gdy przypomniała sobie incydent na poddaszu. Nie chciała myśleć o groźbach 

teścia.

- Tak, jesteś zmęczona, widzę - szepnął Havard. - Zaraz sobie pójdziemy, ale 

najpierw chcę zatańczyć z moją żoną na dobranoc. Dasz radę?

Pokiwała głową, a on podszedł do skrzypka i powiedział mu coś. Wrócił do 

niej, objął jedną ręką w talii, a drugą ujął jej lodowatą dłoń. Rozległa się muzyka, a 

on poprowadził ją w powolnym walcu.

Dopiero po chwili Mali zorientowała się, że już wcześniej go tańczyli. 

Spojrzała w oczy Havarda, a on uśmiechnął się przebiegle.

- Nasz walc - szepnął. - Pamiętasz?

Pokiwała głową powoli i przytuliła się do niego całym ciałem. Ostatnim 

razem, gdy go tańczyli, była naga...

Och, Havardzie - szepnęła, patrząc na niego ze łzami w oczach. - Tak cię 

kocham. Obiecaj mi, że zawsze będziesz ze mną, nieważne, co się stanie. Ja cię 

potrzebuję. Obiecujesz, Havardzie?

Obiecuję - odparł cicho. - Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię 

kiedykolwiek opuścić.

Bo nie wiesz wszystkiego, pomyślała Mali. Oparła głowę o jego ramię i znów 

poczuła strach jak twardą kulę w żołądku. Nie wiesz wszystkiego...

background image

ROZDZIAŁ 13

Pomimo zamieszania związanego ze ślubem stało się tak, jak Havard 

powiedział: zdążyli ze wszystkim przed świętami Bożego Narodzenia.

Mięso zasolono, świece wytopiono, a czyszczenie wełny przeszło weselej niż 

zwykle. Odbyło się w tym roku w Oppstad, kilka tygodni po ślubie Mali. Oczywiście 

ślub był głównym tematem rozmów. Wszystkie kobiety cieszyły się, że Mali ma 

nowego męża.

- I to jakiego męża! - uśmiechnęła się Margrethe. -Trudno o takiego drugiego 

jak Havard Gjelstad. Nie, Havard Stornes - poprawiła się. - Przyjął przecież nazwisko 

od gospodarstwa? Taki jest zwyczaj, prawda?

- Tak, zrobił to - powiedziała Mali. - Nie wiem, czy jego ojciec był tym 

zachwycony, bo nadal uważa, że Havard to jeden z Gjelstadów. Ale taki jest zwyczaj. 

No i jest dobrym człowiekiem - dodała.

Jedyną osobą, która nie brała udziału w tej rozmowie, była Laura, najmłodsza 

córka w Oppstad. Siedziała nad swoją robotą z pochyloną głową. Mali wspomniała 

wieczór świętojański, gdy Havard nadszedł brzegiem morza, otaczając ramieniem 

Laurę. Pamiętała gorące spojrzenia, które dziewczyna mu posyłała, i nagle 

zastanowiła się, co zaszło wtedy między nimi.

Havard, gdy go ostrożnie wypytywała, mówił, że nic takiego. Może dla niego 

nie, ale z jej strony mogło to być poważne. Dziewczyna schudła, zauważyła Mali 

kątem oka.

- Co u ciebie? - spytała ją Mali, gdy w przerwie piły kawę. - Jakie masz 

plany?

Przez chwilę ich spojrzenia zetknęły się i Mali uderzył chłód bijący z oczu 

młodej kobiety.

-Można mieć różne plany - rzuciła Laura. - Ale zdarza się, że nie idzie tak, jak 

się planuje. A co będę robiła? To chyba nie twoja sprawa.

Mali poczerwieniała.

Nie zamierzałam do niczego się wtrącać - odparła cicho. - Ale zrozumiałam, 

że... Jesteś jeszcze młoda, Lauro...

A co to ma do rzeczy? - ucięła dziewczyna. - Ty i tak zawsze 

przeprowadzisz swoją wolę, Mali. Powinnam to wiedzieć. Popełniłam błąd, nie 

background image

przypuszczałam, że postanowiłaś go wziąć za męża. Wszyscy mówili, że nie chcesz 

wychodzić za mąż.

Jeśli chcesz powiedzieć, że zabrałam ci Havarda, to nieprawda - odparła 

Mali. - Nie wiedziałam, że ty... według słów Havarda nie było między wami... 

niczego.

Doprawdy?

Laura utkwiła w Mali wzrok i odrzuciła na plecy długie włosy.

Tak, tak mówił Havard - dodała Mali bezradnie. -Powiedział, że...

Sądzisz, że powiedziałby ci o nas, skoro mógł dostać ciebie i Stornes na 

dokładkę? Musiałby być głupi. Ja nie mam żadnego dworu do zaoferowania. Miałam 

tylko... tylko siebie - dodała, rumieniąc się. 

Mali nie odpowiedziała. Poczuła tylko ssącą niepewność. Wstała. Co ta 

dziewczyna wygadywała? Sugerowała, że ona i Havard...

To nie mogła być prawda! Mali podeszła do zlewu, drżącymi rękami wzięła 

szklankę i nalała zimnej wody.

Chyba nie mógł z nią się przespać? Przecież by nie skłamał. Poza tym to 

jeszcze dziewczyna, pomyślała, rzucając spojrzenie na postać na krześle. Wyładniała, 

Mali zauważyła to już wtedy. Była ładna, kształtna i kusząca. Ale czy Havard...

I tak nie miała z tym nic wspólnego, upomniała się w myślach. Był wtedy 

wolny i miał prawo robić, co chce. Nagle aż ją zamroczyło. Jeśli był z Laurą na 

trawie czy gdzie tam, dziewczyna mogła być w ciąży! Nie, byłoby już po niej widać, 

pomyślała, przesuwając mokrą dłonią po czole. A może? Zależy, jak długo oni... byli 

razem. Mogli być, dopóki ona nie odkryła, że jest w ciąży!

Ale on przecież powiedział... Tak, co on właściwie powiedział? Mali poczuła 

palącą zazdrość. Odprowadziła Laurę wzrokiem, gdy ta wstała pozbierać filiżanki po 

kawie. Była szczupła w talii, nic nie było znać. Ale po niej też nie było nic znać! 

Młode dziewczyny, które jeszcze nie rodziły, długo mogły chodzić szczupłe, nawet 

do czwartego miesiąca. Musiała go o to znów spytać, pomyślała. Musiała to wiedzieć, 

choć zdawała sobie sprawę, że nie powinna. To, co było pomiędzy nimi, to już 

przeszłość.

Gdy położyli się do łóżka, Havard przyciągnął ją do siebie i odgarnął jej 

włosy.

- Co z tobą? - spytał. - Nie jesteś taka jak zwykle, od kiedy wróciłaś z 

Oppstad. Źle się czujesz?

background image

Mali leżała przez chwilę, milcząc. Czuła, że nie powinna pytać Havarda o 

Laurę, bo to jego sprawa. A gdyby tak on spróbował wypytywać ją? Nie podobałoby 

jej się to, o nie! Mimo to zazdrość i niepewność nie dawały jej spokoju.

Nie, dobrze - odparła, przytulając się do niego. -Ale ja... ja...

Powiedz wreszcie - uśmiechnął się. - Coś cię gryzie, widzę to.

Spotkałam Laurę - zaczęła Mali powoli, wtulając twarz w jego szyję, by nie 

widział jej rumieńców. -I ona... nie była zadowolona, że to ja za ciebie wyszłam.

Nie odpowiedział, leżał tylko, obejmując ją. Mali w końcu odsunęła się i 

spojrzała na niego. On patrzył na nią spokojnie.

- Wiem, że nic mi do tego - mruknęła Mali z zażenowaniem. - Byłeś wtedy 

kawalerem i mogłeś robić to, co chciałeś. Aleja widziałam wtedy w noc świętojańską, 

gdy przyszedłeś z Laurą, że ona...

Zamilkła, nie wiedząc, jak ma spytać o to, co ją najbardziej gnębiło. Havard 

bynajmniej jej nie pomagał.

Laura chyba myślała wiele o tobie - mówiła dalej, bawiąc się guzikiem 

koszuli, w której spal. - Powiedziała, że... Zasugerowała, że wy dwoje... że wy...

A co to jest właściwie? - spytał nagle. - Przesłuchanie?

Nie, nie, to nie tak, ale...

Sądziłem, że już rozmawialiśmy o Laurze - powiedział. -1 masz rację, to nie 

twoja sprawa. Ale rozumiem, o co chcesz spytać: czy ją miałem, czy nie. A co za 

różnica? Nie zdradziłem cię w każdym razie, bo niezależnie od tego, co się między 

nami zdarzyło, było to, zanim uznałaś mnie za odpowiedniego kandydata na męża!

Mali dosłyszała irytację w jego głosie i skuliła się. -1 pytałaś mnie już o to raz. 

Powiedziałem ci wtedy, że między nami nie było nic poważnego. Ale co, nie 

wierzysz mi? Chcesz szczegółów?

- Nie, wierzę - wyszeptała, zarzucając mu ręce na szyję. - Nie powinnam 

pytać, ale ja... chyba jestem zazdrosna - dodała, czując łzy pod powiekami.

Havard leżał chwilę bez słowa. Potem uniósł się na łokciu i spojrzał na nią.

- Zazdrosna - mruknął, ujmując jej podbródek i zmuszając, by na niego 

spojrzała. - Nie wiem, Mali. Może tylko chcesz mieć kontrolę nad wszystkim. Nie 

podoba ci się myśl, że mógłbym mieć Laurę.

- Pomyślałam tylko, że jeśli ona... jeśli jest...

- W ciąży - dokończył. W jego oczach coś zabłysło, nie wiedziała, czy złość, 

background image

czy rozbawienie. - Nie jest - rzekł spokojnie. - Więc skandalu nie będzie, a już z 

pewnością nie z tego powodu. A teraz nie chcę więcej o tym mówić - uciął. - Laura 

Granvold jest przeszłością. W każdym razie dla mnie. Powinna więc być przeszłością 

i dla ciebie.

Mali leżała bez ruchu i czuła łzy spływające po policzkach. Słowa Havarda 

bolały. A może jednak jej nie kochał? Bo dlaczego by tak mówił?

Przecież wiedziała, że miał przed nią inne kobiety, świadczyły o tym jego 

umiejętności w łóżku. Coś innego byłoby nienormalne, skoro jest tak przystojny! 

Wcześniej nie zastanawiała się nad tym. Ale ta Laura...

Ta zarozumiała młódka, pomyślała Mali z niechęcią. Nie chciała, by Havard 

porównywał ją z tą ładną i szczupłą dziewczyną, która może nawet była dziewicą. A 

ona... Dziewictwa na pewno nie mogła mu ofiarować.

Aż się wzdrygnęła, gdy poczuła jego dłoń wsuwającą się pod koszulę nocną. 

Chciała się odsunąć.

- Ale z ciebie gąska - wyszeptał z uśmiechem. – Czy naprawdę możesz być 

zazdrosna o taką dzierlatkę jak Laura? Nie sądziłem, że w ogóle możesz być 

zazdrosna...

Jego usta przykryły jej usta, dłonie powędrowały wzdłuż brzucha, po 

okrągłych biodrach i rozdzieliły jej uda. Mali oddała się pieszczotom, choć właściwie 

nie chciała. Powinien jej odpowiedzieć, pomyślała. Ale on wiedział, jak ją podniecić, 

by tylko wzdychała z tęsknoty, by go poczuć jak najbliżej. I gdy wreszcie, jakby od 

niechcenia, wszedł w nią, pękła w niej tama. Przeszła ją fala najwyższej rozkoszy, 

zanim jeszcze zdążył się poruszyć.

Oszalała z podniecenia zaplotła na nim nogi i przyciągnęła go mocno do 

siebie. Nigdy jeszcze nie była tak chętna, tak rozgrzana. Uświadomiła sobie, że to 

właśnie z powodu Laury i myśli, że oni robili to razem. Widok ich nagich, 

splecionych ciał stanął jak żywy w jej wyobraźni. Niemal słyszała jęki Laury, niemal 

widziała Havarda, jak rozdziela jej uda, jak...

Uniosła się i przewróciła na niego, zaczęła pieścić jego ciało, ustami skubała i 

ssała jego brodawki, aż wzdychał z przyjemności. Czubkiem języka dotknęła jego 

męskości, a wtedy aż się wzdrygnął, przerzucił ją na prześcieradło i położył na niej. 

Nigdy jeszcze ich jazda nie była bardziej szalona! Gdy wreszcie opadł obok niej, 

zdyszany. Mali z uśmiechem pogładziła go po policzku.

- Jestem wystarczająco dobra, wiem - wyszeptała równie zdyszana.

background image

Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie. Sięgnął po jej włosy i rozpostarł nad 

nimi niczym zasłonę.

- To tego się bałaś? Nikt nie jest lepszy, wiesz o tym, ty huldro - powiedział 

cicho. - Nie chcę żadnej innej. Dla mnie istniejesz tylko ty, teraz i zawsze.

Mali westchnęła i przesunęła ustami po szyi Havarda. A niech tam tę Laurę, 

pomyślała leniwie, cała miękka i ciepła z rozkoszy.

- Nigdy zresztą jej nie miałem - wyszeptał w jej ucho. - Nigdy. Jak mogłaś tak 

myśleć, gąsko!

Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem przyszła do Stornes nowa służąca, 

która miała pomagać do czasu, gdy Ane wróci po porodzie. Nazywała się Sigrid. 

Pochodziła z małego gospodarstwa z głębi fiordu. Była wysoką, szczupłą dziewczyną 

o ciemnych, gęstych włosach i szarych oczach.

Ingeborg martwiła się, jak będzie się jej pracować z kimś innym niż Ane, ale 

wkrótce okazało się, że znalazły wspólny język. Sigrid była pogodna i często się 

śmiała. Emanowała dobrym humorem od pierwszego dnia, choć czuła pewnie na 

sobie szacujące spojrzenie Ane. Ane była jeszcze w Stornes, choć już bardzo ciężka i 

z bolącym krzyżem. Nie pracowała już tak dobrze, więc Mali cieszyła się z nowej 

służącej, choć tego nie powiedziała.

- No, możesz już wziąć wolne, Ane – powiedziała Mali, gdy już pokazały 

Sigrid jej łóżko w pokoju Ingeborg. - Odpocznij przed porodem.

- Mogę zostać jeszcze kilka dni - zaprotestowała Ane. - Lepiej, jeśli ja 

wprowadzę Sigrid w obowiązki. Boję się być sama w domu. A jeśli się zacznie, gdy 

Aslaka nie będzie? Co zrobię?

- Myślałam o tym - rzekła Mali. - Zauważysz, że się zaczyna, zanim jeszcze 

będzie się spieszyło. Jeśli będziesz sama, wywieś płachtę na kiju. Widzę stąd twój 

dom, więc przyjdę.

To uspokoiło Ane. Po trzech dniach pobytu Sigrid Ane została już w domu. 

Pomimo że domownikom z początku brakowało Ane, wszystko poszło dobrze i z 

Sigrid. Była pracowita i szybka. Mali zauważyła, że Gudmund nie może oderwać od 

niej oczu, i pomyślała, że musi mieć na niego oko. Nie mieli już więcej miejsca na 

nowe domy dla służby, i nie chciała tracić dobrego parobka, gdyby musiał się żenić. 

Może to stałoby się szybko, bo nigdy nie widziała, by Gudmund aż tak potykał się o 

background image

własne nogi, gdy tylko Sigrid się do niego uśmiechała.

Dwa dni przed Wigilią Mali pomagała przy narodzinach dużej i zdrowej 

dziewczynki w małym domku Ane i Aslaka. Wszystko poszło dobrze, a akuszerka 

była zadowolona i z dziecka, i z matki. Pewnie małej uda się przetrwać zimę. Trudno 

było o szczęśliwszych rodziców niż Ane i Aslak, pomyślała Mali, kładąc 

dziewczynkę w ramiona matki.

Nie wiedziałam, że to aż tak się czuje - powiedziała Ane ze łzami w oczach. 

- Czy ona to nie cud?

Największy cud, o jakim wiem - potwierdził Aslak grubym ze wzruszenia 

głosem. - Będziemy o nią dbać jak o skarb, zawsze.

Styczeń zaczął się straszliwą niepogodą. Wiatr gwizdał w kominach i szarpał 

okiennicami. Śnieg padał nieprzerwanie. Mało kto odważył się wyjść na zewnątrz. 

Mężczyźni nie jeździli do lasu przez kilka dni, więc wykorzystywali wolne chwile na 

naprawę narzędzi i inne zajęcia, na które zwykle nie mieli czasu.

W piecu palono na okrągło i Mali musiała ciągle pilnować, by Oja się nie 

oparzył. Zaczął chodzić w święta, wcześniej, niż oczekiwała. Beret nie posiadała się z 

dumy i nie szczędziła słów pochwał, jak on jest podobny do ojca i jak to Johan też był 

mądry i zręczny jako malec. To może wtedy był mądry, pomyślała Mali złośliwie. 

No, gospodarzem był dobrym, musiała przyznać. Pewnie dlatego, że miał dobry wzór 

w swoim ojcu.

Oja spał nadal w sypialni Mali i Havarda, ale najczęściej osobno. Mali otulała 

go dobrze i zostawiała w jednym łóżku, a sama szła do łóżka Havarda. Ale w noce 

niepogody wstawała nieraz, by sprawdzić, czy mały jest okryty i czy nie marznie.

Zdarzało się, że w tych nocnych godzinach stawała nad nim i wpatrywała się 

w niego, kucała i odgarniała jasnobrązowe włoski z jego czoła. Wyładniał przez ten 

niecały rok, zauważyła. Buzia stała się okrągła, a oczy jasnoniebieskie. Gdy się 

uśmiechał i wyciągał do niej rączki, czuła w sercu ciepło. Przytulała go i całowała w 

szyję, a on gulgotał z radości. Oczywiście, że go kochała. Choć bardziej kochała tylko 

pierworodnego...

background image

Pewnego wieczoru, gdy szykowali się spać, ktoś zapukał mocno w drzwi. 

Mali poderwała się, przestraszona. Kto mógł przybywać w tak straszną niepogodę? 

Strach ścisnął ją za gardło. Zanim zdążyli otworzyć, do środka wpadł Bengt. Był 

zaśnieżony od stóp do głów i szczękał zębami z zimna.

- Ależ Bengt! - Mali podbiegła do niego. - Co się stało? Dlaczego 

przyjeżdżasz tak późno? Nie mogłeś zadzwonić? - Nagle przypomniała sobie o stanie 

Margrethe i pobladła. - Coś z Margrethe, tak? Dlaczego nie dzwoniłeś? - prawie 

krzyczała.

- Telefon nie działa - odparł. - Wiatr musiał zerwać przewody. Musisz nas 

uratować i tym razem, Mali. Twoja siostra ma już skurcze, a nie mogę sprowadzić ani 

akuszerki, ani doktora. Ledwo tu dojechałem...

Mali zrobiło się gorąco. Ech, te porody na Innstad! Czy wszystkie muszą 

przypadać na najczarniejszą zimę? Odwróciła się do Havarda.

Muszę...

Oczywiście, że musisz jechać - powiedział. - Powiem Ingeborg, by czuwała 

nad dziećmi. Ja jadę z wami. Może się przydam, choć nie wiem, do czego. Ale 

pojadę.

Naprawdę? - Bengt uścisnął dłoń szwagra. - To wspaniale. Tym razem 

będziesz i akuszerką, i doktorem, Mali. Jesteś naszą jedyną nadzieją...

Mali nigdy nie zapomni tej nocy. Margrethe zapłakała z ulgi i wdzięczności, 

gdy teściowa wprowadziła Mali do jej sypialni.

O, Mali, Mali - wyszlochała, spocona i blada. - Co zrobimy?

Co zrobimy? - powtórzyła Mali, przytulając siostrę. - Zrobimy wszystko, by 

przyszedł na świat nowy mieszkaniec Innstad, o ile wiem.

Ale akuszerka i doktor...

- Tym razem damy sobie radę bez nich - powiedziała Mali spokojnie, mimo że 

serce waliło jej ze strachu. Przecież akuszerką nie była, choć pomagała przy kilku 

porodach.

Jeśli ma się udać, wszystko musi pójść normalnie, a dziecko musi być silne i 

zdrowe. Żaden słabeusz nie przetrwa tak ciężkiej zimy. Bo jak Margrethe przeżyłaby 

background image

śmierć jeszcze jednego dziecka, Mali wolała nie myśleć.

Jedna ze służących weszła dołożyć drew do pieca i uciekła, rzuciwszy 

przerażone spojrzenie na Margrethe wyjącą z bólu podczas kolejnego skurczu.

Nie dam rady - wyszeptała Margrethe, ściskając dłoń Mali. - Nie dam rady...

Bzdury - ucięła Mali, odchyliła kołdrę i zbadała siostrę. - Wszystko idzie, 

jak należy, zaraz powinny przyjść skurcze parte. Wtedy nie możesz mówić, że nie 

dasz rady. Musisz dać radę! Słyszysz, musisz!

Nie wiadomo, czy faza rozwarcia przebiegła zbyt szybko, czy dziecko było 

większe niż zwykle, w każdym razie skurcze parte niczego nie dały poza nowymi 

krzykami Margrethe.

- Sprowadź Bengta, Halldis - rzuciła Mali, odgarniając włosy i prostując 

obolałe plecy.

Zauważyła, jak starsza pani skurczyła się w sobie, i przypomniała sobie 

ostatni raz, gdy o to poprosiła. Wtedy Bengt miał się pożegnać z rodzącą Eline.

- Nie chodzi o jej życie, Halldis - powiedziała spokojnie. - Potrzebuję Bengta, 

by dodał jej odwagi. Ona się poddaje, a tego jej nie wolno.

Wkrótce nadszedł Bengt, blady i spięty.

- Damy radę, Bengt - powiedziała Mali uspokajającym tonem i poklepała go 

po ramieniu. - Usiądź za Margrethe w łóżku i obejmij ją. Gdy nadejdą skurcze, 

pomóż jej przeć. Rozumiesz? Ona potrzebuje twojej siły. Pomocy...

Nic nie odpowiedział, zdjął tylko buty i wszedł do łóżka żony. Margrethe 

spojrzała na niego nieprzytomnie. 

- Przecież nie uchodzi, by mąż był przy...

Nieważne, co uchodzi — odparł i delikatnie odgarnął włosy z jej spoconego 

czoła. - Zrobimy tak, jak Mali każe, i na pewno będzie dobrze.

Mali zerknęła na niego i uśmiechnęła się przelotnie. Dorósł z latami ten 

Bengt, musiała przyznać. Nie był już tym samym przerażonym biedakiem, którego 

wezwała do umierającej Eline. Teraz zrobiłby wszystko, o co by go poprosiła, byle 

uratować Margrethe. Taka była siła miłości...

Blade światło poranka zaczęło przenikać przez zasłony, gdy Margrethe 

urodziła syna. Mali schwyciła go, zacisnęła pępowinę i szybko przecięła. Zaniosła 

dziecko na stolik przy piecu i wytarła ze śluzu i krwi, po czym uniosła za nóżki głową 

background image

do dołu i dała klapsa w pośladki. W odpowiedzi otrzymała wściekły krzyk.

Dziecko żyje - wyszeptał Bengt i przytulił twarz do twarzy Margrethe. - 

Słyszysz, dziecko żyje!

Tak, żyje - zaśmiała się Mali w glos. - Macie dużego, zdrowego chłopaka z 

silnymi płucami. Złośnik z niego, przekonacie się!

Owinęła noworodka w ciepły kocyk i położyła w ramiona Margrethe, której 

łzy spływały po policzkach.

O, Mali, Mali, jak mam ci dziękować - wyszeptała, łapiąc ją za dłoń. - Bez 

ciebie...

To ty wykonałaś całą robotę - odparła Mali z uśmiechem. - No i ty też byłeś 

bardzo potrzebny, Bengt. Naprawdę dorosłeś przez te lata.

Ich oczy spotkały się na chwilę ponad głową położnicy. Pomyśleli o tym 

samym. Potem Bengt uśmiechnął się do niej z wyrazem szczęścia w niebieskich 

oczach. 

- Dziękuję - wyciągnął dłoń do jej dłoni. - Z ciebie też wspaniała kobieta, 

Mali. Już wielu w naszej wiosce ma za co ci dziękować. Przybyłaś do nas jako obca i 

na pewno nie było ci lekko na początku, to wiem. Ale teraz jesteś jedną z nas. Tak 

mówią wszyscy.

Ciekawe, jak długo to potrwa, pomyślała Mali, sprzątając zakrwawione 

prześcieradła. Jeśli kiedykolwiek ktoś ze wsi się dowie, co ona zrobiła, nie będzie już 

jedną z nich. Odwrócą się do niej plecami i zaczną gadać, że wreszcie dostała to, na 

co zasługuje. W każdym razie większość. Nie, nigdy nie będzie jedną z nich.

Zadrżała i odsunęła strach od siebie.

Nagle wyprostowała się i położyła dłoń na brzuchu. Stała tak, z niewidzącym 

spojrzeniem skierowanym jakby w głąb siebie, nasłuchując czegoś, co tylko ona 

mogła usłyszeć.

Dziecko, które nosiła, poruszyło się.