background image

  

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XX 

 

CIENIE PRZESZŁOŚCI 

 
Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

   
Dla mojego syna Roalda. 
Bez Twej cierpliwej pomocy przy komputerze i nieustannego wsparcia ta seria 
nigdy by nie powstała.  
Anne-Lise Boge 
  
ROZDZIAŁ 1. 
 
Mali płakała. 
Płakała  zrozpaczona  tym,  co  miało  się  stać.  Chlipała  pod  ciężarem  Martina  Bakkena, 

który,  sapiąc  z  podniecenia,  zdawał  się  nic  nie  słyszeć.  Wzdrygnęła  się,  poczuwszy  dotyk 
jego  nabrzmiałej  męskości  na  udzie.  Jakby  nagle  zbudzona  z  głębokiego  snu,  nabrała 
powietrza i z całą silą wbiła kolano w jego krocze. Okrzyk bólu przeszył powietrze. Martin 
opadł na nią bezsilnie, jęknął głośno i zsunął się w bok. 

Mali podniosła się na łokciu. Obrzuciła skulonego mężczyznę przelotnym spojrzeniem, po 

czym zebrała suknię i prześlizgnąwszy się nad nim, zsunęła się z łóżka. Stanęła pod ścianą i 
usiłując  doprowadzić  do  porządku  podarty  gorset,  znów  skierowała  wzrok  na  Martina. 
Mężczyzna wyprostował się i odwrócił do niej twarz. 

-  Przykro mi... - szepnęła drżącym głosem. - Nie słuchałeś mnie, a ja nie chciałam... 
-  Chciałaś! 
Jego wzrok płonął, ale  Martin nie podniósł głosu. Usiadł z trudem, a Mali instynktownie 

cofnęła się o krok. 

-  Nie  biorę  kobiet  gwałtem,  Mali  -  wycharczał.  -  Nie  musisz  się  mnie  bać.  Co  cię,  na 

Boga, opętało? 

-  Powinnam była przerwać to wcześniej - wyszeptała. - To moja wina. Ale wiedziałeś, że 

nie chcę... Że nie mogę... 

Martin przeciągnął dłonią po włosach. 
-  Nie tknąłbym cię, gdybyś dała mi do zrozumienia, że... 
-  Dobrze wiesz, o co mi chodzi! - przerwała mu głosem zduszonym od płaczu. - Właśnie 

dlatego  odprawiłam  cię  wtedy  ze  Stornes.  Pamiętasz?  „Nie"  znaczy  „nie",  przynajmniej  w 
moim języku. A teraz... 

-  Tak często znów nie mówiłaś „nie" - mruknął.  
Mali oblała się rumieńcem wstydu. Martin miał rację, powinna była dać mu zdecydowaną 

odprawę,  zamiast  wycofywać  się  niezdarnie,  gdy  nastrój  robił  się  zbyt  intymny.  Igrała  z 
ogniem od samego początku. 

-  Jestem mężatką, Martin. 

background image

-  Wcześniej ci to nie przeszkadzało. 
Riposta  była  celna.  Obraz  Torgrima,  młodego  i  przystojnego  brata  Jo,  stanął  jej  przed 

oczyma. 

-  To nie twoja sprawa - szepnęła zażenowana. 
-  To prawda - odrzekł - ale wyjaśnia poniekąd, skąd brałem przekonanie, że tego właśnie 

pragniesz. Jedną ręką dajesz, a drugą zabierasz, Mali. 

Mali  poczuła  się  okropnie.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  ogarnęło  ją  dojmujące  poczucie 

wstydu. Zapragnęła znaleźć się na powrót w Stornes, leżeć u boku Havarda. Życie wydawało 
się wtedy znacznie prostsze, nie powinna była wyjeżdżać! 

-  Wyjadę stąd, Martin - powiedziała cicho. - Tak nie można. Nie po tym... co się tu stało. 
-  Więc  jutro  rano  powiadomisz  moją  siostrę,  że  wyjeżdżasz,  bo  targnąłem  się  na  twoją 

cześć? 

-  Nie, nie - odrzekła pospiesznie. - Niech to zostanie między nami. Ale chyba rozumiesz, 

ż

e nie mogę zostać? 

Zwlekał z odpowiedzią. 
-  Wymiana  biletu  zajmie  parę  dni  -  powiedział  w  końcu.  -  Niełatwo  zdobyć  miejsce  na 

rejs z Nowego Jorku. 

Podniósł głowę i wbił w nią wzrok. 
-  A jak wytłumaczysz Havardowi swój wcześniejszy powrót? - ciągnął. - Napytasz sobie 

więcej biedy. 

-  Nie mogę zostać - upierała się. - To byłoby nie w porządku wobec ciebie. 
Podeszła do łóżka i usiadła obok niego. 
-  Wiem,  że  żaden  z  ciebie  gwałciciel,  Martin  -  powiedziała.  -  Troszczysz  się  o  mnie 

bardziej, niż na to zasługuję. Wcześniej tego nie dostrzegałam, ale teraz już wiem. Nie mogę 
jednak... 

-  Nie tknę cię - powtórzył. - Lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli zostaniesz. 
-  Chcę jechać do domu - powiedziała powoli. - Naprawdę, Martin. Chcę po prostu wrócić 

do domu. 

-  A jaką wymyślisz wymówkę? 
Mali potarła spocone dłonie, po czym uniosła głowę i spojrzała na Martina. 
-  Powiem, że się rozchorowałam - stwierdziła. 
-  Nikt  ci  nie  uwierzy  -  uznał.  -  Z  pewnością  nie  Jenny.  Zresztą  mniejsza  o  to, Jenny  nie 

piśnie ani słowa. Havarda nie wyprowadzisz w pole tak łatwo. 

Mali skuliła się w sobie. Ma rację, pomyślała. Havard nie da jej wiary. 
-  Więc powiem mu, jak było naprawdę - powiedziała po chwili. - Powiem, że nie dałam 

rady... 

Martin  westchnął  cicho  i  podniósł  się  z  łóżka.  Nie  spojrzał  na  Mali,  odwrócił  się  do  niej 

plecami, nawet nie próbując dotknąć. 

-  Przykro mi, Martin - powtórzyła, przyciskając gorset do piersi. 
Mężczyzna okręcił się na pięcie. 
-  Niezwykła  z  ciebie  kobieta,  Mali  -  powiedział  cicho.  -  Wiedziałem,  że  taka  jesteś,  od 

chwili  gdy  cię  ujrzałem  po  raz  pierwszy.  Silna  i  niezwyczajna.  Tyle  że  nie  zawsze  grasz  w 
otwarte karty. Dajesz się wodzić na pokuszenie i bywa, że ulegasz pokusom. Nie ukrywam, 
sam miałem nadzieję - ciągnął ironicznie - że jeszcze raz dasz się skusić. 

Mali nie odpowiedziała, tylko spuściła głowę. 
-  Więc zdecydowałaś się jechać?  
Potwierdziła bez słowa. 
-  Jutro wszystko załatwię - skapitulował. - Jak mówiłem, potrwa to parę dni, ale jakoś to 

przeżyjesz. 

background image

Mali jeszcze raz skinęła głową. Miała ochotę go dotknąć, powiedzieć, że przeprasza. Że go 

lubi i ma poczucie, iż nadużyła jego zaufania. Może nie celowo, ale jednak... 

-  Przykro mi... 
-  Oszczędź  sobie  słów  -  przerwał  jej.  W  jego  glosie  pobrzmiewał  gniew  i  ból.  Wyszedł, 

zamykając drzwi bezgłośnie. 

  
Mali długo nie mogła zasnąć. Łzy napływały jej do oczu na samą myśl o tym, co mogło się 

wydarzyć.  Co  ją  podkusiło?  Uczucie  gorzkiego  żalu  ścisnęło  jej  serce,  podkuliła  nogi  i 
zakryła oczy dłońmi. Co powie Havardowi? Że wraca, bo żyć tutaj było zbyt trudno? I co on 
na to? Da wiarę jej słowom? 

Może  więc  powinna  zostać?  Martin  miał  rację,  to  byłoby  prostsze  rozwiązanie.  Nie 

musiałaby  nic  mówić  Havardowi.  Tak  byłoby  lepiej.  Przerażała  ją  myśl,  że  Havard  znów 
mógłby powziąć jakieś podejrzenie. Nie zniosłaby tego. Musiałaby wrócić pamięcią do tamtej 
chwili - kiedy go zdradziła. 

Mali  jęknęła  głośno  i  ugryzła  się  w  dłoń.  Nie  miała  pojęcia,  co  zrobić.  Może  jednak 

zostać...  To  byłoby  trudne  nie  tylko  dla  niej,  ale  i  dla  Martina.  Musieliby  spędzić  razem 
kolejne trzy tygodnie... 

W końcu zapadła w niespokojny sen. 
  
Usiadła gwałtownie na łóżku. Nie miała pojęcia, jak długo spała, ale pokój wciąż spowijała 

ciemność.  Śniło  jej  się  coś,  a  sen  był  tak  rzeczywisty,  że  jej  serce  wciąż  biło  w  oszalałym 
rytmie. 

We śnie przyszła do niej Ruth. Stanęła przed nią śmiertelnie poważna i wyciągnęła  rękę. 

Mali  podała  jej  swoją  dłoń.  Ruth  odwróciła  się  i  ich  oczom  ukazały  się  zabudowania  w 
Stornes. Havard wybiegł im na powitanie, uśmiechał się, kosmyki włosów przykrywały jego 
opalone  czoło.  Ruth  puściła  jej  rękę  i  pchnęła  ku  mężczyźnie.  Mali  wciąż  czuła  dotyk  jego 
ramion,  kiedy  ją  obejmował,  zapach  jego  ciała,  ciepło.  Strużki  łez  popłynęły  jej  po 
policzkach, dotknęła dłonią rozpalonej twarzy. 

-  Tak, Ruth - szepnęła w ciemności. - Wracam do domu. 
Kiedy Mali zeszła na śniadanie następnego ranka, przy stole zastała jedynie Jenny. 
-  Dzień dobry. 
-  Dzień dobry. - Mali z trudem ukrywała zażenowanie. 
Bała  się  spotkania  z  Jenny.  Nie  wiedziała,  czy  Jenny  słyszała  coś  w  nocy.  A  może  brat 

zwierzył  jej  się  ze  wszystkiego?  Jenny  nie  spytała,  czy  dobrze  jej  się  spało,  a  zazwyczaj  to 
robiła.  I  było  coś  w  jej  wzroku,  czego  wcześniej  Mali  nie  dostrzegła.  Gniew  albo 
rozczarowanie. A może jedno i drugie. 

Nie  czuła  głodu,  ale  napełniła  talerz.  Wzbudziłaby  jedynie  podejrzenia,  nie  schodząc  na 

ś

niadanie, odmawiając jedzenia. Musiała zostać w tym domu jeszcze parę dni i w tej sytuacji 

należało zachowywać się naturalnie. 

-  Martin napomknął, że zamierzasz wyjechać.  
Mali sięgnęła drżącą dłonią po filiżankę z kawą. 
-   Tak... będzie najlepiej - powiedziała cicho.  
Jenny utkwiła w niej wzrok. 
-  Inne nadzieje wiązaliśmy z twoją wizytą. 
To prawda, pomyślała Mali. Jenny i jej brat mieli inne oczekiwania wobec niej, a ona nie 

wyprowadzała ich z błędu. Przyjmowała podarki i dowody atencji, również ze strony Martina. 
Łatwo było źle zinterpretować jej zachowanie, musiała to przyznać. 

-  Przykro mi, Jenny. 
Zapadła cisza. Jenny dłubała widelcem w talerzu, wyraźnie też nie była głodna. 
-  Czy to oznacza, że zrywasz umowę z Martinem? 

background image

-  Ależ skąd! - Mali zaprzeczyła pospiesznie. - Jeśli wciąż chce skorzystać z moich usług... 

Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. 

Jenny pokiwała głową. 
-  Szkoda, Mali - powiedziała po dłuższej chwili. 
W  jej  głosie  pobrzmiewała  nagana.  Mali  nic  nie  odrzekła,  schyliła  się  zażenowana  nad 

talerzem. Długo siedziały w milczeniu. Wreszcie Mali podniosła głowę i spojrzała na Jenny. 

-  Gdzie... gdzie jest Martin? 
-  Pojechał do sklepu. Wróci późnym wieczorem. 
-  A co ze mną? Nie powinnam też być w sklepie, skoro już tu jestem? 
-  Martin nie wspomniał o tym ani słowem. 
Mali pochyliła się nad talerzem. Nie będzie łatwo, pomyślała. Jedyna nadzieja w tym, że 

Martin zdoła wymienić bilet i będzie mogła wrócić do domu przy najbliższej okazji. 

  
-  Możesz pojechać do Nowego Jorku jutro nocnym pociągiem. Statek odpływa w sobotę o 

dwunastej - oznajmił Martin przy obiedzie. - Albo zostać z nami przez kolejne dziesięć dni. 
Są wolne miejsca na następny rejs. 

-  Wyjadę jutro - powiedziała cicho Mali.  
Skinął głową milcząco. 
-  Rozumiesz chyba, że nie puszczę cię samej w długą podróż do Nowego Jorku - dorzucił 

po chwili. - Trzeba znaleźć drogę do portu, nadać bagaż i... 

-  Dam sobie radę. 
-  Zapewne - przyznał - ale i tak nie mogę na to przystać. Ściągnąłem cię tutaj i czuję się 

odpowiedzialny za ciebie, póki jesteś w tym kraju. Odwiozę cię. 

-  Nie - Mali pokręciła głową. - To zupełnie zbędne. 
-  W  takim  razie  ja  pojadę  -  wtrąciła  się  Jenny.  -  To  dobre  rozwiązanie,  Martinie.  Masz 

dużo pracy w sklepie, a ja nie lękam się podróży. 

Martin pokiwał głową. Przenosił wzrok z jednej kobiety na drugą. 
-  W takim razie postanowione. Jenny cię odwiezie. 
-  Jeśli nalegasz - Mali wciąż się wahała. - Wolałabym jednak... 
-  Wyraziłaś się jasno - przerwał jej. - Zrobimy wszakże tak, jak mówię. 
Mali pokiwała powoli  głową. Dalszy  upór na nic się nie zda, Martin i tak miał przez nią 

dość kłopotów. 

-  Zapewne ucieszy cię wiadomość, że dostaliśmy mnóstwo zamówień. 
Mali spojrzała na niego z radosnym zaskoczeniem. 
-  Stroje  ludowe  budzą  powszechne  zainteresowanie  -  dodał.  -  Co  będzie  z  naszą  dalszą 

współpracą? 

-  Jeśli wciąż jesteś nią zainteresowany... 
-  Dobrze wiesz, że tak. 
-  To nie widzę powodu, by zrywać umowę - stwierdziła Mali. - Porozmawiam z Dorbet. 

Wszystko się jakoś ułoży. 

-  A co powie Havard? Jak wyjaśnisz mu chęć pracy ze mną, skoro wracasz rychlej? 
Mali  zaczerwieniła  się.  Na  samą  myśl  o  rozmowie  z  Havardem  poczuła  nieprzyjemny 

ucisk w piersi. Przecież musi mnie zrozumieć, pomyślała. Przecież właśnie po to wyjechała z 
domu, by nic złego się nie stało. Może dalej pracować dla Martina, cóż to zmieni. Poza tym 
chodzi o pieniądze, dużo pieniędzy.  Z tego nie zrezygnuje, nie po tym, co przeżyła podczas 
otwarcia sklepu. 

-  Jakoś to załatwię - skwitowała. - Będzie tak, jak mówię. 
-  Z pewnością  - skomentował Martin z ledwie ukrywaną ironią  w głosie. - Z pewnością, 

Mali Stornes. 

  

background image

Mali stała w otwartym oknie pokoju. Noc była ciemna, przykryta bezkresnym niebem, na 

którym z rzadka migotały gwiazdy. Wokół rozlegał się koncert świerszczy. 

Nie spakowała się do końca, pociąg odjeżdżał o szóstej dnia następnego, więc będzie mieć 

na to cały poranek. Zamierzała kupić prezenty dla wszystkich w ciągu najbliższych tygodni, 
ale  nagle  zabrakło  na  to  czasu.  Będzie  okazja  na  statku,  pomyślała,  przypomniawszy  sobie 
wspaniałe sklepy na pokładzie. W każdym razie nie wróci z pustymi rękami. 

Odmówiła Martinowi, kiedy ten zaoferował się zadzwonić do Havarda, by przygotować go 

na  jej  wcześniejszy  powrót.  Telefon  jedynie  by  go  zaniepokoił  i  wywołał  niepotrzebne 
zamieszanie.  W  kilka  minut  nie  sposób  wszystko  wyjaśnić.  Zresztą  rozmowa  telefoniczna 
kosztowałaby majątek. To, co ma do wyjaśnienia Havardowi, powie mu prosto w oczy. 

-  Zadzwonię z Bergen - wyjaśniła Martinowi. - Tak będzie najlepiej. 
Oparła  się  o  parapet  i  spojrzała  na  gwiazdy.  Jej  wzrok  zatrzymał  się  na  Wielkim Wozie. 

Wygląda tak samo jak w domu, pomyślała. To niezwykłe. 

  
Dopiero  po  dłuższej  chwili  znalazła  się  w  łóżku.  Przycisnęła  jedną  z  poduszek  do  piersi, 

zanurzyła w niej twarz i poczuła, jak pierwsze łzy napływają do oczu. Zrobiła głupstwo, ale 
przynajmniej  nie  zdradziła  Havarda.  Nie  tym  razem.  Chociaż  zdrada,  cóż  to  takiego?  Nie 
przespała się z Martinem, ale przyjmowała jego prezenty, pocałunki i pieszczoty. Czy to nie 
zdrada? 

-  Boże, spraw, by Havard mnie zrozumiał - modliła się bezgłośnie. - Spraw, by z moich 

głupstw nie zrodziło się więcej zła. 

Leżała długo, zanim zmorzył ją sen. 
  
ROZDZIAŁ 2. 
  
Mali stała na najwyższym pokładzie transatlantyku, spoglądając na ginące w oddali zarysy 

Statui Wolności i Ellis Island. Ledwie półtora tygodnia minęło od chwili, gdy z tego samego 
miejsca podziwiała panoramę Nowego Jorku, kiedy statek zawijał do portu. Czas ten jednak 
zdawał się jej wiecznością. Tak wiele się zdarzyło. 

Wychyliła  się  za  reling,  by  jeszcze  raz  zobaczyć  ogromny  miedziany  posąg.  Sylwety 

nowojorskich wieżowców ledwie były widoczne w falującym rozgrzanym powietrzu. 

Przed nią rozciągał się bezkresny  ocean. Wracała do domu. To dobrze i źle zarazem,  ale 

inaczej  być  nie  mogło.  Miała  nadzieję,  że  tak  właśnie  jest  najlepiej  i  że  Havard  zrozumie. 
Trwożyła się na myśl o rozmowie z nim, ale radowała powrotem w rodzinne strony. 

Wyprostowała  się  i  wciągnęła  morskie  powietrze  głęboko  do  płuc.  Wszystko  będzie 

dobrze, pomyślała. Zachowała się głupio, ale opamiętała się i wyjechała. Havard powinien to 
docenić i uwierzyć jej słowom. Nie miała pojęcia, co zrobi, jeśli Havard jej nie uwierzy, ale 
uznała,  że  zasługuje  na  jego  zaufanie.  W  końcu  zerwała  ten  związek  ze  względu  na  niego. 
Choć  prawdę  mówiąc,  nie  tylko  ze  względu  na  niego.  Bałaby  się  zostać  dłużej.  Nie  ufała 
sobie samej ani Martinowi. To była główna przyczyna. Z tego powodu wyjechała. 

Pożegnanie  z  Martinem  miało  oficjalny  charakter.  Uścisnęli  sobie  dłonie.  Kontrakt  na 

dostawy jej prac był gotowy, Martin obiecał dzwonić od czasu do czasu. Oboje wiedzieli, że 
ona nigdy już nie przyjedzie do Ameryki, a on nigdy nie odwiedzi ich w Stornes. Po tym, co 
zaszło, nie mogło być inaczej. 

Mali  obiecała  pomówić  z  Dorbet  o  szyciu.  Z  góry  jednak  wiedziała,  że  nigdy  nie  zgodzi 

się, by córka pojechała do Ameryki, na co pewnie Martin i Jenny po cichu liczyli. Skoro sama 
dała się omamić bogactwu i uznaniu, bo tak właśnie się stało, cóż mogło przytrafić się pięknej 
i beztroskiej Dorbet? Mali nie zamierzała nawet wspominać jej o tej propozycji. Dorbet jest 
mężatką, a Granvold to jej miejsce na ziemi. Trzeba żyć tam, gdzie los nas rzucił, pomyślała. 
Tak jest najprościej, choć w jej przypadku ta zasada doprowadziła do grzechu i nieszczęścia. 

background image

Ale to się zdarzyło dawno temu. Każdy ma prawo przekreślić dawne przewinienia. Próbowała 
tak uczynić, lecz bez skutku. Grzechy wracały do niej jak fale na wodzie. Tak pewnie jest z 
grzechem pierworodnym. Nie da się go zmazać. 

  
Rejs  powrotny  nie  był  takim  świętem  jak  wyprawa  do  Ameryki.  Mali  wdawała  się  w 

zdawkowe  pogawędki  z  ludźmi  poznanymi  przy  stole  kapitańskim,  ale  zazwyczaj  nie 
przeciągała  posiłków.  Spacerowała  samotnie  po  pokładzie  lub  wcześnie  kładła  się  spać. 
Trzymała się z dala od sali balowej i zabaw i z nikim nie nawiązała bliższej znajomości. 

Spędziła za to sporo czasu w sklepach. To, czego nie zdążyła zrobić w St. Paul, odebrała 

sobie  z  nawiązką  na  pokładzie  statku.  Wybór  towarów  był  imponujący  i  dla  wszystkich 
znalazła  odpowiedni  podarunek.  Nic  wielkiego,  znak  pamięci.  Miejsca  było  dość  w  pustej 
walizce, w której wiozła do Ameryki swoje prace. Po każdej wyprawie do sklepów układała 
nowe nabytki w walizce z cichą radością na myśl o powrocie do najbliższych. 

Wieczorami  leżała  na  koi,  a  ich  postaci  stawały  jej  przed  oczyma.  Zastanawiała  się,  co 

słychać u Dorbet, jak postępują roboty na Wzgórzu, czy Sivert dzwonił, czy wiedział, kiedy 
wraca  do  domu.  Co  jakiś  czas  łapała  się  na  myśli,  że  raptem  niedawno  wyjechała  z  domu. 
Wszystko jest zapewne po staremu, ileż może się wydarzyć w ciągu miesiąca? Tyle właśnie 
czasu upłynie, kiedy na powrót zjawi się w rodzinnych stronach. 

  
-  Stornes, słucham. 
Telefon odebrała Herborg. Na dźwięk znajomego głosu Mali żywiej zabiło serce. 
-  Halo, Herborg, mówi Mali. 
W słuchawce zapadła cisza. Usłyszała, jak Herborg gwałtownie nabiera powietrza. 
-  Mali, na Boga... Dzwonisz z Ameryki? 
-  Nie, z Bergen, mój statek przybił przed chwilą. Mogę rozmawiać z... 
-  Z Bergen? Przecież miałaś... 
-  Czy  mogę  rozmawiać  z  Havardem?  -  Mali  przerwała  swojej  rozmówczyni,  nie  wdając 

się w wyjaśnienia. - Jest gdzieś w pobliżu? 

W słuchawce znów zapadła kłopotliwa Cisza. 
-  Tak... tak, zaraz go zawołam. Był tu gdzieś na podwórzu... 
Dobiegł jej stukot odkładanej słuchawki. Mali usłyszała podniesiony głos Herborg. 
-  Havard, dzwoni Mali. 
Mali poczuła, jak miękną jej kolana. Co powie Havard? 
Był zdyszany. I zdenerwowany. 
-  Halo, Havard, to ja. Właśnie... właśnie przypłynęłam do Bergen i dziś jeszcze ruszam w 

dalszą drogę. Przyjadę parowcem we wtorek. 

-  Do domu... 
-  Tak, wszystko... wszystko ci wyjaśnię, jak będę na miejscu. Tam było mi za... za ciężko, 

Havard. Musiałam wracać. I... oto jestem. 

Nie odpowiedział od razu, słyszała tylko jego przyspieszony oddech. 
-  To  niespodzianka  -  wydusił  w  końcu  z  siebie.  -  Witaj  w  domu.  Wyjdę  po  ciebie  na 

przystań. 

-  Cieszę się, że znów cię zobaczę - rzuciła Mali niepewnie. Była rozczarowana, że w jego 

głosie nie wyczuła większej radości. 

-  Ja też - odrzekł. 
Nic więcej nie powiedział, ale w tych dwóch słowach były same znaki zapytania. 
-  Muszę zająć się bagażem - zakończyła Mali. - Będę we wtorek. 
Spoconą dłonią odłożyła słuchawkę. Powrót do domu nie będzie łatwy, wiedziała o tym od 

samego początku. Dopiero teraz jednak zdała sobie z tego sprawę z całą mocą. 

   

background image

Mali stała na pokładzie, kiedy parowiec parł przez fiord w kierunku nabrzeża. Był piękny 

sierpniowy dzień, jeden z tych dni wyjątkowej urody, które zdarzają się czasem jesienią. 

Wszystko zdawało się Mali wyraźniejsze niż wcześniej. W powietrzu jasnym jak kryształ 

na  ciemnej  toni  fiordu  pojawiały  się  oślepiające  błyski,  a  pola  na  brzegu  nabrały  barwy 
dojrzałej żółci. Gdzieniegdzie rozpoczęto już żniwa. Było też po sianokosach, bo Mali nigdzie 
nie dostrzegła stojaków do suszenia, a łąki zieleniły się świeżym odrostem. Przez miesiąc jej 
nieobecności ludzie nie ustawali w robocie. 

Zadrżała, kiedy w popołudniowym słońcu ukazał się znajomy cypel i zabudowania. Łódź 

stała  przy  brzegu,  ktoś  pewnie  wypływał  na  fiord  poprzedniego  wieczoru.  Poczuła,  jak  łzy 
płyną jej po policzkach, a fala wzruszenia rozsadza pierś. Wracała do siebie! Tu był jej dom, 
u  podnóża  gór,  gdzie  zapach  wodorostów  łaskocze  nozdrza.  Złożyła  dłonie  do  modlitwy  i 
dziękowała Bogu, że uchronił ją od nieszczęść, które nie pozwoliłyby jej wrócić w to miejsce. 
Bardziej niż kiedykolwiek rozumiała teraz, co mogła utracić. 

Widziała z daleka ludzi na przystani, a pośród nich Havarda i Johannesa. Uśmiechnęła się. 

Johannes  nie  przepuściłby  takiej  okazji.  To  dobrze,  to  tylko  ułatwi  powitanie.  Z 
wyjaśnieniami  może  zaczekać  do  wieczora.  Zresztą  wszyscy  będą  domagać  się  wyjaśnień. 
Powie,  że  miała  dolegliwości  żołądkowe  i  postanowiła  wracać.  Wiedziała,  że  Havard  nie 
uwierzy,  ale  pozostali  może  wezmą  jej  słowa  za  dobrą  monetę.  Zresztą  będą  musieli,  nie 
usłyszą niczego więcej. Ale Havard... Poczuła ucisk w gardle na myśl o tym, ale szybko się 
otrząsnęła. Havard zrozumie. 

  
-  Babciu! 
Johannes  biegł  jej  naprzeciw,  kiedy  szła  po  chybotliwym  pomoście.  Mali  otworzyła 

ramiona  na  powitanie.  Objął  ją  z  całą  siłą  i  przytulił  ciepły,  miękki  policzek  do  jej  twarzy. 
Czuła jego przyspieszony oddech tuż przy uchu i słodki zapach jego ciała. 

-  Wróciłaś  wreszcie  do  domu  -  powiedział  i  cofnął  się  odrobinę,  aby  ogarnąć  ją 

spojrzeniem. - Czekałem na ciebie. 

-  A ja tęskniłam - uśmiechnęła się. - Za wami wszystkimi - dodała, podnosząc wzrok na 

Havarda,  który  zbliżał  się  do  nich.  Mali  uwolniła  się  od  Johannesa  i  wyciągnęła  ku  niemu 
obie  ręce.  Najchętniej  przytuliłaby  go  jak  wnuka,  ale  wokół  byli  ludzie.  Havard  chwycił  jej 
dłonie. Przyglądali się sobie, a w jego niebieskich oczach było mnóstwo znaków zapytania. 

-  Witaj w domu - powiedział. 
-  Dziękuję - odrzekła cicho. - Jestem taka szczęśliwa, że wróciłam. 
-  Miałaś wrócić później. 
-  Tak, ale... 
Johannes  szarpał  ją  za  ramię,  pokazując  na  walizki,  które  właśnie  znoszono  na  ląd.  Nie 

mógł ustać w miejscu. 

-  Kupiłaś mi coś w Ameryce, babciu? Jego oczy błyszczały z podniecenia. 
-  Chyba  w  to  nie  wątpisz?  -  uśmiechnęła  się.  -  Musisz  zaczekać,  aż  wrócimy  do  domu. 

Mam podarki dla wszystkich, dzisiejszy wieczór będzie prawdziwie świąteczny. 

Rzuciła szybkie spojrzenie Havardowi. 
-  Porozmawiamy o tym później, dobrze?  
Skinął głową. 
-  Nie cieszysz się, że wróciłam, Havard?  
Johannes  pobiegł  do  mężczyzn  znoszących  bagaże  z  pokładu.  Zostali  sami.  Havard 

wyciągnął rękę i musnął ją po policzku. 

-  Oczywiście, że się cieszę - powiedział. - Dlaczego pytasz? 
Mali nie znalazła słów. Może poczucie winy nie pozwalało jej dostrzec radości w oczach 

Havarda. A może po prostu liczyła na więcej. 

Havard zaczął ładować walizki na wóz. Johannes targał jedną z jej toreb podróżnych. 

background image

-  Za ciężka jest dla ciebie - Mali zaoferowała się z pomocą. 
-  Wcale nie - odrzekł zdecydowanie i czerwony z wysiłku podniósł torbę. - Zapisałem się 

do szkoły. 

-  Doprawdy? - Mali złożyła dłonie. - I jak było? 
-  Dobrze - odrzekł chłopiec, podając torbę Havardowi. - Zaczynam pierwszego września. I 

jeszcze dostałem tornister - dodał. - Najładniejszy, jaki był w sklepie, prawda, dziadku? 

-  Prawda - stwierdził Havard, targając chłopca za czuprynę. - Dostałeś też piórnik, ołówki, 

gumkę i kredki. 

-  Pokażę ci wszystko, jak wrócimy do domu - obiecał Johannes i wdrapał się na wóz. - I 

może tato wróci, zanim zaczną się lekcje - dodał z nadzieją. 

-  To  nic  pewnego  -  poprawił  go  Havard.  -  Choć  wróci  we  wrześniu.  Tak  przynajmniej 

powiedział, kiedy dzwonił ostatnim razem. 

-  A co u Dorbet? - dowiadywała się Mali. 
-  Ma dzidziusia w brzuchu. - Johannes nie pozwolił dojść Havardowi do słowa. - Dorbet 

jest taka gruba, że jak chodzi, to się kołysze. 

Havard wybuchnął śmiechem. 
-  Tak źle nie jest - wyjaśnił, zerkając na Mali. - Dziecko rośnie, a mama czuje się dobrze. 

Tak przynajmniej twierdzi - dodał i podając Mali rękę, pomógł jej wsiąść na wóz. 

-  Nie bawiła się z nami, kiedy kosiliśmy trawę na górskim pastwisku - trajkotał Johannes. 

- Jakby miała skakać z takim wielkim brzuchem? Goniliśmy się w parach i wiesz, kto wygrał, 
babciu? 

Chłopiec promieniał z dumy. 
-  Ola Havard i ja! Pobiliśmy Havarda i  Laurę, chociaż bardzo się starali. Prawda, że tak 

było, dziadku? 

Mali  poczuła  ukłucie  niepokoju.  Spojrzała  z  ukosa  na  Havarda.  Mężczyzna  zaczerwienił 

się. Podciął nerwowo konia i wóz ruszył. 

-  Tak, tak, wygrałeś - mruknął, nie odrywając wzroku od drogi. 
-  Więc Laura była na hali? - Mali przyglądała się bacznie mężowi. 
-  Na sianokosach są wszyscy - burknął. - Co roku. 
-  W zeszłym roku jej nie było. 
-  Tym razem przyszła. 
Bo  wiedziała,  że  mnie  nie  ma,  pomyślała  Mali.  Co  zaszło  tamtego  dnia?  Wciągnęła 

Havarda do zabawy! Mali nie wierzyła własnym uszom. Opuściła głowę i nie powiedziała już 
ani słowa. Zdaje się, że Havard też będzie musiał niejedno jej wytłumaczyć, kiedy wieczorem 
zostaną sami. 

  
Radość  powitania  opanowała  Stornes,  choć  wszyscy  nie  mogli  się  nadziwić,  że  wróciła 

wcześniej. Mali poskarżyła się na dolegliwości żołądkowe. 

-  Źle się czujesz? - Tordhild przyjrzała się jej uważnie. - Byłaś u lekarza? 
-  Nie uznałam tego za konieczne - wyjaśniła pospiesznie Mali. - To pewnie przez te nerwy 

przy otwarciu sklepu. I jedzenie, do którego nie nawykłam. Uznałam, że skoro nie mogę być 
pomocna, to... 

Napotkała badawczy wzrok Havarda i zaczerwieniła się. Opuściła głowę. 
-  Przez ten tydzień na statku bóle ustąpiły - dodała. - Już jestem zdrowa. 
-  Szkoda, że nie mogłaś zostać do końca - uznała Herborg. - Na pewno było wspaniale? 
Mali pokiwała głową i zaczęła majstrować przy zamku walizki. 
-  Tak,  to  niezwykłe  doświadczenie  -  powiedziała.  -Tak  odmienne  od  wszystkiego,  co 

znałam. Ale dobrze już być w domu - dodała szybko i spojrzała na Havarda. - Tu jest moje 
miejsce na ziemi. Teraz już wiem na pewno. 

  

background image

Pod  nieobecność  Mali  Marilena  nauczyła  się  chodzić.  Okrąglutka  i  roześmiana,  stawiała 

niezdarne  kroki  na  krótkich  nóżkach.  Córka  Ruth  miała  się  dobrze,  co  napełniło  Mali 
radością. Była to jednak radość przemieszana z żalem, że Ruth już przy niej nie było. Nie do 
niej, lecz do Tordhild człapała dziewczynka z wyciągniętymi rączkami, prosząc, by ją wziąć 
w ramiona. 

Mała  Mali  też  urosła  przez  ostatnie  dni.  Mali  uniosła  ją  wysoko  w  powietrze,  a 

dziewczynka zaniosła się śmiechem, znacząc bluzkę Mali strużkami śliny. 

-  Zostaną plamy - zaniepokoiła się Herborg. - Mała Mali ząbkuje, dlatego się tak ślini. 
-  Spiorą się. - Mali nie wydawała się przejęta, bacznie obserwując dziewczynkę. 
Przyszła  spadkobierczyni  Stornes  była  pięknym  dzieckiem.  Ciemnobrązowe  oczy 

odziedziczyła po babci, miała też rysy jak wszyscy z jej rodu. Tylko z włosów przypominała 
matkę; były kasztanowe i zwijały się w loki nad uszami. 

Johannes przestępował z nogi na nogę. Jego cierpliwość wystawiona została na najwyższą 

próbę. 

-  Nie otworzysz walizki, babciu? 
-  No dobrze, czas na prezenty  - zgodziła się Mali. -  Zjemy później  - dodała, odwracając 

się do Ane i wskazując na nakryty stół. 

-  Zjemy później - potwierdził Johannes. 
W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Dorbet. Mali rozpromieniła się, 

widząc córkę w dobrym zdrowiu, rumianą i promienną. Wstała i wyciągnęła ku niej ręce. 

-  Zaokrągliłaś  się  przez  ten  czas  -  powiedziała,  śmiejąc  się.  -  Za  parę  miesięcy  urodzisz 

wielkoluda. 

-  Wszyscy tak mówią - westchnęła Dorbet. - Marit twierdzi, że urodzę dwójkę. 
-  Sprawdzimy to później. W twoim stanie będzie to można stwierdzić. 
Johannes szarpał ją za ramię. 
-  Prezenty, babciu... 
-  Tak, czas na prezenty. - Mali podniosła wieko walizki. Johannes zajrzał z przejęciem do 

ś

rodka i powąchał zawartość. 

-  Pachnie Ameryką! - krzyknął wniebowzięty. - Czuję zapach Ameryki! 
Mali kupiła mu skórzane spodnie i kowbojską koszulę. 
Johannes rozebrał się na środku pokoju i przywdział nowy strój. 
-  Patrzcie na niego, kowboj pełną gębą - śmiała się Tordhild. - Ale z ciebie przystojniak! 
Johannes  z  dumą  paradował  po  izbie,  a  w  chwilę  później  pozostali  dzielili  jego  radość  z 

podarków. Dorbet, Tordhild i Herborg dostały piękną bieliznę, Ane i  Ingeborg z przejęciem 
ś

ciskały flakoniki perfum. Aslak i O1av dostali wodę po goleniu. 

Havard uniósł brwi, kiedy Mali wręczyła mu dwie jedwabne koszule i krawaty. 
-  To za dużo... 
-  Piękne  -  zachwycała  się  Dorbet.  -  Nikt  tutaj  takich  nie  ma,  tato,  będziesz  wyglądał  w 

nich nadzwyczaj elegancko. 

-  Ola też jedną dostanie. - Mali grzebała w walizce. - I Sivert, kiedy wróci do domu. A to 

dla ciebie, Oja - dodała, wyciągając kolejną koszulę i brązową skórzaną kamizelkę. 

Oja  siedział  na  krześle,  trzymając  Małą  Mali  na  kolanach.  Był  ogorzały  od  słońca,  jego 

włosy  wydawały  się  jaśniejsze  niż  zwykle,  a  oczy  jeszcze  bardziej  niebieskie.  Ciepłe, 
roześmiane oczy. Oja promieniał szczęściem, nie sposób było tego nie zauważyć. Szczęśliwy, 
dumny, bezpieczny. Mali całym sercem dzieliła jego radość. 

-  Wielkie dzięki - powiedział, przyjmując podarki. 
-  O takiej kamizelce dla ciebie marzyłam! - zachwyciła się Herborg. - Pięknie będziesz w 

niej wyglądać, Oja! 

-  Ty też się wystroisz - Oja mrugnął do niej żartobliwie, wskazując na delikatną bieliznę. 

background image

Herborg  oblała  się  rumieńcem.  Położyła  rękę  na  jego  ramieniu  i  uśmiechnęła  się 

zażenowana. 

-  No co ty - powiedziała i musnęła go pieszczotliwie po włosach. - No co ty... 
Obu dziewczynkom Mali kupiła sukienki. Bardzo strojne, nie do codziennego użytku, ale 

nie mogła się oprzeć. Tordhild i Herborg klasnęły w ręce na ich widok. 

-  Prześliczne! - uznała Herborg. - Panny ze Stornes będą najpiękniejsze! 
-  A  sobie  nic  nie  kupiłaś?  -  dopytywała  się  Tordhild.  -  Wszystkich  obdarowujesz,  a  co 

kupiłaś sobie? 

-  Kapelusz  -  roześmiała  się  Mali,  wyciągając  nieco  zdeformowane  nakrycie  głowy  z 

walizki. - Tam wszyscy chodzą w kapeluszach. 

Założyła go i przechyliła głowę. 
-  I jak wyglądam? 
-  Ślicznie - uznała Dorbet. - Ale chyba kupiłaś coś jeszcze? 
-  Same drobiazgi - odrzekła Mali i zamknęła walizkę. - Mam wszystko, czego mi trzeba. 
O  sukni  nie  wspomniała  ani  słowem.  Zostawiła  ją  na  farmie,  podartą  na  piersi,  jak 

niechciane wspomnienie złych postępków. 

   
ROZDZIAŁ 3. 
   
Mali opowiadała o podróży. Johannes wdrapał się na jej kolana, domagając się opowieści 

o rejsie przez wielkie morze. O przerażających górach lodowych i falach wielkich jak domy. 
Tak się wyraził. 

Herborg pytała, jak ubierają się damy za wielką wodą, a Dorbet o życie w Ameryce, zbytki 

i  przyjęcia  towarzyskie.  Aslaka  i  O1ava  ciekawiła  praca  na  farmie,  zbiory,  dochodowość  i 
silosy.  Aslak  słyszał  pogłoski,  że  silosy  są  tam  w  powszechnym  zastosowaniu,  i  chciał 
wiedzieć, ile w tym prawdy. Mali potwierdziła  - mieli silosy i używali prawdziwego kwasu 
mrówkowego. A klimat pozwalał na trzy nawet cztery zbiory w ciągu roku. Mężczyźni kręcili 
głowami z podziwem. 

Tylko Havard o nic nie pytał. Mali rzucała ukradkowe spojrzenia na męża, który siedział 

zamyślony. Niewiele się odzywał. 

Mali  opowiadała  o  statku,  o  kinie  i  przedstawieniach,  o  eleganckich  salonach  i  sali 

balowej,  o  ludziach,  których  poznała.  Opisała  farmę  wyposażoną  w  bieżącą  wodę  i 
elektryczność,  zabawy  taneczne  przy  szampanie  i  eleganckich  gości,  zwłaszcza  panie  w 
niezwykłych kreacjach i najmodniejszych fryzurach. Oczy Dorbet lśniły z przejęcia. 

-  Chciałabym tam pojechać - westchnęła. 
-  Tutaj  jest  ci  lepiej  -  orzekła  zdecydowanie  Mali.  -  To  było  wielkie  przeżycie,  nie 

ukrywam. Nie mogłabym jednak wieść takiego życia. 

-  Ja bym mogła - Dorbet nie miała wątpliwości. 
To  prawda,  pomyślała  Mali,  patrząc  na  rozgorączkowaną  twarz  córki.  Dlatego  też  nigdy 

nie  powinna  zasmakować  życia  w  The  Hill.  Zamierzała  powiedzieć  Dorbet  o  propozycji 
Martina,  ale  przy  lepszej  okazji.  Kiedy  zostaną  same.  Dorbet  musi  wiedzieć,  na  co  się 
porywa,  i  zyskać  przychylność  męża.  Była  wszak  gospodynią  w  Granvold  i  miała  mnóstwo 
obowiązków. Szycie dla Martina wymagałoby poświęceń. 

Marit  będzie  sarkać,  choć  szycie  przynosi  pieniądze.  W  Granvold  jednak  pieniędzy  nie 

brakowało, a dla Marit najważniejsza była gospodarka, rodzina i potomstwo. Uważała, że syn 
potrafi zadbać o żonę i dzieci, i Mali musiała przyznać jej rację. Marit wprawdzie zawsze z 
zainteresowaniem  śledziła  jej  pracę,  ale  nigdy  nie  wynosiła  szycia  i  tkactwa  ponad  inne 
obowiązki pani domu. Na swój sposób była staromodna, trzymała się dawnych tradycji i ról 
społecznych. Dorbet musiałaby mieć męża po swej stronie, by przekonać teściową. 

-  A twoje prace dobrze przyjęto? - dopytywała się Tordhild. 

background image

-  Tak, zainteresowanie przerosło moje oczekiwania. Mam mnóstwo nowych zamówień. 
-  No i pieniędzy - powiedział O1av, nie kryjąc zazdrości. 
-  Zapłacono mi - ucięła Mali. 
A  było  tak,  że  wróciła  z  Ameryki  jako  majętna  osoba.  Nigdy  w  życiu  nie  miała  tyle 

pieniędzy i miała nadzieję, że Havard to doceni. Nigdy nie cierpieli niedostatku, ale pieniądze 
z Ameryki zabezpieczą rodzinę na resztę życia. A będzie ich więcej, kiedy wypełni wszystkie 
zobowiązania.  Nie  musieli  więc  martwić  się  o  przyszłość,  lecz  wszak  pieniądze  to  nie 
wszystko.  Zmartwienia  nie  rodzą  się  wyłącznie  z  braku  pieniędzy.  Wiedziała  o  tym  z 
własnego doświadczenia. 

  
Serce Mali biło głośno, kiedy Havard zamykał za sobą drzwi do sypialni na poddaszu. Tyle 

było  niedopowiedzeń  między  nimi,  tyle  pytań  bez  odpowiedzi.  Zastanawiała  się  przez  cały 
wieczór,  co  może  mu  powiedzieć,  ale  nie  znalazła  właściwego  rozwiązania.  Będzie,  co  ma 
być.  Jednakże  strach,  iż  ich  miłość  nie  wytrzyma  ciężaru  słów,  towarzyszył  jej  od  chwili 
zejścia z pokładu parowca. 

Miała  wrażenie,  że  nikt  nie  dostrzegł  jej  rozterek.  Może  z  wyjątkiem  Tordhild,  która 

zauważyła niezwyczajne milczenie Havarda. 

-  Nie  odzywasz  się  -  powiedziała.  -  Zaniemówiłeś  z  wrażenia?  Przecież  nie  musiałeś 

długo czekać na jej powrót. 

Nic na to nie odrzekł. 
-  Łóżko świeżo zasłane - Mali uśmiechnęła się do męża. 
-  To zasługa Herborg - odrzekł, rozpinając koszulę. - Przygotowała wszystko specjalnie na 

twój powrót. 

Rozebrali  się  w  milczeniu.  Mali  naciągnęła  pospiesznie  koszulę  nocną,  zdjęta  nagłym 

wstydem wobec męża. Nie patrzył na nią. Położył się na łóżku i wsparł głowę na dłoni. Mali 
wślizgnęła się pod posłanie i przytuliła do niego, położyła mu dłoń na piersi. Dłuższą chwilę 
leżeli, nie odzywając się. 

-  Dlaczego więc wróciłaś przed czasem?  
Mali nabrała tchu. 
-  Mówiłam już, było mi trudno... 
-  W jakim sensie trudno? 
Znów  zapadła  cisza.  Na  dole  skrzypnęły  drzwi.  Nie  wszyscy  jeszcze  udali  się  na 

spoczynek. 

-  Martin... Sądziłam, że było... że zrozumiał... 
-  Wciąż cię pragnął, czy to usiłujesz mi powiedzieć?  
Mali przyłożyła twarz do piersi męża i przytaknęła. 
-  A ty? 
-  Ja go nie chciałam, przecież wiesz - szepnęła. - Ale może dałam się uwieść gościnności, 

zainteresowaniu... Sama nie wiem... Może dlatego wydawało mu się, że chcę... że on może... 

Poczuła, jak zesztywniał. Szybko podniosła głowę i zajrzała mu w oczy. 
-  Nic  nie  zaszło  -  powiedziała  dobitnie.  -  Musisz  mi  uwierzyć.  Mogło  zajść,  gdybym 

została. Tak sądzę. A nie chciałam. Tylko na tobie mi zależy. Jedynie ciebie pragnę. 

-  Jak więc mogło stać się cokolwiek, skoro tylko mnie pragniesz? 
-  Nie  wiem...  -  zawahała  się.  -  Nastrój,  ta  jego  natarczywość...  Nigdy  tego  nie 

doświadczyłeś? - dodała ostro, odrzucając włosy. - Nie zapomniałam, że sam... 

Havard zajrzał jej w oczy. 
-  Ja  też  nie zapomniałem  -  powiedział  powoli. -  Nie  mam  prawa  czynić  ci  wyrzutów  po 

tym, co się stało. 

Mali pogładziła go po policzku. 
-  Nie powinnam była znów wyciągać tej historii - szepnęła. - Zostawiliśmy ją za sobą. 

background image

Objął ją i przyciągnął do siebie, przytulił mocno do piersi. 
-  Cierpiałem - wyrzucił z siebie cicho. - Bałem się, że jego wybierzesz. Że nie wrócisz... 
-  Havard... 
-  A kiedy zadzwoniłaś... Byłem pewien, że... Głos mu się załamał i musiał przerwać. 
-  Nie zniósłbym tego - dokończył z napięciem. - Gdyby cię posiadł. 
-  Nic między nami nie było, Havard. 
-  Słyszę. 
-  Ale mi nie wierzysz? 
Głaskał ją po plecach, trzymał mocno, jakby się bał, że zniknie jak zjawa. 
-  Wierzę - powiedział cicho. - Przecież nigdy mnie nie okłamałaś. 
Mali  zadrżała.  Wspomnienie  zdrady  i  kłamstw  stanęło  jej  przed  oczyma,  ale  nie 

powiedziała  ani  słowa.  Nic  dobrego  by  z  tego  nie  wynikło,  ten  ciężar  musiała  dźwigać  w 
samotności. 

-  Nie mam prawa czynić ci wyrzutów - powtórzył. - Wiem, jak to jest, kiedy ktoś... ktoś 

pragnie... 

Mali zesztywniała i ze świstem wciągnęła powietrze. Potem uniosła się na łokciu i wbiła 

wzrok w męża. 

-  Laura? 
Pokiwał głową i przeciągnął dłonią po policzku. 
-  Przyszła na sianokosy - zaczął ledwie słyszalnym głosem. - Nie chciałem mieć z nią nic 

wspólnego,  ale  dzieci...  Johannes  i  Ola  Havard  prosili,  byśmy  dołączyli  do  zabawy.  Nie 
wiedziałem, jak odmówić... 

-  To nic takiego - szepnęła Mali, choć myśl o Havardzie i Laurze pogrążonych w zabawie 

na górskim pastwisku dręczyła ją bardziej, niż gotowa była przyznać. 

Havard chrząknął i ciągnął ochrypłym głosem. 
-  Wypatrzyła mnie, jak schodziłem w dół. Szukałem owiec i dlatego... 
Nabrał tchu i chwycił twarz Mali w obie dłonie. 
-  Nic nie zaszło między nami - zapewnił. - Tylko tak jak Bakken ona chciała... byśmy... 

Wykąpała się w rzece i stała naga, kiedy przyszedłem... 

Mali  poczuła  przypływ  gniewu  i  zazdrości.  Cóż  jednak  mogła  powiedzieć,  przecież  też 

leżała  naga  w  ramionach  Martina.  Upór  Laury  złościł  ją  jednak  niepomiernie.  Laura  nie 
chciała  przyjąć  do  wiadomości,  że  Havard  nigdy  nie  będzie  do  niej  należał.  Miała  go  tylko 
raz, wtedy na sianie. Ola Havard był owocem tamtej chwili. 

-  Wściekła  się,  kiedy  ją  zostawiłem  -  ciągnął  Havard.  -  Powiedziała,  że  rozpowie 

wszystkim, iż Ola Havard jest moim synem. I że wziąłem ją tam nad rzeką. 

-  Już wcześniej ci groziła. 
-  Tym razem może groźby wprowadzić w czyn - powiedział powoli. - Oznajmiłem jej, że 

nie chcę jej więcej widzieć. To się jej nie spodobało. 

Mali pochyliła się nad nim i pocałowała go. Jej włosy zamknęły się nad nimi jak pachnąca 

złocista ciemność.  

Havard przytulił ją gwałtownie. 
-  Tylko ty się liczysz, Mali. 
-  Tylko ty i ja - szepnęła. - Tylko my oboje. 
Nie  protestowała,  kiedy  zdjął  z  niej  koszulę.  Dwa  rozpalone  ciała  zetknęły  się  ze  sobą. 

Mali  jęczała  pod  pieszczotą  jego  dłoni,  napierała,  jakby  nie  mogła  nasycić  się  bliskością. 
Błądziła  rękoma  po  znajomym  ciele,  głaskała  napięte  mięśnie  ramion  i  twarde  uda.  Kiedy 
wszedł w nią, poczuła się czysta, jakby razem starli to, co było, obcy dotyk i obce pocałunki. 
Otwarła  się  na  niego  całą  sobą,  należał  wyłącznie  do  niej.  W  końcu  było  tak,  jak  być 
powinno. Miłość przetrzyma wszystko. Nikt nie stanie już między nimi. Nigdy. 

  

background image

Następnego ranka Mali zerwała się o świcie. 
-  Bój  się  Boga  -  zdziwiła  się  Ane  na  widok  Mali  zajętej  nakrywaniem  do  stołu.  - 

Myślałam, że chcesz się wyspać. 

-  Dość  spałam  -  powiedziała  Mali.  -  Muszę  wszystkiego  doglądnąć.  Mam  poczucie, 

jakbym wyjechała na całą wieczność. 

-  Wyglądasz  na  wyspaną  -  uznała  Ane.  -  Dawno  nie  widziałam  cię  w  równie  radosnym 

nastroju. 

Mali  poczuła,  że  się  rumieni.  Odwróciła  się  do  pieca  i  nalała  sobie  kawy.  Rzeczywiście 

czuła  się  promiennie.  Szczęśliwsza  niż  kiedykolwiek.  Znaleźli  na  powrót  drogę  do  siebie, 
wyjaśnili  nieporozumienia  -  to  wszystko  kazało  jej  się  uśmiechnąć  do  własnego  odbicia, 
kiedy stała na poddaszu wcześnie rano, czesząc włosy. Serce wypełniała jej wdzięczność za 
ż

ycie, za Havarda, za powrót do domu. 

-  Tak się cieszę, że wróciłam. - Nie powiedziała nic więcej. 
-  I my wszyscy się cieszymy - odrzekła Ane. - Stornes bez ciebie to nie to samo miejsce. 

Choć  wszystko  idzie  dobrze  -  dodała  szybko.  -  W  domu  i  na  polu.  Ale  kiedy  cię  nie  ma... 
Sama nie wiem... 

Przerwała bezradnie. 
-  To tak, jakby brakowało najważniejszego - dokończyła. - Kiedy ciebie nie ma. 
Mali spojrzała na Ane, a potem wyciągnęła do niej rękę. 
-  Dziękuję - powiedziała niemal zawstydzona, czując, jak fala ciepła ogrzewa jej serce. 
Wstawał  jasny  sierpniowy  dzień.  Mali  zatrzymała  się  na  podwórku,  by  rzucić  okiem  na 

Stortind. Sylweta góry rysowała się majestatycznie na tle niebieskiego nieba. Wzgórza wciąż 
pokryte  były  soczystą  zielenią,  ale  gdzieniegdzie  pojawiły  się  pierwsze  żółtawe  plamy  liści. 
Nadchodziła  jesień.  Mali  zaczerpnęła  haust  ostrego  porannego  powietrza  i  westchnęła  ze 
szczęścia.  Na  chwilę  stanął  jej  przed  oczyma  obraz  farmy,  Martina  i  Jenny,  zaraz  jednak 
otrząsnęła się i ruszyła do spiżarni. 

Kiedy otworzyła drzwi, uderzył ją znajomy zapach solonego jedzenia i zboża. Ane miała 

rację, wszystko było w najlepszym porządku, choć zapasy uległy zmniejszeniu. Dość jednak 
zostało,  by  dotrwać  do  zbiorów  i  uboju.  Mali  przesunęła  wzrokiem  po  rzędach  kiełbas  i 
wędzonych szynek wiszących pod sufitem i zdecydowała, że poda dziś mięsny posiłek, choć 
była zwykła środa. Dla niej jednak ten dzień nabrał specjalnego charakteru. Havard zrozumie, 
innych po prostu ucieszy świąteczny obiad. 

Zajrzała  do  chlewu  i  stwierdziła,  że  starannie  go  wysprzątano.  Pomieszczenie  lśniło 

czystością, jeśli w ogóle można mówić o czystości w chlewie. Wykarmione różowe świniaki 
zakwiczały z nadzieją na jej widok. Mali zamknęła drzwi za sobą. 

Wracając przez podwórze, zatrzymała się i spojrzała na fiord. Poranne słońce odbijało się 

w ciemnej toni. Duża ryba z pluskiem rzuciła się przy brzegu i Mali nagle nabrała ochoty, by 
zejść  nad  wodę,  tam  gdzie  panuje  cisza.  Ruszyła  przez  jabłoniowy  sad,  trawa  wciąż  była 
mokra od rosy i zmoczyła jej stopy. Podciągnęła suknię i szła dalej. 

Ś

ciana  szopy  nagrzała  się  od  słońca.  Mali  usiadła  w  trawie  i  oparła  się  plecami  o  ciepłe 

bale.  Po  drugiej  stronie  fiordu  zapiał  kogut,  a  dźwięk  poniósł  się  daleko  ponad  nieruchomą 
powierzchnią  wody.  Po  kamieniach  chodził  ostrygojad  w  poszukiwaniu  jedzenia.  Panowała 
cisza, przerywana jedynie cichym szeptem fiordu. 

Mali  przyłożyła  głowę  do  ściany  i  objęła  wzrokiem  majestatyczny  krajobraz.  Nie  ma 

piękniejszego miejsca na ziemi, pomyślała. Aż dziw, że ta myśl tak  rzadko przychodziła jej 
do głowy, zresztą może wyjazd sprawił, że pewne rzeczy widziała znacznie wyraźniej. 

Tu  przy  szopie  na  łodzie  przeżyła  tak  wiele.  Gorącą  schadzkę  z  Jo,  z  której  zrodziło  się 

dziecko  miłości,  Sivert.  Dziecko,  które  sprawiło,  iż  mogła  zostać  z  Johanem,  bo  miała  dla 
kogo żyć. 

background image

Pamiętała  poniżające  spotkanie  z  Torgrimem  i  ten  straszny  ranek,  gdy  znaleźli  Ruth. 

Potarła dłonią oczy, jej wzrok podążył bezwiednie do miejsca przy brzegu, gdzie ją znaleźli. 
Na pewien sposób tamten dzień wydał się jej bardzo odległy, choć ból był wciąż równie silny 
jak  wtedy,  jeśli  tylko  pozwoliła  mu  sobą  owładnąć.  Zwykle  odpychała  go  od  siebie,  ale  on 
tkwił w niej na zawsze. 

Poprosi  Havarda,  by  poszedł  z  nią  na  grób  Ruth  po  południu.  Dawno  nie  była  u  swojej 

najstarszej  córki.  Usiądzie  na  trawie  pod  zwisłą  brzozą  i  porozmawia  z  nią;  taka  rozmowa 
zawsze przynosiła spokój jej duszy. I poprosi Ruth o przebaczenie. Za każdym razem prosiła 
ją o przebaczenie. Świadomość tragicznego zaniedbania wobec córki nigdy jej nie opuszczała. 

Drgnęła  na  odgłos  krzyku  ostrygojada.  Wstała  szybko,  otrzepała  suknię  i  ruszyła  w  górę 

przez jabłoniowy sad. 

 
ROZDZIAŁ 4. 
 
-  Jest ktoś w domu? - Dorbet wsadziła głowę przez drzwi. 
-  Oczywiście - odrzekła Mali, uśmiechając się. - Wejdź do środka. 
-  Myślałam  o  tym,  co  powiedziałaś  wczoraj.  -  Dorbet  zamknęła  drzwi  za  sobą.  -  Że 

sprawdzisz, czy noszę w sobie tylko jedno dziecko... 

Poklepała się po wystającym brzuchu. 
-  Ja też o tym myślałam - przyznała Mali. - Miałam nadzieję, że się zjawisz. Mam też z 

tobą do pomówienia o czymś jeszcze. 

-  O czym? 
-  Poczekaj,  aż  zostaniemy  same  -  szepnęła  Mali,  rzucając  znaczące  spojrzenie  na  Ane  i 

Ingeborg.  -  Chodźmy  do  domku  -  dodała  głośno.  -  Tordhild  jest  na  Wzgórzu,  a  Johannes 
gdzieś biega. 

-  Tordhild z dzieciakiem nie mieszkają w domku, tylko razem z tobą? 
-  Tak, trzymają tam jedynie swoje rzeczy przed przeprowadzką. 
-  Więc Herborg i Oja przejmą domek za jakiś czas? - dopytywała się Dorbet. - Wiem, że 

nie ma zwyczaju, by młodzi wyprowadzali się na swoje, ale dobrze czasem mieć jakiś kąt dla 
siebie. W Granvold bardzo mi tego brakuje,  ale tam nawet mowy nie ma o tym, choć drugi 
dom stoi pusty. 

-  Tutaj  też  nie  mówiliśmy  o  tym  -  powiedziała  Mali.  -  Myślę,  że  młodym  dobrze  się  z 

nami  mieszka.  Oja  nie  omieszka  spytać,  jeśli  będzie  miał  takie  życzenie.  Mogą  zamieszkać 
osobno, kiedy Tordhild  z synem  wyprowadzą się na Wzgórze. My z ojcem nie zamierzamy 
wynosić się z domu. 

Dorbet roześmiała się. 
-  Nawet nie mogę sobie tego wyobrazić - rzuciła. - Ty w domku dla dawnego gospodarza. 

Nie prędzej, niż się zestarzejesz. 

-  Może trochę wcześniej - uśmiechnęła się Mali - ale jeszcze długo nie. Tordhild wkrótce 

zamieszka na Wzgórzu - ciągnęła. - Byłam tam dzisiaj. Roboty szybko postępują. 

Dorbet  kiwała  głową,  potrząsając  grzywą  jasnych  włosów.  Była  opalona  i  dobrze 

wyglądała,  ale  Mali  niepokoiła  tusza  córki.  Ze  zgrozą  wspominała  ciążę  Margrethe. 
Opuchlizna i wielki brzuch to nie były dobre znaki. 

Chwyciła  dłoń  Dorbet  i  ścisnęła  delikatnie.  Obrączka  tkwiła  ciasno  na  palcu, 

skonstatowała z zatroskaniem. 

-  Masz  nieco  spuchnięte  ręce  -  powiedziała,  poklepując  córkę  po  dłoni.  Starała  się 

zachować naturalne brzmienie głosu. 

-  Nie  tylko  ręce,  cała  spuchłam  jak  wieloryb  wyrzucony  na  brzeg  -  jęknęła  Dorbet.  - 

Jestem ciężka i obolała, sama nie wiem, jak wytrzymam kolejne dwa miesiące. Ola nie mieści 
się już w łóżku. 

background image

Zmarszczyła nos niezadowolona. 
-  Nie podobam się sobie - stwierdziła, przenosząc wzrok w dół. 
-  Tak to już jest w ciąży - odrzekła Mali. - Jesteś jak żywe srebro, Dorbet, więc trudno ci 

się przyzwyczaić. Wszystko wróci do normy, jak urodzisz. 

-  Na pewno - stwierdziła z mocą Dorbet. - Nie zostanie ani gram tłuszczu. Jestem jeszcze 

młoda!  Marit  sądzi,  że  zostanę  stateczną  gospodynią,  ale  się  myli.  Chcę  być  taka  jak  ty  - 
dodała, zerkając na matkę. - Urodziłaś dużo dzieci, nie jesteś już młoda, ale... wciąż piękna. 

W jej głosie pobrzmiewał podziw. 
-  Oj,  Dorbet,  Dorbet  -  zaśmiała  się  Mali  i  pogłaskała  córkę  po  policzku.  -  Większego 

komplementu nigdy od ciebie nie usłyszałam. 

-  Ale to prawda - upierała się Dorbet. - Od chwili gdy wyprowadziłam się z domu, widzę 

wyraźniej, jak różna jesteś od innych kobiet. Zawsze miałaś odwagę być inna. Uważam, że to 
dobrze, choć bywasz uparta - dodała szczerze. 

-  I urodziłam stadko uparciuchów i odmieńców - stwierdziła ze śmiechem Mali. - Między 

innymi ciebie. 

-  Teraz są inne czasy - tłumaczyła Dorbet. - Choć nadal na wsi nie można sobie pozwolić 

na wiele. Stare pokolenie musiało przeżyć szok, kiedy się tu zjawiłaś. 

-  Może i tak - odparła Mali wymijająco. - Chodź, zanim wróci Tordhild. 
  
Mali uciskała brzuch Dorbet wprawnymi ruchami. 
-  Nosisz jedno dziecko, jestem tego niemal pewna - stwierdziła, wyprostowując się. 
-  Akuszerka też tak mówiła. 
-  Badała cię akuszerka? - Mali nie ukrywała zaskoczenia. 
Dorbet oblała się  rumieńcem. - Tak wyszło. Kłuło mnie coś w brzuchu.  Ola wygadał się 

przed Marit, a ta ściągnęła akuszerkę. 

-  Kłuło cię? 
-  Akuszerka  powiedziała,  że  to  nic  takiego.  Mam  się  oszczędzać.  To  się  zaczęło  po 

zabawie  w  Granvold.  Chyba  za  dużo  tańczyłam  -  przyznała  niechętnie  Dorbet.  -  Sama  nie 
wiem. 

-  A teraz coś cię boli? 
-  Nie, od paru tygodni nic mi nie dolega. 
-  Akuszerka  ma  rację  -  przyznała  Mali.  -  Takie  bóle  się  zdarzają.  Musisz  więcej 

odpoczywać. 

Opowieść Dorbet zaniepokoiła ją, ale Mali nie dała tego poznać po sobie. Prawda, bóle i 

ucisk w brzuchu ciężarnej nie są niczym nadzwyczajnym, ale mogą też być niedobrą oznaką. 
Skoro jednak ustąpiły, nie warto było martwić się na zapas. 

-  Dzieciak jest duży? - dopytywała się Dorbet. 
-  Trudno powiedzieć - orzekła Mali, pomagając córce usiąść. - To mogą być wody. Mały z 

pewnością nie jest i jeszcze urośnie - dodała. - W ostatnich miesiącach najbardziej przybierze 
na wadze. 

-  Dobry Boże - jęknęła Dorbet i położyła dłonie na brzuchu. - Nie mam pojęcia, jak on się 

stamtąd wydostanie. To będzie straszne. 

Mali miała podobne obawy, ale nie podzieliła się nimi z córką. Nie pozostało nic innego 

jak czekać na dzień porodu, jednakże myśl o tym dniu nie była zupełnie wolna od trosk. 

-   To  wcale  nie  musi  być  straszne  -  uspokajała  Dorbet.  -  Ciąża  każdej  z  nas  rozwija  się 

inaczej.  U  niektórych  ledwie  widać,  że  są  brzemienne.  Dziecko  leży  inaczej  niż  u  ciebie. 
Wielki brzuch nie oznacza, że dziecko jest duże. 

-  Mam taką nadzieję - westchnęła Dorbet. - Ale i tak boję się rozwiązania. 
-  Będzie  łatwiej,  niż  ci  się  zdaje  -  pocieszała  ją  Mali.  -  Nie  ukrywam  jednak,  że  dzieci 

przychodzą na ten świat w bólu. 

background image

-  Cieszę  się,  że  będziesz  przy  mnie  -  powiedziała  Dorbet.  -  Bez  ciebie  nie  czułabym  się 

bezpiecznie. 

-  Będzie dobrze - powtórzyła Mali. - Z pomocą akuszerki damy sobie radę. A potem czeka 

cię  sama  radość  -  dodała  jej  otuchy.  -  Nie  ma  piękniejszego  doznania,  niż  kiedy  weźmiesz 
dziecko  w  ramiona.  Z  każdym  dzieckiem  jest  podobnie,  ale  przy  pierwszym  doświadczasz 
tego najsilniej. I pomyśl, co powie Ola! 

-  Jemu  się  upiecze!  -  prychnęła  Dorbet.  -  Mężczyźni  mają  z  tego  samą  przyjemność. 

Kobiety muszą nosić dzieci i je rodzić. Szkoda, że nie jestem mężczyzną. 

-  Wcale tak nie uważasz - uśmiechnęła się Mali. 
-  Może  i  nie  -  przyznała  Dorbet.  -  Ale  oznajmiłam  już  mojemu,  że  nie  chcę  mieć  dużo 

dzieci. Nie zamierzam co roku latać z brzuchem. 

Dorbet  zdążyła  już  zapomnieć,  że  czas  jakiś  trapiła  się,  iż  w  ogóle  nie  doczeka  się 

potomstwa.  Długo  nie  zachodziła  w  ciążę,  choć  przecież  nie  wykazywała  się  zbytnią 
wstrzemięźliwością w tych sprawach. Mali przynajmniej nic na ten temat nie było wiadomo. 
Nic jednak nie powiedziała. 

Dorbet spięła włosy w koński ogon. Mali wolała ją w takiej fryzurze niż z rozpuszczonymi 

włosami,  choć  najchętniej  widziałaby  warkocze  u  córki.  Na  ten  temat  jednak  też  nic  nie 
powiedziała. Równie dobrze mogłaby gadać do ściany. 

Dorbet przeciągnęła dłonią po twarzy i wyprostowała się. 
-  Chciałaś ze mną o czymś pomówić. 
-  Tak. 
Mali usiadła na krześle naprzeciw córki. 
-  Chodzi o propozycję Martina Bakkena - zaczęła. - W Ameryce stroje ludowe cieszą się 

wielkim  powodzeniem.  U  nas  też  pojawia  się  ta  moda,  ale  za  oceanem  bardziej  się  tym 
przejmują. Zresztą wszystkim, co norweskie. 

-  Czego chce ten Bakken? 
-  Byś  zajęła  się  haftem  i  szyciem.  Haftowałabyś  bluzki  i  spódnice,  z  których  Bakken 

zestawiałby  gotowe  stroje.  W  sklepie  zbiera  na  nie  zamówienia  i  uznał,  że  podołałabyś  tej 
pracy. Nie wiem jednak, czy... 

-  Tego  bym  chciała!  -  przerwała  jej  Dorbet  z  zachwytem.  -  Przecież  wiesz,  że  umiem 

haftować. 

-  Jako gospodyni w Granvold masz jednak mnóstwo innych obowiązków... 
Dorbet prychnęła. 
-  Jest dość rąk do pracy. Nie nadaję się do takich zajęć. Nie lubię prać ani prasować czy 

doglądać uboju. Wolę haftować. Dostałabym zapłatę? 

-  Tak - przyznała Mali. - Nie zapominaj jednak, że zostałaś gospodynią i nikt nie zdejmie 

z  ciebie  tej  odpowiedzialności.  Wkrótce  urodzisz  dziecko.  Nie  możesz  też  stracić 
przychylności Marit, nie wspominając już o twoim mężu. 

-  Wszystko  załatwię  -  powiedziała  Dorbet  z  przekonaniem.  Jej  oczy  błyszczały  z 

przejęcia.  -  Ola  na  pewno  mnie  wesprze.  Robiłabym  prawie  to  samo  co  ty,  a  przecież  nie 
narzekasz. 

-  Wszystko ma swoją cenę - zauważyła Mali. - Są też tacy, co uważają, że źle postępuję... 
-  Zdanie  innych  nic  mnie  nie  obchodzi  -  prychnęła  Dorbet.  -  Zarabianie  pieniędzy  na 

hafcie bardzo by mi odpowiadało. Dlaczego więc miałabym tego nie robić? 

-  To prawda - przyznała Mali. - Nie możesz jednak... 
-  Wszystko  będzie  dobrze.  -  Dorbet  nie  traciła  pewności  siebie.  -  Kiedy  mogę  zacząć? 

Najlepiej od razu, w moim stanie nie nadaję się do innej roboty. 

-  Rozejrzałam  się  trochę  -  powiedziała  Mali.  -  Mogłabyś  dostawać  gotowe  spódnice  i 

bluzki  z  miasta  i  pokrywać  je  haftem.  Tak  byłoby  najprościej.  Bakken  chciałby  strój  z 
Nordmore na początek, więc... 

background image

-  Biorę się do roboty! - Dorbet promieniała. - Kiedy mogę dostać to, co niezbędne? 
-  W mieście mówią, że potrwa to parę dni. 
-  Łatwiej mi będzie przetrzymać ostatnie miesiące ciąży - uśmiechnęła się Dorbet. - Czym 

się trapisz, mamo? To wspaniała propozycja! Ola na pewno się ucieszy! 

Tak,  Ola  nie  będzie  protestować,  pomyślała  Mali.  Akceptował  wszystko,  co  sprawiało 

Dorbet zadowolenie. Bardziej obawiała się reakcji Marit. I tego, że Dorbet zacznie marzyć o 
podróży do Ameryki. 

-  Może wyjadę za ocean - rzuciła Dorbet, jakby czytała w jej myślach. 
-  Na  to  nie  licz  -  ucięła  krótko  Mali.  -  To  daleka  wyprawa,  a  twoje  dziecko  wymagać 

będzie opieki. 

-  Więc Bakken przyjedzie tutaj? Pewnie chce ze mną porozmawiać i przyjrzeć się mojej 

pracy? 

-  Jest teraz bardzo zajęty w sklepie - odpowiedziała Mali, nie patrząc na córkę. - Ufa, że 

dasz sobie radę. Zapewne zadzwoni za jakiś czas, coś o tym wspominał. 

-  Dlaczego wróciłaś wcześniej? - Dorbet wbiła wzrok w matkę. 
Pytanie zaskoczyło ją. Zarumieniła się i zerwała z krzesła. 
-  Wyjaśniłam już - zaczęła niepewnie. - Miałam problemy z żołądkiem i... 
-  Kłamałaś - stwierdziła Dorbet. - Chodzi o coś innego, ale to nie moja sprawa. Cieszę się, 

ż

e wróciłaś do ojca. 

Więc  Dorbet  również  wątpiła  w  jej  powrót?  Mali  poczuła  się  nieswojo.  Nabrała 

gwałtownie powietrza, nerwowo majstrując przy sznurkach fartucha. 

-  Wracajmy  do  domu  -  powiedziała,  chwytając  za  klamkę.  -  Wybieramy  się  z  ojcem  na 

grób Ruth po obiedzie. Bardzo mi tego trzeba. 

-  Byłam tam dwa razy pod twoją nieobecność - przyznała Dorbet. - Tordhild i Herborg też 

tam były. Grób jest zadbany. Czuję to samo co ty - dodała powoli. - Czasami po prostu muszę 
do  niej  pójść,  poczuć  jej  bliskość.  Powinna  żyć.  -  Głos  dziewczyny  stwardniał.  -  Nigdy  nie 
przebaczę temu draniowi. 

Mali nie odezwała się. Łzy napłynęły jej do oczu, poszukała chusteczki i przyłożyła ją do 

twarzy. Poczuła dłoń Dorbet na swoim ramieniu i jej ciepły oddech na szyi. 

-  To  nie  twoja  wina,  mamo  -  szepnęła.  -  Wiem,  że  tak  powiedziałam,  ale  wtedy  nie 

panowałam nad sobą. To było jej życie. Ruth dokonała wyboru, tak jak każdy z nas. Ja też. 
Czasami źle wybieramy i musimy ponieść konsekwencje. Nie można żyć za innych. 

Mali odwróciła się i przytuliła swoją najmłodszą córkę. 
-  Zdaje mi się, że dorosłaś - powiedziała cicho. 
 
Mali  zatrzymała  się  przed  grobem  Ruth.  Promienie  słońca  odbijały  się  w  czarnym 

nagrobku. Róża, którą kiedyś zasadziła bez większej nadziei, rozrosła się. Ciężkie od kwiatów 
łodygi pochylały się nad płytą nagrobną. 

Mali  postawiła  koszyk  z  kwiatami,  który  przyniosła  ze  sobą.  Schyliła  się,  by  usunąć  z 

grobu  opadłe  różane  płatki.  Dorbet  miała  rację,  grób  był  zadbany,  ktoś  zajmował  się  nim  z 
troską i miłością. 

Usiadła na trawie koło mogiły. 
-  Chodź - przywołała Havarda, wskazując mu miejsce obok siebie. - Posiedźmy tutaj. 
Siedzieli  długo  w  milczeniu.  Mali  spoglądała  przed  siebie.  W  dole  leżał  fiord,  ciemny  i 

błyszczący w promieniach słońca. Łagodne podmuchy wiatru potrząsały liśćmi brzozy. Drozd 
ś

piewał  swą  pieśń  jak  nigdy  dotąd.  Pewnie  założył  gniazdo  gdzieś  w  pobliżu,  pomyślała 

mimochodem. 

-  Ma piękny widok nasza Ruth - powiedziała powoli.  
Havard przytaknął. 
-  Nie powinna tu leżeć - odrzekł cicho. 

background image

-  Ale tak się stało. - Mali była na krawędzi płaczu, lecz zapanowała nad łzami. - Myślę, że 

jest rada, iż Marilena dobrze się chowa. 

-  Powinna być ze swoją córką - dodał ciężko. - Dlaczego nie zrobiliśmy więcej, by... 
-  Cóż mogliśmy zrobić, Havard? Nie chciała nas słuchać. 
-  Powinniśmy byli ją powstrzymać. Zabronić małżeństwa. .. 
-  Unieszczęśliwilibyśmy ją... 
-  I tak była nieszczęśliwa. Przynajmniej zostałaby przy życiu. 
Mali siedziała chwilę w milczeniu. 
-  Dorbet  coś  mi  dzisiaj  powiedziała  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Że  wszyscy  dokonują 

wyborów  i  ponoszą  za  nie  odpowiedzialność.  Nie  spodziewałam  się  usłyszeć  tych  słów  od 
niej, ale widocznie dorosła. Jest właśnie tak, jak mówi Dorbet, wiesz o tym równie dobrze jak 
ja. Ruth dokonała wyboru, nie obwiniała nas o nic. Ufała nam, dlatego mogła nam powierzyć 
własną córkę. 

-  Nie wiem - odrzekł cicho. - Nie mogę przeboleć, że to zrobiła. Musiała długo cierpieć. 
-  Brakowało jej odwagi, by się uwolnić. 
-  Kto zdołałby się uwolnić od takiego nikczemnika?  
Mali skubała źdźbło trawy. 
-  Mnie się udało - wyznała po chwili.  
Havard otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. 
-  Johan miał zawał serca. 
-  Tak, ale błagał o pomoc - odrzekła Mali nieswoim głosem. -  Leżałam z nim w łóżku i 

pozwoliłam mu umrzeć. 

Havard nabrał powietrza i potrząsnął głową. 
-  Nie zrobiłaś tego... 
-  Zrobiłam - powiedziała Mali. - Może i tak nikt nie zdołałby go uratować, ale ja miałam 

dość  udręki  i  przemocy.  On  mnie  zgwałcił,  Havard.  Zresztą  nie  po  raz  pierwszy.  A  potem 
zasłabł. Leżał jak ryba wyrzucona na brzeg i łapał powietrze. Błagał mnie o pomoc... 

-  A ty... ty... 
-  Nie  zrobiłam  nic  -  ciągnęła  Mali,  wypuszczając  z  rąk  poszarpane  źdźbło.  -  I  nie 

ż

ałowałam tego ani przez sekundę. Ruth nie jest pierwszą z rodu, która zabiła męża - dodała. - 

Ja też to w jakimś sensie zrobiłam. 

-  Wiedziałem, że jesteś silna - wyjąkał Havard. - Uparta jak kozioł i twarda. Ale że... 
Wbił w nią wzrok. 
-  Czy coś jeszcze skrywasz przede mną? 
Dreszcz lęku przeszył ciało Mali. Nie powinna była nic mówić. Właściwie nie wiedziała, 

skąd wzięły się te zwierzenia. Kto wie, może próbowała jakoś usprawiedliwić własną córkę i 
zamordowanie Samuela? 

-  Podejmowałam w życiu dobre i złe decyzje - powiedziała wolno Mali - i ponoszę tego 

konsekwencje.  Jedno  jest  jednak  najważniejsze,  Havard:  kocham  cię.  Pokochałam  cię  od 
chwili,  gdy...  gdy  przybyłeś  do  Stornes.  Twierdzisz,  że  jestem  silna  -  dodała,  pochylając 
głowę.  -  Może  to  i  prawda.  Życie  mnie  do  tego  zmusiło.  Musiałam  być  silna,  by  przeżyć  i 
zapewnić  byt  rodzinie.  Jestem  silna  w  nienawiści,  ale  jestem  też  silna  w  miłości,  Havard. 
Uwierz mi. 

Nic  nie  odrzekł.  Mali  wyciągnęła  rękę  i  ujęła  go  za  dłoń.  Powoli  uniosła  ją  do  ust  i 

pocałowała.  Havard  wpatrywał  się  w  żonę.  Potem  objął  Mali  za  szyję  i  przyciągnął  ją  do 
piersi. I tak trwali razem. 

 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ 5. 
  
W drodze do domu Havard podzielił się z Mali myślą, z którą nosił się od dawna: o tym, że 

O1av i Ingeborg mogliby dostać coś na własność. Kawałek ziemi przy letnich pastwiskach. 

-  Właściwie  to  Tordhild  pierwsza  o  tym  wspomniała  -  powiedział  i  zaciął  konia, 

zmuszając go do przejścia w kłus. - Twierdzi, że zasłużyli na to po tylu latach wiernej służby 
w Stornes. 

-  Też o tym myślałam - przytaknęła Mali - ale potem wyleciało mi to z głowy. Nie mają 

dzieci, więc tak jakoś wyszło, że zostali z nami. A jakie jest twoje zdanie? 

-  Uważam,  że  tak  byłoby  właściwie.  Ziemi  na  górze  nie  brakuje.  Nie  chciałem  jednak 

robić nic, póki nie wrócisz. Decyzje o ziemi musimy podejmować wspólnie. 

-  W takim razie dajmy im kawałek ziemi koło letniej obory - uznała Mali. - Za późno już 

na budowę domu, ale kiedy przyjdzie wiosna... 

-  Więc powiedz im o tym - Havard uśmiechnął się i rzucił zadowolone spojrzenie na żonę. 

- Coś mi się zdaje, że uszczęśliwimy dziś dwójkę ludzi. 

-  Powiemy  im  razem  -  zdecydowała  Mali,  kładąc  mu  dłoń  na  kolanie.  -  Tak  jak  być 

powinno, jak gospodarz i gospodyni. 

-  Stornes należy do ciebie. 
-  Na papierze - potwierdziła Mali. - Wiesz jednak, jakie jest moje zdanie. Gospodarstwo i 

ziemia są nasze. Bez ciebie nie dałabym rady. 

Havard nic nie odrzekł. 
-  Trudno ci zaakceptować, że gospodarstwo należy... należy do mnie? 
Havard nadal milczał, zajęty utrzymywaniem wozu na środku drogi. 
-  Nie,  tak  po  prostu  jest  -  stwierdził  w  końcu.  -  A  skoro  mówisz,  że  oboje  tu 

gospodarzymy... 

-  Myślałam  o  tym  od  dawna,  Havard,  by  zapisać,  że  gospodarstwo  jest  nasze  -  twoje  i 

moje. Spadkobierca i tak zostanie ten sam, Oja przejmie je po naszej śmierci. Wiesz jednak, 
ż

e  póki  żyjemy,  mamy  równe  prawa.  -  Mali  spojrzała  na  męża  i  przysiadła  się  bliżej.  - 

Powinniśmy byli zrobić to już dawno - ciągnęła, obejmując go w pasie. - Ale co tam, zrobimy 
to teraz, Havard! 

Havard ujął lejce w jedną rękę, a drugą położył na ramieniu Mali. 
-  Jeśli tego chcesz - powiedział cicho. - Poczułbym się... jakoś lepiej. Najważniejsze i tak 

jest to, że ty należysz do mnie. I że tego mogę być pewien. 

-  Możesz. - Mali przysunęła się bliżej. - Tylko ty się liczysz. Wiem to na pewno, po raz 

pierwszy w życiu. Nikt nie stanie między nami. 

W jego oczach czaił się niepokój i Mali domyśliła się, że chodzi o Laurę. 
-  Nikt  -  powtórzyła.  -  Nawet  Laura,  choćby  nie  wiem  co  przyszło  jej  do  głowy.  A 

gospodarstwo będzie nasze. Na papierze. Załatwimy to w przyszłym tygodniu. 

Wesprze go, pomyślała, niezależnie od wszystkiego. Przepisanie własności to dobry krok. 

Dawno już chciała to zrobić dla jego dobra. Tyle że Havard niechętnie podpisywał cokolwiek 
po kłopotach z Sivertem i spadkiem. Teraz już nie ma to znaczenia. Havard przyjmie ten gest 
jako oznakę zaufania, pełnego poparcia. Będą mieli równe prawa do wszystkiego, również do 
Stornes. Gorzej będzie, jeśli dowie się o Torgrimie i dziecku. Wzdrygnęła się i przytuliła do 
męża. Nie może się dowiedzieć. Nigdy! Takich rzeczy nikt by nie wybaczył, nawet Havard. 

  
Zajechali  do  domu  na  posiłek.  Mężczyźni  siedzieli  z  gazetą  i  czekali  na  zaproszenie  do 

stołu. Ane i Ingeborg szykowały jedzenie. 

-  I jak poszło? - spytała Tordhild. Trzymała w ramionach Marilenę. Dziecko było śpiące, 

położyło główkę na jej ramieniu i wsadziło kciuk do buzi. 

-  Dobrze - odrzekła Mali. - Grób jest taki zadbany. A róża, którą posadziłam... 

background image

-  To jakiś cud, nieprawdaż? - dziwiła się Tordhild. - Kwitła całe lato. U nas róże rzadko 

kwitną. To niezwykłe. 

-  Też ją widzieliśmy, Oja i ja. - Herborg dołączyła się do rozmowy. - Jakby Ruth zakwitła. 

Ruth trafiła do miejsca, gdzie jest jej dobrze. Gdzie może kwitnąć - dodała zawstydzona. 

Zapadła cisza. Marilena zasnęła i Tordhild położyła dziewczynkę ostrożnie na kanapie. 
-  Ładnie to ujęłaś - powiedziała cicho Mali. - Może tak jest, jak mówisz. Byłaby to duża 

pociecha. 

Znów  zrobiło  się  cicho,  tylko  od  stołu  dochodził  brzęk  naczyń  i  sztućców.  W  pokoju 

rozszedł się zapach świeżo zaparzonej kawy. Havard i Mali wymienili się spojrzeniami, Mali 
skinęła głową nieomal niedostrzegalnie. 

-  Uzgodniliśmy  coś  z  Mali  w  drodze  do  domu  -  zaczął  Havard,  trzymając  dłoń  na 

ramieniu żony. - To tyczy ciebie, O1av. I ciebie, Ingeborg. 

Olav  podniósł  wzrok  znad  gazety  i  popatrywał  raz  na  nią,  raz  na  niego.  Na  jego  twarzy 

malował się niepokój. Pewnie boi się o pracę, pomyślała Mali. Wokół nieustannie zwalniano 
ludzi. 

Ingeborg też porzuciła zajęcia i przeciągnęła nerwowo dłonią po włosach. 
-  Zrobiłem coś... złego? - spytał chrapliwie O1av. 
-  Złego? - uśmiechnął się Havard. - Nie, to my nie zrobiliśmy czegoś, co powinniśmy byli 

zrobić  dawno  temu.  Dostaniecie  ziemię  koło  letniej  obory,  gdzie  będziecie  mogli  postawić 
własny dom. 

Olav  zaniemówił.  Siedział  z  otwartymi  ustami,  wpatrując  się  w  Havarda,  jakby  zobaczył 

ducha.  Opuścił  gazetę  na  kolana.  Ingeborg  wydała  z  siebie  dziwny  dźwięk,  śmiech 
pomieszany z płaczem. 

-  To wspaniale - powiedziała Tordhild z uśmiechem. - Zasłużyłeś na to, O1av. 
-  I ja tak uważam - przyłączył się Oja. 
O1av wstał niezdarnie i wyciągnął drżącą dłoń do Havarda. 
-  Nie mogę w to uwierzyć. - Musiał chrząknąć, by wydobyć z siebie głos. 
-  Podziękuj  gospodyni  -  odrzekł  Havard  i  uścisnął  dłoń  O1ava.  -  To  nasza  wspólna 

decyzja. 

O1av podał rękę Mali i ukłonił się. Ingeborg odłożyła sprzęty kuchenne i podeszła do Mali 

i Havarda. Wymieniła uściski dłoni z obojgiem, a łzy toczyły się jej po policzkach. 

-  To przecież radosna nowina, Ingeborg - powiedziała Mali, obejmując ją. - Nie płacz. 
-  Jestem  taka  szczęśliwa  -  szlochała  Ingeborg,  chwytając  O1ava  za  rękę.  -  Pomyśl, 

będziemy mieć coś swojego! 

-  Przed  zimą  nie  zdążymy  -  uznał  Havard.  -  Wyznaczyłem  już  jednak  kawałek  ziemi. 

Możemy przejść się tam po posiłku. 

-  I  jeszcze  zamierzam  uznać  Havarda  za  współwłaściciela  Stornes  -  dodała  Mali.  - 

Gospodarstwo  zawsze  należało  do  nas  obojga,  ale  nie  na  papierze.  Teraz  to  zmienimy.  - 
Odwróciła się i spojrzała na Oję. - To w niczym nie zmienia twoich praw. Uważam jednak, że 
należy tak uczynić. 

-  Dobrze  to  rozumiem  -  powiedział  spokojnie  Oja.  -  Tak  być  powinno,  od  nikogo  nie 

usłyszysz słowa sprzeciwu. Zawsze uznawałem cię za gospodarza w Stornes, Havard - dodał. 
- Od dnia, w którym tu przybyłeś. 

Minęła  dłuższa  chwila,  zanim  opadły  emocje  i  wszyscy  zasiedli  do  posiłku.  Policzki 

Ingeborg pałały rumieńcem, a jej oczy błyszczały, nie była w stanie zjeść więcej niż kawałek 
chleba.  O1av  siedział  wyprostowany,  na  pewien  sposób  wydawał  się  wyższy  niż  przedtem. 
Nie mogli od siebie oderwać wzroku. 

To piękny widok, pomyślała Mali. Miło jest sprawiać ludziom radość. 
Jeszcze nie wstali od stołu, gdy na podwórzu pojawiła się Sigrid. W jednej ręce trzymała 

wiadro, drugą prowadziła Olę Havarda. Johannes skoczył do drzwi, Mali podążyła za nim. 

background image

-  Spotkałam chłopaka po drodze - uśmiechała się Sigrid, gładząc Olę Havarda po włosach. 

-  Zdaje  się,  że  tu  się  wybierał,  bo  spędzi  kilka  dni  w  Oppstad,  prawda,  Ola  Havard? 
Zastanawialiśmy się, czy ktoś pójdzie z nami na jagody? 

-  Ja - krzyknął Johannes, patrząc na matkę, która wyszła się przywitać. - Mogę? 
-  Marilena... 
-  Ja chętnie pójdę - powiedziała Mali. - Na krótką wycieczkę. 
-  Nie musimy odchodzić daleko - stwierdziła Sigrid. - Owoców wszędzie pod dostatkiem. 
-  To  prawda,  Ane  i  Ingeborg  nazbierały  całe  mnóstwo  jagód  i  borówek.  Moroszki  już 

dojrzały? 

-  Byłam  wczoraj  sprawdzić  -  odrzekła  Sigrid.  -  Trzeba  jeszcze  tygodnia  ładnej  pogody. 

Wygląda na to, że moroszki obrodziły. Musimy wybrać się w góry, Mali, jak za dawnych lat. 
Na cały dzień. 

Mali uśmiechnęła się. 
-  Powinnyśmy. Dobrze wspominam nasze wyprawy, Sigrid. 
Położyła dłoń na głowie Oli Havarda. 
-  Co u ciebie, chłopcze? Dawno cię nie widziałam... 
-  Wszystko dobrze - odrzekł cicho. 
Wcale tak nie wygląda, pomyślała Mali. Pewnie znów w Storhaug doszło do kłótni, skoro 

umieszczono chłopca w Oppstad. Co będzie, jak zacznie się szkoła? Laura nie będzie mogła 
odesłać go ot tak po prostu. Chłopak miał chodzić do szkoły w Kvannes, co bardzo smuciło 
Johannesa. Miał nadzieję, że razem ze swoim najlepszym przyjacielem trafią do Innvika. 

-  Mam dla ciebie podarek z Ameryki – powiedziała Mali, wichrząc mu włosy. - Wejdź do 

ś

rodka, Johannes poszuka wiaderek. 

-  Wiaderek poszuka Ane - Johannes nie dał się zbyć i wziął Olę Havarda za rękę. - Muszę 

zobaczyć, co babcia ma dla ciebie. Ja dostałem strój kowbojski... 

Razem zniknęli za progiem. Mali spojrzała pytająco na Sigrid. 
-  Laura też jest w Oppstad? 
-  Nie, przysłała chłopaka z Gunvaldem. Strasznie mi żal tego dziecka. 
Mali nic nie odrzekła. Razem z Sigrid ruszyła za dziećmi. 
-  Wyszukajmy najpierw prezent, potem się przejdziemy. 
-  Ja  też  się  nie  mogę  doczekać  -  śmiała  się  Sigrid.  -  Chcę  zobaczyć  jego  buzię,  jak 

dostanie podarek z Ameryki. Rzadko cokolwiek dostaje. 

Mali schowała prezent w szafie narożnej koło stołu jadalnego. 
-  Proszę, Ola Havard - powiedziała, wręczając chłopcu dużą paczkę. - Mam nadzieję, że ci 

się spodoba. 

Ola  Havard  stał  na  środku  pokoju  z  pałającymi  policzkami  i  błyszczącymi  oczyma. 

Ukłonił się tak głęboko, że wyrżnął głową w paczkę, która upadła na podłogę. Zaczerwienił 
się jeszcze bardziej i szybko ją podniósł. 

-  Nie bój się, niczego nie zepsujesz - zachęciła go Mali. 
-  Otwieraj - poganiał go Johannes, zrywając papier. - Ale się guzdrzesz! 
-  Daj mu to zrobić - skarciła go Tordhild. - To jego prezent. 
Kiedy  Ola  Havard  poradził  sobie  z  papierem,  rozdziawił  buzię  z  zachwytu.  W  środku 

znalazł  eleganckie  niebieskie  spodnie,  koszulę  w  żywych  kolorach,  czarną  kamizelkę  i 
pudełko. 

-  Też takie dostałem! -  krzyknął podekscytowany Johannes. - W środku  jest ciężarówka, 

Ola Havard! Będziemy się bawić na piasku przy stodole. 

W pudełku rzeczywiście była ciężarówka. 
-  Bardzo dziękuję - wymruczał Ola Havard. 
-  Przymierzymy ubranie? - zaproponowała Mali. - Spodnie na pewno pasują. Sprawdźmy 

koszulę i kamizelkę... 

background image

Ola  Havard  zdjął  koszulkę.  Chłopak  nie  przebywał  wiele  na  słońcu,  pomyślała  Mali, 

pomagając mu się ubrać. Wychudzone ciało było białe jak papier. 

-  Dobrze  wyglądasz  -  ocenił  Johannes,  kiedy  jego  przyjaciel  włożył  na  siebie  nowe 

ubranie. 

-  Jak dorosły mężczyzna - dodała Sigrid. 
-  Mogę w tym pójść do lasu? 
-  Jeszcze  by  tego  brakowało.  -  Mali  zaczęła  go  rozbierać.  -  Poplamisz  się  jagodami. 

Możesz się wystroić w pierwszy dzień szkoły. Zresztą zapytaj mamy - dodała. 

Dopiero  pomagając  chłopcu  włożyć  starą  koszulkę,  dostrzegła  siniaki  na  jego  ramieniu. 

Zbladła, to nie były ślady po niewinnej zabawie, raczej skutek poczynań dorosłych. 

Szybko  zakryła  je  koszulką,  a  jej  serce  biło  wściekłym  rytmem.  Przypomniała  sobie 

chłopców z Gjelstad sprzed wielu laty. Też mieli takie ślady. Pojechała  wtedy do  Gjelstad i 
urządziła Heldze karczemną awanturę. Więcej się to nie powtórzyło. Drugi raz ujrzała je na 
ciele zmarłej córki. Ruth przeszła piekło. Kto podniósł rękę na tego biednego chłopca? 

Gotowała  się  ze  złości,  ale  nie  dała  tego  poznać  po  sobie.  Złożyła  starannie  koszulę  i 

kamizelkę,  usiłując  zapanować  nad  myślami,  które  cisnęły  się  jej  do  głowy.  Trzeba  działać 
rozważnie,  najpierw  powinna  poradzić  się  Havarda,  potem  rozmówić  się  z  Laurą. 
Zaniedbywać  chłopca  to  jedno,  bić  to  coś  znacznie  gorszego.  A  może  to  nie  Laura?  Może 
Gunvald? Wszystko jedno, odpowiedzialność spada na Laurę, to ona jest matką tego dziecka. 

Drżącymi  rękoma  spakowała  prezenty.  Odpowiedzialność  ponoszą  rodzice.  I  wtedy  jak 

grom z jasnego nieba uderzyła ją ta myśl: skoro rodzice, to również i Havard! Wszak to on 
był ojcem! 

  
Szli ścieżką na górskie pastwiska wśród jagodowych zarośli. Chłopcy wrzucali jagody do 

kubków, ale zanim owoce zdążyły pokryć dno, znikały w ich buziach. 

-  Mieliście, zdaje się, przesypywać je do dużego wiaderka? - powiedziała Mali. 
-  Ale najpierw musimy spróbować, prawda, Ola Havard? - odrzekł Johannes, przywołując 

na upaćkane na niebiesko wargi promienny uśmiech. 

Ola Havard tylko pokiwał głową, usta pełne miał owoców. 
-  Jedzcie do syta, na kolację nie będzie nic słodkiego. 
W  połowie  drogi  między  gospodarstwem  a  górskim  pastwiskiem,  w  miejscu,  w  którym 

zwykli wypoczywać, Mali i Sigrid usiadły na zwalonym pniu, chłopcy zaś buszowali wśród 
krzaków jagód. 

Popołudniowe  słońce  wciąż  grzało  mocno.  Wełnianki  kołysały  się  z  gracją  w  lekkim 

wietrze  od  gór,  których  szczyty  widać  było  spomiędzy  wierzchołków  karłowatych  brzóz  i 
ś

wierków. Ptaki śpiewały. Mali wystawiła twarz do słońca. 

-  Tak tu spokojnie - westchnęła. 
-  Jak było w Ameryce? - spytała Sigrid. - Wróciłaś wcześniej, niż zamierzałaś. 
Mali zwlekała z odpowiedzią. Siedziała z zamkniętymi oczyma. 
-  Pojawiły  się  problemy...  -  powiedziała  po  chwili.  -  Bakken...  sądził,  że...  Zresztą  sama 

nie wiem. Uznałam, że muszę wracać niezwłocznie. Inaczej... 

Wyprostowała się i wyrwała źdźbło trawy. 
-  ...mogłabym wcale nie wrócić - dokończyła wolno. 
-  On chciał, żebyś została? 
-  Tak - przyznała Mali. 
-  Ale ty nie miałaś wątpliwości? 
Mali odrzuciła włosy z twarzy, skubiąc w zamyśleniu trawkę. 
-  Miałam - szepnęła, spoglądając na bawiących się chłopców. - Ale byłam... 
Odwróciła się do Sigrid. 

background image

-  Tam  jest  jak  w  bajce  -  ciągnęła.  -  Te  wszystkie  zbytki,  uwielbienie,  które  Martin  mi 

okazywał... 

Zaczęła czyścić owoce z gałązek i listków. 
-  Dałam się wodzić na pokuszenie, tobie mogę to wyznać, bo wiem, że będziesz milczeć. 

Posunęłam  się  za  daleko,  przyjmowałam  prezenty  i  inne  dowody  uznania.  Nie  mogłam  się 
oprzeć. On mógł to źle zrozumieć, teraz widzę to wyraźnie. 

-  Nie  zostałabyś  ot  tak  po  prostu  -  zdumiała  się  Sigrid.  -  Trzeba  załatwić  mnóstwo 

papierów, a... a co z Havardem? 

-  Gdybym została, to jako żona Martina Bakkena - wyjaśniła Mali. - Taka była jego wola. 
-  Dobry Boże - jęknęła Sigrid. - Co zaszło między wami? 
-  Właściwie  to  nic.  -  Mali  wykręciła  się  od  odpowiedzi.  -  Ale  mogło  coś  się  zdarzyć. 

Opamiętałam się w ostatniej chwili. I zrozumiałam, że muszę wracać do domu. Natychmiast. 

Siedziały przez chwilę w milczeniu. 
-  Wyznałaś wszystko Havardowi? 
-  Powiedziałam mu tyle, ile powinien wiedzieć - odrzekła Mali. - I powiedziałam prawdę: 

ż

e tylko on się liczy. Nigdy nie byłam tego bardziej pewna. 

Rzuciła ukradkowe spojrzenie na Sigrid. 
-  Opowiedział mi o zdarzeniu na sianokosach. O Laurze... 
-  O  tak,  bardzo  na  niego  nastawała  tamtego  dnia.  Nigdy  mu  nie  odpuści,  zresztą  wcale 

tego nie ukrywa. Havard poszedł za owcami i... 

-  Wypatrzyła go przy górnym mostku i próbowała się z nim... 
-  Co ty mówisz? - zdziwiła się Sigrid. 
-  Tak było. Kiedy nie dostała tego, czego chciała, zagroziła, że rozpowie, kto jest ojcem 

Oli Havarda. 

Mali spojrzała w kierunku chłopców, by się upewnić, że nic nie słyszą. Malcy oddalili się 

znacznie poza zasięg jej głosu. Sigrid zamyśliła się. 

-  Wiem, że się ze mną nie zgodzisz - powiedziała w końcu - ale sądzę, że Ola Havard ma 

prawo  wiedzieć,  kto  jest  jego  ojcem.  Źle  mu  się  dzieje.  Matka  w  ogóle  nie  poświęca  mu 
uwagi  i  wciąż  sprowadza  nowych  adoratorów  do  domu.  Ojca  nie  pamięta,  to  znaczy  tego, 
kogo uważa za ojca. Nie jest mu łatwo. 

Mali przypomniała sobie siniaki na ciele Oli Havarda. Nie miała wątpliwości, że trzeba coś 

zrobić. 

-  Jak się wszystko wyda... 
-  To  co?  Ludzie  zaczną  gadać,  ale  na  Boga,  Mali,  przetrzymacie  to.  Havard  nie  jest 

pierwszym  ani  ostatnim,  który  ma  dzieciaka  na  boku.  Plotki  ustaną,  a  wasz  związek  nie 
ucierpi. Nie to jest najgorsze - dodała - raczej to, jak zareaguje Ola Havard. Okłamywano go 
od początku. Jak on to przyjmie? 

Mali  nic  nie  odrzekła,  wypatrując  jasnej  czupryny  wśród  jagodowych  zarośli.  Niesforne 

włosy  opadały  chłopcu  na  czoło,  w  czym  bardzo  przypominał  ojca.  Zresztą  coraz  bardziej 
upodabniał się do Havarda, Mali przyznawała niechętnie. Lubiła Olę Havarda, ale nie chciała 
mieć nic wspólnego z Laurą. I był jeszcze żal, że nie potrafiła dać Havardowi syna. Wyrzuty 
sumienia. Egoizm, pomyślała nagle. To było właściwe słowo: egoizm. 

Ani  przez  chwilę  nie  wzięła  pod  uwagę  uczuć  chłopca.  Myślała  jedynie  o  własnych 

uczuciach.  Wyrządzała  krzywdę  temu  dziecku.  Kolejnemu  dziecku,  musiała  przyznać  z 
bólem. Pierwszym był Sivert. Lata kłamstw i przemilczeń powinny były czegoś ją nauczyć. 

-  Nie pomyślałam o tym - szepnęła. - Sądzisz, że się rozgniewa? 
-  Sądzę,  że  go  to  zrani.  Bardzo  cię  lubi,  a  w  Stornes  czuje  się  bezpiecznie.  I  podziwia 

Havarda,  dobrze  o  tym  wiesz,  Mali.  Co  poczuje,  gdy  się  dowie,  że  tyle  lat  trzymano  go  w 
kłamstwie? Że jego własny ojciec nie chciał go uznać? 

-  To moja wina - wyrzekła ciężko Mali. - Nigdy nie pomyślałam, że Ola Havard... 

background image

Siedziała,  z  roztargnieniem  popatrując  ponad  morzem  wełnianek  błyszczących  w  świetle 

słońca. Ból ściskał jej serce. Jakże mogła rozprawić się z Laurą, skoro sama popełniała błędy? 
Musiała przyznać, że Sigrid ma rację. Tę sprawę trzeba omówić z Havardem. 

-  Cieszę się, że wróciłaś, Mali - powiedziała Sigrid, kładąc dłoń na jej kolanie. - Nie ma 

rzeczy, których nie można załatwić. Zawsze znajdzie się rozwiązanie. 

Nie jestem tego taka pewna, pomyślała Mali, posyłając jeszcze jedno spojrzenie ku jasnej 

czuprynie w jagodowych zaroślach. Nie jestem tego taka pewna. 

 
ROZDZIAŁ 6. 
  
Podekscytowana  i  pełna  oczekiwań  Dorbet  ruszyła  w  drogę  powrotną  do  Granvold. 

Haftowanie  to  była  praca,  którą  wykonywałaby  z  satysfakcją.  Jakże  odmienna  od 
codziennych  zajęć,  nudnych  domowych  obowiązków.  Wreszcie  mogłaby  się  ich  pozbyć, 
przynajmniej  większości  z  nich,  choć  z  początku  musiałaby  postępować  ostrożnie.  Matka 
miała rację, Marit nie spodoba się ten nowy pomysł. Teściowa widziała ją w roli gospodyni i 
matki  przyszłych  dziedziców.  To  drugie  wkrótce  się  ziści,  pomyślała,  zatrzymując  się,  by 
nabrać tchu. Marsz ją wyczerpał. 

Najpierw  musi  porozmawiać  z  Olą,  wytłumaczyć  mu,  jakie  to  dla  niej  ważne.  Mogliby 

zarabiać pieniądze, dużo pieniędzy! Tak jak matka, chociaż ona zajmowała się czymś innym. 
Nie miała pojęcia, ile zarabia matka, bo  w Stornes nigdy o tym nie mówiono, ale wszak na 
niczym im nie zbywało. 

Jej  też  w  Granvold  nie  brakowało  niczego,  ale  zamierzała  przekonać  Olę,  że  możliwość 

zarobkowania dodałaby jej pewności siebie. Choć tego zapewne nie zrozumie, w tej materii 
był  dość  staromodny  -  to  mężczyzna  miał  obowiązek  zapewnić  byt  kobiecie!  Takie 
nastawienie  wyssał  z  mlekiem  matki.  Nie,  powinna  zagrać  inną  kartą:  własne  pieniądze 
uczyniłyby  ją  bardziej  szczęśliwą.  Ola  dbał  o  to,  by  nigdy  się  nie  smuciła,  musiała  zaś 
bezwzględnie  mieć  go  po  swojej  stronie,  zanim  sprawę  przedłoży  Marit.  Jeśli  oboje  się 
przeciwstawią,  mogła  o  wszystkim  zapomnieć.  Nie  zamierzała  rezygnować  na  samym 
wstępie,  była  na  to  zbyt  uparta.  Może  kiedyś  wyruszy  do  Ameryki!  Na  samą  myśl  o  tym 
poczuła dreszcz emocji. Problem z dzieckiem jakoś załatwi, przecież nie wyjedzie na zawsze. 
W  Granvold  dość  jest  ludzi,  które  się  nim  zajmą;  Marit  byłaby  zapewne  nadzwyczaj 
zadowolona, gdyby mogła sama pobyć z wnukiem. A Ola... Z nim też da sobie radę, Dorbet 
nie traciła optymizmu. Zazwyczaj potrafiła go jakoś udobruchać. 

  
-  I jak było w Stornes? - spytała Marit, kiedy Dorbet weszła do izby. - Matka cię zbadała? 
-  Tak, uważa, że noszę jedno dziecko. 
-  A  więc  olbrzym  w  drodze  -  zaśmiała  się  Marit  i  poklepała  Dorbet  po  brzuchu.  - 

Sądziłam, że będą dwojaczki. Lepiej jednak, żeby po kolei przychodziły na świat - dodała z 
zadowoleniem. 

Z  drugim  zaczekamy,  pomyślała  Dorbet,  ale  nie  powiedziała  ani  słowa.  Cieszyła  się 

macierzyństwem,  chciała  dać  mężowi  syna,  lecz  perspektywa  kolejnej  ciąży  nie  była  zbyt 
kusząca. 

-    Jesteś  taka  rozpromieniona  -  zauważyła  Marit.  -  Czy  coś  jeszcze  wydarzyło  się  w 

Stornes? 

-  Nie,  wszystko  po  staremu.  -  Dorbet  nieproszona  zaczęła  wlewać  gorącą  wodę  do 

cynowej misy, by pozmywać naczynia. - Słowa matki bardzo mnie uspokoiły. 

-  To i dobrze - powiedziała Marit. - Zostaw naczynia. Usiądź i odpocznij. 
Wielkie  nieba,  pomyślała  Dorbet,  Marit  jest  dzisiaj  w  dobrym  humorze.  Odpowiednia 

chwila,  by  opowiedzieć  jej  o  planach  na  przyszłość.  Najpierw  jednak  musi  rozmówić  się  z 
mężem, a Ola nie zjawi się przed wieczorem. 

background image

-  Pozmywam - rzuciła ochoczo. - Odpocznę później. 
-  Pracowita jak mrówka - pochwaliła ją Marit. -Wiesz, że jesteśmy bardzo dumni z ciebie. 

Nigdzie nie ma lepszej i ładniejszej gospodyni niż tu w Granvold. 

Wszystko  idzie  jak  z  płatka,  uznała  Dorbet,  pobrzękując  naczyniami  w  misie.  Zyskała 

przychylność  teściowej,  pozostało  mieć  nadzieję,  że  dobry  humor  Marit  nie  zniknie 
następnego poranka. W to, że przekona męża, nie wątpiła ani przez chwilę. Wiedziała, jak go 
zadowolić, a ciąża nie była w tym żadną przeszkodą. 

  
Dorbet przytuliła się do męża, kiedy leżeli już w łóżku, i położyła głowę na jego ramieniu. 
-  Byłam dzisiaj w Stornes - powiedziała, przeciągając palcem po jego wargach. 
-  Słyszałem od matki. Co u nich słychać? 
-  Wszystko dobrze - odrzekła Dorbet. - Ze zbiorami idzie im tak jak nam. Pszenicy jeszcze 

nie zaczęli zbierać, ale na to przyjdzie czas we wrześniu, prawda? 

-  Wiem, jak postępują prace w polu - rzucił z wyższością Ola i pogłaskał żonę po głowie. - 

Pilnujemy się nawzajem, tak jest co roku. Każdy chce być pierwszy, nikt nie lubi zwlekać z 
robotą. 

Dorbet nie odezwała się. Głaskała męża, a ten tulił ją mocno, mrucząc z zadowolenia. 
-  Matka  mnie  zbadała  -  powiedziała  po  chwili.  -Twierdzi,  że  noszę  jedno  dziecko,  i  to 

dobra wiadomość. Jedno wystarczy. 

-  Tym razem wystarczy - uśmiechnął się Ola - ale będziemy mieć więcej. 
Dorbet nic na to nie odpowiedziała. Leżała, bawiąc się kocem. 
-  Wiesz,  matka  przekazała  mi  wiadomość  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Martin  Bakken  z 

Ameryki ma dla mnie propozycję. 

-  Jaką? 
W jego głosie pojawiła się nuta podejrzliwości. 
-  Bakken otworzył sklep, w którym sprzedaje wyroby matki. Ponoć idą jak woda. Matka 

ma tyle zamówień, że... 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  bierze  to  sobie  na  głowę  -  mruknął  Ola.  -  Twoja  matka  jest 

gospodynią w Stornes. 

Dorbet straciła rezon. Wielki Boże, pomyślała, on jest równie staroświecki jak Marit. 
-  Ola - żachnęła się i pocałowała go w policzek. - Moja matka jest artystką... 
-  Zapewne  -  zgodził  się  niechętnie.  -  Jest  bardzo  biegła,  nie  twierdzę  nic  innego.  We 

wszystkim - dodał wspaniałomyślnie. 

-  A  ja  uważam,  że  trzeba  korzystać  z  uzdolnień,  którymi  zostaliśmy  obdarzeni.  Czy  się 

jest gospodynią, czy też nie. Mam rację? 

Zwlekał  z  odpowiedzią.  Uśmiechnął  się,  kiedy  Dorbet  uszczypnęła  go  w  ucho,  i  mocno 

pocałował ją w usta. 

-  Wiesz, że potrafię robić ładne świece, Ola? 
-  Wiem. - Przyciągnął ją do siebie. - Też jesteś artystką. Odziedziczyłaś talenty po matce. 
-  Umiem coś jeszcze - ciągnęła Dorbet. - Umiem haftować. 
-  Widziałem  -  uśmiechnął  się  Ola.  -  W  skrzyni  trzymasz  piękne  rzeczy.  Matka  mówiła, 

ż

e... 

-  Mogę  haftować  dla  tego  Bakkena  z  Ameryki  -  wypaliła  Dorbet.  -  Spódnice  i  koszule. 

Będą  je  zszywać  w  Ameryce  i  sprzedawać  w  sklepie.  Ponoć  wszyscy  chcą  je  mieć.  Mogę 
zarobić mnóstwo pieniędzy, Ola. 

Ola nie odezwał się. Dorbet spojrzała na niego z ukosa, nie dojrzała oznak niechęci na jego 

twarzy, wydał się jej raczej zaskoczony. 

-  Mam  ochotę  się  tym  zająć  -  szepnęła.  -  Będę  doglądać  moich  obowiązków  w 

gospodarstwie, ale... 

-  To nie jest dobry czas - powiedział wolno. - Będziesz miała dość zajęć przy dziecku... 

background image

-  Ale ja chcę, Ola! O czymś takim marzyłam. Będę taka szczęśliwa - dodała, przysuwając 

się bliżej. 

-  A teraz nie jesteś szczęśliwa? 
-  Jestem  -  odrzekła  pospiesznie.  -  Przecież  wiesz.  Ale  nie  łatwo  pełnić  rolę  gospodyni. 

Jestem jeszcze taka młoda... i nie potrafię sprostać wymaganiom twojej matki. Ani twoim. 

Wsparł się na łokciu i odgarnął jej włosy z twarzy. 
-  Uważasz,  że  jestem  z  ciebie  niezadowolony?  -  spytał,  całując  ją  w  czoło.  -  Nie  ma 

lepszej w świecie niż ty. 

Dorbet zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. 
-  Pochlebiasz  mi  -  szepnęła  mu  do  ucha.  -  Żadna  ze  mnie  gospodyni.  Kiepsko  się 

sprawiam  w  pracach  domowych,  Ola,  przecież  wiesz.  Lubię  inne  zajęcia.  Na  przykład 
haftowanie. 

Koszula  nocna  Dorbet  była  rozpięta.  Ola  przyłożył  usta  do  jej  piersi.  Oddychał  coraz 

szybciej. 

-  Przecież  możesz  haftować  -  mruknął  niewyraźnie  -  ale  od  obowiązków  domowych  nie 

uciekniesz. A kiedy dziecko przyjdzie na świat... 

-  Niczego nie zaniedbam - zapewniła go Dorbet. - Jeśli tylko pozwolisz mi... 
-  Nigdy  niczego  ci  nie  odmawiałem  -  powiedział  Ola  i  ścisnął  jej  nabrzmiałe  piersi.  - 

Przecież  wiesz,  że  liczy  się  tylko  twoje  szczęście.  Chociaż  nie  potrzebuję  pomocy,  by 
zapewnić ci byt - dodał zdecydowanie. - Moja żona nie musi zarabiać na siebie. 

-  Wiem, Ola. Moglibyśmy jednak coś zaoszczędzić. Pojechalibyśmy do miasta we dwoje. 

- Poczochrała mu włosy. - Kupilibyśmy sobie, co dusza zapragnie... 

Jego  dłonie  błądziły  po  jej  nagim  ciele  pod  koszulą,  prześlizgnęły  się  ostrożnie  nad 

brzuchem. Ola oddychał ciężko. 

-  Masz ochotę? - szepnęła Dorbet. 
-  A możemy? 
-  Pewnie - roześmiała się cicho. - Jeśli weźmiesz mnie od tyłu. 
Odwróciła się do niego i wygięła plecy w łuk. Nie dał się prosić dwa razy. Puścił jej piersi 

i  obiema  dłońmi  przyciągnął  ją  do  siebie,  pogładził  aksamitną  skórę  ud.  Utkwił  wzrok  w 
kępie włosów między jej nogami. 

-  Wejdź we mnie - przynaglała go, wyginając się i ocierając o niego. 
Z  początku  był  ostrożny,  potem  zapamiętał  się  zupełnie.  Dorbet  traciła  oddech.  Nie 

dotykał  jej  od  jakiegoś  czasu.  Czuła  teraz,  że  mimo  odmiennego  stanu  brak  jej  było  tej 
bliskości. Jęczała z podniecenia, napierając na niego. Ola doszedł do szczytu i z przeciągłym 
krzykiem opadł za plecami Dorbet. Jego gorący, przyspieszony oddech owionął ją po szyi. 

-  Dorbet, moja Dorbet... 
Leżeli  dłuższą  chwilę,  nie  odzywając  się.  W  końcu  Dorbet  odwróciła  się,  pocałowała  go 

miękko w usta i objęła mocno za szyję. Wiatr poruszał firankami. 

-  Więc chcesz haftować? - spytał raptownie. 
-  Tak, bardzo - odrzekła pospiesznie. - Wiem, że potrafię. 
-  Nie wątpię - zapewnił ją - ale jesteś tu gospodynią. - W jego głosie pobrzmiewał znów 

ton niechęci. 

-  Nie  mogę  robić  jednego  i  drugiego?  -  poprosiła.  -  Moja  matka  tak  żyje,  prowadzi 

gospodarkę i zajmuje się tkactwem. 

-  Tak wiele to dla ciebie znaczy? 
-  Tak! - Dorbet przytuliła go mocniej. - Tak, Ola! 
-  W  takim  razie  niech  będzie,  jak  chcesz  -  zdecydował.  -  Ale  podróż  do  Ameryki  wybij 

sobie z głowy! 

Dorbet podniosła się na łokciu i spojrzała na męża błyszczącymi oczyma, potem zasypała 

jego twarz pocałunkami. 

background image

-  Jesteś  najmilszym  człowiekiem  na  świecie  -  rozpromieniła  się.  -  Będę  się  starać,  Ola, 

najlepiej  jak  potrafię.  Ale  co  powie  twoja  matka?  -  zaniepokoiła  się.  -  Nie  będzie  tym 
zachwycona. 

-  Matka?  A  dlaczego?  Podziwia  twoją  matkę  i  jest  taka  dumna  z  ciebie,  twoich  świec  i 

wszystkich tych pięknych rzeczy, które trzymasz w skrzyni. 

Przyciągnął ją do siebie i ziewnął. 
-  Matka się zgodzi - powiedział. - Poza tym wyszłaś za mnie - dodał z uśmiechem - a nie 

za nią. Wszystko się ułoży. 

  
Ola  już  spał,  Dorbet  czuwała,  wpatrując  się  w  ciemność.  Jej  serce  biło  mocno  z  radości, 

nie mogła uleżeć spokojnie. Wszystko stanie się prostsze, kiedy będzie mogła zająć się pracą. 
I  to  dla  kogo,  dla  Martina  Bakkena!  Zupełnie  jak  matka,  pomyślała  z  dumą.  Wyrwie  się  z 
codziennego kieratu obowiązków. 

Uniosła się i pocałowała ostrożnie Olę, pogłaskała go po włosach. W nagłym przypływie 

tkliwości  położyła  się  i  przytuliła  głowę  do  piersi  męża.  Dziecko  poruszyło  się  w  jej  łonie, 
dotknęła dłonią brzucha i uśmiechnęła się. Wszystko będzie dobrze, niedługo urodzi dziecko, 
syna.  Nie  miała  wątpliwości,  że  nosi  pod  sercem  chłopca.  Ola  będzie  dumny  i  szczęśliwy. 
Zasłużył na to. I jeszcze będzie mogła haftować! Życie nabierze sensu. 

W końcu zasnęła. 
  
Ola  zaczekał  aż  do  kolacji,  by  przedstawić  prośbę  Dorbet.  Parobkowie  gdzieś  wyszli, 

dziewczęta pracowały w oborze. 

Marit słuchała syna ze zmarszczonym czołem. 
-  Wydaje  mi  się,  że  młoda  gospodyni  dość  ma  innych  zajęć  w  gospodarstwie  - 

powiedziała cierpko. 

-  Nie o to chodzi - tłumaczył Ola. - Dorbet jest artystką jak jej matka. Sama to przyznałaś. 

I wciąż jest za młoda, by przejąć wszystkie obowiązki, też tak mówiłaś. Powinna, rzecz jasna, 
wprawiać się do pracy na gospodarce, ale myślę, że ma prawo spróbować swoich sił. Przecież 
dobrze jej życzysz. 

Marit machnęła fartuchem po stole, jakby chciała strzepnąć z niego niewidzialne drobiny 

kurzu. 

-  Pewnie, że chcę, by dobrze jej było u nas - powiedziała cicho. - A nie jest? 
-  Dobrze mi u was - wtrąciła się Dorbet - ale chciałabym zająć się czymś innym. To dla 

mnie wspaniała okazja. I będą z tego pieniądze. 

Marit fuknęła ze złością. 
-  Od  kiedy  to  młoda  żona  z  Granvold  musi  zarabiać  na  własne  utrzymanie?  Od  tego  są 

mężczyźni. Kobiety mają inne zobowiązania.    

-  Daj spokój - zniecierpliwił się Ola. - Nie o to jej chodziło. Wszyscy wiedzą, że potrafię 

zapewnić byt własnej żonie. Dorbet jest podobna do matki, a przecież nieraz wyrażałaś się z 
uznaniem o wyrobach Mali. 

-  Przyznaję, Mali ma zręczne ręce. Nie pojmuję tylko, skąd bierze czas na to, by... 
-  W Stornes wszystko jest jak należy - przerwał jej Ola. - Mali zajmuje się tkactwem, ale 

nie zaniedbuje gospodarstwa. 

-  Broń  mnie  Panie  Boże  -  rzuciła  Marit.  -  Nie  to  miałam  na  myśli.  I  nic  takiego  nie 

powiedziałam, nie przekręcaj moich słów - dodała groźnie, wpatrując się w syna. 

-  W takim razie dlaczego Dorbet nie miałaby zabrać się do haftowania? Może zrobi i coś 

dla ciebie? - dodał pod wpływem nagłego impulsu. - Dorbet mówi, że stroje ludowe wracają 
do  łask.  Pomyśl,  mamo,  gdybyście  w  dwójkę  wystroiły  się  na  Siedemnastego  Maja!  - 
rozochocił się. - Tylko wy dwie w całej wsi! 

background image

Marit wygładziła fartuch i wyprostowała się, wypięła do przodu wydatny biust, jakby już 

zdobiły go srebrne brosze. 

-  Mądrze mówisz - zachichotała. - Już widzę te spojrzenia... 
Dorbet  milczała  taktownie,  choć  pomysł  męża  w  pierwszej  chwili  nie  przypadł  jej  do 

gustu. Zamierzała szyć dla Bakkena i zarabiać na tym pieniądze, zdobyć uznanie w Ameryce. 
Jeśli  jednak  Marit  wyrazi  zgodę,  zamysł  Oli  miał  pewien  sens:  uszyłaby  strój  dla  siebie  i 
teściowej, by się wprawić w robocie. Przyglądała się Marit, która przechadzała się po izbie, 
poprawiając obrusy, przestawiając wazony. 

-  Kto  wie,  może  byłoby  to  odpowiednie  zajęcie  dla  Dorbet  -  stwierdziła  Marit.  -  Ta 

dziewczyna ma zręczne ręce, zawsze to mówiłam. 

-  Niech więc zacznie od razu - uznał Ola. - W jej stanie i tak nie nadaje się do innych prac. 

Nosi twego wnuka pod sercem, mamo. 

Dorbet spojrzała na niego ze zdumieniem. Nie przypuszczała, że mąż ma tyle sprytu, sama 

lepiej  by  nie  poprowadziła  rozmowy.  Marit  zaczerwieniła  się  z  zadowolenia,  a  jej  wzrok 
spoczął na brzuchu synowej. 

-  Masz rację  - przyznała. - Urodzi nam następcę. Na dodatek silnego chłopa, skoro Mali 

twierdzi, iż nosi jedno dziecko. Pomyśl tylko, Granvold będzie mieć dziedzica - westchnęła 
uszczęśliwiona.  -  Nie  mogę  się  doczekać.  Już  dobrze  się  czujesz?  -  spojrzała  badawczo  na 
Dorbet. 

-  Tak, tylko ważę tyle, że ledwie się ruszam - skłamała Dorbet. 
Właściwie jednak nie minęła się  całkowicie z prawdą, bo dawne dolegliwości ustąpiły, a 

chodzenie sprawiało jej trudność. To było wbrew naturze dziewczyny i bardzo ją irytowało. 
Gdyby mogła pozbyć się domowych obowiązków i zająć haftem... Wystarczy zacząć, a reszta 
pójdzie  jak  z  płatka.  Osiągnie  taką  biegłość,  że  nikt  jej  nie  powstrzyma,  nawet  Marit.  Będą 
zabiegać o mnie, pomyślała z zadowoleniem i niezwykłą pewnością siebie. 

Marit  przerwała  wędrówkę  po  izbie  i  zasiadła  w  krześle  naprzeciwko  młodych.  Na  jej 

twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 

-  Państwo z Granvold - powiedziała z błyszczącym wzrokiem. - Piękna z was para. 
-   Tak,  gospodarstwo  jest  w  dobrych  rękach  twego  syna  -  uśmiechnęła  się  Dorbet  i  z 

gracją odrzuciła włosy w tył, odsłaniając smukłą szyję. - Lepszego gospodarza można szukać 
ze świecą. 

-  Masz rację - przyznała Marit. - I dobrał sobie odpowiednią gospodynię. 
-  Przesadzasz,  Marit  -  odrzekła  Dorbet,  opuszczając  wzrok.  -  Ale  się  uczę.  W  twojej 

osobie mam dobrego nauczyciela. 

Marit zamruczała z zadowoleniem i przeciągnęła ręką po siwiejących włosach. Poprawiła 

kok. 

-  Dorbet, Dorbet, prawdziwy z ciebie skarb. Jeśli tak zależy ci na tym haftowaniu, to nie 

mam nic przeciwko temu. 

Dorbet przyłożyła ręce do policzków, czując, że oblewa się rumieńcem. 
-  Naprawdę? 
-  Decyzję  podejmie  twój  mąż  -  stwierdziła  Marit.  -  Ja  nie  wyrażam  sprzeciwu. 

Zobaczymy, czy zdobędziesz takie uznanie jak twoja matka. 

Dorbet  wstała,  podeszła  do  teściowej  i  uściskała  ją  serdecznie,  wprawiając  ją  tym  w 

niemałe zakłopotanie. 

Synowa nie synowa, takich rzeczy nie robi się publicznie. Odepchnęła ją lekko od siebie. 
-  Ależ drogie dziecko... 
-  Tak  się  cieszę  -  Dorbet  nie  mogła  złapać  tchu.  -  Nie  chciałam  robić  nic  wbrew  twojej 

woli. 

-  To dobrze - przyznała Marit lekko zaczerwieniona. Poprawiła włosy. - Ale to Ola... 

background image

-  Jemu też podziękuję - powiedziała Dorbet z promiennym uśmiechem. Wyciągnęła rękę 

do męża i mrugnęła, tak że tym razem on się zaczerwienił. - Będę mu codziennie dziękować. 

Usiadła na kanapie i przytuliła się do niego. 
-  Wreszcie jesteś zadowolona? - spytał. 
Skinęła głową, jej jedwabiste włosy  połaskotały  go  w policzek. Potem położyła twarz na 

jego ramieniu. 

-  Możemy przejść się do Stornes wieczorem? - poprosiła, ściskając go za rękę. - Muszę o 

wszystkim opowiedzieć mamie. 

-  Możemy - odrzekł. - Jest tak ładnie. 
-  Weź chustę - doradziła Marit. - Noce są już chłodniejsze. 
Dorbet  skinęła  głową,  choć  nie  zamierzała  posłuchać  teściowej.  Pogoda  była  wciąż 

prawdziwie letnia. 

Kiedy Ola zamknął za nimi drzwi, rzuciła mu się w ramiona i ucałowała. 
-  Spryciarz z ciebie, Ola - szepnęła. - Tak cię kocham! Jesteś najlepszy na świecie. 
Ola zaczerpnął powietrza, jego serce przepełniała radość. Dorbet była taka piękna. Kochał 

ją do bólu, życie bez niej straciłoby wszelki sens. 

Z dumą objął ją ramieniem i ruszyli ku Stornes. 
 
ROZDZIAŁ 7. 
  
Nastał czas niepogody. 
Mali  nie  zdziwiła  się  wcale,  bo  ostatnie  dni  stały  pod  znakiem  upału  i  wilgoci.  Czasami 

zdarzało  się  tak  w  środku  lata,  ale  wtedy  powietrze  było  suche  i  gorące,  teraz  zaś  człowiek 
zalewał  się  potem,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Było  niemal  równie  ciepło  jak  w  Ameryce. 
Fioletowe chmury zebrały się nad fiordem, a potem ruszyły ku górskim szczytom. Poprzedzał 
je  porywisty  wiatr,  który  miotał  wierzchołkami  drzew  i  odrywał  białe  pióropusze  piany  od 
powierzchni wody. 

-  Niedobrze to wygląda. - Havard niespokojnie zerkał przez okno. - Lato było piękne tego 

roku, ale teraz czeka nas prawdziwa odmiana. 

-  Trzeba by zwieźć resztę siana - powiedział Aslak. 
-  Myślałem o tym samym, ale już nie zdążymy. Burza będzie tu lada chwila. Siano zdąży 

jeszcze wyschnąć, bo burza nie potrwa długo. Będzie krótka i gwałtowna. - Havard ponownie 
wyjrzał przez okno. - Bardziej boję się o to, by wiatr i deszcz nie położyły pszenicy. Ale nie 
ma  co  brać  się  do  roboty,  nie  zdążymy  -  powtórzył,  kręcąc  głową.  -  Zaczekamy,  aż  się 
rozpogodzi. 

-  W takim razie rozprzęgnę konie - uznał Olav.  - Będą spokojniejsze w  stajni. rz pranie, 

Ane, chyba już wyschło. A zresztą zbierz nawet, jeśli jest lekko wilgotne. A ty, Herbor 

Havard przyznał mu rację. Został przy oknie, obserwując pędzące chmury. 
-  Co ma być, to będzie - powiedziała Mali, dołączając do męża. - Zbieg, zamknij okna na 

poddaszu, żeby nas nie zalało. 

-  Będą  pioruny?  -  Johannes  również  podszedł  do  okna.  Odsunął  doniczkę  na  bok  i  z 

zainteresowaniem wyjrzał na zewnątrz. 

-  Na to wygląda - odrzekł Havard. - Boisz się piorunów? 
-  Nie. - Johannes nie tracił rezonu. - Słyszałem je wiele razy. Jak mieszkałem w mieście. 

Nie są groźne. 

-  Zazwyczaj nie są - zgodził się Havard i pogłaskał chłopca po głowie. 
-  Piorun może uderzyć - niepokoiła się Ingeborg.  
Johannes obrócił się do niej. 
-  Nie uderzy - pocieszył ją. - Prawda, Havard? 
-  Nie sądzę. 

background image

Nikt jednak nie lubił burz. Mogły zaszkodzić zbiorom i zwierzętom, uszkodzić domostwa i 

drogi.  Błyskawice  i  pioruny  sprowadzały  pożary,  których  ludzie  bardzo  się  obawiali.  Przy 
dzieciach nie mówiono na te tematy, by ich nie straszyć. Ingeborg zwykle łamała ten zakaz, 
bo sama panicznie bała się piorunów. Zaszywała się w kącie, trzęsąc się ze strachu, głucha na 
wszelkie słowa perswazji. 

I niezależnie od temperatury głowę szczelnie otulała chustą. Na dworze pociemniało, jakby 

zapadł zmrok. 

-  Może zapalimy świece? - spytała niespokojnie Ingeborg. Stała z miską umytych naczyń i 

lękliwie spoglądała przez okno. 

-  Jeśli  dzięki  temu  poczujesz  się  lepiej,  to  bardzo  proszę  -  zgodziła  się  Mali.  -  Skończ 

najpierw to, co zaczęłaś. 

Podeszła do Ingeborg i poklepała ją uspokajająco po ramieniu. 
-  Nie będzie tak źle - powiedziała przyjaźnie. - Burza szybko minie. 
-  To  nie  jest  zwykła  burza  -  mruknęła  Ingeborg.  -  Spójrz  na  mężczyzn.  To  poważna 

sprawa. 

-  Poważna sprawa? - spytał Johannes, zajęty oprowadzaniem małej Marileny po izbie. 
-  Nic  takiego  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Będą  pioruny  i  ulewa,  jak  zwykle.  To  właśnie 

Ingeborg ma na myśli. 

  
A jednak nie była to zwykła burza. 
Pierwsza błyskawica przecięła czarne niebo, uderzyła w skalne zbocze i wpadła do morza. 

W chwilę potem rozległ się ogłuszający huk i spadła ściana deszczu. Lawina kropel uderzyła 
w szyby z taką siłą, że omal nie pękły. Potem było już tylko gorzej. Błyskawice i uderzenia 
piorunów zlały się w jedno, czasami uderzały tak blisko, że dom drżał w posadach. Ingeborg 
skryła  się  w  kącie,  zakrywając  głowę  chustą  i  jęcząc  bez  ustanku.  Nawet  Johannes  wdrapał 
się na kolana Havarda i przytulił do niego z szeroko rozwartymi oczyma. 

Wszyscy  zgromadzili  się  w  izbie,  jakby  milcząco  uzgodnili,  iż  w  takiej  chwili  muszą 

trzymać się razem. W taką burzę wszystko może się zdarzyć, nikt w to nie wątpił. Oja krążył 
niespokojnie,  wzrok  miał  ponury.  Herborg  wyjęła  Małą  Mali  z  kołyski  i  trzymała  ją  w 
ramionach. Śledziła wzrokiem każdy krok męża, ale nie odezwała się ani słowem. 

Przyroda rozszalała się. W ciemności ledwie się widzieli, tylko, co chwilę izbę rozświetlał 

nagły  błysk,  po  którym  następował  grzmot  tak  silny,  jakby  ktoś  podwórze  zasypywał 
bombami. 

-  Żeby tylko nic się nie stało ludziom na pastwiskach - mruknął zaniepokojony Havard. - I 

zwierzętom.  Pewnie  nie  zdążyli  zapędzić  krów  i  owiec  do  zagrody,  zanim  rozpętało  się  to 
piekło. 

Mali  myślała  o  tym  samym.  Słyszała  opowieści  o  piorunach,  które  wbijały  bydlęta  w 

ziemię, ale nigdy nie przeżyła niczego podobnego. Oblała się zimnym potem i skuliła, kiedy 
kolejny błysk rozdarł ciemności. Łoskot, jaki mu towarzyszył, niepodobny był do niczego, co 
dotąd słyszała. Gwałtowny, rozdzierający huk wstrząsnął domostwem. 

-  Tym  razem  trafił  -  uznał  Aslak,  zrywając  się  z  miejsca.  Havard  posadził  Johannesa  na 

kolanach matki i zbliżył się do okna. Przez szarą ścianę deszczu ledwie co byto widać, ale w 
oddali na ciemnym niebie pojawiła się jasnożółta smuga. 

-  Zaraz się skończy - oznajmił, odwracając się. - Nad fiordem się przejaśnia. 
Nie  skończył  mówić,  kiedy  rozległ  się  kolejny  grzmot,  a  po  nim  inny  dźwięk,  głęboki  i 

narastający. 

-  To lawina! - krzyknął Aslak, przyciskając nos do szyby. - Poszła lawina! 
Deszcz przestał padać, jakby ktoś zakręcił kran, i zapadła cisza. Smuga światła przedarła 

się przez otaczające ciemności. 

background image

-  Wielkie nieba! - szepnął Oja, stojący z innymi mężczyznami przy oknie wychodzącym 

na fiord. - Wielkie nieba! 

-  Co się dzieje? - spytała niespokojnie Mali i zerwała się z miejsca. 
Dziwny dźwięk wciąż narastał. 
-  Nad  Utigarden  schodzi  ogromna  lawina!  -  odrzekł  Havard  drżącym  głosem.  -  Właśnie 

zabrała ze sobą szopę na łodzie! 

Smuga  światła  wisiała  nad  górami,  na  tyle  szeroka,  że  oświetlała  drugą  stronę  fiordu. 

Widok odebrał im mowę. W dół urwiska leciały ogromne bloki skalne, niszcząc wszystko na 
swej drodze. Rozbiły szopę na szczapy, posyłając je na spienione morze. 

-  Dzień sądu nastał! - krzyczała Ingeborg z kąta. 
Nikt jej nie odpowiedział, wszyscy stali jak sparaliżowani. Kolejna błyskawica wykreśliła 

zygzakowatą linię w górskim zboczu, a huk sprawił, że wszyscy skulili się instynktownie. 

-  Żeby tylko nie poszła kolejna, bliżej zabudowań - martwił się Havard. 
Znów spadł deszcz, jednak nie tak silny jak poprzednio. Kolejne błyskawice następowały 

rzadziej, burza przesuwała się w głąb fiordu.  Nad górami wciąż wisiały  ciężkie chmury,  ale 
najgorsze minęło. 

W izbie zrobiło się jaśniej. Mali spojrzała na zegar, burza trwała ledwie półtorej godziny, 

lecz jej zdawało się, że całą wieczność. 

I  nagle  ukazało  się  słońce,  tak  jakby  Bóg  chciał  ich  przeprosić  za  ten  przerażający 

spektakl.  Światło  zamigotało  w  kroplach  pokrywających  liście  drzew  i  krzewów,  a  z  pól 
uniosła się para. 

-  Słońce! - krzyknął Johannes. 
-  Już po wszystkim - uznała Mali. - I mam nadzieję, że nigdy już nas nic podobnego nie 

spotka. Otwórzcie okna i wpuśćcie trochę świeżego powietrza. 

Trzeba  nam  powietrza,  pomyślała.  W  izbie  panował  stęchły  zapach  spoconych  ciał. 

Niektórym przydałaby się kąpiel i zmiana bielizny. 

-  Zajrzyj do koni, O1av - polecił Havard. - Wypuść je, jeśli zanadto się nie wystraszyły. W 

innym razie zostaw je, póki się nie uspokoją. Ja idę na pastwiska. Pójdziesz ze mną, Oja? 

-  Jasne  -  odrzekł  Oja.  -  Cały  czas  o  tym  myślę,  trzeba  sprawdzić,  co  z  ludźmi  i 

zwierzętami. 

-   Może  zadzwonimy  do  Utigarden?  Może  potrzebują  pomocy?  -  Mali  spojrzała  na 

mężczyzn. 

-  Spróbuj - powiedział Havard - ale pewnie linia jest zerwana. Wezmę lornetkę i przyjrzę 

się bliżej. Chyba jednak zabudowaniom nic się nie stało, a szopa i łódź to znów nie tak wielka 
strata. 

Dom budził się do życia. Otwarto okna, Johannes wybiegł boso  w mokrą trawę i skakał, 

rozbryzgując fontanny wody. Nawet Ingeborg wychynęła spod chusty. 

-  Dobrze, że to nie przyszło w środku nocy - uznała Mali. - Byłoby znacznie gorzej. A tak 

spójrz, Ingeborg, świeci słońce. 

Wszyscy  wrócili  do  swych  zajęć.  O  dziwo  Marilena  i  Mała  Mali  przyjęły  burzę  ze 

stoickim  spokojem.  Marilena  zakwiliła  kilka  razy,  kiedy  biły  pioruny,  lecz  w  ramionach 
Tordhild  szybko  się  uspokoiła.  Johannes  też  przesiedział  burzę  u  niej  na  kolanach.  Wbrew 
obawom Mali dzieci nie przestraszyły się zbytnio. 

-  Zajdźmy do komórki i spiżarni, Herborg, i sprawdźmy, czy wszystko w porządku. 
Herborg  skinęła  głową  i  odłożyła  Małą  Mali  do  kołyski.  Dziewczynka  zdążyła  znów 

zasnąć. 

-  A  ja  przejdę  się  na  Wzgórze  -  uznała  Tordhild  -  i  zobaczę,  co  słychać  u  cieśli.  Nie 

rozumiem, dlaczego nie zeszli, zanim rozpętała się burza. 

-  Nie  sądzili  zapewne,  że  okaże  się  tak  gwałtowna  -  odrzekł  Havard,  naciągając  buty.  - 

Dobrze zrobisz. I zaproś ich do nas na posiłek, zanim ruszą do domów. 

background image

-  Właśnie - przytaknęła Mali. - Zaraz pewnie zjawi się Dorbet i dowiemy się, czy innym 

nic się nie stało. 

-  Spotkamy pewnie ludzi po drodze na hale - uznał Oja. - Nie tylko my boimy się o ludzi i 

zwierzęta. 

Mali  unosiła  suknię,  idąc  przez  podwórze,  ale  i  tak  każdemu  jej  krokowi  towarzyszył 

chlupot wody. Potok pędził w dół, szeroki jak nigdy dotąd. Szara zasłona deszczu przesuwała 
się  w  dół  fiordu  w  kierunku  Kristiansund.  Mali  obróciła  się  i  spojrzała  na  zabudowania, 
oddychając głęboko. To była najgorsza burza w jej życiu, mogła skończyć się tragicznie, ale 
Bóg tym razem ocalił ich i domostwo. 

-  Mieliśmy szczęście. - Herborg zdawała się czytać w jej myślach. 
Mali skinęła głową, zadarła suknię i ruszyła do spiżarni. 
  
Przez  jakiś  czas  burza  była  tematem  wszystkich  rozmów.  Nikt  nie  zginął,  przetrwały 

zwierzęta i budynki. W Utigarden też nic poważnego się nie stało, lawina strzaskała jedynie 
szopę i łódź. Do czasu budowy nowej łodzi gospodarze mieli korzystać z pomocy sąsiadów. 

Dziewczęta  na  pastwiskach  nie  doznały  uszczerbku,  nic  nie  stało  się  pasterzom  i 

zwierzętom.  Dwaj  chłopcy,  którzy  pracowali  tam  tego  lata,  zachowali  się  rozsądnie  i 
przeczekali  nawałnicę  pod  skalną  półką.  Niechętnie  przyznali,  że  burza  nieźle  ich 
wystraszyła. 

-  To żaden wstyd - uznał Havard. - Sam dotąd nie przeżyłem nic podobnego. 
Droga  wymagała  solidnych  napraw.  Deszcz  zmył  ją  w  paru  miejscach  i  minęło  sporo 

czasu, zanim znów stała się przejezdna. 

Siano przemokło na stojakach, gdzieniegdzie wiatr i deszcz położyły pszenicę, ale szkody 

nie były duże. 

Ż

ycie z wolna wracało do normy, a ludzie znaleźli sobie inne tematy do rozmów. Jednakże 

burza z sierpnia 1937 roku została w pamięci na wiele lat. 

   
W  środę  pierwszego  września  Johannes  poszedł  do  szkoły.  Od  paru  dni  nie  mówił  o 

niczym innym, a poprzedniego wieczoru chętnie zgodził się na kąpiel i mycie włosów. 

-  Pierwszego dnia w szkole trzeba być schludnym - tłumaczyła Tordhild, czesząc ciemne 

loki chłopca. 

-  Nie  wiem  tylko,  czy  wrócę  czysty  -  zastanawiał  się  Johannes.  -  Na  przerwach  będę 

bawić się z innymi dziećmi. 

-  To już trudno - śmiała się Tordhild. - Ważne jedynie, że stawisz się schludny na lekcje. 
-  Ola Havard będzie w Oppstad na niedzielę - mówił Johannes, przestępując niecierpliwie 

z  nogi  na  nogę.  -  Ciekaw  jestem,  czego  nauczy  się  w  swojej  szkole.  Dlaczego  nie  może 
chodzić razem ze mną? 

-  Przecież mieszka w Storhaug, a stamtąd daleko do naszej szkoły. 
-  Mógłby mieszkać w Oppstad. 
-  Musi mieszkać z mamą i bratem. 
-  Dlaczego? 
Dobre  pytanie,  pomyślała  Mali  i  spojrzała  na  Tordhild.  Ujrzawszy  siniaki  na  ramionach 

chłopca,  Mali  nabrała  przekonania,  że  Ola  Havard  nie  miał  w  domu  łatwego  życia.  Lepiej 
byłoby  mu  u  dziadków  w  Oppstad.  Choć  niemłodzi,  Anders  i  Lisbeth  zastępowali  dziecku 
rodziców.  Zawsze  się  tam  dobrze  czuł  i  mógł  codziennie  bywać  w  Stornes.  Wszyscy 
wiedzieli, że Ola Havard lubił przebywać z Mali i Havardem, no i, rzecz jasna, z Johannesem. 
Mali  miała  wrażenie,  że  chłopiec  nie  miał  innych  przyjaciół,  przynajmniej  nigdy  o  nich  nie 
wspominał. To dziwne, bo z Johannesem świetnie się dogadywali, Ola Havard był pogodnym 
i zgodnym dzieckiem. Jeszcze dziwniejsza wydawała się jego samotnicza natura. Pod fasadą 
uśmiechu Mali wyczuwała zamkniętą w sobie i smutną duszę. 

background image

Ola  Havard  powinien  poznać  prawdę,  dowiedzieć  się,  kto  jest  jego  ojcem.  Mali 

przemyślała sobie słowa Sigrid i uznała, że czas ku temu najwyższy. Chłopiec zasługiwał na 
to.  Nic  jednak  jeszcze  nie  przedsięwzięła,  nie  rozmawiała  z  Havardem,  nikomu  nie 
wspomniała o śladach na ciele chłopca. 

Prześladowały ją wyrzuty sumienia z tego powodu, lecz wciąż odsuwała od siebie decyzję. 

Dowiedziawszy  się  o  siniakach,  Havard  zażądałby  wyjaśnień  od  Laury.  A  co  zrobiłaby 
Laura?  Mali  nienawidziła  samej  siebie  za  tę  słabość,  ale  wciąż  nie  była  gotowa,  by  sprawa 
ojcostwa Oli Havarda ujrzała światło dzienne. 

-  Ty  mieszkasz  ze  mną,  tatą  i  Marileną  -  tłumaczyła  Tordhild.  -  Ola  Havard  też  musi 

mieszkać ze swoją rodziną. Tak już jest, Johannes. 

-  Przecież on nie ma taty - dziwił się Johannes. 
-  Wszyscy mają ojca - poprawiła go Tordhild. - Ojciec Oli Havarda nie żyje. 
-  Ale chciałby mieć tatę - przyznał Johannes. - Mówił mi o tym. 
Mali poczuła ucisk w żołądku. Chwyciła miskę i ruszyła do spiżarni po mąkę. 
  
Tordhild postanowiła odwieźć Johannesa i wziąć Marilenę ze sobą. Chłopiec nic nie zjadł 

na śniadanie, ale w tornistrze dźwigał paczuszkę z jedzeniem i butelkę soku. 

-  Prawdziwy z ciebie uczeń - uśmiechnęła się Mali. Stała na mostku, aby go pożegnać. - 

Opowiesz mi wszystko po powrocie do domu. 

-  Będę musiał odrobić lekcje - powiedział Johannes. 
-   I nie znajdziesz czasu, by porozmawiać z babcią? Spojrzał w górę i oczy mu zabłysły. 

Objął Mali za szyję i uścisnął.  

-  Na to zawsze mam czas - szepnął jej do ucha. 
Potem  ruszył  przez  podwórko.  Ogromny  tornister  niemal  zakrywał  czuprynę  ciemnych 

loków  i  podskakiwał  z  każdym  krokiem,  który  stawiał  chłopiec.  Mali  poczuła  nagłe 
wzruszenie,  zdawało  jej  się,  że  nie  tak  dawno  Sivert  wyruszał  po  raz  pierwszy  do  szkoły, 
równie podekscytowany i pełen oczekiwań. To ważny dzień, jeden z wielu ważnych dni. Nikt 
nie wiedział, co później nastąpi. 

Mali  przeciągnęła  dłonią  po  twarzy  i  odetchnęła  głęboko.  Żeby  tylko  nikt  nie  dokuczał 

Johannesowi z powodu matki. Nie zniosłaby myśli, że chłopiec zadręcza się czymś, czego nie 
jest w stanie pojąć. Dla Johannesa wszyscy byli ludźmi, zawsze tak uważał. Nie da się jednak 
ukryć, że różnił się od pozostałych dzieci, różnił się na wszystkie możliwe sposoby. 

Oby  wszystko  poszło  dobrze,  pomodliła  się  Mali  w  duchu.  Oby  nikt  nie  wykrył,  że  jego 

rodzice są przyrodnim rodzeństwem. Wtedy grzech pierworodny zmiecie ich wszystkich jak 
wody przypływu. 

Wzdrygnęła się, pomachała chłopcu raz jeszcze i weszła do domu. 
 
ROZDZIAŁ 8. 
  
Szpaki  obsiadały  gromadnie  linie  telefoniczne.  Wzgórza  płonęły  czerwienią  i  żółcią,  a 

pewnego dnia na szczycie Stortind pojawił się biały puch. Zniknął wprawdzie w ciągu dnia, 
ale jedno było pewne: nadchodziła jesień. 

Koszono pszenicę. Havard stwierdził z zadowoleniem, że obrodziła tego roku jak rzadko. 

Burza poczyniła pewne szkody, ale mniejsze, niż się spodziewano. Jeśli starczy czasu, zdołają 
zebrać wszystko. Wystarczy wiatr od lądu i kilka suchych dni, a ziarno nie straci nic na swej 
wartości. 

Mali wróciła do krosien. Dopiero teraz znalazła na to czas. Od powrotu do domu musiała 

nadzorować prace na gospodarstwie. Zbliżał się już okres spędu owiec i uboju, który również 
wymagał jej zaangażowania. Ufała wprawdzie Ane i Ingeborg, a i Herborg pilnie się uczyła i 
chętnie  wykonywała  wszelkie  prace,  ale  zwyczaj  nakazywał,  by  gospodyni  trzymała  pieczę 

background image

nad wszystkim. Mimo to zasiadła w warsztacie. Lista zamówień z Ameryki była długa, więc 
Mali zamierzała wykorzystać każdą wolną chwilę. 

Dorbet  otrzymała  niezbędne  materiały  z  miasta  i  zabrała  się  do  haftowania  pierwszego 

stroju  z  typową  dla  niej  pasją,  którą  okazywała  zawsze,  gdy  zajęcie  sprawiało  jej 
przyjemność.  Mimo  niewielkiego  doświadczenia  pracowała  z  finezją,  która  nawet  Mali 
wprawiła w zdumienie. 

Dorbet wspomniała matce o sugestii Oli, by najpierw uszyła strój dla siebie i Marit. 
-  Zajmie ci to mnóstwo czasu - stwierdziła Mali. - Odłóżmy to na później. Skończ swoją 

robotę. Wyślemy ją do Bakkena i zobaczymy, co powie. 

-  Myślę  jednak,  że  dali  mi  zgodę  z  tego  właśnie  względu  -  powiedziała  z  zatroskaniem 

Dorbet. - Bym uszyła coś dla siebie i teściowej. Nie byli zbytnio zachwyceni moimi planami, 
ani Marit, ani Ola. 

-  Nie  przejmuj  się.  -  Mali  poklepała  córkę  po  policzku.  -  Rozmówię  się  z  Marit.  Z  Olą 

dasz sobie radę sama - śmiała się. 

Po chwili zastanowienia dodała: 
-  Ten  pomysł  nie  jest  wcale  taki  głupi.  Zyskałabyś  wdzięczność  Marit  i  żywy  dowód 

twoich umiejętności. Pomyślimy nad tym. 

-  Rozmawiałaś z Bakkenem? 
-  Od  powrotu  do  domu  nie  rozmawiałam  -  przyznała  Mali.  -  Ale  pewnie  wkrótce 

zadzwoni. 

Jak dotąd nie zadzwonił. 
   
-  Widziałam  cię  przez  okno  -  promieniała  Marit  Granvold.  Stała  na  mostku  w 

ś

nieżnobiałym  fartuchu,  który  przykrywał  jej  wydatny  biust  i  brzuch.  -  Witaj  w  moich 

progach, Mali. 

-  Dziękuję.  Dawno  się  nie  widziałyśmy.  Wciąż  nie  starcza  czasu  na  wizyty  u  dobrych 

sąsiadów. 

-  Co prawda, to prawda - przytaknęła Marit. - Kawa już się parzy, a Dorbet piecze wafle. 
-  Nie chcę wam przeszkadzać - wzbraniała się Mali. 
-   I  nie  przeszkadzasz.  Zawsze  miło  cię  widzieć.  Obie  weszły  do  izby,  którą  wypełniał 

zapach ciasta. 

-  Mam teraz u siebie hafciarkę. Zresztą pewnie o tym wiesz. 
-  Słyszałam  -  przyznała  Mali.  -  Zresztą  to  ja  przywiozłam  wieści  z  Ameryki.  Bardzo  się 

ucieszyłam,  kiedy  Dorbet  powiedziała  mi, że  zgadzasz  się  na jej  nowe  zajęcie.  Ma  przecież 
tyle innych obowiązków. 

Rzuciła ukradkowe spojrzenie na córkę. Dorbet zaczerwieniła się. Nie przerwała pieczenia 

i nie odezwała się. 

-  Dorbet ma takie zręczne palce... I bardzo zależy jej na tej pracy. 
-  Wiem.  Trzeba  by  jak  najszybciej  wysłać  gotowy  strój  do  Ameryki,  niech  go  ocenią, 

zaproponują  zapłatę  i  przyślą  listę  zamówień.  Ale  powiedziałam  też  Dorbet:  zadbaj  o  to, 
byście z teściową mogły pokazać się w strojach ludowych na święto Siedemnastego Maja w 
przyszłym roku. Wzbudziłybyście powszechną uwagę, a wyroby Dorbet stałyby się znane. 

Marit zaczerwieniła się.  
-  Więc uważasz, że powinna poświęcić temu czas? 
-  Tak uważam. 
-  A ty, Dorbet? - Marit odwróciła się do synowej. 
-  Ja też. Nabrałabym wprawy. No i pokazałybyśmy wobec całej wsi, na czym polega moja 

praca dla Bakkena. 

-  No właśnie - zgodziła się Mali. - Zdobyłabyś uznanie. A jeśli komuś we wsi należy się 

palma pierwszeństwa, to właśnie gospodyniom z Granvold. 

background image

-  Nie powiem „nie" - puszyła się Marit. 
-  Dorbet będzie bardzo zajęta - ciągnęła ostrożnie Mali. - W Ameryce zainteresowanie jest 

duże, więc zamówień nie zabraknie. Sama mam tyle roboty, że dni wydają się za krótkie. 

-  Tak to już jest, jak się ma takie zdolności - przyznała Marit. - Jesteśmy bardzo dumni z 

Dorbet. Wdała się w matkę. Nie mogę uwierzyć, że dostanie zamówienia aż z Ameryki... 

Mali  nic  nie  powiedziała.  Spojrzała  na  córkę,  która  uśmiechała  się  promiennie.  Dopięły 

swego, przychylność teściowej wydawała się zapewniona. 

Przesiedziały jeszcze godzinę przy kawie i ploteczkach, aż w końcu Mali zaczęła zbierać 

się do domu. Cel wizyty został osiągnięty, pomyślała, kiedy Marit i Dorbet odprowadzały ją 
do drzwi. 

-  Dziękujemy za odwiedziny i zapraszamy ponownie - żegnała się wylewnie Marit. 
-  Znasz drogę do Stornes - powiedziała Mali. - Wpadnij do nas któregoś dnia. 
-  Może zabiorę się z Dorbet któregoś przedpołudnia? 
-  Będziesz mile widziana. - Wyciągnęła rękę i pogłaskała Dorbet po policzku. - Dziękuję 

za wafle - dodała. - I powodzenia w pracy. 

Dorbet  uśmiechnęła  się  szeroko.  -  Dziękuję.  Tak  się  cieszę,  że  będę  mogła  haftować.  To 

wiele dla mnie znaczy. 

-  Wiedziałam  o  tym  od  początku  -  przyznała  Marit.  -  Chcę,  by  ci  było  u  nas  dobrze.  A 

poza tym to grzech marnować taki talent. 

-  Też tak sobie myślałam - przytaknęła Mali. - Twoje zdanie i zdanie Oli bardzo się jednak 

liczą. 

-  Oboje się zgadzamy. Tego by jeszcze brakowało! 
Mali mrugnęła do córki, podała Marit dłoń i podziękowała raz jeszcze. 
Wracała do domu, podśpiewując wesoło. 
  
Ledwie przekroczyła próg domu, kiedy zadzwonił telefon. 
-  Stornes, słucham? 
-  Dobrze, że jesteś, Mali - odezwała się Astrid z centrali. - Masz połączenie z Ameryką. 
Serce Mali zabiło gwałtownie. Ścisnęła słuchawkę obiema dłońmi. 
-  Halo, Mali? 
-  Witaj, Martin - powiedziała cicho. 
Poczuła  się  dziwnie,  usłyszawszy  jego  głos  tak  wyraźnie,  jakby  stał  koło  niej.  Obraz 

Martina stanął jej przed oczyma: postawny, opalony i przystojny. Mali zadrżała. 

-  Jak ci minęła podróż do domu? 
-  Dobrze. Co słychać u Jenny?  
-  Też  wszystko  dobrze.  Sprzedaż  w  sklepie  przeszła  wszelkie  moje  oczekiwania.  Mam 

nową listę zamówień... 

-  Znów  zaczęłam  tkać  -  odrzekła  Mali  -  ale  do  świąt  nie  uporam  się  z  poprzednimi 

zleceniami. 

-  Będziemy czekać cierpliwie. A co z Dorbet? 
-  Też wzięła się do roboty i prześle ci pierwsze próbki przed Bożym Narodzeniem. Wiesz, 

ż

e Dorbet spodziewa się dziecka. Mimo to pracuje bez wytchnienia. 

-  To dobrze. - Martin nie krył zadowolenia. - Dla niej mam też mnóstwo zleceń. Chciałem 

zadzwonić  do  niej  i  pomówić  o  zapłacie  i  innych  kwestiach.  Jest  przecież  dorosła,  więc  nie 
musisz pośredniczyć? 

-  Nie, porozmawiaj z nią. Na pewno to doceni.  
Zapadła cisza. Mali słyszała bicie własnego serca. 
-  A co u ciebie? - spytał raptownie. 
-  Dobrze - szepnęła powoli. - Wszystko dobrze. 
Nie skomentował, ale Mali słyszała jego ciężki oddech. 

background image

-  W  takim  razie  sprawy  idą  we  właściwym  kierunku  -  stwierdził.  -  Czekam  na  przesyłki 

od ciebie i od Dorbet. Wyślij mi coś, jak tylko będziesz gotowa. Klienci się niecierpliwią. 

-  Obiecuję. 
-  Więc powodzenia. Dbaj o siebie. 
-  Ty też. 
Rozłączył  się.  Mali  wolno  odwiesiła  słuchawkę  i  oparła  głowę  o  ścianę.  Poczuła  jakąś 

dziwną  tęsknotę.  Sama  nie  wiedziała,  czy  to  tęsknota  za  życiem  w  Ameryce,  czy  za  nim  - 
Martinem Bakkenem. 

  
-  Bakken dzwonił po południu. 
Mali siedziała, czesząc włosy. Havard leżał już w łóżku. 
-  Po co? 
-  Dopytywał się o moją pracę, ma też nowe zamówienia - wyjaśniła Mali, nie odwracając 

się. - Chciał wiedzieć, czy Dorbet zaczęła haftować. Tylko tyle. 

Havard nic nie powiedział, więc Mali spojrzała na męża. 
-  A co sobie myślałeś? - spytała z rezygnacją. - Przecież uzgodniliśmy, że będę dla niego 

pracować, nieprawdaż? To oczywiste, że musimy pozostawać w kontakcie. 

Havard wciąż nic nie mówił i patrzył przed siebie ponuro. 
-  Drogi mój, nie rób z igły widły. Martin jeszcze nieraz do mnie zadzwoni. 
Odłożyła szczotkę, podeszła do łóżka i usiadła koło męża. Ujęła go za dłoń. 
-  Havard... 
Pokiwał  głową,  ale  się  nie  odezwał.  Mali  westchnęła.  Następnym  razem  kiedy  zadzwoni 

Martin,  nie  wspomni  o  tym  mężowi  ani  słowem.  Podejrzliwość  Havarda  była  nie  do 
zniesienia. Mali wślizgnęła się do łóżka i przytuliła do niego, pogłaskała go po piersi. 

-  Chciałam z tobą pomówić o czymś innym.  
Havard zesztywniał. 
-  Chodzi  o  Olę  Havarda  -  dodała.  -  Dwa  tygodnie  temu,  zanim  poszliśmy  na  jagody, 

odkryłam sine ślady na jego ramieniu. 

-  Sine ślady? 
-  Tak, siniaki, i sam ich sobie nie nabił, jestem tego pewna. 
-  Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? - spytał chrapliwie. 
-  Bo  się  bałam  -  przyznała  się  Mali.  -  Nie  wiedziałam,  jak  zareagować.  Nikt  poza  mną 

tego nie zauważył i nikomu o tym nie wspomniałam. Chłopca też o nic nie pytałam. Źle się z 
nim dzieje. 

Przez chwilę leżeli w milczeniu. Havard podłożył ramię pod głowę i chrząknął. 
-  Powinienem rozmówić się z Laurą - uznał. - Nie chcę jednak mieć nic do czynienia z tą 

kobietą. Nigdy nie wiem, co jej strzeli do głowy. 

Mali  odetchnęła  z  ulgą,  lecz  jednocześnie  ogarnęło  ją  poczucie  winy.  Powinni  myśleć  o 

chłopcu, nie o sobie. Chodziło jednakże o syna Havarda. Do niego należy ostateczna decyzja. 

-  Nie  mam  pojęcia,  co  robić  -  westchnął  Havard.  -  Kłótnia  z  Laurą  nic  nie  da,  znasz  ją 

dobrze. Powie, że... Doprawdy, nie wiem, co robić. 

Mali objęła męża i nic nie powiedziała. 
-  Może  będziemy  go  częściej  zapraszać?  - zaproponował.  -  Ola  Havard  dobrze  się  u  nas 

czuje, a my będziemy dbać o niego... Zgadzasz się? 

Mali skinęła głową. 
-  W takim razie zapytam. Nic by dobrego nie wynikło, gdybym... Nie, tak będzie najlepiej. 

Przyjrzę się mu bliżej, kiedy odwiedzi nas kolejny raz. Czy nie ma jakichś śladów - dodał. 

Mali bawiła się guzikiem jego piżamy. 
-  Sigrid zna prawdę. Uważa, że powinniśmy powiedzieć... Chłopiec powinien wiedzieć... 

kto jest jego ojcem... 

background image

-  To nie jej sprawa. 
-  Co nie zmienia faktu, że może mieć rację... Ola Havard poczułby się bezpieczniej. 
Havard przeciągnął dłonią po twarzy i westchnął. 
-  Powinien  znać  prawdę  -  przyznał.  -  A  ja  żałuję,  że  mu  nie  powiedziałem,  ale...  Mój 

związek z Laurą nie był łatwy. A czas tak szybko leci... 

Przyciągnął żonę do siebie i zanurzył twarz w jej włosach. 
-  Będzie,  co  ma  być  -  zakończył.  -  Poprosimy,  by  mógł  częściej  u  nas  bywać,  a  ja  będę 

miał na niego oko. 

Mali  przytaknęła.  Powinna  właściwie  zmusić  Havarda,  by  uznał  syna,  ale  nie  próbowała 

tego zrobić. Poparłaby męża całym sercem, ale inicjatywa należała do niego. Skoro nie chce... 
Przecież to jego dziecko, usprawiedliwiała się przed samą sobą. 

-  Dlaczego wszystko musi być takie trudne? - mruknął Havard i pocałował ją w szyję. 
Mali pogłaskała go po głowie. Kiedy dłonie Hawarda wślizgnęły się pod jej koszulę nocną, 

nie opierała się. Wręcz przeciwnie, przywarła do niego. I kiedy wszedł w nią, była wilgotna z 
podniecenia.  W  głębi  duszy  wiedziała  jednak,  że  nie  jest  to  akt  miłości,  tylko  pociechy. 
Pociechy, oboje bowiem wiedzieli, że popełniają grzech zaniedbania. 

  
Johannes klęczał na kanapie i wyglądał przez okno. 
-  Kiedy przyjedzie tata? - spytał niecierpliwie, odsuwając doniczkę. 
Cud  tylko  sprawił,  że  nie  spadła.  Ane  dostrzegła,  co  się  święci,  i  nic  nie  mówiąc, 

przestawiła dwie doniczki z daliami na stół. 

-  Przyjedzie  -  odrzekła  Tordhild,  wplatając  czerwoną  kokardę  we  włosy  Marileny.  - 

Trudno jednak powiedzieć, o której godzinie. Odrób tymczasem lekcje - zaproponowała. 

-  Już odrobiłem - mruknął chłopiec, przyciskając nos do szyby. - Dobrze wiesz. 
-  Możesz mi pokazać? - spytała Mali. 
Johannes  zeskoczył  z  kanapy  i  zaczął  grzebać  w  tornistrze.  Pęczniejąc  z  dumy,  wydobył 

zeszyt, otworzył go na ostatniej stronie, gdzie wymalował łódź i dwa rządki litery B. 

-  Pięknie - pochwaliła go Mali. 
-  O tak - odrzekł nieskromnie. - Jestem bardzo zdolny. 
-  Nauczyciel też tak uważa? 
-  Oczywiście! Cały czas mówi, że jestem podobny do ojca. Tata też był dobrym uczniem? 
-  Był, był - potwierdziła Mali. - Pyta o coś jeszcze? 
-  Bez przerwy coś mówi - tłumaczył Johannes niecierpliwie. - A co myślałaś? 
-  Podoba ci się w szkole? 
-  No pewnie. Mam nowych przyjaciół. Dwójkę z drugiej strony fiordu. Będę mógł u nich 

przenocować? Mamo? 

Właśnie zdał sobie sprawę, że zapomniał opowiedzieć o wszystkim matce. 
-  Zobaczymy - stwierdziła Tordhild. - Jeśli ci na tym zależy... 
-  Bardzo. 
W szkole więc wszystko układało się jak należy, uznała Mali. Pierwszego dnia Johannes 

wrócił zachwycony,  chwalił się nowymi podręcznikami i gadał jak najęty. Więc nikt  go nie 
skrzywdził, pomyślała z ulgą. 

-  Możesz obejrzeć cały zeszyt - powiedział Johannes, wracając na swoje stanowisko przy 

oknie. - On chyba nigdy nie przyjedzie! 

-  Spójrz na Marilenę. - Tordhild usiłowała odwrócić uwagę syna. - Prawdziwy aniołek! - 

uśmiechnęła się i poklepała dziewczynkę po policzku. 

Marilena  też  uśmiechnęła  się  promiennie.  Czerwona  kokarda  błyszczała  w  gładko 

zaczesanych  jasnych  włosach  dziecka.  Miała  już  czternaście  miesięcy,  była  krąglutka  i 
wesoła,  bardzo  przypominała  matkę.  Mali  cieszyła  się,  że  Marilena  wdała  się  w  ród 
Stornesów, bo pozwalało to wyrzucić z pamięci jej ojca. Tego, że była córką Ruth, Mali nie 

background image

chciała  zapomnieć,  choć  wierzyła,  że  dziewczynka  pozostanie  pełnoprawnym  członkiem 
rodziny Siverta. Miała nadzieję, że Marilena nie dozna szoku, kiedy dowie się o wszystkim. 
Sivert  różnił  się  od  niej,  z  pewnością  nie  pozwoli  dziecku  wzrastać  w  niepewności.  To 
dobrze,  pomyślała  z  bólem,  dzieci  nie  wolno  okłamywać.  Nie  w  taki  sposób,  w  jaki  ja 
okłamałam Siverta. Nie tak, jak postępujemy wobec Oli Havarda. 

Odsunęła od siebie natrętne myśli i posadziła sobie Marilenę na kolanach. 
-  Ale  jesteś  piękna  -  powiedziała.  -  Zaraz  wróci  tata...  Sivert  -  poprawiła  się,  rzucając 

spojrzenie na Tordhild. - Jak ona ma was nazywać? 

-  Niech sama zdecyduje - odrzekła Tordhild. - Z początku będzie naśladować Johannesa. 

To  dobrze.  Potem  dowie  się,  kim  jest.  Będziemy  traktować  ją  jak  własne  dziecko,  ale  nie 
zamierzamy ukrywać przed nią przeszłości. Zobaczymy, jakiego dokona wyboru. 

Mali pokiwała głową. Pogłaskała małą po miękkim policzku i pocałowała ją. Marilena nie 

mogła lepiej trafić po stracie rodziców. Ma wszelkie szanse na godziwe życie, jeśli tylko nie 
odziedziczy mrocznej natury własnego ojca, jego nikczemności i żądzy władzy. Ale to chyba 
niemożliwe,  tak  bardzo  przypominała  matkę  z  wyglądu,  że  zapewne  przejęła  od  niej  cechy 
charakteru. Nic nie wskazywało na to, by miała być trudnym dzieckiem. Wprost przeciwnie, 
była cicha i łagodna. Byle nie zanadto, nie powinna kiedyś w przyszłości dać się zdominować 
mężczyźnie tak, jak się to stało z Ruth. Nie udało im się zaszczepić Ruth większej wiary  w 
siebie, to był błąd, którego nie powtórzą z Marileną. Ani z Małą Mali. Mali rzuciła spojrzenie 
w kierunku kołyski, w której Mała Mali bawiła się kolorowymi zabawkami. 

Marilena i Mała Mali były do siebie podobne. Córka Oi i Herborg odziedziczyła po babce 

imię  i  urodę.  Niezwykle  przypominała  Mali,  miała  te  same  ciemnobrązowe  oczy  i  jasne 
włosy,  które  zwijały  się  na  karczku  dziewczynki  podczas  kąpieli.  I  była  taka  uparta!  Cały 
dom  miał  za  swoje,  jeśli  mała  nie  dostała,  czego  chciała.  Ale  potrafiła  też  wszystkich 
oczarować,  zwłaszcza  Havarda  umiała  owinąć  wokół  małego  palca.  Trzeba  włożyć  wiele 
rozsądku w jej wychowanie, myślała Mali, bo wyrośnie na samolubną istotę. Nikt nie wątpił 
zaś, że będzie piękna. No i jeszcze odziedziczy Stornes... 

Mali westchnęła. Nie na niej spoczywała odpowiedzialność za wychowanie dziewczynek, 

choć  nie  zamierzała  usuwać  się  w  cień.  Pozostawało  mieć  nadzieję,  że  rodzice  potrafią 
wydobyć najlepsze cechy z obu panien ze Stornes. 

-  Jedzie! - Johannes podskakiwał na kanapie. - Jedzie! 
Zeskoczył z kanapy, potknął się o dywan i rymsnął jak długi.  Zerwał się zaraz na równe 

nogi, wyleciał za próg, trzaskając drzwiami tak, że zatrzęsły się szyby. 

-  Wielki Boże - westchnęła Ingeborg. 
Niemalże  wypuściła  z  rąk  półmisek  z  wędliną,  który  właśnie  stawiała  na  stole.  Tordhild 

wzięła Marilenę na ręce i podeszła do drzwi. 

-  Też pójdziemy przywitać się z tatą. 
Mali  została  w  domu.  Cieszyła  się  na  powrót  Siverta,  ale  uznała,  że  pierwsze  chwile 

powitania  należą  do  rodziny.  Stanęła  przy  oknie.  Johannes  dopadł  ojca,  który  złapał  go  w 
ramiona i zakręcił się wokół. Śmiech chłopca dobiegł aż do domu. Potem Sivert objął żonę i 
Marilenę i przytulił obie do siebie. Mali westchnęła cicho, czując, jak ogarnia ją fala radości i 
wdzięczności. Znów byli razem. Wszystko będzie dobrze. 

  
Siedzieli  do  późna,  rozmawiając.  Podekscytowany  Johannes  nie  zasnął  przed  dziesiątą, 

wcześniej  oprowadził  ojca  po  domu  i  obejściu,  pokazując  mu  wszystko.  Sivert  musiał 
podziwiać  zeszyt  syna,  w  którym  ten  wpisywał  litery  wyraźnym,  okrągłym  charakterem 
pisma,  i  chwalić  postępy  w  czytaniu.  Mali  nie  mogła  oderwać  od  nich  oczu.  Sivert  stał 
nachylony nad synem. Byli tacy do siebie podobni, ta sama barwa włosów i oczu, identyczny 
uśmiech. Sivert promieniał miłością do dziecka. 

-  I jeszcze muszę coś dla ciebie zagrać - oznajmił Johannes na koniec. 

background image

-  Na to czekałem. Nauczyłeś się czegoś nowego?  
Johannes  uśmiechnął  się  tajemniczo,  przyniósł  skrzypki  i  umieścił  je  pod  brodą. 

Domownicy ucichli. 

-  Sam  to  wymyśliłem  -  powiedział  Johannes,  a  oczy  mu  błyszczały  z  dumy.  -  Nawet 

mamie się nie zdradziłem, bo to miała być niespodzianka dla ciebie. 

Sivert był taki sam, pomyślała rzewnie Mali, jakby nagle przeniesiona w przeszłość. Oczy 

zaszły  jej  łzami,  odchyliła  się  w  krześle  i  przymknęła  powieki.  Delikatne,  piękne  dźwięki 
wypełniły izbę. Johannes zrobił ogromne postępy, choć rzadko widywano go z instrumentem. 
Może  i  w  tym  był  podobny  do  ojca,  który  skrywał  się  gdzieś  w  stodole  i  ćwiczył  w 
samotności. 

Johannes otrzymał zasłużone oklaski. 
-  To  było  ładne,  chłopcze  -  pochwalił  go  Sivert.  Wyszedł  do  sieni  i  przyniósł  własne 

skrzypce. - Ćwiczyłeś Ave Maria! 

Johannes pokiwał energicznie głową. 
-  W takim razie zagrajmy razem. Zacznij, a ja się dołączę. 
Ta muzyka brzmiała dla nich jak modlitwa. Był to pierwszy utwór, który Sivert wykonał 

publicznie. Towarzyszył im w dobrych i złych chwilach. Teraz też radość i smutek wypełniły 
serce Mali. 

Kiedy skończyli, w izbie zaległa cisza. 
-  Piękne - szepnęła Tordhild. 
-  I ty chcesz pracować na roli? - Havard chrząknął ze wzruszenia. - Zostaniesz muzykiem 

tak jak ojciec. Jesteś nadzwyczaj zdolny. 

Sivert zwichrzył mu włosy, patrzył na syna z zamyśleniem. 
-   Zostanie  tym,  kim  będzie  chciał  -  powiedział  spokojnie.  -  Najważniejsze,  by  dokonał 

właściwego  wyboru.  Muzyki  nie  utraci,  pozostanie  na  zawsze  źródłem  bogactwa  i  radości, 
niezależnie gdzie rzuci go los. Ale to prawda, Johannes - dodał - jesteś bardzo zdolny. 

Mali przypomniała sobie czas, kiedy Sivert zaczął grać. On nie miał tyle szczęścia: mógł 

ć

wiczyć  pod  warunkiem,  że  kiedyś  przejmie  gospodarkę.  Johannes  mógł  pójść  za  głosem 

własnego serca. 

Mali  nie  była  pewna,  czy  wnuk  zechce  zostać  na  wsi.  Interesował  się  pracą  w  obejściu  i 

kochał  zwierzęta,  ale  nic  nie  dziedziczył.  Kiedy  to  pojmie,  zechce  może  zająć  się  czymś 
innym, na przykład muzyką. Najważniejsze, by  był szczęśliwy. To najważniejsze zadanie w 
ż

yciu  musiał  wykonać  sam:  znaleźć  szczęście.  I  prawdę  mówiąc,  miał  ku  temu  największe 

szanse. On, syn Siverta i wnuk Jo. 

  
Zamiast zaciągnąć firanki, Tordhild zatrzymała się przy otwartym oknie sypialni. 
-  Chodź, Sivert - szepnęła. - Spójrz. 
Stanął za nią, otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Noc była ciemna, lecz księżyc 

rzucał bladą poświatę na góry i fiord. Fale poruszały światłem, uderzając lekko o brzeg. 

-   Ten  widok  mnie  uspokaja  -  powiedziała  Tordhild.  Podniosła  rękę  i  położyła  ją  na  szyi 

męża. - Stęskniłam się za tobą. 

Sivert przysunął policzek do jej twarzy i owionął ją jego ciepły oddech. 
-  I ja tęskniłem do ciebie - odrzekł. - I do dzieci.  
Stali tak przez chwilę, przytuleni. 
-  To  dziwne  -  ciągnął  -  ale  czuję,  że  wróciłem  do  domu.  Nie  spodziewałem  się,  że 

kiedykolwiek  tak  pomyślę  o  tym  miejscu.  Ale  myślę  tak  tylko  dlatego  -  dodał  -  że  ty  tutaj 
jesteś. Oraz Johannes i Marilena. 

Tordhild  odwróciła  się  w  jego  ramionach  i  objęła  go  za  szyję.  Przechyliła  się  w  tył  i 

zadarła głowę.  

background image

-  Jesteś w domu - powiedziała. - Nie rozumiesz? Niezależnie co się tu zdarzyło, to zawsze 

jest twój dom. 

-  Kiedyś będziemy mieć własny. 
-  Tak, to dobrze. 
-  Myślisz, że będzie ci tu dobrze, Tordhild?  
Pocałowała go miękko. 
-  Będzie  mi  dobrze  tam,  gdzie  ty  będziesz.  Ty  i  dzieci.  Zawsze  czułam,  że  to  jest  moje 

miejsce na ziemi. Nie wiem dlaczego. 

-  Nasz ojciec tu bywał - szepnął Sivert. - W tych izbach, na tym podwórzu, chodził tymi 

ś

cieżkami. 

-  Tak,  myślałam  o  tym.  Rzadko  widywałam  ojca,  tęskniłam  do  niego,  wymyślałam 

historie, w których wracał do mnie i do matki. Zwykle nie wracał. Ale tutaj wciąż czuję jego 
obecność. 

Umilkli, Sivert przeciągnął dłonią po jej włosach. 
-  Chcę cię zabrać w miejsce, gdzie umarł nasz ojciec. 
Tordhild  zesztywniała  w  jego  ramionach.  Podniosła  głowę  i  wbiła  w  niego  spojrzenie 

ciemnych oczu. 

-  Nie chcesz pożegnać się z nim po raz ostatni? 
-  Co powie na to twoja matka? 
-  Chcę także ją zabrać. Pójdziemy w trójkę. Każde z nas na swój sposób należy do niego. 
Tordhild zaczerpnęła tchu i skinęła głową. 
-  Dobrze - powiedziała. - Dobrze, Sivert! 
Podniósł ją i zaniósł na posłanie. Rozebrali się w milczeniu. Od dawna nie byli ze sobą, ale 

ich ciała pamiętały, znały się na wylot. 

-  Tordhild - szepnął, głaszcząc jej piersi ciepłymi dłońmi. - Żebyś wiedziała, jak... 
Wyprężyła się i przyciągnęła go do siebie. 
-  Wiem - odrzekła cicho. - Wiem... 
  
Mali odwróciła się, kiedy skrzypnęły drzwi spiżarni. 
-  To ty, Sivert? 
-  Tak, widziałem, jak tu wchodziłaś. - Sivert podszedł bliżej.  
Mali przesypywała mąkę do dzbana. 
-  Coś się stało? 
-  Nie, nic. Tordhild i ja chcemy zabrać cię gdzieś. Rozmawialiśmy o tym wczoraj. 
-  Dokąd? - Mali zaniepokoiła się. 
-  Na górskie osypisko - powiedział spokojnie. - Tordhild nigdy nie pożegnała się z ojcem. 

Ja  chcę  pójść  tam  jeszcze  raz,  by  mu  powiedzieć,  że  jesteśmy  razem.  Tordhild  i  ja.  Że 
wróciliśmy do domu. 

Mali nie odpowiedziała od razu. Tysiące myśli przebiegło jej przez głowę. Przypomniała 

sobie ten dzień, kiedy była tam z Sivertem. Sądziła, że już nigdy nie wróci w tamto miejsce. 

-  Możecie pójść beze mnie. 
-  Możemy. Powinnaś jednak być tam z nami. Wszyscy troje należymy do Jo. 
Mali  milczała.  Obrazy  z  przeszłości  tańczyły  na  siatkówce  jej  oczu  -  obrazy  pachnącego 

lata, kiedy kochała pierwszy raz, kiedy uczyła się miłości. Przetarła dłonią powieki, to było 
tak dawno temu. Teraz kochała Havarda. Nie należała już do Jo. 

-  Boisz się reakcji męża?  
Zadrżała. Sivert czytał w jej myślach. 
-  Sama nie wiem... 

background image

-  On  zrozumie  -  mówił  spokojnie  Sivert.  -  Wie,  że  jesteś  jego,  ale  zniesie,  że  część 

twojego serca należy do tamtego. Bo tak przecież jest, mamo. Przecież zdarzenia tamtych dni 
zostawiły jakiś ślad. 

Bóg  jeden  wie,  myślała  Mali.  Grzech  pierworodny  począł  się  tamtego  lata,  ale  nie 

ż

ałowała. Czuła to każdą cząstką swego ciała, nie żałowała ani przez sekundę! Historia z Jo 

dobiegła  końca,  ale  mimo  całego  zła  to  dobrze,  że  się  zdarzyła.  Uczyniła  z  niej  tę  kobietę, 
którą teraz była. Zaczerpnęła powietrza i spojrzała Sivertowi prosto w oczy. 

-  Kiedy zamierzacie wyruszyć? 
-  Po obiedzie. Herborg zajmie się Marileną. A Johannes... 
-  Co powie Johannes? 
-  Dowie się, że idziemy w góry. Na daleką wycieczkę, za trudną na jego nogi. Zresztą ma 

tyle innych zajęć... 

-  To  do  ciebie  niepodobne  -  powiedziała  Mali  lekko  podniesionym  głosem.  -  Przecież 

ż

yczysz sobie, by nic przed nim nie skrywać. 

-  Wszystko  w  swoim  czasie  -  odrzekł  spokojnie  Sivert.  Jeśli  dostrzegł  podenerwowanie 

matki, to nie dał tego po sobie poznać. - Teraz nie będziemy wspominać o Jo, nikt by na tym 
nic  nie  zyskał,  Johannes  najmniej.  Skoro  mamy  tu  mieszkać,  ludzkie  gadanie  nam  nie 
potrzebne. Kiedyś jednak... 

Kiedyś  opowie  mu  wszystko,  pomyślała  Mali.  O  Jo,  jej  zdradzie,  o  Tordhild  i  sobie 

samym. Wszystko? 

-  Są w życiu sprawy, które lepiej przemilczeć - zaczęła ostrożnie. - Johannes jest podobny 

do ciebie, ale nie jest tobą, Sivert. Jeśli kiedyś miałby... 

-  Zobaczymy - odrzekł Sivert, przestępując z nogi na nogę. - Uważam, że każdy człowiek 

ma  prawo  wiedzieć,  kim  jest.  Ty  z  wszystkich  ludzi  powinnaś  wiedzieć  to  najlepiej  -  dodał 
twardo. 

Mali wstała i położyła dłoń na jego policzku. 
-  Tak,  odebrałam  tę  naukę,  Sivert  -  powiedziała  cicho.  -  Johannes  jednak  wie,  kim  jest. 

Synem  twoim  i  Tordhild.  Musi  wiedzieć  więcej?  Poznać  moje  postępki,  dowiedzieć  się  o 
tobie i Tordhild? Będzie szczęśliwszy, kiedy zniszczysz jego uczucia do mnie? 

Sivert milczał. Odsunął jej dłoń i odwrócił się do drzwi. 
-  Nie chodzi wyłącznie o ciebie - powiedział odwrócony plecami do matki. 
Mali wstrzymała oddech. 
-  Pójdziesz z nami? - spytał, kładąc dłoń na klamce. 
-  Tak - szepnęła. - Pójdę. 
   
ROZDZIAŁ 9. 
  
Dzień  był  odpowiedni  na  górską  wycieczkę,  powietrze  przejrzyste.  Barwy  jesieni 

dominowały  wszędzie.  Wełnianki  na  torfowiskach  kołysały  się  z  gracją.  Potraciły  już 
ś

nieżnobiałą  barwę,  którą  pyszniły  się  w  środku  lat;  kłosy  zaczęły  żółknąć,  choć  z  daleka 

wciąż  trudno  to  było  dostrzec.  Tak  jest  ze  wszystkim,  pomyślała  Mali,  zrywając  jedną  z 
łodyg, z daleka nie widać szczegółów. Zresztą i tak wszystkiego nie da się zobaczyć. Rzeczy 
najważniejsze dzieją się w sercu, doświadczyła tego po wielekroć. 

-  Chodźmy do brodu w górze rzeki - powiedziała, kiedy dotarli do miejsca, gdzie pasterze 

zwykli  odpoczywać,  i  usiedli  na  pniach,  grzejąc  się  w  jesiennym  słońcu.  -  Na  pastwiskach 
wciąż są ludzie. Po co cała wieś ma wiedzieć o naszej wyprawie? 

-  I tak się dowiedzą. - Sivert uśmiechnął się krzywo. - Możemy jednak zrobić, jak chcesz. 
-  Pójdziemy górą - zdecydowała Tordhild. 

background image

Mali  bawiła  się  utkaną  siateczką,  którą  zabrała  ze  sobą.  Sivert  dźwigał  plecak.  Mali 

odmówiła,  kiedy  chciał  wziąć  od  niej  siatkę.  Jej  palce  znikały  w  siatce  i  dotykały  gładkich 
liści i kiści jagód. 

Kiedy  Sivert  napomknął  o  wyprawie,  wspomnienia  powróciły  z  całą  siłą.  Przypomniała 

sobie dzień, kiedy zniesiono ciało Jo z gór. Nie pozwolono jej nawet się z nim pożegnać, na 
tym  między  innymi  polegała  zemsta  Johana.  Wtedy  też  był  wrzesień,  koniec  września 
przeszło dwadzieścia lat temu. Sivert miał trzy lata. Pamiętał  cokolwiek? Nigdy  go o to nie 
pytała, ale słyszała, że dzieci mają wspomnienia sięgające tak daleko. Nie zamierzała zresztą 
pytać o cokolwiek, może kiedyś sam zechce coś powiedzieć. 

Kiedy  odwieziono  ciało  Jo,  zeszła  do  ogrodu  i  zrobiła  wianek  z  jesiennych  liści  klonu  i 

jarzębinowych  korali.  To  wspomnienie  było  szczególnie  bolesne.  Wianek  nie  był  duży  ani 
zbyt  ładny.  Stanowił  jednak  symbol  tego,  co  ich  łączyło:  czerwone  owoce  oznaczały  ich 
gorącą miłość, jesienne liście zaś, że właśnie się skończyła. Wtedy jeszcze myślała inaczej, w 
rdzawych  liściach  wciąż  miało  tlić  się  uczucie.  Nigdy  nie  umrzeć.  I  wydawało  się  jej,  że 
nigdy już nie zazna szczęścia. 

Co nie okazało się prawdą, myślała teraz, siedząc w jesiennym słońcu i wsłuchując się w 

szum potoku w rozpadlinie. Wielką miłość przeżyła później u boku Havarda. A mimo trosk i 
kłopotów życie po śmierci Jo przyniosło jej wiele szczęśliwych chwil. 

Sivert miał rację w jednym: zdarzenia tamtych dni pozostawiły ślad. Nigdy nie zapomniała 

Jo.  O  nie,  pomyślała,  zerkając  na  Siverta,  jakże  mogłaby  zapomnieć,  skoro  codziennie 
widziała go w synu i wnuku? Żył dalej w nich. I w Tordhild. To, że córka Jo pojawiła się w 
ich życiu, uznała za ironię losu. Przez cale lata z wielkim trudem ukrywała swoją tajemnicę, a 
teraz  musiała  ukrywać  dwie.  Mali  westchnęła  i  wrzuciła  kiść  jarzębinowych  owoców  do 
siatki. 

Tordhild  miała  prawo  obejrzeć  miejsce,  w  którym  zginął  jej  ojciec.  Mali  miała  jednak 

nadzieję,  że  po  raz  ostatni  idą  na  górskie  osypisko.  Miejsce  śmierci  Jo  nie  powinno  być 
miejscem  pamięci.  Trzeba  przeszłość  zostawić  za  sobą.  Żyć  dalej,  a  zmarłych  zostawić  w 
spokoju. 

  
Szli  gęsiego  wąską  podmokłą  ścieżką.  Krzewy  jagód  i  wrzośców  pokryły  się  barwami 

jesieni i płonęły pod żółknącymi gałęziami karłowatych brzóz. Potok nabrzmiały po ostatnich 
opadach huczał w rozpadlinie i uniemożliwiał rozmowę. 

Kiedy doszli do granicy drzew, krajobraz otworzył się. Mali stanęła i założywszy ręce na 

plecach,  spojrzała  w  górę.  Wierzchołek  Stortind  wznosił  się  majestatycznie  ku  lazurowemu 
niebu. W dole widniało ciemne osypisko, do którego zmierzali. 

-  Jesteś zmęczona? - spytał Sivert. 
-  Nie, chcę tylko przyjrzeć się górom. Ten widok za każdym razem odbiera mi dech. 
-  Tam idziemy? - Tordhild wyciągnęła rękę w kierunku skalnych odłamków. 
-  Tak - skinęła głową Mali. - Jeszcze kawał drogi. 
-  Po co ojciec przyszedł tu z Johanem? 
-  Johan poprosił go o pomoc. Powiedział, że szuka owiec... 
-  Ojciec musiał się jednak domyślać, że Johan poznał prawdę. Czyż nie tak było, Sivert? 
-  Tak  było  -  odpowiedziała  szybko  Mali,  nie  dopuszczając  Siverta  do  głosu.  - 

Domyślaliśmy się oboje. Chciałam nawet krzyknąć, by z nim nie szedł, ale... - Zerwała źdźbło 
trawy, jak to robiła zawsze, kiedy przychodziło tłumaczyć rzeczy trudne. Usiadła na pieńku, 
nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa. - Ale i tak poszedł. 

Milczeli przez chwilę. Młodzi też usiedli, Sivert wydobył butelkę soku z plecaka. 
-  Co stało się potem? 
-  Prawdę  znał  tylko  Johan.  Mnie  powiedział,  że  zepchnął  Jo  na  skały.  Tak  pewnie  było, 

choć  Johan  nigdy  nie  przyznałby  się,  gdybym  sprowadziła  lensmana.  Półka  nad  osypiskiem 

background image

jest  wąska  i  przepaścista,  więc  jeśli  ma  się  złe  zamiary...  Johan  nienawidził  twojego  ojca, 
Tordhild, ujrzałam to w jego oczach, kiedy natknął się na Jo i Siverta i zrozumiał wszystko. 

-  Musiał przeżyć szok - szepnęła Tordhild. - Sądził przecież, że... 
-  Tak - mruknęła Mali. - To moja wina.  
Milczeli przez chwilę. 
-  O  winie  nie  rozmawiamy  -  odezwała  się  znów  Tordhild.  -  Sivert  nie  jest  tylko  twoim 

dzieckiem.  Do  spłodzenia  dziecka  trzeba  dwojga.  Gdybyś  była  szczęśliwa  z  Johanem,  nic 
takiego by się nie stało. Winni... wszyscy troje jesteście winni. 

Mali skubała trawkę, nie podnosząc głowy. Łzy napłynęły jej do oczu. 
-  Tyle że ja najbardziej - szepnęła. 
  
Nie  odzywali  się  wiele,  zbliżając  się  do  osypiska,  jakby  przytłoczeni  ciężarem  własnych 

myśli. Sivert zatrzymał się, kiedy znaleźli się w głębokim cieniu skał. 

-  Już niedaleko - powiedział i otoczył Tordhild ramieniem. - Jak się czujesz? 
-  Dobrze. 
Rzucił  szybkie  spojrzenie  na  matkę,  ale  nie  ponowił  pytania  do  niej.  Ruszyli  powoli  na 

przód,  Sivert  i  Tordhild  obok  siebie,  Mali  trzymała  się  z  tyłu.  Przez  ułamek  sekundy 
pomyślała, że może Jo widzi ich z tamtego świata. Zapewne ucieszyłby się, że są razem. Jej 
wzrok  podążył  bezwiednie  w  górę  stromego  rumowiska,  a  to,  co  ujrzała,  napełniło  ją 
przerażeniem. Wydało jej się, że słyszy krzyk spadającego mężczyzny, i podniosła ramiona w 
obronnym geście. Po raz kolejny obiecała sobie, że nigdy nie wróci w to miejsce, Należało do 
przeszłości, w której nie chciała już grzebać. 

Sivert i Tordhild zatrzymali się. Mali podeszła bliżej i zobaczyła kopczyk kamieni. Wiatr 

uszkodził go nieco, nie na tyle jednak, by go nie rozpoznała. 

-  Jesteśmy  na  miejscu  -  powiedział  cicho  Sivert.  Tordhild  skinęła  głową.  Sivert  objął  ją 

ramieniem i stali tak dłuższą chwilę. 

-  Okropne miejsce - szepnęła wreszcie Tordhild i otarła twarz. 
-  Okropne - przyznał Sivert. 
Schylił  się  i  zaczął  zbierać  kamienie,  Tordhild  przyłączyła  się  do  niego.  Zaczęli 

odbudowywać kopczyk. Uznali, że wystarczy, kiedy sięgnął Sivertowi do kolan. 

-  Przyniosłam  coś,  co  chciałabym  dać...  położyć  -  powiedziała  Tordhild,  sięgając  do 

kieszeni. 

Wyjęła niewielką fotografię, na której ktoś uwiecznił ją, Siverta i Johannesa. Pochyliła się 

wolno i wcisnęła ją pod kamień na szczycie kopczyka. 

-  To cała nasza trójka, tato - szepnęła. - Mogło być źle, ale wszystko dobrze się skończyło. 

Nie musisz się martwić. Przynajmniej o nas. 

Potem  wystąpiła  Mali.  Sięgnęła  do  siatki  i  wyjęła  wianek,  który  uwiła.  Ostrożnie 

poprawiła  listki  i  owoce,  a  potem  bez  słowa  położyła  go  na  kopczyku.  Wyprostowując  się, 
ujrzała, że Sivert trzyma skrzypce. Wiedziała, że wziął je z sobą. 

-  Piękny wianek - uznała Tordhild. - Jak wpadłaś na ten pomysł? 
-  Nie mogłam dać mu go wcześniej. W gruncie rzeczy niewiele mu dałam. 
-  Dałaś mu Siverta. 
-  Z tą świadomością żył tylko dwa dni. Dwa dni życia. 
I znów zamilkli. 
Sivert zaczął grać. Piękne tony unosiły się na wietrze w górę, aż na szczyt. Jak w katedrze, 

pomyślała Mali, zadzierając głowę. 

Stali jeszcze przez chwilę, kiedy Sivert skończył. W końcu Mali zbliżyła się do kopczyka i 

położyła na nim dłoń. 

-  Żegnaj, Jo - powiedziała cicho, lecz wyraźnie. - Już tu nie wrócę. 
Odwracając się, napotkała wzrok Siverta. 

background image

-  Nie wrócę, Sivert - powtórzyła. 
-  To twoja sprawa - odrzekł chłodno. 
-  To nie jest grób. 
-  Nic więcej po ojcu mi nie zostało. 
-  Zostało znacznie więcej, niż myślisz. 
Sivert nic nie odpowiedział, nie spojrzał na matkę, czubkiem buta kopał małe kamyki. 
-  Nigdy go nie poznałem - przyznał po chwili. 
-  Tu go nie poznasz. Jo kochał życie i światło. Nic go nie łączy z tym ponurym miejscem. 
-  Ty też długo go nie znałaś - syknął i wbił wzrok w matkę. - Jak długo? 
Mali poczuła, że się czerwieni. Zacisnęła dłonie. Były zimne, obce. 
-  Przez krótki czas, w tym masz może i rację - odrzekła cicho. - Ale czas to nie wszystko, 

Sivert. Moje serce znało Jo dobrze. Nie trzeba mi było całego życia, by się na nim poznać. 

-  Wiemy, jak to jest, prawda, Sivert? - wtrąciła się Tordhild, chwytając go za rękę. 
Nie odpowiedział. Mali odwróciła się i ruszyła przed siebie. 
  
Mali przytuliła się do Havarda, położyła głowę na jego piersi, delektując się ciepłem jego 

ciała. Westchnęła ciężko. 

-  Co się stało? - spytał, głaszcząc żonę po plecach. - Milczałaś cały wieczór. 
-  Nigdy już nie pójdę na osypisko. 
-  Było aż tak źle? 
-  Nic mnie z tym miejscem nie łączy. Tam nie ma grobu. Trzeba zapomnieć o przeszłości. 
-  Sivert ma inne zdanie. 
-  Być  może,  ale  ja  tak  właśnie  czuję.  Niech  Sivert  robi,  co  chce.  I  tak  nigdy  mi  nie 

wybaczy. 

-  Nie mów tak - zaprotestował Havard. - Sivert nie wróciłby do domu, gdyby żywił urazę 

do ciebie. Przecież sama wiesz. 

-  Może  i  tak  -  westchnęła  Mali.  -  Ale  on...  Zresztą  sama  nie  wiem.  Tordhild  też  go  nie 

znała. Sama przyznaje, że rzadko go widywała. Wiedziała jedynie, że jest jej ojcem. 

-  Nie  bierz  tego  do  serca  -  powiedział  Havard  i  pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Sivert  się 

opamięta. 

Leżeli chwilę w milczeniu. 
-  Żałowałaś kiedyś, że byłaś z Jo? 
Mali podniosła głowę i spojrzała na męża. 
-  Nie, nigdy - stwierdziła. - Jo... Wtedy sądziłam, że to wielka miłość. Jo miał wszystko 

to,  czego  nie  miał  Johan,  a  mnie  brakowało  miłości  i  opieki.  Dlatego  stało  się  tak,  jak  się 
stało. 

Pogłaskała go po piersi. 
-  Miłość,  prawdziwą  miłość  znalazłam  u  twego  boku,  Havard.  Wątpiłeś  w  to 

kiedykolwiek? 

-  Nie, chyba nie. Choć nie mogłem uwierzyć, kiedy się zgodziłaś. Pragnąłem ciebie od tak 

dawna. Wydawałaś mi się taka... nieosiągalna. 

-  To raczej ja miałam szczęście - przyznała Mali. - Mogłeś przebierać w dziewczynach, a 

wybrałeś mnie! 

Roześmiał się cicho. 
-  Dobrze nam ze sobą, Mali, choć zdarzają się troski. 
-  Jesteśmy ze sobą na dobre i złe. Bez twojego wsparcia nie dałabym sobie rady. 
Przyciągnął  ją  do  siebie,  objął  i  wtulił  usta  w  jej  włosy.  Długi  czas  leżeli  spleceni  w 

uścisku. 

  

background image

Parę  drzwi  dalej  Herborg  odstawiła  Małą  Mali  od  piersi.  Dziewczynka  zasnęła  z 

rozłożonymi rączkami i zadowolonym uśmiechem na buzi. 

-  Spójrz, Oja - szepnęła Herborg. - Czyż nie jest słodka? 
Oja zdążył się już rozebrać i stanął przed nią w samej bieliźnie. 
-  Ale wyrosła - stwierdził. - I jest bardzo podobna do ciebie. 
-  Raczej  do  ciebie  i  rodu  Stornesów  -  zaprzeczyła  Herborg,  głaskając  dziecko  po 

zaróżowionym policzku. - Nie widzisz? 

-  Nie  -  przyznał  Oja.  -  Uważam  jedynie,  że  to  najpiękniejsze  dziecko  na  świecie.  Musi 

więc przypominać swoją urodziwą mamę - dodał i pocałował Herborg w czubek nosa. - Połóż 
ją w kołysce, zanim weźmiesz do nas do łóżka. 

Herborg zerknęła na męża i zaczerwieniła się. 
-  A dlaczego? - droczyła się z nim. 
-  Dlatego że chciałbym przez chwilę pobyć sam na sam z jej matką - śmiał się Oja. 
Herborg  wstała  i  ostrożnie  złożyła  dziecko  w  kołysce  stojącej  pod  oknem.  Kiedy  się 

odwróciła,  Oja  leżał  już  w  łóżku.  Z  uśmiechem  wślizgnęła  się  pod  pościel  i  przytuliła  do 
męża, wsparłszy głowę na jego ramieniu. Nie odzywali się dłuższą chwilę. 

-  Jesteś szczęśliwa tutaj, Herborg? 
-  Tak - odrzekła poważnie. - Dobrze mi tu. Mam, czego mi potrzeba. Chcę ci tylko jeszcze 

dać syna. 

-  Nie ma pośpiechu - Oja bawił się kosmykiem jej włosów. 
-  Chcę,  żeby  stało  się  to  teraz  -  upierała  się.  -  Nie  pojmuję,  dlaczego  nie  mogę  zajść  w 

ciążę. Nie robimy nic, by jej zapobiec... 

-  Sądziłem, że kobiety nie zachodzą w ciąże, kiedy karmią piersią. 
-  Nieprawda  -  odrzekła  Herborg.  -  Znam  wiele  kobiet,  które  rodziły  raz  za  razem. 

Dlaczego więc ja... 

Przyciągnął ją do siebie i obrzucił jej twarz pocałunkami. 
-  Nie myśl o tym. Wszystko w swoim czasie. Mamy przecież Małą Mali. 
-  Powinieneś mieć syna - mruknęła z żalem. - Dziedzica. Nic nie odpowiedział. Jego ręce 

znalazły  drogę  do  jej  pełnych  piersi  pod  koszulą  nocną.  Pod  dotykiem  jego  palców  sutki 
stwardniały, a Herborg jęknęła z rozkoszy. Przysunęła się bliżej i objęła go ramionami. 

-  Koszula - mruknął niewyraźnie i zaczął ją rozbierać. 
Herborg pomogła mu. Jego oczy pociemniały na widok nagiego ciała Herborg, nachylił się 

nad nią i schował twarz w miękkie zagłębienie na jej szyi. 

-  Oja  -  szepnęła  Herborg,  splatając  nogi.  -  Mój  Oja.  Niesione  falą  pożądania  ciała 

połączyły się. Kiedy  w nią wszedł, Herborg wyprężyła się i odrzuciła głowę w tył. Dała się 
wciągnąć w wir rozkoszy i ekstazy, ale jedna myśl nie dawała jej spokój, natrętna jak cierń: 
by tym razem się udało. By zaszła w ciążę. 

  
ROZDZIAŁ 10. 
 
-  Wielkie nieba! - krzyknęła Ingeborg, wyglądając przez kuchenne okno. - Druga sobota 

września, a tu zjawiają się Cyganie! 

-  Cyganie?  O  tej  porze  roku?  -  Mali  porzuciła  przygotowywanie  obiadu  i  podeszła  do 

Ingeborg. Drogą zbliżały się trzy wozy. 

-  Skąd  mają  konie?  -  zdziwiła  się.  -  Władze  odebrały  im  konie,  by  powstrzymać  ich 

wędrówki. Nic nie rozumiem. 

-  Dawno ich tu nie było - dołączyła się Ane. - Lata temu wszędzie ich było pełno. 
Mali wygładziła włosy, zdjęła fartuch i wyszła na podwórze. Johannes wybiegł ze stodoły, 

podekscytowany niespodziewaną wizytą. 

-  Kto to jest? - spytał zadyszany, kiedy dołączył do babci. 

background image

-  Cyganie - odrzekła Mali. - Pewnie chcą prosić o nocleg. 
-  Cyganie? - Oczy Johannesa zabłysły. - Tacy jak mama? 
Mali spojrzała na wnuka, który nie mógł ustać spokojnie. Miał źdźbła słomy w ciemnych 

włosach, a na jego śniadej buzi malował się wyraz zaciekawienia. Tak, Tordhild była z tego 
ludu, pomyślała, czując ucisk w żołądku. I Sivert. I Johannes. 

-  Może któryś z nich zna twoją mamę - zawahała się. - Kto wie. 
Wozy zatrzymały się koło spiżarni. Dwóch mężczyzn, jeden stary, drugi młody, zsiadło i 

podeszło bliżej. 

-  Dzień  dobry  -  przywitał  się  ten  młodszy  i  wyciągnął  przed  siebie  silną  dłoń.  -  Jestem 

Tollef, a to mój ojciec Aslak. 

-  Dzień  dobry  -  powiedział  Johannes,  zanim  Mali  zdążyła  się  odezwać.  -  Jesteście 

Cyganami? Prawdziwymi Cyganami? 

Młody mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał na chłopca. 
-  Tak, jesteśmy prawdziwymi Cyganami - powtórzył. 
-  Moja mama też jest Cyganką - oznajmił chłopiec. - Znacie ją? 
Mali położyła mu dłoń na ramieniu. 
-  Powoli, Johannes - uspokoiła go. Wyciągnęła rękę i przywitała się z Tollefem. - Witamy 

-  powiedziała,  pozdrawiając  drugiego  mężczyznę.  -  Dawno  nie  było  tutaj  nikogo  z  waszego 
ludu. 

-  Tak, wiele się teraz dzieje - wyjaśnił Tollef. - My też właściwie się tu nie wybieraliśmy. 

Kupiliśmy jednak kilka koni w Trondelag i... 

-  Jesteśmy w drodze, póki ktoś tego nie zgłosi - wtrącił się starszy. - Nie wolno nam już 

wędrować. Nie możemy mieć koni. 

-  Słyszałam o tym - odrzekła Mali, zerkając na Johannesa. - Tutaj nikt was nie wyda. W 

stodole  jest  dużo  miejsca,  choć  część  zboża  już  zwieziona.  Jeśli  będzie  wam  ciasno,  ktoś 
może przespać się w sąsieku. 

-  Dziękujemy za gościnę - powiedział stary. - Ty jesteś Mali Stornes? 
Mali spojrzała na niego zdumiona. 
-  Tak - odrzekła. - Znasz mnie? 
-  Nie, ale są w taborze ludzie, którzy bywali tu przed laty. Jeden uczył twego syna gry na 

skrzypcach. 

-  Martin? - szepnęła Mali. Położyła dłoń na brzuchu, czując, że oblewa się rumieńcem. - 

Martin jest tutaj? 

-  A jakże - uśmiechnął się Aslak. - Postarzał się, ale wciąż gra tak, że dusza płacze. 
-  Uczył  mojego  najstarszego  syna  -  powiedziała  cicho  Mali.  -  Cieszę  się,  że  znów  go 

zobaczę. 

-  Ja też gram - pochwalił się Johannes. - Jak mój tata. 
-  Więc Martin uczył twojego tatę? 
-  Tak było, babciu? 
Mali  skinęła  głową  bez  słowa  i  położyła  rękę  na  głowie  chłopca.  Co  teraz  będzie, 

zaniepokoiła  się.  Martin  znał  jej  tajemnicę,  może  ktoś  jeszcze  spośród  starszyzny.  Co  się 
stanie, jeśli pojmą, że Tordhild, córka Jo, jest żoną Siverta? Zrobiło jej się słabo, ale za późno 
już było, by się wycofać. Co ma być, to będzie. Ci ludzie nie zechcą może puszczać plotek. 
Potrzebowali jej pomocy i gościnności. I milczenia. Więc może sami będą milczeć. 

-  Stodoła jest... 
-  Ja im pokażę - wtrącił się Johannes. - Dobrze, babciu?  
Mali spojrzała na chłopca z roztargnieniem i pokiwała głową. 
-  Wozy  mogą  zostać  tam,  gdzie  stoją  -  dodała.  -  Konie  weźcie  na  łąkę  nad  fiordem,  a 

potem zamknijcie w stodole. Przyjdę do was po obiedzie. Roboty jest dość, czekają narzędzia 

background image

do ostrzenia i naprawy. Pewnie przyjdą ludzie z innych gospodarstw, by zobaczyć, co macie 
na sprzedaż. 

-  Będziemy wdzięczni za wszystko - odrzekł Tollef, potrząsając małą rączką Johannesa. - 

Pójdziemy za tym młodzieńcem. 

-  Mam na imię Johannes - oświadczył chłopiec. - Tak mnie nazywaj. 
-  Dobrze, Johannes - uśmiechnął się Tollef. - Chodźmy. 
  
Sivert  i  Tordhild  wybrali  się  do  Surnadalen  na  zakupy  do  nowego  domu.  Zbliżał  się 

moment  przeprowadzki,  zdążyli  już  przewieźć  meble,  które  do  tej  pory  przechowywali  w 
szopie. Mieli nadzieję przenieść się na Wzgórze przed młocką, ale czasu nie starczyło. Trzeba 
jeszcze było pomalować parę ścian i przybić kilka listew, ale teraz wszystko było gotowe na 
przyjęcie nowych domowników. Mali i Tordhild uznały jednak, że zaczekają do następnego 
tygodnia, by najpierw dobrze wywietrzyć pomieszczenia i pozbyć się gryzącego zapachu farb 
i klejów. 

Sivert  i  Tordhild zostawili  Marilenę  pod  opieką  Herborg,  a  Johannesa  z  babcią.  Mali  nie 

spodziewała  się  ich  powrotu  przed  popołudniowym  posiłkiem.  Jak  zareagują  na  widok 
Cyganów? - pomyślała smętnie, dłubiąc widelcem w talerzu. 

Johannes  gadał  jak  najęty  z  pełnymi  ustami.  Nie  łatwo  było  ściągnąć  go  do  stołu,  Ane 

musiała go wołać kilka razy. 

-  Poznałem starego Martina - oznajmił z przejęciem. - To on nauczył tatę grać, babciu? 
Mali przytaknęła. 
-  Pytał  o  niego.  Powiedziałem,  że  odwiedzą  ich  oboje,  jak  tylko  wrócą.  Martin  chce 

posłuchać,  jak  gram  -  dodał  z  błyszczącymi  oczyma.  -  Mogę  wziąć  ze  sobą  skrzypki  po 
obiedzie? 

-  Tata mówi, że musisz bardzo uważać na instrument... 
-  Zawsze uważam - prychnął. - Będę bardzo ostrożny. Mogę? 
Mali  spojrzała  na  chłopca,  na  jego  rozgorączkowaną  twarz  i  szeroko  otwarte  oczy. 

Zupełnie jak Sivert przed laty. Wtedy odmówiła, nie chciała, by spotykał się z tymi ludźmi, 
próbowała zabronić mu grania. Westchnęła cicho. 

-  Możesz. 
-  Czy ktoś dał im już coś do roboty? - spytał Havard. 
-  Załatwię to po obiedzie - powiedziała szybko Mali. - Powiedz tylko, co trzeba zrobić. A 

ty, Ingeborg, znajdź formę do pieczenia wafli. Rączka się obluzowała. 

-  I jeszcze dwa garnki... 
-  Więc też je przygotuj. Zaniosę wszystko do stodoły. 
-  Mają ze sobą jakieś tkaniny? - dopytywała się Herborg. 
-  Chodź ze mną, to zobaczysz. 
-  Najpierw nakarmię Małą Mali - powiedziała Herborg. - A ty prześpisz się po obiedzie, 

Marileno? 

Marilena wyciągnęła rączkę i pociągnęła Herborg za włosy. Ta roześmiała się, pocałowała 

dziewczynkę w policzek i uwolniła kosmyk z malutkiej dłoni. 

To  dobrze,  że  przyjdzie  później,  pomyślała  Mali.  Zamierzała  pomówić  z  Cyganami  o 

rzeczach,  o  których  synowa  nie  powinna  wiedzieć.  Musiała  też  uważać  na  Johannesa.  Miał 
dobry słuch i rozumiał więcej, niż wszystkim się zdawało. 

-  Mogę wstać? - spytał Johannes, ocierając usta. - Już zjadłem. 
Mali skinęła głową. Chłopiec prześlizgnął się pod stołem i wyszedł z drugiej strony. 
-  Pójdę po skrzypce - oznajmił i zniknął za drzwiami kuchni. 
Mali wstała. 
-  Pójdę z nim do stodoły - powiedziała. - Posprzątajcie po obiedzie - dodała, zwracając się 

do Ane i Ingeborg. - Potem będę w warsztacie. 

background image

Przez ułamek sekundy złapała spojrzenie Havarda. Ruszyła do drzwi. 
Ujrzała Martina, okrążając narożnik domu. Siedział na skrzyni w towarzystwie Johannesa, 

który  przyglądał  się  ciekawie  staremu  grajkowi.  Kilka  starszych  kobiet  zajętych  było 
przygotowywaniem  posiłku,  młodsze  rozwieszały  na  zewnątrz  wielobarwne  tkaniny.  Mali 
skinęła im głową i zbliżyła się do Martina. Podniósł wzrok i rozpoznał ją od razu. 

-  Mali Stornes - powiedział, wyciągając rękę. 
Mali  przywitała  się  z  uśmiechem.  -  Minęło  sporo  czasu  -  odrzekła,  lustrując  go 

spojrzeniem. 

Zestarzał  się.  Nie  wiedziała,  ile  ma  lat,  zresztą  wygląd  nie  musiał  odpowiadać  metryce. 

Ciężki żywot sprawiał, że Cyganie starzeli się przedwcześnie. 

-  Mam nowego przyjaciela - powiedział, kładąc spracowaną dłoń na głowie Johannesa. - 

Mówi, że jest synem Siverta, którego uczyłem grać wiele lat temu. 

-  To prawda. Wiesz, że Sivert został muzykiem? Zna go cały świat. 
Starzec uśmiechnął się. 
-  Wiem  -  odrzekł.  -  Pisały  o  nim  gazety.  Powiedziałem  wtedy,  że  chłopak  ma 

nadzwyczajne zdolności. 

-  Powiedziałeś - przyznała Mali. - I miałeś rację. 
-  A  ten  młodzieniec...  -  Martin  zwichrzył  czuprynę  Johannesa.  -  Twierdzi,  że  też  umie 

grać. 

-  Jest bardzo utalentowany - potwierdziła Mali. - Jak ojciec. 
-  Chętnie posłucham. A gdzie jest jego ojciec? Spotkam się z nim? 
-  Sivert  jest  w  Surnadalen  -  wyjaśniła  Mali  łamiącym  się  głosem.  -  Wrócą  z  żoną  po 

południu i na pewno zechce zajść do was. Zwłaszcza jeśli się dowie, że ty tu jesteś. 

-  Johannes mówi, że ojciec ma cygańską żonę. Tordhild, czyż tak? 
Mali pokiwała głową bez słowa. Czuła na sobie badawczy wzrok starca. Martin zwrócił się 

do Johannesa. 

-  Przyniesiesz mi skrzypce? - spytał. - Są na wozie. Tollef ci pokaże. 
Johannes skoczył na poszukiwanie Tollefa. 
-  Czy to ta sama Tordhild? - zaczął Martin. - Córka Jo, który... 
Urwał. Mali przytaknęła. 
-  Ta sama. Więc widzisz, jakie to... trudne. Znasz historię Siverta. Karoline powiedziała ci 

zapewne o tym, że ja... o mnie i o Jo. Sądziłam, że uda mi się to zataić przed Sivertem, więc 
milczałam. Aż do chwili, kiedy przyprowadził do domu Tordhild. Wtedy już było za późno, 
bo spodziewała się dziecka. 

Martin wolno pokiwał głową. 
-  Zerwali ze mną wszelkie kontakty - ciągnęła. - Na wiele lat, lecz w końcu Sivert wrócił 

do domu. Zdecydowali się na dziecko i ożenek, chociaż są... 

-  Przyrodnim  rodzeństwem  -  dokończył  Martin.  -  Skoro  się  kochali...  Co  w  tym  złego  - 

położył dłoń na ramieniu Mali. - Słyszy się gorsze rzeczy. 

-  Tylko  Havard,  mój  mąż,  wie  o  wszystkim  -  szepnęła  Mali,  rozglądając  się  wokół.  - 

Obiecaj mi, Martin, że nikomu nie powiesz. To mała wioska, a ja nie chcę... Johannes... 

-  Potrafimy milczeć - odrzekł spokojnie Martin. - Nie powtarzamy plotek i nie chcemy, by 

naszym  działa  się  krzywda.  A  Tordhild  i  Sivert  są  z  naszego  ludu  -  dodał.  -  Czy  ci  się  to 
podoba, czy nie. Twój wnuk jest zresztą podobny do Jo. To też jeden z naszych. - Jego wzrok 
podążył za Johannesem, który dokazywał przy przeciwległej ścianie stodoły. 

Mali skinęła głową. Rozejrzała się wokół, wypatrując znajomych twarzy. 
-  Czy jest tu jeszcze ktoś... 
-  Dwie starsze kobiety, które znały Jo - potwierdził. - Nie znasz ich. Porozmawiam z nimi. 

Nie musisz się niczego obawiać, Mali Stornes. 

Mali poczuła suchość w ustach. 

background image

-  Możesz mi zaufać - dodał. 
Mali zajrzała mu w oczy i nie dostrzegła w nich niczego niepokojącego. 
-  To się nigdy nie wyda - ciągnął żarliwie. - Zadbam o to. Musisz pozbyć się tych lęków, 

bo doprowadzą cię do obłędu. Sivert i Tordhild dadzą sobie radę. 

Mali pokiwała głową.   
-  Ciesz się, że żyją bezpiecznie - mówił. - I że nie poszłaś za Jo. Nastały ciężkie czasy dla 

Cyganów.  Władze  odbierają  dzieci  rodzicom.  Sterylizują  nasze  dziewczęta!  Zdrowe,  piękne 
dziewczęta, którym nie dane jest zaznać miłości. Zamykają całe rodziny w zakładach. Po co? 
Ż

ebyśmy zniknęli z powierzchni ziemi! Chcą wytępić nasz lud! 

-  Nie mają prawa - wyszeptała. - Niech tylko dowiedzą się o tym ci na górze... 
-  Dobrze wiedzą, Mali Stornes - westchnął ciężko Martin. - Polecenia przychodzą z samej 

góry. Zabrali nam konie. Po drodze minęliśmy Svaneviken. Słyszałaś o Svaneviken? 

Potrząsnęła przecząco głową. 
-  To takie miejsce w Trondelag - wyjaśnił. - Mój syn tam jest, z żoną i dwójką dzieci. Nie 

wolno mi go odwiedzać, nie mam od nich żadnych wiadomości. Spotkałem jednak Cyganów, 
którzy uciekli ze Svaneviken. Milczące ludzkie wraki, zniszczeni na ciele i duszy. Nie mają 
przyszłości. Nie mają niczego. 

Starzec oddychał ciężko, podparł głowę dłońmi. Mali stała bezradna, położyła mu dłoń na 

ramieniu. 

-  Mogę coś dla was zrobić? 
-  Nie - wychrypiał. - A ci, co mogą, nie chcą. Pozostaje czekać i nie tracić nadziei. 
Johannes pędził ku nim ze skrzypcami. 
-  Znalazłem je! - krzyczał. - Znalazłem! 
Martin uścisnął dłoń Mali. Jego pomarszczoną twarz rozjaśnił ukradkowy uśmiech. 
-  Nie bój się - powiedział pospiesznie. - Nie ma powodu do obaw. 
-  Dziękuję - szepnęła. - Dziękuję. 
  
Mali  siedziała  przy  krosnach.  Z  oddali  dobiegała  muzyka.  Johannes  grał  jeden  utwór  za 

drugim. Kiedy usłyszała głosy Siverta i Tordhild, zeszła do kuchni. 

-  Przyjechali Cyganie - powiedziała. 
-  Widzieliśmy wozy - odrzekł Sivert. - Nie muszę pytać, gdzie jest Johannes. 
-  Przesiaduje  w  stodole  od  obiadu.  Pozwoliłam  mu  wziąć  skrzypce.  Pamiętasz  starego 

Martina, który uczył cię grać? 

Sivert podniósł głowę znad talerza, oboje z Tordhild jedli spóźniony posiłek. Oprócz nich 

w kuchni nie było nikogo. 

-  Martin jest w taborze? 
Mali pokiwała twierdząco głową. 
-  Chciałby się z tobą spotkać. Rozmawiałam z nim. To dla niego gra Johannes. 
-  Oczywiście, że z nim pogadam. Są jeszcze jacyś znajomi? 
-  Znajomi? 
Utkwił w niej wzrok. Oczy mu pociemniały. 
-  Ludzie, którzy znali ojca. 
-  Martin znał Jo... Oprócz niego... 
-  Dowiemy się od Martina - przerwał jej Sivert i przeniósł wzrok na Tordhild. - Idziesz ze 

mną? 

Tordhild pokiwała głową, dopijając mleko ze szklanki. 
-  Wezmę Marilenę - powiedziała. - Herborg zaraz ją przyprowadzi. 
-  Tak, weź ją ze sobą - zgodził się Sivert. - Mała kocha muzykę i gwar. 
-  Martin wie o tobie i Tordhild - wyszeptała Mali. - Karoline, siostra Jo, powiedziała mu o 

tym wiele lat temu. 

background image

-  Tak, to musiało być dawno - przyznała Tordhild. - Pamiętam ciocię Karoline. Była dla 

mnie taka miła. Było mi bardzo ciężko, kiedy zmarła. 

-  Chodzi mi o to... 
-  Wiem, o co ci chodzi - uciął Sivert. - Będziemy uważać na słowa. Tordhild jest córką Jo. 

Ja jestem synem niczyim. 

Mali  zamilkła,  coś  w  tonie  jego  głosu  powiedziało  jej,  że  nie  warto  ciągnąć  tej  dyskusji. 

Wierzyła,  że  oboje  rozumieli  potrzebę  zachowania  tajemnicy,  jej  wyjawienie  mogło  mieć 
straszne skutki. Dla nich i dla Johannesa. 

-  Wiemy, co nam wolno mówić - oświadczyła Tordhild, kładąc dłoń na ramieniu Siverta. - 

Prawda, Sivert? 

-  Tak - odrzekł niechętnie. - Jakże chciałbym wyznać, kim jestem. Muszę jednak żyć... 
-  Wiesz  teraz  przecież,  kim  jesteś  -  uniosła  się  Mali.  -  Tordhild  też  nie  znała  ojca, 

pomyślałeś kiedyś o tym? 

-  Ale  cały  czas  wiedziała,  kim  jest  -  odrzekł,  wbijając  wzrok  w  matkę.  -  Nie  musiała 

ukrywać,  że  jest  córką  Cygana.  Rozumiesz,  co  to  znaczy,  kiedy  musisz  ukrywać  swą 
tożsamość? - dodał chrapliwie. 

Mali  nic  nie  odrzekła.  Gorycz  Siverta  była  w  pewnym  sensie  zrozumiała,  nie  wiadomo 

tylko, dlaczego rosła za każdym razem, gdy poruszali tę kwestię. Westchnęła ciężko, wstała i 
wyszła z kuchni. 

  
Nie  wiedziała,  ile  upłynęło  czasu,  kiedy  znów  dobiegła  jej  muzyka.  Piękniejsza  niż 

wszystko, co słyszała do tej pory. Wstała od krosien i podeszła do otwartego okna na strychu. 
Wychyliła się i spojrzała w kierunku stodoły. 

Grali  w  trójkę,  Sivert,  Martin  i  Johannes,  wokół  nich  siedzieli  Cyganie,  poważni  i 

zasłuchani.  Znajome  dźwięki  Ave  Maria  ulatywały  w  jesiennym  zmierzchu,  tym  razem 
brzmiały jednak inaczej. Trójgłos skrzypiec miał w sobie niezwykłą urodę. Mali oparła się o 
parapet,  wpatrując  się  w  scenę,  która  rozgrywała  się  przed  nią.  Widok  Siverta  i  Johannesa 
napełnił  ją  wzruszeniem.  Wydawali  się  być  we  właściwym  miejscu,  obaj  śniadzi  jak 
otaczający  ich  Cyganie,  obaj  nachylali  ciemne,  kręcące  się  włosy  nad  instrumentami.  Tony 
ulatujące w przestrzeń nie były zwykłą muzyką. Świadczyły o tym, że wszyscy trzej wkładali 
w nią całą duszę. 

Nikt  nie  zaklaskał,  kiedy  skończyli.  Zapadła  pełna  szacunku  cisza.  Sivert  i  Martin 

wymienili  parę  słów,  Sivert  skinął  na  Johannesa  i  znów zabrzmiały  dźwięki.  Mali  znała  ten 
utwór. Słyszała, jak Sivert grał go w radiu, nazywał się chyba Amazing Grace. Nie sądziła, że 
Johannes  go  zna.  Chłopiec  śledził  każdy  ruch  ojca,  wyprostowany  jak  struna  grał  z 
zaangażowaniem, które rzadko spotyka się u małych dzieci. 

Pewnie  Martin  namówił  Siverta,  by  wyjął  instrument.  Sivert  rzadko  grywał  publicznie, 

chyba  że  przy  specjalnych  okazjach.  Zrobił  to  teraz  i  Mali  zastanawiała  się,  jaka  jest  tego 
przyczyna. Może poczuł, że znalazł się wśród swoich. Może grał dla ojca. 

  
Kiedy  Mali  późnym  wieczorem  wyszła  z  warsztatu  tkackiego,  napotkała  Siverta  tuż  za 

drzwiami. Korytarz tonął w ciemności, rozświetlany jedną jedyną świecą łojową. 

-  Słyszałam, jak grałeś - powiedziała cicho. - To był piękny wieczór. 
Pokiwał głową. 
-  Zwłaszcza dla Johannesa - dodała. 
-  Dla mnie też - przyznał Sivert. - Poczułem, jakbym wreszcie znalazł wewnętrzny spokój. 
Mali milczała. 
-  Rozmawiałem  z  Martinem  -  ciągnął  Sivert.  -  Opowiedział  mi  o  ojcu.  Mówił,  że 

najważniejsze,  bym  go  nosił  w  sercu,  że  nie  muszę  bez  przerwy  o  nim  rozprawiać. 
Powiedział, że jestem synem Jo. Wiedziałem o tym. Jestem kimś. Mam korzenie. 

background image

-  Zawsze je miałeś. 
-  Ale chciałem to usłyszeć od Martina. Lepiej się poczułem. 
-  To mnie cieszy - szepnęła Mali. - Marzyłam od początku, byś miał dobre życie, ale nie 

wszystko się udawało. Nigdy nie zamierzałam cię skrzywdzić, Sivert. 

-  Rozumiem to teraz - skinął głową. - Martin też tak uważa. Powiedział, że musiałaś być 

bardzo silna, by mnie urodzić. Znałaś cenę, którą mogłaś zapłacić. A to niemało. 

Wyciągnął  rękę  i  położył  ją  na  ramieniu  matki.  Stali  tak  przez  chwilę,  patrząc  sobie  w 

oczy. Dotyk dłoni był ożywczy, był jak dar i przebaczenie. 

Czekała  na  ten  gest  od  dawna.  Położyła  dłoń  na  dłoni  Siverta  i  uścisnęła  ją  lekko.  Stali 

chwilę w milczeniu. Wreszcie Sivert cofnął rękę i ruszył ku schodom. 

 
ROZDZIAŁ 11. 
  
W  sobotę  jedenastego  września  odbyło  się  przyjęcie  w  nowym  domu  na  Wzgórzu.  Mali, 

Havard,  Oja  i  Herborg  wybrali  się  razem.  Herborg  niosła  w  darze  puzderko  zdobione 
różanymi  motywami  i  ciasto.  Mali  miała  ze  sobą  gobelin,  który  sama  utkała.  Nazwała  go 
Fiord  w  czasie  sztormu.  Właściwie  zamierzała  wysłać  go  do  Ameryki,  ale  potem  zmieniła 
zdanie.  Wiedziała,  że  obojgu  gobelin  bardzo  się  podobał,  za  każdym  razem,  kiedy  Sivert  i 
Tordhild byli w warsztacie, zatrzymywali się przed nim na dłużej. 

Mali  przełożyła  paczuszkę  do  drugiej  ręki  i  podniosła  wzrok  na  Wzgórze.  Czyste  okna 

lśniły zachęcająco. Czuła, jak radość ogarnia jej serce. Nie wierzyła, że Sivert kiedykolwiek 
wróci w te strony. A teraz miał zamieszkać na Wzgórzu z całą rodziną. 

Mali pomagała przy przeprowadzce, ale w ostatnich dniach zastąpiła ją Herborg, wieszając 

firanki  i  ustawiając  sprzęty.  Mali  zaś  od  rana  do  wieczora  siedziała  przy  krosnach.  Musiała 
podgonić robotę, zanim zacznie się czas uboju. Bakken spodziewał się pierwszych przesyłek 
w  grudniu,  dywaników  i  gobelinów  oraz  stroju  haftowanego  przez  Dorbet.  Mali  poprosiła 
córkę,  by  pokazała  swoje  dzieło  na  Wzgórzu,  by  wszyscy  mogli  podziwiać  jej  kunszt. Strój 
był przepiękny i Mali nie mogła wyjść z podziwu nad talentami Dorbet. Postanowiła sprawić 
sobie taki sam, choć jeszcze nie teraz. W święto narodowe tylko Dorbet i Marit wystąpią w 
strojach  regionalnych.  Dorbet  zaczęła  już  pracę  nad  strojem  Marit,  w  przerwach  między 
zleceniami dla Martina Bakkena. Talent do haftowania miała niezwykły, a zajęcie wychodziło 
Dorbet na dobre, odwracając jej uwagę od niedogodności związanych z odmiennym stanem i 
wypełniając dzień od poranka do nocy. Bezczynność to źródło wszelkiego zła, uważała Mali, 
zwłaszcza u ludzi w typie Dorbet. Wszystko więc szło jak należy. 

Tak,  wszystko  układało  się  pomyślnie.  Najbliżsi  byli  przy  niej.  Relacje  z  Sivertem 

poprawiły  się  wyraźnie  po  wizycie  Cyganów,  a  Dorbet  zachowywała  się  tak,  jak  przystało 
młodej  ciężarnej  gospodyni.  Po  raz  pierwszy  od  wielu  lat  Mali  szła  na  spotkanie  mrocznej 
jesieni z jasnym umysłem. 

Kiedy Johannes otworzył drzwi, buchnął ku nim zapach pieczonego ciasta. 
-  Musicie zobaczyć mój pokój! - krzyknął z zapałem. 
-  Pozwól im najpierw wejść za próg - śmiała się Tordhild, która pojawiła się w drzwiach 

kuchennych, prowadząc Marilenę. 

Na wieszakach wisiały już czyjeś okrycia. A więc Dorbet i Ola już tu są. 
-  Jak tu ładnie - zauważył Havard, rozglądając się wokół. - Nie byłem tu jakiś czas. 
-  To  zobaczysz  wiele  zmian  -  powiedziała  Herborg.  -  Zrobiło  się  tak  przytulnie,  kiedy 

powiesiłyśmy firanki. 

Rzeczywiście, izba była bardzo przytulna. Trudno wręcz uwierzyć, że to ten sam dom, w 

którym mieszkała Ruth, pomyślała Mali. Pokoje pomalowano w jasne barwy, firanki uszyto z 
barwnych  tkanin,  wszędzie  stały  doniczki.  Meble,  przechowywane  do  tej  pory  pod 
brezentową plandeką w stodole, przydały wnętrzu uroku. 

background image

-  Podoba ci się? - spytała Dorbet. 
Wstali  oboje  na  powitanie,  Dorbet  i  Ola.  Dorbet  rzeczywiście  bardzo  się  roztyła,  ale 

wyglądała zdrowo, jej skóra miała złocistą barwę, a włosy błyszczały. Mali odczuwała lekki 
niepokój na myśl o porodzie, ale odsunęła tę myśl od siebie. Będzie dobrze. Czemu miałoby 
być inaczej? 

-  Jest  ślicznie  -  kiwała  głową,  rozglądając  się  wokół.  -  Jakie  ładne  meble!  Pod  plandeką 

nie wyglądały tak efektownie! 

-  Mój  pokój  -  marudził  Johannes,  ciągnąc  babcię  za  ramię.  -  Musisz  iść  ze  mną  na 

poddasze i... 

-  Najpierw napijemy się kawy - powiedziała Tordhild. 
Mali dostrzegła wyraz zawodu na twarzy chłopca. Poklepała go po ręce i uśmiechnęła się. 
-  Zdążymy rzucić okiem przed kawą - uznała, wychodząc do sieni. - Idziesz, Havard? 
Johannes już wdrapywał się na strome schody na poddasze, pokazując drogę. Pęczniejąc z 

dumy,  otworzył  drzwi  do  małego  pokoiku,  w  którym  mieściło  się  łóżko,  biurko,  regał 
wypełniony książkami i zabawkami. W kącie stał futerał na skrzypce, a przy biurku na wpół 
otwarty tornister. 

-  Jak tu ładnie - powiedziała Mali, składając ręce. 
-  I nie boisz się sam spać? - spytał Havard. 
-  Pewnie, że nie - odrzekł Johannes, prostując się. - Przecież już chodzę do szkoły. 
-  No  właśnie  -  potwierdziła  Mali,  klepiąc  chłopca  po  głowie.  -  I  pilny  z  ciebie  uczeń. 

Pomyśl, masz teraz własny pokój! Szczęściarz z ciebie! 

-  Chcę,  żeby  Ola  Havard  go  zobaczył,  kiedy  będzie  w  Stornes  -  oświadczył  Johannes.  - 

Wiesz kiedy? 

-  Nie - odrzekła Mali - ale zapewne wkrótce. 
-  Mama  powiedziała,  że  Ola  Havard  może  u  mnie  nocować  -  cieszył  się  chłopiec.  - 

Położymy materac na podłodze. 

-  Niezły pomysł - przyznał Havard. - Pewnie przegadacie pół nocy. 
Johannes zerknął w górę i zachichotał. 
-  Ale musimy gadać cicho, bo tata usłyszy i będzie po zabawie. 
-  Chwilę możecie porozmawiać. 
-  Ale nie pół nocy. 
Johannes pokazał im pozostałe dwie sypialnie, największa należała do Siverta i Tordhild, 

stało  w  niej  też  łóżko  Marileny.  Trzecia  sypialnia  nie  była  jeszcze  umeblowana,  Tordhild 
urządziła w niej tymczasową szwalnię. Z czasem przeniesie się tu Marilena, pomyślała Mali. 

To  niezwykłe,  jak  zmienił  się  ten  dom  po  przebudowie.  Teraz  był  obszerny  i  wygodny. 

Kosztowało  to  sporo  czasu  i  pieniędzy,  ale  efekt  przerósł  oczekiwania  wszystkich.  Ciepłe  i 
przytulne miejsce, tak powinno tu wyglądać od samego początku. Ruth mogła spędzić w tym 
domu całe życie, ale tak się nie stało. Mali westchnęła i schodząc po schodach, przeciągnęła 
dłonią  po  ścianie.  Wiedziała  dobrze,  że  Ruth  uradowałaby  się,  wiedząc,  że  Marilenę  spotka 
radość i szczęście na Wzgórzu. Co się stało, to się nie odstanie. Przynajmniej z nieszczęścia 
wynikło coś dobrego: Sivert wrócił do domu, a Marilena znalazła bezpieczne schronienie. 

  
Wieczór upłynął w miłej atmosferze. Tordhild zrobiła kanapki, podała ciastka i wafle. Za 

oknami zapadał jesienny zmierzch, ale w domu było jasno i ciepło. 

-  Pokaż nam swoją robotę, Dorbet - powiedziała Mali, kiedy skończyli jeść. - Bardzo jej 

jestem ciekawa. 

-  Jaki strój haftujesz? - dopytywała się Tordhild. - Z Nordmore? 
-  Nie  ma  jeszcze  czegoś  takiego  -  odrzekła  Dorbet,  wyjmując  z  siatki  śnieżnobiałą 

koszulę.  -  W  Nordmore  są  różne  tradycje.  Nie  uzgodniono  jeszcze  wspólnego  wzoru,  ale  z 
tego,  co  wiem,  są  takie  zamierzenia.  Szyję  teraz  strój  dla  Jenny,  siostry  Bakkena.  Oni 

background image

pochodzą z Rindalen, gdzie istnieje strój regionalny, i takiego właśnie zażyczyła sobie Jenny. 
Teraz  pracuję  nad  koszulą.  To  trudna  robota  -  dodała,  pokazując  kołnierzyk,  haftowany 
misternym wzorem. 

-  Przepiękny.  -  Tordhild  nie  ukrywała  podziwu.  -  Trzeba  mieć  dobre  oczy,  żeby  coś 

takiego zrobić. I dużo światła. 

-  Jakoś mi się udaje - odrzekła Dorbet uradowana pochwałami. 
-  A jaki strój robisz dla Marit? 
-  Bardzo podobny do tego. Między Rindalen a naszym regionem są tylko drobne różnice. 

Byłoby więc dobrze, jeśli powstałby jeden wzór dla całego Nordmore. 

-  Powiedziałaś  przecież,  że  już  powstał  -  zdziwiła  się  Mali,  przyglądając  się  bacznie 

koszuli. 

-  Powstał, lecz nie ma jeszcze zgody, by uznać go za obowiązujący. 
-  Ten jest naprawdę piękny - przyznała Mali. - I tyle już zrobiłaś! 
-  Tak, praca posuwa się naprzód - promieniała Dorbet. 
-  Lubisz ją? - spytała z zainteresowaniem Herborg.  
Dorbet pokiwała energicznie głową. 
-  O tak. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała tej roboty. 
Herborg nie odrywała  wzroku od brzucha Dorbet. Mali dostrzegła tęsknotę w jej oczach. 

Wiedziała, że Herborg żyje nadzieją, i zastanawiała się, czy powiedzieć jej prawdę. O tym, że 
ona  i  Oja  nie  będą  mieć  więcej  dzieci.  Wprawdzie  żaden  z  lekarzy  nie  powiedział  tego 
otwarcie, ale Mali miała niezachwianą pewność, że tak właśnie jest. Widziała wcześniej takie 
schorzenia i wiedziała, do czego prowadzą. Dla Herborg czekanie było nieznośne, lepiej więc, 
by  poznała  prawdę.  Nie  odzywała  się  jednak,  póki  Herborg  nie  poruszała  tego  tematu. 
Zdawała sobie sprawę, że synową czeka straszliwe rozczarowanie, Herborg marzyła przecież 
o jednym: by dać Oi syna. Powinni jednak przygotować się na inną przyszłość: gospodarstwo 
po nich odziedziczy Mała Mali. 

Popijali kawę, rozprawiając o różnych sprawach. 
-  Co sądzicie o narodowym socjalizmie? - spytał Havard. - W Niemczech wiele się teraz 

dzieje. 

-  To  bardzo  niepokojące  -  stwierdził  Sivert.  -  Bardziej,  niż  sądzimy.  Ten  Hitler  to 

niebezpieczny człowiek. Coś mi się zdaje, że ma wielkie plany, takie przynajmniej odniosłem 
wrażenie podczas moich podróży. Mam przyjaciela w Niemczech, który  jest Żydem. Mówił 
mi, by nie wierzyć, że u nich dzieją się same dobre rzeczy. 

-  Nas to nie dotyczy - powiedziała Dorbet. 
-  Nie jestem tego taki pewien - odrzekł Sivert. - Trudno przewidzieć, co nas czeka. 
-  Tutaj jesteśmy bezpieczni - uznał Havard. 
-  Zapewne - ciągnął Sivert - ale i tak polityka Hitlera mi się nie podoba. A teraz jeszcze 

skumał  się  z  tym  Mussolinim... Wyobraźcie  sobie,  że  w  Niemczech  są  obozy,  gdzie  zsyłają 
ludzi o odmiennych poglądach! Pisały o tym gazety. 

-  Zgadzam się - pokiwał głową Ola. - To, co dzieje się w Niemczech, i nas dotyczy. 
-  W jaki sposób? - zdziwiła się Dorbet. - Nic mi o tym nie wiadomo. 
-  W  jaki  sposób...  Nie  wiem,  czuję  jednak,  że  sprawy  mogą  nagle  nabrać  rozpędu. 

Spójrzcie  na  Chiny  i  Japonię,  które  toczą  wojnę  ze  sobą.  Ludzie  chorzy  na  władzę  są 
niebezpieczni. 

-  Czeka nas wojna? - Dorbet podniosła oczy znad roboty. - A z kim mielibyśmy wojować? 
-  Nie wiem - powtórzył Ola. - Niepokój szerzy się w świecie. Coś mi mówi, że ten Hitler... 
-  Od jakiegoś czasu podejmuje dziwne decyzje - stwierdził Sivert. - Czytałem ostatnio, że 

zabrał  się  teraz  za  sztukę.  Każe  niszczyć  wszystko,  co  mu  się  nie  podoba.  A  cóż  on  może 
wiedzieć  na  ten  temat?  Niedługo  nie  będzie  można  grać  muzyki,  której  on  nie  zaakceptuje. 
Tak nie może być! Musimy bronić naszej wolności i prawa do własnych poglądów. 

background image

-  Oczywiście - zgodził się Havard. - To ważne. 
-  Skoro  mowa  o  sztuce  -  wtrąciła  się  Mali.  -  Czytałam,  że  amerykańska  wytwórnia 

filmowa  oferuje  pięćdziesiąt  milionów  dolarów  za  prawo  do  sfilmowania  Krystyny,  córki 
Lavransa.

 

-  Nie może być! - zdziwiła się Herborg. - To najpiękniejsza książka, jaką znam. Będzie z 

tego film? 

-  Nie sądzę - odrzekła Mali. - Sigrid Undset odmówiła. Uznała, że jak Hollywood nakręci 

film, to ona nie pozna swojej książki. Myślę, że ma rację. 

-  To mnóstwo pieniędzy - orzekła Dorbet, nie podnosząc oczu znad roboty. 
-  Pieniądze to nie wszystko - mruknął Sivert. 
-  Tak mówią ci, którzy mają dużo pieniędzy - odcięła się Dorbet. - A co mówią ci, którzy 

klepią biedę? 

-  Dlatego uważam, że podziały społeczne są niesprawiedliwe - tłumaczył Sivert. - Każdy 

powinien mieć tyle, by mu starczało. 

-  Jeszcze długo tak nie będzie - stwierdził Havard. Zrobiło się późno, kiedy goście zaczęli 

zbierać się do drogi. 

-  To był miły wieczór - powiedziała Mali i ujęła Tordhild za rękę. 
-  Jeszcze raz dziękuję za piękny gobelin - odrzekła Tordhild. - Powiesimy go w izbie na 

honorowym miejscu. 

Ola  pomógł  Dorbet  założyć  chustę  na  ramiona.  Dziewczyna  położyła  rękę  na  krzyżu  i 

jęknęła. 

-  Z każdym dniem robię się cięższa - przyznała. - Wyglądam jak słonica. 
-  Nieprawda - zaprzeczyła Herborg. - Całkiem dobrze wyglądasz. 
-  Nie czujesz nic niezwykłego? - dopytywała się Mali. 
-  Nie  -  zaprzeczyła  Dorbet.  -  Może  mi  tak  zostanie  na  resztę  życia?  -  roześmiała  się  i 

mrugnęła do matki. - To by dopiero było! 

-  Wszystko się - ułoży. - Mali poklepała córkę po plecach. - Dziecko przyjdzie w końcu na 

ś

wiat. 

-  Nie mogę się już doczekać - westchnęła Dorbet. 
-  Ty pewnie też, Ola - powiedziała Tordhild. - Domyślam się, że się niecierpliwisz. 
-  O tak - przyznał. - Najważniejsze jednak, by wszystko dobrze się skończyło. 
-  Złego diabli nie biorą - uśmiechnęła się Mali. - Masz silną żonę. 
W  głębi  duszy  nie  była  pewna.  Niespodziewane  rzeczy  zdarzają  się  przy  porodzie.  Nie 

podzieliła się jednak z nikim swoimi obawami. Pożegnali się i wyszli w ciemną jesienną noc. 

Herborg skuliła ramiona i chwyciła się Oi. 
-  Już jesień - zadrżała, owijając się ciaśniej chustą. - Zimno. 
-  Do  tej  pory  jesień  nas  rozpieszczała  -  powiedział  Havard.  -  Teraz  już  się  kończy, 

październik  za  pasem.  Mam  nadzieję,  że  pogoda  nie  pogorszy  się,  zanim  spędzimy  bydło. 
Musimy zrobić to w przyszłym tygodniu, Oja. W środku miesiąca przyjdzie czas na owce. 

-  Jakoś to będzie - uznał Oja. 
Szli razem, aż do miejsca, gdzie droga opadała do Stornes. W oknach domu wciąż paliło 

się światło. 

-  Dobranoc i dziękujemy za miły wieczór - powiedziała Mali. - Idźcie ostrożnie. 
-  Dobranoc  -  odrzekł  Ola,  podtrzymując  Dorbet.  -  Będę  na  nią  uważał  -  zaśmiał  się, 

pokazując białe zęby. 

Zniknęli w ciemności. Havard i Oja ruszyli przodem, Mali i Herborg za nimi. 
-  Chciałabym  być  w  ciąży  -  powiedziała  Herborg  tęsknie  i  wzięła  Mali  pod  ramię.  - 

Pragnęłabym dać Oi syna. 

-  Macie wspaniałą córkę - odrzekła Mali. 
-  To prawda. I bardzo ją kochamy. Ale Oja dziedziczył po ojcu i chciałby mieć następcę. 

background image

Mali poklepała ją po dłoni. Tęsknota synowej raniła ją boleśnie. Nie mogła dłużej znieść 

myśli, że Herborg czeka na coś, co nigdy nie nastąpi. Chrząknęła. 

-  Sądzę, że nie dane ci mieć więcej dzieci - powiedziała.  
Herborg stanęła jak wryta i pobladła. 
-  Co ty mówisz? 
-  Miałaś okropne zakażenie, pamiętasz? 
-  To nie znaczy, że nie mogę... 
-  Obawiam się, że nie możesz. Jestem tego pewna. 
-  Ale Oja... 
-  Oja ma ciebie i Małą Mali. To wiele dla niego znaczy. 
-  Ale ja chciałam... Miałam... 
Herborg rozpłakała się. Pochyliła głowę, jej ramiona drżały. 
-  Nie  jest  tak  źle,  jak  myślisz,  Herborg  -  pocieszała  ją  Mali.  -  Macie  piękną  i  zdrową 

córkę,  która  przejmie  gospodarstwo  po  ojcu,  kiedy  przyjdzie  na  to  czas.  Byłoby  gorzej, 
gdybyście w ogóle nie mieli potomstwa. Pamiętaj o Małej Mali - powtórzyła z naciskiem. 

Herborg otarła nos rękawem. 
-  Oja będzie taki... 
-  Nic się nie zdarzy - przerwała jej Mali. - Oja ma wszystko, czego sobie życzył. Uwierz 

mi! 

Herborg  chlipała  niepocieszona.  Mali  czuła  się  strasznie.  Wiele  by  dała,  by  prawda  nie 

była tak brutalna. Cały czas głaskała Herborg po plecach. 

-  Nie jest tak źle - szeptała. - Musisz tylko przywyknąć. Pamiętaj o Małej Mali! 
Weszli na podwórze. Mężczyźni zatrzymali się. Herborg pociągnęła nosem. Pewnie długo 

nie  zasną,  pomyślała  Mali  i  pogłaskała  ją  po  policzku.  Herborg  na  pewno  powie  Oi  o 
wszystkim. To dobrze, przynajmniej będą to mieć za sobą. 

 
-  Czemu płaczesz? - spytał Oja, kiedy wślizgnęli się do sypialni, starając się nie obudzić 

córeczki. Mała Mali spała słodko pod opieką Ingeborg. 

Herborg padła na łóżko, szlochając. Oja usiadł przy niej i objął ją ramieniem. 
-  Co się stało? Boli cię coś? 
-  Nie możemy mieć więcej dzieci - wydusiła przez łzy. - Mali twierdzi, że to zakażenie, 

które... że nie możemy... ja nie mogę... 

Oja siedział w milczeniu. 
-  Będzie dobrze - powiedział po chwili. - Mamy Małą Mali. 
-  Chciałam dać ci syna. Dziedzica! 
-  Wcale go nie potrzebuję - odrzekł, unosząc jej twarz ku sobie. - Mam ciebie, Herborg, i 

naszą córkę. Mam wszystko, czego mi trzeba. Nie bierz sobie tego tak do serca. Przynajmniej 
nie ze względu na mnie. 

-  A co z gospodarką? 
-  Nasza  córka  ją  przejmie  -  uśmiechnął  się  Oja.  -  Jestem  tego  pewien.  Kolejna  Mali 

zostanie gospodynią w Stornes. I to mnie cieszy. 

Pogłaskał Herborg po policzku i pocałował ją w czubek nosa. 
-  Zapomnijmy  o  tym,  przynajmniej  dziś  wieczór.  To  nic  złego,  Herborg.  Czeka  nas  tyle 

radości. Zresztą mama może się mylić. Ona też nie wie wszystkiego - pocieszał żonę. 

Herborg przytuliła się do niego. Wciąż drżała, ale przestała płakać. 
-  Kochasz mnie? - pisnęła. 
-  Ale głuptas z ciebie. - Ola trzymał ją mocno. - Dobrze wiesz, że tak. 
Herborg westchnęła i objęła go w pasie. 
-  I nigdy nie przestaniesz kochać? - poprosiła cicho. 

background image

-  Zawsze  będziemy  darzyć  się  miłością,  ty  i  ja  -  szepnął.  -  Zawsze.  Póki  śmierć  nas  nie 

rozłączy. Przyrzekaliśmy sobie. 

Skinęła głową i spojrzała na męża. Jej zapłakane oczy zalśniły. 
-  Póki śmierć nas nie rozłączy - powtórzyła z powagą. 
   
ROZDZIAŁ 12. 
  
Podwórko  rozbrzmiewało  rykiem  krów  i  stukotem  kopyt.  Padał  deszcz,  zimny  deszcz 

przechodzący chwilami w śnieg. Zima zwiastowała swoje rychłe przyjście. 

Johannes stał na mostku i śledził z zainteresowaniem tę scenę. Mali stała obok chłopca. Jak 

co roku przypomniała sobie zdarzenie sprzed lat: Sivert wbiegł między przerażone zwierzęta i 
omal  nie  zginął  pod  kopytami  rozjuszonej  krowy.  Johan  go  uratował,  ale  został  poważnie 
ranny.  Tamtego  dnia  powiedziała  mu,  że  go  kocha.  Siedziała  na  podwórku,  trzymając  jego 
głowę na kolanach i mając świadomość, że Sivert ocalał, oznajmiła tamtemu, że go miłuje. To 
nie była prawda, kochała Siverta. W zamieszaniu jednak wypowiedziała tamte słowa. Wciąż 
pamiętała  światło,  które  zapaliło  się  w  oczach  mężczyzny  leżącego  i  wijącego  się  z  bólu. 
Uwierzył jej, biedak. Sądził, że między nimi wszystko się odmieni. 

Mali wzdrygnęła się. 
-  Czyż nie są ładne? 
Johannes patrzył na nią zachwyconymi oczyma. Krople deszczu kapały z jego czupryny. 
-  Ładne? 
Mali  nie  zrozumiała.  Nigdy  nie  myślała  w  ten  sposób  o  krowach,  ale  dla  Johannesa  taki 

komentarz był zupełnie naturalny. Wszystkie zwierzęta tak traktował. 

-  Ładne  -  pokiwała  głową.  -  Dzisiaj  jednakże  nie  wolno  się  do  nich  zbliżać.  Są 

poirytowane, nie chcą wracać do obory, skoro spędziły całe lato na wolności. 

-  Nie mogą chodzić wolno? 
-  Zamarzłyby  na  śmierć  na  pastwisku  -  wyjaśniła  Mali  i  poklepała  chłopca  po  głowie.  - 

Zimę muszą spędzić w ciepłym miejscu. 

-  W  takim  razie  pójdę  później  do  obory,  by  się  im  przyjrzeć  -  postanowił  Johannes.  - 

Powiem im, że przyszłego lata znów wyjdą na świat. 

-  To dobry pomysł. 
-  A kiedy spędzą owce? 
-  Jeśli  pogoda  się  nie  zmieni,  to  wkrótce  -  tłumaczyła  Mali.  -  Owce  trzeba  wykąpać,  a 

przed strzyżeniem muszą zdążyć wyschnąć. A tu ciągle pada. 

Johannes wyciągnął rękę. Ciężkie płatki spadały mu na dłoń i natychmiast topniały. 
-  Śnieg - uznał. 
-  Śnieg  z  deszczem  -  poprawiła  go  babcia.  -  Śnieg  pewnie  zjawi  się  wkrótce.  W 

październiku nigdy nic nie wiadomo. 

-  Będą bić owce, prawda? 
Oczy mu pociemniały. Mali skinęła głową. 
-  To nieładnie. 
-  Dlaczego nieładnie? Mamy owce po to, by dostarczały nam pożywienia. 
-  Wcale tak nie uważam - upierał się. - Nie chcę przy tym być. 
-  Ja też nie - przyznała Mali. - Ale muszę im pomóc. Będzie dużo pracy tego dnia. 
-  Nie zamierzasz tkać? 
-  Tak, ale pomocy im nie mogę odmówić. 
-  Mogę przyjść do ciebie do warsztatu, babciu, i zobaczyć, czym się zajmujesz? 
Mali  zdziwiła  się.  Nie  miała  pojęcia,  że  Johannesa  interesują  takie  sprawy.  Chłopiec 

nieustannie ją zaskakiwał. 

background image

-   Oczywiście,  że  możesz  -  uśmiechnęła  się.  -  Bardzo  bym  się  ucieszyła.  Może  chodźmy 

tam teraz? 

-  Najpierw muszę zajrzeć do krów. 
-  W takim razie zaczekam tam na ciebie. Nie ruszaj się z mostka, póki krowy nie znajdą 

się w środku. Dopiero wtedy możesz wejść do obory. 

Pokiwał głową, nie odrywając wzroku od zwierząt. 
-  Przyjdę - powiedział roztargniony. - Później. 
  
Mali tak była zajęta pracą, że dostrzegła chłopca dopiero, kiedy zamknął drzwi za sobą. 
-  Jesteś - uśmiechnęła się i wyprostowała plecy. Zatrzymał się przy drzwiach i pociągnął 

nosem. 

-  Dziwny zapach - uznał, krzywiąc się. 
-  Zapach wełny - wyjaśniła Mali. - Podejdź bliżej, to wszystko ci pokażę. 
Przekroczył  skrzynkę  z  motkami  i  zbliżył  się  do  stołka,  na  którym  siedziała.  Mali 

odgarnęła mu mokre włosy z czoła. Miał zimną twarz. 

-  Byłeś u krów? 
-  Strasznie  muczały  -  powiedział  zamyślony.  -  Ale  ucieszyły  się,  kiedy  z  nimi 

porozmawiałem. Havard mówi, że je uspokoiłem. 

-  Pewnie  ma  rację  -  odpowiedziała  Mali,  skrywając  uśmiech.  -  Spójrz,  wiesz,  co  to 

będzie? 

Przyglądał się gobelinowi, przekrzywiając głowę i zamykając jedno oko. 
-  Kwiaty - zdecydował w końcu. - Łąka i kwiaty. 
-  Masz rację. - Mali poklepała go po plecach. - Nie wszyscy widzą to od razu. Nazwałam 

ten gobelin Letnia łąka. 

-  Kto go dostanie? 
-  Nie wiem. Wyślę go do Ameryki. 
Siedział  chwilę,  nic  nie  mówiąc,  potem  przeszedł  przez  pokój,  podziwiając  gobeliny  i 

kilimy. 

-  Po co pojechałaś do Ameryki, babciu? 
-  Po  co?  -  powtórzyła  Mali  i  spojrzała  na  chłopca.  Stał  odwrócony  do  niej  plecami  i 

dotykał  tkanej  powierzchni  gobelinu.  -  Zaprosili  mnie  ludzie  na  otwarcie  sklepu,  w  którym 
miano sprzedawać moje prace. 

-  Długo cię nie było - przyznał. - Havard bardzo tęsknił. Ja zresztą też. 
-  Ale w końcu wróciłam. 
-  A nie chciałaś wracać? 
Chłopiec odwrócił się i wbił w nią wzrok. Mali zaczerwieniła się lekko. 
-  Co ty wygadujesz? - zaśmiała się nieco nerwowo. - Twój tata też był w Ameryce. 
-  Ale my zostaliśmy z tobą, mama i ja. 
-  Havard nie chciał ze mną jechać.  
Johannes pokiwał głową. 
-  Dlaczego Ruth umarła? 
Mali  wzdrygnęła  się.  Gdyby  inne  dziecko  zadało  jej  to  pytanie,  zbyłaby  je  zdawkową 

odpowiedzią. Johannes nie zadowalał się byle czym. 

-  Bywają ludzie tak nieszczęśliwi, że nie są w stanie żyć - powiedziała cicho. 
-  Ruth taka była? 
Mali pokiwała głową. Łzy napłynęły jej do oczu. 
-  Dlaczego była nieszczęśliwa? 
-  Nie  znam  odpowiedzi  na  wszystkie  pytania,  Johannes.  Niektórzy  małżonkowie  nie 

potrafią  się  porozumieć.  O  takich  sprawach  nie  mówi  się  głośno,  więc  pomoc  przyszła  za 
późno. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Ruth cierpi. 

background image

Podszedł do stołka i oparł się o nią. 
-  Samuel nie był dla niej miły? 
-  Nie - odrzekła chrapliwie. - Nie był miły. 
-  Wiedziałem  -  pokiwał  głową.  -  Dostrzegłem  to  w  jego  oczach.  -  Objął  ją  za  szyję  i 

przytulił. - Ty masz dobre oczy, babciu. 

Mali  trzymała  go  i  uśmiechała  się.  Znajdowała  niezwykłą  pociechę  w  dotyku  ciepłych 

rączek i miękkiego policzka dziecka. 

-  Ruth jest teraz u aniołów. Przytaknęła. 
-  Tak myślę. 
-  A Samuel? 
Mali zawahała się z obawy, że użyje niewłaściwych słów. Johannes odsunął się i spojrzał 

na nią badawczo. 

-  Przecież wszyscy ludzie idą do aniołów po śmierci? 
-  Nie wiem, Johannes. 
-  Bóg przemówił mu do rozumu - uznał Johannes. - Samuel przeprosił Ruth i teraz jest już 

im dobrze. 

-  Może i tak - pokiwała Mali głową, choć ani w to nie wierzyła, ani tego sobie nie życzyła. 

Samuel ma smażyć się w piekle przez całą wieczność, pomyślała, czując, jak wzbiera w niej 
gniew. Nic jednak nie powiedziała. Johannes wdrapał się jej na kolana. 

-  Dobrze ci, Johannes? - zmieniła temat. 
-  Pewnie, że dobrze. 
-  I cieszysz się, że macie Marilenę?  
Odchylił się w tył. 
-  Nie wiedziałaś, że zawsze chciałem mieć siostrzyczkę? 
-  Wiedziałam. 
-  Więc teraz mam i bardzo się cieszę. Miło jest mieć siostrę, lubię się nią zajmować. Ona 

też mnie kocha - dodał nieskromnie. - I jeszcze mam przyjaciela. Czytałem w pewnej książce 
o dwóch przyjaciołach, którzy połączyli się krwią - opowiadał z błyszczącymi oczyma. - Nic 
nie  może  zniszczyć  takiej  przyjaźni  choćby  za  sto  lat!  Zapytam  Olę  Havarda,  czy  chce  to 
zrobić.  Ale  to  tajemnica  -  ostrzegł  babcię.  -  Nikomu  o  niej  nie  mów,  bo  wszystko  będzie 
nieważne. 

-  Musicie  uważać  -  zaniepokoiła  się  Mali.  -  Może  się  wam  coś  stać,  jak  zatniecie  się 

nożem... 

-  To  nic  groźnego  -  wyjaśnił  Johannes.  -  W  książce  wszystko  opisano.  Nie  trzeba  dużo 

krwi. 

-  Masz nowych przyjaciół w szkole? 
-  Mam, ale nie najlepszych - odrzekł poważnie. - Jest tylko jeden najlepszy przyjaciel. 
-  Ola Havard? 
Pokiwał potakująco głową i znów wbił wzrok w Mali. 
-  Źle się z nim dzieje - oznajmił nagle. - Mam nadzieję, że nie umrze. 
-  Chyba oszalałeś, mój chłopcze! - przeraziła się Mali. - Co się z nim dzieje? 
-  Nie  wiem,  ale  mówi,  że  nie  chce  mieszkać  w  Storhaug.  Laura  wciąż  gdzieś  lata,  a 

Gunvald go nie obchodzi. Chciałby mieć tatę, tak jak wszyscy. 

-  Nie wszyscy mają ojca - powiedziała z niepokojem Mali. - Wiele dzieci żyje bez ojców. 
-  On  to  wie.  Nie  chce,  żeby  jego  tata  wrócił,  bo  nie  może  wrócić.  Przecież  nie  żyje. 

Chciałby mieć takiego niby-tatę, tak jak Marilena. Kogoś, kto by się o niego troszczył. 

-  My troszczymy się o niego.  
Johannes pokiwał głową w zamyśleniu. 
-  Ola Havard wie. Chciałby przenieść się do Stornes, tak powiedział. Zapytaj jego matkę, 

może się zgodzi - dodał. - Tak byłoby dobrze. 

background image

-  Nie sądzę. - Mali unikała wzroku chłopca. 
-  Możesz spytać. 
-  Najpierw porozmawiam z Havardem. Nie sądzę jednak... 
-  Porozmawiaj - uśmiechnął się Johannes. - Może się uda. - Przeciągnął dłonią po włosach 

i ruszył do drzwi. - Obiecałem wrócić do domu na obiad. Która jest godzina? 

-  Po dwunastej - odrzekła Mali. - Czas na  ciebie. Odwrócił się w drzwiach i uśmiechnął 

się szeroko i ciepło. 

-  Pięknie tkasz - powiedział z uznaniem. - Wrócę po obiedzie - obiecał. 
Mali  wsłuchała  się  w  odgłos  niknących  kroków.  Po  raz  kolejny  pomyślała  o  szczęściu, 

jakie spotkało ich wszystkich po powrocie Siverta do domu. W najśmielszych marzeniach nie 
spodziewała  się  takiego  rozwiązania,  a  teraz  wszystko  układało  się  pomyślnie.  Minął  czas 
lęków i nieszczęść, które prześladowały ją dawnymi laty. A może nie minął, może po prostu 
ż

al  i  troski  zbyt  mocno  przysłoniły  jej  radość  życia.  Smutek  i  radość  to  dwa  strumienie 

spadające razem stromym górskim zboczem. Zawsze razem, trzeba tylko umieć je dostrzec. 

Trzasnęły drzwi na dole. Mali wstała i podeszła do okna. Johannes pędził przez podwórze, 

a  poły  płaszcza  powiewały  za  nim  jak  dwa  skrzydła.  Mali  uśmiechnęła  się  ciepło.  Mocno 
kochała tego chłopca. Niebezpiecznie mocno. Gdyby coś się wydarzyło... 

Ciesz się, póki możesz, szepnął jakiś głos. Dosyć ma dzień swojej biedy. 
Westchnęła i wróciła do pracy. 
  
Wietrzna  noc  zdmuchnęła  z  drzew  resztkę  liści.  To  najsmutniejsza  pora  roku,  myślała 

Mali, wyglądając przez okno. Było szaro i ponuro. Znikąd pociechy. 

Havard  spodziewał  się  niepogody  i  zdecydował  spędzić  owce  z  gór  wcześniej  niż 

zazwyczaj. 

-  Lepiej dmuchać na zimne - oznajmił. - Trzeba je wykąpać, wysuszyć i ostrzyc, więc... 
-  W Granvold noszą się z tym samym zamiarem - powiedział Oja. - Ola chce też spędzić 

owce teraz. 

-  Mogę pójść z wami? - spytał Johannes. Siedział na kanapie i machał nogami. 
-  Jasne - przytaknął Havard. - Każda para rąk się przyda - dodał z uśmiechem. - A z ciebie 

już prawdziwy parobek? 

Johannes zgodził się. - Mogę je pędzić i kąpać - oświadczył. - Ale nie chcę być przy uboju. 
-  Dobrze to rozumiem - odrzekł Havard. 
Uzgodniono,  że  spędzą  owce  następnego  dnia  przed  południem.  Johannes  miał  wolne  w 

szkole i obiecał stawić się o godzinie ósmej. 

-  I  powiedz  mamie,  że  zjesz  z  nami  -  powiedział  Havard,  potrząsając  dłonią  chłopca  i 

potwierdzając umowę. - Nasi parobkowie zawsze dostają posiłek. 

Johannes zeskoczył na podłogę i zaczerwienił się z dumy. 
-  Tak powiem - odrzekł i ruszył do drzwi. 
  
Mali  obudził  dziwny  dźwięk.  Leżała  przez  chwilę  w  ciemności,  nasłuchując.  Wiatr 

potrząsał skrzydłem otwartego okna.  Gałęzie  gruszy drapały o ścianę, deszcz płynął z nieba 
strumieniami. 

Mali wstała cicho i podeszła do okna, na parapecie zebrała się kałuża wody. Wychyliła się 

w ciemną noc. Ujrzała szarą ścianę deszczu, wiatr co rusz uderzał o ściany. Biała błyskawica 
przecięła  niebo,  a  po  niej  rozległ  się  grzmot.  Mali  zamknęła  okiennicę,  przyniosła  ścierkę  i 
starła wodę.  

-  Co się dzieje? - Od łóżka dobiegł ją zaspany głos. 
-  Burza. 
Havard usiadł na łóżku, nasłuchując. 
-  Tego się spodziewałem - oznajmił. - Co robisz? 

background image

-  Okno się otworzyło. Deszcz napadał do środka.  
Położyła się. Przytuliła zimne stopy do ciepłych stóp Havarda. Havard opadł na poduszkę i 

przyciągnął ją do siebie. 

-  Nie uda się wam spędzić owiec. 
-  Może pogoda się zmieni. Na szczęście nie pada śnieg. Zobaczymy rano. 
Mali  przywarła  do  męża,  kiedy  nad  ich  głowami  rozległ  się  kolejny  grzmot.  Prawie  już 

zasypiała, kiedy Havard potrząsnął ją za ramię. 

-  Koń rży na podwórzu, przecież nie nasz. Oba konie są w stajni. 
-  Koń? - Mali usiadła raptownie, czując, jak zimny pot oblewa jej ciało. - Sprawdzę. 
Wsunęła  stopy  w  pantofle  i  narzuciła  na  siebie  sweter  Havarda.  Wyszła  na  korytarz  i 

wyjrzała  przez  okno  wychodzące  na  podwórze.  Z  początku  nic  nie  dostrzegła  przez  ścianę 
deszczu, lecz kiedy błyskawica rozdarła ciemność, zobaczyła konia i wóz. Ktoś biegł skulony 
w kierunku drzwi wejściowych. 

Mali ruszyła w dół schodów i dotarła do sieni jednocześnie z przybyszem. 
-  Na Boga! - krzyknęła przestraszona na widok ociekającej wodą postaci. - Ola! 
-  Musisz  jechać  ze  mną  do  Granvold  -  wysapał  przestraszony  i  złapał  ją  kurczowo  za 

ramię. - Dorbet źle się poczuła! 

   
ROZDZIAŁ 13. 
  
Mali  biegła  do  wozu  w  strugach  deszczu.  Echo  grzmotu  przetaczało  się  po  górach,  a 

błyskawice na krótką chwilę rozświetlały okolicę. 

-  Co za pogoda - powiedziała, sadowiąc się koło Oli. Kiwnął głową z roztargnieniem, był 

blady i napięty. 

Mali poklepała go po kolanie. 
-  Wszystko będzie dobrze. 
-  Niedobrze z nią - wykrztusił. - Jest mokra od potu. 
-  To nic niezwykłego - stwierdziła Mali, ocierając twarz. 
Deszcz przemoczył ją w kilka chwil. Będzie musiała się przebrać na miejscu. Pożyczy coś 

od Marit. Rzeczy nie będą pasować, ale grunt, by były suche. 

Kiedy wóz wytoczył się z podwórka na drogę, Mali dostrzegła, że ulewa zmyła ją w wielu 

miejscach. Strach zmroził jej krew w żyłach: co będzie, jeśli nie zdążą sprowadzić akuszerki 
na czas? Mali zamierzała wysiąść w Granvold i wysłać Olę do Kvannes. Kontakt telefoniczny 
był niemożliwy, centralę bowiem wyłączano nocą. 

-  Droga jest w kiepskim stanie! - krzyknęła przez deszcz. - Sądzisz, że da się dojechać do 

Kvannes? 

-  Nie  wiem  -  odrzekł  Ola,  usiłując  utrzymać  przerażonego  konia  ha  trakcie.  Ilekroć 

rozlegał się grzmot, koń uskakiwał w bok. - Spróbuję. 

W oknach Granvold paliło się światło. Mali nie mogła opanować niepokoju. Dorbet była 

wprawdzie  młoda  i  silna,  ale  poród  to  zawsze  wielka  niewiadoma.  Nieobecność  akuszerki 
dodatkowo pogorszyłaby sprawę, Mali czułaby się znacznie pewniej, mając ją u swego boku. 

-  Sprowadź  Sigrid  Innstad,  Ola  -  zdecydowała.  -  Nie  wiemy,  czy  zdołasz  dojechać  do 

Kvannes, a ja potrzebuję pomocy. 

-  Matka jest... 
-  Nie, Marit mi się nie przyda - odrzekła naprędce. - Sprowadź Sigrid. I jedź ostrożnie, na 

drodze mogą leżeć zwalone drzewa. 

Skinął głową. Strugi deszczu ściekały z ronda jego filcowego kapelusza. 
-  A jeśli Dorbet będzie mnie potrzebować? 
-  To potrwa, Ola. Zdążysz wrócić - powiedziała uspokajająco i klepnęła go w ramię. - A 

jeśli droga jest przejezdna, ściągnij tu akuszerkę. 

background image

Drzwi się otworzyły i Marit wystawiła głowę na deszcz. Mali ruszyła schodami w górę. 
-  Jak  dobrze,  że  jesteś!  -  wykrzyknęła  Marit  i  złapała  ją  za  rękę.  -  Dorbet  czuje  się 

fatalnie! 

Była  wyraźnie  poruszona,  czerwone  plamy  wystąpiły  jej  na  policzki,  włosy,  zwykle 

starannie upięte, miała w nieładzie. 

-  Wszystko będzie dobrze - powiedziała Mali z nieco udawanym przekonaniem. - Będzie 

dobrze. 

Stała w progu. Z jej ubrania i włosów płynęły strużki wody. 
-  Muszę się przebrać, Marit. Dasz mi coś suchego? 
-  Oczywiście. Wejdź do izby. Kazałam rozpalić w piecu i zagrzać wodę. 
Mali zdjęła chustę, wyżęła włosy i doprowadziła je do ładu. Kiedy Marit wróciła z suchym 

odzieniem,  wyszła  do  sąsiedniego  pokoju.  Nie  chciała  się  przebierać  w  obecności  Marit  i 
służącej. 

-  Dokąd pojechał Ola? - spytała Marit, kiedy Mali wróciła w za krótkiej i zbyt obszernej 

sukni. 

-  Pojechał  po  akuszerkę  -  odrzekła  Marit.  -  Deszcz  podmył  drogę,  więc  nie  wiem,  czy 

zdoła  do  niej  dotrzeć.  Poprosiłam  więc,  by  przywiózł  Sigrid  Innstad.  Będę  potrzebowała 
kogoś do pomocy... 

-  Przecież ja tu jestem! 
-  Obawiam się, że to nie na twoje siły, Marit. Nie masz doświadczenia w tych sprawach. - 

Mali  szukała  przekonującej  wymówki.  -  Zadbaj  lepiej  o  to,  abyśmy  miały  wodę  i  to,  co 
potrzeba. 

Marit ściągnęła usta w proteście, ale nie odezwała się ani słowem. 
-  Chcę teraz zobaczyć Dorbet. 
-  Pójdę z tobą - rzuciła Marit. - Sprawdźmy, czy masz rację. 
Mali nie mogła jej tego odmówić. Razem wyszły do ciemnej sieni. Nad domem rozległ się 

grzmot, a błyskawica oświetliła wejście na poddasze. Deszcz bębnił o dach i okna. 

-  Co za noc - mruknęła Marit. - Jakby nastał sąd ostateczny. 
Mali  nic  nie  powiedziała,  ale  porównanie  nie  przypadło  jej  do  gustu.  Wszystko  będzie 

dobrze, jeszcze raz powtórzyła sobie w duchu. Pogoda nie ma z tym nic wspólnego. Da sobie 
radę, nawet bez akuszerki. Sigrid ją zastąpi. 

  
W  sypialni  Dorbet  i  Oli  paliło  się  światło.  Kiedy  kobiety  pojawiły  się  w  drzwiach,  z 

krzesła  przy  łóżku  Dorbet  zerwała  się  służąca  i  bezszelestnie  wyszła  z  pokoju.  Dorbet 
obróciła  głowę.  Włosy  dziewczyny  rozsypały  się  na  poduszkę.  Była  blada,  skórę  na  czole  i 
nad górną wargą pokrywały kropelki potu. Jej twarz rozjaśniła się na widok Mali. 

-  Mamo!  -  szepnęła  i  wyciągnęła  rękę  ku  Mali.  -  Jak  się  cieszę,  że  jesteś!  Strasznie  się 

czuję. 

Mali  przysiadła  na  brzegu  łóżka  i  chłodną  dłonią  odgarnęła  włosy  z  czoła  córki. 

Uśmiechnęła się uspokajająco. 

-  Tak zwykle bywa, ale to minie. 
-  Kiedy przyjedzie akuszerka? 
-  Nie wiem, czy w ogóle przyjedzie - przyznała Mali. - Jest burza i deszcz podmył drogę. 

Ola usiłuje przebić się do Kvannes... Posłałam po Sigrid - dodała. 

Dorbet ze świstem wciągnęła powietrze. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Mali położyła 

dłoń na jej brzuchu. 

-  Od jak dawna masz skurcze? 
-  Od wczoraj wieczora - syknęła Dorbet, kiedy ból ustąpił. - Z początku nie było tak źle, 

za to w nocy... Po kilku godzinach nie mogłam już wytrzymać i posłałam Olę. No, może po 
godzinie - przyznała niechętnie. - Bardzo się przestraszyłam... 

background image

Potężny grzmot wstrząsnął szybami. Deszcz się wzmógł. 
-  Nie  ma  się  czego  bać  -  uspokajała  ją  Mali.  -  Dam  ci  coś  do  picia,  a  potem  będziemy 

czekać. To potrwa. 

-  Wszystko dobrze wygląda? - spytała Marit od drzwi. 
-  Tak. Możesz zejść na dół i przynieść to, co potrzeba? Ręczniki i coś dla dziecka. I dzban 

gorącej wody. Zadbaj o to, by nie zabrakło gorącej wody. 

Marit skinęła głową i złapała za klamkę. 
-  I przynieś kawę, Marit - dodała Mali. - Kubek kawy dobrze by mi zrobił. 
   
Czas  płynął  wolno,  burza  za  oknami  nie  słabła.  Sigrid  zjawiła  się  niepostrzeżenie  i  Mali 

przyjęła  jej  przybycie  z  wdzięcznością,  zwłaszcza  że  misja  Oli  się  nie  powiodła.  Parę 
kilometrów przed Oppstad drogę zagrodziły mu zwalone drzewa. 

Dorbet zapadała w niespokojny sen między skurczami. Mali niepokoiła ich siła i to, że nie 

wywoływały  żadnego  skutku.  Dziecko  w  łonie  Dorbet  nie  przesunęło  się  ani  o  centymetr. 
Mali pokręciła głową i spojrzała na Sigrid. 

-  To za długo trwa - powiedziała zatroskana. - Nie rozumiem, skurcze są bardzo silne. 
Sigrid przytaknęła. Siedziały obie na stołkach przy małym stoliku i obserwowały Dorbet. 
-  Jest młoda i silna - uznała Sigrid. - Poród może być ciężki, ale na pewno da sobie radę. 
-  Nigdy  w to nie  wątpiłam - powiedziała Mali. - To jednak za długo trwa, zaczynam się 

bać o dziecko. 

-  Słyszysz je? 
-  Serce bije trochę nieregularnie - szepnęła Mali, starając się, by jej słowa nie dotarły do 

uszu córki. - To mnie niepokoi. Dorbet da sobie radę. Co będzie jednak, jeśli dziecko urodzi 
się martwe? Nawet nie chcę o tym myśleć. 

  
Minęły  jeszcze  dwie  godziny.  Skurcze  następowały  teraz  jeden  po  drugim.  Dorbet  nie 

miała  ani  chwili  wytchnienia,  leżała  bezwładnie  z  twarzą  opuchniętą  z  wysiłku  i  obrzmiałą. 
Mali  współczuła  jej  niepomiernie.  Obecność  przy  narodzinach  dziecka  zawsze  była  dla  niej 
szczególnym doświadczeniem, tym bardziej szczególnym, gdy rodzącą była jej córka. Czuła 
się tak, pomagając przyjść na świat Marilenie, czuła się tak i teraz. Jej serce krwawiło, widząc 
bezradność i ból córki. 

-  Mamo... 
Mali odwróciła się od stolika. Sigrid nie było, zeszła na dół, by coś zjeść. Za oknem wciąż 

panowały ciemności. 

-  Tak, córeczko? - spytała cicho, podchodząc bliżej. 
-  Boję się. 
Mali przysiadła na łóżku i wzięła ją za rękę. 
-  Nie ma czego się bać. 
-  To tak długo trwa, jestem wykończona. 
-  Niedługo będzie po wszystkim. 
Twarz dziewczyny wykrzywiła się. Chwyciła się Mali, kiedy kolejny skurcz wstrząsnął jej 

ciałem. Pot i łzy spływały po jej policzkach. 

-  Dorbet... 
-  To  kara  -  jęknęła  Dorbet.  -  Kara  za  grzechy.  Ola  myśli,  że  był  pierwszy...  Nie 

powiedziałam mu prawdy, a teraz... 

-  Nie byłaś z nikim innym, jak już go poznałaś - powiedziała Mali, ocierając twarz córki. - 

Tylko to się liczy, Dorbet. On ufa tobie jako żonie. 

-  Ale myśli, że... 

background image

-  Zapomnij o tym - przerwała jej Mali. - Nic nie musi wiedzieć. Będzie szczęśliwszy, nic 

nie wiedząc. Dla niego ważne jest to, kogo teraz kochasz. A chyba nie masz wątpliwości w tej 
kwestii? 

-  Nie. - Dorbet pociągnęła nosem. - Nie mam. Tylko on się liczy, przecież wiesz. 
-  To dobrze. 
-  Ale go okłamałam... 
-  Po prostu nie powiedziałaś całej prawdy - uznała Mali. - Czasami tak trzeba. 
-  Też coś takiego zrobiłaś? 
Mali poklepała córkę po dłoni. Jej wzrok uciekł gdzieś w przestrzeń. 
-  Robiłam gorsze rzeczy. 
Dorbet otworzyła oczy i spojrzała na matkę z zaskoczeniem. 
-  Naprawdę? 
-  Tak,  ale  nie  chcę  o  tym  rozmawiać.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Nie  myśl  o  tym 

więcej,  Dorbet.  Nie  zakłócaj  jego  szczęścia.  Po  co  prać  stare  brudy  bez  potrzeby?  Wszyscy 
mamy coś na sumieniu. Ścieżki życia bywają kręte. 

-  Nie powinno się kłamać - upierała się Dorbet, nie odrywając wzroku od matki. - Sama 

mnie tego uczyłaś... 

-  I  nie  cofam  nauki  -  odrzekła  Mali.  -  Nie  wolno  kłamać  bez  potrzeby.  Nie  trzeba  także 

mówić prawdy za wszelką cenę, Dorbet. Mówieniem prawdy też można wyrządzić krzywdę. 

Dorbet pociągnęła nosem raz jeszcze i uspokoiła się. Nie na długo jednak, kolejny skurcz 

sprawił,  że  wygięła  się  w  łuk  na  łóżku.  Mali  odsunęła  na  bok  kołdrę  i  uniosła  koszulę 
rodzącej.  Przyłożyła  swój  wysłużony  stetoskop  do  napiętego  brzucha  Dorbet  i  usłyszała 
szybki, nieregularny puls dziecka. 

-  Wszystko w porządku? 
-  Tak, w porządku - skłamała. Wstała i przyniosła butelkę z ziołowym wywarem. - Wypij 

jeszcze trochę. Najwyższy czas, żeby się zaczęło. 

  
Burza przesunęła się w kierunku fiordu, deszcz ustał. Szare światło poranka przedarło się 

przez zasłonę nocy. 

-  Przyprowadź Olę - poprosiła Dorbet słabym głosem. - Chcę go zobaczyć przed śmiercią. 
-  Nie umrzesz, Dorbet - powiedziała z naciskiem Mali. - Jesteś tylko bardzo zmęczona. 
-  Przyprowadź Olę - szepnęła Dorbet przez spierzchnięte wargi. 
Mali uniosła głowę i spojrzała na Sigrid. 
-  Przyprowadź go. 
Sigrid  zniknęła  za  drzwiami.  Mali  znów  przytknęła  stetoskop  do  brzucha  Dorbet.  Serce 

dziecka wciąż biło nierównym rytmem. Niech się wreszcie zacznie, pomyślała zdesperowana, 
bo będzie źle. 

Zamierzała  przykryć  Dorbet,  kiedy  dostrzegła  krew.  Zamarła  z  przestrachu,  po  czym 

szybko zaczęła wyciągać spod córki zabrudzone prześcieradło. To nie była krew, tylko krew 
zmieszana  z  wodą.  Szybkimi  ruchami  ścieliła  łóżko,  zastanawiając  się,  jak  wywołać  parcie. 
Cóż jednak mogła zrobić? Jedynie czekać, aż zadziałają siły natury. 

-  Co robisz? - spytała Dorbet, nie otwierając oczu. 
-  Zmieniam  prześcieradło.  Wody  odeszły.  Teraz  przyjdą  bóle  parte  i  zaraz  będzie  po 

wszystkim. Dzieciak każe nam długo na siebie czekać - uśmiechnęła się, ukrywając niepokój. 

-  Gdzie jest Ola? 
-  Sigrid poszła po niego. 
Dorbet  kiwnęła  głową  i  westchnęła.  Mali  otarła  spocone  czoło  córki.  To  prawdziwa 

godzina próby, pomyślała, patrząc na podkrążone oczy dziewczyny. Pójdzie w zapomnienie, 
jeśli  wszystko  dobrze  się  skończy.  Tyle  że  nie  była  już  tego  taka  pewna.  Strach  ściskał  jej 

background image

serce,  ale  nie  dała  tego  poznać  po  sobie.  Dorbet  potrzebowała  wszystkich  jej  sił  i  resztek 
odwagi. 

Obróciła  się  szybko  na  dźwięk  otwieranych  drzwi.  Sigrid  wepchnęła  Olę  do  pokoju.  Był 

blady i z przerażeniem spozierał w kierunku łóżka. 

-  Nie dzieje się nic złego, Ola - wyjaśniła Mali. - Poród się przedłuża. Dorbet jest bardzo 

zmęczona, ale chciała się z tobą zobaczyć. 

-  Ola... 
Dorbet otworzyła oczy i wyciągnęła rękę do męża. W dwóch szybkich krokach znalazł się 

przy niej i przykucnął koło łóżka. 

-  Moja Dorbet - szepnął. - Jesteś taka dzielna. 
-  Nieprawda - jęknęła. - Dziecko nie chce wyjść, a ja już nie mam sił. Chyba umrę! 
Ola rzucił Mali przerażone spojrzenie. Pokręcił głową. 
-  Nie umrzesz - zapewnił ją Ola i pogłaskał po policzku. - Chcesz, żebym był przy tobie? 
-   Tak. Wytrzymasz? 
Przytaknął,  ale  nie  miał  pojęcia,  na  co  się  zgadza.  Kiedy  nadszedł  kolejny  skurcz,  zbladł 

jak ściana, a krople potu wystąpiły mu na czoło. Wydawało się, że zaraz zemdleje, ale zdążył 
złapać  się  wezgłowia.  Zjawienie  się  Oli  spowodowało  jednak  cudowną  odmianę.  Poród  się 
zaczął. Mali nie miała pojęcia, jaki jest stan dziecka, ale przynajmniej pojawiła się nadzieja. 

Przyszła godzina, której żadne z nich nigdy nie miało zapomnieć. Dorbet straciła kontrolę 

nad  sobą,  wstrząsana  falami  bólu,  przywarła  do  Oli  i  głośno  krzyczała.  Ola  trzymał  ją  z 
całych  sił,  ale  nie  był  w  stanie  wydusić  z  siebie  jednego  słowa  pociechy,  przerażony, 
wrzucony  niespodziewanie  w  środek  kobiecego  świata,  o  którego  istnieniu  nie  miał  dotąd 
pojęcia. 

Kiedy Mali dostrzegła główkę, Dorbet poddała się. Opadła na poduszki, płacząc bezsilnie. 
-  Nie mogę - szlochała. - Dajcie mi spokój! 
-  Nie, teraz musisz nam pomóc - błagała Mali. - Musisz przeć, Dorbet! Dziecko nie urodzi 

się, jeśli nie będziesz przeć. Słyszysz mnie? 

-  Nie mam już siły - mamrotała Dorbet. - Nie chcę! 
-  Dorbet, musisz... 
Ola pogładził ją po twarzy, próbując wesprzeć Mali. 
-  Ani  słowa  -  syknęła  Dorbet  w  odruchu  nagłej  złości.  -  Miałeś  z  tego  jedynie 

przyjemność, tryku jeden! 

Ola zaczerwienił się i odwrócił głowę. Mali położyła dłoń na jego ramieniu. 
-  Wcale tak nie myśli. Nie wie, co mówi. 
Kiedy pojawił się następny skurcz, Dorbet odmówiła współpracy.  
-  Przyj - syknęła Mali. - Przyj, Dorbet! 
Dziewczyna nie zareagowała, z jej ust wydobył się przeciągły krzyk. Mali zrobiła krok do 

przodu i mocno uderzyła ją w twarz. Krzyk urwał się jak nożem uciął, Dorbet otworzyła oczy 
i spojrzała z przerażeniem na matkę. 

-  Pomóż mi, dziewczyno - rzuciła Mali przez zaciśnięte zęby. - Pomóż mi! 
Podziałało. Dziecko przyszło na świat po dwóch długich skurczach. Mali szybko przecięła 

pępowinę,  uniosła  małe  ciało  i  pospieszyła  do  stołu.  To  był  chłopiec,  okrąglutki  i  zdrowy 
chłopiec.  Z  jego  płuc  dochodził  dziwny  dźwięk,  Mali  chwyciła  go  za  nogi,  odwróciła  i 
klepnęła  w  pośladki.  W  pokoju  rozległ  się  wściekły  krzyk.  Mali  zaśmiała  się  z  radością. 
Położyła ostrożnie małego na pieluszkach i spojrzała na Sigrid. W jej oczach pojawiły się łzy. 

-  Macie syna - oznajmiła, odwracając się do łóżka. - Pięknego dziedzica! 
Ola wstał, łzy płynęły po jego bladych policzkach. Nie puszczał dłoni żony. 
-  Mamy syna, Dorbet! - wymamrotał i przytulił ją do siebie. - Syna! On żyje! 
Oboje  pojaśnieli,  kiedy  Mali  położyła  dziecko  w  ramionach  Dorbet.  Ola  szlochał, 

obejmując ramieniem oboje. Głos odmówił mu posłuszeństwa. 

background image

-  Twój syn, Ola! - Dorbet nachyliła się nad małym z czułością. - Nasz syn! 
Wyciągnęła niemowlę w kierunku męża. 
-  Potrzymaj go - szepnęła. - Jest też twój. 
Ola  trzymał  syna  tak  ostrożnie,  jakby  miał  w  rękach  filiżankę  z  kruchej  porcelany. 

Podniósł błyszczący wzrok na Mali, jego usta drżały. 

-  Gratuluję - powiedziała Mali. - Wszystko poszło dobrze, Ola. 
Ani  słowem  nie  wspomniała  o  swoich  obawach.  Chłopiec  był  zdrowy  i  silny,  nie  ma 

potrzeby go chrzcić. Jeśli nic się nie stanie - a cóż miałoby się stać? - przed świętami Bożego 
Narodzenia  odbędzie  się  uroczysty  chrzest  w  kościele  w  Kvannes.  Dziedzic  Granvold 
przyszedł na świat! 

Sigrid pomogła jej przebrać Dorbet i zmienić pościel. 
-  Nie byłam zbyt dzielna - stwierdziła Dorbet z zawstydzeniem. 
-  Uważam,  że  byłaś  -  odrzekła  Sigrid.  -  Chłopak  dał  ci  do  wiwatu.  Tak  bywa  za 

pierwszym razem. 

-  Kolejny raz będzie nieprędko - rzuciła zdecydowanie Dorbet. - Tego jestem pewna. 
Ola nie zareagował. Trzymał syna, wpatrując się w niego z zachwytem. 
-  Oddaj  go matce - śmiała się Mali. Dorbet leżała w czystej koszuli na świeżo zasłanym 

łóżku. 

Ola położył ostrożnie chłopca w ramionach żony i usiadł na skraju łóżka. 
-  Już jesteś... już wszystko dobrze? - spytał. 
-  Już dobrze - skinęła głową Dorbet. - Czuję się, jakby traktor po mnie przejechał. Tak to 

jest. 

Przesunęła  palcem  po  jedwabistej  skórze  na  główce  niemowlęcia  i  podniosła  promienny 

wzrok na męża. 

-  Jest  podobny  do  ciebie  -  uznała.  -  Ma  taki  sam  nos.  Tatusiowy  synek.  I  jak  się  teraz 

czujesz? - uśmiechnęła się, wyciągając do niego rękę. 

Ola  nie  odpowiedział.  Ujął  jej  dłoń  i  przyłożył  do  ust,  a  łzy  płynęły  mu  po  policzkach. 

Taka była jego odpowiedź. 

   
ROZDZIAŁ 14. 
  
Nie było mowy, by Mali wróciła do domu, nie zjadłszy w Granvold wczesnego śniadania. 

Stół uginał się od przysmaków, wszyscy dostali jajka. 

-  To przesada - protestowała Mali. 
-  Gdzież  tam  -  promieniała  Marit,  parząc  kawę.  -  To  wielki  dzień,  nie  wiem,  jak  mam 

wam dziękować - uśmiechała się do Mali i Sigrid. 

  
Wcześniej Marit przyszła na poddasze, była szara ze zmęczenia i miała podkrążone oczy. 

Mali  wzruszyła  nieomal  pokorna  radość  teściowej  jej  córki.  Marit  stanęła  przy  łóżku 
zapłakana,  a  kiedy  Dorbet  podała  jej  wnuka,  omal  nie  zemdlała.  Opanowała  się  jednak, 
wyprostowała z godnością i nie odrywała wzroku od dziecka. 

-  Cud - powiedziała - cud prawdziwy! Narodził się następca. Nowy Trygve. 
Stary Trygve również pofatygował się na strych. W przeciwieństwie do żony przespał całą 

noc.  Zaspany  i  rozczochrany,  przyszedł  zobaczyć  wnuka.  Nie  mówił  tyle  co  żona,  ale  i  on 
miał szklisty wzrok. Wszyscy głęboko przeżyli narodziny dziecka. 

Niełatwo było wygonić Marit z pokoju, przekonał ją dopiero argument, że Dorbet wymaga 

odpoczynku. Ola został z żoną. 

-  Wrócę wieczorem - powiedziała Mali, nachylając się nad córką. - Spróbuj się przespać. 

Musisz odpocząć, żeby mieć pokarm. I przyjmować gości. 

-  Nie mogę uwierzyć - powtarzała Marit, dolewając kawy. - Syn. To prawdziwy cud! 

background image

-  Tak, będzie kolejny gospodarz w Granvold - kiwała głową Mali. - Urodził się zdrowy i 

silny, więc chrzcić  go w domu nie trzeba. Będzie pewnie chrzest w kościele w jakąś sobotę 
przez świętami. 

-  O tak, chrzciny będą, jak się patrzy - Marit wystąpiły czerwone plamy na twarzy. - Co za 

szczęście! 

-  Pilnuj,  by  Dorbet  porządnie  wypoczęła  -  poleciła  Mali,  zbierając  się  do  drogi.  -  To 

ważne. 

-  Tak,  tak  -  pokiwała  głową  Marit.  -  Zadbam  o  nią,  bądź  pewna.  Wiedziałam,  że  z  tą 

dziewczyną zawita do nas szczęście. Wiedziałam od samego początku. 

Dobrze,  że  nie  spotkało  jej  rozczarowanie,  pomyślała  Mali.  Tej  nocy  pozycja  Dorbet  w 

Granvold  umocniła  się.  Nie  była  już  jedynie  młodą  gospodynią,  lecz  matką  przyszłego 
właściciela majątku. Na wsi miało to ogromne znaczenie. 

  
Kiedy  Mali  wróciła  do  Stornes,  zastała  domowników  przy  śniadaniu.  Zrobił  się  rwetes, 

gdy opowiedziała o narodzinach chłopca. 

-  Kiedy mogę go zobaczyć? - spytał Havard. 
-  Wybieram się do Granvold wieczorem - powiedziała Mali. - Możesz zabrać się ze mną. 

Trzeba  jednak  dać  Dorbet  porządnie  odpocząć,  zanim  wszyscy  zaczną  zamęczać  ją 
odwiedzinami. 

Herborg  przysłuchiwała  się  uważnie  wymianie  zdań,  ale  nie  odzywała  się.  Na  wieść  o 

narodzinach  chłopca  na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz  tęsknoty  i  żalu.  Po  rozmowie  z  Mali 
tamtego  wieczora  nie  wracały  już  do  tego  tematu.  Mali  miała  nadzieję,  że  Herborg  pogodzi 
się  z  myślą,  lecz  wyraz  jej  twarzy  świadczył  o  czymś  innym.  Kolejna  rozmowa  nie  miała 
sensu, póki Herborg sama nie odczuje takiej potrzeby. 

-  Wciągnę flagę na maszt - oznajmił Havard. - Widzę, że w Granvold już to zrobili. 
-  Zaraz  pewnie  zjawi  się  Johannes  -  uznała  Mali.  -  Takiej  okazji  nie  przepuści.  A  ja  się 

położę na godzinkę. Jestem wykończona. 

-  Prześpij się - pokiwał głową Havard. - A wieczorem pójdziemy tam razem. 
  
Herborg wybierała się właśnie do spiżarni, kiedy na podwórku pojawiła się Tordhild, przed 

nią biegł Johannes. Herborg zatrzymała się, owinęła szczelniej chustą i spojrzała na Stortind, 
który leżał skąpany w jesiennym słońcu. Pogoda była ładna, ale słońce nie miało już tej mocy. 
Wszystko zapowiadało rychłe przyjście zimy. 

-  Witaj  -  powiedziała  Herborg,  zbliżając  się.  -  Rozumiem,  że  w  Granvold  coś  się 

narodziło? I tam, i u was wiszą flagi. 

-  Chłopak - odrzekła Herborg. 
-  To wspaniale - rozpromieniła się Tordhild. - Pewnie są bardzo dumni. 
-  Pewnie  tak  -  bąknęła  Herborg,  przekładając  w  rękach  misę,  którą  niosła.  -  Jest  komu 

przejąć gospodarstwo. 

Johannes przebierał niecierpliwie nogami. 
-  Wejdę do środka - oświadczył. 
-  U was też z czasem pojawi się chłopak. 
Herborg pochyliła głowę. - Nie mogę mieć więcej dzieci - powiedziała chrapliwie. 
-  Nie możesz? Dlaczego? 
-  Wdało się zakażenie, kiedy byłam w ciąży z Małą Mali. Mali twierdzi, że... A ona się na 

tym zna - zakończyła smutno. 

-  W  takim  razie  jestem  w  dobrym  towarzystwie  -  powiedziała  Tordhild,  kładąc  dłoń  na 

ramieniu Herborg. - Ja też nie mogę mieć więcej dzieci. 

Herborg podniosła szybko wzrok. 
-  Naprawdę? 

background image

-  Tak. Skończy się na Johannesie. Całe szczęście, że mamy jeszcze Marilenę... Ciężko to 

znosisz? - spytała, patrząc na Herborg badawczo. 

Herborg pokiwała głową bez słowa. 
-  Dobrze to rozumiem - stwierdziła Tordhild, otaczając Herborg ramieniem. - Też tak się 

czułam. Jakiś czas myślałam tylko o tym, ale teraz jest lepiej. Mamy przecież Johannesa! No i 
dane mi było przeżyć, że trzymałam w ramionach własne dziecko. Tobie też, Herborg. 

-  Ale chciałam dać Oi syna... - wyjąkała niewyraźnie Herborg. - Dziedzica... 
-  Pewna jestem, że dla Oi nie ma to znaczenia - pospieszyła z odpowiedzią Tordhild. - Ma 

ciebie i Małą Mali. 

Dziewczynka przejmie kiedyś gospodarkę i może sprawić się równie dobrze jak chłopak. 

Spójrz na Mali, lepszej gospodyni szukać ze świecą. 

Herborg wciąż stała z opuszczoną głową. 
-  Nie  daj  się  złym  myślom  -  ciągnęła  z  pasją  Tordhild.  -  Masz  męża,  który  cię  kocha,  i 

wspaniałą córkę. Żyj pełnią życia. Syn to nie wszystko. 

-  Ale Oja chciał... 
-  Rozmawiałaś z nim?  
Herborg przytaknęła. 
-  A ja wiem, co powiedział: że ma wszystko, czego mu trzeba. 
-  Powiedział tak tylko dlatego, bym... 
-  Nieprawda - przerwała jej Tordhild. - Wyolbrzymiasz problem. Rozumiem, że pragniesz 

syna, ale równie dobrze mogłabyś urodzić pięć kolejnych córek, tego nie da się przewidzieć. 
Ciesz  się  tym,  co  masz,  Herborg.  Nie  pozwól,  by  nierealne  marzenia  zakłóciły  wasze 
szczęście. 

Herborg uniosła w końcu głowę, 
-  Więc naprawdę uważasz, że Oja się... nie gniewa? 
-  Jestem pewna - stwierdziła Tordhild. - Wystarczy spojrzeć na niego. Oja jest szczęśliwy. 

Nie zniszcz tego. 

Herborg uśmiechnęła się ostrożnie. 
-  Więc spróbuję myśleć o tym, co mam - powiedziała. - Przecież to niemało. 
-  No właśnie. - Tordhild ścisnęła ją za ramię. - Dobrze, że mi się zwierzyłaś. Takich spraw 

nie warto dusić w sobie. 

-  Dziękuję - odrzekła Herborg. - Muszę przynieść coś ze spiżarni. Zjecie z nami? 
-  Jeśli można. Sivert przyjdzie później, by pomóc w stodole. Więc chętnie... 
-  Zjemy więc razem, to zawsze wielka radość. Dziś mamy mięso - dodała. - Johannes się 

ucieszy. 

Na  mostku  Tordhild  odwróciła  się  i  odprowadziła  wzrokiem  postać  Herborg.  Dobrze 

rozumiała  ból  szwagierki.  Uważała  jednak,  że  los  jej  znów  tak  mocno  nie  doświadczył,  w 
końcu  miała  jedno  dziecko.  I  może  znalazła  pociechę  w  tym,  że  Tordhild  była  w  podobnej 
sytuacji, choć z przyczyn zgoła odmiennych. 

Taką  podjęli  decyzję,  oboje.  Musieli,  będąc  przyrodnim  rodzeństwem,  nie  mogli 

ryzykować. Tordhild nigdy nie przyszło do głowy, by usunąć pierwszą ciążę. Pragnęli dziecka 
i  wszystko,  na  szczęście,  ułożyło  się  pomyślnie.  Nie  zamierzali  jednak  ponownie  wyzywać 
losu, więc Sivert poddał się sterylizacji. Z początku Tordhild nie chciała się zgodzić. 

-  Tak nie można - protestowała. - Spotkasz inną... Jeśli umrę lub... 
Objął  ją  wtedy  i  mocno  przytulił.  -  Powiedziałem  to  za  pierwszym  razem  i  powtórzę 

jeszcze raz: Dla mnie liczysz się tylko ty. Zawsze może się coś wydarzyć, ale to bez różnicy. 
W moim życiu jest miejsce na jedną miłość. To takie proste. 

I stało się, jak chciał. 
Tordhild zdjęła buty w sieni i weszła do środka. 
  

background image

Dorbet  leżała,  trzymając  synka  w  ramionach.  Niemowlę  zasnęło  przy  piersi,  najedzone  i 

zadowolone. Leżało teraz ze złożonymi rączkami jak ksiądz i spało smacznie. 

Dorbet dotknęła palcem pokrytej delikatnym meszkiem główki i uśmiechnęła się. Jej serce 

wypełniała  miłość,  jakiej  nigdy  dotąd  nie  czuła.  Przyłożyła  wargi  do  miękkiego  policzka 
chłopca,  chłonąc  lekko  kwaśny  zapach  nowo  narodzonego.  Jest  doskonały,  pomyślała, 
przyglądając  mu  się  uważnie.  Ma  prosty,  mały  nosek,  łukowate  brwi  i  słodkie  różowe 
usteczka.  Jej  syn!  Dorbet  westchnęła  ze  szczęścia  i  umościła  się  na  poduszkach.  Poród 
przebiegł  burzliwie,  wzdrygnęła  się,  lecz  teraz  było  już  po  wszystkim.  I  warto  było, 
pomyślała, patrząc na śpiące niemowlę, choć nie zamierzała przechodzić przez to raz jeszcze. 
Przynajmniej  nie  od  razu.  Jej  zmaltretowane  ciało  domagało  się  odpoczynku,  ale  z 
podniecenia  nie  mogła  zasnąć.  Poza  tym  Marit  co  rusz  wpadała  do  pokoju  z  jedzeniem  i 
piciem  i  by  nacieszyć  się  wnukiem.  W  końcu  Dorbet  musiała  prosić  Olę,  by  zostawili  ją  w 
spokoju. 

Przeciągnęła  się  i  westchnęła  raz  jeszcze.  Położyła  dłoń  na  główce  niemowlęcia  i 

przyciągnęła  je  do  siebie.  Mały  poruszył  się  we  śnie  i  wykrzywił,  jakby  miał  zamiar  się 
rozpłakać, ale też westchnął i spał dalej w najlepsze. Dorbet uśmiechnęła się. Nie mogła się 
na niego napatrzyć.  Zdawał się jej najpiękniejszą i najdoskonalszą istotą, jaką kiedykolwiek 
widziała.  Jej  serce  wypełniała  duma,  jakże  cieszyła  się  na  myśl,  że  wszyscy  przyjdą 
podziwiać  potomka!  Jej  wzrok  spoczął  na  pięknie  zaścielonej  kołysce.  Nie  zamierzała 
przekładać  tam  dziecka,  jeszcze  nie  teraz.  Jeszcze  nie  chciała  wypuścić  go  z  ramion.  Nie 
miała  pojęcia,  że  istnieje  taka  miłość,  że  ma  w  sobie  takie  nieskończone  pokłady  troski  i 
dobra. Podniosła głowę, kiedy skrzypnęły drzwi. Ola wsadził głowę do środka. 

-  Śpisz? 
-  Nie, nie mogę zasnąć. 
-  Przecież jesteś wykończona. 
Zbliżył się bezszelestnie i nachylił nad dzieckiem. 
-  Jest taki ładny! 
Dorbet pokiwała energicznie głową. 
-  Najładniejszy na świecie. 
-  Dobrze się czujesz? 
-  Już trochę lepiej, ale nie chcę tego jeszcze raz  przechodzić. Przynajmniej nie od razu - 

dodała szybko. 

Właściwie  szczerze  uważała,  że  jedno  dziecko  wystarczy.  Nie  zamierzała  jednak  dzielić 

się z nikim tą myślą. Jeszcze nie teraz. 

-  Mam coś dla ciebie. 
Ola wyciągnął z kieszeni małe puzderko. Dorbet uniosła się nieco i przyjęła podarek. 
-  Co to? - uśmiechnęła się. - Dzisiaj to kupiłeś? 
-  Nie, jakiś czas temu - przyznał. - Ale schowałem na tę okazję. 
Dorbet otworzyła puzderko. 
-  Ależ Ola... 
Zaczerwieniła  się  z  radości.  Na  ciemnoniebieskiej  aksamitnej  poduszeczce  spoczywał 

pierścionek  z  białego  złota  z  małym  brylantem.  Wyjęła  go  ostrożnie  i  wsunęła  na  palec 
serdeczny  lewej  dłoni.  Pasował  idealnie.  Brylant  jaśniał  w  świetle,  kiedy  poruszyła  ręką. 
Rozpromieniona spojrzała na Olę. 

-  Jaki piękny! Brylantowy pierścionek. Oszalałeś! 
-  Podoba ci się? 
-  O tak! Urodziłam syna i dostałam pierścionek z brylantem tego samego dnia! Co powie 

twoja matka? Pewnie uzna, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. 

background image

-  Nie sądzę - śmiał się Ola. - Zdaje mi się, że teraz sama pakuje prezent dla ciebie. Moja 

matka  zawsze  była  tobą  zachwycona,  ale  teraz  przechodzi  samą  siebie.  Cały  dzień  spędziła 
przy telefonie, chwaląc się tobą i naszym synem. 

Dorbet uśmiechnęła się zadowolona. 
Niemowlę poruszyło się i otworzyło duże ciemne oczęta. 
-  Potrzymasz  go,  Ola? Usiądź  na  łóżku  i  weź  go.  Ola  zrobił,  o  co  go  prosiła.  Westchnął 

głęboko. 

-  Nie mogę tego pojąć - szepnął. - To nasz syn, Dorbet. 
-  Nasz syn i dziedzic Granvold - potwierdziła Dorbet, kręcąc dłonią. Pierścionek zalśnił. 

Prawdziwy brylant, pomyślała zachwycona. Prawdziwy brylant! 

Chłopczyk  skulił  się  i  zaczął  krzyczeć.  Płuca  miał  silne,  jego  wrzask  odbił  się  echem  od 

ś

cian. Ola cofnął się przerażony. 

-  Zgłodniał - powiedziała spokojnie Dorbet i wzięła dziecko. - Szybko wyrośnie, bo je z 

apetytem. 

Odchyliła  koszulę  nocną,  obnażając  pierś  nabrzmiałą  od  mleka.  Przystawiła  niemowlę  i 

owinęła je kocem. Ola sycił oczy tą sceną. Sam niewiele spał tej nocy, czuł się jednak dziwnie 
rozbudzony i podekscytowany, tak jak żona. Zamierzał wybrać się do karczmy, kiedy Dorbet 
zaśnie.  Zapewne  spotka  tam  tłum  mężczyzn,  zda  sprawozdanie  z  wydarzeń  i  odbierze 
zwyczajowe gratulacje i życzenia. Już się na to cieszył. 

-  Mogę wejść? - Marit wsadziła głowę przez drzwi. - Usłyszałam płacz. 
-  Wejdź - zgodziła się Dorbet. - Teraz go karmię, a potem spróbujemy oboje złapać trochę 

snu. 

-  Nie zdrzemnęłaś się jeszcze? 
-  Nie,  leżę,  przyglądam  się  mu  i  nie  mogę  spać  -  uśmiechnęła  się  Dorbet.  -  Zobacz,  co 

dostałam od Oli. 

Wyciągnęła przed siebie dłoń z pierścionkiem. Marit pokiwała głową. 
-  Zasłużyłaś - stwierdziła. - Też mam dla ciebie prezent. - Podała Dorbet płaskie pudełko. 

- Miałaś go dostać później, to do twojego stroju. 

Była to duża i piękna brosza ze srebra. Dorbet spojrzała na teściową z zaskoczeniem. 
-  Wielki Boże! - wykrzyknęła, biorąc broszę do ręki. - Ależ śliczna! 
-  Podoba ci się? 
-  Jest niezwykła - przyznała Dorbet. - Bardzo dziękuję, Marit. Sprawiłaś mi wielką radość. 
-  I ja się cieszę. - Marit spojrzała na dziecko.  
Dorbet skończyła karmić, przykryła się i podała małego teściowej. 
-  Potrzymaj go, żeby mu się odbiło. 
Marit podniosła wnuka i poczerwieniała z dumy. Oparła go ostrożnie o ramię i pogłaskała 

po plecach. 

-  Cud! - mruczała pod nosem. - Prawdziwy cud! 
  
Zapadał  zmierzch,  na  poddaszu  zapalono  świece.  Dorbet  zjadła  posiłek,  przewinięte 

niemowlę  zasnęło  w  jej  ramionach.  Leżała,  nasłuchując  znajomych  odgłosów  domu. 
Sprzątano  naczynia,  zaraz  przyjdzie  czas  dojenia,  a  potem  zjawi  się  matka.  Może  ojciec 
przyjdzie  wraz  z  nią,  pomyślała  z  uśmiechem.  Jej  powieki  były  ciężkie  jak  z  ołowiu. 
Podłożyła  jedno  ramię  pod  głowę,  drugim  otoczyła  chłopczyka.  Nachyliła  się  nad  nim  i 
ucałowała jego główkę. A potem wszystko rozpłynęło się w miękkim, migotliwym świetle. 

  
ROZDZIAŁ 15. 
 
Dzień  wstał  jasny  i  spokojny.  Dym  z  komina  unosił  się  ku  niebu  prostą  szarą  smugą.  Z 

otwartych  drzwi  buchała  para.  Prano,  było  to  ostatnie  duże  pranie  przed  nastaniem  zimy. 

background image

Zimą  zmieniano  wprawdzie  pościel  i  prano  odzież,  ale  znacznie  rzadziej  niż  latem.  Dużego 
prania już nie urządzano, było na to za zimno, a rzeczy by nie wyschły. 

Mali wstawiła głowę do pralni. Herborg mieszała długim kijem w kadzi. 
-  Jak ci idzie? 
Herborg odwróciła głowę, policzki miała zaróżowione od gorąca. 
-  Dobrze - krzyknęła. - Kończę pierwsze gotowanie. 
-  A gdzie są służące? Dlaczego ci nie pomagają? 
-  Ingeborg  zaraz  przyjdzie,  Ane  zmienia  pościel  na  poddaszu.  Dam  sobie  radę.  Potem 

wybieramy się z Tordhild do Granvold. Dorbet zaprosiła nas na przedpołudniową kawę. Już 
wstała z łóżka i wyrywa się do ludzi. 

-  To dobrze - pokiwała głową Mali. - Zabierzesz Małą Mali? 
-  Tak, weźmiemy obie dziewczynki. 
Mali spojrzała badawczo na Herborg. Jak się zachowa na widok chłopca? Herborg wydała 

się  jej  ostatnio  jakoś  odmieniona,  częściej  się  uśmiechała.  Narodziny  dziedzica  w  Granvold 
nie pogorszyły nastroju synowej, czego Mali bardzo się obawiała. 

-  A co z tobą, Herborg? 
-  Dobrze  -  odpowiedziała  dziewczyna  i  uśmiechnęła  się.  -  Porozmawiałam  sobie  z 

Tordhild i ta rozmowa bardzo mi pomogła. Pociesza mnie myśl, że nie jestem osamotniona w 
mojej doli. 

Mali  pokiwała  głową.  A  więc  tu  kryła  się  tajemnica  lepszego  samopoczucia  Herborg. 

Przyczyna, dla której obie kobiety nie mogły mieć dzieci, była wprawdzie bardzo różna, ale 
Tordhild w swej mądrości zapewne nie wyjawiła żadnych szczegółów. 

Prawdę  znała  tylko  Mali  i  Havard.  I  jeszcze  kilku  Cyganów,  pomyślała  z  lekkim 

niepokojem. Sami ją odgadli, wbrew woli Mali, ale ufała, że jej nie wydadzą. Z tajemnicami 
jest  jednak  tak,  że  trzeba  trzymać  je  w  małym  kręgu  osób.  Tylko  wtedy  można  czuć  się 
bezpiecznie. 

-  Mamy Małą Mali - dodała Herborg. - Ona daje nam wiele radości. 
-  To prawda. Cieszę się, że tak to teraz widzisz. Ingeborg pojawiła się w drzwiach, ubrana 

w wielki fartuch i chustę na głowie. 

-  Jesteś  -  powiedziała  Mali.  -  W  takim  razie  idę  to  warsztatu.  Pozdrów  wszystkich  w 

Granvold, Herborg. 

Tego  popołudnia  do  Stornes  zawitał  Ola  Havard.  Mali  nie  widziała  chłopca  od  dnia,  w 

którym wykryła siniaki na jego ciele. Tak się jakoś złożyło, że nie było okazji. Teraz pojawił 
się w progu z tornistrem na plecach. Był dziwnie blady i poważny. Mali przeraziła się na jego 
widok. 

-  Ola  Havard  -  powiedziała,  podeszła  bliżej  i  poklepała  go  po  głowie.  -  Dawno  cię  nie 

widziałam. 

Chłopak pokiwał głową. Nie odrywał oczu od Havarda, który siedział przy stole, posilając 

się. 

-  Chodź i zjedz coś, chłopcze - przywołał go Havard. - Usiądź koło mnie. 
Mali pomogła mu zdjąć tornister. Ola Havard wślizgnął się za stół, spojrzał na Havarda i 

uśmiechnął się ostrożnie. Havard poklepał go po plecach. 

-  Miło cię widzieć - powiedział przyjaźnie. - Pewnie chcesz przywitać się z Johannesem? 
-  Tak, ale mogę ci pomóc, jeśli potrzebujesz pomocy. 
-  Narąbaliśmy dziś mnóstwo drzewa. Trzeba by ułożyć szczapy koło drewutni... 
-  Jestem  w  tym  dobry  -  oświadczył  Ola  Havard  i  odgryzł  kęs  z  kromki,  którą  podał  mu 

Havard. 

-  Może Johannes do nas dołączy - dodał Havard. - Z takimi pomocnikami w mig uporam 

się z robotą. Co u ciebie? - dodał mimochodem. 

-  Dobrze - szepnął Ola Havard. 

background image

-  W szkole dobrze ci idzie? 
-  Jakoś idzie. 
-  A co słychać w Storhaug? 
-  Była młocka, a potem bili owce. 
-  Twój brat dobrze się sprawia w robocie? 
-  To  on  przecież  przejmie  gospodarstwo  -  odrzekł  chłopiec,  jakby  to  zdanie  tłumaczyło 

wszystko. 

-  No ale zadowoleni są pewnie, że mają w tobie pomocnika? 
Ola  Havard  nie  odpowiedział  na  to  pytanie  i  skupił  się  na  jedzeniu.  Wyciągnął  rękę  po 

kolejną  kromkę  chleba  i  potrącił  szklankę,  przewracając  ją.  Mleko  wylało  się  i  spłynęło  po 
krawędzi  stołu.  Ola  Havard  zesztywniał  na  sekundę,  a  potem  wybuchnął  przejmującym 
płaczem. Podniósł ręce, zasłaniając twarz w obronnym geście, jakby się spodziewał, że ktoś 
go uderzy. 

-  Miły mój! - Mali pospieszyła ze ścierką. - Nic się nie stało. Zaraz to wytrę. 
Położyła mu dłoń na ramieniu i poklepała, by go uspokoić. 
-  Nie płacz, chłopcze. To nic takiego. 
Ola Havard pociągnął nosem i przestał płakać. Wolno opuścił ręce. 
-  Nie chciałem - powiedział nieszczęśliwy. 
-  Pewnie, że nie chciałeś - potwierdził Havard. - Nic się nie stało. 
Poszukał  wzroku  Mali  i  dostrzegł  w  nim  niepokój.  W  życiu  Oli  Havarda  wyraźnie  nie 

zaszły żadne zmiany na lepsze. 

Kiedy wstawali od stołu, w sieni zrobił się rwetes i drzwi się gwałtownie rozwarły. 
-  Witaj, Ola Havard - krzyknął Johannes. - Czekałem na ciebie. Długo zostaniesz? 
-  Do niedzieli. - Chłopak spojrzał niepewnie na Mali. 
-  Oczywiście - potwierdziła. - Jeśli tylko chcesz. 
-  Chcę. 
-  W takim razie jutro nocujesz u mnie - zdecydował zadowolony Johannes. - Mama już się 

zgodziła. Chcesz? 

-  No pewnie. Będziemy spać w twoim pokoju? 
-  Tak.  Możemy  gadać  całą  noc.  A  Havard  powiedział,  że  da  nam  deski.  Możemy 

zbudować szałas na jabłoni w ogrodzie. Prawda, Havard? 

-  Tak, jeśli obiecacie, że nie zrobicie sobie krzywdy. 
-  Nie zrobimy - prychnął Johannes. - Prawda, Ola Havard? 
-  Nie - uśmiechnął się tamten. - Jesteśmy już duzi. 
-  W  takim  razie  potrzebuję  dwóch  dużych  pomocników  do  pracy  w  drewutni  -  oznajmił 

Havard. - Zaczniemy od tego. 

I całą trójką ruszyli na podwórze. 
  
Mali  poświęciła  chłopcu  mnóstwo  czasu  tego  wieczora.  Zjadła  z  nim  kolację  i 

odprowadziła  na  poddasze.  W  ciągu  dnia  Ola  Havard  stopniowo  odzyskiwał  humor. 
Rumieńce wystąpiły mu na policzki, a w oczach pojawiły się żywe iskierki. Mali pomogła mu 
zdjąć  sweter  i  badawczo  przyjrzała  się  jego  chudym  ramionom,  ale  nie  znalazła  żadnych 
ś

ladów  uderzeń.  Miała  jednak  pewność,  że  chłopca  bito  i  traktowano  surowo.  Jego 

niepewność  i  lękliwa  postawa  świadczyły  o  tym  aż  zanadto.  Mali  nie  mogła  pozbyć  się 
wyrzutów sumienia. 

-  Zapomniałem o Burre - rzucił, kiedy opatuliła go kocem. 
Wyskoczył z łóżka i zaczął grzebać w tornistrze, w końcu wyciągnął z niego zniszczonego 

pluszowego misia zjedna nogą. 

-  To jest Burre? 
Skinął głową i nieco wstydliwie przytulił misia. 

background image

-  Też takiego miałam - uśmiechnęła się Mali. 
-  A Johannes? 
-  Też ma misia - przyznała Mali i dostrzegła wyraz ulgi na twarzy chłopca. - Nazywa go 

Sofus. 

-  Muszę go wszędzie zabierać - powiedział Ola Havard. - Łatwiej mi się zasypia. 
-  Rozumiem. 
-  Gunvald mówi, że jestem za duży, by spać z misiem. 
-  Możesz z nim robić, co tylko chcesz. 
-  Mamie to też się nie podoba. 
Mali  nie  odpowiedziała.  Rozumiała  jednak  dobrze,  że  ten  biedny  samotny  chłopiec 

znajdował pociechę w towarzystwie pluszowego niedźwiadka. 

Przeczytała mu bajkę, a kiedy skończyła, zjawił się Havard. 
-  Chciałem tylko życzyć ci dobrej nocy. 
-  Może chcecie sobie pogadać jak mężczyźni? W takim razie idę. Dobranoc, Ola Havard. 
Objął  ją  chudymi  ramionami  za  szyję,  kiedy  nachyliła  się,  by  go  pocałować.  Jej  serce 

krwawiło,  wiedziała  jednak,  że  nic  nie  uczyni.  Nie  była  gotowa,  by  wziąć  na  siebie  tę 
odpowiedzialność i zmierzyć się z ludzkim gadaniem. Jeszcze nie teraz. 

  
Ola Havard zmienił się wyraźnie podczas tych dwóch dni w Stornes. Jego oczy błyszczały, 

a śmiech rozlegał się w domu i na podwórku. Bawił się z Johannesem, a w przerwach między 
zabawami  człapał  za  Havardem  jak  szczenię.  Przy  posiłkach  siadał  zawsze  koło  Havarda  i 
jadł dużo. Mali uznała, że policzki zdążyły się mu zaokrąglić. Wszystko się skończyło, kiedy 
przyszedł czas niedzielnego obiadu. Ola Havard pojawił się smutny i poważny. 

-  Muszę wracać do domu? - spytał ostrożnie. - Nie mogę zostać jeszcze przez tydzień? 
-  Przecież wracasz do szkoły? 
-  Mógłbym przez tydzień chodzić z Johannesem. 
-  Mamie by się to nie spodobało. 
Chłopiec schylił  głowę i poddał się. Siedział milczący i dłubał widelcem w talerzu. Mali 

wstrzymała oddech i spojrzała na Havarda. Wiedziała, czego życzy sobie mąż, ale wydało się 
to jej niemożliwe. Nie była też pewna, czy przyznanie się do ojcostwa zmieniłoby cokolwiek. 
Ola  Havard  musiałby  i  tak  mieszkać  z  Laurą,  więc  nie  widywaliby  go  częściej.  Cierpienie 
chłopca sprawiało jej ból, ale nie zmieniła zdania: jeśli prawda wyjdzie na jaw, ludzie zaczną 
plotkować, a tego chciała uniknąć za wszelką cenę. 

Jeśli  znów  znajdą  się  na  językach,  ktoś  prędzej  czy  później  wygrzebie  historię  Siverta  i 

Tordhild,  a  na  to  Mali  nie  mogła  pozwolić.  Jeśli  miała  ocalić  jakieś  dziecko,  będzie  to 
Johannes. Johannes był z rodziny, Ola Havard nie. Przynajmniej nie w ten sam sposób. 

Ludzie chwalili Mali i Havarda, kiedy ci zajęli się chrześniakiem. Jeśli teraz dowiedzą się, 

ż

e  Havard  jest  ojcem  chłopaka,  to  sprawy  przyjmą  inny  obrót.  Ludzie  zarzucą  im  brak 

odpowiedzialności. A jak zachowa się Ola Havard na wieść o tym, że ojciec wyrzekał się go 
przez tyle lat? Mali wzdrygnęła się i owinęła szalem. Lepiej siedzieć cicho. 

  
Wóz ze Storhaug wjechał na podwórze po obiedzie. Plecak chłopca stał przygotowany na 

mostku, Ola Havard i Johannes bawili się w ogrodzie. Na chwilę mały zapomniał o powrocie 
do domu. 

Mali dawno nie widziała Laury i Gunvalda i skonstatowała ze zdziwieniem, że bardzo się 

zmienili.  On  utył,  Laura  zmizerniała.  Nigdy  nie  była  gruba,  zawsze  jednak  miała  pełne 
kształty. Teraz zaś wychudła, jej twarz ściągnęła się w grymasie. 

Weszła na mostek i poszukała Havarda wzrokiem. Gunvald został przy wozie. 
-  Gdzie jest chłopak? - spytała. 
-  W ogrodzie z Johannesem - odrzekła Mali. - Zaraz go zawołam. 

background image

-  Co słychać w Stornes? - Laura puściła odpowiedź Mali mimo uszu. - Byłaś w Ameryce. 
-  Tak. 
-  A  pod  twoją  nieobecność  twój  stary  zabawiał  się  nad  rzeką  -  ciągnęła  Laura  z 

przebiegłym uśmiechem. - Prawda, Havard? 

Havard poczerwieniał z wściekłości, a w jego oczach pojawiły się niebezpieczne iskry. 
-  Mali wie, co zaszło, wszystko jej powiedziałem - rzucił. - Twoje kłamstwa na nic się nie 

zdadzą. 

-  To zależy od tego, komu ona zechce uwierzyć - syknęła Laura i wbiła wzrok w Mali. - 

Dobrze wie, co się stało, gdy zeszliśmy się poprzednim razem. Owoc naszej schadzki biega 
teraz po sadzie. 

-  Oszczędź  sobie  trudu, Lauro  -  powiedziała  spokojnie  Mali  i  położyła  dłoń  na  ramieniu 

Havarda.  Przestraszyła  się,  że  dojdzie  do  rękoczynów.  -  Słyszałam  o  zdarzeniu  nad  rzeką. 
Wierzę Havardowi. 

-  Tak będzie dla ciebie najlepiej. Wtedy on uwierzy tobie. 
-  Uwierzy? 
-  Nie udawaj niewiniątka, Mali. Z kim zadawałaś się w Ameryce? 
Oczy Mali pociemniały z gniewu. Wciągnęła z sykiem powietrze i spojrzała na Havarda. 
-  Zawołam chłopca - uciął dyskusję Havard. - Laura wyjeżdża. 
Po  tej  wymianie  zdań  pożegnanie  nie  wypadło  najlepiej.  Ola  Havard  założył  tornister  i 

niechętnie podreptał do wozu. 

-  Ale wkrótce nas znów odwiedzi? - spytał Johannes i wsunął ciepłą piąstkę w dłoń babci. 
-  Nie wiem, Johannes - odrzekła wymijająco Mali. - Nie wiem. 
  
W  pierwszą  niedzielę  listopada  przyszła  śnieżyca.  Ciężki  i  mokry  śnieg  padał  całe 

przedpołudnie. Potem się trochę ociepliło i drogi zrobiły się śliskie. 

Tylko Johannes przywitał śnieg z radością. Zbiegł na nartach do Stornes i wpadł do sieni 

cały pokryty białym puchem. 

-  Wielkie nieba! - roześmiała się Mali. - Wyglądasz jak bałwan! 
-  Narty nie chcą jechać - pożalił się. - Śnieg się lepi. 
-  Może Oja ma jakiś smar w szopie - powiedziała Mali. - Tylko on u nas jeździ na nartach. 
Oja wstał, wciągnął buty, narzucił kurtkę i wyszedł z chłopcem na podwórze. 
W tej samej chwili zadzwonił telefon. 
-  Stornes, słucham. 
-  Mali? Mówi Lisbeth Oppstad. 
-  Tak, słucham. 
-  Mam złe wiadomości. W Storhaug zdarzył się tragiczny wypadek. Ola Peder, najstarszy 

syn Laury, nie żyje. 

-  Nie żyje? - Serce Mali zaczęło bić przyspieszonym rytmem. 
-  Wyjechał  z  Gunvaldem  saniami  po  kogoś.  Sanie  zsunęły  się  po  zboczu  i  uderzyły  w 

skałę. Ola Peder zginął na miejscu. 

-  A co z Gunvaldem? 
-  Tylko  złamał  nogę,  ale  Laura  wyrzuciła  go  z  domu.  Biedna  kobieta  oszalała  z 

nieszczęścia. Uważa, że to wina Gunvalda. 

Mali  ściskała  kurczowo  słuchawkę,  zastanawiając  się,  co  ten  wypadek  zmienia  w  ich 

ż

yciu.  Ola  Havard  stał  się  spadkobiercą  gospodarstwa.  To,  że  Havard  był  jego  ojcem,  nie 

miało znaczenia, dopóki Ola Storhaug figurował w tej roli w kościelnych rejestrach. 

-  Musiałam  ci  to  powtórzyć  -  ciągnęła  Lisbeth  -  bo  wiem,  że  żałobnicy  zbierają  się  dziś 

wieczorem,  a  wyście  zawsze  byli  związani  z  Olą  Havardem.  Chłopak  na  pewno  jest 
ś

miertelnie przerażony. 

background image

Mali  w  to  nie  wątpiła.  Nikt  się  nim  zazwyczaj  nie  przejmował,  a  w  takiej  chwili  został 

zapewne zupełnie sam.  Laura miała dość  własnych problemów,  choć  właściwie najstarszym 
synem też zbytnio się nie zajmowała. 

-  Więc pojedziemy tam - zdecydowała. - O której jest spotkanie? 
-  O szóstej. 
  
Mali i Havard uwiązali konia przy spiżarni i szli przez podwórze w kierunku oświetlonych 

zabudowań Storhaug. Kiedy znaleźli się w sieni, dobiegł ich szmer głosów z izby. Zdążyli w 
ostatniej chwili, drogi były śliskie i przejazd zabrał im więcej czasu, niż się spodziewali. 

Kiedy Havard pchnął drzwi i wszedł do środka z Mali u swego boku, rozmowy ucichły, a 

wszystkie  twarze  zwróciły  się  ku  nim.  Laura  siedziała  za  stołem.  Ola  Havard  stał  obok  jej 
krzesła,  był  blady  jak  ściana  i  miał  podkrążone  oczy.  Na  widok  Havarda  i  Mali  odetchnął. 
Ruszył ku nim, ale Laura przytrzymała go za rękę. 

-  Proszę, gospodarz i gospodyni ze Stornes - syknęła przeciągle. 
Wydawała się jeszcze chudsza i bardziej szara niż tego dnia, kiedy Mali widziała ją po raz 

ostatni. Oczy gorzały w twarzy ściągniętej grymasem. 

Mali i Havard zatrzymali się niepewnie. 
-  Wreszcie  prawda  wyjdzie  na  jaw  -  ciągnęła  Laura  i  wysunęła  ku  nim  drżący  palec.  - 

Widzicie  ojca  Oli  Havarda!  Oto  prawda.  Havard  Stornes  jest  jego  ojcem.  Zaprzeczysz, 
Havard? 

W pokoju zapadła głucha cisza.