background image

  

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XXI 

 

PLOTKI 

 
Wydarzenia przedstawione w serii powie
ściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

 
 Dla Randi i Martina, w imię przyjaźni  
Anne-Lise Boge 
  
ROZDZIAŁ 1. 
 
Mali  słyszała  pulsowanie  krwi  w  skroniach.  Stała  sztywno  i  czuła,  że  wszyscy  patrzą  na 

nią  i  na  Havarda.  Zapadła  całkowita  cisza.  Mali  ogarnęła  zebranych  wzrokiem.  Dostrzegła 
zdumienie.  Szok.  Otwarte  usta  i  zaokrąglone  oczy.  Jej  spojrzenie  zatrzymało  się  na  Oli 
Havardzie.  Stał  wciąż  koło  krzesła  matki.  Jakby  nie  mógł  się  oderwać.  Blady  chłopiec  o 
czarnych jak węgle oczach. Mój Boże, pomyślała Mali, jak on to przyjmie? 

-  Powiedz, Havardzie. - Głos Laury znów przerwał ciszę. - On jest twoim synem, prawda? 
-  To prawda. 
Głos  Havarda  był  cichy,  ale  zdecydowany.  Mali  na  chwilę  zamknęła  oczy.  Nie  miał 

wyboru, pomyślała. Nie mógł zaprzeczyć, nie w obecności Oli Havarda. Niech się dzieje, co 
chce.   

Na twarzy Laury odmalowało się zdumienie, jakby nie oczekiwała, że Havard przyzna się 

do  ojcostwa.  Patrzyła  skonfundowana  to  na  Havarda,  to  na  Mali.  Zapadła  się  w  swoim 
krześle, blada, ze ściągniętą twarzą. Ludzie zaczęli szeptać między sobą. Havard uczynił parę 
kroków i położył dłoń na ramieniu Oli Havarda. 

-  Pojedź  z  nami  do  Stornes  -  poprosił  z  naciskiem.  Mówił  cicho.  -  Chciałbym  z  tobą 

porozmawiać. 

Chłopak  zwrócił  ku  niemu  swoje  ciemne  oczy.  Pełne  zdumienia,  ale  przede  wszystkim 

ż

alu. Żalu i czegoś, co przypomina gniew, pomyślała Mali. Potem bez słowa odsunął się od 

Havarda. I jeszcze bardziej przysunął się do krzesła matki. 

-  Czy  ty  nigdy  nie  myślisz  o  innych,  zawsze  tylko  o  sobie?  -  syknął  Havard  cicho,  ze 

złością do Laury. - Mógł się tego dowiedzieć w inny sposób. A teraz... 

-  Całkiem możliwe, że jest wściekły na ciebie - odparła drwiącym tonem. - Miałeś wiele 

lat, żeby mu powiedzieć prawdę, Havardzie. Ale tego nie zrobiłeś. 

Havard nie odpowiedział. Ze ściągniętą twarzą odwrócił się i podszedł do Mali. 
-  Idziemy - powiedział nieco schrypniętym głosem. 
-  Nie możemy - odparła cicho. - Przyjechaliśmy tu, żeby pożegnać się po raz ostatni z Olą 

Pederem.  Po  tym,  co  się  właśnie  wydarzyło,  byłoby  jeszcze  gorzej,  gdybyśmy  wyszli  przed 
rozpoczęciem nabożeństwa. Uspokój się. 

Havard  zamilkł  i  cofnął  się  pod  ścianę.  Mali  poszła  za  nim.  Nie  mogła  nie  zauważyć 

pogardliwych spojrzeń, którymi ich obrzucano. Słyszała szmer zakłócających ciszę szeptów. 

background image

-  To  dopiero  rodzice  chrzestni  -  mruknął  ktoś  za  jej  plecami.  -  To  dopiero  rodzice 

chrzestni. 

Mali  skuliła  się.  Ona  też  wolałaby  stąd  wyjść,  nie  mogła  jednak  pozwolić,  by  ci  ludzie 

mieli  satysfakcjonujące  poczucie,  że  ich  przepędzili.  Nie  spuszczała  wzroku  z  Oli  Havarda. 
Myślała  przede  wszystkim  o  nim.  Miała  nadzieję,  że  chłopak  pojedzie  z  nimi  później  do 
Stornes,  że  będą  mogli  z  nim  porozmawiać,  choć  nie  bardzo  wiedziała,  co  mu  powiedzą. 
Westchnęła ciężko. 

Zaczęły się biblijne czytania. W izbie robiło się coraz bardziej gorąco. Przyszło mnóstwo 

ludzi, we wszystkich świecznikach płonęły świece. Mali zrobiło się słabo. Nie wiedziała, czy 
to z powodu zaduchu, czy też czuje się tak fatalnie ze względu na Olę Havarda i na to, co się 
teraz  może  wydarzyć.  Starała  się  śpiewać  ze  wszystkimi  psalm,  ale  nie  mogła  dobyć  głosu. 
Havard  stał  obok  niej,  sztywny  i  milczący.  Gdy  wzięła  go  za  rękę,  wyczuła,  że  jest  bardzo 
zdenerwowany. 

Kiedy  trumna  miała  zostać  wyniesiona,  powstało  zamieszanie.  Laura  płakała  głośno. 

Podeszła i położyła dłoń na wieku trumny. Wygląda na prawdziwie zrozpaczoną, pomyślała 
Mali.  Może  jednak  zależało  jej  na  najstarszym  synu  znacznie  bardziej,  niż  Mali 
przypuszczała. Mali musiała przyznać sama przed sobą, że wcale nie zna tak dobrze Laury. 

Ola Havard stał sam koło krzesła, podczas gdy ktoś podał Laurze ramie, pomógł jej usiąść 

i przemawiał do niej uspokajająco. 

-  Może powinniśmy z nim jeszcze raz porozmawiać? - szepnęła Mali. - Teraz jest sam. 
Ale  nim  zdążyli  do  niego  podejść,  już  znikł.  Mali  poczuła  lekki  powiew  od  strony 

zamykających się właśnie drzwi. 

-  Teraz możemy już iść - powiedział Havard. - Nie mam zamiaru zostawać tu na kawę. 
Mali  skinęła  głową.  Ona  też  nie  miała  siły,  by  zostać  na  poczęstunek.  Paliły  ją  cudze 

spojrzenia. Wymknęli się cicho, nie żegnając się z Laurą ani z nikim innym. 

-  Musimy poszukać Oli Havarda - rzekła Mali po wyjściu. 
Mrok ogarniał powoli podwórze. Mali podeszła do obory i wsunęła głowę do środka. 
-  Ola Havard! 
Nikt się nie odezwał. Zajrzała do ciemnej stodoły. Wszędzie panowała cisza. 
-  Zobaczymy  go  jutro  -  powiedział  Havard.  -  Pojedzie  pewnie  do  Oppstad  i  wtedy 

będziemy mogli go zaprosić. A teraz jedźmy do domu. 

-  Był taki nieszczęśliwy - powiedziała Mali powoli. - Boję się, że źle to przyjął. Na pewno 

przeżył szok. 

-  Nie on jeden - rzekł gniewnie Havard. - Wszyscy, którzy... 
-  Tamci się nie liczą - przerwała mu Mali. - Tylko Ola Havard się liczy. 
-  Porozmawiam z nim jutro - powtórzył Havard. - Wtedy mu wytłumaczę... 
-  Co mu wytłumaczysz? - zapytała Mali, wpatrując się w niego. - Jak można wytłumaczyć 

dziecku, że się nie chciało występować jako jego ojciec? 

-  Nie wiem - powiedział cicho przygnębiony Havard. - Nie wiem. 
  
W Stornes zastali Siverta i Tordhild, którzy przyszli na kolację. Johannes podskoczył, gdy 

tylko ujrzał dziadków. 

-  Jak poszło z Olą Havardem? 
-  No cóż, on... 
Mali  urwała  i  spojrzała  na  Havarda.  Miała  zamiar  pozostawić  jemu  decyzję,  co  należy 

powiedzieć. Jej zdaniem nie było powodu, by dalej trzymać rzecz w tajemnicy, bo przecież i 
tak wszyscy się wkrótce dowiedzą. Wieść rozniesie się tak szybko jak pożar w suchej trawie. 
Najlepiej powiedzieć prawdę, pomyślała, czując, że coś ją ściska w dołku. 

Zerknęła na Siverta. Jak on przyjmie informację, że znów skłamali i że tym razem znowu 

poszkodowane zostało niewinne dziecko? Jak zareaguje Johannes? Co powie, gdy zrozumie, 

background image

ż

e  Havard  jest  ojcem  Oli  Havarda?  I  jak  mu  wytłumaczą,  dlaczego  nie  powiedzieli  o  tym 

chłopcu dawno temu? Ola Havard chciał przecież częściej bywać w Stornes, bo źle się czuł w 
domu. Chował się bez ojca - tak się przynajmniej obu chłopcom wydawało - a przecież jego 
ojciec był blisko przez cały czas. Mali odgarnęła włosy lodowatą dłonią. 

-  Ola Havard jest bardzo smutny - powiedziała cicho. - To wszystko. 
-  Szybko wróciliście - stwierdził Oja, zerkając na zegar. 
-  Tak... 
-  Wyszliśmy przed poczęstunkiem - wtrącił Havard nieco schrypniętym głosem. - Wyszło 

na jaw coś, co... 

Stał na środku blady i pełen napięcia. 
-  I tak się jutro dowiecie - ciągnął. - Laura postanowiła ujawnić coś, co... do tej pory było 

tajemnicą. - Odchrząknął. - To ja... to ja jestem ojcem Oli Havarda. 

Zapadła  paraliżująca  cisza.  Nawet  Marilena  usiadła  i  popatrzyła  na  Havarda,  jakby 

rozumiała powagę sytuacji. 

-  Ty jesteś ojcem Oli Havarda? - powtórzył Sivert z niedowierzaniem. 
-  Tak,  to  stara  historia.  Twoja  matka  i  ja  wyjaśniliśmy  sobie  tę  sprawę  dawno  temu  - 

powiedział Havard z wysiłkiem. 

-  A Ola Havard? Nie wiedział o niczym? 
-  Nie.  I  źle  się  stało.  Teraz  to  rozumiem.  Ale  wydawało  nam  się,  że  najlepiej  będzie, 

jeśli... 

-  Dla kogo najlepiej? - zapytał Sivert ostrym głosem. 
-  Dla wszystkich - wymamrotał Havard i zaczerwienił się. 
-  Kłamstwo czai się tu w każdym kącie. 
Sivert spojrzał na Mali, a ona poczuła się okropnie. 
-  O  co  chodzi?  -  zapytał  Johannes  niespokojnie,  wdrapując  się  na  kolana  ojca.  -  Co  się 

stało z Olą Havardem? 

-  Havard jest jego ojcem - odparł Sivert, głaszcząc chłopca po głowie. 
-  Ola Havard o tym nie wie! 
-  Teraz już wie - stwierdził Sivert. 
-  To  dlaczego  przedtem  nie  wiedział?  -  ciągnął  Johannes.  -  Przecież  tak  bardzo  chciał 

zostać w Stornes. Najbardziej chciał, żeby Havard był jego ojcem. I nie wiedział... 

-  Teraz już wie - powtórzył Sivert. - Czas pokaże, czy się z tego cieszy. 
-  Źle, że o tym nie wiedział - zaczęła Mali. - Ale to nie było proste. Wszystko nie byłoby 

wcale  takie  proste,  gdybyśmy  mu  od  razu  powiedzieli.  Poza  tym  bywał  tu  bardzo  często. 
Staraliśmy się, jak umieliśmy. 

-  Ten  chłopiec  potrzebuje  poczucia  bezpieczeństwa  -  powiedział  Sivert.  -  I  nigdy  go  nie 

zaznał. 

-  Teraz już wszystko wiecie - oświadczyła Mali. - I nie ma o czym dyskutować. 
-  Czy Ola Havard się tu teraz przeprowadzi? - dopytywał się Johannes. 
-  Nie, będzie mieszkał ze swoją matką - odparła Mali. - Ale będzie tu często przyjeżdżał. 
-  Miejmy nadzieję, że zechce - rzekł Sivert. - Chłopak jest pewnie strasznie rozgoryczony. 

I zagubiony - dodał cierpko. 

Johannes ześlizgnął się z kolan ojca, podszedł do Havarda i wziął go za rękę. 
-  Ty jesteś ojcem Oli Havarda? 
-  Tak, Johannes. 
-  Nie kochasz go? 
-  Oczywiście, że kocham. 
-  To czemu nic nie powiedziałeś? 
Havard kucnął i wziął obie dłonie chłopca w swoje ręce. 

background image

-  Byłem  głupi  -  powiedział  cicho.  -  Już  dawno  temu  powinienem  powiedzieć  o  tym  Oli 

Havardowi i wszystkim innym, ale nie miałem odwagi. To było trudne, rozumiesz? No i nic 
nie powiedziałem. Źle zrobiłem. 

-  Gdzie on teraz jest? 
-  W Storhaug. Ale pewnie przyjedzie dziś wieczorem do Oppstad. Tak mi się wydaje. A 

jutro go tu przywieziemy i wtedy postaram się mu wytłumaczyć, dlaczego byłem taki głupi i 
tchórzliwy. Mam nadzieję, że mi wybaczy. 

-  Na pewno - pocieszył go Johannes. - Ola Havard jest dobry, więc na pewno ci wybaczy. 
Mali stała w milczeniu i patrzyła na nich. Wcale nie była pewna, że wybaczy. To nie jest 

kwestia dobroci. To kwestia straconego zaufania. 

  
-  Chcesz go tu jutro przywieźć? - zapytała Mali, gdy się już położyli. 
Havard oparł głowę na ramieniu i wpatrywał się w sufit pustym wzrokiem. 
-  To konieczne - odparł. - Muszę mieć czas na długą rozmowę. 
-  Oboje tego potrzebujemy - stwierdziła. - Nie tylko ty go zawiodłeś. Ja też. 
Havard obrócił się do żony i wziął ją za rękę. 
-  Myślisz, że mi wybaczy?... 
-  Nie  wiem  -  odparła  Mali  szczerze.  -  Mam  nadzieję.  Ale  bardzo  go  skrzywdziliśmy, 

Havardzie. 

-  To wina Laury! 
-  Nie - zaprotestowała. - To ty jesteś jego ojcem, a ja o tym wiedziałam, jeszcze zanim się 

urodził. Mogliśmy powiedzieć prawdę. A jednak milczeliśmy, bo tak nam pasowało. 

Zwlekał przez chwilę z odpowiedzią. Leżał ze wzrokiem utkwionym w sufit. 
-  Kto odziedziczy Storhaug teraz, gdy Ola Peder nie żyje? - zapytał po chwili. 
-  Chyba Ola Havard. 
-  Ale skoro ona wszystkim rozpowiada, że to ja jestem ojcem... 
-  Ważne  jest  to,  co  zapisano  w  księgach  –  orzekła  Mali.  -  A  w  księgach  zapisano,  że  to 

Ola  Storhaug  jest  jego  ojcem.  Był  wtedy  mężem  Laury,  więc  Ola  Havard  jest  jego 
spadkobiercą. Ola Peder nigdy nie podejrzewał, że... Ważne jest to, co zapisano w księgach - 
powtórzyła. - To się liczy, a nie to, co Laura teraz opowiada. 

-  W  takim  razie  Ola  Havard  ma  zapewnioną  przyszłość  -  powiedział  Havard.  - 

Odziedziczy bogaty dwór. 

Mali  skinęła  głową.  Chłopiec  rzeczywiście  zostanie  właścicielem  pięknego  majątku,  ale 

nie to jest teraz najważniejsze. Oby tylko udało im się z nim porozmawiać. Trzeba spróbować 
wszystko wyjaśnić - tylko jak wytłumaczyć, że byli tacy tchórzliwi, pomyślała. 

-  Bardzo  mi  przykro  -  szepnęła,  kładąc  głowę  na  piersi  Havarda.  -  Może  powiedziałbyś 

coś wcześniej, gdyby nie ja. 

-  To nie twoja wina - westchnął Havard, dotykając jej szyi. - Sam powinienem to załatwić. 

Zobaczymy, co będzie jutro. 

-  Zadzwonię do Oppstad z samego rana - obiecała Mali. - Miejmy nadzieję, że tam jest. I 

ż

e zechce tu przyjść. 

  
Ale Lisbeth Oppstad uprzedziła Mali. Telefon zadzwonił, gdy tylko Mali zeszła do kuchni. 
-  Tu Stornes. 
-  Witaj, Mali. Tu Lisbeth Oppstad.  
Mali zacisnęła dłoń na słuchawce. 
-  Tak... 
-  Chciałam tylko zapytać, czy Ola Havard jest u was? 
-  Ola Havard? Nie, nie pojawił się. Ale jeszcze jest bardzo wcześnie, więc... 

background image

-  Ale u nas go nie ma. Przyjechał wczoraj wieczorem i miał zostać aż do pogrzebu. Laura 

ma  teraz  tyle  zajęć.  Zajrzałam  właśnie  do  jego  pokoju  i  go  nie  zastałam.  Pomyślałam,  że 
może chciał odwiedzić... Stornes. 

Mali zaniepokoiła się poważnie. 
-  To znaczy pomyślałam, że po tym, co usłyszał wczoraj, chciał zobaczyć ojca - ciągnęła 

Lisbeth. - Przeżył na pewno szok, gdy się dowiedział, że to Hayard... 

-  Byłoby  lepiej,  gdyby  sprawa  została  wcześniej  załatwiona  -  przerwała  jej  Mali.  -  Ale 

Havard i Laura ustalili, że najlepiej nic nie mówić. 

-  Nie dziwię się - stwierdziła Lisbeth. - Przecież oboje mieli rodziny. 
Mali nie odpowiedziała. 
-  Gdzie on może być? - zapytała. 
-  Nie mam pojęcia. Wczoraj wieczorem nie mógł dojść do siebie. Płakał do późnej nocy. 

Słyszałam go. 

-  Nie rozmawiałaś z nim? 
-  Z nikim nie chciał rozmawiać. 
-  Jeśli  zniknął,  to  musimy  go  poszukać  -  powiedziała  Mali.  -  Jest  przecież  mróz.  Zaraz 

poślę mężczyzn. 

-  Nasi  też  już  poszli  -  powiedziała  Lisbeth.  -  Mam  nadzieję,  że  go  znajdziemy.  Że  nie 

narobi żadnych głupstw. 

-  Jakich głupstw? 
-  No, nie wiem. Ale on naprawdę nie mógł dojść do siebie. Myślę, że to było za dużo jak 

na niego. Śmierć Oli Pedera i ta historia z Havardem. 

-  Na  pewno  -  zgodziła  się  Mali.  -  Zaraz  wyślę  mężczyzn  na  poszukiwania.  Zadzwonię, 

jeśli go znajdą. 

Pożegnała  się,  odwiesiła  słuchawkę  i  przez  chwilę  stała  oparta  czołem  o  zimną  ścianę. 

Potem  podeszła  do  drzwi,  otworzyła  je  i  wyjrzała.  Wciąż  było  ciemno,  ale  na  wschodzie 
pojawił się już złoty pasek zwiastujący dzienne światło. Śnieg, który spadł poprzedniego dnia, 
niemal  zniknął.  Iskrzył  się  szron  pokrywający  podwórze.  Mróz  szczypał  w  nos.  Chłopak  na 
pewno nie zaszedł daleko, pomyślała. W którą stronę wyruszył? I co sobie myślał mały Ola 
Havard? 

Serce Mali rozdzierał niepokój o samotnego, bladego chłopca. Zamknęła drzwi i weszła do 

izby, w której mężczyźni jedli śniadanie. 

-  Ola Havard znikł z Oppstad - powiedziała. - Musicie iść go szukać. 
-  Znikł? - Havard obrócił się ku niej gwałtownie. - Kiedy? 
-  Chyba niedawno, nad ranem - powiedziała niepewnym głosem. - Nie sądzę, by zdołał... 
Dojrzała  strach  w  oczach  Havarda  i  przycisnęła  odruchowo  dłonie  do  brzucha.  Nie 

przyszło  jej  do  głowy,  że  Ola  Havard  mógł  zniknąć  już  w  nocy,  dopiero  teraz  uświadomiła 
sobie, że nie można tego wykluczyć. 

-  O nie - powiedziała, zakrywając usta dłonią. - O nie. 
   
ROZDZIAŁ 2. 
 
-  Co  się  dzieje,  tato?  -  Johannes  stal  przy  telefonie  koło  Siverta,  przestępując  z  nogi  na 

nogę z ciekawości. - Coś się stało z Olą Havardem? 

-  Owszem  -  potwierdził  Sivert  i  odwiesił  słuchawkę.  -  Ola  Havard  przyjechał  wczoraj 

wieczorem do Oppstad, ale teraz go tam nie ma. 

-  Nie ma go? - Johannes szeroko otworzył oczy. 
-  Nie i nikt nie wie, gdzie on może być - wyjaśnił Sivert, głaszcząc syna po głowie. - Będą 

go szukać. Wszyscy mężczyźni ze Stornes. I z Oppstad. Ja też do nich dołączę. 

background image

-  Oczywiście  -  pokiwała  głową  Tordhild,  wkładając  kolejny  kawałek  chleba  do  ust 

Marileny. - Dlaczego uciekł? 

-  Za dużo wczoraj przeżył - orzekł Sivert. - Ola Havard to bardzo wrażliwy chłopiec, który 

dużo myśli. 

-  Ja też chcę go szukać razem z wami - powiedział Johannes. - Jestem jego przyjacielem i 

wiem, gdzie... 

-  Siadaj  i  dokończ  śniadanie  -  Sivert  postukał  w  krzesło  syna.  -  Potem  możesz  pójść  do 

Stornes z mamą i Marileną. Jest zimno i ciemno, nie chcę, żebyś ty także się zgubił. 

-  Ale ja wiem, gdzie... 
-  Słyszałeś,  co  ojciec  powiedział  -  rzekła  Tordhild.  -  Znajdą  Olę  Havarda.  Będziesz  im 

tylko przeszkadzał. 

Johannes  pochylił  się  nad  swoją  szklanką  mleka  i  nie  powiedział  nic  więcej.  Wodził 

wzrokiem za ojcem, który szykował się do drogi. 

-  Mam  nadzieję,  że  wszystko  pójdzie  dobrze  -  westchnęła  Tordhild,  pomagając  mężowi 

zapiąć wełnianą kurtkę. 

-  Ja też - powiedział Sivert. - Pójdziecie później do Stornes? 
-  Jak tylko posprzątam po śniadaniu. 
-  A więc spotkamy się w Stornes. 
I drzwi się za nim zamknęły. Johannes wdrapał się na stołek przy oknie i przylepił nos do 

zimnej szyby. Dojrzał kilka postaci, które szły w stronę letnich obór, oświetlając sobie drogę 
latarkami. A więc to tam chcą go szukać, stwierdził. Ale tam go nie znajdą. Johannes nie miał 
wątpliwości,  że  Ola  Havard  jest  w  ich  tajnej  kryjówce.  Zawsze  tam  chodzili,  gdy  chcieli 
poważnie  porozmawiać  albo  gdy  działo  się  coś  szczególnego.  Tam  zawarli  też  braterstwo 
krwi, już dawno temu. Chciał powiedzieć ojcu o miejscu pod wielkim kamieniem w lesie za 
Wzgórzem,  ale  ojciec  nie  miał  czasu  go  wysłuchać.  W  takim  razie  muszę  tam  pójść  sam, 
postanowił Johannes. Ola Havard mnie potrzebuje. 

-  Mogę iść pierwszy? - zapytał, gdy już się ubrali.  
Tordhild odwróciła się i spojrzała na syna. 
-  Już się ubrałeś? - uśmiechnęła się. - Dzielny z ciebie chłopiec. 
-  Mogę iść pierwszy? 
-  Tak ci się spieszy? 
-  Tak - kiwnął głową, naciągając wełnianą czapkę na uszy. 
-  To idź. My też zaraz przyjdziemy. Możesz to powiedzieć? 
Johannes zmagał się właśnie z kurtką. Nic nie odpowiedział. 
-  Słyszysz mnie, Johannes? 
-  Słyszę - mruknął, nieco rozkojarzony, otwierając drzwi. - Powiem. 
  
Przez chwilę stał i mrużąc oczy, wpatrywał się w światło na wschodzie. Potem obrócił się 

na  pięcie,  przemknął  za  róg  domu  i  ruszył  w  stronę  lasu.  Między  starymi  sosnami  panował 
jeszcze mrok, Johannes ciągle się potykał. Szybko się jednak podnosił i brnął dalej w śniegu, 
który leżał między drzewami. 

Gdy dotarł do stromej ścieżki prowadzącej na polanę za Wzgórzem, zaczął się wspinać na 

czworakach. Poczuł, że ma całkiem przemoczone spodnie na kolanach, ale wcale się tym nie 
przejął. Myślał tylko o tym, że musi znaleźć swojego najlepszego przyjaciela. 

Nagle  z  mroku  wyłonił  się  wielki  kamień.  Spocony  Johannes  zatrzymał  się,  z  trudem 

łapiąc  oddech.  Nieco  dalej,  w  okolicy  letnich  obór  dojrzał  błyski  latarek  mężczyzn,  którzy 
uczestniczyli  w  poszukiwaniach.  Gdy  stał  całkiem  cicho,  słyszał  nawet  ich  głosy.  Ojciec 
powinien mnie wysłuchać, pomyślał znowu. Tu powinni szukać. Wtedy uświadomił sobie, że 
jeszcze nie wie, czy Ola Havard rzeczywiście jest pod kamieniem, i poczuł dziwne ssanie w 
ż

ołądku. Trzeba go znaleźć! 

background image

-  Ola Havard - powiedział półgłosem, nie spuszczając wzroku z kamienia. - Ola Havard! 
Las  był  pogrążony  w  ciszy  i  w  szarówce.  Johannes  ostrożnie  zbliżył  się  do  kryjówki. 

Pochylił się i zajrzał w głąb otworu. Coś tam leżało. Coś ciemnego i bezkształtnego. Johannes 
podczołgał się bliżej i zaczął się intensywniej wpatrywać. To był Ola Havard. Leżał całkiem 
cicho, z zamkniętymi oczami i misiem przytulonym do piersi. 

Johannes  poczuł,  jak  ogarnia  go  radość.  Wyciągnął  rękę  i  dotknął  policzka  przyjaciela. 

Policzek był biały i lodowaty, więc przerażony chłopiec cofnął dłoń. 

-  Ola Havard - powtórzył gorączkowo, szarpiąc przyjaciela za ubranie. - To ja... Johannes! 
Bezkształtna  postać  poruszyła  się.  Ola  Havard  otworzył  oczy.  Przez  chwilę  patrzył  na 

Johannesa, jakby nic nie rozumiał. A potem wyciągnął siną, drżącą dłoń. 

-  Przyszedłeś - szepnął. 
-  Musiałem cię znaleźć - powiedział Johannes. - Jak długo tu leżysz? 
-  Nie wiem - wymamrotał chłopiec. - Nie mogłem zasnąć, więc... Strasznie mi zimno. 
Ciałkiem chłopca wstrząsnął nagły atak kaszlu. 
-  Jesteś chory. 
-  To nie ma znaczenia - powiedział Ola Havard zmęczonym głosem. 
-  To ma wielkie znaczenie! 
Johannes wczołgał się do jamy. Objął przyjaciela ramionami i przytulił. 
-  Strasznie ci zimno? 
Ola Havard pokiwał  głową i przylgnął do ciepłego  ciała przyjaciela. Johannes poczuł, że 

chłopiec drży. 

-  Zabierzemy  cię  do  domu  -  powiedział,  biorąc  jedną  dłoń  przyjaciela  w  swoją  rękę. 

Włożył mu swoje rękawice. - Ale zmarzłeś. 

-  Wiesz, że Havard jest moim ojcem? 
-  Tak, wczoraj się dowiedziałem. Sam nam to powiedział. 
-  A  ja  nigdy  nie  miałem  ojca  -  szepnął  Ola  Havard.  -  Nie  przypuszczałem  nawet,  że 

mam... A był nim Havard i cały czas to wiedział! Ale nic nie powiedział. On mnie nie kocha. 
Nie chciał się do mnie przyznać i być moim ojcem. Teraz to rozumiem. 

-  Myślę, że on cię kocha - stwierdził Johannes. - I chce być twoim ojcem. Powiedział, że 

bardzo  głupio  postąpił,  nic  ci  o  tym  nie  mówiąc.  Teraz  chce  wszystko  naprawić.  Dorośli  są 
tacy dziwni - dodał dojrzałym tonem. - Wcale nie myślą. 

Ola Havard znów tak się rozkaszlał, że aż twarz mu poczerwieniała. 
-  Nie chcę go więcej widzieć - powiedział, gdy tylko złapał oddech. - Ani jego, ani Mali. 
-  Dlaczego? 
-  Przecież nie chcieli się do mnie przyznać! 
-  Myślę, że to nie tak - powiedział Johannes. - Powinieneś z nimi porozmawiać. 
Ola  Havard  nie  odpowiedział.  Zabrał  ze  sobą  swojego  wytartego  misia,  stwierdził 

Johannes. Teraz przytulił pluszaka do policzka i ciężko westchnął. 

-  Jesteś  chyba  moim  najlepszym  przyjacielem?  -  zapytał  Johannes  i  poklepał  go  trochę 

niezdarnie. - I przyszedłeś do naszej wspólnej kryjówki. Tutaj zawarliśmy braterstwo krwi. 

-  Pamiętam o tym. 
Przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu,  mocno  przytuleni.  Ola  Havard  zadrżał  z  zimna.  Para 

ich oddechów od razu robiła się biała. 

-  Zawołam  ojca  -  powiedział  Johannes.  -  Musisz  czym  prędzej  pójść  do  domu,  przebrać 

się w suche ubranie i napić ciepłego mleka. Prawda? 

-  Chyba wolę tu siedzieć, aż umrę - szepnął Ola Havard. 
Johannes objął go ramionami i przytulił twarz do jego policzka. 
-  Nie możesz tak mówić - jęknął. 
-  Nikomu na mnie nie zależy. 
-  A ja? 

background image

Ola  Havard  nie  odpowiedział.  Spuścił  tylko  głowę,  a  jego  oczy  znów  zalśniły  łzami. 

Johannes wydostał się z jamy. Wdrapał się na wielki kamień i popatrzył w stronę letnich obór. 
Zauważył światła latarek migające między drzewami. 

-  Tato! - zawołał, aż echo rozeszło się po pogrążonym w ciszy lesie. - Tato! 
-  Johannes! 
-  Ola Havard jest tutaj! Chodźcie! 
Snopy  światła  rzucane  przez  latarki  zaczęły  od  razu  szybciej  się  poruszać.  Padały  raz  w 

prawo,  raz  z  lewo,  jakby  ktoś  biegł.  Johannes  znów  wczołgał  się  do  jamy.  Ola  Havard 
tymczasem zasnął. W każdym razie miał zamknięte oczy i nie odpowiadał, gdy Johannes do 
niego  mówił.  Jeszcze  bardziej  pobladł,  zaniepokoił  się  Johannes,  dotykając  policzka 
przyjaciela. Skóra była wciąż lodowata. Johannes szybko wydostał się z jamy i znów wdrapał 
na kamień. 

-  Tato! - zawołał głośno, przerażony. - Szybko! 
  
Ola  Havard  został  zaniesiony  do  Stornes.  Był  półprzytomny,  gdy  kładli  go  na  kanapie  w 

izbie. 

-  Dobry Boże! - jęknęła Mali. - On jest przecież bardzo chory. 
-  Myślę,  że  jest  bardzo  zmarznięty  i  wycieńczony  -  stwierdził  Sivert.  -  Przynieś  balię  i 

włóż go do gorącej wody. Trzeba go jakoś rozgrzać. 

-  Musimy  zadzwonić  do  Oppstad  -  przypomniała  sobie  Mali.  -  Martwią  się  o  niego,  nie 

wiedzą, że już go znaleźliśmy. Nie  rozmawialiście pewnie z ludźmi z Oppstad, zanim go tu 
przynieśliście? Może będą chcieli, żebyśmy go tam przywieźli. 

-  Nie ma mowy - wtrącił Havard. - Nigdzie nie pojedzie, dopóki nie dojdzie do siebie. 
-  Skąd  wiedziałeś,  gdzie  on  jest?  -  zapytał  Sivert,  czochrając  czuprynę  syna.  -  To  ty  go 

znalazłeś. Bardzo dzielnie się spisałeś. 

Nikt nie wspomniał o tym, że Johannes nie poszedł prosto do Stornes tak, jak obiecał. 
-  To  nasze  miejsce  -  wyjaśnił  Johannes.  -  Próbowałem  ci  to  powiedzieć,  ale  nie  miałeś 

czasu mnie wysłuchać. 

-  Niemądrze się zachowałem - przyznał Sivert. 
Johannes  energicznie  pokiwał  głową.  Tak  to  już  zawsze  jest  z  dorosłymi,  pomyślał. 

Wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej. Zdjął kurtkę i podszedł do kanapy. 

-  A gdzie jest Burre? - zapytał. 
-  Burre? 
-  Miś Oli Havarda. Gdzie on jest? 
-  Tutaj - Mali podała mu maskotkę. 
Johannes ukląkł przy kanapie i położył misia tuż koło policzka przyjaciela. 
-  Obudź się, Ola Havard - szepnął. - Zaraz się wykąpiesz i rozgrzejesz. 
Ola  Havard  otworzył  oczy  i  z  przerażeniem  rozejrzał  się  dokoła.  Jego  spojrzenie 

zatrzymało  się  na  Havardzie.  Skulił  się  wtedy  odruchowo,  podciągnął  nogi  i  cofnął  w  głąb 
kanapy. Havard to zauważył i jego twarz ściągnęła się bólem. 

-  Mam nadzieję, że zostaniesz tu z nami, Ola Havardzie - powiedział łagodnie. - Mam ci 

tyle do powiedzenia. Byłem taki głupi, że teraz bardzo mi wstyd. 

Ola Havard spojrzał na niego sceptycznie. 
-  Zostaniesz tu, żebym mógł się tobą zaopiekować? - zapytał Havard ostrożnie. 
-  Zgódź  się  -  poprosił  Johannes.  -  Możesz  tu  przenocować,  wtedy  ja  też  zostanę  na  noc. 

Prześpimy się na poddaszu! 

Ola Havard pokiwał głową, ale nic nie powiedział.  
Do pokoju weszła Mali. 
-  Ale się ucieszyli wszyscy w Oppstad - powiedziała. - I zgodzili się, żebyś tu został dzień 

albo dwa, jeśli tylko chcesz. 

background image

-  On chce - przytaknął szybko Johannes. 
Wszyscy  oprócz  Johannesa  musieli  wyjść,  gdy  woda  w  balii  była  już  gotowa.  Mali 

pomogła  Oli  Havardowi  zdjąć  przemoczone  ubranie.  Chłopiec  wszedł  z  pluskiem  do  balii  i 
zawył  z  bólu,  gdy  ciepła  woda  przyspieszyła  krążenie  w  jego  nogach.  Mali  masowała  mu 
stopy i palce, póki nie poczuł się lepiej. Ogarniała go powoli błogość, bo głowa opadła mu na 
pierś, oczy zaczęły się zamykać, a policzki się zarumieniły. 

-  Jeszcze  nie  możesz  zasnąć.  -  Mali  pogłaskała  go  po  głowie.  -  Najpierw  napijesz  się 

ciepłego kakao i zjesz świeże ciasto, a potem będziesz mógł spać, jak długo zechcesz. 

Chude  ciałko  chłopca  zrobiło  się  całkiem  czerwone,  gdy  Mali  wytarła  je  dużym 

ręcznikiem. Włosy Oli Havarda sterczały na wszystkie strony. 

-  Już lepiej? 
Rzucił jej zamglone gorączką spojrzenie. 
-  Czemu mi nic nie powiedzieliście? 
Mali wzięła go za obie ręce i mocno je ścisnęła. 
-  Bo  byliśmy  głupi  -  powiedziała  schrypniętym  głosem.  -  Nie  umiem  tego  inaczej 

wytłumaczyć.  Żałujemy  tego  bardziej,  niż  możesz  sobie  wyobrazić.  I  musisz  wiedzieć,  że 
bardzo cię kochamy, choć to może inaczej wyglądać. Było tyle... Plotki... 

Objęła go i przytuliła twarz do jego policzka. 
-  Nie powinniśmy się tym przejmować - powiedziała cicho. - Źle zrobiliśmy. Myślisz, że 

zdołasz nam wybaczyć? 

-  Nie wiem - odparł zmęczonym głosem. 
Mali  nic  już  nie  powiedziała.  Pomogła  mu  włożyć  ubranie,  które  zostało  w  Stornes  po 

Johannesie, a potem zaprowadziła z powrotem na kanapę i starannie otuliła pledem. 

-  Ty też napijesz się kakao, Johannes? 
-  Pewnie  -  skinął  głową  chłopiec  i  usiadł  na  podłodze  koło  kanapy.  Podał  przyjacielowi 

misia. 

-   Zabrałeś ze sobą Burre. 
Ola Havard pokiwał głową lekko zawstydzony. 
-  Boję się ciemności - przyznał. - Nie odważyłbym się wyjść bez misia. 
-  Ja  też  się  trochę  bałem  w  tym  lesie  -  pokiwał  głową  Johannes.  -  Ale  musiałem  cię 

znaleźć. 

-  Cieszę się, że przyszedłeś - wyznał Ola Havard. - Tam wcale nie było przyjemnie. 
-  I już nie chcesz umierać? 
-  Chyba nie - mruknął Ola Havard. 
Mali mieszała kakao i nasłuchiwała. Przeraziła ją wzmianka o tym, że Ola Havard mówił o 

ś

mierci. Miała nadzieję,  że wszystko się ułoży,  gdy z nim porozmawiają.  I że już nigdy  nie 

najdą  go  takie  myśli.  Straszne,  że  sprawy  zaszły  tak  daleko,  pomyślała.  Wyrządzili  temu 
chłopcu  wielką  krzywdę  i  niełatwo  będzie  zdobyć  znów  jego  zaufanie.  Tyle  przynajmniej 
rozumiała. 

  
Na obiad podano kiełbasę. Johannes miał wilczy apetyt, ale Ola Havard nie zjadł za wiele. 

Trawiła  go  gorączka,  brzydko  kaszlał  i  prawie  cały  dzień  przeleżał  na  kanapie  w  półśnie, 
przytulony do swego misia. 

Lisbeth Oppstad przyszła, żeby go zobaczyć. 
-  Nie wiem, co on mógł sobie myśleć - powiedziała do Mali w korytarzu. - Żeby uciekać 

w taką ciemną, zimową noc! 

-  To w dużej mierze nasza wina - powiedziała Mali, biorąc od niej płaszcz. - Był bardzo 

poruszony, gdy się dowiedział o Havardzie. 

-  No tak, to był szok dla wszystkich - pokiwała głową Lisbeth. - Jak do tego doszło? 

background image

-    To  było  dawno  temu  -  powiedziała  Mali  wymijająco.  -  To  się  zdarzyło...  choć  nie 

powinno. Całe nieszczęście polegało na tym, że urodziło się dziecko. 

-  Nigdy bym tego nie podejrzewała. 
-  Laura nie chciała, żeby prawda wyszła na jaw. Była wtedy zamężna. 
-  A Havard był twoim mężem. 
-  Tak, ale on mi od razu o wszystkim powiedział. 
-  Ola Havard powinien wiedzieć, kim jest Havard. 
-  W pełni się z tym zgadzam. Niemądrze postąpiliśmy i my, i Laura, z czasem było jednak 

coraz trudniej o tym mówić. Ale nie czuliśmy się z tym dobrze, to powinnaś wiedzieć. 

-  Tak,  tak,  no  i  Ola  Havard  odziedziczył  w  ten  sposób  Storhaug  -  stwierdziła  Lisbeth.  - 

Ola figuruje przecież w księgach jako jego ojciec, więc... 

-  Skoro Ola Peder nie żyje, to majątek i tak należy do małego - stwierdziła Mali. - Wedle 

prawa jest przecież synem Laury i Oli Storhauga. 

-  Oj, nie wiem, co się tam będzie działo - westchnęła Laura. - Laura wyrzuciła Guma Ida i 

powiedziała, że nie chce go więcej widzieć. A Ola Havard jest mały i minie jeszcze wiele lat, 
nim będzie mógł przejąć gospodarstwo. Teraz wszystkim zajmuje się stary Storhaug. Oboje z 
ż

oną  są  jeszcze  całkiem  żwawi,  ale  kto  wie,  jak  długo.  Jeśli  im  sił  nie  starczy,  to 

niewykluczone,  że  trzeba  będzie  rozważyć  dzierżawę.  Laura  nie  poradzi  sobie  sama. 
Zobaczymy - dodała i dotknęła włosów ruchem zdradzającym rezygnację. - Mam nadzieję, że 
Ola  Havard  przeprowadzi  się  do  Oppstad  na  pewien  czas.  I  że  pójdzie  tu  do  szkoły.  W 
Storhaug nie ma kto się nim zająć. Obawiam się, że Laura nie jest całkiem zdrowa - zamyśliła 
się. - Tak to przynajmniej wygląda. 

-  Jeśli zamieszka  w  Oppstad,  to  mam  nadzieję,  że  będzie  często  u  nas  bywał  -  poprosiła 

Mali. - Mamy sporo do zrobienia, i Havard, i ja. 

-  Wszystko się jakoś ułoży - pokiwała głową Laura. 
-  Cieszę  się,  że  się  od  nas  nie  odwróciłaś  po  tym,  co  się  stało  -  powiedziała  Mali.  - 

Niektórzy tak właśnie zareagowali. 

-  Nie  sądzę  -  rzekła  Lisbeth.  -  Ludzie  pogadają  tydzień  albo  dwa,  a  potem  się  wszystko 

uspokoi. Najważniejsze, że ty i Havard jesteście razem. 

-  I  że  chcemy  wszystko  wynagrodzić  Oli  Havardowi  -  dorzuciła  Mali.  -  To  jest  teraz 

najważniejsze. Żeby chłopiec nam zaufał. 

-  To może trochę potrwać - powiedziała szczerze Lisbeth. - Ale wszystko będzie dobrze. 

Tylko musicie być cierpliwi. 

I  Havard,  i  Mali  zajęli  się  Olą  Havardem,  gdy  chłopiec  szedł  spać.  Mali  posłała  łóżko  i 

napaliła w piecu w pokoju, w którym zazwyczaj mieszkał. Johannes go odprowadził na górę, 
ale  potem  poszedł  do  domu.  Ustalono,  że  dopiero  następnej  nocy  będą  spać  razem,  bo  Ola 
Havard bardzo brzydko kaszlał. Mali stwierdziła, że Johannes nie zdoła zasnąć w tym samym 
pokoju. 

-  Może jutro Ola Havard poczuje się lepiej - stwierdziła. - Dziś ja będę przy nim czuwać. 
Johannes  protestował,  ale  w  końcu  na  wszystko  się  zgodził.  Pod  warunkiem,  że  Ola 

Havard spędzi w Stornes jeszcze jedną noc. 

-  Na pewno - potwierdziła Mali. - Prawda, Ola Havard? 
-  No tak. - Chłopiec pokiwał głową z pewną niechęcią. 
Mali  domyśliła  się,  że  Havard  chciałby  zostać  z  synem  sam  na  sam.  Postawiła  kubek  z 

ciepłym  mlekiem  na  szafce  nocnej  i  powiedziała  „dobranoc".  Miała  wielką  ochotę  uściskać 
małego, ale nie starczyło jej odwagi. Trzeba dać mu czas. 

-  Zostawiam otwarte drzwi - powiedziała. - Zawołaj, gdybyś czegoś potrzebował. 
Havard siedział przez chwilę koło łóżka bez słowa. Nie wiedział, jak zacząć. 
-  Dlaczego uciekłeś w środku nocy? - zagadnął trochę niepewnie. 
-  Chciałem odejść. 

background image

-  Dlaczego? 
-  Bo nikomu... - przełknął ślinę. - Nikomu na mnie nie zależy. Mama myśli tylko o śmierci 

Oli Pedera, a ty cały czas kłamiesz. 

-  Ale cieszę się, że jesteś moim synem, Ola Havardzie. 
-  Gdybyś się cieszył, to dawno byś mi o tym powiedział. 
-  Chciałem powiedzieć, ale...  
Wziął chłopca za rękę i pogłaskał ją. 
-  Bardzo tego żałuję. Byłem tchórzem, bałem się, jak ludzie zareagują. I twoja matka też 

nie chciała, żeby ktoś się dowiedział. Ale mogłem powiedzieć przynajmniej... tobie. 

Ola Havard leżał w milczeniu. 
-  Myślisz, że kiedyś mi wybaczysz? 
-  Muszę się zastanowić - odparł chłopiec z powagą.  
Havard tylko pokiwał głową. Zapadła cisza. 
-  A co teraz będzie? Skoro wszyscy wiedzą - zapytał Ola Havard po chwili. 
-  Mam  nadzieję,  że  będziesz  tu  częściej  bywał.  No  i  wiesz  już,  że  to  ja  jestem  twoim 

ojcem. 

-  Będę mieszkał w Storhaug. 
-  Tak. Przecież tam jest twoja matka. Ola Havard pokiwał głową w zamyśleniu. 
-  Byliście kiedyś narzeczonymi? Ty i mama? Wiem, że teraz się nie lubicie. 
Havard zaczerwienił się i musnął dłonią twarz. 
-  Nie narzeczonymi... To było raczej... tak się po prostu stało - westchnął. - Bardzo trudno 

to wytłumaczyć takiemu chłopcu jak ty. Ale twoja mama i ja nigdy... nigdy nie zamierzaliśmy 
być razem - dodał zmieszany. 

-  No tak, nie zamierzaliście. 
Przez chwilę obaj milczeli. Ola Havard ułożył się wygodniej i przytulił misia. 
-  Chcę już spać - powiedział cicho. 
-  Dobranoc  -  rzekł  Havard.  Podniósł  się  i  pogłaskał  syna  po  głowie.  -  Może  do  jutra 

wszystko przejdzie. I kaszel... i wszystko. 

Ola  Havard  nic  nie  odpowiedział.  Zamknął  oczy.  Havard  pogłaskał  go  delikatnie  po 

rozgrzanym policzku i ruszył do drzwi. 

-  Może kiedyś ci wszystko wybaczę - odezwał się nagle Ola Havard.  -  I  Mali też. Może 

tak będzie - dodał. - Zastanowię się. 

Havard pokiwał głową. Przymknął drzwi i przeszedł na palcach przez korytarz na schody. 

Wszystko się ułoży, pomyślał z nadzieją. 

 
ROZDZIAŁ 3. 
  
Na szczęście Ola Havard nie zapadł ani na bronchit, ani na zapalenie płuc. Skończyło się 

na  poważnym  przeziębieniu.  W  ciągu  czterech  dni,  które  spędził  w  Stornes,  wiele  się 
zmieniło.  Ola  Havard  był  serdecznym,  spragnionym  miłości  chłopcem,  który  coraz  chętniej 
przyjmował  zarówno  przeprosiny,  jak  i  prośby  o  wybaczenie  ze  strony  Mali  i  Havarda. 
Zarzucał im swoje chude ramiona na szyję rano  i wieczorem, jakby  chciał się upewnić,  czy 
naprawdę  go  kochają  i  czy  im  na  nim  zależy.  I  czy  to  nie  są  tylko  puste  słowa.  A  gdy  już 
zyskał  pewność,  rozpromienił  się  i  zaczął  jeść,  choć  ciągle  był  przeziębiony  i  miał  trochę 
gorączki. 

Johannes  cały  czas  towarzyszył  przyjacielowi,  bo  Ola  Havard  nie  mógł  wychodzić  na 

dwór.  Mali  cieszyła  się,  że  wszystko  skończyło  się  zwykłym  przeziębieniem,  i  nie  miała 
zamiaru ryzykować pogorszenia stanu jego zdrowia. 

Obaj  chłopcy  leżeli  więc  na  podłodze  w  izbie  i  bawili  się  ołowianymi  żołnierzykami  i 

drewnianymi konikami. 

background image

-  Pogodziłeś się już z Havardem i Mali? - zapytał Johannes. 
-  Tak - potwierdził Ola Havard i wytarł nos rękawem. - Wybaczyłem im. Prosili mnie o to 

- dodał. 

-  To dobrze - ucieszył się Johannes. - To znaczy, że będziesz tu często przyjeżdżał. 
-  Tak myślę - zastanowił się Ola Havard. - Ale muszę zapytać mamę. 
-  Odziedziczysz dwór? 
-  Chyba tak. 
-  Ale nie możesz się nim przecież zajmować. 
-  Dopiero jak dorosnę. 
Johannes przesunął jednego żołnierzyka i spojrzał badawczo na przyjaciela. 
-  Masz szczęście. 
-  Wolałbym, żeby mój brat żył. 
-  Jasne - zgodził się Johannes. - To bardzo smutna historia z twoim bratem. 
-  Najgorzej ma moja matka. Ona bardzo kochała Olę Pedera. 
-  Ma jeszcze ciebie. 
Ola Havard nic na to nie odpowiedział. 
  
Dzień  przed  pogrzebem  Laura  przyjechała  po  syna.  Mali  spostrzegła  bryczkę,  która 

zatrzymała się koło spiżarni. 

-  Przyjechała twoja mama, Ola Havardzie.  
Chłopiec wiedział, że ktoś po niego przyjedzie, nie wiedział tylko kto. Kurtka leżała już na 

krześle w pokoju, żeby nie musiał wkładać przechłodzonej. 

-  Odprowadzimy  cię  -  powiedział  Havard,  podnosząc  się  z  krzesła,  na  którym  czytał 

gazetę. 

Ola Havard włożył kurtkę i obrócił się do nich. 
-  Żegnajcie - powiedział z pewnym przygnębieniem w głosie. 
-  Odwiedź nas wkrótce - powiedziała Herborg. - Miło nam, gdy tu jesteś. 
Havard wyszedł z synem. Mali zdjęła szal z wieszaka, otuliła się nim i podążyła za nimi. 
Laura  była  już  prawie  na  ganku,  gdy  ją  spotkali.  Nie  widzieli  jej  od  żałobnego 

nabożeństwa. Mali poczuła, że coś ją ściska w żołądku. Wolałaby uniknąć kłótni z Laurą przy 
każdym spotkaniu. Ze względu na Olę Havarda trzeba się tego wystrzegać, pomyślała. 

-  Jesteś - rzekła Laura na widok syna. - Chłopak, który ucieka do lasu! 
Ola  Havard  spuścił  wzrok  i  zaczerwienił  się.  Laura  zmierzwiła  mu  włosy  dłonią,  gestem 

całkiem serdecznym, jak stwierdziła Mali. Żałoba i bezsenność nie pozostały bez śladu, Laura 
była blada i zmęczona, miała ciemne sińce pod oczami, ale uśmiechała się do syna. Ostatnio 
stała się znacznie cieplejsza, pomyślała Mali. Jak nigdy przedtem. 

-  Stęskniłam  się  za  tobą  -  powiedziała  serdecznie  Laura,  biorąc  Olę  Havarda  za  rękę.  - 

Teraz ty jesteś mężczyzną w Storhaug. Od tej pory Storhaug jest twoje i moje. 

Chłopiec kopnął jakiś niewidoczny kamyk i pokiwał głową. 
-  Dziękuję, że się nim zajęliście - rzuciła Laura w stronę Mali i Havarda. - Wszystko się 

ułożyło, z tego, co wiem. 

-  Owszem  -  Havard  pokiwał  głową  trochę  sztywno.  -  Mamy  nadzieję,  że  wkrótce  znów 

nas odwiedzi. 

-  Może nawet wcześniej, niż się spodziewacie - odparła Laura. - Zapisałam go do szkoły 

w  Kvannes  aż  do  Bożego  Narodzenia.  Po  pogrzebie  zamieszkam  na  jakiś  czas  w  Oppstad. 
Storhaug to nie jest... nie chcę tam na razie mieszkać - dodała, wzruszając ramionami. 

-  To będziemy sąsiadami - powiedział Havard. 
Mali  obawiała  się,  że  Havard  zacznie  wyrzucać  Laurze,  że  zdradziła  tajemnicę  Oli 

Havardowi. On jednak tego nie zrobił. Nie wspomniał o tym nawet słowem, podobnie zresztą 
jak Laura. Laura położyła rękę na ramieniu syna. 

background image

-  Pożegnaj się i podziękuj - powiedziała. - Niedługo tu znowu przyjedziesz. Jeśli zechcesz. 
-  Chcę  -  rzucił  pospiesznie  chłopiec,  zerkając  na  matkę.  -  Chcę  tu  jak  najszybciej 

przyjechać. 

-  Wygląda na to, że się zaprzyjaźniliście - pokiwała głową Laura. 
-  A  nie  powinniśmy?  -  wtrącił  Havard.  -  Zrobiłaś  to  wszystko  z  nadzieją,  że  popsujesz 

stosunki między mną a Mali i między nami a Olą Havardem? 

-  Nie,  nie  -  zaprotestowała  Laura  chyba  całkiem  szczerze.  -  Cieszę  się,  że  między  wami 

się ułożyło. Ola Havard tego bardzo potrzebuje. 

Chyba pierwszy raz zatroszczyła się o dobro Oli Havarda, pomyślała Mali. Wcześniej nie 

zauważyli,  by  się  o  niego  martwiła.  Może  śmierć  najstarszego  syna  ją  odmieniła.  Bez 
wątpienia zachowywała się inaczej niż zwykle. 

Mali wspomniała o tym Havardowi, gdy weszli do domu. 
-  Może masz rację - zamyślił się. - Była dziś jakaś inna, choć trudno powiedzieć, z jakiego 

powodu. Zobaczymy, jak długo to potrwa. 

-  Cieszyłabym  się,  gdybyśmy  przestali  się  z  nią  kłócić  -  powiedziała  Mali.  -  To  bardzo 

ważne dla Oli Havarda. 

-  Już  nie  ma  powodu  do  kłótni  -  stwierdził  Havard.  -  Laura  nie  może  nam  już  niczym 

grozić. 

To prawda, pomyślała Mali. W gruncie rzeczy wszyscy skorzystali na tym, że sprawa Oli 

Havarda przestała być straszną tajemnicą. A jeśli chodzi o plotki, to Sigrid miała rację: wcale 
nie  było  tak  źle,  jak  Mali  przypuszczała.  Minęły  wprawdzie  dopiero  cztery  dni,  ale  Mali 
wierzyła, że najgorsze mają już za sobą. To nie była w końcu taka wielka sensacja. Nie tylko 
Havard  miał  nieślubne  dziecko.  Właściwie  najgorzej  wyszła  na  tym  Laura,  pomyślała  Mali. 
To ona oszukała swojego męża. 

Sivert  też  nie  komentował  sprawy,  jeśli  nie  liczyć  wybuchu,  który  nastąpił  pierwszego 

wieczora. Wszystko się jakoś ułoży. Z czasem. 

  
Zanosiło się na opady śniegu, gdy Mali i Havard wsiedli do sań, by pojechać na pogrzeb 

Oli  Pedera.  Gdy  skręcili  na  główną  drogę,  zobaczyli  Johannesa  pędzącego  z  futerałem  od 
skrzypiec w dłoni. Za nim biegł Sivert. 

-  Zaczekajcie, zaczekajcie! - zawołał Johannes. - Jedziemy z wami. 
Havard przytrzymał konia. 
-  Co u diabła - mruknął, zerkając na Mali. - Wiedziałaś o tym? 
-  Nie - odparła. - Nikt o tym nie wspominał. 
 Johannes  dobiegł  i  wdrapał  się  na  sanie.  Mali  posadziła  go  obok  siebie  i  otuliła  połą 

swojego futra. 

-  Co to wszystko ma znaczyć? 
-  Chcę zagrać dla brata Oli Havarda - wydusił zdyszany Johannes i poprawił czapkę, która 

mu się trochę przekrzywiła. - Nikt inny nie potrafi. Ola Havard mówił, że jego mama bardzo 
się z tego ucieszy. Ola Havard też tego chciał, więc robię to przede wszystkim dla niego. 

-  To znaczy, że rozmawialiście o tym tu w Stornes?  
Johannes energicznie pokiwał głową. 
-  Myślisz, że Laura się nie ucieszy? 
-  Na  pewno  się  ucieszy  -  potwierdziła  Mali,  witając  skinieniem  głowy  Siverta,  który 

właśnie podszedł do sań. 

-  Chcieliśmy się z wami zabrać, jeśli to możliwe - powiedział. 
-  Oczywiście - odparła Mali. - Tylko że nic o tym nie wiedziałam. 
-  Ani ja - uśmiechnął się Sivert. - Dowiedziałem się dziś podczas śniadania. Ale chłopcy 

wpadli  na  dobry  pomysł.  No  więc  jedziemy  z  wami  i  Johannes  zagra.  Mam  nadzieję,  że 
wszystko będzie w porządku. 

background image

-  Musisz tylko porozmawiać z Laurą, zanim wejdziemy. 
-  Miałem  taki  zamiar  -  przyznał  Sivert  i  otrzepał  buty  ze  śniegu,  nim  wsiadł  do  sań  i 

przykrył kolana futrem. Ruszyli do Kvannes pośród padającego śniegu. 

  
Gdy dotarli na miejsce, na cmentarzu było już mnóstwo ludzi. Laura stała przy kościelnych 

drzwiach w towarzystwie ludzi ze Storhaug i swojej rodziny z Oppstad. Ola Havard, blady i 
poważny, tulił się do jej boku. Twarz chłopca rozjaśniła się na widok przyjaciela. 

-  Witaj,  Lauro  -  powiedziała  Mali  cicho.  -  Johannes  bardzo  by  chciał  zagrać  dla...  to 

znaczy w kościele. Jeśli się zgodzisz. 

-  Zagrać... 
-  Tak,  Johannes  i  ja  pomyśleliśmy,  że  Ola  Peder  ucieszyłby  się,  że  ktoś  dla  niego  gra  - 

wtrącił Ola Havard, patrząc na matkę. - Johannes gra bardzo dobrze i... 

-  Dobry  pomysł,  Ola  Havardzie  -  powiedziała  Laura,  kładąc  dłoń  na  ramieniu  syna.  - 

Bardzo ci dziękuję, Johannesie. 

Mali skinęła głową i pociągnęła Johannesa za sobą w stronę Havarda i Siverta. 
-  Wszystko w porządku - powiedziała. - Gdzie on ma stanąć? 
-  Trochę  o  tym  rozmawialiśmy.  Johannes  chciałby  stanąć  kolo  trumny.  Niech  więc  tak 

zrobi. 

-  Dobrze mu pójdzie? 
-  Tak przypuszczam - pokiwał głową Sivert. - Grał już nie raz. 
-  Na pewno dobrze pójdzie - stwierdził Johannes. Sprawa została więc przesądzona. 
Przywitali się ze znajomymi. Mali poczuła na sobie ciekawskie spojrzenia i zauważyła, że 

niektórzy zaczynają coś szeptać. Pojawili się wśród ludzi po raz pierwszy, od kiedy tajemnica 
pochodzenia Oli Havarda wyszła na jaw. Wszystko wskazywało na to, że ludzie nie przestali 
plotkować. Ale to można znieść, pomyślała, biorąc Havarda pod ramię. Ludzie im się kłaniali 
i nie zauważyła, by ktoś okazywał wrogość. 

Weszli  do  pięknie  przystrojonego  kościoła  i  zajęli  miejsca  blisko  przejścia,  by  Johannes 

mógł  się  łatwo  wydostać,  gdy  przyjdzie  czas  na  jego  grę.  Sivert  umówił  się  z  pastorem,  że 
Johannes zagra zaraz po przemówieniach, przed wyniesieniem trumny z kościoła. 

Trumna  była  pięknie  udekorowana.  Mali  siedziała  i  wpatrywała  się  w  wieńce,  czując 

głęboką  wdzięczność,  że  to  nie  ona  musi  odprowadzać  jeszcze  jedno  swoje  dziecko  na 
cmentarz.  Strata  dziecka  to  najgorsze,  czego  doświadczyła.  Szukała  wzrokiem  Laury.  Laura 
wspierała  się  ciężko  na  ramieniu  jednego  ze  swych  szwagrów,  wyraźnie  załamana.  Mali 
poczuła  przypływ  współczucia.  Laura  ma  swoje  wady,  ale  stracić  dwóch  mężów,  a  potem 
syna... Przeszył ją dreszcz. To wielkie nieszczęście dla Laury, że Ola Peder Storhaug zginął w 
nieszczęśliwym wypadku w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, pomyślała. To 
nie było udane małżeństwo, ale w tym czasie Laura prowadziła przynajmniej normalne życie. 
Dopiero po śmierci męża zaczęła ściągać do Storhaug mężczyznę za mężczyzną. Ola Havard 
nie  miał  łatwego  życia.  A  teraz  tylko  on  jeden  jej  został,  pomyślała  Mali.  Najstarszy  syn, 
który  miał  odziedziczyć  Storhaug,  nie  żyje,  a  ostatniego  kochanka  wyrzuciła  za  drzwi. 
Przyszłość nie będzie lekka ani dla Laury, ani dla Oli Havarda. 

Szepty  umilkły,  gdy  organista  zagrał  pierwszy  psalm.  Mali  zauważyła,  że  kościół  jest 

wypełniony  do  ostatniego  miejsca.  To  dobrze,  ze  względu  na  Laurę.  Miło  widzieć,  że  tylu 
ludzi chce okazać szacunek i współczucie w tak trudnym dniu. 

Pastor  mówił  o życiu  i  o  miłości.  O tym,  że  ludzie  powinni  się  kochać,  póki  mają  siebie 

nawzajem. Mali zacisnęła palce na dłoni Havarda i westchnęła cicho. Trzeba częściej o tym 
myśleć, stwierdziła. Dziękować za każdy dzień wśród bliskich. Za każdy dzień, w którym nie 
wydarzyło  się  nic,  co  by  zburzyło  dobre  życie.  Zerknęła  ukradkiem  na  Siverta.  Za  każdy 
dzień, w którym nikt nie zaczynał zadawać pytań o niego i o jego rodzinę... 

background image

Gdy pastor skończył, rozległo się szuranie butów i szelest papieru. Pastor zszedł z ambony 

i spojrzał w ich stronę, kiwając nieznacznie głową. 

Sivert  popchnął  lekko  syna.  Mali  pomogła  małemu  zdjąć  kurtkę.  Johannes  miał  na  sobie 

białą koszulę i granatowy sweter, Sivert próbował nawet uporządkować nieco jego czuprynę, 
choć  nie  dało  to  żadnych  rezultatów.  Johannes  chwycił  skrzypce  i  ruszył  do  przodu 
spokojnym  krokiem.  Uważał,  by  nie  potrącić  żadnych  wieńców  ani  wstęg  z  ostatnimi 
pożegnaniami.  Ustawił  się  koło  trumny,  obrzucił  spojrzeniem  zebranych  i  oparł  brodę  na 
skrzypcach.  W  kościele  rozległ  się  pełen  zdumienia  szept.  A  potem  na  wszystkich  spłynęły 
dźwięki Ave Maria. 

Mali  siedziała  zasłuchana.  Muzyka  była  cudowna.  Przejrzyste  dźwięki  wypełniły  kościół 

podniosłą i uroczystą atmosferą. Spostrzegła, że wiele osób musiało sięgnąć po chusteczki. Jej 
także łzy zaczęły dławić gardło. Atmosfera dziwnie zgęstniała. 

Gdy Johannes skończył, stał przez chwilę ze skrzypcami w rękach i ze spuszczoną głową. 

W wypełnionym po brzegi kościele rozległ się płacz. Johannes podniósł głowę i spojrzał na 
zgromadzonych. Potem skłonił się lekko i wrócił na swoje miejsce. Mali ścisnęła jego dłoń. 

-  Jak pięknie zagrałeś - szepnęła. 
Johannes  pokiwał  głową,  jakby  zgadzał  się  z  opinią  babki.  Spojrzał  przelotnie  na  ojca, 

który także skinął głową z aprobatą. 

Sześciu  dorosłych  mężczyzn  stanęło  po  obu  stronach  trumny.  Mali  rozpoznała  tylko 

dziedzica z Oppstad, Andersa, i jego syna Pedera. Poza nim byli ludzie ze Storhaug. Zagrały 
organy,  mężczyźni  wzięli  trumnę  na  ramiona  i  wynieśli  ją  z  kościoła.  Za  trumną  ruszył 
ż

ałobny orszak. Laura zanosiła się płaczem, wsparta na ramieniu szwagra, który najwyraźniej 

został zobowiązany do opieki nad nią w tym dniu. Ola Havard szedł u boku matki, zapłakany 
i blady. 

-  Tak mi żal Oli Havarda - szepnął Johannes. - Co możemy zrobić? 
-  Niewiele  -  odparła  cicho  Mali.  -  Nikt  nie  przeżyje  za  niego  żałoby,  Johannes,  ale 

możemy przynajmniej być przy nim, gdy będzie tego potrzebował. 

 
-  Musicie  pojechać  z  nami  do  Storhaug  -  poprosiła  Laura,  gdy  pogrzeb  się  skończył. 

Uścisnęła  dłonie  Mali,  dodając:  -  Bardzo  ci  dziękuję,  Johannes.  Tak  pięknie  zagrałeś.  Jaki 
jesteś zdolny. 

Johannes  nie  odpowiedział.  Wziął  za  rękę  Olę  Havarda  i  wyraźnie  zaniepokojony 

spoglądał na przyjaciela matowym wzrokiem. 

-  Chyba  nie  możemy  z  wami  pojechać  -  powiedziała  Mali,  zerkając  pospiesznie  na 

Havarda.  -  Sivert  musi  już  wracać  -  skłamała.  -  Nie  wiedzieliśmy,  że  obaj  z  Johannesem 
wybierają się na pogrzeb, więc... 

-  Bardzo mi zależy, byście z nami pojechali. 
 Havard  ścisnął  dłoń  żony  ostrzegawczym  gestem.  Mali  zrozumiała,  że  Havard  nie  chce 

jechać do Storhaug. 

-  Obawiam się, że musimy odmówić - powiedziała natychmiast. 
-  No cóż, miło z waszej strony, że przyszliście na pogrzeb - powiedziała Laura ponuro. - I 

ż

e Johannes zagrał. 

Jej wąskie plecy znikły w tłumie.  
Havard odetchnął z ulgą. 
-  Jedziemy do domu - powiedział stanowczo. 
-  Powinniśmy jednak pojechać do Storhaug - stwierdziła Mali, patrząc w ślad za Laurą  i 

Olą Havardem. 

-  Nie sądzę. Już okazaliśmy szacunek zmarłemu. 

background image

Mali  nie  odpowiedziała.  W  drodze  do  sań  ciągle  zatrzymywali  ich  ludzie,  którzy  chcieli 

uścisnąć  dłoń  Johannesowi  i  podziękować  mu  za  grę  na  skrzypcach.  Nie  było  końca 
pochwałom. 

-  Tak, tak, grasz jak ojciec - kiwali głowami. - Ciekawe, skąd oni mają ten wielki talent - 

dziwili się. - W rodzinie ze Stornes nikt do tej pory nie grał. 

Sivert  położył  dłoń  na  ramieniu  syna  i  spojrzał  na  Mali  nad  jego  głową.  W  jego  oczach 

zatańczyły  złote  ogniki  i  nagle  stał  się  tak  podobny  do  Jo,  że  pod  Mali  ugięły  się  kolana. 
Gdyby tylko wiedzieli, pomyślała, gdyby wiedzieli, że jej najstarszy syn jest pół-Cyganem i 
ożenił się ze swą cygańską przyrodnią siostrą. Mali wzruszyła ramionami. Szybko  chwyciła 
Johannesa  za  rękę  i  poszła  w  stronę  sań.  Rodzina  ze  Stornes  jest  całkiem  inna,  niż  się  im 
wydaje, pomyślała z przerażeniem. Całkiem inna. 

  
Chrzciny  Małego  Trygvego  miały  się  odbyć  dwunastego  grudnia,  Marit  Granvold 

rozpoczęła  więc  świąteczne  porządki  znacznie  wcześniej.  Dom  stanął  na  głowie.  Służące 
wzdychały, ale nie odważyły się nic powiedzieć. Prały, polerowały srebra, gotowały, smażyły 
i piekły. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik na ten wielki dzień. 

Marit  przypadł  w  udziale  zaszczyt  trzymania  małego  do  chrztu.  Rumieniła  się  z 

podniecenia,  gdy  tylko  o  tym  wspominano.  Sprawiła  sobie  nawet  nową  suknię  z  tej  okazji. 
Wybrała  się  z  mężem  do  miasta  i  wróciła  obładowana  pakunkami.  Trzeba  było  posłać 
bryczkę  z  Granvold  na  przystań,  bo  nie  unieśliby  sami  tego  wszystkiego.  Wśród  pakunków 
było  kilka  prezentów  świątecznych,  ale  większość  rzeczy  została  kupiona  z  myślą  o 
chrzcinach.  Przywieźli  między  innymi  wspaniały,  żółty  wózek  dziecięcy,  najnowszy  model, 
ze sztywną budką. 

Marit  wciąż  cieszyła  się,  że  w  Granvold  pojawił  się  dziedzic.  Dorbet  miała  u  niej  od  tej 

pory wysokie notowania. Marit chwaliła się synową, wnukiem i własnym synem. Większość 
znajomych  wzdychała  ciężko,  spotykając  ją  w  sklepiku  albo  gdzieś  indziej.  Słyszeli  jej 
opowieść  już  tyle  razy,  że  nie  mieli  ochoty  wysłuchiwać  jej  po  raz  kolejny.  Ale  Marit 
uśmiechała się promiennie, chwytała każdego za rękę i rozpoczynała: 

-    Widziałeś  już  naszego  małego  chłopca?  Posłuchaj  tylko,  jak  się  urodził.  Pogoda  była 

okropna, a drogi nieprzejezdne, gdy Dorbet poczuła bóle. Ola pojechał do Stornes, żeby... 

Opowieściom nie było końca. 
Mały Trygve był tak ładnym chłopcem, że Marit miała powody do dumy. Odziedziczył po 

Dorbet jasne włosy i ciemne oczy. Na razie były ciemnoniebieskie, ale Marit domyślała się, 
ż

e staną się brązowe, gdy mały podrośnie. Wszystkie niemowlęta mają niebieskie oczy. Mały 

Trygve  był  bardzo  spokojny  i  rzadko  płakał.  Dorbet  nie  musiała  przy  nim  czuwać  nocami. 
Gaworzył  i  jadł,  spał  i  rósł,  był  zdrowym  i  dorodnym  chłopcem,  jakiego  można  sobie  tylko 
wymarzyć. Nikt nie miał wątpliwości, że chrzest odbędzie się w zaplanowanym dniu, nawet 
gdyby  zrobiło  się  bardzo  zimno.  Otulony  owczymi  skórami,  ciepło  ubrany,  chłopczyk  na 
pewno dobrze zniesie chłód. 

Dorbet  zaskakująco  szybko  wróciła  do  formy  po  porodzie.  Jedynie  ciężkie  piersi 

zdradzały,  że  jest  karmiącą  matką.  Odzyskała  smukłą  figurę,  z  którą  się  dobrze  czuła.  Nie 
miała ochoty być dłużej taka wielka i nieforemna, choć wiedziała, że zdaniem Oli było jej z 
tym  do  twarzy.  Ale  i  on  nie  miał  nic  przeciwko  temu,  by  Dorbet  wyglądała  jak  dawniej,  i 
ciągle garnął się do niej w łóżku. Dorbet studziła jego zapał, twierdząc, że musi minąć sześć 
tygodni, nim podejmą od nowa współżycie. Nie mówiła, skąd ma te informacje, ale Ola nie 
protestował,  choć  oddech  mu  się  zaczynał  rwać,  a  oczy  zachodziły  mgłą,  ilekroć  patrzył  na 
Dorbet przebierającą się do snu. 

Dorbet  myślała  trochę  o  czekających  ich  intymnych  chwilach.  Nie  miała  ochoty  rodzić 

kolejnych  dzieci,  w  każdym  razie  nieprędko.  W  zasadzie  uważała,  że  wystarczy  im  Mały 
Trygve.  Pogodziłaby  się  z  jeszcze  jednym  dzieckiem,  ale  nie  miała  zamiaru  chować  całej 

background image

gromadki. Nie miała też ochoty na jeszcze jeden tak ciężki poród. Zarazem jednak nie chciała 
wcale  stracić  przyjemności,  którą  dawały  jej  namiętne  noce  w  ramionach  Oli.  Rozumiała 
zresztą, że i tak nie może mu tego odmówić. Pocieszała się więc myślą, że przed ciążą chroni 
ją karmienie i że nie należy do kobiet, które bardzo łatwo stają się brzemienne. Wiele na to 
wskazywało.  Minęło  przecież  sporo  czasu,  nim  pojawił  się  Trygve,  choć  wcale  nie 
zachowywali  ostrożności.  Gdy  więc  tego  wieczoru  Ola  objął  ją  i  szepnął  do  ucha,  że  już 
minęło sześć tygodni, nie okazała niechęci. 

-  Jesteś pewien? 
-  Liczyłem każdy dzień - szepnął namiętnie. 
-  Ale ja nie chcę mieć od razu następnego dziecka - powiedziała Dorbet, wymykając się z 

jego ramion. 

-  Będę bardzo ostrożny. 
Ciekawe, w jaki sposób, pomyślała Dorbet i poczuła, że ogarniają pożądanie. Dawno już 

nie  czuła  się  taka  smukła  i  pociągająca.  Teraz  znów  taka  jestem,  pomyślała  z  uśmiechem  i 
wzburzyła  czuprynę  męża.  Szczupła,  a  zarazem  tak  kobieca,  że  trudno  było  się  nią  nie 
rozkoszować. Ola nie mógł marzyć o niczym więcej. 

-  Jak  ja  za  tobą  tęskniłem  -  mruknął,  całując  ją  w  szyję.  -  Mieć  cię  tak  blisko  -  dodał, 

muskając jej pełne piersi. 

Teraz  Dorbet  poczuła,  że  jej  także  tego  brakowało.  Przyspieszony  oddech  zdradzał  jej 

pożądanie. Zarzuciła mu ręce na szyję i delikatnie ugryzła w ucho. Po chwili nie miała już na 
sobie koszuli nocnej. Gdy leżała nago na łóżku, Ola przerwał na chwilę i spojrzał na nią. 

-  Wielki Boże - jęknął. - Wielki Boże, Dorbet! 
Dłonie  zaczęły  błądzić  po  ciepłych  ciałach,  usta  zaczęły  szukać  ust.  Dorbet  poczuła 

przeszywające  ją  dreszcze.  Myśli  o  niechcianej  ciąży  gdzieś  prysły.  Znikło  wszystko  poza 
rozkoszą.  Objęła  Olę  nogami  i  jęknęła.  Gdy  w  nią  wszedł,  czuła  się  cudownie.  Galopowała 
razem  z  nim,  a  gdy  oboje  dotarli  na  sam  szczyt,  krzyknęła.  Ola  zasłonił  jej  usta  dłonią,  a 
Dorbet ogarnął jeszcze większy płomień. Może ktoś ją usłyszał! Ugryzła Olę lekko w rękę i 
uśmiechnęła  się.  I  co  z  tego,  pomyślała.  Nikt  nie  miałby  nic  przeciwko  jeszcze  jednemu 
dziecku. Nigdy nie było im ze sobą lepiej. Nigdy. 

  
Laura  przeprowadziła  się  do  rodzinnego  domu  razem  z  Olą  Havardem,  tak  jak 

zapowiedziała.  Udało  się  także  załatwić  zmianę  szkoły  na  pewien  czas.  Wszyscy  rozumieli, 
ż

e Laura Storhaug znalazła się w trudnej sytuacji, że powinna mieszkać wśród bliskich. Nikt 

nie  wspominał  o  tym,  że  to  także  najlepsze  rozwiązanie  dla  Oli  Havarda,  ale  sprawa  była 
oczywista. Po pogrzebie chłopiec był wprawdzie blady i wychudzony, ale bardziej ożywiony 
niż przedtem. Wszyscy zauważyli też, że Laura znacznie więcej się nim zajmowała. Ciągle go 
dotykała, mówiła do niego i o nim w znacznie bardziej przyjazny sposób. 

Dwaj  najlepsi  przyjaciele  czuli  się  jak  w  bajce,  od  kiedy  mogli  widywać  się  codziennie, 

również  w  szkole.  Ola  Havard  szybko  się  zadomowił,  pozostali  uczniowie  przyjęli  go 
ż

yczliwie.  Stanowili  z  Johannesem  nierozłączną  parę,  Ola  Havard  często  bywał  w  Stornes. 

Odwiedzał  także  Wzgórze,  a  raz  Johannes  został  na  noc  w  Oppstad.  Zdarzyło  się  to  po  raz 
pierwszy i Johannes opowiadał o tym jeszcze wiele dni później. 

Z  czasem  na  policzkach  Oli  Havarda  pojawiły  się  rumieńce,  chłopiec  często  prosił  o 

dokładkę podczas obiadu. Mali patrzyła na to z radością. Wszyscy dobrze odnosili się do Oli 
Havarda, plotki w zasadzie ucichły. Nie było zresztą o czym mówić, skoro nikt nie robił ze 
sprawy skandalu. 

  
Gdy miało się odbyć doroczne gręplowanie wełny, nocą spadł śnieg. W zasadzie spotkanie 

powinno  się  odbyć  w  Granvold,  ale  z  powodu  przygotowań  do  chrzcin  przeniesiono  je  do 
Oppstad. 

background image

Havard wyniósł worki z wełną i ułożył je w saniach. Miał jakąś sprawę do załatwienia w 

Surnadalen,  nie  mógł  więc  z  nimi  jechać.  Chyba  wcale  tego  nie  żałuje,  pomyślała  Mali. 
Wprawdzie podczas spotkań z Laurą nie padały już bolesne słowa, ale Havard nie chciał mieć 
z nią nic wspólnego. Mówił to wprost i okazywał swoim zachowaniem. Całkiem inaczej było 
z Laurą. W jej mrocznych matowych oczach pojawiał się gorączkowy płomień, gdy spotykała 
Havarda. Mali żal było tej bladej, chudej kobiety, która nie potrafiła ukryć swoich uczuć. Nie 
traktowała  jej  już  jak  rywalki.  Ostatnio  Laura  wydawała  jej  się  dziwnie  zakłopotana  i 
nieszczęśliwa.  Uspokajało  ją  także  zachowanie  Havarda  wobec  Laury.  Traktował  ją  zawsze 
poprawnie, ale z wielkim dystansem. 

Herborg  i  Oja  też  wybierali  się  na  wspólne  gręplowanie.  Tordhild  powiedziała,  że  też 

chętnie  się  wybierze,  dostała  więc  wełnę  na  skarpety  i  rękawice  dla  całej  swojej  rodziny. 
Sivert został w domu. Na początku grudnia miał mieć wielki koncert w Trondheim i korzystał 
z każdej wolnej chwili, by poćwiczyć. 

Gdy  sanie  zatrzymały  się  na  podwórzu  w  Oppstad,  Johannes  natychmiast  wyskoczył. 

Pobiegł  prosto  na  schodki,  by  jak  najprędzej  zobaczyć  przyjaciela.  Zarówno  dzieci,  jak  i 
dorośli  traktowali  gręplowanie  wełny  jako  miłą  odmianę  pośród  codziennych  obowiązków. 
Zwłaszcza  że  nie  brakowało  wówczas  dobrego  jedzenia.  Spotkanie  stanowiło  chwilę 
wytchnienia  w  czasie  przygotowań  do  świąt,  które  szły  już  pełną  parą  we  wszystkich 
gospodarstwach. 

W izbie było pełno ludzi, gdy pojawiła się rodzina ze Stornes. Ostry zapach wełny uderzył 

Mali  w  nozdrza,  gdy  otworzyły  się  drzwi.  Z  trudem  łapała  oddech.  Człowiek  szybko  się  do 
tego  przyzwyczaja,  pomyślała,  kłaniając  się  lekko  wszystkim  znajomym.  W  izbie  siedziała 
też  Dorbet  z  Marit  i  z  Olą.  Mały  Trygve  leżał  w  wózku  w  zacisznym  kącie.  Mali  musiała 
podejść i zerknąć na niego. 

-  Ależ on urósł. 
-  Je  jak  szalony  -  uśmiechnęła  się  Dorbet  z  dumą.  -  Do  kogo  jest  podobny  twoim 

zdaniem? 

-  Po tobie odziedziczył kolory, ale nos ma po ojcu - powiedziała Mali, muskając palcem 

okrągły policzek malca. 

-  To  najpiękniejsze  dziecko  w  całym  Inndalen  -  stwierdziła  Marit,  która właśnie  do  nich 

podeszła. - A jaki grzeczny. W ogóle nie słychać jego głosu. 

-  Oj, krzyczeć to on potrafi - powiedziała Dorbet. 
-  Tak, ale nie za często - broniła wnuka Marit. 
-  Jakie to dziwne - powiedziała Lisbeth, gdy znaleźli sobie miejsca na kanapie. - Nie tak 

dawno dzieci były małe. A teraz obie jesteśmy babciami, Mali. 

-  Czas płynie - pokiwała głową Mali. - Tej jesieni minęło już dwadzieścia siedem lat, od 

kiedy zamieszkałam w Stornes. Ile się zdarzyło przez te wszystkie lata. 

Przez chwilę rozmawiały o dawnych czasach, o tym, kto umarł i kto się urodził. 
-   Co  słychać  u  starych  gospodarzy  w  Innstad?  -  zapytała  Mali,  zerkając  na  Sigrid.  - 

Strasznie dawno tam nie byłam. 

-  Wszystko w porządku - powiedziała Sigrid. - Zaczynają powoli odczuwać swoje lata, ale 

człowiek w tym wieku ma przecież prawo do zadyszki i zmęczenia. 

-  A ile lat ma teraz stary Olaus? 
-  Latem skończył osiemdziesiąt siedem. A Halldis osiemdziesiąt cztery. 
-  No  tak,  można  powiedzieć,  że  są  naprawdę  dorośli  -  stwierdziła  Lisbeth.  -  Ty  jesteś 

jeszcze  całkiem  młoda  -  uśmiechnęła  się  do  swojej  teściowej,  Asbjorg  Oppstad,  która 
siedziała ze zgrzebłem i formowała zgrabne zwoje z wyczesanej wełny. 

-  Gdyby nie reumatyzm, nie miałabym żadnych powodów do narzekania - pokiwała głową 

Asbjorg.  -  Ale  starzy  Innstadowie  są  rzeczywiście  w  dobrej  formie.  Zaglądam  tam  raz  albo 

background image

dwa  razy  w  tygodniu,  tak  miło  się  z  nimi  rozmawia.  Wiele  razem  przeżyliśmy  tu  we  wsi.  I 
tyle się zmieniło przez ten czas. 

-  Gręplowanie wełny wygląda w zasadzie tak samo jak dawniej - stwierdziła Marit. - Nie 

wszystko zmienia się tak szybko. 

I  to  była  prawda.  Mali  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  by  kiedykolwiek  te  spotkania 

wyglądały  inaczej.  Od  kiedy  tu  zamieszkała,  pomagali  sobie  nawzajem  w  ten  sam  sposób. 
Jakby  czas  się  zatrzymał  tu  nad  fiordem.  Wiele  się  zmieniło  w  ciągu  minionych  lat,  ale 
zmiany zaszły przede wszystkim w miastach. W tej małej wsi prawie wszystko toczyło się jak 
dawniej. 

Otworzyły się drzwi do izby i stanęła w nich Laura. Po raz pierwszy, od kiedy tajemnica 

pochodzenia  Oli  Havarda  wyszła  na  jaw,  Mali  znalazła  się  w  tak  wielkim  towarzystwie. 
Zastanawiała się, czy ktoś teraz skomentuje sprawę. Spojrzała pospiesznie na Johannesa i Olę 
Havarda,  którzy  leżeli  na  podłodze  koło  pieca  i  bawili  się  drewnianymi  samochodzikami. 
Miała nadzieję, że nie padną słowa, które mogłyby chłopców zranić. Zauważyła już, że obaj 
słyszą i rozumieją znacznie więcej, niż się wszystkim wydaje. 

-  Co  się  dzieje  z  Laurą?  -  szepnęła  Marit,  pochylając  się  ku  Mali.  -  Wygląda  jak  duch. 

Chyba nie tylko z powodu śmierci syna? 

-  Nie wiem - odparła cicho Mali. - Ktoś mi mówił, że nie jest całkiem zdrowa. 
-  Chyba  rzeczywiście  -  potwierdziła  Marit  i  spojrzała  ukradkiem  na  Laurę,  która 

nakrywała do stołu.  -  Że też Havard okazał się ojcem Oli Havarda - ciągnęła, przeszywając 
Mali swym ciekawskim, wiewiórczym spojrzeniem. - Co za zaskoczenie. 

-  Nie dla mnie - odparła Mali sucho. - Zawsze o tym wiedziałam. Ale stwierdziliśmy, że 

będzie lepiej trzymać to w tajemnicy i... 

-  To  było  najlepsze  rozwiązanie,  póki  trwało  małżeństwo  Laury  z  Olą  -  orzekła  Marit.  - 

No i skoro o wszystkim wiedziałaś... 

-  Ola Havard powinien dowiedzieć się o tym wcześniej - przyznała Mali. - Mam nadzieję, 

ż

e uda nam się to teraz naprawić. 

-  Bardzo ładnie z waszej strony, że zajęliście się chłopcem - pochwaliła Marit. - Chociaż o 

niczym  nie  wiedział.  Ale  pomyśleć,  że  Havard...  No  tak,  różnie  bywa  -  dodała  znacząco  i 
spojrzała na Mali. 

Mali  znów  zwróciła  uwagę  na  to,  jak  Laura  odnosi  się  do  syna.  Ciągle  podchodziła  do 

chłopców  i  coś  do  nich  mówiła,  przy  stole  siedziała  obok  Oli  Havarda  i  pomagała  mu 
smarować  chleb  masłem,  choć  Mali  doskonale  wiedziała,  że  poradziłby  sobie  sam.  Podczas 
odwiedzin w Stornes zawsze sam smarował chleb. Ale może Laura o tym nie wie, pomyślała. 
Nie zna dobrze swojego syna. Na razie. 

Troska  i  zainteresowanie  matki  wyraźnie  służyły  chłopcu.  Jego  twarz  się  rozjaśniała, 

ilekroć Laura coś do niego mówiła, zgadzał się chętnie, by mu smarowała chleb. Od czasu do 
czasu spoglądał na matkę z takim oddaniem, że Mali nie mogła opanować wzruszenia. Miała 
nadzieję, że to rzeczywiście początek dobrych i bliskich relacji między matką a synem. Nikt 
nie zasługuje na to bardziej niż Ola Havard, pomyślała. 

To  był  długi  dzień.  Gdy  wreszcie  wszyscy  się  spakowali,  było  jasne,  że  w  tym  roku  nie 

wystarczy jedno spotkanie przy gręplowaniu i czyszczeniu wełny. 

-  W  takim  razie  spotkamy  się  w  Granvold  po  świętach  -  powiedziała  Marit.  -  Gdy  tylko 

będziemy mieć za sobą chrzciny i Boże Narodzenie. Prawda, Dorbet? 

Mali  zauważyła,  że  Dorbet  zarumieniła  się  z  radości,  że  ma  o  tym  współdecydować. 

Trzymała Małego Trygvego na rękach i uśmiechała się promiennie. 

-  Oczywiście, będzie nam bardzo miło - uśmiechnęła się. - Ale najpierw zobaczymy was 

wszystkich na chrzcinach, prawda? 

Wszyscy  pokiwali  głowami.  Mężczyźni  wynieśli  worki  do  sań,  które  wkrótce  zaczęły 

sunąć po kolei i znikać w popołudniowym mroku. 

background image

-  Daj  znać,  kiedy  Ola  Havard  będzie  mógł  przyjść  do  Stornes  -  powiedziała  Mali  do 

przechodzącej Laury. - Może mógłby pomieszkać u nas przez parę dni przed świętami. Dzieci 
mają tyle radości z przygotowań do świąt, Johannes bardzo często u nas teraz bywa. 

-  Dobrze  -  skinęła  głową  Laura.  -  I  dziękuję,  że  tak  dobrze  przyjęliście  to,  że 

powiedziałam o Hayardzie... Nie powinnam tego robić, ale tego dnia nie byłam sobą. 

-  Myślę,  że  to  było  najlepsze  rozwiązanie  dla  wszystkich  -  powiedziała  Mali  ściszonym 

głosem. - Wszystko tak dobrze się teraz układa. 

-  Rozumiem i cieszę się. 
Laura nagle skuliła się i przycisnęła dłoń do brzucha. Pobladła jeszcze bardziej. 
-  Co się dzieje? - zapytała Mali, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Jesteś chora? 
Laura z trudem chwytała oddech. Po chwili wyprostowała się. Na jej czole perlił się pot. 
-  Wszystko w porządku - powiedziała. - Chyba coś mi zaszkodziło. 
Mali była pewna, że nic jej nie zaszkodziło. Gdy siedząc już w saniach, obejrzała się, by 

ostatni  raz  spojrzeć  na  dwór,  ogarnął  ją  niepokój.  Oby  tylko  nie  zdarzyło  się  kolejne 
nieszczęście  teraz,  gdy  wszystko  w  życiu  Oli  Havarda  zaczęło  układać  się  tak  dobrze. 
Chłopiec doświadczył już tyle zła. Mali zmrużyła oczy, patrząc w stronę ganku, ale nikt już 
na nim nie stał. 

 
ROZDZIAŁ 4. 
  
-  To naprawdę piękny dzień na chrzciny - powiedział Havard, wchodząc do domu po tym, 

jak wciągnął na maszt flagę w ten jasny grudniowy poranek. - I nie jest tak strasznie zimno, w 
każdym razie da się wytrzymać. 

Mali wyjrzała przez okno. Słońce było już wysoko ponad górami, ale jego promienie nie 

dotarły jeszcze do wsi. Nie o tej porze roku. Słońce nie docierało tu przez sześć tygodni przed 
Bożym  Narodzeniem  i  przez  sześć  tygodni  po  świętach.  W  tym  okresie  widywali  tylko 
odbicie  słonecznego  światła  na  górskich  szczytach.  Ale  dzień  był  spokojny  i  ładny.  Flaga 
łopotała lekko na wietrze od Stortind. 

-  Mały  Trygve  jest  już  całkiem  duży  i  pulchny,  nic  mu  nie  będzie,  nawet  jak  się  trochę 

ochłodzi - stwierdziła Mali. - Ciekawe, kiedy się zjawią wszyscy ze Wzgórza? Nie możemy 
wyruszyć, póki nie przyjdą. 

-  Przyjdą - uspokoił ją Havard, poprawiając krawat. - Sivert i Johannes mają przecież grać. 
-  Oby tylko im dobrze poszło. 
-  Dobrze im pójdzie - stwierdził Havard. - Potrafią grać. Zadzwonimy na Wzgórze? 
-  Nie. Mamy jeszcze dużo czasu - powiedziała Mali. - Oja już gotowy, Herborg? 
-  Goli się jeszcze, ale zaraz przyjdzie - odparła Herborg, podnosząc się, by położyć Małą 

Mali do kołyski po karmieniu. W dalszym ciągu karmiła ją piersią, choć już znacznie rzadziej. 
Ale  ponieważ  Herborg  też  się  wybierała  do  kościoła  i  miała  zamiar  zostawić  małą  z  Ane, 
zdecydowała się na dodatkowe karmienie. 

-  Teraz możesz jej dać kaszy, jeśli będzie głodna, Ane - powiedziała z lekkim niepokojem. 
-  Będę jej pilnowała jak własnego dziecka - uśmiechnęła się Ane uspokajająco i podeszła 

do kołyski, by zerknąć na małą, która spała z palcem w buzi. 

Mała  Mali  miała  już  prawie  dziesięć  miesięcy.  Była  pogodnym,  żywym  dzieckiem  o 

wielkich,  brązowych  oczach  i  miękkich  wioskach,  które  wiły  się  wokół  kształtnej  główki. 
Każdy,  kto  ją  tylko  zobaczył,  twierdził,  że  jest  śliczna.  Jak  aniołek,  pomyślała  Mali  z 
uśmiechem.  Aniołek  o  żelaznej  woli.  Mała  Mali  nie  zwykła  się  poddawać,  jeśli  czegoś 
chciała. Potrafiła krzyczeć bardzo głośno, ale jej babcia cieszyła się z tej cechy. Przyda się jej 
silna wola, gdy kiedyś w przyszłości będzie zarządzać Stornes. 

-  Możesz  być  całkiem  spokojna,  Herborg  -  zapewniła  Mali.  -  Małej  włos  z  głowy  nie 

spadnie. Ane zajmowała się wszystkimi maluchami w tym domu, ma wprawę. 

background image

-  Nie chodzi o to, że nie ufam Ane, ale te parę godzin bez małej... 
-   Musisz  od  czasu  do  czasu  gdzieś  bywać,  Herborg  -  powiedziała  Mali.  -  Jesteś  jeszcze 

młoda, musisz widywać ludzi. Nikt ci nie zarzuci, że jesteś złą matką i gospodynią. 

Herborg  zarumieniła  się  i  poprawiła  wstążkę  na  szyi.  Herborg  to  błogosławieństwo 

zarówno  dla  Oi,  jak  i  dla  gospodarstwa,  pomyślała  Mali,  spoglądając  na  synową.  Herborg 
radziła  sobie  tym  lepiej,  im  trudniejsze  zadania  otrzymywała.  Pogodna  i  miła,  wywoływała 
uśmiech  na  wszystkich  twarzach.  Oja  zmienił  się  nie  do  poznania,  gdy  pojawiła  się  w  jego 
ż

yciu.  Mali  przypomniała  sobie  trudne  dorastanie  syna,  gdy  nieustannie  dochodziło  do 

dyskusji i kłótni, a ona z lękiem myślała o chwili, gdy ten uparty i krnąbrny chłopak będzie 
razem  z  nią zarządzał  gospodarstwem.  Obawiała  się  tego  wówczas.  Ale  dzięki  Herborg  Oja 
stał  się  spokojnym  i  rozsądnym  młodzieńcem,  który  się  często  uśmiechał.  Nietrudno  było 
zauważyć, że uwielbia żonę i córkę. Przedtem był zamknięty w sobie i małomówny, a teraz 
nie ukrywał swego zadowolenia. Choć na pewno wielkim ciosem była dla nich informacja, że 
najprawdopodobniej nie będą mieć więcej dzieci, to wszystko wskazywało na to, że udało im 
się razem przez to przejść. Mali nie słyszała, by kiedykolwiek ktoś o tym wspominał. 

  
Długie stoły  w  Granvold stały  przykryte białymi  obrusami i udekorowane świecami oraz 

kolorowymi  roślinami doniczkowymi. Już w sieni pięknie pachniało  rosołem. Mali poczuła, 
ż

e jest głodna. Sporo czasu upłynęło od śniadania. 

Johannes wpadł do środka ze skrzypcami pod pachą i zarumienionymi po długiej podróży 

policzkami. 

-  Pięknie grałeś w kościele - pochwaliła go Mali. - Co to była za melodia? 
-  To  kompozycja  ojca  -  odparł  Johannes  i  chciał  położyć  skrzypce  na  stole,  na  którym 

leżały już czapki i kapelusze. 

-  Nie, nie - wstrzymał go Sivert, który właśnie wszedł do środka razem z Tordhild. - Nie 

kładź tam skrzypiec. Zaraz zapytamy Marit o jakieś bezpieczne miejsce. 

Wtedy właśnie zjawiła się Marit. Gospodyni przyjęcia pierwsza wyruszyła spod kościoła. 

Musieli  szybko  jechać,  pomyślała  Mali.  Bo  Marit  była  zarumieniona,  podekscytowana  i 
rozpromieniona. 

-  Witajcie  -  uśmiechnęła  się.  -  To  była  przepiękna  uroczystość.  Tak  pięknie  graliście, 

Johannes! Nie wiedziałam, że masz taki talent. 

Johannes  trochę  się  zawstydził  i  zostawił  kurtkę  matce.  A  potem  prześlizgnął  się  pod 

ramieniem Marit i znikł w izbie. 

Goście wciąż się schodzili. W sieni zrobiło się ciasno, więc Mali weszła do izby razem z 

Sivertem i Tordhild. Oja zawiózł Herborg do Stornes, żeby mogła nakarmić Małą Mali przed 
obiadem. 

W izbie było już dużo ludzi. Mali spostrzegła, że Dorbet zmieniła suknię. W kościele była 

spocona  i  podekscytowana,  ale  teraz  znów  wyglądała  świeżo  i  elegancko.  Stała  razem  z 
mężem  przy  stole  i  przyjmowała  podarunki.  Sekretarzyk  służył  jako  stół  na  prezenty.  Mali 
zauważyła, że leży tam już mnóstwo ślicznych rzeczy. Dzień obfitości, pomyślała. 

-  Wszystkiego najlepszego - ukłonili się Sigrid z Bengtem. - To był piękny chrzest. I jak 

cudownie grali panowie ze Wzgórza. 

-  Ja  też  za  każdym  razem  jestem  mile  zaskoczona  -  wyznała  Mali.  -  Nie  grą  Siverta,  ale 

tym, że Johannes jest taki zdolny. To wspaniałe. 

-  Będzie muzykiem, tak jak ojciec - stwierdził Bengt. 
-   Johannes  ma  tyle  różnych  planów  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Trudno  powiedzieć,  co 

przyszłość przyniesie. 

-  Ale bierze lekcje? - zainteresowała się Sigrid. 

background image

-  Na razie uczy go ojciec, ale zastanawiają się właśnie, czy go nie posłać do tego muzyka 

w Kvannes, który się nazywa Tormod Lia. Ja go tak dobrze nie znam, ale Sivert twierdzi, że 
jest bardzo dobry. Zobaczymy. 

-  A Dorbet i Ola dobrze się miewają? - Sigrid wskazała głową na młodą parę. 
-  Dobrze - odparta Mali. - Tu w Granvold dobrze się dzieje. Dorbet ostatnio dużo haftuje i 

zaczęła szyć stroje regionalne dla siebie i dla Marit. Haft będzie tylko na bluzce, ale za to ma 
sporo pracy z szyciem. Zwłaszcza że cały czas pracuje przecież dla Bakkena. I jeszcze przez 
cały dzień zajmuje się małym. W tej sytuacji nie może pełnić wszystkich obowiązków młodej 
gospodyni,  jak  tego  chciała  Marit.  Na  początku  był  to  spory  problem  -  przyznała  Mali 
szczerze. - Ale na szczęście wszystko się ułożyło, gdy się urodził dziedzic. 

-  U  was  też  wszystko  dobrze?  Po  tym,  jak  się  wyjaśniło,  kto  jest  ojcem  Oli  Havarda?  - 

zapytała Sigrid ściszonym głosem. 

-  Tak,  wszystko  poszło  tak,  jak  przewidywałaś  -  pokiwała  głową  Mali.  -  Ludzie  szybko 

dali  sobie  spokój.  Nie  wydarzyła  się  żadna  sensacja,  więc  nie  ma  żadnego  interesującego 
tematu do plotek. 

-  Cieszę  się,  że  prawda  wyszła  na  jaw  -  powiedziała  Sigrid.  -  Zdaje  się,  że  z  Olą 

Havardem też wszystko w porządku. 

-  Teraz  już  tak  -  powiedziała  Mali.  -  Na  samym  początku  był  bardzo  rozgoryczony,  co 

zresztą rozumiem. Ale na szczęście dzieci są wyrozumiałe. W każdym razie Ola Havard jest 
wyrozumiały. 

-  A Laura? 
-  Ona też się zmieniła. Nie wiem, co się stało, ale zajęła się synem tak, że aż dziw bierze. 
-  Wygląda, jakby nie była całkiem zdrowa. 
-  Bo chyba nie jest - stwierdziła Mali. - Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego. 
Ola  zaklaskał,  podziękował  wszystkim  za  piękne  prezenty  i  zaprosił  do  stołu.  Powstało 

pewne zamieszanie, nim wszyscy znaleźli sobie miejsca i usadowili się. Mali zauważyła, że 
Oja  i  Herborg  już  wrócili.  Usiedli  nieco  dalej  i  rozmawiali  właśnie  żywo  z  młodymi 
dziedzicami  z  Oppstad  i  Innstad,  który  przyjechali  na  chrzciny  z  żonami.  Mali  dziwnie  się 
czuła, patrząc na nich wszystkich tak wystrojonych. Ci chłopcy chodzili przecież do szkoły z 
Sivertem.  Mali  wydawało  się,  że  to  było  dopiero  wczoraj.  A  teraz  patrzyła  na  gospodarzy, 
którzy  mieli  żony  i  dzieci  oraz  perspektywę  odziedziczenia  majątków.  Mali  westchnęła  i 
odgarnęła włosy z czoła. 

-  Mówiłaś coś? - zapytał Havard, który siedział koło niej. 
-  Nie, tylko poczułam się taka stara - odparła Mali.  
Ale oczy jej się śmiały. 
  
W  izbie  zrobiło  się  z  czasem  gorąco.  Obiad  się  skończył  i  na  stole  pojawiły  się  ciasta. 

Ochrzczone  dziecko  po  sesji  fotograficznej  z  rodzicami,  dziadkami  i  rodzicami  chrzestnymi 
zostało nakarmione na poddaszu, ułożone wygodnie w kołysce i tam przespało całe przyjęcie. 
Izbę  wypełniał  jednostajny  szmer  rozmów.  Nagle  rozległo  się  głuche  uderzenie.  Ludzie 
zaczęli krzyczeć. 

-  Na Boga, co się dzieje? - przestraszona Mali obróciła się w tamtą stronę. 
-  Mamo! Mamo! 
Pośród hałasu dał się słyszeć cienki, pełen przerażenia głos Oli Havarda. Ludzie pochylali 

się nad kimś, kto leżał na podłodze. Mali stwierdziła ku swemu przerażeniu, że to Laura. 

-  Havard, musimy im pomóc! 
-  Przynieście zimny ręcznik - powiedziała, podchodząc do ciekawskich, którzy tłoczyli się 

wokół  chorej.  -  I  odsuńcie  się,  ona  potrzebuje  powietrza  -  komenderowała,  klękając  koło 
Laury. 

background image

Havard  podał  jej  poduszkę  z  kanapy.  Mali  ostrożnie  podłożyła  ją  pod  głowę  Laury. 

Odsunęła  długie  włosy  z  bladej  twarzy.  Pot  perlił  się  na  czole  i  nad  górną  wargą  chorej. 
Tętnica pulsowała gwałtownie pod cienką, napiętą skórą na szyi. Ola Havard przytulił się do 
Mali z rozszerzonymi ze strachu źrenicami. Wzięła go za rękę i mocno ją ścisnęła. 

-  Tu jest ręcznik - powiedziała Lisbeth, klękając koło Mali. - Co się jej stało? 
-  Myślałam, że czegoś się dowiem od ciebie - powiedziała cicho Mali. - Chyba zasłabła. 

Okropnie tu gorąco. 

Lisbeth spojrzała na Mali i kiwnęła głową. 
-  Później porozmawiamy - szepnęła. 
Laura zaczęła się ruszać. Uniosła powieki. Spojrzała na Olę Havarda, który stał przerażony 

z oczami pełnymi łez. 

-  Chyba cię przestraszyłam, mój chłopcze - powiedziała cicho. - Nie miałam zamiaru. 
Wyciągnęła szczupłą dłoń i chwyciła go za rękę. 
-  Nie bój się - szepnęła z wysiłkiem. - To z gorąca. Źle znoszę zaduch. 
Obróciła powoli głowę i spojrzała na Mali. 
-  Czy ktoś mógłby mi pomóc przejść do innego pokoju, żebym doszła do siebie? Pojadę 

do domu, gdy tylko poczuję się na siłach. 

Havard  i  Ola  wzięli  ją  pod  ramiona  i  pomogli  się  podnieść.  Próbowała  bagatelizować 

wszystko drżącym śmiechem. 

-  Przepraszam.  Wszystko  będzie  dobrze  -  powiedziała  do  wszystkich,  którzy  patrzyli  na 

nią pytającym wzrokiem. - Za gorąco tutaj. 

Marit pokazała drogę do jednego z pokoi.  Laura  położyła się na łóżku, które tam stało, i 

zasłoniła  twarz  ramieniem.  Havard  i  Ola  wyszli  po  cichu,  zabierając  ze  sobą  Marit.  Tylko 
Mali została przy chorej. Dopiero po chwili zorientowała się, że Laura płacze. Łzy wypływały 
powoli spod zakrywającego twarz ramienia. 

-  Co się dzieje, Lauro? - zapytała Mali ściszonym głosem. 
-  Jestem zmęczona. 
-  To coś więcej. Jesteś chora. 
Laura odsłoniła twarz i ciemne oczy wypełnione łzami. 
-  Wiesz już? 
-  Wiem tylko tyle, ile widzę - odparła Mali. 
Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Tylko zegar na ścianie tykał. Z izby docierał szum 

głosów i śmiechów. 

-  Tak bardzo się boję o Olę Havarda. 
-  Dlaczego? 
-  Jeśli ja... Boję się, że zostanie zupełnie sam. 
-  Ma  przecież  rodzinę  w  Oppstad  i  w  Storhaug  -  stwierdziła  Mali.  -  I  ma  jeszcze  nas, 

wiesz przecież. Dlaczego miałby zostać sam? 

-  Jestem chora - szepnęła Laura z wysiłkiem. 
-  Na pewno wyzdrowiejesz.  
Laura powoli pokręciła głową. 
-  Niedługo umrę, Mali. 
Pod  Mali  ugięły  się  nogi.  Poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy,  i  przycisnęła  dłoń  do 

serca. Od pewnego czasu tego właśnie się obawiała, choć nie chciała się przyznać. Nie mogła 
znieść  myśli,  że  Ola  Havard  miałby  stracić  jeszcze  matkę.  Zwłaszcza  teraz,  gdy  wreszcie 
okazała mu trochę serca. Ten biedny chłopiec stracił już tak dużo, pomyślała. 

-  Co ci jest? - szepnęła. Usiadła na krawędzi łóżka i wzięła Laurę za rękę. 
-  Mam raka żołądka. 
-  Jesteś pewna? 
Laura zaśmiała się z goryczą. 

background image

-  Wolałabym nie mieć tej pewności. 
Znów zapadła cisza. Tylko zegar tykał w swoim rytmie. 
-  Czy Ola Havard coś wie? 
-  Tylko to, że nie jestem całkiem zdrowa. Nie wiem, jak mam... 
Przełknęła z trudem ślinę. Łzy znów zaczęły jej spływać po policzkach. 
-  Chciałam zapytać, czy ty i Havard moglibyście mu powiedzieć, że... że ja nie... On was 

tak kocha. - W jej głosie było tyle bólu. 

-  Oczywiście,  że  to  zrobimy  -  przytaknęła  Mali  i  ścisnęła  dłoń  Laury,  choć  nie  miała 

pojęcia,  jak  to  powiedzą  małemu.  Na  samą  myśl,  że  ma  przekazać  chłopcu  taką  nowinę, 
zaczęło ją coś palić w żołądku. 

-  Dziękuję  -  westchnęła  Laura.  -  Nie  byłam  miła  ani  dla  ciebie,  ani  dla  Havarda.  Nie 

oczekuję, że... 

-  Zrobimy wszystko dla Oli Havarda. 
-  Nienawidzisz mnie, Mali? 
Mali  nie  odpowiedziała  od  razu.  Spojrzała  na  tę  bladą,  wychudzoną,  zapłakaną  twarz  i 

westchnęła. 

-  Nie - powiedziała cicho. - Już nie. 
-  Przyjdziecie  do  mnie  któregoś  dnia  razem  z  Havardem,  żeby  porozmawiać?  Muszę  z 

wami porozmawiać, zanim... 

Laura chwyciła Mali za rękę. 
-  Przyjdziesz? Przyprowadzisz Havarda? Obiecujesz? Mali kiwnęła głową. Nie wiedziała, 

co na to powie Havard, ale to nie miało znaczenia. Nie wolno odmawiać umierającemu tego, 
co może uspokoić jego sumienie. Zwłaszcza jeśli umierająca jest Laura, matka Oli Havarda. 
Ze względu na chłopca Havard pójdzie do Laury. 

-  Czy  Ola  Havard  mógłby  zamieszkać  w  Stornes  na  jakiś  czas?  W  Oppstad  nie  będzie 

chyba zbyt wesoło. 

-  Oczywiście, że mógłby - potwierdziła Mali. 
-  Mogłabyś  zawołać  Lisbeth,  Mali?  Spróbuję  teraz  pojechać  do  domu,  do  Oppstad.  To 

było moje ostatnie przyjęcie. 

Mali  podniosła  się.  Przez  chwilę  stała  i  patrzyła  na  Laurę.  Przez  ostatnie  lata  nosiła  w 

sobie  tyle  gniewu  na  Laurę.  Nienawidziła  jej  i  bała  się  jej.  Lękała  się  władzy,  którą  tamta 
miała  nad  Havardem.  Teraz  żal  jej  było  tej  wychudzonej  kobiety,  która  miała  niedługo 
umrzeć. 

-  Zawołam Lisbeth - powiedziała cicho. - A któregoś dnia przyjedziemy do ciebie oboje z 

Havardem. 

Gdy  sięgała  do  klamki,  usłyszała,  że  Laura  mówi  „dziękuję".  Bardzo  cicho,  jakby  tylko 

westchnęła. Mali zadrżała, jakby poczuła oddech śmierci na plecach. 

  
ROZDZIAŁ 5. 
  
Ola  Havard  podbiegł  szybko  do  Mali,  gdy  tylko  wyszła  z  pokoju.  Tuż  za  nim  pędził 

Johannes. 

-  Co z mamą? 
-  Źle się poczuła - powiedziała Mali ostrożnie. - Myślę, że to z gorąca. Teraz pojedzie do 

domu. Wszystko będzie dobrze, Ola Havardzie. 

Ź

le  się  czuła,  kłamiąc.  Ale  w  tej  sytuacji  nie  mogła  postąpić  inaczej.  Jeśli  oboje  z 

Havardem mają mu powiedzieć, co naprawdę jest Laurze, muszą to zrobić sam na sam. To nie 
będzie łatwe, zasępiła się, głaszcząc chłopca po głowie. 

-  Mama zastanawia się, czy nie miałbyś ochoty przyjechać na parę dni do nas, do Stornes. 
Twarz chłopca się rozjaśniła, ale po chwili znów się zmartwił. 

background image

-  Muszę być z mamą, skoro jest chora. 
-  No tak, ale Laura uważa, że będzie lepiej, jeśli zamieszkasz w Stornes... 
Ola Havard zaczął się zastanawiać. 
-  Przyjedź do Stornes - poprosił Johannes. - Mógłbyś czasem nocować u mnie. 
To przesądziło sprawę. Ola Havard skinął głową i po chwili obaj z Johannesem pobiegli na 

ciastka do stołu. 

-  Co z Laurą? - spytała zaniepokojona Marit. 
-  Już  lepiej  -  odparła  Mali.  -  Chyba  chciałaby  pojechać  do  domu,  więc  muszę  znaleźć 

Lisbeth. 

-  Laura chce wracać do domu - powiedziała Mali cicho, gdy wreszcie znalazła Lisbeth. - 

Powiedziała mi, że ma raka żołądka, więc wiem, o co chodzi. 

Odgarnęła włosy i wzięła głęboki oddech. 
-  Obawiam  się,  że  jest  bardzo  źle  -  westchnęła.  -  Laura  prosiła,  żebyśmy  z  Havardem 

powiedzieli  małemu, że ona...  że  niewiele  czasu jej  zostało.  Nie  wiem,  jak  mamy  to  zrobić, 
ale musimy spróbować. Powinien być na to przygotowany. 

-  Cieszę się, że nie mnie to przypadnie w udziale - powiedziała Lisbeth. - Niełatwo mi z 

tym, że Laura będzie mieszkać w Oppstad przez ten czas, który jej pozostał. Nie dlatego, że 
tego nie chcę, ale dlatego, że to takie straszne. 

Mali w milczeniu pokiwała głową. 
-  Laura chce, żeby Ola Havard pojechał z nami do Stornes dziś wieczorem. Co ty na to? 
-  Dobry  pomysł  -  powiedziała  Lisbeth.  -  Nie  chcę,  żeby  chłopak  patrzył,  jak  jego  matka 

jest coraz bardziej chora i jak umiera. 

-  Myślisz, że to szybko nastąpi? 
-  Nie wiem, ale tak mi się wydaje. Laura straciła chęć do życia po śmierci Oli Pedera. Jeśli 

będzie wiedziała, że Ola Havard jest bezpieczny... Myślę, że wtedy całkiem się podda. 

-   Co  się  wtedy  stanie  z  Olą  Havardem?  -  zapytała  Mali  w  obawie,  że  zdaniem  Lisbeth 

chłopiec  powinien  zostać  w  Stornes  po  śmierci  matki.  Mali  oczywiście  chciała  mu  pomóc. 
Ale przejęcie odpowiedzialności za jego wychowanie to całkiem inna sprawa. 

-  Nie  wiem...  Na  razie  sądzę,  że  powinien  przenieść  się  do  Oppstad.  Przynajmniej  na 

samym  początku.  Wtedy  mógłby  też  widywać  się  często  z  ojcem,  a  to  dla  niego  na  pewno 
bardzo ważne. Stary Storhaug zajmuje się gospodarstwem i pewnie będzie to robił, póki mu 
starczy  sił.  Potem  trzeba  będzie  oddać  gospodarstwo  w  dzierżawę  do  czasu,  aż  Ola  Havard 
dorośnie  na  tyle,  by  je  przejąć.  To  potrwa  jeszcze  parę  lat.  Ale  kto  wie,  może  starzy  dadzą 
radę zajmować się wszystkim do tego czasu i Ola Havard przejmie gospodarstwo od swojego 
dziadka. No cóż, dziadka-niedziadka - dodała posępnie. 

Mali  pokiwała  tylko  głową.  Co  będzie,  to  będzie,  pomyślała.  Ola  Havard  musi  mieć 

kontakt ze swoim ojcem. 

  
-  Co mu powiemy? 
Havard leżał w łóżku i spoglądał na Mali, która siedziała koło komody, szczotkując włosy. 
-  Musimy po prostu powiedzieć, jak się rzeczy mają - stwierdziła. - Ale trochę zaczekamy. 

Mam nadzieję, że to się jednak dobrze skończy. 

-  Tak sądzisz? 
-  Nie,  w  zasadzie  nie  -  przyznała  Mali.  -  Laura  nie  powiedziałaby  tego,  co  powiedziała, 

gdyby miała jakąś nadzieję. Ale chciała z nami porozmawiać, więc powinniśmy zaczekać do 
tej rozmowy. 

-  Nie mam o czym rozmawiać z Laurą. - W głosie Havarda była lekka niechęć. 
-  Ona umiera, Havardzie!  
Havard poruszył się nerwowo. 
-  Czego ona chce? 

background image

-  Tego nie wiem, ale musimy do niej pójść. 
Mali skończyła szczotkowanie włosów, wślizgnęła się do łóżka i położyła się z głową na 

piersi Havarda. On objął ją ramieniem i mocno przytulił. 

-  Myślę,  że  jest  bardzo  źle  -  powiedziała  cicho.  -  Zwłaszcza  dla  Oli  Havarda.  Biedny 

chłopak. Co z nim będzie? 

-  Ma przecież rodzinę. 
-  Ale  straci  matkę  -  rzekła  Mali.  -  Chociaż  do  niedawna  wcale  nie  była  szczególnie 

troskliwą matką... Ostatnio jednak się zmieniła. 

-  Owszem, nie zachowywała się jak matka. 
-   Jest  w  tym  coś  dziwnego  -  stwierdziła  Mali.  -  Dziecko  bez  względu  na  wszystko  jest 

przywiązane do swojej matki. 

-  Uważam,  że  jesteś  wspaniałomyślna  -  powiedział  Havard,  głaszcząc  ją  po  głowie.  - 

Laura wyrządziła ci wiele złego. 

-  Nie ona jedna - powiedziała Mali cicho. - Ale nie mogę odtrącić ręki kogoś, kto... 
-  Nie,  nie  to  mam  na  myśli.  Chodzi  o  to,  że  przyjęłaś  Olę  Havarda,  jakby  był  twoim 

własnym synem... 

-  Przecież  jest  twój  -  powiedziała.  -  Kiedy  się  pobieraliśmy,  przyjąłeś  dwójkę  moich 

dzieci, jakby były twoje - przypomniała mu. - Nie zapomniałam o tym. 

Przez chwilę leżeli w ciszy przytuleni. Havard głaskał ciepłą dłonią jej plecy. Mali uniosła 

głowę i spojrzała na niego. 

-  Mamy wiele szczęścia, i ty, i ja - szepnęła. - Stać nas na wspaniałomyślność. 
Przyciągnął  ją  do  siebie  i  pocałował.  Ułożyła  się  wygodniej  na  jego  piersi  i  westchnęła 

lekko. Gdy jego dłoń wsunęła się pod jej koszulę nocną, nie była pewna,  czy ma ochotę na 
coś  więcej.  W  głowie  miała  same  kłopoty  i  zmartwienia.  Gdy  jednak  otworzyła  usta,  by 
zaprotestować,  Havard  zamknął  je  pocałunkiem.  I  wtedy  od  razu  pojawiło  się  pożądanie. 
Słodycz, zagarniająca całe ciało. 

-  Hej - uśmiechnęła się. - O czym ty myślisz?  
Roześmiał  się  niemal  chłopięcym  śmiechem.  Ujął  w  dłonie  jej  miękkie,  ciepłe  piersi. 

Położył  ją  na  łóżku  i  ściągnął  z  niej  koszulę.  Głowa  Mali  zrobiła  się  nagle  całkiem  lekka. 
Zmartwienia znikły. Ogarnięta poczuciem błogości wyciągnęła ramiona i westchnęła. Mamy 
szczęście. Cieszymy się dobrym zdrowiem i sobą nawzajem, pomyślała. W tej sytuacji wiele 
można  znieść.  I  zapomniała  o  wszystkim  poza  pulsującą  rozkoszą  i  radością,  która  ją 
przepełniła. 

  
Dom aż kipiał od świątecznych przygotowań. Mali miała wrażenie, że wciąż czuje zapach 

stearyny  po  wytapianiu  świec,  ale  to  było  tylko  złudzenie.  Świece  wytapiali  przecież  w 
pierwszych  dniach  grudnia.  Dorbet  przyjechała  wtedy  na  cały  dzień.  Przywiozła  ze  sobą 
Małego Trygvego w wózeczku. Było tak miło, tyle gawędzili i śmiali się owego dnia. 

Teraz  zostało  już  tylko  pieczenie  ciast.  Dom  lśnił  po  świątecznych  porządkach,  w 

ś

wiątecznej  izbie  wisiały  czyste  zasłony.  Ola  Havard  wciąż  u  nich  mieszkał.  Johannes 

przychodził codziennie, żeby pobyć z przyjacielem. Z roziskrzonymi oczami zapytał Havarda, 
kiedy się wybiorą po choinki - dużą dla Stornes i mniejszą dla Wzgórza. 

-  Myślę, że zrobimy to dzień przed Wigilią - odparł Havard. - Choinkę ubiera się dopiero 

w  Wigilię.  Zobaczymy  jeszcze,  jaka  będzie  pogoda,  ale  jeśli  nadal  będzie  tak  ładnie,  to 
zaczekamy. Zgoda? 

Mali nie miała wątpliwości, że Johannes wcale się nie zgadza. Chłopiec tak bardzo czekał 

na Boże Narodzenie, że czasem bladł z emocji, gdy o tym mówił. Poklepała go po policzku i 
pozwoliła,  by  obaj  z  Olą  Havardem  skosztowali  kruchych  ciasteczek  z  migdałami,  które 
właśnie zostały upieczone. To trochę pomogło. 

-  Cieszysz się, że idą święta, babciu? - zapytał Johannes. 

background image

-  Pewnie, że tak - przytaknęła Mali, patrząc w jego błyszczące oczy. 
Poczuła  jakieś  bolesne  ukłucie  w  sercu.  Co  za  radość,  pomyślała  ciepło.  Gdyby  mogła 

cieszyć  się  tak  jak  Johannes!  Ale  z  biegiem  lat  straciła  tę  zdolność.  Teraz  święta  oznaczały 
znój  i  harówkę.  Uśmiechnęła  się  do  chłopców  i  wsunęła  im  po  jeszcze  jednym  ciasteczku. 
Postanowiła pozwolić sobie na odrobinę radości pośród przedświątecznej krzątaniny. 

-  Pójdziesz z nami do sklepu, babciu? 
-  Do sklepu? - zdziwiła się Mali i spojrzała na wnuka, wkładając schłodzone ciasteczka do 

puszki. 

-  Mam trochę oszczędności - szepnął i wsunął piąstkę do kieszeni spodni. - Pomożesz mi 

coś  wybrać  dla  Marileny,  mamy  i  taty?  Już  kupiliśmy  wszystko  dla  ciebie  i  dla  Havarda  - 
wyznał nieoczekiwanie. - Ale nie mogę ci powiedzieć, co to jest. 

-  Nie,  nie  wolno  ci  mówić  -  przestrzegł  go  Ola  Havard.  -  Mama  mówi,  że  prezent 

powinien być niespodzianką. 

Mali  spojrzała  na  niego  z  uśmiechem.  Ola  Havard  mieszkał  w  Stornes  od  tygodnia  i 

chodził do szkoły z Johannesem. Udało się sprawę załatwić tak, że mógł chodzić do szkoły w 
Inndalen, gdy mieszkał w Oppstad. Ze względu na chorobę jego matki. Mali sądziła, że Ola 
Havard zostanie u nich do rozmowy z Laurą, ale nie doczekała się telefonu. To chyba znaczy, 
ż

e  Laura  czuje  się  lepiej,  pomyślała.  Jeśli  nie  zadzwoni  w  najbliższym  czasie,  Ola  Havard 

będzie  musiał  wrócić  do  Oppstad.  W  tej  sytuacji  nie  ma  co  się  spieszyć  z  rozmową  z 
chłopcem. Można zaczekać do zakończenia świąt, żeby nie zepsuć mu Bożego Narodzenia. 

-  Oczywiście, że pójdę z tobą do sklepu - uśmiechnęła się Mali. - Kiedy się wybierasz? 
-  Dzisiaj - rozpromienił się. - Ty też z nami pójdziesz, Ola Havardzie, prawda? 
-  Tak, chcę kupić coś dla mamy - przytaknął Ola Havard. - Ale moje pieniądze zostały w 

Oppstad. 

-  Ja ci pożyczę - zaproponowała Mali. - Oddasz mi następnym razem. 
Chłopcy  dostali  po  jeszcze  jednym  ciasteczku  z  migdałami  i  usadowili  się  na  kanapie, 

nachylili  ku  sobie  głowy  i  zaczęli  coś  tajemniczo  szeptać.  Pewnie  wymieniają  pomysły  na 
prezenty  gwiazdkowe,  pomyślała  Mali,  wkładając  ostatnie  ciasteczko  do  puszki.  I  wyniosła 
puszkę  do  spiżarni.  Stały  tam  już  całe  rzędy  pudełek  z  ciastkami.  Jeszcze  tylko  pączki 
wiedeńskie, rożki, i świąteczne wypieki będą gotowe. 

Telefon zadzwonił, gdy właśnie zamykała drzwi do spiżarni. 
-  Halo, tu Stornes. 
-  Witaj, Mali, tu Lisbeth Oppstad. 
-  Co słychać? 
-  Jest  lepiej,  niż  się  spodziewaliśmy  -  powiedziała  Lisbeth.  -  Laura  czuje  się  lepiej  i 

wszystko wskazuje na to, że tu w Oppstad też będziemy mieli święta. 

-  To  dobra  nowina  -  powiedziała  szczerze  Mali.  -  Laura  i  Ola  Havard  spędzą  święta  w 

Oppstad, prawda? 

-   Owszem.  A  po  Nowym  Roku  Laura  pójdzie  do  szpitala  w  Kristiansund.  Może  jej  tam 

pomogą. 

-  No proszę. Mam nadzieję, że tak będzie. 
-  Dzwonię, żeby wam złożyć życzenia i podziękować za wszystko - powiedziała Lisbeth. 
A  więc  na  razie  nie  będzie  żadnej  rozmowy,  pomyślała  Mali.  Tak  to  przynajmniej 

zrozumiała. Nie trzeba też na razie nic mówić Oli Havardowi. Wolała odkładać to tak długo, 
jak  się  tylko  da.  Może  Laura  całkiem  wyzdrowieje,  pomyślała  z  nadzieją.  Tak  byłoby 
najlepiej. 

-  Wyślesz Olę Havarda do Oppstad? 
-  Wyślę,  tylko  najpierw  musimy  się  wybrać  do  sklepu  -  wyjaśniła  Mali.  -  Chodzi  o 

prezenty świąteczne - dodała. 

-  No tak, to dla niego ważne - powiedziała Lisbeth. - Ale wyślij go, jak tylko wrócicie.   

background image

-  Tak zrobię. Pozdrów Laurę serdecznie. 
-  Dobrze. 
Mali stała przez chwilę nieruchomo. Dobrze, że odkładaliśmy rozmowę z Olą Havardem, 

pomyślała. A jeśli chodzi o rozmowę, którą Laura chciała przeprowadzić z nią i z Havardem, 
tylko Laura mogła wybrać właściwy moment. Przecież to jej na tym zależało. 

Mali otworzyła drzwi do izby. 
-  Idziecie, chłopcy? - zawołała. - Możemy już ruszać do sklepu. 
  
Chłopcy podskakiwali i biegli przed Mali w drodze do sklepu. Od czasu do czasu potykali 

się  i  wpadali  w  zaspy,  chichotali  i  zaśmiewali  się,  potem  wstawali  biali  jak  bałwany,  żeby 
znów  puścić  się  w  tany.  Mali  uśmiechała  się.  Miło  widzieć  ich  takich  beztroskich  i 
szczęśliwych,  pomyślała.  Tak  powinno  wyglądać  życie  dzieci.  Miała  nadzieję,  że  Boże 
Narodzenie  okaże  się  szczęśliwe  również  dla  Oli  Havarda,  pomimo  choroby  matki.  Nie 
chciała wspominać o tym, że Laura pójdzie do szpitala, żeby nie wystraszyć chłopca. Dowie 
się w Oppstad, pomyślała. 

Ogarnęła spojrzeniem ciemny fiord. Wodę pokrył już lód, zwłaszcza przy brzegach. Ale to 

nie  był  prawdziwy  lód,  tylko  cienka  warstwa  zmarzliny.  Sivert  zabrał  któregoś  dnia  obu 
chłopców nad morze i wyjaśnił, że  chodzenie po tej powłoce jest niebezpieczne i zakazane. 
Lód  jest  bardzo  zdradliwy,  choć  tak  pięknie  wygląda.  Chłopcy  przyrzekli,  że  nigdy  tam  nie 
pójdą.  Nigdy.  No  cóż,  trzeba  im  zaufać,  pomyślała  Mali,  ale  na  wszelki  wypadek 
obserwowała ich, ilekroć bawili się na dworze. 

Niebo nad górami po przeciwnej stronie skrzyło się złotem. Dym z kominów leciał prosto 

w górę w ten spokojny przedświąteczny dzień. Krajobraz był biały i mroźny. Mali czekała na 
wiosnę - na ciepło i na słoneczne światło. 

-  Zaczekajcie,  chłopcy  -  zawołała,  gdy  spostrzegła,  że  obaj  malcy  zamierzają  właśnie 

wpaść do sklepu w całkiem zaśnieżonych ubraniach. - Muszę was trochę otrzepać. 

Strzepnęła, ile się dało, kazała potupać i wytrząsnąć czapki. I weszli do środka. 
Ogarnęła ich szczególna woń: mieszanina zapachu przypraw, pomarańczy, śledzi i starego 

tytoniu.  W  ciasnym  wnętrzu  piętrzyły  się  różne  towary.  Ze  ścian  i  sufitu  zwisały  sieci 
rybackie,  wysokie  kalosze  i  różne  narzędzia.  Na  półkach  za  ladą  stały  worki  i  pudełka  z 
najróżniejszą  zawartością.  Za  kontuarem  stał  zwalisty  Peder  Bua,  który  przywitał  ich 
przyjaźnie.  Na  wąskiej  ławce  pod  oknem  siedzieli  trzej  starsi  mężczyźni,  paląc  papierosy. 
Przerwali rozmowę,  gdy chłopcy weszli do sklepu, i teraz przyglądali się im z ciekawością. 
Mali pozdrowiła ich skinieniem głowy i podeszła do lady. Johannes i Ola Havard podążyli za 
nią. Wspięli się na palce, żeby lepiej widzieć. 

-  No proszę, przyszli dziś do mnie dwaj mili panowie - powiedział Peder. - Pewnie mam 

poszukać cukierków? 

Chłopcy  spojrzeli  na  niego  błyszczącymi  oczami  i  energicznie  pokiwali  głowami.  Peder 

obrócił  się  i  wysunął  jedną  z  brązowych  szuflad  z  komody.  Johannes  głęboko  westchnął  na 
widok kolorowych landrynek. Peder wyłowił dwa czerwone dropsy na sfatygowaną szufelkę i 
podał je małym klientom. Chłopcy ochoczo chwycili słodycze i ukłonili się tak nisko, że omal 
nie uderzyli czołami w ladę. 

-  Wielkie dzięki! 
-  Jeszcze  po  jednym  do  kieszeni  -  stwierdził  Peder  i  znów  odwrócił  się  do  szuflady,  by 

wyłowić dropsy. Tym razem zielone. 

-  Przyszliśmy też na zakupy - oświadczył Johannes, wypychając policzek cukierkiem tak, 

ż

e wyglądał, jakby go bolał ząb. - Chcemy kupić prezenty. 

Sięgnął do kieszeni i położył na ladzie pięć błyszczących jednokoronówek. 
-  O rany - pokiwał głową Peder. - Cóż za majątek. Co chcesz kupić? 
-  Nie wiem - przyznał Johannes i zerknął na Mali. - Co mam kupić, babciu? 

background image

-  Najpierw  trochę  sobie  popatrzymy  -  powiedziała  Mali.  -  Tam  pod  ścianą  jest  tyle 

ładnych rzeczy. 

-  To moja świąteczna wystawa - potwierdził Peder. - Tyle, ile się zmieściło. Ale mam coś 

jeszcze. Popatrzcie, a potem pytajcie. 

-  Zarobiłeś  pieniądze  na  graniu,  Johannes?  -  zapytał  jeden  ze  starszych  mężczyzn.  - 

Wszyscy mówią, że jesteś bardzo zdolny. 

-  Nie, nie na graniu... - odparł Johannes. - Pomagałem Havardowi w gospodarstwie. 
-  To znaczy, że jesteś nie tylko muzykiem? 
-  No pewnie, że nie - zaprotestował. - Umiem też gospodarzyć. 
-  A ty, Ola Havardzie? - zagadnął drugi z mężczyzn. - Skąd ty masz pieniądze? 
-  Od babci - powiedział Ola Havard cicho. 
-  Dobrze,  że  ich  jeszcze  nie  wydałeś  -  uśmiechnął  się  mężczyzna.  -  Będziesz  miał  na 

prezenty. 

-  Pewnie - przytaknęła Mali i zaczęła oglądać wystawione towary. 
Ola Havard wziął obrazek w ramce. Na obrazku widać było chłopca w koszuli nocnej. A 

za jego plecami stał wielki anioł. 

-  Patrz,  anioł  się  nim  opiekuje  -  powiedział  cicho,  pokazując  obrazek  Mali.  -  Bardzo 

piękny obrazek. 

Johannes spojrzał z zainteresowaniem. Pokiwał głową. 
-  Są takie anioły, babciu? - zainteresował się. - Takie, które nad nami czuwają i się nami 

opiekują? Nigdy żadnego nie widziałem. 

-  Ja też nie - wtrącił Ola Havard trochę zdziwiony. - Jeśli są takie anioły, to Ola Peder go 

nie miał... 

-  Są anioły, które się nami opiekują - powiedziała Mali. 
-  Wszystkimi? 
-  Tak, myślę, że tak, ale one nie mogą sprawić, że... że nigdy nie zdarzy się nic złego. To 

nie jest tak. 

-  To jak jest? - chciał wiedzieć Johannes. 
-  Nie jestem całkiem pewna - przyznała Mali. - Ale obrazek jest bardzo ładny. 
-  Chciałbym, żeby mama taki miała - powiedział Ola Havard. 
-  Bardzo się z tego ucieszy - stwierdziła Mali.  
Johannes  potrzebował  znacznie  więcej  czasu,  ale  w  końcu  i  on  się  zdecydował.  Mama 

miała dostać owinięte w różowy papierek wspaniałe mydełko, które pachniało bardzo mocno i 
pięknie. Sivert miał dostać nowy pędzel do golenia, a Marilena małą książeczkę o zwierzętach 
gospodarskich. 

-  Ona przecież nie umie czytać - zaprotestował Ola Havard. 
-  Ja będę jej czytał - odparł Johannes beztrosko. Peder Bua zapakował wszystko pięknie w 

czerwony świąteczny papier i przewiązał pakunki zielonymi wstążeczkami. 

-  Musisz pilnować, żeby nikt nie powąchał prezentu dla twojej mamy - uśmiechnął się. - 

Bo od razu zgadnie, co to takiego. 

-  Schowam  paczuszki  w  moim  pokoju  -  oświadczył  Johannes.  -  Nikt  tego  nie  zobaczy 

przed Wigilią. 

Gdy się okazało, że Johannes pomimo tak wielkich zakupów dostał 50 ore reszty, chłopak 

zarumienił się z radości. 

-  W takim razie poproszę ten domek z cukierkami. 
I dostał domek. W drodze powrotnej chłopcy szli spokojnie, zajęci konkursem, w którym 

wygrywał ten, kto włoży więcej cukierków do buzi za jednym zamachem. 

  
-  Dorbet, telefon z Ameryki! - zawołała Marit radośnie.  
Dorbet siedziała na bujanym fotelu ze swoim haftem. Wstała od razu. 

background image

-  Z Ameryki? 
-  To Bakken - szepnęła Marit tak, by telefonujący jej nie usłyszał. - Pośpiesz się! 
Dorbet  odłożyła  robótkę  i  wyszła  do  sieni.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  do  izby,  choć 

wiedziała, że Marit chętnie stanęłaby w drzwiach, żeby posłuchać rozmowy. 

-  Halo? 
-  Witaj, Dorbet. Tu Martin Bakken. 
-  Dzień dobry. 
-  Dzwonię  tylko,  żeby  złożyć  ci  świąteczne  życzenia  i  powiedzieć,  że  jesteśmy  bardzo 

zadowoleni z twoich pierwszych prac. Są znakomite. 

Dorbet mocniej chwyciła słuchawkę i uśmiechnęła się. 
-  Bałam się, że się nie spodobają. 
-  Są świetne - pochwalił raz jeszcze. - Masz talent, Dorbet. Co u ciebie słychać? 
-  Wszystko w porządku, dziękuję. 
-  Wiem, że masz małego synka, więc nie możesz się przepracowywać. 
Niski,  ciepły  głos  był  tuż-tuż.  Dorbet  poczuła  nagle,  że  jest  dla  kogoś  ważna. 

Wyprostowała  się  i  poprawiła  kosmyk  włosów,  który  się  wymknął  z  fryzury.  Owinęła  go 
wokół małego palca. 

-  Chciałem  porozmawiać  z  twoją  matką  -  ciągnął  Bakken.  -  Ale  nie  ma  jej  w  domu. 

Pozdrów ją ode mnie i złóż życzenia świąteczne. 

-  Dobrze. 
-  Mam nadzieję, że cię kiedyś zobaczę, Dorbet. Byłaś jeszcze dzieckiem, kiedy ostatni raz 

odwiedziłem Stornes. Byłoby miło, gdybyś tu przyjechała. Mogłabyś włożyć strój regionalny. 
Byłabyś  reklamą  i  dla  Norwegii,  i  dla  sklepu.  Pieniądze  na  podróż  się  znajdą,  o  to  się  nie 
martw. 

Dorbet  poczuła,  że  oblewa  się  rumieńcem  i  ogarniają  fala  gorąca.  Podróż  do  Ameryki! 

Założyła kosmyk za ucho. 

-  Nie mogę zostawić Małego Trygvego... 
-  On  przecież  wkrótce  podrośnie  -  powiedział  ten  ciepły  głos  prosto  do  jej  ucha.  - 

Mogłabyś przyjechać latem albo wczesną jesienią. Pomyśl o tym, Dorbet, i wesołych świąt! 

-  Wesołych świąt - powiedziała prawie bez tchu. - Wesołych świąt. 
Gdy  odwiesiła  słuchawkę,  stała  przez  chwilę,  nie  mogąc  opanować  drżenia.  Ameryka! 

Zdawała sobie sprawę, że to będzie trudne. Nie tylko ze względu na Małego Trygvego, ale też 
ze względu na męża i na całą resztę. Wtedy uświadomiła sobie, że przed chwilą wspomniała 
tylko o dziecku. O mężu całkiem zapomniała. 

 
ROZDZIAŁ 6. 
 
-  Co  powiedział  Amerykanin?  -  spytała  Marit  z  zaciekawieniem,  gdy  Dorbet  wróciła  do 

izby. 

-  Był bardzo zadowolony z prac, jakie mu przysłałam - odpowiedziała Dorbet wymijająco. 

- I życzył wesołych świąt - dodała. 

-  Miło  z  jego  strony  -  pokiwała  głową  Marit  i  spojrzała  badawczo  na  synową.  -  Jesteś 

całkiem czerwona na twarzy - stwierdziła. 

Dorbet dotknęła rozpalonych policzków. 
-  Telefon z Ameryki - usprawiedliwiła się. - Strasznie się zdziwiłam. 
Miała wielką ochotę powiedzieć, że Bakken zaproponował jej podróż do Ameryki na swój 

koszt.  Nie  odważyła  się  jednak  wspomnieć  o  tym  ani  Marit,  ani  Oli.  Będą  tylko  kręcić 
nosami, pomyślała. Ola na pewno od razu się sprzeciwi, taki już jest. Nie, lepiej porozmawiać 
z matką. Gdyby uzyskała jej poparcie, może udałoby się przekonać do sprawy również tych z 
Granvold. 

background image

-  Bakken próbował się dodzwonić do mamy, ale nie było jej w domu - ciągnęła Dorbet. - 

Po obiedzie pójdę na chwilę do Stornes. Muszę im złożyć życzenia świąteczne - dodała. 

-  W porządku - zgodziła się Marit. - Zajmę się tymczasem Małym Trygvem. 
Muszę z kimś porozmawiać, pomyślała Dorbet podekscytowana, zaczynając nakrywać do 

obiadu. Najlepiej z matką. 

  
Mali siedziała w swoim warsztacie tkackim i pracowała, gdy zjawiła się Dorbet. W ciągu 

minionych  tygodni  niewiele  czasu  mogła  poświęcić  na  tego  rodzaju  zajęcia.  Przygotowania 
do świąt pochłaniały tyle energii, a przecież był jeszcze Ola Havard. Mali zajmowała się nim 
ostatnio znacznie więcej. Ale Ola Havard wrócił do Oppstad, a przygotowania do świąt były 
już na tyle zaawansowane, że Mali uznała, iż może posiedzieć trochę przy krosnach. 

-  A, to ty, Dorbet - uśmiechnęła się, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich jej córka z 

policzkami zaczerwienionymi od wiatru. 

Dorbet zrzuciła płaszcz i szal i roztarta zmarznięte dłonie. Spojrzała z zainteresowaniem na 

gotowe prace, które wisiały na ścianach, leżały na skrzyni i na krzesłach. 

-  Sporo zrobiłaś - zauważyła. 
-  Nie tyle, ile bym chciała - westchnęła Mali. - Muszę wszystko wysłać po świętach. Mam 

nadzieję, że skończę przynajmniej to, co zaczęłam. Wzięłaś ze sobą małego? 

-  Nie,  Marit  z  nim  została.  Przyszłam  dlatego,  że  Bakken  dzwonił  do  mnie  dziś  przed 

obiadem. 

-  Do ciebie też? - zdziwiła się Mali. - Ane mówiła, że telefonował do mnie, gdy byłam z 

chłopcami w sklepie. Czego chciał? 

-  Był  bardzo  zadowolony  z  prac,  które  mu  wysłałam  -  powiedziała  Dorbet,  podnosząc 

jeden z kłębków. - I chciał złożyć życzenia świąteczne. Kazał ci je przekazać, bo cię nie zastał 
w domu. 

Mali skinęła tylko głową, nie przerywając pracy. Dorbet zaczęła nerwowo zwijać kłębek, 

który miała w rękach. 

-  Zaprosił mnie do Ameryki - wyznała nagle.  
Mali odwróciła się zaskoczona. 
-  Zaprosił cię? 
-  Tak,  powiedział,  że  doskonale  bym  reprezentowała  i  Norwegię,  i  jego  sklep,  gdybym 

przyjechała  i  wystąpiła  w  stroju  regionalnym.  Z  tego,  co  zrozumiałam,  on  by  za  wszystko 
zapłacił - dodała pospiesznie. 

-  Możesz o tym zapomnieć - zdenerwowała się Mali. - Nie wiem, co on sobie wyobraża. 

Wie przecież, że masz męża i maleńkiego synka. 

-  Ty  też  miałaś  męża  i  dzieci  -  broniła  się  Dorbet.  -  I  byłaś  gospodynią.  A  jednak 

pojechałaś! 

Mali poczuła, że oblewa się rumieńcem. 
-  Nie miałam małych dzieci - ucięła. - Chyba nie zamierzasz zostawić Małego Trygvego. 
-  Przecież wkrótce podrośnie - powiedziała Dorbet i uświadomiła sobie, że powiedziała to 

samo co Bakken. Użyła tych samych słów. 

-  A co na to powie Ola? 
-  A co powiedział ojciec? 
Mali nie odrzekła. Zabrała się energicznie i nerwowo do pracy. Nie była zła na Dorbet, ale 

na Martina Bakkena. Powinien wiedzieć, że lepiej nie mącić Dorbet w głowie. Nie ma mowy 
o  żadnej  podróży  do  Ameryki!  Bardzo  wątpliwe,  że  Dorbet  by  wróciła,  pomyślała  Mali  z 
przerażeniem.  W  Ameryce  było  to,  o  czym  Dorbet  ciągle  marzyła  -  pieniądze,  luksus, 
przyjęcia i adoratorzy. Na pewno nie jest jej źle w Granvold, ale Dorbet jest, jaka jest. Jeśli 
pojedzie do The Hill, będzie stracona dla męża i dla syna. Nie ma mowy o żadnej wycieczce 
do Ameryki, już Mali o to zadba. 

background image

-  Powinnaś  siedzieć  w  domu,  póki  masz  małe  dzieci  -  powiedziała  w  końcu.  -  Martin 

Bakken powinien zrozumieć przynajmniej tyle. 

-  Przecież nie będę tam długo. 
-  Nigdzie nie pojedziesz - zgasiła ją Mali. - W każdym razie nie do Ameryki. 
-  Dlaczego nie mogę niczego przeżyć? 
-  Myślę, że sporo przeżyjesz i bez podróży do Ameryki. 
-  Sądziłam, że chciałabyś dla mnie takiej podróży. 
-  Chciałabym dla ciebie wiele, Dorbet, ale nie tej podróży. Dla twojego własnego dobra - 

dodała. 

-  Jesteś pewna? 
-  Jestem pewna - potwierdziła Mali. - Byłam tam.  
Musi  zwymyślać  tego  Martina  Bakkena  następnym  razem.  Nie  wolno  mu  w  ten  sposób 

mącić  w  głowie  tej  dziewczynie.  Dobrze  jej  się  wiedzie  w  Granvold  i  niech  tak  zostanie. 
Wycieczka do Ameryki mogłaby mieć katastrofalne następstwa. Na własnej skórze się o tym 
przekonałam, pomyślała nie bez autoironii. Niewiele brakowało, a sama straciłaby głowę tam 
w Ameryce. Zerknęła na Dorbet, która wkładała już płaszcz. 

-  Idziesz już? 
-  Tak - odparła Dorbet zwięźle. 
-  Podziękujesz mi kiedyś za to, Dorbet. 
-  I tak zrobię, co zechcę - powiedziała z żalem i urazą w głosie. Miała nadzieję, że matka 

ją poprze. - Może i tak pojadę. 

Mali  nic  nie  odrzekła,  ale  wprawiło  ją  to  w  gniew.  Nie  wierzyła,  że  Dorbet  wyjedzie. 

Sprzeciwią się temu wszyscy w Granvold. Nie wiadomo jednak, jak Dorbet to przyjmie. 

  
-  Coś  się  stało?  -  zapytał  Ola,  gdy  wieczorem  kładli  się  do  łóżka.  -  Byłaś  taka  milcząca 

całe popołudnie. 

Położył się i spojrzał na Dorbet, która karmiła właśnie małego. 
-  Nie, co by się miało stać - odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. 
Ola położył ciepłą dłoń na jej szyi. 
-  Coś z matką? Pokłóciłyście się o coś? 
-  Nie, zupełnie nic - odparła Dorbet trochę zirytowana, odrzucając długie włosy do tyłu. 
Nie mogła powiedzieć mu o podróży do Ameryki, w każdym  razie nie teraz. Wciąż była 

zła,  że  matka  tak  radykalnie  odrzuciła  ten  pomysł.  Przez  chwilę  Dorbet  żyła  nadzieją  i 
oczekiwaniem.  A  teraz  znów  było  jak  dawniej.  Musnęła  palcem  okrągły,  ciepły  policzek 
dziecka. Przepełniła ją matczyna miłość. Pewnie, że jestem szczęśliwa, pomyślała. Szczęśliwa 
ze  względu  na  synka.  Pragnęła  jednak,  by  życie  było  bardziej  interesujące.  Żeby  coś  się 
działo. Każdy dzień był podobny do poprzedniego. Miała nadzieję, że Ola to jakoś zmieni, ale 
on był zadowolony z tego, co miał. Pracował ciężko, jadł i spał. Na tym polegało ich życie i 
wcale nie było interesujące. 

-  Pomyślałem,  że  moglibyśmy  zorganizować  przyjęcie  po  świętach  -  powiedział  nagle, 

jakby czytał w jej myślach. 

Dorbet spojrzała na niego ze zdumieniem. 
-  Przyjęcie? 
-  Nie chciałabyś? - uśmiechnął się. 
-  Kto miałby przyjść? 
-  Wspomniałem  o  tym  w  rozmowie  z  Pederem  Oppstadem  i  Olausem  Innstadem. 

Spodobał  im  się  ten  pomysł.  Oja  i  Herborg  na  pewno  też  przyjdą.  Mówiłem  już  o  tym 
twojemu  bratu,  gdy  spotkałem  go  wczoraj  w  sklepie.  No  i  Sivert  i  Tordhild,  oni  też  muszą 
przyjść.  A  poza  tym  na  święta  wiele  osób  będzie  odwiedzać  rodziny,  więc  moglibyśmy 
zaprosić tych, którzy się wyprowadzili i mieszkają gdzie indziej. Co o tym sądzisz? 

background image

-  Przyjęcie z tańcami? 
Ola uśmiechnął się dobrodusznie i pokiwał głową.  
-  Na pewno zatańczysz. 
-  To by mi się podobało - uśmiechnęła się Dorbet. - A co na to Marit? 
-  Oboje z ojcem wybierają się do Rindalen zaraz po świętach. Będziemy więc mieć dom 

tylko dla siebie i będziemy mogli hałasować do woli. 

-  To by mi się podobało, Ola! 
Dorbet wysunęła pierś z buzi śpiącego dziecka i podniosła się ostrożnie. Wzięła synka na 

ręce i zaniosła do kołyski. W pokoju było całkiem ciepło, Trygve mógł więc spać sam. Bez 
małego u boku Dorbet także znacznie lepiej sypiała. 

-  Że też wpadłeś na pomysł, żeby zorganizować przyjęcie po świętach - wróciła do łóżka 

rozpromieniona, uśmiechnięta i chętna do pieszczot. 

-   Wiedziałem,  że  się  ucieszysz  -  powiedział.  -  Wiesz,  że  chciałbym,  żebyś  się  cieszyła, 

Dorbet. 

-  Bardzo się cieszę - uśmiechnęła się Dorbet, obejmując go ramieniem. 
I  rzeczywiście  się  cieszyła.  Przyjęcie  podziałało  jak  plaster  na  ranę.  Sprawa  podróży  do 

Ameryki  jakoś  się  rozwiąże  w  przyszłości,  pomyślała  optymistycznie.  Trzeba  tylko  dać  Oli 
trochę  czasu.  Zaczęła  przeglądać  w  pamięci  swoje  suknie.  Chciała,  żeby  wszyscy  ją 
zauważyli.  To  przecież  połowa  radości,  pomyślała.  Będzie  tańczyć  całą  noc.  I  skosztuje 
bimbru, który Ola gdzieś chowa. Nie za dużo, tylko tyle, żeby znikły wszystkie zmartwienia. 
Potrzeba jej właśnie takiego wieczoru. 

-  Co podamy gościom? 
-  Już rozmawiałem ze służącymi. One się tym zajmą. Ty masz się tylko cieszyć i dobrze 

bawić, moja Dorbet. 

-  Jaki jesteś dobry - uśmiechnęła się, zarzucając mu ręce na szyję i całując. - Najlepszy na 

ś

wiecie. 

Przytulił  ją  mocno.  Jego  podbrzusze  stwardniało  od  pożądania.  Dorbet  nie  miała  nic 

przeciwko temu. Zwłaszcza teraz, gdy miała tyle dostać w zamian. Ola podobał jej się wtedy, 
gdy  był  pogodny  i  hojny.  Pogodny  był  często,  ale  rzadko  -  hojny.  W  każdym  razie  nie 
kupował jej bez przerwy prezentów, nie robił niespodzianek, jak choćby ta dzisiejsza. Prawie 
wszystkie dni są szare i nudne, pomyślała. Trudno się tym cieszyć, trudno okazywać uczucie. 
W każdym razie jej było trudno. Ale teraz pozwoliła, by Ola położył ją na wznak. Popatrzyła 
na niego śmiejącymi się oczami. 

-  Czego chcesz? - zażartowała. 
Zanurzył twarz w jej gęstych pachnących włosach i zaśmiał się. 
-  Ciebie - szepnął prawie bez tchu. 
Mruknęła  cicho  i  zmierzwiła  mu  czuprynę.  Pomogła  mu,  gdy  zdejmował  z  niej  koszulę 

nocną, i wyciągnęła się nago na łóżku. 

-  Dorbet... 
Jego  głos  był  niewyraźny.  Ola  obsypał  ją  pocałunkami:  krótkimi,  wilgotnymi 

pocałunkami,  które  sprawiły,  że  zaczęła  tracić  oddech  z  rozkoszy.  Popchnęła  jego  głowę 
jeszcze  niżej  i jęknęła.  Oczy  zaszły  jej  mgłą.  Zarzuciła  mu  nogi  na  plecy  i  mocno  do  niego 
przylgnęła. 

Potem leżeli przytuleni w milczeniu. Dorbet czuła ciepło i rozkosz w całym ciele. Bawiła 

się włosami Oli i wzdychała błogo. Zamknęła oczy i zobaczyła siebie rozkołysaną tańcem w 
tej  pięknej  czerwonej  sukni.  Postanowiła,  że  właśnie  tę  suknię  włoży  na  przyjęcie. 
Poświąteczna  zabawa  to  naprawdę  dobry  plaster  na  ranę,  pomyślała.  Na  Amerykę  jeszcze 
przyjdzie czas. 

  

background image

W  Stornes  Oja  i  Herborg  właśnie  kładli  się  spać.  Herborg  stała  pochylona  nad  kołyską  i 

otulała kołderką Małą Mali. 

-  Ale  ona  urosła  -  uśmiechnęła  się,  zerkając  na  męża.  -  Z  każdym  dniem  jest  coraz 

bardziej podobna do ciebie. 

Oja zamruczał. 
-  Mnie się wydaje, że jest coraz bardziej podobna do ciebie - powiedział. - Ma twoją cerę i 

te piękne włosy. Nikt nie ma takich pięknych włosów jak ty. 

Herborg zarumieniła się z radości. Zrzuciła pantofle i wślizgnęła się do łóżka. 
-  Jest  podobna  do  nas  obojga  -  powiedziała,  przytulając  się  do  Oi.  -  Mówiłeś  coś  o 

przyjęciu, które ma być po świętach w Granvold? 

-  Wczoraj spotkałem w sklepie Olę. Powiedział, że planują przyjęcie zaraz po świętach. Z 

tańcami i tak dalej. 

-  Na pewno Dorbet to wymyśliła - uśmiechnęła się Herborg. - Ona uwielbia przyjęcia. Ja 

zresztą też - dodała. - To będzie świetna zabawa. 

-  Też tak uważam - przytaknął Oja. - Rzadko gdzieś wychodzimy. Musimy tylko znaleźć 

kogoś do opieki nad małą i odpowiednio się wystroić. 

Herborg  ułożyła  się  wygodnie  na  jego  ramieniu  i  zapięła  opuszczony  guzik  w  jego 

podkoszulku. Przez chwilę leżeli w ciszy. 

-  W dalszym ciągu martwisz się, że... że nie będzie więcej dzieci? 
Oja bawił się jej włosami. 
Herborg uniosła ku niemu twarz. Popatrzyła na męża błyszczącymi, ciemnymi oczami. 
-  Chciałabym mieć więcej dzieci - powiedziała cicho. - Ale tak nie będzie. Pogodziłam się 

z tym. I skoro ty nie jesteś nieszczęśliwy... 

-  Nie jestem - zapewnił ją Oja i pogłaskał po policzku. - Mam wszystko, czego pragnę. 
-  Życie Małej Mali jest już ustalone raz na zawsze - zamyśliła się Herborg. - Odziedziczy 

majątek, którym będzie się musiała zająć, czy tego chce, czy nie. 

-  Mam  nadzieję,  że  zainteresuje  ją  gospodarowanie  -  pokiwał  głową  Oja.  -  I  że  znajdzie 

sobie  odpowiedniego  męża,  który  pogodzi  się  z  tym,  że  to  ona  jest  dziedziczką.  Mamie  się 
udało - dodał. 

-  Ja  też  o  niej  pomyślałam  -  powiedziała  Herborg.  -  Ale  niewiele  jest  takich  kobiet  jak 

twoja matka. 

-  Miejmy nadzieję, że nasza córka odziedziczyła coś po swojej babce - odparł i przytulił 

mocniej żonę. 

-  Wówczas byłaby silną kobietą - stwierdziła Herborg. 
-  I  powinna,  jeśli  ma  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić  -  powiedział  Oja.  -  To  cena,  jaką 

trzeba zapłacić. 

-  Moja biedna Mała Mali - westchnęła Herborg i objęła Oję. - Jak sądzisz, jakie życie ją 

czeka? 

-  Dobre  życie  -  powiedział  Oja.  -  Na  razie  nie  ma  się  czym  martwić.  Najpierw  my 

przejmiemy Stornes. 

-  Kiedy? 
-  Na pewno nieprędko - orzekł Oja. - Mama nie odda tak szybko władzy. 
-  Ale  przecież  masz  już  daleko  idące  pełnomocnictwa  -  przypomniała  mu  Herborg.  - 

Uważasz, że nie masz za wiele do powiedzenia? 

-  Nie. Uważam, że wszystko się dobrze układa. 
-  A  jaki  jesteś  zdolny  -  uśmiechnęła  się  Herborg.  -  Gospodarstwo  nie  mogłoby  mieć 

lepszego dziedzica niż ty. 

-  To było gospodarstwo Siverta. 
-  Wiem o tym. Dlaczego zrzekł się dziedzictwa? Wiesz dlaczego? 

background image

-  Nie. W zasadzie nie. Ale zrzekł się wszystkiego i sprawa jest zamknięta. Nie sądziłem, 

ż

e  kiedykolwiek  tu  osiądzie,  ale  zrobił  to.  Mam  jednak  bardzo  dobre  stosunki  z  Sivertem  i 

bardzo się z tego cieszę. Ufam mu we wszystkim. On ma wiele rozsądku, chociaż nie jest z 
tych, co dużo mówią. 

-  Jest twoim bratem. 
-  Tak. I cieszę się z tego. Wszystko układa się najlepiej, jak można sobie wyobrazić. 
Herborg sennie pokiwała głową i wyciągnęła się wygodniej. Przez chwilę leżeli bez słowa. 

Mała Mali poruszyła się, aż kołyska lekko zaskrzypiała. Poza tym słychać było tylko trzask 
ognia w piecyku. Po chwili Oja zorientował się, że Herborg zasnęła. Oddychała tak równo, że 
nie  mógł  się  mylić.  Uniósł  się  na  łokciu  i  spojrzał  na  nią  -  na  jej  szlachetne  rysy  i  długie, 
ciemne  rzęsy,  które  rzucały  cienie  na  miękkie  policzki.  Pochylił  się  ostrożnie  i  pocałował 
ż

onę. Uczucie przepełniało go ciepłem. Przykrył ją lepiej kocem. A potem przewrócił się na 

bok, przeczesał włosy dłonią i zamknął oczy. 

  
ROZDZIAŁ 7. 
  
Nikt nie pamiętał tak zimnego stycznia. Mroźne, białe powietrze unosiło się nad fiordem, 

który  lód  z  czasem  pokrył  na  dobre.  Sivert  poszedł  nad  morze  z  Johannesem  i  wytyczył 
lodowisko,  po  którym  obaj  chłopcy  mogli  jeździć  na  łyżwach,  bo  lód  był  już  bezpieczny. 
Opatuleni kilkoma warstwami ubrań, tak że widać było tylko zaczerwienione czubki nosów, 
ruszyli  przez  sad,  gadając  i  zaśmiewając  się  pośród  kłębów  zmrożonej  pary,  w  którą 
zamieniły się ich oddechy. 

Tylko  im  wcale  nie  przeszkadza  ten  mróz,  pomyślała  Mali,  patrząc  za  nimi  z  okna. 

Wszyscy pozostali trzęśli się z zimna. Palili w piecach na potęgę, ale niekiedy nie udawało im 
się  porządnie  ogrzać  domu.  Najczęściej  wtedy,  gdy  we  wsi  szalał  mroźny  i  silny  wiatr  z 
północy, jakby nie wystarczyło strasznego mrozu. Wtedy nikomu nie chciało się wychodzić, 
choć krajobraz był nieziemsko piękny w te styczniowe dni. Z ośnieżonych drzew i krzewów 
zwisały kryształowe sople, na intensywnie niebieskim niebie nie było żadnej chmury, wysoko 
w górach świeciło słońce, spowijając przyrodę w złote barwy. 

Praca  w  lesie  nie  była  łatwa,  gdy  wszystko  zamarzało  tak  jak  teraz.  Trudno  było 

przekładać  oblodzone  pnie,  mężczyźni  marzli  zaś  ponad  miarę  przy  robocie.  O1ava  męczył 
nieprzyjemny kaszel, jak zawsze zimą. Mali czekała tylko,  aż O1av naprawdę zachoruje, aż 
dostanie  zapalenia  płuc  od  tego  lodowatego  powietrza,  które  wciąga,  kaszląc.  Ale  on 
pracował  jak  inni  i  nie  narzekał.  Kaszlał  w  dzień  i  w  nocy,  ale  na  szczęście  na  tym  się 
skończyło.  Od  czasu  do  czasu  Havard  kazał  parobkom  zająć  się  inną  zaległą  robotą.  Wtedy 
gdy uważał, że jest stanowczo za zimno na wyprawę do lasu. Pod koniec stycznia było coraz 
więcej  takich  dni.  Wszyscy  czekali,  aż  mróz  zelżeje.  I  że  będzie  im  wreszcie  ciepło, 
przynajmniej pod dachem. 

  
Dorbet  wsunęła  głowę  do  świątecznej  izby.  Zadrżała,  gdy  uderzyła  w  nią  fala  chłodu. 

Okna były zasłonięte, więc Dorbet musiała zapalić światło, żeby coś zobaczyć. Zgubiła gdzieś 
szal  podczas  poświątecznego  przyjęcia.  Szukała  już  wszędzie,  aż  w  końcu  wpadła  na  to,  że 
szal  musi  być  w  tej  izbie.  Spostrzegła  go  od  razu  na  krześle,  chwyciła  czym  prędzej  i 
zarzuciła  na  ramiona.  Potem  zrobiła  kilka  tanecznych  obrotów  na  lodowatej  podłodze  i 
uśmiechnęła się do siebie. To było bardzo udane przyjęcie, pomyślała i od razu zrobiło jej się 
cieplej.  Zapalili  pochodnie  na  podjeździe.  Jakże  pięknie  wyglądały  podjeżdżające  kolejno 
sanie w zimowym mroku. 

Ola  wyglądał  bardzo  elegancko,  gdy  stał  koło  niej,  witając  gości.  Miał  na  sobie  ciemny 

garnitur z muszką. Dorbet przyjmowała komplementy z promiennym uśmiechem. Wiedziała, 

background image

ż

e  wygląda  zjawiskowo  w  długiej  czerwonej  sukni  i  z  jedwabnym  kwiatem  upiętym  na 

ramieniu. Zarumieniona z radości, pełna oczekiwań. 

Wieczór  okazał  się  taki,  jak  sobie  wymarzyła.  Światło  świec,  śmiechy,  dobre  jedzenie  i 

picie  oraz  szalone  tańce.  Podczas  jednego  z  walców  Ola  nachylił  się  do  jej  ucha  i  zapytał 
szeptem, czy jest szczęśliwa. 

-  Tak - rozpromieniła się. - Dlaczego nie organizujemy takich przyjęć częściej? 
-  Wówczas  nie  sprawiałyby  nam  takiej  radości  -  uśmiechnął  się  i  pocałował  ją  u  nasady 

szyi. 

Dorbet  tego  nie  rozumiała.  Mogłaby  się  tak  bawić  prawie  codziennie  i  na  pewno  zawsze 

by jej to sprawiało radość. Nie miała żadnych wątpliwości. 

Przyjęcie  skończyło  się  nad  ranem.  Goście  bez  wątpienia  świetnie  się  bawili.  A  gdy 

wychodzili,  ustalono,  że  to  powinno  stać  się  tradycją  -  żeby  młodsze  pokolenie  urządzało 
sobie zabawę taneczną dzień po świętach. 

Dorbet obróciła się tanecznym ruchem ku drzwiom, wymknęła się do sieni i zamknęła za 

sobą  drzwi.  Zadrżała  lekko.  Mam  nadzieję,  że  ktoś  urządzi  zabawę  taneczną  jeszcze  przed 
kolejnym  Bożym  Narodzeniem,  pomyślała.  Trzeba  mieć  przecież  jakieś  perspektywy  w  tej 
sennej wiosce. A zabawa taneczna to dobre rozwiązanie o każdej porze roku. 

  
Mali  spędzała  sporo  czasu  w  warsztacie  tkackim.  Zgodnie  z  umową  miała  posłać  swoje 

prace do Ameryki na początku lutego. W okresie poświątecznym miała trochę wolnego czasu, 
zabrała  się  więc  do  pracy  nad  tym,  co  obiecała.  Na  szczęście  Dorbet  nie  wspomniała  już 
więcej  o  wycieczce  do  Ameryki  i  znów  była  tą  samą  pogodną  dziewczyną.  Święta,  a 
zwłaszcza  poświąteczne  przyjęcie,  dobrze  na  nią  podziałały,  pomyślała  z  ulgą  Mali.  Mali 
miała  nadzieję,  że  temat  został  zamknięty  na  dobre,  i  też  o  niczym  nie  wspominała.  Trzeba 
mieć  nadzieję,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Ale  jak  Martin  Bakken  zadzwoni,  muszę  z  nim 
poważnie porozmawiać, przypomniała sobie. Niech przestanie mącić w głowie Dorbet. Z tego 
nie wyniknie nic dobrego. 

-  Ile pięknych rzeczy masz tutaj - powiedziała Sigrid, która zajrzała do warsztatu któregoś 

dnia. - Wreszcie jesteś na właściwym miejscu, Mali. 

-  Myślę, że gospodarstwo to także właściwe miejsce dla mnie - stwierdziła Mali. - Ale to 

bardzo miłe, gdy człowiek może wykorzystać swój naturalny talent. 

-  Jesteś prawdziwą artystką - pokiwała głową Sigrid i zatrzymała się, podziwiając wielki, 

kolorowy kilim. - I przekazałaś swój talent Sivertowi i Dorbet. 

-  Niewykluczone. 
-  Jak idzie Dorbet wyszywanie strojów regionalnych? 
-  Świetnie.  Wkrótce  skończy  swój  strój  i  strój  dla  Marit.  Na  pewno  zwrócą  na  siebie 

uwagę wszystkich Siedemnastego Maja. 

-  Pomyślałam, że ja także zamówię sobie strój regionalny - stwierdziła Sigrid. - Miło mieć 

coś takiego. 

-  Tak, ja też mam taki zamiar - pokiwała głową Mali. - Jeśli się ma w szafie coś takiego, 

zawsze  ma  się  strój  na  dowolną  uroczystość.  Podobno  stroje  regionalne  są  coraz  bardziej 
popularne, choć do nas jeszcze ta moda nie dotarła. 

-  Ale może Dorbet ma dość pracy z zamówieniami z Ameryki? 
-  Myślę,  że  może  się  zająć  czymś  innym  od  czasu  do  czasu  -  stwierdziła  Mali.  -  Nie 

wiadomo  tylko,  jak  długo  to  potrwa.  Musisz  ją  zapytać.  Zresztą  może  sama  byś  sobie  dała 
radę,  gdybyś spróbowała. Masz przecież bardzo zręczne palce, Sigrid. To ty uszyłaś Halldis 
suknię ślubną, którą się wszyscy długo zachwycali. 

-  Czy  ja  wiem  -  powiedziała  skromnie  Sigrid.  -  Ale  zastanawiałam  się  nad  tym  - 

przyznała. - Może zajrzę kiedyś do Dorbet, żeby spojrzeć na jej hafty. 

background image

-  Napijmy  się  kawy  -  zaproponowała  Mali,  podnosząc  się  ze  swego  stoika.  -  Dobrze  ci 

zrobi łyk gorącej kawy, nim znów wyjdziesz na ten mróz. Jak się czują starzy Innstadowie w 
taki ziąb? 

-  Reumatyzm daje im się we znaki - odparła Sigrid. - Obawiałam się też, że dostaną grypy, 

bo nie są już tak odporni. Ale na razie wszystko jest w porządku. 

-  A co z dziećmi? - ciągnęła Mali. - Zdaje się, że wszyscy przyjechali do domu na święta. 
-  Tak, i było wspaniale, choć ciasno - zaśmiała się Sigrid. - Wszystkim się dobrze wiedzie. 

Ucieszyli  się  z  tego  przyjęcia  w  Granvold.  Spotkali  tam  starych  znajomych  i  dobrze  się 
bawili. Halldis i Brit Mali spodziewają się dzieci - dodała, uśmiechając się z dumą. 

-  Mój Boże - pokręciła głową Mali. - To dopiero nowina. Wydaje mi się, że tak niedawno 

pomagałam  im  przyjść  na  świat,  a  przecież  w  tym  roku  skończą  obie  dwadzieścia  trzy  lata. 
Tak, tak, czas szybko płynie. 

Mali  dorzuciła  wielki  kawałek  drewna  do  pieca  przed  wyjściem  z  warsztatu.  Jeśli  ma 

zamiar popracować po południu, musi dobrze napalić. 

-  Teściowie  zastanawiają  się,  czy  nie  zamierzasz  się  wkrótce  wybrać  do  Innstad  - 

powiedziała  Sigrid,  gdy  wchodziły  na  schody.  -  Wydaje  im  się,  że  bardzo  dawno  cię  nie 
widzieli. 

-  I  mają  rację  -  przyznała  Mali.  -  Na  pewno  przyjadę  któregoś  dnia.  Pozdrów  ich  ode 

mnie, Sigrid. 

  
Gdy Mali i Sigrid piły kawę, pojawiła się Tordhild. Mali zauważyła ją przez okno. Synowa 

brnęła  przez  sypki  śnieg,  ciągnąc  sanki,  na  których  siedziała  Marilena.  Mała  była  tak 
opatulona szalami i kocami, że wyglądała jak tłumoczek. Johannes podskakiwał koło matki. 

-  Zobaczysz się też z Tordhild i maluchami - powiedziała Mali, podnosząc się z miejsca. - 

Pomogę Tordhild. 

Gdy  Tordhild  zdejmowała  okrycie  i  pomagała  rozebrać  się  Johannesowi,  Mali  weszła  do 

izby z wnuczką. 

-  Witaj, Marileno - uśmiechnęła się Sigrid. - Prawie cię nie widać spod ubrań. 
Mali  zaczęła  rozbierać  małą.  Rozcierała  delikatnie  zimne,  zaczerwienione  policzki. 

Marilena  wyrwała  się  z  ramion  babci,  skoczyła  na  podłogę  i  ruszyła  w  stronę  stolika  z 
ciastkami. 

-  Może skosztować? - zapytała Sigrid, zerkając na Tordhild, która właśnie weszła. 
-  Tak, ale tylko odrobinkę - pokiwała głową Tordhild. - Ty też, Johannes - dodała, czując 

na sobie spojrzenie syna. 

-  Ale urośliście oboje - powiedziała Sigrid, podając dzieciom ciastka. - W szkole wszystko 

dobrze, Johannes? 

-  Raczej tak - kiwnął głową, a buzię miał pełną ciasta. 
-  I ciągle grasz? 
Znów  przytaknął.  Sigrid  pochyliła  się  i  poklepała  Marilenę  po  pucołowatym,  rumianym 

policzku.  Mała  skończyła  już  półtora  roku  i  była  pulchną,  żywą  dziewczynką  o  jasnych 
lokach i wielkich, niebieskich oczach. Często się uśmiechała. Wszystko wskazywało na to, że 
jest zadowolona i czuje się bezpiecznie, co ogromnie cieszyło Mali. Marilena była ogromnie 
podobna do matki. Podobieństwo uderzało Mali, ilekroć patrzyła na małą. Wspomnienie Ruth 
było  wciąż  żywe.  Mali  oddychała  z  ulgą,  widząc,  że  Marilena  wdała  się  w  matkę.  Na 
szczęście  w  niewielkim  stopniu  przypominała  Samuela,  może  tylko  czoło,  miała  równie 
wysokie. Oby tylko nie była podobna do niego z charakteru, pomyślała Mali z przerażeniem. 
Ale na razie nic tego nie zapowiadało. Marilena była pogodna, nie sprawiała kłopotów i nie 
mogłaby trafić na lepszych rodziców niż Tordhild i Sivert. Kochali dziewczynkę, jakby była 
ich własnym dzieckiem, i traktowali ją dokładnie tak samo jak Johannesa. 

-  Sivert z wami nie przyszedł? - zapytała Sigrid. 

background image

-   Pojechał  do  Oslo  -  wyjaśniła  Tordhild.  -  Ma  dwa  koncerty  w  tym  tygodniu,  a  potem 

nagranie  w  radiu  z  orkiestrą  z  Filharmonii.  Tego  koncertu  można  będzie  posłuchać  jutro 
wieczorem. A Sivert przyjedzie dopiero w następny weekend. 

-  Jest bardzo zajęty? 
-  Czasami  tak,  ale  wiedzieliśmy,  że  tak  będzie,  gdy  się  tu  przenosiliśmy.  Sivert  musi 

więcej podróżować,  ale  wolimy mieszkać tutaj.  Dla mnie i dla Johannesa ma to wiele zalet. 
Teraz mamy blisko rodzinę, gdy Sivert wyjeżdża. No i mamy też Marilenę. To bardzo ważne. 
Nie, nie żałujemy przeprowadzki. 

-   Tak,  to  było  szczęśliwe  rozwiązanie  dla  wszystkich  -  stwierdziła  Sigrid.  -  Lata,  gdy 

mieszkaliście daleko stąd, nie były dobre dla nikogo. 

Tordhild  i  Mali  wymieniły  przelotne  spojrzenia.  Sigrid  zauważyła  to,  ale  nic  nie 

powiedziała. Co się stało, to się stało, pomyślała. Jeśli Mali nie ma ochoty nic mówić, ona nie 
będzie jej namawiać. Sigrid spojrzała na młodą, ciemnowłosą żonę Siverta. Tylko Sivert mógł 
sobie wziąć Cygankę za żonę. Większość ludzi miałaby obawy. Atmosfera wokół Cyganów 
była  napięta,  ale  Sivert  najwyraźniej  się  tym  nie  przejmował.  No  i  nic  dziwnego,  że  wybrał 
sobie  Tordhild.  To  była  piękna  kobieta,  ciemnowłosa,  podobna  z  urody  do  niego.  Johannes 
też  tak  wygląda,  pomyślała  Sigrid,  zerkając  na  chłopca,  który  siedział  na  podłodze  i  jadł 
ciastko. Jego kruczoczarne włosy lśniły, a cera nawet zimą miała złotawy odcień. Na pewno 
nie  będą  mieć  więcej  dzieci.  Nie  ma  co  do  tego  wątpliwości,  skoro  wzięli  do  siebie  córkę 
Ruth,  pomyślała  Sigrid.  To  było  szczęśliwe  rozwiązanie  tragedii,  która  dotknęła  rodzinę  ze 
Stornes.  Sigrid  cieszyła  się  z  tego.  Mali  doprawdy  ciągle  musiała  o  coś  walczyć  przez  te 
wszystkie  lata.  Każdy  by  się  załamał  pod  takim  ciężarem,  ale  nie  Mali.  Sigrid  nie  znała 
równie  silnego  człowieka.  Nie  była  jednak  pewna,  czy  może  powiedzieć,  że  dobrze  ją  zna. 
Mali trzeba było zaakceptować taką, jaka była,  na dobre i na złe. Trudno jednak o lepszego 
przyjaciela niż ona. 

 
Pod koniec stycznia zaczął padać śnieg i minęły najgorsze mrozy. Mężczyźni mieli pełne 

ręce roboty z odśnieżaniem. Gdy tylko udało im się jako tako oczyścić drogę, zaczynały się 
nowe opady. 

-  Wystarczy  tego  śniegu  -  westchnął  zmęczony  Havard,  gdy  pewnego  dnia  przyszedł  na 

obiad po całym przedpołudniu spędzonym z szuflą w dłoni. 

-  Lepszy śnieg niż ten okropny mróz - stwierdziła Mali. 
Havard podszedł do piecyka, żeby zagrzać sobie dłonie. 
-  Ola Havard zjawi się niedługo? - zapytał. - Żeby u nas pomieszkać, a nie tylko pobawić 

się z Johannesem? 

-  Nie  miałam  żadnych  wieści  z  Oppstad  od  paru  tygodniu  -  powiedziała  Mali.  -  Kiedy 

ostatnio rozmawiałam z Lisbeth, Laura była w szpitalu, ale już wróciła do domu. Słyszałam to 
od kogoś. W każdym razie oboje mieszkają nadal w Oppstad, i Laura, i Ola Havard. Mogłam 
zapytać Olę Havarda, co słychać, ale... 

-  Nie mogłabyś sama zadzwonić? 
-  Zadzwonię. 
Minęło  jednak  parę  dni,  nim  zdołała  się  do  tego  zabrać.  Tak  więc  i  tym  razem  Lisbeth 

Oppstad ją uprzedziła. 

-  Witaj, Mali. Tu Lisbeth. 
-  O, rozmawialiśmy o was niedawno - powiedziała Mali. - Co słychać? 
-  Myśleliśmy, że jest lepiej przez jakiś tydzień po powrocie Laury ze szpitala, ale wygląda 

na to, że to tylko złudzenie. Laura jest bardzo chora. 

Mali  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Miała  nadzieję,  że  stan  Laury  się  poprawi.  Przede 

wszystkim ze względu na Olę Havarda. Ale tak się nie stało. 

-  Co z małym? 

background image

-  Dzwonię w jego sprawie. Czy mógłby zamieszkać w Stornes na jakiś tydzień czy coś w 

tym rodzaju? Ciężko mu być tak blisko matki, gdy jest bardzo chora. 

-  Oczywiście, że może przyjechać - powiedziała Mali. - Wyślij go do nas. Zna drogę. 
-  Jest jeszcze jedna sprawa - przypomniała sobie Lisbeth. - Laura prosiła, żebym zapytała, 

czy  ty  i  Havard  nie  moglibyście  tu  wpaść  któregoś  dnia.  Mówiła,  że  już  kiedyś  o  tym 
rozmawialiście i będziecie wiedzieć, o co chodzi. 

A więc tak bardzo z nią źle, pomyślała Mali i zacisnęła zmarznięte palce na słuchawce. 
-  Owszem, rozmawialiśmy o tym  - potwierdziła. - Przyjedziemy któregoś dnia. Pozdrów 

Laurę. 

  
Havard nie odezwał się, gdy Mali mu opowiedziała o prośbie Laury. 
-  Moglibyśmy  wybrać  się  tam  jutro  koło  południa  -  powiedziała.  -  Tobie  też  to  chyba 

pasuje? 

-  Pasuje jak pasuje - mruknął niechętnie. 
-  Musimy to zrobić, Havard, wiesz o tym. 
-  O czym ona chce rozmawiać? 
-  Nie wiem, ale nie odmawia się człowiekowi, który jest w takim stanie jak Laura. 
-  A Ola Havard? 
-  Zjawi się niedługo. Lisbeth poprosiła, żeby został u nas na tydzień, skoro jego matka jest 

taka  chora.  Ola  Havard  nie  powinien  tam  teraz  być.  Najpierw  brat,  potem  cała  ta  historia  z 
ujawnieniem przeszłości, teraz matka. Biedny chłopak - westchnęła Mali. 

-  Co zrobimy, jeśli Laura umrze? 
-  Zrobimy to, co będzie dla niego najlepsze. 
-  Ale gdzie będzie mieszkał? 
-  W Oppstad - ucięła Mali. - Przynajmniej przez pewien czas. Ale dziadkowie ze Storhaug 

też  go  będą  chcieli  widywać.  Tu  też  będzie  przychodzić,  gdy  tylko  będzie  chciał,  ale 
odpowiedzialność  za  jego  wychowanie  powinna  wziąć  na  siebie  rodzina  z  Oppstad.  Tak  to 
przynajmniej widzę - dodała. 

Havard nie odpowiedział. 
-  Miejmy nadzieję, że jego matka wyzdrowieje - powiedziała Mali. 
Ale sama w to nie wierzyła. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Laura poprosiła, żeby przyjechali. 

Nie zrobiłaby tego, gdyby nie czuła, że to konieczne. 

  
Lisbeth spotkała ich na ganku następnego popołudnia. 
-  Zobaczyłam was przez okno - powiedziała, wyciągając dłoń na powitanie. - Dobrze, że 

przyszliście tak szybko. Laura o was pytała. Nie wiem, czego ona chce, ale... 

-  Chce porozmawiać - wyjaśniła Mali. – Zapewne o synu. 
-  Tak, to jej leży na sercu. 
-  Nie ma nadziei, że wyzdrowieje? 
-  Nie,  myślę,  że  nie.  Wysłali  ją  ze  szpitala  do  domu.  Chyba  widać  gołym  okiem,  że  jest 

bardzo źle. 

Mali pokiwała tylko głową, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 
Zdjęli płaszcze. 
-  Zaprowadzę was na górę - powiedziała Lisbeth i poszła pierwsza schodami na poddasze. 

Mali uniosła spódnicę i ruszyła za nią. W całym domu pachnie lekarstwami, pomyślała. Ostry 
zapach budził lęk.  Lisbeth otworzyła ostatnie drzwi i przepuściła gości. W pokoju paliło się 
kilka świec, ogień trzaskał w piecyku. Laura leżała wsparta na poduszkach. Obróciła powoli 
głowę, gdy wchodzili do pokoju. 

-  Przyszliście - powiedziała schrypniętym głosem.  
Lisbeth cicho zamknęła drzwi. 

background image

Mali i Havard podeszli do łóżka. 
-  Tak, przyszliśmy - powiedziała Mali i wzięła bezwładną białą dłoń Laury w swoją rękę. 
Laura  była  strasznie  wychudzona.  Mali  nie  mogła  uwierzyć,  że  człowiek  może  się  tak 

zmienić w tak krótkim czasie. Skóra Laury poszarzała, włosy straciły blask. Mali poczuła, że 
coś ją ściska w dołku. Zrozumiała, że dla Laury nie ma już żadnej nadziei. 

Havard przysunął dwa krzesła do łóżka. Usiedli. Przez chwilę w pokoju panowała cisza. 
-  Skrzywdziłam was - zaczęła Laura powoli. 
-  To my oboje skrzywdziliśmy Mali - poprawił ją Havard. - Ja też w tym brałem udział. 
-  Chciałam cię mieć - powiedziała Laura, patrząc na Havarda. - Bez względu na to, ile by 

to  miało  kosztować.  Nie  miałeś  żadnych  szans,  żeby  się  ode  mnie  uwolnić  tamtej  nocy  w 
stodole. Taka jest prawda. 

Znów zapadła cisza. 
-  Nie chciałam nikogo skrzywdzić - westchnęła Laura. - To się stało, ponieważ ja... 
Długimi palcami manipulowała nerwowo przy krawędzi pledu. 
-  Ty wiesz, co to znaczy kochać, Mali - powiedziała w końcu ochryple. - Prawda? Kochać 

kogoś tak, że nic innego się nie liczy.  

Mali poczuła rumieniec na twarzy. Pochyliła głowę zamiast odpowiedzi. Nie odezwała się. 
-   Dla mnie tym kimś od samego początku był Havard - szepnęła Laura. - Ale nie był mi 

przeznaczony. Ty go dostałaś - jak wszystko, czego tylko zapragnęłaś. Nienawidziłam cię za 
to, Mali. Bo Havard był mój. Tylko mój. A ty przyszłaś i go zabrałaś. Choć miałaś wszystko 
już przedtem. 

Havard poruszył niespokojnie stopami, ale nic nie powiedział.  Laura leżała przez chwilę, 

ciężko  dysząc.  A  potem  spojrzała  zdumiewająco  przytomnie  na  tych  dwoje,  którzy  siedzieli 
przy łóżku. 

-  Wyszłam  za  Storhauga  i  jego  majątek,  choć  wcale  mi  na  Oli  nie  zależało  -  wyznała.  - 

Wiedziałam,  że  nigdy  nie  będzie  mi  zależało  na  nikim.  Nigdy  naprawdę.  Ten,  którego 
pragnęłam,  leżał  już  w  małżeńskim  łożu  w  Stornes.  Dotknęła  twarzy  drżącą  dłonią  i 
westchnęła cicho. 

-  Czy wiecie, co znaczy być żoną mężczyzny, którego się nie kocha? Człowiek zamienia 

się od tego w sopel lodu. 

Wiem o tym, pomyślała Mali z bólem. Sama to przeżyłam. Ale nic nie powiedziała. 
-  Po co to wszystko mówisz, Lauro? - powiedział nagle Havard. 
-  Chcę  uspokoić  sumienie  -  odparła  Laura  cicho.  -  Chcę  prosić,  byście  przebaczyli  mi 

wszystkie  krzywdy.  Byście  nie  żywili  urazy.  Zrobiłam  to,  co  zrobiłam,  bo  cię  kochałam, 
Havardzie. Nie mogłam postąpić inaczej. 

Wyciągnęła ku niemu dłoń. 
-  Podaj mi rękę, Havardzie. Ostatni raz. 
Wahał  się  przez  chwilę,  ale  w  końcu  ujął  jej  dłoń.  Przez  bladą  twarz  Laury  przemknął 

nikły uśmiech. 

-  Jak ja cię kochałam - powiedziała cicho. - Przez cały czas. 
Znów zapadła cisza. 
-  Byłam  taka  niedobra  dla  Oli  Havarda  -  powiedziała  w  końcu  Laura.  -  Myślałam,  że 

przyjdziesz  do  mnie,  gdy  urodzi  się  dziecko...  ale  nie  przyszedłeś.  Odczułam  to  tak,  jakby 
dziecko  mnie  zawiodło.  Myślałam,  że  dzięki  niemu  dostanę  ciebie,  a  nie  dostałam.  Dlatego 
odepchnęłam go od siebie. 

Wstrząsnął nią gwałtowny szloch. Odwróciła twarz. Jej pierś unosiła się i opadała bardzo 

szybko. 

-  Próbowałam to ostatnio naprawić - powiedziała drżącym głosem. - Ale nie wiem, czy mi 

się  udało.  Teraz  umieram.  Ola  Havard  zostanie  całkiem  sam.  Ze  wspomnieniem  matki, 
która... która nie umiała kochać... 

background image

-  Umiałaś  kochać,  Lauro  -  powiedziała  Mali  cicho.  -  Ola  Havard  się  o  tym  przekonał. 

Ostatnio... Ostatnio pokazałaś mu, że potrafisz... 

-  Naprawdę? - zapytała, łykając łzy.  
Łzy płynęły po jej wychudzonej twarzy. 
-  Cieszę się, że jesteście razem - szepnęła po chwili z wysiłkiem. - Że nie przyszedłeś do 

mnie,  choć  cię  kusiłam,  Havardzie.  To  nie  była  miłość.  Tylko  egoizm,  który  chciałam 
zaspokoić. Nie od razu pragnęłam cię w ten sposób, ale z czasem byłam gotowa na wszystko. 
Byle tylko cię mieć. 

Długie palce Laury zacisnęły się na dłoni Havarda. 
-  Będziecie dobrzy dla Oli Havarda tak samo jak zawsze? 
-  Wiesz przecież, że będziemy - odparł Havard ze wzruszeniem. 
-  To twój syn. 
-  Wiem o tym i nigdy o tym nie zapomnę, Lauro. 
-  To dobrze - odetchnęła. - Wierzę w to. 
Rozmowa  wycieńczyła  Laurę.  Chora  opadła  na  poduszkę  i  zamknęła  oczy.  Oddychała 

szybko, prawie bezgłośnie. Ale  gdy Mali  wydało się, że  Laura już zasnęła, tamta otworzyła 
nagle oczy, przyciągnęła dłoń Havarda do ust i pocałowała ją. 

-  Tak bardzo cię kochałam - szepnęła cicho z oczami zamglonymi od łez. - Na tym polegał 

mój  grzech.  Bo  nie  stałam  się  lepsza  dzięki  tej  miłości.  Nikt  nie  staje  się  lepszy  dzięki 
nieodwzajemnionej miłości. Wybacz mi. 

Wypuściła jego dłoń i znów zamknęła oczy. 
Mali  i  Havard  podnieśli  się  i  przez  chwilę  stali  koło  łóżka,  nie  wiedząc,  czy  powinni 

jeszcze  przy  niej  zostać.  Ale  Laura  nie  otworzyła  już  oczu.  Nic  nie  powiedziała.  W  końcu 
więc wymknęli się po cichu. 

Dopiero gdy drzwi się za nimi zamknęły, Laura znów otworzyła oczy. 
-  Och, Havardzie - załkała boleśnie. - Havardzie, Havardzie. 
 
ROZDZIAŁ 8. 
  
-  No proszę, mamy gości z Gjelstad - powiedziała Ane, wyglądając przez okno izby. - To 

się nieczęsto zdarza. 

To prawda, pomyślała Mali i też wyjrzała przez okno. 
Relacje z bratem Havarda, Kristenem, i jego żoną Helgą były ostatnio całkiem dobre, ale 

bracia  nie  widywali  się  często.  Dobrze,  że  to  nie  niechęć  trzyma  ich  z  dala  od  siebie, 
pomyślała Mali. Mimo to nie mogła w pełni zaufać Heldze. Zbyt często się nie zgadzały przez 
ostatnie lata. Może jednak powinniśmy więcej czasu spędzać razem, pomyślała. To przecież 
bliska rodzina. 

Odwiedzili  zresztą  Gjelstad  w  jeden  z  poświątecznych  wieczorów.  Helga  ich  zaprosiła. 

Podała mnóstwo dobrego jedzenia i picia, to było naprawdę miłe przyjęcie. Spotkali wówczas 
także  Oddleiva,  jednego  z  synów  Kristena  z  pierwszego  małżeństwa.  Stał  się  miłym, 
dorosłym mężczyzną, miał słodką żonę i rocznego synka. Nie ma wątpliwości, że dobrze im 
ze sobą, pomyślała Mali, gdy tylko ich zobaczyła. Oddleiv zasłużył sobie na to. Ani on, ani 
Hakon  nie  mieli  zbyt  szczęśliwego  dzieciństwa.  Helga  nie  umiała  im  zastąpić  matki. 
Wszystko jednak wskazywało, że ich stosunki z ojcem i macochą były teraz bardzo dobre. 

Kristen był bardzo dumny z wnuka. Uśmiechał się promiennie, chodząc po domu z małym 

na ramieniu. 

-  Urósł nam ten maluch - powiedział radośnie. 
-  Rzeczywiście  -  zgodził  się  Havard.  -  I  nie  tylko  imię  odziedziczył  po  swoim  dziadku. 

Jest do ciebie bardzo podobny, Kristen. 

background image

Słowa  trafiły  na  podatny  grunt.  Havard  cieszył  się,  że  widzi  brata  zadowolonego  i 

odprężonego. Jego związek z Helgą nigdy nie był doskonały, ale wszystko wskazywało na to, 
ż

e teraz zaczął nieźle funkcjonować. Odcisnęło to swoje piętno zarówno na małżonkach, jak i 

na  gospodarstwie.  Gdy  wracali  późnym  wieczorem  do  domu,  Havard  wspomniał,  że  cieszy 
się z tego ze względu na brata. 

-  Kiedyś było u nich tak nieprzyjemnie - dodał. 
-  Tamte  czasy  na  szczęście  minęły  -  stwierdziła  Mali,  otulając  się  futrem.  -  I  bardzo 

dobrze. 

 
-  Jak miło cię widzieć - powiedziała Mali, witając Helgę w drzwiach. - Właśnie myślałam, 

ż

e za rzadko się widujemy. Musimy coś z tym zrobić. 

-  Nie mam nic przeciwko temu - uśmiechnęła się Helga i pozwoliła, by Mali pomogła jej 

zdjąć  płaszcz.  -  Było  tak  miło,  gdy  odwiedziliście  nas  po  świętach.  Może  zajrzałybyśmy 
najpierw do twojego warsztatu - Helga położyła dłoń na ramieniu Mali. - Chciałabym kupić 
jakiś twój kilim. 

-  Kupić kilim? 
Mali  spojrzała  na  nią  ze  zdumieniem.  Helga  zaśmiała  się  trochę  sztucznie  i  nerwowo 

przygładziła włosy. 

-  Tak. Ruth Lina wychodzi za mąż. Nie chciałam nic mówić podczas naszego ostatniego 

spotkania,  ponieważ  plany  nie  były  wówczas  całkiem  jasne.  Ale  w  noworoczny  weekend 
odwiedzili  nas  rodzice  Andreasa  i  wszystko  zostało  ustalone.  W  ostatnią  sobotę  lutego 
jesteście zaproszeni na wspaniały ślub do Gjelstad. 

-  To  cudownie,  Helgo  -  powiedziała  Mali  całkiem  szczerze.  -  Młodzi  zamieszkają  w 

Trondheim? 

-  Tak,  wiesz,  że  Andreas  częściowo  przejął  Vollen  Manufaktur  w  Trondheim  - 

powiedziała Helga z dumą. - Jego ojciec miał w tym roku kłopoty z sercem, ale już wrócił do 
pracy. Na tyle, na ile mu zdrowie pozwala. Ale, jak mówiłam, to Andreas prowadzi interes i 
bardzo dobrze mu idzie. To największe przedsiębiorstwo w Trondheim. Andreas i Ruth Lina 
kupili niedawno własny dom, tuż koło domu jego rodziców. 

-  Doskonale - pokiwała głową Mali. - Cudownie, gdy dzieciom się dobrze wiedzie. 
-  To  prawda  -  westchnęła  Helga.  -  Uważamy,  że  naszym  dzieciom  bardzo  dobrze  się 

wiedzie. A ile radości mamy w Gjelstad, od kiedy Oddleiv i Birgit doczekali się syna. Zresztą 
sama  widziałaś  podczas  waszej  wizyty.  Kristen  całkiem  oszalał  na  punkcie  małego,  a  ja 
ś

wietnie  go  rozumiem.  Od  wielu  lat  marzył  o  wnuku.  Hakon  dobrze  sobie  radzi  na  swoich 

studiach w Oslo. Ma przed sobą jeszcze trzy lata nauki, nim zostanie lekarzem. 

-  Wróci wtedy do domu? 
-  Nie wiem. Jego narzeczona jest z Oslo, więc trudno przewidzieć, co wymyślą... W tym 

roku spędzali Boże Narodzenie z jej rodzicami, chyba już ci mówiłam? W tamtym roku byli u 
nas,  więc  przyszła  kolej  na  Oslo.  Trzeba  się  nauczyć  dzielić  dziećmi,  gdy  wybierają  sobie 
małżonków z daleka. No, ale wróćmy do kilimu, Mali - Helga przerwała sama sobie. - Bardzo 
bym  chciała,  żeby  Ruth  Lina  i  Andreas  dostali  którąś  z  twoich  prac.  Ruth  Lina  tak  cię 
podziwia. Zawsze cię podziwiała. 

-  Chodźmy  na  górę,  to  zobaczymy  -  powiedziała  Mali,  kierując  się  w  stronę  schodów.  - 

Ale teraz mam głównie takie, które pojadą do Ameryki. 

Gdy  przeglądały  prace,  Helga  zatrzymała  się  nagle  i  spojrzała  na  Mali  przepraszającym 

spojrzeniem. 

-  Miałam jeszcze jeden powód, gdy chciałam, żebyśmy tu przyszły - wyznała. - Muszę ci 

coś powiedzieć, Mali, i nie chciałam, żeby ktoś to usłyszał. Tak będzie najlepiej. 

Mali od razu podniosła wzrok i poczuła przypływ niepokoju. 
-  Co się stało? 

background image

-  Nie  wiem,  czy  to  ma  jakieś  znaczenie  -  zaczęła  Helga.  -  Ale  skoro  się  tego 

dowiedziałam... Skoro się o tym mówi, to... 

Podniosła jeden z kilimów nieco zmieszana. 
-  Tydzień  temu  byłam  na  zakupach  w  Surnadalen  -  ciągnęła.  -  W  sklepie  z  galanterią  w 

Skei ekspedientka spytała mnie, czy znam Siverta Stornesa i jego żonę. 

Mali zesztywniała. Odłożyła wszystko, co miała w rękach, i opadła na stołek. 
-  Pytała, czy z nimi wszystko w porządku. 
-  Co miała na myśli? - powiedziała Mali, starając się za wszelką cenę zachować spokój i 

nie dać nic po sobie poznać, ale jej serce biło jak oszalałe. 

-  Ja  też  o  to  zapytałam  -  co  właściwie  ma  na  myśli.  A  ona  powiedziała...  No  wiesz, 

powiedziała, że krążą plotki, że Sivert i Tordhild... że nie powinni być małżeństwem. 

-  Dlaczego,  u  diabla!  Dlaczego  nie?  -  zapytała  Mali,  czując,  że  serce  podchodzi  jej  do 

gardła. 

-  Też to chciałam wiedzieć. Powiedziała tylko, że jakaś Cyganka przyniosła te plotki. Nic 

więcej nie wiem. 

Mali słabo się zrobiło z niepokoju. Niebezpieczeństwo się zbliża, pomyślała sparaliżowana 

strachem.  Jak  mogło  dojść  do  tego,  że  ktoś  coś  powiedział?  Cyganka...  kto  to  mógł  być? 
Niewielu  Cyganów  znało  prawdę,  nieliczni  byliby  skłonni  o  tym  mówić,  tego  Mali  była 
pewna.  Ale  najwyraźniej  się  pomyliła,  skoro  plotka  się  rozeszła.  Trzeba  się  wybrać  do 
Surnadalen i wybadać sprawę. Ale czy to pomoże? Plotka poszła w świat. Najważniejsze to 
sprawić, by o niej wszyscy zapomnieli. Tylko jak, pomyślała Mali. Jak zdławić prawdę? 

-  Rozumiesz coś z tego? - zapytała Helga i spojrzała na Mali z zainteresowaniem. W jej 

oczach błysnęła dawna ciekawość. 

-  Ani słowa - stwierdziła stanowczo Mali. - Co miałabym rozumieć? Chodzi chyba o to, że 

Tordhild  jest  Cyganką,  skoro  Cyganka  rozpuściła  tę  plotkę.  Ale  przecież  to  żadna  nowina  - 
ciągnęła. - Oboje z Sivertem mówili o tym jasno od samego początku. 

-  Tak, nie chodzi o to - stwierdziła Helga. - A Sivert... 
-  On w każdym razie nie jest Cyganem - ucięła Mali. 
-  Nie, nie - rzekła Helga. - Ale może ktoś tak pomyślał na podstawie jego wyglądu. Bo on 

bardziej przypomina Cyganów niż rodzinę Stornesów. 

-  Przypomina rodzinę swojej babki ze strony ojca, Helgo - poprawiła ją Mali. - Chyba już 

o tym rozmawiałyśmy. A nawet gdyby był Cyganem... Co w tym złego? 

-  No cóż... 
Helga zawahała się na moment, a po chwili jej twarz rozjaśnił szelmowski uśmiech. 
-  Wtedy by się okazało - odparła radośnie - że mój teść miał jednak rację! Ten stary drań. 
-  Nie miał racji - powiedziała Mali sztywno - i dobrze o tym wiesz, Helgo. 
Całe szczęście, że Helga nie wie, że Jo był ojcem Tordhild. Wie tylko, jak wszyscy inni, że 

Tordhild jest Cyganką. Prawda o tym, jakie pokrewieństwo łączy ją z Cyganem, który kiedyś 
pracował  w  Stornes,  pozostawała  wciąż  dobrze  strzeżoną  tajemnicą.  Gdyby  Helga  o  tym 
wiedziała, zaczęłaby jeszcze intensywniej dociekać. Nie ma bowiem wątpliwości co do tego, 
ż

e jej ciekawość została obudzona. Jej małe, wiewiórcze oczy świdrowały Mali. 

-  Tylko  żartowałam  -  usprawiedliwiła  się.  -  Ale  doszłam  do  wniosku,  że  powinnaś  to 

wiedzieć. Niedobrze, że krążą tego rodzaju plotki, choć wiadomo, że umrą śmiercią naturalną. 
Tak to już bywa z plotkami. 

Różnie  bywa,  pomyślała  Mali.  Jeśli  ktoś  dojdzie  prawdy  -  że  Sivert  i  Tordhild  są 

przyrodnim  rodzeństwem  -  źle  się  to  dla  wszystkich  skończy.  To  by  oznaczało  katastrofę 
rodziny ze Wzgórza. Katastrofę dla nich wszystkich, pomyślała Mali, kuląc się na samą myśl 
o tym. 

Tego się obawiała przez cały czas: że tajemnica wyjdzie na jaw. Bo tego rodzaju tajemnice 

nie znoszą dziennego światła, bez względu na to, pod jakim kątem się im przyglądać. Trzeba 

background image

porozmawiać  z  Sivertem  i  Tordhild.  Trzeba  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  powstrzymać  plotki, 
nim  ktoś  potknie  się  o  prawdę  albo  dowie  się  jej  od  któregoś  z  Cyganów.  Mali  zaufała 
Cyganom.  I  chyba  źle  zrobiła.  Ale  nikt  nie  zdoła  zniszczyć  jej  rodziny.  Nikt!  Będzie  jej 
bronić pazurami i zębami. Jak zawsze... 

  
Po południu Mali wybrała się na Wzgórze. 
-  Pójdę  po  Olę  Havarda  -  powiedziała  i  już  jej  nie  było.  Tordhild  usłyszała,  jak  Mali 

otrzepuje buty ze śniegu na schodkach. 

-  Ach, to ty, Mali. Jak miło. Zaraz podgrzeję coś do zjedzenia. 
-  Przed chwilą jadłam drugie śniadanie - powiedziała Mali. - Nie trzeba. 
-  Ale na pewno zjesz jakąś kanapkę do kawy - powiedziała Tordhild i weszła do kuchni. - 

Zapraszamy. 

Marilena  siedziała  na  podłodze  w  kuchni  z  lalką,  której  została  tylko  jedna  noga.  Miała 

oczywiście inne lalki, ale ta była ulubiona. Nigdy się z nią nie rozstawała i nie potrafiła bez 
niej zasnąć. Mali pochyliła się i uściskała małą. Musnęła cieplutki policzek i uśmiechnęła się. 
Drzwi do izby były zamknięte. Sivert ćwiczył. Do kuchni docierały dźwięki skrzypiec. 

-  Wypijemy  kawę  w  izbie  -  Tordhild  wskazała  głową  zamknięte  drzwi.  -  Niech  Sivert 

pogra sobie, póki kawa nie będzie gotowa. 

Mali  skinęła  głową  i  usiadła  na  krześle.  Z  piętra  dobiegał  stłumiony  śmiech  i  ożywione 

głosy. 

-  Chłopcy są w domu? 
-  Bawili się na dworze do południa, ale potem przyszli do domu, przemarznięci i mokrzy. 

Kazałam  im  zostać  w  domu,  bo  na  dworze  już  zupełnie  ciemno.  Bawią  się  doskonale  w 
swoim towarzystwie. Jak się miewa matka Oli Havarda? Byłaś chyba niedawno w Oppstad. 

-  Laura  jest  bardzo  chora.  Dlatego  Lisbeth  poprosiła,  żeby  Ola  Havard  zamieszkał  w 

Stornes przez pewien czas. Sama rozumiesz, że towarzystwo tak chorej matki... 

-  O czym chciała z wami rozmawiać? 
-  Laura...  -  Mali  zawahała  się  chwilę.  -  Chciała  się  upewnić,  że  Havard  zaopiekuje  się 

chłopcem, gdy ona... No, gdy Ola Havard zostanie sam - skłamała Mali. 

-  Co  za  pytanie  -  wzruszyła  ramionami  Tordhild.  -  Havard  zawsze  się  zjawiał,  gdy  Ola 

Havard go potrzebował. 

-  Tak, ale nie ma się co dziwić, skoro Laura jest w takim stanie - powiedziała Mali. 
-  To okropne - westchnęła Tordhild. - Nie wiem, jak Ola Havard to wszystko zniesie, gdy 

zabraknie mu również matki. Tyle na niego spadło w ostatnim czasie. 

-  Musimy mu pomóc. 
-  Oczywiście. Tu jest zawsze mile widziany i wie o tym. 
-  Mówił coś? - spytała Mali. - Przy mnie nigdy nie wspomina o matce. 
-  Mnie nic nie mówił - odparła Tordhild. - Taki już jest. Zamyka się w sobie. 
Mali pokiwała głową. Marilena przywędrowała właśnie do babci. Mali wzięła wnuczkę na 

kolana. 

-  A u was wszystko dobrze? 
-  Oczywiście - pokiwała głową Tordhild. - Doskonale. 
Mali  pomyślała  o  tym,  co  musi  im  powiedzieć,  i  poczuła  się  fatalnie.  Najchętniej  nie 

wspominałaby o niczym, ale przecież powinna ich uprzedzić. 

Kawa była już gotowa. Tordhild wyjęła puszkę i wyłożyła trochę ciasteczek na tacę. 
-  Zawołam chłopców - powiedziała, zmierzając w stronę drzwi do sieni. 
-  Zaczekaj chwilę - poprosiła Mali. - Muszę z wami o czymś porozmawiać w spokoju. 
Tordhild spojrzała na teściową z niepokojem i zamknęła drzwi. Wzięła tacę z ciastkami i 

otworzyła drzwi do izby. 

-  Pora na kawę - powiedziała do Siverta. - Twoja mama do nas przyszła. 

background image

-  A więc to ty - rzekł Sivert, odkładając skrzypce. 
-  Tak, przyszłam po Olę Havarda - wyjaśniła Mali. - I żeby wam coś powiedzieć. 
Posadziła  Marilenę  obok  siebie  na  kanapie  i  dała  jej  ciasteczko.  Dziewczynka  chwyciła 

ciastko z uśmiechem, przytuliła lalę i zabrała się do jedzenia. 

-  Była  dziś  u  nas  Helga  Gjelstad  -  zaczęła  Mali.  -  Ona  należy  do  tych,  którzy  wiedzą 

najlepiej, co się dzieje w okolicy. Ostatnio usłyszała coś w Surnadalen. Ktoś powiedział, że 
nie powinniście być małżeństwem. 

Tordhild gwałtownie uniosła głowę i spojrzała na teściową z przerażeniem. 
-  Kto to powiedział? - zapytał Sivert. 
-  Sprzedawczyni w Skei - wyjaśniła Mali. - O ile dobrze zrozumiałam, to jakaś Cyganka 

rozniosła plotkę, że... że nie powinniście... Nie wiem nic więcej, ale wybieram się tam, żeby 
porozmawiać z tą sprzedawczynią. Muszę się dowiedzieć, kto rozpowiada takie oszczerstwa. 

-  Cyganka - zamyślił się Sivert. - Czy ktoś z nich mieszka zimą w Surnadalen? 
-  Tam  nie.  Ale  w  Rindalen  ktoś  zawsze  zatrzymuje  się  na  zimę.  Ale  nie  chce  mi  się 

wierzyć, żeby ona mogła powiedzieć coś takiego. 

-  To  przecież  prawda  -  powiedział  cierpkim  głosem  Sivert.  -  Ktoś  wśród  Cyganów  zna 

prawdę. Tak wynikało z tego, co mówili. Sądziłem jednak, że nie zdradzą tajemnicy - dodał. - 
To by było dla nas wielkie nieszczęście, gdybym się pomylił. 

-  Ja  też  sądziłam, że  nie  zdradzą  -  powiedziała Mali.  -  Martin  zapewniał  mnie,  że  nikt  z 

nich nie piśnie ani słowa, ale chyba się pomylił. 

Mali ułamała kawałek ciastka i w zamyśleniu włożyła go sobie do ust. 
-  Najważniejsze, byśmy się trzymali jednej wersji - powiedziała z naciskiem. - Sivert jest 

synem  Johana  Stornesa.  Co  do  tego  nie  może  być  żadnych  wątpliwości.  Nikt  nie  zniszczy 
wam życia. Jeśli będziemy się tego trzymać i odsyłać wszystkich do ksiąg kościelnych, to... 

Sivert  przeczesał  loki  dłonią.  Nagle  wydał  się  Mali  bardzo  zmęczony.  Szukał  wzroku 

Tordhild. 

-  Byliśmy  przygotowani  na  plotki  -  powiedział.  -  Musimy  się  trzymać  tego,  co 

powiedziałaś.  Wtedy  nikt  nie  znajdzie  żadnego  punktu  zaczepienia.  Ale  nie  tak  miało  to 
wszystko wyglądać - westchnął ciężko. 

-  Wiem  -  westchnęła  Mali.  -  Ale  nic  na  to  nie  poradzimy.  Teraz  trzeba  zachować  się 

odpowiednio. I nie wolno o tym mówić w obecności Johannesa - przestrzegła ich stanowczym 
głosem. - On może powiedzieć... 

-  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  -  przerwał  jej  Sivert  cierpko.  -  Doskonale  wiemy,  jakie  to 

ważne. Miałem świadomość, że po przeprowadzce tutaj będziemy bardziej narażeni na plotki. 
Ale chciałem tu mieszkać. Chciałem, żeby Johannes dorastał blisko przyrody i gospodarstwa. 
Ż

ycie w mieście to nic ciekawego. Damy sobie radę. Musimy się tylko trzymać tego, że Johan 

był moim ojcem. Powinien nim zresztą być - dodał ponuro. 

Mali  poczuła,  że  oblewa  się  rumieńcem.  Przecież  ona  doskonale  wie,  do  czego 

doprowadziła! Nic nie powiedziała, pochyliła się tylko nad swoją filiżanką. 

-  Co się stało, to się nie odstanie - Tordhild starała się załagodzić sprawę. - Nikt nie mógł 

przewidzieć, że się spotkamy. I że się ze sobą zwiążemy. 

-   Życie jest dużo łatwiejsze, gdy nie opiera się na kłamstwie - odparł krótko Sivert. - Tak 

jak moje. 

Coś zadudniło na schodach. Mali podniosła głowę i spojrzała na syna. 
-  Gdybyś  wiedział, jak tego żałuję - powiedziała cicho. -  Że zrujnowałam również twoje 

ż

ycie. 

Sivert nie odpowiedział. Do izby weszli chłopcy. 
-  Babcia - zdziwił się Johannes. - Nie słyszałem, jak wchodziłaś. 
-  Przyszłam  niedawno  -  zapewniła  go  Mali.  -  Żeby  zabrać  Olę  Havarda  do  domu.  Ale 

zostałam zaproszona na kawę, więc tu siedzę. 

background image

Johannes rzucił przeciągłe spojrzenie na tacę z ciasteczkami. 
-  Dostaniecie swoją porcję - uspokoiła go Tordhild. - Tylko usiądźcie. 
Nie  było  już  mowy  o  plotkach.  Chłopcy  zabawiali  towarzystwo  opowieściami  ze  szkoły. 

Johannes  przyniósł  podręcznik  i  obaj  przeczytali  po  jednej  czytance.  Wkrótce  Marilena 
zaczęła  marudzić,  zmęczona  długim  dniem.  Zwinęła  się  w  kłębek  na  kolanach  Tordhild,  z 
lalką przytuloną do policzka. 

-  No nie, już nadszedł wieczór. Wracamy do Stornes - powiedziała Mali do Oli Havarda. 
  
-  Jak długo zostanę w Stornes? 
Ola Havard spojrzał na Mali, która szła tuż obok. 
-  Nie rozmawialiśmy o żadnej konkretnej dacie - wykręciła się Mali. - Chcesz wracać do 

Oppstad? 

-  Nie - powiedział szybko i wziął ją za rękę. - Gdybym mógł zostać w Stornes... 
-  Możesz - potwierdziła Mali. 
Szli dalej w milczeniu. Księżyc niczym pozłacana kula wisiał nad fiordem, rzucając długie 

mroczne  cienie  na  krajobraz.  Rampa  na  bańki  z  mlekiem  wydawała  się  bardzo  ciemna  i 
wielka w tym oświetleniu. 

-  Moja mama jest strasznie chora? 
-  Tak  -  odparła  Mali  szczerze.  -  Wiesz  o  tym,  prawda?  Pokiwał  głową  w  milczeniu. 

Chwycił ją mocniej za rękę. 

-  Ja, jeśli mama umrze... 
Mali nie odpowiedziała od razu. Nie była pewna, jak powinna zareagować. Skończyło się 

więc na tym, że mocniej ścisnęła jego rączkę. 

-  Czy mama umrze? 
-  To się może zdarzyć. Nie wiem. 
Dreszcz przeszył jego ciało. Mali zatrzymała się i objęła go ramieniem. 
-  Nie wiem - powtórzyła cicho. 
-  Myślę,  że  umrze  -  powiedział  schrypniętym  głosem.  -  Usłyszałem  to  podczas  ostatniej 

wizyty doktora. Rozmawiał z Lisbeth w sieni. A ja siedziałem na schodach i słyszałem... 

Objął  Mali  ramionami  w  pasie  i  przylgnął  do  niej  gwałtownie.  Przytuliła  go  czule  i 

pogłaskała po plecach. 

-  Będę całkiem sam - zaszlochał. 
-  Ależ nie. Masz rodzinę w Oppstad i masz nas. Nie zapominaj o tym. 
Przez chwilę stał i przytulał się, nic nie mówiąc. Chudym ciałkiem wstrząsnął płacz. 
-  Chciałbym, żeby mama żyła - szepnął zrozpaczony. 
-  Ja też bym chciała. 
-  Ona mnie kocha. Teraz mama mnie kocha - powiedział trochę niepewnie. 
-  Zawsze cię kochała. Zawsze. 
Nic nie odpowiedział. Wytarł nos dłonią i westchnął głęboko. 
-  Czy myślisz, że mama pójdzie do nieba? 
-  Jestem tego pewna - powiedziała Mali z przekonaniem. - I będzie się tobą opiekować z 

góry, będzie ci pomagać. 

Ola Havard odchylił głowę i popatrzył na przepiękne rozgwieżdżone niebo. 
-  Będzie gwiazdą? 
-  Możesz myśleć, że jest gwiazdą - powiedziała Mali. - Wybierzesz sobie jedną i będziesz 

myślał, że to mama. Zawsze tak robiłam, gdy traciłam kogoś, kogo kochałam. Ruth jest tam. 

Mali  wskazała  jedną  z  gwiazd.  Ola  Havard  stał  w  milczeniu  i  patrzył.  Potem  pokiwał 

niemo głową i znów wziął Mali za rękę. Ruszyli w ciszy w stronę Stornes. 

  
  

background image

ROZDZIAŁ 9. 
 
-  Czego chciała Helga? - zapytał Havard, gdy poszli już do sypialni wieczorem. 
-  Zapraszała  nas  na  wesele  -  odparła  Mali,  rozwiązując  wstążkę  i  zabierając  się  do 

szczotkowania włosów. - Ruth Lina wychodzi za mąż w ostatnią sobotę lutego. Helga chciała 
kupić dla niej kilim w prezencie. 

-  Myślałem,  że  chodziło  o  coś  nieprzyjemnego  -  wyjaśnił  Havard,  kładąc  się  do  łóżka.  - 

Byłaś taka przygaszona przez cały wieczór. 

Mali  nie  odpowiedziała  od  razu.  Celowo  nie  powiedziała  Havardowi  o  plotkach.  Trudno 

by im było porozmawiać bez przeszkód gdzie indziej niż w sypialni. W izbie zawsze otaczali 
ich  ludzie,  a  przecież  nie  chciała,  żeby  ktokolwiek  to  usłyszał.  Nawet  Oja  i  Herborg.  O  ile 
tylko mogła tego uniknąć. 

Mali  czuła  się  fatalnie,  od  kiedy  Helga  opowiedziała  jej  o  plotkach.  Ciążyła  jej 

ś

wiadomość, że ktoś jest tak bliski prawdy o Sivercie i Tordhild. Sądziła, że nigdy nikt na to 

nie  wpadnie,  a  tymczasem  plotki już  zaczęły  krążyć.  Po  wizycie  na  Wzgórzu  pomyślała,  że 
wszystko się jednak dobrze skończy. Sivert ma rację, nic się nie wydarzy, jeśli będą twierdzić 
stanowczo, że Johan był jego ojcem. 

To jednak nie było wystarczającym pocieszeniem. Nawet plotki im zaszkodzą. Ludzie już 

wcześniej  mieli  ją  na  oku  i  choć  z  czasem  plotki  ucichły,  to  teraz  niektórzy  mogą 
przypomnieć sobie, co się kiedyś mówiło o niej i o Johanie. I o dziedzicu Sivercie, pomyślała 
niespokojnie. O Sivercie, który miał taki talent do gry  na skrzypcach i wyglądał jak Cygan. 
Dla  niektórych  nigdy  nie  był  synem  Johana  Stornesa.  Ludzie  o  tym  mówili,  przypomniała 
sobie  Mali.  I  jeszcze  to,  że  zniknął  tak  nagle...  Ludzie  szeptali  po  kątach,  ale  nikt  się  nie 
odważył zapytać wprost. Czuła ich spojrzenia na plecach, ale nigdy nie dawała tego po sobie 
poznać. Zawsze radziła sobie sama. 

Taka była szczęśliwa, gdy Sivert wrócił tu z całą rodziną. Wydawało jej się, że tajemnica 

nigdy nie wyjdzie na jaw i że wreszcie wszystko się ułoży. Nikt nie zniszczy życia ani jej, ani 
Sivertowi. Chyba się jednak przeliczyłam, pomyślała z ciężkim sercem i poczuła lekki skurcz 
w okolicy mostka. 

-  Helga chciała coś jeszcze - powiedziała w końcu cicho. 
-  Co? 
Mali odłożyła szczotkę do włosów, wstała, zrzuciła pantofle i wślizgnęła się do łóżka obok 

Havarda. Naciągnęła pled pod samą szyję. Marzła od środka. I zbierało jej się na wymioty. 

-  Słyszała jakieś plotki w Surnadalen. Przyniosła je podobno jakaś Cyganka. O Sivercie... 

Ż

e on... że on i Tordhild nie powinni być małżeństwem. 

-  Nie powinni... Co to za historia! 
Mali  poczuła  się  jak  przestraszone  dziecko.  Położyła  głowę  na  piersi  Havarda  i  załkała. 

Gdy  popłynęły  pierwsze  łzy,  pociągnęły  za  sobą  całą  lawinę.  Uczepiona  Havarda  szlochała 
bez opamiętania. 

-  Mali... 
Głaskał ją po plecach i kołysał. 
-  Nie zniosłabym, gdyby stało im się coś złego - łkała Mali. - Gdyby aresztowali Siverta, a 

Johannes... Może się zdarzyć, że im go odbiorą i... 

-  Kto miałby to zrobić? To niemożliwe. 
-  Skąd wiesz? 
-  Sivertowi  nic  nie  grozi,  jeśli  będziemy  się  trzymać  tego,  co  jest  zapisane  w  księgach 

kościelnych. Że jego ojcem jest Johan Stornes. Nikt nie zdoła nic udowodnić. Nigdy w życiu. 

Mali otarła łzy z twarzy i spojrzała na Havarda. 
-  Sivert też tak mówił. 

background image

-  I  tak  właśnie  jest.  Nie  można  ludzi  sądzić  na  podstawie  plotek.  Muszą  być  dowody. 

Tylko ty i Jo wiedzieliście, jak było naprawdę. Teraz Jo nie żyje, a ty zawsze twierdziłaś, że 
Johan jest ojcem Siverta. W tej sytuacji nic nikomu nie grozi.  

Mali wzięła głęboki oddech i pokiwała głową. 
-  Tak myślisz? 
-  Oczywiście, że tak. 
-  Ale Sivert nie jest podobny do swojego ojca. 
-  Ja też nie - powiedział Havard. - A jednak jestem, niestety, synem starego Gjelstada. To 

nie jest kwestia podobieństwa. 

Mali poczuła, jakby ktoś zdjął jej wielki ciężar z ramion. Żołądek wrócił na swoje miejsce. 

Westchnęła głęboko i wyciągnęła się wygodniej. 

-  Tak bardzo się bałam. 
-  Rozumiem cię, bo nie ma powodu do radości,  gdy takie plotki zaczynają krążyć. Mnie 

też nie jest wesoło. 

-  A jeśli lensman... 
-  Co ma lensman do tego? 
-  No nie wiem. To przecież poważne oskarżenie. 
-  Ani lensman, ani pastor nie ma tu nic do roboty. 
-  Chyba  pojadę  do  Surnadalen  i  dowiem  się,  co  to  za  Cyganka  rozpuściła  te  plotki  - 

powiedziała Mali. - Może uda mi się ją znaleźć i porozmawiać. Nie rozumiem, dlaczego... 

-  Sądzę,  że  nie  powinnaś  tego  robić  -  przerwał  jej  Havard  zdecydowanym  tonem  i 

przyciągnął  żonę  do  siebie.  -  Niechże  te  plotki  umrą  śmiercią  naturalną.  Jeśli  okażesz 
zainteresowanie, ludzie pomyślą, że jest w nich ziarno prawdy. A przecież nie chcemy, żeby 
ktoś węszył w tej sprawie. 

Mali  leżała  i  zastanawiała  się  nad  słowami  Havarda.  Może  on  ma  rację,  pomyślała.  Mali 

tak bardzo chciała wiedzieć, kto to powiedział i dlaczego to zrobił. Nigdy nie miała żadnych 
konfliktów z Cyganami, wręcz przeciwnie. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś mógł życzyć 
ź

le jej i jej rodzinie. 

-  Zostaw  to,  Mali  -  przykazał  Havard,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  -  To  najlepsze,  co 

możesz zrobić. 

-  I tak zrobię - postanowiła, przytulając się do jego boku. - Dziękuję, że mnie uspokoiłeś. 
-  Niezbyt  często  tego  ode  mnie  potrzebujesz  -  zauważył  Havard.  -  Najczęściej  radzisz 

sobie sama, Mali. Miło od czasu do czasu przekonać się, że można ci jakoś pomóc. 

-  Pomagasz  mi  codziennie,  Havardzie.  Cieszę  się,  że  cię  mam  -  mruknęła  prawie  przez 

sen. 

Po chwili jej oddech się wyrównał. Wtedy Havard ostrożnie uwolnił swoje ramię i położył 

je sobie pod głowę. Wcale nie był taki pewien tego, co powiedział, ale nie wyobrażał sobie, 
ż

e  mogłoby  się  stać  coś  złego,  jeśli  tylko  Mali  będzie  utrzymywać,  że  Johan  jest  ojcem 

Siverta. Ale pewności nie ma, pomyślał z niepokojem. Westchnął i zamknął oczy. 

Dwa dni później znów zadzwoniła Lisbeth Oppstad. 
-  Wyślij Olę Havarda do domu - poprosiła. 
-  Mógłby zostać jeszcze dłużej. 
-  Dzięki, ale Laura chce go zobaczyć.  
Mali zadrżała. 
-  Gorzej z nią? 
-  Tak, wczoraj był u nas lekarz i powiedział, że to już długo nie potrwa. Laura chyba zdaje 

sobie z tego sprawę, ponieważ dziś rano od razu zapytała o Olę Havarda. Chce się pożegnać z 
synem - dodała. 

-  To będzie dla niego trudne. 
-  Na pewno, ale nie możemy odmówić tego matce. Życie nie zawsze jest proste, Mali. 

background image

-  Coś o tym wiem - rzekła Mali cierpko. - Myślałam o Oli Havardzie. To jeszcze dziecko. 
-  Zajmiemy się nim najlepiej, jak zdołamy - zapewniła Lisbeth. - A jeśli będzie bardzo źle, 

to wróci do was. Bardzo was wszystkich kocha, ciągle to powtarza. 

-  Zawsze jest tu mile widziany, już mu to powiedzieliśmy. 
-  Tak, tak - westchnęła Lisbeth. - Poślij go do domu. 
-  Dobrze. Pozdrów Laurę. 
  
Johannes  wracał  do  domu  sam.  Odprowadził  Olę  Havarda  do  Oppstad,  ale  nie  został 

zaproszony  do  środka.  Stał  w  drzwiach,  gdy  Lisbeth  pomagała  się  Oli  Havardowi  rozebrać. 
Jak  tam  dziwnie  pachniało,  przypomniał  sobie.  Johannes  był  u  lekarza  tylko  kilka  razy,  ale 
pamiętał  wizytę  z  powodu  zapalenia  ucha.  Pachniało  wtedy  tak  samo  jak  teraz  w  Oppstad. 
Choroba, pomyślał Johannes i kopnął zaspę tak mocno, że w górę wzbiła się fontanna śniegu. 

-  Odwiedzisz nas innym razem, Johannes - powiedziała Lisbeth. - Dziś nie można. 
To  dlatego,  że  mama  Oli  Havarda  jest  taka  chora,  pomyślał  Johannes.  Rozumiał  to.  Ola 

Havard  powiedział,  że  ona  może  nawet  umrzeć.  I  wtedy  zaczął  płakać.  Johannes  objął 
przyjaciela,  ale  nie  bardzo  wiedział,  co  powiedzieć.  Na  samą  myśl  o  śmierci  ogarnęło  go 
przerażenie.  Jeśli  mama  Oli  Havarda  może  umrzeć,  to  znaczy,  że  jego  mamę  też  mogłoby 
spotkać to samo. Johannes spojrzał w kierunku Wzgórza. W oknach paliło się ciepłe światło. 
Chłopiec przyspieszył kroku. 

-  Przyszedłeś już - przywitała go Tordhild na ganku. Wciągnął w nozdrza zapach świeżo 

upieczonego chleba i pokiwał głową. 

-  Ola  Havard  musiał  wrócić  do  Oppstad  -  powiedział,  ściągając  wełnianą  kurtkę.  -  Jego 

mama jest bardzo chora. 

-  Ojej  –  westchnęła  Tordhild  i  otworzyła  drzwi,  żeby  wytrzepać  kurtkę.  -  To  smutna 

wiadomość. 

Johannes  poszedł  za  matką  do  kuchni.  W  domu  panowała  cisza.  Marilena  pewnie  śpi, 

pomyślał.  Na  ławie  leżało  sześć  wielkich,  świeżo  upieczonych  bochenków  chleba 
przykrytych ściereczką. Johannes długo na nie patrzył. 

-  Masz ochotę na piętkę? 
-  O, tak - odpowiedział czym prędzej. - Mogę? 
-  Tak.  Zjemy koło południa. Tata poszedł na chwilę do sklepu.  Zjemy, jak tylko  wróci  - 

powiedziała Tordhild, nastawiając kawę. 

Johannes wdrapał się na krzesło i oparł o stół łokciami. 
-  Mama Oli Havarda może umrzeć - stwierdził nagle. 
-  Kto ci to powiedział? 
-  Ola Havard. On to wie. 
-  Tak - zamyśliła się Tordhild. - To chyba prawda. 
-  Ale przecież Laura nie jest wcale stara - ciągnął Johannes. 
-  Ale jest bardzo chora. 
-  Czy... czy ty też możesz umrzeć? - zapytał Johannes, nie patrząc na matkę. 
Tordhild spojrzała na niego badawczo. Potem podeszła do syna i mocno go przytuliła. 
-  Przyszło ci coś takiego do głowy, Johannes? 
-  Ola Havard będzie całkiem sam, gdy jego mama umrze. 
-  Ja tak prędko nie umrę. 
-  Na pewno? 
-  Nie,  nikt  nie  może  być  tego  pewien  -  przyznała  Tordhild  i  przygładziła  jego  niesforną 

czuprynę. - Ale jestem młoda i zdrowa. Nie powinieneś się tym martwić, Johannes. 

-  I tak się martwię - mruknął i ukrył twarz w jej ramieniu. 

background image

Pachniała tak ładnie, czuł się przy niej tak bezpiecznie. Objął ją rękami w pasie i mocno 

ś

cisnął. Nagle przypomniał mu się zapach z Oppstad. I Ola Havard, który został tam w sieni, 

ze zwieszonymi ramionami i niepewnym spojrzeniem. Johannes widział, że przyjaciel się boi. 

-  Tak mi żal Oli Havarda - szepnął wzruszony. 
I nie mógł już powstrzymać łez, które cisnęły się do oczu. Ukrył twarz w dłoniach i załkał. 

Tordhild przysunęła się bliżej i pogłaskała syna po głowie. 

-  Mnie też go żal - przyznała. - Ale Ola Havard ma w tobie wielkiego przyjaciela. 
-  Ale straci mamę - łkał Johannes. - Kto mu będzie czytał wieczorami? I do kogo pójdzie, 

jak mu będzie smutno? Gdybym ja ciebie nie miał... 

-  Ma  rodzinę  w  Oppstad  -  pocieszyła  synka  Tordhild.  -  I  ma  tatę  w  Stornes.  Mali  na 

pewno będzie mu czytała. Już teraz to robi. 

-  Ale ona nie jest jego mamą. 
-  Nie - przyznała Tordhild.  
Johannes uniósł zapłakaną twarz. 
-  Będzie mógł przyjść do ciebie - powiedział i zarzucił jej ręce na szyję. - Prawda? 
-  Prawda - pokiwała głową. - Jeśli tylko zechce. 
-  Powiem mu to - powiedział Johannes i potarł nos rękawem. - Na pewno będzie mu lepiej 

dzięki temu. 

-  Zrób to - zachęciła go Tordhild i podniosła się. - A teraz nakryjemy do stołu. Pomożesz 

mi? 

Tordhild zerkała na syna, gdy rozstawiał kubki i szklanki. Otarł już oczy, ale matka dobrze 

go znała i wiedziała, że wciąż jest przygnębiony i przerażony. Śmierć w Oppstad będzie dla 
niego  wielkim  ciosem.  Muszę  o  tym  porozmawiać  z  Sivertem,  pomyślała.  Może  dobrze  by 
było, gdyby ojciec uspokoił Johannesa. 

 
-  Mama chce z tobą porozmawiać - powiedziała Lisabeth, gdy Ola Havard wszedł do izby 

w Oppstad. - Umyjesz się trochę, a potem cię zaprowadzę na górę. 

-  Muszę? - mruknął Ola Havard. 
Lisbeth zaprowadziła go do kranu i podała mydło. 
-  Na pewno chcesz porozmawiać z mamą. 
Ola Havard nie odpowiedział. Długo obracał kostkę mydła w rękach, aż wreszcie Lisbeth 

zabrała  mu  ją  i  odłożyła.  Serce  podchodziło  mu  do  gardła.  Bał  się.  Najchętniej  zostałby  w 
Stornes. Tam przynajmniej wszyscy są zdrowi. Pewnie, że chciał, żeby mama wyzdrowiała, 
ale w głębi serca nie miał już żadnej nadziei. Nie wiedział dlaczego, ale coś mu mówiło, że ta 
chuda, blada kobieta w zbyt wielkim łóżku nigdy nie wyzdrowieje. Mama nikła w oczach, a 
on nie mógł na to patrzeć. To go przerażało. 

Lisbeth  osuszyła  mu  twarz  ręcznikiem  i  wyjęła  grzebień.  Stał  cicho  ze  zwieszonymi 

ramionami, gdy go czesała. 

-  Chodź  -  powiedziała.  -  Zaprowadzę  cię  na  górę.  Schody  na  poddasze  wydały  mu  się 

bardziej  strome  i  dłuższe  niż  przedtem.  Ola  Havard  szedł  za  Lisbeth  i  czuł,  że  braknie  mu 
tchu. Krew tętniła mu w uszach. O czym miałby rozmawiać z matką, zaniepokoił się. 

-  Mama jest bardzo chora - szepnął, gdy dotarli na górę. 
-  Tak  - potwierdziła  Lisbeth, idąc przez korytarz. - Nic na to nie możemy  poradzić, mój 

drogi. Mama chce z tobą porozmawiać - powtórzyła. 

-  Dlaczego? 
-  Nie wiem - odparła Lisbeth wymijająco. - Wiem tylko, że chce cię zobaczyć. 
Zatrzymała się przed drzwiami sypialni, w której leżała Laura. Ola Havard poczuł, że coś 

dławi mu gardło. Chciał uciec, ale Lisbeth otworzyła drzwi i wepchnęła go do pokoju. 

-  To Ola Havard, Lauro - powiedziała. 

background image

W  pokoju  panował  półmrok.  Światło  dzienne  było  coraz  słabsze.  Lisbeth  popchnęła  Olę 

Havarda w stronę łóżka. 

-  Zapalę lampę - powiedziała, wyjmując pudełko zapałek z kieszeni fartucha. 
Migający płomień lampy rzucał cienie na łóżko. Połowa matczynej twarzy była pogrążona 

w mroku, druga połowa odcinała się szarą bielą od poduszki. Laura wyciągnęła szczupłą dłoń 
do syna. 

-  Ola Havard - powiedziała głosem, którego nie rozpoznał. Jakby głos jej pękł, pomyślał 

chłopiec, jakby rozpadł się na kawałki. 

-  To ja już pójdę - oświadczyła cicho Lisbeth. - Sam później trafisz na dół, prawda? 
Drzwi się za nią zamknęły i Ola Havard został sam w cichym, ciemnym pokoju. Dłoń, w 

której Laura trzymała jego rękę, była zadziwiająco zimna. 

-  Byłeś w Stornes? 
Ola Havard pokiwał głową. Jakby stracił głos. Zakasłał nawet. 
-  Tak - szepnął. 
-  Dobrze ci tam? 
-  Dobrze - odparł pospiesznie. 
-  Havard jest twoim ojcem. 
-  Teraz już wiem. 
-  I bardzo mu na tobie zależy. 
Ola Havard nie odpowiedział. Przez chwilę w pokoju panowała cisza. 
-  Tak  bardzo  cię  kocham  -  powiedziała  Laura  cicho.  -  Może  nie  byłam  najlepszą  matką. 

Wiem o tym. Ale zawsze cię bardzo kochałam, musisz mi wierzyć. 

Ola Havard poczuł, że palą go policzki. Pochylił głowę i utkwił wzrok w narzucie. 
Nie wierzył, że zawsze go kochała. Ale i tak ją kochał. Była jego matką. Bolało go bardzo, 

gdy czuł, że matka kocha tylko jego brata, ale pogodził się z tym. Podobnie jak pogodził się z 
tym, że ciągle wprowadzali się do nich jacyś mężczyźni. Nienawidził ich, bo chciał ją mieć 
tylko  dla  siebie.  Pragnął,  żeby  uśmiechnęła  się  do  niego  tak  promiennie  jak  do  wszystkich 
innych. Nieczęsto tego doświadczał. 

Nigdy mu nie czytała, nigdy nie pytała, co u niego słychać, z reguły musiał kłaść się sam. 

„Duzi chłopcy sami się kładą", zbywała go, gdy prosił, by go odprowadziła na górę. Dlatego 
przytulał  się  do  swego  misia.  Wszystko,  co  chciał  opowiedzieć  matce,  opowiadał  misiowi. 
Gunvald mówił, że chłopcy nie bawią się misiami, że robią to tylko dziewczynki. Ola Havard 
bał się bardzo, że Gunvald wyrzuci Burre, i każdego ranka chował misia pod materacem, żeby 
Gunvald go nie znalazł. Zawsze mu się wydawało, że będzie bardziej tęsknił za misiem niż za 
mamą, gdyby oboje mieli nagle zniknąć. Tak to było. 

Ale po śmierci Oli Pedera wszystko się zmieniło. Nagle mama zaczęła go odprowadzać do 

łóżka. Przytulała go, płakała i mówiła, że mają już tylko siebie nawzajem. Że został jej tylko 
on.  Ola  Havard  nie  mógł  uwierzyć,  że  to  prawda.  Smucił  się  po  śmierci  brata,  ale  żal 
wypierała radość z tego, że mama go jednak kocha! Bo mówiła, że go kocha. Przytulała go, 
rozmawiała z nim, a on nie posiadał się ze szczęścia. 

 I wtedy zachorowała. Strach dławił mu gardło, gdy zauważył, że mama ciągle wymiotuje. 

Przez pewien czas wierzył, gdy mówiła, że to tylko jakiś wirus, bo w głębi duszy pragnął, by 
tak było. Po chrzcinach w Granvold zrozumiał, że to coś innego. Kruche poczucie szczęścia 
zamieniło się w żal, choć nic nie mówił. Teraz wiedział, że mama niedługo umrze. Wszyscy 
dokoła niego umierają, zasępił się. Coś z nim nie tak. 

-  Chciałabym  wyzdrowieć  -  powiedziała  Laura  cicho.  -  Wtedy  oboje  mieszkalibyśmy  w 

Storhaug, prawda? 

Pokiwał głową i poczuł, że łzy cisną mu się do oczu. Po co ona to mówi, pomyślał. 
-  Storhaug należy do ciebie - ciągnęła. - Najpiękniejszy dwór w całym Kvannes. Z czasem 

przejmiesz dwór i będziesz zarządzał gospodarstwem. Obiecujesz? 

background image

-  Tak - szepnął nabrzmiałym ze wzruszenia głosem. 
-  Havard ci pomoże, jestem tego pewna. 
Znów  zapadła  cisza.  Matka  uniosła  się  trochę  na  łóżku.  Na  jej  twarz  padło  światło.  Jej 

wielkie oczy błyszczały dziwnym, gorączkowym blaskiem. 

-  Jestem chora, synku. Niewiele życia mi zostało. Wiesz o tym, prawda? 
Pokiwał niemo głową. 
-  Chciałabym żyć dalej - ciągnęła schrypniętym głosem. - Jeszcze długo być twoją mamą. 

Ale  tak  nie  będzie.  Zamieszkasz  tu,  w  Oppstad,  póki  nie  dorośniesz  na  tyle,  żeby  przejąć 
Storhaug.  Lisbeth  i  Anders  zajmą  się  tobą,  kiedy  mnie  nie  będzie.  I  masz  jeszcze  ojca. 
Trzymaj się ojca. 

Ola Havard pochylił głowę. Zacisnął wargi, żeby mama nie usłyszała jego płaczu. Ciepłe 

łzy popłynęły po ręce, którą wciąż trzymała Laura. 

-  Nie płacz, mój chłopcze - szepnęła, uniosła dłoń i objęła go za szyję. - Nie płacz, Ola. 
Nagle  zrobiło  mu  się  zbyt  ciężko.  Położył  się  na  łóżku  i  rozszlochał.  Matka  nic  nie 

powiedziała. Głaskała go tylko po plecach. 

-  Ja też chcę umrzeć - łkał rozpaczliwie. - Nie chcę cię stracić! 
-  Zawsze  się  będę  tobą  opiekować  -  powiedziała  cicho.  Bezsilną  dłonią  wciąż  głaskała 

syna po plecach. - Obiecuję. Ale moje życie dobiega końca. To nie zależy ode mnie. 

-  A od kogo? 
-  Od Boga. 
-  Ale ja się modliłem, żeby. 
-  Pewnie nie usłyszał - westchnęła Laura ciężko. - Ja też się modliłam, mój chłopcze. 
Ola  Havard  usiadł.  Wytarł  nos  rękawem  i  płakał  dalej.  Mama  wzięła  go  za  ręce  i 

uśmiechnęła się. 

-  Obiecaj mi, że będziesz dobry - powiedziała. - Tak żebym była z ciebie dumna. 
Pokiwał głową w milczeniu. Nagle szczupłą twarz matki przeszył grymas bólu. Puściła go 

i przycisnęła dłonie do brzucha. Ola Havard spojrzał na nią zaczerwienionymi oczami. 

-  Co się dzieje, mamo? 
-  Nic  takiego  -  jęknęła  lekko.  -  Ale  chyba  powinieneś  już  iść.  Przyślij  do  mnie  Lisbeth, 

dobrze? 

Podniósł się, ale nogi się pod nim trzęsły, stał więc niepewnie koło łóżka. 
-  Mogę cię przytulić? - szepnęła. 
Podszedł bliżej, a ona zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła z zadziwiającą siłą. Poczuł jej 

wilgotną skórę na policzku i ten obcy zapach, który unosił się w całym domu. Może to zapach 
ś

mierci, pomyślał. 

-  Idź już, mój chłopcze. 
Jej  głos  był  nabrzmiały  łzami.  Puścił  ją  i  wyprostował  się.  Przez  chwilę  stał  i  patrzył  na 

matkę.  Utrwalał  jej  obraz  w  pamięci.  I  nagle  ujrzał  ją  taką,  jaką  była  dawniej:  zdrową  i 
roześmianą, z włosami rozwianymi wokół głowy. 

-  Mamo...  -  Wyciągnął  rękę,  ale  prawie  nic  nie  widział,  bo  oczy  zaszły  mu  łzami.  - 

Mamo... 

-  Idź już - szepnęła z trudem. - Żyj dobrze, synu. 
Potknął  się,  wychodząc  na  ciemny  korytarz.  Płacz  całkiem  go  obezwładnił,  Ola  Havard 

skulił się i przycisnął dłonie do brzucha. Wtedy wydało mu się, że ktoś za nim idzie. Obrócił 
się  przerażony,  ale  nikogo  nie  zobaczył.  Spod  drzwi,  za  którymi  leżała  mama,  wydobywało 
się tylko słabe światło. Ruszył na dół. Lisbeth czekała na niego w sieni. Wzięła go w ramiona 
i mocno przytuliła. Ola Havard przylgnął do niej i zapłakał. 

-  No już, mój chłopcze, wszystko się ułoży - powiedziała, głaszcząc go po głowie. 
Ale on wiedział, że nic się nie ułoży. Pożegnał się już na zawsze ze swoją matką. Jestem 

teraz sam na świecie, pomyślał. 

background image

  
ROZDZIAŁ 10. 
  
Następnego  dnia  wieść  o  śmierci  Laury  dotarła  do  Stornes.  Laura  zmarła  nocą.  Havard 

pobladł, gdy to usłyszał. 

-  Jak się miewa Ola Havard? - zapytał, gdy Mali weszła do izby po rozmowie z Lisbeth. - 

Tyle na niego spadło. 

-  Płacze - powiedziała Mali. - Płacze od wczoraj. 
-  Co się wczoraj stało? 
-  Rozmawiał z matką. 
-  Sam na sam? 
-  Tak  to  zrozumiałam.  Laura  tak  chciała  -  dodała.  -  Ale  dziś  po  nabożeństwie  wróci  do 

nas. Lepiej, żeby mieszkał tu aż do pogrzebu. 

-  A potem? 
-  Nie wiem, jak zamierzają to rozwiązać, ale Ola Havard ma mieszkać w Oppstad. Wydaje 

mi  się,  że  tak  to  zaplanowali,  przynajmniej  na  jakiś  czas.  Dziadkowie  ze  Storhaug  będą 
chcieli, żeby z czasem się tam przeniósł, ale sądzę, że na razie jest na to za wcześnie. 

-  To  nie  są  jego  dziadkowie  -  powiedział  Havard  ponuro.  -  Nie  słyszałem,  żeby  miał  z 

nimi  dobry  kontakt.  Ma  przecież  nas.  Kristen  i  wszyscy  w  Gjelstad  też  by  chcieli  go 
zobaczyć. To oni są jego rodziną. 

-  Jego dziadek zarządza dworem w Storhaug - powtórzyła Mali. - Ola Havard potrzebuje 

kontaktu  z  rodziną  ze  Storhaug.  Za  jakiś  czas  ma  przecież  przejąć  dwór,  a  więc  to  całkiem 
rozsądne,  że  będzie  tam  częściej  bywać.  Wszystko  się  ułoży,  gdy  tylko  minie  trochę  czasu. 
Powinieneś  się  cieszyć,  że  Ola  Havard  odziedziczy  taki  wspaniały  dwór  -  dodała.  -  To  mu 
zapewni przyszłość. A Storhaugowie to dobrzy ludzie. Wszyscy tak mówią. Nie odtrącili Oli 
Havarda,  gdy  się  okazało,  że  nie  jest  ich  wnukiem.  Myślę,  że  to  dobrze  o  nich  świadczy. 
Prawie  wszyscy,  których  znam,  zareagowaliby  inaczej  -  dodała,  nie  wymieniając  żadnych 
nazwisk. 

-  Przecież to nie jego wina. Nic nie poradzi na to, że... 
-  Ale  mimo  wszystko  to  niezwykłe.  Pomyśl  tylko,  ile  się  nacierpieli  ci  Storhaugowie. 

Stracili syna i wnuka. I dowiedzieli się, że młodszy wnuk nie jest tym, za kogo go cały czas 
uważali. To wszystko nie takie proste. 

Havard nic nie odpowiedział. 
-  Musimy iść na nabożeństwo - powiedział cicho. 
-  Oczywiście - odparła Mali. - Również ze względu na Olę Havarda. On nas potrzebuje. 
-  Jak myślisz, jak on to przyjął? 
-  Powinieneś  z  nim  dziś  wieczorem  porozmawiać  -  odparła  Mali.  -  Na  pewno  tego 

potrzebuje. 

Coś zaszurało w sieni i w drzwiach nagle stanął Johannes, biały od stóp do głów. 
-  To ja - uśmiechnął się, wtykając głowę do izby. 
-  Musimy cię trochę otrzepać, zanim wejdziesz do środka - powiedziała Mali. - Wyglądasz 

jak bałwanek. Jak to zrobiłeś? 

-  Przewróciłem się parę razy - wyjaśnił. - Jest tyle śniegu.  I  ulepiłem bałwana tam, koło 

mostu, ale się rozpadł. 

-  I tym się różni od ciebie - roześmiała się Mali, pomagając mu zdjąć ubranie. Johannes 

wszedł do izby boso, z policzkami zaczerwienionymi po spacerze ze Wzgórza. 

-  Mama Oli Havarda nie żyje - powiedziała Mali i popatrzyła na wnuka. - Wiesz, że była 

bardzo chora, prawda? 

Johannes popatrzył na nią zaokrąglonymi oczami. 
-  Nie żyje? Ale jak to... Przecież Ola Havard... 

background image

-  Ola Havard jest teraz w Oppstad, ale wróci tu z nami jeszcze dziś, po nabożeństwie. 
-  Ja też idę na nabożeństwo! 
-  Nie, musisz tu na niego zaczekać. Takie nabożeństwo... 
-  Ola  Havard  mnie  potrzebuje  -  powiedział  Johannes  zdecydowanym  tonem.  -  Stracił 

matkę. Biedny Ola Havard - powiedział z oczami pełnymi łez. - Tak mi go żal. 

-  To prawda - pokiwała głową Mali. - Ola Havard potrzebuje takiego dobrego przyjaciela 

jak ty. Ale myślę, że powinieneś zostać i tu na niego zaczekać. 

-  Idę z wami - postanowił chłopiec. 
-  Najpierw musimy zapytać mamę - orzekła Mali. - Będzie tak, jak ona zadecyduje. 
  
Poszli  do  Oppstad  bez  Johannesa.  Zarówno  Tordhild,  jak  i  Sivert  uznali,  że  Johannes 

powinien  poczekać  na  przyjaciela  w  Stornes.  Johannes  zupełnie  się  z  tym  nie  zgadzał,  ale 
musiał się podporządkować. 

Ola Havard siedział sam na kanapie, gdy Mali i Havard weszli do izby w Oppstad. W izbie 

było  mnóstwo  ludzi,  ale  chłopak  od  razu  ich  zauważył,  jakby  na  nich  czekał.  Podniósł  się, 
blady  i  zapłakany,  i  ruszył  w  ich  stronę.  Ludzie,  których  mijał,  głaskali  go  po  głowie  i 
próbowali  zagadywać,  ale  on  na  nikogo  nie  zwracał  uwagi.  Patrzył  tylko  na  Havarda.  Gdy 
podszedł  do  ojca,  objął  go  w  pasie  rękami  i  mocno  się  przytulił.  Drobnym  ciałem  chłopca 
wstrząsał płacz. 

-  No  już,  już  -  powiedział  Havard  spokojnie  i  pociągnął  małego  za  sobą  do  spokojnego 

kąta koło pieca. - Już tu jesteśmy. 

-  Mama umarła. 
-  Tak, bardzo mi przykro. 
-  Co ja teraz zrobię? 
-  Masz rodzinę tutaj i w Storhaug. I masz Mali oraz mnie. 
-  Ale gdzie będę mieszkał? 
-  Porozmawiamy  o  tym  z  twoimi  dziadkami,  Ola  Havardzie.  Na  pewno  wszystko  się 

wyjaśni. 

-  Czy mogę mieszkać w Stornes? 
-  Od czasu do czasu na pewno - powiedział Havard wymijająco i szybko zerknął na Mali. 

- W każdym razie dziś na pewno pojedziesz z nami. Johannes na ciebie czeka. 

Ktoś zaklaskał i w izbie zapadła cisza. Havard przygarnął syna i położył mu ciepłą dłoń na 

ramieniu. Tak stali przez cale nabożeństwo. 

  
Ola Havard mieszkał w Stornes aż do pogrzebu. W zasadzie wszystko poszło dużo lepiej, 

niż Mali się spodziewała. Czasami wydawało jej się, że chłopcu spadł jakby kamień z serca. 
Tęsknił  oczywiście  za  matką.  Wieczory  były  pełne  płaczu  i  rozpaczy.  Trudno  go  było 
pocieszyć,  nie  mógł  dojrzeć  w  tym  wszystkim  sensu,  zastanawiał  się,  dlaczego  wszyscy 
wokół  niego  umierają.  Ciągle  powtarzał,  że  wisi  nad  nim  jakaś  klątwa.  Mali  próbowała 
pocieszać i tłumaczyć, ale nie na wiele się to zdało. Czasami jednak wydawał jej się znacznie 
spokojniejszy  niż  wtedy,  gdy  Laura  chorowała.  Spał  też  dużo  lepiej.  Na  pewno  straszna 
choroba budziła w nim niepokój i niepewność. Teraz wszystko było jasne i z czasem zaczął 
powoli akceptować swój smutny los. Codziennie powracało jedno pytanie: 

-  Gdzie będę mieszkał? 
-  Musimy się spotkać z Oppstadami i Storhaugami, żeby podjąć decyzję co do przyszłości 

Oli  Havarda  -  powiedziała  Mali  pewnego  wieczoru  mężowi.  -  Nie  możemy  tego  już  dłużej 
odkładać.  Chłopak  potrzebuje  spokoju  i  pewności,  a  teraz  mu  tego  brakuje.  Nie  wiemy 
jeszcze, co tamci myślą. 

-  A nie może tu zostać, w każdym razie na pewien czas? Póki się nie wyciszy. 

background image

-  To  tylko  awaryjne  rozwiązanie.  Nie  możemy  ciągać  chłopaka  z  domu  do  domu,  kiedy 

nam dorosłym pasuje. Trzeba wymyślić jakieś stałe rozwiązanie. Chodzi także o szkołę. 

-  Przecież chodzi do naszej szkoły. 
-  Tak, ale powinien chodzić do Kvannes. 
-  Tam byłby zupełnie sam. 
-  Ma tam swoich dziadków. 
Havard nic nie odpowiedział, ale Mali wiedziała, jakie jest jego zdanie. Nie uważał starych 

Storhaugów  za  dziadków  swojego  syna  i  rzeczywiście  wcale  nimi  nie  byli.  Nie  należało 
jednak kręcić nosem na to, że pragnęli wziąć na siebie rolę, którą grali zresztą od urodzenia 
chłopca. Należy zadbać, by Ola Havard był mocno związany z dworem w Storhaug, a stanie 
się to wówczas, gdy chłopak tam zamieszka. Mali w ten właśnie sposób patrzyła na sprawę. 

-  Porozmawiam  z  Lisbeth  -  powiedziała.  -  Myślę,  że  powinniśmy  się  spotkać  wszyscy 

razem.  I  że  Ola  Havard  powinien  być  przy  tym  spotkaniu.  O  niego  przecież  chodzi. 
Chciałabym,  żeby  zrozumiał,  że  jest  dziedzicem.  To  bardzo  ważne  dla  niego  i  dla  jego 
przyszłości. 

-  Skoro tak uważasz - mruknął Havard, układając się wygodniej. 
-  Tak  uważam  i  ty  też  tak  powinieneś  uważać  -  stwierdziła  stanowczo  Mali.  Wślizgnęła 

się do łóżka i otuliła pledem. 

-  Rozumiem,  że  dwór  w  Storhaug  to  ważna  sprawa  -  pokiwał  głową  Havard.  -  Boję  się 

tylko, że on będzie się tam źle czuł. Że poczuje się całkiem opuszczony... 

-  Przecież będzie nas odwiedzał tak samo jak przedtem - powiedziała Mali, układając się 

na  ramieniu  męża.  -  Nie  zauważy  różnicy.  Na  pewno  będzie  też  często  bywał  w  Oppstad. 
Peder  i  Asbjorg  to  przecież  jego  dziadkowie,  a  Anders  i  Lisbeth  -  to  wuj  i  ciotka.  Nie  ma 
wątpliwości,  że  zechcą  go  często  widywać.  Ale  najlepiej  będzie,  jeśli  na  stałe  zamieszka  w 
Storhaug. Odziedziczy kiedyś ten dwór. 

-  Kiedy chcesz zorganizować takie spotkanie? 
-  Muszę  porozmawiać  z  Lisbeth  i  zadzwonić  do  Storhaug.  Ale  chyba  dopiero  po 

pogrzebie. Na pewno nie przed. 

Leżeli  przez  chwilę  w  milczeniu.  Usłyszeli  kaszel  O1ava.  Na  szczęście  nie  zdarza  się  to 

już  tak  często,  pomyślała  Mali.  O1av  czuje  się  dużo  lepiej  i  nikogo  nie  zaraził,  gdy  był  tak 
bardzo  przeziębiony.  Oby  tylko  reszta  zimy  minęła  równie  spokojnie.  Zostały  jeszcze  trzy 
miesiące do wiosny. 

  
Podczas  pogrzebu  Mali  wspomniała  zarówno  Storhaugom,  jak  i  Oppstadom  o  pomyśle 

wspólnego spotkania. Odpowiedni moment przytrafił się podczas poczęstunku, gdy siedziała 
koło starego Oli Storhauga i jego żony. 

-  Myślę,  że  to  dobry  pomysł  -  pokiwał  głową  Ola  ze  zrozumieniem.  -  Długo  się 

zastanawialiśmy, jak to się ułoży. 

-  To był trudny okres - westchnęła jego żona. - Nieszczęście za nieszczęściem. 
-  Los was ciężko doświadczył - przytaknęła Mali. 
-  Muszę przyznać, że przeżyliśmy szok, gdy się okazało, że Ola Havard nie jest... no, że 

nie jest synem Oli. Bo to chyba prawda - zapytał i spojrzał badawczo na Mali. - To nie był 
tylko kolejny wymysł Laury. 

-  Nie, to prawda - powiedziała cicho Mali. - Przykro mi, że dowiedzieliście się o tym  w 

taki  sposób.  Powinniśmy  wszystko  wyjaśnić  już  dawno  temu.  Ale  to  nie  było  proste  dla 
nikogo - dodała. 

-  Tobie na pewno nie było łatwo - stwierdził Storhaug i spojrzał na Mali. 
-  Havard od razu mi wszystko wyznał - powiedziała Mali, rumieniąc się. - Postanowiłam 

mu wybaczyć. To był tylko... przelotny romans - dodała bezradnie. 

background image

-  Teraz  uważamy  Olę  Havarda  ze  swego  wnuka  -  oświadczyła  Elise,  ocierając  łzę.  - 

Chłopiec  dorastał  w  Storhaug,  a  my  staraliśmy  się  nim  dobrze  opiekować.  Ale  nie  zawsze 
było to dla nas takie proste, bo... 

Elise Storhaug przerwała i oblała się rumieńcem. Posłała Mali przepraszające spojrzenie. 
-  Nie należy źle mówić o zmarłych - powiedziała i spuściła wzrok. 
-  Wiem, co masz na myśli - pokiwała głową Mali. - Havard i ja bardzo się cieszymy, że 

teraz  traktujecie  Olę  Havarda  jak  własnego  wnuka.  Wielu  by  się  od  niego  odwróciło,  gdy 
prawda wyszła na jaw. 

-  Ola Havard powinien przejąć po nas dwór - oświadczył Storhaug spokojnie. - Teraz on 

jest  dziedzicem  i  od  niego  zależy  przyszłość  majątku.  A  poza  tym  go  kochamy.  Wiesz,  że 
mieliśmy  tylko  jednego  syna  i...  W  naszych  oczach  Ola  Havard  jest  w  dalszym  ciągu  jego 
potomkiem. Zawsze w to wierzyliśmy i niech już tak zostanie. 

Mali  pokiwała  głową.  I  przedstawiła  swoje  plany.  Storhaugowie  chętnie  przystali  na 

spotkanie,  zażyczyli  sobie  jednak,  by  odbyło  się  u  nich.  W  zasadzie  Laura  powinna  być 
pochowana  w  Storhaug,  ale  z  czysto  praktycznych  względów  łatwiej  było  ją  pogrzebać  w 
Oppstad, tam gdzie umarła. 

-  Chciałbym, żeby Ola Havard wiedział, że Storhaug to jego dwór. Nigdy nie czuł się tam 

jak w domu - wyznał Ola. - Laura zajmowała się przede wszystkim starszym synem. To Ola 
Peder był dziedzicem. 

-  Myślę, że to dobry pomysł - przytaknęła Mali. - Może umówimy się na pojutrze? 
Tamci pokiwali głowami, a Mali poszła poszukać Lisbeth. 
-  To był piękny pogrzeb - powiedziała cicho. 
-  O,  tak.  Przyjechało  tylu  ludzi.  Cieszę  się  z  tego,  przede  wszystkim  ze  względu  na  Olę 

Havarda.  Zawsze  był  taki  przeczulony  na  punkcie  matki,  cierpiał,  gdy  wchodziła  w  kolejny 
konflikt.  Miała  skłonności  do  kłótni.  Często  była  bezwzględna.  I  jeszcze  ci  wszyscy  jej 
mężczyźni...  Ludzie  ciągle  o  niej  plotkowali.  Dziś  Ola  Havard  zobaczył,  że  tylu  ludzi 
przyszło, by oddać jej cześć. Ola Havard też umiał się zachować. 

-  Owszem  -  potwierdziła  Mali,  zerkając  na  Olę  Havarda  i  Johannesa,  którzy  siedzieli 

razem  z  Sivertem  i  Tordhild.  -  Najbardziej  się  cieszę,  że  już  po  wszystkim.  To  dobrze  dla 
niego. 

-  To prawda - pokiwała głową Lisbeth. - Oj, prawda. 
-  Rozmawiałam ze Storhaugami - ciągnęła Mali. - Czy moglibyście przyjechać pojutrze do 

Storhaug,  żeby  podyskutować  o  przyszłości  Oli  Havarda?  Musimy  ustalić,  gdzie  chłopiec 
będzie mieszkał. 

-  My  też  się  nad  tym  zastanawialiśmy.  Ja  i  Peder  -  rzekła  Lisbeth.  -  Chętnie  byśmy  go 

zatrzymali, ale jego miejsce jest w Storhaug. Jest przecież dziedzicem. 

-  My też chcielibyśmy go często widywać - powiedziała Mali. - Powinien odwiedzać ojca, 

gdy  tylko  będzie  miał  na  to  ochotę,  ale  musi  wiedzieć,  gdzie  jest  jego  miejsce.  A  zatem 
spotkamy się w Storhaug? 

-  Dobrze. Mam nadzieję, że chłopiec nie poczuje, że chcemy go od siebie odsunąć. 
-  Od nas zależy, jak załatwimy sprawę - powiedziała Mali. - Najlepiej będzie, jeśli poczuje 

się  dumny  ze  Storhaug.  Jeśli  ucieszy  się,  że  jest  właścicielem  dworu.  Bo  tak  przecież  jest  - 
dodała. - Pomimo wszystkich nieszczęść, które go dotknęły, jest dziedzicem wielkiego dworu. 
I ma zapewnioną przyszłość. 

  
Gdy wracali do domu po południu, Mali pociągnęła Johannesa za rękaw. 
-  Chciałbyś pojechać z nami do Storhaug pojutrze? Chcemy odwiedzić dwór, który należy 

do Oli Havarda. 

-  O, tak - Johannes zapalił się do pomysłu. - Chcę. 
-  Zgodzisz się? - zapytała Mali synową. 

background image

-  Zgodzę się - potwierdziła Tordhild.  
Sprawa była zatem przesądzona. 
  
Storhaug  był  najpiękniejszym  dworem  w  Kvannes.  Z  położonego  wysoko  domu 

rozpościerał  się  widok  na  fiord  i  okoliczne  góry.  Mali  napawała  się  tym  imponującym 
widokiem, gdy sanie zajechały na obszerne podwórze. 

-  To wspaniały dwór - powiedziała do Havarda, który pomagał jej wysiąść z sań. 
-  A  i  owszem  -  potwierdził  Havard.  -  Piękny  i  zadbany  dzięki  staremu  Storhaugowi  - 

dodał. - Laura nie była najlepszą gospodynią. I nie nadawała się też do pomocy. 

-  Czy  to  jest  dwór  Oli  Havarda?  -  zainteresował  się  Johannes  i  zaczął  rozglądać  się  na 

wszystkie strony, zeskakując z sań. 

-  Tak - potwierdziła Mali. - Piękny dwór, prawda? 
-  Bardzo  piękny  -  pokiwał  głową  przejęty  Johannes.  -  Będę  tu  przyjeżdżał,  żeby  mu 

pomagać. 

-  Na pewno się ucieszy - uśmiechnął się Havard. - Musisz mu to powiedzieć. 
Długie domostwo bieliło się w promieniach zimowego słońca. Drzwi prowadzące do sieni 

stanęły otworem, nim goście dotarli na ganek. Z sieni wyszła Elise Storhaug. A tuż za nią Ola 
Havard. 

-  Witajcie  w  Storhaug  -  powiedziała  przyjaźnie,  kładąc  dłoń  na  ramieniu  Oli  Havarda.  - 

Jak to miło, że też przyjechałeś, Johannes. 

-  Nigdy nie widziałem tego dworu. 
-  W  takim  razie  powinieneś  później  wszystko  obejrzeć  -  uśmiechnęła  się  Elise.  -  Ola 

Havard zna już tu każdy kąt. 

-  Masz  dużo  zwierząt?  -  zainteresował  się  Johannes,  zerkając  w  stronę  obszernej, 

pomalowanej na czerwono obory. 

-  Mnóstwo zwierząt, o tak! - Przez szczupłą twarz Oli Havarda przemknął wyraz dumy. - 

Są krowy i owce, dwa konie, kury i świnie, i... i kot - dodał. - Chcesz zobaczyć? 

-  Mieliśmy najpierw porozmawiać... - zaczęła Elise. 
-  Może dobrze by było, gdyby Ola Havard teraz oprowadził Johannesa po gospodarstwie - 

wtrącił Havard. - Zanim zaczniemy rozmawiać. 

-  W  takim  razie  idźcie  -  kiwnęła  głową  Elise.  -  Ale  ubierz  się  ciepło  -  upomniała  Olę 

Havarda. 

Chłopcy znikli w oborze, a Mali i Havard weszli do środka. Izba była obszerna, prawie tak 

wielka jak w Stornes. Długi stół miał rzeźbione nogi, a narożna serwantka koło honorowego 
krzesła  była  stara  i  pięknie  zdobiona.  Na  podłodze  leżały  czyste,  kolorowe  chodniki,  a  w 
oknach  stały  kwitnące  rośliny,  pomimo  niesprzyjającej  pory  roku.  W  powietrzu  unosił  się 
zapach świeżo zaparzonej kawy i ciasta drożdżowego. Peder i Lisbeth Oppstadowie podnieśli 
się  na  widok  wchodzących.  To  oni  mieli  reprezentować  dziadków  ze  strony  matki.  Ola 
Storhaug stał koło wielkiego zegara, wyprostowany i spokojny. Wyciągnął dłoń na powitanie. 

-  Witajcie w Storhaug - powiedział. 
-  Chłopcy znikli? - zapytała Lisbeth. 
-  Tak,  uznałem,  że  może  to  dobry  pomysł,  żeby  Ola  Havard  pokazał  najpierw 

Johannesowi dom i zwierzęta. 

To nam powinno ułatwić rozmowy - stwierdził Havard, siadając w fotelu. 
-  Zacznijmy  od  kawy  -  zaproponowała  Elise  i  dała  znak  jednej  ze  służących,  która  po 

chwili zjawiła się z błyszczącym dzbankiem z kawą. 

-  Możemy  porozmawiać  przez  chwilę  o  tym,  czego  pragniemy  dla  Oli  Havarda  -  zaczął 

Storhaug.  -  Dobrze  by  było,  gdybyśmy  wszystko  między  sobą  uzgodnili,  zanim  to 
przedstawimy chłopcu. 

-  Co masz na myśli? - zapytała Mali, sięgając po kawałek pachnącego, świeżego ciasta. 

background image

-  Rozumiemy, że zarówno wszyscy w Oppstad, jak i wszyscy w Stornes chcą mieć bliski 

kontakt  z  Olą  Havardem.  I  nie  mamy  nic  przeciwko  temu.  Ale  dla  nas  ważne  jest  to,  by 
chłopak uważał Storhaug za swój dom. Kiedyś przejmie ten dwór. 

-  To  brzmi  mądrze  i  rozsądnie  -  oświadczył  Peder.  -  W  każdym  razie  my  się  z  tym 

zgadzamy. 

-  My także - powiedział Havard, zerkając na Mali. - Ale on musi od czasu do czasu bywać 

także u nas. 

-  Oczywiście  -  zgodził  się  Ola  Storhaug.  -  Ale  tu  będzie  mieszkał  na  stałe  i  tu  będzie 

chodził do szkoły. I miło nam tu będzie was wszystkich gościć jak najczęściej - dodał. - Do 
tej pory rzadko tu przyjeżdżaliście. 

-  Czy wszystkie dokumenty dotyczące dworu są w porządku? - zapytał Havard, patrząc na 

starego Storhauga. - Chodzi mi... 

-  Wiem, o co ci chodzi - przerwał mu Ola Storhaug. - Co do tego nigdy nie było żadnych 

wątpliwości,  choć  przeżyliśmy  szok,  gdy  się  dowiedzieliśmy,  że  to  nie  Ola,  ale  ty  jesteś 
ojcem chłopaka. 

-  Rozumiem - powiedział Havard, spuszczając wzrok. 
-  Zawsze  uważaliśmy  Olę  Havarda  za  członka  rodziny  -  ciągnął  Ola  Storhaug.  -  I  tak 

będzie nadal. Ale chłopiec musi mieszkać tutaj, z nami. Ja tego oczekuję. 

-  Nie  oczekujesz  zbyt  wiele  -  rzekła  Mali,  spoglądając  znacząco  na  Havarda.  -  Teraz 

musimy tylko wytłumaczyć chłopcu, że tak będzie dla niego najlepiej. 

Usłyszeli śmiech i szmer rozmowy i zobaczyli, że obaj chłopcy idą przez podwórze, żywo 

gestykulując w trakcie pogawędki. Elise wyszła do sieni, żeby ich zaprosić. Po chwili byli już 
w izbie, zarumienieni od mrozu. 

-  Tutaj  jest  więcej  dojnych  krów  niż  w  Stornes  -  zaczął  Johannes  z  podziwem.  -  A  na 

dodatek mają cielę! Wczoraj się urodziło nowe cielę, prawda, Ola Havard? Nie miało na razie 
imienia, ale teraz nazywa się Johannes - zaśmiał się radośnie. - Prawda? 

-  Tak, bo to było moje cielę - powiedział Ola Havard, spoglądając na starych Storhaugów. 

- Prawda? 

-  Jak najbardziej - kiwnął głową Ola Storhaug. - I teraz nazywa się Johannes? 
-  Tak. I obaj będziemy go doglądać. Prawda, Johannes? 
-  Jeśli mogę? 
-  Możesz - zgodził się stary Storhaug. - W takim razie zostaniesz tu chyba na weekend, bo 

to przecież kawałek drogi. 

-  Ty, Ola Havardzie, zamieszkasz tu teraz, żeby doglądać swego dworu i swoich zwierząt 

- powiedział Peder, patrząc na chłopca. - Dziadek potrzebuje twojej pomocy. 

-  Na pewno potrzebuje - powiedział Ola Havard, a w jego oczach błysnęła duma. 
-  A jak będziesz miał czas, to przyjedziesz do nas w odwiedziny - dorzucił Havard. - Co o 

tym sądzisz? 

-  Tak,  to  chyba  dobry  pomysł  -  powiedział  Ola  Havard,  zadowolony,  że  wszyscy 

interesują się nim i dworem. - Bo będę mógł was często odwiedzać, prawda? 

-  Tak często, jak zechcesz - potwierdziła Mali. - Ale tutaj będziesz chodził do szkoły, bo 

to teraz twój dom. Jesteś dziedzicem Storhaug. 

Bladą twarz chłopca rozjaśnił szeroki uśmiech. Ola Havard pokiwał głową. 
-  Jestem dziedzicem - powiedział, zerkając na starego Storhauga. - Prawda, dziadku? 
-  To  prawda  -  potwierdził  Ola.  -  I  bardzo  się  z  tego  cieszymy,  wiesz  chyba  o  tym. 

Potrzebuję takiego zdolnego chłopaka jak ty do pomocy. 

Ola Havard rósł w oczach. Wyprostował się, na jego policzkach zakwitły rumieńce. 
-  W  takim  razie  wszystko  już  postanowione  -  przypieczętował  rozmowę  Storhaug.  - 

Myślę, że to dobre rozwiązanie. Dla wszystkich - dodał. 

background image

Obaj chłopcy dostali po szklance soku i zrobili niezłe spustoszenie na tacy z ciastem. Gdy 

jedna ze służących wychodziła, do izby wślizgnął się kot. Wielki, tłusty  kot w prążki, który 
od razu ruszył w stronę pieca. Gdy Johannes go zauważył, zeskoczył na podłogę. 

-  Jaki piękny kot - zawołał i przyklęknął. Zatrzymał kota pod piecem. Wyciągnął kawałek 

ciasta na dłoni, a kot wziął kąsek. - Czy to jest kotka? 

-  Tak, to jest Sara - uśmiechnęła się Elise. 
-  Będzie miała małe? 
-  Na razie nic o tym nie wiem, ale pewnie pojawią się jakieś kociaki, gdy nadejdzie lato. 

Tak jest co roku. 

-  To  każdy  z  nas  mógłby  mieć  swojego  kotka?  -  rozpromienił  się  Johannes.  - 

Moglibyśmy? - spytał, zerkając na gospodynię. 

-  Moglibyście, moglibyście - poddała się z uśmiechem. - Ale każdy tylko jednego. 
-  To cudownie, prawda, Ola Havard? - roześmiał się Johannes i pogłaskał kotka. - Ja bym 

chciał takiego w prążki. 

Położyli  się  na  podłodze  koło  pieca  i  zaczęli  pogaduszki.  Dorośli  skończyli  pić  kawę. 

Umowa została zawarta. 

-  Trzeba się zbierać do domu - powiedziała Lisbeth, podnosząc się z miejsca. - Dobrze by 

było dotrzeć na miejsce, nim zrobi się ciemno. 

Mali zerknęła szybko na Olę Havarda, który podniósł się i stał razem z Johannesem koło 

drzwi. Jak on się poczuje, gdy wszyscy pojadą? 

-  Kiedy będę mógł przyjechać? - dopytywał się Johannes. 
-  Może  w  następny  weekend?  -  zaproponowała  Elise.  -  Mógłbyś  przyjechać  w  piątek  i 

zostać do niedzielnego wieczoru. Jeśli ci mama pozwoli. 

-  Pozwoli  -  stwierdził  Johannes  bez  cienia  wątpliwości,  a  Mali  pokiwała  głową.  Byłoby 

całkiem dobrze, gdyby chłopcy mogli teraz pobyć trochę razem. Ola Havard potrzebuje tego 
bardzo, jeśli ma się przyzwyczaić do samotności w Storhaug. 

-  Johannes  przyjedzie  -  zapewniła,  wyciągając  dłoń  na  pożegnanie.  -  Dziękujemy  za 

zaproszenie. 

-  Zawsze jesteście tu mile widziani - powtórzył Ola Storhaug. 
Mali objęła Olę Havarda i mocno uściskała. 
-  Do widzenia - powiedziała i pogłaskała go po głowie. - Zawsze możesz zadzwonić. 
-  A ja przyjadę w następny weekend - przypomniał Johannes i naciągnął czapkę na uszy. 
Ola  Havard  stał  między  starymi  Storhaugami,  a  jego  twarz  nieco  spoważniała.  Niełatwo 

mu było żegnać się ze wszystkimi. Ale nic nie powiedział. 

-  Myślę, że wszystko się ułoży - stwierdził Havard, gdy wsiedli do sań. - Storhaugowie to 

dobrzy ludzie. 

-  Poszło  znacznie  lepiej,  niż  przypuszczaliśmy  -  pokiwała  głową  Mali.  -  Będzie  mu  tu 

dobrze. 

-  Ola Havard ma swój dwór - powiedział Johannes. - Ja też bym chciał. 
-  Możesz pomagać nam w Stornes - powiedziała Mali. - Ola Havard też się ucieszy, jeśli 

mu pomożesz. Będziesz więc miał aż dwa dwory. 

Johannes nie odpowiedział. Zapadał się coraz głębiej między futra i skóry i nim dotarli na 

rozstaje dróg, spał już głęboko. 

  
ROZDZIAŁ 11. 
  
W  lutym  pogoda  się  zmieniła.  Mrozy  ustąpiły.  Przez  parę  dni  krajobraz  spowijała  gęsta 

mgła, a gdy spadł śnieg, był ciężki i wilgotny. 

-    Z  jednej  skrajności  w  drugą  -  westchnęła  Mali,  wyglądając  przez  okno.  -  To  nie  jest 

zimowa pogoda. 

background image

-  Lepsze to niż mrozy - stwierdziła Ingeborg. 
-  W taką pogodę łatwo się przeziębić - orzekła Ane. - Człowiek ma mokre nogi, gdy tylko 

wyjdzie  na  chwilę.  Moja  matka  zawsze  mówiła,  że  trzeba  mieć  suche  nogi,  bo  inaczej 
przeziębienie gotowe. I to się zawsze sprawdza. 

-  Mrozy były gorsze - Ingeborg obstawała przy swoim. - Przypomnij sobie tylko, jak źle 

było z O1avem. A to z powodu mrozów. 

-  Dobrze,  że  już  wyzdrowiał  -  pokiwała  głową  Mali.  -  I  że  nie  zaraził  ani  ciebie,  ani 

nikogo  innego.  Miejmy  nadzieję,  że  jakoś  przetrwamy  resztę  zimy.  Ta  pogoda  wkrótce  się 
zmieni, to pewne. Wkrótce znów się rozjaśni i wrócą mrozy. 

Mali  rozłożyła  sekretarzyk  i  usiadła  przy  nim.  Tutaj  Havard  zajmował  się  swoimi 

gospodarskimi rachunkami. Tutaj przechowywali ważną korespondencję, tutaj siadywała, by 
odpowiedzieć na listy. Musnęła palcami białą kopertę, którą dostała przed paroma dniami. To 
było  zaproszenie  na  ślub  w  Gjelstad.  Oja  i  Herborg  też  dostali  zaproszenie,  podobnie  jak 
Sivert i Tordhild oraz Ola i Dorbet. 

-  Chyba  tam  nie  pojedziemy  -  powiedział  Ola  trochę  zmieszany,  gdy  Herborg  pokazała 

mu zaproszenie. 

-  Nie? - zapytała Herborg wyraźnie rozczarowana. - Ale... 
-  Myślę,  że  powinniście  pojechać,  Oja  -  wtrąciła  Mali.  -  Nie  masz  przecież  żadnych 

niezalatwionych spraw w Gjelstad. A skoro Herborg ma ochotę... 

Oja  zerknął  na  żonę,  która  niepewnie  obracała  w  palcach  sztywny  kartonik.  Herborg 

zarumieniła się i spuściła wzrok. 

-  Masz ochotę pojechać na ten ślub? - zapytał, obejmując ją za szyję. 
-  Tak - przyznała cicho. - Będzie tyle młodzieży i... Śluby są zawsze takie piękne - dodała 

nieśmiało, zerkając na męża z nadzieją. 

-  Skoro chcesz, to pojedziemy - postanowił Oja i od razu został nagrodzony promiennym 

uśmiechem i uściskiem. 

Mali ucieszyła się z tej decyzji. Związek Oi i Ruth Liny należał przecież do przeszłości. A 

poza  tym  obie  strony  dobrze  wyszły  na  tym,  że  został  zakończony.  Jeśli  ktoś  się  powinien 
czegoś  wstydzić,  to  tylko  Helga.  Ale  i  ta  sprawa  poszła  już  w  zapomnienie.  Najważniejsze, 
ż

eby  Herborg  się  trochę  rozerwała,  pomyślała  Mali.  Za  dużo  czasu  spędza  w  domu, 

wykonując obowiązki matki i młodej gospodyni. Dobrze, że radzi sobie ze wszystkim, ale jest 
jeszcze tak młoda, że potrzebuje rozrywki. Herborg jednak podkreślała zawsze, że czuje się 
ś

wietnie jako gospodyni i matka. Nie miała wielkich oczekiwań. 

Herborg jest całkiem inna niż Dorbet, pomyślała Mali z lekkim westchnieniem. Wydawać 

by się mogło, że młodsza córka wreszcie ustatkowała się jako młoda gospodyni, ale w głębi 
duszy Mali wcale nie była tego taka pewna. Dorbet bez wątpienia odnalazła się w roli matki i 
była dumna z Małego Trygvego, ale Mali nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jej córka pragnie 
od  życia  czegoś  innego,  czegoś  ekscytującego.  Dorbet  zawsze  taka  była.  Właśnie  pogoń  za 
tym,  co  ekscytujące,  omal  nie  sprowadziła  jej  na  złą  drogę.  Mali  obawiała  się,  że  wczesne 
małżeństwo Dorbet skończy się kłopotami, ale nie było innego wyjścia. Nie dość, że Dorbet 
postanowiła za wszelką cenę doprowadzić do tego małżeństwa, to jeszcze zaszła w ciążę. Jak 
na razie wszystko układało się dobrze, ale od ślubu Dorbet nie minął jeszcze rok. Swoją rolę 
odegrało  także  i  to,  że  Dorbet  zaczęła  szyć  stroje  regionalne,  pomyślała  Mali.  Ma  jakieś 
interesujące zajęcie - poza domowymi i gospodarskimi obowiązkami. Dorbet nie jest bowiem 
typową gospodynią domową, pomyślała Mali, przynajmniej na razie. 

  
Tordhild leżała z głową wspartą o pierś Siverta. 
-  Pojedziemy na ślub w Gjelstad? - zapytała, zerkając na męża. 
-  Pojedziemy - kiwnął głową. - Nie jest to dla mnie takie ważne, ale skoro nas zaprosili... 

Musimy pojechać ze względu na Havarda - dodał. - To jego rodzina. 

background image

-  Przyszło mi do głowy, że podczas wesela dowiemy się, czy plotki w dalszym ciągu krążą 

- zamyśliła się Tordhild. - Twoja matka już nic więcej nie słyszała, prawda? 

-  Nic  o  tym  nie  wiem.  Wiem,  że  chciała  porozmawiać  z  tą  sprzedawczynią,  o  której 

opowiadała  Helga,  ale  Havard  ją  od  tego  odwiódł.  Powiedział,  że  nie  powinna  się  tym  w 
ogóle interesować. I ja się z tym zgadzam. 

-  Chciałabym wiedzieć, kto przyniósł tę plotkę - powiedziała cicho Tordhild. - I dlaczego. 

Kto życzy nam tak źle, że chce, aby ludzie wtrącili się w nasz związek. 

-  Kiedyś się tego dowiemy - powiedział Sivert i pogłaskał ją po plecach. - Cyganie zjadą 

na  pewno  do  Stornes  latem.  Chyba  uda  się  jakoś  z  nimi  porozmawiać,  choć  oczywiście  nie 
będziemy nic mówić ani o tobie, ani o mnie. Nigdy dość ostrożności, teraz już to wiemy. 

-  Tak,  musimy  jak  najmniej  mówić  o  sobie  -  zgodziła  się  Tordhild.  -  Musimy  cały  czas 

utrzymywać, że jesteś synem Johana Stornesa. I nigdy nie wspominać o Jo w związku z tobą 
czy ze Stornes. Nigdy. 

-  Wszystko  będzie  dobrze,  Tordhild  -  uspokoił  ją  Sivert,  przyciągając  ku  sobie.  -  Nie 

martw się. 

-  Plotki  żyją  długo  -  powiedziała  przygnębiona  Tordhild.  -  Tak  bardzo  różnimy  się  od 

innych. Ty i ja. I Johannes też - dodała. - Tak się o niego boję. 

-  Da  sobie  radę  -  szepnął  Sivert  i  pocałował  żonę.  -  Johannes  jest  silniejszy,  niż  ci  się 

wydaje. 

-  Kiedy mu powiemy prawdę? Że jesteśmy przyrodnim rodzeństwem... 
-  Gdy dorośnie na tyle, żeby to zrozumieć. Nie wiem, kiedy to nastąpi. Zobaczymy. 
-  Jesteś pewien, że powinniśmy mu to powiedzieć, Sivert?  
Pogłaskał ją po głowie. Minęło trochę czasu, nim odpowiedział. 
-  Zawsze twierdziłem, że trzeba mówić prawdę. 
-  Ja  też  tak  uważam  -  pokiwała  głową  Tordhild.  -  Jeśli  się  coś  mówi,  trzeba  mówić 

prawdę. Ale może nie trzeba nic mówić. Ty i ja... Kiedyś podjęliśmy decyzję. Dobrą decyzję 
dla nas, ale nie wiem, czy powinniśmy wtajemniczać w to Johannesa. Może nie musi dźwigać 
tego ciężaru. 

-  Może  masz  rację  -  powiedział  cicho  Sivert.  -  Zastanowimy  się,  zanim  cokolwiek 

zrobimy. Może nie powinniśmy go tym obciążać. 

  
-  To dobrze, że się urodził - szepnęła Tordhild i zabrzmiało to raczej jak pytanie niż jak 

stwierdzenie. 

-  Bardzo  dobrze.  Jest  tak  upragnionym  i  ukochanym  dzieckiem.  Dzieckiem  prawdziwej 

miłości. 

Tordhild zarzuciła mężowi ręce na szyję i przytuliła się do niego. Sivert przylgnął do niej i 

zanurzył twarz w jej pachnących włosach. 

-  Tordhild, Tordhild - zamruczał. 
Uniosła ku niemu twarz, a on obsypał ją pocałunkami. Dotknął wargami jej powieki. 
-  Jesteś szczęśliwa? - szepnął. 
-  Tak - odpowiedziała. - Z tobą i dziećmi jestem szczęśliwa. 
-  Byłabyś szczęśliwsza w mieście? 
-  Nie. To jest twoje miejsce na ziemi, Sivercie. I dlatego tu powinniśmy mieszkać. 
Jest taka lojalna, pomyślał Sivert. Serce mu rosło. Nigdy, nawet przez chwilę, nie zwątpił 

w  Tordhild.  Była  szczera,  silna  i  wierna  -  a  tylko  tego  oczekiwał  od  drugiego  człowieka. 
Zawsze  patrzyła  w  przyszłość,  nie  roztrząsała  tego,  co  niemożliwe,  jak  choćby  tego,  że  nie 
będą mieć więcej dzieci, choć wiedział, że to ją boli. Ale pogodziła się z tym. Tak długo już 
mamy  siebie  nawzajem,  pomyślał  Sivert,  wsuwając  dłonie  pod  jej  koszulę  nocną,  tak  długo 
jestem szczęśliwy i spokojny. Wierzył, że Tordhild podobnie to odczuwa. 

background image

Jej  ciało  było  miękkie,  ciepłe  i  chętne.  Zdjął  z  Tordhild  koszulę  i  pochylił  się  nad  jej 

piersiami.  Wziął  do  ust  jedną  z  brodawek.  Tordhild  westchnęła  i  przycisnęła  jego  twarz 
jeszcze  mocniej  do  piersi.  Przesunął  wargi  na  jej  płaski  brzuch.  Całował  i  muskał  gładką 
skórę. Gdy Tordhild napięła się jak struna, uniósł się i przykrył ją swoim ciałem. Gdy był już 
w  niej,  poczuł,  że  wszystko  jest  tak,  jak  być  powinno.  Że  nie  istnieje  dla  niego  żadna  inna 
kobieta.  Będzie  jej  bronił,  będzie  bronił  ich  miłości,  nawet  gdyby  miało  go  to  kosztować 
ż

ycie. Będzie bronił Johannesa. Owocu zakazanej miłości. 

  
W  ostatnią  sobotę  lutego  zaświeciło  słońce.  Słaby  wiatr  uniósł  nieco  flagę,  którą  Havard 

wciągnął na maszt o poranku. Słoneczne promienie wpadły przez okna do izby i rozpoczęły 
taniec na podłodze. Słońce wróciło po długich, mrocznych miesiącach. 

Mali siedziała przed lustrem i czesała się. Zebrała dłońmi gęste włosy i upięła je w luźny 

kok.  Dorbet  zaproponowała  jej  tę  fryzurę  zamiast  warkocza.  Na  początku  protestowała,  ale 
musiała  przyznać,  że  fryzura  okazała  się  całkiem  twarzowa.  I  teraz  tak  się  czesała  na 
przyjęcia. 

Suknia  była  prawie  nowa.  Wisiała  już  na  wieszaku  na  drzwiach  szafy.  Mali  kupiła  ją 

podczas  ostatniej  wyprawy  do  miasta.  Potrzebowała  wyjściowej  sukni,  ale  nigdy  nie 
wyobrażała sobie, że włoży coś tak szykownego. Havardowi jednak właśnie ta się spodobała i 
postanowił, że Mali będzie ją miała. „Nie patrz na cenę", powiedział. A kosztowała niemało, 
pomyślała Mali, zerkając na ciemnozieloną wełnianą suknię, z aplikacją z jedwabnych róż w 
nieco  jaśniejszym  odcieniu,  naszytą  ukośnie  na  piersi.  Mali  kupiła  więc  suknię  i  musiała 
przyznać, że dobrze się w niej czuła. Do twarzy jej było w ciemnej zieleni i w dalszym ciągu 
mogła  nosić  wełniane  rzeczy.  Jestem  równie  szczupła  jak  wtedy,  gdy  zamieszkałam  w 
Stornes, pomyślała, podnosząc się z krzesła. 

Wciągnęła  suknię  przez  głowę,  starając  się  nie  zburzyć  fryzury.  Zapięła  długi  zamek  na 

plecach i obróciła się przed lustrem w drzwiach szafy. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. 
Nie da się ukryć, że nieźle się trzyma jak na swoje czterdzieści siedem lat. 

-  O mój Boże - powiedział Havard, stając w drzwiach. - Wyglądasz jak panna młoda. 
-  Nie słyszałam, jak wchodziłeś - zarumieniła się Mali. - Ładnie wyglądam? 
-  Wyglądasz przepięknie - powiedział, wpatrując się w żonę. - Nikt by nie przypuścił, że 

jesteś babcią. 

Pokręcił głową i zamknął za sobą drzwi. 
-  Gdy  na  ciebie  teraz  patrzę,  przypomina  mi  się  dzień,  w  którym  po  raz  pierwszy 

przyjechałem do Stornes. Byłaś wreszcie wolna, ale równie niedostępna jak przedtem. 

Podszedł do żony i objął ją w talii. 
-  Kocham cię od zawsze, Mali. Wiesz o tym? 
Przeczesała dłonią jego jasne włosy i spojrzała na dobrze znaną, drogą sercu twarz. Havard 

był  opalony  przez  cały  rok.  Zmarszczki  wokół  oczu  nieco  się  pogłębiły,  ale  poza  tym 
wyglądał nadal młodzieńczo. Włosy miał takie, jakie pamiętała z czasów jego młodości, jasne 
i  niesforne.  Nad  uszami  pojawiły  się  srebrne  pasemka,  ale  niełatwo  je  było  dostrzec.  Ciało 
miał równie giętkie jak niegdyś, dzięki ciężkiej pracy wcale nie przybrał na wadze. 

-  Musisz się przebrać - przypomniała mu. - Przyniosłam na górę trochę ciepłej wody. 
Zaczął zdejmować roboczą koszulę. 
-  Pójdę sprawdzić, czy wszystko w porządku tam na dole - powiedziała Mali. - Niedługo 

powinien się zjawić Sivert z rodziną. Dzieci zostaną z Ingeborg i Ane. 

-  Johannes mówił o tym wczoraj i bardzo się cieszył. Ane obiecała, że mu poczyta. 
-  Tak, na pewno wszystko będzie dobrze - stwierdziła Mali. - Z Małą Mali też już nie ma 

problemów, od kiedy Herborg przestała ją karmić. Herborg nie musi już wracać z kościoła do 
domu. Ale Dorbet będzie chyba musiała pojechać na chwilę, żeby nakarmić Trygve. Zamierza 
jednak  zostać  wieczorem  na  weselu.  Ściągnęła  trochę  mleka  do  butelki,  więc  Marit  będzie 

background image

mogła  nakarmić  małego  wieczorem.  Muszę  tylko  sprawdzić,  czy  na  dole  wszystko  w 
porządku - dodała i ruszyła w kierunku drzwi. 

-  Jak zwykle - uśmiechnął się Havard, nalewając wody do miednicy. 
-  Twoje ubranie wisi... 
-  Widzę - przerwał jej. - Dziękuję. Co ja bym bez ciebie zrobił? 
No  właśnie,  co  byś  beze  mnie  zrobił,  pomyślała  Mali,  schodząc  po  schodach.  Choć 

oczywiście  nie  brakowało  kobiet,  które  chętnie  zajęłyby  jej  miejsce.  Havard  zawsze  miał 
wielbicielki. Mali nie mogła sobie wyobrazić życia bez niego. Od czasu, gdy Havard pojawił 
się  w  jej  życiu,  było  jej  dobrze  jak  nigdy  przedtem.  Dziś  wieczorem  będę  z  nim  tańczyć, 
pomyślała,  unosząc  nieco  suknię.  Postanowiła,  że  spróbuje  także  dowiedzieć  się,  czy  wciąż 
krążą plotki na temat Siverta i Tordhild. Do jej uszu nic wprawdzie nie dotarło, ale to wcale 
nie musiało oznaczać, że plotki ucichły. Dziś spotka ludzi, którzy częściej niż ona bywają w 
Surnadalen. Trzeba ich wypytać. 

Ś

ciskało ją w dołku na samą myśl o tej sprawie, ale zdołała się opanować. Na razie nie ma 

powodów  do  paniki.  Najprawdopodobniej  Havard  i  Sivert  mieli  rację,  twierdząc,  że  nie 
będzie  żadnego  dalszego  ciągu.  Ale  Mali  przerażał  już  sam  fakt,  że  plotki  zaczęły  krążyć. 
Przerażało  ją  wszystko,  co  mogło  odsłonić  prawdę  o  Sivercie,  Tordhild  i  Johannesie.  Ich 
miłość jest zakazana, bez względu na to, z której strony się patrzy na sprawę. 

  
Mali  stała  i  przyglądała  się  gościom,  którzy  wchodzili  do  izby  w  Gjelstad.  Wszyscy 

uśmiechnięci,  wystrojeni.  Serce  jej  urosło  z  dumy,  gdy  zobaczyła  wśród  nich  swoje  dzieci. 
Sivert i Oja wyglądali bardzo elegancko w ciemnych garniturach i śnieżnobiałych koszulach. 
Stali obok siebie i rozmawiali. Sivert - wysoki, ciemnowłosy, ze złocistą cerą i roziskrzonymi, 
szarozielonymi  oczami  z  żółtymi  cętkami.  Uderzyło  ją  jego  podobieństwo  do  Jo.  I  Oja  - 
niższy, bardziej przysadzisty, ale zwinny i gibki. Wyprzystojniał, pomyślała Mali. Zwłaszcza 
po tym, jak spotkał Herborg. Uśmiechał się teraz częściej, a miał wyjątkowo piękny uśmiech. 
Błyskał  wtedy  mocnymi,  równymi  zębami,  iskrzyły  mu  się  niebieskie  oczy.  To  dwaj 
wspaniali  mężczyźni,  pomyślała  Mali  z  dumą.  Jej  synowie.  W  tej  chwili  do  braci  podeszła 
Dorbet.  Wyglądała  zjawiskowo  w  płomiennie  czerwonej  sukni  z  jedwabnymi  różami  na 
ramieniu.  Była  wiotka  jak  wierzbina,  nikt  by  nie  przypuścił,  że  zostawiła  w  domu 
czteromiesięcznego  synka.  Upięła  swe  gęste  włosy  wysoko,  a  kaskady  jasnych  loków 
spływały  jej  na  ramiona.  Zazwyczaj  nie  ma  aż  tyle  loków,  pomyślała  Mali  i  uważniej 
przyjrzała się córce. Musiała użyć lokówki. Efekt był w każdym razie imponujący. Niejeden 
mężczyzna wodził za nią wzrokiem. 

-  Masz  piękne  dzieci  -  uśmiechnął  się  Bengt,  który  pojawił  się  tuż  koło  niej.  -  Gdzie 

zgubiłaś męża? 

-  Chyba uciekł z twoją żoną - zażartowała Mali. - Może mają do załatwienia to samo, co 

Ruth Lina i Andreas. 

-  Niewykluczone - zaśmiał się Bengt. - Piękna młoda para. 
-  Tak, trzeba przyznać. 
Rzeczywiście  piękna,  pomyślała  Mali.  Przez  cały  kościół  przebiegł  szmer  podziwu,  gdy 

Ruth  Lina  pojawiła  się  w  głównej  nawie  u  boku  ojca.  Suknię  miała  przepiękną.  Na  pewno 
kupiła  ją  w  specjalnym  sklepie  w  Trondheim,  pomyślała  Mali.  Nie  wygląda  na  uszytą  w 
domu.  Pan  młody,  który  czekał  na  nią  przed  ołtarzem,  był  naprawdę  przystojny.  Wysoki, 
ciemnowłosy, uśmiechał się ujmująco i śmiał wesoło. Mali życzyła młodej parze i rodzicom 
Ruth  Liny  wszystkiego  najlepszego.  Życie  ich  do  tej  pory  nie  rozpieszczało,  ale  teraz 
rysowało  się  w  jasnych  barwach.  Helga  chodziła  po  izbie,  trzymając  Kristena  pod  rękę,  i 
radośnie wszystkich pozdrawiała. Ona też miała na sobie wspaniałą suknię. Tym razem udało 
jej się lepiej wybrać. Suknia była znacznie mniej strojna niż zazwyczaj. A tym samym o wiele 

background image

elegantsza. Jej radosny śmiech słychać było w całej izbie. Puściła ramię Kristena i podeszła 
do Mali. 

-  Jak miło cię widzieć - uśmiechnęła się i uścisnęła Mali serdecznie. - Gdzie Havard? 
-  Musiał wyjść na chwilę - powiedziała Mali z uśmiechem. - Zaraz wróci. Przyjmij moje 

gratulacje, Helgo. Cóż za piękna młoda para. 

-  Czyż  nie  wyglądają  elegancko?  Andreas  jest  taki  przystojny.  Poznałaś  go  chyba, 

prawda? A poznałaś jego rodziców? 

-  Przywitałam się z nimi pod kościołem. Wyglądają na sympatycznych ludzi. 
-  Są naprawdę wspaniali - rozpromieniła się Helga. - I tak im się podoba nasz dwór. Mam 

nadzieję,  że  przyjadą  w  odwiedziny  latem,  razem  z  Ruth  Liną  i  Andreasem.  Mamy  dość 
miejsca. 

-  To prawda - przytaknęła Mali. 
-  Jak  to  miło,  gdy  dzieciom  się  dobrze  wiedzie  -  powiedziała  Helga  i  rozejrzała  się  po 

izbie. - Cała trójka już ułożyła sobie życie, choć Hakon się jeszcze nie ożenił. Ale między nim 
a Lise wszystko się tak dobrze układa... 

Mali skinęła głową. 
-  Witałam się z nimi przed chwilą. Kawał mężczyzny z waszego Hakona. I ma naprawdę 

piękną narzeczoną. Rozumiem, że postanowili zaczekać jeszcze ze ślubem. 

-  Tak. Oboje jeszcze studiują. Lise skończy stomatologię na wiosnę. Jest nie tylko piękna, 

ale i mądra. 

-  Wydała mi się bardzo sympatyczna - stwierdziła Mali. - Zauważyłam też, że Hakon jest 

bardzo zadowolony. 

Stały  jeszcze  przez  chwilę,  przyglądając  się  gościom.  Mali  płonęła  z  ciekawości,  by 

zapytać  Helgę,  czy  nie  słyszała  znów  jakichś  plotek,  ale  zdołała  się  powstrzymać.  To  był 
radosny  dzień  dla  Helgi,  nie  chciała  jej  psuć  nastroju.  Może  lepiej  wypytać  gości,  którzy 
przyjechali  z  Surnadalen,  pomyślała.  Niby  przypadkowo,  jakby  się  tym  szczególnie  nie 
interesowała. Za nic w świecie nie chciała podsycić plotek, jeśli jeszcze krążyły. 

Weselna atmosfera była bardzo radosna, nie brakowało toastów i śpiewów. Po kawie starsi 

przenieśli  się  do  świątecznej  izby,  a  główną  izbę  uprzątnięto  do  tańców.  Wynajęty  muzyk 
zagrał walca i młoda para rozpoczęła tańce. Po chwili włączyły się kolejne pary. 

-  My też musimy spróbować - zasugerował Havard, spoglądając na Mali. - Cały wieczór 

cieszyłem się, że dziś z tobą zatańczę. Jesteś najpiękniejsza - szepnął jej do ucha. 

-  Oj, przestań - zaśmiała się zarumieniona Mali, ale zrobiło jej się bardzo miło. Po chwili 

kołysali się już wśród innych par. 

-  Popatrz, Dorbet tańczy z panem młodym - zauważył Havard. 
Mali podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem. Rzeczywiście. Dorbet z odchyloną do tyłu 

głową  szelmowsko  zerkała  na  Andreasa  Vollena.  A  on  prowadził  ją  elegancko  w  tańcu, 
wyraźnie zainteresowany piękną istotą, którą trzymał w ramionach. 

-  Oby tylko nie było awantury - szepnęła Mali. 
-  Jakiej awantury? 
-  Znasz przecież Olę. Nie wiadomo też, co Ruth Lina o tym myśli. 
Mali nie spuszczała wzroku z pięknej pary. Dorbet była w swoim żywiole.- Rzucała panu 

młodemu roziskrzone spojrzenia. 

-  Zatańcz z nią, Havardzie! 
-  Nie mogę przecież przerwać... 
-  Oczywiście,  że  możesz.  Zatańcz  z  nią  -  powtórzyła  Mali  i  popchnęła  Havarda  w 

kierunku tamtych dwojga. 

Havard  z  pewnym  ociąganiem  dotknął  ramienia  pana  młodego  i  ukłonił  się.  Dorbet 

zmarszczyła  brwi,  ale  podała  rękę  ojcu.  Ruth  Lina  podbiegła  do  męża,  który  otoczył  ją 
ramieniem,  uśmiechnął  się  i  porwał  do  tańca.  Niebezpieczeństwo  minęło,  odetchnęła  z  ulgą 

background image

Mali, siadając na krześle. Po chwili poczuła, że ktoś usiadł koło niej. Gdy odwróciła głowę, 
ujrzała Dorbet. 

-  Czy to ty kazałaś ojcu przerwać mi taniec? 
-  Tak. 
-  Dlaczego? 
-  Powinnaś pomyśleć, zanim coś zrobisz - zdenerwowała się Mali. - To dzień Ruth Liny. 
-  I dlatego nikt nie może zatańczyć z jej mężem? 
-  To zależy jak. 
-  Masz przywidzenia - zirytowała się Dorbet. - I brak ci wyrozumiałości. 
-  Ola też nie ma za wiele wyrozumiałości pod tym względem. 
-  Mój Boże - jęknęła Dorbet, podnosząc się z krzesła. - Czuję się jak zakonnica. Nie mogę 

się obrócić bez nadzoru. Chryste - syknęła. - Mam tego dość! 

Wyprostowane gniewnie plecy znikły w tłumie. Po chwili Mali ujrzała córkę w ramionach 

Oli.  Nie  wyglądała  na  całkiem  zadowoloną.  Nie,  Dorbet  się  nigdy  nie  zmieni,  westchnęła 
Mali.  Taka  już  jest  -  radosna,  miła,  ale  lekkomyślna.  Oby  tylko  nie  stało  się  nic  złego.  Do 
Ameryki na pewno nie pojedzie, pomyślała Mali. Nie ma wątpliwości. Gdyby pojechała, już 
by jej więcej nie zobaczyli. 

-  Można prosić? 
Sivert ukłonił się lekko i wyciągnął dłoń. Mali podniosła się i podała mu rękę. Sivert był 

doskonałym  tancerzem.  Nie  ma  się  co  dziwić,  pomyślała,  ma  przecież  muzykę  we  krwi. 
Spojrzała synowi w oczy. 

-  Wszystko w porządku? 
-  Oczywiście. 
-  Słyszałeś coś więcej o... 
Pokręcił głową i obrócił ją tak, że spódnica zawirowała wysoko. 
-  Ja też nie, ale chcę zapytać... 
-  Czy nie lepiej dać spokój? 
Mali nie odpowiedziała. Zapytam kogoś, pomyślała. Muszę wiedzieć. 
  
Oja stał w drzwiach wejściowych i wdychał świeże powietrze. W izbie zrobiło się gorąco, 

a  on  dużo  tańczył.  Herborg  uwielbiała  taniec,  a  on  lubił  trzymać  ją  w  ramionach.  Niezbyt 
często  mieli  okazję  do  tańca,  więc  Oja  postanowił  korzystać,  ile  się  da.  Teraz  Herborg 
tańczyła z kim innym, z zaróżowionymi policzkami i roziskrzonym wzrokiem. Należy jej się 
trochę radości, pomyślał. 

-  Oja. 
Zadrżał, słysząc znajomy głos. 
-  Ruth Lina. 
-  Chciałam cię poprosić o taniec, w imię starej przyjaźni. 
Stała przed nim w swej białej sukni ślubnej. Wydała mu się prawie obca, dużo doroślejsza 

niż ta, którą pamiętał. Zaczerwienił się i przestąpił nerwowo z nogi na nogę. 

-  Oczywiście, jeśli masz ochotę. 
Objął ją ramieniem i pociągnął między tańczących. Była taka lekka. Pamiętał, że zawsze 

była taka lekka i giętka. 

-  Wszystko u ciebie w porządku, Oja? 
-  Lepiej, niż mogłem przypuścić. 
-  Cieszę się, zasługujesz na to. 
-  Przykro mi, że... że ja... 
-  Nie  powinno  być  ci  przykro.  To  ja  zrobiłam  coś  strasznego,  ale  wtedy  nie  miałam 

pojęcia, co robię. 

Spojrzała na niego błękitnymi oczami. 

background image

-  Bardzo cię kochałam. 
Pomylił krok i musiał przeprosić. Tańczyli dalej bez słowa. 
-  Byłaś bardzo odważna, gdy przyjechałaś do Stornes i... 
-  Nie mogłam postąpić inaczej - powiedziała cicho. - Nie chciałam ci zrobić krzywdy. 
-  A teraz jesteś szczęśliwa? 
-  Bardzo szczęśliwa - rozpromieniła się. 
Gdy  muzyka  przestała  grać,  puścił  ją  natychmiast.  Wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  go 

delikatnie w policzek. 

-  Dziękuję - szepnęła. - Dziękuję za wszystko. 
I znikła. Przez chwilę stał sam. Serce zabiło mu mocniej. Cieszył się, że do niego podeszła. 

Cieszył się, że udało im się oddzielić przeszłość grubą kreską. 

-  Tańczyłeś z Ruth Liną? 
Nagle  stanęła  przed  nim  Herborg,  zarumieniona  i  rozgrzana  tańcem.  Szukała  po  omacku 

jego dłoni. Wziął ją za obie ręce i uśmiechnął się. 

-  Tak, tańczyłem z panną młodą. 
Na widok niepewnego spojrzenia żony przyciągnął ją ku sobie. 
-  To nic takiego - uspokoił ją. - Ale nie jesteśmy wrogami. I cieszę się z tego. 
Właśnie rozpoczynał się spokojny walc, więc Oja wziął Herborg w ramiona. Przytulony do 

jej policzka zaczął tańczyć. 

-  Ciebie jedną kocham - szepnął. - Wiesz o tym. Poczuł, jak jej ciało mięknie. 
-  Tak - wyszeptała. - Wiem o tym. 
  
ROZDZIAŁ 12. 
  
Wiosna  przyszła  niepostrzeżenie  razem  z  ciepłym  wiatrem  od  gór  i  popluskiwaniem 

fiordu.  Słońce  iskrzyło  się  w  płatach  śniegu,  które  jeszcze  gdzieniegdzie  leżały,  z  dachów  i 
gontów  kapała  woda.  Strumień  wezbrał  od  topniejącego  śniegu,  chlupocząca  woda  zalała 
płaskie  kamienie,  na  których  się  stawało,  by  wypłukać  pranie.  Na  rabatkach  pod  domem 
kwitły pierwiosnki, choć nocami wciąż wracał mróz. 

Mali  otworzyła  okno  w  swoim  warsztacie  i  wychyliła  się.  Nabrała  w  płuca  ostrego 

powietrza i spojrzała w stronę pralni, w której trwało wielkie pranie. Nad otwartymi drzwiami 
unosiły  się  kłęby  pary  wodnej.  Z  otwartych  okien  kuchni  docierał  apetyczny  zapach 
gotującego się solonego mięsa, aż ślina napływała do ust. 

Do Stornes zbliżał się właśnie tanecznym krokiem Johannes. 
-  Babciu, babciu - zawołał, wymachując ręką.  
Mali  też  mu  pomachała.  Serce  jej  mocniej  zabiło  na  widok  podskakującego,  wesołego 

chłopca. 

-  Może zjesz z nami obiad? 
Pociągnął nosem i ochoczo pokiwał głową. 
-  Jeśli mogę. 
-  Oczywiście,  że  możesz  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Miałam  zamiar  zadzwonić  i  zaprosić 

też twoich rodziców. Będzie dziś zupa i solone mięso, a tego nie jada się co dzień. 

-  Dlaczego dziś? 
-  Znalazłam  w  spiżarni  kawałek  mięsa,  który  trzeba  było  szybko  ugotować  -  wyjaśniła 

Mali. - I ugotowaliśmy. 

-  Zajrzę najpierw do obory. 
-  Po co? 
-  Żeby  zobaczyć  krowy  i  cielęta,  i  wszystkie  owce.  Zawsze  się  cieszą  na  mój  widok  - 

wytłumaczył i ruszył przez podwórze. 

background image

-  Tylko  się  nie  pobrudź  -  przestrzegła  go  Mali,  ale  nie  była  pewna,  że  to  usłyszał.  I  tak 

zrobi, co będzie chciał, pomyślała z uśmiechem i zamknęła okno. 

Mali miała zamiar zaprosić rodzinę ze Wzgórza na dobry obiad. Sivert zawsze lubił zupę z 

solonym mięsem. Miło będzie zobaczyć ich wszystkich razem. Poza tym Sivert wrócił dziś z 
Surnadalen.  Mali  chciała  się  dowiedzieć,  czy  słyszał  coś  na  temat  plotek.  Sama  próbowała 
ostrożnie zasięgnąć języka podczas wesela w Gjelstad, ale niewiele się dowiedziała. Jedna z 
ciotek  Helgi  powiedziała  tylko,  że  ta  sama  sprzedawczyni,  o  której  wspominała  Helga,  ją 
także zagadnęła o Siverta i Tordhild. Ale ciotka słuchała tego jednym uchem, bo nie bardzo 
wiedziała, o kogo chodzi. Dopiero późnym  wieczorem Mali odnalazła Helgę i zapytała, czy 
zdarzyło się coś jeszcze. 

-  Nic  więcej  nie  słyszałam  -  powiedziała  tamta,  zarumieniona  i  podekscytowana  długim, 

udanym wieczorem, podczas którego nie brakło dobrego jedzenia i picia. - A jest jakiś powód 
do niepokoju? Co to właściwie znaczy? 

-  Nie, nie, chciałam się tylko dowiedzieć - wyjaśniła Mali. - Nie wiem, czemu ta kobieta 

tak powiedziała. 

-  Pojedź  do Surnadalen  i  sama  z  nią  porozmawiaj  -  zaproponowała  Helga.  -  Jeśli  chcesz 

wiedzieć więcej. 

-  Nie jestem aż tak zainteresowana - powiedziała lekceważąco Mali. - To jakieś bzdury. W 

ogóle się tym nie przejmuję. 

Helga  odwróciła  się  i  zaczęła  rozmawiać  z  kimś  innym.  A  Mali  nie  dowiedziała  się 

niczego  nowego.  Skłamała,  oczywiście,  mówiąc,  że  wcale  się  tym  nie  przejmuje.  Sprawa 
niewyjaśnionych plotek ciągle ją prześladowała. 

  
Po południu zadzwonił Martin Bakken. 
-  Wszystko w porządku? - zapytał, gdy usłyszał głos Mali. 
-  Owszem. 
-  A co z przesyłką, na którą czekam? 
-  Wysłałam wielką paczkę tydzień temu. Na pewno ją wkrótce dostaniesz. 
-  Zrobiłaś wszystko, o czym rozmawialiśmy? 
-  Tak. 
-  A Dorbet? 
-  Dorbet  właśnie  kończy  swoją  pracę.  Wyśle  paczkę  jeszcze  w  tym  tygodniu.  Ze 

wszystkim, o co prosiłeś - dodała, nim zdążył spytać. - Skoro rozmawiamy o Dorbet, Martin... 
Słyszałam, że dzwoniłeś do niej przed Bożym Narodzeniem. 

-  Tak, ciebie nie było w domu. 
-  Możesz oczywiście rozmawiać z Dorbet, ale nie wolno ci mącić jej w głowie. Niedawno 

wyszła  za  mąż,  jest  młodą  gospodynią  w  wielkim  dworze.  To  zobowiązuje.  Poza  tym  ma 
malutkiego synka. Nie pojedzie do Ameryki, sam powinieneś to zrozumieć. 

-  Miała wielką ochotę. 
-  Pewnie, że miała - prychnęła Mali. - A co myślisz? Znasz ją przecież. Ale nie ma o tym 

mowy.  Żądam,  żebyś  więcej  z  nią  o  tym  nie  rozmawiał.  To  powoduje  tylko  problemy  i 
trudności. 

-  Nie  o  to  mi  chodziło.  Ale  nadal  twierdzę,  że  byłoby  wspaniale,  gdyby  tu  przyjechała. 

Gdyby wystąpiła w swoim stroju... 

-  Ale nie przyjedzie - ucięła Mali. - A ty nie będziesz jej łudził takimi propozycjami. Mam 

nadzieję, że rozumiesz. 

-  Rozumiem, rozumiem. Nie miałem zamiaru nikomu przysparzać problemów. 
-  Ale przysporzyłeś! 
-  Przepraszam.  Od  tej  pory  będę  ważył  swoje  słowa.  I  nie  mogę  się  doczekać  twojej 

przesyłki. 

background image

-  Mam nadzieję, że ci się spodoba. Jak idzie interes? 
-  Lepiej, niż się spodziewałem. Zainteresowanie twoimi pracami ciągle rośnie. Mam długą 

listę zamówień. Ludzie dowiedzieli się, że sprzedajemy także stroje regionalne. Ogromnie się 
tu podobają. 

-  Wspaniale - powiedziała Mali. - Powodzenia. 
-  Dziękuję. I pozdrów Dorbet. Zadzwonię do niej, gdy dostanę jej przesyłkę. I nie będę jej 

już mącił w głowie - zapewnił pospiesznie. - Wcale a wcale. 

-  To dobrze - powiedziała Mali. - Pozdrów Jenny ode mnie. Wszystkiego dobrego. 
-  Wszystkiego dobrego - zakończył. - Pozdrów całą rodzinę. 
Mali przez chwilę stała ze słuchawką w ręku, nim ją odłożyła. Martin zrozumiał chyba, że 

to poważna sprawa, pomyślała. Nie będzie już robił zamieszania. I bardzo dobrze. Dorbet ma 
swoje życie i swoje obowiązki w Granvold. Tak jest najbezpieczniej. 

  
Piętnastego  maja  Dorbet  miała  skończyć  osiemnaście  lat.  Mali  spostrzegła  flagę  na 

maszcie w Granvold, gdy wczesnym rankiem szła przez podwórze. 

-  Wywiesili flagę w Granvold - powiedziała po powrocie do domu. 
-  Widziałem  -  pokiwał  głową  Havard.  -  To  przecież  wielki  dzień.  Osiemnaście  lat.  O 

której godzinie tam pójdziemy? 

-  Chcieli spokojnie zakończyć wszystkie gospodarskie obowiązki, więc raczej dopiero po 

dziewiętnastej. Ale za to zapraszają nas na kolację i na ciasto, o ile dobrze zrozumiałam. 

-  Przyjdę wcześniej, żeby się porządnie umyć - uśmiechnął się Havard. - Zaczynamy dziś 

orkę. Nawóz rozpryskuje się na wszystkie strony. 

-  Wszyscy  dziś  zaczynają  orkę  -  stwierdziła  Mali.  -  Proszę  tylko,  żebyście  zdejmowali 

robocze ubrania przed progiem, póki się tym zajmujecie. Nie chcę mieć nawozu w sieni. 

-  Przed  zapachem  się  nie  ustrzeżemy  -  powiedziała  Ingeborg,  marszcząc  nos.  -  Kiedy 

zaczyna się orka... 

-  To znak, że idzie wiosna - przypomniała Ane. - Tylko patrzeć, jak będziemy siać. 
-  Mogłabym się obyć bez zapachu nawozu - stwierdziła Ingeborg. - Nigdy się do tego nie 

przyzwyczaję. 

-  To nie potrwa długo - pocieszyła ją Mali. - I trzeba to teraz zrobić. Najbliższe dni będą 

pełne pracy, skoro przed Siedemnastym Maja wszystko powinno być obsiane. 

-  No  i  zaraz  zacznie  się  pielenie  -  westchnęła  Ingeborg,  łapiąc  się  demonstracyjnie  za 

plecy. - Niedługo będę już za stara do takiej pracy. 

-  Nie jesteś jeszcze za stara - stwierdziła Mali. - A poza tym jest nas dużo i szybko się z 

tym uporamy. W tym roku pomoże nam Johannes. 

-  Tylko  czy  z  jego  pomocy  będzie  jakiś  pożytek?  -  zastanawiała  się  Ingeborg.  -  Trzeba 

wiedzieć, jak wyglądają chwasty, kiedy się człowiek zabiera do pielenia. 

-  Oj,  Ingeborg,  Ingeborg  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Nie  jesteś  optymistką.  Ale  któregoś 

dnia  musimy  się  wybrać  w  stronę  letnich  obór  i  wytyczyć  działkę  dla  ciebie  i  O1ava. 
Ż

ebyście  mogli  zacząć  budowę,  gdy  tylko  będą  pieniądze.  Przed  zimą  zamieszkacie  we 

własnym domu. 

-  To  nie  do  wiary  -  rozpromieniła  się  zarumieniona  Ingeborg  -  że  w  końcu  będziemy  na 

swoim. 

-  Najwyższy czas - pokiwała głową Mali. - Zasłużyliście sobie na to. 
-  Rozmawiałem  już  z  Olavem  -  wtrącił  się  Havard.  -  Wybieramy  się  tam  jutro  przed 

południem.  Musisz  wygospodarować  wtedy  trochę  wolnego  czasu,  Ingeborg,  bo  powinnaś 
pójść z nami. 

-  Obie z wami pójdziemy - zdecydowała Mali. - Ane zajmie się domem. 
-  Niedługo  będziecie  musieli  tu  zorganizować  prawdziwy  dom  starców  dla  służby  - 

odezwała się Ane spod pieca. - Myśleliście o tym? 

background image

-  O tak, wiemy, ile kto ma lat - powiedział Havard spokojnie. - Ale sądzę, że wszystko się 

jakoś ułoży. Służyliście tu wiernie przez tyle lat, więc coś się wam należy. Spokojna starość. 
A  jeśli  z  czasem  będziemy  musieli  nająć  kogoś  młodszego  do  pomocy,  to  raczej  tylko 
sezonowo.  Oja  i  Herborg  są  młodzi  i  silni,  Sivert  i  Tordhild  też  chętnie  pomagają  w  razie 
potrzeby. W każdym razie Tordhild - dodał. - Sivert tylko wtedy, gdy ma czas. 

-  Z czasem Johannes zacznie nam pomagać - stwierdziła Mali. 
-  Na pewno - pokiwał głową Havard. - O nim też myślałem. 
-  To zależy, co wybierze - zauważyła Ane. - Jeśli zostanie muzykiem, jak ojciec... 
-  Od  czasu  do  czasu  i  tak  będzie  pomagał  -  powiedział  Havard.  -  Chłopak  lubi 

gospodarskie zajęcia. 

-  Na  razie  i  tak  jest  za  mały  -  podsumowała  Mali.  -  Zobaczymy.  Ale  rąk  do  pracy  nie 

zabraknie,  nawet  jeśli  ktoś  z  nas  się  w  końcu  zestarzeje.  Na  razie  nie  jesteśmy  jeszcze  tacy 
starzy,  Ingeborg  -  zaśmiała  się,  poklepując  Ingeborg  po  plecach.  -  Nikt  z  nas  nie  skończył 
jeszcze pięćdziesięciu lat. 

-  Już zbliża się lato - zaczęła Ingeborg. - A Ane i ja... 
-  Dopiero w przyszłym roku - przerwała jej Mali. - Nawet jak skończycie pięćdziesiąt lat, 

wcale nie będziecie stare. Póki zdrowie dopisuje... 

-  Oja już przygotował konia i pług - powiedział Havard, wyglądając przez okno. - Muszę 

iść. 

-  Ja też - powiedziała  Mali. - Jeśli byłabym potrzebna, to jestem w  warsztacie tkackim - 

zwróciła się do Ane. 

-  Są  dla  nas  bardzo  dobrzy  -  powiedziała  Ane,  gdy  drzwi  się  zamknęły  za  Mali  i 

Havardem. - Niewielu gospodarzy trzyma starych ludzi. A oni dają nam jeszcze domy. 

-  Domy dalej są częścią ich majątku. 
-  To jasne. Ale możemy z nich korzystać do końca życia. To całkiem sprawiedliwe, że po 

naszej śmierci domy znów stają się częścią Stornes. 

-  No  tak  -  pokiwała  głową  Ingeborg.  -  Masz  rację.  Niedługo  będziemy  sąsiadkami  - 

uśmiechnęła się. 

-  Jak  to  dobrze,  że  będziecie  mieć  własny  dom  -  powiedziała  Ane.  -  To  zupełnie  co 

innego. Co na to O1av? 

-  Cieszy  się,  oczywiście.  Zawsze  sobie  wyrzucał,  że  nie  potrafił  wybudować  nam  domu. 

Ale teraz będziemy mieć własny kąt. 

Ane wzięła wiadro z karmą dla świń i ruszyła w stronę drzwi. 
-  Oporządzę świnie. 
-  Dobrze  -  kiwnęła  głową  Ingeborg,  nie  ruszając  się  z  miejsca,  wciąż  pogrążona  w 

marzeniach. - Zajmij się tym. 

  
Dorbet obudził pocałunek, który Ola złożył na jej czole. 
-  Zaspałam? 
Zamrugała oczami pod wpływem ostrego dziennego światła i usiadła na łóżku 
-  Nie, chciałem ci tylko złożyć życzenia urodzinowe, zanim pójdę do pracy. 
-  Ach... 
Dorbet przeciągnęła się  i uśmiechnęła.  Zerknęła  na męża zaciekawiona.  Stał koło łóżka i 

chował coś za plecami. Wreszcie wyciągnął podłużną paczuszkę, zawiniętą w piękny papier i 
przewiązaną pozłacaną jedwabną wstążeczką. To nie z naszego sklepu, ucieszyła się Dorbet. 
Od razu to zauważyła. To prezent z miasta. Wyciągnęła ręce i wzięła prezent od Oli. 

-  To dla mnie? - rozpromieniła się. 
Ostrożnie otworzyła paczuszkę, żeby nie zniszczyć pięknego papieru. Można go przecież 

użyć  ponownie  przy  jakiejś  okazji.  W  środku  znalazła  podłużne  pudełko.  Gdy  je  uchyliła, 

background image

otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdumienia.  W  pudełku  leżał  srebrny  pas  do  stroju  regionalnego. 
Uniosła pas delikatnie i przeplotła go między palcami. Srebro lśniło i błyszczało w słońcu. 

-  Ależ Ola... 
Spojrzała na niego roziskrzonymi oczami, podniosła się i pocałowała męża delikatnie. 
-  Nawet nie marzyłam, że dostanę srebrny pas. 
-  Twój strój jest przecież gotowy. 
-  Tak, ale sądziłam, że poczekam parę lat na taki pas. Jest przecież strasznie drogi. 
-  Jesteś  tego  warta  -  powiedział  z  pewnym  wzruszeniem  i  wplótł  dłoń  w  jej  włosy.  - 

Oczywiście, że jesteś tego warta, Dorbet. 

Dorbet odrzuciła pled i wstała. Podbiegła na palcach do lustra w drzwiach szafy i zapięła 

pas w talii. Pasował idealnie. 

-  Ładnie wyglądam? 
Obróciła  się  do  męża  z  promiennym  uśmiechem  i  srebrnym  pasem  zapiętym  na  nocnej, 

flanelowej koszuli. Obróciła się powoli z rozłożonymi ramionami. Ola podszedł i objął ją. 

-  Jesteś taka piękna - mruknął, zanurzając twarz w jej włosach, a jego oddech przyspieszył 

wyraźnie, gdy Ola poczuł miękkie, rozgrzane ciało żony. Jego dłonie zsunęły się ostrożnie po 
jej udach. Dorbet zatrzymała go z szelmowskim uśmiechem. Pocałowała Olę pospiesznie. 

-  Nic z tego - powiedziała cicho, rumieniąc się przy tym. - Od wczoraj mam miesiączkę. 

Co się odwlecze, to nie uciecze - pocieszyła go i pogłaskała po policzku. 

Gdy wyszedł, położyła się znów do łóżka i zwinęła w kłębek. Trygve jeszcze spał. Należał 

na  szczęście  do  tych  dzieci,  które  przesypiają  całe  noce.  Nie  zniosłaby  nocnych  dyżurów. 
Musnęła  dłonią  pas,  który  leżał  na  stoliku  koło  łóżka.  Już  niedługo  Siedemnasty  Maja. 
Zarówno  jej  własny  strój,  jak  i  strój  Marit  były  już  gotowe.  Sądziła,  że  w  tym  roku  założy 
zwykły  pas.  Nie  odważyła  się  nawet  wspomnieć  o  srebrnym.  Sam  strój  kosztował  przecież 
mnóstwo  pieniędzy.  A  jednak  dostała  wymarzony  pas.  Ogarnęło  ją  błogie  szczęście. 
Przeciągnęła  się  i  westchnęła.  To  będzie  dzień  pełen  radości,  pomyślała.  Na  jej  cześć 
zorganizowano  uroczystość,  dostanie  jeszcze  inne  prezenty.  No  i  pozbyła  się  niepewności, 
która jej doskwierała przez ostatnie dwa tygodnie. Bała się, że znów jest w ciąży. Od chwili 
narodzin małego miała tylko jedną miesiączkę, która skończyła się sześć tygodni temu. Gdy 
następna  nie  pojawiła  się  w  porę,  Dorbet  się  przeraziła.  Nie  chciała  mieć  więcej  dzieci,  w 
każdym  razie  nieprędko.  Gdy  poprzedniego  wieczoru  zauważyła  krew  na  bieliźnie, 
odetchnęła z ulgą. 

Wyskoczyła z łóżka i podeszła do okna. Piękny, słoneczny dzień, ucieszyła się. Jej dzień. 

Za  plecami  usłyszała  budzącego  się  Trygvego.  Podeszła  do  kołyski  i  spojrzała  na  synka. 
Trygve  obdarzył  ją  jednym  ze  swych  ujmujących  uśmiechów.  W  buzi  zabłysły  malutkie 
ząbki. Pulchne rączki wyciągnęły się do matki. 

-   Czy  to  złociutki  chłopczyk  mamusi?  -  zaśmiała  się,  biorąc  go  na  ręce.  Pod  kołderką 

spostrzegła niewielką paczuszkę zawiniętą w taki sam piękny papier, przewiązaną taką samą 
ś

liczną wstążeczką. Ogarnęła ją wielka radość. 

-  Ty też masz dla mnie prezent, mój mały? 
Wzięła  paczuszkę  i  synka  do  małżeńskiego  łóżka,  położyła  dziecko  na  poduszkach  i 

otworzyła pudełko. Jej oczom ukazały się srebrne, błyszczące kolczyki, pasujące do stroju. 

-  Jakie piękne! - zawołała, unosząc jeden z nich. - Bardzo, bardzo piękne, Trygve! Mam 

już  prawie  wszystkie  srebrne  ozdoby  do  mojego  stroju,  choć  go  jeszcze  ani  razu  nie 
włożyłam.  Dobry  z  ciebie  chłopak  -  zaśmiała  się,  unosząc  małego  wysoko  do  góry.  -  Teraz 
zejdziemy na dół i zmienimy pieluszkę, a potem dostaniesz kaszy. Jesteś dziedzicem, musisz 
więc dużo jeść, żebyś był duży i silny. Jak twój tata - dodała. Otuliła synka pierzyną i zaczęła 
się ubierać. 

Gdy zbiegała po schodach, trzymając małego na biodrze, spostrzegła wciągniętą na maszt 

flagę. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Osiemnaście lat, pomyślała. Jest wreszcie dorosła. 

background image

  
Przyjęcie  urodzinowe  było  rodzinnym  świętem.  Przyszli  goście  ze  Stornes,  cała  czwórka 

ze Wzgórza. 

-  Dziś  nie  będzie  aż  tak  uroczyście  -  uprzedziła  Marit,  witając  gości.  -  Zamierzają 

ś

więtować w czerwcu, gdy pojadą do Oslo. 

-  A  więc  to  Ola  i  Dorbet  pojadą  na  zjazd  właścicieli  ziemskich  w  czerwcu?  -  zapytał 

Havard. 

-  Tak,  starszych  ludzi  męczą  takie  uroczystości,  więc  niech  jadą  młodzi  -  stwierdziła 

Marit.  -  Zamieszkają  w  hotelu  i  będą  świętować  osiemnaste  urodziny  Dorbet  oraz  rocznicę 
ś

lubu. 

-  Ja też się zastanawiałem, czy nie pojechać - pokiwał głową Havard. - Ale w czerwcu jest 

mnóstwo pracy, no i Mali nie ma ochoty mi towarzyszyć... 

-  Możesz  jechać  beze  mnie  -  wtrąciła  się  Mali.  -  Dla  mnie  to  za  daleko  i  za  dużo  mam 

wówczas obowiązków. 

-  Chyba  nikt  więcej  z  naszej  okolicy  się  nie  wybiera  -  powiedział  Ola.  -  Ale  moim 

zdaniem warto tam pojechać, popatrzeć, posłuchać. No i spędzimy przy okazji kilka pięknych 
dni w Oslo. Bardzo się z tego cieszymy. Prawda? 

Objął Dorbet z miną właściciela i uśmiechnął się. 
-  A ja będę w moim stroju regionalnym - uśmiechnęła się Dorbet. - Wszyscy, którzy mają 

stroje, przyjeżdżają w nich na ten zjazd. Co to będzie za widok! 

-  No  nie,  całkiem  zapomniałam  o  prezencie!  -  zawołała  Mali,  sięgając  po  płaską 

paczuszkę. 

Herborg  wyjęła  swój  prezent,  a  Johannes  podał  paczuszkę  z  prezentem  od  rodziny  ze 

Wzgórza. 

-  No, no - roześmiała się Marit. - Zaraz zobaczymy, co to takiego. 
Od  Mali  i  od  Havarda  Dorbet  dostała  piękną  broszkę  do  stroju.  Trochę  mniejszą  niż  ta, 

którą dostała od Marit. 

-  Jaka piękna - ucieszyła się Dorbet. - Teraz mam już wszystkie srebrne ozdoby do stroju. 

Aż się wierzyć nie chce, że mam to wszystko już w pierwszym roku... 

-  Miałam nadzieję, że zobaczymy cię dziś w twoim stroju - powiedziała Mali. - Musisz się 

nam pokazać. 

-  Naprawdę? 
Dorbet zerknęła na męża. 
-  Oczywiście - kiwnął głową. - Ja też jeszcze nie widziałem cię w stroju regionalnym. A 

skoro masz już całe srebro... 

-  O  tak,  dostałam  pas  i  kolczyki  od  Oli  -  wyjaśniła  Dorbet,  uśmiechając  się 

porozumiewawczo do męża. - To znaczy od Oli i od Trygvego - dodała ze śmiechem. - Moi 
dwaj panowie są dla mnie tacy dobrzy. 

-  Najpierw wypijemy kawę - zadecydowała Marit. - A potem się przebierzesz. 
-  Musisz jeszcze zobaczyć, co dostałaś od nas - przypomniał Johannes. 
-  Wcale  o  tym  nie  zapomniałam,  Johannes  -  powiedziała  Dorbet,  mierzwiąc  bratankowi 

czuprynę. - Pomóż mi otworzyć prezent. 

Od  rodziny  ze  Wzgórza  dostała  piękny  flakonik  perfum.  Zagraniczny,  ucieszyła  się. 

Pewnie  Sivert  przywiózł  to  z  którejś  ze  swych  podróży.  Od  Herborg  i  Oi  dostała  piękny, 
kolorowy sweter własnej roboty. 

-  Dziękuję,  dziękuję  wam  wszystkim.  Bardzo  się  cieszę,  Johannes!  Teraz  musisz  zjeść 

trochę tortu i napić się soku. 

Wokół stołu zapanowało ożywienie. Najpierw podano pyszne kanapki, potem tort i ciasto 

czekoladowe. Mali patrzyła na swoje dzieci. Cieszyła się, że widzi ich wszystkich radosnych i 
pogodnych. Nawet Dorbet uśmiechała się do wszystkich. To znaczy, że wszystko się dobrze 

background image

układa między nią a Olą, pocieszyła się Mali w myślach. Nie doszło wprawdzie do jej uszu 
nic niepokojącego, ale z Dorbet przecież nigdy nic nie wiadomo. Mali cały czas się obawiała, 
ż

e  córkę  szybko  znudzi  zarówno  małżeństwo,  jak  i  rola  młodej  gospodyni.  Ale  Dorbet 

sprawiała  wrażenie  zadowolonej  i  szczęśliwej.  Wycieczka  do  Oslo  odegrała  w  tym  pewnie 
sporą rolę, pomyślała Mali. Dorbet potrzebowała tego rodzaju podniet i niespodzianek. 

W  izbie  zapanowała  cisza,  gdy  Dorbet  pojawiła  się  w  swym  stroju.  Zatrzymała  się  w 

drzwiach,  trochę  zawstydzona.  Wygląda  zjawiskowo,  pomyślała  Mali.  Piękny  strój  leżał  na 
niej  jak  ulał,  a  srebrne  ozdoby  rzucały  światło  na  zarumienioną  twarz.  Włosy  przewiązała 
grubą plecioną opaską w takich samych kolorach jak fartuszek. W uszach błyszczały jej nowe 
kolczyki. Wydawała się bardziej dorosła niż przedtem. Wygląda pięknie i godnie, pomyślała 
Mali. 

-  O rety - Tordhild pierwsza odzyskała mowę. - Ależ wspaniale! 
-  Właśnie,  czyż  nie  jest  piękna  nasza  młoda  gospodyni  z  Granvold?  -  uśmiechnęła  się 

Marit.  -  Ja  już  wcześniej  widziałam  strój.  Ale  bez  wszystkich  srebrnych  ozdób  -  dodała.  - 
Teraz wygląda rzeczywiście przepięknie. 

Ola  siedział  z  na  wpół  otwartymi  ustami  i  wpatrywał  się  w  żonę.  Coś  rozbłysło  w  jego 

oczach. 

-  A co ty myślisz, Ola? 
Musiał odchrząknąć, nim zdołał coś wykrztusić. 
-  Myślę tylko, że jesteś... najpiękniejsza. 
-  No  tak,  trzeba  to  przyznać  -  rzekła  Mali  z  podziwem.  -  No  i  wiadomo  już,  że  na 

Siedemnastego Maja w przyszłym roku wszystkie musimy... uszyć sobie stroje regionalne. 

  
Gdy wracali do domu w ten majowy wieczór, Mali postarała się zostać na chwilę sam na 

sam z Sivertem. Celowo szła wolniej niż inni. 

-  Nie  udało  mi  się  z  tobą  porozmawiać  dziś  podczas  obiadu,  Sivercie.  Byłeś  chyba  w 

Surnadalen. Słyszałeś coś? 

-  Nie, zupełnie nic. 
-  Wypytywałeś trochę? 
-  Nie, po co miałbym to robić? 
-  Powinniśmy wiedzieć, kto... 
-  Wiesz przecież, kto przyniósł plotkę, mamo. Cyganka. Uważam, że lepiej nie okazywać 

zainteresowania tą sprawą. W ten sposób obudzilibyśmy tylko ciekawość innych. 

Mali  pokiwała  głową.  Przez  chwilę  szli  w  milczeniu.  Gdzieś  na  zboczu  śpiewał  kos.  W 

powietrzu unosiła się woń nawozu. 

-  Zobaczymy, co będzie dalej - powiedziała w końcu Mali. 
-  Nie wiem, co moglibyśmy zrobić - powiedział Sivert. - Na pewno nic się nie wydarzy. 
Oby tylko mial rację, pomyślała Mali, biorąc syna pod ramię. Nie może się wydarzyć nic, 

co  by  zniszczyło  życie  Sivertowi  i  jego  rodzinie.  Niech  nas  ręka  boska  broni,  pomyślała  z 
bijącym mocno sercem. Niech nas ręka boska broni! 

 
 ROZDZIAŁ 13. 
  
Dorbet  bardzo  się  bała,  że  Siedemnastego  Maja  będzie  padać  deszcz.  Uważała,  że  to  by 

zepsuło  wszystko.  Cieszyła  się  bowiem  przede  wszystkim  z  tego,  że  pokaże  się  w  swoim 
wspaniałym  stroju  regionalnym.  Gdyby  padał  deszcz,  efekt  nie  byłby  ten  sam.  Musiałaby 
przecież włożyć pelerynę. 

Jej  obawy  okazały  się  próżne.  Siedemnastego  maja  wstał  słoneczny  dzień,  niebo  było 

prawie bezchmurne. Nad wysokimi górami w Todalen kołysały się jakieś lekkie chmurki, ale 
widywali  je  tam  często  i  wcale  nie  musiały  zwiastować  niepogody.  Dzień  w  sam  raz  na 

background image

ś

więtowanie w stroju regionalnym, pomyślała Dorbet, stojąc w oknie na poddaszu o poranku. 

Na  tę  myśl  ogarnęło  ją  radosne  podniecenie.  Nie  miała  wątpliwości,  że  wszyscy  będą 
podziwiać jej strój. Oczywiście ludzie będą się tłoczyć także wokół Marit, ale to ona, Dorbet, 
znajdzie się w centrum uwagi, chociaż Marit też sobie kupiła srebrny pas. Dorbet zerknęła na 
strój,  który  wisiał  przygotowany  na  drzwiach  szafy,  koło  ciemnego  garnituru  Oli.  To 
naprawdę bardzo uroczysty strój, pomyślała. Na wszystkie okazje. Twarz jej się rozjaśniła na 
myśl o wycieczce do Oslo. Do tej pory nie miała odwagi myśleć, że coś będzie z tych planów. 
Wszystko  brzmiało  zbyt  pięknie,  by  mogło  być  prawdziwe  -  podróż  pociągiem  do  stolicy, 
hotel, wizyty w sklepach, zjazd właścicieli ziemskich. Ola opowiadał jej, że podczas takiego 
zjazdu można wziąć udział w wielu wspaniałych imprezach. Mieli się także wybrać do Chat 
Noir!  Dorbet,  która  tyle  czytała  o  tym  słynnym  teatrze  rewiowym,  miała  tam  pójść,  miała 
zobaczyć  i  usłyszeć  Leifa  Justera,  Lallę  Carlsen  i  Kari  Diesen.  Na  pewno  też  wielu  innych, 
ale tylko te nazwiska przyszły jej na razie do głowy. 

-  Nie byłaś jeszcze w podróży poślubnej - powiedział Ola. - Musimy nadrobić zaległości. 
I to właśnie zamierzała zrobić Dorbet. 
  
Pochód  z  okazji  święta narodowego  miał  się  zacząć  o  drugiej  pod  domem  ludowym.  Już 

dziesięć przed dwunastą Marit zawołała wszystkich do stołu, na drugie śniadanie. 

-  Trochę za wcześnie - stwierdził Trygve, zerkając na zegar. - Zazwyczaj nie zaczynamy 

jeść przed dwunastą. 

-  Siedemnastego maja zaczynamy wcześniej - postanowiła Marit. - Musimy zdążyć zjeść, 

pozmywać i przebrać się, zanim pójdziemy na pochód. Siadamy do stołu. 

I tak się stało. 
-  Możesz już iść na górę - powiedziała Marit do Dorbet, gdy skończyli posiłek. - Musisz 

przebrać też małego, więc się zbieraj. Ja zajmę się wszystkim tu na dole. 

-  Tak,  myślę,  że  przebiorę  najpierw  Trygveego  -  stwierdziła  Dorbet,  kołysząc  synka  na 

ramieniu. - Mały wkrótce zaśnie. I będzie marudzić, jeśli go obudzę do przebierania. 

-  No  tak,  Trygve  nie  lubi  być  budzony  -  roześmiała  się  Marit,  zerkając  na  męża,  który 

położył się właśnie na kanapie ze starą gazetą. - Ma to po dziadku. No, malutki, musisz być 
dzielny i pięknie się ubrać. Dziś Siedemnasty Maja. 

Wnuczek spojrzał na nią zamykającymi się oczkami i ziewnął szeroko. 
-  Biegnij na górę, zanim zaśnie na dobre - powiedziała Marit i popchnęła lekko synową w 

stronę  drzwi.  -  Ale  się  cieszę,  że  włożymy  dziś  nasze  stroje  -  uśmiechnęła  się.  -  Masz 
prawdziwy  talent,  Dorbet.  Zdaje  się,  że  wiele  osób  chce  teraz  zamówić  u  ciebie  strój 
regionalny. Musisz się zastanowić, czy będziesz miała na to czas. 

-  Nie.  Mam  tyle  zamówień  z  Ameryki,  że  muszę  wszystkich  odesłać  z  kwitkiem. 

Obiecałam tylko Sigrid, że nauczę ją haftu, który powinien być na bluzce, a ona sama sobie 
uszyje  strój.  Mama  też  chce  mieć  strój,  ale  ona  sama  sobie  poradzi.  Nie,  ja  naprawdę  nie 
mogę przyjmować żadnych zamówień. 

-  Cieszę się, że to słyszę - pokiwała  głową Marit. - Bałam się, że weźmiesz na siebie za 

dużo obowiązków. 

-  O  nie,  muszę  mieć  też  czas  na  gospodarstwo  -  stwierdziła  Dorbet.  -  Czeka  mnie  tyle 

nauki. 

-  Wszystkiego się nauczysz w swoim czasie - uspokoiła ją Marit. - Teraz musisz rozwinąć 

swój talent. 

Dorbet spojrzała na nią z wdzięcznością. Dziwiła się za każdym razem, gdy okazywało się, 

ż

e Marit wcale nie narzeka, że synowa za mało pomaga w domu i w gospodarstwie. Teściowa 

otacza  mnie  chyba  szczególną  opieką,  bo  widzi,  jak  uszczęśliwiam  jej  syna,  pomyślała 
Dorbet. Nikt zaś nie miał najmniejszych wątpliwości, że Ola jest zadowolony. Był wciąż tak 
zakochany,  że  świata  poza  żoną  nie  widział.  O  ile  miał  ją  tylko  dla  siebie,  był  pogodny  i 

background image

uśmiechnięty. Dorbet wiedziała, że wciąż jest zazdrosny. Obyło się wprawdzie bez kolejnych 
awantur, ale też w zasadzie nigdzie nie bywali. Poza tym Ola wyraźnie starał się panować nad 
sobą, a Dorbet pamiętała, że nie należy go drażnić. Męczyło ją, że musi o tym pamiętać, gdy 
raz  na  jakiś  czas  znalazła  się  w  wesołym  towarzystwie  i  chciała  się  zabawić,  ale  z 
doświadczenia  wiedziała,  że  lepiej  unikać  sytuacji,  które  mogłyby  wywołać  awanturę.  W 
każdym razie staram się, pomyślała. Ale są pewne granice. Ola musi zdobyć się na odrobinę 
wyrozumiałości. 

-  No to idę na górę - powiedziała, przytulając sennego synka do piersi. 
  
Dzień okazał się jeszcze wspanialszy, niż Dorbet mogła przypuścić. W chwili gdy wyszła 

z  Granvold  razem  z  teściami,  Olą  i  Małym  Trygve  w  wózeczku,  stała  się  bohaterką  dnia. 
Wszyscy przyglądali się jej strojowi, zwłaszcza zaś pięknej bluzce, wszyscy ją pozdrawiali i 
zagadywali.  Dorbet  promieniała  niczym  majowe  słońce,  a  Ola  często  i  chętnie  otaczał  żonę 
ramieniem z wielką dumą. 

-  Ależ  pięknie  wyglądasz,  Dorbet  -  pochwaliła  ją  Sigrid,  gdy  spotkali  się  koło  domu 

ludowego. - Muszę koniecznie sprawić sobie taki strój. 

-  Wpadnij  któregoś  dnia,  gdy  będziesz  miała  trochę  czasu,  to  pokażę  ci  wzór  na  haft  - 

zaprosiła Dorbet ciotkę. 

-  Marit  też  wspaniale  wygląda  -  pokiwała  głową  Sigrid.  -  W  takim  stroju  każdemu  do 

twarzy. 

-  O  tak,  Marit  jest  bardzo  zadowolona  -  uśmiechnęła  się  Dorbet  i  spojrzała  na  teściową, 

która mówiła coś, żywo gestykulując i stojąc w środku gromadki pełnych podziwu kobiet. 

Gdy pochód się uformował, dyrektor szkoły podszedł do Dorbet i Oli. 
-  Może ty w tym roku poniesiesz flagę, Ola Granvold - zaproponował. - Byłoby świetnie, 

gdyby małżonka szła u twego boku. Bardzo pięknie dziś wyglądasz, Dorbet. 

Dorbet uśmiechnęła się zadowolona i spojrzała na Olę. 
-  A ty? - zapytał Ola. 
-  Ja pójdę zaraz za wami. 
-  Masz ochotę, Dorbet? 
-  O tak - rozpromieniła się. - Marit może poprowadzić wózek. 
I  tak  się  stało.  Dyrektor  wołał  głośno  i  wszystkich  ustawiał,  aż  po  pewnym  czasie 

zapanował  jako  taki  porządek.  Pochód  był  dłuższy  niż  zazwyczaj,  bo  piękna  pogoda 
przyciągnęła więcej ludzi. 

-  Teraz wszyscy muszą się włączyć do śpiewu - zawołał dyrektor szkoły. 
I  tak  pochód,  prowadzony  przez  Olę  i  Dorbet,  wyruszył  w  drogę.  Doszli  aż  do  Oppstad, 

zawrócili na podwórzu, obchodząc flagę z masztem. I wrócili tą samą drogą. 

Było  stosowne  przemówienie,  gry,  zabawy  i  poczęstunek  -  kawa,  sok,  napoje  gazowane, 

ś

wieże drożdżówki i wafle. A potem jeszcze więcej gier i zabawy. 

Mali  usiadła  na  trawie  pod  dwiema  wielkimi  brzozami.  W  słońcu  było  całkiem  ciepło. 

Havard poszedł po kawę i bułeczki. 

-  Tutaj  się  usadowiliście  -  uśmiechnęła  się  Tordhild,  wyjmując  Marilenę  z  wózka.  - 

Przysiądziemy się do was, dobrze? 

-  Oczywiście - kiwnęła głową Mali. - A gdzie Johannes i Sivert? 
-  Mieli  wziąć  udział  w  wyścigu  w  workach  i  w  wyścigu  z  jajkami  i  sama  nie  wiem,  w 

czym  jeszcze.  Podobno  będzie  też  mecz  piłki  nożnej  między  dorosłymi  a  chłopcami.  Oby 
tylko nic się nikomu nie stało. 

-  Tak to już jest Siedemnastego Maja - roześmiała się Mali. - Na pewno jutro niektórych 

będą bolały wszystkie kości. 

-  Wiesz, że jest tu też Ola Havard? 

background image

-  Tak,  machałam  do  niego  podczas  pochodu,  ale  jeszcze  z  nim  nie  rozmawiałam. 

Widziałam też obu chłopców podczas wyścigu z jajkami. Było na co popatrzeć - zaśmiała się. 
- Kiedy przyjechał do wsi? 

-  Dopiero  wczoraj,  późnym  wieczorem,  z  tego,  co  mówił  Johannes  -  odparła  Tordhild.  - 

Na pewno wkrótce przyjdzie się przywitać. 

I  tak  się  stało.  W  przerwie  między  zabawami  podbiegli  do  nich  Ola  Havard  i  Johannes, 

każdy z butelką lemoniady. 

-  Są nasi chłopcy - uśmiechnęła się Mali. - Dostali nawet napoje. 
-  Tata nam przyniósł - wyjaśnił Johannes. - Widziałaś mnie w wyścigu z jajkami? 
-  Oczywiście - pokiwała głową Mali. - Obaj świetnie dawaliście sobie radę. A co u ciebie 

słychać, Ola Havardzie? Dawnośmy się nie widzieli. 

-  Będziemy się częściej widywać w czasie wakacji - wyjaśnił. - Miałem mnóstwo roboty. 
-  Dobrze ci w Storhaug? 
-  Bardzo dobrze. 
Wygląda  na  to,  że  to  prawda,  pomyślała  Mali.  Dawno  nie  widziała  tak  pogodnego  Oli 

Havarda. Najwyraźniej w Storhaug udało mu się odzyskać równowagę. Dziadkowie troszczą 
się o niego jak należy. Poświęcają mu więcej czasu. I dobrze mu to robi. 

-  Zajrzysz dziś do Stornes? Mamy kogel-mogel. 
-  W takim razie przyjdziemy - zadecydował Johannes. - Prawda, Ola Havard? 
-  O tak, skoro będzie kogel-mogel, to na pewno przyjdziemy - zaśmiał się Ola Havard. 
I znów znikli, rozbawieni i pogrążeni w rozmowie. 
-  Ola  Havard  ma  się  chyba  rzeczywiście  dobrze  -  powiedziała  Tordhild,  patrząc  za 

odchodzącymi dziećmi. 

-  Znacznie  lepiej,  niż  można  było  przypuścić  -  wyznała  Mali.  -  Gdy  był  u  nas  ostatnio, 

wydawało mi się, że dobrze mu u dziadków w Storhaug, a teraz jestem tego całkiem pewna. 
Bardzo  się  cieszę  -  odetchnęła  z  ulgą.  -  Ola  Havard  miał  do  tej  pory  takie  smutne  życie. 
Dobrze mu zrobi odrobina radości. Dzieci powinny żyć beztrosko. 

-  Powinny - pokiwała głową Tordhild. - Tylko nie zawsze się to udaje. 
Mali spojrzała na synową, która trzymała Marilenę na kolanach. 
-  Nie słyszałaś nic na temat plotek? 
-  Nic. Sądzę, że ucichły. Nie myślimy już raczej o tym. Ty chyba też nie? 
-  Nie, ja też nie - powiedziała Mali. choć to nie  była prawda. - Na szczęście nic złego z 

nich nie wynikło. 

Mali miała taką nadzieję, ale daleko jej było do pewności. 
 
-  Pójdziemy na spacer? - zapytał Ola, gdy Dorbet zeszła na dół, przebrawszy i położywszy 

Trygvego. - Taki piękny wieczór. 

-  Dokąd chciałbyś iść? 
-  Tylko kawałek, nad morze. 
-  Twoja matka może potrzebować pomocy. 
-  Nie  sądzę.  Tak  rzadko  mamy  trochę  czasu  dla  siebie.  Pójdę  i  poproszę,  żeby  zwróciła 

uwagę na małego. 

Gdy wrócił, wyciągnął rękę do żony. 
-  Zgodziła się? 
-  Tak. Zresztą Trygve i tak śpi. 
Szli przez pola wzdłuż płotu, który wyznaczał granicę ze Stornes. Pachniały białe kwiaty 

na krzewach, świeżo obsiana ziemia odcinała się od zazielenionych już połaci. Ścieżka była 
tak wąska, że musieli iść jedno za drugim. Brnęli przez osty i paprocie, które oddzielały pole 
od pastwisk, na których  późnym latem pasły się  krowy. Ola zatrzymał się, odwrócił i podał 
ż

onie rękę. 

background image

-  Nie jest ci zimno? 
Pokręciła  głową  i  podała  mu  dłoń.  Przed  nimi  z  półmroku  wyłoniły  się  przybrzeżne 

zabudowania należące do Granvold, szare, sterane wiatrem i niepogodą. Kamyki zaskrzypiały 
im pod butami, gdy wkroczyli na żwirową ścieżkę wiodącą wzdłuż plaży. Pachniało mocno 
wodorostami i morzem. Wiał łagodny wietrzyk od fiordu, marszcząc delikatnie powierzchnię 
wody. Ola zatrzymał się i zapatrzył w dal. Słońce, zawieszone nisko, tuż nad szczytami gór 
po przeciwnej stronie fiordu, rzucało złote światło na morze. 

-  Posiedzimy tu chwilę? 
Dorbet  skinęła  głową  i  poszła  w  stronę  porośniętego  trawą  zbocza  koło  zabudowań. 

Usiedli oparci plecami o drewnianą ścianę. Ola objął żonę ramieniem i przygarnął ją ku sobie. 

-  Często  tu  siadywaliśmy,  gdy  ze  sobą  chodziliśmy  -  uśmiechnął  się.  -  Przed  ślubem. 

Pamiętasz? 

-  Pewnie, że tak. 
-  Wydaje się, że to było już tak dawno, choć to przecież nieprawda. Dobrze się czujesz w 

małżeństwie? - zapytał ostrożnie. 

-  Tak - kiwnęła głową i popatrzyła na niego. - A ty nie? 
-  O, tak - uśmiechnął się, wyciągając długie nogi. - Nigdy nie pragnąłem niczego innego, 

tylko tego, żebyś została moją żoną. I moje marzenia się spełniły. Ale ty... 

Odsunął długi kosmyk z jej twarzy i popatrzył na nią swymi pełnymi dobroci, niebieskimi 

oczami. 

-  Jesteś jeszcze taka młoda. Mogłabyś mieć, kogo tylko byś chciała. 
-  Chciałam ciebie. 
-  Aż trudno w to uwierzyć. 
-  Ale tak jest, więc musisz w to uwierzyć - powiedziała z pewnym zniecierpliwieniem. - 

Nie lubię, kiedy mi nie wierzysz. 

-  Wierzę ci, Dorbet. Wierzę - zapewnił ją. 
Przytulił  ją  mocniej.  Siedzieli  tak  blisko  siebie,  zapatrzeni  w  morze.  Ola  bawił  się 

kosmykami  włosów  żony.  Głaskał  ją  po  policzku.  Dorbet  przypomniała  sobie,  ile  razy 
spotykali się tu, nad fiordem, gdy byli w sobie szaleńczo zakochani. Tutaj nikt ich nie widział. 
Wszędzie  indziej  ścigały  ich  spojrzenia  ciekawskich.  Dorbet  pamiętała  pełne  namiętności 
chwile,  podniecenie  i  rozkosz.  Najwspanialej  jest  być  zakochanym,  pomyślała,  ale  to  z 
czasem mija. W każdym razie tak jest w jej przypadku. Kocha Olę. Jest z nim szczęśliwa. Ale 
nie jest już szaleńczo zakochana. I na co dzień nie ma powodów do ekscytacji. W małżeńskim 
stanie czuje się jednak znacznie lepiej, niż mogła przypuścić. A czuje się tak dzięki Oli. Jest 
taki  dobry  i  opiekuńczy.  Inny  niż  wszyscy,  pomyślała,  wyciągając  dłoń,  by  odgarnąć  mu 
grzywkę z czoła. Naprawdę go kochała. Nie mogłaby być z żadnym innym. Czasami sama się 
dziwiła,  że  tak  się  ustatkowała.  Oczywiście  nadal  uwielbiała  przyjęcia.  Lubiła  flirtować  i 
bawić się, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczył się tylko Ola. 

-  O czym myślisz? 
-  Nie, ja... 
Zarumieniła się i zamknęła oczy,  gdy Ola ją pocałował.  Zarzuciła mu ramiona na szyję i 

przytuliła  się.  Ola,  zaskoczony  siłą  jej  uścisku,  przygarnął  ją  jeszcze  mocniej.  A  gdy  się 
okazało, że Dorbet wcale nie zamierza go puścić, położył ją na trawie. 

-  Czy wiesz, że ja... 
-  Tak - szepnęła. - Wiem o tym, Ola. 
Jego dłoń sunęła po jej udzie, potem po brzuchu, by ogarnąć swym ciepłem łono. Dorbet 

poczuła,  że  jej  skóra  pokrywa  się  gęsią  skórką,  gdy  Ola  podciągnął  do  góry  jej  spódnicę  i 
łagodny  wieczorny  wietrzyk  owiał  jej  nagie  nogi  i  uda.  Ola  uniósł  się  nieco,  ujął  jej  ręce  i 
skrzyżował ponad jej głową. 

-  Jak dawniej - szepnął namiętnie. 

background image

-  Jak dawniej - powtórzyła. 
Powoli ściągnął z niej bieliznę. Bryza znad fiordu dziwnym chłodem owiewała nagą skórę 

i pulsujące łono. Gdzieś niedaleko zaskrzeczał ostrygojad, aż Dorbet się wzdrygnęła. 

-  Nikogo nie ma - szepnął jej Ola do ucha. - Tylko my. Ola się nie spieszył. Nie żałował 

czasu na pieszczoty. 

Wędrował po całym jej ciele dłońmi i językiem, aż Dorbet zaczęła tracić dech. Gdy się w 

nią  wślizgnął,  była  wilgotna  i  otwarta  jak  kielich  kwiatu.  Już  dawno  nie  było  nam  tak 
cudownie,  pomyślała.  Tu  nad  fiordem  nie  bała  się,  że  ktoś  ich  usłyszy.  Objęła  go  nogami  i 
dała się ponieść namiętności. 

Potem długo leżeli przytuleni. 
-  Zimno ci? - zapytał i przykrył jej nogi spódnicą.  
Dorbet  pokręciła  głową  i  pocałowała  go.  Ułożyła  się  wygodniej  i  zaczęła  się  bawić  jego 

lokami na karku. Życie jest jednak piękne, pomyślała. Ma wszystko, czego pragnęła. Prawie 
wszystko. 

Gdy szli wąską ścieżką  do domu, Dorbet obróciła się i popatrzyła w dal. Morze było już 

czarne i błyszczące. Słońce chyliło się ku horyzontowi, a góry spowiła fala purpury. 

-  Idziesz? - zapytał, obracając się ku niej. 
Dorbet podała mu rękę. Ruszyli w stronę dworu, mocno przytuleni, nie mówiąc ani słowa. 
   
ROZDZIAŁ 14. 
  
Herborg  siedziała  w  kucki  na  płaskich  kamieniach  i  płukała  pranie  w  strumieniu. 

Paznokcie  jej  popękały  od  lodowatej  wody,  ale  nawet  tego  nie  zauważyła.  Nuciła, 
podśpiewywała  i  uśmiechała  się  do  siebie.  Gdy  wszystko  już  wypłukała,  zabrała  kosz  z 
mokrymi rzeczami i zeszła na plac, na którym suszono pranie. Gałęzie wielkiego krzaku bzu 
uginały  się  pod  ciężkimi  kiściami  liliowych  kwiatów,  które  pachniały  intensywnie  w  ten 
majowy dzień. 

Herborg stała przez chwilę i patrzyła w morze. Wiał rześki wiatr. Na samym środku fiordu 

woda zrobiła się biała. Pranie wyschnie w ciągu kilku godzin, pomyślała i zaczęła rozwieszać 
ubrania.  Gdy  powiesiła  już  ostatnią  rzecz,  wyprostowała  się  i  przeciągnęła.  Zerknęła  na 
fartuch  i  pogłaskała  delikatnie  swój  płaski  brzuch.  Już  dwa  tygodnie  temu  powinna  zacząć 
miesiączkować. Przez kilka pierwszych dni nie mogła opanować podniecenia. Ciągle biegała 
do  wygódki,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  zaczęło  się  krwawienie.  Mali  patrzyła  na  nią 
podejrzliwie  i  zastanawiała  się,  czy  Herborg  nie  ma  przypadkiem  biegunki  albo  zapalenia 
pęcherza.  Herborg  przestała  więc  biegać  do  wygódki,  żeby  nie  budzić  zainteresowania. 
Zaczęła zakradać się na strych, żeby sprawdzić stan rzeczy. Ale krwi nie było widać. 

Po pewnym czasie zakiełkowała w niej nadzieja. Dni mijały, a nic się nie działo. Termin 

miesiączki minął już dwa tygodnie temu. Nie zdarzyło się to nigdy wcześniej od czasu, gdy 
była  w  ciąży  z  Małą  Mali.  A  więc  to  musi  być  prawda,  myślała,  spodziewam  się  dziecka! 
Mali pomyliła się, twierdząc, że Herborg nie będzie mogła mieć więcej dzieci. Ogarnęła ją tak 
wielka radość, że łzy same cisnęły się do oczu, ale zamiast płakać, uśmiechała się nieustannie. 

-  Co się z tobą dzieje? - zapytał Ola poprzedniego wieczoru, spoglądając na nią badawczo. 

- Uśmiechasz się i podśpiewujesz całymi dniami. 

-  Po prostu jestem szczęśliwa - odparła, spuszczając oczy. 
-  Czy zdarzyło się coś szczególnego? 
Herborg  bardzo  pragnęła  podzielić  się  z  nim  radosną  nowiną,  ale  nic  nie  powiedziała. 

Niech minie jeszcze jeden tydzień, pomyślała. Co najmniej. Na wszelki wypadek. Choć sama 
miała już pewność. Wydawało jej się, że powtarzają się różne symptomy, które pamiętała z 
okresu  pierwszej  ciąży.  Bolały  ją  piersi  i  miała  taką  wielką  ochotę  na  słone  potrawy.  Tak 
właśnie czuła się, gdy spodziewała się Małej Mali, więc uznała, że sprawa jest przesądzona. 

background image

-  Nie, nic szczególnego... - rzuciła Oi szelmowskie spojrzenie i uśmiechnęła się. - Raczej 

nie. 

-  Oj, ty - roześmiał się i przytulił ją. - Jesteś najwspanialsza. 
Herborg  objęła  go  i  przytuliła  się  mocno. Jak  on się  ucieszy,  gdy  mu  o  tym  powie.  Tym 

razem  to  na  pewno  będzie  syn,  Herborg  była  o  tym  przekonana.  Oja  będzie  miał  swojego 
dziedzica. Herborg uniosła twarz i spojrzała mężowi w oczy. 

-  Życie jest takie piękne - uśmiechnęła się z błyskiem w oku. - I tak bardzo cię kocham. 
-  Oj, Herborg - mruknął, zanurzając twarz w jej pachnących włosach. - Oj, ty. 
  
Pogoda sprzyjała uprawom, wszystko rosło jak na drożdżach i na polach, i na łąkach. 
-  Musimy zajrzeć na budowę w drodze na pielenie, Ingeborg. Zobaczymy, czy już zaczęli 

- powiedziała Mali, zawiązując obszerny fartuch w talii. 

-  Musimy  -  potwierdziła  Ane.  -  Wczoraj  widziałam,  że  fundamenty  są  już  gotowe.  Dom 

na pewno stanie przed zimą. 

Ingeborg przyspieszyła zmywanie, zarumieniona i szczęśliwa. 
-  O1av i ja chodzimy tam codziennie wieczorem - wyjaśniła. - Trudno nam uwierzyć, że 

budowa  naprawdę  się  rozpoczęła.  Siedzimy  tam  sobie  i  rozmawiamy,  jak  wszystko 
urządzimy...   

-  Zabierz  koszyk  z  sokiem,  Ane  -  przypomniała  Mali.  -  Zawsze  chce  mi  się  pić  podczas 

pielenia. 

-  Mnie  najbardziej  doskwierają  plecy  -  stwierdziła  Ane.  -  To  na  pewno  ze  starości. 

Dawniej o tym nie myślałam. 

Weszła Herborg z Małą Mali na rękach. 
-  Nie idziemy pielić? 
-  Właśnie się wybieramy - powiedziała Mali. - Zabierasz ją ze sobą? 
-  Nie  mam  wyjścia.  Nie  może  przecież  zostać  tu  całkiem  sama.  Umie  już  chodzić,  więc 

zaprowadziłaby w domu swoje porządki. 

-  Może Tordhild mogłaby się nią zająć - zaproponowała Mali. - Lepiej nie zabierać jej w 

pole. 

-  Zajdę więc na Wzgórze i zapytam - kiwnęła głową Herborg. - Nie będziemy w polu zbyt 

długo, prawda? 

-  Nie,  ktoś  musi  wrócić,  żeby  nastawić  obiad  -  powiedziała  Mali.  -  Ty  możesz  się  tym 

zająć. We trójkę sporo zrobimy w parę godzin. 

-  W takim razie idę na Wzgórze - powiedziała Herborg, przewiązując włosy chusteczką. 
-  A  my  przejdziemy  przez  działkę  Ingeborg  i  O1ava  -wyjaśniła  Mali.  -  Spotkamy  się  w 

polu. 

-  No  to  ruszamy  -  Mali  dała  znak  głową  Ingeborg  i  Ane,  gdy  koszyk  z  sokiem  był  już 

gotowy. 

Ruszyły  wzdłuż  pól,  aż  doszły  do  letnich  obór.  Niedaleko  czerwonego  domku  Ane  i 

Aslaka był teraz plac budowy. Fundamenty zostały już rzeczywiście ukończone. 

-  Będziesz  miała  piękny  widok,  Ingeborg  -  powiedziała  Mali,  spoglądając  na  wioskę  i 

fiord. - Bardzo tu ładnie. A przy okazji będziesz miała dobrych sąsiadów. 

-  Wszystko  jest  nieprawdopodobnie  wspaniałe  -  uśmiechnęła  się  Ingeborg.  -  Na  Boże 

Narodzenie przystroimy pierwszy raz swoją własną choinkę. To dopiero będą święta. 

-   Najpierw  musisz  urządzić  przyjęcie  w  nowym  domu  -  roześmiała  się  Mali.  -  Prawda, 

Ane? Nie wykręcisz się od tego, Ingeborg. 

-   Już  was  zapraszam  -  powiedziała  Ingeborg  i  zaczęła  odmierzać  krokami  odległość  na 

działce zarzuconej materiałami budowlanymi. - Popatrzcie tylko, jak u nas będzie. Tu będzie 
kuchnia, tu izba, a tu dwie sypialnie. 

background image

-  Mniej więcej tak jak u nas - pokiwała głową Ane. - Dom nie jest szczególnie obszerny, 

ale  wystarczająco  duży.  Dobrze  by  było,  gdybyście  zbudowali  też  szopę,  w  której  można 
trzymać cały bałagan. 

-  Za  każdym  razem,  gdy  tu  przychodzę,  muszę  się  szczypać  w  ramię  -  powiedziała 

Ingeborg, gdy schodziły już na dół, na pole. - To wprost nie do wiary. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  przeżyjecie  tu  z  O1avem  parę  dobrych  lat  -  powiedziała  Mali.  - 

Zasłużyliście sobie na to. 

Trzy kobiety omijały rzędy marchewki, rzepy i rzepy szwedzkiej. Gdy dotarły na miejsce, 

rozłożyły rzeczy i zabrały się do pielenia. Słońce prażyło im w plecy. 

Po chwili zjawiła się Herborg. 
-    Och,  jak  ja  tego  nie  lubię  -  westchnęła,  przyklękając  w  bruździe  za  plecami  Mali.  - 

Pamiętam, że od dziecka najbardziej marzyłam o tym, żeby mnie ominęło pielenie. 

-  No tak, ale trzeba to zrobić - powiedziała Mali. - Nie będzie tak źle, skoro jesteśmy tu 

we cztery - pocieszyła synową. 

I  rzeczywiście  robota  szła  im  szybko.  Gdy  usiadły  pod  kamiennym  ogrodzeniem,  żeby 

napić się soku, sporą część pracy miały już za sobą. 

-  No  to  biegnę  na  dół,  żeby  nastawić  zupę  -  powiedziała  Mali.  -  Zadzwonię,  gdy  obiad 

będzie już gotowy. 

Otrzepała  spódnicę,  ściągnęła  z  głowy  chustkę  i  poszła  na  dół  z  włosami  rozwianymi 

letnim wiatrem. 

 
W  pierwszy  piątek  czerwca  mężczyźni  wybierali  się  na  górską  halę,  żeby  narąbać  drew 

potrzebnych podczas letniego wypasu bydła. 

-  Taki  dziś  piękny  dzień  -  powiedziała  Mali,  spoglądając  na  Havarda.  -  Chyba  pójdę  z 

wami. 

-  Chcesz iść z nami na halę? - zapytał zaskoczony Havard. - Będzie bardzo miło. 
-  Chciałam  posprzątać  trochę  w  szałasie,  żeby  Tordhild  miała  czysto,  bo  to  ona  w  tym 

roku  będzie  się  zajmować  letnim  wypasem  -  powiedziała  Mali.  -  Wprawdzie  szałas  został 
wysprzątany jesienią, ale zawsze po zimie jest pełno pajęczyn. 

-  A więc w tym roku Tordhild będzie gospodarzyć na letnim pastwisku? 
-   Tak,  ona,  Johannes  i  Marilena.  Ale  nie  będą  tam  mieszkać  przez  cale  lato,  nie.  To 

niemożliwe z dwójką dzieci, zwłaszcza z Marileną. Sivert też tam spędzi trochę czasu. Ale w 
sierpniu wybiera się na tournee do Oslo i wtedy obowiązki przejmie po nich Ane. 

-  Ciekawe, czy spodoba im się pasterskie życie. 
-  Na pewno im się spodoba - powiedziała Mali. - Znasz ich przecież, to jest właśnie to, co 

lubią. To będą w tym roku ich wakacje. 

-  Wakacje jak wakacje - mruknął Havard. - Ale jeśli... 
-  Zabierzemy  ze  sobą  wszystko,  co  trzeba,  żeby  ugotować  obiad  na  górze  -  stwierdziła 

Mali. - Na pewno nie wrócimy przed wieczorem. 

-  Nie. Jeśli się z nami wybierasz, to weź też trochę ciasta - uśmiechnął się Havard. - Nikt 

nie będzie miał nic przeciwko temu. 

  
To  wyjątkowo  piękny  dzień  na  wycieczkę  w  góry,  pomyślała  Mali,  idąc  za  Havardem 

ś

cieżką.  Słońce  rozświetlało  korony  wysokich  sosen  i  złociło  kołyszące  się  trawy  na 

jasnozielonych  trzęsawiskach.  Na  dole,  w  wąwozie  pieniła  się  rzeka,  śpiewały  ptaki  i 
pachniało latem. 

Olav  i  Aslak  poszli  przodem,  więc  Mali  i  Havard  zostali  sami.  Gdy  dotarli  do  miejsca 

odpoczynku, Havard się zatrzymał i obrócił. 

-  Odpoczniemy tu pięć minut. 

background image

-  To nie jest konieczne - powiedziała Mali, ocierając pot z czoła. - Ale skoro jest na czym 

przysiąść, to zróbmy to. 

Usiedli na wyschniętym pniu, który leżał wzdłuż ścieżki. Havard wyjął butelkę z sokiem i 

podał ją żonie. 

-  Za  rzadko  tu  przychodzę  -  powiedziała  Mali,  wyciągając  nogi.  -  Musimy  częściej 

chodzić w góry, Havardzie. To napełnia duszę spokojem. 

-  Trzeba mieć na to czas - stwierdził. 
-  Mamy czas. Moglibyśmy chodzić na wycieczki w niedziele. 
-  Jeśli tylko masz ochotę, chętnie pójdę z tobą. 
-  Chciałabym kiedyś wybrać się jeszcze raz na Stortind. Chciałabym tam zajść raz jeszcze, 

nim  będę  za  stara.  Johannes  mógłby  nam  towarzyszyć.  Byłoby  cudownie  wybrać  się  tam  z 
Johannesem, Tordhild i Sivertem. 

-  Moglibyśmy  to  zorganizować,  gdy  będą  latem  mieszkać  na  górskim  pastwisku.  Ane 

mogłaby tego dnia oporządzić wieczorem zwierzęta. Żeby dojść aż do Stortind, potrzebujemy 
całego dnia. 

-  Zaproponujmy im to - powiedziała Mali. - Mam na to wielką ochotę. 
-  No  tak,  masz  jeszcze  dość  siły  -  uśmiechnął  się  Havard,  spoglądając  na  nią  spod 

przymkniętych powiek. - Nie ma wątpliwości. 

Mali  odchyliła  się  do  tyłu,  zamknęła  oczy  i  zwróciła  twarz  ku  słońcu.  Tutaj  w  górach 

powietrze  jest  całkiem  inne,  pomyślała.  Jakby  bardziej  przejrzyste  i  ostre  niż  w  dolinie. 
Wzięła  głęboki  oddech  i  przygładziła  włosy.  Absolutną  niemal  ciszę  zakłócał  jedynie  szum 
rzeki  i  ptasie  trele.  Słońce  świeciło  wprost  na  niewielką  polanę,  na  której  siedzieli.  Mali 
rozpięła kilka guzików bluzki i podwinęła rękawy. 

-  Idziemy dalej? 
-  Zamęczysz  mnie,  biedaka  -  zaśmiał  się  Havard,  ale  od  razu  się  podniósł.  -  Chodźmy. 

Musimy dziś uporać się z robotą. 

Ś

cieżka w górnych partiach była już całkiem sucha. Szło się po niej z łatwością. Mali czuła 

się jak młoda dziewczyna, gdy przeskakiwała z kamienia na kamień przez trzęsawisko. Gdy 
pokonali  ostatnie  wzniesienie  i  stanęli  na  granicy  letniego  pastwiska,  Mali  się  zatrzymała. 
Przed nią wznosił się prosto ku błękitnemu niebu szczyt Stortind. Jedwabiste trawy kołysały 
się  na  wietrze,  strumień  pluskał  przyjaźnie.  Gdzieś  przy  ścieżce  wiodącej  do 
Svinvikhammeren kukała niezmordowana kukułka. 

-  Ależ tu pięknie! 
Mali podparła się pod boki i spojrzała w górę. Z oddali docierały do nich odgłosy rąbania 

drew. 

-  Witajcie - uśmiechnęła się Sigrid, wychodząc z szałasu Innstadów. - Ty też przyszłaś na 

górę, Mali? 

-  Taki dziś piękny dzień - powiedziała Mali. - Inni też tu są? 
-  Przyszli mężczyźni ze wszystkich gospodarstw. I z tego, co mówił Ola Granvold, jest też 

Lisbeth. Będziemy tu dziś gotować obiad. 

-  Ja też mam taki zamiar - oświadczyła Mali. - Chcę też pozbyć się wszystkich pajęczyn - 

dodała. 

-  Ja  właśnie  zabrałam  się  do  sprzątania  -  uśmiechnęła  się  Sigrid.  -  Ale  teraz  usiądźmy  i 

napijmy się kawy, zanim wrócimy do pracy. U mnie kawa już gotowa. 

-  Posiedźcie  chwilę  -  powiedział  Havard,  zrzucając  plecak.  -  Ja  pójdę  na  górę  i  zacznę 

rąbać drwa. 

Sigrid i Mali wyjęły szmaciany chodnik i usadowiły się na nim na skąpanej w słońcu hali. 
-  Miło  by  było  znów  spędzić  trochę  czasu  tu  na  hali  -  powiedziała  Sigrid.  -  Nie  ma 

piękniejszego miejsca. 

background image

-  Też o tym pomyślałam - wyznała Mali. - Że mogłabym spędzić tu ze dwa tygodnie. Całe 

lato to by było za długo, zresztą nie mam na to czasu. Ale parę tygodni... 

-  Spróbujemy  tak  to  zorganizować  w  przyszłym  roku?  -  zaproponowała  Sigrid.  -  To 

byłoby naprawdę przyjemne. 

-  Poważnie się nad tym zastanowimy - pokiwała głową Mali. - Ale muszę już zabrać się 

do pracy, jeśli obiad ma być gotowy, gdy Havard i inni zejdą na dół. 

Szałas  był  czysty  i  uporządkowany.  Mali  stała  w  drzwiach  i  rozglądała  się.  Tyle  tu 

wspomnień,  pomyślała,  ocierając  oczy.  Przypomniała  sobie  dwie  cudowne  doby,  które 
przeżyła  tu  z  Jo  i  z  Sivertem.  I  to  przerażenie,  gdy  Johan  ich  zaskoczył.  Nienawiść  w  jego 
oczach. Czy mogła zrobić więcej, by wówczas zapobiec tragedii? Wyprzeć się Jo i odejść z 
Johanem?  Na  nic  by  się  to  nie  zdało.  Stało  się  to,  co  się  miało  stać.  Ścigał  ich  grzech 
pierworodny i nikt nie mógł temu zapobiec. 

Mali podeszła do łóżka i usiadła. Położyła dłoń na narzucie i westchnęła. Przeszłości nikt 

nie  zmieni.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Porzuciła  wspomnienia  i  wyjęła  jedzenie. 
Wszystko ma swój czas, pomyślała. 

  
Herborg  wsypała  karmę  prosto  do  koryta  i  patrzyła,  jak  dwie  wielkie  świnie  się  na  nią 

rzucają. Przechyliła się przez ogrodzenie i podrapała jedną z nich po grzbiecie. Wkrótce będą 
tu  kwiczeć  prosięta.  Herborg  zawsze  się  cieszyła,  gdy  na  świat  przychodziły  młode.  Lubiła 
patrzeć,  jak  rosną  pod  jej  ręką.  Gdy  pochyliła  się  nad  wiadrem,  poczuła  bolesny  skurcz  w 
krzyżu. Wzięła krótki, płytki oddech i wyprostowała się. Położyła dłoń na plecach, w okolicy 
krzyża, i zrobiło jej się słabo. Strach pochwycił ją w lodowate kleszcze, jęknęła głośno. Co się 
dzieje?  Chyba  nie...?  Z  rwącym  się  oddechem  zimnymi  jak  lód  dłońmi  uniosła  spódnicę  i 
ś

ciągnęła majtki. Na majtkach była krew! 

-  Nie! - załkała w rozpaczy i skuliła się. - Nie! O Boże, nie! 
Dowlokła  się  do  jednego  z  kątów  i  bez  sił  opadła  na  słomę,  która  tam  leżała.  Plecy  ją 

bolały. Czy właśnie traci swoje dziecko, czy to tylko opóźniona miesiączka, zastanawiała się. 
Miała nadzieję, że to jednak poronienie. W jej myślach panował chaos, spowodowany lękiem 
i rozpaczą. Położyła się na słomie i zaczęła płakać. 

-  O Boże - szlochała. - Nie rób mi tego, Boże.  
Czuła,  że  powinna  pójść  do  domu.  Porozmawiać  z  Mali.  Jeśli  to  poronienie,  musi  się 

natychmiast położyć. Trzeba o wszystkim powiedzieć Mali. Mali jej pomoże. Ale nie mogła 
się ruszyć z miejsca. Leżała na słomie i płakała.  

Czuła, że ciągle krwawi. Uda skleiły się. Muszę pójść do domu, pomyślała ponownie. Ale 

nadal leżała, sparaliżowana bezradnością. Wydawało jej się, że wszystko straciło sens. Snuła 
takie  piękne  marzenia  o  tym  dziecku,  radość  ją  przepełniała.  Była  już  tak  pewna  ciąży,  że 
chciała  o  wszystkim  powiedzieć  Oi.  Może  zresztą  sam  się  domyślił,  pomyślała.  Ostatnio 
ciągle się do niej uśmiechał, mówił, że Herborg promienieje. 

Codziennie  modliła  się.  Prosiła  Wszechmogącego,  by  ją  pobłogosławił  i  wziął  pod  swą 

opiekę to nowe życie. Czuła się taka szczęśliwa i sądziła, że to jest właśnie Boża odpowiedź. 
Ż

e  czuje  dotyk  Jego  kochającej  dłoni.  A  teraz  Bóg  tak  ją  potraktował.  Przeżyła  kilka 

cudownych  tygodni,  umacniała  się  w  nadziei,  przepełniała  ją  radość  i  wdzięczność.  A  teraz 
wszystko legło w gruzy. 

-  Nie zniosę tego - jęknęła, zasłaniając twarz zaciśniętymi dłońmi. - Nie zniosę tego. 
Herborg nie wiedziała, ile czasu upłynęło, nim podniosła się ze słomy, obolała i zapłakana. 

Muszę  iść  do  domu,  pomyślała,  wstając  z  trudem.  Poczuła,  że  coś  ciepłego  spływa  jej  po 
udach,  i  zrozumiała,  jak  mocno  krwawi.  Jak  we  śnie,  na  chwiejących  się  nogach  wyszła  z 
chlewu. Zapomniane wiadro zostało koło koryta. 

Blask  słońca,  który  zalał  podwórze,  uderzył  ją  tak,  że  zamrugała  czerwonymi  od  płaczu 

oczami. Oja, pomyślała i rozejrzała się. Z nim najpierw musi porozmawiać. Powinien się tego 

background image

dowiedzieć  od  niej,  a  nie  od  Mali.  Ale  Oi  nigdzie  nie  było.  Herborg  powlokła  się  przez 
podwórze, a potem po schodach na poddasze. 

-  Mali... 
Otworzyła drzwi do warsztatu i wsunęła głowę do środka. 
-  To ty, Herborg. 
Mali podniosła wzrok znad tkaniny. 
-  Co się stało? 
Mali wstała, gdy tylko ujrzała zapłakaną twarz w drzwiach. 
W  potarganych  włosach  Herborg  tkwiły  źdźbła  słomy.  Mali  otworzyła  drzwi  i  objęła 

synową, która zawisła jej na ramieniu i rozpłakała się rozpaczliwie. 

-  Co się stało, Herborg? Skaleczyłaś się? 
-  Straciłam dziecko - szlochała Herborg, wczepiając się w Mali. - Mam krwawienie. 
Mali odsunęła ją delikatnie od siebie. 
-  Masz krwawienie? Czy to nie jest zwykła... 
-  Nie, nie - łkała Herborg. - Minęły już cztery tygodnie od terminu i wiem, że... wiem, że 

byłam w ciąży. Ale teraz... 

-  Musisz się położyć, moja kochana - powiedziała Mali i poprowadziła Herborg w stronę 

sypialni. - Dlaczego nic nie powiedziałaś? 

-  Chciałam mieć pewność, całkowitą pewność. Oja też nic nie wie, nie chciałam, żeby mu 

mówić, póki... póki... A teraz... 

Herborg oparła się całym ciężarem o Mali i zaszlochała bezradnie. 
-  No już, już, Herborg... już - uspokajała ją Mali. 
W sypialni Mali zdjęła z Herborg pobrudzoną koszulę. Nic nie powiedziała na widok krwi 

spływającej  po  nogach  dziewczyny,  ale  rozpacz  synowej  rozdzierała  jej  serce.  Nigdy  nie 
sądziła,  że  to  się  może  wydarzyć.  Była  całkowicie  przekonana,  że  Herborg  nie  może  mieć 
więcej dzieci, skoro przeszła tak poważny stan zapalny. 

-  Czy często krwawiłaś po urodzeniu Małej Mali? 
-  Tylko raz. 
-  Boli cię teraz? 
-  Tak jak podczas zwykłej miesiączki. 
Mali nalała wody do miski i postawiła miskę koło łóżka. 
-  Umyjemy cię teraz - oświadczyła. 
Gdy już ją obmyła, usiadła na brzegu łóżka. 
-  Nie jestem wcale pewna, że naprawdę byłaś... że byłaś w ciąży, Herborg. 
Herborg spojrzała na nią pociemniałymi ze zdumienia oczami. 
-  Nie jesteś pewna... 
-  Nie, bo po porodzie często zdarzają się bardzo nieregularne miesiączki. Wydaje mi się, 

ż

e to właśnie ci się przydarzyło. 

-  Ale czułam też ból w piersiach i... Mali pokiwała głową i wzięła ją za rękę. 
-  Kiedy bardzo chcemy coś poczuć... 
Herborg nic nie powiedziała. Po jej policzkach potoczyły się wielkie łzy. 
-  Masz przecież Małą Mali - pocieszała ją teściowa. - Byłoby znacznie gorzej, gdybyście 

w ogóle nie mieli dzieci, Herborg. 

-  To znaczy, że wcale nie byłam w ciąży? - zapytała cicho. 
-  Myślę, że nie, Herborg. 
-  Bo już nie mogę mieć dzieci? 
Mali nie odpowiedziała. Nie spojrzała jej nawet w oczy. Przez chwilę w pokoju panowała 

cisza. Potem Herborg naciągnęła narzutę pod brodę i zamknęła oczy. 

-  Dziękuję  za  pomoc  -  powiedziała  bezbarwnym  głosem.  -  Chciałabym  zostać  przez 

chwilę sama, Mali. 

background image

-  Zostań  tu,  ile  chcesz  -  pokiwała  głową  Mali.  -  Niedługo  będzie  obiad.  Poproszę  Oję, 

ż

eby tu do ciebie przyszedł, gdy tylko go zobaczę. 

Herborg  leżała  nieruchomo,  gdy  Mali  wyszła.  W  oknie  brzęczała  mucha,  poza  tym  było 

całkiem cicho. Herborg czuła się tak, jakby miała otwartą ranę pod sercem. Położyła dłonie na 
brzuchu  i  westchnęła.  Zamknęła  oczy.  Nie  miała  pojęcia,  jak  przez  to  przejdzie.  Z 
bezgranicznej  radości  wpadła  wprost  w  czarną  otchłań.  Mali  wcale  jej  nie  pocieszyła, 
sugerując,  że  Herborg  nie  była  w  ciąży.  Gdyby  to  była  ciąża,  mogłaby  mieć  przynajmniej 
nadzieję, że znów w nią zajdzie. A teraz straciła wszelką nadzieję. 

Herborg czuła, że coś się w niej zamyka. Nie przeżyłaby raz jeszcze takiego bólu. Dlatego 

zatrzasnęła  drzwi  do  tej  cząstki  serca,  w  której  mieszkała  nadzieja.  Żeby  już  nigdy  nie 
doświadczyć takiej rozpaczy. 

  
-  Herborg... 
Pełen  przerażenia  głos  Oi  przedarł  się  przez  mglę,  która  ją  otoczyła.  Otworzyła  powoli 

oczy. Oja siedział na brzegu łóżka. Wziął jej dłonie w swoje ręce. 

-  Co  się  stało?  Mama  powiedziała  tylko,  że  nie  jesteś  całkiem  zdrowa.  Czy  to  coś 

poważnego? 

-  Nie,  tylko  krwawię  bardziej  niż  zwykle  -  powiedziała  bezbarwnym  głosem.  -  To  się 

podobno często zdarza, zanim wszystko wróci do normy po porodzie. 

-  To nic groźnego? 
-  Nie. 
Oja pogłaskał ją po głowie i uśmiechnął się z ulgą. 
-  Tak się o ciebie bałem. 
Wzięła  jego  dłoń  i  pocałowała.  Nie  potrafiła  powiedzieć  mu,  co  jej  się  wydawało. 

Wystarczy,  że  ona  jest  nieszczęśliwa.  Jeśli  Oja  niczego  się  nie  dowie,  nie  będzie  cierpiał. 
Mali na pewno mu nic nie powie. 

-  Wkrótce wstanę. Musiałam położyć się tylko na chwilę. 
Oja uśmiechnął się. 
-  To znaczy, że wszystko w porządku? 
Herborg  pokiwała  głową  w  milczeniu.  Nie  mogła  powiedzieć  mu  prawdy,  musiała  ją 

dźwigać samotnie. Sama będzie boleć nad tym, że już nie może mieć dzieci. Oja nie musi się 
tym przejmować. Herborg wiedziała, że dla niego nie jest to takie ważne. Dla niej jednak była 
to  prawdziwa  droga  przez  mękę.  Krzyż,  który  trudno  jej  było  udźwignąć,  ale  który  miała 
nieść już przez cale życie. 

-  I znowu jesteś radosna? 
Herborg  pokiwała  głową  i  uśmiechnęła  się,  ale  uśmiech  nie  dotarł  do  oczu.  Oja  nie 

zauważył,  że  w  jej  oczach  zgasł  blask.  Pochylił  się  i  pocałował  żonę.  Herborg  objęła  go  za 
szyję.  Przez  chwilę  przytulała  się  z  całej  siły,  pragnąc  podzielić z  nim  swój  smutek.  Gardło 
dławiła jej rozpacz. Ale po chwili puściła go. 

-  Niedługo przyjdę - powiedziała cicho. 
  
Mali wyjrzała przez okno. W stronę domu skręcał właśnie jakiś nieznajomy. 
-  Co, u licha... 
Ogarnął ją nagły niepokój. Odsłoniła firankę, by lepiej widzieć. 
-  To lensman - powiedziała cicho i obróciła się w stronę Havarda. 
-  Lensman? 
Havard podniósł się, odłożył gazetę i podszedł do żony. 
-  Rzeczywiście - pokiwał głową. - Czego on może chcieć? 
Mali poczuła, że zaschło jej w gardle. Zacisnęła chłodne dłonie w pięści. Puściła firankę i 

podeszła do drzwi. Havard ruszył za nią i razem stanęli na ganku. 

background image

Lensman szedł przez podwórze długimi krokami. Zasalutował na ich widok. 
-  Dobry wieczór - powiedział. 
-  Dobry wieczór. 
-  Byłem właśnie na Wzgórzu, ale nikogo nie zastałem. 
-  Wypłynęli w morze. A o co chodzi? 
Lensman zdjął czapkę i wyjął fajkę. Rozglądał się przez chwilę dokoła. 
-  Chciałem  porozmawiać  z  Sivertem  Stornesem  -  oświadczył,  spoglądając  na  nich.  -  I  z 

Tordhild. Z Tordhild Stornes. 

Serce Mali biło jak szalone. Po omacku zaczęła szukać dłoni Havarda. 
-  Dlaczego? 
-  Chodzi o ich małżeństwo - wyjaśnił lensman. - Jest coś, co... co się nie zgadza. 
Pod Mali ugięły się nogi. Ścisnęła mocno dłoń Havarda. 
-  Coś się nie zgadza? 
-  Tak,  muszę  porozmawiać  z  Sivertem  Stornesem  -  powtórzył  lensman  i  obrócił  się  w 

stronę gospodarzy. - Mogę tu poczekać?