background image

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XVII 

 

NAD PRZEPAŚCIĄ 

 
Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

 
Dla Einara 
 
 Anne-Lise Boge 
 
ROZDZIAŁ 1. 
 
 Ruth  chwyciła  w  swe  dłonie  lodowatą  rączkę  Marileny  i  przytrzymała  delikatnie.  Po 

policzkach  łzy  ciekły  jej  ciurkiem,  a  w  głowie  dudniły  słowa  Mali:  „Pamiętaj,  Ruth,  że 
Marilena ma tylko ciebie, tylko ciebie..." Ruth ujęła maleńką twarzyczkę dziecka i jęknęła z 
rozpaczy. Co z niej za matka? Powinna była sprzeciwić się Samuelowi. Jak mogła zostawić 
chore niemowlę samo w kuchni? 

Poczuła gwałtowne skurcze żołądka, a potem falę mdłości. Zwymiotowała. Mam teraz za 

swoje,  pomyślała  z  desperacją.  Poświęciłam  własną  córkę,  by  zaspokajać  fanaberie 
pozbawionego  serca  człowieka,  którego  poślubiłam.  Znoszę  upokorzenia,  bo  lękam  się,  że 
jeśli się mu sprzeciwię, spadnie na mnie kara Boska. Zgrzeszyłam i oddałam się Samuelowi, 
nie  będąc  jego  żoną,  i  muszę  to  odpokutować.  Ale  o  wiele  cięższy  grzech  popełniłam, 
poświęcając  niewinne,  bezradne  niemowlę  dla  obłąkanego,  dotkniętego  złem  człowieka, 
myślała Ruth zdruzgotana, nie przestając głaskać twarzyczki dziecka. Człowieka, który uważa 
się za sługę Pana, a który nigdy nim nie był. Wreszcie przejrzałam na oczy. 

Pochylona nad kołyską, szlochała rozpaczliwie. Nagle drgnęła, zdawało jej się bowiem, że 

jej  twarz  owionęło  ciepłe  tchnienie.  Zalana  łzami,  wpatrywała  się  czerwonymi  od  płaczu 
oczami  w  Marilenę.  Sine  powieki  niemowlęcia  zadrżały  leciutko.  Ruth  wstrzymała  oddech, 
sądząc,  że  to  wzrok  ją  mami.  W  mdłym  świetle  mogło  jej  się  to  tylko  przywidzieć.  Znów 
ujęła drobną twarzyczkę i pogłaskała córeczkę w policzek. 

-  Nie opuszczaj mnie, maleńka - chlipała. - Bez ciebie moje życie jest nic niewarte. Jeśli 

mi ciebie zabraknie, nie będę miała po co żyć. 

 
Marilena  z  wysiłkiem  otworzyła  oczka  i  zaniosła  się  strasznym  kaszlem.  Ruth  jęknęła, 

chwyciła dziecko trzęsącymi się rękami i podniosła z kołyski. Przytuliła córeczkę mocno do 
piersi, nie przestając głaskać jej po pleckach i rozgrzewać ciepłym oddechem jej policzek, a w 
sercu jej śpiewało: Marilena żyje! Poczuła zawrót głowy. Doznała tak wielkiej ulgi, że omal 
nie zemdlała. Wzięła Marilenę do izby i położyła się na kanapie, tuląc do siebie zmarznięty 
tłumoczek.  Okryła  siebie  i  dziecko  wełnianym  pledem,  po  czym  przystawiła  niemowlę  do 
piersi. 

background image

-  Ssij, maleńka - wyszeptała, wciąż łkając. - Ssij ciepły pokarm. Zostanę tu z tobą przez 

cały czas. Już nigdy nie będziesz leżeć sama. Nigdy więcej! 

Gdy  tylko  wypowiedziała  te  słowa,  uświadomiła  sobie,  że  czeka  ją  ciężka  przeprawa  z 

Samuelem,  który  na  pewno  zareaguje  wściekłością.  Tym  razem  jednak  nie  zamierzała  mu 
ustąpić.  Niech  sobie  pokrzykuje,  co  chce,  Marilena  będzie  leżała  w  nocy  przy  niej!  Jeśli  z 
tego powodu Samuel ją porzuci, proszę bardzo, może to nawet nie najgorsze rozwiązanie. I 
tak nie czuła do niego nic z wyjątkiem pogardy. Od teraz już nigdy nie ulegnie jego woli, jeśli 
będzie się to miało odbyć kosztem dziecka. Nigdy, nigdy więcej! Liczy się tylko Marilena! - 
pomyślała  z  drżeniem,  przepełniona  uczuciem  ogromnej  wdzięczności  do  Boga  za  ocalenie 
córki. Otaczając swą opieką jej córkę, dał Ruth znak, co naprawdę jest ważne i kogo powinna 
wybrać. I nie był to Samuel! 

Wytrzymam,  ślubowała  w  duchu  Ruth,  bo  małżeństwo  jest  ustanowione  przez  Boga. 

Wiedziała  jednak,  że  jeśli  stanie  przed  wyborem,  Marilena  będzie  u  niej  na  pierwszym 
miejscu,  nawet  jeśli  się  okaże,  że  musi  poświęcić  własne  małżeństwo  i  zapłacić  za  to 
wiecznym potępieniem. Zniesie wszystko, byleby tylko Marilena żyła i była szczęśliwa. Nic 
nie jest ważniejsze niż jej własne dziecko! 

Marilena, choć bardzo osłabiona, ssała pierś Ruth. Dyszała ciężko i siniała na twarzy od 

nękających  ją  ataków  kaszlu,  ale  Ruth  czuła,  że  dziecko  zjadło  trochę.  Powoli  rozgrzało  je 
mleko oraz bijące od mamy ciepło, a blada twarzyczka nabrała rumieńców. Maleńka rączka 
zacisnęła się leciutko na palcu Ruth. 

-  Dzięki ci, dobry Boże - wyszeptała Ruth. - Już nigdy nie zawiodę mojego dziecka, które 

wbrew temu, co mówi Samuel, jest także Twoim dzieckiem. Prawda, że zgrzeszyłam, ale ono 
nie jest niczemu winne. Dzięki ci, Boże, że mi nie zabrałeś mojej córeczki. Dziękuję... 

Ruth  leżała  z  maleństwem  i  mimo  panującego  w  izbie  chłodu  czuła  dziwne  ciepło, 

przenikające jej ciało. Jej niespokojne serce znalazło ukojenie. Doświadczyła opieki Bożego 
miłosierdzia.  Może  Bóg  mi  wybaczył  mimo  wszystko,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Może  w 
ten  sposób  okazał  mi  swą  łaskę?  Powoli  złożyła  ręce  nad  dzieckiem  i  odmówiła  modlitwę 
Ojcze nasz.

 

  
Musiała  się  zdrzemnąć,  bo  nie  zauważyła,  kiedy  wszedł  Samuel.  Wzdrygnęła  się, 

usłyszawszy  jego  glos,  i  spojrzała  na  Marilenę,  która  przestała  ssać  i  spała  spokojnie 
przytulona do jej piersi. 

-  Co to ma znaczyć? - zapytał Samuel gniewnie. 
Ruth poczuła znów, jak strach chwyta ją w swe szpony, ale uniosła się na łokciu i wpiła 

swe spojrzenie w męża. 

-  Dziecko  cudem  mi  nie  umarło  dziś  w  nocy  -  powiedziała  cicho.  -  Kiedy  zasnąłeś, 

zeszłam na dół, a ono było już całkiem zimne. Na szczęście dobry Bóg czuwał nad nią i udało 
mi się tchnąć na nowo życie w to wychłodzone ciałko. 

-  Bzdura - skwitował krótko Samuel. - Nic jej nie jest. Wszystkie małe dzieciaki są zimą 

zasmarkane. Odłóż ją i wracaj do łóżka! 

Ruth odetchnęła głęboko i drżąc na całym ciele, oznajmiła cicho: 
-  Mała jest poważnie chora, Samuelu, i musi leżeć przy mnie. 
-  Powiedziałem... 
-  Wiem, co powiedziałeś - odparła Ruth i popatrzyła mu prosto w oczy. - Ale mała będzie 

leżeć  przy  mnie.  Jeśli  chcesz,  mogę  z  nią  spać  tu,  na  dole,  by  ci  nie  przeszkadzać,  ale  nie 
zostawię jej już nigdy samej. Przynajmniej póki nie wyzdrowieje. 

Ruth  aż  się  skurczyła  pod  lodowatym  i  bezwzględnym  spojrzeniem  męża.  Dygotała  w 

ś

rodku  jak  galareta,  ale  nie  spuściła  wzroku.  Poczuła  w  sobie  całkiem  nowe  siły  i 

stanowczość. Chodzi wszak o jej dziecko! Mogła ulegać w wielu sprawach, ale nigdy więcej 
nie poświęci Marileny. Nigdy! 

background image

-  Sprzeciwiasz mi się? 
-  Chronię swoje dziecko - odparła Ruth twardo, nie odpowiadając wprost na jego pytanie. 

Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niej,  że  nazwała  Marilenę  swoim  dzieckiem.  Nie  mijała  się 
jednak z prawdą. Samuel nigdy nie troszczył się ani o córkę, ani o nią. On dba wyłącznie o 
siebie, pomyślała Ruth z lekkim zdumieniem, przejrzawszy wreszcie na oczy. Nie pojmowała, 
ż

e  można  być  takim  człowiekiem.  -  Jak  sądzisz,  co  powiedzieliby  ludzie,  gdyby  się 

dowiedzieli, że chore na płuca niemowlę leżało  samo w kuchni w środku zimy? Jak byś to 
wyjaśnił? 

Samuel nie od razu odpowiedział. Zmarszczył brwi i podszedł do letniego pieca, w którym 

się niemal doszczętnie wypaliło. Ruth poznała po jego zachowaniu, że sytuacja, w której się 
znalazł,  bardzo  go  zdenerwowała,  ale  nie  do  końca  wie,  jak  postąpić.  Wiedział,  że  potrafi 
zmusić żonę, by poszła z nim na górę, ale męczyła go myśl, że ludzie mogliby się dowiedzieć, 
iż  nie  pozwolił  żonie  wziąć  do  łóżka  dziecka.  Słyszał  o  panującym  we  wsi  zwyczaju,  że 
niemowlęta śpią z matkami przynajmniej w porze zimy. Gdyby się wydało, że dziecko leżało 
samo,  wszyscy  by  się  od  razu  domyślili,  że  to  jego  wymysł,  nawet  gdyby  Ruth  nic  nie 
powiedziała. Bo ona z własnej woli nigdy by tak nie postąpiła. 

-  Nie  masz  prawa  o  tym  decydować  -  odezwał  się  w  końcu,  prostując  się,  jakby  chciał 

dodać sobie powagi. - To ja rządzę w tym domu! Ale skoro mówisz, że dziecko jest chore... - 
Przeczesał  nerwowo  włosy,  unikając  wzroku  Ruth,  która  zauważyła,  jak  twarz  mu 
poczerwieniała od tłumionej złości. - Wniosę kołyskę na górę, dziecko będzie spało z nami, 
póki nie wyzdrowieje. 

-  Mała będzie leżała przy mnie, nie w kołysce! 
Samuel wpił pociemniałe z wściekłości spojrzenie w Ruth, a jego dłonie zacisnęły się w 

pięści. 

-  Będzie  leżała  w  kołysce,  gdy  będę  cię  potrzebował  -  uciął  krótko.  -  Potem  ją  możesz 

wziąć do siebie. Na razie, póki jest chora - dodał chrapliwie. 

Słysząc  pobrzmiewający  w  jego  glosie  gniew,  Ruth  westchnęła  cicho.  Czuła,  że  musi 

ustąpić! Spodziewała się, że Samuel srogo ją ukarze za to, że ośmieliła się mu sprzeciwić. Ale 
niech ją nawet bije pasem i obraża! Zniesie każde upokorzenie, byleby Marilena mogła spać 
przy  niej.  Wszystko  jest  lepsze  niż  to,  by  maleństwo  zostawało  na  noc  samo  w  kuchni, 
myślała Ruth, wchodząc po schodach do sypialni ze śpiącym dzieckiem na ręku. 

Samuel wniósł na górę kołyskę i postawił blisko pieca. W pomieszczeniu nadal było dość 

ciepło, ale on otworzył drzwiczki pieca i dorzucił drew. 

-  Połóż ją w kołysce - odezwał się cicho. 
-  Będzie leżała przy mnie - powtórzyła Ruth równie cicho, ale stanowczo. 
-  Owszem, kiedy nie będę cię potrzebował - odparł. - Chyba tak się umówiliśmy? 
Ruth  spojrzała  mu  w  oczy,  które  zalśniły  złowrogo,  i  po  plecach  przeszły  jej  ciarki. 

Przeraziła  się  tego,  co  miało  nastąpić.  Więcej  już  nie  mogę  się  przeciwstawiać,  bo  całkiem 
straci panowanie nad sobą, pomyślała. Położyła więc Marilenę w kołysce i otuliła ją kołderką, 
a kiedy się odwróciła, on już stał przygotowany, trzymając w ręku pas. 

-  Mała  ma  zapalenie  płuc  -  stwierdziła  Mali  i  zmartwiona  pogłaskała  Marilenę  po 

policzku.  -  W  tym  domu  jest  za  wilgotno  i  za  zimno  dla  takiego  dziecka.  Nie  mogłabyś 
przenieść się z nią do dworu, póki nie wyzdrowieje? 

-  Chyba nie - odpowiedziała Ruth niechętnie. - A mała śpi ze mną w nocy, więc... 
-  Jakżeby mogło być inaczej - żachnęła się Mali, patrząc uważnie na Ruth. - Przecież nikt 

nie kładzie niemowlęcia osobno, na dodatek w zimie. A już zwłaszcza chorego niemowlęcia. 
Przecież nie masz innych dzieci, które potrzebowałyby miejsca w twoim łóżku - dodała. 

Nie, ale mam Samuela, pomyślała Ruth. Milczący i gniewny, że musiał ustąpić jej żądaniu, 

by  Marilena  spała  z  nimi  na  poddaszu,  całą  swoją  złość  wyładowywał  na  Ruth.  Karał  ją 
każdego  wieczora  po  tej  nocy.  Plecy  i  pośladki  miała  obolałe  i  poranione  do  krwi  od 

background image

wymierzanych  jej  razów,  a  kiedy  ją  wreszcie  zostawiał,  ledwie  się  była  w  stanie  ruszyć. 
Milczała jednak, gotowa znieść wszystko, byleby potem przytulić swoje dziecko. 

-  To  co  zrobimy?  -  zapytała  matkę,  nie  podejmując  poruszonego  przez  nią  tematu.  - 

Poślemy po lekarza? 

-  A co on pomoże? - skwitowała Mali i pogrzebała w dużej szydełkowej torbie, którą ze 

sobą przyniosła. - Same musimy sobie poradzić. 

Wyjęła dwie buteleczki, wlała do kubka po łyżeczce płynu z każdej i pomieszała. Potem 

wzięła na ręce Marilenę, ułożyła ją sobie na ramieniu i z wielką cierpliwością wlewała małej 
do  buzi  po  kropelce  przygotowanej  przez  siebie  mikstury.  Marilena  wierciła  się  i  płakała 
głośno,  ale  Mali  nie  ustąpiła,  póki  nie  podała  jej  całego  lekarstwa.  Dopiero  wówczas 
podniosła wnuczkę, położyła ją sobie na piersi i pogłaskała po pleckach. 

-  Dobrze już, dobrze, wnusiu ty moja - mruczała. - Musiałaś połknąć lekarstwo, chcemy 

przecież, żebyś wyzdrowiała. 

Marilena  aż  się  spociła  od  płaczu  i  minęło  trochę  czasu,  nim  się  uspokoiła.  Ruth 

tymczasem wciąż zerkała niespokojnie na górę. 

-  Na co tak patrzysz? - zapytała zdziwiona Mali i powiodła wzrokiem po belkach powały. 

- Coś nie tak? 

-  Nie, ja... - Ruth, czerwona jak burak, nerwowo pociągała guzik od bluzki. - Samuel nie 

lubi, jak mała płacze - wyznała w końcu cicho. - Nie może się wówczas skupić na czytaniu 
Biblii i spokojnie myśleć - dodała nieco bezradnie. 

-  Powinien wziąć to pod uwagę, zanim ci zrobił dziecko - zareagowała Mali ze złością. - 

Proszę,  proszę,  misjonarz  siedzi  tam  sobie  na  górze  i  studiuje  wersety  z  Biblii,  powiadasz. 
Sądzę,  że  więcej  pożytku  byłoby  z  niego  tu,  w  izbie.  Miałby  okazję  zaprezentować  w 
praktyce swoje chrześcijaństwo. 

Ruth  nie  odpowiedziała.  W  milczeniu  nastawiła  czajnik  na  kawę.  Mali  popatrzyła  na  jej 

szczupłe ramiona i zwróciło jej uwagę, że córka porusza się sztywno, jakby z wysiłkiem. 

-  Bolą cię plecy? - zapytała nagle. 
Ruth wzdrygnęła się, ale nie odwróciła twarzy i nadal krzątała się przy piecu. 
-  Nie, ja... 
-  Przecież widzę, że całkiem cię połamało - utrzymywała Mali. - Pokaż, obejrzę cię! 
Ruth odwróciła się gwałtownie do matki i cofnęła przerażona. 
-  Coś pewnie dźwignęłam - rzuciła, wstrzymując oddech. - Przejdzie mi, mamo. 
Mali nie odezwała się więcej na ten temat, ale jej oczy pociemniały. Ukołysała Marilenę 

do  snu  i  ułożyła  ją  z  powrotem  w  kołysce.  W  milczeniu  wypiła  filiżankę  kawy,  którą 
poczęstowała ją Ruth, po czym zebrała się do wyjścia. Wkładając buty, przykazała: 

-  Zostawiam  ci  te  dwie  buteleczki  z  lekarstwem.  Podawaj  małej  po  jednej  łyżeczce  z 

każdej  cztery  razy  na  dzień,  a  także  w  nocy,  gdyby  zaczęła  kaszleć.  Będę  tu  do  ciebie 
zaglądać - dodała. 

-  Dziękuję - odpowiedziała cicho Ruth. - Bardzo ci jestem wdzięczna za wszystko, co dla 

mnie robisz, mamo. 

Mali  popatrzyła  na  woskową  twarz  swojej  najstarszej  córki  i  oczy,  które  skrywały  tyle 

cierpienia. Gdyby tylko mogła nakłonić ją do mówienia! Gdyby Ruth wyznała, co naprawdę 
się z nią dzieje! Może wówczas potrafiłaby jej pomóc. Wyczuwała jednak, że Ruth nigdy jej 
nic  nie  powie.  Pod  tym  względem  były  do  siebie  podobne.  Obie  uważały,  że  swój  krzyż 
należy dźwigać samotnie. 

-  Moja  duża  córka  -  powiedziała  Mali  cicho  i  pogłaskawszy  ją  po  policzku,  poczuła,  że 

zbiera się jej na płacz. - Moja duża, dzielna córka. 

Zima  trzymała  w  lodowatym  uścisku  całą  przyrodę,  Marilena  tymczasem  powoli 

odzyskiwała  siły.  Zioła  i  okłady  z  kamfory,  jakie  robiła  jej  Mali,  zdziałały  cuda.  Tak 

background image

przynajmniej  pomyślała  Ruth  w  dniu,  kiedy  jej  córeczka  przystawiona  do  piersi  wreszcie 
znowu uśmiechnęła się do niej bezzębnymi dziąsłami. 

-  No, co ja widzę? Śmiejesz się do mnie, maleńka? - Pogłaskała ją leciutko po cienkich 

włoskach i odwzajemniła się jej uśmiechem przez łzy. 

Dziecko złapało ją rączką za palce. Zupełnie jakby ściskała mi dłoń i dziękowała, że jej nie 

zawiodłam,  pomyślała.  Bo  chociaż  Samuel  się  zżymał,  ona  uparcie  trwała  przy  swoim  i 
żą

dała, by Marilena nadal sypiała z nimi na poddaszu, choć jej stan znacznie się poprawił. 

-  Przecież  ona  jest  całkiem  zdrowa  -  twierdził  Samuel,  obrzucając  niechętnym 

spojrzeniem dziecko w kołysce. - Miała tu sypiać, póki nie wyzdrowieje. 

-  To ty tak powiedziałeś - odparła Ruth. - Zresztą ona jeszcze nie do końca wydobrzała. 

Musi spać ze mną przez całą zimę, bo inaczej znów ciężko zachoruje. 

-  Nie przeciągaj struny, Ruth - rzucił i zaśmiał się zimnym, nieprzyjemnym śmiechem. - 

Powinnaś wiedzieć, że sobie na to nie pozwolę. Moja cierpliwość ma swoje granice. 

Ruth  nie  miała  żadnych  wątpliwości,  że  człowiek,  który  naraża  drugiego  na  takie 

upokorzenia, jakich ona doznawała, nie może być normalny. Kiedy bił ją i poniewierał, często 
przychodziło  jej  na  myśl,  że  on  może  być  też  niebezpieczny.  Była  pewna,  że  nie  zniesie 
ż

adnych protestów z jej strony, ale co by się stało, gdyby naprawdę mu się sprzeciwiła? Mimo 

to  w  sprawie  Marileny  nie  zamierzała  ustąpić.  Dziecko  będzie  z  nią  spało  przez  całą  zimę, 
pozostawienie Marileny samej byłoby nieodpowiedzialnością. 

-  Przecież chyba ci nie przeszkadza, gdy tu śpi - odpowiedziała ze spokojem. - Z czasem, 

jak jej się polepszy, może więcej leżeć w kołysce, ale nie chcę... 

W oczach Samuela błysnął gniew. Misjonarz wyciągnął dłoń i wymierzył żonie siarczysty 

policzek. Ruth aż się zatoczyła i chwyciła się za piekącą twarz. 

-  Nie ty tu decydujesz, Ruth - warknął. 
-  Nie zamierzałam ci się sprzeciwiać, Samuelu - odparta Ruth cicho. - Ale chodzi o nasze 

dziecko. Chyba nie chcesz, by nam umarto. 

-  O Boże, a cóż to za histeria - rzucił szyderczo. - Dzieciak smarka, a tobie się zdaje, że 

umiera. Ale to wszystko przez tę twoją matkę, która dzień w dzień tu przyłazi i cię buntuje 
przeciwko  mnie.  Ale  dość  tego!  Nie  pozwolę  sobie  na  to!  Uprzedzałem  cię  już  wcześniej, 
Ruth, że nie toleruję płaczu dzieci! Potrzebuję spokoju, by czytać słowa Pana i je rozważać. 

Ruth serce podskoczyło do gardła, ale wyprostowała się i patrząc na męża, oświadczyła: 
-  Rozumiem  to,  Samuelu.  Ale  Marilena  nadal  będzie  sypiać  na  poddaszu.  Chyba  że 

przeniosę się z nią na dół do izby. Samej jej jednak nie zostawię. 

Stał nieruchomo i patrzył na nią, a w jego wzroku zdziwienie mieszało się z szaleństwem. 
-  Powiedziałem już, że moja cierpliwość ma swoje granice, Ruth. 
-  Tak jak każdego człowieka, moja też - odpowiedziała Ruth cicho. - Nawet moja. 
W milczeniu popatrzył na nią tym swoim mrocznym spojrzeniem, pod którego wpływem 

przenikały  ją  dreszcze.  Nie  spuściła  jednak  głowy.  Stała  tak,  wyprostowana  i  cicha,  choć 
serce waliło jej młotem. 

Marilena pozostała na poddaszu. 
 
ROZDZIAŁ 2. 
  
Herborg  siedziała  przy  stole,  cicha  i  blada,  i  już  od  dłuższej  chwili,  zamiast  jeść  obiad, 

dłubała widelcem w talerzu. Mali od czasu do czasu zerkała na nią pośpiesznie, ale nic nie 
mówiła. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek z pozostałych domowników zwrócił uwagę na 
to,  że  młoda  gospodyni  jest  dziwnie  milcząca  i  ledwie  tknęła  jedzenie.  Nagle  Herborg 
poderwała się i słabym głosem powiedziała: 

-  Ja... nie czuję się dobrze. 

background image

Oja  musiał  wstać,  by  żona  mogła  wydostać  się  zza  ławy,  i  popatrzył  na  nią  trochę 

zdziwiony. 

-  Jak to źle się czujesz? A co ci... 
Herborg nie odpowiedziała, tylko wybiegła pośpiesznie. Głośny trzask drzwi, które się za 

nią zamknęły, sprawił, że wszyscy na moment przestali jeść. Oja wstał. 

-  Poczekaj chwilę, Oja - Mali powstrzymała syna ze spokojem. - Sprawdzę, co z nią, ale 

nie sądzę, by było to coś poważnego. Nawet jestem tego pewna. 

-  To co jej dolega? - zapytał Oja, patrząc na matkę zmartwiony. 
-  Pewnie  złapała  ją  infekcja  -  stwierdziła  Ingeborg,  zanim  ktokolwiek  zdążył  coś 

powiedzieć.  -  Ostatnio  w  okolicy  dużo  ludzi  zaniemogło,  a  w  Oppstad  wszyscy  bardzo 
chorowali.  Mam  nadzieję,  że  i  my  tu  nie  złapiemy  tego  paskudztwa  -  dodała  zatroskana, 
spoglądając na drzwi, w których zniknęła Herborg. 

Mali wstała spokojnie od stołu i przykazała: 
-  Jedzcie, proszę! Ane, zadbaj, by wszyscy się posilili. 
Ane  skinęła  głową  i  wymieniła  z  Mali  porozumiewawcze  spojrzenie.  Ona  także  się 

domyśliła, że to nie infekcja dokucza Herborg. 

  
Mali znalazła synową za węgłem domu. Schylona wpół, opierała się ciężko o ścianę. Czoło 

pokrywał  jej  perlisty  pot,  mimo  że  tego  październikowego  dnia  panował  chłód,  a  ostre 
podmuchy wiatru od szczytu Stortind zwiastowały kolejne opady śniegu. 

Mali wzięła z wieszaka w korytarzu duży szal Herborg i okryła nim dziewczynę. Objąwszy 

ją  ramieniem,  zauważyła  brązowożółtą  plamę  na  cienkiej  warstwie  śniegu  tuż  przy  ścianie 
budynku. Synowa, choć tak niewiele zjadła na obiad, i tak wszystko zwymiotowała. 

-  I co, już lepiej? - zapytała spokojnie. 
Herborg tylko skinęła głową.  
Mali wyjęła z kieszeni  fartucha chusteczkę i podała dziewczynie, by  otarła pot z czoła i 

usta. 

-  Zupełnie nie rozumiem... Chyba mam infekcję - powiedziała w końcu i spojrzała na Mali 

matowym wzrokiem. 

-  A kiedy miałaś ostatnie krwawienie? - zapytała Mali.  
Herborg popatrzyła jej w oczy z przerażeniem, a po chwili oblała się rumieńcem i spuściła 

głowę. 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  minęło  już  trochę  czasu  -  ciągnęła  Mali  i  pogłaskała  Herborg  po 

chłodnym policzku. - Domyślasz się chyba, że to nie żadna infekcja. Jesteś w ciąży, Herborg. 
I jeśli się nie mylę, już od kilkunastu tygodni. 

-  W  ciąży...  -  Herborg  patrzyła  na  Mali  zdezorientowana.  -  Rzeczywiście,  całkiem 

zapomniałam o miesięcznym krwawieniu - przyznała. - Tyle się działo... Najpierw zerwanie z 
Oją, a potem ślub... 

Zamilkła i potarła swą pobladłą twarz. 
-  Zdarzało mi się wcześniej, że miesiączka się spóźniała, kiedy miałam jakieś kłopoty... 
Mali przytuliła ją i pogłaskała po włosach. Mocniej otuliła ją szalem i podniosła ku sobie 

jej twarz. 

-  Ale tym razem nie to jest powodem - uśmiechnęła się. - Spodziewasz się dziecka i jeśli 

się nie mylę, jest to już co najmniej trzeci miesiąc ciąży. 

Herborg rozszerzyła oczy ze zdumienia. 
-  Trzeci miesiąc? Ale... To znaczy, że musiałam już... zanim... 
-  Tak, sądzę, że zaszłaś w ciążę w sierpniu - pokiwała głową Mali. 
-  A  gdyby  Oja  ożenił  się  z  Ruth  Liną?  -  Herborg  popatrzyła  na  Mali  przerażonymi 

oczyma. - Wtedy ja... 

background image

-  Ale to ty poślubiłaś Oję - uśmiechnęła się Mali, choć i ona pomyślała o tym, co by się 

stało, gdyby Oja ożenił się z Ruth Liną, która tylko udawała ciążę, gdy tymczasem Herborg 
naprawdę spodziewałaby się jego dziecka gdzieś w Surnadalen. Popatrzyła ciepło na synową. 
- No, kochana, myślę, że powinnaś się cieszyć. Nosisz pod sercem dziecko, które być może 
będzie przyszłym dziedzicem Stomes! 

Przez  moment  Herborg  zamarła  i  w  milczeniu  patrzyła  na  Mali,  zaraz  jednak  jej  oczy 

napełniły się łzami 

-  O  Boże,  jaka  jestem  szczęśliwa  -  zachlipała  i  uściskała  mocno  teściową.  -  Nie  mogę 

wprost uwierzyć, że to prawda! 

Uwolniła się z objęć Mali, Jej twarz nabrała rumieńców, a oczy zalśniły. 
-  Muszę powiedzieć Oi! 
-  Koniecznie - uśmiechnęła się Mali. - Już ci lepiej? 
-  Czuję się dobrze - odparła radośnie. - Nigdy nie czułam się lepiej. 
Mali  zaśmiała  się  rozbawiona.  Wiedziała,  że  mdłości  dadzą  o  sobie  znać  prędzej  czy 

później, w takiej chwili jednak nie widziała powodu, by wspominać o tym synowej. 

-  Ty chyba też się cieszysz? - zapytała Herborg gwałtownie. 
-  Bardzo - zapewniła Mali. - To zawsze wielka radość, gdy na świat przychodzą wnuki, a 

już szczególnie kiedy ma się urodzić przyszły dziedzic. 

-  Nowy dziedzic Stornes - powiedziała Herborg z rozmarzonym wzrokiem. 
-  No, jeśli pierwsza urodzi się dziewczynka, to nie odziedziczy dworu, gdy później będzie 

miała brata. 

Herborg  zdumiała  się,  a  po  chwili  namysłu  wzięła  Mali  pod  rękę  i  popatrzyła  na  nią 

zatroskana. 

-  Ale... jeśli to będzie dziewczynka, a nam nie urodzi się więcej dzieci? 
-  Wtedy będziemy mieć w Stornes dziedziczkę - odparła Mali spokojnie. - Tak też będzie 

dobrze. Ale dlaczego myślisz, że nie będziecie mieć więcej dzieci? Nie martw się na zapas, 
Herborg! Po pierwsze może nosisz teraz pod sercem syna, a po drugie jesteś młoda i możesz 
urodzić jeszcze wiele dzieci. A teraz głowa do góry i ciesz się! 

Twarz Herborg rozjaśnił promienny uśmiech. 
-  Cieszę się - roześmiała się uszczęśliwiona. - Bardzo się cieszę! 
  
Mali poradziła, by  Herborg przemknęła się szybko na poddasze i tam poczekała na Oję. 

Obiecała, że sama pójdzie do izby i poprosi syna, by przyszedł do żony do sypialni. 

-  Uważam, że Oja powinien dowiedzieć się pierwszy, że zostanie ojcem, zanim usłyszą tę 

nowinę pozostali domownicy - rzekła. - A jeśli teraz wpadniesz do izby, to... 

-  Oczywiście,  że  muszę  najpierw  powiedzieć  o  tym  Oi!  -  Herborg  pokiwała  głową, 

przyznając Mali rację. Oczy lśniły jej jak gwiazdy i aż drżała z niecierpliwości. 

-  No,  to  wracajmy,  bo  jeszcze  mi  tu  całkiem  przemarzniesz!  -  rzekła  Mali  i  objąwszy 

dziewczynę ramieniem, skierowała się wraz z nią w stronę schodów. 

W korytarzu jeszcze raz pogłaskała dziewczynę po policzku. Wprawdzie od jakiegoś czasu 

podejrzewała,  że  synowa  jest  w  ciąży,  jednak  pewność,  którą  zyskała,  napełniła  ją 
niezwykłym uczuciem. Nowy dziedzic dworu - o ile urodzi się chłopiec. Mali popatrzyła na 
rozpromienioną synową i nagle poczuła, że ze wzruszenia zbiera się jej na płacz. Pomyślała o 
tej doniosłej chwili związanej z urodzeniem dziedzica i ogarnęła ją radość, że tych dwoje, Oja 
i  Herborg,  są  tacy  szczęśliwi.  Równocześnie  żal  ścisnął  jej  serce,  gdy  przypomniała  sobie 
Ruth.  Radość  i  smutek  zawsze  idą  w  parze!  W  tym  momencie  odczuła  szczególnie 
intensywnie, jak bardzo różni się małżeństwo Herborg i Oi od życia, jakie prowadzą Ruth i 
Samuel. Bo chociaż Ruth nie opowiadała za wiele, Mali domyślała się, że na Wzgórzu dzieje 
się  gorzej,  niż  się  pierwotnie  obawiała.  O  wiele  gorzej!  Nic  jednak  na  to  nie  poradzi,  póki 

background image

Ruth nie wyrazi zgody, by mogła wraz z Havardem położyć temu kres. A wyglądało na to, że 
Ruth nie życzy sobie, by mieszać się do jej spraw. 

Mali nie potrafiła tego pojąć, bo domyślała się, że córka musi znosić wiele przykrości ze 

strony Samuela, najgorsze jednak, że odbijało się to także na małej Marilenie... 

-  Chyba  się  cieszysz?  -  zapytała  Herborg,  dostrzegłszy  na  twarzy  Mali  smutek  i 

zatroskanie. 

-  Ależ tak - zapewniła Mali pośpiesznie. - Przyszło mi tylko na myśl, że dobrze by było, 

gdyby wszyscy mogli być tacy szczęśliwi jak ty i Oja. 

Herborg pokiwała powoli głową, a potem objęła Mali i uścisnęła ją mocno. 
-  Myślisz o Ruth, prawda? - odezwała się cicho. - Rozumiem.  
Mali popchnęła ją dobrotliwie w stronę schodów na poddasze. 
-  Idź już na górę, zanim ktoś wyjdzie z izby. Zaraz przyślę do ciebie Oję. 
Przez chwilę stała sama w korytarzu, nasłuchując lekkich kroków Herborg, a potem otarła 

twarz  i  zwyciężyła  w  niej  radość,  że  znów  będą  w  Stornes  małe  dzieci!  Powoli  otworzyła 
drzwi do izby i weszła do środka. 

-  Wydaje mi się, że powinieneś zajrzeć do Herborg, jest w sypialni - zwróciła się do Oi. 
Utkwił w matce pociemniałe ze strachu spojrzenie, ale bez słowa ruszył do wyjścia. Gdy 

mijał ją w drzwiach, uścisnęła mu pośpiesznie rękę i szepnęła: 

-  Niczego się nie obawiaj, synu! Czeka cię radosna nowina.  
Herborg stała przy oknie, a kiedy usłyszała trzask naciskanej klamki, odwróciła się szybko 

i nim Oja zdążył zamknąć za sobą drzwi, uwiesiła się mu na szyi. 

-  Spodziewam  się  dziecka  -  szepnęła,  przytulając  się  do  jego  twarzy,  a  jej  oddech 

delikatnie połaskotał go w policzek. 

Oja, trochę oszołomiony, w pierwszej chwili nie zareagował. Gdy jednak dotarło do jego 

ś

wiadomości znaczenie tego, co mu powiedziała, objął ją mocno ramionami. 

-  To pewne? - zapytał chrapliwym głosem. 
-  Całkowicie  -  zaśmiała  się  Herborg  i  odchyliwszy  w  tył  głowę,  popatrzyła  na  niego 

rozpromieniona. - Sama powinnam się już dawno tego domyślić, ale... Bo to już trzeci mie-
siąc, tak powiedziała twoja mama. To znaczy, że dziecko urodzi się w kwietniu. 

Twarz Oi rozjaśniła się radością. 
-  Dziedzic Stornes jest w drodze. 
W jego słowach pobrzmiewała zarówno duma, jak i głęboki szacunek. 
-  Tak, o ile to chłopiec - poprawiła go Herborg. - Bo przecież równie dobrze może urodzić 

się dziewczynka. 

Zamyślił się na moment, a potem uśmiechnął. 
-  Równie  mocno  ucieszę  się  z  córki!  -  powiedział  i  pocałował  żonę  w  czubek  nosa.  - 

Zwłaszcza  jeśli  będzie  podobna  do  swojej  mamy.  A  na  syna  poczekamy  w  następnej 
kolejności. 

Przez  moment  Herborg  ogarnął  lęk.  A  jeśli  urodzi  im  się  tylko  to  jedno  dziecko?  Znała 

wiele przykładów małżeństw z jednym dzieckiem. Sama miała tylko siostrę, a ich matka była 
jedynaczką.  W  gronie  jej  krewnych  nie  zdarzały  się  wielodzietne  rodziny,  ani  ze  strony 
mamy,  ani  ojca.  Może  to  dziedziczne?  Odsunęła  od  siebie  jednak  niepokój  i  przytuliła  się 
mocno do Oi. Najważniejsze, że spodziewa się dziecka i tym samym ciągłość rodu Stornesów 
zostanie zachowana. Nawet jeśli urodzi im się dziewczynka i nie będzie miała rodzeństwa. 

Oja położył dłoń na brzuchu Herborg i pogłaskał delikatnie. 
-  Można już wyczuć - odezwał się i popatrzył na nią zdumiony. 
-  Nie, no coś ty - zaprotestowała Herborg. - Nic nie zauważyłam. Żartujesz sobie ze mnie. 
-  Nie, dotknij! 
Ujął jej dłoń i położył na miękkim brzuchu. 

background image

-  Nic szczególnie nie wyczuwam, ale że dziecko jest tam w środku, to pewne - roześmiała 

się Herborg. - Nie pojmuję tylko, że sama się nie domyśliłam. Zupełnie nie wpadło mi to do 
głowy. 

-  To bez znaczenia - powiedział i popchnął ją delikatnie na łóżko. - Najważniejsze, że już 

wiemy, choć ja wprost nie mogę w to uwierzyć. 

Położyli się na futrzanej narzucie, a Herborg oparła głowę na jego ramieniu. Zauważywszy 

dalekie i rozmarzone spojrzenie Oi, Herborg pogłaskała go palcem po policzku i wyszeptała: 

-  Cieszysz się? 
-  Czy się cieszę? Leżę tu i szczypię się w ramię, by się przekonać, że to nie sen... 
Herborg  uniosła  się  na  łokciu  i  popatrzyła  na  niego  z  góry.  Jej  spojrzenie  przepełnione 

było bezgraniczna, czułością. 

-  To  prawda,  Oja  -  szepnęła,  a  on  poczuł  na  swych  wargach  jej  tchnienie.- 

Najprawdziwsza prawda! Spodziewam się dziecka! 

Przyciągnął  ją  mocno  do  siebie  i  zanurzył  dłonie  w  gęstych  miedzianorudych  włosach. 

Oddychał  szybciej,  a  jego  dłonie  ześlizgnęły  się  niżej  i  pogładziły  jej  ciało.  Nagle  zamarł 
gwałtownie i odsunął ją trochę od siebie. 

-  Czy możemy... możemy się teraz kochać? - zapytał cicho. - Nie skrzywdzimy dziecka? 
-  Twoja  mama  mówi,  że  to  trzeci  miesiąc  -  uśmiechnęła  się  Herborg.  -  Do  tej  pory  nie 

zważaliśmy na tę małą istotkę, więc pewnie ułożyła się w środku bezpiecznie. 

-  Trzy miesiące... To znaczy, że byłaś w ciąży, kiedy ze sobą zerwaliśmy! Boże święty, a 

gdybym się ożenił z Ruth Liną... 

-  Ale  się  nie  ożeniłeś,  więc  zapomnijmy  już  o  tym  -  poprosiła  Herborg  cicho.  -  Jesteś 

moim mężem, a ja młodą gospodynią w Stornes. I to ja urodzę ci dziecko. Nadal tylko ja się 
dla ciebie liczę, Oja, prawda? 

-  Najprawdziwsza prawda - wyznał  cicho, rozpinając  guziki jej bluzki. - W moim życiu 

jesteś tylko ty! Nigdy nikt nie znaczył dla mnie więcej. 

Leżeli nadzy obok siebie, a on, pieszcząc dłońmi jej ciało, uśmiechnął się i powiedział: 
-  Piersi ci się powiększyły i brodawki są ciemniejsze. Nie zauważyłaś? 
Herborg podniosła głowę i przyjrzała się sobie. Chwyciła pierś w dłoń i odparła niepewnie: 
-  Skoro tak mówisz... 
-  No i brzuch masz wypukły. 
Herborg przesunęła dłonią po płaskim brzuchu i zaprotestowała: 
-  Nic podobnego. Wydaje ci się! 
-  Ale będziesz miała - upierał się. - A wtedy będziesz jeszcze piękniejsza niż zwykle. 
Nieoczekiwanie pochylił się i pocałował ją w brzuch. 
Herborg  zwichrzyła  mu  włosy,  po  czym  delikatnie  musnęła  palcami  jego  kark. 

Przepełniało ją uczucie niewysłowionego szczęścia. 

-  Pragnę cię - wyszeptała chrapliwie, czując gwałtowny przypływ pożądania. Zaplotła mu 

nogi na plecach i przyciągnęła ku sobie. 

-  Ale... 
-  Żadnego „ale" - wymamrotała. - Chodź! 
Mimo wszystko kochali się inaczej. Nie tak gwałtownie, lecz w słodkim upojeniu i z nową 

łagodnością.  Było  im  równie  cudownie,  ale  w  inny  sposób.  Bezwiednie  wkradła  się  w  ich 
relacje ostrożność, by nie skrzywdzić maleństwa. 

Już  po  wszystkim  Herborg  leżała  przytulona  do  Oi  i  delikatnie  gładząc  go  po  plecach, 

chłonęła w nozdrza jego zapach. 

-  Że też można być tak szczęśliwym - wyszeptała powoli.  
Oja uniósł się na łokciu i popatrzył na nią szklistymi oczami. 
-  Moja Herborg - wyszeptał. - Moja ty... 

background image

W Stornes zapanowała ogromna radość, gdy Oja tuż przed podwieczorkiem, zarumieniony 

i dumny, otoczył Herborg ramieniem i ogłosił, że spodziewają się dziecka. 

-  No  nie!  -  zareagował  Havard  i  złożywszy  gazetę,  wstał  z  krzesła.  -  Dziecko  już  w 

drodze? 

-  Urodzi się w kwietniu - wyjaśniła nieco zawstydzona Herborg. 
-  W  kwietniu?  To  znaczy,  jeśli  dobrze  liczę,  że  dość  szybko  się  o  nie  postaraliście  - 

roześmiał się rubasznie Havard. - Zresztą jakie to ma znaczenie? To wspaniała nowina! 

-  Ależ  z  ciebie  szczęściara  -  rzekła  Dorbet  i  uścisnęła  Herborg.  -  Będziesz  mieć  własne 

maleństwo! Chyba pozwolisz mi czasem trochę się nim poopiekować? 

-  No jasne - uśmiechnęła się Herborg. - Dobrze, że urodzi się wcześniej, zanim odbędzie 

się twój ślub. Mam nadzieję, że zdążę stanąć na nogi i zatańczę na twoim weselu. 

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, pomyślała Mali. Zawsze takie myśli towarzyszyły jej przy 

okazji  porodów.  Bo  z  doświadczenia  wiedziała,  że  w  tych  sprawach  nic  nie  jest  oczywiste. 
Wystarczająco  wiele  razy  zetknęła  się  z  nieszczęściami.  Ale  Herborg  jest  młoda  i  zdrowa! 
Można więc mieć nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. 

  
Nowina o tym, że młodzi w Stornes spodziewają się potomka, rozeszła się błyskawicznie. 

Zapewne  wiele  w  tym  zasługi  Astrid  z  centrali  telefonicznej,  myślała  Mali  chłodno.  Bo 
Herborg zadzwoniła do rodziców jeszcze tego samego popołudnia i aż piała z zachwytu i z 
radości.  Powiedziała  wszystko:  który  to  miesiąc,  jacy  są  z  Oją  szczęśliwi  i  jak  wszyscy  w 
Stornes  czekają  niecierpliwie  na  rozwiązanie.  Astrid  miała  nie  lada  gratkę  i  na  pewno 
nastawiła ciekawie uszu. 

Jeszcze przed podwieczorkiem Herborg udała się do  Innstad, bo po prostu „musiała" się 

podzielić  z  Sigrid  radosną  nowiną.  I  opowiedziała  jej  o  wszystkim  w  izbie  przy  służących, 
które  chłonęły  z  ciekawością  każde  jej  słowo.  I  tak  nowina  się  rozeszła  po  okolicy  niczym 
ogień po suchej trawie, mimo październikowego chłodu. 

 
-  W kwietniu? - zapytał Samuel i marszcząc czoło, popatrzył pociemniałym wzrokiem na 

Herborg i Oję. - Coś nie bardzo się to zgadza z terminem waszego ślubu, o ile dobrze liczę. 

Mali  zauważyła,  jak  pod  wpływem  surowego  i  potępiającego  głosu  misjonarza  Herborg 

skuliła się i spuściła oczy. 

-  Termin  narodzin  twojego  dziecka  też  nieco  odbiegał  od  spodziewanego  -  prychnęła 

Dorbet. - Myślę, że to, co Pan wybaczył misjonarzowi, wybaczy też zwykłym śmiertelnikom! 

Samuel spurpurowiał, a spojrzenie, jakie posłał Dorbet, ziało nienawiścią. Nic jednak jej 

nie  odrzekł.  Zresztą  cóż  mógł  na  to  odpowiedzieć,  pomyślała  Mali.  Dorbet  miała  przecież 
rację. 

-  O, jak miło - odezwała się Ruth i uśmiechnęła niepewnie. - Pomyśleć, że urodzi się mały 

dziedzic Stornes! 

-  To może być dziewczynka - przypomniał wszystkim Oja. - A wtedy będziemy czekać na 

syna następnym razem. 

-  A  jeśli  nie  będziesz  miał  syna,  to  co  wtedy?  -  Samuel  popatrzył  na  Oję  ze  złośliwą 

radością w oczach, najwyraźniej zamierzając zepsuć dobry nastrój, jaki zapanował w izbie. 

-  Wtedy Stornes będzie miało dziedziczkę, panie misjonarzu - odparła chłodno Dorbet. - 

Musisz wiedzieć, że kobiety nie są pod żadnym względem gorsze od mężczyzn, bo zdaje się, 
ż

e masz na ten temat inne zdanie. A może uważasz, że pod rządami mojej mamy dwór źle 

funkcjonuje? 

-  Usiądźmy może do stołu - przerwała Mali, nim Samuel zdążył odpowiedzieć. - Mamy 

się czym radować: młodzi oczekują dziecka, a Marile... a Maria Magdalena wyzdrowiała. 

Mali trzymała na rękach wnuczkę. Późno coś rosną jej włosy, pomyślała, głaszcząc ją po 

rzadkim  puszku  na  głowie,  ale  jakież  to  ma  znaczenie?  Najważniejsze,  że  wreszcie  jest 

background image

zdrowa. Nadal wprawdzie miała bladą buźkę, ale przestała kaszleć, a gdy oddychała, nic jej 
nie świszczało w płuckach. 

-  Mogę ją potrzymać? - poprosiła Dorbet i wzięła małą na ręce. - Jaka ona grzeczna, Ruth! 

Musisz ją bardzo kochać! 

-  Kocham ją nad życie - wyznała cicho Ruth. - Myślę, że tylko mamie zawdzięczam, że 

zapalenie płuc ustąpiło. 

-  Mamie? Nie bluźnij przeciwko Bogu, Ruth! Chyba wiesz, że to On jedyny rządzi życiem 

i śmiercią - zganił swą zahukaną żonę Samuel. 

-  O,  czasami  Bóg  potrzebuje  trochę  pomocy  -  odparł  ze  spokojem  Havard.  -  Mali 

wspomagała go tu niejednokrotnie. 

-  Ależ  to  bałwochwalstwo!  -  oburzył  się  Samuel.  -  Zauważyłem,  że  tu,  we  wsi,  dość 

powszechnie  panuje  taki  stosunek  do  Boga!  Tej  wsi  potrzebna  jest  odnowa  moralna, 
powtarzam  Ruth,  odkąd  wróciłem  z  Berkak.  Dlatego  właśnie  postanowiłem  zacząć  od 
następnej niedzieli rekolekcje. Spotkania modlitewne będą się odbywać co wieczór w domu 
ludowym.  Czuję,  że  mam  taką  misję  do  spełnienia,  i  moim  obowiązkiem  jest  wzmocnić  w 
ludziach wiarę, skoro nie mam tu innego zajęcia. 

-  O,  inne  zajęcie  by  się  z  pewnością  znalazło,  gdybyś  tylko  chciał  -  odparł  chłodno 

Havard.  -  Między  innymi  przydałoby  się  uszczelnić  dom,  w  którym  mieszkacie.  Porządnie 
zrobi się to dopiero na wiosnę, ale na pewno pomogłoby, gdyby dom zaizolować trochę od 
ś

rodka. 

-  Właśnie, a gdybyś wciąż się czuł bezrobotny, to potrzebne nam są też ręce do pracy w 

Innstad - dodał Bengt. 

-  Wykonuję  pracę  duchową  -  odparł  z  wyższością  Samuel.  -  Nie  jestem  zwyczajnym 

robotnikiem. 

-  Nie, ty nie jesteś zwyczajny pod żadnym względem - stwierdziła Dorbet, obrzucając go 

pełnym niechęci spojrzeniem. - Zdążyliśmy to zauważyć. 

-  Dorbet!  -  przywołała  córkę  do  porządku  Mali  i  wzięła  od  niej  Marilenę,  po  czym 

położyła  dziecko  w  starej  kołysce,  którą  na  tę  okoliczność  ściągnięto  ze  strychu.  -  A  teraz 
uspokójmy się i cieszmy wspólnie na to, co się zdarzy - dodała, prostując plecy. - Zapraszam 
do stołu, bo jedzenie wystygnie! 

Przez  chwilę  jedli  w  milczeniu,  bo  dobry  nastrój  gdzieś  się  ulotnił,  jak  zwykle  w 

towarzystwie  Samuela,  pomyślała  Mali  i  zerknęła  ukradkiem  na  niego  i  na  Ruth.  Choć 
Marilena wyzdrowiała, Ruth wyglądała bardzo źle. Mali zwróciła na to uwagę, gdy tylko ją 
zobaczyła. Córka była blada i jakaś taka zgnębiona. Miała mocno podkrążone oczy, wychudła 
i poszarzała. Nic nie pozostało ze zdrowej i radosnej Ruth, jaką mieli w domu, nim Samuel 
wrócił z Berkak. 

Serce  jej  krwawiło,  gdy  na  nią  patrzyła.  Ruth  zasługiwała  na  inne  życie.  Naszło  ją 

gwałtowne pragnienie, by Samuel wyjechał gdzieś daleko. A najlepiej, by umarł, przemknęło 
jej  przez  głowę.  Bo  chyba  nie  ma  innego  sposobu,  by  się  go  pozbyć.  On  sam  nigdy  nie 
zrezygnuje z Ruth i Marileny, choć Mali nie wierzyła, by któraś z nich cokolwiek dla niego 
znaczyła.  Były  mu  potrzebne  jedynie  jako  fasada,  by  mógł  uchodzić  za  człowieka 
statecznego.  Liczył, że jego zwierzchność w Berkak przydzieli mu bardziej odpowiedzialne 
zadania,  dzięki  czemu  jego  pozycja  wzrośnie.  Sam  o  tym  wspominał.  Potrzebował  więc  u 
swego boku żony, by zachować pozory. 

Nagle przypomniało się Mali, że prosiła Tordhild, aby popytała trochę o Samuela w zborze 

w Oslo, skąd go oddelegowano na północ. Tordhild obiecała się czegoś dowiedzieć, więc na 
pewno dotrzyma słowa. Póki co Mali nie miała z nią kontaktu, ale liczyła na to, że synowa 
niebawem  się  odezwie.  Oczywiście  nie  przez  telefon.  Tordhild  wie,  że  Astrid  w  centrali 
bardzo lubi podsłuchiwać rozmowy. Mali oczekiwała listu, który być może będzie zawierał 
takie  informacje  o  Samuelu  Langmo,  które  pozwolą  Mali  wyrzucić  go  ze  dworu  i  z  życia 

background image

Ruth.  Informacje  tego  kalibru,  że  Samuel  będzie  wolał  zostawić  ich  wszystkich  w  spokoju, 
byleby tylko ochronić własną żałosną reputację. Mali łudziła się z całego serca, że tak właśnie 
się stanie 

Stopniowo nastrój przy stole się rozluźnił. Samuel siedział milczący i zamknięty w sobie, 

ale  pozostali  prowadzili  ożywioną  rozmowę.  Dorbet  jak  zwykle  tryskała  entuzjazmem  i 
optymizmem, choć nie kryła, że troszkę zazdrości Herborg. 

-  Bardzo bym chciała być na twoim miejscu - westchnęła, obrzucając wzrokiem bratową. - 

Marzę o tym, żeby mieć dużo dzieci. 

-  Na  pewno  będziesz  miała  -  uśmiechnęła  się  Herborg.  -  Jak  już  zostaniesz  młodą 

gospodynią w Granvold. 

Nagle Marilena zaniosła się płaczem. Nie było w tym nic dziwnego, bo małe dzieci często 

płaczą,  ale  Ruth  aż  podskoczyła.  Właśnie  wtedy  Mali  uchwyciła  spojrzenie  Samuela.  Jego 
oczy zapłonęły wściekłością i pojawiło się w nich coś złowrogiego, co tak przeraziło Ruth, że 
aż wylała kawę. Poderwała się jak oparzona, omal nie przewracając się o ławę. 

-  Co to? Wojna? - zapytała Dorbet, zdumiona zachowaniem siostry. 
Ruth  nie  odpowiedziała,  chwyciła  tylko  córeczkę,  podniosła  ją  i  położywszy  sobie  na 

piersi,  pogłaskała  ją  uspokajająco  po  pleckach.  Ale  gdy  mała  nie  przestawała  płakać,  Ruth 
skierowała się pośpiesznie ku drzwiom. 

-  Chyba nie będziesz wychodzić z takim maleństwem do zimnego korytarza tylko dlatego, 

ż

e... - Mali nie zdążyła dokończyć, gdy za córką zatrzasnęły się drzwi. Spojrzała więc znów 

na  Samuela  i  ten  zimny  blask  w  jego  przerażających  oczach.  Zdawało  się,  że  emanuje  od 
niego lodowaty ziąb. 

Chłód przeszedł jej po plecach, aż zadrżała. 
 
ROZDZIAŁ 3. 
  
Na sklepie pojawił się wypisany starannym pismem duży plakat, który informował, że od 

niedzieli pierwszego listopada misjonarz Samuel Langmo zaprasza na spotkania rekolekcyjne. 
W Stornes obwieścił, że spotkania odbywać się będą codziennie, ale potem odstąpił od tego 
pomysłu  i  ostatecznie  miał  wygłaszać  kazania  w  poniedziałki,  środy,  soboty  i  w  niedziele. 
Zadbał też o to, by odpowiednie informacje pojawiły się również w Kvannes i w Surnadalen. 

-  Ważne są soboty i niedziele - tłumaczył Ruth, kiedy któregoś wieczoru udawali się na 

spoczynek. - Bo w te dni mogę zebrać na modlitwie zarówno starych, jak i młodych, którzy 
inaczej poszliby na tańce albo oddawaliby  się innym  grzesznym  czynnościom.  Ludzie tu w 
okolicy  znają  już  moje  nazwisko  i  wiedzą,  że  służę  Panu,  głosząc  Jego  Słowo,  a  poza  tym 
otrzymałem  tę  łaskę,  że  potrafię  wygłaszać  kazania  -  oznajmił  nieskromnie.  -  Wiem,  jak 
dotrzeć  do  ludzi.  W  Berkak  z  wielkim  zadowoleniem  przyjęto  wiadomość  o  planowanych 
rekolekcjach. Sądzę, że moja inicjatywa zostanie doceniona przez zwierzchników i na wiosnę, 
gdy będą rozdzielane nowe zadania, z pewnością wezmą to pod uwagę. 

Ruth  nie  od  razu  mu  odpowiedziała.  Otulając  Marilenę  kocykiem  i  futrzaną  narzutą, 

rozmyślała, że tylko ona zna prawdziwą naturę Samuela Langmo. Inni go właściwie nie znają. 
Widzą  tylko  nienaganną  fasadę,  którą  chętnie  pokazuje  ludziom.  Jeśli  chce,  potrafi  ich 
oczarować,  zarówno  młodych,  jak  i  starych,  przyznała  w  duchu.  Sama  zresztą  uległa  jego 
nieszczerej powierzchowności, bo fałszywy był na wskroś, czego gorzko doświadczyła. 

-  To  chyba  nie  jest  grzech,  jeśli  ludzie  raz  po  raz  się  zabawią  -  rzuciła  nieśmiało  i 

wyprostowała się. - Przez cały tydzień przecież ciężko pracują... 

-  Nie  spodziewałem  się  po  własnej  żonie  takiego  nastawienia  -  oburzył  się  Samuel  i 

położył się pod kołdrą. - Oczekuję od ciebie wsparcia, dlatego będziesz siedziała w pierwszej 
ławce co wieczór. 

Ruth odwróciła się do niego z niedowierzaniem. 

background image

-  A  jak  mam  to  zrobić?  -  zapytała.  -  Przecież  muszę  się  zajmować  naszym  dzieckiem, 

chyba wiesz. Wciąż karmię Marilenę piersią i... 

-  Chyba  znajdzie  się  ktoś,  kto  będzie  mógł  przypilnować  dzieciaka  -  uciął  krótko.  -  Na 

przykład  twoja  siostra  Dorbet,  która  jest  zepsuta  do  szpiku  kości,  więc  się  nawet  nie 
spodziewam  jej  obecności  na  spotkaniach.  Niektórym  nic  nie  pomoże,  tak  czy  inaczej  są 
skazani na wieczne potępienie - dodał z patosem. 

Prychnął z pogardą na samą myśl o Dorbet i sięgnął po Biblię leżącą na stoliku nocnym. 
-  Właściwie  ktoś  taki  nie  powinien  się  w  ogóle  zbliżać  do  mojego  dziecka,  ale  Maria 

Magdalena  jest  jeszcze  na  szczęście  mała.  Kiedy  przyjdzie  czas,  już  ja  zadbam  o  to,  by 
podążyła właściwą drogą - dodał. - Poproś więc Dorbet, by zajrzała tu do małej, bo ty musisz 
być ze mną. 

-  Ale ja nie mogę... 
Jego oczy pociemniały i zalśniły złowrogo. 
-  Zrobisz, jak każę, moja droga Ruth - wycedził cicho. - Dziwi mnie, że jesteś taka tępa. 

Chyba  się  nigdy  niczego  nie  nauczysz.  Nie  zapominaj,  że  poszedłem  już  na  ustępstwo, 
pozwalając dziecku spać na górze, choć już dawno wyzdrowiało. O ile w ogóle było chore - 
dodał pogardliwie. - Ale pilnuj się, Ruth, by nie przeciągać struny. Zhardziałaś, ale wiedz, że 
dłużej tego nie będę tolerować. 

Ruth poczuła lodowate ciarki na plecach. Nieustannie nachodził ją strach, że mąż zażąda 

znowu,  by  położyć  dziecko  na  noc  w  kuchni.  Nie  może  na  to  pozwolić.  Chociaż  dziecko 
przeważnie  spało  w  kołysce  stojącej  obok  łóżka,  bo  Samuel  systematycznie  katował  Ruth  i 
gwałcił, to jednak w sypialni było ciepło. 

-  Zapytam Dorbet - odezwała się cicho i pokornie spuściła wzrok. 
-  Słusznie - odparł. - A teraz do łóżka! 
Serce jej zamarto i ścisnęło ją w żołądku. Poznała po jego głosie, co zamierza. Na samą 

myśl,  że  tego  wieczoru  znów  będzie  musiała  znosić  najgorsze  upokorzenia,  poczuła,  jak  ją 
mdli. Powoli podeszła do łóżka, on zaś podał jej Biblię. 

-  Myślę, że dziś powinnaś przeczytać fragment Starego Testamentu, który zaznaczyłem - 

rzekł  z  błyszczącymi  oczami.  -  Zacznij  od strony,  na  której  otworzyłem!  Obróć  się  tyłem  i 
czytaj! 

Ruth  wzięła  od  niego  ciężką  księgę  i  uklęknęła  na  łóżku,  on  zaś  podniósł  jej  koszulę, 

uderzył  ją  płaską  dłonią  w  pośladki,  po  czym  wdarł  się  w  nią  brutalnie.  Ruth  aż  jęknęła  z 
bólu. Nie zdołała się powstrzymać, choć dobrze wiedziała, że o to mu właśnie chodzi. Nie po 
raz pierwszy zauważyła, że zadawanie jej bólu tylko go podnieca. 

-  Czytaj - rzucił chrapliwie za jej plecami. 
Ruth czytała cichym głosem wersety z Pisma Świętego, gdy on tymczasem brał ją siłą. Co 

chwila  przerywała,  by  nie  krzyczeć  z  bólu,  ale  wtedy  on  stawał  się  jeszcze  brutalniejszy. 
Czytała więc i płakała, a kiedy wreszcie przestał, opadła na łóżko i wyszeptała udręczona: 

-  Czemu ty mi to robisz? 
-  Ponieważ  jesteś  krnąbrna  i  zasłużyłaś  na  karę  -  odpowiedział  i  ułożył  się  wygodnie.  - 

Poza tym jesteś moją żoną. Nie miałbym prawa cię brać, kiedy najdzie mnie chęć? 

Ruth nie odpowiedziała, bo gdyby się odezwała, to wówczas jeszcze zacząłby ją dręczyć 

na  nowo,  a  tego  już  by  nie  wytrzymała.  Skuliła  się  odwrócona  do  niego  plecami  i  nakryła 
głowę kołdrą, by nie usłyszał, że płacze. 

  
Nie wiedziała, na jak długo zapadła w sen, gdy obudził ją płacz Marileny. Dziecko spało 

spokojnie, kiedy Samuel wreszcie miał dość, dlatego Ruth nie wzięła jej do siebie do łóżka. 
Płacz obudził Samuela, więc Ruth spuściła pośpiesznie nogi na podłogę, by wstać do małej. 
Samuel przytrzymał ciężko dłoń na jej piersi. 

background image

-  Nie  wstawaj!  -  rzucił  ostro.  -  Dość  już  tego.  Więcej  nie  zamierzam  tolerować  tego 

dzieciaka w mojej sypialni! - Okrakiem przeszedł nad przerażoną Ruth i chwycił kołyskę. 

-  Co ty robisz? - szepnęła Ruth, czując, jak serce podchodzi jej do gardła ze strachu, że 

dziecko wypadnie. 

-  Przenoszę  tego  wrzeszczącego  bachora  tam,  gdzie  jego  miejsce,  na  dół  do  kuchni  - 

warknął. - I tylko spróbuj mi w tym przeszkodzić, to pożałujesz! Nie wstawaj! 

Ruth leżała w łóżku sztywna jak kłoda, gdy on tymczasem szarpnął kołyskę i wyszedł z 

płaczącym dzieckiem z sypialni. Nie wiedziała, co robić. Nie mogła znieść myśli, że miałby 
ją choćby tknąć jeszcze tego wieczoru. Nerwy miała napięte do granic wytrzymałości i czuła 
się  chora  na  duszy  i  ciele.  Oczywiście,  przyrzekła  Marilenie  i  sobie  samej,  że  nigdy  nie 
zostawi  jej  bez  opieki  na  noc  tej  zimy.  Spodziewała  się,  że  Samuel  być  może  przeniesie 
dziecko na dół, ale postanowiła, że wówczas sama też będzie sypiać w kuchni, obojętnie jak 
on  to  przyjmie.  Teraz  uświadomiła  sobie  z  całą  jaskrawością,  że  Samuel  nigdy  tego  nie 
zaakceptuje, a ona nie jest na tyle silna, by mu się sprzeciwić. Długo tego nie wytrzyma. Nie 
zniesie więcej jego szyderstw, chłodu, poniewierania i ciągłych upokorzeń. 

Nagle Ruth zerwała się na równe nogi i otworzyła szeroko oczy, bo z dołu dolatywał już 

nie  płacz,  ale  krzyk  Marileny.  Boże,  może  wypadła  z  kołyski  i  zrobiła  sobie  krzywdę!  - 
pomyślała przerażona i boso zbiegła po schodach. Drzwi kuchenne były otwarte. Przy piecu 
nad kołyską pochylał się Samuel i wymierzał razy dziecku! Kiedy Ruth usłyszała plask dłoni 
o nagie ciałko, zakręciło jej się w głowie. 

-  Samuel! - wrzasnęła dziko. 
Odwrócił się gwałtownie, a w jego oczach przestrach mieszał się ze złością. 
-  Mówiłem, że masz leżeć! 
Ruth rzuciła się na niego, okładając go na oślep pięściami. 
Samuel  był  tak  zaskoczony,  że  zachwiał  się  w  tył,  uderzył  się  biodrem  o  piec  i  zaklął 

siarczyście. Marilena zaś nie przestawała krzyczeć przeraźliwie. 

-  Oszalałaś, kobieto! 
Zamachnął się na Ruth z taką siłą, że upadła na podłogę. Na moment straciła przytomność, 

ale  w  głowie  wciąż  dźwięczały  jej  krzyki  dziecka.  Dźwignęła  się  powoli  i  z  trudem. 
Spojrzenie,  jakie  w  niego  wpiła,  było  czarne  jak  noc  za  oknem  i  tak  pełne  nienawiści,  że 
Samuel aż się cofnął. 

-  Jeśli jeszcze raz ją uderzysz, to nie wiem, co zrobię, Samuelu - rzuciła nienawistnie.  - 

Rozumiesz? Nie śmiej tknąć mojego dziecka! 

Samuel przygładził włosy i udawał, że nie przejął się jej słowami, ale Ruth poznała, że nim 

wstrząsnęły. Dzika nienawiść, która w niej wezbrała, przeraziła nawet diabła Samuela. Ruth 
stała przed nim w nocnej koszuli z włosami w nieładzie i wygrażała mu pięścią. 

-  Jeszcze raz, a... 
Wyciągnął do niej rękę, ale ona go odepchnęła i nachyliła się nad kołyską. Wzięła dziecko 

na  ręce  i  tuląc,  głaskała  uspokajająco  po  pleckach.  Po  chwili  w  kuchni  ucichło.  Marilena 
pochlipywała, ale już nie płakała wniebogłosy. 

-  Ruth,ja... 
-  Nie  chcę  już  słyszeć  ani  jednego  twojego  słowa  -  syknęła  Ruth.  -  Powiedziałam  ci 

kiedyś,  że  moja  cierpliwość  także  ma  swoje  granice.  Uderzyłeś  ją,  Samuelu!  Uderzyłeś 
maleńkie, bezbronne dziecko. Kim ty właściwie jesteś, człowiekiem czy diabłem? 

-  Jak śmiesz? 
-  Wracaj  na  górę!  -  dodała  Ruth  chrapliwie.  -  Ja  będę  spać  w  izbie  razem  z  moim 

dzieckiem. I nie próbuj nas tknąć, bo ucieknę do Stornes. Mogę wiele znieść, ale nie to, że 
podnosisz rękę na moją córkę. Rozumiesz? 

Nie  zaszczycając  go  nawet  spojrzeniem,  sięgnęła  po  pościel  z  kołyski  i  weszła  do  izby, 

nucąc dziecku coś cichutko, bo wciąż pochlipywało. Samuel stał przez chwilę i patrzył na nią, 

background image

ale  nic  nie  powiedział.  Ruth  odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego  znów  tym  pociemniałym, 
odważnym i pełnym nienawiści wzrokiem. 

Powoli Samuel odwrócił się i ciężko stąpając, wszedł po schodach na poddasze. 
  
Stół  już  był  nakryty,  kiedy  Samuel  zszedł  na  dół  następnego  ranka,  mimo  że  wstał 

wcześniej niż zwykle. Ruth siedziała i karmiła kaszką Marilenę. Nie podniosła wzroku, gdy 
mąż wszedł do izby, i nie przywitała się z nim. 

Samuel zaś zajął miejsce przy stole i oznajmił: 
-  Ruth, musimy porozmawiać o tym, co się stało wczoraj. 
-  Tak, a co zamierzasz powiedzieć? 
Obracał w dłoniach pusty kubek na kawę, wreszcie odchrząknął i zaczął: 
-  Jesteś przemęczona - zaczął i znów odchrząknął. - Dziecko chorowało, zamartwiałaś się 

i niewiele spałaś. 

-  I to ma usprawiedliwiać, że bijesz bezbronne dziecko? 
-  W afekcie można... - zaczął, po czym wyprostował się i dodał surowo: - „Tego, kogo się 

kocha, tego się karze", tak powiada Pismo. To dotyczy też ciebie i dziecka. 

-  To znaczy, że kochasz mnie i swoją córkę? 
-  Jak mogłabyś myśleć inaczej? 
-  Zbyt  dobrze  cię  poznałam,  Samuelu  Langmo  -  oświadczyła  Ruth.  -  Nie  kochasz  ani 

mnie, ani dziecka. Nie wiem, czy w ogóle jesteś w stanie kochać kogokolwiek oprócz siebie 
samego. 

-  Ruth! 
Jego  glos  zabrzmiał  jak  trzaśniecie  bicza,  aż  Ruth  się  wzdrygnęła.  Nie  spała  prawie  tej 

nocy, zastanawiając się, co powinna powiedzieć, by zrozumiał, że nie chce z nim dłużej żyć. 
Miarka się przebrała! Leżąc po ciemku z dzieckiem przy piersi, czuła się dość silna, by mu to 
rzucić w twarz. Wiedziała, że jest w stanie sobie poradzić sama, dźwigając swe brzemię. To 
prawda,  że  zgrzeszyła,  Boże  uchowaj,  by  myślała  inaczej!  Tylko  dlatego  wytrzymywała 
zadawane przez Samuela upokorzenia, traktując je jak pokutę. Uważała, że zasłużyła na karę. 
Ale  przeholował,  kiedy  zaczął  bić  także  Marilenę.  Bo  na  pewno  nie  taka  była  wola  Boża. 
Marilena w niczym nie zawiniła. Była dzieckiem Bożym, czystym i nieskalanym. Maleńkim 
kwiatuszkiem w ogrodzie Pana, myślała Ruth, głaszcząc śpiącą córeczkę. Nikt nie ma prawa 
podnieść na nią ręki. 

Zerknęła na Samuela i serce podeszło jej do gardła. Siedział naprzeciwko niej prosty jak 

struna z miną satrapy i pociemniałym spojrzeniem. Ruth poczuła, jak ulatuje z niej odwaga. 
Przełknęła z trudem ślinę i wytarła buzię Marileny. 

-  Wiem,  że  zgrzeszyłam,  Samuelu  -  zaczęła  trochę  nieśmiało.  -  Ale  było  nas  wówczas 

dwoje.  Nie  zwalnia  mnie  to  jednak  od  winy  i  kary,  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  I  dlatego 
wytrzymywałam  twoje  surowe  traktowanie.  Marzyłam  kiedyś,  że  mnie  pokochasz,  ale...  - 
odetchnęła głęboko z drżeniem. - Wiele zniosłam, wiesz dobrze. Cierpiałam w milczeniu. Ale 
nie pozwolę, byś bił moje dziecko. Nigdy! 

-  To także moje dziecko - zauważył chłodno. - Zdajesz się wciąż o tym zapominać. Ale to 

ja, jej ojciec, ponoszę główną odpowiedzialność za jej wychowanie. Więc jeśli... 

-  Nie  -  przerwała  mu  Ruth  pośpiesznie.  -  Nie  będziesz  jej  bił!  Nigdy  ci  się  nie 

sprzeciwiłam, Samuelu, ale jeśli ją jeszcze raz uderzysz... To przeprowadzę się z powrotem 
do Stornes - dodała cicho, patrząc mu prosto w oczy. - I wezmę Marilenę ze sobą. 

Zaśmiał się chłodno i szyderczo. 
-  A kto uwierzy w te twoje brednie? Tobie! Ludzie we wsi widzą, jak marnie wyglądasz i 

ż

e masz problemy z nerwami. Zdołam przekonać wszystkich, że oszalałaś i nie jesteś w stanie 

zająć się dzieckiem, i wtedy mała zostanie ze mną, a ja chętnie wyjadę z tej dziury. 

background image

Ruth  milczała  przez  chwilę,  a  serce  waliło  jej  jak  młotem.  Wiedziała,  że  Samuel  nie 

kłamie. Nie zawahałby się ogłosić, że straciła rozum i jest niezdolna do sprawowania opieki 
nad córką. Kto jej uwierzy, jeśli opowie, jak naprawdę wyglądało ich pożycie? Mama? Nawet 
tego Ruth nie była pewna. Kto da wiarę, że pobożny misjonarz jest brutalem, a ona godziła 
się, by traktował ją tak okrutnie? 

-  Nie  bądź  tego  taki  pewien,  Samuelu  -  odezwała  się  powoli.  -  Lepiej  nie  doprowadzaj 

mnie  do  ostateczności!  Mogę  z  tobą  zawrzeć  umowę.  Jeśli  zostawisz  Marile...  Marię 
Magdalenę  w  spokoju,  przemilczę,  co  się  stało,  i  zostanę  z  tobą.  Ale  jeśli  ją  jeszcze  raz 
uderzysz... 

Pośpiesznym  ruchem  przygładził  włosy  i  popatrzył  na  nią  badawczo,  a  potem  skinął 

głową. 

-  No dobrze, możemy się tak umówić - odparł lakonicznie. 
-  I  będzie  spała  w  sypialni  razem  z  nami  przez  zimę  -  dodała  Ruth.  -  To  także  część 

umowy. 

-  Nie - rzucił wściekle. - Zostanie tu, na dole. 
-  W takim razie pakuję się i przeprowadzam do Stornes - odparła Ruth cicho, usiłując nie 

dać po sobie poznać, jak bardzo jest przerażona. - Moja mama pytała mnie wiele razy, co się 
dzieje w tym domu, a ja nigdy nie zdradziłam jej nawet słowem prawdy, wiesz o tym. Ale 
jeśli  będę  musiała,  pokażę  i  jej,  i  ojcu  moje  plecy  i  pośladki.  Domyślą  się,  że  nie  mogłam 
sobie tego zrobić sama! 

Samuel zachłysnął się kawą, a od kaszlu poczerwieniała mu twarz. Przeszło mu po chwili, 

otarł usta, a jego oczy miotały błyskawice. Samuel Langmo wiedział, że przegrał tę potyczkę. 
Miałby kłopoty, gdyby Ruth nie poprzestała na tych pogróżkach. 

-  W  takim  razie  może  leżeć  na  górze  -  odparł  niechętnie.  -  Ale  tylko  do  świąt  Bożego 

Narodzenia, ani jednego dnia dłużej - dorzucił chrapliwie. 

Ruth  przystała  na  to,  nie  mając  odwagi  przeciągać  struny.  Może  potem  uda  jej  się 

wydłużyć ten czas, przynajmniej taką miała nadzieję. 

Wstała z miejsca i ułożyła Marilenę w kołysce. A potem zaczęła sprzątać ze stołu, nawet 

nie pytając, czy już się najadł. 

-  Masz być mi posłuszną i powolną żoną - odezwał się z naciskiem. - Ja tu rządzę i moje 

słowa się liczą.      , 

Ruth skinęła głową w milczeniu. 
-  I będziesz milczała o wszystkim, co dzieje się w czterech ścianach tego domu - dodał z 

groźbą w głosie. - Nie życzę sobie, żeby... 

-  Dotrzymam  swojej  części  umowy,  jeśli  ty  dotrzymasz  swojej  -  odpowiedziała  Ruth 

cicho. 

-  Co za nieszczęście, że cię spotkałem - rzekł, kierując się w stronę drzwi. - Dobry Boże, 

co  za  nieszczęście,  że myślałem,  iż  to  ty  odziedziczysz  Stornes  albo  przynajmniej  że  jesteś 
majętna. 

-  Co za nieszczęście, że ci uwierzyłam, Samuelu - odparta mu Ruth. - Bo Bóg nie miał z 

tym nic wspólnego. Nigdy! Wreszcie dotarła do mnie cała prawda! Ty służysz mamonie, nie 
Bogu, Samuelu! Boga używasz jedynie dla kamuflażu i oszustwa. 

Nie odpowiedział, nawet się nie odwrócił. Z głośnym trzaskiem zamknął za sobą drzwi. 
 
ROZDZIAŁ 4. 
  
Minął  październik  i  nastał  listopad.  Pogoda  była  okropna.  Jednego  dnia  padał  deszcz  i 

grad,  następnego  znów  śnieżyło,  a  od  Stortind  wiało  nieustannie.  Mali  nie  pamiętała  takiej 
szarugi i chłodu w listopadzie, zresztą i październik nie był wcale lepszy. 

background image

-  E,  w  ubiegłym  roku  było  podobnie  -  odparł  Havard  ze  spokojem.  -  Pamiętam,  że 

musieliśmy na gwałt ściągać owce z pastwiska z powodu nagłej zmiany pogody. Prawie tak 
samo jak w tym roku. 

-  Nie  pojmuję,  że  też  ludziom  się  chce  wychodzić  z  domu  w  taką  szarugę  -  dziwiła  się 

Mali.  -  Tymczasem  podobno  co  wieczór,  kiedy  Samuel  głosi  kazania,  dom  ludowy  jest 
wypełniony po brzegi. 

-  Wielu szuka pociechy w Bogu, mają nadzieję, że ogrzeją trochę swoją skołataną duszę - 

rzucił sucho Havard. - Przed nami długa zima. 

-  Na szczęście Dorbet chętnie opiekuje się Marileną - rzekła Mali. - Odkąd Samuel zaczął 

swoje  rekolekcje,  stawiają  się  z  Olą  bez  narzekania  na  Wzgórzu.  Nie  pojmuję,  co  to  za 
pomysł, by Ruth musiała siedzieć w pierwszej ławce za każdym razem, gdy Samuel... 

-  Na pewno z własnej woli tam nie chodzi - uznał Havard. - Dość ma pracy w domu i przy 

dziecku. Tak źle ostatnio wygląda - dodał zatroskany. 

Mali  nic  nie  odpowiedziała,  ale  i  ją  trapiło  to  samo.  Zauważyła,  że  Ruth  jest  jakaś 

nieobecna,  jakby  zamknęła  się  we  własnym  świecie.  Tylko  wtedy  gdy  zajmowała  się 
córeczką, na jej twarzy pojawiał się uśmiech, a oczy napełniały się ciepłem. Mali zwróciła też 
uwagę,  że  rzadziej  niż  kiedyś  albo  wcale  zwraca  się  do  Samuela.  Odpowiadała  jedynie  na 
jego pytania. 

Westchnęła  ciężko  i  poprawiła  włosy.  Martwiła  się  o  Ruth  nieustannie,  tylko  kiedy 

zasiadała przy krosnach, zapominała o całym świecie. W ostatnim czasie często zamykała się 
w  pracowni.  Nie  miała  innego  wyjścia,  jeśli  chciała  zdążyć  na  czas  utkać  wszystko,  co 
obiecała zabrać ze sobą do Ameryki. Wprawdzie od wyjazdu dzielił ją jeszcze prawie rok, ale 
poszczególne wyroby wymagały dużego wkładu pracy. Poza tym musiała sporo pomagać w 
domu,  tak  jak  ostatnio  przy  uboju  owiec.  Uczestniczyła  przy  wszystkich  pracach  i 
nadzorowała, czy wszystko robione jest jak należy, mimo że wiedziała, iż Ane dałaby sobie 
znakomicie radę i bez niej. Czuła jednak, że jako gospodyni w Stornes powinna się włączyć. 
Poza tym pilnowała, by nauczyć wszystkiego Herborg. Herborg słuchała jej uważnie i starała 
się, jak mogła, mimo że Mali zauważyła, że zmagała się z mdłościami. Nie narzekała jednak. 
Jej  oczy  lśniły  głęboką  wewnętrzną  radością  z  powodu  dziecka,  które  miała  urodzić  na 
wiosnę. 

Mali wciąż nie posiadała się ze szczęścia, że między Oją i Herborg tak dobrze się układa. 

Bo on także chodził rozpromieniony i dobroduszny, a taki był zakochany w żonie, że na jej 
widok prawie się potykał o własne nogi. Nietrudno było zauważyć, że młodzi w Stornes są 
razem  bardzo  szczęśliwi.  Mali,  wspominając  czas,  gdy  sama  została  młodą  gospodynią  w 
Stornes i wszędzie śledził ją jastrzębi wzrok Beret, czuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach, 
tak z powodu teściowej, jak i ówczesnego męża. 

Mali  nie  rozmawiała  więcej  z  Havardem  na  temat  wyjazdu  do  Ameryki.  Wiedział,  że 

zdecydowała się jechać, ale nie poruszał tego tematu. Mali domyślała się, że go to nie cieszy, 
nie  zamierzała  mimo  to  rezygnować  z  wyjazdu.  Nie  chciała  stracić  takiej  niepowtarzalnej 
okazji. Poza tym coś ją wabiło, ciągnęło do tej Ameryki, mimo że się otwarcie do tego nie 
przyznawała.  Do  tej  pory  najodleglejszymi  miejscowościami,  jakie  odwiedziła,  były 
Kristiansund  i  Trondheim.  Myśl,  że  mogłaby  przeżyć  tak  odległą  podróż  i  poznać  zupełnie 
odmienną  rzeczywistość,  wywoływała  w  jej  żołądku  dziwne  ssanie.  W  bibliotece 
wypożyczyła  sobie  podręcznik  do  angielskiego.  Nikomu  nic  o  tym  nie  mówiąc,  nieliczne 
wolne chwile, kiedy mogła się zaszyć gdzieś w kącie, poświęcała na naukę słówek i prostych 
zdań oraz ćwiczenie wymowy. Z pewnością nie będzie w stanie prowadzić żadnych rozmów 
po  angielsku,  chciała  jednak  przynajmniej  trochę  rozumieć,  by  czuć  się  nieco  pewniej.  Ale 
wiedziała, że Martin Bakken będzie nieustannie w pobliżu i będzie jej służył pomocą. Także 
ta  myśl  wywoływała  w  niej,  nie  wiedzieć  czemu,  pewne  napięcie.  I  wolała  się  zbytnio  nie 
zastanawiać, co jest tego przyczyną. 

background image

  
Dorbet siedziała z Marileną na rękach i karmiła ją kaszką. W blasku lampy włosy Dorbet 

lśniły jak złoto i rzucały ciepły cień na jej młodą twarz. Oli przypomniał się obraz Maryi z 
Dzieciątkiem, który gdzieś kiedyś widział. 

-  Byłabyś bardzo dobrą matką - powiedział zmienionym ze wzruszenia głosem i popatrzył 

na nią szklistymi oczami. 

-  Skąd możesz wiedzieć, głuptasie? - zaśmiała się Dorbet, zerkając na niego. 
-  Po prostu wiem. 
Dorbet  odgarnęła  włosy  na  plecy  i  uśmiechnęła  się.  Wytarła  Marilenie  usta  wilgotną 

szmatką i włożyła jej do buzi butelkę ze smoczkiem. 

-  Może  rzeczywiście  bym  była  -  przyznała  po  chwili  i  uśmiechnęła  się  do  Oli,  a  jej 

brązowe oczy rozbłysły. - W każdym razie cieszę się, że kiedyś będę miała dzieci. 

-  Czy nie moglibyśmy wziąć ślubu, zanim... 
-  Ola,  no  coś  ty  -  rzekła  nieco  zrezygnowana.  -  Wiesz,  że  musimy  poczekać  do  maja. 

Wymarzyłam sobie, by  być majową panną młodą. Ślub teraz, o tej porze roku, to wątpliwa 
przyjemność.  Chcę,  żeby  w  dniu,  gdy  będziemy  iść  do  ołtarza,  świeciło  słońce.  Chcę  mieć 
wianek z kwiatów we włosach i tańczyć z tobą w majową noc. Nie odpowiada mi być zimową 
panną młodą. Ale w maju... 

Ola  westchnął  tęsknie  na  samą  myśl  i  przyglądał  się  Dorbet,  która  kończyła  karmić 

siostrzenicę.  Świetnie  sobie  radzi  z  Marileną,  pomyślał.  Ale  też  już  nie  po  raz  pierwszy 
opiekowali się wspólnie dzieckiem. Ola nie protestował przeciwko temu, bo kiedy mała spała 
sobie  spokojnie  w  kołysce,  mieli  czas  dla  siebie.  Odnosił  nawet  wrażenie,  że  Dorbet, 
wcielając się na parę godzin w rolę mamy dla swojej siostrzenicy, stawała się później bardziej 
zmysłowa i chętna. W każdym razie przyjmowała go ochoczo i radośnie za każdym razem, 
gdy zdołał pokonać wszystkie guziki i troczki przy jej ubraniach. 

Czasami  Olę  nawet  dziwiło,  że  Dorbet  nie  lęka  się,  iż  sama  zajdzie  w  ciążę  i  będzie 

zmuszona  porzucić  marzenie  o  tym,  by  być  majową  panną  młodą.  Gdyby  bowiem 
spodziewała  się  dziecka,  musieliby  wziąć  ślub  jak  najszybciej.  Widocznie  póki  Dorbet  się 
tym nie zamartwia, jakoś nam się udaje, tłumaczył sobie, jednak raz po raz odczuwał coś na 
kształt niepokoju. Co, jeśli nie będą mogli mieć dzieci? Pośpiesznie jednak odrzucał tę myśl. 
Na  pewno  im  się  urodzą!  Ale  nawet  jeśli  nie...  i  tak  chce  mieć  Dorbet.  Ona  jest  dla  niego 
najważniejsza,  choć  zapewne  nastręczyłoby  wielu  problemów,  gdyby  nie  mieli  potomka, 
dziedzica dworu. 

Dorbet wstała, położyła sobie dziecko na piersi i pogłaskała je po pleckach. 
-  Musi jej się odbić - wyjaśniła. - Ale teraz ty możesz z nią trochę pochodzić, a ja w tym 

czasie sprzątnę i pozmywam kubki. 

Wziął  od  niej  dziecko,  choć  jego  ruchy  były  nieco  nieporadne.  Dorbet  poklepała  go  w 

policzek, jakby się z nim drażniła, i powiedziała z uśmiechem: 

-  Ty także musisz trochę poćwiczyć, bo kiedy urodzi się nam dziecko, nie zamierzam się 

nim zajmować sama. Chcę, byś mi pomagał. 

Ola  pokiwał  głową,  choć  specjalnie  nie  planował  w  przyszłości  pielęgnować  niemowląt. 

Uważał, że to zajęcie dla kobiet. Wystawiłbym się na pośmiewisko, gdyby wyszło na jaw, że 
pomagam przy dziecku, pomyślał. Ale kiedy będę z Dorbet sam, czemu nie... 

-  Trzymaj  ją  teraz  porządnie  -  upomniała  go  Dorbet,  zabierając  się  do  porządkowania 

stołu. - I głaszcz ją po pleckach z dołu do góry. Nie odwrotnie, bo wtedy jej się nie odbije i 
gdy ją położymy, rozboli ją brzuszek. A wtedy będzie płakać i nie da nam spokoju. 

Tego  akurat  Ola  wolał  uniknąć,  bo  zepsułoby  im  to  resztę  wieczoru.  Kiedy  Marilena 

zaśnie, będzie miał Dorbet tylko dla siebie, bez ciągłego przerywania pieszczot, czego bardzo 
nie lubił, gdyż utrudniało mu to realizację tego, co zaplanował, przed powrotem misjonarza i 
Ruth  z  rekolekcji.  Dopiero  by  było,  gdyby  gospodarze  zastali  ich  mocno  zajętych  sobą  na 

background image

kanapie,  pomyślał  z  rozbawieniem,  ale  i  ze  strachem.  Taka  sytuacja  nie  spotkałaby  się  z 
przychylnością misjonarza. Ola nie miał nawet pewności, czy tacy pobożni ludzie w ogóle się 
ze  sobą  kochają,  jeśli  nie  chodziło  o  poczęcie  nowego  życia.  Bo  w  Biblii  jest  napisane,  że 
mężczyzna  ma  zapłodnić  kobietę  i  zaludnić  ziemię.  Coś  takiego  przynajmniej  Ola  pamiętał 
niejasno  z  nauk  konfirmacyjnych.  Misjonarz  byłby  pewnie  wstrząśnięty,  gdyby  zobaczył, 
czym się oboje zajmujemy z Dorbet, pomyślał, czując dreszcz podniecenia. 

-  Odbiło  się  jej!  -  zawołał  zadowolony  do  Dorbet,  która  sprzątała  w  kuchni.  -  Nawet 

trochę  zwymiotowała  na  mnie  -  dodał  i  zmarszczył  nos,  patrząc  na  szarożółtą  maź,  która 
spływała mu po swetrze. 

-  Ale  jesteś  dzielny!  -  pochwaliła  go  Dorbet  z  kuchni.  -  Chodź  tu  z  nią,  położę  ją  w 

kołysce i cię wytrę. 

Najedzone i zmęczone maleństwo zasnęło niemal natychmiast. Dorbet sięgnęła po szmatkę 

i wytarła Oli sweter. 

-  Tak  to  już  jest  z  małymi  dziećmi  -  uśmiechnęła  się  do  Oli,  on  zaś  przyciągnął  ją  do 

siebie i pocałował zachłannie. Na tę chwilę i ona czekała przez cały wieczór. Wsunął dłonie 
pod  jej  sweter  i  przeniknął  go  dreszcz  zadowolenia,  gdy  poczuł  pod  palcami  jej  jedwabistą 
skórę.  Dotknął  jednej  piersi  i  ścisnął  leciutko,  po  czym  ujął  brodawkę  i  gniótł  delikatnie  w 
opuszkach palców. 

-  A jeśli oni wrócą? - odezwała się Dorbet, wstrzymując oddech. 
-  Z pewnością nie przed upływem godziny - jęknął Ola. 
-  Co  zdążysz  zrobić  przez  godzinę,  Ola  Granvoldzie?  -  drażniła  się  z  nim,  odchylając 

głowę. 

W odpowiedzi wziął ją na ręce i zaniósł na kanapę. Podwinął jej spódnicę i pociągnął za 

majtki.  Uniosła  lekko  pośladki,  by  mu  ułatwić  rozbieranie.  Westchnął  ciężko  na  widok  jej 
nagiego łona. Pogładziwszy płaski, goły brzuch, musnął owłosiony, ciemny trójkąt. Ola był 
tak  podniecony,  że  najchętniej  wziąłby  ją  od  razu,  znał  jednak  jej  pragnienia.  Chciała,  by 
pieścił  ją  językiem,  powiedziała  mu  to  wprost,  bez  nieśmiałości.  Nie  to,  by  miał  coś 
przeciwko temu, ale czasem nie był w stanie powstrzymać nasienia. Jej to nie przeszkadzało, 
chętnie pomagała mu znów się podniecić. Jeśli o nią chodziło, mogła się kochać godzinami. 
Wydawała się czasem nienasycona. Napełniało go to zarówno dumą, jak i lekkim strachem, 
czy zawsze będzie potrafił zaspokajać ją w nieskończoność. Póki co nie miał z tym kłopotów, 
a  jeśli  się  tak  nawet  kiedyś  stanie,  będą  już  po  ślubie.  Wówczas  i  tak  będzie  moja,  myślał. 
Małżeństwo to małżeństwo. 

Dorbet wiła się, jęczała i wystawiała łono ku niemu, a kiedy w końcu ją posiadł i doznał 

spełnienia, kilkakrotnie przeszła przez nią fala rozkoszy. Zauważywszy to, osunął się na nią 
spocony  i  wyczerpany.  Bawiąc  się  włosami  na  jego  karku,  Dorbet  westchnęła  zadowolona. 
Nagle obróciła się i usiadła przestraszona. 

-  Dobry Boże, zdaje mi się, że pode mną na kanapie jest wielka mokra plama - stwierdziła 

przerażona i odepchnęła lekko Olę, by sprawdzić. 

I rzeczywiście, na szarozielonym suknie widniała duża, ciemna plama. 
-  Co zrobimy? 
Dorbet pośpiesznie sięgnęła po ubrania i spojrzała na Olę, który jednak nie miał żadnego 

pomysłu.  Sama  więc  przyniosła  mokrą  szmatę  i  tarła  mocno  plamę,  a  potem  suszyła 
przemoczone  sukno  ręcznikiem.  Plama  wprawdzie  nadal  była  widoczna,  ale  Dorbet  miała 
nadzieję, że gdy wyschnie, na kanapie nie zostanie żaden ślad. 

-  Co powiemy, gdy ją zauważą? - zapytał Ola zmartwiony. 
-  Że  wylała  mi  się  kaszka  Marileny  -  odparła  Dorbet  bez  namysłu  i  przeciągnęła  plamę 

jeszcze raz ręcznikiem. - Tak przecież mogło się zdarzyć! 

Ola pokiwał powoli głową. 
-  Ale to nieprawda - sprzeciwił się. 

background image

Dorbet zmierzwiła mu włosy i zaśmiała się beztrosko. 
-  Głuptasie! - rzekła. - Nie zawsze należy mówić całą prawdę. Coś, o czym drugi człowiek 

nie wie, nie sprawi mu też przykrości. 

Ola popatrzył na nią. Była piękna niczym huldra i miała odpowiedź na wszystko. Kochał ją 

do nieprzytomności. Zastanowiło go jednak, czy często mija się z prawdą także wobec niego, 
ale jej o to nie zapytał. Bo w gruncie rzeczy nie chciał tego wiedzieć. Pogłaskał ją po włosach 
niespokojny. 

Męczyło  go,  że  jej  nie  ufa,  w  każdym  razie  nie  do  końca..  Bo  tak  w  istocie  było.  Nie 

wiedzieć czemu, nie dawało mu to spokoju... 

  
-  Istnieje tylko jedna droga, i to jest bardzo wąska ścieżka. Jeśli ktoś z niej zboczy, nie ma 

dla niego litości! Na takich czeka wieczne potępienie i ogień piekielny! 

Samuel stał na mównicy w domu ludowym, a w uniesionej dłoni trzymał Biblię i niczym 

upominającym palcem wskazywał na ludzi w sali. Jego oczy lśniły niemal fanatycznie, głos 
miał wysoki i władczy. Mówił już od godziny, ale ludzie wciąż siedzieli jak przygwożdżeni 
do  twardych  drewnianych  ławek  i  słuchali.  Miał  rację,  mówiąc,  że  potrafi  władać  słowem, 
pomyślała Ruth, usiłując zakryć dłonią usta, by nie było widać, że ziewa. Obojętnie, jak długo 
głosił  kazanie,  ludzie  słuchali  z  blaskiem  w  oczach,  a  ich  spojrzenia  wyrażały  uwielbienie. 
Raz po raz wykrzykiwali „Alleluja!", kiedy powiedział coś o szczególnym znaczeniu. 

Ruth  uczestniczyła  we  wszystkich  wieczorach  modlitewnych  i  zauważyła,  że  do  domu 

ludowego  przychodzą  ludzie  zarówno  miejscowi,  jak  i  mieszkańcy  Kvannes,  a  nawet 
Surnadalen. Wielu pojawiało się co  wieczór, ale wciąż przybywały nowe twarze. Nie znała 
większości zgromadzonych, trzymała się więc z boku, siadając w pierwszej ławce na miejscu, 
które wskazał jej Samuel, tak że nie musiała się z nikim witać i nikogo pozdrawiać. Nie miała 
ż

yczenia, by stać obok niego i ściskać ludziom dłonie, udając, że jest szczęśliwa i podziwia 

męża równie mocno jak inni. Bo tak nie było. Im częściej przychodziła i słuchała jego kazań, 
tym  większą  pustkę  dostrzegała  w  jego  przesłaniu.  Ludzie  jednak  zdawali  się  tego  nie 
zauważać. 

Skąd mogą wiedzieć, że on stoi przed nimi i kłamie w żywe oczy, myślała Ruth zmęczona. 

W  oczach  tych,  którzy  nie  znali  jego  ukrytej  głęboko  natury,  uchodził  niemal  za  nowego 
Zbawiciela.  Groził,  obiecywał,  kusił.  Jego  głos  był  głęboki  i  dźwięczny.  W  śnieżnobiałej 
koszuli  i  nieskazitelnym,  ciemnym  garniturze  prezentował  się  nienagannie,  musiała  to 
uczciwie  przyznać.  Doskonale  zdawał  sobie  z  tego  sprawę  i  grał  na  ludzkich  uczuciach. 
Poruszał się po scenie niczym aktor, od czasu do czasu schodził po stopniach na salę i kładł 
dłoń na przypadkowe, pochylone głowy. Ale czy rzeczywiście byli to przypadkowi wierni? - 
zastanawiała się Ruth. Zauważyła bowiem, że dziwnie często Samuel kładł dłonie na głowach 
młodych  dziewcząt,  których  oczy  błyszczały  w  bezgranicznym  podziwie,  choć  to  nie  jego 
powinny  wielbić,  tylko  Boga.  Ale  Bóg  przegrywał  w  takie  wieczory  z  Samuelem  Langmo! 
Niepojęte, jak misjonarz osiągał taki efekt. 

Czasami Samuel życzył sobie, by stała obok niego w drzwiach, kiedy każdemu z osobna 

dziękował  za  wieczór;  Obejmował  ją  wówczas  ramieniem  i  uśmiechał  się  ciepło  do 
wszystkich. Niektórzy chcieli też podawać rękę Ruth. 

-  A więc to jest twoja małżonka, Langmo? Musisz być bardzo szczęśliwa, mając takiego 

męża - mówili i patrzyli na nią, starsi przyjaźnie, a młode dziewczyny z zazdrością. 

Ruth kiwała głową, usiłując się uśmiechnąć. Palce Samuela wpijały się w jej ramię, gdy 

uznawał, że nie reaguje z dostatecznym entuzjazmem. Wówczas prostowała się, uśmiechała, 
ś

ciskała spocone dłonie i wypowiadała parę słów, mimo że tego nienawidziła. Nienawidziła 

gry  i  kłamstwa.  Czuła,  że  Samuel  ją  wykorzystuje,  chcąc  pokazać  się  wiernym  jako 
prawowity małżonek, prowadzący pobożne, ustabilizowane życie. Gdyby ci ludzie wiedzieli, 
jaki on jest naprawdę, myślała. 

background image

Jemu  samemu  zdawało  się  to  jednak  wcale  nie  przeszkadzać.  Rozkwitał,  gdy  tylko 

zaczynało się spotkanie. Nie dało się ukryć, że znakomicie się czuje podziwiany i uwielbiany. 

Ruth  nie  pojmowała,  jak  to  możliwe,  że  Samuel  miał  tak  dwoistą  naturę.  W  domu  był 

diabłem.  Łamał  wszystkie  przykazania,  które  nakazywał  przestrzegać  zasłuchanym  w  jego 
słowa  wiernym.  Mówił  o  miłości  i  szacunku,  nie  znając  w  ogóle  znaczenia  tych  słów.  Ale 
jego słowa brzmiały zupełnie tak samo przekonująco jak wówczas, gdy Ruth przychodziła do 
tej samej sali i go słuchała. Wpatrując się wówczas w jego intensywne niebieskie spojrzenie, 
widziała niebo. Ciarki ją przeszły na samo wspomnienie. 

Skupiona na nim uwaga i poczucie władzy nad ludźmi wywoływały w nim silne seksualne 

podniecenie. Kiedy wracali do domu po takim wieczorze, zapędzał ją prosto do łóżka. Ruth 
nie  miała  pojęcia,  jak  długo  da  radę  to  wytrzymać.  Ale  cóż  mogła  zrobić?  Pilnowała  się 
jedynie, by się mu nie sprzeciwiać w rozmowach ani nie stawiać zbytniego oporu. Dopóki nie 
nastaje  na  to,  by  Marilena  spała  sama  na  dole,  ona  godziła  się  na  wszystko.  Ale  wszelkie 
uczucia  do  niego  umarły  w  niej  bezpowrotnie.  Bo  nawet  jeśli  gdzieś  na  dnie  serca  tliła  się 
jeszcze resztka miłości i szacunku, to po spotkaniach, w tych nocnych godzinach upokorzeń, 
całkiem wygasła. 

  
Któregoś  wieczoru  atmosfera  w  sali  ludowej  stopniowo  gęstniała.  Samuel  najpierw 

grzmiał o grzechu i o piekle, tak że zgromadzeni aż skulili się w sobie, potem zaś nagle zrobił 
gwałtowny  zwrot  i  z  promiennymi  niebieskimi  oczyma  obiecywał,  że  tych,  którzy  wyznają 
grzechy, wyrażą skruchę i poproszą o przebaczenie, czeka niebo. Ludzie rzucili się na kolana, 
głośno  wyznawali  grzechy  i  modlili  się  intensywnie.  Niektórzy  płakali.  Samuel  zaś  niczym 
sam  Bóg  przechadzał  się  pośród  wiernych,  pochylał  się  nad  nimi  i  coś  do  nich  szeptał. 
Nakładał  im  ręce  na  głowy  i  modlił  się  głośno.  Ruth  klęczała  tak  jak  inni,  ale  ukradkiem 
wodziła za nim wzrokiem, obserwując wszystko przez palce swych złożonych dłoni. 

Jakaś młoda dziewczyna płakała rozdzierająco. Ruth widywała ją na każdym wieczornym 

spotkaniu. Nie znała jej, ale wiedziała, że pochodzi z Rindalen, a zatrudniono ją jako służącą 
w Oppstad teraz, w najgorętszym okresie uboju i przygotowań do świąt. Dziewczyna miała 
nie  więcej  niż  piętnaście-szesnaście  lat,  ale  była  nad  wiek  dojrzała  i  dobrze  rozwinięta. 
Ciemne lśniące włosy zaplatała  w  gruby  warkocz. Jej duże oczy wpatrywały  się przez cały 
czas w Samuela. Ruth zauważyła, że mąż przykucnął przy dziewczynie, położył jej dłoń na 
ramieniu i po cichu do niej przemówił. Powoli jej płacz ucichł, pokiwała skwapliwie głową i 
spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczyma.  Pojedyncze  łzy  lśniły  na  jej  długich,  ciemnych 
rzęsach jak krople rosy. Samuel poszedł dalej. 

  
-  Wracaj dzisiaj do domu sama - zwrócił się do Ruth, kiedy spotkanie dobiegło końca. - 

Obiecałem porozmawiać z tą małą Guro. Przeżywa ciężkie chwile, biedaczka. Muszę walczyć 
o jej duszę, muszę ją ratować! To mój obowiązek, rozumiesz? 

Ruth tylko skinęła głową. 
Tego wieczoru nie celebrował już tak pożegnania z wiernymi jak zazwyczaj. Ruth zerknęła 

ukradkiem na młodą dziewczynę z Oppstad, która stała oparta o ścianę i czekała, aż Samuel 
skończy.  Kiedy  zamknął  drzwi  sali  ludowej,  Ruth  odwróciła  się  raz  jeszcze.  Właściwie  nie 
wiedziała dlaczego, ale coś ją zatrzymywało. Zboczyła nieco z drogi i ukryła się w zaroślach. 
Ś

wiatła w sali domu ludowego pogasły, a po chwili zamigotało światełko lampy parafinowej 

w pokoju na zapleczu. 

Ruth poczekała, aż wszyscy się rozejdą. Właściwie nie chciała wiedzieć, co robi Samuel, 

ale popychana jakąś niewidzialną siłą przemknęła się za węgłem na tył budynku, gdzie przez 
szparę między niedokładnie zasuniętymi zasłonami przeświecała smużka światła. Okno było 
zbyt wysoko, by mogła przez nie zajrzeć, ze środka nie dolatywały też żadne głosy. 

background image

Pomyślała, że lepiej by było, gdyby poszła do domu, ale przechwałki Samuela po powrocie 

z  Berkak  o  tym,  że  miał  inne  kobiety,  nie  dawały  jej  spokoju.  Nie  chciała  im  dać  wiary, 
właściwie  to  miała  nawet  nadzieję,  że  chwalił  się  tylko,  by  jej  dokuczyć.  Ale  jeśli  on 
naprawdę... 

Nie,  niemożliwe,  nie  ruszy  tej  dziewczyny!  Przecież  to  jeszcze  dziecko,  na  pewno 

dziewica. Tylko z nią rozmawia, tak jak zapowiedział. 

Coś jednak popychało Ruth do działania. Przyniosła i ustawiła pod oknem starą skrzynkę, 

którą  zauważyła  w  pobliżu.  Ostrożnie  wdrapała  się  na  nią  i  zerknęła  przez  szparę  między 
zasłonami. 

To,  co  zobaczyła,  wstrząsnęło  nią.  Jęknęła,  zakryła  usta  ręką  i  oparła  czoło  o  okno. 

Zacisnęła powieki, a potem powoli je otworzyła. Ale wzrok jej nie mamił. W pomieszczeniu 
na kanapie leżała młoda dziewczyna z zadartą i owiniętą w talii spódnicą. Samuel pochylał się 
nad  jej  nagim  podbrzuszem  i  pogłaskał  wnętrze  jej  białych  ud,  a  potem  ściągnął  spodnie  i 
położył się na niej. 

Ruth widziała, jak dziewczyna napina ciało z bólu, kiedy on się w nią wdziera. A więc i 

ona była dziewicą, pomyślała Ruth jak przez mgłę i zeszła na dół ze skrzynki. Tak samo jak 
ja, kiedy mnie dostał. 

Przez chwilę stała oparta o ścianę nieruchomo z zamkniętymi oczyma.  To nie może być 

prawda, myślała. Jak on śmie napastować niewinne dziewczę! 

Nagle ogarnęły ją mdłości. Ledwie zdążyła dobiec do pogrążonych w mroku zarośli, gdy z 

niej chlusnęło. Miała wrażenie, że wymioty nigdy nie ustaną. W końcu jednak nie miała już 
co zwracać. Wytarła usta chusteczką i lodowatą drżącą dłonią przetarła twarz. 

Nie  powie  Samuelowi,  że  go  widziała,  o  ile  nie  zostanie  do  tego  zmuszona.  Teraz  już 

jednak wiedziała, że jego przechwałki były prawdziwe. Zdradzał ją, z kim popadnie, zapewne 
najchętniej  z  młodymi  dziewczętami.  Chciał  mieć  je  bowiem  pierwszy  przed  innymi,  on 
chciał  odbierać  im  dziewictwo.  Dlatego  też  wziął  i  mnie,  pomyślała  z  goryczą.  Dziwiła  się 
jednak, jak mu to mogło uchodzić na sucho, bo nie miała wątpliwości, że ten proceder trwa 
już  długo.  Przecież  i  inne  dziewczyny  mogły  zajść  w  ciążę,  nie  tylko  ona?  Tylko  że  je 
zmuszał pewnie do milczenia. Nie wszystkie dziewczęta, które uwiódł, miały silnych i dobrze 
sytuowanych  rodziców,  których  niełatwo  zastraszyć.  W  jej  przypadku  Samuel  nie  miał 
wyboru. Musiał się z nią ożenić, by nie stracić pozycji i wiarygodności. A ponadto sądził, że 
jest bogata! 

Powoli Ruth ruszyła w kierunku domu. Nie czuła żadnego smutku. Nic nie czuła oprócz 

pustki.  Nie  obchodził  jej  już  Samuel.  Ich  małżeństwo  było  fikcją.  Postanowiła  jednak 
wytrzymać  w  tym  związku  ze  względu  na  Marilenę.  Dziecko  powinno  mieć  matkę  i  ojca, 
zgodnie z Bożym przykazaniem. Ale teraz już Ruth znała całą prawdę. I prawda ta paliła jej 
wnętrze  żywym  ogniem.  Nie  zawaha  się  wykorzystać  tego,  co  wie,  przeciwko  niemu,  jeśli 
tylko ją do tego zmusi. 

   
ROZDZIAŁ 5. 
  
Gdy listopadowe wichury hulały w węglach domu, wprawiając w drżenie szyby w oknach, 

Mali przesiadywała w pracowni i tkała. Zaczęła odczuwać nerwowy niepokój, czy zdąży ze 
wszystkim,  czego  się  podjęła.  Za  rok,  zgodnie  z  umową,  musi  zabrać  do  Ameryki  bardzo 
dużo różnych wyrobów. 

Gotowe prace leżały starannie ułożone na dodatkowym stole, który wstawiła do pracowni. 

Były wśród nich piękne narzuty i cztery kilimy. Czasami siadywała i przyglądała się im, i za 
każdym  razem  do  jej  serca  wkradał  się  niepokój.  Czy  są  wystarczająco  dobre?  Czy 
zainteresują ludzi mieszkających daleko stąd po drugiej stronie oceanu? Raz po raz wpadała 
do niej Sigrid, a gdy pokazywała jej, co utkała, ta nie miała żadnych wątpliwości. 

background image

-  Na pewno im się spodobają - mówiła z przekonaniem,  głaszcząc dłonią narzutę. -  Nie 

jestem  wprawdzie  artystką  i  może  nie  potrafię  ocenić  fachowo  wartości  twoich  prac,  ale 
przecież sama widzisz, że są bardzo dobre. 

-  Czasami... tak mi się zdaje, że są dobre - pokiwała Mali głową zamyślona. - Ale potem 

ogarnia  mnie  zwątpienie.  Zastanawiam  się,  jacy  są  tamtejsi  ludzie,  wiesz...  Amerykanie. 
Wydaje mi się, że różnią się od nas. Są tacy nowocześni! 

-  Na pewno nie ci, którzy będą kupować twoje wyroby - uznała Sigrid. - Dla wielu z nich 

najważniejsze są korzenie, wspomnienia ze starego kraju. Bo jeśli nie sami wyemigrowali, to 
pewnie ich rodzice. Jasne, że im się spodobają twoje narzuty i kilimy. Poza tym wydaje mi 
się, że nie tylko emigranci się nimi zachwycą. Słyszałam, że rodowici Amerykanie też bardzo 
cenią rękodzieło. 

Po takiej rozmowie Mali uspokajała się na jakiś czas. 
-  Jak się sprawuje Herborg w roli młodej gospodyni? - zapytała Sigrid, siadając na krześle 

stojącym przy krosnach. 

-  Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej synowej - odparła Mali. - Oczywiście musi się 

jeszcze dużo nauczyć, zanim będzie prowadzić dwór, ale jest bardzo zdolna i pracowita, aż 
radość  bierze.  I  to  pomimo  męczących  ją  nudności.  Z  jej  ust  nie  słychać  nigdy  narzekań  - 
dodała. 

-  Ale że już spodziewają się dziecka - rozpromieniła się Sigrid. - Może to młody dziedzic? 
-  Możliwe odparta Mali, szukając w koszyku kłębka wełny o określonym odcieniu żółci. - 

Ale tak czy inaczej to wielka radość, nawet jeśli urodzi im się córka. Chłopcy będą następni w 
kolejności. Ale nie ukrywam, że bardzo jesteśmy ciekawi. 

-  Tak,  jest  coś  szczególnego,  kiedy  dziedzic  oczekuje  swego  pierworodnego  dziecka  - 

stwierdziła Sigrid. - My też czekamy. Olausowi i Helene dziecko urodzi się zaraz po świętach 
Bożego Narodzenia. Wszyscy zastanawiają się, czy to będzie syn. 

-  Przecież  dziewczynka  też  może  dziedziczyć  dwór  -  rzekła  Mali  i  wyciągnęła  kłębek, 

który  znalazła  prawie  na  samym  dnie  koszyka.  -  Niemal  wszyscy  o  tym  zapomnieli,  ale  to 
możliwe. Więc nie ma strachu. 

-  To  prawda  -  Sigrid  przyznała  Mali  rację.  -  Ale  wiesz,  mężczyźni  mają  szczególny 

stosunek  do  synów,  zwłaszcza  tych,  którzy  będą  ich  następcami.  Mimo  że  kobiety  potrafią 
sobie  znakomicie  radzić  z  prowadzeniem  dworu  -  dodała,  poklepując  Mali  po  ramieniu.  - 
Czego ty jesteś najlepszym dowodem! 

Mali aż się zarumieniła, ucieszona pochwałą. 
-  Nigdy nie byłam dziedziczką, Sigrid! 
-  Nie,  ale  musiałaś  przejąć  zarządzanie  dworem,  kiedy  umarł  Johan.  Myślisz,  że 

ktokolwiek poradziłby sobie z tym lepiej? 

Mali nie odpowiedziała. Przez chwilę siedziała nieruchomo i zapatrzyła się przed siebie. 

Zalała ją fala wspomnień z tamtego czasu. 

-  Herborg i Oja są chyba razem szczęśliwi? - przerwała jej myśli Sigrid. 
-  Tak, nawet bardzo - uśmiechnęła się Mali i wyprostowała, jakby chciała odgonić stare 

upiory.  -  Aż  radość  bierze,  gdy  się  na  nich  patrzy.  Gdyby  wszystkim  było  ze  sobą  tak 
dobrze... - dodała, unikając wzroku Sigrid. 

Ta w milczeniu pokiwała głową i bawiła się kłębkiem, który leżał obok niej na ławie. Po 

chwili odezwała się z lekkim ociąganiem: 

-  Wiesz, że nie zwykłam rozpowiadać plotek, Mali. I nigdy też nie poświęcam im uwagi - 

dodała  z  powagą.  -  Nie  wspomniałabym  o  tym  ani  słowa,  gdybym  się  nie  obawiała,  że 
usłyszysz  to  od  kogoś  innego.  A  tego  bym  nie  chciała.  Wolę  już  ci  to  sama  powiedzieć. 
Chodzą  pogłoski,  że...  -  urwała  na  chwilę,  jakby  jeszcze  raz  rozważała  w  myślach,  czy 
powinna  o  tym  mówić,  czy  nie,  wreszcie  odetchnęła  głęboko  i  dodała:  -  Ludzie  gadają,  że 

background image

Samuel nie potrafi trzymać rąk z dala od młodych dziewcząt, które przychodzą na wieczorne 
rekolekcje. 

Mali podniosła wzrok, czując w piersi bolesny ucisk. 
-  Jak to? - zapytała. 
-  Niestety,  nie  wiem  więcej  nad  to,  co  usłyszałam  -  odparła  Sigrid  wymijająco.  -  Nie 

zwykłam  słuchać  plotek  -  powtórzyła.  -  Zresztą  nie  wiadomo,  ile  w  tym  prawdy,  wiesz. 
Słyszałam  jednak  od  kilku  osób,  że  po  rekolekcjach  Samuel  zawsze  zostaje  z  jakąś  młodą 
dziewczyną. Oczywiście by walczyć o jej duszę - dodała z pogardą. - Jeśli jednak chodzi o to 
jego zbawianie... 

Mali  poczuła,  jak  ściska  ją  w  żołądku.  Do  niej  nie  dotarły  żadne  plotki,  ale  pewnie  nikt 

poza Sigrid nie miał odwagi jej tego powiedzieć. A już najmniej Ruth, o ile ona coś wie. Ale 
pewnie się  czegoś domyśla, skoro chodzi na wszystkie spotkania. Jeśli Samuel zostaje, ona 
sama musi wracać do domu. Rzadko widywali ją teraz w Stornes, a kiedy już przychodziła z 
Marileną,  niewiele  się  odzywała.  Nietrudno  było  zauważyć,  że  tylko  maleńka  córeczka 
trzymają przy życiu. Na szczęście dziecko całkiem wyzdrowiało po zapaleniu płuc. Wyrastał 
jej  pierwszy  ząbek.  Kiedy  się  uśmiechała,  widać  go  było  niczym  maleńkie  ziarenko  ryżu. 
Dlatego  też  śliniła  się  bardziej  niż  zwykle.  Ruth  skarżyła  się,  że  mała  ma  rozwolnienie,  a 
podrażnione dziąsła jej dokuczają, więc bardzo marudzi. 

-  Tak jest zawsze, gdy dzieci ząbkują - pocieszała ją Mali. 
-  Ale ona płacze i... 
Ruth urwała gwałtownie i zamilkła, ale Mali domyśliła się, co córka chciała powiedzieć. 

Dziecięcy  płacz  nie  był  na  Wzgórzu  akceptowany,  zdążyła  się  już  nieraz  o  tym  przekonać. 
Gdyby  Samuel  był  inny,  zupełnie  inaczej  wyglądałoby  ich  życie.  Ale  cóż,  nie  był!  Jeśli 
jednak na dodatek potwierdzi się, że uwodzi młode dziewczęta... 

Znów  przeszły  ją  ciarki.  To  nie  może  być  prawda!  Przełknęła  z  trudem  ślinę  i  rzuciła 

ostrożnie: 

-  Nic o tym nie słyszałam... 
-  I ja wcale nie mam pewności, czy to prawda - powtórzyła Sigrid z naciskiem. - Wiesz, 

jak ludzie we wsi lubią plotkować. Wydaje mi się niewiarygodne, by misjonarz poważył się 
na coś takiego! 

Mali  nie  odpowiedziała.  I  jej  trudno  było  uwierzyć,  by  Samuel  zdobył  się  na  taki  czyn. 

Pewna jednak nie była i to ją męczyło. Postanowiła sama zbadać tę sprawę. 

-  Słyszałaś  zapewne,  że  Gunvald  Bergstad  wprowadził  się  pośpiesznie  do  Storhaug  - 

zmieniła temat Sigrid. - Skoro już jestem przy plotkach - dodała, uśmiechając się niepewnie. 

-  Słyszałam to już jakiś czas temu. 
-  Rzeczywiście.  Nie  minęło  wiele  czasu  od  momentu,  gdy  Laura  go  poznała,  a  już  byli 

zaręczeni. A teraz mieszka w Storhaug i zachowuje się, jakby był właścicielem dworu. Tak 
przynajmniej mówią ludzie. Ale ślubu nie wzięli. 

-  Właściwie  najbardziej  współczuję  mieszkańcom  Oppstad  -  stwierdziła  Mali.  -  Ich 

swawolna córka nie skąpi im zmartwień. 

-  A ja myślę najwięcej o Oli Havardzie - rzekła Sigrid. - Temu biedaczynie pewnie nie jest 

lekko... 

Gdy Sigrid wspomniała o chłopcu, Mali poczuła, jak pali ją twarz. 
-  Tak, szkoda dziecka - cicho przyznała jej rację. 
-  Nigdy nie myśleliście o tym, by mu powiedzieć, że Havard jest jego ojcem? - zapytała 

ś

ciszonym głosem Sigrid. - Myślę, że czułby się bezpieczniejszy. Nic mi oczywiście do tego - 

dodała pośpiesznie. 

-  Niech  zostanie,  tak  jak  jest  -  ucięła  Mali.  -  Nie  mogę...  Popatrzyła  na  Sigrid,  a  jej 

pociemniałe spojrzenie wyrażało, jak bardzo czuje się zraniona. 

background image

-  Jest mi wystarczająco ciężko, Sigrid - dodała powoli. - Gdyby wyszło na jaw, że Havard 

jest ojcem syna  Laury, to... Nie... wystarczy mi już tego, co mam - powtórzyła, oddychając 
głęboko. 

Sigrid nie od razu odpowiedziała. Wstała z krzesła i otrzepała spódnicę. 
-  Pewnie masz rację - powiedziała tylko. - Muszę już wracać do domu. 
Po  jej  wyjściu  Mali  długo  siedziała  zapatrzona  w  dal.  Przypomniała  sobie  szczęśliwą 

twarzyczkę Oli Havarda, gdy pozwalali mu zostać w Stornes, jego rozpromienione oczy, gdy 
był  blisko  Havarda.  Powinien  się  dowiedzieć,  kto  jest  jego  ojcem,  pomyślała.  Ale  zaraz 
pojawiła  jej  się  przed  oczami  twarz  Laury.  Zadrżała  i  otarła  dłonią  twarz.  Nie,  lepiej  niech 
zostanie  po  staremu.  Jeśli  wyda  się,  że  Havard  jest  ojcem,  Laura  krążyć  będzie  nad  nimi 
niczym jastrząb, co do tego Mali nie miała żadnych wątpliwości. Użyje wszystkich środków, 
by Havard wziął na siebie jeszcze większą odpowiedzialność. Będzie grała mu na uczuciach, 
mówiąc,  że  chłopiec  go  potrzebuje,  podczas  gdy  tak  naprawdę  ona  sama  będzie  chciała  go 
zdobyć  dla  siebie.  Mali  przeszedł  zimny  dreszcz.  Gorzko  doświadczyła,  że  nie  należy 
lekceważyć Laury. Skoro najmłodsza córka Oppstadów już raz uwiodła Havarda, może jej się 
to udać znowu. Niech więc ta sytuacja pozostanie bez zmian. Lepiej, by mały Ola Havard rósł 
w nieświadomości, myślała, ale nie poprawiło jej to samopoczucia. 

Tego popołudnia Mali otrzymała list od Tordhild. Aż jej się zrobiło gorąco, gdy wzięła go 

do rąk. Pośpiesznie jednak ukryła kopertę w kieszeni fartucha. 

-  Nie otworzysz? - zdziwił się Havard, myjąc ręce przed podwieczorkiem. 
-  Zaraz  będziemy  jeść  -  odparła  krótko  Mali.  -  Przeczytam  sobie  potem,  gdy  już 

posprzątam. 

Havard posłał jej uważne spojrzenie, ale tylko skinął głową i siadł do stołu. Mali ledwie co 

zdołała przełknąć kromkę chleba, zupełnie jakby list w fartuchu ją parzył. Czego dowiedziała 
się Tordhild o Samuelu w jego macierzystym zborze w Oslo? Czy ustaliła cos konkretnego? 

-  Słyszysz, Mali? 
Wzdrygnęła się, gdy głos Havarda przedarł się przez jej niespokojne myśli. 
-  Co takiego? 
-  Dwudziestego szóstego listopada przyjeżdża rzeźnik. 
-  Dobrze - odparła. - Musimy tylko tak zaplanować pracę, by w tym czasie odłożyć inne 

zajęcia, bo pora uboju to chyba najgorętszy okres w roku. 

Zerknęła  na  Herborg  siedzącą  obok  Oi.  Dziewczyna  jadła  z  apetytem,  najwyraźniej 

przestały już ją męczyć nudności. 

-  Nauczysz się wielu nowych rzeczy - uśmiechnęła się do młodej gospodyni. 
-  Paskudne zajęcie - prychnęła Dorbet. - Nie zamierzam pomagać przy zabijaniu zwierząt, 

wiesz, mamo. 

-  Obu  wam  tego  zaoszczędzę  - zapewniła  Mali.  -  Ale  będziecie  musiały  uczestniczyć  w 

innych  pracach.  Ty  też,  Dorbet,  musisz  się  nauczyć,  jak  należy  postępować  z  krwią  i  jak 
dzielić  i  konserwować  mięso.  Jeśli  wszystko  ułoży  się  po  twojej  myśli,  sama  niedługo 
zostaniesz młodą gospodynią we dworze. 

-  W Granvold mają parę służących - rzuciła beztrosko Dorbet. 
-  Ale to gospodyni za wszystko odpowiada - upierała się Mali. 
-  Teraz w Granvold rządzi Marit - rzekła Dorbet, sięgając po chleb. - I myślę, że taki stan 

potrwa jeszcze przez wiele lat. 

I bardzo dobrze, jeśli chodzi o mnie - dodała lekko. 
-  Jeśli sądzisz, że Marit będzie cię traktować wyłącznie jako ozdobę dworu... 
-  Zamierzam uszczęśliwić jej syna i dać dworowi dziedzica - uśmiechnęła się Dorbet. - To 

chyba nie byle jakie zadanie? 

background image

-  Uważaj,  by  nie  popaść  w  konflikt  z  Marit  -  ostrzegła  Mali  córkę.  -  Póki  co  patrzy  na 

ciebie bezkrytycznie i nie dostrzega u ciebie żadnych wad, co trochę mnie dziwi - dodała z 
sarkazmem. - Ale jeśli będziesz udawać księżniczkę... Może okazać się zgryźliwa. 

-  Nie ją zamierzam poślubić - odparła krótko Dorbet. 
-  Wiem,  próbuję  cię  jedynie  ostrzec,  że  jeśli  skłócisz  się z  teściową,  czekają  cię  ciężkie 

dni. Kiedy mieszka się pod jednym dachem. .. - urwała i przypomniała sobie z niechęcią lata, 
kiedy sama była młodą gospodynią w Stornes rządzonym przez Beret. 

-  Dobrze już, dobrze - przerwała jej Dorbet. - Pomogę przy uboju. Ale może już zmieńmy 

temat? 

Mali  zostawiła  uprzątnięcie  ze  stołu  i  zmywanie  naczyń  Ane  i  Ingeborg,  sama  zaś 

wymknęła się na poddasze. Zapaliła świecę w sypialni i sięgnęła po list. Wygładziła kartkę i 
zaczęła czytać. 

  
Kochana Teściowo! 
Przede  wszystkim  dzi
ękuję  za  to,  że  mogliśmy  znów  pobyć  trochę  u  Was.  Bardzo  cenimy 

sobie Wasze towarzystwo, choć nie wszystko jest tak, jak być powinno. 

 
Mali  zwróciła  uwagę,  że  Tordhild  wyraża  się  już  całkiem  „po  miastowemu".  I  nic 

dziwnego, pomyślała. W Oslo starają się pewnie mówić tak jak inni jego mieszkańcy, choć 
może dbają też o zachowanie dialektu, głównie ze względu na Johannesa. Ale czy im się to 
uda?  Kto  wie,  może  gdy  przyjadą  tu  znowu,  Johannes  będzie  mówił  już  zupełnie  jak 
mieszczuch? Nie bardzo spodobała jej się ta myśl, ale porzuciła ją pochłonięta treścią listu. 

 
Johannes  nieustannie  opowiada  o  Was  wszystkich,  o  dworze,  zwierzętach  i  swojej  kotce. 

Często wspomina też Olę Havarda i wypytuje, kiedy znów do  Was pojedziemy. Obawiam się 
jednak, 
że przyjdzie mu jeszcze jakiś czas poczekać. Do końca jesieni Sivert jest bardzo zajęty. 
Ma  napi
ęty  program  koncertów  aż  do  Wigilii,  a  zimą  wyjazd  do  Was  to  nie  lada  wyprawa. 
Wi
ęc chociaż tak bardzo byśmy chcieli spędzić z Wami święta, zdecydowaliśmy, że obejdziemy 
je w tym roku w Oslo. 

Skontaktowałam  się  ze  zborem,  do  którego  należy  Samuel.  Ale  nie  tak  łatwo  jest  uzyskać 

jakieś  informacje.  Nie  można  tak  po  prostu  pójść  i  zapytać,  co  o  nim  wiedzą.  Pewnego 
wieczoru  wybrałam  si
ę  więc  na  spotkanie  modlitewne  i  starałam  się  nawiązać  kontakt  z 
zarz
ądzającym zborem. Udawałam, że szukam starego znajomego, Samuela Langmo, z którym 
nie  widziałam  si
ę  od  wielu  lat.  Owszem,  usłyszałam  odpowiedź,  Samuel  należy  do  zboru. 
Przez wiele lat pracował w Oslo i byt bardzo aktywnym kaznodziej
ą, a potem został wysłany 
jako  misjonarz  na  prowincj
ę,  by,  jak  to  ujął  jego  zwierzchnik,  „pobierać  nauki".  Podobno 
sprawował  posług
ę  w  wielu  różnych  miejscach,  ale  teraz  jest  w  Berkak.  Udawałam,  że  o 
niczym nie wiem. Człowiek, z którym rozmawiałam, wychwalał Samuela pod niebiosa. Mówił, 
ż

e Langmo jest wybitnym kaznodzieją, i wyrażał przekonanie, że jego zasługi dla krzewienia 

wiary  wśród  ludu  zostaną  docenione  i  z  czasem  wypracuje  sobie  wysoką  pozycję  w  Berkak. 
Ale gdy zapytałam o jego 
życie prywatne, czy na przykład ożenił się i tak dalej, zarządzający 
zborem  nagle  uci
ął  rozmowę.  Z  niechęcią  powiedział  mi,  że  takich  informacji  nie  udzielają
Trudno wi
ęc mi było ustalić coś więcej. Ale zagadnęłam o to samo także pewną kobietę, która 
siedziała  obok  mnie  podczas  spotkania.  Miała  około  trzydziestu  lat,  cho
ć  wyglądała  starzej. 
Była  blada,  zm
ęczona  i  zamknięta  w  sobie.  Wspomniałam  Samuela,  a  wtedy  ona 
poczerwieniała  i  zacz
ęła  się  dziwnie  zachowywać.  Spytałam  więc,  czy  go  zna,  ale  ona  tylko 
zacisn
ęła usta. Jestem jednak pewna, że ona coś wie! Pójdę więc tam jeszcze raz i spróbuję z 
niej  co
ś  wyciągnąć.  Odniosłam  wrażenie,  że  ona  potrzebuje  kogoś,  z  kim  mogłaby 
porozmawia
ć.  Niestety,  póki  co  to  wszystko,  czego  zdołałam  się  dowiedzieć.  Mimo  to  czuję
ba,  jestem  
święcie  przekonana,  że  z  Samuełem  coś  jest  nie  tak.  Moi  rozmówcy  bardzo  się 

background image

pilnowali,  by  nie  powiedzieć  za  dużo.  Ale  ja  nie  zamierzam  się  poddać.  Dowiem  się 
wszystkiego!  Musz
ę  jednak  postępować  rozważnie  i  uzbroić  się  w  cierpliwość.  Najpierw 
zdob
ędę zaufanie tej kobiety, o której wspomniałam. Jeśli ona zacznie mówić, sądzęże sporo 
si
ę wyjaśni. 

Myślimy  o  Was  nieustannie,  zwłaszcza  o  Ruth.  Tak  dalej  być  nie  może!  Boimy  się  o  nią

Mali. 

Dlatego uczynię wszystko, by poznać prawdę o Samuelu. Może dzięki temu Ruth zyska siłę

by  się  wyzwolić  z  tego  związku.  Zarówno  Sivert,  jak  i  ja  widzimy  w  tym  jedyny  ratunek  dla 
niej i dla młlej Marileny. 

Poza tym u nas wszystko dobrze. Wprawdzie Sivert wiele podróżuje, ale jakoś sobie radzę z 

Johannesem.  A  jak  tylko  jest  to  możliwe,  towarzyszymy  Sivertowi  w  podróżach,  o  ile  nie 
wyje
żdża  zbyt  daleko.  Trochę  się  to  zmieni  od  jesieni,  kiedy  Johannes  zacznie  chodzić  do 
szkoły. Ale nie martwmy si
ę na zapas! 

Mam  nadzieję,  że  czujecie  się  dobrze.  Ucieszyliśmy  się  z  wiadomości,  że  Oja  i  Herborg 

spodziewają  się  dziecka.  W  Stornes  pojawi  się  kolejne  pokolenie,  tak  jak  powinno  być
Planujemy  przyjazd  na  
ślub  Dorbet  w  maju  i  na  chrzciny  maleństwa,  które  się  urodzi.  Bo 
pewnie chrzciny wypadn
ą w porze naszych wakacji, więc uda nam się to pogodzić. Wakacje i 
w tym roku zamierzamy sp
ędzić w Stornes, o ile zgodzicie się na nasz przyjazd. 

Pozdrowienia dla wszystkich! Będę się starać uzyskać jakieś wiadomości o Samuelu. 
Przekazuj
ę  też  pozdrowienia  od  Siverta  i  Johannesa.  Jak  widzisz,  nasz  syn  przesyła 

rysunek  swojej  kotki.  Miałam  Cię  poprosić,  byś  powiesiła  go  w  izbie.  Przekaż  też 
pozdrowienia  dla  Oli  Hawarda  i  powiedz,  by  dobrze  opiekował  si
ę  kotką  Johannesa.  Zdaje 
si
ęże chłopcy tak się umówili. 

Pozdrawiam gorąco 
 Tordhild 
 
Mali siedziała z listem w ręku i zapatrzyła się w dal. Pochyliła się, czując bolesny uścisk w 

piersi.  To,  co  napisała  Tordhild,  w  zestawieniu  z  plotkami  przyniesionymi  przez  Sigrid, 
ciążyło jej w żołądku jak kamień. Trzeba w taki czy inny sposób nakłonić Ruth, by przejrzała 
na  oczy  i  zrozumiała,  że  Samuel  nie  jest  wart,  by  przy  nim  została.  On  zniszczy  jej  życie. 
Gdyby  tylko  udało  im  się  dowiedzieć  czegoś,  czego  nawet  Ruth  nie  byłaby  w  stanie 
tolerować! To jedyna możliwość. Ale czas nagli. Tordhild napisała, że boją się o Ruth. Mali 
też się bała, i to już od długiego czasu. 

 
-  Dostałaś dziś list - przypomniał sobie Havard, kiedy tego wieczoru układali się do snu. 
-  Tak, od Tordhild - odpowiedziała Mali, rozczesując włosy. 
-  Chyba nie stało się nie złego? 
-  Nie,  u  nich  wszystko  jak  najlepiej.  Ale  prosiłam  ją,  żeby  się  czegoś  dowiedziała  o 

Samuelu, kiedy tu byli ostatnio. Wiesz, jego macierzysty zbór znajduje się w Oslo. 

-  Sprawdzasz Samuela? - zdziwił się Havard. - Po co? 
-  Bo  mam  przeczucie,  że  ten  człowiek  nie  wszystko  nam  o  sobie  powiedział  -  odparła 

krótko. - Myślę, że on ukrywa jakieś świństwa. 

-  Ale jak to... 
-  Powiem ci wprost, Havardzie. Mam nadzieję, że Tordhild dowie się o Samuelu czegoś 

takiego,  co  przekona  Ruth,  że  większym  grzechem  będzie  pozostać  z  nim  w  związku 
małżeńskim niż go zostawić. 

Havard nie od razu odpowiedział. Podłożył rękę pod głowę i popatrzył na Mali. 
-  Spodziewasz się, że Tordhild dowie się czegoś szczególnego? - zapytał w końcu. 
-  Nie wiem - przyznała się Mali cicho. - Jedyne, czego jestem pewna, to że jest dla Ruth 

niedobrym mężem, Havardzie. Lękam się, że może całkiem zniszczyć naszą córkę. Ruth... 

background image

-  Snuje  się  jak  cień  -  dokończył  Havard.  -  Często  myślę  o  tym,  że  Dorbet  ma  rację, 

oskarżając nas, że nie ingerujemy i jesteśmy ślepi. 

-  Ależ nie jesteśmy! - sprzeciwiła się Mali. - Przecież widzimy, że coś się dzieje. Ale co 

można zrobić, jeśli nie ma się na tyle mocnych argumentów, by uderzyć pięścią w stół, a Ruth 
unika rozmów i dusi wszystko w sobie. 

-  A więc masz nadzieję, że Tordhild znajdzie coś na Samuela. .. Ale co na przykład? 
-  Jeśli  chodzi  o  misjonarza  Langmo,  wszystko  jest  moim  zdaniem  możliwe  - 

odpowiedziała cicho Mali. - Nawet to, że może mieć gdzieś żonę. Nie wiem. Ale spróbuję to 
ustalić, bo gdybym dowiedziała się czegoś takiego, nawet Ruth by... 

Odłożyła grzebień i przytuliła się do Havarda. 
-  Sigrid powiedziała mi, że po wsi krążą plotki - rzekła cicho. 
-  O Ruth? 
-  Nie, o Samuelu. Ludzie gadają, że swędzą go palce, gdy widzi młode dziewczęta, i po 

tych spotkaniach modlitewnych w domu ludowym co rusz któraś z nim zostaje. 

Mali  poczuła,  jak  ciało  Havarda  sztywnieje.  Na  moment  wstrzymał  oddech,  w  końcu 

zapytał chrapliwie: 

-  Czy to tylko plotki? 
-  Nie wiem - westchnęła Mali. - Nie wiem, Havardzie. Przez chwilę leżeli cicho. Słyszała 

tylko, jak łomocze jego serce. 

-  To  nie  może  być  prawda  -  wyszeptał  w  końcu  udręczony.  -  Samuel  nie  mógłby  robić 

czegoś takiego Ruth. Mówi się, że Bóg czuwa nad swoimi dziećmi - wyszeptał chrapliwie i 
przyciągnął ją do siebie. 

-  To nie dotyczy rodu Stornesów - odpowiedziała Mali cicho. - O nas Bóg zapomniał. 
-  Nie, jak możesz tak mówić - zaprzeczył cicho. - Spójrz na Siverta, przecież jemu dobrze 

się teraz wiedzie. I Oi, i Dorbet. .. - Odwrócił jej twarz ku sobie i pocałował ją w czoło. - A 
ty, Mali? Sądzisz, że Bóg o tobie zapomniał? 

Mali nie odpowiedziała. Zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do niego, usiłując stłumić 

płacz. 

Może  rzeczywiście  Bóg  o  niej  nie  zapomniał  i  dlatego  Ruth  doznaje  tylu  cierpień.  Jest 

bowiem napisane w Piśmie, że dzieci zapłacą za grzechy rodziców. 

-  Wierzysz,  Havardzie,  w  grzech  pierworodny?  -  chlipała  zrozpaczona.  -  Wierzysz,  że 

dzieci płacą za grzechy swoich rodziców? 

Mąż głaskał ją po plecach, by ją uspokoić. - Nie. Zresztą kto miałby dać temu początek? 

Ja, ja! - chciała zawołać Mali, ale zacisnęła usta. Wtuliła się tylko twarzą w jego gorącą szyję 
i gorzko zapłakała. 

   
ROZDZIAŁ 6. 
  
Do dworu przybył rzeźnik. Dziedziniec rozbrzmiewał kwiczeniem i rykiem przerażonych 

zwierząt. 

-  Idę do Granvold - wzdrygnęła się Dorbet. - Nie zamierzam tego słuchać! 
-  Nigdzie  nie  idziesz!  -  zaprotestowała  pośpiesznie  Mali.  -  Za  chwilę  wniosą  do  domu 

krew i będziesz pomagać mieszać. A potem trzeba będzie dzielić tusze. 

-  Boże  święty!  -  jęknęła  Dorbet  i  zerknąwszy  na  stojącą  przy  kuchennej  ławie  dziwnie 

bladą Herborg, zapytała: - Zniesiesz to? 

-  Ja... nie lubię tego - przyznała Herborg cicho, posyłając Mali ukradkowe spojrzenie. 
-  A kto lubi? - przerwała jej z irytacją w głosie Mali. - Ale tak czy inaczej trzeba to zrobić. 

Musimy  coś  jeść,  by  przeżyć.  Zresztą  jak  zdążyłam  zauważyć,  żadna  z  was  nie  gardzi  ani 
mięsem, ani słoniną. 

Herborg poczerwieniała gwałtownie i zmięła nerwowo szmatkę do zmywania. 

background image

-  Nie musisz na nią zaraz tak warczeć - wtrąciła się Dorbet i popatrzyła oskarżycielsko na 

matkę.  -  Może  ona  nie  przywykła  do  ludzi,  którzy  tak  naskakują  jak  ty  czasami.  Poza  tym 
spodziewa się dziecka, chyba nie zapomniałaś? W tym stanie kobieta jest bardziej wrażliwa, 
prawda? 

-  Nie chciałam na ciebie nakrzyczeć! - Mali objęła ramieniem synową i pogłaskała ją po 

bladym  policzku.  -  Być  może  zareagowałam  tak  zgryźliwie  dlatego,  że  sama  nie  lubię 
zabijania zwierząt - wyjaśniła. - Już jako mała dziewczynka nienawidziłam tego, że zabija się 
zwierzęta, którymi opiekowałam się przez cały rok. Ale jak mówię, to jest nasze pożywienie. 
Z czasem człowiek do tego przywyka - dodała pocieszająco. 

-  Nie wierzę - prychnęła Dorbet. - Ja chyba nigdy nie przywyknę. 
-  W takim razie nie pozostaje ci nic innego, jak się z tym pogodzić - rzekła Mali. - Ubój 

zwierząt stanowi nieodłączną część życia we dworze. Nie można robić tylko tego, co się lubi - 
dodała. - Gdyby zresztą tak było, Dorbet, niewiele byś robiła. 

Dorbet  spojrzała  na  matkę  zagniewanym  spojrzeniem,  ale  się  nie  odezwała.  Mali  stała 

wciąż koło Herborg i jeszcze raz pogłaskała ją po policzku. 

-  Źle  się  czujesz?  -  zapytała  przyjaźnie.  -  Rzeczywiście  w  czasie  ciąży  kobiety  nie 

najlepiej znoszą pracę przy sprawianiu mięsa. Dorbet ma rację. 

-  Nie, wszystko dobrze - uśmiechnęła się blado Herborg. - Poza tym muszę się jeszcze tyle 

nauczyć. Rozumiem, że trzeba wykonywać wszystkie prace, gdy się jest... 

-  To  przynajmniej  zwolnimy  cię  w  tym  roku  z  mieszania  krwi  -  przerwała  Mali,  by  ją 

pocieszyć. - Bo ciężarne kobiety zazwyczaj od tego mdli. 

W  tej  samej  chwili  otworzyły  się  drzwi  i  do  izby  weszły  Ane  i  Ingeborg,  niosąc  misy 

wypełnione  parującą  krwią.  Natychmiast  przystąpiły  do  mieszania.  Po  jakimś  czasie 
wniesione zostały tusze. Rzucono je na długą ławę. Najpierw oczyszczono je z tłuszczu, który 
odłożono na bok. Następnie wycięto kotlety i szynki. Nic się nie mogło zmarnować. Tłuste 
kawałki i resztki wrzucano do dużego wiadra, przeznaczając do zmielenia na kiełbasy, klopsy, 
rolady. 

Gdy Oja wniósł do izby kolejną tuszę, zatrzymał się na chwilę przy Herborg, która czyściła 

z tłuszczu jelita. Położył dłoń na jej ramieniu i zapytał troskliwie: 

-  Jak się czujesz? Pamiętaj, jeśli nie będziesz miała siły, powiedz mamie! 
Herborg zerknęła na niego z miłością i położyła na jego dłoni swą dłoń, uwalaną krwią i 

tłuszczem. 

-  Wszystko dobrze - odpowiedziała i uśmiechnęła się dzielnie. 
-  Bądź spokojny, będziemy pilnować, by się nie przeforsowała - wtrąciła się Mali. -  Idź 

już na podwórze, żeby pomóc. 

  
Kiedy jedli kaszę na kolację, przy stole było dziwnie cicho. Wszyscy odczuwali zmęczenie 

ciężkim dniem. Dorbet dłubała w talerzu, narzekała na ból w krzyżu i mówiła, że wprost nie 
czuje rąk. 

Właściwie  nie  znać  tego  po  niej,  pomyślała  Mali,  zerkając  na  córkę.  Owszem,  jest 

wykończona jak wszyscy, ale nic jej poza tym nie dolega. Wygląda zdrowo, jej gładka cera 
promienieje w poświacie lampy, a włosy lśnią jak złoto. 

-  Zresztą  wybieram  się  do  Granvold  -  oznajmiła  Dorbet  nieoczekiwanie.  -  Marit  chce 

zamówić  u  mnie  świece.  Twierdzi,  że  są  takie  wyjątkowe.  Pytała,  czy  nie  zechciałabym 
spędzić  u  nich  tego  dnia,  kiedy  będą  lać  świece,  tak  abym  uformowała  je  po  swojemu  - 
dodała.  -  Tym  sposobem  nie  musiałabym  nosić  stąd  gotowych.  -  Zerknęła  pośpiesznie  na 
matkę i zapytała: - Mogę? 

Mali  nie  od  razu  jej  odpowiedziała.  Posypała  szarą  kaszę  odrobiną  cukru  i  podała  dalej 

dzbanek z kwaśnym mlekiem. 

background image

-  Możesz - odezwała się w końcu. - Potrafisz formować przepiękne świece, dobrze więc 

rozumiem Marit. Już w zeszłym roku zachwycała się tymi świecami, które dostała od ciebie 
na  Boże  Narodzenie.  A  skoro  w  przyszłym  roku  będziesz  już  uczestniczyć  w 
przygotowaniach do świąt w tamtejszym dworze... 

Dorbet rozpromieniła się, a Mali poczuła bolesne ukłucie w piersi. Pomyślała, że bardzo 

jej  będzie  brakować  Dorbet,  gdy  córka  przeprowadzi  się  do  Granvold.  Nie  zawsze  łatwa  w 
obejściu, z czasem stała się ożywczym tchnieniem w tym domu. Mali uświadomiła sobie, jak 
bardzo kocha swoją najmłodszą córkę. I choć do Granvold było stąd niedaleko, a Mali była 
pewna, że będzie widywać Dorbet częściej niż teraz Ruth, to jednak żal jej się zrobiło, że nie 
będzie  jej  miała  w  domu.  Pozostawi  po  sobie  zauważalną  pustkę,  pustkę,  której  nikt  nie 
zastąpi. 

Obrzuciła  spojrzeniem  Herborg  i  Oję.  Jakie  to  szczęście,  że  ostatecznie  tych  dwoje  jest 

razem.  Wraz  z  upływem  lat  Oja  stał  się  wielką  radością  Mali.  Zewsząd  dochodziły  ją 
pochwały, że wyrósł na  znakomitego  gospodarza. A Herborg... Mali popatrzyła na synową. 
Będzie  im  dobrze  razem.  Ich  wzajemne  relacje  w  niczym  nie  będą  przypominać  koszmaru, 
jaki  zapamiętała  z  pierwszych  lat  w  Stornes,  gdy  rządziła  tu  Beret.  A  wkrótce  we  dworze 
zapanuje nowe życie, rozbrzmiewać tu będzie dziecięcy płacz i śmiech. Mali już nie mogła 
się tego doczekać. 

Popatrzyła  na  Havarda  i  cieplej  zrobiło  jej  się  na  sercu.  Na  jesieni  mąż  skończył 

czterdzieści  pięć  lat,  ale  jak  na  swój  wiek  świetnie  się  trzymał.  Przez  lata  pracy  w 
gospodarstwie zmężniał i nabrał krzepy. Jego włosy oprószyły się lekko siwizną na skroniach, 
ale było mu z tym do twarzy. 

Mali zarumieniła się, gdy podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy, jak gdyby wyczuł, 

ż

e na niego patrzy. Przez jego twarz przemknął uśmiech, który Mali odwzajemniła, nim znów 

spuściła wzrok. Ich życie można by uznać teraz za bardzo udane, gdyby tylko Ruth też było 
dobrze.  Na  myśl  o  najstarszej  córce  ścisnęło  jej  żołądek.  Odsunęła  talerz  z  kaszą,  bo  nagle 
poczuła, że więcej nic nie przełknie. 

  
Mali  sprzątała  właśnie  ze  stołu,  gdy  zadzwonił  telefon.  Ane  i  Ingeborg  byty  w  spiżarni, 

ż

eby  sprawdzić,  czy  kawałki  mięsa  przykryte  są  równo  solą,  Dorbet  pobiegła  do  Granvold, 

mężczyźni czytali gazety, a Herborg nalewała do cynkowej balii wodę na zmywanie. 

Mali wyszła na korytarz i podniosła słuchawkę. 
-  Halo? To ty, Mali? 
Dzwoniła  Helga.  Mali  nie  rozmawiała  ze  szwagierką  od  tego  dnia,  gdy  się  pogodziły  i 

rozstały  w  przyjaźni.  Wtedy  przekonywała  ją  z  żarem,  by  napisała  do  Ruth  Liny  do 
Trondheim i wyjaśniła wszystkie nieporozumienia, do których doszło między matką a córką. 

-  O, to ty, Helgo! Co słychać w Gjelstad? 
-  Teraz  już  wszystko  dobrze  -  zaszczebiotała  radośnie  Helga.  -  Zrobiłam  tak,  jak  mi 

mówiłaś. Napisałam do Ruth Liny. I dostałam od niej odpowiedź! 

-  Jak dobrze usłyszeć, Helgo! 
-  Wyobraź sobie, że przyjedzie na święta do domu! Pojawi się już w pierwszą niedzielę 

adwentu  i  zostanie  aż  do  Nowego  Roku.  No  i  będziemy  mieć  gościa.  Nie...  opowiem  ci 
wszystko, jak się zobaczymy. Bardzo serdecznie was zapraszam, ciebie i Havarda! 

Mali  aż  się  uśmiechnęła  do  siebie,  słysząc  Helgę  taką  szczęśliwą  i  podekscytowaną. 

Cieszyła się razem z nią. Przez moment aż ją to nawet zdziwiło. Zawsze miała problemy z 
Helgą. Sprawiały sobie  nawzajem wiele przykrości przez te wszystkie lata. Ale teraz już to 
minęło.  Mali  przypomniała  sobie,  jak  wiele  niezgody  i  gniewu  panowało  między  dworami 
Stornes i Gjelstad. Głównie przez starego gospodarza, pomyślała. Ale sama też miała w tym 
swój  udział.  Popełniła  niewybaczalny  grzech,  choć  zdołała  go  ukryć.  Wszystkich  oszukała, 
tylko gospodarz z Gjelstad bliski był wykrycia prawdy. Mali na samo wspomnienie poczuła 

background image

ciarki  na  plecach.  Trudno  się  dziwić,  że  zrodziły  się  z  tego  tylko  nieporozumienia  i 
nieprzyjaźń. 

-  Oczywiście, że przyjedziemy - odpowiedziała Mali. - Kiedy chcesz, byśmy się spotkali? 
-  Może  kiedy  już  Ruth  Lina  wróci  do  domu.  Pasowałoby  wam  odwiedzić  nas  w 

poniedziałek po pierwszej niedzieli adwentu? 

-  Oczywiście, że nam pasuje - uśmiechnęła się Mali. - Bardzo się cieszymy, Helgo! 
Przez moment w słuchawce zapadła cisza i Mali słyszała jedynie ciężki oddech Helgi. 
-  I  chciałam  tylko  jeszcze...  podziękować  ci  za  radę,  jakiej  mi  ostatnio  udzieliłaś  - 

odezwała się wreszcie cicho Helga. -Wiesz, że powinnam napisać i... 

-  To  dla  mnie  wielka  radość  słyszeć,  że  przyniosła  taki  dobry  skutek  -  odpowiedziała 

Mali. - Cieszę się razem z tobą. A co u Kristena? 

-  On to dopiero się cieszy, wiesz... On... my... Wszystko teraz stało się jakieś prostsze - 

zakończyła trochę niepewnie. 

Mali zrozumiała, co miała na myśli. Relacje między dwojgiem małżonków zapewne też się 

poprawiły.  Nic  nie  mogło  jej  bardziej  ucieszyć.  Może  nadchodzą  wreszcie  lepsze  czasy, 
zarówno w Gjelstad, jak i w Stornes? - pomyślała. Ale wtedy znów przypomniała jej się Ruth 
i westchnęła cicho. 

-  W  takim  razie  przyjedziemy  siódmego  -  rzekła  na  zakończenie  Mali.  - Dziękujemy  za 

zaproszenie. 

-  No  i  gratuluję  przy  okazji!  -  dodała  jeszcze  Helga.  -  Wieść  niesie,  że  w  Stornes 

oczekujecie dziedzica. Bardzo miła wiadomość! Spodziewam się, że wszyscy to przeżywacie! 

-  To prawda - przyznała Mali. - Już się cieszymy na to wielkie wydarzenie. 
-  Krótko  mówiąc,  w  końcu  wszystko  się  ułożyło  -  odezwała  się  cicho  Helga.  - 

Niezależnie, czy człowiek sobie na to zasłużył, czy nie - dodała. 

Mali  nie  wiedziała,  czy  Helga  ma  na  myśli  siebie,  czy  też  ją.  A  może  je  obie?  Prawdę 

powiedziawszy, obie miały na sumieniu to i owo. 

-  Tak to najczęściej bywa - przyznała i powtórzyła: - Przyjedziemy siódmego, Helgo. Już 

nie mogę się doczekać. 

Kiedy Mali wróciła do izby, Havard zerknął na nią pytającym wzrokiem znad gazety. 
-  Dzwoniła  Helga  -  wyjaśniła  Mali.  -  Ruth  Lina  przyjedzie  na  święta  do  domu!  A  my 

jesteśmy zaproszeni na siódmego. 

-  No, no - odezwał się Olav, przekładając z szelestem strony w gazecie. - Czyżby w obu 

dworach zapanował duch świątecznego pojednania? Nie sądziłem, że... 

-  Wszystkiego  nie  musisz  wiedzieć  -  przerwała  mu  Mali  ostrzej,  niż  zamierzała.  -  A 

odrobina świątecznej zgody jest nie do pogardzenia - dodała. 

-  Nie miałem nic złego na myśli - tłumaczył się Olav, podnosząc wzrok. - Ale jak się tak 

jak  ja  spędziło  już  ładnych  parę  lat  tu  we  dworze,  to  akurat  Gjelstad  nie  kojarzy  się  ze 
zgodnym sąsiedztwem. 

- Na  szczęście  teraz  się  wszystko  zmieniło  i  oby  tak  już  zostało  -  rzekł  Havard  ze 

spokojem.  -  Nie  ma  nic  gorszego  jak  nieprzyjaźń  -  ciągnął,  śliniąc  palec  i  przewracając 
kolejną stronę w gazecie. - Ciekawe, jakie skutki będzie miała polityka Hitlera. Obawiam się, 
ż

e to nie skończy się na lokalnych zamieszkach. 

-  Myślisz, że może dojść do wybuchu wojny? - zapytał Aslak z powagą. 
-  Nie wiem - odparł Havard z namysłem. - Ale na coś się zanosi. Wystarczy mała iskra, by 

rozpętał się pożar. 

-  Ale  przecież  nas  to  nie  dotyczy,  prawda?  -  spytała  Ingeborg,  patrząc  z  niepokojem  na 

mężczyzn czytających gazety. 

-  Jeśli wybuchnie wojna, nigdy nie wiadomo - odparł Havard. - Weźmy na przykład wojnę 

domową  w  Hiszpanii.  Skoro  nawet  ludzie  z  jednego  kraju  mogą  walczyć  przeciwko  sobie, 
wszystko  jest  możliwe.  A  to,  co  się  działo  w  Berlinie,  nie  zwiastuje  nic  dobrego  -  dodał 

background image

ponuro. - Olimpiada bardziej przypominała  gigantyczny wiec propagandy  nazistowskiej niż 
sportowe  zmagania.  A  nazizm...  -  przeczesał  dłonią  włosy  i  przewrócił  stronę.  -  Nazizm  i 
Hitler mnie przerażają. 

Mali nic nie powiedziała. Niemcy i Hitler wydawali jej się daleko. Pomyślała ze smutkiem, 

ż

e  nie  trzeba  jechać  aż  do  Hiszpanii,  by  przeżyć  wojnę  domową.  Wystarczy  zajrzeć  na 

Wzgórze. 

  
Ś

wiąteczny miesiąc zaczął się wichurami i silnymi zamieciami. Mężczyźni zmagali się z 

odśnieżaniem,  by  utrzymać  przejezdność  drogi.  Tymczasem  w  izbie  w  Stornes  zapanował 
ś

wiąteczny  nastrój.  Tak  jest  zawsze,  pomyślała  Mali.  Kiedy  pomieszczenie  napełnia  się 

zapachem  łoju,  a  na  patykach  ociekają  i  twardnieją  czerwone  świece,  wtedy  nadchodzi  ów 
nastrój oczekiwania. Od dzieciństwa towarzyszyło jej to samo odczucie. 

Poprosiła  Ruth,  by  przyszła  i  pomogła  przy  laniu  świec,  bo  pomyślała,  że  córce  dobrze 

zrobi, jeśli się trochę uwolni od towarzystwa Samuela. Poza tym wiedziała, jak bardzo Ruth 
lubi to zajęcie. Z nostalgią wspominała wszystkie te szczęśliwe lata, gdy rokrocznie zaczynali 
przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Wydawało jej się, jakby minęły dziesięciolecia, 
i nagle posmutniała. 

Nie  była  pewna,  czy  Ruth  zechce  przyjść,  ale  córka  pojawiła  się  pomimo  zamieci  z 

Marileną ubraną w ciepłe samodziałowe ubranka i owiniętą grubym pledem. 

-  Och, jak dobrze, że jesteście - powitała je Mali radośnie i wzięła od Ruth Marilenę. - 

Chyba zostaniecie cały dzień, co? Samuel może też zjeść z nami obiad. 

-  Nie  ma  go  w  domu  -  odpowiedziała  Ruth,  otrzepując  szal  ze  śniegu.  -  Pojechał  się 

spotkać z uczestnikami spotkań rekolekcyjnych, bo go o to prosili - dodała, unikając wzroku 
matki.  -  Nie  wiem  dokładnie,  o  co  chodzi,  powiedział  jedynie,  że  nie  będzie  go  przez  cały 
dzień i mam na niego nie czekać z jedzeniem. 

-  Ale przecież rekolekcje się już chyba skończyły? - zapytała Mali, czując, jak ogarnia ją 

niepokój. Przypomniały jej się plotki, że Samuel wykorzystuje młode dziewczyny. 

-  Owszem, ale wielu nawróconych potrzebuje wzmocnienia duchowego - wyjaśniła Ruth. 

- Samuel, nim pojechał, tłumaczył, jak ważne jest, by wspierać tych, co się nawrócili. 

Mali o nic więcej nie pytała. Nie chciała niepotrzebnie niepokoić Ruth. Wyglądało na to, 

ż

e  do  córki  nie  dotarły  plotki  krążące  o  Samuelu,  bo  z  takim  spokojem  wyjaśniła  powód 

wyjazdu  męża.  Doprawdy  ta  dziewczyna  i  bez  tego  ma  dość  zmartwień,  pomyślała  Mali  i 
popatrzyła zatroskana na najstarszą córkę. Nie będę jej dodatkowo denerwować, opowiadając, 
o czym we wsi aż huczy. 

Za każdym razem, gdy patrzyła na Ruth, ogarniała ją bezsilność. Ściskało ją w żołądku na 

widok wychudzonej i bladej córki. Nie tak miało wyglądać jej życie! 

-  Popatrz, już całkiem wyrósł jej pierwszy ząbek - powiedziała Mali i podniosła w  górę 

Marilenę. Mała roześmiała się i otwierając buzię, ośliniła ją. - I zdaje się, że obok też widzę 
coś białego. Nasza dziewczynka będzie mieć wkrótce dwa ząbki! 

-  Wcześnie  -  stwierdziła  Ane.  -  Zwykle  dopiero  półrocznym  dzieciom  rosną  pierwsze 

zęby. 

-  Bardzo jej to dokucza - rzekła Ruth. - Gryzie wszystko, co chwyci do buzi, i strasznie się 

ś

lini. 

-  Pamiętam,  jak  tu  we  dworze  dzieci  ząbkowały  -  wtrąciła  się  Ingeborg.  -  Okropność. 

Płakały  i  marudziły,  a  przez  długi  czas  nawet  miały  rozstrój  żołądka.  Bywało,  że  były 
odparzone. A wtedy jak nie zęby, to dokuczało im pieczenie pupy - dodała i wzdrygnęła się. 

-  Tak to już jest, gdy dzieci ząbkują - stwierdziła ze spokojem Ane. - Zawsze to samo. 
Ruth nie odpowiedziała, ale Mali zauważyła cień, jaki przemknął jej po twarzy, i domyśliła 

się,  że  córce  nie  jest  teraz  lekko  z  ząbkującym,  marudnym  dzieckiem  i  mężem,  który  nie 
może znieść dziecięcego płaczu. Nic jednak nie powiedziała. 

background image

Otworzyły się drzwi i do izby weszła Dorbet. 
-  A któż to do nas przyszedł! - rozpromieniła się i wyciągnęła ręce do Marileny. - Przyszła 

kruszynka cioci, tak? 

Marilena uśmiechnęła się do Dorbet i roześmiała się uszczęśliwiona, kiedy ta wzięła ją na 

ręce, pocałowała i pogłaskała po główce. 

-  Widzieliście, jak urosły jej włoski? - zapytała z dumą, zupełnie jakby trzymała na rękach 

własną córeczkę. - A jaki śliczny ząbek! Pokaż malutka cioci, no, pokaż! - A potem Dorbet 
spojrzała na Ruth i powiedziała: - Ona jest po prostu śliczna, Ruth. Strasznie lubiliśmy z Olą 
się  nią  opiekować.  Jest  taka  grzeczna.  Gdy  zjadła  swoją  wieczorną  kaszkę,  zasypiała  jak 
aniołek. 

Tak, tak, Dorbet i Ola bardzo sobie chwalili wieczory, które mogli spędzać we dwoje na 

Wzgórzu, pomyślała z przekąsem Mali. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by się domyślić, czym 
się zajmowali, gdy Marilena zasypiała. Ale trzeba też przyznać, że okazali Ruth nieocenioną 
pomoc,  bo  dzięki  temu  mogła  uczestniczyć  w  spotkaniach  rekolekcyjnych,  zgodnie  z 
żą

daniem  Samuela.  Przynajmniej  więc  choć  z  tego  powodu  uniknęła  awantury.  A  Mali  w 

gruncie  rzeczy  nie  zamartwiała  się  już  o  Dorbet.  Przecież  i  tak  mieli  się  z  Olą  niebawem 
pobrać. 

Dzień upłynął im w miłym nastroju, było niemal tak jak kiedyś, pomyślała Mali. Nawet 

Ruth trochę odtajała i włączyła się do rozmowy. Ane przyrządziła duży gar zupy na mięsie 
już  wcześniej,  tak  by  nie  trzeba  było  odrywać  się  od  pracy  na  przygotowywanie  posiłku. 
Wystarczyło  odpowiednio  wcześniej  wstawić  garnek  na  piec,  by  obiad  był  gorący,  gdy 
przyjdą mężczyźni. 

-  Mhm,  świąteczny  obiad,  zupa  na  mięsie  -  odezwała  się  Ruth,  wdychając  zapachy,  bo 

powoli woń zupy zmieszała się z zapachem gorącego łoju. 

-  Bo dziś jest właściwie święto - uśmiechnęła się Mali. - Wraz z laniem świec wkraczamy 

w czas przygotowań do Bożego Narodzenia. Trzeba to uczcić. 

Gdy wszystkie kobiety formowały zwykłe świece, które później układano w używanych do 

tego celu od lat pudełkach, Dorbet zajmowała się swoimi. 

-  Och, jakie są piękne! - westchnęła Ruth, podnosząc jedną z oryginalnych świec siostry. - 

Ty masz też zdolności artystyczne, Dorbet, zupełnie jak mama. 

-  Czy ja wiem? - odrzekła Dorbet, ale rozpromieniła się dumna i zadowolona, że wszyscy 

zwrócili uwagę na jej dzieła. - Pomyślałam sobie, że dostaniesz w tym roku parę takich świec 
ode  mnie,  Ruth.  W  zeszłym  roku  podarowałam  je  Marit,  ale  tym  razem  będę  pomagać  lać 
ś

wiece w Granvold, umówiliśmy się na jutro, więc te weźmiesz ty. 

-  No coś ty! - zaprotestowała Ruth, rumieniąc się z radości. - Sądzę, że są takie piękne, że 

aż szkoda je palić. 

-  To  postawisz  je  sobie  dla  ozdoby  -  stwierdziła  Dorbet.  -  Przecież  po  raz  pierwszy 

będziesz w tym roku przystrajać świątecznie własny dom. 

Blask w oczach Ruth jakby przygasł. Otarła pośpiesznie ręką twarz. 
-  Wigilię spędzicie tu razem z nami we dworze - przypomniała Mali. - Samuel chyba się 

na to zgodził? 

-  No  jasne,  że  przyjdą  -  prychnęła  Dorbet.  -  Po  co  by  mieli  siedzieć  całkiem  sami  na 

Wzgórzu. Co to by była za Wigilia, tylko ty i Samuel! 

-  Mamy Marilenę... 
-  Przecież ona zaśnie - stwierdziła Dorbet, obracając świecę tak, że powstał piękny wzór. 
-  Przyjdziemy  -  zapewniła  pośpiesznie  Ruth  i  dodała,  nie  podnosząc  wzroku:  -  Samuel 

ucieszył się z zaproszenia. 

Mali domyśliła się, że Ruth kłamie. Samuel na pewno nie chciał przyjść. Nie lubił, gdy nie 

na  nim  przez  cały  czas  koncentrowała  się  uwaga.  A  w  Stornes  nigdy  nie  grał  pierwszych 
skrzypiec.  Parę  osób  dokładało  starań,  by  tak  się  nie  stało.  Jeśli  w  końcu  się  zgodził,  to 

background image

pewnie  tylko  dlatego,  że  uznał,  iż  tak  będzie  taniej.  Przyjdą  przecież  do  suto  zastawionego 
stołu.  Chociaż.  ..  I  tak  wszystko,  co  mieli,  otrzymywali  z  dworu:  ziemniaki,  jagnięcinę, 
wieprzowinę, kiełbasy. Misjonarz nie łożył wiele na swoją rodzinę. Ale Mali nie ze względu 
na niego nosiła na Wzgórze różne przysmaki. Robiła to dla Ruth i Marileny. Miała bowiem 
wrażenie,  że  inaczej  Ruth  nie  miałaby  co  włożyć  do  garnka.  Nie  widziała  też,  by  córka 
dostała coś nowego do ubrania, odkąd wyprowadziła się z domu. Samuel uważał zapewne, że 
to niepotrzebny zbytek, myślała ze złością. Sam jednak chodził wystrojony. 

„Nie  przystoi  inaczej  człowiekowi  z  moją  pozycją"  -  powiedział  Mali  kiedyś,  gdy 

wytknęła mu zakup kolejnego garnituru. Ruth traktowana była przez niego jak inwentarz. 

  
Kiedy  Ruth  wróciła  z  Marileną  do  domu,  Samuela  jeszcze  nie  było.  Poczuła  niepokój, 

ujrzawszy pogrążony w mroku dom. Była już prawie piąta. Gdzie on jest, na Boga, i z kim? 

Zdążyła zapalić świece i dorzuciła drew do pieca, bo niemal całkiem się wypaliło. Drewno 

szybko  zajęło  się  ogniem.  Zadygotała,  bo  w  domu  jak  zwykle  panował  chłód.  Właściwie 
nigdy  się  tu  porządnie  nie  nagrzało.  Ojciec  obiecał  jej,  że  uszczelni  ściany,  gdy  nadejdzie 
wiosna. Powiedział, że nawet już znalazł ludzi, którzy się tym zajmą, i przy okazji rozbudują 
dom.  Tak  więc  w  następną  zimę  będzie  być  może  lepiej,  pomyślała  Ruth,  zostawiając 
uchylone drzwiczki do pieca. Tyle że ta zima jeszcze długo potrwa. 

Przewinęła  Marilenę  i  ugotowała  dla  niej  kaszkę,  a  potem  nachyliła  się,  by  dorzucić 

jeszcze  drew  do  pieca.  Kiedy  się  wyprostowała,  zakręciło  jej  się  w  głowie.  Chwyciła  się 
brzegu  stołu  i  złapała  się  za  głowę.  Miała  wrażenie,  że  izba  kręci  się  wokół  niej  powoli, 
wywołując w niej mdłości. Po chwili podeszła do miednicy, nabrała chochlą wody z wiadra i 
opłukała  twarz.  Pomogło.  Zawroty  głowy  ustąpiły,  ale  wciąż  było  jej  niedobrze.  Chyba 
zaszkodziła mi ta zupa na mięsie, przemknęło jej przez myśl. Nie przywykła do tak obfitych 
posiłków na co dzień, a przecież w Stornes zjadła więcej niż zwykle, bo tak jej smakowało. 

Położyła  Marilenę  w  kołysce  i  usiadła  na  krześle  przy  oknie,  by  czekać  na  Samuela.  I 

wtedy  nagle  doznała  olśnienia.  Prawda  uderzyła  w  nią  jak  fala  przypływu.  Ruth  jęknęła  i 
poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Zrobiło jej się nagle strasznie zimno. Jęczała niczym 
ranne zwierzę, trzymając dłoń na brzuchu. 

To nie może być prawda! Dobry Boże, nie pozwól, by to była prawda! Nie zniosę tego, by 

kolejne dziecko miało rosnąć w tym piekle i cierpieć z powodu złego ojca! 

Zaślepiona  łzami  wpatrywała  się  w  ciemnościach  na  usiane  gwiazdami  niebo.  Gwiazdy 

były tak daleko, widziała tylko słabe migoczące punkciki. 

-  Dobry Boże! Spraw, by to nie była prawda! - płakała. - Kochany, dobry Boże! 
Ale wiedziała, że się nie myli. Znów spodziewała się dziecka. 
   
ROZDZIAŁ 7. 
  
Ruth siedziała przy oknie pogrążona w apatii. W głowie kłębiły jej się myśli, od których 

popadała w głęboką rozpacz. Czuła się tak, jakby chłód w izbie powoli przenikał jej ciało i 
duszę.  Nie  miała  pojęcia,  który  to  miesiąc  ciąży,  ale  gdy  dokładnie  rozważyła,  uznała,  że 
może pierwszy, a najwyżej drugi. Po urodzeniu Marileny nie wróciły jej jeszcze miesięczne 
krwawienia, ale nie było w tym nic niepokojącego. Często młoda matka dostawała miesiączki 
dopiero wtedy, gdy przestawała karmić dziecko piersią. A ona wciąż karmiła Marilenę. Tak 
więc  przeświadczenie,  że  to  dopiero  początek  ciąży,  opierało  się  raczej  na  intuicji  niż  na 
pewności. 

Gdyby nie Marilena, moje życie nie miałoby sensu, pomyślała Ruth niejasno. Wszystko, w 

co  wierzyłam  i  o  czym  snułam  marzenia,  oddając  się  Samuelowi,  legło  w  gruzach.  Bo  on 
okazał się kimś innym niż tym, za kogo go uważałam. To zły człowiek, a może chory, bo nikt 
normalny  nie  mógłby  dręczyć  drugiego,  tak  jak  on  dręczył  ją  i  upokarzał.  Jednakże  ją 

background image

traktował w taki sposób to jedno, ale że gwałtowne wybuchy  gniewu i szaleństwa kierował 
przeciwko własnej córce... 

Ruth  spędziła  wiele  bezsennych  nocy,  zastanawiając  się,  czy  powinna  zostawić  męża. 

Błagała Boga o odpowiedź, prosiła, by dał jej jakiś znak i wskazał jej drogę. Czytała Biblię, 
także  tam  szukając  wskazówek,  płakała  i  się  modliła.  Ale  za  każdym  razem  dochodziła  w 
końcu do przekonania, że powinna trwać przy mężu. Małżeństwo jest świętym sakramentem 
ustanowionym  przez  Boga.  Poza  tym  przecież  zawarła  umowę  z  Samuelem,  obiecując 
milczeć i trwać przy nim, o ile on zostawi Marilenę w spokoju. A od tej umowy nie chciała 
odstępować, ponieważ obawiała się jego zemsty. 

A może to właśnie jest znak od Boga, pomyślała nagle. Może ta ciąża ma mi uświadomić, 

ż

e nie powinnam rozbijać rodziny. Że należy trzymać się razem, pomimo wszystko, bo taki 

jest obowiązek chrześcijanina. 

Ruth otarła lodowatą dłonią mokry od łez policzek. To niemożliwe! Dzieci nie powinny 

wychowywać  się  w  takich  warunkach,  jakie  panują  w  tym  domu.  Dzieci  powinny  czuć  się 
bezpieczne i szczęśliwe. Oddając się Samuelowi, wierzyła, że stworzą razem taką rodzinę. Że 
ktoś taki jak on, sługa Boży, zapewni jej i dzieciom bezpieczne, pobożne życie w spokojnym 
domu pełnym miłości. 

Teraz już znała prawdę. Samuel nie znosił dziecięcego płaczu. Nie tolerował ani jej,  ani 

Marileny.  Założył  rodzinę  tylko  dla  zachowania  pozorów.  Chciał  uchodzić  za  statecznego 
męża i ojca, wierząc, że pozwoli mu to na spełnienie ambicji i osiągnięcie wyższej pozycji w 
zborze.  Nie  kochał  jej,  tego  już  Ruth  była  pewna.  Nigdy  nie  kochał.  Oszukał  ją  i  nadal  to 
robił. Wzdrygnęła się na wspomnienie tego, co zobaczyła w domu ludowym. Pod powiekami 
przesunął jej się obraz młodej dziewczyny, wyginającej się z bólu, gdy Samuel pozbawiał ją 
dziewictwa. Pozwalał sobie na wszystko, cokolwiek by to było, myślała z goryczą, byle tylko 
zaspokoić swoje własne żądze i potrzeby. 

Ale gdyby teraz urodziła mu jeszcze jedno dziecko... Ruth zacisnęła dłonie na kolanach i 

zaszlochała. Piekącymi oczyma wypatrywała gwiazd i nagle, zupełnie jakby spłynęła po nitce 
księżycowego blasku, przyszła jej do głowy pewna myśl: Musi pozbyć się tego dziecka! Nikt 
na razie jeszcze o nim nie wie. I nikt się nigdy nie dowie! A dziecko przynajmniej nie będzie 
musiało żyć w tym piekle, które Samuel zgotował jej i Marilenie. To dziecko nigdy się nie 
urodzi! 

Ale zaraz chwycił ją strach, bo przecież czy wolno jej odbierać komuś życie? Nikt nie ma 

takiego prawa! Wolą Bożą jest, by urodziła jeszcze jedno dziecko. Dzieci są darem Bożym, 
darem, który winno się przyjąć z wdzięcznością i radością, a nie doprowadzać do usunięcia 
płodu... 

Ruth drżała na całym ciele. To byłby grzech, niewybaczalny grzech. Ale przecież ja i tak 

już zgrzeszyłam, pomyślała niejasno. Tak czy inaczej czeka mnie wieczne potępienie. Jeden 
grzech więcej, jeden mniej, jakie to może mieć znaczenie? I tak trafię do piekła. A jeśli w ten 
sposób mogę zaoszczędzić maleńkiej istocie cierpień, na jakie byłaby narażona w tym domu, 
to chętnie to uczynię. Tylko że muszę się śpieszyć. 

Wstała i zaczęła się przechadzać niespokojnie po izbie. Jak to zrobić? - zastanawiała się. 

Słyszała  o  różnych  sposobach:  na  przykład  picie  wywarów  z  ziół,  moczenie  nóg  w  gorącej 
wodzie, wreszcie usunięcie płodu drutem do robienia skarpet. 

Tylko  muszę  uczynić  to  tak,  bym  sama  przy  tym  nie  umarła,  pomyślała  nagle, 

przypominając sobie opowieści o kobietach, które umarły z powodu krwotoku. Słyszała, że 
często  się  tak  zdarza,  choć  oczywiście  rodziny  zmarłych  kobiet  ukrywały  prawdziwą 
przyczynę ich śmierci. Bo jeśli ja umrę, Marilena zostanie z Samuelem, a do tego nie mogę 
dopuścić. Muszę żyć ze względu na nią. I nikt się nie może dowiedzieć, co zrobiłam. Nikt. 
Nawet mama. 

background image

Dlatego  właśnie  Ruth  nie  mogła  nikogo  prosić  o  pomoc,  choć  wiedziała  o  znachorkach, 

które pomagały usuwać płód. 

Nie,  ten  grzech  musi  wziąć  na  swoje  sumienie.  Ale  poradzę  sobie,  pomyślała  Ruth. 

Wyprostowała  się  i  otarła  dłonią  piekące  oczy.  Zniesie  wszystko,  byleby  uratować  to 
maleństwo od takiego ojca jak Samuel i piekła, jakie by czekało je w tym domu. 

Półprzytomna nalała wody do saganka. Dorzuciła do pieca tyle drew, ile się pomieściło, i 

przyniosła z korytarza wiadro. Niepewnie jednak zerkała w okno, obawiając się, że w każdej 
chwili może wrócić Samuel. 

Po jakimś czasie, gdy okna zaparowały, Ruth zdjęła saganek i napełniła wiadro do połowy 

gorącą wodą. Następnie ściągnęła grube pończochy i usiadła na krześle przy oknie. Wytarła 
szybę, by obserwować, kiedy przyjdzie Samuel. Ostrożnie zamoczyła nogi w wiadrze. Woda 
była tak gorąca, że aż jęknęła, zacisnęła jednak zęby i wytrzymała. Nie było innego wyjścia. 

Ruth  nie  pamiętała,  jak  długo  tak  siedziała  z  nogami  w  wiadrze.  Ciepło  odurzyło  ją  i 

musiała chyba zasnąć. Nagle usłyszała zatrzymujące się pod domem sanie i aż podskoczyła. 
Szybko wyjęła ognistoczerwone nogi z wiadra, wylała wodę i wyniosła wiadro na korytarz. 
Zanim Samuel wszedł do środka, zdążyła włożyć obie pończochy na nogi. . 

-  A co tu się dzieje? - huknął od progu, zobaczywszy zaparowane okna. - Co to, łaźnia? 

Zwariowałaś, babo? - zawołał, gdy zobaczył saganek, w którym bulgotał wrzątek. 

Ruth pośpiesznie sięgnęła po wiadro z zimną wodą i dolała do saganka. 
-  Ja... moczyłam nogi w ciepłej wodzie - wymamrotała zalękniona. - Czuję, że zbiera mi 

się na przeziębienie, a wtedy pomaga, jeśli się... 

-  Oszczędź mi tych szczegółów! - rzucił krótko. - Nie obchodzi mnie, co ty tu robisz. 
-  Chcesz coś zjeść? 
Przez jego twarz przemknął dziwny uśmiech, a oczy mu zalśniły. 
-  Nie, nie chcę - odpowiedział. - Jestem syty... pod każdym względem. 
Ruth  odwróciła  się.  Domyślała  się,  co  sugeruje  mąż,  ale  wolała  tego  nie  roztrząsać. 

Ostrożnie  stawiając  kroki,  doszła  do  stołka,  gdzie  stało  wiadro  z  wodą.  Stopy  miała 
poparzone, więc każdy krok sprawiał jej ból. 

-  Chodzisz  jak  kaczka  -  skomentował  to  pogardliwie.  -  Doprawdy,  jesteś  taka  brzydka, 

Ruth. 

Ruth  nie  odpowiedziała.  Wzięła  ostrożnie  na  ręce  śpiące  dziecko  i  skierowała  się  ku 

drzwiom. 

-  Położę się - rzekła cicho. - Nie czuję się zbyt dobrze. 
-  A kołyska? 
-  Myślałam, że może ty ją mógłbyś wnieść na górę. 
-  To  pomyśl  lepiej  jeszcze  raz  -  odparł  chłodno.  -  Sama  musisz  ponosić  konsekwencje 

swoich idiotycznych wymysłów. Nie ja chciałem, by kołyska stała w sypialni. 

-  Ale dziś w nocy chyba nie będę potrzebowała kołyski, więc... 
Wpił w nią swoje rozpalone dziwnym blaskiem oczy. Tego spojrzenia zawsze się lękała. 
-  Owszem, będziesz potrzebować - rzekł spokojnie. - Owszem, moja droga Ruth! 
  
Kiedy następnego dnia Dorbet pojawiła się w Granvold, kobiety zdążyły już zacząć lanie 

ś

wiec. 

-  O proszę - uśmiechnęła się do niej Marit. - Przyszła nasza artystka. 
Dorbet zarumieniła się, słysząc szczerą pochwałę w głosie Marit. 
-  E  tam,  żadna  ze  mnie  artystka  -  rzekła.  -  Cieszę  się  jednak,  że  mogę  pomóc  tu,  we 

dworze. 

-  No, a ja już się cieszę na te twoje piękne świece - rozpromieniła się Marit zadowolona. - 

W zeszłym roku wywołały ogólny podziw. Poza tym to trochę przedsmak tego, co nas czeka 
w przyszłym roku. Pomyślałaś, Dorbet, o tym, że będziesz uczestniczyć w przygotowaniach 

background image

do następnych świąt Bożego Narodzenia już jako młoda gospodyni? Ja nie mogę w to wprost 
uwierzyć! 

Rzeczywiście,  Dorbet  także  trudno  było  sobie  wyobrazić,  jak  to  będzie.  Poczuła  lekki 

niepokój, ale szybko go od siebie odsunęła. Wierzyła, że będzie jej dobrze w Granvold. Ola 
już  teraz  nosi  ją  na  rękach,  a  z  Marit  nie  powinna  mieć  żadnych  kłopotów,  bo  przyszła 
teściowa  wprost  ją  ubóstwiała.  Muszę  się  tylko  postarać,  by  nie  zmieniła  do  mnie 
nastawienia, a życie we dworze będzie dobre pod każdym względem. Dobre, choć nudne, to 
akurat trochę ją męczyło. Chętnie wybrałaby coś bardziej ekscytującego niż zwyczajne życie 
młodej gospodyni we dworze. Marzyła o tym, by podróżować, zwiedzać obce kraje i spotykać 
ciekawych  ludzi.  Ale  to  tylko  marzenia!  Mama  powtarzała  jej  to  tak  często,  że  prawie  jej 
uwierzyła, iż takie wymysły są nieosiągalne. W rzeczywistości będzie się uwijała we dworze. 
Może  będą  z  Olą  chodzić  na  zabawy  albo  częściej  niż  to  przyjęte  zapraszać  gości.  Nie 
zamierzała w każdym razie stać przy piecu lub zagniatać ciasto na chleb przez resztę życia. 

Przez  jakiś  czas  liczyła  na  to,  że  mama  zabierze  ją  ze  sobą  do  Ameryki  za  rok.  Taka 

podróż byłaby dla niej wielką przygodą. Ale za rok będzie już młodą mężatką, a chorobliwie 
zazdrosny  Ola  za  nic  w  świecie  jej  nie  puści.  A  o  przesunięciu  terminu  ślubu  w  ogóle  nie 
mogło  być  mowy.  Nawet  nie  miała  odwagi  o  tym  wspomnieć.  Poza  tym  z  reakcji  matki 
domyśliła  się,  że  i  tak  by  jej  nie  zabrała  ze  sobą.  Dorbet  często  jednak  wspominała  to,  co 
powiedział Martin Bakken przy okazji swojej ostatniej wizyty w Stornes. Że Ameryka to kraj 
dla takich jak ona. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że miał rację. Kto wie, czyby tam 
nie została. 

-  Co tak się rozmarzyłaś, dziewczyno? - Marit chwyciła ją za ramiona i roześmiała się. - 

Pewnie  stęskniłaś  się  za  Olą?  Przyjdzie  na  obiad!  Wiesz,  że  codziennie  mężczyźni  pracują 
teraz przy wyrębie, więc i on nie może kręcić się tylko przy domu. Choć oczywiście miał na 
to  wielką  chęć,  poznałam  po  jego  minie,  kiedy  jadł  rano  śniadanie  -  dodała  z  uśmiechem  i 
promieniejąc  dobrocią,  pogłaskała  Dorbet  po  włosach.  -  Zapowiedziałam,  że  Ola  ma  mieć 
wolne po podwieczorku, a do tej pory, jak sądzę, i my uporamy się ze wszystkim. Wtedy ty 
też dostaniesz wolne i będziecie mieli trochę  czasu dla siebie, ty i Ola - dodała z błyskiem 
rozbawienia w oku. 

Służące  także  zachichotały,  ale  Dorbet,  choć  poczuła  się  trochę  zakłopotana,  nic  nie 

powiedziała. 

-  Słyszałam,  że  młody  dziedzic  Stornes  z  żoną  oczekują  dziecka  -  ciągnęła  Marit.  - 

Wyobrażam sobie, jaka to radość! 

-  Oczywiście - pokiwała głową Dorbet. - Ja też się bardzo cieszę. 
-  O,  ty  to  pewnie  niebawem  będziesz  opiekować  się  swoim  dziedzicem  -  rzekła  Marit 

zadowolona, jak kot oblizujący śmietankę ze spodka. - W każdym razie  my wszyscy tu we 
dworze z niecierpliwością na to czekamy. 

Dorbet stanęła w pąsach i odwróciła się w bok. Czy ta zapobiegliwa kobieta nie mogłaby 

sobie znaleźć jakiegoś innego tematu do rozmowy, pomyślała ze złością. Czuję się jak jakaś 
krowa rekordzistka. 

Marit poklepała ją pośpiesznie po policzku. 
-  Nie chciałam cię zawstydzić - rzekła. - Powiedziałam po prostu, jak to jest. 
Dziwne,  że  nie  zastanawia  się  na  głos,  czemu  jeszcze  nie  zaszłam  w  ciążę,  pomyślała 

dziewczyna  wściekła.  Bo  pewnie  nie  jest  tu  we  dworze  dla  nikogo  tajemnicą,  czym 
zajmujemy się z Olą, gdy jesteśmy sami. I nagle Dorbet też to zastanowiło. Do tej pory nie 
poświęcała temu wiele uwagi. Pewnie, że raz po raz kiełkowała w niej ta myśl, ale szybko o 
niej zapominała. Zawsze jej się udawało, zarówno z Olą, jak i z innymi, których miała przed 
nim. Teraz nagle chwycił ją lęk. A jeśli nie będzie mogła mieć dzieci? Na samą myśl o tym 
zrobiło  jej  się  gorąco.  Najważniejszym  zadaniem  młodej  gospodyni,  żony  dziedzica,  jest 

background image

urodzić mu potomka, który po nim odziedziczy dwór. Chodzi o to, by podtrzymać ciągłość 
rodu. A jeśli oni będą bezdzietni... 

-  Wiesz, że teraz najważniejsze jest zadbać o to, by pojawił się nowy dziedzic - gruchała 

Marit. 

Właśnie, pomyślała Dorbet. A co, jeśli temu nie sprostam? 
 
-  Co jest? - zapytał Ola i pogłaskał nagą pierś Dorbet. - Jesteś dziś jakaś taka cicha. 
-  Myślałeś  o  tym,  że  w  następne  święta  Bożego  Narodzenia  będę  mieszkać  już  tutaj  we 

dworze? - odparła Dorbet, pogrążona we własnych myślach. - Nie przyjdę tu tylko za dnia, by 
pomóc przy laniu świec, tak jak dzisiaj, ale będę należeć do tego miejsca. 

Ola uniósł się na łokciu i popatrzył na nią z uśmiechem. Pogładził jej gęste lśniące włosy, 

odgarnął je z twarzy i pocałował ją w czubek nosa. 

-  Nie myślę o niczym innym - wyszeptał. - Odhaczam kolejne dni w kalendarzu dzielące 

mnie od tego dnia, gdy wprowadzę cię do dworu jako pannę młodą. To będzie najważniejszy 
dzień w moim życiu. 

-  A jeśli kiedyś będziesz żałował?  
Roześmiał się głośno i zmierzwił jej włosy. 
-  Żałował? Chyba oszalałaś! W tym dniu spełni się moje największe marzenie. I będę, tak 

jak  mówią  słowa  przysięgi  małżeńskiej,  kochać  cię  i  szanować,  i  nie  opuszczę  cię  aż  do 
ś

mierci. Nie mam w tej sprawie nawet cienia wątpliwości. - Musnął palcem jej wargi i zapytał 

cicho: - A może ty się obawiasz, że będziesz żałować? 

Dorbet pokręciła głową. Położyła mu ręce na szyi i przyciągnęła jego głowę do siebie. 
-  Ale kto wie, czy twoja mama będzie ze mnie zadowolona - wymamrotała cicho. 
-  Mama? Ależ ona pragnie, bym cię poślubił niemal tak samo jak ja. 
-  Spodziewa się szybko potomka. 
Ola pocałował ją w ucho. Czuła, że się uśmiecha. 
-  O, ja także - oświadczył. - Będziemy mieć dużo dzieci, prawda? 
-  Co znaczy dużo? 
-  Czworo, może pięcioro. 
-  Nigdy  nie  wiadomo,  ile  się  będzie  miało  dzieci  -  rzekła  Dorbet  cicho.  -  Niektórzy  w 

ogóle nie mają, choć bardzo by chcieli. 

-  My  będziemy  mieli  -  odparł  Ola  z  całkowitym  przekonaniem.  -  A  ty  będziesz 

najpiękniejszą i najlepszą matką na świecie! 

Dorbet  westchnęła  cicho.  On  nie  rozumiał,  co  miała  na  myśli.  Ona  zaś,  gdy  sobie 

uświadomiła,  że  być  może  nie  urodzi  dzieci,  nie  mogła  przestać  o  tym  myśleć.  Olę 
najwyraźniej nie niepokoiło to, że do tej pory nie zaszła w ciążę, choć tyle razy się ze sobą 
kochali. Westchnęła ciężko, ale postanowiła odsunąć ponure myśli. Rozprostowała ciało. Oli 
zaszkliły  się  oczy  i  napełniły  pożądaniem.  Obsypał  ją  drobnymi  pocałunkami  od  góry  do 
dołu, póki nie jęknęła z rozkoszy. Ale gdy chciał ją wziąć, powstrzymała go. 

-  Jeszcze  -  wyszeptała  podniecona.  -  Popieść  mnie  jeszcze!  Zrobił  więc,  o  co  prosiła. 

Pieścił ją językiem, póki nie zaczęła się wić z rozkoszy. Przyjęła go z otwartymi ramionami, a 
wszystkie zmartwienia zniknęły w oślepiającej jasności. 

-  Było ci dobrze? - zapytał potem. 
Dorbet uśmiechnęła się lekko i przeczesała palcami jego włosy. 
-  Tak, nie zauważyłeś? 
-  Owszem, ale lubię to usłyszeć od ciebie - przyznał. - Zawsze sobie myślę, że mogłabyś 

mieć każdego... 

-  Ola! - Dorbet przyłożyła mu palec do ust. - Dość tych bzdur! Wiesz dobrze, że pragnę 

tylko ciebie. Tylko ciebie - dodała żarliwie. - Nie wymyślaj problemów, skoro ich nie ma. 

background image

Uścisnął ją mocno, niemal z desperacją, jak gdyby pragnął, by stopili się w jedno, by ona 

stała się częścią jego. Dorbet nie spodobało się to. Poczucie wolności wiele dla niej znaczyło. 
Nie żeby zamierzała zdradzać Olę! Chciała jedynie czuć, że może swobodnie oddychać i być 
sobą. Wiedziała jednak, że rozmowa na ten temat nie ma sensu. Ola wciąż przyrzekał, że nie 
będzie wywierał na niej żadnej presji, a potem znów postępował po staremu. 

Wypuścił ją z ramion i nachylił się do szuflady szafki nocnej. Wyjął z niej pudełeczko z 

pięknego niebieskiego aksamitu i położył je z uśmiechem na piersi Dorbet. 

Dorbet dotknęła pudełka i spojrzała na niego pytająco: 
-  Co to jest? 
-  Zobaczysz,  jak  otworzysz  -  odparł,  a  jego  niebieskie  oczy  zalśniły  dumą.  -  Czegoś 

takiego w każdym razie nikt tu we wsi nie ma. 

-  Ale czy to nie jest prezent świąteczny? 
-  Właściwie  tak  z  początku  planowałem  -  przyznał.  -  Ale  wolę  ci  to  dać  już  teraz.  Na 

Gwiazdkę dostaniesz coś innego. 

Dorbet  usiadła  na  łóżku  i  pogłaskała  piękne  pudełeczko.  W  żołądku  poczuła  miłe 

łaskotanie. Uwielbiała dostawać prezenty, zwłaszcza takie, jakich nikt inny nie miał. Powoli 
otworzyła pudełko. Na aksamitnej wyściółce leżał piękny  naszyjnik, podwójny sznur pereł! 
Dorbet wyjęła go ostrożnie i musnęła palcami chłodne, lśniące perły. 

-  Jaki piękny - wyszeptała, a oczy aż jej pojaśniały. - Ola, jaki piękny! 
Uśmiechnął się i pogłaskał ją po policzku. 
-  A więc podoba ci się? 
-  Czy  mi  się  podoba?  Ja...  po  prostu  oniemiałam  z  zachwytu  -  rozpromieniła  się.  - 

Zwariowałeś chyba. Taki naszyjnik musiał kosztować fortunę! 

-  Dla  ciebie  nic  nie  jest  za  drogie  -  odpowiedział  ochryple.  -  Gdybym  mógł, 

podarowałbym ci cały świat. 

Podała  mu  naszyjnik  i  odwróciła  się  do  niego  tyłem.  Uniosła  ciężkie,  gęste  włosy  i 

poprosiła: 

-  Załóż! Muszę sprawdzić, jakie to uczucie mieć na sobie coś tak pięknego. 
Ola długo manipulował, ale w końcu udało mu się zapiąć naszyjnik. Dorbet odwróciła się 

do niego przodem. Siedziała naga na łóżku, odgarnęła włosy na plecy i uniosła głowę. 

-  No i jak? - zapytała. 
Ola  nie  mógł  się  nasycić  jej  widokiem.  Odziana  jedynie  w  lśniące  sznury  pereł  była 

niczym zjawisko. Musiał odchrząknąć parę razy, nim zdołał wydobyć z siebie głos. 

-  Jesteś...  Bardzo  ci  w  nich  do  twarzy  -  rzekł  chrapliwie.  -  Bardzo  bym  chciał,  żebyś  je 

założyła do ślubu. 

-  Na  pewno  założę  -  uśmiechnęła  się  Dorbet,  zeskoczyła  z  łóżka  i  boso  podbiegła  do 

wiszącego  na  ścianie  lustra,  by  się  przejrzeć.  -  Ale  mogę  je  nosić  już  teraz,  prawda?  Na 
przykład teraz w święta i... 

-  Naturalnie - odpowiedział wpatrzony w wysoką, szczupłą postać. 
-  Och,  jakie  są  piękne  -  szczebiotała  Dorbet  i  przytrzymała  włosy,  by  obejrzeć  się 

dokładnie.  -  Nie  widziałam  jeszcze  nikogo  we  wsi,  kto  by  nosił  takie  piękne  perły  - 
promieniała zadowolona. - A ja mam na dodatek dwa sznury. Zwariowałeś, Ola! 

Odwróciła  się  do  niego  i  podeszła  z  powrotem  do  łóżka.  Z  rozpromienionymi  oczyma 

zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go w usta. 

-  Dziękuję - wyszeptała mu do ucha. 
-  Czy to wszystko, co otrzymałem w dowód wdzięczności? - uśmiechnął się. 
Dorbet wsunęła się do łóżka i popatrzyła na niego tak, jakby się z nim drażniła. 
-  Nie, teraz możesz wziąć w ramiona księżniczkę w naszyjniku z pereł i się z nią kochać - 

uśmiechnęła się. - O ile masz ochotę. 

Miał wielką ochotę. 

background image

  
Dorbet  otworzyła  drzwi  i  weszła  do  izby.  Ingeborg  i  Ane  właśnie  sprzątały  ze  stołu  po 

kolacji, na którą zjedli kaszę. 

-  O, jesteś wreszcie - powitała ją Mali. - Zaczynałam już się zastanawiać, czy czasami nie 

przeprowadziłaś się całkiem do Granvold. Chyba nie laliście świec aż do tej pory? 

-  Nie,  ja...  -  Dorbet  zaczerwieniła  się.  Rozpięła bluzkę  pod  szyją,  potrząsnęła  głową,  by 

odgarnąć włosy w tył, i rzekła: - Zobaczcie, co dostałam od Oli! 

Spojrzały na nią wszystkie. Mali przeciągnęła palcami po pięknym naszyjniku z pereł. 
-  Wielkie nieba - rzekła cicho. - Taki piękny prezent, i to tuż przed Gwiazdką? 
-  Ola po prostu chciał mi go dać teraz - odpowiedziała Dorbet. - A na Gwiazdkę dostanę 

jeszcze coś! 

-  Trzeba  przyznać,  że  chłopak  nie  skąpi  na  prezenty  -  uśmiechnęła  się  Ane.  -  Taki 

naszyjnik zapewne sporo kosztował. 

-  Nikt tu we wsi nie ma dwóch sznurów pereł - oświadczyła z dumą Dorbet. - Tylko ja! 
-  I nikomu nie byłoby w nich bardziej do twarzy - odezwał się dobrodusznie Havard, który 

siedział na kanapie. - Wyglądasz zupełnie jak księżniczka. 

-  Perły oznaczają łzy - wtrąciła się nieoczekiwanie Ingeborg, która stała przy ławie. - Tak 

przynajmniej mówiła moja babcia. 

-  Stare  przesądy  -  prychnęła  Dorbet.  -  Pierwsze  słyszę!  Może  ludzie  tak  mówią  z 

zazdrości? 

Mali raz jeszcze musnęła dłonią naszyjnik. Nie odzywała się, ale ona też o tym słyszała. 

Przypomniało się jej, jak mama często powtarzała, że perły zwiastują łzy. Poczuła lodowaty 
dreszcz  na  plecach.  Pewnie  ludzie  tylko  tak  gadają,  pomyślała  sobie.  Tyle  jest  różnych 
przesądów: na przykład żeby nie przechodzić pod drabiną, a czarny kot rzekomo ma oznaczać 
nieszczęście.  Nie  mówiąc  już  o  stłuczonym  lustrze,  które  zapowiada  ponoć  siedem  lat 
nieszczęścia. Jasne, że to wszystko nieprawda! 

Ale mimo to nie była zadowolona, że Dorbet dostała w prezencie właśnie perły. 
   
ROZDZIAŁ 8. 
  
W  dniu,  w  którym  Mali  i  Havard  wybrali  się  z  wizytą  do  Gjelstad,  było  pogodnie  i 

mroźno. 

-  Doprawdy, trudno uwierzyć, że jedziemy do Gjelstad w tak dobrych humorach - odezwał 

się Havard i zerknął na Mali. - Dawno nam się to nie zdarzyło, o ile w ogóle - dodał. 

-  Lepiej późno niż wcale - odparła Mali, otulając się szczelnie szalem. - Z twoim ojcem 

nigdy nie żyłam w zgodzie, wiesz. Zresztą czy on z kimkolwiek miał poprawne stosunki? Co 
się  zaś  tyczy  Helgi  i  mnie...  Chyba  obie  dostałyśmy  nauczkę  od  życia  -  stwierdziła,  nie 
wyjaśniając w szczegółach, co dokładnie ma na myśli. 

Havard o tylu sprawach nie wiedział! Nie znał prawdziwej przyczyny wrogości pomiędzy 

nią a Helgą,  a Mali nie  widziała powodu, by mu to wyjaśniać.  Zresztą nie wszystko mogła 
powiedzieć,  zwłaszcza  zdradzić  szczegółów  śmierci  jego  ojca.  Zawarła  pakt  z  Helgą  w  tej 
sprawie,  a  Helga  dotrzymała  swoich  zobowiązań.  W  tej  sytuacji  i  ona  musiała  dochować 
milczenia. W głębi serca cieszyła się, że stosunki z rodziną Havarda wreszcie się unormują. 
Niezgoda  pomiędzy  dworami  kosztowała  ją  wiele  zdrowia.  Przez  cały  czas  wisiał  nad  jej 
głową ostry miecz i wciąż odczuwała strach, że zostanie zdemaskowana, gdy teść lub Helga 
odnajdą  ostatni  element  układanki.  Teść  prześladował  ją  przez  tyle  lat,  właściwie  aż  do 
ś

mierci, a potem przejęła to Helga. Żeby chronić swoich, Mali odpłacała jej tą samą monetą. 

Stąd  w  ich  relacjach  tyle  wrogości.  Ale  teraz  może  wreszcie  skończy  się  ten  koszmar. 
Radowało ją to, bo już była zmęczona niezgodą i tym, by wciąż się mieć na baczności. 

background image

-  Cieszę  się  na  spotkanie  przy  kawie  -  powiedziała,  kładąc  dłoń  na  kolanie  Havarda.  - 

Myślę, że w Gjelstad wszystko idzie ku lepszemu. Ruth Lina wróciła do domu... 

-  Tak,  to  z  pewnością  wiele  znaczy  dla  Helgi  i  Kristena  -  przyznał  Havard.  -  Nie  jest 

dobrze, gdy dzieci odsuną się od rodziców. 

To  prawda,  pomyślała  Mali  i  wzdrygnęła  się,  przypomniawszy  sobie  te  wszystkie  lata, 

kiedy bardzo źle układały się jej kontakty z Oją, a i z Dorbet wciąż była w konflikcie. Teraz 
na szczęście te problemy zniknęły, za to powodów do zmartwień dostarczała jej Ruth, która 
tak bardzo się od niej oddaliła. Mali dostrzegała wyraźnie, że córka cierpi w swym związku. 
Sama  się  zresztą  do  tego  przyznała,  choć  nie  zdradziła  szczegółów.  W  ostatnim  czasie  ta 
sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ruth bardzo się zmieniła. Prawie się nie ruszała z domu, a 
kiedy bardzo rzadko zachodziła do Stornes, Mali czuła, że z córką dzieje się coś strasznego. 
Zrobiła  się  bardzo  nerwowa  i  wydawała  się  jakaś  udręczona,  jakby  męczyły  ją  wyrzuty 
sumienia.  Zresztą  sumienie  było  przyczyną  jej  zgryzoty  od  początku,  gdy  oddała  się 
Samuelowi, nie będąc jego żoną. Teraz jednak coś jeszcze męczyło ją tak bardzo, że bliska 
była szaleństwa. Tylko co? 

  
Helga i Kristen wyszli na schody, by przywitać gości, oboje uśmiechnięci i w doskonałych 

nastrojach.  Mali  popatrzyła  na  nich  zdumiona.  Nie  przypominała  sobie,  kiedy  ostatnio 
widziała  ich  tak  rozpromienionych.  Owszem,  Kristen  wyglądał  podobnie  w  pierwszym 
okresie,  gdy  poznał  Helgę,  przekonany,  że  zdobył  księżniczkę,  a  wraz  z  nią  pół  królestwa. 
Szybko  się  to  jednak  zmieniło.  Nim  minął  pierwszy  rok  ich  małżeństwa,  dały  o  sobie  znać 
szara  codzienność  i  rozczarowanie.  Mali  dobrze  pamiętała,  że  odwiedzając  dwór,  czuło  się 
chłód  między  małżonkami.  Teraz  jednak  stali  obok  siebie,  on  obejmował  ją  ramieniem  i 
wyglądali jak świeżo poślubieni. Mali nie mogła wprost uwierzyć własnym oczom. 

-    Jak  miło,  że  przyjechaliście  -  rozpromieniła  się  Helga.  -  Bardzo  czekaliśmy  na  waszą 

wizytę. 

-  O, my także - uśmiechnęła się Mali. - U was wszystko dobrze? 
-  Bardzo  dobrze  -  roześmiał  się  rubasznie  Kristen,  posyłając  żonie  ciepłe  spojrzenie.  - 

Bardzo dobrze się nam teraz układa - dodał i lekko poczerwieniał. 

-  Cieszę  się,  że  to  słyszę,  bracie  -  odezwał  się  Havard,  zeskakując  z  sań.  -  Wyglądacie 

oboje znacznie młodziej. Cokolwiek jest tego przyczyną - dodał, uśmiechając się znacząco. 

Helga zarumieniła się i spuściła głowę, nerwowo skubiąc szal. Ale kiedy podniosła wzrok i 

zerknęła na męża, z jej oczu biło ciepło. 

-  Zajmiesz się koniem, Kristen, prawda? - powiedziała. - A my już wejdziemy do środka. 
-  Pomogę Kristenowi - rzekł Havard. - Zaraz przyjdziemy. Helga i Mali weszły do domu. 

W korytarzu unosił się zapach wypieków. Helga pomogła Mali zdjąć nowy płaszcz, który ta 
kupiła sobie przy okazji ostatniego wyjazdu do miasta. 

-  Ale  piękny  -  pochwaliła  Helga,  dotykając  grubej  wełnianej  tkaniny.  -  Z  futrzanym 

kołnierzem! 

-  Tak, Havard mnie namówił... 
-  Miał rację - stwierdziła Helga. - W końcu sobie zasłużyłaś. 
Mali  nie  wiedziała,  co  na  to  odpowiedzieć.  Z  wrażenia  odebrało  jej  mowę,  bo  Helga 

prześcigała  się  wprost  w  uprzejmościach.  Doprawdy  wielkie  przemiany  dokonały  się  w 
Gjelstad. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. 

Kiedy  otworzyły  się  drzwi  do  izby,  podeszła  do  nich  Ruth  Lina.  Ona  też  się  zmieniła, 

pomyślała  Mali,  zerkając  na  dziewczynę.  Bardzo  wydoroślała,  choć  wciąż  brakowało  jej 
trzech miesięcy do ukończenia siedemnastu lat. Ścięła włosy i miała teraz modną twarzową 
fryzurę. Sukienkę też miała nową, sięgającą do pół łydki, taką jakie się teraz nosi w mieście. 
Była szczupła, uśmiechnięta i jeszcze piękniejsza, niż ją Mali zapamiętała. 

-  Jak miło, że przyjechaliście - uśmiechnęła się Ruth Lina, podając Mali dłoń. 

background image

-  Miło cię widzieć - odpowiedziała Mali szczerze. - Bardzo wydoroślałaś i zmieniłaś się. 

Wygląda na to, że jest ci tam w mieście dobrze. 

-  Owszem  -  potwierdziła  Ruth  Lina  i  rozpromieniła  się.  -  Wspaniale  się  czuję  w 

Trondheim!  Dobrze  jest  jednak  wrócić  do  domu  na  prawdziwe  święta  we  dworze.  -  A 
zerknąwszy na matkę, objęła ją ramieniem i dodała: - W ogóle dobrze jest wrócić do domu. 
Stęskniłam się za rodzicami. 

Helga aż poczerwieniała, tak ją ucieszyły słowa córki, i pogłaskała ją po policzku. 
-  A my jesteśmy szczęśliwi, że spędzimy święta razem z naszą córką. Zresztą w tym roku 

ś

więta będą u nas bardzo rodzinne. Dawno takich nie mieliśmy! - Odwróciła się i kiwnęła na 

Oddleiva, który stał obok młodej dziewczyny. - Oddleiv jest teraz znakomitym gospodarzem - 
pochwaliła  go  i  uśmiechnęła  się  do  wysokiego  szczupłego  dziedzica.  -  A  Birgit  chyba  już 
poznaliście wcześniej? 

Mali ujęła dłoń sympatycznej, nieco pulchnej dziewczyny, która zarumieniła się po cebulki 

włosów  i  spuściła  wzrok.  Przytuliła  się  mocniej  do  Oddleiva,  a  on  otoczył  ją  ramieniem, 
jakby chciał ochronić. 

-  Chyba  możemy  zdradzić  tajemnicę?  -  rzekła  Helga,  kierując  na  Oddleiva  pytający 

wzrok. - Młodzi są już zaręczeni od ponad roku, bo Birgit uznała, że jest jeszcze za młoda, by 
wychodzić  za  mąż,  ale  teraz  wkrótce  po  świętach  odbędzie  się  u  nas  we  dworze  wesele. 
Spodziewają się dziecka - dodała z wyraźną dumą. 

-  Och, gratulacje - zawołała Mali. - Przerosłeś mnie, Oddleiv, o głowę - uśmiechnęła się. - 

Jesteś nawet wyższy od ojca. 

-  Rzeczywiście,  obaj  z  Hakonem  tak  wyrośliśmy  -  pokiwał  głową,  a  ciemna  grzywka 

opadła mu na czoło. 

-  Tak, Oddleiv jest wysoki i chudy, ale równie zręcznego pracownika długo by szukać - 

wtrącił Kristen. - Gjelstad jest w dobrych rękach, to pewne. Tak samo jak Stornes, bo Oja to 
też urodzony gospodarz. Wszyscy tak mówią. 

-  Tak  więc  Birgit  spędzi  święta  razem  z  nami  -  ciągnęła  Helga.  -  No  i  Hakon  też 

przyjedzie  do  domu  -  opowiadała  dalej  rozpromieniona.  -  Z  obrączką  na  palcu  i  w 
towarzystwie narzeczonej. Zaręczy! się z koleżanką ze studiów, Lisą Vang z Oslo. Bardzo się 
cieszymy, że będziemy mogli ją poznać. 

-  Tyle  dobrych  wiadomości  naraz  -  zachwyciła  się  Mali.  -  To  rzeczywiście  będzie  was 

dużo w Gjelstad w czasie świąt. 

-  Tak,  i  bardzo  się  z  tego  cieszymy  -  powtórzyła  Helga  podekscytowana.  -  Ruth  Lina  i 

Birgit  są  bardzo  chętne  do  pomocy,  a  ta  Lisa,  chociaż  to  dama  ze  stolicy,  pewnie  też  się 
trochę włączy. 

Tak,  Helga  jest  całkiem  odmieniona,  pomyślała  Mali  i  popatrzyła  na  jej  radosną, 

zarumienioną  twarz.  Kiedyś  nikt  nie  był  dla  niej  dość  dobry  i  wciąż  była  ze  wszystkiego 
niezadowolona.  W  jej  życiu  było  wiele  złych  chwil,  za  które  w  większości  sama  ponosiła 
winę. Teraz promieniała, zachwycając się sprawami ważnymi, jak i drobiazgami, i wydawała 
się wreszcie szczęśliwa. 

-  No i będziemy mieć jeszcze jednego gościa, z Trondheim - uśmiechnęła się Ruth Lina i 

oblewając  się  rumieńcem,  zerknęła  na  mamę.  -  Odwiedzi  mnie  syn  właściciela  sklepu,  w 
którym pracuję. 

-  Czyli że spotykasz się z kimś - uśmiechnęła się Mali i doznała ogromnej ulgi.  Bardzo 

współczuła  Ruth  Linie,  gdy  rozpadł  się  jej  związek  z  Oją.  Teraz  jednak  najwyraźniej 
wszystko poszło w niepamięć, bo młoda dziewczyna była zakochana po uszy. 

-  W sylwestra zamierzamy się zaręczyć - przyznała rozpromieniona. 
-  Wielkie nieba, ależ tu u was się dzieje! - zaśmiała się Mali. - Jak dobrze usłyszeć, Ruth 

Lino. Jesteś więc teraz szczęśliwa? - popatrzyła na nią pytająco. 

background image

-  Jestem  bardzo  szczęśliwa  -  uśmiechnęła  się  Ruth  Lina.  -  Przeżywam  tyle  radosnych 

chwil! Nie mogłoby być lepiej - dodała, uchwyciwszy wzrok Mali. 

Pili  kawę  w  cieplej,  przystrojonej  z  okazji  adwentu  izbie  w  Gjelstad.  Rozmowa  była 

ożywiona, co chwila wybuchali głośnym śmiechem. Nagle Mali uświadomiła sobie, że po raz 
pierwszy  w  Gjelstad  nie  marznie.  Bo  niezależnie  od  okazji,  zawsze  gdy  tu  była,  we 
wszystkich pomieszczeniach panował dziwny chłód. 

Teraz zniknął razem ze starymi upiorami i złymi duchami z przeszłości, pomyślała Mali i 

spojrzała  na  wiszącą  na  ścianie  fotografię  ślubną  starego  gospodarza  Gjelstad  i  jego  żony 
Ruth. 

Skończyły się twoje rządy, Oddlehae Gjelstad, pomyślała z satysfakcją. Zło, którego byłeś 

przyczyną, wraz z tobą zniknęło bezpowrotnie. Czas najwyższy, ty diable w ludzkiej skórze! 

Stary gospodarz Gjelstad patrzył na nią ze ściany i Mali zdawało się, że jego ciemne oczy 

zaiskrzyły  gniewem,  zaraz  jednak  odsunęła  tę  myśl.  Oddleiv  Gjelstad  umarł,  a  z  nim  jego 
władza. Nareszcie. 
 

Ruth przez wiele wieczorów siedziała na krześle, mocząc nogi w gorącej wodzie. Samuel 

wciąż  gdzieś  wyjeżdżał,  mimo  że  spotkania  rekolekcyjne  w  domu  ludowym  dawno  się 
skończyły.  Ruth  nie  wiedziała,  dokąd  on  właściwie  jeździ,  i  zresztą  w  ogóle  jej  to  nie 
obchodziło. Jedyne, co zajmowało jej myśli, to że musi pozbyć się kiełkującego w niej życia, 
zanim będzie za późno. Zanim dziecko urośnie i ktoś się domyśli, że Ruth jest w ciąży. Ale 
jak  do  tej  pory  jej  starania  nie  odniosły  skutku.  Mdliło  ją  i  bardzo  bolały  ją  spuchnięte, 
poparzone stopy, ale od dziecka nie zdołała się uwolnić. 

Nalała  wrzątku  do  wiadra  i  dodała  odrobinę  zimnej  wody.  Oparzyła  się,  gdy  chciała 

zanurzyć  rękę.  Postawiła  krzesło  przy  kuchennym  oknie,  by  widzieć,  kiedy  wróci  Samuel, 
zdjęła  wełniane  pończochy  i  zanurzyła  stopy  w  gorącej  wodzie.  Parzyło  ją  tak,  że  aż  łzy 
napłynęły jej do oczu i spłynęły po twarzy. Zacisnęła dłonie, wpijając się w nie paznokciami, 
by nie krzyknąć z bólu, kiedy gorąca woda zetknęła się z jej niemal pozbawionymi naskórka 
stopami i łydkami. 

Przecież to szaleństwo, pomyślała. I ciężki grzech, za który nie ma odpuszczenia. Nocami 

nie  spała,  tylko  modliła  się,  ale  jakby  nadaremno.  Czuła,  że  nie  ma  prawa  zwracać  się  do 
Boga,  dopuszczając  się  takiego  grzechu,  leżała  więc  i  płakała  bezgłośnie  obok  śpiącego 
Samuela.  Bóg  wydawał  się  tak  nieskończenie  daleko.  Czego  zresztą  mogła  się  spodziewać, 
myślała, ocierając pot i łzy z twarzy. Bóg nie jest dla takich jak ona, dla takich, którzy próbują 
usunąć nienarodzone życie. 

Zastanawiała  się,  co  by  powiedział  Samuel,  gdyby  się  o  tym  dowiedział.  Dzieci  to  on  z 

pewnością  nie  kochał,  więc  byłby  pewnie  zadowolony,  że  nie  urodzi  się  mu  ich  więcej. 
Gdyby jednak dowiedział się, że Ruth sama chce się pozbyć płodu... Wzdrygnęła się. Samuel 
był  nieobliczalny.  A  do  tego  strasznie  obłudny,  pomyślała  z  pogardą.  Wygrażałby  więc 
pewnie, że popełniła grzech śmiertelny, i karałby ją za to do końca życia, choć tak naprawdę 
byłby zadowolony z takiego rozwiązania. O ile nie kładłoby się cieniem na jego doskonałej 
reputacji. 

 
Ruth krzątała się na pozór normalnie, ale w głębi serca przeżywała katusze. Zupełnie jakby 

nienarodzone dziecko prześladowało ją w dzień i w nocy. Mimo że wiedziała, iż płód jest na 
razie  bardzo  mały,  stanowiąc  ledwie  zalążek  ludzkiego  życia,  budziła  się  nocami,  zlana 
potem, i zdawało jej się, że patrzy wprost w dwoje ciemnych, przepełnionych łzami oczu, w 
których  czaiło  się  nieme  pytanie.  W  takich  momentach  postanawiała  zaprzestać  prób 
pozbycia  się  płodu.  Lepiej  niech  to  dziecko  już  się  urodzi!  Nie  mogła  znieść  wyrzutów 
sumienia, strachu i rozpaczy. Gdy jednak widziała obojętność Samuela, wiedziała, że nie ma 
innego wyjścia. Nigdy nie wziął Marileny na ręce, nie pogłaskał jej nawet po policzku, nie 

background image

próbował do niej zagadnąć. Ryczał tylko z wściekłości, gdy płakała, i takim ostrym głosem 
żą

dał  absolutnej  ciszy  w  swoim  domu,  że  maleństwo  drżało.  W  takich  chwilach  Ruth 

odchodziła  z  Marileną  na  rękach  i  kładąc  dłoń  na  brzuchu,  przyrzekała  nienarodzonemu 
maleństwu, że wróci z powrotem do Boga, nie spotykając po drodze Samuela. 

  
Ruth wylała wodę i posprzątała, nim Samuel wrócił do domu. Wyglądała przez okno, gdy 

usłyszała  zajeżdżające  sanie,  i  usiłowała  dojrzeć  coś  w  ciemnościach.  Zdołała  jedynie 
zobaczyć, że to te same sanie, które odwoziły Samuela ostatnio. 

Pośpiesznie wzięła Marilenę i poszła do sypialni. Było późno i liczyła na to, że mąż nie 

będzie już chciał nic jeść. Zawsze wszak wracał taki syty z tych „spotkań", a Ruth nie czuła 
potrzeby, by rozmawiać z nim więcej, niż to konieczne. Miała nadzieję, że jeśli nie zastanie 
jej z dzieckiem na dole w izbie, posiedzi tam sam przez jakiś czas. 

Niestety wszedł na górę niemal natychmiast. Ruth ledwie zdążyła ułożyć śpiące dziecko w 

kołysce i zaczęła się  rozbierać,  gdy nagle pojawił się w drzwiach sypialni niczym mroczny 
górujący cień. Ruth aż się wzdrygnęła. 

-  Co to ma znaczyć, że nie witasz na dole swojego męża? - warknął. 
-  Jest już tak późno, myślałam... 
-  Masz czekać, póki przyjdę - rzucił i wszedł do sypialni. Cuchnęło od niego bimbrem tak 

mocno, że Ruth aż się cofnęła. 

-  Ty  i  ten  twój  wrzeszczący  bachor!  Że  też  trafiła  mi  się  taka  kula  u  nogi  -  bełkotał 

chrapliwie. - Wiesz, gdzie byłem, droga Ruth? 

Nie  odpowiedziała,  przywarła  do  ściany  tuż  przy  łóżku,  jakby  chciała  uczynić  się 

niewidoczną dla niego. 

-  Odwiedziłem  pewną  młodą  kobietę,  która  nawróciła  się  podczas  rekolekcji  w  domu 

ludowym. Wciąż takie odwiedzam. Wiesz, że dużo jest takich młodych, czystych dusz, Ruth! 
Przyjmują ode mnie wszystko z pokorą. Są takie świeże i chętne. 

-  Chyba nie możesz... 
Zrobił dwa kroki w jej kierunku i wymierzył jej policzek. 
-  Czego nie mogę? Robię to, co chcę, a ty masz milczeć i słuchać, krowo! 
Pierwszy cios jakby przerwał w nim tamę tłumionej agresji. Jest pijany, tłumaczyła sobie 

w duchu Ruth, ale kiedy kolejny cios trafił ją w pierś, zrozumiała, że ten człowiek to opętany 
szałem brutal. 

-  Zdejmuj  ubranie!  -  warknął.  -  Niech  popatrzę  na  to  twoje  pokraczne  ciało  i  wyssane 

piersi! 

Ruth zaczęła zdejmować bieliznę, ale jego zdaniem robiła to zbyt wolno. Ponownie rzucił 

się na nią, a cios tym razem trafił ją w brzuch. Zgięta wpół przewróciła się i z jękiem uderzyła 
w wystającą boczną deską łóżka, która uderzyła ją w łono jak włócznia. Opadła na posłanie, 
czując przeszywający ból. 

Samuel, ledwie trzymając się na nogach, stał przez chwilę i patrzył na nią, a potem jakby 

stracił zainteresowanie, zdjął marynarkę, zrzucił buty i zwalił się w poprzek łóżka. 

-  Ty paskudny strachu na wróble - wybełkotał jeszcze, nim zachrapał. 
Ruth leżała długo, a kiedy wreszcie spróbowała się podnieść, pociemniało jej w oczach, a 

w podbrzuszu poczuła palący ból. Nagle jakby ogromna ręka chwyciła ją za krzyż i ścisnęła 
tak mocno, że z trudem złapała oddech. Zamroczona zauważyła, że na podłogę spływa krew. 
Kolejny żelazny uścisk w krzyżu pozbawił ją tchu. I wtedy odzyskała jasność umysłu. Stało 
się!  Samuel  bezwiednie  pomógł  jej  dokonać  grzesznego  czynu.  Było  ich  dwoje  przy 
płodzeniu  dziecka  i  we  dwoje  je  usunęli,  pomyślała.  Mimo  że  ani  o  jednym,  ani  o  drugim 
Samuel nie miał pojęcia. 

Ruth doczołgała się do wiadra, które stało obok stojaka z miednicą. Z wielkim wysiłkiem 

podźwignęła się i usiadła na nim. Nogi jej się trzęsły, przetoczyła się przez nią fala mdłości. 

background image

Czuła, jak chlusta z niej ciepła krew, wreszcie coś plasnęło o dno wiadra. Zamknęła oczy i 
przytrzymała się ręką ściany. Moje dziecko! - jęknęła. 

  
Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała. Ciało jej zmarzło i zesztywniało, trzęsła się z 

bólu,  zimna  i  rozpaczy.  Powoli  sięgnęła  po  ręcznik  i  włożyła  go  sobie  między  uda.  Wciąż 
krwawiła, choć już mniej. 

Włożyła  kurtkę,  chwyciła  wiadro  i  boso  wymknęła  się  na  dół.  Musiała  usunąć  wszelkie 

ś

lady  tego,  co  się  stało. Wsunęła  na  bose  stopy  buty  z  cholewami,  które  stały  w  korytarzu. 

Skostniałymi dłońmi otworzyła drzwi wejściowe i wyszła w rozgwieżdżoną noc. 

Chciała opróżnić wiadro w wygódce, ale nagle sama myśl wydala jej się straszna. Przecież 

to jej dziecko, maleńki płód, który miał być synkiem albo córeczką! Łzy ciekły jej ciurkiem 
po policzkach, gdy przemykała się za wygódkę. Tam wygrzebała gołymi rękami dół w śniegu 
i  gdy  był  dość  głęboki,  opróżniła  wiadro.  Krew  zabarwiła  śnieg  na  czerwono.  Zostawię  tu 
dziecko, myślała niejasno. A następnym razem, gdy Samuel wyjedzie, wygrzebię maleństwu 
grób. Śnieg i mróz je osłonią. Przynajmniej to mogę dla niego zrobić! 

-  Śpij, dziecino - zapłakała i zakryła dół śniegiem, zasypując go tak, by Samuel niczego 

nie zauważył. - Mama wykopie ci porządny grób, ale nie dziś w nocy. 

Zesztywniała, wróciła chwiejnym krokiem do domu. Przystanęła u węgła i popatrzyła na 

nieboskłon.  Nigdy  jeszcze  nie  widziała  tak  rozgwieżdżonego  nieba,  nigdy  nie  widziała  tylu 
dużych, lśniących gwiazd. Nagle jedna z nich zaczęła spadać, ciągnąc za sobą jasną smugę. 
Ruth wiedziała, co to znaczy. Odkąd byli dziećmi, Mali opowiadała im, że kiedy ktoś umiera, 
spada gwiazda. Ruth złożyła zgrabiałe dłonie i wyciągnęła je ku niebu. 

-  Boże, przyjmij moje dziecko - modliła się żarliwie. - Pozwól mu być pięknym aniołem w 

raju. Wiesz przecież, że tu nie było dlań życia. Boże, przyjmij moje dziecko! Obdarz je łaską! 

A potem podniosła się i jęcząc jak zranione zwierzę, wślizgnęła się do domu. 
   
ROZDZIAŁ 9. 
  
Już dużo wcześniej Mali zaprosiła Ruth, by przyszła razem z Marileną w dniu, na który w 

Stornes zaplanowano wypieki świąteczne. 

-  Nie ma sensu, żebyś sama piekła wszystkie rodzaje ciastek - powiedziała, gdy rozmowa 

zeszła  na  ten  temat.  - Przyjdź  lepiej  do  dworu  i pomóż  nam  przy  pieczeniu,  a  jak  będziesz 
wracać  do  domu,  napełnimy  twoje  puszki  gotowymi  ciastkami.  Nam  będzie  miło,  a  tobie 
wygodniej - dodała i pogłaskała Ruth po włosach. 

Córka  pokiwała  głową.  Potem  jednak  Mali  z  nią  nie  rozmawiała  ani  jej  nie  widziała.  A 

przez ostatni tydzień była taka zajęta przygotowaniami do świąt, że nie miała czasu wybrać 
się do Ruth na Wzgórze. Każdego wieczoru jednak miała nadzieję, że następnego dnia córka 
na pewno ich odwiedzi. Gdy nie pokazała się przez cały tydzień, Mali poczuła lekki niepokój, 
bo choć Ruth nie przybiegała z byle czym do dworu, zwykle widywali ją raz na parę dni. 

Zagniatając ciasto, Mali wciąż wyglądała przez okno wychodzące na mały domek, stojący 

na wzgórzu u kresu drogi. 

-  Przyjdzie - odezwała się Ane, jakby czytała Mali w myślach. 
Mali zerknęła na nią przelotnie i dostrzegła w jej oczach współczucie, co tylko wzmogło 

jej niepokój. 

-  Wszystko zależy od tego, czy misjonarz jej pozwoli - wtrąciła się Dorbet, która w dużej 

misce ucierała masło z cukrem na jednolitą masę i najwyraźniej słyszała krótką wymianę zdań 
po drugiej stronie stołu. - Ona nie może nic zrobić bez jego zgody, podczas gdy on... - Dorbet 
wzbiła oczy ku niebu. -  Z tego,  co słyszałam, prawie co wieczór bywa  we wsi.  Zresztą nie 
tylko. Podobno widywano go też w Surnadalen. 

background image

-  A  po  co  on  tak  jeździ?  -  zdziwiła  się  Ingeborg  i  dorzuciła  do  pieca  drew.  -  Mnie  też 

doszły słuchy o tych jego wieczornych wyjazdach. Nie sądziłam, że ma tu tylu znajomych - 
dodała, zerkając na Mali. 

-  Rzeczywiście, ciekawe, czym on się naprawdę zajmuje? - rzuciła znacząco Dorbet. - Bo 

jak  go  znam,  to  opowiada,  że  uczestnikom  rekolekcji  potrzebne  jest  umocnienie  w  wierze. 
Tyle że on nie odwiedza starych ludzi. 

-  Skąd wiesz? - mruknęła Mali, czując palący ból w piersiach. 
W  jednej  chwili  przypomniała  jej  się  rozmowa  z  Sigrid  w  pracowni.  Przyjaciółka 

wspomniała  wówczas,  że  Samuel  adoruje  młode  dziewczęta,  przychodzące  na  rekolekcje. 
Mali wyrzuciła z pamięci jej słowa, bo po prostu nie była w stanie o tym myśleć. Teraz znów 
ogarnął ją przeraźliwy strach. 

-  O, słyszałam to i owo od Marit Granvold, a ona jest świetnie poinformowana - odparła 

Dorbet i przestała na moment ucierać ciasto. Potrząsnęła ręką, bo jej ścierpła. 

Co  do  jednego  Dorbet  ma  bez  wątpienia  rację,  pomyślała  Mali.  Nic  nie  uchodzi  uwagi 

Marit.  Zresztą  Mali  też  się  dziwiła,  gdy  wieczorami,  zasłaniając  w  sypialni  zasłonki, 
widywała  sanie  jadące  na  Wzgórze.  Ruth  wprawdzie  wspominała  kiedyś,  że  Samuel  służy 
nawróconym  duchowym  wsparciem,  ale  zdumiało  ją,  że  nadal  się  temu  poświęca.  No  i 
dlaczego o tak późnej porze? Mali znów przypomniała sobie zatroskaną twarz Sigrid. 

Kogo właściwie odwiedza Samuel? Mali nie słyszała, by ktoś ze znajomych opowiadał o 

jego wizytach, a taka wiadomość na pewno by się od razu rozeszła, bo zasobni gospodarze 
byliby zaszczyceni odwiedzinami misjonarza. 

Chyba  nie  jest  na  tyle  głupi,  by  się  uganiać  za  młodymi  dziewczętami  z  okolicy,  które 

przychodziły  na  rekolekcje  do  domu  ludowego?  A  może?  Powinien  jednak  zdawać  sobie 
sprawę z tego, że tu, we wsi, nic się nie ukryje.  Tu człowiek jest obserwowany na każdym 
kroku. Jeśli ludzie zauważą coś, co im się nie spodoba, nie będą mieli miłosierdzia nawet dla 
misjonarza, pomyślała Mali ponuro. Może dlatego Ruth nie przychodzi? Może obawia się z 
ich strony pytań, które i ją dręczą? Ale Samuel chyba jej nie zdradza! - poraziła Mali nagła 
myśl. 

W korytarzu tymczasem rozległo się tupanie. Mali wyprostowała się i nastawiła uszu. 
-  No, jest i Ruth - powiedziała z wyraźną ulgą, słysząc gaworzenie Marileny. 
Ale ulga zamieniła się w trwogę, kiedy Mali zobaczyła swoją najstarszą córkę. Wyglądała 

okropnie,  wychudzona  i  blada,  ledwie  trzymała  się  na  nogach.  Mali  rzuciła  wszystko,  co 
miała w rękach, wytarła białe od mąki dłonie w fartuch i pośpiesznie podeszła do Ruth. 

-  Co się dzieje, Ruth? - wyszeptała przerażona, biorąc z jej rąk Marilenę. - Jesteś chyba 

bardzo chora, dziecino! 

Ruth wygładziła pośpiesznie włosy. 
-  Nie - odpowiedziała cicho i niechętnie, unikając wzroku matki. - Co prawda przez cały 

tydzień męczyła mnie jakaś infekcja, ale już jest dobrze. 

-  Infekcja? To chyba zachorowałaś jako jedyna we wsi - wyrwało się Dorbet. - Nic mi nie 

wiadomo,  by  ktoś  się  jeszcze  skarżył  na  kłopoty  ze  zdrowiem,  a  ja  w  przeciwieństwie  do 
ciebie bywam wśród ludzi! 

-  Byłam w każdym razie przeziębiona i dokuczał mi żołądek - wymamrotała Ruth trochę 

niewyraźnie. 

-  Najważniejsze,  że  już  ci  lepiej  -  rzekła  Mali  i  objęła  ramieniem  szczupłą  postać.  - 

Właśnie  o  tobie  rozmawialiśmy  i  dziwiliśmy  się,  czemu  się  przez  cały  tydzień  nie 
pokazywałaś we dworze. Ale teraz już wiadomo - dodała i zaczęła rozbierać Marilenę. 

Tylko że i ona nie wierzyła w tę historię z infekcją, bo od tego nikt nie wygląda tak jak 

Ruth.  Obrzuciła  córkę  uważnym  spojrzeniem,  popatrzyła  w  jej  przygasłe  oczy  i  odniosła 
wrażenie, że córka pogrążona jest w wielkim smutku. Przyszło jej na myśl, że pewnie chodzi 

background image

o te ciągłe wyjazdy Samuela. Pewnie i ona nabrała nieprzyjemnych podejrzeń i przez to się 
rozchorowała. 

Ledwie Mali zdążyła o tym pomyśleć, gdy Dorbet, utkwiwszy wzrok w siostrze, zapytała 

prosto z mostu: 

-  A czym to się teraz zajmuje misjonarz? Niemal co wieczór bywa we wsi. 
Woskowe oblicze Ruth pokryło się gwałtownym rumieńcem. 
-  On... musi... 
-  Nie powinien przemykać się od dworu do dworu po ciemku jak jakiś złodziej - ucięła 

Dorbet. - Nie wolno ci, Ruth, się na to godzić! Ludzie gadają... 

A  to  coś  nowego,  pomyślała  Mali.  Dorbet  przejmuje  się  tym,  co  mówią  ludzie!  Zwykle 

lekceważyła sobie plotki, zwłaszcza gdy chodziło o nią samą. 

-  Jeśli chodzi o mnie, mogą sobie gadać, co chcą - ciągnęła Dorbet. - Zawsze znajdą sobie 

temat do rozmów. Ale z jakiej racji ma się to odbijać na tobie? - dodała gniewnie. - Na tobie, 
która... 

Przeciągnęła dłonią po twarzy i pobrudziła policzek mąką. Mali zauważyła, że córka jest 

bliska płaczu, i wzruszyło ją to. Dostrzegła już wcześniej, że Dorbet chroni Ruth, mimo że 
jest  od  niej  młodsza.  Ale  to  ona  z  nich  dwóch  była  silniejsza.  Żadnemu  mężczyźnie  nie 
pozwoliłaby  się  tak  stłamsić  jak  Ruth  Samuelowi,  westchnęła  Mali  w  duchu.  Dorbet  nie 
wahałaby się ani chwili, by wyrzucić go za drzwi. Dlatego nie mogła znieść tego, co się dzieje 
z  Ruth.  Mali  ją  rozumiała,  bo  trzeba  by  mieć  serce  z  kamienia,  by  nie  wzruszyć  się  losem 
Ruth! Dorbet często miała niewyparzony język i mówiła coś, co nie powinno jej obchodzić. 
Wtrącała się w sprawy, od których powinna się trzymać z dala. Mimo to Mali cieszyła się, że 
Dorbet reaguje. Ruth potrzebuje swojej młodszej siostry, silnej i nieustraszonej. Może zresztą 
my wszyscy jej potrzebujemy? Bo to właśnie Dorbet wypowiada zwykle na głos to, o czym 
inni wolą milczeć. Ona wskazuje na niesprawiedliwość, obłudę i kłamstwo. Tu, we wsi, taka 
postawa nie jest powszechna, ale ważne, że ktoś ma odwagę postąpić inaczej, myślała Mali. 
Znów uderzyło ją, że Dorbet z wiekiem staje się coraz bardziej podobna do niej. Jest tak samo 
niepokorna i odważna. Nie zamierza spuszczać wzroku i milczeć tylko dlatego, że większość 
ludzi uważa, że lepiej się nie wtrącać. Drogo kiedyś za to zapłaci, pomyślała Mali z lekkim 
niepokojem. Mimo to czuła zadowolenie, że młodsza z córek jest taka odważna. Zrobiło jej 
się  cieplej  na  sercu,  gdy  zerknęła  na  Dorbet.  Dostarczała  jej  coraz  częściej  powodów  do 
dumy. 

  
Ruth powoli odzyskała rumieńce. Gdy już położyła Marilenę na kocu na podłodze wśród 

zabawek, które z myślą o małych gościach zawsze leżały w skrzynce pod kanapą, włączyła 
się do pomocy przy wypiekach. Nastrój trochę zelżał, co było znów zasługą Dorbet, bo kiedy 
już  dala  upust  złości  i  frustracji,  zaczęła  gawędzić  o  tym  i  o  owym.  Herborg  zaś  jej 
wtórowała. 

-  Widziałaś  w  gazecie  zdjęcia  króla  Anglii?  -  spytała  Dorbet  Ruth  i  otarłszy  dłonie  o 

fartuch,  pogrzebała  w  koszu  na  gazety.  -  Zdecydował  się  abdykować  tylko  dlatego,  że  nie 
może się ożenić z kobietą, której pragnie. 

Znalazła wreszcie gazetę i pokazała Ruth zdjęcie króla Edwarda Ósmego. 
-  Nie  wygląda  na  wymoczka  -  stwierdziła  Herborg  i  pochyliła  się  nad  gazetą  razem  ze 

swoimi szwagierkami, podziwiając zdjęcie króla i jego szczupłej i eleganckiej Wallis. 

-  Ktoś,  kto  jest  królem,  nie  powinien  tak  postępować  -  stwierdziła  Ingeborg.  - 

Pochodzenie zobowiązuje. 

-  A co z miłością? - sprzeciwiła się Dorbet płomiennie. - Przecież on podjął taką decyzję 

dlatego, że kocha tę kobietę. 

-  Ale ona przecież była już dwa razy mężatką, więc... 
-  No i co z tego? - prychnęła Dorbet. 

background image

Ingeborg zacisnęła usta niezadowolona, po czym wyjęła z trzaskiem blachy do pieczenia i 

dodała z przekorą: 

-  Po  prostu  rozumiem,  dlaczego  ludzie  nie  chcą  się  zgodzić,  by  ona  została  królową. 

Wszystko ma swoje granice. 

-  To  raczej  rodzina  królewska  jej  nie  zaakceptowała  -  wtrąciła  się  Mali.  -  Cóż,  nawet 

koronowane głowy nie mogą sobie pozwalać na wszystko. 

-  W takim razie cieszę się, że nie należę do rodziny królewskiej - stwierdziła Dorbet. 
-  Właściwie powinniśmy się raczej cieszyć, że Ola Granvold nie jest królem - uśmiechnęła 

się  Herborg.  -  Bo  on  to  na  pewno  by  abdykował,  gdyby  nie  pozwolono  mu  cię  poślubić. 
Chociaż  królowa  matka,  Marit  Granvold,  chybaby  nie  miała  nic  przeciwko  takiej  synowej. 
Więc  pewnie  wszystko  by  się  jakoś  ułożyło,  bo  ona  zwykle  stawia  na  swoim  -  dodała 
rozbawiona i spojrzała na Dorbet. 

Dorbet podniosła wzrok i zarumieniła się, ale i ona się roześmiała. 
-  Nie  pomyślałam  o  tym,  ale  pewnie  masz  rację,  Herborg.  Ola  zdecydowałby  się 

abdykować,  gdyby  jego  matka  mnie  nie  zaakceptowała!  Rzeczywiście  chybaby  tak  było  - 
uśmiechnęła się i przyjaźnie trąciła Herborg. 

Nawet Ruth się uśmiechnęła. Stała razem z Dorbet i Herborg przy stole, oglądała zdjęcia w 

gazecie  i  słuchała  Dorbet,  która  zachwycała  się  elegancją  Amerykanki  Wallis,  o  której 
rozpisywały  się  wszystkie  gazety  i  tygodniki.  Podobno  kocha  biżuterię  i  zdaje  się,  że 
powiedziała, iż nigdy nie jest się dość szczupłym ani dość bogatym. 

-  To świadczy, że jest niezbyt mądra - stwierdziła Herborg. - Co to w ogóle za gadanie? 
-  Hmm, ja też się z nią nie zgadzam, że kobieta powinna być chuda - przyznała Dorbet. - 

Moim  zdaniem  powinna  mieć  trochę  ciała.  Mężczyźni  lubią  mieć  za  co  złapać  -  dodała 
trywialnie i posłała matce śmiałe spojrzenie. - Ale co do bogactwa to ją rozumiem. 

-  Pieniądze szczęścia nie dają - rzekła Mali. 
-  Powiedz  to  tym,  którzy  ich  nie  mają  -  odparła  chłodno  Dorbet.  -  Ciekawe,  co  by  ci 

odpowiedzieli! 

-  Pewnie, że ważne jest, by człowiek radził sobie i potrafił się sam utrzymać - przyznała 

Mali.  -  Ale  z  tym  bogactwem  to  bzdura.  A  teraz  już  zostawcie  te  gazety  -  dodała.  -  Nie 
skończyłyśmy jeszcze piec. 

  
Mali nie sądziła, że Ruth zostanie na obiad, ale córka chętnie przyjęła zaproszenie. 
-  Samuel jest w Surnadalen - mruknęła tytułem wyjaśnienia i zaczerwieniła się. - Musiał 

jechać  załatwić  coś  w  banku.  Ugotowałam  wcześniej  zupę  na  mięsie,  więc  tylko  mu 
podgrzeję, gdy wróci do domu. 

Nikt tego nie skomentował, a Ingeborg dostawiła dodatkowe nakrycie. 
 
-  No  nie,  a  kto  to  nas  odwiedził?  -  uśmiechnął  się  Havard,  kiedy  wraz  z  pozostałymi 

mężczyznami wrócił na obiad. 

Uniósł  Marilenę  wysoko,  a  ona,  szczęśliwa,  gaworzyła  wesoło,  jej  ślina  zaś  pociekła 

dziadkowi na włosy. 

-  Jak miło, że przyszłyście - rzekł Havard i popatrzył na Ruth. 
Mali poznała, że i on się zmartwił na widok bladej i wychudzonej córki, ale uchwyciwszy 

spojrzenie  Mali,  nic  nie  powiedział.  Zapytał  tylko,  czy  na  Wzgórzu  wciąż  jest  tak  zimno  i 
wieje przez szpary. 

-  Tak, idzie dużo drewna - przyznała Ruth. 
-  Drewna mamy pod dostatkiem, więc o to nie ma się co martwić - rzeki Havard. - Ale nie 

mogę przeboleć, że tak niesolidnie pobudowano ten dom. - Przeczesał dłonią włosy i usiadł 
na honorowym miejscu przy stole. - Rozmawiałem z bardzo dobrym stolarzem w Surnadalen 
-  ciągnął.  -  Jak  tylko  śnieg  stopnieje,  zaczniemy  izolować  budynek.  On  ma  dwóch 

background image

pracowników,  więc  powinno  pójść  szybko  -  dodał.  -  Pomyślałem,  że  można  by  od  razu 
rozbudować dom. Nie wiem, czemu od początku o tym nie pomyśleliśmy. Przecież niebawem 
będziecie pewnie potrzebować więcej miejsca - uśmiechnął się do Ruth. - Marilena jest naszą 
ukochaną wnuczką, ale kto wie, czy wnet nie pojawi się kolejne dziecko. 

Przy stole zrobiło się wesoło i tylko Mali zwróciła uwagę na reakcję Ruth, która pochyliła 

głowę nisko nad talerzem i skuliła się w sobie. Większość domowników pomyślała zapewne, 
ż

e  się  zawstydziła,  o  ile  w  ogóle  cokolwiek  zauważyli!  Ale  z  tą  dziewczyną  działo  się  coś 

niedobrego.  Zakryła  dłonią  usta,  jakby  miała  wymiotować,  i  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy. 
Mali zdawało się nawet, że po policzku spłynęła jej łza, którą Ruth pośpiesznie wytarła. 

Mali  nie  miała  pojęcia,  dlaczego  Ruth  tak  zareagowała.  Przecież  zawsze  bardzo  kochała 

dzieci. I choć jej małżeństwo z Samuelem nie było szczęśliwe, to chyba pragnęła mieć więcej 
potomstwa? Marilena w każdym razie była dla niej najważniejsza. 

Mali myślała sobie, że gromadka dzieci wynagrodzi Ruth nieudane pożycie małżeńskie. Że 

wniosą one radość w jej smutne życie. Życiu wielu mężatek sens nadawały dzieci i praca. Ale 
najwyraźniej  wzmianka  o  potomstwie  sprawiła  Ruth  przykrość,  ba,  była  dla  niej  nie  do 
zniesienia. 

-  Podeślesz nam kilkoro, jeśli będzie ich u was za dużo - uśmiechnął się Oja. - Mamy tu 

dość miejsca, choć i my z Herborg nie zamierzamy poprzestać na jednym dziecku. 

Dopiero gdy zmienili temat, Mali uświadomiła sobie, że Dorbet się w ogóle nie odzywała. 

To wydało jej się tak niezwykłe, że podniosła wzrok i spojrzała uważnie na młodszą córkę. 
Dorbet grzebała widelcem w jedzeniu, nic nie biorąc do ust, zupełnie jakby coś ją dręczyło. 
Mali przyszło nagle na  myśl, że może Dorbet jest w ciąży, choć jeszcze nikomu o tym nie 
powiedziała.  Ale  nie  przejęła  się  tym,  bo  w  końcu  Dorbet  była  zaręczona  z  Olą,  a ich  ślub 
miał się odbyć za parę miesięcy. I chociaż Mali przypuszczała, że Dorbet wolałaby kroczyć 
do  ołtarza  szczupła  i  piękna,  ubrana  na  biało,  to  jednak  ciąża  nie  wyprowadziłaby  jej  z 
równowagi.  Dlatego  właśnie  zmartwiło  ją,  że  córka  wydawała  się  taka  nieswoja,  gdy 
rozmowa zeszła na dzieci. 

-  Chyba słyszałaś, że razem z mamą byliśmy z wizytą w Gjelstad? - Havard spojrzał na 

Ruth, która wyprostowała się i udawała, że jest pochłonięta jedzeniem. W milczeniu pokiwała 
głową. 

-  Tak, nastrój świątecznej radości wcześnie zawitał we dworze w Gjelstad - odezwała się 

Dorbet, najwyraźniej zadowolona ze zmiany tematu rozmowy. 

-  Nie ma z czego drwić - ojciec przywołał ją do porządku. - Naprawdę czas najwyższy, by 

między  Gjelstad  a  Stornes  zapanowała  zgoda.  Ruth  Lina  przyjechała  do  domu  -  dodał.  - 
Znalazła sobie pracę w Trondheim i bardzo jest z niej zadowolona. A w święta odwiedzi ją 
kawaler. 

Mali zauważyła, że Oja pochylił się niżej nad półmiskiem, nakładając sobie jedzenie. 
-  Bardzo się ucieszyłam, gdy o tym opowiedzieliście - odezwała się spokojnie Herborg. - 

Dobrze,  że  znalazła  kogoś,  z  kim  pragnie  dzielić  resztę  życia,  no  i  najważniejsze,  że 
pogodziła się z matką. Ucieszyliśmy się oboje, prawda, Oja? 

Oja pokiwał głową. Herborg najwyraźniej wyczuła, że jest trochę zakłopotany, bo podała 

mu rękę i uśmiechnęła się do niego. 

-  Nie należy żałować szczęścia innym, kiedy samemu jest się tak szczęśliwym - rzekła. - 

Zwłaszcza Ruth Linie. 

-  Tak, w święta będzie u nich tłoczno - ciągnął Havard. - Ale u nas pewnie też, prawda? 

Bo przyjdziecie chyba do nas w Wigilię i w kolejne dni świąteczne, Ruth? 

Ruth spojrzała pośpiesznie na ojca, a jej spojrzenie było tak smutne, że Mali serce ścisnęło 

z żalu. 

-  Zapytam Samuela - powiedziała cicho. 

background image

-  Nie,  nie  pytaj  -  oświadczyła  kategorycznie  Dorbet.  -  Po  prostu  przyjdźcie!  To  moje 

ostatnie święta panieńskie we dworze, pomyślałaś o tym? Za rok w Boże Narodzenie będę już 
młodą gospodynią w Granvold. Nie wyobrażam sobie, by mogło was tu nie być, Ruth! 

-  No  pewnie  -  przyłączyła  się  Mali.  -  Musicie  przyjść,  bo  w  tym  roku  brakować  będzie 

Siverta i jego rodziny. 

-  Ale za to przyjadą na mój ślub - rozpromieniła się Dorbet. - Tordhild obiecała. 
-  No i przy okazji zostaną na chrzcinach tu, we dworze - dodała Mali. - Kto wie, czy nie 

będzie to chrzest kolejnego dziedzica Stornes. 

Ruth pokiwała głową. 
-  Przyjdziemy - odpowiedziała. - Samuel na pewno też będzie chciał. 
Akurat  co  do  tego  Mali  nie  była  do  końca  przekonana.  Choć  sądziła,  że  ostatecznie 

misjonarz  wyrazi  zgodę,  by  zaoszczędzić  na  wydatkach  na  świąteczne  jedzenie.  Mimo  że 
mięso i kartofle, zresztą jak wszystko inne, dostali ze dworu, pomyślała z sarkazmem. 

  
Było już ciemno, gdy Mali odprowadziła Ruth i Marilenę do korytarza, by je wyprawić w 

drogę.  Do  dużej  siatki  włożyła  wypełnione  po  brzegi  ciastkami  puszki.  Marilena  była 
zmęczona i marudziła. Nie przespała się przed południem jak jak zwykle, bo zbyt wiele się 
wokół niej działo. Wciąż ktoś podchodził, zagadywał ją i brał na ręce. 

-  Może cię odprowadzę? - zaproponowała Mali. - Trudno ci się będzie zabrać samej z tym 

wszystkim, zwłaszcza że niesiesz na rękach Marilenę. 

-  Nie, nie - zaprotestowała pośpiesznie Ruth. - Poradzę sobie sama. 
Nie  chce,  żebym  z  nią  szła,  domyśliła  się  Mali.  Nie  chce,  żebym  z  nią  była,  gdyby  się 

okazało, że Samuel już wrócił do domu. 

-  Zajrzyj  do  nas  wkrótce  -  powiedziała.  -  Zostały  nam  jeszcze  do  upieczenia  pączki  i 

kruche ciastka. 

Ruth  pokiwała  głową,  założyła  szal  na  głowę,  otuliła  się  nim  i  zawiązała  w  talii.  Potem 

wzięła od matki Marilenę i wyszła na schody. 

-  Dziękuję za to wszystko, co mi zapakowałaś, mamo - odezwała się cicho. 
-  No  coś  ty,  przecież  pomagałaś  w  pieczeniu.  Ciastka,  które  dostałaś,  należą  ci  się  za 

pracę! - Objęła Ruth i dziecko i uściskała je na pożegnanie. - Czy mogę ci jakoś pomóc? - 
zapytała nagle. - Nie potrzebujesz mnie, Ruth? 

Na moment napotkała czarne jak noc spojrzenie córki. 
-  Nie, dziękuję - rzekła Ruth niemal bezgłośnie. - Poradzę sobie. 
I  ruszyła  przez  dziedziniec.  Mali  stała  i  patrzyła,  póki  postać  córki  nie  zniknęła  w 

ciemnościach. Zadrżała, bo miała dziwne wrażenie, że Ruth dosłownie pochłonął mrok. Nie 
wiedziała  jednak,  jak  temu  przeszkodzić.  Otrzepała  śnieg  z  butów  i  weszła  z  powrotem  do 
korytarza. 

 
ROZDZIAŁ 10. 
  
Oja oparł się na łokciu i wpatrywał się w Herborg, która spała spokojnie z jedną ręką nad 

głową,  a  rozrzucone  na  poduszce  rude  włosy  okalały  piękną  twarz.  Delikatnie  pogłaskał 
palcem jej miękki i ciepły policzek. Sen zabarwił jej policzki na różowo i przez to wydawała 
się młodsza. 

Oja czuł, jak serce przepełnia mu miłość do żony. Nigdy nie sądził, że będzie kiedyś taki 

szczęśliwy. Nie przypuszczał, że życie może być takie piękne. Położył się i przytulił mocno 
do Herborg. Gdy pojawiła się w jego życiu, wszystko się zmieniło. Każdego ranka budził się 
z  uczuciem  głębokiej  radości  i  niemal  pokornej  wdzięczności.  A  wszystko  za  sprawą 
Herborg. 

background image

Nie  zawsze  życie  było  takie  proste,  pomyślał.  Przez  wiele  lat  wydawało  mu  się,  że  jest 

pomijany,  niemal  niechciany.  Zawsze  na  drugim  miejscu.  To  odebrało  mu  pewność  siebie, 
dlatego  bywał  krnąbrny  i  trudny.  Ale  teraz  wszystko,  co  złe,  minęło.  Wreszcie  czuł  się 
chciany i doceniony także przez pozostałych członków rodziny. 

Punktem  zwrotnym  okazała  się  rozmowa  z  Sivertem,  która  wiele  dla  niego  znaczyła. 

Nabrał pewności, że brat ostatecznie przekazał mu dziedzictwo i że nie zamierza wycofać się 
ze swej decyzji. Rozmawiali wtedy ze sobą tak szczerze! Sivert powiedział, że Oja otrzymał 
to, co mu się prawnie należało, że to on, Oja, jest zręczniejszym gospodarzem. I że chce, by 
byli braćmi, prawdziwymi braćmi! 

Po tej rozmowie z Sivertem wreszcie się wszystko jakoś uporządkowało. 
Herborg poruszyła się,  westchnęła i otworzyła oczy.  Zrazu zaspane i szare, na widok Oi 

rozpromieniły się w uśmiechu. 

-  Co  ty,  nie  śpisz  już?  -  zdziwiła  się  i  zmierzwiła  mu  lekko  grzywkę.  -  Czemu  mi  się 

przyglądasz? 

-  Dopiero  co  się  obudziłem  -  odpowiedział  Oja  i  zarumienił  się,  jakby  go  przyłapała  na 

kłamstwie. Przyciągnął ją do siebie i dodał: - No i tak sobie leżałem i patrzyłem na  ciebie. 
Wiesz, że odmieniłaś całe moje życie, Herborg? 

Uśmiechnęła się lekko i pogłaskała go po policzku. 
-  Naprawdę? 
-  Tak,  teraz  wreszcie  się  czuję  bezpieczny  i  szczęśliwy.  A  nie  zawsze  tak  było.  Ja...  - 

urwał i podjął po chwili: - Zresztą czy to ważne? Teraz... Myślę, że nie można być bardziej 
szczęśliwym niż ja. 

Herborg  nie  odpowiedziała.  Leżała  cicho,  jak  gdyby  czegoś  nasłuchując.  A  potem 

chwyciła go za rękę i położyła na swoim okrągłym, ciepłym brzuchu. 

-  Czujesz, jak dziecko kopie? - wyszeptała. 
Oja  czuł  to  już  wcześniej.  Gdy  dziecko  po  raz  pierwszy  poruszyło  się  w  jej  łonie, 

natychmiast  podzieliła  się  z  nim  swoją  radością.  On  wciąż  był  oszołomiony,  gdy  myślał  o 
tym,  że  w  jej  brzuchu  rośnie  istota,  będąca  owocem  ich  miłości.  Że  za  parę  miesięcy  będą 
rodzicami. I że kolejny dziedzic Stornes jest w drodze. 

O ile to chłopiec, pomyślał Oja. Bo jeśli urodzi się dziewczynka, będzie musiała ustąpić 

prawa  do  dziedziczenia  dworu  młodszemu  bratu.  Nie  powiedział  tego  Herborg,  ale  miał 
nadzieję, że urodzi się syn. Będzie się naturalnie cieszył też z córki, ślicznej małej dziewuszki 
podobnej do mamy. Bo najważniejsze, by wszystko poszło dobrze zarówno z Herborg, jak i z 
dzieckiem. 

Ale jeśli teraz urodziłby się im syn, dwór miałby  kolejnego dziedzica i pozbyliby się tej 

ciążącej na nich presji zapewnienia ciągłości rodu. 

Oja  bardzo  by  chciał  mieć  syna,  który  by  poszedł  w  jego  ślady.  Nosiłby  go  na  barana  i 

pokazywał  mu  gospodarstwo,  zwierzęta,  pola  uprawne,  tak  jak  niejasno  pamiętał  z 
dzieciństwa,  że  nosił  go  Havard.  Chciałby  mieć  syna,  którego  by  nauczył,  jak  prowadzić 
gospodarstwo i nim zarządzać, a gdy nadszedłby czas, okazałby się on godnym spadkobiercą. 
Oja  nie  miał  bowiem  żadnych  wątpliwości,  że  syn  jego  i  Herborg  wyrośnie  na  zręcznego 
gospodarza. Jeśli nie urodzi się tym razem, będzie następny w kolejności, pomyślał i poczuł 
znów pod dłonią delikatne kopnięcie. 

-  Czujesz? - Herborg spojrzała na niego i położyła dłoń na jego dłoni. 
-  Tak - wyszeptał z nabożeństwem, bo dla niego za każdym razem było to cudem. - Jak 

mocno kopie! 

-  Urosło już, wiesz - uśmiechnęła się. - Trzeba przyznać, że to bardzo żywe dziecko. Po 

nocach nie daje mi spać. 

Herborg położyła też drugą rękę na brzuchu i tak leżeli cicho, wyczuwając delikatne ruchy, 

które świadczyły o tym, że w środku rozwija się życie. Oja popatrzył na żonę, ale ona tego nie 

background image

zauważyła. Jej oczy nabrały dziwnego wyrazu, jakby była zapatrzona w głąb siebie. Odczuwa 
zapewne zupełnie szczególną więź z dzieckiem, które nosi pod sercem, pomyślał Oja. Jest mu 
przecież najbliższa. Na krótki moment poczuł się tym lekko dotknięty, jakby wykluczony ze 
wspólnoty. 

-  Kim jesteś, maleństwo? - wyszeptała Herborg. - Dziarskim chłopaczkiem, podobnym do 

swojego taty, czy też niezwykle żywą małą dziewczynką? 

Popatrzyła na Oję, a w jej oczach dostrzegł cień niepewności. 
-  Czy na pewno będziesz się cieszył, jeśli urodzę córkę?  
Oja poklepał ją leciutko po brzuchu i oparł się głową o jej głowę. 
-  Oczywiście! - zapewnił, ale cieszył się, że Herborg nie patrzy mu w oczy. 
Chociaż  właściwie  przecież  nie  kłamię,  tłumaczył  się  sam  przed  sobą.  Będę  się  cieszył 

dzieckiem,  niezależnie  od  jego  płci,  byleby  tylko  wszystko  poszło  dobrze  z  Herborg.  Jeśli 
teraz urodzi się córka, następny będzie syn. Mamy dość czasu, by poczekać na syna, a nawet 
dwóch. 

-  Która  to  godzina?  -  poderwała  się  nagle  Herborg  i  usiadła  na  łóżku.  -  Dziś  Wigilia, 

mamy dużo pracy - dodała i odgarnęła włosy do tyłu. 

-  Dopiero wpół do siódmej - uspokoił ją Oja.  -  Wstanę i pójdę do obory,  ale ty możesz 

jeszcze godzinkę poleżeć. Zdążymy ze wszystkim, co jest do zrobienia, wiesz - rzekł i położył 
ją  z  powrotem  na  łóżku.  -  Ingeborg  i  Ane  wszystkiego  dopilnują.  Jest  też  Dorbet  -  dodał, 
otulając  żonę  dokładnie  kołdrą.  -  Choć  ona,  na  ile  ją  znam,  zniknie  przed  południem  w 
Granvold. Ale ty możesz trochę odpocząć, mama też tak mówiła. 

Herborg zaśmiała się, zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła go do siebie. 
-  Jestem zdrowa jak ryba - chuchnęła mu ciepło do ucha. - Pewnie, że pomogę! Przecież 

jestem tu we dworze młodą gospodynią! 

-  Tak, ale nie musisz robić... 
-  Poleżę jeszcze przez chwilę - uspokoiła go Herborg. - Nie będę dźwigać nic ciężkiego 

ani się zbytnio forsować w ciągu dnia. Ale chcę krzątać się na dole i cieszyć się na tę chwilę, 
gdy już odpakuję prezent od ciebie! 

Oja uśmiechnął się tajemniczo i pokręcił głową. 
-  Nie myśl, że coś ze mnie wyciągniesz. Na pewno nic ci nie powiem! 
-  A czy ja o coś pytam? - przekomarzała się z nim. - Ty też się nie dowiesz, co dostaniesz 

ode mnie. Ale mam nadzieję, że się ucieszysz - dodała. 

-  Z pewnością - odparł. - Wiem o tym, choć nie mam pojęcia, co dostanę. 
-  No co ty - uśmiechnęła się i pogłaskała go po policzku. Leżeli przez chwilę przytuleni, w 

końcu odepchnęła go lekko i popatrzyła rozpromienionym wzrokiem. 

-  Pomyśl, że za rok na Boże Narodzenie będziemy już mieli maleństwo, Oja. To będzie 

jego pierwsza Gwiazdka w Stornes. 

Oja pokiwał głową i spuścił nogi na lodowato zimną podłogę. 
-  Nie jestem w stanie tego pojąć, póki nie ujrzę na własne oczy - rzekł i podszedł do pieca. 

Dołożył  dwa  duże  pieńki  do  tlącego  się  żaru,  a  potem  się  ubrał.  -  Ale  dziś  wieczorem  też 
będzie nas dużo przy stole - dodał. - Ane z Aslakiem, Ingeborg i O1av zostaną we dworze i 
zasiądą  z  nami  do  wieczerzy.  No  i  przyjdą  goście  ze  Wzgórza.  Misjonarz  w  końcu  się 
zdecydował. 

-  Co  za  wstrętny  głupiec!  -  rzekła  z  pasją  Herborg.  Już  samo  to,  że  nazwała  kogoś 

głupcem  i  się  rozgniewała,  było  do  niej  niepodobne.  -  Żeby  tak  zwlekać  z  przyjęciem 
zaproszenia! On to robi specjalnie, żeby dokuczyć Ruth, jestem pewna. Ruth powinna... 

-  ...go wyrzucić - dokończył za nią. 
-  Właśnie! - pokiwała głową Herborg, zgadzając się z mężem. - Bo on nie jest dobry ani 

dla niej, ani dla dziecka. Wszyscy widzą, jak Ruth posmutniała i zmizerniała. Jestem chora, 

background image

gdy na to patrzę. Ale co można zrobić? Ona nie chce rozmawiać o tym, w każdym razie nie ze 
mną. 

Nagle wyciągnęła ramiona do Oi, który podszedł do niej i uściskał ją mocno. 
-  Bogu dziękuję, że trafił mi się taki mąż jak ty - wyszeptała mu do ucha. - Nie ma nikogo 

lepszego. 

Oja poczuł, jak mu się robi ciepło na sercu. Trzymał Herborg w ramionach i pocałował ją 

w głowę. 

-  Ja... nie jestem... - wymamrotał. - Nie zasługuję na ciebie. 
Naprawdę tak myślał i tym wdzięczniejszy był losowi, że zesłał mu Herborg. Nie mógłby 

przysporzyć jej takich zmartwień, by wyglądała tak jak Ruth. Nigdy! 

Gdy w otwartych drzwiach odwrócił się jeszcze, Herborg uśmiechnęła się do niego. 
-  Będę  tu  sobie  leżała  razem  z  naszym  dzieckiem  przez  całą  godzinę  -  wyszeptała  i 

poklepała się po brzuchu. - Obiecuję... 

Skinął głową z uśmiechem. A potem zamknął za sobą cicho drzwi. 
  
Do wieczerzy wigilijnej zasiedli w dużym gronie. Podano kawę, a stół uginał się od talerzy 

z ciastem. Mimo to Mali odczuwała bolesną tęsknotę za Sivertem, Tordhild i Johannesem. Jak 
dobrze by było mieć ich także koło siebie, myślała. Może Sivert porozmawiałby z Ruth, może 
tym razem by go posłuchała? Choć tak naprawdę Mali w to nie wierzyła. Sama próbowała, 
ale Ruth wymykała się zawsze, niewiele mówiąc. Nawet gdy Mali doradzała jej, by udała się 
do doktora do Surnadalen, rzekła jedynie, że nic jej nie jest. 

-  Chyba  nie  masz  racji  -  próbowała  ją  przekonać  Mali.  -  Ktoś,  kto  jest  zdrowy,  nie 

wygląda tak jak ty, Ruth. 

-  To  wszystko  przez  tę  infekcję,  która  mnie  tak  długo  męczyła  -  odpowiedziała  Ruth 

wymijająco. - Ale twoje zioła mi pomogły. W ostatnim tygodniu poczułam się o wiele lepiej. 

-  Cieszę się, ale żaden wywar z ziół nie przywróci ci radości życia, Ruth - odparła Mali 

cicho. - A w tobie, dziecino, nie ma jej w ogóle. 

Na  moment  ich  spojrzenia  się  spotkały  i  Mali  dostrzegła  udręczone  oczy  córki,  która 

jednak zaraz spuściła wzrok. 

-  Mam przecież Marilenę. 
-  Tak,  wiem,  że  ją  bardzo  kochasz  -  odpowiedziała  Mali.  -  Ale...  wydajesz  mi  się  taka 

przygnębiona, Ruth. Czy nie mogłabym ci jakoś pomóc? 

-  Nie, nikt mi nie może pomóc - powiedziała cicho. - Muszę sobie poradzić sama, mamo. 
-  A  gdybyś  tak  wzięła  Marilenę  i  pojechała  do  Siverta  i  do  Tordhild  do  Oslo?  - 

zaproponowała nagle Mali. 

Ten pomysł zrodził jej się w głowie pewnej bezsennej nocy, gdy rozmyślała o córce. Mali 

była pewna, że Sivert z Tordhild przyjęliby Ruth wraz z dzieckiem z otwartymi ramionami. 
Miejsca mieli dość, by mogła tam jakiś czas pobyć. Poza tym Sivert często wyjeżdżał, więc 
Tordhild ucieszyłaby się z towarzystwa. A że Ruth dobrze by zrobił taki wyjazd, nie miała 
najmniejszych wątpliwości. Może w ten sposób udałoby się ją nakłonić do zakończenia tego 
beznadziejnego  związku  małżeńskiego.  Mali  była  pewna,  że  zarówno  Sivert,  jak  i  Tordhild 
przemówiliby Ruth do rozsądku. 

-  Wyjechać do Oslo? - Ruth spojrzała na nią przerażona. - Przecież wiesz, że nie mogę - 

odparła pośpiesznie cichym głosem. - Samuel nigdy by mi na to nie pozwolił. 

-  To nie wolno ci odwiedzić brata? 
-  Zapomnij o tym, mamo - westchnęła Ruth cicho. - Poradzę sobie jakoś sama. 
To chyba była najszczersza rozmowa, jaką Mali odbyła z Ruth na temat jej małżeństwa z 

Samuelem. Mali nie pytała o więcej, bo wiedziała, że Ruth nie dopuści jej bliżej do swych 
problemów. Zresztą wiedziała najlepiej, co to znaczy dźwigać samotnie swoje brzemię. 

background image

Zerknęła na starszą córkę. Przed nią na stole leżały prezenty. Bardzo się ucieszyła z nowej 

sukienki,  na  którą  Mali  sama  utkała  materiał.  Nic  dziwnego,  pomyślała  Mali.  Nie 
przypominała sobie, by widziała Ruth w jakimś nowym stroju, odkąd ta wyszła za mąż. 

Od Herborg i Oi dostała srebrny łańcuszek, a Dorbet kupiła jej obrączkę z takim samym 

wzorem. Pewnie umówili się i razem kupili prezent dla Ruth. Samuel nie ukrywał, że nie ceni 
sobie takich podarków, które dostała żona. 

-  Ważne są wartości duchowe - powiedział z emfazą, pogardliwie spoglądając na ozdoby. 
-  Inne wartości też są człowiekowi potrzebne - odcięła się Dorbet. - Przecież widzimy, ile 

ty  masz  garniturów,  nosisz  też  zegarek  na  złotym  łańcuszku.  To  chyba  nie  są  przymioty 
ducha? 

Samuel  poczerwieniał  i  umilkł.  Sam  wręczył  Ruth  małą  książeczkę  z  kazaniami.  Mali 

bardzo  się  zdenerwowała,  gdy  to  zobaczyła,  nic  jednak  nie  powiedziała.  Zresztą  domyślała 
się,  że  Ruth  dostanie  od  męża  tego  typu  prezent.  Nawet  Marilenie  nie  odpuścił.  Dziecko 
otrzymało książeczkę z psalmami! 

-  Jeśli już chciałeś podarować swojej córeczce książkę, to trzeba było raczej wybrać jakąś 

z obrazkami - prychnęła Dorbet oburzona. - Przecież mała nie ma nawet jeszcze roczku! Ty to 
naprawdę jesteś nierozumny, człowieku! 

Ale książka utonęła w stosie zabawek i nowych ubranek, które Marilena dostała od innych, 

a potem spadła w zamieszaniu na podłogę i nikt się nie schylił, by ją podnieść. 

Herborg  zrobiła  wielkie  oczy,  gdy  otworzyła  prezent  od  Oi.  Dostała  złoty  łańcuszek  z 

dwoma połączonymi serduszkami ze złota. 

-  Ależ Oja... - popatrzyła na niego rozpromieniona, a w oczach zalśniły jej łzy wzruszenia. 

- Oszalałeś, kochanie! 

Oja poczerwieniał z zadowolenia, widząc, jak ją uradował, i trochę nieporadnie pomógł jej 

założyć  łańcuszek  na  szyję.  Sam  zaś  nie  posiadał  się  z  radości,  gdy  zobaczył  nowy  sweter, 
jaki dla niego zrobiła na drutach. 

Mali  także  wydziergała  sweter  dla  Havarda.  Piękny,  z  uprzedzonej  w  domu  wełny, 

osobiście  przez  nią  ufarbowanej  na  kolor  czarny,  czerwony  i  biały.  Sweter  był  bardzo 
elegancki i Havard od razu go na siebie włożył. Wszyscy się zachwycali, że tak świetnie się w 
nim prezentuje, i nie szczędzili pochwał Mali. 

-  Tato, wyglądasz naprawdę stylowo - uśmiechnęła się Dorbet. 
Rzeczywiście, przyznała jej w duchu rację Mali, czując przyśpieszone bicie serca. Dostała 

w podziękowaniu całusa, po czym Havard wręczył jej małe pudełeczko owinięte w papier w 
srebrne  gwiazdy  i  przewiązane  srebrnym  sznureczkiem.  Kiedy  Mali  je  otworzyła, 
zaniemówiła z wrażenia. Bez słowa wpatrywała  się w obrączkę z białego złota z maleńkim 
błyszczącym diamentem. 

-  Ależ Havardzie... -  wydobyła wreszcie z siebie i popatrzyła na niego przerażona. - Na 

Boga... Diament... Ależ to musiało kosztować fortunę... 

-  Miałem pieniądze - odpowiedział Havard spokojnie. - A bardzo chciałem ci podarować 

coś wyjątkowego. 

Mali włożyła obrączkę na serdeczny palec lewej ręki. Wyciągnęła dłoń do światła, które 

odbiło się w diamencie tysiącami lśniących promyków. 

Havard musiał chyba sięgnąć po pieniądze, które trzymamy w kufrze ukrytym głęboko pod 

ś

cianą, pomyślała oszołomiona. 

Wprawdzie wszyscy twierdzili, że banki są bezpieczne, jednak kufer z pieniędzmi, który 

kiedyś ukryli pod ścianą, pozostał i tam co jakiś czas dokładali kolejne oszczędności. Oboje 
doszli do zgodnego wniosku, że tak będzie najlepiej. To były pieniądze, o których istnieniu 
tylko oni wiedzieli. Resztę trzymali w banku. 

-  No, no, muszę przyznać, że masz gust, tato - uśmiechnęła się Dorbet. - Nie jest z tobą tak 

ź

le! 

background image

Mali podała Havardowi dłoń z pierścionkiem, on zaś ujął ją i pocałował. 
-  Dziękuję  -  wyszeptała,  wstrzymując  oddech,  jej  spojrzenie  zaś  obiecywało,  że  gdy 

zostaną sami, podziękuje mu w sobie tylko wiadomy sposób. 

-  A ty, Dorbet? - odezwał się Havard. - Zdaje się, że dostałaś prezenty świąteczne od Oli 

już wcześniej? 

-  Nie, mam tu jeszcze jeden - odpowiedziała Dorbet triumfalnie i wyciągnęła z kieszeni 

spódnicy pudełeczko. 

W  środku  był  pierścionek,  zloty  pierścionek  z  dwoma  umieszczonymi  obok  siebie 

perełkami, identycznymi jak te z naszyjnika, którym obdarował ją wcześniej. 

-  Och ten Ola! - uśmiechnął się Havard. - On dobrze wie, co ty najbardziej lubisz! 
Dorbet uśmiechnęła się.  Ojciec miał rację. Włożyła pierścionek na palec i przyjrzała mu 

się z podziwem. Naszyjnik z pereł i do kompletu pierścionek z perłami! Czy ktoś tu we wsi 
ma coś podobnego? Nikt, pomyślała zadowolona i usadowiła się wygodniej. Podziękuję mu, 
jak  się  spotkamy  po  świętach.  Postaram  się,  by  długo  nie  zapomniał  mojej  wdzięczności, 
uśmiechnęła się pod nosem. 

Samuel  mówił  niewiele.  Jego  prezenty  nie  zajmowały  wiele  miejsca.  Ruth  uszyła  mu 

kamizelkę  z  tkaniny,  którą  dostała  od  mamy.  Dorbet,  Herborg  i  Oja  podarowali  mu  parę 
grubych  wełnianych  rękawic.  Na  pewno  nie  będzie  ich  używał!  Życzył  sobie  skórzanych 
rękawiczek! A od Mali i Havarda dostał książeczkę z psalmami. 

-  Psalmy?  -  Havard  popatrzył  zaskoczony  na  Mali,  kiedy  mu  pokazała,  co  pakuje  dla 

Samuela. - Ależ on ma pewnie już cały stos takich książek! 

-  Z  pewnością  -  odparła  Mali  chłodno.  -  Ale  dostanie  jeszcze  jedną.  Jest  przecież  taki 

uduchowiony, nie można więc go obdarowywać dobrami materialnymi, jak sądzisz? - dodała 
ironicznie. - Ten człowiek tak mnie denerwuje swoją obłudą, że postanowiłam wręczyć mu w 
tym roku nowy psałterz. 

Poznała po reakcji Samuela, że trafiła w dziesiątkę. Usiłował udawać, że jest zadowolony, 

ale tak naprawdę bardziej był zaskoczony, pomyślała Mali, śmiejąc się w duchu. Spodziewał 
się  najwidoczniej  czegoś  innego.  Podziękował  nieco  sztywno  i  położył  książkę  na 
rękawiczkach. Minę miał taką, że nie można było mieć wątpliwości, że spotkał go zawód. 

Dobrze mu tak, cieszyła się w duchu Mali. 
  
Któregoś przedpołudnia po świętach nieoczekiwanie odwiedziła Stornes, Lisbeth Oppstad. 

Ona  i  jej  mąż  Anders  już  od  dawna  przejęli  zarządzanie  dworem,  a  starzy  gospodarze 
odpoczywali, mając zapewnione utrzymanie do końca swoich dni. 

-  Och,  jak  miło  cię  widzieć  -  powitała  ją  Mali  w  korytarzu,  mimo  że  poczuła  pewien 

niepokój  z  powodu  tej  wizyty.  Musiało  wydarzyć  się  coś  szczególnego,  skoro  Lisbeth 
odwiedza ich w porze świątecznej. - Zaparzę kawy - dodała i już chciała otworzyć izbę, gdy 
Lisbeth rzekła pośpiesznie: 

-  Najchętniej  pomówiłabym  z  tobą  na  osobności.  Może  tak  byśmy  poszły  do  twojej 

pracowni? Tam będziemy same, prawda? 

Niepokój Mali nasilił się i poczuła gwałtowny skurcz serca. 
-  Skoro ci na tym zależy... 
Wskazała  Lisbeth  drogę  do  pracowni,  którą  ogrzewała  nawet  teraz  między  świętami. 

Wykorzystywała bowiem każdą chwilę na tkanie, nawet podczas świąt. Lisbeth rozejrzała się 
z zachwytem po pracowni. 

-  Ile pięknych wyrobów już tu zgromadziłaś! - rzekła, dotykając dużego kilimu na ścianę. 

- To wszystko zabierzesz na jesieni do Ameryki? 

-  O ile tam w ogóle pojadę - odparła Mali.  
Lisbeth podniosła wzrok. 
-  Czyżbyś miała nie jechać? 

background image

-  Tego nigdy nie wiadomo - odpowiedziała Mali wymijająco. - To bardzo daleka podróż, 

nie byłoby mnie w domu około dwóch miesięcy. Nie tak łatwo zostawić wszystko i wyjechać, 
wiesz. No, ale zobaczymy. 

Lisbeth  pochodziła  po  pracowni  i  obejrzała  sobie  wszystko.  W  końcu  Mali  chrząknęła 

znacząco i zapytała: 

-  Coś chciałaś ode mnie, Lisbeth? 
Odwróciła się do niej pośpiesznie. Twarz miała poważną i nerwowo skubiąc szal, którego 

nie zdążyła z siebie zdjąć, wyjaśniła: 

-  Zastanawiałam  się  już  od  kilku  dni,  czy  tu  do  ciebie  przyjść.  Bo  właściwie  przynoszę 

tylko  plotki.  Chcę  jednak,  byś  mimo  wszystko  o  tym  wiedziała,  ponieważ  plotki  się  tak 
szybko rozchodzą... 

Serce podskoczyło Mali do gardła. Wskazała Lisbeth krzesło i poprosiła, by usiadła. Sama 

przycupnęła na brzegu stołka przy krosnach. 

-  O co chodzi? 
-   Być  może  słyszałaś,  że  na  wiosnę  przyjęliśmy  nową  służącą,  niejaką  Guro  Bakke  z 

Rindalen.  Bardzo  pracowita  i  zręczna  dziewczyna,  zaledwie  siedemnastoletnia.  Nigdy  nie 
mieliśmy  do  niej  żadnych  zastrzeżeń.  Przeciwnie,  to  chodzący  anioł.  Ale  teraz...  -  Lisbeth 
nadal skubała szal, wreszcie podniosła głowę i popatrzyła na Mali. - Teraz Guro spodziewa 
się dziecka. - Przez długą chwilę panowała w pracowni cisza. Słowa Lisbeth jakby zawisły w 
powietrzu. Mali nie odezwała się, Lisbeth ciągnęła więc dalej: - To taka porządna dziewczyna 
ta  Guro.  I  pobożna.  Pochodzi  z  bardzo  religijnej  rodziny.  Ona  chyba  najgorliwiej 
uczestniczyła  w  rekolekcjach,  które  misjonarz  prowadził  w  domu  ludowym  na  jesieni. 
Wydaje  mi  się,  że  nie  opuściła  ani  jednego  wieczoru.  -  Lisbeth  zdjęła  szal  i  poruszyła  się 
niespokojnie na krześle. - Potem nagle bardzo się zmieniła. Prawie przestała jeść i słyszałam, 
jak  popłakuje  wieczorami.  Przed  tygodniem  natknęłam  się  na  nią,  gdy  wymiotowała  za 
spichlerzem. Właśnie wtedy nabrałam podejrzenia, że... może jest w ciąży. 

O  Boże,  pomyślała  Mali  niejasno.  Oby  tylko  nie  było  tak,  jak  przypuszczam.  To 

niemożliwe! 

-  Wzięłam ją na rozmowę - mówiła dalej Lisbeth. - W końcu przyznała mi się z płaczem, 

ż

e jest w ciąży. Nie chciała jednak zdradzić, kto jest ojcem dziecka. Gdy ją o to zapytałam, 

była śmiertelnie wystraszona. Powiedziała, że nikt się nie może o tym dowiedzieć. Ale we wsi 
aż huczy od plotek o tym, że misjonarz... 

Mali pokiwała powoli głową. 
-  Słyszałam o tym - rzekła cicho. - Ale nie mogę wprost w to uwierzyć... 
-  Nie, kto by pomyślał - przyznała jej rację Lisbeth. - To niepojęte, że osoba duchowna, 

człowiek  żonaty,  nadużywa  swojej  pozycji  w  taki  sposób.  Guro  milczy  jak  głaz. 
Rozmawiałam  jednak  z  kilkoma  innymi  służącymi  i  one  mi  powiedziały,  że  Guro 
wielokrotnie  zostawała  wieczorami  w  domu  ludowym  po  skończonych  spotkaniach 
rekolekcyjnych. - Lisbeth popatrzyła na Mali ze szczerą rozpaczą w oczach i wyznała cicho: - 
Nie  mam  pojęcia,  co  o  tym  sądzić!  Ale  muszę  odesłać  dziewczynę  do  domu,  Mali.  Dla  jej 
własnego dobra, póki ciąża nie jest jeszcze widoczna. 

I  tak  już  za  późno,  pomyślała  Mali  z  ciężkim  sercem.  Pewnie  i  tak  wszyscy  już  o  tym 

wiedzą. A ci, którzy nie wiedzą, wnet o tym usłyszą. Może ta Guro nie jest jedyna, uderzyła 
ją  nagła  myśl.  Może  wnet  rozejdą  się  pogłoski  o  kolejnych  ciężarnych  dziewczynach 
służących w okolicznych dworach. 

-  Ona nie powiedziała, że to Samuel? 
-  Nie, nie - pośpiesznie odparła  Lisbeth. - Ale...  Tak bardzo mi przykro z tego powodu, 

Mali, ale wszystko na to wskazuje. Chciałam, żebyś o tym wiedziała i porozmawiała z Ruth. 
Najlepiej by było, gdybyśmy mogły uciąć te plotki, by nie obciążały misjonarza. Więc jeśli... 

-  Naturalnie, porozmawiam - rzekła Mali chrapliwie.  

background image

Lisbeth wstała i otuliła się szalem. 
-  Nie zamierzam roznosić złośliwych plotek o twoim zięciu, Mali. Przecież na tyle mnie 

znasz, by o tym wiedzieć. Wydawało mi się jednak, że powinnam... 

-  Dobrze zrobiłaś, Lisbeth. Zajmę się tą sprawą. Jeśli to tylko plotki, to... No, w każdym 

razie tak czy owak trzeba tę sprawę  wyjaśnić - dodała Mali, unikając jej  wzroku. - Prawda 
wyjdzie na jaw. 

-  Niemożliwe,  by  to  był  on  -  powtórzyła  Lisbeth.  -  Może  tylko  ktoś  mu  zazdrości 

popularności i chce mu zaszkodzić takimi oskarżeniami. Przecież on ożenił się z twoją córką i 
są razem szczęśliwi... 

Mali nie odpowiedziała. Wyszła z Lisbeth na schody przed domem i pożegnała się z nią. 

Potem wróciła do pracowni. Czuła się chora i zrozpaczona. Troska i gniew przyprawiały ją 
niemal  o  mdłości.  Bo  ona  w  przeciwieństwie  do  Lisbeth  nie  miała  wątpliwości,  choć 
wzbraniała się przed przyjęciem tej prawdy. Bo to mógł być Samuel! To by wyjaśniało jego 
późne  powroty,  a  także  tłumaczyło,  dlaczego  Ruth  tak  się  zmieniła  tej  zimy.  Ona  coś 
wiedziała! Głęboka, bezdenna rozpacz, którą dostrzegła w jej oczach Mali, brała się zapewne 
stąd, że znała prawdę. 

Mali uderzyła z całych sił dłonią o warsztat tkacki, aż napłynęły jej do oczu łzy. Jeśli to 

on... Przyrzekam na Boga, że wydobędę prawdę z tego diabła! A jeśli plotki się potwierdzą, 
zadbam już o to, by go stąd wyrzucić. Z dnia na dzień opuści dwór, pomyślała w przypływie 
dzikiej wściekłości. Obojętne, co powie Ruth. Córkę i wnuczkę czeka lepsze życie bez niego. 
Jeśli to tylko on... 

 
ROZDZIAŁ 11. 
  
Mali  zastanawiała  się,  czy  opowiedzieć  Havardowi  o  wizycie  Lisbeth  Oppstad.  Nie 

dlatego, by próbowała to przed nim ukryć, musiała jedynie wybrać odpowiedni moment, by 
mu  wszystko  wyjawić.  Bała  się  bowiem,  że  Havard  się  rozgniewa  i  straci  panowanie  nad 
sobą, a do tego dopuścić nie mogła. Zanim któreś z nich coś powie lub zrobi, muszą zyskać 
pewność,  że  w  plotkach  kryje  się  prawda.  Pora,  niestety,  nie  sprzyjała  załatwianiu  takich 
spraw. 

Dni  między  Bożym  Narodzeniem  a  Nowym  Rokiem  upływały  na  miłych  spotkaniach 

rodzinnych  i  przyjacielskich  w  radosnej  świątecznej  atmosferze.  A  rozmowa  z  Samuelem, 
niezależnie od ostatecznego wyniku, na pewno nie będzie przyjemna. Misjonarz z pewnością 
wybuchnie gniewem z powodu oskarżeń, nawet jeśli nie są prawdziwe. Najgorsze jednak, że 
Mali i tak nie była pewna, czy będzie mu mogła uwierzyć. Już wcześniej mijał się z prawdą, 
skąd  więc  wiadomo,  czy  i  teraz  nie  ucieknie  się  do  kłamstw.  Musiała  z  nim  jednak 
porozmawiać,  co  do  tego  nie  miała  wątpliwości,  nawet  jeśli  zięć  się  obrazi,  że  śmie  go 
podejrzewać.  Mali  jednak  zastanawiała  się,  czy  rozsądnie  będzie  włączyć  do  tej  rozmowy 
Havarda. 

  
Zdecydowała się wreszcie podjąć ten temat wieczorem. Gdy Havard czytał w łóżku gazety, 

zagadnęła go, rozczesując włosy długimi pociągnięciami grzebienia. - Była dziś u nas Lisbeth 
Oppstad. 

-    Tak,  słyszałem  od  Herborg  -  doleciała  ją  odpowiedź  z  łóżka.  Havard  przewracał  z 

szelestem strony gazety 1 nie słuchał jej zbyt uważnie. - Co chciała? 

-  Jedna z jej służących zaszła w ciążę. 
Havard odłożył gazetę i spojrzał na Mali, marszcząc brwi. 
-  A czy to nas dotyczy? 

background image

-  Tego jeszcze nie wiem - odpowiedziała powoli Mali. - Krążą jednak plotki, że to Samuel 

mógł wpędzić w kłopoty to dziewczę. Lisbeth uznała, że powinniśmy o tym wiedzieć, zanim 
ktoś nam rzuci tę wiadomość prosto w twarz w sklepie czy gdzie indziej. 

Havard podniósł się w łóżku, a jego spojrzenie pociemniało z gniewu. 
-  Czy to tylko plotki? 
-  Nie  wiem.  Dziewczyna  nie  chce  wyjawić,  kto  ją  uwiódł,  ale  podobno  wielokrotnie 

zostawała  sama  z  Samuelem  wieczorami  w  domu  ludowym  po  skończonych  rekolekcjach  - 
dodała Mali i odłożyła grzebień. 

-  Jeśli to prawda, zabiję go własnymi rękami - wycharczał Havard. 
-  Nie zrobisz tego - przerwała mu Mali i przytuliła się do niego w łóżku. - Bo co by to 

pomogło? Nie mam ochoty, byś z powodu misjonarza skończył w więzieniu. 

Jęknął i uścisnął ją mocniej. 
-  Ale jeśli to prawda, to co się stanie z Ruth? Przecież chyba się domyślasz, że nie będzie 

mogła dłużej z nim żyć. Już i tak nie wygląda na szczęśliwą... 

-  Tak,  Ruth  czeka  wiele  przykrości  -  przyznała  Mali.  -  Ale  skoro  i  tak  między  nią  a 

Samuelem jest źle, to... - Pogłaskała Havarda po grzywce. - Jeśli pogłoski okażą się prawdą, 
to on w każdym razie będzie musiał stąd odejść, i to natychmiast - dodała twardo. - Obojętnie, 
co powie Ruth. Skończy wreszcie dręczyć naszą córkę. Ruth i Marilena poradzą sobie lepiej 
bez niego. 

-  Nigdy  nie  powinniśmy  pozwolić,  by  Ruth  poślubiła  tego  diabła  w  ludzkiej  skórze  - 

odezwał się Havard i głos mu się załamał. - Przecież domyślaliśmy się, że to nie jest dobry 
człowiek. Tylko że Ruth. 

  
-  Nie mogliśmy temu zapobiec, Havardzie. Przecież pamiętasz, że nawet Sivert daremnie 

próbował ją od tego odwieść. Gdybyśmy się nie zgodzili na to małżeństwo, uczynilibyśmy ją 
nie  tylko  głęboko  nieszczęśliwą.  Ona  by  się  po  prostu  załamała,  nie  darując  sobie,  że 
popełniła  grzech.  Ślub  z  Samuelem  był  w  jej  rozumieniu  pokutą  za  to,  że  oddała  mu  się, 
zanim Bóg pobłogosławił ich związek. Zresztą ona była w nim taka zakochana - dodała Mali 
ze smutkiem. - Przynajmniej na samym początku. 

-  Dlaczego ona go jeszcze nie wyrzuciła? Jest tak przeraźliwie smutna i przygnębiona, że 

jak na nią patrzę, to jestem chory - mówił Havard. - On jej urządził piekło tam na Wzgórzu. - 
Havard  odsunął  Mali  i  popatrzył  na  nią  wzrokiem,  który  parzył.  -  Czy  ona  nic  ci  nie 
powiedziała? 

Mali pokręciła głową i westchnęła. 
-  Nie, ona w ogóle bardzo mało mówi - odparła. - A kiedy próbuję coś od niej wyciągnąć, 

wykręca  się  od  odpowiedzi.  Parę  razy  wymknęło  jej  się  jednak  coś,  co  zwykle  starannie 
ukrywa, i to... - Mali wtuliła twarz w zagłębienie szyi Havarda. - Ona uważa, że musi znosić 
wszystko,  nawet  najgorsze,  bo  popełniła  grzech  i  powinna  ponieść  karę  -  dodała 
zrezygnowana.  -  Mówi,  że  taka  jest  wola  Boża.  I  zupełnie  nie  można  jej  przemówić  do 
rozsądku.  Próbowałam  wszystkiego,  Havardzie,  mimo  że  nie  wiem  dokładnie,  jak  im  jest 
naprawdę  ze  sobą.  Wydaje  mi  się  jednak,  że  bardzo  źle.  Obawiam  się  nawet,  że  może  być 
gorzej,  niż  przypuszczamy,  ale  to  tylko  takie  moje  przeczucie  -  dodała  i  westchnęła 
zmęczona. 

-  Porozmawiam z tym Samuelem - warknął Havard. - Już ja wytrząsnę z niego prawdę! 
Mali położyła dłoń na jego karku i zmusiła, by na nią spojrzał. 
-  Tak, ale najpierw chcę z nim porozmawiać sama, Havardzie. Nie wiem, czy uda ci się 

wydobyć  z  niego  więcej,  jeśli  z  gniewu  całkiem  stracisz  nad  sobą  panowanie.  Przeciwnie, 
może to odnieść całkiem odwrotny skutek. 

-  Czyli co, chcesz go pogłaskać po głowie? - denerwował się. 

background image

-  Przecież wiesz, że nie - odpowiedziała ze spokojem. – Na Boga, Havardzie, chyba mnie 

znasz! Nie uda mu się uniknąć odpowiedzialności. Ale mam swoje sposoby... Zresztą wiesz - 
dodała i spojrzała mu prosto w oczy. 

Havard nie odpowiedział jej od razu. Zmartwienie, gniew i bezsilność odbiły się na jego 

twarzy i dodały mu lat. 

-  Nie  wymknie  mi  się,  Havardzie!  -  zapewniła  Mali  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  - 

Uważam, że tylko zaszkodzisz Ruth, jeśli go pobijesz w złości. Tu trzeba podstępu. 

Przez  chwilę  siedzieli  przytuleni,  a  potem  Havard  uwolnił  się  z  jej  objęć  i  rzekł  trochę 

niepewnie: 

-  W takim razie załatw to sama. 
  
Mali  posłała  Ingeborg  na  Wzgórze  z  wiadomością,  że  jeszcze  tego  popołudnia  chce 

porozmawiać  z  Samuelem  w  cztery  oczy.  Ruth  się  pewnie  zdziwi,  pomyślała.  Ale  jej 
wyjaśnię wszystko później, bo nie ma sensu ukrywać przed nią plotek. Poza tym lepiej, by je 
poznała. 

Pokrzepiała się nadzieją, że po rozmowie z Samuelem będzie miała w ręku takie atuty, że 

uda jej się nakłonić Ruth, by wyrzuciła męża za drzwi. Jeśli nie, Mali uprze się i zmusi ją do 
tego. Bo skoro dziewczyna nie rozumie, co jest dla niej dobre, to inni muszą przejąć ster. Już 
dawno powinnam była to zrobić, pomyślała Mali, Bóg jeden wie, który raz z kolei. 

Teraz  wszystko  zależy  od  tego,  czy  Samuel  się  przyzna.  Mali  obawiała  się,  że  będzie 

twardo  obstawał  przy  tym,  że  jest  niewinny.  A  dowodów  Mali  nie  ma.  Przynajmniej  póki 
wszyscy,  którzy  mogliby  wyjawić  prawdę,  zostali  zastraszeni  i  zmuszeni  do  milczenia, 
pomyślała  z  goryczą.  Bo  tak  pewnie  jest!  Jeśli  jednak  Samuel  będzie  się  zapierał,  Mali 
postanowiła  pójść  i  porozmawiać  poważnie  ze  służącą  w  Oppstad.  Obieca  jej  pewną  sumę 
pieniędzy, za którą dziewczyna będzie w stanie utrzymać się wraz z dzieckiem, póki znów nie 
znajdzie pracy. To powinno rozwiązać jej język. 

Najpierw jednak zobaczy, jaki będzie miała przebieg rozmowa z Samuelem. Tym razem 

tak łatwo się jej nie wywinie. Mali była pewna ponad wszelką wątpliwość, że to on wpędził 
dziewczynę  w  kłopoty!  Nagle  bowiem  wszystkie  drobne  elementy  układanki  złożyły  się  w 
całość i Mali przejrzała na oczy. Zobaczyła prawdziwe oblicze Samuela, człowieka o złych 
skłonnościach,  wykorzystującego  innych.  Od  dawna  wiedziała,  że  nie  jest  pobożnym  i 
pełnym  dobroci  sługą  Pana,  za  jakiego  chce  uchodzić.  Nigdy  wcześniej  nie  miała  jednak 
odwagi przejrzeć go na wylot i zdemaskować całego zła, które ukrywał pod maską obłudy, bo 
ciężko jej było przyjąć tę prawdę. Teraz jednak ostatecznie usunie Samuela z życia Ruth i z 
ich życia. Im prędzej się to stanie, tym lepiej. 

  
W  zapadającym  zmroku  Mali  zauważyła  Samuela  na  drodze  prowadzącej  do  Stornes  i 

wyszła na schody. 

-  Nie  musisz  rozbierać  się  w  korytarzu  -  odezwała  się  chłodno,  nawet  się  z  nim  nie 

witając. - Chcę z tobą porozmawiać w pracowni. 

Nawet jeśli był zaskoczony i zdenerwowany, to nie dał tego po sobie poznać. Uśmiechnął 

się jedynie z lekkim szyderstwem i poszedł za Mali w stronę pracowni. Mali zamknęła drzwi i 
wskazała mu krzesło. 

-  Czemu zawdzięczam ten honor, że zostałem zaproszony? - zapytał, zdejmując płaszcz i 

futrzaną czapkę. - Co prawda nie wygląda mi to na miłą pogawędkę przy kawie. 

-  A tego się spodziewałeś? - Mali wbiła weń swe mroczne lodowate spojrzenie. 
Nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. 
-  Przejdę od razu do rzeczy - zaczęła Mali. - Jedna ze służących w Oppstad, niejaka Guro 

Bakke, jest w ciąży. Podobno wiesz, kto jest ojcem. 

-  A powinienem? 

background image

-  Ona chyba najgorliwiej uczestniczyła w twoich spotkaniach rekolekcyjnych na jesieni - 

rzekła Mali chrapliwie. - Ludzie widzieli, że zostawała z tobą sama po spotkaniach. 

Przeczesał palcami rzadkie włosy i uśmiechnął się pod nosem. 
-  Wciąż  ktoś zostawał, by  porozmawiać  -  przyznał  ze  spokojem.  -  W  niektóre  wieczory 

jedna  osoba,  kiedy  indziej  więcej.  To  zupełnie  normalne  po  takich  spotkaniach 
rekolekcyjnych.  Wiele  się  dzieje  wówczas  w  sercach  i  umysłach  zwłaszcza  młodych  ludzi. 
Niektórzy czują potrzebę podzielenia się swoimi przemyśleniami. A ja naturalnie nie skąpię 
swego czasu i przyjmuję wszystkich, którzy są spragnieni rozmowy. Czyż mógłbym postąpić 
inaczej?  -  dodał  z  patosem  w  głosie.  -  Przecież  to  mój  duszpasterski  obowiązek.  Nawet  ty 
powinnaś to rozumieć. 

Mali  poczuła,  jak  ogarnia  ją  bezsilność.  Nabrała  obawy,  że  nie  uda  się  go  pokonać.  Jest 

taki  bezczelny,  że  nawet  w  niebie  nie  zawahałby  się  kłamać,  pomyślała  oburzona  i  gniew 
wziął w niej górę nad rozwagą. 

-  Posłuchaj  mnie  dobrze,  Samuelu  -  powiedziała  chrapliwie.  -  Wiem,  co  z  ciebie  za 

człowiek, nie myśl, że jest inaczej.  I jestem pewna, że to ty jesteś winien ciąży Guro. Jeśli 
zaprzeczysz,  sama  nakłonię  dziewczynę  do  wyjawienia  prawdy.  W  sytuacji,  w  jakiej  się 
znalazła, potrzebuje zarówno wsparcia, jak i pieniędzy, bo właśnie zwolniono ją z Oppstad. I 
dostanie pieniądze, Samuelu, wystarczająco dużo, by prawda wyszła na jaw! 

-  Zdumiewasz mnie, Mali - rzucił szyderczo i utkwił w niej swe zimne błyszczące oczy. - 

Kto uwierzy, że Guro mówi prawdę? Zamierzasz zapłacić dziewczęciu, żeby mnie oskarżyła 
o to, że ją uwiodłem? Powinnaś się wstydzić! A jeśli zapłacę jej więcej i nakłonię do tego, by 
zeznała, że to Havard ją wpędził w kłopoty?  - dodał z ironią i złożył swe wypielęgnowane 
dłonie na kolanach. 

Mali uświadomiła sobie, że w tym, co powiedział, tkwi trochę racji. Nie rozważyła tego 

dokładnie. Nie wpadło jej bowiem nawet do głowy, jaki Samuel potrafi być wyrachowany. 

Powinnam być na to przygotowana, pomyślała. Nie wolno mi zapominać, że z jego strony 

należy się spodziewać wszystkiego, co najgorsze. 

-  Porozmawiam  z  Ruth  -  oświadczyła,  patrząc  mu  w  oczy.  -  Myślę,  że  ona  też  będzie 

mogła opowiedzieć to i owo. 

Na  ułamek  sekundy  jego  twarz  drgnęła  w  nerwowym  grymasie.  Zaraz  jednak  znów 

pojawił się na niej ten jego szyderczy uśmiech. 

-  Na  pewno  -  przyznał.  -  Ale  w  takim  wypadku  będzie  jej  słowo  przeciwko  mojemu. 

Myślę  jednak,  Mali,  że  wiele  osób  we  wsi  zastanawia  się  nad  stanem  psychicznym  Ruth. 
Sądziłem, że już dawno zauważyłaś, że moja żona właściwie nie nadaje się do sprawowania 
opieki nad małym dzieckiem. Powinienem ją umieścić w szpitalu dla obłąkanych, ale staram 
się ją wspierać, na ile potrafię. Obawiam się bowiem, że załamałaby się, gdyby jej odebrano 
prawa rodzicielskie. 

-  Ty diable! - syknęła Mali, zaciskając dłonie w pięści. - Zły, podstępny szatanie! 
Mali była porażona tym, co usłyszała. Okazało się, że Samuel jest bardziej niebezpieczny, 

niż przypuszczała. Jeśli rzeczywiście zechciałby spełnić swoje pogróżki, mogłoby mu się to 
udać. Wysłałby Ruth do szpitala dla nerwowo chorych, wziął ze sobą Marilenę i wyjechał w 
nieznane, a oni nie mogliby mu w tym przeszkodzić. Po moim trupie! - pomyślała wzburzona. 

-  Wynoś się stąd, Samuelu - warknęła do niego. - Pakuj swoje manatki i znikaj mi z oczu, 

bo jak nie, to już ja ci tu urządzę piekło! Możesz mi wierzyć lub nie, ale pożałujesz! 

Poprawił się na krześle i mrużąc oczy niczym podstępny wąż, popatrzył na nią i wycedził: 
-  Tak,  słyszałem,  że  jesteś  zdolna  do  wszystkiego.  Ktoś  mi  kiedyś  opowiedział,  że 

manipulowałaś swego czasu ludźmi i prawdą, Mali Stornes. I masz więcej na sumieniu, niż 
ktokolwiek  się  domyśla.  Ale  nawet  zadawnione  sprawy  można  wyjaśnić,  jeśli  się  to  okaże 
konieczne.  I  nie  przepędzisz  mnie  stąd!  Jeśli  odejdę,  to  tylko  wtedy,  gdy  Ruth  mnie  o  to 
poprosi.  A  jeśli  to  uczyni,  w  co  szczerze  powątpiewam,  to  jak  myślisz,  komu  zostaną 

background image

przyznane prawa rodzicielskie do Marii Magdaleny? W tym stanie psychicznym, w jakim jest 
Ruth...  widocznym  dla  wszystkich...  -  Wstał,  włożył  płaszcz  i  kierując  się  w  stronę  drzwi, 
dodał: - Ale jak chcesz, możesz zapytać Ruth! Nie sądzę, by ucieszyły ją te twoje pogróżki. 

Drzwi zamknęły się za nim. 
 
Mali  nie  musiała  nikogo  wysyłać  po  Ruth,  bo  sama  przybiegła  do  Stornes  krótko  po 

wyjściu Samuela. Wydawała się roztrzęsiona i przerażona. Poprosiła Dorbet, by zaopiekowała 
się Marileną, i pociągnęła matkę za sobą do korytarza. 

-  Co  takiego  powiedziałaś  Samuelowi?  -  zapytała,  dygocząc  na  całym  ciele,  a  jej  głos 

zabrzmiał chrapliwie, nie wiadomo, czy z gniewu, czy ze strachu. Mali objęła ramieniem jej 
wychudzone plecy i usiłowała ją uspokoić. 

-  Spokojnie, Ruth - powiedziała. - Chodźmy na górę do mojej pracowni i porozmawiajmy. 

Tam nikt nam nie przeszkodzi. 

Ledwie drzwi pracowni się za nimi zamknęły, Ruth znów na nią napadła: 
-  Samuel  mówi,  że...  że  chcesz,  bym  mu  kazała  odejść...  -  Jej  głos  brzmiał  piskliwie  i 

przejmująco. - I mówi, że mam zrobić to, co uważam za słuszne, ale jeśli każę mu odejść, to 
on... Mówi, że umieści mnie w szpitalu dla wariatów i odbierze mi Marilenę! 

Łzy  pociekły  jej  ciurkiem  po  bladej  wykrzywionej  twarzy,  -  a  oczy  błyszczały  jak 

rozżarzone węgielki. 

-  Nie mógłby tego zrobić - uspokajała ją Mali. - Nie jest wszechmocny, choć tak mu się 

może wydaje. A ty nie pójdziesz do żadnego domu wariatów i nikt nie tknie Marileny! A już 
zwłaszcza on! - dodała Mali z gniewem. 

-  Wspomniał coś o Guro z Oppstad... 
-  Znasz ją? 
-  Nie,  Samuel  powiedział,  że  oskarżyłaś  go  o  to,  że...  że...  Ruth  drżącą  ręką  otarła 

poszarzałą twarz. 

-  Sądziłaś,  że  nakłonisz  go  do  tego,  by  się  przyznał,  że  uwiódł  tę  dziewczynę?  - 

wyszeptała  chrapliwie.  -  Ona  jest  w  ciąży,  prawda?  Plotki  dotarły  i  do  mnie.  Nie 
przypuszczałam jednak, że to właśnie Guro... że to ona jest w ciąży. 

-  Czy  ty  coś  wiesz,  Ruth?  -  zapytała  Mali  i  chwyciła  lodowatą  dłoń  córki.  -  Nie  jest  ci 

dobrze  w  tym  związku,  nie  musisz  zaprzeczać.  Nikt  tu  nie  jest  ślepy.  Ale  jeśli  mamy  się 
pozbyć Samuela, to musisz w tym pomóc. 

-  Pomóc,  w  jaki  sposób?  -  W  głosie,  jakim  Ruth  wypowiedziała  te  słowa,  zabrzmiał  i 

ś

miech, i płacz. - Jeśli ja coś powiem... Jeśli poproszę, by odszedł... To co, mamo; myślisz? 

Ż

e on zapakuje swoje walizki i wyjedzie? O nie, Samuel zrobi wszystko, by mnie zamknąć w 

szpitalu dla obłąkanych, i zatroszczy się o to, bym już nigdy nie zobaczyła Marileny. 

-  Nigdy mu się to nie uda, Ruth - sprzeciwiła się Mali z żarem. - Przecież nie jesteś sama. 

Masz  nas,  a  nas  tu  wszyscy  znają  i  szanują.  Wiemy,  że  to  nie  ty  jesteś  obłąkana  w  tym 
związku. Wesprzemy cię i ci pomożemy... 

Ruth cofnęła rękę i w milczeniu pochyliła głowę. 
-  Wydaje ci się, mamo, że znasz Samuela, ale mylisz się - odezwała się po chwili. - Wiem, 

ż

e  jesteś  silna  i  że  walczyłabyś  o  mnie  i  o  Marilenę.  Ale  jeśli  zwróciłabyś  się  przeciwko 

Samuelowi,  to  nie  byłaby  walka  z  człowiekiem,  lecz  z  samym  szatanem,  a  z  nim  byś  nie 
wygrała. 

Mali  poczuła  paraliżujący  strach.  Ruth  jeszcze  nigdy  nie  opowiedziała  tyle  o  swoim 

związku. 

-  Jak jest naprawdę, Ruth? - spytała bezgłośnie. - Opowiedz mi wszystko, bym mogła ci 

pomóc! 

-  Nikt  mi  nie  może  pomóc  -  odparła  cicho,  tłumiąc  płacz.  -  Jedynie  Bóg  mógłby  mnie 

wyzwolić. Bo zgrzeszyłam, wiem. Modliłam się i błagałam Go o wybaczenie... - Wyciągnęła 

background image

z kieszeni zgniecioną chusteczkę, otarła nią mokrą od łez twarz i wydmuchała nos. - Ale Bóg 
mnie nie słucha... 

(

 

Mali  przysunęła  się  bliżej  córki  i  przygarnęła  ją  mocno  do  siebie.  Tuliła  ją  i  tuliła  jak 

maleńkie dziecko, które  potrzebuje pociechy. Kołysała ją  w swych ramionach i głaskała po 
plecach. 

-  Często  się  tak  wydaje,  że  Bóg  nas  nie  słyszy  -  wyszeptała,  zanurzając  twarz  w  jej 

włosach. - Ale to nieprawda! 

Kłamię, pomyślała Mali. Nikt nie wie lepiej ode mnie, że Bóg bywa głuchy wtedy, gdy się 

najbardziej potrzebuje Jego pomocy. Ale przecież ja to co innego. Nie ma wybaczenia za to, 
co  uczyniłam.  Lecz  Ruth...  Przecież  Bóg  powinien  usłyszeć  jej  błagania  o  pomoc!  A 
Marilena? Mali jęknęła cicho. Co złego uczyniło biedne maleńkie dziecko? Gdzie jest Boże 
miłosierdzie, o którym tyle słyszała? A gdzie Jego bezgraniczna miłość? 

-  Nie  otrzymuję  odpowiedzi  -  płakała  Ruth.  -  Modlę  się  i  modlę...  -  Wyprostowała  się 

nagle i chwyciła Mali mocno za ręce. - Może rzeczywiście powinni mnie zamknąć - rzuciła 
chrapliwie. - Nie potrafię już jasno myśleć. Jest tyle... Zrobiłam coś... O Boże, nie wiem, co 
robić,  nie  zniosę...  -  urwała  gwałtownie.  Jej  twarz  zamknęła  się,  a  ona  znów  jakby  się 
wycofała w głąb siebie. - Sama poradzę sobie z tym wszystkim, mamo - rzekła i wyczyściła 
nos. - Nie wtrącaj się więcej. Nie mogę poprosić Samuela, by odszedł. Po prostu nie mogę. A 
ty mnie nie zmuszaj, bo nie wiesz, co się wtedy stanie. Lepiej nie mieszaj się do tego. 

Jej  ciche  słowa  zabrzmiały  ostrzegawczo.  Wbijając  w  Mali  swoje  rozgorączkowane, 

pociemniałe z gniewu i zgryzoty oczy, dodała: - Błagam cię, mamo, ze względu na mnie, ale 
najbardziej ze względu na Marilenę, zostaw nas w spokoju. Ja... ja to załatwię! 

-  Ale przecież ty nie możesz tak żyć! - sprzeciwiła się Mali zrozpaczona. - A tym bardziej 

Marilena! 

Ruth wstała, otuliła się  szalem i na moment uchwyciła spojrzenie matki. Przez jej twarz 

przemknął udręczony, niemal szyderczy uśmiech. 

-  A mam jakiś wybór? - zapytała. - Mam wybór? 
   
ROZDZIAŁ 12. 
  
Kiedy Ruth dotarła do głównej drogi, odwróciła się i popatrzyła w dół w stronę Stornes, 

gdzie  w  wieczornym  zmroku  majaczyły  niewyraźnie  budynki  dworu.  Jej  spojrzenie 
powędrowało  wysoko  na  niebo  usiane  gwiazdami,  których  blask  odbijał  się  w  ciemnych 
wodach  fiordu.  Wygląda  to  tak,  jakby  gwiazdy  pławiły  się  we  fiordzie,  pomyślała  Ruth, 
minęła  rampę  na  mleko  i  znów  zerknęła  w  dół.  Przełożyła  Marilenę  na  drugie  biodro  i 
szczelniej  ją  otuliła  kocykiem.  Nie,  mamy  nie  widać  na  schodach.  Pewnie  już  weszła  do 
ś

rodka.  Ruth  obrzuciła  pośpiesznym  spojrzeniem  Wzgórze.  W  kuchni  i  w  izbie  paliło  się 

ś

wiatło, okna jaśniały na tle budynku, a to znaczy, że Samuel jednak został w domu, chociaż 

uprzedzał, że być może wyjedzie. 

Gdy wrócił ze Stornes, nie był bynajmniej usposobiony łagodnie. Wygrażał Ruth i straszył 

ją, co zrobi, jeśli spróbuje tylko przystać na warunki matki. Sam wysłał ją do Stornes. 

-  Idź do dworu i nakłoń matkę, by zmieniła swoje zamiary - nakazał. - Wiesz lepiej niż 

ona, co się stanie, jeśli zacznie piętrzyć przede mną trudności. 

  
Ruth odwróciła się i skręciła w stronę Oppstad. Chciała odwiedzić Guro. 
To  nagle  postanowienie  powzięła  w  drodze  powrotnej  ze  Stornes.  Zupełnie  jakby  nie 

wiadomo skąd zyskała przypływ sił, bo przecież nigdy wcześniej nie wpadło jej do głowy, by 
się sprzeciwić Samuelowi. Dopiero teraz, gdy wyszła ze Stornes, pomyślała sobie, że gdyby 
udało jej się nakłonić Guro, aby wyjawiła, że Samuel jest ojcem jej dziecka, to może by była 
jakaś nadzieja. Mimo wszystko. Wsparłaby Guro i gdyby to było konieczne, opowiedziałaby 

background image

całą prawdę o Samuelu. To jedyna możliwość, żeby usunęła go ze swojego życia, nie tracąc 
Marileny. 

Gotowa była na ten krok, choć złamanie przysięgi małżeńskiej uważała za grzech. 
Większym grzechem było jednak usunąć nienarodzone dziecko, pomyślała i łzy napłynęły 

jej  do  oczu.  Chociaż  nie  zrobiła  tego  sama,  Samuel  zwieńczył  dzieło,  kiedy  popchnął  ją  z 
całej siły na kanciasty bok łóżka. Ale to jej wina, że tak się stało! Samuel nie wiedział nic o 
dziecku.  Ruth  zaszlochała.  Nie  próbowała  zrzucić  z  siebie  winy  za  usunięcie  płodu,  bo 
przecież uczyniła to w pełni świadomie i celowo. 

Zadrżała  i  mocniej  otuliła  się  szalem.  Jeśli  wyjdzie  na  jaw,  że  Samuel  uwiódł  młodą 

dziewczynę,  a  może  i  inne,  wykorzystując  swoją  pozycję  misjonarza  i  duszpasterza, 
wybuchnie skandal. A gdy ona jeszcze opowie, jak wyglądało ich pożycie... 

Nie,  nigdy  nie  opowie  wszystkiego!  Kto  jej  uwierzy,  jeśli  wyjawi  te  potworne 

upokorzenia, których od niego doznała? Pomyślą, że zmyśla albo że naprawdę straciła rozum. 

Ale będzie mogła zeznać, że bił ją i Marilenę. I że opowiadał o kobietach, które uwiódł w 

tym czasie, gdy posługiwał w Berkak. Kiedy dowie się o tym jego zwierzchność, a także rada 
zboru... 

Ruth przyśpieszyła kroku. Marilena była ciężka i popłakiwała przytulona do jej piersi. W 

Berkak  musieliby  dać  temu  wiarę,  gdyby  zeznało  ich  więcej,  pomyślała  z  nadzieją.  Może 
nawet zgłosiłyby się jeszcze inne młode dziewczęta, gdyby się dowiedziały, że ktoś odważył 
się  wystąpić  przeciwko  Samuelowi.  Bo  jeśli  zostanie  sama  ze  swoimi  oskarżeniami,  będzie 
skazana na przegraną.  Wtedy Samuel będzie  górą!  I nawet jeśli rodzice nie wiem jak by ją 
wspierali, on wygra. Dlatego Ruth musiała porozmawiać z Guro. Uświadomiła sobie jasno, że 
teraz nie może się poddać. Musi przynajmniej podjąć próbę. 

Ze  względu  na  Marilenę,  pomyślała  i  mocniej  przycisnęła  dziecko  do  piersi.  Przede 

wszystkim ze względu na Marilenę. 

Ruth  zastanawiała  się,  czy  to  właśnie  Guro  widziała  wtedy  razem  z  Samuelem,  gdy 

zajrzała przez szparę między zasłonami w oknie domu ludowego. Czy ona jest tą dziewczyną, 
którą  wtedy  pozbawił  dziewictwa.  Jeśli  tak,  to  powie  jej  o  tym.  Użyje  tego  jako  formy 
nacisku, przypuszczała bowiem, że Guro jest śmiertelnie przerażona i zrozpaczona, i nie wie, 
co  ma  zrobić.  Ważne,  bym  zdołała  ją  przekonać,  że  chcę  jej  dobra,  rozważała.  Muszę  jej 
wyjaśnić,  że  jeśli  razem  wystąpimy  z  oskarżeniami  wobec  Samuela,  to  uda  nam  się  go 
pokonać. 

Ruth wolała, by nikt nie zauważył jej przybycia do Oppstad, bo gdy zapyta kogoś o Guro, 

to zaraz zaczną się domysły, od plotek przecież aż huczy. Mama wspomniała, że gospodarze 
w Oppstad wiedzą o ciąży dziewczyny i dlatego zwolnili ją ze służby. Podejrzewali też, że 
winę za to ponosi Samuel. Jeśli ona teraz się pojawi i zechce rozmawiać z Guro, nabiorą tylko 
pewności  co  do  swoich  podejrzeń.  Dlatego  Ruth  miała  nadzieję,  że  zastanie  Guro  przy 
obrządku. O tej porze powinna być w oborze, pomyślała. Poczekam więc pod podjazdem do 
stodoły i nie zauważona przez nikogo zatrzymam ją, gdy będzie wracała. Problem miała tylko 
z Marileną, która powinna już dostać swoją kaszkę i marudziła, a poza tym było jej zimno i 
była  zmęczona.  Najważniejsze,  by  nikt  nie  usłyszał  dziecka.  Przed  wyjściem  z  domu  Ruth 
schowała do kieszeni parę kostek cukru. Postanowiła włożyć je córeczce do buzi, gdy dojdą 
na miejsce, co powinno ją na jakiś czas uspokoić. 

Ruth  dopisało  szczęście.  Ledwie  zdążyła  ukryć  się  w  cieniu  pod  podjazdem  do  stodoły, 

gdy  z  obory  wyszły  dwie  dziewczyny,  niosąc  wspólnie  ciężką  banię  z  mlekiem.  Jęknęły  z 
wysiłku, stawiając ją na wózku, na którym zawoziły mleko do piwnicy, gdzie stał separator, 
urządzenie do oddzielania śmietany od mleka. 

-  To ja odwiruję mleko, Guro - odezwała się jedna ze służących. - A ty dokończ sprzątać 

w oborze. Tylko pamiętaj, żeby umyć dokładnie wiadra i banie, żeby znów nas nie upomnieli 
w mleczarni. Pamiętasz, ile było o to hałasu? Zawsze wszystko tak starannie szorujemy, a tu 

background image

nagle  jakieś  zastrzeżenia.  Pojęcia  nie  mam,  jak  to  się  stało!  Boże,  co  za  zamieszanie  - 
westchnęła zrezygnowana, pociągnęła wózek i przewiozła banię z mlekiem przez dziedziniec. 

Ruth  odczekała  chwilę  i  weszła  za  Guro  do  obory.  Dobrze  było  schronić  się  w  ciepłym 

pomieszczeniu, bo zdążyły jej już przemarznąć stopy i ręce. 

-  Guro... 
Młoda  dziewczyna,  która  myła  wiadra  po  mleku,  odwróciła  się  gwałtownie  i  spojrzała 

przerażona na Ruth z maleńką Marileną na rękach. Ruth aż zakłuło w piersi, kiedy zobaczyła 
Guro z bliska. To była ta sama dziewczyna, którą widziała przez okno w domu ludowym. 

-  Jestem Ruth Stornes - odezwała się z ociąganiem, nawet nie zwróciwszy uwagi na to, że 

przedstawiła  się  swym  panieńskim  nazwiskiem.  -  Żona  Samuela  -  dodała  i  przełożyła  na 
drugie biodro Marilenę, która wydawała jej się coraz cięższa. 

Dziewczyna  wyraźnie  zbladła  i  cofnęła  się  o  krok,  jakby  w  obawie,  że  Ruth  się  na  nią 

rzuci. 

-  Nie  bój  się  -  uspokoiła  ją  pośpiesznie  Ruth.  -  Słyszałam,  tak  jak  inni,  krążące  plotki  i 

wiem, że jesteś w ciąży. Podobno nie chcesz jednak zdradzić, kto ci to zrobił. Ale ja wiem, 
Guro,  bo  widziałam  przez  okno,  co  się  stało  tego  wieczoru,  gdy  Samuel...  Gdy  Samuel  cię 
uwiódł. 

Guro zatrzęsła się, a wiadro, które myła, wypadło jej z rąk i uderzyło z ostrym brzękiem o 

klepisko. Marilena rozpłakała się, Ruth pośpiesznie więc włożyła jej do buzi ostatnią kostkę 
cukru. Dziecko się uspokoiło, przymknęło oczka i oparło się zmęczone o mamę. 

Guro stała ze wzrokiem wbitym w ziemię, oniemiała, a ręce zwisały jej bezwładnie. 
-  Nie  żywię  do  ciebie  urazy  -  ciągnęła  Ruth  z  naciskiem.  -  Nie  jesteś  ani  pierwsza,  ani 

ostatnia,  którą  Samuel  wykorzystał.  Ja  sama  jestem  jedną  z  nich  -  dodała  z  goryczą.  - 
Wierzyłam  w  każde  jego  słowo,  ale  Samuel  tylko  kłamał.  To  zły  człowiek,  Guro.  Nie  jest 
pobożnym misjonarzem, za jakiego się podaje, ale zawsze wszystko uchodzi mu na sucho, bo 
jest bardzo przebiegły. Zastrasza i grozi piekłem, by dziewczyna nie wyznała nikomu, co się 
naprawdę stało. Prawda? 

Guro  drgnęła  i  podniosła  wzrok  na  Ruth.  Jej  oczy  pociemniały  z  bólu  i  rozpaczy,  a  po 

twarzy spływały ciurkiem łzy. 

-  Ciebie też zastraszył, prawda? - Ruth nie poddawała się. 
-  Ja...  ja  ciężko  zgrzeszyłam  -  wyszeptała  Guro  tak  cicho,  że  ledwie  ją  było  słychać.  - 

Obiecał... Powiedział, że... 

Skuliła się w sobie i zapłakała cicho.  
Ruth podeszła do niej i objęła ją ramieniem. 
-  Wiem, co ci powiedział i w jaki sposób zmusił cię do tego, że... że to zrobiłaś. Znam go 

dobrze. To nie była twoja wina, Guro. 

-  Zgrzeszyłam - powtórzyła z uporem dziewczyna. - Oddałam się mu, mimo że nie byłam 

jego  żoną.  Ba,  wiedziałam  nawet,  że  jest  twoim  mężem  -  dodała,  tłumiąc  szloch.  -  Ale  on 
powiedział... Powiedział, że Bóg tego chce, bo... bo w jego małżeństwie panuje chłód, a poza 
tym zapewniał, że tylko mnie kocha... 

Ruth  poczuła  gniew  i  ścisnęło  ją  w  żołądku.  Nie  dlatego,  że  Samuel  po  raz  kolejny  ją 

oszukał.  Oburzyło  ją,  co  uczynił  tej  młodej,  niewinnej  dziewczynie!  Bez  skrupułów, 
posługując się perfidnym kłamstwem, wziął sobie to, co chciał, nie przejmując się, że niszczy 
jej życie. 

-  Rzeczywiście, nasze małżeństwo jest pozbawione miłości - przyznała Ruth powoli. - To 

piekło, a nie małżeństwo, jeśli mam być szczera. Samuel poniża mnie i upokarza w najgorszy 
sposób... Nie będę ci opowiadać o wszystkim, ale możesz mi wierzyć, Guro. Stłamsił mnie i 
trzyma  w  żelaznym  uścisku,  grożąc  mi  piekłem  i  wiecznym  potępieniem...  A  ja...  -  Ruth 
otarła  twarz  i  przełożyła  śpiące  dziecko  na  drugie  biodro.  -  Nie  miałam  odwagi  się  mu 
sprzeciwić. Przecież zgrzeszyłam, ja także, bo oddałam się mu, zanim został moim mężem. 

background image

Piekło i wieczne potępienie też wywołują we mnie lęk - dodała powoli. - Zostałam więc przy 
nim, chociaż... - Wyprostowała się i położyła dłoń na ramieniu Guro. - Teraz już mam dość. 
Teraz  obie  możemy  zaświadczyć,  jaki  on  jest.  Nigdy  nie  miałam  odwagi  myśleć  w  ten 
sposób, bo sama nic nie mogłam zdziałać. Samuel jest zbyt silny. Ale teraz jesteśmy  dwie. 
Jestem  pewna,  że  może  nawet  uzbierałoby  się  więcej  jego  ofiar  po  tych  rekolekcjach  na 
jesieni. Nie byłaś chyba jedyna, którą zmusił do uległości. 

-  Słyszałam  jeszcze  o  jednej  dziewczynie  w  Sumadalen  -  wymamrotała  cicho  Guro.  - 

Przynajmniej jednej - dodała i otarła twarz. - Też jest w ciąży. 

-  Chodź ze mną i złóż zeznanie - poprosiła Ruth z całą mocą. - Wówczas pozbędziemy się 

go i... 

-  Ty się go pozbędziesz - odezwała się Guro cicho. - Ja wiem, że on i tak już nigdy nawet 

na mnie nie spojrzy. I zagroził mi, że jeśli powiem choć słowo o tym, co się wydarzyło... 

-  To pójdziesz do piekła - dokończyła za nią Ruth. - A jeśli nadal będziesz mu nastręczać 

kłopotów, to zamknie cię w domu wariatów, prawda? 

Guro zrobiła wielkie oczy. 
-  Skąd wiesz? 
-  Wiem,  bo  mnie  w  ten  sam  sposób  przymusił  do  milczenia  i  do  pozostania  z  nim  - 

odparta Ruth. - I teraz już wiem, że takich jak my jest wiele, Guro. 

-  Nie mogę... 
-  Dlaczego  nie  możesz?  Co  w  takim  razie  uczynisz?  Przecież  zaraz  po  Nowym  Roku 

będziesz musiała opuścić dwór! Co zrobisz sama, w ciąży? Wrócisz do domu? 

-  Nie, nie - wyszeptała pośpiesznie, a na jej twarzy odmalował się strach. - Moja rodzina 

nie może się nigdy dowiedzieć, co zrobiłam. Moi rodzice są bardzo pobożni. Oni... Oni by 
mnie zresztą nie przyjęli z powrotem - dodała ciężko. - Nikt mnie nie przyjmie... 

-  I co wtedy zrobisz? - powtórzyła swoje pytanie Ruth.  
Guro osunęła się na stołek i jęknęła: 
-  Nie wiem. Tyle miałam różnych myśli... 
Ruth domyśliła się, że Guro też rozważa usunięcie płodu. Ale czy wyjdzie z tego żywa? 

Nie wszystkie dziewczyny miały tyle szczęścia co ja, pomyślała Ruth i żachnęła się w duchu. 
Szczęścia.  ..  Wiedziała  że  nigdy  nie  uzyska  przebaczenia  za  to,  co  zrobiła.  Ale  to  jakby 
straciło na znaczeniu, bo nie myślała o sobie. Uratowała dziecko przed Samuelem, tylko to się 
liczyło. Co się stanie, jeśli znów zajdzie w ciążę, nie miała siły nawet myśleć. Musi wyrzucić 
Samuela ze swojego życia, nim znów sprawy zajdą za daleko. 

Jakie  jeszcze  myśli  nękały  Guro?  Ruth  zerknęła  na  skuloną  postać.  Może  była  już  tak 

zdesperowana,  że  kusiły  ją  wody  fiordu?  Ruth  sama  się  zastanawiała  nad  takim 
rozwiązaniem, i to po wielekroć. Ale przecież ma Marilenę. Nie może jej zostawić samej z 
Samuelem. Guro jednak nie ma dziecka, które by jej potrzebowało. Jeszcze nie ma. Dla niej 
więc takie wyjście jest możliwe. 

-  To on zgrzeszył, Guro - wyszeptała z naciskiem. - To Samuel pójdzie do piekła, nie ty. 

Uwierz mi! Bóg przecież nie jest ślepy! 

Kłamię, pomyślała Ruth niejasno. Bóg jest ślepy. Ale może dostrzeże Guro i ulituje się nad 

nią? 

Guro jeszcze bardziej się skuliła, jakby się spodziewała, że za chwilę dosięgnie ją gniew 

Boży. 

-  Tak się boję - zachlipała. - Nie widzę dla siebie żadnego wyjścia. Przecież zgrzeszyłam, 

chyba to rozumiesz. Nie ma dla mnie wybaczenia... 

Ruth ułożyła śpiące dziecko na klepisku pod ścianą i objęła ramieniem skuloną postać na 

stołku. 

-  Ależ  tak,  Bóg  ci  wybaczy  -  zapewniła  gorąco.  -  Przecież  widział,  jak  to  się  stało. 

Widział, więc zrozumie. 

background image

Nie pojmowała, skąd brały się w niej te słowa. Mówiła z takim przekonaniem, ona, która 

sama nie wierzyła, że otrzyma przebaczenie: Tylko że ja popełniłam większy grzech, myślała. 
Odebrałam życie i tego Bóg mi nigdy nie daruje. Mimo to zależało jej, by przekonać Guro, iż 
dla  niej  jest  jeszcze  nadzieja.  Dla  nich  obu,  jeśli  tylko  obie  złożą  zeznania  przeciwko 
Samuelowi. 

-  Chodź  ze  mną  do  Stornes  -  poprosiła  i  ścisnęła  ramiona  Guro.  -  Moi  rodzice  pomogą 

nam obu. 

Przez  długą  chwilę  Guro  siedziała  na  stołku  nieruchomo,  w  końcu  wyprostowała  się  i 

popatrzyła na Ruth wzrokiem wyrażającym przeraźliwy strach. 

-  Nie mogę - wyszeptała chrapliwie i pokręciła głową. - Nie mam odwagi. 
Ruth poczuła się tak, jakby otrzymała cios w brzuch. Tak silnego doznała zawodu. 
-  Ale co z tobą będzie? Gdybyś zeznała razem ze mną... 
-  Pójdę do piekła. 
-  Skoro myślisz, że i tak tam pójdziesz, to chyba lepiej, żebyś... 
-  Nie  wiem  -  rozpłakała  się  Guro.  -  Już  nic  nie  wiem.  -  Nagle  wstała,  otarła  dłonią 

wykrzywioną od płaczu twarz i uchwyciła spojrzenie Ruth. - Idź już! - poprosiła cicho. - Jeśli 
powiesz, że się spotkałyśmy, wszystkiego się wyprę. Nigdy cię nie widziałam i nigdy ze sobą 
nie rozmawiałyśmy. I nigdy nie zeznam, że to Samuel jest... Nigdy! 

Ruth  nachyliła  się  i  podniosła  Marilenę.  Maleństwo  popłakiwało  przez  sen,  ale  włożyło 

palec do buzi i zasnęło znowu w ramionach Ruth. Marilena wydała się Ruth taka ciężka, że aż 
ugięła się pod jej ciężarem. Poczuła się kompletnie wycieńczona, jak topielec, który uchwycił 
się ostatniej deski ratunku i ta deska pękła. 

Bez słowa wyszła z obory. 
  
-  I gdzie ty byłaś? 
Samuel  wyszedł  aż  na  korytarz,  kiedy  Ruth,  słaniając  się,  przekroczyła  próg  domu. 

Przemarznięta  i  wycieńczona,  siadła  na  najniższym  stopniu  schodów  prowadzących  na 
poddasze i odpowiedziała cicho: 

-  W Stornes. 
-  Wyglądasz tak, jakbyś przez długi czas przebywała na mrozie - zauważył chłodno, nawet 

nie zdradzając chęci odebrania z jej rąk śpiącego dziecka. - Nie dostałem kolacji... 

Ruth wbiła w niego wzrok i oświadczyła krótko: 
-  Wiesz chyba, gdzie leży chleb i inne jedzenie. Zresztą to ty mnie wygoniłeś do Stornes - 

dodała. 

Nie odpowiedział. Wrócił z powrotem do kuchni, pozostawiając Ruth wniesienie Marileny 

do środka i ułożenie jej w kołysce. Ruth zdjęła z siebie mokre buty i ustawiła je pod piecem. 
Potem ściągnęła szal oraz płaszcz i powiesiła w korytarzu. Gdy zaczęła rozbierać Marilenę z 
ciepłych ubranek, dziewczynka obudziła się i zapłakała. 

-  Chcę mieć w domu spokój i muszę coś zjeść - rzucił cierpko Samuel. 
-  Za chwilę zrobię ci kolację - odparła Ruth. - Ale najpierw Marilena musi dostać swoją 

kaszkę. Już dawno minęła pora. 

-  A co, nie dostała jeść u twojej matki? 
Ruth nie odpowiedziała, sięgnęła tylko po garnuszek i zagotowała w nim mleko. 
-  Jak to możliwe, że z daleka cuchnie od ciebie oborą, skoro byłaś tylko w Stornes? 
W  tym  czasie,  gdy  gotowało  się  jedzenie  dla  małej,  Ruth  nakryła  do  stołu,  a  potem 

zanurzyła kostkę cukru w dzbanku z kawą i włożyła do buzi dziecka, żeby nie płakało. 

-  Byłam też w Oppstad - przyznała i pokroiła chleb. - Rozmawiałam z Guro. 
Przez  moment  Samuel  stał  nieruchomo  i  patrzył  na  nią  kompletnie  zbity  z  tropu,  zaraz 

jednak  jego  spojrzenie  pociemniało  z  gniewu.  Ruth  poczuła,  jak  po  plecach  przechodzą  jej 
lodowate ciarki. Muszę uważać na to, co mówię, upomniała się w duchu. Cień nadziei, że uda 

background image

jej  się  uwolnić  od  męża  tyrana,  zniknął.  Teraz  trzeba  ratować  tylko  to,  co  jeszcze  da  się 
uratować. Musi pilnować, by nie uznał jej za niepoczytalną i nie odebrał jej Marileny. Tylko 
to jest teraz ważne. 

-  I co powiedziało to młode dziewczę? 
-  Nic - odpowiedziała Ruth cicho, odwrócona do niego plecami. 
-  Jakżeby inaczej - zaśmiał się szyderczo. - A spodziewałaś się, że potwierdzi plotki, że to 

ja... 

-  To ty - wybuchnęla Ruth. - Guro nie powiedziała ani słowa, aleja widziałam cię tamtego 

wieczoru, Samuelu. Czekałam przed domem ludowym i zajrzałam przez szybę. Widziałam, 
co zrobiłeś Guro! 

Samuel  siadł  na  krześle,  odchylił  się  w  tył  i  założył  dłonie  za  szelki.  W  jego  oczach 

błysnęło szaleństwo. 

-  A więc mała Ruth podglądała? 
Ruth nie odpowiedziała. Wylała z garnka na talerzyk jedzenie dla Marileny i postawiła na 

stole. Przyniosła dziecko i dmuchając, by kaszka nie była za gorąca, zaczęła karmić Marilenę. 

-  Odpowiedz! - warknął Samuel i uderzył pięścią w stół tak mocno, że aż talerz i kubek 

podskoczyły. Marilena rozpłakała się i przestraszona uczepiła się mocniej Ruth. 

-  Owszem, podglądałam - przyznała Ruth i podniosła na niego wzrok. 
-  Ale Guro nie chciała cię wesprzeć? 
-  Nie, nic nie powiedziała. 
-  Mądra  dziewczynka  -  uśmiechnął  się  Samuel.  -  A  wiesz,  co  się  stanie,  jeśli  zaczniesz 

opowiadać, co widziałaś? 

Ruth pogłaskała Marilenę po pleckach, by ją uspokoić. Przyłożyła policzek do jej główki i 

poczuła łaskotanie mięciutkich włosków. Marilena jest najważniejsza, pomyślała. Nic innego 
się nie liczy. Tylko Marilena. 

-  Wiem i dlatego nic nie powiem - odparła. 
-  No popatrz, popatrz! A co zamierzasz uczynić, Ruth? 
-  Będę wykonywać swoje obowiązki żony i matki - wypowiedziała cicho. 
Zaśmiał się nieprzyjemnym, zimnym śmiechem. 
-  A jeśli ja nie będę cię tu chciał? 
Ruth podniosła twarz i popatrzyła na niego przerażona. Samuel nie może jej stąd wyrzucić 

i gdzieś odesłać! Przecież powiedziała, że zrobi wszystko, co zechce. 

-  Samuelu, proszę cię... 
Wyciągnął nogi i przeczesał swe rzadkie włosy. W jego wzroku czaiło się zło. 
-  Owszem, możesz prosić - rzekł powoli. - Możesz żebrać o litość! Ale zrobisz wszystko, 

co ci każę. Wszystko! 

Ruth skinęła głową. 
-  Będziesz milczeć - mówił dalej. - O wszystkim! Rozumiesz? I nakłoń swoją matkę, by 

przestała mnie dręczyć. To ja tu rządzę! A ty masz być posłuszna, Ruth. Zawsze! 

-  Tak - powiedziała cicho Ruth i zamknęła oczy. 
Znów  przyłożyła  twarz  do  główki  Marileny,  poczuła  w  nozdrzach  zapach  niemowlęcia  i 

przytuliła  je  mocno  do  siebie.  Pod  zaciśniętymi  powiekami  zapłonęła  nienawiść  do 
mężczyzny, który siedział po drugiej stronie stołu. Ale w tej samej chwili coś w niej umarło. 
Zniknęła ostatnia nadzieja. 

Teraz jej serce biło już tylko z powodu dziecka. 
 
ROZDZIAŁ 13. 
  
Po świętach nastały silne mrozy, a śniegu wciąż przybywało. Oprócz ciężkiej pracy przy 

wycince  w  lesie  mężczyźni  dodatkowo  zmagali  się  z  odśnieżaniem  drogi,  by  utrzymać  jej 

background image

przejezdność. Odbiło się to na ich zdrowiu. O1ava chwyciły bóle w krzyżu, przez co stał się 
ponury i niecierpliwy, a Havard nabawił się ostrego kaszlu, którego nie mógł się pozbyć. Mali 
przyrządziła dla niego wywar z ziół, którym poiła go rano i wieczorem, ale jakoś mu to nie 
pomagało.  Najmocniej  kaszlał  po  nocach,  przez  co  się  nie  wysypiał  ani  on,  ani  Mali,  a  po 
paru tygodniach zmęczenie coraz bardziej dawało się im we znaki. 

Mali  martwiła  się  też  o  Herborg,  która  ostatnio  coś  nie  domagała.  Właściwie  nie  była 

bardzo chora, ale też nie całkiem zdrowa. 

-  Co z tobą, Herborg? - zapytała któregoś popołudnia pod koniec lutego. - Coś cię boli? 
-  Nie,  nie  boli...  Myślę,  że  to  tylko  dolegliwości  związane  z  ciążą  -  uznała  Herborg.  - 

Mam... straszne upławy. Czy to normalne? 

Mali  zerknęła  na  nią.  Synowa  stała  ze  spuszczonym  wzrokiem,  wyraźnie  skrępowana 

rozmową  o  tak  intymnych  sprawach.  Skoro  jednak  zapytała,  to  znaczy,  że  musiało  ją  to 
bardzo  niepokoić.  A  Herborg,  jak  ją  Mali  zdążyła  poznać,  nie  należała  do  osób,  które  się 
zamartwiają z byle powodu. 

-  Masz upławy? 
-  Ostatnio. Przedtem nigdy mi się nic takiego nie zdarzało.  
Mali przyłożyła jej rękę do czoła i stwierdziła, że jest gorące. 
-  Czy  ty  czasem  nie  masz  zapalenia  pęcherza?  Ciężarnym  kobietom  często  się  to 

przytrafia. 

-  Nie, kiedyś już miałam zapalenie pęcherza, więc wiem, jak się objawia - odpowiedziała 

Herborg. - Nie, to całkiem co innego. 

Mali  przyjrzała  jej  się  dokładniej.  Przez  całą  ciążę  wyglądała  dobrze  i  zdrowo,  dopiero 

parę tygodni temu stała się bardziej milcząca i częściej się pokładała. Mali nie zaniepokoiło 
to,  bo  zwykłe  kobieta  pod  koniec  ciąży  czuje  się  bardziej  zmęczona  i  ociężała,  a  przecież 
Herborg  już  wkrótce  miała  rodzić.  Narodzin  dziecka  spodziewali  się  na  początku  kwietnia. 
Mali  wyliczyła  ten  termin  na  podstawie  tego,  czego  dowiedziała  się  od  Herborg,  a  także 
oceniając  wielkość  dziecka.  Mogłam  się  pomylić  o  parę  tygodni,  pomyślała  nagle.  Może 
termin przypada już na koniec marca? Czuła niepokój, jakby ssanie w klatce piersiowej, ale 
starannie to ukrywała. 

-  Myślę, że to jakiś stan zapalny  - oznajmiła i spojrzała na błyszczące od gorączki oczy 

Herborg. 

-  Stan zapalny? Ale jak to? 
-  To się zdarza - uspokoiła ją Mali. - Poszukam odpowiednich ziół i przyrządzę ci wywar. 

Na pewno się tego pozbędziemy. 

-  Nie powinnam iść do doktora? 
-  A  co  on  ci  poradzi?  -  rzuciła  Mali  lekceważąco.  -  Lepiej  już  wezwać  akuszerkę,  ale 

myślę, że i ona nie pomoże więcej niż ja. Nie ma na to żadnych lekarstw. Spróbujemy więc 
ziół. 

-  Czy  to  nie  zaszkodzi  dziecku?  -  zapytała  Herborg  zmartwiona  i  położyła  rękę  na 

okrągłym brzuchu. 

-  Nie,  dziecko  jest  dobrze  osłonięte,  nie  musisz  się  więc  niepokoić  -  odpowiedziała  z 

pozornym spokojem Mali. 

Ale  w  głębi  serca  wcale  nie  była  spokojna.  Podejrzewała,  że  Herborg  ma  zapalenie 

pochwy,  a  taka  przypadłość  może  wywołać  wcześniejszy  poród.  Porody  zimą  zawsze  są 
trudniejsze,  myślała  Mali  ponuro,  a  jeśli  dojdą  do  tego  jeszcze  komplikacje  związane  ze 
stanem zapalnym... 

-  Pójdę  do  pralni  i  sprawdzę  wśród  swoich  zapasów  ziół,  co  mogłabym  ci  podać  - 

powiedziała  do  Herborg.  -  Nie  zamartwiaj  się!  Jesteś  młoda  i  silna,  więc  wszystko  pójdzie 
dobrze. 

Herborg tylko skinęła

 

głową, ale w jej błyszczących oczach czaił się niepokój. 

background image

Gdy  Mali,  drżąc  z  zimna,  weszła  do  pralni,  uświadomiła  sobie,  że  w  następstwie  tak 

ostrego zapalenia Herborg może nie mieć więcej dzieci. Tym ważniejsze wydaje się więc, by 
tym  razem  wszystko  poszło  dobrze,  myślała  przygnębiona,  przeglądając  na  półkach  zapasy 
ziół. Stornes musi mieć przecież dziedzica! 

  
Dorbet leżała na ramieniu Oli. Częściej niż kiedyś bywała teraz w Granvold. Po świętach 

Marit  zaproponowała,  by  przychodziła  systematycznie  i  powoli  poznawała  zasady 
obowiązujące we dworze. Zbliżał się termin ślubu, który wyznaczono na piętnastego maja, a 
ponieważ w poniedziałek siedemnastego przypadało święto narodowe, wesele na pewno się 
przedłuży.  Pasuje  to  zwłaszcza  gościom,  którzy  przyjadą  z  daleka,  cieszyła  się  Marit,  a 
spodziewali się krewnych aż z Trondheim. 

-  Będzie  dla  ciebie  lepiej,  jeśli  wcześniej  się  trochę  zorientujesz,  w  jaki  sposób 

prowadzimy gospodarstwo - uśmiechnęła się Marit i poklepała Dorbet przyjaźnie po policzku. 
- Zapewne nie różni się to wiele od tego, do czego przywykłaś w Stornes, ale będziesz miała 
przynajmniej trochę czasu, by spokojnie wdrożyć się do wszystkiego. Oczywiście zawsze ci 
będę służyć pomocą, nie obawiaj się. Ale dobrze, byś wiedziała przynajmniej, gdzie co leży, 
kiedy  już  się  do  nas  wprowadzisz  -  dodała.  -  Będziesz  się  czuła  wtedy  bardziej  swojsko, 
prawda? 

Dorbet przystała na propozycję przyszłej teściowej, a Mali tylko temu przyklasnęła. 
-  Im  więcej będziesz umiała, kiedy przeniesiesz się do Granvold w maju, tym lepiej dla 

ciebie. Mówiłam ci już wcześniej, że po ślubie nie czeka cię leniuchowanie. Marit oczekuje, 
ż

e... 

-  Dobrze  już,  dobrze!  Wiem,  że  spodziewa  się  z  mojej  strony  pomocy  -  przerwała  jej 

Dorbet.  -  Ale  rozmawiałam  o  tym  z  Olą  i  on  powiedział,  że  nie  muszę  harować  jak  jakaś 
służąca. Marit też tego nie oczekuje od młodej gospodyni we dworze. Zresztą, jak patrzę na 
Herborg, to wydaje mi się, że żyje się jej całkiem dobrze w Stornes - dodała. 

-  Ona jest w ciąży - przypomniała Mali. - I trzeba to wziąć pod uwagę. 
-  W ciążę mogę zajść szybciej, niż się ktokolwiek spodziewa - zauważyła Dorbet. - Bo w 

GranvoId oczekują przede wszystkim dziedzica. Zamierzam więc wesprzeć w tym Olę, na ile 
potrafię - dodała prowokacyjnie i popatrzyła na matkę z ukosa. 

-  Zdaje  się,  że  już  od  dawna  podejmujesz  te  starania  -  rzuciła  chłodno  Mali  i  wytarła 

kuchenną  ławę  po  zmywaniu  naczyń.  -  Właściwie  to  niemal  cud,  że  nie  zaszłaś  jeszcze  w 
ciążę. 

Dorbet  nie  odpowiedziała.  Zrobiło  jej  się  przykro,  a  w  żołądku  poczuła  nieprzyjemny 

skurcz. Nieustannie dręczyły ją obawy, że nie będzie mogła mieć dzieci, a im bardziej zbliżał 
się termin ślubu, tym bardziej się tego bała. 

 
-  Widziałam w dzisiejszej gazecie zdjęcie księżniczki. Urodziła syna - zagadnęła Dorbet i 

wtuliła się w Olę. 

-  Tak,  też  widziałem  -  odpowiedział  i  pogłaskał  ją  po  nagich  plecach.  -  Mama  tak 

przeżywa, że o niczym innym nie mówi - zaśmiał się. - No, ale najważniejsze, że nasz kraj ma 
następcę tronu. 

-  Trochę to trwało - rzuciła lekko Dorbet. - Od ślubu księcia minęło sporo czasu. 
-  Ale urodziły im się najpierw dwie córki, zanim pojawił się mały książę - wymamrotał 

Ola  wtulony  twarzą  w  jej  włosy.  -  Ja  też  mogę  poczekać  parę  lat  na  syna,  jeśli  najpierw 
postarasz mi się o córeczkę - droczył się z nią. 

Dorbet nic nie odpowiedziała, ale przytuliła się mocniej do niego. Dlaczego nie zachodzę 

w  ciążę,  pomyślała  znowu  i  poczuła  ukłucie  w  piersi.  Odkąd  zaczęła  pobierać  nauki  w 
Granvold, jak to Marit ze śmiechem nazywała za każdym razem, gdy Dorbet pojawiała się we 

background image

dworze,  sypiała  z  Olą  częściej  niż  kiedykolwiek.  Rzadko  wypuszczał  ją  do  domu,  nie 
spędziwszy z nią uprzednio paru chwil w sypialni. Ale w ciążę nie zachodziła. 

-  A jeśli nie urodzi się nam dziecko? - wyrwało się jej.  
Oja odsunął ją lekko i popatrzył na nią zdumiony. 
-  Martwisz się tym? 
-  Niektóre  dziewczyny  zachodzą  w  ciążę  po  jednym  razie  spędzonym  z  mężczyzną  - 

wyszeptała Dorbet, dotykając palcami włosów na jego karku. - A ja... 

-  Głuptasie - zlekceważył jej słowa. - Oczywiście, że urodzi się nam dziecko! Tylko nie 

myśl  inaczej,  bo  od  tego  staniesz  się  nerwowa.  Pewnie  to  gadanie  mojej  mamy  tak  cię 
niepokoi  -  dodał  i  pogładził  krągłe  pośladki  Dorbet.  -  Wciąż  tylko  powtarza,  że  czeka  na 
dziedzica. 

-  I chyba się ten dziedzic w końcu urodzi, co? - wymamrotała Dorbet. 
-  No  pewnie  -  przekonywał  ją  Ola  i  przytulił  do  siebie.  -  Twoja  mama  na  przykład 

urodziła syna dopiero po paru latach małżeństwa, tak samo zresztą jak i moja. Będziemy mieć 
dziecko,  zobaczysz  -  wyszeptał  łagodnie  i  pocałował  ją  z  czułością.  -  Ale  zdaje  się,  że 
chciałaś być szczupłą panną młodą w bieli? Nie po twojej myśli byłoby kroczyć w maju do 
ołtarza z dużym brzuchem. 

Ma rację, pomyślała Dorbet. Marzyłam przecież, by być najpiękniejszą panną młodą, jaką 

ktokolwiek widział, i napawać się widokiem pełnych zachwytów spojrzeń. Zamówiła katalogi 
z sukniami ślubnymi i przeglądała je bez przerwy podekscytowana, nie mogąc się doczekać 
dnia ślubu. Teraz jednak przyszło jej na myśl, że dobrze, gdyby była w ciąży. Przynajmniej 
spadłby jej z barków ciężar odpowiedzialności, a w maju nie byłoby jeszcze tego widać. Co 
najwyżej poszerzyłaby trochę suknię ślubną w pasie. 

-  Zrób mi dziecko - wyszeptała gorąco, wtulona w zagłębienie na szyi Oli. - Proszę cię! 
Zsunęła dłonie w dół i ujęła jego męskość. Jęknął z podniecenia i zdyszany uniósł się na 

łokciu. Kiedy jednak chciał ją pocałować, Dorbet go odsunęła. 

-  Proszę cię, zrób mi dziecko - wyszeptała intensywnie.  
Leżała  wpatrzona  w  powałę,  gdy  ją  brał.  Po  raz  pierwszy  nie  uległa  fali  namiętności. 

Otworzyła się na niego, pragnąc, by wniknął w nią jak najgłębiej. A kiedy doznał spełnienia, 
oplotła nogami jego plecy i zarzuciwszy ręce na szyję, długo nie wypuszczała go z uścisku. 

-  Było ci dobrze? - zapytał, całując ją w czoło. 
Dorbet  pokiwała  głową,  choć  tak  naprawdę  nie  porwała  jej  rozkosz,  która  była  jego 

udziałem.  Myślała  jedynie  o  tym,  że  tym  razem  musi  się  udać.  Miała  nadzieję,  że  za 
czternaście dni nie dostanie miesiączki. 

  
Mali uniosła koszulę Havarda i ułożyła mu na piersi okład z olejku kamforowego. 
-  Czas, byś już wreszcie wydobrzał - powiedziała, otulając go kołdrą i dodatkową narzutą 

z futra. 

-  Przecież nie jestem obłożnie chory. Nie ma o czym mówić! - zaprotestował i przyciągnął 

ją do siebie. 

Mali położyła głowę na jego piersi i nasłuchiwała rzężenia w płucach. 
-  Powinieneś przez parę dni zostać w domu i nie jeździć do lasu, Havardzie - rzekła. - Już 

za długo tak kaszlesz, a nie chciałabym, abyś się nabawił zapalenia płuc w samym środku tej 
mroźnej zimy. 

Zaśmiał się chrapliwie i znów chwycił go atak kaszlu. Gdy mu przeszło, pogłaskał Mali po 

policzku i oświadczył wesoło: 

-    Moja  mama  mawiała,  że  umierają  tylko  dobrzy  ludzie,  więc  jeśli  to  prawda,  jeszcze 

przez ładnych parę lat się mnie nie pozbędziesz. 

Mali objęła go i pogłaskała po plecach. 

background image

-  Gdyby to była prawda, już od wielu lat by cię przy mnie nie było - rzekła cicho. - Bo ty 

jesteś aż nadto dobry, Havardzie. I to dla wszystkich. 

-  Co ci jest? Dlaczego posmutniałaś? - zapytał i pogładził ją po włosach. 
-  Martwię się o ciebie. Chcę, żebyś był zdrowy - odpowiedziała Mali i westchnęła. - Poza 

tym niepokoję się o Herborg. 

Prawdopodobnie dostała zapalenia pochwy i bardzo mi się to nie podoba. Obawiam się, że 

może nastąpić przedwczesny poród z komplikacjami. 

-  Chyba nie musi być aż tak źle? 
-  Nie - przyznała Mali. - Ale takie zapalenia prowadzą często do bezpłodności. A jeśli nie 

będą mogli mieć więcej dzieci... 

-  To wystarczy im to jedno, które się wnet urodzi - uznał Havard. - Chociaż oczywiście 

byłoby lepiej, gdyby mieli ich troje, a nawet czworo. Cieszyłbym się, gdyby w domu pojawiło 
się  wiele  dzieci.  Ale  jeśli  los  tak  zadecyduje,  wystarczy  choćby  to  jedno.  Ważne,  by  w 
przyszłości było komu przejąć dwór. 

-  Właśnie,  w  tej  sytuacji  najistotniejsze  jest,  żeby  to  jedno  dziecko  przeżyło  poród  i 

choroby dziecięce. A jeśli urodzi się przed czasem... 

-  Wydaje mi się, że jesteś przemęczona. Wszystko widzisz w czarnych barwach - mruknął 

Havard z twarzą zanurzoną w jej włosach. - Zwykle przecież nie tracisz optymizmu i zawsze 
sobie ze wszystkim radzisz. 

-  Gdy patrzę na Ruth, ogarnia mnie kompletne przygnębienie - westchnęła znów Mali. - 

Wydaje mi się, że jest z nią teraz jeszcze gorzej, niż było, Havardzie. Po świętach właściwie 
zupełnie zniknęła mi z oczu. Rzadko przychodzi do dworu, a kiedy już zajrzy, jest milcząca i 
smutna. A poza tym straciła całkiem radość życia i stała się bardzo nerwowa - dodała Mali. 

-  A czy przy Samuelu można być w ogóle radosnym? - warknął Havard. - Wydawało mi 

się, że uda ci się go stąd wyrzucić, że Ruth wreszcie zrozumiała... 

-  Ja  też  miałam  taką  nadzieję  -  przyznała  Mali.  -  Przez  moment  odniosłam  nawet 

wrażenie, że dała się przekonać, ale potem. .. 

Westchnęła znów i jeszcze mocniej wtuliła się w niego. 
-  Kiedy  tylko  zaczynam  o  nim  mówić,  wbija  we  mnie  swój  pociemniały  z  rozpaczy 

wzrok. Nie mam odwagi jej wówczas mocniej naciskać, bo boję się, że w ogóle przestanie do 
nas przychodzić. Dlatego już nic nie mówię. 

-  Ale powiedziałaś jej, jakie plotki krążą o tej dziewczynie z Oppstad? 
-  Tak,  i  właśnie  po  tym  tak  się  zmieniła.  Tydzień  po  naszej  rozmowie  przyszła  tu  i 

poprosiła,  bym  nigdy  więcej  o  tym  nie  wspominała.  Oznajmiła,  że  Samuel  nie  ma  nic 
wspólnego z tą sprawą. Podobno to sprawdziła, ale nie wiem jak. Powiedziała, że liczy na to, 
iż będziemy wspierać Samuela, bo bardzo go zabolało, że mu nie wierzymy. Dlatego od tej 
pory słowem się na ten temat nie odzywam, kiedy przychodzą w niedzielę na obiad, mimo że 
dobrze wiem, iż on jest winien - rzekła Mali twardo. - Wiem, ale nie mogę tego udowodnić. 

-  Co się stało z tą dziewczyną z Oppstad? 
-  Zaraz po Nowym Roku została zwolniona - odpowiedziała Mali. - Pytałam Lisbeth, czy 

coś  o  niej  wie,  ale  ona  słyszała  tylko  plotki,  że  dziewczyna  nie  żyje.  Nie  wie  jednak  nic 
pewnego. Przypuszcza, że być może wyjechała, by urodzić dziecko po cichu gdzieś, gdzie jej 
nikt nie zna. Ale wiesz, że od plotek aż huczy. Nikt nie zna całej prawdy, przynajmniej jeśli 
chodzi o Guro. 

-  Boże  -  wymamrotał  Havard.  -  Może  zdecydowała  się  zrobić  coś  głupiego  i  naraziła 

swoje życie... - podniósł się, bo znów go złapał atak kaszlu, a po chwili dodał wzburzony: - 
Jeśli to rzeczywiście Samuel jest temu winien, to ma na sumieniu cudze życie! 

-  Mnie się zdaje, że on ma na sumieniu znacznie więcej, niż przypuszczamy - powiedziała 

Mali cicho. - Czekam tylko, aż Tordhild dowie się o nim czegoś więcej w Oslo. Ale pisała, że 
to trochę potrwa. Gdy tylko zdobędę jakieś dowody, że on... 

background image

Urwała  i  przytuliła  twarz  do  szyi  Havarda.  Właśnie,  co  wtedy  zrobi?  Ruth,  blada  i 

wychudzona, gryząc z nerwów paznokcie, mówiła, że nie życzą sobie z Samuelem, by razem 
z Havardem mieszała się do ich życia. Zagroziła nawet, ze wzrokiem wbitym w podłogę, że 
jeśli nie przestaną, nigdy więcej nie przyjdzie do Stornes. Na koniec wyszeptała, że uważa za 
słuszne wspierać swojego męża, bo on jest niewinny. 

Tylko raz podczas tej rozmowy ich spojrzenia spotkały się, a wtedy Mali w pociemniałych 

oczach córki nie dostrzegła złości czy oskarżeń, lecz nagi strach. 

Objęła córkę i mocno przytuliła. 
-  Nie bój się, Ruth! Nie wierz mu, gdy ci  grozi, że umieści cię w szpitalu dla wariatów 

albo  że  zabierze  ci  Marilenę!  Gdyby  doszło  do  konfliktu,  zbierzemy  dość  dowodów 
przeciwko niemu. Nie zostawimy ciebie samej, dziecino! Jesteśmy silni, przecież wiesz. 

-  Ale on jest silniejszy - wyszeptała Ruth przytulona do jej policzka. 
Jej  słowa  zabrzmiały  tak  cicho,  że  Mali  nie  była  do  końca  pewna,  czy  rzeczywiście  je 

usłyszała. Ale kiedy powtórzyła swoje zapewnienia, Ruth cofnęła się i po cichu wymknęła się 
przez drzwi. 

Mali ukryła twarz w dłoniach. Serce jej pękało z powodu okrutnego losu córki. Czuła tak 

zaciekłą nienawiść do Samuela, że aż ją to przerażało. 

-  Mali, kochanie, o czym myślisz? - zapytał Havard szeptem. - Nagle tak jakoś ucichłaś. 
-  Myślę,  że  mogłabym  go  zabić  -  odezwała  się  chrapliwie.  -  Gotowa  byłabym  zabić 

Samuela, gdybym miała pewność, że... 

-  Nie potrafiłabyś zabić - stwierdził Havard cicho i odgarnął włosy z jej rozpłomienionej 

twarzy. - Pewnie, że potrafisz się czasem okropnie zezłościć, ale zabić... Nie ty, Mali. 

Owszem,  potrafię,  pomyślała  Mali,  zabiłam  już  wcześniej.  Wspomnienie  Havardowego 

syna  naszło  ją  niczym  fala  przypływu  i  zaszlochała  głośno.  Havard  przygarnął  ją  mocno  i 
pogłaskał jej twarz mokrą od łez. 

-  Mali, no co ty - wyszeptał. - Wszystko będzie dobrze. 
Mali  nie  odpowiedziała.  Pozwoliła  łzom  płynąć  po  policzkach,  a  poczucie  bezsilności 

jawiło jej się przed oczami jako wysoki mur. W głębi serca czuła, że będzie gorzej, choć nie 
wiedziała jeszcze, jak to się wszystko potoczy. 

  
Ruth  ułożyła  się  bokiem  i  patrzyła  na  dziecko,  które  spało  obok  niej.  Bawiąc  się  jej 

złotymi loczkami, pogłaskała delikatnie córeczkę po pulchnym policzku, pochyliła się nad nią 
i wciągnęła w nozdrza zapach rozgrzanego, śpiącego niemowlęcia. 

Tej  nocy  nie  zamierzała  wiele  spać.  Godziny  z  Marileną  wydawały  się  jej  zbyt  cenne. 

Bawiła  się  z  nią  całe  popołudnie,  aż  w  jej  dużych,  zazwyczaj  poważnych  oczach  w  końcu 
pojawiła się ufna radość i usłyszała jej wesoły śmiech. Chodziła sobie z nią po izbie, tuląc ją 
do siebie, nuciła jej i śpiewała. A potem położyła się do łóżka równocześnie z nią. Nie była w 
stanie robić nic innego. Leżała długo z dzieckiem przy piersi, chociaż już nie miała pokarmu. 
Pewnie  dlatego,  że  tak  wychudłam,  pomyślała.  A  może  straciłam  go  przez  te  nerwy?  - 
zastanawiała  się.  Ale  tego  wieczoru  przystawiła  dziecko  do  piersi  i  płakała  bezgłośnie 
ogarnięta cichą wdzięcznością za te godziny, które było jej dane spędzić tylko z dzieckiem. 

Samuel  wyjechał  rano  do  Berkak.  Zawiadomiono  go,  że  ma  się  skontaktować  ze  swymi 

zwierzchnikami,  a  kiedy  wczorajszego  popołudnia  wrócił  ze  Stornes,  skąd  pozwolono  mu 
zatelefonować, trzymał się prosto, jakby kij połknął. 

-   Wyjeżdżam  na  parę  dni  -  oznajmił,  wchodząc  do  izby.  -  Wzywają  mnie  do  Berkak. 

Zebrała  się  tam  rada  zboru,  by  omówić  sprawy  związane  z  administracją  i  pracą 
duszpasterską. Poproszono, bym przybył - powtórzył i odgarnąwszy włosy, poprawił sztywny 
kołnierzyk koszuli. 

-  A co to oznacza? - zapytała Ruth ostrożnie. 

background image

-  Spodziewam się, że wreszcie zyskam odpowiednią pozycję, na którą długo pracowałem - 

odparł i poczerwieniał na twarzy z podekscytowania. 

-  Tak ci powiedzieli? 
-  Naturalnie, że nie - zbył ją poirytowany. - Ale o co innego może chodzić? Chcą, żebym 

był  na  miejscu,  kiedy  powierzą  mi  nowe  zadania,  a  poza  tym  będę  musiał  załatwić  wiele 
spraw praktycznych związanych z przeprowadzką do Berkak. 

-  Przeprowadzką?... 
-  Przecież nie mogę mieszkać tutaj i sprawować posługi w  Berkak! Chyba tyle jesteś w 

stanie  pojąć  tym  swoim  kurzym  móżdżkiem.  Od  teraz  nie  będę  już  tylko  zwykłym 
misjonarzem, ale... No, nie wiem jeszcze, jaką pozycję zajmę w zborze, ale w każdym razie 
będzie  to  całkiem  coś  nowego,  mimo  że  nadal  będę  też  prowadzić  rekolekcje  i  pracę 
duszpasterską - dodał. 

Ruth  siedziała  cicho,  ale  serce  waliło  jej  w  piersi.  Co  ze  mną  i  Marileną,  pomyślała 

przerażona. Jeśli on nas stąd zabierze, zostanę zupełnie sama. Na myśl o tym zrobiło jej się 
niedobrze. 

-  Co  ze  mną  i  z  dzieckiem?  -  wyszeptała  w  końcu.  Popatrzył  na  nią,  a  na  jego  twarzy 

pojawił się grymas niezadowolenia. 

-  Nie  mogę  się  na  razie  do  tego  ustosunkować  -  odpowiedział  krótko.  -  Najpierw 

rozeznam  się  w  nowych  obowiązkach  i  jakoś  się  urządzę  w  nowym  miejscu.  Najchętniej 
wolałbym nie mieć w pobliżu ani ciebie, ani twojego wrzeszczącego bachora, ale, niestety, w 
zborze  wiedzą  o  was.  Zwierzchnik  rady  zboru  był  nawet  na  naszym  ślubie  i  gratulował  mi 
takiego dobrego wyboru - dodał szyderczo. - Też nie wiedział, że nawet gwóźdź w ścianie nie 
jest  twoją  własnością!  -  Westchnął  i  oparł  rękę  o  czoło.  -  No  cóż,  chyba  nie  ma  wyjścia. 
Będziecie musiały ze mną jechać - oświadczył w końcu. - Może to i lepiej? Od człowieka z 
taką pozycją oczekuje się ustatkowania, a jako mąż i ojciec bardziej będę odpowiadał takim 
wyobrażeniom. Poza tym łatwiej mi będzie cię okiełznać - dodał ze złowrogim błyskiem w 
oku. - Tam nie będziesz mogła biegać do Stornes na skargę, jeśli coś ci się nie spodoba. 

Ruth  zrobiło  się  słabo.  Za  nic  w  świecie  nie  chciała  jechać  do  Berkak!  Nie  chciała  być 

sama  z  Samuelem  w  całkiem  obcym  miejscu.  Tam  nie  będzie  miała  nikogo,  do  kogo  by 
mogła  pójść,  gdy  znajdzie  się  w  potrzebie.  Co  prawda  tu  też  z  byle  czym  nie  chodziła  do 
Stornes  i  musiała  ukrywać  prawdę  o  swym  życiu  z  Samuelem,  bo  wiązała  ją  umowa.  Ale 
gdzieś  głęboko  w  głowie  miała  jednak  poczucie,  że  jeśli  Samuel  doprowadzi  ją  do 
ostateczności,  jeśli  znowu  uderzy  Marilenę,  to  wówczas  ma  w  pobliżu  swoich  bliskich. 
Chociaż w gruncie rzeczy nie sądziła, by kiedykolwiek miała opowiedzieć im o wszystkim, 
przez co przeszła, to jednak czuła, że są blisko. 

Samuel przechadzał się w tę i z powrotem po izbie z rękami założonymi na plecach. Jego 

oczy  płonęły  z  przejęcia.  Najwyraźniej  nie  przychodziło  mu  nawet  do  głowy,  by  mógł  być 
wezwany w jakimś innym celu. 

-  Mogę mieszkać tutaj z Marileną - zaczęła Ruth nieśmiało. - Ty przyjeżdżałbyś od czasu 

do czasu... I Wówczas nie byłybyśmy ci przeszkodą w pracy - dodała pośpiesznie. 

-  Gdyby to było takie proste - rzucił chłodno. - Ale nie myśl, że będziesz mi przeszkodą w 

pracy,  droga  Ruth.  Chyba  powinnaś  już  to  w  końcu  zrozumieć,  że  nie  pozwolę  sobie 
przeszkadzać.  Ty,  która  podglądasz  przez  okna  domu  ludowego  i  myślisz,  że  możesz  mnie 
zniszczyć!  -  Przez  jego  twarz  przemknął  szyderczy  uśmiech.  -  Teraz  jednak  idź  na  górę  i 
zacznij mnie pakować! Wyjeżdżam jutro wcześnie rano. 

Tego wieczoru znów sięgnął po pas i katował ją z taką zaciekłością, że jęczała z bólu, a 

potem wdarł się w nią ostro, jakby chciał ją rozerwać. 

-  Żebyś o mnie nie zapomniała, gdy wyjadę - powiedział, zwalając się już po wszystkim 

obok niej na łóżku. 

Jak gdybym mogła kiedykolwiek o tym zapomnieć, pomyślała Ruth zapatrzona w mrok. 

background image

  
Ale  teraz  miała  przed  sobą  kilka  dni  bez  niego.  Przytuliła  twarz  do  główki  Marileny. 

Uścisnęła  dziecko  mocniej,  a  jej  serce  napełniło  się  bezmiarem  miłości,  gdy  poczuła 
rozgrzane ciałko. Wykorzystam każdą minutę, obiecała sobie, na to wszystko, czego zwykle 
nie miałam odwagi robić: bawić się z Marileną, śpiewać jej, leżeć obok niej i czerpać z tego 
radość. Wszystko to musi nadrobić pod nieobecność Samuela. 

-  Kochana dziecino - wyszeptała, głaszcząc Marilenę po policzku. - Marna ze mnie matka, 

skoro nie mam odwagi uwolnić cię od takiego ojca, który tylko cię krzywdzi. Cierpię także, 
maleńka, ale to nieważne. Ale żebyś ty miała cierpieć... - Ruth otarła twarz mokrą od łez. - 
Gdybym wiedziała, że wolno mi będzie ciebie zatrzymać - ciągnęła. - Ale tak się boję, że on 
mnie  stąd  odeśle  i  mi  cię  odbierze!  Nigdy  się  nie  zgodzę  na  to,  żebyś  została  z  nim  sama, 
moja Marileno. Bo twój ojciec jest złym człowiekiem. Dlatego... 

Ruth  westchnęła  cicho  i  położyła  się  wygodniej  w  łóżku.  Przez  chwilę  patrzyła  na 

księżycową poświatę rozjaśniającą belki powały. 

Po  starciu  z  Mali  na  temat  plotek,  które  rozeszły  się  po  wsi  w  okolicach  świąt  Bożego 

Narodzenia,  Samuel  stał  się  jeszcze  gorszy  i  bardziej  podatny  na  humory.  Ale  też  bardziej 
arogancki. Wiedział, że Ruth zna prawdę, i najwyraźniej go bawiło, że brakuje jej odwagi, by 
się mu sprzeciwić, i godzi się na wszystko, co jej nakazywał lub czego od niej żądał. A kiedy 
w niedzielę bywali na obiedzie w Stornes, na powrót był nietykalnym i zadufanym w sobie 
misjonarzem.  Wiedział,  że  Ruth  rozmawiała  z  matką,  i  czasami  patrzył  na  Mali  wzrokiem 
pełnym  pogardy,  ale  nic  nigdy  nie  mówił.  Ruth  siedziała  w  te  niedziele  jak  na  szpilkach, 
ś

miertelnie przerażona, że matka da się sprowokować i napadnie na Samuela. Nie była więc 

w  stanie  przełknąć  czegokolwiek.  I  choć  nienawidziła  swojego  życia  na  Wzgórzu,  wracała 
tam z ulgą, że nie doszło do konfliktu. 

-    Dobry  Boże  -  modliła  się  cicho.  -  Jeśli  już  nie  chcesz  mi  pomóc,  pomóż  chociaż 

Marilenie. Pozwól jej wyrosnąć na spokojne i szczęśliwe dziecko. Spraw, byśmy nie musiały 
się stąd przeprowadzać, Boże, bo nie zniosę tego. Nie mogę więcej zawieść Marileny. Pozwól 
nam  tu  zostać  i  żyć  w  spokoju,  tylko  we  dwie.  Uczyń  coś,  by  Samuel  nigdy  nie  wrócił  do 
domu. 

Dlaczego się modlę? - zastanowiła się nagłe. Wszak Bóg mnie opuścił! Ale przecież chyba 

w  swym  miłosierdziu  dostrzeże  Marilenę?  Ruth  złożyła  ostrożnie  ręce,  zamykając  w  nich 
maleńkie dłonie córeczki, i odmówiła bezgłośnie Ojcze nasz

 
ROZDZIAŁ 14. 
  
-  List z Oslo - zakomunikowała Dorbet i pomachała kopertą, którą trzymała w ręce wraz z 

innymi  przesyłkami  pocztowymi.  -  To  pismo  Tordhild.  Chyba  nic  się  nie  zmieniło  i  będą 
mogli przyjechać na mój ślub? Sivert obiecał... 

Mali  chwyciła  pośpiesznie  list,  a  w  uszach  poczuła  uderzenia  pulsu.  Czy  w  tej  białej 

kopercie są jakieś dowody przeciwko Samuelowi? - zastanawiała się gorączkowo. 

-  Otwórz - upominała się Dorbet niecierpliwie. - Chyba przyjadą? 
-  Przecież jest dopiero początek marca - uspokoiła ją Mali, starając się nie dać po sobie 

poznać niepokoju. - Jasne, że przyjadą, Dorbet. Teraz pewnie tylko napisali parę słów, co u 
nich słychać. 

Mówiąc to, otworzyła kopertę. Najchętniej poczekałaby z tym do chwili, gdy będzie sama, 

ale  uznała,  że  wyglądałoby  to  dziwnie,  tak  jakby  się  spodziewała,  że  list  zawiera  jakieś 
tajemnice.  Przebiegła  wzrokiem  po  kartce,  zerknęła  na  następną.  Zauważyła  wzmianki  o 
Samuelu, ale nie zorientowała się dokładnie, o co chodzi, bo podeszła Dorbet i chciała czytać 
razem z nią. Mali pośpiesznie cofnęła się i powiedziała: 

background image

-  Piszą,  że  się  bardzo  cieszą  na  piętnastego  maja  -  rzekła  i  szybko  schowała  list  do 

kieszeni fartucha. - To znaczy, że przyjadą, Dorbet, przyjadą! 

-  Nie przeczytasz na głos? 
-  Nie  mam  teraz  czasu,  bo  muszę  zagniatać  ciasto  na  chleb  -  odparła  krótko  Mali.  - 

Później sobie przeczytam. Może są tam jakieś tajemnice związane ze ślubem, wiesz. Coś, o 
czym na razie nie powinnaś się dowiedzieć - dodała, unikając wzroku córki. 

-  Masz na myśli prezent czy coś innego? - Dorbet krążyła niecierpliwie wokół matki. 
-  Nie wiem jeszcze, ale obiecuję, że przekażę ci wszystkie nowiny - uspokoiła ją Mali. - 

Zresztą  z  tego,  co  przeczytałam  w  pośpiechu,  u  nich  wszystko  po  staremu  -  dodała,  nie 
podnosząc  wzroku.  -  Oprócz  tego,  że  cieszą  się  na  ślub.  O  prezencie  nic  nie  zauważyłam, 
zresztą nawet jeśli, to nie powiem ci o tym ani słowa. To tajemnica - uśmiechnęła się. - No i 
pisali jeszcze, że są ciekawi, jak się czuje Herborg - zakończyła i spojrzała na synową. 

Herborg  podniosła  wzrok.  Siedziała  na  krześle  i  robiła  na  drutach  coś  maleńkiego  w 

kolorze  pastelowożółtym.  Twarz  miała  napuchniętą,  a  oczy  przygaszone,  jakby  wyblakłe, 
pomyślała Mali zatroskana. Wywar ziołowy, który  Mali dla niej przyrządziła, nie przyniósł 
oczekiwanego efektu. Herborg wciąż miała upławy i gorączkę. Nietrudno było poznać, że nie 
jest zdrowa, ale nie narzekała. Mali nie jedyna się nią martwiła. Oja także był niespokojny i 
chciał ją nawet zawieźć do doktora. 

-  Ona nie jest zdrowa, mamo - mówił poprzedniego wieczoru. - Wiem, że przyrządziłaś jej 

jakieś zioła, ale one nie pomagają. 

-  Rzeczywiście, na to wygląda - przyznała mu rację Mali. - Ale doktor nic tu nie da, Oja. 

Lepiej  zadzwoń  do  akuszerki,  może  ona  znajdzie  jakąś  radę.  Chociaż,  jak  się  obawiam, 
niewiele można zrobić przy takim ostrym zapaleniu. 

-  Ale nie możemy czekać bezczynnie - rzekł zmartwiony. - A jeśli coś pójdzie źle? 
-  Herborg jest młoda i silna - pocieszyła go Mali, mimo że sama nieustannie odczuwała 

niepokój  o  synową.  -  Ale  może  lepiej  będzie,  jeśli  ja  sama  zadzwonię  do  akuszerki  i  z  nią 
porozmawiam. Znam ją dobrze, chociaż nie tak często się spotykamy. 

Mali  posypała  trochę  mąki  na  sześć  uformowanych  w  bochenki  kawałków  ciasta, 

przykryła je ściereczką lnianą i odstawiła do wyrośnięcia. 

-  Idę do pracowni, Ane - oznajmiła. - Stanowczo za mało czasu tam spędzam i obawiam 

się, czy w ogóle będę miała z czym jechać do tej Ameryki. Muszę wreszcie skończyć kilim, 
który  tkałam  przez  ostatni  miesiąc.  Poza  tym  mam  do  załatwienia  parę  telefonów,  przyjdę 
więc  dopiero  na  obiad.  Przeszkadzać  można  mi  tylko  w  sprawach  niecierpiących  zwłoki!  - 
rzuciła na odchodnym i opuściła izbę, zaciskając dłoń na kopercie w kieszeni fartucha. 

  
List  parzył  wprost  opuszki  jej  palców,  jednak  Mali  wpierw  zatrzymała  się  w  chłodnym 

korytarzu i zadzwoniła do akuszerki. 

-  Olga Hogbu, słucham! 
-  Halo, Olga, tu Mali Stornes. 
-  O,  to  ty,  dawno  cię  nie  słyszałam.  Ale  pewnie  dlatego,  że  ze  wszystkim  sobie  radzisz 

sama - dodała Olga roześmianym głosem. - Z tego, co wiem, w Stornes jeszcze nie pora na 
dziedzica? 

-  Nie  -  odparła  Mali.  -  Według  mnie  termin  przypada  na  początek  kwietnia,  ale 

niewykluczone, że się pomyliłam w obliczeniach. Chodzi mi jednak o coś innego... 

Przez  moment  pomyślała  o  Astrid  w  centrali,  która  z  pewnością  już  nastawiła  uważnie 

uszu. To, co Mali teraz powie, rozejdzie się po okolicy niczym ogień w suchej trawie. Mimo 
to podjęła temat. 

-  Herborg zmaga się z ostrym zapaleniem - rzekła. Celowo nie powiedziała, że chodzi o 

zapalenie pochwy, mając nieśmiałą nadzieję, że Astrid się tego nie domyśli. 

background image

-  Rozumiem - odpowiedziała akuszerka, która najwyraźniej odczytała właściwie intencje 

Mali. - Co zrobiłaś? 

-  Podaję jej wywar z ziół, ale nie widać poprawy. Muszę przyznać, Olgo, że się niepokoję. 
-  Tak, mogą nastąpić komplikacje - zgodziła się z nią rozmówczyni. - Nie tylko podczas 

samego porodu, ale też w przyszłości, wiesz. 

-  Myślałam o tym - stwierdziła Mali, czując, jak ściska ją w żołądku. - Może powinnam 

wysłać ją do lekarza? 

Akuszerka prychnęła: 
-  A co on o tym wie! Zresztą tak naprawdę niewiele można na to poradzić, wiesz przecież 

dobrze. Ja też cudów nie zdziałam, ale jeśli chcesz, zajrzę do was. 

-  To może umówmy się za tydzień. Jeśli nie będzie poprawy, dobrze, byś ją obejrzała. 
-  No,  to  jesteśmy  umówione  -  zakończyła  akuszerka.  -  Nie  denerwuj  się!  Zazwyczaj 

wszystko dobrze się kończy 

Akurat  w  tej  kwestii  zdania  są  podzielone,  pomyślała  Mali,  odwieszając  słuchawkę.  Ale 

akuszerka zawsze starała się patrzeć na wszystko pozytywnie, póki to, co najgorsze, nie stało 
się faktem. Mali siadła  na stołku w pracowni i  wyjęła list z koperty, po czym rozłożyła  go 
zdrętwiałymi od zimna palcami. 

 
Kochana Teściowo! 
Długo  przyszło  Ci  czeka
ć  na  list  ode  mnie,  ale  okazuje  się,  że  uzyskanie  jakichś 

wiadomości  o  Samuelu  jest  znacznie  trudniejsze,  niż  sądziłam.  Ludzie,  których  spotkałam  w 
zborze, wyra
źnie mają się na baczności. Zauważyłam ich czujne i nerwowe spojrzenia, kiedy 
pytam i nikt mi nie odpowiada. Próbuj
ę więc sprawdzić w innych grupach modlitewnych, ale 
z braku czasu nie mog
ę tak często uczestniczyć w spotkaniach. Wszędzie jednak spotykam się z 
podobn
ą  postawą  unikania  rozmów.  A  może  oni  się  boją,  że  coś  nieopatrznie  wyjawią
Ostatnio  jednak  wreszcie  nawi
ązałam  kontakt  z  kimś,  kto  może  będzie  nam  mógł  pomóc. 
Pami
ętasz  z  pewnością,  że  wspomniałam  Ci  we  wcześniejszym  liście,  iż  na  pierwszym 
spotkaniu  poznałam  pewn
ą  kobietę.  Przez  nią  dotarłam  do  innej,  która  wystąpiła  ze  zboru, 
poniewa
ż, jak powiedziała, „została wykorzystana". Nie chce wprawdzie podać szczegółów i 
nie wyja
śnia, co dokładnie ma na myśli, ale ona dobrze zna Samuela. Gdy wymieniłam jego 
imi
ę,  w  jej  wzroku  dostrzegłam  wrogość  i  chłód.  I  podała  mi  adres  do  innej  kobiety,  która 
mieszka  pod  Oslo.  „Spytaj  j
ą",  oświadczyła.  „Ona  ci  udzieli  odpowiedzi.  Bardzo  konkretnej 
odpowiedzi".  Nie  wiem  dokładnie,  co  chciała  przez  to  powiedzie
ć,  nie  zdążyłam  jeszcze 
odwiedzi
ć tamtej kobiety. Ale w przyszłym tygodniu wraca ze Sztokholmu Sivert i wtedy będę 
miała czas, by do niej pojecha
ć. Póki co, musisz niestety poczekać. Wyraźnie jednak coś jest 
na  rzeczy.  Samuel  skrywa  jakie
ś  niecne  uczynki.  Pytanie,  o  co  w  tym  wszystkim  naprawdę 
chodzi? Dowiem si
ę tego, obiecuję

U  nas  wszystko  dobrze,  ale  tęsknimy  za  Sivertem,  kiedy  wyjeżdża.  Stanowczo  za  duż

pracuje. Obecnie sporo  komponuje, a oprócz tego ma koncerty, nagrywa płyty i dużo jeździ. 
Martwi
ę się o niego czasami, ale moje uwagi puszcza mimo uszu. Bardzo bym chciała, żeby 
przynajmniej ograniczył wyjazdy, bo one go najbardziej m
ęczą

Mam  nadzieję,  że  macie  się  dobrze,  choć  póki  jest  tam  Samuel,  trudno  mówić  o  spokoju. 

Ale  być  może  jesteśmy  bliższe  wyjaśnienia  prawdy  i  będzie  można  usunąć  tego  złego 
człowieka z 
życia Ruth i Marileny. Mam wielką nadziejęże zdobędę dowody, które pozwolą 
Ruth nareszcie przejrze
ć na oczy i zrozumiećże nie może z nim żyć. Na pewno będzie dla niej 
szokiem, gdy prawda wyjdzie na jaw. Ale przecie
ż Ruth nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, 
wi
ęc mam nadziejęże wszystko ułoży się lepiej, niż przypuszczamy. 

Bardzo jestem ciekawa nowinek o pierworodnym Oi i Herborg, ale chyba do rozwiązania 

zostało jeszcze parę tygodni. Mam nadziejęże wszystko pójdzie dobrze. Przekaż że myślimy o 
nich ciepło. 

background image

Cieszymy się na ślub w maju i liczymy na to, że będziemy mogli pozostać jakiś czas, tak ż

przy okazji zaliczymy też chrzciny. Pozdrów wszystkich. 

PS.  Johannes  napisał  swoje  imię  zupełnie  sam.  Nie  może  się  doczekać,  kiedy  pójdzie  do 

szkoły  na  jesieni,  ale  najbardziej  cieszy  się  z  tego,  że  znów  odwiedzi  Stornes.  Mówi  o  tym 
codziennie. Opowiada o Was wszystkich, o Oli Havardzie i swojej kotce (która, mam nadziej
ę
jeszcze 
żyje), i planuje, co będzie robił. Dla Johannesa Stornes jest zaczarowaną krainą

Pozdrawiam serdecznie 
 Tordhild 
 
Mali  siedziała  i  wpatrywała  się  ślepo  w  kartkę.  Żywiła  tak  wielką  nadzieję,  że  w  liście 

będzie więcej wiadomości o Samuelu, które wystarczą, by go zmusić do opuszczenia dworu. 
Ale, niestety, trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać jeszcze parę tygodni. Mali jednak 
była coraz bardziej pewna, że jej przypuszczenia co do przeszłości Samuela się potwierdzą. 
Coś  jest  nie  tak,  Tordhild  pisze  o  tym  wprost.  Spotkanie  z  tą  nieznajomą  kobietą  będzie 
decydujące, pomyślała Mali i złożyła list. 

Dzień  wcześniej  była  na  Wzgórzu.  Dzwonił  Samuel  z  wiadomością,  że  musi  zostać  w 

Berkak  jeszcze  parę  dni.  Prosił,  by  powiedzieć  o  tym  Ruth.  Głos  miał  taki  zadowolony  i 
pyszałkowaty, że Mali domyśliła się, iż wszystko poszło po jego myśli. Ruth opowiadała, że 
spodziewał się wzmocnienia swojej pozycji w zborze. Mali o nic nie pytała. Nie chciała mu 
zrobić tej przyjemności, by mógł się pochwalić swoim sukcesem. Nie pytała też, bo obawiała 
się, co to oznacza dla Ruth i jej dziecka. Bo kiedy córka powiedziała jej, że być może będzie 
musiała  wyprowadzić  się  do  Berkak,  jeśli  Samuel  otrzyma  nowe  zadania  od  swojej 
zwierzchności, po plecach przeszły jej ciarki. Musimy temu za wszelką cenę przeszkodzić! - 
pomyślała przerażona. - Bo jeśli ten diabeł zabierze stąd Ruth i Marilenę, Ruth zginie. Córka 
nie  biegała  do  Stornes  na  skargę  w  każdej  sprawie,  jednak  wiedziała,  że  ma  tu  swoich 
bliskich, którzy zawsze wstawią się za nią i Marileną. Ruth nigdy tego nie mówiła, ale Mali 
poznawała po jej spojrzeniu, że pomimo wszystko dawało to jej poczucie bezpieczeństwa. A 
teraz  miałaby  utracić  i  tę  odrobinę  pewności  i  pozostać  sama  na  lasce  i  niełasce  Samuela 
gdzieś daleko stąd? Nie ma nawet mowy! 

Ruth  jakby  się  skuliła,  gdy  Mali  przekazała  jej  wiadomość  od  męża,  a  jej  mroczne 

spojrzenie napełniło się strachem. 

-  Nie możesz się przeprowadzić, Ruth - powiedziała Mali. 
-  O tym decyduje Samuel - usłyszała cichą odpowiedź. 
-  Jeszcze zobaczymy - odparła Mali ostro. 
Zanim  powiedziała  o  telefonie  Samuela,  uderzył  ją  spokój  Ruth.  Na  podłodze  w  izbie 

leżały zabawki, co nigdy się nie zdarzało, gdy Samuel był w domu. A Marilena uśmiechała 
się szeroko do Mali i wyciągała do niej ufnie rączki. Gdy Mali ją podniosła, zaśmiała się na 
cały  głos.  Aż  wzdrygnęła  się  na  dźwięk  dziecięcego  śmiechu  i  uświadomiła  sobie  z  całą 
ostrością, że pierwszy raz słyszy głośny śmiech Marileny. Po raz pierwszy dziecko wydawało 
się bezpieczne i szczęśliwe. W małym domku panował spokój i ciepło,  którego Mali nigdy 
wcześniej  nie  wyczuła,  i  to  tylko  jeszcze  utwierdziło  ją  w  przekonaniu,  że  Samuela  trzeba 
stąd usunąć, a wtedy Ruth i Marilenę czeka normalne życie. Obie poradzą sobie bez niego, a 
wszyscy w Stornes będą je wspierać. 

Mali  schowała  list  z  powrotem  do  fartucha  i  zajęła  się  pracą.  Umierała  z  niepokoju  i ze 

strachu  zarówno  o  Ruth,  jak  i  o  Herborg.  Mimo  to  musiała  tkać.  Gdybym  siadała  przy 
krosnach  tylko  wtedy,  gdy  czuję  potrzebę  tkania,  niewiele  by  z  tego  wynikło,  pomyślała. 
Dziwne,  ale  nawet  w  najcięższych  chwilach,  kiedy  zdawało  jej  się,  że  nie  jest  w  stanie  nic 
stworzyć, po krótkim czasie przy krosnach tkanie całkowicie ją pochłaniało. Wszystko inne 
przestawało  istnieć  i  znikało  z  jej  głowy,  niczym  powoli  opadająca  mgła,  a  pozostawała 

background image

jedynie niemal zmysłowa radość tworzenia. Za każdym razem wprawiało ją to w takie samo 
zdumienie. 

Stos gotowych prac stale się powiększał. Mali już wiedziała, że zdąży skończyć wszystko, 

czego się podjęła, nim zacznie się pakować do wyjazdu do Ameryki. Nie dopuściłaby zresztą, 
by  stało  się  inaczej.  Chciała  dotrzymać  słowa  i  zrobić  wszystko,  co  obiecała,  nawet  jeśliby 
miała przez ostatnie tygodnie przed wyjazdem pracować całymi nocami. 

Przez długi czas myśl o dalekiej podróży za ocean wydawała jej się odległym marzeniem. 

Teraz  jednak  odczuwała  coraz  większe  napięcie,  gdy  o  tym  myślała.  Taka  okazja  trafia  się 
tylko raz w życiu, a ona nie wahała się jej złapać oburącz. 

W szufladzie pod stertą motków wełny leżało kilka listów od Martina Bakkena. Mali udało 

się je odebrać, tak że nikt ich nie zauważył. Havardowi też o nich nie mówiła. Nie dlatego, by 
nie  mógł  ich  przeczytać,  Martin  nie  napisał  bowiem  niczego,  co  mogłoby  Havarda 
zaniepokoić. Ale Mali wiedziała, że wszystko, co się wiąże z Amerykaninem i jej wyjazdem 
za ocean, denerwuje już wystarczająco Havarda, dlatego ukryła przed nim listy. 

Martin  Bakken  pisał  o  swoich  planach,  które  nabierały  coraz  realniejszych  kształtów. W 

ostatnim liście wspominał, że udało mu się wynająć przestronne i ładne lokale w St. Paul. Z 
opisu wywnioskowała, że St. Paul i Minneapolis to dwa bliźniacze miasta, leżące nieopodal 
siebie,  ale  St.  Paul  jest  ważniejsze,  bo  tam  stoi  gmach  senatu  i  izby  reprezentantów, 
Minnesota  State  Capitol.  Tam  też  mieszka  sam  gubernator.  Mali  domyśliła  się,  że 
gospodarstwo Bakkena, które nazywał ranczem, leżało w odległości około pół godziny jazdy 
samochodem z St. Paul. Martin Bakken miał bowiem samochód! Przysłał jej zdjęcie swojego 
rancza,  ale  Mali  bardziej  zaimponowały  zdjęcia  z  St.  Paul.  Nigdy  by  nie  przypuszczała,  że 
budynki  mogą  być  tak  wysokie!  Przypomniała  jej  się  podróż  do  Trondheim,  gdzie  nad 
wszystkimi  zabudowaniami  dominowała  katedra.  Z  tego,  co  pisał  Martin,  w  St.  Paul  było 
całkiem  inaczej  i  w  porównaniu  z  tym  miastem  Trondheim  wydaje  się  niewielkie  i 
prowincjonalne. 

Bakken  przygotował  Mali  na  to,  że  podróż  będzie  daleka.  Osiem  dni  trwa  rejs  przez 

Atlantyk  do  Nowego  Jorku.  A  potem  trzeba  będzie  jeszcze  jechać  pociągiem  na  zachód  z 
dworca kolejowego New York Central Station. W ostatnim liście wspomniał, że najlepiej by 
było  przenocować  w  Nowym  Jorku,  by  uniknąć  pośpiechu  i  nerwów  związanych  z 
odbieraniem  bagażu  i  przepakowywaniem  go  na  pociąg  w  ciągu  jednego  dnia.  A  podróż 
pociągiem  nocą  jest  długa  i  męcząca  sama  w  sobie,  ostrzegał.  Trudno  zasnąć  w  wagonie 
sypialnym.  Jeśli  poczekają  dobę,  będą  mogli  wsiąść  do  pociągu  odjeżdżającego  wczesnym 
rankiem, a wówczas dojadą na miejsce jeszcze tego samego wieczoru, dzięki czemu ominie 
ich nocleg w pociągu. Ponadto Martin był zdania, że powinna zwiedzić Nowy Jork, skoro już 
tam będzie, bo to miasto jest tego warte. 

A  może  nawet  mogliby  zatrzymać  się  w  tej  metropolii  na  dwa  dni?  Włożył  do  koperty 

widokówkę  z  Empire  State  Building,  najwyższym  budynkiem  na  świecie  mierzącym  330 
metrów, i napisał, że chciałby wjechać z nią windą na sam szczyt i pokazać jej Nowy Jork z 
góry. Takiego widoku nigdy się nie zapomina. Mali nie wątpiła, że ma rację. 

Jego  listy  były  miłe,  choć  nieco  formalne.  Nigdy  nie  wracał  do  zdarzenia,  które 

spowodowało,  że  wyrzuciła  go  za  drzwi.  Tamtego  dnia  przed  laty  wyjął  serduszko  z 
diamentem i poprosił, by rzuciła wszystko i wyjechała razem z nim do Ameryki. Teraz bardzo 
się  pilnował,  podobnie  jak  podczas  ostatniej  wizyty  w  Stornes,  by  trzymać  się  wyłącznie 
tematów związanych ze wspólnymi interesami, i nie sugerował żadnych osobistych uczuć. Bo 
wówczas  natychmiast  odwołałabym  podróż,  pomyślała  Mali,  całkowicie  co  do  tego 
przekonana. 

Chciała pojechać do Ameryki, ponieważ otrzymała fantastyczną możliwość wystawienia i 

sprzedaży swoich wyrobów. Była to też okazja, by zobaczyć wielki świat. Liczyła na to, że 
dwa krótkie miesiące dostarczą jej wspomnień na całe życie. 

background image

Martin Bakken pomoże jej zrealizować to marzenie, ale jej własne życie i jej świat były tu, 

w Stornes. I nic nie może tego zmienić. Wiedziała, że ucieszyłaby Havarda wiadomością, że 
odwołuje wyjazd, mimo to nie miała zamiaru tego uczynić. Kochała go i chciała dla niego jak 
najlepiej, ale było coś w tym dalekim kraju, co ją przyciągało. W późnych nocnych godzinach 
rozmyślała podekscytowana o tym wyjeździe i nie chciała się pozbawić takiej przygody. W 
jej życiu tak niewiele było przygód. 

  
-  Mamo, mamo! 
Mali zerwała się ze snu otumaniona. W półmroku zauważyła Oję, który pochylał się nad 

nią. Miał na sobie tylko koszulę, a jego spodnie podtrzymywała jedna szelka, druga zwisała z 
boku. 

-  Co się stało? - wyszeptała przerażona, mając nadzieję, że nie obudzi Havarda. 
-  Herborg - jęknął Oja. - Jest chora, mamo! Ona... nie czuje się dobrze, a łóżko jest całe 

mokre. 

Mali odchyliła futrzaną narzutę i kołdrę, po czym szybko spuściła nogi na podłogę. 
-  Łóżko jest mokre? 
-  Tak, mokre od krwi i śluzu - zatrząsł się. - Musisz... 
-  Zaraz  przyjdę  -  odparła  Mali  i  wypchnęła  go  za  drzwi.  -  Obudź  Ane  i  poproś,  by 

nastawiła  wodę  na  piec.  Niech  znajdzie...  Już  ona  wie,  co  ma  znaleźć  -  dodała  i  włożyła 
suknię bezpośrednio na nocną koszulę. 

Oja  popatrzył  na  nią  swymi  pociemniałymi  od  lęku  oczyma.  Mali  wyciągnęła  rękę  i 

pogłaskała go po karku. 

-   Wszystko  pójdzie  dobrze,  Oja  -  uspokoiła  go,  choć  wcale  nie  była  tego  taka  pewna.  - 

Wracaj teraz do Herborg, a ja zaraz tam przyjdę. 

Havard poruszył się niespokojnie, a kiedy Mali chciała wymknąć się po cichu z sypialni, 

usiadł na łóżku i mruknął zaspany: 

-  Co się stało? 
-  Herborg rodzi. 
-  Za wcześnie, prawda? - popatrzył na żonę zatroskanym spojrzeniem. 
-  Tak, za wcześnie. Muszę już iść. 
Mali  nie  tyle  martwiła  się  tym,  że  poród  zaczął  się  kilka  tygodni  przed  terminem,  ile 

stanem  zdrowia  Herborg.  Zadrżała  i  pomyślała  nagle,  że  być  może  będzie  potrzebna  jej 
pomoc.  I  to  nie  tylko  Ane.  Ponownie  otworzyła  drzwi  do  sypialni  i  wetknąwszy  głowę, 
poprosiła: 

-  Możesz sprowadzić akuszerkę, Havardzie? O tej porze nie ma nikogo  w centrali, więc 

nie mogę zadzwonić, a wydaje mi się, że będę potrzebować pomocy. 

Havard tylko skinął głową i wstał z łóżka. 
-  Czy Herborg grozi jakieś niebezpieczeństwo? - zapytał cicho. 
-  Nigdy nie wiadomo - odpowiedziała Mali wymijająco. - Poczuję się pewniej, jeśli tym 

razem towarzyszyć mi będzie akuszerka. 

Następnie wymknęła się i skierowała w stronę sypialni Herborg i Oi. 
   
ROZDZIAŁ 15. 
  
Kiedy  pierwsze  chłodne  promienie  słońca  wypełzły  zza  szczytu  Storvikhammern  i 

zaświeciły do okien Stornes, akuszerka była już w sypialni przy Herborg. 

Mali powitała ją na dole w korytarzu, blada i niespokojna. 
-  Dziękuję,  że  przyjechałaś  -  powiedziała  i  pomogła  zdjąć  jej  duży  szal,  płaszcz  oraz 

ciepłe kozaki. 

background image

-  Zwykle  sama  sobie  dajesz  radę  -  rzekła  Olga  Hogbu  i  poprawiła  bluzkę  opinającą 

dorodną pierś. - Ale cieszę się, jeśli mogę pomóc. 

-  Wolałabym, żebyś tym razem była przy mnie, bo będę się czuła pewniej - odpowiedziała 

Mali. - Po pierwsze poród jest przedwczesny, ale najbardziej martwię się tym zapaleniem, o 
którym wspominałam ci przez telefon. A teraz denerwuję się przede wszystkim, że Herborg 
może dostać gorączki połogowej czy coś takiego. 

Akuszerka skinęła głową poważnie. 
-  No i... takie zapalenie... - ciągnęła Mali cicho. - Zastanawiam się nad jego skutkami w 

przyszłości. Nawet jeśli teraz pójdzie dobrze, obawiam się, że Herborg więcej razy nie zajdzie 
w ciążę. 

-  Istnieje takie niebezpieczeństwo, że będzie to ich jedyne dziecko - przyznała akuszerka. - 

Ale jedno to lepiej niż żadne - dodała i mocno uścisnęła Mali za ramię. 

-  Owszem, o ile przeżyje - wymamrotała Mali i otarła twarz. - Skoro być może nie będą 

mogli mieć więcej dzieci, to musimy za wszelką cenę ratować to jedno. 

-  I tak zrobimy - oświadczyła ze spokojem Olga Hogbu. -A teraz chodźmy na górę! 
Herborg  leżała  oparta  na  dużych  poduszkach.  Twarz  miała  spoconą  i  zaczerwienioną,  a 

oczy pozbawione blasku. Było wyraźnie widać, że trawi ją gorączka. 

-  Dzień dobry, Herborg - kiwnęła do niej przyjaźnie akuszerka. - Jestem Olga, akuszerka. 

Nie spotkałyśmy się wcześniej, ale dobrze się znam z twoją teściową  -  dodała. -  I  co, twój 
bobas nie chciał dłużej czekać? 

Herborg usiłowała się uśmiechnąć spierzchniętymi wargami, ale z jej oczu wyzierał strach. 

Akuszerka podeszła bliżej i usiadła obok niej na brzegu łóżka. 

-  Zbadam cię trochę - powiedziała i odsunęła kołdry. Mali i Ane posłały czystą pościel, ale 

i  tak  na  ręczniku,  który  położyły  na  prześcieradle,  pojawiły  się  już  plamy  z  krwi  i  śluz  o 
nieprzyjemnym  zapachu.  Akuszerka  pomacała  swoimi  dużymi  dłońmi  wystający  brzuch 
Herborg. 

-  Jak często masz teraz skurcze? 
-  To  zależy  -  wymamrotała  Herborg  i  napięła  się,  bo  kolejny  skurcz  ogarnął  jej  ciało.  - 

Teraz upłynął kwadrans od ostatniego, ale poza tym... 

Nie  dokończyła,  bo  jęknęła  z  bólu.  Akuszerka  przykryła  ją  kołdrami  i  otarła  jej  twarz 

wilgotną szmatką, która leżała na stoliku nocnym. 

-  To może jeszcze trochę potrwać - rzekła niby do Herborg, lecz tak, by i Mali usłyszała. - 

Ale to normalne przy pierwszym porodzie! Próbuj odpoczywać pomiędzy skurczami, a my tu 
z Mali będziemy ci pomagały na wszystkie sposoby. Gwarantuję, że jesteś teraz pod najlepszą 
opieką - uśmiechnęła się, starając się podnieść dziewczynę na duchu. 

-  Czy... dziecku coś grozi? - wyszeptała Herborg ze łzami w oczach. 
-  Tego nigdy nie wiadomo - odparła Olga szczerze. - Nie będę cię oszukiwać, że zawsze 

wszystko jest w porządku. Ale myślę, że będzie dobrze. Jesteś młoda i silna, a dziecko jest 
bardzo żywotne. - Poklepała Herborg przyjaźnie po policzku i uśmiechnęła się. - Bądź dobrej 
myśli! Damy sobie radę, zobaczysz. Ale musisz nam pomagać. Ważne, byś przez cały czas o 
tym pamiętała, choć po kilku godzinach będziesz już bardzo zmęczona. 

Gdy Ane znów zmieniła ręcznik na prześcieradle, akuszerka podeszła do stołu, na którym 

Mali  przygotowywała  wszystko,  by  po  narodzeniu  można  tam  było  umyć  i  owinąć 
noworodka. 

-  No i co ty o tym myślisz? - wyszeptała Mali. 
-  Mamy twardy orzech do zgryzienia - odparła cicho Olga odwrócona plecami do łóżka. - 

Nie  podoba  mi  się  to  zapalenie,  jest  gorzej,  niż  myślałam.  Jeśli  dziecko  urodzi  się  zdrowe, 
będzie  można  to  uznać  za  szczęście.  No  i  niestety  więcej  dzieci  to  dziewczę  już  mieć  nie 
będzie. 

background image

Mali  poczuła,  jak  na  chwilę  serce  przestało  jej  bić,  a  brzuch  miała  twardy  jak  kamień. 

Potwierdzenie  własnych  przypuszczeń  przez  Olgę  było  dla  niej  szokiem.  Wiedziała,  że 
akuszerka ma rację. Herborg i Oja będą mieli tylko jedno dziecko. Boże, zmiłuj się nad nami, 
pomyślała, żebyśmy zdołali uratować zarówno młodą gospodynię, jak i dziedzica Stornes. 

  
Oja siedział w stajni na stercie siana. Słyszał, że przyjechała akuszerka, a kiedy raz Ane 

zeszła po coś na dół, zapytał, jak przebiega poród. Powiedziała mu, że to trochę potrwa, może 
nawet  dosyć  długo,  dodała  i  popatrzyła  na  niego  ze  współczuciem.  Wtedy  właśnie  Oja 
wyszedł. Nie mógł nawet znieść myśli, że miałby jechać do lasu i pracować przy wycince. Bo 
gdyby coś się stało. 

Ż

ołądek  palił  go  żywym  ogniem.  Musi  być  w  pobliżu  Herborg!  Na  wypadek,  gdyby  go 

potrzebowała. Ale gdy sobie wyobraził, że miałby pójść do sypialni i patrzeć, jak żona cierpi, 
jęknął. Jeśli coś pójdzie nie tak... Przycisnął dłonie do żołądka. Niewiele zjadł na śniadanie, a 
i to zwymiotował. Teraz żołądek zmienił się w ziejącą ranę, która wysyłała ukłucia w górę w 
stronę serca. 

Jakiś  czas  temu  Oja  słyszał  dzwon  wzywający  mężczyzn  na  obiad,  ale  nie  ruszył  się  z 

miejsca,  bo  gdy  myślał  o  jedzeniu,  zbierało  mu  się  na  mdłości.  Uprzedził  Ingeborg,  że  nie 
będzie  jadł,  ale  gdyby  był  potrzebny,  to  znajdą  go  w  stajni.  Nikt  jednak  po  niego  nie 
przyszedł. 

Oja  położył  się  na  sianie  i  zamknął  piekące  oczy.  Pod  powiekami  przesuwały  mu  się 

obrazy  z  Herborg.  Wydawało  mu  się,  że  jest  blisko,  i  niemal  czuł  na  policzku  jej  ciepły 
oddech,  a  pod  dłońmi  jej  delikatną  skórę.  Nie  miał  pojęcia,  jak  nieskończenie  piękne  jest 
ż

ycie, zanim jej nie poznał. Z Herborg wszystko się odmieniło. Nauczyła go śmiać się i nie 

wstydzić  się  zapłakać.  Nie  pamiętał,  by  kiedykolwiek  ronił  łzy,  nim  pojawiła  się  w  jego 
ż

yciu,  ale  przy  niej  płakał  zarówno  ze  smutku,  jak  i  z  radości.  Nauczyła  go  kochać  bez 

zastrzeżeń,  a  jednocześnie  sprawiła,  że  bardziej  polubił  siebie.  Zupełnie  jakby  otworzyła  w 
nim jakieś drzwi, za którymi znajdowały się uczucia, o których istnieniu nie miał pojęcia. 

Tylu  rzeczy  nie  dostrzegał,  nim  nie  pokazała  mu  ich  Herborg.  Barw  jesieni,  plusku 

strumyka, potężnych szczytów rozjaśnionych blaskiem zachodzącego słońca w letni wieczór. 
Nigdy też nie zwracał uwagi na kwiaty, dopiero Herborg uświadomiła  mu, jakie są piękne. 
Nawet nazbierał dla niej cały bukiet ostatniej jesieni, przypomniało mu się i poczuł ukłucie w 
sercu. Widząc radość w jej oczach, gotów był uczynić wszystko, byleby ujrzeć znów jej twarz 
rozpromienioną w cudownym uśmiechu. 

Spacerował z nią pod granatowym niebem i zachwycał się, gdy gwiazdy odbijały się w jej 

oczach. Stała przytulona do niego pod mieniącą się barwami zorzą polarną i mówiła, że czuje 
się  przy  nim  bezpieczna.  Za  każdym  razem  poruszała  w  nim  jakąś  głęboko  ukrytą  strunę. 
Właściwie nie potrafił tego wyrazić, ale bez wątpienia uczyniła go człowiekiem milszym dla 
wszystkich, ponieważ czuł się przez nią kochany. Gdyby ją stracił... 

Oja  zwymiotował.  W  ustach  poczuł  cierpki  smak  i  wypluł  ślinę.  Otarłszy  dłonią  usta, 

jęknął.  Tak  się  cieszyli  na  to  dziecko!  Pamiętał  jej  rozpromienioną  twarz,  kiedy  mu 
powiedziała, że jest w ciąży. Jemu wydawało się to wprost niepojęte, że nosi pod sercem jego 
dziecko. Ze zostanie ojcem! On, który nigdy nie miał żadnych marzeń, wyobrażał sobie teraz, 
co  będzie  robił  z  maleństwem.  Stornes  było  w  jego  życiu  najważniejsze,  aż  do  przybycia 
Herborg.  Teraz  ona  i  dziecko  znaczyli  najwięcej.  Dwór  także,  oczywiście,  ale  inaczej  niż 
kiedyś,  pomyślał  niejasno.  Stornes  stanowiło  dziedzictwo,  które  z  dumą  i  radością  kiedyś 
przejmie i potem przekaże krwi ze swej krwi. Ale jego życiem była Herborg. 

  
Kiedy  zbliżała  się  pora  podwieczorku,  Herborg  całkiem  już  opadła  z  sił.  Skurcze 

powtarzały się coraz częściej i nie miała czasu odpocząć po jednym, gdy już przez jej ciało 
przetaczał  się  kolejny.  Przepocone  i  potargane  włosy  Mali  odgarniała  jej  z  czoła  chłodną 

background image

mokrą  szmatką.  Niepokoiła  się  coraz  bardziej,  że  mimo  upływu  tylu  godzin  nic  się  nie 
posunęło. 

-  Masz  gdzieś  ten  swój  wywar  rozluźniający?  -  odezwała  się  do  niej  cicho  akuszerka.  - 

Podaj go jej! 

-  Już to zrobiłam - wyszeptała Mali. - Ale mam jeszcze. 
-  Niech wypije - poradziła Olga i otarła pot z czoła. - Musimy trochę przyśpieszyć poród. 

Serce  dziecka  nie  bije  już  tak  mocno  -  szepnęła  do  Mali,  przyłożywszy  ucho  do  brzucha 
Herborg. - A ona bardziej krwawi. Nie podoba mi się to. 

Pogłaskała  młodą  kobietę  po  twarzy.  Herborg  leżała  jakby  pozbawiona  życia  w  tych 

krótkich chwilach przerwy, nim kolejny skurcz wyginał jej ciało w łuk. Nie otwierała oczu i 
nie reagowała. 

-  Herborg, dziecino - poprosiła ją cicho Olga, kładąc jej rękę na ramieniu. - Teraz musisz 

pomóc sobie i dziecku. Wiem, że jesteś wyczerpana, ale nie możesz się poddawać. Zdaje mi 
się, że zaraz zaczną się bóle parte, a wtedy najważniejsze, żebyś... 

-  Oja  -  wyszeptała  Herborg,  poruszając  suchymi,  spękanymi  wargami.  -  Chcę  zobaczyć 

Oję. 

-  Oja ci teraz nie jest potrzebny... 
Mali stanęła przy łóżku ze szklanką wywaru ziołowego w ręce. 
-  A  może  właśnie  jego  potrzebuje  teraz  najbardziej  -  powiedziała,  patrząc  na  Olgę,  i 

zwróciła się do synowej: - Herborg, wypij to, a ja zejdę i przyprowadzę Oję. 

Delikatnie  uniosła  wycieńczoną  kobietę  na  łóżku  i  przyłożyła  kubek  do  jej  ust.  Herborg 

otworzyła otoczone czerwoną obwódką oczy i mrużąc je, spojrzała na Mali. 

-  Przyprowadzisz Oję? 
-  Tak - odparła Mali. - Pójdę po niego. 
Herborg westchnęła  cicho i wypiła wywar. Nim Mali zdążyła ją położyć z powrotem na 

poduszki, złapał ją nowy skurcz. Synowa ścisnęła rękę Mali z taką siłą, że aż ją przewróciła 
na łóżko, i zawyła przeciągle. Mali podniosła się, czując, jak przechodzą ją dreszcze. Przez 
moment zastanawiała się, czy Oja to zniesie, ale zaraz odsunęła od siebie tę myśl. Syn musi to 
zrobić dla Herborg! 

-  Przyprowadzę Oję - powiedziała, ocierając pot z twarzy. Poprawiła bluzkę i potargane 

włosy. - Może właśnie tego potrzebuje... 

Akuszerka skinęła głową. 
-  Idź  po  niego  -  rzuciła  krótko.  -  Teraz  potrzebna  nam  wszelka  pomoc,  jeśli  ma  się  to 

dobrze skończyć. 

  
Mali  stanęła  w  drzwiach  stajni  i  poczuła  zapach  koni  zmieszany  z  przykrą  wonią 

wymiocin.  Zauważyła  Oję  z  tylu  na  stercie  siana.  Leżał  na  boku,  skulony,  z  dłońmi  na 
brzuchu.  

- Oja... 
Poderwał się. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, twarz miał bladą, a oczy czerwone. 

Mali poznała, że płakał. 

-  Czy coś... 
-  Poród się przeciąga, Oja - odezwała się Mali cicho. - Herborg jest bardzo wycieńczona, a 

teraz pyta o ciebie. 

-  Ale ja... 
-  Możesz  ją  wesprzeć,  by  się  nie  poddawała  -  dodała  Mali.  -  Jest  taka  wyczerpana, 

biedulka, potrzebuje więc pomocy, byśmy mogli uratować dziecko. 

Przeczesał włosy drżącą dłonią i stanął niepewnie na nogach. Usiłował otrzepać się z siana 

i poprawił sweter. 

-  Jeśli tylko mogę pomóc, to... 

background image

-  Możesz,  ale  musisz  być  silny  -  Mali  położyła  mu  dłoń  na  karku.  -  Nie  będzie  to  dla 

ciebie łatwe - uprzedziła. - Musisz być jednak silny za was oboje. Dasz radę, Oja. 

-  Nie wiem... 
-  Musisz - wyszeptała Mali. - Zrób to dla Herborg. 
-  A jeśli coś pójdzie nie tak... 
-  Nie wolno ci tak myśleć - upomniała go Mali. - A tym bardziej okazywać strachu. Masz 

tchnąć w Herborg odwagę i siłę. Ona chce mieć ciebie przy sobie, dlatego musisz dać radę. 

Skinął powoli i szurając nogami, wyszedł za matką ze stajni. 
  
To była walka na śmierć i życie. Oja siedział u wezgłowia i trzymał Herborg w ramionach. 

Pobladł jak kreda, gdy chwyciły ją bóle i zawyła. Mali widziała, jak zaciskał zęby. Twarz mu 
stężała, zlała się potem, grzywka opadała na oczy. Mali domyśliła się, że najchętniej uciekłby 
od  tego  koszmaru,  w  którym  się  znalazł,  ale  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Głaskał  Herborg  po 
twarzy, gdy na moment mogła odpocząć, przytulał twarz do jej twarzy i przemawiał do niej 
cicho i czule. Mali czuła wielki podziw dla swego syna. Nigdy nie przypuszczała, że on to 
wytrzyma, i wiedziała już, że nigdy tego nie zapomni. 

-  Teraz przyj mocno, Herborg - zachęcała akuszerka. - Już widać główkę. Bądź dzielna i 

przyj, a zaraz będziemy mieć tu dziecko. 

Dwa  gwałtowne  skurcze  przetoczyły  się  przez  ciało  Herborg  i  wreszcie  dziecko 

wyślizgnęło  się  wprost  w  ręce  Mali.  Akuszerka  nagle  odsunęła  się  na  bok,  kiedy  ostatni 
skurcz  targnął  rodzącą,  tak  że  to  Mali  chwyciła  noworodka.  Olga  wiedziała,  że  rodzi  się 
dziedzic Stornes, i chciała, by to gospodyni dworu go przyjęła. 

Mali stała przez moment jak sparaliżowana z zakrwawionym sinym tłumoczkiem na ręku. 

Zaraz  jednak  się  odwróciła  i  położyła  dziecko  na  stole.  Akuszerka  chwyciła  maleństwo  za 
nogi  i  poklepała  lekko  po  pupie.  Cisza.  Mali  poczuła,  że  serce  przestało  jej  bić  ze  strachu. 
Ż

eby  tylko  nie  było  martwe,  pomyślała  rozpaczliwie.  Przecież  Herborg  i  Oja  nie  dostaną 

drugiej szansy. Kiedy akuszerka położyła maleństwo na kocyku, Mali włożyła mu palec do 
ust i wyjęła trochę śluzu. 

-   Zimna woda - poprosiła chrapliwie. 
Olga podeszła z chochlą zimnej wody. - Co chcesz zrobić? - zapytała szeptem. 
Mali  nie  odpowiedziała.  Trochę  zimnej  wody  wylała  na  pierś  noworodka,  podniosła 

jeszcze  raz,  trzymając  go  za  nogi,  i  klepnęła.  Rozdzierający  silny  krzyk  wypełnił 
pomieszczenie. Mali tak się przeraziła, że omal nie upuściła dziecka. Ostrożnie odłożyła je na 
kocyk.  Maleństwo  machało  nóżkami  i  rączkami,  i  jeszcze  raz  krzyknęło  głośno.  Z  oczami 
pełnymi  łez  Mali  odwróciła  się  do  łóżka,  gdzie  Oja  trzymał  mocno  w  objęciach  Herborg  i 
przerażonym wzrokiem obserwował rozgrywający się dramat. 

-  Żyje! - zawołała radośnie Mali. - Macie piękną i silną córeczkę! A jaka z niej złośnica! 
Herborg uniosła się lekko na łokciach i odgarnęła włosy z twarzy. 
-  Urodziła nam się córeczka? - wyszeptała ochrypłym głosem. 
-  Tak, i to taka, którą będzie słychać - roześmiała się akuszerka z wyraźną ulgą. - Już ona 

powie, czego chce. 

Oja pochylił głowę nad Herborg, a jego ramionami wstrząsał płacz. 
-  Oja,  Oja  -  wyszeptała  Herborg  i  założyła  mu  ręce  na  szyi.  -  Słyszałeś?  Mamy  śliczną 

córeczkę! 

Akuszerka  umyła  maleństwo,  ale  to  Mali  zaniosła  zawiniątko  do  rodziców.  Herborg 

wyciągnęła ręce i wzięła córeczkę, śmiejąc się i płacząc na przemian. 

-  Popatrz, Oja - szlochała i odchyliła trochę kocyk. - Popatrz, jaka śliczna! Ona jest nasza! 
I jest dziedziczką Stornes, dodała w duchu Mali, stojąc tak i patrząc na nich. Nic jednak 

nie powiedziała. 

background image

-  Usiądź na chwilę przy piecu, Oja - poprosiła Olga. - Możesz potrzymać swoją córeczkę, 

gdy my tymczasem zajmiemy się dalej twoją żoną. 

Oja na sztywnych nogach wstał z łóżka i wziął dziecko na ręce. Jego twarz zalśniła taką 

wewnętrzną radością, że Mali poczuła, jak łzy płyną jej po policzkach. 

Łożysko urodziło się stosunkowo szybko i ku radości Mali i akuszerki ustał krwotok. 
-  Wygląda na to, że tu wszystko w porządku - stwierdziła Olga, wyciągając zakrwawione 

ręczniki i układając czyste. 

-  A teraz, Herborg, wypijesz jeszcze zioła twojej teściowej i miejmy nadzieję, że szybko 

wydobrzejesz. 

Herborg leżała spokojnie, pozwalając dwóm kobietom umyć ją i przebrać w czystą suchą 

koszulę.  Jej  twarz  nie  była  już  taka  purpurowa,  a  oczy  lśniły  bardziej  ze  szczęścia  niż  z 
gorączki. Ale czy rzeczywiście ustąpi stan zapalny, okaże się dopiero za parę dni. Mimo to 
Mali  odczuwała  dziwną  pewność,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Herborg  odzyska  powoli 
zdrowie, tyle że nie będzie mogła mieć więcej dzieci. 

 
ROZDZIAŁ 16. 
  
Dorbet zapukała lekko do drzwi, zanim weszła do korytarza domu na Wzgórzu. Otrzepała 

ś

nieg z butów i podeszła do drzwi kuchennych. Nim jednak zdążyła nacisnąć klamkę, otwarły 

się od środka i stanęła w nich Ruth. Blada i przerażona spojrzała na siostrę pytająco. Była na 
dole w Stornes przed południem po ziemniaki i wtedy się dowiedziała o trwającym porodzie. 

-  Jak poszło? - zapytała pośpiesznie. - Już po? 
-  Tak,  urodziła  im  się  śliczna  maleńka  córeczka.  Straszna  złośnica,  mówi  mama,  ale  to 

chyba tylko dobry znak, że tak głośno krzyczy. Podobno to dobrze robi na płuca - powiedziała 
Dorbet podekscytowana. - A płacze tak, że ściany drżą, chyba że leży u swojej mamy przy 
piersi i ssie. 

Ruth objęła siostrę i mocno przytuliła. 
-  Tak się bałam, że będą jakieś komplikacje - zachlipała. - Modliłam się i modliłam... 
-  To  pewnie  Bóg  miał  dziś  trochę  czasu,  by  cię  wysłuchać  -  odpowiedziała  Dorbet  z 

lekkim sarkazmem i poklepała Ruth po plecach. - Mogę wejść do środka? 

Ruth  cofnęła  się  rozkojarzona,  a  Dorbet  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Ruth  najwyraźniej 

sprzątała  po  kolacji.  Ser  i  konfitury  wciąż  stały  jeszcze  na  stole.  Dorbet  nachyliła  się  nad 
kołyską ustawioną przy piecu. Marilena spała spokojnie, trzymając w buzi róg kołderki. 

-  Jaka ona duża i jaka śliczna - wyszeptała. - Pewnie niebawem zacznie chodzić? 
-  Myślę,  że  za  parę  miesięcy  -  stwierdziła  Ruth,  sprzątając  ze  stołu.  -  O  ile  nie  będzie 

podobna do ciebie, bo ty zaczęłaś chodzić, nim skończyłaś roczek. 

-  Naprawdę? - Dorbet zaśmiała się cicho i pogłaskała Marilenę po pulchnym policzku. - 

A,  przychodzę  tu,  Ruth,  by  cię  powiadomić,  że  jeszcze  dziś  odbędzie  się  chrzest  z  wody. 
Nikolai przybędzie do Stornes za jakąś godzinę. Mama pomyślała, że pewnie też byś chciała 
być. 

Ruth zerknęła nerwowo w stronę drzwi do izby. Nóż wypadł jej z ręki i z brzękiem upadł 

na  podłogę.  Aż  podskoczyła,  znów  zerknęła  w  stronę  izby  i  szybko  się  nachyliła,  by  go 
podnieść. 

-  Co z tobą? - zdziwiła się Dorbet. - Wydajesz się taka niespokojna. Stało się coś? 
Ruth nie odpowiedziała. Pośpiesznie poprawiła włosy i zmięła nerwowo fartuch. Jej wzrok 

był daleki, jakby w ogóle nie słyszała, co siostra do niej mówi. 

-  Muszę zapytać Samuela, czy... 
-  Czy dla odmiany on nie mógłby zostać w domu i zerknąć na małą przez tę krótką chwilę, 

którą  zajmie  chrzest  z  wody?  -  zapytała  Dorbet  ze  złością.  -  Musisz  przyjść,  Ruth!  Oi  i 
Herborg też bardzo na tym zależy. 

background image

Ruth pokiwała powoli głową, nie patrząc na siostrę, zaraz jednak odwróciła się i chwyciła 

ją mocno za ramię. 

-  Chodź ze mną się zapytać! - poprosiła cienko. - Może się zgodzi, jeśli będziesz ze mną. 
-  A dlaczego miałby się nie zgodzić? Przecież to chyba nie jest jakaś wygórowana prośba? 

Marilena  jest  także  jego  dzieckiem  -  wybuchnęła  Dorbet.  -  A  nie  zdarza  mu  się  często  jej 
pilnować. 

-  On jest taki zajęty... 
-  Akurat - prychnęła Dorbet ze złością. - Ale co tam, mogę z tobą pójść! 
Samuel siedział przy biurku i coś pisał. Podniósł wzrok i spojrzał na siostry wchodzące do 

izby. 

-  A, to ty - stwierdził, wbijając w Dorbet swe pociemniałe spojrzenie. - Coś szczególnego 

cię sprowadza? 

-  Tak,  Herborg  i  Oi  urodziła  się  śliczna  córeczka  -  oznajmiła  Dorbet,  starając  się  nadać 

swojemu głosowi spokojne brzmienie. - Zaraz odbędzie się chrzest domowy, więc... 

Samuel przeczesał włosy i wstał. 
-  Dobrze, mogę się tym zająć. 
-  A nie, dziękujemy, nie po to przyszłam - odparła Dorbet. - Jeśli o to chodzi, to w Stornes 

trzymamy się tradycji. Posłano już po Nikolaia, chrzest odbędzie się za godzinę. I Ruth też w 
nim będzie uczestniczyć - dodała nie w formie pytania, lecz stwierdzenia. - Rodzice uznali, że 
tak należy. 

Samuel spurpurowiał na twarzy. Dorbet nie wiedziała, czy ze złości, czy z oburzenia, że 

znów  został  pominięty  i  nie  jemu  powierzono  ceremonię  chrztu  z  wody.  Zapewne  z  obu 
powodów, pomyślała z pogardą, bo on myślał jedynie o sobie. 

-  Ale przecież ten Nikolai nie jest osobą duchowną! - rzucił chrapliwie. 
-  To  bardzo  pobożny  człowiek,  Samuelu  -  odparła  ze  spokojem  Ruth.  -  Tu  we  wsi 

wszyscy go bardzo szanują. 

-  Ale ja jestem misjonarzem! 
-  Wystarczy  nam  Nikolai  -  odpowiedziała  Dorbet.  -  Ale  Ruth  ma  przyjść  do  dworu. 

Zerkniesz więc przez tę krótką chwilę na Marilenę, dobrze? Ona już śpi, więc nie sprawi ci 
ż

adnego kłopotu. 

Widać  było  wyraźnie,  że  Samuel  najchętniej  zabroniłby  Ruth  pójść,  ale  Dorbet  nie 

spuszczała z niego wzroku, w końcu więc chrząknął i rzucił z niechęcią: 

-  A niech idzie. 
Dorbet ścisnęła Ruth za ramię i uśmiechnęła się do niej, dodając jej otuchy. 
-  To ja wracam - rzekła. - Obiecałam pomóc w przygotowaniach do ceremonii. A ty zaraz 

przyjdziesz, dobrze? 

Ruth skinęła głową, zerkając pośpiesznie na Samuela, i wygładziła fartuch. 
-  Tylko się przebiorę - wyszeptała. 
-  Ale to nie zajmie ci dużo czasu. Idź na górę, włóż odświętną sukienkę i przyjdź! 
Wypowiedziawszy  te  słowa,  Dorbet  zniknęła,  nie  żegnając  się  nawet  z  Samuelem.  Ruth 

odwróciła się i weszła na schody. 

-  Jestem  temu  całkowicie  przeciwny  -  wysyczał  cicho  misjonarz.  -  To  bluźnierstwo,  by 

osoba świecka udzielała chrztu... 

-  To  tylko  chrzest  domowy,  Samuelu  -  zaprotestowała  cicho  Ruth.  -  Dziecko  będzie 

później ochrzczone w kościele. 

-  Ale to obraza dla mnie, że nie poprowadzę tej ceremonii - upierał się, przechadzając się 

małymi krokami po izbie. - Nawet nie zostałem zaproszony jako uczestnik. 

-  Tu tak jest - próbowała wyjaśniać Ruth. - Rodzina... 
-  Czy ja nie należę do rodziny? 
-  Tak, ale... 

background image

Siadł  z  powrotem  przy  biurku,  a  kiedy  podniósł  wzrok,  Ruth  zauważyła  głęboką 

zmarszczkę między brwiami. 

-  Odpowiesz mi za to po powrocie - rzucił cicho. 
Ruth  poczuła  strach,  który  niczym  chłód  przeniknął  jej  ciało.  Na  moment  przymknęła 

powieki.  Zobaczyła  mroczki  przed  oczami  i  odruchowo  poszukała  jakiegoś  oparcia.  Przez 
ostatnie  tygodnie  powtarzało  się  to  wiele  razy.  Wciąż  kręciło  jej  się  w  głowie  i  było  jej 
niedobrze. Przez ten tydzień, kiedy Samuel wyjechał do Berkak, czuła się lepiej, za to zaraz 
po jego powrocie jej samopoczucie znacznie się pogorszyło. Kiedy mąż był w domu, chodziła 
ciągle  podenerwowana,  lękając  się,  by  nie  powiedzieć  lub  nie  zrobić  czegoś,  co  by  go 
zirytowało,  bo  nawet  drobiazg  potrafił  wytrącić  go  z  równowagi  i  wybuchał  wtedy 
niepohamowanym gniewem. 

No  i  te  wieczory...  Ruth  nienawidziła  wieczorów.  Kiedy  Samuel  wstawał  i  wskazywał 

palcem na schody prowadzące do sypialni, wiedziała, co ją czeka. Jak długo zdoła wytrzymać 
to  wszystko,  na  co  ją  narażał,  nie  była  nawet  w  stanie  pomyśleć.  Wiedziała  tylko,  że  musi 
wytrwać ze względu na Marilenę. 

Wymknęła się pośpiesznie z izby. Na górze włożyła ciemną sukienkę, poprawiła włosy i 

wytarła twarz wilgotną szmatką. Tyle musi wystarczyć, pomyślała. Nie ma czasu. 

-  Jeśli Maria Magdalena... jeśli się obudzi, to butelka stoi... 
-  Najlepiej, żeby spała - odparł Samuel, nie odwracając głowy od biurka, przy którym na 

nowo podjął pracę. - Dobrze wiesz, co sądzę o wrzeszczących bachorach! 

Ruth  stała  przez  chwilę  rozdarta.  Coś  jej  mówiło,  że  nie  powinna  wychodzić.  Bo  jeśli 

Marilena się obudzi? Ale przecież Samuel jej chyba nie skrzywdzi? To także jego dziecko. 
Chce  mnie  tylko  nastraszyć,  żebym  nie  szła,  próbowała  się  uspokoić.  Stała  przez  chwilę, 
niepewna, co ma robić. Poprawiła jednak sukienkę i nerwowo przygładziła włosy. 

-  Mała śpi spokojnie, a mnie nie będzie tylko przez chwilę. Ale jeśli się obudzi... 
Wbił w nią swoje błyszczące szaleństwem oczy. Ruth cofnęła się i wyszła pośpiesznie. 
Nie  doszła  nawet  do  węgła  domu,  gdy  złapały  ją  okropne  mdłości.  Oparła  się  o  ścianę 

domu  i  zwymiotowała  resztkę  obiadu  i  to  niewiele,  co  zjadła  na  kolację.  W  ustach  miała 
niesmak. Nachyliła się i nabrała ręką trochę śniegu, który włożyła sobie do ust. Potem wytarła 
usta  rękawem  płaszcza  i  wyprostowała  się  szybko.  Znów  zakręciło  jej  się  w  głowie. 
Przerażona,  szukała  po  omacku  oparcia.  Upadła  na  kolana,  oddychając  z  trudem,  i  nagle 
doznała olśnienia. Zrozumiała już, co jej dolega. Znów jest w ciąży! Tłumiąc szloch, położyła 
się na śniegu. To nie może być prawda! Ale wiedziała, że jednak jest. Kilka raz przemknęła 
jej już ta myśl, ale odsuwała ją w panice. Teraz uświadomiła sobie, że już dłużej nie ma się co 
oszukiwać. 

Co zrobi? Spróbuje usunąć kolejne nienarodzone życie? Czy donosi ciążę? Nie, nie teraz, 

kiedy  będzie  musiała  przeprowadzić  się  z  Samuelem  do  Berkak!  On  o  niczym  innym  nie 
mówił po powrocie, jak tylko o tym, że otrzymał nowe poważniejsze zadania w zborze, i snuł 
plany dotyczące nowego życia, jakie go czeka. Powiedział, że wyjadą tam całą rodziną, bo jej 
i Marileny miejsce jest  przy nim, ale jego spojrzenie zdradzało gniew i  niechęć. W Berkak 
będzie z nim zupełnie sama, z nim i jego szaleństwem. Nie będzie miała nikogo bliskiego, na 
kogo mogłaby liczyć, gdyby było bardzo źle. Nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Samuel 
nie  znosi  dzieci,  a  przy  dwójce  maleństw  w  domu  na  pewno  nie  będzie  spokoju.  Płacz  i 
hałas... 

-  O Boże - jęknęła, a po policzkach pociekły jej łzy. - Boże, pomóż mi! 
W końcu wstała i chwiejnym krokiem podążyła w dół do Stomes. W nocy pomyśli o tym, 

co  powinna  zrobić,  teraz  musi  pójść  na  chrzest  domowy.  Serce  waliło  jej  w  piersiach,  a  w 
ustach wciąż czuła cierpki smak wymiocin. Po drodze otrzepała się ze śniegu i przykładała do 
twarzy  zimne  rękawice,  tak  by  policzki  nabrały  trochę  rumieńców.  Nikt  nie  może  nabrać 
podejrzeń, co się z nią dzieje. Sama musi znaleźć jakieś wyjście, tak jak ostatnio. 

background image

Głowa jej pękała, otarła zimną rękawicą zapłakaną twarz. Odebrać życie jeszcze jednemu 

nienarodzonemu dziecku... 

Ruth jęknęła na samą myśl i znów jej się odbiło. Och, gdyby tylko wiedziała, że wszystko 

pójdzie dobrze i nie umrze przy pozbywaniu się płodu, tak że Marilena nie zostanie sama z 
Samuelem. Ale przecież nie było takich gwarancji. A zawieść Marilenę. .. Córeczka ma tylko 
ją. Mali też tak powiedziała: „Marilena ma tylko ciebie, tylko na tobie może polegać". Było to 
już dawno, ale teraz te słowa brzmiały jeszcze bardziej prawdziwie. 

Ruth  potknęła  się  o  dużą  bryłę  lodu  i  omal  nie  upadła.  W  głowie  czuła  dziwną  pustkę, 

myśli dochodziły do niej jak przez mgłę. Drżała na całym ciele od mroźnego chłodu, który 
przenikał ją od środka. Muszę pomyśleć, tłukło jej się po głowie. Ale nie teraz. Muszę znaleźć 
jakieś  rozwiązanie,  powtarzała  w  duchu  ogarnięta  paniką.  Tak  czy  inaczej  pochłonie  mnie 
piekło, pomyślała, bo dla mnie nie ma wybawienia. Tylko że teraz nie to jest najważniejsze. I 
tak już moje życie jest nic niewarte. A wieczność... Podniosła wzrok na rozgwieżdżone niebo. 
No cóż, niebo czy piekło... Nie o mnie chodzi, tylko o Marilenę. 

  
W sypialni panował podniosły nastrój. Na stole leżał śnieżnobiały wykrochmalony obrus, 

w świecznikach i na stole paliły się świece, a w piecu trzaskał ogień. W pomieszczeniu było 
ciepło, a atmosfera skupiona. 

Herborg  siedziała  w  łóżku  podparta  kilkoma  dużymi  poduszkami.  Ruth  zdawało  się,  że 

jeszcze  nigdy  nie  widziała  jej  takiej  pięknej.  Miedzianobrązowe  włosy  rozsypały  się  na 
poduszkach,  a  w  blasku  świec  aż  błyszczały.  Jej  oczy  promieniały  szczęściem.  Na  rękach 
trzymała dziecko, a Oja stał tuż obok przy łóżku i ręką obejmował żonę i córeczkę. 

Ruth nie widziała jeszcze go tak wzruszonego. Był blady, twarz miał ściągniętą, ale jaśniał 

dumą  i  radością.  Jego  spojrzenie  wciąż  pieściło  dwie  ukochane  istoty.  Ruth  poznała,  że  z 
trudem  powstrzymuje  łzy.  Jaki  on  inny,  pomyślała  ze  zdumieniem.  Zupełnie  jakby  to 
maleńkie  dziecko  w  ramionach  Herborg  tak  go  odmieniło,  jakby  wyszlachetniał  w  pewien 
sposób. 

-  Kto będzie podawał dziecko? - zapytał Nikolai cicho, patrząc na młodych rodziców. 
Oja pochylił się i ostrożnie wziął dziecko na ręce, po czym podszedł do Mali i podał jej 

swoją córeczkę. 

-  Chcielibyśmy, żeby mama podawała ją do chrztu - oznajmił chrapliwym głosem. 
Ruth  zorientowała  się,  że  mama  nic  o  tym  nie  wiedziała,  bo  wyciągnęła  ręce  z  oczami 

pełnymi łez i wyszeptała: 

-  Ależ Oja... 
-  Bardzo byśmy chcieli, żebyś podawała ją do chrztu - powtórzył, zerkając pośpiesznie na 

Herborg. 

Ona  też  skinęła  i  uśmiechnęła  się  do  Mali  uśmiechem  przepełnionym  takim  ciepłem  i 

radością,  że  Ruth  aż  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Żeby  być  taką  szczęśliwą,  pomyślała, 
przyciskając dłonie do palącego żołądka, choćby przez parę minut... Mali uroczyście podeszła 
do stołu i wyciągnęła ręce z dzieckiem w stronę Nikolaia. 

-  Jakie imię wybraliście dla dziecka? - zapytał. 
-  Mali - odpowiedział Oja zdecydowanym głosem. - Będzie się nazywać Mali Stornes. 
Łzy ciekły Mali po policzkach, gdy Nikolai pobłogosławił maleństwo i odczytał fragment 

Biblii  o  tym,  że  do  dzieci  należy  Królestwo  Boże.  Kiedy  odmawiali  Ojcze  nasz,  poruszała 
tylko ustami, bo ze wzruszenia nie mogła z siebie wydobyć głosu. W tej uroczystej chwili jej 
spojrzenie  spoczywało  na  małej  twarzyczce  w  miękkim  wełnianym  kocyku.  Oto  nowa 
dziedziczka  Stornes!  Nikt  z  zebranych  w  pomieszczeniu  członków  rodziny  nie  wiedział 
jeszcze  o  tym,  że  Stornes  będzie  miało  kiedyś  nową  Mali,  myślała.  Kiedyś  ta  maleńka 
dziewczynka  przejmie  ciężki  pęk  kluczy  i  zarządzanie  dużym  dworem.  Jak  sobie  poradzi  z 
tym odpowiedzialnym zadaniem? - zastanawiała się. Kim będzie ta nowa Mali Stornes? 

background image

Oddając dziecko Oi, chwyciła go pośpiesznie za szyję i powiedziała cicho: 
-  Dziękuję. Gdybyś wiedział, ile to dla mnie znaczy, że mogłam ją podawać do chrztu. 
-  Wiemy - uśmiechnął się. 
Ale tak naprawdę nie mógł tego wiedzieć, ani on, ani Herborg. Na razie tylko ona jedna 

znała prawdę. 

  
Ruth  śpieszyła  się  do  domu  i  nawet  nie  została  na  kawie.  Zatroskane  spojrzenie  mamy 

paliło ją w kark, gdy wymknęła się w zimowy mrok. 

Przed  krótką  chwilą  czuła  ciepło  płynące  od  innych,  stanowiła  część  wspólnoty.  Teraz 

biegła  zupełnie  sama  w  stronę  Wzgórza  i  powróciły  do  niej  lawiną  wszystkie  złe  myśli. 
Wysoko  przy  rampie  na  banie  z  mlekiem  musiała  się  na  chwilę  zatrzymać,  bo  znów 
zwymiotowała. Zerknęła pośpiesznie w stronę domu i poczuła strach przed powrotem. Sama 
myśl, co ją czeka, wywołała w niej kolejne odruchy wymiotne, choć żołądek już dawno miała 
pusty.  Poczuła  się  całkiem  opuszczona,  zarówno  przez  Boga,  jak  i  przez  ludzi.  Nie  miała 
pojęcia, jak podoła temu, co ją czeka. Aż taka silna nie jestem, myślała  udręczona. Ale nie 
było drogi odwrotu. Musiała stawić temu czoło. 

Gdy przemykała się wzdłuż ściany domu, usłyszała ze środka krzyk Marileny. To nie jest 

zwyczajny  płacz  dziecka,  pomyślała  oszołomiona.  Ona  krzyczy  z  bólu  i  ze  strachu.  Ruth 
otworzyła  drzwi  wejściowe  i  nawet  nie  zamknęła  ich  za  sobą,  szarpnęła  drzwi  do  kuchni  i 
zajrzała do środka. 

Samuel  stał  odwrócony  do  niej  plecami.  Przełożył  Marilenę  przez  rękę,  a  drugą  dłonią 

wymierzał  jej  klapsy.  Głową  Marileny rzucało  z  boku  na  bok  za  każdym  razem,  gdy 
dosięgało ją kolejne uderzenie. 

Przez moment Ruth stała jak porażona w otwartych drzwiach, ale nagle w jej głowie coś 

eksplodowało.  Wszystko  zabarwiło  się  purpurą.  Serce  przestało  jej  bić,  a  nogi  się  pod  nią 
ugięły. Odruchowo poszukała oparcia. Dłonie uczepiły się stołu kuchennego. Pod zgrabiałymi 
palcami  wyczuła  coś  zimnego  i  twardego,  duży  kuchenny  nóż!  Zacisnęła  dłoń  wokół 
rękojeści.  I  w  samym  środku  czerwonej  mgły,  która  wirowała  jej  przed  oczami,  dostrzegła 
szerokie plecy Samuela. Usłyszała dookoła dziwny szum, zniknęły wszelkie myśli, pozostała 
jedynie nienawiść - zaciekła, purpurowa nienawiść. Z dzikim wrzaskiem uniosła nóż i wbiła 
mu go głęboko w plecy.