background image

 
 
 
 
 

Margare Brownley 

 

Trzęsienie serca 

background image

Rozdział 1 
Laura Nichols trzyma

ła mocno oburącz kierownicę swego 

ośmioletniego,  ale  ciągle  jeszcze  nieźle  sprawującego  się 
chevroleta. Po

chyliła  się  do  przodu  próbując  ulżyć  napiętym 

mięśniom karku. 

Jecha

ła  już  dziesięć  godzin.  Dziesięć  długich  godzin  na 

autostra

dach. Pozwoliła sobie tylko na dwie krótkie przerwy. 

Raz  musiała  zatankować,  za  drugim  razem  zatrzymała  się, 

żeby  zjeść  kanapkę.  W  tej  chwili  była  już  tak  wykończona 

jazdą,  że  każda  nierówność  nawierzchni  sprawiała  jej 

dotkliwy  ból,  a  gorąca  kąpiel  była  jedynym  jej  marzeniem. 

Westchnęła głęboko. 

Wzd

łuż drogi wijącej się jak wstążka na szczyt góry, rosły 

wysokie  sosny.  Stare  drzewa  stały  tak  gęsto  jedno  obok 

drugiego,  że  ich  korony  prawie  nie  przepuszczały  światła 
dziennego. 

Laurze trudno by

ło uwierzyć, że ta pusta droga górska jest 

głównym  połączeniem  z  Idle  Springs,  popularnym  i  tłumnie 
odwiedza

nym  kurortem.  Na  palcach  jednej  ręki  mogła 

policzyć samochody, które minęła po drodze, i to w sierpniu, 

w samym środku sezonu! Turystów odstraszyły najwyraźniej 

pogłoski  o  oznakach  aktywności  starego,  nieczynnego  od 

ponad tysiąca lat wulkanu. Normalnie o tej porze droga byłaby 

zatłoczona  przez  ludzi  uciekających  z  miast  przed  upałem. 

Nagle  szosa  rozpłynęła  się  w  obłoku  jasnego  pyłu.  Wierz-

chołki drzew zadrżały gwałtownie. Laura zmarszczyła czoło. 
Kilka  sekund temu panowa

ła  tu  przecież  absolutna  cisza. 

Czyżby  miała  halucynacje?  Szybko  skierowała  samochód  na 

pobocze i zatrzymała się. 

Rozleg

ł  się  grzmot  podobny  do  huku  pioruna. Pod 

wpływem  hałasu  metalowe  części  samochodu  zaczęły 

wibrować. Laura spojrzała w lusterko wsteczne spodziewając 

background image

się ujrzeć w nim ciężką ogromną ciężarówkę, ale droga była 

pusta. Laura poczuła się nieswojo. 

Grzmot przybiera

ł na sile. Auto trzęsło się coraz bardziej. 

Kluczyki  tkwiące  jeszcze  w  stacyjce  wykonywały  dziki 

brzęczący  taniec.  Trzęsienie  ziemi,  pomyślała  Laura.  I 

natychmiast  uczucie  zaniepokojenia  wobec  zjawisk  ustąpiło 

miejsca  rzeczowemu,  trzeźwemu  zainteresowaniu.  Umysł 

zaczął pracować na najwyższych obrotach. Jako doświadczona 

geofizyczka nie miała kłopotu z oceną sytuacji. 

Koszmar sko

ńczył  się  tak  nagle,  jak  się  zaczął.  Huczący 

grzmot  ucichł.  Kluczyki  brzęczały  jeszcze  przez  chwilę, 
potem znowu zapano

wała cisza. 

Laura odetchn

ęła głęboko. Przez te czterdzieści sekund, bo 

tyle  trwało  trzęsienie  ziemi,  zabrakło  jej  powietrza.  Mimo 

doświadczenia  ze  zjawiskami  przyrody,  odczuwała  dziwny 

ucisk  w  okolicy  żołądka.  Poraziła  ją  świadomość  własnej 

bezbronności w bezpośrednim zetknięciu z żywiołem. 

Odkr

ęciła boczną szybę. Cisza. Śmiertelna cisza. Było tak, 

jakby  wszystkie  żyjące  stworzenia  wstrzymały  oddech  w 

trwożnej obawie przed powrotem niszczycielskiej siły. 

Laura zadr

żała. Na tej wysokości po zachodzie słońca było 

nawet  w  środku  lata  bardzo  zimno.  Podkręciła  szybę  z 

powrotem do góry. Trzęsienie ziemi skończyło się już chyba 

ostatecznie.  Laura  przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Silnik 

zapalił i samochód wytoczył się na jezdnię. Cel podróży Laury 

nie był już daleko. Miała zamieszkać w domu siostry kolegi. 

Przyspieszyła,  zgrabnie  pokonując  zakręt.  Nagle  oczy  jej 

rozszerzyły  się  z  przerażenia.  Z  całych  sił  nacisnęła  pedał 

hamulca.  Samochód  zatrząsł  się  na  boki  i  zatrzymał  z 

ogłuszającym  piskiem.  Szeroka  tama  z  błota  i  odłamków 

skalnych blokowała drogę na całej szerokości. Laura siedziała 

jak skamieniała patrząc w osłupieniu na piętrzącą się przed nią 

skłębioną ciemną masę. 

background image

W ko

ńcu  wysiadła.  Ruszyła  wolno  przed  siebie.  Na 

uginających się kolanach zbliżała się do osuwiska, starając się 

ze wszystkich sił o zachowanie zimnej krwi. 

Wygl

ądało  na  to,  że  kontynuacja  podróży  samochodem 

nie była możliwa. Jedynie szybki marsz przez las pozwoliłby 

dotrzeć Laurze do celu przed zapadnięciem zmroku. 

Cofn

ęła  auto  o  mniej  więcej  pięćdziesiąt  metrów, 

zaciągnęła  ręczny  hamulec,  wysiadła  i  zamknęła  wszystkie 

drzwi.  Z  walizki  wyciągnęła  rzeczy  potrzebne  na  jeden 

nocleg. Jutro wrócę tu po samochód, pomyślała, kiedy droga 

zostanie już uprzątnięta z błota i kamieni. Zamknęła bagażnik 

i ruszyła w drogę. 

Lekki podmuch wiatru rozwia

ł  długie  włosy  Laury. 

Poprawiła  je  kilkoma  energicznymi  ruchami.  Spojrzała  na 

zegarek.  Dochodziła  szósta.  Jeśli  chce  jeszcze  za  dnia 

wydostać się z tego ponurego miejsca, musi się pospieszyć. 

Ju

ż  niebawem  stwierdziła,  że  droga  przez  las  była 

znacznie tr

udniejsza do przebycia, niż to się mogło wydawać. 

Przez  chwilę  Laura  zastanawiała  się,  czy  nie  wrócić  do 

samochodu  i  nie  zmienić  tenisówek  na  porządne  buty 

turystyczne. Zrezygnowała jednak z tego pomysłu, ponieważ 

liczyła się teraz każda minuta. Nie miała czasu do stracenia. 

Niezmordowanie wspina

ła  się  po  skałach,  przedzierała 

przez  gęste  krzaki,  brnęła  wielkimi  krokami  przez  grząskie 

błoto,  potykała  się  o  sterczące  ku  górze  pnie  drzew.  Cudem 

udało jej się uniknąć kąpieli w błocie. 

Zwalone drzewo zagrodzi

ło  Laurze  dalszą  drogę.  Wzięła 

rozbieg  i  z  trudem  pokonała  przeszkodę.  Przy  niezbyt 

miękkim lądowaniu torebka zsunęła jej się z ramienia, zamek 

otworzył się i cała zawartość wylądowała na wilgotnej ziemi. 

Laura zaklęła po męsku, ale trudno, musiała pozbierać słoiczki 

i  tubki  z  kremami,  przybory  do  makijażu,  szczoteczkę  do 

zębów, grzebień i bieliznę. 

background image

 -  Czy pani tego szuka?  -  rozleg

ł się nagle głęboki męski 

głos. Laura drgnęła. Podniosła głowę i zaczerwieniła się. Na 
palcu obcego  m

ężczyzny  ujrzała  coś  turkusowego,  coś  z 

jedwabiu i przezroczystej koronki. O Boże, przecież to moje 

majtki,  pomyślała  z  przerażeniem.  Była  tak  zmieszana,  że 

najchętniej  zapadłaby  się  pod  ziemię,  ale  spostrzegła,  że 

nieznajomy najwyraźniej bawi się tą sytuacją. 

 - Dzi

ękuję - wymamrotała, zabrała mu majtki i schowała 

czym prędzej do torby. - Bardzo pan uprzejmy. 

Ciemne oczy nieznajomego zlustrowa

ły Laurę od stóp do 

głów. 

Laurze zrobi

ło  się  gorąco.  Uświadomiła  sobie,  że  w 

obcisłych  dżinsach  i  nie  mniej  obcisłej  bluzeczce  wyglądała 
bardzie

j na rozebraną niż na ubraną. 

 -  Co za szcz

ęśliwy  traf,  że  akurat  tędy  przechodziłem. 

Gdyby  nie  ja,  zostałaby  pani  pozbawiona  tak  niezwykle 

ważnej części garderoby. 

 - Chyba nie my

śli pan, że mam tylko jedną parę majtek? - 

spytała Laura z przekąsem. 

Wzruszy

ł ramionami. - Niby skąd miałbym to wiedzieć? 

Laura prze

łknęła  ślinę,  nerwowo  poszukując  w  myślach 

odpowiedniejszego tematu do rozmowy. Wiek nieznajomego 

oceniła  na  trzydzieści  pięć  -  czterdzieści  lat.  Był  wysoki, 

barczysty i prawdę powiedziawszy, niezwykle przystojny. 

 -  Co za mi

łe trzęsienie ziemi mieliśmy tu przed chwilą - 

zaczęła niezbyt fortunnie. 

M

ężczyzna uniósł brwi zdziwiony. - Te trzęsienia stały się 

tu już prawdziwą plagą - skrzywił się niechętnie. - Pani też w 

końcu została poszkodowana... - spojrzał na nią ironicznie. 

Laura zmiesza

ła  się  jeszcze  bardziej.  -  O, nie, pan... pan 

się  myli  -  zaczęła  się  jąkać.  -  Trzęsienie  ziemi  nie  ma 

najmniejszego związku z tym, że majtki... to znaczy, owszem, 
w pewien sposób jak najbar

dziej... właściwie... ale... 

background image

 -  Ale

ż proszę pani, nie musi mi pani niczego wyjaśniać. 

Wszystko  świetnie  rozumiem.  Nie  zdradzę  nikomu  pani 

maleńkiego  sekretu.  Przysięgam  milczeć  aż  po  grób.  - 

Ostatnie  słowa  mężczyzna  wypowiedział  konfidencjonalnym 
szeptem. 

 -  Mojego... male

ńkiego  sekretu? O czym pan mówi?  - 

Laura patrzyła na nieznajomego osłupiała. - Czy pan sądzi, że 

ja  tu  miałam  randkę?  -  urwała.  Uwikłała  się  w  zupełnie 

bezsensowne  i  absolutnie  zbyteczne  tłumaczenia.  Nie 

obchodzi jej przecież wcale, co ten facet o niej pomyśli! Ale 

dobrze!  Nie  będzie  mu  psuć  zabawy.  Przymrużyła  oczy.  - 

Naprawdę  nie  zdradzi  mnie  pan?  Nie  opowie  pan  nikomu  o 

mojej...  przygodzie?  Bo  wie  pan,  gdyby  mój  mąż  się 

dowiedział... 

W wygl

ądzie  nieznajomego  zaszła  gwałtowna  zmiana. 

Obrzucił Laurę ponurym spojrzeniem, zacisnął wargi i cofnął 

się o krok. 

 -  Ma pani moje s

łowo  -  powiedział  sztywno.  I  zanim 

Laura zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, odwrócił się i odszedł 
pospiesznie. 

Laura spogl

ądała  za  nim  w  milczeniu.  Ale  dziwak, 

pomyślała,  najpierw  zaczyna  stroić  sobie  ze  mnie  żarty,  a 

kiedy  próbuje  się  dostosować  do  jego  poczucia  humoru, 

ucieka. Wzruszyła ramionami i odwróciła się. 

Tymczasem s

łońce zaszło już za góry i zrobiło się bardzo 

zimno.  Naprawdę  nie  miała  czasu  na  rozważania  nad 
zachowaniem nieznajomego

.  Ruszyła  w  dalszą  drogę. 

Zmęczona  i  głodna,  krok  po  kroku  brnęła  przez  las.  Nogi 

bolały ją potwornie, a dotkliwy chłód dawał się coraz bardziej 
we znaki. 

Po oko

ło  dwudziestu  minutach  marszu  Laura  dotarła  do 

miejsca,  w  którym  las  przerzedzał  się.  Przez  zieleń  drzew 

dostrzegła  czerwone  dachy.  Odetchnęła  z  ulgą.  Miała  przed 

background image

sobą  willowe  osiedle  w  stylu  Tudorów.  Patrzyła  z 

zainteresowaniem  na  wypielęgnowane  domostwa. Wzrok jej 

zatrzymał się na szyldzie z nazwą ulicy. Nazwa wydała jej się 
dziwnie znajoma. 

Wyci

ągnęła z torebki karteczkę z adresem siostry kolegi i 

porów

nała  z  szyldem.  No  tak,  wszystko  się  zgadzało.  Co  za 

szczęśliwy  przypadek!  Pokręciła  głową  i  roześmiała  się.  - 
Steve, ty niepoprawny snobie! 

Przypomnia

ła sobie dokładnie słowa kolegi: - Moja siostra 

ma w Idle Springs niedużą chałupkę, nic specjalnego, ale na 

pewno będziesz lepiej czuła się u niej niż w hotelu. I proszę 

się nie przejmować Kate. Moja siostrzyczka uwielbia gości. - 

Napisał  adres  siostry  na  karteczce  i  pożegnał  się  z  Laurą 
braterskim 

cmoknięciem w policzek. 

Laura odszuka

ła  numer  domu  i  wkrótce  stanęła  przed 

wspaniałą  willą.  Mosiężną  kołatką  zastukała  do  ciężkich 

dębowych drzwi. 

Damski g

łos  zaprosił  ją  do  środka.  Laura  nacisnęła 

klamkę,  stwierdziła,  że  drzwi  nie  są  zamknięte  i  weszła  do 
domu. 

Przywita

ł  ją  przeraźliwy  krzyk.  -  Hej,  Miłość!  Przeklęta 

bestia! Niechże pani złapie to bydle! 

Laura rozejrza

ła się zaskoczona i zdezorientowana. Jakaś 

czarno - 

biała czworonożna wiercipięta próbowała przecisnąć 

się koło jej nóg, żeby wymknąć się na dwór. Laura przytomnie 

zamknęła  drzwi.  Miłość  okazała  się  prześliczną  kotką,  która 

teraz  odwróciła  się  obrażona  od  Laury  i  odmaszerowała  z 

godnością w sobie tylko wiadomym kierunku. 

 - Pani jest zapewne Laur

ą. 

G

łos  dochodził  z  góry  i  Laura  nie  mogła  na  razie 

zlokalizować  jego  źródła.  Wreszcie,  przez  łukowato 

zakończone drzwi dostrzegła ludzką postać zwisającą głową w 

dół z drążka przymocowanego linami do sufitu. 

background image

 -  Mi

ło  mi  -  właścicielka  głosu  wiosłowała  rękami  w 

powietrzu.  - 

Chwileczkę.  -  Kobieta  spuściła  nogi  z  drążka  i 

elegancko  wylądowała  na  podłodze.  -  Witam serdecznie w 
moich skromnych progach. A w ogóle to jestem Kate.  -  Ze 

śmiechem wyciągnęła do Laury wypielęgnowaną dłoń. 

 - Jestem Laura. Laura Nichols - przedstawi

ła się ściskając 

dłoń Kate. Przyglądała się z nie ukrywanym zaciekawieniem 

młodej,  bardzo  szczupłej  kobiecie  w  obcisłym  liliowym 
kostiumie gimnastycznym. 

Laura opowiedzia

ła  Kate  o  swojej  przygodzie, o  tym, że 

samochód musiała zostawić na drodze z powodu wału z mułu 

i  odłamków  skalnych  i  że  ostatni  odcinek  drogi  pokonała 

pieszo przez las. Kate była bardzo podobna do swojego brata i 

ten  fakt,  nie  wiadomo  dlaczego,  wpłynął  uspokajająco  na 

Laurę. 

 -  Za

łożę  się,  że  pada  pani  z  głodu.  -  Nie  czekając  na 

odpowiedź  Kate  wzięła  Laurę  za  rękę  i  zaprowadziła  do 
kuchni. - 

Czym mogę służyć? Ma pani do wyboru dwadzieścia 

sześć różnych smaków. Proszę bardzo! - Otworzyła lodówkę. 

Musi  pani  wiedzieć,  że  odżywiam  się  prawie  wyłącznie 

jogurtem. Proszę sobie wybrać to, co pani lubi najbardziej. 

Laura spogl

ądała  niezdecydowanie  na  stosy  kubków  z 

jogurtem. 

 -  Truskawkowy?  -  zaproponowa

ła  Kate.  -  Pani jest 

według  mnie  dokładnie  w  typie  truskawkowym.  - 

Przekrzywiła głowę patrząc z uwagą na Laurę. - Albo nie! Na 

pewno  nie!  Zaraz,  zaraz,  muszę  pomyśleć.  Ależ  tak!  Już 

wiem!  Właśnie  to!  -  Kate  wyciągnęła  kubek  z  najdalszego 

rządka. - Specjalność lokalu: papaya. - Triumfującym gestem 

postawiła jogurt na stole przed Laurą. 

 -  To rzeczywi

ście  mój  ulubiony  smak.  Jak  pani  na  to 

wpadła? 

background image

 - Mam dobre oko - Kate roze

śmiała się widząc zdumienie 

w oczach Laury.  - 

Wystarczy trochę wprawy w obserwacji i 

już  można  się  bawić  w  odgadywanie  upodobań  znajomych  i 

nieznajomych. Poza tym, Steve opowiadał mi przecież o pani. 
Smacznego! - 

podała Laurze łyżeczkę. 

 - Dzi

ękuję - Laura zabrała się do jedzenia i choć w głębi 

duszy miała nadzieję na pożywniejszy posiłek, musiała jednak 

przyznać,  że  dobrze  jej  zrobił  ten  zimny  jogurt.  Poczuła  się 

wyraźnie lepiej. 

 - Czemu w

łaściwie pani jeszcze stąd nie uciekła? Nie boi 

się pani wybuchu wulkanu? 

Kate postawi

ła  na  stole  dwie  filiżanki  wypełnione  po 

brzegi  gorącą  aromatyczną  kawą,  przysunęła  sobie  krzesło  i 

usiadła naprzeciwko Laury. - Prawdę powiedziawszy, niemiło 

mi  się  robi,  gdy  pomyślę,  że  siedzę  na  kipiącym  wulkanie. 
Ale...  - 

wzruszyła ramionami. - Cóż, pozostanę tu tak długo, 

jak się da. W końcu kapitan schodzi zawsze ostatni z tonącego 

okrętu - roześmiała się. 

Laura spojrza

ła na nią pytająco. 

 -  Dwie rzeczy trzymaj

ą mnie tutaj - ciągnęła Kate. - Po 

pierwsze sklepik z antykami znajdujący się od bardzo dawna 

w posiadaniu rodziny mojego męża... 

 -  Nie mia

łam  pojęcia,  że  jest  pani  mężatką  -  przerwała 

Laura nieopatrznie. 

Pogodn

ą twarz Kate przesłonił cień, w oczach jej pojawił 

się  bolesny  smutek.  -  A  więc  Steve  o  niczym  pani  nie 

wspomniał?  No  tak,  to  do niego podobne  -  urwała,  wypiła 

kawę do końca i wstała. - Chodźmy, pokażę pani jej pokój. Na 

pewno jest pani okropnie zmęczona. 

Kate poprowadzi

ła  Laurę  przez  hol,  otworzyła  jakieś 

drzwi i weszły razem do sypialni utrzymanej w ciepłej tonacji 

błękitu i beżu. Pokój urządzony w stylu przełomu wieku zrobił 

na Laurze niemałe wrażenie. 

background image

 - Ale

ż tu pięknie! Ale... czy to łóżko nie jest zbyt cenne, 

żeby w nim tak po prostu spać? Nie chciałabym... 

Kate przerwa

ła  jej  energicznym  machnięciem  ręki.  - 

Łóżko stoi po to, żeby w nim spać. Naprzeciwko znajdzie pani 

łazienkę.  A  te  szklane  przesuwane  drzwi  prowadzą  na 

zadaszony  dziedziniec.  Może  pani  z niego korzystać,  kiedy 

tylko przyjdzie pani na to ochota. Aha, bo zapomnę, noce są tu 
bardzo zimne. Dodatkowe koce znajdzie pani w komodzie. 

Zostawię  teraz  panią  samą,  żeby  mogła  się  pani  trochę 

odświeżyć.  I...  pewnie  będzie  chciała  pani  położyć  się 

wcześnie.  Nie  przeszkadzam  wobec  tego,  później  zajrzę 
jeszcze do pani. 

Kate skin

ęła głową i wyszła. 

Laura wypakowa

ła swoje rzeczy i natychmiast poszła do 

łazienki. Stojąc pod prysznicem zamknęła oczy. Ach, jakie to 

było  miłe  uczucie!  Ciepła  woda  spłukiwała  z  niej  razem  z 

potem  i  brudem  całe  to  ogromne  zmęczenie  długą  jazdą  i 

forsownym marszem. Wrócił jej dobry humor. Czekało na nią 
nowe zadanie  - 

wyzwanie,  z  którego  się  bardzo  cieszyła.  I 

chociaż  nadal  nie  wiedziała,  na  czym  konkretnie  ma  ono 

polegać,  pewna  była  jednego,  nudzić  się  nie  będzie  nawet 

przez sekundę. 

Sta

ła  już  w  koszuli  nocnej  przed  lustrem  rozczesując 

włosy, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Kate wsadziła 

przez drzwi głowę. 

 -  Rozmawia

łam  właśnie  przez  telefon  z  Ralphem 

Hendricksem  - 

oznajmiła. - Ralph jest strażnikiem leśnym w 

tym  rejonie  i  moim  dobrym  znajomym.  Sądzi,  że  drogi 

powinny  zostać  uprzątnięte  do  jutra.  Zaoferował  pomoc  w 
przyholowaniu pani samochodu.  - 

Kate  weszła  jednak  do 

pokoju, a zaraz za nią wcisnęła się przez szparę w drzwiach 
kotka.  - 

Ralph  i  ja  umówiliśmy  się  dzisiaj  na  kolację  w 

mieście.  Mogłabym  mu  przy  okazji  dać  kluczyki  od  pani 

background image

samochodu, 

oczywiście pod warunkiem, że pani odpowiada ta 

koncepcja. 

 -  Ale

ż  jak  najbardziej.  -  Laura  już  otworzyła  torebkę, 

żeby wyjąć z niej kluczyki. - Uważam, że to bardzo miło ze 

strony pana Hendricksa, że zadaje sobie tyle trudu z powodu 
mojego samochodu. Prosz

ę  mu  serdecznie  podziękować  ode 

mnie. Życzę państwu przyjemnego wieczoru. 

 -  Dzi

ękuję  -  roześmiała  się  Kate.  -  Będę  musiała  potem 

przez cały tydzień pościć, żeby zrzucić te kilogramy, jakie mi 

przybędą  przez  dzisiejszą  kolację  -  westchnęła  z  żalem  i 
popat

rzyła  w  zadumie  na  szczupłą  figurę  Laury.  -  A jak to 

wygląda  u  pani?  Czy  pani  też  stale  musi  głodować,  żeby 

utrzymać taką fantastyczną sylwetkę? 

 -  Nie  -  odpar

ła  Laura  zdziwiona.  -  Nie mam z tym 

żadnych  problemów.  Ale  pani  przecież  też  nie  ma  grama 
nadwagi. 

Kate pokr

ęciła głową. - To wszystko jest efektem surowej 

dyscypli

ny.  Głodować,  głodować  i  jeszcze  raz  głodować!  W 

moim przypadku jest to jedyna metoda. - 

Otrząsnęła się. - To 

okropne, że człowiek musi stale postępować wbrew sobie. 

Wzrok jej pad

ł na kotkę. - Aha, Miłości nie wolno teraz 

wypusz

czać na dwór. Niech pani nie da się przekupić żadnym 

wdzięczeniem  się.  Poddałam  ją  przed  kilkoma  dniami 

sterylizacji i weterynarz przestrzegał przed zapaleniem rany, o 

co  nie  będzie  trudno  w  czasie  jej  beztroskich  wędrówek  po 

okolicy. Rana musi się najpierw zagoić. 

Laura zapewni

ła Kate ze śmiechem, że będzie uważała na 

jej ulubienicę i że nie spuści jej z oka. 

Uspokojona Kate zesz

ła  na  dół,  by  przygotować  się  do 

wyjścia. Niedługo później Laura usłyszała głęboki męski głos 

i  wesoły  śmiech  Kate.  Zaraz  potem  rozległ  się  trzask 
zamykanych drzwi. 

background image

Laura wyjrza

ła ostrożnie z pokoju. W domu było ciemno i 

cicho. Laura poszła na bosaka do kuchni. Prysznic pobudził jej 

apetyt. Mała przekąska nie powinna jej zaszkodzić. W końcu 
K

ate  powiedziała  jej,  że  ma  się  czuć  jak  u  siebie  w  domu  i 

korzystać  do  woli  z  lodówki.  Zrobiła  więc  sobie  kanapkę, 

nalała szklankę mleka i skonsumowała, to wszystko od razu w 
kuchni. 

Po powrocie do pokoju zainteresowa

ła  się  regałem  z 

książkami. Może przed pójściem spać coś poczytać? Na jednej 

z  wyższych  półek  leżały  książki  w  wydaniu  kieszonkowym. 

Laura  przeczytała  kilka  tytułów  i  uśmiechnęła  się  do  siebie. 

Jeśli Kate była miłośniczką erotycznych powieści o miłości, to 

wiedziała już, dlaczego kotka nosi takie, a nie inne imię. 

Laura wybra

ła  na  chybił  trafił  jakąś  książkę,  weszła  do 

łóżka  i  usadowiła  się  wygodnie  do  lektury.  Książka  nosiła 

niewyszukany tytuł „Nagie pożądanie". 

Po lekturze kilku pierwszych stron odnios

ła wrażenie, że 

pokój zamienił się w piec do chleba. Laurze zrobiło się gorąco 

i  zabrakło  jej  tchu.  Odrzuciła  kołdrę,  wyskoczyła  z  łóżka  i 

podbiegła  do  szklanych  drzwi  rozsuwając  je  w  połowie. 

Zimne mocne powietrze wpadło do pokoju. Laura zaciągnęła 

się kilka razy świeżym powietrzem. 

Nagle co

ś ją załaskotało w nogi. Kotka jak ciemna strzała 

prześlizgnęła  się  koło  niej  i  wyskoczyła  przez  otwarte  drzwi 

na zewnątrz. 

 - O, nie - j

ęknęła Laura. - Wracaj natychmiast, Miłość! - 

Na  dworze  było  ciemno,  choć  oko  wykol.  Mimo  to  Laurze 

udało  się  dostrzec  ciemny  cień  przecinający  w  poprzek 
dziedziniec. 

Laura, nadal boso, wysz

ła  na  dziedziniec.  Lodowate 

zimno płyt chodnikowych przejęło ją dreszczem. Skrzyżowała 

ręce na piersiach, żeby choć trochę schronić się przed zimnym 

wiatrem szarpiącym jej nocną koszulę. Rozejrzała się i ujrzała 

background image

kotkę  skuloną  pod  krzakiem.  Ostrożnie,  krok  za  krokiem, 

zbliżyła  się  do  zwierzaka.  -  Przez  ciebie  zachoruję  na 

zapalenia  płuc  -  rozzłościła  się  na  Miłość.  Już,  już  miała  ją 

złapać, gdy kotka z niezwykłą zwinnością przeskoczyła niski 

żywopłot i przez otwarte drzwi wpadła do domu naprzeciwko. 

Laura zawaha

ła się, ale tylko na chwilę. Zdecydowana na 

wszystko przeskoczyła wzorem kotki żywopłot i stanęła przed 
szklanymi drzwiami.  - 

Miłość!  -  zawołała  cicho.  -  Wracaj 

natychmiast!  -  Zza dr

zwi  nie  dochodził  żaden  szmer. 

Poprzysięgając kotce zemstę Laura przecisnęła się przez drzwi 

do środka obcego domu. Ostrożnie odsunęła na bok zasłonę i 

rozejrzała  się.  Znajdowała  się  w  czyjejś  sypialni.  Nocna 

lampka  koło  łóżka  oświetlała  pokój  łagodnym  blaskiem. 

Mieszkał  tu  chyba  mężczyzna  sądząc  po  prostych  w  linii 

meblach  z  czerwonawego  drewna.  Laura  spojrzała  z 

podziwem  na  setki  książek  oprawionych  w  skórę  i 

zajmujących  wysokie  pod  sufit  regały.  W  powietrzu  wisiał 

cierpki, ale miły zapach, który wydał się Laurze znajomy. 

 -  Gdzie jeste

ś?  -  szepnęła  wstrzymując  oddech.  Żadnej 

reakcji.  Nagle  usłyszała  szmer.  Laura  wydała  zduszony 

okrzyk,  który  zaraz  przerodził  się  w  radosny  śmiech. 

Zobaczyła po prostu w lustrze swoje odbicie i przestraszyła się 
siebie. Z bi

jącym  sercem  zaczęła  skradać  się  przez  pokój, 

zaglądając  w  każdy  schowek.  -  Ach,  ty  wstrętne  bydlę!  - 
sykn

ęła - gdzieś ty się mogła schować? Wyjdźże wreszcie! 

Ukl

ękła  i  zajrzała  pod  łóżko.  Usłyszała  gniewne 

prychnięcie i zobaczyła parę zielonożółtych oczu. 

 -  Cholera!  -  Laura po

łożyła  się  płasko  na  podłodze, 

wyciągnęła  rękę  po  małego  zbiega,  ale  łóżko  było  tak 

szerokie,  że  w  żaden  sposób  nie  mogła  dosięgnąć  Miłości.  - 

No, chodź już, żarty się skończyły - ponagliła kotkę, dotykając 
jej koniuszkami palców. 

background image

Ledwie Mi

łość poczuła dotknięcie, wystrzeliła jak strzała 

z łuku uciekając na bezpieczną odległość od Laury. Kolejnym 

skokiem wydostała się na dwór i przepadła w ciemnościach. 

 - Co za potwór! 
 - Mówi pani do mnie? 
Laur

ę  dosłownie  zamurowało.  Na  kilka  sekund  serce jej 

przestało  bić.  Wstrzymując  oddech,  z  zamkniętymi  oczami, 

wysunęła się spod łóżka. 

Niech

ętnie  otworzyła  oczy.  Najpierw  wzrok  jej  padł  na 

parę  skórzanych  brązowych  klapek,  w  których  tkwiły  gołe 

nogi,  potem  na  sprane  dżinsy,  żółtą  bluzę  i  wreszcie  na 

opaloną twarz, która doskonale wryła jej się w pamięć. Laura 

jęknęła. - Nie - szepnęła. - Tylko nie to! 

background image

Rozdział 2 
Niezdolna do wykonania 

żadnego ruchu Laura zastygła w 

swej  niewygodnej  pozycji  na  podłodze.  Było  jej  tylko  coraz 

goręcej z powodu bezwstydnych spojrzeń nieznajomego, który 

z  widoczną  przyjemnością  patrzył  na  jej  nagie  uda  i  ledwie 

przysłoniętą cienkim materiałem koszuli pupę. 

 - Czy mog

ę spytać, co pani zgubiła tym razem? - w głosie 

mężczyzny brzmiało wyraźne szyderstwo. 

 - Mi

łość! - odpowiedziała Laura bez namysłu i obciągnęła 

koszul

ę. 

 -  Miejmy nadziej

ę, że nie jest aż tak źle! - Cofnął się o 

krok patrząc na Laurę z rozbawieniem. 

 -  Och!  -  Laura przeklina

ła  w  duchu  Kate  i  jej 

czworonoga.  Wyprostowała  się  i  skrzyżowała  ręce  na 
piersiach w j

akby ochronnym geście. 

 - Ale - kontynuowa

ł mężczyzna - ja chętnie pani pomogę 

w poszukiwaniach zaginionej miłości. 

 -  Mi

łość  jest  imieniem  kota  -  odparła  Laura  z 

wściekłością. - Miłe to zwierzątko jest własnością Kate Curtis, 

pańskiej  sąsiadki.  -  Laura starała  się  mówić  z  godnością. 

Godny wygląd trudno jej było uzyskać w koszuli nocnej. 

 - Rozumiem. Ale... - uni

ósł wysoko brwi i rozejrzał się po 

pokoju - 

jeśli się nie mylę, nie ma tu żadnego kota. Pani widzi 

tu jakiegoś kota? 

Laura zacisn

ęła  zęby.  Ten  bezczelny  facet  posądza  ją  o 

wymyślenie kotki jako pretekstu do wtargnięcia do jego domu. 

Ta  przebrzydła  kocica  umknęła  stąd  błyskawicznie,  gdy 

tylko  usłyszała  pana  kroki.  -  głos  Laury  drżał  z  bezsilnego 
oburzenia. 

 -  Rozumiem. Je

śli  to  panią  interesuje,  nazywam  się 

Devon Courtlcy.  - 

Podszedł  do  Laury  i  złożył  jej  głęboki 

ukłon. 

background image

Laura odsun

ęła  się.  -  Moje... moje nazwisko Nichols. 

Laura Nichols. Pójdę już, jeśli... 

Nagle wszystko w pokoju zacz

ęło  żyć  własnym  życiem. 

Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki martwe sprzęty 

przesuwały  się,  uderzały  o  siebie  i  podskakiwały  w  miejscu. 

Laura  poczuła  się  jak  Alicja  w  Krainie  Czarów.  Szeroko 

otwartymi  oczami  patrzyła,  jak  książki  spadają  z  półek,  jak 

przewraca się lampa stojąca, jak obrazy osuwają się ze ścian 
na 

podłogę.  Podłoga  zadygotała  pod  jej  stopami.  Z  wnętrza 

ziemi  zdawał  się  dochodzić  przedziwny  huk,  podobny  do 
grzmotu. 

Devon nie zastanawia

ł się długo. Jednym skokiem znalazł 

się obok Laury, schwycił ją w pasie, rzucił na łóżko i przykrył 

swoim ciałem. 

Wszystko to rozegra

ło  się  w  ciągu  kilku  sekund.  Zanim 

Laura odzyskała jasność umysłu, leżała już wciśnięta między 

narzutę z długowłosej skóry niedźwiedziej, a muskularne ciało 

Devona, który ją przygniatał całym swym ciężarem. 

Laura oddycha

ła  ciężko.  Serce  waliło  jej  jak  oszalałe, 

krew pulsowała w uszach, a policzki pokrył ciemnoczerwony 
rumieniec. 

 - Wszystko w porz

ądku? - usłyszała głos Devona tuż przy 

swoim uchu. 

Laura zadr

żała,  gdy  oddech  mężczyzny  musnął  jej 

policzek.  Jego  ciemne  oczy,  jego  usta  były  tak  blisko... 

Przełknęła ślinę. - Myślę... że tak - odrzekła cicho. 

Devon przygl

ądał się w milczeniu twarzy Laury, na której 

odbijała się osobliwa mieszanka uczuć - strach, zakłopotanie i 
ledwie powstrzymywane podniecenie. 

 -  Prosz

ę się nie bać, już jest po wszystkim - powiedział 

półgłosem i podniósł się. 

Laura nie poruszy

ła się. 

 - Trz

ęsienie ziemi minęło. 

background image

 -  Trze... Co? Ach, tak, oczywi

ście! - Laura dopiero teraz 

uświadomiła sobie, że Devon uwolnił ją już od swego ciężaru. 

Usiadła  jak  w  transie.  -  Ale teraz  naprawdę  muszę  już  iść  - 

powiedziała i zabrzmiało to tak, jakby żegnała się z koleżanką 

po miłej pogawędce przy kawie. 

Devon milcza

ł. 

 - Musz

ę... muszę poszukać kotki. 

 -  Kotki, aha. Jak

że  ona  się  nazywa?  Miłość?  -  Devon 

uśmiechnął się rozbawiony. 

 - To niecodzienne imi

ę, ale piękne. Bardzo piękne. Moja 

gospo

dyni  miała  na  pewno  jakieś  powody,  żeby  tak  nazwać 

swoją ulubienicę. 

 -  O, z pewno

ścią.  Pani  też  na  pewno  nie  bez  powodu 

ściga  kotkę.  W  okolicznych  lasach  roi  się  od  natarczywych 
kocurów  -  wyszczerzy

ł zęby w szerokim uśmiechu. - Byłoby 

niedobrze, gdyby ta dama dostała się w pazury tych drani... 

 -  Nie wiem, o czym pan mówi.  - 

Laura stanęła wreszcie 

na nogi. Wzrok padł jej na opróżnione regały. Zbladła nieco, 

gdy  rozejrzała  się  po  pokoju.  Dywan  pokryty  był  okruchami 

szkła.  Wszędzie  leżały  książki,  podarte,  poniszczone, 

załamane.  Między  nimi  spoczywał  pogięty  klosz  od  lampy, 

obtłuczone  podpórki  marmurowe  do  książek  i  kilka 

potłuczonych ramek do zdjęć. 

Tu

ż  u  stóp  Laury  leżała  pognieciona  fotografia.  Laura 

podniosła  ją  i  zerknęła  na  nią  z  ciekawością.  Na  zdjęciu 

uwieczniony  został  młodszy  o  kilka  lat  Devon  i  jakaś 

niezwykle  atrakcyjna  młoda  kobieta.  Wyglądali  oboje  na 

szczęśliwych i zakochanych. 

Szybkim ruchem Devon wyj

ął jej z rąk zdjęcie i odłożył 

na komo

dę obrazem do dołu. 

Laura zaniem

ówiła  zdziwiona  tym  obcesowym 

zachowaniem.  Jeśli  ten  zarozumialec  Devon  Courtley  sądził, 

że  interesuje  ją  jego  życie  osobiste,  to  był  w  błędzie. 

background image

Wzruszyła  ramionami.  Kobiety  w  życiu  tego  pana  były 

wyłącznie jego sprawą. Może ich mieć na kopy. 

Devon odchrz

ąknął. - Może powinniśmy dokończyć naszą 

roz

mowę  kontynuując  od  miejsca,  w  którym  została  tak 

brutalnie przerwana. Odniosłem wrażenie, że chciała mi pani 
o sobie opowie

dzieć.  -  Mówiąc  to  zbliżał  się  do  Laury  i 

zatrzymał  się  dopiero  wtedy,  gdy  ich  ciała  prawie  się 

dotknęły. 

Laura wstrzyma

ła  oddech.  Zrobiło  jej  się  słabo,  ale  siłą 

woli zmusiła się do zapanowania nad słabością, przynajmniej 

na zewnątrz. - Nic mi o tym nie wiadomo, panie Courtley. Ale 

proszę,  jeśli  chce  pan  koniecznie wiedzieć,  nie  jestem 

zamężna  i  nie  przepadam  specjalnie  za  nocnymi 

przechadzkami  po  lesie.  Nic  więcej  nie  mam  panu  do 
powiedzenia. 

 -  Jaka szkoda. Naprawd

ę  szkoda,  że  nie  ceni sobie  pani 

miłości na łonie przyrody. 

Ku swemu wielkiemu niezadowoleniu Laura 

zaczerwieni

ła się znowu. - Ja... ja... 

Devon podni

ósł rękę do góry w obronnym geście. - Nie. 

Proszę  nie  kończyć.  Spróbuję  zgadnąć,  co  chciała  pani 

powiedzieć. Pewnie to, że nie ma pani zwyczaju wałęsania się 

nocą  po  cudzych  sypialniach  ubrana  w...  -  zamilkł 

przyglądając się bacznie skąpemu ubraniu Laury 

 - w niezbyt wiele. 
 - Pan... pan jest naj... 
 -  Wygl

ąda na to, że chce pani na mnie nakrzyczeć! - W 

głosie  Devona  zabrzmiało  szczere  zdziwienie.  -  Dwukrotnie 

wyratowałem  panią  dzisiaj  z  opresji,  a  pani  tak  mi  się 

rewanżuje? 

 - Gdyby rzeczywi

ście chciał mi pan pomóc, to już dawno 

przy

niósłby mi pan jakiś płaszcz lub marynarkę. 

background image

 - Och, czy pani marznie? - Devon zni

żył głos. - Proszę mi 

wybaczyć. Obawiam się, że lepiej mi idzie rozbieranie kobiet. 
O ich u

bieraniu  mam  znacznie  gorsze  pojęcie.  -  Zerknął  w 

dekolt Laury. 

 -  Prawd

ę  powiedziawszy,  jest  pani  ubrana  bardzo 

stosownie.  Gdzie,  jak  nie  w  sypialni,  nosi  się  taki 

uwodzicielski negliż? 

Rumieniec na policzkach Laury sta

ł  się  jeszcze 

ciemniejszy. Bez słowa minęła Devona i poszła na palcach w 

stronę drzwi. 

Nie zasz

ła jednak daleko. Po dwóch krokach Devon złapał 

ją  za  nadgarstek.  -  Pokaleczy  się  pani  do  krwi  na  tym 
pobojowisku - powiedzia

ł z troską i wziął ją na ręce. - Zaniosę 

panią. 

 -  Nie!  -  zaprotestowa

ła  Laura  waląc  pięściami  w  piersi 

Devona. 

 - Prosz

ę mnie puścić! Natychmiast! 

 -  Niech

że  się  pani,  do  diabła,  uspokoi!  Miałem  ciężki 

dzień  i  nie  mam  ochoty  wozić  pani  do  szpitala  przez  pani 

nierozsądek.  -  Przy  drzwiach  zestawił  Laurę  na  podłogę.  - 

Myśli pani, że nie będę pani już potrzebny do rana? - spytał z 

uśmiechem. 

Laura zmierzy

ła  go  ostrym  spojrzeniem.  -  W  życiu  nie 

spotkałam takiego chama, takiego gbura, jak pan! 

Devon zdawa

ł  się  pozostawać  niewzruszony  tym 

oświadczeniem, a nawet uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

 -  Prosz

ę  o  sekundę  cierpliwości,  zaraz  przyniosę  pani 

płaszcz. 

 - Niech si

ę pan wypcha z tym swoim płaszczem! Nie jest 

mi potrzebny!  - 

Laura  odwróciła  się  i  z  dumnie  podniesioną 

głową wyszła na zewnątrz. 

background image

Nareszcie w swoim pokoju zamkn

ęła  dokładnie szklane 

drzwi,  zasunęła  zasłony  i  padła  z  ciężkim  westchnieniem  na 

łóżko. Zamknęła oczy. 

Dlaczego serce jej ci

ągle tak mocno biło? Czemu paliły ją 

policzki, jakby miała gorączkę? Nie, z Devonem Courtleyem, 

tym nieznośnym facetem, nie miało to nic wspólnego. To na 

pewno od nocnego chłodu i od biegu. 

Laura zmarszczy

ła  mimo  woli  czoło.  Dlaczego  w  ogóle 

pomyślała  o  Devonie?  Nie  obchodził  jej  przecież  w 

najmniejszym stopniu. Jutro zajmie się pracą naukową i obraz 
Devona zniknie o poranku jak nocna zjawa. 

Nagle przypomnia

ła sobie trzęsienie ziemi i rozejrzała się 

po  pokoju.  Z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że  nic  się  nie 

zmieniło. Wszystko stało na swoim miejscu. Nie było żadnych 

potłuczonych skorup, ani żadnego bałaganu. W nogach łóżka 

leżała zwinięta w kłębuszek kotka i zerkała na nią niewinnie. 

 -  Ty wstr

ęciuchu!  -  krzyknęła  na  nią  Laura,  a  Miłość 

zamruczała z zadowoleniem. 

Laura nie zaszczyci

ła  jej  już  spojrzeniem.  Poszła 

sprawdzić,  czy  w  innych  częściach  domu  trzęsienie  też  nie 

pozostawiło  żadnych  śladów.  Z  wielką  ulgą  stwierdziła,  że 

dom nie doznał większych obrażeń. Przewrócił się tylko jeden 
kwiatek doniczkowy, kilka obra

zów  przekrzywiło  się,  a  w 

salonie obrus spadł ze stołu. 

Laura poprawi

ła  to  wszystko  i  wróciła  do  swej  sypialni. 

Ze zdziwieniem przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Jak to 

możliwe, że jej oczy ciągle tak błyszczą, a jej policzki ciągle 

jeszcze są zarumienione. Widocznie powietrze górskie dobrze 

jej służy... 

Laura w

śliznęła  się  do  łóżka  i  ponownie  sięgnęła  po 

książkę. Czytała, ale sens nie docierał do niej. W końcu litery 

zaczęły rozmazywać się przed oczami, odłożyła więc lekturę 

background image

na jutro, zgasiła lampkę i spróbowała zasnąć. Niestety, sen nie 

przychodził. Długo jeszcze leżała wpatrując się w sufit. 

W ko

ńcu zasnęła. Ale nawet we śnie prześladował ją ten 

tak bogaty w wydarzenia dzień. Śnił jej się Devon Courtley, 

który  tak  nagle  zjawił  się  przed  nią  w  lesie,  jego  mina,  gdy 

zobaczył  ją  pod  swoim  łóżkiem,  szyderstwo  w  jego  oczach, 

gdy usiłowała wyprowadzić go z błędu. Niespokojnie kręciła 

się z boku na bok. 

background image

Rozdział 3 
Laur

ę  obudził  aromat  świeżo  zaparzonej  kawy.  Zaspana 

otworzyła  oczy,  wstała  z  łóżka  i  podeszła  do  okna.  Poranne 

słońce  rozjaśniło  cały  pokój.  W  oddali  rysowały  się  ostre 

kontury  gór  na  tle  bezchmurnego  błękitnego  nieba.  Laura 
otworzy

ła okno ziewając szeroko. Nieporównywalny z niczym 

aromat  lasów  sosnowych  wniknął  głęboko  do  jej  płuc. 

Przeciągnęła się rozkosznie. 

Potem odwr

óciła  się  i  oczy  rozszerzyły  jej  się  ze 

zdumienia.  W  pokoju  stały  na  baczność,  jak  szeregowcy  na 
zbiórce, jej walizki. 

Laura wypakowa

ła szybko kilka rzeczy, wzięła prysznic i 

na śniadanie zeszła w dżinsach i jasnoniebieskim swetrze. 

Kate pi

ła sok pomarańczowy. - Właściwie już mnie tu nie 

ma  -  zawo

łała  do  Laury.  -  Muszą  pędzić  do  sklepu,  by 

zorientować się, czy trzęsienie wyrządziło tam jakieś szkody. 

Mam nadzieję, że dobrze pani spała pierwszej nocy u nas w 
górach. 

Laura kiwn

ęła głową. - Spałam jak suseł - skłamała, mając 

nadzieję, że się nie zaczerwieni. 

 -  Kluczyki od samochodu le

żą  na  stoliku  w  holu. 

Zmykam. Adios. 

 - Wybieg

ła trzaskając za sobą drzwiami. 

 -  Adios  -  mrukn

ęła  lekko  zszokowana  Laura.  Potem 

pokręciła głową z uśmiechem i zajęła się kawą i chrupiącymi 

bułeczkami, które Kate jej zostawiła. 

Przed nowym miejscem pracy Laury parkowa

ło  tylko 

kilka samochodów. 

Laura  wysiadła  ze  swego  chevroleta  i 

rozejrzała się z zainteresowaniem. 

Podesz

ła  do  grupki  trzech  mężczyzn,  dyskutujących  ze 

sobą tak zawzięcie, że wcale jej nie zauważyli. 

 - Dzie

ń dobry, nazywam się Laura Nichols, jestem z Los 

Angeles przedstawiła się z nieśmiało. 

background image

Trzej panowie odwr

ócili  jak  na  komendę  głowy  w  jej 

stronę. - Ach, panna Nichols! Witamy! - odezwał się pierwszy 

doktor  Wayne  Hailey,  szef  zespołu  do  spraw  wulkanów.  Z 

miłym uśmiechem uścisnął dłoń Laury. 

To sympatyczne powitanie pozbawi

ło Laurę nieśmiałości. 

Przywi

tała się z pozostałymi mężczyznami. 

 -  Jim Freeman, cz

łowiek  o  najlepszych  u  nas  oczach  - 

przedstawiał jednego z nich doktor Hailey. - Proszę na niego 

uważać. Tymi oczami wypatruje najpiękniejsze kobiety. 

Jim, o m

łodzieńczej  twarzy  i  jasnych  włosach,  wyglądał 

na równego faceta. 

 -  A to nasz statystyk, Alfredo Giovanni  -  doktor Hailey 

po

łożył  dłoń  na  ramieniu  szczupłego  młodego  mężczyzny  o 

kruczoczarnych włosach. 

 - Signorita, ca

ła przyjemność po mojej stronie. - Alfredo 

ucałował  z  galanterią  dłoń  Laury.  Z  trudem  udało  jej  się 

zachować powagę. 

 -  Panowie wybacz

ą  -  powiedział  doktor  Hailey  do  obu 

mężczyzn mrugając jednocześnie do Laury - ale nie mogę się 

doczekać,  żeby  wprowadzić  moją  nową  asystentkę  w  jej 

obowiązki. Chodźmy do biura, Lauro. 

 -  Obawiam si

ę,  że  po  tak  interesującej  pracy,  jaką  były 

badania  w  Mauna  Coa  na  Hawajach,  nasza  praca  może  się 

pani wydać nieco nudna. 

Laura rozejrza

ła  się  po  pomieszczeniu  biurowym,  do 

którego  weszli.  Papiery,  papiery,  wszędzie  papiery.  Mapy 
meteorolo

giczne, mapy geologiczne, gęsto zapisane karteczki 

przyczepione  magnesami  do  wielkiej  tablicy,  biurko  zasłane 

notatkami pełnymi rysunków. 

 - Wiem, 

że nie miała pani jeszcze czasu na aklimatyzację, 

ale sądzę, że powinniśmy od razu przejść do rzeczy. Wulkan 

nie pozostawia nam żadnego wyboru. Proszę spojrzeć tutaj... 

zaczął  grzebać  w  stosie  papierów  na  biurku.  Rozprostował 

background image

przed Laurą kartkę z wynikami pomiarów. - Tych pomiarów 

dokonano przed rokiem. Jak pani widzi, źródło ruchów ziemi 

znajdowało się wtedy osiem kilometrów w głąb ziemi. 

Laura pochyli

ła  się  przypatrując  się  dokładnie  danym. 

Skinęła głową. 

 -  A teraz niech pani popatrzy na to  -  Hailey wzi

ął drugą 

kartkę  -  pomiary z ostatnich tygodni. Widzi pani, jak 

przesunęły  się  centra?  Teraz  znajdują  się  najwyżej  trzy 

kilometry pod powierzchnią ziemi. 

Laura por

ównywała  ze  zmarszczonym  czołem  wyniki 

wcześniejszych i aktualnych pomiarów. - Oznacza to, że pod 
epicentrum narasta warstwa ziemi. 

 - S

ą jeszcze inne, bardzo zastanawiające zmiany. - Podał 

Laurze  żółtą  teczkę.  -  Znajdzie tu pani wszystkie istotne 
informacje. 

 - Obawia si

ę więc pan, że magma z niezwykłą prędkością 

przesuwa się do góry? 

 -  My

ślę,  że  jednoznacznie  wynika  to  z  danych,  którymi 

teraz dysponujemy  - 

wzruszył  ramionami.  -  Ale wcale nie 

oznacza to

,  że  musi  dojść  do  wybuchu  wulkanu.  Równie 

dobrze mogą minąć setki lat, zanim coś zacznie się dziać. 

Laura pokiwa

ła  głową  w  zamyśleniu.  -  Jasne. Ale z 

drugiej strony piekło może zacząć się równie dobrze dziś czy 
jutro. 

Doktor Hailey westchn

ął.  -  Musimy uważać  na  to,  co 

mówimy.  Wszędzie  aż  huczy  od  najbardziej  niestworzonych 

plotek.  Ludność  tutejsza  jest  poważnie  zaniepokojona. 

Rozszerza  się  panika  przed  tym,  co  może  nastąpić.  Idle 

Springs  może  zamienić  się  w  miasto  duchów.  Biznesmeni 

obawiający się gospodarczej ruiny, nie są oczywiście dobrymi 

partnerami  do  rozmów.  Niektórzy  z  nich  obwiniają  nas  o 

celowe szerzenie niepokojów w celu obniżenia cen gruntów. 

 - Nie mog

ę tego zrozumieć - szepnęła Laura. 

background image

Doktor Hailey uni

ósł  ramiona  w  górę  i  opuścił  je  z 

rezygnacj

ą. 

 -  Tak niestety wygl

ądają fakty. Do dzisiejszego dnia nie 

ograni

czałem  w  niczym  żadnego  członka  zespołu.  Każdy 

mógł  publicznie  wyrażać  swoją  opinię  na  temat  tego,  co  się 

dzieje. Ale teraz czuję się zmuszony powołać kogoś w rodzaju 
rzecznika prasowego, 

kto byłby reprezentantem naszej grupy. 

Spojrzał  na  Laurę  uważnie.  -  Tak,  panno  Nichols,  właśnie 

panią miałem na myśli. 

 - A wi

ęc jedynym moim zadaniem byłoby utrzymywanie 

kontaktów z mediami?  - 

Laura  nie  umiała  ukryć 

rozczarowania. 

Doktor Hailey pokr

ęcił z uśmiechem głową. - Oczywiście, 

że nie. Znam was, geologów, dość dobrze. Wy chcielibyście 

być obecni tam, gdzie się coś dzieje, najchętniej na krawędzi 

krateru. Prawda? Proszę się nie martwić, będzie pani, tak jak 

inni  członkowie  zespołu,  informowana  na  bieżąco  o 

wszystkich  nowych  zjawiskach.  Będzie  brała  pani  udział  we 

wszystkich  wyjazdach  i  będzie  miała  pani  nieograniczony 

dostęp do wyników wszystkich badań. Mogę to pani osobiście 

zagwarantować. - Podszedł do drzwi. 

 - Jeszcze co

ś - odwrócił się. - Niech pani zawsze będzie z 

dzien

nikarzami  szczera,  ale  proszę  podawać  do  wiadomości 

publicznej tylko to co najniezbędniejsze. Spodziewam się, że 

nie będzie się pani wdawała w jakiekolwiek spekulacje i nie 

będzie wyrażała swoich własnych opinii. 

 - To brzmi jak rozkaz. 
 -  Bo to jest rozkaz.  -  Doktor Hailey otworzy

ł  drzwi.  - 

Dam  pani  teraz  trochę  czasu  na  spokojne  zapoznanie  się  z 

sytuacją. 

 -  Dzi

ękuję,  panie  doktorze.  -  Laura  popatrzyła 

zmartwiona  na  stos  papierzysk.  Kiedy  zdoła  przez  nie 

przebrnąć?  Zabrała  się  najpierw  za  mapy  i  tabele.  I  już 

background image

wkrótce  siedziała  z  wypiekami  na  policzkach  za  biurkiem, 

wynotowując  sobie  ważniejsze  informacje,  nanosząc  różne 

wartości do tabelek, sprawdzając i porównując. 

Czas mija

ł tak szybko, że kiedy Laura niechcący zerknęła 

na z

egarek, okazało się, że jest już piąta po południu. Przetarła 

zmęczone  oczy,  przeciągnęła  się  i  pomasowała  zesztywniały 
kark. 

Wsta

ła  i  aż  jęknęła,  tak  zdrętwiały  jej  nogi.  Czuła  się 

bardzo  zmęczona,  a  co  gorsza  rozczarowana,  gdyż  mimo 
intensywnej pracy nie 

wyrobiła  sobie  jeszcze  ostatecznego 

poglądu na sytuację Idle Springs. Miała tylko nadzieję, że nie 

będzie  musiała  zaraz  następnego  dnia  stawiać  czoła 

dziennikarzom.  Wyszła  z  biura  i  skierowała  się  do 
samochodu. 

 - Akurat pani zd

ążyła - powitał Laurę pogodny głos Kate 

dobiegający z kuchni. - Dzisiaj będzie specjalna sałatka, a na 
deser truskawki. 

 - To brzmi zach

ęcająco - Laura weszła do kuchni. - Nigdy 

bym nie przypuszczała, że nabiorę takiego apetytu wpatrując 

się w niezliczone wykresy i tysiące małych cyferek. - Schyliła 

się, żeby pogładzić kotkę, łaszącą się do jej nóg. 

 -  Jak wygl

ąda  sytuacja?  Czy  mamy  liczyć  się  z 

wybuchem, czy nie? 

 - Kate miesza

ła sałatę. 

Laura wzruszy

ła ramionami. - Na razie wiem tyle, co pani. 

Kate za

śmiała  się.  -  To mnie pani pocieszyła!  Pani  jako 

fachowiec wie tyle, co ja. To kogo mam zapytać? 

Laura u

śmiechnęła  się  ze  smutkiem.  -  Też  chciałabym 

wiedzieć.  Wzrok  jej  padł  na  podłużne  pudło,  w  jakie 
zazwyczaj pakowano kwiaty w kwiaciarniach.  -  Od Ralfa?  - 

spytała. 

 -  No wie pani!  -  Kate roze

śmiała  się  na  całe  gardło.  - 

Ralph  zrywa  czasami  dla  mnie  kwiatki  na  łące,  ale  na  tym 

background image

kończy  się  jego  romantyzm.  Nie,  ten  bukiet  przysłano  dla 
pani, pewnie prezent od wielbiciela. 

Zaskoczona Laura wyj

ęła kartkę z zaadresowanej do niej i 

przyklejonej na kartonie koperty. - 

Nie mam pojęcia od kogo 

to  może  być  -  mruknęła  czytając  zamaszyste  pismo:  Pani, 

która sprawiła, że ziemia naprawdę się zatrzęsła. Podpisu nie 

było. 

Laura patrzy

ła  w  zamyśleniu  na  karton.  Czy  kolor 

turkusowej wstążeczki z koronki był dziełem przypadku? 

Devon Courtley! Dr

żącymi  palcami  rozwiązała 

kunsztowną kokardę i otworzyła karton. 

 -  O, m

ój  Boże!  Pięćdziesiąt  czerwonych  róż!  - 

zachłysnęła się Kate. 

 -  Albo pani wielbiciel ma forsy jak lodu, albo zakocha

ł 

się  w  pani  na  śmierć.  -  Zmierzyła  Laurę  uważnym 
spojrzeniem.  - 

Czy  to  pani  szef  tak  się  od  razu  w  pani 

zadurzył? 

 -  Doktor Hailey?  -  Laura wybuchn

ęła  śmiechem.  -  Nie, 

Kate.  Mój  szef  jest  poważnym  mężczyzną  koło 

sześćdziesiątki, poza wszelkim podejrzeniem. 

 - No to od kogo s

ą te kwiaty? 

 -  Przypuszczam, 

że  od  pewnego  aroganckiego  natręta, z 

którym przypadkowo zawarłam wczoraj znajomość. 

 - 

Hm, to intryguj

ące.  -  Kate  wyjęła  jedną 

ciemnoczerwoną  różę  na  długiej  łodydze  i  powąchała  z 

przyjemnością na wpół rozchylone płatki kwiatu. - Facet ma 
dobry gust - 

orzekła odkładając różę z powrotem do kartonu. 

 - Aha - brzmia

ła lakoniczna odpowiedź Laury. Wybiegła 

z kuchni. 

Co sk

łoniło  Devona  Courtleya  do  takiego  hojnego 

prezentu?  Czyżby  chciał  przeprosić  za  swoje  wczorajsze 
zachowanie? Ale dla

czego wybierałby do tego czerwone róże? 

Poza tym nie wyglądał na człowieka, który chętnie przeprasza. 

background image

Laura od

świeżyła  się  w  łazience  i  przebrała  w 

wygodniejsze rzeczy. Okay, widzę, że ten pan nadal zamierza 

bawić się moim kosztem, pomyślała. 

Kate uk

ładała właśnie róże w wielkim wazonie. Spojrzała 

na  Laurę  wyczekująco.  -  A  więc...  -  zaczęła  i  czym  prędzej 

urwała spostrzegłszy nieprzystępną minę swej lokatorki. 

Sa

łata  przyrządzona  była  wyśmienicie.  Laura  nie 

szczędziła komplementów. 

 -  Ralph m

ógłby  się  odżywiać  tylko  spaghetti  i  stekami. 

Mówi, że zielenina to pokarm dla królików. Czasami usiłuję 

go przekonać co do walorów rozmaitych sałatek, ale spotykam 

zdecydowany opór z jego strony. Cieszę się, że przynajmniej 

w pani mam sprzymierzeńca. - Kate roześmiała się wesoło. 

 - Co zasta

ła pani w sklepie po wczorajszych wstrząsach? - 

Laura zmieniła temat. - Czy wiele rzeczy się potłukło? 

 -  Prawie nic. Najwarto

ściowsze  przedmioty  nie  doznały 

uszczerb

ku. Dzięki Bogu! 

Kate podnios

ła  się  od  stołu.  -  Jedzenie  jest  dużą 

przyjemnością,  ale  zmywanie  po  nim  znacznie  mniejszą,  nie 

uważa pani? 

Laura kiwn

ęła  twierdząco  głową.  -  Oj, prawda, prawda. 

Ale razem poradzimy sobie z tym znacznie szybciej.  -  Kate 

zmywała  talerze,  szklanki  i  salaterki,  a  Laura  wycierała 
naczynia do sucha. 

 - Czy on jest przystojny? 
 - Kto? 
 - A kt

óżby? Ten facet od róż! 

 - A... ten... owszem, nawet za bardzo. 
Kate westchn

ęła  przeciągle.  -  Arogancki przystojniak. 

Uwielbiam ten typ mężczyzn! 

Laura milcza

ła. Oszałamiający zapach róż rozprzestrzenił 

się  w  całym  mieszkaniu  i  zdawał  się  ją  prześladować.  Po 
zmywaniu wymam

rotała  jakąś  wymówkę  i  zamknęła  się  w 

background image

swoim  pokoju.  Pierwsze  co  zrobiła,  to  podeszła  do  okna  i 

przez szparę między zasłonami zerknęła na dom naprzeciwko. 

W  sypialni  Devona  paliło  się  światło.  Ach,  do  diabła  z  tym 

całym  Devonem  Courtleyem!  Odwróciła  się  gwałtownie  od 

okna. Najchętniej rzuciłaby mu pod nogi te przeklęte róże! 

Nast

ępnego  ranka  Laura  bardzo  wcześnie  pojechała  do 

pracy. Doktor Hailey, który już był w biurze, przywitał się z 

nią w roztargnieniu. Laura patrzyła nieco zdziwiona na swego 

szefa  chodzącego  koło  biurka  i  czytającego  po  drodze 
najnowsze wydanie „Newsweeka". 

 -  Cholera! Jak ja nie cierpi

ę  tych  pismaków!  -  Doktor 

Hailey rzucił magazyn na biurko. - Nienawidzę tych nadętych 
wa

żniaków! 

 - Czy ma pan kogo

ś konkretnego na myśli, czy też ma pan 

pretensje do ogółu? 

 -  M

ówię  o  tym  gryzipiórku  -  klasnął  otwartą  dłonią  w 

pismo.  - 

Lubuje się w taniej sensacji! - Doktor wziął z półki 

jeden z segregatorów z dokumentami. 

 - Musz

ę iść na naradę. Przepraszam za ten wybuch. Jeśli 

ten cwaniak się tu pojawi, a pewnie tak będzie, bo byliśmy na 

dzisiaj  umówieni,  to  niech  go  pani  pośle  w  diabły.  Nie 

będziemy  udzielać  żadnych  wywiadów,  chyba  że  przedłożą 

nam teksty do wglądu przed wydrukowaniem. Niech pani mu 
to powie na wypadek, gdyby... 

 - Nie s

ądzę, żeby dziennikarze dali za wygraną. Zna pan 

te  argumenty:  wolność  prasy,  prawo  do  swobodnego 
wypowiadania swoich opinii i tak dalej. 

 -  Niech pani zgadnie, co mnie to obchodzi! Tego faceta 

trzeba troch

ę  ostudzić  w  jego  pisarskim  zapale.  Wyobraża 

sobie  chyba,  że  jest  mądrzejszy  od  nas  wszystkich  razem 

wziętych. Jeśli nie będzie pani mogła sobie poradzić z nim, to 

proszę  mnie  zawołać.  Ta  najnowsza  bzdura...  -  tu  machnął 
Laurze przed oczami pismem  -  jest ukoronowaniem jego 

background image

dotychczasowej  działalności.  Niczym  nie  zachwianą 
pewno

ścią  siebie,  ten  palant  twierdzi,  że  my  rzekomo 

pozbawiamy  opinię  publiczną  ważnych  informacji  i 

pozwalamy  ludziom  tu  czekać  na  nieszczęście,  które  ich 

niewątpliwie  dotknie,  jeśli  nie  zostaną  w  porę  ostrzeżeni.  W 

ten  sposób  podburza  społeczeństwo  przeciwko  nam.  Tego 

nam  jeszcze  tylko  brakowało.  -  Doktor  Hailey  wyszedł  z 

pokoju trzasnąwszy za sobą drzwiami. 

Laura wzruszy

ła  ramionami  i  zabrała  się  do  pracy.  Pół 

godziny później nie pamiętała już o wybuchu szefa. 

 - Przepraszam pani

ą, gdzie znajdę doktora Haileya? 

Laura drgn

ęła  przestraszona.  Podniosła  oczy  i  osłupiała. 

Przed nią stał Devon Courtley. 

 -  Panna Nichols! Co za mi

ła  niespodzianka.  -  Devon 

podszedł bliżej. 

 -  Dzie

ń  dobry,  panie  Courtley.  -  Laura  usiłowała  ukryć 

zmiesza

nie,  w  jakie  wprawił  ją  nieoczekiwany  gość.  -  Czy 

mogłabym panu w czymś pomóc? - spytała sztywno. 

 -  W

łaściwie  nie  jestem  tu  dla  przyjemności...  -  urwał.  - 

Ale co pani tu robi? Pracuje pani tutaj? Dla doktora Haileya? 

 - Nie dla niego, tylko z nim. Jestem jego asystentk

ą - od-

powiedziała gniewnie Laura. 

 -  A, to 

świetnie  się  składa.  Mogę  więc  równie  dobrze 

zwrócić  się  do  pani.  Zakładam,  że  zna  pani  powód,  dla 

którego mnie tu zaprosił? 

 -  Ja... nie, nie mam poj

ęcia. - Że też zawsze musiała się 

przy nim jąkać. 

Devon uni

ósł brwi nie kryjąc zdziwienia na twarzy. - Chce 

pani  przez  to  powiedzieć,  że  doktor  Hailey  nie  wprowadza 

swojej  asystentki  w  bieżące  sprawy?  Uważa,  że  nie  jest  to 
konieczne? 

background image

 - Owszem, ale tylko w najwa

żniejszych sprawach - Laura 

była coraz bardziej zirytowana. - Może zechce pan przejść do 

rzeczy, panie Courtley. Mam mało czasu. 

 - Rozumiem, niemniej jednak chcia

łbym z panią wyjaśnić 

kilka  problemów.  My,  dziennikarze,  chcemy  mieć  zawsze 

gruntowną wiedzę na temat, o którym piszemy... 

 -  Aha, to pan  -  przerwa

ła  mu  Laura.  -  No,  jeśli  tak,  to 

mam  panu  coś  przekazać  od  doktora  Haileya.  -  Spojrzała  na 

niego chłodno. - Ma pan iść do diabła! 

Devon skrzywi

ł się. - Widzę, że pani szefowi mój ostatni 

artykuł nie za bardzo przypadł do gustu. 

 - Odnios

łam podobne wrażenie. 

Wzrok Devona pad

ł na „Newsweeku", który ciągle jeszcze 

otwarty  leżał  na  biurku.  Wziął  magazyn  do  ręki  i 

przekartkował  go  z  ciekawością.  Laurze  zdawało  się,  że 

zupełnie o niej zapomniał. 

 - Doktor Hailey poleci

ł mi również przekazać panu, że w 

przyszłości  życzy  sobie  przeczytać  każdy  artykuł  o  naszej 

działalności  przed  oddaniem  go  do  druku  -  oznajmiła  z 

irytacją. 

Devon spojrza

ł na  nią.  Między brwiami  pojawiły  mu  się 

dwie pionowe zmarszczki. Pochylił się nad Laurą tak blisko, 

że  ich  twarze  prawie  się  dotykały.  Laura  cofnęła  się 
odruchowo. 

 -  Nikt  -  rozumie pani  -  nikt, nie b

ędzie  się  wtrącał  do 

mojej pracy!  - 

powiedział  stanowczo.  -  Może  być  pani  tego 

najzupełniej pewna! 

Laura odchrz

ąknęła.  -  Czy  życzy  pan  sobie,  żebym 

przekazała doktorowi Haileyowi pańskie uwagi? 

Patrzy

ł  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  -  Może  pani 

Haileyowi  nagadać  co  się  pani  podoba.  Wszystko  mi  jedno. 

Nikt  nie  ma  prawa  ukrywania  przed  opinią  publiczną  tak 

ważnych informacji. 

background image

Laura  u

śmiechnęła  się  pogardliwie.  -  Nie  sądzę,  żeby 

doktor Hailey miał taki zamiar. 

 - Naprawd

ę nie? No to dlaczego nagle upiera się, żeby mu 

przedkładać do wglądu artykuły przed ich publikacją? Będzie 

w  nich  szukał  błędów  ortograficznych?  -  zaśmiał  się 
szyderczo.  - 

Przecież  pani  musi  sobie  zdawać  sprawę  z 

niebezpieczeństwa,  na  jakie  jest  narażona  ludność  w  tej 

okolicy. Chodzi o ludzkie życie, panno Nichols! Dlatego też 

drażliwość  niektórych  naukowców  ma  tu  drugorzędne 

znaczenie. Może nawet jest zupełnie nie na miejscu? 

 -  W tej chwili nie mo

żemy  przedstawić  żadnych 

dokładnych  prognoz.  Czy  niepotrzebne  niepokojenie  ludzi 

uważa pan za rozsądne? Wyobraża pan sobie, co by zrobiono 

z nami, gdyby to wszystko okazało się fałszywym alarmem? 

 -  Fa

łszywym  alarmem?  Ja  chyba  źle  słyszę.  Warstwa 

magmy  rośnie  z  zastraszającą  prędkością.  To  jest  fakt.  Czy 

doktor Hailey o tym też nic pani nie powiedział? 

Laura zarumieni

ła  się  lekko.  -  Owszem, panie Courtley. 

Jestem  poinformowana  o  wynikach  najnowszych  badań.  Nie 
mamy zamiaru b

agatelizować  niebezpieczeństwa  ani 

przemilczać  faktów.  Tylko  że  trzeba  wziąć  pod  uwagę 

wszystkie ewentualności. Już jutro, na przykład, ruch magmy 

może się zatrzymać i zastopować na dziesiątki, ba, nawet na 

setki lat. Jest na to wystarczająco dużo dowodów w statystyce. 

 -  Tak, tak, tak! Cholera jasna! Uwa

ża  pani,  że te  wasze 

wspaniałe naukowe statystyki pomogą ludziom przezwyciężyć 

strach?  Ich  nie  interesują  teorie,  możliwości,  ewentualności, 
potrzebna im informa

cja,  która  ma  ręce  i  nogi,  praktyczne 

rady i pomoc! Taktyka pani doktorka jest nieodpowiedzialna i 
zwodnicza. 

Laura patrzy

ła  na  Devona  spod  przymrużonych  powiek. 

Czuła, że wzbiera w niej gniew. Co ten facet sobie wyobraża? 

Za kogo się uważa? 

background image

 -  Wed

ług  statystyki,  panie  Courtley,  w  następnych 

tysiącleciach  nie  grozi  nam  żaden  wybuch,  więcej  nie  mogę 

panu w tym momencie powiedzieć. 

 -  Oto s

łowa  ekspertki!  Okay,  zasiądźmy  więc  wygodnie 

na kana

pach i czekajmy, aż przysypie nas deszcz popiołu. A 

weźmy  na  przykład  Pompeje...  prawdopodobnie  tam  też 

mądrzy naukowcy, zakochani w statystyce, uspokajali opinię 

publiczną.  I  co?  -  Devon  podszedł  do  drzwi,  ale  jeszcze 

odwrócił  się:  -  Czy  według  pani  jest  to  w  porządku,  że  tak 

zwani  eksperci  narażają  życie  tysięcy  ludzi  ze  strachu  przed 

kompromitacją? Że boją się podważenia swych kwalifikacji w 

razie,  gdyby  ich  ocena  sytuacji  okazała  się  nietrafna?  Ale  ja 

się nie będę temu spokojnie przyglądał, może mi pani wierzyć. 

Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  przeforsować 

ewakuację ludzi z zagrożonego rejonu! 

Otworzy

ł drzwi gwałtownie i wyszedł. 

background image

Rozdział 4 
Nieco p

óźniej  Laura  zajęła  miejsce  w  dwuosobowej 

kabinie i zapięła się pasami. 

M

łody  pilot  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Greg Barone  - 

przedstawił  się  skłaniając  głowę.  -  Dzień  dobry,  panno 
Nichols. 

 - Dzie

ń dobry, Greg - Laura uśmiechnęła się lekko. 

M

łody pilot sprawdził jeszcze raz przyrządy i kilka minut 

później znaleźli się w powietrzu. Szybko stracili z oczu małe 

lotnisko. Pod nimi rozciągały się gęste lasy, nagie zbocza gór i 

potężne masywy górskie. 

Laura podziwia

ła  w  niemym  zachwycie  surowe  piękno 

górskiego krajobrazu. 

 -  Trudno sobie wyobrazi

ć,  że  to  całe  zapierające  dech 

piękno może w ciągu minuty obrócić się w popiół - zauważył 

Greg, jak gdyby odgadując myśli Laury. - Jeśli Mount Kairo 

będzie chciał splunąć, to nie zostanie tu kamień na kamieniu. 

 - Nie mo

że pan zapominać o jednym, Greg. Temu właśnie 

wulkanowi zawdzięczamy ten cudowny krajobraz. W wyniku 

jego  gwałtownych  wybuchów  w  przeszłości  powstały  te 

ogromne łańcuchy górskie. 

 - A wie pani, 

że nigdy o tym nie pomyślałem. Ten aspekt 

sprawy jakoś mi umknął. - Greg zatoczył samolotem duży łuk 

i poleciał wzdłuż północnej strony, nagiej i skalistej, pokrytej 

śniegiem połyskującym w słońcu niebieskawą bielą. Szerokie 
pasma lodowca scho

dziły  aż  w  doliny  kończąc  się  dopiero 

przy okrągłych górskich jeziorach. 

Laura podnios

ła do oczu lornetkę. Obserwowała uważnie 

cały  rejon.  Nagle  coś  przykuło  jej  uwagę.  Z  lasu  poniżej 
lodowca wydobywa

ło się coś w rodzaju białej pary. A może to 

był dym? Laura wytężyła wzrok. Nie, nie było wątpliwości. Z 

ciemnych  wierzchołków  drzew  wyrastała  delikatna  smuga 

pary.  Zaniepokojona,  zaznaczyła  to  miejsce na mapie. 

background image

Najwyraźniej  niedawno  otworzyła  się  tu  ziemia.  Laura 

zlustrowała  jeszcze  raz  bardzo  dokładnie  teren,  ale  nie 

znalazła już innych oznak otwarcia się ziemi. 

Doktor Hailey czeka

ł  już  na  nich  na  lotnisku.  Laura 

wysiadła z ulgą z samolotu. Pewniej czuła się jednak na ziemi 

niż  w  powietrzu.  Zaraz  też  zdała  szefowi  relację  ze  swego 
rekonesansu. 

Doktor Hailey wys

łuchał  jej  z  uwagą.  -  Wiemy 

o

czywiście, że na północnej stronie także występują problemy, 

ale  dotychczas  nie  zarejestrowaliśmy  aktywności  ponad 

powierzchnią ziemi. - Ujął Laurę za łokieć i poprowadził do 
swego czarnego lincolna.  - 

To  jest  trudno  dostępny  rejon. 

Grube  pokłady  lodu  i  wielkie  zwały  śniegu  utrudnią  nam 

pracę, a właściwie nawet uniemożliwią. Dwa razy straciliśmy 

tam  drogie  przyrządy,  bo  nagle  zeszły  lawiny.  -  Otworzył 

Laurze drzwi i pomógł jej wsiąść. 

Sam zaj

ął miejsce za kierownicą. - Mimo to uważam, że 

powinniśmy bardziej  zająć  się  całym  północnym  rejonem  - 

powiedziała Laura. 

 -  Oczywi

ście.  Niech  się  pani  porozumie  zaraz  po 

powrocie z Giovannim. 

On się tym zajmie. - Hailey wyjechał 

na drogę i przyspieszył. - Aha, a panią poproszę o intensywną 

opiekę  nad  tym  przeklętym  dziennikarzem  -  no,  jakże  mu 

było? - nad Devonem Courtleyem. 

 -  Mam si

ę  opiekować  Devonem  Courtleyem?  -  Laura 

zrobiła wielkie oczy. - Ale dlaczego? 

 -  Jak to dlaczego?  -  W g

łosie  Haileya  brzmiało 

zdziwienie.  - 

Jest  przecież  pani  naszym  rzecznikiem 

prasowym. O

prócz  bezpośredniej  pracy  przy  projekcie,  do 

zadań  pani  należą  kontakty  z  mediami  i  dostarczanie  im 

wszystkich niezbędnych informacji. 

background image

 -  Ale... nie rozumiem...  -  Laura by

ła  bliska  rozpaczy.  - 

Przecież ten pan powiedział mi wyraźnie, że nie życzy sobie, 
ab

y ktokolwiek wtrącał się do jego pracy. Dlatego też... 

 -  Pan Courtley przeprowadzi

ł  dziś  ze  mną  wielce 

interesującą rozmowę. Wziął pod uwagę korzyści płynące dla 

niego  ze  współpracy  z  nami  i  zgodził  się  przedkładać  do 

wglądu  projekty  artykułów.  Ja  ze  swej strony 

zagwarantowałem  mu pewne przywileje, których pozbawieni 

są jego koledzy po fachu. Ma wolny wstęp do laboratorium i 

będzie mógł uczestniczyć w naszych wewnętrznych naradach. 

 - Ale czy nie b

ędzie nam przeszkadzał w pracy? I czy nie 

boi  się  pan,  że  puści  w  świat  informacje,  których  wcale  nie 

będziemy chcieli podawać do wiadomości publicznej? 

Doktor Hailey pokr

ęcił głową. - Umowa, jaką zawarliśmy, 

miała  jasno  określone  warunki.  Pan  Courtley wie  doskonale, 

jak daleko może się posunąć. A pani, Lauro, będzie dla mnie 
gwarantem umo

wy. Będzie pani informować i kontrolować - i 

niech  pani  pośle  pana  Courtleya  w  diabły,  jeśli  nie  będzie 

stosował się do naszych ustaleń. 

 -  Uwa

ża  pan,  że  sprostam  temu  zadaniu?  -  Laura 

zapatrywała się sceptycznie na ten projekt. 

 -  W pani i pani uroku pok

ładam  całą  swoją  nadzieję, 

panno  Nichols.  Musimy  osiągnąć  taki  stan,  żeby  prasa 

pracowała  nie  przeciwko  nam,  ale  dla  nas.  W  przeciwnym 

razie  będziemy  musieli  się  stąd  zwijać,  bo  cofną  nam 

fundusze, a to przecież nie leży ani w naszym interesie, ani w 

interesie tutejszej ludności. 

 -  Hm  -  Laura umkn

ęła  wzrokiem  przed  niecierpliwym 

spojrzeniem swego szefa.  -  Dobrze  - 

powiedziała w końcu. - 

Zobaczę, co się da zrobić. 

 -  Dzi

ękuję.  -  Hailey  zatrzymał  samochód  przed 

laboratorium.  -  W

iedziałem,  że  mogę  na  panią  liczyć.  - 

Pożegnał się z Laurą mocnym uściskiem dłoni. 

background image

Laura wesz

ła  do  biura.  Walczyła  z  myślami.  A  więc  od 

dzisiaj  nie  będzie  mogła  schodzić  z  drogi  Devonowi 

Courtleyowi.  Będzie  musiała  znosić  jego  obecność  i  być  dla 

niego  miła  i uprzejma. Wszystko dla nauki! W pani uroku 

pokładam  całą  swoją  nadzieję,  panno  Nichols.  Dobrze mu 

mówić!  Nie  miał  przecież  pojęcia,  co  się  z  nią  działo,  jak 

mocno biło jej serce na jego widok, jak drżała na dźwięk jego 

głosu. 

Wyci

ągnęła  z  szuflady  dane  o  północnej  stronie  Mount 

Kairo.  Przejrzała  je  szybko.  Rzeczywiście  nie  było  żadnych 
adnotacji o jakich

kolwiek  zmianach  termicznych  na  całym 

tym  obszarze.  Czerwonym  flamastrem  Laura  zaznaczyła  na 
mapie miejsce, z którego wydo

bywała  się  para.  Na  koniec 

po

wiesiła mapę w dobrze widocznym miejscu. 

Potem przygotowa

ła  krótkie  oświadczenie  dla  prasy. 

Dziesiątki  telefonów  skutecznie  przeszkadzały  jej  w  pracy. 

Ani  się  obejrzała,  jak  zapadł  wieczór.  Zamknęła  biuro  i 

pojechała do Idle Springs. 

Kiedy zatrzyma

ła  samochód przed ciemnym domem, 

przypo

mniała  sobie,  że  Kate  miała  ten  wieczór  spędzić  z 

Ralphem.  Wybierali  się  razem  na  kolację,  a  później  mieli 

jeszcze zahaczyć o jakiś bar. 

Laura mia

ła  więc  w  perspektywie  kilka  godziny  ciszy  i 

spokoju. Napisze listy do przyjac

iółek zadzwoni do rodziców 

do Los Angeles. Na pewno od dawna czekają niecierpliwie na 

wiadomość od niej. 

Wesz

ła  do  przedpokoju  i  zapaliła  światło.  Kotka  Kate 

przybiegła  do  niej  natychmiast.  -  Cześć,  dzikusko!  -  Laura 

pogładziła gładką jedwabistą sierść zwierzęcia. - No, chodź - 

poszły  razem  do  kuchni.  Miłość  dostała  jeść,  a  Laura 

przeniosła się do salonu. Wzrok jej padł na róże od Devona. 

Minął już tydzień od kiedy je dostała, a nie straciły nic ze swej 

woni i swej świeżości. Spojrzała w zamyśleniu na aksamitne 

background image

kielichy.  Przywołała  z  pamięci  twarz  Devona...  uśmiech  na 

jego  pełnych  wargach...  ciemne,  przepastne  oczy...  niesforne 

pasmo włosów zsuwające się na wysokie czoło... 

Powoli podnios

ła  słuchawkę  telefonu  i  wykręciła  numer, 

zajęte. No trudno, pomyślała, pójdę wobec tego pod prysznic i 

spróbuję jeszcze raz potem. 

Posz

ła do swojego pokoju. Nagle coś zwróciło jej uwagę. 

W  szparze  między  drzwiami  a  progiem  widniała  smuga 

światła.  Laura  stanęła  jak  wryta.  Rano  zgasiła  światło,  była 

tego pewna. Przez chwilę zastanawiała się, co robić, w końcu 

jednak  zdobyła  się  na  odwagę  i  jednym  silnym  pchnięciem 

otworzyła drzwi. 

Nie wierzy

ła  własnym  oczom.  Wygodnie  rozparty  w 

fotelu  siedział  Devon  Courtley.  Laura  stała  bez  ruchu  w 
drzwiach.  - 

Czy...  mogę  spytać,  czego  pan  szuka w mojej 

syp... w moim pokoju? 

 - Rewizytuj

ę panią - Devon uśmiechnął się rozbrajająco. 

Laura wzi

ęła  głęboki  oddech.  -  Tak?  A  ja  sądziłam,  że 

wizyty  składa  się  przez  drzwi  frontowe,  panie  Courtley.  - 

Wsparła się pod boki patrząc na swego gościa wyzywająco. 

 - Och, odnios

łem wrażenie, że nie przywiązuje pani wagi 

do takich form. Przecież pani od razu wśliznęła się do mojej 
sypialni. 

Laura obla

ła się rumieńcem. Spuściła głowę. 

 - Ale je

śli pani tak na tym zależy, to chętnie się dostosuję. 

 - Podni

ósł się i odłożył na bok książkę, którą najwyraźniej 

czytał czekając na Laurę. Tytuł „Nagie pożądanie" błyszczał 

wielkimi  literami  nad  erotycznym  zdjęciem  na  okładce. 

Jeszcze i to. Policzki Laury zaczerwieniły się jeszcze bardziej. 

 - Zaraz wr

ócę. - Devon podszedł do szklanych drzwi. - Za 

minutę zadzwonię od frontu, jeśli pani sobie tego życzy. 

 -  Nie!  -  Laura by

ła  bliska  wybuchu.  -  Niech  pan  już 

wyrzuci z siebie to, z czym pan przyszedł i niech pan znika! 

background image

Devon u

śmiechnął  się.  -  Pani  życzenie  jest  dla  mnie 

rozkazem. 

 -  Sk

łonił się z wyszukaną uprzejmością. - Doktor Hailey 

zapropono

wał mi współpracę z panią. 

 - Zwi

ązaną z dotrzymaniem określonych ustaleń. 

 - Jasne. 
 - A wi

ęc? 

 -  Jestem zdania, 

że  nasza  współpraca  mogłaby  się 

rozwijać korzystniej, gdybyśmy się trochę poznali. 

W g

łowie Laury myśli kotłowały się w zawrotnym tempie. 

Cze

mu  Devon  zrobił  się  nagle  taki  miły?  A  może  za  tą 

uprzejmością  krył  się  jakiś  podstęp?  Może  zakładał,  że 

wyciągnie  z  niej  więcej  informacji,  jeśli  będzie  się  do  niej 

zalecał?  Nie  ze  mną  takie  numery,  pomyślała.  Może  jednak 

źle oceniała Devona Courtleya? Może on jest zupełnie inny? 

Musi się tego dowiedzieć. 

 -  Mo

że  ma  pan  rację  -  powiedziała.  -  Na pewno nie 

zaszkodzi jeśli dowiemy się czegoś więcej o sobie. 

 -  Doskonale. Zarezerwowa

łem  dla  nas  stolik  w  małej 

restauracyj

ce z francuską kuchnią w Big Springs. Przyjdę po 

panią za - powiedzmy - godzinę. 

Laurze odj

ęło mowę.  Devon  chyba  nie  wziął  pod  uwagę 

odmowy. Jak można być tak zadufanym w sobie? 

 -  Chwileczk

ę!  Ja  nie  mogę  z  panem  wyjść.  To... 

niemożliwe - zawołała Laura. 

 - Aha, rozumiem. Pani mi jeszcze nie wybaczy

ła. Muszę 

panią przeprosić. - Patrzył na nią z rozbawieniem. 

 - Nie jestem pewna, czy mi w og

óle na tym zależy! 

 -  Prosz

ę  panią  mimo  to  o  wybaczenie.  -  Skłonił  się 

głęboko zamiatając podłogę wyimaginowanym kapeluszem. 

 -  To niczego nie zmienia. Nie mog

ę i nie chcę z panem 

iść  do  lokalu,  ponieważ  jestem  zdania,  że  nie  należy  łączyć 

sfery prywatnej z zawodową. 

background image

 -  Ja te

ż tak uważam i dlatego mogę zaręczyć, że dzisiaj 

wieczorem poświęcimy się tylko sferze prywatnej. - Jego oczy 

wędrowały  bezczelnie  po  całej  Laurze  zatrzymując  się  to  na 

piersiach, to na zaokrąglonych biodrach. 

Obcis

łe  dżinsy,  które  Laura  bardzo  lubiła  z  powodu  ich 

świetnego kroju, wydały jej się teraz po prostu nieprzyzwoite. 

 - W

łaśnie to jest niemożliwe. Nie jestem zainteresowana. 

Ja... jestem już zajęta. 

 -  Ma pani przyjaciela? Nie szkodzi, mo

że go pani wziąć 

ze  sobą.  Założę  się,  że  pozbędziemy  się  go  najpóźniej  przy 
deserze. 

 -  Jestem zar

ęczona  -  krzyknęła  Laura  z  oburzeniem, by 

już  za  chwilę  pożałować  tego  kłamstwa.  Po  co  jej  to  było 
potrzebne? 

 -  Rozumiem  -  Devon patrzy

ł  z  kpiącym  uśmiechem  na 

lewą  dłoń  Laury,  na  której  nie  było  ani  pierścionka,  ani 

obrączki.  -  W  tej  sytuacji  muszę  chyba  zaproponować 

zawodową  kolację.  Pani...  narzeczony  nie  będzie  chyba  miał 
nic przeciwko temu? 

 -  Przypuszczalnie nie, ale ja jestem przeciwna. Jutro 

czeka mnie ci

ężki dzień. Potrzebny mi jest spokój i relaks. 

 - Pani si

ę mnie boi! Prawda, że tak jest? 

 - Ja mia

łabym się pana bać, panie Courtley? Nie wiem, o 

czym pan mówi. I dlaczego miałabym się pana bać?! 

 -  Naprawd

ę  pani  nie  wie?  -  Devon  podszedł  do  Laury i 

ujął  jej  nadgarstek.  -  Może  dlatego,  że  ma  pani  w  mojej 

obecności przyspieszony puls? 

 -  Niech

że  pan  nie  będzie  śmieszny!  Mój  przyspieszony 

puls  jest  tylko  i  wyłącznie  wynikiem  zdenerwowania  z 

powodu  pańskiego  bezwstydnego zachowania. Ale zgoda! 
Udowodni

ę panu, że się pana nie boję i pójdę z panem do tego 

lokalu! 

background image

Devon u

śmiechnął się triumfująco. - Trzeba było od razu 

tak  mówić  -  skinął  głową.  -  Myślę,  że  nie  będzie  to  trwało 

zbyt długo i że on w końcu zaciągnie ją do łóżka. 

Za

śmiał się i wyszedł przez szklane drzwi na dziedziniec. 

Laura sta

ła przez chwilę bez ruchu trawiąc ostatnią aluzję 

do  bohaterki  „Nagiego  pożądania",  która  początkowo 

nienawidziła  pewnego  mężczyzny,  a  później  się  w  nim 

zakochała. 

 -  Och, jak ja nienawidz

ę  tego  typa  -  pomyślała  Laura  i 

poczuła się dziwnie nieswojo. 

background image

Rozdział 5 
Zawini

ęta w ręcznik kąpielowy Laura stała przed otwartą 

szafą  zastanawiając  się,  w  czym  ma  wystąpić  dzisiejszego 
wieczoru. Niepew

nie  zdjęła  z  wieszaka  jedwabną  suknię  w 

kolorze turkusowym. Nawet najbardziej opętani geolodzy nie 

pracują  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  powiedziała  jej 

matka i uparła się, żeby Laura zabrała ze sobą chociaż tę jedną 

suknię. 

Laurze wystarczy

łoby w zupełności kilka par spodni, kilka 

spor

towych  bluzek  i  dwa,  trzy  swetry.  Znała  jednak  na  tyle 

swoją matkę, żeby się nie upierać. Gdy mama wbiła sobie coś 

do  głowy,  lepiej  było  ustąpić.  Dla  świętego  spokoju 

zapakowała więc tę kieckę. 

Ale czy mia

ła  się  ubrać  w  nią  tego  wieczoru?  Zawahała 

się.  Wydała  jej  się  przesadnie  elegancka.  Z  drugiej  strony 

dżinsy lub spodnie ze sztruksu były jeszcze mniej stosowne. 

Za

łożyła  sukienkę,  stanęła  przed  lustrem.  Miękki  jedwab 

szeleścił miło przy każdym ruchu. Zielonkawoniebieskie oczy 

Laury  błyszczały  dziś  bardziej  niż  zwykle.  Suknia,  z 

odważnym dekoltem wąska w biodrach, rozszerzała się dołem 

i kończyła tuż pod kolanami. 

Laura patrzy

ła  z  zadowoleniem  na  swoje  odbicie  w 

lustrze. A może by odwrócić sytuację i pokonać Devona jego 

własną  bronią?  Doskonały  pomysł!  Pokaże  temu 
zadowolonemu z siebie redaktorkowi co potrafi! Rozpali go 

jak należy, a potem... zafunduje mu zimny prysznic. Powinien 

ją potem zostawić raz na zawsze w spokoju. 

Spojrza

ła  na  zegar.  Jeszcze  dwadzieścia  minut.  Trzeba 

zadzwonić  do  rodziców.  Podniosła  słuchawkę  telefonu  i 

nakręciła numer. 

 -  Laura! Nareszcie! Co u ciebie? Bardzo si

ę  o  ciebie 

martwiliśmy - odezwał się z drugiej strony głos matki. - Jeśli 

background image

wierzyć  prasie,  w każdej  chwili  możesz  zostać  pogrzebana 
pod strumieniami lawy, dziecko. 

Laura roze

śmiała  się.  -  Od kiedy wierzysz we wszystko, 

co jest w gazetach? Jak słyszysz, jestem zdrowa i czuję się jak 

ryba w wodzie. Co prawda czasami ziemia się tu kołysze, ale 
nie jest 

tak źle. Dotychczas nikt jeszcze nie odniósł obrażeń. 

 -  Dzi

ęki  Bogu.  Ach,  dziecinko,  jakże  się  cieszę,  że  cię 

słyszę!  Obiecaj  mi  jedno  -  że  nie  będziesz  odgrywała 

bohaterki!  Uciekaj  stamtąd,  jeśli  zacznie  się  robić 
niebezpiecznie! 

 -  Niepotrzebnie si

ę  martwisz,  mamusiu.  Ja  naprawdę  na 

siebie uważam. 

 - Matka nigdy nie przestaje martwi

ć się o swoje dziecko, 

Lauro  -  westchn

ęła  głęboko.  -  Czy  poznałaś  już  jakichś 

interesujących ludzi - spytała niewinnie. 

 - Masz na my

śli mężczyzn... - Laura jęknęła w duchu. 

 - Dobrze wiesz, o czym m

ówię, Lauro. 

 - Mamo, przyjecha

łam tu do pracy... 

 - No, tak, ale masz ju

ż dwadzieścia sześć lat! Najwyższy 

czas, żeby rozejrzeć się za mężem. Nie uważasz? 

 -  Wiesz przecie

ż,  że  mój  zawód  nie  da  się  pogodzić  z 

tradycyjnym ogniskiem domowym. Poza tym wcale nie jestem 

przekonana, że mąż zagwarantuje mi szczęście. 

 - Nie zaczynaj znowu, Lauro. Ja i tak do dzisiaj nie mog

ę 

zrozumieć dlaczego zerwałaś swoje zaręczyny z Jefem. On ci 

przecież mógł dać wszystko. Jako żona lekarza nie miałabyś 

do końca życia finansowych kłopotów, a poza tym... 

 - Mamo, ale to jest moje 

życie! Przepraszam, ale nie dam 

się  nikomu  zaciągnąć  przed  ołtarz  tylko  po  to, żeby  spełniły 

się twoje marzenia! 

 -  Nie chodzi o mnie, zrozum dziecko! Chc

ę  tylko  dla 

ciebie jak 

najlepszej przyszłości! 

background image

 -  Wiem, mamusiu. Ale zostaw to mnie, jestem ju

ż 

dorosła. Matka Laury westchnęła. - Właśnie o tym mówię cały 
czas. 

 - Nie gniewaj si

ę, mamusiu, ale muszę już kończyć. Mam 

jeszcze coś do zrobienia. Pozdrów tatę ode mnie i trzymajcie 

się. Pa, pa. 

 - Laura od

łożyła słuchawkę. 

Nagle przypomnia

ła  sobie  coś.  Powiedziała  przecież 

Devonowi,  że  jest  zaręczona...  Szybko  pobiegła  do  sypialni. 

W  komodzie  znalazła  szkatułkę,  w  której  przechowywała 

zaręczynowy  pierścionek  swojej  babki.  Postanowiła  go 

założyć. Może odstraszy Devona? 

Pukanie do drzwi wyrwa

ło  ją  z  zamyślenia.  Laura 

otworzyła drzwi i ...serce zaczęło jej bić jak oszalałe. Devon 

wyglądał jak z żurnala 

 - ciemnogranatowy garnitur, jedwabna koszula w kolorze 

ko

ści  słoniowej.  W  takiej  oprawie  wyglądał  na  jeszcze 

przystojniejszego. Stali patrząc na siebie w milczeniu, Devon 

też nie mógł oderwać oczu od Laury. 

 - Pani jest prze

śliczna - szepnął po chwili. 

 -  Dzi

ękuję.  Jeszcze  chwileczkę  -  Laura  odchrząknęła.  - 

Proszę wejść do salonu. 

 - Jak widz

ę, dostała pani mój prezent - zauważył patrząc 

na róże. 

 - Ach, te kwiaty s

ą od pana? - wzruszyła ramionami. - Nie 

wpadłabym  na  to.  Co  prawda  była  przy  nich  kartka,  ale  bez 
podpisu. 

 -  Och, prosz

ę  mi  wybaczyć  to  poważne  niedopatrzenie. 

Ale  prawdę  mówiąc,  sądziłem,  że  turkusowa  wstążeczka  na 

kartonie będzie wystarczającą informacją. 

Laura zarumieni

ła  się.  Żeby  to  ukryć,  schyliła  się  po 

wieczorową  torebkę.  Przerzuciła  przez  ramię  narzutkę  i 

powiedziała do Devona: 

background image

 - Mo

żemy już iść. 

 -  Prosz

ę  -  podał  jej  ramię  i  poprowadził  do 

zaparkowanego tuż pod drzwiami mercedesa. 

G

órskie  drogi  były  w  wielu  miejscach  uszkodzone  i 

Devon  musiał  bardzo  uważać.  Laura  obserwowała  go 

ukradkiem. Zastanawiała się, dlaczego właściwie przyjęła jego 
zaproszenie? Czemu po prostu nie 

odmówiła?  No,  trudno, 

musi jakoś przeżyć ten wieczór. 

 -  Jeste

śmy  na  miejscu  -  oznajmił  Devon  zatrzymując 

samochód  przed  skromnym,  otynkowanym  na  biało 

budynkiem. Laura odniosła wrażenie, że jej jedwabna suknia 
nie pasuje do tego miejsca. - 

Czy nie uważa pan, że jestem źle 

ubrana - 

spytała Devona niepewnie. 

Patrzy

ł  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  -  Nie powinna 

mnie  pani  pytać  o  zdanie.  Gdyby  była  pani  ubrana  według 
mojego gustu, to albo  by si

ę pani przeziębiła, albo z miejsca 

by panią zamknięto - uśmiechnął się z rozbawieniem. 

Laura rozgniewa

ła  się  nie  na  żarty.  -  Zdaje  się,  że 

zgodziliśmy  się  co  do  czysto  służbowego  charakteru  tego 
spotkania - 

powiedziała ostrym tonem. 

 -  Niestety  -  Devon z ubolewaniem pokiwa

ł  głową. 

Wysiadł z samochodu, obszedł go i pomógł Laurze wysiąść. 

Przez ci

ężkie  rzeźbione  drzwi  weszli  do  środka  lokalu. 

Laura  wstrzymała  oddech.  Nie,  była  jednak  bardzo  dobrze 

ubrana.  Szczęśliwie  nie  zdecydowała  się  jednak  na  dżinsy! 

Światło  padające  od  niezliczonych  ilości  świec  nadawało 

wnętrzu  bardzo szczególny charakter.  Olbrzymie  malowidła 

ścienne  przedstawiające  uliczne  scenki  z  Paryża  przenosiły 

gości w inny świat. Małe stoliki stały w niszach oddzielonych 

od siebie ścianami zieleni. 

Kierownik sali powita

ł  Laurę  i  Devona  głębokim 

ukłonem.  -  Madame  -  monsieur  Courtley,  jak  to  miło,  że 

zaszczycili  nas  państwo  swoją  obecnością!  Proszę  bardzo.  - 

background image

Poprowadził  ich  do  stolika  blisko  parkietu.  Dwoje  ludzi  w 

czułym uścisku kołysało się na nim w takt muzyki. 

Laura wpatrzona w t

ę  parę  drgnęła,  gdy  Devon  zdjął  jej 

narzutkę z ramion. Przeraziła się. Jak ma przeżyć ten wieczór, 

skoro  najlżejszy  dotyk  tego  mężczyzny  przeszywał  ją 

dreszczem? Usiadła zmieszana do stolika. Devon zajął miejsce 

naprzeciwko.  W  karcie  były  wyłącznie  dania  francuskie. 

Laura spojrzała bezradnie na Devona. - W college'u uczyłam 

się  hiszpańskiego,  jak  to  jest  przyjęte  w  Kalifornii.  Francu-
skiego nie znam w ogóle. 

 - To ja wybior

ę za panią - zaproponował. 

 - Dzi

ękuję - Laura odłożyła kartę na bok. 

 - Farcie d'agneau en croute - powiedzia

ł Devon do kelnera 

płynną  pozbawioną  amerykańskiego  akcentu  francuszczyzną. 
- Pour deux personnes, s'il vous plait. Et pour l'entree Quiche 
lorraine. 

Kelner zanotowa

ł zamówienie i spytał: - Vous desirez un 

dessert? 

 - Oui, nous prenons la Mousse au chocolat. 
 - Merci, monsieur. Kelner sk

łonił się i odszedł. 

 - Prosz

ę nic nie mówić - przerwała Laura Devonowi, gdy 

ten  chciał  wyjaśnić  jej,  co  zamówił.  Niech  to  będzie 

niespodzianką. 

 - O, to mi si

ę podoba! - Devon uniósł w górę kieliszek. - 

Za owocny wieczór - w

zniósł toast. 

Bardzo smakowa

ło im wytrawne białe wino, które kelner 

im polecił. 

 - Doskona

łe - Devon odstawił kieliszek. - A teraz proszę 

mi zdradzić, co panią skłoniło do studiowania geofizyki. 

Laura zastanawia

ła  się  przez  chwilę.  -  Sądzę,  że  zaczęło 

się  od  pewnego  prezentu.  Na  ósme  urodziny  dostałam  od 

wujka  pudełko  pełne  kolorowych  kamyków,  jakie  można 

kupić w każdym sklepie z pamiątkami. Te kamyki opowiadają 

background image

historię  naszej  Ziemi  na  przestrzeni wieków, Lauro, 

powiedział.  One  są  podobne  do  liter  alfabetu. Trzeba tylko 

nauczyć się je czytać. Laura upiła łyk wina. 

 -  Zaciekawi

ły  mnie  jego  słowa  -  opowiadała  dalej.  - 

Zaczęłam znosić do domu stosy kamieni. W niedługim czasie 

pokój mój zamienił się w hałdę, jak nazywała to moja mama - 

roześmiała  się.  -  Biedna  mama,  wolałaby  pewnie,  żebym 

zbierała znaczki. 

 - Z pewno

ścią - zgodził się Devon. - I co działo się dalej? 

Co powiedzieli rodzice na pani plany zawodowe? 

 - Nic. Kobieta wykonuj

ąca męski zawód nie pasowała do 

ich  światopoglądu.  Gdyby  mój  brat  mnie  nie  poparł,  to  kto 

wie,  może  byłabym  dzisiaj  nauczycielką  w  jakiejś  małej 
wiejskiej szkole. Mój brat nota bene wykonuje zawód 

zarezerwowany  dla  innej  płci:  jest  wychowawcą  w 

przedszkolu.  Moi  rodzice  mają  podwójny  orzech  do 
zgryzienia. 

Devon u

śmiechnął  się  wyrozumiale.  -  Dwoje dzieci i 

każde  z  nich  enfant terrible, rzeczywiście,  nie  zazdroszczę 
waszym rodzicom. 

Kelner postawi

ł przed nimi lotaryńskie ciasto cebulowe z 

serem.  Po  pierwszym  kęsie  Laura  spojrzała  na  Devona  z 
zachwytem. - Pyszne - 

orzekła. 

 -  Prosz

ę  poczekać  na  danie  główne.  Szef  kuchni  jest 

prawdziwym  czarodziejem.  Devon  patrzył  na  Laurę  z 

wyraźnym upodobaniem. 

Oczy ich spotka

ły się i Laura, zmieszana, opuściła głowę. 

Na  szczęście  dostali  właśnie  drugie  danie  i  mogli,  milcząc, 

zająć się pieczonym jagnięciem. Smakował wyśmienicie. 

 -  A jak to si

ę  stało,  że  pan  został  dziennikarzem,  panie 

Courtley? 

 -  spyta

ła  Laura  po jakimś  czasie,  gdy  milczenie  stawało 

się zbyt dotkliwe. 

background image

Devon potar

ł brodę dłonią w zamyśleniu. - Jako nastolatek 

spędziłem raz wakacje w Związku Radzieckim. Tam miałem 

okazję 

przekonać 

się, 

jak 

można 

manipulować 

społeczeństwem za pomocą mediów i jak cenne jest prawo do 

wolności prasy. 

 -  I dlatego broni pan tak mocno tej wolno

ści? Czy może 

ma  pan  inne  powody,  żeby  nie  pokazywać  doktorowi 
Hail

eyowi swoich artykułów przed ich wydrukowaniem? 

Devon spowa

żniał. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, 

aby  ustrzec  ludzi  przed  straszliwą  w  skutkach  katastrofą  - 

odparł twardo. 

 - Czy wy naukowcy naprawd

ę nie możecie tego pojąć? - 

zacisnął  usta  tak  mocno,  że  wargi  stały  się  tylko  wąskimi 
kreskami. 

Laura oburzy

ła  się.  -  Czy  naprawdę  pan  sądzi,  że 

bagatelizujemy  niebezpieczeństwo?  Czy  pan  sądzi,  że  dla 

naukowców  życie  ludzkie  nie  jest  najwyższym  dobrem?  - 

Oczy jej zabłysły gniewem. - Mimo to nie będę się wdawać w 

bezpodstawne  spekulacje.  To  byłoby  w  wysokim  stopniu 
nieodpowiedzialne. 

Devon milcza

ł. 

 -  Dlaczego nie chce mnie pan zrozumie

ć?  -  spytała 

łagodniejszym tonem. 

 -  Poniewa

ż  prowadzicie  zbyt  ryzykowną  grę.  Wulkan 

może wybuchnąć w każdej chwili i przynieść śmierć tysiącom 
niewinnych ludzi. 

 -  Jedyn

ą  niebezpieczną  rzeczą  w  tej  chwili  jest 

panikarstwo, które propaguje pan swoim piórem, panie 
Courtley. 

Devon patrzy

ł  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  - 

Obawiam  się,  że  w  tych  warunkach  nie  może  być  mowy  o 
owocne

j  współpracy.  Mimo  najlepszych  chęci  nie  widzę  dla 

nas wspólnej płaszczyzny. 

background image

 - Zgadzam si

ę z panem w zupełności - powiedziała Laura 

chłodno. 

Nagle oczy Devona nabra

ły znowu tego kpiącego wyrazu. 

-  Oczy

wiście,  moglibyśmy  teraz  dyskutować  godzinami  nad 

tym

,  kto  z  nas  ma  rację,  ale  może  rozstrzygniemy  cały 

problem przez taniec - za

proponował. 

 -  Przez taniec?  -  Laura spojrza

ła  na  niego  z 

niedowierzaniem. 

 - Tak, niekt

óre plemiona rozstrzygają spory właśnie w ten 

sposób - poni

ósł się i skłonił przed Laurą. - Czy mogę prosić? 

Zaskoczona Laura da

ła się poprowadzić na parkiet. 

 -  Kto d

łużej  wytrzyma,  temu  przyznaje  się  racje,  o  ile 

wiem. 

 -  Devon obj

ął  Laurę  w  talii  i  przycisnął  do  siebie.  -  A 

więc zaczynamy. 

Laura czu

ła  silną  dłoń  Devona  na  swoich  plecach. 

Wdyc

hała  zapach  jego  wody  po  goleniu  i  wszystko  to 

przeszkadzało jej w zebraniu myśli. Coraz szybciej i szybciej 

wirowali  w  takt  muzyki.  Każde  z  nich  chciało  wygrać  ten 
pojedynek. 

Ta

ńczyli i tańczyli, aż nogi Laury stały się tak ciężkie, że 

przesuwała  je  z  wielkim  trudem.  Ambicja  nie  pozwalała  jej 

jednak  na  okazanie  słabości!.  Nie  chciała  być  świadkiem 
triumfu Devona. 

P

łomyki  migoczących  świec  zakłóciły  jej  pole  widzenia. 

Laurze  zrobiło  się  niedobrze,  miała  zawroty  głowy.  Devon 

jednak  nie  zamierzał  się  poddawać.  Przeciwnie,  chciał  ją 

rzucić na kolana, wyczytała to z jego spojrzenia. 

Laura zamkn

ęła  na  chwilę  oczy.  Musi  wytrwać! 

Mechanicznie  stawiała  stopy,  a  uśmiech  na  jej  wargach 

przypominał raczej grymas. 

Po chwili, kt

óra  zdawała  się  Laurze  wiecznością,  Devon 

zwolnił  tempo.  -  Pat  -  powiedział  ciężko  dysząc.  -  Chyba 

background image

musimy rozstrzyg

nąć  nasz  spór  w  inny  sposób.  Słyszałem 

ostatnio o bardzo inte

resującym  zwyczaju  pewnego 

afrykańskiego plemienia, a mianowicie... - wzrok jego spoczął 

na głębokim dekolcie Laury i przytulił ją mocniej do siebie. 

 -  Ale my nie jeste

śmy  w  buszu  -  Laura  wyrwała  się  z 

objęć Devona. Podeszła pośpiesznie do stolika, wzięła torebkę 

i  narzutkę,  i  z  wysoko  podniesioną  głową  skierowała  się  ku 

wyjściu. Policzki paliły ją żywym ogniem. Mimo maratonu na 

parkiecie czuła się jakoś dziwnie podniecona. 

 -  Dzi

ękuję  za  niezapomniany  wieczór  -  głos  Devona 

zabrzmiał  szorstko.  Doprowadził  Laurę  aż  do  drzwi  i 

poczekał, zanim nie wyjęła kluczy i nie włożyła ich do zamka. 

 -  Dobranoc  -  powiedzia

ła  Laura  z  wysiłkiem.  I  chociaż 

noc była zimna, zrobiło się jej nagle gorąco. 

 -  Dobranoc, Lauro.  -  Devon pochyli

ł  się  nad  nią  i 

pogładził ją delikatnie po policzku, po brodzie, szyi i wreszcie 

wsunął  dłoń  w  zagłębienie  pomiędzy  piersiami.  Laura 

wstrzymała oddech. Serce waliło jej jak oszalałe. Zaschło jej 

w gardle i bezwiednie zwilżyła wargi końcem języka. 

 - 

I prosz

ę  przekazać  narzeczonemu  serdeczne 

pozdrowienia.  -  De  - 

von  cofnął  się  o  krok,  ujął  jej  dłoń  i 

dotknął kciukiem pierścionka. Uśmiechnął się szyderczo. 

Laura drgn

ęła, jakby poraził ją prąd. - Ja... przekażę. - Nie 

patrząc na Devona otworzyła drzwi, weszła do środka i czym 

prędzej się zamknęła. 

Opar

ła się o chłodną ścianę. Przymknęła oczy. Do cholery, 

co się z nią działo. Czy ten facet zawsze będzie robił na niej 

takie  wrażenie?  Co  gorsza,  w  najbliższym  czasie  nie  będzie 

mogła się od niego uwolnić. 

Zdj

ęła  szpilki  na  wysokim  obcasie,  co  przyniosło 

natychmiastową  ulgę  jej  obolałym  stopom  i  potykając  się  w 

ciemnościach poszła boso do swojego pokoju. 

background image

Rozdział 6 
W kuchni pali

ło się światło. Laura usłyszała głosy Ralpha 

i Kate. 

 -  Czy to pani, Lauro?  -  spyta

ła  Kate  słysząc  kroki  w 

przedpokoju. 

 - Dobry wieczór - 

Laura zajrzała do kuchni. 

 - Napije si

ę pani z nami? 

Laura zawaha

ła  się,  wyraźnie  bowiem  wyczuła  jakieś 

na

pięcie między Kate i Ralphem. 

 -  Prosz

ę,  niech  pani  wejdzie  -  Kate  ponagliła 

niezdecydowaną Laurę. 

Laura wesz

ła w końcu i usiadła na wolnym krześle obok 

Kate. 

 - Mia

ła pani jakieś wyjście? - Kate spojrzała z podziwem 

na turkusową suknię z jedwabiu. - Z tym panem od róż? 

Laura zaczerwieni

ła  się.  -  To  było  czysto  służbowe 

spotkanie  - 

mruknęła  szybko,  wiercąc  się  niecierpliwie  na 

krześle. 

 -  Hm  -  Kate u

śmiechnęła się znacząco, a gdy zauważyła 

pier

ścionek na lewej dłoni Laury, uniosła brwi w górę. 

 -  Jestem Laura Nichols  -  zwr

óciła  się  do  Ralpha.  - 

Oficjalnie jeszcze nie poznaliśmy się. 

Ralph wsta

ł, żeby uścisnąć dłoń Laury. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  mogę  wreszcie  poznać  panią  osobiście. 

Jak  słyszę,  pracuje  pani  w  sztabie  doktora  Haileya.  Czy  jest 
pani zadowolona z pracy? 

 -  W

łaściwie spodziewałam się czegoś więcej. Większość 

czasu spędzam za biurkiem, ale nie mogę powiedzieć, że jest 
to nieciekawa praca. 

Jej d

łoń  przepadła  prawie  zupełnie  w  olbrzymiej,  silnej 

łapie Ralpha. Co za osobliwa para, przemknęło Laurze przez 

myśl, ten wielki, barczysty mężczyzna i tak drobna Kate. 

background image

 -  Nie przypuszcza

łem,  że  wśród  geofizyków  znajdę  taki 

uroczy egzemplarz płci pięknej. 

 -  A ja nie przypuszcza

łam,  że  strażnicy  leśni  potrafią 

prawić takie komplementy. - Laura roześmiała się. 

 - No, no, widz

ę, że od razu przypadliście sobie do gustu - 

zauwa

żyła Kate uszczypliwie, patrząc na nich z dezaprobatą. 

Laura dopiero teraz u

świadomiła sobie, że Ralph jeszcze 

nie wypuścił jej dłoni ze swojej. Cofnęła ją z zakłopotaniem. 

Ralph usiadł z powrotem. 

 - Gdzie sp

ędziła pani dzisiejszy wieczór? - spytała Kate. 

 - W Le Petit Chateau. 
Kate gwizdn

ęła  z  podziwem.  -  Najlepsza restauracja w 

okolicy.  I  to  właśnie  tam  zabrał  panią...  kolega  na  służbową 

kolację?  -  spojrzała  sceptycznie  na  suknię  Laury.  Laura 
po

czuła, że znowu się rumieni. 

 - Czy mo

żna tam chociaż dobrze zjeść? - spytał Ralph. - 

Nigdy  nie  wiadomo,  co  kryje  się  za  tymi  cudzoziemskimi 
nazwami. 

Laura podj

ęła z wdzięcznością ten temat. - Powinien pan 

przy najbliższej okazji zaprosić Kate do Le Petit Chateau - na 

pewno będzie się tam państwu bardzo podobało. 

Szybko wypi

ła zawartość swojej szklaneczki. - Naukowcy 

czasami  też  potrzebują  snu,  a  jutro  muszę  wcześnie  rano 

wyjść. - Pożegnała się pospiesznie z Kate i z Ralphem i z ulgą 

wycofała się do siebie. 

W zamy

śleniu spojrzała na pierścionek po babci. A może 

Kate  pomyślała,  że  właśnie  zaręczyła  się  z  Devonem? 

Roześmiała się. No tak, Kate nie mogła przecież wiedzieć, że 

pierścionek  stanowił  ochronę.  Ochronę  przed  kim?  Przed 

Devonem czy przed samą sobą? 

Przera

źliwy  natrętny  dzwonek  wyrwał  Laurę  ze  snu.  Po 

omacku wyłączyła budzik i spuściła nogi z łóżka. 

background image

Gdy wesz

ła do kuchni, Kate siedziała już przy stole pijąc 

poranną  kawę.  Podsunęła  Kate  filiżankę  i  spostrzegła  ze 

zdziwieniem, że Laura nie ma już pierścionka. 

 -  Jak pani widzi przez noc zerwa

łam  zaręczyny  -  Laura 

wzruszyła ramionami. 

 -  A

ż  do  wczorajszego  wieczoru  nie  wiedziałam,  że  jest 

pani zaręczona. 

 - Bo i nie by

łam. 

Kate potrz

ąsnęła  w  milczeniu  głową.  -  Nie bardzo 

rozumiem. 

 - Wierz

ę pani. A ja po prostu chciałam udać przed kimś, 

że mam narzeczonego. 

 - Aha - powiedzia

ła Kate. - A udawała pani zaręczoną, a 

nie  od  razu  mężatkę,  bo  zaręczyny  zawsze  można  zerwać, 

nieprawdaż? 

Tak, tak... Kate szybko wyci

ągnęła  wnioski  z  wyznania 

Laury. 

Laura zaprzeczy

ła  energicznie.  -  Nie,  nie  myli  się  pani. 

Ten  mężczyzna  jest  wstrętnym,  obrzydliwym,  zarozumiałym 
chamem... - 

urwała, bo od tych inwektyw zabrakło jej tchu. - 

W każdym razie nie mam ochoty na dalsze spotkania z nim. 

Milcza

ły obie przez chwilę. - Aha, chciałam przeprosić za 

moje  wczorajsze  wtargnięcie.  Zdaje  się,  że  byłam  piątym 

kołem u wozu.... 

Kate zdziwi

ła  się.  -  Nic podobnego, wcale nam pani nie 

prze

szkodziła. Ralph po prostu znowu mi się oświadczył. 

 -  Co takiego?  -  Laura spojrza

ła  zaskoczona  na  swą 

gospodyn

ię. - A ja myślałam, że państwo się pokłócili. 

 -  Tak bardzo si

ę  pani  nie  pomyliła.  Ten  temat  zawsze 

wywołuje  kłótnie.  Ralph  męczy  mnie  od  miesięcy,  żebym 

została  jego  żoną.  A  ja  odwlekam  i  odwlekam  tę  decyzję.  - 

Kate westchnęła. 

background image

Laura odchrz

ąknęła.  -  Na mnie  Ralph  zrobił  bardzo 

korzystne  wrażenie...  sympatyczny,  przystojny  i  godny 
zaufania - 

powiedziała ostrożnie. 

 -  Bo taki te

ż jest w istocie. I naprawdę bardzo go lubię. 

Gdyby nie ta sprawa z moim mężem... - Kate spuściła głowę. - 

Zaginął. 

Laura g

łośno przełknęła ślinę. - W Wietnamie? - szepnęła. 

Kate skinęła głową. - Tylko przez rok byliśmy małżeństwem. 

A zaginął przed piętnastoma laty. 

 - Wierzy pani w to, 

że on jeszcze żyje? 

 -  Ja wiem. Ale prosz

ę  mnie  nie  pytać,  skąd.  Sama  nie 

umiem sobie tego wyjaśnić. 

 - Pi

ętnaście lat to kawał czasu. 

 -  To ca

ła  wieczność,  jeśli  się  jest  samotnym.  Jeśli  się 

czeka i ma nadzieję. Przez dziesięć lat nie spojrzałam nawet 

na żadnego mężczyznę. Potem poznałam Ralpha. 

 - Kocha go pani? 
Kate zawaha

ła  się.  -  Tak, chyba go kocham. Tylko...  - 

umilkła.  -  Och,  Lauro,  nie  mogę  przecież  zdradzić  mojej 

miłości,  nie  mogę  zdradzić  Briana!  Gdyby  wrócił  któregoś 
dnia do domu... 

 - A je

śli nigdy nie wróci? Kate, znamy się od niedawna i 

wiem, że nie mam prawa wtrącać się do pani spraw, ale czy 

pani nie oszukuje samej siebie? To już raczej niemożliwe, że 

pani mąż do pani kiedykolwiek wróci, a jeśli nawet, to może 

się okazać, że pani go już wcale nie kocha... 

 - Przecie

ż to bzdura! 

 -  Nie Kate, nie, prosz

ę  pozwolić  mi  dokończyć. 

Zakładając, że Brian jeszcze żyje, to nie jest on już przecież 

tym  mężczyzną,  którego  poślubiła  pani  przed  piętnastoma 

laty.  Nie  jest  już  taki,  jakim  zachowała  go  pani  we 

wspomnieniach.  Zmienił  się  -  a  i  pani  nie  jest  już  tą  samą 

background image

Kate,  co  wtedy.  Niech  pani  da  życiu  szansę!  Niech  pani  da 

szansę Ralphowi i sobie samej! 

Laura podnios

ła  się.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  weźmie  mi 

pani za złe tej szczerej rady. 

Kate pokiwa

ła tylko głową w zamyśleniu. Laura wyszła z 

kuchni czując dziwny ucisk w okolicy żołądka. 

 - Dobrze, 

że pani wreszcie przyszła, Lauro - przywitał ją 

doktor  Hailey  przed  wejściem  do  biura.  -  Mam tu straszny 

kocioł.  Obiecałem  burmistrzowi,  że  wezmę  udział  w 

posiedzeniu  Rady  Miejskiej,  ale  jednocześnie  umówiony 

jestem  z  grupą  studentów  geologii  z  Fresno.  Czy  mogłaby 

pani  mnie  zastąpić  i  zrobić  tym  młodym  ludziom  krótki 

wykład?  Kilka  krótkich  informacji,  potem  odpowiedzi  na 
pytania - i to wszystko. 

 - W porz

ądku, panie doktorze, myślę, że sobie poradzę. 

 - Dzi

ękuję, Lauro, spadł mi kamień z serca. 

 -  Drobiazg  -  Laura  skin

ęła głową doktorowi Haileyowi i 

weszła do budynku. 

 -  Czeka ju

ż  na  panią  trzydziestka  studentów  -  zawołała 

portierka, gdy Laura kładła dłoń na klamce. 

Laura przestraszy

ła  się.  -  O  matko,  to  oni  już  są? 

Myślałam,  że  będę  miała  chociaż  parę  minut  na 
przy

gotowanie się. 

 -  Przykro mi. Nie wiedzia

łam,  co  z  nimi  zrobić. 

Przepraszam. 

 - Ju

ż dobrze - Laura odetchnęła głęboko, potem otworzyła 

drzwi  i  weszła  do  pokoju.  Rozmowy  natychmiast  ucichły  i 

wszystkie twarze zwróciły się ku niej. Otwarte, zaciekawione 
twar

ze, niektóre poważne, inne wesołe, a między nimi dobrze 

znane,  ciemne  oczy,  kpiące  spojrzenie.  Devon!  Laura 

osłupiała. Czego szukał tu Devon Courtley? 

Opanowa

ła się szybko i przedstawiła się. - Nazywam się 

Laura  Nichols,  jestem  asystentką  doktora  Haileya.  Mój szef 

background image

jest  niestety  bardzo  zajęty  i  poprosił  mnie  o  zastępstwo.  - 

Utorowała sobie drogę do biurka. - Co pan tu robi? - syknęła 
do Devona po drodze. 

Devon skrzywi

ł się. 

 -  Och, ja jestem wiecznym studentem  -  szepn

ął.  - 

Człowiek uczy się przez całe życie. 

Laura nic nie odpowiedzia

ła.  Stanęła  pod  mapami 

ściennymi, odetchnęła kilka razy głęboko i wyprostowała się. 

Zaczęła wykład. 

 - Jak pa

ństwo wiedzą, Mount Kairo należy do pierścienia 

setek  mniejszych  i  większych  wulkanów  wokół  Oceanu 
Spokojnego - 

do Pierścienia Ognia - wskazówką pokazała ten 

obszar na mapie.  -  Obok niezliczonych nieczynnych 

wulkanów  znamy  około  trzysta  aktywnych. Mount Kairo 

uważany  był  do  niedawna  przez  ekspertów  za  wulkan 

wygasły,  ale  nasze  ostatnie  pomiary  pozostają  w  wyraźnej 
sprzeczno

ści z tą teorią. 

Spojrza

ła przelotnie na Devona. Był wyraźnie zadowolony 

z siebie. Irytowało ją to i złościło jednocześnie. Kontynuowała 

głośno:  -  Płyta  zwana  Juan  -  De  -  Fuca  wsuwa  się  pod 

kontynent. Przemieszcza się o trzy centymetry na rok. Tarcie 
rozgr

zewa masy skalne do tego stopnia, że się topią. Tworzą 

się  przy  tym  olbrzymie  pęcherze  magmy  i  ta  magma  szuka 

ujścia  w  górze  -  popatrzyła  na  zebranych.  -  Gdyby  państwo 

mieli jakieś pytania... 

Jakby tylko na to czekaj

ąc,  Devon  podniósł  natychmiast 

rękę. - A więc Mount Kairo nie jest wygasłym wulkanem. Co 

będzie, gdy się ponownie uaktywni? 

 -  Wybuch jest bardzo ma

ło  prawdopodobny.  -  Laura 

spojrzała na niego gniewnie. 

 - Ale niewykluczony. Co nas czeka w wypadku wybuchu 

wulkanu? - Devon upiera

ł się przy swoim. 

background image

 -  Wi

ęc  -  zaczęła  Laura  niechętnie  -  największym 

niebezpieczeństwem  przy  każdym  wybuchu  wulkanu  jest 

deszcz  popiołu.  Jak  pan  sobie  zapewne  przypomina,  po 

wybuchu  Mount  Saint  Helens  setki  tysięcy  ton  popiołu 

wulkanicznego  spadły  na  oddaloną  o  sto  trzydzieści 

kilometrów Yakimę... 

 -  Przepraszam, panno Nichols  -  przerwa

ł  jej  któryś 

student  z  pierwszego  rzędu  -  ale  może  zostalibyśmy  przy 

naszym konkretnym przypadku. Jak groźny w skutkach byłby 

wybuch  wulkanu  dla  Idle  Springs?  Myślę,  że  teraz  to  jest 
najbard

ziej interesujące. 

 -  No, w

łaśnie  -  potwierdził  Devon  krzyżując  ręce  na 

piersiach i patrząc na Laurę wyzywająco. 

Zacisn

ęła  usta.  Tylko  spokojnie,  nakazała  sobie.  -  Idle 

Springs  leży  co  prawda  poza  zasięgiem  bezpośredniego 

zagrożenia,  ale  uważam,  że  celowa  byłaby  ewakuacja 

miejscowości  w  wypadku  zbliżającej  się  katastrofy.  Drogę 

strumieni lawy można wyliczyć tylko w przybliżeniu. Z kolei 

odległość między kraterem a Idle Springs nie jest dostateczna, 

żeby można było wykluczyć niebezpieczeństwo. 

 -  Jakie skutki b

ędzie  miała  erupcja  dla  całego  stanu 

Kalifornia? 

 - Daleko id

ące zaburzenia ekologiczne. Popiół - zaczęłam 

właśnie  o  tym  mówić  -  pokryłby  grubą  warstwą  ziemię, 

osiadłby  na  drzewach  i  roślinach  i  zadusiłby  je.  Do  tego 

doszłyby niewyobrażalne kłopoty z zaopatrywaniem w wodę. 

Prawdopodobnie nie dałoby się uniknąć wystąpienia epidemii, 
a to z 

kolei wiązałoby się z kłopotami służby zdrowia. - Laura 

mówiła następne pół godziny o skutkach wybuchu wulkanu, a 

potem podziękowała słuchaczom, którzy wyraźnie pobledli w 

czasie jej wykładu. 

Devon odczeka

ł, aż ostatni student zniknął za drzwiami i 

podszedł  do  biurka.  -  Byłaby  z  pani  naprawdę  dobra 

background image

nauczycielka. Szkoda, że rodzice pani nie widzieli. Na pewno 

złagodziłoby to ich żal z powodu nieudanej córki. 

 - Po co pan tu w og

óle przyszedł? - spytała Laura ostro z 

gniewnym błyskiem w oczach. 

Devon uda

ł zdziwienie. - Zbieram materiały do artykułów. 

Doktor Hailey sam zaproponował mi, żebym przyłączył się do 
studentów. 

 -  Skrzywi

ł  się  z  niesmakiem.  -  A  ja  myślałem,  że  nie 

będzie się pani posiadać z radości na mój widok. 

 -  Wyk

ład już się skończył, panie studencie. Proszę mnie 

teraz zostawić samą. Mam mnóstwo pracy. - Usiadła i zaczęła 
demonst

racyjnie przeglądać papiery na biurku. 

Devon nie ruszy

ł  się  z  miejsca.  Nagle  pochylił  się  do 

przodu, schwycił lewą dłoń Laury i przyjrzał się jej uważnie. 

 - Nie nosi ju

ż pani pierścionka? 

Laura zaczerwieni

ła  się.  Próbowała  cofnąć  rękę,  ale 

Devon  trzymał  ją  w  żelaznym  uścisku.  -  Ja... my... 

postanowiliśmy zerwać zaręczyny... - powiedziała cicho. 

 - Wczoraj w nocy? No, no! Czy

żbym ja miał wpływ na tę 

decyzję?  Laura  najchętniej  zapadłaby  się  pod  ziemię.  -  Ależ 

proszę pana, co pan sobie wyobraża! 

Devon pokr

ęcił współczująco głową. - Dobrze, już dobrze, 

po  co  się  zaraz  obrażać?  Spytałem  przecież  tylko.  Muszę 

powiedzieć... 

 - Devon obszed

ł biurko, podniósł Laurę i objął ją w pasie 

...że bardzo się z tego cieszę. Teraz nic i nikt nie przeszkodzi 

nam w zawarciu bliższej znajomości. 

 -  Mnie pan nie pyta o zdanie!  -  Laura zesztywnia

ła.  - 

Tymcza

sem to mój pokój i proszę niezwłocznie go opuścić. 

Devon spojrza

ł na nią z niedowierzaniem. - Wyrzuca mnie 

pani? Poważnie? 

 - 

Owszem! Jest pan najbardziej zarozumia

łym, 

najbardziej zadufanym w sobie, najbezczelniejszym facetem, 

background image

jakiego kiedykolwiek spotka

łam.  Dopiero  co  zerwałam 

zaręczyny,  a  p an  myśli,  że  o d  razu  wd am  się  w  n astępny 

romans? I to z panem? Na jakiej podstawie pan tak sądzi? 

Devon przyci

ągnął  ją  do  siebie.  -  Nie wiem, dlaczego 

rozstała  się  pani  ze  swoim  tajemniczym  narzeczonym,  ale 
wiem, kiedy kobieta jest gotowa... 

 - Doprawdy? - Laura odpycha

ła go z całych sił. Niestety, 

Devon trzymał ją mocno... 

 - Doprawdy. - Jego wargi dotkn

ęły jej ust. 

Laura broni

ła się, jak mogła, ale nie udało jej się wywinąć 

z  jego  objęć.  Pocałował  ją  namiętnie.  Opór  Laury  zelżał. 
Mimo woli zarzuci

ła mu ręce na szyję. Devon zwolnił uścisk, 

pogładził ją po plecach, jego pocałunki stały się delikatniejsze 
i czulsze. 

 - Cholera! - Devon pu

ścił Laurę gwałtownie i cofnął się o 

krok. Laura zatoczyła się na biurko. Spojrzała na Devona ze 
zdziwieniem. 

 -  Halo, czy jest tam kto

ś?!  -  usłyszała  głos  zza  drzwi. 

Ktoś pukał w nie głośno i energicznie. 

 - Prosz

ę! - zawołał Devon szorstko. 

Drzwi otworzy

ły się ostrożnie i ukazał się w nich Ralph. - 

Prze

praszam,  jeśli  przeszkadzam  -  mruknął,  patrząc  z 

zakłopotanym  uśmiechem  na  Laurę  i  Devona.  -  Chciałem 

panią  zaprosić  na  obiad,  Lauro.  To  znaczy,  jeśli  pani 

dysponuje  czasem,  naturalnie.  Pokażę  pani  restaurację 

zupełnie inną od tej, o której mi pani opowiadała wczoraj w 
nocy. 

 - Och - Laura za

śmiała się nerwowo. Zaproszenie Ralpha 

ode

brała  jak  ostatnią  deskę  ratunku  przed  zatonięciem  w 

niewysłowionym  pożądaniu  Devona  Courtleya.  -  Wspaniale. 

Za pięć minut będę gotowa. 

background image

 -  Na pani

ą  mogę  poczekać  nawet  sześć  minut  -  Ralph 

mrugnął do niej porozumiewawczo. Skinął głową Devonowi i 

wyszedł. 

 - Z nim te

ż się jeszcze pani wczoraj spotkała? - w głosie 

Devona  zabrzmiało  pogardliwe  szyderstwo.  -  Podziwiam 

panią! Jest pani bardzo zajętą młodą damą! 

Laura uporz

ądkowała  papiery  na  biurku  nie  patrząc  na 

niego, potem wzięła torebkę i oznajmiła chłodno: - Nie sądzę, 

żebym musiała się przed panem tłumaczyć. 

Devon spojrza

ł na nią gniewnie. - Oczywiście, że nie musi 

pani. Doświadczone kobiety mają swoje zalety - w pewnych 
sytuacjach przynajmniej.  - 

Odwrócił  się  na  pięcie  i 

gwałtownie  wypadł  z  pokoju.  Przez  chwilę  słychać  było 

jeszcze  jego  kroki  na  korytarzu,  a  potem  rozległ  się  trzask 

zamykanych z furią drzwi frontowych. 

Laura roze

śmiała  się  cicho.  Wyprowadzenie  Devona  z 

równowagi  bardzo  jej  poprawiło  humor.  Wyszła  z  biura 

trzymając Ralpha pod ramię. 

background image

Rozdział 7 
Niestety, nie mogli

śmy  odnaleźć  tego  pęknięcia  ziemi, 

które pani widziała na północnej stronie, panno Nichols. - Jim 
Free

man  pochylił  się  nad  mapą,  na  której  Laura  zaznaczyła 

wątpliwe  miejsce.  -  Czy  byłoby  możliwe,  żeby  pani  na 

miejscu sprawdziła nasze obserwacje? 

 -  Czemu nie?  -  odpar

ła  Laura  gorliwie.  Wreszcie  miała 

okazję  wyrwać  się  z  biura.  -  Porozmawiam z doktorem 
Haile

yem. Możemy wyruszyć już jutro. 

 -  Doskonale. Przygotuj

ę,  co  trzeba.  Niech  pani  zabierze 

tylko  swoje  naukowe  wyposażenie,  a  ja  się  zajmę  resztą.  O 

ósmej będzie na panią czekał samochód. 

Nast

ępnego  ranka  Laura  wchodziła  do  biura  w  prawie 

euforycznym nastro

ju. Cieszył ją ten wyjazd. Nareszcie będzie 

mogła  zorientować  się  na  miejscu,  na  ile  poważne  jest 

zagrożenie ze strony wulkanu. A poza tym spędzi cały dzień 

na  świeżym  powietrzu.  To  prawie  jak  urlop!  Otworzyła  z 

rozmachem drzwi. Nagle uśmiech znikł z jej ust. 

 -  Przepraszam. Nie chcia

łem  pani  przestraszyć. -  Devon 

podszedł bliżej i wyciągnął dłoń do Laury. - Dzień dobry. 

 - Dzie

ń dobry - Laura niechętnie podała mu rękę. - Czego 

pan tu znowu szuka, panie Courtley? - 

spytała chłodno. 

 -  No, wie pani, tak mnie pani wita? Czy ju

ż  pani 

zapomniała, że zgodziliśmy się na pokojową współpracę? 

Laura 

ściągnęła brwi. - Może pan przejdzie do rzeczy? 

 -  Chcia

łbym pani przedstawić mój najnowszy artykuł do 

wglądu - machnął ręką w stronę biurka. - Tam go położyłem. 

 -  W porz

ądku.  Przeczytam  go  i  jutro  dostanie  go  pan  z 

powrotem. 

 -  O, nie. Obawiam si

ę,  że  nie  mogę  przystać  na  pani 

propozycję.  Chciałbym,  żeby  przeczytała  pani  ten  tekst 

natychmiast.  Artykuł  ma  się  ukazać  jutro  rano,  muszę  więc 

dzisiaj dostarczyć go do redakcji. 

background image

 -  Nie da rady. Nie mam teraz czasu. Musz

ę pojechać na 

północną stronę i... 

 - Na p

ółnocną stronę? Ale dlaczego? Co będzie tam pani 

robić? - Devon patrzył na nią uważnie. 

 - Nie wiem w

łaściwie, dlaczego miałabym odpowiadać na 

pańskie  pytania,  panie  Courtley.  Cieszyłabym  się 
niewymownie, gdyby wresz

cie zajął się pan swoimi sprawami. 

 -  Pani sprawy s

ą  też  moimi  sprawami,  panno  Nichols. 

Doktor  Hailey  zagwarantował  mi,  że  będę  o  wszystkim 

wyczerpująco  informowany.  W  zamian  za  to  możecie  brać 

pod lupę moje artykuły. Moja droga panno Nichols, odradzam 
pani serdecznie omijanie tej umowy. Niech mnie pani nie 

drażni  niepotrzebnie.  Wie  pani  chyba,  jak  wielki  jest  wpływ 

prasy na kształtowanie opinii publicznej. 

Laura zaczerpn

ęła  powietrza.  -  To...  to  jest  naprawdę... 

szczyt bezczelności. 

 - Taka jest prawda, niezale

żnie od tego, co pani powie na 

ten temat. Wystarczy kilka krytycznych zdań z mojej strony i 

już obcinają wam fundusze. 

 - Czy pan mnie szanta

żuje? 

Devon zmierzy

ł  ją  wzrokiem  od  stóp  do  głów.  -  Nie  - 

odrz

ekł i roześmiał się nagle. - Ja po prostu stwierdzam fakty, 

których nie można zakwestionować. 

 - Naprawd

ę nie rozumiem, co pana tak rozbawiło. 

 -  Pani, Lauro. Naje

żyła  się  pani  tak,  jak  gdyby  zaraz 

miała pani ruszyć do ataku na mnie. 

 - Chyba powinnam to rzeczywi

ście zrobić. 

W odpowiedzi Devon rozpostar

ł  ramiona.  -  Ależ  proszę, 

Lauro, jestem do pani dyspozycji. 

Laura zaczerwieniona a

ż  po  korzonki  włosów,  pochyliła 

się  nad  biurkiem  i  zaczęła  przekładać  papiery.  Milczała 
uporczywie. 

background image

 -  Ale Lauro  -  Devon spowa

żniał.  -  Nie  miałem  zamiaru 

pani  obrazić  i  nie  myślałem  o  żadnym  szantażu.  Ale 

ustaliliśmy przecież zasady współpracy, prawda? Proszę więc 

powiedzieć, co chce pani robić na północnej stronie? 

 -  Zamierzam przeprowadzi

ć  pomiary  termiczne  - 

odpowiedziała Laura nie patrząc na dziennikarza. 

 - Z jakiego

ś określonego powodu? 

 -  Hm. Tak, chyba tak. Wydawa

ło  mi  się,  że  widziałam 

smugę  pary,  gdy  przed  kilkoma  dniami  leciałam  nad  tą 

okolicą. 

 - Ciekawe. - Devon spogl

ądał w zamyśleniu przez okno. - 

Wie pani co? Mam p

ropozycję:  pani  przeczyta  mój  artykuł 

teraz, a ja będę pani towarzyszył w wycieczce w góry. 

Laura drgn

ęła prawie niedostrzegalnie. - Nie! Nie, to jest 

zupełnie nieciekawa sprawa - odmówiła szybko. - Naprawdę, 

nie znajdzie pan tam żadnego materiału do artykułu. 

 -  Czy jest jaki

ś  powód,  dla  którego  odrzuca  pani  moje 

towarzystwo? - 

Devon odwrócił się do Laury. 

 - Oczywi

ście, że nie! Dlaczego miałby być jakiś powód? - 

Głos  Laury  załamał  się  wbrew  jej  woli.  -  Tylko...  może  się 

pomyliłam.  Być  może  nie  znajdziemy niczego w górach... 

Wystarczy, że ja stracę cały dzień. 

 - Decyzj

ę o tym, jak mam spędzać czas, proszę spokojnie 

zostawić mnie. - Devon wskazał ruchem głowy biurko. - Im 

szybciej  pani  zacznie  czytać,  tym  szybciej  będziemy  mogli 

wyruszyć. 

 - Okay! - Laura zirytowana wzi

ęła gęsto zapisane strony i 

zaczęła  czytać.  Wszystkie  akapity  miały  czysto  rzeczowy 
charakter. Niebez

pieczne  były  tylko  podteksty  między 

wierszami,  wnioski,  które  Devon  podsuwał  czytelnikom  nie 

formułując  ich  dosłownie.  Laura  nie  miała  się  do czego 

przyczepić. 

 - No i? 

background image

Wzruszy

ła ramionami i podpisała się pod artykułem. 

 -  Stokrotne dzi

ęki  za  pani  błogosławieństwo.  Możemy 

wobec tego iść. 

 -  Za chwilk

ę.  Pan  niech  już  idzie,  a  ja  muszę  wyjaśnić 

jeszcze pewną sprawę. 

 - Dobrze, poczekam na pani

ą przy wejściu. 

 -  Alfredo?  -  Laura otworzy

ła  drzwi  do  sąsiedniego 

pokoju. 

 -  O sole mio!  -  us

łyszała  piękny  tenor  zamiast 

odpowiedzi. Laura uśmiechnęła się. - Alfredo! 

 - Do us

ług, bella Signorita. 

 - Alfredo, nie mog

ę nigdzie znaleźć danych sejsmicznych 

północnej stronie Mount Kairo. 

 - Nic dziwnego, bo takich danych nie ma. 
 - Czy to mia

ł być dowcip? 

 -  Wcale nie. Nie mo

żemy  przeprowadzić  pomiarów.  Po 

pierwsze dlatego, że leży tam za dużo śniegu, a po drugie cały 

ten obszar jest pod ochroną przyrody. 

 - Dlaczego? 
 -  Indianie nazywaj

ą  go  „Świętą  Ziemią",  czy  jakoś  tak. 

Istnieje tam kilka grot z cudownymi rysunkami naskalnymi, a 

poza  tym  pośrodku  tego  obszaru  znajduje  się  prastary 

cmentarz  indiański.  Nie  dostaniemy  zezwolenia  na  pomiary, 

bo jak wiesz wiążą się one z wybuchami. 

 -  Ale przecie

ż  pilnie  potrzebujemy  danych.  -  Laura 

zmarszczyła czoło wpatrując się w mapę wiszącą na ścianie. - 

Cały ten ogromny areał nie może być przecież pod ochroną. 

 -  Nie, tylko jego dost

ępne  części,  reszta  jest  i  tak 

pogrzeba

na pod wiecznym lodem, więc dla nas nieprzydatna. 

Laura potrz

ąsnęła gniewnie głową. - Jak mamy pracować 

w tych warunkach? 

background image

 - To ju

ż zależy od naszej pomysłowości. Życzę pani wielu 

suk

cesów  na  wycieczce  do  niegościnnej  krainy  „Dziadka 

Mroza" - Alfredo roz

eśmiał się. 

 -  Dzi

ękuję  za  te  serdeczne  życzenia,  przyjacielu. 

Zobaczymy się jutro. - Laura wyszła z pokoju i skierowała się 
na parking. 

Devon sta

ł  niedbale  oparty  o  jasny  wóz  terenowy. 

Pomachał  jej  ręką.  Włosy  błyszczały  mu  w  słońcu.  Jego 
muskularny tors 

rysował  się  wyraźnie  pod  jasnoniebieską 

koszulą,  a  obcisłe  dżinsy  uwypuklały  wąskie  biodra  i  długie 
nogi. 

Serce Laury zabi

ło  żywiej  na  widok  Devona.  Ogarnął  ją 

niewy

tłumaczalny 

niepokój. 

Zwolniła. 

Najchętniej 

odwróciłaby  się  na  pięcie  i  uciekła,  gdzie  pieprz  rośnie. 

Niestety, nie miała wyboru. Jęknęła w duchu na myśl o tym, 

że ma spędzić sama z Devonem cały dzień. 

 -  Gdzie si

ę  pani  podziewała,  Lauro?  -  Devon  spojrzał 

niecierpliwie na zegarek.  -  Jak tak dalej pójdzie, to w ogóle 

nie zdążymy dojechać do tej góry. 

 - Przecie

ż już idę - syknęła Laura cicho. Zacisnęła pięści i 

szła dalej zdecydowanym krokiem. 

background image

Rozdział 8 
Devon w

łączył radio i ustawił je na cały regulator. Walił 

ręką w kierownicę w takt grzmiącej muzyki rockowej. Laura, 

co  prawda  nie  przepadała  za  tego  rodzaju  muzyką,  ale  była 

zadowolona, że nie musi rozmawiać z Devonem. 

Przygl

ądała  mu  się  ukradkiem.  Był  niewątpliwie 

przystojnym mężczyzną. Ale to było coś więcej. W obecności 

Devona robiło jej się zimno i gorąco jednocześnie. Mój Boże, 

jak będzie wyglądała jej praca, gdy on będzie stał blisko niej i 

na nią patrzył. 

Devon przyciszy

ł radio. - Gdzie jedziemy najpierw? . 

Laura ockn

ęła się z zamyślenia. - Słucham? Aha, może do 

Tucker's Treek. Zatrzymamy się tam na dole nad strumieniem. 

Devon kiwn

ął  głową.  Pokonał  właśnie  serię  bardzo 

wąskich  zakrętów  i  całą  swoją  uwagę  skoncentrował  na 
prowadzeniu samo

chodu. Jeep jechał pod spadzistymi skałami 

nad  urwiskiem.  Laura  czasem  zamykała  oczy ze  strachu.  Na 

północnym  zboczu  Devon  skręcił  wreszcie  w  nieutwardzoną 

błotnistą  drogę,  przejechał  przez  most  z  omszałych  bali  i 

zatrzymał samochód na polanie. - Czy to tu? - spytał. 

Laura potakn

ęła skinieniem głowy. Otworzył drzwi. Było 

jej słabo, zbladła jak ściana. Co za szczęście, że nie musiała 

sama prowadzić jeepa. Prędzej jednak odgryzłaby sobie język, 

niż powiedziałaby o tym Devonowi. 

Lodowaty g

órski  wiatr  przejął  ją  dotkliwym  dreszczem. 

Trzęsąc  się  z  zimna  zapięła  kurtkę.  Stopy  jej  ugrzęzły  w 

ciągnącej się mazi z mokrego śniegu i błota. Człapiąc w tym 

mule poszła naprzód, a Devon podążył za nią. 

Laura zatrzyma

ła  się  na  suchej  płycie  skalnej.  Uważnie 

obser

wowała okolicę usiłując dostrzec oznaki pęknięcia ziemi. 

Zauwa

żyła, że Devon robi dokładnie to co ona. Wdzięczna 

była  niebiosom,  że  chwilowo  nie  było  widać  żadnych  smug 

background image

pary.  Tego  jeszcze  tylko  brakowało,  żeby  Devon  zebrał  tu 

materiał do sensacyjnego reportażu! 

Devon stan

ął  tuż  za  nią.  Poczuła  muśnięcie  ciepłego 

oddechu na karku. 

 - Lauro - szepn

ął - niech mi pani powie, czego pani szuka. 

Może  będę  mógł  pani  pomóc. Dwie  pary  oczu  widzą  więcej 

niż jedna. 

Laura spu

ściła głowę w milczeniu. Devon schwycił ją za 

ramiona,  odwrócił  do  siebie  i  podniósł  jej  brodę  do  góry. 

Musiała spojrzeć mu w oczy. - Zawarliśmy przecież umowę. 

Musi wywiązać się pani ze swej części, czy się to pani podoba 

czy nie. Zadałem pytanie i oczekuję odpowiedzi na nie. 

Laura chcia

ła się wyrwać, ale Devon trzymał ją mocno. - 

A więc, czego pani szuka? 

 -  Powiedzia

łam  już  przecież  panu  w  biurze.  Widziałam 

parę wydobywającą się z ziemi. Nie ma w tym jednak żadnej 

sensacji i nie oznacza to jeszcze żadnego niebezpieczeństwa. 

 - Czy mog

ę to zanotować? 

 - Co to znaczy? Chce mnie pan zacytowa

ć? 

 - I narazi

ć się na kpiny czytelników? Dlaczego nie może 

pani w tej swojej małej ślicznej główce zrozumieć, że żądam 
absolutnej szczero

ści?!  Gdyby  to  zjawisko  nie  było 

niepokojące,  czy  byłaby  pani  tutaj?  -  w  głosie  Devona 

brzmiała irytacja. 

 -  A po co to panu? Po to, 

żeby  szerzyć  panikę  wśród 

ludzi, przedstawiając niewielkie pęknięcie ziemi jako niosącą 

zagładę otchłań? 

 - Nigdy bym tak nie zrobi

ł! Mam związane ręce, bo każdy 

z moich artykułów musi przejść przez kontrolę. Niestety! 

 -  A kto mi zagwarantuje, 

że  oryginał  nie  wyląduje  w 

koszu i że pan nie napisze nowego artykułu? 

 -  Kiedy pani wreszcie zrozumie! Nie jestem 

łowcą 

sensacji, chcę tylko dostarczyć opinii publicznej najważniejsze 

background image

informacje, żeby ludzie mogli się odpowiednio przygotować. 

Dlatego proszę nie zbywać mnie półprawdami i nie ogłupiać 

mnie.  W  przeciwnym  razie  zmienię  taktykę  i  zrezygnuję  z 

obłaskawiania  pani  geolog,  a  skoncentruję  się  na  namiętnej 

kobiecie, skrywającej się pod maską nieprzystępności. 

 - Obawiam si

ę, że nic by to panu nie dało, panie Courtley 

odpowiedziała  Laura  gniewnie.  Policzki  paliły  ją  żywym 

ogniem. 

 -  Mam zupe

łnie  inne  zdanie  na  ten  temat  -  Devon 

pogładził Laurę po policzku. - Jeśli bym cię teraz pocałował... 

 - Z ca

łą pewnością pomyślałabym o innym mężczyźnie. 

 -  Aha  -  Devon odchrz

ąknął.  -  Pewnie  o  byłym 

narzeczonym.  Zastanawiam  się  właśnie,  dlaczego  pozwolił 

pani odejść. Jeśli reagowała pani na niego tak jak na mnie, to 

zupełnie go nie rozumiem. 

 -  Teraz ju

ż  wystarczy.  Nie  mam  czasu  ani  ochoty  na 

omawianie z panem moich osobistych spraw. Proponuję, żeby 

ograniczył  się  pan  do  merytorycznej  rozmowy,  albo 

zakończymy natychmiast naszą współpracę! 

 -  Merytoryczna rozmowa to w

łaśnie  to,  o  co  mi  od 

początku chodziło. - Skrzywił się ironicznie. - Skoro i pani się 

do niej przekonała, to może przy okazji odpowie pani od razu 
na moje pytanie. 

Laura zacisn

ęła pięści. - A więc dobrze, jeśli rzeczywiście 

ziemia  pękła  w  kilku  miejscach,  to  jest  to  naprawdę  sygnał 

alarmowy. Ale żebym mogła coś dokładniejszego na ten temat 

powiedzieć, musimy znaleźć to miejsce. 

Poszli w g

órę wąską ścieżką. Oboje rozglądali się bacznie 

na boki. 

 - Widzi pani co

ś niezwykłego? 

 -  Hm... nie widz

ę  żadnych  zwierząt  -  ani ptaków, ani 

kozic. Ani jednego królika czy wiewiórki, od których przecież 

w górach aż się roi. 

background image

 - Czy mo

że to pani jakoś wyjaśnić? 

Laura wzruszy

ła  ramionami.  -  Niech pan spojrzy na 

drzewa i rośliny. Nie wyglądają na specjalnie zdrowe i silne... 

 -  Mog

łaby  to  więc  być  zapowiedź  rychłego  wybuchu 

wulkanu Mount Kairo? 

 -  Pope

łnia  pan  zasadniczy  błąd,  panie  Courtley. 

Wszystko,  co  się  panu  mówi,  dostosowuje  pan  do  swojego 

obrazu  sytuacji.  Uważa  pan,  że  znajdujemy  się  na  tonącym 

okręcie  i  rozpaczliwie  szuka  pan  potwierdzenia  swego 
przypuszczenia. 

 -  A co musia

łoby  się  stać,  żeby  i  pani  opuściła  tonący 

okręt, by się uratować? 

 -  Zostan

ę na stanowisku. Dopiero, gdy wszystkie oznaki 

jedno

znacznie wskażą burzę, udam się w bezpieczne miejsce. 

Devon pokr

ęcił głową. - To znaczy: nigdy. Nie chce pani 

po  prostu  dostrzec  niebezpieczeństwa  -  westchnął  głośno.  - 

Czasami naukowcy są po prostu zbyt mądrzy. Nie polegają już 

na swoim instynkcie, ponieważ nauczyli się posługiwać tylko 

rozumem. To błąd! - odwrócił się i zaczął znowu podchodzić 

pod górę. Wkrótce zniknął za zakrętem. 

Laura patrzy

ła  za  nim  w  zdumieniu.  Co  się  stało? 

Wydawało  jej  się,  że  ujrzała  w  jego  oczach  jakiś  dziwny 

bolesny wyraz. Ale może tylko jej się tak zdawało? Zresztą, 

co ją to miało obchodzić? 

Posz

ła  za  Devonem.  Ten  mężczyzna  zupełnie  mnie  nie 

interesuje,  pomyślała  zaciskając  zęby.  Tylko  że...  jej  myśli 

uporczywie  krążyły  wokół  jego  osoby.  Przypomniała  sobie 

wieczór  w  Le  Petit  Chateaus  migające  światło  świec,  miła 

muzyka,  ręce  Devona  na  jej  plecach,  zapach  jego  wody  po 
goleniu... 

Nagle po

śliznęła  się  na  wilgotnym  mchu.  Przez  ułamek 

sekundy zawisła w powietrzu, po czym opadła na kamieniste 

podłoże. 

background image

Laura nie poczu

ła żadnego bólu, ale strach ją sparaliżował, 

że  nie  była  w  stanie  się  poruszyć.  Leżała  nieruchomo  na 

plecach. W końcu otworzyła oczy i podniosła ostrożnie głowę. 

Wzrok jej padł na mysz polną. Leżała o centymetr od jej ręki. 
Martwa. 

Laura chcia

ła  się  poderwać,  ale  kłujący  ból  nogi  nie 

pozwolił  jej  na  to.  Z  krzykiem  opadła  z  powrotem  na 
kamienie. 

 -  Laura?  -  Silne ramiona obj

ęły ją. - Co się stało ? Czy 

jest pani ranna? 

Laura spojrza

ła  na  niego  z  udręką.  Chciała  coś 

powiedzieć,  ale  nic  nie  chciało  jej  przejść  przez  gardło.  W 

milczeniu oparła głowę na ramieniu Devona. Łzy spływały jej 
po policzkach. 

Devon o nic ju

ż nie pytał, przytulił ją mocniej do siebie i 

kołysał  jak  małe  dziecko.  Mruczał  przy  tym  jakieś 

uspokajające słowa. 

 - Mysz - szepn

ęła Laura szlochając. - Jest martwa. 

 - Mysz? - Devon nie zrozumia

ł. Ale zaraz zobaczył małe 

martwe zwierzątko. 

 -  Mo

że  pan  sprawdzić,  czy  ma  zewnętrzne  obrażenia? 

Laura otarła łzy. Ból w nodze trochę zelżał. 

Devon podni

ósł  mysz  za  ogon  do  góry  i  obejrzał 

dokładnie ze wszystkich stron. - Nie, niczego nie widzę. Jak 
pani m

yśli, co było przyczyną śmierci zwierzątka? 

 - Mo

że opary siarki - Laura wzruszyła ramionami. Ale to 

tylko  przypuszczenie.  Weźmy  najlepiej  tę  mysz  ze  sobą. 

Alfredo  będzie  mógł  ją  zbadać  i  potwierdzić  lub  odrzucić 
moje przypuszczenia. 

 - Dobrze. Zaraz wr

ócę. - Devon poszedł niezwłocznie do 

samochodu. 

Laura spogl

ądała za nim w zamyśleniu. Czy rzeczywiście 

mysz  wdychała  opary  siarki  i  dlatego  zdechła?  Wciągnęła 

background image

głęboko  powietrze  przez  nos.  Nie.  Nie  czuła  tego  tak 

charakterystycznego dla siarki duszącego odoru. Pomasowała 

sobie  kostkę.  Wyjaśnienie  tego,  co  stało  się  z  myszą,  nie 

należało do niej i dopóki nie będzie miała wyników badań, nie 

ma  zamiaru  wdawać  się  w  spekulacje.  Tego  jeszcze  tylko 

brakowało,  żeby  zaczynała  wszystko  widzieć  w  czarnych 
barwach, tak j

ak  Devon.  A  może  to  czarnowidztwo  było 

zaraźliwe? 

Devon wr

ócił szybko. Oparł się plecami o skałę i mruknął: 

Opary  siarki.  To  mogłoby  wyjaśnić,  dlaczego  nie 

spotkaliśmy  tu  żadnej  żywej  istoty.  -  Oparł  nogę  na 

przewróconym  pniu  drzewa,  podparł  się  na  niej  łokciem  i 

spojrzał pytająco na Laurę. - A co na to ekspertka? 

 - Jest to mo

żliwe, ale... 

 -  Tym razem prosz

ę  bez  żadnych  „ale".  Panno  Nichols, 

nadszedł  czas,  żeby  wziąć  pod  uwagę  możliwość  wybuchu 

wulkanu.  Niechże  się  pani  wyrwie  ze  swych  teoretycznych 
roz

ważań. Uważam, że trzeba przejść do działania. 

Laura zadr

żała. Każde z tych sarkastycznych słów bolało 

ją  jak  uderzenie  pejczem.  -  Nie  zamierzam  wyciągać 
przedwczesnych wnios

ków  tylko  dlatego,  że  pan  się 

niecierpliwi - 

odparła ze złością. - Jestem naukowcem i biorę 

pod uwagę każdą możliwość. To mój obowiązek. 

 - Obowi

ązek? Oj, bo padnę ze śmiechu! Szkoda, że mysz 

nie spotkała pani jeszcze za swego życia. Powiedziałaby pani, 

co ma pani zrobić z tym obowiązkiem! 

 - Mysz zdech

ła przypuszczalnie z powodu starości. 

 -  Jasne. Albo na raka p

łuc, albo na zawał serca, albo na 

cukrzycę. Ach, dosyć już tego. Idźmy, panno Nichols. Miała 

pani  rację.  Straciłem  tylko  czas!  -  Nie  spojrzał  nawet  na 

Laurę,  tylko  odwrócił  się  i  pomaszerował  w  kierunku 
samochodu. 

background image

Wybuch Devona najpierw Laur

ę  zaskoczył,  a  potem 

rozgniewał.  Zaklęła  pod  nosem.  Spróbowała  wstać,  ale  z 

okrzykiem bólu opadła z powrotem na skały. 

Devon znalaz

ł  się  przy  niej  błyskawicznie.  -  Noga?  - 

spytał. 

Laura kiwn

ęła głową. - W kostce - jęknęła i rozszlochała 

się znowu. 

Devon dotkn

ął  ostrożnie  opuchniętego  stawu.  Rozwiązał 

sznuro

wadła  i  zdjął  but.  -  Tak lepiej?  -  spytał  z  troską  w 

oczach. 

 - Mo

że być - odparła blada jak ściana Laura. Otarła łzy. 

 - Mia

ła pani szczęście w nieszczęściu. O ile się orientuję, 

to jest 

tylko  zwichnięcie.  Za  kilka  dni  zapomni  pani  o 

wszystkim. Devon wziął ją na ręce i bez trudu zniósł na dół. 

Laura znowu si

ę  rozpłakała,  ale  tym  razem  ze  złości. 

Dlaczego  musiało  ją  to  spotkać?  Nie  chciała  być  zależna  od 

Devona.  Nie  chciała  jego  pomocy.  Nie  chciała  czuć  jego 

bliskości. Nie chciała, żeby jej serce tak mocno biło. Ale nie 

miała wyboru. 

Zacisn

ęła  wargi  i  przeklęła  w  duchu  dzień,  w  którym 

zdecydowała się pojechać do Idle Springs. 

background image

Rozdział 9 
Devon mia

ł  rację.  Po  kilku  dniach  Laura  nie  odczuwała 

już  żadnego  bólu  w  kostce.  Dla  pewności  dała  się  Kate 

namówić,  żeby  poleżeć  przez  jeden  dzień  w  łóżku,  ale 

przymusowa bezczynność bardzo ją denerwowała. Wszystkie 

sprawy załatwiała przez telefon. 

Do pracy zadzwoni

ła  zaraz  po  powrocie,  żeby  się 

podzielić swoimi uwagami. Giovanni zgodził się co do powagi 

sytuacji, oświadczył jednak wyraźnie, że chwilowo nie można 

przeprowadzić  żadnych  pomiarów,  które  pozwoliłyby  na 

wyciągnięcie ostatecznych wniosków. , 

 -  To jest niemo

żliwe.  Pancerz  z  lodu  i  śniegu  jest  po 

p

rostu  za  gruby.  Zanim  wywiercimy  w  nim  wystarczająco 

głęboką dziurę, upłynie cała wieczność. Jeśli oderwie się bryła 

lodu, to zleci po stromym zboczu i nie będziemy mogli temu 

zaradzić.  Oznacza  to,  że  musielibyśmy  cały  ten  obszar 

zagrodzić,  żeby  nie  zagrażać  ludziom.  A  sfinansowanie  tego 

mamuciego przedsięwzięcia? Wie pani chyba, jak skromnymi 

środkami  dysponujemy?  Narobimy  sobie  kłopotów,  jeśli 

zażądamy więcej. 

 -  Nie powinni

śmy  się  tym  w  żadnym  wypadku 

przejmować! Alfredo, pan dobrze wie, o czym mówię! - Laura 

była bliska rozpaczy. 

 - No i jeszcze - ci

ągnął Giovanni - musi pani uwzględnić 

to, że obszar ten jest pod ochroną. A Indianie pilnują bardzo, 

żeby nikt nie wszedł na ich Świętą Ziemię. 

 - 

Żaden  Apacz,  nawet  taki  z  toporem  wojennym,  nie 

odwiódłby mnie od przeprowadzenia koniecznych pomiarów! 

Alfredo,  to  jest  naprawdę  pilna  sprawa.  Niech  pan  spróbuje 

skontaktować  się  z  wodzem Indian, czy z kim pan chce, i 

niech  mu  pan  wytłumaczy,  o  co  nam  chodzi. Potrzebujemy 
tych danych, 

żeby ruszyć z naszą pracą do przodu. 

background image

 -  Dobrze. Ma pani racj

ę.  Spróbuję  coś  zrobić  w  tym 

kierunku. 

 - Mam nadziej

ę, że się panu powiedzie. I, niech mnie pan 

informuje o wszystkim na bieżąco. 

 - Obiecuj

ę. 

 - Dzi

ękuję, Alfredo. 

Od czasu tej rozmowy Alfredo nie zg

łosił  się.  Laura 

stawała się coraz bardziej niespokojna. Złapała za słuchawkę, 

ale  po  krótkim  namyśle  odłożyła  ją  znowu.  Po  co  nękać  go 

telefonami?  Zadzwoni  sam,  gdy  będzie  miał  coś  do 
przekazania. 

Z kuchni dobieg

ły  nagle  dziwne  bulgoczące  dźwięki. 

Laura  zaczęła  nasłuchiwać.  Odgłosy  były  nad  wyraz 

podejrzane.  Laura  wstała  z  łóżka  i  pokuśtykała  do  kuchni. 

Zmywarka  do  naczyń!  Odetchnęła  z  ulgą.  Kate  włączyła  ją, 

zanim wyszła do pracy. 

Laura zajrza

ła  do  lodówki.  Może  zrobić  sobie  spaghetti? 

Czemu nie? W lodówce było wszystko, czego trzeba do sosu: 

mielone mięso, pomidory, cebula. Wzięła grubą deskę i ostry 

nóż z szuflady. Mięso wrzuciła na żeliwną patelnię i w czasie, 

gdy się smażyło, poćwiartowała pomidory i posiekała cebulę. 

Oczy szybko nabiegły jej łzami i zaczęły szczypać. 

Rozleg

ł  się  dzwonek  do  drzwi.  -  Akurat teraz.  -  Laura 

wytarła pospiesznie ręce i poszła otworzyć. Oczy łzawiły jej 

tak, że widziała wszystko jakby zamglone. 

W drzwiach sta

ł Devon. Spojrzał na nią z przestrachem. - 

Co  się  stało?  -  spytał.  -  Czy noga tak bardzo boli?  Może 

zawieźć panią do lekarza? 

Laura chcia

ła  wyjaśnić,  że  nic  jej  już  nie  dolega,  ale 

zamiast tego wydała z siebie jakiś zduszony dźwięk, podobny 
do szlochu. Devon, co

raz  bardziej  przerażony,  złapał  ją  na 

ręce, zaniósł do salonu i posadził na sofie. Laura znalazła w 

kieszeni chusteczkę i wyczyściła nos. 

background image

 -  Nie jest tak, jak pan my

śli, Devonie. Z moją nogą jest 

już  wszystko  w  porządku.  O,  proszę!  -  wyciągnęła  nogę  i 

pokręciła w kostce. - Kroiłam cebulę i stąd te łzy. 

 - Na pewno? - Devon obmaca

ł sceptycznie kostkę. 

 - Ale

ż tak. 

 -  No, to tym lepiej. Przynios

łem  pani  pracę.  Nowy 

artykuł. 

 - Okay. Prosz

ę mi go dać, zaraz go przeczytam. 

 -  To niekonieczne. Tym razem nie spieszy mi si

ę  tak 

bardzo. 

 - Devon podni

ósł głowę. - Czy tam się coś pali? 

 - Mi

ęso! O Boże! - Laura zerwała się i pognała do kuchni, 

nie zważając na nogę. W kuchni było czarno od dymu. Smród 

zwęglonego mięsa zapierał dech. Kaszląc i krztusząc się Laura 

podskoczyła do kuchenki, zerwała z niej patelnię, wrzuciła ją 

do wypełnionego wodą po brzegi zlewu i otworzyła okno na 

oścież. Jeszcze przez chwilę w kuchni syczało, skwierczało i 

dymiło,  w  końcu  wszystko  jakoś  się  uspokoiło.  Laura 

zaczerpnęła świeżego powietrza. 

Nagle spojrza

ła  na  podłogę.  -  O, nie! Jeszcze tego mi 

brakowało!  -  krzyknęła  z  przerażeniem.  Podłogę  wyłożoną 

jasnymi  kafelkami  zalewała  właśnie  spieniona  woda.  Laura 

szybko wyłączyła zmywarkę. Chciało jej się płakać. 

 -  Jak to mo

żliwe,  żeby  jeden  człowiek  narobił  takiego 

bałaganu?! 

 - Devon sta

ł niedbale oparty o framugę drzwi i zaśmiewał 

się do rozpuku. 

Laura rozz

łościła się. - Zamiast wygłaszać głupie uwagi i 

śmiać się nie wiadomo z czego, mógłby pan pomóc! 

 -  Jestem na pani us

ługi,  szanowna  pani  -  Devon  skłonił 

się głęboko, czym jeszcze bardziej zdenerwował Laurę. Devon 

schylił się, zdjął buty i skarpetki i zawinął nogawki spodni aż 
po kolana. 

background image

 - Nie wie pani, czy s

ą w tym domu obcęgi. 

 -  Nie mam poj

ęcia  -  odparła  Laura  zgodnie  z  prawdą.  - 

Zaraz poszukam. 

 - Nie, nie, niech pani poczeka. Przynios

ę je z domu. 

Gdy wyszed

ł, Laura wyszukała wszystkie ręczniki, rzuciła 

je na podłogę w kuchni próbując w ten sposób zebrać nadmiar 
wody. 

 -  Brakuje pani m

ężczyzny  w  domu  -  Devon  zamachał 

triumfująco  skrzyneczką  z  narzędziami.  -  Pani  jest  kobietą, 

która  po  prostu  na  dłuższą  metę  nie  może  obejść  się  bez 

mężczyzny. Przysięgnę, że tak jest. 

 -  Za krzywoprzysi

ęstwo  grozi więzienie.  - Laura  rzuciła 

w niego mokrym ręcznikiem. 

Devon uchyli

ł się zręcznie. - Za uszkodzenie ciała również 

- roze

śmiał się. 

 - Mia

łabym okoliczności łagodzące. 

 - Wyja

śni mi to pani dokładnie, ale później. Teraz muszę 

się zająć tym potopem. - Devon kucnął, wyciągnął wszystko z 
szafki pod zlewem.  - 

Wygląda  na  to,  że  zatkał  się  odpływ. 

Potrzebuję kleszczy. 

 -  Kleszczy? A jak one wygl

ądają?  -  Laura  patrzyła 

niepewnie na narzędzia w skrzyneczce Devona. 

 - Du

że obcęgi z czerwonymi uchwytami. 

 - Prosz

ę - podała mu je. 

 -  Obawiam si

ę,  że  nie  poradzę  sobie  bez  pomocy.  Ktoś 

musi trzymać rurę, gdy będę luzował gwint. 

 -  Okay  -  Laura da

ła kroka nad nogami Devona i uklękła 

przy zlewie. 

 - To na nic. Musi pani si

ę tu do mnie wcisnąć. Inaczej nie 

dam rady. 

Laura przecisn

ęła się bez słowa przez wąski otwór. 

 -  Najlepiej by

łoby,  gdyby  pani  położyła  się  na  plecach. 

Laura posłusznie wykonała polecenie. 

background image

 - Niech pani trzyma kleszcze tak... - Devon wzi

ął jej rękę, 

poprowadził  do  rury  i  pokazał,  jak  i  gdzie  ma  umieścić 
kleszcze. 

 -  Dlaczego nie ma w pani 

życiu  mężczyzny,  Lauro?  - 

spytał mimochodem. 

 - By

ł jeden. - Laura kurczowo trzymała kleszcze. 

 - A dlaczego z nim nie wysz

ło? 

 -  Nie m

ógł  się  pogodzić  z  myślą,  że  jego  żona  będzie 

ciągle podróżować od jednego wulkanu do drugiego. 

 -  Twarde, zimne 

łóżko  kariery  wygrało  z  miękkim, 

ciepłym małżeńskim łożem? 

 - 

Żaden mężczyzna nie potrafi dać z siebie tyle żaru, co 

krater wulkanu. 

 - Naprawd

ę nie, Lauro? - Devon odłożył narzędzia na bok 

i  przyciągnął  Laurę  do  siebie.  Laura  natychmiast  zamknęła 

oczy. Przeszył ją dreszcz podniecenia. Co miała począć? Było 

tak ciasno, że nie mogła nawet marzyć o poruszeniu się. Było 

jej  gorąco,  serce  biło  jak  młotem,  chyba  nawet Devon je 

słyszał. 

 -  Co si

ę  z  panią  dzieje,  Lauro?  -  dobiegło  nagle  do  jej 

uszu czyjeś wołanie. 

Laura drgn

ęła  i  wyrżnęła  głową  w  rurę  odpływową.  - 

Auuu! 

 - krzykn

ęła i łzy same napłynęły jej do oczu. Uwolniła się 

z  objęć  Devona,  wypełzła  z  szafki  i  wyprostowała  się  z 

jękiem.  Zachwiała  się,  przed  oczami  wirowały  jej  koła.  W 

końcu odzyskała ostrość widzenia. 

 - Kate! 
Kate poci

ągnęła  nosem.  -  Co  tu  tak  okropnie  śmierdzi? 

Obejrzała, marszcząc czoło, czarne smugi od dymu na ścianie 

nad  kuchenką,  mokrą  podłogę,  stos  mokrych  ręczników  w 

kącie i zwęglone resztki jedzenia na patelni. Nagle wzrok jej 

padł na nogi Devona wystające spod zlewu. 

background image

Laura odchrz

ąknęła  nerwowo.  -  To moja wina, 

przynajmniej  częściowo.  Zapomniałam  o  patelni  na  kuchni. 

Poza tym przepełniła się zmywarka do naczyń. Bałam się, że 

woda  zaleje  cały  dom.  Ale  niebezpieczeństwo  zostało 

zażegnane. Mamy już kontrolę nad wszystkim. 

 -  A kog

óż  to  mamy  tutaj?  -  Kate  schyliła  się,  żeby 

obejrzeć właściciela nóg. 

 -  Och, to pan Devon Courtley, jeden z pani s

ąsiadów.  - 

Głos Laury zadrżał zdradziecko. 

Devon wysun

ął się z szafki. - Miło mi panią poznać. Laura 

uczęszcza do mnie na skrócony kurs hydrauliki. - Mrugnął do 
Kate porozumiewawczo. 

Laura zaczerwieni

ła  się.  Ten  Devon  nie  opuścił  żadnej 

okazji  żeby  z  niej  nie  zakpić.  Najchętniej  zapadłaby  się  pod 

ziemię. 

 -  Wobec tego nie przeszkadzam pa

ństwu  -  Kate  skinęła 

głową Laurze i Devonowi i wyszła z kuchni. 

Devon wr

ócił  do  przerwanej  pracy,  a  Laura  podążyła  za 

Kate. 

 -  Oj, ale mia

łam  dzień!  -  Kate  opadła  z  rozmachem na 

sofę. 

 - Gromada zwariowanych turyst

ów pomyliła mój sklep ze 

sklepem z pamiątkami. Nieźle mi dali do wiwatu. Zdaje się, że 

wam  trochę  przeszkodziłam,  prawda?  -  Kate  spojrzała  na 

Laurę uważnie. 

 -  Ale

ż  nie!  Oczywiście,  że  nie!  Przeciwnie,  zjawiła  się 

pani w najlepszym momencie - 

chciała wszystko wyjaśnić, ale 

akurat  Devon  zjawił  się  w  drzwiach.  -  Odpływ  znowu 

funkcjonuje  jak  należy  -  spojrzał  Laurze  w  oczy.  - 

Przynajmniej jeden problem ma pani z głowy. 

 -  No, to cudownie!  -  Kate spogl

ądała  ciekawie  to  na 

Laurę,  to  na  Devona.  -  Czy  zna  się  pan  również  na 

elektryczności?  Mam  mianowicie taki problem  -  stale 

background image

przepalaj

ą  mi  się  bezpieczniki.  Czasami  mam  wrażenie,  że 

wszystko jest tutaj pod wysokim napięciem. 

 -  Kate!  -  Laura przerwa

ła  jej  szybko.  -  Nie  możemy 

nadużywać uprzejmości pana Courtleya. 

 - Ma pani racj

ę. - Kate wyciągnęła rękę do Devona. - W 

każdym razie dziękuję za pomoc, panie Caurtley. 

 -  Ca

ła przyjemność po mojej stronie - Devon skłonił się 

głęboko. 

 -  Tak, ja te

ż  chciałam  podziękować  za  pomoc.  -  Laura 

wyszła  do  przedpokoju,  otworzyła  drzwi  frontowe  i 

powiedziała: - Do widzenia. 

 - Tak, tak, wysokie napi

ęcie - mruknął Devon. - Czy pani 

też ma z tym kłopoty? Mógłbym pani pomóc w obniżeniu tego 

napięcia. 

 -  Nie, dzi

ękuję, sama sobie poradzę. Do widzenia, panie 

Courtley.  - 

Zamknęła  z  trzaskiem  drzwi  za  nim.  Na  chwilę 

zamknęła oczy i niechętnie wróciła do salonu. 

 - O rany, jaki przystojny i sympatyczny facet! Czy to nie 

jest przypadkiem ten hojny kawaler od r

óż? 

 - Przypadkiem jest - Laura skrzywi

ła się. 

 - Czy to wszystko, co mo

że pani o nim powiedzieć? 

 -  No... jest dziennikarzem. Czasem wsp

ółpracujemy  ze 

sobą. Więcej nic o nim nie wiem. 

 -  Straszna szkoda  -  Kate westchn

ęła  teatralnie.  -  Jak 

noga? 

 -  Wszystko w porz

ądku.  Już  mnie  w  ogóle  nie  boli. 

Ni

edługo będę mogła tańczyć sambę. 

 - No, no, lepiej niech si

ę pani jeszcze z tym wstrzyma. - 

Kate  roześmiała  się.  -  Ale  cieszę  się,  że już  jest  dobrze  z  tą 

nogą. Ja dzisiaj jestem zupełnie rozbita. Pójdę chyba od razu 

do łóżka. 

 - Pewnie, 

że tak. Ja muszę tu jeszcze popracować. 

background image

Kate wsta

ła  i  poszła  do  swojej  sypialni,  Laura  zaś, 

wzdychając  po  drodze,  udała  się  do  kuchni.  Zabrała  się  do 

usuwania skutków swego zapomnienia i zalania kuchni. Myśli 

jej powędrowały znowu do Devona Courtleya. Co by się stało, 
gdyby 

Kate  nie  nadeszła  w  porę?  Zaschło  jej  w  gardle. 

Odłożyła  ścierki  na  bok  i  wróciła  do  salonu.  Na  stole  leżała 

koperta z artykułem Devona. Wyjęła go i zaczęła czytać. 

Po pierwszym akapicie przerwa

ła  lekturę  i  wróciła  do 

początku  tekstu.  Nie  mogła  się  zupełnie  skoncentrować.  Co 

ten  mężczyzna  z  nią  wyprawiał?  Co  w  nim  było  takiego,  że 

ciągle musiała o nim myśleć? Nic! Ze złością rzuciła artykuł 

na stół. 

Nagle zacz

ęła nasłuchiwać. Usłyszała drapanie do drzwi i 

ciche  miauczenie.  Laura  podeszła  do  drzwi  i  otworzyła  je.  - 

No,  chodź  już!  -  zawołała.  -  Dzisiaj  musisz  się  zadowolić 

moją skromną osobą, bo twoja pani poszła już spać. Chodź! 

 -  Ale

ż  chętnie.  -  Jakiś  cień  oderwał  się  od  ściany.  - 

Wygląda na to, że dzisiaj nie będzie pani musiała zbyt długo 

szukać swej Miłości. 

 -  Devon wszed

ł  w  krąg  światła  i  Laura  zobaczyła,  że 

trzyma w ramionach kotkę. 

 -  Pan jest, widz

ę,  wszechstronnie  utalentowany!  Pana 

nieodpar

temu  urokowi  nie  mogą  się  nawet  oprzeć  koty  z 

sąsiedztwa! 

 -  Jestem specjalist

ą,  jeżeli  chodzi  o  koty  -  zwłaszcza 

dzikie koty. 

 -  Pochyli

ł  się  i  postawił  Miłość  na  ziemi.  Kotka 

pomaszerowała do domu. 

 - Woda dobrze sp

ływa? 

 - Prosz

ę? Jaka woda? 

 - W odp

ływie - w zlewozmywaku. 

 - Aha. Tak, wszystko w porz

ądku. 

 - Lauro - Devon szuka

ł jej wzroku. 

background image

 - Powiedzia

łam już panu „Dobranoc", panie Courtley! 

 - Dlaczego jest pani zawsze taka odpychaj

ąca? - podszedł 

bliżej i wziął ją w ramiona. 

 -  Ja...  -  Laura po

łożyła  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Nie 

wiem - szepn

ęła. 

 - Och, Lauro. - Pog

ładził ją po włosach. - Spójrz na mnie 

- poprosi

ł cicho. 

Laura podnios

ła głowę. Spojrzenia ich spotkały się. Devon 

pochylił się tak nisko, że wargi ich prawie dotknęły się. Laura 

bała się odetchnąć. Pocałował ją, delikatnie i czule. 

Laura j

ęknęła cicho. Podniosła ramiona i zarzuciła mu je 

na szy

ję.  Przytuliła  się  do  Devona  całym  ciałem.  Nagle 

przestała  jej  wystarczać  delikatność  Devona.  Chciała  czegoś 

więcej. Odwzajemniła pocałunek Devona. 

Devon przyci

ągnął ją jeszcze bardziej do siebie. Pocałunki 

jego  stały  się  bardziej  namiętne.  Gładził  jej  plecy, biodra, 

talię. 

Laur

ę  ogarnęło  gorące  pożądanie.  Gdy  Devon  wsunął 

dłonie pod jej bluzkę, krzyknęła z pragnienia, żeby przeżyć z 

nim coś wspaniałego. 

Devon dotkn

ął  jej  piersi.  Ujął  je  w  dłonie  i  masował 

delikatnie. 

 -  Lauro, Lauro  -  szepn

ął  -  tak bardzo  cię  pragnę.  Chcę 

ciebie...  Sięgnął  po  klamkę  i  zamknął  cicho  drzwi.  Wziął 

potem  Laurę  za  rękę  i  poprowadził  wąską  dróżką  do  domu 
naprzeciwko. 

Laura sz

ła za nim jak w transie. Lekki wietrzyk rozwiewał 

jej włosy, ręka Devona była silna i ciepła. Było tak pięknie... 

Nagle zatrzyma

ła się. Właśnie: było zbyt pięknie. Coś tu 

się nie zgadzało. Uświadomiła sobie, co nastąpi za chwilę w 

sypialni  Devona.  Czy  nie  działała  zbyt  pochopnie?  Seks  bez 

miłości? Ta noc ma tylko zaspokoić jej ciało? Bo o uczuciach 

między nimi nigdy nie było mowy. 

background image

 -  Nie! -  krzykn

ęła i wyrwała się Devonowi. - Nie mogę! 

Devon spojrzał na nią zaskoczony. - Dlaczego nie? Milczała, 

nie patrząc na niego. Tak bardzo chciała iść z nim do łóżka! 
Ale co potem?  - 

Ich związek nie miał żadnej przyszłości. Po 

co sprawiać sobie ból? Lepiej skończyć to wszystko, zanim się 
zacznie na dobre. 

 -  Obawiam si

ę,  że  jestem  trochę  staroświecka  - 

powiedziała wreszcie zmienionym głosem. - Nie mogę pójść 

do łóżka z kimś, kogo nie kocham. 

 -  Je

żeli  to  tylko  to...  Czemu  nie  możesz  się  we  mnie 

natychmiast zakochać? 

 - W og

óle nie jest pan zarozumiały, prawda? 

Devon roze

śmiał  się.  -  Ani  trochę!  To  ja  jestem  właśnie 

tym mężczyzną, na którego czekałaś całe życie. 

 -  Pan?! Akurat pan, panie Courtley?! Uwa

ża  się  pan  za 

mój ideał? 

 -  Laura pokr

ęciła  z  niedowierzaniem  głową.  -  Pan 

naprawdę ma zbyt wygórowane mniemanie o sobie. 

 -  A kto koryguje wszystkie moje artyku

ły?  Kto  ma 

ostatnie  słowo  przed  każdą  publikacją?  Czy  pozwoliłbym 

sobie na taką ingerencję w moją pracę, gdybym był taki, jak 
mówisz? 

 -  Powoli. Po prostu nie ma pan wyboru, bo taka by

ła 

umowa. 

 -  Laura obrzuci

ła  Devona  gniewnym  wzrokiem.  -  Pan 

sprzedałby  własną  babkę,  żeby  mieć  materiał  do  reportażu, 
prawda? I gdyby pan rzeczywi

ście chciał się ze mną przespać, 

to nie cofn

ąłby  się  pan  przed  oświadczynami,  żeby  tylko 

zaciągnąć mnie do łóżka. Mam rację? 

 - Czy to oznacza, 

że pani przyjęłaby moje oświadczyny? 

 - Nie, to zupe

łnie tego nie oznacza! - Laura odwróciła się 

na  pięcie  i  potykając  się  w  ciemnym  ogrodzie,  pobiegła  do 
domu. 

background image

 -  Nie chcesz si

ę dowiedzieć, czy naprawdę stosuję takie 

metody? 

 -  Niech pan sobie nie zadaje tyle trudu  -  odkrzykn

ęła 

Laura.  Wbiegła  po  schodkach,  otworzyła  drzwi  i  wpadła  do 

domu. Chciała jak najszybciej zamknąć się w swoim pokoju.. 

W sypialni rzuci

ła się na łóżko. - Devon... - rozszlochała 

się. 

background image

Rozdział 10 
 - Niech

że pani coś powie, Lauro. Co się z panią dzieje? - 

Kate była wyraźnie zaniepokojona. 

 - Dlaczego pani pyta? 
 -  Widzia

ła  się  pani  dzisiaj  w  lustrze?  Wygląda  pani  jak 

widmo. Pewnie pani pr

zez całą noc nie zmrużyła oka, zgadza 

się? 

 -  Ka

żdemu może się to zdarzyć - Laura spokojnie napiła 

się kawy. Gorący napój dobrze jej zrobił. 

 -  Pewnie. Ale wiem z do

świadczenia,  że  bezsenność  u 

młodych i zdrowych ludzi musi mieć jakąś przyczynę. 

 - Naprawd

ę? 

 -  Naprawd

ę.  I...  jestem  przyzwyczajona  nazywać  rzeczy 

po imie

niu. Jest pani zakochana po uszy, Lauro! Zadurzyła się 

pani na zabój w tym przystojnym hydrauliku  -  amatorze. To 

nasz  sąsiad,  pan  Devlin  Courtley  jest  przyczyną  pani 
bezsennej nocy. 

 -  Devon  Courtley  -  poprawi

ła  ją  Laura.  -  Jak  już 

wspomniałam,  spotykamy  się  czasami  na  gruncie 
zawodowym. I to wszystko. 

 - Szkoda. Byliby

ście idealną parą. 

Laura poczu

ła, że się czerwieni. - Muszę jeszcze przejrzeć 

wyniki  badań  laboratoryjnych.  Przepraszam  -  Laura 

pospiesznie wycofała się do swego pokoju. 

Ona mia

ła być zakochana w Devonie Courtleyu! Cóż to za 

absurdalny pomysł! Laura roześmiała się w głos. 

Mi

łość była luksusem w jej sytuacji. Luksusem, na który 

nie  mogła  sobie  pozwolić.  Raz  tylko  odważyła  się  pójść  za 

głosem uczucia, ale jej marzenia prysły szybko niczym bańka 

mydlana. Harmonia w życiu małżeńskim i w pracy zawodowej 

okazała się niemożliwa. 

background image

Niemniej jednak my

ślała o Devonie stale. Starała się zająć 

myśli  czym  innym,  ale  bez  rezultatu.  A  może  Kate  miała 

rację? 

Nie, to niemo

żliwe!  Nie  mogła  się  przecież  zakochać  w 

takim człowieku, jak Devon Courtley. 

Tak

że tej nocy nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku 

na  bok.  Godziny  mijały,  sen  nie  przychodził.  Obraz  Devona 

pojawiał się przed nią, gdy tylko zamknęła oczy. Jego gesty, 

zapach, głos... Jak cudownie czuła się w jego ramionach... 

Gdzie

ś nad ranem Laura skapitulowała. Musiała przyznać 

przed  samą  sobą,  że  kochała  Devona  i  przyjąć tę  straszną,  a 

jednocześnie słodką prawdę do wiadomości. 

Laura nie widzia

ła  Devona  od  kilku  dni  i  była  coraz 

bardziej  zaniepokojona.  Kilka  razy  usiłowała  pod  jakimś 
pretekstem za

dzwonić  do  niego,  ale  odkładała  za  każdym 

razem  słuchawkę  ze  strachu,  że  może  odkryć  prawdziwy 

powód jej telefonów. Nie, nie zniosłaby kpiny w jego głosie. 

Kate przygl

ądała się jej bacznie każdego ranka, gdy blada 

z niewy

spania  i  z  podkrążonymi  oczami  pojawiała  się  w 

kuchni. 

Ka

żdego  wieczoru  kładła  się  zmęczona  i  wyczerpana  do 

łóżka  i  zawsze  miała  kłopoty  z  zaśnięciem.  Tak  było  i  tym 

razem. Wstała i wyjrzała przez okno na ciemny dom Devona. 

Długo  wpatrywała  się  w  ciemny  prostokąt,  aż  w  końcu 

zmarzła  tak,  że  musiała  wrócić  do  łóżka.  Zapadła  w 

niespokojną drzemkę. 

Nagle 

łóżko zatrzęsło się. Laura przeraziła się. Rozległ się 

głuchy  grzmot.  O  Boże,  trzęsienie  ziemi!  -  pomyślała.  A 
Alfredo na pewno wy

ruszył już z kilkoma ludźmi na północną 

stronę,  żeby  zainstalować  tam  stację  obserwacyjną.  Mogą 

znaleźć  się  w  niebezpieczeństwie.  Po  pierwszym  wstrząsie 

nastąpił drugi, słabszy, a potem nic się już nie działo. 

background image

Laura spojrza

ła  na  zegarek.  Już  po  piątej.  Właściwie  nie 

opłacało się już kłaść do łóżka. Ubrała się i wyszła z pokoju. 

Kotka Kate wyskoczy

ła naprzeciw. Zaczęła się ocierać o 

jej  nogi.  - 

No  co,  kociaczku?  Przestraszyłaś  się,  prawda?  - 

Laura pogłaskała Miłość i otworzyła drzwi, żeby ją wypuścić 
na dwór. Ale kotka 

cofnęła  się.  Najwyraźniej  nie  miała 

zamiaru  wychodzić  z  domu.  Wydawała  z  siebie  natomiast 

przeraźliwe miauczenie. 

Laura zamkn

ęła wobec tego drzwi. Nagle zrobiło się tak, 

jakby w dom uderzył jakiś silny cios. Podłoga podniosła się. 

Mury  zadrżały,  rozdzwoniły  się  szyby  w  oknach.  Laura 

zachwiała się, straciła równowagę i upadła bokiem na drzwi. 

 -  O Bo

że,  wulkan  -  na  korytarzu  pojawiła  się  Kate  w 

nocnej koszuli. 

Laura podnios

ła się z jękiem. Nasłuchiwała przez chwilę. - 

Chyba już jest po wszystkim - powiedziała drżącym głosem. 

Wyobra

żam  sobie,  jak  wygląda  mój  sklep.  -  Nie 

przepadam za tymi wstrząsami. Są dość nieprzyjemne. A tak 

mi się dobrze spało! 

Laura pojecha

ła  szybko  do  biura.  We  wszystkich 

pomieszcze

niach  i  w  stacjach  pomiarowych  panował 

ożywiony ruch. Sieć telefoniczna była wyraźnie przeciążona, 

terkotały  dalekopisy,  podwładni  doktora  Haileya  mieli  ręce 

pełne roboty. Spadł na nich grad pytań, poleceń i informacji. 

Laura spieszy

ła przez korytarz, na którym zgromadzili się 

dzien

nikarze  ze  wszystkich  mediów.  W  końcu  dotarła  do 

swego pokoju. Natychmiast rzuciła się do krótkofalówki, żeby 

nawiązać kontakt z Giovannim. Odbierała jednak tylko szumy 
i trzaski. Po bezowoc

nych próbach dała spokój. 

Wprowadzi

ła  najnowsze  dane  do  komputera  i  poczekała 

trochę.  Po  kilku  chwilach  komputer  zlokalizował  centra 

wstrząsów i podał dokładne wartości w skali Richtera. Laura 

sprawdziła jeszcze kilka informacji. Tak jak się spodziewała, 

background image

centrum  wstrząsów  znajdowało  się  tuż  pod  powierzchnią 

ziemi.  Czyżby  magma  od  dawna  była  wyżej  niż  zakładano? 

Zestawiła  jeszcze  raz  wyniki  wszystkich  pomiarów.  Była 

poważnie zaniepokojona. 

Nast

ępna  próba  skontaktowania  się  z  Giovannim  znowu 

się  nie  powiodła.  Silne  zakłócenia  atmosferyczne 
uniem

ożliwiały nawiązanie łączności. 

 -  Lauro?  -  doktor Hailey wetkn

ął  głowę  przez  drzwi.  - 

Prasa czeka niecierpliwie na pierwszy komentarz. Może pani 

się tym zająć? 

 -  Natychmiast  -  Laura wy

łączyła  komputer  i  poszła  za 

doktorem  Haileyem  do  zatłoczonego  holu.  W  krótkich, 

jasnych  słowach  przedstawiła  nową  sytuację.  Odpowiedziała 

cierpliwie  na  wszystkie  pytania  dziennikarzy.  W  końcu 

rozbolało  ją  gardło,  głos  jej  zachrypł  i  musiała  poprosić  o 

przerwę. Uciekła do swego spokojnego pokoju. 

Ponownie pr

óbowała nawiązać kontakt z zaginionymi. Nic 

z tego! Walnęła pięścią w stół. Dlaczego ten głupi Alfredo się 

nie zgłasza?! Zdaje chyba sobie sprawę z powagi sytuacji! 

 -  Gdzie jest doktor Hailey? Musz

ę  z  nim  natychmiast 

poroz

mawiać!  -  Do  pokoju  wszedł  krępy,  przysadzisty 

m

ężczyzna o okrągłej mięsistej twarzy. - Stratton - przedstawił 

się. - Burmistrz Idle Springs. 

 - Wielk

ą kraciastą chustką otarł sobie pot z czoła. 

 -  Dzisiaj po po

łudniu  będę  miał  wizytę  kilku  ważnych 

panów,  menadżerów  pewnej  potężnej  firmy,  która  zamierza 

zbudować kompleks rekreacyjny w naszym mieście. Co mam 

tym  panom  powiedzieć,  jak  mam  z  nimi  rozmawiać?  Może 

pani mi coś poradzi? Mogłaby im pani powiedzieć, że sytuacja 

wcale nie wygląda tak tragicznie? Chodzi o duże pieniądze dla 
nas. 

background image

 - Niestety, nie, panie Stratton - odpar

ła Laura spokojnie. - 

W  tej  chwili  nikt  nie  będzie  w  stanie  prognozować  rozwoju 

sytuacji. My także nie. 

 - 

Żałuje pani, że nie można przewidzieć rozwoju sytuacji? 

To  ja  pani  powiem,  jak  się  ta  sytuacja  rozwinie?  Nijak!  Nie 

wydarzy  się  nic,  ale  to  zupełnie  nic.  Wszystko  zostanie  tak, 

jak  było.  Trzęsienia  ziemi  były  tu  zawsze  i  to  na  długo 

przedtem, zanim się tu zagnieździli naukowcy. Kilka szyb na 

straty  i  nic  więcej.  Może  kilka  konserw  zleciało  z  półek  w 
supermarkecie... Ale to wszystk

o. Ludzie kwitowali trzęsienia 

wzruszeniem ramion. Stały się dla nich chlebem powszednim. 

Burmistrz znowu otar

ł  chustką  pot  z  czoła.  -  A teraz 

pojawiliście się wy - naukowcy i wpędzacie nas wszystkich w 

gospodarczą ruinę. Tak to wygląda! Proszę was - co tam - ja 

żądam, żebyście się stąd wynieśli! 

Laura patrzy

ła na niego zupełnie oszołomiona. Brakowało 

jej słów. 

 - Panie burmistrzu - zacz

ęła po chwili. Chciałabym trochę 

skorygo

wać pańską wypowiedź. To nie naukowcy pogorszyli 

sytuację. Dążenie do gospodarczego zrujnowania Idle Springs 

jest  nam  też  najzupełniej  obce.  Wulkan  stanowi  stałe 

zagrożenie, chyba pan w to nie wątpi. 

I tego niebezpiecze

ństwa  nie  można  zignorować.  Po 

prostu nie można chować głowy w piasek. - Laura wytrzymała 

groźne  spojrzenie  burmistrza.  -  Możliwe,  że  pańskie  miasto 

będzie miało szczęście, możliwe, że wulkan nie wybuchnie za 

naszego życia. Ale nikt panu nie da na to gwarancji. Dlatego, 

zamiast  nam  wymyślać,  powinien  pan  udzielić 

wszechstronnego  poparcia.  Leży  to  w  końcu  w  pańskim 
interesie. 

 -  W moim interesie? To bezsensowne trwonienie 

pieni

ędzy podatników? Ha, myśli pani, że dam się zaprzęgnąć 

do  pani  brudnego  wozu?  Może  jeszcze  mam  wręczyć  pani 

background image

wiadro, żeby mogła pani bez żenady doić naszych obywateli? 

O nie, droga pani! Już ja się postaram, żeby przykręcono wam 

kurek. Nie będziecie tu siali zamętu, przeklęci besserwisserzy! 

Przysięgam! - Odwrócił się do wyjścia. - A pani radzę, żeby 

się pani schowała do mysiej dziury przed słusznym gniewem 
naszych ludzi. - 

Wyszedł trzaskając za sobą drzwiami. 

Laura bez namys

łu  wyskoczyła  za  nim  na  korytarz.  - 

Kiedy miasto zasypane zostanie tonami gorącego popiołu, nie 
znajdzie pan z pewno

ścią dziury na tyle dużej, żeby się w niej 

zmieściła pańska głupota! - wrzasnęła za nim na cały głos. 

Umilk

ły  wszystkie  rozmowy.  Wszystkie  twarze  zwróciły 

się  ku  Laurze.  Znalazła  się  pod  ostrzałem  zaciekawionych, 

przestraszonych i rozbawionych oczu. Laura spuściła głowę i 

szybko wróciła do swego pokoju. 

Co j

ą pchnęło do tego niemądrego wybuchu? Ona, Laura 

Nichols po

zwoliła  sobie  zwymyślać  burmistrza  miasta!  Co 

powie  na  to  doktor  Hailey?  Czy  nie  powinna  przedstawić 
swego stanowiska bardziej naukowo? Czy to nie pod 

wpływem  Devona  wypowiedziała  w  zdenerwowaniu to, co 

naprawdę myśli? 

W kr

ótkofalówce  odezwał  się  głośny  trzask.  -  Tu mówi 

Alfredo Giovanni - 

usłyszała. - Czy ktoś mnie słyszy? 

Laura z

łapała mikrofon. - Alfredo, tu Laura. Odbiór. 

Trzaski w aparacie sta

ły się bardzo głośne i Laura zlękła 

się  już,  że  łączność  zostanie  znowu  zerwana,  ale  w  końcu 

wyłapała jakieś niewyraźne słowa: kłopoty, lawina, wypadek. 

Nic więcej nie udało jej się zrozumieć z powodu zakłóceń. 

Laur

ę  ogarnęło  paniczne  przerażenie.  -  Alfredo!  - 

krzyknęła  w  mikrofon.  -  Czy  ktoś  jest  ranny?  Słyszy  mnie 
pan? 

Ale nikt si

ę już nie odezwał. 

Laura zaalarmowa

ła  natychmiast  doktora  Haileya,  który 

przedsięwziął nieodzowne środki. Wysłano ekipę ratowników 

background image

z  lekarzem.  Jeden  landrover,  przekształcony  w  karetkę 

pogotowia,  wiózł  krew,  materiały  opatrunkowe  i  rozmaite 

płyny  infuzyjne,  w  innym  jechały  napoje,  żywność,  koce  i 
namioty. 

Laura przygl

ądała  się  jak  ogłuszona  przygotowaniom 

członków  ekipy  ratowniczej.  Nawet,  gdy  samochody 

odjechały, stała bez ruchu odprowadzając je wzrokiem, dopóki 

nie zniknęły za zakrętem drogi. 

 -  Zostanie pani tu na stanowisku.  -  Doktor  Hailey stan

ął 

nagle obok niej. - 

Wszystko będzie dobrze - dodał widząc jej 

przygnębioną twarz. 

Laura kiwn

ęła  głową  bez  przekonania.  Przygarbiona,  z 

opuszczo

nymi ramionami, wróciła do głównego budynku. 

Czekanie przed

łużało  się  w  nieskończoność.  Ciągle 

jeszcze w mie

ście  panowało  podniecenie.  Do  późnego 

wieczora  telefony  urywały  się.,  Laura  z  jednej  strony  była 

zadowolona, bo kierowały jej myśli na inne tory, z drugiej zaś 

strony  każdy  telefon  coraz  bardziej  ją  irytował.  Bardzo 

martwiła  się  o  kolegów.  Co  tam  się  działo?  Laura  stale 

wpatrywała się w krótkofalówkę. 

Wreszcie poprzedzony trzaskami i szumami da

ł się słyszeć 

znajomy głos. 

 - Doktorze Hailey, s

łyszy mnie pan? 

Laura wzi

ęła  mikrofon.  -  Alfredo?  Alfredo,  słyszymy 

pana.  Tu  Laura.  Co  się  stało?  -  Z trudem  mogła  utrzymać 

mikrofon w drżącej dłoni. - Giovanni, niech się pan zgłosi. 

 -  Zaskoczy

ła  nas  lawina.  Jim  właśnie  przygotowywał  z 

kilkoma  innymi  wybuch.  To  było  niedaleko  naszej  bazy....  - 

Alfredo urwał. 

 - Co si

ę z nimi stało?! Niech pan mówi! 

 -  Na razie nie wiemy, czy prze

żyli  -  mówienie 

przychodziło mu z niezwykłym trudem. - Mamy do pokonania 

kilkumetrową 

ścianę 

ze 

śniegu 

lodu. 

Coś 

background image

nieprawdopodobnego,  Lauro.  W  życiu  nie  widziałem  takich 

ilości śniegu. 

 -  M

ój Boże - Laura była przerażona. - Czy jest nadzieja, 

że przeżyli? 

 -  Zawsze trzeba mie

ć  nadzieję  -  odparł  Giovanni.  - 

Będziemy  was  informować  na  bieżąco.  Niech  pani  ustawi 
aparat na „odbiór" i nie odchodzi nigdzie. 

 -  Nie rusz

ę  się  z  miejsca.  Niech  Bó g  ma  was  w  swej 

opiece! 

 -  Dzi

ękuję,  Lauro.  Aha,  jeszcze  coś...  Ten  wścibski 

dziennikarz,  nazywa  się  chyba  Courtley,  był  też  z  Jimem. 

Chciał zrobić kilka zdjęć. 

 -  Devon Courtley? Devon jest... -  Laurze zakr

ęciło się w 

głowie. Wszystko wirowało jej przed oczami. Zachwiała się i 

straciła przytomność. 

 -  Laura? Laura! Czy pani mnie s

łyszy?  Laura! 

Odpowiedzi nie było. 

 -  Devon  -  czy to ona wymawia

ła  szeptem  jego  imię? 

Laura  otworzyła  oczy.  W  pierwszej  chwili  nie  mogła 

zrozumieć, dlaczego leży na podłodze... Wstała powoli. Nagle 

wszystko się jej przypomniało. Rozmawiała z Giovannim. Jim 

i inni zostali zasypani przez lawinę. A Devon był wśród nich. 

Oczy laury nape

łniły  się  łzami.  -  Boże,  pomóż  im.  Nie 

pozwól im zginąć, błagam cię, Boże - modliła się po cichu. 

Doktor Hailey! Jeszcze nic nie wie! Podbieg

ła do telefonu, 

nakręciła jego numer i poinformowała go o wszystkim. Potem 

odłożyła  słuchawkę.  Nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  tak 

nieszczęśliwa  jak  teraz.  Opadła  na  krzesło,  ukryła  twarz  w 

dłoniach.  -  Nie  umieraj,  Devon.  Jesteś  mi  tak  bardzo 
potrzebny. Tak bardzo c

ię kocham - szepnęła. 

Noc min

ęła  i  nie  przyniosła  żadnej  zmiany  sytuacji. 

Alfredo  zgłaszał  się  co  godzina.  -  Robimy wszystko, co w 
ludzkiej mocy - 

zapewniał. 

background image

Laura nie zmru

żyła  oka  przez  całą  noc.  Odmówiła 

doktorowi Haileyowi, który chciał ją zastąpić na posterunku. 

Godziny  płynęły,  a  ona  czekała  na  wieści,  żywiąc  się  tylko 

nadzieją.  Gdy  nadszedł  ranek,  Laurę  bolała  głowa,  oczy  jej 

łzawiły,  a  ciało  zesztywniało  od  ciągłego  kucania  przy 
aparacie. 

 - Laura! Jest tam pani jeszcze? 
 -  Alfredo! S

łyszę  pana!  -  Laura  natychmiast  odzyskała 

przytom

ność umysłu. 

 - Ratownicy odkopali przednie ko

ło samochodu Jima. 

 - My

śli pan, że oni są w tym samochodzie? 

 - Chyba tak, bo gdzie by si

ę mieli podziać? 

Laura wstrzyma

ła oddech. - Czy dali jakiś znak życia? 

 - Nie. Ale samoch

ód znaleziono koło betonowego cokołu, 

jednego z tych, w których tkwią słupy wyciągu narciarskiego. 

Możliwe,  że  cokół  stał  się  zaporą  dla  lawiny  i  być  może 

samochód  nie  został  zgnieciony.  Zgłoszę  się,  gdy  będę 

wiedział coś bliższego. 

 - Na razie, Alfredo. - Laura obawia

ła się przez chwilę, że 

znowu zemdleje. Wzięła się jednak w garść, odetchnęła kilka 

razy głęboko i zadzwoniła do szefa. Doktor Hailey przyszedł 
do niej natychmiast. 

Znowu zacz

ęły  się  długie,  nużące  godziny  oczekiwania, 

tylko  że  teraz  czekali  we  dwoje.  Hailey  też  próbował  się 

połączyć, ale bezskutecznie. W końcu, gdy zaczęli już tracić 

nadzieję, usłyszeli głos Giovanniego. 

 - Laura? Tu Giovanni. S

łyszy mnie pani? 

Doktor Hailey przej

ął  mikrofon.  -  Tu  Hailey.  Słyszymy 

pana bardzo dobrze. Co nowego, Alfredo? 

Laura pochyli

ła się nad aparatem wstrzymując oddech. 

 -  Odkopali

śmy  samochód  na  tyle,  że  możliwe  jest 

otwarcie drzwi od strony kierowcy. Mężczyźni są w środku. 

 - Wszyscy? 

background image

 -  Wszyscy. Jeden z nich jest ranny, inni nie, ale bardzo 

zzi

ębnięci. Nie obędzie się pewnie bez kilku dni w szpitalu. - 

Alfredo miał bardzo zmęczony głos. 

 -  Dobrze. Dzi

ękuję panu za ten trud. Powinien pan teraz 

odpocząć. 

 -  Kto... kto jest ranny?  -  spyta

ła  Laura  zduszonym 

głosem. 

 - Harold. Harold Cramer, jeden z techników. Ale wyjdzie 

z tego. Lekarze już mu robią transfuzję krwi. 

Laura opad

ła  na  krzesło.  Łzy  ulgi  spłynęły  jej  po 

policzkach. Żyje! Devon żyje! - przebiegło jej przez głowę. - 

Dziękuję - szepnęła. - Boże, dziękuję ci. 

 -  Laura? Czy wszystko w porz

ądku?  -  Doktor Hailey 

spoglądał na nią z niepokojem. 

 - Tak - odpowiedzia

ła uśmiechając się przez łzy. 

background image

Rozdział 11 
 -  Devon  -  szepn

ęła  Laura.  -  Devon,  kocham  cię.  - 

Pogładziła go delikatnie po czole i bladych policzkach. 

 -  Panno Nichols, prosz

ę.  -  W  drzwiach  stanął  lekarz. 

Pacjent potrzebuje spokoju. 

 -  Do widzenia, kochanie  - Laura spojrza

ła jeszcze raz na 

śpiącego. 

 -  Czy naprawd

ę  nie  będzie  żadnych  skutków  tego 

zziębnięcia? 

 - Oczywi

ście, że nie - lekarz uśmiechnął się uspokajająco. 

Pan  Courtley wyśpi  się  porządnie,  będzie  jak  nowy.  Niech 

się pani nie martwi, dostanie go pani w nienaruszonym stanie. 

Laura zaczerwieni

ła się. - Dziękuję, doktorze. 

 -  Devon, pan zwariowa

ł.  Zupełnie  zwariował!  -  Laura 

usiadła  z  rozmachem  na  mchu  i  roześmiała  się  głośno.  - 

Ciągnie  pan  ze  sobą  na  stromą  górę  kieliszki  z 

najdelikatniejszego  szkła  kryształowego,  żeby  wypić  tu  ze 

mną szampana! Przecież to kompletne wariactwo! 

 -  Lubi

ę, kiedy się śmiejesz, Lauro! - Devon pochylił się 

nad nią i spojrzał jej w oczy. - Twój śmiech brzmi zupełnie jak 

srebrzyste  dźwięki  dzwoneczków  -  pogładził  ją  lekko  po 
policzku.  - 

Lubię  dotyk  twoich  dłoni  i  twój  głos  szepczący: 

„Kocham cię". 

 - Pan... s

łyszałeś mnie? Dlaczego nie... 

 - Ba

łem się obudzić z cudownego snu. Twoje słowa były 

dla mnie najlepszym lekarstwem. 

Laura poczu

ła wypieki na policzkach. - Ale ja myślałam, 

że śpisz. Lekarz powiedział przecież... 

 -  Nie uwa

żasz,  że  teraz  mamy  dobrą  okazję,  żeby 

powtórzyć  te  słowa?  Czy  nie  możesz  być  wreszcie  szczera 
wobec mnie i wobec siebie, Lauro? 

background image

Laurze zrobi

ło się zimno i gorąco zarazem. - Ja... zawsze 

byłam  szczera.  Kiedy  cię  wyzywałam  od  chamów  -  też. 

Mówiłam po prostu zawsze to, co myślałam. 

 - A w szpitalu? 
Wargi Laury zadr

żały. - Ja... - zająknęła się. 

 - Wiesz, jak bardzo ci

ę lubię - oznajmił Devon. Poszukał 

jej  wzroku.  Laura  spojrzała  na  niego.  Lubił  ją,  cenił  ją  -  ale 

czy ją kochał? - ja 

te

ż  cię  lubię  -  wymamrotała.  Czemu  Devon  nie  chciał 

zrozumieć, że oczekiwała od niego czegoś więcej? 

 -  Chod

ź ze mną - szepnął. - Chciałbym ci coś pokazać - 

podniós

ł  się  i  pociągnął  Laurę  za  sobą.  Laura  poczuła  się 

rozczarowana.  Co  on  zamierzał?  Dlaczego  nie  wziął  jej  w 

ramiona i nie pocałował? Tak bardzo tego pragnęła! 

Lekki szum wyrwa

ł  ją  nagłe  z  zamyślenia.  Szum  stawał 

się głośniejszy z każdym krokiem. Wreszcie wyszli na zalaną 

słońcem  polanę.  Przed  nimi  rozciągało  się  okrągłe 

ciemnozielone górskie jezioro. Kryształowo przejrzysta woda 

spływała  z  góry  połyskującymi  srebrzystymi  kaskadami  i 

spływała  szerokimi  falami  po  wystających  skałach.  Miliony 

rozpryskujących się kropelek wypełniały powietrze błyszczącą 

przezroczystą mgiełką. 

Laura wsparta na ramieniu Devona nie mog

ła  wyjść  z 

podziwu nad tym cudem przyrody. 

Wreszcie Devon odsun

ął  ją  delikatnie,  wziął  za  rękę  i 

poprowadził  wąską,  prawie  zupełnie  zarośniętą  ścieżką  na 

płaską  platformę  tuż  nad  wodospadem.  Puścił  dłoń  Laury, 

podszedł  na  sam  brzeg  wystającej  skały  i  spojrzał  w  dół  na 

huczącą, wirującą wodę. Potem położył się płasko na brzuchu, 

odwrócił od Laury i nakazał jej gestem, żeby zrobiła to samo. 

Z wahaniem położyła się na krawędzi i odważyła spojrzeć w 

dół. 

background image

D

ługo  leżeli  obok  siebie  w  milczeniu.  Nic  nie  zakłócało 

im tej cudownej chwili bezpośredniego obcowania z przyrodą. 

Ciep

łe  promienie  słoneczne  grzały  Laurę  w  plecy,  a 

mgiełka  wodna  unosząca  się  nad  wodospadem przyjemnie 

chłodziła twarz. Zamknęła oczy i przeciągnęła się z rozkoszą. 

Nagle poczu

ła na skórze palce Devona. Gładziły jej szyję, 

potem  ześliznęły  się  na  ramiona,  na  łopatki  i  zaczęły 

delikatnie  masować  kręgosłup. Miły  dreszcz  przebiegł jej  po 
plecach. 

Jęknęła cicho i przewróciła się na plecy. We wzroku 

Devona wyczytała pytanie i... pożądanie. 

U

śmiechnęła  się,  gdy  pochylił  się  nad  nią  i  dotknął 

wskazującym  palcem  koniuszka  jej  nosa.  Pocałował  ją  w 

czoło, brwi, w skronie, w brodę, w szyję. 

Laura zarzuci

ła  mu  ramiona  na  szyję.  Pocałowała  go 

namiętnie,  tak  jak  nigdy  jeszcze  nie  całowała  żadnego 

mężczyzny.  Wszystkie,  dręczące  ją  do  tej  pory  wątpliwości, 

znikły  w  dzikim  pożądaniu,  które  wyzwoliła  obecność 

mężczyzny. 

Sprawnymi ruchami Devon odpina

ł  guzik  po  guziku jej 

bluzkę. Pod spodem nie miała nic. Rozkoszowała się ciepłem 

promieni słonecznych i spragnionym wyrazem oczu Devona. 

Jego dłonie gładziły jej nagą skórę, dotknęły piersi i zsunęły 

się  po  płaskim  brzuchu  na  dół,  do  zapięcia  dżinsów.  Laura 

oddychała szybko nieregularnie. Ogień namiętności, jakiej do 

tej pory nie znała, ogarnął ją całą. 

 - Devon - szepn

ęła. - Och... - Drżącymi palcami rozpięła 

jego  koszulę.  Doznała  niesłychanie  przyjemnego  uczucia, 

czując pod palcami jego nagą, ciepłą skórę, skręcone, miękkie 

włosy na piersiach. Zsunęła dłonie niżej i najpierw niepewnie, 

a  później  coraz  bardziej  zdecydowanie  rozpinała  pasek. 

Jednym szybkim ruchem rozsunęła suwak jego dżinsów. 

Nie

śmiało  spojrzała  na  Devona.  Uśmiechnął  się.  Wstał, 

zdjął  dżinsy  i  obcisłe  majtki.  Nagi  ukląkł  obok  Laury  i 

background image

rozebrał ją powoli do końca. Przez chwilę patrzył na Laurę w 

niemym podziwie. Poczuła się tak piękna i tak pożądana, jak 
nigdy przedtem. 

J

ą  też  podniecał  widok  nagiego  mężczyzny.  Jego  twarz, 

potężne ramiona, owłosione piersi, płaski brzuch... 

 - Devon - szepn

ęła i pociągnęła go na siebie. I nagle cały 

świat  stał  się  nim.  Jego  zapachem,  jego  oddechem,  jego 

niskim głosem, szepczącym jej namiętne słowa, jego ciałem, 

które  ją  nakryło,  wypełniło  i dostarczało  niewysłowionej 
rozkos

zy.  Poddała  mu  się  całkowicie  dostosowując  się  do 

szybkiego rytmu jego ruchów. 

Mia

ła wrażenie, że ciało jej stanęło w płomieniach, gdy w 

dzikiej ekstazie osiągnęli wspólnie apogeum rozkoszy. 

Wyczerpani do granic mo

żliwości i do głębi zaspokojeni 

leżeli bez ruchu. Milczeli. Wilgotna mgiełka znad wodospadu 

cudownie  orzeźwiła  ich  rozgorączkowane  ciała.  Stopniowo 

oddechy  ich  uspokoiły  się,  serca  zaczęły  bić  spokojnie  i 
miarowo. 

Laura poczu

ła delikatne pocałunki Devona na policzkach. 

Otwo

rzyła oczy patrząc w spokojną twarz mężczyzny, którego 

kochała. Tak bardzo pragnęła wyznać mu swoje uczucie, ale 

coś ją przed tym powstrzymywało. Może ta stara, pognieciona 

fotografia,  może  szczęśliwy  uśmiech  młodej  kobiety  na 

zdjęciu? Ta nie do końca określona obawa musiała się odbić 

na  jej  twarzy,  gdyż  Devon  spojrzał  na  nią  bezradnie. 

Zmarszczył brwi. W końcu wziął ją w ramiona i trzymał tak 

mocno,  jakby  nigdy  nie  chciał  jej  wypuścić.  Laura  mogłaby 

tak leżeć do końca życia. U boku Devona czuła się szczęśliwie 
i bezpiecznie. 

Gdy s

łońce, jak czerwona piłka, schowało się za szczytami 

gór,  Laura  i  Devon  schodzili  wąską  ścieżką  w  dół.  Nad 

jeziorem zatrzymali się jeszcze, żeby do syta napatrzeć się na 

ten cudowny zakątek. 

background image

 - Lauro - zacz

ął Devon nieśmiało. 

 - Tak? - Laura przytuli

ła się do niego. 

 -  Nie chcia

łbym,  żebyś  przebywała  tak  blisko  tego 

wulkanu.  Nie  mogę  znieść  świadomości,  że  codziennie 

wystawiasz się na tak straszliwe niebezpieczeństwo. 

Laura zesztywnia

ła.  Czy  Devon  już  próbuje  jej  coś 

narzucić? Tak, jak wtedy Jeff? Czy też za chwilę zażąda, żeby 

zrezygnowała  z  wykonywania  swego  zawodu?  Po  to,  żeby 

zmusić ją do wątpliwej przyjemności bycia wierną żoną, dobrą 

gospodynią i wyrozumiałą matką?! Do cholery! Czy naprawdę 

wszyscy  mężczyźni  muszą  być  takimi  egoistami?  Dlaczego 
u

ważają, że słabsza płeć nie potrafi o sobie decydować? 

 -  Nie mog

ę  przecież  zostawić  tego wszystkiego,  Devon. 

Jak to sobie wyobrażasz? Podpisałam przecież umowę i mam 
moralny obowi

ązek wobec tutejszej ludności. Mam uciekać na 

łeb na szyję, jak szczur z tonącego okrętu? 

 -  Uwa

żasz  więc,  że  wybuch  jednak  nastąpi?  Laura 

zagryzła dolną wargę. - Może... 

W spojrzeniu Devona odmalowa

ło  się  przerażenie  i 

niedowierzanie jednocześnie. 

 - Obawiam si

ę, że właśnie powiedziałam coś, czego jako 

naukowiec nigdy nie powinn

am była mówić. To tylko intuicja, 

przeczucie. Devon, nie ma właściwie żadnych jednoznacznych 

dowodów...  Ale  błagam  cię  na  wszystko,  nie  powtarzaj 

nikomu  tego,  co  mi  się  tak  pochopnie  wymknęło.  Nie  chcę, 

żeby  wybuchła  panika,  a  poza  tym  moja  nieostrożna 
wyp

owiedź  mogłaby  mnie  kosztować  pracę.  Doktor  Hailey 

jest bardzo przewrażliwiony. 

 - Lauro - Devon przyci

ągnął ją do siebie. - Nie musisz się 

martwić. Ode mnie nikt się niczego nie dowie. Zaufaj mi! 

background image

Rozdział 12 
Dni, kt

óre nadeszły po niedzielnej wycieczce do górskiej 

samotni,  wydawały  się  Laurze  jakimś  cudownym  snem. 

Codziennie  rano  szła  do  pracy,  gdzie  sumiennie  i  z  należytą 

uwagą wykonywała swoje obowiązki, ale jej życie zaczynało 

się  właściwie  dopiero  wtedy,  gdy  spotykała  się  z  Devonem. 

Każdy wieczór i każdą noc spędzali razem. Szli do restauracji, 

urządzali  sobie  romantyczne  przechadzki  przy  świetle 

księżyca, albo siedzieli przed kominkiem u Devona w domu, 

pili czerwone wino i kochali się do utraty tchu. 

Ka

żdy  pocałunek,  każdy  dotyk  był  dla  nich  nową 

pod

nietą. Nigdy nie mieli siebie dosyć. Podsycali wzajemnie 

pożądanie  czułymi  spojrzeniami,  namiętnymi  słowami  i 
delikatnymi pieszczotami. 

Tylko czasem, gdy Laura by

ła sama, ogarniało ją uczucie 

dziwnego  niepokoju.  Ponieważ  w  zachowaniu  Devona 

wyczuwała  pewien  dystans  tworzący  między  nimi  barierę. 

Nigdy nie powiedział jej na przykład, że ją kocha. Nigdy nie 

mówił  o  przyszłości,  nie  poruszał  też  spraw  związanych  z 

przeszłością.  Nawet  temat  wulkanu  stał  się  nagle  dla  niego 

tabu.  Czasami  oczy  jego  nabierały  dziwnego, bolesnego 

wyrazu. Coś było nie tak! 

Laura zadr

żała,  chociaż  czuła  ciepłe  ciało  Devona  przy 

sobie. Devon powiedział coś, ale do Laury dotarło tylko jakieś 

kobiece imię. 

Usiad

ła gwałtownie. - O kim mówisz? 

 -  O mojej 

żonie  -  spojrzał  na  nią  ze  zdziwieniem.  - 

Powiedziałem,  że  przez  pewien  czas  mieszkaliśmy  w  San 

Francisco. Nie wiedziałaś o moim małżeństwie? 

 -  Nie, nie wiedzia

łam.  -  Chciała  odrzucić  kołdrę  i 

wyskoczyć z łóżka. 

background image

Devon przytrzyma

ł  ją  za  ramię.  -  Przepraszam, Lauro  - 

powiedział  spokojnie.  -  Wszyscy  ludzie  ó  tym  wiedzą. 

Myślałem... 

 -  My

ślałeś,  że  mam  zwyczaj  chodzić  z  żonatymi 

mężczyznami do łóżka? - rozgniewała się. 

 - Lauro, moja 

żona nie żyje od lat. 

 - Och! - Laura spu

ściła głowę. - Przepraszam, Devon. Ja... 

o niczym nie wiedziałam. 

Milczeli oboje. 
 - Ta kobieta na zdj

ęciu to twoja żona? - spytała nieśmiało. 

 - Na zdj

ęciu? Ach, myślisz o tym w sypialni. Tak, to ona 

na krótko przed śmiercią - odwrócił się i zgasił światło. 

Laura wyci

ągnęła do niego rękę, ale w końcu ją opuściła. 

Chciała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło jej przejść 
przez usta. 

Nast

ępnego ranka Laura przypadkowo spotkała Ralpha. 

 - Cze

ść, Lauro - mruknął pod nosem. 

 - Dzie

ń dobry Ralphie - Laura od razu odgadła przyczynę 

jego złego humoru. - Problemy z Kate? 

 -  Tak. Znowu na tym samym tle  -  wzruszy

ł  ramionami 

zrezygnowany. 

Laura pokr

ęciła głową. - Czasami mam ochotę złapać Kate 

za  ramiona  i  potrząsnąć  nią  porządnie  -  rozzłościła  się.  - 
Znajduje na drodze klejnot i nie podnosi go! Wariatka!  - 

Objęła Ralpha po przyjacielsku i pocałowała go w policzek. - 

Na  pewno  wkrótce  się  opamięta.  Niech  pan  się  nie  martwi, 

Ralphie, na pewno wszystko się między wami ułoży. 

Ralph obj

ął  ją  również.  -  Dziękuję  za  słowa  pociechy, 

Lauro. Może ma pani rację. 

Z ty

łu  za  nimi  ktoś  chrząknął.  Ralph  puścił  Laurę 

gwałtownie i odwrócił się. 

 - O, dzie

ń dobry, panie Courtley. - Muszę już iść - zwrócił 

się do Laury. - Zobaczymy się później. 

background image

 -  Do widzenia  -  powiedzia

ł  Devon  chłodno.  Patrzył 

ponuro na Ralpha. 

 - Wcale si

ę ciebie tu nie spodziewałam - uśmiechnęła się 

Laura. 

 -  W

łaśnie  zauważyłem.  -  Między  brwiami  Devona 

pojawiła  się  pionowa zmarszczka.  -  Chciałem  ci  tylko 

powiedzieć, że lecę na kilka dni do Los Angeles, ale widzę, że 

wcale  nie  będziesz  za  mną  tęskniła.  Zaproszono  mnie  do 

udziału  w  sympozjum  naukowym.  Zadzwonię  do  ciebie  po 
powrocie. - 

Devon odwrócił się i wyszedł bez słowa. 

Laura sta

ła  skamieniała.  Czuła  się  tak,  jakby  ktoś  ją 

spoliczkował. Co się stało Devonowi? Dlaczego zachował się 

tak dziwacznie? Czyżby był zazdrosny? Nie, to absurd. Musiał 

przecież  wiedzieć,  że  Kate  i  Ralph  byli  zaręczeni.  O  co  mu 

więc  mogło  chodzić?  Było  chyba  coś,  o  czym  chciał  jej 

powiedzieć, ale nie mógł? 

Laura postanowi

ła, że po powrocie Devona przeprowadzi 

z  nim  poważną  rozmowę.  I  nie  da  mu  spokoju,  dopóki  się 
wszystkiego nie dowie. 

 -  O, Bo

że,  Lauro,  to  co  mam  zrobić,  żeby  wreszcie  się 

zgodziła  wyjść  za  mnie?  -  Ralph  oparł  głowę  na  łokciach.  - 

Prosiłem  ją  już  ze  sto  razy,  żeby  została  moją  żoną  i  za 

każdym  razem  się  wymigiwała.  Nie  daje  też  nigdy  jasnej 
odpowied

zi. Naprawdę nie wiem, co mam robić. 

Laura westchn

ęła.  -  Niech  mi  pan  wierzy,  że  Kate  też 

cierpi. I to bardzo! Zna pan przecież sprawę jej męża. Jeszcze 

czuje  się  z  nim  związana.  Musi  pan  okazać  cierpliwość,  a 
przede wszystkim poroz

mawiać  z  nią.  A  poza  tym...  - 

zawahała  się.  -  Jak...  w  jakich  okolicznościach  pan  się  jej 

oświadcza? 

Ralph spojrza

ł  na  nią  zaskoczony.  -  Korzystam  z  każdej 

okazji,  naturalnie.  Kocham  Kate.  Kocham  ją  zawsze. 

background image

Wszystko  jedno,  czy  szoruje  podłogę,  czy  gotuje  obiad,  czy 
odkurza, czy 

ściele łóżko. 

 -  Czyli o

świadcza  się  pan  zawsze,  kiedy  to  tylko  panu 

przyjdzie do głowy? - Laura uśmiechnęła się pod nosem. 

 - Oczywi

ście. Czemu nie? 

 -  Bo... widzi pan... Kate ma bardzo romantyczne 

usposobienie. 

 - Nie szkodzi. Kocham j

ą taką, jaka jest. 

Laura roze

śmiała  się  głośno.  -  Źle  mnie  pan  zrozumiał. 

Kate kocha 

pana także. Ale zwraca uwagę na okoliczności, na 

romantyczny  nastr

ój:  światło  świec,  blask  księżyca,  cicha, 

nastrojowa muzyka, czułe słowa, może w tańcu... 

 - Ale ja nie umiem ta

ńczyć... 

 -  No to nauczy si

ę pan! Najlepiej zaczniemy od razu. O, 

tu mamy fokstroty. - 

Laura podbiegła do regału, wyciągnęła z 

niej odpowiednią płytę z muzyką taneczną. - Fokstrot będzie 
najlepszy. 

 -  Ale ja przecie

ż  nie  umiem  -  Ralph  był  trochę 

zażenowany. 

 -  Nic z tego! Musi si

ę  pan  nauczyć!  Chodzi  o  pana 

szczęście, chodzi o szczęście Kate. No, niechże się pan ruszy! 

Ralph podszed

ł niechętnie i stanął jak kupka nieszczęścia 

przed Laurą. 

Zabrzmia

ły pierwsze dźwięki. - Tak, teraz niech mnie pan 

jedną ręką obejmie w pasie. Drugą niech pan podniesie i ujmie 

dłoń  partnerki,  czyli  moją.  No,  nieźle.  Wyglądamy  jak  para, 

która zwyciężyła w turnieju tańca. I zaczynamy: raz, dwa, raz, 
dwa, raz, dwa... Auu! 

 - Przepraszam, Lauro. - Ralph by

ł wyraźnie zmartwiony. - 

Nie mam żadnych zdolności do tych wygibasów. 

 -  Bzdura, nie ma pan jedynie do

świadczenia! Niech pan 

się  wsłucha  w  muzykę  i  rozluźni,  a  kroki  wyjdą  panu  same. 
Raz, dwa, Ralph! 

background image

Laura potkn

ęła  się  o  jego  nogę,  zachwiała  się,  straciła 

równowagę i upadła na podłogę, pociągając Ralpha za sobą. 

Spojrzeli na siebie zmieszani. Potem Laura roze

śmiała się 

serdecz

nie,  widząc  poczucie  winy  w  oczach  Ralpha.  -  Może 

jednak  w  pana  przypadku  trzymanie  za  rączkę  będzie 
korzystniejsze dla Katy  -  po

wiedziała  ze  współczuciem  i 

pogładziła go po policzku. 

 -  Przeszkadzam chyba!  -  zaczerwieniona z gniewu Kate 

sta

ła  w  drzwiach  mierząc  ich  niechętnym  wzrokiem.  Za  nią 

stał Devon. 

 -  Jakie nies

łychane  przypadki  zdarzają  się  w  życiu!  Za 

każdym  razem,  kiedy  się  spotykamy,  zastaję  was  w  czułych 

objęciach  -  Devon  powiedział  to  wysoce  nieprzyjemnym 
tonem. 

Kate patrzy

ła  tylko  bez  słowa  na  swą  lokatorkę  i  swego 

ukocha

nego. W końcu odwróciła się na pięcie i uciekła. 

Ralph podni

ósł  się  z  trudem,  pomógł  wstać  Laurze, 

wzruszył ramionami i pobiegł za Kate. Chwilę potem rozległo 

się jego stukanie do sypialni Kate. 

 -  Otwórz, Kate! Kochanie!  - 

wołał  zrozpaczony.  - 

Wszystko ci wyjaśnię. 

Devon za

śmiał się szyderczo. - On jej wszystko wyjaśni. 

Oczywi

ście. Ty mi też, prawda, skarbie? Na pewno znajdziesz 

jakieś  niewinne  wytłumaczenie  tego  wszystkiego.  -  Złapał 

Laurę za nadgarstek i przyciągnął do siebie. - Słucham. 

 - Devon, ja... Ralph i ja... my... nic nie by

ło... uwierz mi. 

Dlaczego mi nie ufasz? 

 - Zaufanie... - prychn

ął Devon. - Wiesz w ogóle, o czym 

mówisz? Nie 

uważasz,  że  za  dużo  ode  mnie  wymagasz? 

Postaw się w mojej sytuacji. Ledwo się odwróciłem, a ty od 

razu rzuciłaś się w ramiona innego mężczyzny. I spodziewasz 

się, że ja ci zaufam? 

background image

 -  A ty s

ądzisz  naprawdę,  że  wdałam  się  w  romans  z 

przyjacielem mojej gospodyni? I to po tym wszystkim... - 

głos 

Laury załamał się. 

 - Po tym, co dzia

ło się między nami? Nie myślisz chyba, 

że jestem jedną z tych, które co noc zmieniają mężczyznę? 

 -  Przede wszystkim wierz

ę  własnym  o czo m.  A  to  co 

zobaczyłem, było dość jednoznaczne. Poza tym, wcale nie tak 

dawno,  machałaś  mi  przed  oczami  pierścionkiem 

zaręczynowym.  Szybko  pocieszyłaś  się  po  stracie  swego 

narzeczonego...  A  mnie  nie  było  zaledwie  kilka  dni  i  ty  już 

musiałaś turlać się z Ralphem po dywanie. Co u diabła, mam o 
tym wszyst

kim myśleć? 

 - Pier

ścionek, który wtedy nosiłam, był własnością mojej 

babci - wyzna

ła cicho. 

Devon 

ściągnął brwi. - Nie rozumiem. 

 -  Ja... nie by

łam  zaręczona...  od  roku  nie  jestem 

zaręczona. 

 - Po co wi

ęc to przedstawienie? 

 -  Poniewa

ż myślałam, że będziesz chciał wziąć mnie na 

spytki. To przez doktora Haileya. 

 -  Przykro mi, ale ja naprawd

ę nic nie rozumiem. Co ma 

pierścionek do Haileya i jak to się łączy z Ralphem? 

 - Ralph nic dla mnie nie znaczy. On kocha Kate - i Kate 

kocha jego.  -  Laura opowiedzia

ła  Devonowi  całą  historię.  - 

Ponieważ  lubię  Kate  i  ponieważ  Ralph  jest  sympatycznym 

facetem, chciałam im pomóc. - Była już bliska łez. 

 - Ale nadal nie rozumiem tej historii z pier

ścionkiem. 

 -  Ba

łam  się,  że...  może...  nie  będę  mogła  ci  się  oprzeć. 

Pierścionek miał mnie ochronić, rozumiesz? 

Devon patrzy

ł  na  nią  w  milczeniu.  Pokręcił  głową.  -  Ta 

historia  brzmi  co  prawda  zupełnie  nieprawdopodobnie,  ale 

przemyślę  ją  -  powiedział  spokojnie.  Potem  odwrócił  się  i 

odszedł bez słowa pożegnania. 

background image

Rozdział 13 
 -  Siarczek wodoru!  -  Alfredo uderzy

ł  pięścią  w  stół.  - 

Zupełnie  jednoznacznie!  Miała  pani  rację,  Lauro!  Pani 

podejrzenia potwierdziły się. 

 - Oznacza to, 

że warstwa magmy rośnie niebezpiecznie - 

Laura patrzyła w zamyśleniu przez okno, za którym rysował 

się kanciasty masyw górski. 

Giovanni skin

ął głową. - Musimy w dzień i w nocy robić 

pomiary kontrolne. Zwiększone wydzielanie się oparów siarki 

jest co najmniej zastanawiające. 

 - Bardzo zastanawiaj

ące - powiedziała Laura poważnie. - 

To dziwne, Alfredo, ale od kilku d

ni jakoś dziwnie się czuję. 

Coś  wisi  w  powietrzu!  Przyroda  przyczaiła  się,  żeby  w 

odpowiednim momencie zadać niszczący cios ludzkości. 

 -  Lauro, prosz

ę,  niech  się  pani  opamięta!  Jest  pani 

naukowcem, a nie wróżką! Nie możemy przecież bazować na 
przeczuciach, tylko na konkretnych danych, statystyce i na 

rachunku  prawdopodobieństwa.  Intuicyjne  podejście  do 
sprawy jest nienaukowym humbugiem. 

 - Wiem, Alfredo - westchn

ęła Laura. - Ale mimo to... 

 - My

ślałem, że jasno i wyraźnie przedstawiłem pani moje 

stanowisko, Lauro! - Zaczerwieniony z gniewu doktor Hailey 

stanął przed Laurą. - Powiedziałem, że nie życzę sobie, żeby 

osobiste  komentarze  moich  pracowników  dotarły  do  opinii 
publicznej! 

 - Ale... 
 -  Niech

że  pani  to  sobie  obejrzy!  Proszę!  -  Rzucił  jej  na 

biurko wydanie „Los Angeles Times". 

Laur

ę  zamurowało.  -  Na  pierwszej  stronie  widniało 

zdjęcie  w  dużym  formacie.  -  Geofizyczka Laura Nichols 

przewiduje  rychły  wybuch  Mount  Kairo  -  zaczęła  czytać  z 

rosnącym  przerażeniem.  -  Nie  możemy  dłużej  przymykać 
oczu na jawne o

znaki  grożącego  nam  wszystkim 

background image

niebezpieczeństwa. Zapowiadają one - twierdzi panna Nichols 

wybuch wulkanu w niedługim czasie. 

Laura upu

ściła  gazetę.  W  jej  oczach  pojawiły  się  łzy.  A 

więc  Devon  ją  oszukał.  Podszedł  ją  nikczemnie,  oszukał  i 

wykorzystał.  Ona  zaś  dała  się  nabrać  na  jego  czułe  słówka, 

podczas gdy była tylko marionetką w jego rękach. Pociągał za 

sznurki  jak  chciał,  a  Laura  tańczyła  w  narzuconym  przez 
niego rytmie... 

Doktor Hailey uspokoi

ł się widząc, jak bardzo zaszokował 

Laurę  artykuł.  -  Niechże  się  pani  tak  tym  nie  przejmuje, 
dziecinko - powie

dział ojcowskim tonem. - Poradzimy sobie z 

tą głupią sprawą. Nie traćmy niepotrzebnie czasu. 

Laura podnios

ła  powoli  głowę.  -  Dziękuję,  doktorze  - 

szepnęła. 

 -  Ju

ż  dobrze.  A  teraz  niech  pani  słucha  uważnie. 

Burmistrz Idle Springs, pan Stratton - 

mam wrażenie, że miała 

pani  przyjemność  poznać  go  -  zapowiedział  na  jutro  coś  w 

rodzaju  publicznego  przesłuchania  -  doktor  Hailey  urwał  na 

chwilę. - Upiera się, żeby pani złożyła oświadczenie. 

 - Ja? A co mia

łabym powiedzieć? 

 - 

Że  odwołuje  pani  swoją  wypowiedź  dla  „Los  Angeles 

Times". 

 -  Nie  -  Laura pokr

ęciła  przecząco  głową.  Nie  umiem 

kłamać! 

 -  Lauro, do cholery! Mo

że  by  pani  zrezygnowała  - 

przynajmniej chwilowo  - 

ze  swej  wrażliwości  moralnej. 

Chodzi przecież o pani i o naszą pracę. Nie mamy wyboru, bo 

musimy  zyskać  na  czasie.  A  zysk amy  tylk o  wtedy,  g dy  się 

pani  zdystansuje  od  swej  wypowiedzi  i  wmówi  ludziom,  że 

reporterowi chodziło tylko o tanią sensację. 

Laura znowu pokr

ęciła głową. 

background image

 -  Lauro, czy musz

ę  pani  przypominać  o  pani  naukowej 

od

powiedzialności?  Nie  możemy  przecież  niepokoić 

społeczeństwa nienaukowymi tezami! 

 -  Ale widzia

ł  pan  przecież  wyniki  pomiarów,  panie 

doktorze! Czytał pan sprawozdania... 

 -  Tak, tak, wiem, do cholery! Mimo to nic nie wskazuje 

na  maj

ący  nastąpić  wybuch.  I  takie  są  fakty.  Przykro  mi, 

Lauro,  ale  musi  pani  wybrać:  albo  się  pani  opamięta  i 

podejdzie  do  sprawy  naukowo,  albo  będzie  musiała  pani 

napisać podanie o zwolnienie. 

Laura a

ż  podskoczyła.  -  Pan to nazywa wyborem? Mam 

skłamać,  albo  zrezygnować  z  pracy?!  -  roześmiała  się  z 

goryczą. 

Doktor Hailey wzruszy

ł ramionami. - Niech pani wszystko 

jeszcze raz spokojnie przemyśli. Nie mogę pani poradzić nic 

innego.  Nie  chciałbym  rezygnować  ze  współpracy  z  panią, 

proszę mi wierzyć. 

 -  Zmieni

łam  zdanie,  wystąpię  na  tym  zebraniu  - 

powiedziała  Laura  spokojnie,  chociaż  naprawdę  była  bardzo 
zdenerwowana. 

Doktor Hailey przyj

ął tę wiadomość z zaskoczeniem, ale i 

z ulgą. - Spadł mi kamień z serca, naprawdę! Cieszę się, że się 

pani w końcu przekonała. Zobaczymy się wobec tego później 

uśmiechnął się z sympatią. 

G

łówna  sala  ratusza  była  wypełniona  do  ostatniego 

miejsca.  Nawet w  przejściach  między  krzesłami i  po bokach 

stali  ludzie.  Ponad  pięćset  osób  wyciągało  szyje,  żeby 

zobaczyć  przedstawianych  przez  burmistrza polityków, 

biznesmenów  i  naukowców.  Devon  też  tu  był.  Stał  z  boku, 

przy ścianie. Laura czuła jego wzrok na sobie, ale zignorowała 

go.  Nigdy  mu  nie  wybaczy,  tej  podłej  zdrady.  Zaufaj mil 

Słowa,  którymi  ją  uspokajał,  brzmiały  teraz  jak  szyderstwo. 
N

ie, sprawa Devona była już dla niej zakończona. - ...A teraz 

background image

poproszę o zabranie głosu pannę Nichols, asystentkę doktora 
Haileya. 

Laura podnios

ła się jak w transie i podeszła do mikrofonu. 

Zaciekawione  twarze  słuchaczy  rozmazały  się  jej  przed 

oczami.  Wyraźnie,  nawet  bardzo  wyraźnie,  widziała  tylko 

buzię  ślicznej  małej  dziewczynki,  siedzącej  w  pierwszym 

rzędzie.  Patrzyła  na  nią  z  dziecięcą  ufnością  wielkimi 

błękitnymi oczami. Laura spociła się. 

 - Odwagi. Lauro! Musi pani przez to przebrn

ąć - usłyszała 

szept doktora Haileya. 

Laura chwyci

ła mikrofon tak mocno, aż jej dłoń zbielała. 

Odetchnęła  głęboko.  I  patrząc  stale  na  złotowłosą 

dziewczynkę, zaczęła mówić. 

W sali zrobi

ło się cicho. Wszyscy słuchali z uwagą Laury 

opisującej rezultaty swojej pracy naukowej. 

 -  Wiem, prosz

ę  państwa,  że  dotychczasowe  wyniki  nie 

pozwalają  ze  stuprocentową  pewnością  wnioskować  o 

rychłym  wybuchu  wulkanu.  Ale  mimo  to  nie  możemy 

bagatelizować  niebezpieczeństwa  i  wmawiać  sobie,  że  jakoś 

tam będzie. Nie, panie burmistrzu Idle Springs, musi pan być 
przygotowany na najgorsze  - 

urwała  widząc  kątem  oka,  że 

doktor Hailey wychodzi z sali. Wyprostowała się. - W każdym 

razie  poczuwam  się  do  moralnego  obowiązku,  żeby  was 

ostrzec.  Ostatnio  miały  miejsce  zastanawiające  zmiany. 

Dokonywały się one tak szybko, że nie można już wykluczyć 

prawdopodobieństwa  katastrofy.  Dlatego  posłuchajcie  mojej 

prośby - zabezpieczcie siebie i swój majątek, zanim będzie na 

to za późno! 

Laura zamkn

ęła  na  chwilę  oczy.  Była  zupełnie 

wyczerpana. 

Przez chwil

ę  w  sali  panowała  cisza, a potem nagle 

wybuchła panika. Ludzie zerwali się ze swych miejsc i rzucili 

się  do  wyjścia,  flesze  rozstrzelały  się  jaskrawym  światłem, 

background image

reporterzy  i  kamerzyści  torowali  sobie  bezpardonowo  drogę 

do  podium.  Dzieci  płakały,  mężczyźni  klęli,  kobiety 
za

wodziły. 

 -  A wi

ęc  własnoręcznie  przekreśliłam  swoją  karierę.  - 

Laura wyłączyła telewizor. - Jutro wyjeżdżam. 

Kate obj

ęła  ją  serdecznie.  -  Kto  wie,  może  cię  jeszcze 

będą całować po rękach za twą szczerość. I będą ci wdzięczni. 

Tak wdzięczni, jak ja. Pamiętasz jeszcze moją wściekłość, gdy 

zobaczyłam ciebie i Ralpha w czułych objęciach na dywanie? 

Dopiero później zrozumiałam, że chciałaś tylko mego dobra i 

co z tego wyszło? Wielka przyjaźń i szczęśliwe małżeństwo! 

 - Ma

łżeństwo? Bierzecie ślub? - zdziwiła się Laura 

 -  Tak jest! Musimy tylko zebra

ć  wszystkie  potrzebne 

dokumenty. 

 -  Ale

ż to cudownie, Kate! Tak się cieszę! - Teraz Laura 

uściskała  Kate.  -  Dużo  szczęścia  i  wszystkiego  dobrego  na 

nową drogę życia! 

 -  Dzi

ękuję,  Lauro,  chciałabym  i  tobie  życzyć  tego 

samego. A pro

pos,  Devon  usiłuje  już  od  kilku  godzin 

skontaktować się z tobą. Może byś chociaż wysłuchała tego, 
co ma ci do powiedzenia? 

 -  Nie  -  Laura odwr

óciła  się  do  okna.  -  Oszukał  mnie! 

Bezczelnie  nadużył  mego  zaufania!  Wykorzystał  mnie! 
Takich rzeczy 

się nie wybacza. Nie chcę go więcej widzieć. 

 -  Tylko, 

że  ten  mężczyzna  cię  kocha,  Lauro.  I  ty  go 

kochasz. Dlaczego tak sobie utrudniacie życie? 

W odpowiedzi Laura tylko zacisn

ęła wargi. 

background image

Rozdział 14 
Nast

ępnego dnia Laura bardzo wcześnie poszła do biura, 

żeby uporządkować swoje sprawy. 

Zadzwoni

ł  telefon  i  z  przyzwyczajenia  podniosła 

słuchawkę.  -  Tu mówi Smith  -  usłyszała  głos 

zdenerwowanego mężczyzny. - Paul Smith. Wracam właśnie z 

ryb i, niech pani sobie wyobrazi, że w Chrystal Lake pływają 
setki martwych 

ryb!  Nie  mam  pojęcia,  czy  to  ma  coś 

wspólnego z wulkanem, ale pomyślałem, że mogłoby to panią 

zainteresować. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. 

 -  Hm, to bardzo ciekawa informacja. Dzi

ękuję  panu 

bardzo, panie Smith. 

 - Nie ma za co - Smith od

łożył słuchawkę. 

Laura spojrza

ła  na  mapę.  Chrystal  Lake  leżało  około 

dwudziestu pięciu kilometrów od autostrady. Krótki wypad w 

to miejsce nie powinien jej zająć zbyt wiele czasu. 

Godzin

ę później zaparkowała samochód na skraju stromej 

górskiej drogi, zamknęła drzwi i przez gęste krzaki przedarła 

się na brzeg jeziora. Nawet najmniejszy podmuch wiatru nie 

mącił gładkiej jak lustro powierzchni wody. 

Nagle Laura dostrzeg

ła ryby. Niezliczone ilości martwych 

pstrągów  leżały  na  płytkim  brzegu.  To  dziwne!  Laura  nie 
umi

ała  wyjaśnić  tego  zastanawiającego  zjawiska.  Patrzyła 

bezradnie na przezroczyste jezioro. 

 - Zagadka martwych ryb - ca

łkiem niezły tytuł! 

Laura odwr

óciła  się  gwałtownie.  -  Devon?! Co ty tu 

robisz? 

 -  Przyjecha

łem  za  tobą.  Od  trzech  dni  usiłowałem 

porozmawi

ać z tobą, ale mi się to nie udawało. 

 -  Dzisiejszy dzie

ń  też  możesz  spisać  na  straty.  -  Laura 

pobiegła szybko do samochodu. 

Ale Devon by

ł szybszy. Dogonił ją i złapał za rękę. 

background image

 -  O, nie! Nie po to ci

ę  śledziłem,  żebyś  mnie  teraz 

zostawiła na lodzie! Najpierw mnie wysłuchasz! 

 - Ani mi si

ę śni! 

Przez chwil

ę mierzyli się wzrokiem. W oczach jej widać 

było gniew i rozczarowanie. 

 -  Lauro, kocham ci

ę,  do  cholery!  -  krzyknął  Devon. 

Roześmiała  się  z  goryczą.  -  I  oszukałeś  mnie,  żeby  mi  tego 

dowieść, prawda? 

 - Mia

łem swoje powody. 

 -  Ach tak? Wiesz, kto

ś  kiedyś  powiedział  do  mnie  - 

„Zaufaj mi!" Nie pamiętam już jednak, kto to był. Myślę, że 

tego człowieka w ogóle nie było. 

Devon przyci

ągnął  Laurę  do  siebie.  -  Wysłuchaj  mnie. 

Pozwól mi wszystko wyjaśnić. 

 - Nie trud

ź się, Devon. Między nami wszystko skończone. 

Oszu

kałeś mnie i nigdy ci tego nie wybaczę. 

Devon spojrza

ł  na  nią  z  udręką.  -  Czy  mogłem  po  raz 

drugi  przyglądać  się  bezczynnie,  jak  tracę  kobietę,  którą 
kocham? 

 - Drugi raz? Kobiet

ę, którą kochasz? O czym ty mówisz? 

 -  Moja 

żona...  Susan...  zginęła  pod  deszczem  popiołu  z 

Mount Saint Helens. 

Laura podnios

ła wzrok. 

 -  Susan by

ła  fotoreporterką.  Opętała  ją  myśl,  żeby 

sfotografować  wszystkie  fazy  wybuchu  wulkanu.  Pięknego 

niedzielnego poranka postanowiła wspiąć się na szczyt, żeby 

zrobić trochę zdjęć. A ja odwróciłem się na drugi bok i spałem 
dalej. 

Wzrok Devona sta

ł się nagle dziwnie pusty, wydawało się, 

że patrzy na wskroś przez Laurę. - Piekło rozpętało się nagle. 

Nigdy  nie  zapomnę  tego  panicznego  strachu,  z  jakim 

szukałem  Susan.  Gnałem  od  jednej  stacji  ewakuacyjnej  do 

background image

drugiej.  - 

Ukrył  twarz  w  dłoniach.  Po  chwili  przemógł  się  z 

wielkim trudem i mówił dalej bezbarwnym głosem. 

 -  Znale

źliśmy  ją  dopiero  po  kilku  dniach.  Jej  ciało  było 

tak zwęglone, że prawie nie mogliśmy go rozpoznać. 

Laura poblad

ła  z  przerażenia.  -  O,  Boże  to  okropne!  - 

szepnęła. 

 -  Tak, to by

ło straszne. Ale jeszcze gorsza jest dla mnie 

świadomość,  że  ten  koszmar  może  się  powtórzyć.  I  dlatego 

chciałem  zwrócić  uwagę  opinii  publicznej  na  grożące 

niebezpieczeństwo. I to mi się udało! Był już najwyższy czas 
na szczere przedstawienie powagi sytuacji, tak jak ty to 

zrobiłaś wczoraj. 

Laura zawaha

ła się. - No tak... Ale jednak nie powinieneś 

był  tak  mnie  oszukać!  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że 
twój 

artykuł zniszczył bezpowrotnie moją naukową karierę?! 

 - Przykro mi, ale nie mia

łem wyboru. 

 -  Owszem, mog

łeś  porozmawiać  ze  mną!  Mogłeś 

spróbować mnie przekonać! 

Devon j

ęknął. - Chciałem, Lauro. Przypominasz sobie ten 

dzień, kiedy wróciłem z Los Angeles? Miałem ze sobą kopię 

artykułu.  Mogłem  jeszcze  wstrzymać  jego  druk.  Ale 

zobaczyłem  ciebie  z  Ralphem  -  urwał  na  chwilę.  - 

Zdecydowałem się opublikować artykuł, żeby cię uratować, a 

nie zniszczyć, musisz mi uwierzyć. - Devon przyciągnął Laurę 
do siebie i pr

zytulił mocno. - Kocham cię - jego głos załamał 

się, siłą powstrzymywał szloch. - Nie dopuszczę do tego, żeby 

ci się przytrafiło jakieś nieszczęście... Nigdy! 

Laura zarzuci

ła  mu  ramiona  na  szyję.  -  Przytul mnie, 

Devon - 

szepnęła. - Trzymaj mnie mocno - zawsze. 

Wargi ich spotka

ły się w długim namiętnym pocałunku. 

Nagle us

łyszeli jakiś ponury grzmot w oddali. 

 -  Co to jest?  -  Laura wysun

ęła  się  z  objęć  Devona. 

Rozległ się drugi grzmot. 

background image

 - Uciekajmy st

ąd lepiej. Zanosi się chyba na niezłą burzę. 

- Devon spojrz

ał w niebo. Nad szczytami górskimi zebrała się 

ściana z czarnych chmur. Ledwie skończył mówić, gdy spadły 

na nich pierwsze, ciężkie krople. 

 - Devon! - krzykn

ęła Laura z przerażeniem. - O Boże, to 

nie jest deszcz! To popiół! - Laura patrzyła na ciemne, wielkie 

plamy na rękawach swej jasnej bluzki. 

 -  Musimy st

ąd  uciekać!  Devon  złapał  Laurę  za  rękę  i 

pobiegli do samochodów. 

Ciemna chmura popio

łu  z  zatrważającą  szybkością 

zasłoniła słońce. Zrobiło się ciemno. 

Laura krzykn

ęła.  Opadł  na  nią  płaszcz  pyłu  i  popiołu, 

każdy oddech sprawiał jej dotkliwy ból, myślała, że się udusi. 

Kaszląc  i  dławiąc  się,  biegła  naprzód.  Nagle  potknęła  się  i 

upadła. Devon podniósł ją, bezlitośnie ciągnąc pod górę. 

Mocne pnie starych sosen gi

ęły się i łamały jak zapałki. 

Laura stan

ęła sparaliżowana strachem. Szeroko otwartymi 

oczami patrzyła na piekło, które rozpętał wyzwolony żywioł. 

Niszczycielskie  siły  przyrody  w  oka  mgnieniu  spustoszyły 

okolicę. 

Devon 

ściągnął koszulę, podarł ją na pasy i dał je Laurze. 

Zawiąż sobie usta i nos! - ryknął. 

Spada

ł na nich coraz gęstszy deszcz popiołu. Stale czyścili 

ubranie i włosy z żarzących się kropli. Upał był tak straszny, 

że ociekali potem. 

Czo

łgając  się  pokonali  wał  z  pni  i  okruchów  skalnych  i 

dotarli wreszcie do drogi. Mercedes Devona był zablokowany 

przez  kamienie  i  gałęzie,  natomiast  samochód  Laury  jakimś 

cudem stał zupełnie nietknięty tam, gdzie go zostawiła. 

Trz

ęsącymi się rękami Laura otworzyła drzwi i padła bez 

sił  na  miejsce  pasażera.  Devon  usiadł  za  kierownicą  i 

natychmiast zapalił silnik. 

background image

 -  Gdzie w tym cholernym aucie zapala si

ę  reflektory?  - 

naciskał nerwowo wszystkie guziki. 

 -  Od dawna ju

ż się palą. - Laura usiłowała coś dostrzec 

przez  brudną  szybę.  Wycieraczki  były  zupełnie  nieprzydatne 
w tej sytuacji. 

Laura i Devon siedzieli w chevrolecie zamkni

ęci  w 

nieprzeniknionej mgle z czarnego popiołu. 

 -  Musimy si

ę  stąd  wydostać!  -  Dzika  panika  ogarnęła 

Laurę. Jeśli tu zostaniemy, auto stanie się naszym grobem! - 

rozszlochała się. 

 -  Kiedy przypuszczalnie lawa mo

że  dotrzeć  do  nas?  - 

Opanowany 

głos  Devona  sprawił,  że  Laura  uspokoiła  się  na 

tyle, że przestała płakać. - Nie da się tego wyliczyć - szepnęła. 
- Ale czasu mamy na pewno niewiele. 

 -  Okay. Odkr

ęć  szybę  na  dół  i  mów,  jak  mam  jechać! 

Gotowa?  Laura  kiwnęła  głową.  Samochód  potoczył  się  do 

przodu.  Wychyliła  się  przez  okno  próbując  znaleźć  drogę, 

która  by  ich  wyprowadziła  z tego piekła.  Przysłoniła  oczy 

dłonią  i  kierowała  Devonem.  -  W prawo!  -  krzyknęła.  - 
Jeszcze bardziej w prawo! Teraz prosto! Stop! 

Drog

ę  zagradzał  stos  gałęzi  i  konarów  z  jakiejś  starej 

sosny.  Laura  jęknęła,  a  Devon  wysiadł  i  błyskawicznie 

utorował drogę chevroletowi. 

Laura nie by

ła w stanie poruszyć się. Wydawało jej się, że 

ogląda  film  w  zwolnionym  tempie.  Modliła  się  w  duchu  o 
ratunek. 

 - Mo

żemy jechać dalej - Devon zamknął drzwi i ruszyli. 

Laura  przestała  już  liczyć  przeszkody,  które  stale  pojawiały 

się  na  ich drodze. Spojrzała  na  zegarek.  Już  cztery  godziny 

walczyli z czasem, a ujechali może dwadzieścia kilometrów. 

Nagle silnik zakrztusi

ł  się,  parsknął,  prychnął  i  przestał 

pracować. 

background image

Laurze zabrak

ło tchu, oblała się zimnym potem. Zabrakło 

benzyny? - 

spytała trwożliwie. 

Devon pokr

ęcił  głową.  -  Nie, to nie to. Mamy jeszcze 

połowę baku. 

 -  Wysiad

ł  i  otworzył  maskę.  -  Myślę,  że  zatkał  się  filtr 

powietrza. 

Oczy

ścił  filtr  z  popiołu  i  zapalił  znowu.  Silnik  zaczął 

znowu  równomiernie  pracować.  Laura  odetchnęła  z  ulgą. 

Pojechali dalej. Żadne z nich nie mówiło nic. Zdawało się, że 

czas zatrzymał się w miejscu. 

Stopniowo ciemno

ści  zaczęły  się  przejaśniać.  Mogli 

znowu w zarysach dost

rzec okolicę. 

Devon ostro

żnie prowadził samochód przez ostry zakręt. - 

Nie! Stop! - 

krzyknęła Laura przeraźliwie. Devon z całej siły 

nacisnął pedał hamulca. Samochód zatrzymał się natychmiast. 

Kilka  centymetrów  od  przednich  kół  rozciągała  się  wielka 
czarna 

czeluść. 

Devon wysiad

ł,  a  za  nim  Laura  na  nogach  jak  z  gumy. 

Zamiast  drogi  widniało  przed  nimi  pęknięcie  ziemi 

ogromnych  rozmiarów,  z  którego  wylewała  się  wrząca, 

parująca masa. Laura zachwiała się. 

 - Lawa - szepn

ęła przerażona. - To już koniec... 

 - Nie! - Devon schwyci

ł ją za ramiona i potrząsnął. - Nie 

poddamy  się.  Kocham  cię,  Lauro!  I  wyciągnę  cię  z  tego! 

Zobaczysz, musi się udać! - powiedział stanowczo. Rozejrzał 

się uważnie dookoła. 

 - Tam, na ska

łę! Jeśli do niej dotrzemy, mamy szansę! 

Na czworakach wspinali si

ę  po  stromej  skale,  uciekając 

przed śmiercionośną lawą. Ostre kamienie podarły im ubrania 

i  pokaleczyły  ręce.  Prawie  nieprzytomna  z  bólu  i  ze  strachu 

Laura  zatrzymała  się  w połowie  drogi.  -  Już  nie  mogę  - 

jęknęła i gwałtowny płacz wstrząsnął jej ciałem. 

background image

Devon by

ł już przy niej. - Do cholery, nie możesz się teraz 

poddać! - wrzasnął. - Chcesz za mnie wyjść, czy nie? 

Laura patrzy

ła na niego z niedowierzaniem, jak na jakieś 

widmo. 

 -  No? Chcesz?!  -  Devon szarpn

ął  ją  za  ramię.  Skinęła 

prawie niedost

rzegalnie głową. 

 -  No, to musimy st

ąd  uciekać.  W  tym  piekle  nie 

znajdziemy  na  pewno  urzędnika  stanu  cywilnego,  który 

mógłby nam udzielić ślubu. 

 -  Pom

ógł  jej  wstać.  -  Chodź,  kochanie,  pospiesz  się. 

Chciałbym doczekać naszego srebrnego wesela. 

Mimo tragicznej sytuacji, Laura u

śmiechnęła  się. 

Centymetr  po  centymetrze  pięła  się  w  górę.  Jak  automat 

wykonywała  wszystkie  polecenia  swego  przyszłego  męża. 

Paniczny strach ustąpił chęci do życia z Devonem. 

 -  Uda

ło  się!  -  Devon  pociągnął  ją  na  platformę  skalną i 

obj

ął  mocno.  Wyczerpana  do  granic  możliwości  Laura  z 

wdzięcznością oparła się na nim. 

 - Och, Lauro! - Devon obj

ął ją jeszcze mocniej. Po chwili 

wytchnienia rozejrzeli się wokół. 

Koszmar trwa

ł nadal. Przed ich oczami rozciągał się obraz 

potwornego zniszczenia. Powoli, ale stale rzeka lawy 

przewracała z korzeniami drzewa ciągnąc je za sobą w dolinę i 

grzebiąc po drodze cały żyjący świat. 

Laura ukry

ła  twarz  w  dłoniach.  Odwróciła  się  i 

rozszlochała.  Jeśli  lawa  z  taką  łatwością  wyrywała  potężne 

drzewa, to z całą pewnością zniszczy domy w dolinie. Miała 

nadzieję,  że  mieszkańcy  posłuchali  jej  ostrzeżenia  i  uciekli 

stamtąd w porę. 

Nagle zadr

żała. A co będzie, jeśli tam rzeczywiście nikogo 

nie ma? Kto uratuje ją i Devona? Laura była bliska obłędu. 

background image

 -  Taaak!  -  Devon wyda

ł  z  siebie  przeraźliwy  wrzask, 

zerwał  z  siebie  kurtkę  i  zaczął  wywijać  nią  w  górze  jak 

opętany. 

Laura patrzy

ła  na  niego,  nic  nie  rozumiejąc.  Co  mu  się 

stało? Może rzeczywiście zwariował? 

 -  Rusz si

ę, Lauro! Pomóż mi! - krzyknął do niej. - Weź 

coś i machaj! 

 -  Co ty...  -  Laura umilk

ła i zaczęła nasłuchiwać. I nagle 

usłyszała najpiękniejszy dźwięk na świecie: warkot krążącego 
nad nimi helikoptera. 

 -  Dzi

ęki szczerej i odważnej postawie pani geolog, którą 

przypad

kowo znam, wszyscy mieszkańcy Idle Springs uszli z 

życiem.  -  Devon  pogładził  Laurę  czule  po  ramieniu  i 

uśmiechnął się. - Kate i Ralph pozdrawiają cię serdecznie. I ta 

kapryśna kotka o ekstrawaganckim imieniu również. 

 -  Dzi

ękuję.  -  Laura  spróbowała  usiąść  w  łóżku,  ale  z 

jękiem opadła z powrotem na poduszkę. 

 -  Lekarz powiedzia

ł,  że  z  powodu  poparzeń  będziesz 

jeszcze przez kilka dni cierpiała, ale za to nie będziesz miała 

żadnych blizn. 

Laura spojrza

ła ze złością na białe bandaże, którymi była 

spowita od stóp do głów. - Naprawdę nie wiem, co widzisz w 

tej mumii, którą teraz jestem. 

Devon roze

śmiał  się.  -  Ja  też  jestem  cały  obklejony 

plastrami.  Myślę,  że  stanowimy  razem  całkiem  atrakcyjną 

parę.  Hm,  właśnie  przypomniałem  sobie,  że  musimy  jeszcze 

omówić  kilka  spraw.  O  ile  sobie  dobrze  przypominam, 

przyjęłaś moje oświadczyny, prawda? 

 - Owszem - Laura skin

ęła głową. 

 -  Dobrze. Chcia

łbym  się  jeszcze  dowiedzieć,  czy  nie 

masz dość tych swoich wulkanów? 

 -  Nie 

żądasz  chyba  ode  mnie,  żebym  zrezygnowała  ze 

swej pracy? 

background image

 - Nie, je

śli zagwarantujesz mi wyłączność na reportaże. 

 -  Nie ma sprawy, o ile b

ędziesz  mi  je  wszystkie 

pokazywał przed ich ukazaniem się w druku. 

Devon pokiwa

ł z ubolewaniem głową. - Wychodzi na to, 

że całe życie będę cię musiał pytać o zgodę. 

 - Mo

żesz się jeszcze wycofać. Zastanów się dobrze! 

 -  Ju

ż  jest  za  późno.  Oświadczyłem  ci  się  i  muszę 

dotrzymać słowa. Pochylił się nad Laurą, objął ją ostrożnie i 

pocałował w usta czule i delikatnie. 

KONIEC