background image

 
 
 
 
 

Margare Brownley 

 

Trzęsienie serca 

background image

Rozdział 1 
Laura Nichols trzymała mocno oburącz kierownicę swego 

ośmioletniego,  ale  ciągle  jeszcze  nieźle  sprawującego  się 
chevroleta.  Pochyliła  się  do  przodu  próbując  ulżyć  napiętym 
mięśniom karku. 

Jechała  już  dziesięć  godzin.  Dziesięć  długich  godzin  na 

autostradach.  Pozwoliła  sobie  tylko  na  dwie  krótkie  przerwy. 
Raz  musiała  zatankować,  za  drugim  razem  zatrzymała  się, 
żeby  zjeść  kanapkę.  W  tej  chwili  była  już  tak  wykończona 
jazdą,  że  każda  nierówność  nawierzchni  sprawiała  jej 
dotkliwy  ból,  a  gorąca  kąpiel  była  jedynym  jej  marzeniem. 
Westchnęła głęboko. 

Wzdłuż drogi wijącej się jak wstążka na szczyt góry, rosły 

wysokie  sosny.  Stare  drzewa  stały  tak  gęsto  jedno  obok 
drugiego,  że  ich  korony  prawie  nie  przepuszczały  światła 
dziennego. 

Laurze trudno było uwierzyć, że ta pusta droga górska jest 

głównym  połączeniem  z  Idle  Springs,  popularnym  i  tłumnie 
odwiedzanym  kurortem.  Na  palcach  jednej  ręki  mogła 
policzyć samochody, które minęła po drodze, i to w sierpniu, 
w  samym  środku  sezonu!  Turystów  odstraszyły najwyraźniej 
pogłoski  o  oznakach  aktywności  starego,  nieczynnego  od 
ponad tysiąca lat wulkanu. Normalnie o tej porze droga byłaby 
zatłoczona  przez  ludzi  uciekających  z  miast  przed  upałem. 
Nagle  szosa  rozpłynęła  się  w  obłoku  jasnego  pyłu.  Wierz-
chołki  drzew  zadrżały  gwałtownie.  Laura  zmarszczyła  czoło. 
Kilka  sekund  temu  panowała  tu  przecież  absolutna  cisza. 
Czyżby  miała  halucynacje?  Szybko  skierowała  samochód  na 
pobocze i zatrzymała się. 

Rozległ  się  grzmot  podobny  do  huku  pioruna.  Pod 

wpływem  hałasu  metalowe  części  samochodu  zaczęły 
wibrować. Laura spojrzała w lusterko wsteczne spodziewając 

background image

się  ujrzeć  w  nim  ciężką  ogromną  ciężarówkę, ale  droga  była 
pusta. Laura poczuła się nieswojo. 

Grzmot przybierał na sile. Auto trzęsło się coraz bardziej. 

Kluczyki  tkwiące  jeszcze  w  stacyjce  wykonywały  dziki 
brzęczący  taniec.  Trzęsienie  ziemi,  pomyślała  Laura.  I 
natychmiast  uczucie  zaniepokojenia  wobec  zjawisk  ustąpiło 
miejsca  rzeczowemu,  trzeźwemu  zainteresowaniu.  Umysł 
zaczął pracować na najwyższych obrotach. Jako doświadczona 
geofizyczka nie miała kłopotu z oceną sytuacji. 

Koszmar  skończył  się  tak  nagle,  jak  się  zaczął.  Huczący 

grzmot  ucichł.  Kluczyki  brzęczały  jeszcze  przez  chwilę, 
potem znowu zapanowała cisza. 

Laura odetchnęła głęboko. Przez te czterdzieści sekund, bo 

tyle  trwało  trzęsienie  ziemi,  zabrakło  jej  powietrza.  Mimo 
doświadczenia  ze  zjawiskami  przyrody,  odczuwała  dziwny 
ucisk  w  okolicy  żołądka.  Poraziła  ją  świadomość  własnej 
bezbronności w bezpośrednim zetknięciu z żywiołem. 

Odkręciła boczną szybę. Cisza. Śmiertelna cisza. Było tak, 

jakby  wszystkie  żyjące  stworzenia  wstrzymały  oddech  w 
trwożnej obawie przed powrotem niszczycielskiej siły. 

Laura zadrżała. Na tej wysokości po zachodzie słońca było 

nawet  w  środku  lata  bardzo  zimno.  Podkręciła  szybę  z 
powrotem  do  góry.  Trzęsienie  ziemi  skończyło  się  już  chyba 
ostatecznie.  Laura  przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Silnik 
zapalił i samochód wytoczył się na jezdnię. Cel podróży Laury 
nie był już  daleko. Miała zamieszkać  w domu siostry kolegi. 
Przyspieszyła,  zgrabnie  pokonując  zakręt.  Nagle  oczy  jej 
rozszerzyły  się  z  przerażenia.  Z  całych  sił  nacisnęła  pedał 
hamulca.  Samochód  zatrząsł  się  na  boki  i  zatrzymał  z 
ogłuszającym  piskiem.  Szeroka  tama  z  błota  i  odłamków 
skalnych blokowała drogę na całej szerokości. Laura siedziała 
jak skamieniała patrząc w osłupieniu na piętrzącą się przed nią 
skłębioną ciemną masę. 

background image

W  końcu  wysiadła.  Ruszyła  wolno  przed  siebie.  Na 

uginających się kolanach zbliżała się do osuwiska, starając się 
ze wszystkich sił o zachowanie zimnej krwi. 

Wyglądało  na  to,  że  kontynuacja  podróży  samochodem 

nie była możliwa. Jedynie szybki marsz przez las pozwoliłby 
dotrzeć Laurze do celu przed zapadnięciem zmroku. 

Cofnęła  auto  o  mniej  więcej  pięćdziesiąt  metrów, 

zaciągnęła  ręczny  hamulec,  wysiadła  i  zamknęła  wszystkie 
drzwi.  Z  walizki  wyciągnęła  rzeczy  potrzebne  na  jeden 
nocleg.  Jutro  wrócę tu  po  samochód,  pomyślała,  kiedy droga 
zostanie już uprzątnięta z błota i kamieni. Zamknęła bagażnik 
i ruszyła w drogę. 

Lekki  podmuch  wiatru  rozwiał  długie  włosy  Laury. 

Poprawiła  je  kilkoma  energicznymi  ruchami.  Spojrzała  na 
zegarek.  Dochodziła  szósta.  Jeśli  chce  jeszcze  za  dnia 
wydostać się z tego ponurego miejsca, musi się pospieszyć. 

Już  niebawem  stwierdziła,  że  droga  przez  las  była 

znacznie trudniejsza do przebycia, niż to się mogło wydawać. 
Przez  chwilę  Laura  zastanawiała  się,  czy  nie  wrócić  do 
samochodu  i  nie  zmienić  tenisówek  na  porządne  buty 
turystyczne.  Zrezygnowała  jednak  z  tego  pomysłu,  ponieważ 
liczyła się teraz każda minuta. Nie miała czasu do stracenia. 

Niezmordowanie  wspinała  się  po  skałach,  przedzierała 

przez  gęste  krzaki,  brnęła  wielkimi  krokami  przez  grząskie 
błoto,  potykała  się  o  sterczące  ku  górze  pnie  drzew.  Cudem 
udało jej się uniknąć kąpieli w błocie. 

Zwalone  drzewo  zagrodziło  Laurze  dalszą  drogę.  Wzięła 

rozbieg  i  z  trudem  pokonała  przeszkodę.  Przy  niezbyt 
miękkim lądowaniu torebka zsunęła jej się z ramienia, zamek 
otworzył się i cała zawartość wylądowała na wilgotnej ziemi. 
Laura zaklęła po męsku, ale trudno, musiała pozbierać słoiczki 
i  tubki  z  kremami,  przybory  do  makijażu,  szczoteczkę  do 
zębów, grzebień i bieliznę. 

background image

 -  Czy  pani  tego  szuka?  -  rozległ  się  nagle  głęboki  męski 

głos.  Laura  drgnęła.  Podniosła  głowę  i  zaczerwieniła  się.  Na 
palcu  obcego  mężczyzny  ujrzała  coś  turkusowego,  coś  z 
jedwabiu  i  przezroczystej  koronki.  O  Boże,  przecież  to  moje 
majtki,  pomyślała  z  przerażeniem.  Była  tak  zmieszana,  że 
najchętniej  zapadłaby  się  pod  ziemię,  ale  spostrzegła,  że 
nieznajomy najwyraźniej bawi się tą sytuacją. 

 - Dziękuję - wymamrotała, zabrała mu majtki i schowała 

czym prędzej do torby. - Bardzo pan uprzejmy. 

Ciemne  oczy nieznajomego zlustrowały Laurę od stóp do 

głów. 

Laurze  zrobiło  się  gorąco.  Uświadomiła  sobie,  że  w 

obcisłych  dżinsach  i  nie  mniej  obcisłej  bluzeczce  wyglądała 
bardziej na rozebraną niż na ubraną. 

 -  Co  za  szczęśliwy  traf,  że  akurat  tędy  przechodziłem. 

Gdyby  nie  ja,  zostałaby  pani  pozbawiona  tak  niezwykle 
ważnej części garderoby. 

 - Chyba nie myśli pan, że mam tylko jedną parę majtek? - 

spytała Laura z przekąsem. 

Wzruszył ramionami. - Niby skąd miałbym to wiedzieć? 
Laura  przełknęła  ślinę,  nerwowo  poszukując  w  myślach 

odpowiedniejszego  tematu  do  rozmowy.  Wiek  nieznajomego 
oceniła  na  trzydzieści  pięć  -  czterdzieści  lat.  Był  wysoki, 
barczysty i prawdę powiedziawszy, niezwykle przystojny. 

 -  Co  za  miłe  trzęsienie ziemi mieliśmy  tu  przed  chwilą - 

zaczęła niezbyt fortunnie. 

Mężczyzna uniósł brwi zdziwiony. - Te trzęsienia stały się 

tu już prawdziwą plagą - skrzywił się niechętnie. - Pani też w 
końcu została poszkodowana... - spojrzał na nią ironicznie. 

Laura  zmieszała  się  jeszcze  bardziej.  -  O,  nie,  pan...  pan 

się  myli  -  zaczęła  się  jąkać.  -  Trzęsienie  ziemi  nie  ma 
najmniejszego związku z tym, że majtki... to znaczy, owszem, 
w pewien sposób jak najbardziej... właściwie... ale... 

background image

 -  Ależ  proszę  pani,  nie  musi  mi  pani  niczego  wyjaśniać. 

Wszystko  świetnie  rozumiem.  Nie  zdradzę  nikomu  pani 
maleńkiego  sekretu.  Przysięgam  milczeć  aż  po  grób.  - 
Ostatnie  słowa  mężczyzna  wypowiedział  konfidencjonalnym 
szeptem. 

 -  Mojego...  maleńkiego  sekretu?  O  czym  pan  mówi?  - 

Laura patrzyła na nieznajomego osłupiała. - Czy pan sądzi, że 
ja  tu  miałam  randkę?  -  urwała.  Uwikłała  się  w  zupełnie 
bezsensowne  i  absolutnie  zbyteczne  tłumaczenia.  Nie 
obchodzi jej przecież wcale, co ten facet o niej pomyśli! Ale 
dobrze!  Nie  będzie  mu  psuć  zabawy.  Przymrużyła  oczy.  - 
Naprawdę  nie  zdradzi  mnie  pan?  Nie  opowie  pan  nikomu  o 
mojej...  przygodzie?  Bo  wie  pan,  gdyby  mój  mąż  się 
dowiedział... 

W  wyglądzie  nieznajomego  zaszła  gwałtowna  zmiana. 

Obrzucił Laurę ponurym spojrzeniem, zacisnął wargi i cofnął 
się o krok. 

 -  Ma  pani  moje  słowo  -  powiedział  sztywno.  I  zanim 

Laura zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, odwrócił się i odszedł 
pospiesznie. 

Laura  spoglądała  za  nim  w  milczeniu.  Ale  dziwak, 

pomyślała,  najpierw  zaczyna  stroić  sobie  ze  mnie  żarty,  a 
kiedy  próbuje  się  dostosować  do  jego  poczucia  humoru, 
ucieka. Wzruszyła ramionami i odwróciła się. 

Tymczasem słońce zaszło już za góry i zrobiło się bardzo 

zimno.  Naprawdę  nie  miała  czasu  na  rozważania  nad 
zachowaniem  nieznajomego.  Ruszyła  w  dalszą  drogę. 
Zmęczona  i  głodna,  krok  po  kroku  brnęła  przez  las.  Nogi 
bolały ją potwornie, a dotkliwy chłód dawał się coraz bardziej 
we znaki. 

Po  około  dwudziestu  minutach  marszu  Laura  dotarła  do 

miejsca,  w  którym  las  przerzedzał  się.  Przez  zieleń  drzew 
dostrzegła  czerwone  dachy.  Odetchnęła  z  ulgą.  Miała  przed 

background image

sobą  willowe  osiedle  w  stylu  Tudorów.  Patrzyła  z 
zainteresowaniem  na  wypielęgnowane  domostwa.  Wzrok  jej 
zatrzymał się na szyldzie z nazwą ulicy. Nazwa wydała jej się 
dziwnie znajoma. 

Wyciągnęła z torebki karteczkę z adresem siostry kolegi i 

porównała  z  szyldem.  No  tak,  wszystko  się  zgadzało.  Co  za 
szczęśliwy  przypadek!  Pokręciła  głową  i  roześmiała  się.  - 
Steve, ty niepoprawny snobie! 

Przypomniała sobie dokładnie słowa kolegi: - Moja siostra 

ma  w  Idle  Springs  niedużą  chałupkę,  nic  specjalnego,  ale  na 
pewno  będziesz  lepiej  czuła  się  u  niej  niż  w  hotelu.  I  proszę 
się nie przejmować Kate. Moja siostrzyczka uwielbia gości. - 
Napisał  adres  siostry  na  karteczce  i  pożegnał  się  z  Laurą 
braterskim cmoknięciem w policzek. 

Laura  odszukała  numer  domu  i  wkrótce  stanęła  przed 

wspaniałą  willą.  Mosiężną  kołatką  zastukała  do  ciężkich 
dębowych drzwi. 

Damski  głos  zaprosił  ją  do  środka.  Laura  nacisnęła 

klamkę,  stwierdziła,  że  drzwi  nie  są  zamknięte  i  weszła  do 
domu. 

Przywitał  ją  przeraźliwy  krzyk.  -  Hej,  Miłość!  Przeklęta 

bestia! Niechże pani złapie to bydle! 

Laura  rozejrzała  się  zaskoczona  i  zdezorientowana.  Jakaś 

czarno  - biała czworonożna  wiercipięta próbowała  przecisnąć 
się koło jej nóg, żeby wymknąć się na dwór. Laura przytomnie 
zamknęła  drzwi.  Miłość  okazała  się  prześliczną  kotką,  która 
teraz  odwróciła  się  obrażona  od  Laury  i  odmaszerowała  z 
godnością w sobie tylko wiadomym kierunku. 

 - Pani jest zapewne Laurą. 
Głos  dochodził  z  góry  i  Laura  nie  mogła  na  razie 

zlokalizować  jego  źródła.  Wreszcie,  przez  łukowato 
zakończone drzwi dostrzegła ludzką postać zwisającą głową w 
dół z drążka przymocowanego linami do sufitu. 

background image

 -  Miło  mi  -  właścicielka  głosu  wiosłowała  rękami  w 

powietrzu.  -  Chwileczkę.  -  Kobieta  spuściła  nogi  z  drążka  i 
elegancko  wylądowała  na  podłodze.  -  Witam  serdecznie  w 
moich  skromnych  progach.  A  w  ogóle  to  jestem  Kate.  -  Ze 
śmiechem wyciągnęła do Laury wypielęgnowaną dłoń. 

 - Jestem Laura. Laura Nichols - przedstawiła się ściskając 

dłoń  Kate.  Przyglądała  się  z  nie  ukrywanym  zaciekawieniem 
młodej,  bardzo  szczupłej  kobiecie  w  obcisłym  liliowym 
kostiumie gimnastycznym. 

Laura  opowiedziała  Kate  o  swojej  przygodzie,  o  tym,  że 

samochód musiała zostawić na drodze z powodu wału z mułu 
i  odłamków  skalnych  i  że  ostatni  odcinek  drogi  pokonała 
pieszo przez las. Kate była bardzo podobna do swojego brata i 
ten  fakt,  nie  wiadomo  dlaczego,  wpłynął  uspokajająco  na 
Laurę. 

 -  Założę  się,  że  pada  pani  z  głodu.  -  Nie  czekając  na 

odpowiedź  Kate  wzięła  Laurę  za  rękę  i  zaprowadziła  do 
kuchni. - Czym mogę służyć? Ma pani do wyboru dwadzieścia 
sześć różnych smaków. Proszę bardzo! - Otworzyła lodówkę. 
-  Musi  pani  wiedzieć,  że  odżywiam  się  prawie  wyłącznie 
jogurtem. Proszę sobie wybrać to, co pani lubi najbardziej. 

Laura  spoglądała  niezdecydowanie  na  stosy  kubków  z 

jogurtem. 

 -  Truskawkowy?  -  zaproponowała  Kate.  -  Pani  jest 

według  mnie  dokładnie  w  typie  truskawkowym.  - 
Przekrzywiła głowę patrząc z uwagą na Laurę. - Albo nie! Na 
pewno  nie!  Zaraz,  zaraz,  muszę  pomyśleć.  Ależ  tak!  Już 
wiem!  Właśnie  to!  -  Kate  wyciągnęła  kubek  z  najdalszego 
rządka. - Specjalność lokalu: papaya. - Triumfującym gestem 
postawiła jogurt na stole przed Laurą. 

 -  To  rzeczywiście  mój  ulubiony  smak.  Jak  pani  na  to 

wpadła? 

background image

 - Mam dobre oko - Kate roześmiała się widząc zdumienie 

w  oczach  Laury.  -  Wystarczy  trochę  wprawy  w  obserwacji  i 
już  można  się  bawić  w  odgadywanie  upodobań  znajomych  i 
nieznajomych. Poza tym, Steve opowiadał mi przecież o pani. 
Smacznego! - podała Laurze łyżeczkę. 

 - Dziękuję - Laura zabrała się do jedzenia i choć w głębi 

duszy miała nadzieję na pożywniejszy posiłek, musiała jednak 
przyznać,  że  dobrze  jej  zrobił  ten  zimny  jogurt.  Poczuła  się 
wyraźnie lepiej. 

 - Czemu właściwie pani jeszcze stąd nie uciekła? Nie boi 

się pani wybuchu wulkanu? 

Kate  postawiła  na  stole  dwie  filiżanki  wypełnione  po 

brzegi  gorącą  aromatyczną  kawą,  przysunęła  sobie  krzesło  i 
usiadła naprzeciwko Laury. - Prawdę powiedziawszy, niemiło 
mi  się  robi,  gdy  pomyślę,  że  siedzę  na  kipiącym  wulkanie. 
Ale...  -  wzruszyła  ramionami.  -  Cóż,  pozostanę  tu  tak  długo, 
jak się da. W końcu kapitan schodzi zawsze ostatni z tonącego 
okrętu - roześmiała się. 

Laura spojrzała na nią pytająco. 
 -  Dwie  rzeczy  trzymają  mnie  tutaj  -  ciągnęła  Kate.  -  Po 

pierwsze sklepik z antykami znajdujący się od  bardzo dawna 
w posiadaniu rodziny mojego męża... 

 -  Nie  miałam  pojęcia,  że  jest  pani  mężatką  -  przerwała 

Laura nieopatrznie. 

Pogodną twarz Kate przesłonił cień, w oczach jej pojawił 

się  bolesny  smutek.  -  A  więc  Steve  o  niczym  pani  nie 
wspomniał?  No  tak,  to  do  niego  podobne  -  urwała,  wypiła 
kawę do końca i wstała. - Chodźmy, pokażę pani jej pokój. Na 
pewno jest pani okropnie zmęczona. 

Kate  poprowadziła  Laurę  przez  hol,  otworzyła  jakieś 

drzwi i weszły razem do sypialni utrzymanej w ciepłej tonacji 
błękitu i beżu. Pokój urządzony w stylu przełomu wieku zrobił 
na Laurze niemałe wrażenie. 

background image

 - Ależ tu pięknie! Ale... czy to łóżko nie jest zbyt cenne, 

żeby w nim tak po prostu spać? Nie chciałabym... 

Kate  przerwała  jej  energicznym  machnięciem  ręki.  - 

Łóżko stoi po to, żeby w nim spać. Naprzeciwko znajdzie pani 
łazienkę.  A  te  szklane  przesuwane  drzwi  prowadzą  na 
zadaszony  dziedziniec.  Może  pani  z  niego  korzystać,  kiedy 
tylko przyjdzie pani na to ochota. Aha, bo zapomnę, noce są tu 
bardzo  zimne.  Dodatkowe  koce  znajdzie  pani  w  komodzie. 
Zostawię  teraz  panią  samą,  żeby  mogła  się  pani  trochę 
odświeżyć.  I...  pewnie  będzie  chciała  pani  położyć  się 
wcześnie.  Nie  przeszkadzam  wobec  tego,  później  zajrzę 
jeszcze do pani. 

Kate skinęła głową i wyszła. 
Laura  wypakowała  swoje  rzeczy  i  natychmiast  poszła  do 

łazienki. Stojąc pod prysznicem zamknęła oczy. Ach, jakie to 
było  miłe  uczucie!  Ciepła  woda  spłukiwała  z  niej  razem  z 
potem  i  brudem  całe  to  ogromne  zmęczenie  długą  jazdą  i 
forsownym marszem. Wrócił jej dobry humor. Czekało na nią 
nowe  zadanie  -  wyzwanie,  z  którego  się  bardzo  cieszyła.  I 
chociaż  nadal  nie  wiedziała,  na  czym  konkretnie  ma  ono 
polegać,  pewna  była  jednego,  nudzić  się  nie  będzie  nawet 
przez sekundę. 

Stała  już  w  koszuli  nocnej  przed  lustrem  rozczesując 

włosy, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Kate wsadziła 
przez drzwi głowę. 

 -  Rozmawiałam  właśnie  przez  telefon  z  Ralphem 

Hendricksem  -  oznajmiła.  -  Ralph  jest  strażnikiem  leśnym  w 
tym  rejonie  i  moim  dobrym  znajomym.  Sądzi,  że  drogi 
powinny  zostać  uprzątnięte  do  jutra.  Zaoferował  pomoc  w 
przyholowaniu  pani  samochodu.  -  Kate  weszła  jednak  do 
pokoju,  a  zaraz  za  nią  wcisnęła  się  przez  szparę  w  drzwiach 
kotka.  -  Ralph  i  ja  umówiliśmy  się  dzisiaj  na  kolację  w 
mieście.  Mogłabym  mu  przy  okazji  dać  kluczyki  od  pani 

background image

samochodu, oczywiście pod warunkiem, że pani odpowiada ta 
koncepcja. 

 -  Ależ  jak  najbardziej.  -  Laura  już  otworzyła  torebkę, 

żeby  wyjąć  z  niej  kluczyki.  -  Uważam,  że  to  bardzo  miło  ze 
strony pana Hendricksa, że zadaje sobie tyle trudu z powodu 
mojego  samochodu.  Proszę  mu  serdecznie  podziękować  ode 
mnie. Życzę państwu przyjemnego wieczoru. 

 -  Dziękuję  -  roześmiała  się  Kate.  -  Będę  musiała  potem 

przez cały tydzień pościć, żeby zrzucić te kilogramy, jakie mi 
przybędą  przez  dzisiejszą  kolację  -  westchnęła  z  żalem  i 
popatrzyła  w  zadumie  na  szczupłą  figurę  Laury.  -  A  jak  to 
wygląda  u  pani?  Czy  pani  też  stale  musi  głodować,  żeby 
utrzymać taką fantastyczną sylwetkę? 

 -  Nie  -  odparła  Laura  zdziwiona.  -  Nie  mam  z  tym 

żadnych  problemów.  Ale  pani  przecież  też  nie  ma  grama 
nadwagi. 

Kate pokręciła głową. - To wszystko jest efektem surowej 

dyscypliny.  Głodować,  głodować  i  jeszcze  raz  głodować!  W 
moim przypadku jest to jedyna metoda. - Otrząsnęła się. - To 
okropne, że człowiek musi stale postępować wbrew sobie. 

Wzrok  jej  padł  na  kotkę.  -  Aha,  Miłości  nie  wolno  teraz 

wypuszczać na dwór. Niech pani nie da się przekupić żadnym 
wdzięczeniem  się.  Poddałam  ją  przed  kilkoma  dniami 
sterylizacji i weterynarz przestrzegał przed zapaleniem rany, o 
co  nie  będzie  trudno  w  czasie  jej  beztroskich  wędrówek  po 
okolicy. Rana musi się najpierw zagoić. 

Laura zapewniła Kate ze śmiechem, że będzie uważała na 

jej ulubienicę i że nie spuści jej z oka. 

Uspokojona  Kate  zeszła  na  dół,  by  przygotować  się  do 

wyjścia. Niedługo później Laura usłyszała głęboki męski głos 
i  wesoły  śmiech  Kate.  Zaraz  potem  rozległ  się  trzask 
zamykanych drzwi. 

background image

Laura wyjrzała ostrożnie z pokoju. W domu było ciemno i 

cicho. Laura poszła na bosaka do kuchni. Prysznic pobudził jej 
apetyt. Mała przekąska nie powinna jej zaszkodzić. W końcu 
Kate  powiedziała  jej,  że  ma  się  czuć  jak  u  siebie  w  domu  i 
korzystać  do  woli  z  lodówki.  Zrobiła  więc  sobie  kanapkę, 
nalała szklankę mleka i skonsumowała, to wszystko od razu w 
kuchni. 

Po  powrocie  do  pokoju  zainteresowała  się  regałem  z 

książkami. Może przed pójściem spać coś poczytać? Na jednej 
z  wyższych  półek  leżały  książki  w  wydaniu  kieszonkowym. 
Laura  przeczytała  kilka  tytułów  i  uśmiechnęła  się  do  siebie. 
Jeśli Kate była miłośniczką erotycznych powieści o miłości, to 
wiedziała już, dlaczego kotka nosi takie, a nie inne imię. 

Laura  wybrała  na  chybił  trafił  jakąś  książkę,  weszła  do 

łóżka  i  usadowiła  się  wygodnie  do  lektury.  Książka  nosiła 
niewyszukany tytuł „Nagie pożądanie". 

Po  lekturze  kilku  pierwszych  stron  odniosła  wrażenie,  że 

pokój zamienił się w piec do chleba. Laurze zrobiło się gorąco 
i  zabrakło  jej  tchu.  Odrzuciła  kołdrę,  wyskoczyła  z  łóżka  i 
podbiegła  do  szklanych  drzwi  rozsuwając  je  w  połowie. 
Zimne mocne powietrze wpadło do pokoju. Laura zaciągnęła 
się kilka razy świeżym powietrzem. 

Nagle coś ją załaskotało w nogi. Kotka jak ciemna strzała 

prześlizgnęła  się  koło  niej  i  wyskoczyła  przez  otwarte  drzwi 
na zewnątrz. 

 - O, nie - jęknęła Laura. - Wracaj natychmiast, Miłość! - 

Na  dworze  było  ciemno,  choć  oko  wykol.  Mimo  to  Laurze 
udało  się  dostrzec  ciemny  cień  przecinający  w  poprzek 
dziedziniec. 

Laura,  nadal  boso,  wyszła  na  dziedziniec.  Lodowate 

zimno płyt chodnikowych przejęło ją dreszczem. Skrzyżowała 
ręce na piersiach, żeby choć trochę schronić się przed zimnym 
wiatrem szarpiącym jej nocną koszulę. Rozejrzała się i ujrzała 

background image

kotkę  skuloną  pod  krzakiem.  Ostrożnie,  krok  za  krokiem, 
zbliżyła  się  do  zwierzaka.  -  Przez  ciebie  zachoruję  na 
zapalenia  płuc  -  rozzłościła  się  na  Miłość.  Już,  już  miała  ją 
złapać, gdy kotka z niezwykłą zwinnością przeskoczyła niski 
żywopłot i przez otwarte drzwi wpadła do domu naprzeciwko. 

Laura zawahała się, ale tylko na chwilę. Zdecydowana na 

wszystko przeskoczyła wzorem kotki żywopłot i stanęła przed 
szklanymi  drzwiami.  -  Miłość!  -  zawołała  cicho.  -  Wracaj 
natychmiast!  -  Zza  drzwi  nie  dochodził  żaden  szmer. 
Poprzysięgając kotce zemstę Laura przecisnęła się przez drzwi 
do środka obcego domu. Ostrożnie odsunęła na bok zasłonę i 
rozejrzała  się.  Znajdowała  się  w  czyjejś  sypialni.  Nocna 
lampka  koło  łóżka  oświetlała  pokój  łagodnym  blaskiem. 
Mieszkał  tu  chyba  mężczyzna  sądząc  po  prostych  w  linii 
meblach  z  czerwonawego  drewna.  Laura  spojrzała  z 
podziwem  na  setki  książek  oprawionych  w  skórę  i 
zajmujących  wysokie  pod  sufit  regały.  W  powietrzu  wisiał 
cierpki, ale miły zapach, który wydał się Laurze znajomy. 

 -  Gdzie  jesteś?  -  szepnęła  wstrzymując  oddech.  Żadnej 

reakcji.  Nagle  usłyszała  szmer.  Laura  wydała  zduszony 
okrzyk,  który  zaraz  przerodził  się  w  radosny  śmiech. 
Zobaczyła po prostu w lustrze swoje odbicie i przestraszyła się 
siebie.  Z  bijącym  sercem  zaczęła  skradać  się  przez  pokój, 
zaglądając  w  każdy  schowek.  -  Ach,  ty  wstrętne  bydlę!  - 
syknęła - gdzieś ty się mogła schować? Wyjdźże wreszcie! 

Uklękła  i  zajrzała  pod  łóżko.  Usłyszała  gniewne 

prychnięcie i zobaczyła parę zielonożółtych oczu. 

 -  Cholera!  -  Laura  położyła  się  płasko  na  podłodze, 

wyciągnęła  rękę  po  małego  zbiega,  ale  łóżko  było  tak 
szerokie,  że  w  żaden  sposób  nie  mogła  dosięgnąć  Miłości.  - 
No, chodź już, żarty się skończyły - ponagliła kotkę, dotykając 
jej koniuszkami palców. 

background image

Ledwie  Miłość  poczuła  dotknięcie,  wystrzeliła  jak  strzała 

z łuku uciekając na bezpieczną odległość od Laury. Kolejnym 
skokiem wydostała się na dwór i przepadła w ciemnościach. 

 - Co za potwór! 
 - Mówi pani do mnie? 
Laurę  dosłownie  zamurowało.  Na  kilka  sekund  serce  jej 

przestało  bić.  Wstrzymując  oddech,  z  zamkniętymi  oczami, 
wysunęła się spod łóżka. 

Niechętnie  otworzyła  oczy.  Najpierw  wzrok  jej  padł  na 

parę  skórzanych  brązowych  klapek,  w  których  tkwiły  gołe 
nogi,  potem  na  sprane  dżinsy,  żółtą  bluzę  i  wreszcie  na 
opaloną twarz, która doskonale wryła jej się w pamięć. Laura 
jęknęła. - Nie - szepnęła. - Tylko nie to! 

background image

Rozdział 2 
Niezdolna do wykonania żadnego ruchu Laura zastygła w 

swej  niewygodnej  pozycji  na  podłodze.  Było  jej  tylko  coraz 
goręcej z powodu bezwstydnych spojrzeń nieznajomego, który 
z  widoczną  przyjemnością  patrzył  na  jej  nagie  uda  i  ledwie 
przysłoniętą cienkim materiałem koszuli pupę. 

 - Czy mogę spytać, co pani zgubiła tym razem? - w głosie 

mężczyzny brzmiało wyraźne szyderstwo. 

 - Miłość! - odpowiedziała Laura bez namysłu i obciągnęła 

koszulę. 

 -  Miejmy  nadzieję,  że  nie  jest  aż  tak  źle!  -  Cofnął  się  o 

krok patrząc na Laurę z rozbawieniem. 

 -  Och!  -  Laura  przeklinała  w  duchu  Kate  i  jej 

czworonoga.  Wyprostowała  się  i  skrzyżowała  ręce  na 
piersiach w jakby ochronnym geście. 

 - Ale - kontynuował mężczyzna - ja chętnie pani pomogę 

w poszukiwaniach zaginionej miłości. 

 -  Miłość  jest  imieniem  kota  -  odparła  Laura  z 

wściekłością. - Miłe to zwierzątko jest własnością Kate Curtis, 
pańskiej  sąsiadki.  -  Laura  starała  się  mówić  z  godnością. 
Godny wygląd trudno jej było uzyskać w koszuli nocnej. 

 - Rozumiem. Ale... - uniósł wysoko brwi i rozejrzał się po 

pokoju - jeśli się nie mylę, nie ma tu żadnego kota. Pani widzi 
tu jakiegoś kota? 

Laura  zacisnęła  zęby.  Ten  bezczelny  facet  posądza  ją  o 

wymyślenie kotki jako pretekstu do wtargnięcia do jego domu. 
-  Ta  przebrzydła  kocica  umknęła  stąd  błyskawicznie,  gdy 
tylko  usłyszała  pana  kroki.  -  głos  Laury  drżał  z  bezsilnego 
oburzenia. 

 -  Rozumiem.  Jeśli  to  panią  interesuje,  nazywam  się 

Devon  Courtlcy.  -  Podszedł  do  Laury  i  złożył  jej  głęboki 
ukłon. 

background image

Laura  odsunęła  się.  -  Moje...  moje  nazwisko  Nichols. 

Laura Nichols. Pójdę już, jeśli... 

Nagle  wszystko  w  pokoju  zaczęło  żyć  własnym  życiem. 

Jakby za  dotknięciem czarodziejskiej  różdżki  martwe sprzęty 
przesuwały  się,  uderzały  o  siebie  i  podskakiwały  w  miejscu. 
Laura  poczuła  się  jak  Alicja  w  Krainie  Czarów.  Szeroko 
otwartymi  oczami  patrzyła,  jak  książki  spadają  z  półek,  jak 
przewraca  się  lampa  stojąca,  jak obrazy osuwają się  ze ścian 
na  podłogę.  Podłoga  zadygotała  pod  jej  stopami.  Z  wnętrza 
ziemi  zdawał  się  dochodzić  przedziwny  huk,  podobny  do 
grzmotu. 

Devon nie zastanawiał się długo. Jednym skokiem znalazł 

się obok Laury, schwycił ją w pasie, rzucił na łóżko i przykrył 
swoim ciałem. 

Wszystko  to  rozegrało  się  w  ciągu  kilku  sekund.  Zanim 

Laura odzyskała jasność umysłu, leżała już wciśnięta między 
narzutę z długowłosej skóry niedźwiedziej, a muskularne ciało 
Devona, który ją przygniatał całym swym ciężarem. 

Laura  oddychała  ciężko.  Serce  waliło  jej  jak  oszalałe, 

krew pulsowała w uszach, a policzki pokrył ciemnoczerwony 
rumieniec. 

 - Wszystko w porządku? - usłyszała głos Devona tuż przy 

swoim uchu. 

Laura  zadrżała,  gdy  oddech  mężczyzny  musnął  jej 

policzek.  Jego  ciemne  oczy,  jego  usta  były  tak  blisko... 
Przełknęła ślinę. - Myślę... że tak - odrzekła cicho. 

Devon przyglądał się w milczeniu twarzy Laury, na której 

odbijała się osobliwa mieszanka uczuć - strach, zakłopotanie i 
ledwie powstrzymywane podniecenie. 

 -  Proszę  się  nie  bać,  już  jest  po  wszystkim  -  powiedział 

półgłosem i podniósł się. 

Laura nie poruszyła się. 
 - Trzęsienie ziemi minęło. 

background image

 - Trze...  Co? Ach, tak, oczywiście!  - Laura dopiero teraz 

uświadomiła sobie, że Devon uwolnił ją już od swego ciężaru. 
Usiadła  jak  w  transie.  -  Ale  teraz  naprawdę  muszę  już  iść  - 
powiedziała i zabrzmiało to tak, jakby żegnała się z koleżanką 
po miłej pogawędce przy kawie. 

Devon milczał. 
 - Muszę... muszę poszukać kotki. 
 -  Kotki,  aha.  Jakże  ona  się  nazywa?  Miłość?  -  Devon 

uśmiechnął się rozbawiony. 

 - To niecodzienne imię, ale piękne. Bardzo piękne. Moja 

gospodyni  miała  na  pewno  jakieś  powody,  żeby  tak  nazwać 
swoją ulubienicę. 

 -  O,  z  pewnością.  Pani  też  na  pewno  nie  bez  powodu 

ściga  kotkę.  W  okolicznych  lasach  roi  się  od  natarczywych 
kocurów - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - Byłoby 
niedobrze, gdyby ta dama dostała się w pazury tych drani... 

 -  Nie  wiem,  o  czym  pan  mówi.  -  Laura  stanęła  wreszcie 

na nogi. Wzrok padł jej na opróżnione regały. Zbladła nieco, 
gdy  rozejrzała  się  po  pokoju.  Dywan  pokryty  był  okruchami 
szkła.  Wszędzie  leżały  książki,  podarte,  poniszczone, 
załamane.  Między  nimi  spoczywał  pogięty  klosz  od  lampy, 
obtłuczone  podpórki  marmurowe  do  książek  i  kilka 
potłuczonych ramek do zdjęć. 

Tuż  u  stóp  Laury  leżała  pognieciona  fotografia.  Laura 

podniosła  ją  i  zerknęła  na  nią  z  ciekawością.  Na  zdjęciu 
uwieczniony  został  młodszy  o  kilka  lat  Devon  i  jakaś 
niezwykle  atrakcyjna  młoda  kobieta.  Wyglądali  oboje  na 
szczęśliwych i zakochanych. 

Szybkim  ruchem  Devon  wyjął  jej  z  rąk  zdjęcie  i  odłożył 

na komodę obrazem do dołu. 

Laura 

zaniemówiła 

zdziwiona 

tym 

obcesowym 

zachowaniem.  Jeśli  ten  zarozumialec  Devon  Courtley  sądził, 
że  interesuje  ją  jego  życie  osobiste,  to  był  w  błędzie. 

background image

Wzruszyła  ramionami.  Kobiety  w  życiu  tego  pana  były 
wyłącznie jego sprawą. Może ich mieć na kopy. 

Devon odchrząknął. - Może powinniśmy dokończyć naszą 

rozmowę  kontynuując  od  miejsca,  w  którym  została  tak 
brutalnie przerwana. Odniosłem wrażenie, że  chciała mi  pani 
o  sobie  opowiedzieć.  -  Mówiąc  to  zbliżał  się  do  Laury  i 
zatrzymał  się  dopiero  wtedy,  gdy  ich  ciała  prawie  się 
dotknęły. 

Laura  wstrzymała  oddech.  Zrobiło  jej  się  słabo,  ale  siłą 

woli zmusiła się do zapanowania nad słabością, przynajmniej 
na zewnątrz. - Nic mi o tym nie wiadomo, panie Courtley. Ale 
proszę,  jeśli  chce  pan  koniecznie  wiedzieć,  nie  jestem 
zamężna  i  nie  przepadam  specjalnie  za  nocnymi 
przechadzkami  po  lesie.  Nic  więcej  nie  mam  panu  do 
powiedzenia. 

 -  Jaka  szkoda.  Naprawdę  szkoda,  że  nie  ceni  sobie  pani 

miłości na łonie przyrody. 

Ku 

swemu 

wielkiemu 

niezadowoleniu 

Laura 

zaczerwieniła się znowu. - Ja... ja... 

Devon  podniósł  rękę  do  góry  w  obronnym  geście.  -  Nie. 

Proszę  nie  kończyć.  Spróbuję  zgadnąć,  co  chciała  pani 
powiedzieć. Pewnie to, że nie ma pani zwyczaju wałęsania się 
nocą  po  cudzych  sypialniach  ubrana  w...  -  zamilkł 
przyglądając się bacznie skąpemu ubraniu Laury 

 - w niezbyt wiele. 
 - Pan... pan jest naj... 
 -  Wygląda  na  to,  że  chce  pani  na  mnie  nakrzyczeć!  -  W 

głosie  Devona  zabrzmiało  szczere  zdziwienie.  -  Dwukrotnie 
wyratowałem  panią  dzisiaj  z  opresji,  a  pani  tak  mi  się 
rewanżuje? 

 - Gdyby rzeczywiście chciał mi pan pomóc, to już dawno 

przyniósłby mi pan jakiś płaszcz lub marynarkę. 

background image

 - Och, czy pani marznie? - Devon zniżył głos. - Proszę mi 

wybaczyć. Obawiam się, że lepiej mi idzie rozbieranie kobiet. 
O  ich  ubieraniu  mam  znacznie  gorsze  pojęcie.  -  Zerknął  w 
dekolt Laury. 

 -  Prawdę  powiedziawszy,  jest  pani  ubrana  bardzo 

stosownie.  Gdzie,  jak  nie  w  sypialni,  nosi  się  taki 
uwodzicielski negliż? 

Rumieniec  na  policzkach  Laury  stał  się  jeszcze 

ciemniejszy. Bez słowa minęła Devona i poszła na palcach w 
stronę drzwi. 

Nie zaszła jednak daleko. Po dwóch krokach Devon złapał 

ją  za  nadgarstek.  -  Pokaleczy  się  pani  do  krwi  na  tym 
pobojowisku - powiedział z troską i wziął ją na ręce. - Zaniosę 
panią. 

 -  Nie!  -  zaprotestowała  Laura  waląc  pięściami  w  piersi 

Devona. 

 - Proszę mnie puścić! Natychmiast! 
 -  Niechże  się  pani,  do  diabła,  uspokoi!  Miałem  ciężki 

dzień  i  nie  mam  ochoty  wozić  pani  do  szpitala  przez  pani 
nierozsądek.  -  Przy  drzwiach  zestawił  Laurę  na  podłogę.  - 
Myśli pani, że nie będę pani już potrzebny do rana? - spytał z 
uśmiechem. 

Laura  zmierzyła  go  ostrym  spojrzeniem.  -  W  życiu  nie 

spotkałam takiego chama, takiego gbura, jak pan! 

Devon  zdawał  się  pozostawać  niewzruszony  tym 

oświadczeniem, a nawet uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

 -  Proszę  o  sekundę  cierpliwości,  zaraz  przyniosę  pani 

płaszcz. 

 - Niech się pan wypcha z tym swoim płaszczem! Nie jest 

mi  potrzebny!  -  Laura  odwróciła  się  i  z  dumnie  podniesioną 
głową wyszła na zewnątrz. 

background image

Nareszcie  w  swoim  pokoju  zamknęła  dokładnie  szklane 

drzwi,  zasunęła  zasłony  i  padła  z  ciężkim  westchnieniem  na 
łóżko. Zamknęła oczy. 

Dlaczego serce jej ciągle tak mocno biło? Czemu paliły ją 

policzki, jakby miała gorączkę? Nie, z Devonem Courtleyem, 
tym  nieznośnym  facetem,  nie  miało to  nic  wspólnego. To  na 
pewno od nocnego chłodu i od biegu. 

Laura  zmarszczyła  mimo  woli  czoło.  Dlaczego  w  ogóle 

pomyślała  o  Devonie?  Nie  obchodził  jej  przecież  w 
najmniejszym stopniu. Jutro zajmie się pracą naukową i obraz 
Devona zniknie o poranku jak nocna zjawa. 

Nagle przypomniała sobie trzęsienie ziemi i rozejrzała się 

po  pokoju.  Z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że  nic  się  nie 
zmieniło. Wszystko stało na swoim miejscu. Nie było żadnych 
potłuczonych skorup, ani żadnego bałaganu. W nogach łóżka 
leżała zwinięta w kłębuszek kotka i zerkała na nią niewinnie. 

 -  Ty  wstręciuchu!  -  krzyknęła  na  nią  Laura,  a  Miłość 

zamruczała z zadowoleniem. 

Laura  nie  zaszczyciła  jej  już  spojrzeniem.  Poszła 

sprawdzić,  czy  w  innych  częściach  domu  trzęsienie  też  nie 
pozostawiło  żadnych  śladów.  Z  wielką  ulgą  stwierdziła,  że 
dom nie doznał większych obrażeń. Przewrócił się tylko jeden 
kwiatek  doniczkowy,  kilka  obrazów  przekrzywiło  się,  a  w 
salonie obrus spadł ze stołu. 

Laura  poprawiła  to  wszystko  i  wróciła  do  swej  sypialni. 

Ze zdziwieniem przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Jak to 
możliwe, że jej oczy ciągle tak błyszczą, a jej policzki ciągle 
jeszcze są zarumienione. Widocznie powietrze górskie dobrze 
jej służy... 

Laura  wśliznęła  się  do  łóżka  i  ponownie  sięgnęła  po 

książkę. Czytała, ale sens nie docierał do niej. W końcu litery 
zaczęły  rozmazywać  się  przed  oczami,  odłożyła więc  lekturę 

background image

na jutro, zgasiła lampkę i spróbowała zasnąć. Niestety, sen nie 
przychodził. Długo jeszcze leżała wpatrując się w sufit. 

W  końcu  zasnęła.  Ale  nawet  we  śnie  prześladował  ją  ten 

tak  bogaty  w  wydarzenia  dzień.  Śnił  jej  się  Devon  Courtley, 
który  tak  nagle  zjawił  się  przed  nią  w  lesie,  jego  mina,  gdy 
zobaczył  ją  pod  swoim  łóżkiem,  szyderstwo  w  jego  oczach, 
gdy usiłowała wyprowadzić  go z  błędu. Niespokojnie  kręciła 
się z boku na bok. 

background image

Rozdział 3 
Laurę  obudził  aromat  świeżo  zaparzonej  kawy.  Zaspana 

otworzyła  oczy,  wstała  z  łóżka  i  podeszła  do  okna.  Poranne 
słońce  rozjaśniło  cały  pokój.  W  oddali  rysowały  się  ostre 
kontury  gór  na  tle  bezchmurnego  błękitnego  nieba.  Laura 
otworzyła okno ziewając szeroko. Nieporównywalny z niczym 
aromat  lasów  sosnowych  wniknął  głęboko  do  jej  płuc. 
Przeciągnęła się rozkosznie. 

Potem  odwróciła  się  i  oczy  rozszerzyły  jej  się  ze 

zdumienia.  W  pokoju  stały  na  baczność,  jak  szeregowcy  na 
zbiórce, jej walizki. 

Laura wypakowała szybko kilka rzeczy, wzięła prysznic i 

na śniadanie zeszła w dżinsach i jasnoniebieskim swetrze. 

Kate piła sok pomarańczowy. - Właściwie już mnie tu nie 

ma  -  zawołała  do  Laury.  -  Muszą  pędzić  do  sklepu,  by 
zorientować się, czy trzęsienie wyrządziło tam jakieś szkody. 
Mam  nadzieję,  że  dobrze  pani  spała  pierwszej  nocy  u  nas  w 
górach. 

Laura kiwnęła głową. - Spałam jak suseł - skłamała, mając 

nadzieję, że się nie zaczerwieni. 

 -  Kluczyki  od  samochodu  leżą  na  stoliku  w  holu. 

Zmykam. Adios. 

 - Wybiegła trzaskając za sobą drzwiami. 
 -  Adios  -  mruknęła  lekko  zszokowana  Laura.  Potem 

pokręciła głową z uśmiechem i zajęła się kawą i chrupiącymi 
bułeczkami, które Kate jej zostawiła. 

Przed  nowym  miejscem  pracy  Laury  parkowało  tylko 

kilka  samochodów.  Laura  wysiadła  ze  swego  chevroleta  i 
rozejrzała się z zainteresowaniem. 

Podeszła  do  grupki  trzech  mężczyzn,  dyskutujących  ze 

sobą tak zawzięcie, że wcale jej nie zauważyli. 

 - Dzień dobry, nazywam się Laura Nichols, jestem z Los 

Angeles przedstawiła się z nieśmiało. 

background image

Trzej  panowie  odwrócili  jak  na  komendę  głowy  w  jej 

stronę. - Ach, panna Nichols! Witamy! - odezwał się pierwszy 
doktor  Wayne  Hailey,  szef  zespołu  do  spraw  wulkanów.  Z 
miłym uśmiechem uścisnął dłoń Laury. 

To sympatyczne powitanie pozbawiło Laurę nieśmiałości. 

Przywitała się z pozostałymi mężczyznami. 

 -  Jim  Freeman,  człowiek  o  najlepszych  u  nas  oczach  - 

przedstawiał jednego z nich doktor Hailey. - Proszę na niego 
uważać. Tymi oczami wypatruje najpiękniejsze kobiety. 

Jim,  o  młodzieńczej  twarzy  i  jasnych  włosach,  wyglądał 

na równego faceta. 

 -  A  to  nasz  statystyk,  Alfredo  Giovanni  -  doktor  Hailey 

położył  dłoń  na  ramieniu  szczupłego  młodego  mężczyzny  o 
kruczoczarnych włosach. 

 - Signorita, cała przyjemność po mojej  stronie.  -  Alfredo 

ucałował  z  galanterią  dłoń  Laury.  Z  trudem  udało  jej  się 
zachować powagę. 

 -  Panowie  wybaczą  -  powiedział  doktor  Hailey  do  obu 

mężczyzn mrugając jednocześnie do Laury - ale nie mogę się 
doczekać,  żeby  wprowadzić  moją  nową  asystentkę  w  jej 
obowiązki. Chodźmy do biura, Lauro. 

 -  Obawiam  się,  że  po  tak  interesującej  pracy,  jaką  były 

badania  w  Mauna  Coa  na  Hawajach,  nasza  praca  może  się 
pani wydać nieco nudna. 

Laura  rozejrzała  się  po  pomieszczeniu  biurowym,  do 

którego  weszli.  Papiery,  papiery,  wszędzie  papiery.  Mapy 
meteorologiczne,  mapy  geologiczne,  gęsto  zapisane  karteczki 
przyczepione  magnesami  do  wielkiej  tablicy,  biurko  zasłane 
notatkami pełnymi rysunków. 

 - Wiem, że nie miała pani jeszcze czasu na aklimatyzację, 

ale sądzę, że powinniśmy od razu przejść do rzeczy. Wulkan 
nie  pozostawia  nam  żadnego  wyboru.  Proszę  spojrzeć  tutaj... 
zaczął  grzebać  w  stosie  papierów  na  biurku.  Rozprostował 

background image

przed  Laurą  kartkę  z  wynikami  pomiarów.  -  Tych  pomiarów 
dokonano przed rokiem. Jak pani widzi, źródło ruchów ziemi 
znajdowało się wtedy osiem kilometrów w głąb ziemi. 

Laura  pochyliła  się  przypatrując  się  dokładnie  danym. 

Skinęła głową. 

 -  A  teraz  niech pani  popatrzy  na  to  -  Hailey  wziął  drugą 

kartkę  -  pomiary  z  ostatnich  tygodni.  Widzi  pani,  jak 
przesunęły  się  centra?  Teraz  znajdują  się  najwyżej  trzy 
kilometry pod powierzchnią ziemi. 

Laura  porównywała  ze  zmarszczonym  czołem  wyniki 

wcześniejszych i aktualnych pomiarów. - Oznacza to, że pod 
epicentrum narasta warstwa ziemi. 

 - Są jeszcze inne, bardzo zastanawiające zmiany. - Podał 

Laurze  żółtą  teczkę.  -  Znajdzie  tu  pani  wszystkie  istotne 
informacje. 

 - Obawia się więc pan, że magma z niezwykłą prędkością 

przesuwa się do góry? 

 -  Myślę,  że  jednoznacznie  wynika  to  z  danych,  którymi 

teraz  dysponujemy  -  wzruszył  ramionami.  -  Ale  wcale  nie 
oznacza  to,  że  musi  dojść  do  wybuchu  wulkanu.  Równie 
dobrze mogą minąć setki lat, zanim coś zacznie się dziać. 

Laura  pokiwała  głową  w  zamyśleniu.  -  Jasne.  Ale  z 

drugiej strony piekło może zacząć się równie dobrze dziś czy 
jutro. 

Doktor  Hailey  westchnął.  -  Musimy  uważać  na  to,  co 

mówimy.  Wszędzie  aż  huczy  od  najbardziej  niestworzonych 
plotek.  Ludność  tutejsza  jest  poważnie  zaniepokojona. 
Rozszerza  się  panika  przed  tym,  co  może  nastąpić.  Idle 
Springs  może  zamienić  się  w  miasto  duchów.  Biznesmeni 
obawiający się gospodarczej ruiny, nie są oczywiście dobrymi 
partnerami  do  rozmów.  Niektórzy  z  nich  obwiniają  nas  o 
celowe szerzenie niepokojów w celu obniżenia cen gruntów. 

 - Nie mogę tego zrozumieć - szepnęła Laura. 

background image

Doktor  Hailey  uniósł  ramiona  w  górę  i  opuścił  je  z 

rezygnacją. 

 -  Tak  niestety  wyglądają  fakty.  Do  dzisiejszego  dnia  nie 

ograniczałem  w  niczym  żadnego  członka  zespołu.  Każdy 
mógł  publicznie  wyrażać  swoją  opinię  na  temat  tego,  co  się 
dzieje. Ale teraz czuję się zmuszony powołać kogoś w rodzaju 
rzecznika prasowego,  kto byłby reprezentantem naszej grupy. 
-  Spojrzał  na  Laurę  uważnie.  -  Tak,  panno  Nichols,  właśnie 
panią miałem na myśli. 

 - A więc jedynym moim zadaniem byłoby utrzymywanie 

kontaktów  z  mediami?  -  Laura  nie  umiała  ukryć 
rozczarowania. 

Doktor Hailey pokręcił z uśmiechem głową. - Oczywiście, 

że  nie.  Znam  was,  geologów,  dość  dobrze.  Wy  chcielibyście 
być obecni tam, gdzie się coś dzieje, najchętniej na krawędzi 
krateru. Prawda? Proszę się nie martwić, będzie pani, tak jak 
inni  członkowie  zespołu,  informowana  na  bieżąco  o 
wszystkich  nowych  zjawiskach.  Będzie  brała  pani  udział  we 
wszystkich  wyjazdach  i  będzie  miała  pani  nieograniczony 
dostęp do wyników wszystkich badań. Mogę to pani osobiście 
zagwarantować. - Podszedł do drzwi. 

 - Jeszcze coś - odwrócił się. - Niech pani zawsze będzie z 

dziennikarzami  szczera,  ale  proszę  podawać  do  wiadomości 
publicznej tylko to co najniezbędniejsze. Spodziewam się, że 
nie  będzie  się  pani  wdawała  w  jakiekolwiek  spekulacje  i  nie 
będzie wyrażała swoich własnych opinii. 

 - To brzmi jak rozkaz. 
 -  Bo  to  jest  rozkaz.  -  Doktor  Hailey  otworzył  drzwi.  - 

Dam  pani  teraz  trochę  czasu  na  spokojne  zapoznanie  się  z 
sytuacją. 

 -  Dziękuję,  panie  doktorze.  -  Laura  popatrzyła 

zmartwiona  na  stos  papierzysk.  Kiedy  zdoła  przez  nie 
przebrnąć?  Zabrała  się  najpierw  za  mapy  i  tabele.  I  już 

background image

wkrótce  siedziała  z  wypiekami  na  policzkach  za  biurkiem, 
wynotowując  sobie  ważniejsze  informacje,  nanosząc  różne 
wartości do tabelek, sprawdzając i porównując. 

Czas mijał tak szybko, że kiedy Laura niechcący zerknęła 

na zegarek, okazało się, że jest już piąta po południu. Przetarła 
zmęczone  oczy,  przeciągnęła  się  i  pomasowała  zesztywniały 
kark. 

Wstała  i  aż  jęknęła,  tak  zdrętwiały  jej  nogi.  Czuła  się 

bardzo  zmęczona,  a  co  gorsza  rozczarowana,  gdyż  mimo 
intensywnej  pracy  nie  wyrobiła  sobie  jeszcze  ostatecznego 
poglądu na sytuację Idle Springs. Miała tylko nadzieję, że nie 
będzie  musiała  zaraz  następnego  dnia  stawiać  czoła 
dziennikarzom.  Wyszła  z  biura  i  skierowała  się  do 
samochodu. 

 - Akurat pani zdążyła - powitał Laurę pogodny głos Kate 

dobiegający z kuchni. - Dzisiaj będzie specjalna sałatka, a na 
deser truskawki. 

 - To brzmi zachęcająco - Laura weszła do kuchni. - Nigdy 

bym  nie  przypuszczała,  że  nabiorę  takiego  apetytu  wpatrując 
się w niezliczone wykresy i tysiące małych cyferek. - Schyliła 
się, żeby pogładzić kotkę, łaszącą się do jej nóg. 

 -  Jak  wygląda  sytuacja?  Czy  mamy  liczyć  się  z 

wybuchem, czy nie? 

 - Kate mieszała sałatę. 
Laura wzruszyła ramionami. - Na razie wiem tyle, co pani. 
Kate  zaśmiała  się.  -  To  mnie  pani  pocieszyła!  Pani  jako 

fachowiec wie tyle, co ja. To kogo mam zapytać? 

Laura  uśmiechnęła  się  ze  smutkiem.  -  Też  chciałabym 

wiedzieć.  Wzrok  jej  padł  na  podłużne  pudło,  w  jakie 
zazwyczaj  pakowano  kwiaty  w  kwiaciarniach.  -  Od  Ralfa?  - 
spytała. 

 -  No  wie  pani!  -  Kate  roześmiała  się  na  całe  gardło.  - 

Ralph  zrywa  czasami  dla  mnie  kwiatki  na  łące,  ale  na  tym 

background image

kończy  się  jego  romantyzm.  Nie,  ten  bukiet  przysłano  dla 
pani, pewnie prezent od wielbiciela. 

Zaskoczona Laura wyjęła kartkę z zaadresowanej do niej i 

przyklejonej na kartonie koperty. - Nie mam pojęcia od kogo 
to  może  być  -  mruknęła  czytając  zamaszyste  pismo:  Pani, 
która sprawiła, że ziemia naprawdę się zatrzęsła.  Podpisu nie 
było. 

Laura  patrzyła  w  zamyśleniu  na  karton.  Czy  kolor 

turkusowej wstążeczki z koronki był dziełem przypadku? 

Devon 

Courtley! 

Drżącymi 

palcami 

rozwiązała 

kunsztowną kokardę i otworzyła karton. 

 -  O,  mój  Boże!  Pięćdziesiąt  czerwonych  róż!  - 

zachłysnęła się Kate. 

 -  Albo  pani  wielbiciel  ma  forsy  jak  lodu,  albo  zakochał 

się  w  pani  na  śmierć.  -  Zmierzyła  Laurę  uważnym 
spojrzeniem.  -  Czy  to  pani  szef  tak  się  od  razu  w  pani 
zadurzył? 

 -  Doktor  Hailey?  -  Laura  wybuchnęła  śmiechem.  -  Nie, 

Kate.  Mój  szef  jest  poważnym  mężczyzną  koło 
sześćdziesiątki, poza wszelkim podejrzeniem. 

 - No to od kogo są te kwiaty? 
 -  Przypuszczam,  że  od  pewnego  aroganckiego  natręta,  z 

którym przypadkowo zawarłam wczoraj znajomość. 

 - 

Hm, 

to 

intrygujące. 

Kate  wyjęła  jedną 

ciemnoczerwoną  różę  na  długiej  łodydze  i  powąchała  z 
przyjemnością  na  wpół  rozchylone  płatki  kwiatu.  -  Facet  ma 
dobry gust - orzekła odkładając różę z powrotem do kartonu. 

 - Aha - brzmiała lakoniczna odpowiedź Laury. Wybiegła 

z kuchni. 

Co  skłoniło  Devona  Courtleya  do  takiego  hojnego 

prezentu?  Czyżby  chciał  przeprosić  za  swoje  wczorajsze 
zachowanie? Ale dlaczego wybierałby do tego czerwone róże? 
Poza tym nie wyglądał na człowieka, który chętnie przeprasza. 

background image

Laura  odświeżyła  się  w  łazience  i  przebrała  w 

wygodniejsze rzeczy. Okay, widzę, że ten pan nadal zamierza 
bawić się moim kosztem, pomyślała. 

Kate układała właśnie róże w wielkim wazonie. Spojrzała 

na  Laurę  wyczekująco.  -  A  więc...  -  zaczęła  i  czym  prędzej 
urwała spostrzegłszy nieprzystępną minę swej lokatorki. 

Sałata  przyrządzona  była  wyśmienicie.  Laura  nie 

szczędziła komplementów. 

 -  Ralph  mógłby  się  odżywiać  tylko  spaghetti  i  stekami. 

Mówi,  że  zielenina  to  pokarm  dla  królików.  Czasami  usiłuję 
go przekonać co do walorów rozmaitych sałatek, ale spotykam 
zdecydowany opór z jego strony. Cieszę się, że przynajmniej 
w pani mam sprzymierzeńca. - Kate roześmiała się wesoło. 

 - Co zastała pani w sklepie po wczorajszych wstrząsach? - 

Laura zmieniła temat. - Czy wiele rzeczy się potłukło? 

 -  Prawie  nic.  Najwartościowsze  przedmioty  nie  doznały 

uszczerbku. Dzięki Bogu! 

Kate  podniosła  się  od  stołu.  -  Jedzenie  jest  dużą 

przyjemnością,  ale  zmywanie  po  nim  znacznie  mniejszą,  nie 
uważa pani? 

Laura  kiwnęła  twierdząco  głową.  -  Oj,  prawda,  prawda. 

Ale  razem  poradzimy  sobie  z  tym  znacznie  szybciej.  -  Kate 
zmywała  talerze,  szklanki  i  salaterki,  a  Laura  wycierała 
naczynia do sucha. 

 - Czy on jest przystojny? 
 - Kto? 
 - A któżby? Ten facet od róż! 
 - A... ten... owszem, nawet za bardzo. 
Kate  westchnęła  przeciągle.  -  Arogancki  przystojniak. 

Uwielbiam ten typ mężczyzn! 

Laura  milczała.  Oszałamiający  zapach  róż  rozprzestrzenił 

się  w  całym  mieszkaniu  i  zdawał  się  ją  prześladować.  Po 
zmywaniu  wymamrotała  jakąś  wymówkę  i  zamknęła  się  w 

background image

swoim  pokoju.  Pierwsze  co  zrobiła,  to  podeszła  do  okna  i 
przez szparę między zasłonami zerknęła na dom naprzeciwko. 
W  sypialni  Devona  paliło  się  światło.  Ach,  do  diabła  z  tym 
całym  Devonem  Courtleyem!  Odwróciła  się  gwałtownie  od 
okna. Najchętniej rzuciłaby mu pod nogi te przeklęte róże! 

Następnego  ranka  Laura  bardzo  wcześnie  pojechała  do 

pracy. Doktor Hailey, który już był w biurze, przywitał się z 
nią w roztargnieniu. Laura patrzyła nieco zdziwiona na swego 
szefa  chodzącego  koło  biurka  i  czytającego  po  drodze 
najnowsze wydanie „Newsweeka". 

 -  Cholera!  Jak  ja  nie  cierpię  tych  pismaków!  -  Doktor 

Hailey rzucił magazyn na biurko. - Nienawidzę tych nadętych 
ważniaków! 

 - Czy ma pan kogoś konkretnego na myśli, czy też ma pan 

pretensje do ogółu? 

 -  Mówię  o  tym  gryzipiórku  -  klasnął  otwartą  dłonią  w 

pismo.  -  Lubuje  się  w  taniej  sensacji!  -  Doktor  wziął  z  półki 
jeden z segregatorów z dokumentami. 

 - Muszę iść na naradę. Przepraszam za ten wybuch. Jeśli 

ten cwaniak się tu pojawi, a pewnie tak będzie, bo byliśmy na 
dzisiaj  umówieni,  to  niech  go  pani  pośle  w  diabły.  Nie 
będziemy  udzielać  żadnych  wywiadów,  chyba  że  przedłożą 
nam teksty do wglądu przed wydrukowaniem. Niech pani mu 
to powie na wypadek, gdyby... 

 - Nie  sądzę, żeby dziennikarze dali  za  wygraną. Zna pan 

te  argumenty:  wolność  prasy,  prawo  do  swobodnego 
wypowiadania swoich opinii i tak dalej. 

 -  Niech  pani  zgadnie,  co  mnie  to  obchodzi!  Tego  faceta 

trzeba  trochę  ostudzić  w  jego  pisarskim  zapale.  Wyobraża 
sobie  chyba,  że  jest  mądrzejszy  od  nas  wszystkich  razem 
wziętych. Jeśli nie będzie pani mogła sobie poradzić z nim, to 
proszę  mnie  zawołać.  Ta  najnowsza  bzdura...  -  tu  machnął 
Laurze  przed  oczami  pismem  -  jest  ukoronowaniem  jego 

background image

dotychczasowej  działalności.  Niczym  nie  zachwianą 
pewnością  siebie,  ten  palant  twierdzi,  że  my  rzekomo 
pozbawiamy  opinię  publiczną  ważnych  informacji  i 
pozwalamy  ludziom  tu  czekać  na  nieszczęście,  które  ich 
niewątpliwie  dotknie,  jeśli  nie  zostaną  w  porę  ostrzeżeni.  W 
ten  sposób  podburza  społeczeństwo  przeciwko  nam.  Tego 
nam  jeszcze  tylko  brakowało.  -  Doktor  Hailey  wyszedł  z 
pokoju trzasnąwszy za sobą drzwiami. 

Laura  wzruszyła  ramionami  i  zabrała  się  do  pracy.  Pół 

godziny później nie pamiętała już o wybuchu szefa. 

 - Przepraszam panią, gdzie znajdę doktora Haileya? 
Laura  drgnęła  przestraszona.  Podniosła  oczy  i  osłupiała. 

Przed nią stał Devon Courtley. 

 -  Panna  Nichols!  Co  za  miła  niespodzianka.  -  Devon 

podszedł bliżej. 

 -  Dzień  dobry,  panie  Courtley.  -  Laura  usiłowała  ukryć 

zmieszanie,  w  jakie  wprawił  ją  nieoczekiwany  gość.  -  Czy 
mogłabym panu w czymś pomóc? - spytała sztywno. 

 -  Właściwie  nie  jestem  tu  dla  przyjemności...  -  urwał.  - 

Ale co pani tu robi? Pracuje pani tutaj? Dla doktora Haileya? 

 - Nie dla niego, tylko z nim. Jestem jego asystentką - od-

powiedziała gniewnie Laura. 

 -  A,  to  świetnie  się  składa.  Mogę  więc  równie  dobrze 

zwrócić  się  do  pani.  Zakładam,  że  zna  pani  powód,  dla 
którego mnie tu zaprosił? 

 -  Ja...  nie,  nie  mam  pojęcia.  -  Że  też  zawsze  musiała  się 

przy nim jąkać. 

Devon uniósł brwi nie kryjąc zdziwienia na twarzy. - Chce 

pani  przez  to  powiedzieć,  że  doktor  Hailey  nie  wprowadza 
swojej  asystentki  w  bieżące  sprawy?  Uważa,  że  nie  jest  to 
konieczne? 

background image

 - Owszem, ale tylko w najważniejszych sprawach - Laura 

była coraz bardziej zirytowana. - Może zechce pan przejść do 
rzeczy, panie Courtley. Mam mało czasu. 

 - Rozumiem, niemniej jednak chciałbym z panią wyjaśnić 

kilka  problemów.  My,  dziennikarze,  chcemy  mieć  zawsze 
gruntowną wiedzę na temat, o którym piszemy... 

 -  Aha,  to  pan  -  przerwała  mu  Laura.  -  No,  jeśli  tak,  to 

mam  panu  coś  przekazać  od  doktora  Haileya.  -  Spojrzała  na 
niego chłodno. - Ma pan iść do diabła! 

Devon skrzywił się. - Widzę, że pani szefowi mój ostatni 

artykuł nie za bardzo przypadł do gustu. 

 - Odniosłam podobne wrażenie. 
Wzrok Devona padł na „Newsweeku", który ciągle jeszcze 

otwarty  leżał  na  biurku.  Wziął  magazyn  do  ręki  i 
przekartkował  go  z  ciekawością.  Laurze  zdawało  się,  że 
zupełnie o niej zapomniał. 

 - Doktor Hailey polecił mi również przekazać panu, że w 

przyszłości  życzy  sobie  przeczytać  każdy  artykuł  o  naszej 
działalności  przed  oddaniem  go  do  druku  -  oznajmiła  z 
irytacją. 

Devon  spojrzał  na  nią.  Między  brwiami  pojawiły  mu  się 

dwie  pionowe  zmarszczki.  Pochylił  się  nad  Laurą  tak  blisko, 
że  ich  twarze  prawie  się  dotykały.  Laura  cofnęła  się 
odruchowo. 

 -  Nikt  -  rozumie  pani  -  nikt,  nie  będzie  się  wtrącał  do 

mojej  pracy!  -  powiedział  stanowczo.  -  Może  być  pani  tego 
najzupełniej pewna! 

Laura  odchrząknęła.  -  Czy  życzy  pan  sobie,  żebym 

przekazała doktorowi Haileyowi pańskie uwagi? 

Patrzył  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  -  Może  pani 

Haileyowi  nagadać  co  się  pani  podoba.  Wszystko  mi  jedno. 
Nikt  nie  ma  prawa  ukrywania  przed  opinią  publiczną  tak 
ważnych informacji. 

background image

Laura  uśmiechnęła  się  pogardliwie.  -  Nie  sądzę,  żeby 

doktor Hailey miał taki zamiar. 

 - Naprawdę nie? No to dlaczego nagle upiera się, żeby mu 

przedkładać do wglądu artykuły przed ich publikacją? Będzie 
w  nich  szukał  błędów  ortograficznych?  -  zaśmiał  się 
szyderczo.  -  Przecież  pani  musi  sobie  zdawać  sprawę  z 
niebezpieczeństwa,  na  jakie  jest  narażona  ludność  w  tej 
okolicy.  Chodzi  o  ludzkie  życie,  panno  Nichols!  Dlatego  też 
drażliwość  niektórych  naukowców  ma  tu  drugorzędne 
znaczenie. Może nawet jest zupełnie nie na miejscu? 

 -  W  tej  chwili  nie  możemy  przedstawić  żadnych 

dokładnych  prognoz.  Czy  niepotrzebne  niepokojenie  ludzi 
uważa pan za rozsądne? Wyobraża pan sobie, co by zrobiono 
z nami, gdyby to wszystko okazało się fałszywym alarmem? 

 -  Fałszywym  alarmem?  Ja  chyba  źle  słyszę.  Warstwa 

magmy  rośnie  z  zastraszającą  prędkością.  To  jest  fakt.  Czy 
doktor Hailey o tym też nic pani nie powiedział? 

Laura  zarumieniła  się  lekko.  -  Owszem,  panie  Courtley. 

Jestem  poinformowana  o  wynikach  najnowszych  badań.  Nie 
mamy 

zamiaru 

bagatelizować 

niebezpieczeństwa  ani 

przemilczać  faktów.  Tylko  że  trzeba  wziąć  pod  uwagę 
wszystkie ewentualności. Już jutro, na przykład, ruch magmy 
może  się  zatrzymać  i  zastopować  na  dziesiątki,  ba,  nawet  na 
setki lat. Jest na to wystarczająco dużo dowodów w statystyce. 

 -  Tak,  tak,  tak!  Cholera  jasna!  Uważa  pani,  że  te  wasze 

wspaniałe naukowe statystyki pomogą ludziom przezwyciężyć 
strach?  Ich  nie  interesują  teorie,  możliwości,  ewentualności, 
potrzebna  im  informacja,  która  ma  ręce  i  nogi,  praktyczne 
rady i pomoc! Taktyka pani doktorka jest nieodpowiedzialna i 
zwodnicza. 

Laura  patrzyła  na  Devona  spod  przymrużonych  powiek. 

Czuła, że wzbiera w niej gniew. Co ten facet sobie wyobraża? 
Za kogo się uważa? 

background image

 -  Według  statystyki,  panie  Courtley,  w  następnych 

tysiącleciach  nie  grozi  nam  żaden  wybuch,  więcej  nie  mogę 
panu w tym momencie powiedzieć. 

 -  Oto  słowa  ekspertki!  Okay,  zasiądźmy  więc  wygodnie 

na  kanapach  i  czekajmy,  aż  przysypie  nas  deszcz  popiołu.  A 
weźmy  na  przykład  Pompeje...  prawdopodobnie  tam  też 
mądrzy  naukowcy,  zakochani  w  statystyce,  uspokajali  opinię 
publiczną.  I  co?  -  Devon  podszedł  do  drzwi,  ale  jeszcze 
odwrócił  się:  -  Czy  według  pani  jest  to  w  porządku,  że  tak 
zwani  eksperci  narażają  życie  tysięcy  ludzi  ze  strachu  przed 
kompromitacją? Że boją się podważenia swych kwalifikacji w 
razie,  gdyby  ich  ocena  sytuacji  okazała  się  nietrafna?  Ale  ja 
się nie będę temu spokojnie przyglądał, może mi pani wierzyć. 
Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  przeforsować 
ewakuację ludzi z zagrożonego rejonu! 

Otworzył drzwi gwałtownie i wyszedł. 

background image

Rozdział 4 
Nieco  później  Laura  zajęła  miejsce  w  dwuosobowej 

kabinie i zapięła się pasami. 

Młody  pilot  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Greg  Barone  - 

przedstawił  się  skłaniając  głowę.  -  Dzień  dobry,  panno 
Nichols. 

 - Dzień dobry, Greg - Laura uśmiechnęła się lekko. 
Młody pilot sprawdził jeszcze raz przyrządy i kilka minut 

później znaleźli się w powietrzu. Szybko stracili z oczu małe 
lotnisko. Pod nimi rozciągały się gęste lasy, nagie zbocza gór i 
potężne masywy górskie. 

Laura  podziwiała  w  niemym  zachwycie  surowe  piękno 

górskiego krajobrazu. 

 -  Trudno  sobie  wyobrazić,  że  to  całe  zapierające  dech 

piękno może w ciągu minuty obrócić się w popiół - zauważył 
Greg, jak  gdyby odgadując myśli  Laury. - Jeśli Mount Kairo 
będzie chciał splunąć, to nie zostanie tu kamień na kamieniu. 

 - Nie może pan zapominać o jednym, Greg. Temu właśnie 

wulkanowi zawdzięczamy ten cudowny krajobraz. W wyniku 
jego  gwałtownych  wybuchów  w  przeszłości  powstały  te 
ogromne łańcuchy górskie. 

 - A wie pani, że nigdy o tym nie pomyślałem. Ten aspekt 

sprawy jakoś mi umknął. - Greg zatoczył samolotem duży łuk 
i poleciał wzdłuż północnej strony, nagiej i skalistej, pokrytej 
śniegiem połyskującym w słońcu niebieskawą bielą. Szerokie 
pasma  lodowca  schodziły  aż  w  doliny  kończąc  się  dopiero 
przy okrągłych górskich jeziorach. 

Laura  podniosła  do  oczu  lornetkę.  Obserwowała  uważnie 

cały  rejon.  Nagle  coś  przykuło  jej  uwagę.  Z  lasu  poniżej 
lodowca wydobywało się coś w rodzaju białej pary. A może to 
był dym? Laura wytężyła wzrok. Nie, nie było wątpliwości. Z 
ciemnych  wierzchołków  drzew  wyrastała  delikatna  smuga 
pary.  Zaniepokojona,  zaznaczyła  to  miejsce  na  mapie. 

background image

Najwyraźniej  niedawno  otworzyła  się  tu  ziemia.  Laura 
zlustrowała  jeszcze  raz  bardzo  dokładnie  teren,  ale  nie 
znalazła już innych oznak otwarcia się ziemi. 

Doktor  Hailey  czekał  już  na  nich  na  lotnisku.  Laura 

wysiadła z ulgą z samolotu. Pewniej czuła się jednak na ziemi 
niż  w  powietrzu.  Zaraz  też  zdała  szefowi  relację  ze  swego 
rekonesansu. 

Doktor  Hailey  wysłuchał  jej  z  uwagą.  -  Wiemy 

oczywiście, że na północnej stronie także występują problemy, 
ale  dotychczas  nie  zarejestrowaliśmy  aktywności  ponad 
powierzchnią  ziemi.  -  Ujął  Laurę  za  łokieć  i  poprowadził  do 
swego  czarnego  lincolna.  -  To  jest  trudno  dostępny  rejon. 
Grube  pokłady  lodu  i  wielkie  zwały  śniegu  utrudnią  nam 
pracę, a właściwie nawet uniemożliwią. Dwa razy straciliśmy 
tam  drogie  przyrządy,  bo  nagle  zeszły  lawiny.  -  Otworzył 
Laurze drzwi i pomógł jej wsiąść. 

Sam  zajął  miejsce  za  kierownicą.  -  Mimo  to  uważam,  że 

powinniśmy  bardziej  zająć  się  całym  północnym  rejonem  - 
powiedziała Laura. 

 -  Oczywiście.  Niech  się  pani  porozumie  zaraz  po 

powrocie z Giovannim. On się tym zajmie. - Hailey wyjechał 
na drogę i przyspieszył. - Aha, a panią poproszę o intensywną 
opiekę  nad  tym  przeklętym  dziennikarzem  -  no,  jakże  mu 
było? - nad Devonem Courtleyem. 

 -  Mam  się  opiekować  Devonem  Courtleyem?  -  Laura 

zrobiła wielkie oczy. - Ale dlaczego? 

 -  Jak  to  dlaczego?  -  W  głosie  Haileya  brzmiało 

zdziwienie.  -  Jest  przecież  pani  naszym  rzecznikiem 
prasowym.  Oprócz  bezpośredniej  pracy  przy  projekcie,  do 
zadań  pani  należą  kontakty  z  mediami  i  dostarczanie  im 
wszystkich niezbędnych informacji. 

background image

 -  Ale...  nie  rozumiem...  -  Laura  była  bliska  rozpaczy.  - 

Przecież ten pan powiedział mi wyraźnie, że nie życzy sobie, 
aby ktokolwiek wtrącał się do jego pracy. Dlatego też... 

 -  Pan  Courtley  przeprowadził  dziś  ze  mną  wielce 

interesującą rozmowę. Wziął pod uwagę korzyści płynące dla 
niego  ze  współpracy  z  nami  i  zgodził  się  przedkładać  do 
wglądu 

projekty 

artykułów. 

Ja 

ze 

swej 

strony 

zagwarantowałem  mu  pewne  przywileje,  których  pozbawieni 
są jego koledzy po fachu. Ma wolny wstęp do laboratorium i 
będzie mógł uczestniczyć w naszych wewnętrznych naradach. 

 - Ale czy nie będzie nam przeszkadzał w pracy? I czy nie 

boi  się  pan,  że  puści  w  świat  informacje,  których  wcale  nie 
będziemy chcieli podawać do wiadomości publicznej? 

Doktor Hailey pokręcił głową. - Umowa, jaką zawarliśmy, 

miała  jasno  określone  warunki.  Pan  Courtley  wie  doskonale, 
jak daleko może się posunąć. A pani, Lauro, będzie dla mnie 
gwarantem umowy. Będzie pani informować i kontrolować - i 
niech  pani  pośle  pana  Courtleya  w  diabły,  jeśli  nie  będzie 
stosował się do naszych ustaleń. 

 -  Uważa  pan,  że  sprostam  temu  zadaniu?  -  Laura 

zapatrywała się sceptycznie na ten projekt. 

 -  W  pani  i  pani  uroku  pokładam  całą  swoją  nadzieję, 

panno  Nichols.  Musimy  osiągnąć  taki  stan,  żeby  prasa 
pracowała  nie  przeciwko  nam,  ale  dla  nas.  W  przeciwnym 
razie  będziemy  musieli  się  stąd  zwijać,  bo  cofną  nam 
fundusze, a to przecież nie leży ani w naszym interesie, ani w 
interesie tutejszej ludności. 

 -  Hm  -  Laura  umknęła  wzrokiem  przed  niecierpliwym 

spojrzeniem  swego  szefa.  -  Dobrze  -  powiedziała  w  końcu.  - 
Zobaczę, co się da zrobić. 

 -  Dziękuję.  -  Hailey  zatrzymał  samochód  przed 

laboratorium.  -  Wiedziałem,  że  mogę  na  panią  liczyć.  - 
Pożegnał się z Laurą mocnym uściskiem dłoni. 

background image

Laura  weszła  do  biura.  Walczyła  z  myślami.  A  więc  od 

dzisiaj  nie  będzie  mogła  schodzić  z  drogi  Devonowi 
Courtleyowi.  Będzie  musiała  znosić  jego  obecność  i  być  dla 
niego  miła  i  uprzejma.  Wszystko  dla  nauki!  W  pani  uroku 
pokładam  całą  swoją  nadzieję,  panno  Nichols.  Dobrze  mu 
mówić!  Nie  miał  przecież  pojęcia,  co  się  z  nią  działo,  jak 
mocno biło jej serce na jego widok, jak drżała na dźwięk jego 
głosu. 

Wyciągnęła  z  szuflady  dane  o  północnej  stronie  Mount 

Kairo.  Przejrzała  je  szybko.  Rzeczywiście  nie  było  żadnych 
adnotacji  o  jakichkolwiek  zmianach  termicznych  na  całym 
tym  obszarze.  Czerwonym  flamastrem  Laura  zaznaczyła  na 
mapie  miejsce,  z  którego  wydobywała  się  para.  Na  koniec 
powiesiła mapę w dobrze widocznym miejscu. 

Potem  przygotowała  krótkie  oświadczenie  dla  prasy. 

Dziesiątki  telefonów  skutecznie  przeszkadzały  jej  w  pracy. 
Ani  się  obejrzała,  jak  zapadł  wieczór.  Zamknęła  biuro  i 
pojechała do Idle Springs. 

Kiedy  zatrzymała  samochód  przed  ciemnym  domem, 

przypomniała  sobie,  że  Kate  miała  ten  wieczór  spędzić  z 
Ralphem.  Wybierali  się  razem  na  kolację,  a  później  mieli 
jeszcze zahaczyć o jakiś bar. 

Laura  miała  więc  w  perspektywie  kilka  godziny  ciszy  i 

spokoju. Napisze listy do przyjaciółek zadzwoni do rodziców 
do Los Angeles. Na pewno od dawna czekają niecierpliwie na 
wiadomość od niej. 

Weszła  do  przedpokoju  i  zapaliła  światło.  Kotka  Kate 

przybiegła  do  niej  natychmiast.  -  Cześć,  dzikusko!  -  Laura 
pogładziła gładką jedwabistą sierść zwierzęcia. - No, chodź - 
poszły  razem  do  kuchni.  Miłość  dostała  jeść,  a  Laura 
przeniosła  się  do  salonu.  Wzrok  jej  padł  na  róże  od  Devona. 
Minął już tydzień od kiedy je dostała, a nie straciły nic ze swej 
woni  i  swej  świeżości.  Spojrzała  w  zamyśleniu  na  aksamitne 

background image

kielichy.  Przywołała  z  pamięci  twarz  Devona...  uśmiech  na 
jego  pełnych  wargach...  ciemne,  przepastne  oczy...  niesforne 
pasmo włosów zsuwające się na wysokie czoło... 

Powoli  podniosła  słuchawkę  telefonu  i  wykręciła  numer, 

zajęte. No trudno, pomyślała, pójdę wobec tego pod prysznic i 
spróbuję jeszcze raz potem. 

Poszła do swojego pokoju. Nagle coś zwróciło jej uwagę. 

W  szparze  między  drzwiami  a  progiem  widniała  smuga 
światła.  Laura  stanęła  jak  wryta.  Rano  zgasiła  światło,  była 
tego pewna. Przez chwilę zastanawiała się, co robić, w końcu 
jednak  zdobyła  się  na  odwagę  i  jednym  silnym  pchnięciem 
otworzyła drzwi. 

Nie  wierzyła  własnym  oczom.  Wygodnie  rozparty  w 

fotelu  siedział  Devon  Courtley.  Laura  stała  bez  ruchu  w 
drzwiach.  -  Czy...  mogę  spytać,  czego  pan  szuka  w  mojej 
syp... w moim pokoju? 

 - Rewizytuję panią - Devon uśmiechnął się rozbrajająco. 
Laura  wzięła  głęboki  oddech.  -  Tak?  A  ja  sądziłam,  że 

wizyty  składa  się  przez  drzwi  frontowe,  panie  Courtley.  - 
Wsparła się pod boki patrząc na swego gościa wyzywająco. 

 - Och, odniosłem wrażenie, że nie przywiązuje pani wagi 

do takich  form. Przecież pani od razu wśliznęła się  do mojej 
sypialni. 

Laura oblała się rumieńcem. Spuściła głowę. 
 - Ale jeśli pani tak na tym zależy, to chętnie się dostosuję. 
 - Podniósł się i odłożył na bok książkę, którą najwyraźniej 

czytał  czekając  na  Laurę.  Tytuł  „Nagie  pożądanie"  błyszczał 
wielkimi  literami  nad  erotycznym  zdjęciem  na  okładce. 
Jeszcze i to. Policzki Laury zaczerwieniły się jeszcze bardziej. 

 - Zaraz wrócę. - Devon podszedł do szklanych drzwi. - Za 

minutę zadzwonię od frontu, jeśli pani sobie tego życzy. 

 -  Nie!  -  Laura  była  bliska  wybuchu.  -  Niech  pan  już 

wyrzuci z siebie to, z czym pan przyszedł i niech pan znika! 

background image

Devon  uśmiechnął  się.  -  Pani  życzenie  jest  dla  mnie 

rozkazem. 

 -  Skłonił  się  z wyszukaną  uprzejmością.  -  Doktor  Hailey 

zaproponował mi współpracę z panią. 

 - Związaną z dotrzymaniem określonych ustaleń. 
 - Jasne. 
 - A więc? 
 -  Jestem  zdania,  że  nasza  współpraca  mogłaby  się 

rozwijać korzystniej, gdybyśmy się trochę poznali. 

W głowie Laury myśli kotłowały się w zawrotnym tempie. 

Czemu  Devon  zrobił  się  nagle  taki  miły?  A  może  za  tą 
uprzejmością  krył  się  jakiś  podstęp?  Może  zakładał,  że 
wyciągnie  z  niej  więcej  informacji,  jeśli  będzie  się  do  niej 
zalecał?  Nie  ze  mną  takie  numery,  pomyślała.  Może  jednak 
źle  oceniała  Devona  Courtleya?  Może  on  jest  zupełnie inny? 
Musi się tego dowiedzieć. 

 -  Może  ma  pan  rację  -  powiedziała.  -  Na  pewno  nie 

zaszkodzi jeśli dowiemy się czegoś więcej o sobie. 

 -  Doskonale.  Zarezerwowałem  dla  nas  stolik  w  małej 

restauracyjce  z  francuską  kuchnią  w  Big  Springs.  Przyjdę  po 
panią za - powiedzmy - godzinę. 

Laurze  odjęło  mowę.  Devon  chyba  nie  wziął  pod  uwagę 

odmowy. Jak można być tak zadufanym w sobie? 

 -  Chwileczkę!  Ja  nie  mogę  z  panem  wyjść.  To... 

niemożliwe - zawołała Laura. 

 - Aha, rozumiem. Pani  mi  jeszcze nie wybaczyła. Muszę 

panią przeprosić. - Patrzył na nią z rozbawieniem. 

 - Nie jestem pewna, czy mi w ogóle na tym zależy! 
 -  Proszę  panią  mimo  to  o  wybaczenie.  -  Skłonił  się 

głęboko zamiatając podłogę wyimaginowanym kapeluszem. 

 -  To  niczego  nie  zmienia.  Nie  mogę  i  nie  chcę  z  panem 

iść  do  lokalu,  ponieważ  jestem  zdania,  że  nie  należy  łączyć 
sfery prywatnej z zawodową. 

background image

 -  Ja  też  tak  uważam  i  dlatego  mogę  zaręczyć,  że  dzisiaj 

wieczorem poświęcimy się tylko sferze prywatnej. - Jego oczy 
wędrowały  bezczelnie  po  całej  Laurze  zatrzymując  się  to  na 
piersiach, to na zaokrąglonych biodrach. 

Obcisłe  dżinsy,  które  Laura  bardzo  lubiła  z  powodu  ich 

świetnego kroju, wydały jej się teraz po prostu nieprzyzwoite. 

 - Właśnie to jest niemożliwe. Nie jestem zainteresowana. 

Ja... jestem już zajęta. 

 -  Ma  pani  przyjaciela?  Nie  szkodzi,  może  go  pani  wziąć 

ze  sobą.  Założę  się,  że  pozbędziemy  się  go  najpóźniej  przy 
deserze. 

 -  Jestem  zaręczona  -  krzyknęła  Laura  z  oburzeniem,  by 

już  za  chwilę  pożałować  tego  kłamstwa.  Po  co  jej  to  było 
potrzebne? 

 -  Rozumiem  -  Devon  patrzył  z  kpiącym  uśmiechem  na 

lewą  dłoń  Laury,  na  której  nie  było  ani  pierścionka,  ani 
obrączki.  -  W  tej  sytuacji  muszę  chyba  zaproponować 
zawodową  kolację.  Pani...  narzeczony  nie  będzie  chyba  miał 
nic przeciwko temu? 

 -  Przypuszczalnie  nie,  ale  ja  jestem  przeciwna.  Jutro 

czeka mnie ciężki dzień. Potrzebny mi jest spokój i relaks. 

 - Pani się mnie boi! Prawda, że tak jest? 
 - Ja miałabym się pana bać, panie Courtley? Nie wiem, o 

czym pan mówi. I dlaczego miałabym się pana bać?! 

 -  Naprawdę  pani  nie  wie?  -  Devon  podszedł  do  Laury  i 

ujął  jej  nadgarstek.  -  Może  dlatego,  że  ma  pani  w  mojej 
obecności przyspieszony puls? 

 -  Niechże  pan  nie  będzie  śmieszny!  Mój  przyspieszony 

puls  jest  tylko  i  wyłącznie  wynikiem  zdenerwowania  z 
powodu  pańskiego  bezwstydnego  zachowania.  Ale  zgoda! 
Udowodnię panu, że się pana nie boję i pójdę z panem do tego 
lokalu! 

background image

Devon  uśmiechnął  się  triumfująco.  -  Trzeba  było  od  razu 

tak  mówić  -  skinął  głową.  -  Myślę,  że  nie  będzie  to  trwało 
zbyt długo i że on w końcu zaciągnie ją do łóżka. 

Zaśmiał się i wyszedł przez szklane drzwi na dziedziniec. 
Laura stała przez chwilę bez ruchu trawiąc ostatnią aluzję 

do  bohaterki  „Nagiego  pożądania",  która  początkowo 
nienawidziła  pewnego  mężczyzny,  a  później  się  w  nim 
zakochała. 

 -  Och,  jak  ja  nienawidzę  tego  typa  -  pomyślała  Laura  i 

poczuła się dziwnie nieswojo. 

background image

Rozdział 5 
Zawinięta  w  ręcznik  kąpielowy Laura  stała  przed  otwartą 

szafą  zastanawiając  się,  w  czym  ma  wystąpić  dzisiejszego 
wieczoru.  Niepewnie  zdjęła  z  wieszaka  jedwabną  suknię  w 
kolorze turkusowym. Nawet najbardziej opętani geolodzy nie 
pracują  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  powiedziała  jej 
matka i uparła się, żeby Laura zabrała ze sobą chociaż tę jedną 
suknię. 

Laurze wystarczyłoby w zupełności kilka par spodni, kilka 

sportowych  bluzek  i  dwa,  trzy  swetry.  Znała  jednak  na  tyle 
swoją matkę, żeby się nie upierać. Gdy mama wbiła sobie coś 
do  głowy,  lepiej  było  ustąpić.  Dla  świętego  spokoju 
zapakowała więc tę kieckę. 

Ale  czy  miała  się  ubrać  w  nią  tego  wieczoru?  Zawahała 

się.  Wydała  jej  się  przesadnie  elegancka.  Z  drugiej  strony 
dżinsy lub spodnie ze sztruksu były jeszcze mniej stosowne. 

Założyła  sukienkę,  stanęła  przed  lustrem.  Miękki  jedwab 

szeleścił miło przy każdym ruchu. Zielonkawoniebieskie oczy 
Laury  błyszczały  dziś  bardziej  niż  zwykle.  Suknia,  z 
odważnym dekoltem wąska w biodrach, rozszerzała się dołem 
i kończyła tuż pod kolanami. 

Laura  patrzyła  z  zadowoleniem  na  swoje  odbicie  w 

lustrze. A może by odwrócić sytuację i pokonać Devona jego 
własną 

bronią? 

Doskonały 

pomysł! 

Pokaże 

temu 

zadowolonemu  z  siebie  redaktorkowi  co  potrafi!  Rozpali  go 
jak należy, a potem... zafunduje mu zimny prysznic. Powinien 
ją potem zostawić raz na zawsze w spokoju. 

Spojrzała  na  zegar.  Jeszcze  dwadzieścia  minut.  Trzeba 

zadzwonić  do  rodziców.  Podniosła  słuchawkę  telefonu  i 
nakręciła numer. 

 -  Laura!  Nareszcie!  Co  u  ciebie?  Bardzo  się  o  ciebie 

martwiliśmy - odezwał się z drugiej strony głos matki. - Jeśli 

background image

wierzyć  prasie,  w  każdej  chwili  możesz  zostać  pogrzebana 
pod strumieniami lawy, dziecko. 

Laura  roześmiała  się.  -  Od  kiedy  wierzysz  we  wszystko, 

co jest w gazetach? Jak słyszysz, jestem zdrowa i czuję się jak 
ryba w wodzie. Co prawda czasami ziemia się tu kołysze, ale 
nie jest tak źle. Dotychczas nikt jeszcze nie odniósł obrażeń. 

 -  Dzięki  Bogu.  Ach,  dziecinko,  jakże  się  cieszę,  że  cię 

słyszę!  Obiecaj  mi  jedno  -  że  nie  będziesz  odgrywała 
bohaterki!  Uciekaj  stamtąd,  jeśli  zacznie  się  robić 
niebezpiecznie! 

 -  Niepotrzebnie  się  martwisz,  mamusiu.  Ja  naprawdę  na 

siebie uważam. 

 - Matka nigdy nie przestaje martwić się o swoje dziecko, 

Lauro  -  westchnęła  głęboko.  -  Czy  poznałaś  już  jakichś 
interesujących ludzi - spytała niewinnie. 

 - Masz na myśli mężczyzn... - Laura jęknęła w duchu. 
 - Dobrze wiesz, o czym mówię, Lauro. 
 - Mamo, przyjechałam tu do pracy... 
 - No, tak, ale masz już dwadzieścia sześć lat! Najwyższy 

czas, żeby rozejrzeć się za mężem. Nie uważasz? 

 -  Wiesz  przecież,  że  mój  zawód  nie  da  się  pogodzić  z 

tradycyjnym ogniskiem domowym. Poza tym wcale nie jestem 
przekonana, że mąż zagwarantuje mi szczęście. 

 - Nie zaczynaj znowu, Lauro. Ja i tak do dzisiaj nie mogę 

zrozumieć dlaczego zerwałaś swoje zaręczyny z Jefem. On ci 
przecież  mógł  dać  wszystko.  Jako  żona  lekarza  nie  miałabyś 
do końca życia finansowych kłopotów, a poza tym... 

 - Mamo, ale to jest moje życie! Przepraszam, ale nie dam 

się  nikomu  zaciągnąć  przed  ołtarz  tylko  po  to,  żeby  spełniły 
się twoje marzenia! 

 -  Nie  chodzi  o  mnie,  zrozum  dziecko!  Chcę  tylko  dla 

ciebie jak najlepszej przyszłości! 

background image

 -  Wiem,  mamusiu.  Ale  zostaw  to  mnie,  jestem  już 

dorosła. Matka Laury westchnęła. - Właśnie o tym mówię cały 
czas. 

 - Nie gniewaj się, mamusiu, ale muszę już kończyć. Mam 

jeszcze coś do zrobienia. Pozdrów tatę ode mnie i trzymajcie 
się. Pa, pa. 

 - Laura odłożyła słuchawkę. 
Nagle  przypomniała  sobie  coś.  Powiedziała  przecież 

Devonowi,  że  jest  zaręczona...  Szybko  pobiegła  do  sypialni. 
W  komodzie  znalazła  szkatułkę,  w  której  przechowywała 
zaręczynowy  pierścionek  swojej  babki.  Postanowiła  go 
założyć. Może odstraszy Devona? 

Pukanie  do  drzwi  wyrwało  ją  z  zamyślenia.  Laura 

otworzyła  drzwi  i  ...serce  zaczęło  jej  bić  jak  oszalałe.  Devon 
wyglądał jak z żurnala 

 - ciemnogranatowy garnitur, jedwabna koszula w kolorze 

kości  słoniowej.  W  takiej  oprawie  wyglądał  na  jeszcze 
przystojniejszego. Stali patrząc na siebie w milczeniu, Devon 
też nie mógł oderwać oczu od Laury. 

 - Pani jest prześliczna - szepnął po chwili. 
 -  Dziękuję.  Jeszcze  chwileczkę  -  Laura  odchrząknęła.  - 

Proszę wejść do salonu. 

 - Jak widzę, dostała pani mój  prezent - zauważył patrząc 

na róże. 

 - Ach, te kwiaty są od pana? - wzruszyła ramionami. - Nie 

wpadłabym  na  to.  Co  prawda  była  przy  nich  kartka,  ale  bez 
podpisu. 

 -  Och,  proszę  mi  wybaczyć  to  poważne  niedopatrzenie. 

Ale  prawdę  mówiąc,  sądziłem,  że  turkusowa  wstążeczka  na 
kartonie będzie wystarczającą informacją. 

Laura  zarumieniła  się.  Żeby  to  ukryć,  schyliła  się  po 

wieczorową  torebkę.  Przerzuciła  przez  ramię  narzutkę  i 
powiedziała do Devona: 

background image

 - Możemy już iść. 
 -  Proszę  -  podał  jej  ramię  i  poprowadził  do 

zaparkowanego tuż pod drzwiami mercedesa. 

Górskie  drogi  były  w  wielu  miejscach  uszkodzone  i 

Devon  musiał  bardzo  uważać.  Laura  obserwowała  go 
ukradkiem. Zastanawiała się, dlaczego właściwie przyjęła jego 
zaproszenie?  Czemu  po  prostu  nie  odmówiła?  No,  trudno, 
musi jakoś przeżyć ten wieczór. 

 -  Jesteśmy  na  miejscu  -  oznajmił  Devon  zatrzymując 

samochód  przed  skromnym,  otynkowanym  na  biało 
budynkiem.  Laura  odniosła  wrażenie, że  jej  jedwabna  suknia 
nie pasuje do tego miejsca. - Czy nie uważa pan, że jestem źle 
ubrana - spytała Devona niepewnie. 

Patrzył  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  -  Nie  powinna 

mnie  pani  pytać  o  zdanie.  Gdyby  była  pani  ubrana  według 
mojego  gustu,  to  albo  by  się  pani  przeziębiła,  albo  z  miejsca 
by panią zamknięto - uśmiechnął się z rozbawieniem. 

Laura  rozgniewała  się  nie  na  żarty.  -  Zdaje  się,  że 

zgodziliśmy  się  co  do  czysto  służbowego  charakteru  tego 
spotkania - powiedziała ostrym tonem. 

 -  Niestety  -  Devon  z  ubolewaniem  pokiwał  głową. 

Wysiadł z samochodu, obszedł go i pomógł Laurze wysiąść. 

Przez  ciężkie  rzeźbione  drzwi  weszli  do  środka  lokalu. 

Laura  wstrzymała  oddech.  Nie,  była  jednak  bardzo  dobrze 
ubrana.  Szczęśliwie  nie  zdecydowała  się  jednak  na  dżinsy! 
Światło  padające  od  niezliczonych  ilości  świec  nadawało 
wnętrzu  bardzo  szczególny  charakter.  Olbrzymie  malowidła 
ścienne  przedstawiające  uliczne  scenki  z  Paryża  przenosiły 
gości w inny świat. Małe stoliki stały w niszach oddzielonych 
od siebie ścianami zieleni. 

Kierownik  sali  powitał  Laurę  i  Devona  głębokim 

ukłonem.  -  Madame  -  monsieur  Courtley,  jak  to  miło,  że 
zaszczycili  nas  państwo  swoją  obecnością!  Proszę  bardzo.  - 

background image

Poprowadził  ich  do  stolika  blisko  parkietu.  Dwoje  ludzi  w 
czułym uścisku kołysało się na nim w takt muzyki. 

Laura  wpatrzona  w  tę  parę  drgnęła,  gdy  Devon  zdjął  jej 

narzutkę z ramion. Przeraziła się. Jak ma przeżyć ten wieczór, 
skoro  najlżejszy  dotyk  tego  mężczyzny  przeszywał  ją 
dreszczem? Usiadła zmieszana do stolika. Devon zajął miejsce 
naprzeciwko.  W  karcie  były  wyłącznie  dania  francuskie. 
Laura spojrzała bezradnie na Devona. - W college'u uczyłam 
się  hiszpańskiego,  jak  to  jest  przyjęte  w  Kalifornii.  Francu-
skiego nie znam w ogóle. 

 - To ja wybiorę za panią - zaproponował. 
 - Dziękuję - Laura odłożyła kartę na bok. 
 - Farcie d'agneau en croute - powiedział Devon do kelnera 

płynną  pozbawioną  amerykańskiego  akcentu  francuszczyzną. 
- Pour deux personnes, s'il vous plait. Et pour l'entree Quiche 
lorraine. 

Kelner zanotował  zamówienie  i  spytał:  -  Vous desirez  un 

dessert? 

 - Oui, nous prenons la Mousse au chocolat. 
 - Merci, monsieur. Kelner skłonił się i odszedł. 
 - Proszę nic nie mówić - przerwała Laura Devonowi, gdy 

ten  chciał  wyjaśnić  jej,  co  zamówił.  Niech  to  będzie 
niespodzianką. 

 - O, to mi się podoba! - Devon uniósł w górę kieliszek. - 

Za owocny wieczór - wzniósł toast. 

Bardzo  smakowało  im  wytrawne  białe  wino,  które  kelner 

im polecił. 

 - Doskonałe - Devon odstawił kieliszek. - A teraz proszę 

mi zdradzić, co panią skłoniło do studiowania geofizyki. 

Laura  zastanawiała  się  przez  chwilę.  -  Sądzę,  że  zaczęło 

się  od  pewnego  prezentu.  Na  ósme  urodziny  dostałam  od 
wujka  pudełko  pełne  kolorowych  kamyków,  jakie  można 
kupić w każdym sklepie z pamiątkami. Te kamyki opowiadają 

background image

historię  naszej  Ziemi  na  przestrzeni  wieków,  Lauro, 
powiedział.  One  są  podobne  do  liter  alfabetu.  Trzeba  tylko 
nauczyć się je czytać. Laura upiła łyk wina. 

 -  Zaciekawiły  mnie  jego  słowa  -  opowiadała  dalej.  - 

Zaczęłam znosić do domu stosy kamieni. W niedługim czasie 
pokój mój zamienił się w hałdę, jak nazywała to moja mama - 
roześmiała  się.  -  Biedna  mama,  wolałaby  pewnie,  żebym 
zbierała znaczki. 

 - Z pewnością - zgodził się Devon. - I co działo się dalej? 

Co powiedzieli rodzice na pani plany zawodowe? 

 - Nic. Kobieta wykonująca męski zawód nie pasowała do 

ich  światopoglądu.  Gdyby  mój  brat  mnie  nie  poparł,  to  kto 
wie,  może  byłabym  dzisiaj  nauczycielką  w  jakiejś  małej 
wiejskiej  szkole.  Mój  brat  nota  bene  wykonuje  zawód 
zarezerwowany  dla  innej  płci:  jest  wychowawcą  w 
przedszkolu.  Moi  rodzice  mają  podwójny  orzech  do 
zgryzienia. 

Devon  uśmiechnął  się  wyrozumiale.  -  Dwoje  dzieci  i 

każde  z  nich  enfant  terrible,  rzeczywiście,  nie  zazdroszczę 
waszym rodzicom. 

Kelner  postawił  przed  nimi  lotaryńskie  ciasto  cebulowe  z 

serem.  Po  pierwszym  kęsie  Laura  spojrzała  na  Devona  z 
zachwytem. - Pyszne - orzekła. 

 -  Proszę  poczekać  na  danie  główne.  Szef  kuchni  jest 

prawdziwym  czarodziejem.  Devon  patrzył  na  Laurę  z 
wyraźnym upodobaniem. 

Oczy ich spotkały się i Laura, zmieszana, opuściła głowę. 

Na  szczęście  dostali  właśnie  drugie  danie  i  mogli,  milcząc, 
zająć się pieczonym jagnięciem. Smakował wyśmienicie. 

 -  A  jak  to  się  stało,  że  pan  został  dziennikarzem,  panie 

Courtley? 

 -  spytała  Laura  po  jakimś  czasie,  gdy  milczenie  stawało 

się zbyt dotkliwe. 

background image

Devon potarł brodę dłonią w zamyśleniu. - Jako nastolatek 

spędziłem  raz  wakacje  w  Związku  Radzieckim.  Tam  miałem 
okazję 

przekonać 

się, 

jak 

można 

manipulować 

społeczeństwem za pomocą mediów i jak cenne jest prawo do 
wolności prasy. 

 -  I  dlatego  broni  pan  tak  mocno  tej  wolności? Czy  może 

ma  pan  inne  powody,  żeby  nie  pokazywać  doktorowi 
Haileyowi swoich artykułów przed ich wydrukowaniem? 

Devon  spoważniał.  -  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy, 

aby  ustrzec  ludzi  przed  straszliwą  w  skutkach  katastrofą  - 
odparł twardo. 

 - Czy wy naukowcy naprawdę nie możecie tego pojąć? - 

zacisnął  usta  tak  mocno,  że  wargi  stały  się  tylko  wąskimi 
kreskami. 

Laura  oburzyła  się.  -  Czy  naprawdę  pan  sądzi,  że 

bagatelizujemy  niebezpieczeństwo?  Czy  pan  sądzi,  że  dla 
naukowców  życie  ludzkie  nie  jest  najwyższym  dobrem?  - 
Oczy jej zabłysły gniewem. - Mimo to nie będę się wdawać w 
bezpodstawne  spekulacje.  To  byłoby  w  wysokim  stopniu 
nieodpowiedzialne. 

Devon milczał. 
 -  Dlaczego  nie  chce  mnie  pan  zrozumieć?  -  spytała 

łagodniejszym tonem. 

 -  Ponieważ  prowadzicie  zbyt  ryzykowną  grę.  Wulkan 

może wybuchnąć w każdej chwili i przynieść śmierć tysiącom 
niewinnych ludzi. 

 -  Jedyną  niebezpieczną  rzeczą  w  tej  chwili  jest 

panikarstwo,  które  propaguje  pan  swoim  piórem,  panie 
Courtley. 

Devon  patrzył  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  - 

Obawiam  się,  że  w  tych  warunkach  nie  może  być  mowy  o 
owocnej  współpracy.  Mimo  najlepszych  chęci  nie  widzę  dla 
nas wspólnej płaszczyzny. 

background image

 - Zgadzam się z panem w zupełności - powiedziała Laura 

chłodno. 

Nagle oczy Devona nabrały znowu tego kpiącego wyrazu. 

-  Oczywiście,  moglibyśmy  teraz  dyskutować  godzinami  nad 
tym,  kto  z  nas  ma  rację,  ale  może  rozstrzygniemy  cały 
problem przez taniec - zaproponował. 

 -  Przez  taniec?  -  Laura  spojrzała  na  niego  z 

niedowierzaniem. 

 - Tak, niektóre plemiona rozstrzygają spory właśnie w ten 

sposób - poniósł się i skłonił przed Laurą. - Czy mogę prosić? 

Zaskoczona Laura dała się poprowadzić na parkiet. 
 -  Kto  dłużej  wytrzyma,  temu  przyznaje  się  racje,  o  ile 

wiem. 

 -  Devon  objął  Laurę  w  talii  i  przycisnął  do  siebie.  -  A 

więc zaczynamy. 

Laura  czuła  silną  dłoń  Devona  na  swoich  plecach. 

Wdychała  zapach  jego  wody  po  goleniu  i  wszystko  to 
przeszkadzało jej w zebraniu myśli. Coraz szybciej i szybciej 
wirowali  w  takt  muzyki.  Każde  z  nich  chciało  wygrać  ten 
pojedynek. 

Tańczyli i tańczyli, aż nogi Laury stały się tak ciężkie, że 

przesuwała  je  z  wielkim  trudem.  Ambicja  nie  pozwalała  jej 
jednak  na  okazanie  słabości!.  Nie  chciała  być  świadkiem 
triumfu Devona. 

Płomyki  migoczących  świec  zakłóciły  jej  pole  widzenia. 

Laurze  zrobiło  się  niedobrze,  miała  zawroty  głowy.  Devon 
jednak  nie  zamierzał  się  poddawać.  Przeciwnie,  chciał  ją 
rzucić na kolana, wyczytała to z jego spojrzenia. 

Laura  zamknęła  na  chwilę  oczy.  Musi  wytrwać! 

Mechanicznie  stawiała  stopy,  a  uśmiech  na  jej  wargach 
przypominał raczej grymas. 

Po  chwili,  która  zdawała  się  Laurze  wiecznością,  Devon 

zwolnił  tempo.  -  Pat  -  powiedział  ciężko  dysząc.  -  Chyba 

background image

musimy  rozstrzygnąć  nasz  spór  w  inny  sposób.  Słyszałem 
ostatnio 

bardzo 

interesującym 

zwyczaju  pewnego 

afrykańskiego plemienia, a mianowicie... - wzrok jego spoczął 
na głębokim dekolcie Laury i przytulił ją mocniej do siebie. 

 -  Ale  my  nie  jesteśmy  w  buszu  -  Laura  wyrwała  się  z 

objęć Devona. Podeszła pośpiesznie do stolika, wzięła torebkę 
i  narzutkę,  i  z  wysoko  podniesioną  głową  skierowała  się  ku 
wyjściu. Policzki paliły ją żywym ogniem. Mimo maratonu na 
parkiecie czuła się jakoś dziwnie podniecona. 

 -  Dziękuję  za  niezapomniany  wieczór  -  głos  Devona 

zabrzmiał  szorstko.  Doprowadził  Laurę  aż  do  drzwi  i 
poczekał, zanim nie wyjęła kluczy i nie włożyła ich do zamka. 

 -  Dobranoc  -  powiedziała  Laura  z  wysiłkiem.  I  chociaż 

noc była zimna, zrobiło się jej nagle gorąco. 

 -  Dobranoc,  Lauro.  -  Devon  pochylił  się  nad  nią  i 

pogładził ją delikatnie po policzku, po brodzie, szyi i wreszcie 
wsunął  dłoń  w  zagłębienie  pomiędzy  piersiami.  Laura 
wstrzymała oddech. Serce  waliło jej  jak  oszalałe. Zaschło  jej 
w gardle i bezwiednie zwilżyła wargi końcem języka. 

 - 

proszę 

przekazać  narzeczonemu  serdeczne 

pozdrowienia.  -  De  -  von  cofnął  się  o  krok,  ujął  jej  dłoń  i 
dotknął kciukiem pierścionka. Uśmiechnął się szyderczo. 

Laura drgnęła, jakby poraził ją prąd. - Ja... przekażę. - Nie 

patrząc na Devona otworzyła drzwi, weszła do środka i czym 
prędzej się zamknęła. 

Oparła się o chłodną ścianę. Przymknęła oczy. Do cholery, 

co się z nią działo. Czy ten facet zawsze będzie robił na niej 
takie  wrażenie?  Co  gorsza,  w  najbliższym  czasie  nie  będzie 
mogła się od niego uwolnić. 

Zdjęła  szpilki  na  wysokim  obcasie,  co  przyniosło 

natychmiastową  ulgę  jej  obolałym  stopom  i  potykając  się  w 
ciemnościach poszła boso do swojego pokoju. 

background image

Rozdział 6 
W kuchni paliło się światło. Laura usłyszała głosy Ralpha 

i Kate. 

 -  Czy  to  pani,  Lauro?  -  spytała  Kate  słysząc  kroki  w 

przedpokoju. 

 - Dobry wieczór - Laura zajrzała do kuchni. 
 - Napije się pani z nami? 
Laura  zawahała  się,  wyraźnie  bowiem  wyczuła  jakieś 

napięcie między Kate i Ralphem. 

 -  Proszę,  niech  pani  wejdzie  -  Kate  ponagliła 

niezdecydowaną Laurę. 

Laura  weszła  w  końcu  i  usiadła  na  wolnym  krześle  obok 

Kate. 

 - Miała pani jakieś wyjście? - Kate spojrzała z podziwem 

na turkusową suknię z jedwabiu. - Z tym panem od róż? 

Laura  zaczerwieniła  się.  -  To  było  czysto  służbowe 

spotkanie  -  mruknęła  szybko,  wiercąc  się  niecierpliwie  na 
krześle. 

 -  Hm  -  Kate  uśmiechnęła  się  znacząco,  a  gdy zauważyła 

pierścionek na lewej dłoni Laury, uniosła brwi w górę. 

 -  Jestem  Laura  Nichols  -  zwróciła  się  do  Ralpha.  - 

Oficjalnie jeszcze nie poznaliśmy się. 

Ralph wstał, żeby uścisnąć dłoń Laury. 
 -  Cieszę  się,  że  mogę  wreszcie  poznać  panią  osobiście. 

Jak  słyszę,  pracuje  pani  w  sztabie  doktora  Haileya.  Czy  jest 
pani zadowolona z pracy? 

 -  Właściwie  spodziewałam  się  czegoś  więcej. Większość 

czasu spędzam za biurkiem, ale nie mogę powiedzieć, że jest 
to nieciekawa praca. 

Jej  dłoń  przepadła  prawie  zupełnie  w  olbrzymiej,  silnej 

łapie Ralpha. Co za osobliwa  para, przemknęło Laurze  przez 
myśl, ten wielki, barczysty mężczyzna i tak drobna Kate. 

background image

 -  Nie  przypuszczałem,  że  wśród  geofizyków  znajdę  taki 

uroczy egzemplarz płci pięknej. 

 -  A  ja  nie  przypuszczałam,  że  strażnicy  leśni  potrafią 

prawić takie komplementy. - Laura roześmiała się. 

 - No, no, widzę, że od razu przypadliście sobie do gustu - 

zauważyła Kate uszczypliwie, patrząc na nich z dezaprobatą. 

Laura  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  Ralph  jeszcze 

nie wypuścił jej dłoni ze swojej. Cofnęła ją z zakłopotaniem. 
Ralph usiadł z powrotem. 

 - Gdzie spędziła pani dzisiejszy wieczór? - spytała Kate. 
 - W Le Petit Chateau. 
Kate  gwizdnęła  z  podziwem.  -  Najlepsza  restauracja  w 

okolicy.  I  to  właśnie  tam  zabrał  panią...  kolega  na  służbową 
kolację?  -  spojrzała  sceptycznie  na  suknię  Laury.  Laura 
poczuła, że znowu się rumieni. 

 - Czy można tam chociaż dobrze zjeść? - spytał Ralph. - 

Nigdy  nie  wiadomo,  co  kryje  się  za  tymi  cudzoziemskimi 
nazwami. 

Laura  podjęła  z  wdzięcznością  ten  temat.  -  Powinien  pan 

przy najbliższej okazji zaprosić Kate do Le Petit Chateau - na 
pewno będzie się tam państwu bardzo podobało. 

Szybko wypiła zawartość swojej szklaneczki. - Naukowcy 

czasami  też  potrzebują  snu,  a  jutro  muszę  wcześnie  rano 
wyjść. - Pożegnała się pospiesznie z Kate i z Ralphem i z ulgą 
wycofała się do siebie. 

W zamyśleniu spojrzała na pierścionek po babci. A może 

Kate  pomyślała,  że  właśnie  zaręczyła  się  z  Devonem? 
Roześmiała się. No tak, Kate nie mogła przecież wiedzieć, że 
pierścionek  stanowił  ochronę.  Ochronę  przed  kim?  Przed 
Devonem czy przed samą sobą? 

Przeraźliwy  natrętny  dzwonek  wyrwał  Laurę  ze  snu.  Po 

omacku wyłączyła budzik i spuściła nogi z łóżka. 

background image

Gdy weszła do kuchni, Kate siedziała już przy stole pijąc 

poranną  kawę.  Podsunęła  Kate  filiżankę  i  spostrzegła  ze 
zdziwieniem, że Laura nie ma już pierścionka. 

 -  Jak  pani  widzi  przez  noc  zerwałam  zaręczyny  -  Laura 

wzruszyła ramionami. 

 -  Aż  do  wczorajszego  wieczoru  nie  wiedziałam,  że  jest 

pani zaręczona. 

 - Bo i nie byłam. 
Kate  potrząsnęła  w  milczeniu  głową.  -  Nie  bardzo 

rozumiem. 

 - Wierzę pani. A ja po prostu chciałam udać przed kimś, 

że mam narzeczonego. 

 - Aha - powiedziała Kate. - A udawała pani zaręczoną, a 

nie  od  razu  mężatkę,  bo  zaręczyny  zawsze  można  zerwać, 
nieprawdaż? 

Tak,  tak...  Kate  szybko  wyciągnęła  wnioski  z  wyznania 

Laury. 

Laura  zaprzeczyła  energicznie.  -  Nie,  nie  myli  się  pani. 

Ten  mężczyzna  jest  wstrętnym,  obrzydliwym,  zarozumiałym 
chamem... - urwała, bo od tych inwektyw zabrakło jej tchu. - 
W każdym razie nie mam ochoty na dalsze spotkania z nim. 

Milczały obie przez chwilę. - Aha, chciałam przeprosić za 

moje  wczorajsze  wtargnięcie.  Zdaje  się,  że  byłam  piątym 
kołem u wozu.... 

Kate  zdziwiła  się.  -  Nic  podobnego,  wcale  nam  pani  nie 

przeszkodziła. Ralph po prostu znowu mi się oświadczył. 

 -  Co  takiego?  -  Laura  spojrzała  zaskoczona  na  swą 

gospodynię. - A ja myślałam, że państwo się pokłócili. 

 -  Tak  bardzo  się  pani  nie  pomyliła.  Ten  temat  zawsze 

wywołuje  kłótnie.  Ralph  męczy  mnie  od  miesięcy,  żebym 
została  jego  żoną.  A  ja  odwlekam  i  odwlekam  tę  decyzję.  - 
Kate westchnęła. 

background image

Laura  odchrząknęła.  -  Na  mnie  Ralph  zrobił  bardzo 

korzystne  wrażenie...  sympatyczny,  przystojny  i  godny 
zaufania - powiedziała ostrożnie. 

 -  Bo  taki  też  jest  w  istocie.  I  naprawdę  bardzo  go  lubię. 

Gdyby nie ta sprawa z moim mężem... - Kate spuściła głowę. - 
Zaginął. 

Laura głośno przełknęła ślinę. - W Wietnamie? - szepnęła. 

Kate skinęła głową. - Tylko przez rok byliśmy małżeństwem. 
A zaginął przed piętnastoma laty. 

 - Wierzy pani w to, że on jeszcze żyje? 
 -  Ja  wiem.  Ale  proszę  mnie  nie  pytać,  skąd.  Sama  nie 

umiem sobie tego wyjaśnić. 

 - Piętnaście lat to kawał czasu. 
 -  To  cała  wieczność,  jeśli  się  jest  samotnym.  Jeśli  się 

czeka  i  ma  nadzieję.  Przez  dziesięć  lat  nie  spojrzałam  nawet 
na żadnego mężczyznę. Potem poznałam Ralpha. 

 - Kocha go pani? 
Kate  zawahała  się.  -  Tak,  chyba  go  kocham.  Tylko...  - 

umilkła.  -  Och,  Lauro,  nie  mogę  przecież  zdradzić  mojej 
miłości,  nie  mogę  zdradzić  Briana!  Gdyby  wrócił  któregoś 
dnia do domu... 

 - A jeśli nigdy nie wróci? Kate, znamy się od niedawna i 

wiem,  że  nie  mam  prawa  wtrącać  się  do  pani  spraw,  ale czy 
pani nie oszukuje samej siebie? To już raczej niemożliwe, że 
pani mąż do pani kiedykolwiek wróci, a jeśli nawet, to może 
się okazać, że pani go już wcale nie kocha... 

 - Przecież to bzdura! 
 -  Nie  Kate,  nie,  proszę  pozwolić  mi  dokończyć. 

Zakładając,  że  Brian  jeszcze  żyje,  to  nie  jest  on  już  przecież 
tym  mężczyzną,  którego  poślubiła  pani  przed  piętnastoma 
laty.  Nie  jest  już  taki,  jakim  zachowała  go  pani  we 
wspomnieniach.  Zmienił  się  -  a  i  pani  nie  jest  już  tą  samą 

background image

Kate,  co  wtedy.  Niech  pani  da  życiu  szansę!  Niech  pani  da 
szansę Ralphowi i sobie samej! 

Laura  podniosła  się.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  weźmie  mi 

pani za złe tej szczerej rady. 

Kate pokiwała tylko głową w zamyśleniu. Laura wyszła z 

kuchni czując dziwny ucisk w okolicy żołądka. 

 - Dobrze, że pani wreszcie przyszła, Lauro - przywitał ją 

doktor  Hailey  przed  wejściem  do  biura.  -  Mam  tu  straszny 
kocioł.  Obiecałem  burmistrzowi,  że  wezmę  udział  w 
posiedzeniu  Rady  Miejskiej,  ale  jednocześnie  umówiony 
jestem  z  grupą  studentów  geologii  z  Fresno.  Czy  mogłaby 
pani  mnie  zastąpić  i  zrobić  tym  młodym  ludziom  krótki 
wykład?  Kilka  krótkich  informacji,  potem  odpowiedzi  na 
pytania - i to wszystko. 

 - W porządku, panie doktorze, myślę, że sobie poradzę. 
 - Dziękuję, Lauro, spadł mi kamień z serca. 
 -  Drobiazg  -  Laura  skinęła  głową  doktorowi  Haileyowi  i 

weszła do budynku. 

 -  Czeka  już  na  panią  trzydziestka  studentów  -  zawołała 

portierka, gdy Laura kładła dłoń na klamce. 

Laura  przestraszyła  się.  -  O  matko,  to  oni  już  są? 

Myślałam,  że  będę  miała  chociaż  parę  minut  na 
przygotowanie się. 

 -  Przykro  mi.  Nie  wiedziałam,  co  z  nimi  zrobić. 

Przepraszam. 

 - Już dobrze - Laura odetchnęła głęboko, potem otworzyła 

drzwi  i  weszła  do  pokoju.  Rozmowy  natychmiast  ucichły  i 
wszystkie twarze zwróciły się ku niej. Otwarte, zaciekawione 
twarze, niektóre poważne, inne wesołe, a między nimi dobrze 
znane,  ciemne  oczy,  kpiące  spojrzenie.  Devon!  Laura 
osłupiała. Czego szukał tu Devon Courtley? 

Opanowała  się  szybko  i  przedstawiła  się.  -  Nazywam  się 

Laura  Nichols,  jestem  asystentką  doktora  Haileya.  Mój  szef 

background image

jest  niestety  bardzo  zajęty  i  poprosił  mnie  o  zastępstwo.  - 
Utorowała sobie drogę do biurka. - Co pan tu robi? - syknęła 
do Devona po drodze. 

Devon skrzywił się. 
 -  Och,  ja  jestem  wiecznym  studentem  -  szepnął.  - 

Człowiek uczy się przez całe życie. 

Laura  nic  nie  odpowiedziała.  Stanęła  pod  mapami 

ściennymi, odetchnęła kilka razy głęboko i wyprostowała się. 
Zaczęła wykład. 

 - Jak państwo wiedzą, Mount Kairo należy do pierścienia 

setek  mniejszych  i  większych  wulkanów  wokół  Oceanu 
Spokojnego - do Pierścienia Ognia - wskazówką pokazała ten 
obszar  na  mapie.  -  Obok  niezliczonych  nieczynnych 
wulkanów  znamy  około  trzysta  aktywnych.  Mount  Kairo 
uważany  był  do  niedawna  przez  ekspertów  za  wulkan 
wygasły,  ale  nasze  ostatnie  pomiary  pozostają  w  wyraźnej 
sprzeczności z tą teorią. 

Spojrzała przelotnie na Devona. Był wyraźnie zadowolony 

z siebie. Irytowało ją to i złościło jednocześnie. Kontynuowała 
głośno:  -  Płyta  zwana  Juan  -  De  -  Fuca  wsuwa  się  pod 
kontynent. Przemieszcza się o trzy centymetry na rok. Tarcie 
rozgrzewa  masy  skalne  do  tego  stopnia,  że  się  topią.  Tworzą 
się  przy  tym  olbrzymie  pęcherze  magmy  i  ta  magma  szuka 
ujścia  w  górze  -  popatrzyła  na  zebranych.  -  Gdyby  państwo 
mieli jakieś pytania... 

Jakby  tylko  na  to  czekając,  Devon  podniósł  natychmiast 

rękę. - A więc Mount Kairo nie jest wygasłym wulkanem. Co 
będzie, gdy się ponownie uaktywni? 

 -  Wybuch  jest  bardzo  mało  prawdopodobny.  -  Laura 

spojrzała na niego gniewnie. 

 - Ale niewykluczony. Co nas czeka w wypadku wybuchu 

wulkanu? - Devon upierał się przy swoim. 

background image

 -  Więc  -  zaczęła  Laura  niechętnie  -  największym 

niebezpieczeństwem  przy  każdym  wybuchu  wulkanu  jest 
deszcz  popiołu.  Jak  pan  sobie  zapewne  przypomina,  po 
wybuchu  Mount  Saint  Helens  setki  tysięcy  ton  popiołu 
wulkanicznego  spadły  na  oddaloną  o  sto  trzydzieści 
kilometrów Yakimę... 

 -  Przepraszam,  panno  Nichols  -  przerwał  jej  któryś 

student  z  pierwszego  rzędu  -  ale  może  zostalibyśmy  przy 
naszym konkretnym przypadku. Jak groźny w skutkach byłby 
wybuch  wulkanu  dla  Idle  Springs?  Myślę,  że  teraz  to  jest 
najbardziej interesujące. 

 -  No,  właśnie  -  potwierdził  Devon  krzyżując  ręce  na 

piersiach i patrząc na Laurę wyzywająco. 

Zacisnęła  usta.  Tylko  spokojnie,  nakazała  sobie.  -  Idle 

Springs  leży  co  prawda  poza  zasięgiem  bezpośredniego 
zagrożenia,  ale  uważam,  że  celowa  byłaby  ewakuacja 
miejscowości  w  wypadku  zbliżającej  się  katastrofy.  Drogę 
strumieni lawy można wyliczyć tylko w przybliżeniu. Z kolei 
odległość między kraterem a Idle Springs nie jest dostateczna, 
żeby można było wykluczyć niebezpieczeństwo. 

 -  Jakie  skutki  będzie  miała  erupcja  dla  całego  stanu 

Kalifornia? 

 - Daleko idące zaburzenia ekologiczne. Popiół - zaczęłam 

właśnie  o  tym  mówić  -  pokryłby  grubą  warstwą  ziemię, 
osiadłby  na  drzewach  i  roślinach  i  zadusiłby  je.  Do  tego 
doszłyby niewyobrażalne kłopoty z zaopatrywaniem w wodę. 
Prawdopodobnie nie dałoby się uniknąć wystąpienia epidemii, 
a to z kolei wiązałoby się z kłopotami służby zdrowia. - Laura 
mówiła następne pół godziny o skutkach wybuchu wulkanu, a 
potem podziękowała słuchaczom, którzy wyraźnie pobledli w 
czasie jej wykładu. 

Devon  odczekał,  aż  ostatni  student  zniknął  za  drzwiami  i 

podszedł  do  biurka.  -  Byłaby  z  pani  naprawdę  dobra 

background image

nauczycielka. Szkoda, że rodzice pani nie widzieli. Na pewno 
złagodziłoby to ich żal z powodu nieudanej córki. 

 - Po co pan tu w ogóle przyszedł? - spytała Laura ostro z 

gniewnym błyskiem w oczach. 

Devon udał zdziwienie. - Zbieram materiały do artykułów. 

Doktor Hailey sam zaproponował mi, żebym przyłączył się do 
studentów. 

 -  Skrzywił  się  z  niesmakiem.  -  A  ja  myślałem,  że  nie 

będzie się pani posiadać z radości na mój widok. 

 -  Wykład  już  się  skończył,  panie  studencie.  Proszę  mnie 

teraz zostawić samą. Mam mnóstwo pracy. - Usiadła i zaczęła 
demonstracyjnie przeglądać papiery na biurku. 

Devon  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Nagle  pochylił  się  do 

przodu, schwycił lewą dłoń Laury i przyjrzał się jej uważnie. 

 - Nie nosi już pani pierścionka? 
Laura  zaczerwieniła  się.  Próbowała  cofnąć  rękę,  ale 

Devon  trzymał  ją  w  żelaznym  uścisku.  -  Ja...  my... 
postanowiliśmy zerwać zaręczyny... - powiedziała cicho. 

 - Wczoraj w nocy? No, no! Czyżbym ja miał wpływ na tę 

decyzję?  Laura  najchętniej  zapadłaby  się  pod  ziemię.  -  Ależ 
proszę pana, co pan sobie wyobraża! 

Devon pokręcił współczująco głową. - Dobrze, już dobrze, 

po  co  się  zaraz  obrażać?  Spytałem  przecież  tylko.  Muszę 
powiedzieć... 

 - Devon obszedł biurko, podniósł Laurę i objął ją w pasie 

- ...że bardzo się z tego cieszę. Teraz nic i nikt nie przeszkodzi 
nam w zawarciu bliższej znajomości. 

 -  Mnie  pan  nie  pyta  o  zdanie!  -  Laura  zesztywniała.  - 

Tymczasem to mój pokój i proszę niezwłocznie go opuścić. 

Devon spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Wyrzuca mnie 

pani? Poważnie? 

 - 

Owszem! 

Jest 

pan 

najbardziej 

zarozumiałym, 

najbardziej  zadufanym  w  sobie,  najbezczelniejszym  facetem, 

background image

jakiego  kiedykolwiek  spotkałam.  Dopiero  co  zerwałam 
zaręczyny,  a  pan  myśli,  że  od  razu  wdam  się  w  następny 
romans? I to z panem? Na jakiej podstawie pan tak sądzi? 

Devon  przyciągnął  ją  do  siebie.  -  Nie  wiem,  dlaczego 

rozstała  się  pani  ze  swoim  tajemniczym  narzeczonym,  ale 
wiem, kiedy kobieta jest gotowa... 

 - Doprawdy? - Laura odpychała go z całych sił. Niestety, 

Devon trzymał ją mocno... 

 - Doprawdy. - Jego wargi dotknęły jej ust. 
Laura broniła się, jak mogła, ale nie udało jej się wywinąć 

z  jego  objęć.  Pocałował  ją  namiętnie.  Opór  Laury  zelżał. 
Mimo woli zarzuciła mu ręce na szyję. Devon zwolnił uścisk, 
pogładził ją po plecach, jego pocałunki stały się delikatniejsze 
i czulsze. 

 - Cholera! - Devon puścił Laurę gwałtownie i cofnął się o 

krok.  Laura  zatoczyła  się  na  biurko.  Spojrzała  na  Devona  ze 
zdziwieniem. 

 -  Halo,  czy  jest  tam  ktoś?!  -  usłyszała  głos  zza  drzwi. 

Ktoś pukał w nie głośno i energicznie. 

 - Proszę! - zawołał Devon szorstko. 
Drzwi otworzyły się ostrożnie i ukazał się w nich Ralph. - 

Przepraszam,  jeśli  przeszkadzam  -  mruknął,  patrząc  z 
zakłopotanym  uśmiechem  na  Laurę  i  Devona.  -  Chciałem 
panią  zaprosić  na  obiad,  Lauro.  To  znaczy,  jeśli  pani 
dysponuje  czasem,  naturalnie.  Pokażę  pani  restaurację 
zupełnie  inną  od  tej,  o  której  mi  pani  opowiadała  wczoraj  w 
nocy. 

 - Och - Laura zaśmiała się nerwowo. Zaproszenie Ralpha 

odebrała  jak  ostatnią  deskę  ratunku  przed  zatonięciem  w 
niewysłowionym  pożądaniu  Devona  Courtleya.  -  Wspaniale. 
Za pięć minut będę gotowa. 

background image

 -  Na  panią  mogę  poczekać  nawet  sześć  minut  -  Ralph 

mrugnął do niej porozumiewawczo. Skinął głową Devonowi i 
wyszedł. 

 - Z nim też się jeszcze pani wczoraj spotkała? - w głosie 

Devona  zabrzmiało  pogardliwe  szyderstwo.  -  Podziwiam 
panią! Jest pani bardzo zajętą młodą damą! 

Laura  uporządkowała  papiery  na  biurku  nie  patrząc  na 

niego, potem wzięła torebkę i oznajmiła chłodno: - Nie sądzę, 
żebym musiała się przed panem tłumaczyć. 

Devon spojrzał na nią gniewnie. - Oczywiście, że nie musi 

pani.  Doświadczone  kobiety  mają  swoje  zalety  -  w  pewnych 
sytuacjach  przynajmniej.  -  Odwrócił  się  na  pięcie  i 
gwałtownie  wypadł  z  pokoju.  Przez  chwilę  słychać  było 
jeszcze  jego  kroki  na  korytarzu,  a  potem  rozległ  się  trzask 
zamykanych z furią drzwi frontowych. 

Laura  roześmiała  się  cicho.  Wyprowadzenie  Devona  z 

równowagi  bardzo  jej  poprawiło  humor.  Wyszła  z  biura 
trzymając Ralpha pod ramię. 

background image

Rozdział 7 
Niestety,  nie  mogliśmy  odnaleźć  tego  pęknięcia  ziemi, 

które pani widziała na północnej stronie, panno Nichols. - Jim 
Freeman  pochylił  się  nad  mapą,  na  której  Laura  zaznaczyła 
wątpliwe  miejsce.  -  Czy  byłoby  możliwe,  żeby  pani  na 
miejscu sprawdziła nasze obserwacje? 

 -  Czemu  nie?  -  odparła  Laura  gorliwie.  Wreszcie  miała 

okazję  wyrwać  się  z  biura.  -  Porozmawiam  z  doktorem 
Haileyem. Możemy wyruszyć już jutro. 

 -  Doskonale.  Przygotuję,  co  trzeba.  Niech  pani  zabierze 

tylko  swoje  naukowe  wyposażenie,  a  ja  się  zajmę  resztą.  O 
ósmej będzie na panią czekał samochód. 

Następnego  ranka  Laura  wchodziła  do  biura  w  prawie 

euforycznym nastroju. Cieszył ją ten wyjazd. Nareszcie będzie 
mogła  zorientować  się  na  miejscu,  na  ile  poważne  jest 
zagrożenie ze strony wulkanu. A poza tym spędzi cały dzień 
na  świeżym  powietrzu.  To  prawie  jak  urlop!  Otworzyła  z 
rozmachem drzwi. Nagle uśmiech znikł z jej ust. 

 -  Przepraszam.  Nie  chciałem  pani  przestraszyć.  -  Devon 

podszedł bliżej i wyciągnął dłoń do Laury. - Dzień dobry. 

 - Dzień dobry - Laura niechętnie podała mu rękę. - Czego 

pan tu znowu szuka, panie Courtley? - spytała chłodno. 

 -  No,  wie  pani,  tak  mnie  pani  wita?  Czy  już  pani 

zapomniała, że zgodziliśmy się na pokojową współpracę? 

Laura ściągnęła brwi. - Może pan przejdzie do rzeczy? 
 -  Chciałbym  pani  przedstawić  mój  najnowszy  artykuł  do 

wglądu - machnął ręką w stronę biurka. - Tam go położyłem. 

 -  W  porządku.  Przeczytam  go  i  jutro  dostanie  go  pan  z 

powrotem. 

 -  O,  nie.  Obawiam  się,  że  nie  mogę  przystać  na  pani 

propozycję.  Chciałbym,  żeby  przeczytała  pani  ten  tekst 
natychmiast.  Artykuł  ma  się  ukazać  jutro  rano,  muszę  więc 
dzisiaj dostarczyć go do redakcji. 

background image

 -  Nie  da  rady.  Nie  mam  teraz  czasu.  Muszę  pojechać  na 

północną stronę i... 

 - Na północną stronę? Ale dlaczego? Co będzie tam pani 

robić? - Devon patrzył na nią uważnie. 

 - Nie wiem właściwie, dlaczego miałabym odpowiadać na 

pańskie  pytania,  panie  Courtley.  Cieszyłabym  się 
niewymownie, gdyby wreszcie zajął się pan swoimi sprawami. 

 -  Pani  sprawy  są  też  moimi  sprawami,  panno  Nichols. 

Doktor  Hailey  zagwarantował  mi,  że  będę  o  wszystkim 
wyczerpująco  informowany.  W  zamian  za  to  możecie  brać 
pod lupę moje artykuły. Moja droga panno Nichols, odradzam 
pani  serdecznie  omijanie  tej  umowy.  Niech  mnie  pani  nie 
drażni  niepotrzebnie.  Wie  pani  chyba,  jak  wielki  jest  wpływ 
prasy na kształtowanie opinii publicznej. 

Laura  zaczerpnęła  powietrza.  -  To...  to  jest  naprawdę... 

szczyt bezczelności. 

 - Taka jest prawda, niezależnie od tego, co pani powie na 

ten temat. Wystarczy kilka krytycznych zdań z mojej strony i 
już obcinają wam fundusze. 

 - Czy pan mnie szantażuje? 
Devon  zmierzył  ją  wzrokiem  od  stóp  do  głów.  -  Nie  - 

odrzekł i roześmiał się nagle. - Ja po prostu stwierdzam fakty, 
których nie można zakwestionować. 

 - Naprawdę nie rozumiem, co pana tak rozbawiło. 
 -  Pani,  Lauro.  Najeżyła  się  pani  tak,  jak  gdyby  zaraz 

miała pani ruszyć do ataku na mnie. 

 - Chyba powinnam to rzeczywiście zrobić. 
W  odpowiedzi  Devon  rozpostarł  ramiona.  -  Ależ  proszę, 

Lauro, jestem do pani dyspozycji. 

Laura  zaczerwieniona  aż  po  korzonki  włosów,  pochyliła 

się  nad  biurkiem  i  zaczęła  przekładać  papiery.  Milczała 
uporczywie. 

background image

 -  Ale  Lauro  -  Devon  spoważniał.  -  Nie  miałem  zamiaru 

pani  obrazić  i  nie  myślałem  o  żadnym  szantażu.  Ale 
ustaliliśmy przecież zasady współpracy, prawda? Proszę więc 
powiedzieć, co chce pani robić na północnej stronie? 

 -  Zamierzam  przeprowadzić  pomiary  termiczne  - 

odpowiedziała Laura nie patrząc na dziennikarza. 

 - Z jakiegoś określonego powodu? 
 -  Hm.  Tak,  chyba  tak.  Wydawało  mi  się,  że  widziałam 

smugę  pary,  gdy  przed  kilkoma  dniami  leciałam  nad  tą 
okolicą. 

 - Ciekawe. - Devon spoglądał w zamyśleniu przez okno. - 

Wie  pani  co?  Mam  propozycję:  pani  przeczyta  mój  artykuł 
teraz, a ja będę pani towarzyszył w wycieczce w góry. 

Laura  drgnęła  prawie  niedostrzegalnie.  -  Nie!  Nie,  to  jest 

zupełnie nieciekawa sprawa - odmówiła szybko. - Naprawdę, 
nie znajdzie pan tam żadnego materiału do artykułu. 

 -  Czy  jest  jakiś  powód,  dla  którego  odrzuca  pani  moje 

towarzystwo? - Devon odwrócił się do Laury. 

 - Oczywiście, że nie! Dlaczego miałby być jakiś powód? - 

Głos  Laury  załamał  się  wbrew  jej  woli.  -  Tylko...  może  się 
pomyliłam.  Być  może  nie  znajdziemy  niczego  w  górach... 
Wystarczy, że ja stracę cały dzień. 

 - Decyzję o tym, jak mam spędzać czas, proszę spokojnie 

zostawić  mnie.  -  Devon  wskazał  ruchem  głowy  biurko.  -  Im 
szybciej  pani  zacznie  czytać,  tym  szybciej  będziemy  mogli 
wyruszyć. 

 - Okay! - Laura zirytowana wzięła gęsto zapisane strony i 

zaczęła  czytać.  Wszystkie  akapity  miały  czysto  rzeczowy 
charakter.  Niebezpieczne  były  tylko  podteksty  między 
wierszami,  wnioski,  które  Devon  podsuwał  czytelnikom  nie 
formułując  ich  dosłownie.  Laura  nie  miała  się  do  czego 
przyczepić. 

 - No i? 

background image

Wzruszyła ramionami i podpisała się pod artykułem. 
 -  Stokrotne  dzięki  za  pani  błogosławieństwo.  Możemy 

wobec tego iść. 

 -  Za  chwilkę.  Pan  niech  już  idzie,  a  ja  muszę  wyjaśnić 

jeszcze pewną sprawę. 

 - Dobrze, poczekam na panią przy wejściu. 
 -  Alfredo?  -  Laura  otworzyła  drzwi  do  sąsiedniego 

pokoju. 

 -  O  sole  mio!  -  usłyszała  piękny  tenor  zamiast 

odpowiedzi. Laura uśmiechnęła się. - Alfredo! 

 - Do usług, bella Signorita. 
 - Alfredo, nie mogę nigdzie znaleźć danych sejsmicznych 

o północnej stronie Mount Kairo. 

 - Nic dziwnego, bo takich danych nie ma. 
 - Czy to miał być dowcip? 
 -  Wcale  nie.  Nie  możemy  przeprowadzić  pomiarów.  Po 

pierwsze dlatego, że leży tam za dużo śniegu, a po drugie cały 
ten obszar jest pod ochroną przyrody. 

 - Dlaczego? 
 -  Indianie  nazywają  go  „Świętą  Ziemią",  czy  jakoś  tak. 

Istnieje tam kilka grot z cudownymi rysunkami naskalnymi, a 
poza  tym  pośrodku  tego  obszaru  znajduje  się  prastary 
cmentarz  indiański.  Nie  dostaniemy  zezwolenia  na  pomiary, 
bo jak wiesz wiążą się one z wybuchami. 

 -  Ale  przecież  pilnie  potrzebujemy  danych.  -  Laura 

zmarszczyła czoło wpatrując się w mapę wiszącą na ścianie. - 
Cały ten ogromny areał nie może być przecież pod ochroną. 

 -  Nie,  tylko  jego  dostępne  części,  reszta  jest  i  tak 

pogrzebana pod wiecznym lodem, więc dla nas nieprzydatna. 

Laura potrząsnęła  gniewnie  głową. -  Jak mamy pracować 

w tych warunkach? 

background image

 - To już zależy od naszej pomysłowości. Życzę pani wielu 

sukcesów  na  wycieczce  do  niegościnnej  krainy  „Dziadka 
Mroza" - Alfredo roześmiał się. 

 -  Dziękuję  za  te  serdeczne  życzenia,  przyjacielu. 

Zobaczymy się jutro. - Laura wyszła z pokoju i skierowała się 
na parking. 

Devon  stał  niedbale  oparty  o  jasny  wóz  terenowy. 

Pomachał  jej  ręką.  Włosy  błyszczały  mu  w  słońcu.  Jego 
muskularny  tors  rysował  się  wyraźnie  pod  jasnoniebieską 
koszulą,  a  obcisłe  dżinsy  uwypuklały  wąskie  biodra  i  długie 
nogi. 

Serce  Laury  zabiło  żywiej  na  widok  Devona.  Ogarnął  ją 

niewytłumaczalny 

niepokój. 

Zwolniła. 

Najchętniej 

odwróciłaby  się  na  pięcie  i  uciekła,  gdzie  pieprz  rośnie. 
Niestety, nie miała wyboru. Jęknęła w duchu na myśl o tym, 
że ma spędzić sama z Devonem cały dzień. 

 -  Gdzie  się  pani  podziewała,  Lauro?  -  Devon  spojrzał 

niecierpliwie  na  zegarek.  -  Jak  tak  dalej  pójdzie,  to  w  ogóle 
nie zdążymy dojechać do tej góry. 

 - Przecież już idę - syknęła Laura cicho. Zacisnęła pięści i 

szła dalej zdecydowanym krokiem. 

background image

Rozdział 8 
Devon  włączył  radio  i  ustawił  je  na  cały  regulator.  Walił 

ręką w kierownicę w takt grzmiącej muzyki rockowej. Laura, 
co  prawda  nie  przepadała  za  tego  rodzaju  muzyką,  ale  była 
zadowolona, że nie musi rozmawiać z Devonem. 

Przyglądała  mu  się  ukradkiem.  Był  niewątpliwie 

przystojnym mężczyzną. Ale to było coś więcej. W obecności 
Devona robiło jej się zimno i gorąco jednocześnie. Mój Boże, 
jak będzie wyglądała jej praca, gdy on będzie stał blisko niej i 
na nią patrzył. 

Devon przyciszył radio. - Gdzie jedziemy najpierw? . 
Laura ocknęła się z zamyślenia. - Słucham? Aha, może do 

Tucker's Treek. Zatrzymamy się tam na dole nad strumieniem. 

Devon  kiwnął  głową.  Pokonał  właśnie  serię  bardzo 

wąskich  zakrętów  i  całą  swoją  uwagę  skoncentrował  na 
prowadzeniu samochodu. Jeep jechał pod spadzistymi skałami 
nad  urwiskiem.  Laura  czasem  zamykała  oczy  ze  strachu.  Na 
północnym  zboczu  Devon  skręcił  wreszcie  w  nieutwardzoną 
błotnistą  drogę,  przejechał  przez  most  z  omszałych  bali  i 
zatrzymał samochód na polanie. - Czy to tu? - spytał. 

Laura potaknęła skinieniem głowy. Otworzył  drzwi. Było 

jej  słabo,  zbladła  jak  ściana.  Co  za  szczęście,  że  nie  musiała 
sama prowadzić jeepa. Prędzej jednak odgryzłaby sobie język, 
niż powiedziałaby o tym Devonowi. 

Lodowaty  górski  wiatr  przejął  ją  dotkliwym  dreszczem. 

Trzęsąc  się  z  zimna  zapięła  kurtkę.  Stopy  jej  ugrzęzły  w 
ciągnącej się mazi z mokrego śniegu i błota. Człapiąc w tym 
mule poszła naprzód, a Devon podążył za nią. 

Laura  zatrzymała  się  na  suchej  płycie  skalnej.  Uważnie 

obserwowała okolicę usiłując dostrzec oznaki pęknięcia ziemi. 

Zauważyła, że Devon robi dokładnie to co ona. Wdzięczna 

była  niebiosom,  że  chwilowo  nie  było  widać  żadnych  smug 

background image

pary.  Tego  jeszcze  tylko  brakowało,  żeby  Devon  zebrał  tu 
materiał do sensacyjnego reportażu! 

Devon  stanął  tuż  za  nią.  Poczuła  muśnięcie  ciepłego 

oddechu na karku. 

 - Lauro - szepnął - niech mi pani powie, czego pani szuka. 

Może  będę  mógł  pani  pomóc.  Dwie  pary  oczu  widzą  więcej 
niż jedna. 

Laura  spuściła  głowę  w  milczeniu.  Devon  schwycił  ją  za 

ramiona,  odwrócił  do  siebie  i  podniósł  jej  brodę  do  góry. 
Musiała spojrzeć mu w oczy. - Zawarliśmy przecież umowę. 
Musi wywiązać się pani ze swej części, czy się to pani podoba 
czy nie. Zadałem pytanie i oczekuję odpowiedzi na nie. 

Laura chciała się  wyrwać, ale Devon trzymał  ją mocno. - 

A więc, czego pani szuka? 

 -  Powiedziałam  już  przecież  panu  w  biurze.  Widziałam 

parę wydobywającą się z ziemi. Nie ma w tym jednak żadnej 
sensacji i nie oznacza to jeszcze żadnego niebezpieczeństwa. 

 - Czy mogę to zanotować? 
 - Co to znaczy? Chce mnie pan zacytować? 
 - I narazić się na kpiny czytelników? Dlaczego nie może 

pani w tej swojej małej ślicznej główce zrozumieć, że żądam 
absolutnej  szczerości?!  Gdyby  to  zjawisko  nie  było 
niepokojące,  czy  byłaby  pani  tutaj?  -  w  głosie  Devona 
brzmiała irytacja. 

 -  A  po  co  to  panu?  Po  to,  żeby  szerzyć  panikę  wśród 

ludzi, przedstawiając niewielkie pęknięcie ziemi jako niosącą 
zagładę otchłań? 

 - Nigdy bym tak nie zrobił! Mam związane ręce, bo każdy 

z moich artykułów musi przejść przez kontrolę. Niestety! 

 -  A  kto  mi  zagwarantuje,  że  oryginał  nie  wyląduje  w 

koszu i że pan nie napisze nowego artykułu? 

 -  Kiedy  pani  wreszcie  zrozumie!  Nie  jestem  łowcą 

sensacji, chcę tylko dostarczyć opinii publicznej najważniejsze 

background image

informacje,  żeby  ludzie  mogli  się  odpowiednio przygotować. 
Dlatego  proszę  nie  zbywać  mnie  półprawdami  i  nie  ogłupiać 
mnie.  W  przeciwnym  razie  zmienię  taktykę  i  zrezygnuję  z 
obłaskawiania  pani  geolog,  a  skoncentruję  się  na  namiętnej 
kobiecie, skrywającej się pod maską nieprzystępności. 

 - Obawiam się, że nic by to panu nie dało, panie Courtley 

-  odpowiedziała  Laura  gniewnie.  Policzki  paliły  ją  żywym 
ogniem. 

 -  Mam  zupełnie  inne  zdanie  na  ten  temat  -  Devon 

pogładził Laurę po policzku. - Jeśli bym cię teraz pocałował... 

 - Z całą pewnością pomyślałabym o innym mężczyźnie. 
 -  Aha  -  Devon  odchrząknął.  -  Pewnie  o  byłym 

narzeczonym.  Zastanawiam  się  właśnie,  dlaczego  pozwolił 
pani odejść. Jeśli reagowała pani na niego tak jak na mnie, to 
zupełnie go nie rozumiem. 

 -  Teraz  już  wystarczy.  Nie  mam  czasu  ani  ochoty  na 

omawianie z panem moich osobistych spraw. Proponuję, żeby 
ograniczył  się  pan  do  merytorycznej  rozmowy,  albo 
zakończymy natychmiast naszą współpracę! 

 -  Merytoryczna  rozmowa  to  właśnie  to,  o  co  mi  od 

początku chodziło. - Skrzywił się ironicznie. - Skoro i pani się 
do niej przekonała, to może przy okazji odpowie pani od razu 
na moje pytanie. 

Laura zacisnęła pięści. - A więc dobrze, jeśli rzeczywiście 

ziemia  pękła  w  kilku  miejscach,  to  jest  to  naprawdę  sygnał 
alarmowy. Ale żebym mogła coś dokładniejszego na ten temat 
powiedzieć, musimy znaleźć to miejsce. 

Poszli w górę wąską ścieżką. Oboje rozglądali się bacznie 

na boki. 

 - Widzi pani coś niezwykłego? 
 -  Hm...  nie  widzę  żadnych  zwierząt  -  ani  ptaków,  ani 

kozic. Ani jednego królika czy wiewiórki, od których przecież 
w górach aż się roi. 

background image

 - Czy może to pani jakoś wyjaśnić? 
Laura  wzruszyła  ramionami.  -  Niech  pan  spojrzy  na 

drzewa i rośliny. Nie wyglądają na specjalnie zdrowe i silne... 

 -  Mogłaby  to  więc  być  zapowiedź  rychłego  wybuchu 

wulkanu Mount Kairo? 

 -  Popełnia  pan  zasadniczy  błąd,  panie  Courtley. 

Wszystko,  co  się  panu  mówi,  dostosowuje  pan  do  swojego 
obrazu  sytuacji.  Uważa  pan,  że  znajdujemy  się  na  tonącym 
okręcie  i  rozpaczliwie  szuka  pan  potwierdzenia  swego 
przypuszczenia. 

 -  A  co  musiałoby  się  stać,  żeby  i  pani  opuściła  tonący 

okręt, by się uratować? 

 -  Zostanę  na  stanowisku.  Dopiero,  gdy  wszystkie  oznaki 

jednoznacznie wskażą burzę, udam się w bezpieczne miejsce. 

Devon pokręcił głową. - To znaczy: nigdy. Nie chce pani 

po  prostu  dostrzec  niebezpieczeństwa  -  westchnął  głośno.  - 
Czasami naukowcy są po prostu zbyt mądrzy. Nie polegają już 
na swoim instynkcie, ponieważ nauczyli się posługiwać tylko 
rozumem. To błąd! - odwrócił się i zaczął znowu podchodzić 
pod górę. Wkrótce zniknął za zakrętem. 

Laura  patrzyła  za  nim  w  zdumieniu.  Co  się  stało? 

Wydawało  jej  się,  że  ujrzała  w  jego  oczach  jakiś  dziwny 
bolesny  wyraz.  Ale  może  tylko  jej  się  tak  zdawało?  Zresztą, 
co ją to miało obchodzić? 

Poszła  za  Devonem.  Ten  mężczyzna  zupełnie  mnie  nie 

interesuje,  pomyślała  zaciskając  zęby.  Tylko  że...  jej  myśli 
uporczywie  krążyły  wokół  jego  osoby.  Przypomniała  sobie 
wieczór  w  Le  Petit  Chateaus  migające  światło  świec,  miła 
muzyka,  ręce  Devona  na  jej  plecach,  zapach  jego  wody  po 
goleniu... 

Nagle  pośliznęła  się  na  wilgotnym  mchu.  Przez  ułamek 

sekundy zawisła w powietrzu, po czym opadła na kamieniste 
podłoże. 

background image

Laura nie poczuła żadnego bólu, ale strach ją sparaliżował, 

że  nie  była  w  stanie  się  poruszyć.  Leżała  nieruchomo  na 
plecach. W końcu otworzyła oczy i podniosła ostrożnie głowę. 
Wzrok jej padł na mysz polną. Leżała o centymetr od jej ręki. 
Martwa. 

Laura  chciała  się  poderwać,  ale  kłujący  ból  nogi  nie 

pozwolił  jej  na  to.  Z  krzykiem  opadła  z  powrotem  na 
kamienie. 

 -  Laura?  -  Silne  ramiona  objęły  ją.  -  Co  się  stało  ?  Czy 

jest pani ranna? 

Laura  spojrzała  na  niego  z  udręką.  Chciała  coś 

powiedzieć,  ale  nic  nie  chciało  jej  przejść  przez  gardło.  W 
milczeniu oparła głowę na ramieniu Devona. Łzy spływały jej 
po policzkach. 

Devon o nic już nie pytał, przytulił ją mocniej do siebie i 

kołysał  jak  małe  dziecko.  Mruczał  przy  tym  jakieś 
uspokajające słowa. 

 - Mysz - szepnęła Laura szlochając. - Jest martwa. 
 - Mysz? - Devon nie zrozumiał. Ale zaraz zobaczył małe 

martwe zwierzątko. 

 -  Może  pan  sprawdzić,  czy  ma  zewnętrzne  obrażenia? 

Laura otarła łzy. Ból w nodze trochę zelżał. 

Devon  podniósł  mysz  za  ogon  do  góry  i  obejrzał 

dokładnie  ze  wszystkich  stron.  -  Nie,  niczego  nie  widzę.  Jak 
pani myśli, co było przyczyną śmierci zwierzątka? 

 - Może opary siarki - Laura wzruszyła ramionami. Ale to 

tylko  przypuszczenie.  Weźmy  najlepiej  tę  mysz  ze  sobą. 
Alfredo  będzie  mógł  ją  zbadać  i  potwierdzić  lub  odrzucić 
moje przypuszczenia. 

 - Dobrze. Zaraz wrócę. - Devon poszedł niezwłocznie do 

samochodu. 

Laura spoglądała za nim w zamyśleniu. Czy rzeczywiście 

mysz  wdychała  opary  siarki  i  dlatego  zdechła?  Wciągnęła 

background image

głęboko  powietrze  przez  nos.  Nie.  Nie  czuła  tego  tak 
charakterystycznego dla siarki duszącego odoru. Pomasowała 
sobie  kostkę.  Wyjaśnienie  tego,  co  stało  się  z  myszą,  nie 
należało do niej i dopóki nie będzie miała wyników badań, nie 
ma  zamiaru  wdawać  się  w  spekulacje.  Tego  jeszcze  tylko 
brakowało,  żeby  zaczynała  wszystko  widzieć  w  czarnych 
barwach,  tak  jak  Devon.  A  może  to  czarnowidztwo  było 
zaraźliwe? 

Devon wrócił szybko. Oparł się plecami o skałę i mruknął: 

-  Opary  siarki.  To  mogłoby  wyjaśnić,  dlaczego  nie 
spotkaliśmy  tu  żadnej  żywej  istoty.  -  Oparł  nogę  na 
przewróconym  pniu  drzewa,  podparł  się  na  niej  łokciem  i 
spojrzał pytająco na Laurę. - A co na to ekspertka? 

 - Jest to możliwe, ale... 
 -  Tym  razem  proszę  bez  żadnych  „ale".  Panno  Nichols, 

nadszedł  czas,  żeby  wziąć  pod  uwagę  możliwość  wybuchu 
wulkanu.  Niechże  się  pani  wyrwie  ze  swych  teoretycznych 
rozważań. Uważam, że trzeba przejść do działania. 

Laura  zadrżała.  Każde  z  tych  sarkastycznych  słów  bolało 

ją  jak  uderzenie  pejczem.  -  Nie  zamierzam  wyciągać 
przedwczesnych  wniosków  tylko  dlatego,  że  pan  się 
niecierpliwi - odparła ze złością. - Jestem naukowcem i biorę 
pod uwagę każdą możliwość. To mój obowiązek. 

 - Obowiązek? Oj, bo padnę ze śmiechu! Szkoda, że mysz 

nie spotkała pani jeszcze za swego życia. Powiedziałaby pani, 
co ma pani zrobić z tym obowiązkiem! 

 - Mysz zdechła przypuszczalnie z powodu starości. 
 -  Jasne.  Albo  na  raka  płuc,  albo  na  zawał  serca,  albo  na 

cukrzycę.  Ach,  dosyć  już  tego.  Idźmy,  panno  Nichols.  Miała 
pani  rację.  Straciłem  tylko  czas!  -  Nie  spojrzał  nawet  na 
Laurę,  tylko  odwrócił  się  i  pomaszerował  w  kierunku 
samochodu. 

background image

Wybuch  Devona  najpierw  Laurę  zaskoczył,  a  potem 

rozgniewał.  Zaklęła  pod  nosem.  Spróbowała  wstać,  ale  z 
okrzykiem bólu opadła z powrotem na skały. 

Devon  znalazł  się  przy  niej  błyskawicznie.  -  Noga?  - 

spytał. 

Laura  kiwnęła  głową.  -  W  kostce  -  jęknęła  i  rozszlochała 

się znowu. 

Devon  dotknął  ostrożnie  opuchniętego  stawu.  Rozwiązał 

sznurowadła  i  zdjął  but.  -  Tak  lepiej?  -  spytał  z  troską  w 
oczach. 

 - Może być - odparła blada jak ściana Laura. Otarła łzy. 
 - Miała pani szczęście w nieszczęściu. O ile się orientuję, 

to  jest  tylko  zwichnięcie.  Za  kilka  dni  zapomni  pani  o 
wszystkim. Devon wziął ją na ręce i bez trudu zniósł na dół. 

Laura  znowu  się  rozpłakała,  ale  tym  razem  ze  złości. 

Dlaczego  musiało  ją  to  spotkać?  Nie  chciała  być  zależna  od 
Devona.  Nie  chciała  jego  pomocy.  Nie  chciała  czuć  jego 
bliskości. Nie chciała, żeby jej serce tak mocno biło. Ale nie 
miała wyboru. 

Zacisnęła  wargi  i  przeklęła  w  duchu  dzień,  w  którym 

zdecydowała się pojechać do Idle Springs. 

background image

Rozdział 9 
Devon  miał  rację.  Po  kilku  dniach  Laura  nie  odczuwała 

już  żadnego  bólu  w  kostce.  Dla  pewności  dała  się  Kate 
namówić,  żeby  poleżeć  przez  jeden  dzień  w  łóżku,  ale 
przymusowa  bezczynność bardzo ją denerwowała. Wszystkie 
sprawy załatwiała przez telefon. 

Do  pracy  zadzwoniła  zaraz  po  powrocie,  żeby  się 

podzielić swoimi uwagami. Giovanni zgodził się co do powagi 
sytuacji, oświadczył jednak wyraźnie, że chwilowo nie można 
przeprowadzić  żadnych  pomiarów,  które  pozwoliłyby  na 
wyciągnięcie ostatecznych wniosków. , 

 -  To  jest  niemożliwe.  Pancerz  z  lodu  i  śniegu  jest  po 

prostu  za  gruby.  Zanim  wywiercimy  w  nim  wystarczająco 
głęboką dziurę, upłynie cała wieczność. Jeśli oderwie się bryła 
lodu, to zleci po stromym zboczu i nie będziemy mogli temu 
zaradzić.  Oznacza  to,  że  musielibyśmy  cały  ten  obszar 
zagrodzić,  żeby  nie  zagrażać  ludziom.  A  sfinansowanie  tego 
mamuciego przedsięwzięcia? Wie pani chyba, jak skromnymi 
środkami  dysponujemy?  Narobimy  sobie  kłopotów,  jeśli 
zażądamy więcej. 

 -  Nie  powinniśmy  się  tym  w  żadnym  wypadku 

przejmować! Alfredo, pan dobrze wie, o czym mówię! - Laura 
była bliska rozpaczy. 

 - No i jeszcze - ciągnął Giovanni - musi pani uwzględnić 

to, że obszar ten jest pod ochroną. A Indianie pilnują bardzo, 
żeby nikt nie wszedł na ich Świętą Ziemię. 

 -  Żaden  Apacz,  nawet  taki  z  toporem  wojennym,  nie 

odwiódłby mnie od przeprowadzenia koniecznych pomiarów! 
Alfredo,  to  jest  naprawdę  pilna  sprawa.  Niech  pan  spróbuje 
skontaktować  się  z  wodzem  Indian,  czy  z  kim  pan  chce,  i 
niech  mu  pan  wytłumaczy,  o  co  nam  chodzi.  Potrzebujemy 
tych danych, żeby ruszyć z naszą pracą do przodu. 

background image

 -  Dobrze.  Ma  pani  rację.  Spróbuję  coś  zrobić  w  tym 

kierunku. 

 - Mam nadzieję, że się panu powiedzie. I, niech mnie pan 

informuje o wszystkim na bieżąco. 

 - Obiecuję. 
 - Dziękuję, Alfredo. 
Od  czasu  tej  rozmowy  Alfredo  nie  zgłosił  się.  Laura 

stawała się coraz bardziej niespokojna. Złapała za słuchawkę, 
ale  po  krótkim  namyśle  odłożyła  ją  znowu.  Po  co  nękać  go 
telefonami?  Zadzwoni  sam,  gdy  będzie  miał  coś  do 
przekazania. 

Z  kuchni  dobiegły  nagle  dziwne  bulgoczące  dźwięki. 

Laura  zaczęła  nasłuchiwać.  Odgłosy  były  nad  wyraz 
podejrzane.  Laura  wstała  z  łóżka  i  pokuśtykała  do  kuchni. 
Zmywarka  do  naczyń!  Odetchnęła  z  ulgą.  Kate  włączyła  ją, 
zanim wyszła do pracy. 

Laura  zajrzała  do  lodówki.  Może  zrobić  sobie  spaghetti? 

Czemu nie? W lodówce było wszystko, czego trzeba do sosu: 
mielone mięso, pomidory, cebula. Wzięła grubą deskę i ostry 
nóż z szuflady. Mięso wrzuciła na żeliwną patelnię i w czasie, 
gdy się smażyło, poćwiartowała pomidory i posiekała cebulę. 
Oczy szybko nabiegły jej łzami i zaczęły szczypać. 

Rozległ  się  dzwonek  do  drzwi.  -  Akurat  teraz.  -  Laura 

wytarła  pospiesznie  ręce  i  poszła  otworzyć.  Oczy  łzawiły  jej 
tak, że widziała wszystko jakby zamglone. 

W drzwiach stał Devon. Spojrzał na nią z przestrachem. - 

Co  się  stało?  -  spytał.  -  Czy  noga  tak  bardzo  boli?  Może 
zawieźć panią do lekarza? 

Laura  chciała  wyjaśnić,  że  nic  jej  już  nie  dolega,  ale 

zamiast tego wydała z siebie jakiś zduszony dźwięk, podobny 
do  szlochu.  Devon,  coraz  bardziej  przerażony,  złapał  ją  na 
ręce,  zaniósł  do  salonu  i  posadził  na  sofie.  Laura  znalazła  w 
kieszeni chusteczkę i wyczyściła nos. 

background image

 -  Nie  jest  tak,  jak  pan  myśli,  Devonie.  Z  moją  nogą  jest 

już  wszystko  w  porządku.  O,  proszę!  -  wyciągnęła  nogę  i 
pokręciła w kostce. - Kroiłam cebulę i stąd te łzy. 

 - Na pewno? - Devon obmacał sceptycznie kostkę. 
 - Ależ tak. 
 -  No,  to  tym  lepiej.  Przyniosłem  pani  pracę.  Nowy 

artykuł. 

 - Okay. Proszę mi go dać, zaraz go przeczytam. 
 -  To  niekonieczne.  Tym  razem  nie  spieszy  mi  się  tak 

bardzo. 

 - Devon podniósł głowę. - Czy tam się coś pali? 
 - Mięso! O Boże! - Laura zerwała się i pognała do kuchni, 

nie zważając na nogę. W kuchni było czarno od dymu. Smród 
zwęglonego mięsa zapierał dech. Kaszląc i krztusząc się Laura 
podskoczyła do kuchenki, zerwała z niej patelnię, wrzuciła ją 
do  wypełnionego  wodą  po  brzegi  zlewu  i  otworzyła  okno  na 
oścież. Jeszcze przez chwilę  w kuchni syczało, skwierczało i 
dymiło,  w  końcu  wszystko  jakoś  się  uspokoiło.  Laura 
zaczerpnęła świeżego powietrza. 

Nagle  spojrzała  na  podłogę.  -  O,  nie!  Jeszcze  tego  mi 

brakowało!  -  krzyknęła  z  przerażeniem.  Podłogę  wyłożoną 
jasnymi  kafelkami  zalewała  właśnie  spieniona  woda.  Laura 
szybko wyłączyła zmywarkę. Chciało jej się płakać. 

 -  Jak  to  możliwe,  żeby  jeden  człowiek  narobił  takiego 

bałaganu?! 

 - Devon stał niedbale oparty o framugę drzwi i zaśmiewał 

się do rozpuku. 

Laura rozzłościła się. - Zamiast wygłaszać głupie uwagi i 

śmiać się nie wiadomo z czego, mógłby pan pomóc! 

 -  Jestem  na  pani  usługi,  szanowna  pani  -  Devon  skłonił 

się głęboko, czym jeszcze bardziej zdenerwował Laurę. Devon 
schylił się, zdjął buty i skarpetki i zawinął nogawki spodni aż 
po kolana. 

background image

 - Nie wie pani, czy są w tym domu obcęgi. 
 -  Nie  mam  pojęcia  -  odparła  Laura  zgodnie  z  prawdą.  - 

Zaraz poszukam. 

 - Nie, nie, niech pani poczeka. Przyniosę je z domu. 
Gdy wyszedł, Laura wyszukała wszystkie ręczniki, rzuciła 

je na podłogę w kuchni próbując w ten sposób zebrać nadmiar 
wody. 

 -  Brakuje  pani  mężczyzny  w  domu  -  Devon  zamachał 

triumfująco  skrzyneczką  z  narzędziami.  -  Pani  jest  kobietą, 
która  po  prostu  na  dłuższą  metę  nie  może  obejść  się  bez 
mężczyzny. Przysięgnę, że tak jest. 

 -  Za  krzywoprzysięstwo  grozi  więzienie.  -  Laura  rzuciła 

w niego mokrym ręcznikiem. 

Devon uchylił się zręcznie. - Za uszkodzenie ciała również 

- roześmiał się. 

 - Miałabym okoliczności łagodzące. 
 - Wyjaśni mi to pani dokładnie, ale później. Teraz muszę 

się zająć tym potopem. - Devon kucnął, wyciągnął wszystko z 
szafki  pod  zlewem.  -  Wygląda  na  to,  że  zatkał  się  odpływ. 
Potrzebuję kleszczy. 

 -  Kleszczy?  A  jak  one  wyglądają?  -  Laura  patrzyła 

niepewnie na narzędzia w skrzyneczce Devona. 

 - Duże obcęgi z czerwonymi uchwytami. 
 - Proszę - podała mu je. 
 -  Obawiam  się,  że  nie  poradzę  sobie  bez  pomocy.  Ktoś 

musi trzymać rurę, gdy będę luzował gwint. 

 -  Okay  -  Laura  dała  kroka  nad  nogami  Devona  i  uklękła 

przy zlewie. 

 - To na nic. Musi pani się tu do mnie wcisnąć. Inaczej nie 

dam rady. 

Laura przecisnęła się bez słowa przez wąski otwór. 
 -  Najlepiej  byłoby,  gdyby  pani  położyła  się  na  plecach. 

Laura posłusznie wykonała polecenie. 

background image

 - Niech pani trzyma kleszcze tak... - Devon wziął jej rękę, 

poprowadził  do  rury  i  pokazał,  jak  i  gdzie  ma  umieścić 
kleszcze. 

 -  Dlaczego  nie  ma  w  pani  życiu  mężczyzny,  Lauro?  - 

spytał mimochodem. 

 - Był jeden. - Laura kurczowo trzymała kleszcze. 
 - A dlaczego z nim nie wyszło? 
 -  Nie  mógł  się  pogodzić  z  myślą,  że  jego  żona  będzie 

ciągle podróżować od jednego wulkanu do drugiego. 

 -  Twarde,  zimne  łóżko  kariery  wygrało  z  miękkim, 

ciepłym małżeńskim łożem? 

 -  Żaden  mężczyzna  nie  potrafi  dać  z  siebie  tyle  żaru,  co 

krater wulkanu. 

 - Naprawdę nie, Lauro? - Devon odłożył narzędzia na bok 

i  przyciągnął  Laurę  do  siebie.  Laura  natychmiast  zamknęła 
oczy. Przeszył ją dreszcz podniecenia. Co miała począć? Było 
tak ciasno, że nie mogła nawet marzyć o poruszeniu się. Było 
jej  gorąco,  serce  biło  jak  młotem,  chyba  nawet  Devon  je 
słyszał. 

 -  Co  się  z  panią  dzieje,  Lauro?  -  dobiegło  nagle  do  jej 

uszu czyjeś wołanie. 

Laura  drgnęła  i  wyrżnęła  głową  w  rurę  odpływową.  - 

Auuu! 

 - krzyknęła i łzy same napłynęły jej do oczu. Uwolniła się 

z  objęć  Devona,  wypełzła  z  szafki  i  wyprostowała  się  z 
jękiem.  Zachwiała  się,  przed  oczami  wirowały  jej  koła.  W 
końcu odzyskała ostrość widzenia. 

 - Kate! 
Kate  pociągnęła  nosem.  -  Co  tu  tak  okropnie  śmierdzi? 

Obejrzała, marszcząc czoło, czarne smugi od dymu na ścianie 
nad  kuchenką,  mokrą  podłogę,  stos  mokrych  ręczników  w 
kącie i zwęglone resztki jedzenia na patelni. Nagle wzrok jej 
padł na nogi Devona wystające spod zlewu. 

background image

Laura  odchrząknęła  nerwowo.  -  To  moja  wina, 

przynajmniej  częściowo.  Zapomniałam  o  patelni  na  kuchni. 
Poza tym przepełniła się zmywarka do naczyń. Bałam się, że 
woda  zaleje  cały  dom.  Ale  niebezpieczeństwo  zostało 
zażegnane. Mamy już kontrolę nad wszystkim. 

 -  A  kogóż  to  mamy  tutaj?  -  Kate  schyliła  się,  żeby 

obejrzeć właściciela nóg. 

 -  Och,  to  pan  Devon  Courtley,  jeden  z  pani  sąsiadów.  - 

Głos Laury zadrżał zdradziecko. 

Devon wysunął się z szafki. - Miło mi panią poznać. Laura 

uczęszcza do mnie na skrócony kurs hydrauliki. - Mrugnął do 
Kate porozumiewawczo. 

Laura  zaczerwieniła  się.  Ten  Devon  nie  opuścił  żadnej 

okazji  żeby  z  niej  nie  zakpić.  Najchętniej  zapadłaby  się  pod 
ziemię. 

 -  Wobec  tego  nie  przeszkadzam  państwu  -  Kate  skinęła 

głową Laurze i Devonowi i wyszła z kuchni. 

Devon  wrócił  do  przerwanej  pracy,  a  Laura  podążyła  za 

Kate. 

 -  Oj,  ale  miałam  dzień!  -  Kate  opadła  z  rozmachem  na 

sofę. 

 - Gromada zwariowanych turystów pomyliła mój sklep ze 

sklepem z pamiątkami. Nieźle mi dali do wiwatu. Zdaje się, że 
wam  trochę  przeszkodziłam,  prawda?  -  Kate  spojrzała  na 
Laurę uważnie. 

 -  Ależ  nie!  Oczywiście,  że  nie!  Przeciwnie,  zjawiła  się 

pani w najlepszym momencie - chciała wszystko wyjaśnić, ale 
akurat  Devon  zjawił  się  w  drzwiach.  -  Odpływ  znowu 
funkcjonuje  jak  należy  -  spojrzał  Laurze  w  oczy.  - 
Przynajmniej jeden problem ma pani z głowy. 

 -  No,  to  cudownie!  -  Kate  spoglądała  ciekawie  to  na 

Laurę,  to  na  Devona.  -  Czy  zna  się  pan  również  na 
elektryczności?  Mam  mianowicie  taki  problem  -  stale 

background image

przepalają  mi  się  bezpieczniki.  Czasami  mam  wrażenie,  że 
wszystko jest tutaj pod wysokim napięciem. 

 -  Kate!  -  Laura  przerwała  jej  szybko.  -  Nie  możemy 

nadużywać uprzejmości pana Courtleya. 

 - Ma pani rację. - Kate wyciągnęła rękę do Devona. - W 

każdym razie dziękuję za pomoc, panie Caurtley. 

 -  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  Devon  skłonił  się 

głęboko. 

 -  Tak,  ja  też  chciałam  podziękować  za  pomoc.  -  Laura 

wyszła  do  przedpokoju,  otworzyła  drzwi  frontowe  i 
powiedziała: - Do widzenia. 

 - Tak, tak, wysokie napięcie - mruknął Devon. - Czy pani 

też ma z tym kłopoty? Mógłbym pani pomóc w obniżeniu tego 
napięcia. 

 -  Nie,  dziękuję,  sama  sobie  poradzę.  Do  widzenia,  panie 

Courtley.  -  Zamknęła  z  trzaskiem  drzwi  za  nim.  Na  chwilę 
zamknęła oczy i niechętnie wróciła do salonu. 

 - O rany, jaki przystojny i sympatyczny facet! Czy to nie 

jest przypadkiem ten hojny kawaler od róż? 

 - Przypadkiem jest - Laura skrzywiła się. 
 - Czy to wszystko, co może pani o nim powiedzieć? 
 -  No...  jest  dziennikarzem.  Czasem  współpracujemy  ze 

sobą. Więcej nic o nim nie wiem. 

 -  Straszna  szkoda  -  Kate  westchnęła  teatralnie.  -  Jak 

noga? 

 -  Wszystko  w  porządku.  Już  mnie  w  ogóle  nie  boli. 

Niedługo będę mogła tańczyć sambę. 

 - No, no, lepiej niech  się  pani  jeszcze z  tym wstrzyma. - 

Kate  roześmiała  się.  -  Ale  cieszę  się,  że  już  jest  dobrze  z  tą 
nogą. Ja dzisiaj jestem zupełnie rozbita. Pójdę chyba od razu 
do łóżka. 

 - Pewnie, że tak. Ja muszę tu jeszcze popracować. 

background image

Kate  wstała  i  poszła  do  swojej  sypialni,  Laura  zaś, 

wzdychając  po  drodze,  udała  się  do  kuchni.  Zabrała  się  do 
usuwania skutków swego zapomnienia i zalania kuchni. Myśli 
jej powędrowały znowu do Devona Courtleya. Co by się stało, 
gdyby  Kate  nie  nadeszła  w  porę?  Zaschło  jej  w  gardle. 
Odłożyła  ścierki  na  bok  i  wróciła  do  salonu.  Na  stole  leżała 
koperta z artykułem Devona. Wyjęła go i zaczęła czytać. 

Po  pierwszym  akapicie  przerwała  lekturę  i  wróciła  do 

początku  tekstu.  Nie  mogła  się  zupełnie  skoncentrować.  Co 
ten  mężczyzna  z  nią  wyprawiał?  Co  w  nim  było  takiego,  że 
ciągle musiała o nim myśleć? Nic! Ze złością  rzuciła artykuł 
na stół. 

Nagle zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała drapanie do drzwi i 

ciche  miauczenie.  Laura  podeszła  do  drzwi  i  otworzyła  je.  - 
No,  chodź  już!  -  zawołała.  -  Dzisiaj  musisz  się  zadowolić 
moją skromną osobą, bo twoja pani poszła już spać. Chodź! 

 -  Ależ  chętnie.  -  Jakiś  cień  oderwał  się  od  ściany.  - 

Wygląda na to, że dzisiaj nie będzie pani musiała zbyt długo 
szukać swej Miłości. 

 -  Devon  wszedł  w  krąg  światła  i  Laura  zobaczyła,  że 

trzyma w ramionach kotkę. 

 -  Pan  jest,  widzę,  wszechstronnie  utalentowany!  Pana 

nieodpartemu  urokowi  nie  mogą  się  nawet  oprzeć  koty  z 
sąsiedztwa! 

 -  Jestem  specjalistą,  jeżeli  chodzi  o  koty  -  zwłaszcza 

dzikie koty. 

 -  Pochylił  się  i  postawił  Miłość  na  ziemi.  Kotka 

pomaszerowała do domu. 

 - Woda dobrze spływa? 
 - Proszę? Jaka woda? 
 - W odpływie - w zlewozmywaku. 
 - Aha. Tak, wszystko w porządku. 
 - Lauro - Devon szukał jej wzroku. 

background image

 - Powiedziałam już panu „Dobranoc", panie Courtley! 
 - Dlaczego jest pani zawsze taka odpychająca? - podszedł 

bliżej i wziął ją w ramiona. 

 -  Ja...  -  Laura  położyła  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Nie 

wiem - szepnęła. 

 - Och, Lauro. - Pogładził ją po włosach. - Spójrz na mnie 

- poprosił cicho. 

Laura podniosła głowę. Spojrzenia ich spotkały się. Devon 

pochylił się tak nisko, że wargi ich prawie dotknęły się. Laura 
bała się odetchnąć. Pocałował ją, delikatnie i czule. 

Laura  jęknęła  cicho.  Podniosła  ramiona  i  zarzuciła  mu  je 

na  szyję.  Przytuliła  się  do  Devona  całym  ciałem.  Nagle 
przestała  jej  wystarczać  delikatność  Devona.  Chciała  czegoś 
więcej. Odwzajemniła pocałunek Devona. 

Devon przyciągnął ją jeszcze bardziej do siebie. Pocałunki 

jego  stały  się  bardziej  namiętne.  Gładził  jej  plecy,  biodra, 
talię. 

Laurę  ogarnęło  gorące  pożądanie.  Gdy  Devon  wsunął 

dłonie pod jej bluzkę, krzyknęła z pragnienia, żeby przeżyć z 
nim coś wspaniałego. 

Devon  dotknął  jej  piersi.  Ujął  je  w  dłonie  i  masował 

delikatnie. 

 -  Lauro,  Lauro  -  szepnął  -  tak  bardzo  cię  pragnę.  Chcę 

ciebie...  Sięgnął  po  klamkę  i  zamknął  cicho  drzwi.  Wziął 
potem  Laurę  za  rękę  i  poprowadził  wąską  dróżką  do  domu 
naprzeciwko. 

Laura szła za nim jak w transie. Lekki wietrzyk rozwiewał 

jej włosy, ręka Devona była silna i ciepła. Było tak pięknie... 

Nagle  zatrzymała  się.  Właśnie:  było  zbyt  pięknie.  Coś  tu 

się  nie  zgadzało.  Uświadomiła  sobie,  co  nastąpi  za  chwilę  w 
sypialni  Devona.  Czy  nie  działała  zbyt  pochopnie?  Seks  bez 
miłości? Ta noc ma tylko zaspokoić jej ciało? Bo o uczuciach 
między nimi nigdy nie było mowy. 

background image

 - Nie!  - krzyknęła  i  wyrwała  się  Devonowi.  -  Nie  mogę! 

Devon spojrzał na nią zaskoczony. - Dlaczego nie? Milczała, 
nie patrząc na  niego. Tak  bardzo chciała  iść z nim do łóżka! 
Ale  co  potem?  -  Ich  związek  nie  miał  żadnej  przyszłości.  Po 
co sprawiać sobie ból? Lepiej skończyć to wszystko, zanim się 
zacznie na dobre. 

 -  Obawiam  się,  że  jestem  trochę  staroświecka  - 

powiedziała  wreszcie  zmienionym  głosem.  -  Nie  mogę  pójść 
do łóżka z kimś, kogo nie kocham. 

 -  Jeżeli  to  tylko  to...  Czemu  nie  możesz  się  we  mnie 

natychmiast zakochać? 

 - W ogóle nie jest pan zarozumiały, prawda? 
Devon  roześmiał  się.  -  Ani  trochę!  To  ja  jestem  właśnie 

tym mężczyzną, na którego czekałaś całe życie. 

 -  Pan?!  Akurat  pan,  panie  Courtley?!  Uważa  się  pan  za 

mój ideał? 

 -  Laura  pokręciła  z  niedowierzaniem  głową.  -  Pan 

naprawdę ma zbyt wygórowane mniemanie o sobie. 

 -  A  kto  koryguje  wszystkie  moje  artykuły?  Kto  ma 

ostatnie  słowo  przed  każdą  publikacją?  Czy  pozwoliłbym 
sobie  na  taką  ingerencję  w  moją  pracę,  gdybym  był  taki, jak 
mówisz? 

 -  Powoli.  Po  prostu  nie  ma  pan  wyboru,  bo  taka  była 

umowa. 

 -  Laura  obrzuciła  Devona  gniewnym  wzrokiem.  -  Pan 

sprzedałby  własną  babkę,  żeby  mieć  materiał  do  reportażu, 
prawda? I gdyby pan rzeczywiście chciał się ze mną przespać, 
to  nie  cofnąłby  się  pan  przed  oświadczynami,  żeby  tylko 
zaciągnąć mnie do łóżka. Mam rację? 

 - Czy to oznacza, że pani przyjęłaby moje oświadczyny? 
 - Nie, to zupełnie tego nie oznacza! - Laura odwróciła się 

na  pięcie  i  potykając  się  w  ciemnym  ogrodzie,  pobiegła  do 
domu. 

background image

 -  Nie  chcesz  się  dowiedzieć,  czy  naprawdę  stosuję  takie 

metody? 

 -  Niech  pan  sobie  nie  zadaje  tyle  trudu  -  odkrzyknęła 

Laura.  Wbiegła  po  schodkach,  otworzyła  drzwi  i  wpadła  do 
domu. Chciała jak najszybciej zamknąć się w swoim pokoju.. 

W  sypialni  rzuciła  się  na  łóżko.  -  Devon...  -  rozszlochała 

się. 

background image

Rozdział 10 
 - Niechże pani coś powie, Lauro. Co się z panią dzieje? - 

Kate była wyraźnie zaniepokojona. 

 - Dlaczego pani pyta? 
 -  Widziała  się  pani  dzisiaj  w  lustrze?  Wygląda  pani  jak 

widmo. Pewnie pani przez całą noc nie zmrużyła oka, zgadza 
się? 

 - Każdemu może się  to zdarzyć - Laura spokojnie  napiła 

się kawy. Gorący napój dobrze jej zrobił. 

 -  Pewnie.  Ale  wiem  z  doświadczenia,  że  bezsenność  u 

młodych i zdrowych ludzi musi mieć jakąś przyczynę. 

 - Naprawdę? 
 -  Naprawdę.  I...  jestem  przyzwyczajona  nazywać  rzeczy 

po imieniu. Jest pani zakochana po uszy, Lauro! Zadurzyła się 
pani  na  zabój  w  tym  przystojnym  hydrauliku  -  amatorze.  To 
nasz  sąsiad,  pan  Devlin  Courtley  jest  przyczyną  pani 
bezsennej nocy. 

 -  Devon  Courtley  -  poprawiła  ją  Laura.  -  Jak  już 

wspomniałam,  spotykamy  się  czasami  na  gruncie 
zawodowym. I to wszystko. 

 - Szkoda. Bylibyście idealną parą. 
Laura poczuła, że się czerwieni. - Muszę jeszcze przejrzeć 

wyniki  badań  laboratoryjnych.  Przepraszam  -  Laura 
pospiesznie wycofała się do swego pokoju. 

Ona miała być zakochana w Devonie Courtleyu! Cóż to za 

absurdalny pomysł! Laura roześmiała się w głos. 

Miłość  była  luksusem  w  jej  sytuacji.  Luksusem,  na  który 

nie  mogła  sobie  pozwolić.  Raz  tylko  odważyła  się  pójść  za 
głosem uczucia, ale jej marzenia prysły szybko niczym bańka 
mydlana. Harmonia w życiu małżeńskim i w pracy zawodowej 
okazała się niemożliwa. 

background image

Niemniej jednak myślała o Devonie stale. Starała się zająć 

myśli  czym  innym,  ale  bez  rezultatu.  A  może  Kate  miała 
rację? 

Nie,  to  niemożliwe!  Nie  mogła  się  przecież  zakochać  w 

takim człowieku, jak Devon Courtley. 

Także  tej  nocy  nie  mogła  zasnąć.  Przewracała  się  z  boku 

na  bok.  Godziny  mijały,  sen  nie  przychodził.  Obraz  Devona 
pojawiał się  przed  nią, gdy tylko zamknęła  oczy. Jego gesty, 
zapach, głos... Jak cudownie czuła się w jego ramionach... 

Gdzieś nad ranem Laura skapitulowała. Musiała przyznać 

przed  samą  sobą,  że  kochała  Devona  i  przyjąć  tę  straszną,  a 
jednocześnie słodką prawdę do wiadomości. 

Laura  nie  widziała  Devona  od  kilku  dni  i  była  coraz 

bardziej  zaniepokojona.  Kilka  razy  usiłowała  pod  jakimś 
pretekstem  zadzwonić  do  niego,  ale  odkładała  za  każdym 
razem  słuchawkę  ze  strachu,  że  może  odkryć  prawdziwy 
powód jej telefonów. Nie, nie zniosłaby kpiny w jego głosie. 

Kate przyglądała się jej bacznie każdego ranka, gdy blada 

z  niewyspania  i  z  podkrążonymi  oczami  pojawiała  się  w 
kuchni. 

Każdego  wieczoru  kładła  się  zmęczona  i  wyczerpana  do 

łóżka  i  zawsze  miała  kłopoty  z  zaśnięciem.  Tak  było  i  tym 
razem. Wstała i wyjrzała przez okno na ciemny dom Devona. 
Długo  wpatrywała  się  w  ciemny  prostokąt,  aż  w  końcu 
zmarzła  tak,  że  musiała  wrócić  do  łóżka.  Zapadła  w 
niespokojną drzemkę. 

Nagle łóżko zatrzęsło się. Laura przeraziła się. Rozległ się 

głuchy  grzmot.  O  Boże,  trzęsienie  ziemi!  -  pomyślała.  A 
Alfredo na pewno wyruszył już z kilkoma ludźmi na północną 
stronę,  żeby  zainstalować  tam  stację  obserwacyjną.  Mogą 
znaleźć  się  w  niebezpieczeństwie.  Po  pierwszym  wstrząsie 
nastąpił drugi, słabszy, a potem nic się już nie działo. 

background image

Laura  spojrzała  na  zegarek.  Już  po  piątej.  Właściwie  nie 

opłacało się już kłaść do łóżka. Ubrała się i wyszła z pokoju. 

Kotka  Kate  wyskoczyła  naprzeciw.  Zaczęła  się  ocierać  o 

jej  nogi.  -  No  co,  kociaczku?  Przestraszyłaś  się,  prawda?  - 
Laura pogłaskała Miłość i otworzyła drzwi, żeby ją wypuścić 
na  dwór.  Ale  kotka  cofnęła  się.  Najwyraźniej  nie  miała 
zamiaru  wychodzić  z  domu.  Wydawała  z  siebie  natomiast 
przeraźliwe miauczenie. 

Laura  zamknęła  wobec  tego  drzwi.  Nagle  zrobiło  się  tak, 

jakby w dom uderzył  jakiś silny cios. Podłoga  podniosła się. 
Mury  zadrżały,  rozdzwoniły  się  szyby  w  oknach.  Laura 
zachwiała się, straciła równowagę i upadła bokiem na drzwi. 

 -  O  Boże,  wulkan  -  na  korytarzu  pojawiła  się  Kate  w 

nocnej koszuli. 

Laura podniosła się z jękiem. Nasłuchiwała przez chwilę. - 

Chyba już jest po wszystkim - powiedziała drżącym głosem. 

Wyobrażam  sobie,  jak  wygląda  mój  sklep.  -  Nie 

przepadam za tymi  wstrząsami. Są dość nieprzyjemne. A tak 
mi się dobrze spało! 

Laura  pojechała  szybko  do  biura.  We  wszystkich 

pomieszczeniach  i  w  stacjach  pomiarowych  panował 
ożywiony  ruch.  Sieć  telefoniczna  była  wyraźnie  przeciążona, 
terkotały  dalekopisy,  podwładni  doktora  Haileya  mieli  ręce 
pełne roboty. Spadł na nich grad pytań, poleceń i informacji. 

Laura spieszyła przez korytarz, na którym zgromadzili się 

dziennikarze  ze  wszystkich  mediów.  W  końcu  dotarła  do 
swego pokoju. Natychmiast rzuciła się do krótkofalówki, żeby 
nawiązać kontakt z Giovannim. Odbierała jednak tylko szumy 
i trzaski. Po bezowocnych próbach dała spokój. 

Wprowadziła  najnowsze  dane  do  komputera  i  poczekała 

trochę.  Po  kilku  chwilach  komputer  zlokalizował  centra 
wstrząsów i  podał dokładne wartości w skali Richtera. Laura 
sprawdziła jeszcze kilka informacji. Tak jak się spodziewała, 

background image

centrum  wstrząsów  znajdowało  się  tuż  pod  powierzchnią 
ziemi.  Czyżby  magma  od  dawna  była  wyżej  niż  zakładano? 
Zestawiła  jeszcze  raz  wyniki  wszystkich  pomiarów.  Była 
poważnie zaniepokojona. 

Następna  próba  skontaktowania  się  z  Giovannim  znowu 

się  nie  powiodła.  Silne  zakłócenia  atmosferyczne 
uniemożliwiały nawiązanie łączności. 

 -  Lauro?  -  doktor  Hailey  wetknął  głowę  przez  drzwi.  - 

Prasa czeka  niecierpliwie  na  pierwszy komentarz. Może pani 
się tym zająć? 

 -  Natychmiast  -  Laura  wyłączyła  komputer  i  poszła  za 

doktorem  Haileyem  do  zatłoczonego  holu.  W  krótkich, 
jasnych  słowach  przedstawiła  nową  sytuację.  Odpowiedziała 
cierpliwie  na  wszystkie  pytania  dziennikarzy.  W  końcu 
rozbolało  ją  gardło,  głos  jej  zachrypł  i  musiała  poprosić  o 
przerwę. Uciekła do swego spokojnego pokoju. 

Ponownie próbowała nawiązać kontakt z zaginionymi. Nic 

z tego! Walnęła pięścią w stół. Dlaczego ten głupi Alfredo się 
nie zgłasza?! Zdaje chyba sobie sprawę z powagi sytuacji! 

 -  Gdzie  jest  doktor  Hailey?  Muszę  z  nim  natychmiast 

porozmawiać!  -  Do  pokoju  wszedł  krępy,  przysadzisty 
mężczyzna o okrągłej mięsistej twarzy. - Stratton - przedstawił 
się. - Burmistrz Idle Springs. 

 - Wielką kraciastą chustką otarł sobie pot z czoła. 
 -  Dzisiaj  po  południu  będę  miał  wizytę  kilku  ważnych 

panów,  menadżerów  pewnej  potężnej  firmy,  która  zamierza 
zbudować kompleks rekreacyjny w naszym mieście. Co mam 
tym  panom  powiedzieć,  jak  mam  z  nimi  rozmawiać?  Może 
pani mi coś poradzi? Mogłaby im pani powiedzieć, że sytuacja 
wcale nie wygląda tak tragicznie? Chodzi o duże pieniądze dla 
nas. 

background image

 - Niestety, nie, panie Stratton - odparła Laura spokojnie. - 

W  tej  chwili  nikt  nie  będzie  w  stanie  prognozować  rozwoju 
sytuacji. My także nie. 

 - Żałuje pani, że nie można przewidzieć rozwoju sytuacji? 

To  ja  pani  powiem,  jak  się  ta  sytuacja  rozwinie?  Nijak!  Nie 
wydarzy  się  nic,  ale  to  zupełnie  nic.  Wszystko  zostanie  tak, 
jak  było.  Trzęsienia  ziemi  były  tu  zawsze  i  to  na  długo 
przedtem, zanim się tu zagnieździli naukowcy. Kilka szyb na 
straty  i  nic  więcej.  Może  kilka  konserw  zleciało  z  półek  w 
supermarkecie... Ale to wszystko. Ludzie kwitowali trzęsienia 
wzruszeniem ramion. Stały się dla nich chlebem powszednim. 

Burmistrz  znowu  otarł  chustką  pot  z  czoła.  -  A  teraz 

pojawiliście się wy - naukowcy i wpędzacie nas wszystkich w 
gospodarczą ruinę. Tak to wygląda! Proszę was - co tam - ja 
żądam, żebyście się stąd wynieśli! 

Laura patrzyła na niego zupełnie oszołomiona. Brakowało 

jej słów. 

 - Panie burmistrzu - zaczęła po chwili. Chciałabym trochę 

skorygować  pańską  wypowiedź.  To  nie  naukowcy  pogorszyli 
sytuację. Dążenie do gospodarczego zrujnowania Idle Springs 
jest  nam  też  najzupełniej  obce.  Wulkan  stanowi  stałe 
zagrożenie, chyba pan w to nie wątpi. 

I  tego  niebezpieczeństwa  nie  można  zignorować.  Po 

prostu nie można chować głowy w piasek. - Laura wytrzymała 
groźne  spojrzenie  burmistrza.  -  Możliwe,  że  pańskie  miasto 
będzie miało szczęście, możliwe, że wulkan nie wybuchnie za 
naszego życia. Ale nikt panu nie da na to gwarancji. Dlatego, 
zamiast 

nam 

wymyślać, 

powinien 

pan 

udzielić 

wszechstronnego  poparcia.  Leży  to  w  końcu  w  pańskim 
interesie. 

 -  W  moim  interesie?  To  bezsensowne  trwonienie 

pieniędzy podatników? Ha, myśli pani, że dam się zaprzęgnąć 
do  pani  brudnego  wozu?  Może  jeszcze  mam  wręczyć  pani 

background image

wiadro, żeby mogła pani bez żenady doić naszych obywateli? 
O nie, droga pani! Już ja się postaram, żeby przykręcono wam 
kurek. Nie będziecie tu siali zamętu, przeklęci besserwisserzy! 
Przysięgam! - Odwrócił się  do wyjścia. - A pani  radzę, żeby 
się pani schowała do mysiej dziury przed słusznym gniewem 
naszych ludzi. - Wyszedł trzaskając za sobą drzwiami. 

Laura  bez  namysłu  wyskoczyła  za  nim  na  korytarz.  - 

Kiedy miasto zasypane zostanie tonami gorącego popiołu, nie 
znajdzie pan z pewnością dziury na tyle dużej, żeby się w niej 
zmieściła pańska głupota! - wrzasnęła za nim na cały głos. 

Umilkły  wszystkie  rozmowy.  Wszystkie  twarze  zwróciły 

się  ku  Laurze.  Znalazła  się  pod  ostrzałem  zaciekawionych, 
przestraszonych i rozbawionych oczu. Laura spuściła głowę i 
szybko wróciła do swego pokoju. 

Co  ją  pchnęło  do  tego  niemądrego  wybuchu?  Ona,  Laura 

Nichols  pozwoliła  sobie  zwymyślać  burmistrza  miasta!  Co 
powie  na  to  doktor  Hailey?  Czy  nie  powinna  przedstawić 
swego  stanowiska  bardziej  naukowo?  Czy  to  nie  pod 
wpływem  Devona  wypowiedziała  w  zdenerwowaniu  to,  co 
naprawdę myśli? 

W  krótkofalówce  odezwał  się  głośny  trzask.  -  Tu  mówi 

Alfredo Giovanni - usłyszała. - Czy ktoś mnie słyszy? 

Laura złapała mikrofon. - Alfredo, tu Laura. Odbiór. 
Trzaski  w  aparacie  stały  się  bardzo  głośne  i  Laura  zlękła 

się  już,  że  łączność  zostanie  znowu  zerwana,  ale  w  końcu 
wyłapała jakieś niewyraźne słowa: kłopoty, lawina, wypadek. 
Nic więcej nie udało jej się zrozumieć z powodu zakłóceń. 

Laurę  ogarnęło  paniczne  przerażenie.  -  Alfredo!  - 

krzyknęła  w  mikrofon.  -  Czy  ktoś  jest  ranny?  Słyszy  mnie 
pan? 

Ale nikt się już nie odezwał. 
Laura  zaalarmowała  natychmiast  doktora  Haileya,  który 

przedsięwziął nieodzowne środki. Wysłano ekipę ratowników 

background image

z  lekarzem.  Jeden  landrover,  przekształcony  w  karetkę 
pogotowia,  wiózł  krew,  materiały  opatrunkowe  i  rozmaite 
płyny  infuzyjne,  w  innym  jechały  napoje,  żywność,  koce  i 
namioty. 

Laura  przyglądała  się  jak  ogłuszona  przygotowaniom 

członków  ekipy  ratowniczej.  Nawet,  gdy  samochody 
odjechały, stała bez ruchu odprowadzając je wzrokiem, dopóki 
nie zniknęły za zakrętem drogi. 

 -  Zostanie  pani  tu  na  stanowisku.  -  Doktor  Hailey  stanął 

nagle obok niej. - Wszystko będzie dobrze - dodał widząc jej 
przygnębioną twarz. 

Laura  kiwnęła  głową  bez  przekonania.  Przygarbiona,  z 

opuszczonymi ramionami, wróciła do głównego budynku. 

Czekanie  przedłużało  się  w  nieskończoność.  Ciągle 

jeszcze  w  mieście  panowało  podniecenie.  Do  późnego 
wieczora  telefony  urywały  się.,  Laura  z  jednej  strony  była 
zadowolona, bo kierowały jej myśli na inne tory, z drugiej zaś 
strony  każdy  telefon  coraz  bardziej  ją  irytował.  Bardzo 
martwiła  się  o  kolegów.  Co  tam  się  działo?  Laura  stale 
wpatrywała się w krótkofalówkę. 

Wreszcie poprzedzony trzaskami i szumami dał się słyszeć 

znajomy głos. 

 - Doktorze Hailey, słyszy mnie pan? 
Laura  wzięła  mikrofon.  -  Alfredo?  Alfredo,  słyszymy 

pana.  Tu  Laura.  Co  się  stało?  -  Z  trudem  mogła  utrzymać 
mikrofon w drżącej dłoni. - Giovanni, niech się pan zgłosi. 

 -  Zaskoczyła  nas  lawina.  Jim  właśnie  przygotowywał  z 

kilkoma  innymi  wybuch.  To  było  niedaleko  naszej  bazy....  - 
Alfredo urwał. 

 - Co się z nimi stało?! Niech pan mówi! 
 -  Na  razie  nie  wiemy,  czy  przeżyli  -  mówienie 

przychodziło mu z niezwykłym trudem. - Mamy do pokonania 
kilkumetrową 

ścianę 

ze 

śniegu 

lodu. 

Coś 

background image

nieprawdopodobnego,  Lauro.  W  życiu  nie  widziałem  takich 
ilości śniegu. 

 - Mój  Boże  - Laura  była  przerażona. - Czy jest nadzieja, 

że przeżyli? 

 -  Zawsze  trzeba  mieć  nadzieję  -  odparł  Giovanni.  - 

Będziemy  was  informować  na  bieżąco.  Niech  pani  ustawi 
aparat na „odbiór" i nie odchodzi nigdzie. 

 -  Nie  ruszę  się  z  miejsca.  Niech  Bóg  ma  was  w  swej 

opiece! 

 -  Dziękuję,  Lauro.  Aha,  jeszcze  coś...  Ten  wścibski 

dziennikarz,  nazywa  się  chyba  Courtley,  był  też  z  Jimem. 
Chciał zrobić kilka zdjęć. 

 - Devon Courtley? Devon jest...  -  Laurze zakręciło się  w 

głowie. Wszystko wirowało jej przed oczami. Zachwiała się i 
straciła przytomność. 

 -  Laura?  Laura!  Czy  pani  mnie  słyszy?  Laura! 

Odpowiedzi nie było. 

 -  Devon  -  czy  to  ona  wymawiała  szeptem  jego  imię? 

Laura  otworzyła  oczy.  W  pierwszej  chwili  nie  mogła 
zrozumieć, dlaczego leży na podłodze... Wstała powoli. Nagle 
wszystko się jej przypomniało. Rozmawiała z Giovannim. Jim 
i inni zostali zasypani przez lawinę. A Devon był wśród nich. 

Oczy  laury  napełniły  się  łzami.  -  Boże,  pomóż  im.  Nie 

pozwól im zginąć, błagam cię, Boże - modliła się po cichu. 

Doktor Hailey! Jeszcze nic nie wie! Podbiegła do telefonu, 

nakręciła jego numer i poinformowała go o wszystkim. Potem 
odłożyła  słuchawkę.  Nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  tak 
nieszczęśliwa  jak  teraz.  Opadła  na  krzesło,  ukryła  twarz  w 
dłoniach.  -  Nie  umieraj,  Devon.  Jesteś  mi  tak  bardzo 
potrzebny. Tak bardzo cię kocham - szepnęła. 

Noc  minęła  i  nie  przyniosła  żadnej  zmiany  sytuacji. 

Alfredo  zgłaszał  się  co  godzina.  -  Robimy  wszystko,  co  w 
ludzkiej mocy - zapewniał. 

background image

Laura  nie  zmrużyła  oka  przez  całą  noc.  Odmówiła 

doktorowi  Haileyowi,  który  chciał  ją  zastąpić  na  posterunku. 
Godziny  płynęły,  a  ona  czekała  na  wieści,  żywiąc  się  tylko 
nadzieją.  Gdy  nadszedł  ranek,  Laurę  bolała  głowa,  oczy  jej 
łzawiły,  a  ciało  zesztywniało  od  ciągłego  kucania  przy 
aparacie. 

 - Laura! Jest tam pani jeszcze? 
 -  Alfredo!  Słyszę  pana!  -  Laura  natychmiast  odzyskała 

przytomność umysłu. 

 - Ratownicy odkopali przednie koło samochodu Jima. 
 - Myśli pan, że oni są w tym samochodzie? 
 - Chyba tak, bo gdzie by się mieli podziać? 
Laura wstrzymała oddech. - Czy dali jakiś znak życia? 
 - Nie. Ale samochód znaleziono koło betonowego cokołu, 

jednego z tych, w których tkwią słupy wyciągu narciarskiego. 
Możliwe,  że  cokół  stał  się  zaporą  dla  lawiny  i  być  może 
samochód  nie  został  zgnieciony.  Zgłoszę  się,  gdy  będę 
wiedział coś bliższego. 

 - Na razie, Alfredo. - Laura obawiała się przez chwilę, że 

znowu zemdleje. Wzięła się jednak w garść, odetchnęła kilka 
razy głęboko i zadzwoniła do szefa. Doktor Hailey przyszedł 
do niej natychmiast. 

Znowu  zaczęły  się  długie,  nużące  godziny  oczekiwania, 

tylko  że  teraz  czekali  we  dwoje.  Hailey  też  próbował  się 
połączyć,  ale  bezskutecznie.  W  końcu,  gdy  zaczęli  już  tracić 
nadzieję, usłyszeli głos Giovanniego. 

 - Laura? Tu Giovanni. Słyszy mnie pani? 
Doktor  Hailey  przejął  mikrofon.  -  Tu  Hailey.  Słyszymy 

pana bardzo dobrze. Co nowego, Alfredo? 

Laura pochyliła się nad aparatem wstrzymując oddech. 
 -  Odkopaliśmy  samochód  na  tyle,  że  możliwe  jest 

otwarcie drzwi od strony kierowcy. Mężczyźni są w środku. 

 - Wszyscy? 

background image

 -  Wszyscy.  Jeden  z  nich  jest  ranny,  inni  nie,  ale  bardzo 

zziębnięci. Nie obędzie się pewnie bez kilku dni w szpitalu. - 
Alfredo miał bardzo zmęczony głos. 

 -  Dobrze.  Dziękuję  panu  za  ten  trud.  Powinien  pan  teraz 

odpocząć. 

 -  Kto...  kto  jest  ranny?  -  spytała  Laura  zduszonym 

głosem. 

 - Harold. Harold Cramer, jeden z techników. Ale wyjdzie 

z tego. Lekarze już mu robią transfuzję krwi. 

Laura  opadła  na  krzesło.  Łzy  ulgi  spłynęły  jej  po 

policzkach. Żyje! Devon żyje! - przebiegło jej przez głowę. - 
Dziękuję - szepnęła. - Boże, dziękuję ci. 

 -  Laura?  Czy  wszystko  w  porządku?  -  Doktor  Hailey 

spoglądał na nią z niepokojem. 

 - Tak - odpowiedziała uśmiechając się przez łzy. 

background image

Rozdział 11 
 -  Devon  -  szepnęła  Laura.  -  Devon,  kocham  cię.  - 

Pogładziła go delikatnie po czole i bladych policzkach. 

 -  Panno  Nichols,  proszę.  -  W  drzwiach  stanął  lekarz. 

Pacjent potrzebuje spokoju. 

 - Do widzenia, kochanie - Laura  spojrzała jeszcze raz na 

śpiącego. 

 -  Czy  naprawdę  nie  będzie  żadnych  skutków  tego 

zziębnięcia? 

 - Oczywiście, że nie - lekarz uśmiechnął się uspokajająco. 

-  Pan  Courtley  wyśpi  się  porządnie,  będzie  jak  nowy.  Niech 
się pani nie martwi, dostanie go pani w nienaruszonym stanie. 

Laura zaczerwieniła się. - Dziękuję, doktorze. 
 -  Devon,  pan  zwariował.  Zupełnie  zwariował!  -  Laura 

usiadła  z  rozmachem  na  mchu  i  roześmiała  się  głośno.  - 
Ciągnie  pan  ze  sobą  na  stromą  górę  kieliszki  z 
najdelikatniejszego  szkła  kryształowego,  żeby  wypić  tu  ze 
mną szampana! Przecież to kompletne wariactwo! 

 -  Lubię,  kiedy  się  śmiejesz,  Lauro!  -  Devon  pochylił  się 

nad nią i spojrzał jej w oczy. - Twój śmiech brzmi zupełnie jak 
srebrzyste  dźwięki  dzwoneczków  -  pogładził  ją  lekko  po 
policzku.  -  Lubię  dotyk  twoich  dłoni  i  twój  głos  szepczący: 
„Kocham cię". 

 - Pan... słyszałeś mnie? Dlaczego nie... 
 - Bałem się obudzić z cudownego snu. Twoje słowa były 

dla mnie najlepszym lekarstwem. 

Laura  poczuła  wypieki  na  policzkach.  -  Ale  ja  myślałam, 

że śpisz. Lekarz powiedział przecież... 

 -  Nie  uważasz,  że  teraz  mamy  dobrą  okazję,  żeby 

powtórzyć  te  słowa?  Czy  nie  możesz  być  wreszcie  szczera 
wobec mnie i wobec siebie, Lauro? 

background image

Laurze zrobiło się zimno i  gorąco zarazem. -  Ja... zawsze 

byłam  szczera.  Kiedy  cię  wyzywałam  od  chamów  -  też. 
Mówiłam po prostu zawsze to, co myślałam. 

 - A w szpitalu? 
Wargi Laury zadrżały. - Ja... - zająknęła się. 
 - Wiesz, jak bardzo cię lubię - oznajmił Devon. Poszukał 

jej  wzroku.  Laura  spojrzała  na  niego.  Lubił  ją,  cenił  ją  -  ale 
czy ją kochał? - ja 

też  cię  lubię  -  wymamrotała.  Czemu  Devon  nie  chciał 

zrozumieć, że oczekiwała od niego czegoś więcej? 

 -  Chodź  ze  mną  -  szepnął.  -  Chciałbym  ci  coś  pokazać  - 

podniósł  się  i  pociągnął  Laurę  za  sobą.  Laura  poczuła  się 
rozczarowana.  Co  on  zamierzał?  Dlaczego  nie  wziął  jej  w 
ramiona i nie pocałował? Tak bardzo tego pragnęła! 

Lekki  szum  wyrwał  ją  nagłe  z  zamyślenia.  Szum  stawał 

się głośniejszy z każdym krokiem. Wreszcie wyszli na zalaną 
słońcem  polanę.  Przed  nimi  rozciągało  się  okrągłe 
ciemnozielone górskie jezioro. Kryształowo przejrzysta woda 
spływała  z  góry  połyskującymi  srebrzystymi  kaskadami  i 
spływała  szerokimi  falami  po  wystających  skałach.  Miliony 
rozpryskujących się kropelek wypełniały powietrze błyszczącą 
przezroczystą mgiełką. 

Laura  wsparta  na  ramieniu  Devona  nie  mogła  wyjść  z 

podziwu nad tym cudem przyrody. 

Wreszcie  Devon  odsunął  ją  delikatnie,  wziął  za  rękę  i 

poprowadził  wąską,  prawie  zupełnie  zarośniętą  ścieżką  na 
płaską  platformę  tuż  nad  wodospadem.  Puścił  dłoń  Laury, 
podszedł  na  sam  brzeg  wystającej  skały  i  spojrzał  w  dół  na 
huczącą, wirującą wodę. Potem położył się płasko na brzuchu, 
odwrócił od Laury i nakazał jej gestem, żeby zrobiła to samo. 
Z wahaniem położyła się na krawędzi i odważyła spojrzeć w 
dół. 

background image

Długo  leżeli  obok  siebie  w  milczeniu.  Nic  nie  zakłócało 

im tej cudownej chwili bezpośredniego obcowania z przyrodą. 

Ciepłe  promienie  słoneczne  grzały  Laurę  w  plecy,  a 

mgiełka  wodna  unosząca  się  nad  wodospadem  przyjemnie 
chłodziła twarz. Zamknęła oczy i przeciągnęła się z rozkoszą. 

Nagle poczuła na skórze palce Devona. Gładziły jej szyję, 

potem  ześliznęły  się  na  ramiona,  na  łopatki  i  zaczęły 
delikatnie  masować  kręgosłup.  Miły  dreszcz  przebiegł  jej  po 
plecach. Jęknęła cicho i przewróciła się na plecy. We wzroku 
Devona wyczytała pytanie i... pożądanie. 

Uśmiechnęła  się,  gdy  pochylił  się  nad  nią  i  dotknął 

wskazującym  palcem  koniuszka  jej  nosa.  Pocałował  ją  w 
czoło, brwi, w skronie, w brodę, w szyję. 

Laura  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję.  Pocałowała  go 

namiętnie,  tak  jak  nigdy  jeszcze  nie  całowała  żadnego 
mężczyzny.  Wszystkie,  dręczące  ją  do  tej  pory  wątpliwości, 
znikły  w  dzikim  pożądaniu,  które  wyzwoliła  obecność 
mężczyzny. 

Sprawnymi  ruchami  Devon  odpinał  guzik  po  guziku  jej 

bluzkę. Pod spodem nie miała nic. Rozkoszowała się ciepłem 
promieni  słonecznych  i  spragnionym  wyrazem  oczu  Devona. 
Jego  dłonie  gładziły  jej  nagą  skórę,  dotknęły  piersi  i  zsunęły 
się  po  płaskim  brzuchu  na  dół,  do  zapięcia  dżinsów.  Laura 
oddychała szybko nieregularnie. Ogień namiętności, jakiej do 
tej pory nie znała, ogarnął ją całą. 

 - Devon - szepnęła. - Och... - Drżącymi palcami rozpięła 

jego  koszulę.  Doznała  niesłychanie  przyjemnego  uczucia, 
czując pod palcami jego nagą, ciepłą skórę, skręcone, miękkie 
włosy na piersiach. Zsunęła dłonie niżej i najpierw niepewnie, 
a  później  coraz  bardziej  zdecydowanie  rozpinała  pasek. 
Jednym szybkim ruchem rozsunęła suwak jego dżinsów. 

Nieśmiało  spojrzała  na  Devona.  Uśmiechnął  się.  Wstał, 

zdjął  dżinsy  i  obcisłe  majtki.  Nagi  ukląkł  obok  Laury  i 

background image

rozebrał ją powoli do końca. Przez chwilę patrzył na Laurę w 
niemym podziwie. Poczuła się tak piękna i tak pożądana, jak 
nigdy przedtem. 

Ją  też  podniecał  widok  nagiego  mężczyzny.  Jego  twarz, 

potężne ramiona, owłosione piersi, płaski brzuch... 

 - Devon - szepnęła i pociągnęła go na siebie. I nagle cały 

świat  stał  się  nim.  Jego  zapachem,  jego  oddechem,  jego 
niskim  głosem,  szepczącym  jej  namiętne  słowa,  jego  ciałem, 
które  ją  nakryło,  wypełniło  i  dostarczało  niewysłowionej 
rozkoszy.  Poddała  mu  się  całkowicie  dostosowując  się  do 
szybkiego rytmu jego ruchów. 

Miała wrażenie, że ciało jej stanęło w płomieniach, gdy w 

dzikiej ekstazie osiągnęli wspólnie apogeum rozkoszy. 

Wyczerpani  do  granic  możliwości  i  do  głębi  zaspokojeni 

leżeli bez ruchu. Milczeli. Wilgotna mgiełka znad wodospadu 
cudownie  orzeźwiła  ich  rozgorączkowane  ciała.  Stopniowo 
oddechy  ich  uspokoiły  się,  serca  zaczęły  bić  spokojnie  i 
miarowo. 

Laura poczuła delikatne pocałunki Devona na policzkach. 

Otworzyła oczy patrząc w spokojną twarz mężczyzny, którego 
kochała.  Tak  bardzo  pragnęła  wyznać  mu  swoje  uczucie,  ale 
coś ją przed tym powstrzymywało. Może ta stara, pognieciona 
fotografia,  może  szczęśliwy  uśmiech  młodej  kobiety  na 
zdjęciu? Ta  nie  do  końca  określona  obawa  musiała  się  odbić 
na  jej  twarzy,  gdyż  Devon  spojrzał  na  nią  bezradnie. 
Zmarszczył  brwi.  W  końcu  wziął ją  w  ramiona  i  trzymał  tak 
mocno,  jakby  nigdy  nie  chciał  jej  wypuścić.  Laura  mogłaby 
tak leżeć do końca życia. U boku Devona czuła się szczęśliwie 
i bezpiecznie. 

Gdy słońce, jak czerwona piłka, schowało się za szczytami 

gór,  Laura  i  Devon  schodzili  wąską  ścieżką  w  dół.  Nad 
jeziorem zatrzymali się jeszcze, żeby do syta napatrzeć się na 
ten cudowny zakątek. 

background image

 - Lauro - zaczął Devon nieśmiało. 
 - Tak? - Laura przytuliła się do niego. 
 -  Nie  chciałbym,  żebyś  przebywała  tak  blisko  tego 

wulkanu.  Nie  mogę  znieść  świadomości,  że  codziennie 
wystawiasz się na tak straszliwe niebezpieczeństwo. 

Laura  zesztywniała.  Czy  Devon  już  próbuje  jej  coś 

narzucić? Tak, jak wtedy Jeff? Czy też za chwilę zażąda, żeby 
zrezygnowała  z  wykonywania  swego  zawodu?  Po  to,  żeby 
zmusić ją do wątpliwej przyjemności bycia wierną żoną, dobrą 
gospodynią i wyrozumiałą matką?! Do cholery! Czy naprawdę 
wszyscy  mężczyźni  muszą  być  takimi  egoistami?  Dlaczego 
uważają, że słabsza płeć nie potrafi o sobie decydować? 

 -  Nie  mogę  przecież  zostawić  tego  wszystkiego,  Devon. 

Jak to sobie wyobrażasz? Podpisałam przecież umowę i mam 
moralny obowiązek wobec tutejszej ludności. Mam uciekać na 
łeb na szyję, jak szczur z tonącego okrętu? 

 -  Uważasz  więc,  że  wybuch  jednak  nastąpi?  Laura 

zagryzła dolną wargę. - Może... 

W  spojrzeniu  Devona  odmalowało  się  przerażenie  i 

niedowierzanie jednocześnie. 

 - Obawiam się, że właśnie powiedziałam coś, czego jako 

naukowiec nigdy nie powinnam była mówić. To tylko intuicja, 
przeczucie. Devon, nie ma właściwie żadnych jednoznacznych 
dowodów...  Ale  błagam  cię  na  wszystko,  nie  powtarzaj 
nikomu  tego,  co  mi  się  tak  pochopnie  wymknęło.  Nie  chcę, 
żeby  wybuchła  panika,  a  poza  tym  moja  nieostrożna 
wypowiedź  mogłaby  mnie  kosztować  pracę.  Doktor  Hailey 
jest bardzo przewrażliwiony. 

 - Lauro - Devon przyciągnął ją do siebie. - Nie musisz się 

martwić. Ode mnie nikt się niczego nie dowie. Zaufaj mi! 

background image

Rozdział 12 
Dni,  które  nadeszły  po  niedzielnej  wycieczce  do  górskiej 

samotni,  wydawały  się  Laurze  jakimś  cudownym  snem. 
Codziennie  rano  szła  do  pracy,  gdzie  sumiennie  i  z  należytą 
uwagą wykonywała swoje obowiązki, ale jej życie zaczynało 
się  właściwie  dopiero  wtedy,  gdy  spotykała  się  z  Devonem. 
Każdy wieczór i każdą noc spędzali razem. Szli do restauracji, 
urządzali  sobie  romantyczne  przechadzki  przy  świetle 
księżyca, albo siedzieli przed kominkiem u Devona w domu, 
pili czerwone wino i kochali się do utraty tchu. 

Każdy  pocałunek,  każdy  dotyk  był  dla  nich  nową 

podnietą.  Nigdy  nie  mieli  siebie  dosyć.  Podsycali  wzajemnie 
pożądanie  czułymi  spojrzeniami,  namiętnymi  słowami  i 
delikatnymi pieszczotami. 

Tylko czasem, gdy Laura była sama, ogarniało ją uczucie 

dziwnego  niepokoju.  Ponieważ  w  zachowaniu  Devona 
wyczuwała  pewien  dystans  tworzący  między  nimi  barierę. 
Nigdy nie powiedział jej na przykład, że ją kocha. Nigdy nie 
mówił  o  przyszłości,  nie  poruszał  też  spraw  związanych  z 
przeszłością.  Nawet  temat  wulkanu  stał  się  nagle  dla  niego 
tabu.  Czasami  oczy  jego  nabierały  dziwnego,  bolesnego 
wyrazu. Coś było nie tak! 

Laura  zadrżała,  chociaż  czuła  ciepłe  ciało  Devona  przy 

sobie. Devon powiedział coś, ale do Laury dotarło tylko jakieś 
kobiece imię. 

Usiadła gwałtownie. - O kim mówisz? 
 -  O  mojej  żonie  -  spojrzał  na  nią  ze  zdziwieniem.  - 

Powiedziałem,  że  przez  pewien  czas  mieszkaliśmy  w  San 
Francisco. Nie wiedziałaś o moim małżeństwie? 

 -  Nie,  nie  wiedziałam.  -  Chciała  odrzucić  kołdrę  i 

wyskoczyć z łóżka. 

background image

Devon  przytrzymał  ją  za  ramię.  -  Przepraszam,  Lauro  - 

powiedział  spokojnie.  -  Wszyscy  ludzie  ó  tym  wiedzą. 
Myślałem... 

 -  Myślałeś,  że  mam  zwyczaj  chodzić  z  żonatymi 

mężczyznami do łóżka? - rozgniewała się. 

 - Lauro, moja żona nie żyje od lat. 
 - Och! - Laura spuściła głowę. - Przepraszam, Devon. Ja... 

o niczym nie wiedziałam. 

Milczeli oboje. 
 - Ta kobieta na zdjęciu to twoja żona? - spytała nieśmiało. 
 - Na zdjęciu? Ach, myślisz o tym w sypialni. Tak, to ona 

na krótko przed śmiercią - odwrócił się i zgasił światło. 

Laura wyciągnęła do niego rękę, ale w końcu ją opuściła. 

Chciała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło jej przejść 
przez usta. 

Następnego ranka Laura przypadkowo spotkała Ralpha. 
 - Cześć, Lauro - mruknął pod nosem. 
 - Dzień dobry Ralphie - Laura od razu odgadła przyczynę 

jego złego humoru. - Problemy z Kate? 

 -  Tak.  Znowu  na  tym  samym  tle  -  wzruszył  ramionami 

zrezygnowany. 

Laura pokręciła głową. - Czasami mam ochotę złapać Kate 

za  ramiona  i  potrząsnąć  nią  porządnie  -  rozzłościła  się.  - 
Znajduje  na  drodze  klejnot  i  nie  podnosi  go!  Wariatka!  - 
Objęła Ralpha po przyjacielsku i pocałowała go w policzek. - 
Na  pewno  wkrótce  się  opamięta.  Niech  pan  się  nie  martwi, 
Ralphie, na pewno wszystko się między wami ułoży. 

Ralph  objął  ją  również.  -  Dziękuję  za  słowa  pociechy, 

Lauro. Może ma pani rację. 

Z  tyłu  za  nimi  ktoś  chrząknął.  Ralph  puścił  Laurę 

gwałtownie i odwrócił się. 

 - O, dzień dobry, panie Courtley. - Muszę już iść - zwrócił 

się do Laury. - Zobaczymy się później. 

background image

 -  Do  widzenia  -  powiedział  Devon  chłodno.  Patrzył 

ponuro na Ralpha. 

 - Wcale się ciebie tu nie spodziewałam - uśmiechnęła się 

Laura. 

 -  Właśnie  zauważyłem.  -  Między  brwiami  Devona 

pojawiła  się  pionowa  zmarszczka.  -  Chciałem  ci  tylko 
powiedzieć, że lecę na kilka dni do Los Angeles, ale widzę, że 
wcale  nie  będziesz  za  mną  tęskniła.  Zaproszono  mnie  do 
udziału  w  sympozjum  naukowym.  Zadzwonię  do  ciebie  po 
powrocie. - Devon odwrócił się i wyszedł bez słowa. 

Laura  stała  skamieniała.  Czuła  się  tak,  jakby  ktoś  ją 

spoliczkował. Co się stało Devonowi? Dlaczego zachował się 
tak dziwacznie? Czyżby był zazdrosny? Nie, to absurd. Musiał 
przecież  wiedzieć,  że  Kate  i  Ralph  byli  zaręczeni.  O  co  mu 
więc  mogło  chodzić?  Było  chyba  coś,  o  czym  chciał  jej 
powiedzieć, ale nie mógł? 

Laura postanowiła, że  po powrocie  Devona przeprowadzi 

z  nim  poważną  rozmowę.  I  nie  da  mu  spokoju,  dopóki  się 
wszystkiego nie dowie. 

 -  O,  Boże,  Lauro,  to  co  mam  zrobić,  żeby  wreszcie  się 

zgodziła  wyjść  za  mnie?  -  Ralph  oparł  głowę  na  łokciach.  - 
Prosiłem  ją  już  ze  sto  razy,  żeby  została  moją  żoną  i  za 
każdym  razem  się  wymigiwała.  Nie  daje  też  nigdy  jasnej 
odpowiedzi. Naprawdę nie wiem, co mam robić. 

Laura  westchnęła.  -  Niech  mi  pan  wierzy,  że  Kate  też 

cierpi. I to bardzo! Zna pan przecież sprawę jej męża. Jeszcze 
czuje  się  z  nim  związana.  Musi  pan  okazać  cierpliwość,  a 
przede  wszystkim  porozmawiać  z  nią.  A  poza  tym...  - 
zawahała  się.  -  Jak...  w  jakich  okolicznościach  pan  się  jej 
oświadcza? 

Ralph  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  -  Korzystam  z  każdej 

okazji,  naturalnie.  Kocham  Kate.  Kocham  ją  zawsze. 

background image

Wszystko  jedno,  czy  szoruje  podłogę,  czy  gotuje  obiad,  czy 
odkurza, czy ściele łóżko. 

 -  Czyli  oświadcza  się  pan  zawsze,  kiedy  to  tylko  panu 

przyjdzie do głowy? - Laura uśmiechnęła się pod nosem. 

 - Oczywiście. Czemu nie? 
 -  Bo...  widzi  pan...  Kate  ma  bardzo  romantyczne 

usposobienie. 

 - Nie szkodzi. Kocham ją taką, jaka jest. 
Laura  roześmiała  się  głośno.  -  Źle  mnie  pan  zrozumiał. 

Kate kocha pana także. Ale zwraca uwagę na okoliczności, na 
romantyczny  nastrój:  światło  świec,  blask  księżyca,  cicha, 
nastrojowa muzyka, czułe słowa, może w tańcu... 

 - Ale ja nie umiem tańczyć... 
 -  No  to  nauczy się  pan!  Najlepiej  zaczniemy  od  razu.  O, 

tu mamy fokstroty. - Laura podbiegła do regału, wyciągnęła z 
niej  odpowiednią  płytę  z  muzyką  taneczną.  -  Fokstrot  będzie 
najlepszy. 

 -  Ale  ja  przecież  nie  umiem  -  Ralph  był  trochę 

zażenowany. 

 -  Nic  z  tego!  Musi  się  pan  nauczyć!  Chodzi  o  pana 

szczęście, chodzi o szczęście Kate. No, niechże się pan ruszy! 

Ralph podszedł niechętnie  i stanął jak  kupka  nieszczęścia 

przed Laurą. 

Zabrzmiały pierwsze dźwięki. - Tak, teraz niech mnie pan 

jedną ręką obejmie w pasie. Drugą niech pan podniesie i ujmie 
dłoń  partnerki,  czyli  moją.  No,  nieźle.  Wyglądamy  jak  para, 
która zwyciężyła w turnieju tańca. I zaczynamy: raz, dwa, raz, 
dwa, raz, dwa... Auu! 

 - Przepraszam, Lauro. - Ralph był wyraźnie zmartwiony. - 

Nie mam żadnych zdolności do tych wygibasów. 

 -  Bzdura,  nie  ma  pan  jedynie  doświadczenia!  Niech  pan 

się  wsłucha  w  muzykę  i  rozluźni,  a  kroki  wyjdą  panu  same. 
Raz, dwa, Ralph! 

background image

Laura  potknęła  się  o  jego  nogę,  zachwiała  się,  straciła 

równowagę i upadła na podłogę, pociągając Ralpha za sobą. 

Spojrzeli na siebie zmieszani. Potem Laura roześmiała się 

serdecznie,  widząc  poczucie  winy  w  oczach  Ralpha.  -  Może 
jednak  w  pana  przypadku  trzymanie  za  rączkę  będzie 
korzystniejsze  dla  Katy  -  powiedziała  ze  współczuciem  i 
pogładziła go po policzku. 

 -  Przeszkadzam  chyba!  -  zaczerwieniona  z  gniewu  Kate 

stała  w  drzwiach  mierząc  ich  niechętnym  wzrokiem.  Za  nią 
stał Devon. 

 -  Jakie  niesłychane  przypadki  zdarzają  się  w  życiu!  Za 

każdym  razem,  kiedy  się  spotykamy,  zastaję  was  w  czułych 
objęciach  -  Devon  powiedział  to  wysoce  nieprzyjemnym 
tonem. 

Kate  patrzyła  tylko  bez  słowa  na  swą  lokatorkę  i  swego 

ukochanego. W końcu odwróciła się na pięcie i uciekła. 

Ralph  podniósł  się  z  trudem,  pomógł  wstać  Laurze, 

wzruszył ramionami i pobiegł za Kate. Chwilę potem rozległo 
się jego stukanie do sypialni Kate. 

 -  Otwórz,  Kate!  Kochanie!  -  wołał  zrozpaczony.  - 

Wszystko ci wyjaśnię. 

Devon  zaśmiał  się  szyderczo.  -  On  jej  wszystko  wyjaśni. 

Oczywiście. Ty mi też, prawda, skarbie? Na pewno znajdziesz 
jakieś  niewinne  wytłumaczenie  tego  wszystkiego.  -  Złapał 
Laurę za nadgarstek i przyciągnął do siebie. - Słucham. 

 - Devon, ja... Ralph i ja... my... nic nie było... uwierz mi. 

Dlaczego mi nie ufasz? 

 - Zaufanie... - prychnął Devon. - Wiesz w ogóle, o czym 

mówisz?  Nie  uważasz,  że  za  dużo  ode  mnie  wymagasz? 
Postaw  się  w  mojej  sytuacji.  Ledwo  się  odwróciłem,  a  ty  od 
razu rzuciłaś się w ramiona innego mężczyzny. I spodziewasz 
się, że ja ci zaufam? 

background image

 -  A  ty  sądzisz  naprawdę,  że  wdałam  się  w  romans  z 

przyjacielem mojej gospodyni? I to po tym wszystkim... - głos 
Laury załamał się. 

 - Po tym, co działo się między nami? Nie myślisz chyba, 

że jestem jedną z tych, które co noc zmieniają mężczyznę? 

 -  Przede  wszystkim  wierzę  własnym  oczom.  A  to  co 

zobaczyłem, było dość jednoznaczne. Poza tym, wcale nie tak 
dawno,  machałaś  mi  przed  oczami  pierścionkiem 
zaręczynowym.  Szybko  pocieszyłaś  się  po  stracie  swego 
narzeczonego...  A  mnie  nie  było  zaledwie  kilka  dni  i  ty  już 
musiałaś turlać się z Ralphem po dywanie. Co u diabła, mam o 
tym wszystkim myśleć? 

 - Pierścionek, który wtedy nosiłam, był własnością mojej 

babci - wyznała cicho. 

Devon ściągnął brwi. - Nie rozumiem. 
 -  Ja...  nie  byłam  zaręczona...  od  roku  nie  jestem 

zaręczona. 

 - Po co więc to przedstawienie? 
 -  Ponieważ  myślałam,  że  będziesz  chciał  wziąć  mnie  na 

spytki. To przez doktora Haileya. 

 -  Przykro  mi,  ale  ja  naprawdę  nic  nie  rozumiem.  Co  ma 

pierścionek do Haileya i jak to się łączy z Ralphem? 

 - Ralph nic dla mnie nie znaczy. On kocha Kate - i Kate 

kocha  jego.  -  Laura  opowiedziała  Devonowi  całą  historię.  - 
Ponieważ  lubię  Kate  i  ponieważ  Ralph  jest  sympatycznym 
facetem, chciałam im pomóc. - Była już bliska łez. 

 - Ale nadal nie rozumiem tej historii z pierścionkiem. 
 -  Bałam  się,  że...  może...  nie  będę  mogła  ci  się  oprzeć. 

Pierścionek miał mnie ochronić, rozumiesz? 

Devon  patrzył  na  nią  w  milczeniu.  Pokręcił  głową.  -  Ta 

historia  brzmi  co  prawda  zupełnie  nieprawdopodobnie,  ale 
przemyślę  ją  -  powiedział  spokojnie.  Potem  odwrócił  się  i 
odszedł bez słowa pożegnania. 

background image

Rozdział 13 
 -  Siarczek  wodoru!  -  Alfredo  uderzył  pięścią  w  stół.  - 

Zupełnie  jednoznacznie!  Miała  pani  rację,  Lauro!  Pani 
podejrzenia potwierdziły się. 

 - Oznacza to, że warstwa magmy rośnie niebezpiecznie - 

Laura  patrzyła  w  zamyśleniu  przez  okno,  za  którym  rysował 
się kanciasty masyw górski. 

Giovanni skinął głową. - Musimy w dzień i w nocy robić 

pomiary kontrolne. Zwiększone wydzielanie się oparów siarki 
jest co najmniej zastanawiające. 

 - Bardzo zastanawiające - powiedziała Laura poważnie. - 

To dziwne, Alfredo, ale od kilku dni jakoś dziwnie się czuję. 
Coś  wisi  w  powietrzu!  Przyroda  przyczaiła  się,  żeby  w 
odpowiednim momencie zadać niszczący cios ludzkości. 

 -  Lauro,  proszę,  niech  się  pani  opamięta!  Jest  pani 

naukowcem, a nie wróżką! Nie możemy przecież bazować na 
przeczuciach,  tylko  na  konkretnych  danych,  statystyce  i  na 
rachunku  prawdopodobieństwa.  Intuicyjne  podejście  do 
sprawy jest nienaukowym humbugiem. 

 - Wiem, Alfredo - westchnęła Laura. - Ale mimo to... 
 - Myślałem, że jasno i wyraźnie przedstawiłem pani moje 

stanowisko, Lauro! - Zaczerwieniony z gniewu doktor Hailey 
stanął przed Laurą. - Powiedziałem, że nie życzę sobie, żeby 
osobiste  komentarze  moich  pracowników  dotarły  do  opinii 
publicznej! 

 - Ale... 
 -  Niechże  pani  to  sobie  obejrzy!  Proszę!  -  Rzucił  jej  na 

biurko wydanie „Los Angeles Times". 

Laurę  zamurowało.  -  Na  pierwszej  stronie  widniało 

zdjęcie  w  dużym  formacie.  -  Geofizyczka  Laura  Nichols 
przewiduje  rychły  wybuch  Mount  Kairo  -  zaczęła  czytać  z 
rosnącym  przerażeniem.  -  Nie  możemy  dłużej  przymykać 
oczu 

na 

jawne 

oznaki 

grożącego  nam  wszystkim 

background image

niebezpieczeństwa. Zapowiadają one - twierdzi panna Nichols 
- wybuch wulkanu w niedługim czasie. 

Laura  upuściła  gazetę.  W  jej  oczach  pojawiły  się  łzy.  A 

więc  Devon  ją  oszukał.  Podszedł  ją  nikczemnie,  oszukał  i 
wykorzystał.  Ona  zaś  dała  się  nabrać  na  jego  czułe  słówka, 
podczas gdy była tylko marionetką w jego rękach. Pociągał za 
sznurki  jak  chciał,  a  Laura  tańczyła  w  narzuconym  przez 
niego rytmie... 

Doktor Hailey uspokoił się widząc, jak bardzo zaszokował 

Laurę  artykuł.  -  Niechże  się  pani  tak  tym  nie  przejmuje, 
dziecinko - powiedział ojcowskim tonem. - Poradzimy sobie z 
tą głupią sprawą. Nie traćmy niepotrzebnie czasu. 

Laura  podniosła  powoli  głowę.  -  Dziękuję,  doktorze  - 

szepnęła. 

 -  Już  dobrze.  A  teraz  niech  pani  słucha  uważnie. 

Burmistrz Idle Springs, pan Stratton - mam wrażenie, że miała 
pani  przyjemność  poznać  go  -  zapowiedział  na  jutro  coś  w 
rodzaju  publicznego  przesłuchania  -  doktor  Hailey  urwał  na 
chwilę. - Upiera się, żeby pani złożyła oświadczenie. 

 - Ja? A co miałabym powiedzieć? 
 -  Że  odwołuje  pani  swoją  wypowiedź  dla  „Los  Angeles 

Times". 

 -  Nie  -  Laura  pokręciła  przecząco  głową.  Nie  umiem 

kłamać! 

 -  Lauro,  do  cholery!  Może  by  pani  zrezygnowała  - 

przynajmniej  chwilowo  -  ze  swej  wrażliwości  moralnej. 
Chodzi przecież o pani i o naszą pracę. Nie mamy wyboru, bo 
musimy  zyskać  na  czasie.  A  zyskamy  tylko  wtedy,  gdy  się 
pani  zdystansuje  od  swej  wypowiedzi  i  wmówi  ludziom,  że 
reporterowi chodziło tylko o tanią sensację. 

Laura znowu pokręciła głową. 

background image

 -  Lauro,  czy  muszę  pani  przypominać  o  pani  naukowej 

odpowiedzialności? 

Nie  możemy  przecież  niepokoić 

społeczeństwa nienaukowymi tezami! 

 -  Ale  widział  pan  przecież  wyniki  pomiarów,  panie 

doktorze! Czytał pan sprawozdania... 

 -  Tak,  tak,  wiem,  do  cholery!  Mimo  to  nic  nie  wskazuje 

na  mający  nastąpić  wybuch.  I  takie  są  fakty.  Przykro  mi, 
Lauro,  ale  musi  pani  wybrać:  albo  się  pani  opamięta  i 
podejdzie  do  sprawy  naukowo,  albo  będzie  musiała  pani 
napisać podanie o zwolnienie. 

Laura  aż  podskoczyła.  -  Pan  to  nazywa  wyborem?  Mam 

skłamać,  albo  zrezygnować  z  pracy?!  -  roześmiała  się  z 
goryczą. 

Doktor Hailey wzruszył ramionami. - Niech pani wszystko 

jeszcze  raz  spokojnie  przemyśli.  Nie  mogę  pani  poradzić  nic 
innego.  Nie  chciałbym  rezygnować  ze  współpracy  z  panią, 
proszę mi wierzyć. 

 -  Zmieniłam  zdanie,  wystąpię  na  tym  zebraniu  - 

powiedziała  Laura  spokojnie,  chociaż  naprawdę  była  bardzo 
zdenerwowana. 

Doktor Hailey przyjął tę wiadomość z zaskoczeniem, ale i 

z ulgą. - Spadł mi kamień z serca, naprawdę! Cieszę się, że się 
pani w końcu przekonała. Zobaczymy się wobec tego później 
- uśmiechnął się z sympatią. 

Główna  sala  ratusza  była  wypełniona  do  ostatniego 

miejsca.  Nawet  w  przejściach  między  krzesłami  i  po  bokach 
stali  ludzie.  Ponad  pięćset  osób  wyciągało  szyje,  żeby 
zobaczyć  przedstawianych  przez  burmistrza  polityków, 
biznesmenów  i  naukowców.  Devon  też  tu  był.  Stał  z  boku, 
przy ścianie. Laura czuła jego wzrok na sobie, ale zignorowała 
go.  Nigdy  mu  nie  wybaczy,  tej  podłej  zdrady.  Zaufaj  mil 
Słowa,  którymi  ją  uspokajał,  brzmiały  teraz  jak  szyderstwo. 
Nie, sprawa Devona była już dla niej zakończona. - ...A teraz 

background image

poproszę  o  zabranie  głosu  pannę  Nichols,  asystentkę  doktora 
Haileya. 

Laura podniosła się jak w transie i podeszła do mikrofonu. 

Zaciekawione  twarze  słuchaczy  rozmazały  się  jej  przed 
oczami.  Wyraźnie,  nawet  bardzo  wyraźnie,  widziała  tylko 
buzię  ślicznej  małej  dziewczynki,  siedzącej  w  pierwszym 
rzędzie.  Patrzyła  na  nią  z  dziecięcą  ufnością  wielkimi 
błękitnymi oczami. Laura spociła się. 

 - Odwagi. Lauro! Musi pani przez to przebrnąć - usłyszała 

szept doktora Haileya. 

Laura  chwyciła mikrofon  tak  mocno, aż jej  dłoń  zbielała. 

Odetchnęła  głęboko.  I  patrząc  stale  na  złotowłosą 
dziewczynkę, zaczęła mówić. 

W sali zrobiło się cicho. Wszyscy słuchali z uwagą Laury 

opisującej rezultaty swojej pracy naukowej. 

 -  Wiem,  proszę  państwa,  że  dotychczasowe  wyniki  nie 

pozwalają  ze  stuprocentową  pewnością  wnioskować  o 
rychłym  wybuchu  wulkanu.  Ale  mimo  to  nie  możemy 
bagatelizować  niebezpieczeństwa  i  wmawiać  sobie,  że  jakoś 
tam będzie. Nie, panie burmistrzu Idle Springs, musi pan być 
przygotowany  na  najgorsze  -  urwała  widząc  kątem  oka,  że 
doktor Hailey wychodzi z sali. Wyprostowała się. - W każdym 
razie  poczuwam  się  do  moralnego  obowiązku,  żeby  was 
ostrzec.  Ostatnio  miały  miejsce  zastanawiające  zmiany. 
Dokonywały się one tak szybko, że nie można już wykluczyć 
prawdopodobieństwa  katastrofy.  Dlatego  posłuchajcie  mojej 
prośby - zabezpieczcie siebie i swój majątek, zanim będzie na 
to za późno! 

Laura  zamknęła  na  chwilę  oczy.  Była  zupełnie 

wyczerpana. 

Przez  chwilę  w  sali  panowała  cisza,  a  potem  nagle 

wybuchła panika. Ludzie zerwali się ze swych miejsc i rzucili 
się  do  wyjścia,  flesze  rozstrzelały  się  jaskrawym  światłem, 

background image

reporterzy  i  kamerzyści  torowali  sobie  bezpardonowo  drogę 
do  podium.  Dzieci  płakały,  mężczyźni  klęli,  kobiety 
zawodziły. 

 -  A  więc  własnoręcznie  przekreśliłam  swoją  karierę.  - 

Laura wyłączyła telewizor. - Jutro wyjeżdżam. 

Kate  objęła  ją  serdecznie.  -  Kto  wie,  może  cię  jeszcze 

będą całować po rękach za twą szczerość. I będą ci wdzięczni. 
Tak wdzięczni, jak ja. Pamiętasz jeszcze moją wściekłość, gdy 
zobaczyłam ciebie i Ralpha w czułych objęciach na dywanie? 
Dopiero później zrozumiałam, że chciałaś tylko mego dobra i 
co z tego wyszło? Wielka przyjaźń i szczęśliwe małżeństwo! 

 - Małżeństwo? Bierzecie ślub? - zdziwiła się Laura 
 -  Tak  jest!  Musimy  tylko  zebrać  wszystkie  potrzebne 

dokumenty. 

 -  Ależ  to  cudownie,  Kate!  Tak  się  cieszę!  -  Teraz  Laura 

uściskała  Kate.  -  Dużo  szczęścia  i  wszystkiego  dobrego  na 
nową drogę życia! 

 -  Dziękuję,  Lauro,  chciałabym  i  tobie  życzyć  tego 

samego.  A  propos,  Devon  usiłuje  już  od  kilku  godzin 
skontaktować  się  z  tobą.  Może  byś  chociaż  wysłuchała  tego, 
co ma ci do powiedzenia? 

 -  Nie  -  Laura  odwróciła  się  do  okna.  -  Oszukał  mnie! 

Bezczelnie  nadużył  mego  zaufania!  Wykorzystał  mnie! 
Takich rzeczy się nie wybacza. Nie chcę go więcej widzieć. 

 -  Tylko,  że  ten  mężczyzna  cię  kocha,  Lauro.  I  ty  go 

kochasz. Dlaczego tak sobie utrudniacie życie? 

W odpowiedzi Laura tylko zacisnęła wargi. 

background image

Rozdział 14 
Następnego  dnia  Laura  bardzo  wcześnie  poszła  do  biura, 

żeby uporządkować swoje sprawy. 

Zadzwonił  telefon  i  z  przyzwyczajenia  podniosła 

słuchawkę.  -  Tu  mówi  Smith  -  usłyszała  głos 
zdenerwowanego mężczyzny. - Paul Smith. Wracam właśnie z 
ryb i, niech pani sobie wyobrazi, że w Chrystal Lake pływają 
setki  martwych  ryb!  Nie  mam  pojęcia,  czy  to  ma  coś 
wspólnego z wulkanem, ale pomyślałem, że mogłoby to panią 
zainteresować. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. 

 -  Hm,  to  bardzo  ciekawa  informacja.  Dziękuję  panu 

bardzo, panie Smith. 

 - Nie ma za co - Smith odłożył słuchawkę. 
Laura  spojrzała  na  mapę.  Chrystal  Lake  leżało  około 

dwudziestu pięciu kilometrów od autostrady. Krótki wypad w 
to miejsce nie powinien jej zająć zbyt wiele czasu. 

Godzinę później zaparkowała samochód na skraju stromej 

górskiej drogi, zamknęła drzwi i przez gęste krzaki przedarła 
się  na  brzeg  jeziora.  Nawet  najmniejszy  podmuch  wiatru  nie 
mącił gładkiej jak lustro powierzchni wody. 

Nagle Laura dostrzegła ryby. Niezliczone ilości martwych 

pstrągów  leżały  na  płytkim  brzegu.  To  dziwne!  Laura  nie 
umiała  wyjaśnić  tego  zastanawiającego  zjawiska.  Patrzyła 
bezradnie na przezroczyste jezioro. 

 - Zagadka martwych ryb - całkiem niezły tytuł! 
Laura  odwróciła  się  gwałtownie.  -  Devon?!  Co  ty  tu 

robisz? 

 -  Przyjechałem  za  tobą.  Od  trzech  dni  usiłowałem 

porozmawiać z tobą, ale mi się to nie udawało. 

 -  Dzisiejszy  dzień  też  możesz  spisać  na  straty.  -  Laura 

pobiegła szybko do samochodu. 

Ale Devon był szybszy. Dogonił ją i złapał za rękę. 

background image

 -  O,  nie!  Nie  po  to  cię  śledziłem,  żebyś  mnie  teraz 

zostawiła na lodzie! Najpierw mnie wysłuchasz! 

 - Ani mi się śni! 
Przez  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  W  oczach  jej  widać 

było gniew i rozczarowanie. 

 -  Lauro,  kocham  cię,  do  cholery!  -  krzyknął  Devon. 

Roześmiała  się  z  goryczą.  -  I  oszukałeś  mnie,  żeby  mi  tego 
dowieść, prawda? 

 - Miałem swoje powody. 
 -  Ach  tak?  Wiesz,  ktoś  kiedyś  powiedział  do  mnie  - 

„Zaufaj mi!" Nie  pamiętam już jednak, kto  to  był. Myślę, że 
tego człowieka w ogóle nie było. 

Devon  przyciągnął  Laurę  do  siebie.  -  Wysłuchaj  mnie. 

Pozwól mi wszystko wyjaśnić. 

 - Nie trudź się, Devon. Między nami wszystko skończone. 

Oszukałeś mnie i nigdy ci tego nie wybaczę. 

Devon  spojrzał  na  nią  z  udręką.  -  Czy  mogłem  po  raz 

drugi  przyglądać  się  bezczynnie,  jak  tracę  kobietę,  którą 
kocham? 

 - Drugi raz? Kobietę, którą kochasz? O czym ty mówisz? 
 -  Moja  żona...  Susan...  zginęła  pod  deszczem  popiołu  z 

Mount Saint Helens. 

Laura podniosła wzrok. 
 -  Susan  była  fotoreporterką.  Opętała  ją  myśl,  żeby 

sfotografować  wszystkie  fazy  wybuchu  wulkanu.  Pięknego 
niedzielnego  poranka  postanowiła  wspiąć  się  na  szczyt,  żeby 
zrobić trochę zdjęć. A ja odwróciłem się na drugi bok i spałem 
dalej. 

Wzrok Devona stał się nagle dziwnie pusty, wydawało się, 

że patrzy na wskroś przez Laurę. - Piekło rozpętało się nagle. 
Nigdy  nie  zapomnę  tego  panicznego  strachu,  z  jakim 
szukałem  Susan.  Gnałem  od  jednej  stacji  ewakuacyjnej  do 

background image

drugiej.  -  Ukrył  twarz  w  dłoniach.  Po  chwili  przemógł  się  z 
wielkim trudem i mówił dalej bezbarwnym głosem. 

 -  Znaleźliśmy  ją  dopiero  po  kilku  dniach.  Jej  ciało  było 

tak zwęglone, że prawie nie mogliśmy go rozpoznać. 

Laura  pobladła  z  przerażenia.  -  O,  Boże  to  okropne!  - 

szepnęła. 

 -  Tak,  to  było  straszne.  Ale  jeszcze  gorsza  jest  dla  mnie 

świadomość,  że  ten  koszmar  może  się  powtórzyć.  I  dlatego 
chciałem  zwrócić  uwagę  opinii  publicznej  na  grożące 
niebezpieczeństwo. I to mi się udało! Był już najwyższy czas 
na  szczere  przedstawienie  powagi  sytuacji,  tak  jak  ty  to 
zrobiłaś wczoraj. 

Laura zawahała się. - No tak... Ale jednak nie powinieneś 

był  tak  mnie  oszukać!  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że 
twój artykuł zniszczył bezpowrotnie moją naukową karierę?! 

 - Przykro mi, ale nie miałem wyboru. 
 -  Owszem,  mogłeś  porozmawiać  ze  mną!  Mogłeś 

spróbować mnie przekonać! 

Devon jęknął. - Chciałem, Lauro. Przypominasz sobie ten 

dzień, kiedy wróciłem z Los Angeles? Miałem ze sobą kopię 
artykułu.  Mogłem  jeszcze  wstrzymać  jego  druk.  Ale 
zobaczyłem  ciebie  z  Ralphem  -  urwał  na  chwilę.  - 
Zdecydowałem się opublikować artykuł, żeby cię uratować, a 
nie zniszczyć, musisz mi uwierzyć. - Devon przyciągnął Laurę 
do siebie i przytulił mocno. - Kocham cię - jego głos załamał 
się, siłą powstrzymywał szloch. - Nie dopuszczę do tego, żeby 
ci się przytrafiło jakieś nieszczęście... Nigdy! 

Laura  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję.  -  Przytul  mnie, 

Devon - szepnęła. - Trzymaj mnie mocno - zawsze. 

Wargi ich spotkały się w długim namiętnym pocałunku. 
Nagle usłyszeli jakiś ponury grzmot w oddali. 
 -  Co  to  jest?  -  Laura  wysunęła  się  z  objęć  Devona. 

Rozległ się drugi grzmot. 

background image

 - Uciekajmy stąd lepiej. Zanosi się chyba na niezłą burzę. 

- Devon spojrzał w niebo. Nad szczytami górskimi zebrała się 
ściana z czarnych chmur. Ledwie skończył mówić, gdy spadły 
na nich pierwsze, ciężkie krople. 

 - Devon! - krzyknęła Laura z przerażeniem. - O Boże, to 

nie jest deszcz! To popiół! - Laura patrzyła na ciemne, wielkie 
plamy na rękawach swej jasnej bluzki. 

 -  Musimy  stąd  uciekać!  Devon  złapał  Laurę  za  rękę  i 

pobiegli do samochodów. 

Ciemna  chmura  popiołu  z  zatrważającą  szybkością 

zasłoniła słońce. Zrobiło się ciemno. 

Laura  krzyknęła.  Opadł  na  nią  płaszcz  pyłu  i  popiołu, 

każdy oddech sprawiał jej dotkliwy ból, myślała, że się udusi. 
Kaszląc  i  dławiąc  się,  biegła  naprzód.  Nagle  potknęła  się  i 
upadła. Devon podniósł ją, bezlitośnie ciągnąc pod górę. 

Mocne pnie starych sosen gięły się i łamały jak zapałki. 
Laura stanęła sparaliżowana strachem. Szeroko otwartymi 

oczami patrzyła na piekło, które rozpętał wyzwolony żywioł. 
Niszczycielskie  siły  przyrody  w  oka  mgnieniu  spustoszyły 
okolicę. 

Devon ściągnął koszulę, podarł ją na pasy i dał je Laurze. 

- Zawiąż sobie usta i nos! - ryknął. 

Spadał na nich coraz gęstszy deszcz popiołu. Stale czyścili 

ubranie i włosy z żarzących się kropli. Upał był tak straszny, 
że ociekali potem. 

Czołgając  się  pokonali  wał  z  pni  i  okruchów  skalnych  i 

dotarli wreszcie do drogi. Mercedes Devona był zablokowany 
przez  kamienie  i  gałęzie,  natomiast  samochód  Laury  jakimś 
cudem stał zupełnie nietknięty tam, gdzie go zostawiła. 

Trzęsącymi się rękami Laura otworzyła drzwi i padła bez 

sił  na  miejsce  pasażera.  Devon  usiadł  za  kierownicą  i 
natychmiast zapalił silnik. 

background image

 -  Gdzie  w  tym  cholernym  aucie  zapala  się  reflektory?  - 

naciskał nerwowo wszystkie guziki. 

 -  Od  dawna  już  się  palą.  -  Laura  usiłowała  coś  dostrzec 

przez  brudną  szybę.  Wycieraczki  były  zupełnie  nieprzydatne 
w tej sytuacji. 

Laura  i  Devon  siedzieli  w  chevrolecie  zamknięci  w 

nieprzeniknionej mgle z czarnego popiołu. 

 -  Musimy  się  stąd  wydostać!  -  Dzika  panika  ogarnęła 

Laurę.  Jeśli  tu  zostaniemy,  auto stanie  się  naszym  grobem!  - 
rozszlochała się. 

 -  Kiedy  przypuszczalnie  lawa  może  dotrzeć  do  nas?  - 

Opanowany  głos  Devona  sprawił,  że  Laura  uspokoiła  się  na 
tyle, że przestała płakać. - Nie da się tego wyliczyć - szepnęła. 
- Ale czasu mamy na pewno niewiele. 

 -  Okay.  Odkręć  szybę  na  dół  i  mów,  jak  mam  jechać! 

Gotowa?  Laura  kiwnęła  głową.  Samochód  potoczył  się  do 
przodu.  Wychyliła  się  przez  okno  próbując  znaleźć  drogę, 
która  by  ich  wyprowadziła  z  tego  piekła.  Przysłoniła  oczy 
dłonią  i  kierowała  Devonem.  -  W  prawo!  -  krzyknęła.  - 
Jeszcze bardziej w prawo! Teraz prosto! Stop! 

Drogę  zagradzał  stos  gałęzi  i  konarów  z  jakiejś  starej 

sosny.  Laura  jęknęła,  a  Devon  wysiadł  i  błyskawicznie 
utorował drogę chevroletowi. 

Laura nie była w stanie poruszyć się. Wydawało jej się, że 

ogląda  film  w  zwolnionym  tempie.  Modliła  się  w  duchu  o 
ratunek. 

 - Możemy jechać dalej - Devon zamknął drzwi i  ruszyli. 

Laura  przestała  już  liczyć  przeszkody,  które  stale  pojawiały 
się  na  ich  drodze.  Spojrzała  na  zegarek.  Już  cztery  godziny 
walczyli z czasem, a ujechali może dwadzieścia kilometrów. 

Nagle  silnik  zakrztusił  się,  parsknął,  prychnął  i  przestał 

pracować. 

background image

Laurze zabrakło tchu, oblała się zimnym potem. Zabrakło 

benzyny? - spytała trwożliwie. 

Devon  pokręcił  głową.  -  Nie,  to  nie  to.  Mamy  jeszcze 

połowę baku. 

 -  Wysiadł  i  otworzył  maskę.  -  Myślę,  że  zatkał  się  filtr 

powietrza. 

Oczyścił  filtr  z  popiołu  i  zapalił  znowu.  Silnik  zaczął 

znowu  równomiernie  pracować.  Laura  odetchnęła  z  ulgą. 
Pojechali dalej. Żadne z nich nie mówiło nic. Zdawało się, że 
czas zatrzymał się w miejscu. 

Stopniowo  ciemności  zaczęły  się  przejaśniać.  Mogli 

znowu w zarysach dostrzec okolicę. 

Devon ostrożnie prowadził samochód przez ostry zakręt. - 

Nie! Stop! - krzyknęła Laura przeraźliwie. Devon z całej siły 
nacisnął pedał hamulca. Samochód zatrzymał się natychmiast. 
Kilka  centymetrów  od  przednich  kół  rozciągała  się  wielka 
czarna czeluść. 

Devon  wysiadł,  a  za  nim  Laura  na  nogach  jak  z  gumy. 

Zamiast  drogi  widniało  przed  nimi  pęknięcie  ziemi 
ogromnych  rozmiarów,  z  którego  wylewała  się  wrząca, 
parująca masa. Laura zachwiała się. 

 - Lawa - szepnęła przerażona. - To już koniec... 
 - Nie! - Devon schwycił ją za ramiona i potrząsnął. - Nie 

poddamy  się.  Kocham  cię,  Lauro!  I  wyciągnę  cię  z  tego! 
Zobaczysz, musi się udać! - powiedział stanowczo. Rozejrzał 
się uważnie dookoła. 

 - Tam, na skałę! Jeśli do niej dotrzemy, mamy szansę! 
Na  czworakach  wspinali  się  po  stromej  skale,  uciekając 

przed śmiercionośną lawą. Ostre kamienie podarły im ubrania 
i  pokaleczyły  ręce.  Prawie  nieprzytomna  z  bólu  i  ze  strachu 
Laura  zatrzymała  się  w  połowie  drogi.  -  Już  nie  mogę  - 
jęknęła i gwałtowny płacz wstrząsnął jej ciałem. 

background image

Devon był już przy niej. - Do cholery, nie możesz się teraz 

poddać! - wrzasnął. - Chcesz za mnie wyjść, czy nie? 

Laura  patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem,  jak  na  jakieś 

widmo. 

 -  No?  Chcesz?!  -  Devon  szarpnął  ją  za  ramię.  Skinęła 

prawie niedostrzegalnie głową. 

 -  No,  to  musimy  stąd  uciekać.  W  tym  piekle  nie 

znajdziemy  na  pewno  urzędnika  stanu  cywilnego,  który 
mógłby nam udzielić ślubu. 

 -  Pomógł  jej  wstać.  -  Chodź,  kochanie,  pospiesz  się. 

Chciałbym doczekać naszego srebrnego wesela. 

Mimo  tragicznej  sytuacji,  Laura  uśmiechnęła  się. 

Centymetr  po  centymetrze  pięła  się  w  górę.  Jak  automat 
wykonywała  wszystkie  polecenia  swego  przyszłego  męża. 
Paniczny strach ustąpił chęci do życia z Devonem. 

 -  Udało  się!  -  Devon  pociągnął  ją  na  platformę  skalną  i 

objął  mocno.  Wyczerpana  do  granic  możliwości  Laura  z 
wdzięcznością oparła się na nim. 

 - Och, Lauro! - Devon objął ją jeszcze mocniej. Po chwili 

wytchnienia rozejrzeli się wokół. 

Koszmar trwał nadal. Przed ich oczami rozciągał się obraz 

potwornego  zniszczenia.  Powoli,  ale  stale  rzeka  lawy 
przewracała z korzeniami drzewa ciągnąc je za sobą w dolinę i 
grzebiąc po drodze cały żyjący świat. 

Laura  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Odwróciła  się  i 

rozszlochała.  Jeśli  lawa  z  taką  łatwością  wyrywała  potężne 
drzewa, to z całą pewnością zniszczy domy w dolinie. Miała 
nadzieję,  że  mieszkańcy  posłuchali  jej  ostrzeżenia  i  uciekli 
stamtąd w porę. 

Nagle zadrżała. A co będzie, jeśli tam rzeczywiście nikogo 

nie ma? Kto uratuje ją i Devona? Laura była bliska obłędu. 

background image

 -  Taaak!  -  Devon  wydał  z  siebie  przeraźliwy  wrzask, 

zerwał  z  siebie  kurtkę  i  zaczął  wywijać  nią  w  górze  jak 
opętany. 

Laura  patrzyła  na  niego,  nic  nie  rozumiejąc.  Co  mu  się 

stało? Może rzeczywiście zwariował? 

 -  Rusz  się,  Lauro!  Pomóż  mi!  -  krzyknął  do  niej.  -  Weź 

coś i machaj! 

 -  Co  ty...  -  Laura  umilkła  i  zaczęła  nasłuchiwać.  I  nagle 

usłyszała najpiękniejszy dźwięk na świecie: warkot krążącego 
nad nimi helikoptera. 

 - Dzięki szczerej i  odważnej postawie pani geolog, którą 

przypadkowo znam, wszyscy mieszkańcy Idle Springs uszli z 
życiem.  -  Devon  pogładził  Laurę  czule  po  ramieniu  i 
uśmiechnął się. - Kate i Ralph pozdrawiają cię serdecznie. I ta 
kapryśna kotka o ekstrawaganckim imieniu również. 

 -  Dziękuję.  -  Laura  spróbowała  usiąść  w  łóżku,  ale  z 

jękiem opadła z powrotem na poduszkę. 

 -  Lekarz  powiedział,  że  z  powodu  poparzeń  będziesz 

jeszcze przez kilka dni cierpiała, ale za to nie będziesz miała 
żadnych blizn. 

Laura spojrzała ze złością  na  białe  bandaże, którymi  była 

spowita od stóp do głów. - Naprawdę nie wiem, co widzisz w 
tej mumii, którą teraz jestem. 

Devon  roześmiał  się.  -  Ja  też  jestem  cały  obklejony 

plastrami.  Myślę,  że  stanowimy  razem  całkiem  atrakcyjną 
parę.  Hm,  właśnie  przypomniałem  sobie,  że  musimy  jeszcze 
omówić  kilka  spraw.  O  ile  sobie  dobrze  przypominam, 
przyjęłaś moje oświadczyny, prawda? 

 - Owszem - Laura skinęła głową. 
 -  Dobrze.  Chciałbym  się  jeszcze  dowiedzieć,  czy  nie 

masz dość tych swoich wulkanów? 

 -  Nie  żądasz  chyba  ode  mnie,  żebym  zrezygnowała  ze 

swej pracy? 

background image

 - Nie, jeśli zagwarantujesz mi wyłączność na reportaże. 
 -  Nie  ma  sprawy,  o  ile  będziesz  mi  je  wszystkie 

pokazywał przed ich ukazaniem się w druku. 

Devon  pokiwał  z  ubolewaniem  głową.  -  Wychodzi  na  to, 

że całe życie będę cię musiał pytać o zgodę. 

 - Możesz się jeszcze wycofać. Zastanów się dobrze! 
 -  Już  jest  za  późno.  Oświadczyłem  ci  się  i  muszę 

dotrzymać słowa. Pochylił  się  nad  Laurą, objął ją ostrożnie i 
pocałował w usta czule i delikatnie. 

KONIEC