background image

VICKI LEWIS THOMPSON

Co dwie mamuśki to nie jedna

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Wyobraź sobie po prostu, że twoje nasienie pewnego dnia utraciło 
żywotność! - Maureen O’Malley zawołała do syna z kuchni, gdzie 
przygotowywała właśnie garnek irlandzkiego stew.
- Co takiego? - Daniel omal nie wypuścił z rąk ramki z fotografią, 
którą zdjął przed chwilą z półki nad kominkiem, by uważnie się jej 
przyjrzeć.   No   tak,   pomyślał,   ten   cholerny   hałas   za   oknem.   Na 
Brooklynie zawsze tak jest i pewnie dlatego nie zrozumiał matki. Bo 
przecież nie mogła powiedzieć nic na temat jego nasienia!
-   Żywotność!   Utraciło   żywotność,   rozumiesz?   -   powtórzyła   pani 
O’Malley. - Chodzi o to, jak szybko te smyki potrafią w nim pływać 
- wyjaśniła i po chwili pojawiła się w drzwiach kuchni. Przy kości, 
rumiana, ubrana w kwiecisty fartuszek i z chochlą w dłoni, mogłaby 
grywać dobrą mamuśkę z reklam margaryny albo pączków. - Wiesz, 
że   pewnego   dnia   może   się   to   przytrafić,   prawda,   Daniel?   -   nie 
ustępowała.
- Posłuchaj, mamo, nie sądzę...
- Ależ to się przytrafia, z wiekiem coraz częściej. - Wycelowała w 
niego warząchwią. - Czytałam o tym w „Prevention", więc jeśli nie 
będziesz   się   pilnował   i   ciebie   może   to   spotkać,   mój   ty   stary 
kawalerze.
Daniel zacisnął zęby. Od śmierci ojca matka miała fioła na punkcie 
jego   ożenku   i   -   w   perspektywie   -   wnuków.   Czasem,   gdy   był   w 
lepszym nastroju, rozumiał tę jej tęsknotę za tym, aby rodzina, która 
nagle   stała   się   tak   nieliczna,   zrobiła   się   większa.   Ślubował   sobie 
cierpliwie znosić jej nalegania, ale też nie zamierzał wcale stosować 
się   do   terminarza,   który   chciała   mu   wyznaczyć.   Ostatnio   jednak 
spokój przychodził mu z coraz większym trudem.
Dyskutowanie   o   jakości   nasienia   było,   jak   widać,   nową   taktyką. 
Postanowił  odwrócić  uwagę matki  pierwszym  przedmiotem,  który 
miał pod ręką. Uniósł ramkę.
- Co to jest?
- Zmieniasz temat.
- Bo należy go zmienić. Czemu trzymasz na kominku ten obrazek?
Matka poczuła się zakłopotana.
- Po prostu przypomina mi Bridget Hogan. Dlatego go kupiłam.

background image

- Bridget? Czy ona nie była twoim najbardziej zaciekłym wrogiem?
- Owszem, była. Ale wcześniej największą przyjaciółką. Nigdy już 
później   takiej   nie   miałam.   A   ten   portrecik   to   jakby   ona   sprzed 
trzydziestu łat.
- Naprawdę? - Daniel uniósł fotografię i przyjrzał się uwiecznionej 
postaci.   Miękkie   kasztanowe   loki   opadały   na   szczupłe   ramiona. 
Czerwone,   zmysłowe   wargi   odsłaniały   biel   zębów,   iskierka   w 
zielonych oczach przywodziła na myśl słowa starej piosenki „Kiedy 
śmieją się irlandzkie oczy".
Daniel   był   poruszony.   Matka   pod   wpływem   chwili   kupiła   ten 
obrazek tylko dla pewnego podobieństwa do dawnej znajomej. Oto 
jeszcze   jeden   przykład   na   to,   jak   bardzo   była   samotna   w   swoim 
wdowieństwie.
Cofnął się i odstawił fotografię na miejsce. Obok stało jedno z jego 
zdjęć - zrobione, gdy ukończył Nowojorską Akademię Policyjną.
- Wiesz, że nieźle wyglądasz w jej towarzystwie? - Matka zbliżyła 
się do kominka.
- Pewnie.  Przecież   to  urodzona  piękność.  Przy takiej  każdy  facet 
wydaje się przystojny.
- Nie o to mi chodziło. Miałam na myśli to, że bylibyście ładną parą.
- Mamo,  czy moglibyśmy   nie  wracać   już  dziś   do tego  tematu?   - 
prychnął   rozdrażniony.   -   Właśnie,   Bogu   dzięki,   skończyłem 
trzydzieści   dwa   lata.   Pamiętaj,   że   tata   ożenił   się   z   tobą,   mając 
trzydzieści pięć.
- I sam widzisz, do czego to doprowadziło. Bóg obdarzył nas tylko 
jednym potomkiem.
Daniel objął matkę, usiłując obrócić w żart jej smutek.
- Co w tym złego, nie jesteś zadowolona ze swego jedynaka?
- Jestem, wiesz o tym doskonale, ale ja marzyłam o całym żłobku! 
Ech,   nasienie   twojego   świętej   pamięci   ojca   musiało   być   chyba 
niezbyt żywotne...
Daniel   skrzywił   się   z   niezadowoleniem.   Najwyraźniej   żywotność 
nasienia   i   szybkość   poruszania   się   w   nim   plemników   była   dla 
Maureen   O’Malley   aktualnie   najciekawszym   zagadnieniem.   To 
minie,   pocieszał   się,   W   zeszłym   tygodniu   zajmowała   się 
rakotwórczymi właściwościami aluminiowych garnków.

background image

- Śmiej  się, śmiej.  A  to jest  stwierdzony fakt.  Pamiętaj  tylko,  że 
marnujesz   czas..   I   że   bezdzietny   kawaler   jest   jak   but   bez 
sznurowadeł.
- Właśnie. Łatwo go zgubić i nie uciska za bardzo.
Matka odsunęła się i spojrzała groźnie na syna.
-   Danielu   Patricku   O’Malley!   Wychowałam   cię   nie   po   to,   żebyś 
zabawiał   się   uczuciami   niewinnych   dziewcząt.   Czas   już,   żebyś 
znalazł   sobie   jakąś   urodziwą   pannę,   i   zaprowadził   ją   do   ołtarza. 
Zresztą na pewno już ktoś wpadł ci w oko, prawda?
Daniel coraz bardziej nabierał szacunku dla cierpliwości ojca, który 
przeżył z matką wszystkie te lata.
- No cóż, mamo, prawdę powiedziawszy, jest ktoś taki - przyznał 
potulnie i podążył za Maureen do kuchni.
- Wiedziałam, że to przede mną ukrywasz! Kim ona jest? Poznałeś ją 
na   balu   policjantów?   Nie,   poczekaj...   Założę   się,   że   to   było   na 
sylwestra!
-   Pudło!   -   Daniel   uśmiechnął   się   pobłażliwie.   -   Chodzi   o   tę 
dziewczynę z fotografii. Szukam właśnie takiej jak ona.

- I co o tym sądzisz, St. Paddy? Powinnam zadzwonić do Maureen 
O’Malley czy nie?
Rose Kingsford podniosła pysk pluszowego pieska i zajrzała mu w 
oczy.   St.   Paddy   był   przedstawicielem   szlachetnej   rasy   wilczarzy 
irlandzkich   -   psem,   którego   (oczywiście   żywego)   miała   nadzieję 
kiedyś  mieć na własność. St. Paddy,  maskotka nieco mniejsza  od 
oryginału,   spoglądał   na   nią   teraz   pełnymi   wyrazu   brązowymi 
oczami.
-   Nie   można   przecież   być   takim   nieufnym   i   nieużytym,   prawda, 
piesku? Okay, zadzwonię do niej. Myślę, że nic złego się nie stanie.
Z   psiakiem   pod   pachą   ruszyła   na   poszukiwanie   słuchawki 
bezprzewodowego   telefonu.   Tęskniła   za   prawdziwym   psem,   ale 
zdawała   sobie   sprawę,   że   trzymanie   zwierzęcia   tej   wielkości,   co 
wilczarz na którymś tam piętrze nowojorskiego mieszkania byłoby 
zbrodniczym egoizmem.
Rose nie zamierzała jednak spędzić tu całego życia. Mieszkanie w 
bloku to nie  miejsce  ani dla wielkiego psa, ani dla dorastającego 

background image

dziecka. Ona zaś pragnęła mieć i jedno, i drugie. No, czasem marzyła 
jeszcze   o   mężu,   lecz   w   końcu   porzuciła   tę   myśl.   Większość 
mężczyzn zwracała uwagę wyłącznie na jej wygląd. Jak się zatem 
zachowają, kiedy pojawi się pierwszy siwy włos i zmarszczki?
Poza tym coraz częściej zdarzało się jej wątpić, że znajdzie kogoś, 
kto sprosta jej, wcale przecież niewysokim, wymaganiom. Jak do tej 
pory na swoich randkach spotykała albo cudownych facetów, którzy 
przy bliższym poznaniu okazywali się niedojrzali, albo z poważnymi 
typami   kompletnie   pozbawionymi   poczucia   humoru   i 
odpowiedzialnymi   aż   do   bólu   zębów.   Kombinacja   dojrzałości   i 
radości życia zdawała się nieosiągalnym ideałem.
A zatem po rozpadzie małżeństwa rodziców (co było dodatkowym 
argumentem   przeciw   szukaniu   partnera   na   całe   życie)   Rose 
postanowiła, że zadowoli się wyłącznie dzieckiem. Tęskniła zawsze 
za rolą matki, pragnęła syna lub córki i trochę martwiło ją, że sprawa 
się tak odwleka.
Jeśli   okazałoby   się   to   konieczne,   była   nawet   gotowa   na   sztuczne 
zapłodnienie,   choć   w   takim   wypadku   wolałaby   znać   wcześniej 
dawcę nasienia, obejrzeć go na własne oczy,  może nawet poznać. 
Powinien   to   być   bowiem,   myślała,   ktoś   nieprzypadkowy. 
Inteligentny,   w   miarę   przystojny,   nie   obarczony   wadami 
genetycznymi...
Na razie taki kandydat nie pojawił się na horyzoncie, lecz Rose nie 
traciła nadziei. W swoim czasie rozpozna właściwego mężczyznę. 
Ma w końcu na razie tylko trzydzieści lat. Jeszcze nie jest za późno, 
choć bezpieczniej by się czuła, mając te trzy, cztery lata mniej.
Znalazła słuchawkę na desce kreślarskiej pod stosem wycinków z 
niedzielnymi   komiksami   pochodzącymi   z   rozmaitych   gazet   na 
terenie całego kraju.
-   Pilnuj   mojego   dobytku   -   pouczyła   pupilka,   umieściła   go   na 
taborecie, po czym wróciła z telefonem do salonu.
Zmierzchało,   więc   zapaliła   światło,   wysunęła   antenkę   i   wybrała 
numer.  Wyciągnęła  się  na   sofie,   długie   nogi  wsparła  o  poduszki. 
Przytrzymując   słuchawkę   między   barkiem   a   policzkiem,   zebrała 
długie rude włosy w koński ogon, zatrzasnęła spinkę.
-   Halo?   -   odezwał   się   po   chwili   melodyjny   kobiecy   głos,   Rose 

background image

wyprostowała się. Nie ma automatycznej sekretarki?
Rzecz niespotykana w dzisiejszych czasach. A co ciekawsze, głos 
Maureen O'Malley (jeśli to ona odebrała) przypominał głos matki 
Rose. Ten sam charakterystyczny zaśpiew... Może i ona urodziła się 
w Irlandii?
- Czy mogłabym rozmawiać z panią Maureen O’Malley?
- Jestem przy telefonie.
Rose rozpromieniła  się, słysząc wyraźny irlandzki akcent. Jeszcze 
bardziej  irlandzki   niż  mowa   jej   matki.   Ojciec,  Anglik,  całe   życie 
walczył z tymi językowymi naleciałościami.
- Tu Rose Kingsford. - Przycisnęła słuchawkę do ucha. - Czy to pani 
poszukiwała mnie przez agencję modelek?
-   Ach,   tak,   oczywiście!   To   ty,   Rose?   Co   za   cudowne   imię! 
Irlandzkie, bez wątpienia. Masz może jakichś przodków na Zielonej 
Wyspie? Na pewno masz, skarbie.
- Tylko ze strony matki. - Rose rozluźniła się, słysząc ten poufały 
ton. - Ojciec był Anglikiem. - A matka mówi o nim „ten cholerny 
angol, którego poślubiłam", dodała w myślach.
- Wiedziałam, że musisz być Irlandką! Zobaczyłam twarz i od razu 
wiedziałam, że ta ślicznotka to jedna z naszych! I widzisz? Miałam 
rację.
Rose sięgnęła po długopis i kartkę, leżące zawsze pod ręką na stoliku 
do kawy. Rozmowa mogła ją zainspirować do narysowania jakiejś 
karykatury, a przecież o rysowaniu karykatur i prowadzeniu kącika 
satyrycznego w jakiejś gazecie marzyła, odkąd znudziło jej się bycie 
modelką.
- Czy mogę w czymś pani pomóc, pani O’Malley?
-   Ach,   Rose!   Właśnie   o   to   mi   chodzi.   Sprawiłabyś   mi   wielką 
przyjemność, gdybym mogła ci się po prostu lepiej przyjrzeć. Może 
wpadniesz do mnie na herbatę? Wiem, że jesteś bardzo zajęta, ale to 
nie zabierze wiele czasu.
Rose   przestała   gryzmolić,   odłożyła   długopis,   w   jej   głowie 
rozdzwoniły   się   alarmowe   dzwonki.   Chroniła   swoją   prywatność, 
wiedząc,   że   jako   modelka   narażona   jest   na   rozliczne 
niebezpieczeństwa. Szaleńców w końcu nie brakowało i niejedna z 
jej koleżanek po fachu miała wątpliwą przyjemność być przez nich 

background image

napastowana. Odchrząknęła nerwowo.
- Jestem bardzo zajęta, pani O’Malley, żałuję, ale nie mogę..,
- Ale  widzisz,  dziecino,   jesteś  łudząco   podobna do  mojej   drogiej 
przyjaciółki. Bridget rzuciła się z Klifów Moher i utonęła, a ja tak 
bardzo za nią tęsknię. Tego lata upłynie trzydzieści siedem lat od 
tamtej chwili...
Rose przeszedł po plecach dreszcz grozy. Jej własna matka miała na 
imię właśnie Bridget. Do tego opowiadała kiedyś o dawno utraconej 
przyjaciółce,   która   rzuciła   się   pod   pociąg.   Też   jakieś   trzydzieści 
siedem lat temu. Owa przyjaciółka miała na imię... Maureen. To nie 
może być zwykły zbieg okoliczności.
- Dobrze, pani O’Malley, muszę najpierw sprawdzić mój plan zajęć. 
Mogłabym oddzwonić do pani, najpóźniej do jutra.
- Och, świetnie, Rose. Będę czekała na telefon.
- Wobec tego do usłyszenia.
Rose   rozłączyła   się   i   szybko   wystukała   numer   do   matki.   Trafiła 
oczywiście na automatyczną  sekretarkę. A głos Bridget Kingsford 
był tak bardzo podobny do głosu Maureen O’Malley!
- To ja - rzuciła w słuchawkę, gdy aparat po drugiej stronie zaczął 
nagrywać - Nastaw czajnik, mamuś. Jadę do ciebie.
Bridget Hogan Kingsford zajmowała mieszkanie na trzecim piętrze, 
z widokiem na Central Park. Słony miesięczny czynsz pokrywała z 
alimentów   wypłacanych   jej   przez   niejakiego   Cecila   Kingsforda, 
który   po   dwudziestu   pięciu   latach   małżeństwa   porzucił   ją   dla 
młodszej, lepiej wykształconej i niemającej zmarszczek. Ich rozwód 
był dla Rose bolesnym przeżyciem. Zrozumiała wtedy, jak kończą 
się związki, w których mężczyzna jest zainteresowany głównie urodą 
swej partnerki.
 Mieszkanie otworzyła własnym kluczem, po czym stanęła w progu i 
wykrzyknęła   słowa   powitania.   Stłumiona,   niewyraźna   odpowiedź 
wskazywała,   że   matki   należy   szukać   w   sypialni.   Rzeczywiście, 
ubrana   w   jasnoniebieski   strój   do  joggingu,   Bridget   leżała   tam   na 
podłodze z nogami opartymi pionowo o różową ścianę. Na twarzy 
miała ściągającą maseczkę z zielonych limonek.
- Niech mnie drzwi ścisną, jeśli to nie dla Freddy'ego Kruegera tak 
się męczysz! - Rose klapnęła obok matki na podłodze.

background image

- Nie rozśmieszaj mnie. - Bridget ledwie otwierała usta, żeby nie 
zniszczyć pieczołowicie ułożonej odżywczej warstwy.
- Mam takie nowiny, że ta skorupa i tak popęka ci na twarzy. Ile 
jeszcze musisz to trzymać?
Bridget spojrzała na leżący obok minutnik.
- Osiem minut.
- Jadłaś coś?
- Nic.
- Ja też nie. - Rose podniosła się. - Podgrzeję coś w mikrofalówce i 
nastawię herbatę.
Dziesięć   minut   później   Bridget   dostojnie   wkroczyła   do   kuchni. 
Zmyła   z   twarzy   maseczkę,   rozczesała   kasztanowe   włosy.   Miała 
pięćdziesiąt   sześć   lat,   lecz   wyglądała   na   znacznie   mniej.   Cecil 
Kingsford musiał być idiotą, że ją rzucił.
- Co to za wieści? - spytała.
Rose   rozstawiła   zastawę   do   herbaty,   wyłożyła   jakiś   dietetyczny 
smakołyk   na   talerz,   po   czym   przeniosła   wszystko   na   przykryty 
lnianym obrusem stolik.
- Lepiej najpierw usiądź - poradziła. Bridget z impetem odstawiła 
filiżankę na blat.
- Dobry Boże, dziewczyno, jesteś w ciąży!
- Nie, nie, chodzi o coś zupełnie innego.
  Matka   podparła   się   pod   boki,   nie   wiadomo   -   szczęśliwa   czy 
rozczarowana tą odpowiedzią.
-   Więc   pewnie   znalazłaś   kandydata   do   realizacji   tych   swoich 
niecnych planów - westchnęła. - Posłuchaj, Rose, musiałam chyba 
ciężko   zgrzeszyć,   skoro   w   ogóle   postało   ci   w   głowie   urodzić 
dziecko, nie wychodząc za mąż. Twoja babka Hogan przewróciłaby 
się w grobie.
- Mamo, to nie ma nic wspólnego z zachodzeniem w ciążę. I wcale 
jeszcze nie wiem, czy w ogóle mam taki zamiar - wymigała się od 
rozmowy   na   ten   temat,   żałując   po   raz   kolejny,   że   zwierzyła   się 
kiedyś matce ze swoich planów.
- Podaj, proszę, tę herbatę, to opowiem ci, co się stało.
Bridget   przyniosła   na   tacce   czajniczek,   dzbanuszek   do   mleka   i 
cukiernicę.   Gdyby   nie   to,   że   matka   zawsze   podawała   herbatę   w 

background image

sposób   tak   ceremonialny,   Rose   pomyślałaby,   że   ten   rytuał   ma 
przypomnieć   córce   o   dobrych   manierach.   Choć   bowiem   Bridget 
Kingsford zachowywała się jak kobieta nowoczesna, to w głębi serca 
pozostała  tradycyjną  irlandzką  gospodynią.  Uważała,  że panna  do 
ślubu powinna zachować dziewictwo i w głowie się jej nie mieściło, 
że można urodzić dziecko bez wcześniejszego małżeństwa.
- No cóż, czy twoim zdaniem jestem już wystarczająco spokojna? - 
Bridget usadowiła się na krześle, rozpostarła serwetkę na kolanach, 
nalała herbaty, - A może powinnam się jeszcze położyć?
Rose roześmiała się. Dzięki Bogu, jej matka miała poczucie humoru. 
Gdyby nie to, rozwód wpędziłby ją pewnie w głęboką depresję.
-   Rozmawiałam   dziś   przez   telefon   z   pewną   kobietą   -   zaczęła.   - 
Przedstawiła   się   jako   Maureen   O’Malley.   Skontaktowała   się   z 
agencją, bo zainteresował ją mój wizerunek, ten w ramce.
- Nic dziwnego. Świetnie wypadłaś na tym zdjęciu.
 - Ona też tak uważa. Twierdzi, że przypominam jej przyjaciółkę z 
młodości, która rzuciła się w przepaść z Klifów Moher..
- Wielkie Nieba!
- ...i która miała na imię Bridget.
Na policzki  matki  wypłynął  rumieniec,  jej  rozwarte  szeroko oczy 
wpatrywały się ze zdumieniem w Rose.
- Powtórz, proszę. Jak miała na imię ta kobieta?
- Maureen.
Starsza pani zerwała się od stołu, cisnęła serwetkę na blat.
- A więc to ona - krzyknęła ze złością. - Zawsze wiedziałam,  że 
powinno się zamknąć jej gębę Kamieniem z Blamey! Jak ona śmie 
twierdzić, że rzuciłam się z Klifów Moher! Po niej naprawdę nie 
można spodziewać się niczego dobrego!
Rose   powstrzymała   się   przed   dodaniem,   że   owa   kobieta,   która 
według   matki   rzuciła   się   pod   pociąg,   wciąż   żyje   i   mieszka   na 
Brooklynie.
- Czy ona wie, kim jesteś? - Bridget odwróciła się do córki.
- Nie jestem pewna. Chyba nie. Chce się jednak ze mną spotkać.
Bridget złapała się za głowę.
- Boże jedyny! Pozwól mi pomyśleć, pozwól pomyśleć... Ona musi 
mieć jakiegoś asa w rękawie. Zobaczysz, jeszcze wspomnisz moje 

background image

słowa. Ta baba jest kuta na cztery nogi. Gdyby nie wiedziała, że 
jesteś moją córką, to po co chciałaby się z tobą zobaczyć?
- Naprawdę nie mam pojęcia. Ale co właściwie zaszło między wami, 
mamo?
- Co  zaszło?  Przez  nią  straciłam   największą  życiową  szansę.  Nie 
zdobyłam korony Róży z Tralee. Och, oby jej dzieci do ostatniego 
pokolenia miały pryszcze!
  Rose   powstrzymała   się   od   śmiechu.   Ilekroć   matka   była   czymś 
przejęta, zaczynała mówić barwnie i dosadnie.
- Nigdy nie opowiadałaś mi ze szczegółami, jak pozbawiła cię tego 
trofeum. O co chodziło?
- O co? To ona wpadła na ten wspaniały pomysł, żeby opalić sobie 
ciało. W ostatniej chwili uznała, że nasza skóra jest zbyt blada i że 
przyda   nam   się   trochę   słońca.   Pożyczyła   kwarcówkę,   ja   kupiłam 
olejek   do   opalania,   jednak   tuż   przed   konkursem   moja   świętej 
pamięci   matka   odwiodła   mnie   od   tego   idiotycznego   pomysłu. 
Zrezygnowałam, ona nie. Posmarowałam ją nawet tym olejkiem i tak 
spaliła sobie twarz, że w ogóle nie przystąpiła do konkursu.
- Poczekaj, mamo. Nie rozumiem. Więc czemu ty go nie wygrałaś?
-   Powiem   ci,   dlaczego,   córuś,   -   Bridget   spojrzała   na   nią   niczym 
wcielenie niewinności. - W tej rywalizacji na równi z urodą liczyła 
się   osobowość.   A   Maureen   rozpuściła   plotkę,   że   ja   rozmyślnie 
dokonałam sabotażu, obawiając się konkurencji z jej strony. Że to 
przeze mnie się poparzyła, rozumiesz? Zupełnie jakby to babsko z 
twarzą owcy miało jakiekolwiek szanse! No ale ci idioci, którzy byli 
w jury, dali jej wiarę i nie przyznali mi pierwszego miejsca.
-   A   czemu   w   takim   razie   obydwie   twierdziłyście,   że   ta   druga 
popełniła samobójstwo?
- Widzisz - matka westchnęła, jakby mimo upływu lat wciąż żywe 
były   w   niej   te   wspomnienia.   -   Ostatnim   razem,   kiedy   się 
widziałyśmy, wrzasnęła do mnie: „Bridget! Dla mnie równie dobrze 
mogłabyś być martwa!'. Odkrzyknęłam jej, że los Maureen Keegan 
obchodzi mnie tyle samo. Dostała wtedy tu, w Nowym Jorku, posadę 
niańki. Jakiś rok później ja zaczęłam pracować jako modelka. Nie 
podobało   mi   się,   że   mieszkamy   w   tym   samym   mieście,   więc 
wymyśliłam historię o tym, że rzuciła się pod pociąg.

background image

 
- A ona z kolei zrobiła z ciebie samobójczynię skaczącą z Klifów 
Moher?
-   To   idiotyzm!   Wie   przecież,   że   panicznie   boję   się   wysokości.   - 
Bridget   znów   zaczęła   pospiesznym   krokiem   przemierzać   pokój.   - 
Ona musi podejrzewać, kim ty jesteś. Nie możemy dać się nabrać.
- Nie sądzę, mamo, ale to bez znaczenia. I tak nie mam zamiaru się z 
nią spotkać.
- Nie masz zamiaru? - zmartwiła się Bridget. Ciekawe, przecież los 
dawnej przyjaciółki był jej podobno obojętny.
- Ależ musisz! Chcę się dowiedzieć, jak się jej wiedzie.
-   Naprawdę   chcesz,   żebym   spotkała   się   z   kobietą,   której 
nienawidzisz?
- Tak, chcę. - Bridget wyjrzała przez okno, zastanawiała się chwilę 
nad czymś, wreszcie odezwała się z ożywieniem:
- Tak, ta mała herbaciarnia na Czterdziestej Szóstej będzie w sam 
raz. Siądziesz po jednej stronie, ja po drugiej. Nie wypatrzy mnie 
poprzez gąszcz difenbachii.
-   Chcesz   powiedzieć,   że   zamierzasz   ukryć   się   w   kwiatach   i   nas 
szpiegować? Powiedz, że to nieprawda.
Bridget   skrzyżowała   ramiona   i   spojrzała   na   córkę   wzrokiem 
osiemnastolatki.
- O ile znam Maureen Keegan, a znam nieźle tę latawicę, to ona coś 
knuje. Zamierzam dowiedzieć się dokładnie, o co jej chodzi.

No, to zaczynamy, pomyślała Rose, wchodząc dwa dni później do 
herbaciarni. Było tak, jakby zamieniły się rolami. Córka czuła się 
odpowiedzialna za to, co będzie, jeśli matka zacznie zachowywać się 
w sposób kontrowersyjny i gorszący.
Trzeba przyznać, że żadna scena z filmu „Mission: Impossible" nie 
wymagała  takich przygotowań,  jak te, które zostały podjęte przed 
spotkaniem z Maureen O’Malley. Wszystko zostało zaplanowane w 
najdrobniejszych   szczegółach,   łącznie   z   kapeluszem   i   ciemnymi 
okularami   dla   matki,   na   wypadek   gdyby   jakimś   trafem   wpadła 
jednak na Maureen.
Rose weszła do ciepłego wnętrza lokalu, rozpięła trencz na widok 

background image

zbliżającej się hostessy i odezwała się z uśmiechem:
- Mam rezerwację na dwie osoby, na nazwisko Kingsford.
- Tędy, proszę. - Dziewczyna wprowadziła ją do sali ze smakiem 
udekorowanej antykami z przełomu wieków.
Bridget   już   była   na   miejscu.   Siedziała   tyłem   do   drzwi,   a   w 
wełnianym  kapeluszu  o szerokim rondzie, nasuniętym  głęboko na 
oczy osłonięte ciemnymi szkłami, wyglądała jak Mata Hari.
Niestety, hostessa doprowadziła Rose do sąsiedniego stolika, po tej 
samej stronie bujnej roślinności i tuż obok matki. Wszystkie miejsca 
po drugiej stronie były bowiem zajęte.
- Hm, obawiam się, że to będzie dla pani ogromny kłopot, ale mam 
niezwykłą prośbę odnośnie tego stolika.
Hostessa odwróciła się z nieszczerym uśmiechem.
- Tak? Cóż mogę dla pani zrobić?
-   Osoba,   z   którą   mam   się   spotkać,   jest   ogromnie   sentymentalna. 
Ma...  pewne   wspomnienia   związane   z   tamtym   stolikiem,   rozumie 
pani?   -   Rose   wskazała   na   drugą   stronę   sali.   Bridget   popijająca 
herbatę miałaby doskonały punkt obserwacyjny, gdyby tam udało się 
usiąść.
- Ale tamten stolik jest zajęty.
-   Widzę,   może   jednak   te   panie   dałyby   się   namówić   na   zmianę 
miejsca. - Rose posłała dziewczynie słodkie spojrzenie (tak mniej 
więcej   patrzył   pluszowy   St.   Paddy)   i   wetknęła   w   dłoń   złożoną 
dwudziestkę.
Hostessa spojrzała na nominał.
- Może dałoby się to załatwić - mruknęła. - Proszę dać mi chwilkę 
czasu.
 Rose spojrzała na zegarek. Rzeczywiście pozostała jedynie chwilka. 
Oby   Maureen   nie   okazała   się   jedną   z   tych,   które   na   umówione 
spotkania przychodzą z wyprzedzeniem.
Kobiety zmuszone się przesiadać nie wyglądały na zachwycone, lecz 
w końcu Rose usadowiła się tam, gdzie chciała. Usiadła twarzą do 
wejścia. Maureen powinna dostrzec ją bez kłopotu.
- Dobra robota, córuś - dobiegł ją poprzez liście konspiracyjny szept.
- Mamo, nie gadaj już, proszę. - Rose przysłoniła dłonią usta. - Ta 
dziewczyna i tak pewnie myśli, że brakuje mi piątej klepki. Nie chcę, 

background image

żeby widziała, że rozmawiam z liśćmi.
- Okay. Ale wiesz co?
- Mhm.
- Herbata nie jest już tutaj taka dobra, jak kiedyś.
- Cicho, mamo...
Rose   miała   jeszcze   coś   powiedzieć,   jednak   w   tym   momencie 
wkroczyła do lokalu postawna kobieta ubrana w zielony wełniany 
płaszcz, rozejrzała się pospiesznie i od razu zatrzymała  wzrok na 
niej.   Na   rudych   włosach   starszej   pani   tkwił   zielony   kapelusik   z 
piórkiem. Nietrudno było się domyślić, że oto na scenę wkroczyła 
Maureen Fiona Keegan O’Malley.
- O słodki Jezu, o Panienko Święta,  o Józefie... - Rose usłyszała 
jeszcze zza zielonego przepierzenia głos matki.
Tymczasem Maureen (która na szczęście nie zwróciła uwagi na to 
pobożne westchnienie)  odsunęła kelnerkę i pomaszerowała wprost 
do stolika Rose.
- Jesteś, dziecko drogie! Wyglądasz jeszcze śliczniej niż na zdjęciu! 
Mogłabyś   zająć   drugie   krzesło,   to   na   wprost   okna?   Będę   mogła 
przyjrzeć ci się w pełnej krasie.
- Uważaj, to podstęp! - syknęła Bridget przez gąszcz difenbachii.
-   Słucham?   To   ty   coś   mówiłaś,   Rose?   -   Maureen   spojrzała   ze 
zdziwieniem.
- Och, nic. Tylko cichutko kichnęłam.
- Mój Boże, chyba coś nie tak z moim słuchem. Daniel mówi mi, 
żebym   to   wreszcie   skontrolowała,   lecz   ja   wszystko   odkładam   na 
później.
Zdjęła   płaszcz,   przewiesiła   go   przez   oparcie   krzesła   i   usiadła   na 
wprost dziewczyny z błogim uśmiechem na twarzy.
- Daniel to pani mąż? - spytała Rose, pomna, że matkę interesuje 
pewnie każdy szczegół. Dziwiło ją, że Maureen może budzić takie 
złe   emocje.   Ją   samą   oczarowała   ta   przemiła   pani.   Na   pewno   nie 
miała twarzy owcy, a jej błękitne oczy były tak piękne i tak szczere, 
że   Rose   zaczęła   odczuwać   wyrzuty   sumienia   z   powodu   całej   tej 
oszukańczej gry.
- Nie, dziecko, mój mąż miał na imię Patrick, Panie świeć nad jego 
duszą. Zmarł na służbie, dwa lata temu, w czerwcu.

background image

- Tak mi przykro... - Rose czuła się coraz gorzej.
- Z pewnością nie był to wesoły dzień, ale w końcu mam jeszcze 
Daniela, który jest mi wielką podporą. Daniel to mój syn.
- Rozumiem...
-   I   niech   mnie   diabli,   jeśli   to   nie   on   stanął   właśnie   w   drzwiach. 
Danielu! - Maureen pomachała ręką z entuzjazmem.
No tak, wszystkie pozytywne uczucia wobec Maureen wyparowały. 
Zamiast współczucia i sympatii Rose poczuła niepokój i niesmak.
- Pozwól do nas, Danielu, mój chłopcze. Chcę, żebyś kogoś poznał - 
zaszczebiotała pani O’Malley, a przerażona Rose zamknęła oczy.
- A nie mówiłam? - przez gąszcz difenbachii dobiegł ją szept matki.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Mamo,  to już naprawdę przesada! - odezwał się niskim głosem 
świeżo przybyły. - Tym razem posunęłaś się za daleko.
Głos był na tyle interesujący, że Rose otworzyła oczy i przyjrzała się 
twarzy mężczyzny. Spodziewała się zobaczyć jakąś ofiarę losu, która 
musi liczyć na matkę w organizowaniu randek, pomyliła się jednak. I 
to bardzo.
Daniel   O’Malley   okazał   się   wspaniałym   okazem   bez   mała 
dwumetrowego irlandzkiego samca. Rozpięta skórzana kurtka, ręce 
wsparte   na   biodrach,   niepokojąco   szeroka   klatka   piersiowa   i 
oczywiście   wąska   talia.   Czarna   czupryna   potargana   przez   wiatr, 
ciemnobrązowe gniewne oczy, zacięta mina. Słowem - przystojniak 
jakich mało.
- Danielu - odezwała się Maureen karcącym  tonem. Najwyraźniej 
zbiła   ją   nieco   z   tropu   reakcja   syna.   -   Gdzie   się   podziały   twoje 
maniery? Przywitaj się z Rose Kingsford. Tak jak przypuszczałam, 
Rose jest Irlandką. Jej matka pochodzi stamtąd, co my.
Rose   zignorowała   gniewne   pokasływanie   zza   difenbachii   i 
wyciągnęła rękę do tego celtyckiego bóstwa.
-   Miło   mi   pana   poznać   -   odezwała   się   z   uśmiechem.   Nigdy   nie 
wypowiadała tej utartej formuły z większą szczerością.
Daniel spojrzał na nią przelotnie i jego gniew natychmiast przerodził 
się w zmieszanie.
- Proszę wybaczyć. Jeszcze... jeszcze nigdy w życiu nie czułem się 
tak niezręcznie. - Uścisnął jej dłoń.
  -   Proszę   się...   nie   przejmować.   -   Rose   spojrzała   mu   w   oczy, 
odwzajemniając   mocny   uścisk.   Trwało   to   krótko,   lecz   miała 
wrażenie,   jakby   niespodziewanie   porwał   ją   w   ramiona.   Jej   serce 
łomotało, z trudem łapała oddech.
Ten   wewnętrzny   niepokój   miał   swoje   uzasadnienie.   Oto   spotkała 
mężczyznę, którego mogłaby poprosić, by został ojcem jej dziecka.
Nadeszła kelnerka, spojrzała na Daniela z podziwem i spytała, czy 
ma zamiar przysiąść się do obu pań.
- Tak - odpowiedziała za niego Maureen.
- Nie, to nie będzie konieczne - sprzeciwił się Daniel.
- Daniel, wielkie nieba! - Maureen zaprotestowała. - Możesz chyba 

background image

usiąść i wypić z nami filiżankę herbaty?
- Obawiam się, że nie - zaprzeczył spokojnie, lecz na tyle stanowczo, 
iż kelnerka zajęła się innymi  gośćmi. Odwrócił się ku Rose. - To 
miło,   że   mogłem   panią   poznać   -   powiedział,   po   czym   szybkim 
krokiem opuścił herbaciarnię.
-   Daniel!   -   zawołała   Maureen   za   synem,   lecz   ten   nawet   się   nie 
zatrzymał. - No cóż - starsza pani spojrzała na Rose - chyba wiem, o 
co  chodzi.  To  ta  blizna  sprawia,  że  jest  chorobliwie   nieśmiały  w 
obecności dam.
-   Blizna?   -   Rose   wyraźnie   pamiętała   wygląd   Daniela.   -   Nie 
zauważyłam żadnej blizny.
- Widzisz, dziecko, to jest... bardzo delikatna kwestia.
- Tak?
- On ją ma... krótko mówiąc, no, na tyłku. To rana od kuli.
- Jak to od kuli?
- Tak to. Daniel jest dowódcą oddziału policji konnej. Wielu tym 
zuchom, z którymi pracuje, prędzej czy później trafia się postrzał. 
Mój Patrick miał na przykład trzy takie rany. Na szczęście odniósł je, 
zanim się pobraliśmy. Trzeba dziękować świętym, że zaraz po ślubie 
został detektywem, a ta robota nie jest już tak niebezpieczna.
- Przecież mówiła pani, że zginął na służbie.
- Bo tak było. Został zabity przy biurku, kiedy pisał jakiś raport. 
Upadł twarzą w pudełko pączków. Drożdżowych, z lukrem.
Rose nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Na szczęście zjawiła 
się   kelnerka,   wybawiając   ją   od   konieczności   komentowania   tych 
szczególnych   rodzinnych   sekretów.   Złożyły   zamówienia.   Ona   - 
herbatę, Maureen - dodatkowo koszyk bułeczek.
- Oczywiście możesz się nimi poczęstować, moje dziecko - odezwała 
się po odejściu kelnerki. - Powinnaś chyba przybrać nieco na wadze. 
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie wyglądasz  prześlicznie.  Ale 
wiem, że od modelek wymaga się, by były bardzo szczupłe, wręcz 
chude, a tak się nie godzi. Moja najlepsza przyjaciółka, Bridget, ta, 
którą   tak   bardzo   przypominasz,   też   taka   była,   nim   spotkał   ją 
tragiczny koniec.
Po drugiej stronie kwietnego żywopłotu runął z hukiem na podłogę 
dzbanek do herbaty. Zrobiło się oczywiście spore zamieszanie, od 

background image

razu   podbiegła   kelnerka,   goście   przy   innych   stolikach   z 
zaciekawieniem odwrócili głowy.
-   Mój   Boże,   taki   kłopot.   Współczuję   jej...   -   Maureen   usiłowała 
przebić wzrokiem gęste liście.
- Niech pani nie patrzy w tamtą stronę - ostrzegła Rose.
- Widziałam tę kobietę, wchodząc. Ona jest trochę... no, nie tego, 
rozumie   pani,   co   mam   na   myśli.   Jestem   pewna,   że 
wprowadziłybyśmy   ją   w   jeszcze   większe   zakłopotanie   naszymi 
spojrzeniami i komentarzami.
- Boże! - Maureen posłusznie odwróciła wzrok. - Biedactwo! I tak 
dobrze, że wpuszczono ją do tego lokalu.
- Pewnie następnym razem już nie wpuszczą. O, jest nasza herbata...
Kelnerka zostawiła na stole parujący imbryk i koszyk aromatycznych 
bułeczek,   a   Rose,   nie   tracąc   czasu,   przystąpiła   do   zbierania 
potrzebnych jej informacji.
- Niech mi pani opowie więcej o Danielu.
-   Och!   -   ucieszyła   się   Maureen   -   przede   wszystkim   musisz   mi 
uwierzyć, że zazwyczaj nie jest taki gwałtowny. No, chyba że ma do 
czynienia z przestępcami. Jego tata zachowywał się tak samo, kiedy 
trzeba było zaprowadzić porządek. Jak tylko założy mundur, od razu 
staje się jakiś taki... bardziej twardy.
- Hm, to interesujące. - Nie wiedzieć czemu, uwaga ta zabrzmiała w 
uszach Rose nieco dwuznacznie.
- Ale  gdy  był  małym  chłopcem...  -  rozpromieniła  się  Maureen.  - 
Szkoda, że go nie widziałaś! Uwielbiał goluśki latać po pokoju!
- Doprawdy? - Rose uśmiechnęła się do siebie. Daniel zapadłby się 
pewnie pod ziemię, słysząc, co wygaduje o nim matka.
- Jeszcze jak! A do tego od dziecka był wyjątkowo bystry. Siostry 
mówiły, że mógłby zostać kimkolwiek zechce. On jednak, jak jego 
ojciec, wybrał robotę w policji. To już tradycja u O’Malleyów.
- Siostry? - Rose zainteresowała uwaga o wrodzonych zdolnościach 
Daniela. - Rozumiem, że ma pani córki?
- Nie - starsza pani smutno pokręciła głową - chodzi o zakonnice ze 
szkoły, do której chodził. On płatał psoty, a siostrzyczki wciąż go 
usprawiedliwiały: że się nudzi, że przecież musi trochę się rozerwać i 
najważniejsze - że jest zdolny... No i uzyskał najwyższą lokatę w 

background image

akademii policyjnej.
- To wspaniale! - Rose przeszła do następnego punktu listy, którą już 
zdążyła ułożyć sobie w głowie. - A niech mi pani powie... Trzeba 
mieć  świetną  kondycję,  żeby dostać się  do policji, nieprawdaż?  - 
zapytała   i   z   niepokojem   spostrzegła,   że   chrząkania   dochodzące   z 
drugiej   strony   zielonego   przepierzenia   zamilkły   i   zrobiło   się   tak 
cicho,   jakby   matka   nie   zamierzała   uronić   ani   jednej   sylaby   z 
rozmowy,   którą   jej   córka   prowadziła   z   byłą   przyjaciółką. 
Najwyraźniej domyśliła się, czemu Rose zadaje tego typu pytania, i 
to napełniło ją zgrozą.
- Rzeczywiście,  trzeba.  Ale dla Daniela to nie problem - mówiła 
tymczasem Maureen. - Odziedziczył  po mnie świetny wzrok, a w 
robieniu pompek nikt mu nie dorówna. Jest w świetnej formie. W 
ogóle posiada wszystkie cechy idealnego syna za wyjątkiem jednej...
Rose   odstawiła   filiżankę   w   oczekiwaniu   na   najgorsze.   Jakaś 
dziedziczna choroba, zaczęła zgadywać, albo jeszcze gorzej - Daniel 
jest homoseksualistą, a jego matka oczekuje, że Rose go „nawróci".
Jakby na potwierdzenie tego, że informacja nie jest wesoła, Maureen 
westchnęła ciężko i wyznała:
-   Ma   już   trzydzieści   trzy   lata.   To   najwyższy   czas,   żeby   się 
ustatkować u boku jakiejś miłej dziewczyny. Powtarzam mu to do 
znudzenia, a on na to, że pomyśli o tym, jak awansuje na detektywa, 
tak jak mój Patrick. Sęk w tym,  że póki co nie zależy mu na tej 
nominacji. On lubi po prostu te swoje konne patrole.
Rose uspokoiła się nieco i pokiwała głową ze zrozumieniem. Myśli 
jej matki koncentrowały się ostatnio wokół tego samego problemu. Z 
jednym   wyjątkiem:   Rose   nie   określała   żadnego   terminu 
zamążpójścia. Tu kończyły się podobieństwa.
-   Mówię   ci,   dziecko,   po   mojemu   to   przez   tę   bliznę.   Ale   jakaś 
dziewczyna musi wreszcie sprawić, że zapomni i o tym, prawda? - 
Popatrzyła na Rose z nadzieją.
Prawdę   powiedziawszy,   Rose   wątpiła,   że   blizna   ma   cokolwiek 
wspólnego z niechęcią Daniela wobec małżeństwa. Prawdopodobnie 
nie dojrzał jeszcze do ustatkowania się - co czyniło go tym bardziej 
atrakcyjnym kandydatem do zrealizowania jej planów.
-   Przykro   mi,   pani   O’Malley   -   postanowiła   być   szczera   i   nie 

background image

pozwolić, by Maureen O’Malley robiła sobie złudzenia - ale jeśli 
szuka pani kandydatki na żonę, to ja nie jestem właściwą osobą.
- Daniel ci się nie podoba?
-   No...   tego   nie   powiedziałam.   Po   prostu   ja   też   nie   jestem 
zainteresowana małżeństwem.
- A więc ci się podoba!
- Pani O’Malley, czy jakakolwiek zdrowa kobieta mogłaby twierdzić 
coś przeciwnego?
Maureen uśmiechnęła się z matczyną satysfakcją.
- Cudownie, to dobry początek. - Wygrzebała z kosmetyczki gruby 
mazak i jakąś karteczkę. Nabazgrała coś na niej, podsunęła Rose. - 
To jego numer, zadzwoń, jeśli chcesz.
- Dziękuję, może zadzwonię.
Przez gąszcz difenbachii dobiegł ich stłumiony jęk.
- Może mogłybyśmy jakoś jej pomóc? - Maureen rzuciła okiem na 
kwiaty i szepnęła dyskretnie do dziewczyny. - Wygląda na to, że ta 
kobieta straszliwie cierpi. Może...
- Nie - zaprotestowała Rose. - Nie sądzę, żeby dało się tu coś zrobić. 
Czytałam   trochę   na   ten   temat:   takim   ludziom   można   jedynie 
zaszkodzić, mówiąc coś na temat stanu ich umysłów.
- Mimo wszystko rzucę na nią okiem, tak z daleka. Ot, po drodze do 
toalety. Jeśli się okaże, że nie toczy piany z ust, uznam, że wszystko 
w porządku, zgoda? - zażartowała starsza pani.
Wcale niewykluczone z tą pianą, pomyślała Rose.
- Niech pani uważa i nie zakłóca jej spokoju - dodała głośno, bo cóż 
więcej   mogła   zrobić?   Przecież   nie   będzie   przekonywać   Maureen, 
żeby nie chodziła do toalety.
Gdy   jej   towarzyszka   maszerowała   przez   herbaciarnię,   Rose 
wstrzymała   oddech.   Ale   nic   się   nie   stało.   Bridget   pozostała 
nierozpoznana.  Co nie  znaczy,  że zaprzestała  komentowania  całej 
sytuacji zza gęstego żywopłotu.
- Wiem, co kombinujesz! - rozległ się jej sceniczny szept.
- Już ja cię znam, Rose!
-   Mamo,   co   w   tym   złego,   że   chcę   się   spotkać   z   takim 
przystojniakiem? Widziałaś go?
- Pewnie, że tak, wgapiałaś się w niego jak sroka w gnat. A te twoje 

background image

pytania - zupełnie jak na aukcji koni!
- E, tam. I tak nie zechce się ze mną umówić. Po tym, co się stało...
- Przyznaj się, robisz to wszystko z przekory. Bo namawiam cię na 
małżeństwo, tak?
- Oj, mamo. Załóżmy, że chcę umówić się na randkę z przystojnym 
facetem. I co z tego? Cóż to za nowina?
- Ciii... Idzie tu, wraca!
- Zyskujesz przecież w ten sposób szansę, czyż nie tak?
-   Szansę!   Na   piekło   za   życia!   -   wymamrotała   jeszcze   Bridget, 
dosłownie   w   ostatniej   chwili,   bowiem   zaraz   potem   Maureen   z 
powrotem usiadła przy stoliku Rose.
- Chyba rozumiem, na czym polega problem tej kobiety.
- Nachyliła się konfidencjonalnie ku Rose. - Widziałaś „Śniadanie u 
Tiffany'ego", ten stary film?
Rose przytaknęła.
-   Ta   biedaczka   uroiła   sobie   chyba,   że   występuje   w   tym   filmie. 
Najwyraźniej uważa się za Audrey Hepbura. Jaki ona ma strój!
Rose musiała zagryźć wargi, aby nie parsknąć śmiechem. Po takiej 
uwadze matka pewnie przez milion lat nie zechce się ujawnić i stare 
przyjaciółki   nie   spotkają   się   już   nigdy.   W   sumie   szkoda.   Jedyny 
pożytek   z   tej   maskarady   to   Daniel   O’Malley.   Może   chociaż   ta 
sprawa nie jest jeszcze stracona.

W   przeciwieństwie   do   matki   Daniel   nie   miał   nic   przeciwko 
automatycznym sekretarkom. gdy następnego dnia wrócił do domu 
po służbie, a lampka sygnalizująca nagraną wiadomość świeciła się, 
był prawie pewien, że wie, co to za informacja. Matka zdążyła już 
mu powiedzieć, że Rose Kingsford zamierza do niego telefonować. 
Nieźle   się   zresztą   pokłócili,   kiedy   dowiedział   się,   że   dała   tamtej 
dziewczynie jego numer. Kazał jej wynosić się do diabła, trzymać z 
daleka od jego życia, i tak dalej...
Wzdrygnął się. Boże, takie słowa do ukochanej matki!
Przyrzekła nawet, że da mu spokój, ale to tak, jakby młoda kobieta 
obiecała, że nie będzie się odchudzać.
Przebrał się w dżinsy i bluzę, zrobił sobie kanapkę, otworzył piwo. 
Nastawił wiadomości, zabrał się za jedzenie, lecz ciągle zerkał na 

background image

mrugające   czerwone   światełko.   O   co   może   chodzić   tej   Rose 
Kingsford? Matka powiedziała, że „wpadł jej w oko". On?
Ciągle   nie   mógł   uwierzyć,   że   ukochana   rodzicielka   wytropiła 
modelkę ze zdjęcia na kominku, zorganizowała spotkanie, zwabiła 
go   do   lokalu   pod   pretekstem   pogawędki   przy   herbacie...   I   to 
wszystko   ona,   poczciwa,   cicha   Maureen   O’Malley.   Ojciec   widać 
mocno   musiał   trzymać   ją   w   cuglach,   za   jego   życia   bowiem   nie 
zdarzały się takie numery.
Zjadł i wypił, podszedł do okna w salonie, popatrzył na wieczorny 
ruch na ulicy. W takich chwilach czuł się lekko samotny, lecz to była 
cena wolności, którą gotów był płacić. Kiedy pierwszy raz musiał 
zawiadomić żonę policjanta, że została wdową, poprzysiągł sobie, że 
zrobi wszystko, by żadna kobieta nie musiała przez to przechodzić z 
jego   powodu.   Przez   kilka   lat   solidnie   pracował   na   awans.   Gdy 
wreszcie nastąpi, a on zostanie detektywem i zejdzie z linii ognia, 
może zdecyduje się na ożenek. Tylko że kandydatkę znajdzie sobie 
sam, bez pomocy matki.
Odwrócił   się   od   okna,   podszedł   do   telefonu,   nacisnął   przycisk 
sekretarki. Z głośnika popłynął  wesoły,  melodyjny głos. Poznałby 
go, nawet gdyby się nie przedstawiła.
- Cześć, Daniel. Tu Rose Kingsford... Nacisnął przycisk pauzy.
Rose Kingsford. Rose. Doskonałe imię dla kobiety o roześmianych 
oczach, zadartym  nosku i ognistych włosach. I o uśmiechu, który 
może   zawładnąć   każdym   męskim   sercem   -   albo   je   złamać. 
Zadziwiające, jak doskonale ją pamiętał. Przecież widział ją tylko 
chwilę, od której upłynęły aż dwadzieścia cztery godziny. Po drodze 
miał dwóch uzbrojonych bandziorów, próbę gwałtu, cztery rozbite 
samochody   -   a   mimo   to   pozostała   w   jego   pamięci   twarz   tej 
dziewczyny.   Zamykał  oczy  i  już  stała   przed  nim,   już  trzymał   jej 
delikatną dłoń...
Zwolnił przycisk.
- Początek znajomości wypadł raczej niefortunnie - mówiła Rose. - 
Może  spotkalibyśmy   się  na kolacji?   Odrobimy  straty.   We wtorek 
jestem wolna o siódmej. Powiedzmy, że będę w tej małej włoskiej 
restauracyjce w samym środku Village. Co ty na to?
Wtorkowy wieczór. Akurat nie miał służby. I przepadał za włoską 

background image

kuchnią. Cholera, był niemal pewien, że tę informację przekazała jej 
matka. Tylko  dlaczego Rose przystała na tę zmowę? Przecież nie 
może   myśleć   o   nim   serio.   Pytał   parę   osób   i   wszyscy   zgodnie 
twierdzili,  że dobra modelka  wyciąga  przynajmniej  ze sto tysięcy 
rocznie, a wiele z nich znacznie więcej. Ktoś, kto wygląda jak Rose 
Kingsford   i   zarabia   takie   pieniądze,   nie   może   knuć   intryg 
matrymonialnych niczym prosta Irlandka z Brooklynu.
Czego więc od niego chce? A może matka naopowiadała jej jakichś 
skandalicznych bredni i dziewczyna zaprasza go na kolację z litości?
Zresztą, co za różnica? Może przecież dać sobie ze wszystkim spokój 
i pozostawić te pytania bez odpowiedzi. Akurat, może!

Był deszczowy wtorkowy wieczór. Rose siedziała w odizolowanym 
od   reszty   sali   kąciku,   wpatrywała   się   w   płomień   lampki   oliwnej 
stojącej na środku przykrytego obrusem stołu, a jej żołądek zwijał się 
w supeł. I to wcale nie z głodu. Pewnie, wcześniej też zdarzało się jej 
zapraszać facetów na randki. W końcu są lata dziewięćdziesiąte, a 
ona nie jest jakąś trzęsącą się mimozą, która wycofuje się i czeka, aż 
mężczyzna   zrobi   pierwszy   krok.   Lecz   tym   razem   było   inaczej. 
Rezultat tego spotkania mógł odmienić całe jej życie.
Zwabiła go tu, nie mówiąc wprost, o co jej chodzi, bo doszła do 
wniosku, że nikt nie zareaguje dobrze na szczere wyznanie o treści: 
„uważam cię za doskonałego kandydata na ojca mojego dziecka". 
Może niektórym, tym odpowiedzialnym, mogło to pochlebiać, lecz 
akurat nie ci byli w jej typie. Innych, romansowych wyczynowców, 
mogła radować zawarta w tym wyznaniu perspektywa przygody na 
jedną noc, ale i tych z góry skreślała. Intuicja podpowiadała jej, że 
Daniel nie należy do żadnej z tych kategorii, musiała więc postępo-
wać niezwykle delikatnie.
Choć nie wolna była od obaw, to jednak nie traciła nadziei. Ostatnio 
wszystko   szło   znakomicie.   Zakończył   się   wreszcie   remont   jej 
prywatnej rezydencji za miastem, dwa pisma o tematyce  wiejskiej 
zgodziły się drukować komiks „St. Paddy i Flynn" jej autorstwa i 
rysowała   się   szansa   na   to,   że   za   niecały   rok   zakończy   karierę 
modelki i poświęci cały czas rysowaniu. Wyobrażała sobie, że wtedy 
rozpocznie   życie   na   wsi,   o   czym   zawsze   marzyła.   Ciąża   będzie 

background image

dodatkowym bodźcem do rezygnacji z pracy na wybiegu.
Oczywiście   Daniel   mógł   się   nie   pojawić.   Nagrała   na   sekretarkę 
zaproszenie,   nie  dodając  zwyczajowego   zwrotu:  „bardzo  proszę  o 
odpowiedź". Ryzyko to było jednak wkalkulowane w całą operację: 
zostawiało   Danielowi   konieczny,   jej   zdaniem,   margines   swobody. 
Będąc na jego miejscu, doceniłaby taki gest.
Spojrzała   na   zegarek.   Pięć   po   siódmej.   Może   rzeczywiście   nie 
przyjdzie?   Na   samą   myśl   poczuła   skurcz   w   żołądku.   Jakby   na 
przekór własnym myślom zamówiła szklaneczkę chianti.
Wypiła wino, zrobiło się wpół do ósmej. Nic.
Zaczęła   się   denerwować.   Pewnie,   że   nie   przymuszała   go   do 
potwierdzenia   zaproszenia,   lecz   grzeczność   nakazywałaby 
poinformować o odmowie. No cóż, może facet o wyglądzie Daniela 
O’Malleya   otrzymuje   tak   wiele   propozycji,   że   zmuszony   jest 
wybierać spośród kilku kobiet w ciągu tygodnia? A może ją po raz 
pierwszy w życiu zawiódł instynkt, może zaślepiła ją żądza?
Tak czy inaczej miała już dość pełnych wyrzutu spojrzeń kelnera, 
który kilkakrotnie dopytywał  się, czy i kiedy ma zamiar zamówić 
posiłek; dość siedzenia i czekania na kogoś, kto był tak arogancki, że 
nawet   nie   raczył   się   odezwać;   i   wreszcie   -   dość   mężczyzn   jako 
takich.
Istnieją w końcu banki spermy.
Zostawiła   na   stole   pieniądze   za   wino   oraz   suty   napiwek   mający 
zrekompensować   „bezproduktywne"   zajmowanie   stolika   przez   tak 
długi czas, po czym sięgnęła po płaszcz i z wściekłością wbiła ręce w 
rękawy.   Wyszła   na   deszcz,   zaczęła   rozglądać   się   za   taksówką. 
Oczywiście wszystkie przejeżdżające były zajęte.
- Świetnie. Po prostu świetnie - mamrotała gniewnie pod nosem.
- Rose!
Na dźwięk swojego imienia serce zabiło jej żywiej. Odwróciła się i 
zobaczyła biegnącego ku niej Daniela. Nie zwracał wcale uwagi na 
kałuże, jakby jedynym jego celem było zdążyć, nim ona odejdzie. Jej 
złość   wyparowała   natychmiast.   Zaraz   jednak   pomyślała,   że 
rozsądniej będzie udawać oburzenie.
- Rose, tak mi przykro. - Jego oddech wydobywał się z ust w postaci 
kłębów pary. - Jakieś cztery przecznice dalej rozbiła się taksówka. 

background image

Wpakowali się w nią jacyś turyści. Kiedy zorientowali się, że jestem 
gliną...   Cholera,   miałem   pieskie   szczęście,   że   akurat   się   tam 
znalazłem - przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu. - Pewnie już 
zjadłaś i wracasz do domu.
Właściwie zamierzała zrobić mu scenę. Gdy jednak ujrzała krople 
deszczu na  jego rzęsach...  Oczy,  które  stopiłyby  lód  serca każdej 
kobiety...
Poddała   się.   Starła   delikatnie   wierzchem   dłoni   kroplę,   która 
popłynęła po jego policzku. On odsunął mokry kosmyk z jej czoła.
- Mokniesz - powiedział.
- Ty też.
- To tylko deszcz. - Położył dłoń na jej ramieniu, dotknął pewnym 
ruchem jej szyi.
Krew uderzyła do głowy Rose. Rozpoznała dotyk mężczyzny, który 
wie, jak rozpalić kobietę. Była w nim jakaś pewność siebie, jakaś 
bezczelność, która czyniła wszystko jeszcze bardziej przerażającym i 
jeszcze bardziej pociągającym.
- Chyba... pobierałeś już gdzieś jakieś nauki.
-   Powiem   ci   tylko,   Rose   -   przysunął   się   bliżej   i   ogarnął   ją 
spojrzeniem   swych   brązowych   oczu   -   że   nauczycielki   nigdy   nie 
wyglądały tak jak ty.
Deszcz wciąż padał. Pocałowali się.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

A więc stało się, myślał Daniel, całując wilgotne, absolutnie uległe 
wargi   dziewczyny.   Rose   smakowała   winem   i   miodem,   oddawała 
pocałunki   w   sposób,   jakiego   nigdy   jeszcze   nie   miał   szczęścia 
doświadczyć. Oboje zapomnieli w jednej sekundzie o wszystkim.
I pewnie długo staliby tak, obojętni na deszcz, gdyby nie samochód, 
który rozbryznął kałużę i ochlapał ich bezlitośnie. Niespodziewany 
prysznic wyrwał ich z transu. Odsunęli się od siebie i spojrzeli po 
sobie   ze   zdumieniem,   jakby   dopiero   teraz   uświadomili   sobie,   co 
zaszło.
Pierwsza roześmiała się Rose. Daniel dołączył do niej już po chwili. 
Namiętni kochankowie wyglądali teraz niczym zmokłe kury.
- Wejdźmy do środka i zamówmy jakieś spaghetti - zaproponowała.
- Przede wszystkim wino.
- Wino?
- Mają świetne wino. Właśnie skosztowałem - powiedział i znacząco 
dotknął końcem palca jej wilgotnych ust.
-   Ach...   Panieński   rumieniec,   który   wykwitł   na   jej   policzkach, 
rozbroił go zupełnie. Ujął dziewczynę pod łokieć i poprowadził w 
kierunku   restauracji.   Musiał   zwalczyć   w   sobie   nieprzyzwoite 
pragnienie,   by   zaciągnąć   ją   natychmiast   do   swojego   mieszkania. 
Wciąż nie wiedział, czego po nim oczekuje Rose Kingsford, lecz był 
całkowicie świadom, czego on chce od niej.
Restauracja   była   prawie   pusta.   Daniel   zdjął   kurtkę,   podał   ją 
kelnerowi i zaproponował Rose, by zrobiła to samo.
- Czy mógłby pan rozwiesić to do wyschnięcia?
- Jasna sprawa.
- Proszę też przynieść butelkę wina, tego samego, które pani piła 
wcześniej.
Podkręcił knot w oliwnej lampce, by móc przyjrzeć się dziewczynie.
Oparła podbródek na pięści, uśmiechnęła się niepewnie.
- Więc jednak przyszedłeś.
-   Mam   słabość   do   włoskiej   kuchni.   Chyba   zresztą   dobrze   o   tym 
wiesz.
Uśmiechnęła   się   szerzej,   odsłoniła   rząd   białych   zębów.   Daniel 
przysłonił oczy, jakby zasłaniał się przed nagłym blaskiem.

background image

- Uważaj... Od takich olśniewających uśmiechów można oślepnąć.
Tym razem roześmiała się w głos.
-   Naprawdę   -   zapewnił.   -   No   więc   wiesz   już,   że   lubię   włoską 
kuchnię, orientujesz się, kiedy mam wolne... Co jeszcze powiedziała 
ci matka?
Rose   wciąż   milczała.   W   jej   zielonych   oczach   błyszczały   tylko 
wesołe ogniki.
- No, dalej, przyznaj się.
- Jestem przesłuchiwana, panie policjancie?
- Sama tego chciałaś. Nie rozumiem, jak mogłaś dać jej się namówić, 
ale skoro weszłaś już w zmowę mającą na celu zaciągniecie mnie do 
ołtarza, musisz się liczyć, że będę się bronił. - Zaczerpnął powietrza. 
Prawdę mówiąc, jego ochota do obrony malała z każdą sekundą. - 
Musisz wiedzieć, że nie liczę się za bardzo na rynku kandydatów na 
mężów.
- Mówiła mi o tym.
- Pewnie przedstawiła jakąś pokrętną interpretację.
Rose nie odpowiedziała, lecz patrząc jej w oczy, odgadł, jakimi to 
powodami Maureen wyjaśniła trwanie syna w stanie kawalerskim.
- Cokolwiek powiedziała,  nie  jest to  prawdą. Jestem sam,  bo tak 
zdecydowałem.
- Podobnie jak ja.
Odchylił się do tyłu, udając zaskoczenie.
- Coś takiego. Nie wysuniesz żadnych argumentów za błogim stanem 
małżeńskim?
- Mnie również nie interesuje małżeństwo.
- Czy moja świątobliwa matka wie o tym?
- Powiedziałam jej. Stwierdziła, że mimo to zaryzykuje, i dała mi 
twój numer telefonu.
Pojawiło się chianti, zamówili posiłek. Daniel pociągnął łyk wina, 
odczekał, póki nastrój nie stanie się znów bardziej intymny, a potem 
położył obie dłonie na blacie i uważnie przyjrzał się towarzyszce.
- A więc nie szukasz męża? - zapytał.
- Nie, to mnie w ogóle nie interesuje.
- Czego więc oczekujesz, Rose Kingsford? - Spojrzał w jej oczy i 
nim   jeszcze   otworzyła   usta,   już   wiedział,   że   nie   usłyszy   całej 

background image

prawdy. Bądź co bądź dwanaście lat pracy w policji nie poszło na 
marne.
- Wierz mi lub nie, ale mam kłopoty w kontaktach z mężczyznami.
- Nieprawdopodobne.
-   A   jednak   prawdziwe.   -   Upiła   spory   łyk.   -   Na   przykład   ci 
supermęscy   modele...   Taki   Chuck,   najlepszy   z   nich,   jest   gejem. 
Potem fotografowie. Niektórzy z nich to naprawdę wspaniali faceci, 
tylko   że   przeważnie   żonaci.   Inni   z   kolei   to   obleśne   typki, 
podszczypują dziewczyny na każdym kroku.
- Rzeczywiście brzmi to nieciekawie.
- Nie wiem - Rose westchnęła - może to jest związane z naturą mojej 
pracy. Muszę wystawiać swoje ciało na widok publiczny i większość 
mężczyzn właśnie na nim koncentruje swoją uwagę. Nie interesuje 
ich nic więcej i to mnie od nich odpycha. Poza tym pracuję bardzo 
intensywnie. Gdy mam wolne, zwyczajnie nie chce mi się szwendać 
po nocnych klubach, więc nie mam zbyt  wielu okazji, by poznać 
kogoś normalnego.
- Czy zaliczyłaś mnie właśnie do tej grupy?
- Zaklasyfikowałam cię jako model de luxe.
Daniel omal nie zadławił się winem.
- Czy aby nie na wyrost? Znamy się niecałą godzinę.
- Ufam swemu instynktowi. Ty, jako policjant, chyba też.
- Dlatego tu jestem. I dlatego cię pocałowałem.
Przez   chwilę   oboje   milczeli.   Rose   obserwowała   Daniela   sponad 
krawędzi kieliszka, wreszcie zapytała:
-   Wiesz,   ilu   spotykanych   przeze   mnie   mężczyzn   skupia   na   sobie 
moją uwagę?
- Nie mam pojęcia.
- Prawie żaden. Ale ty tak.
- Czuję się zakłopotany.  Naprawdę nie wiem,  skąd ten wybór. A 
zważywszy jeszcze moje zachowanie... Na usprawiedliwienie mogę 
tylko powiedzieć, że matka postawiła mnie w potwornie niezręcznej 
sytuacji.   Pewnie   gdybyśmy   poznali   się   normalnie,   na   jakimś 
przyjęciu, wydałbym ci się kimś zwyczajnym, jednym z wielu.
- Nie  sądzę,  Danielu  O’Malley.  -  Znów  posłała   mu  jeden  z  tych 
obezwładniających uśmiechów. - Naprawdę nie sądzę.

background image

- A czy teraz, kiedy masz mnie przed nosem, nie przeniesiesz mnie 
do kategorii  tych  obleśnych?  Cholera, naprawdę się boję, czy nie 
grozi mi spadek do niższej klasy.
- Nie grozi. Wyluzuj się, przeszedłeś test pozytywnie.
- Ekstra. Strasznie się cieszę. Mogłabyś wstać?
- Słucham?
Daniel uśmiechnął się niczym Elvis Presley i pociągnął ją za rękę.
-   Czy   mogłabyś   wstać?   Czas   na   zaloty.   Zdałem   test,   więc 
powinienem dostać nagrodę.
Tym razem Rose nie obdarzyła go swym uśmiechem. Przypatrywała 
mu   się   przez   dobre   trzydzieści   sekund,   aż   wreszcie   pojął,   że   to 
koniec zabawy. Nie miała ochoty na żarty. Dobrze, że w porę się 
zorientował.
- Miałam ochotę zrobić to tylko raz - oznajmiła chłodnym głosem, a 
on od razu stracił całą pewność siebie.
Niech   to   diabli,   chyba   za   szybko   uwierzył   w   swoje   szczęście. 
Zbłaźnił się, a ona wzięła go za jakiegoś szybkiego Billa. Dokładnie 
takiego, jaki budził w niej niechęć i pogardę.
Wygładziła   mokre   ubranie:   skórzaną   mini-spódniczkę,   wełniane 
wdzianko,   kusą   kamizelkę   obwieszoną   złotymi   łańcuszkami. 
Poprawiła botki na wysokim obcasie, pokręciła z niesmakiem głową 
i ruszyła do wyjścia.
Daniel zgarbił się przy stoliku i obserwował, jak to cudo oddala się 
na   tych   swoich   wspaniałych   nogach,   jak   prowokacyjnie   kręci 
szczupłymi biodrami... Ech, nic dziwnego, że zwykli faceci nie mają 
u niej szans.
Gdy doszła do drzwi, odwróciła się nagle i spojrzała za siebie. Miała 
niewielkie piersi, lecz wypinała je tak kusząco, że Danielowi zaschło 
w   ustach   z   wrażenia.   Zazwyczaj   pociągały   go   kobiety   hojniej 
wyposażone przez naturę. Nie mógł pojąć, że ktoś tak szczupły, jak 
Rose może tak na niego działać. Widać cały sekret tkwi w sposobie 
poruszania się. Ona umiała to robić.
Ruszyła z powrotem do stolika. Teraz widział ją z przodu. Cholera, 
rozpalała go do szaleństwa. Ten chód, te piersi, włosy, spojrzenie...
-   No   więc?   -   spytała,   stając   nad   nim.   -   Co   naprawdę   chciałeś 
powiedzieć? - Spojrzała władczo i wyniośle. I rzeczywiście, w tej 

background image

chwili był niczym jej poddany, sługa i niewolnik.
- Masz rację - zdołał wykrztusić przez zaciśnięte gardło. - Chyba 
trochę przesadziłem. Nie zdziwiłbym się, gdybyś wyszła.
Usiadła   na   powrót,   uśmiechnęła   się   łaskawie,   w   jednej   chwili 
zniknęła cała jej wyniosłość i arogancja.
- Ty wtedy, teraz ja. Jesteśmy kwita.
- Co masz na myśli?
- Nieważne. Wiesz, że obserwowałam cię od wielu dni?
- Co takiego?
- Przypadek zdarzył, że pracowałam akurat w twoim... rewirze, tak, 
zdaje się, to nazywacie, prawda? Szaleję za facetami w mundurach. 
A kiedy wsiadasz na tego wspaniałego konia...
- Do licha - pokręcił głową - nie zauważyłem cię.
- Posługiwałam się lornetką.
- No nie...
- Tak, tak - przytaknęła poważnie, jednak w jej spojrzeniu było coś, 
co zdradzało, że Rose nie mówi prawdy, albo też - całej prawdy. 
Bawiła   się   z   nim,   czy   jak?   -   Cóż,   wiem,   że   wprawiłam   cię   w 
zakłopotanie - odchrząknęła, jakby bała się, że za chwilę rozszyfruje 
jej myśli i zamiary. - Ale to dobry znak. Nie jesteś, w każdym razie, 
próżny.
Kiedy pojawił się kelner, Daniel pomyślał, że chyba nigdy w życiu 
nie cieszył się tak na widok zwykłego makaronu.
- Boże, ale jestem głodny! - Podniósł widelec do ust, pokręcił głową 
i powiedział: - Lornetka. To ci dopiero.
- Nie bądź taki zdziwiony. Niezła z ciebie sztuka, jak powiada moja 
matka.
- Twoja irlandzka matka - uściślił, przypominając sobie komentarze 
własnej wygłaszane w herbaciarni. - Skąd właściwie ona pochodzi?
- Z Tralee.
Przełknął   kawałek   wybornej  pasty.  Tak   dobrej   nigdy   jeszcze   nie 
próbował. Niezły gust ma ta Rose.
- Z Tralee? - powtórzył. - To dziwny zbieg okoliczności, bo moja 
matka też pochodzi z Tralee. Nie sądzisz, że mogły się znać?
- Jestem pewna, że nie - odparła szybko.
Zbyt   szybko,   przemknęło   mu   przez   głowę.   Hm,   ta   zwariowana 

background image

intryga zaczynała się zagęszczać.
- Czy twoja matka mieszka w Nowym Jorku?
- Mhm.
- I co? Są pomiędzy wami jakieś nieporozumienia?
- Powiedzmy,  że nie możemy się porozumieć co do tego, jak ma 
wyglądać moje życie.
-   Niech   zgadnę.   Ona   chce,   żebyś   znalazła   sobie   jakiegoś   miłego 
gościa i wreszcie się ustatkowała.
- Bingo!
- A co na to ojciec?
- On nie ma wiele do gadania. Są rozwiedzeni.
- Z jego inicjatywy?
- Mhm - Rose pociągnęła kolejny łyk chianti.
No tak, to mogłoby wyjaśniać jej niechęć do małżeństwa, pomyślał 
Daniel.
- Posłuchaj, nie wiem, czy wypada mi o to pytać, ale...
- Wypada - odpowiedziała, wpatrując się w niego ponad pełgającym 
ognikiem oliwnej lampki. Daniel znów poczuł, że jest mężczyzną. - 
O co chciałeś zapytać? - wymruczała.
Nie   miał   już   teraz   najmniejszego   pojęcia,   o   co   chciał   zapytać. 
Wszystkie   pytania   stały   się   nieważne.   Czuł,   że   jeszcze   chwila,   a 
rozpłynie się, utonie w tym zielonym oceanie, gdy nagle odezwał się 
jego pager. Wydobył go z kieszeni, sprawdził numer.
A niech to! Posterunek!
- Wybacz, Rose. Muszę załatwić pilny telefon, zaraz wracam.
Odszedł, modląc się w duchu, by nie wezwali go z powrotem do 
pracy. Niestety, modlitwa nie została wysłuchana.
Wracając   do   stolika,   poprosił   kelnera   o   przyniesienie   kurtki   i 
rachunku.
- Jakieś kłopoty?
- Dzwonił kumpel, jest chory. Muszę wyjść, ale mam nadzieję, że 
zostaniesz tu i dokończysz kolację.
-   Nie   martw   się,   dokończę,   może   nawet   zjem   twoją   porcję.   - 
Nadszedł  kelner  z kurtką i rachunkiem.  Rose wyciągnęła  rękę po 
papierek. - To dla mnie.
- Nie, nie - zaprotestował Daniel.

background image

- Więc jak? - westchnął kelner i wzniósł oczy do nieba.
- Daniel, to ja zaprosiłam cię na kolację.
Kelner   zgrzytnął   zębami   i   zamierzał   podać   rachunek   Rose,   lecz 
Daniel   był   szybszy.   Zabrał   mu   go,   odczytał   sumę   i   schował   do 
kieszeni.
- A ja zawsze płacę,  kiedy jem kolację z kobietą.  Nieważne, kto 
zaprasza. - Sięgnął po portfel do tylnej kieszeni.
- Nie pozwolę ci...
- Niech już pani się zgodzi - doradził kelner.
- Słyszysz? - Daniel wyjął kilka banknotów. - Dziękuję. - Wcisnął je 
chłopakowi w dłoń i założył kurtkę. - Zadzwonię do ciebie. Telefon 
ma Maureen, prawda? - rzucił przez ramię i wybiegi z restauracji.
- Zawsze tak mówią - skomentował kelner na użytek Rose.
Tymczasem   Daniel   był   już   na   ulicy   i   rozglądał   się   nerwowo   w 
poszukiwaniu   taksówki.   Deszcz   ustał,   lecz   wiatr   był   przenikliwie 
zimny.  Zatrzymał  właśnie wysłużoną  limuzynę,  kiedy obok niego 
pojawiła się Rose. Była bez płaszcza.
-   Daniel,   ja   płacę   za   kolację!   -   Próbowała   wcisnąć   mu   w   garść 
pieniądze.
- Mowy nie ma! - Chwycił  ją za ramiona i odwrócił w kierunku 
drzwi. - Wracaj do środka, jest zimno.
- Bierzesz pan taksówkę, czy nie? - irytował się kierowca.
- Spoko - rzucił Daniel przez ramię.
- Licznik bije...
- Daj spokój, Daniel! - Rose uwolniła się z jego uścisku.
- Nie bądź taki staroświecki.
- No widzisz, właśnie taki jestem. - Spojrzał jej w twarz.
- Słuchaj, wiem, że mogłabyś mnie sprzedać i kupić ze dwa razy, ale 
pozwól mi zachować trochę godności i zostaw ten rachunek mnie, 
okay?
- Nie obchodzi mnie, ile pieniędzy zarobiłeś, a ile straciłeś. Nie w 
tym   rzecz.   Widzisz,   ja   naprawdę...   -   urwała   i   zamknęła   oczy 
zrezygnowana.
Przytulił ją szybko i zamruczał do jej ucha:
- Zapomnieliśmy o deserze - po czym pocałował ją, przeklinając w 
duchu Toma Petersona, który musiał zachorować akurat dziś. Gdyby 

background image

nie to, ten wieczór mógłby skończyć się całkiem inaczej.
Taksiarz zatrąbił, zrezygnowany Daniel zwiesił głowę.
- Idę, idę...
- Zgodzę się na twoją hojność pod jednym warunkiem.
- Rose przytrzymała go za łokieć.
- Jakim?
- Następnym razem ja coś ugotuję.
Tylko   przez   ułamek   sekundy   zastanawiał   się,   jakie   mogą   być 
następstwa takiej umowy. Jego ciało natomiast nie miało co do tego 
żadnych wątpliwości.
- W porządku.
- Następny wtorek, o tej samej porze?
- Masz to jak w banku.
- Zostawię ci adres na sekretarce.
- Tylko nie zapomnij.
 - Spokojna głowa. Dobranoc, Daniel.
- Panie, to pana kasa - taksiarz znów odsunął szybę - ale płacić za 
stanie przy gablocie na mokrym chodniku, to trochę bez sensu, no 
nie? A zresztą sam bym oświrował dla takiej babki.

Maureen   nie   nadużywała   zaufania,   jakim   obdarzył   ją   syn, 
powierzając   jej   klucze   do   swego   mieszkania.   Zrobił   to,   bowiem 
czasem,   gdy   przyjeżdżała   z   Brooklynu   na   Manhattan   po   zakupy, 
potrzebowała   jakiegoś   czystego   i   bezpiecznego   miejsca,   gdzie 
mogłaby   się   odświeżyć.   Chętnie   korzystała   z   możliwości 
sprawdzenia, jak radzi sobie jej jedynak, ale nigdy nie wściubiała 
nosa   do   szuflad,   nie   przeglądała   korespondenci   i   nie   próbowała 
dowiedzieć się więcej niż on sam był gotów jej powiedzieć. Do tej 
pory zresztą mówił jej wszystko, dopiero w zeszłym tygodniu stał się 
jakiś tajemniczy. Czysty przypadek zrządził, że odkryła dlaczego.
Tego dnia pojechała metrem do centrum na wyprzedaż u Macy'ego. 
Wracając, jak zwykle, wstąpiła do syna. Przygotowała sobie właśnie 
filiżankę   herbaty,   mającą   postawić   ją   na   nogi,   kiedy   zadzwonił 
telefon. Już miała odebrać, lecz z głośniczka przy telefonie usłyszała 
głos Daniela i przypomniała sobie o automatycznej sekretarce. Głos 
syna brzmiał tak oficjalnie, że ilekroć go słyszała, zawsze odkładała 

background image

słuchawkę. Pewnie ten, kto teraz dzwoni, zrobi to samo, myślała.
Połączenie nie zostało jednak przerwane.
Dzwoniła Rose Kingsford.
Tłumaczyła,   jak   do   niej   trafić,   przypominała,   że   ona   i   Daniel   są 
umówieni we wtorek o siódmej.
Maureen zakryła dłonią usta, zupełnie jakby dziewczyna po drugiej 
stronie kabla mogła usłyszeć jej radosny chichot. Kolacja w domu u 
Rose! Daniel nigdy dotąd nie posunął się tak daleko. Skoro kobieta 
gotuje kolację dla mężczyzny, to znaczy, że chce zaprezentować mu 
swoje   talenty   w   prowadzeniu   domu.   Nic   nie   mogło   jej   bardziej 
uradować.
Z   radości   odtańczyła   na   środku   pokoju   irlandzkiego   jiga.   Od 
pierwszej chwili poczuła sympatię do tej dziewczyny, a teraz proszę, 
romans się rozkręca!
Odnalazła plan miasta, wygrzebała okulary do czytania, odszukała 
apartament Rose. W porządku, mieszkała w dobrej dzielnicy.  Czy 
nie   warto   byłoby   zobaczyć   syna   idącego   do   niej   na   spotkanie? 
Ciekawe, czy kupi kwiaty. Jeśli kupi - to dobry znak.
To znak, że jej syn uderza w konkury.
Nareszcie!

Coś niedobrego wisiało w powietrzu, Bridget Kingsford była tego 
pewna.   We   wtorkowe   wieczory   Rose   wpadała   zazwyczaj,   by 
obejrzeć swój ulubiony program w telewizji, teraz zaś, już drugi raz z 
rzędu, odwołała wizytę, nie podając powodu. Intuicja podpowiadała 
Bridget,   że   może   mieć   to   związek   z   Danielem   O’Malley,   i   to 
napełniało ją zgrozą.
Córka mieszkała daleko, ale może jeśli wpadnie do niej - i to właśnie 
we wtorek wieczór - czegoś się dowie? Niechby tylko miała okazję 
pogadać chwilę z portierem, to już jej coś wytłumaczy. Bo przecież 
nie będzie siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy jej córka czyni 
starania, by począć nieślubne dziecko. I to z kim? Z synalkiem jej 
odwiecznej rywalki!
Prędzej zatańczy z diabłem na schodach katedry Świętego Patryka, 
niż do tego dopuści!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Rose   nie   umiała   gotować.   Zawsze   jednak   marzyła,   że   kiedyś   się 
nauczy. Nie wyobrażała sobie, że można być matką i nie umieć upiec 
czekoladowych  ciasteczek. To była  zresztą jedna z jej ulubionych 
fantazji   na   temat   macierzyństwa:   ciepła   kuchnia   wypełniona 
aromatem   piekącego   się   ciasta,   małe   dziecko   formuje   swymi 
grubymi   paluszkami   słodkie   kuleczki   i   ostrożnie   układa   je   na 
blasze... Ech, szczęście...
Oczywiście   akurat   dzisiaj   nie   miała   czasu,   by   pobawić   się   w 
kucharzenie. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wtorkowa 
sesja   zdjęciowa   przeciągnęła   się   i   plan   spokojnego   gotowania 
nawalił.   Ze   zdenerwowania   Rose   zacięła   się   nawet   w   palec,   a 
opatrzenie rany zabrało jej kolejnych kilka minut.
Spojrzała na zegarek. Spodziewała się Daniela za trzy kwadranse. 
Zgodnie z przepisem stew powinien gotować się dobre dwie godziny, 
a   ona   musiała   jeszcze   przecież   podsmażyć   mięso.   Dzięki   Bogu, 
kupiła   wcześniej   butelkę   przyzwoitego   cabemeta,   która   pozwoli 
wypełnić tę godzinę oczekiwania na potrawę. Żeby jednak zdążyć, 
musiała   włożyć   wszystko   do   garnka   w   ciągu   najbliższych   pięciu 
minut.
Bluzkę   i   dżinsy   miała   wybrudzone   mąką,   jej   oczy   łzawiły   od 
krojonej cebuli.
- O słodki Jezu, o Panienko Święta, o Józefie... - powtórzyła słowa 
matki, które padały zwykle w chwilach zdziwienia, przerażenia bądź 
gniewu.
Byle tylko zdążyć wstawić potrawę na gaz, wziąć prysznic, przebrać 
się i odkorkować butelkę przed przyjściem Daniela.
Przy winie, w trakcie rozmowy, nie zauważy nawet, że kolacja jest 
spóźniona.
- Do przygotowania stew - zaczęła czytać na głos przepis z „Kuchni 
irlandzkiej" - będą ci potrzebne ziemniaki, mięso, marchew, pęczek 
pietruszki, seler, liście laurowe, tymianek w małej torebce...
Tymianek   w   torebce?   To   bez   sensu.   Miała   przyprawy   w 
papierowych torebkach, ale przecież papier rozleci się w potrawie. 
To   wiedziała   nawet   ona.   A   plastikowy   woreczek   się   roztopi.   Co 
robić?

background image

Zaczęła biegać po mieszkaniu, szukając natchnienia. Już miała nawet 
sięgać po słuchawkę telefonu,  lecz  w porę uświadomiła  sobie, że 
lepiej nie wtajemniczać  matki  w kulisy tego spotkania. I w samo 
spotkanie w ogóle
Gdy znalazła się w sypialni, ujrzała rozbebeszoną komodę, w której 
rano szukała w pośpiechu czystej bielizny, i doznała olśnienia.
Nylon! Na pewno ani się nie rozpadnie, ani nie rozpuści.
Znalazła nowe pończochy z błyszczącą nitką, zawahała się chwilę, 
lecz   uznawszy,   że  błyskotki  nie   będą  miały  znaczenia  dla   smaku 
potrawy, śmiało oderwała koniec jednej nogawki i upchnęła w niej 
przyprawy.   Zadowolona   z   siebie,   zawiązała   koniec   woreczka   i 
wrzuciła go do garnka.
-   No,   gotuj   się   szybko   -   rozkazała   i   odkręciła   pełny   gaz.   Teraz 
zostało jej dziewięć minut, żeby doprowadzić się do ładu. Rzuciła się 
do sypialni - i w tym samym momencie zabrzęczał domofon. A więc 
stało   się   to,   co   musiało   się   stać.   Zabrakło   jej   czasu.   Podniosła 
słuchawkę.
- Tak?
- Jest tu pan Daniel O’Malley, chce się z panią zobaczyć - odezwał 
się   Jimmy,   portier,   który   wieczorami   sprawował   nadzór   nad 
budynkiem. - Mam go wpuścić?
Rose spojrzała na swoje uwalane mąką ciuchy, dotknęła tłustą dłonią 
zmierzwionych włosów. Potrzebowała przynajmniej kwadransa, by 
stać się słodką, kuszącą Rose Kingsford. Jeśli jednak każe Danielowi 
czekać na dole, posądzi ją o próżność i sztywniactwo. I będzie miał 
rację. Przyszedł wprawdzie kilka minut za wcześnie, ale co z tego? 
To   nie   spotkanie   biznesowe,   a   romantyczna   kolacja,   nie   biuro,   a 
prywatne mieszkanie.
A swoją drogą, czy nie przyszedł za wcześnie z premedytacją?
-  Jasne,   proszę   wpuścić   go  na  górę  -  zadecydowała.   Pobiegła   po 
kartkę, nagryzmoliła zaproszenie do środka, przypięła na drzwiach 
od   zewnątrz.   Wino!   Powinna   jeszcze   je   odkorkować   i   postawić 
kieliszek, by mógł sobie nalać, podczas gdy ona będzie brała tusz, 
ubierała się i robiła makijaż.
Otworzyła   szufladę,   w   której   zazwyczaj   znajdował   się   korkociąg. 
Zazwyczaj,   ale   nie   teraz.   Były   nożyczki,   kupony   konkursowe   z 

background image

gotowych   dań   do   mikrofalówki,   korki   po   szczególnie   dobrych 
winach wypitych z przyjaciółmi, zasuszone płatki róży otrzymanej 
od   matki   na   ostatnie   urodziny,   wykałaczki,   zapałki,   wizytówki   z 
nazwami  nowojorskich  restauracji,  które   do tej   pory odwiedziła   - 
wszystko, ale nie korkociąg.
Straciła już wszelką nadzieję, gdy spojrzała odruchowo na blat, na 
którym stała butelka. Korkociąg leżał obok.
- No! Mam cię wreszcie, mój śliczny!
Chwyciła nóż, odcięła osłonę, wkręciła korkociąg. Pociągnęła z całej 
siły, ale korek ani drgnął,
-   Wyłaź,   no   wyłaź,   ty   diabelskie   nasienie!   -   Chwyciła   butelkę 
pomiędzy nogi i szarpnęła raz jeszcze.
- Rose? Nie powinnaś zostawiać otwartych drzwi - usłyszała tuż nad 
uchem.
Wrzasnęła ze strachu, w tej samej chwili korek wyskoczył z głośnym 
puknięciem   i   gdyby   Daniel   nie   stał   tuż   obok,   butelka   upadłaby 
pewnie   na   podłogę.   Nie   upadła.   Rozlała   się   jednak,   plamiąc 
przyniesiony przez niego bukiecik fiołków oraz jego skórzane buty.
Rose natychmiast pobiegła do kuchni po gąbkę.
- Nie ruszaj się! - nakazała i uklękła, by wytrzeć plamę.
- Hej, nie przejmuj się, nic się nie stało!
- To doskonała skóra, znam się na tym. Nie chcę, żeby został ślad. - 
Zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć i co zrobić. Była zmieszana 
jak nigdy dotąd.
- Naprawdę wszystko w porządku - powtórzył i delikatnie postawił ją 
na nogi.
- Wcale nie. - Wyobraziła sobie, jak musi prezentować się w jego 
oczach: wytytłana w mące, w brudnej bluzce, rozmazanym makijażu. 
Westchnęła ciężko i kiwnęła głową w stronę kuchni. - Gotowałam. 
To katastrofa. Lepiej tam nie zaglądaj. Może w ogóle byś zamknął 
oczy na piętnaście minut?
Daniel uśmiechnął  się, lecz jego brązowe oczy spoglądały na nią 
poważnie.
- Jeśli nadal będziesz zostawiać otwarte drzwi, może przydarzyć się 
coś dużo gorszego.
- Nie chciałam, żebyś czekał...

background image

Wciąż trzymał ją mocno za ramiona, a to przeszkadzało jej myśleć. 
Czuła zapach jego wody toaletowej i ciepło dłoni przenikające przez 
cienki materiał bluzki.
- Ja... za chwileczkę będę z powrotem.
- Zostawiłaś  na drzwiach zaproszenie dla mnie. a przy okazji dla 
każdego obwiesia, który mógł się tutaj przyplątać. Nie można tak 
robić, Rose.
Do licha, nie dość, że nic nie układało się zgodnie z planem, to teraz 
musiała jeszcze wysłuchać kazania od mężczyzny, dla którego tak 
się   starała   i   którego   zamierzała   w   sobie   rozkochać.   Rozkochać? 
Przecież chciała tylko go uwieść, wykorzystać. Dziecko, chodziło o 
dziecko...
Nie,   to   było   ponad   jej   siły.   Może   inne   nadają   się   do   takich 
wyczynów, ale nie ona.
- Niech więc mnie pan aresztuje, panie policjancie, za karygodne 
zaniedbanie - powiedziała ze złością i odwróciła twarz, by nie dojrzał 
łez, które pojawiły się nie wiedzieć czemu w jej oczach.
- Aresztuje...? Hej, Rose, nie becz - zakłopotał się. - Do diabła z tym 
wszystkim!   -   Przygarnął   ją   do   siebie.   -   Z   całą   tą   mąką,   i   z   tym 
wszystkim...
- Daniel, nie! Cała jestem...
- Zauważyłem. - Przycisnął wargi do jej ust.
Rose od razu poprawił się nastrój. Zniknął niepokój o rezultat jej 
kulinarnych starań, o wygląd, o miłe przyjęcie. Nerwy spłynęły po 
niej niczym to rozlane wino po butach Daniela.
Oderwał delikatnie usta od jej ust.
- Przepraszam, że cię ochrzaniłem.
- Pewnie miałeś rację.
-   No   tak,   ale   powinienem   wziąć   również   pod   uwagę,   że 
przygotowanie kolacji to praca, która wykańcza psychicznie i robi 
człowieka drażliwym jak cholera. Wiem coś o tym. - Roześmiał się 
cicho i zaczął masować dłońmi jej plecy. Miało to ją chyba uspokoić, 
ale działało na nią raczej pobudzająco.
-   Nie   jestem   najlepszą   kucharką   -   przyznała   z   bolesnym 
westchnieniem. - Co innego moja matka. Powinnam się czegoś od 
niej nauczyć, ale na razie...

background image

-   To   nic   strasznego   -   uśmiechnął   się   -   a   mówisz   to   tak,   jakbyś 
spowiadała   się   z   serii   zabójstw.   Czy   to   grzech,   że   nie   lubisz 
gotować?
- Zgodnie z tradycją, w której zostałam wychowana - a ty pewnie też 
- to jest grzech. Sam zresztą powiedziałeś, że jesteś staroświecki.
- Posłuchaj, Rose, jeśli uważasz, że oczekuję od wszystkich kobiet, 
że będą takie jak moja matka, to jesteś w błędzie. Mogę sobie być 
typowym irlandzkim gliną, ale innym stereotypom nie odpowiadam.
- Przecież tak się upierałeś, żeby zapłacić za kolację.
- To całkiem inna para kaloszy. Zapłaciłem za nią, bo nie zamierzam 
być twoim chłopczykiem, zabawką, rozumiesz?
- Wielkie nieba! Nigdy nie zamierzałam...
- Może i nie. - Przestał masować jej plecy i spojrzał wymownie. - 
Ale nie oszukujmy się, zajmujesz trochę wyższą pozycję ode mnie. 
Chciałbym,  żeby to było jasne od samego początku: zawsze będę 
płacił za siebie. Nie zapraszaj mnie więc na weekend na Hawaje, bo 
mnie na to nie stać.
Zachichotała i odgięła się w tył w jego ramionach.
- Spokojnie, Daniel. Nie w tym tygodniu, zgoda?
- Dzięki - odparł z kwaśną miną.
- No, nie obrażaj się - spoważniała. - Jeśli chcesz wiedzieć, to wcale 
nie   jeżdżę   na   wakacje   w   tropiki.   Jeśli   tam   trafiam,   to   w   ramach 
pracy. Ja naprawdę jestem normalną dziewczyną. - Wysunęła się z 
objęć Daniela i chwyciła go za rękę. - Chodź, pokażę ci, jak spędzam 
wolny czas i na co wydaję pieniądze.
- Jeżeli to niezgodne z prawem, to wolę o tym nie wiedzieć.
Roześmiała się i poprowadziła go do pracowni.
-   Masz   spaczone   poglądy   na   to,   co   robią   ludzie   o   pokaźnych 
dochodach, glino.
- Glino z Nowego Jorku - uściślił i dumnie zadarł głowę. Przeszli do 
pracowni.   Daniel   z   zaciekawieniem   zaczął   przyglądać   się   jej 
rysunkom   rozłożonym   na   desce   kreślarskiej,   a   Rose   uświadomiła 
sobie ze zdziwieniem, że zależy jej na tym, by mu się spodobały.
- Daj kurtkę, powieszę ją, a ty zajmij się rewizją - zaproponowała.
 Zdjął czarną skórę i mogła teraz podziwiać, jak wspaniale elegancka 
koszula   podkreśla   piękną   strukturę   jego   torsu.   Palce   same   miały 

background image

ochotę porozpinać te guziki, sprawdzić, co znajduje się pod spodem.
- Nie krępuj się - dodała i wykonała gest ogarniający cały pokój. - 
Zaraz wracam.
Gdy   wróciła,   Daniel   wciąż   oglądał   jej   szkice.   Nad   niektórymi 
chichotał,   raz   nawet   roześmiał   się   w   głos.   Sprawiło   jej   to 
przyjemność. Czując, że są znacznie bliżej celu niż pięć minut temu, 
podeszła do niego pewniejszym krokiem.
Odwrócił się i spojrzał z nieskrywanym podziwem na jej rozkołysane 
biodra.
- To jest doskonałe, Rose. Znacznie lepsze niż te w „Timesie".
- Jak do tej pory nikt nie podziela twojego poglądu, ale udało mi 
sieje sprzedać do kilku lokalnych gazet.
-   Poważnie?   Moje   gratulacje.   -   Odwrócił   się   do   stołu.   -   Nie 
potrzebuję   pytać,   skąd   czerpiesz   inspiracje.   Wysłuchujesz   pewnie 
wielu irlandzkich pogaduszek.
- Uważasz, że utrafiłam w ten klimat?
- Jeszcze jak! Na przykład ten St. Paddy... Zupełnie jakbym słyszał 
własnego ojca. A te ich riposty - tak właśnie matka zwracała się do 
taty.
- Moja babka też mówiła w ten sposób. Odwiedziłam ją w zeszłym 
roku, kiedy robiliśmy w Irlandii zdjęcia do kalendarza.
- Kalendarz z Irlandią? Nie widziałem takiego.
- Zbierasz kalendarze? - zdziwiła się.
-   W   zeszłym   tygodniu   przeglądałem   magazyny   o   modzie   i 
kalendarze z modelkami. To moja odpowiedź na twoje podchody z 
lornetką.
- Rozumiem - uśmiechnęła się lekko. - Może ten kalendarz wyjdzie 
w przyszłym roku. To nawet nie byłoby złe.
Przyda   się   honorarium,   kiedy   spadną   moje   dochody.   Niedługo 
zamierzam się wycofać.
- Zadziwiasz mnie. Odłożyłaś już tyle, żeby iść na emeryturę?
-   Nie   chodzi   mi   o   emeryturę.   Chciałabym   utrzymywać   się   z 
rysowania.
- A ja myślałem, że jesteś kobietą, która nade wszystko przedkłada... 
- przerwał na chwilę - relacje z innymi ludźmi.
- Nie to miałeś na myśli.

background image

- Bo trudno to wyrazić.
-   Zostawmy   więc   ten   problem.   -   Przysunęła   się   do   niego   bliżej. 
Powinna przybliżać się do celu, a takie rozmowy...
- Niekoniecznie. - Odsunął się nieco i zajrzał jej w oczy.
-   Jestem   dociekliwy.   Jesteś   intrygującą   kobietą,   Rose.   Znacznie 
głębszą niż podejrzewałem.
- Hm, czy to komplement?
-   Oczywiście,   że   tak.   Jesteś   ambitna,   zdolna,   wrażliwa.   Ale   też 
sprytna,   konkretna   i   zdecydowana   -   nigdy   nie   pozwolisz,   żeby 
emocje przeszkodziły ci w realizacji mistrzowskiego planu.
- Czy to źle?
- Tego nie powiedziałem. Ja postępuję tak samo. Pozwoliła, by jego 
ciemne oczy zawładnęły nią całkowicie.
Nie mogła się powstrzymać, rozpięła górny guzik jego koszuli.
- W takim razie znaleźliśmy się w doskonałej sytuacji
- zamruczała.
- Na to wygląda.
- To dobrze, że się zgadzamy. - Odpięła następny guzik.
- A co z kolacją? Jeszcze jeden guzik.
- Musi się dogotować.
Daniel przybliżył usta do jej warg.
- To najlepsza wiadomość dzisiejszego wieczoru.
 
Maureen zamierzała tylko zobaczyć przez okno taksówki, jak Daniel 
wchodzi do domu Rose, a potem wracać do siebie. Kiedy jednak 
zniknął w drzwiach, nie mogła tak po prostu odjechać. Miały się oto 
przecież  spełnić  wszystkie  jej  marzenia  i  chciała  nacieszyć  się   tą 
chwilą.
- Proszę zajechać od frontu - zwróciła się do kierowcy. - Wysiadam.
- Mam na panią zaczekać?
- Nie, dziękuję. - Odliczyła należną kwotę, dodała napiwek i wsunęła 
pieniądze w specjalny otwór w plastikowej przegrodzie oddzielającej 
przednie   i   tylne   siedzenia.   -   Wezwę   inną   taksówkę,   jeśli   zajdzie 
potrzeba.
Wysiadła  przed głównym  wejściem i postała chwilę na chodniku, 
spoglądając na rzędy oświetlonych okien nad głową. Gdyby tylko 

background image

wiedziała, które z nich należy do Rose Kingsford. Choć pewnie taka 
piękna modelka ma mieszkanie, którego okna nie wychodzą na ulicę.
Zimna kropla deszczu trafiła ją w oko, potem spadła druga. Maureen 
otworzyła   torebkę   i   wyjęła   składany   czepek   przeciwdeszczowy   z 
cienkiej folii. Troskliwie osłoniła nim włosy, mając nadzieję, że to 
wystarczająca ochrona.
Padało jednak coraz gęściej, jakby dobry Bóg miał zamiar ją utopić i 
ukarać za wścibstwo. Niebawem stała już w kałuży. Nie było rady - 
trzeba było wejść do budynku.
Pchnęła obrotowe drzwi i zatrzymała się, mrużąc oczy. Wnętrze było 
tu   niezwykle   jasne.   U   sufitu   zwisał   kryształowy   żyrandol,   na 
wytapetowanych ścianach powieszono dwa miłe dla oka obrazy, pod 
ścianami   ustawiono   kwiaty.   Dwa   krzesła   z   obiciami   w   kolorze 
burgunda stały przy małym stoliku. Maureen zastanawiała się przez 
chwilę, czy można na nich usiąść, kiedy jej rozmyślania przerwał 
głos portiera.
- W czym mogę pomóc, madam?
- Ja... hm... miałam się z kimś spotkać. - Rozwiązała troczki czepka. 
- Pewnie coś musiało ją zatrzymać. Chciałabym schronić się tu przed 
deszczem. Jak panu na imię, młodzieńcze?
- Jimmy, madam. Mam zamówić dla pani taksówkę?
Myślała o tym. Nie znosiła być z dala od centrum wydarzeń, ale z 
drugiej strony dłuższe pozostawanie w tym budynku mogło okazać 
się kłopotliwe.
- Jeszcze nie w tej chwili. Poczekam trochę, Jimmy. A jeśli moja 
znajoma nie przyjdzie, będę zobowiązana za wezwanie taksówki.
- W porządku, proszę pani. - Jimmy uśmiechnął się uprzejmie, czuła, 
że   powinna   porozmawiać   z   portierem,   żeby   przypadkiem   nie 
przyszło   mu   do   głowy,   że   ma   do   czynienia   z   jakąś   bezdomną. 
Zauważyła, że rozłożył na biurku książkę, podeszła bliżej.
- Wygląda, jakbyś czegoś się uczył.
- Taak... Jutro mam egzamin z ekonomii.
- Ekonomista. - Pokiwała głową. - To niezły zawód. Mój syn, Daniel, 
zdecydował się na akademię policyjną. Patroluje konno ulice.
- Ach tak... - przerwał nagle i spojrzał ponad jej ramieniem. - A, 
dobry wieczór, witam, pani Kingsford!

background image

- Dobry wieczór, Jimmy! - odpowiedziała na pozdrowienie kobieta, 
która   właśnie   weszła   do   holu   i   za   plecami   Maureen   poszła   w 
kierunku windy.
Pani Kingsford?
A więc to musi być matka Rose! Przyszła teściowa Daniela!
Maureen   O’Malley   poczuła   dreszczyk   podniecenia.   Irlandzkie 
szczęście nie opuszczało jej tego wieczora. Wiele można powiedzieć 
o  dziewczynie,   patrząc   na   jej   matkę.   Teraz   mogła   ją  poznać,   nie 
ujawniając nawet, że jest matką narzeczonego. Przywołała na twarz 
swój najpiękniejszy uśmiech, odwróciła się i zamarła,
- To ty! - krzyknęła z przerażeniem.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Serca   Daniela   waliło   jak   oszalałe.   Rose   przytuliła   się   do   niego, 
rozchyliła kusząco wargi. Nigdy dotąd nie otrzymał tak wspaniałego 
zaproszenia i teraz gotów był natychmiast z niego skorzystać. Chciał 
jej dotykać, wejść w nią, posiąść w najbardziej intymny sposób. Nie 
pamiętał, żeby wyciągał bluzkę z jej spodni, lecz musiał to przecież 
zrobić, bo oto pieścił już jej gorącą, jedwabistą skórę.
Westchnął. Nie nosiła nic pod koszulką. Czuł w dłoniach rozkoszny 
ciężar szczupłych piersi Rose i myślał, że jeśli po coś się urodził, to 
po to,  by  pieścić  ją w   ten  sposób. Drżała   i  dyszała,   była   równie 
przerażona gwałtownością własną, co Daniela. Zdjęła mu koszulę i 
pociągnęła dłońmi po jego plecach. Daniel jęknął, wtulił głowę w 
szyję   dziewczyny,   poczuł   upajającą   woń   wody   kwiatowej   i...   coś 
jeszcze.
Coś jakby swąd spalenizny.
Nie   przyjął   tego   do   wiadomości.   Usta   Rose   Kingsford   miały 
niebiański smak, wzmagały apetyt na resztę tego chętnego ciała. Nie 
chciał, żeby cokolwiek mu przeszkadzało. Jaka spalenizna? To na 
pewno tylko omam...
Ale nie było wątpliwości. Coś się paliło.
Oderwał usta od jej ust.
- Chyba... coś stało się w kuchni.
Rose otworzyła zielone oczy. Zajrzał w nie i znów wszystko inne 
przestało go obchodzić.
- A może mi się zdawało... - Przyciągnął na powrót jej głowę.
 - Nie! - Rose wyślizgnęła się z objęć Daniela i wybiegła z pokoju. - 
Coś naprawdę się pali!
Daniel   wpadł   za   nią   do   kuchni.   Stała,   kaszląc,   nad   otwartym 
garnkiem, gęsty dym spowijał kuchnię.
- Nasza kolacja! - jęknęła, po czym chwyciła przez grubą rękawicę 
dymiące naczynie i upuściła je z hukiem do zlewu. - Wszystko na 
nic!
- Zawsze możemy gdzieś pójść.
-   Nie   chcę   nigdzie   iść!   Chciałam   przygotować   miły,   domowy 
posiłek!   - Uniosła  pokrywkę,   buchnęło  dymem  jeszcze  obficiej.  - 
Zobacz! - zdumiała się nagle. - To... to... To błyszczy!

background image

- Błyszczy?  - Jako policjant Daniel był już świadkiem niejednego 
zdarzenia,   lecz   nigdy   nie   spotkał   się   z   tym,   żeby   błyszczało 
przypalone stew.
Podszedł   bliżej   i   przyjrzał   się   zawartości   naczynia.   W   brunatnej 
bezkształtnej   masie   pływały   srebrne   nitki.   Zmieszany   spojrzał   na 
Rose.
- Niczego nie zamierzam ci tłumaczyć. - Sięgnęła po pokrywkę.
Zachichotał i chwycił ją w ramiona.
- Ale ja żądam wyjaśnień: skąd się tu wzięły te srebrne nitki?
-   Z   moich   pończoch.   -   Rose   spuściła   głowę.   Daniel   wybuchnął 
szczerym śmiechem.
- Rose, skąd wzięłaś ten przepis?
- No, dalej, natrząsaj się ze mnie. Mówiłam ci, że nie jestem dobrą 
kucharką. Ale przynajmniej próbowałam.
- Jasne - opanował śmiech. - Doceniam te starania i przepraszam, że 
się śmiałem. Ale jeśli mi nie wyjaśnisz, co twoja bielizna robiła w 
garnku, skręci mnie z ciekawości. Miej trochę litości, Rose.
- Przyrzekasz, że nie będziesz się śmiał?
- Przyrzekam.
- Upchnęłam w stopie trochę przypraw.
- Trochę? Musiałaś chyba władować w to pół kilo tymianku!
- Daniel! Obiecałeś!
- W porządku - zacisnął wargi, by się nie roześmiać, i spojrzał w 
sufit. - Po prostu były to pończochy ze srebrną nitką, tak?
- Nie przypuszczałam, że wyjdą na wierzch!
-   Oczywiście,   że   nie.   Kto   mógł   przypuszczać?   Przyglądał   się 
dziewczynie,   tłumiąc  śmiech.   Oto jedna z  nowojorskich  modelek, 
utalentowana   rysowniczka,   bystra   bizneswoman,   namiętna 
kochanka... i osoba tak słodko, tak kompletnie bezradna w kuchni! 
Ta bezradna osoba usiłowała ugotować dla niego coś, co miało być 
irlandzkim  stew.  Nawet nie wiedziała, jak bardzo mu to pochlebia. 
Cisnęła rękawice na blat.
- Oczywiście, jak zwykle wszystko schrzaniłam!
- Wcale nie. - Zbliżył się do niej i ponownie wziął ją w ramiona. - 
Jest uroczo. I zapowiada się wspaniała noc.
- Daniel, bądź poważny. Uroczo?

background image

- Mówię serio.
- Nieprawda. Kiedy wszedłeś, byłam utytłana mąką. Zgniotłam twój 
bukiet, wylałam wino na buty, wsadziłam do garnka pończochy...
-   A   wszystko   dlatego,   że   usiłowałaś   zrobić   wrażenie   na   takim 
przeciętnym   facecie,   jak   ja.   Wiesz,   Rose,   jak   się   czuję   z   tego 
powodu? Czuję się wyróżniony.
- Tak?
- Tak!
Przyciągnął ją do siebie, zetknęli się biodrami. Oczy Rose ponownie 
zaszły mgłą.
- Zaprosiłam cię wprawdzie na kolację, ale... ale może to nie był 
jedyny powód.
- Pozwól mi na brutalną szczerość. Nie dbam o tę przeklętą kolację. 
Nie przyszedłem tu, żeby napchać żołądek. Nie obchodzi mnie, czy 
umiesz gotować, czy nie.
- Mhm - przytuliła się do niego zmysłowo - ale ja i tak mam zamiar 
być dobrą gospodynią. I dobrą kochanką... - Spojrzała na niego tym 
swoim spojrzeniem, od którego krew zaczynała szybciej pulsować w 
jego żyłach.
Daniel przylgnął do jej warg, a ona oddała skwapliwie pocałunek. 
Ruszyli w stronę salonu. Rose zrzuciła buty, Daniel rozpiął pasek.
I właśnie wtedy zabrzęczał domofon.
- To nic... Nie zwracaj uwagi. - Rose podniosła ręce, by łatwiej było 
pozbyć się spódnicy.
- Cholerne domy z ochroną. - Daniel odrzucił koszulę na bok.
Jednak natrętne urządzenie wciąż brzęczało, a gdy nie reagowali, po 
chwili rozdzwonił się telefon.
- Mam automatyczną sekretarkę...
- Dzięki niech będą Bogu za automatyczne sekretarki. Rose, jesteś 
taka piękna...
- Dla ciebie. - Wsunęła się w jego objęcia.
-   Panno   Kingsford!   -   odezwał   się   nagle   męski   głos   z   głośniczka 
sekretarki - chyba powinna pani zejść na dół...
Oboje zamarli w bezruchu.
- ...bo pani matka uprawia właśnie zapasy z jakąś kobietą o imieniu 
Maureen - dokończył Jimmy i się rozłączył.

background image

- O mój Boże! - Rose zaczęła natychmiast szukać spódnicy, a gdy ją 
znalazła, wbiła się w nią i ruszyła do drzwi.
- Rose? - Daniel był nieco zdezorientowany.
- Zapnij pasek i chodź ze mną - powiedziała, wpychając mu koszulę 
w spodnie. - pozapinaj się.
- Nie masz butów.
-   Racja.   -   Wsunęła   pantofle,   porwała   klucze   ze   stołu,   z   ręką   na 
klamce obejrzała się za siebie. - Idziesz?
Uporał się szybko z paskiem i ruszył za nią.
- Cholera, nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że wiesz, o co tutaj 
chodzi.
- Powiem ci  w windzie.  Nie ma  czasu do stracenia.  Moja matka 
chodzi na siłownię i może twojej zrobić krzywdę.
- Mojej matce?  Krzywdę?  - Daniel puścił się pędem do windy.  - 
Czemu przypuszczasz, że moja matka szarpie się na dole z twoją? 
Skąd by się tu wzięła?
- Wydaje mi się, że one się znały.  Jeszcze w Irlandii - oznajmiła 
grobowym głosem Rose, czekając na windę.
Daniel milczał przez chwilę.
- Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  twoja matka   to  Bridget  Mary 
Hogan. Nie uwierzę.
- Może przekonasz się na dole. No, co jest? - Stuknęła dłonią w 
przycisk na ścianie. - Gdzie jest ta cholerna winda?!
- O rany... - Daniel nie mógł otrząsnąć się z zaskoczenia. - Bridget 
Mary   Hogan?   Ta   dwulicowa   baba,   której   machlojki   odebrały 
Maureen koronę Róży z Tralee?
Rose spojrzała krzywo na towarzysza.
- Licz się ze słowami. Bo będę musiała ci powiedzieć, że Maureen 
jest złośliwą  plotkarą  o twarzy owcy,  która podstępnie  pozbawiła 
Bridget tego wyróżnienia.
Winda   wreszcie   przyjechała.   Rose   weszła   do   środka,   lecz   Daniel 
wciąż stał na korytarzu niczym wrośnięty w ziemię.
- Nie. To nie mogło się zdarzyć...
-   Posłuchaj,   właź   szybko   do   tej   przeklętej   windy,   bo   na   dole 
przydadzą się twoje mięśnie.
-   Ale   Bridget   Hogan   nie   żyje!   Rzuciła   się   w   przepaść   dręczona 

background image

wyrzutami sumienia z powodu tego, co zrobiła.
- Podobnie jak twoja matka skoczyła pod pędzący pociąg.
Daniel, zapnij proszę koszulę. Moja matka lubi się oszukiwać, że 
wciąż jestem dziewicą.
Zrobił, o co prosiła, lecz jego ruchy były powolne i niezgrabne jak u 
robota albo człowieka odurzonego alkoholem.
-   Czego   jeszcze   powinienem   się   dowiedzieć,   żeby   ostatecznie 
zwariować? - zapytał.
Tego,   że   chcę,   abyś   został   ojcem   mojego   dziecka,   odparła   w 
myślach, jednak na głos powiedziała co innego:
-   Moja   matka   była   w   herbaciarni   w   czasie   naszego   pierwszego 
spotkania. W przebraniu. To ona naciskała, żebym zgodziła się na 
rendez vous z Maureen.
- A czy moja matka zdawała sobie sprawę, czyją jesteś córką?
-   Nie.   -   Rose   zaczerpnęła   powietrza,   gdyż   winda   właśnie   się 
zatrzymała. - Zresztą nie wiem. Może coś podejrzewała.
Drzwi rozsunęły się niczym kurtyna w teatrze, a scena, którą ujrzeli, 
była gwałtowna i pełna przemocy. Maureen i Bridget tarzały się po 
podłodze,   wydając   niezrozumiałe   wrzaski.   Pojedynek   był   bardziej 
wyrównany niż można  się było spodziewać. Bridget była  zwinna, 
lecz Maureen górowała nad nią wagą. Z kolei ciasna odzież matki 
Daniela   krępowała   jej   ruchy,   podczas   gdy   strój   matki   Rose 
zapewniał   większą   swobodę.   Dokoła   nich   niczym   sędzia   krążył 
Jimmy. Jedno z krzeseł było przewrócone, dekoracja ze sztucznych 
kwiatów roztrzaskana w drobny mak.
Daniel był przerażony, lecz momentalnie przyszedł do siebie.
- Rozdzielę je. Niech każde zajmie się swoją mamuśką. Jeśli nie dasz 
rady, ten chłopak ci pomoże.
- Okay.
Rose z ufnością patrzyła, jak jej gość przystępuje do tego trudnego 
zadania. Kiedy but Bridget trafił go w żołądek, skrzywiła się nieco. 
Trochę niżej, a ten wyszkolony policjant zostałby wyłączony z akcji.
-   W   porządku,   drogie   panie!   -   odezwał   się   głosem   człowieka 
nawykłego do wydawania poleceń. - Może zrobimy małą przerwę?
- To mój Daniel! - zawołała Maureen. - Danielu, zabierz ode mnie tę 
wariatkę!

background image

- Mamo, to ty leżysz na niej. - Postawił obie kobiety na nogi, wcisnął 
się pomiędzy nie. - Rose? Jimmy? Możecie mi pomóc?
Rose natychmiast podbiegła do Bridget.
- Chodź, mamusiu. - Pociągnęła ją za rękę, lecz Bridget zaparła się i 
nie dała odsunąć na bok.
-   Maureen   Fiona,   jesteś   zwykłą   rajfurką!   -   wrzasnęła   w   stronę 
rywalki.
- Tak? Wiedz Bridget, że mój Daniel poślubi raczej kaczkę z Central 
Parku niż twoją córusię!
- W porządku, moje panie, proszę się cofnąć do swoich narożników. 
- Daniel opasał matkę ramionami i odsunął na bok.
Rose z kolei przytrzymała swoją i szepnęła jej do ucha:
- Mamo! Co ty, u diabła, tutaj robisz?
- Co ja robię?  Ośmielasz  się o coś  mnie  oskarżać,  młoda  damo? 
Popatrz lepiej na siebie! Masz zaczerwienione policzki. Całowałaś 
się!
Rose ściszyła głos.
- Na Boga, mam już trzydzieści lat.
- Wystarczająco dużo, żeby mieć rozum i nie uganiać się za typami 
pokroju synalka Maureen Keegan!
- Uważaj, Bridget! Wszystko słyszałam! - wydarła się Maureen z 
drugiego końca holu. - Nikt nie będzie znieważał mojego Daniela!
- Spokojnie, mamusiu. Nie teraz - uspokajał matkę Daniel. - Rose! - 
zawołał - sądzę, że musimy zamówić dwie taksówki.
- Zaraz zadzwonię. - Spojrzała na Jimmy'iego. - Trzymasz ją?
- Tak. - Chłopak był bardzo przejęty. - Panno Kingsford. nie wiem, 
co właściciele powiedzą na ten bałagan.
- Nie martw się. Zaświadczę, że to nie twoja wina. Nie miałeś szans, 
żeby   tego   uniknąć.   -   Wykręciła   numer   radio   taxi.   -   Moja   mama 
pokryje koszty...
- Ja?! - wrzasnęła Bridget. - A co z nią? Zawsze umiała się wywinąć. 
Naopowiadała sędziom tych koszmarnych kłamstw i...
- A ty specjalnie spaliłaś mi twarz! - Szarpnęła się Maureen. - No, 
puść mnie, Danielu! Czy pozwolisz, żeby w ten sposób mówiła do 
twojej matki?
- Puszczę cię, mamo. I zadzwonię po oddziały specjalne, jeśli nie 

background image

przestaniecie!
- Spokojnie, Daniel. Taksówki już jadą - Rose próbowała załagodzić 
sytuację. - O, już są!
- Świetnie. Idziemy.
-   Twoja   kurtka.   -   Rose   przypomniała   sobie,   że   zostawił   ją   w   jej 
mieszkaniu.
-   Odbiorę   innym   razem.   -   Spojrzał   na   nią   przelotnie   i   zniknął   z 
naburmuszoną matką za obrotowymi drzwiami.
Rose tylko odrobinę ucieszyła się z tej ostatniej uwagi. Odebranie 
kurtki przy okazji spotkania w bliżej nieokreślonej przyszłości to nie 
to samo, co obietnica kontynuowania znajomości. A przecież trudno 
było   sobie   wyobrazić,   żeby   po   tym   wszystkim   Daniel   O’Malley 
nadal miał na to ochotę.
- Wyszła. Już możesz mnie puścić, Jimmy - odezwała się Bridget 
nieoczekiwanie spokojnym głosem.
Rose zwróciła się do niej z gniewną miną.
- Mamo, jak mogłaś! I w ogóle co ty tutaj robisz, szpiegujesz mnie?
- Sprawdzałam po prostu, czy jesteś w domu. - Nawet z oberwanym 
rękawem płaszcza przeciwdeszczowego i w rozdartych  na kolanie 
spodniach Bridget potrafiła zachowywać się wyniośle. - Udało mi się 
zdobyć  bilety do Kennedy Center na koncert poświęcony pamięci 
tego   muzyka   jazzowego,   którego   tak   lubisz.   Chciałam   ci   o   tym 
powiedzieć, a że byłam w pobliżu...
- Gadka szmatka...
- Rose, twój język jest nie na miejscu.
- Przychodzi mi do głowy parę mocniejszych określeń i zapewniam 
cię, mamo, że wszystkie one znakomicie pasują do sytuacji.
- Panno Kingsford, zdaje się, że jest już druga taksówka - wtrącił się 
Jimmy. W jego głosie znać było ulgę.
- Dobrze. Wyjdziemy, kiedy odjadą tamci.
-   Właśnie   pan   O'Malley   wpychają   do   samochodu...   To   znaczy, 
chciałem powiedzieć, że pomaga jej wsiąść.
- W porządku. Posłuchaj, mamo. Jimmy teraz cię puści. Obiecujesz 
wejść spokojnie do taksówki?
- Nie ma powodu, żebyś zwracała się do mnie takim tonem, Rose. 
Twoja babka przewróciła by się...

background image

- Niewątpliwie nasza babunia od dawna kręci się w grobie jak bąk - 
odgryzła się Rose. - Lecz na pewno nie z mojego powodu. To ty 
urządziłaś całą tę burdę. Więc jak, przyrzekniesz mi?
- Przyrzekam. - Bridget wygładziła odzież, poprawiła zmierzwione 
włosy. - wcale nie musisz ze mną jechać, Rose. Wybieram się prosto 
do domu.
- Wolę cię odwieźć. Mamy kilka spraw do wyjaśnienia. Były już 
przy   drzwiach   taksówki,   gdy   matka   zatrzymała   się   i   obejrzała   z 
satysfakcją przez ramię.
 - Widziałaś to? Jeszcze pięć minut, a błagałaby mnie o litość.
Rose przewróciła oczami.
-   Dobrze,   mamuś.   Zabiorę   cię   jutro   do   Światowej   Federacji 
Zapaśniczej, chcesz?
Już w taksówce Bridget wybuchnęła śmiechem.
- No, dalej mamo, nie krępuj się... - Rose wzruszyła ramionami.
- Powinnaś ją widzieć, kiedy powiedziałam jej, kim jestem! - Bridget 
dosłownie krztusiła się ze śmiechu. - Zupełnie jakby ktoś zdzielił ją 
młotem   między   oczy.   Jezusie,   Mario,   święty   Józefie,   to   była 
wspaniała chwila! Że też nie było przy tym kamery!
-  Była.   Cały  incydent   został   sfilmowany.   -  Rose  uśmiechnęła   się 
wbrew sobie. - Nad biurkiem Jimmy'ego zainstalowane są kamery. 
Nagrywają wszystko, co dzieje się na korytarzach.
- A więc musisz zdobyć dla mnie tę taśmę. Będę miała rozrywkę na 
stare lata. Że też zabrakło mi tych pięciu minut, żeby przyszpilić ją 
do podłogi!
- Naprawdę żałujesz, że ci przeszkodziliśmy?
-   Całe   życie   czekałam   na   ten   moment!   Jako   dziewczynki 
uważałyśmy, że przemoc fizyczna jest poniżej naszej godności, ale 
teraz, kiedy jesteśmy dorosłe...
- .. .nie musicie już strzec tej godności?
- Rose, stajesz się sarkastyczna?
- Ja?
- W każdym razie my też wam przeszkodziłyśmy.  Może to nawet 
ważniejsze   niż   ta   nasza   niedokończona   walka.   Bo   już   raczej   nie 
zobaczysz   się   z   Danielem   O’Malley.   Maureen   postraszy   go 
wszystkim,   łącznie   z   ekskomuniką,   jeśli   będzie   miał   ochotę   na 

background image

kolejne spotkania. Już ja ją znam.
Rose westchnęła boleśnie.
- To nie będzie konieczne. Po tym, co się stało, sam będzie mnie 
unikał.
- I bardzo dobrze. - Bridget poklepała córkę po ręce, - Szczególnie 
jeśli   chodzi   o  to,   co   plącze   ci   się  po   głowie,   córeczko.   Maureen 
Keegan i ja babkami tego samego dziecka! Gdyby do tego doszło, 
rzuciłabym się z Empire State Building głową w dół!
- Zapomniałaś, że cierpisz na lęk wysokości?
- Przezwyciężyłabym go jakoś.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Droga na brooklyn była daleka i Daniel z satysfakcją myślał, że to 
matka będzie płacić rachunek za przejazd. Choć jednak wciąż był na 
nią wściekły, to spoglądał z troską na swą rodzicielkę. Miał nadzieję, 
że nie odniosła żadnych obrażeń.
Zapasy w miejscu publicznym! W tym wieku! Słodki Jezu!
A   jemu   się   zdawało,   że   nie   zdoła   go   wprawić   w   większe 
zakłopotanie niż wtedy, w herbaciarni.
- Nic ci nie jest? - zapytał, by przerwać nieprzyjemne milczenie.
-   Wystraszyła   mnie,   to   fakt.   -   Matka   w   zamyśleniu   bawiła   się 
guzikiem. - rozdarła mi rękaw.
- Mam gdzieś ten rękaw. Ważne, czy ty jesteś cała. Matka sapnęła 
głośno, co miało wyrażać jej dezaprobatę i oburzenie.
- Ja? Musiałby chyba nastąpić koniec świata, żeby Bridget Hogan 
zdołała mnie pokonać! Danielu, widziałeś przecież, że byłam od niej 
lepsza? Jeszcze dwie minuty, a błagałaby o litość.
-   Nie   lekceważyłbym   jej.   Nieźle   kopie.   Zwłaszcza   jak   na 
nieboszczkę, która od trzydziestu siedmiu lat leży w grobie.
- Och, to cały ty. Wyciągać takie drobiazgi w takim momencie... To 
był tylko niewinny wykręt.
- Niewinny? Okłamywałaś i tatę, i mnie, że skoczyła z klifów, nie 
mogąc   znieść   myśli   o   tym,   jak   niecnie   potraktowała   cię   podczas 
konkursu   piękności.   Uśmierciłaś  w  naszych  oczach   swoją   dawną 
przyjaciółkę. I ty to nazywasz niewinnym wykrętem?
- I tak powinna była to zrobić.
Daniel pokręcił głową ze zdumieniem. Odwrócił się na siedzeniu, by 
móc spojrzeć matce prosto w twarz.
-   Nie   powiesz   mi   chyba,   że   po   trzydziestu   siedmiu   latach   wciąż 
żywisz do niej urazę?
Maureen spojrzała wyzywająco na syna. W półmroku panującym w 
taksówce był skłonny uwierzyć, że przeistoczyła się w zbuntowaną 
nastolatkę.
- Nigdy nawet nie powiedziała „przepraszam"!
- Niewiarygodne. - Daniel zamknął oczy.
-   Nie   dość   że   skrzywdziła   mnie,   kiedy   byłam   jeszcze   jak   ten 
świeżutki pączek, który dopiero ma rozkwitnąć w całej swojej krasie, 

background image

to na dodatek teraz rujnuje moje złote lata!
- Na czym niby miałoby to polegać? Matka pokręciła głową.
- Oj, Daniel, Daniel,.. Czasami myślę, że siostry musiały się pomylić 
i przypisały tobie wyniki testów należące do jakiegoś innego zucha. 
Zdarza ci się być ciężkawym w myśleniu.
- Więc po prostu wyjaśnij mi to.
-  Cóż,   to   proste.   Chodzi   o  Rose,   o  ciebie.   Jak  możesz   myśleć   o 
małżeństwie   z   tą   dziewczyną,   skoro   okazała   się   ona   córką   tej 
podstępnej baby. która tylko czeka, żeby wbić mi nóż w plecy?
Daniel przyjrzał się matce, w końcu wybuchnął śmiechem. Śmiał się 
tak mocno, że aż zaczął się krztusić,
- Dostałeś ataku? - zaniepokoiła się Maureen.
- Nie - odetchnął głęboko. - Po prostu bawi mnie to wszystko. Sama 
mi ją podsunęłaś, przyznaj. Może wreszcie przestaniesz mnie swatać. 
Cholera - znów zachichotał - sam bym tego lepiej nie wymyślił...
- Dobrze ci się śmiać. Ale pomyśl  lepiej o swojej biednej matce. 
Moje   gasnące   oczy   nie   ujrzą   już   wnuków,   nie   będzie   komu 
przekazać   cnót   irlandzkiej   gospodyni:   robienia   na   drutach, 
gotowania, pielęgnowania ogrodu.
- Od kiedy to masz ogród?
-   Nieważne,   na   ogrodnictwie   się   znam.   Takich   rzeczy   się   nie 
zapomina. Ale to i tak bez znaczenia, bo me będzie ani ogrodu, ani 
rodzinnych zdjęć, ani uroczych przyjęć urodzinowych dla malców - 
wyliczała coraz bardziej żałosnym głosem - ani kolęd śpiewanych 
przy choince, ani..,
- Mamo - przerwał jej, bo i jemu serce się ścisnęło z żalu. - Chyba 
jednak trochę przesadzasz. Zwłaszcza że nie jest to dla ciebie żadna 
nowina. Przecież nic się nie zmieniło.
-   Niestety.   Poczekaj,   aż   skończysz   pięćdziesiąt   sześć   lat   i   nie 
będziesz miał oparcia we własnej rodzinie, to mnie zrozumiesz.
- Jak mogę cię pocieszyć, skoro nie chcesz, żebym widywał się z 
Rose Kingsford?
- Oczywiście, że nie chcę! - Schwyciła się za serce i spojrzała na 
syna z przerażeniem. - Bridget Hogan jako członek naszej rodziny, 
jako babcia szczypiąca policzek mojego wnusia? O, nie! Już widzę 
jak   rozpuszcza   tę   najdroższą   kruszynę   nadmiarem   zabawek, 

background image

słodyczy...   I   na   pewno   będzie   się   zwracać   do   dziecka   jakimś 
zdrobnieniem, od którego biorą mdłości. „Ninuniu, malutki elfie..," 
A ja będę musiała słuchać tego wszystkiego i patrzeć, jak ta wredna 
baba…
- Mam więc rozumieć, że się nie zgadzasz.
- Prędzej mnie piorun spali, niż ty ożenisz się z Rose Kingsford!
- Możesz się odprężyć, mamo. Nie zamierzam żenić się z Rose. - 
Odchylił się na siedzeniu i skrzyżował ręce na piersi.
- Bogu dzięki, wrócił ci rozsądek.
- Po prostu będziemy ze sobą chodzić. Bez zobowiązań.
Matka sapnęła i ponownie chwyciła się za serce.
- Ach, nie. Nie zrobisz mi tego.
- Widzisz, mamo. Gdyby nie ty, nie spotkałbym Rose. Ale stało się i 
jeśli postanowię, że będziemy się widywać, to tak będzie. A gdybym 
chciał ją poślubić, to też postawiłbym na swoim. Pozwól bowiem, że 
ci przypomnę, iż to ja będę się budził przez następne czterdzieści 
parę lat u boku mojej wybranki, a nie ty. Twoje szczęście, że ja nie 
szukam żony, a Rose nie ugania się za mężem.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że po prostu będziecie...
-   Mamo,   nie   wiem,   co   będzie,   naprawdę.   Nie   chciałbym   jednak, 
żebyś decydowała za mnie. Proszę, niech to będzie nasza ostatnia 
rozmowa na temat tego, z kim mam się spotykać i z kim mogę się 
ożenić, dobrze?
Rose   była   szczęśliwa,   że   przez   następne   kilka   dni   miała   okazję 
pracować   z   Chuckiem.   Wspólnie   pozowali   do   zdjęć   mających 
przedstawiać młodą parę, która spędza miesiąc miodowy za granicą i 
nie może wyjść z zachwytu, jakie to wspaniałe możliwości daje karta 
kredytowa.
Chuck,   wysoki,   świetnie   umięśniony   blondyn,   był   ucieleśnieniem 
marzeń   wszystkich   kobiet.   Tylko   Rose   jednak   wiedziała,   że   ów 
supermen zamieszkał właśnie z Petem - od kilku miesięcy swoim 
przyjacielem i kochankiem. Cóż, kiedyś miała żal, że taki wspaniały 
facet   ma   -   jak   sam   się   wyrażał   -   „inną   orientację",   teraz   jednak 
cieszyła  się na myśl  o tym,  że w czasie zdjęć nikt nie będzie jej 
obmacywał,   a   w   czasie   przerw   ma   zapewnione   inteligentne, 
nienachalne   towarzystwo.   Poza   tym   potrzebowała   rady,   a   Chuck 

background image

świetnie znał się na sprawach sercowych.
Cala pierwsza przerwa między zdjęciami zeszła jej na wprowadzaniu 
partnera   w   kulisy   tej   groteskowej   sytuacji,   w   jakiej   ona   i   Daniel 
znaleźli   się   za   sprawą   swych   matek.   Gdy   jednak   nadeszła   pora 
lunchu, mogła zapytać, co jego zdaniem powinna zrobić i jak się 
zachować.
- Mam rozumieć, że nadal chcesz się z nim spotykać - upewnił się 
Chuck.   -   Mimo   że   może   to   rozjuszyć   wasze   krewkie   mamuśki   i 
sprawić, że całkiem zatrują ci życie?
- Cóż, zaryzykuję.
- A wszystko dlatego, że...
- .. .wciąż mam jego kurtkę.
- Możesz ją odesłać przez gońca. Następny powód.
- jest uroczy, seksy i ma więcej niż dwie komórki w mózgu.
- To rzadka kombinacja. Jesteś pewna, że to heteryk?
- Chuck możesz mi wierzyć lub nie, ale jest jeszcze na świecie paru 
heteroseksualnych facetów, którzy nie są palantami.
- No cóż - Chuck uśmiechnął się - jest też paru, którzy nimi są. Nie 
wściekaj się, cieszę się, że w końcu ci się udało...
- Nic się jeszcze nie udało. Nie wiem, czy nie postanowił raz na 
zawsze wykreślić  mnie  ze swego życia.  Jemu zależy na prostym, 
nieskomplikowanym związku, a tu się na to nie zanosi.
- A czego ty potrzebujesz, Rose?
-   Tego   samego.   -   Nie   mogła   się   przyznać,   nawet   Chuckowi,   że 
pielęgnuje w sobie marzenie o natrafieniu na człowieka, który po 
prostu nadałby się na ojca jej dziecka, zrobił swoje i usunął się na 
bok. jedyną osobą, która znała tę tajemnicę, była matka. Zresztą i jej 
niepotrzebnie o tym powiedziała.
Chuck przełknął: kolejny kęs kanapki.
- Nie ma czegoś takiego jak nieskomplikowane związki. Chyba że 
mówimy o życiu seksualnym psów.
- Zgoda - Rose pociągnęła łyk z butelki - chodzi mi jednak o to, że 
żadne z nas nie chce się angażować. Żadnych obrączek, kościelnych 
ceremonii. Ustaliliśmy to na samym początku.
- Jedynie seks?
- Och, walisz prosto z mostu! Ma się rozumieć, że nie! Chodzi o miłe 

background image

towarzystwo, wspólne zainteresowania...
- Jakie na przykład?
-   No   cóż,   na   przykład...   -   Spojrzała   na   przyjaciela   skruszonym 
wzrokiem.  - Choć właściwie  do tej  pory chodziło  nam właśnie o 
seks.   Ale   liczy   się   też   wzajemny   szacunek   -   dodała   szybko   - 
zrozumienie...   Doświadczyliśmy   już   wspólnie   kilku   niezręcznych 
sytuacji. Daniel sprawdza się na pierwszej linii ognia,
-   Cholera!   Mam   nadzieję,   że   tak   jest!   Lubię   to   u   facetów   z 
nowojorskiej policji! - Chuck zarechotał.
- Jest też coś więcej. Zobaczył mnie z najgorszej strony i wcale nie 
był na mnie wściekły. To miły facet.
- Świetnie. Ty też jesteś miła.
- Nie przypuszczam, żeby obwiniał mnie za to, co wyprawiały nasze 
matki, ale nie wiem, czy zechce narażać się na ryzyko powtórki.
Chuck zgniótł opakowanie kanapki i pięknym lobem ulokował je w 
pobliskim koszu na śmieci,
- Chcesz, żeby wujek Chuck coś ci zaproponował?
- Mhm.
- Zaproś go więc na kilka dni do siebie na wieś. I nic nie mówcie 
mamuśkom.
Rose wlepiła wzrok w resztkę wody w plastikowej butelce.
- Sama nie wiem. Drażni go różnica w naszych dochodach, mówił, 
że nie interesują go ekstrawaganckie pomysły, na które go nie stać,
- Nie sądzę, żeby wyjazd na wieś podpadał pod tę kategorię. A jeśli 
będzie marudził, powiedz mu, że dom należy do jakiejś przyjaciółki. 
Nieco zmięknie, jeśli spędzicie razem trochę czasu. Na początku Pete 
wciskał   mi   ten   sam   kit   i   już   myślałem,   że   będziemy   musieli 
zamieszkać na jakimś poddaszu pełnym szczurów, żeby nie drażnić 
jego poczucia niezależności, ale w końcu przepracowaliśmy jakoś 
ten problem.
- I tak lepsze to, niż trafić na jakiegoś poszukiwacza złota, no nie?
- Jasne, dziecino. Wracajmy. Gotowa na miesiąc miodowy?
- Mówiłam ci, że żadne z nas nie ma ochoty na ślub!
-   Mówię   o   tych   gościach   od   karty   kredytowej.   A   swoją   drogą 
ciekawe, że nie załapałaś.
- Nie waż się mieszać do tego Freuda.

background image

- Skoro tego sobie życzysz...
W   środę   Daniel   dał   nogę   z   roboty   wcześniej.   Zamienił   się   z 
kumplem na dyżur w przyszłym tygodniu, bo teraz i tak nie był w 
stanie   myśleć   o   niczym   innym   poza   Rose   Kingsford.   Wrócił   do 
domu   i   chyba   ze   sto   razy   sięgał   po   słuchawkę,   by   wykręcić   jej 
numer, za każdym razem jednak rezygnował. Niezależnie od tego, co 
powiedział   matce,   wciąż   nie   był   przekonany,   czy   ma   ochotę 
kontynuować   znajomość,   która   rodziła   tak   wiele   problemów.   Bo 
maiki stanowiły zaledwie część zagadnienia.
Poprzedniego wieczora słuchał tylko swoich zmysłów. Nie zwracał 
specjalnej uwagi na otoczenie, nie analizował, nie myślał. Mimo to 
zdołał zorientować się, że ta kobieta ma pieniądze. Duże pieniądze, 
zwłaszcza w porównaniu z nim. Uzmysłowił sobie teraz, że do tej 
pory   spotykał   się   jedynie   z   dziewczynami,   które   zarabiały   mniej 
więcej tyle  samo co on, i że nigdy nie przyszło mu do głowy, iż 
wyjście na miasto z kimś zamożniejszym może stanowić problem. A 
jednak   stanowiło.   Okazało   się,   że   jest   staroświecki,   tradycyjny   i 
konserwatywny.  Wcale jednak nie był  z tego dumny,  choć może, 
jako Irlandczyk, być powinien. W głębi duszy czuł bowiem że za tą 
jego   konserwatywną   postawą   kryją   się   zwykłe   kompleksy   i 
uprzedzenia.
Żeby zapomnieć o troskach, postanowił pójść do kina. Był  już w 
drzwiach,   kiedy   usłyszał   telefon.   Cofnął   się,   podniósł   słuchawkę, 
usłyszał   głos   Rose.   "Wystraszyła   się   chyba,   gdy   odebrał.   Pewnie 
myślała, że nagra się tylko na sekretarkę.
- Cześć, Rose. Chodzi o kurtkę? Mogę odłożyć słuchawkę i puścić 
maszynę,   jeśli   wolałabyś   załatwić   to   w   sposób   mniej   osobisty   - 
zaproponował.
-   Daj   spokój.   Nie   kuś   mnie.   Nie   masz   pojęcia,   jak   trudno   było 
sięgnąć mi po słuchawkę.
- Wyobrażam sobie. Słuchaj, kurtkę możesz po prostu przesłać...
- Och, kurtka! Zupełnie zapomniałam! Jest ci potrzebna?
- Nie ma pośpiechu - uśmiechnął się do siebie od ucha do ucha. Rose 
nie dzwoniła z powodu głupiej kurtki! Co za szczęście!
- Mogę zamówić posłańca.
- Rose, to nieważne. Skoro nie dzwonisz w sprawie kurtki, to w 

background image

czym problem?
- Posłuchaj, Daniel: pobłądziliśmy od samego początku.
- Tsk…
- Pewnie powinnam ci od razu powiedzieć o naszych matkach.
- Pewnie powinnaś,
- O Jezu, okaż trochę dobrej woli. Nie zwalaj wszystkiego na mnie. 
Nie chcesz ze mną gadać?
- Wczoraj wieczorem sto razy przymierzałem się, żeby zadzwonić.
- Ale nie zrobiłeś tego.
- Musiałem przemyśleć wiele rzeczy.
- Rozumiem. Odkrycie, że jestem córką ukochanego wroga twojej 
matki, musiało być dla ciebie szokiem.
- Ukochany wróg? - Roześmiał się. - To ładne. Wiesz, że ona od 
trzydziestu siedmiu lat hoduje w sobie tę urazę.
- Moja matka tak samo. Zrobi wszystko, bylebym tylko nie miała już 
z tobą do czynienia.
- Ale... - zawahał się - to nie dlatego dzwonisz, prawda? Nie po to, 
żeby udowodnić jej, kto tu rządzi?
- Nie. Mam nadzieję, że wyrośliśmy już z tego typu zachowań. To 
dobre dla nastolatków.
- Nasze mamuśki są chyba na tym etapie.
- Fakt - zgodziła się Rose. - Zachowują się jak para nieznośnych 
dzieciaków. Ale ja nie mara zamiaru im ulegać. I dlatego dzwonię. 
Chciałabym... chciałabym  znów się z tobą zobaczyć  - dokończyła 
jednym tchem.
Wiedział, że Rose czeka na odpowiedz, lecz nie był pewien, jakiej 
ma udzielić.
- Rozumiem - odezwała się. - Twoje milczenie jest wymowne. Nie 
mam pretensji, że chcesz zakończyć tę znajomość. Cześć, Daniel!
- Poczekaj!
- Na co?
Serce waliło mu tak, jakby rzeczywiście musiał ją gonić.
- Też chciałbym cię zobaczyć.
- Doprawdy?
W tym pytaniu nie słychać już było tej zażyłości, która przed chwilą 
tak bardzo zaczęła mu się podobać. I to on, do jasnej cholery, zerwał 

background image

tę cienką nić porozumienia!
-   Oczywiście,   że   chce.   Wybacz,   że   pozwoliłem   ci   mieć   jakieś 
wątpliwości. Ten problem to wyłącznie mój problem.
- Jaki problem? Chodzi o twoją matkę?
- Nie, nie. Ona nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi raczej... - zmusił się, 
by to przyznać  - chodzi o twoje sukcesy.  Właśnie  uświadomiłem 
sobie,   że   tylko   idiota   zrezygnowałby   z   kogoś   takiego   jak   ty   z 
powodu, swojej głupiej męskiej dumy.
- Wczoraj wieczorem nie wydawałeś się specjalnie przejęty moimi, 
sukcesami,
- Właśnie. Nie sądzę, żeby dochody miały jakiekolwiek znaczenie, 
kiedy idziemy do łóżka.
Rose gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
- Wiec będziemy się kochać?
- Jasne, jeśli uda mi się zdusić te moje idiotyzmy.
- Wiesz co?.,. Hmm... zabujałam się w tobie. Daniel ożywił się nagle.
- A czy jesteś wolna dziś wieczorem?
- Niestety - jęknęła żałośnie. - Obiecałam matce, że pójdę z nią na 
balet. Ale mogłabym...
-   Nie.   Nie   próbuj.   Musimy   spokojnie   wymyśleć   coś   innego. 
Powiedziałem   wprawdzie   matce,   żeby   nie   wtykała   nosa   w   moje 
sprawy, ale nie wiem, czy można jej ufać. Nie zdziwiłbym się, gdyby 
mnie śledziła...
-   Moja   też   zachowuje   się,   jakby   zwariowała.   Myślałam,   że 
moglibyśmy właściwie gdzieś wyjechać...
Daniel   natychmiast   się   zjeżył.   O   co   jej   chodzi?   Jakaś   ustronna 
przystań   dla   kochanków?   Nie   da   się   traktować   jak   jakiś   żigolak, 
pozostanie sobą.
- A niby gdzie? - zapytał obojętnie.
- Znajoma... ma domek na wsi. Dała mi klucze, możemy z niego 
skorzystać.   Powiedz  mi,   kiedy  nie  będziesz  miał  służby,   to  jakoś 
dostosuje mój rozkład zajęć. To niedaleko, parę godzin samochodem.
-   No...   tak   się   składa,   że   mam   wolne   od   piątku   do   niedzieli. 
Nieczęsto trafia się taki weekend... - Podejrzewał, że nie powiedziała 
mu   wszystkiego   na   temat   domku,   ale   przedstawiła   to   tak,   że 
ostatecznie   mógł   się   zgodzić   na   ten   wypad.   Ostatecznie   -   dobre 

background image

sobie!
- Wspaniałe! Ja też nie mam nic ważnego. Aha, może w piątek - 
stropiła się - ale mogę przełożyć na poniedziałek - dodała szybko.
Perspektywa   rozkosznego   sam   na   sam   z   Rose   już   działała   na 
wyobraźnię Daniela. Rozkosznego - pod warunkiem, że rzeczywiście 
będą sami.
- Czy twoja matka wie, gdzie jest ten domek? - wolał się upewnić,
- Wiem, o co ci chodzi - roześmiała się, - Nie martw się, nie zwali się 
nam na kark. Kiedyś tam była, lecz wątpię, by sama umiała trafić. 
Poza tym ona nie umie prowadzić. Będziemy bezpieczni.
- Może wynająć samochód z szoferem.
- Nie będzie w stanie wskazać mu drogi. Najadłaby się tylko wstydu, 
więc nie spróbuje. To jest naprawdę odludzie, nie ma nawet adresu. 
Właścicielka   odbiera   korespondencję   na   poczcie   w   miasteczku. 
Niewiele osób w ogóle wie, że domek należy do tej dziewczyny.
Daniel   był   prawie   pewien,   że   tą   dziewczyną   jest   niejaka   Rose 
Kingsford, lecz postanowił o to nie pytać. Skoro znalazła sposób, 
żeby   mogli   być   wreszcie   sami,   to   mógł   jej   tylko   pogratulować   i 
podziękować. Czy było jakieś lepsze rozwiązanie? Jego mieszkanie 
odpadało - matka miała klucze, Pewnie mógłby je odebrać, ale nie 
życzył   sobie   oglądać   zapłakanej   twarzy   Maureen   i   nie   chciał 
pozbawiać jej azylu  podczas  zakupów w śródmieściu.  Mieszkanie 
Rose zaś juz wypróbowali..,
- Więc jak będzie? - Rose przerwała jego myśli.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Posłuchaj, jeśli masz jakieś skrupuły, odłożę słuchawkę i nie ma 
sprawy. Powiedziałam już, nie będę miała pretensji,.,
- Cicho bądź. Chcę pojechać z tobą do tego domku. Bardzo.
- Świetnie.
- Ale ja będę prowadził.
- Masz samochód? To znaczy... - zreflektowała się, że palnęła gafę - 
nie idzie  mi o to, czy możesz  sobie pozwolić. Po prostu ostatnio 
wielu ludzi w mieście...
- Mam - uciął. - Może też wezmę coś do jedzenia?
- Do jedzenia?
- Na wypadek, gdybyśmy mieli trochę wolnego czasu.

background image

-   Och!   -   Oczyma   wyobraźni   widział,   jak   policzki   Rose   stają   się 
czerwone. - Pewnie, że będziemy coś jeść. Ale na pewno znajdziemy 
jakieś zapasy.
Po tej uwadze Daniel nie miał już wątpliwości, że dom  należy  do 
niej. Dom, a prędzej - wiejska rezydencja. Znów jednak powstrzymał 
się od komentarza.
- Nie zamierzasz chyba objadać przyjaciółki?
- Racja. Przywieź, co chcesz.
- A co będzie, kiedy się okaże, że umiem także gotować?
- Daniel!
-   Przepraszam,   nie   mogłem   sobie   odmówić.   To   co?   Wpadnę   po 
ciebie koło dziewiątej, unikniemy korków, zgoda?
-   Świetnie.   Wymyślę   jakąś   bajeczkę   dla   mamusi.   I   tak   sporo 
podróżuję, więc nie powinno być z tym kłopotu.
- A ja powiem, że muszę zaliczyć  trzydniowe szkolenie na temat 
postępowania   policji   wobec   tłumu.   Zbliża   się   Dzień   świętego 
Patryka, więc zabrzmi to prawdopodobnie.
- Nasza wyprawa wygląda na jakieś nielegalne przedsięwzięcie.
-   Mam   nadzieję,   że   nie   wybierasz   się   tam   tylko   z   powodu   tego 
„dreszczyku",
- Uspokój się. Pamiętasz, co się z nami działo wczoraj?
- Mhm, jasne, że pamiętam...
-   I   to   właśnie   jest   moja   motywacja.   Widzimy   się   w   piątek   rano. 
Przyniosę kurtkę.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Kierowana jakimś impulsem, Rose zabrała na drogę kilka kaset z 
irlandzką muzyką ludową. Nagrała je dla siebie i dla matki podczas 
ostatniego   pobytu   w   Irlandii   i   od   tamtej   pory   słuchała   ich   z 
prawdziwą   przyjemnością.   Ku   jej   zaskoczeniu,   muzyka   znalazła 
uznanie również u Daniela, który znał nawet słowa kilku najbardziej 
popularnych piosenek,
- Masz świetny głos! - zachwyciła się, kiedy odśpiewali wspólnie 
pierwszy kawałek.
- Baryton. Oczekiwano, że będę tenorem, jak mój irlandzki dziadek i 
wuj. Kiedy głos mi się zmienił i stało się jasne, że nie będę tenorem, 
matka popadła w rozpacz.
Rose roześmiała się.
- Tradycja: błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, czyż nie tak?
- Szczególnie dla Irlandczyków.
- Posłuchaj tylko... „The Titanic".  Śpiewałam to na obozie, kiedy 
byłam dzieciakiem.
- Wszyscy to śpiewali - Daniel uśmiechnął się. Odśpiewali piosenkę 
o   wielkim   statku,   idącym   na   dno,   a   potem,   ogromnie   z   siebie 
zadowoleni, dokonali oryginalnej przeróbki „Danny Boy".
Po   drodze   zaczął   padać   drobny   śnieg.   Ruch,   jak   zazwyczaj   na 
autostradzie numer był  spory,  lecz Daniel prowadził swoją toyotę 
bez większego wysiłku, dając dowód, że jest wytrawnym kierowcą. 
Rose już dawno nie czuła się tak bezpiecznie.
- „Kiedy śmieją się irlandzkie oczy...' - dobiegł ich początek kolejnej 
piosenki i razem przyłączyli się do wykonawcy. Oczywiście pomylili 
słowa i wybuchnęli szczerym śmiechem.
- Boże, matka zabiłaby mnie, że nie nauczyłem się tego na pamięć. 
To jedna z jej ulubionych piosenek.
- Moja też ją bardzo lubi.
- To daje do myślenia. - Daniel wyprzedził wlokącą się ciężarówkę. - 
Wiesz co, to zupełnie bez sensu, że nie mogą pozbyć się tych głupich 
uprzedzeń. Mają przecież tyle wspólnego.
- Rzeczywiście. - Rose zaczęła się zastanawiać, jak potoczyłyby się 
sprawy, gdyby jej matka zaprzyjaźniła się z Maureen O'Malley.
Biorąc pod uwagę, że Daniel był pierwszym kandydatem na ojca - a 

background image

właściwie: zaledwie dawcę nasienia - zażyłość pomiędzy Maureen i 
Bridget   nie   była   najlepszym   pomysłem.   W   pewnym   sensie   ich 
wzajemna  nienawiść   zapewniała   realizację   dalekosiężnych  planów 
jej Rose. A ona chciała w perspektywie mieć dziecko. Cóż z tego, że 
teraz dobrze jej z Danielem? Przecież naprawdę chodzi o dziecko. 
Kropka.
Z   drugiej   strony   nie   mogła   nie   myśleć   o   tym,   jak   ponowne 
nawiązanie   kontaktów   między   obiema   paniami   wzbogaciłoby   ich 
życie. Dobra córka, która nie myśli tylko o sobie, powinna zadbać o 
tę przyjaźń, nie bacząc na własne problemy. Dla dobra matki.
Tymczasem Daniel śpiewał kolejną balladę - piękną pieśń o miłości. 
Spoglądał na swą towarzyszkę, uśmiechał się do niej półgębkiem, 
jakby chciał podkreślić, że nie przypadkiem śpiewa z takim zapałem 
tę akurat piosenkę, i wtórował kasecie swoim głębokim barytonem.
Czulą się dziwnie. Żaden mężczyzna  nigdy dotąd jej nie śpiewał. 
Usiłowała sobie wmówić, że słowa te nic nie znaczą.
Ot, po prostu trochę poezji. Serce podpowiadało jednak co innego. A 
kiedy Daniel chwycił ją za rękę, całkowicie uwierzyła sercu.
Muzyka  grała, Daniel śpiewał, a Rose pogrążyła  się w od dawna 
zapomnianych   marzeniach.   I   pomyśleć,   że   tak   właśnie   może   być 
przez najbliższe dwa dni.
- To gdzie jest ten zjazd? - przerwał nagle i wyrwał ją z rozmyślań.
Rose rzuciła okiem na znaki na autostradzie. Właśnie minęli zjazd na 
boczną drogę, która wiodła do rezydencji.
- O rany, przykro mi, właśnie go przejechaliśmy. Następny będzie za 
pięć kilometrów. Przepraszam cię, Daniel
- Hej, przestań mnie przepraszać. Mam być zły, kiedy kobieta gapi 
się na mnie z takim zachwytem, że gubi drogę?
Wyprostowała się na siedzeniu.
- Wcale nie gapiłam się na ciebie z zachwytem!
-   Aha,   zachwycałaś   się,   jak   nie   wiem   co.   Przyznaj:   ta   piosenka 
zmąciła ci wzrok.
- No dobra, mam do niej słabość. Ale że ty przypadkiem ją zanuciłeś, 
to jeszcze nie znaczy,..
- Dobra, dobra. Nie ma co się tak bronić, - Mrugnął do niej okiem. - 
Uwielbiam   być   adorowanym.   A   ty   wyglądasz   na   całkowicie 

background image

zaabsorbowaną moją osobą.
Rose wzniosła oczy ku niebu.
- Aż dziw bierze, że w tym samochodzie znalazło się miejsce dla 
mnie i bagaż - masz niezwykle wybujałe ego.
Daniel   uśmiechnął   się   tylko   czułe   do   dziewczyny   i   zawtórował 
kolejnej piosence, która zabrzmiała z głośników odtwarzacza:
- „Podaruj mi serduszko swe, o moja słodka Peggy..."
- Jesteś niemożliwy! - zganiła go, lecz nie mogła opanować śmiechu, 
patrząc na błazenadę czynioną na jej użytek.
Skręcili w następny zjazd. Daniel włączył kierunkowskaz i zamierzał 
dołem przejechać na drugą stronę, by wrócić na autostradę, gdy Rose 
dostrzegła   przy   drodze   ręcznie   wymalowany   szyld:   „łagodne 
olbrzymy - szczeniaki wilczarzy irlandzkich na sprzedaż".
- Poczekaj! - Położyła dłoń na ramieniu mężczyzny. - Czy widzisz 
to, co ja?
- To o szczeniakach? - Zatrzymał gwałtownie auto.
- Jest strzałka! Powinniśmy je zobaczyć!
- Te pieski? - spytał, oglądając się zarazem z gniewem do tyłu, gdzie 
kierowca jadącego za nimi wozu zaczął przeraźliwie trąbić.
- To drago nie potrwa. Obiecuję.
Daniel wzruszył ramionami, włączył prawy kierunkowskaz i wjechał 
za strzałką w wiejską drogę.
- Mnie to nie robi różnicy, tylko zastanawiam się, czemu tak bardzo 
ci na tym zależy.
- Od lat marzę o wilczarzu. I teraz nagle okazuje się, że ktoś w mojej 
okolicy hoduje takie psy.
- W twojej okolicy, powiadasz?
Spojrzała w jego przenikliwe brązowe oczy i od razu się domyśliła, 
że Daniel odgadł prawdę.
- Tak, to mój domek - przyznała się z westchnieniem rezygnacji, - 
Ale nie jest jeszcze spłacony - uzupełniła pospiesznie. Skłamała - 
płaciła teraz jedynie za remont; dom i ziemię nabyła za gotówkę.
- Jest bardzo duży?
- Mały, bardzo mały. - Tym razem była to prawda. Trzy malutkie 
sypialnie,   niewielka   kuchnia,   łazienka,   przytulny   salonik.   Chociaż 
pokrycie   dachu   strzechą   i   wstawienie   okien   z   antywłamaniowego 

background image

szkła kosztowało majątek.
- Pocieszam się tylko, że taki mały wiejski domek nie wygląda jak 
willa   na   południu   Francji.   -   Daniel   podjechał   pod   front 
dwupiętrowego   budynku   należącego   zapewne   do   hodowcy 
wilczarzy. - To chyba tutaj - zawyrokował. - Masz gotówkę
- Na razie nie będę żadnego kupowała. Chcę tylko nawiązać kontakt, 
dowiedzieć się, kiedy będzie następny miot.
- Czyli nie wchodzimy do środka? - spytał, podając Rose okrycie.
- Oczywiście, że wchodzimy! Chcę je zobaczyć.
- Nie masz wielkiego doświadczenia w kupowaniu zwierzaków.
- Nie rozumiem? - zdziwiła się.
-   Gdybyś   miała   trochę   praktyki,   poczekałabyś   na   hodowcę   i 
dowiedziała się wszystkiego na zewnątrz.
- Nie rozumiem. Czemu nie miałabym rzucić okiem na te psiaki
- Bo wyjdziesz stąd z jednym z nich za pazuchą.
- Wykluczone! To naprawdę tylko wstępna wizyta. Posądzasz mnie o 
brak silnej woli?
- Nikt  nie  potrafi   okazać  silnej   woli,  kiedy  w  grę wchodzą  małe 
pieski.
- Ja potrafię.
- Przekonamy się? - Pocałował ją i wysiadł z samochodu.
Godzinę   później   wrócili   na   autostradę.   Daniel   taktownie   milczał. 
Rose   siedziała  z  błogim   i   nieco   głupawym   wyrazem   twarzy.   Na 
tylnym siedzeniu stał koszyk z pieskiem.
Daniel   nie   miał   serca,   żeby   wyperswadować   jej   zakup.   Prawdę 
mówiąc, omal sam nie zdecydował się na pieska, choć już sama cena 
powinna powstrzymać go od zrobienia takiego głupstwa. Hodowca 
zaprowadził ich do stodoły, gdzie dziesięć szczeniaków rozkosznie 
baraszkowało   w   towarzystwie   kurcząt.   Taki   „malutki" 
ośmiotygodniowy pieseczek ważył  dobre piętnaście kilo i mógł bez 
problemu   „załatwić"   kurę,   choć   w   istocie   żaden   nie   przejawiał 
morderczych instynktów.
Gdy   weszli,   wszystkie   psy   natychmiast   obiegły   kucającą   Rose,   a 
pewien brązowy samiec wsparł się łapami o jej kolana i polizał ją w 
policzek. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia.
Hodowca   pożyczył   im   koszyk,   dołożył   kilka   puszek   jedzenia   dla 

background image

psów, ostrzegł, żeby od początku nie pozwalali psu spać z nimi w 
łóżku - i zainkasował trzysta dolarów.
-   Z   początku   nie   będziecie   mogli   znieść   tego   żałosnego   pisku   - 
tłumaczył - ale musicie być twardzi, bo jak się drań przyzwyczai, to 
koniec. Taki pies przybiera na wadze kilo w tydzień, a w sumie może 
dojść nawet do setki. Wtedy całe łóżko jest jego.
Daniel był wdzięczny za tę radę. Niezależnie od tego, że psinka była 
urocza,   nie   chciał   gościć   jej   w   łóżku   dzisiejszej   nocy.   Miał   inne 
plany.
„Chłopczyk"   na   tylnym   siedzeniu   zaczął   skomleć,   zupełnie   jakby 
wyczuł, o czym pomyślał Daniel. Rose odwróciła się do pupilka i 
zaszczebiotała słodziutko:
- W porządku, St. Paddy. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
St. Paddy przestał skomleć, słysząc głos swojej nowej pani, ale gdy 
tylko zamilkła, zaczął od nowa swój koncert.
-   Spokojnie,   maleńki   -   znów   musiała   go   uspokajać   -   ani   się 
obejrzysz, a będziemy w domu.
Daniel   był   oczarowany   głosem   dziewczyny   przemawiającej   do 
pieska. Zachwycony i jednocześnie nieco przestraszony. Zastanawiał 
się,   ile   uwagi   Rose   poświęci   jemu   samemu,   skoro  w  ich   życiu 
pojawił   się   St.   Paddy,   ale   też   cieszył   się,   widząc,   ile   radości 
dostarcza jej to szczenię.
- To los zrządził, że minęliśmy tamten zjazd - uśmiechnęła się do 
niego rozpromieniona.
- A może to mój cudowny śpiew przywiódł cię do St. Paddy'ego?
- W porządku, wyznam ci coś, ale musisz obiecać, że i ty będziesz ze 
mną samo szczery.
- Zawsze jestem.
- No więc tak, to twój śpiew spowodował moje... roztargnienie.
- Roztargnienie? W pozytywnym sensie?
- Jak najbardziej. No już, już dobrze, malutki - uciszyła psa, który 
znów zaczął jęczeć.
- Tak też myślałem.
-  Dobrze,   a  teraz  moja  kolej.  Z   iloma   kobietami   o  imieniu  Rose 
przepracowałeś ten numerek? A może Peggy...?
- Z żadną.

background image

- Z żadną? Taki irlandzki ogier jak ty?
Uniósł brwi, słysząc ten, hm, chyba komplement.
- Jeśli uważasz, że zmusisz mnie do pikantnych wyznań, to jesteś w 
błędzie. Nigdy nie spotkałem nikogo imieniem Rose, z wyjątkiem 
Rose   Conners,   Urocza,   ale   bardzo   leciwa   dama,   która   grała   w 
kościele na organach, gdzie ja jako dzieciak śpiewałem w chórze.
- Akurat! Pewnie ta Rose Conners miała dwadzieścia pięć lat, a ty 
uwiodłeś ją na poddaszu kościoła.
Daniel skręcił w zjazd, który uprzednio przegapili.
- Rose! Skąd ci to przyszło do głowy? Myślisz, że jestem jakimś Don 
Juanem?
- A nie? - przekomarzała się Rose. - Nie pocałowałeś mnie po naszej 
pierwszej randce. Pocałowałeś mnie przed nią. Pewnie powiesz, że i 
to rzadko ci się zdarza.
-   Nieczęsto.   -   Nie   miał   zamiaru   wyjaśniać,   że   jeszcze   nigdy   nie 
całował   się   z   kobietą   natychmiast   po   zawarciu   znajomości.   Ale 
tamtego   wieczora,   kiedy   zobaczył   Rose   Kingsford   stojącą   przed 
restauracją,   wyglądała   jak   anioł   zesłany   na   chwilę   na   ziemię,   by 
porazić swym blaskiem oczy śmiertelnika. Deszcz w świetle latarni 
przemienił się w strumień diamentów obmywających jej świetlistą 
postać.   Po   prostu   musiał   ją   pocałować.   Choćby   po   to,   żeby 
przekonać się, czy jest istotą z krwi i kości.
- Nieczęsto? A mi coś mówi, że już nie raz ci się to zdarzyło. To był 
pocałunek  doświadczonego   mężczyzny.   Uważaj   - zmieniła   ton  na 
bardziej rzeczowy - za znakiem stopu skręć w prawo. I zwolnij, bo 
wjeżdżamy do miasta, a tu wszędzie są radary.
- Pocałunek doświadczonego mężczyzny? - Daniela zaintrygowało to 
wyznanie.   -   Och,   nie,   do   diabła!   -   zaklął,   widząc   w   lusterku 
wstecznym światła migające na dachu policyjnego radiowozu. - Skąd 
oni się tu wzięli, do cholery?
- Ostrzegałam.
Ostrzegała,   to   prawda,   ale   on   rozmyślał   o   tym   pocałunku   i   nie 
zwrócił   na   to   uwagi.   Głupia   historia,   pomyślał,   zjeżdżając   na 
pobocze. Wyjął z kieszeni portfel, prawo jazdy.
- Zabawna sytuacja: gliniarz narusza przepisy - zakpiła Rose.
-   To   nie   było   rażące   wykroczenie.   Dostosowałem   prędkość   do 

background image

sytuacji na drodze.
- Która była praktycznie pusta.
- No właśnie.
- Powtórz to w sądzie.
Pokazał jej język i odkręcił szybę: od strony kierowcy zbliżał się do 
samochodu   posterunkowy.  Przedstawił   się, poprosił   o dokumenty, 
wsadził w nie nos. A potem wybuchnął gromkim śmiechem.
Daniel   zazgrzytał   zębami   i   spojrzał   na   chłopaka   z   drogówki 
wzrokiem,   który   onieśmielał   każdego.   Wyćwiczył   to   spojrzenie, 
służąc w policji. Spojrzał na policjanta i wtedy go rozpoznał.
Tim Bettencourt!
Kumpel z ostatniego roku Akademii Policyjnej.
- To ty, Tim? - Nie był jeszcze całkowicie pewien. Funkcjonariusz 
zdjął ciemne okulary i wyciągnął rękę na powitanie.
- Daniel O’Malley! Cześć, stary! Kopę lat! Jak leci?
- Znacznie lepiej niż dwie minuty temu. Zupełnie zapomniałem, że 
się tutaj przeniosłeś. - Uścisnął dłoń Tima, przedstawił go Rose. - 
Pozwól nam pogadać  przez chwilę na osobności  - zwrócił się do 
dziewczyny,   po   czym   sięgnął   po   kurtkę   i   otworzył   drzwi.   -   To 
potrwa minutę - zniżył głos - poczciwy Tim nie wlepi mi mandatu, 
ale pewnie nie chce się do tego przyznać w twojej obecności.
Daniel zamknął drzwiczki, a pies znów zaczął skowyczeć i drapać 
ściany swojego „więzienia".
- Zaraz, malutki, zaraz będzie po wszystkim. Daniel załatwi tylko 
sprawę i od razu ruszamy do domu, a raczej do miejsca, które stanie 
się   domem,   gdy   będziesz   już   za   duży,   by   mieszkać   ze   mną   w 
mieście.
Kiedy   tylko   zorientowała   się,   że   nie   może,   po   prostu   nie   może 
odjechać   bez   tego   pieska   o   wielkich   brązowych   oczach, 
przeprowadziła   w   myślach   szybkie   kalkulacje.   Jej   umowa   najmu 
wygasa  za trzy miesiące.  Za trzy miesiące  St. Paddy będzie zbyt 
duży, by trzymać go w nowojorskim bloku, a wtedy trzeba będzie 
przenieść się na wieś na stałe.
Nowy nabytek wciąż skomlał i drapał wiklinę pazurami.
Rose wyjrzała przez okno i doszedłszy do wniosku, że nie zanosi się 
na szybkie zakończenie pogawędki pomiędzy policjantami, odezwała 

background image

się do psa:
- W porządku, bratku, wypuszczę cię, ale zachowuj się przyzwoicie.
Otworzyła koszyk. Pies wyskoczył nad podziw żwawo, po czym od 
razu   ulokował   się   na   fotelu   Daniela.   Chwilę   potem   zapiszczał 
pokornie i na obiciu siedzenia pojawiła się mokra kałuża.
- St. Paddy, nie! - wrzasnęła Rose, biorąc psa na kolana, podczas gdy 
Daniel otwierał właśnie drzwi samochodu. - Daniel, nie... - zaczęła, 
ale było już za późno. Usiadł i natychmiast poderwał się z powrotem.
- Co, do jasnej...? - Trzymając się kierownicy, usiłował nie dotknąć 
siedzeniem mokrego fotela.
- St. Paddy...
- Moja pani - spojrzał na nią z wyrzutem - twój pies przecieka!
-   Strasznie   mi   przykro!   -   Zagryzła   wargę,   by   nie   wybuchnąć 
śmiechem.   -   Nie   było   cię   długo,   a   piesek   strasznie   chciał   się 
wydostać.
- Wcale się nie dziwię. Miał sprawę do załatwienia.
- Masz w bagażniku ręcznik albo coś podobnego?
- Chyba tak. Wsadź go lepiej z powrotem do klatki, zanim otworzę 
drzwi.
Rose usiłowała wepchnąć szczeniaka do „budy", lecz było to równie 
łatwe,   co   wtłoczenie   z   powrotem   do   tuby   wyciśniętej   uprzednio 
pasty do zębów.
- Przykro mi, nie zamierza tam wracać.
- Spokojnie, mamy czas. Mogę sobie powisieć.
- Naprawdę nie wiem, jak to zrobić. Nie sądziłam, że on jest taki 
silny.
- Złap go za skórę na karku.
- Łatwo powiedzieć  - poskarżyła  się  Rose,  lecz  w końcu  dopięła 
swego. - No, droga wolna - oznajmiła wreszcie.
Daniel nie bez trudności wygramolił  się z samochodu.  Znalazł  w 
bagażniku koc, złożył go kilkakrotnie i umieścił na siedzeniu.
- Nie masz nic gorszego? - spytała Rose.
- E, tam! - Machnął ręką. klapnął na fotel i zamknął drzwi.
- Jest zbyt porządny!
- Rzeczywiście - uruchomił silnik - mam wiele miłych wspomnień z 
nim związanych.

background image

- Niech zgadnę; pewnie dostałeś ten koc od matki.
- Pudło! Sam wybrałem. Bardzo starannie.
- Sam wybierałeś koc na łóżko?
- Nie na łóżko, ale do samochodu.
- No tak, powinnam była zgadnąć. I jeszcze śmiesz udawać, że nie 
jesteś diabelskim uwodzicielem?
- Nie jestem uwodzicielem - mrugnął do Rose - choć mówiono mi, że 
jestem boskim kochankiem.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Daniel   jest   wspaniałym   kochankiem.   Ta   uwaga   nie   zdziwiła   za 
bardzo Rose. Mogła się tego spodziewać i wiele sobie obiecywała, 
jeśli   chodzi   o   ten   aspekt   ich   znajomości.   Nie   przypuszczała 
natomiast, że znajdzie w nim tak wspaniałego kompana.
Podobne uczucie koleżeństwa łączyło ją z Chuckiem, lecz jak do tej 
pory jedynie  tych  dwóch panów zdołało  ją przekonać, że nie jest 
prawdą, iż z mężczyzną można albo się przyjaźnić, albo uprawiać z 
nim seks, i że te dwie sprawy są nie do pogodzenia.
- Ładne miasteczko - zauważył, jadąc powolutku swoją toyotą przez 
Main Street.
- Powinieneś przyjechać tu na Boże Narodzenie. Domy pomalowane 
na biało, przystrojone gałązkami i czerwonymi bombkami, wszędzie 
migoczą światełka...
- Domyślam się, że ślicznie musi być również latem, kiedy wszystko 
kwitnie.
- To prawda. Ale i tak najbardziej z tego wszystkiego lubię lokalny 
tygodnik.
- Bo zamieszcza twoje historyjki?
- Właśnie.
- A mnie ujęła uczciwość tutejszej policji.
- Jak to? Wypisał ci mandat?
- Jasne. Choć cały czas przepraszał, że musi to zrobić. Cholernie 
wzruszające. Ale niech tylko  stary Timmy postawi nogę w moim 
mieście!   Przyskrzynię   go   za   nieprawidłowe   przechodzenie   przez 
ulicę!
- No cóż, miałam nadzieję, że jak tylko wyrwiemy się z miasta i 
uwolnimy od opieki naszych rodzicielek, życie łagodniej będzie nas 
traktowało.
-   A   nie   traktuje?   Jedziemy   do   ciebie,   moja   mamuśka   nie   robi 
zamieszania, twojej też nie widać. Całkiem udany dzień, Rose Erin 
Kingsford.
Roześmiała się. Kolejny plus na korzyść Daniela O'Malley: mandat 
nie odebrał mu humoru. A wielu facetom popsułby cały dzień.
- Skąd znasz moje drugie imię? - zainteresowała się.
- Spytałem tego gościa na motorze.

background image

- Hm, powiedział ci? Więc pewnie wiesz o moich...
- ...mandatach za przekroczenie szybkości? Jak widzisz, Timmy dla 
nikogo nie robi wyjątków. Opowiedział, jak to za pierwszym razem 
zmiękczałaś   jego   serce   swoją   zgrabną   nóżką   wystawianą   przez 
wycięcie   spódnicy.   Źle   trafiłaś.   Amerykański   policjant   jest 
oczywiście nieprzekupny.
- Ale bezczelny, że rozpowiada wokół takie historie! - Rose najeżyła 
się, gotowa do obrony. W porę jednak dostrzegła szeroki uśmiech na 
twarzy Daniela i złagodniała. - On nic takiego nie mówił. Nabijasz 
się ze mnie.
- Ale może spróbowałabyś kiedyś takiego przekupstwa wobec mnie? 
- Uniósł pytająco brwi,
- A dasz się skorumpować?
- Całkowicie,
Znów roześmiała  się wesoło. Do licha,  naprawdę dobrze im było 
razem. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się błogo do siebie. Samochód 
mruczał   i   kołysał,   nareszcie   byli   sami   (oczywiście,   nie   licząc   St. 
Paddy'ego), czekał na nich miły domek...
- Rose? Może popilotujesz trochę? Wyjeżdżamy z miasta.
-   Jasne,   już.   -   Otworzyła   oczy.   -   Skręć   w   prawo   za   następnym 
znakiem stop, przejedź przez most, a potem w lewo aż do pierwszej 
dróżki. Nie jest oznakowana.
- Nie żartowałaś, mówiąc, że niełatwo tu trafić.
- Takiego miejsca właśnie szukałam.
- Zamierzasz się kiedyś tu przeprowadzić, prawda?
- Tak.
Daniel zamilkł na chwilę.
- A... kiedy ma to nastąpić?
- Umowa wynajmu kończy mi się za trzy miesiące. Ścisnął mocniej 
kierownicę.
- Więc tylko tyle mamy czasu dla siebie? Trzy miesiące? Zaskoczyło 
ją to pytanie.
- No... nie, oczywiście, że nie. Przyznam ci się, że nie myślałam o 
tym w ten sposób?
- A w jaki sposób o nas myślałaś?
- Daniel - jej głos stał się nagle poważny i rzeczowy, zupełnie jakby 

background image

chciała ukryć zmieszanie, które nagle ją ogarnęło - sądziłam, że nie 
będziemy   kwestionować   charakteru   łączących   nas   stosunków. 
Myślałam, że pozwolimy sprawom toczyć się własnym biegiem, że 
pozwolimy dojść do głosu naszym emocjom i po prostu będziemy 
cieszyć się chwilą...
-   O   kurcze,   nieźle   to   brzmi.   Ale   brzmiało   jeszcze   lepiej,   kiedy 
wiedziałem, że będziemy mieszkać na tej samej wyspie.
-   Moja   przeprowadzka   nic   nie   zmieni.   Naprawdę.   Wciąż   mogę 
dojeżdżać do Nowego Jorku. A ty możesz wpadać tutaj.
Daniel skręcił w przecinkę prowadzącą do domu Rose.
- Mam nadzieję, że masz rację.
Serce Rose wypełnił nagły niepokój. Niepokój i poczucie winy. Czy 
dobrze   robi,   ukrywając   wciąż   przed   Danielem   swe   prawdziwe 
zamiary? To, że widzi go w roli ojca swego dziecka? I to takiego 
ojca, który ma szybko usunąć się na bok?
W fazie projektów plan ten wydawał się idealny, lecz jego realizacja 
okazała  się nad wyraz  trudna, jeśli w  ogóle możliwa.  A przecież 
Rose   nie   mogła   zrezygnować   z   dziecka.   Coraz   silniej   uwierał   ją 
niezaspokojony   instynkt   macierzyński   oraz   troska   o   zachowanie 
rodu.   Była   jedynaczką,   córką   jedynaczki.   Jeśli   ona   nie   zadba   o 
przedłużenie linii, nie zrobi tego nikt inny.
Nie była już taka pewna, czy zwrócenie się z tym do Daniela byłoby 
dobrym pomysłem.  Znała go od niedawna, ale na tyle dobrze, by 
zorientować   się,   że   taka   propozycja   wyprowadzi   go   tylko   z 
równowagi.   Daniel   angażował   się   głęboko   w   związki   z   innymi   i 
pomysł   ojcostwa   bez   normalnych   więzi   rodzinnych   z   pewnością 
wyda   mu   się   wstrętny   i   niedorzeczny.   Oto   fatalny   błąd   w 
rozumowaniu, który dostrzegła dopiero teraz.
Minęli  zakręt  i po chwili  ich  oczom ukazał  się niewielki  domek. 
Daniel przyhamował i zaczął przyglądać się budowli.
-   Wygląda   jak   irlandzka   wiejska   chata.   W   każdym   razie   takie 
widziałem na zdjęciach, bo sam w Irlandii nigdy nie byłem.
- Zrobiłam wszystko, żeby tak właśnie wyglądała. Mam w środku 
oryginalne koronkowe zasłony i mały kominek. w którym pali się 
torfem, choć ja akurat używam drewna.
- O rany!  Nawet dach kryty jest strzechą! Czy ktoś w okolicy w 

background image

ogóle wie, jak się coś takiego robi?
- Długo szukałam wykonawcy. Wreszcie znalazłam stolarza, który 
wyemigrował parę lat temu. To był jego pierwszy słomiany dach w 
Stanach, ale z tego, co wiem, niedługo potem założył własny interes i 
ma niezłe wzięcie. Taka teraz jest moda.
Samochód wtoczył się na podjazd. Daniel wyłączył silnik, popatrzył 
jeszcze chwilę na chatę, po czym orzekł:
- Wymarzony dom dla ciebie, Rose! Gdybym wcześniej nie wiedział, 
że należy do ciebie,  od razu bym  się domyślił.  Właśnie  w takim 
miejscu powinien mieszkać twórca St. Paddy'ego i Płynna!
- Dzięki, Daniel.
-   Jestem   wdzięczny,   że   mnie   tu   przywiozłaś.   Teraz   wiem,   że   to 
miejsce naprawdę jest stworzone dla ciebie.
-   Oho,   brzmi   to   tak,   jakbyś   przyjechał   tu,   żeby   na   zawsze   mnie 
zostawić, pierwszy i ostatni raz. Na pewno będziemy mieli jeszcze 
wiele...
Odwrócił głowę i spojrzał na nią ze smutnym uśmiechem.
- O co chodzi? Wątpisz w to?
-   Widzę,   że   masz   konkretne   plany   na   przyszłość.   To   dobrze. 
Zarobiłaś   już   swoje   jako   modelka,   a   teraz   możesz   się   poświęcić 
rozwijaniu innych talentów. Dobrze ci tutaj będzie.
- Daniel, nie mogę tego słuchać. Czemu mówisz o tym ze smutkiem? 
Przecież nie wiesz, jak wszystko się potoczy. Nawet jeśli będzie, tak 
jak mówisz, to przecież nadal będziemy mogli...
-   Jasne   -   przerwał   jej   nie   z   ironią,   lecz   ze   smutkiem   -   teraz   też 
możemy. Ale prędzej czy później zaczniemy poruszać się po innych 
orbitach, Rose. Wiem o tym, nawet jeśli ty nie zdajesz sobie z tego 
sprawy.
- Mylisz się. Ogromnie się mylisz.
Z tylnego siedzenia dobiegło ich skomlenie St. Paddy'ego.
-   No   dobra,   chodźmy   lepiej   do   środka   -   zaproponował   Daniel, 
sięgając po kurtkę.
Rose zastanawiała się, skąd się im wzięło to nagłe przygnębienie. Bo 
nie tylko on je czuł, ona także. Czy było coś złego w tym, o czym 
mówił   Daniel;   w   tym,   że   jej   rysunki   zdobędą   popularność,   że 
przyniosą jej duże pieniądze i że będzie sobie mogła spokojnie żyć w 

background image

tym uroczym domku?
Z dzieckiem.
Lecz bez Daniela.
No właśnie. Może to nie jej sława i nie jej bogactwo są przeszkodą, 
która wyrośnie między nimi, ale właśnie to dziecko. Dziecko bez 
ojca, dziecko bez małżeństwa, dziecko bez stałego związku. To, co 
jeszcze   niedawno   było   składnikiem   jej   sielankowej   wizji   życia, 
nabrało nagle nowych wymiarów.
- Chodź, St. Paddy. - Daniel wyjął szczeniaka z samochodu. - Oto 
twoje   przeznaczenie   -   mała,   kryta   strzechą   chatka.   Szczęściarz   z 
ciebie, bracie...
Rose zabrała płaszcz i torebkę i ruszyła za Danielem w stronę domu. 
Rośliny wciąż jeszcze obłożone były darnią, by nie ściął ich mróz, 
lecz i tak pojedyncze żonkile przebijały się gdzieniegdzie ku słońcu.
- Założę się, że twoja matka uwielbia to miejsce - powiedział Daniel.
Rose wygrzebała klucze z torebki.
- O tak, masz rację. Pomagała mi we wszystkim: w projektowaniu 
ogrodu, w zakupie mebli, doborze kolorów. Mówiła, że dla niej to 
trochę jak powrót do domu.
- Nigdy nie odwiedziła Irlandii?
- Nie. Kiedy była żoną mojego taty, nie miała czasu. A teraz, po 
rozwodzie, nie chce tam wracać i wyjaśniać  wszystko znajomym, 
rodzinie. Wiem, brzmi to trochę głupio, ale...
- Wcale nie. Wiem coś o tym. Wyrosłem w podobnym środowisku.
-   A   więc   witaj   w   domku   Róży   z   Tralee!   -   Otworzyła   drzwi   i 
przepuściła gościa przodem.
Zastanawiała się, czy będzie czuł się nieswojo w nowym otoczeniu, 
tymczasem Daniel wyglądał jak typowy Irlandczyk, który właśnie 
powrócił do domu, do miejsca, do którego przynależy.
Może było tak dlatego, że sprzęty, które wybrała, nie były z gatunku 
delikatnych cacek. Przedmioty nieco toporne, w stylu rustykalnym, 
miały   swój   wdzięk,   jednak   nie   onieśmielały   swą   nadmierną 
kunsztownością   czy   bogactwem.   W   kredensie   stały   zwykłe 
ceramiczne   talerze   i   miski,   solidny   dębowy   stół   wsparty   był   na 
prostych nogach. Kanapa i krzesła, ustawione w pobliżu kominka, 
wyglądały   na   wystarczająco   duże   i   masywne,   by   udźwignąć 

background image

mężczyznę postury Daniela. Kupując to wszystko, miała na uwadze 
brykające   dziecko   i   wielkiego   psa,   człowiek,   który   stał   teraz   na 
środku   izby,   nie   był   przy   tym   brany   pod  uwagę.   Musiała   jednak 
przyznać, że świetnie pasował do tego miejsca.
Postawił   koszyk   z   pieskiem   na   sosnowej   podłodze   i   uważnie 
rozglądał się po wnętrzu.
- Podoba ci się? - spytała z lekkim niepokojem.
- Nie mam najmniejszego pojęcia o dekoracji wnętrz, ale gdybym 
usiłował   wyobrazić   sobie   idealne   mieszkanie,   to   właśnie   tak 
musiałoby wyglądać.
- Też tak uważam - ucieszyła się. - Kiedy jestem na Manhattanie i 
wciąż muszę gdzieś pędzić, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że 
jestem tutaj. Stresy mijają jak ręką odjął.
St. Paddy podrapał w drzwiczki swojego więzienia.
- Powinniśmy chyba go wypuścić.
- Jasne. Mam tylko jedną uwagę. Opiekowałaś się już kiedyś małym 
psiakiem?
- Nigdy. Nie pozwalali mi rodzice.
- W takim razie posłuchaj: miałem dwa psy, trzymaliśmy je głównie 
w kuchni, póki nie nauczyły się załatwiać na gazety. Jeśli więc...
-   Rozumiem,   o   co   ci   chodzi.   Trzeba   go   trzymać   w   jednym 
pomieszczeniu, tak? Ale nie możemy przecież tak po prostu zamknąć 
mu drzwi przed nosem. To byłoby...
- Pamiętam też - nie dał jej skończyć - że zagradzaliśmy im drogę 
deską, na tyle wysoką, żeby nie mogły przez nią przejść. Jasne, że 
drzwi były otwarte. Możemy zrobić mu posłanie w kącie kuchni. 
Przydałaby się też butelka z gorącą wodą i tykający zegarek; to mu 
zastąpi   ciepło   i   bicie   serduszek   swoich   braciszków.   Od   razu   się 
uspokoi.
- Słyszałam o tych sposobach. To rzeczywiście działa?
-   Czasami.   -   Uśmiechnął   się.   -   A   czasami   nie   i   wtedy   pies 
doprowadza cię do szaleństwa.
- Hm, dobrze, że tu jesteś. Sama pewnie wszystko bym pochrzaniła.
- Ja też się cieszę, że tu jestem. - Spojrzał na nią przelotnie i zaraz 
odwrócił wzrok. - To co? Znajdzie się jakaś deska?
- Zostały jakieś po remoncie. Przejdź się na tył domu i poszukaj, a ja 

background image

przyniosę budzik z sypialni.
- Okay - rzucił Daniel, po czym objął Rose i przyciągnął ją ku sobie. 
-   Jeden   na   drogę   -   zamruczał   jej   do   ucha   i   zanim   zdążyła   się 
zorientować, pocałował ją przelotnie w usta.
Pocałunek   przypomniał   Rose   o   tym,   co   miało   stać   się   później   i 
dlaczego wyrwali się z Nowego Jorku, i obudził w niej uśpione na 
chwilę   pragnienia.   Poczuła   słabość   w   kolanach,   westchnęła, 
zarzuciła mu ręce na szyję, jednak Daniel delikatnie uwolnił się z jej 
objęć i powiedział:
- Spokojnie. Mamy czas. Na razie musimy zainstalować szczeniaka.
- A co będzie, jeśli on... jeśli on będzie chciał, żeby poświęcać mu 
ciągle uwagę?
- To jest dzieciak. A dzieci głównie śpią - pocieszył  ją, po czym 
mrugnął do niej okiem i wyszedł na dwór.
Godzinę  później   Daniel  uporał   się  z  ustawieniem   barierki   dla  St. 
Paddy'ego   i   wyładował   przywiezione   z   miasta   wiktuały.   Rose 
tymczasem   znalazła   kartonowe   pudło,   mające   służyć   psu   za 
legowisko,   oraz   stary   koc.   St.   Paddy   wciąż   biegał   po   kuchni, 
obwąchując wszystko z zainteresowaniem.
- Co z gazetami? - zapytał Daniel.
-   Przyniosę   -   odpowiedziała.   Przeszła   przez   zaporę,   wyjęła   całe 
naręcze   gazet   z   kosza   przy   kominku,   po   czym   zabrała   się   za 
rozścielanie ich na kuchennej podłodze.
- To lokalna prasa? - Daniel nachylił się, by jej pomóc.
- Tak... St. Paddy! - roześmiała się, gdy piesek usiłował wdrapać się 
na jej kolana.
- A wycięłaś swoje rysunki?
- Pewnie. Ale poczekaj... podsunąłeś mi pewien pomysł. Mam kilka 
dodatkowych egzemplarzy. Przyniosę jeden dla pieska.
- Może i jest wyrośnięty jak na swój wiek, ale wątpię, czy umie już 
czytać.
- Nieważne. Chodzi o to, żeby mógł lepiej mnie poznać, dowiedzieć 
się czegoś o swojej pani. - Znalazła komiks z ostatniego wydania i 
ceremonialnie   położyła   rysunki   przed   szczeniakiem.   -   Proszę,   St. 
Paddy.
Piesek przyjrzał się papierkom z zaciekawieniem, po czym zaczął 

background image

energicznie merdać ogonem.
- Widzisz? Podoba mu się.
- No pewnie. Może chce, żebyś mu poczytała?
- A czemu by nie? - Rose usiadła na podłodze, co piesek natychmiast 
wykorzystał i polizał ją po twarzy. - No dalej, Daniel! Ty czytasz 
kwestie St. Paddy'ego, a ja będę Flynnem.
-   Myślisz,   że   nadaję   się   do   tej   roli?   Nie   powinienem   być   raczej 
słuchaczem?
- Nie bądź taki mądry. Siadaj na podłodze i czytaj. To był w końcu 
twój pomysł.
- Mój, powiadasz? - Pokręcił z uśmiechem głową, po czym opadł na 
czworaki   i   znalazł   się   nos   w   nos   ze   szczeniakiem.   -   Oto   Daniel 
O’Malley,   psinko.   Superglina,   który   czyta   psu   komiksy.   Zdajesz 
sobie sprawę, co by się stało z moją reputacją, gdyby ktoś się o tym 
dowiedział?
St. Paddy odpowiedział na to pytanie, liżąc Daniela w nos.
-   No   dobra...   Chodź   tu,   mały.   -   Objął   ręką   szyję   wiercącego   się 
szczeniaka   i   zaczął   czytać.   Pies   uspokoił   się   od   razu   i   ciekawie 
nadstawił uszu,
- Daniel!  - krzyknęła  z zachwytem  Rose. - On naprawdę słucha! 
Mam   genialnego   psa!   Czytamy   razem   czy   wolisz   sam   zająć   się 
wszystkim?
- Bez przesady...
Roześmiała się i zaczęła czytać słowa wypowiadane przez dobrego 
duszka swym pięknym, melodyjnym, ćwiczonym głosem.
- Brzmi cudownie. - Daniel uśmiechnął się błogo, a ona zarumieniła 
się, niespodziewanie zadowolona i zawstydzona z siebie samej.
- Jego głos tak właśnie brzmiał w mojej głowie.
- Oczywiście... - Wciąż z uwielbieniem wpatrywał się w jej twarz.
-   O   rany...   -   Rose   przerwała   czytanie.   -   Nie   patrz   tak   na   mnie, 
peszysz mnie.
- Ty speszona? Przecież  twoja praca polega na tym,  że na ciebie 
patrzą.
- To zupełnie co innego. Nie patrz. Daniel zasłonił pieskowi oczy.
- Nie patrz, maleńki, ona się wstydzi.
Rose roześmiała się i czytała dalej dymki z komiksu na zmianę z 

background image

Danielem.   Ostatnią   jej   kwestię   nagrodził   brawami   i   gromkim 
wybuchem śmiechu.
- Dziękuję - skromnie spuściła oczy.
- Nie oddałbym tego za żadne skarby świata! To co? Teraz pieseczek 
pójdzie lulu?
- Jasne.
Ale Paddy wcale nie zamierzał dać się uśpić. Wolał się bawić.
- Usiądź na podłodze i popieść go troszkę, w końcu zaśnie - doradził 
wreszcie Daniel. - Ja zrobię parę kanapek.
- Fakt. Zupełnie zapomniałam. Taka ze mnie gospodyni.
- Wydawało mi się, że w czasie tego weekendu ja mam zajmować się 
kuchnią.  - Daniel wyjął  z lodówki  wędlinę  i sałatę.  - Takie  były 
uzgodnienia.
- A czym ja mam się zajmować?
- Mną - wyszczerzył zęby w bezczelnym uśmiechu.
Rose   uklękła   obok   pieska   i   zaczęła   czule   do   niego   przemawiać, 
jednak jej uwaga skupiona była na Danielu, Patrzyła, jak kręci się po 
kuchni, jak czarny lok opada mu na czoło, kiedy pochyla się nad 
blatem, rozsmarowując musztardę na chlebie, jak zgrabnie leżą na 
nim zwykłe proste dżinsy.
-  Zjedz   to,   będziesz   potrzebowała   dużo   energii.   -  Skończył   robić 
kanapki i podał jej połówkę.
- Doprawdy? - Takie uwagi przyspieszały bicie jej serca, lecz nie 
była pewna, czy chce, żeby on o tym wiedział.
- Jasne. - Ukucnął obok niej. - Jestem superkochankiem, spytaj kogo 
zechcesz...
-   Hmm...   Superglina,   a   do   tego   superkochanek...   -   Odgryzła   kęs 
smakowitego sandwicza i zwróciła się do pieska. - Słyszałeś, jakiego 
dzielnego mamy tu zucha?
St. Paddy ziewnął rozdzierająco.
- Nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia - skomentowała Rose.
- To chłopak. Udaje, że się nie przejmuje. Chłopaki nigdy nie chcą 
przyznać, że ktoś jest w czymś od nich lepszy.
- A ty niby jesteś najlepszy?
- Pogłaszcz jeszcze trochę tę bestię, a jak uśnie, dam ci odpowiedź.
- Och, muszę czekać tak długo? - przekomarzała się Rose.

background image

- Nie pożałujesz.
- Kobiety muszą za tobą szaleć.
- Wszystkie bez wyjątku.
- Łącznie ze mną.,. - Ugryzła następny kęs, ale bardziej na pokaz, bo 
nie  czuła  już  smaku  jedzenia.  Patrzyła  mu   w  oczy  i  czuła,  że   ta 
głupawa   rozmowa,   którą   prowadzili   dla   zabawy,   działa   na   jej 
wyobraźnię i drażni zmysły.
- Zasnął - cicho odezwał się Daniel, odkładając na blat kanapkę. - 
Zabierz rękę. Bardzo powoli.
Rose   wyplątała   palce   z   mięciutkiej   sierści.   Jej   delikatne   dłonie 
splotły   się   ze   znacznie   silniejszymi   dłońmi   Daniela.   Pomógł   jej 
wstać i szepnął namiętnie do ucha:
- Idę pierwszy.  Chodź za mną. Tylko ciiicho... Zabrzmiało to jak 
obietnica niebiańskich rozkoszy. Nie
przestając   patrzeć   w   jego   roznamiętnione   źrenice,   Rose   zaczęła 
przesuwać się w stronę wyjścia.  Daniel wycofywał  się tyłem,  nie 
spuszczając oczu z legowiska, w którym pochrapywał St. Paddy, a 
ona   -   niczym   zahipnotyzowana   -   podążała   za   nim   krok   w   krok. 
Ostrożnie   przekroczyli   przegrodę   umieszczoną   w   kuchennych 
drzwiach i wtedy przypomniała sobie o szmacianym dywaniku, który 
zdobił przedpokój. A zrobiła to dokładnie w chwili, kiedy Daniel 
zaczepił   nogą   o   jego   krawędź   i   stracił   równowagę.   Próbowała 
jeszcze go złapać, lecz był zbyt ciężki i za moment oboje runęli z 
hukiem na podłogę.
- Nic ci nie jest? - zaniepokoiła się, unosząc się nieco, by spojrzeć na 
mężczyznę. Leżał pod nią, lecz nie wyglądał ani na rannego, ani na 
niezadowolonego.
- Szsz.., - Przytulił ją. - Nie ruszaj się. Może się nie obudził.
- Ale., na pewno wszystko w porządku?
- Na pewno. Nic mi nie jest. Chyba nadal śpi. Cicho...
Rose  oparła  policzek  na jego piersi i  zaczęła  słuchać gwałtownie 
bijącego   serca.   Rozpięła   górny   guzik   koszuli,   wsunęła   dłoń   pod 
spód.
- Co robisz?
- Sprawdzam, czy masz całe żebra.
- Ach... Zmieniłem zdanie. Coś mnie boli. Może naprawdę coś mi się 

background image

stało? Lepiej zbadaj mnie dokładnie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Daniel nie miał złudzeń. To, co właśnie się zaczęło, nie miało szansy 
przerodzić się w długi, wspaniały romans. Rose potrzebowała akurat 
kogoś bliskiego, a dzięki inwencji jego kochanej matki on nawinął 
się   pod   rękę.   Zmieniała   zawód,   przeprowadzała   się,   wkraczała   w 
nowe życie. W takich momentach dobrze mieć kogoś, na kim można 
się   oprzeć.   Co   do   tego   jednak,   że   znudzi   się   jej   ta   przygoda   z 
policjantem,   nie   miał   żadnych   wątpliwości.   Ot,   fanaberia   bogatej 
panienki.
Zostawi go, a on będzie cierpiał jak diabli.
Wiedział  o tym,  a jednak tulił ją mocno  do siebie. Leżał na tym 
zrolowanym   chodniku   i   otwierał   dla   niej   swe   serce.   Nie   potrafił 
kochać się z kobietą, do której nic nie czuł. A Rose zasługiwała, by 
dać jej wszystko, co ma najlepszego. Nie tylko seks, także miłość.
Palce Rose błądziły pod jego koszulą. Przewrócił ją na bok i zaczął 
całować wszystkie piegi na tej zadziornej irlandzkiej buzi. Dotknął 
wargami   ciepłej   skóry,   rozwiązał   kokardę   we   włosach.   Pragnął 
nacieszyć się ich miękkością, blaskiem, aromatem.
W   sumie   dobrze,   że   przeszkodzono   im   wtedy,   w   jej   mieszkaniu. 
Tutaj mieli lepsze warunki, to miejsce było bardziej stosowne, by 
kochać się  z  Rose. Tu dopiero - w irlandzkiej chatce, pod krytym 
strzechą   dachem,   za   śnieżnymi   koronkowymi   zasłonami   -   można 
było nacieszyć się w pełni wszystkimi skarbami jej cudownego ciała. 
Rose była czysta i słodka jak sama natura; była świeżą śmietanką, 
prawdziwym miodem, połyskliwym strumieniem, zieloną łąką. Dla 
chłopaka  z  miasta   było   to jak  rajska  uczta.  I  Daniel  skorzystał  z 
zaproszenia,
Ze   zdumiewającą   łatwością   zdejmował   z   niej   kolejne   części 
garderoby,   odsłaniał   coraz   więcej   i   więcej   i   wciąż   nie   mógł 
uwierzyć, że oto ma przed sobą Rose Kingsford w całej swej krasie. 
Skórę   miała   tak   delikatną,   że   nieomal   przezroczystą,   kości   tak 
kruche, że przypominała porcelanową figurkę, którą stłukł kiedyś w 
dzieciństwie.   A   przy   tym   była   rozpalona,   pragnęła   go,   dotykała 
niecierpliwie,   dając   do   zrozumienia,   że   wcale   nie   wymaga 
delikatności.
On jednak nie zamierzał być brutalny. Dziewczyna nie miała pojęcia, 

background image

jak silne i niecierpliwe potrafią być jego łapy, i nie zamierzał jej tego 
demonstrować.
Chciał zanieść ją do sypialni, by pod plecami miała miękki materac, 
a nie twardy chodnik, ale ona rozpięła mu spodnie i zaczęła pieścić, 
jakby   nie   chciała   dłużej   czekać.   Jęknął,   owładnięty   jedynym 
pragnieniem połączenia się z nią i zatopienia w słodyczy bez końca. 
Nie   myślał   już   ani   o   sypialni,   ani   o   materacu.   Chwycił   dwie 
poduszki.  Jedną  zwinął  i  podłożył   dziewczynie  pod  głowę,   drugą 
wsunął pod szczupłe biodra. Westchnęła, silniej zacisnęła palce na 
jego plecach. Wiedział, że niedługo ulegnie mu ostatecznie, już za 
chwilę...
Lecz   najpierw   chciał  zakosztować  wszystkich  jej  skarbów.  Piersi. 
Nieduże, zgrabne piersi. Sterczały zuchwale, kusiły ponad wszelkie 
wyobrażenie. Wyzbył się przy nich na zawsze swego szczeniackiego 
upodobania do bujnych biustów.
Wreszcie wsunął się pomiędzy szczupłe uda dziewczyny. Była tak 
krucha, tak drobna, iż obawiał się, że zrobi jej krzywdę, gdy da upust 
wszystkim swym namiętnościom i pragnieniom. Nigdy jeszcze nie 
czuł się tak oszalały z miłości, nigdy krew nie pulsowała mu tak 
szaleńczo w skroniach.
Pamiętać. Musi pamiętać, by się zabezpieczyć...
Nie było łatwo wydobyć i rozerwać mały celofanowy pakiecik, nie 
przestając jednocześnie całować Rose. Patrzył w jej zielone oczy i 
widział w nich nieprzytomny zachwyt, oddanie i tęsknotę. Tęsknotę 
za spełnieniem, które miało nadejść za chwilę i wynieść ich wysoko 
ponad ziemię.  Zatopił się w jej szmaragdowym  spojrzeniu, uniósł 
nad nią jeszcze na chwilę....
Krzyknęła   i   przycisnęła   do   siebie   jego   biodra.   Jej   ciało   drżało   z 
oczekiwania.
- Taka chwila zdarza się tylko raz w życiu, Rose.
-   Chcesz   więc   przedłużyć   ją   w   nieskończoność?   Roześmiał   się 
gardłowo. Nie przypuszczał, że w takiej chwili może się śmiać. A 
jednak.
Zamknął oczy, opadł na nią z westchnieniem ulgi, pchnął. Słysząc 
jęk partnerki, wycofał się szybko.
- Rose?

background image

- Och, nie... To cudowne - szepnęła bez tchu. - Wracaj. I wrócił. 
Wrócił do raju, wrócił do miejsca, którego poszukiwał przez całe 
życie. A może to tylko był sen?
- Daniel... - jej szept zdradzał jakąś obawę. - Daniel.
- Jestem tu. Jestem...
Otworzył   znów   oczy   i   spojrzał   w   tę   bezdenną   zieloną   otchłań. 
Spojrzał i zobaczył w niej więcej niż tylko rozkosz. Zobaczył coś, 
dzięki   czemu  zrozumiał,   że  oto   Rose   otworzyła  przed   nim   swoją 
duszę.
- Możemy mieć kłopoty - szepnął.
- Wiem... Ale to nic - dodała i były to ostatnie słowa, które padły 
między nimi.
Zaraz potem Daniel przyspieszył, Rose wygięła się w łuk i nastąpiła 
eksplozja; potężny wybuch rozkoszy, miłości i szczęścia. Myśl, która 
błysnęła  mu w głowie w tej chwili, była  szalona  i zuchwała:  on. 
Daniel   O’Malley,   nie   chciał,   żeby   jakikolwiek   inny   mężczyzna 
posiadł kiedykolwiek w ten sposób ciało Rose Erin Kingsford. Ciało 
- i serce.
Rose   leżała   na   skotłowanych   ubraniach   i   zastanawiała   się,   co,   u 
diabła, robi wśród tego bałaganu. Po raz. pierwszy od lat pozwoliła 
się   komuś   tak   omotać.   Czułość   Daniela,   jego   poczucie   humoru 
kazały   jej   poddać   w   wątpliwość   dotychczasowe   wyobrażenia   na 
temat małżeństwa. Może nie byłoby źle spędzać z kimś takim jak 
Daniel wieczory i poranki?
Trudno, za późno. Zdecydowała wcześniej, czego chce od życia, i 
będzie tego się trzymać: pragnie dziecka, sukcesu zawodowego w 
nowej dziedzinie, przeprowadzki na wieś. Psa już zresztą ma. Teraz 
czas na resztę. Policjant z Nowego Jorku nie bardzo pasował do tego 
obrazka.
Odwróciła głowę w jego stronę. Leżał z twarzą ukrytą w jej włosach, 
lecz   nie   spał,   czuła   to   wyraźnie.   Przejechała   palcem   po   jego 
kręgosłupie. Zadrżał.
- Mam szacunek dla facetów, którzy nie tylko się chwalą, ale potrafią 
udowodnić,   na   co   ich   stać   -   zamruczała.   -   Nie   wypróbowałam 
wprawdzie   twojego   koca,   ale   na   chodniczku   byłeś   boski.   Jak 
prawdziwy Irlandczyk.

background image

Uniósł się na łokciu i spojrzał na nią poważnie.
- Zapamiętam to do końca życia.
- I jeszcze dłużej - zakpiła,
- No. dalej, strój sobie żarty z tego, co przeżyliśmy. Ale mnie nie 
oszukasz. Widziałem twoje oczy i wiem, że dowcipkujesz, bo jesteś 
przerażona, bo nie wiesz, co się dzieje. Z tobą i ze mną.
- W porządku - spoważniała. - Boję się, Nigdy nie czułam czegoś 
podobnego.
- Nie pasuję to do twojego schematu, prawda? -- spytał z ustami tuż 
przy jej wargach.
- A ja pasuję do twojego? -- Nie.
- I co teraz zrobimy?
- Jeszcze me wiem. - Spojrzał Rose w oczy. - Kiedy cały świat rusza 
z   posad,   mądry   człowiek   stara   się   przede   wszystkim   odzyskać 
równowagę   i   trzeźwe   myślenie.   Coś   wymyślę,   ale   na   razie...   nie 
wiem.
Wbrew jego oczekiwaniom Rose zamiast przejąć się jego słowami, 
zachichotała. Skonfundowany obejrzał się i podążył za jej wzrokiem. 
W tym samym momencie St. Paddy zaszedł go od tyłu i polizał po 
twarzy.
- Alarm! Więzienie rozbite!
- No i twoją teorię diabli wzięli.
- Wyjątek potwierdza regułę. Dobra. Miej go na oku przez chwilę, a 
ja   pójdę   wziąć   prysznic.   Zaraz   coś   wymyślimy.   -   Podniósł   się   i 
ruszył do łazienki, zupełnie nieskrępowany własną nagością.
Rose   patrzyła,   jak   odchodzi.   Rzeczywiście,   na   lewym   pośladku 
widać było różową bliznę. Nie wyglądało jednak, żeby Daniel miał 
jakiś kompleks z tego powodu. Uśmiechnęła się do siebie i zaczęła 
się ubierać.
- Paddy i -zawołała.
Paddy zamruczał tylko, ale bynajmniej nie przyszedł, zajęty czymś 
bez reszty. Rose przyjrzała się dokładnie temu, co tarmosi w zębach, 
by się przekonać, że to... slipy Daniela.
-   Paddy,   niee...   Oddaj   to   natychmiast!   Złodziejaszek   zbliżył   się 
odrobinę, jakby zapraszał ją do igraszek.
-  Oddaj.  -   Schwyciła   materiał   i  zaczęła   go  ciągnąć,   podczas   gdy 

background image

piesek   zadarł   zad   do   góry.   zaczął   kręcić   ogonkiem   jak   szalony   i 
przeciągać zdobycz w swoją stronę.
- Rose? - W progu pojawił się Daniel. - Potrzebuję... - przerwał, 
słysząc odgłos dartej bawełny - jakiejś opaski na biodra - dokończył i 
wrócił do łazienki.
- Daniel, tak mi przykro, odkupię ci je? - zawołała za nim.
- Niedoczekanie twoje! - odkrzyknął z łazienki. - Poza tym to będzie 
moja polisa ubezpieczeniowa.
- Słucham?
- Jeżeli wygadasz się przed kimkolwiek, że czytałem psu komiksy, ja 
rozpowiem, że własnoręcznie rozdarłaś moje gatki.
- Nie zrobisz tego!
- Masz ochotę się przekonać?
Drzewa   wokół   domku   napęczniały   wilgocią,   mokry   śnieg   koło 
południa   zamienił   się   w   deszcz.   Rose   postanowiła   zatem,   że 
wyprowadzając pieska na pierwszy spacer, będą trzymać się drogi. 
Zwykła chustka posłużyła za obrożę, sznurek do wieszania bielizny 
zastępował smycz.
Wyszli   na   dwór,   oślepiani   przez   późno   popołudniowe   słońce. 
Drzewa puszczały pierwsze pąki i w powietrzu czuć było zapowiedź 
wiosny. Rose wciągnęła głęboko powietrze do płuc.
- Uwielbiam ten zapach.
-   Och...   -   Daniel   zaciągnął   się   świeżym   powietrzem   z   niejaką 
przesadą i zakasłał, udając, że się krztusi.
Walnęła go mocno w plecy.
- W porządku?
- Ehe - odchrząknął. - Do korzystania ze świeżego powietrza trzeba 
przywyknąć, tak samo jak do wdychania spalin.
- Pociągało cię kiedyś życie na wsi?
Natychmiast pożałowała tego pytania. Czy nie było w nim ukryte 
drugie, znacznie bardziej osobiste?
-   Nie   zastanawiałem   się   nigdy   nad   tym.   Może   na   wakacje?   To 
całkiem dobry pomysł. Ale w ogóle to jestem gliniarzem z wielkiego 
miasta. To moja robota. Lubię ją.
Spodziewała się takiej odpowiedzi. Mimo to czuła się rozczarowana.
- Ja natomiast uwielbiam wieś - powiedziała. - Mama powiada, że 

background image

mam duszę irlandzkiej dojarki.
- Nie powiesz mi chyba, że zamierzasz trzymać krowę za domem?
- Myślałam o tym. - Roześmiała się. - I o koniu też.
- Dobry Boże!
- O co chodzi? Przecież sam jeździsz konno.
- Niby tak, ale nie trzymam go u siebie w mieszkaniu.
- Daniel, nie próbuj mnie  przekonać, że jesteś niereformowalnym 
mieszczuchem.   Widziałam   cię   na   koniu.   Masz   hopla   na   jego 
punkcie.
- Mów o nim Dan Foley, jeśli łaska.
- Słucham?
-   Dan   Foley.   Nasze   konie   często   noszą   imiona   funkcjonariuszy, 
którzy   polegli   na   służbie.   Porucznik   Dan   Foley   zginał   w   czasie 
obławy na handlarzy narkotyków, jakieś dziesięć lat temu. Dlatego 
nazwano tak mojego konia. Dobry sposób na oddanie hołdu naszym 
bohaterom.
- Jakże urocze i sentymentalne!
- Gliniarze są bardziej sentymentalni niż ci się wydaje. Uwaga, Rose. 
Jakieś stworzenie na godzinie drugiej. Trzymaj dobrze tego psa.
Rose   ściągnęła   smycz   -   w   poprzek   drogi   kicał   królik.   St.   Paddy 
oczywiście   szarpnął   sznurek,   aż   dziewczyna   zachwiała   się,   lecz 
zdołała przywołać psa do porządku.
-   Niebawem   nie   da   rady   utrzymać   go   w   ten   sposób.   Co   mówił 
hodowca? Że przybiera dwa kilo w tydzień?
- Coś w tym rodzaju, kilo.
- Więc w końcu będzie cięższy od ciebie.
- Na to wygląda. Ale za to zrobi wszystko, żeby mnie zadowolić. To 
taka rasa.
- Nie on jeden ma taką potrzebę.
-   Czyżby?   -   Na   plecach   znów   poczuła   przyjemny   dreszczyk. 
Zatrzymała się i spojrzała na Daniela.
- Jasne. Zaraz spróbuję. Albo nie - ty mnie pocałuj!
- Na środku drogi?
-   Na   środku   drogi   i   prosto   w   usta.   I   daj   mi   lepiej   ten   sznurek. 
Zapomnisz   się,   szczeniak   ucieknie,   a   ty   mi   tego   nigdy   nie 
wybaczysz.

background image

- Jak to, zapomnę się?
-- Zaraz zobaczysz. - Ich usta zetknęły się. Rose jęknęła, otoczyła 
ramionami   kibić   kochanka,   przywarła   do   niego   całym   ciałem.   - 
Wierz mi albo nie, ale miałbym ochotę przywiązać psa do drzewa i 
zaciągnąć cię do lasu - wyszeptał jej do ucha.
- Ale tam jest błoto...
- No to co? Wysmarujemy się w błocie. Wszystko mi jedno.
Ten obraz jeszcze bardziej rozpalił krew w żyłach Rose. Przy tym 
facecie zupełnie traciła głowę. Naprawdę była gotowa tarzać się w 
błocie, w czekoladowym syropie i w bitej śmietanie!
- Cholera jasna! -Nagle Daniel odepchnął ją gwałtownie. Na końcu 
przywiązanego do drzewa sznurka była jedynie czerwona chustka. 
St. Paddy czmychnął.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Szukali go pomiędzy drzewami rosnącymi wzdłuż drogi, w krzakach 
i zagajnikach. Bezskutecznie. Nie znaleźli ani śladu, nawet kłaczka 
brązowej   sierści.   A   przecież   tak   skrupulatnie   uwiązała   go   do   tej 
prowizorycznej smyczy.
Serce   podchodziło   Rose   do   gardła.   Pewnie   głupiutki   psia-czek 
popędził za następnym królikiem. Nie powinna była się całować, ani 
na chwilę nie powinna była spuszczać go z oczu.
-   St.   Paddy!   -   nawoływała   błagalnie.   -   Ach,   Daniel,   przecież   on 
nawet nie zna jeszcze swojego imienia!
-   Nie   szkodzi.   -   Daniel   przeszedł   na   drugą   stronę   drogi,   by 
przeszukać tamtejsze zarośla. - Wołaj dalej, może zareaguje na sam 
dźwięk twojego głosu.
- St. Paddy!!!
- Poszedł tędy - oznajmił nagle Daniel, depcząc po biocie, w którym 
zapadał się niemal po kostki. - Są ślady. Pójdę za nimi, a ty zostań, 
na wypadek gdyby...
- Nie ma mowy! - Rose ruszyła w ślad za nim, choć jej trzewiki były 
znacznie mniej solidne niż buciory Daniela i nie było wykluczone, że 
w końcu jeden z nich ugrzęźnie w błocku na zawsze.
- W porządku, ale uważaj...
- Ty też. Daniel! - ostrzegła go o sekundę za późno. Przełażąc przez 
powalony   pień,   obejrzał   się   za   nią,   nie   zauważył   sterczącego 
korzenia, potknął się i runął jak długi.
Rose kucnęła obok niego.
- Nic ci się nie stało?
Uniósł się na dłoniach, wypluł zeschnięty liść.
- I jak tu nie kochać życia  na wsi?  - Podniósł ku niej  twarz tak 
wypapraną, iż wyglądał jak czart z dziecięcego teatrzyku.
- Zdaje się, że miałeś ochotę wytapiać się w błocie.
- A ciebie to nie podnieca? Dobrze - podniósł się, przetarł rękawem 
oczy i przyjrzał się uważnie psim śladom. – Tędy - zadecydował w 
końcu.
Ślady St. Paddy'ego urywały się przed wielkim spróchniałym pniem.
-   Wydaje   mi   się,   że   jest   w   środku.   Pewnie   wlazł   tu   za   jakimś 
królikiem.

background image

Rose kucnęła i zajrzała w czarną dziurę.
- St. Paddy! Choć, maleńki. Jesteś jeszcze za mały,  żeby chodzić 
samemu po lesie.
Cisza.
- Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Może tam jest żmija?
-   Cokolwiek   mogłoby   siedzieć   w   tym   pniu,   na   pewno   nie   jest 
większe   od   niego.   Pewnie   wczołgał   się   tam,   zmęczył   i   zasnął. 
Spróbuję wsunąć się do środka.
- Jej! Pomyśl, na co możesz trafić!
- Najwyżej na jakieś wiejskie paskudztwo - wyszczerzył do niej zęby 
w uśmiechu. - Przecież kochasz wieś.
- Stroisz sobie ze mnie żarty!
- Ja? Przecież mi też zaczyna się to podobać. - Rozciągnął się na 
brzuchu i zajrzał od dołu do dziury w pniu. - Pomyśl tylko, jakie 
będziemy mieli używanie, kiedy trzeba będzie oczyścić mnie z tej 
mazi. - Wsadził rękę głębiej w otwór.
- Hej, piesku, chodź no tutaj!
- Czujesz go?
- Nie - stęknął. - Szkoda, że nie mam dłuższej ręki. Cholera, gdzie 
jest ten superglina, superkochanek i supermen, kiedy naprawdę go 
potrzeba? Widziałaś go gdzieś?
Rose spojrzała na leżącego w błocie mężczyznę, który nie zważając 
na   nic,   właził   coraz   głębiej   do   środka   przegniłego   pnia,   żeby 
uratować jej psiaczka, i myślała, że nie zna nikogo, kto gotów byłby 
na takie niewygody i poświęcał się dla niej z takim wdziękiem.
- Myślę, że znalazłam właśnie takiego supermena - odparła miękko.
Po tych słowach Daniel zaczął chichotać.
- Co w tym takiego śmiesznego?
- Coś liże mnie po palcach. Założę się, że to twój szczeniak.
- To musi być on! Możesz go złapać?
- Nie, chyba, że chcesz, żebym wyciągnął go za jęzor.
- Wiem! Cofaj pomału rękę. St. Paddy będzie cię lizał i wypełznie za 
tobą na zewnątrz.
- Racja. Czy ktoś już ci mówił, że jesteś bardzo zmyślna?
- Dzięki. Na ogół nie jest to pierwsze skojarzenie, które przychodzi 
facetom na mój widok.

background image

- Nie możesz ich za to winić. Jesteś taka piękna.
- Co niekoniecznie musi prowadzić do szczęścia.
- Mówisz tak, jakby uroda była jakimś kamieniem u nogi.
- Bo czasami jest.
- Wiesz co,  Rose?  Chętnie  pogadam  o tym  z  tobą innym  razem. 
Teraz   przygotuj   się:   pochyl   się   nade   mną   i   jak   tylko   ta   bestia 
wystawi łeb, chwytaj ją za kark, jak wtedy w samochodzie.
- Daniel, za to, co teraz robisz, nie wypłacę ci się do końca życia.
- Nie wiem, czy będę chciał czekać tak długo.
- Brzmi obiecująco - mruknęła mu do ucha i skoncentrowała uwagę 
na ciemnym otworze w pniu.
Daniel wyciągnął rękę już po nadgarstek i właśnie powoli wysuwał 
palce. Tuż za nimi pojawił się różowy jęzor. Rose poczekała jeszcze 
na   uszy,   po   czym   rzuciła   się,   schwyciła   psa   i   przycisnęła   go   do 
siebie.   Mocno   wystraszony,   zaczął   wierzgać   w   jej   objęciach,   aż 
straciła   równowagę   i   upadła   z   nim   w   pobliskie   krzaki.   Całe 
szczęście, że nie wypuściła go z objęć.
Daniel przykucnął obok niej.
- Może ci pomóc, Rose?
- Proszę.
Bez wysiłku dźwignął ciężkie zwierzę i Rose mogła wygramolić się 
z   gęstwiny   gałęzi,   rozdzierając   sobie   przy   okazji   kieszeń   spodni. 
Otrzepała   się,   mrucząc   pod   nosem   jakieś   złe   słowa,   po   czym 
spojrzała na Daniela.
Przemawiał   cicho   do   pieska   i   tulił   go   w   objęciach   niczym 
niesfornego berbecia. Jakim wspaniałym byłby ojcem, przemknęło 
jej przez myśl. Jeśli kiedykolwiek zdecydowałaby się na związek z 
mężczyzną, to musiałby on być taki jak Daniel.
Ale to na razie sprawa przyszłości. Na razie nie była gotowa do roli 
żony, za to aż nadto dojrzała do roli matki. Tych kilkanaście minut 
strachu o St. Paddyego przekonało ją, że opieka nad kimś małym i 
bezbronnym to dla niej życiowa potrzeba.
-   Wygląda   na   to,   że   nic   mu   nie   jest.   -   Daniel   spojrzał   na   nią   z 
uśmiechem.
Był   umorusany,   ale   szczęśliwy.   Rose   wiedziała,   że   zachowa   w 
pamięci ten obraz na zawsze.

background image

Dzięki bogu wszystko skończyło się dobrze, pomyślał Daniel, kiedy 
znaleźli   się   wreszcie   w   domku   Rose.   Lepiej   było   stać   w 
przestronnym  holu suchej chaty niż czołgać  się po mokrej  ziemi. 
Tym   bardziej   że   w   chacie   zaczęły   się   dziać   rzeczy   nad   wyraz 
ciekawe.
Oto Rose zdjęła podarte spodnie i w samej tylko luźnej bluzie poszła 
po stary koc, by owinąć nim pieska. Usiadła na podłodze, tuląc do 
siebie zwierzaka, a Daniel mógł  podziwiać jej szczupłe nogi. Nie 
namyślając   się   długo,   sam   ściągnął   dżinsy,   odebrał   psa   od 
dziewczyny   i   zaniósł   do   łazienki,   by   wykąpać   go   po   tych 
przygodach. Rose weszła za nim i odkręciła wodę.
- Ja to zrobię. Nie chcę, żeby cię podrapał - powiedział Daniel i 
umieścił St. Paddy'ego w wannie.
- Nie przejmuj się, drobne zadrapanie nie narazi na szwank mojej 
kariery - uśmiechnęła się.
- Wcale nie chodziło mi o karierę. Po prostu szkoda takiego pięknego 
ciała.
Rose przestała się uśmiechać.
- Widzisz, właśnie o to mi chodzi. Mężczyźni zawsze widzą we mnie 
jedno.
- Ja widzę więcej. Uważaj! - krzyknął, bo St. Paddy szarpnął się i 
zaczął wyłazić z wanny. Oboje musieli wytężyć wszystkie siły, by go 
tam   utrzymać.   -   Zróbmy   tak:   ty   go   myj,   a   ja   będę   trzymał   - 
zakomenderował Daniel.
- Dobra. Daj szampon. I przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam.
Daniel   mocnym   chwytem   unieruchomił   zwierzaka   i   podał   Rose 
buteleczkę z szamponem.
-   Wybaczam   ci.   Zdaje   się,   że   spotykałaś   dotąd   facetów,   których 
interesował jedynie twój wygląd. Ja do takich nie należę, choć nie 
powiem,   że   jest   mi   obojętny.   Wyznam   ci   coś,   chcesz?   Gdyby 
chodziło   wyłącznie   o   urodę,   nie   spędzalibyśmy   razem   tego 
weekendu.
- Czemu więc traktujesz mnie jak nowy samochód?  Boisz się, że 
zarysujesz lakier?
- Dobre porównanie. Pewnie coś w tym jest. Nie wiem. Nigdy nie 
byłem z kimś takim... doskonałym

background image

- Nie jestem doskonała, zapewniam cię.
- W porządku, ale krucha i delikatna. - Pies zaczął się szarpać, więc 
Daniel musiał wzmocnić uchwyt.
- Nie chcę być traktowana jak lalka z chińskiej porcelany!
- Rozumiem. Chcesz być traktowana jak kobieta z krwi i kości.
- Właśnie!
- Nie ma sprawy. Jak tylko umyjemy tego psa, sami wskakujemy do 
wanny. Poszalejemy trochę.
- A nie  boisz się, że się zadrapię  i nie  będę już taka delikatna  i 
doskonała? Na podłodze się bałeś...
- Skąd wiesz?
- A te poduszki, które pode mnie podkładałeś?
-   Lepiej   zmieńmy   temat,   Rose.   Nie   przypominaj,   co   było   na 
podłodze, bo nie dokończymy  tej  toalety - powiedział,  czując, że 
zaczyna robić się ciasno w jego slipkach.
- Rzucisz się na mnie i podrapiesz mnie w szale namiętności? Nie ma 
sprawy, mogę nawet mieć blizny. Najlepiej w tym samym miejscu, 
gdzie ty nosisz tę swoją, po kuli.
- Skąd wiesz, że to od postrzału?
-   Twoja   matka   mi   powiedziała.   Twierdzi,   że   z   tego   powodu 
wstydzisz się kobiet i nie możesz się ożenić. Ale ja podobno mogę 
wyleczyć cię z kompleksów.
- Boże najdroższy!
Z szelmowskim uśmiechem przyjrzała się jego slipkom.
- Z tego, co widzę, mogłabym coś na to zaradzić.
-   Drażnisz   się   ze   mną,   prawda?   Chcesz   mnie   doprowadzić   do 
szaleństwa?
- To tak na ciebie działam?
- Lepiej daj ręcznik. Trzeba osuszyć tego psa. - Błyskawicznie wytarł 
szczeniaka i zaniósł go do kuchni.
- Zaraz przyjdę - zawołała za nim.
- Liczę na to!
  Gdy   tylko   piesek   wlazł   do   swojego   pudła,   natychmiast   zasnął. 
Daniel miał nadzieję, że pośpi na tyle długo, by udało się pobyć z 
Rose   sam   na   sam.,   Cholera,   udowodni   jej,   że   nie   jest   dla   niego 
porcelanową lalką.

background image

Umył twarz i ręce nad zlewem, wytarł się papierowym ręcznikiem i 
wrócił do łazienki. Rose skończyła właśnie mycie wanny i puszczała 
świeżą   wodę.   Opierając   się   o   brzeg   wanny,   stała   w   pozie   tak 
prowokującej, że zaschło mu w ustach z wrażenia.
- Zasnął? - spytała przez ramię.
- Padł jak zdmuchnięta świeczka.
- Możesz wykąpać się pierwszy.
- Możemy zrobić to jednocześnie.
- Nie wiem,  czy się zmieścimy.  - Przyjrzała  mu się z filuternym 
błyskiem w oku. - Trochę wyrośliście, posterunkowy.
- Jakoś sobie poradzimy. - Zsunął slipy i stanął przed nią w całej 
krasie. Jej oczy zaszły mgłą, piersi stwardniały, co znać było nawet 
przez gruby materiał bawełnianej bluzy. To była wspaniała nagroda 
za   jego   wysiłki.   Wsunął   palce   pod   delikatną   tkaninę   damskich 
majteczek i szybkim ruchem pozbawił ją bielizny.
- Daniel!
- Możesz powiedzieć, że podarłem je w przypływie żądzy. - Wszedł 
do wanny, podał rękę dziewczynie. Ściągnęła bluzę przez szyję i bez 
słowa poszła za przykładem kochanka.
Ze zdziwieniem patrzyła, jak namydlą jej nogi, uda, biodra, plecy, 
ramiona. Potem nabrał wody w złożone dłonie i polewał nią jej ciało. 
Rose zadrżała.
- Co ty wyprawiasz?
- Myję cię.
- Nigdy jeszcze...
- To świetny sposób.
Oddech dziewczyny stawał się coraz szybszy, urywany. Zachęcony 
jej   szybką   reakcją,   Daniel   zaczął   pieścić   ją   śmielej,   aż   jęknęła 
tęsknie,   jakby   gotowa   do   miłości.   Zastanawiał   się,   czy   umiałby 
doprowadzić ją do końca samymi tylko pieszczotami. Może i tak, ale 
wolał, by zrobili to razem.
- Daniel... - szepnęła zduszonym głosem.
- Jestem, maleńka.
- Chodź...
Zawładnęła nim prymitywna żądza. Może sprawił to okrzyk, który 
wydobył się z jej gardła, a może wspomnienie pozy, w jakiej zastał 

background image

ją, wchodząc tutaj. W każdym razie stracił nad sobą kontrolę. Nie 
myślał już o niczym i niczego nie brał pod uwagę, przestał myśleć 
racjonalnie. Pragnął tylko jednego - posiąść ją natychmiast, tutaj, w 
tej wannie.
Uniósł   się,  chwycił   ją  za  biodra   i  wszedł  w   nią  jednym  ruchem. 
Oboje na to czekali i teraz oboje krzyknęli z radości i zdumienia, 
jakby zaskoczyła ich rozkosz, która przyszła tak nagle i z taką mocą. 
Tym razem wszystko potoczyło się szybko. Jeszcze chwila, jeszcze 
jedno   pchnięcie,   jeszcze   jeden   spazm   i   stali   się   jednym   ciałem, 
połączonym wspólnym spełnieniem.
Kiedy Daniel mógł już trzeźwo myśleć, ogarnęła go czułość. Czułość 
i wyrzuty sumienia. Nie miał prawa zachować się w ten sposób, nie 
myśląc o konsekwencjach. Wysunął się delikatnie z Rose, otoczył ją 
ramieniem i wyszedł z wanny. Wziął ogromny ręcznik, otulił nim 
dziewczynę.
No tak, teraz powinni porozmawiać  o ewentualnych  następstwach 
tego, co właśnie się stało. Zupełnie jednak nie miał na to ochoty, 
pragnął  nacieszyć  się drwiła,  tym  szczęściem,  które ich  ogarnęło, 
gdy   razem   poznali   smak   miłości.   Wycierał   delikatnie   partnerkę, 
troskliwie osuszał jej nogi i pośladki. Na jednym z nich dostrzegł 
ślad po własnych paznokciach.
- A jednak mnie podrapałeś?
- No cóż... Nasi przodkowie pomyśleliby, że to piętno znaczące moją 
własność.
- Potrzymaj  lustro,  niech  się  przyjrzę.   - Zdjął  z  toaletki  lusterko, 
Rose spojrzała na siebie przez ramię. - Wygląda na robotę fachowca.
- Bo masz do czynienia z mistrzem.
- Nie śmiej się, naprawdę mi się podoba. Mam jeszcze jedną prośbę: 
nie jestem zbyt duża, żebyś zaniósł mnie do sypialni?
- To zależy, jak mam się do tego zabrać.
- Nie rozumiem?
- Można to zrobić na przykład w ten sposób. - Chwycił ją i przerzucił 
sobie przez ramię niczym worek kartofli.
- Hola! To wcale nie jest romantyczne!
- Ale skuteczne - roześmiał się i poniósł Rose do sypialni, by ułożyć 
ją na szerokim łożu, u którego wezgłowia leżały obszyte koronką 

background image

poduszki. - Musimy pogadać, Rose. - Usiadł obok niej i wziął ją w 
ramiona.
- Tak jak w wannie?
- To poważna sprawa. - Odsunął ją lekko od siebie i spojrzał jej w 
oczy. - Straciłem panowanie... Trzeba się zastanowić, jakie mogą być 
rezultaty.
- Nie miej pretensji do siebie. Mogłam cię powstrzymać, gdybym 
chciała.
- Naprawdę?
- A co? - Uniosła brwi. - Gdybym protestowała, wziąłbyś mnie siłą?
- Powiedzmy, że starałbym się ciebie przekonać. Rose, ja nigdy nie 
czułem... nigdy tak bardzo nie chciałem...
- Mnie również nie zdarzyło się nic takiego...
Daniel zaczerpnął tchu i odważył się na jeszcze jedno wyznanie.
- Decydując się na ten weekend, myślałem, że to poryw zmysłów, 
świetna zabawa bez komplikacji na przyszłość. Ale teraz... wszytko 
wygląda zupełnie inaczej.
- Ja też jestem zaskoczona.
-  Dzięki   za  szczerość.   -  Pocałował   piegi  na   jej   nosie.  -  A   swoją 
drogą,   na   przyszłość   musimy   bardziej   uważać.   Jakaś   wpadka   to 
ostatnie, czego nam trzeba w tej chwili.
-   Jasne,   ale   też   bez   przesady.   Nie   zaszkodzi   nam   odrobina 
szaleństwa. Nie ma sensu tego zmieniać.
- Odrobina szaleństwa? - Daniel poczuł, że krew znów żywiej krąży 
w jego żyłach. - Tylko odrobina?
- Chodź do mnie, mój superkochanku. I nie martw się. Po jednam 
razie nie zachodzi się tak od razu w ciążę, prawda?
- Z Irlandczykami nigdy nic nie wiadomo.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Maureen O’Malley biła niezadowolona, że Daniel musiał wyjechać 
na szkolenie akurat w ten weekend, W parafii urządzano wspólny 
podwieczorek i miała nadzieję, że namówi syna, by z nią poszedł. 
Miały tam być przynajmniej trzy młode Irlandki, z którymi mogłaby 
go   puknąć.   Było   to   ważne   szczególnie   teraz,   kiedy   Rose   Erin 
Kingsford okazała się kompletnym niewypałem.
Kończyła   właśnie   przygotowywać   wieprzowe  casserole,  kiedy 
zadzwonił telefon. To pewnie Fran Kavanagh, pomyślała. Umawiali 
się,   że   pojadą   do   kościoła   jedną   taksówką   ze   względu   na   nie 
najlepszą pogodę. Wytarła ręce w fartuch i pobiegła do aparatu.
- Sapiesz, Maureen, jakbyś miała nadzieję, że to jakiś facet.
- To ty! ? - Maureen bezbłędnie rozpoznała ten głos. - Jak śmiesz!? - 
wykrzyknęła i rzuciła słuchawkę na widełki.
Po chwili telefon zadzwonił ponownie.
- Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać, Bridget Hogan! - wrzasnęła i 
znów chciała przerwać połączenie.
- Ale to chodzi o Daniela! - usłyszała godny siebie wrzask z drugiej 
strony.
Przerażona pani O’Malley przycisnęła słuchawkę do ucha.
- Co z nim? Nic mu się nie stało?
-   Fizycznie   nic,   ale   jego   dusza   jest   w   straszliwym 
niebezpieczeństwie.
Maureen odetchnęła z ulgą.
- Pewnie, że troszczę się o jego duszę, ale przede wszystkim chcę, 
żeby żył. Przestraszyć kogoś do pół śmierci - to zupełnie w twoim 
stylu, Bridget Hogan. Myślałam, że miał wypadek. Wiesz przecież, 
że jest policjantem.
- I zdarzy się wypadek, jeśli nie położymy kresu temu, co się dzieje.
-   Boże,   zawsze   byłaś   pierwsza   do   układania   przerażających 
historyjek. Skończ tę gadkę i wal, o co chodzi, jakby powiedział mój 
Daniel.
- Nie jest mi łatwo - Bridget westchnęła  ciężko. - Nie jest łatwo 
mówić tak o krwi z mojej krwi, o ciele z mego ciała. Moja córka, 
Rose... Rose chce mieć dziecko, nie wychodząc za mąż.
- Niemożliwe!

background image

-   Niestety.   Chce   wychować   je   zupełnie   sama.   Nie   wiem,   skąd 
przyszedł jej do głowy taki pomysł.
- Nie wiesz? To ja ci powiem. Wyszłaś za jakiegoś protestanckiego 
Brytyjczyka zamiast za porządnego irlandzkiego katolika. Ot, i cały 
sekret, ty stara ropucho!
-   Zamilcz,   Maureen,   bo   powyrywam   te   sztywne   kłaki   z   twojego 
pustego łba! Cecil nie ma z tym nic wspólnego! Zresztą - zawahała 
się - może to rzeczywiście jego wina. W każdym razie teraz nie ma 
to nic do rzeczy. Musimy ich powstrzymać!
- Ich? - Maureen zrobiło się słabo.
- W tym  swoim bezeceństwie upatrzyła  sobie twojego Daniela na 
ojca.
- Cooo...? On nigdy by się na coś takiego nie zgodził!
- A jeśli nie będzie o niczym wiedział? Jeśli ta bestyjka go po prostu 
uwiedzie?
- Jeśli oszuka Daniela w ten sposób, to sama ukręcę jej łeb! Bogu 
dzięki, że póki co wyjechał na szkolenie.
- A ty jesteś głupia gęś i uwierzyłaś, że jest tam naprawdę?
Maureen wyprostowała się gwałtownie.
- Nie. Nie okłamałby własnej matki!
-   Tak   jak   Rose   nie   okłamałaby   nigdy   mnie.   Sprawdziłam   to. 
Wydusiłam   z   agencji,   że   nie   ma   żadnej   sesji   zdjęciowej,   jak   mi 
powiedziała, tylko po prostu wzięła wolne.
- Twoja krew. Nie dziwi mnie, że zełgała.
- Najpierw zadzwoń na posterunek, a dopiero potem pleć androny, ty 
stara   jędzo!   No,   sprawdź   sama,   czy   twój   bobasek   ma   jakieś 
szkolenie.
- Nie muszę tego robić i nie zrobię.
- Znam cię, Maureen, i doskonalę wiem, że zrobisz, jak tylko odłożę 
słuchawkę.   Zapisz   sobie   lepiej   mój   numer.   Oddzwonisz   i 
zastanowimy się, co robić.
- Nie zadzwonię. Daniel jest na szkoleniu.
-   W   porządku,   przekonamy   się,   zgoda?   -   odparła   Bridget   i 
podyktowała swój numer.
- Do widzenia. Zaręczam cię, że nie usłyszymy się już nigdy więcej - 
pożegnała się Maureen i odłożyła słuchawkę.

background image

Pięć minut później trzymała ją z powrotem.
- Jak myślisz, dokąd mogli pojechać?
- No, no, no, któż to może dzwonić?
- Dobrze wiesz.
- Czyżby to była mamuśka, której chłopiec nigdy nie kłamie?
- Bridget Mary, nie zmieniłaś się ani o jotę! Powiesz mi wreszcie, 
gdzie   twoim   zdaniem   mogą   być,   czy   mam   przyjechać   i   tak   ci 
dołożyć, że zrobisz się wreszcie grzeczna?
- Posłuchaj, ty zakuty łbie: wiem dokładnie, dokąd pojechali. Rose 
ma mały domek na wsi, jakieś dwie, trzy godziny jazdy na północ od 
miasta.
- Co? Mają schadzkę? - sapnęła Maureen.
- A dajże ty spokój! Kto dzisiaj mówi „mieć schadzkę"? W każdym 
razie musimy tam pojechać. Masz samochód?
Maureen pomyślała o starym pontiaku, który należał kiedyś do męża, 
a teraz stał bezużytecznie w podziemnym  garażu. Daniel usiłował 
namówić ją nawet na sprzedanie auta, lecz ona ciągle nie mogła się 
zdecydować. Nie mówiła o tym synowi, ale trzymała wóz po to, by 
zejść czasami na dół, usiąść po stronie pasażera i wyobrażać sobie, 
że za chwilę pojawi się Patrick i ruszą gdzieś przed siebie.
- No... jest samochód Patricka, mojego męża.
- Umiesz prowadzić?
Przypomniała   sobie   kilka   samotnych   przejażdżek.   Miała   drobne 
kłopoty na zakrętach i przy cofaniu, ale nie zamierzała się do tego 
przyznawać. Po co dawać Bridget oręż do ręki?
- Pewnie, że potrafię,
- Świetnie. Wpadnij więc po mnie i jedziemy.
- Teraz? Za godzinę zrobi się ciemno. Zabłądzimy na tej wsi.
- Nie zabłądzimy!
- Zabłądzimy!
- No dobra. Zresztą pewnie do tej pory i tak jest już po wszystkim. 
Jestem   pewna,   że   zajęli   się   sobą   zaraz   po   przyjeździe.   I   tak 
byłybyśmy za późno, więc faktycznie nie ma sensu jechać po nocy. 
Pozostało   nam   tylko   przemówić   im   do   rozumu   i   zaproponować 
jedyne honorowe wyjście. Mam oczywiście na myśli...
- Małżeństwo? - Maureen aż zgrzytnęła zębami.

background image

- Czarny dzień, no nie? Nie ma rady: i ja. i ty musimy zastanowić się 
nad naszymi  przyszłymi  relacjami. Bądź u mnie o ósmej. Zanotuj 
adres...
Maureen zapisała nazwę, ulicy i numer domu na odwrocie rachunku 
za światło. Central Park. A więc musi dojechać do samego centrum 
Manhattanu.

St. Paddy spał bite  dwie godziny,  więc Rose i Daniel mieli  dość 
czasu by nacieszyć się sobą w sypialni.
Zmęczeni miłością, zjedli prosty posiłek naprzeciw małego kominka, 
a potem otworzyli butelkę wina i rozpoczęli partię szachów. Mniej 
więcej w połowie gry piesek zaczął skrobać w deskę, Rose obwiązała 
mu   szyję   chustką   (tym   razem   już   porządnie)   i   wyprowadziła   na 
chwilę na dwór. Gdy wróciła, Daniel dorzucał drew do kominka.
St.   Paddy,   szczęśliwy   z   powodu   pomyślnego   załatwienia   swej 
fizjologicznej potrzeby, pokręcił się chwilę po pokoju, po czym z 
wigorem zaatakował but Daniela.
- Paddy, nie! - Rose usiłowała odciągnąć szkodnika,
- Zostaw - zaoponował Daniel. - Wyrzynają mu się zęby, musi coś 
gryźć.
- Mam w szafie trochę starych buciorów.
- Nie. Przywyknie do gryzienia butów i będzie kłopot. Daj jakieś 
szmaty, zrobimy mu gałgan.
Rose znalazła kilka odpowiednich kawałków i Daniel zrobił z nich 
gryzak   dla   psiny.   St.   Paddy   od   razu   zaczął   „obrabiać"   nową 
zabawkę, a oni mogli wrócić do gry.
- Sporo wiesz o psach - rzuciła Rose, wykonując ruch skoczkiem.
- Mówiłem ci. że moja rodzina miała sporo zwierząt. - Zbił konia 
pionkiem.
- Nie żal ci ich towarzystwa? - Goniec Rose wyeliminował skoczka 
Daniela.
- Czy ja wiem? Zwierzaki jakoś nie pasują do kawalerskiego życia. - 
Obronił zagrożonego hetmana.
- Więc wybrałeś sobie pracę, dzięki której musisz jeździć konno.
- Po prostu poszedłem w ślady ojca. - Wzruszył ramionami.
- Wiesz, co przyszło mi do głowy? Czułbyś się wspaniale, gdybyś 

background image

zajmował się tytko zwierzętami, niekoniecznie zaś przestępcami. - 
Rose wykonała kolejne posunięcie gońcem. - Szach.
- Poczekaj, Rose, czy to ma być zaproszenie?
- A chcesz, żeby tak było?  - Podniosła wzrok znad szachownicy. 
Zupełnie zapomniała o grze.
- Sam nie wiem. - Westchnął i przeczesał palcami czuprynę. - To 
wszystko... - zatoczył ręką koło - jest bardzo pociągające. Ale nie 
mogę sobie na to pozwolić przy mojej pensji.
- Ale ja mogę. Co za różnica, kto zarabia?
- W moim świecie to cholernie ważna różnica.
- Więc ten twój świat zatrzymał się gdzieś w dziewiętnastym wieku. 
Mam zostać ukarana za to, że w moim zawodzie zarabia się więcej 
niż w twoim?  Nie będziemy się spotykać,  bo modelka  jest lepiej 
opłacana niż ten, kto strzeże porządku?
- Ja się nie skarżę.
- A mi woda sodowa nie uderza do głowy. Cóż, nie zrezygnuję z tego 
domku i nie wyrzeknę się wszystkiego, by zadowolić twoje męskie 
ego. Jeśli mnie chcesz, musisz zaakceptować mnie całą, także moje 
pieniądze.
- Pokochaj mnie i pokochaj mój portfel? - Daniel odstawił kieliszek 
wina. - Rose, ja...
W   tej   samej   chwili   St.   Paddy   podskoczył,   trącił   szachownicę   i 
powywracał wszystkie figury.
- Hej, ty!  - Daniel  złapał  szczeniaka  i przekoziołkował  z nim po 
podłodze. - Miałem wygraną partię, a ty wszystko popsułeś.
- Terefere! Wiedziałeś, że przegrywasz, więc go uszczypnąłeś, żeby 
wywrócił szachownicę - powiedziała Rose z pretensją.
Rozczarowana   była   jednak  wcale  nie   z  powodu  przerwanej   partii 
szachów. Chciała wiedzieć, co Daniel miał do powiedzenia, nim St. 
Paddy wkroczył do akcji. Czy zamierzał powiedzieć coś na temat ich 
związku?   Uświadomiła   sobie   teraz,   że   właśnie   na   to   czeka.   To 
dziwne, nie planowała niczego, a zdarzyło się wszystko. Wszystko, 
co   potrzeba,   by   porzucić   myśl   o   Danielu   jako   dawcy   nasienia   i 
wynajętym  ojcu jej  dziecka.  Rysowało  się oto  nowe  rozwiązanie: 
gdyby tak mogła mieć i dziecko, i Daniela!
Spojrzała na niego. Wciąż tarzał się z psem po dywanie jak mały 

background image

chłopiec. W pewnym momencie przycisnął Paddy'ego do podłogi, 
uspokoił głaskaniem po plecach, po czym uśmiechnął się do niej i 
sięgnął po wino.
- Na dziesięciopunktowej skali przyjemności zapasy z psem można 
ocenić na siódemkę.
- Doprawdy? Co może być lepszego? - spytała prowokacyjnie.
- Galopować na Danie Foleyu po ulicach Nowego Jorku. Nie zdarza 
mi się to zbyt często, ale ostatecznie zasługuje na notę „dziewięć".
-   Co   z   dziesiątką?   -   miała   nadzieję,   że   padnie   spodziewana 
odpowiedź.
-  Zaliczyłem   kiedyś   kurs   spadochronowy.   Wyskoczyć   z   samolotu 
lecącego na czterech tysiącach metrów. To z pewnością zasługuje na 
dziesiątkę.
- Ach tak... - Zapatrzyła się w żar kominka.
- Rose? Odwróciła głowę.
- Kochanie się z tobą jest poza skalą - uśmiechnął się czule. - Nie 
znam tak wielkich liczb. I czy nie sądzisz, że dawno już tego nie 
robiliśmy?
- Fakt - poczuła znajome mrowienie na skórze - minęły ponad trzy 
godziny.
- Nie pozwólmy, żeby zrobiły się cztery.
- Trzeba zanieść Paddy'ego do kuchni.
- Ja to zrobię. - Pocałował ją jakby na zachętę. - Ty idź i wygrzej to 
puchowe łoże.
Rose zapaliła w sypialni dyskretne światło, rozebrała się i wsunęła 
pod   kołdrę.   Zamknęła   oczy   i   uśmiechnęła   się   smutno   do   siebie. 
Uświadomiła sobie, że już nigdy nie będzie mogła położyć się w tym 
łóżku, nie myśląc o Danielu i o tym, co wspólnie przeżyli w ciągu 
ostatnich kilkunastu godzin. Bez niego to schronienie nie będzie już 
tym, czym było dawniej - ustroniem, gdzie odzyskiwała siły i spokój 
ducha. Jej przemyślny plan, w którym  Daniel O’Malley miał  być 
jedynie narzędziem do realizacji ściśle określonego celu, wziął w łeb.
- Jak tam St. Paddy? - spytała, gdy owo „narzędzie' pojawiło się po 
kilku minutach obok niej.
- Śpi. Budzik spełnia swoje zadanie.
- Świetnie. - Patrzyła, jak się rozbiera, i już się cieszyła na myśl o 

background image

czekających ją rozkoszach.
-   W   raju   nie   może   być   lepiej   niż   tu.   -   Wślizgnął   się   do   łóżka   i 
zamruczał,   przytulając   ją   mocniej   do   siebie,   -   Jesteś   słodziutka, 
Rosie.
- Nikt nie nazywa mnie Rosie.
- Teraz już tak.  - Ucałował koniuszek jej  piersi. - Dotykaj  mnie, 
Rosie. Tam, gdzie najbardziej lubię.
- Wedle rozkazu, panie posterunkowy.
- Och... proszę, wyjdź mi na spotkanie.
- Jestem. Jeszcze jakieś rozkazy?
Tylko jeden: kochaj mnie!
- Kocham! - odpowiedziała bez wahania.
Daniel wziął głęboki oddech i spojrzał na dziewczynę, starając się 
widzieć wyraźnie przez zasnute mgłą pożądania oczy.
- Nie będę pasował do twojego życia..,
- A może ja chcę, żeby znalazł się w nim ktoś właśnie taki?
- To musisz mnie przekonać.
- Jak?
- Kochając się ze mną co najmniej milion razy!

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Daniel nie mógł  usnąć. Leżał  współświadomy doznanej  rozkoszy, 
trzymał   w   ramionach   najpiękniejszą   kobietę   świata,   a   jego   serce 
przepełniała   radość.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   będą   musieli 
przezwyciężyć   pewne   trudności,   jeśli   mają   na   serio   myśleć   o 
trwałym związku. Ale ta dziewczyna warta była wielu wyrzeczeń. 
Dla niej gotów był zrezygnować ze służby w oddziale konnym, choć 
chyba jeszcze nie gotów do odejścia z policji na dobre.
Oczywiście,   gdyby   zdecydował   się   zamieszkać   z   nią   tutaj,   tak 
cholernie   daleko   od   miasta,   byłyby   i   zalety   takiego   rozwiązania. 
Najważniejsze,   że   spory   dystans   oddzielałby   ich   od   nieznośnych 
matek. Boże, bał się nawet pomyśleć, jak zareagowałyby na wieść o 
zaręczynach.   Musieliby   chyba   wyprawić   dwa   wesela:   jedno   dla 
Maureen, drugie dla Bridget.
A więc ślub?
Myśl o małżeństwie - jakimkolwiek małżeństwie - wydawała mu się 
dotąd nie do zaakceptowania,  teraz  nie widział alternatywy.  Rose 
była   kimś,   kogo   zawsze   pragnął   spotkać:   inteligentna,   twórcza, 
troskliwa, piękna...
W jego myśli wdarło się nagle dobiegające z kuchni skomlenie.
Rose poruszyła się i przylgnęła mocniej do kochanka.
- St. Paddy musi czuć się bardzo samotny.
- Trudno.
- Daniel, to brzmi tak żałośnie...
 - Tak, ale pamiętaj, co mówił hodowca. Nie trzeba zwracać uwagi 
na te piski.
Pogłaskał Rose po włosach i  poprawił się  na łóżku. Leżeli  przez 
chwilę, słuchając płaczu pieska. Wreszcie Daniel nie wytrzymał.
- Nie jestem chyba dobry w te klocki.
- Ani ja.
Usiadł, mamrocząc pod nosem przekleństwo.
-   Trzeba   być   chyba   psychopatą,   by   nie   zareagować.   Co   komu 
zawiniła ta psina? Idę po niego.
- Jesteś pewien? Kilo w tydzień, pamiętaj. Hodowca mówił, że raz 
wziąć go do łóżka, to tak, jakby wyjąć jednego chipsa z otwartej 
paczki i liczyć na to, że następnego nie weźmie się do ust.

background image

- No to przyniosę tu to pudło i zmuszę, żeby w nim spał. To pierwsza 
noc, musi być śmiertelnie wystraszony.
Wyszedł, zapalił światło w kuchni, zamrugał oślepiony blaskiem. St. 
Paddy stał za prowizorycznym przepierzeniem i z radością merdał 
ogonkiem na jego widok.
- Tylko na jedną noc! - pouczył pieska swoim najbardziej surowym 
policyjnym tonem i uwolnił go z zamknięcia. Szczeniak zatańczył 
radośnie i nawet pozwolił się wziąć na ręce i zanieść do sypialni. 
Pudło   stanęło   obok   łóżka,   Paddy   został   do   niego   wpakowany,   a 
Daniel wrócił do łóżka i do Rose.
Ledwie   się   ułożyli,   znów   rozległo   się   skomlenie.   Rose   zaczęła 
chichotać.
- Leż na dole i śpij! - Daniel odezwał się surowo. - Nie zwracaj na 
nią   uwagi.   Ona   nie   szanuje   mojego   autorytetu,   ale   po   tobie 
spodziewam   się   czegoś   innego.   Złaź,   Paddy!   -   rozkazał,   gdy 
szczeniak oparł łapy o materac.
- Oj, Daniel. Spójrz tylko na niego. Biedactwo! Chce spać razem z 
nami.
- Nie ma mowy!
„Biedactwo" położyło łeb na łapach i spojrzało na nich smutno.
- Czy to nie zmiękczy twojego serca?
- To lepszy cwaniak, Rose. Wszystko już sobie obmyślił. Wie, że 
jeśli zademonstruje ci taki widok, to mu ulegniesz.
- Przecież to ty pozwoliłeś mu wyjść z kuchni. No, spójrz tylko na 
jego mordkę!
Daniel odwrócił się na bok.
- Nie zwracam na niego uwagi. Zostaje w kartonie.
St.   Paddy   westchnął   z   głębi   psiego   serca.   Potem   jeszcze   raz.   z 
większym zapałem.
- Daniel...
- Nie, Rose.
Paddy, jakby czując, że jest bliski zwycięstwa, zaczął gramolić się 
niezgrabnie na materac. W pewnym momencie stracił oparcie dla łap 
i zwalił się ciężko do pudła. Wydał z siebie nawet krótkie „uch", 
które zabrzmiało całkiem po ludzku.
Daniel obejrzał się przez ramię.

background image

- No dobrze. Wygrałeś, oszuście. - I wciągnął psa na łóżko.
Dzięki Bożej opatrzności ruch na drogach nie był w sobotni poranek 
tak   duży,   jak   zazwyczaj.   Maureen   ściskała   kierownicę   wielkiego 
pontiaka,   który   pełzł   w   stronę   Zachodniego   Central   Parku,   i   z 
satysfakcją  spoglądała   na  policjantów   na  motorach,  którzy jechali 
przed   nią.   Jak   to   miło,   że   zgodzili   się   eskortować   ją   do   domu 
Bridget. Z początku, kiedy usłyszała policyjne syreny, myślała, że 
idzie o te kubły od śmieci, które poprzewracała przy wyjeździe z 
garażu, ale im nie o to szło. Po prostu rozpoznali stary wóz Patricka 
O'Malleya i zaproponowali, że bezpiecznie przeprowadzą wdowę po 
zasłużonym policjancie aż do Central Parku.
Wezwali nawet dwóch kolegów. Dwa motory z przodu, dwa z tyłu - 
zupełnie   jak   dyplomatyczna   eskorta.   Miała   nadzieję,   że   Bridget 
wyjrzy przez okno. Będzie pod wrażeniem, nie ma co gadać.

Rose obudził zapach kawy podstawionej pod nos. Otworzyła oczy i 
ujrzała nad sobą Daniela.
- Dzień dobry. - Uśmiechnęła się do niego.
- Dzień dobry. - Odstawił filiżankę na stolik.
- Gdzie St. Paddy? - Rose oparła się na łokciu.
- Je śniadanie, był już na dworze.
- Och, dzięki, Wiesz co? To był chyba sen - rzuciła mu szelmowskie 
spojrzenie - bo to raczej niemożliwe, żeby jakieś włochate cielsko 
leżało na poduszce między nami, prawda?
- Musiało ci się przyśnić.
- Uch! - Wypiła łyk kawy. - Wspaniała! Rozpieszczasz mnie, miły. 
Zwykle rano piję zwykłą neskę.
- Kiedy jestem w pobliżu, nie wolno ci tego robić. Zdarzało mi się 
aresztować ludzi za mniejsze prowokacje.
Wypiła kolejny łyk aromatycznego płynu.
- A czy macie ze sobą kajdanki, panie posterunkowy?
- Najpierw chcesz, żebym cię podrapał, a teraz wołasz o kajdanki. 
Może mam wezwać szwadron specjalny?
- Jeśli sam nie zapanujesz nad sytuacją...
- To brzmi jak wyzwanie.
- Jesteś gotów je przyjąć?

background image

Odstawił filiżankę i przewrócił dziewczynę na łóżko.
-   Można   tak   powiedzieć.   Wyobraź   sobie,   że   jesteś   w   areszcie 
domowym. - Unieruchomił ją swoim ciężarem.
- Zawsze tak postępujesz z aresztantami?
- Tylko z tymi, którzy są seksy...
- Och, prawdziwy Irlandczyk. - Przyciągnęła go do siebie.
- Poczekaj. - Złapał Rose za nadgarstek, powstrzymując jej zapędy. - 
Nie możesz mnie uwodzić, kiedy gotuję!
- Gotujesz?
- Tak. Znowu się przypali.
- Nie dbam o spalone jedzenie. - Sięgnęła do guzika jego dżinsów.
- E, ja też mam to gdzieś. Daj, sam zrobię to szybciej.
-   Najadłam   się   przez   ciebie   straszliwego   wstydu   -   skarżyła   się 
Bridget.   -   Jak   mogłaś   zajechać   przed   mój   dom   w   ten   sposób? 
Myślałam, że to sam papież!
Maureen   jechała   autostradą   numer   7   z   prędkością   sześćdziesięciu 
kilometrów na godzinę.
- Papież nie fatygowałby się do ciebie, kochana.
- Kto wie? On dla każdego ma czas. Na Boga, zjedź wreszcie z tego 
awaryjnego pasa! Prowadzisz jak stara baba.
-   Nieprawda!   Ty,   zdaje   się,   w   ogóle   nie   potrafisz   jeździć?   Więc 
możesz się wypchać, Bridget Hogan! Ja tu rządzę.
- Jezusie, Mario, Józefie święty! - Bridget chwyciła się za głowę. - W 
co ja się wpakowałam?
-   Jeśli   mnie   pamięć   nie   myli,   chodzi   tu   o   twoją   córkę,   więc   nie 
traktuj mnie z góry. To krew z twojej krwi wpuściła nas w te maliny.
-   Boże   jedyny,   to   wszystko   przez   MTV.   Zdemoralizowali   całe 
pokolenie.   Maureen,   jedź   może   trochę   szybciej.   Ten   facet,   który 
właśnie nas wyprzedził, pokazywał jakieś nieprzyzwoite gesty.
-   Chodzi   ci   o   to,   że   pokazał   mi   palec.   Dlaczego   sądzisz,   że   to 
wulgarne?
Bridget popatrzyła krytycznie na towarzyszkę.
- Wierz mi, Maureen. Taki gest jest wulgarny. Z pewnością nie było 
to   pozdrowienie   ani   wyraz   uznania   dla   twojej   jazdy.   Co   innego 
kciuk, co innego środkowy palec. I nie tak
 

background image

blisko tej bariery,  na Boga! - Bridget zacisnęła  pięści i zamknęła 
oczy.
- Ucisz się wreszcie, ty ropucho! Stale wrzeszczysz i mnie pouczasz!
- Mówiłaś, że umiesz prowadzić.
- Przecież prowadzę!
- Jezu słodki, zginiemy w tym blaszanym pudle. Umrę przez tę samą 
babę, która zrujnowała mi życie. Uwzięła się na mnie. A wszystko z 
powodu drobnego incydentu z lampą kwarcową.
- Drobnego incydentu? Miałam poparzenia drugiego stopnia! Strupy 
na nosie!
- Musiałaś źle użyć tego płynu.
- Sam płyn był zły, dobrze o tym wiedziałaś!
- Nie wiedziałam.
- Wiedziałaś.
- Nie.
- Kłamczucha, kłamczucha...
- Nic nie słyszę - Bridget zatkała sobie uszy.
- A mnie nic nie obchodzą twoje strachy. - Maureen pokazała jej 
język.
Zapadło   milczenie.   Jechali   w   ciszy   jakiś   czas,   w   końcu   pani 
O’Malley przypomniała sobie, że tylko Bridget zna drogę.
- Zamierzasz powiedzieć mi, gdzie mam skręcić?
- Po prawej stronie powinien być zagajnik...
- Ale nie jesteś pewna, co? Polujemy na dzikie gęsi, ale nie masz 
bladego pojęcia, gdzie ich szukać!
- Po prostu... nie jestem pewna.
- Powinnam ukręcić ci łeb, Bridget Hogan! - Odwróciła się w stronę 
towarzyszki.
- Na Boga, nie zdejmuj rąk z kierownicy!
Maureen zachichotała z satysfakcją i chwyciła z powrotem za kółko. 
Przyspieszyła do siedemdziesiątki, żeby zwiększyć atmosferę grozy, 
i powiedziała:
- Przestraszyłam cię, no nie?
-   Och,   widziałam   już   moją   matkę   zstępującą   z   niebios   na   moje 
spotkanie, perłowe wrota i brodę świętego Piotra...
- No dobrze. Dość tego. Pilnuj zjazdu, jakiegokolwiek. Mam dość tej 

background image

autostrady i tych wyścigowych kierowców.
- Oni też mają ciebie szczerze dosyć - zamruczała Bridget. - O! Tam! 
To chyba ten właściwy! Jest i zagajnik.
- Minęliśmy już z dziesięć takich zjazdów, wszystkie były podobne 
jak ziarnka grochu.
- Zjedź tym zjazdem, Maureen.
-   Niech   ci   będzie.   Pewnie   wylądujemy   na   jakimś   pastwisku,   ale 
skręcam. - Wykonała szeroki łuk. Z tyłu rozległ się pisk hamulców 
innego samochodu.
- Uważaj! Omal na kogoś nie wpadłaś! Nie bierz tak zakrętów!
Maureen była przerażona, ale za nic nie chciała dać tego po sobie 
poznać.
- O co ci chodzi? Nie widziałaś tych napisów na tyłach ciężarówek? 
„Uważaj na zakrętach. Zachowaj odstęp".
- Maureen, my nie jedziemy ciężarówką.
-   Wiem,   ale   następnym   razem   przyczepię   sobie   taki   napis   do 
zderzaka.
-   Nie   będzie   żadnego   następnego   razu!   Stanowisz   zagrożenie   na 
drodze.
- E, bez przesady. - Maureen uśmiechnęła się diabolicznie. - A poza 
tym zaczyna mi się to podobać.

Daniel smażył nową porcję jajecznicy na bekonie, a Rose siedziała 
przy   kuchennym   stole,   popijała   kawę,   obserwowała   kochanka   i 
drapała Paddy'ego za uchem.
- Nie pamiętam, kiedy byłam taka szczęśliwa - wyznała.
- Z powodu tego, że robię ci śniadanie i lubię gotować? - zażartował. 
- To samoobrona. Większość kobiet, które znałem, nie dałaby się 
zaciągnąć do kuchni, a ja lubię domowe jedzenie.
Nałożył   na   talerze   bekon,   jajka,   bułeczki   posmarowane   masłem. 
Usiadł naprzeciw Rose.
- Wygląda wspaniale  - pochwaliła  go. - Już raz zawiodłeś  się na 
moich talentach kulinarnych, prawda? - spytała, wspominając  stew 
doprawiony srebrną nitką.
- Co innego talenty kulinarne, co innego twój wygląd.
- Aha, po prostu chciałeś pójść ze mną do łóżka?

background image

- No pewnie! Przyznaj, że ty myślałaś tak samo.
- Przyznaję.   - Kiwnęła  głową  i  schowała  twarz  w  dłoniach.  Tak, 
chciała   wykorzystać   Daniela.   Pragnęła   tylko   dziecka,   swojego 
dziecka,   nie   ich.   To   był   kretyński   pomysł.   Chciała   mu   o   tym 
powiedzieć, lecz zawahała się w ostatniej chwili. Jak zareaguje na tę 
wieść?   Czy   nie   zerwie   się   ta   delikatna   więź,   która   powstała 
pomiędzy nimi?
- Jeśli chodzi o seks, było cudownie - zaczęła. - Ale teraz...
- .. .chodzi o coś więcej - dokończył za nią.
- No właśnie. - Spojrzała mu w oczy. Nachylił się i pocałował ją w 
usta.
- Pogadamy jeszcze na ten temat. Teraz bierzmy się za śniadanie 
póki ciepłe.
Tak, muszą koniecznie porozmawiać, jeszcze dziś, pomyślała Rose i 
uniosła widelec do ust. Już miała skosztować cudownie pachnącej 
jajecznicy, gdy w ostatniej chwili coś ją powstrzymało.
- Daniel, czy słyszysz to, co ja? Syrena. Chyba się zbliża.
-   Pewnie   stary   Tim   ściga   jakiegoś   zbrodniarza,   który   jechał   o 
dziesięć kilometrów za szybko. Nieważne, jedzmy.
- Czekaj, to rzeczywiście coraz bliżej.
- Mhm, pewnie na tej drodze przecinającej twoją ścieżkę...
 
Na   potężniejący   dźwięk   syreny   nałożył   się   przeraźliwy   klakson. 
Rose i Daniel spojrzeli po sobie i pobiegli do saloniku, żeby wyjrzeć 
przez   okno   na   plac   przed   domem.   Właśnie   wjeżdżał   nań   zielony 
pontiak,   a   za   nim   policyjny   wóz   patrolowy   z   włączoną   syreną   i 
błyskającym światłem na dachu.
- O Boże...
- Wiesz, co to za auto?
- Niestety. - Odparł i skrzywił się, widząc, jak pontiak uderza w tylny 
zderzak jego zaparkowanej toyoty. - Przyjechała moja mamusia.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Kiedy   otworzyły   się   drzwi   po   stronie   pasażera,   Rose   jęknęła   ze 
zgrozą.
- Moja też.
- No i Tim. Wiedziałem, że zawsze mogę na niego liczyć.
- Daniel ruszył ku drzwiom. - Boże, mogła się zabić. Nie mówiąc już 
o twojej matce i tysiącach innych osób.
- Nie wiedziałem, że Maureen umie prowadzić.
- Czy ktoś mówił, że umie? Widziałaś, co zrobiła z moim wozem? - 
Pokręcił głową. - Zawsze miała kłopoty z odróżnieniem hamulca od 
gazu.
- Ale jak one nas tu znalazły? Nie, to nie może być prawda.
- Spójrz na jaśniejsze strony tego wydarzenia - rzucił Daniel przez 
ramię. - Tim prawdopodobnie je aresztuje. Zdaje się, że próbowały 
mu uciec.
- Och, Daniel! Nie możemy na to pozwolić!
- Możemy nie mieć wyboru. Cholera, ciekawe, jak wygląda to twoje 
śliczne miasteczko  po tym,  jak moja  matka  przejechała  przez  nie 
swym ogromnym pontiakiem. Poczekaj!
- Daniel zatrzymał się tak gwałtownie, że Rose wpadła na niego. - 
Widzisz?   Odkłada   na   bok   bloczek   z   mandatami!   Niech   to   jasny 
gwint!   Wyłgała   się   od   płacenia!   Chyba   będę   musiał   poważnie 
porozmawiać z Timmym.
- Chcesz go namówić, żeby jednak wlepił jej mandat?
- Do diabła, nie. Mam zamiar oprotestować mój własny.
- Poczekaj - Rose zniżyła głos. - Mamy teraz większe problemy niż 
twój mandat. Zachowujmy się wobec nich przyjaźnie, jakbyśmy byli 
wielce radzi widzieć je siebie, w towarzystwie Tima, oczywiście.
-   Mam   udawać,   że   się   cieszę?   Z   czego?   Z   tego,   że   moja   matka 
postanowiła   mnie   nakryć   jak   piętnastolatka,   została   piratem 
drogowym,   rozwaliła   mi   zderzak,   a   teraz   korumpuje   uczciwego 
funkcjonariusza?
- Nic nie osiągniemy, jeśli będziemy się wściekać.
- Będę się wściekać!
- Proszę, nie. Przynajmniej dopóki nie dowiemy się, o co naprawdę 
im chodzi.

background image

- No dobrze - westchnął ciężko. - Ale robię to tylko dla ciebie, Rose. 
Pamiętaj.
- Pójdę pierwsza. Mamo! - Rose wyszła na podjazd. - O, jest i pani 
O’Malley! Jak miło was widzieć! Ach, Tim! świetnie, że jesteś! Co 
cię sprowadza?
- Pomyślałem, że odstawię te panie do celu ich podróży. Teraz zza 
pleców Rose wystąpił Daniel.
-   Rzeczywiście   potraktowałeś   je   po   królewsku:   światła,   syrena... 
Typowa eskorta tak nie wygląda, Tim.
- No... - Tim spiekł raka. - Tak szczerze, to chciałem je zatrzymać, 
ale chyba nie bardzo miały na to ochotę.
- Mamo - Daniel zwrócił się do matki ze zdumieniem. - Usiłowałaś 
uciec przed wozem policyjnym?
- Nie tylko usiłowałam. Zrobiłam to! - W oczach Maureen zapalił się 
szatański ognik. - Patrick zawsze uwielbiał ten pojazd. Teraz mu się 
nie dziwię. Ale nie przejmuj się, synku. Wszystko już wyjaśniłam. 
Widzisz, gdyby nie twój ojciec, posterunkowego Tima nie byłoby na 
świecie,
Bridget trzepnęła ją po ręce.
- Na miłość boską, Maureen! To brzmi tak, jakby Patrick kręcił się 
koło jego matki.
- Mój Patrick? Nigdy w życiu! Jeśli nie wiecie, to powiem wam, 
kochani, że mój Patrick, świeć Panie nad jego duszą, otrzymał kulę 
przeznaczoną dla ojca Tima. Ot, i cała historia. Opowiedziałam ją 
posterunkowemu,   a   on   oczywiście   odmówił   wypisania   mandatu 
wdowie po Patricku O’Malleyu.
- A jakie to przywileje przysługują potomkowi Patricka O’Malley'a, 
panie posterunkowy? - zapytał Daniel. - Mnie wypisałeś mandat.
- To prawda. Ale wtedy nie znałem jeszcze tej historii. Słyszałem, że 
ktoś kiedyś ocalił życie mojemu tacie, ale nie wiedziałem kto. Teraz 
wiem.
- Więc jak będzie z moim mandatem? - spytał Daniel.
-   Przykro   mi,   stary,   już   się   rozliczyłem.   Jeśli   chcesz   pójść   do 
wydziału komunikacji, może coś uda się załatwić...
- Mniejsza z tym. - Daniel machnął ręką. - Moje pieniądze przydadzą 
się naszemu państwu.

background image

-   No   właśnie.   Pani   O’Malley   powiedziała,   że   zatroszczysz   się   o 
naprawę szkód.
- Chodzi ci o mój samochód? - Daniel udał, że nie rozumie aluzji.
- Nie, skąd. Jest na przykład taka tablica powitalna przy wjeździe do 
miasta, a właściwie była, bo teraz to tylko kupa drewna na podpałkę. 
Albo parę tych donic, które stoją na chodniku przy Main Street...
- Jechała po chodniku?
-   Bridget   mnie   zdekoncentrowała   -   pospieszyła   z   wyjaśnieniami 
Maureen. - Darła się jak wiedźma.
- Bo jechałaś prosto na ten pomnik!
- Ja zapłacę za tę tablicę - zaoferowała się Rose.
-   Nie,   nie   zrobisz   tego.   -   Daniel   spojrzał   na   nią   dziewczynę 
ostrzegawczo. - To moja matka i moje rachunki do wyrównania.
- Ale to spory wydatek. Powinieneś dać sobie spokój z tym twoim...
- A ja myślę, że to ty powinnaś dać sobie z tym spokój - powiedział 
spokojnie,   lecz   Rose   wyczuła,   co   kryje   się   pod   tym   na   pozór 
spokojnym   stwierdzeniem,   i   uznała,   że   pora   się   wycofać.   To   był 
czuły punkt, a teraz, jak jeszcze nigdy do tej pory, musieli trzymać 
się razem. - Okay. Oszacuj koszty - Daniel zwrócił się do Tima. - 
Niedługo się z tobą skontaktuję.
- Świetnie. No to na razie. - Tim zasalutował i odjechał.
- Mamo! Co ty sobie wyobrażasz? - Daniel doskoczył do matki, gdy 
zostali w czwórkę. - Mogłaś zginąć!
-   Obie   o   mało   nie   zginęłyśmy!   -   wtrąciła   Bridget.   Odpowiedź 
Maureen zaskoczyła wszystkich, łącznie z nią samą.
-   Mój   wnuk   nie   będzie   bękartem!   -   oznajmiła   i   dumnie   zadarła 
głowę. - Dopóki żyję, do tego nie dopuszczę!
Żołądek Rose ścisnął się ze strachu. Spojrzała na matkę i miała już 
pewność: Bridget ją wydała.
- Jaki wnuk? Jakim bękartem? O czym ty, na Boga, mówisz?
- Oj, synku, synku... - Pani O’Malley spojrzała na niego karcąco. - 
Nie   mogłam   uwierzyć,   że   zgodziłeś   się   wziąć   udział   w   takim 
grzesznym przedsięwzięciu. Danielu Patricku O’Malley, to skandal, 
że mogłeś w ogóle o tym pomyśleć. Kiedy jednak stwierdziłam, że 
okłamałeś  mnie  co do tego weekendu, nie mogę  być  już niczego 
pewna.   Ta   bezwstydna   kobieta   mogła   cię   do   tego   namówić.   - 

background image

Wycelowała palec w Rose.
Bridget złapała Maureen za ramię.
-   Nie   nazywaj   mojej   córki   „bezwstydną   kobietą"!   To   ty   jesteś 
bezwstydna, uganiając się jak rajfurka za żoną dla swego synalka!
-   Zaraz,   zaraz...   -   Daniel   usiłował   się   wtrącić,   -   Może   powiecie 
wreszcie, o co, do cholery, tu chodzi?
Jednak Maureen nie zwracała uwagi na jego wyraźne zmieszanie.
- Myślałam, że to porządna irlandzka dziewczyna - zaczęła biadolić,
- Jest porządna!
- Porządna? To zwykła... - nie dokończyła, bowiem w tym samym 
momencie Bridget wymierzyła jej policzek.
- Mamo! - Rose rzuciła się z przerażeniem ku swojej rodzicielce.
- Puść mnie! Zaraz jej...
- Prędzej ja tobie! Masz ochotę na rozróbę? - Maureen zamierzyła się 
na rywalkę.
Na   szczęście   w   ostatniej   chwili   chwycił   ją   Daniel,   a   Rose 
przytrzymała Bridget.
- Więc zgodziłeś się dać jej to dziecko, nie biorąc ślubu?
- Maureen dyszała ciężko. - Synu... - jęknęła boleśnie.
- Posłuchaj, mamo, tego już za wiele. - Daniel zrobił surową minę. - 
Nie wiem, o czym mówisz, ale...
- Co, nie wyjawiła ci swojego planu? Nie szkodzi, Bridget była tak 
dobra, że o wszystkim mnie poinformowała. Rose nie chce męża, ale 
chce mieć dziecko, rozumiesz? Zostałeś wybrany na ojca, a raczej na 
byka rozpłodowego!
-   Nie   wierzę.   Ona   nie   mogłaby   wymyśleć   czegoś   takiego.   Rose 
usłyszała te słowa i poczuła się tak, jakby pękło jej serce.
- To sam ją spytaj - podpowiedziała Maureen. Daniel uwolnił matkę, 
zmieszany spojrzał na Rose.
- Wiem, że jej się wszystko pomieszało, ale...
- Nie wszystko - odezwała się Rose cichym głosem. Spojrzała na 
niego błagalnie, jakby prosiła o wyrozumiałość. - Od pewnego czasu 
szukam mężczyzny, który mógłby zostać ojcem mojego dziecka. Nie 
chciałam za niego wychodzić. Ani za nikogo innego. Nie myślałam o 
banku i anonimowym dawcy, bo pragnęłam... bo szukałam kogoś... 
kto mógłby...

background image

- Odwaga opuściła ją nagle, Rose odwróciła wzrok.
- Kto mógłby co? - w głosie Daniela znać było napięcie.
-   Kto   zgodziłby   się   dać   życie   mojemu   dziecku   bez   dalszych 
zobowiązań.
Daniel wyglądał tak, jakby dowiedział się, że za pięć minut nastąpi 
koniec świata i rozpocznie się sąd ostateczny.
- I uznałaś, że właśnie ja na to pójdę?
-   Ja...   zanim   naprawdę   cię   poznałam...   sądziłam...   Ale   od   chwili 
kiedy zrozumiałam, jakim jesteś człowiekiem... Daniel, ten weekend 
sprawił, że przemyślałam wszystko od nowa! Teraz nic takiego nie 
przyszłoby mi już do głowy. Przenigdy! To był kretyński pomysł! 
Wstydzę się go!
- Tak? A kiedy zmieniłaś zdanie? - spytał cicho. - Bądź dokładna. I 
szczera.
- W pewnej chwili... wczoraj... w pewnej chwili.
- Zanim wykąpaliśmy St. Paddy'ego? Czy później?
- Później. - Spuściła głowę.
- Rozumiem. Jakie to wygodne. Zmieniłaś zdanie, jak już dostałaś to, 
czego chciałaś. Tylko tyle dla ciebie znaczyłem, prawda?
- Nie! - Twarz Rose płonęła. - Daniel, proszę, nie mówmy o tym w 
obecności naszych matek!
- Tak nowocześnie myśląca osoba nie powinna czuć się skrępowana 
tym tematem - odparł chłodnym tonem.
Rose   zrozumiała,   że   to   koniec.   Już   nigdy   nie   uda   jej   się   go 
przekonać. Oszukała go, a on więcej jej nie uwierzy. Jest zgubiona, 
ostatecznie zgubiona.
- Chwileczkę, moi drodzy - odezwała się Bridget. - Jesteśmy tu, by 
zażądać od was ślubu. Niechże nasz wnuk urodzi się w przyzwoitym 
domu.
- Tak. Mimo fatalnych stosunków między nami, odłożymy spory na 
bok - dodała Maureen.
- Cóż przykro mi, że zawiodę dwie tak pobożne niewiasty. Zdaję 
sobie sprawę, jak to jest dla was ważne, drogie mamy, ale musicie mi 
wybaczyć.   Dla   mnie   sprawa   nie   podlega   dyskusji.   Zostałem 
wykorzystany i... - nie dokończył. - Słabo mi się robi - zwrócił się do 
Rose - kiedy pomyślę, jak starannie to wszystko przygotowałaś.

background image

- Daniel, proszę cię. Nie...
-   Koniec   dyskusji.   Masz   to,   czego   chciałaś.   Bez   żadnych 
zobowiązań.   Nie   policzę   ci   nawet   za   wyjątkowo   dobry   materiał 
genetyczny.
Kwadrans później Daniel odjechał ze swoją matką. Ustalili z Rose, 
że ona zawiezie Bridget do miasta jego toyotą, a potem odstawi mu 
wóz pod dom i wróci do siebie taksówką. Nie zaproponował, żeby 
wstąpiła.   Nie   mówił   też   nic   o   spotkaniu   w   jakimkolwiek   innym 
terminie.
Rose   najzwyczajniej   w   świecie   ryczała.   Matka   próbowała   ją 
pocieszać, w końcu jednak zaczęła pochlipywać razem z córką. St. 
Paddy siedział między nimi i przestraszony spoglądał to na jedno, to 
na drugie zalane łzami oblicze.
- Muszę przestać - stwierdziła Rose, wycierając zaczerwieniony nos. 
- Wystraszymy St. Paddy'ego.
- Psa? A co z twoją biedną matką? Jestem kompletnym wrakiem! 
Więc ty rzeczywiście go kochasz?
- Kocham - chlipnęła Rose.
- I gdybyśmy tu nie przyjechały i nie wygadały się, to umówilibyście 
się na następną randkę?
- Nie  wiem  tego  na  pewno, ale...   ale...  ale  wszystko  szło  w  tym 
kierun... ku... uuu... - Rose znów ukryła twarz w dłoniach. - Och, 
mamo,   on   jest   dokładnie   taki,   jakiego   szukałam.   Nie   chciałam 
małżeństwa, pamiętasz? A on... a on odmienił moje poglądy. Tylko 
jemu się to udało. A teraz...
- To wszystko moja wina. Gdybym nie wtykała w to swojego nosa, 
wszystko by się ułożyło.
- Nie obwiniaj się. To ja powinnam była wyjawić mu prawdę. Też 
byłby   zły,   ale   może   potrafiłabym   go   przekonać.   Tacy   mężczyźni 
nienawidzą takich układów... I właśnie dlatego tak go kocham! Już 
nie chcę być samotną matką! Bridget położyła rękę na dłoni córki.
- Widzisz, dziecko, mnie się nie udało znaleźć dobrego męża, ale to 
nie znaczy, że tobie się nie powiedzie.
- Już przepadło. Nie wyobrażam sobie, żeby było wielu podobnych 
do Daniela.
- A czy on cię kocha? - Bridget ścisnęła rękę córki.

background image

-   Zaczynał   kochać,   jestem   tego   pewna.   Ale   teraz   prędko   mu 
przejdzie.   A   ja...   nawet   nie   chcę   myśleć,   jakie   ma   teraz   o   mnie 
wyobrażenie.
- Rose, muszę cię o coś zapytać. - Bridget zawahała się. - Tam na 
podwórku,   podczas   waszej   rozmowy,   on   powiedział...   Spytam 
wprost: czy mogłaś zajść w ciążę?
W Rose drgnęła jakaś radosna struna, lecz zaraz na powrót ogarnęło 
ją przygnębienie.
-   Nie   sądzę.   To   byłoby   cudowne,   ale...   -   urwała,   zaraz   jednak 
postanowiła   dokończyć   tę   kwestię.   Skoro   matka   miała   odwagę 
zapytać,   ona   musi   mieć   odwagę   odpowiedzieć.   -   Tylko   raz 
kochaliśmy się bez zabezpieczenia. To musiałby być wyjątkowy traf.
- Albo Irlandczyk. Dziewczyna roześmiała się przez łzy.
- On powiedział to samo.
- Wiesz co? Sądzę, że powinnaś się z nim skontaktować, kiedy tylko 
wrócimy do miasta. Przekonaj go, że nie chodziło ci tylko o jedną 
noc.
- Nie. Już mi nie uwierzy. Nie mogę do niego zadzwonić.
- Uparta irlandzka gadka. Rose uśmiechnęła się przez łzy.
-   Wiem,   że   tylko   w   połowie   jestem   Irlandką,   ale   to   chyba   jest 
większa połowa.
- To może ja zadzwonię?
-   Nie!   Nawet   o   tym   nie   myśl,   mamo!   Musisz   mi   przyrzec,   że 
będziesz trzymała się od niego z daleka.
- Ale...
- Nic nie kombinuj! Przyrzeknij!
- W porządku. Przyrzekam.

Cisza w aucie była nie do zniesienia. Daniel i Maureen zamienili ze 
sobą   słowo   jedynie   wtedy,   gdy   musieli   zatrzymać   się   na   stacji 
benzynowej. Zapytał matki, czy chce się odświeżyć. Odmówiła.
Wyjechali ze stacji, wrócili na autostradę. Daniel włączył radio, ale 
na wszystkich pasmach nadawano piosenki o miłości. Cholera, nie 
były mu teraz do niczego potrzebne.
- Powinieneś się cieszyć, że wreszcie poznałeś prawdę - Maureen 
zdobyła się w końcu na otwarcie ust.

background image

- Jasne.
- Nie mogłam pozwolić, żebyś wpakował siew taki układ.
- Rozumiem.
-   Daniel?   -   Spojrzała   na   niego   uważnie.   -   Co   miałeś   na   myśli, 
mówiąc, że dostała to, czego chciała.
- Nic.
- Czy ona może być z tobą w ciąży? Och, Boże, gdyby tak było!
- Prawdopodobnie nie.
- Ale jest jakaś szansa?
- Nie sądzę.
- Nie owijaj w bawełnę. Jest taka możliwość czy nie? Znam się na 
tym. Możesz mówić zupełnie otwarcie. Czytałam, że te z baranich 
jelit   są   mniej   skuteczne   od   lateksowych.   Wiesz,   o   czym   mówię, 
prawda? Więc jak było?
Daniel wydął policzki. Wpierw dowiaduje się, że Rose potraktowała 
go   jak   bank   spermy,   a   teraz   matka   zamierza   dyskutować   o 
stosowanych   przez   niego   prezerwatywach.   Był   u   kresu 
wytrzymałości.
- Daniel? No powiedz, proszę.
- Wiesz co, mamo? Nie będziemy ciągnąć tej rozmowy. Ani teraz, 
ani w przyszłości. Cokolwiek zaszło pomiędzy nami, to wyłącznie 
sprawa Rose i moja. Już kiedyś cię prosiłem, żebyś trzymała się od 
tego z daleka.
- Synku, trzymasz tę kierownicę, jakbyś chciał przełamać ją na pół. 
Zakochałeś się w tej dziewczynie, prawda?
- Mamo!
- W porządku. Sama wiem. Wsiąkłeś po uszy.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Wtorek, w samo południe, Statua Wolności.
Bądź w muzeum. Koło nogi.
B.H.K
Był wtorkowy poranek. Po wejściu na pokład statku spacerowego 
Maureen jeszcze raz przeczytała zapisaną na karteczce wiadomość. 
Obiecała Danielowi nie wtrącać się jego sprawy, ale skoro tak już 
się   złożyło,   że   ma   spotkać   się   z   Bridget,   a   tamta   poruszy   temat 
dzieci, to przecież niegrzecznie byłoby nie odezwać się do niej ani 
słowem.
Po kilkunastu minutach żeglugi statek przybił do stóp gigantycznej 
figury   wznoszącej   pochodnię   ku   niebu.   Maureen   przepchnęła   się 
przez tłum, poczuła na twarzy powiew wiatru. Wiedziała dokładnie, 
o jakie miejsce chodziło Bridget. Wewnątrz budynku znajdowała się 
ogromna lewa stopa posągu, replika oryginału tej samej wielkości. 
Tyle że tutaj mosiądz był wypolerowany i nie pokrywała go patyna.
Maureen rozejrzała się w poszukiwaniu matki  Rose i natychmiast 
dostrzegła ją obok wielkiego palca u nogi.
- Więc jednak przyszłaś - odezwała się Bridget.
- Oczywiście, że przyszłam. Coś z tym trzeba zrobić.
-   No   właśnie.   Ze   względu   na   nasze   dzieci,   no   i   ewentualnie   na 
wnuka.
-   Rzeczywiście   myślisz,   że   Rose   jest   przy   nadziei?   -   Maureen 
chwyciła się za serce.
-   Kochali   się   bez   prezerwatywy,   jeden   raz,   wiem   to   na   pewno   - 
Bridget wyszeptała jej sekret prosto do ucha.
- Jak to bez prezerwatywy!
- Ciii... - Bridget zatkała jej usta. - Jezusie, Mario, Józefie Święty! To 
miało   być  tylko  do  twojej   wiadomości,   a  ty wrzeszczysz  na  całe 
gardło.
- Wcale nie wrzeszczę! - Maureen odepchnęła rękę Bridget.
-   A   właśnie,   że   tak!   -   głos   Bridget   załamał   się   dziwnie.   Pani 
O’Malley spojrzała na nią uważnie i uświadomiła sobie, że dawna 
przyjaciółka   robi   wszystko,   żeby   nie   parsknąć   śmiechem. 
Uśmiechnęła się i po chwili sama zaczęła chichotać.
Chwilę później obie rechotały donośnie, podpierały się pod boki, a 

background image

łzy płynęły po ich policzkach strumieniami.
-   Och,   och...   Nikt   mnie   jeszcze   tak   nie   rozśmieszył,   odkąd 
wyjechałam z Irlandii - wykrztusiła wreszcie Bridget, ocierając oczy. 
- „Jak to bez prezerwatywy!" - sparodiowała słowa Maureen.
Znów zaniosły się śmiechem.
- To były świetne czasy - powiedziała Maureen, która tym  razem 
pierwsza doszła do siebie.
- Tak... Może powinnyśmy zapomnieć o tej Róży z Tralee?
- To dobry pomysł.
- Mamy teraz co innego na głowie. Trzeba sprawić, żeby Daniel i 
Rose znów się zeszli.
- To nie będzie łatwe. Daniel jest upartym Irlandczykiem.
- A Rose to uparta Irlandka. Ale obmyśliłam pewien plan. W czasie 
parady   z   okazji   Dnia   świętego   Patryka   Rose   będzie   jechała 
kabrioletem.   Wynajął   ją   jeden   z   browarów,   bo   wygląda,   jakby 
urodziła się na Zielonej Wyspie.
-   Rozumiem.   A   Daniel   będzie   miał   służbę   patrolową.   Też   tam 
będzie.
- Bystra jesteś. Najlepiej byłoby, gdyby znalazł się tuż przy trasie 
pochodu. Dowiedz się, kto nimi dowodzi, a ja nakłonię Cecila, żeby 
wykonał parę telefonów i załatwił sprawę.
- Cecila? Twojego męża?
- Mojego byłego męża. Zna wielu ludzi na wysokich stanowiskach w 
tym mieście. Chociaż to angol, to na pewno by nie chciał, żeby jego 
córka urodziła nieślubne dziecko. Jestem pewna, że pomoże zastawić 
nam te sidła.
- Wiesz, że oni mogą nas zabić za następną interwencję?
- Wiem. Ale ty, Maureen, jesteś gotowa zaryzykować.
- Jeśli ty jesteś, to ja też. - Wyciągnęła dłoń, Bridget zrobiła to samo. 
Po chwili splotły palce, zupełnie jakby ostatni raz robiły to wczoraj, 
a nie trzydzieści siedem lat temu.
- Wszyscy za jednego!
- Jeden za wszystkich!
Maureen odwróciła oczy. Nie chciała, żeby przyjaciółka widziała jej 
łzy. Zawsze wzruszała się bardziej niż Bridget.
W dzień Świętego Patryka Rose ubrała się w obcisły zielony kostium 

background image

z kołnierzem ze sztucznego futra. Miała siedzieć w czasie parady na 
bagażniku samochodu, na zrolowanym dachu, wystawiona na widok 
publiczny oraz podmuchy wiatru hulającego po Piątej Alei.
Przygotowała się na chłód. Pod żakiet włożyła ciepłą koszulkę, lecz 
niestety nic nie mogła zrobić z nogami: spódniczka sięgała ledwie do 
pół uda, zgodnie z wymaganiami przedstawiciela firmy Hannigan, 
która   ją   wynajęła.   Skoro   decydują   się   już   na   dziewczynę   ze 
wspaniałymi nogami - tłumaczyli - to nie będą ubierać jej w spodnie.
Rose nie znosiła być traktowana jak przedmiot, lecz po latach pracy 
w tej branży potrafiła ze stoickim spokojem przyjmować tego typu 
uwagi.   Poza   tym   browar   Hannigan   płacił   tyle   za   jej   występ   na 
paradzie, że mogła zgodzić się na drobne niedogodności.
Jeszcze niedawno ucieszyłaby się z hojnego wynagrodzenia. Lubiła 
mieć   pieniądze,   bo   uważała,   że   pomogą   jej   wcielić   w   życie   ten 
najważniejszy plan. Teraz plan legł w gruzach. Nie interesował jej 
już   domek   za   miastem,   coraz   trudniej   było   rysować   zabawne 
historyjki. Rose zobojętniała na wszystko
Lata   praktyki   robiły   jednak   swoje.   Uśmiechała   się   promiennie, 
machała do tłumów zgromadzonych wzdłuż trasy parady i była dla 
nich zapewne uosobieniem radości i szczęścia. Zazdrościła ludziom 
ciepłych   płaszczy   i   okryć.   Siedemnasty   marca   okazał   się 
najchłodniejszym dniem w tym roku w Nowym Jorku. Tak naprawdę 
cierpiała jednak nie tylko z powodu chłodnego powietrza; także w jej 
sercu panował przenikliwy ziąb.
Jak na ironię wydawało się jej, że zewsząd otaczają ją konne patrole. 
Jeden z oddziałów  pilnował czoła pochodu, kiedy jeszcze byli  na 
miejscu   zbiórki,   lecz   nie   dostrzegła   wśród   policjantów   Daniela. 
Więcej konnych ustawiło się na trasie przemarszu, żeby mieć oko na 
tłum. Rose przyglądała się każdemu z jeźdźców bardzo uważnie, lecz 
i wśród nich nie wypatrzyła ukochanego. Może to i dobrze? I tak by 
ją zignorował, była o tym święcie przekonana.
Gdy ogon pochodu dotarł do katedry Świętego Patryka, spojrzała w 
prawo   i   wtedy   go   dostrzegła.   Ten   zarys   ramion,   linia   bioder... 
Siedział na koniu i prezentował się jeszcze lepiej niż go zapamiętała. 
Serce dziewczyny zaczęło walić jak oszalałe, nie miała jednak czasu, 
by kontemplować widok Daniela, bowiem z lewej strony dobiegł ją 

background image

krzyk. Krzyk nazbyt dobrze znajomy.
-   Maureen   Fiona!   Mogłam   się   tego   spodziewać!   Zasłaniasz   mi   i 
psujesz całą przyjemność!
Na schodach katedry stała jej matka i próbowała zepchnąć w dół 
matkę Daniela.
- Nie rozpychaj się, Bridget Hogan! To ty stoisz mi na drodze, stara 
wiedźmo!
Ludzie śmiali się w głos, słuchając tej kłótni. Rose znów spojrzała na 
Daniela. Ciekawe, jak on zareaguje na to zamieszanie. Daniel jednak 
nie reagował. Tkwił jak posąg na koniu i przyglądał się paradzie, 
całkowicie ignorując dwie wariatki na stopniach kościoła.
Pochyliła  się do przodu, jakby chciała w ten sposób przyspieszyć 
przejazd jej pojazdu. Jak na ironię cały orszak zatrzymał się w tym 
właśnie miejscu.
-   Przyjechałaś   samochodem,   Maureen?   -   zawołała   tymczasem 
Bridget tak głośno, że słychać ją było pół przecznicy dalej. - Chyba 
nie, bo zaparkowałabyś na stopniach katedry, ty łamago!
- Wiesz, co ja na to? O, zobacz! - pani O’Malley wykonała gest, 
którego nie powstydziłby się łobuz wypuszczony z poprawczaka.
Rose   odwróciła   wzrok   ze   wstydem,   myśląc   jednocześnie,   jakie 
piekło musi przeżywać teraz Daniel.
Kierowca kabrioletu odwrócił się ze śmiechem:
- Widzi pani? Niezłe przedstawienie, co nie? Pewnie te dwie Irlandki 
popiły sobie piwa. Poczekajmy, może dadzą sobie po japie.
Rose zesztywniała na myśl, że matki mogą przejść do rękoczynów. 
Nie.   To   niemożliwe,   żeby   wszczęły   burdę   na   schodach   katedry 
Świętego Patryka...
A jednak.
- Ja ci pokażę! - wrzasnęła Bridget. - A masz, ty stara owco o siwym 
pysku!
- Uważaj, bo nie trafisz, ślepa wiedźmo!
- A właśnie że trafie!
Zaczęły   wymieniać   ciosy,   a   rozochocony   tłum   otoczył   je 
wianuszkiem.
- Niech pan pozwoli mi wyjść - poleciła Rose kierowcy. - Muszę im 
pomóc. - Zeszła ze swojego miejsca, przeklinając niewygodną krótką 

background image

spódniczkę,
- Hej, to nie twój interes, laluś. Zostaw to glinom.
- Sama wiem lepiej. Chcę wyjść.
Z   poziomu   ulicy   nie   widziała   już   tak   dokładnie   całej   sceny, 
wystarczyło jednak kierować się odgłosami bójki i przekleństwami, 
by przecisnąć się do krewkich mamusiek.
- Natychmiast  przestańcie!  - Przepchnęła się przez tłum gapiów i 
schwyciła matkę za rękę. - Mamo!
Bridget nawet na nią nie spojrzała.
-   Nie   ma   mowy,   córuś.   Nie   przestaniemy,   zanim   to   się   nie 
rozstrzygnie.
- Mamo, przestań! - Rose chwyciła matkę w pasie i pociągnęła ze 
wszystkich sił. Na próżno.
Kątem oka dostrzegła gniadą końską pierś torującą sobie drogę przez 
tłum. Po chwili z wierzchowca zsiadł Daniel i rozdzielił kobiety z 
wprawą, którą zaprezentował uprzednio w domu Rose. Zadziwiające, 
ale tym razem obie panie usłuchały i trzymały się na dystans. Daniel 
chciał   coś   powiedzieć,   ale   w   ostatniej   chwili   zrezygnował   i 
potrząsnął jedynie głową.
O dziwo, Maureen - której kapelusik był przekrzywiony, a u płaszcza 
brakowało   dwóch   guzików   -   nie   zmartwiła   się   pojawieniem   się 
rozjemcy. Przeciwnie, uśmiechnęła się do niego i przemówiła:
- No, Daniel, nie stój tak, jakbyś zapomniał języka w gębie. Czas 
pogadać z kobietą, którą kochasz. Zobacz, synku, jest tu Rose.
Rose krzyknęła i wlepiła spojrzenie w swoją matkę.
- To było ukartowane! - orzekła oskarżycielskim tonem.
Zgromadzeni ludzie parsknęli śmiechem, słysząc tę nowinę.
- Trzeba było tak zrobić - odezwała się Maureen. - Oboje jesteście 
zbyt uparci, by sami się umówić i wyjaśnić sobie wszystko.
Daniel spojrzał na Rose. Podszedł do niej i stanął z nią twarzą w 
twarz.
- Pamiętasz? - spytała. - Powiedziałam, że je zabiję. Zrobię to i żaden 
sąd mnie za to nie skaże.
- Śmierć to dla nich za mało. Ja bym je posłał na tortury.
-   Już   dość   nas   torturowaliście!   -   odezwała   się   Maureen.   -   Teraz 
koniec dąsów, bierzcie ślub i dawajcie nam szybko tego wnuka, na 

background image

którego tak czekamy.
- Tak, ślub, choćby jutro! - zawtórowała Bridget. Pod Rose ugięły się 
kolana.
- To nie może być prawda. - Spojrzała na Daniela. - To chyba jakieś 
obce kobiety, które przebrały się za nasze matki.
- Hej, koleś! - krzyknął do Daniela ktoś z tłumu. - Te dwie panie 
zadały   sobie   mnóstwo   trudu,   żeby   was   ze   sobą   spiknąć.   To   jak, 
zamierzasz   się   teraz   oświadczyć   tej   młodej   damie   czy   nie?   No, 
dawaj! Jest dziś święty Patryk czy nie?
Tłum przy klasnął i zaczął pogwizdywać i pokrzykiwać dla dodania 
mu odwagi.
-   Słuchaj,   Daniel,   ja...   -   Rose   próbowała   coś   powiedzieć,   jednak 
okrzyki były zbyt głośne.
-   Nie   pozwól   mu   się   wykręcić!   -   Głos   Bridget   okazał   się 
wystarczająco   donośny,   by   mogła   go   słyszeć.   -   Mówiłaś,   że   go 
kochasz. Maureen twierdzi, że z wzajemnością. Zmuś go po prostu, 
żeby powiedział to na głos.
- Powiedz  jej!  Powiedz!  -  podchwycił  tłum.   - Powiedz,  powiedz, 
powiedz!
Rose ukryła twarz w dłoniach.
Nagle rozległ się policyjny gwizdek i okrzyki umilkły. Daniel wyjął 
gwizdek z ponurą miną, Rose otworzyła oczy. Spodziewała się, że 
powie coś w stylu: „Proszę się rozejść, dość tego zbiegowiska", lecz 
on po chwili uśmiechnął się i zapytał donośnym głosem:
- Hej, ludzie, jak człowiek może się oświadczyć, kiedy robicie taki 
harmider?
Tłum zgotował mu owację.
Kiedy   na   powrót   ucichło,   odwrócił   się   do   niej,   klęknął   na   jedno 
kolano i spytał:
- Rose Erin Kingsford, czy wyjdziesz za mnie?
-   Ach,   Maureen!   -   krzyknęła   Bridget.   -   Oświadczył   się   jej   na 
stopniach katedry Świętego Patryka! Czy to nie wspaniałe?
- Wyjdziesz? - powtórzył Daniel. - Kocham cię - powiedział z całym 
przekonaniem.   -   Byłem   zarozumiałym,   upartym   idiotą.   Wyjdź   za 
mnie, Rosie.
Oparła   się   o   niego,   jakby   bała   się,   że   bez   pomocy   ukochanego 

background image

upadnie na ziemię.
- Wyjść za ciebie? - przemówiła wreszcie. - Wyjść za ciebie, Danielu 
Patricku O’Malley, to dla mnie zaszczyt.
- Pocałuj ją teraz! - zakrzyknął ktoś z tłumu.
-   Świetny   pomysł   -   zgodził   się   Daniel.   Stanął   na   nogi   i   chwycił 
dziewczynę w objęcia.
- Daniel! - Rose usiłowała protestować. - Czy wolno ci robić to na 
służbie?
- Nie wolno. Ale mamy dziś Dzień świętego Patryka, a ja jestem 
Irlandczykiem. Kochasz mnie, Rosie?
- Kocham, ty wariacie!
I wtedy zrobił to, na co czekała od tak dawna.

background image

EPILOG

Bridget i Maureen rzucały monetą i wypadło, że pokaz przezroczy z 
podróży do Irlandii odbędzie się u tej drugiej.
- Uważam, że powinnaś powiesić ten irlandzki kalendarz na ścianie 
koło   telefonu   -   oznajmiła   Bridget,   rozglądając   się   po   mieszkaniu 
przyjaciółki. - Widziałabyś go w czasie każdej naszej rozmowy. Co 
to? Jeszcze nie oprawiłaś tych rysunków z „New Yorkera"? Można 
by   pomyśleć,   że   nie   obchodzi   cię,   że   twoja   synowa   publikuje   w 
takim prestiżowym piśmie.
Maureen sprawdziła jagnięcy  stew  i dopiero potem odpowiedziała 
przyjaciółce.
- Dobrze wiesz, dlaczego nie są oprawione. Wesele, nasza podróż do 
Irlandii, oczekiwanie na dziecko... Byłam tak zajęta, że nie miałam 
czasu, żeby się przeżegnać.
-   To   dlatego,   że   nie   potrafisz   planować.   Gdybyś   lepiej   rozłożyła 
sobie zajęcia, to... O! Dzwonek! Już są! Projektor zainstalowany?
- Oczywiście, ale nie mamy za dużo slajdów do pokazania.
- To nie ja wrzuciłam rolkę filmu do guinnessa.
- Nie, ale to ty zaczęłaś się kołysać, kiedy śpiewali „Irlandzką różę". 
Potrąciłaś mnie.
- Nieprawda!
- Widzisz, jak się zachowujesz? Kłócisz się ze mną, a nasze biedne 
dzieci stoją za drzwiami.
- To są twoje drzwi! Idź, wpuść ich, u Boga Ojca!
Już   za   chwilę   Maureen   zajęta   była   oglądaniem   synowej,   która 
wyglądała, jakby połknęła dynię. Przywitała się też z synem, który z 
kolei wyglądał, jakby połknął reflektor - taki bił od niego blask. Stew 
dochodził   w   piekarniku,   Bridget   pokazywała   slajdy   z   podróży. 
Maureen   nawet   nie   usiłowała   ich   oglądać   -   większość   była 
niedoświetlona.  Cóż jednak z tego, skoro na przyszły rok zrobiły 
sobie rezerwację na następną wycieczkę?
- Wybraliście już w końcu imię? - spytała Maureen, gdy po kolacji 
zasiedli przy ulubionym czekoladowym deserze.
Rose spojrzała na Daniela.
- Sama możesz im powiedzieć - powiedział i wzruszył ramionami. - 
Przestańmy się wreszcie targować.

background image

- Co to? Czy sądzicie, że mogłybyśmy nie zgodzić się z waszym 
wyborem? - zapytała Bridget z oburzeniem.
- Co za pomysł! - dołączyła się Maureen. - To wasze maleństwo i 
możecie nazwać je, jak chcecie. Przecież nigdy nie próbowałyśmy 
narzucić wam swego zdania.
-   Jestem   zresztą   pewna,   że   wybraliście   ładne   imiona   -   dodała 
Bridget. - No, powiedzcie jakie?
- Jeśli to będzie chłopiec - wyznała wreszcie Rose - to będzie miał na 
imię Patrick Cecil.
- Nie będę się kłócić. Cecil jest twoim ojcem, ale nie zasługuje na 
pierwsze miejsce. Niech będzie Patrick, a potem Cecil - przytaknęła 
Bridget.
- A jeśli dziewczynka - ciągnęła dalej Rose - to będziemy mieli... 
Bridget Maureen.
- Co? Ona pierwsza? - wrzasnęła Maureen, nim zdążyła ugryźć się w 
język. - Rzucaliście monetą czy jak?
Daniel chrząknął z zakłopotaniem.
-   Zadecydowaliśmy,   że   tak   będzie   sprawiedliwie,   mamo.   Jeśli 
chłopczyk   odziedziczy   pierwsze   imię   po   tacie,   to   dziewczynka 
powinna je dostać po matce Rose.
- Nie widzę w tym żadnej logiki...
- Pewnie, że jej nie ma - zgodziła się Bridget. - Ale jak ładnie oni to 
uzasadniają.
-   Próbowaliśmy   nawet   kombinacji   z   waszymi   imionami...   - 
powiedziała Rose.
-   Tak   -   przyznał   Daniel   -   ale   Maurit   i   Bridgeen   nie   brzmią   tak 
dobrze.
- Oczywiście, Danielu.
- Dobrze ci mówić - Maureen spojrzała krzywo na przyjaciółkę - bo 
twoje imię znalazło się na pierwszym miejscu. Ale ja uważam, że 
jedynym  uczciwym  sposobem  rozstrzygnięcia  tego sporu jest  rzut 
monetą. Co wy na to?
-   Rzucać   monetą,   żeby   wybrać   imię   dla   dziecka?   -   zaoponowała 
Bridget.
- Tak będzie sprawiedliwie, moja droga.
- Nie byłabym tego taka pewna, kochanie.

background image

- Wiecie co, moje drogie? - przerwał im Daniel. - Chyba powinniśmy 
już iść. Zapomniałem nakarmić Paddy

s

ego.

- To  ten  pies,  który  sypia  z  wami  w  łóżku?   - zainteresowała  się 
Bridget.
- No cóż - Rose zrobiła głupią minę - kupiliśmy już nowe łóżko. A 
właściwie dwa: jedno do mieszkania, drugie do domku.
- Boże, chyba nie pozwalacie mu włazić na te nowe? - zaniepokoiła 
się Bridget.
- Pewnie, że nie. Wyleguje się na starych.
- Słyszałaś kiedyś coś takiego? - Bridget spojrzała na przyjaciółkę. - 
Żeby odstępować łóżko psu...
- Nigdy - odparła Maureen. - A poza tym ciągle zostawiają go bez 
opieki. Taką bestię!
- No właśnie, mamo. Jeśli zaraz nie wrócimy do domu, Paddy może 
kogoś pożreć - przerwała jej Rose. - Jest głodny.
- Mówisz poważnie?
-   Nigdy   nic   nie   wiadomo.   -   Daniel   poparł   żonę,   pomagając   jej 
założyć płaszcz.
- Głupio się czułam, zwalając winę na pieska, który nie skrzywdził 
nigdy nawet muchy - powiedziała Rose do Daniela, kiedy wracali 
taksówką na Manhattan.
- Ja też, ale to ostudzi ich zapał, żeby do nas wpadać bez zapowiedzi.
- Całkiem dobrze przełknęły to imię dla dziecka, nie sądzisz?
- W każdym razie talerze nie latały w powietrzu. W sumie jednak nie 
ma się o co spierać. Mam nadzieję na chłopca.
- Wiesz przecież, że na USG wyszła dziewczynka.
- Może się mylą..,
- Ja w każdym razie wolę dziewczynkę. I zamierzam dać jej imiona 
po naszych matkach. To w końcu ich sprawka.
- Może nie tak do końca. Sami też mieliśmy w tym udział. Rose 
przysunęła się do męża, aby taksówkarz jej nie słyszał.
- Naprawdę jesteś przekonany, że to się stało podczas tamtej kąpieli?
- Nie całkiem. Ale już wtedy wiedziałem, że będziesz moja. I wiesz 
co? Teraz też mam na to ochotę. Lekarz nie będzie miał żadnych 
obiekcji?