background image

Vicki Lewis 

Thompson

Seks w Nowym Jorku

background image

Prolog
Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami.
Trudy   Baxter   wzięła   kolejny   plastikowy   kieliszek 

weselnego   szampana   i   obiecała   sobie,   że   nie   podda   się 
ogarniającemu  ją przygnębieniu. Cóż, nie będzie już mogła 
wynająć   mieszkania   w   Nowym   Jorku   wspólnie   ze   swoją 
najlepszą   przyjaciółką,   Meg.   Sama   będzie   musiała   stawić 
czoło styczniowej przeprowadzce.

Przez   sześć   miesięcy   miała   nadzieję,   że   Meg   w   końcu 

odwoła  ślub   z  „chłopakiem  z   miasta",   Tomem   Hennessym. 
Jednak odbył się on właśnie dziś rano, w kościele baptystów, 
na   oczach   prawie   wszystkich   mieszkańców   Virtue   (Nazwa 
miejscowości,   z   której   pochodzi   bohaterka   jest   znacząca. 
„Virtue" to cnota, prawość, a określenie „woman of Virtue" 
może oznaczać „kobietę z Virtue", jak i „kobietę cnotliwą" 
(przyp. tłum.)) w stanie Kansas. A potem ci sami ludzie wzięli 
udział we wspaniałym weselu w Grange Hall.

Meg   zapewniała   ją,   oczywiście,   że   zawsze   będzie   jej 

służyć pomocą w Nowym Jorku, ale Trudy wiedziała, że już 
nigdy   nie   będzie   tak,   jak   to   sobie   zaplanowały   w   szkole 
średniej,   gdy   obie   zdecydowały   się   na   robienie   kariery   w 
wielkim   mieście.   Nie   było   to   winą   Meg.   Przyjaciółka 
wyjechała z Virtue już trzy i pół roku temu, tak jak planowały, 
i rozpoczęła prawdziwie wielkomiejskie życie. To Trudy się 
spóźniła,   nie   mając   serca,   ot   tak,   od   razu   skończyć   z 
rodzinnymi zobowiązaniami.

Trudy kończyła więc kurs korespondencyjny i pomagała 

w   domu,   a   Meg   w   tym   czasie   poznała   Toma   w   trakcie 
bożonarodzeniowej wyprawy do Saks. Mimo szytego na miarę 
garnituru i mieszkania na Manhattanie stanowił on całkowite 
zaprzeczenie   wielkomiejskiego   modnisia.   Trudy   sama 
widziała, jak dwa dni temu żłopał piwsko w Pizza Palace, a 
potem   ustawił   się   wraz   ze   wszystkimi,   żeby   odtańczyć 

background image

macarenę.   Uznała,   że   Meg   najbardziej   pociągało   w   nim 
pogodne usposobienie.  To, że przy  okazji był  uzdolnionym 
maklerem giełdowym, stanowiło dodatkowy plus.

Jednak,   przy   swojej   pozycji,   Tom   musiał   stykać   się   z 

prawdziwą elegancją i Trudy zastanawiała się, co sobie myślał 
o   przyjęciu   w   Grange   Hall   z   jednorazowymi   obrusami   i 
ozdobami   z   bibuły.   Meg   twierdziła,   że   chciał,   by   wszyscy 
czuli się swobodnie. Na weselu podano więc sałatkę owocową 
zamiast kawioru i różowego szampana zamiast Dom Perignon. 
Wszyscy   tańczyli   przy   muzyce   z   taśmy,   a   nie   zespołu   z 
Kansas  City,   a   dzieci   częstowano   M&M   -   sami,   a   nie 
czekoladkami z bombonierek Lady Godiva. Tom wydawał się 
zadowolony z takiego stanu rzeczy.

Ale Trudy zżymała się, myśląc o tym, jak Tom naprawdę 

odbiera   to   wszystko.   Jego   rodzice   pochodzili   z   małego 
miasteczka   w   stanie   Indiana,   więc   pewnie   im   to   nie 
przeszkadzało, ale Trudy z wyraźną ulgą przyjęła wiadomość, 
że   drużba   Toma,   również   makler,   nie   może   przyjechać. 
Właściwie nie powinna się cieszyć. Wietrzna ospa w wieku 
trzydziestu jeden lat musiała być czymś naprawdę okropnym. 
Poza   tym   Tomowi   brakowało   najlepszego   kumpla.   Jednak 
ktoś taki jak ów Linc Faulkner zupełnie nie pasowałby do tej 
małomiasteczkowej tandety. Zwłaszcza że jak dowiedziała się 
od Toma, pochodzi z bogatej i ustosunkowanej rodziny.

  - Hej, Trudy! Czas na jiga! - zawołał Tom z drugiego 

końca sali. - Zatańczysz?

Jej brat, Kenny, parsknął śmiechem.
 - Od kiedy to Trudy umie tańczyć jiga? Ponieważ miała 

na sobie długą suknię i chciała  uniknąć większej awantury, 
pogroziła mu tylko pięścią.

 - Cicho! - warknęła. - Widziałam, jak to się robi.
Niestety, sama  się tym przechwalała po paru piwach w 

Pizza Palace. Pomyślała jednak, że powinna sobie poradzić. 

background image

Przecież oglądała kasetę z lekcją tańca chyba ze sto razy. A 
potem, w stodole, wypróbowała część kroków. Na drewnianej 
podłodze brzmiały one dokładnie jak kroki Michaela Flatleya. 
Tak jej się przynajmniej wydawało.

 - Stara, wideo to nie to samo, co...
 - Potrzymaj. - Podała Kenny'emu swój kieliszek. - Zaraz 

zobaczysz.

Na   szczęście   wypiła   akurat   tyle,   żeby   nabrać   pewności 

siebie, a nie stracić jeszcze poczucia równowagi. Poprawiła 
więc stroik, który uporczywie zsuwał jej się na jedno oko, i 
ruszyła na parkiet.

Kenny'emu wydawało się, że jest taki ważny, ponieważ w 

ostatniej   chwili   musiał   zastąpić   chorego   Faulknera.   Dzięki 
niewielkim przeróbkom krawieckim zdołał nawet włożyć jego 
smoking. A wiadomo, siedemnastolatek w swoim pierwszym 
smokingu może być prawdziwym utrapieniem.

Jej prawie trzyletnia siostra, Sue Ellen, zaczęła klaskać i 

wołać: „Za - cy - na - my! Za - cy - na - my!"

 - Już zaczynam - rzuciła w jej stronę.
Trudy sama ją tego nauczyła. Uwielbiała malucha, chociaż 

to właśnie z powodu siostry musiała dłużej zostać w Virtue. 
Bez jej pomocy matka zupełnie by sobie nie poradziła z piątką 
dzieci poniżej czternastego roku życia. Zwłaszcza że ojciec 
dużo pracował, zmuszony zarobić na nich wszystkich.

  -   Założę   się   o   dziesięć   dolarów,   że   jej   się   nie   uda!   - 

wrzasnął Clem Hogarth. - Czy ktoś przyjmuje zakład?!

 - Nie szkoda ci tych pieniędzy, Clem? - spytała. Pewnie 

chciał się na niej odegrać za to, że zerwała  z nim pół roku 
temu.   Powiedział   jej   wtedy,   że   ma   dla   niej   niespodziankę. 
Myślała, że zdecydował się w końcu na wyprawę do jakiegoś 
odległego motelu, on tymczasem zmienił tapicerkę na tylnym 
siedzeniu swojego samochodu.

background image

Trudy powiedziała mu wówczas, że nie będzie się z nim 

kochać ani tego wieczoru, ani nigdy. Stwierdziła, że w ogóle 
nie interesuje jej seks w takich warunkach, co dla dziewcząt z 
Virtue   oznaczało   celibat.   Nowy   Jork   to   co   innego.   Coś 
zupełnie innego. Już nie mogła się doczekać.

  -   Przyjmuję   zakład   -   powiedział   Tom.   -   Jeśli   Trudy 

twierdzi, że umie tańczyć jiga, to widocznie umie.

 - Ja też - dorzuciła Meg.
Uśmiechnęła się do niej i pokazała zaciśnięte kciuki.
Trudy rozpromieniła się, słysząc pierwsze takty skrzypiec. 

Od czasów szkoły średniej kierowały się z Meg jedną zasadą: 
„Jeśli czegoś nie umiesz, udawaj, że idzie ci to świetnie do 
momentu,   kiedy   się  tego  nie  nauczysz".  Jak  do  tej   pory   ta 
zasada świetnie się sprawdzała.

background image

Rozdział pierwszy
Sześć miesięcy później
 - Och, Tommy, masz sos na brodzie. - Meg pochyliła się 

czule do męża i wytarła mu twarz serwetką.

Tommy! Linc skrzywił się z niesmakiem, pochyliwszy się 

mocniej   nad   kawałkiem   pieczeni.   Mógł   tylko   dziękować 
Bogu, że do tej pory się nie ożenił. Obrzydliwe zdrobnienia to 
tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest małżeństwo. Tom 
kompletnie zwariował, kiedy rok temu poznał Meg i zupełnie 
zapomniał   o   swoim   najlepszym   przyjacielu.   Wyrzekł   się 
wszystkiego, co dawniej sprawiało mu przyjemność. Przestał 
grywać z nim w tenisa, poniechał weekendowych wypraw na 
koszykowe zmagania Knicksów, a nawet wspólnych wypraw 
na mecze futbolowe. Po sześciu miesiącach małżeńskiej idylli 
Tom zaczął powoli normalnieć, ale Meg w dalszym ciągu była 
dla   niego  najważniejsza,   co,   zdaniem   Linca,   robiło   z 
przyjaciela mięczaka.

Tom spojrzał z oddaniem na żonę, która znajdowała się w 

widocznej już ciąży.

 - Może pobrudziłem się specjalnie... Żeby zobaczyć, czy 

go nie zliżesz.

Linc odłożył sztućce.
  -   Jesteście   pewni,   że   nie   wolelibyście   zostać   sarni? 

Przecież to, hm, półrocze waszego ślubu.

Do głowy by mu nie przyszło, że ktoś chciałby świętować 

coś,   co   wydarzyło   się   zaledwie   sześć   miesięcy   temu.   Jego 
rodzice nie obchodzili żadnych rocznic. Matka mieszkała na 
stałe   w   Paryżu,   a   ojciec   zaszył   się   w   swojej   wiejskiej 
posiadłości.   Linc   usłyszał   kiedyś   określenie   „małżeństwo   z 
wyrachowania"   i   uznał,   że   doskonale   pasuje   ono   do   jego 
rodziców.   Zauważył,  że   to   samo   dotyczy   wielu   zamożnych 
małżeństw.

background image

 - Jeszcze będziemy mieli czas. - Meg mrugnęła do Toma. 

-   Poza   tym   zaprosiliśmy   cię,   bo   mamy   dla   ciebie 
niespodziankę.

  -   Naprawdę?   -   spytał,   zastanawiając   się,   co   im   tam 

jeszcze zostało. Powiedzieli mu już o dziecku. Chyba że... - 
Wiem! Będziecie mieli bliźnięta!

Tom zaśmiał się i pokręcił głową.
 - Ten drugi musiałby się dobrze schować.
  -   Nie,   nie   spodziewamy   się   bliźniaków   -   powiedziała 

Meg. - Ale dostaliśmy album ze zdjęciami ze ślubu.

 - Naprawdę? - Linc próbował się ucieszyć. Zdjęcia ślubne 

działały   na   niego   przygnębiająco.   Ci  wszyscy   zadowoleni 
ludzie, którzy tak naprawdę nie wiedzą, na co się decydują, 
działali   mu   na   nerwy,  -   Pomyśleliśmy,   że   zechcesz   je 
obejrzeć,   skoro   nie   udało   ci   się   dotrzeć   na   ślub   - 
zaszczebiotała Meg.

  - Są naprawdę fajne. - Tom poklepał go krzepiąco po 

plecach.   -   Brat   Trudy   wyglądał   zupełnie   nieźle   w   twoim 
smokingu.

 - Bardzo mi przykro z powodu tej ospy - rzucił skruszony, 

gotowy przeglądać nawet setki zdjęć. - Kto by pomyślał, że 
zachoruję. - 

Wszystko dlatego,  że jego rodzice byli nadopiekuńczy w 

dzieciństwie.   Inaczej   przeszedłby   ospę   w   wieku   paru   czy 
parunastu lat i miałby spokój. Chociaż czasami wydawało mu 
się,   że   choroba   była   zrządzeniem   losu,   które   miało   go 
uchronić przed koszmarem ceremonii ślubnej.

Już samo przyglądanie się zalotom kumpla nie było dla 

niego zbyt przyjemne. Kto wie, czyby się nie załamał, widząc 
jak   traci   go   bezpowrotnie.   Bo   przecież   sam   nigdy   nie 
zamierzał   się   ożenić.   Przykład   rodziców   był   dostatecznie 
odstręczający.

background image

  - Trudy jest na wielu zdjęciach - dodała szybko Meg. - 

Myślałam, że zechcesz ją zobaczyć przed jej przyjazdem w 
przyszłym tygodniu.

  -   Ach,   tak.   -   W   głowie   Linca   odezwał   się   dzwonek 

alarmowy.

Meg odsunęła swój talerz i pochyliła się z uśmiechem w 

jego stronę.

 - Muszę ci coś wyznać.
 - Naprawdę? - bąknął Linc.
Dzwonek   przeszedł   nagle   w   ostre   dzwonienie. 

Nienawidził wszelkiego rodzaju wyznań. Nie spodziewał się 
po nich niczego dobrego.

  -   Miałam   nadzieję,   że   zaopiekujesz   się   Trudy,   kiedy 

przyjedzie do miasta.

Linc   patrzył   na   nią,   zastanawiając   się   jak   uprzejmie   i 

taktownie powiedzieć jej, żeby się wypchała. Tom skorzystał 
z chwili przerwy z rozmowie.

 - Nigdy mi o tym nie mówiłaś, kochanie - zwrócił się do 

żony. - O co ci chodzi?

  - Nie mówiłam, bo bałam się, że zaczniesz się w tym 

dopatrywać różnych ukrytych intencji - wyjaśniła.

  - Co i tak robię właśnie w tej  chwili - mruknął.  Linc 

chrząknął.

 - No tak, powinniśmy coś jasno ustalić. Umówiliśmy się 

kiedyś z Tomem, że nie będziemy zastawiać na siebie tego 
rodzaju pułapek.

 - Nie przejmuj się, stary - wtrącił Tom. - Nikt nie będzie 

cię  próbował  usidlić.  Rozmawiałem  o  tym z  Meg.  Prawda, 
kochanie? - spytał zaniepokojony.

 - Rozmawiałeś - przyznała.
 - O, świetnie. - Tom powoli odzyskiwał pewność siebie. - 

Sam widzisz.

background image

  - Ale to nie jest  żadna pułapka - dodała zaraz Meg. - 

Potrzebuję po prostu kogoś, komu można zaufać, żeby się nią 
zajął. Trudy nawet nie chce myśleć o jakimś stałym związku, 
po   tym   jak   się   namordowała   ze   swoim   rodzeństwem   - 
stwierdziła.

Tom odetchnął z ulgą.
  -   To   prawda,  że   nie   miała   lekko.   Ile   ona   ma   tego 

rodzeństwa? Nie mogłem się ich doliczyć, bo ciągle się gdzieś 
kręcili.

  - Sześcioro - odparła Meg. - Razem z Trudy  siedmioro 

dzieci.   Ponieważ   jest   najstarsza,   musiała   we   wszystkim 
pomagać. I ma już tego dosyć.

 - Siedmioro dzieci! - powtórzył z podziwem Linc.
Nigdy   nie   znał   rodziny   z   taką   liczbą   dzieci.   Pomijając, 

oczywiście,   telewizję,   gdzie   dawniej   oglądał   „Więzy 
rodzinne"   i   „Bill   Cosby   Show".   Pewnie   dlatego,   że   w 
dzieciństwie czuł się bardzo samotny jako jedynak.

 - Czy... czy to z powodów religijnych? - spytał po chwili.
Tom mrugnął do niego znacząco.
 - To dlatego, że w Virtue trudno o inne rozrywki.
 - Ale przecież można się jakoś zabezpieczyć...
  - Nie  w Virtue. -  Tom wskazał  żonę. -  Oto najlepszy 

przykład.

 - Na miłość boską! Przecież znamy metody zapobiegania 

ciąży i w naszym miasteczku. Rodzice Trudy mają po prostu 
bardzo udane dzieci i dlatego nie mogą przestać. A poza tym 
podejrzewam,   że   po   cichu   liczyli   na   to,   że   w   ten   sposób 
zatrzymają w Virtue najstarszą córkę.

 - Jak rozumiem, to się nie udało - powiedział Linc.
 - Skoro przyjeżdża... - Meg rozłożyła ręce. - Ale byli tego 

bliscy. Dobrze, że mieliśmy wejścia w Babcock and Trimball, 
inaczej mogła się nie zdecydować.

Tom znowu chrząknął. Głośniej i aż dwa razy.

background image

  - Moim zdaniem wystarczy,  że załatwiłaś jej pracę jako 

public relations. Nie musisz w to jeszcze ładować Linca.

  -   Nic   nie   rozumiesz!   Trudy   jest   moją   najlepszą 

przyjaciółką. Znamy się od trzeciej klasy. Obie marzyłyśmy o 
pracy   w   Nowym   Jorku,   od   kiedy   obejrzałyśmy   „Pracującą 
dziewczynę". To ja miałam jej pomóc, ale w moim stanie to, 
niestety, niemożliwe.

  - Rozumiem - mruknął jej mąż. - Ale możesz przecież 

poprosić o to jakąś koleżankę z biura.

 - To delikatna sprawa. Nie wiem, kogo miałabym prosić. 

Trudy   nigdy   nie   była   na   wschód   od   Misisipi.   Zna   tylko 
chłopców   ze   wsi.   Boję   się,   że   narobi   tu   sobie   jakichś 
kłopotów.

Linc zaczął się powoli odprężać.
  -   Chcesz   powiedzieć,   że   nigdy   nie   wyjeżdżała   poza 

granice stanu?

Meg potrząsnęła głową.
 - Nie. Kansas City to największe miasto, jakie do tej pory 

widziała. Rozumiesz więc chyba, o co mi chodzi?

 - Tak. Myślę, że tak.
Ach,   więc   ta   Trudy   to   jakaś   wieśniaczka.   Nie   powinna 

stanowić większego zagrożenia.

 - Poczęstuj się jeszcze - zachęciła Meg. - Weź też trochę 

ziemniaków i surówki.

 - Dzięki. - Linc przeniósł na swój talerz ostatni kawałek 

mięsa, wiedząc, że w końcu zgodzi się również zająć Trudy. 
Nie   chciał   tylko   tak   od   razu   składać   broni.   -   Muszę 
powiedzieć,   że   cała   sprawa   jest   jednak   dosyć   podejrzana   - 
stwierdził po kolejnym kęsie.

Meg potrząsnęła głową.
  -   Trudy   naprawdę   nie   interesuje   stały   związek. 

Zapewniam cię, że po przyjeździe będzie miała wiele innych 
spraw na głowie. Być może jako jej przyjaciółka nie jestem 

background image

obiektywna,   ale   nawet   Tom   przyzna,   że   jest   fajna   i   miła, 
prawda, kochanie?

 - Tak, ale...
 - Zaraz przyniosę ten album ze zdjęciami. Kiedy wyszła, 

Linc pochylił się w kierunku przyjaciela.

  -  Posłuchaj,  stary,  czy  to  jakaś  małpa?  -  Nie,  żeby   to 

miało   jakieś   znaczenie,   ale   wiesz...   Pewnie   w   końcu   się 
zgodzę, ale chciałabym znać prawdę.

  - Nie, nie jest ani brzydka, ani niesympatyczna. Wręcz 

przeciwnie - odparł Tom. - Ale nie powiedziałbym też, żeby 
była   w   twoim   typie.   Ty   lubisz   wysokie,   reprezentacyjne 
kobiety, a ona to... - szukał przez chwilę określenia - żywe 
srebro.

 - Myślisz, że to pułapka?
 - Meg mówi, że nie.
Linc   wiedział,   że   Tom   musi   być   lojalny   wobec   żony. 

Postanowił więc zostawić ten temat. W końcu jest w stanie 
sam poradzić sobie z dziewczyną z Kansas.

  -   Dobrze   -   mruknął.   -   Skoro   jest   energiczna,   powinna 

sprostać obowiązkom public relations.

 - Tak. - Tom z ulgą stwierdził, że udało im się wreszcie 

zmienić temat. - Na pewno da sobie radę. Meg zmusza ludzi, 
by jej słuchali, siłą swego autorytetu, ale Trudy potrafi za to 
oczarować i rozśmieszyć.

Tak jak ty, pomyślał Linc i poczuł, że jest już zupełnie 

zrelaksowany.   Perspektywa   spędzenia   paru   dni   z   żeńskim 
odpowiednikiem Toma wydała mu się nawet interesująca.

  -   Ma  ładne,   kręcone   włosy,   dołeczki   w   policzkach   i 

uwielbia gadać. Bez przerwy o czymś nawija.

Linc poczuł, że znowu ma wątpliwości.
 - Powiedz szczerze, potrafi wywiercić dziurę w brzuchu, 

co?

background image

 - Nie, raczej nie. - Tom potrząsnął głową. - Chyba że na 

czymś   rzeczywiście   jej   zależy.   Wtedy   potrafi   być   bardzo 
uparta.

 - Energiczna i uparta - westchnął Linc.
  - Są zdjęcia! - zawołała triumfalnie Meg od drzwi. Po 

chwili położyła przed nimi oprawny w skórę album wielkości 
sporej   encyklopedii.   Linc   zaczął   przeglądać   fotografie. 
Natychmiast   poczuł,   że   bolą   go   zęby,   takie   były   słodkie. 
Gdyby jeszcze potrafiły zapewnić szczęście nowożeńcom! A 
tak, były jedynie świadectwem rozrzutności i obłudy.

 - To ona, idzie za mną do ołtarza.
Linc   posłusznie   spojrzał   na   zdjęcie.   Dziewczyna,   którą 

zobaczył zupełnie nie pasowała do takiego starego cynika jak 
on. Była zbyt czysta i niewinna. Miała na sobie lawendową 
suknię   z   bufiastymi   rękawkami,   a   jej   uduchowione   oczy 
kierowały się gdzieś w górę. Przypominała raczej księżniczkę 
z   bajki   niż   dziewczynę   z   krwi   i   kości.   Chociaż   z   drugiej 
strony, w jej twarzy było coś wesołego i rzeczywiście miała 
dołeczki na buzi i loczki. Wyglądała bardziej na osobę, która 
marzy   o   białym   domku   z   dużym   ogrodem,   niż   kogoś 
zainteresowanego seksem w wielkim mieście.

  - Widzisz, jest naprawdę ładna. - Meg wskazała kolejne 

zdjęcie.   -   Nie   będziesz   chyba   cierpiał,   jeśli   zabierzesz   ją 
gdzieś parę razy.

  - Chyba nie - rzekł Linc z ociąganiem, przyglądając się 

następnej fotografii.

Na innych zdjęciach nie wyglądała już tak słodko jak w 

kościele, a poza tym zauważył, że ma ładny biust i wąskie 
biodra.   Nie   wiedział   natomiast   nic   o   jej   nogach,   ponieważ 
suknia druhny sięgała niemal do kostek. Oczywiście nie miało 
to większego znaczenia, chociaż łatwiej by mu było ją gdzieś 
zabrać, gdyby wyglądała przyzwoicie.

 - Więc zgadzasz się? - - spytała jeszcze Meg.

background image

 - A czy orientujesz się, na jak długo będzie potrzebowała 

wsparcia?

  - Sama nie wiem, ale pewnie nie dłużej niż tydzień lub 

dwa. Trudy szybko się uczy.

Linc skinął głową. To przecież nie tak długo. Zwłaszcza 

że dziewczyna nie stanowi zagrożenia dla jego kawalerskiego 
stanu. Skoro nie uległ kobietom, które znały po trzy języki i 
nosiły kostiumy znanych projektantów, z pewnością zdoła się 
oprzeć komuś, komu słoma wystaje z butów.

 - Mówiłaś, że przyjeżdża w najbliższy czwartek?
  - Tak - potwierdziła Meg, kartkując album. - W czasie 

weekendu będziemy pomagali jej z Tomem w przeprowadzce. 
- Zerknęła na Linca. - Gdybyś się do nas przyłączył, szybciej 
by poszło. I moglibyście wieczorem wyskoczyć na pizzę.

 - Niech będzie - mruknął Linc, nie bardzo uważając na to, 

co mówi, ponieważ jedno ze zdjęć w albumie przykuło jego 
uwagę. - To ona? - spytał, wskazując palcem.

Meg roześmiała się.
 - Tak, we własnej osobie. To było pod koniec przyjęcia i 

sporo już wypiliśmy. I Trudy chciała  udowodnić, że potrafi 
zatańczyć jiga. Robiliśmy nawet zakłady.

 - Tańczyła okropnie. - Tom ze śmiechem pokręcił głową. 

- Ale facet, który się z nami założył, patrzył tylko na jej nogi, 
więc udało nam się wygrać dwadzieścia dolców.

Ze zdjęcia nie wynikało, czy Trudy tańczyła dobrze, czy 

źle.   Natomiast   jasne   było,   że   ma   wspaniałe   nogi.   Nic 
dziwnego, że zdołała oczarować nimi jakiegoś chłopaka. Linc 
poczuł mrowienie na plecach, co mu się wcale nie podobało. 
Stroik Trudy opadł jej na jedno oko i wyglądała teraz bardziej 
jak   zalotny   elf   niż   uduchowiona   niewinność.   Aż   chciał 
spojrzeć na pierwsze zdjęcie, żeby upewnić się, że to ta sama 
osoba.

background image

Z   trudem   przełknął   ślinę.   Zaczynał   powoli   rozumieć, 

dlaczego Meg niepokoiła się o losy przyjaciółki w Nowym 
Jorku.

Nowy Jork! Nareszcie! Trudy uśmiechnęła się do Meg i 

Toma, kiedy znaleźli się w podniszczonej windzie. Wjechali 
na   trzecie   piętro.   Tam,   gdzie   znajdowało   się   jej   pierwsze 
własne mieszkanie. Cały dobytek dziewczyny znajdował się w 
torbach, które Tom poustawiał na wypożyczonym wózku.

Co za wspaniała chwila!
 - Masz klucz? - zwróciła się Meg do przyjaciółki.
 - Jasne! - Trudy sięgnęła po swój plecaczek, który kupiła 

wczoraj po tym, jak w końcu dotarło do niej, że torebki już 
zupełnie wyszły z mody. - Jest tu, mój skarb. - Ucałowała go 
siarczyście po wydobyciu z kieszonki.

 - Czy to jakiś rytuał? - spytał Tom.
  - Niezupełnie - odparła. - Ale to mój pierwszy klucz do 

mojego pierwszego mieszkania. - Otworzyła drzwi na oścież. - 
Ojej, jak tu zimno. Trzeba trochę dogrzać.

Podeszła do termostatu i przekręciła go o parę kresek.
Mieszkanie było zimne, puste i dosyć szare, podobnie jak 

cały styczniowy dzień. Ale Trudy była cała w skowronkach. 
Na   pewno   sobie   poradzi.   Zresztą   i   tak   już   dokonała 
najważniejszego   zakupu:   wspaniałe,   wielkie   łoże   z 
baldachimem.   Pracownik   sklepu   obiecał,   że   dostarczą   je 
jeszcze tego samego dnia.

Przymknęła   na   chwilę   oczy,   zastanawiając   się,   ile 

pieniędzy zostało jej jeszcze na koncie. Postanowiła jednak 
nie przejmować się drobiazgami. Gdyby mogła, pokazałaby to 
łoże Clemowi Hogarthowi, żeby wiedział, że nie interesuje jej 
już szybki seks na tylnym siedzeniu samochodu.

 - Będzie tu zupełnie ładnie, jak już się zagospodarujesz - 

rzuciła Meg, rozglądając się po pustych kątach.

background image

  - Oczywiście. - Nagle zauważyła, że Tom przeniósł już 

wszystkie bagaże z wózka. - Dzięki, Tom.

Posłała mu uśmiech. To naprawdę miły facet. Meg dobrze 

zrobiła, że za niego wyszła. Zrobiło jej się trochę głupio, że na 
początku obgadywała go przed przyjaciółką. Po prostu była 
trochę zazdrosna.

Spojrzała na przyjaciółkę. Ciężarną przyjaciółkę.
  - Powinnaś usiąść - zauważyła. - Nie mam tu żadnych 

krzeseł,  ale  możesz   usiąść  na   pudle  albo  walizce.   Powinny 
wytrzymać twój ciężar.

 - Dziękuję ci bardzo - rzekła Meg, siadając. - Też będę ci 

dogryzać, jak w końcu wpadniesz.

 - Przepraszam, nie chciałam, żeby tak wyszło. Wyglądasz 

naprawdę ładnie z tym wielkim brzuchem.  - Trudy zakryła 
twarz dłonią. - O Boże! Znowu palnęłam! Prawda, Tom, że 
bardzo jej z tym do twarzy?

 - Tak, chociaż nie chce w to wierzyć.
  - No dobra, zejdźcie już z mojego brzucha - westchnęła 

Meg.   -   A   w   każdym   razie,   zróbcie   coś,   żeby   go   jeszcze 
bardziej napełnić. Jestem głodna. Tom, mógłbyś zejść do baru 
na dół po kanapki? Zaraz poszukamy jakichś talerzy.

 - Tak, na pudle z naczyniami powinien być jakiś napis - 

rzuciła   Trudy.   -   Pomyślcie   tylko,   mój   pierwszy   posiłek   w 
moim pierwszym mieszkaniu.

 - Mam kupić szampana? - spytał Tom.
 - Nie, bo byłoby mi przykro, że Meg nie może pić z nami. 

Ale kup może trochę piwa. Będzie ci szkoda piwa, Meg? - 
zwróciła się do przyjaciółki.

  - Tak, ale nie tak bardzo jak szampana. Zresztą chętnie 

napiję się bezkofeinowej kawy.

 - Dobrze, kupię kawę i więcej piwa. Linc też się pewnie 

napije.

background image

 - Linc? - Trudy odniosła wrażenie, że już gdzieś słyszała 

to imię. - Kto to taki?

Tom popatrzył ze zdziwieniem na żonę.
 - Nic jej nie powiedziałaś?
  - Miałam taki zamiar. - Spojrzała na niego  niechętnie. - 

Jak wyjdziesz. To rozmowa nie dla chłopaków.

 - Ale rozmawiałaś przecież z Lincem i wcale nie miałaś...
 - Tom, kanapki! Wzruszył ramionami.
 - Dobrze. Chcę tylko powiedzieć...
  -   Poproszę   o   pastrami   na   krążkach   ryżowych.   Co   dla 

ciebie, Trudy?

Wzruszyła ramionami.
 - Może być to samo.
  - Już idę. - Tom wreszcie zniknął za drzwiami. Trudy 

natychmiast  zdjęła kurtkę i usiadła po turecku na podłodze 
przed przyjaciółką.

 - Dobra, gadaj.
 - Wpadłam na wspaniały pomysł!
 - Mhm. - Trudy odniosła się do tego dosyć sceptycznie. - 

Chodzi o tego Linca, tak?

 - Właśnie. To ten facet, który miał być drużbą Toma, ale 

zachorował, pamiętasz?

Trudy skinęła ostrożnie głową.
 - Tak, przypominam sobie. Lincoln Faulkner. Pamiętam, 

że   musiałam   wykreślić   go   i   wpisać   Kenny'ego.   Miał   ospę. 
Podobno jego starzy są bardzo bogaci.

  - Tak. - Meg oparła się na kolanach i pochyliła w jej 

stronę. - Linc jest naprawdę wspaniały. Ma uśmiech chłopca, 
ale   jest   prawdziwym   mężczyzną.   Pracuje   razem   z   Tomem. 
Jest jego najlepszym przyjacielem.

 - Zaczekaj. - Trudy położyła dłoń na jej ramieniu. - Czy 

to nie jest zbyt niebezpieczne? Wiesz, że nie chcę się z nikim 

background image

wiązać. A temu Lincowi może zależeć na stałej dziewczynie 
albo, nie daj Boże, żonie.

 - Nie, nie! Nic podobnego...
  - Dobrze, ale to przyjaciel Toma. Chcę poznać zupełnie 

nowych   ludzi.   -   Potrząsnęła   głową,   żeby   podkreślić   wagę 
swych   słów.   -   Czy   wiesz,   od   ilu   lat   nie   poznałam   nikogo 
nowego?!   W   moim   życiu   brakuje   tajemnicy   i   przygody. 
Zamierzam   tego   wszystkiego   spróbować.   Zrobiłam   sobie 
nawet listę. Na początek chciałabym poznać jakiegoś maklera 
z Wall Street.

 - To właśnie Linc. Trudy ciągnęła dalej:
 - A potem artystę, i inżyniera, i strażaka, i jeszcze...
 - Tak, ale przecież miałyśmy to zrobić razem.
  -   Rozumiem,   teraz   jesteś   zazdrosna,   bo   nie   masz   już 

takich możliwości jak ja!

 - Niczego ci nie zazdroszczę. Boję się tylko, że wpakujesz 

się w jakieś tarapaty.

Trudy potrząsnęła energicznie głową.
 - Poradzę sobie. Jestem teraz starsza i mądrzejsza.
 - A w każdym razie na pewno starsza.
 - Chcesz powiedzieć, że sobie nie poradzę? Meg spojrzała 

na nią czule.

 - Bardzo długo czekałaś na tę przeprowadzkę i wiem, że 

chciałabyś   teraz   sobie   użyć.   Ale   na   początek   powinnaś 
zadowolić się kimś takim, jak Linc. Nowy Jork jest zupełnie 
inny niż Virtue. On ci to wszystko pokaże i nauczy, jak się 
poruszać w tym mieście.

Trudy zerknęła na nią podejrzliwie.
 - Powoli robisz się taka, jak moja matka. Meg roześmiała 

się serdecznie.

  - Wątpię, czy jakaś matka namawiałaby swoją córkę na 

spotkanie z Lincem. Jest bardzo przystojny i seksowny, a przy 

background image

okazji potwornie cyniczny i zblazowany. W całym Nowym 
Jorku nie znajdziesz większego uwodziciela.

 - Naprawdę? - spytała wyraźnie zainteresowana Trudy.
 - W dodatku nie chce się angażować w stały związek.
To wszystko brzmiało coraz ciekawiej. Być może wcale 

jej   nie   zaszkodzi,   jeśli   przez   tydzień   będzie   się   spotykać   z 
maklerem. W końcu i tak zamierzała od tego zacząć.

Musiała się jednak upewnić, czy Linc spełnia wszystkie 

jej wymagania.

  -   Jesteś   pewna,   że   nie   szuka   żony?   Przecież   jest 

przyjacielem Toma.

 - Tak, zgadzają się w większości spraw, ale małżeństwo 

to osobna kwestia. Linc jest jego zaciekłym przeciwnikiem. 
Czasami   mam   wrażenie,   że   tylko   czeka,   aż   coś   nam   nie 
wyjdzie z Tomem.

Trudy wytrzeszczyła ze zdziwienia oczy.
  -   Ale   po   co?   Przecież   widać,   że   doskonale   do   siebie 

pasujecie!

 - Mam wrażenie, że jest to po prostu silniejsze od niego. 

Pewnie ze względu na rodzinę, w jakiej się wychował. Jego 
rodzice nawet ze sobą nie mieszkają.

 - Hm. - Trudy podciągnęła kolana i oparła na nich brodę. 

- Przecież nie można tak uogólniać.

 - Racja, tyle że Linc tego nie wie.
 - To smutne - bąknęła Trudy.
  -   Nie   wszyscy   muszą   się   żenić.   Przecież   sama 

postanowiłaś nie wychodzić za mąż.

  - No, przez jakichś parę lat. Ale potem pewnie jednak 

zdecyduję się na małżeństwo. - Uśmiechnęła się do Meg. - Jak 
się już wyszaleję.

  - Wiedziałam, że masz na to ochotę, i właśnie dlatego 

pomyślałam o Lincu, Powinien ci pomóc w czasie pierwszych 
dni...

background image

  - Sama nie wiem. To trochę tak, jakbym potrzebowała 

niańki. Chciałabym...  -  Trudy  urwała,  ponieważ  mieszkanie 
wypełnił   odgłos   dzwonka.   Skoczyła   na   równe   nogi.   -   Mój 
dzwonek! - wrzasnęła.

Sięgnęła do klamki.
 - Popatrz najpierw przez wizjer! - zawołała Meg.
 - Nawet jeśli wiem, że to Tom? - spytała ze zdziwieniem, 

a potem sama sobie odpowiedziała: - Ale równie dobrze może 
to być jakiś psychopatyczny zabójca albo gwałciciel.

Podekscytowana aż klasnęła w ręce, a potem pochyliła się 

w stronę rybiego oczka. Po chwili odskoczyła od drzwi.

 - Co się stało? - Meg spojrzała na nią z niepokojem.
  -   To   chyba   jednak   gwałciciel   -   szepnęła.   -   Bardzo 

przystojny.

 - Ciemnowłosy, wysoki?
 - Tak.
 - To Linc.
  -   Moja   niańka?   -   Jeszcze   raz   wyjrzała   na   zewnątrz.   - 

Dżinsy, szara bluza, granatowa kurtka.

 - Wpuścisz go czy nie?
  -   Już   wpuszczam.   -   Przekręciła   zasuwę   i   nacisnęła 

klamkę.

Jej   pierwszy   nowojorski   gość   w   jej   pierwszym 

nowojorskim mieszkaniu.

background image

Rozdział drugi
Drzwi się otworzyły i Linc stanął twarzą w twarz z Trudy 

Baxter   z   Virtue   w   stanie   Kansas.   Z   tą   jej   otwartą,   pełną 
słonecznego ciepła twarzą na pewno nie wziąłby dziewczyny 
za   mieszkankę   Nowego   Jorku.   Raczej   za   dziecko,   któremu 
ktoś   obiecał   wycieczkę   do   Disneylandu.   Wyglądała   na 
niewinną i kruchą, czego można się było spodziewać po kimś, 
kto   wychował   się   daleko   od   cywilizacji.   Miała   upstrzony 
piegami   nosek   i   wielkie   zielone   oczy.   Prawie   się   nie 
malowała. Na jej pięknie wykrojonych ustach zostały jakieś 
resztki szminki. Nie miała warkoczy ani końskiego ogona, jak 
się spodziewał, ale mimo to wyglądała niezwykle świeżo w 
dżinsach i dopasowanym do figury swetrze.

Dżinsy   wyglądały   na   stare,   ale   sweter   był   nowy.   To 

znaczyło, że już zajęła się zakupami. Linc nawet jej trochę 
zazdrościł. Nie pamiętał, żeby coś ostatnio sprawiło mu aż tak 
wielka frajdę jak tej dziewczynie przeprowadzka do Nowego 
Jorku.

 - Pewnie jesteś Linc - rzekła. - Meg mówiła mi, że masz 

być moją niańką, dopóki nie zadomowię się tu na dobre.

Uśmiechnął   się   do   siebie,   słysząc   jej   akcent.   Właśnie 

czegoś takiego się spodziewał.

  - Czujesz się dotknięta? - spytał. Trudy ukazała zęby w 

uśmiechu.

 - Trochę.
Tom   uprzedzał   ją,   że   Linc   to   podrywacz,   który   potrafi 

owinąć   sobie   kobietę   wokół   palca.   Nie   odniosła   jednak 
takiego wrażenia. Wyglądał nawet na nieco zbitego z tropu, 
może dlatego, że tak bardzo różniła się od kobiet, które znał. 
Nawet   Meg,   która   mówiła   z   podobnym   akcentem, 
zachowywała się inaczej. Trudy w pełni zdała sobie z tego 
sprawę w czasie przygotowań do jej ślubu.

background image

 - Trudy nie ma się o co obrażać - dobiegł do nich głos z 

mieszkania. - W głębi duszy wie...

  - Jedzenie! - huknął tubalnie Tom. - Możecie się trochę 

przesunąć? Trudy, musisz się nauczyć zamykać drzwi, inaczej 
będziesz ogrzewać cały  ten cholerny  korytarz. Cześć, Linc. 
Wziąłem   dla   ciebie   pastrami   z   pieczywem   ryżowym   na 
wszelki   wypadek.   I   kupiłem   trzy   rodzaje   importowanego 
piwa, żeby Trudy miała zapas.

  -   Trzy   rodzaje?   -   powtórzyła   Meg.   -   A   widziałeś   jej 

lodówkę? Nie będzie miała gdzie go trzymać.

Meg   podeszła   do   drzwi   i   wzięła   kanapki   z   rąk   męża. 

Położyła je na kontuarze, który oddzielał miniaturową kuchnię 
od pokoju.

 - Mogę je trzymać w szafkach - wtrąciła Trudy.
 - Importowane piwo nie jest złe. Ale zaraz, muszę jeszcze 

poszukać talerzy.

Odwróciła się i zaczęła grzebać między pudłami.
 - Napij się, stary. - Tom podał butelkę kumplowi.
  - Musimy wypić jak najwięcej, żeby Trudy miała gdzie 

trzymać jedzenie.

 - Co? A, dzięki. - Linc przyjął piwo.
W   tym  momencie   za   bardzo  interesowała   go  zawartość 

dżinsów Trudy, pochylającej się nad kolejnymi pudłami, żeby 
zwracać uwagę na coś innego. W głębi duszy musiał przyznać, 
że jest pociągająca.

  -   Wątpię,   żebym   gotowała.   -   Zaczerwieniona   Trudy 

zerknęła na nich przez ramię. - Wolę raczej kupować jedzenie 
na wynos.

 - Po jakimś czasie ci się znudzi - stwierdziła Meg.
 - Tak, może po paru latach. - Skierowała wzrok na Linca. 

- W Virtue nawet do McDonald'sa trzeba jechać trzydzieści 
kilometrów.

Powróciła do grzebania wśród pudeł.

background image

  -   No   nie,   musiałam   zalepić   ten   napis   -   westchnęła   z 

żalem. - Nie mogę znaleźć talerzy.

  - Daj sobie spokój - powiedział Tom. - Skorzystamy z 

serwetek. Przyniosłem je z baru.

 - Świetny pomysł - zgodził się Linc.
Nigdy jeszcze nie uczestniczył w czymś takim. Tom był 

najbiedniejszym   człowiekiem,   jakiego   znał,   ale   nawet   on 
wynajął firmę, która pomogła mu w przeprowadzce.

 - Hm, nie pomyślałam o tym, żeby kupić stół i krzesła - 

westchnęła Trudy.

  - Mogę ci pożyczyć stolik do gry i rozkładane krzesła - 

powiedział Linc zupełnie wbrew swojej woli.

Co też najlepszego zrobił? To nie był dobry sposób na to, 

żeby szybko wyplątać się z tej znajomości.

  -   Wspaniale,   dzięki.   -   Uśmiechnęła   się   do   niego 

ponownie. - Trochę za dużo wydałam na łóżko, więc muszę 
teraz oszczędzać.

Więc na tym jej przede wszystkim zależy, pomyślał Linc. 

Na   łóżku.   Na   miłość   boską,   co   się   z   nim   dzieje?!  Czyżby 
zaczęły   go   podniecać   kobiety,   które   wydają   wszystkie 
pieniądze na zakup łóżka?!

 - A właśnie, kiedy mamy się spodziewać tego maleństwa? 

- spytał Tom.

Trudy spojrzała na zegarek.
 - Lada moment.
Tom westchnął i spojrzał na Linca.
 - Będziesz mógł mi pomóc je złożyć? W sklepie chcieli, 

żeby za to dopłacać, więc powiedziałem Trudy, że jakoś sobie 
poradzimy, skoro ma narzędzia.

  -   O,   z   przyjemnością   -   odparł   Linc,   chociaż   nie   miał 

najmniejszego pojęcia, jak to się robi.

Sam   nigdy   nie   miał   problemów   finansowych.   Najpierw 

korzystał   z   funduszu   powierniczego,   który   założyli   mu 

background image

rodzice, a potem, kiedy zaczął pracować, mógł już się sam 
utrzymać.

Jednak wcześniej widział, jak Tom i Meg cieszyli się ze 

swego   sukcesu.   Pracowali   ciężko,   nie   mając   żadnych 
zabezpieczeń   finansowych,   i   w   końcu   dopięli   swego.   Miał 
nadzieję, że Trudy też to czeka.

W czasie paru lat znajomości z Tomem wypili morze piwa 

i   parę   jezior   innych   alkoholi,   a   także   grywali   w   tenisa   i 
chodzili do różnych klubów, ale nigdy niczego nie składali. 
Nawet   domku   dla   lalek.   Linc   chciał   się   nawet   do   tego 
przyznać, milczał więc, czekając na dalszy rozwój wypadków.

 - Tak sobie pomyślałam, że wy zajmiecie się łóżkiem, a ja 

z   Trudy   zacznę   rozpakowywać   te   wszystkie   rzeczy.   -   Meg 
wskazała   pudła.   -   Zanim   się   obejrzymy,   wszystko   będzie 
gotowe.

  -   Tak,   gotowe   -   powtórzyła   Trudy,   wyraźnie   z   tego 

zadowolona. - Nie wiem, czy zauważyłeś, Linc, ale przez to 
okno widać drzewa w Central Parku. Na razie są gołe, ale 
wiosną będzie tu naprawdę przyjemnie.

 - Tak, na pewno - potwierdził.
Nie   chciał   mówić,   że   to   aż   cała   przecznica   od   parku. 

Dziewczyna przechyliła trochę głowę.

 - Hej, słyszycie?
  - Co takiego? - Meg wypiła trochę przyniesionej przez 

Toma kawy.

  -   Samochody!   Posłuchajcie,   jaki   tu   ruch   uliczny. 

Autobusy,   taksówki,   limuzyny,   samochody   dostawcze... 
Dzisiaj sobota, a mimo to jeżdżą. Słyszałam je nawet w nocy.

Tom westchnął.
 - Niestety, nic na to nie można poradzić.
  -   Przygotuję   ci   jakieś   zasłony.   To   powinno   nieco 

wytłumić hałas - dodała Meg.

background image

  -   Poza   tym   już   niedługo   się   do   tego   przyzwyczaisz   - 

zapewnił ją Linc.

Trudy wytrzeszczyła na nich swoje zielone oczy.
 - Wcale nie chcę się do niego przyzwyczaić! Uwielbiam 

hałas!

Linc spojrzał na nią z niedowierzaniem.
  -  Ludzie  czasami   mówią,  że  hałas  im  nie  przeszkadza 

albo że się przyzwyczaili, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, 
kto by go lubił.

 - Nie powiedziałam, że go lubię, ale uwielbiam.
 - Zmrużyła oczy, wpatrując się w Linca. - Czy mieszkałeś 

kiedyś na wsi albo w małym miasteczku?

 - Oczywiście.
Zarówno we Francji, jak i wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. A 

także   w   tych   najbardziej   malowniczych   w   północnej 
Kalifornii, położonych wśród tamtejszych winnic. Nie mówiąc 
już   o   wioskach   w   Szwajcarii,   które   wspominał   ze 
szczególnym sentymentem. Dorastał w posiadłości położonej 
w małym miasteczku koło Nowego Jorku, ale miał w zasięgu 
dwudziestu kilometrów wszystkie wielkomiejskie atrakcje.

  -   Więc   powiedz   szczerze,   czy   wolałbyś   mieszkać   w 

małym miasteczku, gdzie znasz wszystkich i gdzie nic się nie 
dzieje, czy w mieście?

 - W mieście - odparł, chociaż podejrzewał, że z zupełnie 

innych powodów.

 - A widzisz! - triumfowała dziewczyna.
 - A ja chciałbym mieszkać i tu, i tu - wtrącił Tom.
  -   To   moje   największe   marzenie.   Chciałbym   mieć   tyle 

pieniędzy, żeby kupić sobie letni domek z dobrym dojazdem 
do Nowego Jorku.

 - Ale nie będzie to wówczas takie miasteczko jak Virtue - 

dodała Meg, która do tej pory była zajęta swoją kanapką. - U 

background image

nas nikt nie dojeżdżał do pracy w mieście. To coś zupełnie 
innego.

  - Zupełnie. - Trudy odstawiła butelkę z resztką piwa. - 

Nikt   w   Virtue   nigdzie   nie   dojeżdża.   Wszyscy   mieszkają, 
pracują   i   kochają   się   na   miejscu.   Dlatego   cieszę   się,   że 
stamtąd wyjechałam.

To musi być jakieś straszne zadupie, pomyślał Linc.
 - Virtue wcale nie jest takie złe - łagodził Tom. - Świetnie 

się tam bawiłem.

  -   Tu   mam   najlepszy   dowód.   -   Meg   pogładziła   swój 

brzuch.

  -   I   te   wszystkie   boczne   drogi   są   świetne,   jeśli   ma   się 

ochotę na seks.

Meg wywróciła oczami.
 - Aż mi się nie chce wierzyć, że miałeś na to ochotę. Taka 

niewygoda!

  - Wiesz, seks na tylnym siedzeniu samochodu jest tak 

amerykański, jak Disney i McDonald's - dowodził Tom. - Jest 
w   tym   cała   gama   uczuć:   podniecenie,   świadomość,   że   się 
próbuje   zakazanego   owocu,   strach,   że   cię   złapią.   Prawda, 
Linc?

 - Ee, tak.
Linc nigdy nie kochał się z dziewczyną w samochodzie i 

teraz   zaczynał   tego   żałować.   Domyślił   się,   że   Trudy 
próbowała już tego zakazanego owocu. Pewnie złamała serca 
paru chłopakom z Virtue. Być może właśnie w tej chwili ktoś 
orał pole i tęsknił za jej kształtnym ciałem. Zaraz, czy pola 
orze się w styczniu? Linc nie miał o tym pojęcia, ale facet na 
traktorze wydał mu się niezwykle malowniczy.

Niestety, cała ta rozmowa o kochaniu się w samochodzie 

podsunęła mu obraz półnagiej Trudy na skórzanym siedzeniu 
jego luksusowego merca. Fala podniecenia przebiegła przez 
całe jego ciało.

background image

A Linc wcale nie chciał być podniecony.
W tym momencie zadzwonił dzwonek i Trudy skoczyła na 

równe nogi.

 - Łóżko! - krzyknęła, podbiegając do drzwi.
 - Najpierw wizjer - przypomniała jej Meg.
 - Dobrze... E, otwieram. Już nie mogę się doczekać. Linc 

pochylił się do Meg i zniżył głos:

 - Czy ona zawsze jest taka?
 - To znaczy, jaka? Przysunął się jeszcze bliżej.
 - No wiesz, taka... nabuzowana.
 - Dzisiaj jest bardzo podniecona z powodu tych bagaży i 

łóżka, ale rzeczywiście jest bardzo energiczna. - Spojrzała mu 
prosto w oczy. - Mówiliśmy ci, żywe srebro.

Trudy nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu. Dopiero się 

przeprowadziła do Nowego Jorku, a już miała w łóżku faceta 
takiego, jak Linc. Co prawda, wlazł on do tego łóżka, a raczej 
do ramy, na której miało być osadzone, po to, żeby pomóc 
Tomowi przy jego montażu, ale był to już pierwszy sukces. 
Poza   tym   zakładała,   że   skoro   Linc   pojawił   się   niemal 
natychmiast, to w mieście pełno jest facetów jej marzeń.

  -   Widzę,   że   ci   się   spodobał   -   rzuciła   Meg   od   zlewu. 

Płukała właśnie kolejne, podawane jej przez Trudy naczynia i 
ustawiała je na suszarce. Zdecydowały, że  zrobią to ręcznie, 
bo zmywarka i tak nie pomieściłaby tego wszystkiego.

 - I pewnie domyślałaś się, że tak będzie. - Trudy wyjęła 

już   ostatnie   naczynia   i   teraz   zabrała   się   do   przecierania 
wiszących szafek. - Wygląda jak Harrison Ford w „Pracującej 
dziewczynie".

 - Powinnaś go zobaczyć w trzyczęściowym garniturze.
Trudy spojrzała w dół i uśmiechnęła się do Meg.
  -   Nie   wiem,   czy   takie   uwagi   przystoją   mężatce   przy 

nadziei.

background image

  -   Przecież   wciąż   mam   oczy.   Tyle   mojego,   co   sobie 

popatrzę.

  - Daj spokój, przyznaj, że jesteś trochę zazdrosna, bo ja 

dopiero zaczynam, a ty masz to już za sobą.

 - Nic podobnego.
  -   No,   chociaż   odrobinę.   -   Trudy   przetarła   półkę 

papierowym ręcznikiem. - Dlatego tak się pasjonujesz tą całą 
sytuacją.

  - Wiem,  że mi nie uwierzysz, ale jest mi w tej chwili 

lepiej   w  łóżku  niż  wtedy, kiedy  mogłam  się  kochać  z  kim 
chciałam - odparowała Meg.

  -   Nie   wierzę!   -   Trudy   skończyła   przecieranie   szafek   i 

zaczęła   schodzić   z   blatu.   -   Sprawdźmy   lepiej,   co   robią 
panowie - powiedziała, odkładając ściereczkę.

Jednak,   zanim   zdołały   przejść   do   pokoju,   w   drzwiach 

pojawił się Tom.

 - Nic z tego. Nie pasuje.
 - Chcesz powiedzieć, że przysłano mi złe części?
Tuż za Tomem pojawił się Linc z śrubokrętem w dłoni.
 - Nie, części pasują. - Tom wytarł zroszone potem czoło. - 

Są jak najbardziej w porządku, nie, Linc?

 - No jasne.
 - Ale łóżko nie pasuje do tego pokoju. Jest za duże.
  - Pokażcie. - Trudy odepchnęła ich i przeszła do swojej 

Sypialni.

Już   od   progu   zauważyła,   że   Tom   ma   rację.   Szerokie 

wezgłowie po prostu nie mieściło się w miniaturowym pokoju.

 - Nie rozumiem - powiedziała. - Przecież to jest sypialnia. 

Czemu nie chce się tutaj zmieścić zwykłe łóżko?

 - Zwykłe pewnie by się zmieściło - mruknął Tom. - Ale to 

wygląda tak, jakbyś chciała na nim przenocować całą swoją 
rodzinę. Po co ci takie łoże, Trudy?

 - Po prostu ładnie wyglądało w sklepie meblowym.

background image

Nie miała zamiaru zdradzać prawdy. Zresztą wątpiła, czy 

Tom   by   ją   zrozumiał,   skoro   tak   lubił   kochać   się   w 
samochodzie. Ona jednak chciała mieć do tego jak najwięcej 
przestrzeni.

Meg spojrzała jej przez ramię.
  -  Może  zadzwonisz  do   sklepu  i   spytasz,  czy   nie  mają 

czegoś mniejszego w tym samym stylu.

  -   Nie   chcę   niczego   mniejszego.   -   Trudy   podjęła   już 

decyzję. - Ustawimy je w salonie.

Wszyscy   wyglądali   na   trochę   zdziwionych,   ale   na 

szczęście mężczyźni od razu zabrali się do roboty i nikt nie 
kwestionował jej decyzji.

  -  Możecie  je przystawić  do  tamtej   ściany,  żeby   widać 

było drzewa w Central Parku?

  -   Jasne   -   odparł   Tom.   -   Chodź,   Linc,   pójdziemy   po 

następne części.

Trudy   lubiła   patrzeć   na   pracujących   mężczyzn. 

Prawdopodobnie sama poradziłaby sobie ze złożeniem łóżka, 
ale bała się, że niektóre części mogą być dla niej za ciężkie. 
Poza   tym   cieszyło   ją   to,   że   jej   łóżko   składały   dwa   rekiny 
nowojorskiej   finansjery.   Przynajmniej   będzie   miała   o   czym 
opowiadać w przyszłości.

Cieszył ją też widok bicepsów i pośladków Linca.
Meg stanęła tuż za nią.
 - Widziałam, jak na niego patrzysz - szepnęła.
 - Chętnie bym go schrupała.
 - Nikt ci nie będzie przeszkadzać.
 - Podaj mi kombinerki - poprosił Tom przyjaciela.
 - Nie sądzę, żeby Linc miał ochotę na dziewczynę ze wsi. 

Przywykł pewnie do...

Zaniemówiła, widząc narzędzie, jakie Linc podał Tomowi. 

Nie były to wcale kombinerki, tylko wielki klucz francuski. 
Tom   spojrzał   na   narzędzie   i   pokręcił   głową.   Następnie 

background image

narysował coś obłego w powietrzu. Linc natychmiast odłożył 
klucz francuski i wyjął kombinerki. Tom skinął z uznaniem 
głową.

Trudy wymieniła spojrzenie z Meg. To, co przed chwilą 

zobaczyła,   wymagało   wyjaśnienia.   Meg   wskazała   głową 
sypialnię,   chcąc   jej   pokazać,   że   tam   będą   mogły   spokojnie 
porozmawiać. Starannie zamknęły za sobą drzwi.

 - To niesamowite! Linc nie odróżnia klucza francuskiego 

od kombinerek? - zaśmiała się Trudy. - Nie znałam jeszcze 
nikogo takiego.

 - Co ważniejsze, nie chce się przed tobą z tym zdradzić. 

To znaczy, że zależy mu na twojej opinii.

 - I co mam z tym zrobić? - Trudy czuła, jak serce bije jej 

z podniecenia.

  -   Czy   muszę   ci   mówić?   -   Meg   przycisnęła   dłonie   do 

wydatnego brzucha.

 - Nie jestem jeszcze gotowa.
 - Dlaczego nie? Myślałam, że właśnie na tym ci zależy.
  - To prawda, ale nie chciałabym wszystkiego zepsuć od 

razu na początku. Zwłaszcza z kimś takim, jak Linc. Z czasem 
nabiorę ogłady, ale na razie jestem tym, kim jestem.

  - Pamiętasz naszą zasadę? Udawaj, zanim nie zaczniesz 

tego robić dobrze. Przecież nie masz nic do stracenia.

 - A moja duma, to co? Nie mogłabym ci spojrzeć w oczy, 

gdybym   skrewiła.   -   Wyciągnęła   ręce   na   boki.   -   Jestem 
przecież zwykłą dziewczyną z Kansas.

  - Nie taką znowu zwykłą. Wykazałaś wielki hart ducha, 

że się tu w końcu znalazłaś.

 - Być może mam nawet parę zalet, tylko że ich nie widać. 

Natomiast doskonale widać to, że nie jestem z miasta.

Meg nie mogła temu, niestety, zaprzeczyć.
  -   Posłuchaj,   przecież   to   tylko   facet..   Wystarczy,   że 

postarasz się być dla niego miła.

background image

 - Wolałabym wypróbować to po raz pierwszy z kimś, kto 

nie będzie wiedział, że pochodzę z Virtue w stanie Kansas i że 
miałam trzydzieści kilometrów do najbliższego McDonald'sa. 
Meg westchnęła ciężko.

  - Zaręczam, że Linc w ogóle nie będzie o tym myślał - 

rzuciła.

 - Dobrze, spróbuję - mruknęła Trudy.

background image

Rozdział trzeci
 - Widziała mnie z tym cholernym kluczem francuskim - 

mruknął Linc, patrząc na Toma.

 - Nic wielkiego. - Tom kończył dokręcanie drugiego boku 

do wezgłowia.

  -   Założę   się,   że   śmieje   się   ze   mnie   w   kułak   -   rzekł 

płaczliwie Linc. - Jest jedyną kobietą, jaką znam, która ma 
skrzynkę z narzędziami.

  - A ona nie zna pewnie nikogo, kto ma własny pakiet 

akcji, więc się  trochę wyluzuj.  A poza tym,  co się  tak nią 
przejmujesz?

Tom, jak zawsze, trafił w sedno. Musiał więc kłamać.
 - Masz rację, wcale się nie będę nią przejmował.
 - To dobrze. Potrzymaj tutaj, muszę to dokręcić.
  -   Jasne.   -   Linc   kopnął   płat   styropianu   i   klęknął   przy 

wskazanym miejscu. - Chodzi po prostu o to, że mam się nią 
opiekować. Trudno opiekować się kimś, kto ma o tobie nie 
najlepsze mniemanie. Rozumiesz, o co mi chodzi? - Złapał 
wskazany fragment okucia.

  - Przecież masz jej pokazać Nowy Jork - odparł Tom. - 

To nie kurs majsterkowania.

 - Tak, racja.
Rozmowa   robiła   się   coraz   bardziej   krępująca   i   dlatego 

Linc zmienił temat i zaczął mówić o łóżku wyposażonym w 
wysokie kolumny, na których miał zawisnąć baldachim.

Linc poklepał jedną z nich.
 - Robi wrażenie - mruknął.
  - Nie mam pojęcia, dlaczego Trudy zdecydowała się na 

tego mamuta.

  - Może chce tu urządzać orgie - rzucił Linc i ta myśl 

wcale mu się nie spodobała. W ogóle nie odpowiadało mu to, 
że od jakiegoś czasu bez przerwy myśli o seksie.

background image

  - Mam nadzieję, że nie - powiedział Tom. - Meg wcale 

nie byłaby z tego zadowolona.

 - Ja chyba też - dodał Linc, zanim zdołał się zorientować, 

że nie powinien tego mówić.

Sam był szalenie konserwatywny w tym względzie i nie 

dopuszczał do siebie myśli, że mógłby to robić więcej niż z 
jedną partnerką naraz. Nie miał jednak pojęcia, jakie myśli 
lęgły się w szalonej głowie Trudy. Wydawało mu się, że zna 
kobiety, ale przy niej czuł się zupełnie zagubiony i niepewny.

  - Powinieneś wczuć się chyba w jej sytuację - ciągnął 

Tom,   zabierając   się   za   dokręcanie   kolejnych   okuć.   -   Miała 
przecież   sześcioro   rodzeństwa   i   podejrzewam,   że   musiała 
dzielić   łóżko   z   siostrami.   Co   to   za   życie   dla 
dwudziestoparoletniej dziewczyny!

 - Na pewno frustrujące - przyznał Linc.
Pomyślał,   że   Trudy   zechce   sobie   teraz   odbić   lata 

seksualnej abstynencji, i wcale mu się to nie spodobało.

  - W miasteczkach takich jak Virtue nie ma zbyt wielu 

okazji,  żeby się zabawić we dwoje. Są tylko samochody, o 
których mówiłem, ale żadnych hoteli. A nawet, jak coś jest, to 
i tak wszyscy cię tam znają.

 - To okropne.
  -   Moi   starzy   mówili,   że   Virtue   przypomina   im   lata 

pięćdziesiąte. - Tom przesunął się dalej.

Linc wiedział już, co ma robić, dlatego bez dalszej zachęty 

podtrzymywał kolejne części łóżka, pomagając kumplowi.

 - Chyba nie byłem nigdy w takim miasteczku - westchnął 

Linc.

  - Ja myślę. Wyobraź sobie, że mogłem spędzić z Meg 

dopiero   noc   poślubną.   Wcześniej   spałem   na   rozkładanej 
kanapie na dole i w ogóle nie mogłem się do niej zakraść. 
Podłoga skrzypiała jak cholera, a podejrzewam, że jej matka 
rozmieściła też miny.

background image

 - Zadziwiające!
W  świecie   bogatych  nie   było   takich   problemów.   Kiedy 

Linc zdał egzamin   na prawo jazdy,  dostał też  od rodziców 
złotą   kartę   uprawniającą   do   wynajmowania   domków   i 
apartamentów w spokojnych pensjonatach. Rodzice w ogóle 
się   nim   nie   interesowali.   Bardziej   zajmowały   ich   sprawy 
rozpadającego się małżeństwa. Czasami na jakiejś potańcówie 
ktoś   mówił,   że   starzy   kazali   mu   wcześniej   wrócić,   a   Linc 
żałował, że nigdy nie dostał podobnego polecenia.

  -   To   zabawne,  że   nasze   pierwsze   dziecko   zostało 

prawdopodobnie   poczęte   na   tylnym   siedzeniu   dodge'a 
rodziców Meg - ciągnął Tom. - To mi przypomina piątkowe 
wieczory po dyskotekach. Ale u ciebie pewnie było podobnie.

Linc spojrzał w stronę zamkniętych drzwi do sypialni i 

przysunął się do przyjaciela.

  - Nigdy nie uprawiałem seksu w samochodzie - szepnął 

konfidencjonalnie.

Tom aż otworzył usta ze zdziwienia.
 - Żartujesz chyba! Nawet w tej twojej limuzynie?
 - Daj spokój! Przecież Cecil siedział za kierownicą.
 - Pal licho Cecila. - Tom wrócił do pracy. - Planowaliśmy 

nawet   z   Meg   wynajęcie   limuzyny.   To   byłoby   lepsze   niż 
dodge.

 - Myślę, że żadna z dziewczyn, z którymi chodziłem, nie 

zgodziłaby się na coś podobnego. - Linc wolał to powiedzieć 
niż   przyznać,   że   nigdy   nawet   nie   zastanawiał   się   nad   taką 
ewentualnością.

  -   Szkoda.   To   zupełnie   niezwykłe   doświadczenie. 

Przypomniałem to sobie dokładnie z Meg.

 - Cóż, tak się złożyło.
Linc pomyślał o Trudy. Na pewno by na to poszła. Tyle że 

on nie planował aż tak bliskiej znajomości.

background image

 - Spróbujesz? - Tom wyciągnął w jego stronę kombinerki 

i dużą śrubę.

Linc wahał się, ale krótko.
  -   Może   być.   -   Próbował   naśladować   Toma   i   wkrótce 

śruba znalazła się na swoim miejscu. Nie sądził, że sprawi mu 
to aż taką radość. - Kto by przypuszczał, że pieprzenie się z 
takim   łóżkiem   może   dać   tyle   satysfakcji   -   westchnął   na 
koniec.

Tom machnął ręką.
 - Wolę to robić „w", a nie „z" - mruknął. - Ale skoro tak 

ci się podoba, to może podokręcasz szyny łączące te słupy, 
żebyśmy mogli na nich zawiesić baldachim.

Linc spojrzał w górę.
 - Ba, ale jak to zrobić?!
Tom wskazał na kilka nierozpakowanych pudeł.
 - Sądząc po ciężarze, są pełne książek. Musimy je ustawić 

jedno na drugim.

 - Świetny pomysł. - Lincowi nigdy nie przyszłoby to do 

głowy.

Zaraz   też   zabrał   się   do   dzieła.   Poprzesuwał   pudła   i   z 

pomocą Toma ustawił jedno na drugim. W końcu sam wdrapał 
się na czubek tej piramidy.

 - Wystarczy - powiedział, mając nadzieję, że Trudy zajrzy 

zaraz do pokoju. Wówczas zobaczyłaby, jaki jest dzielny. - 
Podaj mi pierwszą szynę.

 - A potem jeszcze zawiesimy baldachim. Myślę, że Trudy 

chciałaby zobaczyć całość.

  -  Żaden   problem   -   rzucił   Linc,   kończąc   dokręcanie.   - 

Nareszcie wiem, jak to się robi i nie jest to wcale takie trudne. 
Chociaż trochę głupio, że facet po trzydziestce musi się uczyć 
takich rzeczy.

Zlazł na dół i zabrał się do przesuwania pudeł do drugiego 

końca łóżka.

background image

  - Niby dlaczego? - spytał Tom, pchając książki wraz z 

nim.   -   Ludzie   uczą   się   takich   rzeczy   z   konieczności. 
Widocznie   do   niczego   nie   było   ci   to   potrzebne.   Trudy   ma 
pewnie   własne   narzędzia   tylko   dlatego,   że  jest   najstarszym 
dzieckiem. Musiała pomagać ojcu we wszystkim i w końcu 
nauczyła się różnych czynności.

Linc szybko skończył dokręcanie i spojrzał w dół.
 - Mówisz tak, jakby to nie było nic wielkiego. Mój ojciec 

nauczył   mnie   tylko   czytania   wyników   giełdowych   Dow 
Jonesa - poskarżył się.

 - Dzięki czemu mogłeś zarobić znacznie więcej pieniędzy 

niż gdybyś pracował przy składaniu łóżek - odparował Tom.

Znowu zabrali się do przesuwania piramidy. Praca szła im 

sprawnie   aż   do   chwili,   gdy   najwyższe   pudło   spadło   na 
podłogę.   Taśma   zerwała   się   i   zawartość   wysypała   się   na 
podłogę.

 - Miałeś rację, to jednak książki - rzekł z podziwem Linc. 

- Myślałem, że blefujesz.

  - Znam się na tym. Przeprowadzałem się ładnych parę 

razy.

Linc przykucnął i zaczął podnosić z podłogi kolejne tomy. 

Odruchowo   zerknął   na   pierwszy   tytuł:   „Erotyczne   fantazje 
współczesnych   kobiet".   Zaraz   też   sięgnął   po   następne: 
„Orgazm   i   jego   znaczenie"   oraz   „Seksualne   przygody   dla 
bezpruderyjnych".

Linc włożył książki do pudła i dokleił odstającą taśmę.
 - To nie są takie zwykłe książki - rzekł z tajemniczą miną.
  -  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?   Wyglądały  zupełnie 

normalnie.

 - Wszystkie są na temat seksu - szepnął.
  - To może powinniśmy je jednak zostawić przy łóżku - 

zaśmiał się Tom.

background image

  -   Ha,   ha!  Świetny   dowcip.   -   Linc   uśmiechnął   się 

sztucznie. - Czytałeś kiedyś takie książki?

Tom westchnął i położył ręce na biodrach.
 - Meg ma parę. Kilka przekartkowałem.
 - Znalazłeś w nich coś nowego?
 - Parę rzeczy. - Tom wzruszył ramionami.
 - Ciekawe - mruknął Linc.
Nie dał się nabrać na nonszalancki ton przyjaciela. Mógł 

się założyć, że przeczytał je od deski do deski, ale nie chciał 
się do tego przyznać.

 - No, bierzmy się do roboty - rzucił Tom.
 - Tak, jasne.
Oto   spragniona   wrażeń   młoda   osoba   przyjechała   do 

miasta. Przywiozła ze sobą książki na temat seksu i od razu 
kupiła sobie to olbrzymie łoże. Zapewne nie miała pojęcia, w 
jakie kłopoty może się wpakować, ganiając za mężczyznami. 
Zwłaszcza jeśli rzuci się w oczy jakiemuś psycholowi.

Linc myślał o tym wszystkim,  zmagając się z wielkim, 

gwarantującym szczęśliwe pożycie, materacem. Umieszczenie 
go   w   ramie   wcale   nie   było   takie   łatwe.   W   końcu   jednak 
zdołali tego dokonać.

  -   Sam   mam   duże   łóżko,   ale   to   jest   jeszcze   większe   - 

mruknął Linc.

Tom pokręcił głową.
  - To pewnie z powodu tych słupów - rzucił. - Poza tym 

ten pokój jest dosyć mały i dlatego wygląda tu jak Guliwer w 
kraju Liliputów. I tak ma szczęście, że dostała mieszkanie w 
starym budownictwie i ma wysoko sufit.

 - Udało się! Hura!
Trudy podbiegła do łóżka, zrzuciła kapcie i wskoczyła na 

materac.

 - Wspaniałe! - Zaczęła na nim podskakiwać. - Jest jeszcze 

lepsze niż myślałam!

background image

Linc   miał   olbrzymią   ochotę   skoczyć   za   nią,   ale   tylko 

odwrócił głowę. Jeśli on, przy całym, swoim opanowaniu, tak 
reaguje na Trudy, to co zrobi ktoś, kto ma mniej skrupułów? 
Nie   chciał   nawet   o   tym   myśleć.   Łóżko   stanowiło   jasny   i 
oczywisty sygnał. Jeśli w przyszłości zdecyduje się zaprosić 
faceta   na   kawę,   to   nie   powinna   oczekiwać,   żeby   na   tym 
poprzestał.   Linc   zaryzykował   kolejne   spojrzenie   w   stronę 
łóżka.   Trudy   siedziała   po   turecku   na   jego   środku.   Wciąż 
wyglądała bardzo pociągająco, ale przynajmniej jej biust nie 
falował już w rytm podskoków.

  - Dziękuję za pomoc - zwróciła się do obu mężczyzn. - 

To łóżko jest cudowne!

 - Nie ma za co - rzekł szarmancko Linc. Trudy odwróciła 

się w stronę okna.

 - Tak jak myślałam! Widać stąd drzewa w Central Parku. 

A poza tym będę widziała światła i zawsze będę pamiętać, że 
jestem w Nowym Jorku.

 - Tak jak chciałaś - podchwyciła Meg, a potem spojrzała 

na zegarek i zawołała. - Ojej! Tom, musimy już iść.

Linc   wpadł   w   panikę.   Nie   chciał   pozwolić   im   odejść. 

Wolał nie zostawać sam na sam z Trudy. Tom wytrzeszczył 
oczy na żonę.

 - Gdzie jedziemy?
 - Nie pamiętasz? Koleżanka z pracy obiecała pożyczyć mi 

prawdziwą   drewnianą   kołyskę.   Musimy   ją   odebrać   przed 
trzecią.

  -   Ja   też   już   pójdę   -   dodał   szybko   Linc.   -   Mam 

ważne...ee...

 - To miało być dzisiaj? - zdziwił się jeszcze bardziej Tom. 

- Myślałem, że dopiero jutro.

Meg pogładziła go delikatnie po barku.

background image

  -   I   co   ty   byś   beze   mnie   zrobi?   Wszystko   by   ci   się 

pomieszało!   Weź  nasze   kurtki,  dobrze,  kochanie?   Linc,   nie 
musisz się wcale spieszyć.

Trudy zaczęła znowu skakać po materacu.
 - A może pomóc wam z tą kołyską? Po tym wszystkim, 

co dla mnie zrobiliście...

  - Poradzimy sobie. - Meg nie pozwoliła jej skończyć. - 

Przykro mi tylko, że nie możemy zawiesić baldachimu. Wiem, 
że na to liczyłaś.

Tom zaczął rozpinać kurtkę, którą zdążył już włożyć.
  - Zajmiemy się tym z Lincem. To zajmie najwyżej parę 

minut - stwierdził.

  -   Niestety,   musimy   się   spieszyć   -   powiedziała 

kategorycznie   Meg.   -   Wiesz,   jaką   Connie   jest   dziwaczką. 
Jeszcze nie da nam tej malowanej ręcznie kołyski. - Spojrzała 
znacząco na Linca. - Założę się, że poradzą sobie we dwójkę.

  - Jesteś pewna, że to miało być dzisiaj? - wtrącił Tom, 

pocierając czoło. - Założyłbym się, że...

  - Dzisiaj! - przerwała mu kategorycznie żona, a potem 

spojrzała raz jeszcze na Linca. - No i jak, poradzisz sobie?

 - Nie ma takiej potrzeby - powiedziała Trudy. - Linc i tak 

bardzo mi pomógł. Baldachim może poczekać. Albo sama się 
nim zajmę.

Linc wyobraził sobie, jak balansuje na pudłach pełnych 

książek o seksie, a potem spada. W takiej sytuacji nie miałaby 
nikogo, kto by jej pomógł.

  - Możecie iść - zwrócił się do Meg i Toma. - Zostanę, 

żeby założyć ten baldachim.

  -   To   wcale   nie   jest   konieczne.   Spojrzał   na   Trudy   i 

pokręcił głową.

 - Żaden problem.
 - Dobrze, to my idziemy - rzekł Tom i zapiął guziki przy 

kurtce.

background image

Popchnął wózek w stronę drzwi.
 - Jak byś czegoś potrzebowała, to dzwoń - rzuciła Meg do 

przyjaciółki.

  -   To   na   razie,   do   poniedziałku   -   Linc   pożegnał 

przyjaciela.

 - My też jesteśmy umówione na poniedziałek, prawda? - 

Trudy spytała wychodzącą Meg.

 - Jasne. Na lunch.
Po chwili państwo Hennessy zniknęli za drzwiami.
Trudy   wiedziała,   że   mogła   się   tego   spodziewać. 

Przyjaciółka   realizowała   swój   plan.   Zostawiła   ją   razem   z 
Lincem, w nadziei że zacznie między nimi iskrzyć.

I iskrzyło. Połączenie Linca ze wspaniałym łożem, które 

powoli ukazywało jej się w całym przepychu, bardzo działało 
jej   na   wyobraźnię.   Jednak   wciąż   trwała   w   swoim 
postanowieniu,   z   którym   zdradziła   się   przed  Meg.  Jeśli 
zdecyduje się na seks, to z kimś, kto nie wie, że pochodzi ze 
wsi.

 - Myślę, że Meg zrobiła to specjalnie - odezwał się Linc.
  -   Ja   też   tak   sądzę.   Ale   nie   przejmuj   się,   nie   mam 

względem ciebie żadnych planów.

Gdy   tylko   to   powiedziała,   zniknęło   gdzieś   całe 

zdenerwowanie. Od razu jej ulżyło.

  -   Tak?   -   Wyglądał   na   trochę   rozczarowanego.   -   To 

dobrze, bo nie chcę...

  - Wiem. Meg mówiła mi, że jesteś wolnym ptakiem. Ja 

też - dodała z uśmiechem.

Pomyślała,   że   wygląda   bardzo   pociągająco   z   tą   swoją 

zawiedzioną miną.  Omal  się na to nie nabrała. Wszyscy  w 
rodzinie wiedzieli, że mogą liczyć na jej czułe serce.

Linc chrząknął.
  - Nie powiedziałbym, że jestem, hm, wolnym ptakiem - 

mruknął.

background image

 - Więc kim?
  - Człowiekiem ostrożnym. Przynajmniej staram się nim 

być.

Jaka szkoda, że to powiedział. Mieszkańcy Virtue bardzo 

cenili   sobie   ostrożność.   Sami   byli   aż   do   przesady   ostrożni. 
Przyjeżdżając do Nowego Jorku, Trudy liczyła na coś innego. 
Odrobinę szaleństwa i brawury, których tak bardzo brakowało 
jej w rodzinnym miasteczku.

 - Pewnie dlatego zostałeś moim opiekunem - westchnęła.
 - Możliwe.
Trudy   raz   jeszcze   pochyliła   się   nad   materacem. 

Pomyślała,   że   uwielbia   to   łóżko.   Było   ono   symbolem   jej 
wolności   i   niezależności.   Do   diabła   z   ostrożnością   i 
ostrożnymi ludźmi!

 - A może jednak po to, żeby mnie uwieść?

background image

Rozdział czwarty
Trudy z przyjemnością patrzyła, jak otwiera coraz szerzej 

usta. A potem jego wzrok spoczął na pudłach z książkami. 
Czyżby znał ich zawartość?

  -   Ale   nie   przejmuj   się   -   rzuciła.   -   Wcale   nie   o   to   mi 

chodzi.

 - Czemu nie? To znaczy, jasne, że nie. Przecież dopiero 

przyjechałaś. W ogóle się nie znamy. - Patrzył uporczywie w 
stronę książek.

W końcu zdecydowała się o to spytać.
 - Zaglądałeś do środka?
  -   Nie.   To   znaczy   tak.   Używaliśmy   tych   pudeł   przy 

zakładaniu   szyn.  Jedno   spadło  i   musiałem   potem   pozbierać 
książki, które się wysypały - tłumaczył się jak uczniak.

 - Dobrze, skoro masz się mną opiekować, to chciałabym 

postawić sprawę jasno. Przyjechałam do Nowego Jorku, żeby 
nasiąknąć atmosferą wielkiego miasta. To znaczy, że będę się 
spotykała z mężczyznami...

 - Ale jeśli zaprosisz tutaj mężczyznę, takie łóżko będzie 

dla niego wyraźnym sygnałem - wtrącił Linc.

  -  Że chodzi mi o seks? To bardzo dobrze. Właśnie tego 

oczekuję od mężczyzn. Oczywiście, pomijając ciebie.

 - To dobrze - rzekł podekscytowany. - Bo wątpię, żeby po 

tym, co tutaj zobaczą, mieli ochotę ograniczyć się do kawy. 
Nawet jeśli zmienisz zdanie.

 - Nie zmienię. Bardzo rzadko zmieniam zdanie. Po to go 

tutaj   zaproszę,   żeby   poszerzyć   zakres   moich   seksualnych 
doświadczeń.

  -  Świetnie!   Zresztą   nie   ma   tu   nawet   mebli,   więc   nie 

moglibyście   robić   nic   innego   -   ciągnął,   jeszcze   bardziej 
czerwony. - To przecież jasne!

  -   Linc,   czy   kochałeś   się   kiedyś   na   tylnym   siedzeniu 

małego samochodu?

background image

 - Nie, ja...
 - No jasne! Meg mówiła, że twoi rodzice są obrzydliwie 

bogaci.   Ojej!   Przepraszam,   mam   nadzieję,   że   cię   nie 
obraziłam.

  -   Nie,   wcale.   Rzeczywiście   są   obrzydliwie   bogaci. 

Prawdę mówiąc, nigdy nawet nie jeździłem małym autem, nie 
mówiąc już o uprawianiu w nim seksu.

  -   Nie   masz   czego  żałować   -   zapewniła   go   z 

przekonaniem. - Seks powinien być przyjemny, ale w takich 
warunkach wcale nie jest. Można się uderzyć w głowę albo 
coś innego. W zimie jest zimno, a w lecie nie można otworzyć 
okna, bo zjedzą cię żywcem...

  -   Kto?   Niedźwiedzie?   -   wpadł   jej   w   słowo.   -   Nie 

wiedziałem, że w Kansas są niedźwiedzie.

  - Nie, komary  - wyjaśniła. - A poza tym, jest  zawsze 

możliwość,   że   w   kluczowym   momencie   pojawi   się 
przedstawiciel prawa i zaświeci latarką przez szybę. Nie masz 
pojęcia, jakie to nieprzyjemne.

 - Wyobrażam sobie.
 - Właśnie dlatego kupiłam największe łóżko, jakie udało 

mi się znaleźć.

Przyglądał jej się przez dłuższy czas.
 - Chciałem tylko, żebyś zdawała sobie sprawę z tego, jaki 

sygnał wysyłasz.

Miał   urzekająco   niebieskie   oczy.   Trudy   raz   jeszcze 

pożałowała, że poznała go tak wcześnie. Kto wie, co by było, 
gdyby spotkali się parę tygodni później... Uśmiechnęła się do 
niego. Meg miała rację, to miły i sumienny facet.

 - Nie przejmuj się, Linc. Będę uważać, kogo wpuszczam 

do   tego   mieszkania.   I   wcale   nie   musisz   mi   pomagać   z 
baldachimem. Pewnie masz jakieś plany na popołudnie.

  -   Nie   ma   sprawy.   Chętnie   ci   pomogę.   Gdzie   jest   ten 

baldachim?

background image

  - W tym płaskim pudle. Ale naprawdę mogę to zrobić 

sama. Wolałabym zachować cię na noc.

Rozkaszlał się gwałtownie.
 - Słu... słucham?
Poczuła się nagle jak idiotka.
 - Chciałam powiedzieć, że chętnie bym się z tobą wybrała 

do jakiegoś klubu. Ale pewnie jesteś już umówiony, prawda? - 
spytała smutno.

 - Nie, nie jestem. Możemy gdzieś wyskoczyć.
 - Mówisz poważnie?! Hura!
Z jakichś powodów Meg i Tom nie zwrócili uwagi na to, 

że będzie to jej pierwszy weekend w Nowym Jorku, a ona nie 
chciała im o tym przypominać. A może Meg liczyła na to, że 
Linc ją gdzieś zaprosi, co właśnie się stało.

Prawdę mówiąc, było jej wszystko jedno, kto ją dzisiaj 

zaprasza.   Nie   chciała   po   prostu   siedzieć   w   domu.   Wolała 
przejść się po Broadwayu czy wejść na drinka do jakiegoś 
klubu jazzowego. Albo przejechać się windą na szczyt Empire 
State Building. Oczywiście pod warunkiem, że Linc nie uzna 
tego za zbyt prowincjonalną rozrywkę.

 - Na co masz ochotę?
 - Na wszystko! - Już nie mogła się doczekać. - Na kluby 

muzyczne,   kabarety...   I   założę   się,   że   koło   centrum 
Rockefellera jest czynna ślizgawka.

  -   Czy   chciałabyś   zobaczyć   coś   na   Broadwayu? 

Zastanawiała się nad tym przez chwilę.

 - Tak, ale nie dzisiaj. Zajęłoby to za dużo czasu. Poza tym 

na   pewno   nie   dostalibyśmy   biletów   na   nic   naprawdę 
ciekawego.

 - Nie przejmuj się, mogę załatwić bilety.
  -   I   zapłacisz   za   nie   jak   za   zboże.   Nie,   dziękuję. 

Zabrakłoby mi pieniędzy na inne rozrywki.

background image

  -   Wcale   nie   chciałem,   żebyś   za   nie   płaciła.   Nagle 

zrozumiała, że mają jeszcze jedną sprawę do omówienia.

  -   Posłuchaj,   to   bardzo   miło   z   twojej   strony,   ale   wolę 

płacić   za   wszystko   sama.   Latami   oszczędzałam,   żeby   mieć 
pieniądze   na   różne   przyjemności.   Jeszcze   w   Kansas 
wymieniłam w banku dziesięć słoików bilonu na szeleszczące 
banknoty.   Jeśli   nie   będę   szalała,   powinno   mi   na   długo 
wystarczyć.

 - Przecież to nie ma sensu - zaprotestował. - Ja będę płacił 

za   rozrywki,   a   ty   kup   sobie   jakieś   meble   albo   coś,   czego 
potrzebujesz.

Skrzyżowała ręce na piersi. Nie chciała, żeby ktoś, kogo 

znała zaledwie od półtorej godziny, mówił jej, co ma, a co nie 
ma sensu.

  -   Chodzi   mi   o   to,  żeby   mieć   jakąś   przyjemność   z 

mieszkania w Nowym Jorku. Mam już mebel, który jest mi do 
tego potrzebny. Być może oszczędzanie jest dla kogoś takiego 
jak   ty   pozbawione   sensu,   ale   ja   miałam   przy   tym   wielką 
frajdę. A będę miała jeszcze większą, kiedy wydam pieniądze 
właśnie tak, jak to sobie zaplanowałam.

 - Ale...
 - I tak wiele dla mnie zrobiłeś, poświęcając mi czas, który 

mógłbyś  przeznaczyć na  randki.  To  ja  powinnam  za  ciebie 
płacić. I naprawdę zamierzam...

 - Nawet o tym nie myśl. Robię to dla moich przyjaciół, a 

nie po to, żeby się przy okazji nachapać.

 - No dobrze - zgodziła się, przyznając w duchu, że trochę 

przesadziła.

Podobał   jej   się   jego   zdecydowany   ton.   Linc   nagle 

wyprostował   się,   a   jego   oczy   błysnęły   gniewnie.   Nareszcie 
zobaczyła, że ma przed sobą nie tylko kogoś miłego, ale faceta 
z klasą.

background image

Niestety, on pewnie uważał ją za prowincjonalną gęś. I 

było już za późno, żeby to zmienić. Cóż, stało się. Ale nie 
może   mu   pozwolić,   by   zawiesił   baldachim.   Może   kiedy 
zobaczy   skończone   łoże,   uzna   je   za   zupełnie   nową   jakość, 
mimo że sam pomagał je składać?

  - Jeśli mamy dziś wyjść, to muszę wziąć długą kąpiel - 

powiedziała. - Zostawmy więc ten baldachim.

 - Lepiej od razu załatwić wszystko - stwierdził.
 - Potem będziesz miała spokój.
  - To nieważne. - Machnęła ręką. - I tak chyba nikogo 

dzisiaj tu nie zaproszę.

Linc zgrzytnął zębami.
 - Oczywiście! Musimy ustalić jeszcze jedną zasadę. Jeśli 

ze mną wychodzisz, to również ze mną wracasz, jasne?

  - Tak, oczywiście. To, że jestem z małego miasteczka, 

wcale   nie   znaczy,   że   nie   wiem,   jak   się   zachować.   Jeśli 
spotkam jakiegoś fajnego chłopaka, to po prostu wymienimy 
się   telefonami.   A   jak   spyta   o   ciebie,   to   powiem,   że   jesteś 
gejem.

 - Co takiego?!
 - Nie chciałabym, żeby sobie pomyślał, że chodzę z tobą i 

jednocześnie   kombinuję   z   kim   innym   na   boku.   Jestem 
porządną dziewczyną!

Linc miał co do tego pewne wątpliwości.
  -   Wobec   tego   powiedz,  że   jestem   twoim   bratem   lub 

kuzynem. - Przeszył ją swymi błękitnymi oczami.

 - Nowy Jork jest mniejszy niż przypuszczasz.
 - Nie wyglądamy na kuzynów - protestowała słabo.
 - Wszystko jedno. Nikt nie zwróci na to uwagi.
 - Dobrze, jeśli uważasz, że tak będzie lepiej - zgodziła się 

w końcu.

Linc westchnął i zaczął rozcierać sobie szyję.

background image

  - Wiesz co, wcale mi się nie podoba, że masz  zamiar 

wymieniać   się   numerami   telefonów.   Czuję   się   trochę   tak, 
jakbym był alfonsem.

Patrzyła na niego przez chwilę.
  -   Więc   może   powinniśmy   dać   sobie   spokój?   Meg   na 

pewno zrozumie, jak jej powiem, że do siebie nie pasujemy. A 
ty będziesz miał spokój. Meg zna moje zwariowane pomysły, 
więc wszystko i tak będzie na mnie.

Potrząsnął głową.
 - Nie, w tej chwili już nie chodzi o to, żeby nie zawieść 

Meg. Nie mogę pozwolić; żebyś sama zaczęła buszować po 
Nowym Jorku. I tylko nie mów mi, że zostaniesz w domu, bo i 
tak ci nie uwierzę.

  -   Rzeczywiście   chcę   się   zabawić   -   przyznała.   - 

Przyjechałam tu późno w czwartek, a cały piątek spędziłam w 
mojej przyszłej pracy. A potem Meg i Tom zabrali mnie do 
siebie, więc nie mogłam nigdzie pójść. Nawet tutaj, bo jeszcze 
nie było moich bagaży.

  -   Proponuję   kompromis.   -   Włożył   ręce   do   kieszeni 

dżinsów.

  - To znaczy? - spytała, podziwiając jego wysportowaną 

sylwetkę.   Musiała   przyznać,   że   Linc   Faulkner   mógł   być 
przedmiotem marzeń niejednej kobiety.

 - Musisz obiecać, że tego wieczoru nie będziesz flirtować 

i rozdawać na prawo i lewo swoich wizytówek. A ja pokażę ci 
parę miłych miejsc i przy następnej okazji będziemy mogli 
renegocjować warunki.

 - Załatwione - odparła. - Nie mam żadnych wizytówek.
To nie był wcale taki zły pomysł. Nie powinna żądać od 

razu zbyt wiele.

 - Dobra, więc przyjadę po ciebie o ósmej.
 - Będę czekać.

background image

Umówił się z nią na ósmą! Jeszcze jeden dowód na to, że 

znajdowała się w dużym mieście. W Virtue randki zaczynały 
się   zwykle   dużo   wcześniej.   Kończyły   się   też   wcześniej, 
ponieważ   wszystkie   lokale,   nie   wyłączając   kina,   zamykano 
równo o dziesiątej. Jeśli chciało się wrócić do domu później, 
było jasne, że chodzi o seks. O dziewczynie, której zdarzało 
się   to   częściej,   natychmiast   zaczynano   mówić   jak   o 
nimfomance.

 - Masz ciepłą kurtkę?
  - Jasne. - Skrzywiła się na myśl o jedynej kurtce, którą 

przywiozła z Virtue.

 - Świetnie. To na razie, do ósmej. - Wziął swoją kurtkę do 

ręki i uśmiechnął się do Trudy.

Po chwili miała już przed sobą tylko zamknięte drzwi.
Pięć   godzin   później   Linc   zatrzymał   taksówkę   i   podał 

kierowcy   adres   Trudy.   Całe   popołudnie   spędził   na 
szczegółowym   przygotowywaniu   planów   dzisiejszej 
wyprawy.   Nieczęsto   zdarzało   mu   się   pokazywać   swoje 
ulubione   miasto   komuś   takiemu   jak   Trudy,   kto   całe   życie 
spędził gdzieś na odludziu, ze stadami komarów atakującymi 
wszystko, co się rusza.

Teraz, kiedy wreszcie udało im się ustalić zasady, miał 

olbrzymią ochotę na wspólny wieczór. Nie miał pojęcia, że 
jest   aż   tak   znudzony   swoimi   przyjaciółkami,   po   których 
zwykle   mógł   się   spodziewać   tego   samego.   W   czasie   paru 
godzin spędzonych u siebie mógł  spokojnie przeanalizować 
swoją sytuację.  Trudy,  w zestawieniu  ze swoim  olbrzymim 
łożem,   zrobiła   na   nim   naprawdę   wielkie   wrażenie.   Nigdy 
jeszcze nie widział nikogo tak seksownego.

Jaka  szkoda,  że  Trudy   jest  najlepszą  przyjaciółką  Meg! 

Inaczej wiedziałby, jak wykorzystać tę znajomość. Krótko, ale 
intensywnie. A tak ma związane ręce, nie mówiąc o innych 
częściach ciała.

background image

Taksówka zatrzymała się przed blokiem Trudy. Sprawdził, 

czy   wciąż   ma   w   kieszeni   kartkę   z   planem   dzisiejszego 
wieczoru,   i   poprosił   taksówkarza,   żeby   na   niego   zaczekał. 
Wiedział, że jeśli licznik będzie cały czas bił, to spędzi mniej 
czasu z Trudy w jej mieszkaniu z łożem wielkości połowy 
stanu Kansas.

Pojechał rozklekotaną windą, chociaż wydawało mu się, 

że schodami byłoby szybciej. Jednak do ósmej zostały jeszcze 
trzy minuty. Spodziewał się, że Trudy jest już gotowa i od 
ładnego kwadransa czeka na niego przy drzwiach w zapiętej 
pod szyję kurtce.

W   końcu   winda   dociągnęła   się   na   żądane   piętro.   Linc 

wysiadł   i   jak   na   skrzydłach   podbiegł   do   drzwi   Trudy. 
Zadzwonił do nich już po raz drugi tego dnia. Za pierwszym 
razem   był   znudzony   i   trochę   zły   na   Meg,   że   go   w   to 
wpakowała. Ale teraz po prostu nie mógł się doczekać, kiedy 
znowu zobaczy Trudy.

To dlatego,  że mam jej tyle do zaoferowania, pomyślał. 

Nie   tłumaczyło   to   jednak   tego,   że   serce   biło   mu 
przyspieszonym rytmem.

Tak   jak   się   spodziewał,   otworzyła   mu   od   razu   po 

pierwszym   dzwonku.   Nie   włożyła   jednak   kurtki.   W   ogóle 
niewiele   na   sobie   miała.   Jej   minispódniczka   bardziej 
odsłaniała niż zasłaniała nogi, które wyglądały lepiej niż na 
zdjęciach   z   wesela,   a   obcisły   sweterek  podkreślał   obfitość 
biustu i kruchość dziewczęcej talii. Zapewne mógłby ją objąć 
dwiema rękami.

Cóż, Trudy wyglądała na... gotową do akcji. Linc z trudem 

złapał powietrze.

 - Wejdź, proszę. - Złapała go za rękę. - Pokażę ci łóżko.
Wcale nie chciał go zobaczyć. Trudy powinna czekać na 

niego ubrana, tak żeby mogli od razu wyjść. Tymczasem ona 

background image

ciągnęła go w głąb pogrążonego w półmroku mieszkania i to 
w stronę łóżka.

Na   parapecie   oraz   pudłach,   z   których   zrobiła   sobie 

tymczasowe stoliki nocne, paliły się świece. Było to jedyne 
oświetlenie,   które   sprawiało,   że   pokój   wyglądał   ciepło   i 
tajemniczo. Na tym tle stało monumentalne łoże Trudy. Aż 
otworzył usta, widząc je w całej okazałości.

Więc   jednak   udało   jej   się   założyć   baldachim!   Materiał 

zasłonił   metalowe   elementy.   Łóżko   wyglądało   teraz   jak 
baśniowe posłanie z „Baśni z tysiąca i jednej nocy". Wewnątrz 
piętrzyły się poduszki. Satynowa kołdra była lekko odchylona, 
jakby zapraszała do środka.

 - Co o tym myślisz?
Myśleć?   Jaki   mężczyzna   zdobyłby   się   na   myślenie   w 

obliczu   tego   perwersyjnego   cudu?   Mógł   na   to   jedynie 
zareagować,   ale   miał   nadzieję,   że   ta   reakcja   pozostanie 
niezauważona   między   fałdami   jego   rozpiętego   skórzanego 
płaszcza.

  -   No   cóż...   -   zaczął,   a   potem   znowu   chrząknął,   żeby 

oczyścić gardło.

Jednocześnie popełnił błąd i spojrzał w jej stronę. Trudy 

pochylała się właśnie nad świecami, które zaczęły kapać na 
pudła, co podkreślało jeszcze jej niezwykle seksowne kształty.

  - Coś ci się nie podoba? - spytała zaniepokojona. - Co 

takiego?

 - Nie, nic takiego. - Wszystko mu się tu podobało. I to aż 

za bardzo. - To piękne łoże.

Trudy od razu się rozpromieniła.
 - Chciałbyś się na nim położyć? Możesz nawet wygnieść 

prześcieradło.

Czy rzeczywiście jest tak naiwna, żeby prosić go o to z 

czystej radości? Może tak. Może nie. Linc przez chwilę szukał 
jakiejś wymówki. Wydawało mu się, że nawet coś ma, ale nie 

background image

mógł sobie przypomnieć, co to takiego. Dopiero po większym 
wysiłku znalazł w końcu odpowiedź. Taksówka! Trudy tak go 
oczarowała,   że   zupełnie   zapomniał   o   czekającej   na   nich 
taksówce.

Z ulgą poinformował ją o tym fakcie.
  -   Ojej,   powinieneś   od   razu   powiedzieć.   -   Zabrała   się 

pospiesznie   do   gaszenia   świec.   -   Wezmę   tylko   plecaczek   i 
możemy lecieć.

Trudy pośpieszyła do pomieszczenia, które miało być jej 

sypialnią,   a   stało   się   teraz   czymś   w   rodzaju   garderoby. 
Wynurzyła się stamtąd z małym plecaczkiem, który zaczęła 
zakładać,   prezentując   wspaniały   biust.   Linc   poczuł,   że   jest 
chory z pożądania.

Wiedział, że powinien jak najszybciej wydostać się z tego 

mieszkania.   Tylko   to   mogło   zagwarantować   mu   spokój. 
Chciał   uciec   od   łóżek,   które   wyglądały   jak  wyrafinowane 
narzędzia   pokusy,   i   świateł,   które   potrafiły   przeistoczyć 
zwykłą dziewczynę w księżniczkę. Wreszcie znaleźli się za 
drzwiami.   Trudy   zamknęła   je   i   zdjęła   plecaczek,   żeby 
schować   klucz.   Kiedy   znowu   zaczęła   go   zakładać,   Linc 
spojrzał w stronę windy.

background image

Rozdział piąty
Stojąc   w   windzie,   Trudy   popatrywała   z   zazdrością   na 

skórzany   płaszcz   Linca.   Wyglądał   w   nim   niezwykle 
tajemniczo.   Niczym   prawdziwy   szpieg.   Niestety,   płaszcz 
musiał   kosztować   majątek.   Mimo   to   zdecydowała,   że   kupi 
sobie taki za pierwszą pensję. Będzie się w nim prezentować 
naprawdę elegancko i, co ważniejsze, nikt nawet nie pomyśli, 
że jest ze wsi. Aż zadrżała na myśl o tym.

 - Nic dziwnego, że jest ci zimno - stwierdził.
  -   Przecież   nie   włożyłaś   kurtki.   Jak   mogłem   tego   nie 

zauważyć?!

Winda   stanęła.   Jej   drzwi   otworzyły   się   powoli.   Linc 

jeszcze raz wcisnął trójkę.

 - Musimy wrócić po coś ciepłego - powiedział.
 - Bardzo dzisiaj zimno na dworze.
 - Nie potrzebuję kurtki.
Wcisnęła   parter,   ale   już   było   za   późno.   Winda   zaczęła 

posuwać się wolno w górę.

 - Nie wygłupiaj się! Nie możesz tak wyjść! Na te słowa 

wywróciła oczami.

  -   Nie   po   to   wyjechałam   z   domu,   żeby   wdawać   się   w 

podobne   dyskusje.   Po   prostu   nie   potrzebuję   i   już.   Mam 
dwadzieścia sześć lat i wiem, co robię!

Winda zatrzymała się na jej piętrze. Linc spojrzał na nią 

znacząco.

 - Popatrz na siebie. Zachorujesz, jak wyjdziesz w samych 

rajstopach   na   taki   ziąb.   Popatrz   na   mnie.   Mam   na   sobie 
spodnie,   koszulę   z   długim   rękawem,   marynarkę   i   płaszcz. 
Spódniczka mini i ten skąpy sweterek nie ochronią cię przed 
zimnem!

Zrobiło jej się przyjemnie, że zauważył jej strój. Tylko czy 

zrobił on na nim odpowiednie wrażenie?

background image

  - Potrzebna jest ci długa, ciepła jesionka - dodał Linc 

jakby na potwierdzenie jej domysłów.

 - Ale ja nie mam jesionki.
 - Mówiłaś coś o kurtce. To naprawdę konieczne. Nikt nie 

przyjeżdża do Nowego Jorku w styczniu bez czegoś ciepłego - 
stwierdził na koniec.

  -   Owszem,   mam   kurtkę.   Okropną,   pomarańczowo   - 

niebieską,   z   obrzydliwym   zamkiem   błyskawicznym.   Już 
wolałabym wyjść nago!

Zagryzł wargi, ale Trudy zauważyła drżenie kącików jego 

ust.   Z   przerażeniem   zrozumiała,   że   powstrzymuje   się   od 
śmiechu. Zaczęły się sprawdzać jej najgorsze przewidywania. 
Facet z miasta uważał za zabawne to, iż woli sobie odmrozić 
tyłek   niż   pokazać   się   w   Nowym   Jorku   w   swojej 
pomarańczowo - niebieskiej kurtce.

Drzwi wciąż były otwarte, a ona myślała tylko o ucieczce.
  -   Wiesz   co,   tak   naprawdę   wcale   nie   chcę   dzisiaj 

wychodzić - rzuciła, wyskoczywszy na korytarz.

  - Dzięki, że to zaproponowałeś, ale jestem wyczerpana. 

Idę spać. To na razie.

Dogonił ją jeszcze przed drzwiami i złapał za ramię.
 - Zaczekaj!
Znowu ciarki przebiegły po plecach Trudy, ale tym razem 

słabiej. Nie może jej przecież podniecać ktoś, kto się z niej 
śmieje w duchu. Linc pewnie uważa, że jej wspaniałe łoże też 
jest żałosne. Wiadomo, dziewczyny ze wsi mają taki okropny 
gust.   Pewnie   dlatego   bez   przerwy   chrząkał.   Żeby   nie 
wybuchnąć śmiechem!

 - Jeśli chodzi ci o tę kurtkę, to...
 - Wcale nie chodzi mi o kurtkę. - Omdlewającym gestem 

złapała się za czoło. - Mam straszną migrenę.

To była niemal  prawda. Na myśl o kurtce zaczynała ją 

boleć głowa.

background image

 - Pewnie masz u siebie jakąś aspirynę. - Wciąż trzymał ją 

za ramię. - Chodź, poszukamy.

Kiedy   tak   szli   korytarzem,   poczuła   nagłe   wyrzuty 

sumienia.

 - Wcale nie boli mnie głowa - przyznała się.
  -   Chodzi   o   tę   kurtkę.   Wiem,   że   to   głupie,   ale   jest 

naprawdę   okropna.   Powinnam   była   pomyśleć   wcześniej   o 
czymś porządnym na mróz, ale... tego nie zrobiłam. A teraz 
nie   mogę   sobie   na   to   pozwolić.   Wiesz,   to   łóżko...   Pewnie 
sobie myślisz, że jest pretensjonalne.

 - Nie, nie myślę.
  - Podoba ci się? - spytała z nadzieją, zastanawiając się, 

czy zauważył, że zaczął gładzić kciukiem jej ramię. Pewnie 
robił to mechanicznie. - Wcale się nie obrażę, jak mi będziesz 
mówił,   co   robię   źle.   Dopiero   przyjechałam   i   minie   trochę 
czasu,   zanim   nabiorę   wielkomiejskiego   sznytu.   Poza   tym, 
muszę mieć pieniądze, żeby kupić sobie coś tak fajnego jak 
ten twój skórzany płaszcz. Jak będę szła szybko, to na pewno 
nie zmarznę.

Zamrugał oczami i spojrzał na swój płaszcz.
 - Podoba ci się?
  - Bardzo. Od razu widać, że należy do kogoś z dużego 

miasta.

  - To upraszcza sprawę. - Zatrzymał się i zaczął ściągać 

płaszcz.

 - Daj spokój! - Złapała poły płaszcza. - Nie zdejmuj go!
Pokiwał głową.
  - Rozumiem. Boisz się, że będziesz głupio wyglądać. - 

Przyjrzał   się   uważnie   płaszczowi.   -   Powinien   pasować   na 
długość, bo sięga mi tylko do kolan, ale musiałabyś podwinąć 
rękawy.

  -   Wcale   się   tego   nie   boję   -   powiedziała,   zachwycona 

miękkością skóry i miłym satynowym podbiciem.

background image

Płaszcz   wyglądał   na   cienki,   ale   był  chyba  jednocześnie 

bardzo ciepły. A poza tym, było widać, że musiał kosztować 
majątek.

 - Więc weź go. - Wyswobodził się z niego ostatecznie i 

podał jej uprzejmie.

Zacisnęła dłonie, żeby się oprzeć pokusie.
  - To niczego nie rozwiązuje. Teraz tobie będzie zimno. 

Moja kurtka na pewno by ci się nie spodobała.

 - Obrzuciła wzrokiem jego markowe ubranie. - Zresztą i 

tak jest na ciebie za mała.

  -  Żaden   problem.   Zatrzymamy   się   na   chwilę   w   moim 

mieszkaniu i wezmę sobie coś innego. Przy okazji pokażę ci 
ten stolik do gry i krzesła. No, zdejmij plecak i przymierz ten 
płaszcz.

Poddała   się   bez   dalszych   protestów.   Wcześniej   zdjęła 

plecaczek   i   położyła   go   na   podłodze.   Linc   włożył   na   nią 
ciepły, pachnący drogą wodą kolońską płaszcz.

 - Zupełnie nieźle. Pozwól jeszcze, że podwinę ci rękawy - 

stwierdził.

Wysunęła   do   przodu   ręce   i   zamknęła   oczy,   by   lepiej 

poczuć   fizyczny   kontakt   z   Lincem.   Na   pewno   byłby 
wspaniałym kochankiem. Uważnym i czułym. Domyślała się 
tego, widząc jak ostrożnie zajmuje się płaszczem.

Wolałaby, żeby to nią zajął się w ten sposób.
 - Dobrze, zawiąż pasek, weź plecak i idziemy. Otworzyła 

oczy i zauważyła, że patrzy na nią z dziwną czułością. Znowu 
poczuła ciarki na plecach. Teraz wiedziała, że byłby nie tylko 
zręcznym, ale i czułym kochankiem.

Linc wziął ją pod rękę i ponownie ruszyli do windy.
Kiedy wyszli na zewnątrz, poczuła zimny wiatr na twarzy. 

Linc miał rację. Bez wierzchniego okrycia zmarzłaby na kość. 
Jej poczucie winy pogłębiło się jeszcze, kiedy zobaczyła żółtą 
taksówkę zaparkowaną przed domem.

background image

  - Zapłacę połowę za taksówkę - rzuciła jeszcze, chcąc 

przekrzyczeć zgiełk uliczny.

Otworzył   drzwiczki   samochodu   i   pomógł   jej   wsiąść   do 

środka.

 - Zastanowię się jeszcze - odezwał się tuż przy jej uchu, 

tak że poczuła jego ciepły oddech na skórze.

Owładnęła   nią   nagła   fala   ciepła,   ale   pomyślała,   że 

specjalnie powiedział jej to do ucha, żeby uniknąć krzyków, 
które   w   Nowym   Jorku   są   pewnie   nie   na   miejscu.   Znowu 
zrobiło jej się przykro.

Linc wsiadł z drugiej strony i podał taksówkarzowi swój 

adres. Ruszyli z piskiem opon. Trudy aż zacisnęła pięści z 
emocji. Właśnie czegoś takiego się spodziewała, obejrzawszy 
setki filmów z Nowym Jorkiem w tle. Wokół nich wirował 
Manhattan.   Linc   wyjął   z   kieszeni   telefon   komórkowy   i 
wystukał   jakiś   numer.   Trudy   czuła   się   tak,   jakby   nagle 
znalazła   się   w   jakimś   nierzeczywistym   śnie.   Z   rozmowy 
wywnioskowała,   że   Linc   zamawia   właśnie   stolik.   Zamawia 
stolik! Do głowy jej nie przyszło, że można  jeść kolację o 
godzinie   ósmej.   Podciągnęła   rękaw   płaszcza   i   spojrzała   na 
swój zegarek. A w zasadzie ósmej trzydzieści.

  -   Mam   nadzieję,   że   nie   jesteś   głodna   -   powiedział, 

chowając   telefon.   -   Przesunąłem   naszą   rezerwację   na 
dziewiątą.

 - Nie, nie - rzuciła, szczęśliwa, że nie powiedziała mu o 

kanapkach, które zamówiła i zjadła ponad godzinę temu.

  - Gdzie pojedziemy? - Miałaby ochotę na coś znanego, 

jak „21" czy „Elaine's", chociaż wiedziała, że nie bardzo może 
sobie na to pozwolić.

  - Do małej tajskiej restauracji. Cieszy się niezłą  opinią. 

Zwłaszcza zupa z palczatki cytrynowej jest naprawdę boska.

 - Cudownie!

background image

  - Na pewno ci się spodoba. Właścicielem jest jeden z 

moich klientów. Niedawno udało mi się dobrze zainwestować 
jego pieniądze i od tego czasu nalega, żebym przyjechał do 
niego z sympatią. Wszystko jest za darmo.

Spojrzała   na   niego   uważnie,   zastanawiając   się,   czy   nie 

wymyślił tej historyjki specjalnie na jej użytek.

 - Czyżbyś nie chciał, żebym płaciła?
 - Mówię prawdę. - Jego zęby zalśniły w półmroku.
  -   Jednak   przyznaję,   że   specjalnie   ją   wybrałem,   żeby 

zaoszczędzić ci wydatków. Wiem, że zależy ci na tym, żeby 
płacić   za   siebie,   ale   nie   masz   pojęcia,   ile   mogą   kosztować 
miejskie rozrywki.

Już to, że mogła siedzieć koło niego, wdychać zapach jego 

wody   kolońskiej   i   patrzeć   na   tajemniczy   uśmiech,   było 
większą   rozrywką   niż   wszystkie   wieczorne   wypady   z 
chłopakami z Virtue. Trudy miała zamiar spędzić ten wieczór 
najprzyjemniej jak to możliwe, nie przejmując się rachunkiem 
za taksówkę.

  -   Wobec   tego   powinieneś   tam   zabrać   kogoś   innego  - 

dodała po chwili. - Na prawdziwą randkę.

 - To jest prawdziwa randka.
 - Och! - Jak to miło, że to powiedział.
  - Poza tym chciałem się tam wybrać z kimś, kto by to 

docenił.   Większość   kobiet   uznałaby   to   za   jeszcze   jeden 
posiłek w jeszcze jednej tajskiej restauracji.

 - Ja go na pewno tak nie potraktuję - obiecała solennie.
Miała nadzieję, że nie podadzą im ośmiornicy albo czegoś 

równie dziwacznego. Nie wiedziała też, czy przypadkiem nie 
dostanie   sushi,   co   mogło   oznaczać   kłopoty.   Zdecydowała 
jednak, że zje wszystko, nawet gdyby postawiono przed nią 
talerz robaków.

 - To tutaj.

background image

Wyjrzała   przez   okno   i   wstrzymała   oddech.   Przed 

budynkiem, w którym mieszkał Linc, stał portier.

 - Coś się stało?
  - Nie, nic. - Uśmiechnęła się do niego. - Wszystko w 

porządku.

Linc   stwierdził,   że   sytuacja   staje   się   coraz   bardziej 

niebezpieczna.   Trudy   zaczynała   mu   się   naprawdę   podobać. 
Pomagając jej wysiąść, raz jeszcze miał okazję stwierdzić, że 
prezentuje się bardzo korzystnie w jego płaszczu. Wysiadając, 
odsłoniła aż oba kolana, a on poczuł nagłą erekcję. Co się, u 
licha,   z   nim   dzieje?!   Czy   to   dlatego,   że   widział   u   niej   te 
wszystkie książki o seksie? A może dlatego, że jego ostatni 
romans skończył się dwa miesiące temu, kiedy to nagi zasnął 
przy partnerce, znudzony jej monologiem na temat ciuchów?

Trudy   też   lubiła   mówić   o   ubraniach,   ale   wcale   nie 

wydawała   mu   się   nudna.   Słuchał   jej   z   niemal   taką   samą 
przyjemnością, z jaką na nią patrzył. I teraz, kiedy wysiedli, 
podał jej rękę, czując, że jest to najlepsza rzecz, jaką może 
zrobić. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale teraz 
uświadomił   sobie,   że   niektóre   kobiety   potrafią   trzymać 
mężczyzn za rękę. Na przykład Trudy - ściskała go mocno, ale 
nie za mocno, tak  że  wyczuwał całą powierzchnię jej dłoni. 
Był to uścisk osoby poddanej, ale też partnerki...

Czy   tak   również   uprawiałaby   seks?   Czy   potrafiłaby 

przejąć inicjatywę, gdyby to było potrzebne? Instynktownie 
czuł, że umiałaby wszystko, a nawet jeszcze więcej.

Linc przywitał się ze stojącym przy drzwiach Ernestem, a 

następnie wskazał Trudy przejście do obszernego wnętrza.

 - Prawdziwy portier - szepnęła z namaszczeniem.
 - Nigdy nie byłam w domu z portierem.
 - To bardzo miły facet - poinformował Linc. - Jego córka 

stara się zrobić karierę jako tancerka na Broadwayu.

background image

  - Popatrz na tę windę. Mogę się cała przeglądać w tych 

mosiężnych drzwiach. Czy ktoś je codziennie poleruje?

 - Być może nawet dwa razy dziennie.
Linc wiedział to, ponieważ pomoc w domu rodziców bez 

przerwy   polerowała   klamki   i   metalowe   okucia   od   drzwi. 
Chciało mu się śmiać, kiedy przypomniał sobie obawy sprzed 
paru   dni.   Nowe   partnerki   przestały   go   obchodzić.   Miał 
wrażenie, że lata seksualnej potencji ma już za sobą. Teraz 
wystarczyło,   że   spojrzał   na   Trudy   i   już   czuł   ciężar   w 
spodniach.

  -   Chciałabym   kiedyś   kochać   się   w   takiej   windzie  - 

wypaliła Trudy.

 - Naprawdę?
 - A sam próbowałeś?
 - Nie. - Musiał przyznać, że nie próbował wielu rzeczy.
 - To pewnie dlatego, że jesteś przyzwyczajony do windy - 

rzekła, kiwając głową. - Tak jak inni mężczyźni w mieście. 
Muszę   się   od   ciebie   uczyć,   żeby,   kiedy   naprawdę   zacznę 
chodzić na randki z facetami, nie wyjść na ostatnią wiochę.

  - Więc to nie jest dla ciebie randka - mruknął,  trochę 

urażony tą uwagą.

  -   Coś   ty,   to   się   nie   liczy.   Przecież   dopiero   tu 

przyjechałam.   Musisz   niestety   liczyć   się   z   tym,   że   jestem 
trochę nieokrzesana. Ale za jakiś tydzień lub dwa będę już 
taka jak inne dziewczyny z miasta!

Tylko   nie   to,   jęknął   w   duchu.   Nic   jednak   nie 

odpowiedział.

Na   szczęście   drzwi   windy   otworzyły   się   i   wyszli   na 

zewnątrz. Nie musiał nic mówić. Nie musiał też zastanawiać 
się,   dlaczego   Trudy   nie   chciała   zacząć   swych   miłosnych 
przygód właśnie od niego.

background image

Rozdział szósty
  -   Naprawdę   się   cieszę,   że   zdecydowałeś   się   mną 

opiekować - powiedziała Trudy, kiedy zbliżyli się do drzwi 
mieszkania Linca. - Meg wiedziała, co robi.

 - Miło mi, że mogę ci pomóc. - Otworzył drzwi i wskazał 

gestem wnętrze mieszkania. - Proszę.

Weszła   do   przedpokoju,   w   którym   zobaczyła   niewielką 

marmurową figurkę, stojącą na zabytkowym stoliku. Była to 
naga kobieta z odrzuconą do tyłu głową. Jej włosy trzepotały 
na niewidzialnym wietrze. Mimo że nic na sobie nie miała, 
wyglądała   na   odważną   i   pewną   siebie.   Nikt   w   Virtue   nie 
zdecydowałby się na pokazywanie czegoś takiego w swoim 
domu. Co do tego Trudy nie miała żadnych wątpliwości.

Wskazała figurkę.
 - Bardzo ładna.
  - Mnie też się podoba. Kupiłem ją w czasie pobytu w 

Paryżu. Ta rzeźbiarka nie jest jeszcze zbyt dobrze znana, ale 
myślę, że będzie sławna.

Przeszedł obok, zmierzając do najbliższych drzwi. Trudy 

położyła rękę na piersi.

  - W czasie pobytu w Paryżu? To takie eleganckie! Też 

będę musiała tam pojechać.

 - Przed czy po odbyciu stosunku w windzie? - Otworzył 

drzwi, za którymi znajdowała się niewielka garderoba.

Stał   odwrócony   plecami,   więc   nie   mogła   dostrzec   jego 

miny.

 - Chyba się ze mnie nie nabijasz, co?
  -   Nie.   -   Zdjął   szarą,   wełnianą   jesionkę   z   drewnianego 

wieszaka.   -   Po   prostu   nie   spotkałem   dotąd   osoby,   która 
miałaby aż tyle różnych planów.

 - To dlatego, że nie znasz nikogo, kto mieszkałby na wsi 

albo w małym miasteczku.

background image

  -   Tak,   trudno   mi   to   sobie   wyobrazić   -   przyznał, 

przymierzając jesionkę.

Trudy aż otworzyła usta, widząc jak zapina posrebrzane 

guziki.   Uwielbiała   patrzeć   na   dobrze   ubranych   mężczyzn. 
Może   dlatego,   że   w   Virtue   nikt   praktycznie   nie   nosił 
skórzanych płaszczy czy wełnianych jesionek. Wszyscy woleli 
ciepłe, pikowane kurtki.

Gdyby   planowała   z   nim   flirt,   mogłaby   zacząć   właśnie 

teraz. W chwili gdy oboje byli tak wielkomiejsko, wspaniale 
ubrani. Nie miała jednak takich planów.

Linc podszedł do niej.
 - Możemy już iść?
 - Przecież miałeś pokazać mi stolik do gry i krzesła.
 - A, prawda. - Wskazał jej wykończone łukiem przejście, 

a sam zaczął rozpinać jesionkę. - Przejdź tędy. Trzymam te 
rzeczy w sypialni.

Boże, w sypialni, pomyślała. Przeszli szybko przez salon, 

w którym dostrzegła jeszcze więcej antyków. Domyśliła się, 
że są bardzo cenne. Wyglądały też na zadbane. Brąz mieszał 
się   tu   z   ciemną   czerwienią.   Niektóre   okna   sięgały   aż   do 
podłogi. Rozpościerał się stąd wspaniały widok na dużą część 
Manhattanu. Jednak pomieszczenie wyglądało tak, jakby nikt 
z niego nie korzystał. Nawet kominek sprawiał takie wrażenie, 
jakby w nim nie palono.

Przeszli   do   sypialni,   która   wyglądała   równie 

nieskazitelnie.   Na   szczęście   dostrzegła   leżącą   grzbietem   do 
góry   książkę,   która   nadawała   pomieszczeniu   jakiś   bardziej 
ludzki   charakter.   Zaciekawiona   przeczytała   tytuł:   „Strategie 
rynkowe nowego tysiąclecia". Szkoda, że nie romans albo coś 
jeszcze bardziej erotycznego.

No,   ale   przynajmniej   dobrze   mu   się   przy   tym   zasypia, 

pomyślała.

 - Spotkałeś ją? - - spytała. - To znaczy, tamtą rzeźbiarkę.

background image

 - Taa... owszem - odparł, rzuciwszy jesionkę na łóżko.
Z   nonszalanckiego   sposobu,   w   jaki   to   powiedział, 

domyśliła się, że z nią spał. Położyła na pościeli plecaczek i 
zdjęła   płaszcz.   Jeśli   on   się   rozebrał,   nie   miała   zamiaru 
pozostawać   w   tyle.   Zresztą   musiała   przyznać,   że   w 
mieszkaniu było bardzo ciepło.

Przynajmniej   tak   jej   się   wydawało.   Zwłaszcza   gdy 

patrzyła ukradkiem na jego szerokie bary i szczupłą sylwetkę.

 - Czy... czy była miła? Ta rzeźbiarka - dodała po chwili, 

ponieważ patrzył na nią, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi.

 - A, rzeźbiarka - powtórzył. - Tak, bardzo miła.
Linc otworzył drzwi do kolejnej małej garderoby i zapalił 

w niej światło. Znajdowała się tu głównie bielizna, koszule i 
spodnie.

Linc dał nurka gdzieś głębiej, próbując odszukać stolik i 

krzesła,   ona   tymczasem   zaczęła   się   rozglądać   po   sypialni. 
Dałaby   wiele,  żeby   móc   widzieć  to,   co  widziały   te  ściany. 
Wiele mogłaby się wówczas dowiedzieć o seksie w wielkim 
mieście.

W powietrzu wciąż czuła zapach wody kolońskiej Linca. 

To wystarczało, żeby pobudzić jej wyobraźnię. Gdy zamykała 
oczy, widziała nagą siebie i Linca na jego wielkim łóżku. Ale 
kiedy je otworzyła, obraz zniknął.

Przede wszystkim, przy łóżku Linca nie było baldachimu, 

a pościel wydawała się pozbawiona jakichkolwiek aluzji do 
seksu, jakby ten mebel miał służyć wyłącznie do spania. Co 
gorsza,   na   stoliku   obok   stał   laptop,   który   już   zupełnie   nie 
kojarzył się jej z erotyzmem.

Na   krześle   obok   wisiało   kilka   krawatów,   jakby   ich 

właściciel   nie   mógł   się   zdecydować   przed   wyjściem,   który 
wybrać.   Podeszła   do   nich   i   dotknęła   dłonią   gładkich 
jedwabnych   powierzchni.   Teraz   myślała   z   większym 

background image

dystansem o swoich problemach, w co się ubrać na dzisiejszy 
wieczór.

Tak, to była druga ludzka cecha tego pomieszczenia. Poza 

tym wydawało jej się ono zupełnie bezosobowe. Tak jakby 
właściciel traktował je jak hotelowy pokój, a nie miejsce, w 
którym mieszka.

Oczywiście to by się zmieniło, gdyby przyleciała artystka 

z   Paryża   i   szepcząc   mu   do   ucha   po   francusku   miłosne 
zaklęcia,   zaciągnęła   Linca   na   to   łóżko.   Wszystko   dookoła 
nabrałoby życia...

 - Ty też chyba czekasz na wiele rzeczy - podniosła głos, 

żeby mógł ją usłyszeć w garderobie.

 - Na przykład? - dobiegło do niej zduszone pytanie.
 - Choćby na wyjazdy do Paryża - rzuciła jak najbardziej 

obojętnie.

  -   A   tak,   może   powinienem   pojechać.   Dawno   tam   nie 

byłem.

Dawno?   Jak   dawno?   Rozejrzała   się   dookoła.   Chyba 

jednak nie ciągnął romansu z Francuzką, bo gdyby była tutaj 
w   ciągu   ostatnich   paru   miesięcy,   na   pewno   wyczułaby   jej 
obecność. Odważną. Bez zahamowań.

Trudy pomyślała z radością, że jej własna sypialnia, czy 

raczej pokój dzienny, który zamieniła na sypialnię, ma w sobie 
zdecydowanie więcej seksu. A przecież wcale jeszcze nie jest 
urządzony.

Jak go urządzę, to Lincowi opadnie szczęka, pomyślała i 

zachichotała   nagle,   rozbawiona   dwuznacznością   tego 
stwierdzenia.

  -   Już   chyba   mam   ten   stolik   -   dobiegł   do   niej   głos 

gospodarza. - Jeszcze minutka.

  - Nie musisz się spieszyć - odkrzyknęła. Korzystając z 

nieobecności Linca, zaczęła rozglądać  się uważniej dookoła. 
Sypialnia   była   większa   od   jej   .   dużego   pokoju.   Jej   łóżko 

background image

doskonale by tu pasowało. Pomyślała, że w końcu się gdzieś 
przeprowadzi, ale musi przecież od czegoś zacząć.

Nagle   zauważyła   przeszklone   drzwi   prowadzące   wprost 

do   łazienki   i   omal   nie   podskoczyła   z   radości.   Łazienka  en 
suite była jednym z jej marzeń. Specjalnie nawet nauczyła się 
obcego zwrotu, żeby o niej mówić.

Z   ciekawością   zajrzała   do   środka.   Było   to   cudowne 

miejsce. Co prawda nie mogła narzekać na własną wannę, w 
której mieściła się cała po szyję, ale cała reszta pozostawiała 
wiele do życzenia. Natomiast łazienka Linca była wspaniała. 
Już chciała do niej wejść, ale zauważyła zdjęcie stojące na 
rzeźbionej komodzie.

Jedyne zdjęcie w całej sypialni.
Podeszła   szybko   do   komody   i   pochyliła   się,   żeby 

przyjrzeć się oprawionej w ciężką ramkę fotografii. Zobaczyła 
na   niej   trzy   osoby   stojące   na   pokładzie   jachtu.   Sama 
wprawdzie nigdy nie żeglowała, ale widziała wiele odcinków 
„Statku miłości". Niektóre nawet po dwa razy.

Kobieta   i   mężczyzna   wyglądali   mniej   więcej   tak,   jak 

bogate pary z tego filmu. Oboje byli elegancko ubrani i równie 
elegancko opaleni. Chłopiec, który stał między nimi, musiał 
być   Lincem.   Trzymał   rodziców   za   rękę   i   uśmiechał   się, 
ukazując   dziurę   po   zębie.   Znaczyło   to,   że   miał   pewnie 
wówczas pięć, sześć lat.

Więc to byli ci bogaci ludzie, którzy teraz, zgodnie z tym, 

co mówiła Meg, mieszkali osobno.

 - O, tu jest stolik i krzesła.
  -   Chciałam   tylko...   -   zaczęła,   przestraszona   tym,   że 

przyłapał ją na gorącym uczynku.

  -   Daj   spokój.   Nie   tłumacz   się.   Przecież   to   zupełnie 

naturalne, że chcesz obejrzeć fotografie w nowym mieszkaniu 
- zapewnił ją, opierając duże tekturowe pudło o łóżko.

background image

Fotografię,   poprawiła   go   w   duchu.   Jedyną   fotografię   w 

całym   mieszkaniu.   Ciekawe,   czy   lubi   ją   dlatego,   że 
przedstawia całą jego rodzinę?

 - Byłeś ładnym chłopcem.
  - Mama mówi, że były ze mną same kłopoty  - mruknął 

niechętnie.

  - Kłopoty? - powtórzyła. - Z jednym dzieckiem? A co 

powiesz na siódemkę?

Linc wzruszył ramionami.
  - Przynajmniej miałaś się z kimś bawić. Matce pewnie 

chodziło o to, że trzeba się mną było bez przerwy zajmować. 
Zawsze miałem nianię, a potem opiekuna i nauczyciela, ale 
żadnych przyjaciół. Dzieci, które się nudzą, to kłopot.

 - Co, na przykład, robiłeś? - spytała zafascynowana tym 

zupełnie nieznanym światem.

 - Zauważyłem na przykład, że pokojówka i służący często 

ze sobą rozmawiają, więc zacząłem udawać, że są szpiegami 
obcego   mocarstwa.   Wyobrażałem   sobie,   że   jeśli   mówią   o 
czyszczeniu   żyrandoli,   to   tak   naprawdę   chodzi   im   o   tajną 
broń.

Trudy z uśmiechem pokiwała głową.
  - A ja udawałam, że nasze pole jest lądowiskiem UFO. 

Obcy zamieniali się potem w mieszkańców Virtue. Nie miałeś 
chyba kłopotów z tego powodu?  - spytała, kładąc akcent na 
dwa ostatnie słowa.

  - Niestety, posunąłem się o krok dalej i zainstalowałem 

magnetofony, żeby zebrać o nich informacje.

 - Och! - Trudy instynktownie wyczuła ciekawą historię i 

przysunęła się bliżej. - Pewnie nie spodobało się to służbie, 
co?

Oparł się o pudło i pochylił w jej stronę.

background image

 - Nigdy się o tym nie dowiedzieli. Za to ja dowiedziałem 

się, że mieli romans. Nie mogłem zrozumieć, czemu tak dyszą 
i jęczą, i mówią słowa, których nie znałem.

Poczuła mrowienie na plecach i brzuchu.
 - Ojej! Domyśliłeś się, co się dzieje?
  -   Nie   od   razu,   chociaż   miałem   wtedy   jedenaście   lat   i 

zaczynałem   się   już   interesować   seksem.   -   Przeszył   ją 
wzrokiem.

 - No tak, to zupełnie naturalne - bąknęła, czując, że jest 

coraz bardziej podniecona.

Mogła mieć tylko nadzieję, że Linc tego nie zauważył.
 - Kiedy w końcu zrozumiałem, o co chodzi, słuchałem tej 

taśmy tak często, że w końcu przyłapała mnie na tym moja 
matka   -   ciągnął   opowieść.   -   Oczywiście   nie   była   zbyt 
zadowolona.   Możesz   sobie   wyobrazić,   co   się   działo. 
Prawdziwe piekło. Nie chciałem, żeby wylali służących, więc 
powiedziałem, że kupiłem tę taśmę w sklepie.

Trudy ucieszyła się, że bronił służącego i pokojówki.
 - I nie zwolniła ich? - upewniła się.
 - Nie. Na szczęście nie poznała ich po głosie. - Chrząknął. 

- Nic dziwnego.

 - To musiało być pasjonujące, słuchać tej taśmy, a potem 

widzieć ich przy pracy.

  - Niesamowite. Zwłaszcza że ta pokojówka była bardzo 

ładna.   Grała   potem   główną   rolę   we   wszystkich  moich 
erotycznych fantazjach. Niestety odeszła, zanim zdołałem tak 
naprawdę dojrzeć...

Trudy rozejrzała się dookoła z nowym zainteresowaniem. 

To może dlatego jest tu tak czysto i schludnie, pomyślała.

 - Założę się, że to zdarzenie tkwi gdzieś głęboko w twojej 

podświadomości. - Czytała wystarczająco dużo o seksie, żeby 
się   tego   domyślić.   Ta   historia   mogła   mieć   na   niego   różny 

background image

wpływ.   Nie   mógł   jednak   całkowicie   wyprzeć   jej   ze   swego 
życia. - Jak ona miała na imię?

 - Belinda.
Wspaniałe imię dla seksownej pokojówki.
 - Jak wyglądała?
Rysy   mu   złagodniały,   a   wargi   lekko   się   rozchyliły. 

Dopiero teraz dotarło do niej, że jest podniecony. Jaka szkoda, 
że   myślał   teraz   o   Belindzie,   a   nie   o   niej.   Trudy   chciała 
koniecznie wiedzieć, jak wyglądała kobieta, która wciąż miała 
tak wielką władzę nad Lincem.

  - Opowiedz mi o niej - poprosiła raz jeszcze. Patrzył w 

przestrzeń.   Mina   mężczyzny   zdradzała,   że   jego   duch   krąży 
gdzieś daleko.

  -   Miała   bardzo   wąską   talię,   a   jej   czarno   -   biały   strój 

jeszcze pogłębiał to wrażenie. Nosiła krótkie spódniczki, żeby 
wszyscy widzieli, jakie ma ładne nogi. Zawsze była zapięta 
pod szyję, ale guziki na środku wyglądały tak, jakby miały się 
za chwilę urwać.

 - Pewnie marzyłeś, żeby tak się stało?
 - Jasne.
Trudy poczuła, że sama drży z podniecenia.
 - Miała krótkie czy długie włosy? - szepnęła.
  -  Średniej   długości,   kręcone.   I   zielone   oczy.   Wciąż 

pamiętam, jak na mnie patrzyła.

Trudy z trudem przełknęła ślinę. Dopiero wtedy zdołała 

wydusić z siebie kolejne pytanie:

 - A kolor? Jakiego koloru były włosy?
  -   Takie...   bardziej...   brązowe...   -   Przy   tych   słowach 

popatrzył na nią i otworzył ze zdziwienia usta.

Jej pierś wezbrała pożądaniem.
 - Czy... czy jestem do niej podobna?

background image

 - Nie, wcale - odparł szybko. - Masz, co prawda, podobne 

włosy i takie same oczy, no i taką samą figurę i, ehm, biust, 
ale... ogólnie to raczej nie.

  - Nie jestem tak  ładna - domyśliła się, próbując ukryć 

gorycz rozczarowania.

No tak, nie pytała przecież o urodę pokojówki. A zapewne 

musiała być śliczna.

 - Och, jesteś piękna.
Za późno. Wiedziała, że powiedział to z litości. Po prostu 

zauważył jej minę i tyle.

 - Nie musisz mi prawić komplementów. Sama wiem, jak 

wyglądam.

  - To prawda - rzekł z pełnym przekonaniem. Jego ton 

sprawił, że spojrzała mu w oczy. To, co  w nich zobaczyła, 
przyprawiło ją o zawrót głowy. Linc rzeczywiście tak myślał! 
Rzeczywiście uważał, że jest piękna.

Nogi   się   pod   nią   ugięły   i   usiadła   na   jego   łóżku.   On 

natomiast   oparł   się   o   kartonowe   pudło   ze   stolikiem   i 
krzesłami.   Przez   chwilę   trwali   tak   w   milczeniu.   Trudy   nie 
mogła uwierzyć, że ktoś taki uważa ją, prostą dziewczynę z 
Virtue, za kogoś godnego uwagi.

Linc chrząknął.
 - Prawdę mówiąc, rzeczywiście jesteś bardzo podobna do 

Belindy - dodał. - Pewnie dlatego tak zareagowałem... - Urwał 
i znowu spojrzał gdzieś w przestrzeń.

 - Nieważne.
  -   Co   chciałeś   powiedzieć?   -   dopytywała   się.   -   Jak 

zareagowałeś?

 - Nic takiego. Miałem taką reakcję, kiedy cię zobaczyłem 

- mruknął.

 - Seksualną? - Chciała się upewnić.
 - Tak - odparł, patrząc na nią swymi błękitnymi oczami.
 - Och! - Jej serce biło coraz mocniej.

background image

 - Ale popełnilibyśmy błąd, wikłając się w romans - dodał 

zaraz.

 - Niewątpliwie - zgodziła się, chociaż nie była już o tym 

tak mocno przekonana jak godzinę temu.

 - To by strasznie skomplikowało sprawy - ciągnął Linc. - 

Przecież   Tom   jest   moim   najlepszym   przyjacielem,   a   Meg 
twoją   przyjaciółką   i   skoro   się   pobrali,   to   byłoby   głupio, 
gdybyśmy im wykręcili taki numer...

  -   Tak,   jasne.   -   Nie   miała   zamiaru   uprzedzać   swoich 

posunięć, oczywiście jeśli na cokolwiek się zdecyduje.

  -   Nawet   jeśli   wyglądam   jak   tamta   pokojówka,   nie 

zrobimy nic ze względu na Meg i Toma.

 - To świetnie - w jego głosie nie słychać było entuzjazmu.
Patrzył na nią wyczekująco, gotowy zmienić zdanie na jej 

pierwsze skinienie.

Trudy wstała,  przypomniawszy  sobie o zarezerwowanym 

stoliku. Gdzieś na dole czekała na nich taksówka. Ciekawe, ile 
teraz wynosi ich rachunek?

  - Linc, musimy  się spieszyć. - Spojrzała na zegar nad 

drzwiami.   Dochodziła   dziewiąta.   -   I   tak   spóźnimy   się   na 
kolację, a poza tym wydamy majątek za taksówkę.

Nigdy jej nie przyszło do głowy, że to właśnie taksówki 

mogą stanowić problem w wielkim mieście. Linc spojrzał na 
nią ze zdziwieniem, jakby zapomniał nie tylko o taksówce, ale 
i o kolacji.

  - No tak, przecież mamy jechać do restauracji! Pewnie 

jesteś już strasznie głodna?

 - Bardzo.
Wzięli wierzchnie okrycia z łóżka i zaczęli się ubierać. 

Jednocześnie rzuciło im się w oczy wielkie kartonowe pudło. 
Trudy   była   tak   pochłonięta   historią   Belindy,   że   zupełnie 
zapomniała o stoliku i krzesłach. Teraz dotarło do niej, po co 
tu w ogóle przyjechali.

background image

  -   Ten   stolik   jest   chyba   bardzo   fajny   -   powiedziała, 

wpatrując się w maleńki rysunek, który stanowił instrukcję, 
jak go rozkładać.

  -   A   tak,   cieszę   się,   że   ci   się   podoba.   Mogę   ci   go 

przywieźć jutro po południu.

Za   szybko.   Potrzebuje   czasu,  żeby   przemyśleć   całą 

sytuację. Uwieść go czy nie - to był jej największy problem. I 
potrzebowała czasu, żeby podjąć decyzję.

 - To bardzo miło z twojej strony - rzekła w końcu. - Ale 

obawiam się, że możesz mnie nie zastać. Muszę jutro zrobić 
duże zakupy.

 - Aa. - Przez chwilę, ale tylko przez chwilę, wyglądał na 

rozczarowanego.   Potem   na   jego   twarz   powrócił   wyraz 
obojętności. - Nieważne.

Trudy poczuła, że musi podjąć decyzję. Bała się, że będzie 

jej później żałować. Może jednak po prostu ograniczyć się do 
odebrania stolika. Nie musi robić nic więcej.

  - Hm, powinnam być w domu po siódmej. Czy to dla 

ciebie nie za późno?

  -  Nie, wcale - zapewnił ją. - Ale mogę też zaczekać do 

przyszłego tygodnia.

Trudy zdecydowała, że nie należy zbyt długo czekać. Być 

może do przyszłego tygodnia Linc w ogóle zapomni, że jest 
podobna do Belindy. Byłaby głupia, gdyby pozwoliła mu się 
wymknąć. Już go przecież prawie ma. Przy tak niewielkim 
wysiłku będzie mogła odhaczyć maklera giełdowego na liście 
swoich seksualnych podbojów!

Być może wówczas zmieni kurs o sto osiemdziesiąt stopni 

i poszuka sobie długowłosego artysty z Greenwich Village? A 
może zdecyduje się na policjanta albo strażaka? Możliwości, 
które oferował Nowy Jork, wydawały jej się nieograniczone. 
Już niedługo stanie się naprawdę światową osobą...

background image

Linc wydawał się doskonały na początek. To, że wiedział, 

skąd pochodzi, przestało jej jakoś przeszkadzać. Zwłaszcza że 
miała się z nim związać tylko na krótki okres.

  -   Gdybyś   przyjechał   na   siódmą,   moglibyśmy   zamówić 

pizzę czy coś takiego - rzuciła niezobowiązująco.

Linc rozjaśnił się.
 - A może byś coś ugotowała?
  -   Nie,   to   takie   małomiasteczkowe.   W   Nowym   Jorku 

najlepiej po prostu zamówić jedzenie do domu.

Poza   tym,   będzie   musiała   przygotować   się   do   roli 

pokojówki. Trudy aż zadrżała z podniecenia. To może zająć 
jej trochę czasu.

background image

Rozdział siódmy
W   czasie   kolacji   poruszali   jedynie   bezpieczne   tematy. 

Mówili   o   pracy   i   o   zakupach.   Jednak   Linc   przyglądał   się 
Trudy   uważnie   i   musiał   przyznać,   że   jest   ładniejsza   od 
Belindy.   Miała   pełniejsze   usta,   a   jej   oczy   były   bardziej 
zielone. Nawet jej głos brzmiał przyjemniej.

Za to jadła w bardzo podobny sposób. Kiedy tak teraz na 

nią   patrzył,   miał   wrażenie,   że   już   to   gdzieś   widział.   W 
dzieciństwie często przychodził do kuchni, gdzie zdarzało mu 
się   widywać   jedzącą   Belindę.   Wpatrywał   się   w   nią   wtedy 
jeszcze   bardziej   intensywnie   z   nadzieją,   że   nie   zwróci   na 
niego uwagi.

Gdy   się   nad   tym   głębiej   zastanowił,   dochodził   do 

wniosku,   że   Belinda   musiała   znać   jego   uczucia.   Pewnie 
większość   domowników   wiedziała,   że   podkochuje   się   w 
pokojówce.   Jedynie   rodzice   mogli   się   nie   domyślać,   ale   to 
dlatego, że nigdy się nim specjalnie nie interesowali.

Na   szczęście   nauczył   się   ukrywać   swoje   prawdziwe 

uczucia. Trudy domyśliła się pewnie, że mu się podoba, ale na 
pewno nie wiedziała, jak bardzo.

Trudy   nie   chciała   deseru,   a   on   musiał   na   to   przystać, 

ponieważ   to   był   jej   wieczór.   Z   niechęcią   jednak   opuścił 
restaurację,   oznaczało   to   bowiem,   że   muszą   wybrać   się   na 
zwiedzanie   Manhattanu.   Mieli   przy   okazji   zajrzeć   do   paru 
nocnych klubów, w których, Linc doskonale to wiedział, było 
sporo facetów czekających na łatwy podryw.

Ponieważ w sąsiedztwie znajdowało się sporo lokali, ruch 

pieszy   był   dosyć   spory.   Na   ulicach   pełno   też   było 
samochodów. Pomyślał, że mogą być problemy z taksówką, 
co go tylko ucieszyło.

Już   jakiś   czas   temu   zauważył,   że   kobiety   uwielbiają 

facetów,   którzy   potrafią   zatrzymać   taksówkę,   kiedy   wydaje 

background image

się, że nie ma na to najmniejszych szans. Dlatego do perfekcji 
wyćwiczył tę umiejętność.

 - To wspaniałe. - Trudy rozejrzała się dookoła.
 - Uwielbiam uliczne korki.
Uśmiechnął się, ponieważ on też je lubił.
 - W Nowym Jorku ci ich nie zabraknie - zapewnił.
  -   Stań   na   chwilę   tutaj,   gdzie   mniej   wieje,   a   ja   złapię 

taksówkę.

Mógłby   po   prostu   po   nią   zadzwonić,   ale   to   byłoby 

oszustwo. Chciał powiedzieć swojej wybrance: „Ja Tarzan, ty 
Jane... jechać taksówka".

 - Ja to zrobię. - Trudy podskoczyła w kierunku ulicy.
 - Posłuchaj, nie wiesz, co mówisz. O tej porze...
 - Umiem to zrobić. Ćwiczyłam - pochwaliła się.
 - Posłuchaj, nawet jeśli w Virtue są jakieś taksówki, to...
 - Ćwiczyłam gwizdanie - przerwała mu po raz drugi.
Zanim   zdążył   ją   powstrzymać,   wsadziła   palce   do   ust   i 

gwizdnęła przeraźliwie. Taksówka zatrzymała się z piskiem 
opon przy krawężniku.

 - Widzisz. - Popatrzyła na niego z triumfem. - Udało mi 

się!

  -   Nieźle   ci   poszło   -   mruknął,   próbując   ukryć 

rozczarowanie. Mógł się domyślić, że Trudy umie gwizdać. 
Ktoś, kto ma własne narzędzia, potrafi robić takie rzeczy. - 
Dobrze, wsiadamy.

 - Gdzie jedziemy? - spytał taksówkarz.
  -   Na   Times   Square   -   rzuciła   Trudy,   nim   Linc   zdążył 

otworzyć usta.

Taksówkarz   wysadził   ich   przecznicę   przed   samym 

placem. Trudy aż podskoczyła na widok reklam świetlnych na 
Allied Towers.

 - Widziałeś kiedyś coś tak wspaniałego?! - wykrzyknęła, 

patrząc w górę.

background image

Musiał przyznać, że nie. Ani na chwilę nie spuszczał z niej 

wzroku.   Widział   jej   pełne   wargi.   Kształtne   czoło,   pokryte 
brązowymi loczkami, i obłoczek pary, który wydobywał się z 
jej ust.

Trudy cała była zaczerwieniona, a wiatr targał jej włosy. 

Linc miał ochotę pocałować ją teraz. Podejrzewał, że nie była 
cnotką   i   całowała   się   z   tuzinami   chłopaków   z   Virtue.   Ale 
nigdy nie robiła tego na Times Square!

Ona jednak nawet na niego nie spojrzała.
  - Muszę się szczypać, żeby się upewnić, że to nie sen - 

rzekła po chwili.

Linc chciał powiedzieć, że chętnie zrobi to za nią, ale w 

końcu bąknął:

 - Tak, ładny widok.
  - Wiele bym dała, żeby być tutaj na sylwestra. Pewnie 

przychodzisz tu regularnie?

 - Ee, nie.
Ostatnio   na   Nowy   Rok   był   na   eleganckim   przyjęciu   z 

równie elegancką kobietą. Clarisa chciała go później nawet 
zaprosić   do   swego   mieszkania   i   łóżka,   ale   zachował   się 
zupełnie nielogicznie. Uznał, że zaczynanie roku z kobietą, na 
której mu zupełnie nie zależało, będzie stanowić złą wróżbę, i 
wymówił się bólem głowy. Ale Clarisa i tak się obraziła. Nie 
spotkali się później ani razu. 

  -   Ja   będę   tu   na   pewno   na   najbliższego   sylwestra   - 

stwierdziła Trudy. - Szkoda, że muszę czekać cały rok.

 - Czas szybko mija - zapewnił ją.
Zaczął się zastanawiać, z kim się tutaj wybierze, i poczuł 

ukłucie   zazdrości.   Nagle   odezwała   się   zaborcza   część   jego 
osobowości. Znał też swoje obowiązki przewodnika, chociaż 
nie chciał rozwiewać tak od razu złudzeń Trudy. Cieszył go 
entuzjazm, z jakim oglądała Times Square.

background image

  -   Popatrz,   przestało   wiać   -   powiedziała   nagle   Trudy, 

podchodząc do niego tak, że jej płaszcz zaczął się ocierać o 
jego jesionkę. - A ja wciąż mam dreszcze.

Linc spojrzał jej w oczy i zadrżał.
 - Czy ty też masz dreszcze? - spytała łagodnie.
Nie pamiętał, kiedy wyjął ręce z kieszeni. Wiedział tylko, 

że Trudy znalazła się nagle bardzo blisko, i tulił ją mocno do 
siebie.

 - Tak - szepnął, pochylając się w jej stronę.
Trudy zarzuciła mu ręce na ramiona i wspięła się na palce. 

Wydawało jej się, że pocałunek kogoś takiego jak Linc będzie 
prawdziwym ukoronowaniem jej przeprowadzki do Nowego 
Jorku. Zwłaszcza jeśli miało się to zdarzyć na Times Square. 
Mogła nawet udawać, że jest północ i że właśnie nadchodzi 
Nowy Rok. Ten wspaniały rok, który przyniósł jej tyle zmian.

Chciała,   żeby   pocałunek   wypadł   jak   najlepiej,   włożyła 

więc   weń   cały   swój   entuzjazm.   Nie   wiedziała   jednak,   jaki 
będzie rezultat. Linc z westchnieniem przyciągnął ją do siebie 
i   poczuła,   jak   fala   gorąca   zalała   całe   jej   ciało.   Nagle 
zapomniała o tym, gdzie się znajduje. Przycichł hałas uliczny. 
Była sam na sam z Lincem. To było niesamowite doznanie. I 
tylko serce biło jej coraz mocniej.

Linc wziął twarz dziewczyny w dłonie, a potem zagłębił 

palce   w   jej   miękkich   włosach.   Na   chwilę   oderwał   się   od 
Trudy, żeby zaczerpnąć powietrza. Jęknęła, a potem przywarła 
do niego, jakby nie mogła żyć bez tej bliskości. Przyciskała 
się do niego, chcąc wyczuć jego erekcję. Niestety, dzieliło ich 
zbyt wiele warstw ubrania. W tym momencie zaczęła żałować, 
że   pożyczyła   jego   płaszcz.   Na   pewno   nie   byłoby   jej   teraz 
zimno w spódniczce i sweterku.

Na szczęście Lincowi udało się poluzować pasek.
Jęknęła raz jeszcze, kiedy poczuła jego dłonie na swoim 

ciele. I wtedy zorientowała się, że Linc się od niej oddala.

background image

Zdziwiona otworzyła oczy.
  -   Co   ja   najlepszego   robię?   -   szepnął,   patrząc   na   nią 

całkowicie oszołomiony.

Dopiero po chwili odzyskała głos:
 - Po prostu staramy się upamiętnić tę chwilę. Nowy Jork. 

Times Square...

Lincowi   było   wszystko   jedno,   gdzie   się   w   tej   chwili 

znajduje. Puścił jej twarz i spojrzał ze zdziwieniem na swoje 
ręce, a potem znowu na nią.

 - Zapomniałem, gdzie jesteśmy.
 - Ale ja nie - powiedziała, co nie było do końca prawdą.
Pokręcił głową.
 - Więc powinnaś mnie była powstrzymać. Nie chciałbym, 

żebyś poczuła się zażenowana...

  - Kto tutaj jest zażenowany? Wcale się nie wstydzę! To 

był wspaniały pocałunek!

Linc poczuł, że cały się czerwieni.
 - Pocałunek był rzeczywiście bardzo miły, ale normalnie 

nie zachowuję się tak w miejscach publicznych... - Rozejrzał 
się dookoła i zacisnął mocniej pasek jej płaszcza.

 - Ja też nie. - Zaśmiała się do swoich myśli. - Co prawda 

w Virtue już za to nie palą na stosie, ale lepiej się nie narażać.

 - Przede wszystkim, w ogóle nie powinienem cię całować 

- stwierdził, marszcząc brwi. - Nie mówiąc już o wkładaniu 
ręki pod twój płaszcz.

 - I sweter - dodała, dumna z tego, że aż tak go rozpaliła.
Linc poczerwieniał jeszcze bardziej i pokręcił głową.
 - Sam nie wiem, co mnie opętało.
 - Pożądanie.
 - To już się nie powtórzy.
Chcesz się założyć? Po tym pocałunku Trudy wiedziała 

już   na   pewno,   że   pragnie   jak   najmocniej   zadziałać   na 
wyobraźnię   Linca.   Nowy   Jork   wpływał   na   nią   inspirująco. 

background image

Być może nie robiła wszystkiego perfekcyjnie, z prawdziwym 
wielkomiejskim   szarmem,   ale   Linc   nie   miał   chyba   nic 
przeciwko temu.

Po tym, jak to nazywał w myślach „wypadku", Linc starał 

się być bardzo ostrożny. Pocałunek stanowił dla niego groźne 
memento.   Wiedział,   że   nie   może   więcej   doprowadzić   do 
podobnej sytuacji.

Trudy   zaproponowała,   żeby   przeszli   się   Piątą   Aleją. 

Zgodził się, ale starał się w ogóle jej nie dotykać. O trzymaniu 
za rękę w ogóle nie mogło być mowy. Raz tylko złapał ją za 
ramię, kiedy wydawało mu się, że wpadnie pod samochód, i 
natychmiast ją puścił, żeby nie wpadła w jego ramiona.

Doszli   do   Piątej   Alei.   Miał   nadzieję,   że   teraz   trochę 

odetchnie.   Nigdy   nie   widział   nic   seksownego   w   oglądaniu 
wystaw. Ale też nigdy nie oglądał ich z Trudy! Teraz, kiedy 
szli wolniej, ona sama wzięła go pod rękę. Miał wrażenie, że 
czuje   ciepło   jej   ciała   nawet   przez   grube   warstwy   ubrań. 
Znowu płonął. Gdy tylko dotarł do niego zapach jej perfum, 
przypomniał sobie „wypadek" i znowu się zaczerwienił.

Trudy chyba udzielił się jego nastrój, ponieważ tuliła się 

do niego coraz mocniej.

 - Och, popatrz na to! - Zatrzymała się nagle przed jedną z 

wystaw.

Mógł się domyślić, że wybierze sklep z bielizną.
  - Em, ee - mamrotał, starając się nie myśleć o tym, jak 

Trudy wyglądałaby w skąpym szlafroczku. Ale kiedy mu się 
to udało, zaczął ją sobie wyobrażać bez szlafroczka.

 - Właśnie tego potrzebuję.
Nie   sądził,   żeby   chodziło   jej   o   szlafrok  frotte,  który 

spowijał   szczelnie   manekin   na   wystawie.   Więc   zapewne   o 
czarną   piżamkę   z   satynową   lamówką.   Rzeczywiście, 
wyglądałaby w niej wspaniale. Tak wspaniale, że wolał o tym 
nie myśleć.

background image

 - Założę się, że nie wiesz, o czym mówię. Spojrzał na nią, 

ale szybko odwrócił wzrok, bojąc się

jej rozmarzonych, zielonych oczu.
 - Pewnie potrzebujesz piżamy?
 - Nie. To znaczy tak, potrzebuję paru rzeczy. Ale przede 

wszystkim   chodzi   mi   o   parawan.   Właśnie   taki,   jak   ten   na 
wystawie. - Pokazała palcem.

Wciąż trzymała go pod rękę. I teraz poczuł ruch jej piersi. 

Tych piersi, których prawie dotknął.

  -   Nie   zapytasz   mnie,   po   co   jest   mi   potrzebny   taki 

parawan? - nie wytrzymała.

Bał się, że odpowiedź będzie się nieodmiennie wiązać z 

seksem. Nie chciał jednak, żeby się tego domyśliła.

 - Właśnie, po co?
  -   Układ   mieszkania   -   odparła,   co   nie   zabrzmiało  zbyt 

erotycznie. - Teraz, kiedy urządziłam sypialnię w dziennym 
pokoju, potrzebuję jakiegoś miejsca, w którym mogłabym się 
przebrać.

 - A nie możesz tego robić w dawnej sypialni?
  - Tak, ale brakowałoby temu dramatyzmu i pieprzyka. 

Wyobraź sobie, że przyprowadziłam kogoś do domu...

Prawdę mówiąc, wolał tego nie robić.
  -   Więc   teraz   mówię   mu,   żeby   zrobił   sobie   drinka   w 

kuchni, a ja zmienię ubranie na wygodniejsze. Ale gdybym 
chciała   to   zrobić   w   dawnej   sypialni,   musiałabym  dwa   razy 
przejść   obok   kuchni.   To   bez   sensu.   Powinnam   od   razu 
pokazać mu się w nowym stroju!

 - Czy ja wiem...
Sam nie miał nic przeciwko temu, żeby widywać ją jak 

najczęściej. W różnych ubraniach, a nawet nago. Najchętniej 
nago.

background image

  - Właśnie dlatego potrzebuję parawanu. Będę go mogła 

ustawić w kąciku i korzystać z jednego z twoich krzeseł do 
wieszania bielizny, która będzie czekała na okazję...

 - Ach, tak.
  - Nie wygląda na to, żeby spodobał ci się ten pomysł - 

zauważyła. - Nie uważasz, że jest dobry? Parawany są takie 
zmysłowe i dodają blasku całej sprawie. Mogłabym wieszać 
nawet   na   nim   pończoszki.   To   wzmogłoby   napięcie.   Hej, 
dlaczego się krzywisz?

Linc robił wszystko, żeby zapanować nad twarzą.
 - Niezły pomysł - rzucił, chcąc odwrócić uwagę Trudy od 

swojej miny.

 - Tylko niezły? - spytała rozczarowana.
Pomyślał,   że   jeśli   dalej   tak   będą   stali,   to   znowu   ją 

pocałuje. Po prostu nie mógł jej się oprzeć. Co w niej takiego 
było, że działała na niego bardziej niż inne kobiety?

background image

Rozdział ósmy
Trudy była dumna z tego, że jej opowieść o parawanie i 

przebieraniu   się   za   nim   tak   poruszyła   Linca.   Jednak   jej 
pewność   siebie   minęła,   kiedy   weszli   do   pierwszego   w   jej 
życiu   nowojorskiego   klubu.   Elegancko   ubrane   kobiety 
tańczyły tu przy muzyce, której nigdy nie słyszała, albo piły 
drinki, które widziała pierwszy raz w życiu. Linc natomiast 
czuł   się   tu   jak   ryba   w   wodzie.   Od   razu   zamówił   butelkę 
szampana, chociaż ona popełniłaby błąd, prosząc o rum z colą.

Wszystko tu było nowe i inne. Od razu zorientowała się, 

że   ma   nieodpowiednią   fryzurę   i   że   nikt   już   nie   maluje 
paznokci na różowo. Trudy zbyt późno przypomniała sobie, że 
zapomniała   poprawić   makijaż   po   pocałunku   przy   Times 
Square. A poza tym szła na wietrze, więc pewnie jej fryzura 
przypominała teraz stóg siana.

Linc pochylił się w jej stronę.
 - Co się stało? Myślałem, że będziesz się bardziej cieszyć 

z pierwszego wieczoru w nocnym klubie.

  - Nie, nic. Po prostu nie czuję się tu zbyt bezpiecznie - 

wyznała.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
 - Tak? Dlaczego?
 - Chodzi o to... Nie, nic takiego - poniechała wyjaśnień.
Linc jako mężczyzna i tak by pewnie nic nie zrozumiał. 

Czyżby nie widział, że nie pasuje do tego miejsca? Nie miała 
się co oszukiwać.

 - Może chcesz się wybrać gdzie indziej?
 - Nie, tu jest bardzo fajnie.
Przenosiny nie rozwiązałyby problemu. Chyba że trafiliby 

na   klub   dla   osób,   które   przeprowadziły   się   tu   niedawno   z 
Kansas.   Poza   tym   Linc   zamówił   butelkę   szampana,   który 
zapewne nie był tani, a ona do tej pory wypiła tylko jeden 
kieliszek. W domu zawsze uczono ją oszczędności. Nie może 

background image

pozwolić,   żeby   zmarnowało   się   tyle   alkoholu.   Z   tą   myślą 
podsunęła mu swój kieliszek.

 - Mogę prosić o jeszcze?
Nalał jej, a potem rozejrzał się dookoła.
  - Naprawdę dziwię się, że siedzisz tu tak cicho - nagle 

dotarł do niej głos Linca. - Myślałem, że od razu wyciągniesz 
mnie do tańca.

 - Po prostu chce mi się pić.
Wypiła już pół trzeciego kieliszka i stwierdziła, że musi 

nieco zwolnić tempo. Kobiety w klubie sączyły bardzo wolno 
swoje drinki. To pewnie z oszczędności, pomyślała. Żeby nie 
kupować następnych.

  - Nie chcesz tańczyć? - upewnił się jeszcze Linc. Nie 

miała zamiaru wychodzić na parkiet, dopóki nie  nauczy się 
nowych   kroków   i   nie   skompletuje   nowej   garderoby,   która 
nadawałaby się na takie okazje.

 - A ty nie jesteś spragniony po takim długim spacerze? - 

odpowiedziała mu pytaniem.

Zauważyła, że Linc prawie nie tknął swojego kieliszka. 

Mimo że szampan bardzo jej. smakował, była pewna, iż nie 
zdoła wypić sama całej butelki. Już w tej chwili trochę kręciło 
jej się w głowie.

 - Wygląda na to, że mniej niż ty. - Wypił jeszcze łyk.
Dopiero teraz zrozumiała, że zachowała się niewłaściwie. 

Kobiety   piły   wolno   nie   z   oszczędności,   ale   dlatego,   że   tak 
wypadało. Była zła na Linca o to, że jej tego nie powiedział.

  - Hej, co ci się stało? - Spojrzał na nią z autentyczną 

troską. - Czy... czy czymś cię obraziłem?

Potrząsnęła głową i poczuła, jak cały klub zakołysał się w 

rytm   jej   ruchów.   Jednocześnie   zarumieniła   się,   myśląc   o 
swojej sytuacji.

  -   Może   masz   alergię   na   szampana?   -   zaniepokoił   się 

jeszcze bardziej. - Jesteś cała czerwona.

background image

  - Nie, nic mi nie jest - niemal jęknęła. Znalazła się w 

sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Klub   był   naprawdę   szykowny,   a   ona   wyglądała   jak 

delegatka   koła   gospodyń   wiejskich   ze   swoją   potarganą 
fryzurą, rozmazanym makijażem i wypiekami na policzkach. 
Sięgnęła po swój plecaczek.

 - Chciałabym wyjść na chwilę do toalety. Wymamrotała 

„przepraszam" pod nosem i pognała  przed siebie, sama nie 
wiedząc   gdzie.   W   końcu   dotarła   do   miniaturowej   kuchni   i 
spytała zdziwionego kelnera o drogę do toalety.

  -   Na   lewo   i   w   dół   po   schodach   -   poinformował   ją, 

marszcząc brwi.

Pewnie ma mnie za idiotkę, pomyślała Trudy. W końcu 

odnalazła   wyłożone   chodnikiem   schody   i   zeszła,   potykając 
się, na dół. Chyba jednak przesadziła trochę z szampanem.

Oczywiście w toalecie znajdowało się parę ślicznotek, co 

wcale nie poprawiło jej nastroju. Trudy przysięgła sobie, że 
nigdy już nie zdecyduje się na wyprawę do klubu nocnego, 
zanim   sama   nie   stanie   się   jedną   z   nich.   Odczekała   chwilę, 
żeby   móc   skorzystać   z   lustra.   Opłaciło   się,   jakimś   cudem 
została sama w toalecie.

Kiedy   w   końcu   spojrzała   do   lustra,   aż   jęknęła   z 

przerażenia.   Jedyne,   co   mogła   teraz   zrobić,   to   trochę   się 
ogarnąć. Wiedziała jednak, że nie będzie wyglądać jak inne 
kobiety   w   klubie.   Może   powinna   wyprostować   włosy   u 
fryzjera. Albo zupełnie je ściąć. Widziała dziewczynę, która 
miała   włosy   wygolone   tuż   przy   skórze   i   wyglądała 
fascynująco.

Sięgnęła   do   plecaczka   i   w   tym   samym   momencie 

przypomniała sobie, że nie ma grzebienia. Z westchnieniem 
rezygnacji zaczęła rozczesywać włosy palcami, przyklepując 
je tu i ówdzie. Chciała też odgarnąć niesforne loki z twarzy. 
Na   szczęście   miała   parę   spinek   w   kształcie   motyli,   ale   ze 

background image

względu   na   narastający   szum   w   głowie   szukała   ich   przez 
dłuższą chwilę.

Skropiła   włosy   wodą,   żeby   móc   lepiej   nad   nimi 

zapanować,   i   przypięła   je  spinkami.   Następnie   spojrzała   na 
swoje  odbicie.   Nie  był  to  szczyt  jej   marzeń,   ale  na   pewno 
wyglądała lepiej niż ze splątanymi loczkami.

Ktoś zapukał do drzwi toalety, co wydało jej się dosyć 

dziwne.

 - Trudy?! Jesteś tam?!
Linc! przemknęło jej przez głowę.
 - Zaraz wychodzę! - odkrzyknęła.
  -  Muszę  sprawdzić,  co  się  z  tobą  dzieje  -  stwierdził  i 

nacisnął klamkę.

Obejrzała się i aż krzyknęła, widząc go w drzwiach. Linc 

otworzył usta w wyrazie klasycznego osłupienia.

 - O Boże, co ci się stało?!
Mężczyzna   wszedł   do   środka,   szybko   zamknął   za   sobą 

drzwi i oparł się o nie plecami.

 - Nic takiego...
  - Przecież widzę, że jednak coś - rzekł z naciskiem. - 

Musisz   mi   powiedzieć,   co.   Inaczej   nie   wypuszczę   cię   z 
łazienki. Meg prosiła, żebym się tobą opiekował, i staram się 
to robić najlepiej jak potrafię. Czy wymiotowałaś i dlatego 
musiałaś umyć głowę? Dlatego masz takie mokre włosy?

Zastanawiała się, czy nie udać chorej. Tylko po to, żeby 

jakoś wywinąć się z tej upokarzającej sytuacji. Linc pokręcił 
głową.

 - Do licha, nie powinienem był pozwolić, żebyś chodziła 

po takim zimnie. Pewnie jesteś zmęczona tym wszystkim, a 
poza tym nie przywykłaś do takiego jedzenia. Założę się, że w 
Virtue   nie   ma   tajskiej   restauracji...   I   wreszcie   na   koniec 
zaserwowałem   ci   szampana,   na   którego   jesteś   uczulona. 
Mogłaś mi o tym powiedzieć - zakończył swoją przemowę.

background image

Serce jej się ścisnęło. Od dawna nikt tak o nią nie dbał. 

Kiedy upiła się tanim winem na zabawie w domu kultury, jej 
chłopak zostawił ją samą w łazience. Co prawda damskiej, ale 
przecież Linc zdecydował się wejść tutaj.

Podeszła do niego, żeby mógł zobaczyć, że nic jej nie jest.
  -   Nie,   nie   wymiotowałam   i   czuję   się   zupełnie   dobrze. 

Pamiętaj,   że   pochodzę   ze   wsi   i   byle   co   mnie   nie   rusza.   - 
Chyba że dwie butelki owocowego wina. - Być może jesteś 
przyzwyczajony do delikatniejszych kobiet, ale mną możesz 
się nie przejmować. W dodatku nie zrobiłeś nic złego, a u nas 
też potrafi wiać jak jasna cholera.

Nie wyglądał na przekonanego.
 - Więc co się stało z twoimi włosami?
W   jednej   z   jej   książek   był   opis   stosunku   w   toalecie. 

Bardzo podniecający opis. Oczywiście nigdy nie odważyłaby 
się na to w Virtue, ale w Nowym Jorku panowały zupełnie 
inne zasady. Tyle że Linc wcale nie wyglądał w tej chwili na 
pobudzonego.

Spojrzała   w   jego   pełne   troski   oczy   i   zdecydowała,   że 

najlepsze, co może zrobić, to wyjaśnić mu całą sytuację.

  -   Kiedy   tu   przyszliśmy,   zorientowałam   się,   że   jestem 

nieodpowiednio ubrana - zaczęła. - I że okropnie wyglądam. 
Dlatego czułam się nieswojo i zeszłam tu, żeby przynajmniej 
poprawić włosy i makijaż.

Przez moment patrzył na nią z niedowierzaniem, a potem 

w   jego   niebieskich   oczach   błysnęły   iskierki,   a   kąciki   ust 
zaczęły mu lekko drgać.

 - Tylko się ze mnie nie śmiej - rzuciła ostrzegawczo.
  -   Nie,   skądże   znowu   -   powiedział   podejrzanie 

zmienionym głosem.

 - Przecież widzę, że już się śmiejesz.
 - Nie, wcale nie. - Chrząknął dwa razy. - Poza tym wolę, 

jak masz kręcone włosy.

background image

 - Naprawdę?
  -  Jak   najbardziej.   Więc   na  co  teraz   masz   ochotę?   Nie 

mogła znieść wyrazu rozradowania, który malował się na jego 
twarzy.   Zrobiłaby   wszystko,   żeby   potraktował   ją   trochę 
poważniej.

Być   może   seks   w   toalecie   nie   był   wcale   takim   złym 

pomysłem.   Zwłaszcza   że   po   szampanie   czuła   się   lekko   i 
przestała już myśleć o kobietach na górze.

Przysunęła się więc bliżej do Linca i zarzuciła mu ręce na 

szyję.

 - Robiłeś to kiedyś w publicznej toalecie? - szepnęła.
  - Nie, nigdy. - Wesołe iskierki zniknęły z jego oczu i 

zaćmiło je nagłe pożądanie. Jednak Linc zacisnął dłonie, jakby 
chciał ją odepchnąć. - I wydaje mi się, że to nie jest najlepszy 
pomysł.

 - Nieprawda. - Otarła się o niego całym ciałem, wiedząc, 

że nie będzie mu się w stanie oprzeć. - Przecież uważasz, że 
jest wspaniały!

Linc spojrzał niepewnie na drzwi.
  - Ktoś mógłby tu wejść - powiedział, z trudem panując 

nad sobą.

Zwłaszcza  po  tym,  jak  Trudy   zaczęła  delikatnie  pieścić 

jego szyję. Jednocześnie znowu poczuł ten straszliwy wzwód, 
którego pozbył się zaledwie na parę chwil.

  - Myślisz, że moglibyśmy tego nie zauważyć? - spytała, 

wspinając się na palce.

Wystarczyło,   że   zobaczyła   jego   minę,   a   definitywnie 

przestała się przejmować swoim prowincjonalnym wyglądem. 
Miała jedną przewagę nad tymi wszystkimi ciziami z miasta. 
Wyglądała jak Belinda!

 - Najlepiej sprawdźmy. - Nadstawiła mu swoje usta. Linc 

był najwyraźniej gotowy. Cały drżał, chociaż jednocześnie bał 
się, że ktoś może go tu zastać.

background image

  -   Może   jednak   wyjdziemy   -   zaproponował.   Pocałunek 

przed toaletą wyglądał znacznie bardziej niewinnie.

  -   Dobrze.   Za   chwilę.   -   Przesunęła   wargami   po   jego 

ustach,   a   potem   oblizała   się   znacząco.   -   Smakujesz 
szampanem.

Z trudem przełknął ślinę, chcąc jak najszybciej przywrzeć 

do jej warg. Jednak resztki zdrowego rozsądku podpowiadały 
mu, że nie powinien tego robić.

 - Trudy, jesteś...
Opór zwiększył jeszcze jej podniecenie. Czuła, jak serce 

bije jej coraz szybciej, a uda drżą w słodkim podnieceniu.

 - Seksowna? Niepoprawna? - Dotknęła jego ust językiem.
 - Raczej szalona. - Oddychał coraz szybciej i płycej.
 - Wspaniale, a co powiesz na szalony pocałunek?
 - Przywarła do niego jeszcze bardziej.
Tego już było za wiele. Linc westchnął głęboko i zaczął 

całować ją coraz mocniej. Jego język penetrował wnętrze ust 
dziewczyny, a dłonie przesuwały się miarowo po jej ciele.

Trudy   poczuła   jego   wyprężony   członek   i   zaczęła   się   o 

niego ocierać.

 - Przestań! - jęknął rozpaczliwie.
 - To spróbuj mnie powstrzymać. - Otarła się o niego raz 

jeszcze.

Z wysiłkiem wciągnął powietrze.
 - Trudy, proszę...
 - Myślę, że ci to odpowiada.
Doskonale wiedziała, że tak jest. Nagle odkryła tę prostą 

prawdę,   że   niezależnie   od   miejsca   zamieszkania   mężczyźni 
pragną   mniej   więcej   tego   samego.   Szampan   sprawił,   że 
wydało jej się to bardzo podniecające. Szkoda, że Linc nie 
wypił   tyle   co   ona.   Być   może   nie   miałby   wówczas   nic 
przeciwko pieszczotom w toalecie.

Otarła się o niego raz jeszcze.

background image

 - Trudy, przestań... - błagał ją.
 - Wobec tego mnie puść.
Dopiero teraz uświadomił sobie, że trzyma ją mocno w 

objęciach. Zawstydzony rozluźnił uścisk, a Trudy wyśliznęła 
się z jego ramion i uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko. 
Och, nie zapomni tego do końca życia.

Chrząknął   parę   razy   i   poluzował   krawat,   wciąż   jednak 

wpatrywał się w nią głodnym wzrokiem.

  -   Powinniśmy   już   iść   -   mruknął,   nie   ruszając   się   z 

miejsca.

  - Nie chcesz nigdzie iść. Wolisz tu zostać... ze mną  - 

szepnęła zmysłowo.

Nic   nie   odpowiedział.   Wciąż   jednak   patrzył   na   nią 

głodnym   wzrokiem.   Dlatego   zdecydowała   się   sięgnąć   do 
zamka jego spodni.

 - Trudy!
 - Przecież chcesz tego.
 - Ja... - nie mógł wydusić z siebie słowa.
 - Będzie ci dobrze.
Potrząsnął głową w niemym proteście.
 - Ależ tak, pozwól.
W jego oczach nie było już protestu, a tylko prawdziwa 

żądza. Trudy rozpięła mu rozporek i opadła na kolana, a Linc 
nie   próbował   jej   już   powstrzymać.   Zaczęła   miarowo 
przesuwać   dłonią,   a   Linc   jęczał   przy   tym   z   podniecenia. 
Cieszyła się, że może go tak pieścić. Od kiedy zrezygnowała z 
tylnego   siedzenia   samochodu,   bardzo   brakowało   jej 
mężczyzny.

Wysunęła   cały   członek   Linca   z   rozporka.   Przez   chwilę 

patrzyła  na   niego   z   fascynacją,   a   potem   dotknęła   go   lekko 
końcem   języka.   Linc   westchnął   głucho,   a   ona   poczuła,   jak 
dreszcz rozkoszy przeszedł po całym jej ciele. Wkrótce miała 

background image

już   cały   członek   w   ustach.   Mężczyzna   nad   nią   oddychał 
szybko i płytko, a ona poczuła wilgoć między nogami.

Wyrwał   jej   się   nagle,   czując   orgazm,   który   wstrząsnął 

całym   jego   ciałem.   Ktoś   nacisnął   klamkę   do   toalety.   Linc 
poczuł lekkie pchnięcie w plecy.

 - Zamknięte - usłyszeli cienki, kobiecy głos.
 - Jak może być zamknięte? - odezwała się inna kobieta. - 

Przecież są tam aż trzy kabiny.

Trudy   przełknęła   ciepły   płyn   i   wytarła   usta   wierzchem 

dłoni.

  -   Powinnyśmy   pójść   po   kierownika   -   zaproponowała 

pierwsza kobieta. - Toaleta nie może być zamknięta.

Spojrzała w górę. Linc miał zamknięte oczy i starał się 

oddychać jak najciszej. Włożyła jego zwiotczały członek do 
spodni   i   zapięła   je,   starając   się   nie   robić   przy   tym   hałasu. 
Kiedy go pogłaskała przez materiał, penis Linca znowu się 
wyprężył.

 - Lepiej mocno zastukać. - Usłyszeli walenie do drzwi. - 

Jest tam kto?!

Trudy   nie   czuła   się   zbyt   pewnie,   kiedy   wstała.   Sama 

niemal   przeżyła   orgazm,   po   prostu   pieszcząc   Linca.   Ktoś 
znowu szarpnął za klamkę.

  - Wystarczy - odezwała się znowu pierwsza kobieta. - 

Lepiej jednak kogoś poszukać.

Usłyszeli   zanikające,   ciche   kroki,   które   wkrótce   stłumił 

chodnik na schodach. Linc otworzył wreszcie oczy i spojrzał 
na   Trudy.   Wyglądał   jak   facet,   który   przed   chwilą   uniknął 
prawdziwej katastrofy.

  -   Musimy   uciec,   zanim   przyjdą   tu   z   kierownikiem   - 

szepnęła.

Linc otworzył usta, poruszył nimi parę razy niczym ryba i 

w końcu skinął głowę.

background image

 - Musisz odsunąć się od drzwi - dodała, widząc, że się nie 

rusza.

  -   A!   -   wydobył   z   siebie   tylko   tę   jedną   samogłoskę   i 

przesunął się na bok.

Trudy wysunęła się na zewnątrz, a następnie skinęła na 

Linca.

 - Droga wolna.
Bez większych przeszkód udało im się dotrzeć do stolika. 

Linc jednak nie usiadł, więc i ona stała. Oczy miał puste i 
zupełnie nieobecne.

 - Może pojedziemy już do domu?
 - Tak.
Wciąż znajdował się w jakimś dziwnym transie, ponieważ 

w ogóle się nie ruszał. Musiała go wziąć pod rękę i wtedy 
zdołali   wyjść.   Trudy   bez   problemu   złapała   taksówkę.   Linc 
cały  czas milczał.  W ciszy zastanawiała się, co teraz sobie 
myśli. Być może nie powinna decydować się na pieszczoty w 
łazience? Być może posunęła się za daleko?

W   końcu   taksówka   zatrzymała   się   przed   jej   blokiem. 

Trudy zerknęła w bok.

 - Pewnie teraz źle o mnie myślisz.
 - Raczej ty o mnie. Nie mogę uwierzyć, że dopuściłem do 

czegoś takiego.

Nie, nie chciała, żeby wziął na siebie całą winę.
  - Przecież to ja zaczęłam. - Wciąż była z tego dumna, 

niezależnie od jego reakcji. - Doskonale potrafię...

 - A ja doskonale potrafię oprzeć się wszelkim pokusom - 

przerwał jej. - Panowanie nad sobą nie sprawia mi żadnych 
problemów. To znaczy, nie sprawiało - dodał po namyśle. - 
Niech   pan   chwilę   poczeka   -   zwrócił   się   do   taksówkarza.   - 
Zaraz wracam.

Kiedy   wysiedli,   poczuli   zimny,   przenikający   do   szpiku 

kości wiatr. Jeszcze gorszy niż poprzednio.

background image

 - Nie musisz mnie odprowadzać - rzuciła w jego stronę. - 

Poradzę sobie.

  -   Właśnie,   że   muszę.   -   Puścił   ją   przodem.   -   Każdy 

mężczyzna, z którym się umawiasz, powinien pojechać z tobą 
na górę i sprawdzić, czy jesteś bezpieczna.

Dotknęło   ją   trochę   to,   że   traktował   ją   jak   słabą  i 

nieodpowiedzialną   osobę.   Może   to   z   powodu   tej   łazienki, 
pomyślała rozżalona.

  - Czy ktoś ci już mówił, że jesteś apodyktyczny? Jesteś 

jeszcze gorszy niż Meg!

 - A skoro już o niej mowa... - Stanęli przed windą i Linc 

potarł czoło. - Do diabła, Trudy! Wykorzystałem cię i czuję 
się jak ostatni śmieć. Nie będę mógł spojrzeć jej w oczy.

  - Wykorzystałeś mnie?! - aż podniosła głos z irytacji. - 

Niby jak mnie wykorzystałeś?!

 - Cii... - Rozejrzał się dookoła i jednocześnie wepchnął ją 

do windy. - To dlatego, że wypiłaś za dużo szampana. Sam ci 
dolewałem.

  - Raz - przypomniała mu. - Za drugim razem zrobił to 

kelner.

  -   To   mnie   nie   usprawiedliwia.   -   Pokręcił   głową.   - 

Powinienem był bardziej uważać, a doprowadziłem do czegoś, 
za co mogli nas wsadzić do więzienia.

 - Ale nie wsadzili.
Cieszyło   ją   to,   że   nie   uważa   jej   za   puszczalską,   ale   z 

drugiej   strony   miała   już   dosyć   roli   ofiary.   Tak   jakby   nie 
wiedziała, co robi i na co się decyduje.

Drzwi windy się otworzyły, ale oni wciąż stali w środku. 

Linc przytrzymał je tylko, żeby się nie zamknęły.

 - Posłuchaj - podjęła po chwili - nie wiem, co Meg ci o 

mnie   naopowiadała,   kiedy   prosiła,   żebyś   się   mną   zajął. 
Ustalmy jedno, jestem już duża i wiem co robię.

background image

  - Meg przestrzegała mnie, że jesteś bardzo impulsywna. 

Dlatego powinienem się spodziewać czegoś  takiego. Ale... - 
rozłożył dłonie w bezradnym geście - nawaliłem.

Impulsywna? Zdecydowała, że porozmawia o tym z Meg. 

I   to   już   jutro.   Osoby   impulsywne   są   zwykle   mało 
odpowiedzialne,   a   ona   przecież   w   pełni   kontrolowała   całą 
sytuację.

  - Tak naprawdę nikt by nas nie aresztował - stwierdziła 

po chwili.

  - Tak sądzisz? Jestem pewny, że jest jakiś kruczek na 

osoby, które uprawiają seks w miejscach publicznych.

 - Nikt by nas nie przyłapał na uprawianiu seksu. Byliśmy 

zamknięci. Co innego w windzie...

Linc   rozejrzał   się   dookoła,   a   potem   wypchnął   ją   na 

korytarz.

  - I ciekaw jestem, jak byś wyjaśniła moją obecność w 

toalecie - mruknął.

Tylko wzruszyła ramionami.
  - Powiedziałabym, że zemdlałam i zacząłeś się o mnie 

niepokoić. Albo że zobaczyłam jakiegoś karalucha i zaczęłam 
krzyczeć. Albo...

 - Dobrze już, dobrze - przerwał jej. - Wygląda na to, że 

jesteś   w   tym   znacznie   lepsza   ode   mnie.   Po   prostu   nie 
denerwujesz się tak bardzo w podobnych sytuacjach...

Co   znaczyło,   że   on   się   denerwuje.   Linc   nawet   nie 

podejrzewał, że Trudy uznała to za poważne wyzwanie. Oto 
miała przed sobą wspaniałego faceta, który nie potrafił kochać 
się w niezwykłych warunkach.

 - Mam nadzieję, że wreszcie doszedłeś do siebie - rzuciła, 

wyjmując klucz z plecaczka.

 - Oczywiście.
Usłyszeli szczęk zamka i Trudy pchnęła drzwi.
 - Wejdziesz?

background image

Nie sądziła, żeby to zrobił, ale chciała sprawdzić, na ile 

odzyskał panowanie nad sobą. Cofnął się odruchowo.

 - Ee, wolę już iść. Byłbym naprawdę wdzięczny, gdybyś 

mogła zapomnieć o... - bąknął. - Tak, jakby to się nigdy nie 
zdarzyło.

 - Spróbuję - obiecała. - To jak, spotkamy się jutro?
 - Dobrze. Przywiozę stolik i pizzę.
 - Wspaniale.
Linc odwrócił się, ale jeszcze spojrzał na nią przez ramię.
 - Jaką chcesz pizzę?
 - Wybierz coś dla mnie - powiedziała. - Najbardziej lubię 

niespodzianki.

background image

Rozdział dziewiąty
Linc   spał   jak   zabity   przez...   cztery   godziny,   a   potem 

obudził się, jakby czegoś oczekiwał. W zasadzie doskonale 
wiedział, na co czeka. Wskazywał na to namiot wznoszący się 
w jednoznacznym miejscu cienkiej kołdry.

W końcu wstał i włożył dres oraz adidasy, zadowolony, że 

jego sala do ćwiczeń jest otwarta dwadzieścia cztery godziny 
na dobę.

Przechodząc, potknął się o pudło ze stolikiem i krzesłami. 

Jak to dobrze, że się go pozbędzie. Generalnie miał za dużo 
rzeczy, którymi się w ogóle nie interesował. Do urządzenia 
swojego   mieszkania   wynajął  architekta   wnętrz,   który   zrobił 
wszystko za niego. Z jakichś powodów uznał on, że najlepiej 
pasują do niego właśnie antyki. Linc nie miał w zasadzie nic 
przeciwko antykom, ale dziś rano jego mieszkanie wydało mu 
się pozbawione polotu.

Takie   było   całe   jego   życie   w   porównaniu   z   paroma 

godzinami, które spędził z Trudy. Dopiero przy niej czuł, że 
brakuje mu energii i entuzjazmu. Cieszył się jej obecnością, 
chociaż   jednocześnie   obiecał   sobie   solennie,   że   będzie 
bardziej kontrolował swoje zachowanie.

Jak do tej pory, nie udało mu się zapanować nad sobą. Dał 

się ponieść emocjom jak uczniak. Co więcej, miał ochotę na 
jeszcze. Niemal jęknął, przypomniawszy sobie sceny z toalety, 
i szybko narzucił na siebie ciepłą kurtkę. Musi jak najszybciej 
wypocić z siebie całe pożądanie.

Nie poszedł do windy, ale zbiegł schodami pożarowymi aż 

na   sam   dół,   do   podziemnego   parkingu.   Cały   czas   jednak 
myślał   o   Trudy.   Prosił   ją,   żeby   zapomniała   o   tym,   co   się 
zdarzyło,   chociaż   wiedział,   że   jemu   nigdy   się   to   nie   uda. 
Wciąż czuł jej palce na swoim penisie i delikatną pieszczotę 
jej języka...

background image

Minął swój samochód i po chwili musiał do niego wrócić. 

Żadna kobieta nie podniecała go tak bardzo jak Trudy Baxter. 
Żadna też nie była tak śmiała w sprawach seksu jak ona. Już 
opowieści o stosunku na tylnym siedzeniu samochodu wydały 
mu się szczególnie ekscytujące, ale seks oralny w damskiej 
toalecie był dużo, dużo lepszy!

Mimo to nie powinien był do tego dopuścić. Nawet jego 

pierwszy raz nie wstrząsnął nim do tego stopnia.

Otworzył samochód pilotem i usiadł w skórzanym fotelu, 

wciąż   zastanawiając   się   nad   tym,   kiedy   popełnił   błąd. 
Wydawało mu się, że jeśli wejdzie do łazienki, to łatwiej mu 
będzie dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Myślał, że ją w ten 
sposób zawstydzi.

Linc zaczął wyjeżdżać z parkingu.
Musiał   przyznać,   że   zszedł   wtedy   na   dół   z   mocnym 

postanowieniem, żeby zabrać Trudy z klubu. Nie bawiła się 
tam dobrze, chociaż nie znał wówczas jeszcze przyczyny. Po 
głowie   chodziło   mu,   że   mógłby   ją   zabrać   do   siebie   i 
dokończyć to, co zaczęli na Times Square.

Co za dziewczyna! pomyślał. Nie mógł wprost uwierzyć, 

że jeszcze w piątek w rozmowie z młodszym kolegą dowodził, 
że seks nie jest dla niego czymś istotnym.

I nagle stał się.
Do licha, co ona wyprawiała z moim członkiem, pomyślał, 

czując   jeszcze   silniejszy   wzwód.   Od   wczoraj   chodził   tak, 
jakby   spodnie   były   dla   niego   za   małe.   I   to   z   powodu 
dziewczyny z Virtue w stanie Kansas.

Trudy   obudziła   się   wyjątkowo   wcześnie.   Wciąż   było 

ciemno.   Jedyne   światło   pochodziło   z   palących   się   latarni 
ulicznych oraz rzadkich w tym rejonie reklam. Wygrzebała się 
z   łóżka,   poprawiając   skąpą   piżamkę,   i   przeszła   do   kuchni, 
żeby zrobić sobie kawy. Kiedy się w końcu napiła i trochę 
oprzytomniała,   postanowiła   uporządkować   swoje   książki. 

background image

Będzie potrzebowała fachowej literatury, jeśli zdecyduje się 
na uwiedzenie Linca dziś wieczorem.

Chciała też skonsultować się z Meg, ale zdecydowała, że 

może zadzwonić dopiero po dziewiątej. W Virtue budziły się 
wcześnie,   ale   to   były   inne   czasy...   Musiała   koniecznie 
porozmawiać   z   nią   o   swojej   rzekomej   impulsywności.   Za 
każdym razem, kiedy o tym myślała, zaciskała szczęki.

O ósmej skorzystała ze swojej nowej książki telefonicznej, 

żeby odnaleźć adres piekarni, która dostarczała do domu bułki 
w   sześciu   różnych   smakach,   tak   że   w   okolicach   ósmej 
czterdzieści, kiedy zjadła już dobre śniadanie, humor znacznie 
jej   się   poprawił   i   była   nawet   gotowa   darować   Meg   jej 
gruboskórność.

Zwłaszcza że słowo „impulsywna" można było zastąpić 

znacznie sympatyczniejszym przymiotnikiem „spontaniczna". 
Doskonałą ilustracją tej, jakże miłej cechy charakteru było to, 
co wydarzyło się w toalecie. Przecież tego nie planowała. Tak 
się po prostu złożyło, więc uległa nastrojowi chwili.

Piętnaście   minut   po   dziewiątej   zadzwonił   jej   pierwszy 

nowojorski telefon. Trudy uniosła delikatnie bezprzewodowy 
aparat, jakby zrobiono go z kryształu.

Zdecydowała, że jeśli to Linc, to nie ujawni tego, że jest 

rześka i ma za sobą poranną gimnastykę. Mieszkańcy Nowego 
Jorku na pewno nie są rześcy o tej porze. Prowadzą zwykle 
nocne życie i w niedziele chcą sobie dłużej pospać.

  -   Halooo   -   rzuciła   do   słuchawki,   przeciągając   ostatnią 

samogłoskę.

 - Co z tobą? - spytała Meg. - Spałaś?
 - A, to ty - powiedziała Trudy już normalnym tonem.
  - Jasne,  że ja. Tom i Linc poszli zagrać w tenisa, więc 

jestem jedyną osobą w mieście, która może dzwonić.

 - W tenisa? - powtórzyła nieco rozczarowana Trudy.

background image

Wolała wyobrażać sobie, że Linc siedzi w jakiejś kafejce 

nad filiżanką smolistej kawy i tęskni za nią całym sercem.

 - Tak, czasami grają razem w niedzielę rano.
  -   A   jak   tam   Linc?   -   Trudy   zabrała   się   do   wybierania 

palcem resztek truskawkowego twarożku ze śniadania.

 - Właśnie z jego powodu dzwonię - podjęła natychmiast 

Meg. - Wydawał mi się dziwny. Jakiś nieswój.

Trudy oblizała palec i uśmiechnęła się do siebie.
 - To dobrze.
 - Dlaczego? Nie idzie wam?
 - Idzie nam zadziwiająco dobrze, wziąwszy pod uwagę to, 

że mnie przed nim oczerniłaś. - Zrobiła efektowną przerwę. - 
Dlaczego powiedziałaś, że jestem impulsywna?!

 - O co chodzi? Przecież jesteś.
Trudy   uderzyła   plastikowy   pojemnik   po   twarożku   i 

patrzyła, jak leci przez całą kuchnię.

  -   Nie,   Meg.   Jestem   spontaniczna.   Rozumiesz, 

spontaniczna. To zasadnicza różnica.

 - Skoro tak twierdzisz... - Przyjaciółka nie miała zamiaru 

się kłócić. - Ale opowiedz o Lincu.

Trudy zaśmiała się, szczęśliwa, że nareszcie ma się z kim 

podzielić   szczegółami   wczorajszego   wypadu.   Pobieżnie 
opowiedziała o pocałunku na Times Square, a potem rzuciła 
się z telefonem na nieposłane łóżko.

 - Pamiętasz tę książkę o seksie w niezwykłych miejscach? 

- zapytała.

Meg aż pisnęła z podniecenia.
  - Chcesz przez to powiedzieć, że się z nim kochałaś?! 

Gdzie? Chyba nie w windzie?!

Trudy uśmiechnęła się jeszcze szerzej na myśl o tym, jaką 

Meg musi mieć teraz minę.

 - A pamiętasz rozdział poświęcony toalecie? Przyjaciółka 

pisnęła jeszcze głośniej.

background image

 - Co?! Zrobiłaś z nim to?! W damskiej czy męskiej?
  -   W   damskiej   -   odparła   triumfalnie   Trudy.   Czuła   się 

naprawdę wspaniale, leżąc w satynowej pościeli i plotkując z 
Meg o swoich seksualnych podbojach.

 - Widzisz, poszłam tam tylko po to, żeby poprawić włosy 

i   makijaż.   Zajęło   mi   to   trochę   czasu,   ponieważ   wcześniej 
wypiłam sporo szampana, i Linc zaczął mnie szukać.

  - Nie mogę w to uwierzyć. - Głos przyjaciółki drżał z 

podniecenia. - Po prostu go tam zwabiłaś!

 - Nie musiałam. Uznał, że źle się poczułam i nie chcę mu 

o tym powiedzieć. Był przekonany, że w ten sposób łatwiej 
wydobędzie ze mnie prawdę.

 - Przerwała, żeby zwiększyć efekt. - No i zrobiłam mu to! 

Fantastyczne! Powinnaś kiedyś spróbować z Tomem...

  -   Niesamowite!   -   wykrzyknęła   Meg.   -   Prymus   z   Wall 

Street   w   publicznej   toalecie.   Założę   się,   że   nigdy   czegoś 
takiego nie przeżył.

  -   Sądząc   z   reakcji,   raczej   nie.   A   potem   jeszcze   mnie 

przepraszał - dodała ze śmiechem. - Mam wrażenie, że czuł 
się winny.

  -   Nic   dziwnego.   Jego   przodkowie   to   podobno   pierwsi 

purytanie, którzy przybyli do Ameryki na „Mayflower". Ale 
powiedz,   czy   to   znaczy,   że   zaczynasz   swoje   nowojorskie 
przygody właśnie od Linca?

 - Tylko nieoficjalnie - zastrzegła Trudy. - Chodzi mi o to, 

żeby nie wyjść z wprawy.

 - Tak, tak, najważniejsze to nie wyjść z wprawy
 - poparła ją gorąco Meg. - Wiem coś o tym.
 - I mam na niego haka. Okazało się, że jestem podobna do 

pokojówki, w której podkochiwał się w dzieciństwie.

 - I teraz potrzebny ci jest strój pokojówki - domyśliła się 

bezbłędnie Meg.

background image

  -   Koniecznie!   Czy   mogłabym   go   gdzieś   wypożyczyć? 

Dzisiaj niedziela - dodała na koniec.

Odpowiedź była natychmiastowa i bardzo zachęcająca:
 - Bez problemu."
Zaczęło do niej docierać, że jest w Nowym Jorku
  - mieście, które nigdy nie zasypia. Wszystko tutaj było 

możliwe.   Już   nie   mogła   się   doczekać,   żeby   wypróbować 
wszystkie   możliwości   metropolii.   Wstała   i   zaczęła 
przechadzać się po pokoju, przyciskając telefon do policzka.

  -   Doskonale.   Poza   tym   chciałabym   kupić   parawan, 

najlepiej jakiś używany.

  -   Znam  świetny   sklep   z   takimi   rzeczami.   Poza   tym 

mogłabyś   kupić   pawie   pióra.   Są   bardzo   seksowne.   I   może 
jeszcze jakieś zabawki...

 - Ojej! Nie dostałam jeszcze pierwszej pensji.
  -   Powiedzmy,  że   to   będzie   wcześniejszy   prezent 

urodzinowy - rzuciła Meg.

 - O trzy miesiące?
  - Pogadamy o tym, jak do mnie przyjedziesz. Kiedy się 

zbierzesz? Mamy na dzisiaj bardzo bogate plany...

Trudy spojrzała na zegarek.
  -   Zaczekaj,   niech   pomyślę.   -   Z   telefonem   w   dłoni 

pośpieszyła do łazienki. Włosy wciąż miała w nieładzie, ale 
przecież   mogła   je   spiąć.   Wystarczy,  że   weźmie   prysznic.   - 
Mówiłaś, że stąd do ciebie jest dziesięć minut autobusem? - 
spytała, podniósłszy aparat do ucha.

  - Nawet mniej, jeśli go od razu złapiesz. Trudy zaczęła 

zdejmować swoją piżamkę.

 - Wobec tego będę najpóźniej za dwadzieścia.
Trzy   godziny   później   wyczerpana,   ale   szczęśliwa   Meg 

wsadziła   obładowaną   prezentami   na   najbliższe   urodziny   i 
Gwiazdkę Trudy do autobusu. Parawan miał dotrzeć do jej 
mieszkania   nieco   później.   Udało   im   się   znaleźć   śliczny, 

background image

ręcznie   malowany,   za   bezcen,   ponieważ   sklep   właśnie   się 
likwidował.

Najbardziej   cieszyło   Meg   to,   że   Trudy   coraz   cieplej 

myślała   o   Lincu.   Jej   oczy   zachodziły   mgłą,   kiedy   o   nim 
mówiła. Poza tym wymawiała jego imię w charakterystyczny 
sposób i uśmiechała się przy tym do siebie. A przecież była 
tak pewna, że w nikim się nie zadurzy!

Meg   bardzo   chciała   podzielić   się   tymi   wieściami   z 

Tomem, ale uznała, że przyjdzie na to czas. Na razie musi być 
bardzo   dyskretna,   jeśli   nie   chce,   żeby   jej   plany   spaliły   na 
panewce.

W   końcu   przyjechał   jej   autobus.   Wzięła   reklamówkę   z 

zakupami   i   wsiadła,   wciąż   myśląc   o   Trudy   i   Lincu.   Przy 
odrobinie   szczęścia   zastanie   tego   ostatniego   w   swoim 
mieszkaniu. Obaj mężczyźni mieli zwyczaj oglądać sport po 
wspólnej grze.

Gdy tylko weszła do mieszkania, usłyszała odgłosy meczu 

futbolowego.   Tak   jak   sądziła,   panowie   siedzieli   przed 
telewizorem, zajadając chipsy i popijając piwo.

 - Cześć chłopaki!
 - Cześć, złotko. - Tom wstał, żeby ją pocałować.
 - Cześć, Meg. - Linc, jako człowiek dobrze wychowany, 

też wstał. - Podać ci coś?

  -   Właśnie   zastanawialiśmy   się   nad   lunchem.   -   Tom 

sięgnął po reklamówkę, ale żona schowała ją za plecami. - 
Daj, pomogę ci.

  -   Nie   trzeba.   Pozwólcie,   że   zdejmę   buty,   a   potem 

będziemy mogli wspólnie pomyśleć, co z lunchem.

 - Ja stawiam - stwierdził Linc.
 - Daj mi tę torbę - domagał się Tom. - Nie powinnaś nosić 

ciężkich rzeczy. Co tam masz? Coś dla mnie?

Meg cofnęła się o krok.

background image

  -   Tak,   coś   dla   ciebie   -   powiedziała   z   dwuznacznym 

uśmieszkiem. - Ale obejrzymy to sobie później, dobrze?

Tom w mig pojął, o co jej chodzi.
  - Byłaś z Trudy w tym sklepie koło salonu tatuażu? - 

szepnął, oglądając się na Linca.

 - Może - przymknęła na moment oczy.
  -   Musimy   pogadać.   Mam   wrażenie,   że   coś   się   z   nim 

dzieje. - Wskazał oczami przyjaciela.

 - Niewykluczone, że masz rację - przyznała, a po chwili 

dodała już głośniej: - Przebiorę się i zaraz wracam.

Tom   chciał   powiedzieć   coś   jeszcze,   ale   właśnie   w   tym 

momencie   któraś   z   drużyn   zdobyła   kolejne  punkty   i   Linc 
zaczął wrzeszczeć jak opętany. Mąż Meg natychmiast podążył 
do telewizora.

Kiedy   Meg   znalazła   się   w   sypialni,   wsadziła   torbę   do 

swojej   szafki   i   zdjęła   buty.   Już   dawniej   chcieli 
poeksperymentować, ale dopiero teraz znalazła odpowiednie, 
jedwabiście gładkie wiązadła. Trudy zdecydowała, że na razie 
niczego nie potrzebuje, ale przynajmniej wiedziała już, gdzie 
może się zaopatrzyć w odpowiednie erotyczne akcesoria.

Meg   wróciła   do   salonu   i   całkowicie   pochłoniętych   grą 

mężczyzn.

 - Tom?
 - Tak, złotko? - Natychmiast skoczył na równe nogi.
To było takie miłe. Zawsze uważała, że Tom to porządny 

facet.   Wiedziała,   że   kochałby   ją   i   szanował   nawet   wtedy, 
gdyby ich życie seksualne zupełnie zamarło w okresie ciąży. 
Jednak Meg była przekonana, że mężczyzna powinien też być 
szczęśliwy. Dlatego przekonała Toma, że stosunki wcale nie 
szkodzą dziecku. Wraz z tym, jak brzuch jej się powiększał, 
musieli   zmieniać   i   dostosowywać   pozycje,   ale   było   to 
ekscytujące doświadczenie.

background image

 - Wiesz, nie chce mi się wychodzić. Może zrobiłbyś nam 

mini pizze? Jesteś w tym niezrównany.

 - Oczywiście, kochanie.
Linc poruszył się na swoim miejscu.
 - Może pomogę ci z tą pizzą, skoro nigdzie nie idziemy - 

zwrócił się do przyjaciela.

  -   Niestety,   nie   mam   kombinerek,   stary.   Linc   zrobił 

obrażoną minę.

  - Przecież wiem, jak się robi pizzę. Widziałem to parę 

razy. Kuchnia to było kiedyś moje ulubione miejsce.

  -   Wcale   nie   chciałem   cię   dotknąć.   Naprawdę   świetnie 

radziłeś   sobie   wczoraj   z   tym   łóżkiem.   -   Tom   starał   się   go 
udobruchać. - Ale pizzą zajmę się sam.

 - Tak, byłeś wspaniały - zachwyciła się Meg. - Ale teraz 

zostań ze mną, żeby mnie bawić rozmową.

Wiedziała doskonale, że Tom nie chce, żeby powtórzyła 

się historia sprzed dwóch tygodni. Linc uparł się wtedy, że 
pokroi warzywa. Zaciął się przy tym tak paskudnie, że musieli 
z nim jechać na ostry dyżur.

Tom zniknął w kuchni, a Meg zerknęła szybko na Linca. 

Miała   mało   czasu,   więc   nie   zamierzała   bawić   się   w 
subtelności.

  -   Powinniśmy   porozmawiać   o   Trudy.   Linc   omal   nie 

zakrztusił się piwem.

  - Chciałabym, żebyś coś wiedział, zanim pojedziesz do 

niej dziś wieczorem. Otóż Trudy...

  - Ehm, Meg... - Zaczął kaszleć i cały poczerwieniał. - 

Bardzo mi przykro. - Jeszcze raz zakaszlał i chrząknął. - Czuję 
się winny tego, co wczoraj zaszło. Obiecuję, że to się już nie 
powtórzy.

  - Mam nadzieję, że jednak się powtórzy - powiedziała 

Meg, patrząc mu prosto w oczy. - To albo coś podobnego, co 
sprawiłoby wam dwojgu dużo radości.

background image

Wybałuszył na nią oczy.
 - Myślałem, że chodziło ci o to, żeby nie angażowała się 

w jakieś ryzykowne związki.

  -   Chcesz   przez   to   powiedzieć,   że   związek   z   tobą   jest 

ryzykowny?   -   Meg   potrząsnęła   głową.   -   Nie,   nie  jesteś 
mężczyzną,   który   mógłby   ją   skrzywdzić.   Moim   zdaniem, 
świetnie do siebie pasujecie. - Podniosła rękę, chcąc uprzedzić 
protest, który jednak się nie pojawił.

 - Oboje odrzucacie małżeństwo.
  -   O   tak,   oczywiście   -   potwierdził   Linc   bez   zbytniego 

przekonania. - To jednak jest dziwaczne - dodał po chwili. - 
Nigdy z nikim nie rozmawiałem w ten sposób.

 - Pewnie dlatego, że w ogóle rzadko rozmawiasz o seksie. 

A Trudy właśnie o to chodzi. O seks w wielkim mieście. I 
chce zacząć właśnie od ciebie.

 - Co takiego?!
  -   Prosiłabym,   żebyś   ułatwił   jej   pierwsze   kroki.   Trudy 

tylko   udaje   twardą,   ale   wiem,   że   tak   naprawdę   jest   bardzo 
delikatna. Jeśli będzie chciała cię uwieść, a ty jej się oprzesz, 
to się załamie. Ale jeśli jej pomożesz, to nabierze pewności 
siebie i będzie mogła zacząć samodzielne podboje. Co ty na 
to?

 - Och, Meg. - Linc miętosił nerwowo swoje ręce.
 - Sam nie wiem.
 - Uznam to za gest prawdziwej przyjaźni.
 - Wobec ciebie czy Trudy? - spytał zmieszany.
 - Nas obu.
  -   Minipizze   gotowe.   -   Tom   wkroczył   triumfalnie   do 

salonu.

Meg zerknęła jeszcze na Linca z nadzieją, że skinie głową 

albo da jej znak oczami, że przyjmuje propozycję. On jednak 
tylko patrzył w przestrzeń.

background image

Rozdział dziesiąty
Na   dworze   padał   lekki   śnieg.   Delikatne   płatki   odbijały 

światło okien i ulicznych latarni. Jednak pozbawione zasłon 
okno Trudy było prawie ciemne. Pogasiła prawie wszystkie 
światła,   żeby   ukryć   jakoś   przed   Lincem   swoje 
zdenerwowanie.

Nie przypuszczała, że strój pokojówki będzie tak skąpy. 

Nie podejrzewała też, że będzie aż tak podniecona, kiedy go 
włoży. Być może wystarczyła jej sama świadomość, do czego 
ma   służyć,   żeby   wprawić   się   w   taki   stan.   Jej   czarne, 
koronkowe majteczki były już wilgotne.

Strój   składał   się   ze   skromnej   góry,   przypominającej 

kostium kąpielowy, i minispódniczki. Sprzedawca mówił też, 
że   fiszbiny   u   góry   powiększają   biust   i   Trudy   miała   w   tej 
chwili wrażenie, że w zagłębienie między piersiami mogłaby 
włożyć portfel i jeszcze byłoby miejsce na klucze.

Włożyła   jeszcze   zabawny   fartuszek,   biały,   koronkowy 

czepeczek i takież mankiety. Meg kupiła jej też miotełkę do 
kurzu z piór, a sprzedawca polecał siatkowe pończochy. Ale 
Trudy kupiła je już wcześniej wraz z podwiązkami. Całe życie 
czekała, żeby móc włożyć siatkowe pończochy.

Strój   uzupełniały   czarne   pantofelki.   Takie,   jakie   nosiły 

wyzywające kobiety, o których w jej domu mówiło się rzadko 
i z pogardą. Trudy kupiła je dwa lata temu i ukrywała przez 
cały ten czas w swoim pokoju. Teraz trochę żałowała, że nie 
wypróbowała ich wcześniej. Na wysokich obcasach chodziło 
się zupełnie inaczej niż normalnie.

Meg   doradziła   jej   też,   żeby   kupiła   jakiś   kompakt   ze 

zmysłowym   jazzem.   Taka   muzyka   powinna   odpowiadać 
Lincowi. Wybrała więc coś z saksofonami i klarnetem, co, jak 
jej się zdawało, najlepiej nadawało się na tę okazję.

Pozostawał jeszcze jeden problem. Nie chciała otwierać 

Lincowi drzwi. Wiedziała, że będzie miał ze sobą pudło ze 

background image

stolikiem i krzesłami oraz pizze, i obawiała się, że to wszystko 
może wypaść mu z rąk.

Opracowała   więc   plan.   Otworzyła   zasuwę   i   zostawiła 

tylko łańcuch. Mogła go zdjąć bez robienia większego hałasu. 
Toteż kiedy Linc zadzwoni do drzwi, najpierw sprawdzi, czy 
to   rzeczywiście   on,   usunie   łańcuch   i   wycofa   się   na   z   góry 
upatrzone pozycje. Dopiero wówczas poprosi, żeby wszedł, i 
da   mu   trochę   czasu,   żeby   odstawił   pudło   i   położył   gdzieś 
pizze.

I wtedy wyjdzie zza parawanu. I zobaczy jego minę na 

widok tego stroju.

Nie wiedziała jednak, co potem. Meg uważała, że nie ma 

sensu   o   tym   myśleć.   Linc   z   pewnością   przeżyje   szok,   ale 
potem powinien zachować się jak normalny mężczyzna, a to 
nie będzie wymagać już dalszej inicjatywy Trudy.

Ślepy los zrobił już, co miał zrobić. Tak się złożyło, że 

łóżko   Trudy   znajdowało   się   pod   ręką.   Nie   musi   się   więc 
martwić, czy Linc wpadnie na to, żeby przejść do jej sypialni. 
Odsunęła jeszcze tylko trochę satynową kołdrę, żeby posłanie 
wyglądało   bardziej   zapraszająco,   i   wsunęła   pakiecik 
kondomów   pod   poduszkę.   Dyktafon,   który   włączał   się   na 
dźwięk głosu, leżał pod łóżkiem. Podniecenie Trudy wzrosło 
na   myśl,   że   nagrają   się   wszystkie   odgłosy,   które   będą 
wydawać. Już ona zadba o to, żeby były jak najdziksze.

Jeśli   nie   liczyć   drobnego   preludium   w   toalecie,   miała 

przed   sobą   pierwsze   poważne   doświadczenie   seksualne   w 
Nowym   Jorku.   Ale   nawet   to   traktowała   tylko   jako   dobry 
początek, ponieważ nie sądziła, żeby ten związek przetrwał 
zbyt długo.

Krótkie spojrzenie na zegar przy kuchence uświadomiło 

jej, że do siódmej została zaledwie minuta. Linc, jak przystało 
na maklera, był człowiekiem punktualnym. Dlatego mogła się 

background image

go   za   chwilę   spodziewać.   Z   trudem   przełknęła   ślinę, 
wyobrażając sobie, jak wjeżdża windą i zbliża się do drzwi.

Były dwie minuty po siódmej, kiedy usłyszała dzwonek. 

Ten zegarek się spieszy, pomyślała, przechodząc do dużego 
pokoju.   Wyjrzała   przez   wizjer   i   musiała   zatkać   sobie   usta, 
żeby nie krzyknąć. To był on! Miał na sobie dżinsy, koszulę 
ze stójką i czarną, skórzaną kurtkę. Wyglądał jak James Dean 
w „Buntowniku bez powodu".

Śnieg   stopił   się   na   jego   włosach,   dodając   im   połysku. 

Niesforne kosmyki opadły mu na czoło, a on nie mógł ich 
odgarnąć,   ponieważ   pod   prawą   pachą   trzymał   pudło   ze 
stolikiem, a w lewej ręce pudełka z pizzą.

Trudy   zawahała   się,   myśląc   o   tym,   co   będzie,   jeśli   ją 

odrzuci. Jednak było już za późno. Linc zadzwonił raz jeszcze, 
a ona delikatnie zwolniła łańcuch.

Linc   wciąż   miał   problemy   z   podjęciem   decyzji.   Stał 

właśnie przed drzwiami Trudy, która, jeśli wierzyć Meg, miała 
ochotę na wieczór we dwoje.

W jej wspaniałym łóżku!
Oczywiście powinien się na to zgodzić. Tylko idiota nie 

przyjąłby   podobnej   propozycji.   Niestety,   mógł   być   właśnie 
takim   idiotą.   Siedząc   u   Hennessych,   myślał   wyłącznie   o 
swoim życiu erotycznym i znajomości z Trudy.

Dopiero wtedy uświadomił sobie pewną zasadę, według 

której   zawsze   postępował.   Ponieważ   bał   się   małżeństwa, 
wybierał kobiety chłodne i mało uczuciowe. To pozwalało mu 
zachować bezpieczny dystans.

Jednak  Trudy  była  inna.  Miała  olbrzymi  temperament  i 

wielką ochotę na seks. Nie kryła swoich zamiarów. I chociaż 
wyrzekała się małżeństwa, Linc bał się, że nie zdoła zachować 
do niej dystansu.

Tak, obawiał się jej wybuchowego charakteru i tego, co 

może się jeszcze wydarzyć. Dla Meg wszystko było proste: 

background image

powinien   ulec   Trudy,   sprawić,   że   poczuje   się   pewniej,   i 
usunąć się, gdy będzie gotowa do dalszych podbojów. Tylko 
czy   on   zdoła   się   wówczas   usunąć?   Czy   zdecyduje   się   na 
rozstanie? Linc nie miał pojęcia. Między innymi dlatego, że 
nigdy nie angażował się w związki z osobami pokroju Trudy. 
Być   może   była   ona   jedyną   osobą,   dla   której   gotów   byłby 
przemyśleć swoje uprzedzenia dotyczące małżeństwa.

Ale Linc nie miał na to ochoty. Prowadził wygodne życie i 

chciał, żeby tak było dalej. Nie potrzebował nimfy z Kansas 
wraz z jej książkami i impulsywnym zachowaniem. Bał się, że 
za   bardzo   ją   polubi,   a   ona   rzuci   się   w   ramiona   innego 
nowojorczyka, nawet nie oglądając się za siebie.

Byłoby mu bardzo żal. Sam się zdziwił, kiedy nagle to 

zrozumiał.

Z drugiej strony, nie chciał puścić dziewczyny samopas w 

wielkim   mieście.   Obiecał   Meg,   że   się   nią   zaopiekuje,   i 
zamierzał dotrzymać słowa. Dlaczego żona Toma sądziła, że 
jeśli   oprze   się   Trudy,   źle   to   na   nią   to   podziała?   Może 
wystarczy, że da dziewczynie znać, jak bardzo jej pożąda? To 
będzie   szczera   prawda,   a   jednocześnie   uniknąłby 
niebezpiecznego   związku.   Mógłby   jej   to   powiedzieć   przez 
telefon, wyjaśniając, że nie może przyjść, bo...

No właśnie, co takiego? Co mógłby jej powiedzieć? Że 

nagle dostał grypy? Albo że wezwano go do pracy? A może, 
że ma alergię na ciemną, satynową pościel?

Myśl o tej pościeli sprawiła, że dreszcz przeszedł mu po 

plecach.   Znowu   poczuł,   że   ma   erekcję.   Ostatnio   cały   czas 
chodził z obrzmiałym członkiem, zwłaszcza kiedy Trudy była 
w pobliżu.

Żadna   z   tych   wymówek   mu   się   nie   spodobała. 

Dziewczyna   z   pewnością   domyśliłaby   się,   że   nie   chce   jej 
powiedzieć prawdy.

background image

Trudy   nie   otworzyła   po   pierwszym   dzwonku.   Od   razu 

zrozumiał, że coś się święci, i poczuł dreszcz na całym ciele. 
Kiedy zadzwonił drugi raz, używając do tego celu łokcia lewej 
ręki, odniósł wrażenie, że ktoś się poruszył za drzwiami.

Jakie   piekielne,   erotyczne   gry   szykuje   dla   niego? 

Czekając, przestąpił z nogi na nogę.

 - Wejdź, Linc! Nie skończyłam się jeszcze ubierać.
Już to wystarczyło, żeby wprawić go w stan najwyższej 

ekscytacji. Czy kupiła już sobie parawanik, czy może musi 
przebrać się w swojej dawnej sypialni? I do jakiego stopnia 
jest ubrana czy raczej... rozebrana?

Wyciągnął łokieć, żeby nacisnąć klamkę. Już, już miał to 

zrobić,   kiedy   z   mieszkania   dobiegł   go   pełen   bólu   okrzyk. 
Natychmiast   wypuścił   pudło   ze   stolikiem   i   dzierżąc   pizze 
niczym tarcze, wtargnął do pokoju.

Trudy leżała na łóżku i jęczała, ukazując minispódniczkę i 

czarne, koronkowe majtki, doskonale pasujące do siatkowych 
pończoch. Mimo że nie był to jęk rozkoszy, Linc poczuł, że 
jego   członek   stał   się   jeszcze   większy.   Osiągnął   wręcz 
astronomiczne   rozmiary.   Niedługo   nie   będzie   mężczyzną   z 
prąciem, ale prąciem z doczepionym do niego mężczyzną.

  - Cholerne buty! - mruknęła Trudy i zaczęła masować 

sobie kostkę.

Z   kolei   Linc   westchnął   i   omal   nie   upuścił   pudełek   z 

pizzami. Dziewczyna uniosła stopę do góry i poruszyła nią, a 
on odwrócił wzrok od jej podwiązek.

  - Co, do licha, włożyłaś na siebie? - spytał, zerkając na 

nią jednak co jakiś czas.

Trudy uniosła nieco brodę i wyprostowała czepek, który 

przekrzywił   jej   się   w   czasie   upadku.   Miała   zaróżowione 
policzki, ale mimo to spojrzała mu odważnie w oczy.

 - A jak sądzisz?

background image

Jak   wcielenie   najdzikszych   erotycznych   fantazji, 

pomyślał. Belinda do kwadratu! Linc oddychał coraz szybciej, 
patrząc   na   rowek   między   jej   piersiami,   a   potem   niżej,   na 
frywolny biały fartuszek i uda w siatkowych pończochach. W 
tym stroju Trudy stanowiła prawdziwe wcielenie seksu.

Ale były w tym też akcenty humorystyczne. Linc widział 

teraz,   jak   upadła   na   łóżko.   Na   jednej   nodze   miała   jeszcze 
pantofelek, ale drugi leżał na wykładzinie. Musiała potknąć 
się   o   coś,   nieprzyzwyczajona   do   chodzenia   w   butach   na 
wysokim obcasie.

Linc   poczuł,   że   ślinka   sama   napłynęła   mu   do   ust. 

Przełknął ją, myśląc o tym, że żadnej kobiety nie pragnął tak 
bardzo   jak   Trudy.   Starał   się   teraz   przypomnieć   sobie 
wszystkie argumenty przeciwko związkowi z nią, ale jakoś mu 
się to nie udawało.

Dziewczyna pokiwała smutno głową.
  -   No   dobra,   możesz   się   ze   mnie   śmiać   -   westchnęła 

zrezygnowana. - To miała być niespodzianka. Myślałam, że 
będę  przypominała   Belindę   i  że   będziemy   się  mogli   razem 
zabawić.

 - Rozumiem.
Poczuł gwałtowne pulsowanie w skroniach. Zaczął drżeć z 

pożądania.   Oszukiwał   się   tylko,   myśląc,   że   zdoła   jej   się 
oprzeć. Był teraz marionetką w jej rękach.

Jednak Trudy, o dziwo, nie zdawała sobie z tego sprawy.
  -   Ale   skoro   mi   się   nie   udało,   to   możemy   się   trochę 

odprężyć i zjeść te pizze. Założę się, że wyglądam żałośnie.

 - Wcale nie! - zaprotestował szczerze.
Aż ćmiło mu się przed oczami z pożądania. Trudy leżała 

przed nim w pościeli i wyglądała tak pociągająco, że musiał 
zmobilizować wszystkie siły, żeby się na nią nie rzucić. Czuł 
się   tak,   jakby   był   bohaterem   jakiegoś   filmu   erotycznego   i 
doskonale znał swą rolę.

background image

  -   Jesteś   bardzo   miły,   ale   wiem,   że   się   zbłaźniłam. 

Powinnam   wcześniej   trochę   poćwiczyć   w   tych   piekielnych 
butach. - Położyła się na łóżku, prezentując wypiętą pupę, i 
sięgnęła po pantofelek. - I pomyśleć, że na Broadwayu tańczą 
w czymś takim.

Wstała i pochyliła się, żeby włożyć but.
Linc   zdusił   jęk.   To,   co   zobaczył,   było   najbardziej 

prowokacyjną pozą, jaką mógł sobie wyobrazić. Jednocześnie 
Trudy zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Wydawało 
jej   się,   że   cały   plan   spalił   na   panewce   i   że   nie   ma   już 
najmniejszych szans, żeby go uwieść. On tymczasem z każdą 
chwilą był coraz bardziej podniecony.

 - Możesz położyć pizze na zmywarce w kuchni - rzuciła, 

prostując się. - Jak rozumiem, stolik i krzesła są w dalszym 
ciągu na zewnątrz.

 - Tak. - Linc zupełnie o nich zapomniał. - Zaraz się nimi 

zajmę.

Przeszedł   na   drewnianych   nogach   do   kuchni   i   zostawił 

tam   pizzę.   Poruszał   się   z   trudem,   bo   obrzmiały   członek 
bynajmniej nie ułatwiał mu ruchów.

Kiedy znowu znalazł się w pokoju, zauważył, że Trudy go 

nie posłuchała i sama zaczęła wciągać pudło ze stolikiem do 
środka. Dżentelmen pomógłby jej w takiej sytuacji, ale Linc 
był za bardzo zafascynowany jej biodrami i pupą, doskonale 
widocznymi pod cienkim materiałem.

Erotoman zapewne wykorzystałby tę sytuację i Linc nie 

był   pewny,   czy   za   chwilę   nie   przekroczy   cienkiej   granicy 
między dżentelmenem a erotomanem.

Trudy zamknęła drzwi na zasuwę, a potem obróciła się w 

jego stronę.

  -   Powinniśmy   chyba   rozstawić   ten   stolik,   zanim   pizza 

zupełnie nam wystygnie - rzuciła.

Linc zakaszlał parę razy.

background image

 - Dobrze.
 - Widzę, że z trudem powstrzymujesz śmiech - rzekła ze 

łzami w oczach.

 - Nie, ja tylko...
 - Zapewniam cię, że gdybym zrobiła to, co zamierzałam, i 

wyszła zza parawanu z miotełką z piór, to byłbyś napalony jak 
nie wiem.

  -   Masz   miotełkę   z   piór?   -   zainteresował   się.   Zwykle 

podglądał   Belindę,   kiedy   odkurzała   jakieś  rzeczy   z   małej 
drabinki. A z tego, co mówiła w czasie pieszczot ze służącym, 
wynikało, że korzystali z niej też w zupełnie inny sposób.

  -  Tak.   Myślisz,  że   to  zbyt  ograny   numer?   Mam   ją  za 

parawanem.

 - Ee...
  - Masz rację, to mało oryginalne. Tak jak ten kostium. 

Powinnam   raczej   poszukać   czegoś,   co   noszą   prawdziwe 
pokojówki. To byłoby znacznie bardziej podniecające.

Trudy naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego, jak na 

niego   działa.   Belinda   rzeczywiście   nosiła   nieco   dłuższą 
spódniczkę,   ale   było   to   zdecydowanie   mniej   podniecające. 
Może dlatego udało mu się jakoś przetrwać okres dojrzewania 
bez poważnych konsekwencji.

 - Ten kostium... - zaczął.
  - Tak, wiem - przerwała mu. - Wyglądam w nim tak, 

jakbym   była   prostytutką.   Tak   to   sobie   przynajmniej 
wyobrażam, bo nigdy w życiu nie widziałam prostytutki. A 
ty?

 - Ja widziałem.
 - Bomba! A przy okazji... Wiesz, nie chciałabym zadawać 

ci   niedyskretnych   pytań,   ale   nigdy   nie   znałam   mężczyzny, 
który płaciłby za te rzeczy. Czy może ty...?

Linc pokręcił głową.

background image

  - Nie, nigdy się do tego nie posunąłem. - Bo się bałem, 

dodał w duchu. Sam nie wiem, czego. - I żeby sprawa była 
jasna, ty wcale nie wyglądasz jak prostytutka.

Zamiast się ucieszyć, Trudy wyraźnie posmutniała.
 - Wiem, brakuje mi seksapilu. Szkoda było pieniędzy na 

ten kostium, skoro zupełnie cię nie podnieca.

 - Nie powiedziałem niczego takiego - zaprotestował Linc.
 - Bo jesteś dżentelmenem - westchnęła.
Nie był już tego wcale taki pewny. Zwłaszcza gdy mógł 

zapuścić wzrok w zagłębienie między jej piersiami.

 - Hm - chrząknął raz jeszcze. - Bardzo mi się podoba ten 

kostium. I rzeczywiście przypominasz w nim Belindę.

Spojrzała na niego z nadzieją.
 - Więc myślisz, że coś by z tego mogło wyjść?
 - Hm, ta...ak.
  - Dobry  z ciebie facet. Jakoś  mi  teraz  lżej.  Wiesz co, 

spróbuję potem pochodzić trochę w tych butach i kostiumie. 
Co prawda, nie sądzę, żeby zrobiło to na tobie wrażenie po 
tym   nieszczęsnym   upadku,   ale   ten   strój   kosztował   masę 
pieniędzy. Może uda mi się skorzystać z niego w przyszłości z 
lepszym efektem.

Nie   mógł   sobie   wyobrazić,   jaki   lepszy   efekt   miała   na 

myśli. Chyba że faceta od razu zabiorą do szpitala z zawałem, 
co by go, Linca, nie faceta, wcale nie zmartwiło.

Raz jeszcze chrząknął i wydusił z siebie zduszone „tak, 

oczywiście".

 - Dobrze, rozstaw stolik i krzesła - poleciła Trudy. - A ja 

zobaczę, co z tą pizzą. Chcesz takie samo piwo jak wczoraj?

 - Może być - mruknął;
Znajdował   się   w   wyjątkowo   dziwnej   sytuacji.   Trudy 

chciała   go   uwieść,   ale   po   tym   upadku,   który,   jak   jej   się 
zdawało, ją ośmieszył, porzuciła ten plan. Oczywiście Linc 
pragnął jej teraz bardziej niż kiedykolwiek.

background image

Ale Trudy miała zamiar po prostu zjeść pizzę, więc zdjął 

kurtkę i powiesił ją na klamce. Następnie rozpakował stolik i 
krzesła.

 - Gdzie mam to rozstawić? - rzucił w stronę kuchni.
  -   Myślę,   że   w   kącie   niedaleko   okna   -   powiedziała, 

wychylając się. - Chcesz piwo w szklance czy w butelce?

 - Może być butelka.
Przeciągnął stolik na drugą stronę łóżka. Nigdy wcześniej 

nie jadł kolacji w damskiej sypialni. Odetchnął z ulgą, myśląc 
o tym, że tym razem uda mu się po prostu spożyć posiłek i 
wypić piwo. Niepotrzebnie przejmował się tym spotkaniem, 
na długo zanim tu dotarł.

 - Przyniosłam piwo, proszę pana.
Na dźwięk słów „proszę pana" poczuł, jak ciarki przeszły 

mu po plecach. Pomyślał, że Trudy po prostu się wygłupia. 
Zerknął na nią i omal nie padł trupem.

W rękach trzymała dwa talerze z pizzą, nie mogłaby więc 

jeszcze przynieść piwa. Jednak dziewczyna włożyła butelkę w 
stanik,   między   piersi.   Materiał,   który   był   napięty   już 
wcześniej,   wyglądał   tak,   jakby   lada   chwila   miał   puścić, 
odsłaniając jej nagi biust.

Trudy zatrzepotała rzęsami niczym wcielenie niewinności, 

a w zielonych oczach pojawiły się iskierki, jakby zapraszała 
go do wspólnej zabawy.

  -   Zapraszam   pana   na   kolację   -   rzekła   zmysłowo.   - 

Obawiam się tylko, że piwo może być trochę ciepłe. W tej 
chwili jednak jest cudownie chłodne.

Linc poczuł, że zaschło mu w gardle.
 - To prawda, że zawaliłam na początku, ale może uda się 

uratować resztę wieczoru.

Linc  zaczął  drżeć  z podniecenia. A  więc jednak  będzie 

próbowała go uwieść. Doskonale wiedział, że nie będzie z tym 
miała problemów.

background image

 - Co mam robić? - spytał jeszcze nieco ochryple.
  -   Może   zechce   pan,   żebym   pana   nakarmiła   - 

zaproponowała, uśmiechając się do niego figlarnie.

 - Do...obrze.
Złapała   go   za   koszulę   ze   stójką   i   posadziła   na   krześle. 

Sama natomiast usiadła na stoliku i rozsunęła nogi, między 
którymi postawiła talerz z pizzą. Linc nie mógł oderwać oczu 
od pizzy i... tego, co znajdowało się nieco dalej. Czuł kobiecy 
zapach Trudy. Pomyślał, że nigdy w życiu nie zapomni pizzy 
garnirowanej   koronkowymi   majteczkami   i   udami   w 
siatkowych pończochach.

 - Zaczynamy, proszę pana.
Zamknął   oczy,   żałując   że   włożył   ciasne   dżinsy.   Trudy 

pochyliła się w jego stronę.

 - Może najpierw piwa?
 - Tak, poproszę.
Niewiele myśląc, sięgnął po piwo. Jego dłoń niemal otarła 

się o krągłą pierś. Wyjmując butelkę, zsunął materiał z lewego 
sutka dziewczyny. Niemal jęknął, widząc, że jest sterczący i 
zapewne twardy jak kamyk.

  - Ojej, co pan zrobił. - Trudy udawała zmieszanie tak 

udatnie, że niemal w nie uwierzył.

  -   Och,   przepraszam   -   szepnął   i   wyciągnął   dłoń,   żeby 

poprawić jej sukienkę. Jednak Trudy umknęła mu, ocierając 
się koniuszkiem piersi o jego dłoń.

Aż syknął z podniecenia.
Przez   moment   chciał   się   na   nią   rzucić,   ale   zdołał   się 

opanować. Postanowił grać najdłużej, jak tylko mu się  uda, 
zimnego i opanowanego właściciela domu, dla którego seks ze 
służącą jest czymś zupełnie naturalnym.

Wypił pierwsze łyki piwa.
 - Smakuje panu? - spytała niepewnie.

background image

 - Może być - powiedział po raz nie wiadomo który tego 

wieczoru. - Trochę za zimne.

Dziewczyna   pochyliła   się   w   jego   stronę,   prezentując 

wspaniały biust.

 - Proszę bardzo.
Wstawił butelkę, dbając o to, żeby odsłonić teraz prawy 

koniuszek.   Piwo   wyglądało   tam   jak   wielki   fallus   i 
przywodziło mu na myśl rzeczy, których nigdy nie próbował.

  -   Może   teraz   pizzy?   -   usłyszał   znowu   zmysłowy   głos 

Trudy.

Wzięła   kawałek   pizzy,   obficie   polany   ketchupem   i 

wyciągnęła w jego stronę. Jego umysł pełen był erotycznych 
obrazów. Jedzenie zupełnie go nie interesowało. W tej chwili 
chciał czegoś zupełnie innego.

Pochylił się i dotknął językiem kawałka pizzy, a potem 

spojrzał jej w oczy.

 - Wołałbym, żeby był gorący.
Zwilżyła wargi i zaczęła szybciej oddychać.
 - A nie jest?
 - Nie. Możesz go odłożyć.
Kiedy   to   zrobiła,   wziął   jej   dłoń   i   zlizał   ketchup   z   jej 

palców, a następnie sięgnął po butelkę. Czuł, że Trudy jest 
coraz bardziej podniecona.

 - Możesz zabrać talerz.
 - Jak pan uważa.
Odstawiła go na parapet, ale nie ruszyła się z miejsca.
Linc wypił trochę piwa, udając obojętność. Nawet
nie przypuszczał, jak podniecająca może być taka gra.
  - Czy mógłbym spróbować czegoś innego, Trudy? - Po 

raz   pierwszy   użył   jej   imienia.   Dziewczyna   natychmiast 
zrozumiała,   co   to   znaczy,   i   aż   oczy   jej   się   zamgliły   z 
podniecenia.

 - A na co miałby pan... ochotę?

background image

Potarł   butelką   jej   sutki   i   zauważył,   że   jeszcze   bardziej 

stwardniały i stały się ciemniejsze.

  - Chcę czegoś... gorącego, moja droga. Wiesz, że jako 

służąca powinnaś spełniać moje polecenia.

 - Tak, oczywiście.
 - Proszę pana.
 - Proszę pana - dodała zaraz. - Na co ma pan ochotę?
 - Podnieś fartuszek.
Początkowo   widział,   że   chce   zaprotestować,   ale   potem 

skinęła pokornie głową i podniosła ubranie, ukazując czarny 
trójkąt majteczek.

Linc wskazał je butelką.
 - Zdejmij.
 - Ależ, proszę pana, będę wtedy naga.
Skinął głową, patrząc głodnym wzrokiem na ten trójkąt. 

Kiedy   pochyliła   się,   zdejmując   majtki,   jeszcze   nad   sobą 
panował. W końcu jednak odsunął krzesło i pomógł jej się 
rozbierać. Oboje drżeli z pożądania. A to, co na niego czekało, 
było wilgotne i bardzo, bardzo gorące.

background image

Rozdział jedenasty
Oboje byli rozpaleni. Trudy miała coraz większe problemy 

z oddychaniem. Linc oparł ją o stolik i pochylił się jeszcze 
bardziej.   Dziewczyna   gryzła   wargi,   czując,   że   ani   seks   na 
tylnym siedzeniu samochodu, ani nawet seks w altance nie 
przygotował jej na to, co za chwilę miało nastąpić.

Odruchowo   rozsunęła   uda,   czując   między   nimi   jego 

policzki.  A   potem  Linc  wysunął   język,  a   ona  omal   się   nie 
przewróciła.   Złapała   tylko   stolik,   myśląc,   że   oto   znalazła 
mężczyznę, który zna się na rzeczy.

I   rzeczywiście,   wystarczyło  parę  ruchów   jego   języka,  a 

ona   niemal   doświadczyła   orgazmu.   Otworzyła   usta,   dysząc 
ciężko. Linc pieścił ją coraz mocniej, z wyraźną wprawą, ale 
też przyjemnością. Jęki i zmysłowe westchnienia dziewczyny 
mieszały się z zawodzeniem saksofonu i kwileniem klarnetów.

Trudy jeszcze mocniej rozszerzyła uda. Chciała poczuć go 

jak   najlepiej   i   najmocniej.   Linc   się   jednak   nie  spieszył. 
Dawkował   jej   rozkosz,   starając   się   coraz   bardziej   nasilać 
bodźce.

Kolejny   dreszcz   rozkoszy   przeszył   jej   ciało,   a   potem... 

ucichł.   Nigdy   wcześniej   nie   była   tak   długo   na   krawędzi. 
Rozkosz rozchodziła się wolno po jej ciele i narastała.

 - Chcę orgazmu - szepnęła błagalnie. - Już! Teraz!
 - Proszę pana - dorzucił z błyskiem w oku. Widać jednak 

było, że sam jest bardzo podniecony.

  - Tak, proszę pana - powtórzyła posłusznie, czując, że 

same   te   słowa   niemal   doprowadziły   ją   do   szczytowania.   - 
Niech pan mnie weźmie najlepiej, jak pan potrafi.

To wystarczyło. Linc poczuł falę gorąca, która przetoczyła 

się   przez   jego   ciało.   Już   chciał   dać   nurka   między   uda 
dziewczyny, ale jeszcze się powstrzymał.

 - Co mam zrobić?
 - Chciałabym...

background image

 - Powinnaś powiedzieć, że mogę robić, co chcę - pouczył 

surowo.

  - Tak, niech pan robi, co chce - wyrzuciła z siebie, a 

następnie złapała haust powietrza.

Jej piersi uniosły się prowokacyjnie.
 - Tak jest lepiej.
Pochylił się, gotowy zaspokoić wszystkie jej pragnienia. 

Kolejne pieszczoty języka były coraz silniejsze. Jej  drżenie 
zaczęło   narastać.   Trudy   jęczała   coraz   mocniej   wraz   z 
nasilaniem   się   miarowej   pieszczoty   i   wkrótce   przeżyła 
najbardziej spektakularny orgazm w swoim życiu.

Cała drżąca opadła na stolik. Poczuła, jak Linc pochyla się 

nad nią. Pieścił przez moment jej odsłonięte piersi i szyję, a 
potem poczuła, jak łapie ją wpół.

  - Przenosimy się na łóżko - zadysponował, - Nie wiem, 

czy ten stolik wytrzyma kolejne ekscesy.

Chwyciła go za szyję i po chwili poczuła miękką pościel 

pod sobą, a silne ciało Linca tuż nad sobą. Chciała przycisnąć 
go jeszcze mocniej, ale on odsunął się od niej niepewnie.

 - Masz jakieś zabezpieczenie? A może bierzesz pigułki? - 

spytał.

  -   Mam   prezerwatywy...   proszę   pana   -   szepnęła.   To 

właśnie był seks w wielkim mieście. Na to czekała.

 - Gdzie?
 - Pod poduszką... proszę pana.
 - Wiesz, że jesteś bardzo zuchwała. - Odsunął się od niej i 

spojrzał gniewnie. - Powinienem ci dać lanie na goły tyłek. 
Ale najpierw sam się rozbiorę.

Trudy nie chciała na to pozwolić. Od wczoraj myślała o 

tym, jak przyjemnie byłoby go rozbierać.

 - Bardzo proszę, chciałabym pana sama rozebrać - rzuciła 

błagalnie.

background image

Spojrzał na nią groźnie, a jednocześnie wybrzuszenie na 

jego dżinsach powiększyło się trochę.

  -   Jeśli   coś   zrobisz   źle,   zbiję   cię   jeszcze   mocniej  - 

zapowiedział surowo.

Aż zadrżała z podniecenia. Linc wspaniale wszedł w rolę, 

którą dla niego przygotowała. Atmosfera gęstniała z sekundy 
na sekundę.

 - Oczywiście, proszę pana.
 - Dobrze.
Linc zszedł z łóżka i stanął tuż obok. Trudy usiadła na 

pościeli, spuszczając nogi w dół. Cieszyło ją to, że nie dosięga 
stopami podłogi. Miała wrażenie, jakby łóżko zamieniło się w 
wielki statek, który miał ją zabrać w długą erotyczną podróż.

 - Możesz zacząć od koszuli - dodał, stojąc sztywno.
Tak,   jak   prawdziwy   pan,   który   czeka,   aż   go   rozbiorą, 

pomyślała.

 - Tak, proszę pana. - Wyciągnęła ręce i rozpięła pierwszy 

guzik od dołu. Kiedy posuwała się wyżej, Linc musiał się do 
niej zbliżać. Czuła go coraz mocniej między swymi nogami.

 - Za wolno - rzucił Linc.
Poczuła,   że   drży,   ale   ona   też   miała   problemy   z 

rozpinaniem.   Ręce   zaczęły   jej   się   trząść   i   z   trudem   łapała 
oddech.

 - Staram się, proszę pana.
W końcu dotarła do końca i wyciągnęła koszulę z jego 

dżinsów.   Przez   chwilę   podziwiała   jego   umięśnioną   pierś   i 
płaski   brzuch,   a   potem   pochyliła   się,   biorąc   w   zęby   jego 
obwiedziony ciemnymi włosami sutek.

  -   Przecież   nie   pozwoliłem   ci   tego   zrobić   -   rzekł 

gardłowym głosem.

 - Nie, proszę pana. - Zaczęła przesuwać językiem po jego 

piersi, czując jak Linc się pręży i zaczyna ciężej oddychać.

 - Pamiętaj, że czeka cię kara.

background image

 - Tak, proszę pana.
  -   Surowa   kara.   Chyba  że   poradzisz   sobie   lepiej   z 

dżinsami.

Kiedy na nie spojrzała, przyszło jej do głowy, że trudno 

będzie   je   zdjąć.   W   ciągu   ostatnich   paru   minut   zrobiły   się 
zdecydowanie za ciasne.

Jednak   Trudy   zabrała   się   do   dzieła   z   takim   zapałem   i 

ciągnęła   tak   mocno,   że   w   końcu   udało   się   je   ściągnąć   do 
kolan. Linc zdjął nogami swoje buty i czekał na to, co miało 
nastąpić.

Zawahała się. Pamiętała kształt i rozmiar jego członka, ale 

teraz   miała   ochotę   jeszcze   to   sprawdzić.   Przełknęła   ślinę, 
patrząc na jego bokserki.

 - Za wolno - rzucił raz jeszcze Linc i sam zdjął dżinsy. - 

Musisz się bardziej starać, moja droga.

Moja   droga!   Nie   każdy   mężczyzna   wiedziałby,   jak 

rozegrać tę grę. Ale nie Linc! On był w tym coraz lepszy. Stał 
przed nią prawie nagi, ale udawał, że wcale nie robi to na nim 
wrażenia.

Sięgnęła do jego bokserek, ale on surowo pokręcił głową.
 - Sam skończę.
Po   chwili   nie   miał   już   na   sobie   ani   skarpetek,   ani 

bokserek. Stał przed nią nagi ze wspaniałym ptakiem, który 
mimo wielkości niemal wzlatywał do nieba. Patrzyła na niego, 
nie kryjąc podziwu. Wczoraj nie widziała jego członka w całej 
pełni. Teraz mogła mu się przyjrzeć do woli.

Linc zrobił krok w jej stronę.
  - A teraz co do twojej kary - zaczął. - Doszedłem do 

wniosku,   że   nie   muszę   cię   bić.   Mógłbym   się   przy   tym 
zmęczyć, wiesz...

  -   Więc   jak...   mnie   pan   ukarze?   -   Przełknęła   ślinę   i 

spojrzała na niego głodnymi oczami.

background image

Mimo   nagości   Linc   nadal   zachowywał   się   niczym 

arystokrata.

 - Masz robić, co ci każę, i o nic nie pytać.
 - Tak, proszę pana. - Spuściła oczy. W ten sposób mogła 

lepiej   widzieć   jego   członek,   którego   rozmiary   zwiastowały 
prawdziwą rozkosz.

 - Zdejmij buty.
Zrobiła to z prawdziwą przyjemnością, myśląc, że minie 

sporo czasu, zanim przyzwyczai się do obcasów.

 - A teraz klęknij na łóżku, twarzą do mnie - wydał kolejne 

polecenie.

Kiedy to zrobiła, uświadomiła sobie, że jej piersi znajdują 

się   dokładnie   na   wysokości   jego   twarzy.   Pewnie   o   to   mu 
chodziło,   ponieważ   Linc   wziął   ze   stolika   butelkę   i   wylał 
trochę   piwa   na   prawą   dłoń,   a   następnie   zaczął   wcierać 
pachnący trunek w jej piersi. Najpierw jedną, a potem drugą. 
Trudy do tej pory nie zdawała sobie sprawy z erotycznych 
możliwości piwa.

 - A teraz je wyliżę - powiedział.
Przełknęła   ślinę.   Czy   uda   jej   się   wytrzymać   i   nie 

przyciągnąć go do siebie?

Zaczął   lizać   jej   piersi,   starannie   unikając   koniuszków. 

Najpierw prawą, a potem lewą. Trudy wypięła pierś i jęknęła, 
ale bez rezultatu.

Zaśmiał się gardłowo.
 - Jeszcze nie, moja droga.
Musiała zrobić bardzo nieszczęśliwą minę, gdyż właśnie 

w tym momencie poczuła język Linca na całej piersi.

 - Teraz - szepnął.
O   dziwo,   coś   w   rodzaju   orgazmu   szarpnęło   jej  ciałem. 

Pieszczota była niespodziewana i... bardzo podniecająca. Co 
też jeszcze zamierza z nią zrobić?

background image

Linc zacisnął wargi wokół jej sutka i zaczął ssać. Coraz 

mocniej. Trudy czuła, jak kolejne fale rozkoszy przelewają się 
przez   jej  ciało.   Kępka  włosów   między   jej  nogami   była  już 
niemal zupełnie mokra. Zaczęła dyszeć i sięgnęła tam dłonią, 
doprowadzając się niemal od razu do szczytu.

 - Sama nie możesz - upomniał ją surowo.
Nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma słodką udrękę 

pieszczot.   Pragnęła   go   coraz   bardziej.   Dłonie   dziewczyny 
bezwiednie przesuwały się w stronę jej kobiecości lub jego 
męskości.

Linc pokręcił głową.
 - Wobec tego masz się trzymać słupa. - Wskazał jeden z 

czterech.

Posłusznie   chwyciła   słup,   wyobrażając   sobie,   że   jest   to 

wielki   penis   Linca.   Wypięła   jednocześnie   prowokacyjnie 
pupę, ale on zaczął pieścić od tyłu jej piersi.

  -   Jesteś   niewiarygodna   -   wyrwało   mu   się   w   pewnej 

chwili, ale zaraz powrócił do roli: - Masz tak stać, dopóki z 
tobą nie skończę, zrozumiano?

  - Taaak - jęknęła, przedłużając samogłoskę, bo właśnie 

zaczął drażnić kciukiem koniuszek jej piersi.

 - Tak, proszę pana.
 - Tak, proszę pana - powtórzyła słabym głosem.
 - I zrobię z tobą, co będę chciał.
 - Tak, proszę pana.
Niemal   jęknęła,   czując   jego   dłonie   na   wnętrzach   ud. 

Zaczął   zsuwać   z   nich   siatkowe   pończochy,   które   i   tak 
pozjeżdżały już niżej. 

Zadarł   do   góry   jej   krótką   spódniczkę,   podziwiając   tył. 

Trudy wiedziała, że nie może puścić słupa, ale zaczęła coraz 
mocniej   kręcić   pupą.   Aż   krzyknęła,   kiedy   poczuła   na   niej 
nagle jego członek. To było niesamowite doświadczenie. Już 

background image

myślała, że Linc zagłębi się w niej, ale on wycofał się, chociaż 
zapewne wiele go to kosztowało.

Poklepał ją po pupie.
 - A teraz na czworaka. Tyłem do mnie.
Z   drżeniem   puściła   słup   i   oparła   się   dłońmi   o   miękką 

pościel. Ustawiła się od razu z rozwartymi udami, ale Linc 
kazał je zacisnąć.

Był tak apodyktyczny! Tak męski!
 - Teraz wypnij pupę - rozkazał jej.
Nie zniosłaby, gdyby któryś z chłopaków z Virtue mówił 

do niej takim tonem. Jednak z Lincem było zupełnie inaczej. 
Stanowił on ucieleśnienie wszystkich snów o wielkim mieście 
i tym, co ją tam czeka.

Linc sięgnął pod poduszkę.
  -   Aż   dziesięć   -   rzekł   z   uznaniem.   -   No,   muszę   cię 

pochwalić.

Usłyszała dźwięk rozdzieranego papieru, a potem szelest 

lateksu. Chciała znowu rozsunąć nogi, ale Linc ponownie tego 
zabronił. Po chwili poczuła jego członek. Linc przesunął nim 
w górę i w dół, a ona odruchowo rozsunęła nogi najszerzej, 
jak tylko mogła.

Tym razem nie miał o to pretensji. Poruszał się w niej 

wolno, ale kiedy znowu zaczęła poruszać pupą, przyspieszył. 
Słyszała  tylko   jego  oddech,  a   potem  oboje   zaczęli   jęczeć   i 
krzyczeć   z   rozkoszy.   Ona   miauczała   jak  kotka.   Przyszedł 
pierwszy orgazm, a potem nagle, nie wychodząc z niej, był 
gotowy do następnego.

Trudy   nigdy   nie   kochała   się   tak   wspaniale.   Dzięki 

Lincowi   pofrunęła   do   gwiazd   i   z   powrotem.   Przeżyła   coś, 
czego nigdy nie udało jej się przeżyć z chłopakami z Virtue. 
Nie   orgazm,   ale   kilka   orgazmów   rozłożonych   w   czasie 
najlepiej jak to było można.

background image

Linc   stał   oparty   o   łóżko   i   dyszał,   starając   się   dojść   do 

siebie. Nigdy jeszcze się tak nie kochał, chociaż zawsze miał 
na to ochotę. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak ubogie było 
jego życie seksualne. Jak wiele w nim brakowało.

Odsunął się od Trudy, chcąc jej dać chwilę odpoczynku. 

Za   nic   jednak   nie   pozwoliłby   zakończyć   gry.   Teraz,   kiedy 
zaczął, nie miał siły przerwać.

 - Zaraz... zaraz wracam.
Nogi miał jak z waty, ale mimo to udało mu się przejść 

obok kuchni i dotrzeć do łazienki. Jego kondom był pełny. To 
cud,   że   nie   pękł.   Trudy   musiała   wybrać   dobry   gatunek. 
Wyrzucił   go,   spuścił   wodę   i   umył   ręce.   A   potem   chwycił 
brzeg umywalki, myśląc o tym, co też najlepszego zrobił.

Wystarczyły dwa dni, żeby Trudy owinęła go sobie wokół 

palca.  Miał  niby   wyświadczyć jej  przysługę,  a  czuł  się  jak 
małe   dziecko,   które   czeka   na   bożonarodzeniowy   prezent. 
Odgrywał   rolę   pana,   a   tak   naprawdę   stał   się   jej   pokornym 
służącym, który czeka na każde skinienie swej pani.

Gdyby   jeszcze   w   piątek   ktoś   mu   powiedział,   że 

uprawianie seksu będzie go tak podniecać, roześmiałby mu się 
w twarz. Miał poukładane życie i seks pełnił w nim istotną, ale 
drugorzędną rolę.

Teraz   to   wszystko   wywróciło   się   na   opak.   Sam   nie 

wiedział, co jest dla niego najważniejsze. Jakaś siła pchała go 
do   pokoju   obok,   gdzie   czekała   Trudy.   To   niebezpieczne, 
pomyślał. Ktoś, kto chce spędzać tyle czasu w łóżku z jakąś 
kobietą, może zaangażować się w poważny związek.

Najlepiej zrobi, jeśli się teraz ubierze i pojedzie do domu. 

To pozwoli mu nabrać trochę dystansu do tego, co się stało. 
Może   zrozumie   wtedy,   że   Trudy   nie   jest   taka   znowu 
wyjątkowa   i   że   to   głupie   wciąż   jej   pożądać.   A   o   tym,   że 
pożądał, świadczył jego nabrzmiały członek, który stał niczym 
żołnierz gotowy do dalszych akcji dywersyjnych.

background image

 - Nic z tego, stary - powiedział, grożąc mu palcem. Jego 

penis na pewno uśmiechnąłby się na te słowa,  gdyby tylko 
umiał się uśmiechać.  A może nawet wybuchnąłby głośnym 
śmiechem. Jednak teraz podniósł się tylko wyżej niczym ptak, 
który zrywa się do lotu.

Linc   westchnął,   widząc   niesubordynację   narządu,   który 

przecież był jego częścią. Niestety, prawda przedstawiała się 
tak, że wciąż pragnął Trudy. Chciał poczuć jej ciało i jeszcze 
raz móc w nią wejść, a potem jeszcze raz i jeszcze...

Westchnął głośno i skierował się w stronę dużego pokoju. 

Trudy   nie   było   na   łóżku.   Przez   chwilę   przyglądał   się   mu, 
myśląc, że może zapodziała się gdzieś w pościeli, a potem 
rozejrzał się po całym pomieszczeniu.

 - Trudy!
Zajrzał do kuchni i pokoju obok, ale tam też jej nie było.
 - Trudy, gdzie jesteś?! - zawołał głośniej.
 - Przebieram się.
Jej głos dobiegał zza parawanu. W chwilę później na jego 

brzegu   pojawiła   się   rzucona   wprawną   ręką   siatkowa 
pończocha. Po chwili dołączyła do niej druga.

Linc   chrząknął   zakłopotany,   przypominając   sobie 

zdarzenia sprzed paru minut. Pomyślał, że jest teraz naga za 
parawanem, i ślinka napłynęła mu do ust. O, jakże chętnie by 
na   nią   teraz   zerknął,   choćby   przez   szpary   w   parawanie. 
Niczym   mały   chłopiec,   który   podgląda   siostrzyczkę   w 
toalecie.

 - W co się przebierasz? - wydobył z siebie w końcu głos.
 - Nieważne - odparła.
O nie, to było bardzo ważne. Wiedział o tym nie tylko on, 

ale i jego członek.

Obok pończoch pojawiły się podwiązki.
 - Linc...
 - Tak, słucham? - Cały drżał z emocji.

background image

 - Chyba powinieneś już iść.
Iść? Do swego samotnego mieszkania? Za nic w świecie!
 - Czy uważasz, że przesadziłem...?
 - O, nie! Byłeś cudowny! Przeżyliśmy wspaniałe chwile.
  -   Więc   dlaczego...?   -   Chciał   powiedzieć   „mnie 

wyrzucasz", ale nie dokończył zdania.

  - Wiesz, nie chciałabym od razu wyczerpać wszystkich 

możliwości.

Cała Trudy! On trzęsie się z podniecenia, a ona opowiada 

mu o jakiejś tajemnicy! Jednak tak naprawdę nie mógł się na 
nią   gniewać.   Przecież   jeszcze   przed   chwilą   myślał   o   tym 
samym.   Może   jak   się   przebierze   i   przestanie   przypominać 
Belindę, będzie mu trochę łatwiej się z nią rozstać?

Mógłby się z nią kochać do białego rana, a jeszcze nie 

miałby   dość.   Było   to   raczej   dziwne,   zważywszy,   że   gdy 
poszedł do łóżka z poprzednią partnerką, to zasnął nie po, ale 
przed stosunkiem. Przy Trudy chyba nigdy nie udałoby mu się 
zasnąć. Pomyślał z niechęcią o swoim nudnym, luksusowym 
mieszkaniu i podszedł do łóżka, żeby zebrać swoje ubrania.

  - Dobrze - mruknął. - Powinniśmy się trochę przespać. 

Jutro przecież jest dzień pracy.

Wcale się tym nie przejmował. Pomyślał jednak o tym, że 

Trudy powinna być wyspana i przytomna swojego pierwszego 
dnia w pracy.

  -   Będziesz   o   mnie   jutro   myślał?   -   spytała.   Przez   cały 

dzień, zapewnił w duchu.

  - Pewnie tak - rzekł zdawkowym tonem. - Przecież nie 

zawsze   zdarza   mi   się   kochać   ze   służącą.   Prawdę   mówiąc, 
nigdy tego nie robiłem.

 - Na pewno?
Linc   uśmiechnął   się   i   zaczął   wkładać   bokserki.   Trudy 

miała   przesadne   wyobrażenia   o   jego   życiu   erotycznym.   A 

background image

może wydawało jej się, że wszyscy w Nowym Jorku pieprzą 
się jak króliki? Że na tym właśnie polega wielkomiejski styl?

 - Naprawdę, z nikim nie było mi tak dobrze jak z tobą - 

powiedział wiedziony impulsem.

Na   drugi   raz   musi   bardziej   uważać,   żeby   tak   się   nie 

odsłaniać.

  -   Jak   zwykle   starasz   się   być   szarmancki   -   próbowała 

żartować, ale wyczuł ciepło w jej głosie. - Dziękuję.

  -   To   raczej   ja   powinienem   podziękować.   Słowo 

„podziękować" nie wyrażało do końca jego uczuć. Linc był jej 
dozgonnie   wdzięczny,   że   wprowadziła   go   w   swój   świat 
erotycznych   fantazji.   Było   to   najwspanialsze   doświadczenie 
jego dorosłego życia. Dałby wiele, żeby móc to raz jeszcze 
przeżyć.

 - Więc chciałbyś jeszcze raz... kiedyś..? Dobry Boże, i to 

jak najszybciej!

 - Może...
 - Kiedy?
Choćby teraz, odparł w duchu. Mogę się do ciebie wybrać 

za ten parawan.

  -   Kiedy   tylko   będziesz   miała   ochotę   -   odpowiedział 

uprzejmie.

 - Jutro wieczorem? - spytała z nadzieją. Tak!!! krzyczał w 

duchu.

 - Wydaje mi się, że jestem wolny - rzekł z namysłem. - 

Powiedzmy, że jesteśmy umówieni. Gdyby coś się działo, to 
dam ci znać.

  -  Świetnie.   Przyjdziesz   o   siódmej?   Oczywiście,   jeśli 

będziesz mógł - zastrzegła zaraz.

Nie   chciało   mu   się   wierzyć,   że   umawiają   się   z   takim 

brakiem   zaangażowania.   Jakby   oboje   się   czegoś   bali.   On 
doskonale wiedział, o co mu chodzi. Ale Trudy... No cóż, to 
jej pierwsze podboje w Nowym Jorku. Pewnie uznała, że musi 

background image

być ostrożna. Albo że taki  właśnie ton obowiązuje przy tego 
rodzaju rozmowach...

 - Tak, siódma będzie dobra.
 - Cieszę się. I Linc... chciałam ci podziękować za to, że 

się mną zająłeś.

 - Nie ma za co.
  - Wiesz, nie byłam pewna, czy będziesz miał ochotę na 

seks przy odsłoniętych oknach. Nie zdążyłam jeszcze kupić 
zasłonek...   Ale   to   oczywiście   nie   mogło   odstraszyć   tak 
obytego faceta jak ty.

Linc   wybałuszył   oczy,   patrząc   w   stronę   ciemnych 

prostokątów okien. Zupełnie o tym zapomniał!

  - Tak, nie mogło - bąknął. - Zresztą przy tych świecach 

niewiele pewnie było widać.

 - Pewnie niewiele - potwierdziła.
Jednak po pierwszym szoku myśl o tym, że ktoś mógłby 

ich widzieć, nie wydała mu się już tak przykra. Czyżby, dzięki 
Trudy,   odkrył   w   sobie   coś   z   ekshibicjonisty?   Gdyby   był 
mądrzejszy, zakończyłby ten związek, zanim odkryje kolejne 
dziwne rzeczy.

  -   Nie   musisz   kupować   zasłonek   -   dorzucił.   -   Będę   o 

siódmej.

 - Na pewno? Nic ci nie wypadnie?
 - Nie, nic - odparł z niezmąconą pewnością.

background image

Rozdział dwunasty
W poniedziałek Meg przez cały ranek zastanawiała się, 

jak też poszło przyjaciółce. Zastanawiała się nawet, czy nie 
zadzwonić, ale Trudy musiała być bardzo zajęta pierwszego 
dnia   pracy   w   Babcock   and   Trimball   i   Meg   nie   chciała   jej 
przeszkadzać. Cała się jednak gotowała, żeby dowiedzieć się 
czegoś o przystojnym Faulknerze.

Postanowiła doczekać do lunchu i zabrać Trudy do małego 

baru, unikanego przez innych pracowników firmy, gdyż ich 
zdaniem serwował on posiłki dla „chłopa od kosy". Być może, 
ale tłuczone ziemniaki i tłusty sos do mięsa przypominały jej 
rodzinne   Virtue.   A   poza   tym   będą   tam   mogły   spokojnie 
porozmawiać.

W końcu udało się. Meg odebrała przyjaciółkę wprost z 

biura   i   wyciągnęła   na   zaśnieżoną   ulicę.   Już   na   wstępie 
ucieszyło   ją   to,   że   Trudy   miała   na   sobie   skórzany   płaszcz 
Linca, a nie starą kurtkę, jak przy zakupach. Gdyby to od niej 
zależało, byłaby to pierwsza z ich wspólnych rzeczy.

Do baru przeszły pieszo, a następnie Meg wpuściła Trudy 

do środka.

 - Wiem, że to niezbyt modne miejsce - powiedziała, kiedy 

zasiadły przy pokrytym ceratą stoliku w jednej z lóż. - Ale za 
to można tu spokojnie porozmawiać. A ja chcę się dowiedzieć 
wszystkiego o wczorajszym wieczorze!

 - Myślisz, że nie przyjdzie tu nikt z mojej pracy? Czyżby 

ktoś się tutaj zatruł?

Meg pokręciła głową.
 - Nie, ale wszyscy uważają to jedzenie za zbyt wiejskie. - 

Podsunęła   jej   wydrukowane   na   jednej   kartce   i   zafoliowane 
menu. - Zajrzyj do karty, to tak jakbyś się znowu znalazła w 
domu.

Trudy zaczęła przeglądać listę potraw, a potem parsknęła 

śmiechem.

background image

 - Masz rację, dania te same co u Hansona. Nawet pachnie 

tu tak samo, mocną kawą i smażoną cebulą.

  -   Wskazała   jedną   z   potraw.   -   Klopsiki   w   sosie 

chrzanowym. Myślałam, że jak tu przyjadę, to już nie będę 
miała ochoty na klopsiki.

  -   Wcale   nie   musisz.   Pieczony   indyk   też   jest   dobry. 

Posłuchaj, jak ci poszło z Lincem?

 - Dzień dobry, czym mogę służyć? - spytała kelnerka, na 

którą Meg nawet nie zwróciła uwagi.

  -   Poproszę   klopsiki   w   sosie   chrzanowym   i   kawę  - 

powiedziała Trudy.

Meg z przyjemnością stwierdziła, że przyjaciółka wygląda 

na   zadowoloną   z   życia.   Wszystko   więc   musiało   być   w 
porządku. Jednak teraz potrzebowała szczegółów.

 - A dla pani? - kelnerka spojrzała na Meg.
 - To samo, tylko proszę o ziołową herbatę zamiast kawy - 

rzuciła szybko. - No, gadaj - zwróciła się do Trudy, kiedy 
tylko kelnerka zniknęła na zapleczu. - Spodobał mu się strój 
służącej?

Trudy położyła dłonie na ceracie i skinęła głową.
 - Mhm.
  -  Świetnie,   opowiedz   mi   wszystko   -   ściszyła   głos, 

ponieważ   nie   chciała   zgorszyć   siedzącego   obok,   starszego 
małżeństwa.

Trudy zaczęła mówić, zaczynając od gafy, a kończąc na 

wspaniałym  stosunku,   jaki   w   końcu   odbyli.   Opowiadała   ze 
smakiem i wieloma szczegółami, tak że sama Meg poczuła się 
w końcu podniecona.

 - I coś? Został na noc? Trudy potrząsnęła głową.
  -   Wcale   tego   nie   chciałam   -   westchnęła.   -   Byłam 

naprawdę zadowolona, kiedy wyszedł do łazienki i mogłam... 
- Wciągnęła powietrze nosem. - Mm, co za zapach!

background image

Kelnerka postawiła przed nimi niemal pływające w sosie 

klopsiki.

 - Proszę uważać, są bardzo gorące - ostrzegła.
  -   Dobrze   -   odparła   Trudy   i   nie   wiedzieć   czemu   się 

zaczerwieniła.

Meg miała na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie pytać o 

powód. Wiedziała, że nie musi znać wszystkich szczegółów. 
To właśnie one tworzyły niepowtarzalną atmosferę każdego 
zbliżenia, którą chciało się zachować tylko dla siebie. Była 
jednak trochę rozczarowana tym, że Linc nie został na noc. 
Miała nadzieję, że zwiążą się ze sobą bardziej już na początku. 
Wtedy wiedziałaby, że wszystko idzie według jej planu.

Zjadły ze smakiem, a po posiłku usiadły wygodnie, każda 

ze swoim napojem w ręku.

  -   Dobrze,   teraz   możesz   dokończyć.   Trudy   zaczerpnęła 

powietrza.

 - Więc po tym, jak Linc wyszedł do łazienki, schowałam 

się za parawanem.

Meg zrobiła wielkie oczy.
 - Ale... po co?
  -   Nie   chciałam,   żeby   znalazł   mnie   w   łóżku   -   padła 

odpowiedź.

 - Dlaczego nie, na miłość boską?! Wyobraziła sobie, jak 

musiał się poczuć Linc, kiedy

Trudy zaczęła się z nim bawić w chowanego. Na pewno 

nie był zadowolony. Być może uznał ją wręcz za dziwaczkę.

Trudy spojrzała na nią zupełnie szczerze i otwarcie.
  -   Chciałam   zostawić   mu   wrażenie   niedosytu   i... 

tajemnicy.

Wypiła łyk kawy.
  -   Daj   spokój,   pewnie   przestraszył   się,   że   wyskoczyłaś 

przez okno.

background image

 - Zastanów się, Meg. - Odstawiła kawę. - Odgrywaliśmy 

jakieś role i było nam wspaniale, ale to się nagle skończyło. 
Pokojówka musiała zniknąć, a ja nie mogłam mu stawić czoła 
jako ja.

 - Więc mogłaś się rozebrać i wskoczyć do łóżka. W czym 

problem?

  - Ale z kim wówczas kochałby się Linc? Ze mną czy z 

pokojówką?

 - A co to za różnica?
 - Zasadnicza. Dlatego, że ja nie chcę po prostu się kochać. 

Na   tylnym   siedzeniu   samochodu   nie   mogłam   być   ani 
królewną,   ani   nawet   pokojówką.   Teraz   chcę   spróbować 
różnych ról, a do tego potrzebuję tajemnicy. Tak jak aktorka.

 - Och - westchnęła tylko Meg i napiła się trochę ziołowej 

herbaty. - Rozumiem.

Sama wierzyła w urozmaicenia, ale nigdy nie posunęła się 

do   odgrywania   różnych   ról.   Bardzo   ciekawe,   pomyślała.   A 
skoro   Trudy   uważa,   że   jest   to   jej   potrzebne,   to   pozostaje 
zgodzić się z tą opinią.

Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej.
 - Widzisz, to było jedyne wyjście. Dobrze, że udało nam 

się kupić ten parawan!

Meg pokiwała głową i oparła się łokciami o stół.
 - No dobrze, a co było później? Linc cię zawołał i co?
 - Nie odpowiedziałam.
 - Dobrze, że nie zadzwonił na policję.
  -   Po   co?   Okno   było   zamknięte.   Drzwi   też.   A   ja 

odpowiedziałam, kiedy zawołał po raz drugi. Zawsze trzeba 
trochę zaniepokoić faceta. To lepiej działa. A potem zaczęłam 
się   rozbierać   za   parawanem,   tak   żeby   mógł   widzieć   moje 
pończochy i podwiązki.

  - I nie wtargnął za parawan, żeby cię stamtąd zabrać? - 

zaciekawiła się jeszcze Meg.

background image

 - Nie, bo powiedziałam, że powinien już iść.
Jej   przyjaciółka   omal   nie   zakrztusiła   się   swoją   ziołową 

herbatą.

 - Co takiego?! Sama odesłałaś go do domu?! Pewnie się 

obraził? - dopytywała się zmartwiona.

 - Nie, bo zapewniłam go, że było mi wspaniale. I umówił 

się ze mną dzisiaj na siódmą.

Meg   odetchnęła   z   ulgą.   Jednocześnie   sięgnęła   po 

serwetkę, żeby ukryć triumfalny uśmieszek. Niepotrzebnie się 
martwiła, gdyż wszystko szło doskonale.

 - Świetnie! Chcesz uraczyć go nową fantazją?
 - Mhm. - Trudy skromnie spuściła oczy. - Ale opowiedz 

mi   o   tych   wiązadłach,   które   kupiłaś   w   sex   -   shopie. 
Wypróbowaliście je z Tomem?

  - Em,  tak. - Meg nagle zdała sobie sprawę z tego, że 

starsze małżeństwo w loży obok przestało jeść i mężczyzna 
wyciera coś ze stolika. - Mów ciszej, zdaje się, że ci starsi 
ludzie za nami podsłuchują.

Trudy uśmiechnęła się figlarnie.
  -   Opowiedz   mi   o   tym   koniecznie   -   rzuciła   jeszcze 

głośniej.

 - Masz na mnie zły wpływ.
 - Tak jak ty na mnie.
Meg   wybuchnęła   śmiechem,   czując   się   znowu   jak 

szesnastolatka,   a   następnie   zerknęła   do   sąsiedniej   loży. 
Mężczyzna   i   kobieta   wyglądali   tak,   jakby   przykuto   ich   do 
siedzeń. Może chcą jeszcze wzbogacić swoje życie erotyczne? 
A może doświadczyli więcej niż przypuszczają?

  - Tomowi  wydawało  się, że  to on  mnie  przywiąże do 

łóżka - zaczęła Meg. - W końcu jednak namówiłam go na to, 
żeby spróbował pierwszy.

 - Było ciężko?

background image

 - Jasne. Musiałam mu obiecać, że odwiążę go na pierwsze 

żądanie. Zabawne, że potem wcale o to nie prosił - dodała po 
chwili.

Oczy Trudy zalśniły z ciekawości.
 - Czy to znaczy, że dobrze się bawił?
 - Twierdził, że przeżył najwspanialszy orgazm w swoim 

życiu. Mam wrażenie, że faceci boją się takich sytuacji, bo są 
przyzwyczajeni do dominacji. Ale kiedy raz się zdecydują, to 
mają olbrzymią frajdę. - Zamilkła na moment, jakby się nad 
czymś zastanawiała. - Jeśli taki spokojny facet jak Tom miał 
fantastyczny   orgazm,   to   wyobraź   sobie,   co   stanie   się   z 
Lincem...

Trudy cała się rozpromieniła.
  -   Też   o   tym   myślałam   i   stwierdziłam,   że   warto 

spróbować. Ale z tego wniosek, że muszę pójść jeszcze raz do 
tego sklepu. Możesz podać mi adres?

Meg skinęła głową, widząc jak Trudy wyjmuje swój notes. 

Zapisała   go   i   schowała   notes   do   plecaczka.   Już   chciały 
wychodzić, kiedy usłyszały lekkie chrząknięcie.

 - Przepraszam, czy może pani powtórzyć numer domu? - 

spytała starsza kobieta.

Meg spełniła prośbę, myśląc o tym, że małżeństwo obok 

wcale nie było zaszokowane ich rozmową. W każdym razie 
nie   żona,   ponieważ   mąż   siedział   trochę   sztywno   i   był 
czerwony na twarzy.

 - Ale nie powiedziałaś mi jeszcze, co planujesz na dzisiaj 

dla Linca? Czy chcesz go związać, czy też pozwolisz, żeby on 
to zrobił? - zagadnęła Meg, kiedy wychodziły.

  - Chyba pójdę za twoim przykładem, ale zamierzam też 

skorzystać z kasety.

 - Jakiej kasety? - Meg na chwilę przystanęła w drzwiach.

background image

 - Och, zapomniałam ci powiedzieć. - Trudy uśmiechnęła 

się przebiegle. - Miałam wczoraj pod łóżkiem dyktafon, który 
uruchamia się na dźwięk głosu.

 - Cudownie!
Mogła się założyć, że Linc nigdy nie słyszał swego głosu 

w takich chwilach. Najwyższy czas, żeby to się stało.

Wystarczyło, że Linc podszedł do drzwi Trudy, a poczuł, 

jak jego członek unosi się coraz wyżej. Tym razem włożył 
luźne spodnie, ale wcale nie mógł powiedzieć, że był to dobry 
pomysł. Nie umawiali się na kolację, więc wziął tylko butelkę 
czerwonego wina, ser i krakersy. Nie, żeby miał ochotę na 
jedzenie, ale nie chciał też sprawiać wrażenia, że chodzi mu 
tylko o seks.

Ale czy nie było to całkowicie jasne?
Jednak wino i ser stanowiły tu jakąś wymówkę. Czuł się 

dzięki temu bardziej cywilizowany. Jednocześnie wyobrażał 
sobie,   jak   mógłby   skorzystać   z   sera   i   wina   w   kolejnych 
miłosnych grach.

Niestety,   od   wczoraj   myślał   wyłącznie   o   seksie.   Nawet 

najbardziej niewinne przedmioty  kojarzyły mu  się z Trudy. 
Tom wyczuł, że coś z nim jest nie tak, i chciał porozmawiać, 
ale Linc zbył go jakąś wymówką. Czuł się jak człowiek, który 
się   topi   i   zdecydował,   że   nikt   mu   w   tym   nie   może 
przeszkadzać.   Chciał   już   na   zawsze   utonąć   w   ramionach 
Trudy.

Zadzwonił do drzwi. Uchyliła je, ale wciąż były zamknięte 

na   łańcuch.   Ze   -   środka   dobiegał   zapach   orientalnych 
kadzidełek   i   seksu.   Zobaczył   też   mocno  umalowane   oczy 
Trudy. Jej twarz zasłaniał lawendowy welon, który sięgał aż 
do zdobionego cekinami biustonosza.

Jego członek niemal wzniósł się w powietrze.
  - Kto przychodzi? - spytała dramatycznym tonem, a jej 

welon uniósł się wraz z oddechem.

background image

 - Twój pan i władca. - Zakładał, że Trudy będzie dziś jego 

niewolnicą.

Jej kapiące od tuszu rzęsy zatrzepotały ze zdziwienia.
  - Nie mam pana, a tylko wielu niewolników - rzekła. - 

Czy gotów jesteś mi służyć?

Linc   zadrżał   od   stóp   do   głów,   zauroczony   jej   wizją. 

Jednocześnie zastanawiał się, czy może dać jej władzę nad 
sobą.

 - Tak, pani - szepnął w końcu.
 - Dobrze, mój niewolniku. - Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Za chwilę zamknę drzwi. Będziesz mógł wejść po minucie. 
Rozkazy dla ciebie leżą na stoliku.

 - Jak sobie życzysz, pani.
 - Spuść oczy, kiedy do mnie mówisz - poleciła ostro.
Linc   spojrzał   na   swój   członek,   który   wprost   chciał   się 

wyrwać ze spodni. Gdyby nie on, pewnie odwróciłby się na 
pięcie   i   odszedł.   Był   jednak   ciekawy,   co   też   Trudy 
przygotowała dla niego na dzisiaj.

Po   chwili   zauważył   jej   bose   stopy,   co   podnieciło   go 

jeszcze   bardziej.   A   potem   drzwi   się   zamknęły.   Z 
niecierpliwością patrzył na zegarek i po pięćdziesięciu ośmiu 
sekundach wszedł do pokoju.

Zamknął drzwi i podszedł do stolika. Położył na nim torbę 

z zakupami i spojrzał w stronę parawanu. Trudy na pewno się 
za nim skryła. Chociaż może była w łóżku, które było całe 
okryte baldachimem? Trzeba to sprawdzić... Jednak wcześniej 
chciał spełnić jej polecenie, sięgnął więc po instrukcje.

Leżały obok małego dyktafonu. Zdjął skórzaną kurtkę i 

jednocześnie zaczął czytać:

Mój niewolniku!
Pozbądź się swego odzienia i włącz tę magiczną skrzynkę. 

Kiedy już będziesz gotowy, możesz ubiegać się o przyjęcie do 
mego łoża.

background image

Każde słowo było przesycone seksem. Zrozumiał, że ten 

wieczór   należy   do   Trudy   i   to   ona   będzie   rządzić,   ale... 
zupełnie mu to nie przeszkadzało. Był gotów spełnić każde jej 
żądanie.

Tylko   po   co   ma   jeszcze   słuchać   dyktafonu?   Orientalna 

muzyka, która rozbrzmiewała  w  pokoju, dostarczała im  już 
odpowiedniego tła.

Cóż,   nie   zamierzał   protestować.   Zaczął   się   rozbierać,   a 

żeby zaoszczędzić czasu, włączył dyktafon. Usłyszał najpierw 
jakieś   dziwne   rzężenie   czy   coś   w   tym   rodzaju.   Jego   ciało 
rozpoznało te dźwięki szybciej niż mózg i poczuł gwałtowny 
dreszcz rozkoszy.

Kiedy usłyszał błagalny szept „chcę orgazmu", a potem 

swoje „proszę pana", nie miał już wątpliwości. Trudy nagrała 
to, co wczoraj między nimi zaszło. Nie potrzebował żadnych 
przygotowań.   Już   w   tej   chwili   gotów   był   z   nią   odbyć 
parogodzinny stosunek  z całą serią gwałtownych orgazmów. 
Cały drżał w oczekiwaniu tego, co miało nastąpić.

Teraz jednak było mu trudniej się rozbierać. Ręce drżały 

od nietajonej żądzy, zwłaszcza że szeptała do niego teraz z 
dyktafonu:   „Mam   prezerwatywy,   proszę   pana".   Do   licha, 
dawno nie był tak nabuzowany. Ta dziewczyna wiedziała, jak 
podniecić faceta.

W końcu udało mu się rozebrać. Musiał przyznać, że to 

nagranie   było   bardzo   śmiałe.   Znacznie   śmielsze   niż   to,   co 
robili Belinda ze służącym. Już prawie zaczął zazdrościć temu 
facetowi, kiedy przypomniał sobie, że to przecież on sam. Aż 
trudno mu było uwierzyć, że przeżył coś takiego.

Chciał  posłuchać  tego  jeszcze  raz  i  przewinął  nagranie. 

Kiedy wcisnął klawisz ponownie, dźwięki, które wydobyły się 
z dyktafonu, były jeszcze dziksze. Jakby spółkowały ze sobą 
dwie papugi.

background image

  - Cholera, znowu klapa - usłyszał głos Trudy od strony 

łóżka.

Dopiero teraz zauważył, że wraz z odtwarzaniem wcisnął 

guzik przewijania. To dlatego, że tak bardzo mu się spieszyło.

Trudy wytknęła głowę zza baldachimu.
Linc przez chwilę walczył z atakiem śmiechu. W końcu 

udało mu się go powstrzymać i spojrzał na dziewczynę.

 - Witaj, o pani.
 - Nie wstawiaj głodnych kawałków. Nastrój prysł, nie ma 

o czym gadać.

  -   Nie   wydaje   mi   się.   -   Spojrzał   na   swój   członek.   - 

Pozwolisz, pani, że raz jeszcze włączę dyktafon.

background image

Rozdział trzynasty
Trudy próbowała się skupić na wspaniałej męskości Linca 

i zapomnieć o swojej porażce. Potwornie było jej żal, że nie 
wyszło to tak, jak wyjść powinno. Nawet jej do głowy nie 
przyszło, że Linc wciśnie zły guzik.

  -   Zaczęliśmy   od   wczorajszej   nocy   -   przypomniał   jej, 

widząc że jeszcze nie doszła do siebie.

  - Dobrze już, włącz ten dyktafon - zgodziła się. - Skoro 

się rozebrałeś, nie ma powodów, żebyś znowu się ubierał.

Odwrócił się, żeby to zrobić. Cóż za widok! Dotąd nie 

miała okazji, żeby przyjrzeć mu się od tyłu.

 - Wobec tego przewinę do początku.
Przy   moim   szczęściu   zaraz   wyczerpią   się   baterie, 

pomyślała, chociaż zmieniała je tuż przed wyjazdem. To miał 
być profesjonalny sprzęt, z którego zamierzała korzystać w 
pracy.

  -   Gdzie   go   miałaś   wczoraj?   -   zapytał   jeszcze   Linc, 

pochylając się, przez co zobaczyła w pełnej krasie jego mocne 
pośladki.

 - Pod łóżkiem. Włącza się na dźwięk głosu.
 - Raczej jęku - zaśmiał się.
Spojrzał jej w oczy i dopiero teraz zobaczyła, jak bardzo 

jej pożąda. Ona też była coraz bardziej podniecona. Muzyka i 
wschodnie zapachy sprawiały, że zaczęła zapominać o tym, co 
się   stało.   Nie   wiedziała   tylko,   czy   jej   początkowy   plan   się 
udał.

  -   Zanim   znowu   wciśniesz   zły   guzik,   powiedz 

przynajmniej,   czy   to   nagranie   zrobiło   na   tobie   wrażenie?   - 
spytała nieśmiało.

 - Olbrzymie. Właśnie na tym polegał problem. Po prostu 

ręce mi się trzęsły - wyznał. - A powiedz, ile razy słuchałaś 
tego nagrania?

 - Parę - bąknęła.

background image

Straciła już zupełnie rachubę.
 - Więc pewnie masz go już dość.
 - Nie - wyrwało jej się.
Prawdę   mówiąc,   błaganie   o   orgazm   niemal   za   każdym 

razem doprowadzało ją do szczytu. A potem jeszcze te jęki i 
westchnienia...

 - Możemy więc posłuchać tego razem?
Z   trudem   przełknęła   ślinę.   Wyobraziła   sobie,   jak   to   by 

było,   gdyby   nagrane   dźwięki   zmieszały   się   z   odgłosami 
prawdziwego stosunku. A gdyby tak jeszcze raz to nagrać i 
wszystko zwielokrotnić? Poczuła, że robi jej się gorąco.

 - Tak - szepnęła omdlewającym głosem.
Linc przyklęknął przy łóżku i podał jej dyktafon.
  - Oto podarunek od twego niewolnika, pani. Nie mogła 

uwierzyć   własnym   uszom.   Linc   powrócił  do   gry.   Wzięła 
dyktafon i spojrzała na pochyloną głowę tego, który pomagał 
jej w nagraniu. To było wprost niesamowite, że mogli znowu 
pogrążyć się w świecie erotycznych fantazji. Tak, jeszcze raz!

  -  Będziesz  mógł   przyjść  do  mnie,   kiedy   cię   zawołam, 

niewolniku - rzekła władczo.

Schowała się znowu za baldachimem i położyła dyktafon 

obok   poduszki.   Następnie   sama   ułożyła   się   w   zachęcającej 
pozie,   tak   by   zdobiony   cekinami   stanik   jak   najlepiej 
podkreślał jej biust. Szarawary, które włożyła na tę okazję, 
miały dziurę w kroku, ale ze względu na bufiasty krój nie było 
tego   widać.   Kupiła   to   wszystko   za   prawdziwy   bezcen   na 
wyprzedaży   i   był   to   jeszcze   jeden   szczęśliwy   zbieg 
okoliczności.

Nabyte w sex - shopie wiązadła były już przygotowane. 

Dokładnie   przemyślała   sobie   wszystko.   Cztery   słupy   łoża 
doskonale   nadawały   się   do   przywiązywania   niewolników. 
Linc będzie pierwszym z nich, ale zapewne nie ostatnim.

background image

Włączyła   dyktafon.   Nastąpiły   ciche   szepty,   potem 

gwałtowne oddechy i jęki.

 - Możesz wejść - krzyknęła, już nie mogąc się doczekać.
Dokładnie to sobie przemyślała. Linc patrzył podniecony 

tylko   na   nią   i   nie   widział   przymocowanych   do   słupów 
wiązadeł. To będzie dla niego niespodzianka.

Na taśmie dał się słyszeć ich pierwszy orgazm. Linc trwał 

z   pochyloną   głową.   Czuła,   że   chce   się   na   nią   rzucić,   ale 
brakuje mu na to odwagi.

Jest przecież tylko niewolnikiem, pomyślała.
Nagle podniósł na nią wzrok.
 - Jesteś zbyt zuchwały, niewolniku - powiedziała.
 - Muszę cię ukarać. Chodź.
Sięgnęła po jedno z wiązadeł. Przez chwilę patrzył na nią, 

nic nie rozumiejąc, a potem zrobił zbuntowaną minę.

 - Nie ma sensu się opierać - stwierdziła chłodno.
 - Inaczej każę cię wtrącić do lochu.
Przysunął się do niej niechętnie, a kiedy kazała mu  się 

położyć na plecach, sprawiał wrażenie, jakby chciał przerwać 
grę.   Jednak   jego   członek   wyprężył   się   jeszcze   bardziej   i 
widziała, że Linc jest coraz bardziej podniecony.

Legł w końcu. Posłała mu pełen okrucieństwa uśmiech zza 

półprzezroczystego   welonu,   ale   potem   stwierdziła,   że   nie 
może go tak dręczyć.

  - Nie zrobię ci krzywdy, niewolniku - rzekła już nieco 

cieplej. - Uwolnię cię, kiedy tylko sobie tego zażyczysz...

Linc odetchnął z ulgą i chętniej wyciągnął rękę w stronę 

pierwszego słupa. Przywiązała ją, starając się go nie dotykać. 
Bała się, że podnieci się jeszcze bardziej i straci panowanie 
nad sobą. Serce biło jej coraz mocniej.

Wiązadła były gładkie i miłe w dotyku, ale tak naprawdę 

nie można ich było zerwać. Oboje to czuli. Trudy przywiązała 

background image

drugą rękę Linca i zyskała nad nim znaczną przewagę. Efekt 
był piorunujący. Nagle stał się jej prawdziwym niewolnikiem.

Związała   mu   jeszcze   nogi   i   teraz   był   zupełnie   od   niej 

zależny. Leżał płasko, a jego członek sterczał w górę niczym 
piąty słup, tyle że nieco przekrzywiony.

Linc   przełknął   ślinę.   Patrzył   na   nią   głodnymi   oczami, 

wiedząc, że zacznie się z nim teraz drażnić. Był zdany na jej 
łaskę i niełaskę i to podniecało ich jeszcze bardziej.

Na początek włożyła mu poduszkę pod głowę, żeby miał 

lepszy   widok.   Jego   penis   był   olbrzymi   i   piękny.   Widziała 
żyłki, które w nim pulsowały.

 - A teraz musisz zapłacić za wszystkie swe zuchwalstwa - 

rzekła, sięgając do zapięcia stanika.

Oblizał się na widok jej nagich piersi. Ona jednak zakryła 

je welonem. Dopiero kiedy usłyszała jego narastający oddech, 
zaczęła   je   odsłaniać,   ruszając   całym   ciałem.   Po   chwili   nie 
miała już welonu.

Linc jęknął.
 - Czy chcesz pieścić moje piersi? - spytała.
 - Tak - z trudem wydobył z siebie głos.
 - Tak, pani.
 - Tak... pani - poprawił się.
  -   Ale   dzisiaj   możesz   tylko   patrzeć   -   powiedziała   ze 

złośliwym uśmiechem.

Pośliniła   palec   i   dotknęła   nim   ciemnej   obwódki   wokół 

sutka.   Koniuszek   jej   piersi   stwardniał.   Jednocześnie   Linc 
wydobył z siebie coś w rodzaju natchnionego bełkotu.

Kiedy   na   niego   zerknęła,   zauważyła,   że   ma   zamknięte 

oczy.

 - Masz patrzeć, niewolniku - rozkazała.
Na taśmie przeżywali właśnie kolejny orgazm. To jeszcze 

bardziej ich podniecało.

background image

Trudy zaczęła pieścić drugą pierś, czując jednocześnie, że 

wilgotnieją jej uda. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będą 
ciągnąć tę grę.

  - Tak mi dobrze - jęknęła. - Naprawdę cudownie. Linc 

szarpnął się na uwięzi.

 - Ale wiem, że może mi być nawet lepiej. Wiesz, o co mi 

chodzi, niewolniku?

Przymknęła oczy, gdyż jęki na kasecie stały się jeszcze 

bardziej intensywne. Jednocześnie przesunęła dłoń w stronę 
krocza, odsłaniając dziurę w szarawarach.

 - Ale obawiam się, że nie będziesz mógł mi w tym pomóc 

- szepnęła jeszcze.

Pragnęła,   żeby   mógł   to   zrobić.   Żeby   poczuć   jego 

obrzmiały członek w sobie.

Linc znowu się szarpnął. Tym razem mocniej. Zaczęła się 

bać, czy czegoś sobie w ten sposób nie zrobi.

 - Nie jesteś w stanie przyjąć kary, niewolniku? - spytała 

surowo. - Odwiązać cię?

Wzrok Linca był wprost do niej przykuty.
 - Nie, wytrzymam - jęknął i poruszył biodrami. Tak, tylko 

czy jej się to uda.

  -   To   dobrze.   -   Zaczęła   pieścić   swój   srom.   -   Bardzo 

dobrze.

Być   może   trwałoby   to   dłużej,   gdyby   nie   kolejne   ruchy 

bioder   Linca.   Były   tak   znaczące   i...   pociągające,   że 
wystarczyło popatrzeć i natychmiast przeżyła orgazm.

Głuchy jęk wydobył się z jej gardła. Nie bardzo wiedząc, 

co się z nią dzieje, rzuciła się na łóżko. Chciała pieścić Linca, 
dotykać go, mieć. Chciała go poczuć w sobie.

Linc   czuł   orgazm,   który   go   porywał.   Trzymał   się 

resztkami woli, ale wiedział, że nie da rady. Jednak jakimś 
cudem udało mu się.

background image

Uśmiechał się triumfalnie. Tym razem zdołał wytrzymać, 

ale   nie   wiedział,   jak   przetrzyma   kolejne   „kary".   Samo 
patrzenie   na   Trudy   było   wystarczająco   podniecające. 
Zwłaszcza kiedy to ona szczytowała, wijąc się na pościeli i 
krzycząc na całe gardło.

Żadna kobieta nie podniecała go dotąd tak bardzo. Trudy 

pokazała   mu   rzeczy,   o   których   nie   miał   pojęcia,   których 
istnienia nawet nie podejrzewał.

Być może to wszystko wynikało z wyobraźni. Trudy po 

prostu miała  ją bardzo rozwiniętą. Na tyle, że potrafiła nią 
obdzielić również swoich partnerów. W tej chwili gotów był 
przysiąc,   że   znajduje   się   na   dworze   jakiejś   orientalnej 
władczyni.   Wystarczyła   odpowiednia   muzyka,   parę 
kadzidełek, żeby całkowicie zmienić codzienność.

Kto by pomyślał?
Dyktafon się wyłączył. Nie wiedział, czy specjalnie zgrała 

to z końcem swego przedstawienia, czy też był to przypadek. 
Z taką dziewczyną jak Trudy nic nie było do końca jasne.

Odetchnęła głęboko i spojrzała na jego wciąż uniesiony 

członek.

  - Masz niezwykłą siłę, niewolniku. - Linc wyczuł w jej 

głosie niekłamany podziw.

Najpierw   parę   razy   chrząknął,   zanim   wydobył   z   siebie 

głos:

 - Dziękuję... pani.
  -   Nie   ciesz   się   przedwcześnie.   Mam   sposoby,   żeby 

złamać takich jak ty.

Linc   zamarł,   czując   jak   dreszcz   rozkoszy   przenika   całe 

jego ciało. Zabrzmiało to niezwykle groźnie i...  obiecująco. 
Jeśli   Trudy   szykowała   następny   test,   nie   wiedział,   czy 
przejdzie go zwycięsko.

background image

  -   Wiesz,   niewolniku,  że   w   każdej   chwili   mogłabym 

skończyć   twą   mękę   -   powiedziała,   przesuwając   dłoń   w 
powietrzu w wyimaginowanej pieszczocie członka.

 - Tak, pani - rzucił przez zaciśnięte zęby. Trudy sięgnęła 

po swój welon i przesunęła nim nad

jego   członkiem.   Poczuł   dotyk   delikatnego   materiału. 

Welon pieścił mu żołądź, a potem przesunął się niżej w stronę 
jąder. Tego już było mu za wiele.

 - To nieuczciwe... pani - sapnął, z trudem powstrzymując 

wytrysk.

 - Myślisz, że to mogłoby doprowadzić cię do... orgazmu? 

- spytała szeptem, unosząc nieco welon.

 - O tak, pani.
 - Wobec tego przestanę - zgodziła się łaskawie. - Wcale 

mi nie zależy na twoim orgazmie.

To stwierdzenie tylko jeszcze bardziej go podnieciło. Ale 

dlaczego? Co się z nim tak naprawdę działo?

 - Dziękuję, pani.
Pokiwała głową, przyglądając mu się uważnie. Znowu się 

szarpnął, chcąc być jak najbliżej niej, a potem skarcił siebie w 
duchu za ten mimowolny gest.

  - Podobasz mi się nagi - powiedziała. - Ale może jesteś 

zbyt nagi, niewolniku.

Sięgnęła   pod   poduszkę.   Linc   mógłby   przysiąc,   że 

specjalnie otarła się o niego przy tym piersią. Ponieważ się 
tego   nie   spodziewał,   pieszczota   była   jeszcze   bardziej 
dojmująca.

Trudy wyjęła paczuszkę prezerwatyw.
 - Poznajesz to, niewolniku? Chcę cię teraz osiodłać, żeby 

odbyć na tobie małą przejażdżkę. - Linc znowu się szarpnął, 
wyrzucając   w   górę   biodra.   -   Narowisty   z   ciebie   rumak   - 
dodała z uśmiechem.

background image

 - To może być krótka przejażdżka, pani. Wyjęła kondom 

z zadziwiającą wprawą.

  -   Zobaczymy.   Chciałabym   cię   trochę   pogonić,   ale   nie 

zajeździć.

Słowa   o   zajeżdżeniu   sprawiły,   że   cały   zaczął   drżeć. 

Jednocześnie patrzył, jak Trudy radzi sobie z prezerwatywą.

 - Dobrze ci idzie, pani - zauważył.
  -  Ćwiczyłam.   -   Zerknęła   na   niego   figlarnie.   -   W 

zamorskiej prowincji, z której pochodzę, pełno jest ogórków. 
Porządne   dziewczyny   nie   mają   tam   wibratorów,   ale   mogą 
ćwiczyć na ogórkach. I... z ogórkami. Niektóre są naprawdę 
długie.

Linc   oddychał   jeszcze   szybciej.   Trudy   wiedziała,   jak 

wprowadzić   mężczyznę   w   stan   pełnego   podniecenia 
oczekiwania, ale tego już było za wiele jak na jego słabe barki 
czy też inną część ciała...

Kiedy   poczuł   jej   palce   na   swoim   penisie,   omal   nie 

krzyknął. Trudy wyczuła, co się z nim dzieje, i wycofała się 
na chwilę.

 - Wyglądasz tak, jakbyś na coś czekał. - Jej głos dobiegał 

do niego jakby z oddali.

Dopiero kiedy otworzył oczy, zobaczył ją tuż nad sobą.
 - Wiesz, na co czekam, pani.
 - Wiem. - Uśmiechnęła się złośliwie. - Ale musisz mnie o 

to błagać.

 - Błagam, pani... - z trudem wydobył z siebie głos.
 - Błagasz o coś - 
  -  Żebyś   raczyła   mnie   dosiąść.   Przyrzekam,   że   cię   nie 

zawiodę i dowiozę do nieba najszybciej, jak tylko umiem.

Trudy przymknęła oczy. Na moment zakręciło jej się w 

głowie.

 - To za wysoko - wyrzuciła z siebie.

background image

  -   Dowiozę   cię,   gdzie   tylko   będziesz   chciała.   Dotknęła 

czubka jego przystrojonego prezerwatywą penisa.

 - Na tym?
Linc wyrzucił w górę biodra.
 - Na tym!
Nie   mogła   już   czekać.   Nie   mogła   już   dłużej   się   mu 

opierać.

 - Dobrze, dosyć.
 - Trudy!
 - Cierpiałeś dużo, niewolniku. To wystarczy. Ostrzegano 

mnie, żeby się za bardzo nad tobą nie znęcać. - Oswobodziła 
jego pierwszą rękę.

Linc   przestraszył   się,   że   gra   już   skończona.   On   jednak 

wcale   tego   nie   chciał.   Pragnął   być  przy   niej,   choćby   tylko 
miała go tak niemiłosiernie pieścić.

Trudy rozwiązała drugą rękę i nogę. Chciał sam zająć się 

ostatnim wiązadłem, ale go powstrzymała.

 - Jesteś wolny - powiedziała, klękając nad nim okrakiem.
 - Trudy, jeśli nie przestaniesz, to zaraz...
  -   Tak,   wiem,   Linc   -   jęknęła.   -   I   bardzo   tego   pragnę. 

Chwycił jej pupę i posadził na sobie. Czuł, że jest wilgotna i 
szeroko otwarta. Ją też to drażnienie musiało wiele kosztować. 
Jednak efekt był taki, że gdy się  zwarli, nie chcieli już się 
rozdzielić. W ciągu minuty lub dwóch dotarli do nieba, tak jak 
jej   obiecywał,   ale   potem   wcale   go   nie   opuszczali.   Orgazm 
narastał w nich po orgazmie.

Sam nie wiedział, ile to mogło  trwać. W końcu jednak 

opadł   bez   tchu   na   poduszki.   Myślał,   że   Trudy   do   niego 
dołączy,   i   wyciągnął   w   jej   stronę   ręce,   ale   ona   tylko 
potrząsnęła głową.

 - Leż spokojnie - zakomenderowała.
Po   chwili   zobaczył,   że   wylewa   na   jego   ciało   wonny 

olejek, który działał na niego uspokajająco. Z przyjemnością 

background image

prężył się i przeciągał, czując jej dłonie na swoim ciele. Na 
końcu   zaczęła   go   wycierać   papierowym   ręcznikiem.   Był 
zupełnie   zrelaksowany   i   zaspokojony   seksualnie.   Nawet 
manipulacje wokół jego penisa nie zdołały go już podniecić.

Nagłe spostrzegł, że Trudy gdzieś odeszła. Kiedy wróciła, 

położyła na jego brzuchu coś, co wydawało mu się znajome.

 - Twoje ubranie - powiedziała łagodnie. - Możesz już iść.
Otworzył oczy ze zdziwienia. Iść?! Dlaczego miałby to 

zrobić?!   Chciał   zaprotestować,   ale   Trudy   znowu   się   gdzieś 
wymknęła.

 - Hej, gdzie jesteś? - Usiadł i rozejrzał się dookoła. Jego 

ubrania   zsunęły   się   niżej.   -   Tylko   nie   próbuj   znowu   tych 
sztuczek   z   parawanem!   Czy   nie   mogłabyś   przyjść   i   mnie 
popieścić?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Wziął ubrania w garść i 

odsunął baldachim, żeby wyjść na zewnątrz.

 - Trudy, to nie ma sensu.
Przyciskając   ubrania   do   piersi,   podreptał   w   stronę 

parawanu. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak 
ważne są dla niego pieszczoty. W magazynach dla mężczyzn 
pisano jedynie o tym, że trzeba pieścić kobiety.

A kto będzie pieścił jego?
Zajrzał   za   parawan,   pewny,   że   znajdzie   tam   półnagą 

Trudy.   Nic   podobnego!   Rozczarowany   rozejrzał   się   po 
mieszkaniu. Gdzie też mogła się schować?

To   było   dziwne,   że   fizycznie   czuje   się   całkowicie 

zaspokojony, ale brakuje mu samej obecności Trudy. Nigdy 
wcześniej   tego   nie   czuł.   W   końcu   usłyszał   pluskanie 
dobiegające   od   strony   łazienki.   Szybko   więc   pospieszył   w 
tamtą stronę.

 - Trudy!
 - Przepraszam, jestem w wannie.

background image

W wannie? To zabrzmiało bardzo zachęcająco. Jego ciało 

natychmiast   zareagowało   na   tę   erotyczną   podnietę.   Linc 
nacisnął klamkę, ale drzwi pozostały zamknięte. Może była na 
niego zła, bo nawet nie zaproponował, że natrze ją olejkiem.

  - Gniewasz się na mnie? - spytał w chwili, kiedy pluski 

stały się nieco cichsze.

  -   Jasne,  że   nie!   -   odparła   natychmiast.   -   Byłeś 

fantastyczny!

 - Więc dlaczego zamknęłaś drzwi?
 - Mówiłam ci, chodzi mi o to, żeby zachować tajemnicę. 

Zobaczysz, jeszcze mi za to podziękujesz.

Teraz   jednak   był   od   tego   bardzo   daleki.   Zmełł 

przekleństwo w ustach i pomyślał, że czas się ubierać.

Stwierdził   tylko,   że   nie   zostawi   jej   w   otwartym 

mieszkaniu.

  - Dobrze, wyjdę - zgodził się w końcu. - Ale dopiero, 

kiedy skończysz.

Zastanawiała się moment nad odpowiedzią.
 - Zgoda. Daj mi jeszcze pięć minut.
Ubrał się w tym czasie, zastanawiając się, czy powinien 

zaproponować kolejne spotkanie. Nie chciał, żeby wyglądało 
to   tak,   że   się   narzuca,   ale   cholernie   mu   na   nim   zależało. 
Choćby dlatego, że jego członek znowu się podniósł niczym 
posłuszny żołnierz.

Trudy oznajmiła wreszcie, że może wyjść.
  -   Dobrze,   już   się   zbieram   -   mruknął,   podchodząc   do 

drzwi.   Czekał   parę   sekund,   ale   bez   rezultatu.   -   Hm,   czy 
spotykamy się jutro o siódmej? - zapytał najobojętniejszym 
tonem, na jaki mógł się zdobyć.

 - Niestety, nie.
Więc   pewnie   umówiła   się   z   innym   facetem,   pomyślał 

przybity.

background image

  - Jedna z pracownic Babcock and Trimball odchodzi na 

emeryturę  - dodała zaraz.  -  Urządzamy  dla niej  przyjęcie  i 
Meg mówiła, że może się przeciągnąć. Ale jestem wolna we 
środę.

 - Więc umówmy się na siódmą - powiedział bez wahania.
 - Fajnie, zgoda.
Te słowa zabrzmiały w jego uszach jak najcudowniejsza 

muzyka. W podskokach dotarł do windy i nacisnął przycisk. 
Nie zastanawiał się przy tym, dlaczego tak bardzo zależy mu 
na kolejnym spotkaniu.

Rozdział czternasty
Trudy usłyszała trzask zamykanych drzwi i dopiero wtedy 

wyszła z łazienki. Już w tym momencie  zaczęła tęsknić za 
Lincem i musiała bardzo wysilić wolę, żeby go nie zawołać. 
Zamknęła drzwi na zasuwę i oparła się o nie plecami. Trzeba 
uważać, żeby się do niego nie przywiązać. Linc jest co prawda 
fantastycznym kochankiem, ale powinna pamiętać, że po nim 
przyjdą następni, jeszcze lepsi.

Tak to już jest w Nowym Jorku.
Na razie wszystko szło zgodnie z planem. Miała wrażenie, 

że   całkowicie   panuje   nad   sytuacją.   I,   co   najważniejsze, 
potrafiła się wycofać w odpowiednim momencie.

Mężczyzna   nie   powinien   czuć   się   zbyt   pewnie.   Stąd 

zostaje   już   tylko   krok   do   nudy.   Tak   jest   naprawdę 
znakomicie...   Dlaczego   więc   jest   jej   tak   żal,   że   Linc   sobie 
poszedł?

Otrząsnęła się z tego uczucia i podeszła do łóżka.
Rozejrzała się dookoła. To mieszkanie należało tylko do 

niej.   Musi   pozbyć  się   żalu   i   uważać,   żeby   żaden   facet   nie 
zostawił tu swojej bielizny czy szczoteczki do zębów.

Wstała   i   zabrała   się   do   gaszenia   mocno   nadpalonych 

świec. Kiedy skończyła, jedyne światło w pokoju pochodziło z 
zewnątrz. Podeszła do okna i oparła się łokciami o parapet. 

background image

Przylgnęła czołem do zimnej szyby. Widziała stąd kawałek 
Central Parku, a także tę część Manhattanu, w której mieszkał 
Linc. Ciekawe, czy dotarł już do siebie? Czy znalazł się w 
swojej chłodnej sypialni?

Oboje za chwilę pójdą spać. Zupełnie sami. Wydało jej się 

to trochę głupie. Przecież było im ze sobą tak dobrze! Mogliby 
spędzić razem jeszcze część nocy... Jednak prowadziło to do 
sytuacji,   której   się   bała.   Nie,   to   wcale   nie   było   lepsze 
rozwiązanie. A ona wcale nie czuła się samotna. Jeszcze raz 
spojrzała   na   swoje   mieszkanie.   Przecież   właśnie   o   tym 
marzyła.

Linc postanowił dostosować się do wymagań Trudy. Jeśli 

chciała,   żeby   od   razu   wychodził   po   tych   nieziemskich 
wyczynach erotycznych, to miała do tego prawo. Oferowała 
mu   tak   dużo,   że   nie   śmiał   protestować.   Zresztą,   gdyby 
zdecydował się zostawać u niej na noc, mogłoby to znaczyć, 
że za bardzo zaangażował się w ten związek.

Wolał więc ograniczyć się do spotkań o siódmej, w czasie 

których   zapuszczał   się   w   fascynujący   świat   erotycznych 
fantazji.   Trudy   była   niezrównaną   przewodniczką. 
Jednocześnie   wypadki,   które   jej   się  przytrafiały,   czyniły   ją 
bardziej   ludzką.   Dzięki   nim   mógł   myśleć   o   niej   jak   o 
normalnej kobiecie, a nie demonie seksu.

Raz, na przykład, w czasie striptizu zaczęła się wachlować 

strusimi   piórami   i   rozkaszlała   się   tak   mocno,   że   musiała 
przerwać.   Innym   razem   planowała   wspaniałe   wyjście   zza 
parawanu, ale wcześniej go przewróciła. Olejek do ciała, który 
kupiła   gdzieś   okazyjnie,   okazał   się   nieświeży   i   tak   dalej. 
Wszystko to sprawiało, że podobała mu się jeszcze bardziej.

Jednocześnie wciąż bardzo jej pragnął. Niemal śnił o niej 

na jawie. Początkowo myślał, że mu szybko zobojętnieje, ale 
jego fascynacja erotyczna wcale nie mijała. Wręcz przeciwnie, 
nasilała się...

background image

Nie   pragnął   też   innych   kobiet,   chociaż   Trudy   kupiła 

nadmuchiwaną lalkę w sex - shopie, żeby symulować seks we 
troje.   Jednak   w   jakiś   sposób   zrobili   w   niej   dziurę   i   lalka 
przeleciała siłą wyrzutu przez cały pokój, zanim opadła przy 
jednej ze ścian.

To zdarzenie powiedziało mu o niej więcej niż sądziła. 

Mimo że chciała dać mu posmak perwersji, nie była gotowa 
dzielić się nim z inną kobietą. Lubiła się bawić, ale nigdy nie 
przekraczało to pewnych granic. Linc zaczął jej ufać bardziej 
niż jakiejkolwiek innej kobiecie. Tak, mogło to prowadzić do 
niebezpiecznego zauroczenia. Na szczęście Trudy doskonale 
znała reguły gry i sama wyrzucała go ze swego mieszkania.

Pojawiły   się   jednak   inne   niepokojące   sygnały.   Na 

przykład Linc niechętnie rozmawiał o niej z Tomem, który 
bardzo interesował się Trudy. A ponieważ Linc opowiadał mu 
o innych swoich dziewczynach, oczekiwał teraz tego samego.

Tom przyszedł do niego do biura w poniedziałek, półtora 

tygodnia po przeprowadzce Trudy do Nowego Jorku. Linc od 
razu   zauważył,   że   ma   ochotę   na   poważną   rozmowę.   Toma 
martwiło to, że odwołał ich niedzielny mecz tenisowy, Zaczął 
od jakichś głupstw, ale bardzo szybko przeszedł do sedna:

 - Martwię się o ciebie, stary.
  - Masz rację, niepotrzebnie kupowałem akcje tej firmy 

komputerowej, ale... - Linc udawał, że nie rozumie, o co mu 
chodzi.

  -   Nie,   nie   -   przerwał   mu   Tom.   -   W   interesach   sobie 

poradzisz.   Rozmawiałem   ostatnio   z   Meg   i   przyznała,   że 
planowała jednak coś w rodzaju pułapki na ciebie. Czułbym 
się odpowiedzialny, gdybyś dał się w nią złapać.

Linc   od   samego   początku   podejrzewał   Meg   o   niecne 

zamiary. Kiedyś nawet go to irytowało, ale teraz zupełnie nie 
zwracał na to uwagi.

background image

  -   Nie   przejmuj   się   -   zaczął   pocieszać   kumpla.   -   Nie 

możesz   przecież   odpowiadać   za   swoją   żonę.   A   mnie 
wystarczy to, że Trudy niczego nie planuje.

Linc był tego pewny. To raczej on sam zaczął poddawać 

rewizji swoje poglądy dotyczące małżeństwa.

Tom patrzył na niego tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale 

potem tylko spojrzał przez okno.

 - Znowu chmury - mruknął.
To   zabawne,   ale   Linc   od   dłuższego   czasu   nie   zwracał 

uwagi na pogodę. Teraz też niespecjalnie go ona  obchodziła, 
ale ucieszył się, że przyjaciel chce zmienić temat.

 - Tak, pewnie będzie padać - stwierdził.
 - Masz stąd piękny widok na Statuę Wolności - zauważył 

błyskotliwie Tom.

  - Tylko musiałbym przestawić biurko, żeby częściej ją 

widzieć. - Wręcz czuł walkę wewnętrzną, jaką Tom toczył ze 
sobą, myśląc, co jeszcze mu powiedzieć. Linc wolał osobiście, 
żeby trzymał buzię na kłódkę.

  -   Powinniśmy   chyba   wracać   do   pracy.   Inwestorzy 

czekają...

 - Chciałbym cię tylko uprzedzić Linc chrząknął.
 - A może ja nie chcę tego usłyszeć...
  - Mam wrażenie, że traktujesz Trudy zupełnie inaczej. - 

Tom nie zwrócił uwagi na jego słowa.

 - Wydaje ci się.
 - Nie sądzę. Przykro mi to powiedzieć, stary, ale...
 - Więc tego nie mów! - wtrącił szybko i poklepał Toma 

po plecach. - Nic się nie stanie. Po prostu świetnie się z Trudy 
bawimy. W końcu przecież jednak się rozstaniemy...

Linc sam się zdziwił, że tak bezbarwnie mówi o swoich 

erotycznych   doświadczeniach.   Miał   wrażenie,   że   jest   to 
niemal świętokradztwo.

background image

Tom zmarszczył brwi jeszcze mocniej, żeby było widać, 

że naprawdę się martwi.

  -   Mówisz   dokładnie   tak   samo,   jak   ja   po   dwóch 

tygodniach spotkań z Meg. Jak długo znacie się z Trudy?

Linc poczuł lekkie ukłucie niepokoju.
 - Tydzień i dwa dni - odparł.
 - Widzisz, jesteś szybszy... Linc próbował się roześmiać.
 - Nie przejmuj się, stary. Jestem odporny na małżeństwo - 

zapewnił kumpla.

 - Też tak twierdziłem - westchnął smutno Tom.
 - Widzisz, jest coś w twoich oczach...
Tym razem Linc poklepał go po plecach tak mocno, że 

Tom niemal się zakrztusił.

 - Nie przejmuj się. - Uderzył go ponownie. - Nic mi nie 

będzie.   To   tylko   trochę   seksu   i   tyle...   A   skoro   już   o   tym 
mówimy, czy planowałeś przejażdżkę limuzyną z Meg?

  -   Zabawne,  że   pytasz.   Zamówiłem   gablotę   właśnie   na 

jutrzejszy wieczór. Udało mi się dostać sporą zniżkę, bo to 
środek tygodnia.

Linc chciał poklepać go jeszcze raz, ale spojrzał na swoją 

dłoń i zrezygnował.

 - Bawcie się dobrze.
 - Dzięki. - Tom zaczął się zbierać do wyjścia.
 - Jesteś pewny, że nie przeszkadza ci ta sytuacja z Trudy?
 - Zupełnie.
  - To  świetnie. - Tom machnął mu ręką na pożegnanie i 

zniknął za drzwiami.

Linc   stwierdził,   że   przyjaciel   przesadza.   Pamiętał 

doskonale, że kiedy poznał Meg, wciąż się za nią ciągał. W 
oczach   miał   dziwną   mgłę   i   zrezygnował   ze   wspólnych 
wypadów w różne miejsca.

Na przykład na tenisa!

background image

Nie, to się nie liczy. Przecież zrezygnował wczoraj z gry 

tylko   po   to,  żeby   uniknąć   rozmowy   o   Trudy.   Wcale   nie 
planował wizyty u niej, na którą i tak pewnie nie dostałby 
zgody.

Spotykali   się   zwykle   raz   dziennie,   przeważnie 

wieczorami.

Nie,   Linc   wcale   nie   przypomina   Toma   z   okresu 

narzeczeństwa.   To   zupełnie   wykluczone.   Przede   wszystkim 
nie jest tak pogrążony we własnych myślach i zwraca uwagę 
na świat zewnętrzny.

Głośne pukanie do drzwi wdarło się w jego rozmyślania.
 - Proszę - zawołał.
W   drzwiach   stanęła   kształtna   recepcjonistka   firmy, 

Michelle.

 - Dzwoni twoja matka - poinformowała. - Usiłowałam się 

z tobą połączyć przez interkom, ale nie odpowiadałeś. Chce 
mówić z tobą osobiście.

Poprawił kamizelkę, jakby to dawało mu pełną kontrolę 

nad   sytuacją.   To   dziwne,   zamyślił   się   tak   głęboko,   że   nie 
słyszał sygnału interkomu.

  -   Tak,   oczywiście,   Michelle.   Możesz   mnie   połączyć. 

Przepraszam, że musiałaś się tu fatygować.

Blondynka uśmiechnęła się do niego i potrząsnęła głową.
 - Nie ma sprawy.
Michelle   pracowała   tu   zaledwie   od   paru   miesięcy,   ale 

odniósł wrażenie, że go lubi. Chętnie by się z nim pewnie 
umówiła. Przed przyjazdem Trudy zastanawiał się nawet, czy 
gdzieś jej nie zaprosić, ale teraz zupełnie o tym zapomniał. To 
też było trochę niepokojące.

No, przynajmniej rozmowa z matką pozwoli mu wrócić na 

ziemię. Dzięki niej przypomni sobie, czym tak naprawdę jest 
małżeństwo.

background image

Podszedł więc do biurka, podniósł bezprzewodowy telefon 

i wcisnął odpowiedni guzik.

 - Cześć, mamo - rzucił.
  - Już się zaczęłam się zastanawiać, czy nie zrobiłeś się 

zbyt ważny na rozmowy ze mną.

 - Przepraszam, ale wiesz, jak to jest w pracy...
Jakość   połączenia   między   Paryżem   a   Nowym   Jorkiem 

była wprost fantastyczna. Miał wrażenie, że matka mówi mu 
wprost do ucha. Oto współczesna technika!

 - Tak, kiedy twój ojciec pracował, też nigdy nie mogłam 

się z nim porozumieć - rzekła cierpko. - Będę się streszczać. 
Przyjechałam na parę dni do kraju i chciałam cię dziś zaprosić 
na rodzinne przyjęcie.

Linc   aż   się   skrzywił.   Matka   zawsze   zapraszała   go   w 

ostatniej chwili na spotkania, których „rodzinność" polegała 
na tym, że siedzieli we trójkę przy wielkim stole w jakiejś 
eleganckiej restauracji.

Zwykle się na to godził, zakładając, że raz w roku może 

poświęcić   rodzicom   trochę   czasu.   Być   może   liczył   też   po 
cichu na to, że staną się rodziną. Oczywiście były to mrzonki. 
Matka   mieszkała   w   Paryżu   już   od   dwunastu   lat   i   nic   nie 
wskazywało na to, że zamierza wrócić do kraju.

  -   O  ósmej   -   dodała,   zakładając,   że   już   się   zgodził.   - 

Zupełnie   zapomniałam,   że   dziś   poniedziałek,   i   miałam 
straszne problemy ze znalezieniem odpowiedniej restauracji. 
W   końcu   okazało   się,   że   ta   nowa,   libańska   w   Village   jest 
otwarta. Co ty na to?

Znał   to   miejsce.   Od   kiedy   ją   otwarto,   zaczęła   tam 

przychodzić   połowa   nowojorskich   znakomitości,   co   z 
pewnością odpowiadało jego matce. Problem polegał na tym, 
że był już umówiony z Trudy.

  -   Mógłbym   zabrać   znajomą?   -   spytał,   nie   wierząc 

własnym uszom.

background image

Chyba po raz pierwszy spytał matkę, czy może przyjść nie 

sam. Ona też musiała być zaszokowana, ponieważ milczała 
przez dłuższą chwilę.

 - Ee, tak. Będzie mi bardzo miło. Możesz powiedzieć, jak 

nazywa się ta osoba?

 - Trudy Baxter.
  -   Baxter?   Baxter...   Z   tych   Baxterów   z   Long   Island? 

Pamiętam, że twój ojciec chodził do szkoły...

 - Nie, mamo. Z Baxterów z Kansas.
  - Z Kansas? - matka powiedziała to tak, jakby pierwszy 

raz słyszała tę nazwę. - Co oni tam robią?

Linc zaśmiał się cicho.
  - Uprawiają ogórki, mamo. W Kansas uprawia się dużo 

ogórków...

  - I tym właśnie zajmuje się jej rodzina? - spytała takim 

tonem,   jakby   było   to   coś   równie   ohydnego   jak 
stręczycielstwo.

 - Nie mam pojęcia, ale będziesz ją mogła sama zapytać - 

rzucił lekkim tonem. - Chyba nikt z naszych znajomych nie 
zajmuje   się   uprawą   ogórków.   To   byłaby   miła   odmiana, 
prawda?

Linc   nie   wiedział,   czy   Trudy   zgodzi   się   przyjść.   Miał 

nadzieję, że tak. Dzięki niej ten wieczór nie byłby całkiem 
stracony.

  -   Dobrze,   zapytam   -   powiedziała   grobowym   głosem 

matka. - Czasami dobrze jest wiedzieć coś więcej o osobie, z 
którą się spotykasz. Muszę już kończyć, bo jestem umówiona 
u Elisabeth Arden. Do zobaczenia wieczorem.

 - Pa, mamo.
Linc   rozłączył   się   i   od   razu   wystukał   numer   do   firmy 

Babcock   i   Trimball.   Nigdy   wcześniej   tam   nie   dzwonił,   ale 
znał   ten   numer   na   pamięć.   Parę   razy   miał   ochotę   zaprosić 

background image

Trudy na lunch, ale zawsze w końcu rezygnował. Nie znali się 
przecież tak dobrze. To dziwne, że zapamiętał jej numer.

  -   Babcock   i   Trimball   -   usłyszał   wysoki   głos 

recepcjonistki. - Z kim mam połączyć?

Chrząknął,   zanim   odpowiedział.   Nie   przypuszczał,   że 

będzie   aż   tak   zdenerwowany.   A   przecież   nie   chciał 
proponować Trudy jakichś perwersji, ale zwykłą kolację ze 
swoimi rodzicami.

  -   Tak,   słucham?   -   Recepcjonistka   zaczęła   się 

niecierpliwić.

 - Poproszę Trudy Baxter.
Trudy ucieszyła się, że ktoś do niej dzwoni. Jak do tej 

pory   to   ona   wydzwaniała   do   kolejnych   osób,   promując 
przyjazny wizerunek firmy. Najwyższy czas, żeby zaczęli też 
do   niej   dzwonić   spragnieni   informacji   żurnaliści   i   oficjele. 
Mogłaby   wtedy   dostać   podwyżkę,   awansować,   może 
przenieść się do innego biura...

Nie, tak naprawdę wcale nie miała ochoty się przenosić. 

Bardzo polubiła to miejsce.

  -   Tu  Trudy   Baxter   -   powiedziała   wyraźnie   najbardziej 

profesjonalnym   tonem,   na   jaki   mogła   się   zdobyć.   -   Czym 
mogę służyć?

  -   Chciałbym,   żebyś   wybrała   się   ze   mną   na   kolację   z 

moimi rodzicami.

 - Linc? - Natychmiast poznała jego głos.
 - Pewnie dziwisz się, że dzwonię w środku dnia.
 - Trochę - przyznała.
Rzeczywisty świat oddalił się od niej. Niemal nie słyszała 

biurowych odgłosów. Nagle znalazła się w wyimaginowanym 
świecie, który sobie stworzyli. Świecie seksu i erotycznych 
doznań.

background image

 - Przed chwilą dzwoniła moja mama, żeby zaprosić mnie 

dzisiaj na kolację - wyjaśnił. - Byłoby mi bardzo miło, gdybyś 
zgodziła się ze mną pójść.

Musiała się skupić, żeby zrozumieć sens jego słów.
  -   Nie   musisz   się   przejmować   naszym   dzisiejszym 

spotkaniem - powiedziała po chwili, myśląc, że tylko dlatego 
chce ją zaprosić. - Oczywiście powinieneś przede wszystkim 
myśleć o rodzicach.

 - Nie, źle mnie zrozumiałaś. Ja naprawdę chcę tam pójść 

z tobą. Będzie mi łatwiej znieść to całe udawanie, że jesteśmy 
normalną rodziną.

Trudy była bardzo ciekawa jego rodziców. Wiedziała, że 

Linc za nimi nie przepada, i chciała się dowiedzieć, dlaczego.

  - Dobrze, ale powiedz, jak mam się ubrać... Ubieranie i 

rozbieranie było dla nich szczególnym tematem. Różne stroje 
stanowiły nieodłączny element ich erotycznych gier. I teraz, 
myśląc o tym, zacisnęła mocniej uda. Linc chrząknął.

  - Może to, co w sobotę? - zaproponował. Postanowiła 

trochę się z nim podrażnić, żeby sprawdzić, czy on też jest 
podniecony.

 - Więc myślisz, że strój pokojówki nie byłby odpowiedni?
Linc przez chwilę milczał, jakby musiał dojść do siebie.
 - Nigdy nie rozmawialiśmy o tym przez telefon, prawda? 

- spytał nabrzmiałym z emocji głosem.

 - Nie wiem, o co ci chodzi - szepnęła omdlewająco. Linc 

westchnął głęboko.

 - Wiesz, wiesz... - Nie przypuszczał, że sama rozmowa z 

Trudy   może   okazać   się   podniecająca.   Ta   dziewczyna   nie 
przestawała go zadziwiać. - Co teraz robisz?

Tak jak przypuszczał, natychmiast podjęła grę.
 - Właśnie włożyłam rękę do majteczek - zaczęła szeptem. 

- Jest wilgotna, Linc. A ty? Co robisz?

 - Rozpiąłem rozporek.

background image

 - I masz wzwód?
 - Jak stąd na Alaskę - odparł. - I to od momentu, kiedy cię 

usłyszałem.

 - Też cię to podnieciło? - zdziwiła się.
  -   Tak.   Zawsze   będziesz   mi   się   kojarzyć   z   seksem.   Z 

niebezpiecznym seksem - dodał, patrząc na swoje drzwi.

 - Nie jesteś sam? _ spytała zaniepokojona.
 - Nie, zupełnie sam. Ale chciałbym być z tobą...
 - Mogłabym cię wtedy pieścić - podjęła. - A potem wziąć 

go w usta i poczuć całego, jak... jak...

 - Och, Trudy! - jęknął tylko.
Zacisnęła   zęby   na   rękawie   swojego   kostiumu,   żeby  nie 

zacząć krzyczeć. Szczytowali w tym samym momencie.

 - Och, Trudy - szepnął. - Nikt na mnie tak nie działa.
 - Wiem, na mnie też...
Linc powoli dochodził do siebie.
 - Przyjadę po ciebie za kwadrans ósma - powiedział.
 - Nie wcześniej?
  - Gdybym przyjechał wcześniej, to nigdy byśmy na tę 

kolację nie dotarli!

background image

Rozdział piętnasty
Trudy nie wiedziała, czy po kolacji znajdą jeszcze czas, 

żeby do niej zajrzeć, ale na wszelki wypadek przygotowała 
swoją niespodziankę. Od Meg dowiedziała się o wyprzedaży 
lekkich   luster   w   plastikowych   ramach.   Dawały   one   trochę 
zniekształcony widok, ale i tak nadawały się do jej celów.

Kupiła   aż   trzy,   a   potem   przytwierdziła   do   spodu 

baldachimu,   co   nie   było   wcale   łatwym   zadaniem.   Linc   nie 
powinien ich zauważyć, dopóki nie znajdzie się w łóżku. Ale 
żeby nie ryzykować, ubrała się, jeszcze zanim zadzwonił do 
drzwi.

 - Chodźmy - rzuciła od razu.
Wydawał się trochę zdziwiony tym, że nawet nie wpuściła 

go do mieszkania.

 - Nie pozwolisz mi odpocząć? Pokręciła głową.
 - Raczej nie pozwolę ci się zmęczyć - stwierdziła. - Sam 

mówiłeś, że nie chcesz być wcześniej.

Zamknęła   drzwi   na   klucz   i   ruszyła   w   stronę   windy. 

Zdążyła jednak zauważyć, że Linc wygląda naprawdę świetnie 
w   cudownym   garniturze   i   wełnianej   jesionce.   Z   daleka 
pachniał Wall Street. Może lepiej, że od razu wyszła, bo z całą 
pewnością nie byłaby w stanie mu się oprzeć.

Linc pospieszył za nią.
 - Tak, ale... - chciał zaprotestować.
 - O, mamy już windę. - Weszła do środka. - Jedziesz ze 

mną, czy czekasz na następny kurs? To bardzo złośliwa bestia. 
- Klepnęła urządzenie po obudowie.

Linc natychmiast wskoczył do wnętrza.
 - Wiem, walczę z nią prawie codziennie. - Odchrząknął. - 

A prawdę mówiąc, co noc.

Patrzył na nią tak, że nawet góra lodowa stopniałaby pod 

tym gorącym spojrzeniem. Trudy odruchowo wcisnęła guzik 
parteru.

background image

  -   Z   wyjątkiem   wtorku   i   piątku   -   przypomniała   mu. 

Przysunął się bliżej.

 - Powinienem był odwołać to piątkowe spotkanie - rzekł 

zduszonym głosem.

Tylko pokręciła głową.
  - Skoro sam szef zaprosił cię na mecz hokejowy, to w 

zasadzie nie miałeś wyboru.

Musiała   przyznać,   że   Linc   wygląda   fantastycznie   w 

szarym, trzyczęściowym garniturze. Rozbieranie go powinno 
jej zająć trochę czasu. To byłoby nowe doświadczenie.

Linc pochylił się w jej stronę.
 - Chciałbym cię pocałować - szepnął.
Ona też tego pragnęła.
  - Nic z tego - westchnęła. - Zniszczyłbyś mi makijaż i 

fryzurę.

Nie chciała, żeby rodzice Linca pomyśleli, że jest jakimś 

czupiradłem.   I   tak   była   trochę   zdenerwowana   perspektywą 
tego   spotkania.   Miała   za   mało   czasu,   żeby   się   do   niego 
przygotować.

  -   Spotykacie   się   tylko   raz   w   roku?   -   spytała   zaraz, 

przypomniawszy sobie to, co jej wcześniej mówił.

  - Tak, zwykłe w ciągu pierwszego półrocza. - Założył 

jeden   z   loków   za   jej   ucho.   -   Cudownie   nam   się   dzisiaj... 
rozmawiało, prawda?

Przymknęła oczy, a dreszcz podniecenia przeszedł przez 

całe jej ciało.

 - Tak.
  - Czuję się tak dziwnie, będąc z tobą i nie mogąc nic... 

zrobić - szepnął jeszcze.

 - Rozumiem...
 - Wcale nie musimy iść. - Włożył rękę pod jej płaszcz i 

otarł się o pierś dziewczyny. - Mogę zadzwonić do restauracji 
i zostawić wiadomość, że zachorowałem... z pożądania.

background image

Odsunęła się troszkę od niego.
 - Nie chcesz się spotkać z rodzicami? - spytała zdziwiona. 

- Przecież widujesz ich tak rzadko! Czy zwykle chodzisz na te 
spotkania z jakąś dziewczyną?

Wyglądał   na   nieco   zdziwionego   tym   pytaniem   i   cofnął 

rękę.

 - Nie - odrzekł po chwili wahania.
Nagle   poczuła,   że   z   jakichś   powodów   jest   to   dla   niej 

ważna informacja.

 - To znaczy, że jestem pierwsza? Cała jego twarz stężała.
 - Tak, ale...
  -   Nic   takiego!   -   Machnęła   ręką.   -   Po   prostu   chciałam 

wiedzieć...

Wystarczyło jej to, czego się dowiedziała. Nie zamierzała 

przecież wystraszyć Linca.

 - Po prostu nigdy się tak nie złożyło - mruknął niechętnie.
  -   Jasne.   A   teraz   pewnie   chcesz   ich   zaszokować, 

sprowadzając dziewczynę ze wsi.

Całe   napięcie   zaczęło   z   niego   powoli   odpływać.   Linc 

rozluźnił się, a nawet uśmiechnął.

  -   Nie   myślałem   o   tym,   ale   rzeczywiście   może   to   być 

zabawne   -   rzekł   zamyślony.   -   Muszę   cię   uprzedzić,   że 
powiedziałem matce o tych ogórkach.

  -   Co?!   Zamiast   wibratorów?!   -   przestraszyła   się.   Linc 

otworzył szeroko oczy. Wyobraził sobie, jak  matka by na to 
zareagowała, i parsknął śmiechem.

  - Nie,  że uprawiacie je w Kansas. - Znowu sięgnął pod 

skórzany   płaszcz,   a   jego   oczy   zalśniły   pożądaniem.   - 
Zapewniam,   że   nie   potrzebowałabyś   w   tej   chwili   żadnego 
ogórka.

 - Masz coś lepszego?

background image

  -  O  wiele!  -  Poprowadził  jej  dłoń  w  dół,  aż  w  końcu 

poczuła   jego   nabrzmiałą   męskość.   -   Wydawało   mi   się,   że 
mówiłaś coś kiedyś o seksie w windzie.

Trudy   westchnęła   głęboko.   Sytuacja   zaczęła   jej   się 

wymykać z rąk w chwili, kiedy znalazł się w nich penis Linca. 
Być może spóźnią się jednak na kolację...

 - Sama nie wiem - jęknęła, zaciskając mocniej dłoń.
  -   Najpierw   powinniśmy   nacisnąć   przycisk   „stop"   - 

powiedział Linc.

  -   Wolałabym   raczej   nacisnąć   przycisk   z   napisem 

„jeszcze" - westchnęła.

Linc wyciągnął dłoń, żeby zatrzymać windę. Za późno. 

Drzwi zaczęły się powoli otwierać, ukazując starszą kobietę z 
torbą z zakupami.

Trudy cofnęła rękę. Była szybka niczym rewolwerowiec, 

ale kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem.

 - Dzień dobry, jestem Trudy Baxter z czterysta sześć, a to 

jest Linc Faulkner.

Wyciągnęła w jej stronę dłoń.
Kobieta   uścisnęła   ją   z   wyraźnym   zdumieniem.   Linc 

wypchnął   Trudy   na   zewnątrz   i   zaraz   sam   wysiadł.   Kobieta 
zajęła ich miejsce.

 - A pani? - spytała jeszcze Trudy.
 - Millicent Hightower z trzysta sześć - odparła kobieta, a 

Trudy   zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   może   niepotrzebnie 
informowała ją o numerze swego mieszkania. - Skoro mieszka 
pani nade mną, może wyjaśni mi pani te dziwne hałasy, które 
dobiegają z góry. Zaczynają się zwykle...

Drzwi windy zaczęły się zamykać, co przerwało rozmowę. 

Trudy spojrzała na Linca i zachichotała.

 - Nie jestem przyzwyczajona do bloków - rzekła, ciągnąc 

go do wyjścia.

 - Właśnie widzę.

background image

 - Zupełnie zapomniałam o tym, że ktoś pode mną mieszka 

i może nas słyszeć - ciągnęła. - A powinno mi to przyjść do 
głowy,  bo   sąsiad   czasami   nastawia   głośną   muzykę   i   wtedy 
sama czuję się jak na koncercie.

Zatrzymała się i spojrzała mu w oczy.
  - A czy ty myślałeś o tym, że ktoś może nas słyszeć? - 

spytała niewinnie.

Linc spuścił wzrok.
  -   Prawdę   mówiąc,   kiedy   już   się   kochamy,   zupełnie 

zapominam, gdzie jesteśmy.

  - Ja też. Właśnie na tym polegają erotyczne fantazje. - 

Znowu poczuła mrowienie na udach. - Szkoda, że nam się nie 
udało w tej windzie.

Jego oczy zabłysły niczym dwie gwiazdy.
 - Jak sądzisz, jak byśmy to zrobili?
  - Na stojąco - odparła. - Mógłbyś wziąć mnie od tyłu. 

Zadarłbyś płaszcz i już byś mnie miał. Nie nałożyłam majtek - 
szepnęła mu do ucha Trudy.

To była prawda. Mróz trochę zelżał, a jej wydawało się, że 

tak   będzie   znacznie   bardziej   podniecająco.   Nie   myliła   się, 
sądząc z reakcji Linca.

Wyszli na ulicę.
 - Chcesz sama zatrzymać taksówkę, czy pozwolisz mi to 

zrobić? - spytał nieco ochrypłym głosem.

Zrobiło jej się miło, że pamięta, jak bardzo to lubi. Poza 

tym uderzyło ją to, że Linc prosi ją o pozwolenie. Tak, jak 
Tom   żonę.   Meg   mówiła   jej   kiedyś,   że   Linc   jest   bardzo 
delikatny, ale nie chciała jej wówczas wierzyć.

Do   niedawna   interesował   ją   głównie   jako   źródło 

seksualnych   rozkoszy.   Musiała   przyznać,   że   był   w   tym 
niezrównany.   Ich   ciała   pasowały   do   siebie   tak,   jakby 
stanowiły jedno. Ale coraz częściej myślała o Lincu również 
jako o człowieku. Zaczęło ją interesować, co myśli o różnych 

background image

sprawach i jakie są jego upodobania. Odkryła też, że coraz 
bardziej angażuje się w ten związek.

Meg byłaby zadowolona.
 - Teraz twoja kolej - powied2iała, widząc jak Linc nagle 

się rozjaśnił.

Sprawiło   jej   to   sporą   przyjemność.   Jednocześnie 

pomyślała, że będzie najlepiej, jeśli pomoże mu w czasie tego 
wyraźnie   dziwnego   spotkania.   Sama   zawsze   uwielbiała 
rodzinne posiłki. Inna sprawa, że nie odbywały się one raz do 
roku, więc cała rodzina była do siebie przyzwyczajona i mieli 
o czym gadać.

Jednak o czym można rozmawiać z matką, którą widuje 

się raz do roku? O pogodzie? A może o innych członkach 
rodziny, których widuje się jeszcze rzadziej?

Gdy tylko wsiedli do taksówki, zapytała Linca o imiona 

jego rodziców.

  - Mama ma na imię Glenda, a tata Lincoln Trzeci, ale 

wszyscy mówią do niego L.C.

 - Czy to znaczy, że ty jesteś Lincoln Czwarty?
 - Obawiam się, że tak.
 - Nigdy nie znałam nikogo z liczebnikiem przy imieniu - 

powiedziała, zastanawiając się, czy rodzice nie pytają go już o 
Lincolna Piątego. - L to Lincoln, a C?

 - Carlyle.
Aż otworzyła usta, słysząc to dziwne imię.
 - Więc ty jesteś Lincoln Carlyle Czwarty, prawda?
  -   Tak,   chociaż   to   potwornie   pretensjonalne   -   mruknął, 

krzywiąc się, jakby jadł cytrynę.

 - Nie rób min. To brzmi bardzo seksownie.
 - Naprawdę?£ Mnie się zawsze wydawało sztywne i bez 

wdzięku.

background image

  -   Nie,   nieprawda.   -   Wzięła   go   za   rękę.   -   To   bardzo 

romantyczne imiona. Moglibyśmy wykorzystać je w naszych 
grach.

Chyba po raz pierwszy w życiu był zadowolony z tego, że 

nazywa się tak, jak się nazywa. Dzięki Trudy. Zrobiłby w tej 
chwili wszystko, żeby być bliżej niej.

 - Naprawdę nie masz majtek? - spytał szeptem.
  - Przestań. Chciałam porozmawiać o twoich rodzicach, 

ale... naprawdę - dodała na koniec.

Dreszcz rozkoszy przeszył jego ciało.
  - Nie chcę rozmawiać o rodzicach. Chcę rozmawiać o 

twoich majtkach.

 - Przecież ich nie mam - zauważyła logicznie. - Jacy są?
 - Raczej: jakie - poprawił ją. - Półprzezroczyste i miłe w 

dotyku. Widać przez nie włosy łonowe, a kiedy się je zsunie...

  - Linc - upomniała go, czując falę gorąca, która zaczęła 

obejmować jej ciało.

  - Jak uważasz. Ojciec podzielił fortunę rodzinną na trzy 

części.   Matka   usiłuje   ją   przepuścić,   ale   i   tak   wiadomo,   że 
nawet ona nie zdoła tego zrobić. Rodzice spotykają się tylko 
raz   w   roku.   Prawie   ze   sobą   nie   rozmawiają.   Ich   życie 
seksualne ogranicza się do pocałunku w policzek na powitanie 
i przy rozstaniu. Nie rozwiedli się pewnie dlatego, że nie chcą 
oddać prawnikom sporej części majątku.

Mimo  że mówił to wszystko obojętnym tonem, wyczuła 

gorycz w tych słowach.

  - Muszą cię bardzo kochać, skoro decydują się na takie 

spotkania - zauważyła.

Linc pokręcił głową.
 - Sądzę, że chodzi im o coś innego.
 - Niemożliwe! Więc dlaczego to robią?

background image

 - Z poczucia obowiązku - odparł, patrząc przed siebie, na 

ulice   Nowego   Jorku.   -   Pewnie   uznali,   że   dzięki   tym 
spotkaniom wciąż stanowimy rodzinę.

  - I stanowicie - stwierdziła z mocą. - Gdyby chcieli się 

rozwieść, na pewno by to zrobili, bez względu na koszty. A 
poza tym, twoi rodzice mają ciebie... Dlatego właśnie jesteście 
rodziną.

Linc spojrzał przez okno. Minę miał znudzoną, ale Trudy 

wiedziała, że to tylko maska.

 - Jesteś niepoprawną optymistką. Ale mogę cię zapewnić, 

że moi rodzice już nigdy nie będą razem - powiedział smutno.

  -   Jeśli   tak   myślisz,   to   dlaczego   trzymasz   w   sypialni 

zdjęcie całej waszej trójki?

Milczał.   Milczał   pięć   sekund,   a   potem   dziesięć   i 

piętnaście.

 - Przepraszam - bąknęła. - Nie chciałam się wtrącać w nie 

swoje sprawy.

Uścisnął lekko jej dłoń.
 - W porządku - szepnął.
  - Jeśli nie chcesz, żebym z tobą poszła, mogę wrócić tą 

samą taksówką - powiedziała.

Potrząsnął   głową,   a   na   jego   zaciśniętych   ustach   na 

moment pojawił się nikły uśmiech.

  - Za późno - orzekł, gdy samochód zatrzymał się przed 

restauracją. - Chodź, przedstawię cię moim rodzicom.

Przez dwie następne godziny obserwował zafascynowany, 

jak   Trudy   bez   najmniejszych   problemów   oczarowuje   jego 
rodziców.   Nie   pamiętał,   kiedy   ostatnio   ojciec   śmiał   się   tak 
serdecznie, jak przy jej opowieści o konkursie jedzenia ciastek 
na Dzień Niepodległości.

Co prawda matka nie wyglądała wtedy na zachwyconą, 

ale Trudy szybko znalazła jej czuły punkt. Dowiedziała się, że 
Glenda maluje, i zaczęła rozmowę na ten temat. Linc po raz 

background image

pierwszy usłyszał, że miała parę wystaw w Europie i jedną w 
kraju oraz że jej obrazy można znaleźć w paru książkach. Jego 
matka   stała   się   artystką.   Co   więcej,   zarabiała   pieniądze, 
chociaż jemu wydawało się, że tylko je wydaje.

Okazało   się,   że   ojciec   też   nic   nie   wiedział   o   obrazach. 

Chyba po raz pierwszy od lat zwrócił uwagę na żonę. I na to, 
co   mówiła.   Do   tej   pory,   kiedy   się   spotykali,   rozmawiali 
głównie   o   nim.   Tak,   jakby   bali   się   poruszyć   jakiś 
delikatniejszy temat.

Trudy   niczego   się   nie   bała   i   jej   obecność   wyraźnie 

poprawiała atmosferę. O dziwo, Linc poczuł, że nawet nieźle 
się bawi. Gdyby mógł zapraszać Trudy na te spotkania, byłyby 
one nawet do zniesienia.

Niestety,  było   to   niemożliwe.   I   tak   naruszył  już   pewne 

zasady, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Piękność z 
Virtue   w   stanie   Kansas   zaczynała   odgrywać   coraz   większą 
rolę w jego kawalerskim życiu.

Pod koniec posiłku Trudy przeprosiła wszystkich i udała 

się do toalety. Linc aż za dobrze pamiętał, co się stało, kiedy 
znalazł się z nią w tym ustronnym miejscu. Zastanawiał się 
nawet, czy nie ruszyć za dziewczyną, ale matka położyła dłoń 
na jego przedramieniu.

 - Czy to poważne?
Udał, że nie rozumie pytania.
 - Co takiego?
 - Twój związek z Trudy - odparła matka. - Innymi słowy, 

czy planujesz z nią małżeństwo?

Pytanie nie należało do łatwych. Nawet gdyby sam chciał 

się żenić, Trudy miała pod tym względem zupełnie inne plany.

  -   Mamo,   mówiłem   ci   już   przecież,   że   małżeństwo 

zupełnie mnie nie interesuje.

  -   Pamiętam,   ale   przecież   nigdy   na   żadne   z   naszych 

spotkań   nie   przyprowadzałeś   dziewczyn.   -   Matka   wzięła 

background image

głębszy   oddech.   -  Poza   tym,   obserwowałam   cię   przy   stole. 
Bardzo ci na niej zależy.

 - To prawda, ale to nic nie znaczy...
 - Posłuchaj, synu - ojciec włączył się do rozmowy - takiej 

dziewczynie ze wsi może chodzić tylko o trzy rzeczy: forsę, 
forsę i jeszcze raz forsę.

 - Co takiego?! - Linc aż nadął się z oburzenia.
 - Twój ojciec przynajmniej raz się nie myli - stwierdziła 

Glenda. - Ta Trudy jest naprawdę czarująca i nic dziwnego, że 
dałeś się nabrać, ale...

 - Na nic nie dałem się nabrać! - Linc zdał sobie sprawę z 

tego, że powiedział to za głośno, i zaraz zniżył głos: - Jak 
śmiecie oskarżać o coś Trudy?! Przyszła tu tylko dlatego, żeby 
zrobić   mi   przyjemność,   i   wypruwała   sobie   flaki,   żeby   was 
rozerwać. A wystarczyło, żeby wstała od stołu, a wy chcecie 
ją rozerwać na strzępy!

 - Hej, wcale nie powiedziałem, że jest zła - starał się go 

uspokoić ojciec. - To zupełnie naturalne, że chce upolować 
bogatego męża. Większość kobiet... - Spojrzał na swoją żonę i 
urwał.

Linc wstał od stołu.
 - Przepraszam, ale musimy już iść.
Chciał wydostać się stąd, zanim powie coś, czego będzie 

żałował.   Nie   miał   złudzeń   co   do   swoich   rodziców,   ale   nie 
zamierzał pozwalać, by obrażali Trudy.

  - Och, Linc, zostań - westchnęła matka. - Chodzi nam 

przecież tylko o twoje dobro.

  -   Trudy   jest   najfajniejszą   osobą,   jaką   kiedykolwiek 

spotkałem - stwierdził Linc. - I gdybym chciał się ożenić, nie 
znalazłbym   lepszej   żony.   Ale   nie   musicie   się   przejmować. 
Sama Trudy nie planuje małżeństwa.

Ojciec potrząsnął głową.

background image

  - Być może tak mówi, ale widziałem też, jak na ciebie 

patrzy...

Linc wiedział, o co mu chodzi. Znał to spojrzenie. Nie 

musiał jednak informować  rodziców, że to tylko seks i nic 
więcej.

  - Nie będę z wami roztrząsał tego tematu. - Spostrzegł 

Trudy wracającą z łazienki. - O, jesteś. Chodź, zaczerpniemy 
świeższego - spojrzał na rodziców - powietrza.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.
 - Wygląda na to, że się pokłóciliście - zauważyła. - Czy 

poszło o mnie?

Linc wziął ją za ramię.
 - Chodźmy już. Nie ma sensu o tym gadać.
  -   Nie,   jeszcze   nie.   -   Wyrwała   mu   się.   -   Chciałabym 

wiedzieć, o co chodzi.

 - Nie sądzę... - Linc próbował wziąć ją za rękę.
  -   Glendo,   czy   możesz   mi   powiedzieć,   skąd   to   całe 

zamieszanie?   I   dlaczego   Linc   stara   się   mnie   wypchnąć   z 
restauracji?

Jego matka chrząknęła i spojrzała gdzieś w bok.
  -   Oboje   z...   mężem   uważamy,   że   dzieli   was   różnica 

pochodzenia,   co   może   być   problemem   przy   poważnym 
związku - wydusiła wreszcie.

  - A kto tu mówi o poważnym związku? - Dziewczyna 

popatrzyła na nich pytająco.

Linc machnął ręką.
 - Nie o to chodzi. Moi rodzice nie są w stanie powiedzieć 

niczego jasno. Po prostu uważają, że polujesz na mój majątek.

Ku jego zaskoczeniu Trudy wybuchnęła śmiechem.
 - Ja?! Na majątek?!
  -   Linc,   przecież   wiesz,   że   nie   to   mieliśmy   na   myśli   - 

zaprotestowała matka.

 - A właśnie, że to! Chodź, Trudy!

background image

  - Nawet nie wiem, jak mam zareagować - powiedziała, 

wciąż   dusząc   się   śmiechem.   -   Wcale   nie   poluję   na   jego 
majątek.

  -   Nie,   Trudy,   wcale   nie   powiedzieliśmy...   -   L.   C. 

próbował się tłumaczyć, ale ona go nie słuchała.

  - Jedyne, o co mi chodzi, to jego wspaniały, olbrzymi, 

nabrzmiały   jak   dorodny   ogórek   penis!   -   ciągnęła   coraz 
głośniej. - I właśnie dlatego musimy już iść. Czas do łóżka. 
Cześć!

Wyszła,   kołysząc   biodrami.   Jego   rodzice   wyglądali   na 

zaszokowanych.   Z   otwartymi   ustami   patrzyli   za   Trudy, 
podobnie jak większość osób w restauracji.

background image

Rozdział szesnasty
Pomysł z lustrami był naprawdę świetny. Trudy nie mogła 

sobie   wyobrazić   większej   przyjemności   niż   oglądanie 
pośladków Linca w czasie stosunku. Specjalnie ustawiła kilka 
lamp   wokół   łóżka,   żeby   mogli   widzieć   siebie   w   gładkich 
szklanych   powierzchniach   umocowanych   pod   baldachimem. 
Nalegała, żeby Linc wypróbował je pierwszy. Położył się na 
plecach, a ona przykucnęła nad nim, odginając co jakiś czas 
ciało   do   tyłu.   Efekt   był   piorunujący.   Dopiero   kiedy   sama 
zajęła   jego   miejsce,   zrozumiała,   dlaczego   miał   orgazm   za 
orgazmem.   Ona   też   nie   potrzebowała   wiele,   żeby   dojść   do 
kresu podniecenia.

 - Fajnie? - szepnął jej do ucha.
Z trudem złapała oddech, obejmując go od tyłu i widząc to 

jednocześnie w lustrze.

 - Nie masz pojęcia... jak...
  -   Mam.   -   Zaczął   szybciej   oddychać.   -   Te   lustra   są 

wspaniałe. Działa na mnie nawet sama świadomość, że teraz 
mnie widzisz.

Chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko jęk.
 - Linc, ja...
A potem ogarnął ją ocean rozkoszy. Ruchy Linca nasiliły 

się i po chwili po raz kolejny oboje szczytowali. Piąty czy 
szósty. Już nawet nie chciało im się liczyć.

Łóżko zadrżało i zapewne sufit na dole zatrząsł się trochę. 

Oboje legli w pościeli wyczerpani, lecz szczęśliwi.

 - Och, Linc... - Trudy sama nie wiedziała, czy to dlatego, 

że przedtem była tak spięta, czy też z powodu luster, ale seks 
miał dziś na nią dobroczynny wpływ. - Tak mi dobrze.

Zaczął ją pieścić i znowu poczuła, że ma na niego ochotę. 

Sięgnęła w dół, tam gdzie był jego członek. Czy to możliwe, 
że   już   zdołał   się   podnieść   po   kolejnej   bitwie?   Linc   był 
naprawdę niesamowity.

background image

Po raz kolejny poczuła go na sobie. Spojrzała w lustra, 

szukając dodatkowej podniety, która tak naprawdę wcale nie 
była jej potrzebna.

W   samą   porę.   Jedno   z   luster   obluzowało   się   i   zaczęło 

opadać   wprost   na   głowę   Linca.   Na   szczęście   zdołała   je 
przytrzymać wyciągniętą do góry nogą.

 - Trudy, czy coś się stało? - spytał zaniepokojony.
  -   Nie,   nic   takiego   -   odparła,   nie   chcąc   go   za   bardzo 

niepokoić. - Tylko jedno z luster za chwilę może ci się rozbić 
na głowie.

Zamiast jej pomóc zaczął się śmiać. Aż cały trząsł się na 

jej ciele.

  -   Wiesz,  że   to   bardzo   dziwne,   kiedy   mężczyzna   się 

śmieje, chociaż wciąż masz go w sobie - zauważyła cierpko.

Uniósł nieco głowę.
 - Powinnaś się przyzwyczaić. Coś mi mówi, że to nie po 

raz ostatni.

 - Przyczepiłam je naprawdę mocno - broniła się.
 - Musiałeś za bardzo rozhuśtać łóżko.
Linc zaśmiał się raz jeszcze.
  -   Czy   masz   coś   przeciwko   temu?   -   spytał,   kryjąc 

rozbawienie.

  - W sumie chyba nie. - Odwzajemniła jego uśmiech. - 

Biedna Millicent.

Linc westchnął głęboko.
 - Zupełnie o niej zapomniałem. W ogóle zapomniałem o 

istnieniu   innych   ludzi.   Przydałby   nam   się   jakiś 
dźwiękoszczelny pokój. Albo domek gdzieś na odludziu.

Gdyby   wiedział,  jak   to  zabrzmi,   na   pewno  by   tego  nie 

powiedział.

 - Musisz ze mnie zejść, bo puszczę to lustro - ostrzegła.
Natychmiast się usunął, a ona złapała gładką powierzchnię 

dwiema stopami. Lustro zwisało teraz tylko na jednym drucie.

background image

  -   Interesująca   pozycja   -   rzekł,   patrząc   na   nią   w 

zamyśleniu. - Może spróbowalibyśmy się tak kochać?

  - Wolałabym nie. Jest mi bardzo niewygodnie. Szybko 

chwycił lustro. Trzymał je, a jednocześnie spoglądał w stronę 
łazienki.

 - Możesz na mnie chwilę zaczekać? - spytał.
 - Zaraz wrócę.
Trudy   wzięła   lustro.   Jeden   z   drutów   po   prostu   się 

obluzował.   Poradzi   sobie   sama.   Nie   potrzebuje   do   tego 
pomocy Linca.

 - Jasne, idź.
 - Tylko mi nie zniknij - uprzedził, zeskakując z łóżka.
Trudy   wiedziała,   że   będzie   chciał   porozmawiać   o 

dzisiejszej kolacji. Większość osób oczekiwałaby na pewno 
wyjaśnienia sytuacji. Być może Lincowi zależało na tym, żeby 
przeprosiła jego rodziców za swoje zachowanie. Chociaż nie 
miała na to ochoty, gotowa była na to przystać. To prawda, że 
trochę ją poniosło.

Właśnie dlatego zdecydowała się nie uciekać dziś przed 

nim jak Kopciuszek.

 - W porządku, zaczekam.
  -  Świetnie.   -   Linc   złapał   swoje   ubrania   i   ruszył   do 

łazienki.

Wstała i naga zabrała się do przyczepiania lustra. Nie było 

to takie łatwe, jak się wydawało. Kiedy wrócił, wciąż stała z 
wyciągniętymi ramionami i usiłowała mocniej zacisnąć drut.

 - Proszę, scena jak z „Playboya" - stwierdził.
  -   A   ty   wyglądasz   jak   facet   z   magazynu   dla   kobiet   - 

stwierdziła. - Możesz potrzymać lustro?

Linc zdjął buty i wszedł na łóżko w samych skarpetkach. 

Kiedy już zaczepili lustro, doszło do tego, co w zasadzie było 
nieuniknione,   i   znowu   znaleźli   się   w   pościeli.   Linc 

background image

zaproponował,   żeby   zrobili   to   tym   razem   na   boku,   tak   by 
oboje mogli patrzeć.

Nastąpił   kolejny   cudowny   orgazm   i   Linc   raz   jeszcze 

musiał udać się do łazienki. A w końcu nasyceni położyli się 
na łóżku i Trudy oparła się o niego wygodnie. Nie mogła się 
powstrzymać,   żeby   nie   zacząć  rozczesywać   palcami   jego 
włosów. Było to miłe. Zbyt miłe.

A jak dopiero będzie z innymi, pomyślała. Przecież Linc 

jest dopiero pierwszy.

To   jej   przypomniało   kolację   i   rodziców   Linca.   No   tak, 

przecież muszą porozmawiać, chociaż wcale jej się nie chce. 
A potem, oczywiście, będą musieli się rozstać.

  -   Nigdy   nie   powtarzaliśmy   tego   w   ciągu   jednego 

spotkania - zauważył.

 - Nie, chyba nie.
 - Ten drugi raz był inny. Kochaliśmy się wolniej. To było 

naprawdę wspaniałe.

 - Tak, bałam ci się wygnieść garnitur - stwierdziła, chcąc 

przeciąć rozmowę na temat seksu.

Oczywiście   miała   na   nią   ochotę,   ale   bała   się   tego,   do 

czego mogła doprowadzić. Zaczęła więc z innej beczki:

  -   Zdaje   się,   że   obraziłam   dzisiaj   twoich   rodziców,   ale 

naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Mam nadzieję, że się 
na   mnie   nie   gniewasz.   Kiedy   ich   spotkasz,   możesz 
powiedzieć, że mi przykro i że jestem... bardzo impulsywna.

Linc przyciągnął ją bliżej.
  - To raczej ja powinienem cię przeprosić. Wiedziałem, 

jacy są, a mimo to zabrałem cię na to spotkanie. To był błąd. 
Mogłem się spodziewać właśnie takiego wyskoku.

  -  Żaden   problem   -   powiedziała.   -   Tak   mnie   to 

rozśmieszyło, że nawet nie poczułam się dotknięta. Poza tym, 
mieli wyjątkowo zabawne miny.

background image

 - To prawda. - Linc skinął głową. - Wyglądali wyjątkowo 

głupio.

Przez moment milczał, a potem odezwał się ponownie:
  -   Gdybym   ich   słuchał,   ożeniłbym   się   pewnie   z   jakąś 

bogatą   dziewczyną   z   dobrej   rodziny.   Tak   jak   w 
średniowieczu!

  - Ale nie musisz tego robić - zauważyła. - Na szczęście 

żyjemy w innych czasach.

  -   Masz   rację   -   westchnął.   -   Ale,   tak   naprawdę,   do 

niedawna   nie   miałem   nawet   większego   wyboru.   Obracałem 
się wciąż w tych samych kręgach. Pieniądze jednak potwornie 
izolują.   Nie   chciałbym,   żeby   moje   dziecko   czuło   się   tak 
samotne   jak   ja.   Gdybyś   doświadczyła   tego   wszystkiego, 
zrozumiałabyś, dlaczego wolę się nie żenić.

Trudy   odsunęła   się   trochę   od   niego   i   oparła   na   łokciu, 

żeby go lepiej widzieć.

 - Tak sądzisz? A co byś powiedział, gdybyś żył w małym 

domku, którego właściciele chcą spłodzić po jednym dziecku 
na metr kwadratowy powierzchni?

 - Wolałbym to niż dwadzieścia pięć pustych pokoi - rzekł 

twardo.

 - To dlatego, że nie wiesz, o czym mówisz! Moi rodzice 

nigdy nie byli tak naprawdę swobodni. Urodziłam się niedługo 
po ich ślubie. Potem było trochę spokoju, bo ojciec pracował 
jako   akwizytor,   ale   kiedy   kupili   farmę,   dzieci   zaczęły   się 
pojawiać   jedno   po   drugim.   Drugie,   trzecie,   czwarte...   - 
Uderzała go w pierś przy każdym kolejnym noworodku.

Linc pokręcił głową.
 - Przynajmniej nie czułaś się osamotniona.
 - O, nie! - Rozejrzała się po swoim mieszkaniu. - Dopiero 

tutaj czuję się swobodnie, chociaż czasami mam wrażenie, że 
któreś   z   rodzeństwa   wyskoczy   za   chwilę   zza   baldachimu   i 

background image

krzyknie:  „a  ku   -  ku!".   Będę   się  długo   zastanawiać,   zanim 
zdecyduję się na małżeństwo. To niewolnictwo na całe życie!

  -   Widzisz,   a   moi   rodzice   wyglądają   na   zupełnie 

swobodnych.   -   Mina   mu   zrzedła.   -   Nigdy   nie   musieli   mi 
poświęcać   zbyt  dużo   czasu,   bo   mieli   pieniądze   na   niańki   i 
opiekunki. Robili, co chcieli. Moim zdaniem, pieniądze mogą 
zniszczyć wszelkie więzy.

  -   Ale   ich   brak   również!   -   Trudy   ponownie   pokręciła 

głową.   -   Przepraszam,   ale   nie   wiesz,   o   czym   mówisz. 
Powinieneś   pojechać   do   Virtue   i   zatrzymać   się   u   moich 
rodziców.   -   Aż   zadrżała   na   tę   myśl.   -   Pewnie   byś   tam 
zwariował.

Kiedy   już   to   powiedziała,   poczuła   się   pewniej.   W   ten 

sposób utwierdziła się jeszcze bardziej w swoim przekonaniu, 
że   tylko   Nowy   Jork   może   jej   dać   to,   czego   potrzebuje. 
Pieszczoty z Lincem jakoś wytrąciły ją z równowagi.

 - Na pewno czułbym się świetnie - rzucił Linc, patrząc jej 

wyzywająco w oczy.

  - Jak cholera! Możesz sobie tak gadać, bo masz własne 

mieszkanie i zero pojęcia o tym, jak żyje moja rodzina...

  -   Zaraz!   Co   ty   sobie   wyobrażasz?!   Nie   jestem   jakimś 

zepsutym bogaczem, który dostaje wysypki, kiedy mu zaczyna 
brakować kawioru.

  - Brakować?! - Zaśmiała mu się w nos. - W Virtue nikt 

nigdy nawet nie widział kawioru!

 - Myślisz, że jestem snobem i rozpieszczonym bachorem? 

- spytał, unosząc się nieco na poduszkach.

Trudy widziała, że jest wściekły, i pomyślała, że powinna 

trochę bardziej na niego uważać.

  -   Nie,   uważam,   że   jesteś   najseksowniejszym   facetem, 

jakiego znam. Najodważniejszym i najwspanialszym. - Pewny 
siebie uśmieszek, który pojawił się na jego ustach, zaczynał ją 

background image

już drażnić. - Ale zwiałbyś z krzykiem, gdybyś musiał spędzić 
choć jeden dzień w Virtue w stanie Kansas.

 - Nie uciekłbym - upierał się.
 - Tylko tak mówisz. Spojrzał jej głęboko w oczy.
 - Co robisz w najbliższy weekend? Zamrugała, nie bardzo 

wiedząc, dlaczego zmienia temat.

  -   Chciałam   kupić   jakieś   półki   i   porozstawiać   wreszcie 

moje książki - wyznała.

  -   W   każdym  razie   nie   masz   niczego   poważnego,   typu 

pogrzeb szefa?

 - O ile wiem, to nie - odparła. - Widziałam go dziś przed 

wyjściem z pracy i wyglądał kwitnąco.

 - Wobec tego jedźmy do Virtue.
Trudy uśmiechnęła się, myśląc, że się z nią drażni.
 - Nabierasz mnie, co?
Linc patrzył na nią poważnie. Ani jeden muskuł nie drgnął 

na jego twarzy.

 - Nie, wcale.
 - Przecież nie możemy jechać, ot tak, do Virtue!
  -   Czemu   nie?   Zapłacę   za   samolot.   Zatrzymamy  się   u 

twoich rodziców, żeby ci udowodnić, że tam  wytrzymam. I 
tak pewnie wydam mniej niż gdybym został w Nowym Jorku. 
I co, zgoda?

Trudy nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.
 - Dlaczego wiercisz mi dziurę w brzuchu? Pogładził ją po 

gładkiej skórze tuż nad linią włosów łonowych.

 - Nieprawda. Raczej staram się zatkać tę, którą już masz - 

zażartował.

Trudy od razu zareagowała na jego dotyk.
 - Mm, przestań. Przesunął dłoń niżej.
 - Tylko jeśli zgodzisz się na wyjazd do Virtue.
 - Chyba masz jakąś obsesję na tym punkcie. Aa...
 - Jego palec dotarł do łechtaczki. - Nie przestawaj!

background image

 - Virtue - powtórzył nagląco.
Trudy po raz kolejny tego wieczoru rozłożyła uda.
 - Dobrze, niech będzie. Tylko chodź bliżej.
 - To było nieziemskie - szepnął Tom do ucha żony, kiedy 

już się ubrali i rozsiedli wygodnie w limuzynie.

 - Jesteś pewna, że nic ci nie będzie?
  -   Z   całą   pewnością.   Ciąża   wcale   nie   uniemożliwia 

stosunków. W każdym razie do pewnego momentu.

Potem   pozostaje   jeszcze   cała   masa   pieszczot   i   innych 

rzeczy,   które   można   robić   we   dwoje,   dodała   w   duchu. 
Uśmiechnęła   się   do   niego   w   półmroku   wozu.   Za 
przyciemnionymi   szybami   pojawiały   się   rzędy   sklepów   i 
restauracji   Nowego   Jorku.   Od   kierowcy   odgradzała   ich 
szczelna, nieprzezroczysta przegroda.

Tom ścisnął jej kolano.
 - Powinniśmy to jeszcze kiedyś powtórzyć.
  - To będzie jeszcze droższe, bo będziemy potrzebowali 

niańki do dziecka - zauważyła.

Nie mogła się już doczekać porodu, ale z drugiej strony 

starała się patrzeć realistycznie na swoją sytuację.

 - Trudy doskonale się do tego nadaje.
 - Wiem. Nawet deklarowała, że będzie to robić za darmo, 

ale chciałabym jej zapłacić. Na pewno potrzebuje pieniędzy.

Tom milczał przez chwilę, ale widziała, że coś go męczy. 

Najlepsze, co mogła zrobić, to czekać. Nie trwało to jednak 
długo.

 - A skoro już mówimy o Trudy, to nie wydaje ci się, że 

ten jej wyjazd z Lincem jest... trochę dziwny?

Meg   uśmiechnęła   się   do   siebie.   Czuła   się   szczęśliwa   i 

usatysfakcjonowana. Nie tylko wspaniałym orgazmem, który 
przed chwilą przeżyła, ale też tym, co działo się z Trudy i 
Lincem. Wystarczyło tylko wspomnieć, że Linc jest bardzo 

background image

delikatny, albo podsunąć Trudy pomysł z lustrami, a wszystko 
szło jak po maśle.

Nie sądziła tylko, że wyjazd nastąpi tak szybko i że będzie 

tak niespodziewany.

 - Dlaczego? Po prostu chcą gdzieś razem wyskoczyć.
  - I poznać jej rodzinę? Jak na krótki romans, to jednak 

trochę niezwykłe, sama przyznasz.

  - Pewnie Linca zaciekawiło to, co mówiliśmy o Virtue. 

Pamiętasz, przecież nie mógł przyjechać na nasz ślub.

 - Nie, nie wierzę. To mało prawdopodobne.
  - Spojrzał uważnie na żonę. - Poza tym wyglądasz tak, 

jakbyś coś przede mną ukrywała.

  -   Wydaje   ci   się.   Po   prostu   przypominam   sobie   to,   co 

robiliśmy razem.

Tom poczuł dreszcz podniecenia, ale nie dał się tak łatwo 

zwieść.

  -   Powiedz   prawdę.   Uważasz   pewnie,   że   Linc   już 

poważnie związał się z Trudy, co?

Meg westchnęła.
  - A  gdybym ci  powiedziała,  czy  potrafiłbyś dochować 

tajemnicy? - spytała, patrząc mu przenikliwie w oczy.

 - Oczywiście.
 - I nikomu nic byś nie chlapnął? Nawet Lincowi?
 - Pod warunkiem, że nie ukartowałyście tego wszystkiego 

i że Trudy nie szuka bogatego męża - zastrzegł się. - Muszę 
być lojalny wobec kumpla.

 - Nie, Trudy w dalszym ciągu nie wie, że chce wyjść za 

mąż.

Tom odetchnął z ulgą.
 - Uff, na szczęście.
  - Natomiast Linc powoli zaczyna mięknąć - ciągnęła. - 

Wydaje   mi   się,   że   ostatnio   myśli   dość   intensywnie   o 
małżeństwie jako takim.

background image

 - Pewnie nasz przykład tak na niego działa. - Tom wypiął 

pierś. - Ale, jak sądzisz, dlaczego jadą do Virtue? Czyżby Linc 
chciał ją lepiej poznać?

Meg potrząsnęła głową.
  - Linc nie wie, po co tam tak naprawdę jedzie. Oboje 

utrzymują, że chodzi o jakiś głupi zakład.

  -   Zaśmiała   się   wyraźnie   rozbawiona.   -   W   życiu   nie 

słyszałam podobnej bzdury! Moim zdaniem, Linc jedzie tam, 
bo chce poznać rodziców swojej przyszłej żony.

 - No tak, ja też to zrobiłem - rzekł Tom w zamyśleniu. - 

Ale skoro Trudy nie myśli o małżeństwie, może to być dla 
niego przykre doświadczenie.

  -   Nie   przejmuj   się.   Już   ja   z   nią   sobie   poradzę,   kiedy 

przyjdzie właściwy moment. Do tej pory idzie im lepiej niż 
sądziłam.

 - Więc jesteś zadowolona ze swojej pułapki! - zaczął się z 

nią drażnić.

 - To wcale nie była pułapka.
 - A co takiego?
Jego żona wyciągnęła w górę dłoń i rozejrzała się dookoła 

natchnionym wzrokiem.  W tej chwili wyglądała niemal  jak 
anioł.

  -   Chcę   im   pomóc.   Chcę   naprawić   ich   życie.   Sprawić, 

żeby   popatrzyli   na   świat   innymi   oczami.   -   Opuściła   dłoń   i 
pogłaskała jego wciąż wyprężony pod materiałem członek. - 
Dać im radosny seks.

 - Mówisz prawie jak Pan Bóg - westchnął. - A co będzie, 

jeśli Trudy złamie mu serce? Albo, co gorsza, jeśli się pobiorą 
i okaże się, że zupełnie do siebie nie pasują?

 - Pasują, pasują - zapewniła, rozpinając jego rozporek. - 

Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze.

 - Oj, Meg, jeszcze się doigrasz.

background image

  - Bardzo dobrze, bo właśnie chodzi mi o igraszki. Czy 

jesteś gotowy na ich drugą część?

Jego członek był twardy jak skała.
  -   Tak   jak   widzisz.   Ale   naprawdę   uważaj,   żeby   nie 

posunąć się za daleko.

  - A mogę na twoje kolana? Tom wykonał zapraszający 

gest.

 - Zawsze i wszędzie.

background image

Rozdział siedemnasty
Mimo natłoku wrażeń związanych z przyjazdem do Virtue 

w piątek  po południu  Linc  wiedział, że  nigdy  nie zapomni 
dwóch  rzeczy: ciągnących  się  aż  po  horyzont,  płaskich  pól 
uprawnych   i   łez   w   oczach   Sary   Baxter,   która   wybiegła   w 
samej sukience przed dom, żeby powitać córkę. Tuż za nią 
pojawił się, machając ogonem, stary labrador.

Matka nie widziała Trudy zaledwie dwa tygodnie, a tuliła 

ją tak, jakby od rozstania minęły  całe lata. Jego uwagi nie 
umknęło   też   to,   że   Trudy   witała   Sarę   równie   radośnie.   A 
potem przykucnęła i objęła ciemną głowę psa, który od razu 
zaczął ją lizać po rękach.

Linc poczuł dławienie w gardle. Trudy może mówić co 

chce, ale to jasne, że tęskniła za domem.

Sara wytarła fartuchem oczy, patrząc jak córka głaska psa, 

a następnie skierowała wzrok na Linca.

  -   Przepraszam,   ale   Trudy   nigdy   tak   naprawdę   nie 

wyjeżdżała z domu - powiedziała po prostu. - Nie wiedziałam, 
że tak bardzo będzie jej nam brakować. Prince też się stęsknił.

  - Rozumiem - rzekł Linc, chociaż wszystko to było dla 

niego nowe. Jego rodzice nigdy nie zachowywali się w ten 
sposób.

Kiedy   Trudy   się   podniosła,   zauważył,   że   też   ma   nieco 

wilgotne oczy.

 - Linc, to moja mama. Ma na imię Sara. A to nasz pies, 

Prince. Mamo, to jest Linc Faulkner.

  - Bardzo mi miło. - Linc przełożył obie torby do lewej 

ręki i wyciągnął prawą.

  - To pan jest przyjacielem Toma? - spytała, patrząc na 

niego śmiejącymi się oczami. - Jaka szkoda, że nie mógł pan 
przyjechać na ślub.

 - Ja też żałuję.

background image

Kiedy Sara puściła jego dłoń, Prince zaczął obwąchiwać 

jego wełnianą jesionkę.

 - Cześć, Prince - rzucił.
Na   dźwięk   swego   imienia   pies   zamachał   parę   razy 

ogonem.  W ten sposób zawarli znajomość.  Linc poczuł się 
więc upoważniony, by podrapać go za uchem. W dzieciństwie 
zawsze chciał mieć psa, ale rodzice bali się o czystość domu.

  - Bardzo się cieszę, że przywiózł nam pan Trudy - Sara 

odezwała się znów swoim ciepłym głosem. - To prawdziwy 
cud, że udało jej się wyrwać w piątek po niepełnych dwóch 
tygodniach pracy.

  - To zasługa Meg - wtrąciła Trudy. - Podobno obiecała 

naszemu szefowi, że odda mu swoje dziecko do terminu. Ale 
nie sądzę, żeby była aż tak okrutna...

Sara spojrzała uważnie na córkę, ale od razu zauważyła, 

że tylko żartuje.

  -   Zobaczycie,  że   nikomu   nie   pozwoli   go   dotknąć.   - 

Zamyśliła się na chwilę. - W każdym razie jestem jej bardzo 
zobowiązana. No, chodźcie do środka.

Linc klepnął jeszcze Prince'a po głowie i wstał. Od razu 

poczuł   sympatię   do   Sary   Baxter.   Z   siedmiorgiem   dzieci   w 
domu nie miała czasu zadbać o siebie, ale była schludna i aż 
pachniała   czystością.   Twarz   miała   świeżą,   a   zmarszczki 
porobiły jej się tylko koło oczu i ust. Od śmiechu. Przyjemnie 
było pomyśleć, że za jakieś dwadzieścia pięć lat Trudy będzie 
wyglądać jak jej matka. I że będzie miała to samo pogodne 
usposobienie.

Jeśli, jak twierdziła Trudy, małżeństwo złamało jej życie, 

to wcale tego nie okazywała. Sara miała zielone oczy i wciąż 
pokazywały się w nich figlarne iskierki, które Linc znał tak 
dobrze. Teraz już wiedział, skąd pochodzi optymizm Trudy.

 - Jestem teraz sama w domu - powiedziała, prowadząc ich 

do środka. - Wszyscy mają jakieś zajęcia. A ojciec pojechał z 

background image

Sue   Ellen   po   ciepłe,   zimowe   buty.   Pamiętasz,   te   twoje 
brązowe w końcu się rozsypały, a Sue Ellen była pewna, że 
zabierzesz ją na sanki.

 - No jasne.
 - Oboje ją zabierzemy - wtrącił Linc.
To był doskonały przykład tego, czego mu brakowało w 

dzieciństwie.   Nigdy   nie   mógł   się   doprosić,   żeby   ktoś   mu 
pomógł ulepić bałwana. Belinda zrobiła to tylko raz, zaraz po 
przyjeździe, a potem miała już za dużo pracy. Właśnie wtedy 
zaczął się w niej podkochiwać.

Sara   wprowadziła   ich   do   małego,   ale   przytulnego 

saloniku. W kominku palił się ogień. A jakby tego było mało, 
powietrze przesycone było wonią jakichś smakołyków. Jeśli 
się   nie   mylił,   zapach   pieczeni   mieszał   się   ze   słodkim 
zapachem szarlotki.

Linc   poczuł,   że   ślinka   mu   cieknie   na   samą   myśl   o 

jedzeniu.

  -   Linc   będzie   musiał   spać   z   Kennym   i   Joshem  - 

powiedziała Sara. - A ty, Trudy, zajmiesz swój stary pokój. 
Należy teraz do Lindy, Marcie i Deeny. Wnieście teraz swoje 
rzeczy, a potem napijemy się kawy.

Widać było, że ma ochotę pogadać, ale najpierw chciała, 

żeby goście poczuli się wygodniej.

  -   Myślałam,   że   przenieśliście   Sue   Ellen   do   pokoju 

dziewcząt - zauważyła Trudy.

 - Tak, ale przeprowadziła się do nas na weekend, żeby nie 

było ci ciasno. - Matka uśmiechnęła się do niej.

  -   Wszyscy   tak   się   ucieszyli   z   twojego   przyjazdu,   że 

gotowi byli spać w szopie na sianie.

Tak, tego też mu brakowało: wzajemnego poświęcenia dla 

innych   członków   rodziny.   Zapewne   Trudy   robiła   to   samo. 
Starała   się   pomagać   rodzicom,   a   także   braciom   i   siostrom. 
Najważniejsze  zaś było  to, że  atmosfera  w tym  domu  była 

background image

przyjazna i miła. Nikt nie robił kwaśnych min i nie wzdychał z 
powodu niewygód.

Jednak Linc rozumiał, dlaczego Trudy chciała wyjechać. 

Dzielenie pokoju z czterema młodszymi siostrami z pewnością 
było krępujące. Dom Trudy, nawet pod nieobecność większej 
części rodziny, wyglądał na dosyć ciasny. Okazało się, że sam 
będzie   spał   na   dole   piętrowego   łóżka   w   pokoiku   wielkości 
swojej kuchni.

To posłanie należało do Kenny'ego. Dwunastoletni Josh 

miał spać na górze, a Ken w czasie weekendu urządził sobie 
posłanie   na   podłodze.   Linc   rozejrzał   się   po   oblepionych 
plakatami   ścianach   i   półkach   zastawionych   książkami   i 
plastikowymi modelami samolotów. To było kolejne marzenie 
jego dzieciństwa, ale jego pokój został zaprojektowany przez 
architekta wnętrz, więc rodzice nie pozwalali w nim na żadne 
zmiany.

  - Hm, to  łóżko może być trochę za małe - powiedziała 

Sara. - Nawet Kenny się ostatnio skarżył, a jest przecież dosyć 
niski.

 - Będzie świetne, pani Baxter.
  -   Mów   mi   po   imieniu.   Tak   będzie   chyba   wygodniej, 

prawda?

  - Oczywiście. - Raz jeszcze wymienili uściski dłoni. - 

Dziękuję, że pozwoliłaś mi przyjechać, Saro.

  -   Och,   wszyscy   chcieli   cię   poznać.   -   Matka   Trudy 

podeszła   do   otwartych   drzwi.   -   Najbliższa   łazienka   jest   po 
lewej stronie. Jedna z dwóch - dodała zaraz

 - więc rano może być trochę tłoczno. Stan, czyli mój mąż, 

chciał   nawet   wprowadzić   specjalne   karty   do   kontrolowania 
czasu zajmowania łazienki. Maruderzy pod koniec miesiąca w 
ogóle nie mogliby z niej korzystać.

Trudy spojrzała na niego, żeby sprawdzić, jak to przyjął.
 - Najlepiej wstać wcześnie rano, przed wszystkimi

background image

 - dodała zaraz. - Ale musisz pamiętać, że chłopcy wstają 

o piątej trzydzieści, żeby zabrać się do pracy w gospodarstwie, 
a i Sue Ellen lubi się wcześnie budzić. Linc uśmiechnął się 
przebiegle.

  -   Więc   może   zagramy   z   chłopcami   w   karty   o   to,   kto 

pierwszy będzie korzystał z łazienki.

 - Na pewno chętnie to zrobią. - Sara aż klasnęła w dłonie. 

-   Nie   mogli   się   doczekać,   żeby   poznać   kogoś,   kto   był   w 
Madison   Square   Garden.   Mam   nadzieję,   że   kibicujesz 
Knicksom.

  -   Tak,   właśnie   im.   -   Wyciągnął   kciuk   w   górę,   chcąc 

pokazać Trudy, że świetnie się czuje w jej środowisku, ale ona 
zrobiła minę, która mówiła: „czekaj no!".

Była w tej chwili tak pociągająca, że chciał ją pocałować. 

Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się być z 
nią tak długo bez uprawiania seksu. A przecież wciąż czuł 
pożądanie,   mając   ją   ciągle   obok,   dotykając   jej,   czy   też 
ocierając się o jej ubranie. Jednak przy takim układzie sypialni 
mieli   niewiele   szans   na   wspólną   noc.   Ale   Linc   nie   był 
rozczarowany. Tom uprzedził go, że tak będzie.

  -   Dobrze,   rozpakujcie   się   -   powiedziała   Sara   już   z 

korytarza. - I zejdźcie na dół, jak będziecie gotowi.

Odprowadziła jeszcze Trudy do jej dawnego pokoju. Pies 

posunął za nimi. Obie kobiety były pogrążone w rozmowie o 
ludziach, których zupełnie nie znał.

Linc pomyślał o spotkaniach ze swoimi rodzicami. Mimo 

że często nie widzieli się cały rok, nie mieli sobie zbyt wiele 
do   powiedzenia.   Zwykle   omawiali   jakieś   wydarzenia 
polityczne albo interesy. Kiedy przyszedł z Trudy, rozmowa 
potoczyła się żywiej niż zwykle. Wszystko szło świetnie do 
momentu, kiedy rodzice  wysunęli swoje bzdurne oskarżenia. 
Linc wciąż się zżymał na myśl o tym.

background image

Ciągle jednak nie miał pojęcia, jak to się stało, że znalazł 

się w  Virtue. Miał  wrażenie,  że to  zupełny  przypadek i  że 
oboje dali się ponieść emocjom.

Wsunął   walizkę   pod   łóżko   i   zdjął   jesionkę.   Musiał 

przyznać,   że   chciał   też   lepiej   poznać   Trudy.   Była   to 
instynktowna i do niedawna nieuświadomiona potrzeba. Tylko 
skąd mu się mogła wziąć?

Trudy   podejrzewała,   że   Linc   będzie   pasował   do   jej 

rodziny jak wół do karety. Rzeczywiście, bardzo się od nich 
różnił,   ale   obie   strony   czerpały   z   tego   niekłamaną 
przyjemność. Jednocześnie Linc wydawał się nie dostrzegać 
tego, że dom i meble są w nie najlepszym stanie i że panuje tu 
nieustający rozgardiasz.

Oczywiście   stanowił   największą   atrakcję   obiadu. 

Wszyscy,   z   wyjątkiem   Sue   Ellen,   wypytywali   go   o   Nowy 
Jork. Nikomu nie przyszło do głowy, że Trudy też może coś 
wiedzieć! Przecież mieszkała tam zaledwie dwa tygodnie.

Być może  dlatego nie zwracał uwagi na poobtłukiwane 

talerze. A może też dlatego, że obiad był naprawdę świetny. 
Oczywiście w Nowym Jorku można było wszystko kupić na 
wynos, ale Trudy musiała przyznać, że nie znalazła tam nic 
lepszego   od   domowego   obiadu.   Zwłaszcza   że   na   koniec 
wszyscy   dostali   po   wielkim   kawałku   posypanej   cukrem 
pudrem szarlotki.

Ponieważ Linc brylował przy stole, ona mogła rozejrzeć 

się po twarzach domowników. Dopiero teraz  dotarło do niej, 
że   ma   bardzo   ładne   siostry   i   przystojnych   braci. 
Czternastoletnia   Deena   już   w   tej   chwili   była   prawdziwą 
pięknością,   dwie   kolejne   dziewczynki   były   może   trochę   za 
chude, ale już pełne wdzięku. Od matki dowiedziała się, że 
Kenny ma nową dziewczynę, a do Josha już teraz dzwonią 
dziewczynki z jego klasy.

background image

Tak, Trudy zawsze uważała, że matka jest ładna, a Stan, 

chociaż   trochę   przytył,   wciąż   wyglądał   bardzo   dobrze. 
Zwłaszcza teraz, z włosami przyprószonymi siwizną.

Linc też będzie dobrze wyglądał z siwizną, zdecydowała. 

Bardziej   nobliwie,   co   jest   zupełnie   zrozumiałe...   Coś  nagle 
chwyciło ją za gardło. Dlaczego myśli o czasach, kiedy Linc 
będzie już stary? Przecież nie będą się wówczas znali.

Po obiedzie Linda, która miała dziesięć lat, pobiegła na 

górę i przyniosła powycierane, stare warcaby.

 - Zagramy? - spytała podekscytowana.
 - Najpierw zmywanie - zarządził Linc.
Sara spojrzała na niego z wdzięcznością, a Trudy zrobiło 

się głupio, że w domu nie ma zmywarki.

  -   Możecie   zagrać   -   powiedziała   matka.   -   Zajmę   się 

naczyniami.

  - Nic podobnego - zaprotestował Linc, który był już na 

„ty" ze wszystkimi członkami rodziny. - My to zrobimy. Kto 
chce mi pomóc?

Oczywiście, wszyscy. Trudy z otwartymi ustami patrzyła 

na prawdziwą procesję pomywaczy. Zgłosił się nawet Kenny, 
który nienawidził kuchni i wszystkiego, co się z nią wiązało.

 - Bardzo mi się podoba. - Sara trąciła skamieniałą córkę 

łokciem.

  - Miły chłopak - zgodził się ojciec, zerkając łakomie na 

resztki   szarlotki.   -   Nie   sądziłem,   że   tak   szybko   znajdziesz 
sobie kogoś odpowiedniego, ale to w końcu przyjaciel Toma. 
Wezmę kawałek - dodał szybko i wyciągnął rękę w stronę 
dużego talerza. - Szkoda, żeby się zmarnowało.

Matka dobrotliwie pokiwała głową. Trudy chrząknęła.
 - Linc jest po prostu moim znajomym - rzekła niepewnie. 

- Tyle się nasłuchał o Virtue od Meg i Toma, że koniecznie 
chciał je zobaczyć.

Sara uśmiechnęła się pobłażliwie.

background image

 - Nie, Linc nie jest po prostu twoim znajomym. I Virtue 

wcale go nie interesuje. Przyjechał tu, żeby się spotkać z nami. 
- Odsunęła talerz, widząc, że mąż wciąż patrzy pożądliwie w 
jego kierunku. - Twoimi rodzicami.

Trudy   zastanawiała   się,   jak   mogłaby   uprzejmie   temu 

zaprzeczyć.

  -   Nie,   mamo.   Jesteśmy   tylko   przyjaciółmi.   Trochę 

tęskniłam za domem, a on to zauważył i zaproponował mi tę 
wycieczkę. Jest bardzo bogaty.

Matka tylko pokręciła głową.
  -   Jak   uważasz.   Nie   oczekujemy   przecież   żadnych 

deklaracji, dopóki nie jesteście gotowi.

 - Właśnie, to nie nasza sprawa - zawtórował ojciec, który 

porzucił już chyba myśl o szarlotce. - Ale nawet, jeśli jest 
bogaty,   to   i   tak   nie   szarpnąłby   się   na   bilety   samolotowe, 
gdyby nie miał w tym jakiegoś celu.

  - Mamo! - wrzasnęła ośmioletnia Marcie, wbiegając do 

salonu. - Potrzebujemy więcej ściereczek!

Trudy zerwała się ze swego miejsca.
 - Ja to załatwię.
Niemal   uciekła   do   przedpokoju   i   stając   na   stołku, 

otworzyła drzwiczki pawlacza. Po chwili weszła do kuchni z 
dwiema świeżymi ściereczkami.

Linc,   cudowne   dziecko   nowojorskiej   finansjery,   stał   z 

rękami po łokcie w pianie nad zlewem. Obok podskakująca na 
krześle malutka Sue Ellen podawała mu brudne naczynia. Po 
drugiej   stronie   odbywał   się   odbiór   i   płukanie   czystych.   A 
Kenny dowodził brygadą wycieraczy.

  - Im szybciej skończymy, tym szybciej będziemy mogli 

pograć - usłyszała głos Linca.

Trudy otworzyła usta ze zdziwienia. Nawet nie zwróciła 

uwagi na to, że Marcie niemal wydarła jej ściereczki z rąk i 
podała jedną Lindzie.

background image

  - Hej, maluchy, tylko niczego nie stłuczcie! - wrzasnął 

Kenny.

 - Znalazł się wielkolud - prychnęła Marcie.
  - Uważajcie, uważajcie! - wystarczyło, że Linc podniósł 

nieco   głos,   a   wszyscy   zamilkli.   -   Jeśli   coś   stłuczemy, 
będziemy musieli to odkupić waszej mamie.

 - Ja mam świnkę - skarbonkę - pochwaliła się Sue Ellen.
  -   To   dobrze.   -   Linc   poważnie   skinął   głową.   -   Jak 

uzbierasz   trochę   więcej   pieniędzy,   pomogę   ci   je 
zainwestować.

To   wywołało   prawdziwą   burzę.   Wszyscy   chwalili  się 

swoimi oszczędnościami, chcąc zrobić na nim jak największe 
wrażenie.

Trudy pokręciła głową i wycofała się do salonu. Myślała, 

że zna Linca. Powinien przecież zachowywać się jak makler 
giełdowy, a nie ojciec wielodzietnej rodziny!

Po   przenosinach   do   salonu   Linc   rozegrał   parę   partii 

warcabów, a potem zaczął podziwiać karty z Pokemonami i 
inne   przynoszone   mu   skarby.   Zrobiło   się   późno.   Sara 
próbowała   zagonić   młodsze   dzieci   do   łóżka,   ale   bez 
powodzenia.

 - Wiecie co - Linc zwrócił się do zebranych - chciałbym, 

żeby Trudy przewiozła mnie po miasteczku. Ciekaw jestem 
okolic Virtue.

Kenny wzruszył ramionami.
 - Wszystko już pozamykane. - Spojrzał na zegarek.
 - Ostatni film w kinie kończy się za pół godziny. Byłem 

na nim dwa razy - pochwalił się.

 - Nieważne - ciągnął Linc. - Po prostu chcę rozejrzeć się 

po okolicy.

 - Widziałam ten samochód, który wynajęliście.
 - Deena spojrzała na niego pełnymi oddania oczami.
 - Fajowy! .

background image

 - Chętnie wezmę was na przejażdżkę. Ale jutro
 - dodał, widząc ich rozpromienione twarze. - Kto będzie 

chciał pojechać?

 - Ja! Ja! I ja!
Linc spojrzał na las rąk.
 - Wszyscy się nie zmieścicie - stwierdził ze smutkiem.
 - Będziemy jeździć na zmiany - podsunęła mu Marcie. - 

Zawsze wszystko robimy na zmiany.

  -   Nie,   głupia,   do   kościoła   chodzimy   razem   -   mruknął 

Josh.

  - No, chyba już pojedziemy. - Linc spojrzał na Trudy. - 

Gotowa?

  - Tak, tylko musimy wziąć kurtki. W jesionce będzie ci 

niewygodnie - dodała znacząco.

Wcale nie była pewna, czy zdecydują się na seks. Cała 

sytuacja   zaczęła   ją   przerastać.   To,   że   Linc   tak   doskonale 
pasował do jej rodziny, powodowało, że zaczynała myśleć o 
rzeczach, o których chciała zapomnieć na ładnych parę lat. To 
nie było uczciwe z jego strony.

Musimy o tym koniecznie porozmawiać, pomyślała.
Mieli problemy z wydostaniem się na zewnątrz, ponieważ 

wszystkie   dzieciaki   chciały   zadać   Lincowi   jakieś   ostatnie 
pytanie. W końcu jednak zostali sami. Powietrze było chłodne 
i czyste.

 - Zachowujesz się tak, jakbyś wychował się gdzieś tu w 

sąsiedztwie. Jakim cudem? - zapytała od razu.

 - Myślisz, że dobrze mi idzie?
 - Zadziwiająco. Moi rodzice są tak samo oczarowani, jak 

dzieciaki, chociaż tego nie okazują. Gdzie się podział Lincoln 
Carlyle Czwarty? I skąd wiesz, jak radzić sobie z dziećmi?

Zaśmiał się i machnął ręką.

background image

 - To ostatnie pytanie jest akurat bardzo łatwe. Ponieważ 

zawsze czułem się samotny, oglądałem filmy  i programy  o 
dużych rodzinach.

Zrobiło   jej   się   przykro,   gdy   zobaczyła,   że   nagle 

posmutniał.

  - I dlatego chciałeś tu przyjechać"? Żeby poznać dużą 

rodzinę?

  -   Możliwe   -   przyznał.   -   Sam   myślę   o   tym,   dlaczego 

znalazłem się w Virtue, i chyba już znam przyczynę...

Trudy nie chciała o tym nawet słyszeć.
  -   A   naczynia?   Gdzie   nauczyłeś   się   myć   naczynia? 

Wzruszył ramionami.

  - Nigdzie.  Dzieciaki  mi  pokazały... Robiłem  to po  raz 

pierwszy w życiu i muszę przyznać, że nigdy tak dobrze się 
nie   bawiłem.   Sam   nie   wiem,   czy   nie   zrezygnować   ze 
zmywarki.

Popatrzyła na niego, a potem pokręciła głową.
  -   Myślałam,   że   wpadniesz   w   przerażenie   na   widok 

naszego domu - westchnęła.

 - Co znaczy, że nie znasz mnie zbyt dobrze...
 - Masz rację. - Skinęła głową. Może widok miasta sprawi, 

że   przynajmniej   trochę   zrzednie   mu   mina.   -   Chodź, 
pojedziemy przez centrum - powiedziała, siadając na miejscu 
dla pasażera.

  -   Poprowadzisz   mnie?   -   spytał,   znalazłszy   się   za 

kierownicą.

 - Ostrzegam, że nie jest tam zbyt ciekawie.
 - Ale chyba nas nie pobiją?
  - Coś ty! W Virtue bójki zdarzają się raz na parę łat. 

Miejscowy szeryf jest tak gruby, że nie może się ruszać.

 - Miła odmiana po Nowym Jorku.
  - Chodziło mi o to, że centrum jest szare i nieciekawe - 

wyjaśniła. - Teraz skręć w lewo.

background image

Wjechali na główną ulicę.
 - Powiesz mi, co mijamy?
  - Mm, po lewej masz malutki bank, a po prawej mały 

sklep   samoobsługowy.   To   wielkie,   to   punkt   obsługi 
miejscowych farm. A to małe, to kino. Jest tu jeszcze stacja 
benzynowa i apteka. Jak zauważyłeś, centrum Virtue jest o tej 
porze   puste.   Nasz   samochód   jest   jedyny   na   głównej   arterii 
miejskiej. Masz jeszcze jakieś pytania?

 - Tak. Jak dojechać na jakąś boczną drogę?

background image

Rozdział osiemnasty
Linc nie był przyzwyczajony do spędzania czasu z ubraną 

Trudy.  Tom   powiedział   mu,   że   ma   w   zasadzie   tylko   jedną 
szansę   na   seks.   Właśnie   dlatego   wypożyczył   elegancką 
limuzynę, a nie jakiś sportowy wóz. Nie wiedział jednak, czy 
Trudy się na to zgodzi. Miała przecież nadzieję, że już nigdy 
nie będzie się kochać na tylnym siedzeniu samochodu.

  - Nie mogę uwierzyć, że masz ochotę na coś takiego. - 

Spojrzała na niego krytycznie.

 - Zgódź się. Nigdy wcześniej tego nie robiłem.
 - No tak, dla ciebie to nowość. Ale powinieneś pamiętać, 

że   silnik   musi   cały   czas   pracować.   Inaczej   zmarzniemy   na 
kość. - Zerknęła na wskaźnik.

 - Nie przejmuj się. Zatankowałem do pełna.
 - A więc to było zaplanowane!
  -   Niezupełnie.   Bałem   się   raczej,   że   gdzieś   staniemy   - 

odparł   szczerze.   -   Rzadko   jeżdżę   poza   miasto.   Nie   miałem 
pojęcia, że jest tu tyle śniegu.

Te słowa i wyraz bezradności na jego twarzy sprawiły, że 

poczuła się udobruchana.

  - No dobra, przynajmniej mamy fajny samochód. Poza 

tym,  przy   takich  zaspach,  policja  nie  będzie  szukać  par  po 
drogach.

  -   Widzisz,  żywioły   się   sprzysięgły,   żebyśmy   mogli 

kochać się w samochodzie.

Uśmiechnęła się do niego.
 - Dobrze, skręć w pierwszą w prawo.
  - Więc zgadzasz się? - Od razu poczuł się podniecony. 

Zwieńczone   drutem   kolczastym   ogrodzenie   zdawało   się 
ciągnąć w nieskończoność. - Długo jeszcze?

Trudy posłała mu dwuznaczny uśmiech.
  -   Bardzo   długo.   Aż   będziesz   dyszał   z   podniecenia   i 

myślał, że za chwilę wyskoczysz ze spodni.

background image

 - To nie fair. Przecież widzisz, że muszę prowadzić. Nie 

mogę cię nawet dotknąć - skarżył się.

  -   Ale   ja   mam   wolne   ręce.   -   Poruszyła   się   na   swoim 

miejscu.

 - Co... co robisz?
 - Zdejmuję kurtkę i buty - poinformowała, unosząc biodra 

nad siedzenie. - A teraz jeszcze spodnie i majtki. Czy możesz 
zwiększyć ogrzewanie? Mm, te skórzane siedzenia są bardzo 
miłe...

Linc   spojrzał   na   nią   i   omal   nie   wjechał   w   sam   środek 

zaspy. Trudy krzyknęła ze strachu.

 - Patrz na drogę, bo zaraz się ubiorę - zagroziła. - Od razu 

widać, że nie masz wprawy.

Linc siedział teraz sztywno na swoim miejscu i prowadził. 

Jednak   niemal   naga   Trudy   wyciągnęła  dłoń   i   rozpięła   jego 
kurtkę, a potem zaczęła się dobierać do jego rozporka.

 - Trudy, bo zaraz spowoduję wypadek!
  - Założę się, że nikt cię nie pieścił, kiedy prowadziłeś - 

powiedziała, przesuwając dłoń dalej.

 - Nie. I boję się, że mogę tego nie wytrzymać.
  -   Prawdziwy   mężczyzna   wytrzyma   wszystko.   Zresztą 

możesz zwolnić.

 - Ale wtedy nigdy nie dojedziemy w to cholerne miejsce! 

- jęknął.

 - Zaraz tam będziemy - uspokoiła go. - A ja chcę, żebyś 

poznał prawdziwy seks na tylnym siedzeniu samochodu. Ale 
tak się składa, że wszystko zaczyna się na przednim.

Ściągnęła mu slipy i poczuła wyprężony członek.
 - Ojej, widzę, że jesteś już gotowy.
  -   Od  ładnych   paru   minut   -   powiedział   ze   ściśniętym 

gardłem.

To   co   się   z   nim   działo,   było   jednocześnie   cudowne   i 

zatrważające.   Chciał   poddać   się   pieszczocie,   ale   bał   się 

background image

odwrócić   uwagę   od   drogi.   Pragnął   zamknąć   oczy,   ale 
wiedział, że w ten sposób najszybciej wylądują w zaspie.

 - Czy... czy inni też tak robią? - spytał zaintrygowany.
 - Jasne.
 - W czasie jazdy? - dziwił się jeszcze bardziej.
  -   Tak,   ale   tylko   po   bocznych   drogach.   -   Spojrzała   na 

szybkościomierz. - Jedziesz zaledwie dziesięć kilometrów na 
godzinę.

 - Ale moje ciało zasuwa sto dziesięć.
  - Nikt nie twierdzi,  że to bezpieczny seks. - Zaczęła go 

gładzić.

 - Trudy, przestań! Gdzie jest to cholerne miejsce?!
  - Tu, niedaleko. - Wskazała wolną dłonią. - Po prawej 

stronie znajdziesz mały parking, jeżeli ktoś go odśnieżył.

 - A jeśli nie?
 - To mamy następny jakieś trzydzieści kilometrów stąd - 

pocieszyła go.

 - O, nie!
Na szczęście miejsce parkingowe było odśnieżone. Linc 

zatrzymał   się   tam,   ale   nie   wyłączył   silnika.   Otaczała   ich 
nieprzenikniona ciemność. Nigdy nie sądził, że na zewnątrz 
może być tak ciemno. Nawet gwiazdy i księżyc były zakryte 
chmurami. Świeciła jedynie stacyjka samochodu. Serce biło 
mu coraz mocniej z podniecenia.

Trudy odpięła swój pas bezpieczeństwa.
  -   Cóż,   ja   jestem   na   tyle   mała,   że   mogę   przepełznąć 

między siedzeniami, ale ty musisz wysiąść, żeby dostać się do 
tyłu. I uważaj, bo pewnie jest ślisko.

  - Dobrze. - Ręce tak mu się trzęsły, że miał problemy z 

rozpięciem pasa.

Kiedy w końcu mu się udało, spojrzał w bok i... oniemiał. 

Tuż   obok   miał   cudowną,   wypiętą   pupę   Trudy.   To   było 
niesamowite doświadczenie.

background image

 - Możesz tak zostać? - spytał.
  -   Nic   podobnego   -   odparła   zdyszana.   -   Żeby   móc 

uprawiać   seks   na   tylnym   siedzeniu   samochodu,   musisz   się 
najpierw dostać na to tylne siedzenie.

Jej głos brzmiał bardzo pewnie, ale Linc znał sposób, żeby 

ją   zmiękczyć.   Wystarczyło   przesunąć   dłonią   między   jej 
rozwartymi lekko udami, a cała zadrżała.

 - Zostań tak, proszę.
 - No... dobrze - powiedziała już mniej pewnie.
Nie wiedział, czy  mu  się to uda, ale chciał spróbować. 

Uniósł   się   i   rozsunął   jeszcze   mocniej   jej   uda.   Najpierw 
przesunął między nimi dłonią.

 - Och! - jęknęła. - Tak się nie robi...
Po chwili dotarł językiem do miejsca, gdzie mógł osiągnąć 

największy efekt, i z ust Trudy popłynęło dzikie miauczenie 
kotki.

 - Ale bardzo mi to odpowiada - wyznała, kiedy w końcu 

złapała oddech.

Przepełzła   na   tylne   siedzenie   samochodu   i   czekała   na 

niego z rozwartymi udami. Linc sięgnął jeszcze po pakiecik 
prezerwatyw, które włożył do skrytki zaledwie parę godzin 
temu,   i   przeskoczył   szybko   do   Trudy.   Nawet   nie   poczuł 
panującego na dworze zimna.

  - Zdejmij kurtkę - poprosiła, drżąc. - I spodnie. Z tym 

drugim było więcej problemów, gdyż spodnie

zaplątały mu się wokół butów. Musiał więc zdjąć jedno i 

drugie.   Po   chwili   oboje   mieli   na   sobie   tylko   górne   części 
garderoby.   Oboje   dyszeli   pożądaniem,   ale   Trudy   odzyskała 
już panowanie nad sobą.

 - Połóż się z podkurczonymi nogami - zakomenderowała. 

- Chcę być na wierzchu.

Za   bardzo   jej   pragnął,   żeby   się   spierać.   Włożyła   mu 

prezerwatywę i usiadła wprost na jego wyprężonym członku. 

background image

To było cudowne. Jak zwykle. Chciał trwać z nią tak cały czas 
i czuć jak najmocniej jej gorące, zaciskające się przy każdym 
ruchu w dół wnętrze.

Po   chwili   uniósł   dłonie   i   włożył   je   pod   jej   bluzkę. 

Wyprężyła się, czując pieszczotę.

  -   Chcesz,  żeby   było   szybko,   czy   wolno?   -   spytała 

przyciszonym głosem.

 - A mam wybór?
W mroku panującym z tyłu samochodu prawie nie widział 

jej twarzy. Wyobrażał sobie jednak, że uśmiecha się do niego 
z góry. Tak jak zawsze.

  -   Zrobię   wszystko   za   tę   poprzednią   pieszczotę.   Jeśli 

chcesz, możemy się kochać na śniegu.

 - Podobało ci się? - drażnił się z nią.
  - Jasne. Już nigdy nie będę mogła normalnie myśleć o 

przestrzeni   między   przednimi   fotelami...   Więc   na   co   masz 
ochotę?

Na   ciebie!   Na   zawsze!   Niewypowiedziane   słowa 

rozbrzmiewały  wyraźnie w jego głowie. Dopiero teraz zdał 
sobie sprawę z tego, czego pragnie i o co mu chodziło, kiedy 
zdecydował się tu przyjechać.

Miał jednak na tyle zdrowego rozsądku, żeby jej o tym nie 

mówić.   Nigdy   nie   spotkał   dziewczyny   takiej   jak   Trudy   i 
wiedział też, że nie zdarzy się to w przyszłości. Cofnął dłonie, 
które trzymał na jej piersi.

  -   Wolno,   proszę   -   szepnął   tylko.   -   Chcę   cię   czuć   jak 

najlepiej.

Zaczęła wolno i delikatnie. Linc wyczuwał ją coraz lepiej.
 - Zdejmij bluzę - poprosił.
Kiedy to zrobiła, zaczął znowu przesuwać dłonie w górę 

po jej ciele.

background image

  -   Nie   mogę   uwierzyć,   ale   znowu   jestem   podniecona   - 

powiedziała,   przyśpieszając   nieco.   -   Myślałam,   że   zupełnie 
wyczerpał mnie ten wstęp.

 - Nic nie jest w stanie nas wyczerpać.
To   była   prawda.   Trudy   nie   mogła   już   się   dłużej 

powstrzymywać. Jej ruchy stały się gwałtowniejsze, a z ust 
popłynęły najpierw jęki, a potem okrzyki. Linc dyszał ciężko, 
starając   się   za   nią   nadążyć.   Szczytowali   dokładnie   w   tym 
samym momencie, a potem Trudy opadła na jego pierś.

W uszach miał jakiś dziwny dźwięk.
 - Co to? - spytał.
  -   Wiatr.   -   Od   razu   domyśliła   się,   o   co   mu   chodzi.   - 

Pamiętaj, że jesteśmy w środku pustkowia, a nie w wygodnym 
łóżku w Nowym Jorku.

Tak, zupełnie o tym zapomniał. Jednak w tej chwili kochał 

ją   bardziej   niż   kiedykolwiek.   Teraz,   z   daleka   od   ludzi, 
należała tylko do niego. Mógł się założyć, że w promieniu 
dwudziestu kilometrów nie ma żadnego spragnionego seksu 
faceta.

Miał ją tylko dla siebie.
Okazało   się,   że   było   to   ich   jedyne   erotyczne 

doświadczenie w czasie wyjazdu. Linc był całą sobotę zajęty 
rodzeństwem Trudy, a wieczorem rodzice wydali przyjęcie na 
jej cześć.

Trudy nie  żałowała tego. Miała wrażenie, że ten wyjazd 

zmienił   bardzo   wiele   w   jej   stosunkach  z  Lincem.   Nagle 
okazało się, że stanowi on poważne zagrożenie dla jej planów. 
Sama   nie   wiedziała,   jak   to   się   stało.   Przecież   na   początku 
oboje   zgadzali   się,   że   ma   to   być   seks   bez   żadnych 
zobowiązań. Jeśli tylko zaczynali się za bardzo angażować w 
ten związek, ona mogła schować się za swój parawan.

Ale potem on zaprosił ją na kolację z rodzicami, a ona, nie 

wiedzieć czemu, skłoniła go do wizyty w Virtue. Wszystko się 

background image

zmieniło. Zaczęli się w sobie zakochiwać, a przecież właśnie 
tego   chciała   uniknąć.   Tak   długo   czekała   na   wymarzone 
mieszkanie w Nowym Jorku i całkowitą swobodę działania! 
Była pewna, że wszędzie dookoła czekają na nią wspaniali 
mężczyźni.   Tak   jak   w   sadzie   rodziców:   wystarczyło   tylko 
wyciągnąć rękę i... rwać.

Nie   obchodziło   jej   to,   że   rodzeństwo   przepadało   za 

Lincem,   a   matka   i   ojciec   naprawdę   go   polubili.   Nie 
obchodziły jej własne uczucia. Wiedziała, że musi z nim jak 
najszybciej zerwać!

Nie mogła jednak tego zrobić przed wyjazdem do Kansas 

City. Zarówno Linc, jak i cała jej rodzina wyglądali na zbyt 
szczęśliwych. A potem, na lotnisku i w samolocie, Linc mówił 
jej, jak wspaniale się bawił i że wszyscy byli dla niego bardzo 
mili, więc nie miała serca zacząć rozmowy o rozstaniu.

Dopiero kiedy wysiedli na lotnisku Kennedy'ego, poczuła, 

że musi to zrobić. Zwłaszcza kiedy zadowolony Linc wsiadł 
do taksówki i powiedział:

 - Chyba zamówimy sobie coś na kolację.
Skąd   pomysł,   że   zjedzą   ją   razem?   Skąd   pomysł,   że   w 

ogóle będą jeszcze razem?!

Chciała   zaprotestować,   ale   coś   zatarasowało   jej   gardło. 

Chrząknęła raz, a potem drugi. Wiedziała, że nie mogą zjeść 
razem   kolacji,   bo   potem   przyjdzie   czas   na   ich   ulubione 
zajęcie.

 - Trudy, czy coś się stało? - spojrzał na nią z niepokojem.
  - Nie. Tak. - Spojrzała mu w oczy. Jeśli się nie myliła, 

Linc   czuł   do   niej   to   samo,   co   ona   do   niego.   To   będzie 
najgorsze   rozstanie   w   jej   życiu.   -   Zdecydowałam,   że   nie 
możemy się już spotykać.

Wyglądał tak, jakby uderzyła go w twarz.
 - Przepraszam - szepnęła. - Nie przypuszczałam, że oboje 

aż tak zaangażujemy się w ten związek.

background image

Ból   w   jego   oczach   się   nasilił.   Patrzył   na   nią   jak 

skrzywdzone dziecko.

 - Naprawdę bardzo mi przykro - tłumaczyła się. - Kiedy 

zaczynaliśmy, nie sądziłam, że to się zrobi takie poważne...

Zacisnął pięści.
  -   Skąd   pomysł,   że   traktuję   ten   związek   poważnie? 

Zmarszczyła brwi, poważnie zastanawiając się, czy

się   nie   pomyliła.   Być  może   tylko   jej   się   wydawało,   że 

Linc się w niej zakochał. Może jednak chodzi mu wyłącznie o 
seks?

  -   Nieźle   się   z   tobą   bawiłem,   Trudy   -   rzekł   zimnym 

głosem. - Poza tym cieszę się, że mogłem pojechać do Virtue. 
To było bardzo pouczające.

Pouczające? Mogłaby przysiąc, że jej rodzina zupełnie go 

oczarowała! Że stracił dla niej głowę! Sama musiała przyznać, 
że ma wspaniałą rodzinę. Stało się to dla niej jasne zwłaszcza 
teraz, po wyjeździe.

 - Przepraszam, widocznie źle cię zrozumiałam.
  - Mówiłem ci, że nie interesuje mnie poważny związek. 

Jeśli chcesz się przestać ze mną spotykać, to w porządku. Ale 
prawdę mówiąc, szkoda tego wszystkiego, czego moglibyśmy 
jeszcze spróbować...

 - Wbił w nią wzrok. - Chyba że ty sobie nie radzisz?
  -   Przykro   mi,   ale   rzeczywiście   sobie   nie   poradzę  - 

westchnęła. - Musimy się przestać spotykać.

Cos   błysnęło   w   jego   oczach.   Gniew   albo   cierpienie, 

pomyślała.   Za   bardzo   pochłaniały   ją   własne   emocje,   żeby 
jeszcze   wnikać   w   to,   co   on   czuł.   Siedzieli   obok   siebie   w 
milczeniu. Kiedy taksówka zatrzymała się przed jej blokiem, 
pożegnała go sucho. I dopiero kiedy próbowała zapłacić za 
taksówkę, złapał jej rękę, aż zabolało, i warknął: „Nie!".

Nie   chciała   się   z   nim   spierać.   Wysiadła   i   pobiegła   w 

stronę budynku.

background image

Koniec. Linc wypuścił ze świstem powietrze z płuc i oparł 

się o siedzenie. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że Trudy tak 
nagle zniknęła z jego życia. Nie, pewnie zaraz obudzi się na 
tym ciasnym łóżku w Kansas i okaże się, że to był tylko senny 
koszmar.

W ciągu następnych dwóch tygodni Linc dzielił swój czas 

między   pracę,   kort   tenisowy   i   siłownię.   Grał   zwykle   z 
Tomem,   któremu   nie   pozwalał   mówić   o   Trudy.   Niestety, 
przyjaciel nie miał zbyt wiele czasu, więc Linc szukał nowych 
przeciwników.   Bezwstydnie   zagadywał   nieznanych   graczy. 
Pod koniec drugiego tygodnia był już tak dobry, że wszyscy 
bali się z nim grać.

Dlatego na sobotę i niedzielę przerzucił się na siłownię. 

Ćwiczył   tak   zaciekle,   że   nawet   trener   radził   mu,   żeby   dał 
spokój. Ciekawe, czy chodziło mu o jego dobro, czy o całość 
klubowego   sprzętu?   W   końcu   na   niedzielę   wieczorem 
wyciągnął Toma na kolejny mecz.

W   poniedziałek   rano   wpadła   do   niego   do   pracy 

rozzłoszczona Meg.

  -   Dość   tego!   -   Zamknęła   drzwi   i   położyła   ręce   na 

biodrach. - Zabijesz mi męża. Przecież jest twoim najlepszym 
przyjacielem!

Linc wstał i uśmiechnął się do niej.
  -   Też   się   cieszę,   że   cię   widzę   -   powiedział.   Tylko 

pokręciła głową.

 - Co się z tobą dzieje? Myślisz, że wszystkie te sportowe 

wyczyny coś ci dadzą?!

 - Tak, zdrowie i tężyznę fizyczną - odparł.
  -   Raczej   połamane   kości   -   parsknęła.   -   Wiem,   co   cię 

gryzie, tylko nie rozumiem, dlaczego nie próbujesz pogadać z 
Trudy.

 - A niby po co? - Skrzywił się. - Wiem, że nie chce mnie 

więcej widzieć. Sama mi to powiedziała.

background image

 - A ty jej uwierzyłeś? - spytała z niedowierzaniem.
 - Jasne, Dlaczego nie.
Meg rozejrzała się dookoła i opadła na skórzane krzesło z 

poręczami.

 - Pozwolisz, że usiądę. Musimy porozmawiać.
Rozdział dziewiętnasty
Po   ośmiu   beznadziejnych   randkach   z   ośmioma 

beznadziejnymi   facetami   Trudy   była   zupełnie   zniechęcona. 
Gdzie się podziali wspaniali nowojorscy mężczyźni? Każdy z 
jej wybranych wydawał się atrakcyjny, ale już po pierwszej 
spędzonej razem godzinie wiedziała, że to nie to. Ich oczy nie 
były tak niebieskie jak Linca, a ramiona nie tak szerokie. Nie 
mieli poczucia humoru albo śmiali się z każdej bzdury. Gadali 
bez przerwy o sobie albo milczeli jak zaklęci.

Trudy nie mogła się nawet zdobyć na to, żeby któregoś 

pocałować,   nie   mówiąc   już   o   zapraszaniu   do   swego 
mieszkania. Dlatego jej łóżko wciąż stygło. Meg starała się ją 
namówić, żeby zadzwoniła do Linca i zaprosiła go do siebie, 
ale Trudy była na to zbyt dumna. Poza tym w grę wchodziło 
coś   jeszcze.   Doskonale   wiedziała,   że   sam   seks   jej   nie 
wystarczy, a ona naprawdę nie zamierzała jeszcze wychodzić 
za mąż.

Sny o małżeństwie prześladowały ją jednak coraz częściej. 

Chętnie nazwałaby je koszmarami, gdyby nie to, że czuła się 
w   nich...   zupełnie   dobrze.   Wiedziała   jednak,   że   to   nic   nie 
znaczy. I cóż z tego, że czuła się coraz bardziej samotna w 
swoim   mieszkaniu?   Co   z   tego,   że   patrzyła   z   rosnącą 
zazdrością na Meg i Toma?

Kiedy w poniedziałek wieczorem zadzwonił telefon, miała 

nadzieję,   że   to   nie   żaden   z   tych   matołów,   z   którymi   się 
ostatnio   umawiała.   W   Nowym   Jorku   był   tylko   jeden 
mężczyzna, z którym by chętnie pogadała...

 - Cześć, Trudy. Jak się miewasz?

background image

 - Cześć, Linc - szepnęła tylko.
Zamilkli   na   chwilę.   Trudy   zastanawiała   się,   dlaczego 

dzwoni, i do głowy przychodził jej tylko jeden powód. W tej 
chwili gotowa jednak była zgodzić się na wszystko.

 - Chciałem... - chrząknął - chciałem zapytać, czy możesz 

zwrócić mój skórzany płaszcz?

Poczuła się dogłębnie rozczarowana. Więc chodziło mu 

tylko o płaszcz. Już wcześniej zastanawiała się, czy go nie 
zwrócić, ale jakoś nie mogła. Ten płaszcz znaczył dla niej zbyt 
wiele. Był praktycznie jedyną pamiątką, jaka jej została po 
Lincu. No, niezupełnie...

  - A  co ze stolikiem  i krzesłami?   - spytała, nie  mogąc 

ukryć sarkazmu. - Też mam je oddać?

  -   Nie,   możesz   to   wszystko   zatrzymać.   Na   zawsze.   - 

Jeszcze jedno chrząknięcie. - Ale potrzebuję płaszcza.

  - Dobrze. - Odda go tak,  żeby się z nim nie spotkać. - 

Przekażę go Meg i Tom przyniesie ci go do pracy.

 - Nie chcę tak długo czekać. Czy mogłabyś przywieźć mi 

go dzisiaj?

 - Dzisiaj? - Cóż to za żądania?
  - Tak, najszybciej, jak to tylko możliwe - rzekł ostrym 

tonem.

Skrzywiła   się   z   niesmakiem.   Wstrętny   despota!   Teraz 

przynajmniej widzi, że dobrze zrobiła, rozstając się z nim przy 
pierwszej okazji.

  -   Dobrze,   zaraz   ci   go   przywiozę.   -   Na   szczęście   nie 

dodała   „wasza   wysokość".   Nie   chciała,   żeby   wiedział,   jak 
bardzo zdołał ją zdenerwować. - Cześć.

Odłożyła   z   trzaskiem   telefon   i   przeszła   zamaszystym 

krokiem   do   garderoby.   Wydobyła   płaszcz   z   szafy.  Dopiero 
wtedy   trochę   się   uspokoiła   i   zaczęła   rozmyślać   nad   całą 
sytuacją.   To   niemożliwe,   żeby   Linc   nagle   tak   bardzo 
potrzebował tego płaszcza. Miał przecież parę innych.

background image

Pozostawała   więc   druga   ewentualność:   chciał   się   z   nią 

zobaczyć.

Nie powinno to być dla niej niespodzianką. Przecież już w 

czasie jazdy z lotniska mówił, że chciałby spotykać się z nią 
tak jak dawniej. Ale czy to możliwe, że teraz chodzi mu o 
seks?

Trudy   poczuła   dreszcz,   który   przeniknął   całe   jej   ciało. 

Kiedy   pomyślała   o   swoich   ostatnich   marzeniach   o   ślubie, 
sytuacja stawała się niebezpieczna. Cóż, zaryzykuje. Przecież 
już wcześniej stwierdziła, że zrobi wszystko, żeby być bliżej 
Linca.

Sięgnęła po płaszcz, drżąc z podniecenia. To łóżko Linca 

wcale nie było gorsze od jej własnego. Musi tylko pamiętać, 
żeby wyjść od razu, kiedy skończą. Inaczej może ją czekać 
gorzkie rozczarowanie.

I, przede wszystkim, nie powinna się spieszyć.
Jak na skrzydłach wybiegła do przedpokoju. Narzuciła na 

siebie kurtkę i ściskając pod pachą płaszcz Linca, zaczęła ją 
zapinać w drodze do windy.

Szybko   złapała   taksówkę.   Siedząc   z   tyłu,   starała   się 

uspokoić   i   pozbierać   myśli.   Nie   może   dać   się   ponieść 
emocjom. Musi być chłodna i opanowana.

W końcu westchnęła parę razy głęboko i zadzwoniła do 

drzwi Linca. Sama nie wiedziała, dlaczego serce wali jej jak 
oszalałe.

Drzwi   się   otworzyły,   ale   w   środku   dostrzegła   jedynie 

rozedrgane cienie.

 - Linc?
 - Wejdź do środka.
Wciąż go nie widziała, ale to był z pewnością jego głos. 

Weszła więc, zamykając za sobą drzwi. Figurka, która tak jej 
się bardzo spodobała, stała na podłodze, otoczona płonącymi 

background image

świeczkami.   To   miejsce   wyglądało   jak   ołtarz   do   składania 
seksualnych ofiar.

Trudy zadrżała.
 - Dziękuję, że przyszłaś. - Wyszedł z cienia.
Aż   westchnęła.   Linc   miał   na   sobie   czarne,   sznurowane 

spodnie   ze   skóry,   a   także   skórzaną   kamizelkę   i   maskę. 
Spodnie opinały go dokładnie i widziała jego coraz większą 
erekcję.   Miała   rację.   Chodziło   mu   o   seks.   Jej   reakcja 
wskazywała, że go dostanie i to w dużych ilościach. Ponieważ 
to on kreował sytuację, nie znała jeszcze swojej roli.

 - Przyniosłam ci płaszcz - powiedziała.
 - To dobrze. - Spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczami. 

- Masz teraz się rozebrać i go włożyć. Będę czekał obok. - 
Wskazał sąsiedni pokój.

 - A... a jeśli go nie włożę?
 - Przecież widzę, że mnie pragniesz - rzucił tylko. - Nie 

zdołasz mi się oprzeć.

Nie myślała już o przyszłości i ślubie. Wiedziała tylko, że 

odziany   w   skóry   kochanek   czeka   na   nią   tuż   obok.   Jak   w 
transie zaczęła zdejmować kolejne części garderoby. Weszła 
do salonu.  Rozglądając  się dookoła,  usiłowała zdecydować, 
który z długich cieni jest jej wybranym mężczyzną. Atmosfera 
wydawała się przesiąknięta erotyzmem.

Linc wynurzył się z mroku. Tajemniczy i potężny.
 - Usiądź tam. - Wskazał sofę.
Trudy przeszła boso po perskim dywanie i zrobiła, co jej 

kazał.

 - A teraz rozpinaj płaszcz. Ale bardzo powoli. Drżącymi 

palcami rozwiązała pasek, a potem zaczęła rozpinać kolejne 
guziki.

  -   Za   szybko   -   powiedział   nieco   ochrypłym   głosem. 

Rozchyliła na moment poły płaszcza i zobaczyła,

background image

że   zadrżał.   Wcale   nie   był   tak   zimny,   jak   jej   się   na 

początku wydawało. Powoli odsłaniała swoje piersi i biodra, a 
potem rozłożyła nogi, gładząc wewnętrzne części ud.

Jego   oddech   stal   się   coraz   głębszy,   coraz   bardziej 

świszczący.

 - Tak, tak...
Kiedy Trudy niemal osiągnęła orgazm, nie mógł już dłużej 

wytrzymać. Zbliżył się do niej, rozpinając spodnie. Po chwili 
zarzucił sobie jej nogi na ramiona i pochylił się nad nią. Nie 
wszedł w nią, chociaż czuła go bardzo blisko.

 - Spójrz na mnie, kochana.
Kochana? Czyżby się przesłyszała? Nie, to niemożliwe. 

Próbowała   coś   wyczytać   z   jego   twarzy,   ale   była   ona 
nieprzenikniona za czarną maską.

 - Wiem, że chcesz wielu mężczyzn - ciągnął Linc.
  -   Postaram   się   być   nimi   wszystkimi.   Powiedz,   kogo 

pragniesz, a będziesz go miała. Kocham cię, Trudy. Daj mi 
szansę, żebym mógł to udowodnić.

Nie mogła z siebie wydusić słowa.
 - Być może ty mnie jeszcze nie kochasz, ale na pewno się 

tego nauczysz. Ale Meg mówi, że tak...

 - Meg ci to powiedziała? - spytała, zastanawiając się czy 

udusić, czy raczej utopić przyjaciółkę. - Ona lubi dużo gadać.

 - Więc myliła się?
 - Nie, miała rację. - Wyciągnęła dłoń, żeby go pogładzić 

po twarzy. Nigdy nie znała nikogo tak miłego i delikatnego.

 - Więc może nie kłamała też w innych sprawach?
  -   Puścił   ją,   żeby   mogła   się   wygodnie   położyć,   a   on 

przyklęknął przy niej.

 - Na przykład?
 - Mówiła również, że chcesz wyjść za mnie.
 - Skąd mogła to wiedzieć?! Sama uświadomiłam to sobie 

zupełnie niedawno!

background image

 - A więc jednak chcesz?
  -   Tak.   -   Trudy   postanowiła   poddać   się   temu,   co 

nieuniknione.   Niech   Meg   triumfuje.   Nic   poza   Lincem  nie 
miało   dla   niej   w   tej   chwili   znaczenia.   -   Chciałabym  tylko, 
żebyś zawsze mnie kochał. Poczuła jego usta koło ucha.

 - Zawsze - szepnął.
Było to cudowne i podniecające. Trudy przyciągnęła go 

mocniej do siebie.

 - O, jesteś gotowy - zauważyła. - Ale wciąż masz na sobie 

te spodnie.

  - Są tak obcisłe, że same trzymają się na nogach. Nie 

przeszkadza ci to?

 - Skądże.
Był już bardzo blisko, ale się powstrzymał.
  -   Pamiętaj,   że   mogę   spełnić   każde   twoje   marzenie   - 

przypomniał   jej   swoją   wcześniejszą   deklarację.   -   Powiedz 
tylko, czego byś chciała.

 - Więc bądź moim... wymarzonym mężem - powiedziała, 

tuląc go do siebie.

Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami.
Trudy Faulkner chwyciła plastikowy kieliszek z weselnym 

szampanem i spojrzała na męża, tańczącego z Deeną. Kiedy 
wyjeżdżała   do   Nowego   Jorku,   nawet   przez   myśl   jej   nie 
przeszło,   że   za   sześć   miesięcy   będzie   piła   szampana   na 
własnym weselu w Grange Hall.

I nie sądziła, że będzie aż tak szczęśliwa.
O   dziwo,   jej   arystokratyczni   teściowie   zgodzili   się 

przyjechać na ślub. Prawdę mówiąc, trochę się rozluźnili po 
scenie,   jaką   im   zrobiła   podczas   pamiętnej   kolacji.   Ojciec 
Linca   wziął   udział   w   konkursie   picia   piwa,   a   Glenda 
zagrzewała męża okrzykami do dalszej walki.

background image

Teraz tańczyli oboje przytuleni na parkiecie i o czymś ze 

sobą rozmawiali. Wiele wskazywało na to, że nie omawiają 
pogody ani wyników giełdowych.

Stojąca obok Meg skinęła głową.
 - Trochę się rozruszali, coś - 
Skąd, na miłość boską, mogła znać jej myśli?
 - Tak, bardzo się cieszę.
 - To ty tak na nich działasz - stwierdziła Meg.
 - Nie, pewnie raczej cała atmosfera wesela. Zresztą Linc 

mówi, żebym nie liczyła na zbyt wiele.

 - Może ma rację, a może... nie.
 - Takie jak ty palili kiedyś na stosie! - Trudy zerknęła z 

podziwem na przyjaciółkę.

 - Wzięłam tylko odwet za to, że naśmiewałaś się ze mnie 

i Toma - ' wyjaśniła Meg, dotykając swego płaskiego brzucha. 
Powoli zaczynała się do niego przyzwyczajać. - Poza tym, to 
było oczywiste, że doskonale pasujecie do siebie z Lincem.

 - Może i oczywiste, ale nie dla mnie i Linca.
  - Zaśmiała się, a potem spojrzała na Toma, tulącego w 

potężnych   ramionach   maleńkie   dziecko.   -   A   to,   że   nie 
pozwalacie nam się zajmować Meredith, to też jakaś zemsta?

 - Nie, raczej rodzicielska zaborczość - odparła Meg.
 - Zresztą możecie sobie zrobić własne. Twój mąż bardzo 

lubi dzieci...

Linc właśnie do nich podszedł, więc nie zdążyła zapytać, 

skąd to wie.

 - Czas na taniec nowożeńców - oznajmił radośnie. Trudy 

przytuliła się do niego mocno.

 - Czy nie rozmawiałeś ostatnio z Meg o... - zawiesiła głos 

- dzieciach?

 - Jasne. Okazało się, że też oglądała „Więzy rodzinne" i 

„Bill   Cosby   Show".   Powiedziała,   że   powinniśmy   mieć   jak 
najwięcej dzieci.

background image

Trudy   otworzyła   usta,   ale   zaraz   je   zamknęła.   Nie   było 

sensu zaczynać tej, skazanej z góry na przegraną, batalii. Poza 
tym wcale nie była pewna, czy Meg nie ma jednak racji.

 - A jak ty uważasz? - spytała tylko.
 - Przecież wiesz...
 - Moim zdaniem powinniśmy poczekać... - westchnęła, a 

potem   pomyślała,   jak   wspaniale   byłoby   kochać   się   bez 
żadnych zabezpieczeń.

 - Tak, oczywiście... - zaczął.
  -   Przynajmniej   do   podróży   poślubnej   -   dokończyła. 

Uszczęśliwiony   Linc   pocałował   ją   mocno   na   oczach 
wszystkich gości.

  -   To   będzie   moje   marzenie.   Mój   sen   o   szczęściu   w 

Nowym Jorku - powiedział.